background image
background image

 

 

 

background image
background image

O

 

 

 
 

 

to

  historia  Szymona  K.  Z  kilkoma  jej  bohaterami  udało  się

porozmawiać.  Katarzyna  K.,  siostra  Szymona  K.,  od  razu  wyraziła

zgodę  na  spotkanie;  doszło  do  niego  w  Perth,  w  Australii.  Marek

O., 

najdawniejszy 

przyjaciel 

Szymona 

K., 

początkowo 

odmawiał

jakichkolwiek  komentarzy,  dopiero  kiedy  udało  się  pozyskać  jego  zaufanie,

opowiedział wszystko, co zapamiętał z przeszłości. Najbardziej przystępnym,

a  równocześnie  najtrudniejszym  rozmówcą  okazał  się  Robert  W.,  z  którym

Szymon  K.  zaprzyjaźnił  się  na  studiach.  Przystał  chętnie  na  rozmowę  i  bez

żadnych  warunków  wstępnych,  jednak  szybko  stało  się  oczywiste,  że  jego

otwartość  była  pozorna  –  rozwlekłe  dygresje  i  lawinowo  narastające

pustosłowie  przez  pewien  czas  skutecznie  uniemożliwiały  rozmówcom

dotarcie  do  kluczowych  dla  nich  informacji.  Karol  P.,  dawny  przełożony

Szymona  K.,  obecnie  człowiek  wiekowy,  starał  się  opowiedzieć  wszystko,  co

wiedział  –  mimo  że  za  sprawą  niepohamowanego  weredyzmu  i  wybuchów
wściekłości  poszczególne  wątki  jego  relacji  często  ulegały  zerwaniu.
Opowieść  Moniki  B.,  dawnej  kochanki  Szymona  K.,  rzuca  światło  na  mało
znaną  stronę  życia  Szymona  K.  Z  kolei  wiedza  pozyskana  od  inspektora
Leszka 

Nowickiego, 

ostatniego 

rozmówcy, 

pozwala 

zrekonstruować

najważniejsze etapy późniejszego życia Szymona K.

Michał

 K., syn

 Szymona K., nie wyraził zgody na rozmowę.

background image

Ś

Więcej na: www.ebook4all.pl

1

wiadek

  widział  Szymona  K.  tylko  od  tyłu.  Był  nim  miejscowy

wędkarz  António  Régio,  zamieszkały  nieopodal  Sagres.  Po  pracy

pojechał  rowerem  do  starego  fortu,  gdzie  zwykle  zarzucał  wędkę

wprost  do  oceanu.  W  pewnej  chwili  minął  człowieka  stojącego  nieruchomo
na  krawędzi  klifu,  około  czterech  metrów  od  głównej  ścieżki.  Człowiek  ten
miał  na  sobie  jedynie  spodenki  i  bawełnianą  koszulkę,  co  było  dość
nietypowe,  biorąc  pod  uwagę,  że  zbliżał  się  koniec  września  i  że  w  tych
okolicach  z  powodu  chłodnych  atlantyckich  wiatrów  nigdy  nie  bywa  tak
ciepło  jak  w  innych  rejonach  południowej  Portugalii.  Wędkarz  zwolnił,  chcąc
zapytać,  trochę  zaniepokojony,  czy  wszystko  w  porządku,  gdy  nagle
spostrzegł,  że  nieznajomy  w  ułamku  sekundy  ugiął  nogi,  pochylił  się  do
przodu,  po  czym  mocno  odbił  się  od  podłoża.  W  powietrzu  rozpostarł
ramiona  jak  akrobata,  by  w  następnej  sekundzie  gwałtownie  skręcić
tułowiem  i  zanurkować  głową  w  dół.  António  Régio  szybko  zeskoczył
z  roweru  i  dopadł  krawędzi  klifu,  lecz  jedyne,  co  ujrzał  pięćdziesiąt  metrów
niżej,  to  fale  bijące  o  skały.  Zadzwonił  na  policję,  która  od  razu  podjęła
poszukiwania, mimo że wydawało się całkowicie niemożliwe, by ktokolwiek
mógł  przeżyć  taki  skok.  Na  dole  nic  nie  znaleziono.  Odczekano  kilka  dni,
licząc,  że  ocean  sam  wyrzuci  ciało  na  brzeg,  na  próżno.  Równocześnie
skrupulatnie  sprawdzano  dokumenty  i  notatniki  znalezione  w  czarnej

background image

skórzanej  torbie,  którą  pozostawiono  na  miejscu  zdarzenia  i  która

najprawdopodobniej  była  własnością  zaginionego.  Wynikało  z  nich,  że

należała  do  Mike’a  Simona,  obywatela  Saint  Vincent  i  Grenadyn,  jednego
z  mikroskopijnych  państewek  na  wschodnich  Karaibach,  od  siedmiu  lat

zamieszkałego  na  wyspie  Carriacou.  Poprzedniego  dnia  widziano  go

w  Sagres  i  okolicach.  Ustalono,  że  tydzień  wcześniej  przybył  do  Ayamonte,

hiszpańskiego  miasteczka  położonego  w  pobliżu  granicy,  skąd  wynajętym

autem  codziennie  robił  wycieczki  po  południowej  Hiszpanii  i  Portugalii.  Nie

ukrywał  się.  Odwiedził  Sewillę,  Lagos,  formacje  skalne  Ponta  de  Piedada,

Albufeirę.  W  przeddzień  zaginięcia  dotarł  najdalej,  do  Przylądka  Świętego

Wincentego,  gdzie  z  grupą  przypadkowo  napotkanych  angielskich  turystów

obejrzał  zachód  słońca.  Potem  zawrócił  do  Sagres,  gdzie  w  restauracji  Vila

Velha  zjadł  bardzo  obfitą  kolację  (kelner  wyrecytował  z  pamięci: 

cogumelos

com  pesto,  medalhões

  de

  porco  com  molho  de  manga

,  na

  deser 

creme

  de

maracujá

,  do

  tego  dużo  wody  i  kawy).  Nie  nocował  w  żadnym  hotelu  ani

pensjonacie, nie ustalono też, co robił nazajutrz. Widziano go jedynie raz, na

ławce, drzemiącego w cieniu palmy. Zapewne po południu udał się do fortu,

tam  zniknął.  Fotografie  i  notatki  znalezione  w  skórzanej  torbie  –  jeżeli

rzeczywiście  należały  do  zaginionego  –  nie  budziły  żadnych  wątpliwości,  że
mężczyzną,  którego  widział  od  tyłu  António  Régio,  był  rzeczywiście  Szymon
K.,  ścigany  listem  gończym  morderca  piętnastu  osób,  niedoszły  zabójca
kolejnej  –  z  których  prawie  wszystkie  należały  do  jego  najbliższej  rodziny.
Wiadomość  o  jego  domniemanej  śmierci  przyjęto  z  ogromną  ulgą,  choć  tu
i  ówdzie  powątpiewano,  czy  to  aby  na  pewno  koniec  historii  człowieka,
który  siedemnaście  lat  wcześniej  już  raz  zdołał  wszystkich  przekonać,  że
zginął.

Jego

  pierwsze  zniknięcie  długo  pozostawało  niewyjaśnione.  Właśnie

wybierał  się  z  rodziną  na  Bornholm,  chcąc  powtórzyć  trasę  podróży  odbytej
wspólnie z Agatą, obecnie jego żoną, zaraz po zaręczynach na początku lipca
19…  roku.  Lubił  wracać  po  latach  do  miejsc,  które  dawniej  odwiedzał,  toteż
Agata  nie  widziała  nic  osobliwego  w  planowanej  wycieczce.  Zawsze  lubiła
wspominać  tamte  dwa  słoneczne  tygodnie  spędzone  we  dwoje  na  kempingu
przy plaży w  Dueodde, na południowo-wschodnim  krańcu wyspy. Było  wtedy
upalnie  i  niemal  bezwietrznie,  mieli  niedużo  pieniędzy,  jadali  tyle  co  nic.
Głośno  kochali  się  w  namiocie,  w  końcu  dyskretnie  zwrócono  im  uwagę,  że

background image

zakłócają  ciszę  nocną.  Przywieźli  stamtąd  fotografię:  dwie  dłonie  splecione

na  piasku,  na  palcu  jednej  z  nich  pierścionek  zaręczynowy,  bardzo  skromny.

Powtórną  wycieczkę  na  Bornholm,  tym  razem  już  we  troje,  z  synem
Michałem, 

sześciolatkiem, 

Szymon 

zaplanował 

najdrobniejszych

szczegółach. Drugiego lipca o świcie cała rodzina wyruszyła samochodem do

Sassnitz,  skąd  następnego  dnia  punktualnie  w  południe  miał  odpłynąć  prom

do  Rønne.  Podróż  przebiegła  spokojnie.  Pięćset  sześćdziesiąt  dziewięć

kilometrów,  nieco  ponad  siedem  godzin  jazdy  z  jedną  przerwą  na

odpoczynek.  Na  miejscu  obiad,  potem  wizyta  w  parku  narodowym,  gdzie

można było zobaczyć słynne klify kredowe, powrót do miasta, obfita kolacja,

spacer  po  plaży,  zakup  pamiątek,  nocleg  w  hotelu  Meeresgruß  położonym

nieopodal  Zatoki  Binz  i  mola.  Nazajutrz  około  wpół  do  jedenastej  wszyscy

troje  pojechali  do  portu.  Formalności  trwały  krótko.  Zostawiwszy  samochód

pod  pokładem,  poszli  szukać  leżaków,  bo  mimo  silnego  wiatru  było  dość

ciepło,  świeciło  ostre  słońce.  Gdy  już  znaleźli  sobie  miejsce,  Szymon

zaproponował,  że  przyniesie  coś  do  picia,  dla  siebie  i  Agaty  piwo,  dla

Michała  colę.  Wrócił  po  dziesięciu  minutach,  włożył  swój  telefon  do  torebki

Agaty  –  zawsze  tak  robił,  kiedy  wybierali  się  gdzieś  razem  –  po  czym  przez

jakiś  kwadrans  bawił  się  z  synem,  łaskotał  go,  gonił  po  pokładzie,  rzucał
piłkę.  W  końcu  jeden  z  członków  załogi  zwrócił  mu  uwagę,  że  to
niebezpieczne,  zwłaszcza  dla  dziecka,  biegać  tak  blisko  relingów.  Szymon
przeprosił  i  usiadł,  wciąż  w  świetnym  nastroju.  Spocił  się,  długo  wycierał
twarz  chustką.  Kilkakrotnie  w  milczeniu  gładził  Michała  po  włosach,
wydawał  się  szczęśliwy  i  podekscytowany  podróżą.  Chciał  coś  zapisać
w  notatniku,  wtedy  przypomniał  sobie,  że  zostawił  go  w  aucie.  „Muszę
wrócić”  –  powiedział.  I  wrócił.  Tylko  że  nie  pod  pokład  i  nie  do  samochodu,
lecz, nie mówiąc nikomu ani słowa, na ląd. Opuściwszy prom, od razu zaczął
biec,  nie  oglądając  się  za  siebie.  Nikt  go  nie  zatrzymywał,  nikt  nawet  nie
zwrócił  na  niego  uwagi,  w  porcie  był  tego  dnia  bardzo  duży  ruch.
Tymczasem  Agata  nadal  siedziała  z  synem  na  pokładzie.  Drzemiąc,  opalała
się,  podczas  gdy  Michał  rysował.  Spojrzała  na  zegarek  raz,  potem  drugi
i  trzeci.  Po  dwudziestu  minutach  otworzyła  oczy  na  dobre  i  zaczęła  szukać
wzrokiem  Szymona.  Odczekała  jeszcze  dziesięć  minut,  wreszcie  wstała
i  zaczęła  się  przechadzać  po  górnym  pokładzie,  nie  spuszczając  Michała
z  oczu.  Zegarek  pokazywał  jedenastą  pięćdziesiąt.  Potem  jedenastą

background image

pięćdziesiąt  pięć.  Wreszcie  przyszło  południe,  prom,  zgodnie  z  planem,

zaczął  powoli  odbijać  od  brzegu.  Agata  myślała  najpierw,  że  Szymon  po

prostu  zwiedza  pokłady,  co,  biorąc  pod  uwagę  rozmiary  promu,  mogło  mu
zająć  sporo  czasu.  Gdy  jednak  w  dalszym  ciągu  nie  przychodził,  wzięła  syna

za  rękę  i  zaczęła  go  szukać.  Sprawdzenie  wszystkich  pokładów,  łącznie

z  restauracjami,  bawialniami  dla  dzieci,  korytarzami  i  toaletami,  także

męskimi,  dokąd  wysyłała  Michała,  zajęło  jej  około  godziny.  Po  godzinie

czternastej zawiadomiła załogę promu, prosząc, aby wezwano jej męża przez

głośniki.  Tak  też  zrobiono,  lecz  nie  przyniosło  to  żadnego  rezultatu.

O  czternastej  trzydzieści  dwie  osoby  z  załogi  rozpoczęły  poszukiwania,

jednak  i  to  nic  nie  dało.  Stwierdzono  tylko,  że  od  chwili  zaparkowania

samochodu  nie  otwierano  go  od  zewnątrz.  I  że  notatnik,  po  który  miał  się

udać  Szymon,  nadal  znajduje  się  w  środku,  leży  na  tylnym  siedzeniu.  Agata

straciła  głowę,  Michał  płakał,  wołając  co  chwila  „Ja  chcę  do  tatusia!”.  Ktoś

z  załogi  przyniósł  herbatę  i  soki,  w  końcu  zaproponowano  im  miejsce

w  kajucie  kapitana,  do  czasu  wyjaśnienia  sprawy.  Kiedy  o  piętnastej

trzydzieści  prom  przybił  do  portu  w  Rønne,  natychmiast  zawiadomiono

policję. Po złożeniu pierwszych zeznań w obecności tłumacza Agatę i Michała

odtransportowano  helikopterem  do  Kołobrzegu,  skąd  zabrała  ich  rodzina.
Mijały  dni,  tygodnie,  miesiące.  Ani  policja  duńska,  ani  niemiecka,  ani  tym
bardziej  polska  nie  wpadły  na  żaden  trop.  Jeden  ze  śledczych,  Duńczyk,
zasugerował,  że  w  grę  wchodzi  być  może  zwykła  ucieczka  –  takie  rzeczy
wbrew  pozorom  zdarzają  się  dość  często  –  jednak  ludzie,  którzy  znali
Szymona,  uznali  tę  wersję  wydarzeń  za  całkowicie  nieprawdopodobną.
Szymon, powtarzali zgodnie, nie był człowiekiem, który zniknąłby z czyjegoś
życia  ot  tak  sobie.  Mimo  pewnych  niekonwencjonalnych  zachowań  był
przewidywalny.  Czyjkolwiek  brak  zaufania  odczułby  natychmiast,  czemu
niejednokrotnie  w  przeszłości  dawał  wyraz,  jako  skazę  na  własnym
wizerunku,  do  którego  był  bardzo  przywiązany  i  który  od  lat  wytrwale
pielęgnował.  Znano  tę  jego  cechę,  w  towarzystwie  czasami  nawet  stawała
się  ona  przedmiotem  delikatnych  żartów,  jednak  w  gruncie  rzeczy,  a  już
z  pewnością  w  tej  sytuacji,  świadczyła  na  jego  korzyść.  Hipoteza  ucieczki
szybko  więc  upadła.  W  grę  wchodziły  jeszcze  trzy  wersje  wydarzeń:  po
pierwsze, morderstwo – na to jednak brakło dowodów, gdyż przy najlepszych
chęciach trudno było znaleźć kogoś, kto żywiłby wobec Szymona wrogość tak

background image

wielką,  że  chciałby  go  pozbawić  życia.  Ale  być  może  –  takiej  możliwości  też

nie wykluczano przez pewien czas – Szymon przypadkowo stał się świadkiem

niewygodnej  dla  kogoś  sytuacji  i  musiał  zostać  natychmiast  zlikwidowany;
niestety  nie  znaleziono  na  to  żadnych  dowodów.  Po  drugie,  w  grę  wchodziło

porwanie  –  ale  jakie  mogłyby  być  jego  motywy,  skoro  rodzina  Szymona  nie

należała  ani  do  zamożnych,  ani  wpływowych?  Trzecią  możliwością  był

nieszczęśliwy  wypadek.  Szymon  mógł  wypaść  z  pokładu  –  być  może  zbyt

mocno  wychylił  się  na  zewnątrz,  stracił  równowagę,  a  przecież  wypił

przedtem  trochę  piwa,  i  runął  w  dół.  Gdzie  jednak  podziało  się  ciało?

Morskie  fale  powinny  je  przecież  wyrzucić  na  brzeg.  Toteż  sprawa  stanęła

w  martwym  punkcie.  Od  czasu  do  czasu  policja  podejmowała  jeszcze  jakieś

działania,  które  nie  przyniosły  absolutnie  żadnych  rezultatów.  Sięgnięto

nawet  po  prywatne  zapiski  Szymona,  często  bardzo  intymne,  bywało,  że

wręcz  szokujące  dla  najbliższych  i  przyjaciół,  lecz  i  tam  nie  znaleziono

żadnych  pomocnych  wskazówek.  Czy  to  możliwe,  pytano  się  nawzajem,  by

po człowieku została po prostu czarna dziura?

background image

K

2

azimierz

 K., ojciec Szymona, mieszkał samotnie w obszernym domu

z  ciemnoczerwonej,  otynkowanej  później  cegły,  wzniesionym  kilka

lat  przed  wojną.  Miały  w  nim  zamieszkać  bogate  ciotki  Kazimierza

K.,  bezdzietne,  jednak  porzuciły  ten  pomysł  i  przekazały  dom  swojemu

ubogiemu  siostrzeńcowi,  który  właśnie  wtedy  sprowadził  się  ze  świeżo

poślubioną  żoną  do  S.,  niedużego  miasta  około  stu  kilometrów  na  zachód  od

Lublina.  Budynek,  w  tamtym  czasie  imponujący  i  okazały,  choć  zbyt  drogi

w  utrzymaniu  dla  młodego  inżyniera  zaraz  po  studiach,  stał  na  odludziu,

wciśnięty  między  pola  i  sady,  od  dawna  niepielęgnowane.  W  sadzie

zadomowiły  się  dzikie  koty,  kuny,  bażanty,  czasami  przemknął  ukradkiem

lis.  Z  ulicy  widziało  się  rozłożyste  konary  starych  jabłoni  i  gigantycznych

czereśni,  których  od  lat  nikt  nie  przycinał  i  które  zdawały  się  stopniowo

wchłaniać położony nieopodal dom. W nim właśnie wychowywał się Szymon,
tam też wciąż mieszkał, po rozwodzie z żoną, jego stary ojciec. Kazimierz K.
nie opuszczał miasta, nie miał znajomych, nie rozmawiał z sąsiadami, córka
i  wnuk  nie  przyjeżdżali  do  niego  od  dawna,  syn  zaginął.  Zakupy  –  zawsze
skromne,  mimo  że  uchodził  za  zamożnego  –  robił  w  pobliskim  sklepie,
oddalonym około trzystu metrów od domu. Mówił „dzień dobry”, „poproszę”,
„dziękuję”, „do widzenia”, po czym wychodził tak cicho, jak wszedł. Pewnego
razu  wracając  ze  sklepu,  miał  wrażenie,  że  ze  skwerku  naprzeciwko
obserwuje go badawczo nieznajomy mężczyzna. Stał zbyt daleko, by dało się
zobaczyć  jego  twarz.  Nosił  czarne  dżinsy  i  czerwoną  kurtkę.  Niedbale
opierał  się  o  słup  ogłoszeniowy,  jedną  rękę  trzymał  w  kieszeni,  drugą
leniwie przeczesywał włosy.  Kazimierz K. poczuł się  nieswojo, spuścił  wzrok
i szybko podreptał do domu. Na miejscu sprawdził dokładnie wszystkie okna
i  zamki  w  drzwiach.  Potem  zadzwonił  do  siostry,  Heleny  K.,  jedynej  osoby,
z  którą  utrzymywał  stały  kontakt,  i  opowiedział  jej  o  nieznajomym
mężczyźnie.  Siostra  jak  zwykle  cierpliwie  go  wysłuchała.  Później  przez  co
najmniej miesiąc nic więcej się nie wydarzyło. Lecz któregoś dnia – nadszedł

background image

już październik – Kazimierz K. znów wybrał się na zakupy i znów, wychodząc

ze  sklepu,  napotkał  wzrok  mężczyzny  w  czarnych  dżinsach  i  czerwonej

kurtce.  Nie  było  dokładnie  widać  jego  twarzy,  mimo  to  Kazimierz  K.
wiedział,  że  to  ten  sam  człowiek,  którego  tak  dobrze  zapamiętał  ostatnim

razem.  Jedną  rękę  trzymał  w  kieszeni,  drugą  leniwie  przeczesywał  włosy.

Patrzył.  Sytuacja  powtórzyła  się  w  najdrobniejszych  szczegółach,  Kazimierz

K.  spuścił  wzrok,  szybko  podreptał  do  domu,  sprawdził  okna  i  zamki

w  drzwiach,  po  czym  zatelefonował  do  siostry.  Ta  zaś  spokojnie  wysłuchała

nerwowej  relacji  brata.  Niemal  dokładnie  w  tym  samym  momencie,  gdy

oboje  odłożyli  słuchawki,  telefon  zadzwonił  ponownie.  Kazimierz  K.  sądził,

że  to  siostra  o  czymś  zapomniała,  lecz  kiedy  powiedział  „Halo?”,  po  drugiej

stronie  usłyszał  tylko  ciszę.  „Helena,  to  ty?  To  ty,  Helena?  No  nie  rób  sobie

żartów,  przecież  wiesz,  co  mnie  dzisiaj  spotkało!”.  Odpowiedzią  był  oddech,

miarowy,  wyraźny.  Po  kilkunastu  sekundach  połączenie  zostało  przerwane.

Odtąd  codziennie  miała  miejsce  identyczna  sekwencja  zdarzeń:  zakupy

w  sklepie,  uporczywy  wzrok  obcego  mężczyzny  ubranego  w  czarne  dżinsy

i  czerwoną  kurtkę,  opartego  o  słup  ogłoszeniowy,  jedną  rękę  trzymającego

w  kieszeni,  podczas  gdy  druga  leniwie  przeczesywała  włosy.  Spuszczony

wzrok starego człowieka, pospieszne dreptanie do domu, rozmowa z siostrą,
na  końcu  głuchy  telefon.  W  następnym  tygodniu  Kazimierz  K.  zrezygnował
z  regularnych  zakupów  i  przestał  wychodzić  z  domu.  Wtedy  telefon  zaczął
dzwonić  częściej,  nie  tylko  za  dnia,  ale  także  w  nocy.  Z  reguły  Kazimierz  K.
nie  reagował,  raz  tylko,  nie  mogąc  znieść  hałasu,  podbiegł  do  telefonu,
chwycił  słuchawkę  i  wrzasnął:  „Słuchaj,  ty  chuju,  wiem,  że  to  ty!  Przestań
mnie  dręczyć,  rozumiesz,  co  do  ciebie  mówię?!  Przestań,  bo  zawiadomię
policję,  chuju!”.  Wtedy  rzeczywiście  wszystko  ustało.  Kazimierz  K.  znów
zaczął  ostrożnie  wychodzić  z  domu,  z  początku  tylko  do  ogrodu,  aż  wreszcie
któregoś  dnia  –  lodówka  była  pusta  –  wybrał  się  na  większe  zakupy.
Nieznajomy  mężczyzna  nie  pojawił  się,  Kazimierz  K.  wpadł  w  doskonały
humor.  Wieczorem  zamówił  sobie,  czego  nie  robił  od  dawna,  ulubioną  pizzę
z  szynką,  czterema  rodzajami  sera  i  brokułami.  Z  piwnicy  przyniósł  starą
butelkę  czerwonego  wina,  otworzył  ją  i  czekając  na  zamówione  jedzenie,
wypił kilka kieliszków. Przed godziną dwudziestą usłyszał dzwonek do drzwi.
Zdziwił się, że właśnie do drzwi, skoro każdy, kto chciał wejść na teren jego
posesji,  musiał  najpierw  zaczekać,  aż  zostanie  mu  otwarta  furtka.  Mimo  to

background image

Kazimierz  K.,  lekko  wstawiony  i  wciąż  w  znakomitym  nastroju,  raźno  ruszył

w  kierunku  drzwi  wejściowych,  zamaszyście  je  otwarł,  po  czym…  ujrzał

pustkę.  Lampy  ogrodowe,  reagujące  na  ruch,  były  włączone,  ktoś  musiał  tu
się  kręcić.  Ale  kto?  Nagle  Kazimierz  K.  dostrzegł  leżące  na  progu  płaskie

pudełko  z  ciepłą  jeszcze  pizzą  w  środku  i  odchodzącego  niespiesznie

postawnego mężczyznę w  czarnych dżinsach i czerwonej  kurtce. Dotarłszy  do

furtki  mężczyzna  powoli  zamknął  ją  za  sobą,  wsiadł  do  samochodu

i  odjechał.  Z  osłupienia  wyrwał  Kazimierza  K.  telefon.  W  słuchawce  słychać

było tylko oddech, miarowy i wyraźny.

Nazajutrz, po

  całonocnym  czuwaniu,  przełamawszy  strach,  Kazimierz  K.

wsiadł  do  samochodu  i  pojechał  na  policję  złożyć  doniesienie.  Dyżurny

policjant  sumiennie  zanotował  przebieg  zdarzeń  („Pizza,  mówi  pan?

A  z  jakimi  dodatkami?  Na  cieście  grubym  czy  standardowym?  A  zamawiał

pan  jakieś  napoje?  Aha,  mówi  pan,  że  pił  wcześniej  wino,  rozumiem…”).

Znał  dobrze  Kazimierza  K.  i  wiedział,  czego  się  po  nim  spodziewać.  Dla

świętego  spokoju  wypełnił  odpowiednie  formularze  i  obiecał  zająć  się

sprawą,  choć  w  rzeczywistości  nie  zamierzał  ruszyć  palcem.  Z  chwilą,  kiedy

Kazimierz  K.  opuścił  komisariat,  wszystkie  dokumenty  powędrowały  do

kosza,  a  policjant  powrócił  do  przerwanych  rachunków.  Znalazłszy  się  pod
domem Kazimierz K. stwierdził, że podczas jego nieobecności ktoś dostał się
na  podwórze.  Na  świeżym  śniegu  widać  było  ślady  stóp,  które  pojawiały  się
nagle  na  środku  trawnika,  zupełnie  znikąd,  po  czym  równie  nieoczekiwanie
urywały  się  cztery  metry  dalej,  jak  gdyby  ten,  kto  je  po  sobie  zostawił,
uniósł  się  w  powietrze  i  po  prostu  odleciał.  Drzwi  od  domu  były  zamknięte,
poza  śladami  butów  nic  nie  wskazywało  na  obecność  intruza.  Mimo  to
Kazimierz  K.  zabarykadował  się  od  środka,  postanawiając  przez  jakiś  czas
nie  ruszać  się  z  domu  i  nie  reagować  na  telefon.  Ten  jednak  milczał,
zarówno  tego  dnia,  jak  i  później.  Znów  zrobiło  się  spokojnie,  aż  do  pewnej
grudniowej  nocy,  kiedy  Kazimierza  K.  wyrwał  ze  snu  przerażający  wrzask.
Nie  był  to  wrzask  człowieka,  lecz  zwierzęcia  –  o  ile  zwierzę  potrafi  w  ogóle
wrzeszczeć.  Nagły  krzyk  bólu,  przeciągły  skowyt,  a  potem  już  tylko  ciche
skomlenie, które ostatecznie ustało o świcie. Kazimierz K., wyrwany ze snu,
szybkim ruchem zakrył się pierzyną po sam czubek głowy, po czym na wiele
godzin zastygł w jednej pozycji, nie zmrużywszy oczu. Dopiero około godziny
dziesiątej  równie  zdecydowanym  ruchem  ręki  odrzucił  pierzynę,  ubrał  się,

background image

zapominając  o  majtkach  i  prawej  skarpecie,  machinalnie  zaparzył  sobie

herbatę,  o  której  chwilę  potem  zupełnie  zapomniał,  zjadł,  najwidoczniej  nie

zdając sobie sprawy z tego, co robi, dwie stare i całkowicie wysuszone bułki,
które  poprzedniego  dnia  zamierzał  włożyć  do  zamrażalnika,  jak  to  miał

w  zwyczaju  robić  z  pieczywem  przeznaczonym  na  zapas.  Z  odrętwienia

wydobył  go  warkot  przejeżdżającego  ulicą  ciągnika.  Dziesięć  minut  później,

z  siekierą  w  ręku,  przeczesywał  ostrożnie  sad.  Nie  szukał  długo:  na  gałęzi

starej  gruszy,  nieopodal  furtki,  wisiał  pies  sąsiadów,  potężny  wilczur,  który

wcześniej  ciągłym  ujadaniem,  zwłaszcza  nocą,  regularnie  doprowadzał

Kazimierza  K.  do  wściekłości.  Martwe  zwierzę  bezwładnie  kołysało  się  na

wietrze, całkowicie wypatroszone. Śnieg połyskiwał czerwienią zamarzniętej

już  teraz  krwi,  a  w  pobliżu  krzaka  agrestu  Kazimierz  K.  dostrzegł  wycięte

z ogromną precyzją i ułożone w równym rządku, jak u rzeźnika, wnętrzności:

płuca,  wątrobę,  jelita,  żołądek,  serce.  Podszedł  bliżej,  zatykając  chusteczką

nos  i  powstrzymując  odruch  wymiotny.  Ujrzawszy  dwie  gałki  oczne

umieszczone  obok  siebie  na  żołądku,  w  odległości  około  centymetra,

nieoczekiwanie  pomyślał  o  wisienkach  na  torcie.  Nie  zauważył  nigdzie

śladów ludzkich stóp.

Szymon

  wykorzystał  nieobecność  ojca,  który  jeszcze  tego  samego  dnia

pojechał  na  policję  złożyć  kolejne  doniesienie.  Bez  trudności  otwarł
wytrychem  drzwi.  Cofnął  się  na  podwórko,  dokładnie  zatarł  swoje  ślady,  po
czym  wrócił  do  środka.  Tam  zdjął  buty  i  włożył  je  do  worka  przewieszonego
na  plecach.  Nie  był  w  tym  domu  od  trzydziestu  lat,  mimo  to  niewiele  się
w  nim  zmieniło.  Te  same  tapety,  te  same  wycieraczki,  tak  samo  zawieszone
obrazy  i  lustra  na  ścianach,  tak  samo  rozstawione  meble,  tak  samo
skrzypiąca  podłoga,  ten  sam  zapach.  Jego  dawny  pokój,  na  poddaszu,
wyglądał  identycznie  jak  w  dniu,  gdy  go  opuszczał  na  zawsze.  Na  półkach
zalegały  pożółkłe  komiksy,  Szymon  wziął  jeden  z  nich,  przekartkował,
uśmiechnął  się  na  myśl,  że  pamięta  doskonale  każdy  rysunek  i  każdą
kwestię wypowiedzianą przez poszczególne postacie. W kącie stał wiklinowy
kosz z żołnierzykami, obok, oparta o komodę, góralska ciupaga – prezent od
rodziców.  Łóżko,  biurko,  krzesło,  szafy  na  ubrania,  teraz  puste.  Wolnym
krokiem przemierzył pozostałe pomieszczenia na górze, wszystko wydzielało
gęsty  zapach  starości.  Po  kilku  chwilach  wrócił  na  dół,  sprawdził,  czy  nie
zmienił  się  dawny  rozkład  pokoi  na  parterze,  po  czym  skierował  się  do

background image

piwnicy.  Tam,  pod  stertą  na  wpół  zgniłych  kartonów,  szmat  i  desek,  zrobił

sobie  prowizoryczną  kryjówkę.  Upewnił  się,  że  z  zewnątrz  pozostanie

niewidoczny, następnie zdjął kurtkę, powiesił ją na wieszaku, na którym jego
ojciec trzymał ubrania robocze, i wczołgał się do kryjówki. Czekał.

Czterdzieści  pięć

  minut

  później  usłyszał  ojca,  otwierającego  drzwi

wejściowe do domu i dokładnie sprawdzającego, czy wszystkie zamki zostały

prawidłowo  zamknięte  od  wewnątrz.  Po  południu  Kazimierz  K.  zapadł

w  nerwową  drzemkę,  z  której  obudził  się  po  zapadnięciu  zmroku,  oblany

zimnym  potem.  Przyśniły  mu  się  wydłubane  nożem  gałki  oczne,  dokładnie

dziesięć,  grał  nimi  w  bilard.  Oszołomiony  i  przerażony  zatelefonował  do

siostry,  jednak  rozmowa  z  nią  nie  poprawiła  mu  nastroju.  Nie  miał  ochoty

nic jeść, w telewizji oglądał co popadnie. Zrywał się na każdy szelest. Około

dwudziestej trzeciej poszedł do łóżka, zastanawiając się przez chwilę, czy nie

zostawić  zapalonych  lamp,  lecz  stwierdził,  że  rachunek  za  prąd  będzie  zbyt

wysoki.  Przebrał  się  w  piżamę  i  wyczerpany  strachem  szybko  zasnął.

Szymon  odczekał  do  godziny  pierwszej.  Potem  ostrożnie  wyczołgał  się

z kryjówki, bezszelestnie przemierzył piwnicę i wszedł po schodach na górę.

Drzwi  ustąpiły  lekko.  Od  sypialni  ojca  dzielił  go  korytarz,  pokój  dzienny

i  gabinet.  Ruszył  przed  siebie,  cicho  stąpając  po  wykładzinie.  Było  ciemno,
mimo  to  dokładnie  pamiętał,  jak  iść.  W  przeszłości,  gdy  jeszcze  tu  mieszkał,
w  ten  właśnie  sposób,  po  ciemku,  niezauważenie  przemykał  obok
pomieszczeń, w których przesiadywał ojciec. Pamiętał, że skrzypiący parkiet
zaczyna  się  za  progiem  pokoju.  Kiedy  tam  dotarł,  zrobił  dwa  powolne,  choć
zdecydowane kroki – nocną ciszę przerwały głośne skrzypnięcia. W tej samej
chwili  ojciec  otworzył  szeroko  oczy  i  już  wiedział:  ktoś  wszedł  do  pokoju
dziennego,  zmierzał  w  kierunku  sypialni.  Jednak  Szymon  bynajmniej  się  nie
spieszył,  przeciwnie.  Całkowicie  znieruchomiał,  tłumiąc  nawet  oddech.
Kolejne  dwa  kroki  zrobił  dopiero  po  upływie  kwadransa.  Wiedział,  że  ojciec
nie śpi, z oddali czuł jego narastający strach. Maksymalnie spowalniał swoje
ruchy, a równocześnie starał się, by każde skrzypnięcie było dobrze słychać.
Minęła  godzina,  zanim  dotarł  do  gabinetu,  kolejna,  gdy  wreszcie  stanął
przed  lekko  uchylonymi  drzwiami  sypialni.  Popchnął  je  delikatnie  tak,  by
otworzyły  się  centymetr  szerzej,  po  czym  znów  zastygł  w  bezruchu.  Jego
ojciec wpatrywał się w ciemność, z przerażenia nie mógł nawet ruszyć ręką.
Słyszał  i  czuł  wszystko:  najpierw  regularne  skrzypnięcia,  potem  subtelne

background image

poruszenia  powietrza  wywoływane  przemieszczającym  się  ciałem,  a  potem

jeszcze  powolnym  otwieraniem  drzwi.  Nie  włączył  lampki  nocnej,  nie

zapytał,  kto  tam.  Tylko  oddychał,  ciężko  i  głośno.  Szymona  rozbawiła
nieoczekiwana  myśl,  że  jego  ojciec  wysysa  powietrze  z  sypialni  niczym

ogromny  odkurzacz  i  niedługo  obaj  się  uduszą  z  braku  tlenu.  O  czwartej

drzwi  były  uchylone  na  szerokość  głowy.  Szymon  poczuł  zapach  świeżego

moczu  dochodzący  z  wnętrza  sypialni,  zrobiło  mu  się  niedobrze.

Równocześnie słyszał coraz szybszy, świszczący oddech ojca, odgłos jego krwi

tłoczonej 

pośpiechu 

żyłami; 

wyczuwał 

napięcie 

gałek 

ocznych

zesztywniałych  od  wpatrywania  się  w  ciemność.  Z  kieszeni  kurtki  wyjął

niedużą  latarkę.  Skupił  się  jeszcze  bardziej.  Mimo  ciemności  potrafił

dokładnie,  co  do  centymetra,  określić  miejsce,  w  którym  leżał  jego  ojciec.

Czuł,  jak  ten  dom,  który  tak  dobrze  znał,  zaczyna  ożywać.  Ściany  falowały,

podłoga  tańczyła,  lampy  kołysały  się  na  suficie  miarowymi  ruchami

wahadła. 

Powracały 

sceny 

sprzed 

lat, 

cierpliwie 

przechowywane

w  nasączonych  przeszłością  murach.  Krzyki  rodziców  w  ciemności,  odgłosy

szamotaniny  na  dole,  szyba,  w  którą  rzucono  kamieniem,  płaczący  ojciec,

nagle  taki  bezsilny.  Omdlenia,  niemoc  w  nogach,  nóż  schowany  pod

poduszką,  na  wszelki  wypadek.  Świerszcze  rzucane  pająkom  na  pożarcie,
samotne  godziny  spędzone  na  zabawach  w  sadzie,  szczęśliwe.  Jacyś  goście,
dużo  prezentów,  potem  znowu  wielka  kłótnia  i  rozstanie,  tym  razem
ostateczne.  Szerszenie,  które  próbował  ogłuszać  ciosem  pięści,  z  różnym
skutkiem.  Noce,  kiedy  ojciec  i  matka,  po  kolejnej  kłótni,  robili  w  ciszy  coś,
czego wtedy nie rozumiał.

Chwilę później

 skupiony

  snop  światła  wystrzelił  prosto  w  lewe  oko  ojca.

Szymon  usłyszał  cichy  jęk.  Tik  tak,  tik  tak,  tik  tak,  zegar  głośno  wybijał
kolejne  sekundy.  Powieka  ojca  ani  drgnęła,  lecz  źrenice  skurczyły  się,  jakby
ktoś  je  mocno  ścisnął  między  palcami.  Oddech  ustał.  Odczekawszy  kilka
minut,  Szymon  podszedł  do  łóżka  i  sprawdził  puls  leżącego.  Do  rana
cierpliwie  usuwał  wszystkie  ślady,  również  z  latarki,  którą  wychodząc,
zostawił  na  krześle  obok  łóżka.  Przed  nastaniem  świtu  opuścił  dom,  nie
zamykając  za  sobą  ani  drzwi  wejściowych,  ani  furtki.  I  właśnie  ona,  otwarta
na  oścież,  zaciekawiła  sąsiada.  Odkąd  tu  mieszkał,  nigdy  się  nie  zdarzyło,
by  Kazimierz  K.  nie  zamknął  starannie  wszystkiego,  co  tylko  nadawało  się
do  zamknięcia.  Nawet  koszule  dopinał  zawsze  ciasno  pod  szyję,  na  ostatni

background image

guzik.  Sąsiad  odczekał  jeden  dzień,  potem  drugi,  nie  chcąc  bez  wyraźnego

powodu  wchodzić  na  cudzy  teren.  Z  Kazimierzem  K.  łatwo  było,  o  czym

przekonał  się  wielokrotnie  w  przeszłości,  o  zatarg.  Dopiero  drugiego  dnia
wieczorem,  kiedy  nic  się  nie  zmieniło,  zdecydował  się  coś  zrobić.  Wołając

głośno  „Panie  Kazimierzu!”,  minął  furtkę  i  znalazł  się  na  podwórzu.  „Panie

Kazimierzu!  Panie  Kazimierzu,  to  ja,  sąsiad,  Heniu  Lewandowski!”.  Nie

mogąc doczekać się  odpowiedzi, ale i nie  chcąc wchodzić od  razu do  środka,

mimo  że  ogarniała  go  coraz  większa  ciekawość,  obszedł  dom  dookoła,

patykiem  pukał  w  szyby,  nawoływał.  Nikt  nie  odpowiadał.  W  końcu,

rozejrzawszy  się  najpierw  na  boki,  jak  gdyby  popełniał  jakieś  wykroczenie,

wszedł  do  domu.  „Halo!  Panie  Kazimierzu,  to  ja,  Heniu!  Zapomniał  pan

zamknąć  drzwi!  Zimno  panu  naleci  do  środka,  szkoda  opału!”.  W  środku

panował  przenikliwy  ziąb,  kwiaty  w  doniczkach  powiędły,  woda  zamarzła.

Lada  chwila  mogły  pęknąć  rury,  temperatura  na  zewnątrz  z  dnia  na  dzień

spadała,  ze  wschodu  nadciągał  wielki  mróz.  Sąsiad  nie  znał  rozkładu  domu,

nigdy wcześniej w nim nie był. Początkowo, kiedy się sprowadził na tę ulicę,

chciał  się  zbliżyć  do  Kazimierza  K.,  co  prawda  nie  z  przyjaźni,  lecz  ze

zwyczajnej  ciekawości.  Raz  nawet  zaprosił  go  do  siebie  na  kawę.

Rozmawiało  im  się  miło,  lecz  sam  w  rewanżu  nie  został  zaproszony
i  w  końcu  dał  za  wygraną.  Myśląc  o  tym  wszystkim,  Lewandowski
przeszukiwał  ostrożnie  kolejne  pomieszczenia.  Dopiero  na  samym  końcu
trafił do sypialni. Trup miał otwarte oczy.

Najszybciej

  przybył  dziennikarz  lokalnej  gazety,  który  jako  pierwszy

otrzymał telefon. Lewandowski od dawna marzył, by jego nazwisko i zdjęcie
znalazło  się  w  prasie.  Barwnie  opowiadał  o  swoich  poszukiwaniach,  dodając
do  całej  historii  szczegóły  całkowicie  niezgodne,  co  się  później  okazało,
z  prawdą.  Twierdził,  że  w  nocy  słyszał  rozmowy  obcych  mężczyzn
mówiących  w  nieznanym  mu  języku,  a  także  odjeżdżające  z  piskiem  opon
auto.  Lekarze  pogotowia,  którzy  tymczasem  zdążyli  zabrać  się  do  pracy,
stwierdzili  atak  serca,  była  to  według  nich  bezpośrednia  przyczyna  zgonu.
Funkcjonariusze  z  lokalnego  posterunku  dokonali  wstępnych  oględzin,  nie
znaleźli  jednak  nic  niepokojącego.  Latarka  nie  wzbudziła  ich  podejrzeń,
uznali  ją  za  własność  zmarłego.  Do  piwnicy,  gdzie  bez  trudu  znaleźliby
pozostawioną  przez  Szymona  K.  kurtkę,  w  ogóle  nie  weszli,  informację
o  otwartej  furtce  i  drzwiach  wejściowych  zignorowali.  Obiecali  powiadomić

background image

najbliższą rodzinę, po czym odjechali, wymawiając się pilnym wezwaniem do

wypadku, najwyraźniej dokądś  im się spieszyło. Kiedy  kilka tygodni  później,

w  obliczu  kolejnych  niewyjaśnionych  przypadków  śmierci  w  rodzinie
Kazimierza  K.,  śledztwo  przejęła  lubelska  policja,  utrzymywali,  że  latarka

umknęła ich uwadze, a informacji o otwartej furtce i drzwiach nie otrzymali.

Do  piwnicy,  gdzie  podczas  następnego  przeszukania  odkryto  podejrzaną

kurtkę, nie zajrzeli, ponieważ nie mieli pojęcia, że w tym domu w ogóle jest

piwnica.  Dopiero  gdy  udowodniono  im  nielegalny  handel  alkoholem,

przyznali,  że  nie  interesowali  się  tą  sprawą  ani  też  żadną  inną.  Wkrótce

zostali wydaleni z policji i postawieni w stan oskarżenia.

Ciało

 Kazimierza

  K.  spoczęło  w  rodzinnym  grobowcu,  obok  jego  matki,

ojca,  wujów  i  ciotek.  W  pogrzebie  uczestniczyli  siostra  i  siostrzeniec,  poza

tym  kilka  miejscowych  staruszek,  dla  których  uroczystości  pogrzebowe

stanowiły  jedyną  rozrywkę  w  ciągu  całego  tygodnia.  Był  też  jakiś  starszy

człowiek,  trzymający  za  rękę  małego  chłopca,  być  może  wnuka.  Chłopiec

miał  nienaturalnie  surowy  wygląd  twarzy,  natomiast  staruszek  ciągle

uśmiechał  się  pod  nosem  i  szurał  nogami.  Nikt  nie  zwrócił  uwagi  na

mężczyznę,  który  w  odległości  około  stu  metrów  stał  oparty  o  potężną

brzozę  i  niedbale  obserwował,  co  się  dzieje.  Mimo  siarczystego  mrozu  był
bez kurtki. Jedną  rękę schował w  kieszeni, drugą przeczesywał  zmierzwione
włosy. Kiedy cmentarz opustoszał, on także się oddalił.

 

Relacja Katarzyny K.

Na

  początek  coś  o  mnie?  Nazywam  się  Katarzyna  K.,  urodziłam  się  w  roku

19…,  chodziłam  do  szkoły,  tak,  podstawowej,  w  S.,  wyprowadziłam  się
potem  z  domu  i  dalej  to  już  ja  mieszkałam  w  Lublinie,  w  internacie,  dalsza
nauka w liceum, profil mat.-fiz., tak, matematyczno-fizyczny. Zawsze bardzo
dobrze  się  uczyłam,  studia  też  tam,  w  Lublinie,  matematyka,  miałam  zostać
nauczycielką,  ale  na  czwartym  roku  dostałam  stypendium,  wyjechałam  do
Anglii,  spodobało  się,  zostałam,  po  studiach  najpierw  praca  w  sklepie
ogrodniczym  w  Cookham  pod  Londynem,  potem  przeniosłam  się  na  północ,
do  Szkocji,  Arbroath,  potem  jeszcze  dużo  zmieniałam  miejsca  pobytu,  krótko
byłam  w  Norwegii  i  Szwecji,  zawsze  wracałam  do  Anglii,  tam  mi  się
najlepiej  podobało.  Ale  w  Szkocji  też.  Pracowałam  u  ogrodników,  kiedy
byłam  bardziej  na  południu,  na  północy  pracowałam  w  firmach  różnych,

background image

handlowały  nasionami,  nawozami  sztucznymi,  maszynami  rolniczymi

i  innymi,  nie  mam  męża,  nie  mam  dzieci.  Dawno  w  Polsce  nie  byłam,  nie

kontaktuję  się  od  dawna.  Co  mogę  powiedzieć  o  Szymonie?  Zanim  zniknął,
już  wtedy  rzadko  się  widywaliśmy.  Mieszkałam  daleko,  nie  przyjeżdżałam

prawie  wogle,  nie  przyjechałam  nawet  na  ślub  Szymona,  tylko  Szymon

czasem  wpadał  do  mnie,  sam,  później  z  rodziną,  jego  zdjęć  nie  mam,

wspomnień  z  nim  trochę  tak.  Ale  dawnych,  bardzo,  coś  jakby  to  było

bynajmniej  z  innego 

dimensio

n,  wymiaru,  dziękuję.  Byłam

  starsza

  dziewięć

lat,  cieszyłam  się,  pamiętam,  kiedy  się  urodził,  brałam  na  ręce,  jak  ta,

niańka,  jak  lalkę,  nocami  wył  strasznie,  chyba  go  coś  bolało,  ale  nikt  nie

wiedział  co,  lekarka  mówiła,  że  kolka  i  że  w  końcu  przejdzie.  Ale  trwało  to

długo, horror, spać  nie mogliśmy, ojciec  się wściekał i szedł  spać do  garażu,

do  auta,  a  nas  z  nim  zostawiał.  Potem  faktycznie  się  uspokoiło,  nie  było  już

tak  mocno.  Pogodne,  miłe  dziecko,  nie  pamiętam,  żeby  potem  często

chorował,  kompletnie.  Czasami  szedł  nam  na  nerwy,  bo  bardzo  ruchliwy

i  ciekawski,  zawsze  trzeba  było  go  trzymać  w  oku,  ale  ogólnie  okej.  Potem

już  podrósł  trochę,  nie  spędzałam  z  nim  dużo  czasu,  byłam  dużo  starsza,

więc  zabaw  razem  było  mało,  kłóciliśmy  się,  denerwował  mnie,  był

upierdliwy,  tak  to  się  chyba  mówiło,  chciał,  żeby  się  z  nim  bawić,  do  tej
pory  pamiętam  to:  „Kiedy  się  ze  mną  pobawiiiiiiiisz?”,  z  tym  takim  długim
„i”,  szło  mi  to  na  nerwy.  Ciągle,  ciągle!  Był  trochę  biedny,  bardzo  sam,  od
małego,  pan  był  w  naszym  domu,  to  pan  widział,  jak  tam  jest.  Teraz  pewnie
i  tak  lepiej,  chociaż  dawno  tam  nie  byłam  i  nie  zamierzam,  ale  wtedy  tam
było  dokładnie  pusto,  dom  na  boku  miasta,  otoczony  sadami,  polami  i  były
one już wtedy… no, sam bush, 

you

 know

, drzewa

 wysokie, gęste, szczególnie

jabłonie  ogromne,  nikt  tego  nie  przycinał,  pełno  wysokich  traw,  krzewów
i  pokrzywów,  agresty,  porzeczki,  które  trzeba  było  latem  zbierać,  ogromne
liczby  porzeczek,  bardzo  nudne  zbierać  porzeczki,  szału  można  dostać,  i  do
tego gorąco, bo trzeba uważać przed pokrzywą i grubo ubierać, Szymon tego
nie  znosił,  a  ojciec  i  matka  wszystko  kazali  zbierać,  to  wszystko,  te
wszystkie  drzewa  rośliny,  bardzo  zabierało  światło  naszemu  domu,
pamiętam  półmrok,  ciągle  półmrok.  Wieczny  półmrok  dosłownie.  Ulica  też
była słabo oświetlona,  pan rozumie, jak  tam było, a zimą  to już  kompletnie,
jakby  ta  ciemność  człowieka,  no  nie  wiem,  wsesała,  wsysała,  o,  dziękuję,
tak.  Wszędzie  cicho,  tylko  psy  gdzieś  szczekały  daleko,  no  jak  z  jakiegoś

background image

filmu,  jakby  ktoś  tak  specjalnie  wszystko  zaplanował  i  ułożył,  naprawdę  jak

z  filmu,  nie  żartuję,  nie  lubiałam  wychodzić  z  domu  po  ciemku,  a  czasami

trzeba  było,  bo  zimą,  wiadomo,  wcześnie  ciemno.  Zresztą  dom  też  zawsze
był  taki  jakiś…  Niby  duży,  niby  raczej  dość  bogato,  bo  ojciec  potem  dobrze

zarabiał,  na  początku  nie,  ale  potem  to  tak,  i  miał  jakieś  pieniądze  po

rodzinie,  ale  ciemno  i  cicho.  Grube  mury,  duża  piwnica,  duży  strych,

dzieciak  byłam,  to  się  bałam  być  tam  sama,  bynajmniej,  Szymon  też,

a zdarzało się nam, kiedy ojciec i matka wychodzili do pracy, a myśmy mieli

szkołę  na  drugą  zmianę,  kiedyś  musiałam  przed  południem  na  godzinę

zostawić  Szymona  w  domu,  chyba  po  chleb  poszłam,  miał  wtedy  może

siedem  lat,  chyba  jakoś  tak,  w  każdym  bądź  razie  nie  był  już  taki  mały,

wracam,  a  on  siedzi  na  stołku  w  kuchni,  nos  do  szyby  przyłożony,  patrzy  się

w  podwórko  za  oknem,  ale  w  sumie  nie  wiem,  czy  coś  wogle  widzi,

he’s  trembling,  he’s  trembling,

  nie

  chce  się  odwrócić,  dopiero  jak  go

przytulałam,  przestał,  mówił,  że  bał  się  spojrzeć  do  tyłu,  bo  jakby  się

spojrzał, to by go coś połknęło. „Ale co?” – pytam. „Coś” – odpowiada. Potem

było  tak  jeszcze  parę  razy,  a  potem  się  wyprowadziłam  do  internatu

i  bynajmniej  nie  wiem,  jak  długo  to  jeszcze  trwało.  Mówiłam,  byłam  dużo

starsza  od  Szymona,  długo  mieliśmy  lekki  kontakt  ze  sobą,  denerwowało
mnie,  bo  uważałam,  że  Szymon  to  taki  synek  mamusi,  dziwne,  dużo  lat
później  Szymon  opowiadał  mi,  że  to  on  czuł  się  na  uboczu,  i  że  to  ja  byłam
u  mamy  zawsze  na  przedzie,  potem  było  między  nami  lepiej,  ale  wtedy  już
mieliśmy  lekki  kontakt  i  rzadko,  bo  on  jeszcze  mieszkał  w  S.,  a  ja
w  Lublinie,  później  on  w  Lublinie,  ale  ja  już  zamieszkałam  w  Anglii,  i  tak,
wie  pan,  lata  mijały,  rozminęliśmy  się  gdzieś.  Nie  mogę  powiedzieć,
żebyśmy  byli  sobie  bliscy,  chyba  nie,  ale  też  nie  byliśmy  obcy,  trudno  to
wyjaśnić,  to  co  nas  łączyło,  może  jednak  jakoś  się  mimo  wszystko
rozumieliśmy.  W  sumie  nie  mogłam  na  początku  narzekać,  ojciec  był  dla
mnie  dobry,  kiedy  byłam  mała,  dużo  wiedział,  opowiadał,  śmieliśmy  się
dużo,  zajmował  się  mną,  mam  z  nim  dużo  zdjęć  razem,  to  znaczy  miałam
w  Polsce,  nie  zabrałam  ich  ze  sobą  do  Anglii.  Basen,  jezioro,  badminton,
wakacje w górach i nad morzem, miło… Szymon miał już gorzej, urodził się,
kiedy  między  ojcem  i  matką  było  gorzej,  mniej  się  nim  zajmowali,  ale  raz
w  roku  było  inaczej,  bo  ojciec  zabierał  Szymona  na  wakacje  w  góry,  dwa
tygodnie  tylko  we  dwóch,  zawsze  był  wtedy  inny,  nagle  naprawdę 

loving

background image

father,

  tende

r,

  you

  know,  czuły, 

exactl

y

.  Szymon

  zawsze  lubiał  z  nim

wyjeżdżać  i  tak  bardzo  lubiał  góry.  A  kiedy  wracali  do  domu,  wszystko

wracało do starego. Nie ten sam ojciec, Szymon nie rozumiał tego, dlaczego
ta  zmiana,  dlaczego  ojciec  był  inny  tam  i  w  domu.  Lubiał  z  nim  być

w  górach,  kochał  to,  ale  potem,  w  domu,  bał  się  go  i  unikał,  jak  mógł.

Chował  się,  kiedy  przyjeżdżał  z  pracy,  nie  ruszał  się,  prawie  nie  oddychał,

żeby  tylko  ojciec  go  nie  zauważył,  a  kiedy  ojciec  czasami  wyjeżdżał  na

delegację,  to  było  wtedy  święto,  jakby  ktoś  mu  zdjął  ogromny  ciężar.  Jemu,

mnie,  nam  wszystkim.  Pamiętam  jeden  taki  weekend,  ojciec  wyjechał,  coś

tam  budował  pod  Łodzią,  maj,  gorąco,  ogród  kwitnie,  gramy  w  piłkę,  na

niebie 

beautiful

  clouds,  naprawdę  piękne,

  takie

  gęste,  jak  wełna,  białe,

trudno  mi  to  opisać,  widzi  pan,  ten  mój  polski.  Ale  pamiętam  to  dobrze.

Mam  to  w  głowie.  Szymon  właściwie  najczęściej  sam  był  w  domu  z  kobietą,

która  im  gotowała  obiady  i  trochę  sprzątała,  była  wścibska,  ale  nią  lubiał,

bo  była  z  nim,  dużo  z  nim  rozmawiała,  tłumaczyła  co  i  jak,  siedział  z  nią

w  kuchni,  pytał,  słuchał.  Raz  podsłuchałam,  jak  pytał,  co  to  kopyta,  mały

musiał  być.  Ona  mu  tłumaczy,  tłumaczy,  a  na  końcu  on  nią  pyta:  „Czy  pani

ma kopyta?”, bez złośliwości, był mały, a ja wszystko słyszałam i sikałam ze

śmiechu  obok  w  pokoju,  w  sumie  to  nawet  nie  było  głupie  pytanie,  bo  ona
faktycznie  miała  takie  ciężkie,  grube  nogi,  kloce,  miała  ciągle  owinięte
jakimiś 

grubymi 

bandażami, 

bolało 

nią. 

Była 

stara, 

zmarszczki,

przygarbiona, nie mówił do niej „Babciu!”, ale tak nią kompletnie traktował,
ona  też  go  lubiała,  chociaż  czasem  mówiła  o  nim,  że  taki  –  jak  to  było?  –
głupiomądry.  Głupiomądry,  bynajmniej.  Zna  pan  to  słowo?  Tak?  Na  wsi
czasem  też  mówili  o  takich  filozof,  to  pamiętam.  Robiła  mu  małe  prezenty.
Trudno go było nie lubić, żywe srebro, mówili i zachwycali się, byłam nawet
zazdrosna,  nawet  o  to,  że  to  taki  ładny  chłopiec,  delikatna  uroda,  kręcone
blond  włosy,  które  mu  potem  ściemniały  i  się  wyprostowały,  ale  ładny  był
zawsze. Wogle wiele ludzi myślało, że to dziewczynka, pamiętam jedno takie
zdjęcie, rozwiewichrzone włosy, jakby go ktoś zatrzymał, kiedy biega, i taka
mina – bo ja wiem? Zawadiacka? Tak to się mówi? Dziękuję. „

So

 what?!”,

  tak

wyglądał,  jakby  właśnie  dokładnie  to  mówił.  „I  co  mi  zrobicie?”,  może  też.
Kompletnie  czuły,  wrażliwy,  tylko  że  często  rzeczywiście  taki  mały
mądralański,  może  dlatego,  że  wcześnie  nauczył  się  czytać  i  dużo  czytał,
i  dużo  wiedział  na  swój  wiek,  co  miał  zresztą  robić  w  tym  domu  sam?

background image

Dopiero  później  polubiał  zabawy  w  sadzie,  ale  tam  też  był  raczej  sam,

z  tego,  co  pamiętam,  tak.  Nie,  to  musiał  mi  w  zasadzie  sam  opowiadać,  bo

ja  przecież  już  wtedy  nie  mieszkałam  w  S.  Zanim  się  wyprowadziłam,
między  matką  i  ojcem  już  było  źle,  coraz  mniej  znajomych,  wyjazdów,

wycieczek,  zero  wakacji  razem,  jakby  wszystko  wokół  się  zamykało,  tak  to

pamiętam,  kompletnie,  szczelnie  zamykało,  jakby  ojciec  i  matka  chcieli  się

w tej złości na siebie – nie wiem – ukisić, i nas przy okazji też. Ojciec mówił,

że  matka  go  zdradza,  i  inne  jeszcze  takie,  matka  że  nie,  niby  to  cofała  się,

zamykała  w  sobie,  milczała  jakoś  tak,  jak,  no  nie  wiem  jak,  to  jeszcze

bardziej  denerwowało  ojca,  wrzeszczał  strasznie,  potrafił,  jak  to  się  mówiło,

przepraszam,  dosrać  człowiekowi.  No  ale  matka  w  sumie  też.  Potem  doszły

inne  sprawy,  obaj  dziwnie  reagowali,  z  niechęcią,  kiedy  widzieli,  że

zaczęłam  się  interesować  chłopakami,  i  faktycznie,  szybko  przestałam,  bo

nie  chciałam  problemów.  A  przynajmniej  udawałam,  że  przestałam,

zaczęłam  się  ze  wszystkiego  wycofywać,  taka  niby  grzeczna  córeczka,  co

tylko  się  uczy.  Właściwie  to  mi  zostało  niestety  do  dzisiaj,  bynajmniej,  to

cofanie  się,  nieważne.  Wtedy  trudno  było  mi  się  z  tym  pogodzić,  dzisiaj

powiem  tak,  że  mam  poczucie,  że  matka  i  ojciec,  nie  wiem,  jak  to  nazwać  –

nie  lubieli  nas?  Mnie  i  Szymona?  Na  pewno  nas  kochali  i  opiekowali  się
nami,  ale  żeby  lubieć,  to  chyba  nie,  normalnie  człowiek  lubi  swoje  dzieci
i  podlewa  je  jak  taką  roślinkę,  na  którą  trzeba  uważać  i  kompletnie  chroni
nią. Żeby rosła. A oni nie uważali nas, jakbyśmy im w czymś zawadzali. Ale
w  czym?  Nie  umiem  inaczej  o  tym  mówić.  Z  braku  koleżanek  i  innych  zajęć
od  małego  dużo  się  uczyłam,  byłam  bardzo  dobra,  jeździłam  na  jakieś
konkursy,  wygrywałam,  robiło  mi  to  przyjemność,  nie  powiem,  bez  chęci
potem  wracałam  do  domu.  Ojciec  i  matka  niby  chwalili,  tylko  te  pochwały
jednak  miały  coś  wymuszonego,  jakby  się  przymuszali,  jakby  wiedzieli,  że
powinni  pochwalić,  bo  tak  się  robi,  ale  raczej,  I  don’t  know,  naśladowali

chwalenie, tak

  niektórzy  czasami  naśladują  uczucia,  znam  takich,  którzy  nie

czują  w  rzeczywistości.  I  to  było  dość  sztuczne.  Czuło  się,  że  nienaturalne.
Szymon obrywał, zwłaszcza od ojca, że głupi, że tuman, że się nie nadaje, że
nie umie, a powinien umieć, wszystko źle i nie tak. A Szymon naprawdę się
starał  i  naprawdę  był  bystrym  dzieckiem,  tylko  że  się  ojca  okropnie  bał
i  z  tego  zdenerwowania  mu  nie  wychodziło,  czasem  aż  żal  było  widzieć,
matka  czasami  się  za  nim  wstawała,  wstawiała,  znaczy  się,  ale  nie  za

background image

często,  bo  raczej  myślała  o  tym,  jak  ojcu  sama  dosrać  –  przepraszam,  jakoś

mi  to  słowo  zostało  w  głowie,  fajne,  isn’t  it

?  –  a  nie  jak  to  wszystko

zakończyć, żeby ojciec dał Szymonowi spokój, bo on go ciągle wyzywał i inne
takie,  sama  byłam  kiedyś  świadkiem,  jak  wróciłam  ze  szkoły,  po  południu,

bo miałam drugą zmianę, i już słyszę, że ojciec i matka sobie skaczą do oka,

a  potem,  kiedy  ojciec  na  chwilę  wyszedł  do  innego  pokoju,  żeby  coś  tam

przynieść,  co,  nie  pamiętam,  jakiś  dowód,  jak  mówił,  tyle  pamiętam,  bo

często  mówił  o  jakiś  dowodach,  to  Szymon  –  zobaczyłam  to  na  własne  oczy,

bo  w  końcu  tam  weszłam  –  klęczał  przed  matką,  ręce  podniesione  do  góry,

jakby  się  do  niej  modlił,  i  błagał,  i  płakał:  „Mamusiu,  daj  spokój,  mamusiu,

daj  spokój!”.  Nieważne,  czyja  akurat  wtedy  była  wina,  czy  ojciec  to  zaczął,

czy matka, nie  wiem, to nieważne,  Szymon po prostu chciał,  żeby matka  się

wycofała,  bał  się  ojca  i  jej,  i  żeby  już  na  siebie  nie  wrzeszczeli,  bo  okropnie

się  bał,  ich  obu  się  bał,  matki  i  ojca,  ale  matka  nie  przestała,  poszła  na

całość,  i  ojciec  też,  było  wtedy  ostro,  pamiętam  zupełnie.  I  coraz  częściej,

tak,  to  się  powtarzało  co  kilka  dni,  czasami  codziennie,  nie  będę  wchodzić

w  szczegóły,  ale  zdarzało  się,  że  po  takiej  nocce  nie  szliśmy  do  szkoły,  ja

i  Szymon,  żeby  wszystko  odespać,  bo  nie  spaliśmy  całą  noc.  Któregoś  razu

ojciec  wrócił  pijany  i  niby  się  nie  awanturował,  nawet  pamiętam,  że  miał
dobry  humor  wyjątkowo,  ale  Szymon  i  tak  się  go  potwornie  bał,  bo  wogle
bał się pijanych ludzi, strasznie się bał, od zawsze, nie wiem, skąd mu się to
wzięło  i  dlaczego,  ale  bał  się,  i  bał  się  o  siebie  i  matkę,  że  ojciec  im  coś
zrobi.  Więc  prosił,  że  będzie  spał  z  nimi,  wziął  ukradkiem  z  kuchni  nóż,
zresztą  taki  tępy,  do  smarowania  masła,  położył  pod  swoją  poduszką  i  tylko
matce  o  tym  powiedział,  że  w  razie  czego  nią  obroni,  bał  się  okropnie.
W  środku  nocy  czuje,  jak  ktoś  go  szarpie  za  ramię,  pali  się  światło,  ojciec
trzyma  mu  nad  oczami  ten  nóż,  który  znalazł  i  pyta:  „Co  to  jest?!  Co  to
jest?!”  i  Szymon  w  płacz,  ojciec  go  wywalił  na  górę,  rzucił  na  podłogę
jakiegoś  większego  noża  i  krzyczy:  „Masz,  ten  lepiej  nadaje  się  do  zabicia
ojca!”.  Wszystko  słyszałam  na  górze,  taki  show  ojca,  wie  pan,  teatr.  Matka
niby  próbuje  wszystko  załagodzić,  ale  potem  okazało  się,  że  to  ona
powiedziała  ojcu  o  nożu.  Czemu?  Nie  wiem,  może  myślała,  że  ojciec
przestanie,  albo  chciała  mu  pokazać,  że  syn  jest  przeciw  niemu,  nie  wiem,
takie  to  były  rozgierki  między  nimi  –  rozgrywki,  tak,  przepraszam,  albo
gierki,  dziękuję  –  widzi

  pan,  między  matką  a  ojcem.  Najgorzej  było  przed

background image

komunią  Szymona,  pamiętam,  że  ojciec  znowu  zaczął  ciągnąć  te  swoje

historie  z  kochankami  matki,  to  było  śmieszne,  bo  matka  była  trudna,  ale

kto nie jest trudny, i ja sama praktycznie później od niej uciekłam, ale akurat
do  mężczyzn  to  chyba  właściwie  miała  całe  życie  jakieś  obrzydzenie  nawet,

może  tylko  do  ojca  nie,  na  początku.  I  don’t  know

,  nigdy

  ich  do  końca  nie

zrozumiałam,  w  każdym  bądź  razie  to  było  jakoś  przed  komunią  Szymona,

tak się pożarli, że ojciec wywalił matkę na górę, bynajmniej, tam były jakieś

pokoje,  jeden  Szymona,  dostał  go  po  mnie,  ja  już  wtedy  byłam  w  Lublinie.

Szymon go nie lubił, bo żeby tam się dostać, musiał przejść ciemny korytarz,

który  prowadził  na  strych,  a  na  strychu  zawsze  były  myszy,  wielkie  czarne

pająki,  słychać  było  ptaki  na  dachu,  robiły  tymi  nóżkami  mało  przyjemne,

szczególnie  w  nocy,  te  wszystkie  dźwięki,  w  sumie  straszne,  a  dla  dzieciaka

to  już  wogle.  Więc  Szymon  może  nawet  się  cieszył,  że  matka  będzie  z  nim,

bo kochał nią bardzo i czuł się bezpieczniej, kiedy ona była, spał z nią razem

chyba  do  dziesięciu  lat  w  jednym  łóżku,  albo  i  dłużej,  i  wogle  oni  mieli  taki

wspólny  język  i  jakieś  powiedzonka  tylko  dla  nich,  ale  to  było  oczywiście

wszystko  razem  potworne,  to,  że  ojciec  wyrzucił  z  sypialni  wszystkie  rzeczy

matki  i  kazał  niej  przenosić  na  górę,  potem  powiedział,  że  te  pokoje  to  dla

nich  za  dużo  i  jeden  pokój  zamknął,  i  kazał  matce  do  siebie  mówić  „pan”,
a  sam  do  niej  mówił  „pani”.  Uśmiecha  się  pan?  No,  tak  wogle  to  było
śmieszne, bynajmniej, dwadzieścia, nie, więcej nawet lat małżeństwo, dwóch
dzieci  i  nagle  zaczynają  mówić  „pan”,  „pani”  do  siebie,  a  dzieciak  wszystko
widzi i słyszy, i nie wie, co się dzieje, dlaczego mama i tata mówią nagle do
siebie  „pan”,  „pani”.  Nawet  nie  mieli  mu  robić  komunii,  tak  się  pokłócili,
był  bardzo  smutny,  bo  kiedyś  komunia  to  było  coś  dla  dzieciaków,  sam  pan
pamięta,  to  przyjęcie,  i  prezenty,  coś  najważniejszego  w  świecie,  i  teraz
miało  tego  wszystkiego  nie  być,  Szymon  był  naprawdę  smutny,  widziałam,
kiedy  ich  odwiedzałam  albo  kiedy  przyjeżdżał  z  matką  do  mnie  odwiedzić.
Ale któregoś dnia  ojciec miał jakiś  dobry dzień, a  może ktoś mu  powiedział,
że  nie  może  czegoś  takiego  robić  dziecku,  nie  wiem,  może  ciotka  Helena,
ona  jedna  miała  zawsze  jakiś  wpływ  na  ojca,  mały,  ale  zawsze,  więc  zapytał
Szymona,  słyszałam  to,  akurat  wtedy  przyjechałam,  to  była  sobota  albo
niedziela.  No  więc  zapytał  go,  nawet  tak  całkowicie  łagodnie:  „Chcesz  mieć
komunię?”,  a  Szymon  mówi,  że  chce,  no  i  miał,  i  dostał  dużo  prezentów,
i  był  szczęśliwy,  dostał  taki  wielki  zestaw  klocków  Lego,  statek  kosmiczny,

background image

Lego lubił bardzo, wyobraża pan sobie, jak się cieszył, bo w tamtych czasach

Lego  nikt  prawie  nie  miał  i  było  bardzo  drogie,  dostał  też  jakieś  pieniądze,

potem,  kiedy  już  odjechali  wszyscy  goście,  tylko  ja  jeszcze  zostałam,  znowuż
się  pokłócili,  bo  matka  coś  ojcu  ukradła  z  portmonetki.  Norma.  I  tak  już

zostało,  ojciec  na  dole,  matka  i  Szymon  na  górze,  „pan”,  „pani”.  Ja  wogle

przestałam prawie przyjeżdżać, w internacie i w szkole nie było może super,

bo  na  początku  naśmiewali  się  ze  mnie,  że  z  wiochy  przyjechałam,  tak

mówili,  ale  i  tak  było  dużo  lepiej  niż  w  S.  Potem  przestali  się  śmiać,

uczyłam  się  dobrze,  szanowali  mnie.  Może  to  było  egoistyczne,  że  tak

wyjechałam,  może.  Nie  chciałam  ich  widzieć,  matki  i  ojca,  chciałam  uciec,

mieć  święty  spokój,  chciałam  pomyśleć  wreszcie  o  sobie,  i  przestać  myśleć

o nich, i żeby w nic mnie nie wciągali, tak jak to zawsze robili. Szymon tam

został,  z  nimi,  w  tym  wielkim  ciemnym  domu  na  boku  miasta,  chyba  wtedy

o  nim  nie  myślałam,  chciałam  mieć  spokój,  a  właśnie  wtedy  między  ojcem

i  matką  zaczęło  się  najgorsze,  pamiętam  tego  chłopaka,  jak  gasnął,  z  roku

na  rok,  jak  się  cofał,  budował, 

shell,  you

  know,  skorupę,  dziękuję.

Traciliśmy

 kontakt, czasami

  coś  mi  tam  opowiadał,  co  się  dzieje  w  domu,  ja

sama  nigdy  tego  nie  widziałam  na  własne  oczy,  więc  nie  wiem  na  pewno

i  pewnie  nie  chciałam  wiedzieć,  denerwowało  mnie  nawet,  kiedy  coś
opowiadał,  jakby  mi  coś  przypominał,  o  czym  chciałam  zapomnieć  i  potem
faktycznie  przestał.  Myślę,  że  miał  długo  żal,  a  ja  inaczej  nie  mogłam  po
prostu, to było jak obrona dla mnie samej, Szymon chyba to dużo lat później
zrozumiał, ale dopiero dużo później. Co się czasami tam działo, wiem raczej
od matki, od Szymona, z drugiej ręki. I też nie wszystko, bo, jak mówię, nie
bardzo  chciałam  słuchać,  bynajmniej  są  prawdziwe  te  opowieści,  tak  sądzę.
Chociaż  czasami  prawie  nie  wierzyłam  z  początku,  na  przykład,  kiedy  po
jakiejś  kłótni  między  matką  i  ojcem,  całą  noc  chyba  trwała,  ojciec  wpadł
wtedy  w  szał,  wyrzucał  z  szaf  ubrania,  naczynia,  wrzeszczał,  matka  wpadła
w  stupor,  śmieszne  słowo,  that’s  why  I  remember  it

,  Szymon

  następnego

ranka  nie  mógł  wstać  z  łóżka,  nie  mógł  chodzić,  fakt  autentyczny!  Nie  mógł
ustać  na  nogach,  przyjechała  lekarka,  matka  płacze,  że  syn  będzie  kaleka
i  tak  dalej.  Okazało  się,  że  takie  rzeczy  dzieją  się  od  stresu,  oczywiście
matka  lekarce  nie  powiedziała,  co  się  działo  w  nocy,  ale  lekarka  i  tak  się
domyśliła, zresztą w mieście ludzie gadali, co się u nas w domu dzieje, bo ta
kobieta,  co  nam  gotowała,  też  widziała  dużo  i  potem  gadała  po  mieście.

background image

W każdym bądź  razie wyzdrowiał, ale  strach był, opowiadała  też, a może  to

Szymon, tak on, jak w kłótni raz zemdlała i kazała Szymonowi zadzwonić po

lekarza, a ojciec mu zakazał. Matka czołga się po podłodze, po schodach, nie
może  prawie  iść,  Szymon  nią  podtrzymuje,  nie  wie,  what’s  going  on

,  matka

mówi  mu  jedno,  ojciec  drugie,  krzyczą  na  niego,  na  siebie,  strach.  Strach,

mówię  panu, 

terribl

e!  I  różne

  takie

  były  jeszcze,  ojciec  później  więcej  pił,

wracał  pijany  w  środku  nocy,  awanturował,  jak  nie  mógł  trafić  kluczem

w  zamek,  rzucał  kamieniami  w  okna,  żeby  mu  otworzyć,  matka  i  Szymon

bali  się,  nie  otwierali,  ojciec  jeszcze  bardziej  się  wściekał,  wszędzie

potłuczone szkło, jakieś krzyki, w końcu jakoś wchodził, a potem… No potem

to  działy  się  te  rzeczy,  że  ani  matka,  ani  Szymon  nigdy  bezpośrednio  nie

mówili,  to  nie  był  temat.  Szymon  w  środku  nocy  wychodził,  ile  mógł  mieć

wtedy,  dziewięć,  dziesięć  lat,  i  szedł  słuchać  pod  okna  na  dole,  co  z  matką,

co  z  ojcem,  co  z  nimi,  bo  nagle  robiło  się  tak  cicho,  myślał,  że  się  zabili,

zresztą  przy  mnie  tego  nigdy  nie  było...  Czy  często  się  to  zdarzało?  Dość

często,  tak,  dość  często,  tak  myślę,  tak…  Ale  nie  chcę  o  tym  mówić,  to  i  tak

już nic nie zmieni. W każdym bądź razie było sporo takich akcji, nic już panu

więcej  o  tym  nie  powiem…  A  inne  rzeczy?  No  nie  wiem,  matka  albo

Szymon,  nie  pamiętam,  opowiadali,  że  czasami  ojciec  zamykał  przed  nimi
dom i nie wpuszczał ich. „Tatuś, wpuść nas!” − wołał Szymon, w końcu ojciec
otwierał.  Co  tam  jeszcze?  Ale  pan  mnie  męczy,  a  Szymon  i  tak  zniknął,
zrobił  swój  plan,  nikt  go  nie  złapał,  więc  po  co  to  panu?  Kiedyś  ojciec  zaczął
na  dole  tarmosić  matkę,  Szymon  przyleciał  do  mnie  na  górę,  uczyłam  się,
chyba  geometrii,  tak  to  geometria,  taki  gruby  podręcznik, 

he

  was  terrified

.

To

  było  w  sobotę  albo  niedzielę,  przyjechałam  do  domu,  zerwałam  się  i  na

dół,  krzyczę  ze  schodów:  „Zostaw  moją  matkę!”,  potem  jeszcze:  „Obleśny
tłuścioch!”,  no  i  wywalił  mnie  z  domu.  Później  matka  kazała  mi  ojca
przepraszać,  nie  wiedziałam,  za  co  i  dlaczego,  skoro  to  niej  broniłam.  Nie
chciałam  przepraszać,  w  końcu  to  zrobiłam,  chyba  dla  świętego  spokoju,  dla
niej.  Ale  i  tak  przestałam  tam  przyjeżdżać  i  się  wtrącać,  niech  sami
załatwiają  sprawy  między  sobą,  pomyślałam,  a  nie,  że  bronię,  a  później
jeszcze ja muszę potem przepraszać nie wiem za co. Wtedy Szymon został już
kompletnie  sam,  bo  jak  przyjeżdżałam,  lubiał  po  mnie  późnym  wieczorem
wychodzić  na  przystanek,  czuł  się  chyba  safe,  wiedział,  że

  ojciec

  i  matka

przy  mnie  jeszcze  się  hamują,  bo  byłam  starsza.  Teraz  przestało  to  być,

background image

Szymon  tylko  czasami  opowiadał,  co  tam  się  dzieje,  że  na  przykład  ojciec

kazał  mu  śledzić  matkę,  kiedy  gdzieś  wychodziła,  bo  myślał,  że  się  spotyka

z kochankami, o tych kochankach ojciec nie mówił, ale Szymon głupi nie był,
domyślał  się,  zresztą  wie  pan,  dzieciaki  zawsze  wiedzą  więcej,  niż  dorośli

myślą.  Innym  razem  po  jakiejś  awanturze  ojciec  płakał,  trząsł  się  od  płaczu

tak mocno, jakby miał drgawki, i przytulał Szymona do siebie. „Pierwszy raz

–  opowiadał  Szymon  –  widziałem  ojca,  jak  płakał”.  Widzi  pan,  nawet  we

mnie to siedzi, mimo że tego nie widziałam na własne oczy, ale Szymon tak

to  opisywał,  jakbym  widziała,  to  jego  słowa,  dokładnie  je  pamiętam,  od

małego  ładnie  opowiadał,  pełnymi  zdaniami,  słów  dużo  i  ładne,  potem

przestał  tak  dużo  mówić,  bo,  jak  mówiłam,  zamknął  się,  ale  zaczął  dużo

rysować  i  pisać,  to  były  jakieś  komiksy  karate  i  długie  historie  o 

grizzly

bears,  czytał  o  nich  w  książkach  i  bardzo

  mu

  się  to  podobało.  Więc  sam

zaczął  takie  pisać.  Matka 

was

  very  proud  of  him,  że

  tak

  całymi  dniami

siedzi,  rysuje,  pisze,  ale  potem  pokazała  te  rysunki  i  te  opowiadania

koleżance,  bo  chciała  się  pochwalić,  to  ta  koleżanka  skierowała  jej  uwagę,

że tam tak dużo się bili, dużo było krwi. Faktycznie, krwi było pełno, bili się

jeden  z  drugim,  karate,  grizzly  się  szarpały  kłami,  wyrywały  sobie  mięso,

zagryzały,  krew,  oczywiście  zwyciężał  zawsze  ten  największy  i  najbardziej
silny.  Więc  potem  matka  już  nikomu  nie  pokazywała,  a  Szymon  pisał
i  rysował,  pisał  i  rysował,  bardzo  dużo  tego  było,  pamiętam,  całe  kupy
kartek.  W  mojej  opinii  dlatego  tak  dobrze  później  pisał, 

all

  those  articles,

books

. Bo

 ćwiczył się w tym od małego praktycznie. Poza tym co miał robić,

mieszkali  na  boku,  kolegów  nie  miał,  bo  nie  chcieli  do  niego  przychodzić.
Raz  i  drugi  byli,  i  słyszeli,  jak  się  ojciec  i  matka  kłócą,  Szymonowi  było
bardzo  wstyd,  opowiadał  o  tym  mi,  potem  już  nikt  do  niego  nie  chciał
przychodzić,  zresztą  rodzice  innych  dzieciaków  nie  puszczali  tam  nikogo,  bo
ogólnie  wiedzieli,  że  dzieje  się  tam  źle.  Więc  pisał,  rysował,  czytał,  chodził
do  sadu,  interesował  się  roślinami,  zwierzętami,  ptaki  szukał,  opisywał
jajka,  które  znajdował  w  gniazdach,  rysował  te  jajka,  sprawdzał,  do  jakiego
ptaka mogą należeć, wiedział bardzo dużo, naprawdę bystry chłopak, ale też
bojący, nerwowy, obgryzał paznokcie, dłubał ciągle w nosie, aż krew mu szła
z nosa, a potem jadł te, no, kozy, babole. Kozy, tak się u nas mówiło. Kiedyś
zauważyłam,  że  miał  czuły  bardzo  słuch,  łapał  jakieś  szmery,  bardzo  słabe
nawet  i  nasłuchiwał,  ale  bynajmniej  uważnie,  jak  jakiś  zając  albo  mysz,

background image

bynajmniej.  Może  dlatego  taki  miał  lekki  sen,  budziło  go  byle  co.  Czujny.

A  już  szczególnie  nie  znosił,  jak  ktoś  pukał  do  drzwi,  wyobraża  pan  sobie?

Nie wiem, skąd mu się to wzięło, pukanie do drzwi, nawet lekkie, po prostu
od  razu  cały  sztywny  się  robił  i  robił  się  blady,  taki  był.  Poza  tym  był  też

wogle  drażliwy,  często  się  kłóciliśmy,  zdarzało  się,  że  się  nawet  biliśmy,

niby  dla  żartów,  że  to  takie  nasze  zapasy,  ale  szybko  robiło  się  ostro

i  myślę,  że  tak  naprawdę  to  jedno  drugiemu  chciało  przytłuc.  Zawsze

wygrywałam,  byłam  starsza  i  silna  dziewczyna.  Więc  tak  wogle  był  różny,

jak to dzieciak, 

lovely

 and irritating at the same time.

Co

  najbardziej  mnie  wkurzało?  Mówiłam  chyba  już,  że  taki  mądrala.

Próżny,  o!  Taki  próżny  dzieciak,  który  myśli,  że  jest  najbardziej  mądry

i  piękny  w  świecie,  faktycznie  był  ładny,  moje  koleżanki  z  Lublina  też  tak

mówiły,  kazały  go  sobie  pokazywać,  kiedy  przyjeżdżał,  oglądały  ze

wszystkich  stron,  a  jemu  się  podobało,  że  starsze  dziewczyny  się  nim

interesują.  Kiedy  z  nimi  był,  miał  taki  dziwny  gest,  zapamiętałam:  język

wysuwał  mocno  w  przód,  podnosił  i  dotykał  nim  górnej  wargi,  jakby  się

lizał,  miał  wtedy  dziewięć,  dziesięć  lat,  u  takiego  chłopaka  coś  takiego

wygląda,  no  nie  wiem,  dziwnie  jakoś,  proszę  mnie  poprawiać,  jeśli  coś  źle

mówię,  seksualnie,  w  każdym  bądź  razie  bynajmniej  dziwnie.  Ale  im  się
podobało,  to  tak  robił,  miał  wyczucie  do  dziewczyn,  już  wtedy.  Z  S.  wyniósł
się dopiero na studia, miał osiemnaście albo dziewiętnaście lat, kupa czasu.
Chciał  wcześniej,  do  Lublina,  jak  ja,  do  dobrego  liceum,  gdzie  byli  dobrzy
nauczyciele  od  polskiego,  a  on  polski  uwielbił,  ciągle  dużo  czytał,  dobre
pisał wypracowania, bardzo ciekawe, pomysłowe, takie właściwie nawet nie
wypracowania, a opowiadania, wygrywał konkursy dla uczniów i mógł sobie
wybrać  liceum  bez  egzaminów,  ale  ojciec  powiedział,  że  nie  będzie  mu
dawał  pieniędzy  na  Lublin,  bo  nie  ma,  co  nie  było  prawdą,  zresztą  kiedyś
też  nie  chciał  mu  lampy  na  biurko  kupić,  bo  ta  stara  była  bardzo  słaba
i  Szymona  bolały  oczy,  i  poprosił  ojca  o  pieniądze  na  nową,  a  ojciec  nie
chciał dać, w  końcu Szymon sam  musiał uzbierać albo matka mu kupiła,  nie
pamiętam.  Bo  przecież  ojciec  wtedy  dobrze  zarabiał  na  tym  budowaniu.  Ja
myślę,  że  chciał  Szymona  po  prostu  mieć  przy  sobie, 

they

  both  wanted  to

,

matka

  też,  a  z  jakichś  powodów  nie  chciała  się  wyprowadzić  gdzie  indziej,

zrobiła  to  dopiero  parę  lat  później,  kiedy  Szymon  właśnie  poszedł  na  studia
i  już  nie  miała  praktycznie  wyboru.  Więc  Szymon  poszedł  do  liceum  w  Z.,

background image

dojeżdżał tam autobusem codziennie, z piętnaście kilometrów, coś koło tego,

marna  szkoła,  marna,  Szymon  naprawdę  źle  trafił,  tylko  kolegów  miał

fajnych,  mówił,  naprawdę  dobrych  przyjacieli,  szczególnie  dwóch,  jeden
później 

he

  had  an  accident,  motorem,  i  umarł,

  ale

  to  dopiero  przyszło

później.  Tak,  prawdziwi  przyjaciele  −  mówił.  I  tak  to  kisł  w  tym  domu,  rok

po  roku,  aż  skończył  liceum,  potem  pojechał  do  Lublina,  matka

wyprowadziła  się  do  mieszkania  w  bloku  w  S.,  ale  bardzo  dziwne,  nie

rozwiedli  się  z  ojcem,  nigdy,  do  końca  w  papierach  byli  małżeństwem,  póki

śmierć ich nie rozłączy, i takie tam pierdoły, wie pan. Żartuję, no ale jednak

się  nie  rozwiedli,  nigdy  nie  wiedziałam  dlaczego,  mogli  sobie  przecież  na

nowo  życie  ułożyć,  nie  byli  jeszcze  tacy  starzy,  ale  oni  po  jednej  stronie  się

nienawidzili, a po drugiej – nie wiem, jak to nazwać, bynajmniej, jakby sobie

byli  do  czegoś  potrzebni.  Matka  często  opowiadała,  jak  to  się  na  początku

kochali  i  jak  to  im  było  dobrze  ze  sobą.  Ojciec  był  wtedy  zupełnie  inny,

przystojny,  wesoły,  lubiał  tańczyć,  bawić  się,  matka  miała  dużo  chłopaków,

to  znaczy  dużo  nią  chciało  za  żonę,  naprawdę  była  piękna,  widać  na

zdjęciach, ale wybrała ojca i potem mówiła często, że tylu ich miała i akurat

musiała  wybrać  najgorszego.  Tylko  ja  myślę,  wie  pan,  nigdy  jej  tego  nie

mówiłam,  zresztą  sama  późno  to  zrozumiałam,  długo  brałam  tylko  stronę
matki,  no  więc  zrozumiałam,  że,  no  nie  wiem,  nie  wiem,  to  była  jakaś
zależność  po  obu  stronach, 

addicted

  to  love

,  jak

  w  tej  piosence  Roberta

Palmera, trudno to pewnie panu zrozumieć, mnie też, nie umiem tego lepiej
wytłumaczyć, mimo że tam byłam i że dużo rzeczy widziałam. Kiedyś matkę
i  ojca  dzieliłam  w  myślach,  rozdzielałam,  dziękuję,  teraz  myślę  o  nich
razem,  myślę,  że  oni  jakoś  nie  potrafili  tego  zatrzymać,  a  czasami  nawet
wydawało  mi  się,  że  tego  potrzebowali,  że  uczepili  się  tej  miłości  i  nawet
nie  zauważyli,  że  to  już  nie  miłość,  ale  dalej  się  czepili,  jakby  nie  mogli  bez
tego  żyć,  tak,  takie  miało  się  wrażenie,  kiedy  o  tym  teraz  myślę,  jakby  nie
mogli bez tego żyć.

Matka?

  Po  jednej  stronie  kochana,  czuła,  opiekuńcza,  można  było

polegać na nią, 

reliabl

e

, jak

  to  mówią,  dużo  rozmawiała  z  nami,  po  drugiej

stronie  chciała,  żeby  dzieci  były  tylko  niej  i  nikogo  w  świecie.  Jakby  robiła
nas  zależnych  od  siebie,  najpierw  mnie,  potem  Szymona,  Szymona  bardziej,
bo  z  nią  dłużej  mieszkał,  taki  synek  mamusi,  że  bez  mamusi  to  sobie  nie
poradzi,  że  świat  jest  zły,  ale  ona  go  ochroni,  potem  źle  patrzyła  na  jego

background image

dziewczyny,  jakby  jej  syna  zabierały.  Ale  w  sumie  rozumiem,  była  samotna,

nie  chciała  być  samotna  jeszcze  bardziej.  Ale  Szymon  chciał  wyjść  z  tego

domu  wreszcie.  W  każdym  bądź  razie  rozumie  pan,  na  zewnątrz  ludzie
poważni  i  szanowani,  inżynier  i  urzędniczka,  w  małym  mieście  coś  takiego

dużo  znaczy,  niby  taka  szlachta,  ojciec  i  matka  przywiązywali  uwagę  do

swojego 

imag

e, że

 tacy

 

well

  educated  and  high  moral,  i  że  z  takich

  dobrych

rodzin  pochodzą,  zwłaszcza  matka  ciągle  mówiła,  że  jej  ojciec  był  taki

wspaniały i czuły, lekarz, a matka, czyli moja babcia, taka spokojna, oddana

mężowi,  shy

,  potem

  chciało  mi  się  śmiać,  jak  się  dowiedziałam  od  kogoś,

kto  babkę  znał,  że  jak  była  młoda,  to  się  lubiała  ostro  zabawić  i  że  piła

i  tańczyła,  i  urządzała 

partie

s  w  czas  wojny,  a  dziadek  siedział

  wtedy

w  obozie.  Jacyś  mężczyźni  się  kręcili,  szczegółów  nie  znam,  ale  mogę  sobie

wyobrazić,  co  się  działo.  Kiedyś  przypadkowo  znalazłam  w  jakiejś  starej

książce fotografię, babcia była tam, młoda kobieta, 

very

 sexy,  z  papierosem

w  ustach  i  ten

  papieros

  trzymała  jakoś  tak, 

you

  know

,  jakby

  trzymała

w nich… A kiedy pobiegłam z tym do matki i jej to pokazałam, i śmiałam się

przy  tym,  to  matka  się  zrobiła  czerwona  i  obraziła  się  na  mnie,  że  co  ja

wygaduję, i że żadnego nie mam szacunku dla babci, która przecież taka nie

była  i  wogle.  A  przecież  musiała  to  wszystko  widzieć,  te  zabawy,  tych  men

,

kiedy

  ojca  nie  było  w  domu,  już  wtedy  żyła.  Mała  była,  ale  żyła,  pięć,  sześć

lat  miała.  Wzięła  to  zdjęcie  i  już  go  potem  nie  widziałam.  Tacy  byli  ci  moi
rodzice  na  zewnątrz,  ale  w  środku,  co  się  działo  w  środku,  w  tych  murach,
w  tym  domu  na  boku,  obok  sadów,  tego  nie  wiedział  nikt.  Jak  Szymon
poszedł  do  Lublina,  wtedy  byłam  już  w  Anglii,  bardzo  rzadko  przyjeżdżałam
do  Polski,  raz  na  kilka  lat,  potem  wogle  przestałam,  wszystko  mnie  tam
drażniło,  raz  na  rok,  latem,  odwiedzała  mnie  matka,  Szymon  też,  nie  tak
często,  ale  był,  przez  telefon  rozmawialiśmy  rzadko,  były  lata,  że  kontakt
prawie  się  urwał,  ja  nie  chciałam  i  on  chyba  też  nie,  może  dlatego,  że  ja
jemu  przypominałam  to,  co  było,  a  on  mnie,  a  obaj  chcieliśmy  przestać
pamiętać.  Potem  znów  było  lepiej,  przyjeżdżał  z  Agatą,  z  Michałem,  jeśli
idzie  o  mnie,  zmienił  się  na  lepsze,  robił  wrażenie,  że  był  szczęśliwy,  że
życie mu się ułożyło. Matka opowiadała o nim i o Agacie to czy tamto, o ich
małżeństwie,  ale  matka  nigdy  nie  mówiła  dobrze  o  żadnym  małżeństwie,
jakby nawet czasem robiło jej przyjemność, kiedy między Szymonem a Agatą
było  gorzej,  bo  przecież  było  różnie,  jak  wszędzie,  ideałów  nie  ma,

background image

w  każdym  bądź  razie  ja  widziałam  raczej,  że  się  uspokoił,  jakby  to

powiedzieć,  wyzdrowiał.  I  czasami  znów  był  z  niego  ten  chłopiec  ze  zdjęcia,

o którym panu opowiadałam, z czasów zanim to się wszystko zaczęło. Tak go
zapamiętałam,  ale  nie  wiem  właściwie,  jaki  był  naprawdę,  jak  mówię,

mieliśmy  lekki  kontakt,  może  go  po  prostu  źle  rozumiałam.  Nie  pamiętam,

co  czułam,  kiedy  wszyscy  myśleliśmy,  że  zaginął.  Teraz  też  nie  za  dużo.  Po

co  myśleć?  Od  myślenia  lepiej  nie  jest,  tylko  gorzej.  Dlaczego  mnie  nie

zabił,  jak  wrócił?  Przecież  prawie  wszystkich  zabił?  Nie  wiem.  Nie  wiem.

I don’t know

 what

 to say. Że

 straszne?

  Tak,  straszne.  Nie  wiem,  to  wszystko

jest  takie  nie…,  nie…,  nieprawpododobne,  nieprawdopodobne,  dziękuję,  jak

z  filmu,  a  nawet  jakby  się  taki  film  obejrzało,  czy  książkę  przeczytało,  toby

ktoś  pomyślał,  że  za  dużo  tu  wszystkiego,  tych  wszystkich  niedobrych

historii,  i  że  to  kicz  jakiś,  że  ten,  co  pisał  scenariusz,  przesadził  z  efektami.

Ale  tak  było,  tak  było,  nic  na  to  nie  można  poradzić.  Chce  pan,  żebym

powiedziała,  że  Szymon 

was

  a  bad  man? 

OK,  he

  was  a  bad  man.  Płaczę

czasem

  po  nocach,  I  haven’t  cried

  for

  ages

,  od

  wyjazdu  z  Polski  chyba  nie

płakałam  ani  razu, 

not

  even  once,  a  teraz  płaczę,  dużo.  Żal

  mi

  tych

wszystkich ludzi, których zabił, to potworne, potworne… 

He

 was my brother

.

Nie

  wiem,  dlaczego  to  zrobił.  Niego…  niego  też  mi  żal,  nie  umiem  tego

wyrazić.  Powiedziałam,  co  wiem.  I  don’t  know  much,  it’s  true. 

But

  still  he

was my brother. I hate him. I love him.

I’m 

tire

d

. Co

 mam więcej powiedzieć?

background image

Z

3

bratem

  łączyło  ją  nazwisko,  którego  Helena  K.  nie  zmieniła  nawet

po  urodzeniu  syna,  Mateusza.  Całe  życie  spędziła  w  Lublinie.

Początkowo  razem  z  rodzicami  i  starszym  bratem  zajmowała

niewielką  kawalerkę  w  starej  kamienicy  w  śródmieściu,  jednej  z  nielicznych

ocalałych  po  wojnie  i  nadających  się  od  razu  do  zamieszkania.  Była  jeszcze

dzieckiem,  kiedy  zniknął  ojciec.  Mówiono,  że  wyprowadził  się  do  innego

miasta i innej kobiety. Od tamtej pory go nie widziano. Mając dziewiętnaście

lat,  przeniosła  się  z  matką  do  trzypokojowego  mieszkania  w  nowej  dzielnicy

miasta.  Kazimierz  K.  pracował  już  wtedy  w  S.  Studiowała  medycynę,  potem

została  dermatologiem.  Pod  koniec  studiów  zaszła  w  ciążę,  co  przyjęto  ze

zdumieniem,  ponieważ  wcześniej  nie  widywano  jej  z  żadnym  mężczyzną.  To

był  wtedy  skandal,  panna  z  dzieckiem.  Nawet  matce  nie  wyjawiła,  kto  jest

ojcem.  Pozostała  sama,  lecz  nie  sprawiała  wrażenia  samotnej.  Była  bardzo
lubiana.  Jako  jedyna  utrzymywała  stosunki  ze  starszym  bratem,  od  którego
stopniowo  odsunęła  się  reszta  rodziny.  Jego  śmierć  także  dla  niej  była
zagadką.  Od  kilku  tygodni  Kazimierz  K.  skarżył  się,  że  jest  śledzony  przez
nieznanego mężczyznę w  czerwonej kurtce i nękany  – prawdopodobnie przez
tego  samego  człowieka  –  głuchymi  telefonami.  Nie  była  pewna,  czy  mu
wierzyć.  Przecież  w  domu  i  na  podwórzu  nie  znaleziono  żadnych  śladów
obcego  człowieka,  powtarzała  sobie  w  duchu.  Zresztą  lekarze  stwierdzili
atak serca.

Od

  dwudziestu  lat  mieszkała  sama.  Najpierw  zmarła  jej  matka,  potem

ożenił  się  i  wyprowadził  Mateusz.  Długo  opiekowała  się  chorowitymi
wnukami,  którzy  tymczasem  zdążyli  wyrosnąć  na  młodych,  postawnych
mężczyzn.  A  do  tego  przystojnych,  podkreśliła  nie  bez  satysfakcji,  jak  gdyby
uznawała  to  za  własną  zasługę.  Rzadko  opuszczała  mieszkanie,  chyba  że
musiała  zrobić  zakupy.  Była  domatorką,  kobietą  prostolinijną  i  szczerą.
Miała  jedną  pasję:  elektroniczne  gadżety.  Na  biurku  zawsze  stał  najnowszy
model  komputera,  telewizor  zmieniała  co  rok,  a  telefon  komórkowy  nawet

background image

co  pół.  Bez  przerwy  słała  w  świat  esemesy,  o  najdziwniejszych  porach  dnia

i  nocy.  Pewnego  dnia,  w  połowie  stycznia,  postanowiła,  że  poprawi  sobie

nastrój  wyprawą  po  nowy  telefon.  Zazwyczaj  czyniła  to  wcześniej,  już
w pierwszych dniach miesiąca, wykorzystując poświąteczne obniżki cen. Lecz

z  powodu  śmierci  i  pogrzebu  brata  musiała  odłożyć  zakupy.  Dopiero  kiedy

załatwiła  formalności,  znalazła  czas,  by  zastanowić  się  nad  kolejnym

modelem  telefonu.  Cierpliwie  studiowała  oferty,  analizowała  ceny,

porównywała  funkcje  i  wygląd,  by  wreszcie,  uprzednio  zasięgnąwszy  opinii

wnuków, wykrzyknąć: „Ten, nie chcę innego!”. Nazajutrz opuściła mieszkanie

tuż  po  dziesiątej.  Wychodząc  z  windy,  minęła  roznosiciela  ulotek

reklamowych,  który  właśnie  zmierzał  na  górę.  Wydawał  się  zmieszany

i zaskoczony, że ją widzi, szybko jednak się opanował, grzecznie podziękował

za  przytrzymanie  drzwi  i  wsiadł  do  windy.  Nigdy  nie  miała  pamięci  do

twarzy, lecz do głosów owszem, a ten wydawał się jej znajomy. Uśmiechnęła

się i poszła dalej.

Szymon

  K.  –  to  on  z  plikiem  ulotek  w  ręku  piął  się  schodami  na  górę  –

miał  zamiar  jeszcze  przed  południem  bezboleśnie  zlikwidować  starą  ciotkę.

Dzięki  długotrwałym  obserwacjom  ustalił  rytm  jej  codziennych  zajęć.

O  świcie  robiła  zakupy  spożywcze,  potem  do  obiadu  siedziała  w  domu,
zawsze.  Po  obiedzie  wychodziła  na  spacer,  który  zajmował  jej  około  dwóch
godzin.  W  drodze  powrotnej  czasami  odwiedzała  mieszkającego  nieopodal
syna.  Najpóźniej  o  szóstej  wieczorem  wracała  do  siebie.  Jednak  tym  razem
rytm jej dnia uległ zakłóceniu, toteż Szymon K. musiał szybko zmienić plany,
w  dalszym  ciągu  przekonany,  że  sprawę  trzeba  załatwić  dzisiaj.  Wysiadłszy
z windy skierował się do mieszkania ciotki. Zawsze nosił przy sobie komplet
specjalnych  małych  kluczy,  dzięki  którym  potrafił  otworzyć  niemal  każdy
zamek,  a  przynajmniej  każdy  standardowy.  Drzwi  ustąpiły  bez  najmniejszego
kłopotu,  już  po  chwili  Szymon  zamykał  je  od  środka,  jakby  mieszkał  tu  od
lat.  Zdjął  buty  i  cienką  skórzaną  kurtkę,  włożył  wszystko  do  plecaka
i  rozejrzał  się  po  mieszkaniu.  W  ciągu  minuty  zdecydował,  że  wejdzie  pod
łóżko w sypialni i tam zaczeka na ciotkę.

Helena

 K. wróciła jak zwykle po dwóch godzinach, nucąc coś pod nosem,

wyraźnie  zadowolona.  Zawsze  miała  ciepły,  melodyjny  głos,  którym
kołysała  Szymona  do  snu,  kiedy  odwiedzał  ją  jako  dziecko.  Lubił  swojego
starszego kuzyna. Mateusz miał wszystkie najnowsze kolekcje klocków Lego,

background image

kupowane  w  Peweksie  za  dolary.  Było  też  inne  jedzenie,  bardziej

urozmaicone  i  smaczniejsze  od  tego,  które  dostawał  w  domu,  i  była  druga

babcia,  od  której  dostawał  zawsze  parę  złotych  na  swoje  wydatki.  Po  latach
stwierdził,  że  mieszkanie  prawie  się  nie  zmieniło.  Wstawiono  nowe  okna

i  odświeżono  łazienkę,  natomiast  reszta  pozostała  jak  dawniej.  Spod  łóżka

widział  dolny  brzeg  komody,  szafy  i  kaloryfera,  poza  tym  nogi  od  krzesła,

ciemnozielony  dywanik,  na  którym  leżała  biała  skarpetka,  czarne  wełniane

pończochy  i  kremowe  majtki,  zapewne  niesprzątnięte  od  wczoraj.  Można

było  dostrzec  na  nich  żółte  plamki  zaschniętego  moczu.  Podłoga  lśniła

czystością,  lecz  tylko  wokół  łóżka.  Pod  nim,  niewidoczne  z  góry,  zalegały

zbite  kłęby  kurzu.  Szymon  K.  dostał  napadu  gwałtownego  kaszlu,  który

powstrzymywał  jedynie  z  największym  wysiłkiem.  Łzawiły  mu  oczy  i  ciekło

z nosa. Wciśnięty między podłogę a ostre sprężyny pod materacem nie mógł

się  swobodnie  poruszyć,  by  sięgnąć  po  chusteczkę.  Na  podłodze,  wokół  jego

twarzy,  stopniowo  rozszerzała  się  niewielka  kałuża  łez  i  smarków.  Mijały

kolejne minuty i godziny.

Ciotka

  najpierw  długo  rozgryzała  poszczególne  funkcje  telefonu,  potem

zaczęła  się  krzątać  po  mieszkaniu.  Było  doskonale  słychać  każdy  wydawany

przez nią dźwięk. Dwukrotnie weszła do sypialni, za pierwszym razem, żeby
zdjąć  rajstopy,  za  drugim,  żeby  wziąć  gazetę  z  nocnego  stolika.  Szymon
widział  jej  masywne  stopy  w  odległości  kilkudziesięciu  centymetrów  od
swojej  twarzy.  Bawiła  go  myśl,  że  z  jakiegoś  powodu  ciotka  może  zechcieć
zajrzeć pod łóżko, co było przecież dość prawdopodobne. Co by wtedy zrobił?
Co zrobiłaby ona, gdyby go tam ujrzała, zaginionego przed szesnastoma laty
bratanka,  który  uśmiecha  się  do  niej  spod  łóżka  jak  gdyby  nigdy  nic?  Ale
ciotka  nie  zajrzała  pod  łóżko,  tylko  wydmuchała  nos,  puszczając
równocześnie,  od  wysiłku  spowodowanego  dmuchaniem,  głośnego  bąka,  po
czym  raptownie  wyszła  z  pokoju,  skierowała  się  do  ubikacji  i  ciężko  siadła
na  sedesie,  przy  otwartych  drzwiach.  Długo  pojękiwała  w  rytm  pracujących
jelit,  smród  świeżego  kału  rozchodził  się  po  całym  mieszkaniu.  Kiedy
skończyła,  odgrzała  sobie  obiad,  zjadła  go,  znów  sięgnęła  po  telefon,
zadzwoniła  do  syna  („Słuchaj,  dzwonię  z  nowego  aparatu,  jak  mnie  słyszysz?
Dobrze?  A  co  u  was?  Może  przyniosę  wam  trochę  gorącej  zupy?  Wczoraj
ugotowałam dla siebie pomidorową. Nie? No tak, zawsze zapominam, że nie
lubicie  mojej  pomidorowej…  Dobra,  to  na  razie,  wpadnę  jutro,  bo  dzisiaj

background image

jestem  zajęta,  mam  nową  komórkę,  a  poza  tym  idzie  mróz.  Na  noc

zapowiadają  minus  osiemnaście.  A  jeszcze  przedwczoraj  było  plus  pięć.

Szkoda,  że  nie  ma  śniegu,  bez  śniegu  to  tak  niezdrowo  dla  roślin…  Dobra,
kończę,  pa”).  W  kuchni,  sprzątając  po  obiedzie,  ciągle  śpiewała  pod  nosem

jakieś  stare  piosenki.  Raz  po  raz  wycierała  nos  i  puszczała  głośne  bąki,

w  naprzemiennym  rytmie.  Szymon,  który  z  najwyższym  wysiłkiem

powstrzymywał  się  od  kaszlu,  teraz  musiał  na  dodatek  stawić  czoła  atakom

śmiechu.  Do  tego  zachciało  mu  się  pić  i  jeść.  Kiedy  ciotka  mijała  sypialnię,

a  jemu  akurat  zaburczało  w  żołądku,  przystanęła  na  moment  i  zaczęła

nasłuchiwać.  Szymon  naprężył  mięśnie  brzucha,  aby  zmusić  żołądek  do

milczenia.  Po  chwili  ciotka  wróciła  do  kuchni,  ukroiła  sobie  kawałek  placka

drożdżowego  i  zaparzyła  herbatę.  Jedząc,  raz  i  drugi  beknęła.  Rytmiczne

odgłosy  bąków  i  bekania  z  początku  rozśmieszały  Szymona,  potem

mimowolnie  wprawiły  go  w  odrętwienie.  Starał  się  je  zwalczyć  nagłymi

szarpnięciami  głowy,  jednak  dawało  to  niewiele,  a  odrętwienie  w  końcu

zaczęło się przeradzać w senność. Wiedział, że czasami zdarza mu się mówić

przez  sen,  nie  chciał  się  w  ten  sposób  zdradzić.  Nachodziły  go  obrazy

przeplatane  pustką.  Widział  jakieś  twarze,  nosy,  owinięte  fałdami  tłuszczu

szyje.  O  dziwo,  mimo  że  obserwował  ciotkę  od  kilkunastu  dni,  nie  potrafił
przywołać w pamięci jej twarzy. Z Mateuszem było trochę lepiej, zapamiętał
go jako wysokiego rudzielca, z grzywą gęstych włosów opadających na czoło.
Razem  słuchali  heavy  metalu  i  oglądali  pisemka  pornograficzne,  które
znajdowali  na  osiedlowym  śmietniku.  Pamiętał  też,  że  pewnego  razu  sikali
do umywalki; że nocą, kiedy Mateusz odwiedzał go w S., wychodzili do sadu
i  zaczajali  się  na  kuny;  że  wieczorami  wyskakiwali  na  sam  środek  szosy,
wprost  przed  nadjeżdżające  samochody,  i  uskakiwali  dopiero  w  ostatnim
momencie.  Pisk  opon,  przekleństwa  kierowcy…  pamiętał  raka,  którego
znaleźli  w  rzece,  na  wakacjach…  pamiętał,  jak  przedrzeźniali  babcię,  a  ona
płakała  i  prosiła,  żeby  przestali…  pamiętał,  jak  razem  chodzili  po  górach…
pamiętał…

Z  półsnu  wyrwał

  go

  ciężki  odgłos  uginających  się  nad  głową  sprężyn

łóżka. Otworzył oczy, natychmiast zrozumiał, że na dworze zdążył już zapaść
wieczór.  Ciotka  leżała  nad  nim.  Gwałtownymi  ruchami,  od  których  trzęsło
się  całe  łóżko,  przerzucała  strony  jakiejś  gazety.  W  sypialni  unosił  się  ciężki
smród  gazów.  Wkrótce  zapadła  cisza.  Szymon  najpierw  sądził,  że  ciotka  po

background image

prostu  coś  czyta,  potem  usłyszał  narastający  odgłos  chrapania.  Około

godziny  dwudziestej  trzeciej  Helena  K.  na  krótko  się  przebudziła,  spojrzała

na  zegarek  („Ojej,  już  ta  godzina!”),  podreptała  boso  do  łazienki,  wysikała
się,  po  czym  wróciła,  pogasiła  światła  i  zasnęła  na  dobre.  Było  ciemno

i cicho.

Szymon

  ostrożnie  zaczął  się  wyczołgiwać  spod  łóżka,  zajęło  mu  to  około

dwudziestu  minut.  Kiedy  wreszcie  wydostał  się  na  zewnątrz,  sięgnął  po

plecak,  który  przez  cały  czas  trzymał  obok,  następnie  –  nadal  leżąc  tak,  że

z  poziomu  łóżka  w  żaden  sposób  nie  można  było  go  dostrzec  –  wyjął  z  niego

plastikową  butelkę  i  chustkę.  Nasączył  ją  znajdującym  się  w  butelce

chloroformem,  wstał  i  przytknął  twardo  śpiącej  ciotce  do  nosa.  Do  pokoju

wpadał  przez  okna  słaby  blask  osiedlowych  latarni.  Szymon  K.  odczekał

chwilę  i  sprawdził,  czy  chloroform  zadziałał  jak  należy.  Gdy  stwierdził,  że

tak,  włączył  lampę  i  tym  razem  z  całej  siły  potrząsnął  ciałem  ciotki.  Żadnej

reakcji.  Spod  koszuli  nocnej  wysunęła  się  lewa  pierś.  Jej  kształt  Szymon

doskonale znał, bo zdarzało mu się dawniej podglądać ciotkę w łazience. Na

starość  utyła,  mimo  to  jej  pierś  zachowała  dawną  jędrność  i  gładkość.

Szymon  ujął  ją  w  obie  dłonie,  jak  gdyby  chciał  zważyć  kawał  mięsa.  Poczuł

lekki  wzwód,  przez  chwilę  zastanawiał  się,  czy  się  nie  onanizować.  W  końcu
jednak  ostrożnie  puścił  pierś  i  uśmiechając  się  do  swoich  myśli,  wyszedł
z  sypialni.  Pozamykał  wszystkie  otwory  wentylacyjne,  sprawdził  okna.
W kuchni odkręcił palniki gazowe. Potem szybko wrócił do sypialni, wziął do
ręki  telefon  ciotki  i  nie  patrząc  za  siebie,  skierował  się  na  balkon.
Zamknąwszy  od  zewnątrz  drzwi  balkonowe,  sprawnie  spuścił  się  po  linie  na
dół.  Ubrał  buty  i  kurtkę,  przeszedł  na  drugą  stronę  bloku,  tę  od  ulicy,
i  usiadł  w  położonym  naprzeciwko  całonocnym  barze  szybkiej  obsługi.  Mógł
stamtąd  obserwować  drzwi  od  klatki  schodowej  prowadzącej  do  mieszkania
ciotki. Zamówił zapiekankę i colę, był jedynym klientem. Jedząc, przyglądał
się  telefonowi  zabranemu  ciotce.  Ulicą  przechodził  jakiś  mężczyzna,  który
mówił  głośno  do  siebie,  co  chwilę  nerwowo  pocierając  sobie  policzek,  jak
gdyby  czuł  się  brudny.  Szymon  odprowadził  go  wzrokiem.  W  końcu,  kiedy
uznał, że już czas, wysłał esemesa.

Mateusz

  zawsze  miał  włączony  telefon,  nawet  w  nocy.  Spał  zwykle

płytko,  dlatego  i  teraz  dźwięk  nadchodzącej  wiadomości  obudził  go  od  razu.
Była  piąta  dwanaście.  Odczytał  treść:  „Przyjdź,  źle  się  czuję,  nie  mogę

background image

wstać”.  Zbudził  Janka,  młodszego  syna,  i  obaj  zaniepokojeni  wypadli

z  mieszkania  narzuciwszy  na  siebie,  co  było  pod  ręką.  Szymon  widział  ich

z  baru,  przebiegających  ulicę.  Nie  sądził,  że  będzie  ich  dwóch.  „Tym  lepiej”
−  pomyślał.  Mateusz  miał  klucze,  po  chwili  zniknął  z  synem  w  ciemnych

drzwiach  klatki  schodowej.  Szymon  zaczął  w  duchu  liczyć,  kiedy  doszedł  do

dwudziestu  dziewięciu  –  w  mieszkaniu  na  trzecim  piętrze  zapaliło  się

światło, a ćwierć sekundy później nastąpiła eksplozja, od której zatrzęsły się

wszystkie budynki w okolicy, także bar.

Szymon,  udając,  że

  chce

  sprawdzić,  co  się  stało,  wystrzelił  z  miejsca.

Przebiegł  kilka  metrów,  potem  nagle  zwolnił,  skręcił  w  małą  uliczkę

prowadzącą  w  przeciwnym  kierunku  i  najbliższym  autobusem  udał  się  do

centrum  miasta,  gdzie  znajdował  się  hotel.  Już  przed  południem  w  telewizji

pojawiły  się  informacje  o  wypadku.  Szymon,  biorąc  kąpiel,  usłyszał,  że  na

miejscu  znaleziono  niemal  doszczętnie  zwęglone  zwłoki  Heleny  K.,  lat

siedemdziesiąt  sześć.  Wskutek  wybuchu  spowodowanego  ulatniającym  się

gazem zginął również pięćdziesięciodwuletni Mateusz K., syn Heleny K., Jan

K.,  jej  wnuk,  z  poparzeniami  drugiego  i  trzeciego  stopnia  został  odwieziony

do  najbliższego  szpitala  i  umieszczony  na  oddziale  intensywnej  terapii.  Jego

życiu  nie  zagraża  obecnie  żadne  niebezpieczeństwo.  Słysząc  to,  Szymon  K.
wziął  głęboki  oddech  i  zanurzył  się  pod  wodę  na  dobrą  minutę.  Jeszcze  tego
samego  popołudnia  poszedł  do  fryzjera,  każąc  sobie  wymodelować  włosy.
W  galerii  handlowej  kupił  aktówkę  z  naturalnej  skóry  licowej,  walizkę,
elegancki czarny garnitur, białą koszulę z mankietami, skórzany pasek, buty,
spinki,  skarpetki  i  błękitny  krawat.  Z  salonu  optycznego  wyszedł
w  okularach,  zerówkach.  Na  sam  koniec  dobrał  sobie  ciemnoszary
dwurzędowy  płaszcz  i  perfumy  o  głębokiej,  zmysłowej  nucie.  Przebrał  się
w publicznej toalecie, skropił perfumami, a stare ubrania włożył do walizki,
którą  zabrał  ze  sobą.  Odwiedził  solarium,  potem  odczekał  aż  do  zamknięcia
galerii. Była godzina dwudziesta pierwsza trzydzieści. Zamówiona taksówka
czekała  na  zewnątrz.  W  ciągu  dwudziestu  minut  znalazł  się  w  szpitalu,
w którym leżał Jan K.

Roztrzęsione pielęgniarki składały później

 sprzeczne

 zeznania, lecz co do

jednego  były  zgodne.  Nieznajomy  mężczyzna,  który  tamtego  wieczoru  około
godziny  dwudziestej  drugiej  pojawił  się  na  ich  oddziale,  był  po  prostu
czarujący.  Patrząc  dyżurnym  pielęgniarkom  głęboko  w  oczy,  prosił,  by

background image

pozwoliły  mu  wejść  do  sali,  w  której  leżał  jego  bratanek.  Twierdził,  że  na

wieść  o  tragicznym  wypadku  kupił  bilet  na  najbliższy  lot  do  Lublina  i  oto

jest.  Chciał  koniecznie  zobaczyć  Jana  K.,  przed  laty,  ciągnął,  był  z  nim
bardzo  związany.  Chłopak  w  pewien  sposób  zastępował  mu  jego  własnego

syna, który mając dziesięć lat, zmarł na białaczkę.

Pielęgniarki,

  zauroczone

  nieznajomym,  a  równocześnie  wzruszone  jego

opowieścią, zaprowadziły go do sali dwieście trzynaście i zostawiły samego.

Po  około  dwudziestu  minutach  jedna  z  nich  cicho  zapukała  do  drzwi,  pytając,

czy  wszystko  w  porządku,  a  gdy  nikt  nie  odpowiedział,  weszła  do  środka.

Mężczyzna  zniknął,  ciało  chłopaka  leżało  w  innej  pozycji  niż  wcześniej.

Pielęgniarka  podeszła  bliżej  i  wtedy  stwierdziła,  że  Jan  K.  nie  oddycha.

Późniejsze  oględziny  wykazały,  że  został  uduszony  poduszką.  Dla  policji

badającej  tę  sprawę  stało  się  od  tej  pory  jasne,  że  śmierć  Heleny,  Mateusza

i  Jana  K.  była  nieprzypadkowa.  Utwierdzono  się  w  tym  przekonaniu,  gdy

żona  Mateusza  K.,  Elżbieta,  zeznała,  że  jej  mąż  otrzymał  nad  ranem

esemesa  od  matki,  która  prosiła  go,  by  do  niej  przyszedł.  Lecz  jakim

sposobem  Helena  K.  mogła  cokolwiek  napisać,  pytano,  skoro  w  momencie

wysłania  wiadomości  gaz  ulatniał  się  od  dobrych  kilku  godzin,  co  oznacza,

że  w  tym  czasie  musiała  już  nie  żyć?  Dlatego  od  razu  uzyskano  pewność,  że
ktoś  się  pod  nią  podszył,  zresztą  na  miejscu  wypadku  rzeczywiście  nie
znaleziono  telefonu  komórkowego  czy  choćby  jego  szczątków.  Całości  obrazu
dopełniło  morderstwo  Jana  K.  Początkowo  lubelscy  policjanci  nie  mieli
pojęcia  o  niedawnej  śmierci  Kazimierza  K.,  brata  Heleny.  Informację  tę
otrzymali  dopiero  od  zdziwionej  ich  niewiedzą  Elżbiety  K.  W  kolejnych
dniach ponownie przestudiowano dokumenty dotyczące zgonu Kazimierza K.,
przeszukano dom, przeczesano sad,  przesłuchano Henryka Lewandowskiego,
a  na  końcu  miejscowych  policjantów.  Dowiedziano  się  o  martwym  psie,
zanotowano,  że  kiedy  Henryk  Lewandowski  wchodził  do  domu  Kazimierza
K.,  drzwi  wejściowe  były  otwarte,  a  w  środku  panował  przenikliwy  chłód.
W  sypialni  uwagę  policjantów  przykuła  nietypowa  latarka  emitująca  bardzo
skupioną  i  silną  wiązkę  światła,  natomiast  w  piwnicy  znaleziono  czerwoną
kurtkę,  która  swą  jaskrawą  barwą  zdecydowanie  odróżniała  się  od
przybrudzonych  ubrań  zmarłego.  Z  odsłuchanych  rozmów  telefonicznych
między  Kazimierzem  K.  i  jego  siostrą  wynikało,  że  kurtka  może  należeć  do
nieznanego  mężczyzny,  przez  którego  zmarły  od  pewnego  czasu  czuł  się

background image

śledzony.  Chociaż  brakowało  ostatecznych  dowodów,  szybko  stało  się  jasne,

że  cztery  przypadki  śmierci  w  jednej  rodzinie,  i  do  tego  w  przeciągu

zaledwie  kilku  tygodni,  to  część  jakiegoś  planu,  być  może  większego.
Jakiego,  nie  wiedziano,  nie  znaleziono  żadnych  dodatkowych  wskazówek.

Z  latarki  skrupulatnie  usunięto  odciski  palców,  kurtka  wyglądała  na

noszoną,  jednak  wcześniej  została  celowo  wyczyszczona,  na  kołnierzu  nie

ostał  się  choćby  włosek.  Oględziny  mieszkania  Heleny  K.  też  nic  nie

wykazały,  zresztą  spaliło  się  ono  niemal  doszczętnie.  Sekcja  zwłok  ujawniła

obecność substancji chemicznych dowodzących użycia chloroformu.

Pogrzeb

  Heleny,  Mateusza  i  Jana  K.  odbył  się  tydzień  po  ich  śmierci.

Elżbiecie  K.,  która  przez  cały  czas  znajdowała  się  pod  wpływem  silnych

środków  uspokajających,  towarzyszył  jej  starszy  syn,  Arkadiusz,  który  od

czterech lat studiował w Berlinie i nie mieszkał z rodzicami. Oprócz rodziny

i  znajomych  na  cmentarzu  zgromadzili  się  liczni  gapie,  rozłożono  nawet  trzy

kamery  telewizyjne.  Jedną  z  nich  podstawiła  policja,  która  w  ten  sposób

chciała  wyłapać  z  tłumu  wszystkie  podejrzane  osoby,  a  następnie  sprawdzić,

czy  mają  one  jakikolwiek  związek  z  morderstwami  w  rodzinie  K.

W  przeszłości  zdarzało  się  przecież,  że  sprawcy  zabójstw,  nadmiernie  ufając

swojemu  sprytowi,  przy  takich  okazjach  rzeczywiście  się  pojawiali.
W  pewnym  sensie  podobnie  było  i  tym  razem,  tyle  tylko,  że  kamery
ustawiono  w  niewłaściwym  miejscu.  Szymon  K.  nie  wmieszał  się  w  tłum,
lecz  po  prostu  przybył  na  cmentarz  skradzioną  tego  ranka  taksówką.  Dwa
dni  wcześniej,  wykorzystując  ogólny  zamęt  w  rodzinie  K.,  włamał  się  do
telefonów  komórkowych  Elżbiety  i  Arkadiusza  K.,  zmieniając  ustawienia
numerów  korporacji  taksówkarskich,  więc  kiedy  Arkadiusz  zadzwonił  po
stypie  pod  zapisany  numer,  w  rzeczywistości  dodzwonił  się  do  Szymona  K.,
który  czym  prędzej  przybył  pod  restaurację.  Czekając,  beznamiętnie
obserwował  odjeżdżających  gości  i  członków  rodziny.  Wszystkich  widział  po
raz  pierwszy  od  szesnastu  lat,  niektórzy  w  ogóle  się  nie  zmienili,  inni
bardzo.  Kiedy  Elżbieta  i  Arkadiusz  K.  wsiedli  do  samochodu  i  podali  adres,
ruszył.  Jechali  w  milczeniu.  Elżbieta  K.  była  otępiała  od  środków
uspokajających,  mimo  to,  kiedy  przelotnie  spojrzała  na  oczy  i  brwi
taksówkarza,  odbite  w  lusterku  wstecznym,  miała  pewność,  że  już  je  kiedyś
widziała.  Była  jednak  zbyt  wyczerpana  ostatnimi  wydarzeniami,  by
zagadywać  kierowcę.  Potem  ona  i  syn  zdążyli  tylko  poczuć,  że  taksówkarz

background image

nagle  zahamował,  wskutek  czego  oboje  stracili  równowagę,  następnie

szybkim  ruchem  sięgnął  do  zewnętrznej  kieszeni  kurtki,  dobył  stamtąd

pistolet  lub  coś,  co  go  przypominało,  odwrócił  się,  przytknął  im  do  ciała
i  nacisnął  spust.  Kopnięcie  prądem,  paraliż.  Zamglonymi  oczami  zdążyli

jeszcze  zobaczyć,  na  wpół  świadomie,  że  kierowca  zjeżdża  z  drogi,  zdejmuje

im  płaszcze,  podwija  rękawy,  wyciąga  strzykawkę,  napełnia  ją  jakąś  cieczą,

po  czym  wykonuje  im  zastrzyk  dożylny.  Ogarnęło  ich  błogie  odprężenie,  po

czym  stracili  przytomność.  Jeszcze  przed  północą  Szymon  K.  dojechał  pod

Olsztyn, gdzie pozbył  się ciał, wrzucając  je, wyrąbawszy najpierw  przerębel,

do jednego z okolicznych jezior. Nad ranem był z powrotem w Lublinie.

 

Relacja Marka O.

Jeśli  już

  pan

  o  to  pyta,  to  tak,  wspólna  wrażliwość.  Ona  nas  zbliżyła.

Oczywiście  nie  od  razu.  Pierwszy  kontakt  był  bardzo  powierzchowny.  Jako

uczniowie  szkół  podstawowych  uczestniczyliśmy  w  rejonowym  etapie

konkursu  polonistycznego.  Szymon  reprezentował  swoją  szkołę,  ja  swoją.

Nauczycielka,  która  się  nami  opiekowała,  poprosiła,  żebym  zamknął  okno.

Było  umieszczone  dość  wysoko,  musiałem  wskoczyć  na  ławkę.  Zrobiłem  to

bardzo  sprawnie,  zawsze  byłem  wysportowany.  Zauważyłem,  że  jeden
chłopak  uważnie  mnie  obserwuje.  A  konkretnie  to,  w  jaki  sposób  się
poruszam.  Był  tam  ze  swoją  nauczycielką  i  z  matką.  Od  razu  rzucało  się
w  oczy,  że  istnieje  między  nimi  szczególna  relacja,  to  znaczy  między  nim
a matką. Sprawiało to dość dziwne wrażenie. W końcu wszyscy mieliśmy już
wtedy  po  piętnaście  lat,  nie  byliśmy  dziećmi.  Stał  blisko  matki,  oboje
dotykali  się  ramionami,  coś  sobie  szeptali.  Wymieniali  znaki,  które
rozumieli  tylko  oni.  Nauczycielka  Szymona,  która  także  tam  była,  stała
z  boku,  nie  liczyła  się.  Jak  gdyby  bała  się  przeszkadzać  tym  dwojgu.
Pamiętam, że patrzyłem na nich z irytacją. A jednocześnie zazdrością. Odkąd
pamiętam,  zawsze  i  o  wszystko  kłóciłem  się  z  moimi  rodzicami.  Tamtych
dwoje,  matka  i  syn,  robili  zupełnie  inne  wrażenie.  Była  między  nimi
harmonia.  Porozumienie  bez  słów.  To  się  od  razu  rzucało  w  oczy.  Silny
związek.  Bardzo  silny.  Nie  rozmawiałem  z  nimi.  Dlaczego?  Poza  powodami,
które  już  wymieniłem,  Szymon  robił  wrażenie  chłopca  z  tak  zwanego
dobrego domu. Wie pan, typ doskonale wychowanego prymusa. Z takimi nie
chciałem  mieć  wtedy  nic  wspólnego.  Widziałem  swoją  osobę  raczej  jako

background image

„niegrzecznego  chłopca”,  który  buntuje  się  przeciw  całemu  światu.  Dopiero

później  dowiedziałem  się,  że  ten  „prymus”  to  był  właśnie  Szymon  K.  Nie

przeszedłem  rejonowego  etapu  konkursu,  on  tak.  Mówiło  się,  że  napisał
doskonałą  rozprawkę.  Następnie  straciłem  go  z  oczu.  Po  pewnym  czasie

dotarła  do  mnie  informacja,  że  na  ostatnim  etapie  konkursu  zdeklasował

wszystkich.  Zajął  bezapelacyjnie  pierwsze  miejsce.  Po  letnich  wakacjach

spotkałem  go  ponownie.  Znaleźliśmy  się  w  pierwszej  klasie  liceum  w  Z.

Oczywiście,  że  go  poznałem.  Trudno  było  go  pomylić  z  innymi.  Mimo  że

właściwie  niczym  szczególnym  się  nie  wyróżniał.  Ale  szła  za  nim  fama

zwycięzcy  wojewódzkiego  etapu  konkursu  polonistycznego.  Dzięki  temu  nie

musiał  zdawać  egzaminów  wstępnych  do  liceum.  Inaczej  niż  ja  i  prawie

wszyscy pozostali.

Czy

  od  razu  zaczęliśmy  się  przyjaźnić?  Nie.  Szymona  trzeba  było  znać

dłużej,  żeby  go  polubić.  I  docenić.  Na  początku  wydawał  się  nijaki,  bez

wyrazu.  Grzeczny,  o  czym  już  nadmieniłem.  W  klasie  znalazło  się  wiele

indywidualności,  które  zdecydowanie  szybciej  przyciągały  uwagę.  Był

Tomek, który wygrywał  wszystkie konkursy matematyczne i  także dostał  się

do  szkoły  bez  egzaminów.  Uważano  go  za  geniusza.  Rzeczywiście  sprawiał

wrażenie  najbłyskotliwszego  i  najbardziej  elokwentnego  z  całej  klasy.
Dyskutował  z  nauczycielami  matematyki  i  fizyki.  Rozwiązywał  zadania
szybciej  niż  oni.  Ale  właściwie  od  niechcenia.  Bronił  się  przed  wizerunkiem
wzorowego  ucznia.  Ubierał  się  niechlujnie,  jako  pierwszy  zaczął  pić  piwo
i  palić  papierosy,  często  wywoływał  awantury  ze  starszymi  uczniami.
Wygrywał,  gdyż  był  wysoki  i  dobrze  zbudowany.  Żartobliwie  nazywaliśmy
go  „Führer”.  Może  też  dlatego,  że  dobrze  znał  język  niemiecki.  Kogo  jeszcze
mogę  wymienić?  Na  pewno  Jarka,  Adama  i  Szymona,  drugiego  Szymona
w  klasie.  Mieli  zespół.  Grali  ostrego  rocka.  Chodzili  do  szkoły  w  glanach.
Na  czoło  opadały  im  długie  włosy.  Wychowawca  kazał  im  je  ściąć.  Żeby
zrobić  na  złość,  ogolili  się  na  łyso.  Był  Andrzej,  koniarz.  Mieszkał  na  wsi.
Kochał  konie.  Po  studiach  został  dyrektorem  stadniny  gdzieś  na  Podlasiu.
Był  Milczący  Lechu,  czyli  Maciej,  którego  tak  przezwaliśmy,  gdyż  mówił
bardzo  mało.  Jeszcze  mniej  niż  Szymon.  Był  Adam.  Przezywaliśmy  go
Casanova. 

Lubił 

dziewczyny, 

lecz 

traktował 

je 

tak, 

jak 

chłopcy

w przedszkolu, czyli  ciągnął za włosy,  gwałtownie popychał, podkładał  nogi,
wyśmiewał. Ku naszemu zdumieniu dziewczynom to się najczęściej podobało.

background image

Próbowaliśmy  go  naśladować,  najczęściej  bez  skutku.  Był  też  Łukasz,

o  którym  już  nadmieniłem  wcześniej.  Sporo  czytał.  Chciał  uchodzić  za

młodego  intelektualistę.  W  tym  celu  kupił  sobie  nawet  okulary  „zerówki”.
I  byłem  ja.  Szymon?  Tak,  też.  Oczywiście.  Powiedziałbym,  że  życzliwie  nas

obserwował.  Był  tolerowany.  Nie  przeszkadzał  nam.  Na  początku  zdziwiło

nas,  że  nie  radził  sobie  z  „polaka”.  Zresztą  w  żadnych  przedmiotach  się  nie

wyróżniał. 

Ale 

mieliśmy 

nadzieję, 

że 

jako 

zwycięzca 

konkursu

polonistycznego  przynajmniej  w  tym  przedmiocie  pokaże,  na  co  go  stać.

Niestety  pierwszy  sprawdzian  poszedł  mu  źle.  A  najgorzej  pierwsze

wypracowanie.  Pisaliśmy  je  jeszcze  we  wrześniu,  na  lekcji.  Dotyczyło

Antygon

y

  Sofoklesa.  Nauczyciel

  ocenił  je  jako  niedostateczne.  Faktycznie

było  nieudane.  Pozbawione  wyraźnego  wątku.  Oprócz  tego  całkowicie

nieczytelne, gdyż Szymon wielokrotnie poprawiał stylistycznie każde zdanie.

Skreślał  to,  co  napisał.  Zamazywał.  Zmieniał  kolejność  słów.  W  końcu  nie

wiadomo  było,  która  wersja  zdania  jest  ostateczna  i  właściwa.  Naprawdę

każdemu  trudno  byłoby  się  w  czymś  takim  połapać.  Nauczyciel  wszystko  to

powiedział  na  głos.  Następnie  kazał  Szymonowi  przeczytać  wypracowanie

przed  całą  klasą.  W  sumie  było  go  nam  żal.  To  była  ewidentna  próba

upokorzenia 

Szymona. 

Nauczyciel 

uważał 

go 

za 

przemądrzałego

i  wyniosłego.  Natomiast  Szymon  był  po  prostu  zamknięty  w  sobie.  Co
z  wyniosłością  nie  miało  nic  wspólnego.  Pamiętam  złośliwe  spojrzenie
nauczyciela i twarz Szymona. Widziało się na niej wstyd. Ale też zawziętość,
nieustępliwość.  Pod  koniec  gniew.  Kiedy  skończył  czytać,  usiadł  i  zaczął
cicho liczyć pod nosem: „Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć” i tak dalej. Nie
pamiętam,  do  ilu  doliczył.  Trwało  to  dość  długo.  To  był  pierwszy  i  ostatni
raz,  kiedy  miała  miejsce  podobna  sytuacja.  Każde  następne  wypracowanie
Szymona  było  już  doskonałe.  Schludne,  wyrafinowane  stylistycznie,  bogate
w  systematycznie  wyłożone  myśli.  To,  co  pisał,  dalece  przewyższało  nasze
wypociny.  Wysoka  kultura  literacka,  oczytanie,  erudycja,  talent  pisarski.
Wspomnienie  pierwszej  porażki  uległo  szybkiemu  wymazaniu.  Wiele  lat
później  Szymon  wyjaśnił  mi,  na  czym  polegała  tajemnica  tych  doskonałych
wypracowań.  Pracował  nad  nimi  wcześniej  w  domu,  następnie  uczył  się  ich
na  pamięć  i  podczas  klasówki  tylko  przepisywał  to,  co  miał  w  głowie.
Tworzył  coś  w  rodzaju  „oryginalnych  gotowców”,  jak  wyjaśnił.  Na  moje
pytanie,  jak  udawało  mu  się  z  góry  przewidzieć  temat  zadany  przez

background image

nauczyciela,  odpowiedział,  że  to  nie  stwarzało  żadnych  trudności.  Zakres

tematyczny klasówki obejmował konkretną epokę. Wystarczyło trochę nagiąć

„gotowca”  do  zadanego  tematu  i  wypracowanie  było  gotowe.  Na  moje
wątpliwości,  czy  to  uczciwe,  argumentował,  że  wbrew  pozorom  pisanie

nigdy  nie  przychodziło  mu  łatwo.  Było  procesem  żmudnym  i  mozolnym.

Stworzenie czegoś, co go zadowalało, zajmowało wiele godzin ciężkiej pracy.

Tymczasem  w  warunkach  szkolnych  brakowało  czasu  na  cyzelowanie

każdego  zdania.  Jeden  jedyny  raz  podjął  próbę  pisania  „na  żywo”  i  właśnie

wtedy  mu  nie  wyszło.  Odtąd  trzymał  się  swojej  wypróbowanej  metody.

Przyjąłem to wyjaśnienie do wiadomości.

Jak

  już  nadmieniłem,  Szymona  w  pierwszej  klasie  raczej  się  nie

zauważało. Z całego pierwszego roku pamiętam tylko jedno zdarzenie z nim

związane.  Krótko  przed  wakacjami  cała  klasa  udała  się  na  wycieczkę.  Trzy

dni  nad  jeziorem,  kilkanaście  kilometrów  od  Z.  Była  to  nasza  pierwsza

wspólna  wyprawa.  Drewniane  chatki  blisko  wody.  Ukryte  wśród  drzew.

Daleko  od  rodziców  i  nauczycieli.  Była  tylko  wychowawczyni,  która  dawała

nam  całkowitą  swobodę.  Miała  do  nas  zaufanie.  Staraliśmy  się  go  nie

zawieść.  Mimo  to  oczywiście  próbowaliśmy  tego  i  owego.  Nie  w  dużych

ilościach,  ale  jednak.  Papierosy,  piwo.  Narkotyków  wtedy  jeszcze  nie  było,
to  nie  te  czasy.  Wieczorem  śpiewy  przy  ognisku.  Chłopacy  grali  na  gitarze.
Ciepło. Parno. Romantycznie i nastrojowo. Długie rozmowy. W pewnej chwili
obok  mnie  usiadł  Szymon.  Chyba  już  coś  wypił.  Był  bardziej  rozmowny  niż
zwykle.  Zaskoczyło  mnie  to.  Że  potrafi  tak  nawijać.  Nie  pamiętam
dokładnie, o czym  mówił. Pamiętam tylko,  że w końcu, jak  to zwykle,  kiedy
ma się te naście lat, zeszło na rodziców. Czułem, że Szymon ma niejedno do
powiedzenia  w  tej  kwestii.  Jednak  siedziało  to  w  nim  tak  głęboko,  że  nawet
alkohol  nie  całkiem  rozwiązał  mu  język.  Miałem  wrażenie,  że  czeka  na  mój
pierwszy ruch. Niewyraźnie  przebąkiwał o trudnej sytuacji  domowej. O  ojcu,
matce,  siostrze.  W  pewnej  chwili,  patrząc  w  nieokreślonym  kierunku,  nagle
wypalił  z  czymś  takim:  „Jest  ciemna,  właściwie  niewidzialna.  Jej  potworna
masa  przyciąga,  wchłania  i  niszczy  wszystko,  co  znajdzie  się  w  polu
grawitacji.  Możemy  się  starać  zachować  bezpieczną  odległość,  niestety  to
niemożliwe  –  istnieją  przecież  sprawy,  których  z  bezpiecznej  odległości
zrozumieć  nie  można.  Wtedy  pozostaje  iść  dalej.  Powrotnej  drogi  nie  ma”.
Nie  wiedziałem,  o  co  mu  chodzi.  I  do  tej  pory  nie  wiem,  zapisałem  sobie  te

background image

słowa  w  notatniku,  który  do  dzisiaj  przechowuję.  Ostatnio  przypomniałem  je

sobie.  Może  mnie  sondował?  Może  badał,  co  powiedzieć,  a  czego  nie?  Nie

czułem  się  z  tym  dobrze.  Nie  odzywałem  się  za  dużo.  W  końcu  się
zniecierpliwił.  Zaczął  mnie  silniej  naciskać,  żebym  powiedział  o  sobie  coś

więcej. Czułem na sobie jego natarczywe spojrzenie. Jak gdyby nagle znalazł

bratnią  duszę  i  zdecydował,  że  natychmiast  musi  się  przed  nią  odsłonić.

Wyrzucić  z  siebie  wszystko,  co  go  gryzło.  Wypluć.  Zwymiotować.  Ale

obawiał  się  zrobić  to  pierwszy.  Ja  też  nie  chciałem.  Całkiem  zamknąłem  się

w sobie. Ta rozmowa mnie rozdrażniła. Czułem się przymuszany do wyznań.

W  końcu  odszedłem  i  przyłączyłem  się  do  innych  chłopaków.  Szymon  został

sam.  Następnego  ranka  oświadczył  wychowawczyni,  że  musi  wyjechać

w  pilnej  sprawie  rodzinnej.  Oczywiście  wszyscy  zdawali  sobie  sprawę,  że  to

wymówka.  Siedzieliśmy  w  środku  lasu.  Nie  było  wtedy  telefonów

komórkowych.  Żadnego  bezpośredniego  kontaktu  ze  światem  zewnętrznym.

Jak  Szymon  mógł  się  dowiedzieć  o  „pilnej  sprawie  rodzinnej”,  która

wymagała  jego  natychmiastowego  powrotu?  Ale  w  sumie  nie  zawracaliśmy

sobie tym głowy. Latem nie widywałem się z Szymonem.

Lepiej

 poznaliśmy się w drugiej klasie. Za pośrednictwem Łukasza. Gdyż

najpierw  to  właśnie  Łukasz  zaprzyjaźnił  się  z  Szymonem.  A  że  ja  w  tym
samym  czasie  byłem  blisko  Łukasza,  siłą  rzeczy  zaczęliśmy  spędzać  więcej
czasu  we  trzech.  Potem  czasami  mówili  o  nas  „Trójca  Święta”.  Między
Łukaszem  i  Szymonem  nawiązała  się  przyjaźń  o  charakterze  zdecydowanie
intelektualnym.  Rozmawiali  o  filozofii,  psychologii,  religiach  świata.
O  rzeczach,  którymi  Szymon  wtedy  się  fascynował.  Pamiętam,  że  nawet
opuszczał  lekcje,  wsiadał  w  poranny  pociąg  i  jechał  do  Lublina.  Odwiedzał
tamtejsze  biblioteki.  Czytał  książki,  których  nie  mógł  dostać  u  nas.  A  które
nie  miały  nic  wspólnego  z  programem  szkolnym.  Z  pewnością  dlatego  miał
słabe  oceny.  Z  wyjątkiem  języka  polskiego  i  angielskiego.  Nie  zależało  mu
na  lepszych.  Tłumaczył,  że  zajmują  go  inne  sprawy.  Własne  studia.  Był
w  tym  konsekwentny.  Powiedziałbym,  że  zawzięty.  Pasja?  Oczywiście.  Ale
też coś więcej. Napięcie, które mogło  zostać rozładowane wyłącznie  podczas
czytania  i  pisania.  Szymon  cały  czas  coś  notował,  zapisywał,  tworzył.  Był
zirytowany,  kiedy  coś  mu  w  tym  przeszkadzało.  Pochłaniał  Eliadego,
Freuda,  Junga.  Autorów  wtedy  bardzo  modnych.  Potem  sięgnął  po
niemieckich  filozofów,  zwłaszcza  Heideggera.  Zapamiętałem  te  nazwiska.

background image

Szymon  i  Łukasz  często  je  wymieniali  w  swoich  rozmowach.  Pamiętam  też

Joyce’a  i  jego 

Ulisses

a

.  Szymon

  nie  czytał  tego  jak  literatury.  Raczej  jak

teorię  nowoczesnej  powieści.  Jak  intelektualną  łamigłówkę.  Jak  trampolinę
dla  kwestii  filozoficznych  i  estetycznych,  które  go  wtedy  zajmowały.  Tak  mi

to  tłumaczył.  Ale  dopiero  później.  Gdyż  najpierw  zaprzyjaźnił  się

z  Łukaszem,  jak  już  nadmieniłem.  Ja  dołączyłem  do  ich  rozmów  chyba

wiosną,  w  połowie  drugiej  klasy.  Uczciwie  przyznaję,  że  nie  mogłem  im

dotrzymać  kroku.  Naturalnie,  też  czytałem  dużo  książek.  Na  przykład

lubiłem  opowiadania  Edgara  Allana  Poe,  powieści  Lema.  Nieźle  szło  mi  też

pisanie  wypracowań.  Na  pewno  nie  były  tak  błyskotliwe  jak  wypracowania

Szymona.  Ale  trzymały  przyzwoity  poziom.  Zawsze  przywiązywałem  wagę

do  ładnego  słownictwa.  Dostawałem  oceny  dobre  i  bardzo  dobre,  rzadko

niższe.  Lecz  mój  prawdziwy  świat  był  gdzie  indziej.  Chyba  już  wtedy

zacząłem  poważnie  myśleć  o  wojsku  i  karierze  pilota.  Niestety  podczas

badań  lekarskich  wykryto  u  mnie  alergię.  Dyskwalifikowało  mnie  to.

Alternatywą  były  studia  w  Wojskowej  Akademii  Technicznej.  W  Warszawie.

Tam  postanowiłem  zdawać.  Skoro  nie  mogłem  pilotować  samolotów,

chciałem  je  przynajmniej  budować.  W  szkole  siłą  rzeczy  coraz  mocniej

zajmowała  mnie  matematyka  i  fizyka.  Egzaminy  na  studia  były  trudne.
Trzeba się było dobrze do nich przygotować.

Stopniowo

  Szymon  stawał  mi  się  coraz  bliższy.  Nie  tylko  dzięki

Łukaszowi.  To  była  po  prostu  wspólna  wrażliwość,  o  czym  już  nadmieniłem.
Łukasz  i  Szymon  rozmawiali  ze  sobą  dużo.  Ja  i  Szymon  prawie  nigdy.  Mimo
to  rozumieliśmy  się  bardzo  dobrze.  Bez  słów.  Nie  wiem,  czym  to  wyjaśnić.
Nagle pękła bariera, która nas na początku dzieliła. Być może pękła właśnie
dlatego,  że  nie  rozmawialiśmy  za  dużo.  I  że  Szymon  wyciągnął  naukę
z  tamtej  sytuacji  nad  jeziorem.  Teraz  do  niczego  mnie  nie  zmuszał.  Nie
zmuszał  do  wyznań.  Wystarczyło  kilka  słów  i  już  obaj  wiedzieliśmy,  o  co
chodzi.  Jakby  uruchamiały  cały  łańcuch  wspólnych  dla  nas  obu  skojarzeń.  Po
co  było  to  psuć  słowami?  Szymon  mieszkał  w  S.  Nie  zapraszał  mnie  tam.
Kilkakrotnie spotkałem gdzieś jego matkę. Miła, kulturalna pani. Po lekcjach
od  razu  szedł  na  przystanek  autobusowy,  nigdy  nie  zostawał  dłużej.  Spieszył
się  do  domu.  Czasami  go  odprowadzałem.  Wtedy  dużo  rozmawialiśmy.
Najczęściej  o  dziewczynach.  Podobały  nam  się  najczęściej  te  same.  Zdarzyło
się  raz,  że  nawet  zakochaliśmy  się  w  tej  samej.  Była  rok  młodsza.  Szczupła,

background image

długie  włosy,  długie  nogi  ukryte  pod  grubymi  wełnianymi  spódnicami.

Ładny  uśmiech.  Ładne  zęby.  Obserwowaliśmy  ją,  chodziliśmy  za  nią.

Czasami  rzucaliśmy  jakiś  żart.  Wydawało  się,  że  sprawia  jej  to  przyjemność.
Lekko  kokietowała.  Bardziej  Szymona  niż  mnie.  Raz  i  drugi  widziałem,  że

odpowiada  na  jego  spojrzenie.  Jednak  on  wtedy  spuszczał  wzrok.  Tracił  całą

odwagę,  której  i  tak  miał  niewiele.  Chyba  tylko  w  mojej  obecności  pozwalał

sobie  obserwować  tę  dziewczynę  bardziej  wyzywająco.  Bo  wiedział,  że  i  tak

nie  zrobi  pierwszego  kroku.  Przecież  nie  chciał  mnie  urazić!  Przecież  nie

mógł  mnie  zostawić!  Tak  to  tłumaczył.  Oczywiście  to  były  wymówki.

W rzeczywistości się  bał. Im mocniej  się bał, tym bardziej  się mnie  trzymał.

Im  mocniej  się  trzymał,  tym  bardziej  wyzywająco  na  nią  patrzył,  by

udowodnić  sobie,  że  wcale  się  nie  boi.  Z  kolei  to  sprawiało,  że  obawiał  się,

by  rzeczywiście  nie  doszło  do  czegoś  więcej.  Wtedy  spuszczał  wzrok.  Błędne

koło.  Połowinki,  które  miały  miejsce  w  połowie  trzeciej  klasy,  spędziliśmy

sami  przy  stoliku.  We  dwóch.  Wszyscy  inni  chłopacy  przyprowadzili  jakieś

dziewczyny  i  bawili  się  z  nimi  w  parach,  my  nie.  A  przecież  Szymon  nie

mógł narzekać na  brak powodzenia. Był  delikatny. Wysoki, szczupły.  Drobne

dłonie.  To  nic,  że  prawie  zawsze  spocone.  Z  uwagą  dobierał  sobie  ubrania.

Nie  były  drogie,  ale  dobrane  z  pewnym  pomysłem.  Nosiliśmy  wtedy
wygniecione  flanelowe  koszule.  Najczęściej  zbyt  obszerne.  Do  tego  ciemne
spodnie  i  mocne  skórzane  buty.  Wielu  z  nas  kupiło  sobie  glany.  Obywaliśmy
się  bez  grzebieni.  Natomiast  Szymon  miał  włosy  półdługie,  starannie
uczesane.  Nie  widziało  się,  żeby  szybko  biegł,  dokądś  się  spieszył.  Albo
wykonywał  nagłe,  gwałtowne  ruchy.  Wręcz  przeciwnie.  Wszystko  to  robiło
na dziewczynach wrażenie czegoś innego. Oryginalnego. Niebanalnego. Poza
tym  Szymon  miał  subtelne  rysy.  Prawie  kobiece.  I  ciemne,  bardzo  ciemne
oczy.  Często  je  mrużył.  Wtedy  wyglądały,  jak  gdyby  były  skośne.  Dodawało
to  twarzy  pewnego  egzotycznego  rysu.  W  późniejszych  latach,  pod  koniec
studiów, zapuścił długą brodę. Zawsze sprawiał wrażenie młodszego, niż był
w  rzeczywistości,  teraz  dzięki  brodzie,  a  była  bardzo  gęsta,  jego  rysy
nabrały  dojrzałości,  męskości.  Wtedy  Szymon  już  nie  okazywał  takiej
wstydliwości  jak  dawniej.  Umiał  korzystać  ze  swojej  urody.  Był  pewniejszy
siebie.  W  liceum  nikomu  się  nie  narzucał.  Jego  milczenia  i  dystansu  nie
odbieraliśmy  już  jako  wyniosłości  czy  pozy.  Bardziej  właśnie  jako
zawstydzenie. Że jest się tym, kim się jest.

background image

Najintensywniejszy

  kontakt  mieliśmy  w  trzeciej  klasie.  Niewątpliwie.

Był  to  czas  „osiemnastek”.  Spotykaliśmy  się  w  mieszkaniach  solenizantów.

Piliśmy 

piwo. 

Słuchaliśmy 

muzyki. 

Paliliśmy 

papierosy. 

Czasami

tańczyliśmy.  Kiedyś  ktoś  przytaszczył  gaśnicę.  Powiedział:  „Zasypka  dla

niemowląt”. 

Ryknęliśmy 

śmiechem. 

Dużo 

było 

takich 

sytuacji.

Rozmawialiśmy,  oczywiście.  Bardzo  dużo.  Alkohol  rozwiązywał  języki.  Poza

tym  znaliśmy  się  już  dość  długo.  Wiedzieliśmy,  że  możemy  sobie  ufać.

Matura  czekała  nas  za  rok.  Co  stanowiło  jeszcze  dość  odległą  perspektywę.

Niczym  się  nie  przejmowaliśmy.  Byliśmy  wolni.  Szymon  jak  zwykle

z  ciekawością  przysłuchiwał  się  naszym  rozmowom.  Też  sporo  pił.  Jednak

zawsze  zachowywał  kontrolę  nad  sobą.  Do  końca.  Kiedy  myślę  o  tym

obecnie,  mam  wrażenie,  że  Szymon  obserwował  nas  wszystkich  jak  gdyby

zza niewidocznej szyby. Z życzliwym zainteresowaniem kogoś, kto spotkał na

swojej  drodze  interesujące  „okazy  ludzkie”.  Natomiast  sam  pozostaje

świadom,  że  przynależy  do  innego  gatunku.  Nigdy  nie  zostawał  na

imprezach  do  końca.  Nie  nocował  u  nikogo  ani  razu.  Zawsze  wracał  do

domu.

Jedno

  wspomnienie  jest  szczególnie  wyraźne.  Przełom  maja  i  czerwca.

Oceny  końcowe  w  zasadzie  już  wystawione.  Szkolna  wycieczka  do
Zakopanego.  Szymon  dobrze  znał  Tatry.  Jako  dziecko  jeździł  tam  z  ojcem.
Lubił  góry.  Bardzo.  Była  idealna  pogoda.  Słońce  świeciło  mocno.
Wierzchołki  gór  pokrywał  jeszcze  śnieg.  Kontrastowało  to  z  zielenią
obszarów  położonych  niżej.  Dodawało  uroku.  Na  cały  dzień  wybraliśmy  się
do  Doliny  Pięciu  Stawów.  Grupa  była  duża.  Ale  my  trzymaliśmy  się  osobno.
Ja, Łukasz i Szymon. „Trójca Święta”. Mniej więcej w połowie Łukasz odpadł.
Nie  mógł  za  nami  nadążyć.  Szliśmy  dalej  we  dwójkę.  Lał  się  z  nas  pot,
w  schronisku  zmieniłem  podkoszulek  na  suchy.  Zjedliśmy  po  tabliczce
czekolady. Później długi powrót. Złote światło popołudniowego słońca. Jeden
rytm  kroków.  Pod  koniec,  czekając  na  resztę  grupy,  leżeliśmy  na  trawie.
Patrzyliśmy  na  granatowe  łańcuchy  gór  i  połyskujący  śnieg.  Wieczorne
słońce  nadało  mu  pomarańczowy  kolor.  Pamiętam,  że  bardzo  mało
rozmawialiśmy. Ale chyba nigdy wcześniej i nigdy później nie czułem równie
mocno,  że  to  prawdziwa  przyjaźń.  Nie  lubię  wielkich  słów.  Mimo  to
powiedziałbym, że to był mityczny dla mnie czas.

Dwa

 lub trzy tygodnie później zmarła matka Łukasza. Rak. Bardzo nas to

background image

zaskoczyło. Łukasz nie zdradził się, że była chora. W końcu okazji znalazłoby

się dużo. I nagle taka wiadomość. Pewnego dnia przypadkiem natknąłem się

na  niego  w  jednym  z  bocznych  korytarzy  szkoły.  Siedział  pod  ścianą.
Skulony.  Kiedy  spostrzegł  moją  obecność,  podniósł  głowę.  Nic  nie

powiedział.  Nie  płakał.  Potem  znowu  się  skulił.  Odszedłem.  A  przecież

powinienem  był  mu  coś  powiedzieć.  Albo  chociaż  dotknąć.  Podać  rękę.  Nie

zrobiłem  nic.  O  ile  wiem,  Szymon  też  czuł  się  zagubiony.  Nie  wiedział,  co

powiedzieć Łukaszowi. Jak się zachowywać. Uważam, że obaj nie stanęliśmy

wtedy  na  wysokości  zadania.  Łukasz  cierpiał,  a  my  nie  potrafiliśmy  się

zdobyć  na  zwykły  gest  współczucia.  Udawaliśmy,  że  nic  się  nie  stało.  Że

wszystko jest jak dawniej. Tyle tylko, że pojechaliśmy na pogrzeb.

Podczas

  wakacji  Szymon  zaczął  się  spotykać  z  Agatą  M.  Z  widzenia

oczywiście  się  znali.  Chodzili  do  równoległych  klas.  Ale  wcześniej  nie

zwracali  na  siebie  uwagi.  Zaiskrzyło  między  nimi  na  międzyszkolnej

wymianie  z  młodzieżą  niemiecką.  Oboje  w  niej  uczestniczyli  z  ramienia

naszej  szkoły.  Zbliżył  ich  Oświęcim.  Dobrze  pan  słyszał.  Przebywali  tam

oboje przez pewien  czas. W Międzynarodowym  Domu Spotkań Młodzieży.  Za

dnia  wspólnie  ze  swoimi  niemieckimi  rówieśnikami  wykonywali  drobne

prace  porządkowe  na  terenie  byłego  obozu  koncentracyjnego.  Natomiast  po
południu  i  wieczorem  spotykali  się  w  sali  obrad,  by  wspólnie  dyskutować
o  historii  dawnej  i  nowszej.  Szymon  i  Agata  wrócili  stamtąd  właściwie  jako
para.  Potem  śmiali  się,  mówiąc  po  niemiecku:  „

Wir

  haben  uns  in  Auschwitz

kennengelernt”.

 Wie

  pan,  dla  Niemca  brzmi  to  tak,  jak  gdyby  oboje  poznali

się w obozie podczas wojny. Ich związek to była mała szkolna sensacja. Gdyż
nikomu nie mieściło się w głowie, że Szymon mógłby dać się „skusić” jakiejś
dziewczynie.  Jeszcze  więcej  zdziwienia  budził  fakt,  że  Agata  zostawiła  dla
Szymona  swojego  poprzedniego  chłopaka,  z  którym  chodziła  od  dwóch  lat.
Nawet  miała  się  z  nim  zaręczyć.  Tymczasem  wszystko  uległo  zmianie.  Czy
Szymon  także  się  zmienił?  Na  pewno  nie  od  razu.  Ale  bez  wątpienia  Agata
była tą, która przeciągnęła Szymona, istotę – jeśli wie pan, co mam na myśli
–  obcego  gatunku,  do  naszego  świata.  Zaczął  się  otwierać.  Brzmi  banalnie.
Ale  tak  było.  Tajał.  Ocieplał  się  wewnętrznie.  Rodzice  Agaty  chętnie
zapraszali  go  do  siebie.  Widocznie  im  się  spodobał.  Ich  dom  był  zupełnie
inny  niż  ten  Szymona.  Zawsze  pełen  ludzi.  Głośny.  Sympatycznie  hałaśliwy.
Sympatycznie,  gdyż  w  tym  hałasie  było  dużo  życia.  To  musiał  być  szok  dla

background image

Szymona,  który  wcześniej  rzadko  bywał  w  domach  obcych  ludzi.  I  nie  był

przyzwyczajony  do  tego,  że  mąż  i  żona  nie  skaczą  sobie  do  oczu,  tylko

normalnie ze sobą rozmawiają. Śmieją się razem, dotykają. Że dzieci się ich
nie  boją.  Że  podczas  posiłków  wszyscy  siedzą  przy  jednym  stole.  Że

opowiadają  sobie,  jak  minął  ich  dzień.  Najbanalniejsze  ludzkie  zachowania,

takie,  jakie  można  było  zaobserwować  w  domu  Agaty,  były  dla  Szymona

źródłem  nieustającego  zdumienia.  Czasami  opowiadał  mi  o  tym.  Był

zafascynowany  czymś,  co  zwyczajnemu  człowiekowi  musiało  się  wydawać

oczywiste.  Natomiast  Szymon  był  po  prostu  szczęśliwy,  gdy  nagle  okazało

się,  że  przynajmniej  częściowo  również  może  żyć  takim  życiem.  Oczywiście

później  wyszło  na  jaw,  że  i  w  rodzinie  M.  nie  brakowało  trudnych  chwil.  Ale

dla  Szymona  to  były  nieistotne  szczegóły.  Miało  się  wrażenie,  że  ogrzewał

się  pośród  tych  ludzi.  Sama  Agata  była  zresztą  wyjątkową  dziewczyną.

Spontaniczna,  żywiołowa,  zazwyczaj  uśmiechnięta.  Otwarta.  Niewątpliwie

miała  własne  problemy.  Jak  każdy.  Lecz  przede  wszystkim  emanowała

serdecznością.  Jak  gdyby  nieustannie  świeciło  w  niej  wewnętrzne  słońce.

Poza  tym  była  bardzo  ładna.  Wysoka,  zgrabna.  Często  chodziła  bez  stanika.

No  dobrze,  przyłapał  mnie  pan.  Też  się  w  niej  podkochiwałem.  Ale  nie

robiłem  nic,  żeby  rozbić  ich  związek.  Co  prawda  to  był  dziwny  związek.
Zazwyczaj  na  tym  etapie  znajomości  chce  się  ze  sobą  spędzać  jak  najwięcej
czasu. Wszystko inne wydaje się nieważne. Oni inaczej. Rzadko się spotykali.
Byli  bardzo  obowiązkowi.  Przez  cały  rok  ostro  się  przygotowywali  do
matury.  Szymon  widział  w  tym  szansę  na  wyrwanie  się  z  domu.  To  go
mobilizowało.  A  Agata  była  z  kolei  bardzo  ambitna.  W  szkole  krążył  o  niej
nawet  taki  dowcip:  „Dzisiaj  Agata  M.  zrobiła  sobie  wolne.  Uczyła  się  tylko
dwanaście godzin”. Widywali się głównie w szkole. Poza tym chyba tylko raz
w  tygodniu.  W  sobotę  wieczorem.  Porę  spotkania  wyznaczały  godziny
przyjazdu  i  odjazdu  autobusu.  Szymon  mieszkał  w  S.,  a  Agata  w  O.,  małej
wsi  pod  Z.  W  drugim  semestrze  jeździli  razem  na  dodatkowe  kursy  historii.
Do  Lublina.  W  związku  z  tym  spędzali  ze  sobą  całe  soboty.  Od  rana  do
wieczora. Być może wtedy też doszło między nimi do czegoś więcej. Szymon
nigdy  się  z  tego  nie  zwierzał.  Mimo  to  coś  się  wyczuwało  między  nimi.
Erotyczne  napięcie.  Znaki,  gesty,  spojrzenia,  sygnały,  mowa  ciała.  Rozumie
pan.

Nasza

  „Trójca  Święta”  powoli  się  rozpadała.  Musiało  do  tego  dojść.  To

background image

był  naturalny  proces.  Każdy  z  nas  przed  maturą  sporo  się  uczył.  Poza  tym

Szymon  nigdy  nie  spędzał  z  nami  dużo  czasu.  Teraz,  kiedy  widywał  się

z  Agatą,  te  kontakty  ograniczyły  się  do  minimum.  Za  chwilę  mieliśmy  się
rozstać  zupełnie  i  opuścić  Z.  Ja  przeniosłem  się  do  Warszawy.  Szymon

i  Łukasz  zaczęli  studia  w  Lublinie.  Początkowo  nawet  wynajęli  wspólnie

mieszkanie.  Niedługo  potem  dołączyła  do  nich  Agata.  Jej  rodzice  byli  temu

przeciwni. To były jeszcze inne czasy. Młodzi ludzie rzadko ze sobą mieszkali

przed  ślubem.  Jednak  Agata  i  Szymon  postawili  na  swoim.  Chyba  właśnie

wtedy  relacje  między  nimi  a  Łukaszem  zaczęły  się  psuć.  Łukasz  czuł,  że  im

przeszkadza.  Przede  wszystkim  Szymon  dawał  mu  to  odczuć.  Chciał  sam

zamieszkać  z  Agatą.  Innych  traktował  jak  intruzów.  Którzy  zakłócają  spokój

i  nie  pozwalają  skupić  się  na  tym,  co  wtedy  było  dla  niego  najważniejsze.

Czyli  na  budowaniu  związku  z  Agatą.  Bardzo  mu  na  niej  zależało.  W  końcu

Łukasz  się  wyprowadził.  O  ile  pamiętam,  był  to  styczeń.  A  w  marcu  już  nie

żył.  Wypadek  motocyklowy.  Kupił  motocykl  jesienią  i  koniecznie  chciał

wypróbować.  Przyszła  odwilż.  Jednak  nadal  było  dość  zimno.  Drogi  były

jeszcze  miejscami  pokryte  lodem  i  śniegiem.  Łukasz  nie  wziął  tego  pod

uwagę. Uważał, że  idzie wiosna, i  że najwyższy czas na  próbną jazdę.  Jechał

za  szybko.  Nie  wyrobił  na  zakręcie.  Uderzył  w  drzewo.  Zginął  na  miejscu.
Na  pogrzeb  przyszła  cała  nasza  była  klasa.  Wszyscy  się  zjechali.  Niektórzy
z  bardzo  daleka.  Było  zimno,  padało.  Trzymaliśmy  się  z  Szymonem  za  ręce.
Płakaliśmy.  Wieczorem  wybraliśmy  się  na  spacer.  Nad  pobliskie  jezioro.
Było  jeszcze  zamarznięte.  W  pewnej  chwili  postanowiliśmy  dojść  do  małej
wyspy  oddalonej  od  brzegu  około  stu  metrów.  Baliśmy  się,  mimo  to
poszliśmy.  Z  dołu  dochodziły  głuche  dźwięki  pracującego  lodu.  Na  wyspie
spędziliśmy  jakąś  godzinę.  Mówiłem  głównie  ja.  Ale  o  Łukaszu  raczej
niewiele.  Raczej  o  swoim  życiu.  A  przede  wszystkim  o  ojcu,  matce.  O  tym,
że  ich  kocham,  ale  muszę  od  nich  uciec,  ponieważ  nie  pozwalają  mi  żyć,  jak
chcę.  Świecił  księżyc.  Szymon  słuchał.  Nie  patrzył  na  mnie.  Kiedy
skończyłem,  powiedział  tylko:  „To  nic.  To  wszystko  nic”.  Zdziwiło  mnie  to.
Nie  takich  słów  się  spodziewałem.  Nie  takich.  A  jeszcze  mniej  się
spodziewałem,  że  po  chwili  wstanie  i  sobie  pójdzie.  Tak  po  prostu.  Zostawi
mnie  samego  na  tej  wyspie.  Potem  nie  mieliśmy  kontaktu  przez  co  najmniej
trzy  lata.  Pewnego  dnia  przypadkowo  spotkaliśmy  się  na  ulicy  w  Lublinie.
Poszliśmy  na  piwo.  Nie  wracaliśmy  do  przeszłości.  Rozmawialiśmy  jak

background image

gdyby nigdy nic.

Te

  trzy  lata  to  był  dla  mnie  niedobry  czas.  Śmierć  Łukasza  to  jedno.

Drugim  powodem  było  miejsce,  w  którym  wylądowałem  po  maturze.  Tak,
wiem.  Sam  je  wybrałem.  Ale  szybko  zrozumiałem,  że  wojsko  nie  jest  dla

mnie.  Niestety  wstydziłem  się  o  tym  komukolwiek  powiedzieć.  Wydawało

mi  się,  że  zostanę  wyśmiany.  Z  rodzicami  przestałem  utrzymywać  kontakty.

A Szymon był daleko, w Lublinie. Poza tym miałem wrażenie, że był bardzo

zajęty  budowaniem  sobie  nowego  życia.  Być  może  nawet  nowej  tożsamości.

I  nie  życzył  sobie,  żeby  cokolwiek  go  rozpraszało.  Nawet  moje  osobiste

problemy.  Zostałem  z  nimi  sam.  Wojskowa  Akademia  Techniczna  była  co

prawda  uczelnią  elitarną,  ale  jednak  wojskową.  Czyli  rządziła  się

szczególnymi  prawami.  Trudno  było  mi  do  nich  przywyknąć.  Po  pewnym

czasie  zacząłem  się  nawet  jąkać.  Wyśmiewano  się  ze  mnie,  wytykano

palcami. Miałem wiele nieprzyjemności zarówno ze strony przełożonych, jak

i  kolegów.  Nie  chcę  opisywać  szczegółów.  Pod  koniec  drugiego  semestru

zrobiło  się  nie  do  wytrzymania.  To  była  pułapka  bez  wyjścia.  Utrzymywało

mnie  wojsko,  od  którego  byłem  finansowo  zależny.  Oczywiście  alternatywę

stanowił  powrót  do  rodziców.  Tego  nie  mogłem  jednak  zrobić.  Znowu

musiałbym  ich  prosić  o  pomoc.  Nie  wchodziło  to  w  rachubę.  Pewnego
przedpołudnia  po  ćwiczeniach  na  strzelnicy  nie  zdałem  broni.  Samowolnie
opuściłem  teren  uczelni.  Zabrałem  ze  sobą  cywilne  ubranie.  Wsiadłem
w pociąg do Z. Na miejscu z nikim się nie kontaktowałem, ani z rodziną, ani
ze znajomymi. Do Szymona też się nie odezwałem. W dalszym ciągu miałem
do  niego  żal,  że  mnie  wtedy  zostawił  na  wyspie.  Poza  tym  wiedziałem,  że
wszyscy 

moi 

znajomi 

przyjaciele, 

nie 

mówiąc 

rodzinie,

najprawdopodobniej  znajdują  się  pod  ciągłą  obserwacją  żandarmerii
wojskowej.  Zbiegły  żołnierz  i  do  tego  w  posiadaniu  broni  –  to  była  bardzo
poważna sprawa. Niedaleko od miasta znajdowało się jezioro. Wspominałem
już  o  nim.  Odczekałem  do  wieczora,  po  czym  przepłynąłem  łódką  na  wyspę.
Tak,  tę  samą.  Położyłem  się  na  ziemi.  Dokładnie  to  pamiętam:  trzymałem
w  dłoni  naładowany  pistolet,  patrzyłem  w  niebo.  Ale  gdy  przyszedł
decydujący  moment,  nie  mogłem  nacisnąć  spustu.  W  końcu  czekałem  tylko,
aż  mnie  znajdą  i  odbiorą  broń.  Co  następnego  dnia  rzeczywiście  nastąpiło.
Spędziłem  trochę  czasu  w  areszcie.  Byłem  sądzony  przez  sąd  wojskowy.
Więzienia  uniknąłem  tylko  dlatego,  że  stwierdzono  u  mnie  depresję.

background image

Leczyłem  się  około  roku.  Nie  wróciłem  do  wojska.  Podjąłem  studia

inżynierskie  w  Lublinie,  budowa  dróg.  Po  studiach  od  razu  znalazłem  dobrą

pracę  przy  budowie  autostrad.  Kilka  lat  później  ożeniłem  się,  mam  dwoje
dzieci, syna i córkę. Depresja nigdy nie wróciła. To był epizod.

Z  Szymonem  utrzymywałem  kontakt,  oczywiście.

  Bardzo

  dobrze

pamiętam  jego  ślub  i  wesele,  pod  koniec  studiów.  Początek  sierpnia.  Upał.

Ponad trzydzieści stopni w cieniu. Duży, nowoczesny kościół. Dużo gości. Oni

oboje.  Szczęśliwi.  Jak  gdyby  chcieli  obdarować  nas  wszystkich  swoją

radością.  Wie  pan,  jak  to  często  bywa.  Goście  się  nudzą.  Udają  wzruszenie.

Tu  było  inaczej.  To  był  prawdziwy  ślub.  A  potem  prawdziwe  wesele.  Ich

pierwszy  taniec.  Na  środku  sali.  Walc.  Agata  swobodna.  Szymon  bardzo

spięty.  Wyprostowany  jak  struna.  Czoło  mokre  od  potu.  Dawał  z  siebie

wszystko.  Było  widać,  że  mu  zależy.  To  był  jego  dzień.  Ich  dzień.  Jeszcze  po

wielu  latach  wspominano  ten  ślub  jako  wyjątkowy.  Ja  sam  miałem  potem

sporadyczne  kontakty  z  Szymonem.  Czasami  pisywaliśmy  do  siebie  maile,

rozmawialiśmy  telefonicznie.  Raz  w  roku,  wiosną,  spotykaliśmy  się  przy

grobie  Łukasza.  Zapalaliśmy  znicze,  potem  zwykle  szliśmy  na  piwo.

Rozmawialiśmy  kilka  godzin.  Wspominaliśmy  dawne  czasy.  Opowiadaliśmy,

co  nowego  u  nas.  To  już  nie  była  ta  sama  przyjaźń  co  wcześniej.  Nie  mogła
być.  Obaj  się  zmieniliśmy.  Mimo  to  mieliśmy  sentyment  do  przeszłości.
Zawsze  dobrze  nam  się  gadało.  Kiedy  Szymon  zniknął  pierwszy  raz,
uświadomiłem  sobie,  że  z  tamtych  licealnych  lat  –  chciałbym  z  całą  mocą
podkreślić: bardzo dobrych lat, być może najlepszych w moim życiu, głównie
ze  względu  na  przyjaźnie,  jakie  wtedy  zawarłem  –  nie  został  mi  już  nikt
bliski.  Płakałem,  kiedy  to  do  mnie  dotarło.  Potem,  po  latach,
dowiedzieliśmy  się  wszyscy,  że  Szymon  nieoczekiwanie  powrócił  i  zaczął
zabijać. Nie wiem, dlaczego to robił. Jeśli nadal żyje, zasługuje na najwyższy
wymiar kary.

Na

 tym skończmy.

background image

P

4

olicja

  dotarła  do  wszystkich  członków  rodziny,  informując  ich

o  dotychczasowych  wynikach  śledztwa.  Ustalono,  że  Kazimierz  K.

zmarł  z  przyczyn  naturalnych,  przy  czym  atak  serca  najpewniej

spowodowały  działania  osoby  trzeciej.  Choć  brakowało  jednoznacznych

dowodów,  prawdopodobnie  ta  sama  osoba  ponosiła  odpowiedzialność  za

wybuch  gazu,  w  wyniku  którego  zginęli  Helena  K.  i  jej  syn  Mateusz.  Jan  K.

został  zamordowany  –  nie  ulegało  to  żadnej  wątpliwości.  Jakie  były  losy

Elżbiety K. i Arkadiusza K., nie potrafiono określić. Ostatni raz widziano ich

wsiadających  do  taksówki,  która  miała  ich  odwieźć  do  domu.  Łącznie  cztery

zgony  i  dwa  zaginięcia  w  ciągu  stosunkowo  krótkiego  czasu.  Nieznany

mężczyzna,  który  miał  związek  z  tymi  zdarzeniami,  pozostawił  po  sobie

tylko  dwa  ślady  –  latarkę  i  czerwoną  kurtkę  –  oba  raczej  z  rozmysłem.

Wydawało się, że musi znać swoje ofiary, mimo to sprawiał wrażenie postaci
nierealnej,  człowieka  doskonale  –  takie  opinie  wyrażano  często  niezależnie
od  siebie  –  przeźroczystego,  o  którym  nie  sposób  cokolwiek  powiedzieć.  Co
prawda  widziano  go  przynajmniej  raz,  w  szpitalu,  jednak  obie  pielęgniarki,
które  z  nim  rozmawiały,  zgadzały  się  wyłącznie  co  do  tego,  że  mówił  cicho,
nosił  szykowny  garnitur  i  był  czarujący.  Poza  tym  każda  zapamiętała  go
inaczej.  Pierwsza  twierdziła,  że  miał  okulary  i  długie  ciemne  włosy,  druga,
że  włosy  były  co  najwyżej  średniej  długości,  a  okularów  w  ogóle  nie
widziała.  Pierwszej  wydawał  się  szczupły  i  raczej  powolny  w  ruchach,  druga
określiła  go  jako  mężczyznę  o  zdecydowanym  sposobie  bycia,  pewnego
siebie,  mocno  zbudowanego  („Znam  taki  typ  facetów,  na  pewno  codziennie
trenuje  na  siłowni”).  Pierwsza  utrzymywała,  że  mówił  z  obcym  akcentem,
którego  pochodzenia  nie  umiała  określić,  druga  twierdziła  inaczej  („Proszę
mi  wierzyć,  mam  ucho  do  takich  rzeczy,  pracowałam  przez  kilka  lat
w  Londynie,  nasłuchałam  się  tam  akcentów  z  całego  świata”).  Tak  duże
rozbieżności  w  opisie  uznano  za  zastanawiające,  wydawało  się  wręcz,  że
każda  z  kobiet  rozmawiała  z  innym  mężczyzną.  W  rezultacie  nie  potrafiono

background image

nawet 

sporządzić 

jednego 

portretu 

pamięciowego. 

Równocześnie

rozmawiano  z  członkami  rodziny,  próbując  wydobyć  od  nich  informacje,

które  mogłyby  okazać  się  pomocne  w  śledztwie.  Zanotowano  kilkanaście
zdarzeń  i  nazwisk,  jednak  wszystko  składało  się  na  obraz  rodziny  całkiem

zwyczajnej,  w  zasadzie  niemającej  nic  do  ukrycia,  a  przynajmniej  nie  więcej

niż przeciętna rodzina. Jedyną niezwykłą i dotąd niewyjaśnioną historią było

zaginięcie,  szesnaście  lat  wcześniej,  Szymona  K.,  syna  Kazimierza  K.

Panowała  powszechna  opinia,  że  nie  żyje,  jego  postać  zapamiętano  raczej

niewyraźnie  i  w  najogólniejszych  zarysach  („Był  bardzo  zdolny,  miał  dużo

sukcesów”).  Tylko  Alicja  K.,  matka  zaginionego,  oraz  jego  żona  Agata,

starały  się  powiedzieć  o  nim  coś  więcej.  Policjanci  cierpliwie  wysłuchali  ich

relacji,  udając,  że  coś  notują,  w  istocie  mieli  poczucie,  że  tracą  cenny  czas.

Obraz  Szymona  K.,  ze  szczegółami  odmalowany  przez  obie  kobiety,  był

bowiem,  jak  określił  przesłuchujący  je  policjant,  wyraźnie  zirytowany  całą

sytuacją,  kiczowato  idealny  i  w  związku  z  tym  całkowicie  niewiarygodny.

Niemniej  uznano,  że  w  tym  wypadku  nie  zachodzi  potrzeba  dociekania

prawdy.  Historia  Szymona  K.,  choć  intrygująca,  była  sprawą  dalekiej

przeszłości  i  nic  nie  wnosiła  do  śledztwa  na  jego  obecnym  etapie.  A  trzeba

było działać szybko – wszystko wskazywało na to, że nieznany sprawca znów
uderzy.

Marianna

  i  Piotr  M.  niewiele  sobie  robili  z  ostrzeżeń  policji.  Owszem,

byli  poruszeni,  w  końcu  chodziło  o  najbliższych  krewnych  Szymona  K.,
zaginionego  przed  laty  męża  ich  córki,  Agaty,  lecz  nie  mieli  poczucia,  że  te
zdarzenia  bezpośrednio  ich  dotyczą.  Dlatego  interesowali  się  nimi  tak,  jak
przeciętny  człowiek  interesuje  się  nowinkami  ze  świata  –  uważa  je  za
ekscytujące,  czasami  nawet  pogawędzi  o  nich  ze  znajomymi,  mimo  to  nie
uważa,  by  miały  cokolwiek  wspólnego  z  nim  samym.  Marianna  i  Piotr  M.,
teściowie  Szymona  K.,  mieszkali  razem  ze  swoim  synem  Jarosławem  i  jego
żoną,  Marzeną,  w  dużym  domu  na  wsi,  około  piętnastu  kilometrów  od  S.
Dawniej wszędzie wokół  rozciągały się pola, jednak  od wielu lat  nikt ich  nie
uprawiał  –  Jarosław  i  Marzena  pracowali  jako  nauczyciele,  a  Marianna
i  Piotr  M.  byli  już  zbyt  starzy,  by  doglądać  gospodarstwa.  W  rezultacie  pola
zamieniono  w  łąki,  które  następnie  wydzierżawiono.  Stare  maszyny
sprzedano  lub  oddano  na  złom,  zwierzęta  hodowlane,  dawniej  liczne,
przeznaczono na ubój. Zostawiono tylko kilkanaście kur, aby codziennie mieć

background image

świeże  jajka  i  własne  mięso  na  niedzielny  rosół.  Układ  był  czytelny:  starzy

dają  młodym  darmowy  dach  nad  głową,  w  zamian  za  co  młodzi  oferują

starym  opiekę  i  poczucie  bezpieczeństwa.  W  praktyce  funkcjonowało  to
różnie, bywały okresy, kiedy obie strony prawie ze sobą nie rozmawiały. Na

końcówkę takiego okresu trafił właśnie Szymon K., kiedy zaczął obserwować

dom.  Zabrał  się  do  tego  ostrożnie,  w  mieście,  nawet  tak  niewielkim  jak  S.,

stosunkowo  łatwo  było  pozostać  niezauważonym.  Tymczasem  na  wsi  obcy

człowiek  stawał  się  z  miejsca  podejrzany.  Nie  brakowało  też  nigdy

ciekawskich,  którzy  nie  mając  nic  do  roboty,  przesiadywali  cały  dzień

w  oknie,  czujnym  wzrokiem  obserwując  okolicę.  W  rezultacie  Szymon

przyjeżdżał  jeszcze  przed  wschodem  słońca  wypożyczonym  samochodem,  po

czym  zostawiał  go  w  lesie,  około  dwóch  kilometrów  od  wsi,  i  resztę  drogi

pokonywał  pieszo.  Zasadzał  się  w  krzakach  otaczających  podwórko  teściów

od  strony  łąk,  stamtąd  obserwował  dom  przez  lornetkę.  Dwa  razy  musiał

zabić  psy,  które  wałęsały  się  w  pobliżu  i  zwęszywszy  go,  zaczęły

obszczekiwać.  Jeden  z  nich,  ogromny  i  wyjątkowo  agresywny  mieszaniec,

zdążył  go  nawet  ugryźć  w  rękę,  zanim  padł  na  ziemię  ze  złamanym

karkiem.  Nie  chcąc  budzić  podejrzeń,  Szymon  zabierał  ciała  psów  ze  sobą

i  wrzucał  do  rzeki  wiele  kilometrów  dalej.  W  końcu  uznał,  że  krzaki  to  zbyt
uciążliwa  kryjówka,  był  w  nich  unieruchomiony  praktycznie  do  zmroku.
Zaczął  więc  przychodzić  późnym  popołudniem,  kiedy  zapadały  ciemności.
Zakradał się pod dom i stawał za najbliżej rosnącymi drzewami. Pokoje były
jasno  oświetlone,  teść  zwykle  drzemał  przy  włączonym  telewizorze,
z  pilotem  przyklejonym  do  nieruchomej  dłoni,  teściowa  krzątała  się
niespokojnie  po  kuchni,  przygotowując  obiad  na  następny  dzień.  Szymon
lubił  na  nią  patrzeć.  Odkąd  widział  ją  ostatnim  razem,  przed  szesnastu  laty,
trochę  utyła,  lecz  szybkość  ruchów  pozostała  ta  sama,  imponująca.  Było
w  nich  zawsze  coś  raptownego  i  kanciastego,  jak  gdyby  Marianna  M.  nie
poruszała  swym  ciałem,  tylko  nim  znienacka  gwałtownie  szarpała,  w  ten
sposób  zmuszając  je  do  zmiany  położenia.  Wyglądało  to  dość  komicznie,  dla
Szymona  było  jednak  zawsze,  nie  wiedzieć  czemu,  wzruszające,  nawet  po
latach.  Rozcierając  zimne  dłonie,  sycił  się  widokiem  ciała  podrygującego
w  rytm  niesłyszalnej  wewnętrznej  melodii.  Tak  często  przytulał  się  do  niej
w  przeszłości.  Marianna  M.  kochała  swoje  córki  i  syna,  jednak  do  Szymona
zawsze  żywiła  szczególne  uczucia.  Uwielbiała  go,  w  rozmowach  często

background image

stawiała  o  wiele  wyżej  od  swej  własnej  córki  („Ona  zawdzięcza  mu

wszystko!”).  Gdyby  mogła,  pewnie  karmiłaby  go,  rozbierała  do  kąpieli,

starannie  myła,  ubierała  w  piżamę,  okrywała  pierzyną  i  usypiała,  czule
głaszcząc  po  włosach.  Z  dawnych  lat  pamiętał  jej  spojrzenia  rzucane

z  ukrycia,  tęskne  i  zazdrosne,  podobne  do  tych,  którymi  matki  często

mimowolnie obdarzają swych synów.

Pewnego

  wieczoru  Szymon  odjechał  wcześniej  niż  zwykle  i  nie  wracał

przez  trzy  kolejne  dni.  Kiedy  przybył  ponownie,  przestał  się  ukrywać.

Zaparkował  w  pobliżu,  pod  kościołem.  Jeśli  teściowie  gdzieś  wyjeżdżali,

otwarcie  podążał  ich  śladem,  jeśli  się  zatrzymywali,  i  on  się  zatrzymywał,

jeśli wchodzili do supermarketu, on wchodził za nimi. Brał koszyk, napełniał

go  po  brzegi  serami,  kiełbasami,  warzywami  i  owocami.  Nie  spuszczał  oczu

z Marianny M. i posłusznie drepczącego za nią teścia. Raz nawet potrącił ich

wózkiem  na  zakupy.  Głośno  powiedział  „przepraszam”,  spojrzał  na  teściową,

która  w  odpowiedzi  wymamrotała  coś  niezrozumiale  i  poszła  dalej,  nie

rozpoznawszy go. Piotr  M. w ogóle  nie podniósł głowy. Fizycznie nic mu  nie

dolegało,  mimo  to  wydawało  się,  że  za  chwilę  upadnie  i  już  się  nie

podniesie.  Nawet  na  sekundę  nie  przestawał  wlepiać  wzroku  w  plecy  swojej

żony,  jak  gdyby  znajdował  się  w  nich  specjalny  nadajnik,  który  sterował
ruchami jego ciała.  Szymon odprowadził oboje  spojrzeniem, a kiedy  zniknęli
za  zakrętem,  odstawił  swój  wózek,  kupił  paczkę  gum  do  żucia,  herbatniki,
wodę,  i  wyszedł.  Przy  drzwiach  stał  jakiś  mężczyzna,  wycierał  nos  małemu
zakatarzonemu  chłopcu.  Chłopiec  nagle  chwycił  rękę  ojca  i  czule  ją
pocałował.

Szymon

  krążył  samochodem  po  okolicy,  wybierając  przypadkowe  drogi,

w  końcu  podjechał  pod  szkołę,  w  której  uczyli  Marzena  i  Jarosław  M.  Na
parkingu  spostrzegł  ich  samochód,  zatrzymał  się  przy  nim,  ale  nie  wysiadł.
Kiedy  usłyszał  dzwonek  na  przerwę,  znów  ruszył.  Zaparkował  auto  w  lesie
i  przez  dwa  dni  praktycznie  z  niego  nie  wysiadał.  Drzemał,  pogryzał
herbatniki,  popijał  zimną  wodą  i  czytał  jakąś  książkę.  Od  czasu  do  czasu
zapuszczał silnik, żeby się ogrzać. W niedzielę postanowił, że wróci pod dom
teściów  i  znów  zaczai  się  w  krzakach.  Około  południa  cała  rodzina  wybrała
się do kościoła, dwoma samochodami. Po mszy zjedli obiad i aż do wieczora
nigdzie  się  nie  ruszali.  Kiedy  zapadł  zmrok,  Szymon  podszedł  bliżej  domu
i  skrył  się  za  drzewami.  Przestał  dbać  o  zacieranie  śladów.  Tym  razem

background image

nieoczekiwanie ujrzał w środku twarze pogodne, wręcz szczęśliwe. Marianna

M.,  Piotr  M.,  Marzena  M.  i  Jarosław  M.  siedzieli  razem,  oglądali  stare

fotografie  i  rozmawiali,  żywo  przy  tym  gestykulując.  Czasami  wskazywano
palcem  jakieś  zdjęcie,  po  czym  wszyscy  wybuchali  śmiechem.  Na  środku

siedziała  Marzena  M.,  przytulona  do  męża.  Poznał  ją,  kiedy  chodziła  do

miejscowej  szkoły,  była  wtedy  jeszcze  podlotkiem,  kościstym  i  niezgrabnym.

Dopiero 

potem 

nabrała 

miękkiej 

zmysłowej 

kobiecości, 

jej 

ciało

wysubtelniało,  rozkwitło.  Była  dumna  ze  swoich  jędrnych  pośladków  i  żeby

podkreślić  ich  krągłość  zaczęła  nosić  obcisłe  spódniczki,  zazwyczaj

jasnoróżowe.  Nie  była  zalotna.  Mimo  to  wystarczało,  że  siedziała  w  tym

samym  pomieszczeniu,  by  mężczyźni  mimowolnie  kierowali  na  nią

spojrzenie.  Czuła  je  na  sobie,  nie  odwzajemniała  ich,  ale  i  nie  odchodziła.

Miała później bardzo wielu chłopaków, z których ostatni, Jarosław M., został

jej  mężem.  Pierwszy  był  głośny,  nachalny  i  irytujący,  a  jego  tandetna

przebojowość  kazała  wierzyć,  że  w  przyszłości  zostanie  kierownikiem

miejscowego  supermarketu;  co  zresztą  po  latach  faktycznie  nastąpiło.  Było

w  nim  widać  obsesyjne  przywiązanie  do  Marzeny,  adorował  ją,  obsypywał

kwiatami,  prezentami.  Traktował  zachłannie,  nieomal  jak  przyszłą  żonę,

mimo  że  oboje  nie  mieli  jeszcze  dziewiętnastu  lat.  Być  może  to  właśnie
zadecydowało,  że  Marzena  z  nim  zerwała.  Dwa  lata  później  pojawił  się
Jarosław  M.  Właśnie  wrócił  z  Gdańska,  gdzie  zaczął  studiować  informatykę.
Poznał  Marzenę  przy  automacie  z  kawą,  pożyczając  jej  drobne,  których  jej
zabrakło.

Szymon

  nigdy  nie  rozumiał,  dlaczego  Marzena  zaczęła  się  z  nim

spotykać.  Była  dziewczyną  szczerą,  otwartą  na  świat,  chętnie  rysowała,
rzeźbiła  w  glinie.  On  tymczasem  pozostał  całe  życie  mrukliwy,  kostyczny.
Niczym  się  nie  interesował,  w  ciągu  jednego  roku  zdążył  pozbawić  Marzenę
wszystkiego,  co  było  w  niej  najwartościowsze.  Zamknęła  się  w  sobie,
przestała  rysować  i  rzeźbić.  Zaczęła  ukrywać  swój  tyłek  pod  grubą  warstwą
wełnianych  sukni  i  obszernych  dżinsowych  spódnic.  Skończyła  z  makijażem,
a  włosy  ścięła  na  jeża.  Wyglądała  teraz  prawie  jak  chłopak.  Róże  zastąpiła
szarością, beżami i zgniłą zielenią, zaś buty na wysokim obcasie, od których
Szymon 

nigdy 

nie 

mógł 

oderwać 

wzroku, 

sportowymi 

sandałami

i  gumowymi  klapkami.  Krótko  mówiąc,  z  jakichś  niejasnych  powodów
Marzena  najwidoczniej  uznała,  że  nie  zasługuje  na  mężczyznę  ciekawszego

background image

niż Jarosław M.; co więcej, że nie zasługuje nawet na siebie samą. Po dwóch

latach  wzięli  ślub,  zamieszkali  u  teściów  i  zaczęli  pracować  w  szkole.  Długo

nie  chcieli  mieć  dzieci,  potem  okazało  się,  że  mieć  ich  nie  mogą.  Wiele  lat
leczyli bezpłodność, bezskutecznie. W końcu dali za wygraną. Obserwując ich

zza  drzewa,  roześmianych  i  przytulonych,  Szymon  pomyślał,  że  mimo

wszystko  muszą  być  szczęśliwi,  przynajmniej  dziś.  Około  osiemnastej

trzydzieści  fotografie  odłożono  na  bok.  Przez  chwilę  cała  rodzina  siedziała

w  milczeniu,  nie  wiedząc,  co  zrobić  z  tak  miło  rozpoczętym  wieczorem.

Potem  Szymon  zauważył,  że  Jarosław  M.  coś  mówi,  reszta  uśmiecha  się

i  przytakuje.  Nie  minęło  dziesięć  minut,  a  wszyscy  czworo  siedzieli

w  samochodach  i  odpalali  silniki.  Postanowili  wybrać  się  razem  do

restauracji na niedzielną kolację.

Z przodu

 jechali

  Marzena  i  Jarosław  M.,  z  tyłu  ich  rodzice.  Nadchodziła

odwilż,  wokół  gęstniała  mgła,  mimo  to  postanowili  pojechać  skrótem  −

szosą  prowadzącą  przez  las.  Samochody  poruszały  się  wolno,  nie  więcej  niż

czterdzieści  kilometrów  na  godzinę.  Z  tyłu  niespodziewanie  pojawiły  się

światła  innego  auta.  Początkowo  jechało  za  nimi  w  znacznej  odległości,

potem  nagle  przyspieszyło  i  już  po  chwili  zaczęło  manewr  wyprzedzania.

Piotr  M.  na  wszelki  wypadek  zwolnił.  Po  kilkunastu  sekundach  pędzące  auto
znikło  za  zakrętem.  Po  lewej  stronie  rozpościerał  się  stary  świerkowy  las,
po  prawej  trzeba  było  uważać  na  niezabezpieczoną  skarpę  opadającą  prawie
pionowo  w  dół  do  rzeki.  Nagle  samochód,  który  prowadził  Jarosław  M.,
gwałtownie  zaczął  hamować,  wpadając  przy  tym  w  poślizg.  Piotr  M.  jechał
na  szczęście  wolno,  stanął  w  bezpiecznej  odległości,  a  następnie  włączył
światła  awaryjne.  Otworzył  szybę  i  krzyknął  do  zięcia,  który  tymczasem  też
zdążył  się  zatrzymać:  „Coś  się  stało?”.  W  odpowiedzi,  wychwytując
pojedyncze  słowa  zagłuszane  warkotem  silnika,  usłyszał,  że  drogę  tarasuje
duża  gałąź.  „Pomóc  ci?”.  „Nie,  tato.  Poradzę  sobie,  to  tylko  chwila,  zostań
w aucie”. Ciężko sapiąc, Jarosław M. zwlókł gałąź na pobocze, zostawił przy
skarpie,  pomachał  teściom,  chcą  dać  im  znak,  że  wszystko  w  porządku,  po
czym  wrócił  do  auta.  Potarł  o  siebie  zziębnięte  dłonie,  wrzucił  jedynkę
i  ruszył.  Po  chwili  –  ujechali  już  jakieś  sto  metrów  –  Marzena  M.  zauważyła,
że  samochód  teściów  wciąż  stoi  na  światłach  awaryjnych.  Najpierw
zadzwonili,  lecz  telefon  Marianny  M.  nie  odpowiadał.  Wtedy  zawrócili
(„Pewnie  coś  z  silnikiem,  tata  mówił,  że  naprawa  nic  nie  dała”)  i  stanęli  na

background image

poboczu 

od 

strony 

lasu. 

Zamrugali 

światłami, 

drugie 

auto 

nie

odpowiedziało.  W  końcu  Jarosław  M.  zdecydował  się  wysiąść,  co  z  powodu

otyłości  zawsze  sprawiało  mu  pewną  trudność,  i  podszedł  do  samochodu
rodziców.  Oboje  siedzieli  na  swoich  miejscach,  nienaturalnie  wyprostowani,

z  otwartymi  oczami.  Jarosław  M.  delikatnie  zapukał  w  przednią  szybę,

a  kiedy  rodzice  nie  zareagowali,  otworzył,  dopiero  teraz  zaniepokojony,

drzwi  od  strony  kierowcy.  Na  szyjach  matki  i  ojca  dostrzegł  krwawe  bruzdy

wyżłobione  cienkimi  metalowymi  linkami,  przywiązanymi  do  zagłówka  tak,

by  utrzymać  ofiary  w  pozycji  siedzącej.  Jarosław  M.  gwałtownie  odskoczył,

w  mgnieniu  oka  zdając  sobie  sprawę,  co  zaszło.  W  nagłym  błysku

zrozumienia  przypomniał  sobie  słowa  policjantów,  którzy  odwiedzili  rodzinę

M.  dwa  tygodnie  wcześniej,  ostrzegając  przed  nieznajomym  mężczyzną.

Dobiegł do samochodu, o mały włos nie wywracając się i nie skręcając sobie

kolana,  następnie  chciał  wystukać  numer  policji,  jednak  ze  zdenerwowania

trzęsły  mu  się  ręce  i  nie  mógł  trafić  palcami  w  odpowiednie  przyciski

telefonu. Wrzucił jedynkę, nadusił pedał gazu, ruszyli z poślizgiem. Marzena

M.  próbowała  coś  wydobyć  od  męża,  w  odpowiedzi  usłyszała  tylko:  „Nie

żyją!  Nie  żyją!  To  on!  To  on!”.  Telefon  upadł  na  podłogę.  „Ty  zadzwoń!  –

krzyknął  do  żony.  –  Na  policję,  nie  żyją,  nie  żyją!”  „Ale  co?!  Jak?!  Zatrzymaj
auto! Muszę tam wrócić! Zobaczyć! Mamę! Tatę!” „Nie żyją, słyszysz?! Dzwoń
na  policję!  Uciekamy!  Uciekamy!”  Marzena  M.  nie  mogła  znaleźć  w  torebce
telefonu,  w  końcu  wyrzuciła  wszystko  ze  środka.  Aparat  utkwił  w  bocznej
kieszeni  wewnętrznej  między  szminkami,  chusteczkami  i  odświeżaczem  do
ust. Wystukała numer sto dwanaście, gdy nagle zrozumiała, że ich samochód
jedzie  jakby  ostatkiem  sił.  Czuć  było  każdy  kamień  na  drodze.  „Musiał
przebić  tylne  opony,  kiedy  wysiadłem…  −  usłyszała.  −  Nic  nie  czułaś?!”
W  słuchawce  telefonu  odezwał  się  głos  dyżurnego  policjanta,  lecz  nie  mogła
wydusić  z  siebie  ani  słowa.  „Halo?  Halo?  Jest  tam  kto?”  Auto  desperacko
wlokło  się  po  pustej  drodze.  Nagle  coś  uderzyło  w  przednią  szybę,  kij  lub
masywna  gałąź.  Potworny  huk.  Szyba  wytrzymała  cios,  jednak  momentalnie
pokryła  się  siateczką  drobnych  pęknięć,  ograniczających  pole  widzenia.
Potem  nastąpiło  drugie  uderzenie,  w  tylną  szybę.  I  jeszcze  jedno,  w  boczną,
od  strony  Marzeny  M.,  która  zaczęła  histerycznie  krzyczeć:  „Mamusiu!
Mamusiu!”.  Sekundę  później  ujrzeli  szybko  przemykający  cień,  po  czym
prawy  przedni  reflektor  otrzymał  potężny  cios  i  pękł.  Auto  stanęło,

background image

panowała prawie całkowita ciemność i cisza. Jarosław M. siedział bez ruchu,

wpatrując  się  nieprzytomnie  w  pustkę  przed  sobą.  Jego  żona  miała  otwarte

usta,  jakby  chciała  krzyczeć,  z  jej  gardła  nie  wydobywał  się  jednak  żaden
dźwięk.  Zdawało  się,  że  nawet  przestała  oddychać.  Nagle  raptownym

ruchem  otworzyła  drzwi  i  wypadła  z  samochodu.  Nie  wiadomo,  czy  zdawała

sobie  sprawę,  że  stroma  skarpa  była  tak  blisko.  Biegła  na  oślep  w  stronę

niskiej  barierki  zabezpieczającej  drogę,  wpadła  na  nią,  straciła  równowagę

i zanurkowała głową w dół. Tymczasem Jarosław M. nie reagował już na nic.

Wciąż  tępo  patrzył  w  przód,  kurczowo  trzymając  kierownicę.  Z  lewej  strony

usłyszał  kroki,  potem  ktoś  bez  pośpiechu  otworzył  drzwi.  Spojrzał  na  twarz

nieznajomego,  jak  gdyby  to  była  twarz  umarłego.  Szymon  pochylił  się,  był

teraz  doskonale  widoczny.  „Ty?!  −  usłyszał.  −  Skąd  tutaj…?  Dlaczego  ty…?”

−  Jarosław  M.  mamrotał  niezrozumiale  pod  nosem.  Poczuł  na  swoim

ramieniu  nacisk  dłoni,  delikatny,  lecz  stanowczy.  Posłusznie  wysiadł  z  auta,

bezwolnie  dając  się  prowadzić  w  ciemność.  Powtarzał:  „Ty?!  Ty?!  Ty?!  Ty?!”.

Szymon  miał  wrażenie,  że  się  zaciął.  Zaprowadził  Jarosława  M.  nad

krawędź  skarpy  i  pomógł  pokonać  barierkę.  Wystarczyło  lekkie  pchnięcie,

prawie niewyczuwalne.

Dopiero

  nad  ranem  przejeżdżał  tą  drogą  pierwszy  samochód.  Leśniczy

wybierał się właśnie na obchód, kiedy zauważył dwa auta stojące przy szosie
w  odległości  około  stu  metrów  od  siebie.  Pierwsze  miało  otwarte  przednie
drzwi,  zniszczone  szyby  i  porozbijane  reflektory.  W  drugim  znajdowały  się
dwa  martwe  ciała.  Potem,  na  dnie  skarpy,  policja  odkryła  zwłoki  Marzeny
i  Jarosława  M.  Ciała  obojga  miały  na  sobie  dużo  zadrapań,  bezpośrednią
przyczyną  śmierci  były  liczne  urazy  głowy  i  kręgów  szyjnych,  powstałe
prawdopodobnie  podczas  upadku  z  dużej  wysokości.  Miejscowi  policjanci  od
razu  nawiązali  łączność  z  centralą  i  zaczęli  zabezpieczać  ślady.  Ustalono,  że
z  telefonu  Marzeny  M.  nastąpiło  połączenie  z  numerem  alarmowym  sto
dwanaście.  Dyżurny  pamiętał,  że  mimo  wielokrotnych  prób  nawiązania
kontaktu  nikt  się  nie  odezwał  po  drugiej  stronie  słuchawki.  Nie  przerwał
jednak  połączenia.  Usłyszał  głośny  huk,  który  potem  zidentyfikowano  jako
odgłos  rozbijanej  szyby  samochodowej,  następnie  histeryczne  krzyki
(„Mamusiu!  Mamusiu!”),  w  końcu  odgłos  gwałtownie  otwieranych  drzwi.
Wtedy  połączenie  zostało  przerwane,  zapewne  wskutek  nagłego  upadku
aparatu  telefonicznego.  Faktycznie  znaleziono  go  około  półtora  metra  od

background image

samochodu.  Poza  tym  jak  zwykle  nie  udało  się  odszukać  żadnych  śladów

sprawcy.  Większość  należała  do  ofiar,  Marzeny  i  Jarosława  M.  Na  skarpie

i  przy  zwłokach  znaleziono  co  prawda  odciśnięte  w  wilgotnej  ziemi  ślady
butów,  jak  gdyby  sprawca  ostrożnie  zszedł  skarpą  w  dół,  by  sprawdzić,  czy

ofiary  rzeczywiście  nie  żyją.  Lecz  od  razu  stwierdzono,  że  były  to  bardzo

popularne  buty  robocze,  które  można  bez  trudu  kupić  w  okolicznych

sklepach.  Miały  rozmiar  czterdzieści  trzy,  najczęściej  spotykany  wśród

mężczyzn.  Prędko  zrekonstruowano  nieskomplikowany  przebieg  zdarzeń.

Sprawca  wykorzystał  stary  sposób:  położył  na  szosie  grubą  gałąź,  zmuszając

auta  do  zatrzymania  się.  Kiedy  kierowca  pierwszego  samochodu  usuwał

przeszkodę,  morderca  zakradł  się  do  drugiego.  Tylnymi  drzwiami  dostał  się

niepostrzeżenie  do  środka,  następnie  metalową  linką  udusił  Mariannę

i  Piotra  M.  Później  zabrał  się  za  Marzenę  i  Jarosława  M.  Nie  było  jasne,

dlaczego  nie  było  śladów  walki,  czy  choćby  szarpaniny.  Jarosław  M.  był  co

prawda  mężczyzną  otyłym,  ale  też  dzięki  dużej  masie  silnym.  Tymczasem

wszystko  wskazywało,  że  i  on,  i  jego  żona  z  własnej  woli  opuścili  auto

i  rzucili  się  w  dół  skarpy.  Nie  układało  się  to  w  żadną  logiczną  całość.

Przebieg  każdej  zbrodni  zawiera  w  sobie  jakiś  indywidualny  rys,  coś

w rodzaju podpisu sprawcy, często nieświadomy. W tym wypadku nic takiego
nie znaleziono.

Policja

  wiedziała  już,  że  ma  do  czynienia  z  seryjnym  mordercą,  mimo  to

śledczy  nie  potrafili  znaleźć  żadnego  punktu  zaczepienia,  żadnej  wskazówki,
która  pozwoliłaby  głębiej  zapuścić  sondę.  Wtedy  zapadła  decyzja,  by  sprawę
powierzyć  Bliźniakom.  Tak  nazywano  Adama  i  Łukasza  Szymanowskich,
komisarzy,  którzy  zawsze  pracowali  razem  i  naprawdę  byli  bliźniakami.
Mieli  niemal  identyczny  wygląd  i  zachowanie,  Adam  był  odrobinę  wyższy
i  szczuplejszy,  to  wszystko.  Gdy  zjawiali  się  na  miejscu  zdarzenia,  najpierw
budzili  zdumienie,  a  potem  niepohamowaną  wesołość.  Teraz  też  tak  było.
Samochody  ofiar  zdążono  już  odtransportować,  a  zwłoki  zapakować  do
worków,  gdy  zza  zakrętu  wytoczył  się  granatowy  ford.  Jechał  wolno,  na
drugim  biegu,  po  chwili  wysiedli  z  niego  dwaj  mężczyźni.  Prezentowali  się
zwyczajnie,  pomijając  ich  młodzieńcze  sylwetki  i  subtelne  rysy  twarzy,  co
sprawiało,  że  wyglądali  na  znacznie  młodszych  niż  w  rzeczywistości.  Mimo
to  nie  ich  wygląd  przyciągał  uwagę  –  twarze  były  bowiem  w  gruncie  rzeczy
z  rodzaju  tych,  które  się  natychmiast  zapomina  –  lecz  niekontrolowane

background image

spazmatyczne  tiki,  powtarzające  się  w  regularnych  kilkusekundowych

odstępach.  Każdy,  kto  Bliźniaków  znał  choćby  ze  słyszenia,  wiedział,  że

cierpią  na  zespół  Tourette’a,  oni  sami  zresztą  nigdy  nie  robili  z  tego
tajemnicy,  tym  bardziej  że  właśnie  dzięki  swojej  przypadłości  osiągali  tak

wyjątkowe wyniki w pracy. Opowiadano, że jako czternastolatkowie przebyli

poważną  chorobę,  która  spowodowała  trudne  do  zdiagnozowania  zmiany

neurologiczne.  Mniej  więcej  wtedy  zaczęły  się  ich  dziwne  odruchy:  tiki,

drgawki,  prychania,  grymasy,  przymus  powtarzania  określonych  czynności,

skłonność  do,  jak  to  początkowo  określano,  irytujących  błazeństw

i  wygłupów.  Przez  pewien  czas  poddawano  ich  leczeniu  haldolem.  Wyciszał

ich,  jednak  przyjmując  go,  bracia,  którzy  tymczasem  zdążyli  przywyknąć  do

nowej  sytuacji,  a  nawet  z  pewnych  względów  zaczęli  doceniać  jej  zalety,

przestawali  czuć  się  sobą,  toteż  po  dwóch  latach  leczenie  zarzucono.

Rozsadzała  ich  energia  życiowa,  byli  nieobliczalni,  a  wielu  ludzi

w pierwszym odruchu odbierało ich jako wyjątkowo błazeńskich, dlatego być

może,  że  wykazywali  niepohamowaną  skłonność  do  sprośnych  żartów,

wulgaryzmów  i  obrażania  wszystkich  wokół,  jak  gdyby  testowali  ludzką

wytrzymałość.  Nie  przysparzało  im  to  sympatii,  mimo  to  byli  dla  policji

niezbędni,  ponieważ  posiadali  pewną  zagadkową  umiejętność:  obaj
wykazywali kompulsywną skłonność do mimowolnego naśladowania cudzych
min, gestów, ruchów ciała, brzmienia głosu, zachowania, charakteru. Kto ich
nie znał, sądził, że chodzi o zwykłą złośliwość, lecz tak naprawdę było to coś
w  rodzaju  nieświadomego  i  niekontrolowanego  reprodukowania  cudzych
tożsamości.  Taka  spazmatyczna  transformacja  własnej  osobowości  i  przyjęcie
cudzej  nie  jest  u  tourettyków  niczym  osobliwym.  U  Bliźniaków  występowała
po  prostu  w  radykalnie  spotęgowanej  formie.  Ich  zachowanie  przypominało
opisany  w  literaturze  fachowej  przypadek  kobiety,  która  idąc  ulicą,
w  ułamku  sekundy  naśladowała  ruchy,  miny  i  gesty  mijanych  przechodniów,
a nawet w sposób niezamierzony przedrzeźniała je i zniekształcała, po czym,
kiedy  już  nie  mogła  ich  wszystkich  w  sobie  pomieścić,  wypluwała  je
w spazmatycznych pantomimicznych wymiotach. U braci transformacje te nie
miały  zazwyczaj  tak  radykalnego  i  konwulsyjnego  przebiegu.  Przypominały
bardziej  mimikrę,  czy  może  raczej  powolne  przepoczwarzanie  się  w  inną
osobę.  Trwało  to  nieraz  całymi  tygodniami  i  miesiącami,  i  sprawiało,  że
w  istocie  nie  sposób  było  określić  prawdziwego  charakteru  lub  też

background image

autentycznej  tożsamości  Bliźniaków.  Wielu  zatem  przypuszczało,  być  może

całkiem  słusznie,  że  jej  po  prostu  nie  mieli.  Kiedy  przydzielano  im  jakąś

sprawę,  a  zazwyczaj  dostawali  takie,  z  którymi  nikt  inny  nie  potrafił  sobie
poradzić, nie studiowali akt, nie przesłuchiwali podejrzanych i świadków, nie

przesiadywali  w  archiwach.  To  zostawiali  innym.  Ich  zadaniem  było

odtworzenie  tożsamości  sprawcy  i  ofiary,  następnie  przejęcie  ich  osobowości

i  tym  samym  rekonstrukcja  przebiegu  zdarzeń  z  punktu  widzenia  ich

bezpośrednich  uczestników.  Nikt  z  zewnątrz,  a  obu  braci  poddawano

przeszłości 

rozmaitym 

testom 

psychologicznym 

badaniom

neurologicznym, nie potrafił określić natury tych umiejętności, niemniej było

jasne,  że  miały  one  związek  z  zespołem  Tourette’a.  Oglądając  zdjęcia  ofiar,

wkładając  buty  znalezione  w  miejscu  przestępstwa,  wąchając  pozostawione

tam  zapachy,  testując  językiem  smak  wyplutej  na  ziemię  gumy  do  żucia,

zakładając  bieliznę  należącą  do  zmarłego,  goląc  się  jego  maszynką  lub,  jeśli

to  była  kobieta,  stosując  jej  tusz  do  rzęs  albo  krem  pod  oczy,  jeden  z  braci

stopniowo  przeistaczał  się  w  ofiarę  i  w  pewnym  sensie  przywracał  ją  życiu,

jednakże  tylko  po  to,  by  telepatycznie  –  z  braku  lepszego  słowa  tak  właśnie

to określano – wskazała swojego zabójcę, którego tym sposobem można było

zidentyfikować i odszukać. Był to rodzaj nie w pełni kontrolowanego i mocno
rozciągniętego  w  czasie  transu  o  niewyjaśnionej  naturze,  podobnie  jak
niewyjaśnionych pozostaje wiele umiejętności posiadanych przez tourettyków
czy  osoby  autystyczne.  Tak  czy  inaczej  przychodził  zawsze  taki  dzień,  kiedy
Adam  lub  Łukasz  Szymanowski  przekraczał  psychiczną  i  fizyczną  granicę
oddzielającą  go  od  ofiary.  I  po  prostu  stawał  się  nią.  Proces  ten,
niekontrolowany,  mógł  doprowadzić  nawet  do  całkowitego  wyparcia
poprzedniej  tożsamości,  a  w  rezultacie  do  trwałego  zapomnienia,  kim
właściwie  było  się  przedtem.  Dlatego  drugi  bliźniak  pełnił  rolę  opiekuna,
pilnującego,  by  sprawy  nie  zaszły  za  daleko.  Mimo  to  proces  wychodzenia
z  cudzej  tożsamości  trwał  niekiedy,  zwłaszcza  w  wyjątkowo  złożonych
przypadkach,  do  pół  roku,  co  z  kolei  powodowało  u  braci  dłuższe  przerwy
w  pracy.  Taka  właśnie  miała  miejsce  ostatnio.  Policjanci  zabezpieczający
ostatnie  ślady  na  szosie  znali  Bliźniaków  tylko  ze  słyszenia  i  z  ciekawością
im się przyglądali. Udając, że nie przerywają swoich czynności, obserwowali
ich  kątem  oka,  jednocześnie  wymieniając  między  sobą  znaczące  spojrzenia.
Z  trudem  tłumili  śmiech.  Tymczasem  bracia  zdążyli  podejść  do  krawędzi

background image

skarpy.  Początkowo  w  ich  zachowaniu  nie  doszukano  się  niczego

dziwacznego,  nagle  jednak  obaj,  jak  na  komendę,  zaczęli  we  wszystkie

strony  wyginać  nogi,  energicznie  klepać  się  po  ramionach,  skręcać  tułowia,
pocierać  dłonie,  cmokać  ustami,  drapać  się  wzajemnie  po  głowach  –  ale

tylko  lewymi  dłońmi.  Ich  ruchy  wykazywały  określoną  rytmiczność  i  dążyły

do  symetrii.  Tej  pantomimie  towarzyszyła  prowadzona  niemal  szeptem

rozmowa,  przerywana  głośnymi  wulgaryzmami  i  bluźnierstwami,  najpierw

wykrzykiwanymi  bezładnie  („Kurwa!  Wikur!  Chuj!  Pizda!  Pipa!  Papa!  Cipa

cip  cip!”),  potem  jak  gdyby  wyśpiewywanymi,  przy  czym  melodii  użyczała

zazwyczaj  jakaś  kolęda,  głównie 

Cicha

  noc

.  Dopiero

  pod  koniec,

doprowadziwszy  swoją  osobliwą  piosenkę  do  końca,  zawołali  jednego

z  zabezpieczających  ślady  policjantów  i  kazali  zdać  sobie  ze  wszystkiego

relację.  Wysłuchawszy  jej,  zeszli  po  skarpie  na  dół  i  poszukali  miejsc,  gdzie

znaleziono  ślady  butów  sprawcy.  Następnie  jeden  z  nich  –  nie  wiedziano

który,  trudno  było  ich  rozróżnić  –  powolnymi,  jakby  wystudiowanymi

ruchami, zdjął drugiemu buty i skarpetki, po czym naprowadził jego stopy na

wskazane 

przez 

policjanta 

zagłębienia. 

Obaj 

przymknęli 

oczy

i  znieruchomieli  na  jakieś  piętnaście  minut.  Po  czym,  jak  gdyby  nigdy  nic,

ocknęli  się  i  pokręcili  głowami.  Przez  kolejną  godzinę  sprawdzali  pozostałe
ślady.  Teraz  już  obaj  byli  bez  butów.  Jeśli  jakiś  fragment  drogi  lub  pobocza
wydał im się interesujący, dotykali go dłońmi, wąchali, czasami nawet lizali
językiem.  W  końcu  wsiedli  do  samochodu  i  odjechali,  nawet  się  nie
pożegnawszy.  Na  kolejny  dzień  kazali  sobie  przysłać  czerwoną  kurtkę
i latarkę, które znaleziono w domu Kazimierza K.

 

Relacja Roberta W.

Na

  wstępie  pragnę  z  całą  mocą  podkreślić,  iż  wszystkie  moje  poniższe

wypowiedzi  tyczące  się  osoby  Szymona  K.,  człowieka  dawniej  tak  bliskiego
mojej  osobie  i  drogiego,  nie  roszczą  sobie  żadną  miarą  pretensji  do
obiektywizmu.  Obiektywizm  to  dobro  nauki,  jej  najwyższa  wartość
i  ostateczny  cel,  do  którego  winna  ona  –  mimo  wielu  trudności  natury
praktycznej  –  nieodmiennie  dążyć.  Nie  ma  on  –  obiektywizm  –  wiele
wspólnego  z  domeną  pamięci,  tak  kruchej.  Toteż  w  tym  przypadku,
opowiadając  o  moich  związkach  z  Szymonem  K.,  którego  dawniej  nie
wahałem  się  określać  mianem  przyjaciela,  nie  idzie,  bynajmniej  –  rzecz  aż

background image

nazbyt  to  oczywista!  –  o  naukowe  podejście  do  rzeczywistości,  stanowiące

próbę  operacjonalizacji  metod  wypracowanych  przez  pokolenia  badaczy

przeszłości,  lecz  tylko  o  mniej  lub  bardziej  udolną  próbę  osobistej,  jak
i wysoce subiektywnej rekonstrukcji dawniejszych wydarzeń, takich jednakże,

które rzucają ponury cień na chwilę teraźniejszą. Jestem zdania, iż wszystko,

czym  dysponujemy,  chcąc  przywołać  minione,  to  w  najlepszym  wypadku

garść  mglistych  wspomnień,  ledwo,  ledwo  unoszących  się  nad  bezkresnymi

wodami  zapomnienia.  Jest  więc  –  pytanie  takie  mógłby  zapewne  postawić

niejeden człowiek – daremnym wysiłkiem próbować przywoływać przeszłość,

ową  bezdnię  niepamięci,  i  zatopione  w  niej,  niczym  owady  w  bursztynie,

ludzkie  istnienia?  Bynajmniej.  Cóż  zatem  będzie  moim  zamiarem

w  poniższym  szkicu,  albowiem  chyba  tylko  tak  można  zwać  ów  przyczynek?

Odpowiadając, sięgnijmy po klasyka, zamiast bowiem silić się na oryginalne

(„oryginalność”  to,  nawiasem  mówiąc,  istna  plaga  naszych  czasów!  Obecnie

każdy  pragnie  za  wszelką  cenę  być  „oryginalny”,  podczas  gdy  najczęściej  –

takie  żywię  przekonanie  –  wystarczy  zwyczajna  rzetelność!)  uzasadnienie

mojego  stanowiska,  na  pierwszy  rzut  oka  istotnie  mogącego  sprawiać

wrażenie  cokolwiek  niekonsekwentnego,  odwołam  się  do  słów  wieńczących

Proustowski  cykl  powieściowy  W  poszukiwaniu

  straconego

  czasu,  dzieła,

które

  bodaj

  w  największym  stopniu  ukształtowało  moje  postrzeganie

przeszłości.  Czytamy  w  nim  tak,  w  kongenialnym  przekładzie  Juliana
Rogozińskiego:  „Nie  omieszkam  w  nim  najpierw  opisać  ludzi  (choćby  mieli
w  tym  opisie  przypominać  potwory),  skoro  zajmują  miejsce  tak  ważne
w  porównaniu  z  miejscem  nader  ograniczonym,  jakie  wyznaczono  im
w  przestrzeni,  miejsce,  przeciwnie,  rozszerzane  w  bezmiar  –  gdyż  dotykają
równocześnie,  jak  giganci  pogrążani  w  latach,  epokach  tak  od  siebie
odległych,  między  którymi  mieści  się  tyle  dni  –  w  Czasie”.  Oto  motto  mych
refleksji  –  jedyne,  które  w  tej  sytuacji,  pisząc  o  sprawach  tak  trudnych
i  bolesnych,  a  równocześnie  tak  już  odległych,  że  zdają  się  nierealne,  mogę
sobie w tym miejscu wyobrazić jako właściwe.

Nie

 ulega wątpliwości, że przykuwał uwagę wyglądem. Wszyscyśmy byli

naówczas  nieprzyzwoicie  i  bezwstydnie  młodzi  –  znajdowaliśmy  się  na
pierwszym 

roku 

studiów 

anglistycznych, 

liczyliśmy 

sobie 

zatem

dziewiętnaście,  dwadzieścia  lat,  nie  więcej.  Szymon  jednak  (posiadający
twarz  piętnastoletniego  chłopca,  o  rysach  niemalże  anielskich,  tak

background image

delikatnych,  że  niejednemu  mogły  przywodzić  na  myśl  kobiece  postacie

rodem  z  nieśmiertelnych  płócien  Sandro  Botticellego)  wyraźnie  wyróżniał

się  nawet  pośród  nas.  Nie  nosił  wtedy  jeszcze,  jak  w  późniejszym  okresie,
gęstego  zarostu,  który  zresztą,  o  czym  warto  mimochodem  wspomnieć,  nie

czynił  go  w  naszych  oczach,  bynajmniej,  starszym  (choć  kiedy  Szymon

podejmował  decyzję  o  jego  zapuszczeniu  najmocniej  zapewne  zależało  mu  na

tym,  by  nadać  swemu  wizerunkowi  stosowną  dojrzałość),  a  co  najwyżej

bardziej  niejednoznacznym,  by  tak  rzec  hybrydycznym,  androgynicznym.

Androgyniczność  ową,  której  był  głęboko  świadom,  próbował  zatuszować

warstwą  męskiej,  nazwijmy  to,  stanowczości  –  nie  stanowiło  żadnej

tajemnicy,  że  systematycznie  uprawiał  pływanie,  ćwiczył  na  siłowni,  biegał.

Sylwetkę  miał  mocną,  relatywnie  –  choć  bynajmniej  nie  nadmiernie  –

muskularną,  taką,  która  na  pierwszy  rzut  oka  w  żaden  sposób  nie

przystawała  do  szczupłej  twarzy,  lecz  (rzecz  to  niezwykle  osobliwa!)

stanowiła  swoisty  kontrapunkt  wobec  niej,  jej,  by  tak  rzec,  zaprzeczenie,

a  z  pewnością  przeciwwagę.  Ot,  osobliwość!  Ot,  niespodzianki  nieraz

sprawiane nam przez ciało!

Znajomość  między

  nami

  zaczęła  się  tak  naturalnie,  jak  tylko  to  można

sobie  wyobrazić  –  od  wspólnych  pasji.  Jak  już  nadmieniłem,  obaj
studiowaliśmy  anglistykę,  co  więcej,  obaj  od  początku  znaleźliśmy  się
w  jednej  i  tej  samej  grupie  studentów,  obaj  byliśmy  jedynymi  w  niej
przedstawicielami  „płci  brzydkiej”,  co  sprawiało,  że  najpierw  siłą  rzeczy
siadywaliśmy  na  zajęciach  obok  siebie  (jak  gdyby  chcąc  się  odgrodzić  od  –
nazwijmy  to  żartobliwie  nieco  –  „żywiołu  płci  pięknej”,  przez  który,  z  racji
wysokiego  stopnia  feminizacji  owego  kierunku  studiów,  czuliśmy  się
poniekąd  nader  osaczeni),  potem  zaś  z  równie  oczywistych  względów
zaczęliśmy  ze  sobą  rozmawiać,  szybko  dostrzegłszy  u  siebie  podobne
zainteresowania,  czyli  mam  w  pierwszym  rzędzie  na  myśli  literaturę  i  film.
A  raczej  film  i  literaturę  –  w  tej  kolejności  –  albowiem  to  właśnie  kino
(a  trzeba  wiedzieć,  że  była  to  jeszcze  epoka  sprzed  dominacji  wielkich
multipleksów,  które  dopiero  kilka  lat  później  hurtem  zalały  polskie  miasta,
wypierając  z  nich  miłośników  sztuki  filmowej,  a  robiąc  miejsce  dla
konsumentów  popcornu,  niemądrze  poszukujących  taniej  rozrywki  filmowej
pozbawionej jakichkolwiek walorów intelektualnych; pochlebiam sobie, iż na
temat  owego  barbarzyńskiego  upadku  obyczajów  kinowych  popełniłem

background image

niegdyś  dwa  czy  trzy  felietony  w  prasie  codziennej)  stanowiło  najczęstszą

pożywkę  dla  naszych  ówcześnie  prowadzonych  rozmów.  Dwaj  twórcy

odgrywali  w  owym  czasie  decydującą  rolę  w  kształtowaniu  naszej
świadomości artystycznej i intelektualnej: Krzysztof Kieślowski, zmarły kilka

lat  wcześniej,  i,  święcący  właśnie  swoje  największe  tryumfy,  Quentin

Tarantino.  Zestawienie  tych  dwóch  światów  filmowych,  z  jednej  strony

świata 

– 

pozwólmy 

sobie 

chwilowo 

poczynić 

tak 

schematyczny

i  niesprawiedliwy  podział  –  metafizyki  o  relewantnych  implikacjach

moralnych,  ukrytej  pod  podszewką  codzienności,  z  drugiej  –  świata

zaludnionego  cynikami,  by  nie  rzec  nihilistami  podejrzanego  autoramentu,

a  niejednokrotnie  i  najpodlejszej  maści,  wydać  się  może  niejednemu  wręcz

obrazoburcze,  a  z  pewnością  kontrowersyjne  i  nad  wyraz  ryzykowne.

Wypada  jednakowoż  zauważyć,  że  z  pewnego  niezmiernie  istotnego  punktu

widzenia  naszą  ówczesną  postawę  estetyczną  można  określić  jako  na  wskroś

uzasadnioną,  i  Kieślowski  bowiem,  i  Tarantino,  obaj  na  swój  idiomatyczny

sposób  i  obaj  arcydzielnie,  kreowali  w  swych  niezrównanych  obrazach

światy  wizjonerskie,  strukturalnie  konsekwentne,  zbudowane  w  oparciu

o  zasady  nieubłaganej  wewnętrznej  logiki.  Światy,  które  i  mnie,  i  Szymona

pociągały  w  równej  mierze  tak,  iż  żadnemu  z  nich  nie  przyznawaliśmy
palmy  pierwszeństwa,  przeciwnie,  oba  przemawiały  do  nas  z  tą  samą
ogromną  siłą,  zagospodarowując,  by  tak  rzec,  odmienne  części  naszych
osobowości,  a  zarazem  stanowiąc  na  siebie  wzajemnie  odtrutkę;  dopełniając
się w swym wyrazie, lecz i niwelując zgubny wpływ mogący wynikać z faktu
dominacji  jednego  nad  drugim.  Krótko  mówiąc,  urzekała  nas  zarówno
ascetyczna 

metafizyka 

późnych 

filmów 

Kieślowskiego, 

jak

i  „postmodernistyczny”,  z  zapierającą  dech  w  piersiach  sprawnością
żonglujący  cytatami,  konwencjami  i  stylami  Tarantino,  lekce  sobie  ważący
podziały  na  kulturę  wysoką  i  niską,  piękno  i  brzydotę,  dobro  i  zło,  co,
wspomnijmy  o  tym  jedynie  mimochodem,  narażało  owego  reżysera
(zwłaszcza  w  pierwszym  okresie  jego  twórczości,  kiedy  to  nie  zyskał  jeszcze
statusu  nieomal  klasyka  współczesnego  kina)  na  zarzut  nihilizmu,
szczególnie,  jeśli  uwzględnić  obecną  w  jego  filmach  erupcję  przemocy
ukazywanej  zazwyczaj  w  ironicznym  cudzysłowie,  co  zresztą  stawiało  je  –
mam  na  myśli  filmy  –  w  tym  bardziej  niekorzystnym  świetle  w  oczach
krytyki  filmowej,  jak  i  przeciętnego  widza  skonfundowanego  ową

background image

bezprzykładną,  jak  często  zauważano  nie  bez  irytacji,  „estetyzacją

przemocy”.  Jak  niesprawiedliwy  był  to  zarzut,  pokazały  późniejsze  dzieła

Tarantino.  Jeśli  chodzi  o  mnie,  to  mogę  z  pełnym  przekonaniem  stwierdzić,
iż  do  dnia  dzisiejszego  filmy  Kieślowskiego  i  Tarantino  stanowią  dla  mnie

ważki  punkt  odniesienia,  mimo  że  oczywiście  w  tak  zwanym  międzyczasie

(niektórzy  puryści  językowi  zapewne  zakwestionowaliby  to  określenie,  ja

jednak,  z  braku  lepszego,  pozwolę  sobie  go  użyć)  dokonałem  rewizji  wielu

swoich  poglądów  na  ich  temat.  Biorąc  wszelako  pod  lupę  tamte  lata,

kiedyśmy  mieli  z  Szymonem,  rzekłszy  nieco  kolokwialnie,  dwudziestkę  na

karku  i  całe  życie  przed  sobą,  mogę  stwierdzić  (ponownie  podkreślam:

z  całym  przekonaniem!)  jedno:  metafizyka  Kieślowskiego  chroniła  nas  przed

zalewem  wszechobecnej  i  coraz  bardziej  natarczywie  wdzierającej  się

naówczas  w  przestrzeń  polskiej  kultury  tandety  intelektualnej,  z  kolei

„nihilizm”  (opatrzmy  to  określenie  mimo  wszystko  cudzysłowem!)  Tarantino

pozwalał  nam  czuć  się  bezpiecznie  w  obliczu  pączkujących  „izmów”

i  „wzniosłych  prawd  moralnych”,  na  które  wówczas  obaj  reagowaliśmy

alergicznie  i  które,  z  równą  mocą  co  intelektualna  tandeta,  zaczęły

szturmować  przestrzeń  dyskursu  publicznego.  Rzecz  ujmując  najkrócej,  tak

aby  pan  wiedział,  co  mam  na  myśli:  metafizyka  Kieślowskiego  broniła  nas
przed  „odmóżdżonym”  nihilizmem,  z  kolei  „nihilizm”  Tarantino  stanowił
remedium  na  zakusy  taniej  metafizyki.  Tak  to  obaj  w  owym  czasie
postrzegaliśmy i od rozmów na ten temat zaczęła się nasza znajomość, która
z biegiem czasu przerodziła się w przyjaźń.

Niebawem

  zaczęliśmy  przysyłać  sobie  swoje  pierwsze  teksty,  ni  to

eseistyczne,  ni  to  krytyczne,  ni  to  naukowe.  Dyskutowaliśmy  o  nich,
rozkładając  na  czynniki  pierwsze  nieledwie  każde  zdanie,  obracając  w  ręku
nieomal  każde  słowo,  jak  gdyby  był  to  drogocenny  klejnot.  Po  pewnym
czasie  zauważono  te  nasze  inklinacje  –  niejaka  doktor  F.  (dziś  profesor  rzecz
jasna)  jako  pierwsza  zwróciła  uwagę  na  nasz  (jak  to  później  ujęła,  kiedy  to
zdążyliśmy  już  poznać  się  bliżej,  co  w  końcu  zaowocowało  owocnymi
kontaktami  na  niwie  prywatnej)  potencjał  naukowy,  który  miał  jakoby
predestynować nas w przyszłości do kariery akademickiej, co zresztą istotnie
nastąpiło. Mawiało się o nas „naukowcy”, zaś bardziej kolokwialnie „mózgi”,
zapoznając  jak  gdyby  fakt,  że  byliśmy  młodzi,  o  –  jak  to  się  niekiedy
powiada, używając przenośni – gorącej krwi, toteż posiadaliśmy potrzeby nie

background image

tylko  ograniczające  się  do  sfery  intelektualnej,  ale  i  wychodzące  poza  nią  –

emocjonalne.  Co  prawda  Szymon  zaspokajał  je  w  pełni.  Już  wówczas

związany  był  z  Agatą  M.  Mieszkał  z  nią.  W  istocie  prowadzili  życie
małżeństwa.  Dość  ustabilizowane  i  mało,  jakbyśmy  powiedzieli,  studenckie.

Ich  lokum  stanowiło  czteropokojowe  mieszkanie  usytuowane  w  centrum

miasta,  u  zbiegu  ruchliwych  ulic,  wespół  z  trojgiem  innych  studentów

wynajmowane  od  wdowy  po  pewnym  znanym  lubelskim  profesorze,  którego

nazwiska  obecnie  niestety  nie  pomnę.  Wypełnione  książkami,  bibelotami,

pamiątkami  po  rodzinie,  słowem  najróżniejszego  autoramentu  artefaktami,

które  wzięte  osobno  sprawiałyby  –  nie  ulega  to  dla  mnie  najmniejszej

wątpliwości – wrażenie pozbawionych smaku, wręcz kiczowatych (koniecznie

w sensie, jaki kiczowatości nadał Milan Kundera, stwierdzający w jednym ze

swych  kapitalnych  esejów,  iż  zjawisko  kiczu  „wykracza  poza  sferę  estetyki

i  winno  być  rozpatrywane  w  kategoriach  etycznych  i  egzystencjalnych”),

tudzież  jarmarcznych,  w  całości  jednakowoż  emanowały  ujmującą  atmosferą

eleganckiej  schyłkowości,  by  nie  rzec  (chwilowo  biorąc  w  nawias

nieuniknioną 

staroświeckość 

bijącą 

owego 

pojęcia) 

szlachetnego

dekadentyzmu.  Atmosfera  ta  udzielała  się  zarówno  mieszkańcom,  jak

i  gościom,  wśród  których  bywałem  także  ja,  aczkolwiek  nie  tak  regularnie
jak  można  by  wnosić  na  podstawie  stopnia  mojej  przyjacielskiej  zażyłości
z  Szymonem,  który  wiele  czasu  poświęcał  na  lektury  i  pisanie  i  nie  był
w  związku  z  tym  zbyt  skory  do  częstych  spotkań  na  niwie  towarzyskiej.
Zresztą  i  Agata  skupiła  się  w  owym  czasie  na  nauce  (studiowała
polonistykę),  była  nad  wyraz  ambitna  i  ograniczała  swoje  kontakty
prywatne,  co  z  całą  pewnością  Szymonowi  jeśli  nie  dogadzało,  to
przynajmniej  mu  nie  przeszkadzało,  jako  że  on  także  miał  swój  świat,  swoje
filmy,  swoje  książki,  i  czuł  się  w  owym  świecie  na  swoim  miejscu,  jak
najbardziej.  Patrząc  na  nich  razem  z  lotu  ptaka,  dochodziło  się  do
przekonania,  że  muszą  niezwykle  się  od  siebie  różnić,  w  stopniu  tak  dalece
niewyobrażalnym,  że  teoretycznie  winien  on  spowodować  powstanie
przeszkód  nie  do  pokonania  na  ich  wspólnej  drodze.  W  obecności  osób
trzecich  Agata  była  stroną  bez  wątpienia  dominującą.  Urzekała  i  zjednywała
sobie  ludzi  swym  jakże  swobodnym  sposobem  bycia,  swą  spontanicznością,
żywiołowością,  naturalnością,  podczas  gdy  Szymon  stał  zwykle  z  boku,
uśmiechając  się  niepewnie,  jakby  –  takie  odnosiło  się  nierzadko  wrażenie  –

background image

nie  wiedział  zupełnie,  co  ze  sobą  począć.  Tak  zwany 

small

  talk  przychodził

mu

  w  owym  czasie  z  wyczuwalnym  i  łatwo  zauważalnym  trudem.  Lecz  gdy

oboje  poznało  się  bliżej  (co  proste  bynajmniej  nie  było,  albowiem  skrzętnie
strzegli  swej  prywatności,  co,  zwłaszcza  w  przypadku  Agaty,  stanowiło

osobliwy kontrast w stosunku do jej osobowości, tak jak ją – ową osobowość –

powszechnie 

odbierano), 

dostrzegało 

się 

między 

nimi 

olbrzymie

porozumienie 

oparte, 

paradoksalnie, 

na 

niekłamanym, 

choć, 

jak

zaznaczyłem 

przed 

chwilą, 

zauważalnym 

dopiero 

poniewczasie

podobieństwie  do  siebie.  Pochlebiam  sobie,  że  jako  jeden  z  pierwszych

zauważyłem, iż w rzeczywistości ani Agata nie była taką ekstrawertyczką, za

jaką  powszechnie  uchodziła,  ani  Szymon  nie  był  tak  introwertyczny,  jak

głosiła  opinia  o  nim.  Oboje  spotykali  się  ze  swymi  charakterami

i  osobowościami  gdzieś  pośrodku.  I  w  gruncie  rzeczy  nie  potrzebowali

w tamtym czasie do szczęścia nikogo prócz siebie.

Nie

  zdradzę  chyba  tajemnicy,  jeżeli  wyjawię,  że  tęskniłem  naówczas  za

czymś  podobnym.  Za  emocjonalną  stabilizacją,  za  pewnością,  że  znajduje  się

obok  mnie  osoba,  której  na  mnie  zależy.  W  naszej  grupie  była  dziewczyna,

która  podobała  mi  się  od  pewnego  czasu,  wszelako  brakowało  mi  pomysłu,

jak  się  do  niej  zbliżyć,  aby  nie  narazić  się  na  nieuniknioną  w  takim
wypadku, jak sądziłem, śmieszność. A tej się właśnie obawiałem najbardziej.
Byłem  wysoki,  chudy,  dość  nieśmiały.  Na  dodatek  wydawałem  się  sobie  –
zupełnie,  dodajmy,  niesłusznie  –  najzwyczajniej  w  świecie  brzydki.  W  końcu,
po  długim  okresie  wahania  i  wewnętrznych  rozterek,  których  nie  będę
w tym miejscu relacjonował, gdyż zbyt mocno oddaliłoby to nas od głównego
wątku  niniejszych  rozważań,  zdecydowałem  się  zapytać  Szymona  –  który
w  oczywisty  sposób  (jako  ten,  który  już  od  pewnego  czasu  pozostawał
w  związku  z  dziewczyną)  był  naturalnym  dla  mnie  kandydatem  do  roli
doradcy w tych sprawach – o radę. Pewnego razu, a miało to miejsce latem,
w  przerwie  międzysemestralnej,  bodaj  między  drugim  a  trzecim  rokiem
studiów,  zaprosiłem  go  do  domu  moich  rodziców  w  F.  Przybył  autobusem
i  z  miejsca  zrobił  jak  najlepsze  wrażenie  na  moim  świętej  pamięci  tatusiu
i  mamusi,  podobnie  jak  na  większości  ludzi  starszego  pokolenia,  z  którymi
miał  kontakt.  Nie  mówił  zbyt  wiele,  był  powściągliwy,  choć  równocześnie
nieodmiennie uprzejmy i uśmiechnięty tym szczególnym rodzajem uśmiechu,
który 

nie 

narzuca 

się 

otoczeniu 

owym 

amerykańskim, 

jakże

background image

powierzchownym i irytującym 

keep

 smiling

!, lecz

  raczej  wyraża  nieśmiałe  –

i dlatego tym sympatyczniej odbierane – zaproszenie do zawarcia znajomości

oraz zacieśnienia kontaktu, z poszanowaniem wszakże praw i charakteru obu
stron. Jeżeli dodamy do tego doskonałe maniery, chwilami mogące sprawiać

wrażenie  niedzisiejszych,  co  skądinąd  tłumaczyłoby  sympatię,  jaką  Szymon

budził  właśnie  u  ludzi  starszych  od  siebie,  jak  również  delikatną,  kobiecą,

lecz  bynajmniej  nie  zniewieściałą  powierzchowność  (sylwetkę  bowiem

Szymon miał zdecydowanie  wysportowaną, czego – mogę  chyba uchylić  tutaj

rąbka  tajemnicy,  wszak  minęło  już  tyle  lat  –  mu  okropnie  zazdrościłem),

będziemy  blisko  zrozumienia  fenomenu  tego  uroczego  młodego  człowieka,

roztaczającego  naokoło  nieuchwytny  czar,  który,  jak  wspomniałem,  nie

pozostawił  obojętnymi  także  mych  rodziców,  wyraźnie  ujętych  zachowaniem

przyjaciela  ich  syna.  Mimo  że  nieodmiennie  darzyłem  Szymona  nader

ciepłymi  uczuciami,  muszę,  pozwalając  sobie  na  pewną  szczerość,  przyznać,

że  o  ile  pamięć  nie  płata  mi  figla,  poczułem  wówczas  leciutkie  ukłucie

zazdrości.  Ale  czyż  w  którymś  momencie  naszego  życia  wszyscy  nie

zaznaliśmy  owego  niemiłego  uczucia?  Wszak  rodzice  niemal  zawsze  kochają

swe dzieci takie, jakie są, a zarazem niemal zawsze chcieliby, żeby były one

inne  –  inteligentniejsze,  piękniejsze,  czulsze,  dorodniejsze,  samodzielniejsze,
bystrzejsze,  sympatyczniejsze,  jednym  słowem  w  ich  mniemaniu  lepsze.
A  ponieważ  dzieci  z  rzadka  jedynie  dorastają  do  owych  wygórowanych
wyobrażeń,  mało  tego,  daje  się  im  wyraźnie  i  aż  nazbyt  często  do
zrozumienia,  że  nie  spełniają  pokładanych  w  nich  rodzicielskich  nadziei,
powstaje  sytuacja  tyleż  kłopotliwa,  co  przykra,  na  dłuższą  metę  wręcz
nieznośna, i to zwłaszcza wtedy, kiedy na orbicie rodzica pojawi się ktoś, kto
najwyraźniej  spełnia  ów  ideał  dziecka,  a  tak  właśnie  było  w  przypadku
Szymona,  którego  z  miejsca,  choć  i  mamusia  moja,  i  tatuś,  świętej  pamięci,
poznali  go  ledwie  kwadrans  wcześniej,  uznali  za  zdecydowanie  bardziej
godną  uwagi  wersję  swego  własnego  syna,  czyli  mojej  skromnej  osoby.  Jak
nadmieniłem, nieco mnie to rozdrażniło (dziś już mogę przyznać się do mych
ówczesnych  odczuć,  naówczas  jednakże  wstydziłem  się,  nawet  przed  sobą
samym,  okazać  je  wprost!),  przez  chwilę  rozważałem  nawet,  czy  nie
zrezygnować  z  zamiaru  zasięgnięcia  porady  u  Szymona  w  sprawach,
nazwijmy  to  kolokwialnie,  ale  zgodnie  z  prawdą,  sercowych  (wie  pan,  co
mam  na  myśli)  –  bo  czyż  prosząc  o  jego  pomoc  w  tym  względzie,  nie

background image

przyznawałem  się  tak  przed  rodzicami,  jak  i,  co  było  być  może

najboleśniejsze, przed sobą samym, do dotkliwej porażki, w każdym razie do

konfuzji,  z  której  nie  potrafiłem  wyjść  o  własnych  siłach,  tak  iż  zmuszony
byłem  uciec  się  do  cudzej  pomocy,  choćby  była  to  pomoc  najbliższego  mi

człowieka, mojego przyjaciela? W końcu jednak, sporządzając w duchu szybki

bilans ewentualnych zysków i strat mogących wyniknąć w przyszłości bliższej

lub  dalszej  z  owej  sytuacji,  powściągnąłem  emocje  i  postanowiłem  zrobić  to,

co  zamierzałem,  a  zatem  porozmawiać  o  Izabeli  T.,  dziewczynie  z  naszej

grupy,  która  od  dłuższego  czasu  niezmiernie  mi  się  podobała,  a  z  którą

żadnym sposobem nie potrafiłem nawiązać bliższego kontaktu.

Wybrałem  się  z  Szymonem

  na

  spacer  po  okolicznych  wzgórzach,

niewysokich  zresztą,  porośniętych  buczyną,  potem  zaś,  rozmawiając  o  tym

i  owym,  ale  wciąż  jeszcze  omijając  właściwy  powód  naszego  spotkania,

zaszliśmy  do  miejscowej  knajpy,  by  wychylić  w  niej  kufel  przedniego  piwa.

Byliśmy  jedynymi  gośćmi,  zajmując  cichy  stolik  w  ciemnym  kącie  sali.

Wyłuszczyłem – nie bez trudu pokonawszy niemałe opory wewnętrzne – swój

problem.  Szymon  słuchał  z  uwagą,  w  skupieniu  wręcz  nienaturalnym,  bez

najmniejszego ruchu. Gdy skończyłem (a muszę nadmienić, że mówiłem dość

długo),  zadał  mi  trzy  proste  pytania,  których  się  żadną  miarą  nie
spodziewałem,  oczekując  z  jego  strony  już  raczej  jakiegoś  obszernego
„wykładu”, 

może 

nawet 

przyjacielskiego, 

ale 

jednak 

stanowczego

upomnienia,  na  które  zawczasu  się  wewnętrznie  przygotowywałem,  które
przyjąłbym  (takie  było  moje  wewnętrzne  postanowienie)  z  pokorą,  a  które
w  końcu  (chciałoby  się  rzec:  na  całe  szczęście!)  nie  nastąpiło.  Pytania  owe
pamiętam  doskonale,  brzmiały  następująco:  „A  powiedziałeś  to  wszystko
Izie?  Czy  ona  w  ogóle  wie,  co  do  niej  czujesz?”.  „Nie”  –  odparłem.  „A  więc
jak  możesz  mieć  nadzieję,  że  ona  to  odwzajemni,  skoro  o  niczym  nie  wie?”
Milczałem.  „Powiedz  jej  wszystko  to,  co  mnie  dzisiaj  powiedziałeś.  Wtedy
przekonasz  się,  czy  masz  u  niej  szanse.  Zaryzykuj”.  Rada  była,  co  już
zaznaczyłem,  prosta  i  w  swej  prostocie  –  nie  waham  się  to  stwierdzić  –
genialna,  zdałem  sobie  bowiem  sprawę,  że  przez  ostatni  rok  tak  mocno
skupiałem  się  na  rozważaniu  przyczyn,  dla  których  zawarcie  bliższej
znajomości  z  Izabelą  T.  było  niemożliwe  (jak  gdybym  siebie  samego  już
zawczasu chciał przekonać, że wszelkie wysiłki w tym względzie są próżne!),
że,  wyczerpany  owymi  dywagacjami,  nie  miałem  ani  sił,  ani  ochoty,  by

background image

choćby  tylko  zastanowić  się  nad  zmianą  owego  stanu  rzeczy,  zmianą,  która

sama  w  sobie  była,  obiektywnie  rzecz  ujmując,  jak  najbardziej  możliwa,  tyle

że  ja  owej  możliwości  najzwyczajniej  w  świecie  nie  brałem  pod  uwagę,
autodestrukcyjnie skoncentrowawszy się na wykazywaniu przed sobą samym

daremności wszelkich aktywniejszych działań względem Izabeli T. A przecież

wystarczyło 

spróbować, 

dokładnie 

tak, 

jak 

radził 

Szymon! 

Toteż

spróbowałem,  po  czym  ku  mojemu  zdziwieniu  okazało  się,  że  Izabela  T.

bynajmniej nie była mi niechętna. Wręcz przeciwnie, przyjęła zaproszenie do

kina  –  raz,  drugi,  trzeci  –  i  ani  się  spostrzegliśmy,  a  staliśmy  się  parą.

Pobraliśmy  się  po  skończeniu  studiów.  Co  tu  dużo  mówić  –  gdyby  nie  moja

rozmowa  z  Szymonem  i  jego  ówczesna  rada,  chyba  nigdy  by  do  tego  nie

doszło  i  być  może  resztę  życia  spędziłbym  w  samotności.  Tymczasem  –

proszę  tylko  spojrzeć!  –  mam  wspaniałą,  kochającą  żonę  i  troje  nie  mniej

cudownych  dzieci  (dwie  córki  i  syna),  z  których  jestem  niezwykle  dumny.

Czyż  można  sobie  wyobrazić  los  bardziej  sprzyjający,  okoliczności  bardziej

szczęśliwe,  ludzi  bardziej  oddanych  niż  ci,  którzy  otaczają  mnie  swym

przywiązaniem i troską? Czyż istnieje – pozwolę sobie na odrobinę rozważań

o  charakterze  ogólnym  –  tarcza  mocniejsza  niż  miłość,  chroniąca  przed

piekłem  samotności,  na  którą  ludzkie  istoty  skazuje  –  nazbyt  często!  –  ich
ponure  i  tragiczne  życie?  Bo  każdy  z  nas  nosi  w  sercu  przecież  jakiś  cierń…
A  jednak  wybrańcom  –  są  tacy!  –  zostaje  cierpienie  oszczędzone.  Pochlebiam
sobie,  że  się  do  owych  nielicznych  szczęśliwców  zaliczam,  aczkolwiek  jaka
w  tym  moja  zasługa?  Świat  niesprawiedliwie  rozdziela  swe  łaski,  i  często
kapryśnie.  Mnie  przypadła  w  udziale  jego  znamienitsza  część,  co  skłania
mnie  zawsze,  kiedy  uświadamiam  sobie  ów  korzystny  obrót,  jaki  przybrało
moje  życie,  do  przywołania  wybornego  wiersza  zatytułowanego  Tak,
niektórzy

,  autorstwa

  wybitnego  niemieckiego  poety  przełomu  wieków

dziewiętnastego  i  dwudziestego,  von  Hofmannsthala,  piszącego  przed  ponad
stuleciem tak oto (w kapitalnym przekładzie nieocenionego Pawła Hertza):

Tak, niektórzy muszą umrzeć nisko,

Pod

 pokładem, ciężkie wznosząc wiosła,

Kiedy

 inni u steru, wysoko,

Widzą ptaków

 lot

 i gwiezdne kraje.

Jedni

 zawsze leżą ociężali

U korzeni splątanego życia,

background image

Innym

 za to ustawiono krzesła

Przy

 sybillach, obok królowych,

Zasiadają

 tam

 jak u siebie,

Z lekkim czołem, z lekkimi dłońmi.

W  czasach,  które  są

  przedmiotem

  mojej  opowieści,  zdawało  się  –  nie,

było  całkowicie  pewne!  –  że  to  raczej  Szymon  należy  do  owych

Hofmannsthalowskich  „niektórych”,  trzymających  w  mocnych  dłoniach  ster

życia,  zapatrzonych  w  bezkresny  horyzont,  zdolnych  osiągać  cele  dla  innych

niedosięgłe.  Podziwialiśmy  go  wszyscy,  skrycie  lub  otwarcie.  Natury,  jak  już

nadmieniłem,  cokolwiek  introwertycznej,  posiadał  mimo  to  niewątpliwą

charyzmę, 

roztaczając 

osobliwą 

atmosferę 

stanowiącą 

mieszaninę

skromności,  ciepła,  pewności  siebie.  Był,  co  już  nadmieniłem,  przystojny,

wysportowany,  elokwentny,  zabawny,  doskonale  przygotowany  do  każdych

zajęć.  Jednakowoż  nikomu  się  nie  narzucał.  Wcześnie,  jeszcze  jako  student,

zaczął  publikować  artykuły  krytycznoliterackie  i  eseje  w  ogólnopolskich

czasopismach  poświęconych  sprawom  literatury,  cieszących  się  znaczną

renomą  w  środowisku  naukowym.  Brał  regularny  udział  w  sympozjach

i  konferencjach,  wyjeżdżał  na  zagraniczne  stypendia.  Wykładowcy  uwielbiali

go,  albowiem  był  dla  nich  partnerem  w  dyskusjach  (partnerem  nierzadko
wymagającym!),  a  zarazem  nie  okazywał  śladu  arogancji  czy  wyższości.
Chwalono  go  zatem  bez  miary.  Nie  dziwi,  że  relatywnie  wcześnie  dano  mu
również  do  zrozumienia  (podobnie  zresztą  jak  mnie,  o  czym  wspominam
jedynie  gwoli  ścisłości),  iż  chętnie  widziano  by  go  w  roli  nauczyciela
akademickiego  i  badacza  literatury  –  propozycja,  która  z  pewnością  nie
mogła  być  niemiła  człowiekowi  mimo  wszystko  tak  ambitnemu  jak  Szymon
i  z  której  tenże  niebawem,  po  skończeniu  studiów,  skwapliwie  skorzystał.
Wszakże  myliłby  się  głęboko  ten,  kto  wychodząc  od  powyższych  uwag
i  wyłaniającego  się  z  nich  portretu  osobowościowo-charakterologicznego
skłonny  byłby  uznać  Szymona  (wiemy  przecież,  jak  wielu  z  nas  popada
w  rażące  psychologizujące  uproszczenia  w  tym  względzie,  uproszczenia  tak
często  wiodące  w  konsekwencji  do  pochopnych  wniosków  i  błędów  w  ocenie
innych ludzi – a jednak rzadko wyrzekamy się sposobności ich dokonywania,
sprawiają  nam  one  bowiem  niekłamaną  przyjemność  i  pozwalają  ukazać
siebie  samych  w  korzystniejszym  świetle,  co  nie  jest  rzeczą  pozbawioną
swoistego  uroku  –  jakkolwiek  by  na  to  nie  spojrzeć)  za  kogoś,  kogo  określa

background image

się  upraszczającym  mianem  „człowieka  sukcesu”.  Bynajmniej,  jeśli,

obserwując  go,  miało  się  niekiedy  podobne  wrażenie,  stanowiło  ono

w  większej  mierze  rezultat  wadliwej  i  nade  wszystko  powierzchownej
obserwacji  (od  której,  pochlebiam  sobie,  ja  sam  byłem  zawsze  daleki)

dokonywanej  w  stosunku  do  człowieka,  który  był  osobowością  niezwykle

złożoną  i  do  której  przykładać  jedną  miarę  –  sukcesu  właśnie  –  byłoby

wysoce błędne. Toteż zmuszony jestem od razu zaprotestować przeciwko tego

rodzaju  nieuprawnionym  supozycjom,  rzucającym  niesprawiedliwy  cień  na

człowieka,  który  był  mi  przyjacielem  i  którego  pamięci  winien  jestem  –

mimo tragicznych wydarzeń, które miały miejsce w ostatnim czasie i których

on  sam  był  bezpośrednim  inicjatorem  –  strzec.  Poszukiwacze  taniej  sensacji,

mnożący  się  w  ostatnim  czasie  jak  grzyby  po  deszczu,  w  historii  Szymona

dostrzegłszy  pożywkę  dla  swych  voyeurystycznych  skłonności  (to  –  dodaję

w  parentezie  –  kolejna  plaga  naszych  czasów!),  bez  najmniejszego

opamiętania  wyciągają  jednoznaczne  wnioski  tam,  gdzie  mówić  można

o  wszystkim,  ale  właśnie  nie  o  jednoznaczności.  Rzutują  oni  swoje  dzisiejsze

zapatrywania  na  niedostępną  ich  władzy  sądzenia,  tak  odległą  od  chwili

obecnej,  przeszłość,  w  mniemaniu,  że  odkryli  całą  prawdę  o  innym

człowieku  oraz  uwarunkowaniach  jego  charakteru.  Tacy  będą  nieodmiennie
widzieć  w  Szymonie  kogoś  w  rodzaju  Patricka  Batemana,  bohatera  słynnego
filmu 

American

 

Psycho 

będącego 

ekranizacją

 

nie

 

mniej 

słynnej,

a  z  pewnością  wielce  kontrowersyjnej  powieści  amerykańskiego  pisarza
Breta  Eastona  Ellisa,  opowiadającej  dzieje  młodego  błyskotliwego  yuppie,
finansisty  z  Wall  Street,  który  odnosi  ogromne  sukcesy  zawodowe,  lecz  jego
życie  prywatne  jest  przepełnione  narastającą  życiową  pustką  i  nudą,
z  których  rodzi  się  następnie  żądza  mordowania  niewinnych  ludzi.  Powieść
i  film  ukazują  historię  jego  brutalnych  zbrodni.  Jest  rzeczą  oczywistą,  że  nie
brakowało 

głosów 

przyrównujących 

później 

Szymona 

do 

owego

powieściowego  i  filmowego  potwora  (znakomicie,  dodajmy,  zagranego  przez
Christiana  Bale’a,  naówczas  aktora  młodego  pokolenia,  który  na  swym
koncie  miał  już  jednak  współpracę  z  wieloma  ważnymi  postaciami
amerykańskiego  kina,  między  innymi  ze  Stevenem  Spielbergiem),
określających  go  wprost  mianem  (proszę  zwrócić  uwagę  na  językową
niezborność  i  mimowolny  komizm  owego  określenia!)  błyskotliwego
„akademickiego  yuppie”,  który  w  młodym  wieku  osiągnąwszy  nieomal

background image

wszystko,  co  było  możliwe  do  osiągnięcia  zarówno  w  życiu  zawodowym,  jak

i  prywatnym  (relewantny  fakt,  iż  Szymon  posiadał,  w  przeciwieństwie  do

bohatera 

American

 Psycho, dużo

 bardziej

 uporządkowane życie rodzinne, nie

tyle  pomijano,  co  próbowano  osłabić  jego  wymowę,  argumentując,  jakoby

owo  rodzinne  „zaplecze”  stanowiło  w  istocie  li  tylko  przykrywkę  i  zasłonę

dymną  dla  dalekosiężnych  planów  zbrodni  –  hipoteza,  która  każdemu,  komu

było dane bliżej znać Szymona, z miejsca musiała się wydać absurdalna), nie

potrafił  się  tym  zadowolić  i  wybrał  drogę  zła,  które  w  jego  przekonaniu

miało  tym  bardziej  potwierdzić  jego  wyjątkowość,  by  nie  rzec  wszechmoc

(zaiste,  teoria  rodem  z  poradników  dla  gospodyń  domowych!).  Rozumiem

emocje  stojące  za  tego  rodzaju  sugestiami  –  wszak  historia  Szymona

i  dokonywanych  przez  niego  morderstw  jest  (nie  waham  się  użyć  owych

słów) 

jedną 

najbardziej 

poruszających 

zagadek 

współczesności,

niecierpliwie domagającą się wyjaśnienia; co więcej, której zagadkowość jest

niczym ropiejący wrzód, którego nie można ani wyleczyć, ani usunąć, i który

w  konsekwencji  zatruwa  cały  organizm  –  jednakowoż  zmuszony  jestem

pozostać  lojalny  wobec  faktów  i  moich  własnych  przemyśleń  w  tym

względzie,  przemyśleń  człowieka  znającego  w  przeszłości  Szymona  bądź  co

bądź  znacznie  lepiej  niż  wszyscy  owi  z  bożej  łaski  psychologowie  razem
wzięci.  Tym  bardziej  że  w  owym  czasie,  kiedy  Szymon  był  jeszcze  młodym
człowiekiem  u  progu  świetnej  kariery  akademickiej,  mającym  przy  swoim
boku  oddaną  mu  partnerkę  życiową,  żadną  miarą  nie  przypominał  osoby,
której  wizerunek  forsowały  później  złaknione  sensacji  środki  masowego
przekazu.  Nie  dbając,  czy  zostanę  należycie  zrozumiany,  powiem  o  tym
okresie  krótko  i  węzłowato  tak:  Szymon  nie  miał  w  sobie  nic  z  owej
charakterystycznej  dla  niektórych  młodych  ludzi  przebojowości,  mającej
zwykle  odwrócić  uwagę  od  zwyczajnego  braku  inteligencji  i  umiejętności.
Wszystko  to,  co  można  by  określić  mianem  sukcesów  prywatnych
i  zawodowych  Szymona,  odniesionych  przez  niego  w  stosunkowo  młodym
wieku,  stanowiło  pochodną  jego  niezwykłego  talentu,  ale  także  (rzecz  to  nie
bez  znaczenia!)  niewyobrażalnej  wprost  wytrwałości  w  dążeniu  do  celu,  jak
również  wewnętrznego  –  tak  to  przynajmniej  wówczas  odbierałem  –
uporządkowania  (co  prawda  gwoli  ścisłości  zmuszony  jestem  dodać,  że
prawdziwe  źródło  tejże  wytrwałości  i  uporządkowania  stanowiły,  z  czego
zdałem  sobie  sprawę  znacznie  później,  w  głównej  mierze  Szymonowe  fobie

background image

i  natręctwa,  wyrażające  się  nade  wszystko  w  nieustających  wysiłkach

zmierzających  do  nadania  zamieszkałej  przestrzeni  określonego  ładu

przestrzennego,  którego  kształt  ustalał  oczywiście  Szymon,  i  który  objawiał
się 

szczególnym 

usytuowaniem 

względem 

siebie 

poszczególnych

przedmiotów, takich jak stół, krzesła, dywany, szafy, regały, komody, obrazki

na  ścianach,  gazety  na  stoliku,  sztućce,  butelki  z  wodą  –  wszystkie

wymienione  artefakty  posiadały  swoje  precyzyjnie  określone  miejsce

w  przestrzeni  zajmowanej  przez  Szymona,  który  nie  był  zdolny  do  pracy

intelektualnej,  jeśli  ów  skomplikowany  układ,  o  strukturze  całkowicie,

dodajmy,  nieczytelnej  dla  innych  ludzi,  został  w  najmniejszy  choćby  sposób

naruszony;  tak  więc  zanim  Szymon  usiadł  za  biurkiem,  by  bez  reszty

pozwolić pochłonąć się pracy, z pasją oddawał się porządkom, układając, dla

przykładu,  ołówek,  zeszyt  i  książkę  w  pewnej  odległości  od  siebie  tak,  aby

połączone  niedostrzegalnymi  nićmi  w  sposób  widoczny  tworzyły  coś

w  rodzaju  trójkąta,  nie  mógł  to  być  wszelako  żadną  miarą  trójkąt

równoramienny,  gdyż  symetrię  Szymon  uważał  za  rzecz  niewyobrażalnie

szpetną  i  wulgarną,  mającą  posmak  geometrycznej  tandety,  z  drugiej

wszakże  strony  nie  potrafił  nigdy  uwolnić  się  od  natrętnie  pojawiającej  się

w  jego  umyśle  idei  harmonii,  co  w  rezultacie  sprawiało,  że  spędzał  długie
minuty nad znalezieniem  najwłaściwszego ułożenia rzeczonych  przedmiotów,
ułożenia,  które  zachowywałoby  właściwe  proporcje  między  symetrią  a  jej
brakiem,  harmonią  a  jej  „przełamaniem”  –  przy  czym  jego  poczynania
budziły  nieodmiennie  już  to  wesołość,  już  to,  kiedy  natręctwa  niepokojąco
przybierały  na  sile,  irytację  bliskich  Szymonowi  osób,  czujących,  że  stają  się
nieomal  mieszkańcami  więzienia  o  zaostrzonym  rygorze,  w  którym  nie
sposób  swobodnie  zrobić  ani  jednego  kroku,  by  od  „strażnika”,  czyli
Szymona,  nie  otrzymać  nagany  za  naruszenie  stosownego  porządku  –
w rzeczy samej, człowiek ów niekiedy sprawiał wrażenie, że przeszkadza mu
nawet  czyjeś  oddychanie).  Z  kolei  sposób  bycia  Szymona  cechował  się
niebywałą  –  przy  całej  nietuzinkowości  i  nieobliczalności  niektórych  jego
poczynań,  a  zwłaszcza  opinii  –  i  zaskakującą  ostrożnością  działania.  Dla
postronnego 

obserwatora 

chwilami 

ekstrawagancki, 

bardziej 

jednak

przypominał ślepego, który musi się w świecie poruszać z rozwagą, powoli –
tak,  aby  sobie  samemu,  a  zwłaszcza  innym  nie  zrobić  żadnej  krzywdy.
Jestem  przekonany  do  słuszności  mojej  diagnozy,  znałem  wszak  Szymona

background image

z  górą  dziesięć  lat.  Nie  brakowało  między  nami  –  rzecz  to  oczywista  –

różnic,  czasami  także  przyjacielskich  sporów,  niemniej  miewaliśmy  okresy

wielkiej  emocjonalnej  bliskości.  Pewnej  wiosny  pojechaliśmy  dla  przykładu
w  Bieszczady,  tylko  my  dwaj.  Tydzień  wędrówek,  swobodna  atmosfera,

mnóstwo  żartów,  śmiechu.  Gospodarz,  u  którego  nocowaliśmy,  był

zbieraczem  militariów  z  okresu  drugiej  wojny  światowej.  Jego  dom

przywodził  na  myśl  magazyn  broni.  Dobrze  się  tam  czuliśmy.  Nic  nas  nie

trapiło,  a  jeśli  mieliśmy  jakieś  problemy,  nie  rozmawialiśmy  o  nich,  w  tym

momencie  stały  się  one  nieważne.  Nastąpiło,  by  tak  rzec  metaforycznie,

zawieszenie  czasu.  Cieszyliśmy  się  sobą,  byliśmy  –  nie  waham  się  użyć

owego  nieco  być  może  zbyt  patetycznego,  jednakowoż  na  wskroś

prawdziwego  słowa  –  szczęśliwi.  Jeszcze  dziś,  po  tylu  latach,  uśmiecham  się

na  myśl  o  owej  podroży,  krótkiej,  a  przecież  niezwykle  intensywnej,  bogatej

w pozytywne doznania.

Później

  co

  prawda  rzadko  już  –  co  mówię  z  ubolewaniem!  –

zachodziliśmy  w  naszych  relacjach  tak  głęboko.  Stopniowo  przyjaźń  między

mną  a  Szymonem  zatoczyła  w  swym  charakterze  swoiste  koło,  niejako

wracając  do  swych  korzeni,  z  których  się  poczęła.  Pragnę  przez  to

powiedzieć,  że  ustabilizowała  się  jako  przyjaźń  w  pierwszej  kolejności
intelektualna,  co,  jak  uważam,  odpowiadało  w  gruncie  rzeczy  naturze
naszych  osobowości,  a  przynajmniej  tak  do  pewnego  czasu  sądziłem.  Byłem
mianowicie  zdania,  że  obaj  reprezentujemy  w  istocie  tak  zwany  „typ
północny”,  któremu  nadmierna  wylewność  jest  z  gruntu  obca,  jak  gdyby
stanowiła  przejaw  złego  smaku,  czy  też  braku  –  niech  wolno  mi  będzie  tak
się  wyrazić  –  gustu.  Jeśli  powitanie,  to  wystarczy  mocny  uścisk  dłoni.  Jeśli
rozmowa,  to  z  zachowaniem  stosownego  fizycznego  dystansu,  co  najmniej
metrowego.  Sprawy  osobiste?  Owszem,  lecz  tylko  do  pewnego  stopnia,  tak,
aby  nie  przekraczały  ustalonych  granic  intymności,  które  obaj  –  jak  to
wówczas  odbierałem  –  definiowaliśmy  podobnie.  Jakież  jednak  było
pewnego  razu  moje  zdziwienie,  kiedy  ujrzałem  (niby  to  drobiazg,  niemniej
utkwił  w  mojej  pamięci  nad  wyraz  mocno)  Szymona  nieoczekiwanie
witającego się ze starym przyjacielem, jeszcze z okresu liceum, Markiem O.,
w  sposób,  którego  nigdy  u  niego  nie  widziałem.  Niekontrolowane  wybuchy
śmiechu, uściski, nieposkromione dotykanie  się, zwieńczone przysłowiowym
„niedźwiedziem”,  tak  serdecznym,  że  nieomal  brutalnym,  jak  gdyby  –  co

background image

obserwowałem  z  pewnym  niesmakiem  –  obaj  chcieli  się  wzajemnie  udusić.

Nie  ukrywam,  i  w  tamtym  momencie  również  nie  zamierzałem  tego

ukrywać,  że  zaskoczyło  mnie  to  niebywale,  albowiem  nie  przypominałem
sobie,  abym  kiedykolwiek  widział  Szymona  witającego  się  z  kimkolwiek

w  ten  nieomal  wulgarnie  „samczy”  sposób,  niepohamowanego  w  swych

emocjonalnych  reakcjach,  „zwierzęcego”  (słowa  te  opatruję  oczywiście

stosownym cudzysłowem). Spojrzałem na niego niczym na kogoś zupełnie mi

nieznanego  i  obcego.  Szymon  dostrzegł  to  (staliśmy  bowiem  w  niewielkiej

odległości  od  siebie,  w  istocie  –  pamiętam  tę  sytuację,  jak  gdyby  miała

miejsce  dziś  –  znajdowałem  się  nie  dalej  niż  dwa,  trzy  metry  od  niego;  to

Marek O. do nas podszedł i przerwał nam rozmowę) i się zmieszał, po czym

począł  się  niezbornie  tłumaczyć  („No  wiesz,  stary  kumpel,  jeszcze  ze

szkoły…”).  Przyjąłem  to  do  wiadomości,  aczkolwiek  poczucie  pewnego

niesmaku  długo  nie  chciało  mnie  opuścić,  być  może  również  dlatego,  że

w  pewien  przykry,  a  z  pewnością  niepojęty  dla  mnie  osobiście  sposób

miałem  Szymona  za  kogoś,  kogo,  mimo  wieloletniej  bądź  co  bądź,  jak

również nad wyraz intensywnej znajomości, którą obaj określaliśmy mianem

przyjaźni, znałem (tak mi się przynajmniej wydawało!) dobrze, a z pewnością

lepiej  niż  inni.  Tymczasem  –  wie  pan,  co  mam  na  myśli  –  byłem  świadkiem
sytuacji,  która  ukazywała  zupełnie  inne  jego  oblicze,  co  wywarło  na  mnie
tym  większe  wrażenie  obcości,  że  nie  była  to  wszak  sytuacja  z  rodzaju
ekstremalnych,  a  więc  stawiająca  Szymona  w  wyjątkowej  roli,  do  której  nie
przywykł,  zaskakująca  go.  Nie,  wszystko,  co  w  tamtej  chwili  zaszło,  było
banalne,  a  zarazem  niezmiernie  naturalne,  jak  gdyby  Szymon  zawsze  witał
się w ten sposób ze wszystkimi – poza mną. Banalność owego zdarzenia przy
równoczesnej 

niesłychaności 

wyjątkowości 

kształtu, 

jaki 

ono

w  konsekwencji  przybrało,  wprost  mnie  poraziła,  jak  gdybym  nagle
uzmysłowił  sobie,  że  w  ogóle  nie  znam  człowieka,  który  mieni  się  moim
przyjacielem  i  którego  ja  również  za  takowego  uważam.  Pomyślałem,  że
Szymon  jest  zdolny  do  dwulicowości  i  co  prawda  od  razu  powstydziłem  się
tej  swojej  oceny,  potem  wszakże,  po  głębszym  namyśle,  powróciłem  do
owego  pierwotnego,  intuicyjnego  określenia,  uznając  je  za  w  gruncie  rzeczy
trafne  i  głęboko  odpowiadające  temu,  czego  byłem  świadkiem.  Chciałbym
jednak  wyraźnie  podkreślić,  że  określenia  „dwulicowy”  nie  używam  w  jego
potocznym  sensie,  jako  synonimu  fałszywości,  obłudy,  zakłamania,

background image

hipokryzji,  kłamliwości  czy  koniunkturalizmu,  cech,  których  Szymon

w  żadnym  razie  nie  posiadał  –  i  chcę,  żeby  w  tym  względzie  panowała

całkowita  jasność.  Normatywna  diagnoza,  jaką  naówczas  postawiłem  i  co  do
której  słuszności  w  zasadzie  do  dnia  dzisiejszego  jestem  najgłębiej

przekonany,  stwierdza,  że  Szymon  był  dwulicowy  w  najbardziej  dosłownym

sensie  tego  słowa,  mam  bowiem  na  myśli  to,  że  nie  posiadał  jednego

oblicza,  jednej  osobowości,  jednej  tożsamości.  Co  nie  było  bynajmniej

równoznaczne  –  nie  chcę  zostać  niewłaściwie  zrozumiany  –  z  brakiem

wyrazistej osobowości, tym bardziej że każdy, kto znał Szymona choćby tylko

krótki  czas,  doskonale  zdawał  sobie  sprawę,  iż  ma  do  czynienia

z  człowiekiem  o  mocnej  konstrukcji  charakterologicznej.  Idzie  mi  w  większej

mierze  o  to,  że  była  to  osobowość  wyrazista  za  każdym  razem  i  dla  różnych

osób  inaczej.  Wykazując  dużą  dozę  dobrej  woli  w  odniesieniu  do  Szymona

(i  ja  tak  właśnie  jako  jego  przyjaciel,  co  dziś  jeszcze  sobie  pochlebiam,

uczyniłem), można było to tłumaczyć tym, że jedna tożsamość była dla niego

zwyczajnie za ciasna. Później opowiem o tym nieco obszerniej i posiłkując się

większą  liczbą  przykładów,  w  tym  miejscu  chciałbym  jedynie  dodać,  że

w  owym  fakcie  upatrywałbym  zarówno  słabości,  jak  i  siły  charakteru

Szymona.  Słabości  –  albowiem  jeśli  pragniemy  stać  się  w  życiu  kimś,  nie
wolno  rozmieniać  tożsamości  na  drobne.  Siły  –  albowiem  owa  zmienność,
rozmaitość,  nieprzewidywalność  czyniła  Szymona  twórczym  i  nad  wyraz
pomysłowym.  Nic  go  nie  hamowało,  żadne  intelektualne  przekonania
i zasady. Gdyż najpewniej ich po prostu nie posiadał albo też nie posiadał ich
w takim rozumieniu, w jakim posiadają je zwykli zjadacze chleba. Nawiasem
mówiąc, i jest to niezwykle ważny wątek, który chciałbym obecnie podnieść,
kwestia  tożsamości  była  obok  kwestii  pamięci,  która  zresztą  pozostaje
w  istotnym  związku  z  tą  pierwszą,  jednym  z  podstawowych  toposów  badań
naukowych 

Szymona, 

lecz 

także 

jego 

twórczości 

eseistycznej

i  krytycznoliterackiej.  Pamiętam,  jak  rozmawialiśmy  o  tym  bodaj  po  raz
pierwszy,  co  miało  miejsce  tuż  po  doktoracie  (pracę  doktorską  obronił
nadzwyczaj  szybko,  dwa  lata  po  skończeniu  studiów),  który  stanowił  swoistą
summę  jego  wieloletnich  zainteresowań  twórczością  wybitnego,  choć  dziś
nieco  zapoznanego  tytana  amerykańskiej  literatury  przełomu  wieków
dziewiętnastego  i  dwudziestego,  Henry’ego  Jamesa,  autora  takich  arcydzieł,
jak 

Portret

  damy, 

Ambasadorowi

e

  czy

  Skrzydła  gołębicy,  niezrównanego

background image

mistrza

  analizy  psychologicznej,  oskarżanego  niekiedy  przez  niemądrych

krytyków  o  estetyczną  staroświeckość,  by  nie  rzec  archaiczność,  dla

Szymona  wszakże  (jak  również  dla  mnie,  obaj  byliśmy  bowiem  zagorzałymi
wielbicielami prozy tego twórcy) jego utwory wyznaczały niewątpliwy szczyt

rozwoju dziewiętnastowiecznej powieści realistycznej,  w subtelności środków

artystycznego  wyrazu,  a  także  w  maestrii  formalnej,  dystansując  nawet

takich  gigantów  literatury  owego  czasu,  jak  Lew  Tołstoj  czy  nieco  późniejszy

Tomasz  Mann.  James  był  przedmiotem  długoletniej  fascynacji  Szymona,

datującej  się  jeszcze  na  okres  studiów,  jednak,  jak  dobrze  wiemy,  nawet  od

największej  miłości  niekiedy  dobrze  jest  odpocząć,  toteż  obroniwszy  pracę

doktorską  i  zdawszy  z  wynikiem  bardzo  dobrym  egzamin  doktorski,  Szymon

postanowił  na  pewien  czas,  by  tak  rzec  nieco  żartobliwie,  wziąć  urlop  od

autora 

Portretu

  damy  i  wrócić

  do

  Jamesa  Joyce’a,  swojej  pierwszej  miłości

literackiej  (której  początki  sięgały  jeszcze  szkoły  średniej),  a  rzecz  ujmując

precyzyjniej – do 

Ulisses

a

, owej, jak

 to nazywał, powieści „bezkształtnej”, tak

wewnętrznie  bogatej  i  wielorakiej,  że  w  rezultacie  zatracającej  jakąkolwiek

jednolitość  wyrazu.  W  czym  paradoksalnie,  argumentował  Szymon,  leżało

największe  nowatorstwo  oraz  największa  wartość  owej  nowoczesnej  epopei,

ukazującej  współczesnego  człowieka  „bez  właściwości”,  proteuszowego
w  charakterze,  co  znajduje  arcydzielny  wyraz  w  formie,  jaką  nadał  swej
powieści  Joyce  –  zmieniającej  się  gwałtownie  z  rozdziału  na  rozdział,
czerpiącej  z  rozmaitych  tradycji  literackich,  odwołującej  się  do  różnorakich
zapożyczeń  i  toposów,  które  na  dobrą  sprawę  powinny  ją  rozsadzić  od
środka, tymczasem to one właśnie, mocą przedziwnego paradoksu, stanowią
o  jej  wyrazistym,  by  odwołać  się  ad  hoc  do  pewnych  oksymoronicznych
określeń,  kształtnym  bezkształcie,  określonej  nieokreśloności,  wyraźnej
niewyrazistości.  „Bądź  sobą?  –  ironicznie  zapytywał  w  tym  kontekście
Szymon.  –  Czyli  kim?  Gdzie  jest  ta  moja  ‘sobość’?  Gdzie  to  moje  ‘ja’?
I  dlaczego  światu  tak  bardzo  zależy,  żebym  je  posiadał?  Z  troski  o  mnie?
Wolne  żarty!  Chcę  być  jak  Bloom.  Chcę  być  Każdym  i  Nikim”.  Z  pozoru
wydać się może osobliwe, że właśnie Szymon tak twierdził, wszak każdy, kto
go  znał,  miał,  jak  już  nadmieniłem,  wrażenie,  że  obcuje  z  osobą  o  silnej
osobowości  i  ukształtowanym  charakterze.  W  pewnym  sensie  była  to  nawet
prawda,  Szymon  miał  i  silną  osobowość,  i  ukształtowany  charakter  –  ale
tylko w danym momencie i w obecności konkretnego człowieka. W następnej

background image

chwili  i  przy  innej  osobie  mógł  się  zachowywać  zupełnie  inaczej,  ba,  mógł

mieć  całkiem  inne  zapatrywania  od  wcześniejszych,  inne  poglądy  czy  też

inne  idee,  którym  hołdował.  Zazwyczaj  czynił  tak  z  pełną  świadomością,
wręcz, 

powiedziałbym, 

determinacją, 

powagą 

skupieniu

charakterystycznym  dla  kogoś,  kto  –  bo  ja  wiem?  –  pracuje  w  pocie  czoła,

przy  najwyższym  wysiłku  woli.  Kto  rzeźbi  w  twardym  kamieniu,  którym  jest

on sam. Nadmieniłem już, że czasami bywało to źródłem nieporozumień czy

wręcz  przykrych  niespodzianek,  zwłaszcza  dla  osób,  którym,  jak  mnie,

wydawało  się,  że  znają  Szymona  dość  dobrze.  Najboleśniej  wspominam

w  tym  kontekście  chwilę  –  i  będzie  to  ów  kolejny  przykład,  który

zapowiedziałem  wcześniej  –  kiedy  dowiedziałem  się  od  osób  postronnych

o  kilku  pozamałżeńskich  romansach  Szymona.  Nie  dlatego  cierpiałem,  że

bolały  mnie  jego  postępki,  tak  nielicujące  z  atmosferą  powagi  moralnej,

którą  lubił  wokół  siebie  roztaczać.  Nie  byłem  też,  proszę  mi  wierzyć,

człowiekiem  żądnym  sensacji  ani  tym  bardziej  świętoszkiem.  Wydawało  mi

się  po  prostu,  iż  jako  przyjaciele  winniśmy  sobie,  ja  i  Szymon,  pewną

szczerość – i to mimo tego, że w naszej przyjaźni stawialiśmy na oszczędność

słów.  Dlatego  kiedy  o  wszystkim  się  dowiedziałem  (notabene  od  jednej

z  owych  kobiet,  która,  porzucona,  wiedząc,  iż  jestem  w  bliskich  stosunkach
z  Szymonem,  próbowała  za  moim  pośrednictwem  wysondować,  czy  istnieje
jakakolwiek  szansa  na  jego  powrót;  jakże  wielkie  ogarnęło  ją  zdziwienie,
kiedy  zrozumiała,  że  o  niczym  nie  wiem  –  przecież  powszechnie  wiedziano
o  łączącej  nas  przyjaźni),  poczułem  się  nieswojo,  również  za  sprawą  owych
strzępów  informacji,  których  właściwie  nie  chciałem  znać,  i  które,  co
zrozumiałe  samo  przez  się,  wprawiły  mnie  w  konfuzję,  gdyż  nie  potrafiłem
ich  dopasować  do  obrazu  Szymona  takiego,  jaki  od  wielu  lat  sobie
budowałem.  Rzecz  jasna  chciałem  z  nim  później  o  tym  wszystkim
porozmawiać,  on  jednak,  wyraźnie  zaskoczony  moją  wiedzą,  sprowadził  całą
kwestię  do  arcyprostej  wykładni  („Przecież  niczego  jej  nie  obiecywałem!”  –
powtarzał  wyraźnie  zirytowany),  po  czym  dał  mi  do  zrozumienia,  że  sprawy
te  dotykają  obszarów  zbyt  osobistych,  by  mógł  o  nich  rozmawiać  nawet  ze
mną.  Nawet  ze  mną!  Rozumie  pan,  jak  się  wtedy  poczułem?  Jak  bym  dostał
w twarz.

Ale

  może  to  był,  tak  sobie  to  później  tłumaczyłem,  zwyczajny  wstyd?

Może  Szymon  wstydził  się  siebie  samego,  jakim  był?  Może  nie  chciał

background image

dopuścić do siebie myśli, że jednak był jakiś? Określony? Że miał tożsamość,

i  to  taką,  której  mieć  nie  chciał,  w  gruncie  rzeczy  banalną,  jaką  posiada

większość  z  nas,  mężczyzn?  Domyślałem  się,  mimo  że  Szymon  nigdy  wiele
o  tym  nie  opowiadał,  iż  ta  chęć  uwolnienia  się  od  więzów  tożsamości,

przeszłości,  pamięci,  „sobości”  ma  jakiś  związek  z  czasami,  w  których

Szymona jeszcze nie znałem, bardzo odległymi. Szymon nie dopuszczał mnie

do  nich,  czego  nie  mam  mu  wprawdzie  za  złe,  albowiem  każdy  ostatecznie

ma  prawo  odsłaniać  się  przed  innymi  w  takiej  mierze,  w  jakiej  uzna  to  za

stosowne,  niemniej  w  obliczu  faktu,  iż  skądinąd  tak  często  ze  swadą

perorował  o  potrzebie  przyjaźni  i  otwarcia  się  na  drugiego  człowieka,  jego

postawa  w  tym  akurat  względzie  była  cokolwiek  niekonsekwentna.

W  krytycznych  momentach  wycofywał  się  w  bezpieczną  niszę  komunałów,

krótko  mówiąc,  bronił  dostępu  do  siebie,  dawał  z  siebie  bardzo  mało.

A  rzecz  ujmując  ściślej:  dawał  nie  siebie,  lecz,  by  tak  rzec,  „powłokę”  siebie

samego.  Obraz  siebie  samego.  Wizerunek  siebie  samego.  Erzac  siebie

samego.  Pod  którym  co  się  naprawdę  kryło,  tego  nie  wiedział  chyba  nikt.

Bywało,  że  wątpiłem,  czy  cokolwiek  się  tam  kryje.  Bo  może,  zapytywałem

siebie,  wszyscyśmy  ulegli  jakiejś  zbiorowej  sugestii  w  naszym  stosunku  do

Szymona?  Być  może  nie  było  w  nim  żadnej  głębi,  tylko  jej  iluzja?  Ale  czy
Szymon  mógł  –  czy  w  ogóle  można  –  żyć  samą  iluzją  życia?  Samą  jego
powłoką?  Krótko  mówiąc  –  i  jest  to  po  trosze  kwestia  filozoficzna  –  czy
można  się  składać  z  samego  wydrążenia,  jeśli  pan  wie,  co  mam  na  myśli?
Nie  znalazłem  odpowiedzi  na  te  pytania,  choć  pochlebiam  sobie,  że
zazwyczaj tego rodzaju złożone kwestie natury filozoficzno-moralnej nie mają
przede  mną  tajemnic.  W  tym  jednakowoż  konkretnym  przypadku  muszę  się
przyznać  do  ambitnej  porażki.  Człowiek  to  tylko  pojęcie.  W  rzeczywistości
istnieje  ciemna  niepojęta  dziura,  z  której  od  czasu  do  czasu,  zawsze  na
krótko,  wychyla  głowę  ktoś  nieznany  i  obcy,  o  twarzy,  z  której  rzadko  co
potrafimy  wyczytać.  Po  chwili  ta  twarz  z  powrotem  znika  w  ciemności.  To
wszystko. To całe życie.

Być może

  jestem

  w  błędzie,  ale  mam  przekonanie,  iż  w  gruncie  rzeczy

podobną  do  zarysowanej  wyżej  problematykę  poruszał  Szymon  w  swych
licznych  (kwantytatywnie  rzecz  ujmując)  artykułach,  esejach  i  szkicach  z  lat
bezpośrednio  poprzedzających  jego  zaginięcie,  przy  czym  kwestii  owej
poświęcił  również  następną  (po  doktoracie)  swoją  ważną  publikację

background image

monograficzną  zatytułowaną 

Ulisses

  albo  o  tożsamości

.  Formalnie

  rzecz

ujmując,  była  to  jego  praca  habilitacyjna,  wszelako  każdy  inteligentny

czytelnik  z  miejsca  dostrzegał,  iż  jest  to  rzecz  głęboko  osobista,  coś
w  rodzaju  rozbudowanego  eseju,  swobodnie  czerpiącego  już  to  z  tradycji

literackich,  już  to  filozoficznych,  już  to  z  innych  dziedzin  ludzkiej  aktywności

artystycznej  i  intelektualnej,  a  poruszającego  najbardziej  podstawowe

kwestie dotyczące ludzkiego bycia-w-świecie (że odwołam się w tym miejscu

do  określenia  Martina  Heideggera,  myśliciela  Szymonowi  w  pewnym

okresie  nader  bliskiego,  na  którego  zwróciłem  jego  uwagę  jeszcze  w  czasie

studiów,  kiedy  to  i  mnie  pochłonęła  –  nie  waham  się  tak  stwierdzić  –

nowatorska  filozofia  autora 

Bycia

  i  czasu),  w  pierwszej

  linii,  jak

  zapowiada

już  sam  tytuł,  tożsamości.  Ze  swojej  strony  dodam:  tyleż  tożsamości,  co

pamięci,  albowiem  oba  te  zagadnienia  po  równi  frapowały  Szymona,

splatając się ze sobą i płynnie w siebie przepływając na wszystkich bez mała

poziomach  jego  wielowątkowej  refleksji,  tak  iż  koniec  końców  czytelnik

otrzymywał  do  rąk  kapitalną,  choć  być  może  momentami  nazbyt,  nawet  dla

mnie,  w  swej  formie  swobodną  (co  później  spowodowało  pewne  problemy

natury  formalnej  podczas  przewodu  habilitacyjnego;  nie  wdając  się

w  szczegóły,  dziś  już  pozbawione  znaczenia:  niektórzy  recenzenci  książki,  na
szczęście  pozostający  w  mniejszości,  ale  jednak  dość  hałaśliwi,  utrzymywali,
jakoby  praca  Szymona  nie  spełniała  wymogów  akademickiej  i  naukowej
poprawności,  w  związku  z  czym  jej  autorowi  nie  powinno  się  przyznawać
stopnia  naukowego  doktora  habilitowanego),  rzecz  o  tym,  co  sprawia,  że
stajemy  się  tym,  kim  jesteśmy.  Mógłbym  oczywiście  cytować  całe  pasaże
owej  książki,  jak  również  artykułów  i  esejów,  które  Szymon  opublikował  na
ten  temat,  jestem  jednakże  przekonany,  iż  jego  intencje  najlepiej  odda
pewien  niecenzuralny  (bo  oczywiście  Szymon  bywał  i  taki…),  a  mimo  to
wielce  wymowny  oraz  informatywny  fragment  jednego  z  jego  listów  (maili).
W  liście  owym  znajdziemy  następujące  słowa:  „Tożsamość,  tożsamość,
tożsamość…  Miej  tożsamość!  Nadaj  sobie  tożsamość!  Ukształtuj  własną
tożsamość! Tożsamość jest najważniejsza! Tożsamość to człowiek!... Co chwila
słychać tym podobne bzdury, w stylistyce poradnika dla pensjonariuszy domu
opieki  społecznej.  Wymachujemy  nad  głową  tą  swoją  tożsamością  jak
obsranymi  gaciami.  Śmierdzą,  kleją  się  do  tyłka,  cisną,  uwierają,  ale  to
NASZE  gacie,  własnodupnie  zapaskudzone  gównem.  Jaka  z  ich  powodu

background image

przepełnia  nas  duma…”.  Idée  fixe  Szymona  –  pozwolę  sobie  w  tym  miejscu

na  odnośną  rekapitulację  jego  poglądów  –  było  przekonanie,  że

ukształtowana  głównie  przez  wydarzenia  z  przeszłości  indywidualna
tożsamość  nie  jest  bynajmniej,  w  ścisłym  sensie,  „indywidualna”.  Wręcz

przeciwnie,  stanowi  zbiór  zinternalizowanych  w  toku  socjalizacji  norm,

sztywnych  przyzwyczajeń,  stereotypowych  zachowań  i  klisz  myślowych,

ukształtowanych  pod  wpływem  wydarzeń,  na  które  zwykle  nie  mamy

żadnego  lub  minimalny  wpływ,  a  które  z  biegiem  czasu  oddziałują  na

jednostkę  coraz  bardziej  degenerująco,  zamykając  ją  w  ograniczonej

przestrzeni  konwenansów,  dzięki  którym  owa  jednostka  jest  ze  społecznego

punktu  widzenia  co  prawda  bardziej  pożyteczna,  bo  podatniejsza  na

manipulację,  lecz  w  konsekwencji  bierna  w  swym  oczekiwaniu  na  to,  co

nieuchronne.  W  tym  sensie  owa  jednostka  „poddaje  się”  lub  też,  żeby  rzecz

całą  wyrazić  precyzyjniej,  tak  jak  to  czynił  Szymon, 

gives

  up

,  przy

  czym

odwołuję się w tym względzie do ostatnich słów tak cenionej przez Szymona,

poruszającej 

powieści 

Hańba

 

(po

 

angielsku 

Disgrac

e)

południowoafrykańskiego

 

noblisty

 

J.M. 

Coetzeego, 

słów 

literalnie

odnoszących  się  co  prawda,  jak  wszyscy  pamiętamy,  do  psa,  którego

„poddaje”  główny  bohater  (nie  chcąc  uratować  swojego  ulubionego
czworonoga  przed  śmiercią,  uważa  bowiem,  że  zwierzę  i  tak  jest  na  nią
skazane),  w  istocie  jednakże  stanowią  one  kodę  zamykającą  cały  ów  utwór,
utwór  (tak  odczytywał  go  Szymon)  o  „poddawaniu”  własnego  życia;
o  dobrowolnej  zgodzie  na  to,  że  świat  jest,  jaki  jest.  Czyli  smutny,  tragiczny,
pełen wyborów nieodmiennie chybionych.

Idee

  owe  mam  w  pamięci  do  dziś.  Wiele  o  nich  rozmawialiśmy,  potem

zaś,  po  zaginięciu  Szymona,  poznałem  je  tym  lepiej,  zostając  wydawcą  jego
pism oraz, by tak rzec nieco z przekąsem (jestem jednak przekonany, że sam
Szymon  traktowałby  to  ironicznie),  „strażnikiem  pamięci”,  autorytetem
w  sprawach  dotyczących  twórczości  eseistycznej  i  naukowej  mojego
przyjaciela.  Muszę  nadmienić,  że  zapotrzebowanie  na  taki  autorytet
niewątpliwie  istniało,  albowiem  zaginięcie  Szymona  przyczyniło  się  do
powstania  czegoś  w  rodzaju  jego  „legendy”.  Owszem,  doceniano  jego  osobę
i  wcześniej,  byłoby  wszelako  ogromną  przesadą  utrzymywać,  iż  należał  do
pierwszej ligi polskich  humanistów – na to  był zwyczajnie zbyt  młody, a  jego
dorobek  wciąż  zbyt  ubogi.  Niemniej,  jak  stwierdziłem,  jego  domniemana

background image

śmierć  zmieniła  to  w  sposób  znaczący,  tak,  iż  pojawiło  się,  jeśli  tak  mogę

powiedzieć, „rynkowe zapotrzebowanie” na wcześnie zmarłego (jak sądzono)

„geniusza”,  który  nagle  stał  się  wyrazicielem  poglądów  młodego  pokolenia
polskiej humanistyki, jej wyrazistym symbolem. Do powstania owego „kultu”

(dość  krótkotrwałego,  podobnie  jak  wszystko,  co  dotyczy  zmiennych  kolei

sławy)  przyczyniło  się  zarówno  to,  co  Szymon  napisał  i  opublikował  przed

zaginięciem,  jak  i  to,  co  napisał,  ale  czego  wydać  już  nie  zdążył,  jak  na

przykład  niemal  ukończony  tom  esejów  poświęcony  motywowi  pamięci

w  kulturze  europejskiej  czy  książka  (gotowa  mniej  więcej  w  sześćdziesięciu

procentach)  poświęcona  twórczości  H.P.  Lovecrafta,  amerykańskiego  autora

opowieści  grozy,  twórcy,  do  którego  Szymon  miał  osobliwy  (osobliwy  –

zważywszy  na  nikłą,  bądź  co  bądź,  wartość  artystyczną  większości  utworów

tego pisarza) sentyment, ocierający się momentami niemal o obsesję. Oba te

teksty  opracowałem  szczegółowo  redakcyjnie,  z  najwyższą  rzetelnością

i  starannością,  na  jaką  było  mnie  stać,  po  czym  wydałem  w  takim

fragmentarycznym  kształcie,  w  jakim  je  pozostawiono,  następnie  zaś

zabrałem  się  za  edycję  Esejów  zebranych,  w  dwóch

  tomach,  do

  których  na

prośbę  wydawcy  napisałem  stosowną  przedmowę,  z  której  treści  jestem

dumny  do  dnia  dzisiejszego.  Podejmowałem  się  owych  zadań  chętnie
i  z  niekłamaną  przyjemnością,  choćby  i  dlatego,  iż  poza  wszystkim  innym
czułem  się  również  odpowiedzialny  za  spuściznę  zmarłego  przyjaciela,
któremu  –  co  do  tego  byłem  absolutnie  przekonany  –  winien  byłem  pamięć.
W  końcu  i  mnie  –  nie  muszę  tego  chyba  dodawać  –  zaginięcie  Szymona
dotknęło  bardzo  boleśnie.  Pomijając  fakt,  iż  był  on  moim  przyjacielem,
razem  wiele  zawodowo  przeszliśmy,  od  samego  początku,  mówiąc  nieco
kolokwialnie,  „jadąc  na  tym  samym  wózku”.  Organizowaliśmy  dyskusje
publiczne,  konferencje,  sympozja,  warsztaty,  prowadziliśmy  wspólnie
seminaria  na  uniwersytecie,  wydawaliśmy  książki,  zdarzało  się  nawet,  że
wspólnie  pisaliśmy  artykuły  naukowe  i  eseje.  To  była  wielka  przyjaźń,
jedyna  w  swoim  rodzaju.  Rzecz  jasna  każdy  z  nas  pracował  w  zasadniczej
mierze  na  własny  rachunek  (podstawowa  różnica  między  nami  wyrażała  się
w  jawnej  niechęci,  jaką  Szymon  okazywał  wobec  kwestii  politycznych,
ekonomicznych  i  społecznych  –  dla  mnie  od  zawsze  niezwykle  istotnych;  nie
pojmowałem,  że  człowiekowi  o  jego  inteligencji  i  empatii  mogą  być  obce
największe bolączki współczesnego świata, takie jak niekontrolowana emisja

background image

dwutlenku  węgla  do  atmosfery  i  pogłębiające  się  w  związku  z  tym  zjawisko

efektu  cieplarnianego,  haniebne  połowy  wielorybów  w  Japonii,  rabunkowa

gospodarka  leśna  w  krajach  Trzeciego  Świata,  nierówności  w  wykształceniu
kobiet  i  mężczyzn,  bieda  i  wykluczenie  w  Azji  Południowo-Wschodniej,

Ameryce  Środkowej  i  Afryce,  globalny  kapitalizm,  dyktatura  amerykańskich

instytucji  finansowych,  brak  dostępu  do  artykułów  pierwszej  potrzeby

w  przypadku  niemal  połowy  ludności  świata,  zgubne  skutki  energetyki

jądrowej  i  tym  podobne  ważkie  kwestie,  jakie  w  moim  mniemaniu  winien

podejmować w swych wystąpieniach każdy szanujący się intelektualista, o ile

nieobce  są  mu  wartości  humanistyczne  i  wrażliwość  społeczna),  niemniej

w  otoczeniu  akademickim  funkcjonowaliśmy  nieomal  niczym  bracia

bliźniacy.  Dioskurowie,  by  tak  rzec.  Szczególnie  mocno  trzymaliśmy  się  pod

tym  względem  na  studiach  i  w  początkowym  okresie  naszej  drogi

zawodowej,  kiedy  to  jeszcze  nie  mieliśmy  „nazwisk”,  czyli  wyrobionej

pozycji,  za  to  mnóstwo  świetnych,  naszym  zdaniem,  pomysłów,  które

jednakowoż  zrazu  mało  kto  potrafił  docenić,  wydawały  się  bowiem  nazbyt

ekstrawaganckie  i  radykalne  intelektualnie.  Bywało,  że  godzinami  o  nich

dyskutowaliśmy,  równocześnie  utyskując,  jeszcze  jako  studenci,  na  naszych

wykładowców,  od  których  (teraz  widzę,  że  oczywiście  niesłusznie)  czuliśmy
się  mądrzejsi,  odważniejsi,  lepiej  wykształceni.  Snuliśmy  plany  reform
uniwersyteckiej  dydaktyki,  zastanawialiśmy  się,  w  jaki  sposób  prowadzić
wykłady  tak,  aby  zarazić  studentów  naszą  pasją.  Jednym  słowem,
pragnęliśmy  wszystko  zmieniać,  cały  świat  wokół  nas.  (Szymon  miał
szczęście  o  tyle,  że  dość  szybko  –  już  jako  student  właśnie  –  trafił  pod
skrzydła  profesora  Karola  P.,  znanego  i  wielce  szanowanego  badacza
literatury, a przy tym nietuzinkowego człowieka, który w porę dostrzegł jego
szerokie  możliwości,  a  nade  wszystko  zapał.  W  późniejszych  latach  stosunki
między  nimi  układały  się  różnie  –  w  pewnym  okresie  Szymon  poczuł  się
wręcz  „odepchnięty”  przez  swojego  intelektualnego  mistrza,  który  jego
zdaniem  nie  poświęcał  mu  tyle  uwagi  i  czasu  co  dawniej  –  zawsze  jednak
związek  między  nimi  był  bardzo  silny.  Nie  zdradzę  chyba  żadnej  tajemnicy,
jeśli  powiem,  że  Szymon  traktował  profesora  P.,  który  nawiasem  mówiąc,
przekroczył  niedawno  dziewięćdziesiąty  rok  życia,  jako  swego  prawdziwego
ojca.  Dlatego  być  może  tym  boleśniej  odbierał  wszelkie  przejawy
„odrzucenia”,  które  –  to  prawda  –  miały  miejsce,  gdyż  profesor  P.  niezbyt

background image

lubił,  kiedy  ktoś,  nawet  ktoś  tak  wyjątkowy  jak  Szymon,  nadmiernie

przywiązywał  się  do  niego  emocjonalnie.  Być  może  –  ale  to  tylko  moja

hipoteza  i  proszę  mieć  na  to  wzgląd  –  stanowiło  to  ze  strony  profesora  P.
naturalny  odruch  obronny  człowieka,  który  sam  był  niezwykle  emocjonalny,

mimo  że  tego  raczej  nie  okazywał;  który  sam  mocno  przywiązywał  się  do

ludzi,  a  zarazem  obawiał  się  ewentualnych  perturbacji  wynikających

z  nadmiernego  zaangażowania  emocjonalnego.  Wie  pan,  co  mam  na  myśli).

Z  biegiem  czasu  zaczęto  jednakowoż  doceniać  to,  co  robiliśmy,  i  to  mimo  że

nie  osiągnęliśmy  jeszcze  wieku  trzydziestu  lat,  a  zatem  wedle  ówczesnych

akademickich 

standardów, 

przywodzących 

niekiedy 

na 

myśl 

rządy

gerontokracji, byliśmy nieledwie „przedszkolakami”. Na całe szczęście czasy

owe  należą  do  przeszłości,  czego  moja  skromna  osoba  jest  dobitnym

dowodem,  wystarczy  bowiem  wziąć  pod  uwagę  ścieżkę  mojej  kariery

zawodowej  (gwoli  przypomnienia:  w  wieku  trzydziestu  jeden  lat,  tuż  po

uzyskaniu  stopnia  naukowego  doktora  habilitowanego,  objąłem  stanowisko

wicedyrektora  instytutu  do  spraw  naukowych,  cztery  lata  później

zaproponowano  mi  stanowisko  prodziekana  całego  wydziału,  również  w  tym

samym  obszarze  działań,  aż  wreszcie,  nie  osiągnąwszy  nawet  czterdziestki,

zostałem  dziekanem  wydziału,  a  to  tylko  niektóre  funkcje,  jakie  w  owym
czasie  pełniłem,  nie  wspominam  bowiem  o  mojej  aktywności  w  licznych
gremiach  naukowych  i  stowarzyszeniach  badawczych,  która,  jako  że
poświęciłem  się  jej  sercem  i  duszą,  być  może  niekiedy  oddala  mnie  od
działalności  badawczej,  nie  przeczę,  z  drugiej  jednak  strony  pozwala  mieć
realny  wpływ  na  właściwy  kształt  polskiej  nauki,  co  od  zawsze  leżało  mi
bardzo  na  sercu),  aby  przekonać  się,  że  zdolności  i  upór  pozwalają  nawet
relatywnie młodym ludziom zajmować wysokie stanowiska kierownicze. Nie
ulega  najmniejszej  wątpliwości,  że  w  porównaniu  z  dawnymi  czasami  jest  to
znaczący  krok  naprzód,  krok  możliwy  dzięki  determinacji  wielu  ludzi
działających  w  obszarze  zarządzania  nauką  tak  na  szczeblu  lokalnym,  jak
i  centralnym.  Żywię  niezachwiane  przekonanie,  iż  Szymon,  gdyby  nie
wybrał  ścieżki,  którą  obrał,  byłby  dziś,  podobnie  jak  ja,  jednym  z  czołowych
decydentów  w  sprawach  polskiej  nauki,  zwłaszcza  jeżeli  wziąć  pod  uwagę
biograficzno-faktualny  kontekst  jego  poczynań  w  okresie,  kiedy  był  on
jeszcze  pracownikiem  uniwersytetu  i  wspaniale  rokował  na  przyszłość,
odnosił  bowiem  niezaprzeczalne  i  niekwestionowane  sukcesy  zarówno  jako

background image

badacz,  jak  i  wykładowca  (zajęcia  z  nim  cieszyły  się  znaczną  popularnością

wśród studentów, aczkolwiek gwoli sprawiedliwości należy dodać, że metody

nauczania  Szymona  nie  zawsze  znajdowały  aprobatę  wśród  jego  koleżanek
i  kolegów  po  fachu,  którzy  zarzucali  mu  swoisty  „populizm”  dydaktyczny,

czyli  uprawianie  dydaktyki  „pod  publiczkę”,  co  miało  się  wyrażać  między

innymi  i  tym,  że  Szymon  często  odrzucał  klasyczne  wzorce  wykładów,

czyniąc  z  nich  swoisty  show,  a  raczej,  rzecz  ujmując  ściślej,  coś  na  kształt

spektaklu  teatralnego,  w  którym  rezerwował  dla  siebie  rolę  reżysera

i  głównego  aktora,  który  mocą  swej  charyzmy  wpływa  na  „widzów”  tak

mocno,  iż  ci  czują  się  wręcz  porwani  jego  ideami.  Do  legendy  przeszły

wykłady  odbywane  poza  budynkiem  uniwersytetu,  w  przestrzeni  publicznej,

w  którą  Szymon  starał  się  włączyć  swych  studentów,  pokazując  im,  że  to,

czym  się  zajmują  i  o  czym  się  uczą,  ma  ścisły  związek  z  rzeczywistością 

hic

et nunc

,  nie

  będąc  bynajmniej  martwym  eksponatem  w  muzeum  literackich

staroci,  lecz  przeciwnie,  żywą  częścią  współczesnego  doświadczenia

ludzkiego  –  nawet  jeśli  dzieła,  o  których  mowa,  powstały  kilka  wieków

wcześniej i trzeba obiektywnie przyznać, że myśl owa, jak również sposób jej

wyłożenia,  istotnie  mogły  pociągać.  To  był  zresztą  jeden  z  paradoksów

osobowości 

Szymona, 

człowieka 

prywatnie 

niezbyt, 

nazwijmy 

to,

ekspansywnego  i  raczej  skrytego,  który  na  sali  wykładowej  z  nagła
dokonywał  radykalnego  przeobrażenia  własnej  tożsamości,  stając  się  istnym
wulkanem  energii,  pomysłów  i  żartów,  swoistym  –  jak  to  niekiedy  lubił
tłumaczyć  –  „generatorem  prądu”  dla  słuchających  go  ludzi,  którzy,
„podłączeni”  pod  niego,  zarażali  się  jego  pasjami),  i  to  mimo  że  początkowo
wydawało się, iż jego osobowość oraz charakter nie predestynują go do tego.
Ale  należy  zauważyć,  że  Szymon  zmieniał  się  na  przestrzeni  lat,  co  jest
zresztą  kwestią  złożoną,  wartą  z  pewnością  bliższego  zastanowienia
i  głębszego  namysłu.  Kiedy  go  poznałem,  był  –  o  czym  już  pokrótce
nadmieniłem  –  skromnym,  miłym,  niezbyt  rzucającym  się  z  początku  w  oczy
dwudziestolatkiem,  o  ładnej  twarzy,  gładko  ogolonej,  nadającej  mu  wręcz
chłopięcy  wygląd,  tak  iż  ktoś,  kto  go  nie  znał,  dawał  mu  kilka  lat  mniej.
Lubiło  się  go,  lecz  nie  od  razu  zauważało.  Chętnie  się  uśmiechał,  grzecznie,
jak  gdyby  nie  chcąc  nikogo  urazić,  odpowiadał  na  pytania,  niemniej
w  prywatnych  rozmowach  nie  był  nazbyt  aktywnym  interlokutorem.  Nie
miał w sobie nic z owego gatunku „zdobywców”, z miejsca anektujących całą

background image

przestrzeń  wokół  siebie  i  podporządkowujących  sobie  otoczenie.  Jego

skrytość,  a  także  sprawiająca  wrażenie  nieco  staroświeckiej  uprzejmość  –

o czym także już była po trosze mowa, mimo to wspominam o tym z powodu
wagi  tego  faktu  –  niekiedy  irytowała,  brano  ją  bowiem  za  oznakę  słabości,

braku wyrazistości. Sądzono wręcz – i takie opinie nie należały do rzadkości

–  że  Szymon  to  człowiek  bezbarwny,  pozbawiony  charakteru.  Nie  muszę

jednakowoż  dodawać,  że  dla  mnie  osobiście  stanowiły  owe  cechy  zaletę,

świadcząc  na  korzyść  Szymona.  Nie  cierpię,  i  jestem  z  tego  znany  w  moim

środowisku, ludzi nadmiernie eksponujących własne „ja”, w sposób wulgarny

obnoszących  się  z  własną  osobowością,  podobnych  tym,  którzy  zapraszając

gości  do  własnego  domu,  zaczynają  od  pokazania  im  złotych  klamek

w  drzwiach,  podgrzewanego  basenu,  kosztownych  obrazów  na  ścianach

i  najnowszego  modelu  mercedesa  stojącego  w  garażu.  Coś  takiego  uważam

za 

przejaw 

złego 

smaku, 

toteż 

zdecydowanie 

wyżej 

cenię 

sobie

umiarkowanie.  I  Szymon  był  właśnie  taki  –  umiarkowany.  Dopiero  później

okazywało  się,  i  nieodmiennie  stanowiło  to  dla  każdego  nie  lada

zaskoczenie, że za ową fasadą umiarkowania kryje się osoba o błyskotliwych

przemyśleniach,  zdolna  do  gwałtownych  emocji.  Można  powiedzieć,  że

Szymon  rozwijał  się  niczym  owe  papierowe  wycinanki,  japońskie,  jak  mi  się
zdaje,  które  dopiero  rzucone  na  powierzchnię  wody  przyjmują  pewien
określony  kształt,  dopóki  jednak  to  się  nie  stanie,  prezentują  się  zazwyczaj
dość nieokazale. Wie pan, co mam na myśli.

Z  czasem

  wszelako

  wszystko  to  zaczęło  ewoluować,  można  by  rzec,  iż

Szymon nabrał towarzyskiej pewności siebie. A raczej, o ile słuszna jest moja
hipoteza,  nauczył  się  sprawiać  wrażenie  pewnego  siebie,  o  czym
wspominam  dlatego,  że  pod  spodem  zazwyczaj  wyczuwało  się  mimo
wszystko  pewne  podskórne  napięcie,  jak  gdyby  owa  pewność  siebie
i  swobodne  obejście  było  wyćwiczone,  wypracowane,  podszyte  czujnością.
Nawet w śmiechu Szymona ową czujność się często wyczuwało, niemniej być
może  była  ona  praktycznie  niewidoczna  albo  też  widoczna  jedynie
najbliższym, jak choćby mnie – jego przyjacielowi, a więc człowiekowi, który
go  znał  bądź  co  bądź  nie  najgorzej.  Tak  czy  inaczej  owej  towarzyskiej
pewności  siebie,  nawet  jeśli  była  ona  poniekąd  nienaturalna,  zazdrościłem
Szymonowi  szczerze,  tym  bardziej  że  predestynowała  go  ona  do  działalności
publicznej.  Wielu  było  zdania,  iż  Szymon  idealnie  sprawdza  się

background image

w  publicznych  debatach  czy  dyskusjach,  które  często  sam  zresztą  prowadził,

spotykając  naówczas  wybitne  osobistości  polskiej  humanistyki,  rozmawiając

z  nimi  publicznie  jak  równy  z  równym  i  to  w  stosunkowo  młodym  wieku,
jeszcze 

przed 

doktoratem. 

Podczas 

owych 

spotkań 

odznaczał 

się

nadzwyczajną  elokwencją  oraz  darem  przekonywania  do  siebie  słuchaczy,

lecz  kiedy  już  schodził  ze  sceny,  nie  mógł  z  siebie  –  rzecz  to  osobliwa,  toteż

także  wspominam  o  niej  w  tym  miejscu  –  wydusić  niemal  ani  słowa,  jak

gdyby  uleciała  z  niego  naraz  cała  energia,  której  nadmiarem  porywał

publiczność  jeszcze  przed  chwilą,  a  na  pytania  ludzi,  którzy  chcieli  go

wciągnąć  w  prywatną  rozmowę,  wyraźnie  nim  zauroczeni,  odpowiadał

pojedynczymi  słowami,  po  czym  wymawiał  się  obowiązkami  rodzinnymi

i  znikał,  obcy  wszystkim,  nawet  sobie  samemu.  Dziwiono  się  takiemu

zachowaniu,  koniec  końców  kładziono  je  wszakże  na  karb  niepospolitości

Szymona  („Tacy  ludzie  mają  swoje  dziwactwa!”,  mawiano),  po  czym

w  dalszym  ciągu  go  zapraszano  na  kolejne  spotkania,  dyskusje,  debaty.  Jako

dyskutant nie zawodził nigdy, był niczym maszyna do produkowania słów.

Maszyna…  tak,  jeśli  mogę

 sobie

  w  tym  miejscu  pozwolić  na  kilka  uwag

o charakterze osobistym, to muszę stwierdzić, że istotnie niekiedy miało się

wrażenie,  iż  w  Szymonie  jest  coś  nieludzkiego,  przy  czym  chciałbym  być
należycie  zrozumiany,  albowiem  nie  idzie  mi  bynajmniej  o  to,  iż  był
człowiekiem  emocjonalnie  lodowatym,  niewrażliwym  na  potrzeby  drugiej
osoby,  czy  kimkolwiek  w  tym  rodzaju,  przeciwnie,  jeśli  miałbym  wskazać
wśród  osób,  jakie  przyszło  mi  poznać  w  ciągu  całego  mojego,  nie  tak
krótkiego  już  przecież  i  obfitującego  w  rozliczne  znajomości  życia,  taką,
która cechowała się największą empatią i otwarciem na innych, to rzekłbym
bez  najmniejszego  wahania,  iż  był  to  Szymon,  pod  niejednym  względem
najbardziej  ludzki  człowiek  –  wie  pan,  co  mam  na  myśli  –  jakiego
kiedykolwiek  znałem.  Jego  „nieludzkość”  wyrażała  się  raczej  z  jednej  strony
w  swoistym  perfekcjonizmie,  do  jakiego  dążył  we  wszelkich,  nader  licznych
przecież  dziedzinach  swojej  aktywności,  z  drugiej  (która  jednakowoż  nie  jest
przeciwieństwem  tej  pierwszej,  a  na  odwrót,  w  sposób  nader  ścisły  się  z  nią
wiąże, a nawet ją dopełnia) we wręcz niewyobrażalnej dla zwykłego zjadacza
chleba  „łapczywości”  –  albowiem  tak  to  trzeba  określić,  innego  słowa  nie
znajduję  –  z  jaką  Szymon  „połykał”  świat,  jak  gdyby  chciał  go  wyssać  do
ostatniej  kropli  krwi,  jeżeli  mogę  sobie  pozwolić  na  takie  odrobinę

background image

rozbudowane  i  barokowe  porównanie.  W  ostatnich  latach  przed  zaginięciem

imał  się  tak  wielu  rzeczy,  iż  zachodziłem  w  głowę,  jak  on  znajduje  na  nie

wszystkie  czas.  Pomijając  pracę  naukową,  wyrażającą  się  w  imponującej
liczbie  artykułów,  esejów  i  książek,  których  był  autorem  lub  redaktorem,

uczestnictwo  w  konferencjach,  sympozjach  czy  wspomnianych  debatach,  jak

również  zajęcia  ze  studentami  i  sprawy  rodzinne,  zawsze,  jak  wiemy,

pochłaniające  wiele  naszego  czasu  i  energii,  były  to  najprzeróżniejsze

i  często  zupełnie  niepozostające  ze  sobą  w  żadnym  związku  zainteresowania

hobbystyczne  (kolejki  elektryczne,  klocki  Lego)  czy  wręcz  gwałtownie

i  znienacka  pojawiające  się  pasje,  jak  gotowanie  (Szymon  uczęszczał  na

specjalne kursy, po ukończeniu których istotnie potrafił przyrządzać wyborne

potrawy),  joga,  karate,  lekcje  gry  na  gitarze  elektrycznej,  żeglarstwo

(nauczył  się  żeglowania  dość  późno,  kiedy  jednak  już  to  się  stało,  latem

spędzał  na  wodzie  długie  godziny),  nurkowanie,  wspinaczka  skałkowa,

a nawet tak egzotyczne, zdawałoby się, zajęcie jak origami. Nie zaniedbywał

przy  tym,  jak  już  wspomniałem,  spraw  rodzinnych,  przeciwnie,  pochłaniała

go istna, bo chyba inaczej określić tego nie sposób, obsesja na punkcie bycia

idealnym  mężem  (w  kontekście  jego  romansów  pozamałżeńskich  brzmi  to

osobliwie;  cokolwiek  by  jednak  o  tym  nie  sądzić,  na  swój  własny  sposób
Szymon  mężem  był  wspaniałym,  czułym  i  opiekuńczym)  oraz  idealnym
ojcem  dla  swojego  syna.  Szymon  popadał  nieomal  w  drżenie  na  myśl,  że
mógłby w czymś  Michała zawieść, w  związku z czym istotnie był mu  oddany
ponad  wszystko  –  a  Michał  jemu.  Wspólnie  spędzali  mnóstwo  czasu,  i  to
bardzo  aktywnie.  Grali  w  piłkę,  chodzili  na  basen,  do  kina,  do  teatru
dziecięcego.  Latem  wyjeżdżali  pod  namiot,  zwiedzali  ruiny  zamków,  pływali
w jeziorach.

Co

  mogę  powiedzieć  z  kolei,  jeżeli  już  przy  tym  delikatnym  temacie

jesteśmy,  o  związku  Szymona  z  Agatą  w  tym  ostatnim  okresie?  Mogę
powiedzieć  wiele  i  nic.  Jak  wcześniej  nadmieniłem:  kiedy  poznałem
Szymona,  oni  już  byli  nierozłączną  parą.  Mieszkali  ze  sobą,  co  w  owym
czasie  stanowiło  pewien  ewenement,  a  w  każdym  razie  nie  było  tak
powszechne  jak  później,  a  tym  bardziej  obecnie,  kiedy  młodzi  ludzie  bez
żenady  pomieszkują  ze  sobą,  a  ich  rodzice  nie  robią  z  tego  najmniejszego
problemu.  Czasami  spotykaliśmy  się  we  troje,  potem  zaś,  kiedy  poznałem
Izabelę  T.,  moją  przyszłą  żonę,  we  czworo.  Nie  były  to  nazbyt  częste

background image

spotkania,  najwyżej  trzy,  cztery  razy  w  roku,  więc  nie  mogę  o  nich

powiedzieć  nic  ciekawego.  Czy  dużo  wiedziałem  o  małżeństwie  Szymona?

W  gruncie  rzeczy  nie,  proszę  pamiętać,  że  obaj  posiadaliśmy  dość  skryty
charakter  –  z  tą  różnicą,  ze  Szymon  lepiej  ode  mnie  ową  skrytość  maskował

za pomocą kilku doskonale opanowanych trików towarzyskich, dzięki którym

sprawiał  wrażenie  znacznie  bardziej  otwartego  na  ludzi,  niż  był

w  rzeczywistości.  Jedynie  kilkakrotnie,  o  ile  mnie  pamięć  nie  myli,

zwierzaliśmy  się  sobie  z  jakichś  przejściowych  kłopotów  małżeńskich.  Czy

Agata  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  Szymon  miewał  inne  oprócz  niej

kobiety?  Nie  wiem,  wszak  nigdy  na  ten  temat  Szymon  ze  mną  nie  raczył

rozmawiać,  o  czym  już  zdążyłem  wspomnieć.  Mimo  to  przypomina  mi  się

jedno  wyjątkowe  zdarzenie.  Szymon  był  wtedy  bardzo  opuchnięty  na  twarzy,

przygnębiony 

małomówny 

bardziej 

niż 

zwykle. 

Robił 

wrażenie

wyczerpanego,  w  pewien  sposób  przegranego.  Ostrożnie,  nie  chcąc  okazać

zbyt  wielkiej  natarczywości,  a  zarazem  dając  do  zrozumienia,  że  w  razie

kłopotów  mogę,  jako  przyjaciel,  pomóc,  zapytałem,  czy  coś  się  stało.

Z  nieoczekiwaną  szczerością  odparł,  nie  zastanawiając  się  ani  chwili:  „Tak,

stało  się.  Od  dawna  codziennie  się  kłócimy.  O  byle  drobiazg.  Wczoraj

wieczorem  poszliśmy  na  całość,  nie  zmrużyłem  oka  do  rana.  Dobrze,  że
Michaś  tego  nie  słyszał,  spał  mocno.  Doprowadziliśmy  się  do  takiej
wściekłości,  że  zaczęliśmy  się  okładać  pięściami  –  żeby  było  śmieszniej  nie
siebie  nawzajem,  ja  ją,  a  ona  mnie,  tylko  ja  siebie  i  Agata  siebie.
Wyobrażasz  sobie,  jak  to  wyglądało  –  dorosła  kobieta  i  dorosły  facet,  którzy
sobie  sami  wymierzają  ciosy.  Agata  jest  cała  posiniaczona  na  twarzy,
wygląda,  jakbym  ją  pobił.  Nikt  by  jej  nie  uwierzył,  że  zrobiła  to  sama,  więc
wzięła  wolne  z  roboty.  A  ja  –  sam  widzisz.  Chyba  naruszyłem  sobie  szczękę.
Boli  mnie,  kiedy  jem,  kiedy  mówię,  kiedy  ziewam.  Doszło  do  tego,  że
w  środku  nocy  zdarłem  z  siebie  wszystkie  ubrania,  wypadłem  na  balkon,
usiadłem  na  balustradzie  od  strony  zewnętrznej,  kilkanaście  metrów  nad
chodnikiem  w  dole,  i  tak  wytrzymałem  do  rana.  Nie  czułem  zimna,  nic  nie
czułem.  Agata  w  tym  czasie  leżała  na  dywanie,  w  środku,  z  otwartymi
oczami  wpatrywała  się  w  sufit.  Nie  wiem,  o  czym  myślała.  Ja  najpierw
myślałem  o  tym,  że  jej  nienawidzę,  a  później,  że  dziko  ją  kocham.  Widzisz,
nie każdy tak  może powiedzieć o  miłości do żony. Zwykle  ludzie kochają  się
na  ograniczonych  warunkach.  Oceniając,  ile  przy  tym  zyskają,  a  ile  stracą,

background image

po  czym  wedle  tej  miary  wyznaczają  sobie  skalę  swojego  „sukcesu”

w miłości, jak księgowi. Ja i Agata nie mamy tego problemu. U nas sytuacja

jest  w  pewnym  sensie  dużo  prostsza.  Po  prostu  kochamy  się  ślepą  miłością,
bez  względu  na  wszystko.  To  wielkie  szczęście.  Nie  wiem,  czy  potrafisz  to

zrozumieć.  Nie  wiem,  czy  ktokolwiek  potrafi.  Nawet  my  sami”.

Zapamiętałem  słowa  Szymona,  gdyż  mnie  głęboko  poruszyły.  Być  może  nie

przytoczyłem  ich  wiernie,  niemniej  podałem  ich  właściwy  sens.  Nie  mam

pojęcia,  czy  to  ma  jakieś  znaczenie,  proszę  jednak  zwrócić  uwagę,  że  po

zaginięciu  Szymona  Agata  z  nikim  się  powtórnie  nie  związała,  mimo  że  jak

najbardziej  miałaby  po  temu  sposobność,  i  to  niejedną.  Przecież  ledwo

przekroczyła  trzydziestkę,  była  bardzo  atrakcyjna.  Co  więcej,  należała  do

tego  rzadkiego  gatunku  kobiet,  które  z  biegiem  lat  nie  tracą  nic  ze  swej

urody,  wręcz  przeciwnie.  Dojrzewają  fizycznie,  szlachetnieją.  Toteż  nie

brakowało  mężczyzn,  którzy  daliby  wiele,  by  się  z  nią  ożenić.  Proponowano

jej to, z tego, co wiem, wielokrotnie. Zawsze odmawiała.

Czy

  zauważyłem  coś  niepokojącego  lub  dziwnego,  co  zapowiadałoby

zaginięcie  Szymona?  Cóż,  ostatni  okres  naszej  przyjaźni  pod  wieloma

względami  nie  należał  do  najłatwiejszych.  Jak  już  wspomniałem,  miałem

poniekąd  żal  do  Szymona,  że  mieniąc  się  moim  przyjacielem,  nie  dopuszcza
mnie  do  wielu  obszarów  swojego  życia,  zwłaszcza  tych  odnoszących  się  do
sfery  prywatnej.  Czułem  się  w  pewien  sposób  zdradzony  i  upokorzony,
odstawiony na boczny tor. Toteż po pierwszej nieudanej próbie wydobycia od
Szymona  jakichś  wiadomości  na  ten  drażliwy  temat  zacząłem  się  od  niego
świadomie odsuwać. On zaś, nie zdając sobie sprawy, że z drugiej ręki wiem
o  wielu  jego  postępkach,  zarzucał  mi,  że  się  na  niego  zamykam.  I  że  już  mi
na  nim  nie  zależy.  Co  miałem  mu  odpowiedzieć?  Że  wiem  o  nim  więcej,  niż
przypuszcza?  Tak  więc  po  prostu  milczałem.  Można  też  powiedzieć:
oszczędzałem  go,  chroniłem  przed  nim  samym,  trudno  było  bowiem
przewidzieć,  jak  się  zachowa  schwytany  w  potrzask,  w  którym  z  całą
pewnością  zamknąłbym  go,  gdybym  wyjawił  mu  wszystko,  co  o  nim  wiem,
tym  bardziej  że  z  uporem  pielęgnował  swój  publiczny  wizerunek  idealnego
męża  i  ojca,  człowieka  bez  najmniejszej  skazy.  Z  pozoru  rzeczywiście
wyglądało  to  tak  –  nie  zaprzeczam  –  jak  gdybym  to  ja  się  od  Szymona
odsuwał.  Jednak  w  rzeczywistości  nigdy  nie  znajdowałem  się  równie  blisko
jego  własnego  wewnętrznego  świata,  tak  skrzętnie  ukrywanego  przed

background image

wszystkimi,  jak  wówczas.  W  pewien  sposób  było  mi  Szymona  niezmiernie

żal.  I  nadal  jest,  mimo  że  wszyscy  wiemy,  co  uczynił.  Najpierw  zniknął,  po

czym  kiedy  wszyscy  już  zdążyli  się  pogodzić  z  jego  nieobecnością,  a  nawet
w pewnym sensie o nim zapomnieli, wrócił i wymordował całą swoją bliższą

i  dalszą  rodzinę,  co  jednoznacznie  należy  uznać  za  ohydne,  potworne,

bestialskie.  Wiemy  też  –  z  prasy  oraz  z  policyjnych  ustaleń,  które

przedostały się do środków masowego przekazu – co porabiał podczas swojej

wieloletniej  nieobecności:  poszukiwanie  skarbów  w  Ameryce  Środkowej,

szkolenia  z  survivalu  w  Afryce,  samotne  podróże  przez  Atlantyk  i  tym

podobne  niesamowite  historie.  Niesamowite,  a  przecież  skądinąd  w  pewien

osobliwy  sposób  –  kiedy  tak  pewnego  razu  zastanawiałem  się  nad  tym

wszystkim 

– 

pasujące 

do 

człowieka, 

którego 

dawniej 

znałem.

Nieprawdopodobne,  mimo  to  tworzące  jakąś  całość.  Kłopot  w  tym,  że  nie

wiem  jaką.  I  nikt  nie  wie.  Owszem,  hipoteza  choroby  psychicznej  jest  jak

zwykle w podobnych  wypadkach pociągająca i wielu  ją początkowo stawiało,

ja  także.  Ale  czy  nie  uważa  pan,  że  to  byłoby  zbyt  proste?  I  że  w  ogóle  zbyt

pochopnie  sięga  się  po  tego  rodzaju  wytłumaczenia,  jak  gdyby  wszystko,  co

odstaje  od  normy  w  sposób  choćby  i  drastyczny,  musiało  być  z  konieczności

chore?  Oczywiście  odrzucenie  hipotezy  choroby  psychicznej  utrudnia  nam
wszystkim  sprawę.  Każe  nadal  zastanawiać  się  nad  okolicznościami  całej  tej
koszmarnej historii, dociekać, zadawać pytania, które wprawiają w niepokój,
zwłaszcza  nas,  którzyśmy  Szymona  znali  bliżej.  Tylko  czy  rozmawiałby  pan
ze  mną,  gdyby  podzielał  hipotezę  choroby?  Nie.  Po  prostu  stwierdziłby  pan,
że  jedni  chorują  na  płuca,  inni  na  serca,  a  jeszcze  inni,  jak  Szymon,  mają
chory  mózg.  Co  prawda  w  wyniku  tej  choroby  mózgu  doszło  do  kilkunastu
morderstw  na  niewinnych  osobach,  ale  nie  zmienia  to  faktu,  że  mamy  do
czynienia  z  chorobą.  Tak  by  pan  mówił.  Ale  tego  pan  nie  robi,  prawda?
Wierzy  pan,  że  tę  historię,  podobnie  jak  każdą  inną,  da  się  uporządkować,
określić  jej  początek  i  zakończenie  w  inny  sposób  niż  tylko  odwołując  się  do
prymitywnych osądów z pogranicza psychologii i medycyny. Że można nadać
jej  narracyjne  ramy,  które  pozwolą  nam  wszystko  sobie  jakoś  ułożyć
i  wyobrazić  tak,  aby  wreszcie  mieć  odpowiedź  na  wyjściowe  pytanie
„dlaczego?”.  Móc  sobie  wyobrazić  każdą  rzecz  –  choćby  i  samo  wyobrażenie
nie  miało  żadnego  związku  z  realnymi  faktami  –  to  uspokaja.
Wytłumaczenie,  choćby  i  najgorsze  –  to  zawsze  coś  lepszego  od  całkowitej

background image

niewiedzy,  od  pustki  pojawiającej  się  wszędzie  tam,  gdzie  nie  znajdujemy

przynajmniej  pozorów  sensowności.  Sam  zresztą  stwierdziłem  przed  chwilą,

że  widzę  w  tym  wszystkim  jakąś  nieuchwytną  logikę…  A  może  to  jednak  nie
logika,  tylko  właśnie  kolejny  jej  pozór,  złudzenie?  Powłoka  czegoś,  co  się

kryje  pod  spodem,  w  przeszłości  tak  gęstej,  że  zapadającej  się  pod  swoim

własnym  ciężarem?  Przecież  Szymon  nie  pojawił  się  znikąd,  znało  go  wielu

ludzi.  Dawniej  i  później.  Gdzieś  się  wychowywał,  gdzieś  chodził  do  szkoły,

z  kimś  się  znał,  przyjaźnił.  Dlaczego  mimo  to  wiadomo  o  nim  i  jego  życiu

tyle  co  nic?  W  takich  chwilach  nachodzi  mnie  myśl,  że  być  może  nie

powinniśmy  oczekiwać,  iż  każdego  człowieka  da  się  zrozumieć,  a  tym

bardziej,  że  da  się  zrozumieć  Szymona  i  jego  historię.  Wątpię  zresztą  czy

rzeczywiście  dobiegła  ona  kresu.  Wie  pan,  osobiście  jestem  przekonany,  że

mój  dawny  przyjaciel  wcale  nie  zginął  w  Portugalii  i  że  wróci,  by  dalej

niszczyć  to,  co  dawniej  tworzyło  jego  świat.  Należy  go  powstrzymać,  wątpię

jednak,  czy  to  się  uda.  Myślę,  że  któregoś  dnia  upomni  się  także  o  moje

życie.

background image

K

5

olejnym  razem  Szymonowi  K.  pomógł  przypadek.  Osiemnastoletnia

Wioletta W., wnuczka Agaty i Piotra M. ze strony ich młodszej córki,

Anity, 

wracała 

samolotem 

Londynu, 

gdzie 

podczas

dwutygodniowych  ferii  zimowych  uczęszczała  na  kurs  języka  angielskiego.

Było  to  dzień  po  śmierci  jej  dziadków,  cioci  Marzeny  i  wujka  Jarosława.

O  niczym  jeszcze  nie  wiedziała,  rodzice  chcieli  przekazać  jej  tę  wiadomość

osobiście,  tym  bardziej  że  Wioletta  była  bardzo  związana  z  dziadkami.  Na

lotnisko  przyjechał  ojciec  Wioletty,  Janusz  W.  Siedział  właśnie  w  poczekalni,

kiedy  podano  komunikat,  że  z  powodu  problemów  technicznych  lądowanie

samolotu  ulegnie  opóźnieniu.  Komunikat  kilkakrotnie  powtórzono,  potem

nastąpiła  dłuższa  przerwa.  Po  pewnym  czasie  Janusz  W.  zauważył  rosnącą

nerwowość  obsługi  lotniska,  usłyszał  też  sygnał  straży  pożarnej  i  karetek

pogotowia.  Zdezorientowani  ludzie,  nie  mając  pojęcia,  co  się  dzieje,  na
wszelki  wypadek  gromadnie  ruszyli  do  wyjścia.  Nie  wszyscy  jeszcze  zdążyli
się  wydostać  na  zewnątrz,  gdy  usłyszano  potężny  huk,  a  następnie  odgłosy
eksplozji,  od  której  zadrżał  budynek  lotniska.  Gdzieś  wypadły  szyby.  Zrobiło
się  zamieszanie,  zewsząd  zbiegali  się  strażnicy,  ochroniarze  i  policjanci,
z  wielkim  trudem  próbując  zapanować  nad  zdezorientowanym  tłumem.
Janusz  W.  był  z  zawodu  ratownikiem  medycznym,  chciał  wybiec  i  pomagać,
lecz  nie  wypuszczono  go  z  poczekalni.  W  ataku  wściekłości  rzucił  się  na
ochroniarzy,  musiano  go  obezwładnić.  Dopiero  wtedy  się  uspokoił.  Po  około
czterdziestu  minutach  nerwowego  oczekiwania  usłyszał  wreszcie:  samolot
z  Londynu  uległ  wypadkowi,  przyczyną  była  awaria  podwozia,  w  wyniku
której  podczas  lądowania  nie  wysunęły  się  koła.  Pilotowi  nie  udało  się
miękko posadzić maszyny na płycie lotniska. Doszło do eksplozji, zginęło stu
piętnastu  pasażerów  i  sześciu  członków  załogi,  wszyscy,  którzy  tego  dnia
znajdowali się na pokładzie, wśród nich Wioletta W.

Dziewczynie  urządzono  wystawny  pogrzeb,  dzień  później  Janusz  W.  już

nie  żył,  żona  znalazła  go  w  garażu  powieszonego  na  klamce  od  drzwi

background image

wychodzących  na  ogród.  Musiał  to  zrobić  o  świcie;  nie  znaleziono  listu

pożegnalnego.  Szymon  K.,  który  właśnie  wtedy  zaczął  krążyć  wokół  rodziny

W.,  pomyślał  o  ironii  losu.  Zawsze  bardzo  dobrze  się  rozumiał  z  Januszem,
na  swój  sposób  nawet  ucieszyła  go  myśl,  że  nie  musi  go  zabijać  własnymi

rękoma.  Zbliżyli  się  do  siebie  dawno  temu,  po  trudnym  porodzie  Anity,

o  mało  nie  wykrwawiła  się  wtedy  na  śmierć.  Żeby  ją  ratować,  musiano

natychmiast  usunąć  macicę.  Nie  mogła  mieć  więcej  dzieci.  Oboje

potrzebowali  wtedy  dużo  wsparcia.  Anitę  dosięgła  depresja,  Janusz,  na

którego  spadła  opieka  nad  rodziną  i  domem,  cierpiał  na  napady  lęku

i  bezsenność.  Obsesyjnie  troszczył  się  o  małą  córeczkę,  mył  ją  wiele  razy

ciągu 

dnia, 

nie 

wyprowadzał 

na 

zewnątrz 

obawie 

przed

przeziębieniami,  nie  urozmaicał  diety,  twierdząc,  że  wszystko  to  „chemia”.

Efektem  był  brak  odporności  organizmu  dziewczynki,  liczne  anginy

i  alergie,  z  których  tak  naprawdę  nigdy  się  nie  wyleczyła.  Jednak  mimo

nadopiekuńczości  ojca  i  zamkniętego  charakteru  matki  Wioletta  W.  wyrosła

na  dziewczynę  bardzo  samodzielną  i  do  tego  śliczną.  Szymon  zniknął,  kiedy

miała  rok,  nie  znał  jej.  Na  dobrą  sprawę  nie  znał  właściwie  nikogo

z  rodziny,  minęło  przecież  tak  dużo  czasu.  Wiedział,  że  musi  dokończyć,  co

zaczął od Kazimierza  K., lecz równocześnie  ogarnęło go niejasne  przeczucie,
że  natychmiast  powinien  coś  zmienić  w  swoich  planach.  Zwykle  poddawał
się intuicji, wierząc, że niesie ona z sobą jakąś prawdę, nawet jeśli chwilowo
nie wiedział, jaką.  Dlatego i teraz  uznał, że najlepiej  będzie, jeśli na  pewien
czas  po  prostu  zrobi  przerwę  i  zniknie.  W  powietrzu  czuć  było  wiosnę,
zrobiło się ciepło.

W  ciągu  następnych  miesięcy  śledztwo  stało  w  miejscu,  Bliźniakom

brakowało  danych,  by  mogli  podjąć  wysiłek  transformacji.  Kilkakrotnie
mieli  poczucie,  że  są  już  całkiem  blisko  –  czerwona  kurtka,  którą  na
przemian  nosili,  wydzielała  zapach  coraz  bardziej  swojski  –  lecz  każdy  trop
ostatecznie okazywał się niewłaściwy. Jeszcze nigdy nie natrafili na sprawcę,
który  zostawiał  po  sobie  tak  mało  śladów.  Jedyną  pociechą  było  to,  że
między  marcem  a  grudniem  nie  odnotowano  kolejnych  przypadków
morderstw.  Wszyscy  zadawali  sobie  pytania,  czy  to  definitywny  koniec  tej
makabrycznej historii, czy może po prostu przerwa. Tylko Anity W. ta sprawa
najwyraźniej  w  ogóle  nie  obchodziła.  Od  pół  roku  znajdowała  się
w  osobliwym  stanie.  Najpierw  straciła  rodziców  i  młodszą  siostrę  z  mężem,

background image

potem  –  w  wypadku  –  córkę.  Na  końcu,  jakby  tego  było  mało,  powiesił  się

mąż.  Przestała  chodzić  do  pracy,  całymi  dniami  skrupulatnie  ścierała  kurze

z  mebli,  drobiazgowo  segregowała  śmieci,  prała,  prasowała,  porządkowała
szafy  i  szuflady.  Nie  opuszczała  pustego  domu,  mimo  to  regularnie,  nawet

w  weekendy,  wstawała  o  szóstej  piętnaście.  O  siódmej  trzydzieści,  po

obfitym  śniadaniu  złożonym  zwykle  z  tostów,  jajecznicy  i  twarogu,

rozpoczynała  porządki,  które,  włączając  półgodzinną  przerwę  na  drugie

śniadanie  i  kawę,  zajmowały  jej  równe  osiem  godzin.  Popołudnie  i  wieczór

poświęcała  wiosennym  pracom  w  ogrodzie.  Kolację,  raczej  lekką,  zjadała

między  godziną  dwudziestą  a  dwudziestą  pierwszą,  dzień  kończyła

prysznicem.  Do  łóżka  kładła  się  równo  o  dwudziestej  drugiej,  zasypiała  od

razu.  Nie  wychodziła  na  zewnątrz,  zakupy  zamawiała  przez  internet,  nie

przyjmowała  żadnych  wizyt,  czasami  tylko  wymieniała  esemesy  z  siostrą

Agatą.  Raz,  i  to  właściwie  pod  przymusem,  wpuściła  do  siebie  policjantów,

którzy 

ostrzegli 

ją 

przed 

grożącym 

niebezpieczeństwem 

prosili

o  natychmiastowy  kontakt,  jeśli  wydarzy  się  coś  niepokojącego.  Wysłuchała

ich  w  milczeniu,  cierpliwie.  Zaproponowała  kawę  i  czekoladki.  Nie

zadawała  żadnych  pytań,  sprawiała  wrażenie  niezainteresowanej  całą

sprawą.

W  kwietniu  zaczęła  otrzymywać  esemesy  z  nieznanego  numeru.  Ktoś

uporczywie  zapewniał,  że  zna  ją  od  dawna  i  darzy  głębokim  uczuciem,
jednak  póki  żył  Janusz  W.,  nie  chciał  zakłócać  jej  rodzinnego  szczęścia.  Zdaje
sobie  sprawę,  jaka  tragedia  ją  spotkała,  mimo  to  ma  nadzieję,  że  nie
zostanie  odrzucony  („Jak  to  mówią,  ból  dzielony  na  dwoje  to  połowa  bólu,
dzielona  radość  to  podwójna  radość.  W  tych  trudnych  chwilach  chciałbym
zaofiarować Ci wsparcie. Proszę, nie odtrącaj mej pomocnej dłoni”). Anita W.
długo  nie  reagowała,  ale  też  nie  miała  zamiaru  powiadamiać  policji,  nadal
zajmowała  się  wyłącznie  porządkowaniem  domu  i  ogrodu.  Po  dwóch
miesiącach  i  po  kilku  kolejnych  esemesach  zdecydowała  się  odpowiedzieć,
a  nawet  nieoczekiwanie  poprosiła  o  spotkanie.  Nieznajomy  odpisał
natychmiast.  Twierdził,  że  to  najszczęśliwszy  dzień  w  jego  życiu,
równocześnie  zastrzegł,  że  obecnie  przebywa  w  interesach  za  granicą,
dlatego  na  razie  nie  mogą  się  spotkać  („Ogromnie  żałuję,  Anito”).  Obiecał
jednak,  że  najdalej  jesienią  wróci  do  kraju.  Odtąd  wymieniali  esemesy
wielokrotnie  w  ciągu  dnia.  Opowiadali  sobie,  jak  spędzają  czas.  Codziennie

background image

przed  południem  nieznajomy  prosił  o  szczegółowy  opis  stroju  Anity  W.

(„Wyobrażam  sobie,  jak  dzisiaj  wyglądasz,  najdroższa…”),  aż  w  końcu  ta

któregoś  ranka  stwierdziła,  że  od  pewnego  czasu  istotnie  ubiera  się  przede
wszystkim  dla  niego.  Porzuciła  obsesyjne  porządki,  teraz  godzinami

obmyślała  stroje  i  fryzurę  na  następny  dzień.  Rankiem  spędzała  w  łazience

przynajmniej  dwie  godziny,  kąpała  się,  wcierała  oliwkę  w  ciało,  malowała

paznokcie  u  nóg  i  rąk,  starannie  układała  fryzurę  i  robiła  makijaż.  Pewnego

razu  dostała  esemesa  z  pytaniem  o  kolor  bielizny,  którą  włożyła  na  siebie

tego  dnia.  Najpierw  zawahała  się,  potem  odparła,  niezgodnie  z  prawdą,  że

czerwoną  („Lubisz  taką?”  „Uwielbiam,  Anito…  Czy  nie  weźmiesz  mi  za  złe,

jeżeli  dodam,  że  chciałbym  Cię  w  niej  zobaczyć,  właśnie  teraz?”).  Odtąd

sprawy  przybrały  zdecydowanie  szybszy  obrót.  Szymon  K.  wiedział

z  doświadczenia,  że  większość  kobiet  po  czterdziestce,  a  nawet  młodszych,

nie  potrafi  się  oprzeć  pokusie  flirtu,  tym  bardziej,  jeśli  otacza  go  atmosfera

tajemnicy.  Mężowie,  jeśli  wciąż  ich  miały,  dawno  temu  stracili  nimi

zainteresowanie, ich kobiecość  w naturalny sposób więdła.  Z brakiem  seksu

od  biedy  mogłyby  sobie  jeszcze  poradzić  –  w  końcu  istnieją  wibratory,

prysznice  czy  palce  –  natomiast  zupełnie  nie  radziły  sobie  z  niedostatkiem

uwagi.  Szymon  K.  wystarczająco  często  widywał  takie  kobiety,  nie  pierwszej
młodości,  mimo  to  zadbane,  zmysłowe  i  nadal  bardzo  atrakcyjne,  a  jednak
całkowicie  wypłowiałe  w  środku,  wypalone.  Jeśli  dostrzegły  u  mężczyzny,
właściwie  obojętnie  jakiego,  choćby  ślad  zainteresowania,  a  najlepiej  po
prostu  pasję,  były  zdolne  oddać  mu  się  całe  i  praktycznie  bez  zahamowań.
Wtedy wystarczała tylko drobna zachęta, by nadać sprawie odpowiedni bieg.
W  przeszłości  Szymon  wypróbowywał  tę  metodę  wielokrotnie,  prawie
zawsze  okazywała  się  skuteczna.  Kobiety  podchwytywały  jego  pulsujące
spojrzenie i odpowiadały na nie. Kiedy już zyskiwał pewność, że może na coś
liczyć,  nagle  odwracał  wzrok.  Bawiła  go  myśl,  że  porzuca  kobiety  z  ich
głodnymi  oczami.  Co  prawda  w  tym  przypadku  istniało  ryzyko,  że  Anita
o  wszystkim  poinformuje  policję,  która  łatwo  mogłaby  namierzyć
przynajmniej  kraj,  z  jakiego  przychodziły  wiadomości.  Lecz  z  ostrożnością
najwyraźniej  wygrywała  w  tym  wypadku  ekscytacja.  Szymon  nawet  się
trochę dziwił, że idzie mu tak łatwo. Z końcem lipca wymieniali esemesy do
trzydziestu  razy  dziennie,  Anita  czuła  się,  jakby  rozmawiała  ze  starym
przyjacielem.  Pisała  o  pogodzie,  pracach  w  ogródku,  polityce,  którą  znowu

background image

się  zainteresowała,  o  zmarłej  córce,  o  mężu,  z  którym  od  lat  jej  się  nie

układało,  o  nagrobku,  który  dla  niego  zamówiła.  Flirtowała.  Sprawy  zaszły

teraz  tak  daleko,  że  to  ona  zaczęła  przejmować  inicjatywę  („Chciałabym  Cię
wytulić  i  wypieścić…  tam…”),  zdawało  się,  że  jeszcze  tydzień,  a  po  prostu

eksploduje. 

Pewnego 

razu 

zaproponowała 

kontakt 

mailowy, 

jako

praktyczniejszy  („W  tych  sprawach,  rozumiesz…  Moglibyśmy  chociaż  sobie

popisać,  skoro  nie  możemy…  no  wiesz…”),  na  co  otrzymała  odpowiedź,  że

z przyczyn, które zostaną jej wyjaśnione później, nie jest to obecnie możliwe.

W każdym razie nieznajomy zapewnił ją, że najpóźniej w grudniu spotkają się

osobiście. Wtedy też zdradzi jej swoją tożsamość. Anita W. była jak w amoku.

We  wrześniu  przestała  zajmować  się  domem,  zapuściła  ogród.  Zerwała

kontakt  nawet  z  Agatą  K.,  drugą  siostrą,  która,  zaniepokojona,  zawiadomiła

policję.  Rozpoczęto  dyskretną  obserwację  domu  Anity  W.,  jednak  nie

stwierdzono  nic  poza  tym,  że  kobieta  od  rana  do  wieczora  przesiaduje  przed

lustrem.  Owszem,  czasami  wychodziła  do  miasta,  lecz  tylko  do  kosmetyczki

lub  fryzjera,  to  było  wszystko.  W  końcu  zaniechano  obserwacji.  Agata

próbowała jeszcze osobiście porozmawiać z siostrą, na próżno.

Trzynastego grudnia Szymon przybył do Warszawy, skąd wysłał esemesa

do  Anity  W.  („Jestem  w  Polsce,  chciałbym  się  z  Tobą  spotkać.  Przyjedź  do
mnie”).  W  mazurskim  hotelu  Zamek  Ryn  wynajął  na  jej  nazwisko  najdroższy
apartament,  sam  zatrzymał  się  w  Giżycku.  Anita  W.  przyjechała  dwa  dni
później, późnym popołudniem. Rzuciła walizkę na łóżko, wzięła długą kąpiel
i  włożyła  na  siebie  czerwoną  sukienkę.  Kolejne  esemesy  mówiły  jej,  co  ma
robić:  „Zejdź  do  restauracji  Refektarz”.  Zeszła.  „Usiądź  przy  stoliku  we
wnęce, pod oknem,  zarezerwowałem go specjalnie dla  Ciebie. Zamów  sobie
coś  do  picia”.  Usiadła,  po  chwili  kelner  przyniósł  kawę.  Tego  roku  zima
przyszła  wcześnie,  już  piętnastego  grudnia  termometry  w  Rynie  wskazywały
wieczorem  minus  czternaście  stopni.  Nocą  temperatura  miała  spaść  nawet
do  minus  dwudziestu  dwóch.  Wszędzie  leżało  dużo  śniegu,  niektóre  drogi
były  nieprzejezdne.  Anita  W.,  popijając  kawę,  wpatrywała  się  to  w  okno,  to
w  nisko  sklepione  sufity.  W  restauracji  panował  gwar,  jakaś  starsza  kobieta,
Niemka,  poprawiła  mężowi  krawat,  potem  czule  pogłaskała  go  po  łysej
głowie.  O  dziewiętnastej  czterdzieści  trzy  przyszła  następna  wiadomość:
„Chodź  do  mnie,  czekam  nad  jeziorem,  z  kwiatami”.  Anita  zapłaciła
rachunek i wyszła z hotelu. Był mroźny wieczór, śnieg skrzypiał pod butami.

background image

„Cudownie!” − pomyślała, patrząc w rozgwieżdżone zimowe niebo. Z daleka

dostrzegła  na  plaży  mężczyznę  oświetlonego  słabym  blaskiem  odległych

latarni  i  księżycowej  poświaty.  Stał  odwrócony  do  niej  bokiem,  nie  widział
jej.  Podeszła  bliżej,  wciąż  wpatrywał  się  prosto  przed  siebie.  W  jego  ręku

zauważyła  duży  bukiet  czerwonych  róż,  zdawało  się,  nietkniętych  mrozem.

Uśmiechnęła  się  do  siebie.  Stała  teraz  dwa  metry  od  niego.  Pomyślała,  że

przecież musiał usłyszeć, jak szła, wokół panowała niczym niezmącona cisza.

„Twoja  sylwetka  wydaje  mi  się  znajoma,  ale  nie  mogę  sobie…”  −

powiedziała  cicho,  nie  kończąc  zdania.  Zbliżyła  się  jeszcze  o  metr,  gdyby

wyciągnęła  rękę,  mogłaby  dotknąć  ramion  mężczyzny.  Już  chciała  to  zrobić,

kiedy  nieznajomy  wykonał  gwałtowny  półobrót,  doskoczył  do  niej  i  krótkim

precyzyjnym  ruchem  spróbował  wbić  jej  w  szyję  coś,  co  przypominało

niedużą  strzykawkę.  Gruby  szal  osłonił  skórę,  lecz  impet  uderzenia  sprawił,

że kobieta straciła równowagę i upadła. Chciała krzyknąć, wtedy poczuła na

piersiach  ciężar  przygniatającego  ją  ciała,  a  zimna  dłoń  zakryła  jej  usta.

Drugą  ręką  napastnik  momentalnie  rozluźnił  wełniany  szal.  Wyrywała  się,

na  próżno.  Kątem  oka  zdążyła  zobaczyć  niewielką  bliznę  na  prawym

policzku mężczyzny.

Ciało  Anity  W.  wisiało  przy  ścieżce,  odwrócone  do  góry  nogami,

całkowicie  nagie.  Odkrył  je  nazajutrz,  podczas  porannego  spaceru,
mieszkaniec  Rynu.  Sekcja  zwłok  wykazała,  że  przyczyną  śmierci  było
wychłodzenie  organizmu,  przedtem  jednak  sprawca  wstrzyknął  Anicie  W.
dużą  dawkę  środka  usypiającego.  Poza  tym  jak  zwykle  nie  znaleziono
żadnych  wskazówek,  brakowało  nawet  odcisków  butów  –  mimo  że
poprzedniej  nocy  nie  zanotowano  opadów  śniegu,  który  mógłby  przykryć
ślady.  Tylko  nad  jeziorem  sprawca  nie  zadbał  o  ich  zatarcie.  Sprawdzono
rozmiar:  czterdzieści  trzy.  W  kolejnych  dniach  odczytano  wszystkie  esemesy
Anity  W.,  po  numerze  kierunkowym  ustalając,  że  człowiek,  z  którym
utrzymywała  kontakt,  przynajmniej  od  kwietnia  przebywał  w  Szwecji.  Do
Polski  przybył  trzynastego  grudnia.  Bez  wielkich  nadziei  sprawdzono
wszystkich,  którzy  tego  dnia  przybyli  do  Warszawy,  Krakowa  i  Gdańska
samolotami  lub  promem  ze  Szwecji,  choć  równie  dobrze  sprawca  mógł
poruszać się samochodem. Nikt nie wzbudził podejrzeń.

Bliźniacy  nie  uczestniczyli  w  tych  działaniach,  w  ogóle  ich  nie

widywano,  zamknęli  się  w  swoim  mieszkaniu  i  na  przemian,  w  rytmie

background image

trzygodzinnym,  wymieniali  się  czerwoną  kurtką,  znalezioną  w  domu

Kazimierza  K.  Co  pewien  czas  odwiedzali  miejsca  zbrodni,  te  jednak  nie

zdradzały  przed  nimi  swych  tajemnic,  jak  gdyby  nigdy  nic  się  tam  nie
wydarzyło.  Byli  także  w  domu  Anity  W.,  a  nawet  spędzili  w  nim  noc,  chcąc

nasiąknąć  atmosferą  pomieszczeń,  w  których  przebywała  zmarła.  Być  może

mieli  nadzieję  zrozumieć,  dlaczego  nikomu  nie  wspomniała  o  mężczyźnie,

z  którym  wymieniła  łącznie  blisko  tysiąc  dziewięćset  esemesów.  Niestety

bracia  nigdy  nie  byli  dobrymi  psychologami,  do  tego  brakowało  im

zwyczajnej empatii. Przejmowali tożsamości innych ludzi, to prawda, lecz nie

potrafili  ich  zrozumieć,  w  podobny  sposób,  w  jaki  człowiek  zwykle  nie

rozumie  siebie  samego,  tylko  po  prostu  coś  robi  lub  nie.  W  końcu  podjęli

desperacką  próbę  transformacji,  wierząc,  że  jeśli  spojrzą  na  wydarzenia,

które zaszły tamtego wieczoru w Rynie oczami Anity W., posuną sprawę choć

odrobinę naprzód. Udali się w miejsce, gdzie znaleziono ciało i odczekali do

zmroku.  Kiedy  zrobiło  się  całkiem  ciemno,  Łukasz,  który  był  trochę  niższy,

rozebrał  się,  mimo  trzaskającego  mrozu,  do  naga.  Adam  przywiązał  mu  do

nóg  linę,  dokładnie  taką  samą,  jakiej  użył  sprawca.  Jej  drugi  koniec

przerzucił  przez  gałąź,  tę  samą,  na  której  została  zawieszona  Anita  W.,

a  następnie  z  wysiłkiem  podciągnął  brata  w  górę.  Potem  zablokował  linę.
Było  jasne,  że  Łukasz  dużo  ryzykował.  Było  bardzo  mroźnie,  ciało  szybko
ulegało  wychłodzeniu.  „Idź  sobie!  −  rozkazał  Adamowi.  −  Muszę  zostać
sam”. Na całe szczęście przed wyjazdem bracia powiadomili o swoim planie
inspektora  Leszka  Nowickiego.  Nowicki  znał  ich  dobrze,  sam  zresztą
wciągnął  ich  przed  laty  do  służby  i  mniej  więcej  wiedział,  czego  się  po  nich
spodziewać.  Wysłał  za  nimi  dwóch  doświadczonych  policjantów,  każąc  im
obserwować 

braci 

bezpiecznej 

odległości, 

gdy 

zauważą 

coś

niepokojącego,  chronić  ich.  Kiedy  więc  Adam  odjechał,  zostawiwszy  brata
nagiego  i  całkiem  samego,  odczekali  trochę,  po  czym  szybko  odcięli
Łukasza.  Był  prawie  nieprzytomny  z  zimna,  na  mocno  związanych  nogach
pojawiła  się  ciemnoczerwona  pręga.  W  samochodzie  policjanci  okryli  go
kocami,  cały  czas  kręcąc  głowami  z  niedowierzania.  „Przecież  o  mało  co  by
zamarzł!”.  Lekarz,  do  którego  natychmiast  go  zawieźli,  stwierdził  lekkie
odmrożenia  dłoni,  uszu,  nosa  i  stóp.  Podczas  badania  pojawił  się  –  nie
wiadomo  skąd,  bo  nie  powiadomiono  go  o  niczym  –  Adam.  Patrzył  na  brata
beznamiętnym wzrokiem. Prawą ręką oparł się o framugę drzwi, wystukując

background image

palcami  jakiś  wyraźny  rytm.  Przygryzał  wargi,  na  przemian  górną  i  dolną.

przerwach 

– 

dokładnie, 

zdawało 

się, 

odmierzonych 

zegarem

wewnętrznym  –  wyrzucał  z  siebie  potoki  wulgaryzmów  i  pocierał  czoło
dłonią. Była nieprzyjemnie sucha.

Łukasz  Szymanowski  odzyskał  przytomność  po  wielu  godzinach.  Nie

pamiętał,  by  coś  mu  się  śniło.  Brat  drzemał  obok  na  krześle,  z  lewego

kącika  ust  cienką  strużką  skapywała  mu  ślina.  Był  blady,  na  czole

uwydatniły  się  zmarszczki  mimiczne.  „Widać  po  nim  wyczerpanie”  −

pomyślał  Łukasz.  Poprzedniego  wieczoru,  w  lesie,  z  początku  nie  poczuł  nic

szczególnego.  Mimo  to  miał  wrażenie,  że  coś  do  niego  przyszło,  jakaś

niewyraźna  emocja,  pierwszy  raz  od  kiedy  zaczął  badać  tę  sprawę.  Nie  były

to  zalążki  długo  wyczekiwanej  transformacji,  nie  była  to  nawet  intuicja,  co

najwyżej jej ślad, ledwie wyczuwalny puls, nic więcej. Wyciągnął spod kołdry

spoconą  dłoń  i  delikatnie  dotknął  ręki  brata,  który  momentalnie  otworzył

oczy, jak gdyby w ogóle nie spał. Milczeli, patrząc na siebie. Ktoś z zewnątrz

pomyślałby,  że  pojedynkują  się  na  spojrzenia.  Doskonale  potrafili  czytać  ze

swoich 

twarzy, 

oczu, 

ust, 

mikroskopijnych 

poruszeń 

ciała,

niedostrzegalnych  dla  innych.  Po  upływie  kilkunastu  minut  Adam  zdjął  buty,

spodnie  i  sweter  i  miękko  wsunął  się  pod  kołdrę  Łukasza.  Leżeli  teraz
razem,  spleceni  w  mocnym  uścisku.  Łukasz  spróbował  ponownie  podchwycić
ten  niewyraźny  impuls  z  poprzedniego  wieczoru.  Trudno  było  opisać,  jak  się
wtedy czuł, chyba nigdy wcześniej nie przeżył czegoś równie nieokreślonego.
Kiedy  przywiązany  do  gałęzi  drzewa  odprawił  brata,  przez  pewien  czas  nic
się  nie  działo.  Sekundy  mijały  powoli,  rozciągając  się  do  minut  i  godzin.
Doskwierało  mu  zimno,  oczywiście.  Jednak  miał  wrażenie,  że  ten  palący
mróz przyniosła ze sobą nie zima, a jakiś człowiek, który był tutaj wcześniej.
Jeszcze  mocniej  wtulił  się  w  brata,  zdawało  się,  że  chce  się  w  nim  nieomal
roztopić.  Poczuł  przypływ  sił,  z  ciemnego  obrazu  powoli  wyłaniał  się  gęsty
zimowy  las,  latarka,  niebo  pełne  połyskujących  gwiazd,  księżycowa
poświata,  cienie  na  śniegu.  Gdzieś  w  pobliżu  zaczaił  się  lis,  który  zwęszył
zająca.  Były  też  inne  zwierzęta,  mimo  mrozu  las  tętnił  niewidzialnym
życiem.  Łukasz  poczuł  piekący  ból,  lina  została  zaciśnięta  w  kostkach  zbyt
mocno. Krew napływała do głowy. Pod spodem, na zmarzniętej ziemi, leżały
bezładnie  porozrzucane  ubrania,  sukienka,  kozaki,  grube  zimowe  rajstopy,
ciemnoszary  płaszcz,  koronkowe  czerwone  majtki,  sweter,  biżuteria,  stanik,

background image

wełniany  szal.  Bał  się.  Bał  się.  Bał  się,  bał…a,  bał-a  –  bała  się  –  bała  się.

Bała, bała, bała, bała. Czuła w szyi ból. Mężczyzna stał oparty o drzewo, dla

zabawy  co  chwila  włączał  i  wyłączał  latarkę.  Miało  się  wrażenie,  że  stracił
zainteresowanie  całą  sytuacją  i  że  to  nie  on  powiesił  ciało  Anity  W.  na

gałęzi.  Nie,  tu  wcale  nie  chodziło  o  zabawę,  mężczyzna  wyglądał  raczej  na

przygnębionego.  Nie,  nie  na  przygnębionego,  raczej  na  zrezygnowanego.

Nie,  nie  był  ani  przygnębiony,  ani  zrezygnowany.  Naturalnie,  był.  Ale

w  środku  pulsowało  coś  jeszcze.  Coś  pulsowało.  Coś  pulsowało.  Co  –  co  –  co

–  co  –  co  –  co  –  co  –  co  –  co  –  co.  Mężczyzna  powolnym  krokiem  oddalił  się

od  wiszącego  ciała,  pulsacje  stopniowo  zamarły.  Przeciągnął  się  i  dotknął

swoich  piersi.  Kto  dotknął?  Co  dotknął?  Były  trochę  obwisłe,  ale  brodawki

sterczały  na  baczność.  Między  udami  poczuł  wilgotne  podniecenie.  „Tamten

mężczyzna  –  dlaczego  odchodzi?”  „Dlaczego  odchodzi?”  −  pytał  głośno

Łukasz.  „I  skąd  ten  drugi,  i  gdzie  się  podział  las?”  Lekarz,  który  pojawił  się

nie  wiadomo  kiedy  i  badał  leżącemu  puls,  był  młody,  bardzo  pociągający.

„Na  pewno  musi  świetnie  całować.  A  gdyby  tak  go  trochę  ośmielić?  Co

z  tego,  że  jesteśmy  w  szpitalu.  Chcę,  żeby  robił  ze  mną,  co  chce.  Chcę  go.

Chcę.  Chcę.  Chcę.  Chcę.  Chcę”.  Lekarz  patrzył  zalotnie,  milczał.  Łukasz

Szymanowski 

wyciągał 

rękę, 

by 

dotknąć 

jego 

podbrzusza, 

gdy

niespodziewanie  otrzymał  silny  policzek.  Potem  drugi  i  trzeci.  „Łukasz,
obudź  się!  −  usłyszał  głos  Adama.  −  Obudź  się!”  Brat  pochylał  się  nad  nim
ze  strachem  na  twarzy,  nie  miał  kitla  i  nie  był  już  lekarzem.  On  zaś  nie  był
już  Anitą  W.  i  nie  wisiał  na  gałęzi  drzewa  w  mroźną  zimową  noc,  nieopodal
Rynu.

 

Relacja Karola P.

Mój  najzdolniejszy  uczeń,  zawzięty  jak  pies.  Fanatyk.  Poszukiwacz  sensu
w  świecie  wypełnionym  zupełnym  bezsensem.  Co?  Mam  to  rozwinąć?  Nie
wystarczy  to,  co  powiedziałem?  Mam  rozwijać  coś,  co  jest  oczywiste?!  Nie
mam  czasu  i  ochoty,  wyraziłem  się  jasno.  Jestem  staruchem  po
dziewięćdziesiątce,  nienawidzę  gadać  bez  potrzeby.  Jeśli  pan  nie  rozumie,
nie  moja  wina.  Kogo  mi  tutaj  przysłali?!  Miał  rozmawiać  ze  mną  człowiek,
który  spisuje  relacje  osób  znających  Szymona  K.,  a  nie  cep  jakiś!  Świat  jest
pusty,  bez  sensu.  I  już.  Jedyne,  co  możemy  zrobić,  to  nadawać  mu  pozór
sensowności, a potem  wmawiać sobie, że ten  pozór to czysta  prawda. I  tyle.

background image

Tak  trudno  to  pojąć?  Wy,  młodzi,  jesteście  zawsze  tacy  pewni  siebie,  tacy

elokwentni,  tacy  „ąę”,  rurkę  przez  bibułkę,  macie  receptę  na  wszystko,  wy

o-mój-Boże-wszystkowiedzący-teoretyzujący-pierdzący,  jeden  przez  drugiego
Pan 

Ja-się-mogę-wypowiadać-na-każdy-temat-bo-tyle-mądrych-książek-

czytałem,  a  nie  chwytacie  najprostszych  spraw.  Ale  mnie  pan  wkurwił!  I  pan

pisze  książkę  o  Szymonie  K.?  Dobre!  Mam  się  nie  unosić?  Przeprosiny?

Teraz?  Co  mi  po  pańskich  przeprosinach!  Przez  pana  muszę  wziąć  teraz

tabletkę, mam chore serce, nie rozumie pan?! I mam ponad dziewięćdziesiąt

lat,  nie  dociera?!  Na  dzisiaj  koniec,  wynocha!  Niech  pan  przyjdzie  jutro.

I  ciesz  się,  człowieku,  że  jeszcze  w  ogóle  chce  mi  się  z  tobą  rozmawiać.  Co

za kretyn!

…Przepraszam  za  wczorajszy  wybuch.  Moje  zachowanie  było  całkowicie

niedopuszczalne,  nie  mam  na  to  żadnego  usprawiedliwienia.  Zawsze  byłem

impulsywny,  tym  bardziej  na  starość.  Na  starość  człowiek  mniej  się

kontroluje,  zresztą  pana  to  też  czeka.  Popuszczanie  moczu,  popuszczanie

emocji. Co oczywiście  niczego nie tłumaczy. Proszę  przyjąć moje przeprosiny

i do rzeczy. Ktoś mi polecił Szymona K., chyba doktor F. Tak, to musiała być

doktor  F.  Zawsze  oddana  studentom.  Opisała  Szymona  K.  jako  młodego

człowieka,  który  doskonale  wie,  czego  chce.  Szybko  przekonałem  się,  że
mówiła  prawdę.  Nie  wyobrażał  sobie  innego  życia  niż  czytanie  literatury
i  pisanie  o  niej.  W  tym  sensie  doskonale  wiedział,  co  chce  robić.  Nie
wiedział  tylko  dokładnie  jak.  Miałem  mu  w  tym  pomóc.  Zabrałem  się  do
roboty,  ostrożnie.  Wie  pan,  ludzi  zdolnych  i  utalentowanych  na  świecie  nie
brakuje,  tylko  że  oprócz  zdolności  trzeba  mieć  w  sobie  zawziętość.  Bez  tego
człowiek  się  rozłazi,  choćby  był  geniuszem.  Miałem  wielu  takich.  Na
początku  bystrzaki,  wyszczekani.  Po  kilku  latach  flaczeli.  Ohyda!  I  ja  im
pomagałem…  Pomagałem,  żałowałem,  że  pomagam,  a  potem  angażowałem
się  w  pomoc  od  nowa.  Co  zrobić,  taki  już  jestem.  Wspieram,  jak  mogę.
Czasem  także  finansowo,  bo  młodzi  ludzie  cienko  przędą.  I  potem  albo  ktoś
robi  z  tego  dobry  użytek,  albo  nie.  Ja  staram  się  dać  z  siebie  wszystko.
Szkoda,  że  niewielu  potrafiło  to  docenić,  bo  mogłem  im  wiele  dać.  Bez
fałszywej  skromności.  Nienawidzę  fałszywej  skromności.  „Skromnym  bywa
tylko łajdak”, powiedział Goethe i mówię ja. Trzeba wiedzieć, jakie człowiek
ma mocne punkty i mówić o tym. Doceniać siebie. Kochać siebie.

Pierwsze  wrażenie?  Wilgotne  dłonie.  Puk,  puk,  wołam  „Proszę!”,

background image

otwierają  się  drzwi,  wchodzi  do  gabinetu  piętnastolatek.  Z  wyglądu

piętnaście.  Myślałem,  że  to  jakiś  licealista,  który  pomylił  drzwi.  Cicho  się

przedstawił,  zresztą  zawsze  cicho  mówił,  często  trzeba  było  go  prosić,  żeby
powtarzał.  Szczupły,  mocny,  nieśmiały.  Ale  ta  nieśmiałość  była  tylko  jego

sposobem  na  rozbrojenie  rozmówcy,  w  tym  wypadku  mnie.  Miałem

wrażenie,  że  mnie  sonduje,  bada.  Stara  się  wyczuć  moje  nastawienie,  żeby

dostosować do tego własną reakcję. Wyciągam dłoń, on podaje swoją, ocieka

potem. Nieprzyjemne uczucie, bardzo. Co zrobić, tak już miał. Oczywiście to

o  niczym  nie  świadczy.  Nie  zamierzam  wyciągać  z  tego  żadnych  wniosków

i  bawić  się  w  psychologa-tandeciarza-kabotyna,  który  na  moim  miejscu  od

razu stworzyłby co najmniej stustronicowy psychogram Szymona K. Już sobie

wyobrażam ten erudycyjny wykład o nadmiernej potliwości skóry wywołanej

podłożem  nerwicowym  i  takie  tam  brednie!  Psychologowie  to  zwyczajni

idioci,  narcystyczne  dupki,  którym  się  wydaje,  że  wystarczy  przeczytać  sto

ton  książek  psychologicznych  i  można  głosić  prawdy  o  człowieku.  No

i  oczywiście  człowieka  pouczać,  bo  do  tego  to  wszystko  się  sprowadza.

Ulepszać,  poprawiać,  doskonalić.  Jakby  człowiek  nie  miał  prawa  do  bycia

istotą  ułomną!  Ani  grama  zrozumienia  dla  ludzkich  słabości.  Litość?  Nie  ma

litości  dla  słabości.  O,  nawet  rym  mi  się  trafił.  Dla  niedoskonałości.  Drugi
rym.  Niedoskonałości  oczywiście  cudzych,  bo  własne  to  co  innego,  tych  się
nie 

zauważa. 

Znałem 

wielu 

takich 

„nauczycieli”. 

Bezdzietna

dwudziestopięciolatka,  która  wydawała  poradniki  wychowania  „trudnej
młodzieży”.  Rozwodnik  prowadzący  zajęcia  z  terapii  małżeńskiej.  Nałogowy
onanista  zajmujący  się  seksoholikami.  Ten  to  był  niezły  zawodnik,  mówię
panu! Walił konia, aż łapy dymiły, a gdy już sobie zwalił, siadał, rozluźniony
i  zadowolony,  przed  pacjentem,  poprawiał  te  swoje  szykowne  gwiazdorskie
okularki w modnych oprawkach i dalej maglować biedaka! Dalej wciskać kit!
Dalej  powoływać  się  na  „znakomite  autorytety”  i  „literaturę  przedmiotu”!
Dalej  perorować  o  „emocjonalnej  dojrzałości”,  „miłości”,  „szacunku  dla
drugiego”!  Okropne  typki,  zadufane  w  sobie,  zakłamane,  obłudne,
ociekające  samozadowoleniem.  Oślizgłe,  obłe,  bez  kośćca.  Arcymistrzowie
uników.  Potrafią  elokwentnie  analizować  cudze  zachowanie,  pisać  kapitalne
artykuły,  w  dyskusjach  błyskotliwie  rozprawiają  się  z  argumentami
adwersarzy,  a  prywatnie  nie  dają  sobie  rady  z  najprostszymi  emocjami.
Prawdę  mówiąc,  ich  własne  życie  znajduje  się  w  ciągłej  rozsypce,  co  starają

background image

się  rekompensować  sobie  na  innych  polach,  ostatecznie  słowa,  a  już

zwłaszcza  słowa  skierowane  do  innych,  nic  nie  kosztują.  Poza  tym  zawsze

miło  widzieć,  że  ktoś  ma  jeszcze  gorzej,  prawda?  Coś  panu  zdradzę:
psychologowie  w  większości  wcale  nie  zajmują  się  leczeniem.  Całkiem

odwrotnie,  ich  profesja  to  utrwalanie  cudzych  chorób,  podsycanie  nerwic,

nawożenie  depresji  i  psychoz,  a  wszystko  to  w  jednym  celu:  żeby  mieć

władzę  nad  chorymi  i  doić  z  nich  kasę.  I  oczywiście  czuć  się  na  ich  tle

zdrowymi.  W  szpitalach  dla  tak  zwanych  umysłowo  chorych  lekarzy  można

odróżnić tylko po strojach, gdyby nie one, nie dostrzegłby pan żadnej różnicy

między  zachowaniem  tak  zwanych  chorych,  a  zachowaniem  tak  zwanego

personelu.  Ci  pierwsi  mówią,  że  są  Napoleonami,  Jezusami  Chrystusami,

Marsjanami  i  Bóg  wie,  kim  jeszcze,  natomiast  ci  drudzy  z  nie  mniejszym

przekonaniem  powtarzają  „Ego!  Podświadomość!  Kompleksy!  Trauma!”,  jak

gdyby  posiedli  klucz  do  wszystkich  zagadek  wszechświata.  Jak  pan  myśli,

dlaczego  te  wszystkie  terapie  tak  długo  trwają?  Dlaczego  ciągną  się  latami?

To  proste,  kto  by  się  pochopnie  pozbywał  zysków  płynących  z  władzy  nad

innym  człowiekiem?  Pewnie  pan  pomyśli,  że  trywializuję,  że  jestem  jakiś

prymityw.  W  gruncie  rzeczy  wszyscy  przecież  doskonale  wiemy,  że

psychologia  to  biznes  podobny  do  innych,  ale  w  swoim  samozakłamaniu
zabrnęliśmy  tak  daleko,  i  tyle  wydaliśmy  pieniędzy  na  wszystkie  te
pseudoterapie, 

pseudoporady 

psychologiczne, 

pseudokonferencje

pseudonaukowe,  kozetki-sretki,  książki-srążki,  że  teraz  nie  mamy  wyboru,
poza  tym  wstyd  byłoby  się  przyznać  do  błędu  o  rozmiarach  tak  potwornych,
tak  gigantycznego,  opartego  na  tak  monstrualnym  nieporozumieniu.  Tylko
jedno  wyjście  wydaje  mi  się  w  tej  sytuacji  słuszne:  dokonać  holokaustu
psychologów.  Wypalić  ich  ogniem  do  gołej  ziemi.  A  ziemię  posypać  solą.
I  zapomnieć  o  tej  hańbie,  jaką  dla  świata  są  ich  „nauki”.  O  tym  wrzodzie.
Człowiek  to  prymitywna  istota,  kierująca  się  kilkoma  prostymi  odruchami,
które  łatwo  można  opisać  bez  uciekania  się  do  wydumanych  koncepcji
i  które,  wstydząc  się  ich  prostoty,  ich  żenująco  zwierzęcego  charakteru,
próbuje  się  ukryć,  obudowując  pięknymi  słówkami.  Te  piękne  słówka  –
a  umiejętność  ich  wynajdywania  doprowadziliśmy  do  doskonałości,  to  być
może  największe  cywilizacyjne  osiągnięcie  gatunku  homo  sapiens!  –  otóż
słówka  te  składają  się  na  to,  co  później  nazywamy  szumnie  psychologią,
filozofią,  historią,  sztuką  i  czym  tam  jeszcze.  Dobrze,  ja  również  się  w  to

background image

bawię, można więc powiedzieć, że nie jestem lepszy od innych. W końcu całe

życie  robiłem  w  literaturze,  to  też  rodzaj  gry  w  słówka.  Ale  przynajmniej  –

i  to  jest  moje  największe  osiągnięcie  życiowe  –  nie  stałem  się
zmanierowanym  kabotynem,  jak  większość  moich  tak  zwanych  kolegów,

zakochanych  w  swych  okrąglutkich  zdaniach-sraniach,  powtarzających  sobie

co  rano  przed  lustrem:  „Ach,  jaki  jestem  piękny  i  mądry!  Dziś  znów  stworzę

jakąś elegancką teorię!  Dziś znów społeczeństwo  będzie chciwie spijać  słowa

płynące z mych ust!”. Gardzę takim kabotyństwem. Gardzę! Widzę, że patrzy

pan  na  mnie  jak  na  wariata.  A  ja  mówię  przecież  prawdę,  tylko  prawdę.

Prawda  to  nic  wielkiego,  to  bardzo  prosta  rzecz.  To  kłamstwa  są

skomplikowane, dlatego właśnie  są kłamstwami. Mam to  wszystko w  dupie.

I  psychologię  też  mam  w  dupie.  Szymon  K.  miał  po  prostu  wilgotne  dłonie.

I już.

Ale  do  rzeczy.  Szybko  ustaliliśmy  między  sobą  tryb  współpracy.  Od

początku  miała  ona  bardzo  intensywny  charakter.  Zależało  mi,  aby  Szymon

K.  poczuł,  że  się  o  niego  troszczę.  Czułem,  że  właśnie  to  było  mu  wtedy

najbardziej  potrzebne.  Jakaś  ściana,  o  którą  mógłby  się  oprzeć  i  chwilę

odpocząć.  Nie  bardzo  wiedziałem,  od  czego  chciał  odpoczywać,  nie  znałem

go,  nie  wiedziałem,  skąd  do  mnie  przychodzi,  ale  widać  było  jakieś
potworne  zmęczenie,  które  się  za  nim  ciągnęło.  Był  młody,  energiczny,
uśmiechnięty,  życzliwy,  pełen  zapału  do  pracy,  wysportowany,  mimo  to
odniosłem  wrażenie,  że  w  pewnym  sensie  ledwo  powłóczy  nogami,  że
trzyma  się  ostatkiem  sił.  Że  na  spotkanie  ze  mną  wysłał  kogoś,  kto  tylko
udaje  Szymona  K.,  podczas  gdy  prawdziwy  Szymon  K.  jest  zupełnie  gdzie
indziej,  bardzo  daleko,  oddany  sprawom,  których  nie  rozumiem.  Nie
ułatwiało  to  współpracy,  poza  tym  Szymon  K.  bywał  uparty,  wskutek  czego
niektórzy  uważali  go  za  aroganta.  Lecz  jego  upartość  wynikała  przede
wszystkim  –  tego  byłem  absolutnie  pewien  –  z  nadwrażliwości.  Bo  jak
większość  chwiejnych  nadwrażliwców  chciał  sprawiać  wrażenie,  że  ma  stałe
poglądy i twardą skórę. Pozwalałem mu je mieć, skoro tego chciał. Tak więc
to  Szymon  K.  z  reguły  wychodził  z  jakimś  pomysłem,  do  którego  następnie
ustosunkowywałem się merytorycznie. Poruszaliśmy wiele kwestii z obszaru
literatury,  filozofii,  nauk  społecznych.  Proponowałem  dodatkowe  lektury.
Zachęcałem  do  sięgnięcia  po  autorów,  których  jeszcze  nie  znał.  Wysyłałem
na  sympozja,  konferencje,  zagraniczne  stypendia.  Umożliwiałem  pierwsze

background image

publikacje  w  czasopismach,  z  którymi  współpracowałem.  Kumoterstwo?

Bynajmniej,  drogi  panie,  bynajmniej.  Po  prostu  Szymon  K.  już  jako  student

miał świetne pióro. Tak, można powiedzieć, że roztoczyłem nad nim parasol
ochronny.

W  ten  sposób  minęły  mniej  więcej  pierwsze  dwa  lata  naszej  znajomości.

Mniej  więcej  dwa.  Z  czasem  zauważyłem,  że  Szymon  K.  zaczął  chcieć  ode

mnie  czegoś  więcej,  nie  tylko  kontaktu  intelektualnego,  także  bliskości

emocjonalnej,  przed  czym  się  wzbraniałem.  W  przeszłości  miałem  już  tego

rodzaju  doświadczenia  z  innymi  wychowankami.  Zawsze  kiedy  pozwalałem

na  coś  w  rodzaju  ojcostwa,  kończyło  się  to  rozczarowaniem  po  obu  stronach.

Mnie  irytowała  nachalność  ludzi  w  gruncie  rzeczy  mi  obcych,  oni  z  kolei

zarzucali mi oziębłość. Nie chciałem, żeby moje relacje z Szymonem K. były

powtórką  przeszłości,  tak  więc  dałem  do  zrozumienia,  że  nie  mam  zamiaru

grać roli ojca dla kogokolwiek, nawet dla niego. Byłem już ojcem dla swoich

własnych  dwóch  synów,  wystarczy.  Oczywiście  nie  zerwaliśmy  kontaktów.

Stałem  się  po  prostu  bardziej  lakoniczny,  chwilami  być  może  i  obcesowy.

Coraz  mniej  czasu  poświęcałem  na  rozmowy,  spotkania,  konsultacje,  mimo

że  formalnie  nadal  sprawowałem  opiekę  nad  Szymonem  K.,  a  ponadto

byłem  promotorem  jego  pracy  doktorskiej.  Zdawałem  sobie  sprawę,  że
może  mieć  do  mnie  żal,  który  zresztą  ze  wszystkich  sił  starał  się  ukryć,
wiedząc  doskonale,  że  byłoby  śmieszne,  gdyby  okazywał  mi  „dąsy”.  On
mnie!  Nie  dąsał  się  więc,  tylko  był  bardziej  „oficjalny”,  „ceremonialny”.
Bardziej,  a  nawet  przesadnie  uprzejmy,  jak  gdyby  tą  nadmierną,  a  przy  tym
nieco  chłodną  uprzejmością  dawał  mi  do  zrozumienia,  że  odczytał  mój
„przekaz”  i  dostosował  się  do  nowych  reguł  gry.  Ale  –  to  naturalnie  też
dawał  mi  do  zrozumienia  –  dostosował  się  nie  dlatego,  że  chciał,  tylko  po
prostu  nie  miał  wyboru.  Z  drugiej  strony,  wie  pan,  zawsze  jest  jakiś  wybór,
taki  czy  inny…  W  sumie  rozczarował  mnie  pod  tym  względem.  Tak,
rozczarował. Sądziłem, że będzie bardziej nieustępliwy. Że o mnie zawalczy.
Być  może  tylko  wystawiłem  go  na  próbę?  Być  może  w  końcu  bym  uległ,
gdyby  okazał  większą  stanowczość?  Tymczasem  on  od  razu  zrezygnował
i  dostosował  się  do  nowych  okoliczności.  Przy  całej  jego  odwadze
i nieustępliwości, jaka cechowała go w innych obszarach, miał w sobie jakąś
irytującą  miękkość,  uległość.  „Tak,  panie  profesorze”,  „oczywiście,  panie
profesorze”, „trudno się z panem profesorem nie zgodzić”, „jak pan profesor

background image

łaskaw  był  zauważyć”  i  wciąż  w  tym  duchu.  Czasami  miałem  go  serdecznie

dość.  Gdyby  był  człowiekiem  zgodliwym  z  natury,  rozumiałbym.  Ale  czuło

się,  że  mówi  tak  tylko  dla  świętego  spokoju,  a  w  duchu  myśli  swoje.  Nie
była  to  obłuda,  raczej  pewna  „niewidzialność”  czy  może  raczej  „śliskość”,

przez  co  chcę  powiedzieć,  że  Szymon  K.  miał  swoją  jasno  wytyczoną  drogę,

od  której  nie  odstępował,  lecz  zamiast  przyznawać  się  do  niej,  wolał

stosować uniki, dając do zrozumienia, że cechuje go skromność i ustępliwość

człowieka, który obawia się zająć w świecie zbyt wiele miejsca. Nic bardziej

mylnego,  on  po  prostu  za  wszelką  cenę  chciał  uniknąć  nieporozumień

i  konfliktów,  które  mogłyby  opóźnić  realizację  jego  zamierzeń.  Wyraźnie

unikał takich sytuacji, jak gdyby przeczuwając, że często brakuje mu odwagi,

a  równocześnie  nie  chcąc  przyznać  tego  przed  sobą,  ponieważ  gdyby  tak

zrobił, potwierdziłby istnienie problemu. On sam powiedziałby z pewnością,

że jego uniki stanowiły przejaw wrodzonej empatii, która nie pozwala mu na

zbyt  wielką  obcesowość  wobec  innych,  ale  ja  widziałem  w  tym  często  po

prostu  tchórzostwo,  strach  przed  konfrontacją.  Nie  znosiłem  tej  jego  cechy.

Lubię  ludzi  bezpośrednich,  walących  prawdę  prosto  z  mostu.  A  nie  jakichś

wystylizowanych, przytakujących gogusiów.

Ale to wszystko nieważne. Summa summarum czułem, że postawiłem na

właściwego  konia.  Że  Szymon  K.  nie  zawiedzie  mnie  jak  większość  moich
dawniejszych  podopiecznych,  którzy  tak  szybko  stracili  wigor  intelektualny
i  zapał  do  pracy.  Którzy  tak  beztrosko  trwonili  swoje  talenty.  Którzy
zamieniali się w krowy, zainteresowane tylko tym, żeby mieć swoje dziesięć
czy  dwadzieścia  metrów  kwadratowych  trawy  i  żreć,  żreć,  żreć.  Tępo
przeżuwać.  Mielić  zielsko  w  poczuciu  bydlęcego  zadowolenia  z  życia.  Tak
zwani  ludzie  nauki  niczym  nie  różnią  się  od  innych,  są  zazwyczaj  równie
leniwi  i  pozbawieni  inwencji  co  przeciętny  zjadacz  chleba.  Po  prostu  jako
osoby  cieszące  się  prestiżem  społecznym,  większym  niż  inni,  mają  dużo
sposobności, by to ukryć. Widzi pan, wbrew pozorom niełatwo jest zachować
zapał  do  tej  roboty.  Niby  elastyczne  godziny  pracy,  niby  dużo  swobody,  niby
dużo  inspiracji,  bo  przecież  można  spotykać  ciekawych  ludzi,  czytać  ciekawe
książki  i  ciekawie  o  nich  pisać,  niby  dużo  czasu  wolnego,  zwłaszcza  latem,
kiedy  nie  ma  zajęć  dydaktycznych  i  studenci  nie  trują  dupy.  Ale  właśnie  ten
nadmiar  psychicznego  komfortu  może  działać  destrukcyjnie.  Człowieka
trzeba  czasem  zdzielić  batem,  spoliczkować  go,  dać  po  mordzie,  żeby

background image

otrzeźwiał  i  wziął  się  do  roboty.  Niestety  prawie  żaden  z  moich  uczniów  nie

spełnił  pokładanych  w  nim  nadziei,  prawie  każdy  szybko  stwierdzał,  że

pozjadał  wszystkie  rozumy  i  osiągnął  już  to,  czego  mu  potrzeba  –  reszta
przyjdzie  sama.  Pozostali,  ci  inteligentniejsi,  uzasadniali  swoje  działania,

a  raczej  ich  brak,  w  inny  sposób,  bardziej  wyrafinowany.  Twierdzili

mianowicie,  że  wszystko,  co  ciekawe,  już  właściwie  zdążono  napisać,

wszystkie  książki,  wszystkie  komentarze  do  tych  książek,  a  także

komentarze  do  tych  komentarzy  i  tak  dalej,  w  związku  z  czym  cała

akademicka  gadanina  to  tylko  zawracanie  dupy,  nie  mające  większego

sensu,  bezużyteczne,  bo  przecież  wiadomo,  że  dzięki  słowom  świata  się  nie

zmieni  na  lepsze.  A  ponieważ  się  nie  zmieni,  robimy  to  samo,  co  pierwsza

grupa:  przeżuwamy  jałowiznę.  Rezygnujemy  z  ambicji  i  pragnień.

Przestajemy udawać. Puszczamy oko do innych, mówiąc: „Wy wiecie, jak jest

i  ja  wiem,  jak  jest.  Przestańmy  się  czarować”.  W  istocie  człowiek  mówi

wtedy  światu  nic  innego  jak:  „poddaję  się”  i  odtąd  stara  się  dotrwać  do

końca swych dni siłą bezwładu, co czasem trwa i dwadzieścia, trzydzieści czy

czterdzieści lat, do usranej śmierci. Pod koniec człowiek taki przypomina już

tylko  oślizgłą  człekopodobną  masę,  śmierdzącą  lenistwem,  tchórzostwem

i cynizmem, w sumie odrażającą. Mówiąc między nami, ci, co nie wierzą, że
świat  od  słów  zmienia  się  na  lepsze,  mają  nawet  i  rację.  Lecz  czy  to  znaczy,
że  żyjąc,  trzeba  ograniczyć  się  tylko  do  tępego  przeżuwania?  Świata  nie
poprawimy,  to  jasne  jak  słońce.  Ani  dzięki  słowom,  ani  niczemu  innemu.
Lecz  nie  chodzi  przecież  o  jego  poprawianie,  to  złudzenie  straciliśmy  już
dawno  temu.  Trzeba  wypracować  program  skromniejszy,  ale  jedyny
możliwy:  nadawać  światu  pozory  sensu  i  następnie  wytrwale  przekonywać
siebie  samych,  mocą  autosugestii,  że  te  pozory  to  najczystsza  prawda.  Nie
ma  w  tym  nic  złego,  to  nasz  jedyny  sposób  przetrwania  w  świecie  chaosu
i  bezsensu.  Szymon  K.  miał,  mimo  młodego  wieku,  świadomość  tego  stanu
rzeczy. Nie był poprawiaczem świata. Był fanatykiem sensu. Inni, po okresie
młodzieńczych egzaltacji, prędko się wypalali, on wciąż cały był ogniem. Co
prawda  obawiałem  się,  żeby  od  nadmiaru  nagłego  powodzenia,  którym
zaczął  się  cieszyć  między  innymi  dlatego,  że  w  jego  postawie  dostrzeżono
pasję,  nie  uległ  pokusom  samouwielbienia.  To  kolejne  niebezpieczeństwo
naszego  zawodu:  dzięki  obecności  w  przestrzeni  publicznej  stajesz  się  dla
mediów  dyżurnym  intelektualistą.  Ludzie,  ponieważ  z  reguły  samym  nie

background image

chce im się myśleć, czekają na cudze stanowisko w tej czy innej sprawie, a ty

chętnie  na  ich  oczekiwania  odpowiadasz.  Bo  to  po  prostu  przyjemne

wygłaszać  opinie.  Nauczać,  pouczać.  Z  czasem  stajesz  się  specjalistą  od
pouczania,  piękne  słowa  same  spływają  ci  do  ust,  aż  w  końcu  zalewają  cię,

upajają, pozwalając uwierzyć, że jesteś strasznie mądry i że na wszystkim się

znasz,  od  Arystotelesa  po  twórczość  Michelangelo  Antonioniego,  od  zagłady

zimorodków  w  południowej  Walii  po  tajemnice  życia  pszczół.  Jesteś  coraz

częściej  zapraszany  do  gazet,  radia,  telewizji,  gdzie  wypowiadasz  się  na

wszelkie  możliwe  tematy,  często  niemające  nic  wspólnego  z  twoimi

zainteresowaniami  i  kompetencjami.  Ale  to  nie  szkodzi,  i  tak  nikt  tego  nie

dostrzega.  Więc  upojony,  dalej  wylewasz  z  siebie  słowa,  coraz  więcej

i  więcej,  coraz  mocniej  wierzysz  w  to,  że  jesteś  wszechmocny.  Ale  to  tylko

słowa!  Jeden  potrafi  dobrze  robić  meble,  inny  właściwie  dobrać  składniki

ciasta  francuskiego  i  upiec  smaczny  rogalik,  a  jeszcze  inny  umie  układać

ładne  zdania.  Dlaczego  się  uważa,  że  ten  ostatni  ma  szczególne  prawa  do

wygłaszania  swoich,  jak  ja  to  nazywam,  za  Kołakowskim,  jedynie  słusznych

poglądów na wszystko? Słowa upajają jak wóda, dają złudne poczucie władzy

i  mądrości.  Dopiero  po  wytrzeźwieniu  człowiek  widzi,  jak  bardzo  przeceniał

swoje  siły.  Problem  z  celebrytami,  do  których  zaliczają  się  niestety  często
tak  zwani  „intelektualiści  pożytku  publicznego”,  polega  na  tym,  że  oni
rzadko  trzeźwieją.  A  już  zdecydowanie  najgorsi  spośród  nich  to  ci,  których
określam  mianem  intelektualistów  „zatroskanych”.  Zatroskanych,  ma  się
rozumieć,  złym  biegiem  spraw  tego  świata.  Na  pewno  często  widział  pan
w  telewizji:  skupione  oblicze,  na  którym  maluje  się  stosowny  „frasunek”,
usta 

pełne 

obrzydliwych 

komunałów 

publiczna 

sympatia 

dla

„skrzywdzonych”, 

„poniżanych”, 

„biednych”, 

„represjonowanych”,

„wykluczanych”.  Na  tle  „wrażliwości  społecznej”  dochodzi  już  nieomal  do
licytacji. Nawet nie  zdążysz skończyć wywodu  o wycince amazońskich  lasów,
a już ktoś próbuje przebić to obroną zwierząt masowo zabijanych na potrzeby
światowego przemysłu spożywczego. Na co odzywa się trzeci, mówiąc, że to
nic  w  porównaniu  z  makiaweliczną  polityką  wielkich  korporacji  wobec
właścicieli  małych  i  średnich  przedsiębiorstw,  ale  nim  dokończy  zdanie,
słychać  czwartego,  który  bierze  w  obronę  Tajki  przymuszane  do  prostytucji.
Wtedy  wcina  się  piąty  z  globalnym  terroryzmem,  szósty  z  przeludnieniem,
siódmy  z  zagładą  europejskich  Żydów  podczas  drugiej  wojny  światowej,

background image

czego  wymowę  próbuje  osłabić  z  kolei  ósmy,  perorując  o  tragicznym  losie

Palestyńczyków  na  ziemiach  okupowanych  przez  Izrael.  Dziewiąty  krytykuje

seksizm  i  ejdżyzm  w  krajach  bogatego  Zachodu,  z  wyjątkiem  państw
skandynawskich,  dziesiąty  wzywa  do  bojkotu  McDonalda,  a  wszystkich

moralnie  niszczy  ostatni,  stwierdzając,  że  najważniejszy  problem,  z  jakim

zmaga  się  świat,  to  wykorzystywanie  seksualne  dzieci.  Do  tego  dorzuca  się

zwykle  kilka  żarcików,  kilka  złośliwostek,  kilka  cytatów,  garść  bon  motów

i  oto  mamy  niezawodną  receptę  na  medialny  sukces!  Żebyśmy  się

zrozumieli:  wielu  z  nas  odczuwa  w  sobie  z  pewnością  pokusę  świętości,  ale

publiczne  jej  okazywanie  uważam  za  obrzydliwy  kabotynizm.  Można  do  woli

moralizować,  na  wyścigi  ogłaszać  kolejne  projekty  zbawienia  świata,  ale

proszę  mi  wierzyć,  nie  ma  nic  prostszego  niż  snucie  projektów  zbawienia

świata w sytuacji, kiedy świata i tak się zbawić nie da, bo jeśliby zbawić się

dało, już dawno znaleziono by na to odpowiedni sposób. Prawdziwa mądrość

i  prawdziwy  heroizm  zasadza  się  więc  w  moim  przekonaniu  na  tym,  by

wytrzymać  świat  taki,  jaki  on  jest.  Bo  inny  być  po  prostu  nie  może.  Mimo

okresowych  wychyleń  wahadła  historii,  wszystko  od  wieków  pozostaje  mniej

więcej  takie  samo.  Żyję  wystarczająco  długo,  aby  to  dostrzec,  to  tylko

ludziom  młodym  wydaje  się,  że  możliwe  są  radykalne  zmiany  –  ale  wydaje
im  się  tak  dlatego,  że  po  prostu  są  młodzi  i  brak  im  skali  porównawczej.
Życie,  poza  zmianami  w  scenografii,  to  wieczny  powrót  tego  samego.
I  właśnie  te  nawroty  trzeba  wytrzymać.  Zacisnąć  zęby  i  spróbować  je
przetrwać.  Kto  sądzi  inaczej,  mydli  ludziom  oczy.  Zbija  swój  medialny
kapitał  na  ich  lękach,  fobiach,  nadziejach.  Podsyca  je  wszystkie,  żeby  potem
przejąć  nad  nimi  kontrolę,  a  na  końcu  wystąpić  w  charakterze  mesjasza,
który  nas  wyzwoli  od  strachu.  Lekarza,  który  najpierw  wmawia  pacjentowi
chorobę,  żeby  później  zapisać  mu  lekarstwa,  od  których  sprzedaży  ma  zysk.
Proszę  mi  wierzyć,  to  nic  innego  jak  zasady  ekonomii  i  wyzysku
kapitalistycznego  przeniesione  w  sferę  ducha.  Marketing  intelektualny.
Sztuczne  pompowanie  popytu  na  idee,  żeby  tym  więcej  można  było  ich
później 

sprzedać, 

powiększając 

własny 

kapitał 

intelektualny.

„Bezinteresowny  obiektywizm”,  „najwyższa  prawda”,  „złogi  samooszustwa,
przez  które  należy  się  przebić”,  „zacieśnianie  więzi  społecznych”,
„wychowanie  do  dojrzałości”  –  gdy  słucham  takiego  patetycznego  smęcenia-
ględzenia-pierdzenia,  rzygać  mi  się  chce.  Wystarczy  spojrzeć  na  ludzi

background image

dokoła,  by  stwierdzić,  że  wychowywanie  sprowadza  się  najczęściej  do

budowania w nich poczucia winy, dzięki czemu będą później bardziej podatni

na  manipulację.  Co  bystrzejsi  sami  się  uczą  przy  okazji,  jak  manipulować
innymi.  Ci  stają  się  później  specami  od  moralności.  Co  się  pan  tak  dziwi,

większość  z  nas  to  bezrozumne  bydlęta,  których  nie  interesuje  nic  poza  tym,

by  znaleźć  kogoś,  kto  „zajmie  stanowisko”  w  naszym  imieniu  tak,  abyśmy

w  spokoju  mogli  przeżuwać  naszą  dzienną  porcję  trawy.  Ta  trawa  nawet  nie

musi  być  szczególnie  świeża.  Byle  tylko  ktoś  co  rano  zaprowadził  nas  na

pastwisko,  a  my  już  sami  chętnie  nałożymy  sobie  łańcuch  na  łeb,  wbijemy

kołek  w  ziemię  i  pozostaniemy  tam  aż  do  usranego  wieczoru.  Następnego

dnia  tak  samo.  I  tyle.  To  jest  życie  większości  ludzi,  kto  twierdzi  inaczej,

niczego  nie  rozumie.  Nauka?  Kultura?  Sztuka?  Religia?  Dzięki  nim  ma  się

nam  żyć  znośniej?  Jeśli  dzięki  czemuś  żyje  się  nam  znośniej,  to  dzięki

pieprzeniu.  Do  tego  to  się  wszystko  sprowadza,  ta  cała  nauka,  sztuka,

religia, 

kultura. 

Dopieprzyć, 

przepieprzyć, 

zapieprzyć, 

odpieprzyć,

spieprzyć.  Pieprzyć!  Pieprzyć!  Pieprzyć!  Wszyscy  pieprzymy,  ja  pieprzę,  ty

pieprzysz,  on-ona-ono  pieprzy,  my  pieprzymy,  wy  pieprzycie,  oni  pieprzą.

Pieprzyć!  Pieprzyć!  Pieprzyć!  Wszyscy  pieprzymy,  ja  pieprzę,  ty  pieprzysz,

on-ona-ono  pieprzy,  my  pieprzymy,  wy  pieprzycie,  oni  pieprzą.  Pieprzyć!
Pieprzyć!  Pieprzyć!  Wszyscy  pieprzymy,  ja  pieprzę,  ty  pieprzysz,  on-ona-ono
pieprzy, my pieprzymy, wy pieprzycie, oni pieprzą. Przyjdź pan jutro, na dziś
koniec.

…Przepraszam  najmocniej  za  wczoraj.  Mam  nadzieję,  że  nie  żywi  pan

urazy  i  wysłucha  tego,  co  stary  człowiek  ma  do  powiedzenia,  nawet  jeśli
czasami puszczają mu hamulce emocji. A teraz do rzeczy, kończąc wczorajszy
wątek:  miałem  nadzieję,  że  Szymon  K.  nie  pójdzie  kuszącą  drogą
intelektualnego  celebrytyzmu.  Że  zachowa  miarę  w  słowach  –  nie
wyrzekając  się  ich,  ale  i  nie  popadając  w  nadmierną  egzaltację  retoryczną.
Gdyby  taką  miarę  znalazł,  miałby  szansę  stać  się  wielkim  człowiekiem,
ważnym  dla  współczesnej  humanistyki.  Wielki  człowiek  to  nie  wielki  umysł.
Wielkim  umysłem  być  stosunkowo  nietrudno,  wystarczy  mieć  talent  do
wynajdywania odpowiednich słów w odpowiednim momencie. Ale znajdować
odpowiednie  słowa  w  odpowiednim  momencie,  i  do  tego  jeszcze  stosować
się  do  nich  we  własnym  życiu  –  to  bardzo  rzadka  umiejętność,
charakterystyczna  właśnie  dla  wielkich  ludzi.  W  tamtym  okresie  wydawało

background image

mi  się,  że  Szymon  K.  miał  szanse,  by  taką  umiejętność  w  sobie  wykształcić,

i  to  mimo  niebezpieczeństw  związanych  z  rosnącym  znaczeniem  jego  prac

w  licznych  kręgach  polskiej  humanistyki,  zwłaszcza  młodszego  pokolenia,
znużonego  jałowym  przeintelektualizowaniem  starych  wyjadaczy.  Przed

samouwielbieniem  ratowały  Szymona  K.  autoironia,  dystans  do  samego

siebie  i  przede  wszystkim  pokora  wynikająca  –  co  może  nieco  dziwić,  bo

często  zarzucano  mu  właśnie  arogancję  –  z  ogromnej  pewności  siebie,

a  dokładnie  takiego  jej  rodzaju,  którego  źródłem  jest  głębokie  przekonanie,

że  cudze  pochwały  nic  nie  znaczą,  ponieważ  tym,  co  najwięcej  się  liczy,  jest

tylko  i  wyłącznie  uznanie  we  własnych  oczach.  Szymon  K.  był  zawsze  swym

najwyższym  i  najsurowszym  sędzią,  i  dawał  to  do  zrozumienia  swojemu

otoczeniu, tym samym pozbawiając je przyjemności wyrażania opinii na swój

temat – z czego zapewne brały się oskarżenia o arogancję. Co prawda należy

oddać  Szymonowi  K.,  że  zadowolony  był  z  siebie  rzadko.  Zawsze  chciał

czegoś więcej, wydawało mu się bowiem – być może słusznie – że stać go na

więcej.  Stąd  chyba  brały  się  jego  rozliczne  zwroty  intelektualne,

nieoczekiwane  zmiany  poglądów,  punktów  widzenia,  perspektyw,  czy  nawet

stylu, jakim pisał swe prace. W przeciągu jednego miesiąca potrafił stworzyć

dwa  albo  i  trzy  artykuły  zupełnie  odmienne  w  wymowie,  argumentacji,
tonie.  Odmienne,  a  nawet  sprzeczne  ze  sobą,  jak  gdyby  zostały  napisane
przez  osoby  w  różnym  wieku,  o  innej  osobowości,  innym  pochodzeniu,
innych doświadczeniach życiowych. Łatwo się domyślić, że ludzie nieżyczliwi
wysuwali  wobec  Szymona  K.  oskarżenia  o  chwiejność  i  brak  zasad,  a  nade
wszystko  o  lekceważenie  reguł  akademickiego  rzemiosła,  które  jakoby  nie
przewidują  tego  rodzaju  intelektualnych  wolt.  Zresztą  Szymon  K.  chyba
rzeczywiście  nie  był  dobrym  rzemieślnikiem.  Raczej  określiłbym  go  jako
wizjonera,  niemającego  cierpliwości  do  szczegółów.  Człowieka,  który
w  jednym  krótkim  przebłysku  świadomości  ogrania  natychmiast  całość
obrazu.  Dokładność  nużyła  go,  nazywał  ją  akademicką  buchalterią,  którą
uważał – w czym często nie miał racji – za zasłonę dymną dla ograniczoności
i  braku  wyobraźni.  Pociągała  go  zmienność,  niepochwytność.  Chciał  być
jeden i ten sam, a równocześnie rozproszony, rozsiany. To był zresztą główny
powód,  dla  którego  nigdy  nie  przestawał  z  przedstawicielami  wyłącznie
jednego 

środowiska 

intelektualnego, 

jednego 

czasopisma, 

jednego

wydawnictwa.  To  by  krępowało  jego  swobodę  ruchów.  Pod  jednym  wszakże

background image

względem  sytuacja  ta  miała  swoje  wady:  Szymon  K.  –  wszędzie  obecny

i  wszędzie  publikujący  –  nie  był  w  istocie  członkiem  żadnego  „towarzystwa

wzajemnej  adoracji”,  wskutek  czego  z  żadnej  ze  stron  nie  miał  pełnego
wsparcia dla swoich poglądów i działań. Czasami bolało go, że jego artykuły

i  książki  nie  znajdują  takiego  oddźwięku,  na  jaki  jego  zdaniem  zasługiwały  –

tylko  dlatego,  że  przez  żadne  środowisko  nie  został  uznany  wcześniej  za

„swojego  człowieka”,  którego  dokonania  należy  wszem  i  wobec  rozgłaszać.

Którego  należy,  krótko  mówiąc,  hołubić,  dopieszczać.  Głasków  w  życiu

zawodowym  Szymona  K.  naturalnie  również  nie  brakowało,  jednak

powiedzmy  sobie  szczerze,  że  w  owym  czasie  istniało  wiele  osób,  które

cieszyły  się,  mimo  znacznie  skromniejszych  talentów,  znacznie  większym

poparciem  tak  zwanych  „środowisk”,  w  związku  z  czym  były  także  bardziej

znane.  Lecz  nawet  jeśli  Szymon  K.  czasami  im  zazdrościł,  nie  zrezygnował

z  raz  obranej  drogi,  zalety  sytuacji,  w  jakiej  się  znajdował  –  a  była  nią

przede wszystkim niezależność od intelektualnych mód – cenił bowiem wyżej

niż jej wady.

Dlaczego dzisiaj mówię takimi okrąglutkimi zdaniami, jakbym wygłaszał

wykład?  Pierdzę,  aż  miło.  No  nic,  widocznie  tak  dzisiaj  mam,  to  nawet

zabawne.  Kontynuuję:  pisarska  płodność  i  wszechstronność  Szymona  K.  była
legendarna.  Jeśli  mam  wyrazić  swoje  zdanie,  sądzę,  że  jej  źródłem  była
zwierzęca  wręcz  zawziętość,  o  której  kilkakrotnie  wspomniałem.  Mogę
nawet  zdradzić,  że  swego  czasu  rozmawiałem  o  niej  z  naówczas  najbliższym
przyjacielem  Szymona  K.,  Robertem  W.  –  nawiasem  mówiąc  to  taki
obmierzły  „ąę-profesorek”  lubujący  się  w  piękniutkich  zdaniach,  człowiek,
który  dawniej  miał  jakiś  talent,  ale  wybrał  drogę  „kariery  i  zaszczytów”,
zajmując się obecnie wdzięczeniem do kamer telewizyjnych, zwłaszcza teraz,
kiedy odgrywa być może rolę swego życia, to znaczy rolę czołowego znawcy
biografii  i  twórczości  najsłynniejszego  mordercy  w  dziejach  Polski  i  okolic  –
no  więc,  rozmawiałem  z  nim  –  dawniej,  ma  się  rozumieć,  gdy  jeszcze
potrafił rozmawiać, bo teraz to tylko już „zajmuje stanowisko” w tej czy innej
sprawie  –  rozmawiałem  z  nim  o  Szymonie  K.  –  tak,  to  musiało  być  po  jego
pierwszym  zaginięciu,  którym  byliśmy  bardzo  poruszeni  –  o  czym  to  ja
mówiłem?  Ach  tak,  no  więc  opowiadał  mi,  że  Szymon  K.  był  w  życiu
codziennym  –  do  którego  nawiasem  mówiąc,  dopuszczał  tylko  nielicznych,
mimo  że  lubił  robić  wrażenie  towarzyskiego  –  nieznośnym  pedantem,

background image

wszystkim  wokół  zatruwającym  życie  obsesją  porządku,  którego  zasady

oczywiście  od  początku  do  końca  sam  definiował  i  do  którego  inni,  jeśli

chcieli  pozostać  w  jego  przestrzeni,  musieli  się  dostosować.  W  moim
przekonaniu  nie  była  to  jednak  pedanteria,  a  właśnie  zawziętość,

przekonanie,  że  trzeba  wziąć  swoje  życie  za  mordę  i  nie  puszczać,  choćby

wierzgało  i  gryzło.  Szymon  K.  miał  sztywny  rozkład  codziennych  zajęć:

wstawał 

wcześnie 

rano, 

następnie 

jako 

„wzorowy” 

mąż 

ojciec

przygotowywał  wszystkim  pierwsze  i  drugie  śniadanie,  pomagał  synowi

ubrać  się  i  spakować  do  przedszkola,  zanosił  żonie  teczkę  do  samochodu,

wracał, dokładnie sprzątał mieszkanie, po czym, o ustalonej godzinie, siadał

do  pracy,  o  ile  akurat  nie  miał  żadnych  zajęć  na  uczelni.  Pilnował  rozkładu

dnia  z  dokładnością  wartownika  obozu  koncentracyjnego.  Około  godziny

dziewiątej  robił  sobie  drugie  śniadanie,  które  spożywał,  pracując.  Podobnie

kawa:  zaparzał  ją  po  drugim  śniadaniu,  a  pijąc,  nie  odrywał  się  od  pracy.

Z lunchem było dokładnie tak samo. Słowem, wiele godzin pracy bez żadnej

przerwy,  w  obawie,  by  nie  uronić  ani  minuty.  Niechętnie  odbierał  wtedy

nawet  telefony,  niechętnie  otwierał  listonoszowi,  niechętnie  podnosił  głowę

znad  biurka.  Jeśli  mimo  to  zdarzało  się  coś,  co  go  do  tego  zmuszało,

ogarniał go niepokój i irytacja, horror vacui, jak gdyby obawiał się, że  zaraz
pochłonie  go  pustka.  Zazwyczaj  więc,  mimo  że  jako  pracownik  uniwersytetu
miał na wszystko dość dużo czasu, w rzeczywistości nie dawał sobie czasu na
nic  poza  pracą  i  obowiązkami  domowymi,  które  zresztą  również  traktował
jako część swojego „pensum”. Ale nawet wtedy, kiedy Szymon K. całym sobą
oddawał się ulubionym zajęciom i teoretycznie powinien być zadowolony, na
jego  twarzy  –  opowiadał  mi  to  profesorek-srolek  W.  –  nie  widać  było  choćby
śladu  uczucia  przyjemności,  lecz  tylko  nieprzyjemny  grymas  napięcia
człowieka  przepracowanego.  Albo  jeszcze  lepiej:  grymas  przetrenowanego
sportowca.  Przypominał  –  to  także  określenie  profesora  W.,  któremu  od
czasu  do  czasu  zdarzają  się,  nie  przeczę,  przebłyski  inteligencji  –  bohaterów
Sade’a, oddających się rozkoszy, w tym wypadku rozkoszy czytania i pisania,
jakby  to  była  katorga.  Nie  miało  to  nic  wspólnego  z  samoudręką  czy
masochizmem.  Przeciwnie,  Szymon  K.  był  sadystą,  z  tą  różnicą,  że
wykazywał  sadyzm  jedynie  w  stosunku  do  siebie  samego.  Wie  pan,
z  pewnego  punktu  widzenia  źródłem  sadyzmu  jest  maksymalizm  etyczny.
Pragnienie,  by  nic  –  absolutnie  nic!  –  nie  zakłóciło  zaprogramowanej

background image

rozkoszy.  Żaden  niekontrolowany  czynnik  zewnętrzny,  żaden  przypadek.

A  ponieważ  życie  to  generalnie  ciąg  przypadków,  sadyzm  występuje  niejako

przeciw  życiu.  Jest  heroiczną  próbą  wzięcia  go  za  mordę.  I  może
rzeczywiście  czasami  to  nienajgorszy  pomysł  –  przemocą  uregulować  bieg

życia,  tej  cuchnącej  rzeki  oślizgłych  glutów,  tego  śmierdzącego  rynsztoka,

w  którym  się  taplamy  do  usranej  śmierci.  Tak,  nienajgorszy…  Może  trzeba

nam więc podziwiać Szymona K.? Może chwalić za odwagę i heroizm?

Co ja bredzę! Sam pan widzi, że już całkiem popuszczam, że już nie mam

nad  sobą  żadnej  kontroli,  że  raz  wygłaszam  tandento-kabotyński  wykład,

a raz plotę, co mi ślina na język przyniesie. Wcale nie jestem dużo lepszy od

tych wszystkich pierdzieli, na których wieszam psy. Jestem nawet gorszy. Bo

stary,  bo  śmierdzę,  śmierdzę  starością,  niedomytymi  nogami  i  dupą,

tłustymi  włosami,  a  nie  mogę  sam  ich  myć,  mam  niesprawne  ręce,  czekam

na  pielęgniarkę,  która  mi  to  robi  raz  w  tygodniu,  ale  zamiast  tego  chętnie

robiłbym  z  nią  „to”,  pan  rozumie…  Pan  się  czerwieni?  Pan  jest  zakłopotany?

Pan nie wie, co powiedzieć? A co pan myśli, że stary człowiek to już nie chce

„tego”?  Chce,  chce  nie  mniej  niż  młody,  może  nawet  bardziej,  bo  wie,  że

żadna  mu  nie  da  i  to  powoduje  w  nim  jeszcze  większe  napięcie.  Szkoda

gadać, proszę pana, szkoda gadać…

Jego  życie  prywatne  znałem  słabo.  O  nic  go  nie  wypytywałem.  Zresztą

żony  i  syna  właściwie  nie  widywałem,  spotkałem  ich  co  najwyżej  dwu-  lub
trzykrotnie.  Dawniejsza  przeszłość?  Nic  o  niej  nie  wiedziałem,  teraz  wiem
jedynie  to,  co  wyczytałem  z  gazet.  Ale  zgodzi  się  pan  ze  mną,  że  te
wszystkie  „teorie”  są  palcem  na  wodzie  pisane?  Mam  dorzucić  swoją?  Mam
dorzucić  swoją  „opinię”?  Few  men  think  yet  all  have  opinions,  jak  powiada
Berkley.  Opinii  o  Szymonie  K.  i  jego  postępkach  mamy  w  bród,  ludzie
kochają  być  sędziami  w  cudzych  sprawach.  Mnie  to  brzydzi.  Zresztą  opinia,
taka  czy  inna,  w  obecnej  sytuacji  jest  pozbawiona  wszelkiego  znaczenia.  Coś
się  stało,  coś  przerażającego.  Nie  wiadomo,  dlaczego  się  stało.  Mamy  za
mało  danych,  żeby  pokusić  się  o  odpowiedź.  Oczywiście  mimo  to  można
mieć  swoją  opinię.  Ale  wypowiada  się  ją  zazwyczaj  wyłącznie  po  to,  żeby
urosnąć  w  oczach  własnych  i  cudzych.  Zabłysnąć  inteligencją,  publicznie
okazać  przenikliwość  umysłu,  jeśli  się  ją  ma.  Dowartościować  się.  To  rodzaj
masturbacji, jeszcze jeden sposób robienia sobie dobrze, z myśleniem nie ma
to  nic  wspólnego,  a  właśnie  myślenia  nam  najbardziej  brakuje.  Lecz  jak

background image

myśleć,  skoro  nie  mamy  w  tej  sprawie,  sprawie  Szymona  K.,  żadnego

punktu oparcia? Jak nadać temu wszystkiemu sens, skoro ze wszystkich stron

otaczają  nas  niewiadome?  Dlatego  nie  pozostaje  nam  nic  innego,  jak
„zajmować  stanowisko”  i  „formułować  opinie”,  czyli  pewnością  siebie

zagłuszyć  chujowo  niekomfortowe  poczucie  niewiedzy…  Po  pańskiej  minie

widzę,  że  moje  słowa  pana  nie  przekonują.  Racja.  Uchylam  się  od

odpowiedzi.  Robię  uniki.  Uciekam  w  ogólne  dywagacje  tam,  gdzie  trzeba

słów  twardych  i  mocnych.  Co  mogę  powiedzieć?  W  swoim  życiu,  długim

życiu,  widziałem  wiele  okropności.  Proszę  pamiętać,  że  urodziłem  się

jeszcze przed wojną. Mój ojciec został zastrzelony w powstaniu warszawskim,

ja  sam  kilkakrotnie  otarłem  się  o  śmierć.  Po  czym,  gdy  już  Niemcy  odeszli,

a  my  sądziliśmy,  że  zapanował  pokój,  przyszli  Sowieci.  Zgwałcili  moją

matkę  –  na  moich  oczach.  Związali  mnie  i  kazali  patrzeć.  To  dopiero

początek,  mógłbym  tak  wymieniać  długo  –  tylko  dlatego,  by  udowodnić

panu,  że  osobiście  dysponuję  ogromnym,  by  tak  rzec,  materiałem

poglądowym  w  zakresie  tego,  co  nazywamy  „tragizmem  ludzkiego  życia”.

Lecz  to,  co  zrobił  Szymon  K.,  jest  nieporównywalne  z  niczym,  co  przeżyłem,

jedyne  w  swoim  rodzaju.  Zresztą  ten  człowiek  zawsze  był  jedyny  w  swoim

rodzaju,  wtedy  i  teraz…  Wierzyłem  w  niego  całym  sercem,  mimo  że  nie
zawsze  mu  to  okazywałem.  Wierzyłem,  że  okaże  się  wyjątkowy...  I  na  swój
sposób,  kurwa,  nie  pomyliłem  się  tak  bardzo…  Okazał  się  przecież
wyjątkowym bydlakiem. Potworem. Gnojem. Gorszym niż zwierzę. Zasługuje
na  śmierć.  Na  tortury  i  śmierć.  Na  tortury,  dożywocie  i  śmierć.  Widzi  pan,
jak  się  trzęsę,  kiedy  o  nim  mówię?  Czego  jeszcze  pan  ode  mnie  chce?
Wyczerpującej „analizy”, bo mam tytuł profesora, cieszę się, jak to się mówi,
społecznym  autorytetem  i  znałem  Szymona  K.?  Tytuły,  uznanie,  autorytet  to
smętne  gówna.  Nic  nie  znaczą.  Zostały  raz  na  zawsze  ośmieszone  przez
moich szanownych kolegów i nic tego nie zmieni. Ja sam również się do tego
przyczyniłem,  ja  sam  jestem  jeszcze  jednym  o-mój-Boże-intelektualistą.
A  Szymona  K.  wcale  dobrze  nie  znałem.  Zresztą  nikt  go  nie  znał.  Możemy
sobie  teraz  wszyscy  wysuwać  hipotezy,  jedną  głupszą  od  drugiej,  i  się
wymądrzać.  Nie  zmienia  to  faktu,  że  nikt  nic  nie  wie.  To  jest  cholernie
wkurwiające,  prawda?  Nie  można  nic  zaradzić.  Nie  mamy  żadnego  punktu
zaczepienia.  Zero.  Null.  To  jak  stosunek  przerywany.  Ruchasz,  ruchasz,  a  na
końcu musisz wyjąć  i jeszcze wciągnąć  wszystko do środka.  To boli. Bolą  jaja

background image

jak  cholera.  Nie  mówiąc  o  tym,  że  zostajesz  pozbawiony  orgazmu,  czyli

uczucia  przyjemności,  jakie  daje  dobrze  wykonana  robota  –  w  tym  wypadku

dobrze  opowiedziane  dzieje  pewnego  życia,  posiadające  czytelny  początek,
rozwinięcie i zakończenie, poprowadzone po bożemu, jak się należy, zgodnie

z obowiązującymi regułami biografistyki. A tutaj dysponujemy od biedy tylko

środkiem,  zresztą  i  tak  dziurawym.  Mało  tego:  substytutem  środka.

O  początkach  historii  Szymona  K.  nie  wiemy  nic,  a  zakończenie,  jak

większość z nas przypuszcza, dopiero przed nami. Zresztą mnie już wszystko

jedno.  Teraz  już  mi  naprawdę  wszystko  jedno.  Mam  ponad  dziewięćdziesiąt

lat.  Czekam  na  usraną  śmierć.  Śmierć  się  spóźnia.  W  końcu  sobie  o  mnie

przypomni.  I  wtedy  nareszcie  będzie  po  wszystkim.  Wtedy  powiem  życiu:

„Mam  cię  w  dupie,  już  nic  mi  nie  możesz  zrobić”.  Niech  pan  już  więcej  mnie

nie nachodzi.

background image

B

Więcej na: www.ebook4all.pl

6

ył  to  węzeł  rzadkiego  rodzaju,  marynarski.  Zdradzał  doświadczenie

człowieka,  który  w  przeszłości  musiał  często  przebywać  na  morzu,

lina  była  jednak  zwyczajna,  kupiona  w  Castoramie,  jak  gdyby

sprawca  chciał  w  ten  sposób  odwrócić  uwagę  od  zręczności,  z  jaką  zrobił
węzeł.  Dało  to  początek  wielu  spekulacjom,  również  w  środkach  masowego
przekazu,  które  zaczęły  poświęcać  tej  sprawie  coraz  więcej  uwagi.  Były  to
najczęściej  dywagacje  całkowicie  pozbawione  wartości.  Dziennikarze  zaczęli
rozgrzebywać  przeszłość  ludzi,  których  ta  sprawa  dotyczyła,  w  nadziei,  że
znajdą  tam  coś,  co  przeoczyła  policja,  a  co,  jak  chełpliwie  zapowiadali,
mogło się okazać kluczem do rozwiązania zagadki. Wobec ofiar wykazywano
początkowo  ogromne  współczucie.  Podkreślano  precyzję  zabójcy,  jak  gdyby
miano  do  czynienia  nie  z  człowiekiem,  lecz  pozbawioną  uczuć  maszyną.
Mówiono  o  „bestii”,  „potworze”,  „kacie”,  „zwyrodnialcu  bez  zasad”,
„sadyście”, 

„monstrum”. 

Pod 

adresem 

policji 

padały 

oskarżenia

o  nieudolność  i  opieszałość.  Na  specjalnie  utworzonych  forach  internauci
zastanawiali  się  nad  pobudkami  sprawcy,  tworząc  rozbudowane  scenariusze
zbrodni,  całkowicie  pozbawione  logiki.  Mimo  to  policjanci,  z  braku  innych
pomysłów,  śledzili  te  dyskusje,  było  przecież  najzupełniej  możliwe,  że
incognito  uczestniczy  w  nich  również  sprawca.  W  końcu  historia
kryminalistyki  notowała  przypadki  seryjnych  morderców,  którzy  nadmiernie

background image

ufając  własnemu  sprytowi,  mimowolnie  zostawiali  znaki,  dzięki  którym

można  ich  było  później  namierzyć.  Jednak  tutaj  takich  nie  znajdowano.

Zresztą  po  pewnym  czasie  inwencja  dziennikarzy  i  internautów  się
wyczerpała,  w  zamian  rosła  frustracja.  Ton  wypowiedzi  uległ  zmianie,  teraz

wszystkim zależało na tym, by odkryć jakieś brudy w życiu zamordowanych,

jak  gdyby  mogło  to  stanowić  usprawiedliwienie  dla  okrucieństwa  sprawcy.

Dziennikarze  znów  ruszyli  w  pogoń  –  rozmawiali  z  osobami,  które  znały

ofiary,  z  ich  sąsiadami,  współpracownikami,  znajomymi;  drobiazgowo

roztrząsali  najdrobniejsze  epizody  z  życia  zmarłych.  Częstym  obiektem

szyderstw  były  dziwactwa  Kazimierza  K.  i  jego  tryb  życia.  Helenę  K.

pośmiertnie  skarcono  za  „młodzieńczy  wyskok”,  nieślubne  dziecko

i  uniemożliwienie  synowi  kontaktów  z  ojcem.  Samego  Mateusza  nazwano

„niedojdą”,  mężczyzną  niepotrafiącym  zapewnić  swojej  rodzinie  „godziwego

życia”.  Ośmieszono  Mariannę  M.,  określając  ją  publicznie  jako  uosobienie

stereotypu „wrednej teściowej”, która bez ustanku ingerowała w życie swych

dorosłych  dzieci  i  ich  rodzin.  Marzenie  i  Jarosławowi  M.  dostało  się  za

emocjonalne  uzależnienie  od  rodziców  i  –  jak  gdyby  to  była  ich  wina  –

bezdzietność,  a  Januszowi  W.  za  liczne  „skoki  w  bok”.  Dziennikarze  dotarli

nawet do trzech kobiet, z którymi w ostatnim czasie równolegle utrzymywał
stosunki  pozamałżeńskie.  Każda  z  nich  z  pełnym  przekonaniem  twierdziła,
jakoby  „Janusz  był  nieszczęśliwy  w  małżeństwie  i  zamierzał  się  rozwieść
z  żoną”.  Nie  oszczędzono  nawet  ostatniej  ofiary,  Anity  W.,  tej  „zdziwaczałej
lekomanki  cierpiącej  na  nieuleczalną  nerwicę  natręctw”,  której  „oziębłość
seksualna  stawia  poczynania  jej  małżonka  w  zupełnie  innym  świetle”.  „Czy
można  się  dziwić  –  pytano  –  że  ów  nieszczęśliwy  mężczyzna  szukał
wytchnienia  od  zmartwień  dnia  codziennego  w  czułych  ramionach  innych
kobiet?”  Słuchając  tego  wszystkiego,  odnosiło  się  nieomal  wrażenie,  że
ofiary zabójstw same są winne swojej śmierci; że poniosły zasłużoną karę za
„niecne  postępki”,  jakich  się  rzekomo  dopuściły  w  bliżej  nieokreślonej
przeszłości;  że  morderca,  owszem,  popełnił  „straszliwe  czyny”,  lecz  przecież
jest  rzeczą  niewyobrażalną,  by  robił  to  bez  wyraźnego  powodu.  Pozostawało
tylko  ten  powód  znaleźć,  to  znaczy  wykazać,  że  zamordowane  osoby  miały
na  sumieniu  „coś  potwornego”,  coś,  za  co  należał  im  się  „najwyższy  wymiar
kary”.  Nie  brakowało  zatem  głosów,  że  nieznany  sprawca  morderstw  to
okrutny,  lecz  i  w  gruncie  rzeczy  „sprawiedliwy  mściciel”  za  grzechy,  które

background image

cała rodzina rzekomo miała na swoim sumieniu. Tej ostatniej możliwości nie

wykluczała  zresztą  i  policja.  W  końcu  –  tak  niekiedy  argumentowano  –  krąg

ofiar  był  zamknięty  i  dokładnie  określony,  należeli  do  niego  wszyscy
członkowie  wymienionych  rodzin,  od  najstarszych  do  najmłodszych,  co

wskazywało,  że  w  przekonaniu  sprawcy  wszyscy  oni  muszą  zostać

„wyeliminowani”.  Pytanie,  z  jakiego  powodu?  Co  mieli  ze  sobą  wspólnego,

poza  pokrewieństwem,  zresztą  dość  odległym,  osiemnastoletnia  Wioletta  W.

i osiemdziesięcioletni Kazimierz K.?  Wielokrotnie przeprowadzano rozmowy

Alicją 

K., 

byłą 

żoną 

Kazimierza, 

oraz 

jej 

synową 

Agatą

i  dwudziestodwuletnim  wnukiem  Michałem,  ostatnimi  żyjącymi  członkami

rodziny.  Wciąż  proszono  ich,  by  opowiadali  wszystko,  co  pamiętają

z  przeszłości,  obojętnie  w  związku  z  czym  i  kim.  Wyłapywano  najdrobniejsze

szczegóły  ich  relacji,  drobiazgowo  sprawdzając,  czy  mają  jakiś  związek  ze

sprawą.  Bez  skutku.  Sprawdzano  także  ludzi,  którzy  mogli  żywić  jakąś

zadawnioną urazę do zamordowanych, takich oczywiście nie brakowało, lecz

żaden  nie  wpisywał  się  w  profil  sprawcy.  Może  jednak  –  pytano  –  któryś

z  nich  wynajął  zawodowego  mordercę,  co  biorąc  pod  uwagę  biegłość,  z  jaką

dokonywano zabójstw, było bardzo prawdopodobne? Jednak i tej hipotezy nie

udało  się  całkowicie  potwierdzić.  Imię  Szymona  padało  w  opowieściach
Alicji  K.  i  Agaty  K.  dość  często,  w  pewnym  momencie  zaczęto  się  nawet
poważnie  zastanawiać,  czy  jego  zaginięcie  siedemnaście  lat  wcześniej  nie
stanowiło  swoistego  preludium  do  tej  –  również  i  takie  sformułowania  dało
się  czasami  słyszeć  –  „symfonii  grozy”.  Czyżby  Szymon  K.  był  pierwszą
ofiarą  mordercy?  Ale  dlaczego  między  jego  domniemaną  śmiercią
a  pozostałymi  zabójstwami  musiało  upłynąć  tak  wiele  lat?  Od  razu
wykluczono  motyw  rabunkowy.  Było  pewne,  że  podstawową  rolę  odgrywały
w  tej  sprawie  ogromne  i  zagadkowe  emocje,  z  drugiej  strony  morderca
zawsze  zabijał  w  sposób  możliwie  bezbolesny,  nieomal  laboratoryjnie
obojętny.  Zachowywał  się  jak  ktoś,  kto  po  prostu  sprząta,  kto  robi  tylko  to,
co w swym przekonaniu zmuszony jest robić.

Ponieważ  nie  było  odpowiedzi  na  te  wszystkie  pytania,  pozostawało

jedynie wzmóc ochronę policyjną Alicji K., Agaty K. i Michała K. tak, aby nie
spłoszyć  sprawcy,  który  bez  wątpienia  czaił  się  gdzieś  w  pobliżu.  Alicja  K.
mieszkała  samotnie  w  bloku  nieopodal  domu  byłego  męża.  Nie  chciała
przenieść  się  do  synowej  i  wnuka  („Starych  drzew  się  nie  przesadza”  –

background image

odpowiadała  z  rezygnacją  przekonującym  ją  do  tego  kroku  komisarzom).

Toteż  wyznaczono  dwóch  policjantów,  którzy  z  ukrycia  obserwowali  okolicę

dniem  i  nocą.  W  razie  sytuacji  zagrażającej  życiu  Alicji  K.  lub  ich  własnemu
mieli  pozwolenie  na  użycie  broni.  Takie  same  wytyczne  otrzymali

funkcjonariusze  chroniący  lubelskie  mieszkanie  Agaty  i  Michała  K.  Całej

trójce  radzono  nie  opuszczać  domu  bez  potrzeby,  ograniczyć  kontakty

towarzyskie  i  niezwłocznie  informować  o  wszystkim,  co  wyda  im  się

podejrzane.  Posunięto  się  nawet  do  tego,  że  w  obu  mieszkaniach

zainstalowano podsłuch, w tajemnicy przed lokatorami.

Nad  tymi  rutynowymi  działaniami  policji  bezpośrednią  kontrolę

sprawował  inspektor  Nowicki.  Od  incydentu  w  szpitalu  nie  obarczał

Bliźniaków  żadnymi  dodatkowymi  obowiązkami,  przeczuwając,  że  zaczyna

się  z  nimi  dziać  coś,  co  być  może  posunie  śledztwo  naprzód.  Co  prawda

sygnały  były  dość  słabe,  a  rezultat  niepewny.  Poza  tym  Adam  szybko

przerwał  trans  brata,  tłumacząc  później,  że  przestraszył  się  gwałtowności,

z  jaką  po  wielu  miesiącach  bezowocnych  wysiłków  Łukasz  zaczął  się

przeistaczać  w  ofiarę  mordercy.  Takie  raptowne  transformacje  były  bardzo

niebezpieczne,  groziły  osunięciem  się  w  stany,  z  których  już  się  nie  wraca.

Łukasz dosłownie w ciągu minuty stał się Anitą W., kobietą nagą, wiszącą na
gałęzi  drzewa  w  mroźną  zimową  noc,  do  góry  nogami,  w  samym  środku
lasu,  całkowicie  wydaną  na  łaskę  mordercy,  w  zadziwiający  sposób
pozbawioną  woli,  a  nawet  –  co  było  bardzo  zastanawiające  –  całkowicie
pogodzoną  ze  swoim  położeniem.  Co  więcej,  czerpiącą  z  tego  dziwną
satysfakcję,  było  przecież  jasne,  że  podniecenie  seksualne,  jakie  Łukasz
zaczął  odczuwać  w  stosunku  do  „lekarza”,  powstało  po  prostu  na  skutek
przeniesienia  i  pierwotnie  zostało  wywołane  obecnością  nieznajomego
mężczyzny.  Nikt  nie  spodziewał  się  podobnego  obrotu  sprawy.  Przerażenie,
owszem.  Ale  podniecenie?  To  nie  miało  najmniejszego  sensu.  Jedyną
korzyścią  był  trop,  jaki  dzięki  temu  zdołano  podchwycić,  wątły,  mimo  to
wyczuwalny.  Łukasz  wyraźnie  ujrzał  sylwetkę  sprawcy,  a  przede  wszystkim
wychwycił 

rytm 

jego 

emocji, 

oscylujących 

między 

wesołością

a  przygnębieniem,  ekscytacją  i  obojętnością,  których  tłem  był  –  co  do  tego
Łukasz  miał  tym  większą  pewność,  im  częściej  powracał  do  tamtej  chwili  –
lodowaty  gniew.  „Gniew?”  –  dopytywał  się  później  Nowicki.  „Wesołość,
przygnębienie, ekscytacja, obojętność – to rozumiem. Ale kto dzisiaj morduje

background image

z  gniewu?  Zabija  się  dla  uciechy,  pod  wpływem  irytacji,  rozdrażnienia,

niekontrolowanego  impulsu  czy  po  prostu,  żeby  rozładować  napięcie.  Pałać

gniewem,  jak  to  kiedyś  się  mówiło?  To  jakieś  dziewiętnastowieczne”.

jednak 

uwagą 

notował 

wszystko, 

co 

usłyszał 

od 

Łukasza

Szymanowskiego,  ostatecznie  bracia  mylili  się  rzadko.  Bywało,  że  nie

rozumieli  tego,  co  odczuwają,  mimo  to  ich  intuicje  okazywały  się  zazwyczaj

trafne.  Dlatego  i  tym  razem  nie  należało  ich  lekceważyć,  nawet  jeśli

czerwona  kurtka  w  rozmiarze  M,  ślady  butów  o  numerze  czterdzieści  trzy,

latarka,  lina  i  garść  nieukierunkowanych  emocji  były  wszystkim,  co  zdołano

zebrać po prawie roku śledztwa.

Dwudziestego  drugiego  grudnia  około  trzynastej  trzydzieści  Alicja  K.

usłyszała  dzwonek.  Odłożyła  gazetę  i  żwawo  podeszła  do  drzwi

w  przekonaniu,  że  to  sąsiadka,  która  obiecała  jej  upiec  ciasto  na  święta.

Tymczasem  za  drzwiami  stał  żul,  brudny,  śmierdzący,  w  łachmanach.  Miał

garb,  opierał  się  na  grubym  kiju.  Czoło  i  oczy  zakrywały  przetłuszczone

kosmyki  włosów,  nie  było  widać  twarzy.  Przed  chwilą  musiał  szperać

w  śmietniku  osiedlowym,  z  plastikowych  toreb  dochodził  zapach  wilgoci,

pleśni  i  zgnilizny.  Bełkocząc,  poprosił  o  pieniądze.  „Pieniędzy  panu  nie  dam

–  odparła  uprzejmie,  jak  to  miała  zawsze  w  zwyczaju,  Alicja  K.  –  Ale  mogę
dać  coś  do  zjedzenia,  proszę  zaczekać”.  Pozostawiwszy  drzwi  otwarte,
ruszyła  do  kuchni.  Nie  chciała  odprawić  człowieka  z  pustymi  rękami,
z  lodówki  wyciągnęła  wędzone  ryby,  jogurt  truskawkowy  i  ser.  Kiedy  je
pakowała  do  foliowej  torby,  dobiegł  ją  odgłos  zamykanych  drzwi
i  przekręcanego  zamka.  Odwróciła  się  raptownie.  Nieznajomy  patrzył  jej
prosto  w  oczy,  wyprostowany,  garb  nagle  znikł.  Odłożył  kij,  rozejrzał  się
wokół,  jakby  chciał  sobie  coś  przypomnieć.  Alicja  K.  znieruchomiała.
Z  torby,  do  której  pakowała  jedzenie,  wypadł  jogurt.  Pudełko  pękło,  po
kuchni  rozszedł  się  zapach  truskawek.  „Pamiętasz  –  usłyszała  dawno
niesłyszany  głos  –  jak  bardzo  lubiłem  dawniej  truskawki?”  Zrobiło  się  jej
słabo,  czuła,  że  osuwa  się  na  podłogę  i  że  przytrzymuje  ją  czyjeś  ramię.
Ocknęła  się  już  na  kanapie,  z  lewą  ręką  przywiązaną  do  drewnianego
oparcia  i  zakneblowanymi  ustami.  Na  plecach,  pod  prawą  łopatką,
delikatnie  piekła  ją  skóra,  jakby  przykładano  tam  żelazko,  ale  niezbyt
gorące.  Przy  stole  siedział  Szymon  i  obojętnie  rozglądał  się  po  pokoju,
pogryzając  wolno  orzeszki  ziemne  świeżo  dosypane  zeszłego  wieczoru  do

background image

misy  na  stole.  „Ciągle  je  lubię,  truskawek  już  nie,  odzwyczaiłem  się”  –

powiedział  bardzo  cicho,  ni  to  do  siebie,  ni  to  do  leżącej  obok  matki.  Alicja

K. patrzyła na syna w osłupieniu, zesztywniała. Kiedy orzeszki się skończyły,
Szymon  poszedł  do  kuchni  po  wodę,  zachciało  mu  się  pić.  Ze  szklanką

w ręku niespiesznie obszedł pozostałe pokoje. W sypialni, przy oknie, matka

trzymała  kilkanaście  zdjęć  z  różnych  okresów  życia  Szymona.  Na  jednym,

o  wyblakłych  już  kolorach,  był  małym  chłopcem,  może  pięcioletnim.

Zawadiacko  wpatrywał  się  w  obiektyw  aparatu,  jego  roziskrzone  oczy

zdawały  się  mówić:  „No  i  co  z  tego?”.  Na  innym  zdjęciu  miał  kilka  lat

więcej.  W  gorący  letni  dzień  stał  w  samych  tylko  majtkach  przy  rowerze,

roześmiany,  w  pozie  kulturysty.  Kolejna  fotografia  ukazywała  go  siedzącego

przy  biurku  i  obłożonego  książkami.  Po  twarzy  błąkał  się  niewyraźny

uśmiech,  długie  włosy  opadały  na  usiane  czerwonymi  wypryskami  czoło.

„Ile  miałem  wtedy  lat?  –  pomyślał  Szymon.  –  Czternaście?  Piętnaście?

Szesnaście?”  Rósł  na  tych  zdjęciach,  zmieniał  się,  mężniał.  Z  czasem  u  jego

boku  zaczęła  się  pojawiać  Agata,  najpierw  jako  dziewczyna,  potem  żona.

Wspólne  święta  Bożego  Narodzenia,  u  teściów,  wspólne  wakacje  nad

Bałtykiem.  Kolejny  przeskok  i  oto  pojawia  się  Michał.  Ostatnia  fotografia,

na  samym  dole,  ukazywała  ich  troje  razem,  przytulonych  do  siebie.  Na
tylnym  planie  połyskiwało  jezioro.  „Kto  nam  wtedy  zrobił  to  zdjęcie?
Romek?  Gosia?”  Szymon  dopił  wodę  i  machinalnie  odstawił  szklankę  na
półkę,  obok  ostatniej  fotografii.  Wrócił  do  pokoju,  w  którym  leżała  matka.
Wydawało się, że zasnęła, lecz kiedy usłyszała kroki, zaczęła drżeć na całym
ciele.  Równocześnie  dawała  Szymonowi  znaki  oczami,  a  kiedy  to  nie
pomogło,  z  wielkim  wysiłkiem,  pocąc  się,  dobywała  z  siebie  niezrozumiałe,
głuche  dźwięki.  Ze  znalezionego  na  stole  zeszytu  Szymon  wyrwał  kartkę
i  razem  z  ołówkiem  podał  matce.  „Pisz”  –  powiedział  cicho.  Leżąc,  trudno
było  jej  pisać,  więc  na  półkach  Szymon  wyszukał  cienką  książkę  w  sztywnej
okładce  i  wręczył  matce  jako  podkładkę.  Wolną  prawą  ręką  nabazgrała:
„synku  co  ty  robisz  synku  najdroższy  to  wszystko  ty…”.  Szymon  pochylił  się
i  odpisał  na  kolanie:  „po  prostu  zaśniesz  tyle  mogę  ci  dać”.  Przeczytawszy
to,  zbladła  jeszcze  bardziej,  chciała  może  coś  dodać,  ale  Szymon  już  jej  nie
pozwolił.  Wiedział,  że  najdalej  za  pół  godziny  zacznie  robić  się  jej  zimno.
Przyniósł  z  sypialni  kołdrę,  przykrył  matkę  od  stóp  aż  po  szyję.  Jeszcze  raz
sięgnął  po  kartkę:  „kiwnij  głową  że  jesteś  dobrze  przykryta”.  Kiwnęła

background image

ostrożnie,  nie  wiedząc,  czego  się  spodziewać.  „A  więc  jesteś  dobrze

przykryta…”  –  wyszeptał,  prawie  niezrozumiale,  lekko  się  przy  tym

uśmiechając,  ni  to  złośliwie,  ni  to  smutno,  jak  gdyby  znów  coś  sobie  chciał
przypomnieć. Lecz jeśli  o czymś myślał,  trwało to nie dłużej  niż sekundę,  bo

już  po  chwili  zmiął  kartkę,  zjadł  ją,  następnie  podszedł  do  regału  i  wyjął

stamtąd  album  ukazujący  stare  zabytki  Rzymu.  Pamiętał  tę  książkę,  być

może  nawet  sam  ją  podarował  kiedyś  matce.  Usiadł  w  fotelu,  zaczął

przyglądać  się  fotografiom  miasta.  Od  czasu  do  czasu  spoglądał  na  matkę.

Słabła,  pociła  się,  traciła  przytomność,  to  znów  przychodziła  do  siebie,  na

krótko.  Wstrząsały  nią  coraz  silniejsze  dreszcze.  Trwało  to  około  trzech

godzin,  po  czym  zasnęła  na  dobre.  Szymon  wiedział,  że  matka  już  się  nie

obudzi,  jej  głowa  bezwładnie  opadała  na  bok,  prawa  ręka  spoczywała  na

piersi.  Nie  było  nic  więcej  do  roboty,  mimo  to  Szymon  K.  został  jeszcze

trochę  i  dokończył  oglądanie  albumu.  Kilkakrotnie  zadzwonił  telefon,  na

wyświetlaczu  pojawiła  się  „Agata”.  Kiedy  zaczął  się  ubierać  do  wyjścia,  na

dworze  było  już  ciemno.  „Dobrze  przykryta”  –  powiedział  do  siebie,

nakładając  buty.  Zanim  opuścił  mieszkanie,  powtórzył  to  dwa  razy,

nienaturalnie głośno.

Policjanci 

obserwujący 

mieszkanie 

Anity 

K. 

tłumaczyli 

później

Nowickiemu,  że  żul  nie  wzbudził  ich  podejrzeń,  ponieważ  z  niczym  się  nie
krył.  Zauważyli  go  około  południa.  Doczłapał  się  do  śmietnika  i  grzebał
w  nim  przynajmniej  godzinę.  Nie  przyglądali  mu  się  dokładnie,  przecież  ich
zadaniem  było  pilnować  bezpieczeństwa  Anity  K.  Poza  tym  –  do  tego  jednak
już  się  nie  przyznali  –  byli  zajęci  obserwowaniem  pewnego  człowieka
w  samochodzie,  mieszkańca  bloku,  który  najpierw  wysypywał  gołębiom  na
jezdnię  trochę  rozkruszonego  chleba,  a  kiedy  te  gromadnie  podlatywały
i  siadały  na  asfalcie,  gwałtownie  ruszał  naprzód  i  miażdżył  kołami  po  dwie
lub  trzy  sztuki  naraz.  Powtarzało  się  to  kilkakrotnie,  wreszcie  gołębie
połapały  się,  o  co  chodzi  i  odleciały,  reszta  dogorywała  na  jezdni.  „Tak  –
mówili  zgodnie  policjanci  –  żul  coś  do  siebie  bez  przerwy  mamrotał,  jak  to
żul,  wie  pan,  szefie,  nic  specjalnego”.  Kiedy  znajdował  niedopitą  puszkę
piwa,  opróżniał  jej  zawartość  do  samego  końca.  Czasami  zagryzał  resztkami
jedzenia,  na  pół  spleśniałego.  („Nawet  świni  by  pan  tego  nie  dał,  szefie,  co
on  tam  wpierdalał”).  Do  worka,  który  przerzucił  sobie  przez  ramię,  wrzucił
uszkodzone  koło  od  dziecięcego  roweru,  stare  buty,  zawilgocone  gazety

background image

i  kilka  puszek  po  coca-coli.  Zataczał  się,  bełkotał.  Raz  albo  dwa  oddał  mocz

przy  rosnącym  obok  krzaku  głogu.  Musiał  się  przy  tym  boleśnie  pokłuć,  bo

głośno zaklął i zaczął energicznie rozcierać sobie wierzch dłoni. Wyjął nawet
małą  buteleczkę,  chcąc  zapewne  odkazić  rany,  jednak  w  ostatnim  momencie

najwyraźniej  zmienił  zdanie  i  po  prostu  wypił  duszkiem  całą  jej  zawartość.

Potem  skierował  się  do  trzeciej  od  końca  klatki  schodowej.  Co  prawda  nie

prowadziła  ona  do  mieszkania  Alicji  K.,  lecz  pilnujący  jej  policjanci  nie

wiedzieli,  że  z  każdej  klatki  można  zejść  do  piwnicy  rozciągającej  się  pod

całym  blokiem.  Korytarzem  przechodziło  się  swobodnie  z  jednego  krańca

budynku na drugi, z zewnątrz pozostając niezauważonym. Tak właśnie musiał

zrobić  sprawca,  który  dostał  się  do  mieszkania  Alicji  K.  Podsłuch  nie  zdał

egzaminu. 

Policjantka 

pełniąca 

dyżur 

tego 

popołudnia 

stwierdziła

wprawdzie, że słyszała rozmowę między Alicją K. a jakimś mężczyzną, który

bełkotliwie  prosił  o  pieniądze,  jednak  rozmowa  nie  wzbudziła  jej  niepokoju.

Potem  zaś,  co  uczciwie  przyznała,  nie  zastanawiała  się,  co  się  stało  i  skąd

w  mieszkaniu  pojawił  się  nagle  męski  głos  mówiący:  „Ciągle  je  lubię”.

„Chyba myślałam, że to z telewizora” – dodała później. Oprócz tego pojawiła

się  jeszcze  tylko  jedna  fraza  –  „Dobrze  przykryta”  –  powtórzona  dwukrotnie

i  w  podobnej  formie  wypowiedziana  prawdopodobnie  również  nieco
wcześniej – czego  nie dało się  jednoznacznie potwierdzić, ponieważ  nagranie
było chwilami dość niewyraźne.

Nowicki  bezzwłocznie  kazał  ściągnąć  Bliźniaków.  Nie  byli  ostatnio

w  dobrej  formie.  Śledztwo  wyczerpywało  ich.  Adam  Szymanowski  wyglądał
trochę  lepiej,  ale  Łukasz  miał  pod  oczami  ogromne  wory,  a  skóra  na  jego
wychudzonej  szyi  układała  się  w  obwisłe  fałdy.  Do  mieszkania  Alicji  K.
wszedł  wsparty  na  ramieniu  brata.  Było  im  trudno  poruszać  się  w  ten
sposób,  ponieważ  obaj  dodatkowo  wykonywali  jeszcze  mnóstwo  innych
ruchów  ciałem,  jak  gdyby  idąc,  próbowali  równocześnie  tańczyć  coś,  co
przypominało  argentyńskie  tango.  Wyrzucali  przed  siebie  pałąkowate  nogi,
po  czym  zatrzymywali  się  w  pół  kroku,  by  nagle  wykonać  gwałtowny
półobrót i niemal nie odrywając stóp od ziemi, przemieścić się metr lub dwa
dalej,  w  przeciwnym  kierunku  niż  ten,  w  którym  wcześniej  zmierzali.
Nowicki,  zmuszony  co  chwila  przystawać  i  czekać  na  nich,  nerwowo  ruszał
szczęką, wydawało się, że zaraz wybuchnie.

W  mieszkaniu  Alicji  K.  Bliźniacy  nie  zajmowali  się  niczym  szczególnym.

background image

Zdawało  się,  że  przede  wszystkim  są  pochłonięci  przedrzeźnianiem  gestów

i  min  innych  osób.  Nie  oszczędzili  nawet  inspektora.  Wszyscy  wiedzieli,  że

w  chwilach  zdenerwowania  delikatnie  drgał  mu  prawy  policzek,  tak  było
i  teraz.  Łukasz  Szymanowski  automatycznie  to  podchwycił  i  równocześnie

wzmocnił,  jego  policzek  rytmicznie  wykrzywiał  się  ni  to  w  szyderczym

uśmiechu, ni to przerażeniu, ni to irytacji. W końcu, w nagłym paroksyzmie,

wszystkie  te  uczucia  eksplodowały  w  jedno,  nadając  twarzy  Łukasza  upiorny

wyraz  ogarniętego  obłędem  robota.  Nowicki  ostatkiem  sił  powstrzymał  się

od  zrugania  braci.  Przecież  doskonale  zdawał  sobie  sprawę,  że  za  ich

zachowaniem  nie  stała  złośliwość.  Jak  wszyscy  tourettycy  robili  to

mimowolnie,  powodowani  zagadkowym  przymusem,  nad  którym  nie  mieli

kontroli.  Zresztą  dzięki  temu  zaczęli  pracować  w  policji  –  pewnego  dnia

zgarnięto  ich  za  obrazę  policjanta  zirytowanego  tym,  że  podczas  rutynowej

kontroli  dokumentów  pojazdu  obaj  zaczęli  go  na  wyścigi  przedrzeźniać.

Przychodziło  im  to  bez  trudu,  ponieważ  policjant  miał  powierzchowność

bardzo  wyrazistą  –  delikatną,  wręcz  kobiecą.  Kobiecość  ta,  dodatkowo

przejaskrawiona zachowaniem Bliźniaków, mogła przywoływać na myśl geja,

i właśnie tak odebrał to policjant, z oczywistych względów wyczulony na tym

punkcie.  Po  krótkiej  wymianie  zdań  odstawił  obu  braci  na  komisariat.  Tam,
idąc  korytarzem,  natknęli  się  na  dwóch  potężnie  zbudowanych  mężczyzn
prowadzonych na przesłuchanie. Mijając ich, wpadli w niekontrolowany trans
mimetyczny,  zaczęli  gwałtowanie  naśladować  kanciaste  ruchy  mężczyzn,  po
czym  Łukasz,  jakby  przestając  rozpoznawać  Adama,  rzucił  się  na  niego
z  pięściami.  Pół  komisariatu,  w  tym  inspektor  Nowicki,  który  akurat  szedł
po  kawę,  patrzyło  na  tę  niecodzienną  scenę  z  mieszaniną  rozbawienia
i  osłupienia.  Bo  oto  wszyscy  zdali  sobie  sprawę,  że  bracia  naśladują
mijanych  mężczyzn,  a  zarazem  –  co  nagle  też  stało  się  jasne  –  rekonstruują
przebieg  zdarzeń,  które  doprowadziły  do  ich  aresztowania,  czyli  bójkę.
Bliźniacy nic nie mogli o niej wiedzieć, przecież pojawili się na komisariacie
niedawno, jednak za sprawą swych zagadkowych umiejętności niejako weszli
w tożsamość aresztowanych i ciałem opowiedzieli ich historię. Po kilkunastu
sekundach  braci  rozdzielono,  wyrwani  z  transu  patrzyli  na  siebie
nieobecnym  wzrokiem,  dziwiąc  się,  skąd  na  ich  twarzach  i  rękach  bolesne
zadrapania.  Po  tym  zdarzeniu  inspektor,  powodowany  niejasną  intuicją,
postarał  się  o  ich  zatrudnienie,  wykorzystując  w  tym  celu  swoją  wysoką

background image

pozycję i autorytet, jakim się od lat cieszył. Intuicja była trafna, już po dwóch

miesiącach  Bliźniacy  doprowadzili  do  schwytania  nekrofila,  który  od  dawna

wykopywał  świeże  zwłoki  na  lubelskich  cmentarzach.  Odbywał  z  nimi
stosunki seksualne, a na koniec bestialsko kaleczył tak, że z wielkim trudem

można  je  później  było  zidentyfikować.  Bracia  uporali  się  z  tą  sprawą

w  prosty  sposób:  Łukasz  Szymanowski  zapadł  w  śpiączkę  i  pod  nazwiskiem

Julii  Pieszak  pochowano  go  w  usypanym  specjalnie  na  tę  okazję  fikcyjnym

grobie, do którego ukradkiem doprowadzano świeże powietrze. Gdy nekrofil

odkopał  trumnę,  a  następnie  rozbił  łomem  jej  wieko  i  w  podnieceniu  zabrał

się  do  rozbierania  zwłok,  Łukasz  Szymanowski  otworzył  oczy,  przystawiając

mu  pistolet  do  głowy.  Sprawcą,  który  pod  wpływem  przerażenia  i  szoku

tamtej  nocy  popadł  w  stan  trwałej  katatonii,  okazał  się  Roman  C.,  stary

pracownik  cmentarza,  ceniony  za  sumienność  i  wyjątkowo  spokojne

usposobienie.  Potem  przyszło  wiele  innych  spraw:  nożownicy,  podpalacze,

gwałciciele,  słowem  cały  szereg  morderców,  psychopatów,  zboczeńców.

Zdarzali  się  nawet,  choć  rzadko,  złodzieje,  ci  najbardziej  przebiegli,  od

dawna  drwiący  sobie  z  wysiłków  policji.  Aż  dotąd,  kiedy  to  w  rozmaitych

okolicznościach  zginęło  kilkanaście  osób  i  żadnej  śmierci  nie  potrafiono

zapobiec, nie zdarzył się przypadek, by Bliźniacy zawiedli.

Po  zabójstwie  Alicji  K.  przy  życiu  pozostały  tylko  dwie  osoby:  Agata  K.

i  jej  syn  Michał.  Dla  każdego  było  jasne,  że  jeśli  nie  uda  się  ich  ochronić,
krąg  morderstw  zostanie  zamknięty,  a  morderca  zrealizuje  swój  plan.  Toteż
niewiele  było  rozmów  tego  wieczoru  w  mieszkaniu  Alicji  K.  Wszyscy,  nawet
najbardziej  doświadczeni  funkcjonariusze  milczeli  przygnębieni  i  w  takiej
właśnie atmosferze pojawili się bracia, wezwani przez inspektora na miejsce
zbrodni.  Zdążyli  już  obejść  prawie  wszystkie  pomieszczenia,  została  im
jedynie  sypialnia.  Stanęli  przy  oknie,  kiedy  inspektor  dostrzegł  niedopitą
szklankę wody pozostawioną na półce. „Nie mamy pewności – powiedział po
chwili  –  ale  może  to  on  z  niej  pił?  I  pijąc,  patrzył  na  zdjęcia?  Trzeba  to
sprawdzić,  chłopcy,  nie  ruszajcie  tego  bez  rękawiczek,  mogą  być  tu  odci…”  –
nie zdążył dokończyć  zdania, gdy Adam  bez zastanowienia chwycił  szklankę,
a  kiedy,  chcąc  się  napić,  dotknął  wargami  szkła,  poczuł,  że  drętwieją  mu
usta,  jakby  dotknięte  nagłym  paraliżem.  Uczucie  było  tak  silne,  że  od  razu
odrzucił przedmiot byle  dalej od siebie.  Sypialnię wypełnił brzęk  tłuczonego
szkła,  inspektor  zaklął:  „Co  ty  mi  tu  kur…”,  lecz  wtedy  Adam  runął  na

background image

podłogę  i  znieruchomiał.  Trwało  to  kilkanaście  sekund,  nie  dłużej.  Potem

wybełkotał:  „To  było…  jak  wtedy…  To  było,  jak…  kiedy  mieliśmy  tę  zapaść,

Łukasz”.  „Coś  widziałeś?!  Coś  widziałeś?!”  –  pytał  go  nerwowo  brat,
podtrzymując jego bezwładną  głowę. „Nie wiem… Nie  wiem… Nie  wiem…”.

Zapadła  cisza,  z  pozostałych  pomieszczeń  zbiegli  się  policjanci,  Nowicki

gestem  powstrzymał  ich,  by  nie  wchodzili  do  sypialni.  „Nie  wiem…  wydało

mi  się,  to  był  taki  błysk…  taka  jasność  nagle…  byłem…  byłem…  byłem…

tym,  który…  który  ogląda  te  zdjęcia  na  półce…  Ogląda,  ogląda  i  widzi  na

nich… siebie…”

 

Relacja Moniki B.

Stopy  mu  się  bardzo  pociły.  Bardzo.  I  dłonie.  Przychodził  do  mnie,  szedł  do

łazienki, zdejmował buty, mył nogi i zakładał świeże skarpetki. Zawsze nosił

przy  sobie  zapasową  parę  świeżych  skarpetek  w  identycznym  kolorze.

Myślał,  że  nie  wiem.  Nie  znosił,  kiedy  mówiło  się  mu,  że  się  poci,  że  ma

wilgotne  stopy  i  dłonie.  Przecież  wiadomo,  że  to  znamionuje  osoby

nerwowe,  a  on  chciał  uchodzić  za  człowieka  zdystansowanego  i  spokojnego,

takiego,  którego  nic  nie  zaskoczy.  Ale  spokojny  był  wbrew  pozorom  rzadko,

nawet po superseksie. Raz chyba, kiedy zrobiłam mu to ręką, widziałam, że
jego  spojrzenie  zrobiło  się  inne,  nabrało  innego  wyrazu.  Z  oczu  spadła  mu
nagle  ciężka  zasłona,  ciemna  zasłona,  tak  to  wyglądało.  Ale  to  było  tylko
ten jeden raz, dlatego pamiętam. Poza tym był najczęściej spięty, tak. Spięty
i miał strasznie spocone stopy i dłonie. Ociekały potem. W jakimś poradniku
przeczytałam, że nadmierna potliwość zdradza człowieka nieszczerego, który
ma coś do ukrycia. Jak mogłam na to wcześniej nie wpaść?

Odczuwam  potrzebę  kochania  i  bycia  kochaną.  I  nie  przestanę  nigdy  jej

odczuwać.  Na  sto  procent.  Jestem  Rakiem,  Raków  nie  interesują  przelotne
flirty,  cenią  stałość  w  związku.  Miej  serce  i  patrzaj  w  serce,  jak  ktoś  kiedyś
powiedział.  To  moja  dewiza  życiowa.  Facetów  traktuję  poważnie,  zawsze  tak
było.  Może  dlatego  wielu  facetów  się  mnie  boi.  Bo  boją  się  kobiet  silnych
i konsekwentnych. Czytałam dużo książek psychologicznych, które dokładnie
potwierdzają  to,  co  mówię.  Rozmawiałam  też  z  psychologami,  z  racji
zawodu. Byłam dziennikarką, prowadziłam z nimi wywiady. Szymon? Też się
mnie  bał.  W  decydującej  chwili  zabrakło  mu  odwagi.  Nie  chciał  wziąć
odpowiedzialności  za  mnie  i  za  siebie.  Okazał  się  zwyczajnym  tchórzem.

background image

Zostawił  mnie  samą,  rozpaloną,  rozbudzoną,  stęsknioną,  zakochaną.

A przecież postawiłam wtedy wszystko na jedną kartę! Zanim go spotkałam,

miałam 

życie 

uporządkowane, 

stabilne, 

pozbawione 

emocjonalnych

wstrząsów  jak  w  poprzednich  związkach.  Nie  chciałam,  żeby  to  się

powtórzyło.  I  nagle  zjawił  się  on,  zburzył  cały  mój  spokój,  osiągnięty  z  tak

wielkim  trudem.  Co  dał  mi  w  zamian?  Kobiety  pragną  bezpieczeństwa,  nie

znoszą  mężczyzn  niezdecydowanych,  chwiejnych,  dzielących  włos  na  czworo.

Jak się powiedziało „A”, to trzeba powiedzieć „B”. Ja zawsze tak robię. Kiedy

kocham, to na zabój. Nie rozglądam się na boki. Stawiam wszystko na jedną

kartę.  Odwagi  mi  nie  brakuje.  Startuję  pionowo  w  górę  jak  rakieta  i  lecę,

i nie patrzę, co zostawiłam na dole. Taka już jestem i koniec. Można mnie za

to  nie  lubić,  ale  przynajmniej  jestem  szczera.  A  szczerość  i  otwartość

w kontaktach międzyludzkich cenię sobie ponad wszystko.

Regularnie  opowiadał  swoje  sny.  Część  z  nich  zapisywał,  specjalnie  dla

mnie, wciąż mam te kartki. Przygotowałam je na spotkanie z panem. Proszę,

dokładnie  trzy.  Pierwszy,  bardzo  zabawny  sen,  był  taki:  „Wchodzę,  z  jeszcze

jedną  osobą,  której  nie  znam,  do  sadu  w  S.  Tam  nerwowo  oczekujemy

spotkania  z  jakimś  bliżej  niezidentyfikowanym  stworem.  Okazuje  się  nim

olbrzymich rozmiarów wąż o głowie przypominającej końską. Obaj uciekamy
w  stronę  domu,  wąż  pełznie  naszym  śladem.  Mój  towarzysz  dopada  drzwi
pierwszy. Nagle dostrzegam, że stoi przy nich mój kolega, Łukasz Cz. Mówi,
że  porcelanowe  filiżanki,  które  wcześniej  stały  przed  drzwiami  i  miały
zapewnić  ochronę  przed  wężem,  zostały  wystawione  wyłącznie  w  celach
reklamowych,  po  czym  je  usunięto.  Na  te  słowa  czuję  ogromny  strach,
spostrzegam,  że  drzwi  są  zamknięte.  Napieram  na  nie  całym  ciałem,
ustępują. Zamykam je od środka. Potwór podpełza do nich i ze wszystkich sił
zaczyna  uderzać  głową.  Drzwi  nie  wytrzymują,  rozpadają  się  na  kawałki.
Wąż  już  otwiera  paszczę,  żeby  mnie  pożreć,  kiedy  nagle  wszystko  ustaje
i  z  głowy  potwora  wyrasta  wesoła  tabliczka  informująca,  że  to  tylko
reklama”. Druga opowieść jest tak samo – bo ja wiem? – groteskowa, proszę
posłuchać: „Śnię, że jestem moją siostrą opowiadającą mi swój sen. W owym
śnie  siostra  znajduje  się  na  rynku  w  Amsterdamie,  wyglądem  do  złudzenia
przypominającym  rynek  lubelski.  Dlaczego  akurat  lubelski?  Siostra  ogląda
kamienice.  Potem  spotyka  mnie.  Wyglądam  jak  karzeł.  Siostra  pyta  mamę,
co  się  ze  mną  stało.  Mama  odpowiada,  że  przez  cztery  tygodnie  jestem

background image

normalny, a przez kolejne dwa karłowacieję. Siostrze robi się z tego powodu

przeraźliwie  smutno.  Zaczyna  gwałtownie  szlochać”.  Ostatni  sen  jest

niedokończony:  „Ciemna,  głucha  noc.  Razem  z  siostrą  wyruszamy  z  naszego
domu  w  S.  w  niebezpieczną,  mimo  to  ekscytującą  podróż.  Idziemy  pieszo,

najpierw  kierujemy  się  w  stronę  sąsiedniego  domu,  dostajemy  się  tam,

patrzymy przez okno do środka, po czym wracamy na ulicę, chcąc dotrzeć do

miasta. W oddali widzimy jednak jakąś podejrzaną grupkę młodzieży, stojącą

na  końcu  chodnika.  Z  tego  powodu  zawracamy  do  domu.  Tam  zdajemy  sobie

sprawę,  że  rodzice  zamknęli  przed  nami  drzwi.  Wiemy,  że  są  na  nas  bardzo

źli.  Chcemy  im  wszystko  wytłumaczyć.  Ale  co  wytłumaczyć?”.  Nie,

chwileczkę,  pomyliłam  się,  jest  jeszcze  jeden  sen,  na  drugiej  stronie  kartki:

„Znajduję  się  na  szczycie  jakiejś  wysokiej,  górującej  nad  okolicą  wieży.  Stoję

bardzo  blisko  krawędzi.  Prowadziłem,  czy  też  nadal  prowadzę  śledztwo

przeciwko niebezpiecznemu mordercy. I oto nagle, jakby sfrunąwszy z nieba,

niczym  zły  anioł,  ktoś  brutalnie  atakuje  mnie  nożem.  Otrzymuję  kilka

pchnięć  w  twarz.  Wycofuję  się,  ten  ktoś  napiera.  Ponownie  obrywam  nożem

w twarz. Idąc tyłem, jak gdyby w letargu – podobny trupowi, który ożywiony

przez  czarownika  za  pomocą  odpowiednich  zaklęć  zostaje  ponownie

wprowadzony przez niego w stan śmierci – kładę się na łóżku. Ogarnia mnie
ciemność”.  Nic  specjalnego,  prawda?  Nie  mam  pojęcia,  czemu  się  ich  nie
pozbyłam.  Zrobię  to  dzisiaj.  Niech  mi  pan  wierzy.  Albo  nie,  zaraz  je  podrę,
przy panu, o, proszę, już ich nie ma.

Wolałabym  tego  uniknąć,  ale  skoro  zgodziłam  się  grać  rolę  kochanki

„tego  potwora”,  niech  będzie.  Nie  można  robić  kroku  naprzód,  a  potem
dwóch  kroków  w  tył.  Owszem,  to  jest  bolesne,  nawet  dla  mnie,  kobiety
z  natury  twardej  i  nieustępliwej,  mówiłam,  że  jestem  Rakiem,  a  Raki  tak
mają.  Przecież  wiele  razy  myślałam,  że  wybaczam  Szymonowi  wszystko,  co
zrobił  mnie  i  innym  kobietom.  A  następnego  dnia  znowu  czułam  ból,  złość,
płakałam.  Mieszanka  emocji.  Nie,  nie  prosiłam  wtedy  nikogo  o  pomoc.
Jestem  na  to  zbyt  dumna  i  zbyt  niezależna.  Mam  to  po  rodzicach,  u  nas
w  domu  było  tak,  że  w  trudnych  chwilach  trzeba  było  radzić  sobie  samemu.
Więc  sobie  radziłam.  Jestem  ze  szkoły,  w  której  trudności  się  przezwycięża,
a nie się o nich gada.

Najpierw  poznałam  Agatę.  Mówiłam  już  panu,  że  długo  byłam

dziennikarką.  Obsługiwałam  wtedy  duże  przyjęcie  wydane  przez  prezydenta

background image

miasta, to był chyba finał konkursu na przedsiębiorcę roku. Agata pracowała

wtedy  w  urzędzie  miasta.  Była  odpowiedzialna  za  stronę  organizacyjną

konkursu,  a  potem  tego  przyjęcia.  W  pewnym  momencie  zaczęłyśmy
rozmawiać.  Pamiętam,  że  chciałam  wykorzystać  jej  wypowiedzi  w  artykule,

który  miał  się  ukazać  następnego  dnia.  Potem  nasze  ścieżki  przecięły  się

jeszcze  kilka  razy.  Raz  czy  dwa  umówiłyśmy  się  nawet  prywatnie,  na  kawę.

Dość  dobrze  nam  się  rozmawiało,  Agata  była  miłą  osóbką,  niegłupią,

niebrzydką.  Sporo  opowiadała  o  mężu.  Było  widać,  że  była  w  nim  bardzo

zakochana. Powiedziałabym, że nawet za bardzo. Mówiła o nim jak o jakimś

bóstwie.  Że  ciekawie  opowiada  o  literaturze,  że  sprząta,  że  gotuje,  że

świetnie  opiekuje  się  ich  synem,  że  osiąga  wspaniałe  sukcesy  zawodowe,  że

jest  przystojny,  że  można  na  nim  polegać  i  tak  dalej.  Szczerze  mówiąc,  nie

miałam  wtedy  najmniejszej  ochoty  go  poznać.  Nie  znoszę  mężczyzn

idealnych,  idealny  znaczy  nudny.  Takich  to  trzeba  ciągle  adorować,  hołubić,

upewniać,  że  są  wspaniali,  jedyni  w  swoim  rodzaju.  Klaskać  im,  udawać

głupszą, niż się jest, słabą, bezbronną – by czuli się jeszcze lepsi, doskonalsi,

jeszcze  bardziej  boscy.  Jednak  widocznie  los  chciał,  że  w  końcu  się

spotkaliśmy.  Było  to  w  grudniu.  Redakcja  wysłała  mnie  na  spotkanie,  które

prowadził  Szymon.  Nie  pamiętam,  o  czym  mówiono,  to  było  tak  dawno
temu.  W  każdym  bądź  razie  nie  bardzo  zdawałam  sobie  sprawę,  że  mam  do
czynienia z „tym” Szymonem K. Czyli, jak mnie później pouczono w redakcji,
z  „wschodzącą  gwiazdą  polskiej  humanistyki”.  Takie  opinie  o  Szymonie  były
dość  częste.  Stawał  się  powoli  postacią  rozpoznawalną  także  poza
środowiskiem  akademickim.  Miał  dryg  do  wystąpień  publicznych,  kamery
go  lubiły.  Agaty  na  spotkaniu  nie  było.  Potem  dowiedziałam  się,  że  Szymon
nie  lubił,  kiedy  żona  widziała  go  „w  akcji”.  Tłumaczył  to  skromnością.  Nie
wiem,  czy  to  był  prawdziwy  powód,  moim  zdaniem  nie,  chyba  po  prostu
chciał mieć wolną rękę, a takie spotkania, dyskusje publiczne to też był jakiś
sposób  na  uwodzenie  ludzi,  nie  tylko  kobiet.  Ale  to  nie  ma  teraz  znaczenia.
Po dyskusji podeszłam do niego, przedstawiłam się i powiedziałam, że znam
jego żonę. „Wiem. Dużo o pani słyszałem” – odpowiedział i spojrzał na mnie,
mrużąc  oczy.  Zawsze  tak  robił,  kiedy  komuś  uważniej  się  przyglądał  albo
kiedy  nad  czymś  się  zastanawiał.  W  jego  oczach  było  coś  elektryzującego,
nie  da  się  ukryć.  Były  nieduże,  bardzo  ciemne.  Kiedy  je  mrużył,  tak  jak
wtedy, powstawały jedynie wąskie szparki. Mimo to spojrzenie nie traciło na

background image

intensywności,  wręcz  przeciwnie,  stawało  się  skupione  jak  –  no  nie  wiem,

jak  wiązka  lasera  chyba.  No  i  Agata  mówiła  prawdę.  Był  przystojny.  Był

naprawdę seksowny. Wysoki, wszystko na swoim miejscu, sprężyste. Od tego
spojrzenia zrobiło mi się od razu mokro między nogami, to pamiętam.

Rozmawialiśmy  o  tym  i  owym.  Na  początku  irytowało  mnie,  że  mówił

tylko  takimi  okrągłymi  zdaniami.  Jakby  wciąż  jeszcze  dyskusja  się  nie

skończyła. Miałam wrażenie,  że stara się najpierw  wybadać, jakiego  rodzaju

jestem  osobą  i  czego  może  się  po  mnie  spodziewać,  że  chowa  się  za

bezosobowymi  uprzejmościami,  które  prowadzą  donikąd,  po  prostu  mają

podtrzymać,  jak  to  się  mówi,  konwersację.  Dopiero  kiedy  nabrał  do  mnie

zaufania, przyznał, że spotkanie go rozczarowało i znudziło. Publiczność była

drętwa,  a  zaproszeni  goście  nie  odpowiadali  na  zadawane  pytania,  tylko

jeden  po  drugim  odgrzewali  wcześniej  przygotowane  monologi,  jak  to  bywa

często  z  osobami  przyzwyczajonymi  do  tego,  że  podczas  wykładu  im  się  nie

przeszkadza.  Próbowałam  go  pocieszyć,  ale  sama  czułam,  że  spotkanie  się

nie  udało.  Poza  tym  tak  naprawdę  zaczęło  mnie  ciekawić  co  innego  –  on.

„Świetnie  się  zaprezentowałeś  –  wypaliłam.  –  I  masz  nienaganną  prezencję”

–  dodałam  dwuznacznie.  „Tak?  Co  masz  właściwie  na  myśli?”  –  zapytał,

mimo  że  doskonale  wiedział,  co  mam  na  myśli,  takie  rzeczy  chwytał  od
razu.  „To,  że  ładnie  mrużysz  oczy”.  Przez  sekundę  próbował  udawać
zdziwienie,  ale  nie  wytrzymał  i  w  końcu  oboje  wybuchliśmy  śmiechem.  Jak
ludzie, którzy wreszcie przestają udawać, że nie znają się na regułach gry.

Tak,  wtedy  coś  między  nami  zaiskrzyło,  tak.  Od  czasu  do  czasu

wymienialiśmy  esemesy.  „Jak  ci  minął  dzień?”  „Wszystko  w  porządku?”  Coś
w  tym  stylu.  Nic  wielkiego.  Raz  i  drugi  wypiliśmy  kawę,  kiedy  akurat
przypadkiem  byliśmy  w  pobliżu  tej  samej  kawiarni.  Dobrze  nam  się
rozmawiało. Zanim go poznałam, myślałam, że to będzie taki typ naukowca.
Małomówny  ponurak,  ubrany  byle  jak,  zatopiony  w  świecie  sztucznych
problemów,  emocjonalny  kaleka.  Ale  on  okazał  się  facetem  zupełnie
wyjątkowym.  Śledził  modę  bez  napinki.  Mówił,  że  autentycznie  modny  jest
ten,  kto  niezależnie  od  okoliczności  zewnętrznych  zawsze  spóźnia  się  o  dwa
sezony.  Fakt,  miał  rację.  W  kontaktach  osobistych  był  ujmujący,  dowcipny,
mimo  że  często  też  spięty.  Nie  narzucał  swojego  zdania,  nie  opowiadał,  jak
większość  facetów,  tylko  o  swoich  sukcesach,  podróżach,  zdobyczach.  Nie
wypłakiwał  się  na  moim  ramieniu,  tak  też  robi  wielu.  Umiał  słuchać,  a  to

background image

dla  kobiety  jest  zawsze  ważne.  W  takich  sytuacjach,  to  znaczy  kiedy  słuchał,

też  mrużył  oczy.  Jakby  wszystko  inne  przestawało  się  dla  niego  liczyć.  Jakby

skupiał  się  wyłącznie  na  tobie.  To  było  bardzo  przyjemne  uczucie  –  tak  być
słuchanym. Masz wtedy poczucie, że możesz powiedzieć wszystko, absolutnie

wszystko,  a  jednocześnie  będziesz  bezpieczna.  Jakiej  kobiecie  by  to  się  nie

spodobało? Mnie się spodobało od razu. Bardzo.

O czym rozmawialiśmy? Pamiętam, pamiętam dobrze. Ja o moich byłych

facetach, on o swojej pracy, ale przede wszystkim o synu, Michale. Chwilami

było  to  nawet  trochę  irytujące.  Nie  miałam  dzieci,  zresztą  nadal  nie  mam

i  już  nie  będę  miała,  nie  rozumiałam,  dlaczego  świat  poświęca  im  tyle

uwagi,  dlaczego  wokół  nich  tyle  szumu.  Ciągle  tylko  to  „O  Jeziuuuu,  jaka

ona  śliczna  w  tej  różowej  sukience!”,  „O,  jak  ładnie  chłopcyk  wyciąga  rącki

do  mamusi!”,  „O,  jaka  ślicna  kupka!”,  i  takie  tam.  Szymon  ciągle  mówił

o  Michale.  To  było  jak  jakaś  obsesja.  Słuchałam  go,  bo  widziałam,  że  mu  to

sprawia  przyjemność.  Poza  tym  z  natury  jestem  empatyczna,  dobrze

odczytuję  nastroje  innych  ludzi.  Dobrze  wiem,  czego  im  w  danej  chwili

potrzeba. Raki takie są.

Któregoś razu tak sobie esemesowaliśmy i nagle zaproponowałam, żeby

wpadł  do  mnie  na  kawę,  akurat  siedziałam  w  domu.  „Akurat  jestem
w  pobliżu”,  odpisał.  Po  jakimś  czasie  usłyszałam  dzwonek  do  drzwi.
Otwieram,  widzę  go.  Patrzy  na  mnie  wzrokiem,  takim  jednocześnie
poważnym,  skupionym  i  rozbawionym.  Mam  pamięć  wzrokową,  dobrze
pamiętam.  Myślę  sobie:  „Muszę  zrobić  to  pierwsza”.  Wie  pan,  Szymon  nie
należał  do  mężczyzn,  którzy  w  takich  sytuacjach  decydują  się  na  poważny
krok. Jak gdyby dawał sobie jeszcze możliwość odwrotu. Jak gdyby wszystko
uzależniał od zachowania tej drugiej strony. Skoro tak, to dobra. Biorę go za
rękę,  przyciągam  ku  sobie.  Pierwszy  pocałunek.  Potem  dryfujemy  powoli
w kierunku kanapy.  Zaczynam rozpinać koszulę Szymona,  całować jego  tors.
Dziwi  mnie,  że  ma  tak  ładnie  wyrzeźbione  mięśnie,  pod  ubraniem  nie  było
ich  widać.  Piękny  kaloryfer  na  brzuchu,  twarde  bicepsy,  jak  jakiś  model  na
wybiegu  normalnie.  Nie  wiem,  kiedy  rozpinam  mu  rozporek  i  zaczynam
ssać  jego  penisa.  Doprowadzam  go  do  końca.  Potem  jakiś  czas  leżymy  obok
siebie.  „Wiesz  –  mówi  w  pewnej  chwili  –  jednak  napiłbym  się  tej  kawy”.
Wybuchamy  śmiechem.  Robię  espresso  dla  mnie  i  dla  niego,  wypijamy  je,
milczymy.  W  ustach  wciąż  czuję  smak  spermy  zmieszany  ze  smakiem  kawy.

background image

Ciekawa  mieszanka…  Jest  nam  dobrze,  jakbyśmy  się  znali  od  dawna.

W  końcu  Szymon  patrzy  na  zegarek  i  mówi,  że  już  musi  iść.  Ubiera  się,

odprowadzam go do drzwi. Wychodząc, spogląda na mnie ciepło. Czuję, że to
spojrzenie  daje  mi  siłę.  Nie  wiem,  do  czego  siłę,  ale  daje.  Chyba  wtedy  się

zakochałam w Szymonie.

Widywaliśmy  się  z  reguły  raz  w  tygodniu.  Czasem  częściej,  czasem

rzadziej.  Najczęściej  wczesnym  popołudniem.  Oboje  mieliśmy  takie  zawody,

że  mogliśmy  swobodnie  dysponować  czasem.  Dość  szybko  ustalił  się  rytuał

tych  spotkań  u  mnie:  seks  gdzieś  na  podłodze,  na  stole  w  kuchni,  na

parapecie,  w  każdym  razie  na  szybko,  potem  powtórka  na  kanapie,  już

wolniej,  kawa,  rozmowa  albo  milczenie  w  zależności  od  nastroju,  jakieś

żarty,  spojrzenie  na  zegarek,  kilka  słów  pożegnania,  ostatni  pocałunek,

zamknięcie  drzwi.  A  potem  smutek,  tęsknota.  Ale  i  nadzieja.  Wewnętrzny

głos  mówił  mi,  że  warto  czekać  na  tę  miłość.  Kurwa,  ten  mój  wewnętrzny

głos też mnie zdradził…

À  propos,  szybko  zauważyłam,  że  Szymon  lubił  rytuały.  Lubił  nadawać

swojemu życiu jakiś określony rytm. Z jednej strony nie znosił rutyny, bo się

bał,  że  zamknie  go  w  więzieniu  przyzwyczajeń.  A  przyzwyczajenia  to  śmierć

za  życia,  mówił.  Z  drugiej  strony  to  właśnie  odstępstwo  od  rutyny
najbardziej  wytrącało  go  z  równowagi.  Przez  chwilę  stawał  się  wtedy
bezradny  jak  dziecko,  które  zgubiło  mamusię  i  tatusia  i  nie  wie,  co  robić,
więc  modli  się  do  dobrej  Bozi  o  opiekę  i  jakiś  znak.  Dla  Szymona  taką
modlitwą  były  właśnie  rytuały,  przyzwyczajenia,  nawyki.  Obudowywał  nimi
własne  życie  tak  szczelnie,  że  w  końcu  także  dla  niego  stawało  się  ono  po
prostu  nie  do  zniesienia.  Wtedy  szukał  sposobu,  żeby  się  od  niego
„wydostać”  –  dzięki  nowym  wrażeniom,  nowym  podnietom,  nowym
impulsom.  I  oczywiście  dzięki  nowym  kobietom.  Byłam  jedną  z  nich.  Co
mogę  powiedzieć?  Nawet  po  tylu  latach  nachodzą  mnie  chwile,  kiedy  wyję
w  środku  i  mam  ochotę  się  zemścić  na  tym  skurwielu,  po  prostu.  Oko  za
oko, ząb za ząb, rozumie pan?

Na  palcach  jednej  ręki  mogłabym  policzyć,  ile  razy  zostawał  u  mnie  na

noc. Zresztą nigdy nie zostawał do rana, nawet kiedy mógł. Nawet kiedy już
świtało,  zawsze  wychodził  przed  śniadaniem.  Bolało  mnie  to,  czułam  się
wtedy  porzucana.  Ale  być  może  jemu  z  kolei  dawało  to  poczucie,  że  mimo
wszystko  nie  stawia  kropki  nad  „i”;  że  zostawia  sobie  jakieś  wyjście.  Tak

background image

sądzę. To nie było fair.

Szymon był najlepszym kochankiem, jakiego miałam w życiu. Nie chodzi

o  to,  że  znał  pozycje  czy  techniki  takie,  których  inni  faceci  nie  znali.  Nie,
zupełnie  nie,  można  nawet  powiedzieć,  że  jego  repertuar  był  nawet  uboższy

niż u innych mężczyzn, z którymi sypiałam przedtem i potem. Wyróżniało go

co innego, mieszanka łagodności i brutalności. To był seks prosty, ale bardzo

skuteczny.  Wiele  razy  zdarzało  się  podczas  stosunku,  że  Szymon  K.  całował

mnie  tak  delikatnie  i  niewinnie,  jakbyśmy  mieli  po  dwanaście  lat  i  dopiero

zaczynali  poznawać,  czym  się  różnią  od  siebie  dziewczynka  i  chłopczyk,

a  jednocześnie  robił  mi  penetrację  tak  bolesną,  że  właściwie  nie  różniło  się

to niczym od gwałtu. Która kobieta oparłaby się takiemu facetowi?

Często  prosił  mnie,  żebym  robiła  mu  dobrze  ręką.  Lubił  to.  W  trakcie

dawał  mi  szczegółowe  instrukcje,  jak  trzymać  penisa  i  w  jaki  sposób  nim

poruszać.  Naprawdę  to  lubił,  czasami  miałam  nawet  wrażenie,  że  bardziej

lubił  to  niż  sam  stosunek.  Zamykał  wtedy  oczy  i  odpływał  daleko,  gdzieś,

gdzie  mnie  nie  było.  Tylko  on  sam  i  obrazy,  które  podsuwała  mu

wyobraźnia. Nie znosiłam takich chwil, czułam się wtedy gdzieś zupełnie na

boku,  mimo  to  ulegałam  tym  prośbom.  Pewnie  dlatego,  że  po  prostu

kochałam  Szymona.  I  kochałam  jego  ciało.  Było  naprawdę  cudowne…  Niech
pan  nie  bierze  tego  do  siebie,  ale  u  wielu  mężczyzn  wygląda  ono  zupełnie
inaczej:  mniejszy  lub  większy  brzuch,  wszystko  jakieś  takie  sflaczałe,
otłuszczone,  skóra  poorana  czerwonymi  krostami,  bliznami,  naroślami,
przebarwieniami,  rozstępami.  Biaława,  a  przy  tym  pokryta  ciemnym
owłosieniem,  co  stanowi  mieszankę  w  sumie  dość  obrzydliwą  w  widoku.
Skóra  Szymona  była  zupełnie  inna,  lekko  śniada  w  odcieniu,  gładka,  jak
gdyby  utoczona  z  jednego  kawałka  szlachetnego  kamienia.  Chciało  się  jej
dotykać,  pieścić,  całować.  Jeszcze  teraz  pamiętam  jej  zapach,  w  połowie
mężczyzny, a w połowie dziecka…

Prowadziłam  wtedy  coś  w  rodzaju  dziennika,  zapiski  w  trzeciej  osobie,

może  to  dobry  moment,  żeby  je  przytoczyć.  Luźno  powiązane  ze  sobą  myśli,
spostrzeżenia,  obrazy.  A  na  obrazach  Szymon  i  ja,  wciąż  razem,  jakby  to  był
sen,  z  którego  człowiek  nie  musi  się  budzić.  Proszę  posłuchać  fragmentów:
„Ich  początki.  Proponuje  mu  spacer,  wtedy  dużo  jej  opowiada  o  sobie.
O swym dzieciństwie, trudnym charakterze, o żonie i synu, z którymi bardzo
jest  związany  i  których  bardzo  kocha.  Spędzają  tak  kilka  godzin.  Potem  ona

background image

zaprasza  go  na  obiad.  Późnym  popołudniem  rozstają  się”.  Kolejny  wpis:

„Tego  dnia  wiele  czułości,  pieszczot.  Tym  razem  ona  więcej  mówi  o  sobie.

O  rzeczach  z  przeszłości,  które  ją  bolą.  Płacze.  On  słucha  cierpliwie,
obejmuje  ją  ramieniem.  W  końcu  spogląda  na  zegarek  i  mówi:  »Muszę  już

iść«.  Ogarnia  ją  niewypowiedziana  tęsknota.  A  secret  life”.  Inny  fragment:

„Wstępują do kawiarni w centrum miasta. Zachowują się prowokująco wobec

siebie,  nie  przejmują  się,  że  ktoś  znajomy  może  ich  zobaczyć.  Dotykają  się,

kradną  pocałunki.  Przypadkowo  spotkana  wtedy  koleżanka  pyta  ją  później

w  esemesie,  czy  coś  ich  ze  sobą  łączy.  «Tak  –  odpowiada  żartem  –  wspólny

światopogląd»”.  „Zrań  mnie  –  mówi  mu  pewnego  razu  –  zrób  coś,  żebym

przestała  o  tobie  myśleć.  Będzie  mi  łatwiej.  Kilkakrotnie  się  sprzeczają.  On

zarzuca  jej  emocjonalną  chwiejność,  ona  wykrzykuje  mu  przez  łzy:  «Jesteś

pierwszym  mężczyzną,  przez  którego  płaczę!  ».  On,  słysząc  to,  czuje  pewien

rodzaj  samozadowolenia,  widać  to  w  jego  próżnym  spojrzeniu,  które  bez

powodzenia  stara  się  ukryć”.  „Na  odchodnym,  w  restauracji:  »Pomogę  ci

nałożyć  płaszcz  –  mówi.  –  Skoro  nie  mogę  cię  rozebrać,  to  chociaż  cię

ubiorę».  Pożądanie”.  „On  jest  jej  winny  drobną  kwotę  pieniędzy.  »Masz«  –

mówi  do  niej,  podając  kilka  monet.  »Włóż  mi  do  kieszeni«  –  słyszy

w odpowiedzi. Ma diabliki w oczach”. „Przypadkowo spotykają się na jakimś
oficjalnym  przyjęciu.  Spoglądają  na  siebie  ukradkiem,  nie  wiedząc,  jak  się
wobec  siebie  zachować  w  tej  sytuacji.  W  końcu  wychodzą,  osobno,  po  czym
spotykają  się  w  barze,  kilka  ulic  dalej.  »Czuję  się  taka  osaczona  myślami
o  tobie«  –  mówi  mu”.  Pod  koniec  ton  zapisków  staje  się  jeszcze  ciemniejszy,
niech  pan  posłucha:  „Czego  oboje  chcą  od  siebie?  Od  życia?  Czy  znaleźliby
spokój, gdyby zostali razem? A może po pewnym czasie znów podryfowaliby
w inne strony, każde w swoją, ku nowym wrażeniom, podnietom, miłościom?
Ciągle  od  nowa,  od  początku,  bez  przerwy?”.  „»Jest  w  tobie  jednocześnie
jasność i ciemność« – powiedziała mu któregoś dnia. Poznał ją akurat wtedy,
gdy na nowo, po wielu latach, zaczęły powracać do niego, najpierw w snach,
potem  również  na  jawie,  obrazy  z  głębokiej  przeszłości.  Czy  to  jest
przyczyna?”.  I  jeden  z  ostatnich  fragmentów,  niech  pan  zwróci  uwagę,  ile
energii  poświęcałam  temu,  żeby  zrozumieć  Szymona:  „Czy  ktoś  kiedyś
pojmie tego człowieka, skoro on sam siebie nie jest w stanie pojąć? Jakiej on
chce  miłości?  Jakiej  przyjaźni?  Jakiej  żony?  Jakiej  kochanki?  I  czy  w  ogóle?
Czasami  miał  wrażenie,  że  wreszcie  znalazł  kogoś,  kto  go  w  pełni  rozumie.

background image

Lepiej  niż  ktokolwiek.  Potem  było  mu  wstyd,  wstyd  przed  sobą  samym,

ponieważ  uświadamiał  sobie,  że  zbyt  prędko  stawia  krzyżyk  na  uczuciach

własnej  żony;  że  lekceważy  jej  miłość.  Miałby  tak  łatwo  pozwolić  odejść
temu  dojrzałemu  uczuciu?  Doświadczonemu?  Wypróbowanemu?  Tej  wiernej

jak  pies  miłości?  Ślepej  miłości?  Łatwość,  z  jaką  chciał  rozstać  się

z  przeszłością,  przeraziła  go.  Z  drugiej  strony  podobała  mu  się  jego  własna

siła,  dzięki  której  rozkochiwał  w  sobie  kobiety,  sprawiał,  że  chciały  go

obdarzać  przyjaźnią,  miłością.  Co  mógł  ofiarować  im  w  zamian?  Nie  był

złym  człowiekiem,  to  nie  tak.  Przecież  miał  w  sobie  wiele  hojności.  Nikim

się nie bawił, przeciwnie, na swój sposób głęboko przywiązywał się do ludzi.

Chciał  ich  uczucia,  a  kiedy  go  nim  obdarzali,  ofiarowywał  im  swoje,  nie

zastanawiając  się  nad  konsekwencjami”.  Trochę  pretensjonalne  i  górnolotne,

to  prawda.  W  takim  byłam  wtedy  nastroju.  Czułam,  że  coś  idzie  nie  tak,

niestety  nie  znałam  prawdziwych  powodów,  dla  których  z  czasem  wszystko

zaczęło  się  między  nami  psuć,  dlaczego  coraz  rzadziej  do  mnie  przychodził,

unikał  mnie.  Próbowałam  coś  zrozumieć,  ale  poruszałam  się  po  omacku.

Byłam 

omamiona 

otumaniona. 

Przez 

mężczyznę 

bezwzględnego,

cynicznego,  okrutnego,  dwulicowego,  destrukcyjnego.  Który  karmił  swoje

wybujałe  ego  uwielbieniem  adorujących  go  kobiet,  w  tym  przypadku  mnie.
Ostatecznie  nie  ja  jedna  padłam  jego  ofiarą,  nie  tylko  ja  okazałam  się  tak
krótkowzroczna  i  głupia.  Na  swoje  usprawiedliwienie  dodam,  że  był  to
człowiek  wyjątkowo  przebiegły.  W  żaden  sposób  nie  udawało  się  go
zaszufladkować, co niewątpliwie utrudniało ocenę motywów kierujących jego
postępowaniem. 

Bezustannie 

balansował 

między 

dezynwolturą

a  najzwyklejszym  tchórzostwem,  dzikością  a  nudną  statecznością,  anarchią
a  żenującą  wręcz  pedanterią.  To  pierwsze  dawało  energię  do  działania,  to
drugie  nie  pozwalało  rozpaść  się  na  kawałki  w  momentach  krytycznych.
Chciał  mieć  i  w  pewnym  sensie  naprawdę  miał  życie  uporządkowane,
pozbawione  wstrząsów,  mimo  to  co  jakiś  czas  poddawał  je  ciężkim  próbom,
jak  gdyby  chciał  w  ten  sposób  ostatecznie  się  upewnić,  że  jest  ono  stabilne
naprawdę.  Te  przeciwstawne  cechy  jego  osobowości,  na  pierwszy  rzut  oka
zupełnie  niezrozumiałe,  stanowiły,  patrząc  z  dzisiejszej  perspektywy,
mieszankę  dość  odstręczającą,  trudno  jednak  ukrywać  fakt,  że  właśnie  one
czyniły  z  początku  Szymona  tak  pociągającym  –  Boże,  jakim  ja  językiem  do
pana  mówię?!  Jakbym  czytała  jakieś  oświadczenie  dla  mediów.  To  nie  jest

background image

mój  język!  Nie  wiem,  co  się  ze  mną  dzieje,  sam  pan  widzi,  że  mówiąc

o Szymonie K., przestaję być sobą, to okropne! Miałabym ochotę go udusić…

Niech pan to, kurwa, wyłączy… Albo nie, będę mówić dalej, chcę mieć to za
sobą. Kurwa, co za syf.

Nie  mam  pojęcia,  co  mu  siedziało  w  głowie.  Ale  nigdy  się  z  nim  nie

nudziłam.  Nigdy.  Był  dowcipny,  rozmowny,  elokwentny,  ciepły.  Z  drugiej

strony  często  robił  wrażenie  nieobecnego.  Przyciągał  do  siebie,  uwodził  –

i mężczyzn, i kobiety – ale kiedy odpowiadało się na jego wezwanie i robiło

krok  w  jego  stronę,  nagle  wznosił  wysoki  mur,  nie  do  przebycia.  W  wielu

osobach  rodziło  to  dezorientację,  frustrację,  żal  do  Szymona,  niechęć.

Któregoś  razu,  kiedy  tak  sobie  siedzieliśmy  przy  kawie,  u  mnie

w  mieszkaniu  –  w  gwałtownym  przypływie  żalu,  tęsknoty,  zapytałam  go,  bo

nie  wiedziałam  już,  na  czym  stoję,  gdzie  jest  góra  i  dół,  prawo  i  lewo,

czekałam  tylko,  aż  spojrzy  na  ten  swój  zegarek  i  powie,  że  musi  iść  –

zapytałam  go  wtedy,  jak  sobie  to  wszystko  wyobraża  dalej.  Bez

zastanowienia  odpowiedział,  że  po  prostu  cieszy  się  chwilą  i  nie  myśli

o  przyszłości.  Patrzyłam  na  niego,  gdy  to  mówił,  nawet  się  nie  zająknął,

starałam  się  wyczuć,  czy  jest  szczery,  czy  po  prostu  się  zgrywa.  Ale  jego

twarz  była  nieprzenikniona.  Chłopięca,  pogodna  twarz,  pozbawiona  śladów
głębszej  refleksji,  a  równocześnie  inteligentna  jak  zawsze,  czarująca.  W  tym
momencie  wydał  mi  się  całkiem  beztroski,  z  nogą  założoną  na  nogę,  wolno
popijający  kawę,  czarną,  słodką.  Zrelaksowany,  uśmiechnięty,  ujmujący.
Ujmująco  nieobecny.  Miałam  wrażenie,  że  na  spotkanie  ze  mną  wysłał
swojego  awatara,  który  siedział  tu  zamiast  niego,  prawdziwego  Szymona.
Ten prawdziwy został w domu i doskonale wiedział, jak wszystko potoczy się
dalej.  Natomiast  jego  wysłannik  rzeczywiście…  cieszył  się  chwilą,
rozkoszował  moim  ciałem,  sycił  nim.  Sprytne,  prawda?  Dzięki  temu
w  jednym  i  tym  samym  momencie  Szymonowi  udawało  się  mówić  prawdę
i  kłamać.  To  znaczy  niczym  się  nie  przejmował,  a  równocześnie  cały  czas
kombinował, jak by tu nie narobić sobie niepotrzebnych kłopotów.

Lubił  obserwować  niebo,  za  dnia  i  nocą,  obojętne.  Zachmurzone,

pogodne,  rozświetlone  księżycem,  rozgwieżdżone,  nieważne.  To  akurat
w  nim  lubiłam.  Kochał  bezkres,  mówił,  że  karmi  nim  oczy.  Nienawidził
sufitów,  ścian,  przegródek,  segregatorów  na  dokumenty,  rubryk,  sal
wykładowych,  zadymionych  ciemnych  knajp,  płotów,  wszystkiego,  co

background image

ograniczało  naturalne  pole  widzenia.  Dobrze  czuł  się  tam,  gdzie  było  dużo

wolnej  przestrzeni.  Z  tego  powodu,  mimo  że  kochał  literaturę,  unikał  też  na

przykład księgarń i bibliotek, miejsc zapełnionych do ostatniego centymetra,
gdzie  nie  dało  się  swobodnie  żeglować  spojrzeniem.  Także  pokój  Szymona

nie  przypominał  klasycznego  gabinetu  naukowca,  wie  pan,  co  mam  na

myśli.  Te  wszystkie  fotografie  słynnych  intelektualistów:  głowa  podparta

dłonią,  palec  wskazujący  i  środkowy  dotykają  policzka,  na  nosie  okulary,

mina  w  rodzaju  „właśnie  rozwiązuję  najbardziej  fundamentalne  kwestie

bytu”,  z  tyłu  regał  wypełniony  książkami.  Że  też  to  się  jeszcze  nie  znudziło!

Szymon  tego  nie  znosił.  Jego  pokój,  raz  w  nim  byłam,  był  zupełnie  inny.

Niektórym  mógł  się  wydać  pozbawiony  wyrazu,  charakteru,  jakby  dla

każdego i nikogo, ale mnie się to podobało, był jakiś inny, a w każdym bądź

razie  inny  niż  to,  czego  się  spodziewałam.  Dużo  wolnej  przestrzeni,

wypełnionej  światłem,  trochę  pamiątek  po  podróżach,  trochę  książek,

zazwyczaj ułożonych przypadkowo, trochę papierów, trochę obrazków i zdjęć,

komputer, fotel, lampa, na podłodze skóra dzika, nie wiem zresztą, skąd się

tam  wzięła  ta  skóra,  trochę  absurdalne,  prawda?  Biurko  ustawione  pod

oknem  tak,  żeby  mieć  widok  na  zewnątrz,  na  sąsiednie  ulice,  domy,  bloki

w oddali. „Podczas pisania nie bieg myśli jest ważny – mawiał Szymon – lecz
bieg  oka.  Nic  nie  może  mu  stać  na  drodze”.  Zapamiętałam  to  sobie,
podobało mi się.

Niewymuszony  sposób  bycia,  spokój,  dyskretna  elegancja,  bez  cienia

zniewieściałości czy opieszałości, to było po prostu czarujące. Taka delikatna
męskość.  Nieśmiałe  zdecydowanie.  Słowa  doskonale  dopasowane  do
okoliczności.  Jakby  miał  szósty  zmysł,  dzięki  któremu  wiedział,  co  kiedy
i  komu  w  danym  momencie  mówić.  Dlatego  tak  trudno  było  się  oprzeć  jego
urokowi.  Dopiero  kiedy  człowiek  poznawał  go  bliżej,  zauważał,  że  ten  cały
urok  nie  jest  całkowicie  naturalny;  że  to  zestaw  określonych  trików
towarzyskich,  przydatnych  przy  pierwszym  spotkaniu,  dobrych,  żeby  przez
pewien  czas  prowadzić  interesujący  small  talk,  ale  nic  ponadto.  Było  ich
w  sam  raz  tyle,  żeby  stworzyć  pozory,  że  mamy  do  czynienia  z  osobą
otwartą  na  świat  i  ludzi,  śmiałą,  łatwo  nawiązującą  kontakty,  swobodną
w  obejściu.  Ale  bywało,  że  ten  zestaw  trików  z  jakichś  powodów  nagle  i  bez
ostrzeżenia  wyczerpywał  się,  wtedy  Szymona  ogarniała  całkowita  niemoc.
W  środku  rozmowy  milkł,  zapadał  się  w  sobie,  jakby  ktoś  bez  uprzedzenia

background image

odłączył  go  od  prądu.  W  końcu  odchodził  pod  jakimś  śmiesznym  pozorem.

Jak  ktoś,  kto  zużył  całą  amunicję  i  jedyne,  co  mu  pozostaje,  to  ucieczka.

Kilka razy byłam świadkiem takiej sytuacji.

Kurwa,  tak  ciężko  mi  o  nim  mówić…  Nie  wiem,  jakich  słów  używać.

Skromny,  arogancki,  samolubny,  zdolny  do  wielkiej  życzliwości  i  empatii,

sarkastyczny,  piękny,  okropny,  obleśny,  ciepły,  złośliwy,  brutalny,  delikatny,

stonowany,  nieopanowany,  introwertyk,  ekstrawertyk,  dobry,  zły  –  wszystko

się zgadza i nic się nie zgadza…

O  swojej  przeszłości  opowiadał  niedużo,  jeśli  już,  to  w  taki  sprytny

sposób,  żeby  dać  do  zrozumienia,  że  to  jest  przeszłość  szczególna  i  bardzo

bolesna,  i  właśnie  z  tego  powodu  należą  mu  się  jakby  specjalne  względy.

Tak,  to  był  po  prostu  rodzaj  szantażu  emocjonalnego.  Człowiek,  słuchając

Szymona,  czuł  się  prawie  winny,  że  miał  zwyczajne,  szczęśliwe  życie.  To

poczucie  przeradzało  się  potem,  szczególnie  u  kobiet  zafascynowanych

„mrocznymi  głębiami”  i  „poranieniami”  Szymona,  w  litość,  a  litość,  a  już

kobieca  szczególnie,  to,  jak  wiadomo,  pierwszy  krok  do  miłości.  Ale  nawet

ta  miłość,  te  nawet  najintymniejsze  relacje  z  Szymonem  pozostawiały

poczucie,  że  istnieje  u  niego  jeszcze  jakaś  niezgłębiona  „resztka”,  jakaś

niezbadana  „głębia”,  kusząca  tajemnicą,  ponętna.  Kobiety  chciały  do  niej
koniecznie  dotrzeć,  podniecała  je  ta  tajemniczość,  ta  zagadkowość  Szymona,
dlatego  były  dla  niego  zdolne  do  wszystkiego,  otwierały  się  przed  nim  całe,
dosłownie  i  w  przenośni.  Pytanie,  czy  tam  rzeczywiście  była  tajemnica?
A  może  tylko  jej  pozór,  na  którą  wszystkie  dałyśmy  się  nabrać?  Nie  tak
trudno  przecież  zastąpić  prawdę  iluzją  prawdy,  najczęściej  nie  można
odróżnić jednego od drugiego.

To  był  dzień,  kiedy  kosmos  zdecydowanie  nie  był  mi  życzliwy.

Zadzwoniła  Agata,  chciała  się  ze  mną  spotkać.  Byłam  przerażona,
pomyślałam,  że  po  prostu  wszystko  się  wydało,  potem  stwierdziłam,  że  nie
byłoby  to  nawet  takie  złe,  przynajmniej  skończyłby  się  ten  okropny  okres
niepewności  i  emocjonalnych  huśtawek.  Kiedy  wchodziłam  do  kawiarni,
w  której  umówiłam  się  z  Agatą,  byłam  przygotowana  na  wszystko,  na
zarzuty,  wyrzuty,  obelgi,  łzy.  Ale  nie  na  to,  co  nastąpiło.  Niech  pan  sobie
wyobrazi,  że  Agata  –  nie  wiem  zresztą,  dlaczego  zwróciła  się  do  mnie,
jakbym  była  jej  najbliższą  przyjaciółką,  przecież  spotkałyśmy  się  tylko  kilka
razy  w  życiu  –  oznajmiła  mi,  że  jej  mąż,  Szymon,  ma  kochankę,  w  innym

background image

mieście,  od  co  najmniej  roku.  A  więc  nie  mogło  chodzić  o  mnie!  Zrobiło  mi

się  gorąco,  poczułam  wściekłość,  rozumie  pan.  Bo  co  może  czuć  kobieta,

która  dowiaduje  się,  że  nie  tylko  nie  jest  tą  pierwszą  –  miejsce  pierwszej
zajmowała zawsze Agata – ale nawet tą drugą? Najgorsze było to, że niczego

nie mogłam dać po sobie poznać. A raczej dałam po sobie poznać wściekłość,

tyle  że  Agata  nie  wiedziała,  jakie  jest  jej  prawdziwe  źródło.  Myślała  po

prostu,  że  jestem  wściekła  na  Szymona  za  to,  co  zrobił  jej,  w  rzeczywistości

ona nie obchodziła mnie w tym momencie ani trochę, mimo że ją trzymałam

za  ręce,  tak,  bardzo  troskliwie  ją  trzymałam,  jak  najlepsza  przyjaciółka,

i  nawet  ocierałam  chusteczką  jej  łzy,  tak  było.  Nie  hamowałam  się,

nazwałam Szymona skurwielem, chujem, radziłam Agacie, żeby natychmiast

odeszła.  „Ten  człowiek  nie  jest  ciebie  wart”  –  mówiłam,  jakbym

przekonywała  nie  ją,  lecz  siebie  samą.  To  było  okropne  popołudnie,  jeszcze

teraz  potrafię  odtworzyć  w  pamięci  jego  każdy  szczegół.  Kiedy  tak  sobie

rozmawiałyśmy,  byłam  przekonana,  że  Agata  jest  tego  samego  zdania  co  ja

i  wie,  co  powinna  zrobić,  to  znaczy  zabrać  wszystko,  Michała  też  –  to

Szymona  najbardziej  by  dotknęło,  naprawdę  zabolało  –  ale  wieczorem,

a  właściwie  już  nocą,  dostałam  od  niej  maila,  w  którym  –  niech  pan  sobie

wyobrazi!  –  zarzucała  mi,  że  moje  sądy  były  zbyt  jednostronne  i  pochopne,
a  wnioski  radykalne;  że  w  ogóle  nie  rozumiem  jednego,  że  ją  i  Szymona
łączy  coś  więcej  niż  innych  ludzi.  Nazwała  to  „ślepą  miłością”,  dokładnie
pamiętam.  „Ty  żałosna,  głupia  krowo  –  powiedziałam  do  niej  w  duchu.  –
Znów dałaś mu się podejść”. Pewnie rozmawiali ze sobą przez wiele godzin,
najpierw  uraczył  ją  tymi  swoimi  okrągłymi  zdaniami,  potem  doprawił
wszystko  czułością,  ustępliwością,  samoudręczeniem,  na  koniec  zaserwował
mały szantaż emocjonalny, jakby w gruncie rzeczy należał mu się ten romans
z  inną  kobietą,  bo  on  nie  może  żyć  w  zamknięciu,  bo  dawniej  wystarczająco
długo  tak  żył  i  to  się  odbiło  na  jego  psychice,  i  tak  dalej…  Co  za  skurwiel
z  niego!  Co  za  chuj!  I  teraz  to  wszystko  trafiło  rykoszetem  we  mnie!  O  mało
co  nie  zadzwoniłam  do  Agaty  i  nie  wykrzyczałam  jej  do  słuchawki,  że  ja  też
byłam  kochanką  Szymona,  że  mnie  też  posuwał,  że  lizał  moją  cipę,  że
wkładał  palce  w  dupę,  że  ssał  moje  sutki  i  mówił,  że  mnie  kocha,  że  mam
najwspanialsze  ciało  na  świecie  i…  i…  i…  Tak,  tak  chciałam  zrobić,
ukarałabym  wtedy  i  jego,  i  ją.  Za  te  ich  kłamstwa  i  za  tę  obłudę.  W  końcu,
po  kilku  godzinach  walki  ze  sobą,  odpisałam:  „Zrobisz  to,  co  dla  ciebie

background image

będzie najlepsze, jestem tego pewna”. Czułam się chujowo, jak ktoś, kogo się

wystawiło na odstrzał.

Od  tamtej  pory  nie  widywaliśmy  się.  Byłam  wściekła  na  Szymona,  ale

oczekiwałam,  że  mimo  wszystko  da  jakiś  znak  życia,  spróbuje  wyjaśnić,  o  co

chodzi,  wytłumaczyć,  być  może  bym  mu  nawet  wybaczyła,  w  końcu  kobieta,

która  kocha,  potrafi  wiele  wybaczyć,  wszystko  wybaczyć,  a  jeśli  nie,  to

przynajmniej  mogłabym  po  prostu  na  niego  nakrzyczeć,  wykrzyczeć  się,

kobieta  potrzebuje  się  wykrzyczeć  po  czymś  takim.  A  tu  nic.  Po  prostu

Szymon nagle znikł  z mojego życia,  przestał przychodzić, rozmawiać,  kochać

się  ze  mną,  pisać  esemesy,  maile.  Byłam  normalnie  zszokowana!

Próbowałam  się  z  nim  skontaktować,  nawet  przez  osoby  trzecie,  przez  jego

przyjaciela,  Roberta  W.,  ale  nie  reagował,  w  końcu  dałam  spokój,  bo  ile

człowiek  może  się  prosić,  poniżać?  Głucha  cisza,  mówię  panu.  Jakbyśmy

w  ogóle  się  nigdy  nie  znali,  jakby  nic  między  nami  nie  zaszło,  jakby  nie

padły  nigdy  żadne  słowa,  włącznie  z  tymi,  na  które  czeka  każda  kobieta.

Myślę,  że  nie  tylko  mnie  tak  potraktował,  przecież  były  też  inne,  nawet

domyślam  się  kto,  choć  pewnie  nie  domyślam  się  wszystkiego.  W  każdym

razie  było  ich  co  najmniej  kilka,  tych  kobiet.  Każda  z  nich,  każda  z  nas,

Agata  też,  została  poniżona,  upokorzona  kłamstwami  i  niedotrzymanymi
obietnicami.  To  była  dla  mnie  ciężka  lekcja  od  życia.  Nauczyłam  się  wtedy,
żeby nie ufać do końca mężczyznom, bo wszyscy postępują tak samo: szukają
zaspokojenia  własnej  próżności,  choćby  nie  wiem  jak  bardzo  starali  się  to
ukryć.  Czemu  dowiedziałam  się  o  tym  tak  późno?  Czemu  nie  wiedziałam
o tym wcześniej?

Jedno  trzeba  przyznać,  był  świetnym  ojcem  dla  Michała.  Może  nawet  za

świetnym.  Chcę  przez  to  powiedzieć,  że  bardzo,  ale  to  bardzo  zależało  mu
na  dobrych  kontaktach  z  synem,  co  sprawiało,  że  czasami  zbyt  mocno
ingerował  w  jego  życie,  bo  był  przekonany,  że  doskonale  wie,  co  jest  dla
Michała  najlepsze.  Czytał  mu  książki,  rysował  z  nim,  budował  statki
kosmiczne  z  klocków  Lego,  grał  w  piłkę,  zabierał  na  basen,  do  lasu,  pod
namiot,  do  kina,  na  podchody,  w  góry,  krótko  mówiąc,  zagospodarowywał
mu  każdą  wolną  minutę,  w  ten  sposób  sądził,  że  buduje  silną,  autentyczną
więź  z  synem.  I  chyba  rzeczywiście  tak  było,  z  tego,  co  wiem,  Michał  go
uwielbiał,  czasami  to  nawet  irytowało  Agatę,  która  w  takich  chwilach  czuła
się  odstawiona  jakoś  na  dalszy  plan.  Co  tam  Agata,  ja  też  czasami  się  tak

background image

czułam.  W  rozmowach  ze  mną  Szymon  co  chwila  zbaczał  na  temat  Michała,

to  było  naprawdę  groteskowe  –  jakby  nic  innego  się  nie  liczyło.  Zdarzało

się,  że  wpadał  w  panikę,  kiedy  nagle  uzmysławiał  sobie,  że  potraktował
Michała 

nieodpowiednio 

lub 

obcesowo. 

Wtedy 

trudem 

go

powstrzymywałam,  żeby  nie  jechał  od  razu  do  domu,  nie  przepraszał

Michała, tylko został ze mną jeszcze przez chwilę.

Agata  i  Szymon?  Co  mam  jeszcze  dodać?  W  oczach  większości  ludzi

tworzyli  idealną  parę.  On  –  spokojny  i  zrównoważony,  ona  spontaniczna,

pogodna,  zaradna.  Duże  mieszkanie,  samochód,  udane  dziecko,  dobrze

zapowiadająca  się  kariera.  Ale  była  też  inna  Agata  i  inny  Szymon.

Wybuchowi,  niecierpliwi,  gwałtowni,  nie  znoszący  sprzeciwu,  zazdrośni

o  siebie,  ogarnięci  chęcią  dominacji.  Wiem,  że  zdarzało  się,  że  podczas

nocnych  kłótni  Agata  groziła  sobie  nożem,  a  Szymon  chciał  wyskakiwać

przez  okno  albo  goły  siedział  na  balkonie,  w  deszczu  i  zimnie.  Któregoś

razu, po wakacjach  nad morzem, wrócił  z blizną na czole.  Zapytałam, co  się

stało.  Odpowiedział,  że  podczas  kłótni  na  plaży  Agata  rzuciła  w  niego

kamieniem,  o  mało  co  nie  trafiła  mu  wtedy  w  oko.  Ale  mimo  takich

incydentów,  dość  częstych  nawet,  nie  rozstali  się.  Nawet  o  tym  nie  myśleli.

Byli  ze  sobą  naprawdę  bardzo  związani.  Bardziej  niż  być  może  chciałam
wtedy  przyznać.  Tak,  Agata  chyba  miała  rację,  to  była  ślepa  miłość…
Skurwiel!

Myślałam  o  nim  później,  jasne.  Wiele  razy.  Szczególnie  wtedy,  kiedy

dowiedziałam  się,  że  zniknął.  Sprawa  stała  się  głośna,  szef  chciał  nawet,
żebym o tym napisała reportaż, porozmawiała z ludźmi, którzy go znali, ale
oczywiście  wymigałam  się;  reportaż  powstał,  ale  nie  ja  byłam  jego  autorką.
Nie  mogłabym  nią  być.  Kompletnie  się  wtedy  posypałam,  wspomnienia
same  powracały,  jedne  po  drugim,  było  mi  jakoś  rzewnie,  żal  tego,  co  było,
nawet  żal  Szymona,  bo  przecież  wszyscy  wtedy  myśleliśmy,  że  zginął.
Płakałam  nad  tym  życiem  –  nie  wiem,  jak  to  ująć  –  niedokończonym?
Zwichniętym  dokładnie  wtedy,  gdy  wszystko  szło  w  sumie  tak  dobrze?  Gdy
oboje  przetrwali  największe  burze?  I  nagle  ciach!  Prawie  trzydzieści  lat
czyjegoś  życia  znika  jak  woda  wsiąkająca  w  piasek.  Przez  chwilę  na  piasku
zostaje jeszcze jakiś ślad, ale potem słońce wysusza nawet to. Nic nie widać,
nie  widać,  że  płynęło  tu  czyjeś  życie,  wielka  rzeka  losu  bogatego
w  zdarzenia,  wypełnionego  emocjami,  doświadczeniami.  Na  początku

background image

wszystkim  się  wydaje,  że  to  strata,  po  której  świat  już  się  nie  podniesie.  Że

nic  nie  będzie  takie  jak  dawniej.  Po  czym  okazuje  się,  że  owszem,  czyjeś

istnienie  pewnego  dnia  zostaje  wymazane  z  rejestru  życia  i  ktoś  z  tego
powodu  być  może  nawet  cierpi,  ktoś  inny  odczuwa  żal,  a  jeszcze  ktoś  inny

rozpacza.  Ale  generalnie  sprawy  biegną  w  gruncie  rzeczy  swoim  torem,  aż

w  końcu  cierpienie,  żal  i  rozpacz  blakną  jak  wszystko  inne,  jak  tamta  rzeka,

po  czym  znikają  zupełnie.  Nic  nie  będzie  takie  jak  dawniej?  Rzecz  w  tym,  że

wszystko zawsze jest w końcu takie jak dawniej.

Ludzie  przychodzą,  żyją  tyle  i  tyle  lat,  potem  odchodzą,  świat  uznaje

wtedy  rachunek  ich  życia  za  zamknięty.  Chyba  że  z  pewnych  powodów

rachunek  trzeba  otworzyć  na  nowo,  jak  ten  Szymona,  po  kilkunastu  latach

niebytu.  Sądziliśmy,  że  rzeka  jego  losu  dawno  wyschła,  aż  tu  znienacka

uderzyła  znowu,  nieznana,  potężniejsza  i  groźniejsza  niż  kiedykolwiek,  bo

nieprzewidywalna,  bo  płynąca  nie  wiadomo  skąd  i  dokąd…  Zatopiła

wszystko,  co  napotkała  na  swojej  drodze,  dosłownie  anihilowała  nasz  świat,

a  potem…  tak,  potem  znowu  zniknęła  w  głębinach  ziemi,  jak  gdyby  nigdy

nic,  w  czarnych  otchłaniach,  z  których  chwilę  wcześniej  wystrzeliła

z  niszczycielską  siłą.  Skąd  wiadomo,  że  któregoś  dnia  znowu  nie  wystrzeli

na  powierzchnię,  zatapiając  to,  co  po  raz  drugi  z  wysiłkiem  udało  nam  się
odbudować?

Tyle  się  pan  nasłuchał  opowieści  mających  związek  z  historią  Szymona

K.,  tyle  książek  pan  przeczytał,  tyle  mądrych  artykułów,  tylu  psychologów
pan  prosił  o  opinię,  to  niech  mi  pan  teraz  powie,  jak  to  jest,  że  naszym
życiem  raz  po  raz  wstrząsają  tajfuny,  a  potem  wszystko  zostaje  jak  dawniej?
Widzi  pan,  to  właśnie  mnie  nurtuje  od  lat.  Wydaje  się  panu,  że  gadam
dziwne rzeczy? Że jak to nic się zmieniło, skoro morderstwa dokonane przez
Szymona  mają  bezpośredni  wpływ  na  nasze  tu  i  teraz?  Skoro  mnie  też  ta
cała  historia  dotknęła?  Skoro  pozostawiła  na  mnie  ślad?  Ale  kto  będzie
pamiętał  o  Szymonie  K.  za  sto  lat?  Albo  za  pięćset?  Albo  za  tysiąc?  Nawet
największe  tragedie  i  największy  ból,  zresztą  największe  szczęście  też,
w  końcu  znikają  po  prostu  jak  ta  woda  wsiąkająca  w  piasek.  Nie  mija  wiele
czasu i człowiek o tym zapomina, żyje dalej, nie przejmuje się, a jeśli nie on,
to jego dzieci, wnuki, prawnuki. Więc pytam się pana, po co to wszystko? Po
co żyć, skoro na koniec zostaje tylko piach?

Niedawno  pomyślałam,  że  to  trochę  jak  film  w  telewizji.  Kiedy  go

background image

oglądamy,  przeżywamy  jakieś  emocje,  jakieś  wzruszenia,  strach,  nadzieję,

cierpienie,  radość,  szczęście,  ulgę.  Ale  potem  wstajemy  z  fotela,  wyłączamy

telewizor  i  idziemy  spać.  A  rano  o  niczym  nie  pamiętamy,  tylko  po  prostu
żyjemy  dalej.  Tak  będzie  z  historią  Szymona  K.,  mówię  panu.  Wyłączymy  ją

jak  się  wyłącza  telewizor,  pójdziemy  spać  i  jutro  uznamy  ją  już  tylko  za

niezły film. Nie przeraża to pana? Mnie przeraża, dołuje. A potem znowu nie

przeraża  i  nie  dołuje,  bo  wydaje  mi  się,  że  to  naturalna  kolej  rzeczy.  Że  tak

musi  być  i  tak  jest  w  gruncie  rzeczy  dobrze.  Dobrze,  że  świat  zapomina.  Bo

przecież  gdyby  wszystko  pamiętał,  musiałby  już  dawno  od  środka  pęknąć,

nie sądzi pan?

background image

A

7

gatę  K.  obudziło  zimno.  „Nie  zamknęłam  okna  na  noc...”  –

pomyślała przez sen, mimo to ociągała się ze wstaniem, wciąż czuła

zmęczenie  zdarzeniami  poprzednich  dni.  Spróbowała  wymacać

dłonią kołdrę, jednak palce, spoczywające dotąd w bezruchu, nieoczekiwanie

dotknęły  czegoś  miękkiego  i  chłodnego  („Nawiało  przez  niezamknięte  okno,

musiała  być  ładna  zadymka…”).  Dopiero  po  chwili  uzmysłowiła  sobie,  że

poprzedniego  dnia  wcale  nie  zasnęła  w  swoim  łóżku  i  że  jej  ostatnie

wspomnienie  dotyczyło  bułek.  Tymczasem  teraz  wszędzie  dookoła  leżał

śnieg.  W  miejscu,  gdzie  spała,  powoli  topniał,  wilgotna  piżama  przyklejała

się  do  ciała,  wzmagając  uczucie  zimna.  Agata  K.  usiadła,  lecz  nadal  niczego

nie  mogła  dojrzeć,  wokół  panowała  niemal  całkowita  ciemność.  Wiał

delikatny  mroźny  wiatr.  Nie  miała  pojęcia,  gdzie  jest,  przyszło  jej  nawet  na

myśl,  że  to  wyjątkowo  realistyczny  sen.  Postanowiła  wstać,  uszła  kilka
kroków,  kiedy  nagle  zatrzymało  ją  niespodziewane  szarpnięcie.  Na
odrętwiałej  od  zimna  szyi  poczuła  cienką  metalową  linkę.  Najpierw
spróbowała  ją  zdjąć,  bezskutecznie.  Potem  zaczęła  ją  szarpać  zgrabiałymi  od
zimna  dłońmi,  póki  po  skórze  nie  spłynęła  ciepła  krew.  Długo  wołała
o  pomoc,  wreszcie  wyczerpana  padła  na  śnieg,  jednak  zimno  szybko
sprawiło,  że  ponownie  stanęła  na  nogi.  Tracąc  co  chwila  równowagę  na
śliskiej  nawierzchni,  ruszyła  w  stronę  miejsca,  z  którego,  jak  sądziła,
musiała  wychodzić  linka.  Po  kilku  metrach  zorientowała  się,  że  znalazła  się
przed  czymś,  co  przypomina  wielką  metalową  skrzynię,  wypełnioną
masywnymi  polanami.  Wtedy  usłyszała  kroki,  ich  odgłos  początkowo  niósł
się  z  bardzo  daleka.  Dostrzegła  też  słabe  światło  latarki.  Zaczęła  wołać:
„Tutaj!  Tutaj!  Proszę  mi  pomóc!  Jestem  przywiązana!  Nie  mogę  się  ruszyć!
Ratunku!”.  Trzymający  latarkę  człowiek  zbliżył  się  spokojnym  krokiem,  był
ledwo  widoczny,  nic  nie  mówił.  Zatrzymał  się  w  odległości  trzech,  czterech
metrów  od  Agaty  K.  W  prawej  dłoni  trzymał  długą  zapałkę.  Zapalił  ją
i  rzucił  do  skrzyni,  w  miejsce,  gdzie  leżała  gruba  warstwa  siana  i  papieru,

background image

a  nad  nią  grube  polana  polane  benzyną.  Od  ognia,  który  buchnął  wysokim

płomieniem, zrobiło się jasno, Agata K. dopiero teraz dostrzegła, że znajduje

się  na  środku  zamarzniętego  stawu.  Potem  dojrzała  także  twarz  Szymona.
Patrzyła  na  niego,  nie  potrafiąc  wydusić  z  siebie  niczego  poza  cicho

powtarzanym:  „Jezu,  Szymon…  Jezu,  Szymon…  Jezu,  Szymon…  Jezu,

Szymon…”.  W  końcu  padła  przed  nim  na  kolana,  wznosząc  ku  górze  obie

ręce, jak gdyby chciała oddać mu hołd. Szymon K. nawet na nią nie spojrzał,

tylko  patrzył  w  ogień.  Płomienie  biły  wysoko  w  górę,  metalowa  skrzynia

zaczęła  miejscami  rozpalać  się  do  czerwoności.  Uznawszy,  że  wszystko

przebiega  zgodnie  z  planem,  Szymon  bez  słowa  odwrócił  się  i  ruszył

z  powrotem.  Rozgrzany  metal  powoli  stapiał  pod  sobą  lód,  Agata  K.

zrozumiała,  że  skrzynia  wkrótce  pociągnie  ją  na  dno.  Nie  mogła  widzieć,  że

na  brzegu  stał  Szymon,  czekając,  aż  wody  jeziora  pochłoną  ogień,  skrzynię

i  kobietę.  Kiedy  to  nastąpiło,  wsiadł  do  samochodu  i  odjechał.  Znów  zrobiło

się ciemno i cicho.

Na pytanie zadane mu następnego dnia przez inspektora – „Czy pan wie,

dlaczego pański ojciec to robi?” – Michał K. odpowiedział krótko: „Nie”. Dwa

dni  wcześniej  stracił  babcię,  poprzedniej  nocy  zaginęła  jego  matka.  Wyszła

do supermarketu, tam, robiąc zakupy, po prostu rozpłynęła się w powietrzu.
Pilnujący  jej  policjant  został  odurzony  substancją  nieznanego  pochodzenia.
Kamery  sklepowe  nagrały  mężczyznę  w  czapce  z  daszkiem,  który  go
zagadnął,  po  czym  znienacka  przyłożył  mu  do  ust  i  nosa  grubą  chustę,
jednocześnie  mocnym  chwytem  przytrzymując  go  za  ramię,  aby  od  razu  nie
upadł.  Następnie  przywołał  ochroniarza,  któremu  powiedział,  że  ten
człowiek zemdlał i trzeba wezwać lekarza. Powstało zbiegowisko. Mężczyzna
wykorzystał  zamęt  i  pognał  w  kierunku  nieświadomej  niczego  Agaty  K.,
która  stała  przy  stoisku  ze  świeżym  pieczywem.  Miała  już  pełen  koszyk
zakupów  i  wedle  wszelkiego  prawdopodobieństwa  zamierzała  skierować  się
do  kas.  Wtedy  właśnie  musiała  zostać  pozbawiona  przytomności,  po  czym
wyniesiona  przez  magazyn  butelek,  a  przynajmniej  tak  przypuszczano,
ponieważ  było  to  jedyne  miejsce  w  całym  sklepie,  którego  nie  obejmowały
swym  zasięgiem  kamery.  Zanim  zniknęła,  Agata  K.  potwierdziła
policjantom,  którzy  odwiedzili  ją  poprzedniego  wieczoru,  że  głos  nagrany

mieszkaniu 

zamordowanej 

Alicji 

K. 

(„Dobrze 

przykryta”)

najprawdopodobniej  należał  do  jej  zaginionego  przed  laty  męża  („Tak,  to

background image

chyba  jego  głos,  minęło  sporo  czasu,  ale  to  chyba  on.  I  rzeczywiście  zawsze

podjadał  orzeszki,  chociaż  najbardziej  to  lubił  pistacje…”).  Dla  pewności

sięgnięto  po  stare  nagrania  z  wakacji  rodzinnych.  Nie  było  wątpliwości.
Ostateczny  dowód  miały  przynieść  analizy  próbek  DNA  pobranych  ze

szklanki  znalezionej  w  mieszkaniu  Alicji  K.  i  zebranych  z  dywanu,  w  jadalni,

drobnych  kawałków  orzeszków  ziemnych.  Alicję  K.  znaleziono  martwą  na

kanapie,  lewą  rękę  miała  przywiązaną  do  drewnianego  oparcia,  usta

zakneblowane.  Na  plecach,  pod  prawą  łopatką,  odkryto  grubą  taśmę

długości 

jedenastu 

centymetrów 

szerokości 

pięciu, 

nasączoną

niezidentyfikowanym  płynem  o  słodkawym  owocowym  zapachu  i  dość  gęstej

konsystencji.  Taśmę  wysłano  niezwłocznie  do  laboratorium,  lecz  wszyscy

zgodnie  przypuszczali,  że  płyn  jest  po  prostu  trucizną,  która,  wchłonięta

z  zewnątrz  przez  skórę,  spowodowała  powolną,  choć  zapewne  dość  łagodną

śmierć Alicji K. Co się stało z Agatą K., nie wiedziano.

Od  kiedy  opublikowano  jego  dawne  fotografie,  dołączając  do  nich

symulacje  ukazujące  prawdopodobny  wygląd  obecny,  Szymon  K.  musiał

poświęcać  więcej  czasu  na  charakteryzację.  Przystrzygł  gęste  włosy,  zapuścił

brodę,  całkowicie  wymienił  garderobę.  Wygodne  dżinsy  i  skórzane  kurtki

zastąpił  doskonale  dopasowanymi  garniturami  i  precyzyjnie  skrojonymi
prochowcami.  Kupił  też  srebrny  zegarek  i  elegancką  aktówkę.  Żeby
sprawiała  wrażenie  używanej,  tu  i  ówdzie  odrobinę  ją  przytarł.  Podobnie
buty,  które  specjalnie  dla  niego  sprowadzono  z  Warszawy.  Elegancki  strój
ograniczał naturalną swobodę ruchów, do której Szymon od dawna przywykł,
lecz  i  pozwalał  bez  większych  przeszkód  przemieszczać  się  ulicami  miasta.
Było  to  konieczne,  ponieważ  śledztwo  w  sprawie  niewyjaśnionych  zabójstw
ostatnio  ruszyło  z  martwego  punktu  i  ujęcie  sprawcy  było  –  tak  się
spodziewano – tylko kwestią czasu. Szymon doskonale to sobie uświadamiał,
z  drugiej  strony  wolał  uniknąć  gwałtownych  i  nieprzemyślanych  posunięć,
które  mogły  go  narazić  na  niebezpieczeństwo.  Matkę  i  żonę  udało  mu  się
zlikwidować  nieomal  równocześnie,  wykorzystując  efekt  zaskoczenia.
Z  synem  należało  działać  ostrożniej,  tym  bardziej  że  kolejne  posunięcia
policji  wykazywały  brak  logiki,  co  było  zastanawiające  i  dlatego  właśnie
niebezpieczne.  Zamiast  zwiększyć  ochronę  Michała  K.,  co  w  obecnej  sytuacji
należałoby  uznać  za  najbardziej  wskazane,  zmniejszono  ją.  Teraz  kręcił  się
w  pobliżu  zazwyczaj  tylko  jeden  policjant,  jak  gdyby  tym  sposobem  chciano

background image

zachęcić  sprawcę  do  działania.  Szymon  przypuszczał,  że  musi  to  być  po

prostu  pułapka.  Długo  krążył  wokół  syna,  analizując  rozmaite  scenariusze

zabójstwa.  Zawsze  jednak  zachowywał  bezpieczny  dystans,  podejrzewał
bowiem,  że  Michał  K.  musi  mieć  niewidoczne  towarzystwo.  Czynione

z  ukrycia  obserwacje  uświadomiły  mu,  że  syn  jest  fizycznie  do  niego

niezwykle  podobny.  Zbliżony  wzrost,  identyczne  proporcje  ciała,  wreszcie

rysy twarzy – w pewnej chwili Szymonowi wydało się, że uległ halucynacjom

i widzi siebie samego sprzed lat. Michał K. nie ukrywał się, często opuszczał

mieszkanie.  Chodził  na  wykłady,  do  znajomych,  do  sklepu.  Jak  gdyby

zdarzenia,  które  miały  miejsce  w  ostatnim  roku,  w  ogóle  go  nie  obeszły.

Szymon  uznał,  że  zachowanie  syna  to  wynik  przemyślanej  strategii  policji

i  wzmógł  czujność.  Codziennie  zmieniał  trasy,  jakimi  się  poruszał.  Oprócz

garnituru  miał  teraz  do  dyspozycji,  w  zależności  od  sytuacji,  luźny  strój

sportowy,  ubranie  robocze,  a  nawet  damskie  spódnice  i  płaszcze.  W  tym

ostatnim  przypadku  musiał  się  zawsze  garbić,  żeby  dostosować  ubiór  do

swojej  sylwetki,  ponadto  robił  sobie  specjalny  makijaż.  Wówczas  stawał  się

po  prostu  staruszką,  w  chustce  na  głowie,  o  lasce,  udającą  się  na  zakupy  do

sklepiku  osiedlowego.  Zdarzało  się,  że  w  tym  samym  miejscu  robił  zakupy

równocześnie  Michał  K.  Szymon,  stojąc  za  nim  w  kolejce,  wdychał  wtedy
ciężki zapach jego męskich perfum.

Kiedy  to  się  stało,  nastała  już  wiosna.  Ostatnie  kilkanaście  dni  Szymon

spędził  prawie  wyłącznie  w  samochodzie.  Z  hoteli  zrezygnował,  słusznie
obawiając  się,  że  policja  ma  je  wszystkie  na  oku.  Rankiem  dwudziestego
kwietnia  –  był  to  wtorek,  dzień,  kiedy  Michał  K.  przed  południem  wychodził
na  wykłady  –  zgarnął  bezdomnego,  któremu,  nie  wchodząc  w  szczegóły,
obiecał,  że  go  nakarmi,  umyje  i  ubierze,  oprócz  tego  da  jeszcze  sporą  ilość
gotówki,  jeśli  tylko  ten  z  nim  pójdzie  i  poda  się  za  jego  ojca.  Bezdomny
przystał  na  to  bez  wahania.  Po  dwóch  godzinach  siedział  w  samochodzie
Szymona  K.,  odświeżony,  przebrany  w  schludne,  czyste  rzeczy.  Z  apetytem
pochłaniał  zapiekankę,  a  jego  dłonie  ogrzewał  kubek  gorącej  kawy.  Szymon
był ujmujący i rozmowny, nie chciał wyjść na człowieka, którego należało się
obawiać.  Powtarzał,  że  to  wszystko  to  żart  z  okazji  urodzin  brata.  Bezdomny
uwierzył  w  tę  historię,  a  przynajmniej  udawał,  że  wierzy.  „Mam  dzisiaj
farta”  –  powtarzał.  Szymon  zaparkował  przed  blokiem,  w  którym  mieszkał
jego  syn.  Pomógł  bezdomnemu  wysiąść  i  wziął  go  pod  ramię,  jak  człowieka,

background image

któremu  trudno  chodzić  o  własnych  siłach.  Wiedział,  że  jest  obserwowany,

jednak  wiedział  też,  że  w  swoim  markowym  garniturze,  mając  u  boku

drepczącego  z  wyraźnym  wysiłkiem  staruszka,  któremu  pomaga  nieść
sporych  rozmiarów  walizkę,  nie  sprawia  wrażenia  osoby  podejrzanej,  a  tym

bardziej  niebezpiecznej.  Zachowywał  spokój,  nie  spieszył  się.  Wiedział,  że

syn  wciąż  jest  na  górze,  najprawdopodobniej  przygotowywał  się  do  wyjścia.

Kiedy  obaj  znaleźli  się  przy  windzie,  polecił  bezdomnemu  wjechać  na  szóste

piętro  i  odnaleźć  mieszkanie  numer  sześćdziesiąt  cztery.  „Na  korytarzu

zauważysz  kogoś,  kto  może  się  podawać  za  policjanta  –  tłumaczył  powoli.  –

On  o  wszystkim  wie,  ale  będzie  udawał,  że  nie,  to  taki  żart,  część  mojego

planu. Jeśli będzie cię o coś pytał, powiedz, że przyjechałeś w odwiedziny do

córki,  która  mieszka  pod  numerem  sześćdziesiąt  trzy.  Nie  pomyl  niczego,

pamiętaj,  dostaniesz  dużo  forsy.  Dam  ci  komórkę,  trzymaj  ją  w  dłoni

włączoną,  żebym  mógł  słyszeć,  co  robisz.  Kiedy  znajdziesz  się  pod

właściwymi drzwiami, naciśnij dzwonek.  Ktoś otworzy, to  będzie mój  starszy

brat. To wszystko”. „Co mam zrobić z tą walizką?” „Nic, po prostu ją trzymaj

w ręku, reszty dowiesz się później. Jeśli dobrze się spiszesz, dostaniesz tyle,

ile  się  umawialiśmy.  A  może  nawet  dorzucę  coś  ekstra.  Nie  spierdol  tego,

chcę  zrobić  bratu  niespodziankę”.  Bezdomny  wjechał  więc  na  szóste  piętro,
powiedział 

policjantowi, 

co 

miał 

powiedzieć, 

odszukał 

mieszkanie

sześćdziesiąt  cztery  i  zadzwonił  do  drzwi.  „Proszę  pana  –  usłyszał  głos
policjanta – mieszkanie sześćdziesiąt trzy jest naprzeciwko!” Wtedy drzwi się
otwarły. Bezdomny zdziwił się, że mężczyzna, którego ujrzał, był taki młody.
W  tym  samym  momencie  dostrzegł  kątem  oka,  że  policjant  biegnie  w  jego
stronę,  i  już  miał  wydusić  z  siebie,  że  chyba  zaszła  jakaś  pomyłka  i  że
przecież  to  wszystko  kazał  mu  zrobić  człowiek,  którego  poznał  tego  ranka,
kiedy  nagle  korytarzem  wstrząsnęła  ogromna  eksplozja.  Siła  wybuchu  od
razu  zabiła  ich  obu,  bezdomnego  i  młodego  mężczyznę,  który  otworzył
drzwi.  Policjant,  ciężko  ranny,  wił  się  pod  ścianą  i  jęczał.  Szymon  odrzucił
oba  telefony  daleko  od  siebie.  Za  pomocą  pierwszego  zachowywał
z  bezdomnym  łączność,  za  pomocą  drugiego  uruchomił  –  kiedy  usłyszał
otwierane  drzwi  –  umieszczony  w  walizce  ładunek  wybuchowy.  Przez  okno
korytarza  ujrzał  biegnących  zewsząd  ludzi,  którzy  jakby  wyrośli  spod  ziemi.
Większość  z  nich  miała  broń,  kilku,  krzycząc,  wydawało  pozostałym
komendy.  Nim  dopadli  drzwi  wejściowych,  Szymon  wbiegł  na  trzecie  piętro,

background image

gdy  oni  znaleźli  się  na  drugim,  on  już  docierał  do  szóstego.  Ogień

gwałtownie  się  rozprzestrzeniał,  ciemny  dym  wypełniał  korytarz  i  gryzł

w  oczy.  Ze  wszystkich  drzwi  wybiegali  przerażeni  ludzie.  Szymon  zrzucił
z  siebie  ubranie,  po  czym  wbiegł  do  pierwszego  mieszkania  z  brzegu,

odpychając  od  siebie  jego  zdumionych  właścicieli.  Odnalazł  łazienkę,

wskoczył  pod  prysznic  i  maksymalnie  odkręcił  kurek  z  wodą.  Trwało  to  nie

więcej  niż  kilkanaście  sekund.  Zmoczony  od  stóp  do  głów,  całkiem  nagi

wypadł  z  powrotem  na  korytarz,  wprost  na  policjantów,  którzy  sądząc,  że  to

lokator jednego z mieszkań, biorący właśnie prysznic, przepuścili go i kazali

czym  prędzej  wydostać  się  z  budynku.  Zbiegając  z  szóstego  piętra,  mijał

zastępy  strażaków  i  lekarzy.  Oddychał  z  wysiłkiem,  od  dymu  zrobiło  mu  się

słabo,  mimo  to  zdołał  w  końcu  wybiec  na  zewnątrz,  gdzie  tymczasem

powstało  zbiegowisko.  Policjanci  próbowali  opanować  gęstniejący  tłum

i zapanować nad paniką. Gdy Szymon wolnym krokiem wyszedł na zewnątrz,

ktoś  okrył  go  kocem  i  prosił,  żeby  udał  się  do  karetki.  Zrobił  to,  jednak

znalazłszy  się  w  środku  ogłuszył  pielęgniarza,  który  chciał  mu  podać  wodę,

a  chwilę  później  również  spieszącego  na  pomoc  kierowcę.  Ledwo  wciągnął

ich  ciała  do  wnętrza  karetki,  kiedy  pojawił  się  policjant,  który

najprawdopodobniej  chciał  o  coś  zapytać  pielęgniarzy,  lecz  kiedy  ujrzał,  co
się  z  nimi  stało,  sięgnął  po  broń  i  wycelował  w  Szymona  K.  Ten
błyskawicznie  go  obezwładnił,  sprawnym  ruchem  przechwycił  pistolet
i  ogłuszył  kolbą.  Z  trzema  skrępowanymi  ciałami  w  środku,  w  białym  kitlu
narzuconym  na  gołe  ciało,  zapuścił  silnik  i  odjechał  nie  zatrzymywany  przez
nikogo. Trzy skrzyżowania dalej porzucił pojazd, w bramie kamienicy zaczaił
się  na  jakiegoś  mężczyznę,  któremu  zabrał  ubranie,  i  oddalił  się
w niewiadomym kierunku.

Dokładnie w tym  samym momencie jakaś  kobieta w przeciwległej  części

miasta  mijała  swoją  sąsiadkę.  Sąsiadka  pchała  wózek,  była  wyraźnie
zmęczona,  od  dwu  godzin  bezskutecznie  próbowała  uśpić  dziecko  w  wózku.
Ono  jednak  wcale  nie  zamierzało  spać,  tylko  obserwowało  okolicę
skupionym,  zimnym  wzrokiem,  od  którego  przechodniom  robiło  się
nieswojo.

 

Relacja inspektora Nowickiego
Leszek  Nowicki,  lat  pięćdziesiąt  jeden,  z  tego  dwadzieścia  siedem  w  policji.

background image

W  stopniu  inspektora  od  pięciu  lat.  Co  tu  dużo  mówić:  śledztwo  szybko

przerosło  kompetencje  lokalnej  policji.  Dlatego  poproszono  nas  o  pomoc.

Wysłałem  swoich  najlepszych  ludzi,  Adama  i  Łukasza  Szymanowskich.
Miałem  świadomość,  że  będzie  to  długie  i  skomplikowane  dochodzenie

wymagające  niestandardowych  metod  działania.  Z  racji  szczególnych

predyspozycji  psychicznych  bracia  Szymanowscy  nadawali  się  do  takich

zadań  najlepiej.  Ich  zdolności  określano  niekiedy  mianem  paranormalnych,

chciałbym  jednak  z  całą  mocą  podkreślić,  że  taka  ocena  opiera  się  na

nieporozumieniu.  Przypadek  braci  Szymanowskich  był  rzadki,  niemniej

znany  literaturze  fachowej.  Obaj  chorowali  na  zespół  Tourette’a,  która  to

choroba  w  zwykłych  okolicznościach  zapewne  w  znacznym  stopniu

uniemożliwiałaby  im  prowadzenie  normalnego  życia,  a  nawet  wiązała  się

z  kłopotliwym  leczeniem  farmakologicznym  skutkującym  dotkliwymi

efektami  ubocznymi.  Jako  komisarze  policji  nie  musieli  się  mu  poddawać.

Braci  Szymanowskich  przyjąłem  do  policji  na  własną  odpowiedzialność  i  na

własną  odpowiedzialność  ich  tam  trzymałem.  Nie  wdając  się  w  szczegóły

natury  medycznej,  obaj  posiadali  wykraczającą  ponad  przeciętną  zdolność

naśladowania  charakteru  i  zachowania  innych  osób,  nawet  takich,  z  którymi

osobiście  nigdy  się  nie  zetknęli.  Wystarczył  im  fizyczny  kontakt
z  przedmiotami  codziennego  użytku  należącymi  do  tychże  osób,  na  przykład
ubraniami  lub  kosmetykami.  Umiejętność  ta  była  dla  nas  zawsze  bezcenna,
dociekanie jej źródeł było kwestią drugorzędną. Koszty psychiczne, związane
z  zespołem  Tourette’a,  bez  wątpienia  znaczne,  również  znajdowały  się  poza
obszarem  naszego  zainteresowania.  Znaczenie  miały  tylko  efekty  działań
braci  Szymanowskich,  spektakularne.  „Bliźniacy”,  jak  ich  nazywaliśmy,
cieszyli się moim pełnym zaufaniem. Nie nadużyli go ani razu.

Okoliczności sprawy, jak również poszczególne etapy śledztwa, stanowiły

przedmiot  ustawicznego  zainteresowania  mediów,  w  związku  z  czym
relacjonowano  je  na  bieżąco  i  nie  ma  potrzeby  do  nich  wracać  w  tym
miejscu.  Ze  swej  strony  nadmienię  tylko,  iż  istniejący  wokół  sprawy
Szymona  K.  szum  medialny  co  prawda  niejednokrotnie  utrudniał  śledczym
wykonywanie  obowiązków,  niemniej  byłem  zdania,  że  summa  summarum
może  on  mieć  pozytywny  wpływ  na  wyniki  śledztwa.  Zachodziła  bowiem
możliwość,  że  dzięki  temu  więcej  osób  dowie  się  o  sprawie  Szymona  K.,  co
zwiększało  szanse  na  ujęcie  sprawcy.  Czas  pokazał,  że  się  myliłem.  Szymon

background image

K. 

działał 

sposób 

nadspodziewanie 

skuteczny, 

gdyż 

wyjątkowo

niestandardowy. Od początku do końca wodził policję za nos.

Poznanie personaliów mordercy nie pomogło nam tak bardzo, jak można

by  się  spodziewać.  Ściśle  mówiąc,  nie  pomogło  nam  to  ani  trochę.

Wiedzieliśmy,  że  mordercą  jest  Szymon  K.,  urodzony  wtedy  i  wtedy,

zaginiony  wtedy  i  wtedy,  były  nauczyciel  akademicki,  swego  czasu  znany

z  licznych  artykułów,  książek,  wystąpień  publicznych,  mąż  Agaty  K.,  ojciec

Michała  K.  i  tak  dalej.  Dysponowaliśmy  drobiazgowym  życiorysem  tego

człowieka  sprzed  jego  pierwszego  zaginięcia,  jak  również  zapisami  rozmów

z  osobami,  które  go  wtedy  znały.  Prześwietliliśmy  jego  przeszłość,

przeczytaliśmy  wszystko,  co  kiedykolwiek  napisał,  jeszcze  jako  badacz

literatury, zbadaliśmy skrupulatnie każdy przedmiot, który do niego dawniej

należał. Zleciliśmy również sporządzenie portretu psychologicznego.

Jak  już  nadmieniłem,  działania  Szymona  K.  cechował  znaczny  stopień

skuteczności.  Było  pewne,  że  musiał  się  gdzieś  nauczyć,  w  jaki  sposób

szybko  i  precyzyjnie  uśmiercać  ludzi,  jak  znaleźć  się  w  ich  pobliżu,  ażeby

pozostać  przez  nich  niezauważonym,  jak  się  przemieszczać,  czasami  na

znaczne  odległości,  żeby  nie  zostać  wytropionym  przez  organy  ścigania,

wreszcie  jak  sporządzać  fałszywe  dokumenty,  zmieniać  swoją  tożsamość,  jak
również  cechy  fizyczne.  Podobne  umiejętności  posiadają  wyłącznie  żołnierze
niektórych  jednostek  specjalnych  oraz  najlepsi  agenci  służb  specjalnych.
Niestety 

przez 

długi 

okres 

czasu 

nie 

dysponowaliśmy 

żadnymi

wskazówkami,  które  pomogłyby  nam  odpowiedzieć  na  pytanie,  gdzie
Szymon  K.  przeszedł  szkolenie  pozwalające  mu  posiąść  tego  rodzaju
umiejętności,  kto  to  szkolenie  przeprowadził,  dlaczego  Szymon  K.  mu  się
poddał,  wreszcie  jaki  był  główny  cel  realizowanego  przez  niego  planu.
Kluczem  do  sprawy  musiało  być  bez  wątpienia  nagłe  zniknięcie  Szymona  K.
kilkanaście  lat  wcześniej,  zniknięcie  równoznaczne  w  oczach  większości
znających  go  wtedy  osób  ze  śmiercią.  Następnie  człowiek  ten,  od  dawna
uznany  za  zmarłego,  przybywa  jak  gdyby  –  takie  opinie  niejednokrotnie  się
słyszało  –  z  zaświatów,  dokonuje  fizycznej  eliminacji  praktycznie  całej  swojej
najbliższej  rodziny,  po  czym  znów  znika  w  sposób,  który  z  jednej  strony
ponownie  sugeruje  śmierć,  z  drugiej,  z  racji  wielu  niejasnych  okoliczności
towarzyszących temu wydarzeniu, zostawia pole dla licznych spekulacji.

Jest  jasne,  że  Szymon  K.,  dokonując  na  członkach  swojej  rodziny

background image

kolejnych  aktów  morderstwa,  realizował  pewien  plan,  jednak  jego

rekonstrukcja  okazała  się  w  praktyce  niemożliwa.  Sprawca  działał,  jak  już

nadmieniłem,  w  sposób  wyjątkowo  niestandardowy,  to  znaczy  nie
dostosowywał  okoliczności  do  własnego  planu,  tylko  plan  do  zaistniałych

okoliczności,  a  następnie  niejako  zmieniał  ich  wektor  –  dokładnie  w  takiej

mierze,  w  jakiej  to  było  mu  potrzebne  do  realizacji  planu.  Przez  dłuższy

okres  czasu  nie  zostawiał  po  sobie  żadnych  śladów,  chyba  że  z  rozmysłem.

Z  nikim  nie  nawiązywał  kontaktu,  niczego  nikomu  nie  tłumaczył.  Działał

w sposób precyzyjny, nie był jednak typem seryjnego mordercy, który trzyma

się  określonego  schematu,  ponieważ  chce  zostawić  policji  i  mediom  pewną

zaszyfrowaną  wiadomość  od  siebie.  Rekonstrukcja  takiego  schematu  bywa

trudna,  niemniej  jest  jak  najbardziej  możliwa.  Tymczasem  Szymon  K.  żadnej

wiadomości  nikomu  przekazywać  najwyraźniej  nie  chciał.  W  gruncie  rzeczy

nie interesowało go ani śledztwo, ani szum medialny, ani tym bardziej to, co

o  nim  i  jego  działaniach  sądzili  policyjni  psychologowie  i  śledczy.  Od

pewnego  momentu  stało  się  dla  mnie  i  moich  współpracowników  jasne,  iż

sprawca  zajęty  jest  tylko  i  wyłącznie  własnym  zadaniem,  które  realizuje

z  żelazną  konsekwencją,  nie  rozglądając  się  na  boki  i  nie  tracąc

niepotrzebnie  energii  na  sprawy  z  jego  punktu  widzenia  absolutnie
drugorzędne.  W  jednym  tylko  przypadku  zostawił  po  sobie  wyraźny  ślad
(szklanka  w  mieszkaniu  matki),  którego  najprawdopodobniej  zostawić  nie
zamierzał,  a  który  po  miesiącach  bezowocnych  wysiłków  wreszcie  pozwolił
nam  ustalić  tożsamość  sprawcy.  Początkowo  byliśmy  przekonani,  że
poczyniliśmy  istotny  postęp  w  sprawie,  niestety  szybko  okazało  się,  że
znajomość  personaliów  sprawcy  w  niczym  nam  nie  pomaga.  A  nawet
przeciwnie:  pogłębia  frustrację  całego  zespołu  dochodzeniowego,  który
mając  do  dyspozycji  taką  wiedzę,  nie  potrafił  zapobiec  kolejnym
morderstwom.

Bracia  Szymanowscy  pierwszy  raz  mieli  do  czynienia  z  podobnym

przypadkiem.  Dotychczas  ich  umiejętności  pozwalały  znacznie  szybciej
i  precyzyjniej  określić  ogólny  profil  sprawcy.  Teraz  mieli  do  czynienia
z  czymś,  co  pewnego  razu,  używając  przenośni,  opisali  jako  czarną  dziurę,
obiekt  fizyczny  o  ciężarze  tak  znacznym,  że  nie  wydostaje  się  z  niego  żadne
światło  na  zewnątrz,  w  związku  z  czym  niemożliwe  jest  również  określenie
cech  i  właściwości  tegoż  obiektu.  Zastosowane  przez  nich  określenie  było

background image

dla  mnie  o  tyle  zastanawiające,  że  sami  bracia  bez  wątpienia  mieli  w  sobie

coś  –  że  pozwolę  sobie  na  użycie  przenośni  –  z  takich  „czarnych  dziur”.

Traktowałem  ich  jak  synów,  niemniej  nie  sposób  ukryć  faktu,  iż  w  ich
zachowaniu  było  coś  –  jakby  to  ująć  –  nieludzkiego.  Proszę  mnie  źle  nie

zrozumieć,  nie  mam  na  myśli  tego,  że  ich  zachowanie  należało  uznać  za

amoralne,  sprzeczne  z  zasadami  człowieczeństwa,  lecz  to,  że  przypominali

androidy,  które  nie  przeżywają  prawdziwych  emocji,  takich  jak  my,  ludzie,

tylko  te  emocje  umiejętnie  naśladują.  Nie  posiadają  własnej  tożsamości,

osobowości,  czegoś,  co  ich  wyróżnia  i  czyni  jednostkami.  Są  –  ponownie

używając przenośni – pustym naczyniem, do którego można wlać wszystko.

Tacy  właśnie  byli  Bliźniacy,  to  było  źródło  ich  wyjątkowości.  Problemy

zaczęły  się  wtedy,  kiedy  natrafili  na  człowieka  pod  pewnymi  względami

przypominającego  ich  samych.  Dlatego  tak  długo  błądzili  po  omacku.

Dopiero przy morderstwie Alicji K. wydarzyło się coś, co pozwoliło braciom,

konkretnie 

Adamowi 

Szymanowskiemu, 

wyraźnie 

uchwycić 

fizyczną

obecność sprawcy, do tej pory całkowicie niewyraźną. Stało się tak być może

dlatego – to oczywiście tylko hipoteza – że zamordowanie własnej matki pod

pewnymi  względami  stanowiło  wstrząs  także  dla  Szymona  K.,  którego  pole

energetyczne,  do  tej  pory  stabilne,  zostało  tym  postępkiem  zakłócone
mocniej  niż  zwykle,  tak,  iż  nareszcie  dało  się  uchwycić  śladową  obecność
jego  osobowości,  śladową,  a  mimo  to  tak  wyraźną  i  destrukcyjną,  że  Adam
Szymanowski  nie  potrafił  znieść  wywołanego  jej  obecnością  napięcia  i  na
pewien  okres  czasu  stracił  przytomność.  Tego  dnia  mieliśmy  wszyscy
poczucie,  że  „czarna  dziura”,  jaką  był  Szymon  K.,  na  moment  przestała  być
czarna i że w jej wnętrzu można dostrzec jakieś niewyraźne kształty.

Z  praktycznego  punktu  widzenia  nie  miało  to  oczywiście  większego

znaczenia:  Szymon  K.  mordował  dalej.  Jedyne,  co  udało  nam  się  osiągnąć  to
to,  że  w  przynajmniej  jednym  punkcie  zdołaliśmy  udaremnić  jego  zamiary.
Nie  udało  mu  się  zamordować  syna,  Michała.  Niestety  ofiarą  padł  kto  inny,
Łukasz  Szymanowski,  który  się  pod  niego  podszył.  Była  to  niepowetowana
strata.  Straciliśmy  jednego  z  naszych  najlepszych  ludzi.  Pozbawiony
stymulującej  obecności  brata  Adam  Szymanowski  także  przestał  być
przydatny  do  pracy  w  policji.  Raz  na  zawsze  utracił  swoje  wyjątkowe
umiejętności.

Po  tych  wydarzeniach  środki  masowego  przekazu  nie  zostawiły  na  mnie

background image

i  prowadzonym  przeze  mnie  zespole  suchej  nitki.  Powszechne  stały  się

zarzuty  o  nieudolność.  Nie  straciłem  stanowiska  tylko  dlatego,  że  cieszyłem

się  pełnym  wsparciem  przełożonych.  Ale  i  oni  wymagali  ode  mnie  efektów.
Nie  ustawałem  w  wysiłkach.  Przełom  nastąpił,  kiedy  dostaliśmy  informację

od  naszych  portugalskich  kolegów,  że  w  okolicach  Sagres  widziano  Szymona

K.  oraz  że  odnaleziono  należącą  do  niego  torbę.  Mieliśmy  nadzieję,  że

znajdziemy  w  niej  wskazówki  mogące  pomóc  w  dalszym  śledztwie.

W  pewnym  sensie  tak  było,  niestety  na  miejscu  okazało  się,  że  torbę

wypełniały  głównie  pozbawione  większej  wartości  notatki  z  podróży,  jakie

Szymon  K.  odbywał  w  ostatnich  latach.  Były  to  przede  wszystkim  opisy

krajobrazów,  uwagi  na  temat  spotykanych  ludzi,  miejscowych  zwyczajów,

rodzajów pożywienia i tym podobne.

Torba  zawierała  także  dokumenty,  z  których  wynikało,  że  Szymon  K.  od

co  najmniej  siedmiu  lat  był  obywatelem  państwa  o  nazwie  Saint  Vincent

i  Grenadyny,  położonego  w  archipelagu  Wysp  Zawietrznych,  na  Morzu

Karaibskim.  Pod  nazwiskiem  Mike  Simon  zamieszkiwał  niewielką  wyspę

Carriacou.  Udałem  się  tam  dwukrotnie.  Za  pierwszym  razem  udawałem

turystę.  Bez  trudu  uzyskałem  wiele  informacji  o  Szymonie  K.,  przede

wszystkim  od  lokalnego  taksówkarza,  który  przewiózł  mnie  samochodem  po
wyspie,  pokazał  dom  Szymona  K.  i  opowiedział,  co  o  nim  wie.  Dom  był
typowy  dla  tej  okolicy,  nieduży,  drewniany,  postawiony  na  wysokich
wspornikach  chroniących  przed  powodzią.  Powodzie  zdarzają  się  w  tamtych
szerokościach  geograficznych  bardzo  często,  wywoływane  przez  huragany.
„Mike, oooh! A very good man! A very good friend! Very good!” − słyszałem
co  chwila.  Wedle  słów  taksówkarza,  Szymon  K.  żył  raczej  w  odosobnieniu,
nie  mówił  nikomu,  skąd  przybył  i  jak  długo  zostanie.  Mieszkańcy  go
szanowali.  Wielokrotnie  ratował  życie  osobom  poszkodowanym  przez
huragan,  bezinteresownie  pomagał  przy  usuwaniu  szkód,  czasami  nawet
wspomagał  finansowo  tych,  którzy  w  wyniku  kataklizmu  utracili  cały
dorobek  życia.  Słuchając  tych  opowieści,  odnosiło  się  wrażenie,  że  Szymon
K.  był  dla  mieszkańców  wyspy  kimś  w  rodzaju  lokalnego  bohatera.  Więcej
o  jego  przeszłości  dowiedzieliśmy  się  po  przeszukaniu  domu.  Trzy  pokoje,
kuchnia,  łazienka.  Skromnie  urządzone.  Telewizor,  sprzęt  muzyczny,  dużo
płyt 

książek. 

co 

najważniejsze, 

szesnaście 

różnej 

wielkości

ponumerowanych  notatników  zawierających  dość  dokładne  opisy  podróży

background image

Szymona  K.,  nazwiska  ludzi,  z  którymi  miał  kontakt,  nazwy  miejsc,

w  których  bywał,  prace,  które  wykonywał  i  tym  podobne.  Uzyskane

informacje poddano następnie drobiazgowej weryfikacji, co – ponieważ wiele
faktów  zakrawało  na  nieprawdopodobieństwo  –  zajęło  nam  łącznie  około

półtora  roku.  Nasz  wysiłek  przyniósł  pewne  rezultaty.  Szymona  K.,  który

oficjalnie  był  nadal  uznawany  za  zaginionego,  co  prawda  nie  schwytaliśmy,

niemniej  potrafiliśmy  w  miarę  precyzyjnie  odtworzyć  szczegóły  jego  życia

między  pierwszym  zaginięciem,  a  pierwszym  popełnionym  przez  niego

morderstwem, czyli na przestrzeni mniej więcej szesnastu lat.

Zostawiwszy  żonę  i  syna  na  pokładzie  promu  do  Rønne,  Szymon  K.

wsiadł  w  najbliższy  pociąg  do  Hamburga.  Wykorzystując  rozmaite  środki

lokomocji,  głównie  o  zasięgu  lokalnym,  w  ciągu  niecałych  trzech  dni

przedostał  się  do  południowej  Hiszpanii,  skąd  statkiem  wycieczkowym

przeprawił  się  do  Afryki.  W  Dakarze  wyczarterował  jacht,  następnie

w  pojedynkę  pokonał  Atlantyk,  kierując  się  ku  wybrzeżu  brazylijskiemu.  Na

pierwszy  rzut  oka  pomysł  wydaje  się  obciążony  dużym  ryzykiem,  zwłaszcza

że  Szymon  K.  nie  miał  wcześniej  doświadczeń  z  żeglowaniem  na  tak  długich

dystansach. Mimo to  zdołał przepłynąć ocean.  Wybór trasy był  przemyślany.

Przez  pewien  czas  jacht  Szymona  K.  zmagał  się  co  prawda  z  silnym  prądem
oceanicznym, ale w zamian zdołał uniknąć huraganów. W Brazylii Szymon K.
przez  około  rok  imał  się  różnych  zajęć.  Pracował  między  innymi  jako
windziarz,  kelner,  barman,  sprzątacz,  dozorca,  a  nawet  opiekun  do  dzieci.
Następnie  w  niewyjaśnionych  okolicznościach  spotkał  człowieka,  od  którego
otrzymał  propozycję  pracy  przy  wyrębie  drzew  w  puszczy  amazońskiej.
Z kolei tam poznał niejakiego Jacka P., Polaka amerykańskiego pochodzenia,
który  opowiadał  mu  o  współczesnych  poszukiwaczach  skarbów.  Brzmi
nieprawdopodobnie,  niemniej  to  prawda.  Na  dnie  wielu  mórz  i  oceanów,
zwłaszcza  w  obrębie  najpopularniejszych  dawniej  szlaków  żeglugowych
między  Ameryką  i  Europą,  do  dnia  dzisiejszego  leży  blisko  dwa  tysiące
wraków  pełnych  kosztowności,  monet,  paradnej  broni,  kamieni  szlachetnych
i  oczywiście  srebra  i  złota,  zagrabionych  Aztekom,  Inkom  i  Majom  w  ciągu
pierwszych  stuleci  europejskiego  panowania  na  kontynencie  amerykańskim.
Transportujące  je  galeony  były  często  nadmiernie  przeciążone  tak,  iż
wkrótce  po  wypłynięciu  z  portu  szły  na  dno,  zabierając  ze  sobą  wszystkie
kosztowności.  Najwięcej  leży  ich  u  wybrzeży  Florydy,  jednak  wydobycie

background image

kosztowności  nie  jest  rzeczą  prostą,  z  powodów  natury  zarówno  technicznej,

jak i prawnej. Wraki zwykle znajdują się na znacznej głębokości i dotarcie do

ładowni,  nawet  przy  użyciu  współczesnych  środków  technicznych,  wiąże  się
z  wieloma  trudnościami.  Nawet  jeśli  poszukiwacze  skarbów  im  sprostają,

muszą  następnie  stawić  czoła  kolejnym  kłopotom:  roszczenia  prawne  do

znalezionego  skarbu  zgłaszają  prawdziwi  lub  fikcyjni  spadkobiercy

hiszpańskich  hrabiów,  książąt,  królów,  rozliczne  instytucje  publiczne

i  prywatne,  wreszcie  państwa.  W  rezultacie  poszukiwanie  zaginionych

kosztowności  leżących  na  dnie  oceanów  to  działalność  prowadzona  często

w tak zwanej szarej strefie, co naturalną koleją rzeczy przyciąga osoby o nie

zawsze  czystych  intencjach  i  dobrej  reputacji.  Krótko  mówiąc,  poszukiwacze

skarbów  to  środowisko  bardzo  specyficzne,  są  tam  byli  żołnierze,  zawodowi

nurkowie,  podróżnicy-amatorzy,  milionerzy  poszukujący  mocnych  wrażeń,

wykolejeni  oceanolodzy,  pasjonaci  historii,  agenci  wydaleni  ze  służby,

hazardziści,  osoby  niezrównoważone  psychicznie,  szumowiny,  kanciarze,

naciągacze,  czy  zwyczajni  przestępcy,  mający  na  swoim  koncie  niejeden

poważny konflikt z prawem.

Poszukiwaniem  skarbów  zajmują  się  zarówno  duże,  profesjonalnie

działające  firmy,  jak  i  kilkuosobowe  grupy  półamatorów.  Jednak  tylko  te
pierwsze  dysponują  wystarczającym  wsparciem  finansowo-organizacyjno-
technicznym,  ażeby  odnieść  na  tym  polu  sukces.  W  takiej  właśnie  firmie,
z  siedzibą  na  Florydzie,  znalazł  pracę  Szymon  K.  Zarobki  były  niewysokie.
Za  to  obowiązywał  procent  od  wydobytych  skarbów.  Podziału  dokonywano
najczęściej  co  sześć  miesięcy,  a  wysokość  premii  zależała  od  zajmowanego
stanowiska  i  pracowitości.  Nagminnie  zdarzały  się  próby  przywłaszczenia
znalezionych  kosztowności,  lecz  były  one  trudne  do  ukrycia  –  w  firmie
obowiązywał  rygorystyczny  system  kontroli,  a  ponadto  pracownicy  firmy,
zwłaszcza  ci,  którzy  schodzili  pod  wodę  i  mieli  bezpośredni  kontakt
z  odnalezionymi  skarbami,  wzajemnie  siebie  pilnowali.  Oszuści  i  złodzieje
byli  z  miejsca  eliminowani,  a  jeśli  popełnili  wyjątkowo  duże  wykroczenie,
zdarzało się, że znikali w niewyjaśnionych okolicznościach.

Szymon  K.  wszedł  w  to  środowisko  i  spędził  w  nim  około  pięciu  lat.

Z pozyskanych przez  nas informacji wynika,  że był cenionym  pracownikiem.
Zgłaszał  się  na  ochotnika  do  najniebezpieczniejszych  prac  podwodnych,
wymagających  ponadprzeciętnej  odwagi  i  sprawności  fizycznej.  Mówiono  na

background image

niego  „Vanish”,  ponieważ  często  na  długo  znikał  pod  wodą,  nie  dając  znaku

życia,  po  czym  nagle,  kiedy  już  wszyscy  sądzili,  że  utonął,  jak  gdyby  nigdy

nic efektownie wypływał na powierzchnię, trzymając w dłoniach worki pełne
złotych  monet,  naszyjników  z  pereł,  srebrnych  łyżek  i  tym  podobnych

kosztowności.  Nie  zauważono,  żeby  kiedykolwiek  próbował  je  sobie

nielegalnie  przywłaszczyć,  dopiero  pod  koniec  zrobiło  się  wokół  niego

gorąco:  jakiś  pracownik  firmy  widział  Szymona  K.  zakopującego  w  ziemi,

w ustronnym miejscu, stare naszyjniki z pereł, wyłowione w tajemnicy przed

innymi.  Sprawa  szybko  się  wydała,  Szymonowi  K.  groziło  poważne

niebezpieczeństwo,  nawet  śmierć,  jednak  w  porę  udało  mu  się  zbiec.  Perły

musiał  zabrać  ze  sobą.  Nikt  nie  potrafił  precyzyjnie  określić  ich  łącznej

wartości,  musiała  być  jednak  znaczna.  W  każdym  razie  można  przyjąć,  iż

Szymon  K.  zdołał  dzięki  temu  uzyskać  materialne  zabezpieczenie  na

przyszłość.  Po  ucieczce  z  Florydy  przez  pewien  czas  przemieszczał  się

między  licznymi  wyspami  basenu  Morza  Karaibskiego,  następnie  pod

fałszywym  nazwiskiem  zakupił  nieduży  jacht,  którym  ponownie  odbył

niebezpieczny  rejs  przez  Ocean  Atlantycki,  tym  razem  kierując  się  ku

południowym 

wybrzeżom 

kontynentu 

afrykańskiego. 

Republice

Południowej  Afryki  wniknął  –  w  czym  być  może  pomogły  mu  znajomości
nawiązane  jeszcze  na  Florydzie,  choć  dowodów  na  to  brak  –  w  hermetyczne

bardzo 

niebezpieczne 

środowisko 

handlarzy 

kością 

słoniową,

najcenniejszego 

nielegalnego 

towaru 

eksportowego 

Afryki. 

Wedle

niepotwierdzonych,  niemniej  wysoce  prawdopodobnych  informacji,  jakie
udało nam się  pozyskać, Szymon K.  wielokrotnie pośredniczył w  rozmowach
z  Chińczykami  i  Wietnamczykami,  największymi  odbiorcami  kości  słoniowej
na  świecie.  Czy  sam  aktywnie  zajmował  się  kłusownictwem  na  terenie
południowoafrykańskich  parków  narodowych,  tego  dokładnie  nie  wiadomo,
niemniej  jest  to  wysoce  prawdopodobne  –  w  pochodzących  z  tamtego  okresu
notatnikach  znaleziono  szczegółowe  informacje  na  temat  broni  palnej
używanej do polowań na słonie.

Po  okresie  około  dwóch  i  pół  roku  Szymon  K.  nagle  i  z  niewyjaśnionych

przyczyn  zerwał  z  tym  procederem.  Wiadomo,  że  przeniósł  się  na  pustynię
Kalahari,  gdzie  spędził  około  półtora  roku.  Przemieszczał  się  między
wyspami położonymi wśród rozległych terenów bagiennych rzeki Okawango.
Przebywał  w  środowisku  Buszmenów,  od  których  –  co  poświadczają  odnośne

background image

zapiski znalezione w notatnikach Szymona K. – uczył się sztuki survivalu. Jak

można  przypuszczać,  tam  właśnie  doskonalił  umiejętności,  które  później,  po

powrocie  do  Polski,  pozwoliły  mu  działać  w  sposób,  który  przez  dłuższy
czasu uniemożliwiał ustalenie jego tożsamości i schwytanie.

Następnie  Szymon  K.  wrócił  do  Republiki  Południowej  Afryki,  wyrobił

tam  fałszywe  dokumenty  na  nazwisko,  którym  odtąd  się  posługiwał,

mianowicie  Mike  Simon.  Ponownie  udał  się  na  Karaiby,  kupił  dom  na

wyspie  Carriacou,  w  pobliżu  głównego  miasta  wyspy,  Hillsborough,

przekupił  lokalnych  urzędników  i  został  obywatelem  państwa  Saint  Vincent

i  Grenadyny.  Przez  siedem  kolejnych  lat  prowadził  życie  spokojne,  stabilne

i  pozbawione  kłopotów  finansowych.  Nie  podróżował,  nawet  na  sąsiednie

wyspy.  Sprowadzał  znaczną  liczbę  książek,  głównie  o  tematyce  podróżniczej

i  kulinarnej.  Dni  spędzał  na  czytaniu,  gotowaniu,  słuchaniu  muzyki  reggae,

spacerach  po  wyspie,  pływaniu.  Wieczorami  regularnie  odwiedzał  jeden

z  barów  w  Hillsborough.  Pił  umiarkowane  ilości  alkoholu.  Unikał  bliższego

towarzystwa  kobiet,  nigdy  z  żadną  go  nie  widziano.  Po  około  siedmiu  latach

znikł  z  Carriacou  równie  nagle,  jak  się  tam  pojawił,  i  udał  się  do  Polski.

Ustaliliśmy,  że  jego  jedyny  bagaż  stanowiła  czarna  torba,  ta  sama,  którą

później  znaleziono  na  skałach  w  pobliżu  portugalskiego  Sagres.  Jakie
wydarzenia miały miejsce w późniejszym okresie, o tym wszyscy wiemy.

Co  czuję?  Nie  opowiadam  publicznie  o  swoich  uczuciach.  Szymon  K.

wymknął  się  nam  wiele  razy  i  nadal  się  wymyka.  Nie  rozumiem,  dlaczego
tak  się  dzieje.  Przecież  policja  wielu  krajów  zaangażowała  swoich
najlepszych  ludzi,  żeby  go  odszukać.  Szymon  K.  sprawił  cierpienie  wielu
osobom.  A  także  skrzywdził  moich  chłopaków.  Byli  dla  mnie  jak  synowie,
jestem  im  coś  winien.  Dorwę  Szymona  K.,  w  przyrodzie  nic  nie  ginie.  Po
ludziach,  nawet  takich  jak  on,  zawsze  zostają  ślady,  takie  czy  inne.  W  końcu
nauczymy się je czytać.

background image

N

8

ie  ma  pewności,  czy  Szymon  K.  śledził  informacje  przekazywane

na  bieżąco  przez  media.  Jeśli  nie  –  a  wiele  wskazuje,  że  po

zrealizowaniu  swojego  planu  przestał  się  interesować  jego

następstwami  –  nie  dowiedział  się  również  o  jednym  istotnym  fakcie.  Otóż

na  miejscu  wybuchu  zginął  nie  jego  syn,  lecz  Łukasz  Szymanowski,

podstawiony  funkcjonariusz  policji.  Po  śmierci  Alicji  i  Agaty  K.  Nowicki

stwierdził,  że  za  wszelką  cenę  należy  chronić  ostatniego  pozostałego  przy

życiu  członka  rodziny,  a  zatem  nie  ma  czasu  na  drobiazgowe  dochodzenie

i  mozolną  pracę  śledczą.  Trzeba  działać,  to  znaczy  ubiec  Szymona  K.,  który

dotąd był zawsze szybszy od policji i potrafił ją wywieść w pole. Sprawdzone

metody  Bliźniaków  –  powolna  reprodukcja  tożsamości  sprawcy  i  ofiar

przestępstwa w celu zrekonstruowania scenariusza zbrodni – w tym wypadku

zawodziły.  Szymon  K.  był  zbyt  nieprzewidywalny,  zaś  jego  pobieżnie
nakreślony  profil  psychologiczny  zbyt  niewyraźny,  by  dało  się  ustalić
prawdopodobny  schemat  wydarzeń  i  zapobiec  kolejnym  morderstwom.
Transformacja  Adama  Szymanowskiego  także  przebiegała  opornie.  W  tej
sytuacji  Nowicki  nie  mógł  sobie  pozwolić  na  jeszcze  jeden  błąd,  być  może
najpoważniejszy  w  skutkach.  I  tak  dziennikarze  nie  zostawiali  na  nim  i  jego
zespole  suchej  nitki,  a  przełożeni,  naciskani  przez  samego  ministra,  który
musiał  coraz  częściej  publicznie  odpierać  zarzuty  o  nieudolność  służb,
grozili,  że  odbiorą  mu  sprawę.  Rozważano  rozmaite  warianty,  ostatecznie
zdecydowano 

się 

na 

najbardziej 

ryzykowny 

spośród 

nich. 

Łukasz

Szymanowski – jako że Adam był zbyt wyczerpany dotychczasowymi próbami
transformacji  –  miał  czym  prędzej  podszyć  się  pod  Michała  K.  i  żyć  jego
życiem tak, aby sprawcy wydawało się, że ma do czynienia ze swym synem.
Ochronę  zmniejszono,  chcąc  pozostawić  Szymonowi  K.  jak  największą
swobodę  działania  i  tym  samym  wciągnąć  go  w  pułapkę  jeszcze  głębiej.
Natomiast nieopodal mieszkania Michała K., a także w miejscach, w których
przebywał  on  w  ciągu  dnia,  rozlokowano  kilkunastu  funkcjonariuszy,  dzień

background image

i  noc  gotowych  do  akcji.  Podszyli  się  pod  mieszkańców  sąsiednich  bloków,

dozorców,  roznosicieli  ulotek,  kioskarzy,  sprzedawców  pieczywa  i  bez

ustanku  patrolowali  okolicę.  Wszyscy,  nawet  ci,  którzy  znali  Bliźniaków

wcześniejszych 

akcji, 

byli 

zdumieni 

możliwościami 

Łukasza

Szymanowskiego,  któremu  wystarczyło  ledwie  kilka  godzin  spędzonych

w  towarzystwie  Michała  K.,  w  jego  mieszkaniu,  by  całkowicie  przejąć  jego

postawę, sposób poruszania się, gestykulację, mimikę, a nawet tiki nerwowe

(raptowne  podnoszenie  i  opuszczanie  ramion,  w  rytmie  mniej  więcej

czterdziestosekundowym).  Reszty  dokonali  fryzjerzy  i  charakteryzatorzy.

W rezultacie zdarzało się, że nawet najbliżsi znajomi Michała K. nie potrafili

przejrzeć  tej  mistyfikacji,  a  gdy  później  dowiadywali  się  prawdy,  byli  raczej

skłonni  przypuszczać,  że  się  z  nich  żartuje.  „Każdą  osobowość  –  wyjaśniał

Nowicki  –  można  skopiować.  Dla  Bliźniaków  to  tylko  kwestia  czasu”.  Mimo

głośnych  zapewnień  on  też  zadawał  sobie  w  duchu  pytanie,  czy  Szymon  K.

i  tym  razem  nie  wywiedzie  ich  w  pole,  jak  to  robił  zawsze.  Wydawał  się

nieokreślony,  nieuchwytny,  jak  gdyby  w  rzeczywistości  w  ogóle  nie  istniał

i  w  związku  z  tym  nie  mógł  zostawiać  po  sobie  realnych  śladów.  Tamtego

dnia, 

dwudziestego 

kwietnia, 

pewnym 

sensie 

potwierdziły 

się

równocześnie  i  nadzieje  Nowickiego,  i  jego  obawy.  Szymon  K.  połknął
haczyk i przechytrzył  policję, to znaczy  dał się zwabić w  pułapkę, lecz  mimo
to zabił. A później zniknął na dobre. Ostatnią rzeczą, jaką można było zrobić,
to wydanie międzynarodowego listu gończego.

Po  incydencie  w  Portugalii,  do  którego  doszło  kilka  miesięcy  później,

u  schyłku  września,  nadzieja,  że  Szymon  K.  zostanie  odnaleziony
i  postawiony  przed  sądem,  zmalała  praktycznie  do  zera.  W  tej  sytuacji
inspektor  Nowicki,  który  już  wcześniej  zapowiadał  swoją  dymisję,  odszedł
z  policji.  Część  jego  zespołu  zrobiła  to  samo,  pozostałych  przeniesiono  na
inne  stanowiska.  Adam  Szymanowski,  dowiedziawszy  się  o  śmierci  brata,
najpierw popadł w stan wielotygodniowej apatii, potem, gdy zdawało się, że
się  z  niej  otrząsnął,  nagle  kazał  do  siebie  mówić  „Łukasz”  i  wyrażał
autentyczne  zdziwienie,  kiedy  próbowano  mu  przypominać,  że  w  przeszłości
miał  brata.  Odbierał  to  jako  żart,  a  gdy  pokazywano  mu  stare  fotografie
Łukasza,  pomijał  to  milczeniem,  jak  gdyby  nie  rozumiał,  o  co  wszystkim
chodzi lub myślał, że się z niego żartuje. W końcu umieszczono go w szpitalu
dla  nerwowo  i  psychicznie  chorych,  skąd  wyszedł  po  miesiącu  obserwacji.

background image

W  uzasadnieniu  podano,  że  objawy,  z  jakimi  go  przysłano,  nie  spełniają

kryteriów  żadnej  jednostki  chorobowej.  Z  punktu  widzenia  medycyny  jest

zdrowy  i  zdolny  do  samodzielnego  funkcjonowania  w  społeczeństwie.
Opuściwszy  szpital,  Adam  Szymanowski  przeniósł  się  do  Gdańska  i  podjął

pracę  w  jednym  z  tamtejszych  składów  budowlanych  jako  magazynier.

Z  czasem  dziennikarze  zostawili  go  w  spokoju.  Syn  Szymona  K.,  Michał,

najpierw  zamieszkał  w  Wielkiej  Brytanii,  gdzie  początkowo  udzieliła  mu

wsparcia  Katarzyna  K.,  siostra  Szymona  K.  Od  lat  nie  utrzymywała

kontaktów  ze  swoją  polską  rodziną,  lecz  kiedy  dowiedziała  się  o  całej

sprawie  z  brytyjskiej  telewizji,  zaofiarowała  pomoc.  Nie  ustalono,  dlaczego

Szymon  K.  ją  oszczędził,  w  każdym  razie  i  ona,  i  bratanek,  po  pewnym

czasie  wyemigrowali  do  południowo-zachodniej  Australii,  gdzie  mieszkają

pod  zmienionymi  nazwiskami  w  miejscowości  Waroona,  około  stu

kilometrów na południe od Perth. Wspólnie prowadzą tam kemping.

background image

„P

9

roces  odrzucenia  jest  trudny  i  dość  rzadki,  choć  w  każdym  z  nas

przebiega  identycznie,  począwszy  od  chwili,  kiedy  nań  przystaniemy.

Dlaczego  jest  trudny?  Bo  trzeba  odrzucić  nie  tylko  to,  co  najgorsze,  ale

i  rozsądne  pozory,  rozwiązania,  które  wydają  się  szczęśliwe”.  To  cytat

z  Maurice’a  Blanchota,  francuskiego  pisarza,  zapisany  na  odwrocie  jednej

z dwóch oprawionych w ramki pocztówek odnalezionych w karaibskim domu

Szymona  K.,  na  jego  biurku,  z  którego  widać  było  morze.  Przedstawiała

nagie  męskie  plecy.  Na  odwrocie  drugiej,  z  wizerunkiem  kota  wylegującego

się  na  kamiennym  murze,  znaleziono  następującą  notatkę:  „To  obiekt

znajdujący  się  wewnątrz  własnego  horyzontu  zdarzeń.  Nie  można  go

dostrzec,  jego  rozmiary  i  masę  da  się  oszacować  jedynie  na  podstawie

zniszczeń,  które  są  widoczne  dookoła.  Znalazłszy  się  w  środku,  człowiek  nie

wydostanie  się  z  powrotem  na  zewnątrz,  wszystkie  drogi  ucieczki
nieuchronnie  prowadzą  do  punktu  wyjścia.  Czy  to  możliwe,  by  po  kimś
została tylko czarna dziura?”.

Była  tam  jeszcze  fotografia  przedstawiająca  Szymona  K.,  zrobiona

najprawdopodobniej  gdzieś  pośród  bagien  Okawango.  Musiał  mieć  wtedy
pod  czterdziestkę,  wciąż  był  bardzo  przystojnym  mężczyzną.  Mocno
zarysowane  kości  policzkowe,  wąskie  szpary  powiek,  między  którymi  ledwo
starczało  miejsca  na  oczy,  niewielka  blizna  na  prawym  policzku.  Wzrok
skupiony,  lecz  równocześnie  pusty,  jak  nocne  niebo,  z  którego  nieznana  siła
wyssała wcześniej wszystkie gwiazdy.

 
 

c.d.n.

background image

REDAKCJA: Krystyna Lesińska
KOREKTA: Aleksandra Tykarska
OKŁADKA: Krzysztof Urbański
KONWERSJA DO EPUB/MOBI: 

InkPad.pl

 
© Klub 76 i Novae Res s.c. 2015
 
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub
odczytjakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego
przekazuwymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.
 
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-7942-525-9
 
NOVAE RES – WYDAWNICTWO INNOWACYJNE
al. Zwycięstwa 96/98, 81-451 Gdynia
tel.: 58 698 21 61, e-mail: 

sekretariat@novaeres.pl

, 

http://novaeres.pl

 
Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej 

zaczytani.pl

.

 
Wydawnictwo Novae Res jest partnerem
Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni.


Document Outline