background image

 

Barbara Cartland

 

Jej jedyna miłość 

Love and Lucia

 

 

 

background image

Rozdział 1 
Rok 1887 
Giles obudził się i pomyślał leniwie, że upał staje się nie 

do  wytrzymania.  W  pokoju  było  nieznośnie  duszno  i  markiz 
spostrzegł  ze  zdziwieniem  spuszczone  żaluzje  i  zaciągnięte 
zasłony.  Przez  chwilę  usiłował  przypomnieć  sobie,  dlaczego 
tym razem nie otworzył okna, lecz rzut oka na poduszkę obok 
niego starczył mu za całą odpowiedź. 

Zawsze  kiedy  kładł  się  do  łóżka  sam,  odsuwał  zasłony  i 

podnosił  żaluzje,  aby  zasypiając  móc  spoglądać  na  niebo 
zaróżowione  pierwszymi  promieniami  wschodzącego  słońca. 
Dzisiaj był jednak zbyt zajęty, by o tym pomyśleć. Patrząc na 
pogrążoną  w  głębokim  śnie  towarzyszkę  swego  łoża,  Giles 
uśmiechnął  się  lekko.  Noc,  która  właśnie  minęła,  mogła 
doprawdy  zdarzyć  się  mu  tylko  w  Wenecji.  Jedynie  w  tym 
mieście można było spotkać kobietę tak płomiennie namiętną 
jak ta, która spała teraz spokojnie u jego boku. Markiz nigdy 
nie przyznałby tego nawet przed samym sobą, że przeżycia tej 
nocy, aczkolwiek przekroczyły jego najśmielsze oczekiwania, 
okazały się nieco wyczerpujące. 

Ujrzawszy  Gianninę  Rosso  po  raz  pierwszy  na  scenie 

Opery,  Giles  uznał,  że  śpiewa  jak  słowik  i  jest  przy  tym 
wyjątkowo  ładna  i  młoda.  Przy  pierwszej  rozmowie  okazało 
się, że wenecjanka pała aż nadto wyraźną chęcią uznania go za 
swego  opiekuna  i  protektora.  Porozumienie  zostało  więc 
osiągnięte szybko, ku obopólnemu zadowoleniu. 

Markiz  Wynchcombe  miał  zwyczaj  niezwykle  starannie 

dobierać swoich podopiecznych. Przybywając do Wenecji sam 
był  jednak  ciekaw,  czy  opowieści  o  pięknych  mieszkankach 
tego  miasta  nie  są  przesadzone.  Słyszał  też,  że  w  teatralnym 
światku Giannina Rosso nie miała godnej siebie rywalki. 

Kiedy  śpiewała  w  Operze,  na  widowni  nie  było  ani 

jednego  pustego  miejsca.  Każdy  wenecjanin,  zapytany,  co 

background image

myśli  o  primadonnie,  wygłaszał  pełne  żaru,  pochwalne 
przemówienie,  podczas  którego  ręce  były  zazwyczaj  równie 
wymowne, co oczy i usta. 

Po  długiej  i  nużącej  podróży  z  Anglii  Giles  bardzo  był 

spragniony  rozrywki.  Po  przybyciu  do  Wenecji,  spotkanie  z 
Giannina  Rosso  było  więc  już  tylko  kwestią  dni.  Młody 
angielski  arystokrata  nie  mógł  nie  zetknąć  się  prędzej  czy 
później  z  uwielbianą  przez  wszystkich  diwą.  A  jej  samej 
wystarczyło rzucić tylko na niego okiem, by stwierdzić, że jest 
właśnie takim mężczyzną, jakiego szukała od dawna. 

Odkąd  królem  Włoch  został  Napoleon,  Wenecja  ubożała 

coraz  bardziej.  Stare  weneckie  rodziny  biedniały  z  roku  na 
rok,  a  ich  członków  nie  stać  już  było  na  tak  częste  niegdyś, 
kosztowne ekstrawagancje. Znalezienie możnego protektora w 
postaci  angielskiego  arystokraty  było  marzeniem  każdej 
kobiety z tutejszego półświatka czy z cyganerii artystycznej. 

Sytuacja  Wenecji  uległa  niejakiej  zmianie,  gdy  po 

kongresie  wiedeńskim  i  traktacie  paryskim  miasto  to  dostało 
się  Austrii.  Mieszkańcom  Perły  Adriatyku  nie  było  jednak 
obojętne,  czy  obcy  władca  rządzi  nimi  z  Paryża,  czy  z 
Wiednia. Nienawidzili Austriaków z całej duszy i dawali temu 
wyraz  na  każdym  kroku.  Giles  czuł  się  już  nieco  znużony 
faktem,  że  każdy napotkany  Włoch potrafi  mówić bez  końca 
tylko  o  upokorzeniach  i  krzywdach  doznanych  ze  strony 
okupanta. Markiz chciał odpocząć od polityki - podobnie jak 
wielu rodaków przyjechał tu jedynie dla rozrywki. 

Po  latach  wojen  z  Napoleonem,  które  zmusiły 

mieszkańców  Wysp  Brytyjskich  do  pozostawania  w  kraju, 
gromady  ciekawych  świata  Anglików  ruszyły  na  podbój 
Europy.  Podróże  nie  były  już  tak  kosztowne  jak  niegdyś, 
przestały  więc  być  przywilejem  arystokracji  i  co 
majętniejszych  przedstawicieli  klasy  średniej.  Na  kontynent 
przybywać zaczęli angielscy poeci, pisarze, muzycy i malarze, 

background image

a nazwa „Wenecja" przyciągała ich jak magnes. Będąc jeszcze 
w Anglii, markiz spotkał Williama Turnera, który spędziwszy 
kilka tygodni w Wenecji zachwycał się osobliwym światłem, 
panującym  w  tym  mieście.  Zachęcony  słowami  słynnego 
malarza, Giles postanowił udać się tam osobiście. Jakkolwiek 
jednak był znawcą i namiętnym kolekcjonerem malarstwa i w 
domu  w  Londynie  oraz  w  posiadłości  na  wsi  posiadał 
znakomite  zbiory  obrazów,  cel  jego  podróży  do  Wenecji  był 
bardziej  przyziemny.  Zbyt  dużo  nasłuchał  się  już  o  gorącej 
krwi  mieszkanek  tego  miasta...  Noce  spędzone  z  Gianniną 
zdawały  się  w  pełni  potwierdzać  zasłyszane  opowieści.  A 
kiedy wprowadził się do wspaniałego palazzo położonego nad 
samym  Canal  Grande,  pogratulował  sobie  w  myślach 
wspaniałego pomysłu, jakim był przyjazd tutaj. 

Giles uważał, że  w  miarę jak niedawno koronowany król 

Anglii posuwał się w latach, życie na dworze stawało się coraz 
bardziej  przesycone  nudą.  O  ileż  ciekawiej  było  w  czasach, 
gdy  Jerzy  był  jedynie  następcą  tronu,  a  każda  uroczystość  w 
pałacu  Buckingham  lub  w  Brighton  była  powodem  coraz  to 
nowych skandali i plotek! Przyjęcia i bale odbywały się nadal, 
lecz gdzież im było do dawnych! 

 -  Albo  wszyscy  wokół  stali  się  okropnie  nudni  -  mawiał 

markiz  do  przyjaciół  -  albo  to  ja  ulegam  coraz  łatwiej 
znużeniu! 

Oni  jednak  uśmiechali  się  tylko  półgębkiem,  nie  mówiąc 

nic.  Jedynie  stały  towarzysz  markiza,  lord  Duncan  miał  dość 
odwagi, aby stwierdzić: 

 -  Obydwa  te  twierdzenia  są  słuszne,  Gilesie.  Nie 

zaprzeczysz  chyba,  że  obecnie  jesteś  bardziej  wybredny, 
bardziej zblazowany i cyniczny niż pięć lat temu! 

Rzadko kto okazywał markizowi Wynchcombe tak daleko 

posuniętą  szczerość,  toteż  Giles  spojrzał  na  przyjaciela  z 
zaskoczeniem. 

background image

 -  Prawdopodobnie  masz  rację  -  stwierdził  po  chwili 

namysłu.  -  Niestety,  nie  jest  to  zbyt  miła  prognoza  na 
przyszłość. 

Alastair Duncan roześmiał się. 
 - Z twoimi pieniędzmi, Gilesie, doprawdy nie powinieneś 

się jej obawiać! - zauważył. 

Być  może  to  właśnie  po  tej  rozmowie  z  Alastairem, 

markiz  zaczął  rozmyślać  coraz  częściej  nad  tym,  jakie  było 
jego  życie  od  czasu  zakończenia  wojny.  Za  każdym  razem 
dochodził  do  wniosku,  że  stawało  się  coraz  bardziej 
monotonne. Te bale, te przyjęcia, spotkania na wyścigach były 
wciąż  takie  same  i  darmo  by  szukać  w  nich  jeszcze  czegoś 
nowego, ekscytującego lub choćby tylko godnego uwagi! 

Miłość...  wprawdzie  Giles  nie  stał  się  jeszcze  na  tyle 

cyniczny, żeby głosić, iż podobnie jak koty, wszystkie kobiety 
są  w  nocy  jednakowe,  ale  i  w  dziedzinie  porywów  serca 
stwierdzał  pojawienie  się  pewnej  monotonii.  Wspominając 
swoje  liczne  romanse,  śledząc  w  myślach,  jak  zapalały  się  i 
gasły  jeden  po  drugim,  markiz  zaczynał  odczuwać  pewien 
przesyt.  Wszystkie  te  związki  były  tak  podobne  do  siebie,  a 
podniety,  których  mu  dostarczały,  także  niewiele  różniły  się 
między  sobą!  Pozostawało  po  nich  w  pamięci  jedynie  pełne 
rozczarowania znużenie. Markiz uświadomił to sobie w pełni 
dopiero  ostatniego  wieczora  przed  swoją  podróżą  na 
kontynent. 

 -  Czy  zadawałeś  sobie  kiedyś  pytanie,  czego  właściwie 

szukasz w życiu i do czego tak naprawdę zmierzasz? - spytał 
go wtedy Alastair Duncan. 

Giles,  który  właśnie  w  tej  samej  chwili  rozmyślał  o  tym, 

że  dania  przyrządzone  przez  jego  francuskiego  kucharza  są 
wyśmienite, spojrzał na przyjaciela z zaskoczeniem. 

 -  Dlaczego  miałbym  się  nad  tym  zastanawiać?  -  spytał 

podnosząc szklankę pełną brandy. 

background image

 -  Chociażby  po  to,  aby  zrozumieć  sens  swego  istnienia  - 

odparł Alastair. 

 - Nie mam pojęcia, o czym mówisz - stwierdził markiz. 
 -  A  więc  posłuchaj  mnie  uważnie  choć  przez  chwilę. 

Jesteś nie tylko jednym z najbogatszych i najprzystojniejszych 
mężczyzn  w  Anglii,  ale  również  -  czego  twoja  wrodzona 
skromność  nie  pozwala  ci  przyznać  -  także  najbardziej 
inteligentnym spośród naszych rodaków. 

Nigdy  nie  mogłem  zrozumieć,  jak  to  się  dzieje,  że  przy 

tym wszystkim wyglądasz na całkiem zadowolonego z siebie! 

 -  Dlaczego  nie  miałbym  być  zadowolony?  -  zdziwił  się 

markiz  Wynchcombe.  -  Czuję  się  oczywiście  przytłoczony 
nadmiarem  komplementów,  którymi  obsypałeś  mnie  przed 
chwilą,  i  zapewniam  cię,  że  stan  mojego  posiadania  oraz 
pozycja  towarzyska  spełniają  w  pełni  to,  czego  oczekuję  od 
życia. Najbardziej zaś jestem zadowolony z  moich koni. Czy 
to ci wystarczy? 

 -  I  doprawdy  uważasz,  że  to  jest  już  wszystko?  Niczego 

więcej  nie  będziesz  żądał  od  życia  przez  najbliższe 
czterdzieści czy pięćdziesiąt lat? 

Giles roześmiał się, 
 - Dlaczego nie? - spytał unosząc szklankę do góry. 
 -  Pozostaje  mi  więc  zwątpić  w  bystrość  twego  umysłu 

albo  uznać,  że  nie  jesteś  uczciwy  wobec  samego  siebie  - 
powiedział  lord  Duncan  przyglądając  się  przyjacielowi  w 
zamyśleniu. - Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się tego po 
tobie. 

 - O co ci, do diabła, chodzi? - zirytował się Giles. 
 -  Próbuję  tylko  znaleźć  rozwiązanie  problemu,  który 

dręczy mnie od dawna - odpowiedział Alastair. - Nic bowiem 
nie zasmuca mnie bardziej niż widok ciebie zdążającego drogą 
donikąd. 

 - Co masz na myśli? 

background image

 - Sam mówiłeś przed chwilą, że życie, które pędzisz tutaj, 

w  pełni  zadowala  twoje  wymagania.  Trudno  mi  uwierzyć  w 
to,  że  jakikolwiek  inteligentny  człowiek  może  czuć  się 
usatysfakcjonowany  przebywając  w  towarzystwie  ludzi, 
wśród których zmuszeni jesteśmy się obracać! 

 - Cóż w nich widzisz złego? - spytał markiz ostro. 
 -  Cóż  złego?  -  powtórzył  lord  Duncan  wzruszając 

ramionami. - Weźmy pierwszy z brzegu przykład: miłościwie 
panujący  nam  król.  Dawno  już  przestał  być  naszym 
czarującym, uroczym „Prinny". Prawdę mówiąc z miesiąca na 
miesiąc  staje  się  coraz  bardziej  tłusty,  rozlazły  i  po  prostu 
nudny. 

Giles  patrzył  na  przyjaciela  otwartymi  szeroko  oczyma, 

lecz nie powiedział nic. 

 -  Nawet  jeżeli  jest  to  tylko  ogłupiający  wpływ  tych 

podstarzałych,  tępych  bab,  które  bez  przerwy  go  otaczają, 
trudno  mi  wytrzymać  dłużej  niż  kilka  minut  w  towarzystwie 
Jego  Królewskiej  Mości  -  ciągnął  Alastair.  -  Kiedy  się  do 
mnie  zbliża,  odczuwam  wprost  nieprzepartą  chęć  ucieczki  w 
jakimkolwiek kierunku! 

Lord  Duncan  urwał  nagle,  jak  gdyby  spodziewając  się 

ostrej  riposty  ze  strony  markiza.  Ten  jednak  pociągnął  łyk 
brandy i powiedział spokojnie: 

 - Mów dalej. To zaczyna być interesujące. 
 -  Czy  naprawdę  mam  ci  wymieniać  jednego  po  drugim 

wszystkich  tych  uwieszonych  pańskiej  klamki  pochlebców  i 
pieczeniarzy, którzy pieją peany na twoją cześć tylko dlatego, 
że  jesteś  bogaty?  Otaczają  cię  zwartym  kręgiem,  ponieważ 
twoje towarzystwo dostarcza im jedynej w życiu satysfakcji! 

 - Jakiejż to, jeśli można wiedzieć? - indagował Giles. 
 -  Przy  tobie  czują  się  więcej  warci.  Zapewniasz  im 

rozrywkę i poczucie, że znajdują się na właściwym miejscu. 

Markiz roześmiał się przechylając głowę do tyłu. 

background image

 -  Nie  wiedziałem,  mój  drogi,  że  potrafisz  być  aż  tak 

elokwentny  i  tak...  spostrzegawczy  -  powiedział  i  dodał  po 
chwili:  -  Tyle  przeżyliśmy  razem...  Zawsze  myślałem,  że 
jesteś całkiem zadowolony z życia, które wiedziesz. 

 -  Dobrze  wiesz,  że  tak  było!  -  wykrzyknął  Alastair.  - 

Pamiętasz jak piękny wydawał się nam świat, gdy wstąpiliśmy 
razem  do  armii?  W  czasie  wojny  nieraz  zmuszeni  byliśmy 
znosić głód i niewygody, a jednak nic nie mogło w nas zgasić 
radości życia i entuzjazmu, z jakim patrzyliśmy w przyszłość! 

 -  Wszyscy  kiedyś  doroślejemy  -  stwierdził  filozoficznie 

markiz. 

Alastair Duncan roześmiał się z goryczą. 
 -  Mówisz  jak  Matuzalem  -  powiedział.  -  Jeśli  dobrze 

pamiętam,  wkrótce  skończysz  trzydzieści  cztery  lata.  Trochę 
to za wcześnie, aby przywdziewać togę wiekowego mędrca. 

Markiz wstał od stołu.  
 -  Chodźmy  już,  Alastairze  -  powiedział.  -  Jesteś  dziś 

niesłychanie  tajemniczy,  co  sprawia,  że  zaczynam  myśleć  o 
rzeczach, o których chciałbym zapomnieć. 

 -  Miałem  nadzieję,  że  tak  właśnie  będzie  -  odparł  lord 

Duncan.  -  Chciałem  ci  też  powiedzieć,  jak  bardzo  cieszę  się, 
że stąd wyjeżdżasz. 

 -  No  dobrze,  wyjeżdżam,  bo  czuję  się  już  wszystkim 

lekko  znudzony  -  żachnął  się  Giles  ze  zniecierpliwieniem.  - 
Jestem  jednak  całkiem  pewien,  że  nie  wytrzymam  długo  w 
Wenecji i powrócę tutaj pod pierwszym lepszym pretekstem! 

 - Powitam cię wtedy z otwartymi ramionami - oświadczył 

Alastair.  -  Bóg  jeden  wie,  jak  bardzo  chciałbym  pojechać 
razem z tobą! 

 -  A  więc  porzuć  służbę  w  armii  i  ruszaj  ze  mną!  Lord 

Duncan potrząsnął głową. 

 -  Myślałem  już  o  tym  wtedy,  gdy  podpisano  traktat 

pokojowy.  Dopóki  jednak  żyje  mój  ojciec,  który  zarządza 

background image

całym  majątkiem,  nie  mam  doprawdy  nic  do  roboty. 
Postanowiłem  zostać  w  armii,  gdyż  to  pozwala  mi  wypełnić 
czas w jakiś sensowny sposób. Nie chcę spędzać całych dni na 
włóczeniu się z klubu do klubu, z przyjęcia na przyjęcie i... z 
łóżka do łóżka! Markiz roześmiał się znowu. 

 - Cześć ci i chwała, przyjacielu, za twoją wielce roztropną 

decyzję,  a  także  za  wzorowe  życie,  jakie  prowadzisz,  i 
krytycyzm  skierowany  przeciwko  innym  grzesznikom  - 
oświadczył  z  udaną  powagą.  -  I  niech  cię  licho  porwie  za  te 
wszystkie  impertynencje,  których  musiałem  dziś  od  ciebie 
wysłuchać! 

Wyjeżdżając  następnego  dnia  w  podróż  na  kontynent, 

Giles  wspominał  wciąż  słowa  przyjaciela  i  przyznawał,  że 
było w nich sporo racji. Czy mam jednak inny wybór? - pytał 
sam siebie. - Jak mógłbym odmienić swoje życie? Cóż innego 
mi  pozostaje  poza  kolejnymi  zwycięstwami  na  wyścigach  i 
doglądaniem  moich  spraw  majątkowych?  Jeśli  zaś  chodzi  o 
króla... moja obecność na dworze jest przecież jego wyraźnym 
życzeniem! 

 -  Po  co  jedziesz  za  granicę?  -  spytał  z  niezadowoleniem 

król Jerzy, gdy markiz przybył do niego, aby się pożegnać. 

Giles  pomyślał,  że  Jego  Królewska  Mość  wygląda  w  tej 

chwili  jak  naburmuszony,  rozkapryszony  dzieciak  i  prawdą 
jest  to, co mówił lord Duncan, że władca  Anglii  bardziej niż 
kogokolwiek  innego  potrzebuje  dobrej  niańki.  Markiz 
Wynchcombe  doskonale  dawał  sobie  radę  z  impulsywnym, 
skłonnym  do  histerii  i  nieodpowiedzialnych  wybryków 
Jerzym zarówno w czasie, gdy ten był jeszcze księciem Walii, 
później księciem regentem, jak i po koronacji. 

 - Wiem, że Wasza Królewska Mość postąpiłby tak samo, 

gdyby tylko zaistniała taka możliwość - odpowiedział. - Moim 
obowiązkiem  jako  poddanego  Jego  Wysokości  jest 

background image

sprawdzenie,  co  dzieje  się  w  Europie  po  uwolnieniu  jej  od 
jarzma napoleońskiej okupacji. 

 - Europa da sobie radę sama - odparł nadąsany król. 
 -  Jakże  to  możliwe?  Bez  naszej  pomocy  i  inspiracji,  bez 

naszego poparcia? 

Widząc, że jego słowa zrobiły na Jerzym wrażenie, markiz 

dodał: 

 - Naszym jedynym i najświętszym obowiązkiem jest, aby 

po  odniesieniu  zwycięstwa  zadbać  o  trwały  pokój  na  całym 
kontynencie! 

Po  takiej  konkluzji  królowi  nie pozostało  już  nic  innego, 

jak  życzyć  markizowi  Wynchcombe  dobrej  drogi.  Po  chwili 
dodał jednak nie znoszącym sprzeciwu tonem: 

 -  Nie  zabaw  tam  zbyt  długo.  Będzie  mi  ciebie  bardzo 

brakowało. Nie zapominaj, że twoje miejsce jest przy mnie. 

Kiedy  Giles opuścił wreszcie pałac, poczuł się jak gdyby 

wypuszczono  go  z  pozłacanej  klatki  na  długo  oczekiwaną 
wolność.  Nie  był  jednak  pewien,  czy  zobowiązania,  które 
podjął  w  związku  ze  swoim  wyjazdem,  nie  okażą  się  zbyt 
uciążliwe. 

Postanowił  udać  się  do  Wenecji.  Wśród  jego  przyjaciół 

tyle  mówiło  się  o  tym  mieście,  że  zapragnął  ujrzeć  je  na 
własne  oczy.  Chcąc  jednak  choć  w  części  dotrzymać  danego 
królowi  słowa  zdecydował,  że  połowę  podróży  odbędzie 
lądem.  Planował  wsiąść  na  pokład  swego  jachtu  dopiero  w 
Marsylii i stamtąd pożeglować wprost do Wenecji. 

Jadąc  przez  terytorium  Francji  markiz  miał  okazję 

obserwować,  jakie  spustoszenia  uczyniła  w  tym  kraju  wojna. 
Uznawszy  jednak,  że  podłóż  jest  nieco  nużąca,  ożywił  się 
nieco  po  pełnym  rozrywek  tygodniu  spędzonym  w  Paryżu. 
Naprawdę  wolny  poczuł  się  dopiero  na  pokładzie  swego 
jachtu, którego smukły, szlachetny kształt kadłuba przywodził 
mu zawsze na myśl uwielbiane konie z własnej stadniny. Być 

background image

może  właśnie  dlatego  nadał  mu  nazwę  „Konik  Morski". 
Żeglowanie było dla Gilesa na tyle nową rozrywką, że potrafił 
zapomnieć  na  pewien  czas  o  swojej  nudzie  i  całą  duszą 
rozkoszował  się  urokiem  południowego  morza.  Czasami 
żałował,  że  nie  ma  z  nim  Alastaira  lub  innego  z  przyjaciół. 
Wkrótce  jednak  uświadomił  sobie,  że  czyjaś  stała  obecność 
może  być  jeszcze  bardziej  nużąca  od  samotności. 
Doświadczył już tego uczucia nieraz w swoim życiu. 

 - Lepiej mi będzie samemu ze sobą - stwierdził. 
Kiedy  dotarł  do  Wenecji,  był  już  o  tym  całkiem 

przekonany.  Sekretarz,  któremu  polecił  udać  się  tam  dużo 
wcześniej wraz z jednym z zaufanych służących, miał zadanie 
odszukania  i  wynajęcia  wygodnego  i  odpowiednio 
reprezentacyjnego domu. Przyjaciele opowiadali Gilesowi, że 
wiele  szanowanych  weneckich  rodzin  chętnie  odnajmuje 
swoje  palazzo  bogatym  cudzoziemcom,  gdyż  koszty 
utrzymania  tych  wspaniałych  rezydencji  stanowią  dla 
właścicieli zbyt duże obciążenie. 

Okazały  dom,  który  czekał  już  na  markiza,  gdy  ten 

przybył  do  Wenecji,  robił  naprawdę  duże  wrażenie.  Giles 
stwierdził, że nazwa „palazzo" nadawana tu powszechnie tego 
typu  budowlom  nie  była  ani  trochę  przesadzona.  Rezydencja 
ta należała już od pięciu pokoleń do pewnej znanej, weneckiej 
rodziny, która z ulgą powitała możliwość przeniesienia się do 
dużo mniej kosztownego mieszkania. 

Znaczna  część  budynku  była  już  mocno  zniszczona  i 

wymagała  gruntownego  remontu.  Markiz  był  jednak 
zachwycony  pięknymi  starymi  meblami  ustawionymi  w 
licznych pokojach. Widać było, że kiedyś urządzano ten dom 
z dużym smakiem. 

Sekretarz  Gilesa  zadbał  również  o  odpowiednią  liczbę 

służących,  którzy  starać  się  mieli  o  to,  żeby  szlachetnie 

background image

urodzony przybysz z Anglii czuł się w Wenecji jak u siebie w 
domu. 

Sypialnia  markiza  była  obszernym,  bogato  zdobionym 

pomieszczeniem.  Nad  olbrzymim  łożem  wznosił  się  ciężki, 
brokatowy  baldachim  wsparty  na  czterech  rzeźbionych 
kolumnach, do złudzenia przypominający ten, który znajdował 
się  nad  tronem  w  Pałacu  Dożów.  Niegdysiejszy 
projektodawca tej sypialni najwyraźniej postarał się, by osoba 
spoczywająca  w imponującym łożu miała poczucie  własnego 
dostojeństwa...  Z  tej  samej  tkaniny,  co  baldachim, 
sporządzono  suto  drapowane  zasłony  do  wysokich  okien. 
Całość sprawiała nieco przytłaczające wrażenie. 

W  komnacie  było  nieznośnie  duszno.  Panujący  wokół 

półmrok potęgował jeszcze to wrażenie, gdyż gruba tkanina, z 
której  sporządzono  zasłony,  skutecznie  broniła  dostępu 
promieniom słonecznym do wnętrza. Giles stwierdził ponadto, 
że włosy śpiącej obok Gianniny wydzielają jakiś przeraźliwie 
drażniący  nozdrza  zapach.  Tego  było  już  dla niego  za  wiele. 
Ostrożnie  wysunął  się  spod  kołdry  i  na  palcach  przeszedł  do 
sąsiedniego pokoju, w którym urządzono garderobę. 

Zamknąwszy  cicho  za  sobą  drzwi  od  sypialni,  markiz 

odetchnął głęboko, delektując się świeżym powietrzem, które 
płynęło z otwartego okna garderoby. Czym prędzej rozpoczął 
swe  zwykłe  poranne  ćwiczenia.  Regularnej,  codziennej 
gimnastyce zawdzięczał siłę i sprężystość mięśni. Potem umył 
się  w  zimnej  wodzie  i  odszukał  ubranie,  które  wieczorem 
naszykował  dla  niego  lokaj.  Nie  życzył  sobie  w  tej  chwili 
obecności służby. Pragnął być sam. Czuł, że po wyczerpującej 
miłosnej  nocy  potrzebuje  jedynie  spokoju  i  ciszy.  Nie  miał 
ochoty odzywać się do nikogo ani słuchać niczyich słów. 

Nad  powierzchnią  wody  na  Canal  Grande  snuły  się 

jeszcze  lekkie,  poranne  mgiełki,  z  wolna  ustępujące  pod 
wpływem  coraz  cieplejszych  promieni  słonecznych. 

background image

Stanąwszy  w  oknie,  Giles  zapatrzył  się  na  ten  widok, 
zamyślony.  Od  czasu,  gdy  przybył  do  Wenecji,  otaczali  go 
ludzie spragnieni coraz to nowych podniet i rozrywek  w jego 
towarzystwie.  Nagle  markiz  zapragnął  uciec  choć  na  chwilę 
od  ich  natrętnej  obecności.  Samotność,  choćby  chwilowa, 
wydała mu się bardzo kuszącym pomysłem. 

Ubrał  się szybko i  sprawnie. Zawsze szczycił się tym, że 

potrafi to zrobić sam, i kpił z tych, którzy nie umieli zawiązać 
nawet  krawata  bez  pomocy  lokaja.  Nie  odrzucając  posług, 
które  były  obowiązkiem  służby,  Giles  był  jednak 
zwolennikiem zachowania samowystarczalności. Zresztą o tak 
wczesnej porze cała służba znajdowała się zapewne w kuchni. 
Schodząc po szerokich schodach wiodących do hallu, markiz 
nie  spotkał  nikogo.  Główne  wejście,  prowadzące  wprost  na 
pomost,  gdzie  stała  jego  prywatna  gondola,  było  otwarte. 
Giles  skierował  się  jednak  do  tylnych  drzwi,  przez  które 
wychodziło  się  na  uliczkę  tak  wąską,  że  niemal  można  było 
dotknąć  rozłożonymi  rękami  ścian  budynków  po  obu  jej 
stronach. O tak wczesnej porze zaułek był pusty i cichy, a  w 
większości okien nie otwarto jeszcze okiennic. 

Przechodząc  po  niewielkim  mostku  położonym  nad 

wąskim  kanałem,  markiz  zauważył  przepływającą  dołem 
gondolę  wyładowaną  jarzynami  i  owocami.  Można  się  było 
domyślić,  że  jej  właściciel  zdąża  jak  co  dzień  ze  swym 
towarem  na  targ.  Jedynie  tą  drogą  zaopatrywano  Wenecję  w 
żywność z pobliskich wiosek. 

Poranne  mgły  ustąpiły  wreszcie  i  Giles  stanął  urzeczony 

nagłym,  niezwykłym  światłem,  o  którym  Turner  mówił,  że 
znaleźć  je  można  tylko  w  tym  mieście,  i  które  próbował 
uwiecznić  na  swych  obrazach.  Jakkolwiek  zmysły  Gilesa 
rejestrowały  urzekającą  harmonię  wspaniałej  architektury  z 
istotnie  niespotykanym  oświetleniem,  myśli  jego  błądziły 
daleko.  Zastanawiał  się  właśnie,  jak  to  możliwe,  że 

background image

przebywając  w  Wenecji  dopiero  od  dziesięciu  dni,  coraz 
częściej  szuka  pretekstu,  aby  móc  ją  opuścić.  Do  tej  pory 
głównym powodem pozostawania w tym mieście był romans z 
Gianniną.  Zdumiony  Giles  złapał  się  jednak  na  rozmyślaniu, 
że  zbytnio  przedłużając  tę  znajomość  popełniłby  błąd.  Z 
drugiej strony namiętna, bujna natura kochanki pociągała go i 
intrygowała  nadal.  Sam  już  nie  wiedział,  czego  pragnie 
naprawdę; zostać czy wyjechać czym prędzej. 

 -  Alastair  nie  miał  racji  -  mruknął  do  siebie  Giles 

podążając  niespiesznie  wąskimi  uliczkami  w  stronę  placu 
Świętego  Marka.  -  Ta  podróż  nie  nauczyła  mnie  niczego. 
Może  jedynie  przekonałem  się,  że  wolę  konną  jazdę  od 
spacerów, a także i Anglików od cudzoziemców! 

Na  próżno  wyrzucał  sobie  zbytni  konserwatyzm  i 

dziecinny lęk przed wszystkim, co nowe i nieznane. Lecz czy 
rzeczywiście zetknął się u celu swej podróży z czymś nowym 
i  nieznanym?  Czy  uprzejme  konwersacje  prowadzone  na 
przyjęciach,  które  zaszczycał  swoją  obecnością,  różniły  się 
czymkolwiek od tych, które słyszał na Berkeley Square lub w 
White's  Club?  I  czyżby  Giannina  była  inna  niż  kobiety, 
gotowe  rzucić  się  w  jego  ramiona  w  Londynie  czy  w 
Brighton?  Tak  dobrze  znał  już  te  wiele  mówiące  spojrzenia, 
tak  łatwo  było  rozszyfrować  zaproszenie  ukryte  pod 
zmysłowym uśmiechem! 

 -  Ku  czemu  ja  właściwie  zmierzam?  Czego,  do  diabła, 

tutaj  szukam?  -  pytał  Giles  sam  siebie  bez  końca  i  nagle  z 
zaskoczeniem stwierdził, że jest już na placu Świętego Marka. 

Pogrążony  w  rozmyślaniach  sam  nie  zauważył,  kiedy 

pokonał  labirynt  wąskich  zaułków,  stromych  schodków  i 
niezliczonych mostków biegnących nad chłodnymi wąwozami 
kanałów. Przeszedłszy tę drogę niemal automatycznie, znalazł 
się  raptem  na  rozległej,  gwarnej  przestrzeni,  z  każdej  strony 
zamkniętej  przez  wspaniałe  budowle  o  szlachetnych 

background image

proporcjach.  Spośród  barwnego  tłumu  rojącego  się  na  placu, 
jedni zdążali spiesznie do swych zajęć i obowiązków, inni zaś 
przechadzali  się  leniwie,  szukając  dogodnego  miejsca,  aby 
usiąść  i  pozostać  tu  jeszcze  przez  chwilę.  W  podcieniach 
budynków  okalających  plac  znajdowało  się  wiele  małych 
kawiarenek. O tej porze można było w nich spotkać elegancko 
ubranych  angielskich  dżentelmenów,  którzy  lubili  przysiadać 
tu  na  chwilę  wracając  z  kasyna  lub  z  któregoś  z  tutejszych 
gościnnych łóżek do domu. Nie  mając ochoty spotykać się  z 
którymkolwiek  z  nich,  markiz  przeszedł  szybko  pomiędzy 
kolumnami  podcieni  ku  centralnej  części  placu,  gdzie 
królowała  ponad  wszystkim  wspaniała  sylwetka  bazyliki 
Świętego  Marka.  Spod  jego  stóp  zrywały  się  gołębie  i 
przeleciawszy  kilka  stóp  opadały  znowu  na  kamienne  płyty 
placu. 

Spostrzegłszy,  że  w  kawiarni  „U  Floriana"  kelnerzy 

wystawiają już na zewnątrz stoły i krzesła, Giles zdecydował 
się  na  filiżankę  kawy.  Wczorajszego  wieczoru  wypił  sporo 
wina i odczuwał teraz pragnienie. Starannie wybrał więc sobie 
miejsce  przy  jednym  ze  stolików  tak,  aby  móc  ogarnąć 
spojrzeniem  cały  plac  Świętego  Marka.  Kelner  zjawił  się 
niemal  natychmiast.  Giles  zamówił  kawę  po  włosku.  Poznał 
już  ten  język  na  tyle,  aby  móc  prowadzić  krótkie, 
nieskomplikowane rozmowy. 

Gdy  kelner  odszedł,  markiz  rozejrzał  się  wokół  z 

roztargnieniem.  Widok  placu  Świętego  Marka  oświetlonego 
promieniami  porannego  słońca  był  ze  wszech  miar  godzien 
uwagi,  jednak  Giles  nie  był  w  nastroju  do  kontemplacji 
niecodziennego  piękna.  Cały  czas  zastanawiał  się,  co 
powinien teraz uczynić i czy nie byłoby najrozsądniej, gdyby 
wyjechał  do  Londynu  w  przyszłym  tygodniu.  No,  może 
najdalej  za  dwa  tygodnie...  Mógłby,  oczywiście  pojechać 
jeszcze do Rzymu i Neapolu, lecz prawdę mówiąc, wcale nie 

background image

miał  na  to  ochoty.  Obawiał  się,  że  taka  wyprawa  mogłaby 
okazać  się  jeszcze  bardziej  nużąca  niż  powrót  do  tego,  co 
Alastair nazywał „angielską monotonią". 

Kelner  przyniósł  kawę.  Pijąc  ją, Giles  przypomniał  sobie 

zasłyszaną  niedawno  opowieść  o  tym,  jak  dalece  plac 
Świętego  Marka  był  terenem  cichej  wojny  między 
mieszkańcami  Wenecji  a  jej  austriackimi  okupantami. 
Kawiarnia  „U  Floriana",  w  której  właśnie  przebywał, 
stanowiła  ulubione  miejsce  spotkań  wenecjan,  którzy 
bojkotowali  lokal  zwany  „  U  Quadriego",  znany  z  tego,  że 
chętnie przesiadywali w nim Austriacy. Kiedy grała austriacka 
orkiestra  wojskowa,  żaden  mieszkaniec  Wenecji  nie 
zatrzymywał  się  nawet  na  chwilę,  aby  na  nią  popatrzeć  i  co 
więcej  -  wszyscy  tubylcy  ostentacyjnie  odwracali  głowy  od 
miejsca,  gdzie  przed  katedrą  Świętego  Marka  powiewała  na 
maszcie znienawidzona flaga z dwugłowym orłem. 

Patrząc na codzienne życie Wenecji toczące się jak gdyby 

na  przekór  widniejącemu  nad  placem  symbolowi  władzy 
okupanta,  markiz  pomyślał,  że  upór  mieszkańców  tego 
niezwykłego  miasta  przypomina  mu  nieco  postępowanie 
krnąbrnego  dziecka  o  nieokiełznanej  naturze.  Dziecka,  które 
buntuje  się  i  opiera,  mimo  iż  wie,  że  zostanie  za  to  surowo 
ukarane. 

Nagle Giles zauważył kątem oka, że ktoś nad nim stoi. Nie 

podnosząc  głowy  wykonał  nieznaczny  ruch  ręką,  który 
powinien był  odprawić  nieproszonego  gościa.  To  stawało  się 
już  żenujące  -  nie  można  było  posiedzieć  spokojnie  nawet 
kilku minut  przy stoliku, żeby nie zjawił się jakiś żebrak lub 
ktoś proponujący coś do sprzedania. Giles wiedział, że Guardi, 
zanim  stał  się  sławny,  sprzedawał  swoje  obrazy  właśnie  „U 
Floriana".  Czuł  się  już  jednak  zmęczony  tą  bezustanną 
żebraniną, która zakłócała mu spokój. 

background image

Widząc,  że  natręt  nie  odchodzi,  markiz  powoli  odwrócił 

się w jego stronę zastanawiając się, czy ma w kieszeni jakieś 
drobne  monety,  którymi  mógłby  okupić  kilka  chwil 
upragnionej samotności. 

Przy stoliku stała młoda, biednie ubrana i bardzo szczupła 

kobieta. 

 -  Czy  wolno  mi  będzie  zamienić  z  panem  kilka  słów, 

milordzie? - spytała, ku zaskoczeniu markiza, po angielsku. 

Ton  jej  głosu  i  akcent  świadczyły  o  tym,  że  musiała 

odebrać  staranne  wykształcenie.  Giles  pomyślał,  że  mimo 
narzuconego  na  włosy  znoszonego  szala  z  ciemnej  tkaniny, 
dziewczyna nie jest jedną z żebraczek, które nieraz zaczepiały 
go  tutaj.  Przyjrzawszy  się  jej  uważniej  stwierdził,  że  ma 
delikatną,  wrażliwą  twarz  o  subtelnych  rysach.  Słysząc 
ojczysty  język,  spodziewał  się  ujrzeć  typową,  niebieskooką 
Angielkę,  gdy  tymczasem  duże,  pełne  smutku  oczy 
nieznajomej były szare jak skrzydło gołębia. 

 - Jest pani Angielką! - powiedział na wpół twierdząco, na 

wpół pytająco. 

 -  Tak,  jestem...  i  jako  Angielka...  ośmielam  się  prosić 

pana o pomoc! - odpowiedziała dziewczyna. 

Markiz patrzył zdziwiony na jej uszytą z taniego materiału 

i  bardzo  znoszoną  suknię.  Ten  głos,  ten  sposób  wysławiania 
się...  tak  mogła  mówić  tylko  dziewczyna  z  dobrego  domu! 
Uniósłszy się lekko ze swego miejsca, Giles powiedział: 

 -  Proszę  więc  usiąść  i  powiedzieć  mi  dokładnie,  w  jaki 

sposób mógłbym okazać swoją pomoc? 

W  tej  samej  chwili  pomyślał,  że  prawdopodobnie  robi 

duży  błąd.  Ta  dziewczyna  uraczy  go  teraz  zapewne  jakąś 
przeraźliwie  łzawą  historyjką.  Lepiej  byłoby  dać  jej  trochę 
pieniędzy i odprawić czym prędzej. 

Rzuciwszy  jednak  jeszcze  raz  na  nią  okiem,  Giles 

stwierdził,  że  ani  w  rysach  twarzy,  ani  w  całej  postaci 

background image

nieznajomej 

nie 

ma 

nic 

pospolitego. 

Równocześnie 

mimochodem  zwrócił  uwagę  na  szlachetny  kształt  wąskich 
dłoni,  które,  jakkolwiek  bez  rękawiczek,  były  czyste  i 
starannie utrzymane. 

Dziewczyna  usiadła  przy  stoiku  i  spuściła  głowę.  Widać 

było,  że  walczy  ze  wstydem  i  nieśmiałością.  Nie  było  to 
zachowanie  typowe  dla  żebraczki.  Aby  dodać  jej  odwagi, 
markiz powiedział łagodnym tonem: 

 -  Chciała  pani  coś  mi  powiedzieć.  A  więc  proszę, 

słucham. 

Całkiem  niespodziewanie  nieznajoma  uśmiechnęła  się 

lekko. 

 - Prawdę mówiąc... byłam pewna, że nie zechce pan mnie 

wysłuchać - powiedziała. - Czuję się nieco... oszołomiona. 

 - Dlaczego miałbym nie przychylić się do pani prośby? - 

spytał Giles zdumiony. 

 -  Ponieważ...  do  tej  pory  wszyscy  dżentelmeni,  których 

prosiłam  o  chwilę  rozmowy,  kazali  mi  natychmiast  odejść.  - 
Uśmiechnęła  się,  tym  razem  ze  smutkiem  i  dodała bezradnie 
rozkładając  dłonie:  -  To  pewnie  moja  wina...  nie  umiem 
sprzedawać.  Mój  ojciec  też  nie  ma  o  tym  pojęcia  i  w  tym 
tkwi... cały kłopot. 

Przerwała, zarumieniwszy się lekko. 
 -  Proponuję,  aby  opowiedziała  mi  pani  wszystko  od 

początku  -  powiedział  markiz.  -  Czegoś  tu  nie  rozumiem. 
Dlaczego, będąc Angielką, przebywa pani w Wenecji? 

 -  Mieszkam  tutaj  razem  z  ojcem.  On  jest...  malarzem. 

Markiz uśmiechnął się. 

 -  Teraz  już  rozumiem  -  stwierdził.  -  To  właśnie  jego 

obrazy chce pani sprzedać. 

Ot i cała historia, pomyślał Giles. Takim malarzom, którzy 

pragnęli  zarabiać  pędzlem  na  życie,  zawsze  najtrudniej  było 
znaleźć  kupców  na  swoje  płótna.  A  tutaj,  w  mieście  pełnym 

background image

dzieł najznamienitszych sław światowych, sprzedaż własnych 
obrazów nie była sprawą łatwą. 

Jakby czytając w jego myślach, dziewczyna wyjaśniła: 
 -  Dawaliśmy  sobie  jakoś  radę,  dopóki  ojciec  nie 

zachorował. Teraz... nie może  malować, a ja  muszę sprzedać 
choć kilka jego obrazów, bo inaczej umrzemy z głodu. 

Słysząc to markiz spojrzał na nią ostro. Wydawało mu się, 

że  ta  część  jej  opowieści  była  zbytnio  przesadzona.  Znowu 
obudziły się w nim podejrzenia, że cała ta historia wymyślona 
została dla wyciągnięcia od niego jak największej sumy. 

Jednak dziewczyna patrzyła mu prosto w twarz tak ufnie i 

szczerze,  że  uznał,  iż  nieprawdopodobieństwem  jest,  aby  za 
tak  czystym  spojrzeniem  mogły  kryć  się  fałsz  i  obłuda. 
Prawdę  mówiąc,  żadna  ze  znanych  Gilesowi  kobiet  nie 
patrzyła  na  niego  nigdy  w  ten  sposób.  Spoglądając  w  oczy 
nieznajomej markiz czuł niemalże wraz z nią niepokój i obawę 
przed  tym,  że  po  raz  kolejny  jej  starania  okażą  się  daremne. 
Pragnąc rozproszyć wątpliwości dziewczyny, zagadnął: 

 -  Ojciec  pani  jest  zapewne  lepiej  znany  miłośnikom 

malarstwa w Anglii niż tutaj? 

 -  Wątpię,  czy  słyszał  pan  o  nim  -  nieznajoma  pokręciła 

głową.  -  Sądzę  jednak,  że  jeden  rzut  oka  na  jego  prace 
wystarczyłby  panu,  aby  przekonać  się,  że  to  prawdziwy 
artysta. Uważam, że mam prawo tak twierdzić, chociaż... jego 
sposób  przedstawiania  tego  miasta  odbiega  znacznie  od 
tradycyjnego. 

„Ach,  a  więc  to  jeszcze  jedna  opowieść  o  odrzuconym 

przez  świat  geniuszu",  pomyślał  markiz  z  pewnym 
rozczarowaniem.  Zastanawiał  się  właśnie,  jak  szybko 
zakończyć  całą  tę  historię,  kiedy  przy  stoliku  pojawił  się 
kelner. 

 - Czy signorina również napije się kawy? - spytał. 

background image

 -  Tak,  oczywiście  -  odpowiedział  Giles  po  włosku  i 

zwrócił się do siedzącej naprzeciw niego dziewczyny: - Mam 
nadzieję, że nie odmówi pani filiżanki kawy? 

Wydało mu się, że twarz jej rozjaśniła się nagle. 
 -  Nie  chciałabym...  narzucać  się  panu,  milordzie  - 

szepnęła. 

 - Proszę się nie obawiać, zniosę to jakoś - odparł Giles z 

kpiącym uśmieszkiem. 

W  tej  samej  chwili  uświadomił  sobie,  że  dziewczyna 

zwracała  się  do  niego  „milordzie".  Wszyscy  inni  żebracy 
mówili  do  niego,  podobnie  jak  i  do  innych  Anglików  - 
„wielmożny  lordzie"  lub  „szlachetny  lordzie".  Musiała  więc 
wiedzieć,  że  jest  markizem  Wynchcombe.  Skąd  mogła 
uzyskać wiadomości na jego temat? 

Jakby  w  odpowiedzi  na  wszystkie  niewypowiedziane 

pytania, córka malarza powiedziała cicho: 

 -  Od  czasu,  gdy  usłyszałam,  że...  przyjechał  pan  do 

Wenecji,  rozmyślałam  tylko  o  tym,  jak  skłonić  pana  do 
obejrzenia  prac  mojego  ojca.  Słyszałam  dużo  o  pańskiej 
kolekcji  obrazów,  a  tato...  często  mówił  o  dziełach  Van 
Dycka, które ma pan w swojej galerii w Buckinghamshire... 

Giles  spojrzał  na  nią  z  zaskoczeniem.  Nie  powiedział 

jednak nic, a ona mówiła dalej: 

 -  Wydawało  mi  się,  że  właśnie  pan  będzie  mógł... 

zrozumieć, co chce wyrazić mój ojciec w swoich obrazach. 

Wykonawszy  bezradny,  trochę  może  patetyczny  gest 

dłonią, dodała: 

 -  Ja  sama  uważam  je  wszystkie  za  bardzo  piękne,  tylko, 

że... nie potrafię ich sprzedać... 

 -  I  dlatego  zostaliście  wraz  z  ojcem  bez  grosza  - 

powiedział  Giles  i  w  tej  samej  chwili  pomyślał,  że 
stwierdzenie  tego  oczywistego  faktu  zabrzmiało  może  zbyt 
brutalnie. 

background image

 - Ojciec jest chory - odpowiedziała dziewczyna spokojnie. 

-  I  umrze,  jeśli  nie  uda  mi  się  zdobyć  choć  trochę  pieniędzy. 
Tak dawno już... nie jadł. 

Przy  ostatnich  słowach  głos  zadrżał  jej  nieco,  jednak 

zdołała  zapanować  nad  sobą.  Splotła  obie  dłonie  dłoni  tak 
silnie,  że  zbielały  kostki  jej  palców.  Nie  powiedziała  nic 
więcej,  wpatrując  się  błagalnie  w  oczy  markiza.  Giles 
dostrzegał  w  jej  spojrzeniu  nieme  wołanie  o  pomoc.  Ta 
dziewczyna  wiedziała  doskonale,  że  on  nie  jest  już  w  stanie 
odprawić ją szorstko. 

 - Jak się pani nazywa? - spytał. 
 -  Lucia  Beaumont  -  odpowiedziała.  -  Mój  ojciec  maluje 

pod własnym nazwiskiem: Bernard Beaumont. 

Giles  pomyślał,  że  to  nazwisko  brzmi  zbyt  mało 

atrakcyjnie  dla  większości  kolekcjonerów  malarstwa.  Ludzie 
kupujący  obrazy  wyobrażali  sobie  na  ogół,  że  malarz  - 
cudzoziemiec  powinien  podpisywać  swoje  płótna  jakimś 
oryginalnym imieniem. 

 -  Mama  radziła  nieraz  ojcu,  żeby  wymyślił  sobie  jakiś  z 

włoska  brzmiący  pseudonim  -  powiedziała  Lucia  jakby 
czytając w jego myślach. - On jest jednak na to zbyt dumny. 
Zawsze pragnął być tylko sobą. 

Nadszedł  kelner  i  postawił  przed  dziewczyną  pełną 

filiżankę.  Lucia  spojrzała  na  parującą  kawę  i  markiz  odniósł 
wrażenie,  że  ma  na  nią  wielką  ochotę.  Odczekała  jednak 
chwilę, po czym ujęła filiżankę za uszko i powoli podniosła do 
ust. Wypiwszy mały łyczek, uśmiechnęła się lekko do Gilesa. 

 - Bardzo panu dziękuję za... kawę - powiedziała. - Po raz 

pierwszy, odkąd przychodzę tutaj, ktoś mnie... poczęstował. 

Jej  uśmiech  zgasł  nagle,  jak  przysłonięte  chmurą  słońce. 

Giles  zrozumiał,  że  w  pamięci  dziewczyny  odżyły  wszystkie 
upokorzenia,  których  musiała  doznać,  na  próżno  szukając 
pomocy u innych. 

background image

 -  Przypuśćmy,  że  uda  się  pani  sprzedać  jeden  z  obrazów 

ojca  -  powiedział  patrząc  na  nią  uważnie.  -  Co  zrobi  pani  z 
pieniędzmi? 

 -  Przede  wszystkim  ojciec  musi  wyzdrowieć  - 

odpowiedziała Lucia. - A kiedy będzie już dość silny, wtedy... 
wrócimy do Anglii. 

Widząc,  że  dziewczyna  zawahała  się  przy  ostatnich 

słowach, markiz spytał: 

 -  Czy  aby  na  pewno  tego  pani  pragnie?  Lucia  milczała 

przez chwilę. 

 -  Myślę...  że  nie  mamy  innego  wyjścia  -  powiedziała 

powoli. - Mimo że nie będzie to łatwe. 

 -  Czy  są  jakieś...  trudności?  -  zdziwił  się  markiz. 

Dziewczyna  milczała  jednak,  najwyraźniej  ważąc  coś  w 
myślach.  Giles  poczuł  się  nieco zirytowany  faktem,  że  córka 
malarza próbuje przed nim coś ukryć. 

 -  Pytałem  panią,  co  stoi  na  przeszkodzie,  abyście 

powrócili  wraz  z  ojcem  do  Anglii!  -  powiedział  nieco 
podniesionym tonem. 

 -  Istnieją  pewne  okoliczności...  -  powiedziała  Lucia  z 

ociąganiem.  -  Być  może  powrót  byłby  dużym  błędem. 
Jednak...  jeśli  zostaniemy  i...  coś  stanie  się  ojcu,  będę  tutaj 
zupełnie sama. 

Ostatnie  słowa  Lucia  wypowiedziała  ledwo  słyszalnym 

szeptem.  Spojrzawszy  w  jej  oczy,  markiz  ujrzał  w  nich 
prawdziwy,  nie  ukrywany  lęk.  Postanowił  zrezygnować  z 
zadawania  dalszych  pytań,  odniósł  bowiem  wrażenie,  że 
zrozumiał już wszystko. 

W  milczeniu,  które  nagle  zapadło,  Lucia  dokończyła 

swoją kawę. 

 -  Czy...  nie  byłoby  zbytnią  śmiałością  z  mojej  strony...  - 

zaczęła  niepewnie  -  jeśli  poprosiłabym,  żeby...  obejrzał  pan 

background image

obrazy  ojca?  To  niedaleko  stąd.  Proszę  mi  wybaczyć,  że  nie 
mogę przynieść ich tutaj, ale... nie dałabym rady. 

W  jej  oczach  znów  pojawił  się  niepokój  i  markiz 

pomyślał, że niepotrzebnie dał się wciągnąć w całą tę historię. 
Znacznie prościej byłoby dać dziewczynie trochę pieniędzy i 
więcej  się  nią  nie  zajmować.  Zdecydował,  że  pięć  funtów 
wystarczy z pewnością, aby nakupić żywności na cały tydzień. 
I  wtedy  doszedł  nagle  do  wniosku,  że  nigdy  nie  darowałby 
sobie, gdyby nie poznał zakończenia tej przygody. Być może 
ta  dziewczyna  była  rzeczywiście  żebraczką,  bardziej  tylko 
utalentowaną aktorsko od innych i niezwykle przekonywająco 
odegrała  przed  nim  rolę  córki  usiłującej  uratować  ojca  od 
śmierci z głodu. 

Markiz  Wynchcombe  nie  należał  do  osób,  które  łatwo 

można było wywieść w pole. Podczas służby w armii nauczył 
się  wyczuwać  kłamstwo  na  odległość.  Zarządzając  swoim 
ogromnym  majątkiem nieraz też  miał do czynienia z ludźmi, 
którzy  usiłowali  go  oszukać.  Tym  razem  przeczucie  mówiło 
mu jednak, że słowa tej dziewczyny są prawdą, a nie starannie 
wyreżyserowaną  rolą.  Patrzył  na  jej  pełną  napięcia  twarz,  na 
zaciśnięte  kurczowo  dłonie  i  pojmował,  jak  bardzo  obawiała 
się, że on ze wzgardą odrzuci jej prośbę. 

Sięgnąwszy  do  kieszeni,  markiz  wyjął  kilka  drobnych 

monet.  Położył  je  na  stoliku  i  wstając  ze  swojego  miejsca 
powiedział: 

 -  Czy  pójdziemy  pieszo  do  pani  domu?  Może  lepiej 

byłoby wziąć gondolę? 

W  jednej  chwili  twarz  Lucii  rozjaśniła  się,  jak  gdyby 

słońce  wyjrzało  zza  chmur.  Spojrzała  na  markiza  z 
niedowierzaniem. 

 - Pan naprawdę... chce iść ze mną? - wyjąkała. 
 -  Przecież  tego  właśnie  oczekuje  pani  ode  mnie  -  odparł 

wzruszając ramionami. 

background image

Dziewczyna  odetchnęła  głęboko.  -  Jak  to  możliwe  - 

szepnęła  -  że  jest  pan  tak...  łaskawy  dla  mnie?  Nie 
spodziewałam się... 

 - Czego się pani nie spodziewała? - Giles uniósł brwi. 
 - ...że jest pan tak... wspaniałomyślny, aby zaprzątać sobie 

głowę... żebrakami i ubogimi malarzami. 

 -  Przecież  słyszała  pani,  że  interesuję  się  malarstwem. 

Lucia zamilkła na chwilę. Giles spojrzał na nią pytająco, lecz 
ona spuściła nagle głowę. 

 -  Różni  ludzie...  różnie  pojmują  malarstwo  -  szepnęła  z 

wahaniem. 

 -  Rozumiem,  co  ma  pani  na  myśli  -  odparł  markiz.  -  I 

zgadzam  się  z  tym  w  pełni.  Prawdę  mówiąc,  jestem  coraz 
bardziej ciekawy, jakie też są te obrazy pani ojca. 

Wypowiedziawszy  te  słowa  ruszył  w  stronę  bazyliki 

Świętego  Marka.  Dziewczyna  podążyła  za  nim  bez  słowa. 
Giles  pomyślał  zaskoczony,  że  zupełnie  przypadkiem  wybrał 
dobry  kierunek.  Kiedy  tak  szli  przez  plac,  gołębie  startowały 
do  lotu  tuż  przed  nimi  i  podfruwając  kilka  metrów  naprzód 
zdawały  się  pokazywać  drogę. Na  próżno  markiz  odwoływał 
się  do  swego  zdrowego  rozsądku.  Jakiś  wewnętrzny  głos 
mówił  mu,  że  jest  u  progu  nowego,  niezwykle  ważnego 
odkrycia. 

background image

Rozdział 2 
Lucia  prowadziła  markiza  cienistymi,  wąskimi  zaułkami. 

Giles  rozglądał  się  wokół  uważnie,  odnotowując  w  pamięci 
brudne,  odrapane  ściany  mijanych  budynków.  Właściwie 
spodziewał się takich widoków. Nie przypuszczał tylko, że w 
Wenecji istnieją aż tak nędzne zakątki. Przyszło mu na myśl, 
że oto może zdąża prosto w zastawioną przemyślnie pułapkę, 
gdzie  będzie  zmuszony  walczyć  o  życie...  Wzruszył 
ramionami.  Gdyby  tak  się  stało,  byłaby  to  tylko  jego  własna 
wina. 

Nagle  Lucia  zatrzymała  się  przed  ciężkimi  rzeźbionymi 

drzwiami  jednego  z  domów.  Markiz  ocenił,  że  budynek 
pochodzi  z  siedemnastego  wieku  i  mimo  iż  znajduje  się  w 
pożałowania  godnym  stanie,  musiał  niegdyś  stanowić 
własność arystokratycznej rodziny. 

Dziewczyna  pchnęła  ciężkie  odrzwia,  za  którymi  ukazały 

się  strome,  kamienne  schody  o  wyszczerbionych,  pełnych 
dziur stopniach. Giles wspinał się w ślad za Lucią coraz wyżej 
i  wyżej,  gratulując  sobie  w  duchu  dobrej  kondycji  fizycznej, 
która  pozwalała  mu  pokonywać  tak  znaczną  wysokość  bez 
najmniejszej  zadyszki.  W  pewnej  chwili,  przez  niewielkie, 
wykute w murze okienko, mógł dojrzeć wspaniały widok, jaki 
roztaczał się na całe miasto. 

Lucia  także  wydawała  się  nie  zwracać  uwagi  na  trud 

wyczerpującej  wspinaczki.  Z  łatwością  pokonywała  kolejne 
strome  stopnie,  u  których  szczytu  znajdowały  się  niskie, 
prowadzące  na  poddasze  drzwi.  Dziewczyna  otworzyła  je  i 
markiz ujrzał obszerne pomieszczenie o oknach osadzonych w 
ukośnym  stropie.  Poddasza  takie  były  chętnie  wynajmowane 
przez  malarzy,  właśnie  ze  względu  na  właściwe  do  pracy, 
padające z góry światło. 

Drzwi  były  tak  niskie,  że  Giles  przechodząc  przez  próg 

musiał  mocno  pochylić  głowę.  W  odległym  kącie  pokoju 

background image

ujrzał  niskie  łóżko,  a  na  nim  nieruchomą  sylwetkę  leżącego 
mężczyzny. Lucia podbiegła ku niemu i z cichym okrzykiem 
osunęła się na kolana tuż przy posłaniu. 

 -  Ojcze!  Obudź  się!  -  zawołała  stłumionym  głosem.  - 

Zobacz,  kto  przyszedł  ze  mną!  Markiz  Wynchcombe  chce  z 
tobą rozmawiać! 

Przez  chwilę  nie  było  żadnej  odpowiedzi.  Powieki 

leżącego mężczyzny ani drgnęły i markiz zaczął podejrzewać, 
że  ojciec  Lucii  już  nie  żyje.  Podszedł  bliżej  do  łóżka  i 
przyjrzał  się  mu  uważnie.  Zobaczył  nieprawdopodobnie 
wychudzoną  twarz  chorego  człowieka,  który  jednak  kiedyś 
musiał  odznaczać  się  wyjątkową  urodą.  Cierpienia 
spowodowane  chorobą  i  wygłodzeniem  uczyniły  go 
podobnym  bardziej  do  szkieletu  niż  do  kogoś,  kto  jeszcze 
należał  do  świata  żywych  istot.  Jednakże  szlachetne  linie 
szerokiego czoła okolonego przyprószonymi siwizną włosami 
oraz subtelny zarys wąskich nozdrzy i śmiało wykrojonych ust 
zdradzały, że nie był to człowiek pospolitego pochodzenia. 

Bardzo  powoli,  jak  gdyby  sprawiało  mu  to  wielką 

trudność,  Bernard  Beaumont  uchylił  powieki.  Ciemne, 
głębokie  cienie  wokół  jego  oczu  dawały  świadectwo 
cierpieniu,  które  musiał  znosić  już  od  dawna.  Jednak  na 
bladych  wargach  pojawił  się  lekki  uśmiech,  gdy  cichym 
głosem wyszeptał: 

 - To bardzo... miło... ze strony pana markiza. 
 - Przykro mi, że jest pan chory - powiedział Giles. - Pana 

córka mówiła mi, że chce pan sprzedać kilka swoich obrazów. 

 - Mam nadzieję... że jeszcze... jakieś zostały. 
I jak gdyby wypowiedzenie tych słów było dla niego zbyt 

dużym wysiłkiem, malarz zamknął oczy. Lucia podniosła się z 
klęczek. 

 -  Jest  bardzo  słaby  -  powiedziała  cicho.  -  Cieszę  się 

jednak, że rozpoznał pana. 

background image

Ruszyła  w  głąb  pomieszczenia.  Markiz  rozejrzał  się 

wokoło z zainteresowaniem. Na pierwszy rzut oka widać było, 
że  poddasze  służy  zarówno  jako  pracownia  malarska,  jak  i 
mieszkanie.  Oprócz  sztalug  i  poustawianych  pod  ścianami 
obrazów  w  pokoju  znajdował  się  jeszcze  spory  stół. 
Ustawione  przy  nim  dwa  krzesła  były  bardzo  sfatygowane  i 
najwyraźniej wielokrotnie naprawiane za pomocą sznurka. W 
rogu  markiz  dostrzegł  kryty  perkalem  parawan,  za  którym 
zapewne znajdowało się łóżko Lucii. 

Ustawione  pod  ścianą  obrazy  przykryte  były  starannie 

kawałkami tkaniny. Dziewczyna odsłaniała je ostrożnie jeden 
po drugim. Uprzedzając pytanie markiza, wyjaśniła: 

 -  Obawiałam  się,  że  mogą  wypłowieć  na  słońcu.  W 

południe jest tutaj bardzo gorąco. 

Mówiąc  to  uniosła  jeden  z  większych  obrazów  i 

przeszedłszy  z  nim  kilka  kroków,  ustawiła  go  na  pustych 
sztalugach.  Markiz  rzucił  okiem  na  płótno  spodziewając  się 
ujrzeć tak często spotykany amatorski widoczek gondoli na tle 
Canal Grande lub Ponte di Rialto. Miał tylko nadzieję, że nie 
będzie  to  kolejna  nieudolna  kopia  którejś  z  prac  Canaletta, 
Guardiego  czy  Piazzetty.  Nie  zamierzając  pozostawać  tu 
długo, postanowił obejrzeć tylko kilka płócien i nie zaprzątać 
sobie nimi zbytnio głowy. 

Nagle uświadomił sobie, że od kilku chwil wpatruje się ze 

zdumieniem w stojący na sztalugach obraz. To, na co patrzył, 
było  tak  niezwykłe  i  tak  oryginalne,  że  nie  mógł  wprost 
uwierzyć  własnym  oczom.  Nie  mówiąc  ani  słowa,  Lucia 
przyniosła  następne  płótno  i  ustawiła  je  na  podłodze,  u 
podstawy  sztalug.  Dwa  kolejne  umieściła  na  krzesłach,  a 
jeszcze dwa inne - na podłodze, oparte o nogi od stołu. 

Markiz  milczał,  zaskoczony  i  oszołomiony.  Powoli 

przenosił  wzrok  z  jednego  obrazu  na  drugi,  a  doszedłszy  do 
ostatniego, wracał znów do początku. Zbyt dobrze znal się na 

background image

malarstwie, aby nie wiedzieć, że to, na co patrzy w tej chwili, 
stanowi  rewolucyjny  przewrót  w  sztuce.  Giles  nigdy  nie 
widział,  aby  ktoś  malował  w  ten  sposób,  i  nigdy  nie 
przyszłoby  mu na  myśl,  że  można właśnie tak to robić. Jako 
doświadczony  kolekcjoner  obrazów  rozumiał  teraz,  dlaczego 
Beaumontowi nie udało się sprzedać ani jednej swojej pracy. 
Ci,  którzy  kupowali  obrazy  w  Wenecji,  zbyt  silnie  byli 
przywiązani  do  tradycyjnego  stylu  wyobrażania  tego.  miasta. 
Na  płótnach  Beaumonta  nie  było  gondoli  na  tle  Ponte  di 
Rialto. Ten malarz nie przedstawiał tego, co widział, tylko to, 
co czul patrząc na Wenecję. W jego impresyjnych, niezwykle 
osobistych pracach miasto to żyło i istniało jako samodzielny, 
pełen  nieuchwytnego  piękna  twór  rąk  ludzkich.  Giles 
spostrzegł,  że  słynne  weneckie  światło  oddane  było  na 
oglądanych  przez  niego  płótnach  wierniej  i  bardziej 
prawdziwie niż na obrazach innych malarzy. Stojąc twarzą w 
twarz  z  niewątpliwymi  arcydziełami,  markiz  poczuł,  że  sam 
nie jest w stanie ocenić ich wartości artystycznej. 

Bez  wątpienia  Beaumont  był  geniuszem.  Markiz  wątpił 

jednak,  aby  uznał  go  którykolwiek  ze  współczesnych  mu 
krytyków  malarstwa.  On  sam  zaledwie  domyślał  się,  co 
pragnął  wyrazić  ojciec  Lucii  tworząc  swoje  prace,  i 
przeczuwał, że wiele czasu upłynie, zanim znajdą one należne 
im  uznanie.  Publiczne  wystawienie  obrazów  Beaumont  a 
narobiłoby  zapewne  dużo  szumu,  a  reakcja  na  tak  niezwykłą 
sztukę  była  całkowicie  nie  do  przewidzenia.  Oryginalny 
malarz  mógłby  zostać  wyszydzony  lub,  co  gorsza, 
zignorowany  przez  tych,  którzy  uważali  się  za  wytrawnych 
znawców  piękna.  Jakiś  wewnętrzny  głos  mówił  jednak 
Gilesowi, że nadejdzie jeszcze taki czas, kiedy oglądane teraz 
przez niego obrazy zostaną okrzyknięte arcydziełami. 

Markiz  tak  dalece  pogrążył  się  w  kontemplacji 

niezwykłych płócien, że niemal zapomniał o obecności Lucii. 

background image

Ona zaś nie odzywała się będąc przekonana, że wobec dzieła 
jej ojca wszelkie słowa są zbędne. Giles czuł jednak, z jakim 
napięciem oczekiwała jego oceny i jak gorąco modliła się, aby 
to właśnie on uznał geniusz Bernarda Beaumonta. Kątem oka 
markiz  widział,  że  dziewczyna  splotła  dłonie  dobrze  już 
znanym  mu  gestem,  aż  zbielały  kostki  jej  palców. 
Odwróciwszy się nagle spojrzał  na nią z bliska i  zobaczył  w 
jej  oczach  niemą  prośbę  o  zrozumienie.  Ta  córka  genialnego 
malarza  nie  błagała  go  wzrokiem  o  pieniądze,  których 
najwyraźniej  tak  bardzo  im  brakowało.  Pragnęła,  aby  on, 
markiz 

Wynchcombe, 

znawca 

kolekcjoner 

najznamienitszych  obrazów  na  świecie  pojął,  jak  bardzo 
niezwykłe są te obrazy. 

Giles  patrzył  na  Lucię  jeszcze  przez  chwilę,  a  potem 

zapytał: 

 -  Czy  to  są  wszystkie  prace  pani  ojca?  Dziewczyna 

spuściła nagle wzrok i najwyraźniej zarumieniła się. 

 - Były jeszcze... inne - szepnęła z wahaniem. 
 - Co się z nimi stało? - niemal wykrzyknął markiz. - Czy 

sprzedała je pani? 

Lucia westchnęła ciężko. 
 -  Jeden  z  obrazów  wziął  pewien  handlarz,  ale  nie  dawał 

nam wielkiej nadziei na sprzedanie. Dwa inne... - tu zawahała 
się po raz wtóry - dwa inne oddałam w zamian za żywność... 
jeden rzeźnikowi, a drugi... w pewnej małej kawiarence, gdzie 
pozwalano mi zabierać... resztki pod koniec dnia. 

Widząc, że markiz przypatruje się jej w milczeniu, dodała 

cicho: 

 - Czy te obrazy... podobają się panu? 
Giles wiedział, że za tym pozornie prostym pytaniem kryje 

się cała jej nadzieja na przyszłość ojca i swoją. 

 - Sądzę, że chce pani zapytać, czy mam ochotę je kupić?! 

- stwierdził markiz ze spokojem. 

background image

 - A więc dobrze... czy mógłby pan? 
Giles  znów  spojrzał  jej  w  oczy  i  przekonał  się,  że 

malujący  się  w  nich  niepokój  wprawia  go  w  zakłopotanie, 
którego nie umie sobie wytłumaczyć. 

 -  Pragnę  kupić  wszystkie  obrazy,  które  tu  widziałem  - 

powiedział  krótko  -  a  także  tamte,  o  których  mówiła  pani 
przed chwilą. Musimy odzyskać je czym prędzej! 

Przez  chwilę  markiz  miał  wrażenie,  że  Lucia  nie 

zrozumiała jego słów. Potem nagle jej twarz rozjaśniła się,  a 
szare oczy rozbłysły tysiącem słonecznych ogników. 

 -  Pan  chce  je  kupić!  -  szepnęła,  po  czym  powtórzyła  te 

słowa  ponownie,  jak  gdyby  pragnąc  upewnić  się,  że  zostały 
naprawdę wypowiedziane. 

 -  Pani  ojciec  to  geniusz  -  oświadczył  markiz.  -  Jestem  o 

tym całkowicie przekonany. Wątpię jednak, aby świat docenił 
piękno  jego  malarstwa  w  najbliższym  czasie.  Swoim  stylem 
ujmowania rzeczywistości wyprzedza nas o całą epokę. 

Lucia patrzyła na niego, oszołomiona. 
 -  Jak  to  możliwe...  -  wyjąkała.  -  Czy  pan  go  naprawdę... 

rozumie? Mówi pan tak pięknie o jego obrazach... 

Giles  dostrzegł  łzy  w  jej  oczach.  Nagłym,  zręcznym 

ruchem  dziewczyna  odwróciła  się  ku  posłaniu  ojca  i 
podbiegłszy do niego, rzuciła się na kolana. 

 -  Ojcze!  -  zawołała.  -  Ojcze,  czy  słyszysz?  Pan  markiz 

chce  kupić  twoje  obrazy!  Podobają  mu  się!  Mówi,  że  jesteś 
geniuszem! 

Bernard Beaumont z wysiłkiem otworzył oczy. 
 - Sprzedałaś... obrazy? - spytał szeptem. 
 - Tak, ojcze! Wszystkie... które nam zostały! 
 -  Jesteś  bardzo  mądrą  dziewczyną,  Lucio  -  powiedział 

powoli chory i przymknął powieki. 

Markiz  powrócił  do  kontemplacji  obrazów.  Jakie  to 

dziwne,  pomyślał,  że  do  tej  pory  nikt  nawet  nie  próbował 

background image

malować Wenecji w ten sposób. Żadnemu z malarzy nie udało 
się  oddać  piękna  tego  miasta  tak,  aby  oglądający  miał 
wrażenie,  że  śni  na  jawie.  Obrazy  Beaumonta  żyły  własnym 
życiem.  Nawet  woda  w  kanałach  przedstawiona  była  tak,  że 
wprost  miało  się  ochotę  wciągnąć  w  nozdrza  idący  od  niej 
słony, morski powiew. Pełne życia były też cienie kładące się 
na  murach  widniejących  na  obrazach  budynków.  Ten,  kto 
przyglądał  się im dłużej, mógł  przysiąc, że ktoś ukaże się za 
chwilę  z  tajemniczych  ciemności  zabytkowej  bramy,  a 
zamknięte  okiennice  otworzą  się,  pchnięte  czyjąś  ręką. 
Wszystko,  czego  Bernard  Beaumont  dotknął  swym  pędzlem, 
zdawało  się  ożywać,  co  zmuszało  patrzącego  do  zadumy  nie 
tylko  nad  przeszłością,  ale  nad  przyszłością.  Wiedząc,  że 
Lucia stoi tuż za nim, markiz powiedział: 

 - Musimy uczynić  wszystko, aby pani ojciec  wyzdrowiał 

jak  najprędzej. Potem  pojedziecie  do  Anglii. Pragnę,  żeby  to 
właśnie Bernard Beaumont malował moją posiadłość na wsi. 

Lucia wydawała się tak zaskoczona tym, co usłyszała, że 

nie była w stanie wykrztusić ani jednego słowa. 

 -  Obydwoje  potrzebujecie  przede  wszystkim  jedzenia  - 

ciągnął Giles. - Jeśli dam pani teraz pieniądze, kto zajmie się 
zakupami? 

 - Ja to zrobię - powiedziała Lucia szybko. 
 -  Sama?  -  spytał  markiz  z  naciskiem.  Dziewczyna 

spojrzała  z  zakłopotaniem  na  okno,  przez  które  świeciło  już 
dość mocno przedpołudniowe słońce. 

 - Zazwyczaj... - szepnęła - to znaczy... od kiedy ojciec jest 

chory... wychodzę z samego rana. Dlatego... spotkałam dzisiaj 
pana. 

Markiz  zrozumiał,  że  jedynie  wychodzenie  o  bardzo 

wczesnej  godzinie było sposobem na uniknięcie zaczepek, na 
które  musiała  być  narażona  młoda,  chodząca  samotnie  po 

background image

ulicach dziewczyna. Taki tryb życia oznaczał jednak, że Lucia 
wraz z ojcem byli kompletnie osamotnieni. 

 -  Proszę  pozostać  tutaj!  -  powiedział  nie  znoszącym 

sprzeciwu  tonem.  -  Przyślę  wam  wszystko,  co  będzie 
niezbędne  na  dzisiaj.  Jutro  powinna  pani  przenieść  ojca  w 
inne, bardziej odpowiednie miejsce. 

Ujrzawszy w jej oczach niepokój, domyślił się, że obawia 

się,  iż  żąda  on  od  niej,  aby  sama  poszukała  nowego 
mieszkania. 

 -  Proszę  pozostawić  mi  troskę  o  to  -  powiedział 

uspokajającym  tonem.  -  wszystkiego  sam  dopilnuję. 
Tymczasem... proszę, oto trochę pieniędzy na wypadek, gdyby 
ich  pani  potrzebowała.  Sumę,  która  należy  się  pani  ojcu  za 
obrazy, umieszczę na razie w banku. Tak będzie bezpieczniej. 

Mówiąc  to  wyjął  z  kieszeni  wszystkie  pieniądze,  które 

miał przy sobie, i położył je na stole. Nie było tego wiele, lecz 
Giles  wiedział,  że  Lucii  ta  suma  wyda  się  całym  majątkiem. 
Dziewczyna spojrzała na zwitek banknotów takim wzrokiem, 
jak  gdyby  obawiała  się,  że  zniknie  przy  jej  pierwszym 
mrugnięciu. 

 -  Wrócę  teraz  czym  prędzej  do  domu  -  mówił  markiz.  - 

Przyślę  pani  jedzenie,  a  także  kogoś,  kto  zabierze  obrazy. 
Sądzę, że dobrze byłoby też, aby chorego zbadał lekarz. 

Lucia milczała przez chwilę. 
 -  Tutejsi  lekarze...  -  powiedziała  w  końcu  z  wahaniem  - 

nie są chyba... zbyt  dobrzy.  Gdyby tak było, nie pozwoliliby 
umrzeć  mojej  mamie.  Myślę,  że  ojciec  potrzebuje  przede 
wszystkim...  jedzenia  i  odrobiny...  nadziei.  Jeśli  to  otrzyma, 
będzie żył. 

Markiz uśmiechnął się. 
 - Być może ma pani rację. Zapomnijmy więc o lekarzach, 

chyba  iż  uzna  pani,  że  ich  obecność  stanie  się  konieczna. 
Proszę dbać o siebie i... nie wychodzić samej na ulicę! 

background image

 -  Zostanę  z  ojcem  -  zapewniła  go  Lucia.  -  I  będę 

dziękować  Bogu  za  to,  że  pozwolił  mi  poznać  pana.  Nie 
potrafię inaczej wyrazić... swojej wdzięczności. 

Słysząc  te  wypowiedziane  z  głębi  serca  słowa,  markiz 

poczuł,  jak  ogarnia  go  fala  dawno  nie  odczuwanego 
wzruszenia. Nie przypuszczał, że jest jeszcze zdolny do takich 
uczuć. Jednakże teraz, patrząc na błyszczące szczęściem oczy 
córki  Bernarda  Beaumont  pomyślał,  że  rozpoznaje  w  nich  to 
samo światło, które nadawało obrazom jej ojca nieuchwytne, 
tajemnicze  piękno.  Chcąc  upewnić  się,  czy  to  odczucie  nie 
było  jedynie  ulotnym  wrażeniem,  spojrzał  znowu  na  płótna. 
Nie  pomylił  się.  Każde  z  nich  pełne  było  nieznanego, 
urzekającego  czaru,  który  sprawiał,  że  nie  mógł  oderwać  od 
nich  wzroku.  Wydawać  się  mogło,  że  ten,  który  je  stworzył, 
był  nie  malarzem,  lecz  biegłym  w  swej  sztuce 
czarnoksiężnikiem... 

Wychodząc z pokoju na poddaszu, Giles ponownie mocno 

pochylił głowę, aby nie zawadzić o niski pułap. Znalazłszy się 
na brudnych, zrujnowanych schodach pomyślał, że świat pełen 
jest  zadziwiających  paradoksów.  Oto  ten  stary,  zaniedbany 
dom,  którego  świetna  przeszłość  dawno  już  minęła,  stał  się 
mieszkaniem  dla  twórcy,  którego  dzieło  wyprzedzało 
teraźniejszość o całą epokę. 

Giles  wiedział,  że  Lucia  stojąc  na  górze,  przygląda  się  z 

uwagą,  czy  gość  zejdzie  bezpiecznie  po  dziurawych  i 
obtłuczonych schodach. Znalazłszy się na samym dole, uniósł 
głowę i ujrzał jej twarz wysoko w górze. Przyszło mu na myśl, 
że  ta  dziewczyna  przypomina  mu  jednego  z  aniołów 
namalowanych  na  plafonie  w  Pałacu  Dożów.  Kiedy  jednak 
uniosła rękę  w pożegnalnym geście, uświadomił sobie nagle, 
że jest kobietą z krwi i kości, a od innych istot realnych różni 
ją jedynie niezwykły blask, jaki zdawał się emanować z całej 

background image

jej postaci, a który odnaleźć można było na obrazach Bernarda 
Beaumont... 

* * * 
Płynąc  gondolą  w  kierunku  swego  palazzo  przy  Canal 

Grande,  Giles  zadawał  sobie  pytanie,  czy  to,  co  przydarzyło 
mu się przed chwilą, nie było tylko snem lub grą wyobraźni. 
Czy  wymykając  się  rankiem  z  dusznej  sypialni,  gdzie  spała 
Giannina,  mógł  przypuszczać,  że  podąża  na  spotkanie 
niespodziewanej  i  fascynującej  przygody?  Czy  kiedykolwiek 
byłby  w  stanie  wyobrazić  sobie,  że  właśnie  w  Wenecji,  tej 
stolicy  artystów  całego  świata,  spotka  Anglika,  który  zburzy 
jego dotychczasowe pojęcie o sztuce? 

 -  On  jest  niezrównany!  -  powtarzał,  jak  gdyby  chciał 

upewnić sam siebie w tym twierdzeniu. - Wątpię jednak, czy 
znajdzie  się  wiele  osób,  które  podzielą  moje  zdanie  na  ten 
temat. 

Markiz  przeczuwał,  że  większość  tych,  którym  mógłby 

zaprezentować  sześć  kupionych  przed  chwilą  obrazów,  nie 
byłaby zdolna docenić ich wartości artystycznej. Był pewien, 
że  wystawienie  prac  Bernarda  Beaumont  wzbudzi  wiele 
kontrowersji,  a  ich  autor  zyska  uznanie dużo  później, niż  się 
tego  można  było  spodziewać.  Tego,  że  potomność  doceni 
artyzm  i  oryginalność  obrazów  Anglika,  markiz  był  pewien. 
W  końcu,  poglądy  na  sztukę  zmieniały  się  wraz  z  upływem 
czasu... Najlepszym tego przykładem była historia z obrazami 
malarzy  holenderskich  zakupionymi  ponad  dwadzieścia  lat 
temu  przez  księcia  Walii.  Nie  było  wtedy  w  pałacu 
Buckingham  człowieka,  który  nie  szydziłby  z  wyboru 
niefortunnego  kolekcjonera.  Teraz,  kiedy  dawny  książę  Walii 
był  już  królem,  wszystkie  galerie  i  muzea  usiłowały 
prześcignąć się wzajemnie w liczbie posiadanych obrazów ze 
szkoły holenderskiej... 

background image

 -  Tak  samo  będzie  z  płótnami  Bernarda  Beaumont!  - 

mówił  sobie  markiz.  -  Kiedyś  jego  prace  osiągną  najwyższe 
ceny, a on sam znajdzie swoich naśladowców i... fałszerzy! A 
ja  będę  mógł  roześmiać  się  w  nos  tym,  którzy  będą  teraz 
mówić, że wyrzuciłem pieniądze kupując jego obrazy! 

Gondola przybiła do pomostu należącego do jego palazzo. 

Jeden  ze  służących  podbiegł,  aby  pomóc  swojemu  panu 
wysiąść.  Giles  wyskoczył  spiesznie  na  pomost  i  szybkim 
krokiem  wszedł  do  rezydencji.  Rzuciwszy  okiem  na  podest 
szerokich,  marmurowych  schodów,  zaciekawił  się  przelotnie, 
czy  Giannina  zdołała  się  już  obudzić  i  wrócić  do  swojej 
sypialni. Nie sądząc jednak, aby tak się stało, zdecydował się 
przejść prosto do jadalni, gdzie czekało już na niego śniadanie. 

Zasiadając  za  stołem,  markiz  polecił  przywołać  czym 

prędzej  swojego  sekretarza  i  kiedy  ten  pojawił  się  niemal 
natychmiast, udzielił mu odpowiednich instrukcji. 

 -  Sam  pan  rozumie,  Johnson  -  rzekł  opowiedziawszy  mu 

pokrótce,  co  wydarzyło  się  dzisiejszego  ranka  -  że  posiłek 
musi  być  dostarczony  jak  najszybciej.  Proszę  powiedzieć 
kucharzowi,  żeby  nie  tracił  czasu  na przygotowywanie  wielu 
dań.  Niech  zagrzeje  zupę  i  umieści  garnek  z  nią  w  koszyku. 
Później wydam mu dalsze polecenia. 

 - Tak jest, milordzie. 
 -  Proszę  posłać  z  koszem  Augustina  i  nakazać  mu,  aby 

kupił  wszystko,  co  trzeba  -  ciągnął  markiz.  -  A  pan  pójdzie 
poszukać porządnego mieszkania w najlepszej części miasta. 

Sekretarz  spojrzał  na  Gilesa  ze  zdziwieniem.  Nigdy  nie 

pozwoliłby  sobie  jednak  na  zadawanie  zbędnych  pytań. 
Markiz Wynchcombe mówił zaś dalej: 

 -  Pan  Beaumont  jest  chory  i  potrzebuje  stałej  opieki. 

Proszę  posłać  tam  kogoś,  komu  pan  ufa  i  na  kim  można 
polegać. 

background image

 -  Tak  jest,  milordzie  -  skłonił  się  Johnson  myśląc,  że 

spośród  wszystkich  zaskakujących  i  niezwykłych  poleceń 
wydawanych mu przez markiza przez lata, te są zdecydowanie 
najbardziej intrygujące. 

 -  Kiedy  obrazy  zostaną  już  dostarczone,  chciałbym 

powiesić  je  na  razie  w  bibliotece  -  powiedział  markiz, 
najwyraźniej pogrążony we własnych rozmyślaniach. 

 - To znaczy, że mam usunąć te, które już tam się znajdują, 

milordzie? - ośmielił się zdziwić Johnson. 

 -  Oczywiście,  że  tak!  -  rzucił  ostro  markiz.  -  Proszę 

umieścić  je  gdzieś,  gdzie  będą  bezpieczne.  Chcę  ujrzeć 
obrazy,  które  kupiłem,  na  ścianie  w  bibliotece.  To  jest 
najwłaściwsze dla nich miejsce! 

Johnson skończył notować polecenia markiza i skłoniwszy 

się chciał już odejść. 

 - To jeszcze nie wszystko! - zatrzymał go Giles. - Proszę 

przekazać  pannie  Beaumont,  że  odwiedzę  ich  dziś  po 
południu.  Niech  Augustino  idzie  do  tych  wszystkich  miejsc, 
gdzie  znajdują  się  pozostałe  obrazy  jej  ojca.  Trzeba  je 
natychmiast odkupić! 

 - Za jaką cenę, milordzie? 
 - Za każdą, jaką podadzą. Muszę je mieć, bez względu na 

koszty. 

Johnson  z  trudem  zdołał  ukryć  swoje  zdumienie.  Przez 

wszystkie lata służby w domu markiza zdołał go poznać jako 
człowieka, który nigdy nikomu nie dał się okpić. Wiedzieli o 
tym doskonale ci spośród handlarzy obrazów, dostawców win 
i innych produktów, którzy kiedykolwiek próbowali sprzedać 
coś  panu  na  Wynchcombe  po  zawyżonej  cenie.  Markiz 
odzierał  ich  z  iluzji  płacąc  dokładnie  tyle,  ile  należało.  1  oto 
ten  człowiek  oświadcza  nagle,  że  nie  zamierza  liczyć  się  z 
kosztami! 

background image

Giles  zajął  się  śniadaniem  i  sekretarz  uznawszy,  iż 

wszystkie polecenia zostały już wydane, pospiesznie wyszedł 
z jadalni. 

Po wyjątkowo dziś późnym śniadaniu Giles skierował się 

do biblioteki pragnąc osobiście wyznaczyć miejsca, w których 
miały zostać umieszczone świeżo nabyte obrazy. Nagle tuż za 
sobą  usłyszał  odgłos  lekkich  kroków.  Odwróciwszy  głowę 
ujrzał  Gianninę,  pięknie  ubraną  i  świeżą  jak  poranek.  Jej 
wspaniałe  czarne  włosy,  starannie  utrefione  w  modne  pukle 
wymykały  się  spod  figlarnego  czepeczka  ozdobionego 
ciemnozielonymi  strusimi  piórami.  Małe,  zgrabne  uszy 
śpiewaczki  ozdobione  były  kolczykami  ze  szmaragdów. 
Patrząc  na  nie,  markiz  przypomniał  sobie  o  danej  Gianninie 
obietnicy,  że  kupi  jej  kolię  z  takich  samych  klejnotów.  Był 
pewien,  że  jubiler  został  już  zamówiony  na  dzisiejsze 
popołudnie. 

Czarne  oczy  Gianniny  błyszczały  spod  długich, 

wytuszowanych rzęs, a jej czerwone, zawsze złożone jakby do 
pocałunku usta śmiały się do niego prowokacyjnie. 

 - Jak mogłeś pozwolić, abym po obudzeniu nie zastała cię 

obok siebie? - spytała lekko nadąsana. 

 - Tak słodko spałaś... - odrzekł markiz. 
 -  Tęskniłam  za  tobą  -  powiedziała  Giannina.  -  Nie  mogę 

jednak opowiedzieć ci teraz o tym, gdyż spieszę się na próbę. 
Sprawiłeś, że jestem bardzo szczęśliwa. Dziś wieczorem będę 
śpiewać piękniej niż kiedykolwiek przedtem! 

 -  To  chyba  po  prostu  niemożliwe!  -  odparł  markiz 

uśmiechając się przekornie. 

Giannina  wyciągnęła  rękę  i  musnęła  dłonią  policzek 

Gilesa. 

 - Będę śpiewać wyłącznie dla ciebie - szepnęła. - To tylko 

jedna  z  rzeczy,  które  mogę  ci  podarować.  Wszystkie  inne 
odbierzesz wieczorem sam... 

background image

Pochylając  głowę,  aby  ucałować  jej  dłoń,  markiz  ukrył 

ironiczny  uśmiech,  którego  nie  udało  mu  się  powstrzymać. 
Zaproszenie  do  kolejnej  miłosnej  nocy  brzmiało  aż  nadto 
wyraźnie w słowach Gianniny. Jednak Giles zdołał poznać już 
wszystkie  sztuczki,  którymi  posługiwały  się  kobiety.  W 
swoim  życiu  nie  spotkał  jeszcze  takiej,  która  oferując  mu 
wiele, nie spodziewałaby  się jednocześnie, że wiele otrzyma. 
W  tym  przypadku  kolia  ze  szmaragdów  odgrywała  rolę 
niebagatelną... 

 -  A  więc:  do  wieczora!  -  uśmiechnęła  się  Giannina 

rzucając mu jeszcze jedno spojrzenie spod rzęs. 

Odwróciła się powoli i odeszła w głąb długiego korytarza, 

doskonale świadoma tego, że Giles spogląda w ślad za nią. Po 
chwili znikła skręciwszy na schody. 

Patrząc,  jak  Giannina  porusza  się  z  wystudiowaną  gracją 

w  swej  modnej,  kosztownej  sukni,  markiz  przypomniał  sobie 
zupełnie  niespodziewanie  biedną,  znoszoną  odzież  Lucii, 
uszytą  z  marnych,  najtańszych  materiałów.  Mimo  to  córka 
Bernarda  Beaumont  poruszała  się  z  niewymuszonym, 
naturalnym  wdziękiem,  a  gdy  wspinała  się  po  stromych 
schodach  na  poddasze,  przywodziła  mu  na  myśl  frunącego 
swobodnie  ptaka.  Być  może  to  radość  z  niespodziewanego 
gościa  dodawała  jej  skrzydeł,..  Bardziej  prawdopodobne 
wydawało się jednak, że długotrwałe niedożywienie uczyniło 
ją lekką jak piórko i bardziej podobną do zwiewnej nimfy niż 
do istoty z krwi i kości. Rozmyślając o tym, markiz spoglądał 
za  kobietą,  z  którą  spędził  ostatnią  noc,  i  zanim  jeszcze 
zniknęła mu z oczu, nie pamiętał  już w ogóle o jej istnieniu. 
Wezwawszy  lokaja,  polecił,  aby  natychmiast  stawił  się  u 
niego kucharz. Sam zaś zaczaj zastanawiać się, jakie potrawy 
są najwłaściwsze dla kogoś, kto od dłuższego czasu przymiera 
głodem. 

background image

„Co sprawiło, że ten genialny artysta znalazł się w aż tak 

rozpaczliwym położeniu?" - pytał sam siebie. 

Bardzo  był  ciekaw,  jakie  były  losy  Beaumonta,  zanim 

przybył on do Wenecji, i co było powodem, że zdecydował się 
malować  w  tak  niezwykle  oryginalny  sposób.  W  pewnej 
chwili  Giles  stwierdził  z  zaskoczeniem,  że  trudno  mu  jest 
myśleć  o  czymkolwiek  innym  i  że  dawno  już  żadna  sprawa 
nie wzbudziła w nim aż takiego zainteresowania. 

Tuż  przed  lunchem  doniesiono  mu,  że  przyjechał 

Augustino  z  obrazami.  Giles  postanowił  dopilnować 
osobiście, aby przy wyładowywaniu ich z gondoli nie zostały 
uszkodzone. Ku niemałemu zdziwieniu całej służby zjawił się 
więc na pomoście, pilnie śledząc każdy ruch tragarzy. 

Johnson  zadbał  nawet  o  to,  aby  obrazy  zostały 

pieczołowicie  owinięte  w  kilka  warstw  czystego  białego 
płótna. Widząc, jak tragarze wnoszą po schodach bezimienne, 
nieforemne  pakunki,  markiz  poczuł  nagły  lęk.  A  może 
popełnił straszną pomyłkę? Może dał  się zwieść  grze  światła 
na tamtym poddaszu, a teraz po odkryciu obrazów ujrzy nagle 
całą  prawdę?  Co  będzie,  jeśli  płótna  okażą  się  jedynie 
nieudolnymi  próbami  amatora,  który  nie  potrafił  oddać  dość 
wiernie szczegółów weneckiej architektury? 

Kiedy  jednak  Johnson  odsłonił  pierwszy  obraz,  markiz 

poczuł,  że  wszystkie  jego  obawy  okazały  się  bezpodstawne. 
To były dzieła genialnego artysty! Giles nie znajdował innych 
słów, aby opisać ich piękno. Jakkolwiek wiedział, że niewielu 
przyjaciół  podzieli  jego  zdanie,  poczuł  wielką  radość,  że  to 
właśnie jemu przypadło w udziale odkrycie Beaumonta. 

Planowanie,  gdzie  umieścić  obrazy  Anglika  i  które  z 

wiszących  w  bibliotece  malowideł  powinny  być  skazane  na 
tymczasową banicję, zajęło markiza tak bardzo, że poczuł się 
zaskoczony,  gdy  Johnson  przypomniał  mu  o  zaproszeniu  na 
lunch. 

background image

 - Książę oczekuje pana, milordzie - powiedział sekretarz. 

-  Bez  wątpienia  byłby  bardzo  rozczarowany,  gdyby  pan  go 
zawiódł! 

 -  Zupełnie  o  tym  zapomniałem  -  westchnął  Giles 

spojrzawszy na zegarek. 

 -  Muszę  się  pospieszyć  -  dodał  po  chwili.  -  Proszę 

dopilnować, aby obrazy zostały rozmieszczone dokładnie tak, 
jak  poleciłem.  Pieniądze,  które  zamierzam  za  nie  zapłacić, 
należy  złożyć  w  depozycie  w  banku,  na  nazwisko  Bernarda 
Beaumont. 

Nie  czekając  na  odpowiedź  sekretarza,  skierował  się  do 

sypialni, aby przebrać się  w  wizytowy strój  uszyty dla niego 
specjalnie przez Westona, królewskiego krawca. 

 -  Wasza  lordowska  mość  ubrał  się  dzisiaj  bez  mojej 

pomocy  -  usłyszał  głos  starego  lokaja  pełen  nietajonego 
wyrzutu. 

Markiz  wiedział,  że  Evans,  który  usługiwał  jeszcze  jego 

ojcu,  czuł  się  niezwykle  urażony  wszelkimi  przejawami 
samodzielności ze strony młodszego pana. 

 - Bardzo się spieszyłem, aby wyjść na świeże powietrze - 

odpowiedział. 

 -  To  wszystko  dlatego,  że  jego  lordowska  mość  nie 

odbywa  swoich  zwykłych  porannych  przejażdżek  -  zrzędził 
stary  sługa.  -  Myślę,  że  jego  lordowska  mość  nie  jest 
szczęśliwy przebywając z dala od swoich koni! 

 - Masz rację, Evans - stwierdził Giles ze zdumieniem. 
 - Jeśli jego lordowska mość chce znać moje zdanie, to im 

prędzej wrócimy do Anglii, tym lepiej! Jego lordowska mość 
nie powinien opuszczać wyścigów, w których będą wygrywać 
jego konie! 

Markiz  zerknął  na  niego  z  rozbawieniem,  gdyż  wiedział, 

że z nich dwóch to właśnie Evans jest tym, któremu bardziej 
jest  spieszno  do  wyścigów.  Musiał  jednak  przyznać,  że  w 

background image

czasie  pobytu  w  Wenecji  zaniedbał  większość  swych 
nawyków  i  ćwiczeń,  które  pozwalały  mu  utrzymywać 
wspaniałą kondycję fizyczną. 

Evans nie odezwał się już więcej, lecz Giles wyczuwał w 

jego  milczeniu  prośbę  o  podjęcie  decyzji  jak  najszybszego 
wyjazdu. Ogarnęło go nagłe zniecierpliwienie. Wciąż spotykał 
na swej drodze ludzi, którzy czegoś od niego chcieli. Najpierw 
Lucia, potem Giannina, a teraz Evans. 

„Byłoby  lepiej,  gdyby  zostawili  mnie  w  spokoju", 

pomyślał  rozdrażniony.  Wrodzona  uczciwość  nie  pozwalała 
mu  jednak  nie  dotrzymać  raz  danego  słowa.  Nigdy  też  nie 
potrafił  pozostać  głuchy  na  czyjeś,  choćby  najbardziej 
irytujące  prośby.  Nie  chciał  poza  tym  sprawiać  przykrości 
staremu, wiernemu lokajowi. 

 -  Prawdopodobnie  masz  rację,  Evans  -  powiedział.  - 

Wcale  nie  zamierzam  czekać,  aż  stanę  się  tłusty  i  leniwy. 
Wracamy do Anglii! 

 - To dobra wiadomość, wasza lordowska mość! - ucieszył 

się  lokaj.  -  Naprawdę  wspaniała  wiadomość!  To  miasto 
zbudowano chyba na obrazę boską. Kto widział, żeby zamiast 
ulic była woda? I dlaczego nie ma tu żadnych koni ani psów? - 
Po chwili dodał zaś, jak gdyby tylko do siebie: - Chyba tylko 
przez te kobiety przyjeżdża tu tylu mężczyzn z całego świata! 

Słysząc  te  słowa,  markiz  omal  nie  parsknął  śmiechem. 

Dobrze wiedział, że Evans nienawidził Gianniny od pierwszej 
chwili, gdy tylko zjawiła się w palazzo... 

Z  biegiem  lat  pomiędzy  panem  a  lokajem  wytworzył  się 

szczególny  rodzaj  zażyłości  polegającej  na  wzajemnym 
wyczuwaniu  najdrobniejszych  nawet  zmian  nastroju,  bez 
zbędnych  słów.  Giles  zdawał  sobie  sprawę,  że  niektóre 
spośród licznych kobiet w jego życiu budziły żywą sympatię 
starego  sługi,  podczas  gdy  innych  nie  znosił  z  całego  serca. 
Markiz  przypominał  sobie  jedną  ze  swych  kochanek,  której 

background image

kupił  dom  w  Chelsea,  i  gdzie  odwiedzał  ją  w  dość  często. 
Evans  żywił  do  tej  kobiety  wyjątkową  niechęć,  która  wprost 
emanowała z niego, gdy pomagał swemu panu ubierać się na 
którąś z potajemnych wizyt. Nigdy nie powiedział jednak ani 
słowa na ten temat. Romans trwał zresztą dość krótko i urwał 
się w momencie, gdy markiz stwierdził, że ukochana zaczyna 
śmiertelnie  go  nudzić.  Miał  dziwne  wrażenie,  że  to  właśnie 
zachowanie Evansa przyczyniło się do szybszego zakończenia 
niefortunnego związku i nieraz rozmyślał o tym z przekornym 
uśmiechem. 

 -  Jego  lordowska  mość  powinien  mieć  się  na  baczności 

przed tymi diablicami - pozwolił sobie zauważyć lokaj. 

 -  Co  masz  na  myśli?  -  spytał  Giles  zaciekawiony. 

Rozwiązawszy krawat odrzucił go na krzesło. Evans podał mu 
inny,  znacznie  bardziej  elegancki.  Stojąc  przed  lustrem, 
markiz zawiązał go starannie. 

 - Słyszałem sporo o gorącej włoskiej krwi - odpowiedział 

Evans.  -  Ci  ludzie  zwykli  mścić  się  za  lada  błahostkę,  która 
wyda  im  się  zniewagą.  Oni  to  nazywają  wendettą.  Mówiono 
mi  też,  że  wenecjanie  są  spośród  nich  najbardziej 
wyrafinowani, zwłaszcza lubują się w truciznach. 

 -  Bzdury!  -  orzekł  markiz.  -  Oto  do  czego  doprowadza 

słuchanie głupich plotek! 

 - Chciałem tylko ostrzec waszą lordowska mość! 
 -  Zapewniam  cię,  Evans,  że  niepotrzebnie  się  trudzisz  - 

odparł Giles. 

Mówiąc to przeszedł do garderoby sądząc, że udało mu się 

postawić  na  swoim.  Czuł  się  dotknięty  nadmierną 
troskliwością  ze  strony  starego  sługi,  któremu  wciąż 
wydawało się, że jego pan nie da sobie sam rady w życiu. 

Markiz wsiadł do czekającej przy pomoście gondoli, która 

miała  go  zawieźć  całkiem  niedaleko,  do  jednego  z 
najwspanialszych  palazzo,  położonego  również  przy  Canal 

background image

Grande.  Należał  on  do  tych  niezbyt  licznych  rezydencji, 
będących  nadal  własnością  rodu,  dla  którego  je  niegdyś 
zbudowano. Podczas gdy gondola zbliżała się powoli do celu, 
Giles  myślał,  że  po  długim  i  nudnym  przyjęciu  będzie  mógł 
wreszcie  udać  się  do  mieszkania  Beaumonta.  Pragnął 
przekonać  się  osobiście,  że  Lucii  smakowały  potrawy,  które 
polecił jej przesłać. 

* * * 
W  tym  samym  czasie  Lucia  karmiła  swego  ojca  zupą, 

przyniesioną w koszyku przez Augustina. Posiłek był jeszcze 
ciepły.  Usiadłszy  przy  łóżku  ojca,  dziewczyna  podawała  mu 
cierpliwie  i  powoli  łyżkę  po  łyżce,  a  gdy  chory  wypił  już 
prawie kwartę płynu, owinęła garnek z powrotem w serwetę. 
Dobrze  wiedziała,  że  ktoś,  kto  dawno  nie  miał  nic  w  ustach, 
nie  powinien  jeść  ani  zbyt  szybko,  ani  zbyt  dużo  na  raz. 
Przeglądając  niezwykle  obfitą  zawartość  koszyka,  Lucia 
stwierdziła,  że  wcale  nie  czuje  głodu.  Gdy  Augustino 
wyruszył  na  poszukiwanie  pozostałych  obrazów  jej  ojca, 
spróbowała  zmusić  się  do  przełknięcia  kilku  kęsów. 
Skubnąwszy  nieco  łososia  na  zimno  stwierdziła,  że  smakuje 
wybornie.  Nie  była  jednak  w  stanie  zjeść  go  zbyt  wiele.  W 
koszyku  było  również  czerwone  wino,  które  podała  ojcu 
ostrożnie na łyżce. Obawiała się, że nadmierna ilość alkoholu 
mogłaby  mu  zaszkodzić.  Potem  skłoniła  go,  aby  spróbował 
trochę łososia i spaghetti z kurczakiem. Ojciec długo trzymał 
w  ustach  znakomicie  przyrządzoną  potrawę  i  wydawał  się 
delektować jej smakiem. 

 -  Nie  mogę...  już  więcej  -  szepnął  w  końcu  i  opadł 

bezwładnie na poduszki. 

Przyjrzawszy mu się uważnie Lucia stwierdziła jednak, że 

twarz  jego  nabrała  rumieńców,  a  usta  nie  są  już  tak  blade  i 
bezkrwiste, jak dotychczas. 

background image

 -  Przy  tak  dobrym  odżywianiu  wkrótce  wyzdrowiejesz  - 

powiedziała  do  ojca  poprawiając  mu  poduszki.  -  Nabierzesz 
sił  i  będziesz  mógł  namalować  jeszcze  wiele  obrazów  dla 
markiza Wynchcombe. On bardzo tego pragnie! 

Bernard  Beaumont  milczał.  Lucia  spojrzała  na  niego  z 

lękiem. Gdyby teraz miał ją opuścić, nie mogłaby uczynić nic, 
aby  się  temu  przeciwstawić.  Tłumaczyła  sobie  jednak,  że  jej 
niepokój jest całkiem nieuzasadniony. Wydawać się mogło, że 
dzięki markizowi Wynchcombe ich los wreszcie się odmienił i 
można będzie spoglądać bez lęku w przyszłość. 

„Być  może  nawet  moglibyśmy  tu  pozostać  -  pomyślała 

Lucia.  -  Tato  twierdzi,  że  tu  łatwiej  mu  jest  malować  niż  w 
Anglii." 

I nagle, drżąc ze  zgrozy uświadomiła sobie, że już nigdy 

nie będzie się czuła bezpieczna w tym mieście. Przypomniały 
jej  się  pierwsze  dni  choroby  ojca,  kiedy  to  była  zmuszona 
wyjść  sama  do  miasta,  aby  załatwić  sprawunki.  Nigdy  nie 
przypuszczała,  że  największe  niebezpieczeństwo  będzie  jej 
groziło ze strony obcych mężczyzn. Spacerując wraz z ojcem 
po  ulicach  Wenecji  nie  zdawała  sobie  nawet  sprawy  z  ich 
istnienia.  Teraz,  gdy  zmuszona  była  przemykać  się  po 
kryjomu  ciemnymi  zaułkami,  nieraz  doświadczyła  ich 
natrętnej,  drapieżnej  obecności.  W  końcu  zaczęło  się  jej 
wydawać, że za każdym rogiem i w cieniu każdej bramy czają 
się na nią, w każdej chwili gotowi rzucić się i rozszarpać ją na 
strzępy. Bała się. Drżała na całym ciele widząc, że zbliżają się 
do niej. Pewnego razu, gdy zakupy zajęły jej więcej czasu niż 
zwykle,  zauważyła,  że  jeden  z  nich  idzie  za  nią.  Rzuciła  się 
wtedy  do  szaleńczej  ucieczki  wiedząc,  że  jeśli  tylko  zdoła 
pobiec szybciej niż on, zdoła mu umknąć. Pędziła jak szalona 
dobrze znanymi sobie ulicami, nie zwracając uwagi na to, że 
gubi  po  drodze  z  trudem  zdobytą  żywność.  Lekko  jak  ptak 
przefrunęła przez  mostek nad kanałem położonym  w pobliżu 

background image

domu  i  dopadła  bramy,  zanim  jej  prześladowca  zdołał  się 
zorientować, gdzie zniknęła. Odważyła się przystanąć dopiero 
tuż  przed  drzwiami  prowadzącymi  na  poddasze.  Długo 
nasłuchiwała, czy nie usłyszy na schodach czyichś kroków, i 
uznawszy, że udało jej się zgubić natręta, odetchnęła głęboko 
z  ulgą.  Nie  miała  jednak  odwagi  wejść  od  razu  do  środka. 
Wciąż jeszcze cała dygotała i czuła zawroty głowy. Ojciec nie 
powinien był się domyślić, jak wielkim strachem napawała ją 
sama  myśl  o  konieczności  wyjścia  z  domu.  Nie  mógł  też 
dowiedzieć  się  o  niebezpieczeństwie,  na  które  stale  była 
narażona. 

Minęło  prawie  pięć  minut,  zanim  zdołała  opanować 

przyspieszony  oddech  i  drżenie  rąk.  Wszedłszy  do  pracowni 
zaczęła  natychmiast  opowiadać  jakąś  niemądrą  historyjkę, 
która  miała  usprawiedliwić  fakt,  że  nie  przyniosła  ze  sobą 
zakupów, po które wyszła. 

Od  tej  pory  wychodziła  tylko  tuż  po  wschodzie  słońca. 

Jednak  w  ten  sposób  szanse  na  sprzedanie  któregokolwiek  z 
obrazów  ojca  zmalały  jeszcze  bardziej.  W  końcu  doszło  do 
tego,  że  aby  zapłacić  komorne  za  kolejny  miesiąc,  musiała 
zacząć żebrać. 

Patrząc na leżące na stole pieniądze, które dał jej markiz, 

Lucia nie mogła wprost uwierzyć, że spłaci wszystkie długi, a 
tego,  co  pozostanie,  wystarczy  jeszcze  na  dwa  tygodnie 
całkiem  dostatniego  życia.  Potem  przypomniała  sobie,  że 
nabywca  obrazów  zobowiązał  się  zapłacić  w  najbliższym 
czasie  resztę  należnej  sumy.  To  oznaczało,  że  już  wkrótce 
będą  mogli  wraz  z  ojcem  powrócić  do  Anglii.  Tylko  czy 
ojciec zgodzi się na to? 

 -  Muszę  mu  jakoś  delikatnie  wytłumaczyć,  że  nie 

powinnam już więcej wychodzić sama - powiedziała sobie. 

Żyjąc  w  świecie  tworzonych  przez  siebie  obrazów, 

Bernard  Beaumont  przejawiał  w  odniesieniu  do  świata 

background image

zewnętrznego dziecinną wprost ufność. Nigdy nie przyszłoby 
mu  do  głowy,  że  młoda  kobieta  może  być  narażona  na 
jakiekolwiek  niebezpieczeństwo,  chodząc  samotnie  po 
weneckich zaułkach. Nie chcąc zaś burzyć jego złudzeń, Lucia 
wciąż nie mogła zdecydować się, aby mu to uświadomić. 

Czasami,  gdy  z  rozpaczą  myślała  o  konieczności 

kolejnego wyjścia z domu, wzrok jej padał na stare, pęknięte 
lustro,  które  wisiało  w  rogu  pokoju.  Kiedy  ojciec  spał, 
wpatrywała  się  długo  w  swoje  odbicie  marząc  o  tym,  żeby 
nagle  stać  się  starą  i  brzydką.  Jakże  bardzo  pragnęła  wtedy, 
aby jej twarz, włosy, figura i kolor skóry nie różniły się aż tak 
bardzo  od  typowej  urody  weneckich  dziewcząt.  Domyślała 
się,  że  to  właśnie  ta  odmienność  zwracała  na  nią  uwagę 
mężczyzn. 

I  nagle,  z  niespotykaną  dotychczas  stanowczością,  Lucia 

postanowiła: 

 -  Musimy  wrócić  do  domu!  Chciałabym  znowu 

zamieszkać  w  niewielkiej  wiosce,  gdzie  nikt  nie narzucał  się 
nam ze swoim towarzystwem! 

Powróciły  do  niej  wspomnienia  ukrytych  w  ogródkach 

domków  o  dachówkach  w  czarno  -  białą  szachownicę, 
zieleniejących na wiosnę pól... Wydało jej się, że jest to widok 
stokroć  piękniejszy  niż  cała  Wenecja  z  jej  gondolami  i 
słynnym  światłem.  Pamiętając  jednak  o  tym,  jak  bardzo  jej 
ojciec był przywiązany do tego miasta, stwierdziła: 

 - Widać niektórzy kierują się w swym życiu tylko tym, co 

podpowiada im serce... 

Jej matka czuła się najszczęśliwsza właśnie w Wenecji, bo 

jej mąż oddał swe serce temu miastu. Dla Bernarda Beaumont 
Wenecja  była  wszystkim,  o  czym  marzył,  i  wszystkim,  co 
pragnął malować. Jednak Lucia myślała z desperacją, że w tej 
chwili oddałaby wszystkie tutejsze palazzi włącznie z Pałacem 
Dożów,  Canal  Grande  i  bazylikę  Świętego  Marka  za  to,  by 

background image

móc  ujrzeć  kaczki  pływające  po  stawie,  który  znajdował  się 
tuż za ich domem w Little Morden. 

Była pewna, że dzisiejszego ranka jakaś niewidzialna siła 

kierowała  jej  krokami,  gdy  zdecydowała  się  pójść  na  plac 
Świętego  Marka.  Może  to  był  jej  anioł  stróż,  a  może  dusza 
matki wstawiła się za nią do dobrego Boga? Kiedy zobaczyła 
markiza  Wynchcombe  siedzącego  przy  stoliku  „U  Floriana", 
jakiś  głos  wewnętrzny  powiedział  jej,  że  powinna  podejść  i 
poprosić go o chwilę rozmowy. 

Lucia  znała  markiza  jeszcze  z  czasów,  gdy  wraz  z 

rodzicami  mieszkała  w  Little  Morden.  Doskonale  pamiętała 
dzień, w którym ujrzała go po raz pierwszy. 

Okoliczne  ziemie  należały  do  księcia  Madresfield,  który 

co roku zwykł urządzać wyścigi konne z przeszkodami. Matka 
Lucii  uznała,  że  powinni  pójść  tam  chociaż  raz,  aby  nie 
uchodzić  w  okolicy  za  zupełnych  odludków.  Ojciec, 
sprowadzony na ziemię z sobie tylko znanych sfer niebieskich, 
rzucił jej zamyślone spojrzenie znad sztalugi. 

 - Czy to aby na pewno dobry pomysł, kochanie? - spytał. 
 - Nie musimy wcale siedzieć w loży - zapewniła go żona. 

-  Wystarczy,  że  będzie  tam  książę  ze  swoją  świtą.  Staniemy 
sobie z boku, przy ogrodzeniu. 

Bernard  Beaumont  powoli  skinął  głową,  jakby  ta  myśl 

przypadła mu do gustu. 

 -  Będziemy  mieli  stamtąd  wspaniały  widok  -  ciągnęła 

matka. - Wiem, że Lucia z chęcią popatrzy na zawody. Kiedy 
byłam w jej wieku, uwielbiałam wyścigi konne. 

W glosie jej pojawiła się nuta nostalgii, jak zawsze ilekroć 

mówiła  o  koniach  szlachetnej  krwi.  Miłość  do  tych 
wspaniałych  zwierząt  zachowała  z  czasów  młodości  i  wciąż 
ubolewała  nad  tym,  że  wraz  z  mężem  nie  mogą  pozwolić 
sobie na utrzymanie dużej stajni. Mieli wprawdzie kilka koni 
do  jazdy  wierzchem  i  kucyka  dla  Lucii,  lecz  marzenia  pani 

background image

Beaumont  sięgały  o  wiele  wyżej.  Wprawdzie  nigdy  nie 
narzekała,  ale  czasem,  gdy  zaczynała  mówić  o  koniach, 
rumieniec na jej twarzy i błyszczące oczy mówiły więcej o jej 
wielkiej pasji, niż chciałaby sama wyrazić. 

Poszli  więc  razem,  aby  przyjrzeć  się  wyścigom.  Kiedy 

konie  z  grzmotem  kopyt  przegalopowały  tuż  obok  nich, 
kierując  się  w  stronę  najbliższej  przeszkody,  Lucia  zwróciła 
uwagę na jednego z jeźdźców. Przykuł on jej uwagę nie tylko 
dlatego, że znajdował się na czele innych, lecz także i z tego 
powodu,  że  najwyraźniej  jeździł  lepiej  niż  wszyscy. 
Dosiadając  wspaniałego  czarnego  ogiera  wykonywał 
obowiązujące  manewry  tak  bezbłędnie,  że  wydawało  się,  iż 
koń  z  jeźdźcem  stanowią  jedną,  doskonale  funkcjonującą 
całość. 

Jako  pierwszy  podjechał  do  przeszkody  i  pokonawszy  ją 

we  wspaniałym  stylu  obejrzał  się  przez  ramię  na  swoich 
rywali.  Na  jego  ustach  ukazał  się  zwycięski  uśmiech.  Lucia 
pomyślała, że oto człowiek, który z całą pewnością wygra ten 
wyścig  bez  trudu.  Jej  przeczucie  sprawdziło  się.  Po  wzięciu 
następnej  przeszkody  nikt  nie  był  już  w  stanie  odebrać  mu 
palmy zwycięstwa. 

 -  To  markiz  Wynchcombe  -  powiedziała  matka  Lucii 

nachylając  się  ku  niej.  -  Czytałam  w  gazecie,  że  został 
odznaczony  orderem  za  męstwo  okazane  w  bitwie  pod 
Waterloo. 

 - Jest bardzo dobrym jeźdźcem, mamo, nieprawdaż? 
 -  To  charakterystyczne  dla  całej  jego  rodziny  -  odparła 

pani Beaumont, wzdychając. 

Tuż  obok  miejsca,  gdzie  stali,  przemknęła  kolejna  grupa 

jeźdźców. 

 -  Może  pójdziemy  już  do  domu?  -  odezwał  się  ojciec.  - 

Chciałbym  dokończyć  obraz,  który  zacząłem  przedwczoraj. 
Poza  tym  smuci  mnie,  moja  droga,  kiedy  widzę,  jak  bardzo 

background image

żałujesz, że nie możesz sama wystartować w tym wyścigu ani 
dosiadać tak wspaniałych koni! 

 -  Zapewniam  cię,  że  jesteś  w  błędzie!  -  odparła  szybko 

pani  Beaumont.  -  Dobrze  wiesz,  że  niczego  nigdy  nie 
żałowałam ani nie żałuję! - i nie zważając na obecność innych 
osób pochyliła się i pocałowała męża w policzek. 

Jednak Bernard spojrzał na nią z niepokojem. 
 - Czy aby na pewno? - spytał. 
 -  Jak  możesz  zadawać  takie  niemądre  pytania?  -  odparła 

matka Lucii. -  Wracajmy już do  domu. Nie zamieniłabym go 
na  tysiąc  najwspanialszych  pałaców  ani  na  stajnię  z  setką 
najprzedniejszych koni! 

W jej głosie brzmiała taka serdeczna szczerość, że Bernard 

Beaumont ujął jej dłoń, po czym szybkim ruchem przyłożył ją 
do  swej  piersi.  Wracali  do  domu  spleceni  ramionami, 
rozmawiając cicho i wspólnie śmiejąc się z jakichś sobie tylko 
wiadomych spraw. 

Lucia szła sama kilka kroków za nimi. Cały czas myślała o 

markizie  Wynchcombe,  o  tym,  jak  pięknie  prowadził  swego 
konia  i  o  jego  pełnym  triumfu  uśmiechu.  Mimo  iż  miała 
dopiero  piętnaście  lat,  domyślała  się,  co  wyróżnia  tego 
mężczyznę  spośród  wielu  innych.  Była  pewna,  że  należy  on 
do tych, którzy nigdy nie przegrywają. 

background image

Rozdział 3 
Przyjęcie  zdawało  się  przeciągać  w  nieskończoność. 

Kiedy  na  stole  pojawiło  się  kolejne  danie,  markiz  zaczął 
odczuwać  narastające  zniecierpliwienie.  Jego  gospodarz 
pochodził  ze  starego  weneckiego  rodu,  a  i  pozostali  goście 
mogli  poszczycić  się  znakomitym,  arystokratycznym 
pochodzeniem.  Zdawali  sobie  zresztą  z  tego  doskonale 
sprawę, toteż atmosfera w sali jadalnej stawała się z minuty na 
minutę coraz bardziej nie do zniesienia. Tematem królującym 
przy  stole  była  oczywiście  polityka  oraz  utyskiwania  na 
bezwzględność  austriackiego  okupanta.  Giles,  który  miął  już 
naprawdę  dosyć  tych  dyskusji,  z  trudem  powstrzymywał 
ziewanie. Z nudów zaczął rozglądać się po ścianach i doszedł 
do  wniosku,  że  rezydencja,  w  której  przebywał,  wymaga 
natychmiastowej renowacji. Przykro mu było patrzeć, jak tyle 
wspaniałych  domów,  kościołów  i  innych  zabytków  kultury 
niszczeje  w  oczach.  Z  drugiej  strony  wiedział  doskonale,  że 
jest  to  przede  wszystkim  wina  samych  wenecjan.  Gdyby  nie 
tracili tyle czasu na wyszukiwaniu coraz to nowych rozrywek, 
myślał, łatwiej byłoby im zachować niepodległość Republiki i 
sprawić, aby rozwijała się i kwitła jak dawniej. Uważając, że 
szkoda  czasu  na  wspominanie  minionej  świetności  Wenecji, 
markiz postanowił pomóc swoim współbiesiadnikom spojrzeć 
nieco jaśniej w przyszłość. Jednak wychodząc z przyjęcia nie 
mógł  się  oprzeć  wrażeniu,  iż  jego  słowa  trafiły  w  pustkę.  Ci 
Judzie  zdolni  już  byli  tylko  do  narzekań  i  dbali  przede 
wszystkim o własną wygodę... 

Kiedy gondola wypłynęła na zalane blaskiem słonecznym 

wody  Canal  Grande,  markiz  odetchnął  głęboko.  Z 
niecierpliwością oczekiwał ponownego spotkania z Lucią i jej 
ojcem. Miał nadzieję, że uda mu się tym razem porozmawiać 
chwilę z genialnym malarzem. Patrząc na migocące w słońcu 
fale  najsłynniejszego  kanału  Wenecji,  Giles  zastanawiał  się, 

background image

ilu  malarzy  próbowało  już  uwiecznić  ten  widok.  Uznał,  że 
„próbowało"  jest  tu  właściwym  słowem  w  porównaniu  z 
obrazami Beaumonta. 

Na próżno usiłował  perswadować sobie, iż absurdem jest 

tak  bezkrytyczne  podejście  do  prac  jakiegoś  nikomu  nie 
znanego malarza. Starał się przekonać sam siebie, że gdy tylko 
ujrzy  obrazy  Beaumonta  wiszące  na  ścianie  w  bibliotece,  na 
pewno  uda  mu  się  znaleźć  w  nich  mnóstwo  niedociągnięć  i 
być  może  przy  dokładniejszych  oględzinach  cała  koncepcja 
światła, którą posługiwał  się  Anglik, okaże się  fałszywa. Był 
nawet  pewien,  że  to  samo  powiedzą  mu  inni  miłośnicy  i 
znawcy sztuki! Jednak natrętne przeczucie, którego wciąż nie 
udawało mu się zagłuszyć, mówiło, że to właśnie on ma rację, 
niezależnie od tego, co powiedzą inni. 

Gondola  skręciła  w  jeden  z  wąskich  kanałów,  który  miał 

doprowadzić ją w pobliże pracowni Beaumonta. Pogrążony w 
rozmyślaniach  markiz  zadawał  sobie  właśnie  pytanie,  czy 
cechą  wyróżniającą  prawdziwego  artystę  spośród  innych  jest 
to, że maluje to, co czuje, a nie to, co widzi. Do tej pory nie 
miał  nigdy  potrzeby  rozstrzygania  tego  problemu.  Jednak 
wizja  Wenecji  Beaumonta  przemówiła  do  jego  wrażliwości 
tak  dalece,  że  zapragnął  wyjaśnienia  dręczących  go 
wątpliwości. 

Nigdy przedtem studiowanie obrazów nie poruszało w nim 

tak  głęboko  ukrytych  uczuć.  Giles  myślał  z  pewnym 
niezadowoleniem,  że  podążając  dziś  rano  za  Lucią,  która 
prowadziła  go  do  pracowni  ojca,  wcale  nie  miał  zamiaru 
angażować  się  tak  głęboko  w  przeżycia  artystyczne.  Zawsze 
był  przekonany  o  tym,  że  posiada  chłodną,  zrównoważoną 
naturę,  która  pozwala  mu  trzeźwo  spoglądać  na  świat. 
Uśmiechając  się  ironicznie  Giles  pomyślał,  że  za  chwilę 
pewnie okaże się, iż dzisiaj rano pozwolił sobie po prostu na 
lekką przesadę. To samo dotyczy Lucii, stwierdził. Na pewno 

background image

wyda  się  mu  teraz  wcale  nie  tak  niezwykła  i  pełna 
tajemniczego czaru, za jaką ją do tej pory uważał... 

Poleciwszy  gondolierowi  czekać,  markiz  wyskoczył  na 

niewielki  pomost  i  wszedł  w  znany  już  sobie  zaułek.  Idąc 
spoglądał na odzież suszącą się na sznurkach przeciągniętych 
od okna do okna i na całe roje brudnych dzieci bawiących się 
wprost na ulicy, tuż przy kanale. Wydawało mu się, że po raz 
pierwszy  w  życiu  widzi  tak  rozpaczliwą  nędzę.  Jednocześnie 
od czasu do czasu jego bystre spojrzenie wyławiało wśród na 
wpół  zrujnowanych  budynków  jakiś  balkon  ozdobiony  w 
narożach rzeźbionymi w kamieniu lwami lub fragment tarczy 
herbowej  w  starym  murze.  Wspaniała  niegdyś  historia  tego 
miasta  żyła  wciąż  jeszcze  nawet  tu,  wśród  najbiedniejszych 
jego mieszkańców. 

W końcu markiz znalazł się przed starą, zniszczoną bramą 

prowadzącą  do  wysokiego  budynku,  na  którego  poddaszu 
mieszkał  i  tworzył  Bernard  Beaumont.  Giles  już  zamierzał 
pchnąć  masywne  odrzwia,  kiedy  nagły  impuls  nakazał  mu 
zawrócić  i  udać  się  czym  prędzej  do  swego  palazzo.  Jakiś 
natrętny  głos  wewnętrzny  powtarzał  mu,  żeby  wycofał  się  z 
całej  tej  historii,  zanim  będzie  za  późno.  Niespodziewanie 
zrodziła  się  w  nim  obawa,  że  jeśli  nie  uwolni  się  teraz  od 
problemów  angielskiego  malarza,  jego  córki  i  jego  dziwnych 
obrazów, fakt ten będzie miał ważne następstwa w jego życiu 
osobistym.  Markiz  wcale  nie  miał  ochoty  na  jakiekolwiek 
zmiany. Niechętnie nawet myślał o tym. Stał tak przez dłuższą 
chwilę,  targany  sprzecznościami.  Wiedział,  że  jeśli  chce 
zachować  swoje  życie  takim,  jakie  było  dotychczas,  nie 
powinien  wchodzić  na  górę.  Z  drugiej  strony  jednak,  bardzo 
pragnął to uczynić... 

 -  Chyba  wypiłem  za  dużo  wina  -  mruknął  do  siebie  z 

odrobiną irytacji w głosie. 

background image

Wzruszywszy  ramionami,  zmusił  się  do  wejścia  na 

poobijane,  kręte  schody,  u  których  szczytu  znajdował  się  cel 
jego  wyprawy.  Tuż  przed  wejściem  na  poddasze  zatrzymał 
się, aby jeszcze raz popatrzeć na widoczne jak na dłoni dachy 
weneckich  domów.  Można  stąd  było  dojrzeć  błyszczące  w 
słońcu  kopuły  bazyliki  Świętego  Marka  oraz  strzelistą 
sylwetkę dzwonnicy, z połyskującą na szczycie figurą anioła. 
Spoglądając z góry na to wspaniałe miasto, trudno było oprzeć 
się wrażeniu, że jest ono wciąż jeszcze żywym świadectwem 
wielu minionych kultur, z których każda pozostawiła po sobie 
ślad.  Przez  całe  wieki  okręty  ze  wschodu  zawijając  do 
weneckiego  portu  zwoziły  tu  jedwab,  przyprawy, 
niewolników,  drogocenne  wyroby  ze  złota,  manuskrypty  i 
dzieła  sztuki.  Wszystko  to  zostawało  tutaj  tworząc  powoli 
niepowtarzalną  atmosferę  tego  miasta  i  wzbogacając  jej 
mieszkańców,  którzy  w  końcu  uznali,  że  są  już  tak  potężni  i 
zasobni, iż nie mają się czego obawiać. Rozmyślając posępnie 
nad  przemijaniem  wszystkich  wartości,  markiz  podszedł  do 
drzwi poddasza i zapukał. 

Lucia otworzyła mu niemal natychmiast. Przyjrzawszy się 

jej uważnie, markiz stwierdził, że dziewczyna zmieniła suknię 
na inną, bardziej kolorową. Giles domyślał się, że wychodząc 
na ulicę Lucia specjalnie starała się, aby swym wyglądem nie 
budzić  niczyjego  zainteresowania.  Bura,  znoszona  suknia  i 
czarny  szal  zakrywający  szczelnie  włosy  miały  pomóc  jej 
ukryć się w tłumie innych biedaków. 

Teraz  jednak  włosy  Lucii  były  odsłonięte  i  markiz  miał 

okazję  przekonać  się,  że  mają  one  rzadko  spotykany 
bladozłoty  odcień  i  przywodzą  na  myśl  pierwsze  promienie 
wschodzącego  słońca.  Popołudniowe  światło,  padające 
ukośnie przez okna w dachu, zapalało złote błyski  w szarych 
oczach dziewczyny. Była tak bardzo szczupła, iż zdawało się, 
że  jest  lekka  jak  piórko.  Być  może  taka  poetycznie  zwiewna 

background image

sylwetka  zachwyciłaby  markiza  w  innych  okolicznościach, 
teraz  jednak  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  jest  ona 
rezultatem długotrwałego niedożywienia. 

Lucia wyszła na podest i zamykając za sobą cicho drzwi, 

powiedziała: 

 -  Ojciec  śpi.  Proszę  mi  wybaczyć,  milordzie,  ale  jeśli 

przyszedł  pan  porozmawiać  ze  mną,  może...  usiedlibyśmy 
gdzieś indziej? 

 -  Oczywiście,  że  tak  -  zgodził  się  markiz.  -  Co  pani 

proponuje! 

Dziewczyna  wskazała  nieśmiałym  gestem  na  schody, 

które Giles dopiero co pokonał. 

 - Z tyłu budynku jest takie miejsce... - powiedziała. - Tam 

nikt nam nie przeszkodzi. 

 - A więc chodźmy - uśmiechnął się markiz i ruszył w dół 

uważając  pilnie,  aby  nie  potknąć  się  na  wyszczerbionych 
stopniach i nie skręcić karku. Lucia zbiegała po nich lekko i z 
gracją, jak gdyby nic innego nie robiła przez całe życie. 

Kiedy  znaleźli  się  na  ulicy,  dziewczyna  niespodziewanie 

skręciła w najbliższą przecznicę i podeszła do znajdującej się 
w  murze  furtki. Za nią ukazał się dość rozległy,  zapuszczony 
ogród.  Niegdyś  pełen  rzeźb  i  kwiatów  podobny  był  teraz  do 
dzikiej,  splątanej  dżungli.  Tu  i  ówdzie  widać  było  resztki 
marmurowej  posadzki.  Z  jednej  strony  ogród  wychodził  na 
niewielki  kanał.  Tuż  nad  wodą  stała  niewielka  kamienna 
ławka,  która  pamiętała  jeszcze  czasy  pierwszych  właścicieli 
tego  domu.  W  tym  cichym,  romantycznym  zakątku  nieraz 
zapewne  była  świadkiem  tajemnych  zwierzeń  i  wyznań 
miłosnych. 

Lucia  usiadła  na  brzegu  ławki,  którą  po  obu  stronach 

podtrzymywały  rzeźbione  kamienne  lwy,  mocno  już  dzisiaj 
zniszczone  i  poobtłukiwane.  Kiedy  markiz  usiadł  obok  niej, 
powiedziała: 

background image

 -  Ja...  sama  nie  wiem,  jak  mam  panu  dziękować  za 

wspaniałe  potrawy,  które  nam  przyniesiono.  Ojciec  zjadł 
trochę  i  od  razu  zaczął  lepiej  wyglądać.  Potem  zasnął 
spokojnie, co już dawno mu się nie zdarzało... 

 -  Mam  nadzieję,  że  pani  również  posiliła  się  nieco  - 

odparł markiz. - Nie muszę chyba mówić, że jest pani o wiele 
za szczupła. 

Lucia  roześmiała  się  i  Giles  mógł  zaobserwować,  jak 

tworzą  się  jej  przy  tym  dwie  bruzdy  na  policzkach,  tak 
charakterystyczne dla ludzi nadmiernie wychudzonych. 

 -  Zapomniałam  już,  że  istnieją  tak  wspaniałe  rzeczy  do 

jedzenia  -  powiedziała.  -  A  ojcu  bardzo  smakowało  wino, 
tylko że... mogłam pozwolić mu na bardzo niewiele... 

 - Wydałem już polecenia  mojemu kucharzowi - oznajmił 

markiz.  -  Dziś  wieczorem  znów  przyjdzie  ktoś  z  kolejnym 
posiłkiem. Mój sekretarz szuka w tej chwili dla was lepszego 
mieszkania. Kazałem mu znaleźć takie, które mogłoby służyć 
również  jako  pracownia,  w  której  ojciec  pani  będzie  mógł 
malować, skoro tylko poczuje się lepiej. 

Patrząc  na  markiza  szeroko  otwartymi  oczyma,  Lucia 

złożyła dłonie jak do modlitwy. 

 - Jak to... jak to możliwe, że jest pan tak łaskaw dla nas? - 

wyjąkała  drżącym  głosem. - Nie chcielibyśmy... trudzić pana 
zbytnio... 

 -  Proszę  nie  robić  sobie  wyrzutów  -  powiedział  markiz 

zdecydowanym  tonem.  -  Chciałem  zawiadomić  panią  o  tym, 
w  którym  banku  zdecydowałem  się  umieścić  pieniądze  za 
kupione przeze mnie obrazy. 

Nastała chwila milczenia. W końcu Lucia szepnęła: 
 -  Sądzę,  że...  kiedy  tylko  ojciec  nabierze  sił...  najlepiej 

byłoby... natychmiast wracać do Anglii. 

 -  Czy  naprawdę  uważa  pani,  że  pośpiech  jest  tu 

wskazany?  -  spytał  Giles  ze  zdziwieniem,  a  ponieważ  Lucia 

background image

spuściwszy  głowę  milczała,  powiedział:  -  Zadałem  pani 
pytanie i teraz oczekuję odpowiedzi! 

Lucia,  zaskoczona  jego  twardym,  stanowczym  tonem, 

rzuciła mu spłoszone spojrzenie. 

 -  Bardzo...  trudno  mi  o  tym  mówić  -  wyjaśniła.  -  Pan 

pewnie  pomyśli,  że  mam  zbyt  wybujałą  wyobraźnię.  Jestem 
jednak  całkowicie  przekonana,  że  powinniśmy  wracać  do 
Anglii  jak  najszybciej.  Mogłoby  się  przecież  zdarzyć...  że 
zostałabym tu całkiem sama... 

Widać było, że dużo ją kosztowało to wyznanie. Po chwili 

milczenia markiz powiedział: 

 -  Wyjawiła  mi  pani  swoje  najskrytsze  obawy  i  muszę 

przyznać, że rozumiem panią. Jeszcze dzisiaj rozkażę mojemu 
sekretarzowi, aby wyszukał statek, który w najbliższym czasie 
odpływa  do  Anglii  i  na  którym  pan  Beaumont  będzie  miał 
zapewnione  wszystkie  wygody,  bez  narażania  was  na  zbyt 
wysokie koszty. 

 - Bardzo to... wspaniałomyślnie z pana strony. 
 -  Tak  jak  już  pani  mówiłem  -  ciągnął  Giles  -  chciałbym, 

aby  Bernard  Beaumont  namalował  mój  dom  w 
Buckinghamshire.  Zostawię  wam  swój  adres.  Proszę 
skontaktować się ze mną, skoro tylko  pani ojciec będzie czuł 
się na siłach, aby przyjąć to zamówienie. 

Lucia westchnęła cicho. 
 -  Pańska  uprzejmość  onieśmiela  mnie,  milordzie  - 

powiedziała.  -  Zapewne  domyśla  się  pan,  że  zamówienie  na 
obraz  malowany  w  Anglii  będzie  koronnym  argumentem, 
aby...  przekonać  mojego  ojca  o  konieczności  opuszczenia 
Wenecji. 

 -  Czuję  się  jak  gdybym  był  współwinny  zbrodni  - 

mruknął  markiz.  -  Nie  powinienem  przykładać  ręki  do  tego, 
aby ten wspaniały artysta porzucił miejsce, które tak pięknie i 

background image

oryginalnie przedstawia  w swoich pracach! Chociaż... - dodał 
po chwili namysłu - i Anglia bywa niezwykle piękna! 

 -  O  tak!  -  wykrzyknęła  niemal  Lucia.  -  Jest  bardzo 

piękna! 

 - Widzę, że kocha pani swój kraj - zauważył Giles patrząc 

na  dziewczynę  z  uwagą.  -  A  ja  myślałem...  że  nie  jest  pani 
Angielką. Pani włosy, oczy, kolor skóry... można by sadzić, że 
są wynikiem domieszki krwi któregoś z innych narodów... 

Lucia  drgnęła  nagle  i  odwróciła  twarz  od  swego 

rozmówcy. Markiz mógłby przysiąc, że usiłowała ukryć przed 
nim  rumieniec,  który  pojawił  się  niespodziewanie  na  jej 
policzkach. 

 -  Czyżbym  miał  rację?  -  spytał  zaciekawiony.  -  Nie  jest 

pani rodowitą Angielką? 

 - Oczywiście, że jestem! - odparła szybko Lucia. - Kimże 

innym mogłabym być jako córka mojego ojca? 

W jej słowach było tyle stanowczości, że markiz spojrzał 

na nią z zaskoczeniem. Był niemal pewien, że z pochodzeniem 
panny Beaumont związana jest jednak jakaś tajemnica, której 
dziewczyna  nie  chce  mu  wyjawić.  Jego  podejrzenia 
potwierdziły  się,  gdy  Lucia  oświadczyła  nienaturalnie 
ożywionym tonem: 

 -  Jestem  pewna,  że  ma  pan  jeszcze  dużo  ważnych  spraw 

do  załatwienia  dzisiejszego  popołudnia.  Nie  chciałabym 
zabierać panu więcej czasu. 

Mówiąc  to  wstała  z  ławki.  Markiz  podniósł  się  również 

rozważając w myślach, czy powinien pogodzić się z porażką, 
której  właśnie  doznał,  i  czy  nie  należałoby  jednak  zmusić 
Lucii do wyznania prawdy. Doszedł jednak do wniosku, że nie 
jest  to  jednak  sprawa  aż  tak  wielkiej  wagi,  żeby  zaprzątać 
sobie nią dłużej głowę. 

Milcząc wracali do domu Lucii. 

background image

 -  Myślę,  że  jeśli  ojciec  poczuje  się  lepiej  w  ciągu 

następnych dni - odezwała się nagle  Lucia - będziemy  mogli 
wyjechać z Wenecji za tydzień lub półtora. 

 -  To  zależy  od  tego,  czy  uda  się  znaleźć  odpowiedni 

statek - zauważył markiz. 

 -  O  tej  porze  roku  w  porcie  zaczyna  się  ruch  - 

odpowiedziała  z  uporem  dziewczyna.  -  Na  wiosnę  wielu 
Anglików  pragnie  odwiedzić  Wenecję,  a  statki,  które  ich 
przywożą,  muszą  przecież  powrócić  do  kraju.  Jestem  pewna, 
że na którymś z nich znajdzie się miejsce dla nas. 

W  głosie  jej  brzmiała  taka  determinacja,  że  markiz  z 

trudem  zdołał  ukryć  uśmiech.  Pomyślał,  że  nawet  jeśli 
Bernard  Beaumont  będzie  zamierzał  protestować  przeciwko 
opuszczeniu  Wenecji,  upór  córki  pokona  wszelkie  jego 
argumenty. 

Zanim  weszli  do  bramy  zrujnowanego  domu,  Giles 

przystanął,  aby  dokładniej  przyjrzeć  się  wspaniałej, 
kontrastowej  grze  cieni  na  tle  oświetlonych  jaskrawym 
słońcem ścian. 

 -  Gdyby  był  teraz  z  nami  pani  ojciec  -  odezwał  się  do 

Lucii - na pewno zechciałby uwiecznić to pędzlem. 

Mówiąc  to  wskazał  na  perspektywę  wąskiego  zaułka, 

która zdawała się tylko czekać, aby ręka mistrza przeniosła ją 
na płótno. 

 - Ojciec malował to już wiele razy - odparła dziewczyna. 
 - A  więc dlaczego nie pokazała  mi pani tych obrazów? - 

zdziwił się markiz. 

 -  Proszę  nie  myśleć,  że  ukryłam  coś  przed  panem  - 

powiedziała  szybko  Lucia.  -  Tylko...  kiedy  zaczęło  nam 
brakować  pieniędzy,  ojciec  nie  mógł  już  kupować  nowych 
płócien. A więc po ukończeniu jednego obrazu ścierał go, po 
czym na tym samym podkładzie malował następny. 

Markiz krzyknął ze zgrozy chwytając się za głowę. 

background image

 -  Cóż  to  za  straszna  strata!  -  jęknął.  -  Cóż  za 

niepowetowana strata! 

 -  Myślałam  wtedy  tak  samo  -  odparła  spokojnie  Lucia.  - 

Ale nie mogłam nic na to poradzić. 

 - Jak to się stało, że popadliście w aż tak wielką nędzę?  
Lucia  zawahała  się  przez  chwilę,  tak  jakby  to  wyznanie 

miało sprawić jej ból. 

 - Rodzice zdecydowali się na przyjazd tutaj dwa lata temu 

- powiedziała cicho. - Ojciec był przekonany, że obrazy, które 
namaluje  w  Wenecji,  będą  tak...  niezwykłe,  że  natychmiast 
zdobędą uznanie, co przyniesie mu rozgłos i... dużo pieniędzy. 

Dziewczyna  przerwała  nagle.  Widać  było,  że  szuka 

właściwych słów, aby kontynuować swoją opowieść. 

 -  Proszę  mówić  dalej  -  zachęcił  ją  markiz.  -  Słucham  z 

największą uwagą.  

 -  W  Anglii  ojciec  zarabiał  na  życie  malowaniem 

portretów  i  pejzaży  na  zamówienie.  Nienawidził  tej  pracy  i 
prawdę mówiąc, nie przynosiła mu ona wielkich dochodów. 

Rzuciwszy szybkie spojrzenie na Gilesa, Lucia wyjaśniła: 
 -  W  okolicy,  w  której  mieszkaliśmy,  nie  było  zbyt  wielu 

ludzi,  którzy  mogli  sobie  pozwolić  na  zlecenie  namalowania 
obrazu. Pamiętam, że ojciec portretował rodzinę burmistrza z 
pobliskiego  miasteczka  oraz  kilku  co  zamożniejszych 
farmerów.  Była  też  jakaś  starsza  dama,  która  pragnęła 
uwiecznić na płótnie swój ogród... 

Widząc, że markiz się uśmiecha, dodała spiesznie: 
 - Ojciec nie znosił wykonywania tego typu pracy! Mówił, 

że trudno mu jest zniżać się do malowania w ten sposób, aby 
zadowolić  niewybredne  gusty  klientów,  podczas  gdy  jego 
wizja mającego powstać obrazu tak bardzo różniła się od ich 
oczekiwań! 

 - W pełni to rozumiem - mruknął markiz. 

background image

 -  Niewiele  osób  potrafi  pojąć  taki  punkt  widzenia  - 

powiedziała Lucia patrząc na niego z wdzięcznością. - Kiedy 
ojciec  skończył  malować  ogród  starej  lady,  powiedział: 
„Muszę  stąd  wyjechać!  Świadomość,  że  jestem  przywiązany 
do tego miejsca sprawia, że nie potrafię swobodnie odetchnąć. 
Czuję się, jakby ktoś usiłował zamknąć w klatce nie tyle mnie, 
co moją duszę!" 

 - I pani matka potrafiła to zrozumieć? 
 -  Oczywiście,  że  tak!  -  odpowiedziała  Lucia.  -  Bardzo 

kochała mojego ojca. Sądzę, że gdyby zapragnął przenieść się 
na Biegun Północny, nie zaprotestowałaby ani słowem! 

Jej głos zadrżał lekko, gdy to mówiła. Giles pomyślał, że 

rodzice  i  ją  darzyli  podobną  miłością,  którą  żywili  do  siebie 
nawzajem. Spojrzawszy uważnie na Lucię wydało mu się, że 
potrafi odczytać z jej oczu dalszy ciąg opowieści. 

 - W końcu ojciec sprzedał wszystkie meble i porzuciliśmy 

dom, w którym się urodziłam. Zostało nam tylko to, co można 
było zabrać ze sobą w podróż. 

 - Zapewne nie było to łatwe dla pani - zauważył markiz. 
 -  Ojciec  mówił,  że  zaczniemy  zupełnie  nowe  życie  i  że 

kiedy się wyrusza na wyprawę krzyżową, powinno się zerwać 
wszystkie więzy łączące z przeszłością. 

 - A co na to pani matka? 
 -  Obie  uważałyśmy,  że  jest  to  niezwykle  ekscytujące. 

Byłyśmy  pewne,  że  ojciec  odniesie  ogromny  sukces.  -  Po 
chwili  milczenia dodała: - Marząc o powodzeniu, chciał tego 
przede  wszystkim  dla  nas.  Tyle  było  rzeczy,  które  zawsze 
pragnął  nam  podarować:  konie,  piękne  suknie,  wypady  do 
Londynu na premiery operowe i... oczywiście na  wystawy  w 
galeriach  sztuki  i  w  Akademii  Królewskiej.  Do  tej  pory 
mogliśmy jedynie czytać o tym w gazetach... 

background image

Lucia  westchnęła  ciężko,  jak  gdyby  dopiero  teraz 

uświadomiła  sobie,  jak  trudne  do  zrealizowania  były  to 
marzenia. 

 -  A  wiec  przybyliście  do  Wenecji  -  podpowiedział  jej 

markiz. 

 -  Na  początku  wszystko  było  takie...  emocjonujące, 

dokładnie tak, jak mówił ojciec. 

Lucia  zamilkła  nagle  i  na  samo  wspomnienie  tego,  co 

zdarzyło się później, oczy jej posmutniały. 

 -  Kiedy  sprawy  przybrały  zły  obrót?  -  spytał  markiz 

łagodnie. 

 - 

Wszystko 

było 

znacznie... 

droższe, 

niż 

przewidywaliśmy - powiedziała dziewczyna powoli. - A nasze 
pieniądze  topniały  szybko...  No  i...  nikt  nawet  nie  zwracał 
uwagi na obrazy ojca. 

Od  tej  chwili  Giles  był  już  pewien  dalszego  ciągu 

opowiadania.  Lucia  zaś  mówiła  dalej  usiłując  ukryć  cisnące 
się jej do oczu łzy: 

 -  Mama  zaczęła  coraz  częściej  wspominać  o  tym,  że 

powinniśmy  wrócić  do  Anglii.  I  wtedy...  wtedy  właśnie 
zachorowała. 

 - Co było przyczyną jej choroby? 
 - Myślę, że... źle znosiła tutejszy wilgotny klimat i... zima 

była  chłodniejsza,  niż  się  spodziewaliśmy.  Choroba  czyniła 
postępy...  pieniądze  się  skończyły.  Ojciec  namalował  kilka 
zwykłych  widoczków  z  Wenecji.  Udało  mu  się  je  sprzedać, 
chociaż za niezbyt wielkie sumy. 

 - To oczywiste - przyznał markiz. - Mówiąc o „zwykłych 

widoczkach"  ma  pani  zapewne  na  myśli  obrazki,  które  lubią 
kupować w Wenecji odwiedzający ją cudzoziemcy? 

 -  Tak,  właśnie  takie  -  odpowiedziała  Lucia.  -  Ojciec 

nazywał  je  po  prostu  kiczami  i  odmawiał  im  jakiejkolwiek 
artystycznej  wartości.  Jednak,  ponieważ  wyznaczył  za  nie 

background image

bardzo  niską  cenę,  już  następnego  dnia  zniknęły  z  wystawy 
małego sklepiku, gdzie je umieszczono. 

Markiz domyślał się, jak ciężko było artyście tej miary co 

Bernard  Beaumont  zniżyć  się  do  seryjnego  produkowania 
malarskiej tandety. 

 - Po śmierci  mamy - opowiadała dalej Lucia - ojciec stal 

się bardzo przygnębiony. Wydawało się, że ożywiał się nieco 
jedynie  wtedy,  gdy  malował  te  obrazy,  które  nie  były 
przeznaczone  na  sprzedaż...  a  ja...  nie  chciałam  go  smucić 
przypominaniem  mu,  jak  rozpaczliwe  jest  nasze  położenie. 
Myślę  -  dodała  ciszej  -  że  w  tym,  co  stało  się  później  jest 
wiele  mojej  winy.  -  Westchnęła  ciężko  i  powiedziała:  -  W 
końcu  byłam  już  zdecydowana,  aby  przekonać  go,  że 
powinien...  malować  tylko  takie  obrazy,  które  ktoś  zechce 
kupić. Tylko że... on właśnie wtedy zachorował. 

Słysząc  znów  nutę  lęku  w  jej  głosie,  markiz  wtrącił 

szybko: 

 - Proszę nie opowiadać mi już nic więcej, jeśli to sprawia 

pani ból. 

 -  Lepiej,  jeśli  pozna  pan  całą  prawdę  -  odpowiedziała 

dziewczyna  z  rezygnacją  -  a  ja...  wciąż  winię  siebie  o  brak 
stanowczości.  Ojciec  był  zawsze  taki...  niepraktyczny,  jeśli 
idzie o pieniądze. Nie potrafi myśleć o niczym innym, tylko o 
obrazie,  który  właśnie  tworzy.  Powinnam  była  dokonać  tego, 
co nie udało się mamie i... zmusić go do wyjazdu zaraz po jej 
śmierci. 

Lucia opuściła głowę. Wydała się Gilesowi nagle tak mała 

i  bezbronna,  że  pomyślał,  iż  Bernard  Beaumont  powinien 
bardziej troszczyć się o własną córkę. Jak mógł pozwolić, aby 
na tak wątłych ramionach spoczywał ciężar odpowiedzialności 
za życie ich obojga? 

Jak  gdyby  czytając  w  jego  myślach,  dziewczyna 

powiedziała szybko:  

background image

 -  Proszę  nie  winić  mojego  ojca  za  to,  co  się  stało.  On 

przez  cały  czas  był  przeświadczony  o  tym,  że  jego  obrazy 
mają wielką wartość artystyczną i że znajdzie się ktoś, kto je 
zrozumie i doceni. 

Przez  chwilę  usiłowała  powstrzymać  łkanie,  po  czym 

szepnęła: 

 -  Nigdy  nie  przypuszczał,  że  w  końcu  znajdzie  się  na 

granicy śmierci z głodu i nikt... oprócz pana... nie pozna się na 
jego płótnach. Ja... myślałam wczoraj w nocy, że to chyba Bóg 
nam pana zesłał w ostatniej chwili. 

 -  Trochę  mu  chyba  pani  w  tym  dopomogła  -  zauważył 

markiz sucho. 

 -  Gdybym  tylko  mogła  wyrazić,  jak  bardzo  jestem  panu 

wdzięczna...  -  dodała  Lucia  i  uśmiechnęła  się  do  markiza 
przez łzy. 

Giles  zapatrzył  się  na  nią  bezwiednie,  gdyż  nagle 

przypomniało  mu  się  słońce  ukazujące  się  zza  ciemnej 
chmury. 

Jak gdyby obawiając się, że zatrzymuje gościa zbyt długo, 

dziewczyna powiedziała: 

 - Muszę iść. Może on obudził się już i potrzebuje mnie? 
 - Pójdę z panią - zaproponował markiz. 
Lucia,  która  weszła  już  na  kilka  stopni  schodów, 

zatrzymała się i spojrzała na markiza z zaskoczeniem. 

 -  Czy...  jest  pan  pewien,  że  naprawdę  chce  pan  to 

uczynić? - spytała. 

 -  Będzie  pani  mogła  się  przekonać,  jak  bardzo  -  odparł 

Giles.  -  Nie  zwykłem  zmuszać  się  do  robienia  czegoś,  na  co 
nie mam ochoty. A więc moja odpowiedź brzmi: tak! 

Lucia roześmiała się cicho. 
 -  O,  jestem  pewna,  że  to  prawda  -  powiedziała,  dodając 

po chwili cichszym głosem: - Wydaje mi się, że mimo swego 
dobrego serca, jest pan jednak bardzo... rozpieszczony. 

background image

Nikt do tej pory nie ośmielił się odezwać w ten sposób do 

markiza  Wynchcombe.  Spostrzegłszy  jego  pełne  urazy 
spojrzenie, Lucia dodała szybko: 

 - Przykro mi, jeśli moje słowa dotknęły pana. Wciąż mam 

wrażenie, że komuś, kto ma cały świat u swoich stóp, trudno 
jest  pojąć,  jak  można  żyć  ze  świadomością,  że  niektóre  z 
pragnień nigdy się nie spełnią... 

To  mówiąc  zaczęła  wchodzić  dalej  na  schody.  Giles 

spoglądał w ślad za nią, zamyślony. 

 - Chyba rozumiem, co chciała pani wyrazić - powiedział. 

- Mogę jedynie zapewnić panią, że i ja mam swoją gwiazdkę z 
nieba, o której mogę tylko marzyć... 

 - Zupełnie jak u Johna Donne - szepnęła Lucia, a markiz 

oniemiał na chwilę, zaskoczony oczytaniem dziewczyny. 

 -  Jeszcze  raz  przepraszam  za  zbyt  szorstkie  słowa  - 

powiedziała  córka  Bernarda  Beaumont,  odwracając  się  do 
markiza. - To wszystko dlatego, ze jest pan dla mnie kimś tak 
potężnym  i  tak  wszechmocnym...  czasami  mam  wrażenie,  iż 
błędem  byłoby  porównywanie  pana  z  innymi  istotami 
ludzkimi.. 

 - Czy to komplement, czy zniewaga? - spytał, śmiejąc się, 

Giles. 

 - 

Oczywiście  że  komplement  -  pospieszyła  z 

wyjaśnieniem  Lucia.  -  Mam  nadzieję,  że  nie  ma  pan 
najmniejszych wątpliwości! 

Markiz  roześmiał  się  znowu.  -  Nie  chciałbym  pozbawiać 

panią złudzeń, panno Beaumont - oświadczył z udaną powagą. 
- Zapewniam jednak, że bez wątpienia należę mimo wszystko 
do  istot  ludzkich!  Najlepszym  dowodem  na  to  jest  fakt,  iż 
potrafiłem  zachwycić  się  obrazami  pani  ojca  i  uznałem  jego 
ogromny talent. Nie mogłem też odnieść się z obojętnością do 
pani prośby! 

background image

 -  Ale  jednak  inni  odrzucali  moje  błagania  ze  wzgardą  - 

szepnęła  Lucia.  -  I  nikt  poza  panem  nie  dostrzegł  piękna  w 
obrazach  mojego  ojca.  To  znaczy,  że  mimo  wszystko 
wyróżnia się pan spośród innych i to jest... takie wspaniałe... 

Markiz pomyślał, że spośród wielu komplementów, które 

słyszał w życiu, ten jest najszczerszy i najbardziej niezwykły. 
Pochlebiało  mu,  że  ta  dziewczyna  nie  dostrzegała  w  nim 
jedynie  tego,  że  jest  przystojnym  i  bajecznie  bogatym 
mężczyzną,  co  było  głównym  powodem  przyciągającym  do 
niego  kobiety.  Dla  niej  był  on  przede  wszystkim  zesłanym 
przez  opatrzność  wybawicielem,  którego  wielbiła  z 
wdzięcznością i bez zastrzeżeń. Giles pewien był, że chociaż 
wyrażała  swój  podziw  dla  niego  w  słowach  naiwnych  i 
pełnych egzaltacji, mówiła jednak prawdę. 

W  milczeniu  doszli  razem  do  szczytu  schodów.  Lucia 

otworzyła  drzwi  prowadzące  na  poddasze  i  weszła  cicho  do 
środka.  Markiz  podążył  za  nią.  Jasne  promienie 
popołudniowego  słońca  wpadały  przez  okienka  w  dachu, 
tworząc  na  podłodze  pokoju  złociste  kręgi.  Jednak  tę  część 
pomieszczenia,  gdzie  znajdowało  się  posłanie  Beaumonta, 
spowijał głęboki cień. 

Podbiegłszy  do  łóżka  ojca,  Lucia  stwierdziła,  że  jeszcze 

śpi. 

 -  Ojcze,  obudź  się!  -  powiedziała  półgłosem.  -  Markiz 

Wynchcombe jest tutaj. Wiem, że chciałbyś sam podziękować 
mu za jego wspaniałomyślność! 

 - Proszę pozwolić mu spać... - zaczął  markiz i spostrzegł 

stojący  na  stole  koszyk  z  jedzeniem.  Pomyślał,  że  dobrze 
byłoby,  gdyby  malarz  posilił  się  jeszcze  nieco,  zanim 
ponownie zapadnie w sen. Lucia uważała zapewne tak samo, 
gdyż pochylając się nad ojcem mówiła: 

 -  Obudź  się,  ojcze,  proszę!  Śpisz  już  tak  długo...  Giles 

ujrzał,  jak  dziewczyna  ostrożnie  dotyka  leżącej  na  pościeli 

background image

dłoni  ojca.  Do  jego  uszu  doszło  trwożne  westchnienie. 
Rozumiejąc, czego obawia się Lucia, podszedł do niej szybko, 

 - Ojcze! -  zawołała dziewczyna  głosem pełnym trwogi.  - 

Ojcze! 

Puściwszy  dłoń  leżącego,  dotknęła  jego  czoła,  po  czym 

krzyknęła chwytając się za serce. 

 -  Nie!  -  szepnęła  po  chwili  kryjąc  twarz  w  dłoniach.  - 

To... niemożliwe. To nie może być prawda! 

Jej  głos  załamał  się  przy  ostatnim  słowie.  Odwróciła  się 

do Gilesa, rozpaczliwie szukając w jego oczach zapewnienia, 
że  się  myli.  Widząc,  że  chwieje  się  na  nogach,  markiz 
podtrzymał  ją  za  ramię  i  spojrzał  na  leżącą  na  łóżku 
nieruchomą  postać.  Nie  było  żadnych  wątpliwości.  Bernard 
Beaumont  już  nie  żył.  Na  jego  bladej,  nieruchomej  twarzy 
zastygł  jednak  pełen  spokoju  i  błogości  uśmiech. 
Najwyraźniej umarł we śnie, nie zdając sobie z tego sprawy. 

 - On... odszedł bez cierpienia - szepnął markiz nie mogąc 

znaleźć  w tej  chwili  innych słów.  - Powinna pani  dziękować 
za to Bogu. 

 - Ale jak on mógł opuścić mnie... teraz? - wyjąkała Lucia 

i  nagle  wybuchneła  płaczem  ukrywszy  twarz  na  ramieniu 
markiza.  Wiedząc,  że  nie  ma  takich  słów,  które  potrafiłyby 
ukoić jej ból, Giles stał w milczeniu obejmując drobną postać 
dziewczyny.  Czuł,  jak  od  szlochu  drży  jej  całe  ciało,  i 
domyślał się, jak wielką rozpaczą i żalem przepełnione jest jej 
serce.  Oto  straciła  ostatnią  bliską  osobę  na  świecie,  zostając 
całkiem  sama  w  obcym  i  nieprzyjaznym  mieście.  Szok 
spowodowany  strasznym  odkryciem  spowodował,  że 
prawdopodobnie  nie  zdawała  sobie  sprawy  ani  z  obecności 
markiza w pokoju, ani z tego, że płacze na jego ramieniu. Była 
teraz  sama  ze  swoim  lękiem,  tak  jak  rozbitek  na  bezludnej 
wyspie lub zbłąkany wędrowiec w samym środku pustyni. 

background image

 -  Jak  on  mógł...  mnie  opuścić?  -  powtórzyła  i  Giles 

domyślił się, że Lucia kieruje to pytanie do Boga, ku któremu 
z ufnością wznosiła swoje modlitwy. 

W  końcu  łkania  jej  ucichły  nieco.  Markiz  odezwał  się 

cichym i łagodnym tonem: 

 - Myślę, że ojciec pani wolałby umrzeć niż znaleźć się w 

beznadziejnej  sytuacji  lub  nie  móc  już  więcej  malować.  Czy 
nie sądzi  pani, że byłby szczęśliwy  wiedząc, że obrazy kupił 
ktoś, kto potrafi docenić ich wartość? 

Jak  gdyby  jego  słowa  przywołały  ją  do  rzeczywistości, 

Lucia uniosła głowę. 

 -  O  tak!  -  powiedziała  z  nagłą  determinacją.  -  Na  pewno 

jest  szczęśliwy  z  tego  powodu!  Rozmawialiśmy  o  tym... 
niedawno. Mówił mi  wtedy, że  najbardziej pragnąłby, aby to 
właśnie pan posiadał jego płótna! 

Markiz spojrzał raz jeszcze na spokojną twarz zmarłego. 
 -  Jestem  pewien,  że  on  doskonale  wie,  iż  nadejdzie  taki 

dzień,  w  którym  świat  uzna  jego  wielkość  -  szepnął.  -  To 
dlatego uśmiechał się, umierając. 

Bardzo  powoli  Lucia  odwróciła  głowę  i  nie  puszczając 

ramienia Gilesa, przyjrzała się ojcu. 

 - Wygląda, jakby... był szczęśliwy - powiedziała cicho po 

chwili milczenia. 

 - Oczywiście że tak ! - podchwycił markiz. - I dlatego nie 

powinna pani  poddawać  się  rozpaczy.  Proszę  spróbować  być 
dzielną tak, jak on tego po pani oczekiwał! 

 -  Jak  mam  być  dzielna,  skoro  zostałam...  całkiem  sama? 

Było  to  jedno  z  takich  pytań,  które  zadaje  się  nie  oczekując 
odpowiedzi. Markiz wiedział o tym, lecz nagle, zanim jeszcze 
zdążył pomyśleć o tym, co mówi, wyrwało mu się z ust: 

 -  Zabiorę  panią  ze  sobą  do  Anglii.  Jestem  pewien,  że  są 

tam  jacyś  krewni  lub  przyjaciele,  którzy  będą  mogli 
zaopiekować się córką Bernarda Beaumont. 

background image

Lucia  spojrzała  na  niego  z  niedowierzaniem.  Zapadła 

długa chwila milczenia. 

 - Czy ja dobrze usłyszałam? Czy naprawdę zabierze mnie 

do Anglii? - spytała w końcu dziewczyna niepewnym głosem. 

 -  Tak  jest  -  odparł  markiz.  -  Zamierzałem  wracać  już 

niedługo. Cóż stoi na przeszkodzie, aby pojechała pani razem 
ze mną? 

 -  Jeśli  to  nie  będzie  zbyt  kłopotliwe  dla  pana  -  szepnęła 

Lucia. - Ja... po prostu nie mogę zostać tutaj dłużej... sama. 

Słysząc  w  jej  glosie  dobrze  już  sobie  znaną  nutę  lęku, 

markiz  domyślił  się,  ile  musiała  wycierpieć  ta  niewinna  i 
czysta  dziewczyna  ze  strony  tych,  którzy  widząc  jej  urodę  i 
młodość  postanowili  wykorzystać  sytuację,  w  której  się 
znalazła. 

Raz  podjąwszy  decyzję,  markiz  nie  miał  zwyczaju 

wdawać się w rozważania na temat jej słuszności. I tym razem 
również  nie  zamierzał  dopuszczać  do  siebie  żadnych 
wątpliwości, czy aby na pewno postępuje właściwie. 

 -  Proszę  włożyć  kapelusz  lub  inne  nakrycie  głowy!  - 

zarządził.  -  Jedziemy  do  mojego  palazzo.  Muszę  wydać 
dyspozycje w sprawie pogrzebu Bernarda Beaumont. Proszę o 
nic się nie martwić i pozostawić wszystko mnie. 

Wciąż  jeszcze  trzymając  ją  za  ramiona,  poczuł,  jak 

zadrżała. 

 - Och, dziękuję panu - usłyszał jej niepewny głos. - Ja nie 

wiedziałabym nawet... co mam robić. 

 -  Wiem  o  tym  -  uciął  krótko.  -  I  właśnie  dlatego 

postanowiłem tym się zająć. 

Lucia patrzyła na niego z wdzięcznością i dwie wielkie łzy 

stoczyły się powoli po jej policzkach. Markiz zauważył mimo 
woli,  że  wygląda  ona  jakoś  całkiem  inaczej  niż  wszystkie 
kobiety,  które  płakały  w  jego  obecności.  Może  różnica 

background image

polegała  na  tym,  że  na  widok  łez  Lucii  odczuwał  po  prostu 
zwykłe ludzkie współczucie? 

 -  Czy  mogę  pozwolić  na  to,  aby  okazywał  mi  pan  tyle 

serca? - spytała dziewczyna nieśmiało. 

 - To nie jest sprawa tego, czy  mi pani pozwoli, czy nie - 

odparł Giles. - Podjąłem już decyzję i nie życzę sobie żadnych 
dyskusji. Nie widzę powodu, dla którego miałaby pani zostać 
tu sama. Ja załatwię wszystkie formalności. 

Słysząc szorstki  ton, którym  markiz pragnął  zamaskować 

ogarniające  go  wzruszenie,  Lucia  spojrzała  na  niego  całkiem 
już  przytomnym  wzrokiem.  Później  odsunęła  delikatnie 
podtrzymujące  ją  ramię  i  uklękła  przy  łóżku  ojca.  Giles 
patrzył  w  milczeniu,  jak  pochyliwszy  głowę  modli  się  za 
duszę  zmarłego.  „Bernard  Beaumont  umarł  spokojny  - 
pomyślał nagle - bo wiedział, że jest ktoś, kto zaopiekuje się 
jego córką." I mimo że nigdy nie udało mu się porozmawiać z 
malarzem,  markiz  miał  wrażenie,  że  słyszy  gdzieś  w  pobliżu 
jego głos mówiący: „Dbaj o Lucię!" 

„Cóż  za  niedorzeczność!  -  otrząsnął  się  Giles.  -  Przecież 

nawet mnie nie znał!" 

I  nagle  jakby  w  jednej  chwili  przebudził  się  w  nim 

wreszcie  jego  zdrowy  rozsądek,  markiz  zaczął  robić  sobie 
wyrzuty,  że  zbytnio  dał  się  wciągnąć  w  historię  biednie 
ubranej  Angielki,  która  dziś  rano  zaczepiła  go  na  placu 
Świętego  Marka.  Czyż  nie  byłoby  rozsądniej  dać  jej  pewną 
sumę  pieniędzy  wystarczającą  na  powrót  do  Anglii  i 
zapomnieć  o  wszystkim?  Myśląc  tak  spoglądał  na  klęczącą 
Lucię,  na  jej  szlachetnie  wyrzeźbiony  profil  i  doskonały 
kształt  głowy.  I  nagle  wydało  mu  się  dziwne,  że  widzi  tę 
dziewczynę tutaj, na ubogim poddaszu zamiast w którymś ze 
znanych salonów Londynu, gdzie jej obecność wydawałby się 
całkiem  naturalna...  Pomyślał  też,  iż  nigdy  nie  przypuszczał, 
że  znajdzie  się  kiedykolwiek  w  podobnej  sytuacji.  To  fakt, 

background image

rozważał,  że  obrazy  Beaumonta  okazały  się  niecodziennym 
odkryciem,  lecz  z  całej  tej  historii  najbardziej  zdumiewające 
było  jego  własne  zachowanie.  Snując  takie  rozważania 
przeczuwał,  że  decydując  się  na  zabranie  Lucii  ze  sobą  do 
Anglii  podjął  decyzję,  która  zaważyć  mogła  na  całej  jego 
przyszłości. 

„Zapewne  popełniam  straszny  błąd"  -  podszeptywał  mu 

jego chłodny, trzeźwy umysł. Jednak patrząc na pogrążoną w 
modlitwie Lucię, Giles wiedział, że nie opuści jej w potrzebie. 
„To nie byłoby uczciwe" - mówił na swoją obronę. 

„Przecież jest w Wenecji konsulat brytyjski - podpowiadał 

mu  zdrowy  rozsądek.  -  Wystarczyłoby  tylko  przekazać  im 
dziewczynę  z  poleceniem  przewiezienia  jej  do  Anglii. 
Odpowiednia suma załatwiłaby tę sprawę doskonale..." 

W  chwili  w  której  markiz  stwierdził,  że  właśnie  tak 

należało postąpić, Lucia uniosła głowę. Na jej policzkach nie 
było  już  śladu  łez.  Przez  minutę  lub  dwie  wpatrywała  się  w 
nieruchomą  twarz  ojca,  a  później  podniosła  oczy  ku  górze, 
skąd  przez  ukośnie  umieszczone  okna  sączył  się  do  pokoju 
blask  chylącego  się  ku  zachodowi  słońca.  Wyraz  jej 
skupionej,  pełnej  spokoju  twarzy  sprawił,  że  Giles,  który  nie 
pamiętał już, kiedy zdarzyło mu się modlić, odniósł wrażenie, 
że wraz z nią unosi się wysoko, aż do sfer niebieskich, gdzie 
znużona  ziemską  wędrówką  dusza  jej  ojca  zdążała  drogą 
wprost do raju. Markiz poczuł, że coś nieznośnie ściska go w 
gardle  i  wstydząc  się  własnego  wzruszenia,  zakaszlał  lekko. 
Na ten dźwięk Lucia drgnęła, jak obudzona z głębokiego snu. 
Pochyliwszy się nad ojcem, ucałowała jego chłodny policzek, 
po czym powoli podniosła się z klęczek. Na widok stojącego 
tuż  za  nią  Gilesa,  drgnęła  zaskoczona,  jakby  zupełnie 
zapomniała  o  jego  obecności.  Potem,  z  dziecinną  ufnością 
ująwszy go za rękę szepnęła, wciąż patrząc na ojca: 

 - On już jest... z Bogiem. 

background image

Mówiła  cicho,  spokojnie,  pogodzona  ze  wszystkim,  co 

przyniósł  jej  los.  Markiz  zacisnął  palce  na  jej  dłoni  w 
serdecznym  geście  i  dodał  tonem,  którym  dotąd  nie 
przemawiał jeszcze do nikogo: 

 - To prawda. Jest z Bogiem i... z pani matką! 
* * * 
Markiz  poprowadził  Lucię  w  głąb  pokoju,  gdzie  za 

płóciennym parawanem znajdowało się jej łóżko. Domyślając 
się,  że  również  tam  trzyma  ona  swoją  skromną  garderobę, 
powiedział: 

 -  Proszę  teraz  wziąć  ze  sobą  tylko  to,  co  niezbędne. 

Później przyślę tu kogoś, kto spakuje resztę pani rzeczy. 

Dziewczyna spojrzała na niego z wahaniem. Widać było, 

że  nie  śmie  wyrazić  swoich  obaw,  aby  nie  urazić  swego 
dobroczyńcy. W końcu odważyła się zapytać: 

 - Czy jest pan pewien, że... mogę stąd odejść? 
 - Oczywiście że tak! - odparł stanowczo markiz. - Nie ma 

sensu, żeby została tu pani... teraz. 

 - Ale może nie powinnam... zostawiać ojca samego... 
 - Przecież  on  już pani nie  potrzebuje  -  wyjaśnił  jej  Giles 

łagodnie.  -  Na  pewno  życzyłby  sobie,  aby  udała  się  pani  ze 
mną. 

Lucia spojrzała mu prosto w oczy i przekonana, weszła za 

parawan,  aby  spakować  najniezbędniejsze  rzeczy.  W  czasie, 
gdy  krzątała  się  w  swoim  kąciku,  markiz  rozglądał  się  po 
poddaszu.  Nie  mógł  wprost  pojąć,  jak  to  możliwe,  że  ten 
nędzny i obskurny pokój służył jako schronienie dla Bernarda 
Beaumont  i  jego  córki,  oraz  że  tutaj  właśnie  powstały 
wszystkie  jego  wspaniałe  obrazy.  „To  ponure  miejsce  nie 
zasłużyło na miano pracowni  genialnego malarza - pomyślał. 
Kiedy odejdą, pozostanie tu tylko rozpacz, nędza i śmierć." 

Lucia  ukazała  się  zza  parawanu  ubrana  już  do  drogi.  Na 

suknię  narzuciła  lekki  szal,  a  głowę  jej  zdobił  płaski 

background image

słomkowy  kapelusik  z  niebieską  wstążką.  Markiz,  który 
podświadomie oczekiwał, że dziewczyna przebierze się w coś 
czarnego,  z  trudem  zdołał  ukryć  zaskoczenie.  Po  chwili 
namysłu  uznał  jednak,  że  Lucia  postąpiła  niezwykle 
taktownie. Ileż to razy widział już żałobę przywdziewaną „na 
pokaz" i kobiety, które pokazywały się publicznie w głębokiej 
czerni, zanim jeszcze ciała ich bliskich zdążyły ostygnąć? 

 -  Jestem  gotowa  -  powiedziała  Lucia.  -  Ale...  proszę  mi 

wybaczyć, że zapytam raz jeszcze:  czy... na pewno chce pan 
tego, abym udała się razem z nim? 

 -  Tak,  jestem  tego  tak  pewien,  i  zabieram  panią  stąd 

natychmiast!  -  odparł  Giles  ujmując  Lucię  pod  ramię  i 
pociągając  w  stronę  drzwi.  Przechodząc  przez  próg 
dziewczyna  przystanęła  jeszcze  na  chwilę,  po  raz  ostatni 
spoglądając na ojca. Widać było, że pomimo czających się tuż 
pod  powiekami  łez  potrafi  nad  sobą  zapanować  i  nie 
poddawać  się  rozpaczy.  W  milczeniu  zeszli  razem  ze 
schodów. Kiedy już siedzieli na miękko wyściełanych ławach 
gondoli, Lucia powiedziała cicho: 

 -  Kiedy  będzie  pan...  załatwiał  sprawy  związane  z 

pogrzebem ojca, proszę, aby wszystkie koszty odliczył pan od 
sumy,  która...  ma  stanowić  zapłatę  za  kupione  przez  pana 
obrazy. 

Były  to  jej  pierwsze  słowa  od  chwili,  gdy  opuścili 

poddasze.  Markiz  uśmiechnął  się  lekko.  Podświadomie 
oczekiwał, że prędzej czy później Lucia zwróci się do niego z 
taką prośbą. Najwyraźniej wciąż obawiała się , że swoją osobą 
sprawia  mu  zbyt  wiele  kłopotu.  Żadna  ze  znanych  Gilesowi 
kobiet nie miała nigdy takich skrupułów. Wszystkie uważały, 
że jest on tak bogaty, iż może pozwolić sobie, by wszędzie za 
nie  płacił.  Rozmyślając  o  tym,  markiz  przypomniał  sobie  o 
naszyjniku  ze  szmaragdów,  który  Giannina  spodziewała  się 
otrzymać od niego dziś wieczorem. 

background image

 -  Mówiłem  już,  żeby  mnie  pozostawiła  pani  wszelkie 

problemy związane z tą sprawą - powiedział łagodnym tonem 
i  dodał  po  chwili:  -  Bardzo  jestem  ciekaw,  czy  spodoba  się 
pani  miejsce,  w  którym  poleciłem  na  razie  zawiesić  obrazy 
pani ojca. 

Ujrzał nagły niepokój w oczach Lucii. 
 -  Czy...  tam,  w  pana  domu,  będzie  dużo  osób?  -  spytała 

nieśmiało.  -  Co  powiedzą  oni  na...  mój  nagły  przyjazd  z 
panem? 

 -  Zapewniam  panią,  że  gdy  pojawimy  się  w  moim 

palazzo,  nie  będzie  nikogo,  kto  mógłby  się  tym  zbytnio 
zaciekawić. 

Mówiąc  to  pamiętał,  że  Giannina  ma  przyjechać  dopiero 

wieczorem, po przedstawieniu. Uznawszy, że ma jeszcze dużo 
czasu,  odłożył  na  później  rozwiązanie  tej  sprawy.  Rozumiał, 
że  Lucia  może  obawiać  się  spotkania  z  obcymi  ludźmi  w 
chwili,  gdy  tak  żywe  były  jeszcze  wspomnienia  dopiero  co 
przeżytej tragedii. Nagle usłyszał jej cichy głos: 

 -  Czy  mógłby  pan  powiedzieć  mi,  jak  powinnam... 

zachować  się  w  pańskim  domu?  Wiem,  że  moja  mama  nie 
miałaby takich kłopotów, ale ja wychowywałam się zawsze z 
dala od ludzi. Obawiam się, że... jestem straszną ignorantką. 

 - Niech pani będzie po prostu sobą - poradził jej markiz. - 

A  ja  przyrzekam,  że  jeśli  zajdzie  taka  potrzeba,  powiem, 
czego od pani oczekuję. 

 -  Dziękuję  panu,  milordzie  -  szepnęła  Lucia  spoglądając 

na niego z wdzięcznością. 

Posuwając  się  powoli  wzdłuż  Canal  Grande,  gondola 

mijała właśnie Ponte di Rialto, Uniósłszy oczy w górę, Lucia 
patrzyła  przez  dłuższą  chwilę  na  ten  najsłynniejszy  wenecki 
most  i  markiz  domyślił  się,  że  widzi  go  takim,  jakim 
namalowałby go jej ojciec. Gilesowi wydało się nagle, że i on 
potrafi  spojrzeć  na  znany  sobie  widok  zupełnie  innymi 

background image

oczami. Wszystko wokół zdawało się żyć, oddychać i w jakiś 
niepojęty sposób dążyć ku czemuś wielkiemu i wspaniałemu. 
Markiz czuł się nieco zaskoczony faktem, że potrafi domyślić 
się, a raczej przeczuć, w jaki sposób Lucia widzi otaczający ją 
świat. Nagle poczuł jej małą dłoń w swojej dłoni. 

 -  Dziękuję  panu  -  powtórzyła  Lucia  patrząc  na  znikający 

za zakrętem most. 

Te  dwa  proste  słowa  i  dotyk  szczupłych  dziewczęcych 

palców sprawiły, że markiz zrozumiał, iż od tej chwili zawsze 
już będzie patrzył na wszystko oczyma Bernarda Beaumont. 

background image

Rozdział 4 
W  małym  anglikańskim  kościółku  pod  wezwaniem 

Świętego  Jerzego  odbyło  się  ciche  i  skromne  nabożeństwo 
żałobne.  Oprócz  Lucii  i  markiza  Wynchcombe  nie  było 
nikogo,  kto  chciałby  uczcić  swoją  obecnością  pamięć 
zmarłego  malarza.  Po  krótkiej  uroczystości  trumna  została 
umieszczona  na  katafalku  w  malowanej  na  czarno,  żałobnej 
gondoli, pod aksamitnym, haftowanym srebrem baldachimem. 

Markiz  uczynił  wszystko,  aby  formalności  pogrzebowe 

załatwione zostały jak najszybciej, gdyż Johnson doniósł mu, 
że  właściciel  domu,  w  którym  Beaumont  wynajmował  pokój 
na poddaszu, nie życzy sobie zwłok pod własnym dachem. 

 -  Włosi  uważają,  że  umarły  pozostający  zbyt  długo  w 

domu,  ściąga  na  jego  mieszkańców  nieszczęście  -  wyjaśnił 
sekretarz.  -  Jeśli  więc  pragnie  pan,  milordzie,  aby  pogrzeb 
odbył  się  jak  najszybciej,  należy  zapłacić  przedsiębiorcy 
pogrzebowemu podwójną stawkę. Jeśli zaś chodzi o trumnę - 
w tych stronach stolarze zwykli mieć zawsze kilka w zapasie 
na wypadek nagłej potrzeby. 

Markiz  odparł,  że  nie  interesują  go  szczegóły  całej 

sprawy,  byleby  ciało  Bernarda  Beaumont  zostało  jak 
najszybciej  zabrane  z  poddasza.  Nie  chciał,  aby  Lucia  wciąż 
czyniła sobie wyrzuty, że zostawiła ojca samego w miejscu, w 
którym umarł. Stało się tak, jak sobie życzył. Następnego dnia 
po śmierci malarza, o drugiej po południu, obydwoje z Lucią 
patrzyli, jak czarna gondola płynie powoli w dół Canal Grande 
ku Campo San Vio. Na niewielkim cmentarzu na wyspie San 
Michele  Bernard  Beaumont  znalazł  miejsce  wiecznego 
spoczynku.  Markiz  myślał  z  uznaniem  o  tym,  jak  dzielnie 
zachowała  się  Lucia  podczas  nabożeństwa  żałobnego  i 
później,  w  czasie  pogrzebu.  Gdy  trumnę  z  ciałem  ojca 
opuszczano  do  grobu,  widać  było,  że  walczy  ze  łzami.  Giles 
ujął serdecznym gestem jej dłoń i czując, jak drży, uścisnął ją 

background image

lekko. Podziwiał tę dziewczynę za to, że potrafiła zapanować 
nad  sobą.  Zawsze  drażniło  go  ostentacyjne  okazywanie  żalu. 
Towarzysząc  obecnemu  królowi  od  jego  wczesnej  młodości 
miał  okazję  nieraz  uczestniczyć  w  inscenizowanych  przez 
niego,  pełnych  przesadnego  dramatyzmu  scenach.  Od  lat 
powtarzał  Duncanowi,  że  histerii  ma  już  powyżej  uszu  i  że 
najbardziej ceni sobie u ludzi powściągliwość. 

Kiedy  opuszczali  cmentarz,  Lucia  podeszła  do  pastora  i 

cichym,  spokojnym  głosem  podziękowała  mu  za  dokonaną 
posługę.  Słysząc  jej  słowa  markiz  stwierdził,  że  niewiele 
znanych  mu dam szczycących się starannym  wychowaniem  i 
arystokratycznym 

pochodzeniem 

potrafiłoby 

wykazać 

podobny hart ducha. 

 -  Ojciec  byłby  z  pani  bardzo  dumny  -  powiedział  z 

uznaniem, gdy wracali gondolą z San Michele do miasta. 

 - Mam nadzieję, że tak by było - odparła Lucia, po czym 

dodała  ciszej:  -  Chwilami  nie  wydaje  mi  się,  żebym 
odjeżdżając, zostawiała go tutaj na zawsze. Przecież... to tylko 
jego ciało złożono w grobie... 

 -  Teraz  powinna  pani  myśleć  już  jedynie  o  swoim 

dalszym życiu - napomknął markiz. 

Lucia  nie  odpowiedziała,  błądząc  zamyślonym  wzrokiem 

gdzieś w oddali. Przyszłość rysowała się przed nią jak odległy, 
nieznany  i  pełen  niebezpieczeństw  ląd.  Znalazła  się  nagle 
zupełnie  sama  wśród  obcych  sobie  ludzi,  od  których  od  tej 
pory miały zależeć jej losy. 

Spoglądając  na  dziewczynę  z  ukrytą  troską,  markiz 

zastanawiał się, kiedy powinien porozmawiać z nią o tym, do 
kogo  w  Anglii  będzie  mógł  się  zwrócić  w  sprawie  przyjęcia 
jej  do  domu.  Domyślając  się  jednak,  że  stanowi  to  niemały 
problem, postanowił odłożyć omówienie go na później. Teraz 
należało  spróbować  rozproszyć  czarne  myśli.  Cóż  mogło 

background image

stanowić  wdzięczniejszy  rozmowy  niż  Wenecja,  którą  tak 
wielką miłością darzył ojciec Lucii? 

Widoczne  z  daleka  ponad  lśniącymi  wodami  laguny 

miasto  zdawało  się  należeć  bardziej  do  świata  baśni  niż  do 
codziennej  rzeczywistości.  Gdziekolwiek  Giles  spojrzał, 
widział ową niezwykłą grę światła, którą uwiecznił na swych 
płótnach  Beaumont,  tak  jak  przedtem  próbowali  to  zrobić 
Bellini,  Carpaccio,  Tiepolo  i  Canaletto...  Nie  ulegało 
wątpliwości, że tu w Wenecji światło słoneczne zachowywało 
się zupełnie inaczej niż gdzie indziej. Czyste i jasne, nie było 
jednak  przy  tym  tak  ostre  jak  na  przykład  w  Grecji.  Pod 
wieczór nabierało ciepłych, brzoskwiniowych odcieni, których 
poza  Wenecją  nie  udało  się  Gilesowi  zaobserwować  nigdzie 
indziej. Niezależnie jednak od pory dnia i roku blask ten pełen 
był przedziwnego czaru, który urzekł już niejednego artystę. 

 - To jest jak tajemnica poezji - odezwał się nagle  markiz 

na wpół do siebie, po czym zwrócił się do Lucii: 

 - 

Czy  kiedykolwiek  próbowała  pani  malować? 

Dziewczyna  drgnęła  jak  przebudzona  z  głębokiego  snu  i 
spojrzała  na  swego  towarzysza  roztargnionym  wzrokiem. 
Niespodziewane pytanie Gilesa musiało ściągnąć ją na ziemię 
z jakichś odległych i niedostępnych krain. 

 - Nie... - odparła powoli. - Nie odziedziczyłam talentu po 

ojcu. 

 - A więc... co pani potrafi robić? 
 -  Zastanawia  się  pan  pewnie,  w  jaki  sposób  mogłabym 

zarabiać  na  życie  -  stwierdziła  domyślnie  Lucia.  -  Ja  też  od 
pewnego czasu łamię sobie nad tym głowę. 

Przerwała na chwilę, po czym nabrawszy oddechu, zaczęła 

wyliczać: 

 - Znam kilka języków, gram na fortepianie, nie tak dobrze 

jednak,  aby  myśleć  o  karierze  artystycznej.  Umiem  dość 
dobrze jeździć konno i potrafię trochę szyć. - Uśmiechając się 

background image

z  zakłopotaniem,  dodała:  -  Nie  wydaje  mi  się,  żeby  to  była 
imponująca  lista  umiejętności,  zważywszy,  ile  lat  spędziłam 
na nauce i lekturach. Trochę mi wstyd z tego powodu. 

Markiz  milczał,  zamyślony.  Najwyraźniej  Lucię 

wychowano  w  ten  sposób,  aby  jako  młoda  dama  potrafiła 
wypełnić  sobie  wolny  czas  w  rozsądny  sposób.  Nie  nabyła 
jednak  żadnych  umiejętności,  które  mogłoby  zapewnić  jej 
godziwą pracę. 

 - Zapomniałam jeszcze powiedzieć, że potrafię gotować - 

odezwała  się  Lucia.  -  Ojcu  bardzo  smakowało  wszystko,  co 
przyrządzałam.  Nie  sądzę  jednak,  aby  ktokolwiek,  chciał 
zatrudnić mnie jako kucharkę... 

Wizja  córki  Bernarda  Beaumont  pochylonej  nad 

parującymi  rondlami  wydała  się  markizowi  tak  dalece 
niestosowna, ze gorąco zaprotestował: 

 -  Chyba  nie  myśli  pani  poważnie  o  tym,  aby  pójść  na 

służbę! 

 -  Dlaczego  nie?  -  spytała  dziewczyna  pogodnie.  -  Przez 

tyle  czasu  zajmowałam  się  ojcem,  sprzątałam  nasz  pokój  i 
gotowałam wszystkie posiłki... 

 -  Potrafię  zrozumieć  pani  szlachetne  intencje  -  przerwał 

jej  Giles  podnosząc  dłoń.  -  Jednak  nigdy  na  to  nie  pozwolę. 
Wkrótce pomyślę nad rozwiązaniem tego problemu. 

Lucia  spoważniała  nagle  i  spojrzała  na  markiza  ze 

smutkiem. 

 -  Nie  podziękowałam  panu  jeszcze  za  pogrzeb  ojca  - 

powiedziała cicho. - Gdyby nie pan, musiałabym zgodzić się 
na  to,  aby  złożono  go  we  wspólnej  mogile  wraz  z  innymi 
biedakami.  Nigdy  w  życiu  nie  mogłabym  sobie  tego 
darować... 

 - Na szczęście pojawiłem się w odpowiednim momencie - 

stwierdził  Giles.  -  Proszę  więc  nie  zaprzątać  sobie  głowy 

background image

rozważaniami  typu:  „co  by  było,  gdyby...",  tylko  myśleć  o 
swojej przyszłości! 

 -  Będę  się  starała  -  szepnęła  dziewczyna  potulnie  i 

ponownie zapatrzyła się w wodę. 

Patrząc  na  jej  doskonały  profil,  markiz  pomyślał,  że 

wszystko  wskazuje  na  to,  iż  w  żyłach  członków  rodziny 
Beaumont  płynie  szlachetna  krew.  Nie  mógł  jednak 
przypomnieć  sobie,  czy  kiedyś  zetknął  się  z  kimś  o  tym 
nazwisku.  Postanowił  już  wkrótce  wypytać  Lucię  o  jej 
żyjących  krewnych.  Być  może  uzyskane  od  niej  wiadomości 
pomogą mu w rozwikłaniu zagadki jej pochodzenia... 

Była  jeszcze  inna  sprawa,  która  nie  dawała  mu  spokoju. 

Oczekując,  że  Lucia  przywdzieje  żałobę  na  pogrzeb  swego 
ojca,  zdziwił  się  niezmiernie,  ujrzawszy  ją  rano  ubraną  do 
wyjścia  w  białą  muślinową  sukienkę.  Nie  powiedział  ani 
słowa  na  ten  temat,  lecz  od  czasu  do  czasu  rzucał 
zaciekawione  spojrzenia  na  jej  niezwykły  w  tych 
okolicznościach strój. Lekki kapelusik dziewczyny przybrany 
był  białymi  wstążkami.  W  czasie  podróży  gondolą  łagodna 
morska  bryza  splątała  je  nieco  i  Lucia,  dotykając  ich 
bezwiednie,  spojrzała  na  markiza,  jakby  czytając  w  jego 
myślach. 

 - Zapewne dziwi się pan, że nie włożyłam czarnej sukni? 

-  spytała  wprost,  po  czym  wyjaśniła;  -  Wiem  na  pewno,  że 
ojciec  nie  życzyłby  sobie  tego.  Zawsze  nienawidził  czerni, 
żałoby  i  pogrzebów.  -  Widząc,  że  markiz  ze  zdziwieniem 
unosi brwi do góry, ciągnęła dalej: 

 -  On...  nie  wierzył  w  śmierć.  Mówił,  że  życie  jest 

wieczne,  a  zmieniają  się  jedynie  jego  formy.  Kiedy  mama 
umarła...  nie  pozwolił  mi  włożyć  ani  jednej  czarnej  rzeczy. 
Twierdził,  że  to  byłby...  wyraz  naszej  niewiary  w  ponowne 
spotkanie z nią... kiedyś. 

background image

Giles  pomyślał,  że  nigdy  dotąd  nie  słyszał  bardziej 

przekonywającego  wyznania  wiary  w  życie  wieczne.  I 
jakkolwiek  sam  wątpił  zawsze  w  istnienie  nieba  i  piekła, 
musiał  przyznać,  że  słowa  Lucii  poruszyły  go  do  głębi. 
Domyślając się, że dziewczyna pragnie poznać jego zdanie na 
ten temat, powiedział: 

 -  Całkowicie  zgadzam  się  z  pani  ojcem.  Z  pewnością 

życzyłby  sobie,  aby  dzisiaj  wyglądała  pani  właśnie  tak,  jak 
powinna  wyglądać  każda  młoda  dziewczyna  w  uroczy 
wiosenny dzień. 

 - Wiedziałam, że pan to zrozumie - szepnęła Lucia. Kiedy 

gondola wpłynęła na spokojne wody Canal 

Grande, markiz wciąż rozmyślał o tym, jak pięknie byłoby 

Lucii  w  sukniach,  jakie  tuzinami  zamawiały  sobie  u 
najlepszych  krawców  londyńskie  piękności.  Uważał,  że 
najatrakcyjniej  by  wyglądała  w  lekkich  jedwabiach  i  satynie, 
delikatnie  haftowanej  złotem  lub  srebrem.  I  do  tego 
koniecznie kwiaty we włosach. Wciąż jednak miał przeczucie, 
że  gdyby  nawet  Lucia  pojawiła  się  w  Londynie  ubrana  w 
swoją  skromną  sukienkę,  i  tak  zwróciłaby  na  siebie 
powszechną  uwagę,  gdyby  zaś  włożyła  odpowiedni  strój  - 
wzbudziłaby ogólny zachwyt, 

Giles  zastanawiał  się  nad  tym,  jak  dalece  jego 

oczarowanie  osobą  Lucii  związane  było  z  wrażeniem,  jakie 
wywarły na niego obrazy jej ojca. Czy było mu pisane odkryć 
tę  dziewczynę  dla  świata,  tak  jak  odkrył  dzieła  nikomu  nie 
znanego malarza? 

Jak  gdyby  domyślając  się,  że  jest  przedmiotem  jego 

rozmyślań, Lucia zwróciła się nagle do markiza: 

 - Czy na pewno nie zmienił pan zdania, milordzie? Może 

lepiej  byłoby,  gdybym  jak  najszybciej  odpłynęła  na 
jakimkolwiek  statku  do  Anglii?  Nie  chciałabym...  obciążać 
pana moją obecnością tutaj. 

background image

 -  Mówiłem  już,  że  w  niczym  mi  pani  nie  zawadza  - 

oświadczył  Giles  lekko  zniecierpliwionym  tonem.  -  Mam 
zamiar  dopilnować  osobiście  pani  bezpiecznego  powrotu  do 
kraju. Proszę nie myśleć, że jest to takie proste. 

 -  Wiem  o  tym  -  szepnęła  Lucia  drżąc  lekko.  -  Ale  teraz, 

kiedy  zostałam  już  całkiem  sama,  muszę  chyba  nauczyć  się 
radzić sobie jakoś w życiu... 

 -  Nie  zamierzam  teraz  podejmować  tego  tematu  - 

przerwał  jej  szorstko  markiz.  -  Musimy  przedtem  omówić 
jeszcze wiele spraw, a na to będziemy mieli dość czasu, zanim 
przybędziemy do Anglii. 

 -  Niemniej  jednak  problem  istnieje,  czy  będziemy  o  nim 

dyskutować,  czy  nie  -  upierała  się  dziewczyna.  -  W  końcu 
chodzi tutaj o moje dalsze życie. Muszę rozważyć to sama. 

Przez  dłuższą  chwilę  panowało  milczenie.  Potem  Lucia 

zaczęła mówić, początkowo jak gdyby tylko do siebie: 

 - Miałam bardzo dobrych nauczycieli. Mama zawsze była 

przeciwna  zatrudnianiu  guwernantek,  ponieważ  uważała,  że 
bardzo  trudno  znaleźć  wśród  nich  osobę  na  odpowiednim 
poziomie. 

 -  To  prawda  -  zgodził  się  markiz.  -  Uważam  jednak,  że 

jest pani za młoda na to, aby starać się o posadę guwernantki. 

 -  Nawet  jeśli  mam  o  wiele  lepsze  przygotowanie  niż 

większość z nich? - spytała Lucia, a widząc sceptyczny wyraz 
twarzy  markiza,  dodała:  -  Ojciec  dbał  bardzo,  abym  zdobyła 
wszechstronną  wiedzę  w  każdej  dziedzinie.  Sam  ukończył 
Oksford,  a  mama...  była  niezwykle  inteligentną  kobietą. 
Ojciec bez przerwy namawiał ją, żeby napisała książkę. 

 -  A  więc  dlaczego  nie  chciała  tego  uczynić?  Lucia 

roześmiała się cicho. 

 - Mówiła, że szkoda jej czasu, który może spędzić z nami. 

Myślę  jednak,  że  gdyby  zdarzyło  się...  że  ojciec  umarłby 
pierwszy, spełniłaby to jego życzenie. 

background image

 - O czym miała być ta książka? 
 - Och,  mama  miała tak rozległą  wiedzę... na przykład na 

tematy  filozoficzne.  Wiedziała  też  wiele  na  temat  różnych 
kultur  w  Europie  i  potrafiła  wyczerpująco  mówić  o  niskiej 
pozycji społecznej, jaką zajmują w naszych czasach kobiety... 
Markiz nie posiadał się ze zdumienia. 

 -  Skąd  matka  pani  mogła  wiedzieć  o  takich  rzeczach?  - 

spytał. 

Ku  jego  zaskoczeniu  Lucia  nie  tylko  nie  udzieliła  mu 

odpowiedzi,  lecz  spłonąwszy  nagłym  rumieńcem  zamilkła 
nagle  i  odwróciła  wzrok,  najwyraźniej  spłoszona,  że 
powiedziała  za  dużo.  Po  chwili  jednak,  wskazując  na 
roztaczający  się  przed  nimi  widok,  zagadnęła  swego 
rozmówcę: 

 - Zawsze wydawało mi się, że jest to najpiękniejsza część 

Canal Grande. 

Markiz  zupełnie  odruchowo  przyznał  jej  rację,  gdyż 

właśnie  to  samo  przychodziło  mu  na  myśl,  ilekroć  tędy 
przepływał.  Nie  mogło  być  też  przypadkiem,  że  ten  odcinek 
słynnego  kanału,  zakończony  znanym  Ponte  di  Rialto,  był 
najczęściej przedstawianym na obrazach fragmentem Wenecji. 
Czując  się  jednak  mocno  poirytowany  faktem,  że  Lucia 
pozostawiła  jego  pytanie  bez  odpowiedzi,  Giles  zamierzał 
zmusić  ją  do  wyjaśnień. Przyszło  mu  jednak  na  myśl,  że  nie 
powinien  być  wobec  niej  zbyt  surowy  w  dniu,  w  którym 
pochowano jej ojca. W milczeniu patrzyli więc obydwoje, jak 
gondola dopływa do pomostu przy palazzo markiza. 

Giles zaprosił  Lucię, aby wraz z nim oceniła, czy dobrze 

rozmieszczono  obrazy  Bernarda  Beaumont  na  ścianach 
biblioteki rezydencji. Wstąpiwszy jedynie na chwilę do swego 
pokoju,  aby  zdjąć  kapelusz,  dziewczyna  dołączyła  do  niego 
wkrótce.  Giles  stał  właśnie  przed  jednym  z  płócien, 
przyglądając  mu  się  uważnie.  Po  raz  pierwszy  odniósł 

background image

wrażenie, że przesycone niezwykłym światłem niebo, woda i 
powietrze utrwalone ręką mistrza wydają się pulsować życiem 
tak, jak gdyby nikt nigdy nie usiłował zamknąć ich w dwóch 
wymiarach  obrazu.  Lucia  weszła  cicho  do  pokoju  i  stanęła 
obok markiza. 

 - To jest  mój ulubiony obraz ojca - powiedziała. -  Kiedy 

go  skończył,  nie  mogłam  wprost  oderwać  od  niego  wzroku. 
Wciąż  wydawało  mi  się,  że  za  chwilę  przemówi  ludzkim 
głosem. 

 - To ciekawe - odparł Giles. - Przed chwilą miałem takie 

samo wrażenie. 

Krótkie,  pełne  wdzięczności  spojrzenie,  które  rzuciła 

markizowi Lucia, pozwoliło mu dostrzec, że jej oczy są pełne 
łez.  Pragnąc  oderwać  jej  myśli  od  wciąż  jeszcze  bolesnych 
wspomnień, Giles powiedział szybko: 

 - Poleciłem przed chwilą, aby przyniesiono dla nas obojga 

herbatę. A może wolałaby pani kieliszek szampana? 

 -  Ależ  nie.  Wypiję  herbatę  z  ogromną  przyjemnością  - 

uśmiechnęła się Lucia. 

Sprowadziwszy  się  do  weneckiego  palazzo  markiz  uznał 

co  prawda,  że  tutejsza  srebrna  zastawa  pozostawia  wiele  do 
życzenia, jednak gdy stwierdził, że kucharz potrafi doskonale 
przyrządzać  herbatę,  postanowił  pogodzić  się  z  niewielkimi 
niedogodnościami.  Podawanym  do  znakomicie  zaparzonego 
napoju  kanapkom  i  ciastkom  także  nie  można  było  nic 
zarzucić.  Jak  każdy  Anglik,  markiz  bardzo  był  przywiązany 
do  popołudniowego  rytuału  picia  herbaty  i  specjalnie  w  tym 
celu  zabrał  ze  sobą  na  jacht  spory  zapas  swojego  ulubionego 
chińskiego  gatunku.  Zawsze  powtarzał,  że  nawet  najbardziej 
uwielbiana  kobieta  traci  sporo  w  jego  oczach,  jeżeli  źle 
przyrządza  lub  w  nieodpowiedni  sposób  podaje  ten 
aromatyczny napój... 

background image

Zachowanie  Lucii  okazało  się  jednak  bez  zarzutu.  Piła 

herbatę  małymi  łyczkami,  najwyraźniej  delektując  się  jej 
smakiem.  Później  zjadła  niewielką  kanapkę  i  mały  kawałek 
ciasta.  Widząc,  że  zamierza  na  tym  poprzestać,  markiz 
powiedział: 

 -  Jeżeli  nie  chce  pani  całkiem  stracić  sił,  proszę  postarać 

się jeść trochę więcej! 

Lucia roześmiała się cicho. 
 -  Nigdy  nie  jadłam  zbyt  dużo  -  odparła.  -  Nawet...  w 

domu. 

 - Czy mogłaby pani opowiedzieć mi o nim? - podchwycił 

markiz.  -  Wprawdzie  wspominała  pani,  że  ojciec  sprzedał 
przed  wyjazdem  do  Wenecji  wszystko,  co  posiadał,  ale 
domyślam się, że pozostali w  kraju jacyś  krewni, do których 
można będzie zwrócić się teraz o pomoc. 

Lucia spuściła głowę, milcząc. 
 -  Mówił  pan,  milordzie  -  szepnęła  po  chwili  -  że  nie 

będziemy na razie poruszać tego tematu... 

 - Oczywiście nie ma powodu do pośpiechu - zapewnił ją 

Giles.  -  Jednakże...  przyszło  mi  na  myśl,  iż  wielce  roztropną 
rzeczą byłoby napisać zawczasu list do babki, ciotki lub innej 
kuzynki, aby przygotować ją na przyjazd pani. 

Lucia  wpatrzyła  się  w  leżący  przed  nią  talerz  i  markiz 

mógł  do  woli  podziwiać  jej  ciemne,  gęste  rzęsy,  jasną, 
niezwykle delikatną cerę i wspaniałe włosy o niespotykanym, 
jasnopopielatym odcieniu. Wydała mu się tak krucha i  słaba, 
że  przez  moment  zaczął  robić  sobie  wyrzuty,  iż  wymaga  od 
niej  zbyt  wiele.  „Cóż  za  bzdury  przychodzą  mi  do  głowy  - 
stwierdził  nagle  Giles.  -  Wygląda  mizernie,  bo  przez  długi 
czas  nie  jadła  jak  należy  i  pracowała  ponad  siły.  Ale  jest 
zdrowa,  młoda  i  wkrótce  będzie  już  mogła  stawić  czoło 
przeciwnościom losu". 

background image

 -  Pewnie  wyda  się  to  panu  dziwne  -  powiedziała  z 

wahaniem w głosie - ale ja nie mam żadnych krewnych. 

 -  Jak  to  nie  ma  pani  krewnych!  Każdy  ma  jakąś  rodzinę 

niezależnie od tego, czy mu się to podoba, czy nie! 

 - Ale ja niestety nie mam - oznajmiła Lucia tonem, który 

wykluczał dalszą dyskusję. 

Markiz patrzył na nią, kompletnie zbity z tropu. 
 -  Trudno  mi  w  to  uwierzyć  -  stwierdził  w  końcu.  Lucia 

odetchnęła  głęboko  i  splotła  obie  dłonie,  silnie  zaciskając 
palce. Giles wiedział już, że gest ten oznacza u niej, iż zmaga 
się z własną nieśmiałością i lękiem. 

 -  Jak  już  mówiłam  -  zaczęła  głosem  słabym,  lecz 

opanowanym  -  nie  chciałabym...  zawadzać  panu  w 
czymkolwiek. Jeśli jest pan tak dobry, że chce zabrać mnie ze 
sobą  do  Anglii,  to  już  wystarczy  ...Znajdę  sobie  jakieś 
miejsce,  do  którego  będę  mogła  się  udać  po  powrocie  do 
kraju. 

 -  Niech  pani  nie  będzie  dziecinna!  -  ofuknął  ją  Giles.  - 

Doskonale  wie  pani  o  tym,  że  nigdy  nie  zgodzę  się  na  takie 
rozwiązanie sprawy. 

 - Dam sobie radę - oświadczyła Lucia stanowczo. Markiz 

zmarszczył brwi z nietajoną irytacją. 

 -  Wiem,  że  liczy  pani  na  pieniądze,  które  zapłaciłem  za 

obrazy  ojca  -  stwierdził.  -  Jednak  nie  myśli  pani  chyba,  że 
starczy ich na długo. Poza tym: młoda osoba o pani wyglądzie 
nie  będzie  mogła  ani  poruszać  się  swobodnie,  ani  załatwiać 
wszelkich  spraw  sama.  Dobrze  pani  wie,  że  to  całkiem 
niemożliwe! 

 - Jest jedno miejsce, w którym będę czuła się bezpieczna - 

szepnęła Lucia. - Wrócę do Little Morden. 

 - Przecież dom pani ojca został sprzedany! 
 - Tam mieszka ktoś, u kogo będę się mogła zatrzymać, 
 - Kto to taki? 

background image

Po  spłoszonym  spojrzeniu,  które  rzuciła  mu  dziewczyna, 

markiz  poznał,  że  wcale  nie  ma  ochoty  wyjawić  mu  swoich 
zamiarów.  Po  chwili  jednak  Lucia  zdecydowała  się 
powiedzieć: 

 - To moja stara niania. Kiedy wyjechaliśmy, zamieszkała 

w małej chatce na skraju wioski. 

Markiz  zerknął  na  nią  podejrzliwie,  obawiając  się,  że 

zmyśliła coś na poczekaniu, aby uspokoić jego obawy. Lucia 
patrzyła mu prosto w oczy z taką szczerością, że skapitulował. 

 -  To  może  być  dobry  pomysł,  ale  nie  na  dłużej  niż  kilka 

tygodni  -  oznajmił,  pragnąc  mieć  ostatnie  słowo  w  tej 
wymianie zdań. - Chyba nie chce pani spędzić reszty swojego 
życia w Little Morden! 

 -  Tam  będę  bezpieczna  -  powtórzyła  dziewczyna  z 

uporem. 

Uznawszy,  że  wobec  takiego  argumentu  trudno  jest 

podejmować  dalszą  dyskusję,  markiz  postanowił  na  razie 
więcej nie mówić na ten temat. 

 -  Czy  mogę  nalać  panu  jeszcze  trochę  herbaty?  -  spytała 

Lucia,  jakby  dając  do  zrozumienia,  że  i  ona  chciałaby 
zakończyć  niewygodną  dla  niej  rozmowę.  Giles  odmówił 
przeczącym  ruchem  głowy,  wobec  czego  dziewczyna 
napełniła  jedynie  swoją  filiżankę.  Właśnie  zamierzała 
podnieść  ją  do  ust,  gdy  drzwi  biblioteki  otworzyły  się 
gwałtownie i ukazała się w nich Giannina. 

Śpiewaczka  stanęła  w  progu,  cała  w  jedwabiach, 

aksamitach  i  lśniącej  biżuterii.  Jej  dramatyczna  postawa  i 
teatralny gest złożonej na piersi dłoni uświadomiły Gilesowi, 
że  oto  za  chwilę  odegrana  zostanie  scena,  godna  najbardziej 
wzruszającej z oper. Pełen niejasnego poczucia winy, markiz z 
wolna  podniósł  się  z  krzesła.  Faktem  było,  że  zajęty 
przygotowaniami  do  pogrzebu  Bernarda  Beaumont,  prawie 
zapomniał o istnieniu Gianniny Rosso. Domyślał się, że może 

background image

ona  być  zawiedziona  jego  wczorajszą  nieobecnością  na 
przedstawieniu  oraz  tym,  że  nie  zaprosił  jej  na  kolację. 
Poprzedniego  dnia  wieczorem  pamiętał  o  tym,  aby  posłać  do 
Opery wspaniały kosz storczyków i bilecik z kilkoma słowami 
usprawiedliwienia.  Później  jednak,  pogrążony  w  niezwykle 
interesującej  rozmowie  z  Lucią,  zapomniał  o  całym  świecie. 
Odkrywszy  ze  zdumieniem,  jak  rozległą  wiedzą  na  temat 
malarstwa dysponowała córka Bernarda Beaumont, stwierdził, 
że  już  dawno  nie  dyskutował  z  nikim  z  taką  przyjemnością. 
Lucia  okazała  się  także  niezwykle  oczytaną  osobą,  z  dużym 
znawstwem  i  swobodą  przytaczającą  całe  strofy  poetów 
zarówno  francuskich,  jak  włoskich  czy  angielskich.  Joachima 
Du  Bellay,  jednego  z  najwspanialszych  poetów  francuskich, 
cytowała w oryginale: 

Ich  wspaniały  arsenał,  ich  okręty  i  port,  Ich  bazylika, 

pałace, Rialto i poezja. 

Zachwycony markiz patrzył, jak z błyszczącymi oczyma i 

lekkim rumieńcem na policzkach deklamowała ulubiony sonet 
Wordswortha: 

Tutaj nam, jako ludziom, smutek dobrze znany W świecie, 

gdzie nawet cienie przemijają... 

Rozmowa przeciągnęła się do wieczora. W końcu markiz, 

który robił sobie w duchu wyrzuty, że zatrzymał Lucię do tak 
późnej pory, polecił jej pójść do łóżka, a sam postanowił udać 
się  na  przejażdżkę  gondolą.  Będąc  niezwykle  poruszony  i 
podekscytowany  interesującą  dyskusją,  którą  przeprowadził 
przed  chwilą  z  Lucią,  chciał  jeszcze  przemyśleć  wiele 
problemów  w  samotności.  Rozkazawszy  gondolierowi 
wypłynąć  na  małą  przejażdżkę  po  lagunie,  rozciągnął  się  na 
miękko wyściełanej ławie i zapatrzył w wygwieżdżone niebo. 
Najbardziej ze wszystkiego pragnął teraz ciszy i spokoju, aby 
pozwolić  myślom  unosić  się  swobodnie.  I  nie  pamiętał  o 
Gianninie, która śpiewając dziś wieczorem w Teatro la Fenice 

background image

rzucała  pełne  zawodu  spojrzenia  w  stronę  jego  wciąż  pustej 
loży.  Widownia  była  wypełniona  i  wszyscy  oczekiwali  na 
finał  przedstawienia,  kiedy  to  jak  zwykle  wynoszono  na 
proscenium przeznaczone dla artystów kwiaty. Przyjęło się, że 
przed  Gianniną  Rosso  stawiano  zawsze  bukiet  w  kolorach 
flagi  austriackiej.  Przy  żywiołowym  aplauzie  miejscowej 
widowni  uwielbiana  diwa  odtrącała  go  na  bok  niedbałym 
gestem swej małej nóżki. 

Jednak  tego  wieczoru  Giles  nie  był  świadkiem  kolejnej 

patriotycznej  demonstracji.  Jego  wycieczka  po  lagunie 
przeciągnęła  się do późna w noc. Kiedy gondola przybiła do 
pomostu palazzo markiza, służący powiedział mu, że Gianniną 
wróciła  już  dawno,  a  nie  zastawszy  Gilesa,  poszła  spać. 
Markiz  poczuj  ulgę  na  myśl  o  tym,  że  nie  będzie  musiał 
wysłuchiwać jej wymówek i żądań... 

Tej  nocy  spał  w  swoim  łóżku  sam.  Obudziwszy  się  jak 

zwykle wcześnie, podobnie jak poprzedniego dnia postanowił 
udać  się  na  poranną  przechadzkę.  W  kawiarni  „U  Floriana" 
wypił  filiżankę  kawy,  nie  mogąc  oprzeć  się  wrażeniu,  że  za 
chwilę  pojawi  się  przy  nim  Lucia  w  czarnym  szalu 
narzuconym na włosy. 

Po  powrocie  do  rezydencji  udał  się  wprost  do  jadalni, 

gdzie czekał już Johnson. Od niego właśnie dowiedział się, że 
Giannina  wyszła  już  na  próbę  do  teatru.  Markiz  przyjął  tę 
wiadomość  z  mimowolnym  westchnieniem  ulgi,  po  czym 
polecił,  aby  zawiadomiono  Lucię,  o  której  godzinie  ma  się 
odbyć pogrzeb jej ojca. 

Będąc  wytrawnym  znawcą  kobiecej  duszy,  Giles 

przeczuwał,  że  Giannina,  zawiedziona  w  swych  nadziejach, 
będzie  czynić  mu  wyrzuty.  Nie  przypuszczał  jednak,  że 
pojawiwszy  się  tak  niespodziewanie,  zechce  odegrać  przed 
nim  rolę  skrzywdzonej  i  znieważonej  księżniczki.  Ujrzawszy 

background image

ją  w  drzwiach,  zaczął  się  obawiać,  że  mająca  nastąpić  za 
chwilę scena została starannie wyreżyserowana. 

Giannina  stała  przez  chwilę  w  progu,  jakby  upewniając 

się, czy uwaga widowni została już dostatecznie przyciągnięta. 
Potem  ruszyła  powoli  w  stronę  Gilesa,  przez  cały  czas 
wpatrując się w Lucię. - Słyszałam, że masz nowego gościa! - 
odezwała się w końcu ostrym tonem, który zabrzmiał bardziej 
jak oskarżenie niż jak stwierdzenie faktu, 

 - Dzień dobry, Giannino! - powiedział spokojnie markiz. - 

Pozwól,  że  ci  przedstawię  pannę  Beaumont.  Pochodzi  ona  z 
Anglii  i  jest  córką bardzo utalentowanego  malarza, o którym 
zapewne słyszałaś. Niestety, pan Beaumont zmarł wczoraj. 

 -  Jak  to  uprzejmie  z  twojej  strony,  że  postanowiłeś  ją 

pocieszyć! - stwierdziła Giannina z jadowitą ironią. 

Przeczuwając,  że  słowa  śpiewaczki  są  wstępem  do 

płomiennej  sceny  zazdrości,  markiz  postanowił  zapobiec 
wybuchowi. 

 -  Miałaś  pewnie  bardzo  męczącą  próbę,  moja  droga  - 

zagadnął.  -  Może  wypijesz  filiżankę  herbaty?  A  może 
kieliszek szampana? 

 - Nie chcę od ciebie nic oprócz wyjaśnień! - odparowała 

Giannina. - Gdzie byłeś wczoraj wieczorem, kiedy wróciłam z 
Opery?  Dlaczego  nie  zabrałeś  mnie  na  kolację,  tak  jak  się 
umawialiśmy? 

Markiz  zrozumiał,  że  Giannina  nigdy  nie  uwierzyłaby  w 

to, iż wybrał się sam na przejażdżkę gondolą. Urządzając mu 
scenę była przekonana, że to inna kobieta była przyczyną jego 
wczorajszej nieobecności w teatrze. Markiz poczuł narastającą 
irytację.  Sytuacja,  w  której  się  znalazł,  stawała  się  coraz 
bardziej uciążliwa. 

 -  Proponuję,  abyśmy  wyjaśnili  sobie  wszystko,  kiedy 

znajdziemy się sami, Giannino - oznajmił. 

background image

Przysłuchująca  się  w  milczeniu  tej  wymianie  zdań  Lucia 

uniosła się ze swego miejsca. 

 -  Pozwoli  pan...  że  pójdę  do  mojego  pokoju,  milordzie  - 

powiedziała szybko. 

 -  Do  twojego  pokoju?  -  syknęła  Giannina  zwracając  ku 

niej pełen nienawiści wzrok. - A może to już jest twój dom i 
nie  ma  w  nim  miejsca  dla  mnie?  -  krzyknęła  histerycznie 
podnosząc głos. 

Lucia zamarła,  patrząc na Włoszkę szeroko otwartymi  ze 

zdumienia oczami. Była tak zaskoczona jej pojawieniem się i 
agresywnym zachowaniem, że wciąż jeszcze trzymała w dłoni 
filiżankę z herbatą, którą piła przed chwilą. 

 - Nie ma potrzeby, aby wychodziła pani z pokoju, Lucio - 

odparł  ostro  markiz.  -  Signorina  Rosso  i  ja  możemy 
dokończyć naszą rozmowę gdzie indziej. 

W jego głosie było tyle stanowczości, że Lucia nie śmiała 

ruszyć  się  z  miejsca,  wciąż  patrząc  na  Gianninę  jak 
zahipnotyzowana. 

 -  Żądam  od  ciebie  wyjaśnień  tu  i  teraz!  -  oświadczyła 

śpiewaczka podniesionym głosem. - Cóż złego uczyniłam, że 
mnie  tak  potraktowałeś?  Czy  powiedziałam  coś  nie  tak?  Czy 
sprzeciwiłam  ci  się  w  czymkolwiek?  -  Rozłożywszy  ręce  w 
teatralnym  geście,  dodała:  -  Oto  stoję  tutaj,  opuszczona  i 
zapomniana. Gdybym chociaż mogła pocieszyć się patrząc na 
naszyjnik,  który  mi  obiecałeś!  A  myślałam,  że  Anglicy 
dotrzymują słowa! 

Jeśli poprzednio w jej słowach brzmiała autentyczna złość 

i  zawód,  to  teraz  jej  zachowanie  stało  się  jedynie  grą,  w 
dodatku pełną przesady i zbytniego patosu. Markiz stwierdził 
z  goryczą,  że  gdyby  nie  wzmianka  o  naszyjniku,  mógłby 
pomyśleć, że Giannina ma żal o to, iż nie przyszedł ostatniej 
nocy do jej sypialni. 

background image

 -  Nigdy  nie  łamię  danego  słowa,  Giannino  -  oświadczył 

zimno. Ci, którzy znali  go dobrze, wiedzieli, że gdy zaczyna 
przemawiać takim tonem, lepiej zejść mu z drogi. - Dostaniesz 
naszyjnik  pod  warunkiem,  że  nie  będziesz  mnie  już  więcej 
obrażać  pod  moim  własnym  dachem.  Sądzę,  że  najlepiej 
byłoby, gdybyś opuściła ten dom jak najszybciej! 

Giannina krzyknęła głośno, oburzona do głębi. 
 - Ośmielasz się mnie wyrzucać? - spytała. 
 - Uważam jedynie, że tak będzie lepiej dla nas obydwojga 

- powtórzył spokojnie Giles. 

Śpiewaczka wydała kolejny okrzyk, który odbił się echem 

od  ścian  biblioteki.  Szybkim  krokiem  podeszła  do  markiza, 
tak że znaleźli się po obydwu stronach niewielkiego stoliczka 
do herbaty. Mierząc kochanka śmiałym spojrzeniem czarnych 
oczu, powiedziała: 

 - Każdy, kto ośmieli się znieważyć w ten sposób Gianninę 

Rosso, gorzko tego pożałuje! Radzę ci o tym pamiętać! 

 -  Przykro  mi,  jeśli  poczułaś  się  urażona  -  odparł 

spokojnie.  -  Muszę  cię  jednak  prosić,  abyś  zechciała 
zakończyć  już  to  kiepskie  przedstawienie.  Jeśli  nie  chcesz 
wyjść  i  porozmawiać  ze  mną  w  innym  pokoju,  będę  musiał 
pozostawić cię tutaj, abyś nieco ochłonęła. 

Mówiąc  to  wykonał  taki  ruch,  jakby  rzeczywiście  chciał 

podejść do drzwi. Była to jednak tylko gra z jego strony, gdyż 
tak naprawdę wcale nie zamierzał zostawić Lucii samej razem 
z Gianniną. 

 -  Nie  pozwolę  na  to,  abyś  mnie  rzucił!  -  krzyknęła 

śpiewaczka zastępując mu drogę. - Nie stanę się przez ciebie 
pośmiewiskiem  dla  całej  Wenecji!  Zapłacisz  mi  za  to,  mój 
milordzie,  tak!  Drogo  zapłacisz  za  krzywdę  wyrządzoną 
kobiecie, która oddała ci swoje serce! 

W miarę jak padały kolejne słowa, głos Gianniny wzbierał 

coraz większą pasją. Wtem szybkim ruchem sięgnęła do boku 

background image

i  nagle  w  jej  dłoni  zabłysła  ostra,  stalowa  klinga  wąskiego 
sztyletu.  Wenecjanka  uniosła  go  w  górę  gestem,  którego 
nieraz używała  występując w teatrze, mierząc prosto w serce 
Gilesa.  On  zaś  stal  jak  wryty,  ponieważ  nawet  w 
najśmielszych  przypuszczeniach  nie  przewidziałby  nigdy  tak 
błyskawicznego ataku.  Tymczasem  Lucia, która przyglądając 
się  całej  scenie,  o  ułamek  sekundy  wcześniej  przeczuła,  do 
czego  zmierza  Gianniną,  niewiele  myśląc  chlusnęła  całą 
zawartość swojej filiżanki prosto w twarz śpiewaczce. 

Oślepiona  gorącym  płynem  Giannina  zachwiała  się  i 

ostrze  chybiło  celu,  drasnąwszy  zaledwie  przedramię  Gilesa. 
On  sam,  zdoławszy  wreszcie  otrząsnąć  się  z  zaskoczenia, 
błyskawicznym  ruchem  chwycił  trzymającą  sztylet  rękę  za 
nadgarstek  i  zmusił  do  upuszczenia  śmiercionośnego 
narzędzia  na  podłogę.  Giannina  krzyknęła  z  bólu  i 
zatoczywszy  się  do  tyłu,  opadła  na  krzesło,  płacząc  głośno  i 
śmiejąc się na przemian. 

Lucia  stała  nieruchomo,  wciąż  trzymając  w  ręce  pustą 

filiżankę. Drgnęła, gdy markiz odezwał się do niej łagodnym 
tonem: 

 -  Proszę  pójść  teraz  do  swego  pokoju,  Lucio!  Powoli 

odstawiła porcelanowe cacko na stolik. 

 -  Pan  jest...  ranny!  -  krzyknęła  patrząc  na  powiększającą 

się plamę krwi na rękawie markiza. 

 - To nic, tylko małe draśnięcie - odpowiedział spokojnie. 

- Proszę zrobić to, o co panią proszę. 

Mimo że jego słowa niemal ginęły w krzykach i głośnych 

zawodzeniach  Gianniny,  Lucia  dosłyszała  je  i  poderwawszy 
się  do  biegu  niby  spłoszony  ptak  pomknęła  do  drzwi,  jak 
gdyby obawiała się pozostać tutaj choć jedną chwilę dłużej. 

Kiedy  Lucia  wybiegła z pokoju, markiz  zwrócił się ostro 

do śpiewaczki: 

background image

 -  Ostrzegam  cię,  Giannino!  Jestem  zaskoczony  twoim 

nieodpowiedzialnym  zachowaniem.  Czy  nie  wiesz,  że 
zabijając  mnie  spowodowałabyś  międzynarodową  aferę,  a  to 
oznaczałoby koniec twojej kariery? 

Giannina uspokoiła się w mgnieniu oka i zacisnęła wargi. 
 -  Jak  możesz  być  dla  mnie  tak  okrutny?  -  spytała  po 

chwili ze skargą w głosie. - Złamałeś mi serce! 

 -  Ośmielam  się  twierdzić,  że  prezenty,  które  otrzymasz 

ode  mnie,  jeśli  przyrzekniesz  zachowywać  się  przyzwoicie, 
wyleczą  twoje  serce  w  mgnieniu  oka!  -  powiedział  zimno 
markiz patrząc na Gianninę z niesmakiem. Ona zaś westchnęła 
głęboko, rzucając mu spod rzęs pełne pokory spojrzenie. 

 - Przebacz mi! - poprosiła cicho. - Wszystko przez to, że 

tak  bardzo  cię  kocham.  Sama  myśl  o  tym,  że  inna  kobieta 
mogłaby mi ciebie odebrać, przyprawia mnie o szaleństwo! 

 - Żadne twoje wyjaśnienia nie są w stanie usprawiedliwić 

próby  morderstwa!  -  odparł  markiz  podnosząc  z  podłogi 
sztylet. 

Podszedłszy  do  otwartego  szeroko  okna,  niedbałym 

ruchem wyrzucił go do kanału, po czym zadzwonił na służbę. 
Giannina  siedziała  bez  ruchu,  uważnie  śledząc  każdy  jego 
ruch. Potem  powoli  zdjęła  kapelusz,  aby  poprawić  potargane 
włosy. 

Kiedy służący pojawił się w drzwiach, markiz oznajmił: 
 -  Signorina  Rosso  będzie  musiała  nas  opuścić.  Proszę 

spakować  jej  rzeczy  i  przesłać  je  pod  wskazany  przez  nią 
adres! 

Giles  mówił  po  włosku,  aby  mieć  pewność,  że  Giannina 

dobrze  go  zrozumiała.  Służący  skinął  głową  i  bez  słowa 
zniknął za drzwiami. 

 -  Daruj  mi!  -  krzyknęła  śpiewaczka  podbiegając  do 

markiza i zarzucając mu ręce na szyję. - Nie wypędzaj mnie! 
Kocham cię i przysięgam, że umrę, jeśli każesz mi odejść! 

background image

Giles uwolnił się od jej uścisku. 
 -  Szkoda  twego  czasu,  Giannino  -  powiedział.  -  Przecież 

wiesz dobrze, że kiedy opada kurtyna, przedstawienie jest już 
skończone. Dam ci teraz trochę pieniędzy, abyś nie uskarżała 
się,  że  odeszłaś  z  pustymi  rękami.  Po  chwili,  mierząc  ją 
chłodnym wzrokiem, dodał: 

 -  Pamiętaj,  że  tylko  od  twojego  zachowania  zależy,  czy 

dostaniesz  ode  mnie  obiecany  naszyjnik  ze  szmaragdów. 
Jeszcze jedna histeryczna scena lub próba morderstwa, a cofnę 
złożone  u  jubilera  zamówienie!  Jeśli  uznam,  że  jesteś  w 
porządku,  otrzymasz  naszyjnik  w  dniu  mojego  wyjazdu  z 
Wenecji! 

Uznawszy  się  za  pokonaną,  Giannina  cofnęła  się  kilka 

kroków. 

 - Nienawidzę cię! - syknęła. 
Markiz uśmiechnął się ironicznie. W milczeniu zasiadł za 

biurkiem,  wypisał  czek  i  wręczył  go  Gianninie,  uważnie 
śledząc  jej  reakcję.  Oczy  śpiewaczki  rozszerzyły  się  ze 
zdumienia, gdy ujrzała wypisaną na blankiecie sumę. 

 - Nie przypuszczam, abyś pragnął, żebym... odwdzięczyła 

się  za  twoją  hojność?  -  na  wpół  stwierdziła,  na  wpół  spytała 
Giannina. 

Patrząc  na  nią  markiz  zrozumiał,  że  wciąż  nie  może  ona 

pogodzić  się  ze  stratą  tak  bogatego  kochanka.  Jednocześnie 
przypomniał sobie, co słyszał niegdyś o jej niepohamowanym, 
bujnym  temperamencie  i  o  scenach,  które  co  jakiś  czas 
urządzała w teatrze. Jaka to szkoda, pomyślał, że jej wspaniała 
uroda  nie  idzie  w  parze  z  cechami  charakteru,  którymi 
powinna odznaczać się prawdziwa dama. 

 -  Musisz  nauczyć  się  panować  nad  sobą,  Giannino  - 

powiedział z troską, - W przeciwnym razie wpadniesz kiedyś 
w  prawdziwe  kłopoty.  Sama  pomyśl:  tylko  małej  filiżance  z 

background image

herbatą  zawdzięczasz,  że  nie  siedzisz  teraz  w  weneckim 
więzieniu. Nie sądzę, aby to miejsce ci się spodobało... 

Giannina  wzruszyła  ramionami.  Widać  jednak  było  po 

niej,  że  żałuje  swego  czynu.  Opuściwszy  ramiona  pochyliła 
głowę, a oczy, płonące jeszcze tak niedawno gniewem i żądzą 
zemsty, błyszczały od łez. 

Markiz ujął jej dłoń i uniósł do ust. 
 -  Żegnaj,  Giannino  -  powiedział.  -  Dziękuję  ci  za 

wszystkie  szczęśliwe  chwile,  które  przeżyliśmy  razem.  I 
pamiętaj:  naucz  się  panować  nad  sobą,  bo  nawet 
najpiękniejsza  kobieta  traci  swój  urok,  jeśli  zdolna  jest  w 
jednej chwili zamienić się w dziką bestię! 

Śpiewaczka załkała cicho. Markizowi wydało się , że tym 

razem nie jest to gra. 

 - Nie chcę zostać porzucona - szepnęła. - I co ja powiem 

tym wszystkim, którzy będą się teraz śmiali ze mnie? 

 - Powiesz im prawdę - odparł markiz - że rozstaliśmy się, 

ponieważ wracam do Anglii. 

 - A ty... naprawdę zamierzasz wyjechać? 
 - Jak tylko to będzie możliwe! - zapewnił ją  Giles. - Nic 

mnie już tutaj nie zatrzymuje! 

Puścił jej rękę, a gdy Giannina spróbowała chwycić go za 

rękaw, odwrócił się. 

 -  Gondola  czeka  już  na  ciebie,  Giannino  -  powiedział 

przez ramię i wyszedł z biblioteki. 

Śpiewaczka  uczyniła  taki  ruch,  jakby  chciała  pobiec  w 

ślad za nim, jednak uznawszy to za bezcelowe, zatrzymała się 
i z gniewem tupnęła nogą. 

„Jak  mogłam  być  aż  tak  głupia?  -  spytała  samą  siebie.  - 

Idiotka! Kompletna idiotka: oto czym jestem!" 

Widząc, że nie pozostaje jej nic innego, jak tylko pogodzić 

się  z  tym,  co  przyniósł  jej  los,  podniosła  kapelusz  z  fotela  i 
włożyła go na głowę. W chwilę później już stała przed lustrem 

background image

w  złoconych  ramach,  poprawiając  czarne  loki,  które  okalały 
jej śliczną, choć nieco zbyt mocno umalowaną twarz. Patrząc 
na swe odbicie, uśmiechnęła się bezwiednie. 

 - Jeśli on naprawdę wyjeżdża, to znaczy, że już niedługo 

dostanę  naszyjnik  -  szepnęła  z  zadowoleniem  i  oczy  jej 
rozbłysły.  Podniósłszy  wysoko  głowę  wyszła  z  biblioteki 
swoim  zwykłym, pełnym  wystudiowanego  wdzięku  krokiem. 
Na  schodach  czekał  na  nią  służący,  który  towarzyszył  jej, 
dopóki nie wsiadła do oczekującej już gondoli. 

* * * 
Biegnąc na  górę do swej  sypialni, Lucia drżała na całym 

ciele.  Nigdy  dotąd  nie  słyszała,  aby  kobieta  rzuciła  się  ze 
sztyletem na mężczyznę, próbując go zabić. To, co wydarzyło 
się  przed  chwilą,  przeraziło  ją  śmiertelnie.  Ojciec  opowiadał 
jej nieraz, jak straszną bronią jest sztylet i jak często używają 
go Włosi w walce wręcz. 

 - 

Nam,  Anglikom,  wydaje  się,  że  najbardziej 

niebezpieczną  rzeczą  są  pojedynki  na  szpady  lub  pistolety  - 
mówił.  -  Jednak  ten,  kto  choć  raz  widział  bójkę  między 
Włochami, wie, jak diabelskim wynalazkiem jest sztylet. Sam 
byłem  świadkiem,  jak  pewien  niepozorny  osobnik  zakłuł  na 
śmierć dwa razy  większego od siebie osiłka. Gdyby przyszło 
im walczyć ze sobą na pięści, nie miałby żadnych szans! 

Ta oraz inne opowieści ojca sprawiły, że Lucia bała się jak 

ognia wszelkiej ostrej broni. To dlatego, gdy ujrzała złowrogi 
błysk stalowego ostrza w dłoni Gianniny, serce zamarło w niej 
na chwilę z przerażenia. Jednak już w ułamek sekundy później 
instynkt  podszepnął  jej,  co  ma  robić,  aby  ocalić  markiza  od 
niechybnej  śmierci.  Gdyby  zawahała  się  wtedy  choć  na 
mgnienie  oka!  Na  myśl  o  tym,  co  mogłoby  się  stać,  Lucia 
poczuła,  że  dłonie  jej  stają  się  lodowato  zimne,  a  całe  ciało 
ponownie ogarnia dreszcz grozy. 

background image

Usiadłszy  na  brzegu  łóżka,  ukryła  twarz  w  dłoniach.  Nie 

mogła  znieść  myśli  o  tym,  że  markiz  mógłby  umrzeć  w  tak 
straszny sposób. Był przecież jedyną po śmierci jej ojca osobą, 
do której mogła się teraz zwrócić o pomoc, nie mówiąc już o 
tym,  że  nie  otrzymałaby  pieniędzy,  które  obiecał  zapłacić  za 
zakupione  przez  siebie  obrazy...  Czując  się  winna  temu,  że 
myśli tylko o sobie w chwili, gdy jego życie narażone było na 
niebezpieczeństwo,  Lucia  tłumaczyła  sobie,  że  jej 
zdenerwowanie  na  nic  się  nie  zda,  skoro  wszystko,  co 
najgorsze,  już  ma  za  sobą.  Żyjąc  od  dwóch  Jat  w  Wenecji 
poznała  jej  mieszkańców  na  tyle,  aby  wiedzieć,  że  byli  oni 
szczególnie skłonni do przesady i zbytniego dramatyzowania. 
Zmienni w nastrojach jak chorągiewki na wietrze, potrafili  w 
niezwykle  krótkim  czasie  popadać  z  jednej  skrajności  w 
drugą. Mimo że Lucii wydawało się, iż zdołała przywyknąć do 
wybuchowego temperamentu wenecjan, nigdy nie przyszłoby 
jej  na  myśl,  że  kobieta  mogłaby  pragnąć  zabić  mężczyznę, 
nawet z szalonej zazdrości. 

Lucia słyszała o Gianninie Rosso,  gdy chodziła jeszcze  z 

rodzicami  do  Opery.  Nigdy  jednak  jej  nie  widziała  ani  nie 
słyszała  jej  śpiewu,  ponieważ  po  śmierci  matki  przestali  w 
ogóle  z  ojcem  chodzić  do  teatrów.  Wiedząc  z  przypadkowo 
zasłyszanych opowiadań, jak młoda i piękna jest primadonna, 
Lucia była pewna, że jest ona przedmiotem uwielbienia wielu 
mężczyzn.  Nigdy  nie  przypuszczała  jednak,  że  zastanie  ją  w 
domu  markiza.  Prawdę  mówiąc  myślała,  iż  Giles  mieszka 
sam, nie uprzedził jej bowiem o tym, że gości kogoś w swoim 
palazzo.  Dlaczego  nie  wspomniał  ani  słowem  o  obecności 
śpiewaczki  w  rezydencji?  -  dziwiła  się  Lucia.  1  nagle 
zrozumiała  wszystko:  nie  uczynił  tego,  ponieważ  Giannina 
Rosso  była  jego  kochanką!  Uświadomiwszy  sobie  ten  fakt, 
Lucia ujrzała nagle markiza w zupełnie innym świetle. Do tej 
pory  jawił  jej  się  jako  zesłany  przez  niebiosa  wybawiciel, 

background image

któremu  gotowa  była  oddawać  niemal  boską  cześć.  Teraz 
zrozumiała,  że  tak  jak  i  wielu  innych  jest  on  po  prostu  - 
mężczyzną.  I  gdy  przypomniała  sobie,  jak  płakała  na  jego 
ramieniu  po  śmierci  ojca,  poczuła,  że  policzki  palą  ją  ze 
wstydu. Jak mogła zachować się tak nierozsądnie! I dlaczego 
nie pomyślała o tym, że nie powinna przebywać sama w jego 
domu? Matka zawsze mówiła, że panienkom w jej wieku, jeśli 
nie  pozostają  pod  opieką  rodziców,  towarzyszy  wszędzie 
opiekunka, najczęściej starsza, godna zaufania kobieta. 

„O Boże, co ja mam teraz zrobić? - pytała Lucia bezradnie 

unosząc  oczy  ku  niebu.  Kto  wie,  czy  jeśli  zażąda  teraz 
opiekunki,  markiz  nie  wyśmieje  jej  i  pogodziwszy  się  ze 
swoją  śpiewaczką,  nie  zrezygnuje  z  odwiezienia  Lucii  do 
Anglii?" 

I nagle Lucia zrozumiała, jak bardzo nie na miejscu są jej 

obawy  i  jak  śmieszne  obiekcje.  Czy  miała  prawo  w  swojej 
obecnej  sytuacji  spodziewać  się,  że  markiz  potraktuje  ją  jak 
osobę  z  towarzystwa?  Dla  niego  była  jedynie  ubogą 
dziewczyną, która zaczepiła go na ulicy i której okazał dobre 
serce.  Nic  nie  znaczyła  w  jego  życiu.  Skąd  przyszło  jej  do 
głowy, że mógłby potraktować ją jak pannę z dobrego domu, 
której  należy  zapewnić  towarzystwo  opiekunki?  Dlaczego 
miałby  sobie  nią  zaprzątać  głowę,  skoro  przebywał  stale  z 
kimś  tak  atrakcyjnym  i  ekscytującym  jak  Giannina  Rosso? 
Lucia  mieszkała  już  w  Wenecji  dostatecznie  długo,  aby 
zauważyć,  że  tutejsi  arystokraci  chętniej  spędzali  czas  w 
towarzystwie swoich kochanek niż swoich żon. Przechadzając 
się  po  mieście  z  rodzicami  widywała  te  kobiety  wszędzie:  w 
gondolach,  w  restauracjach,  w  lożach  Opery,  wystrojone  i 
wymalowane,  przyciągające  wzrok  jak  barwne,  egzotyczne 
ptaki. Wiedziała, że nie powinna się im przyglądać, gdyż nie 
są to osoby godne szacunku. Nigdy nie przypuszczała, że los 

background image

zetknie  ją  z  jedną  z  nich  w  niecodziennych  i  pełnych 
niebezpieczeństwa okolicznościach. 

„Nic 

dziwnego, 

że 

kochanką 

markiza 

została 

najpiękniejsza  śpiewaczka  w  Wenecji",  mówiła  sobie  Lucia. 
Pamiętała  jednak  swoje  zaskoczenie,  gdy  ujrzała  Gianninę  z 
bliska. Nie mogła  wprost pojąć, po co tak atrakcyjna kobieta 
różuje sobie jeszcze mocno policzki  i  tuszuje rzęsy. Myślała, 
że  aktorki  malują  się  tylko  na  scenę.  Tymczasem  w  całej 
postawie  Gianniny  było  coś  tak  przesadnie  teatralnego,  ze 
Lucia  wciąż  miała  wrażenie,  iż  jest  świadkiem  jakiegoś 
dziwnego  przedstawienia.  Nie  mogła  oderwać  wzroku  od 
śpiewaczki,  a  gdy  ta  zaczęła  odgrywać  swoją  rolę  z  coraz 
większą pasją, dziewczyna nie śmiała nawet odetchnąć. 

„Ona  byłaby  zdolna  go  zabić!",  stwierdziła  czując,  jak 

znów wzbiera w niej przerażenie. 

W tej  samej chwili  ktoś zapukał do drzwi  sypialni  Lucii. 

Będąc przekonana, że jest to ktoś ze służby, Lucia zerwała się 
z łóżka i odruchowo poprawiła włosy. 

 - Proszę wejść! - zawołała. 
Drzwi  otworzyły  się  i  ukazał  się  w  nich  markiz.  Przez 

chwilę stali naprzeciw siebie milcząc. Potem Giles ujrzał, jak 
dłonie dziewczyny splatają się mocno, w geście świadczącym 
o jej zakłopotaniu. 

 -  Przyszedłem,  aby  zawiadomić  parną,  że  wyruszamy  w 

drogę do Anglii natychmiast - powiedział. - Gondola zawiezie 
nas do miejsca, gdzie stoi mój jacht. Na nim spędzimy noc, a 
rano,  kiedy  nasze  bagaże  zostaną  już  załadowane,  opuścimy 
Wenecję. 

Mówił  spokojnym,  beznamiętnym  tonem,  zupełnie  jak 

gdyby  wydawał  polecenia  służbie  -  Lucia  stała  nieruchomo, 
patrząc na niego szeroko otwartymi oczami. 

 -  Wracam  teraz  do  salonu,  gdzie  chciałbym  wypić 

kieliszek  szampana  przed  wyjazdem.  Spodziewam  się,  że 

background image

zechce mi pani towarzyszyć. Proszę nie kazać mi czekać zbyt 
długo! 

Wychodząc  zamknął  drzwi  za  sobą.  Lucia  spoglądała  w 

ślad za nim jeszcze przez chwilę, niezdolna do żadnego ruchu. 
Zrozumiała,  że  odtąd  wszystkie  decyzje  będą  należały  do 
markiza  Wynchcombe.  Nie  widząc  żadnego  innego  wyjścia, 
musiała go usłuchać. Nikt jednak nie mógł jej nakazać, co ma 
myśleć. 

background image

Rozdział 5 
Wypełniając  polecenie  markiza,  Lucia  zeszła  do  salonu. 

Mimo  iż  jej  serce  pełne  było  obaw  i  niepokoju,  wdzięczna 
była  swemu  opiekunowi  za  to,  że  nie  nakazał  jej  wrócić  do 
biblioteki,  w  której  rozegrała  się  przykra  scena  z  Gianniną. 
Salon okazał się bardzo pięknym pomieszczeniem, o ścianach 
pokrytych  bogato  zdobionymi  tapetami.  Wysokie  oparcia 
krzeseł rzeźbione były w sposób charakterystyczny dla sztuki 
weneckiej z ubiegłego stulecia. 

Markiz czekał już na nią. Lucia zauważyła, że włożył inne 

ubranie, gdyż poprzednie zostało rozdarte przez ostrze sztyletu 
Gianniny.  Napotkawszy  jego  wzrok,  dziewczyna  spuściła 
oczy,  wstydząc  się  swojego  zakłopotania.  Wydawało  się  jej, 
że  Giles  z  łatwością  zdoła  odczytać  myśli  z  jej  twarzy,  jeśli 
będzie na niego patrzeć zbyt długo. 

 -  Z  niecierpliwością  oczekuję  chwili,  gdy  będę  mógł 

pokazać  pani  mój  jacht  -  powiedział  markiz  swobodnym 
tonem, jak gdyby domyślał się, co dzieje się w duszy Lucii, i 
pragnął  dopomóc  jej  w  rozproszeniu  wątpliwości. 
Wręczywszy  jej  kieliszek  z  szampanem,  uniósł  swój 
nieznacznie w górę. 

 - Za szczęśliwą podróż powrotną! - powiedział. 
W  odpowiedzi  Lucia  uniosła  także  swój  kieliszek,  po 

czym wypiła nieco trunku. 

 - Mówiła pani, że potrafi jeździć konno - zagadnął Giles, 

po czym z odrobinę przekornym uśmiechem dodał: - Ciekaw 
jestem, czy mój „Konik Morski" nie okaże się zbyt narowisty 
dla pani! 

 -  Nigdy  nie  cierpiałam  na  chorobę  morską  - 

odpowiedziała Lucia trochę jeszcze drżącym głosem. 

 -  A  właśnie!  Zapomniałem  spytać,  jaką  drogą  przybyła 

pani  do  Wenecji?  Jeżeli  o  mnie  chodzi,  po  stokroć  wolę 
podróżować morzem niż lądem! 

background image

Lucia  stwierdziła,  że  można  było  spodziewać  się  po  nim 

takich  upodobań.  Poznała  już  go  na  tyle,  że  sama  myśl,  iż 
mógłby  tłuc  się  całymi  tygodniami  we  wciąż  grzęznącym  w 
błocie powozie, wydawała jej się mało prawdopodobna. 

Markiz odstawił pusty kieliszek na stolik. 
 -  Sądzę,  że  ucieszy  panią  wiadomość,  iż  wydałem 

polecenie mojemu sekretarzowi, aby obrazy pani ojca zostały 
bardzo ostrożnie zapakowane i przeniesione na pokład jachtu 
w pierwszej kolejności! - powiedział. 

Lucia  skinęła  głową,  myśląc,  jak  wielkie  zamieszanie 

wśród  służby  musiała  wywołać  nagła  decyzja  markiza  o 
wyjeździe. Tak wiele przedmiotów w tym domu przywieziono 
z Anglii! Na każdej sztuce pościeli, podobnie jak na obrusach, 
serwetkach,  sztućcach  i  talerzach  widniał  herb  rodowy 
Wynchcombe lub inicjały markiza. Szampan i wszystkie wina 
zostały  kupione  również  w  kraju.  Większość  służby  mówiła 
po  angielsku  i  najwyraźniej  towarzyszyła  swemu  panu  przez 
cały  czas  jego  podróży.  Lucia  wyobraziła  sobie,  jak 
gorączkowa  krzątanina  odbywa  się  teraz  w  całym  palazzo. 
Markiz  zarządził  wyjazd  o  świcie  i  nikt  ze  służby  nie 
zamierzał  narazić  się  na  jego  gniew,  choćby  przyszło  uwijać 
się przez całą noc. 

Spostrzegłszy, że Giles patrzy na nią wyczekująco, Lucia 

wypiła jeszcze jeden łyk szampana i odstawiła kieliszek. 

 - Czy możemy już jechać? - spytał markiz. 
 -  Tak...  oczywiście!  -  odparła  Lucia.  Wydawało  się,  że 

rozumie  przyczynę  jego  pośpiechu.  W  jej  mniemaniu 
powodowała  nim  obawa,  że  pozostając  w  Wenecji  choć 
chwilę  dłużej,  mógłby  narazić  się  na  ponowne  spotkanie  z 
Gianniną. 

 -  Czy...  z  pańskim  ramieniem...  wszystko  jest  w 

porządku?  -  spytała  przypomniawszy  sobie,  że  niedawno 
został zraniony. 

background image

 -  Nie  ma  o  czym  mówić!  -  stwierdził  markiz  krzywiąc 

pogardliwie usta. - To tylko draśnięcie. 

 -  Ale  czy  przemył  pan  ranę  i  opatrzył,  jak  należy?  - 

dopytywała  się  Lucia.  -  Nawet...  draśnięcia  bywają 
niebezpiecznie, jeśli w porę o to nie zadbać. 

 -  Zajmę  się  tym,  kiedy  już  będziemy  na  jachcie  - 

odburknął  Giles  i  ruszył  ku  drzwiom  salonu.  Lucia  podążyła 
za nim. W milczeniu doszli do wyjścia na pomost. 

 - Mam  wrażenie, że pani martwi się o mnie - powiedział 

markiz  schodząc  po  marmurowych  stopniach.  -  Proszę  nie 
robić sobie kłopotu. 

 - To żaden kłopot - odparła Lucia. - Nie chciałabym tylko, 

aby coś... przydarzyło się panu. 

Markiz przystanął i spojrzał na nią z uśmiechem. 
 - Ma pani na myśli mnie... czy może siebie? - zagadnął. 
Po  spłoszonym  spojrzeniu  dziewczyny  poznał,  że 

zaskoczyło ją to pytanie. 

 -  I  pana,  i  mnie  -  odpowiedziała  po  chwili  patrząc  mu 

prosto w oczy. 

Markiz roześmiał się głośno. 
 - Nie powiem, żebym był zachwycony pani odpowiedzią - 

oświadczył.  -  Jednak  muszę  przyznać,  że  stanowi  pani 
chlubny  wyjątek  wśród  płci  pięknej.  To  wprost  nie  do 
uwierzenia: kobieta, która nie waha się powiedzieć prawdy! 

Lucia  nie  odpowiedziała,  tylko  spuściła  wzrok.  Gilesowi 

wydało  się  nagle,  że  potrafi  czytać  w  jej  myślach.  Ta 
dziewczyna  najwyraźniej  uważała,  że  musiał  on  przebywać 
dotąd 

wśród 

dziwnych 

kobiet. 

Skąd 

mogłaby 

niedoświadczona,  prowincjonalna  gąska  wiedzieć  o  tych 
wszystkich  półsłówkach,  niedomówieniach,  półprawdach, 
unikach  słownych  i  dwuznacznych  przemilczeniach,  którymi 
tak  wprawnie  posługiwały  się  damy  z  towarzystwa?  Sztuka 

background image

pięknego kłamstwa stanowiła wszak część ich wykształcenia, 
z którym wchodziły w świat od najwcześniejszej młodości... 

Kiedy  gondola  wiozła  ich  przez  Canal  Grande  w  stronę 

portu, markiz zastanawiał się, jaka będzie ta wspólna podróż z 
Lucią. Z pewną obawą myślał, że mogłoby zdarzyć się coś, co 
zmieniłoby jego życie i czego dotąd nie przewidywał. Patrząc, 
jak Lucia, która siedziała tuż przy burcie łodzi, przypatruje się 
miastu, stwierdził, że w swej prostej białej sukni dziewczyna 
wygląda nadzwyczaj uroczo i tak delikatnie, jak gdyby zeszła 
przed chwilą z któregoś z obrazów swego ojca, 

 - A może to prawda? - szepnął sam do siebie. - Może tak 

dalece  sama  jest  częścią  tego  miasta,  że  przeniesiona  w  inne 
miejsce zginie, jak egzotyczny kwiat osadzony w obcym sobie 
otoczeniu? 

Na  próżno  wyrzucał  sobie  zbytnie  uleganie  nastrojom. 

Przecież dziewczyna sama mówiła mu, że jest Angielką. Jakiś 
głos wewnętrzny powtarzał jednak markizowi, że opowiadając 
mu o sobie, nie wyznała całej prawdy... 

Jak  gdyby  domyślając  się,  że  stanowi  przedmiot  jego 

rozważań,  Lucia  odwróciła  głowę  i  spojrzała  na  Gilesa  z 
niemym pytaniem w oczach. 

 - Czy żegna się pani z Wenecją? - spytał markiz. 
 - Próbuję tylko... przypomnieć sobie słowa ojca - odparła 

nieśmiało. - Nigdy nie mówił zbyt wiele o Wenecji uważając 
zapewne,  że  wypowiada  się  w  pełni  poprzez  swoje  obrazy. 
Czasami  tylko  powtarzał:  „Patrz  na  światło!  Pamiętaj,  tutaj 
liczy się tylko światło!" 

 -  To  prawda  -  szepnął  Giles  obserwując,  jak  późne 

popołudniowe  słońce  nadaje  swym  blaskiem  o  unikalnym, 
brzoskwiniowym  odcieniu  zupełnie  inny  niż  dotąd  wygląd 
pałacom  i  domom  nad  Canal  Grande.  Spokojna  o  tej  porze 
laguna  wydawała  się  wypełniona  lśniącym,  płynnym  złotem. 
Ktoś  stwierdził  kiedyś,  że  odmienność  weneckiego  światła 

background image

polega  na  jego  niezwykłej  intensywności,  której  źródło 
wydaje  się  znajdować  gdzieś  za  horyzontem.  Spoglądając  w 
dal,  gdzie  morze  i  niebo  zdawały  się  łączyć  w  jedną  całość, 
markiz zaciekawił się nagle, co powiedziałby Alastair Duncan 
widząc  go  w  takim  nastroju.  Przecież  to  on,  tuż  przed 
rozstaniem, 

zarzucał 

Gilesowi 

zbytnie 

zacieśnianie 

horyzontów myślowych. Może chodziło mu właśnie o to, żeby 
przyjaciel choć raz sięgnął wyobraźnią dalej, ku granicy, gdzie 
niebo łączy się z ziemią? 

 - Bzdura! - mruknął do siebie krzywiąc usta w ironicznym 

uśmiechu.  

Przecież  nie  zaszło  nic,  co  mogłoby  w  znaczący  sposób 

zmienić  jego  życie.  Czy  było  coś  niezwykłego  w  tym,  że 
Giannina  zachowała  się  bardziej  impulsywnie  niż  jego 
dotychczasowe  kochanki?  I  czy  należało  przypuszczać,  że 
sześć  obrazów  nie  znanego  nikomu  malarza,  które  wiózł  ze 
sobą do domu, jest w stanie odmienić czyjekolwiek spojrzenie 
na  świat?  A  jeśli  chodzi  o  Lucię...  gdyby  tylko  zapragnął, 
mógł  przecież  dołączyć  ją  do  listy  swych  licznych  zdobyczy 
miłosnych.  Myśląc  o  tym  z  niejakim  znużeniem,  Giles  jął 
wypatrywać  smukłej  sylwetki  swego  jachtu  pośród  innych 
stojących  w  porcie  statków.  Ujrzawszy  go  stwierdził,  że 
wygląda  jak  rumak  szlachetnej  krwi,  którego  ustawiono  w 
stajni  obok  koni  pospolitej  rasy.  „Konik  Morski"  był 
jednostką,  której  zadaniem  było  iść  w  zawody  z  wiatrem. 
Zamawiając  jacht,  Giles  wzorował  się  na  słynących  z 
szybkości  amerykańskich  statkach  pirackich,  które  w  czasie 
wojny  zajmowały  się  kontrabandą.  Jeden  z  nich,  przejęty 
przez  brytyjską  straż  graniczną,  został,  poddany  dokładnym 
oględzinom  przez  budowniczych  okrętów,  którzy  starali  się 
dociec  tajemnicy  jego  wyjątkowej  zwrotności.  Markiz  znał 
wyniki tych badań i kiedy tylko wojna z Napoleonem dobiegła 
końca, zlecił zbudowanie prywatnego jachtu, będącego niemal 

background image

dokładną kopią amerykańskiej jednostki. Rezultaty tej decyzji 
były  zgodne  z  oczekiwaniami  właściciela.  We  wszystkich 
odwiedzanych  portach  „Konik  Morski"  budził  zachwyt  i 
odrobinę  zawiści  wśród  innych  żeglarzy.  Wokół  kei,  przy 
której cumował, zbierał się zawsze spory tłumek ciekawskich. 

Torując  sobie  drogę  wśród  gapiów,  markiz  wprowadził 

Lucię na pokład. 

 -  Mam  nadzieję,  że  przekazano  panu  moje  polecenia, 

kapitanie  Bateson  -  zwrócił  się  do  barczystego  mężczyzny  w 
białym  mundurze,  który  salutował  im  przy  trapie.  - 
Odpływamy natychmiast, kiedy tylko wszystkie bagaże znajdą 
się na pokładzie! 

 -  Tak  jest,  sir  -  odparł  stając  na  baczność  kapitan.  - 

Zgodnie  z  żądaniem  pana  Johnsona  posłałem  do  pańskiej 
rezydencji  sześciu  ludzi  z  załogi,  aby  przyspieszyć 
przygotowania do wyjazdu! 

 - Dziękuję, kapitanie! - odparł Giles i poprowadził Lucię 

stromymi schodkami w dół, do salonu. Dziewczyna rozglądała 
się  wokół  z  zaciekawieniem.  Nie  wiedziała  dotąd,  że  istnieją 
jachty  takie  jak  ten.  W  swoim  życiu  widywała  jedynie 
załadowane  towarami  statki  handlowe,  uzbrojone  okręty 
wojenne  lub  jednostki,  na  których  za  wykupieniem  biletu 
można  było  odbyć  dłuższą  lub  krótszą  podróż.  Nigdy 
natomiast  nie  śniło  jej  się,  że  może  istnieć  jacht  o  tak 
szlachetnych  liniach  kadłuba,  którego  wnętrze  umeblowane 
jest  lepiej  niż  niejedna  szlachecka  posiadłość.  Na  ścianach 
salonu,  do  którego  wprowadził  ją  markiz,  wisiały  znakomite 
obrazy,  podłoga  przykryta  była  miękkim  dywanem,  a  sofę  i 
rzeźbione  krzesła  obito  zielonym  jedwabiem.  Gdyby  nie 
częściowo przysłonięte aksamitnymi kotarami okrągłe bulaje, 
można  by  pomyśleć,  że  pomieszczenie  to  znajduje  się  w 
którymś z londyńskich pałaców. 

background image

Śledząc  uważnie  jej  reakcję,  markiz  zapytał  nie  bez 

odrobiny dumy w głosie: 

 -  No  i  jak?  Jakże  podoba  się  pani  mój  okręt?  Lucia 

uśmiechnęła się do niego. 

 -  Przyznaję,  że  nie  spodziewałam  się,  że  ujrzę  coś  tak 

pięknego i tak... różniącego się od innych statków! 

 - A czego pani oczekiwała? 
 - Sama nie  wiem...  może czegoś prostszego  w  formie i... 

bardziej praktycznego. 

 -  Projektowałem  ten  jacht  bardziej  z  myślą  o  moich 

gościach  niż  o  sobie  -  wyjaśnił  markiz  tonem  jak  gdyby 
usprawiedliwienia.  Lucia  natychmiast  wyobraziła  sobie, 
piękne  kobiety,  które  zapewne  nieraz  tu  podejmował,  i  jej 
policzki  pokryły  się  nagłym  rumieńcem.  Przypomniała  sobie 
Gianninę Rosso. 

 -  Proszę  o  niej  zapomnieć!  -  powiedział  cicho  markiz 

śledząc  grę  uczuć  na  twarzy  Lucii.  -  To...  rozdział  w  moim 
życiu,  który  już  się  zakończył.  Wchodząc  na  pokład  tego 
jachtu, rozpoczęliśmy razem następny. 

Dziewczyna uśmiechnęła się z odrobiną przekory. 
 -  Zanim  jednak  odwrócimy  kartkę,  musi  pan  opatrzyć 

swoją  ranę  -  powiedziała.  -  Jestem  pewna,  że  choć  tego  pan 
nie okazuje, zaczyna trochę panu dokuczać. 

 - Użala się pani nade mną zupełnie jak moja stara niania - 

uśmiechnął się Giles. - Zanim rozpocznie pani gderać tak jak 
ona,  proponuję,  żebyśmy  przeszli  do  mojej  kabiny,  gdzie 
będzie  pani  mogła  wykazać  się  umiejętnościami  siostry 
miłosierdzia! 

Wąskim  korytarzem  przeszli  do  kabiny,  na  której  progu 

Lucia  aż  przystanęła  z  wrażenia.  Obszerne  to  pomieszczenie 
zajmowało  całą  rufę  statku  i  w  porównaniu  z  przepychem 
salonu  wydawało  się  umeblowane  niezwykłe  oszczędnie.  Na 
każdym kroku widać było jednak, że jest to pokój człowieka, 

background image

który  kocha  morze  i  wszystko,  co  z  nim  związane.  Na 
ścianach  wisiały  obrazy  pędzla  znanych  malarzy  - 
marynistów.  Proste,  marynarskie  łóżko  o  podniesionych 
bokach,  przypominające  nieco  pudełko,  miało  wezgłowie 
rzeźbione  w  kształcie  burty  statku.  Jedynymi  meblami 
służącymi  dla  wygody  były  dwa  głębokie  fotele, 
przymocowane do podłogi tuż obok okrągłego okna. 

W czasie gdy Lucia rozglądała się wokół z nie ukrywanym 

zainteresowaniem,  markiz  ostrożnie  zdjął  surdut  i  położył  go 
na łóżku. Widząc szkarłatną plamę krwi na jego białej koszuli, 
Lucia  stłumiła  okrzyk  grozy.  Rozwiązawszy  krawat,  Giles 
rozpiął  koszulę  i  ściągając  ją  z  ramienia  spojrzał  na 
dziewczynę ze spokojem. 

 -  Nie  wiedziałem,  że  jeszcze  krwawię,  kiedy  zmieniałem 

ubranie - wyjaśnił. 

Lucia  przyjrzała  się  uważnie  długiej,  brzydkiej  ranie 

ciągnącej  się  od  miejsca,  gdzie  ostrze  sztyletu  przebiło 
materiał, przez całą szerokość ramienia. Dreszcz przebiegł jej 
po  plecach,  gdy  wyobraziła  sobie,  gdzie  trafiłaby 
śmiercionośna  broń,  gdyby  nie  udało  się  jej  przeszkodzić 
Gianninie. 

 -  A  więc?  -  przerwał  jej  rozważania  głos  markiza.  -  Cóż 

zamierza pani z tym uczynić? 

 -  Czy  mogłabym  dostać  trochę  brandy?  -  odpowiedziała 

pytaniem Lucia. 

Markiz uniósł brwi ze zdziwieniem. 
 - Kto ją będzie pił: pani czy ja? - zapytał. 
 -  Żadne  z  nas  -  odparła  dziewczyna.  -  Zamierzam 

przemyć ranę, żeby zapobiec zakażeniu. W przeciwnym razie 
obawiam się, że już wkrótce dostanie pan gorączki! 

 - Chce mnie pani przestraszyć? 

background image

 -  Mama  zawsze  powtarzała  mi,  że  wszelkie  otwarte  rany 

mogą być niebezpieczne, jeśli się ich nie oczyści. Brandy była 
używana w tym celu już w czasie bitwy pod Trafalgar! 

 -  Proszę  darować  mi  moją  ignorancję  w  tej  dziedzinie  - 

oświadczył  markiz  nieco  urażonym  tonem.  -  Jestem  gotów 
schylić czoło przed pani zadziwiającą wiedzą! 

Mówiąc  to  podszedł  do  stojącego  przy  łóżku  stolika  i 

podniósłszy leżący na nim dzwonek, zadzwonił głośno. Drzwi 
kabiny  otworzyły  się  niemal  natychmiast  i  stanął  w  nich 
Evans. 

 -  Proszę  wejść,  Evans  -  zwrócił  się  markiz  do  lokaja.  - 

Panna Beaumont upiera się, że skaleczenie na moim ramieniu 
należy koniecznie przemyć za pomocą brandy! 

 -  Skaleczenie?  -  powtórzył  Evans.  -  Czy  to  znaczy,  że 

rana  jego  lordowskiej  mości  nie  została  opatrzona  aż  do  tej 
pory? 

Markiz z trudem zdołał ukryć uśmiech. Doskonale zdawał 

sobie  sprawę  z  tego,  że  stary  sługa  wie  o  wszystkim,  co 
wydarzyło  się  dzisiaj  w  bibliotece.  Wszelkie  wieści  i  plotki 
rozchodziły  się  zawsze  wśród  służby  lotem  ptaka.  Giles 
wyobrażał  sobie,  jak  musiała  przerazić  Evansa  wieść  o 
desperackim czynie Gianniny. 

 -  Wasza  lordowska  mość  nie  zawołał  mnie  nawet,  abym 

mu pomógł zmienić ubranie - powiedział lokaj z wyrzutem w 
głosie. - A potem okazało się, że opuścił pan już palazzo. 

 -  No  właśnie  -  przyznał  z  humorem  markiz.  -  A  teraz 

masz okazję uczynić wreszcie coś dla mnie. 

 -  Tak  jest,  milordzie  -  odparł  posępnie  Evans.  -  I  muszę 

przyznać rację pannie Beaumont: to paskudna rana i jeśli jego 
lordowska  mość  zaraz  nie  pozwoli  sobie  jej  przemyć,  to 
obawiam się, że już dziś w nocy będzie majaczył w gorączce! 

 - Chyba trochę przesadzasz! - obruszył się Giles.  

background image

Evans bez słowa podszedł do ukrytej w ścianie szafki, po 

czym  wyjąwszy  z niej butelkę brandy,  wlał trochę trunku do 
szklanki. Instruowany półgłosem przez Lucię, zwilżył obficie 
brandy  czystą  lnianą  chusteczkę  i  jął  starannie  oczyszczać 
najpierw  brzegi,  a  potem  całą  ranę  na  ramieniu  swego  pana. 
Chociaż alkohol palił go nieznośnie, markiz nie jęknął nawet i 
tylko  zacisnąwszy  usta  przyglądał  się  czynnościom  starego 
sługi. Evans skończył przemywać skaleczenie i zwrócił się do 
Lucii: 

 - Mam zabandażować ramię jego lordowskiej  mości, czy 

może panienka zechce to uczynić? 

Słysząc  to  markiz  aż  otworzył  usta  ze  zdumienia.  Ten 

człowiek,  który  tak  zazdrośnie  strzegł  do  tej  pory  swego 
prawa  do  wyłącznej  opieki  nad  panem,  zechciał  odstąpić 
komuś część obowiązków! Po chwili zaskoczenia Giles pojął, 
co chciał mu dać do zrozumienia wierny sługa. Wydawało się, 
że Lucia bardzo przypadła mu do gustu. Uważając ją za nową 
zdobycz  miłosną  swego  pana,  starał  się  mu  przekazać,  że  w 
pełni pochwala jego wybór. 

 - Och, naprawdę, czy mogłabym? - ucieszyła się Lucia. - 

Wydaje  mi  się  jednak,  że  nie  potrafiłabym  uczynić  tego  tak 
wprawnie! 

„Jakaż  ona  taktowna!  -  pomyślał  markiz.  -  Evans  na 

pewno doceni to, że jego wielkoduszność została zauważona!" 

W  istocie,  lokaj  z  bardzo  zadowoloną  miną  owijał  ramię 

Gilesa bandażem starannie dbając o to, by nie zaciskać go zbyt 
mocno. Idąc za radą Lucii, położył przedtem na ranę złożoną 
kilkakrotnie, czystą chusteczkę. 

 -  Dziękuję,  Evans  -  powiedział  markiz,  gdy  opatrywanie 

dobiegło  końca.  -  Teraz  chciałbym  zmienić  koszulę. 
Odprowadź  w  tym  czasie  pannę  Beaumont  do  jej  kabiny. 
Sądzę, że najwygodniejsza będzie Sala Waterloo. 

background image

Lucia  spojrzała  na  Gilesa,  zaskoczona  dziwnie  brzmiącą 

nazwą. Spostrzegłszy jednak, że markiz nie zamierza udzielać 
jej żadnych wyjaśnień, pospieszyła w ślad za Evansem, który 
poprowadził  ją  wąskim  korytarzykiem  do  położonych  nie 
opodal  drzwi.  Skoro  tylko  weszła  do  środka,  zrozumiała, 
dlaczego pokój ten otrzymał nazwę bitwy, w której za męstwo 
markiz otrzymał order. W kabinie znajdowały się trzy obrazy; 
dwa  z  nich  przedstawiały  pole  walki,  trzeci  był  portretem 
księcia Wellingtona. 

Evans przyglądał się malowidłom z wyraźną satysfakcją. 
 -  Dla  tych,  którzy  tam  byli,  proszę  panienki,  to  będą 

zawsze żywe wspomnienia - powiedział. 

 - Czy byliście razem pod Waterloo? - zdziwiła się Lucia. 
 -  A  jakże!  -  odparł  stary  lokaj.  -  Czy  mógłbym  opuścić 

mego  pana?  Mój  Boże,  jakiż  ja  byłem  z  niego  dumny!  To 
najodważniejszy człowiek pod słońcem! I nigdy nie myślał o 
sobie! 

 Rozglądając  się  po  kabinie  Lucia  zauważyła,  że 

umeblowana  jest  podobnie  jak  ta,  która  należała  do  markiza. 
Wyjątek  stanowiło  łóżko  zwieńczone  suto  drapowanym 
błękitnym baldachimem. 

 -  Będzie  tu  panience  wygodnie  -  powiedział  Evans.  - 

Bagaże  panienki  powinny  wkrótce  przybyć.  Kiedy 
wyjeżdżałem z palazzo, właśnie je pakowano. 

 -  Dziękuję,  bardzo  dziękuję  -  uśmiechnęła  się  z 

wdzięcznością Lucia. 

Kiedy  lokaj  pospieszył  z  powrotem  do  markiza,  Lucia 

zdjęła szal i położyła go na jednym z foteli. Przyglądając się z 
zainteresowaniem  przedstawionym  na  obrazach  scenom 
batalistycznym,  zaczęła  odpinać  kapelusz.  Wciąż  czuła  się 
onieśmielona przepychem pomieszczenia, które miało należeć 
do  niej  w  czasie  morskiej  podróży.  Jakże  bardzo  Sala 
Waterloo  różniła  się  od  ciasnej  klitki,  przydzielonej  państwu 

background image

Beaumont na statku wiozącym ich do Wenecji! Przeznaczone 
do  spania  koje  były  tak  wąskie,  że  nocny  wypoczynek 
przypominał  układanie  się  w  trumnie.  Wrażenie  to  pogłębiał 
fakt,  że  w  kabinie  było  niemal  zawsze  ciemno,  gdyż  przez 
wąskie okienko nie wpadało do wnętrza wiele światła. 

„Jakie  to  niezwykłe,  że  przy  tak  smukłym  kształcie 

kadłuba zdołano wygospodarować tyle miejsca dla obszernych 
i  przestronnych  pomieszczeń"  -  stwierdziła  Lucia.  Pomyślała 
też,  jak  wielką  radością  będzie  podróż  w  takim  luksusie,  u 
boku  markiza  Wynchcombe...  Podszedłszy  do  bulaja, 
spojrzała  na  płomienną  zorzę  zachodzącego  słońca,  której 
purpurowe błyski  odbijały się tu i  ówdzie  w leniwych  falach 
laguny. 

 - Cieszę się, że opuszczam Wenecję - szepnęła. 
I nagle jak strzała wymierzona prosto w serce ugodziła ją 

myśl,  że  oto  odchodzi  zostawiając  tu  na  zawsze  oboje 
rodziców. 

„Może powinnam zostać przy nich" - pomyślała czując jak 

coś nieznośnie ściska ją w piersi. I nagle przypomniała sobie 
swój  straszliwy,  obezwładniający  lęk,  który  ogarniał  ją 
zawsze,  ilekroć  spostrzegła,  że  jakiś  obcy  mężczyzna 
przygląda  się  jej  zbyt  natarczywie  lub  ukradkiem  podąża  za 
nią. Nic nie pomagało brzydkie, znoszone ubranie, pod którym 
usiłowała  skryć  swoją  postać,  i  żebraczy  szal,  mający  bronić 
dostępu obcym oczom do jej twarzy. 

„W Anglii będzie zupełnie inaczej" - próbowała przekonać 

samą  siebie.  Przecież  teraz  był  przy  niej  markiz  i  wszystko 
wskazywało  na  to,  że  postanowił  się  nią  zaopiekować. 
Chociaż... Lucia przypomniała sobie nagle, jakim lodowatym 
tonem  zwracał  się  do  Gianniny,  gdy  uznał,  że  stała  się 
niepowołanym  gościem  w  jego  domu.  A  więc  potrafił  być 
także  nieustępliwy  i  okrutny,  mimo  iż  nieobce  mu  były 
współczucie i litość! 

background image

Patrząc przez szybę okienka na ciemniejące po zachodzie 

słońca niebo, Lucia złożyła dłonie do modlitwy. 

 -  Boże...  nie  pozwól  aby  moje  towarzystwo  znudziło  go 

zbyt szybko - prosiła. - Niech będzie dla mnie tak miły jak do 
tej pory. Przecież... poza nim nie mam na świecie już nikogo! 

Czuła,  że  drży  na  całym  ciele.  I  nagle  wydało  się  jej,  że 

wraz z ostatnimi promieniami ginącego za horyzontem słońca 
ktoś przesyła ku niej słowa pełne otuchy i pokrzepienia. Może 
to  dusze  matki  i  ojca  unosiły  się  wciąż  jeszcze  nad  Miastem 
Światła?  Nagle  Lucia  przypomniała  sobie,  jak  markiz  mówił 
do Gianniny, że zawsze dotrzymuje danej obietnicy. 

„Na pewno wypełni swoją obietnicę i zapłaci mi za obrazy 

ojca - pomyślała. - A poza tym przyrzekł przecież, że pomyśli 
o mojej przyszłości. Przy nim czuję się taka... bezpieczna." 

Serce  ścisnął  jej  lęk,  gdy  wyobraziła  sobie  nagle,  jak 

wyglądałaby jej podróż powrotna, gdyby musiała odbywać ją 
sama.  Wspominając  niektóre  fakty  z  podróży  z  rodzicami, 
Lucia  przeczuwała,  że  na  statku  pasażerskim  groziłoby 
samotnej  dziewczynie  niebezpieczeństwo  wcale  nie  mniejsze 
niż w wąskich zaułkach Wenecji. 

W  drodze  do  wyśnionej  krainy  malarskich  wizji  ojca, 

przebywała tylko z rodzicami. Starali się oni trzymać z dała od 
innych  pasażerów  statku,  chociaż  zawsze  byli  dla  nich 
uprzejmi.  Wychodząc  od  czasu  do  czasu  na  przechadzkę  po 
pokładzie  z  matką  lub  ojcem,  Lucia  spostrzegła,  że  wszyscy 
mężczyźni, zarówno młodzi jak i starzy, przyglądają się jej w 
sposób, który budził onieśmielenie dziewczyny. Upewniła się 
w  swych  podejrzeniach,  gdy  pewnego  wieczora  usłyszała 
przypadkiem, jak matka mówi do ojca: 

 -  Za  kilka  lat  Lucia  stanie  się  prawdziwą  pięknością. 

Będziemy musieli strzec jej jak oka w głowie! 

 - To tylko dziecko - odparł ojciec. 

background image

 -  Wszystkie  dzieci  z  czasem  dorastają,  kochanie  - 

powiedziała  cicho  pani  Beaumont.  -  Co  wieczór  modlę  się  o 
to,  aby  nasza  córka  znalazła  tak  wspaniałego  człowieka  na 
męża  jak  ty,  mój  drogi.  Chciałabym,  żeby  żyli  w  zdrowiu  i 
spokoju aż do końca swoich dni. 

 - Czy to właśnie zdarzyło się tobie? 
 -  Dobrze  wiesz  o  tym,  że  tak!  I  w  niebie  nie  byłabym 

bardziej szczęśliwa! 

 - Na pewno niczego nie żałujesz? 
 -  Jak  możesz  wciąż  zadawać  to  niemądre  pytanie?  - 

obruszyła się matka. - Nie żałowałabym nawet, gdybyś porwał 
mnie prosto z raju. Będąc twoją żoną, jestem najszczęśliwszą 
kobietą na całym świecie! 

 -  A  ja  co  dzień  dziękuję  Bogu,  że  mi  dał  ciebie  - 

odpowiedział Bernard Beaumont. 

Zapadła  cisza.  Lucia  wiedziała,  że  matka  i  ojciec  patrzą 

sobie  teraz  w  oczy,  zapomniawszy  o  całym  świecie,  lub 
przytuliwszy się do siebie, całują z czułością, która nie miała 
sobie równej. 

„Tego  właśnie  pragnęłabym  w  życiu  najbardziej"  - 

pomyślała  Lucia  wspominając  tamte  wydarzenia.  I  nagle 
uświadomiwszy sobie, że znajduje się wśród obcych, zdana na 
łaskę  i  niełaskę  kapryśnego  arystokraty,  zrozumiała,  że  lęk  i 
niepewność  jutra  to  uczucia,  które  odtąd  będą  jej  stale 
towarzyszyć. 

* * * 
Następnego  dnia  o  świcie  Lucię  obudził  rumor 

podnoszonej  kotwicy  i  gorączkowa  krzątanina  na  pokładzie. 
Otworzywszy oczy, dziewczyna rozglądała się przez chwilę ze 
zdziwieniem, jak gdyby usiłując sobie przypomnieć, gdzie się 
znajduje.  Później  zrozumiała,  że  dobiegające  ją  odgłosy 
oznaczają,  iż  wszystkie  bagaże  zostały  załadowane  i  „Konik 
Morski"  opuszcza  wenecki  port.  Poprzedniego  wieczoru 

background image

markiz  zaprosił  ją  na  kolację,  którą  podano  w  salonie. 
Usługiwali im ubrani na biało stewardzi i Lucia stwierdziła, że 
wyglądają  oni  o  wiele  lepiej  niż  służba  w  palazzo  w 
wymyślnych  liberiach.  Podane  potrawy  były  znakomite. 
Markiz skłonił również Lucię do wypicia kieliszka wybornego 
wina. Odczekawszy, aż zostaną sami, powiedział: 

 - Chciałbym, aby pani wiedziała, jak bardzo ją podziwiam 

za wczorajsze zachowanie. 

Widząc, że Lucia spłonęła nagłym rumieńcem, dodał: 
 - Dziękuję także z całego serca za uratowanie mi życia. 
 - Ależ... - zaczęła Lucia, lecz markiz przerwał jej protesty, 

mówiąc: 

 -  Nie  będę  już  więcej  do  tego  wracać.  Pragnąłbym  tylko 

dodać,  że  gdyby  nie  działała  pani  z  taką  determinacją, 
konsekwencje  owego  godnego  pożałowania  incydentu  mogły 
być  bardzo  poważne.  Brak  mi  słów,  aby  wyrazić  moją 
wdzięczność. 

Dostrzegając zakłopotanie Lucii, zmienił szybko temat: 
 - Teraz chciałbym usłyszeć coś od pani na temat obrazów, 

które znajdują się na moim jachcie! - i uśmiechając się dodał: 
- Jestem do nich bardzo przywiązany, szczególnie zaś do tych, 
jakie widzi pani w tym pomieszczeniu. Jutro oprowadzę panią 
po  innych  kabinach,  każda  z  nich  bierze  swoją  nazwę  od 
bitwy, w której uczestniczyłem! 

 - To niezwykle oryginalny pomysł - stwierdziła Lucia. 
 -  To  samo  zauważył  książę  Wellington,  kiedy 

powiedziałem  mu,  że  nie  tylko  mam  jego  portret  na  swoim 
jachcie,  ale  w  moim  domu  w  Londynie  poświęciłem  cały 
pokój wszystkim bitwom, w których uczestniczyłem pod jego 
dowództwem. 

 -  Zapewne  ci,  którym  zechciał  pan  pokazać  swoją 

kolekcję, byli nią bardzo zainteresowani! - zauważyła Lucia. 

background image

 - Tak, istotnie! - odparł  markiz.  - Prawdę  mówiąc jest to 

jedyna  rzecz,  która  naprawdę  mnie  zajmuje.  Niebawem 
zamierzam  udać  się  do  Francji,  aby  poszukać  scen 
batalistycznych  z  ostatniej  wojny,  malowanych  przez 
tamtejszych artystów. 

 -  To  prawda,  że  należy  dbać  o  to,  aby  pamięć  o  wielkiej 

wojnie  nie  zaginęła  wśród  narodu  -  stwierdziła  Lucia  po 
chwili  namysłu.  -  Jednak  teraz  mamy  już  pokój  i  tyle  jest 
nowych rzeczy do zrobienia! 

Markiz spojrzał na nią zaskoczony. 
 -  Co  ma  pani  na  myśli?  -  spytał  unosząc  brwi.  Lucia 

zawahała się przez moment. 

 -  Razem  z  mamą  śledziłyśmy  pilnie  wszystkie 

sprawozdania  z  obrad  parlamentu  -  powiedziała  nieśmiało.  - 
Po  tym,  co  działo  się  w  czasie  zamieszek  na  północy  kraju, 
zrozumiałyśmy,  że  Anglii  potrzebne  są  przede  wszystkim 
mądre  zarządzenia  i  reformy.  Zawsze  miałam  nadzieję,  że 
pojawi  się  ktoś...  może  ktoś  taki  jak  pan...  -  przerwała 
zarumieniwszy się lekko. 

Markiz patrzył na nią z osłupieniem. Wiedział, że w czasie 

powstania  robotników  w  Manchesterze  wielu  z  nich  zostało 
zabitych i  rannych. Domyślał  się też, że  wojna doprowadziła 
tych  ludzi  to  takiej  nędzy,  iż  nie  zawahali  się  wystąpić 
przeciwko  rządowi  własnego  kraju.  Słysząc  o  brutalnej  akcji 
wojska  i  masowych  aresztowaniach,  uważał  jednak,  że 
rebelianci  ponieśli  zasłużoną  karę.  Podnosiły  się  wprawdzie 
głosy  w  parlamencie  i  poza  nim,  o  konieczności 
zreformowania starego systemu rządzenia. Nikt ich jednak nie 
słuchał. 

 -  Obawiam  się,  że  polityka  niewiele  mnie  interesuje  - 

oznajmił chłodno markiz. 

 -  Ależ  dlaczego?  -  zaprotestowała  Lucia  z  nagłą 

śmiałością  w  głosie.  -  Jestem  pewna,  że  gdyby  właśnie  pan 

background image

wystąpił  przeciwko  niesprawiedliwościom  w  naszym  kraju, 
premier nie zbagatelizowałby sprawy! 

Markiz  przypomniał  sobie  z  pewnym  rozbawieniem,  że 

swego czasu również Alastair zawracał mu głowę podobnymi 
uwagami. 

 - Dlaczego wy wszyscy nie zostawicie mnie w spokoju? - 

spytał  z  lekkim  zniecierpliwieniem.  -  Prowadzę  życie,  które 
satysfakcjonuje  mnie  całkowicie.  W  zupełności  wystarczają 
mi  moje  sukcesy  sportowe,  doglądanie  moich  koni, 
zarządzanie  majątkiem  i  od  czasu  do  czasu  zabawa  w  kręgu 
przyjaciół! 

Spojrzał  na  Lucię,  szukając  potwierdzenia  w  jej  oczach. 

Dziewczyna  opuściła  jednak  głowę,  a  markizowi  wydało  się 
nagle, że jej milczenie pełne jest dezaprobaty. 

 -  No  dobrze,  proszę  powiedzieć  głośno  to,  o  czym  teraz 

pani  myśli!  -  rzekł  głosem,  w  którym  wzbierał  gniew.  -  Cóż 
złego jest w moim postępowaniu? 

 -  Jestem  pewna,  że  nigdy  nie  postąpił  pan  źle,  w  pełni 

zdając sobie z tego sprawę - odpowiedziała Lucia spokojnie. - 
Lecz  jeśli  ktoś  ma  tyle  możliwości...  jest  tak  dynamiczny  i 
inteligentny...  a  nasz  kraj  potrzebuje  takich  ludzi  nie  tylko  w 
czasie wojny, ale i po zawarciu pokoju, to... 

Markiz  wyprostował  się  na  krześle  przyglądając  się  swej 

towarzyszce  z  niedowierzaniem.  Nigdy  nie  zdarzyło  mu  się 
siedzieć  przy  jednym  stole  z  piękną  kobietą,  która  zamiast 
prowadzić  subtelną  grę  na  słowa,  udzielałaby  mu  lekcji 
patriotyzmu.  Zazwyczaj  tematem  rozmowy  był  on  sam  i 
wtedy  pozwalał  się  podziwiać  bez  zastrzeżeń,  czasami 
konwersacja  przeradzała  się  w  snucie  dalszych  wspólnych 
planów.  Nigdy  jednak  nie  padło  ani  jedno  słowo  o  polityce, 
rządzie czy sprawach wagi państwowej. 

 -  Czy  naprawdę  sugeruje  mi  pani,  abym  stał  się  nagle 

zwolennikiem  jakiejś  niewiele  znaczącej  mniejszości  i  zajął 

background image

się krzykliwą agitacją jak ci, którzy wygłaszają przemówienia 
w Hyde Parku? - spytał Giles z nie tajoną irytacją. 

 -  Czy  jest  pan  całkiem  pewien,  że  zwolennicy  reform 

stanowią  w  Anglii  mniejszość?  -  spytała  Lucia.  -  Z  tego,  co 
czytałam,  zanim  opuściliśmy  Anglię,  a  także  z  tego,  co 
docierało do nas w czasie pobytu w Wenecji, wiem, że coraz 
więcej  osób  jest  niezadowolonych  z  obecnego  stanu  rzeczy. 
Nie  mówię  tu  oczywiście  o  właścicielach  ziemskich  ani  o 
członkach Izby Lordów. 

Gdyby  nagle  jedna  z  krążących  nad  statkiem  mew 

zaatakowała  markiza,  nie  byłby  on  chyba  bardziej  zdumiony 
niż  po  tym,  co  usłyszał  z  ust  Lucii.  Było  to  wprost  nie  do 
uwierzenia,  aby  osoba  o  tak  bardzo  kobiecym  i  delikatnym 
wyglądzie  przemawiała  niby  jakiś  krzykacz  z  niższej  izby 
parlamentu. 

 -  Domyślam  się,  do  czego  pani  zmierza,  Lucio  -  odparł 

markiz  lodowatym  tonem.  -  I  postaram  się  odpłacić  pani 
szczerością za szczerość. Doskonale wiem, że istnieją ludzie, 
którzy  potrafią  przejmować  się  jakimiś  głodującymi 
biedakami, walczyć o demokratyczne prawa dla katolików lub 
gardłować przeciw jedynowładztwu panującemu w niektórych 
hrabstwach. Jeżeli o mnie chodzi, te sprawy zupełnie mnie nie 
obchodzą! 

 -  A  szkoda!  -  odparowała  Lucia  z  niespodziewaną 

odwagą.  -  Czy  pan  zupełnie  nie  dostrzega  tego,  że  ludzie 
cierpiący  z  powodu  niesprawiedliwości  w  naszym  kraju  nie 
mają nikogo, kto wstawiłby się za nimi? Właśnie tacy jak pan: 
bogaci,  inteligentni,  o  nieograniczonych  możliwościach 
działania mogliby im pomóc! 

Markiz stwierdził, że najlepiej byłoby obrócić całą sprawę 

w żart i nie wracać do niej więcej. Poczuł jednak, że ogarnia 
go  jakiś  dziwny  nastrój,  który  nie  pozwala  mu  zlekceważyć 

background image

słów  Lucii.  Może  sprawił  to  sposób,  w  jaki  mówiła,  a  może 
było to echo dzisiejszych wydarzeń... 

 - Dlaczego niby miałbym stać się przywódcą tych, którzy 

stoją  najniżej  w  hierarchii  społecznej?  -  spytał  dość 
opryskliwie. 

 -  Odpowiedź  jest  bardzo  prosta  -  odparła  Lucia.  - 

Ponieważ jest pan wśród tych, którzy stoją najwyżej! 

Markiz roześmiał się gorzko. 
 -  Widzę,  że  trudno  jest  panią  zbić  z  tropu  -  stwierdził.  - 

Pozwolę  sobie  jednak  zauważyć,  że  po  powrocie  do  Anglii 
czeka  mnie  mnóstwo  ważnych spraw. Wątpię, czy będę  miał 
dosyć czasu, aby chociaż pomyśleć o czymkolwiek innym! 

 -  Ale  spróbuje  pan,  prawda?  -  Lucia  spojrzała  mu  prosto 

w oczy. - Proszę mi obiecać, że pan chociaż spróbuje... 

Wyraz jej twarzy przypomniał Gilesowi sprawę Gianniny i 

naszyjnika  ze  szmaragdów.  Tamta  też  patrzyła  na  niego  z 
nadzieją  malującą  się  w  oczach,  tylko  że  chodziło  jej  o  coś 
zupełnie  innego... Pamiętając,  jak  zapewniał  Włoszkę  o  tym, 
że  zawsze  dotrzymuje  słowa,  zrozumiał  nagle,  iż  Lucia 
zapędziła  go  w  kozi  róg,  i  pozostało  mu  tylko  ogłosić 
kapitulację. 

 -  Jeśli  pewnego  dnia  stanę  się  zagorzałym  głosicielem 

reform,  tak  jak  Corbett  albo  Wilbeforce  -  stwierdził  z 
rezygnacją  w  głosie  -  zarzuci  mi  pani,  że  jestem  strasznym 
nudziarzem! 

Lucia roześmiała się dźwięcznie. 
 - Jestem pewna, że to niemożliwe! - oznajmiła z powagą. 

- A ilekroć czytam o tym, co dzieje się w naszym kraju, myślę, 
że  Anglii  jak  nigdy  dotąd  potrzeba  teraz  ludzi  wybitnych  i 
śmiałych! 

 -  Dlaczego  pani  przypuszcza,  że  ja  do  nich  należę?  - 

indagował markiz. 

background image

Lucia  uniosła  nieznacznie  obie  dłonie  w  geście  pełnym 

bezradności. 

 -  To...  trudno  wyrazić  słowami  -  powiedziała  powoli. 

Jestem  o  tym  całkowicie  przekonana,  tak  samo  jak  jestem 
pewna,  że  jutro  rano  znów  wzejdzie  słońce  i  że  po  wiośnie 
nastąpi lato! 

 - Mam nadzieję, ze się pani nie myli! - stwierdził markiz z 

udaną powagą. 

Lucia  nie  wyczuła  jednak  lekkiej  kpiny  w  jego  głosie. 

Oparłszy  policzek  na  ręce,  a  łokieć  o  stół,  pogrążyła  się  we 
wspomnieniach. 

 -  Ojciec  mówił  zawsze,  że  każdy  ma  w  sobie  pewien 

zasób  energii  życiowej  -  powiedziała.  -  Jednak  są  wśród  nas 
osoby,  które  posiadają  jej  o  wiele  więcej  od  innych,  tak  że 
zdolni  są  oddziaływać  nią  na  innych.  To  są  właśnie  wybitne 
jednostki: tak jak na przykład Budda, Chrystus czy Mahomet, 
a w trochę mniejszym stopniu Marco Polo lub Kolumb. 

 -  I  myśli  pani,  że  mógłbym  znaleźć  się  w  tak  dostojnym 

towarzystwie?  -  spytał  Giles  śmiertelnie  poważnym  głosem, 
lecz  i  z  przewrotnym  błyskiem  w  oku.  Lucia  nadal  nie 
zwracała uwagi na próby drwin z jego strony. 

 -  Wiedziałam...  od  pierwszej  chwili  przeczuwałam  - 

powiedziała  po  chwili  milczenia  -  że  jest  pan...  inny  niż 
wszyscy.  Podchodząc  do  pana  na  placu  Świętego  Marka, 
wyczułam  wyraźnie...  jakieś  fluidy...  jak  gdyby  wibrację... 
nigdy nie doznałam podobnego uczucia! 

 - Miło mi to słyszeć - zaśmiał się markiz z lekką ironią. - 

Ale chyba jednak trochę pani przesadza. 

 -  Być  może  -  przyznała  Lucia.  -  Opisuję  tylko  dokładnie 

to, co wtedy czułam. 

Giles uniósł ręce, jakby poddawał się w walce. 
 - To, co pani mówi, zaczyna mnie przerażać - stwierdził. - 

Odkąd  zrozumiałem,  że  potrafi  pani  skłonić  mnie  do 

background image

uczynienia  czegoś,  na  co  wcale  nie  mam  ochoty,  odczuwam 
stale rosnącą chęć stawienia pani oporu! 

 -  Wydaje  mi  się,  że  znam  już  pana  na  tyle,  aby  być 

pewną,  że  i  tak  uczyni  pan  w  końcu  to,  co  będzie 
najwłaściwsze! - odparła Lucia. 

Markiz zmarszczył brwi. 
 - Jeśli zamierza mnie pani strofować i pouczać przez całą 

naszą  podróż  -  oznajmił  -  obawiam  się,  że  przed  jej 
zakończeniem będę zmuszony wyrzucić panią za burtę! 

„Zawsze  mówiłem  Alastairowi,  że  nie  dam  się  nikomu 

złapać niczym ryba na  wędkę -  pomyślał  Giles. -  I co teraz? 
Sam  wpędziłem  się  w  sytuację,  w  której  zaczynam  czuć  się 
gorzej niż w najbardziej nudnym małżeństwie!" 

 -  Chciałbym  pani  o  czymś  przypomnieć,  Lucio  - 

powiedział patrząc na nią z odrobiną wyższości. - Przyjęło się, 
że jeśli samotny mężczyzna zaprasza kobietę do swego stołu, 
jej  powinnością  jest  zabawianie  go  lekką,  przyjemną 
rozmową,  a  nie  zmuszanie  do  rozważania  poważnych 
problemów politycznych! 

Lucia zarumieniła się gwałtownie. 
 -  Ja...  bardzo  pana  przepraszam,  milordzie  -  szepnęła.  - 

Mama  zawsze  mówiła  mi,  że...  kobiety,  które...  zbyt  dużo 
mówią, nudzą mężczyzn... 

 -  Nie  czuję  się  bynajmniej  znudzony  -  zaprzeczył 

gwałtownie markiz spostrzegłszy, że swoimi uwagami sprawił 
Lucii przykrość. - Obawiam się tylko, że zanim dotrzemy do 
Anglii,  uczyni  pani  ze  mnie  żarliwego  zwolennika  swojej 
sprawy! 

Uśmiechając  się  wyciągnął  dłoń,  którą  Lucia  przyjęła  po 

chwili wahania. 

 -  Przyrzekam,  że  odtąd  będę  się  starała  zabawiać  pana  - 

powiedziała. - Tylko że ja tak niewiele wiem o życiu... 

 - I pani to mówi? - obruszył się Giles. 

background image

 -  ...i  nie  mam  pojęcia,  o  czym  należy  rozmawiać  z 

bywalcami wielkiego świata. 

Palce Gilesa silnie objęły szczupłą dłoń Lucii. 
 -  Specjalnie  to  pani  powiedziała,  aby  usłyszeć  ode  mnie 

komplement  -  zauważył  markiz.  -  A  wiec  dobrze:  dzisiejsza 
kolacja i rozmowa z panią sprawiły mi  wielką przyjemność i 
mam  nadzieję,  że  jeszcze  nieraz  będę  się  cieszył  jej 
towarzystwem! 

Lucia ponownie spłonęła rumieńcem i cofnęła rękę, którą 

Giles uwolnił z pewnym oporem. 

 -  Teraz  powinna  już  pani  iść  spać  -  dodał  patrząc  na  nią 

uważnie. - Dzisiejszy dzień był bardzo wyczerpujący i jestem 
pewien,  że  już  wkrótce  poczuje  pani  ogromne  zmęczenie. 
Proszę  zatem  udać  się  czym  prędzej  na  spoczynek.  Ja  zaś 
zostanę jeszcze przez chwilę sam ze swymi myślami, a może 
mi  pani  wierzyć,  że  nie  miałem  wcale  zamiaru  zmagać  się 
dzisiejszej nocy z problemami takiej wagi! 

Zaskoczona  nagłą  zmianą  w  zachowaniu  markiza,  Lucia 

podniosła  się  od  stołu.  Odchodząc  zatrzymała  się  jeszcze  na 
chwilę, aby po krótkim wahaniu powiedzieć: 

 -  Dziękuję  za  wszystko,  co  pan  zrobił  dla  mojego  ojca  i 

dla mnie... Nigdy tego nie zapomnę i zawsze... będę pamiętać 
o panu w moich modlitwach! 

Przechyliwszy się szybkim ruchem, dziewczyna na chwilę 

przycisnęła  usta  do  spoczywającej  na  stole  dłoni  markiza. 
Zanim  zaskoczony  Giles  zdołał  poruszyć  się  lub  powiedzieć 
cokolwiek,  Lucia  poderwała  się  niczym  spłoszony  ptak  i 
niemal frunęła w kierunku drzwi kabiny. 

Markiz  nasłuchiwał  przez  chwilę  jej  oddalających  się 

kroków. Potem stuknęły drzwi Sali Waterloo i zapadła cisza. 
Giles  zamyślił  się  głęboko.  Siedział  tak,  nieruchomo,  aż  do 
chwili,  gdy  w  lichtarzach  dopaliły  się  świece,  a  nad 

background image

horyzontem  zajaśniały  pierwsze  promienie  wschodzącego 
słońca. 

* * * 
Gdy zamknęły się za nią drzwi kabiny, Lucia stała jeszcze 

przez  chwilę  z  twarzą  ukrytą  w  dłoniach. Policzki  ją  paliły  i 
sama już nie wiedziała, czy działo się tak dlatego, że wstydziła 
się  swoich  popełnionych  przy  kolacji  niezręczności,  czy 
przyczyna leży może w nagłej, niezrozumiałej dla niej zmianie 
nastroju markiza. 

 -  To  wspaniały  człowiek  -  szepnęła  Lucia  do  siebie.  - 

Któż  mógłby  lepiej  od  niego  poprowadzić  naród,  aby  już 
więcej  nie  cierpiał  z  powodu  nędzy,  okrucieństwa  i 
niesprawiedliwości? 

Podszedłszy  do  okrągłego  okienka,  uchyliła  aksamitnej 

zasłony, aby spojrzeć w noc. 

 -  Być  może  miał  rację  mówiąc,  że  powinnam  lepiej 

zabawiać go rozmową - powiedziała powoli. 

Jednak  w  głębi  serca  czuła,  że  pomimo  wszystkich 

szorstkich i kpiących słów, które dane jej było dziś wysłuchać, 
zaistniała  między  nią  i  Gilesem  nić  porozumienia.  Żadne  z 
nich nie powiedziało co prawda nic na jego temat, lecz Lucia 
wiedziała, że przeczucie jej nie myli. 

 -  On  zrozumiał  moje  przesłanie  -  stwierdziła  z  nagłą 

pewnością. - I dobrze wie, co powinien teraz uczynić! 

Wspominając  długie  godziny  spędzone  z  matką  na 

czytaniu  sprawozdań  z  parlamentu  i  artykułów  w  gazetach, 
które opisywały nędzę panującą wśród robotników, wiedziała, 
że  w  kraju  podnosiło  się  coraz  więcej  głosów,  że 
zreformowanie  panującego  systemu  jest  konieczne.  Mimo  iż 
parlament  powinien był  już dawno temu podjąć odpowiednie 
decyzje,  nic  nie  wskazywało  na  to,  aby  miało  to  nastąpić  w 
najbliższym czasie. Nawet w małym Little Morden mówiono, 
że rząd od czasu zakończenia wojny pogrążył się w apatii, nie 

background image

troszcząc się nawet o inwalidów wojennych ani o tych, którzy 
utraciwszy na  wojnie  wszystkich swoich bliskich znaleźli się 
bez  środków  do  życia.  Aby  przetrwać,  ludzie  chwytali  się 
każdej 

pracy, 

nawet 

najbardziej 

poniżających, 

niewolniczych  warunkach.  Powstało  wiele  nowych  domów 
publicznych,  powszechne  stało  się  również  zatrudnianie 
dzieci, szczególnie w kopalniach. 

Mając  niezwykle  wrażliwą  naturę,  Lucia  nie  mogła 

pogodzić  się  z  tym,  że  tyle  niesprawiedliwości  dzieje  się  w 
świecie, w którym arystokracja poświęca swój czas wyłącznie 
rozrywkom,  wyścigom  konnym  lub,  idąc  w  ślady  króla, 
prowadzeniu życia ponad stan. 

Od  pierwszego  razu,  kiedy  ujrzała  markiza  jako 

piętnastoletnia dziewczyna, Lucia przeczuwała, że jest on inny 
niż  reszta  otaczających  go  osób.  I  jakkolwiek  wiedziała,  że 
jego nazwisko rzadko pojawiało się w sprawozdaniach z obrad 
Izby Lordów, wydawało się jej, że to właśnie on mógłby stać 
się  uznanym  głosicielem  nowego  porządku.  Później,  gdy 
poznała  już  go  osobiście  i  okazało  się,  że  nie  tylko  potrafi 
docenić  artyzm  zawarty  w  obrazach  jej  ojca,  lecz  również 
okazać współczucie i chęć niesienia pomocy, była przekonana, 
że  wszystkie jego  myśli  i  czyny  płyną z najszlachetniejszych 
pobudek.  1  nagle,  w  kryształowo  czystym,  wizerunku 
najszlachetniejszego  człowieka  pojawiła  się  skaza:  sprawa 
Gianniny. 

A teraz Giles oznajmił, że sprawy polityczne zupełnie go 

nie  interesują,  co  sprawiło,  że  okazał  się  człowiekiem  dość 
mocno  różniącym  się  od  ideału,  który  stworzyła  w  swoich 
myślach  Lucia...  Jednak  zbliżając  się  do  niego  wciąż 
odczuwała  tę  samą  wibrację,  która  po  raz  pierwszy  dała  się 
zaobserwować na placu Świętego Marka. 

Kładąc  się  do  łóżka,  Lucia  pomyślała,  że  mimo 

wszystkich  oporów,  na  jakie  napotykała  ze  strony  Gilesa, 

background image

przed  końcem  podróży  musi  sprawić,  aby  uwierzył  on  w 
siebie i w swoje przeznaczenie. 

background image

Rozdział 6 
Po kolacji markiz wraz z Lucią wyszli na pokład. 
Przez  kilka  pierwszych  dni  podróży  Adriatyk  był  bardzo 

niespokojny. Kiedy zaś minąwszy Brindisi jacht wypłynął na 
rozległe wody Morza Śródziemnego, rankiem okazało się, że 
jest  ono  błękitne  i  spokojne niczym  laguna.  Pragnąc  uniknąć 
zagrożenia  ze  strony  piratów,  których  spotkać  można  było  u 
wybrzeży  Północnej  Afryki,  markiz  wydał  rozkaz,  aby  po 
przepłynięciu  przez  Cieśninę  Mesyńską  statek  poruszał  się 
wzdłuż  zachodniego  wybrzeża  Italii.  Kapitan  utrzymywał 
jacht  w  takiej  odległości  od  brzegu,  aby  był  on  w  zasięgu 
wzroku. Wychodząc o zmierzchu na pokład można więc było 
ujrzeć  światła  włoskich  miast  nadbrzeżnych,  które  w  mroku 
sprawiały  wrażenie  gwiazd  migocących  całymi  gromadami 
tuż nad horyzontem. 

Przez  kilka  minut  stali  w  milczeniu,  oczarowani 

niezwykłym widokiem. 

 - Jakie to piękne - szepnęła Lucia. 
Po chwili markiz odpowiedział, również zniżając głos: 
 - To ty jesteś piękna, Lucio! 
Zaskoczona 

niezwykłym 

tonem 

głosu 

markiza, 

dziewczyna  spojrzała  na  niego  i  w  tym  samym  momencie 
znalazła się w jego ramionach. Jak we śnie widziała, że Giles 
pochyla głowę, aby dotknąć ustami jej warg. Drżąc na całym 
ciele przyjęła jego pocałunek i wiedziała już, że za tą właśnie 
chwilą tęskniła, sama o tym nie wiedząc, od czasu, gdy ujrzała 
go po raz pierwszy.  Wprost nie mogła uwierzyć  w to, co się 
stało. Był dla niej do tej pory równie daleki i nieosiągalny, jak 
księżyc lub słońce. Nigdy nie śmiała nawet marzyć o tym, by 
dotknął  jej  dłoni.  Teraz  zaś  trzymał  ją  w  ramionach  tak,  jak 
gdyby  miała na zawsze  w nich pozostać, a jego usta pieściły 
jej  wargi.  W  najśmielszych  wyobrażeniach  Lucia  nie 
przypuszczała,  że  pocałunek  może  być  rzeczą  tak  rozkoszną. 

background image

Czując, jak skrzydła rosną jej u ramion wspięła się na palce, 
aby  jeszcze  bardziej  utonąć  w  jego  uścisku,  podając  usta  do 
nowej  pieszczoty.  To  było  jak...  owo  pełne  życia  światło, 
które  ojciec  uwieczniał  na  swych  obrazach,  jak  słodko 
brzmiąca muzyka i ogrody kipiące od kwiatów. Kręciło się jej 
w  głowie.  Czy  tylko  jej  się  wydawało,  czy  rzeczywiście 
unieśli  się  obydwoje  wysoko,  wirując  coraz  szybciej  wśród 
obłoków? 

Giles domyślał się, co dzieje się w sercu Lucii. Wiedział, 

że te delikatne, niewinne usta całowały i były całowane po raz 
pierwszy  w  życiu.  Czując  ogarniający  jego  ciało  płomień, 
przytulił drobną postać dziewczyny mocniej do siebie, a jego 
pocałunki  stały  się  bardziej  natarczywe  i  zachłanne.  Ciało 
Lucii  odpowiedziało  słodkim  poddaniem  się  pełnemu 
namiętności 

uściskowi. 

Lucia 

poczuła 

dziwny, 

obezwładniający żar w piersi, który rozchodząc się rozkosznie 
po całym ciele sprawił, że znów zaczęła drżeć, lecz teraz już z 
uniesienia. 

Kiedy markiz z ociąganiem oderwał się od jej ust i uniósł 

głowę, szepnęła: 

 - Ukochany mój! Ja... nie wiedziałam, że może być aż tak 

cudownie... 

 -  Od  tak  dawna  marzyłem,  aby  cię  pocałować  -  odparł 

cicho Giles. - Obawiałem się tylko, że mógłbym cię spłoszyć. 

 - Czego miałabym się bać? - uśmiechnęła się Lucia. - To 

było takie piękne i tak... doskonałe. Nie ma na świecie słów, 
które byłyby zdolne to wyrazić! 

Zamiast  odpowiedzi  markiz  pocałował  ją  znowu  i  Lucii 

wydało  się,  że  dostrzega  spływające  gdzieś  spod  obłoków 
jasne,  łagodne  światło,  które  zbliżywszy  się  powoli  ogarnęło 
w ich w końcu, łącząc się z nimi w jedną całość. 

background image

„Miłość... też jest światłem" - pomyślała i nagle wszystko 

inne  przestało  istnieć.  Na  całym  świecie  był  tylko  on,  jego 
usta, jego ramiona i tak blisko przy niej bijące serce. 

* * * 
Później,  gdy  wzbierająca  w  nich  namiętność  stała  się  tak 

intensywna,  że  zdawało  się,  iż  nie  zniosą  tego  ani  chwili 
dłużej,  Lucia  oparła  głowę  na  ramieniu  Gilesa  oddychając 
szybko jak po długim biegu. 

 -  Czy  mógłby  istnieć  na  świecie  ktoś  bardziej  godny 

uwielbienia  od  ciebie?  -  szepnął  markiz  pieszcząc  ustami  jej 
ucho. - Nigdy nie spotkałem kobiety takiej jak ty! 

 - Czy... mówisz prawdę? 
 - Mogę przysiąc, jeśli chcesz. Nasz pocałunek wzbudził w 

moim sercu uczucia, o których nie śniłem, że istnieją. 

Lucia westchnęła głęboko. 
 -  A  ja...  nie  śmiałam  nawet  marzyć  o  tym,  że  kiedyś 

mógłbyś mnie pocałować. 

 -  Przeczuwałem  to  -  uśmiechnął  się  Giles.  -  I  każdego 

wieczoru,  kiedy  z  takim  żarem  przekonywałaś  mnie,  że 
powinienem  podjąć  krucjatę  przeciwko  niesprawiedliwości, 
wzmagało  się  we  mnie  pragnienie,  aby  porozmawiać  z  tobą 
zupełnie o czym innym! 

 -  Czy  znudziło  cię  to,  co  mówiłam?  -  spytała  szybko 

Lucia rumieniąc się gwałtownie. 

 - Ależ skąd! - obruszył się markiz. - Zapewniam cię, moja 

najdroższa,  że  nie  ma  mowy  o  nudzie,  gdy  jest  się 
zakochanym po uszy! 

Słysząc to Lucia zadrżała znowu i szepnęła nieśmiało: 
 -  Nie  mogę...  wciąż  nie  mogę  uwierzyć  w  to,  że  mnie 

kochasz.  Swoją  miłość  do  ciebie  przyjęłam  jak  rzecz 
naturalną, bo... wielbiłam cię i czciłam jak wysłańca niebios... 

 -  Stanę  się  próżny  jak  paw,  jeśli  wciąż  będziesz  tak  o 

mnie  mówić.  Moja  ukochana,  najśliczniejsza  na  świecie! 

background image

Przyrzekam ci, że już nigdy nie pozwolę na to, abyś musiała 
obawiać się samotności! 

Lucia westchnęła znowu, jak gdyby olbrzymi ciężar spadł 

jej z serca. 

 -  Teraz  już  mogę  ci  powiedzieć  -  wyznała.  -  Z  takim 

lękiem myślałam o tym, co stanie się po przybyciu do Anglii, 
że czasami żałowałam, iż „Konik Morski" nie jest najbardziej 
powolnym statkiem na świecie! 

 - Wszystko już zaplanowałem - zapewnił ją markiz. - Ale 

teraz  nie  chcę  jeszcze  o  tym  mówić,  gdyż  mam  ochotę 
całować cię do utraty tchu! 

I  przystąpiwszy  natychmiast  do  spełnienia  swych  słów, 

tulił Lucię w ramionach tak długo, że świat wokół nich zaczął 
wirować w zawrotnym tempie. 

 -  Skąd  mogłem  wiedzieć,  że  kiedyś  spotkam  na  swej 

drodze  istotę  tak  doskonałą  jak  ty?  -  szepnął,  -  Teraz  już 
wiem,  że  w  pierwszej  chwili,  gdy  odezwałaś  się  do  mnie  na 
placu  Świętego  Marka  poczułem,  że  nie  mogę  pozwolić  ci 
odejść! 

 - Naprawdę... tak myślisz? 
 -  Nie  powinnaś  w  to  wątpić  ani  przez  chwilę!  - 

oświadczył  gorąco  markiz.  -  Sama  mówiłaś,  że  w  mojej 
obecności odczułaś niespotykaną dotąd siłę, która przyciągała 
cię do mnie. Ponieważ wiem już teraz, o czym mówisz, jestem 
pewien,  że  zostaliśmy  sobie  przeznaczeni  przez  los.  Jesteś 
moja i zostaniesz moją na zawsze! 

 - Bardzo tego pragnę - odparła cicho Lucia. 
 -  Będę  ci  to  powtarzał,  dopóki  nie  uwierzysz,  że  to 

prawda. Nic już nas nie rozdzieli! 

Mówiąc to  muskał  delikatnie  wargami  jej czoło, a potem 

przesunął  nimi  wzdłuż  jej  małego,  zgrabnego  noska,  aby 
ucałowawszy  jego  koniec  przenieść  się  na  gładki  policzek, 
krążąc  przekornie  wokół  gotowych  do  pocałunku  ust.  Lucia 

background image

zamarła  w  bezruchu  czując,  jak  lekki  dotyk  jego  warg 
wzbudza  w  niej  dziwnie  słodkie,  obezwładniające  dreszcze. 
Nagle  Giles  pochylił  się  bardziej  i  delikatnie pocałował  ją  w 
szyję.  Lucii  wydało  się,  że  w  głębi  jej  ciała  wybuchł 
gwałtowny płomień, który w mgnieniu oka ogarnął ją całą, co 
sprawiło, iż w jednej chwili pojęła, że istnieje upojenie aż do 
bólu.  2  głębokim  westchnieniem,  które  brzmiało  jak  jęk, 
zupełnie  instynktownie  przywarła  do  Gilesa  całym  ciałem, 
drżąc z uniesienia, 

 -  Moja  najsłodsza,  moja  ukochana!  -  tchnął  jej  gorącym 

szeptem prosto w ucho i  porwawszy  silnie w ramiona zaczął 
całować  jej  usta  z  namiętnością,  której  nie  znała  dotąd. 
Chwilami  Lucia  miała  wrażenie,  że  nie  są  już  oddzielnymi 
istotami,  stając  się  nagle  doskonałą,  harmonijną  jednością 
związaną  siłami,  od  których  nie  było  nic  silniejszego  na 
świecie.  W  momencie  kiedy  wydawało  jej  się,  że  oszalałe 
serce wyskoczy z jej piersi, Giles szepnął: 

 -  Po  cóż  mamy  czekać  dłużej?  Tak  bardzo  cię  pragnę! 

Naprzód jednak chciałbym powiedzieć ci, co zaplanowałem. 

Lucia,  wciąż  oszołomiona  i  zaskoczona  gwałtownością 

uczuć, o których istnieniu nie wiedziała do tej pory, nie była w 
stanie  wypowiedzieć  ani  słowa.  Przymknąwszy  oczy  oparła 
głowę na ramieniu ukochanego. 

 -  Wspominałaś  o  tym,  że  chcesz  zamieszkać  ze  swoją 

starą  nianią  -  zaczął  mówić  Giles  starając  się  opanować 
drżenie  głosu  i  przyspieszony  jeszcze  oddech.  -  Pomyślałem 
więc,  że  zamiast  jechać  do  niej  mogłabyś  sprowadzić  ją  do 
Londynu, aby pozostała razem z tobą. 

 -  Ukrywszy  swoje  zaskoczenie,  Lucia  zaczęła  słuchać 

uważnie  słów  markiza,  który  mówił  dalej:  -  Mogłaby 
opiekować  się  tobą  i  dbać  o  ciebie  w  domu,  który  kupię 
natychmiast po przyjeździe starając się, aby był położony jak 

background image

najbliżej mojej rezydencji. W ten sposób będziemy mogli być 
razem zawsze, ilekroć tego zapragniemy! 

 -  Czując  zagadkowe  ciepło,  płynące  ku  niej  od  ciała 

Gilesa,  Lucia  z  trudem  starała  się  skupić  na  sensie 
wypowiadanych przez niego słów. - Będziemy bardzo, bardzo 
szczęśliwi  -  ciągnął  tymczasem  markiz.  -  I  przyrzekam  ci,  a 
wiesz, że zawsze dotrzymuję słowa, że nic i nikt nie będzie w 
stanie nas rozdzielić. Zadbam też o zabezpieczenie finansowe 
dla ciebie, abyś już nigdy nie musiała cierpieć biedy tak jak w 
Wenecji! 

Jego  głos  zdawał  się  docierać  do  Lucii  jak  gdyby  z 

wielkiego  oddalenia.  Stopniowo  jednak  zaczęła  pojmować 
sens tego, co mówił. 

 -  Ja...  chyba  nie  bardzo  rozumiem,  co  masz  na  myśli  - 

wyjąkała patrząc na niego z zaskoczeniem. 

 -  Będziemy  mieli  jeszcze  dość  czasu,  aby  o  tym 

porozmawiać  -  odparł  z  czułością  markiz.  -  Teraz,  moja 
śliczna,  pragnę  tylko  cię  całować  i  uczyć,  czym  może  być 
miłość. 

Ponownie zbliżając swoje usta do jej warg, szepnął: 
 - Mówiłem już: po co mamy czekać dłużej? Kochamy się 

przecież z całego serca! Jesteś moja! Moja na zawsze! 

I  zanim  zdołała  się  poruszyć  lub  powiedzieć  cokolwiek, 

już  całował  ją  w  namiętnym  zapamiętaniu,  a  jego  silne 
ramiona  tuliły  jej  ciało  coraz  zachłanniej.  Lucia  czuła,  jak 
znów  ten  sam  płomień  ogarnia  jej  ciało  sprawiając,  że 
niezdolna  do  żadnego  ruchu  pragnie  tylko  zamknąć  oczy  i 
poddać się fali gwałtownej namiętności Gilesa. 

Wtem on uwolnił ją z uścisku swych ramion tak nagle, że 

aż się zachwiała. 

 -  Nie  zniosę  już  ani  chwili  oczekiwania!  -  powiedział 

patrząc  na  nią  płonącym  wzrokiem.  -  Zejdź  na  dół,  moja 

background image

najdroższa, do swej kabiny. Przyjdę do ciebie za chwilę i nie 
pozwolę, abyś czekała zbyt długo! 

Lucia  otworzyła  oczy  i  spojrzała  na  niego  z  nagłym 

przestrachem. 

 -  O  czym...  ty  mówisz?  -  spytała  drżącym  głosem.  -  Co 

chcesz, abym uczyniła? 

 -  Mówię  ci  o  tym,  że  cię  kocham  -  powiedział  Giles 

łagodnie. - A moim największym marzeniem jest, aby nauczyć 
cię wszystkich cudownych tajemnic miłości! 

Przyciągnąwszy  ją  delikatnie  ku  sobie,  szepnął  jej  do 

ucha: 

 - Nie obawiaj się niczego, ukochana. Potrafię być bardzo 

delikatny. Chcę tylko sprawić, abyś  zapragnęła  mnie tak, jak 
ja ciebie pragnę! 

Jego głos wibrował wzruszeniem i namiętnością, a oddech 

zdawał  się  palić  twarz  Lucii.  Ona  jednak  zamarła  w  jego 
ramionach. Płomień rozpalający jeszcze przed chwilą jej całe 
ciało  znikł  nagle,  jak  zdmuchnięty  lodowatym  podmuchem 
wiatru.  Oparła  obie  dłonie  na  piersi  markiza  i  odchyliła  się 
lekko do tyłu, aby móc spojrzeć mu w oczy. 

 - Co chcesz, abym uczyniła? - powtórzyła powoli. 
 - Proszę cię, abyś kochała mnie tak, jak ja ciebie kocham! 
 - Ależ ja... kocham cię! Kocham cię całym moim sercem! 

Jest jednak coś, czego... nie mogę pojąć... 

Uśmiechając się wyrozumiale, markiz powiedział: 
 -  Miłość  nie  kończy  się  na  pocałunkach,  moja  śliczna. 

Dlatego  też  chciałbym  być  teraz  jak  najbliżej  ciebie,  abyś 
zrozumiała, jak cudowną rzeczą jest miłość, kiedy dwoje ludzi 
kocha się tak bardzo jak my. 

W  chwili  gdy  Lucia  była  już  pewna,  że  zrozumiała 

wszystko,  wydało  jej  się,  że  serce  zamarło  jej  na  chwilę  w 
piersi. 

background image

 -  Ty  chcesz,  abym...  została  twoją  kochanką?  -  spytała 

cicho,  opuściwszy  głowę.  Nagle  powróciło  do  niej 
wspomnienie  pałających  nienawiścią  oczu  Gianniny  i  jej 
gniewnego  głosu,  gdy  rzuciła  się  na  markiza  ze  sztyletem  w 
dłoni. 

Dosłyszawszy jej pytanie, markiz wyprostował się patrząc 

na ukochaną z zaskoczeniem. 

 - Ależ, najdroższa, nie chcę, abyś myślała w ten sposób! 
 - Ale właśnie o to mnie prosisz... prawda? 
 - Posłuchaj, Lucio. Tu nie chodzi o słowa. Mówimy teraz 

tylko o nas: o mnie, o tobie i naszej miłości! 

 - To, czego ode mnie chcesz, jest... złe. 
 -  Kto  tak  powiedział?  -  wykrzyknął  Giles.  -  Moja  droga, 

spójrz  na  to  wszystko  z  rozsądkiem.  Czy  w  twojej  obecnej 
sytuacji  widzisz jakieś lepsze  wyjście? Czy naprawdę  chcesz 
odrzucić to, że pragnę opiekować się tobą i chronić cię przed 
całym złem tego świata? 

Lucia milczała, stojąc z opuszczoną głową. 
 - Przysięgam, że nie zabraknie ci niczego - ciągnął markiz 

łagodniejąc  nieco.  -  Zobaczysz,  będziemy  naprawdę  bardzo 
szczęśliwi.  Każdą  wolną  chwilę  w  Londynie  będę  spędzał  w 
twoim  domu.  Jeśli  zaś  sobie  tego  zażyczysz,  udamy  się  w 
podróż  na  pokładzie  „Konika  Morskiego",  pojedziemy  do 
Francji lub dokądkolwiek zechcesz! 

Jego  słowa  brzmiały  w  uszach  Lucii  jak  najpiękniejsza 

muzyka, kusząc ją i wabiąc wizją pięknej przyszłości. Jednak 
mimo  iż  Giles  trzymał  ją  nadal  w  ramionach,  dziewczynie 
wydało  się  nagle,  że  między  nimi  otworzyła  się  głęboka 
przepaść.  I  znów  Lucia  ujrzała  oczyma  wyobraźni  twarz 
markiza,  kiedy  przemawiał  lodowatym  tonem  do  Gianniny, 
polecając  jej  odejść  -  Pamiętała  doskonale  ten  chłód  w  jego 
oczach  i  pełen  tajonej  pogardy  uśmiech.  To  natrętne 
wspomnienie sprawiło, że poczuła nagle, iż nie może pozostać 

background image

wraz  z  nim  ani  chwili  dłużej.  Otworzyła  usta,  jak  gdyby 
pragnąc coś wyjaśnić, jednak kręcąc przecząco głową zdołała 
jedynie powiedzieć: 

 - Nie! Nie... nie! 
I zanim  markiz zdołał zaprotestować, uwolniła się z jego 

objęć,  po  czym  zbiegłszy  ze  schodków  wiodących  w  dół, 
znikła w korytarzu prowadzącym do jej kabiny. 

Ocknąwszy się z zaskoczenia, Giles pragnął ruszyć w ślad 

za nią, lecz gdy zrobił krok naprzód, zawrócił nagle i podszedł 
do  burty  statku.  Opierając  dłoń  na  relingu  wpatrzył  się  w 
migocącą światłami ciemność i stał tak długo, nie zdając sobie 
nawet sprawy z tego, co widzi. 

* * * 
Wpadłszy  do  swej  kabiny,  Lucia  przekręciła  klucz  w 

zamku i rzuciła się na łóżko, kryjąc twarz w poduszce. Przez 
cały czas drżała tak silnie, że musiała zaciskać mocno szczęki, 
aby  zęby  nie  uderzały  o  siebie.  Kiedy  spróbowała 
uporządkować  myśli,  czuła  w  głowie  jedynie  pustkę,  a  na 
piersi  jakby  żelazną  obręcz,  która  nie  pozwalała  jej  głębiej 
odetchnąć.  Miała  wrażenie,  jak  gdyby  ciśnięto  ją  w  głąb 
ciemnego lochu, z którego na próżno usiłowała się wydostać. 
Dużo czasu upłynęło, zanim zdołała dojść do siebie, a i wtedy 
powtarzała tylko bez przerwy: 

 -  Jak  on  mógł...  spodziewać  się,  że  zgodzę  się  na  coś 

takiego?  Jak  mógł  pomyśleć,  że  jestem...  jedną  z  takich 
kobiet? 

Lucia domyślała się, że mężczyźni, którzy czasami szli za 

nią po weneckich zaułkach, myśleli, że jest ona właśnie "jedną 
z takich kobiet". Sama  myśl o tym była dla niej poniżająca i 
wstrętna.  Lecz  czy  mogła  przypuszczać,  że  markiz,  który 
okazał  jej  wprzód  tyle  serca,  zechce  postawić  ją  na  miejscu 
Gianniny, która już go znudziła? 

background image

Dom  w  Londynie,  jego  urządzenie  i  to,  co  nazywał 

„zabezpieczeniem finansowym", miało stanowić zapłatę za jej 
miłość. 

 - Jak on mógł? - mówiła kręcąc z niedowierzaniem głową. 

- Jak śmiał pomyśleć choć przez chwilę, że przystanę na jego 
plany? 

Przez  długie  kwadranse  nie  potrafiła  myśleć  o  niczym 

innym.  Potem  stopniowo  zaczęła  się  uspokajać  i  z  wolna 
odzyskiwać  jasność  umysłu.  Jednak  ilekroć  wspomniała 
płomień, który wzniecały w niej pocałunki Gilesa, kręciło jej 
się w głowie. 

 - Kocham go! Kocham z całej duszy! - szeptała do siebie. 
I kiedy tak leżała w ciemnościach, sama nie widząc już, co 

ma czynić, łzy napłynęły jej do oczu gorącą falą, a nagły płacz 
przyniósł  niespodziewaną  ulgę.  Obawiając  się  jedynie,  że 
markiz mógłby usłyszeć jej łkanie, Lucia wtuliła twarz mocno 
w  poduszkę  i  płakała  tak,  jakby  w  ten  sposób  można  było 
zapomnieć o żalu, rozczarowaniu i tęsknocie. 

Była  już  późna  noc,  gdy  podniósłszy  się  ze  zmiętej 

pościeli,  rozebrała  się  i  ułożyła  do  snu.  Nie  wiedziała,  czy 
markiz  też  już  udał  się  na  spoczynek,  czy  może  stojąc  pod 
drzwiami  jej  kabiny  usiłował  się  z  nią  porozumieć.  Jej  płacz 
był  tak  gwałtowny  i  tak  wyczerpujący,  że  zatraciła 
świadomość tego, co się wokół dzieje. 

Lucia  czuła,  jak  ogarnia  ją  straszliwe  zmęczenie. 

Jednocześnie  jej  bezładnie  rozszalałe  myśli  zdawały  się 
uspokajać  i  powoli  zaczęła  powracać  do  niej  zdolność 
logicznego  rozumowania.  Leżąc  bezsennie,  wpatrzona  w 
cienie  przesuwające  się  po  ścianach  kabiny,  dziewczyna 
ponownie  przeanalizowała  wszystko,  co  wydarzyło  się  od 
czasu,  gdy  spotkała  markiza  po  raz  pierwszy.  I  nagle 
zrozumiała,  jak  dziecinnie  naiwne  było  z  jej  strony 
wyobrażenie, że wzajemne wyznanie miłości prowadzi wprost 

background image

do małżeństwa. Przecież było rzeczą zupełnie niemożliwą, aby 
markiz  mógł  poślubić  taką  dziewczynę  jak  ona.  Matka 
opowiadała jej nieraz, że przynależność do arystokratycznych 
rodów wiąże się z wielką odpowiedzialnością. 

 - Ci ludzie są na swoich włościach absolutnymi władcami 

-  mówiła.  -  Każde  ich  słowo  jest  prawem.  W  zamian  za  to 
zapewniają swoim poddanym opiekę i ochronę! 

Matka  wyjaśniła  też  Lucii,  że  członkowie  szlachetnych 

rodów  zwykli  zawierać  małżeństwa  w  obrębie  swojej  klasy 
społecznej, mezalianse są bardzo źle widziane. 

 -  Tylko  w  bajkach  i  naiwnych  opowieściach  dla 

dorastających  panienek  zdarza  się,  że  książę  poślubia 
Kopciuszka  -  uśmiechała  się.  -  Chyba  nie  myślisz,  iż  coś 
takiego zdarza się i w realnym świecie! 

 -  Czy  to  oznacza,  że  księżniczki  także  nie  wychodzą  za 

świniopasów? - pytała Lucia. 

Śmiejąc się matka odpowiadała wesoło: 
 - Najważniejszą sprawą jest, aby dwoje ludzi, którzy mają 

się  pobrać,  kochało  się  nawzajem.  Tylko  to  jest  w  życiu 
ważne! 

Teraz  Lucia  zrozumiała,  że  na  nic  nie  przydadzą  jej  się 

nauki matki. Ani przez chwilę nie wyobrażała sobie dotąd, że 
markiz mógłby poprosić ją o rękę, i wiedziała dobrze, że i on 
o  tym  nie  myślał.  Oczywiście,  z  praktycznego  punktu 
widzenia,  pozycja  kochanki  była  jedyną  dostępną  dla  niej 
możliwością.  Gdyby  potrafiła  być  dostatecznie  rozsądna, 
zadowoliłaby się tym, chociażby dlatego, że nie miała innego 
wyjścia. 

Jednak Lucia  wiedziała, że ulegając pokusie tak prostego 

rozwiązania  wszystkich  swoich  problemów,  postąpiłaby 
wbrew temu, co wpajano w nią od dzieciństwa. Była przecież 
córką artysty,  który sam tworząc piękno, starał  się przekazać 
jego  ideał  dziecku  wzrastającemu  u  jego  boku,  I  nie  były  to 

background image

jedynie puste słowa: pięknem było ich ciche, spokojne życie w 
niewielkim  domku  w  Little  Morden  i  była  nim  miłość,  którą 
darzyli  siebie  nawzajem  rodzice  Lucii.  Nietrudno  było 
odnaleźć  ową  atmosferę  na  płótnach,  jakie  powstawały  w 
pracowni  ojca,  gdyż  stanowiły  one  odbicie  tego,  w  co  sami 
wierzyli: nieprzemijającej urody wypełnionego miłością życia. 

„Czy  nie  byłoby  niegodziwością  z  mojej  strony,  gdybym 

odrzuciła  wszystko,  czego  nauczyli  mnie  rodzice?  -  myślała 
Lucia.  -  Nie  tylko  dlatego,  że  kościół  nazywa  to  życiem  w 
grzechu,  ale  i  przez  to,  że  postąpiłabym  wbrew  temu,  w  co 
sama wierzę!" 

Lecz  jednak...  przecież  matka  mówiła  jej  wyraźnie,  że 

miłość  jest  najważniejszą  rzeczą  na  świecie!  Na  samo 
wspomnienie  uczuć,  których  doznawała  w  ramionach  Gilesa, 
łzy cisnęły się Lucii do oczu. 

 -  Kocham  go!  Tak  bardzo  go  kocham!  -  załkała  kryjąc 

twarz w dłoniach. 

Wiedziała,  że  nie  potrafi  przestać  go  kochać,  nawet  jeśli 

znów poprosiłby ją o coś, co sprzeciwiałoby się wyznawanym 
przez nią ideałom. 

* * * 
Markiz  stał  przy  burcie,  słuchając  monotonnego  szumu 

rozcinanych  dziobem  statku  fal.  Zajęty  swoimi  myślami  nie 
zauważył nawet, że światła wybrzeża zaczęły zbliżać się coraz 
bardziej,  i  drgnął  zaskoczony  widząc,  że  znalazły  się  nagle 
niemal  w  zasięgu  ręki.  Zgodnie  bowiem  z  jego  własnym 
poleceniem, jacht wprowadzano na noc do portów, starając się 
wybierać  najcichsze  i  najspokojniejsze  z  nich.  Kotwicę 
rzuconą  o  północy  podnoszono  zazwyczaj  już  o  świcie  i 
„Konik  Morski"  udawał  się  w  dalszą  podróż.  Wybór  portów 
należał do kapitana Batesona, ponieważ markiz ufał  zarówno 
jego  doświadczeniu,  jak  i  znajomości  wybrzeży  Morza 
Śródziemnego.  Mógł  być  całkowicie  pewien,  że  w  przystani, 

background image

do  której  właśnie  zmierzali,  nie  będzie  natrętnego  tłumu 
gapiów i nikt nie zakłóci mu nocnego wypoczynku. 

Będąc całkiem przekonany o słuszności decyzji podjętych 

przez  kapitana,  Giles  mógł  powrócić  myślami  do  Lucii  i  do 
tego,  co  wydarzyło  się  dzisiejszego  wieczoru.  Prawdę 
powiedziawszy,  miał  pewne  niejasne  przeczucie,  że  jego 
propozycja  może  zaskoczyć  i  zaszokować  dziewczynę.  „Cóż 
jednak mógłbym jej więcej zaoferować? - pytał sam siebie. - Z 
całego serca pragnę przecież opiekować się nią, chronić przed 
nędzą,  samotnością  i  natarczywością  ze  strony  innych 
mężczyzn!" 

Tak jak Lucia przypuszczała, markiz był w pełni świadom 

konsekwencji  wynikających  z  pozycji  społecznej,  którą 
zajmował.  Poza  tym,  jako  człowiek  dumny  ze  swego 
pochodzenia szczycił się związaną z nim rolą, jaką spełniał na 
dworze  królewskim.  W  rozmowach  z  Alastairem  podkreślał 
nieraz,  że  nie  ma  zamiaru  wiązać  się  małżeństwem, 
jakkolwiek  zdaje  sobie  sprawę,  że  kiedyś  będzie  musiał 
pomyśleć o dziedzicu swego rodu. Uważając jednak, że ma na 
to  jeszcze  dużo  czasu,  ani  myślał  o  ożenku,  i  odkładał  tę 
sprawę jak najdalej. 

Od dzieciństwa był świadom, że jego przyszła żona musi 

wywodzić  się  z  tej  samej  co  on  warstwy  społeczeństwa, 
ponieważ  wraz  z  jego  nazwiskiem  przejmie  część 
obowiązków  nie  tylko  w  hrabstwie,  w  którym  od  pięciu 
pokoleń  jego  rodzina  posiadała  swe  włości,  lecz  także  na 
dworze  królewskim.  Do  powinności  markizy  Wynchcombe 
należała miedzy innymi opieka nad przytułkami, sierocińcami 
i  innymi  instytucjami  charytatywnymi, jak również inspekcja 
szkół  i  szpitali  w  hrabstwie.  Każda  pani  na  Wynchcombe, 
podobnie  jak  i  matka  Gilesa,  była  jedną  z  pierwszych  dam 
dworu, pełniących tradycyjnie rolę podkomorzyny królowej. 

background image

Pomimo  iż  markiz  wciąż  odsuwał  od  siebie  myśl  o 

małżeństwie,  doskonale  zdawał  sobie  sprawę,  że  gdyby 
wybrał  na  żonę  nieodpowiednią  osobę,  konsekwencje  tego 
czynu rzuciłyby cień nie tylko na niego samego, lecz i na całą 
jego rodzinę. Zawsze wydawało mu się, że gdy tylko przyjdzie 
na  to  czas,  poszuka  sobie  odpowiedniej  kandydatki  wśród 
szlachetnie  urodzonych  córek  rodzin  londyńskich  lub 
dziewcząt debiutujących na balach w pałacu Buckingham... 

Jednak  gdy  teraz  rozważał  ponownie  swe  plany  na 

przyszłość,  stwierdził  ze  zdumieniem,  że  jeśli  już  musiałby 
podjąć  decyzję  o  małżeństwie,  to  tylko  z  Lucią  mógł  być 
naprawdę szczęśliwy. 

 -  Moje  uczucie  do  niej  nie  jest  jedynie  pożądaniem  - 

stwierdził  po  namyśle.  -  Ona  sprawia,  że  zaczynam  myśleć! 
Rozmawiając z nią czuję się tak, jak niegdyś podczas studiów 
w Oksfordzie! 

Ze  wzruszeniem  przypomniał  sobie,  jak  bardzo 

idealizował  kobiety  za  swych  studenckich  czasów.  Nieraz 
potrafili  wraz  z  kolegami  przegadać  całą  noc,  snując 
wspaniałe  plany  na  przyszłość.  Każdy  z  nich  miał  własną 
wizję  idealnego  świata,  a  pragnąc  poświecić  się  jego 
ulepszaniu  zastanawiał  się  nieraz,  czy  wzorem  rycerzy 
maltańskich nie powinien ślubować czystości. Wspominając z 
odrobiną  pobłażania  lata  młodzieńczego  zapału  Giles  musiał 
przyznać, że był to jedyny okres w jego życiu, kiedy naprawdę 
wierzył, że istnieją idee zdolne odmienić losy ludzkości. 

Kiedy po opuszczeniu Oksfordu wstąpił do armii, miał do 

czynienia z kobietami, które sprawiły, że zapomniał, iż istnieje 
coś  jeszcze  poza  rozkoszą  cielesną.  Później  znalazł  się  na 
wojnie, gdzie przez dłuższy czas zmuszony był myśleć jedynie 
o tym, aby przeżyć. Nic dziwnego zatem, że po powrocie do 
kraju  dał  się  porwać  w  wir  zabawy  i  rozrywek  szeroko 
dostępnych  młodemu  pokoleniu  angielskich  arystokratów. 

background image

Jako  jeden  z  najbliższych  towarzyszy  księcia  regenta  nie 
stronił także od towarzystwa kobiet ani od czysto zmysłowych 
przyjemności. 

 - I niech mnie diabli, nadal tego pragnę! -  mruknął Giles 

do siebie z rozdrażnieniem. 

A  później...  urzekło  go  niezwykłe  piękno  obrazów 

Bernarda  Beaumont  i  delikatna  uroda  jego  córki.  Giles 
widział,  z  jakim  zaskoczeniem  Lucia  patrzyła  na  Gianninę,  i 
zdawał sobie sprawę z tego, co dzieje się w jej sercu. Mimo to 
dziewczyna  potrafiła  zachować  się  niezwykle  dzielnie, 
okazując  w  stosownym  momencie  ogromną  przytomność 
umysłu. Markiz nie zapominał o tym, że zawdzięcza jej życie. 

 -  Kocham  ją!  -  szeptał  do  siebie  czując,  jak  tęsknota 

ściska  boleśnie  jego  serce.  I  nie  wiedział,  że  w  tej  właśnie 
chwili  Lucia  w  swej  kabinie  także  powtarza  z  rozpaczą  te 
same słowa. 

 - Kocham ją! Kocham! - mówił aż do utraty tchu. 
Wciąż powracało do niego natrętne pytanie, co stałoby się, 

gdyby  ktoś z jego pozycją zapragnął  poślubić córkę malarza. 
Nie było mowy o tym, aby jakikolwiek artysta, nawet znany i 
ogólnie  podziwiany,  został  zaakceptowany  w  życiu 
towarzyskim  wyższych  sfer.  Ci  spośród  arystokracji,  którzy 
zachwycali  się  obrazami  i  rzeźbami,  a  nawet  kupowali  je  do 
swych  kolekcji,  w  gruncie  rzeczy  pogardzali  ich  twórcami, 
traktując 

przedstawicieli 

świata 

artystycznego 

jak 

rzemieślników, oferujących swój towar na sprzedaż. 

Giles pamiętał dobrze, jak wielu artystów bywało w domu 

jego ojca. Żaden z nich nie został jednak nigdy zaproszony do 
wspólnego  posiłku  ze  swym  protektorem.  Przychodzili,  aby 
udzielać panu na Wynchcombe rad dotyczących jego kolekcji 
lub  proponować  mu  nowe  prace  do  kupienia,  lecz  do  stołu 
podawano  im  w  osobnym,  specjalnie  do  tego  celu 
przeznaczonym pokoju. 

background image

Opuściwszy pokład, markiz zszedł do swojej kabiny, aby 

spróbować  choć  trochę  wypocząć.  Przechodząc  obok  Sali 
Waterloo,  poczuł,  że  pragnie  Lucii  tak  mocno,  iż  z  trudem 
przyszło mu powstrzymanie się od wyłamania drzwi i wzięcia 
jej siłą. 

„Może, gdybym tak uczynił, przystałaby na moje warunki, 

nie mając innego wyjścia" - pomyślał w desperacji. 

Czyż jednak, zniewoliwszy jej ciało, mógł spodziewać się 

też,  że  uda  mu  się  okiełznać  jej  ducha?  Dobrze  wiedział,  że 
nigdy  nie  udałoby  mu  się  zmusić  jej  do  całkowitej  uległości. 
Jednocześnie  zaś  nie  spotkał  w  swoim  życiu  kobiety,  która 
budziłaby w nim równie silną potrzebę opiekowania się nią i 
chronienia  przed  wszystkim,  co  mogło  budzić  lęk  w  jej 
oczach. 

Na  próżno  tłumaczył  sobie,  że  Lucia  zwróciła  się  ku 

niemu  po  śmierci  ojca,  ponieważ  nikogo  innego  nie  było 
wtedy  przy  niej.  Wiedział,  że  nie  ma  już  ucieczki  od  uczuć, 
które  żywił  dla  niej,  i  że  to  los  tak  chciał,  aby  byli  sobie 
przeznaczeni. 

 - I cóż mam robić? - pytał Giles w straszliwej rozterce. - 

Cóż ja, u diabła, mam teraz robić? 

Kiedy  pierwsze  promienie  świtu  rozjaśniły  niebo  nad 

horyzontem, znał już odpowiedź. 

* * * 
Lucia także nie mogła zasnąć. Kilkakrotnie próbowała się 

modlić,  lecz  bez  skutku.  Jej  myśli  wciąż  uciekały  do 
wspomnień z ostatniego wieczoru. W końcu usiadła na łóżku, 
patrząc  przez  odsłonięty  bulaj  na  odbijające  się  w  morskiej 
toni gwiazdy. Wokół panowała cisza przerywana od czasu do 
czasu  lekkimi  uderzeniami  fal  o  kadłub  statku.  Lucia 
przypomniała sobie, jak cytując Johna Donne, Giles mówił jej 
kiedyś, że i on ma swoją gwiazdkę z nieba, o której zdobyciu 
marzy. 

background image

 -  Bardzo  chciałabym  mu  w  tym  dopomóc  -  szepnęła  ze 

łzami  w  oczach.  -  Czego  jednak  może  pragnąć  człowiek  tak 
inteligentny  i  pełen  wewnętrznej  siły  jak  on?  Gdyby  tylko 
zechciał,  ludzie  słuchaliby  go,  z  szacunkiem  postępując 
według jego zaleceń. Mógłby odnaleźć swoją drogę walcząc o 
lepsze jutro dla naszego kraju. Jestem pewna, że potrafiłabym 
przekonać go o tym! 

I wspominając swoje dyskusje z matką zaczęła planować, 

jakich  argumentów  powinna  użyć,  aby  Giles  uwierzył  we 
własne  możliwości  i  odnalazł  cel  swojego  życia  w  działaniu 
na  rzecz  dobra  narodu.  Kiedy  zaś  gwiazdy  zaczęły  blednąć 
zwiastując  rychle  nadejście  świtu,  wiedziała  już,  że  miłość 
rzeczywiście  liczy  się  bardziej  niż  cokolwiek  innego. 
Zdecydowała  bowiem,  że  to,  czego  może  dokonać  Giles  pod 
jej  wpływem,  jest  daleko  ważniejsze  niż  jej  własne 
przekonania,  a  nawet  głos  sumienia.  Dla  niego  samego  i  dla 
jego przyszłych dokonań zdecydowała się przyjąć propozycję 
pozostania z nim jako jego utrzymanka. 

 -  Wybacz  mi,  mamo  -  szepnęła  spoglądając  w  jaśniejące 

na wschodzie niebo. - Być może kiedyś zostanę za to ukarana. 
Może nawet... usunie mnie on za jakiś czas ze swego życia tak 
jak tę wenecjankę i... będzie patrzył tak samo zimno jak na nią 
wtedy... Wiem o tym. Mam jednak nadzieję, że do tego czasu 
zdołam osiągnąć to, aby uwierzył w siebie! 

Po chwili milczenia dodała: 
 -  Właśnie  ty  powinnaś  mnie  zrozumieć  najlepiej!  Tak 

bardzo kochałaś ojca! Szczęście, które mu dałaś, sprawiło, że 
malował on tak wspaniale! 

Mówiąc to Lucia zaczęła wspominać, jak obrazy jej ojca z 

roku  na  rok  osiągały  coraz  większą  wartość  artystyczną.  To 
matka była właśnie tą osobą, która inspirowała go, zachęcając 
do  dalszych  prób.  Uważała  przy  tym,  że  nawet  jeśli  nikt  ze 
współczesnych  nie  zrozumie  ani  nie  doceni  jego  dzieła, 

background image

obowiązkiem artysty jest tworzenie dla przyszłych pokoleń. - 
„Pewnego dnia znajdzie się ktoś, kto zdolny będzie pojąć całe 
piękno,  które  zawarte  jest  w  twoich  płótnach  -  mówiła.  -  I 
wierz mi, kochany, że świat jeszcze będzie ci wdzięczny za to, 
czego dokonałeś!" 

 -  Sama  wiec  widzisz,  mamo  -  kontynuowała  swój 

monolog  Lucia  -  że  tylko  ty  mogłaś  przekonać  tatę,  iż  jego 
talent  jest  bezcennym  darem  od  Boga,  którego  nie  wolno 
zaprzepaścić!  Podobnie  i  ja  stanę  się  dla  markiza  tą  osobą, 
która  poprowadzi  go  do  chwały  i  pozwoli  mu  spełnić  się  w 
walce o sprawiedliwość! 

Gdy to mówiła, pierwsze promienie wschodzącego słońca 

wpadły  przez  okrągłe  okienko  do  kajuty,  w  jednej  chwili 
wypełniając ją złocistym światłem. Lucii wydało się, że jest to 
odpowiedź na jej pełne żaru słowa. Promień słoneczny, który 
padł  na  jej  twarz,  był  jak  delikatny  dotyk  dłoni  matki,  która 
pragnie pocieszyć i dodać otuchy. 

 -  Powiem  mu,  że...  zgadzam  się  uczynić  to,  czego  ode 

mnie  żąda  -  szepnęła  Lucia  czując  na  policzku  ciepłą 
słoneczną  pieszczotę.  -  I  będę  prosić  Boga,  aby  markiz  nie 
znudził się mną zbyt szybko i nie... kazał odejść. 

Lucia  przeczuwała,  że  istnieje  coś,  o  czym  nie  wie,  a  co 

wiąże  się  ze  słowem  „kochanka".  Była  jednak  pewna,  że 
wszystko,  cokolwiek  miał  uczynić  z  nią  markiz,  będzie  tak 
samo  cudowne  jak  pocałunki,  którymi  obdarzył  ją  zeszłego 
wieczoru. Powiedział jej przecież, że kocha ją tak, jak żadną 
inną  kobietę  na  świecie.  Jeśli  to  była  prawda,  nie  powinna 
wciąż wywoływać z pamięci wspomnienia Gianniny i szukać 
porównania między nią a sobą. Nauczono ją jednak, że każda 
miłość  powinna  być  dana  od  Boga  i  dlatego  wciąż  czuła,  że 
godząc się na warunki markiza, popełnia grzech. 

 -  Przez  całe  życie  będę  błagać  Boga  o  przebaczenie  - 

powiedziała  do  siebie.  -  A  jeśli  przyczynię  się  do  tego,  że 

background image

markiz  odniesie  sukces  w  swojej  walce  o  dobrą  sprawę, 
pozwoli  mi  to  zapomnieć  o...  moim  wstydzie  i  wyrzutach 
sumienia. 

Na  próżno  jednak  szukała  dla  siebie  usprawiedliwienia. 

Przed  oczyma  widziała  wciąż  wymalowaną  twarz  Gianniny 
Rosso i jej pełne teatralnej przesady ruchy. Już od pierwszego 
rzutu  oka  można  było  się  domyślić,  że  jest  ona  nie  tylko 
związana  ze  sceną,  ale  również  należy  do  kobiet,  w  których 
towarzystwie 

tak 

chętnie  spędzali  czas  dżentelmeni 

przebywający  w  Wenecji.  Matka  Lucii  spoglądała  na  nie 
zawsze z pogardą i nie życzyła sobie żadnych dyskusji na ich 
temat. 

 -  Prawdziwa  lady  nawet  nie  zauważa  tych  osób  - 

powiedziała  kiedyś  do  Lucii,  gdy  siedząc  w  operowej  loży 
czekały na rozpoczęcie przedstawienia. 

 -  Ale  one  są  takie  ładne,  mamo!  -  odparła  dziewczyna 

obserwując, jak  wystrojone i błyszczące od biżuterii  kokietki 
plotkują ze sobą wybuchając co chwila głośnym śmiechem lub 
flirtują  otwarcie  z  towarzyszącymi  im  eleganckimi 
mężczyznami. 

 -  Proszę  cię,  abyś  patrzyła  na  scenę,  Lucio!  -  zażądała 

matka ostro. - I pamiętaj: dla prawdziwej damy takie istoty w 
ogóle nie istnieją! 

„Ale  jednak  one  istnieją,  mamo  -  pomyślała  Lucia  -  a 

markiz właśnie poprosił mnie, abym została jedną z nich!" 

Była  ciekawa,  czy  Giles  zażąda  od  niej  również,  aby 

zaczęła się malować i czy będzie obsypywał ją klejnotami, tak 
jak  to  przyrzekał  Gianninie.  „Dokądkolwiek  z  nim  pójdę  - 
myślała - damy takie jak moja mama będą udawały, że mnie 
wcale nie zauważają..." 

Wyobraziwszy to sobie, Lucia aż wtuliła głowę w ramiona 

ze  wstydu.  Zaraz  jednak  przypomniała  sobie,  że  tak  samo 
reagowała, gdy jakiś mężczyzna podążał wytrwale jej śladem 

background image

po  weneckich  zaułkach.  Jeśli  zostanie  sama,  nic  już  nie 
uchroni  jej  przed  męską  natarczywością.  Nawet  jeśli 
pogrzebie się żywcem w Little Morden, widując tylko nianię i 
miejscowych  wieśniaków,  prześladowcy  zdołają  odnaleźć 
drogę do niej. 

 -  I  cóż  mogę  wtedy  uczynić?  -  zadawała  sobie  pytanie.  - 

Kiedy  skończą  się  pieniądze,  które  markiz  zapłaci  mi  za 
obrazy ojca, będę zmuszona ruszyć między ludzi, aby zarabiać 
na życie! 

Widząc, że powraca wciąż do wyjściowego punktu swoich 

rozważań, Lucia pojęła, że tylko u boku markiza poczuje się 
całkowicie bezpieczna. Poza tym będzie mogła poświecić się 
temu,  aby  sięgnął  w  końcu  po  swoją  gwiazdkę  z  nieba... 
Jednocześnie  dręczyła  ją  myśl,  że  jeśli  udałoby  jej  się  jakoś 
uciszyć  wyrzuty  sumienia,  zawsze  obawiałaby  się  chwili,  w 
której markiz dałby jej odczuć, że już dłużej jej nie potrzebuje. 

 -  Muszę  być  z  nim!  -  zadecydowała  ostatecznie.  -  Ale 

proszę... Boże, dopomóż mi! 

* * * 
Słońce  świeciło  coraz  bardziej  złociście,  w  miarę  jak 

wznosiło  się  wyżej  nad  horyzontem.  Na  pokładzie  ponad 
głową  Lucii  zatupotały  czyjeś  spieszne  kroki.  Dziewczyna 
wstała  z  łóżka  i  ubierając  się  zerknęła  z  obawą  w  lustro. 
Podejrzewając,  że  nie  przespana  noc  pozostawi  ślady  na  jej 
twarzy, zdziwiła się, iż oczy jej są błyszczące, a cera jasna jak 
zwykle.  Czuła  też  niespodziewany  wewnętrzny  spokój,  który 
ogarnął  ją  jakby  wbrew  temu,  co  nie  pozwoliło  jej  zmrużyć 
oka aż do rana. 

 -  To  dlatego,  że  kocham  go  pomimo  wszystko!  - 

powiedziała półgłosem. 

Po  namyśle  wybrała  jedną  ze  swych  starych,  prostych  w 

kroju sukienek, której materiał spłowiały był już i wyblakły od 
częstego prania. Wkładając ją poczuła, że na samą myśl o tym, 

background image

iż za chwilę ujrzy  markiza, serce bije jej mocniej. Pomyślała 
też,  że  na  pewno  będzie  on  bardzo  zadowolony  słysząc,  iż 
zmieniła  zdanie.  Z  pewnością  znów  zacznie  się  do  mnie 
uśmiechać  -  pomyślała  -  lub  będzie  chciał  mnie  całować.  A 
ja...  w  jego  ramionach  zapomnę  o  wszystkich  moich  lękach, 
bo kocham go bardziej niż własne życie! 

Teraz  już  Lucia  wiedziała,  że  to  prawda.  Z  odrobiną 

melancholii rozważała też, że najlepiej byłoby, gdyby dzień, w 
którym on każe jej odejść, był także ostatnim dniem jej życia. 
• - ' 

„Będę  cieszyła  się  życiem  i  miłością,  dopóki  będziemy 

razem  -  rozważała.  -  Bez  niego  nie  mam  po  co  żyć  i  mam 
nadzieję, że odejdę tak jak tato, wkrótce po tym, kiedy mama 
umarła." 

Spoglądając  ponownie  w  lustro,  Lucia  poprawiła  włosy. 

Patrząc  na  widoczne  w  odbiciu  usta  wspomniała  wczorajsze 
pocałunki Gilesa i zarumieniła się gwałtownie. Była pewna, że 
jej wargi są teraz całkiem inne niż wtedy, zanim nauczyły się 
przyjmować  pieszczotę  jego  warg  i  zanim  ona  sama  doznała 
uczuć, które zdawały się odrywać ją od ziemi. 

„Kocham go i chcę być razem z nim!" - pomyślała chcąc 

czym prędzej pobiec ku niemu, aby przekonać się, że pomimo 
tego, co zaszło miedzy nimi wczoraj, on nadal jej pragnie. Na 
myśl  o  tym,  że  zniechęcony  jej  zachowaniem  Giles  mógłby 
rozmyślić  się  i  zwrócić  ku  innej  kobiecie,  Lucia  poczuła 
lodowate  zimno  w  piersi.  Znów  nawiedziło  ją  wspomnienie 
Gianniny. 

 -  Nie,  to  niemożliwe  -  stwierdziła  z  nagłą  pewnością.  - 

To,  co  istnieje  między  nami,  nie  mogłoby  zniknąć  w  ciągu 
zaledwie jednej nocy! Bóg chciał, abyśmy się pokochali, i to 
on sprawi, że nasza miłość będzie trwała wiecznie! 

Pragnąc  natychmiast  upewnić  się  o  tym,  podbiegła  do 

drzwi  kabiny  i  otworzyła  je  na  oścież.  W  tym  samym 

background image

momencie otworzyły się drzwi kabiny markiza i ukazał się w 
nich on sam. Stanęli obydwoje naprzeciw siebie, patrząc sobie 
w oczy, jak gdyby zaklęto ich nagle w kamienie. 

 - Chciałam... ci coś... powiedzieć... - wykrztusiła w końcu 

Lucia, drżąc i z trudem dobierając słowa. 

Podszedłszy szybko, markiz ujął jej dłoń. 
 -  Przebacz  mi,  najdroższa  -  powiedział  wzruszonym 

głosem.  -  Przebacz  i  powiedz,  kiedy  mam  wyznaczyć  datę 
ślubu! 

background image

Rozdział 7 
Z  szeroko  otwartymi  oczyma  Lucia  patrzyła  na  markiza 

bez słowa. 

 -  Mam  zamiar  udać  się  na  mały  spacerek  po  lądzie  - 

powiedział  Giles  uśmiechając  się  lekko.  -  Czy  nie 
zechciałabyś mi towarzyszyć? Wydaje mi się, że mamy sobie 
dużo do powiedzenia! 

Mówiąc to wyciągnął  rękę i  ujął dłoń Lucii. Dziewczyna 

w  milczeniu  pozwoliła  mu  poprowadzić  się  schodkami 
wiodącymi na pokład. Czując, jak od palców Gilesa płynie ku 
niej  dziwne,  tajemnicze  ciepło,  myślała  tylko  o  tym,  że 
mogłaby tak trzymać go za rękę przez całą wieczność. 

Wyszedłszy  na  pokład,  markiz  wydał  kilka  krótkich 

poleceń  i  już  po  chwili  paru  członków  załogi  opuściło  na 
wodę niewielką łódź. Jacht stał na kotwicy w niewielkiej, lecz 
bardzo  malowniczej  zatoce,  otoczonej  z  trzech  stron  przez 
niezbyt  wysokie  skały.  W  jednej  z  nich  wykuto  schodki,  po 
których wygodnie można było wspiąć się na górę. 

Z  burty  jachtu  opuszczono  do  łodzi  sznurową  drabinkę. 

Markiz  zszedł  po niej pierwszy  i  chwyciwszy  Lucię  silnie  w 
pasie,  lekko  jak  piórko  przeniósł  ją  do  chyboczącej  się  na 
falach  łupiny.  Czując  uścisk  dłoni  Gilesa  na  swojej  talii, 
dziewczyna  zadrżała,  po  czym  zarumieniła  się,  będąc 
przekonana, iż on to spostrzegł. 

Wioślarze doprowadzili łódkę do miejsca, gdzie zaczynał 

się  falochron.  Markiz  i  Lucia  postanowili  przejść  wzdłuż 
niego aż do brzegu. 

 -  Proszę  powrócić  tu  za  godzinę!  -  polecił  markiz 

marynarzom,  po  czym  ostrożnie  poprowadził  Lucię  po 
deskach przybitych do osadzonych w dnie morskim pali. 

W milczeniu wspięli się po skalnych schodkach na szczyt 

klifowego 

wybrzeża. 

Na 

niewielkim, 

kamienistym 

płaskowyżu,  który  ukazał  się  ich  oczom,  rosły  gdzieniegdzie 

background image

karłowate  krzewy,  pokryte  bujnym  kwieciem.  Dalej  ciągnął 
się szereg drzew mimozy, złocących się pięknie w porannym 
słońcu'. 

Markiz  ponownie  wziął  Lucię  za  rękę  i  obydwoje  poszli 

niespiesznie  ścieżką  wijącą  się  wśród  drzew.  Doprowadziła 
ich ona do miejsca, skąd roztaczał się wspaniały widok na całą 
zatokę. Wydeptana droga świadczyła o tym, że miejsce to było 
często  odwiedzane  przez  amatorów  letnich  wycieczek.  O  tej 
porze roku, a także o tak wczesnej godzinie markiz i Lucia nie 
musieli obawiać się, że ktoś zakłóci im spokój. 

Ujrzawszy nie opodal małą ławeczkę, Giles podprowadził 

ku  niej  Lucię.  Dziewczyna  usiadła,  wznosząc  ku  niemu 
pytający wzrok. Siadając obok, Giles ujął obie dłonie Lucii w 
swoje ręce. 

 - Kocham cię! - powiedział. - Nie mogłem usnąć ostatniej 

nocy,  kiedy  uświadomiłem  sobie,  jak  bardzo  zraniłem  twoje 
uczucia. Teraz już wiem na pewno, że nic na świecie nie jest 
ważniejsze od naszej miłości! 

Ponieważ  były  to  prawie  dokładnie  te  same  słowa,  które 

Lucia  pragnęła  powiedzieć  jemu,  dziewczyna  uścisnęła  tylko 
lekko dłoń ukochanego, po czym powiedziała cicho: 

 - Ja... też myślałam o tobie. 
 - Byłem tego pewien, najdroższa. 
 - 1 chciałabym... ci coś... powiedzieć. 
 - Słucham cię z uwagą - odparł markiz uśmiechając się do 

niej. - Nie mów jednak zbyt długo, bo najbardziej mam ochotę 
cię całować! 

 -  Nie...  poczekaj,  proszę!  -  szepnęła  Lucia  widząc,  że 

Giles  zbliża  swą  twarz  do  jej  twarzy.  -  Najpierw  musisz... 
mnie wysłuchać! 

Delikatnie uwolniła dłoń z jego uścisku czując, że dopóki 

go  dotyka,  jest  w  stanie  myśleć  tylko  o  tym,  jak  wspaniałą 
rzeczą  jest  być  tak  blisko  przy  nim.  Giles  wydawał  się 

background image

rozumieć, co dzieje się w jej sercu. Usiadłszy prosto na ławce 
zwrócił  ku  Lucii  twarz  i  spojrzał  na  nią  poważnym,  pełnym 
wyczekiwania wzrokiem. Dziewczyna wahała się jednak przez 
pewien  czas,  jakby  starannie  ważąc  w  myśli  słowa,  które 
miały paść za chwilę. 

 - Nie ma na świecie istoty bardziej godnej uwielbienia niż 

ty! - przerwał milczenie markiz patrząc na nią z zachwytem. - 
Odkąd  ujrzałem  cię  po  raz  pierwszy,  śnisz  mi  się  co  noc. 
Oprócz ciebie nie istnieją dla mnie żadne inne kobiety! 

Widząc jednak, że Lucia poruszyła się niespokojnie, jakby 

przeszył ją nagły dreszcz, dodał: 

 - Co chciałaś mi powiedzieć? 
 -  Ja...  też  myślałam  przez  całą  noc  -  zaczęła  Lucia 

złożywszy dłonie. Myślałam o tym... jak bardzo cię kocham i 
że... właśnie dlatego zrobię to... o co mnie prosiłeś. 

 -  Przeczuwałem,  że  tak  powiesz  -  odparł  markiz.  -  Ja 

jednak  pragnę,  abyś  była  przy  mnie  już  zawsze,  i  to  nie  w 
tajemnicy przed światem! 

Lucia odetchnęła głęboko. 
 -  Ja  też  chciałabym,  aby  tak  było  -  powiedziała  ze 

smutkiem.  -  Ale...  ponieważ  nasze  małżeństwo  jest 
niemożliwe... 

 -  Zamierzam  ożenić  się  z  tobą  -  przerwał  markiz.  -  I  nie 

rozumiem,  jak  mogłem  okazać  się  takim  tępym  głupcem, 
szukając innego rozwiązania! 

 -  Ależ  nie...  -  zaoponowała  Lucia.  -  Miałeś  wtedy  rację. 

Nie  wolno  nam  zaprzepaścić  czegoś  tak  pięknego  jak  nasza 
miłość. A ponieważ nie mogę zostać twoją żoną... 

Markiz uśmiechnął się z czułością. 
 - Mówiąc to masz na myśli mnie, a nie siebie, prawda? - 

zapytał.  -  Kocham  cię  za  to  jeszcze  bardziej!  Jednak 
oświadczam ci, że podjąłem już decyzję: chcę uczynić ciebie 
moją żoną! 

background image

Lucia milczała siedząc z opuszczoną głową. 
 - Nigdy... nie marzyłam nawet o tym, że poprosisz mnie o 

rękę!  -  powiedziała  w  końcu  niepewnym  głosem.  -  Nie 
przyszłoby  mi  to  na  myśl,  ponieważ  wiem,  że  to  jest... 
niemożliwe. 

 - 

Dlaczego  niemożliwe?  -  spytał  Giles  nieco 

zniecierpliwionym tonem. 

 - Jesteś... bardzo ważną osobą - wyjaśniła Lucia nieśmiało 

-  a  mama  zawsze  mówiła  mi,  że  ludzie  z  twoim 
pochodzeniem... szukają towarzyszek życia  wśród... równych 
sobie. Przecież twoja pozycja nie pozwala na to, abyś  miał... 
wstydzić się swojej żony. 

 -  Wstydzić  się?  -  żachnął  się  markiz.  -  Będę  dumny 

mogąc mieć u swego boku kobietę tak piękną i szlachetną jak 
ty! 

Lucia  nie  odpowiedziała  patrząc  w  bok.  Obserwując  jej 

delikatny  profil,  Giles  pomyślał  mimo  woli,  że  podobnie 
doskonałe rysy widział jedynie u posągów bogiń greckich. 

„Ktokolwiek  spojrzy  na  nią  choć  raz  -  pomyślał  -  nie 

będzie miał żadnych wątpliwości, że w jej żyłach płynie krew 
szlachetnie urodzonych przodków." 

 -  To  dla  mnie  wielki  zaszczyt  -  powiedziała  nagle  Lucia 

odwracając  się  do  niego.  -  I nigdy  nie  zapomnę,  że  chciałeś, 
abym  została  twoją  żoną.  Jednak,  choć  kocham  cię  z  całego 
serca, nie mogę wyjść za ciebie! 

Mówiła z takim zdecydowaniem, że markiz spojrzał na nią 

zaskoczony. 

 -  Czy  naprawdę  myślisz,  że  pozwolę,  żebyś  mnie 

odrzuciła,  Lucio?  -  spytał.  -  Podjąłem  już  decyzję  o  naszym 
przyszłym  losie  i  nie  zmienię  zdania,  chyba  że  powiesz,  że 
mnie już nie kochasz! 

Lucia wydała cichy, pełen bólu okrzyk. 

background image

 -  Proszę  cię!  -  zwróciła  ku  niemu  oczy  pełne  łez.  - 

Musisz... spróbować to zrozumieć! Kocham cię całym sercem 
i pragnę być z tobą, dopóki... będziesz mnie potrzebował. Ale 
nie mówmy już więcej o małżeństwie! 

 - Dlaczego? - słowo to zabrzmiało w ustach Gilesa twardo 

jak  wystrzał.  -  Nie  widzę  żadnego  powodu.  abyśmy  mieli 
unikać tego tematu. Chyba że... jesteś już zamężna! 

 -  Nie!  Oczywiście,  że  nie  jestem!  -  powiedziała  szybko 

Lucia. - Jednak... nie wolno mi nawet myśleć o zostaniu twoją 
żoną! Nic więcej nie mogę ci powiedzieć! 

Giles patrzył na nią z nieopisanym zaskoczeniem. 
 -  Nie  przypuszczasz  chyba,  że  pogodzę  się  z  tym  nie 

uzyskawszy  zadowalających  wyjaśnień  z  twojej  strony? 
Wiem,  że  mnie  kochasz,  Lucio!  Kochasz  mnie  tak,  jak  ja 
kocham  ciebie,  i  musisz  mi  wyjaśnić,  dlaczego  wolisz  być 
moją kochanką niż żoną! 

Ostatnie  zdanie  wypowiedział  rozmyślnie  ostrym, 

twardym  tonem,  aby  skłonić  Lucię  do  mówienia.  Spostrzegł, 
że  słysząc  jego  szorstkie  słowa,  dziewczyna  zadrżała  jak  od 
nagłego  ciosu.  Opamiętawszy  się  więc,  zwrócił  się  do  niej 
łagodniej: 

 -  Cóż  to  za  tajemnica,  której  nie  chcesz  nawet  mnie 

wyjawić? Czy nie wiesz, że nic nie ukryje się przede mną? 

 - Uważam, że nie powinnam ci tego mówić. 
 - Zapewniam cię, że się mylisz! - przerwał jej delikatnie, 

lecz  stanowczo.  -  Czy  sądzisz,  że  pozwolę,  aby  pomiędzy 
nami wyrósł mur tajemnicy, którą pragniesz ukryć? 

Widząc, że Lucia milczy nadal, dodał: 
 -  Cokolwiek  to  jest,  bądź  pewna,  że  nie  zmieni  moich 

uczuć  do  ciebie.  Zawsze  będę  cię  kochał.  Wiem,  że  tylko  z 
tobą mogę być szczęśliwy! 

Pod wpływem jego słów oczy Lucii napełniły się łzami. 

background image

 -  Jak  to...  możliwe,  że  spotkałam  na  swej  drodze  kogoś 

tak cudownego jak ty? -  wyszeptała. - Mówisz  mi zawsze to, 
co  pragnęłabym  od  ciebie  usłyszeć.  Każde  twoje  słowo  jest 
jak balsam dla mojego serca! 

 -  Ja  czuję  dokładnie  to  samo!  -  zapewnił  ją  Giles.  -  I 

dlatego, najdroższa, nie możemy pozwolić, aby zaistniało coś, 
co stanie pomiędzy nami. Ani teraz, ani w przyszłości! 

Lucia  ponownie  odwróciła  głowę,  błądząc  zamyślonym 

wzrokiem gdzieś w oddali. Markiz domyślił się, że rozważa w 
duchu, jak powinna postąpić. 

 - Niezależnie od tego, czy weźmiemy ślub, czy będziemy 

żyć w wolnym związku - ciągnął po chwili dalej - jedno jest 
pewne:  zostaliśmy  sobie  przeznaczeni.  Jesteśmy  jak  jedno 
ciało i jedna dusza i nic nie jest w stanie tego zmienić! 

Ujrzawszy,  jak  łzy  spływają  szybko  po policzkach  Lucii, 

Giles  wykonał  taki  ruch,  jakby  chciał  przytulić  ją  do  siebie. 
Jednak  obawa,  aby  nie  spłoszyć  ukochanej,  kazała  mu 
powstrzymać czuły gest. 

 - Wyznaj mi wszystko, najmilsza - szepnął. - Przyrzekam, 

że  postaram  się  zrozumieć,  nawet  jeśli  byłoby  to  dla  mnie 
trudne! 

Lucia milczała jeszcze przez chwilę. Potem zaczęła mówić 

głosem, który wydawał się należeć do zupełnie innej osoby: 

 -  Nie  mogę...  cię  poślubić,  ponieważ  tak  naprawdę  nie 

wiem,  kim  jestem.  Ludzie...  będą  cię  pytać,  skąd  pochodzi 
twoja żona. Co powiedzą jeśli... nie będziesz mógł udzielić im 
odpowiedzi? 

Markiz patrzył na nią, mrugając z zaskoczeniem oczyma. 
 -  Nic  nie  pojmuję  -  przyznał  wreszcie.  -  Czy  mogłabyś 

opowiedzieć mi wszystko dokładnie od samego początku? 

 -  Mama  powtarzała  mi  zawsze  -  odparła  Lucia  -  że  nie 

wolno  mówić  mi  o  tym  nikomu,  z  wyjątkiem...  mojego... 
przyszłego męża. - Widząc, że markiz żywo zareagował na te 

background image

słowa,  dziewczyna  dodała  czym  prędzej:  -  Mama  nigdy  nie 
przypuszczała,  że  mogłabym  poślubić  kogoś  takiego  jak  ty. 
Prawdę  mówiąc  uważała,  że  to...  niemożliwe.  Przypuszczała, 
że  wyjdę  kiedyś  za  kogoś...  zwykłego,  dla  kogo  historia 
mojego pochodzenia nie będzie sprawą ważną. 

 -  To  ja  jestem  tym,  który  zostanie  twoim  mężem  - 

oświadczył markiz. - I nic nie stanie nam na przeszkodzie! 

Uśmiechnąwszy się blado, Lucia otarła łzy płynące jej po 

policzkach. 

 -  Wiesz  dobrze,  najmilszy,  że  to  tylko  nasze  marzenia  - 

szepnęła. - Będąc tym, kim jesteś, nie możesz temu zaradzić, 
gdyż... to twoja pozycja czyni sprawę tak trudną. 

 - Zdradź mi swoją tajemnicę, a ja sam zadecyduję, czy nie 

ma  wyjścia  z  tej  sytuacji  -  powiedział  Giles.  -  Zanim  jednak 
zaczniesz swoją opowieść, zapewniam cię raz jeszcze, że nie 
ma na świecie nic: przeszkody, klątwy, a nawet zbrodni, które 
mogłyby stanąć pomiędzy nami! 

Lucia  odetchnęła  głęboko  jak  ktoś,  kto  szykuje  się  do 

skoku na głęboką wodę. 

 - Mój ojciec... wcale nie nazywał się Beaumont - zaczęła 

cicho. - Jego prawdziwe nazwisko brzmi... Beaufoy. 

Nie  zważając  na  stłumiony  okrzyk  zdumienia,  który 

wyrwał się z ust Gilesa, mówiła dalej: 

 -  W  istocie  był  on...  najmłodszym  synem  księcia 

Beauhampton! 

 - Czy to być może? - wykrzyknął markiz ze zdumieniem.  
Lucia skinęła głową. 
 -  Ale  dlaczego...  -  pytał  Giles  poruszony  do  głębi.  - 

Dlaczego malował pod przybranym nazwiskiem? 

 - Właśnie o tym zamierzam ci opowiedzieć. Pochyliwszy 

się do przodu, markiz ujął dłoń Lucii. 

 - Cały zamieniam się w słuch, najdroższa. 

background image

 -  Kiedy  mój  dziadek,  książę  Beauhampton,  miał  ponad 

pięćdziesiąt  lat,  korzystając  z  zawieszenia  broni  między 
Francją i  Anglią,  wybrał  się  w odwiedziny do swego starego 
przyjaciela  -  wielkiego  księcia  Maksymiliana,  władcy 
Walenstein. 

Widząc zdumienie na twarzy markiza, Lucia pospieszyła z 

wyjaśnieniem: 

 -  Walenstein  było  niewielkim  państwem,  położonym  tuż 

przy  granicy  z  Austrią.  Mówiono,  że  jego  mieszkańcy  byli 
ludźmi wyjątkowo życzliwymi i pogodnymi. 

 - Słyszałem o tym - skinął głową Giles. 
 - Przed wyruszeniem w drogę powrotną do Anglii książę 

poprosił  przyjaciela,  aby  oddał  mu  rękę  swej  najmłodszej 
córki, księżniczki Ileny. - Lucia westchnęła głęboko, po czym 
mówiła  dalej:  -  Księżniczka,  która  w  czasie  pobytu 
angielskiego  gościa  przebywała  głównie  ze  swą  guwernantką 
w pokoju do nauki, rozmawiała zaledwie kilka razy z księciem 
Beauhampton.  Jakież  więc  było  jej  zaskoczenie,  gdy 
usłyszała, iż ma zostać żoną tego człowieka. Tak zadecydował 
wielki  książę  Maksymilian  i  pozostało  jej  jedynie 
podporządkować się jego woli! 

 - Nie chciała poślubić Anglika? - spytał markiz. 
 - Nie chodziło tu o jego narodowość! -  wyjaśniła prędko 

Lucia.  -  Zresztą  babka  Ileny  była  również  Angielką  i 
dziewczyna  zawsze  marzyła  o  tym,  aby  zobaczyć  kraj,  o 
którym tyle  słyszała. -  Lucia przerwała na chwilę, jak gdyby 
szukając  właściwych  słów  do  kontynuowania  opowieści.  - 
Ona...  myśląc  o  swym  przyszłym  mężu,  widziała  go  w 
marzeniach  jako  młodego  i  przystojnego  człowieka.  Książę 
Beauhampton,  jakkolwiek  prezentował  się  bardzo  dobrze, 
wydawał jej się strasznie stary! 

 -  Mów  dalej,  najdroższa!  -  zachęcił  ją  Giles  widząc,  że 

dziewczyna zawahała się lekko. 

background image

 - Sądzę, że domyślasz się, co było dalej - odparła Lucia. - 

Księżniczka  Ilena  pojechała  wraz  ze  swoją  babką  do  Anglii, 
aby gościć w majątku księcia, w Kornwalii. 

 - Ile miała wtedy lat? 
 -  Tuż  przed  wyruszeniem  w  podróż  ukończyła 

osiemnaście. Jej babka, księżna - wdowa, bardzo cieszyła się 
na małżeństwo wnuczki z angielskim arystokratą, podczas gdy 
Ilena  płakała  po  nocach.  -  Rozłożywszy  w  bezradnym  geście 
ręce, Lucia opowiadała dalej: - Lękiem napełniała ją myśl, że 
ma poślubić człowieka, o którym słyszała, iż ma już pięcioro 
dorosłych dzieci: trzech synów i dwie córki! 

 - Wyobrażam to sobie! - mruknął markiz. 
 -  Przybywszy  do  kornwalijskiej  posiadłości  księcia, 

spotkała tam jego najmłodszego syna, Bernarda... 

 - I zakochała się w nim! - wykrzyknął domyślnie Giles. 
 -  Od  pierwszego  wejrzenia  i  z  wzajemnością!  -  Lucia 

poważnie  skinęła  głowa.  -  Po  latach  jeszcze  wspominali,  jak 
ujrzawszy  się  po  raz  pierwszy,  nie  mogli  oderwać  od  siebie 
wzroku! 

 - I co się stało dalej? 
 - Z początku uczucie to napełniało ich bólem i rozpaczą, 

ponieważ sytuacja wydawała się beznadziejna. Bernard, czyli 
mój ojciec, postanowił już nawet, że na zawsze opuści Anglię. 
Nie  mógł  pogodzić  się  z  myślą,  iż  jego  ukochana  miała 
poślubić jego własnego ojca! 

 - W pełni go rozumiem! - powiedział cicho markiz. 
 -  Żyli  tak  obok  siebie,  z  dnia  na  dzień  coraz  bardziej 

nieszczęśliwi. W końcu ojciec... wpadł na pewien pomysł. 

 - Jaki? 
 -  To  był  bardzo  sprytny  plan.  Wymagał  tylko...  bardzo 

starannego przygotowania. 

 - Cóż zatem uczynili? 

background image

 - Najpierw ojciec wyprowadził ze stajni dwa dobre konie, 

a  służba  została  powiadomiona,  że  sprzedał  je  jednemu  z 
mieszkających  niedaleko  przyjaciół.  -  Starając  się  wyjaśnić 
wszystko  jak  najdokładniej,  Lucia  mówiła  powoli,  starannie 
dobierając  słowa.  -  Następnie  wyniósł  po  kryjomu  ze  swych 
pokojów  tyle  ubrań,  ile  tylko  zdołał,  i  umieścił  je  także  w 
domu  swego  przyjaciela.  -  Dziewczyna  przerwała  na  chwilę, 
aby  nabrać  oddechu,  po  czym  mówiła  dalej:  -  Mamie  nie 
poszłoby  łatwo  z  pokojówkami,  przekazała  więc  ojcu  tylko 
kitka sztuk odzieży, a on przewiózł je natychmiast w to samo 
miejsce, gdzie ukrył resztę rzeczy. - Westchnąwszy nerwowo, 
Lucia  powiedziała:  -  Wyobrażam  sobie,  z  jakim  niepokojem 
przystępowali  do  zrealizowania  swoich  planów.  W  każdej 
chwili  groziło  im  odkrycie  ich  tajemnych  przygotowań. 
Niechby tylko ktoś ze służby doniósł o swoich podejrzeniach 
księciu lub babce Ileny! 

 - To był prawdziwy wyścig z czasem - przyznał markiz. 
 -  Kiedy  książę  Beauhampton  oznajmił  swej  narzeczonej, 

że  wracają do Walenstein, aby tam  wziąć  ślub, na cztery dni 
przed  planowaną  datą  wyjazdu,  ojciec  zdecydował,  że  już 
dłużej nie mogą czekać. 

 - I co zrobili? 
 -  Wymknęli  się  z  domu  księcia  o  świcie;  kiedy  wszyscy 

jeszcze spali. Mama zostawiła liścik do babki, zawiadamiając 
ją, że pojechała wraz z Bernardem podziwiać Groty Smoka o 
wschodzie słońca. - W tym miejscu Lucia uznała za stosowne 
wyjaśnić:  -  Groty  Smoka  są  bardzo  sławnym  i  często 
odwiedzanym  miejscem.  Wszyscy  goście  mojego  dziadka 
robili  sobie  do  nich  wycieczki.  Można  się  tam  dostać  tylko 
łodzią. 

Markizowi,  który  słuchał  słów  Lucii  bardzo  uważnie, 

wydało się nagle, że pojmuje plan Bernarda. 

background image

 -  Obydwoje  płynęli  więc  łodzią  wzdłuż  wybrzeża. 

Następnie  ojciec  zostawił  mamę  na  brzegu,  a  sam,  zdjąwszy 
ubranie,  popłynął  w  pobliże  Grot  Smoka.  Tam  wyrzucił 
wiosła za burtę i, chociaż było to niezwykle trudne, przewrócił 
łódź do góry dnem. 

 - Już wiem, dlaczego tak uczynił! - wykrzyknął markiz. 
 - Wypchnąwszy łódź na pełne morze, wrócił wpław aż do 

miejsca, gdzie wysiadła z łodzi mama. Szybko włożył ubranie, 
po czym pobiegli do lasu, a tam czekał już przyjaciel Bernarda 
z dwoma osiodłanymi końmi. 

 - To był bardzo pomysłowy plan! - orzekł uśmiechając się 

markiz. 

 -  Puścili  się  galopem  -  ciągnęła  Lucia  -  pragnąc  jak 

najbardziej  oddalić  się  od  posiadłości  księcia,  zanim  ich 
przedłużająca się nieobecność zaniepokoi domowników. 

 - I udało im się umknąć? 
 -  Tak.  Już  nazajutrz  wszystkie  gazety  pisały  o  tragedii, 

która wydarzyła się przy Grotach Smoka. Oczekiwano, że lada 
dzień  zwłoki  dwojga  młodych  ludzi  zostaną  wyrzucone  na 
brzeg.  -  Lucia  roześmiała  się  cicho,  po  czym  dodała:  -  Byli 
jednak  i  tacy,  którzy  mówili,  że  morze  nie  odda  ich  nigdy, 
ponieważ  wokół  skał  tworzą  się  o  tamtej  porze  roku 
wyjątkowo silne prądy! 

 -  I  nikt  nie  podejrzewał,  że  może  oni  żyją?  -  spytał 

markiz. 

Lucia pokręciła przecząco głową. 
 - Ojciec miał trochę swoich pieniędzy - opowiadała dalej. 

-  Kiedy  wraz  z  mamą  podjęli  decyzję  o  ucieczce,  pobrał  z 
banku większą sumę, przekraczając nawet istniejące konto, 

 - To było wszystko, za co mieli żyć od tej pory? 
 -  Oczywiście  czekało  ich  życie  pełne  wyrzeczeń  - 

przyznała  Lucia.  -  Bardzo  się  cieszyli,  gdy  przyszłam  na 

background image

świat,  co  nastąpiło  w  roku  1805.  Obawiam  się  jednak,  że 
wydarzenie to pociągnęło za sobą pewne wydatki. 

 - A kiedy postanowili zamieszkać w Little Morden? 
 - Ojciec przyjeżdżał do Worcestershire, kiedy był jeszcze 

chłopcem. Zawsze podobał mu się ten cichy, spokojny zakątek 
kraju. Tam najpierw pojechali. Za kilka szylingów na tydzień 
wynajęli  niewielki  domek,  w  którym  spędzili  cudowny 
miesiąc miodowy. Tak mówiła mama. W tym domku - dodała 
ciszej  -  spędziłam  całe  swoje  dzieciństwo.  Bardzo  go 
kochałam i... tęsknię do niego. 

 -  Rozumiem  twoje  przywiązanie  do  tego  miejsca  - 

powiedział  Giles  -  mieszkałaś  tam  z  rodzicami,  którzy 
poświęcili wszystko dla miłości! 

 - Zawsze jednak prześladował ich lęk, że ktoś odkryje, iż 

wcale nie zginęli. Wiedzieli, że byłby to nie lada skandal. 

 -  Wyobrażam  sobie!  -  przyznał  markiz.  -  Ale  przecież 

udało im się do śmierci zachować ich tajemnicę! 

Lucia skinęła głową, a potem podjęła swą opowieść: 
 -  Mama  zachęcała  ojca  do  tego,  aby  malował  jak 

najwięcej.  To  ona  odkryła  jego  talent.  Kiedy  w  domu 
zaczynało  brakować  pieniędzy,  zawsze  udawało  się  znaleźć 
kogoś, kto zamawiał portret lub pejzaż. Gdyby malował tylko 
takie obrazy, mielibyśmy zawsze dosyć pieniędzy. Te płótna, 
nad którymi lubił pracować naprawdę, nie były przeznaczone 
na sprzedaż. 

Markiz milczał, patrząc na Lucię zamyślonym wzrokiem. 
 -  Teraz  już  rozumiesz  -  szepnęła  dziewczyna  -  że  ja  nie 

mam nawet... nazwiska, pod którym mogłabym cię poślubić. I 
ponieważ  nikt  i  nigdy  nie  może  się  dowiedzieć,  kim  jestem 
naprawdę, nie wolno mi wyjść za mąż za kogoś takiego jak ty. 

Nagle  Giles  wyciągnął  ku  niej  ramiona  i  przytulił  ją  do 

siebie. 

background image

 -  Czy  naprawdę  myślisz,  najdroższa,  że  nie  potrafię  być 

równie mądry i przebiegły jak twój ojciec? - szepnął. - Wiem 
już,  co  zrobić,  by  nikt  nie  odkrył  twojej  tajemnicy.  Nikomu 
przez  myśl  nie  przejdzie,  że  poślubiłem  „pannę  Beaumont 
Znikąd". 

Lucia  wyprostowała 

się 

patrząc 

na 

niego 

niedowierzaniem. 

 - Jak chcesz to zrobić? - spytała bezradnie. - Ja... nic nie 

rozumiem. 

 - Musisz uwierzyć w moją inteligencję - oznajmił Giles, z 

trudem ukrywając uśmiech. - Jeśli twoi rodzice przez tyle lat 
nie zostali zdemaskowani, nam również się uda! 

 -  To  niemożliwe!  -  zaprotestowała  Lucia.  -  Jeśli  zostanę 

twoją żoną, nic nie powstrzyma ludzi od... zadawania pytań na 
temat mojego pochodzenia! 

 - Zgadzam się z tobą - przyznał wesoło markiz. - I dlatego 

musimy przygotować sobie wiarygodną historyjkę! 

Lucia patrzyła na niego, mrugając oczyma z zaskoczenia. 
 - Ale jaką? - spytała ze smutkiem. 
 -  Wszystko  już  sobie  ułożyłem  -  oznajmił  Giles.  -  Ale 

teraz, moja najmilsza, chciałbym jeszcze raz usłyszeć z twoich 
ust  zapewnienie,  że  nie  ma  nic  ważniejszego  na  świecie  niż 
nasza miłość i że nic już nie przeszkodzi ci kochać mnie tak, 
jak ja ciebie kocham! 

 - Kocham cię! Kocham! - odpowiedziała gorąco  Lucia. - 

Ale... 

 - Nie ma żadnych „ale", ukochana - przerwał jej łagodnie 

markiz  -  ponieważ  wszystkie  elementy  naszej  historii  pasują 
do  siebie,  jak  precyzyjnie  rozwiązana  układanka.  W  istocie 
rzeczy,  wiele  zawdzięczamy  roztropności  twoich  rodziców! 
Zanim  jednak  powiem  ci,  co  wymyśliłem,  muszę  cię 
pocałować. Zbyt długo już na to czekałem! 

background image

To  mówiąc  ujął  delikatnie  Lucię  pod  podbródek  i 

przyciągnął jej twarz do swojej. Kiedy przygarnął ją do siebie 
w  długim,  pełnym  czułości  geście,  Lucia  poczuła  nagle,  że 
wszystkie  problemy  i  piętrzące  się  przed  nimi  trudności 
rozpływają  się  w  powietrzu  jak  poranna  mgła.  Stopniowo 
pocałunki  Gilesa  stawały  się  coraz  bardziej  gorące  i  pełne 
miłosnego  uniesienia,  aż  Lucii  wydawało  się,  że  płomień, 
który  zrodził  się  z  głębi  jej  ciała,  spali  ich  oboje  na  popiół. 
Czuła, jak serce markiza bije w szaleńczym rytmie tuż przy jej 
sercu. 

 -  Moja  śliczna,  moja  kochana  -  szeptał  Giles  wtulając 

twarz w jej włosy. - Weźmiemy ślub w Nicei. To tylko jeszcze 
dwa dni żeglugi. Nie potrafię czekać ani chwili dłużej! 

 - Ale przecież mówiłam ci, że... nie możemy wziąć ślubu! 
 - Twoja opowieść, najmilsza, sprawiła, że wszystko nagle 

stało się proste. Nie spodziewałaś się tego, prawda? 

 - O czym ty mówisz? 
 -  O  tym,  że  nie  zamierzam  wcale  poślubić,  jakiejś  tam 

panny  Beaumont  i  narażać  się  na  to,  że  wszyscy  będą  mnie 
wypytywać, skąd ona pochodzi i kim są jej rodzice. To byłoby 
istotnie trudne dla nas obydwojga! 

 - Czy możemy coś na to poradzić? 
Markiz  przerwał  na  chwilę,  porządkując  myśli.  Później 

pełnym skupienia głosem zapytał: 

 -  Mam  nadzieję,  że  słyszałaś,  iż  Napoleon  zajął 

Walenstein w czasie, gdy prowadził wojnę z Austrią? 

 - Tak. Wiadomość o tym bardzo zasmuciła moją mamę. 
 -  Po  wycofaniu  się  wojsk  francuskich  terytorium  tego 

niewielkiego  państwa  zostało  włączone  do  cesarstwa 
austriackiego. Twój dziadek Maksymilian był ostatnim władcą 
Walenstein. 

background image

 - Mama płakała czytając o tym w gazetach - powiedziała 

Lucia.  -  Nie  było  żadnych  pretendentów  do  tytułu  wielkiego 
księcia, ponieważ dziadek nie miał synów. 

 - Tyle zdołałem sobie przypomnieć z historii Walenstein - 

zauważył markiz. - Lecz nawet to ułatwi nam sprawę! 

 - Ale... w jaki sposób? - zdziwiła się Lucia. 
 -  Jesteś  jedynym  żyjącym  potomkiem  swego  rodu  - 

odparł spokojnie Giles. - A stało się to tak, posłuchaj uważnie: 
gdy  wojska  Napoleona  ruszyły  na  Austrię,  zagarniając  po 
drodze  wszystkie  księstwa  i  niewielkie  państwa,  wysłano  cię 
do  Wenecji,  abyś  tam,  u  przyjaciół,  przeczekała  bezpiecznie 
czas wojny. Los zrządził, że pozostałaś tam aż do tej pory! - 
Lucia  milczała,  patrząc  na  niego  szeroko  otwartymi  ze 
zdumienia oczami. Markiz mówił zaś dalej: - Wątpię, aby ktoś 
pamiętał jeszcze, o jakiejś księżniczce Lucii z Walenstein... 

 - O księżniczce! - wykrzyknęła Lucia. 
 -  ...przecież  ten  tytuł  przysługuje  ci  w  pełni  jako  córce 

księżniczki  Ileny  -  ciągnął  dalej  Giles.  -  W  ten  sposób  moja 
rodzina,  którą  zapewne  uważasz  za  okropne  zbiorowisko 
arystokratycznych  snobów,  nie  będzie  miała  nic  przeciwko 
dokonanemu przeze mnie wyborowi! 

 - I ty... naprawdę sądzisz, że... oni w to uwierzą? 
 -  Czyż  mogłoby  być  inaczej  -  uśmiechnął  się  markiz  - 

jeśli  usłyszą  tę  historię  z  moich  własnych  ust?  - 
Roześmiawszy  się  cicho,  dodał:  -  Zapewniam  cię,  że  moi 
krewni czują w stosunku do mnie taki respekt, iż nawet przez 
myśl  im  nie  przejdzie,  że  mógłbym  im  opowiedzieć  jakąś 
zmyśloną historię! 

Lucia  roześmiała  się  również,  a  markiz  z  przyjemnością 

słuchał dźwięku jej śmiechu. 

 -  To  wszystko  brzmi  jak  jedna  z  tych  bajek,  w  których 

ubogi Kopciuszek staje się nagle królewną! - zauważyła. 

background image

 -  Uczynimy  podobnie  jak  twoi  rodzice,  którzy  dopięli 

swego.  Pozostaje  nam  jedynie  naśladować  ich  roztropne 
postępowanie! 

Lucia uniosła na ukochanego pełen nadziei wzrok. 
 - Czy... jesteś zupełnie pewien, że... nic nie zagrozi twojej 

pozycji? - spytała nieśmiało. - Jeśli zostanę twoją żoną? 

 - Staniesz się nią już wkrótce! - uśmiechnął się markiz. - I 

pamiętaj,  najdroższa,  na  co  odważyli  się  twoi  rodzice,  aby 
uratować  swoją  miłość.  Nasz  plan  nie  wymaga  aż  tak 
wielkiego  poświęcenia,  ponieważ  historia,  którą  ułożyliśmy, 
jest całkiem prawdopodobna. 

 -  Kocham  cię!  -  powiedziała  Lucia  czując,  jak  nagła 

radość  wypełnia  ją  całą.  -  Kocham  cię!  I...  zrobię  wszystko, 
czego tylko ode mnie zażądasz! 

Więcej powiedzieć nie mogła, gdyż Giles znów porwał ją 

w ramiona, całując namiętnie aż do utraty tchu. Słońce uniosło 
się już ponad błądzące nad zatoką mgły i nagie oświetliło ich 
swym ciepłym, złocistym blaskiem. 

* * * 
Lucia stała w swej kabinie patrząc w lustro i zastanawiając 

się,  czy  to,  co  w  nim  widzi,  nie  jest  jedynie  pięknym  snem. 
Wydawało  się  jej,  że  zaledwie  wczoraj,  głodna  i  pełna  lęku, 
pozostawiła  o  świcie  chorego  ojca  na  poddaszu,  aby  zdobyć 
choć trochę jedzenia. Przechodząc przez plac Świętego Marka 
ujrzała  markiza  Wynchcombe  siedzącego  przy  stoliku  „U 
Floriana"... 

„Jak mogłam przypuszczać wtedy, że w tak krótkim czasie 

zostanę jego żoną? - pytała swego odbicia. - Czyż mogłabym 
wątpić, iż wszystko, co się stało, jest zrządzeniem boskim?" 

Lucia  pamiętała  jeszcze  swoje  ogromne  przerażenie,  gdy 

odkryła,  że  ojciec  nie  żyje,  a  ona  została  na  świecie  całkiem 
sama. Lecz Giles był już wtedy przy niej i podświadomie czuł, 
że stanie się dla niej oparciem. I teraz, widząc siebie w białej, 

background image

ślubnej  sukni  i  welonie  tak  lekkim,  iż  wydawał  się  utkany  z 
promieni słonecznych, Lucia myślała, że wygląda, jakby przed 
chwilą  zeszła  z  któregoś  z  obrazów  swojego  ojca.  Słońce 
świecące  przez  niewielkie  okrągłe  okienko  w  burcie  jachtu 
padało  wprost  na  wianek  z  kwiatów  pomarańczy  w  jej 
włosach.  Strój  ślubny  był  podarunkiem  od  markiza,  który 
zamówił  go  u  najlepszej  krawcowej  w  Nicei,  polecając  przy 
tym  uszyć  kilka  innych,  niezwykle  pięknych  sukien. 
Wszystkie  dostarczono  na  pokład  jachtu  poprzedniego  dnia 
wieczorem. 

 - Zawsze pragnąłem, aby twoja uroda miała stosowną dla 

siebie  oprawę  jak  drogocenny  kamień  -  powiedział  Giles, 
kiedy  Lucia  zdumiona  otwierała  jeden  pakunek  po  drugim.  - 
Przez cały wczorajszy ranek z rozkoszą rozmyślałem, że będę 
ci  mógł  teraz  podarować  piękne  suknie  bez  obawy  o  to,  że 
twoja duma nie pozwoli ci ich przyjąć! 

Lucia roześmiała się. 
 -  Skąd  wiedziałeś,  że  odrzuciłabym  twój  prezent?  - 

spytała. 

 -  Ponieważ  znam  cię  jak  siebie  samego,  najdroższa  - 

odparł  Giles  unosząc  z  czułością  jej  twarz  ku  sobie.  -  I 
kocham  twoją  dumną,  niezależną  i  szlachetną  naturę,  której 
równej nie ma na całym świecie! 

 -  Właśnie  zastanawiałam  się,  czy  wolno  mi  przyjąć  od 

ciebie  tak  wspaniały  dar  -  odparła  Lucia  uśmiechając  się 
przekornie. 

Jednak  w  głębi  serca  bardzo  pragnęła  wyglądać  pięknie 

tylko  dla  niego.  Przeczuwała  poza  tym,  że  powstrzymanie 
Gilesa  przed  zrealizowaniem  czegoś,  co  sobie  umyślił,  nie 
byłoby wcale sprawą prostą. 

 - Życzę sobie, aby moja żona budziła zachwyt w każdym, 

kto tylko na nią spojrzy! - oznajmił markiz z udaną powagą w 

background image

głosie. - Poza tym, czyż księżniczce nie przystoi ubieranie się 
jedynie w królewskie szaty? 

Słysząc to Lucia wybuchnęła srebrzystym śmiechem. 
 -  Myślę,  że  nazywasz  mnie  z  takim  upodobaniem 

księżniczką  nie  tylko  dlatego,  aby  zachować  twarz!  - 
powiedziała.  -  W  gruncie  rzeczy  jesteś,  podobnie  jak  twoja 
rodzina i większość Anglików, strasznym snobem! 

 -  Obawiam  się,  że  niestety  masz  trochę  racji  -  odrzekł 

Giles biorąc ją  w ramiona. - Jednak niezależnie od tego, czy 
należy  ci  się  książęcy  tytuł,  czy  nie,  jedno  jest  pewne:  twój 
wygląd  i  zachowanie  świadczą  o  tym,  że  w  twoich  żyłach 
płynie szlachetna krew! 

Po  tych  słowach  pocałował  ją  i  nie  mogła  już  nic 

odpowiedzieć,  nawet  jeśli  miałaby  na  to  ochotę.  Pomyślała 
tylko, jak szczęśliwa byłaby matka widząc, że jej jedyna córka 
zajmie niebawem pozycję równą tej, która niegdyś należała do 
niej  samej.  Byłoby  to  wspaniałe  zadośćuczynienie  po  latach 
ukrywania  się  pod  nazwiskiem  nikomu  nie  znanej  pani 
Beaumont. 

 - Nigdy nie żałowałam, że porzuciłam pałac mojego ojca, 

aby  u  boku  męża  wieść  skromny  żywot  żony  artysty  - 
powiedziała  kiedyś  Lucii.  -  Pragnęłabym  tylko,  żebyś  ty 
mogła zakosztować kiedyś takiego życia, jakie ja prowadziłam 
w  mojej  rodzinnej  posiadłości.  Poddani  mojego  ojca 
szanowali go i byli ludźmi bardzo szczęśliwymi. Kiedy nasza 
kareta  przejeżdżała  przez  Walenstein,  słyszałam  zawsze  ich 
radosne okrzyki i widziałam, jak rzucali nam kwiaty! 

Lucii,  która  wychowała  się  w  małym  domku  w  Little 

Morden, trudno było jednak wyobrazić sobie to, co mówiła jej 
matka. Słysząc z ust Gilesa opowieści o tym, jak wygląda jego 
posiadłość w Buckinghamshire, dziewczyna wiedziała, że i jej 
przyjdzie  teraz  prowadzić  życie  godne  prawdziwej 
księżniczki. Z każdą chwilą coraz mniej obawiała się, że ktoś 

background image

nazbyt ciekawy mógłby odkryć tajemnicę jej pochodzenia. Po 
wojnach  z  Napoleonem,  kiedy  na  mapie  Europy  zaszło  tyle 
zmian, a większość małych państw znikła z niej bezpowrotnie, 
panowało  takie  zamieszanie,  że  tylko  ktoś  nadmiernie 
dociekliwy  mógłby  zadawać  niewygodne  pytania...  Po 
powrocie na jacht markiz powiedział: 

 -  Czy  wiesz,  że  znam  obecnego  księcia  Beauhampton, 

który,  jak  przypuszczam,  jest  twoim  wujem?  Ciekaw  jestem, 
czy  kiedy  go  spotkamy,  odnajdziesz  w  jego  rysach 
podobieństwo do twojego ojca? 

 -  Bardziej  obawiałabym  się,  że  to  on  mógłby  odnaleźć 

podobieństwo  w  mojej  twarzy.  Na  szczęście  oprócz  tego,  że 
mam jasne włosy, jestem podobna raczej do mamy. 

 -  Zawsze  byłem  niemal  pewien  tego,  że  nie  jesteś  w  stu 

procentach  Angielką!  -  stwierdził  Giles.  -  A  ponieważ 
wyraźnie  unikałaś  tego  tematu,  nabrałem  tym  większych 
podejrzeń!  -  Przytuliwszy  ją  do  siebie,  dodał:  -  Nie  umiesz 
dobrze  kłamać,  moja  ukochana.  Przyrzeknij,  że  już  nigdy 
więcej nie ukryjesz niczego przede mną! 

 -  Przyrzekam  ci  z  całej  duszy!  -  odparła  Lucia  -  że  do 

końca życia będę mówić tylko prawdę! 

Markiz ucałował ją i powiedział: 
 -  Czasami  mam  wrażenie,  że  patrząc  jedynie  w  twoje 

śliczne oczy, potrafiłbym odróżnić prawdę od nieprawdy! 

Odwróciwszy  się  od  lustra  Lucia  pomyślała,  że  prawda 

jest tylko jedna: kocha markiza i poświęci całe swe życie, aby 
uczynić go szczęśliwym. 

„On  jest  moim  wybawcą  i  dobroczyńcą  -  szeptała  do 

siebie. - Nie potrafię inaczej wyrazić swojej wdzięczności, jak 
tylko uwielbiając i podziwiając go do końca moich dni!" 

Rozległo się pukanie do drzwi. 
 -  Proszę  wejść!  -  zawołała  Lucia  i  w  progu  pojawił  się 

Evans. 

background image

 -  Jego  lordowska  mość  polecił  mi  zapytać,  czy  panienka 

jest  już  gotowa  -  oznajmił.  -  On  sam  czeka  na  panienkę  w 
salonie, a kareta ślubna stoi już przy pomoście! 

 -  Jestem  gotowa!  -  odpowiedziała  Lucia,  po  czym 

zapytała okręcając się wkoło: - Czy suknia dobrze leży? 

 -  Wygląda  panienka  bardzo  pięknie!  -  stwierdził  z 

przekonaniem lokaj. - Całkiem jak anioł! 

W  głosie  starego  sługi  brzmiał  tak  szczery  zachwyt,  że 

Lucia  uśmiechnęła  się  do  siebie.  Giles  opowiadał  jej,  z  jaką 
obawą oznajmiał Evansowi o swoich małżeńskich planach. Ku 
swemu ogromnemu zdziwieniu, zamiast  spodziewanych słów 
krytyki usłyszał: 

 -  To  bardzo  dobra  wiadomość,  milordzie!  Gdyby 

kiedykolwiek  jego  lordowska  mość  poprosił  mnie,  abym 
poszukał odpowiedniej kandydatki na jego żonę, nie mógłbym 
znaleźć nikogo lepszego od panny Beaumont! To prawdziwa 
dama, pomimo że jej ojciec był tylko biednym malarzem! 

Pomyślawszy, że lepiej będzie, jeśli Evans pierwszy pozna 

historię,  którą  przeznaczyli  wraz  z  Lucią  dla  świata,  Giles 
opowiedział  mu  wszystko.  Dodał  przy  tym,  że  ojciec  Lucii, 
straciwszy  wszystkie  pieniądze  na  wojnie,  zmuszony  był 
malować pod przybranym nazwiskiem. 

 -  Sądzę,  mój  Evansie,  że  roztropniej  będzie  z  naszej 

strony,  jeśli  obaj  zapomnimy  o  tym,  w  jakich  warunkach 
przyszło nam poznać pannę Beaumont - dodał po zakończeniu 
opowieści.  -  Spodziewam  się,  że  po  powrocie  do  Anglii  nie 
powiesz nikomu ani słowa na ten temat! - Zamilkł na chwilę, 
po czym powiedział:  

 -  Od  tej  chwili  nie  ma  już  żadnej  „panny  Beaumont", 

Żenię się z księżniczką Lucią z Walenstein i tak będą brzmiały 
zawiadomienia o naszym ślubie w londyńskich gazetach! 

Mówiąc  to  markiz  był  pewien,  że  oddany  mu  bez  reszty 

Evans  będzie  tak  dumny,  iż  ma  ze  swym  panem  wspólną 

background image

tajemnicę,  że  bez  zastrzeżeń  przekaże  właściwą  wersję  całej 
służbie w domu w Londynie. 

Kiedy  Lucia  ukazała  się  w  drzwiach  salonu,  Giles 

pomyślał, że wygląda nie tylko jak prawdziwa księżniczka, ale 
również  i  jak  księżniczka  z  bajki.  Przez  dłuższą  chwilę 
przyglądał się jej pełnym podziwu i uwielbienia wzrokiem, po 
czym ujął jej dłoń i pocałował. 

 -  Kocham  cię!  -  szepnął.  -  I  już  wkrótce  przekonasz  się, 

jak bardzo! 

Spojrzawszy  mu  w  oczy,  Lucia  zarumieniła  się 

gwałtownie.  Potem  pozwoliła  poprowadzić  się  na  pokład,  z 
którego  po  wąskim  pomoście  przeszli  obydwoje  na  molo. 
Czekała już tam na nich zaprzężona w czwórkę koni kareta. 

Najpierw pojechali do nicejskiego merostwa, gdzie zostali 

sobie  poślubieni  według  prawa  obowiązującego  we  Francji. 
Przyjąwszy  życzenia  od  mera,  udali  się  następnie  do 
tutejszego kościoła anglikańskiego. Zarówno ołtarz, jak i nawa 
kościelna udekorowane były mnóstwem białych lilii, a z chóru 
sączyła  się  słodka  organowa  muzyka.  Świadkami  ślubu  byli: 
kapitan Bateson i pierwszy oficer jachtu. I mimo że poza nimi 
i  pastorem  w  kościele  nie  było  nikogo,  Lucia  rozglądała  się 
wokół z dziwną pewnością, że tak matka, jak i ojciec są gdzieś 
blisko i wraz z nią cieszą się jej szczęściem. 

„Tylko  oni  potrafią  zrozumieć,  jak  cudowną  rzeczą  jest 

poślubienie tego, kogo się kocha nad życie" - myślała. Miała 
też nadzieję, że to cudowne światło, które było samym życiem 
i  samą  miłością,  a  które  dzięki  swej  żonie  odkrył  Bernard 
Beaumont  dla  swej  twórczości,  będzie  towarzyszyło  jej  i 
Gilesowi aż do kresu ich dni. 

„Taka  właśnie  jest  nasza  miłość  -  rozważała  idąc  wraz  z 

ukochanym do ołtarza - jasna i pełna blasku jak to wszystko, 
co uwiecznił na swych płótnach ojciec." 

background image

Kiedy Giles wsuwał jej obrączkę na palec, zadrżała czując 

ciepły  dotyk  jego  rąk.  Zrozumiała,  że  odtąd  należy  już  tylko 
do  niego  i  że  sam  Bóg  pobłogosławił  ich  związek,  gdyż  tak 
było od dawna zapisane w księgach niebieskich. Spojrzawszy 
w  oczy  Gilesa  wiedziała,  że  on myśli  w  tej  chwili  dokładnie 
tak samo. 

Żegnani  wspaniałym  marszem  weselnym  wyszli  z 

kościoła i wsiedli do karety. Gdy drzwi zamknęły się za nimi i 
powóz ruszył, markiz ujął bez słowa dłoń żony i uniósł do ust. 
Nie  musieli  nic  mówić,  gdyż  znali  nawzajem  swoje  myśli, 
których  żadne  słowa  nie  byłyby  w  stanie  wyrazić.  Lucia 
przysunęła się tylko bliżej do ukochanego, przytuliwszy głowę 
do jego policzka, i tak trwali, wpatrzeni w przesuwający się za 
oknem krajobraz. 

W  pewnej  chwili  Lucia  spostrzegła,  że  kareta  nie  zdąża 

wcale w stronę portu, gdzie stał zacumowany „Konik Morski". 
Spojrzała pytająco na Gilesa, a on powiedział z uśmiechem: 

 - To niespodzianka dla ciebie, moja śliczna żono! 
 - Co to takiego? - spytała Lucia z zaciekawieniem. 
 - Specjalnie nie mówiłem ci o tym wcześniej: mam willę 

w pobliżu Nicei! 

 - Dlaczego zachowałeś to w tajemnicy? 
 -  Ponieważ  nie  było  mnie  tutaj  przez  kilka  dobrych  lat. 

Musiałem  naprzód  upewnić  się,  że  będzie  ona  wystarczająco 
wygodna  i  pięknie  urządzona  na  przyjęcie  mojej  wspaniałej 
panny młodej. Tutaj spędzimy nasz miodowy miesiąc! 

Kładąc mu głowę na ramieniu, Lucia szepnęła: 
 - Gdziekolwiek znajdę się z tobą zarówno przez następny 

miesiąc,  jak  i  przez  całe  moje  życie,  będzie  to  z  pewnością 
najpiękniejsze  miejsce  na  całej  ziemi.  Marzyłam  o  tym,  aby 
przechadzać się z tobą wśród kwiatów i drzew mimozy. 

 -  Ja  też,  ukochana  -  odparł  cicho  markiz.  -  I  co 

najważniejsze:  w  naszej  willi  będziemy  zupełnie  sami.  Nikt 

background image

nie  zakłóci  nam  spokoju.  A  jacht  będzie  czekał  na  nas 
spokojnie w porcie. 

Kareta wjechała na drogę wspinającą się stromo po zboczu 

wzgórza.  Po  obu  jej  bokach  rosły  smukłe  cyprysy.  I  nagle 
oczom Lucii ukazał się biały dom wyglądający niczym ukryta 
wśród  zieleni  świątynia  grecka.  Wśród  licznych  kolumn,  na 
szerokich,  przestronnych  tarasach  i  na  stoku  wzgórza  kwitły 
tysiącami  kolorów  niezliczone  kwiaty,  a  w  dole  błękitniało 
morze. 

Jednak  Lucii  trudno  było  podziwiać  w  tej  chwili 

najpiękniejsze nawet widoki. Patrząc w oczy Gilesa objęła go 
za szyję, podczas gdy on uniósłszy ją lekko jak piórko wszedł 
po  schodkach  do  obszernego  hallu,  a  potem  do  jasnego, 
pełnego  blasku  pokoju,  który  sprawiał  wrażenie  jakiejś 
baśniowej  lub  wziętej  ze  snu  komnaty.  Na  ścianach  wisiały 
obrazy, którymi zachwyciłby się nawet Bernard Beaumont, a z 
każdego  okna  roztaczał  się  zapierający  dech  w  piersiach 
widok.  Stanąwszy  na  białej  marmurowej  posadzce,  Lucia 
rozejrzała  się  wokoło,  oszołomiona,  podczas  gdy  markiz 
przyglądał jej się pełnym zachwytu wzrokiem. 

 -  Sam  nie  wiem,  czym  zasłużyłem  sobie  na  tak  wielkie 

szczęście  -  powiedział.  -  Czy  mogłem  kiedykolwiek  marzyć, 
że spotkam na swej drodze kogoś tak doskonałego i godnego 
uwielbienia jak ty? 

 - To samo pytanie stawiam też sobie, najdroższy. 
Giles wyciągnął ku niej ramiona i Lucia przymknęła oczy 

sądząc,  że  chce  ją  pocałować.  Tymczasem  on  dotknął 
delikatnie jej policzka, a potem zaczął wodzić po nim palcami, 
jak  gdyby  chcąc  zapamiętać  drogie  sobie  rysy  na  zawsze. 
Lucia z rozkoszą poddała się pieszczocie jego dłoni odnosząc 
niezwykłe wrażenie, jakby to ciepłe promienie słońca błądziły 
po jej twarzy. 

background image

Potem  bardzo  powoli  Giles  zdjął  z  głowy  Lucii  najpierw 

wianek, a potem śnieżnobiały welon. Rzuciwszy je na krzesło, 
delikatnie przyciągnął ukochaną ku sobie i zaczął całować jej 
usta  bez  pośpiechu,  jak  gdyby  pragnąc  jej  uświadomić,  że 
mają jeszcze dużo czasu, aby nacieszyć się sobą. 

Jak zawsze, kiedy Giles ją całował, Lucia poczuła, że całe 

jej  ciało  garnie  się do  niego  w  bezwiednej  tęsknocie  za  tym, 
aby być jak najbliżej. Tym razem jednak nie starała się stłumić 
tych  uczuć  i  nie  budziły  w  niej  one  niepokoju.  Została 
przecież jego żoną. Nosiła jego nazwisko i należała już tylko 
do niego. 

Giles tulił  ją do siebie coraz  mocniej, a jego pocałunki  z 

delikatnych  stawały  się  stopniowo  coraz  bardziej  zaborcze  i 
pełne miłosnego żaru. Lucii wydawało się, że płomień, który 
pali  jej  usta,  ogarnia  powoli  całe  ciało  wyzwalając  w  nim 
jakąś  rozkoszną  niemoc.  Stan  ten  jednak  nie  budził  w  niej 
żadnej  obawy.  W  chwili  gdy  miała  wrażenie,  że  tak  jak 
niegdyś  odrywają  się  obydwoje  od  ziemi,  Giles  wziął  ją  na 
ręce i przeniósł do sąsiedniego pokoju. 

Rozglądając się wokół siebie w oszołomieniu, dziewczyna 

spostrzegła,  że  w  wypełnionej  jasnym  słonecznym  blaskiem 
komnacie  stoi  przepyszne  łoże  o  wezgłowiu  rzeźbionym  na 
kształt  srebrnej  konchy,  pokryte  pościelą  z  delikatnych 
koronek  i  białej  satyny.  Na  ścianach  rozpoznała  ze 
zdumieniem  obrazy  swego  ojca.  Na  tle  białych  ścian 
prezentowały się wspaniale. 

„Tylko  Giles  mógł  wpaść  na  tak  wspaniały  pomysł  - 

stwierdziła  Lucia  z  sercem  wypełnionym  wdzięcznością.  - 
Zostając  jego  żoną  będę  się  czuła  tak,  jakby  to  ojciec  sam 
pobłogosławił  naszemu  związkowi!  «Jesteś  bardzo  mądrą 
dziewczyną,  Lucio»  -  powiedział  do  mnie  niedługo  przed 
swoją  śmiercią.  Czy  miał  na  myśli  to,  że  zwróciłam  się  w 
odpowiednim momencie właśnie do markiza?" 

background image

W  pokoju  było  mnóstwo  kwiatów  i  Lucia  poczuła,  jak 

ogarnia  ją  radosny,  świąteczny  nastrój.  Giles  urządził 
wszystko  tak,  że  nie  mogła  sobie  tego  lepiej  wymarzyć.  To 
miało być święto ich miłości, a obrazy na ścianach świadczyły 
o  tym,  że  Wenecja  stała  się  nierozerwalną  częścią  tego,  co 
narodziło się między nimi. 

Pełnym  wzruszenia  wzrokiem  markiz  śledził  reakcję 

Lucii,  gdy  zauważyła  płótna  swego  ojca.  Spojrzawszy  mu  w 
oczy, dziewczyna szepnęła: 

 -  Och,  mój  kochany...  Jak  mam  ci  dziękować  za  to,  że... 

zrozumiałeś  i  że  jesteś...  najcudowniejszym  człowiekiem  na 
świecie? 

 -  Wystarczy  twoja  obecność  przy  mnie,  najdroższa  - 

odparł  Giles  biorąc  ją  w  ramiona.  -  Wydaje  mi  się,  że  przez 
całe wieki czekałem na tę chwilę! 

Nigdy dotąd jego usta nie były tak nienasycone i zaborcze 

jak  w  tej  chwili,  co  sprawiło,  że  Lucia  miała  wrażenie,  iż 
budzi  się  w  niej  jakieś  dzikie,  nieokiełznane  pragnienie 
stopienia się z nim w jedną całość. Wszystko wokół zniknęło 
nagle  i  zostali  sami  w  bezkresnej  przestrzeni,  która  była  bez 
reszty  wypełniona  miłością.  Sama  nie  wiedząc  jak  i  kiedy, 
Lucia znalazła się nagle pośrodku wspaniałego łoża, czując na 
swej skórze delikatny dotyk jedwabnej pościeli. Nie miała już 
na sobie ślubnej sukni, a Giles był tuż przy niej tak blisko, że 
pomyślała, iż nie będzie już musiała obawiać się samotności. 

 - Kocham cię, moja prześliczna, ukochana żono - szepnął 

z ustami przy jej uchu, - Teraz nareszcie mogę ci powiedzieć, 
jak bardzo cię pragnę i jak wiele dla mnie znaczysz! 

 -  Kocham  cię,  najdroższy  -  odpowiedziała  cicho.  -  I  nie 

ma innych słów na świecie, które byłyby zdolne wyrazić to, co 
czuję. 

background image

 -  Chciałbym,  abyś  powtarzała  mi  je  bez  końca,  aż 

uwierzę,  że  to  nie  sen  -  odparł  Giles.  -  Wciąż  czuję  na  dnie 
serca niepokój, że znikniesz nagle bez śladu! 

 - Zawsze już chce być przy tobie - zapewniła go Lucia. - 

Nie potrafiłabym żyć bez ciebie, tak samo jak nie wyobrażam 
sobie życia w ciemności! 

Zrozumiawszy,  co  miała  na  myśli,  markiz  przytulił  ją  do 

siebie nagłym, opiekuńczym ruchem. 

 -  Widzę  przed  nami  przyszłość  wypełnioną  miłością  i 

szczęściem  -  wyszeptał.  -  Już  nigdy  więcej,  moja  ukochana, 
nie zaznasz lęku ani niepewności jutra.  

 - Ja... tak bardzo cię kocham, Gilesie! 
Czując,  że  wszelkie  słowa  stały  się  już  zbędne,  markiz 

zaczął  całować  jej  oczy,  usta,  a  potem  szyję  i  piersi.  Lucii 
wydawało  się,  że  wszystko  wiruje  wokół  nich  w  zawrotnym 
tempie i sama już nie wiedziała, czy jej ciało należy jeszcze do 
niej,  czy  zostało  złożone  na  ołtarzu  miłości,  doskonałej  i 
wiecznej. 

Kiedy  już  Giles  uczynił  ją  swoją  żoną,  myśli  ich 

obydwojga  poszybowały  wysoko,  naprzeciw  słonecznemu 
światłu, które odtąd dla nich stało się prawdziwym symbolem 
miłości i życia.