background image

Francisco de Quevedo y Villegas 
 
ŻYWOT MŁODZIKA NIEPOCZCIWEGO IMIENIEM PABLOS CZYLI WZÓR 
DLA OBIEŻYŚWIATÓW I ZWIERCIADŁO FILUTÓW

KSIĘGA PIERWSZA
 
ROZDZIAŁ I
W KTÓRYM POWIADA SIĘ, KIM JESTEM I SKĄD SIĘ WYWODZĘ
 
Ja, mości panie, jestem z Segowii. Ojciec mój zwał się Clemente (Bóg niech go zachowa w 
wiekuistej chwale!), rodem z tegoż miasta. Z rzemiosła był, jak się na to powszechnie 
mówi, golibrodą, tak wysoko wszakże się nosił, iż za ujmę sobie poczytywał, gdy go tak z 
prostacka zwano: mówił, że jest postrzygaczem lic i krawcem bród. Powiadają, iż z 
zacnego pnia winnej łozy wyrastał, i miarkując po tym, ile mógł wypić, wierzyć się temu 
godzi. Za żonę pojął był Aldonzę de San Pedro, córkę Diega de san Juan i wnuczkę 
Andresa de San Cristobal. Podejrzewano w mieście, iż nie ze starych chrześcijan się 
wywodzi, ona sama wszelako, wymieniając nazwiska i przydomki swych przodków, 
utrzymywała, że Chrystusa czcili od niepamiętnych czasów. Miłej dla oka aparycji, takim 
cieszyła się rozgłosem, iż za jej życia wszyscy niemal śpiewacy w Hiszpanii pieśni o niej 
układali. Wkrótce po ślubie, a i później także, wiele wycierpieć musiała, bo głosiły złe 
języki, iż zdarzało się memu ojcu kłaść dwójkę karową, by wyciągnąć treflowego asa. 
Udowodniono też, że w tym czasie, kiedy ojciec chlustał wodą i podnosił do umycia twarze 
tym wszystkim, którzy swe brody jego brzytwie powierzali, mój siedmioletni braciszek bez 
trudu opróżniał ich kieszenie. Wyzionął ducha, aniołeczek, od chłosty, jaką mu 
wymierzono w areszcie. Opłakiwał go ojciec, bo niewinne to dziecię wszystkich swą 
słodyczą niewoliło. Za to i za inne dziecinne psoty do więzienia wtrącony został, 
aczkolwiek, jak później mówiono, wyszedł stamtąd z honorem, pośród karmazynów i 
fioletów, tyle że nikogo tam eminencją nie nazywano.Damy , by go zobaczyć, wychylały 
się z okien, powiadano, bo zawsze urodziwy był mój ojciec, czyby szedł pieszo, czy 
dosiadał nie swego wierzchowca. Nie dla czczej przechwałki to mówię, bo wiedzą 
wszyscy, iżem od tego daleki. Tak więc mojej matce strapień nie brakło. Pewnego dnia 
wychwalając ją przede mną powiedziała mi moja stara mamka, iż tak wiele w niej było 
powabu, że nikt, ktokolwiek miał z nią do czynienia, oprzeć się jej czarom nie zdołał. 
Tylko że coś tam podobno przebąkiwano . o koźle i lataniu w powietrzu, tak że niewiele 
brakowało, by przybrano ją w pióra i kazano dać popis publiczny owego talentu. Krążyły 
też pogłoski, że przywraca dziewictwo tudzież zna
sposoby wskrzeszania włosów na łysinie i ukrywania siwizny. Jedni zwali ją szwaczką 
wzajemnych skłonności, inni cyrulikiem od nastawiania zwichniętych afektów, jeszcze inni 
obdarzali ją szpetnym mianem rajfurki. Jedni ją wynosili pod niebiosa, z błotem mieszali 
drudzy. A widzieć, z jak uśmiechniętym obliczem słuchała tej gadaniny - to jakbyś patrzył 
w otwarte wrota raju!
Nie będę się rozwodził nad pokutami, jakie odprawiać zwykła. W jej alkowie, dokąd tylko 
ona sama wstęp miała (a czasem, jako że byłem nieletnim dziecięciem, także ja), wszędzie 
dostrzegałeś czaszki, które, jak ona powiadała, miały przypominać nam o śmierci, a jak 
mówili inni, ci, co przyganić jej chcieli - przeciwnie, o życiu pamiętać kazały. Łóżko 

background image

rozścielała na siatce splecionej ze sznurów wisielca, a do mnie mówiła:
- Co myślisz? To są moje relikwie, bo większość powieszonych idzie prosto do nieba. 
Wielce spierali się rodzice o to, po którym z nich powinienem przejąć rzemiosło, mnie
wszelako, że to od maleńkości myślałem o stanie szlacheckim, nie nęciło ani jedno, ani 
drugie. Powiadał ojciec:
- Synu, zawód złodzieja to nie sztuka mechaniczna, jeno wyzwolona - tu wzdychał i dalej 
prawił, złożywszy ręce: - Kto na tym świecie nie kradnie, nie żyje. Dlaczego, jak myślisz, 
tak nas ścierpieć nie mogą sędziowie i pachołki trybunalskie? A to nas skazują na 
wygnanie, a to na cięgi albo zgoła dar czynią z konopnego naszyjnika, choć to nie dzień 
naszego patrona! Mówić o tym nie mogę bez łez - szlochał jak dziecko zacny starzec, 
wspominając, ile razy rachowano mu żebra. - Chcieliby, niegodziwcy, by tam, gdzie są oni, 
nie było innych złodziei prócz nich samych i tych, co im służą. Ale od czegóż głowa na 
karku? Od lat zarania zawszem często nawiedzał kościoły, i to nie tylko dla pobożności. 
Wiele razy gorzko bym płakał na grzbiecie osła, gdybym był na źrebaku wyśpiewał, czego 
nie trzeba. Nigdym też nie wyznawał grzechów gdzie indziej niż w konfesjonale. Dzięki 
tym to praktykom i memu rzemiosłu utrzymywałem twoją matkę najuczciwiej i najlepiej, 
jak mogłem.
- Co tam opowiadacie o tym utrzymywaniu - obruszyła się matka, gniewna, żem nie chciał 
uczyć się na czarownika. - To ja was utrzymywałam i moimi sposobami wyciągałam z 
więzień albo łożyłam na to, żeby was stamtąd nie puszczali! A co do spowiedzi, to czyja w 
tym zasługa? Czy to wasze męstwo pozwoliło wam trzymać język za zębami, czy napoje, 
jakie wam podawałam? Wszystko dzięki tym moim napitkom! I gdybym się nie bała, że 
usłyszą na ulicy, opowiedziałabym, jak to kiedyś kominem weszłam i wyciągnęłam was 
przez dach!
Długo by tak jeszcze prawiła, w miarę jak rosła w niej złość, gdyby od gwałtownego 
wymachiwania nie rozsypał się jej ulubiony różaniec z zębów nieboszczyków. 
Uśmierzyłem rodzicielską zapalczywość, mówiąc, iż moim niezłomnym postanowieniem 
jest uczyć się cnoty i jej drogą iść naprzód, głosowi mych uczciwych skłonności posłuszny. 
W tym celu niech mnie oddadzą do szkoły, bo bez czytania i pisania nic się zrobić nie da. 
Spodobało im się, com mówił, choć oboje mruczeli jeszcze pod nosem. Matka zabrała się 
do nawlekania z powrotem zębów na różaniec, a ojciec poszedł wygolić - nie wiem, czy 
brodę czyjąś, czyli też sakiewkę. Zostałem sam, dzięki składając Bogu, iż dał mi był 
rodziców tak roztropnych i dbałych o moje dobro.

ROZDZIAŁ II O TYM, JAK POSZEDŁEM DO SZKOŁY I CO MNIE TAM 
SPOTKAŁO
 
Nazajutrz kupiono już dla mnie abecadło i umówiono bakałarza. Poszedłem, przywitał 
mnie wdzięcznie i powiedział, że bystro mi z oczu patrzy. Aby mu nie zadać kłamu, bardzo 
składnie wyrecytowałem moją lekcję tego ranka. Nauczyciel sadzał mnie przy sobie i za to, 
żem przychodził wcześnie, z jego rozkazu prawie co dnia dostępowałem przywileju 
wymierzania rózeg tym, którzy coś przeskrobali, wychodziłem zaś ostatni, by załatwiać 
różne zlecenia „Pani", bo tak nazywaliśmy żonę bakałarza.
Tak to wszystkich nas obligował podobnymi karesami. Nadto mnie faworyzowano, budząc 
tym zawiść innych chłopców. Trzymałem się z synami szlacheckimi wysokiego urodzenia, 
a w szczególności z synem niejakiego don Alonsa Coronel de Zuñiga, z którym w zażyłą 

background image

wszedłem komitywę. Chodziłem do jego domu bawić się w dni świąteczne i 
towarzyszyłem mu co dzień w szkole. Inni, bądź dlatego, żem się do nich nie odzywał, 
bądź że w ich mniemaniu za bardzom darł nosa, wciąż mnie przezywali i czynili przytyki 
do rzemiosła mego ojca. Jedni wołali na mnie „don Brzytwa", inni „don Pijawka", któryś, 
by usprawiedliwić swą zawiść, mówił, że ma ze mną na pieńku, od czasu gdy pewnej nocy 
moja matka za sprawą czarów uśmierciła dwie jego małe siostrzyczki; jeszcze inny 
powiadał, iż do jego domu sprowadzono kiedyś mego ojca dla wytępienia myszy, bo wołali 
na niego „kocur". Niektórzy miauczeli, gdym przechodził, a ten i ów napomknął, że cisnął 
parę zgniłych pomidorów w moją matkę, kiedy w biskupiej mitrze paradowała.
Krótko mówiąc, choć mi nie szczędzili przytyków i gdzie tylko mogli, podstawiali nogę, 
nigdy mi, chwalić Boga, nie uchybili otwarcie. I choć się czułem zelżony, nie dawałem nic 
po sobie poznać. Wszystko znosiłem pokornie do dnia, gdy jeden z chłopaków ośmielił się 
mnie nazwać głośno synem ladacznicy i wiedźmy. A że mi to tak rzekł bez obsłonek (bo 
żeby był trochę dyskretniej rzecz ujął, lżej byłoby mi przełknąć zniewagę), chwyciłem 
kamień i cisnąłem w niego. Pobiegłem w te pędy skryć się do matki i opowiedziałem jej, 
co i jak, ona zaś rzekła:
- Dobrześ się spisał, umiesz pokazać, kim jesteś. W tym tylko pobłądziłeś, żeś nie spytał, 
kto mu tak powiedział.
Co usłyszawszy, że to zawsze wysoko się nosiłem, rzekłem do niej: 
- Ach, matko, jedno mnie tylko gryzie: że to, co mi się przygodziło, snadniej do mszy 
świętej niż do bójki podobne.
Zapytała mnie dlaczego, na co odpowiedziałem, iżem wysłuchał dwóch ewangelii. 
Prosiłem, by zadeklarowała jasno, czy mogę temu zgodnie z prawdą zaprzeczyć i czy do 
mego poczęcia przyczyniło się wielu, czy też jestem synem jedynego ojca. Roześmiała się 
na to i rzekła:
- O, do licha! Tyle już umiesz powiedzieć? Widać, żeś w ciemię nie bity, dowcipu ci nie 
brak. Bardzo słusznie zrobiłeś, żeś mu gębę rozkwasił, bo takich rzeczy mówić nie 
przystoi, choćby i prawdziwe były.
Słysząc to zmartwiałem i słowem żem się nie odezwał, zdecydowany zwinąć manatki w 
najbliższych dniach i opuścić dom rodzicielski, tak mi wstyd doskwierał. Skryłem to w 
sobie, ojciec poszedł opatrzyć chłopaka, ułagodził go i kazał mi wrócić do szkoły, gdzie 
nauczyciel przyjął mnie rozsierdzony, póki się nie dowiedział o przyczynie walki, po czym 
złość go odeszła i przyznał mi słuszność.
Przez cały ten czas trzymał ze mną komitywę ów syn don Alonsa de Zuñiga, który zwał się 
don Diego. Darzył mnie afektem, rzecz jasna, jako że zamieniałem się z nim na pionki w 
grze, jeżeli moje położenie było lepsze, dzieliłem z nim, com przyniósł z sobą na śniadanie, 
i nie prosiłem o to, co jemu dali, kupowałem mu obrazki, uczyłem bić się na pięści, 
bawiłem się z nim w gonitwy byków i zawszem umiał go czymś rozerwać. Toteż rodzice 
paniczyka, widząc, jak mu dogadza moje towarzystwo, prawie co dzień prosili moich, by 
pozwolili mi zjeść z nim obiad i wieczerzę, a nawet pozostać na noc w ich domu.
Tak to zdarzyło się, iż śpiesząc razem do szkoły jednego z pierwszych dni po świętach 
Bożego Narodzenia, spotkaliśmy po drodze pewnego człowieka, który zwał się Poncjusz 
de Aguirre i który uchodził w mieście za przechrztę. Don Dieguito rzecze do mnie: „Ejże, 
zawołaj na niego: «Poncjusz Piłat», i zmykaj." Aby ukontentować mego przyjaciela, 
zawołałem: „Poncjusz Piłat", i w nogi! Tamten tak się tym poczuł zelżony, że puścił się za 
mną z obnażonym nożem, by mnie zabić, i musiałem szukać schronienia w domu mego 

background image

preceptora, dokąd wpadłem z krzykiem. Tamten wszedł za mną, lecz obronił mnie 
nauczyciel, prosząc, by mnie oszczędził, i przyrzekając surową dla mnie karę. I chociaż 
Pani prosiła za mną - pomna świadczonych jej przysług - nie usłuchał i kazał mi spuścić 
portki, a smagając pytał po każdym uderzeniu: „Będziesz jeszcze wyzywał ludzi od 
Ponckich Piłatów?" Ja wołałem: „Nie, parne", i odpowiedziałem tak dwadzieścia razy przy 
dwudziestu batach, jakie mi wymierzył. Tak dobrze sobie zapamiętałem nauczkę i taką 
grozę wzbudzało odtąd we mnie imię Ponckiego Piłata, iż nazajutrz, kiedy mi kazał, jak 
zwykle, odmówić z innymi pacierz, doszedłszy do credo już miałem powiedzieć: 
„umęczon pod Ponckim Piłatem", gdy przypomniawszy, że nie mam już nigdy więcej 
wymawiać imienia Piłata, powiedziałem: „umęczon pod Ponckim Aguirre". Rozśmieszyła 
nauczyciela moja prostoduszność i strach, jakiego mi napędził, więc obłapił mnie i 
zaświadczył, iż daruje mi baty dwa pierwsze razy, kiedy na nie zasłużę. Bardzo mnie to 
zapewnienie ukontentowało.
Krótko mówiąc, by nie popaść w gadulstwo, nadeszły zapusty i nauczyciel, pragnąc 
sprawić swoim chłopcom jakąś uciechę, polecił wybrać Koguciego Króla  . Ciągnęliśmy 
losy, dwunastu chłopaków przez niego wskazanych, i wypadło na mnie. Zawiadomiłem 
ojca i matkę, żeby przygotowali mi wykwintny ubiór.
Nadszedł dzień uroczysty i wyruszyłem na dychawicznej wyleniałej szkapie, która nie tyle 
przez wzgląd na dobre ułożenie, co na niepewność nóg, idąc składała reweranse. Zad miała 
wąski, a ogon w stanie szczątkowym, szyję jak wielbłąd albo i dłuższą, bielmo na jednym 
oku, a drugie wybite. Co się tyczy wieku, to do zamknięcia pozostały jej już tylko oczy. W 
sumie przypominała raczej koński szkielet niż wierzchowca i gdyby jej dać kosę, wziąłbyś 
ją za końską śmierć. Widać było na niej ślady pokut i postów ascetycznego żywota i 
pewnie nawet nie wiedziała, co to owies i sieczka. Co w niej było najbardziej pocieszne, to 
obfitość łysin i gdyby nie brak okuć i zamka, rzekłbyś, iż masz przed sobą żywy kufer 
podróżny.
Jadąc na mym rumaku kiwałem się z boku na bok, niczym faryzeusz wyniesiony na 
procesję - aczkolwiek przyznać trzeba, iż z wielkim majestatem siedziałem okrakiem na tej 
ruchomej desce - a za mną pięknie wystrojeni inni chłopcy. Tak wkroczyliśmy na plac 
targowy (jeszcze teraz, gdy to wspominam, przeszywa mnie groza!) i gdy byliśmy w 
pobliżu (Boże uchowaj!) straganów z jarzynami, rumak mój porwał główkę kapusty jakiejś 
przekupce i w mgnieniu oka wysłał ją do żołądka, dokąd, zważywszy, iż droga wiodła 
przez długą gardziel, zapewne nierychło dotarła.
Straganiarka - jako że zawsze to naród bezczelny - podniosła krzyk, zbiegły się jej kumy i 
zgraja wszelkiego hultajstwa, i chwytając marchewki, rzepy, cebule i inne warzywa, 
dalejże ciskać w nieszczęsnego króla. Widząc, iż zanosi się na bitwę morską, tej zaś z 
konia toczyć się nie da, zamierzałem zsiąść, aliści moja szkapa nagle tak dostała po łbie, że 
próbując stanąć dęba wpadła razem ze mną w gnój, za przeproszeniem, w ustronnym 
miejscu. Łatwo sobie wyobrazić mój wygląd w tym stanie. Moi chłopcy, uzbrojeni już w 
kamienie, co żywo ruszyli w pogoń za przekupkami i dwie z nich przy tej okazji tęgo 
oberwały. W ogólnym rozgardiaszu moja wytarzana w gnoju osoba była najbardziej 
potrzebującą pomocy spośród uczestników walki. Przyszli przedstawiciele 
sprawiedliwości, zaczęło się dochodzenie, zatrzymali kilka przekupek i chłopaków, 
szukając broni i odbierając ją, bo kilku miało sztylety przyniesione z sobą do ozdoby, a inni 
małe mieczyki. Przyszła moja kolej i nie widząc przy mnie żadnej broni - bo mi ją zabrali i 
razem z peleryną i kapeluszem zanieśli do jakiegoś domu, by obeschła - zażądali, 

background image

powiadam, broni, na co odrzekłem, utytłany w paskudztwie, że nie mam innej prócz tej, co 
obraża powonienie. Napomknę przy tej sposobności, że gdy straganiarki zaczęły obrzucać 
mnie rzepami, marchwią etc., pojąłem, iż mój zdobny w pióro kapelusz w błąd je zapewne 
wprowadził i wzięły mnie za moją matkę, ciskając w czarownicę, co było pod ręką, jak już 
wielekroć przedtem bywało. Toteż, w prostocie ducha, krzyk podniosłem: „Wstrzymajcie 
się, siostry, choć mam kapelusz z piórami, nie jestem Aldonzą de San Pedro, moją matką", 
jakby po twarzy i wzroście poznać tego nie mogły. Głupotę moją niech usprawiedliwi 
strach i to, że nieszczęście spadło na mnie tak nagle.
Wszelako, wracając do alguacila, ten chciał mnie zaprowadzić do aresztu, lecz nie mógł, 
bo nie było sposobu mnie dotknąć, tak byłem okryty plugastwem. Jedni odeszli w tę stronę, 
drudzy w inną, ja zaś ruszyłem z rynku do domu, skazując na katusze wszystkie nosy 
spotkane po drodze. W domu opowiedziałem rodzicom, co się stało, i tak się poczuli 
znieważeni moim widokiem w tym stanie, że pobić mnie chcieli. Zrzuciłem całą winę na 
szkapę od siedmiu boleści, jaką mi dali, próbowałem ich udobruchać, lecz widząc, iż nie 
dam rady, uciekłem i poszedłem szukać mego przyjaciela, don Diega. Zastałem go srodze 
sponiewieranego, a jego rodziców zdecydowanych nie posyłać go więcej do szkoły. 
Dowiedziałem się też, że mój rumak, widząc się zgubionym, dwukrotnie próbował 
wierzgnąć, lecz ze słabości i wychudzenia zwichnął sobie kłęby i pozostał w kałuży gnoju, 
ledwie już zipiąc.
Rozważywszy to wszystko, zmuszony dźwigać ciężar zepsutej zabawy, zgorszenie miasta, 
rozeźlonych rodziców, poturbowanego przyjaciela i zdechłego konia, postanowiłem nie 
wracać więcej do szkoły ani do domu ojca i matki, lecz zostać tu jako służący don Diega 
lub, słuszniej mówiąc, by dotrzymywać mu towarzystwa, ku wielkiemu zadowoleniu jego 
rodziców, wdzięcznych za afekt dla ich synka. Dałem znać do domu, iż nie potrzeba mi już 
chodzić do szkoły, bo choć nie umiem dobrze pisać, wobec moich zamiarów wstąpienia do 
sfer wyższych pożądane jest, bym nie za poprawnie posługiwał się piórem, a zatem 
porzucam nauki, by ich nie narażać na koszty, a także dom rodzinny, by im oszczędzić 
strapień. Powiadomiłem ich, gdzie jestem i jak się miewam, oświadczając, że póki nie 
dadzą zezwolenia na moje plany, nie zobaczą mnie na oczy.

ROZDZIAŁ III 
O TYM, JAK ZAMIESZKAŁEM W INTERNACIE UCZNIÓW JAKO SŁUŻĄCY 
DON DIEGA CORONEL
 
Postanowił więc don Alonso oddać swego syna do internatu, po pierwsze, aby go oddalić 
od nadmiernej troskliwości rodzicielskiej, a po wtóre, dla oszczędzenia sobie kłopotów. 
Dowiedział się, że jest w Segowii niejaki licencjat Cabra, który trudni się edukacją synów 
szlacheckich, i posłał tam własnego syna oraz mnie, abym mu towarzyszył i służył. Tak to 
w pierwszą niedzielę wielkiego postu dostaliśmy się w pazury głodowej śmierci za życia, 
bo nie da się określić oględniej podobnego skąpstwa. Nasz wychowawca był to kleryk 
długi jak flet czy piszczałka i tylko jego wzrostu skąpym nie mógłbyś nazwać. Włosy miał 
rude  (nie trzeba mówić więcej temu, kto zna przysłowie), oczy osadzone gdzieś w pobliżu 
karku zdawały się spoglądać z dna beczek, tak zapadłe i mroczne, iż mogłyby służyć jako 
pomieszczenie dla sklepiku obrotnego kupca; nos rzymski z domieszką stylu francuskiego, 
bo zżarty przez krosty (skutek kataru, nie rozpusty, jako że rozpusta kosztuje); podbródek 
zaś pobladły od strachu przed sąsiedztwem gęby, która groziła połknięciem go z głodu; 

background image

brakowało mu, już nie wiem ilu, zębów, jak mniemam, za próżniactwo i włóczęgę 
wygnanych ze swej siedziby; gardziel długa jak u strusia, z grdyką tak wystającą, jakby 
przyciśnięta potrzebą wyrwała się na poszukiwanie jadła; ramiona jak patyki i ręce niby 
dwa uschnięte wąsy winorośli. Od dołu przypominał widły albo otwarty cyrkiel wsparty na 
dwóch długich nogach. Chodził bardzo powoli, a gdy poruszył się żwawiej, kości 
grzechotały niczym kołatki, którymi ogłaszają swą bliskość trędowaci. Mowa jego była 
dychawiczna jak głos suchotnika, broda długa, nigdy nie strzyżona dla zaoszczędzenia 
wydatków, a wedle jego wyjaśnień, ze wstrętu przed dotykiem rąk balwierza, powiadał 
bowiem, iż prędzej dałby się zarżnąć, niż pozwolił musnąć swe oblicze dłoniom cyrulika. 
Włosy przycinał mu od czasu do czasu któryś z wychowanków. W dni słoneczne nosił 
wytłuszczony i podziurawiony przez myszy biret z czegoś, co kiedyś było suknem, podbity 
podszewką z kilku warstw łupieżu. Sutanna, jak twierdzili niektórzy, miała cudowne 
właściwości, bo nie wiedziano, jakiego jest koloru. Jedni, widząc ją tak wyświechtaną, 
brali ją za żabią skórę, inni za iluzję, z bliska zdawała się czarna, z daleka niebieskawa. Nie 
przepasywał jej sznurem, nie uznawał też kołnierzyka ani mankietów. Z długimi włosami, 
w żałosnej i kusej sutannie wyglądał niczym sługa śmierci, a każdy z trzewików 
przywodził na myśl grobowiec olbrzyma. Co do jego alkowy, to nie było w niej nawet 
pająków. Poddawał egzorcyzmom myszy, w obawie, by nie pożarły kilku skórek chleba. 
Łóżko rozścielał na podłodze i spał zawsze na jednym boku, żeby nie niszczyć 
prześcieradła. Słowem było to arcyskąpstwo i nędza nędz.
W jego to szpony wpadłem i wraz z moim towarzyszem w jego znalazłem się mocy. W 
dniu naszego przybycia wskazał nam miejsce, jakie mieliśmy zajmować, i przywitał nas 
krótką pogadanką, nie przedłużając jej dla zaoszczędzenia czasu. Objaśnił nas zarazem, co 
mamy robić, i na tych zajęciach zeszło nam aż do godziny posiłku. Udaliśmy się do jadalni. 
Najpierw jedli panowie, a my, pachołki, służyliśmy im przy stole. Refektarz był osobliwie 
ciasny, a do stołu zasiadało pięciu wychowanków. Pierwsza rzecz, chciałem zobaczyć, jak 
wyglądają tutejsze koty, a żem żadnego nie spostrzegł, zapytałem o nie jednego z kolegów, 
który przebywał tu od dawna zapewne, gdyż niebywała chudość wywarła na nim 
miejscowe piętno. Rozrzewnił się i odrzekł:
- Koty? Kto wam powiedział, że koty gustują w postach i umartwieniach? Po waszych 
pyzatych policzkach można poznać, żeście tu nowy!
Zasmuciła mnie ta replika, a jeszcze większy strach mnie ogarnął, gdym zauważył, iż
wszyscy, co tu przebywają od dawna, wyschli na szczapy i tak wyglądają, jakby zamiast 
pachnideł używali maści na wrzody.
Zasiadł licencjat Cabra za stołem i odmówił błogosławieństwo. Spożywali wieczerzę pod 
znakiem wieczności, bez początku i końca. Przyniesiono bulion w drewnianych 
miseczkach, tak przejrzysty i blady, że gdyby się w jednej z nich przeglądał Narcyz, w 
większym byłby niebezpieczeństwie niż nachylony nad źródłem. Z niepokojem 
zauważyłem, jak wychudzone palce rzucają się w nurty bulionu w pogoni za samotnym, 
sierocym ziarnkiem grochu na dnie miski. Cabra mówił żłopiąc zupę:
- Nie ma to jak prosta a posilna strawa z mięsa i warzyw, niech mówią, co chcą, wszystko 
inne to łakomstwo i obżarstwo. - To powiedziawszy, zawiesił swoją miseczkę na piersi i 
dodał jeszcze: - Oto jest samo zdrowie, a co ponadto to fanaberie i wymysły.
„Niechże cię diabeł porwie!" - rzekłem sobie w duchu, patrząc, jak służący, podobniejszy 
do widma niż ludzkiej istoty, piastuje w rękach półmisek mięsa niczym cząstkę odjętą 
własnemu ciału. Mignęła tam jakaś zabłąkana rzepa, którą dostrzegłszy wykrzyknął nasz 

background image

preceptor:
- Co widzę! Mamy i rzepy! Specjał to, z którym nie równać się kuropatwie! Jedzcie,  bo 
nic dla mnie milszego niż patrzyć, jak się pożywiacie!
Przydzielił każdemu porcję baraniny tak znikomą, że odliczywszy to, co utkwiło za 
paznokciami i między zębami, nic zgoła nie dotarło do kiszek. Cabra patrzył na grono 
swych pupilów, mówiąc:
- Jedzcie, dziatki moje, młodzi jesteście, radość to dla mnie wasz dobry apetyt. Zaiste, 
pikantna to była przyprawa dla tych, którym w brzuchu burczy z głodu! Skończyła się 
biesiada i zostało na stole kilka skórek chleba, na półmisku zaś trochę żył
i kości, i wychowawca rzekł:
- Reszta niech zostanie dla służących, bo i oni muszą się pożywić. Nie żądajmy dla siebie 
wszystkiego.
„Oby cię Bóg skarał i obyś się pochorował po tym, coś zjadł, kutwo - pomyślałem. 
-Nieszczęsne moje kiszki i żołądek!"
Odmówiwszy modlitwę dziękczynną, Cabra powiedział:
- Zróbmy miejsce czeladzi, niech sobie podje. Możecie teraz odejść aż do drugiej i 
odrabiać swoje ćwiczenia. Oby nikomu nie zaszkodziła tak suta strawa.
Tu już nie mogłem się powstrzymać i parsknąłem śmiechem na całe gardło. Obruszył się 
wielebny licencjat, powiedział, bym się nauczył skromności, i dorzuciwszy jeszcze kilka 
morałów, odszedł.
Zasiedliśmy z kolei my, słudzy, przy stole, i widząc, że sprawy źle stoją i że moje kiszki 
domagają się sprawiedliwości, jako że byłem silniejszy i zdrowszy niż inni, rzuciłem się na 
półmisek wraz ze wszystkimi i z trzech skórek pożarłem dwie oraz jeden ochłap. Tamci 
zaczęli sarkać, zwabiony hałasem wszedł Cabra mówiąc: „Jedzcie zgodnie jak bracia, bo z 
łaski Bożej jest co jeść. Nie kłóćcie się, starczy dla wszystkich." Potem wyszedł, by dalej 
grzać się w słońcu, i zostawił nas samych.
Upewniam was, miłościwy panie, żem widział, jak jeden z nich, najchudszy, który zwał się 
Jurre, Biskajczyk, do tego stopnia już zapomniał, jak i czym się jada, że okruszynę, która 
mu się dostała, dwukrotnie podniósł do oczu, a my trzej pozostali nie zdołaliśmy 
pokierować jego ręki na właściwe miejsce... Poprosiłem o coś do picia, czego poniechali 
inni, będąc prawie na czczo; dali mi kubek wody i nie zdążyłem jeszcze podnieść jej do 
ust, kiedy - niczym księdzu przy ceremonii mycia rąk przed ołtarzem - odebrał mi go 
wspomniany już chłopak-widmo. Wstałem od stołu ze zbolałą  duszą, przekonany, żem 
trafił do domu, gdzie pije się za zdrowie kiszek, tylko że toasty owe do nich nie trafiają. 
Poczułem chęć ulżenia im, chociaż nic nie jadłem, i zapytałem któregoś z dawnych 
pensjonariuszy o miejsce zaspokajania tych potrzeb, na co mi odpowiedział:
- W tym domu nie ma takich potrzeb, toteż nie ma i właściwego po temu miejsca. Ten 
jedyny raz, kiedy jeszcze taką potrzebę odczuwacie, poradźcie sobie, jak możecie. Ja tu 
jestem już od dwóch miesięcy i byłem na stronie raz tylko, pierwszego dnia po przybyciu, 
tak jak wy teraz, po strawieniu wieczerzy zjedzonej jeszcze w domu poprzedniego 
wieczora.
Jak opisać mój smutek i strapienie? Przygnębiony myślą, jak niewiele posiłku miało 
krzepić moje ciało w przyszłości, pomimo chęci zbrakło mi odwagi, by się czegokolwiek 
wyzbywać.
Rozmawialiśmy do wieczora. Don Diego pytał mnie, co ma zrobić, by przekonać swoje 
kiszki, że zostały posilone, bo nie chciały w to wierzyć. Jęki głodu słychać było w tym 

background image

domu tak jak w innych czkawkę z przejedzenia.
Nadeszła pora wieczerzy (o podwieczorku nikt nie wspomniał), dostaliśmy jeszcze mniej 
niż na obiad i nie baraninę, lecz trochę czegoś, co nosiło miano naszego wychowawcy: 
kozy pieczonej. Wpadłżeby sam diabeł na podobny pomysł? „Zbawienna to rzecz dla 
zdrowia -mówił nasz mentor - lekki posiłek przed nocą dla ulżenia pracy żołądkowi" - 
dołączając serię cytatów z różnych medyków z piekła rodem. Chwalił dobroczynne skutki 
diety, która pozwala uniknąć męczących snów w nocy, wiedząc dobrze, że w jego domu 
nikt nie mógł śnić o niczym innym prócz jedzenia. Zjedli wieczerzę panowie, zjedliśmy 
my, słudzy, choć nikt nic nie zjadł naprawdę.
Położyliśmy się spać i przez całą noc nie mogliśmy oka zmrużyć, ani ja, ani don Diego, 
który zamierzał poskarżyć się swemu ojcu; ja radziłem mu, żeby tego nie czynił, i w końcu 
powiedziałem:
- Czy przynajmniej wiecie, panie, na pewno, że jesteśmy żywi? Bo mnie się widzi, że nas 
wyprawili na tamten świat jeszcze w owej batalii na rynku i zostały z nas tylko dusze 
pokutujące w czyśćcu. Toteż nie ma co prosić waszego ojca, by nas stąd odebrał, dopóki 
ktoś nie wymodli dla nas przebaczenia za grzechy i póki nie wybawi nas od katuszy 
piekielnych jakaś msza odprawiona przy łaskami słynącym ołtarzu.
Na tej gawędzie i nielicznych chwilach przespanych minęła noc i trzeba było wstawać. 
Wybiła szósta, Cabra wezwał nas na lekcję, poszliśmy i wysłuchaliśmy jej wszyscy.
Moje plecy i żebra pływały już w zbyt luźnym kaftanie, w trzewikach zmieściłoby się 
jeszcze siedem par innych pończoch, zęby powlokły się osadem, przybierając barwę 
rozpaczy. Kazano mi przeczytać głośno początek lekcji, lecz z głodu połknąłem połowę 
zdań. I łatwo w to uwierzy każdy, kto słyszałby to wszystko, co opowiadał mi służący 
Cabry.
Ten wkrótce po przybyciu do tego domu widział, jak przyprowadzono tam parę koni 
fryzyjskich, które po dwóch dniach przeobraziły się w konie wyścigowe, tak lekkie, że 
fruwały w powietrzu; widział też, jak weszły dwa ogromne owczarki, zaś po trzech 
godzinach wyszły charty gończe. A kiedyś, podczas wielkiego postu, zobaczył ciżbę ludzi 
tłoczących się w bramie tego domu: jedni usiłowali wepchnąć swoje nogi, inni ręce, inni 
całe ciało; trwało to długą chwilę i wielu tylko po to tu przyszło, kiedy zaś sługa ów spytał, 
co to znaczy, któregoś z przybyszy - bo Cabra złościł się, jak go pytano - dowiedział się, że 
to tacy, co cierpią na liszaje albo świerzb, który znalazłszy się w tym domu zdycha z głodu 
i świerzbieć przestaje Zaręczył mi, że tak było naprawdę, ja zaś, znając ten dom, zgoła o 
tym nie wątpię. Powtarzam jego słowa, aby nie zdawało się przesadą to wszystko, o czym 
opowiadam.
Wracając do lekcji, Cabra wygłosił ją, a my wyuczyliśmy się jej na pamięć.
Nasz mentor nadal trwał przy tym samym trybie życia, jaki już opisałem. Dorzucił tylko 
trochę słoniny do potraw przez wzgląd na to, co mu kiedyś ktoś szepnął o szlachectwie, 
które tego wymaga. A miał blaszaną puszkę z wiekiem podziurawionym jak piaseczniczka 
do zasypywania inkaustu. Wkładał tam kawałek sadła, zamykał puszkę i zawieszoną na 
sznurku wpuszczał do garnka, żeby przez dziurki naleciało trochę tłuszczu, a sadło zostało 
na drugi dzień. Potem wszakże uznał to za zbyt kosztowne i tylko przysuwał słoninę do 
garnka.
Jak się nam żyło przy takich obyczajach, nietrudno sobie wyobrazić. Don Diego i ja 
słanialiśmy się na nogach tak wycieńczeni i słabi, że po miesiącu, nie znajdując lekarstwa 
na głód, szukaliśmy sposobu niewstawania z łóżek. Nie śmieliśmy się skarżyć na gorączkę, 

background image

bo to łatwo można było sprawdzić i rozpoznać symulację. Ból głowy czy zęba nazbyt 
błahy był jako wymówka. Oświadczyliśmy w końcu, że cierpimy na ból brzucha, ponieważ 
przez trzy dni nie byliśmy na stronie, pewni, że nie chcąc wydać paru groszy na 
medykamenty, nie będzie się starał temu zaradzić. Aliści diabeł zrządził inaczej, bo miał 
Cabra w domu starą lewatywę odziedziczoną po ojcu, który był aptekarzem. Dowiedział 
się, co nam dolega, przygotował wszystko i wezwał pewną siedemdziesięcioletnią 
staruchę, swoją ciotkę, biegłą w doglądaniu chorych, i kazał dać lewatywę nam obydwom.
Zaczęli od don Diega i nieszczęsny poddał się, ale stara, zamiast włożyć rurkę, gdzie 
należy, wetknęła ją pomiędzy koszulę i plecy, tak że strumień wody trysnął na kark i 
wylało się na zewnątrz to, co do wnętrza winno było trafić. Chłopak w krzyk, nadbiegł 
Cabra i widząc, co się dzieje, kazał zabrać się z kolei do mnie, a później miało się wrócić 
do don Diega. Stawiałem opór, ale na nic się to nie zdało, bo trzymał mnie Cabra i inni, a 
stara tym razem lepiej wywiązała się z zadania, za co jej się odwdzięczyłem, zwracając, 
com otrzymał, prosto w jej oblicze. Rozsierdził się Cabra i oświadczył, że wyrzuci mnie ze 
swego domu, bo widać jasno, że wszystko to kpiny i oszustwo. Wzdychałem do Boga, 
żeby się rozeźlił tak, by dotrzymać słowa, ale mi się nie poszczęściło.
Poskarżyliśmy się don Alonsowi, lecz Cabra wmówił mu, że chodzi nam o to jedynie, by 
się wykręcić od nauki. Nic nie wskórały nasze błagania. Przyjął starą do domu, żeby 
gotowała i służyła wychowankom, a służącego wypędził, bo któregoś piątku rano znalazł 
parę okruszyn chleba w jego kieszeni.
Cośmy przez tę starą wycierpieli, jeden Bóg tylko wie. Była tak głucha, że jedynie na migi 
udawało, się z nią porozumieć, a do tego ślepa i tak zatwardziała dewotka, że ani na chwilę 
nie wypuszczała z rąk różańca. Kiedyś różaniec rozsypał się jej do garnka i tego dnia 
jadłem najbardziej świątobliwą zupę w moim życiu. Jedni wołali: „Patrzcie, czarny groch! 
To pewnie z Etiopii!" Inni mówili:. „Ziarnka grochu w żałobie! Kto też im umarł?" Mój 
pan był pierwszym, który wyłowił paciorek z zupy, i próbując go rozgryźć złamał sobie 
ząb. W piątki zwykle podawała jajka brodate, to jest z tak obfitym dodatkiem jej siwych 
włosów, iż mogły pretendować do tytułu sędziów i adwokatów. Włożyć do garnka szufelkę 
od węgla zamiast chochli albo podać talerz zupy z kamykami było dla niej rzeczą na 
porządku dziennym. Tysiące razy znajdowałem najrozmaitsze gady, patyki, kiedyś nawet 
wrzeciono, na którym przędła, a wszystko to wrzucała do rondla po to, by zagęścić zupę i 
skuteczniej napełnić nasze żołądki.
Tak minął nam czas do środy popielcowej. W pierwszych dniach wielkiego postu zasłabł 
jeden z wychowanków i Cabra, by oszczędzić wydatku, zwlekał z wezwaniem medyka do 
czasu, kiedy biedakowi pilniej potrzebny był spowiednik niż wszystko inne. Wtedy 
sprowadził felczera, który wziął chorego za puls i powiedział, że głód już go był 
wyprzedził w staraniach i zabił tego młodego człowieka. Przyniesiono mu święty 
sakrament i biedaczysko na ten widok (nie mówił już od poprzedniego dnia) powiedział:
- Jezu Chryste, Panie mój, trzeba mi było zobaczyć, że wchodzisz do tego domu, bym 
przekonał się, że to nie piekło.
Te słowa na zawsze wyryły się w mojej pamięci. Umarł nieszczęsny chłopak, 
pochowaliśmy go bardzo skromnie, bo nie był tutejszy, i długi czas nie mogliśmy się 
otrząsnąć z wrażenia.
Wieść o tym strasznym wypadku rozeszła się po mieście i trafiła do uszu don Alonsa 
Coronel, a że ten miał tylko jednego syna, otworzył wreszcie oczy na oszustwa Cabry i 
więcej wiary zaczął dawać zapewnieniom dwóch cieni, bo do tak żałosnego stanu 

background image

doszliśmy w tym czasie. Przyszedł odebrać nas z internatu i spytał, gdzie jesteśmy, 
kiedyśmy już przed nim stali. Rozpoznawszy nas w końcu, nie czekał dłużej i w nader 
ostrych słowach odprawiwszy licencjata - niefortunnego zwolennika umartwień - kazał nas 
zanieść w lektykach do domu. Opuściliśmy ten dom żegnani życzeniami kolegów i 
oczyma, które patrzyły na nas z uczuciem, jakiego zapewne doznaje skazaniec w Algierze 
na widok odchodzących towarzyszy niedoli, wykupionych przez trynitariuszy.

ROZDZIAŁ IV O POWROCIE DO ZDROWIA I O TYM, JAK WYRUSZYLIŚMY 
DO SZKÓŁ, DO ALCALÁ DE HENARES
 
Po przybyciu do domu don Alonsa położono nas do dwóch łóżek z wielką ostrożnością, 
iżby nie rozsypały się nasze kości, spróchniałe od głodu. Sprowadzono eksploratorów, 
którzy po całej twarzy szukali naszych oczu i u mnie (jako że moja praca była cięższa, a 
głód jeszcze sroższy, bo mimo wszystko traktowano mnie jak sługę) przez dobrą chwilę nie 
mogli ich znaleźć. Wezwano medyków, a ci kazali ocierać z kurzu nasze usta lisimi 
ogonami, jak posągom w ołtarzowym tryptyku, i nie od rzeczy, bo wszak byliśmy 
posągami boleści. Przykazali nam dawać posilne dekokty i papki z mięsa. Któż opisze, 
przy pierwszym nektarze z migdałów, przy pierwszym bulionie z kurczaka, promienną 
radość, jaka ożywiła nasze ukontentowane kiszki? Wszystko im było nowością. Zlecili 
doktorzy, aby przez dziewięć dni nikt nie rozmawiał głośno w naszym pokoju, bo w 
pustych żołądkach każde słowo rozlegało się echem.
Przy tych i innych zapobiegliwych staraniach powolutku, stopniowo, zaczynaliśmy 
odzyskiwać odrobinę tchu; nie mogły wszakże rozewrzeć się nasze zaciśnięte, skamieniałe 
szczęki, tak więc wydano polecenie, by przysposobiać je co dzień po troszeczku tłuczkiem 
od moździerza.
Wstaliśmy po czterdziestu dniach, usiłując przejść parę kroków, ale jeszcze wydawaliśmy 
się cieniami innych ludzi, a nasza chudość i pożółkła skóra upodobniała nas do ascetów. 
Przez całe dni wznosiliśmy modły dziękczynne do Boga, iż nas wydobył z barbarzyńskiej 
niewoli, upraszając niebiosa, by żaden chrześcijanin nie wpadł w ręce okrutnika Cabry. 
Gdy czasem, siedząc przy stole, przypomnieliśmy sobie posiłki złego wychowawcy, apetyt 
nasz zaostrzał się tak, iż wzrastały wydatki w tym domu. Opowiadaliśmy don Alonsowi, 
jak to zasiadając do stołu Cabra potępiał grzech obżarstwa, nie popełniwszy go przez całe 
życie. Śmiał się do rozpuku, usłyszawszy, że przykazaniem: „nie zabijaj" obejmował Cabra 
kury, kapłony, wszystkie rzeczy, których nam skąpił, i wskutek tego rozumowania 
grzechem w jego oczach było także zabijać głód - czy bodaj zadawać mu rany - przez 
spożywanie posiłków. 
Tak minęły trzy miesiące i potem chciał don Alonso wysłać swego syna do Alcalá do szkół, 
by uzupełnił swoje braki w rudymentarnym wykształceniu. Spytał mnie, czy chcę mu tam 
towarzyszyć, a żem niczego więcej nie pragnął, tylko znaleźć się jak najdalej od miasta, 
gdzie można było usłyszeć imię niecnego prześladowcy żołądków, zgodziłem się jak 
najofiarniej służyć jego synowi. Dał mu tedy ochmistrza, który by zarządzał domem i 
prowadził rachunki, gospodarując pieniędzmi, jakie na to łożył don Alonso w cedułach na 
imię pewnego człowieka, który zwał się Julian Merluza, po czym załadowaliśmy nasze 
manatki na wóz niejakiego Diego Monje.
Było tam wąskie łóżko i dwie siatki na kółkach (dla mnie i dla ochmistrza, który zwał się 
Tomas de Baranda), pięć materaców i osiem prześcieradeł, osiem poduszek, cztery kapy, 

background image

kufer z bielizną i inne sprzęty domowe. Rozmościliśmy się w kolasie i ruszyliśmy po 
południu, na godzinę przed zmierzchem, a o północy stanęliśmy w po stokroć przeklętym 
zajeździe w Viveros.
Gospodarz był Moryskiem i złodziejem, tak że pierwszy raz w życiu zobaczyłem psa i kota 
żyjących w zgodzie. Powitał nas wylewnie, a że już się był porozumiał z woźnicą i jego 
ludźmi, bo wcześniej od nas przybył tu wóz z rzeczami, my zaś jechaliśmy powolutku 
-przystąpił do karety, podał mi rękę pomagając wysiąść i spytał, czy udaję się do szkół. 
Odpowiedziałem, że tak. Wprowadził nas do środka, gdzie już było dwóch włóczęgów-
filutów z kilkoma podejrzanych obyczajów dziewczętami, ksiądz, który odmawiał modły, 
nosem wietrząc zapachy z kuchni, jakiś stary kupiec, skąpy i najwidoczniej usiłujący 
zapomnieć o wieczornym posiłku, oraz dwóch obszarpanych studentów z tych, co tylko 
węszą za tym, żeby się przeżywić.
Mój pan, jako najmniej zadomowiony w zajeździe i młodzik, odezwał się do oberżysty:
- Dajcie no, panie gospodarzu, co tam się znajdzie do zjedzenia dla mnie i moich sług.
- Wszyscyśmy sługami waszej dostojności - odpowiedzieli z punktu obaj filuci. - Hej, 
gospodarzu, ten pan szczodrze wam podziękuje za to, co dla niego zrobicie, ugośćcież go, 
jak należy, i opróżnijcie spiżarnię.
To mówiąc jeden z tych oberwańców podszedł i zdjął z don Diega pelerynę.
- Spocznijcie, mości panie - rzekł kładąc ją na ławie.
Mnie od tego wszystkiego zaczynało się już kręcić w głowie i czułem się nieomal 
właścicielem zajazdu. Jedna z nimf powiedziała:
- Aj, cóż za godny kawaler! I udaje się do szkół? A wasza mość mu służy? 
Odpowiedziałem, iż tak jest w rzeczy samej, że ja i ten drugi jesteśmy służącymi. Spytały,
jak się nazywam, i nie zdążyłem jeszcze odpowiedzieć, kiedy jeden ze studentów, nieomal 
szlochając ze wzruszenia, podszedł do mego pana i rzucił mu się na szyję.
- Och, panie mój, don Diego, kto by pomyślał przed dziesięciu laty, że się tutaj spotkamy! 
O, ja nieszczęsny, do jakiejże doszedłem kondycji, iż mnie wasza miłość nie poznaje!
Don Diego zdumiał się, ja też, bobyśmy obaj przysięgli, żeśmy go nigdy nie widzieli. Jego 
towarzysz patrzył prosto w twarz don Diega i rzekł do przyjaciela:
- To ten pan miłościwy, o którego ojcu tyleście mi opowiadali? Wielkie szczęście nasze, iż 
go spotykamy, możny to pan, niech go Bóg ma w swej pieczy!
I przeżegnał się pobożnie.
Kto by nie uwierzył, że znali nas od kołyski? Don Diego wzruszył się szczerze i spytał o 
jego nazwisko, ale na to wszedł gospodarz, nakrył stół i węsząc w powietrzu hultajstwo 
rzekł:
- Zostawcie to, panowie, na później, bo wieczerza stygnie, po jedzeniu będzie czas na 
gawędę.
Jeden z filutów położył nakrycia dla wszystkich i przysunął do stołu krzesło dla don Diega, 
a drugi przyniósł półmisek. Studenci powiedzieli:
- Siadajcie, panie, do stołu, bo zanim przygotują, co tam dla nas jest, będziemy wam 
podawać zakąski i służyć.
- O Jezu - rzekł don Diego - siadajcież i wy, skoro jest miejsce. Na to odpowiedzieli filuci, 
nie rozmawiając z tamtymi:
- Później, miłościwy panie, jeszcze nie wszystko gotowe.
Widząc, że jednych zapraszają, a drudzy tymczasem zapraszają się sami, stropiłem się i 
zląkłem tego, co w rzeczy samej nastąpiło, bo studenci wzięli półmisek sałaty, mile wzrok 

background image

przyciągającej, i zerkając na mego pana powiedzieli:
- Nie przystoi to, aby w obecności tak zacnego kawalera damy te pozostały bez jedzenia, 
rozkaż więc, wasza miłość, by dotrzymały nam towarzystwa.
Don Diego z galanterią zaprosił damy do stołu. Usiadły i z pomocą dwóch studentów w 
mgnieniu oka opróżniły półmisek, zostawiając tylko jeden głąb sałaty, który zjadł don 
Diego. Podając mu te mizerne resztki, rzekł przeklęty student:
- Mieliście, miłościwy panie, dziadka, stryja mego ojca, który mdlał i na wymioty mu się 
zbierało od samego widoku sałaty. Cóż to był za mąż znamienity!
To mówiąc, zamaszystym ruchem wrzucił do ust i połknął bułeczkę, a jego kolega drugą. A 
nimfy? Zaopiekowały się już były pieczywem, najwięcej zaś jadł ksiądz, choć samym tylko 
spojrzeniem. Zasiedli potem filuci, postawiwszy przed sobą pół pieczonego koźlęcia, dwa 
połcie wędzonej słoniny, parę opiekanych gołąbków i rzekli:
- Tuście mi, wielebny ojcze? Przybliżcie się i zjedzcie, bo czcigodny don Diego łaskaw dla 
nas wszystkich.
Nie zdążyli jeszcze tego powiedzieć, gdy zacny kapłan już siedział przy stole.
Memu panu, gdy spostrzegł, że wszyscy się już do niego dobrali, zaczęło się robić 
markotno. Rozdzielili między siebie, co było, zostawiając dla don Diega kilka kostek i 
skrzydełek do ogryzienia. Tamci zaś, ksiądz i inni, zawijali wszystko po kolei.

background image

- Niedobrze to objadać się na noc, panie - mówili filuci - możecie sobie zaszkodzić. -A 
przeklęty student dodawał: - Zwłaszcza że trzeba wam przywyknąć do zaciskania pasa i 
zawczasu się przygotować do żywota w Alcalá.
Don Diego i ja prosiliśmy Boga, by ich natchnął litością i przecie nam coś zostawili. Kiedy 
już zjedli wszystko i ksiądz przebierał kości pozostawione przez innych, wykrzyknął jeden 
z filutów:
- Och, co z nas za niepoprawni grzesznicy, nie zostawiliśmy nic dla służących! Chodźcież 
tu, panowie! Panie gospodarzu, dajcie im wszystko, co tam jeszcze jest, tu macie dublona.
Skoczył na to przeklęty krewniak mego pana - chcę powiedzieć student - i rzekł:
- Wybaczcie mi, panie, lecz niewielkie pojęcie macie o grzeczności. Nie znacie mego 
dostojnego kuzyna? Już on uczęstuje swoją służbę i nawet naszą, gdybyśmy ją mieli, tak 
jak nas uczęstował. - I dodał zwracając się do don Diega, który siedział przy stole jak 
ogłupiały: -Nie gniewajcież się, panie, bo ten prostak was nie zna.
Kląłem go do dziesiątego pokolenia, widząc szalbierstwo tak wielkie, iż z trudem w nie 
mogłem uwierzyć. Uprzątnęli ze stołu i wszyscy nalegali na don Diega, by poszedł się 
położyć. Chciał zapłacić za wieczerzę, prosili wszakże, by tego zaniechał, bo jutro będzie 
czas. Chwilę jeszcze gawędzili i mój pan zapytał studenta o nazwisko, na co tamten odparł, 
że nazywa się też Coronel (oby się w piekle smażył, gdziekolwiek teraz przebywa!). 
Spojrzał na drzemiącego w kącie kupca i rzekł:
- Chcielibyście, miłościwy panie, trochę się pośmiać? Czemu by nie spłatać jakiego figla 
temu staruchowi, co nic nie jadł przez całą drogę, choć jest złotem nadziany?
Przyklasnęli temu filuci:
- Dobrze mówi pan licencjat, niechże tak będzie, bo stary zasługuje na psikusa. Podszedł 
tedy tamten do niego i biednemu starowinie, który spał smacznie, wyciągnął spod
nóg sakwy podróżne. Rozsupłał je i znalazłszy w środku jakąś skrzynkę, uderzył w wieko 
niczym w bęben wojenny, zwołując ludzi. Zbiegli się wszyscy i otworzywszy szkatułkę 
zobaczyli, że jest pełna cukierków. Wysypał wszystko, co było, i włożył na to miejsce 
kamienie, patyki, co znalazł pod ręką. Potem narobił do skrzynki i przykrył nieczystość 
kawałkami gipsu. Zamknął skrzynkę i rzekł:
- Mało tego, stary ma jeszcze gąsior z winem.
Wylał wino zostawiwszy tylko trochę na dnie, wziął poduszkę z naszego wozu, rozpruł ją, 
napchał do bukłaka sierści owczej i paździerzy, po czym go zamknął. Wszyscy poszli 
odpocząć na godzinę czy pół godziny, jakiej jeszcze brakowało do świtu, a student włożył 
wszystko do sakwy staruszka, zaś do kaptura jego płaszcza wrzucił wielki kamień i poszedł 
spać.
Nadeszła pora wyruszenia w drogę, obudzili się wszyscy, a stary jeszcze spał. Zawołano 
go, lecz gdy próbował wstać, nie mógł unieść kaptura swego płaszcza. Zobaczył, co to jest, 
a właściciel udając gniew fuknął na niego:
- Do pioruna, nie mieliście już, ojcze, nic innego do zabrania, tylko ten kamień? Nie do 
wiary! Trzeba wam wiedzieć, że go oceniam na przeszło sto dukatów, bo to lekarstwo 
przeciw bólom żołądka.
Stary zaklinał się i przysięgał na wszystkie świętości, że to nie on włożył kamień do 
kapiszona. Włóczęgi obliczyli rachunek: wyniósł sześćdziesiąt reali, choć sam Juan 
Leganés nie połapałby się w kalkulacjach, które dały w wyniku tę sumę. Studenci upewnili 
don Diega, iż biorąc pod uwagę fakt, że mają mu służyć także w Alcalá, nic mu nie są 
dłużni.

background image

Przekąsiliśmy coś na śniadanie, a stary wziął swoje sakwy i abyśmy nie widzieli, co w nich 
ma, i żeby się z nikim nie dzielić, rozwiązał je po omacku pod płaszczem. Wziął kawałek 
gipsu z wierzchu, włożył go do ust i omal nie wypadły mu dwa jedyne zęby, jakie posiadał. 
Jął pluć, charkać, rzęzić, krzywiąc się ze wstrętu i bólu, przybiegliśmy wszyscy do niego, z 
księdzem na czele, pytając, co mu jest. Zaczął wzywać szatana, wypuścił sakwy. Nachylił 
się nad nim. student, wołając: „Odejdź precz, szatanie, spójrz na krzyż", drugi otworzył 
brewiarz. Przekonywali go, że jest opętany, póki on sam nie wyjaśnił, w czym rzecz. Prosił, 
by mu dano popłukać usta winem, które miał w gąsiorze. Dali mu, wyjął gąsior, otworzył i 
nalewając trochę wina do kubka zobaczył w nim kłębki sierści i paździerze, tak że nie 
sposób było wypić ani kropelki. Wtedy stracił do reszty cierpliwość, lecz widząc, że 
wszyscy zanoszą się od śmiechu, musiał zmilczeć i wgramolił się na wóz razem z filutami i 
dziewczętami. Studenci i ksiądz usadowili się na dwóch osłach, my zaś wsiedliśmy do 
kolasy i jeszcze nim ruszyła, jedni i drudzy zaczęli szydzić z nas otwarcie. Oberżysta 
mówił: „Panie nowicjuszu, po kilku takich próbach wkrótce się pan zestarzejesz." A ksiądz: 
„Kapłanem jestem, odprawi się mszę za pańskie pieniądze"; zaś przeklęty student krzyczał: 
„Panie kuzynie, następnym razem drapcie się, kiedy was świerzbi, nie potem." Drugi 
dodawał: „Zawsze do usług, ilekroć was świerzbi, don Diego." Postanowiliśmy nie 
zwracać na to uwagi. Bóg jeden wie, jakżeśmy się czuli zelżeni.
Wreszcie przybyliśmy do miasta. Stanęliśmy w pewnym zajeździe i przez cały dzień, 
bośmy przybyli o dziewiątej, obliczaliśmy koszty festynu, nie mogąc ani rusz zrozumieć 
rachunku oberżysty. 

ROZDZIAŁ V 
O PRZYBYCIU DO ALCALÁ, O PATENCIE STUDENCKIM I O FIGLACH, 
JAKIE PŁATANO MI JAKO NOWICJUSZOWI
 
Przed nocą przenieśliśmy się z gospody do domu, który dla nas wynajęto i który znajdował 
się za bramą Św. Jakuba. Była to jedna z tych rezydencji dla studentów, gdzie mieszka 
wielu razem, ale myśmy mieli ją dzielić tylko z trzema innymi.
Gospodarz był jednym z tych, co w Boga wierzą przez grzeczność albo przez obłudę. 
Moryskami ich u nas nazywają i niemało jest tu takich, nie mniej niż tych, co nosa mają aż 
za wiele i tylko woni świniny ścierpieć nie mogą.  To mówiąc nie chcę ubliżyć szlachetnie 
urodzonym, których niewątpliwie wielu jest pośród ludzi majętnych.
Przyjął mnie tedy gospodarz z twarzą tak kwaśną, jakbym był Najświętszym Sakramentem. 
Nie wiem, czy po to, bo od początku wzbudzić w nas respekt, czy też rzecz to u nich 
naturalna, bo nic w tym dziwnego, że zły chodzi ten, co dobrej wiary nie wyznaje. 
Złożyliśmy nasze tobołki, rozścielili łóżka, rozgościliśmy się i spokojnie przespaliśmy noc.
Z samego rana przyszli do nas, jeszcze w nocnych koszulach, wszyscy zamieszkali tu 
studenci, żądając od mego pana patentu. Ten, że nie wiedział, co to jest, zapytał mnie, 
czego chcą od niego, ja zaś na wszelki wypadek skryłem się między dwie kołdry, tylko pół 
głowy wystawiając, całkiem jak żółw. Zażądali dwóch tuzinów reali, dostali je i podnieśli 
piekielną wrzawę:
- Niech żyje nowy kolega i niech będzie przyjęty do grona przyjaciół. Odtąd może 
korzystać ze wszystkich przywilejów dawnego rezydenta. Może, jak wszyscy, dostać 
parchów, chodzić w brudach i głodowe męki przeżywać!
Wśród tych okrzyków - zważcie, miłościwy panie, co za przywileje! - sfrunęli ze schodów 

background image

i zaraz potem ubraliśmy się i wyszliśmy do szkół.
Moim panem zaopiekowało się kilku studentów, znajomych jego ojca, i poszedł z nimi do 
auli, ale ja, który miałem pójść do innej, zostawszy sam zacząłem trząść się ze strachu.
Wszedłem na dziedziniec i jeszczem na dobre nie zdążył postawić nogi, gdy stanęli przede 
mną i zaczęli wołać: „Nowy." Nie chcąc pokazać trwogi, roześmiałem się, jakbym na to nie 
zważał, nie na wiele się to wszakże zdało, bo otoczyli mnie kołem, ośmiu czy dziewięciu 
chłopaków, i dalejże w śmiech. Poczerwieniałem. Bóg widać chciał mnie skarać, bo 
natychmiast jeden, ten, co stał najbliżej, zakrył sobie ręką nos i odsuwając się rzekł:
- Niedaleko już chyba do zmartwychwstania temu Łazarzowi, sądząc po tym, jak cuchnie! 
I natychmiast wszyscy cofnęli się o krok zatykając nosy. Rozmyślając, jakby stąd
czmychnąć, ja także zatkałem nos i powiedziałem:
- Macie, panowie, rację, śmierdzi tu okrutnie.
Znów wybuchnęli gromkim śmiechem i cofali się dalej, teraz było już ich razem około 
setki.

background image

Niczym fanfara bojowa rozbrzmiało chrząkanie i pokasływanie. Potem zaczęli pociągać 
nosem, szykując broń. Wreszcie wystąpił zakatarzony dryblas z Manczy i dał popis 
straszliwy smarkania, ciskając we mnie całą zawartością swego nosa. Widząc się 
zgubionym, krzyknąłem: „Przysięgam, że cię za..." - miałem powiedzieć „zabiję", ale w tej 
samej chwili wymierzyła we mnie cała bateria i taki lunął deszcz i grad pocisków, żem nie 
mógł dokończyć zdania. Twarz miałem zakrytą peleryną i wszyscy pluli i smarkali na mnie 
jakby strzelając do celu, a warto było ocenić celność ich strzałów. Byłem już oproszony 
plugawym śniegiem od stóp do głów, gdy wtem jakiś łotr, widząc, że dotychczas nie 
ucierpiało moje zakryte oblicze, podszedł bliżej krzycząc z furią: „Dość już, nie zabijajcie 
go!"; co do mnie, to widząc, jak się nade mną znęcają, pewien byłem, że z życiem stąd nie 
ujdę. Odsłoniłem twarz, chcąc zobaczyć, co się dzieje, i wtedy ten, co krzyczał, oślepił 
mnie ciskając prosto w oczy smark, który miał już przygotowany w palcach. Pomyślcie, 
proszę, przez jakie męczeństwo przeszedłem, ogłuszony przy tym od wrzasku, jaki czynili 
ci piekielnicy. Wnioskując z ilości flegmy, jaką z siebie wyrzucili, pomyślałem, iż - by 
zaoszczędzić na lekarstwach i medykach -z oczyszczeniem swych dróg oddechowych 
specjalnie na nowicjuszy czekać musieli.
Chcieli jeszcze do tego przyłożyć mi parę szturchańców, ale nie było sposobu mnie 
dotknąć nie unosząc na palcu połowy kleistej mazi, powlekającej czarną pelerynę, zbielałą 
za moje grzechy. Dali mi wreszcie spokój i zostałem sam, spluwaczce dla starców raczej 
niż stworzeniu boskiemu podobny. Powlokłem się do domu, dokąd z trudem zdołałem 
trafić, i szczęście, że to było rano, bo spotkałem zaledwie dwóch albo trzech studentów, 
którzy musieli być łagodnej natury, bo ograniczyli się li tylko do kilku kopniaków, zanim 
pozwolili mi odejść.
Wszedłem do domu i gospodarz na mój widok zaczął rechotać, udając, że także mnie chce 
opluć. Zląkłszy się, że tak zrobi, zawołałem:
- Zważcie, panie gospodarzu, iżem nie Ecce Homo.
Obym nigdy nie był tego powiedział, bo miał akurat w ręku ciężarki do wagi i rzucił na 
moje ramiona dwa funty nowego cierpienia. Uczęstowany tą gratyfikacją dodatkową, 
ledwie żyw z wycieńczenia, wszedłem na górę i niemało czasu mi zajęło poszukiwanie 
suchego miejsca, w którym mógłbym dotknąć się mej sutanny i peleryny, by je z siebie 
zrzucić. Wreszcie uwolniłem się i padłem na łóżko, rozwiesiwszy przedtem na tarasie 
sponiewierane szaty.
Przyszedł mój pan, a że mnie zastał śpiącym i nic nie wiedział o mej haniebnej przygodzie, 
rozeźlił się i z takim impetem zaczął mnie targać za włosy, że jeszcze parę szarpnięć, a 
byłbym się obudził łysy.
Podniosłem się z krzykiem i jękiem, a on, jeszcze bardziej rozsierdzony, rzekł:
- Tak to mi służysz, Pablos? Tutaj już inny żywot. Posłyszawszy o „innym żywocie" 
pojąłem, żem już umarł, i rzekłem:
- Pięknie mnie pocieszacie, panie, w moich strapieniach. Spójrzcie, jak wygląda ta sutanna 
i peleryna, które posłużyły za chustkę najogromniejszym nosom, jakie na tym świecie 
oglądano, i rzućcie okiem na te żebra!
I uderzyłem w płacz. On, widząc, że płaczę, uwierzył mi, a znalazłszy i obejrzawszy moje 
szaty użalił się nade mną i rzekł:
- Pablos, oczy miej otwarte szeroko, bo to nie przelewki. Uważaj na siebie, wszak nie masz 
tu drugiego ojca ani matki.
Opowiedziałem mu o wszystkim, co mi się przygodziło, kazał mnie rozebrać i zaprowadzić 

background image

do izby, gdzie spali czterej słudzy gospodarzy domu.
Położyłem się i przespałem, dzięki czemu, gdy przyszła noc, po dobrym obiedzie i kolacji 
poczułem się zdrów i silny, jakby się nic nie działo. Wszelako gdy raz zaczną walić się na 
człowieka nieszczęścia, zda się, że nie ma im końca, jak gdyby skute były łańcuchem i 
jedno pociągało za sobą następne. Przyszli położyć się spać inni słudzy i pozdrawiając 
mnie spytali, czy nic mi nie dolega i dlaczego leżę już w łóżku. Opowiedziałem im, co i 
jak, i od razu, jakby w nich samych nie było ani krztyny zatwardziałości, zaczęli żegnać się 
pobożnie, mówiąc.
- Nawet Luteranie tak by was nie ukrzywdzili. Możeż to tyle niegodziwości być w 
człowieku?
Inny dodał:
- Rektora to wina, że temu nie zaradzi. Poznalibyście tych, co tam byli?
Odparłem, że nie, i podziękowałem za miłosierdzie, jakie nade mną okazali. To 
powiedziawszy, rozebrali się, zgasili światło i zasnąłem błogo, jakby byli przy mnie ojciec 
i matka, i rodzeństwo.
Musiała już być pomoc, gdy jeden z nich obudził mnie krzykiem:
- Aj, mordują mnie! Złodzieje!
Od strony jego łóżka dobiegały, pośród krzyków, świsty bicza. Wyjrzałem i spytałem:
- Co się dzieje?
I ledwiem podniósł głowę, kańczugiem z węzełkami zaczęto mnie smagać po plecach. 
Jęknąłem, chciałem wstać, tamten drugi także jęczał, chociaż bili tylko mnie. Krzyczałem: 
„Ratunku!", lecz tak gęsto spadały na mnie razy, że mi nie pozostało innej rady- bom 
zrzucił z siebie prześcieradła - tylko skryć się pod łóżkiem. Tak też uczyniłem i 
natychmiast podnieśli wrzask ci, co dotychczas spali. A że wciąż słychać było smaganie 
bicza, myślałem, iż ktoś tu wszedł i okłada nas wszystkich.
Tymczasem ten potępieniec, co spał najbliżej mnie, przeszedł do mego łóżka, zanieczyścił 
je i przykrył, a kiedy wrócił na swoje mniejsce, ucichły odgłosy chłosty i wszyscy czterej 
podnieśli się na nogi z wielkim krzykiem, mówiąc:
- Co za łajdactwo! Ale to im nie ujdzie na sucho!
Znajdowałem się wciąż jeszcze pod łóżkiem, wyjąc niczym pies uwięziony między 
drzwiami, tak skulony, żem wyglądał jak chart tknięty paraliżem. Tamci udali, że zamykają 
drzwi, wtedy wylazłem z ukrycia i wróciłem do łóżka, pytając, czy ich ukrzywdzili. Jęczeli 
wszyscy i twierdzili, że są konający.
Położyłem się, przykryłem i znowu zasnąłem, a żem się przewracał przez sen, obudziłem 
się zapaskudzony po szyję. Wszyscy wstali, a ja, żeby się nie pokazywać, wymówiłem się 
osłabieniem na skutek otrzymanych batów. Sam diabeł nie ruszyłby mnie z miejsca. Wielce 
strapiony zastanawiałem się, czy to ze strachu i pomieszania, sam o tym nie wiedząc, 
napaskudziłem do łóżka, czy też przez sen. Krótko mówiąc, czułem się niewinny i winny 
zarazem, i nie wiedziałem, jak się usprawiedliwić.
Tamci podeszli do mnie pojękując i udając cierpiących i zapytali, jak się czuję. 
Powiedziałem, że bardzo źle, bo srodze mnie poturbowano. Pytałem ich, co to było w nocy, 
a oni na to:
- Dalibóg, nie wymknie się ten złoczyńca, matematyk nam powie, kto to był. Ale dajmy 
temu pokój, zobaczymy, czyście bardzo ucierpieli, bo jęczeliście całą noc.
To mówiąc, by wstyd mi uczynić, podeszli bliżej i chcieli ściągnąć ze mnie przykrycie. Na 
to wszedł mój pan mówiąc:

background image

- Jak to możliwe, Pablos, czy nie ma na ciebie sposobu? Już ósma, a ty jeszcze w łóżku? 
Wstawaj, do ciężkiego licha!
Tamci ujęli się za mną, opowiedzieli mu o całym zdarzeniu, prosząc, żeby mi pozwolił 
spać. Jeden z nich rzekł:
- A jeśli wasza dostojność nie wierzy, to wstań, przyjacielu! - i szarpnął za prześcieradło. Ja 
przytrzymywałem je zębami, żeby nie pokazywać nieczystości. Kiedy zobaczyli, że tą
drogą nic nie wskórają, rzekł jeden z nich:
- Do diaska, ale tu śmierdzi!
Don Diego przytaknął, bo prawda była, i zaraz wszyscy za jego przykładem zaczęli się 
rozglądać, czy nie ma w izbie jakiegoś zapomnianego nocnika, bo wytrzymać nie można 
było od smrodu. Któryś rzekł:
- Nie ma co, trzeba to zbadać.
Patrzyli wszędzie i wywracali łóżka, szukając pod nimi, a w końcu rzekli:
- Na pewno coś jest pod łóżkiem Pablosa, przenieśmy go gdzie indziej i poszukajmy. 
Widząc, że nie ma ratunku i że mnie dostaną w swoje szpony, udałem, żem zasłabł na 
serce,
chwyciłem się prętów, wykrzywiając gębę straszliwie. Tamci, znając sekret, nie puszczali 
mnie, ubolewając nad moim nieszczęściem.
Don Diego wziął mnie za palec serdeczny i wreszcie w pięciu zdołali mnie dźwignąć. A 
gdy odrzucili prześcieradła, taki ich śmiech porwał, że aż się ściany trzęsły.
- Biedaczysko! - mówili ci niegodziwcy (ja udawałem zemdlonego). - Ciągnijcie go, wasza 
dostojność, za palec serdeczny.
I mój pan, myśląc, że mi tym sprawia ulgę, ciągnął tak mocno, że omal mi nie wyłamał 
palca. Inni próbowali związać mi uda postronkiem i mówili: 

background image

- Biedak, na pewno się tak ubrudził, kiedy go chwyciła choroba!
Kto opisze, com za męki przeżywał, gnębiony wstydem, z wywichniętym palcem i pod 
groźbą postronkowej kuracji! Wreszcie ze strachu, żeby tego nie uczynili, udałem, żem 
odzyskał przytomność, nie dość szybko wszakże, by łajdaki w swoim złośliwym pośpiechu 
nie zdążyły zacisnąć sznura tak mocno, że ślad głęboki wyrżnął się na każdej nodze. 
Puścili mnie w końcu, mówiąc:
- Boże mój, aleście chudzi!
Płakałem ze złości i wstydu, a moi prześladowcy, chcąc do reszty mnie pognębić:
- Nie płaczcie, ważniejsze jest wasze zdrowie niż to, żeście się ubrudzili! - To mówiąc 
umyli mnie, ułożyli na łóżku i odeszli.
Zostawszy sam, rozważałem już tylko, czy nie gorsze było to, com przez ten jeden dzień 
przecierpiał w Alcalá, niż wszystko, co mi kazał znosić Cabra. W południe ubrałem się, 
wyczyściłem, jak się dało, sutannę, zmywając ją niby koński czaprak, i czekałem na mego 
pana, który niebawem nadszedł i spytał mnie o zdrowie. Zjedliśmy obiad, wszyscy domowi 
i ja, aczkolwiek jadłem mało i bez apetytu. Potem, gdyśmy się zebrali na pogawędkę na 
ganku, inni słudzy, naśmiawszy się ze mnie do syta, przyznali się do żartu. Weselili się 
wszyscy, mnie zaś jeszcze większy wstyd doskwierał i rzekłem do siebie: „Baczność, 
Pablos, bądź w pogotowiu!" Postanowiłem rozpocząć nowe życie i od tego czasu, 
pojednani, żyliśmy wszyscy w tym domu jak bracia i ani w szkole, ani na dziedzińcach nikt 
mnie już nie zaczepiał.

ROZDZIAŁ VI
O OKRUCIEŃSTWIE GOSPODYNI I O MOICH FIGLACH
 
„Kiedy wszedłeś między wrony..." - powiada przysłowie, i słusznie powiada. Rozmyślając 
nad nim doszedłem do wniosku, żem powinien stać się hultajem między hultajami i w 
miarę możliwości prześcignąć ich w hultajstwie. Nie wiem, jak mi to wypadło, lecz 
upewniam Waszą Łaskawość, żem dokładał wszelkich starań.
Jako punkt pierwszy wyznaczyłem karę śmierci wszystkim zbłąkanym świniom, jakie 
wlazłyby do wnętrza domu, a także kurom gospodyni, które z podwórka przechodziły do 
mojej izby: Zdarzyło się pewnego dnia, iż wlazły tu dwa prosiaki, najwdzięczniejsze, 
jakiem w życiu widział. Grałem w karty z innymi służącymi i usłyszawszy chrząkanie, 
rzekłem do któregoś:
- Idź i zobacz, co tam chrząka w domu.
Poszedł i wrócił mówiąc, iż weszły dwa zbłąkane wieprzki. W taką wpadłem cholerę, żem 
tam pobiegł krzycząc, iż za wiele to już zuchwalstwa wchodzić tu i chrząkać. Wbiłem 
każdemu z nich szpadę w piersi, a potem, przy zamkniętych drzwiach, zarżnęliśmy je, aby 
zaś nie było słychać kwiczenia, wszyscy czyniliśmy wielki tumult, udając, że śpiewamy, i 
tak to w naszych rękach wyzionęły ducha.
Wyjęliśmy wnętrzności, zebraliśmy krew i naznosiwszy słomy z sienników opiekliśmy 
świniaki, jak się dało, na podwórzu, tak że kiedy przyszli gospodarze, wszystko już było 
gotowe, choć zrobione na chybcika, oprócz flaków, bośmy nie skończyli jeszcze robić 
kiełbas. A nie można powiedzieć, żebyśmy się zbytnio z tym guzdrali, bo, prawdę mówiąc, 
dla pośpiechu zostawiliśmy połowę tego, co w nich już było.
Dowiedział się don Diego i ochmistrz o tym zdarzeniu i rozsierdzili się na mnie tak, że 
musieli się za mną wstawić właściciele domu, których setnie to ubawiło. Spytał mnie don 

background image

Diego, co bym zrobił, gdyby mnie oskarżono i wsadzono do aresztu. Odpowiedziałem, że 
powołałbym się na głód, który jest świętym azylem studentów, a gdyby tego było mało, 
powiedziałbym, iż świnie weszły nie stukając do drzwi, jak do swego domu, rozumiałem 
tedy, że są nasze. Śmieli się wszyscy z tego usprawiedliwienia, a don Diego rzekł:
- Dalibóg, Pablos, widzę, że pojętny z ciebie uczeń.
Rzecz znamienna, iż w moim panu tyle było zbożnej uległości, a we mnie tyle przekory, iż 
cnota jednego tym wyraźniej ukazywała występki drugiego bądź na odwrót.
Gospodyni wielce była ze mnie zadowolona, bośmy oboje trzymali sojusz, sprzysiągłszy 
się przeciw gminie. Ja byłem szafarzem, jak Judasz, bo nie wiem dlaczego, od tamtych 
czasów zajęcie to cieszy się upodobaniem łajdaków. Mięso w rękach gospodyni nie 
przestrzegało porządku retoryki, bo od wielkiego zawsze zmierzało ku mniejszemu. I kiedy 
mogła dać nam kozę albo owcę, jasne, że nie dawała barana, a jeśli były kości, nie 
wchodziło w rachubę chude mięso. Przyrządzała nam dania cieniutkie i eteryczne, buliony, 
z których po skrzepnięciu można było robić kryształowe paciorki, za to w wielkie święta 
wrzucała do rondla ogarki świec łojowych, by przydać potrawom zawiesistości.
Często w oczy wychwalała mnie przed moim panem:
- Nie ma jak Pablicos, prawda, że z niego nicpoń, ale drugiego takiego sługi w świecie nie 
znaleźć. Weźcie, wasza łaskawość, w rachubę, iż można ścierpieć hultajstwo dla jego 
wierności i najlepszy on ze wszystkich w tym domu.
Rzecz jasna, że i ja to samo o niej powiadałem, i w ten sposób cały dom wodziliśmy za 
nos. Kiedy się kupowało dla wszystkich oliwę, węgiel czy słoninę, chowaliśmy z tego 
połowę, a ilekroć przyszła nam fantazja, mówiliśmy:
- Ograniczajcie się, wasze dostojności, bo przy takim rozmachu nie wystarczy i królewska 
fortuna. Skończyła się już oliwa (albo węgiel). Tak żeście ją prędko zużyli? Każcie kupić 
więcej i dalibóg, trzeba tu zaprowadzić porządek. Pablicos trzyma kasę, dajcie mu 
pieniądze.
Dawali i sprzedawaliśmy im połowę uszczkniętą przedtem, a z tego cośmy kupili, znów 
podkradaliśmy połowę i tak było ze wszystkim. A jeśli przypadkiem kupiłem coś na rynku, 
zapłaciwszy tyle, ile to było warte, gospodyni i ja udawaliśmy, że się kłócimy. Ona 
powiadała:
- Nie wmówisz mi, Pablicos, że tu jest sałaty za dwa grosze.
Ja udawałem, że płaczę, krzyczałem, szedłem na skargę do mego pana, domagając się, 
żeby posłał ochmistrza na rynek i kazał mu sprawdzić cenę, bo gospodyni umyślnie się 
sprzecza, przez czystą przekorę, i trzeba jej zamknąć usta. Szedł i sprawdzał, i w ten 
sposób asekurowaliśmy się w oczach mego pana i ochmistrza, którzy radzi byli i 
wdzięczni, mnie - za usługi, a gospodyni za gorliwość, z jaką strzegła ich dobra. Mówił 
czasem don Diego, bardzo ze mnie zadowolony:
- Żeby tylko Pablicos równie wierny był cnocie jak mojej osobie! Czy aby jest tak wierny, 
jak mi to powiadacie?
W ten sposób mieliśmy ich w ręku i ciągnęliśmy z nich jak pijawki. Założę się, iż Waszą 
Łaskawość przeraziłyby sumy, jakie dzięki tym zabiegom urosły do końca roku! Wiele to 
być musiało, nie tyle wszakże, by wzbudzić wyrzuty sumienia i zobligować do restytucji, 
bo gospodyni przystępowała do spowiedzi i komunii co tydzień i ani jej przez myśl nie 
przeszło zwracać cokolwiek czy robić sobie skrupuły, bo była, jak powiadam, wielce 
świątobliwa.
Na szyi zawsze nosiła różaniec tak wielki, że mniej by ją utrudziło dźwigać na plecach 

background image

wiązkę drew. Wisiały na nim całe grona medalików, krzyżyków i paciorków rozgrzeszenia. 
Powiadała, że do tych wszystkich świętości modli się co noc za swoich dobroczyńców. 
Miała przeszło stu świętych swoich orędowników, i prawdę mówiąc, nie od rzeczy były te 
wszystkie pomoce dla odpuszczenia tego, czym nagrzeszyła. Sypiała w izdebce na górze, 
nad alkową mego pana, i odmawiała więcej modlitw niż ślepiec. Zaczynało się od 
Sprawiedliwego Sędziego, a kończyło na Conquibules (bo tak to wymawiała) albo Salve, 
Regina. 
Umyślnie odmawiała modlitwy po łacinie, udając naiwną i przekręcając łacińskie 
słowa, tak że wszyscy pękaliśmy ze śmiechu. Posiadała też inne talenty, umiała 
przezwyciężać sprzeciwy i uzgadniać gusta, czyli, mówiąc prościej, była rajfurką. 
Usprawiedliwiała się wszakże przede mną, mówiąc, iż odziedziczyła tę umiejętność po 
przodkach, tak jak król Francji dar uzdrawiania skrofułów.
Myślicie, iż zawsze żyliśmy w zgodzie? Któż nie wie, że przyjaciele, jeśli są chciwi z 
natury, zawsze próbują oszukiwać się nawzajem! Gospodyni hodowała kury na podwórku i 
kiedyś przyszła mi chętka na pieczyste z kurczęcia. Miała kilkanaście sporych kurczaków i 
pewnego ranka rzucając im ziarno jak zwykle zawołała „pio, pio", żeby je przywabić. 
Usłyszawszy to rzekłem wielce zgorszony:
- Dalibóg, pani gospodyni, bodajbyście byli zabili człowieka albo skradli monetę 
królewską (bo wtedy mógłbym zmilczeć), zamiast uczynić to, coście uczynili i czego 
przemilczeć nie mogę. Nieszczęście to dla was i dla mnie!
Słysząc, że mówię takim tonem i z tak tragicznym obliczem, stropiła się co nieco i rzekła:
- Ależ, Pablos, w czymże przewiniłam? Jeśli kpisz sobie ze mnie, to przestań. 
- Kto tu mówi o kpinach? Nie mogę zaniedbać doniesienia o tym Inkwizycji, bo ściągnę na 
siebie wielką klątwę.
- Inkwizycji? - spytała oszołomiona i trzęsąc się ze strachu. - Czymże zgrzeszyłam 
przeciwko wierze?
- Gorzej - odpowiedziałem. - Nie oszukujcie inkwizytorów. Lepiej powiedzcie, iż to tylko 
przez głupotę tak się wam wymknęło, i odwołajcie te słowa, lecz nie przeczcie, że to 
bluźnierstwo i przeniewierstwo.
Jeszcze bardziej przerażona spytała:
- Ale, Pablos, czy jak odwołam, com rzekła, to mnie nie ukarzą?
- Nie - odpowiedziałem. - Odpuszczą wam.
- No więc wszystko odwołuję, ale powiedz mi, w czym przewiniłam, bo naprawdę nie 
wiem, przysięgam ci na dusze moich zmarłych rodziców..
- Czy to możliwe, żebyście się nie spostrzegli? Nie wiem, jak mam wypowiedzieć to 
przeniewierstwo, tak straszliwe, iż mnie samego grozą przeszywa. Nie pamiętacie, jak 
wołaliście na kury „pio, pio", a przecie to imię papieży, namiestników Bożych i głów 
Kościoła. Zgrzeszyliście ciężko.
Zbladła na to śmiertelnie i powiedziała:
- Pablos, wymówiłam to słowo, ale niechże mnie Bóg potępi na wieki, jeślim uczyniła to w 
złej wierze. Odwołuję, com powiedziała, ale pomyśl, czy nie ma jakiegoś sposobu, żeby 
uniknąć oskarżenia, bo umrę, jeżeli będę musiała stanąć przed Trybunałem.
- Jeżeli przed świętym ołtarzem przysięgnięcie, iżeście nie mieli złych intencji, ja, rzecz 
jasna, będę mógł zaniechać skargi, lecz chodzi o te dwa kurczaki, nakarmione ziarnem za 
sprawą świętego imienia papieży... Musielibyście mi je dać, bym je zaniósł Zaufanemu św. 
Inkwizycji  do spalenia, albowiem są nieczyste. I prócz tego musicie przysiąc, że w 
żadnym wypadku więcej się to już nie powtórzy.

background image

Gospodyni, wielce zadowolona, powiedziała:
- Zabierz je, Pablos, choćby natychmiast, a jutro przysięgnę. Żeby ją jeszcze bardziej 
upewnić, rzekłem:
- Sęk w tym, Cypriano - (bo zwała się Cypriana) - iż ryzykuję skórą, bo on spyta, czy to ja 
sam przewiniłem, i może mnie poddać badaniom. Zanieście je sami, bo ja, po prawdzie, się 
boję.
- Pablos! - zawołała słysząc te słowa. - Na miłosierdzie Boskie, miej litość nade mną i 
oddaj mu ty sam te kurczaki! Nic ci się za to nie stanie!
Długo kazałem się prosić i w końcu - jako że tego tylko chciałem - zgodziłem się, wziąłem 
kurczęta, ukryłem je w moim pokoju, udałem, że wychodzę, i niebawem wróciłem, 
mówiąc:
- Poszło lepiej, niż myślałem. Chciał, niebożę, iść ze mną, żeby sam zobaczyć 
przestępczynię, alem go wziął pod włos i sprawa załatwiona. 

background image

Uściskała mnie tysiące razy i dołożyła jeszcze dla mnie jednego kurczaka, którego 
zaniosłem tam, gdziem wprzód umieścił jego towarzyszy, zamówiłem pieczyste u piekarza 
i wraz z resztą służących urządziliśmy bankiet. Dowiedzieli się gospodyni i don Diego o 
moim figlu i cały dom się weselił. Gospodyni tak była zgryziona, że omal nie umarła ze 
zgryzoty. I z urazy do mnie o mały włos, a byłaby ujawniła - gdyby nie musiała milczeć - 
wszystkie moje szelmostwa.
Wiedząc, żem się już naraził gospodyni i że jej nie mogę naciągać, poszukałem nowych 
sposobów poswawolenia i postanowiłem spróbować tego, co studenci nazywają 
„szczypaniem" albo „urywaniem". I tu mi się przygodziły rzeczy nad wyraz ucieszne. Idąc 
główną ulicą pewnego wieczora o dziewiątej, kiedy mało spotyka się ludzi, zobaczyłem 
cukiernię, a w niej koszyk rodzynek na wystawie, i nabrawszy animuszu wszedłem, 
pochwyciłem go i w nogi. Cukiernik za mną, a za nim chmara innych sług i sąsiadów. 
Obciążony zdobyczą wiedziałem, że choć biegnę na przedzie, muszą mnie doścignąć, więc 
skręciwszy za róg usiadłem na koszyku udając żebraka, prędko owinąłem peleryną jedną 
nogę i podniosłem lament:
- Aj, niech mu Bóg przebaczy, nadeptał mi na nogę!
Usłyszeli wołanie, a gdy nadbiegli, począłem jęczeć i wzywać Pannę Najświętszą, 
recytując całą zwykłą litanię żebraków. Zdyszani i zachrypli od krzyku, spytali:
- Nie widzieliście przypadkiem uciekającego człowieka, braciszku?
- Tam pobiegł, w tę stronę, omal mi nogi nie zgruchotał! Pochwalony niech będzie Jezus 
Chrystus!
Zostawili mnie w spokoju i ruszyli dalej. Przyniosłem koszyk do domu, opowiedziałem, 
jak wywiodłem tamtych w pole, i nie chcieli wierzyć, że tak było, choć uciecha była nie 
lada. Dlatego zaprosiłem ich na następny wieczór na pokaz „urywania" puzderek z 
łakociami.
Poszli i widząc, że puzderka są wewnątrz sklepu, tak że nie mogę chwycić ich 
niepostrzeżenie, uznali rzecz za niemożliwą, zwłaszcza że cukiernik po tym, co się 
zdarzyło tamtemu . z rodzynkami, ma się na baczności. Poszedłem więc i znalazłszy się o 
jakieś dwanaście kroków od wejścia, z ręką na szpadzie wbiegłem do środka sklepu i z 
okrzykiem: „Zginiesz!", zadałem pchnięcie w powietrze przed oczyma oszołomionego 
cukiernika. Padł ze strachu na ziemię, a ja nadziałem na ostrze jedno z puzderek i 
uciekłem. Choć przerażeni moim zuchwalstwem, omal nie pękli ze śmiechu, kiedy 
cukiernik prosił, by obejrzeli, czy nie jest ranny, i pytał, czy był człowiekiem ten, co to 
uczynił. Widząc wszakże, że puzderka rozsypały się na ziemi po wyjęciu jednego ze 
środka, pojął, iż padł ofiarą figla, i zaczął się żegnać znakiem krzyża. Wyznam, że nigdy 
nic jeszcze nie sprawiło mi tyle uciechy.
Mówili towarzysze, że ja sam mógłbym utrzymać dom z mego „szczypania" (to znaczy 
tyle co z kradzieży, lecz w dyskretniejszym języku). A że byłem młody, ich podziw i 
pochwały zręczności, jaką w tych sztuczkach okazywałem, znęciły mnie wizją jeszcze 
większych sukcesów. Co dzień przychodziłem z trzosem obwieszonym dzbanuszkami od 
mniszek: prosiłem, żeby mi się dały napić, i uciekałem, zabierając z sobą dzbanek; to ja 
wprowadziłem do klasztorów obyczaj niedawania niczego bez zastawu.
Wtedy to przyrzekłem memu panu i wszystkim towarzyszom, że którejś nocy odbiorę 
szpady samym strażnikom miejskim patrolującym ulice. Wybraliśmy, który to ma być 
patrol, i ruszyliśmy wszyscy razem, ze mną na czele. Ledwieśmy ich spostrzegli, 
wysunąłem się naprzód z drugim sługą i pełen emocji spytałem, czy są przedstawicielami 

background image

sprawiedliwości.
- Tak - odpowiedzieli.
- Czy jest tu pan corregidor? -spytałem, i znów odpowiedzieli twierdząco. Ukląkłem na 
ulicy i rzekłem:
- Panie, w rękach waszej dostojności jest moje ocalenie i moja zemsta, jak również dobro 
publiczne. Zechciejcie wysłuchać kilku słów na osobności, jeśli pragniecie upolować 
grubego zwierza.
Oddalił się i już chwycili za szpady strażnicy, a pachołkowie miejscy swoje pałki, kiedy 
powiedziałem:
- Panie, przyjechałem z Sewilli ścigając sześciu największych w świecie złoczyńców, 
samych złodziei i morderców, a wśród nich znajduje się ten, który zabił moją matkę i brata, 
by ich obrabować na gościńcu, i dowiedziono mu tej zbrodni. Towarzyszą oni, jak się 
dowiedziałem z ich rozmowy między sobą, szpiegowi francuskiemu i podejrzewam nawet 
z tego, com zasłyszał, iż jest nim - tu zniżyłem głos do szeptu - Antonio Pérez.
Podskoczył na to corregidor i zapytał:
- Gdzie są?
- W domu publicznym, panie, nie zwlekajcie, dusze mojej matki i brata odpłacą to waszej 
dostojności w swych modlitwach, a król tu, na ziemi.
- Na Boga - krzyknął. - Idźmy tam co prędzej. Hej, wszyscy za mną! Dajcie mi moją 
tarczę!
Zatrzymałem go jeszcze chwilę na uboczu, mówiąc:
- Wasza dostojność, będziecie zgubieni, jeśli to zrobicie! Trzeba, żebyście, panowie, 
wszyscy poszli tam bez szpad i po jednemu, bo oni są na pokojach i mają z sobą pistolety, a 
zobaczywszy was ze szpadami i wiedząc, iż mogą je nosić tylko przedstawiciele 
sprawiedliwości, będą strzelać. Lepiej mieć przy sobie tylko sztylety i zajść ich od tym. 
Otoczymy ich, jest nas tu dosyć.
Spodobał się ten plan corregidorowi znęconemu wizją wspaniałej zdobyczy. Przybliżyłem 
się i corregidor rozkazał ukryć wszystkie szpady w trawie na pobliskiej łące. Tak zrobili i 
ruszyli w drogę. Uprzedziłem tamtego sługę, że skoro tylko położą szpady, ma je chwycić 
w mgnieniu oka i pobiec z nimi co tchu do domu. Kiedy wszyscy przybyliśmy na miejsce, 
oni weszli, a ja zostałem z tyłu, po czym korzystając z tego, że przy wejściu zmieszali się z 
innymi wchodzącymi, zawróciłem za róg, w uliczkę, która wychodzi na plac Victoria, i 
popędziłem tak, że chart by mnie nie zgonił.
Tamci weszli do środka, nic nie zobaczyli, bo byli tam sami studenci i hultaje (co na jedno i 
to samo wychodzi), więc zaczęli mnie szukać i nie znalazłszy, zwąchali pismo nosem, ale 
kiedy poszli po swoje szpady, ani znaku po nich już nie było.
Któż opisze dochodzenie i spory, jakie wiedli corregidor z rektorem tej nocy? Obiegli 
wszystkie domy studenckie, dokonując przeglądu wszystkich twarzy, oglądali broń. 
Przyszli też i do naszego domu, a ja, żeby mnie nie poznali, położyłem się na łóżku ze 
świecą w jednej ręce i krucyfiksem w drugiej, podczas gdy jeden z kompanów, kleryk, stał 
u mego wezgłowia i pomagał mi umrzeć, a inni odmawiali litanię. Przyszedł rektor i 
alguacile, lecz na widok tej sceny wyszli, zgoła nie dopuszczając myśli, iż mogło się tu 
było zdarzyć cokolwiek podejrzanego. Na nic nie patrzyli, nawet rektor odmówił przy mnie 
respons. Spytał, czy już straciłem mowę, odpowiedzieli mu, że tak, i odeszli sfrasowani, 
utraciwszy nadzieję, że wpadną na jakiś trop. Rektor przysięgał przebaczyć winnemu, byle 
dostał go w ręce, a corregidor powiesić go, choćby był synem granda Hiszpanii. 

background image

Podniosłem się z łóżka i do dziś jeszcze nie przestano w Alcalá śmiać się z tego figla.
Żeby nie rozwlekać opowieści, nie będę mówił, jak ucierpiał przeze mnie rynek miejski, 
jako że z kasy sukienników i złotników oraz ze straganów z zieleniną - bom nigdy nie miał 
zapomnieć afrontu przekupek z dnia, kiedy byłem Królem Kogutów - podtrzymywałem 
płomień domowego ogniska przez cały rok. Zamilczę też o haraczach, jakie ściągałem od 
właścicieli winnic i sadów w całej okolicy. Te i inne śmiałe czyny zjednały mi sławę 
łotrzyka i szelmy nad szelmami. Ubiegali się o moje względy możni hidalgowie, i ledwiem 
miał czas obsługiwać don Diega, którego zawsze miałem w wielkim poważaniu za 
przyjaźń, jaką mnie darzył.

ROZDZIAŁ VII 
O ODJEŹDZIE DON DIEGA I NOWINACH O ŚMIERCI MEGO OJCA I MATKI, I 
O POSTANOWIENIACH, JAKIE POWZIĄŁEM
 
W tym czasie przyszedł dla don Diega list od jego ojca, do którego dołączony był drugi dla 
mnie, od mego stryja. Ów krewniak nazwiskiem Alonso Ramplón, człowiek na straży cnót 
wszelkich stojący, znany był w całej Segowii dla ścisłej więzi, jaka go łączyła ze 
sprawiedliwością, ponieważ wszystkie jej wyroki, od lat czterdziestu do dnia dzisiejszego, 
przeszły przez jego ręce. Sprawował urząd kata, jeśli nazwać rzeczy po imieniu, lecz był 
mistrzem niedościgłym w swym rzemiośle i patrząc nań przy robocie nieomal brała chętka, 
by się dać powiesić. Ten to mąż przysłał mi list z Segowii do Alcalá w słowach 
następujących:
„Synu mój, Pablos (bo z wielkiego przywiązania dla mojej osoby zwał mnie synem). 
Ważne obowiązki, jakie z nakazu JKM pełnić wypadło mi w tym mieście, nie pozwoliły mi 
napisać wcześniej; albowiem jeśli jest coś niedoskonałego w służbie królewskiej, to 
nadmiar pracy, choćby i powetowany wielkim zaszczytem, jaki służba owa przynosi.
Przykro mi donieść ci nowiny nie nazbyt pomyślne. Ojciec twój tydzień temu oddał ducha 
Bogu z godnością tak wielką, jaką tylko zdolny jest okazać człowiek w godzinie śmierci. 
Daję temu świadectwo jako ten, któremu wieszać go wypadło. Wskoczył na osła nie 
dotykając nogą strzemienia, szata pokutna leżała na nim, jak ulał, rzekłbyś, iż na niego 
została skrojona. Tak wspaniałej prezencji, że nikt, gdyby nie widział niesionych przodem 
krucyfiksów, nie wziąłby go za skazańca w ostatniej podróży. Jechał swobodny, z werwą 
spoglądając w okna domów i uprzejmie śląc pozdrowienia tym, co porzucali swe zajęcia, 
by mu się przypatrzyć. Dwakroć podkręcał wąsa, raz po raz proponował spowiednikom, by 
odpoczęli dla zaczerpnięcia tchu, wychwalając ich piękną a pobożną mowę. Znalazłszy się 
przy rusztowaniu, postawił stopę na schodkach i wszedł po nich krokiem sprężystym, 
miast, jak inni, czołgać się na czworakach, a dostrzegłszy jeden stopień ukraszony, zwrócił 
się do obecnych prosząc, by go kazali naprawić na następną okazję, nie wszyscy bowiem 
mają jego kondycję i hart. Nie znajduję słów, by opisać, jak wspaniały wydał się 
wszystkim.
Usiadł na swoim miejscu w górze, obciągnął i wygładził szatę, aby się nie zgniotła, ujął 
sznur i zarzucił go sobie na grdykę. Po czym zwrócił się do teatyna widząc, iż ten chce doń 
przemówić: «Ojcze, dajmy pokój kazaniu, proszę uważać je za zaliczone. Króciutkie credo 
i skończmy prędko, bo nie chciałbym znudzić obecnych gadulstwem.» Tak też uczyniono; 
polecił mi potem odłożyć na bok kaptur i otrzeć mu brodę. Spełniłem jego życzenia. Padł, 
nie zginając nóg i nie wykrzywiając oblicza, tak uroczysty i godny, iż więcej żądać nie 

background image

można. Poćwiartowałem go i pogrzebałem w kurzu dróg. Bóg zna, jak ciężki to ból dla 
mnie widzieć go porzuconym na gościńcu i za stół otwarty dla kruków służącym. Mam 
wszakże nadzieję, iż pasztetnicy w tym kraju wepchną jego szczątki do pasztetu za cztery 
grosze, tę przynajmniej pociechę niosąc jego bliskim.
O matce twojej, choć żyje jeszcze, niemal mogę donieść ci to samo, bo uwięziona jest 
przez Trybunał Inkwizycji w Toledo za wykopywanie zmarłych w zamiarach bezbożnych. 
Powiadają, iż co noc całowała oko kozła bez źrenicy. W jej domu znaleziono więcej nóg, 
ramion i głów niż w kaplicy wotów dziękczynnych za cudowne uzdrowienia. Najmniej 
winną z jej praktyk było ponoć przywracanie cnoty niewieściej tym, co ją utraciły. Ma 
spłonąć na stosie w dzień Trójcy Przenajświętszej, pośród czterystu innych skazanych. 
Boleję nad hańbą, jaką przynosi nam wszystkim, mnie zaś osobliwie, jako że jestem w 
służbie króla i nie przystoi mi podobna parantela. Synu, pozostała tu w bezpiecznym 
ukryciu spuścizna po twoich rodzicach, będzie tego w sumie około czterystu dukatów. 
Jestem twym stryjem i to, co mam, musi być dla ciebie. Biorąc wszystko w rachubę, 
uważam, żeś tu powinien przyjechać, bo przy tym, co umiesz z łaciny i retoryki, 
wyróżniłbyś się w sztuce katowskiej. Oczekując na twoją odpowiedź Boskiej opiece Cię 
polecam, etc."
Nie mogę zaprzeczyć, iż zabolała mnie głęboko ta nowa plama na moim honorze, 
częściowo wszakże rad jej byłem. Tyle przynajmniej znaczą złe obyczaje rodziców, iż 
mniej gorzkim czynią żal osieroconych dzieci.
Nie zwlekając pobiegłem do don Diega, który czytał Ust od swego ojca. Ten przykazywał 
mu odjechać stąd i nie zabierać mnie z sobą, doszły bowiem do jego uszu moje hultajstwa. 
Mój pan powiedział mi, iż zdecydowany jest odjechać i spełnić wszystko, co mu każe 
ojciec. Szkoda mu było ze mną się rozstawać, a mnie jeszcze bardziej. Przyrzekł postarać 
się dla mnie
o służbę u innego kawalera, swego przyjaciela. Roześmiałem się na to i odpowiedziałem:
- Panie mój, inny już jestem i inne moje myśli. Wyżej mierzę i więcej muszę teraz znaczyć. 
Bo jeśli dotychczas o szubienicy mogłem myśleć tyle co każdy inny porządny człowiek, to 
teraz muszę pamiętać, że zawisł na niej mój ojciec.
Opowiedziałem, z jakim honorem umierał, niczym najdumniejszy z dumnych, i o tym, że 
go pokrajano na ćwiartki, wszystko, co mi napisał stryj, i o mojej mamie w więzieniu 
Inkwizycji, bo jemu, który wiedział, kim jestem, mogłem to wyznać bez wstydu. 
Współczuł mi szczerze i zapytał, co zamierzam robić. Powiadomiłem go o moich 
zamiarach i w kilka dni później odjechał don Diego z żalem do Segowii, ja zaś zostałem w 
tym domu, ukrywając przed wszystkimi moje strapienie.
Spaliłem list, by nie wpadł w niczyje ręce, gdyby mi się przypadkiem gdzieś zawieruszył,
i zacząłem szykować się w podróż do Segowii z zamiarem odebrania mego spadku i 
poznania krewnych po to, by od nich uciec.

KSIĘGA DRUGA
 
ROZDZIAŁ I 
O PODRÓŻY Z ALCALÁ DO SEGOWII I O TYM, CO MNIE W DRODZE 
SPOTKAŁO, AŻ DO REJAS, GDZIEM STANĄŁ NA NOC
 
Nadszedł dzień pożegnania z najlepszym żywotem, jakiego kiedykolwiek zaznałem. Bóg 

background image

jeden wie, jak się czułem porzucając przyjaciół i kompanów, których było bez liku. 
Sprzedałem po kryjomu mój skromny dobytek i dzięki kilku drobnym szelmostwom 
zgromadziłem około sześciuset reali na podróż. Wynająłem muła i opuściłem dom, skąd 
już tylko własny cień mogłem zabrać. Któż opowie rozpacz szewca z powodu udzielonego 
mi kredytu, trwogę gospodyni o należną jej zapłatę, krzyki właściciela domu żądającego 
uiszczenia czynszu. Jeden powiadał: „Zawsze mi to mówiło serce." Drugi: „Słusznie mnie 
ostrzegano, że to łobuz!" Słowem, odszedłem tak przez wszystkich kochany, żem połowę 
miasta zostawił we łzach, drugą zaś śmiejącą się z tych, co płakali.
Rozważałem to wszystko dla zabicia czasu po drodze, kiedy za rzeczką Torote spotkałem 
człowieka na objuczonym mule; jechał gościńcem rozmawiając sam z sobą z wielkim 
ożywieniem i tak tą rozmową zaabsorbowany, że nie spostrzegł mnie nawet, gdym się 
znalazł tuż przy nim. Zapytałem go, dokąd jedzie, i wymieniwszy odpowiedzi zaczęliśmy 
rozmawiać o Turku, czy tu wejdzie i jakie siły przeciwstawi mu nasz król. Tłumaczył, w 
jaki sposób można byłoby dokonać podboju Ziemi Świętej i zająć Algier, i po tych 
dyskursach poznałem, że to jeden z tych maniaków pomylonych na punkcie polityki i 
rządów.
Ciągnęliśmy te gawędy włóczęgów i między innymi zgadało się coś o Flandrii. Tu zaczął 
wzdychać i rzekł:
- Więcej mnie kosztują te kraje niż samego króla, bo już od czternastu lat mam pewien plan 
i gdyby to nie było tak niemożebne, jak jest, wszędzie zapanowałby pokój.
- Jakże to być może - zapytałem - iż rzecz tak dogodna zarazem jest niemożebna i nie da 
się zrobić?
. - Kto powiedział, że się nie da zrobić? Zrobić, i owszem, da się, a że jest niemożliwa, to 
już sprawa inna. Gdybym się nie obawiał znudzić waszej łaskawości, wyłożyłbym, co i jak. 
Ale przyjdzie czas, że się wszyscy przekonają, bo zamierzam to wydrukować, oprócz kilku 
innych

background image

dzieł pomniejszych, w których podaję królowi sposób zdobycia Ostendy dwiema drogami. 
Prosiłem, by mi to wyjaśnił, i wtedy wydostał z kieszeni wielki papier, pokazał 
wyrysowany tam fort nieprzyjacielski oraz nasz i rzekł:
- Widzisz, wasza łaskawość, że całą trudność stanowi ów kawałek morza: otóż ja bym 
kazał osuszyć go przy pomocy gąbek i usunąć morze z terenu.
Nie mogłem się powstrzymać od śmiechu słysząc te banialuki, on zaś patrząc mi prosto w 
twarz oświadczył:
- Wszyscy, którym to powiedziałem, przyjęli ten plan z taką samą radością jak wy, takim 
przypadł do gustu.
- W to wierzę - powiedziałem - nie mogli się nie radować słysząc nowość tak osobliwą i 
tak roztropnie wykalkulowaną. Zważcie wszelako, panie, że jeśli się wybierze wszystką 
wodę, co tam była, morze przyniesie nową.
- Nie zrobi tego morze - odpowiedział - wszystko już mam obmyślone do końca i nie ma o 
czym mówić. Prócz tego mam już w głowie wynalazek, by poziom morza obniżyć w tym 
miejscu o  dwanaście sążni.
Nie śmiałem nic odpowiedzieć z obawy, iż gotów mi przedstawić opracowany już plan 
przyciągnięcia nieba do ziemi. Jeszczem nigdy nie widział takiego półgłówka. Juanelo, w 
jego mniemaniu, niczego nie dokonał, bo on sam miał plan podniesienia wód Tagu do 
wysokości Toledo w inny, łatwiejszy sposób, a gdy się go zapytałem jaki, odpowiedział, że 
z pomocą zaklęcia. (Słyszał kto kiedy rzecz podobną?!) I dodał jeszcze:
- Ale nie zamierzam tego dokonać, póki mi król nie da zlecenia, co snadnie uczynić może, 
zważywszy rzetelność mych tytułów do szlachectwa.
Tak to gawędząc o tym i innych dziwactwach, dojechaliśmy do Torrejón, gdzie tamten 
został, bo miał odwiedzić swoją krewniaczkę. Ja pojechałem dalej, śmiejąc się wciąż 
jeszcze z przemyślnych planów, jakimi mój towarzysz czas swój zajmował, kiedy zarządził 
Bóg i moja dola, żem ujrzał daleka luzem puszczonego muła i obok niego człowieka, 
który patrząc w książkę kreślił na ziemi linie i mierzył je cyrklem. Obracał się przy tym, 
uskakując to w tę, to w tamtą stronę, i raz po raz stykając jeden palec z drugim układał je w 
podskokach w tysiące pozycji. Wyznam, że przez dobrą chwilę - bom się zatrzymał z 
daleka, by mu się przypatrywać - brałem go za czarownika i nie miałem odwagi koło niego 
przejechać. W końcu zdecydowałem się i kiedy już byłem blisko, dostrzegł mnie, zamknął 
książkę i zamierzał wsiąść na muła, lecz postawiwszy stopę na strzemieniu pośliznął się i 
upadł. Pomogłem mu wstać, on zaś powiedział:
- Nie obliczyłem dokładnie promienia koła, jakie trzeba było zatoczyć wskakując.
. Nie zrozumiałem, co on mówi, i zląkłem się, kto też to być może, bo większy cudak nie 
był się jeszcze narodził z kobiety.
Spytał mnie, czy jadę do Madrytu linią prostą czy łamaną. Ja, choć nie rozumiałem, 
odrzekłem, że łamaną. Potem spytał, czyja jest ta szpada, którą mam przy boku, i patrząc 
na nią rzekł:
- Te brzegi gardy powinny być dłuższe, by zapobiec odchyleniom, jakie powstają przy 
długim cięciu.
Zaczął coś mówić nie do sensu i tak rozwlekle, żem musiał go w końcu spytać, jakie 
rzemiosło uprawia. Powiedział, że jest nauczycielem szermierki i wie wszystko o tej 
sztuce. Tłumiąc w sobie śmiech rzekłem:
- Po prawdzie miałem was za czarownika, kiedym waszą dostojność zobaczył z daleka.
- To dlatego - oświadczył - żem rozważał pewien pomysł, który w tym czasie mi przyszedł 

background image

do głowy, próbując, czy można wewnątrz ćwiartki koła odmierzonej cyrklem tak 
nakierować szpadę, by zabić przeciwnika bez spowiedzi, żeby zaś nie mógł powiedzieć, 
kto to zrobił. I wtedy właśnie sprawdzałem to przy pomocy reguł matematycznych.
- Możliwe to - spytałem - żeby przydała się tu na coś matematyka?
- Nie tylko matematyka - powiedział - ale i teologia, filozofia, muzyka i medycyna.
- Co do tego ostatniego, to nie mam wątpliwości, jako że ta wiedza służy zabijaniu ludzi.
- Nie kpijcie - powiedział mi - bo teraz obmyślam przyrząd do czyszczenia broni o 
szerszym zastosowaniu i biorąc pod uwagę linie spiralne szpady.
- Nic nie rozumiem z tego, co mi wasza łaskawość powiadasz, ani be, ani me.
- Tu w tej książce o tym pisze - odpowiedział - pod tytułem: O  wielkiej sztuce władania 
mieczem. 
Znakomita to księga i opowiada cuda. Abyście mi uwierzyli, w Rejas, gdzie 
staniemy na noc, pokażę wam, jakich cudów dokonać potrafię z dwoma rożnami. I miejcie 
pewność, iż ktokolwiek przeczyta owo dzieło, kogo tylko zechce, zabić potrafi.
- Albo ta książka uczy ludzi niecnoty, albo ją ułożył jakiś doktor.
- Jak to, doktor? Ma się rozumieć, wielki z niego uczony, i nawet na wyższe zasługuje 
tytuły!
Tak rozmawiając dojechaliśmy do Rejas. Zatrzymaliśmy się w gospodzie i gdyśmy zsiadali 
z mułów, krzyknął do mnie, bym ustawił nogi w kąt rozwarty i zwierając je do linii 
równoległych zajął pozycję prostopadłą do ziemi. Gospodarz, widząc, że się śmieję, i 
słysząc jego słowa spytał, czy ten kawaler wraca z Indii, że tak mówi. Myślałem, że pęknę 
ze śmiechu. Mój towarzysz podszedł do gospodarza i rzekł:
- Dajcie mi, waszmość, dwa rożny do wypróbowania kilku kątów, niebawem je zwrócę.
- Dalibóg - powiedział gospodarz - dajcie mi lepiej wy, panie, te wasze kąty, to moja żona 
je upiecze, choć wyznam, żem jeszcze o takim ptactwie nie słyszał.
- Co takiego? To nie ptaki - rzekł zwracając się do mnie. - Widzisz, wasza dostojność, co 
znaczy ciemnota. Dajcie mi rożny, bo mi są potrzebne tylko do szermierki. Może to, co 
dziś zobaczycie, więcej przyniesie wam zysku, niż zarobiliście przez całe życie.
Okazało się wszakże, że rożny są zajęte, i musieliśmy się zadowolić dwiema kopyściami.

background image

Nikt na tym świecie nie oglądał widowiska bardziej uciesznego. Mistrz szermierki 
podskakiwał i mówił:
- Przy tym obliczeniu sięgam dalej i zyskuję stopnie profilu. Teraz wykonuję ruch 
zwolniony, żeby zabić w sposób naturalny. To powinno być cięcie, a to sztych.
Krążył koło mnie z kopystką, nie podchodząc bliżej niż na kilka kroków. A że ja stałem 
nieruchomo, przypominało to pojedynek kucharki z garnkiem, z którego kipi.
- To jest walka, jak należy - rzekł mistrz - nie oszustwa, jakich uczą te drapichrusty, 
nauczyciele szermierki, co tylko upijać się potrafią.
Jeszcze nie skończył tych słów, kiedy wyszedł z izby Mulat  , ogromne chłopisko z 
wyszczerzonymi kłami, w kapeluszu wielkim jak parasol i kolecie z koźlej skóry pod 
luźnym kubrakiem ze wstążkami. Nogi miał wykrzywione na zewnątrz, niczym orzeł 
cesarski, gębę pociętą bliznami, brodę rozwidloną, wąsy jak krzyż u rękojeści szpady, a w 
ręku sztylet, na którym więcej było arabesek niż w kratach parlatorium żeńskiego 
klasztoru,
- Ćwiczony byłem i mam na to dyplomy - powiedział. - I na słońce, co złoci pszeniczne 
łany, przysięgam, iż posiekam w kawałki każdego, kto obraża prześwietnych nauczycieli 
szermierki.
Widząc, że się zanosi na grubszą awanturę, stanąłem między nimi i powiedziałem, że 
tamten nie mówi do niego, więc nie ma się o co spierać.
- Niech weźmie do ręki broń, jeżeli ją ma, i rzuci kopyść, to poznamy prawdziwą 
szermierkę.
Mój nieszczęsny towarzysz otworzył książkę i powiedział głośno:
- Tak oto rzecze ta księga wydrukowana za licencją królewską i dowiodę, iż prawdą jest, co 
powiada, kopyścią czy bez kopyści, tutaj czy gdzie indziej, a jeśliby kto nie wierzył, to 
dokonajmy pomiarów. - I wydobywając cyrkiel dodał: - Tu mamy kąt rozwarty.
Wtedy tamten olbrzym wyciągnął sztylet i rzekł:
- Nie wiem ja, kto jest Kąt ani też Rozwarty, i nigdym w życiu takich przezwisk nie słyszał, 
lecz z tym, co mam w ręku, posiekam cię na kotlety.
I zaatakował biedaka, który rzucił się do ucieczki, skacząc po całym domu i z uporem 
powtarzając:
Nie może mnie zranić, bo mam przewagę w stopniach profilu.
Zdołaliśmy ich w końcu pogodzić, gospodarz i ja, tudzież inni ludzie, co tam byli.
Zaprowadzono poczciwca do izby w gospodzie, którą miał dzielić ze mną, zjedliśmy 
wieczerzę i poszliśmy spać. O drugiej w nocy zerwał się z łóżka w koszuli i dalejże skakać 
po izbie w tył i w przód, po ciemku, wyplatając trzy po trzy w tym swoim matematycznym 
języku. Obudził mnie, ale mu tego było mało, i zszedł na dół do gospodarza, żądając 
światła i mówiąc, że znalazł cel stały dla sztychu cięciwą. Gospodarz, wściekły, iż go 
obudzono, odesłał go do wszystkich diabłów i naurągał od półgłówków. Wrócił więc na 
górę i powiedział, że jeśli zechcę wstać, zobaczę sławną sztuczkę, jaką wynalazł przeciw 
Turkom i ich zakrzywionym szablom. Dodał też, że później zamierza wyuczyć jej króla ku 
obronie wiary katolickiej.
Niebawem zaświtało, ubraliśmy się wszyscy i zapłaciwszy gospodarzowi rozstaliśmy się. 
Pożegnali się w zgodzie, mój towarzysz i tamten drab, który oświadczył, że książka mego 
towarzysza dobra jest, ale w sumie więcej przysparza głupców niż szermierzy, bo mało kto 
ją rozumie.

background image

ROZDZIAŁ II O TYM, CO MI SIĘ PRZYGODZIŁO NA GOŚCIŃCU DO 
MADRYTU, I O SPOTKANIU Z POETĄ
 
Ruszyłem w drogę do Madrytu, on zaś pożegnał się ze mną, bo jechał w inną stronę. Kiedy 
się już oddalił, zawrócił w wielkim pośpiechu, wołając mnie gromkim głosem. Zaczekałem 
więc, by się przybliżył, i choć byliśmy w szczerym polu, gdzie nikt nas nie mógł słyszeć, 
szepnął mi do ucha:
- Jeśli ci życie miłe, nie mów, wasza łaskawość, nic o tych wielkich sekretach, jakie ci 
zawierzyłem w materii szermierki, i zachowaj wszystko przy sobie, bo jak się zdaje, nie 
brak ci rozsądku.
Przyrzekłem tak uczynić, więc zawrócił znowu, a ja zacząłem śmiać się z tak uciesznego 
sekretu.
Więcej niż milę ujechałem nie napotykając nikogo. Rozmyślałem o wielu trudnościach na 
mojej drodze do cnoty, bo najpierw trzeba było ukryć, jak niewiele mieli jej moi rodzice, a 
potem jej pozyskać tyle, by nikt mnie nie poznał. I tak mi się wydały piękne te myśli 
szlachetne, że sam sobie za nie dziękowałem. Mówiłem do siebie: „Bardziej zasługuję na 
pochwały ja, którym nie miał od kogo uczyć się cnoty ani z kogo wzór czerpać, niż taki, co 
ją dziedziczy po przodkach."
Tak medytując i rozmawiając sam z sobą, zobaczyłem bardzo starego kleryka na mule, 
który jechał do Madrytu. Zagadaliśmy do siebie i zapytał mnie, skąd jadę. Powiedziałem, 
że z Alcalá.
- Przekleństwo Boskie - rzekł - na talach bezecników jak ci z tego miasta, gdzie nie 
znajdziesz jednego bodaj człowieka światłego.
Spytałem go, jak i dlaczego może coś takiego powiadać o mieście, gdzie tylu przebywa 
mężów uczonych. A on, srodze dotknięty:
- Uczonych? A na to wam powiem, iż od czternastu lat, to jest od kiedy w Majalahonda, 
gdziem był zakrystianem, układam pieśni na Boże Ciało i Boże Narodzenie, nie umieścili 
na afiszu ani jednej piosneczki. A żebyś, wasza łaskawość, sam niesłuszność tego ocenił, 
przeczytam ci je, bo wiem, że ci do gustu przypadną.
To mówiąc rozwinął rulon papieru z poezjami, od których na wymioty się zbierało, bo z 
pierwszej, którą tu przytoczę, można poznać, ile warta była reszta.
 
Pasterze, radziście nowinie, 
Że dziś tak święte czcimy imię?
Patron nasz, święty Corpus Christi, 
Grzechy nasze dziś oczyści, 
Nawiedzając nasze brzuchy 
Ku niebu uniesie duchy. 
Niech dusza rozradowana 
Najświętszego wielbi Pana, 
Niech łaska Jego na nas spłynie. 
Pasterze, radziście nowinie? etc.

- Cóż lepszego mógłby powiedzieć - pytał - największy facecjonista świata? A zauważcie, 
ile tajemnic zawiera w sobie to słowo „pasterze", przeszło miesiąc nad nim myślałem!
Nie mogłem już wstrzymywać śmiechu, który wydobywał się ze mnie oczami i nosem, i 

background image

wreszcie, dając mu folgę, powiedziałem:
- Wspaniały utwór! Dziwi mnie tylko, iż powiadacie: „Święty Patron Corpus Christi." A 
przecież to nie żaden święty patron, tylko dzień ustanowienia Najświętszego Sakramentu.
- Też mi odkrycie! - odpowiedział drwiąco. -Pokażę wam kalendarz, przekonacie się, czy 
nie został kanonizowany. Głowę za to daję.
Nie mogłem obstawać przy swoim, dusząc się i krztusząc od śmiechu z tej niewiarygodnej 
ciemnoty, powiedziałem tylko, że jego strofy zasługują na wszelakie pochwały i żem nic 
równie uciesznego jeszcze nigdy w moim życiu nie słyszał.
- Nie słyszeliście? - spytał uradowany. - No więc posłuchajcie urywka z książeczki, jaką 
napisałem o jedenastu tysiącach dziewic, i każdą z nich uczciłem pięćdziesięcioma 
oktawami: znakomita rzecz.
Chcąc sobie oszczędzić wysłuchania tylu milionów oktaw błagałem go, by poniechał 
poezji religijnej. Zaczął mi więc recytować komedię, w której więcej było dni, niż ich 
trzeba na pielgrzymkę do Jerozolimy.
- Napisałem ją w ciągu dwóch dni - powiedział - a oto brulion.
Było tam może z pięć bel papieru. Tytuł brzmiał: Arka Noego. Rzecz się działa pośród

background image

kogutów i myszy, osłów, wilków, lisów i dzików, niczym w bajkach Ezopa. Wychwalałem 
pomysł i kompozycję, na co mi odrzekł:
- To mój własny utwór, ale drugiego takiego w świecie nie znajdziesz, a nowość to rzecz 
najważniejsza i gdyby mi się udało wystawić owo dzieło w teatrze, zyskałoby rozgłos 
ogromny.
- Ale jakże to można wystawić - spytałem - skoro tam są same zwierzęta, a te przecie nie 
mówią?
- W tym właśnie sęk, bo gdyby nie to, cóż można by znaleźć wspanialszego? Ale ja tak 
sobie umyśliłem, żeby występowały wszędzie papugi, sroki i szpaki, które mówią, a do 
intermediów wepchnę małpy.
- W rzeczy samej, myśl jest przednia.
- Inne jeszcze wznioślejsze poezje ułożyłem - oznajmił - dla pewnej kobiety, którą kocham. 
Widzicie tu dziewięćset i jeden sonetów i dwanaście rond - (rzekłbyś, iż dukaty na 
miedziaki liczy) - wysławiających łydki mojej damy.
Zapytałem, czy je kiedyś widział, i odpowiedział, że nie, ponieważ wzbraniają mu tego 
święcenia kapłańskie, ale że utwór ma charakter proroczy.
Prawdę mówiąc, choć bawiły mnie jego cudactwa, lękałem się tylu pokracznych 
wierszydeł i próbowałem skierować gawędę na inne przedmioty. Mówiłem, że widzę 
zające w polu, a ten od razu podskakiwał:
- Zacznę od sonetu, w którym ją przyrównuję do tego zwierzęcia. I znów zaczynał swoje, 
ja zaś, by odwrócić jego uwagę, mówiłem:
- Widzicie, wasza łaskawość, tę gwiazdę w biały dzień? Na co odpowiadał:
- Jak skończę ten, przeczytam wam sonet trzydziesty, w którym nazywam ją gwiazdą. 
Dalibóg, powiedziałby kto, że odgadujecie moje intencje.
Strapiło mnie, że nie mogę wymienić ani jednej rzeczy, która by w nim nie pobudziła 
natchnienia, toteż rad byłem wielce, gdyśmy z daleka ujrzeli Madryt, w nadziei, że 
zamilknie ze wstydu; ale się stało odwrotnie, bo chcąc pokazać, kim jest, podniósł głos 
wjeżdżając w ulicę. Błagałem go, by zamilkł, tłumacząc, że gdy chłopcy zwęszą poetę, nie 
pozostanie ani jeden głąb kapusty, którego by za nami nie rzucili, bo poetów ogłoszono za 
ludzi niespełna rozumu w pragmatyce, jaka przeciw nim wyszła, za sprawą jednego z 
takich, co przedtem sam pisał poezje, lecz potem się opamiętał i powrócił do żywota 
statecznego/Prosił, abym mu to przeczytał, jeśli mam, wielce zafrasowany. Przyrzekłem 
spełnić jego życzenie w gospodzie. Skierowaliśmy się do zajazdu, gdzie zwykle stawał, i 
ujrzeliśmy przy drzwiach ponad tuzin ślepców. Jedni rozpoznawali go po zapachu, drudzy 
po głosie, i powitali wielką owacją. Uściskał wszystkich, i potem obiegli go i dalejże 
zgłaszać supliki. Niektórzy prosili o modlitwę do Sprawiedliwego Sędziego, w wierszu 
poważnym i dźwięcznym, pobudzającym do gestów, inni o westchnienie za dusze w 
czyśćcu cierpiące, on zaś przyjmował zamówienia, biorąc od każdego po osiem reali 
zaliczki. Potem odprawił wszystkich i rzekł do mnie:
- Ślepi przynoszą mi przeszło trzysta reali dochodu. Teraz, za pozwoleniem waszej 
łaskawości, oddalę się na chwilę, by skomponować parę modlitw, a po obiedzie 
posłuchamy pragmatyki.
O, nędzo ludzkiego żywota! A przecież żaden nędzą nie dorówna żywotowi głupców, co 
żyją z tych, którzy nędzarzami są prawdziwie.

ROZDZIAŁ III 

background image

O TYM, CO ROBIŁEM W MADRYCIE I CO MI SIĘ PRZY GODZIŁO PO 
DRODZE DO CERCEDILLA, GDZIEM SIĘ NA NOC ZATRZYMAŁ
 
Odszedł więc do swojej izby, aby mozolić się nad heretycką i bzdurną strawą duchową dla 
ślepców. Tymczasem nadeszła pora obiadowa, zjedliśmy, potem zaś, ponieważ nalegał, 
bym mu odczytał rzeczoną pragmatykę, przyniosłem ją i przeczytałem, którą też 
zamieszczam tutaj, bo w moim mniemaniu celnie utrafia w to, co zganić zamierza. Mówi 
się w niej, co następuje:

Pragmatyka ku przestrodze i przeciw poetom pustogłowym, ciężkomyślnym i mdląco 
dowcipnym
 
Rozśmiał się na to mój zakrystian i wykrzyknął:
- Od razu trzeba mi tak było powiedzieć! Dalibóg, rozumiałem, że tu mowa o mnie, a rzecz 
dotyczy tylko nieudolnych poetów!
Ubawiło mnie setnie, iż tak powiada, jakby sam sięgał poetyckich wyżyn. Opuściłem 
słowo wstępne i zacząłem od pierwszego rozdziału, który mówi:
Pomni, iż gatunek robactwa zwany poetami obejmuje naszych bliźnich i chrześcijan, 
chociaż niegodnych tej nazwy; zważywszy, że przez rok cały adorują brwi, zęby, wstążki i 
ciżemki, popadając w inne, gorsze jeszcze grzechy, polecamy, aby w ciągu Wielkiego 
Tygodnia zwołać poetów występujących publicznie, podobnie jak niewiasty złego 
prowadzenia, i zmuszać ich do wysłuchania świętych nauk mających na celu nawrócenie 
ich na drogę cnoty. Wyznaczamy w tym celu specjalne domy pokuty.
Item, zważywszy zgubną posuchę w tchnących żarem (a nigdy rześkim chłodem zmierzchu) 
strofach piewców słońca, wyschłych jak rodzynki od tych słońc i gwiazd zużywanych na 
strof swych klecenie - nakazujemy im milczenie wiekuiste w sprawach niebios, ustalając 
miesiące, podczas których Muzy powinny pozostawać pod ochroną, jak zwierzyna i ryby, w 
obawie wyczerpania gatunku na skutek gorliwości i pośpiechu wierszokletów.
Item, wziąwszy pod uwagę, iż piekielna sekta ludzi skazanych na wieczyste łamanie sobie 
głowy, ćwiartowanie słów i woltyżerkę języka zaszczepiła rzeczoną plagę poezji 
niewiastom, oświadczamy, iż wyrządzone im zło jest dla nas odwetem za krzywdę, jaką one 
nam wyrządziły zjadając jabłko w raju.
Że zaś wiek, w jakim żyjemy, ubogi jest i w potrzebie, przykazujemy spalić utwory poetyckie 
jak stare frędzle złotogłowiu, by wydobyć z nich złoto, srebro i perły, bo ze wszystkich 
cennych metali wykuwają poeci swe damy, niczym posągi Nabuchodonozora.
Tu nie mógł już ścierpieć więcej zakrystian i zerwawszy się na nogi zakrzyknął:
- Więc chcą nam odebrać całe nasze mienie! Nie czytaj, wasza łaskawość, dalej, gdyż 
zamierzam udać się w tej materii do papieża w Rzymie, choćbym miał na to wydać 
wszystko, co mam. Nie do wiary, bym ja, osoba duchowna, miał paść ofiarą takiego 
pokrzywdzenia! Dowiodę, iż wiersze poetów uczonych nie podlegają tej pragmatyce, i 
odwołam się do sprawiedliwości.
Śmiać mi się chciało, rzecz jasna, ale żeby nie przedłużać zabawy, bo trochę się już 
zaczynałem niecierpliwić, powiedziałem:
- Wasza łaskawość, ta pragmatyka napisana jest dla żartu, nie ma żadnej mocy prawa i nie 
wspiera się na żadnym autorytecie.
- Biada mnie grzesznemu! - wykrzyknął skonfundowany. - Gdybyście mi to wcześniej byli 

background image

powiedzieli, oszczędzilibyście wiele trwogi. Rozumiesz, wasza łaskawość, co to znaczy 
usłyszeć coś podobnego dla człowieka, mającego w swym dorobku osiemset tysięcy 
strofek! Czytajcie dalej i niech wam Bóg przebaczy stracha, jakiegoście mi napędzili.
Czytałem więc dalej:
Item, biorąc pod uwagę, iż kochankowie Muz zostawiwszy w spokoju Maurów choć 
zachowują jeszcze pewne ich relikwie - zaczęli przedzierzgać się w pasterzy, z której to 
przyczyny marnieje bydło, pojone ich łzami, prażone ogniem ich gorejących dusz 
tak 
otumanione ich śpiewem, że zapomina o paszy, rozkazujemy, by porzucili rzeczone 
praktyki, proponując pustelnie miłującym samotność, innym zaś trud mulników, zajęcie 
wesołe, przy którym nie brak okazji do pożartowania.
Ani chybi jakiś plugawiec, bezecnik, rogacz i Żyd wydał ów rozkaz - zakrzyknął. -I 
gdybym wiedział, kto to jest, napisałbym satyrę taką, że zębami by zgrzytał on sam i 
wszyscy, co by ją czytali! Pustelnia dla człowieka bez brody jak ja! Zakrystianowi, co 
święte naczynia winem napełnia, praca mulnika! Aj, panie, smutne to wielce i ciężko tego 
słuchać!
- Jużem waszej łaskawości mówił - odpowiedziałem - że to krotochwila i za taką 
przyjmować ją należy. - I podjąłem dalszą lekturę:
W celu niedopuszczenia do gorszących kradzieży zabrania się przekazywać poezje z 
Aragonu do Kastylii oraz z Italii do Hiszpanii i każdy poeta, który by przeciw temu 
wykroczył, zmuszony będzie za karę chodzić przyzwoicie odziany, a w wypadku recydywy 
-pozostać umyty i schludny przez całą godzinę.
To mu się spodobało, bo sutannę miał osiwiałą ze starości i tak zaszarganą błotem i ziemią, 
że dość by ich było na urządzenie mu pogrzebu. Zaś co do płaszcza, to nawozu na nim 
starczyłoby dla dwóch gospodarstw.
Dodałem jeszcze wstrzymując śmiech, iż, według pragmatyki, do osób wyklętych, którym 
rozpacz kazała się powiesić albo rzucić w przepaść, mają być zaliczone (a zatem w nie 
poświęconej ziemi grzebane) wszystkie damy zakochane w poetach, nie trudniących się 
niczym więcej prócz poezji. I że biorąc w rachubę obfite żniwo pieśni, sonetów i ballad, 
zebrane w tych latach urodzaju, poleca się, by zapisane wierszami arkusze papieru, 
których ze względu na zły gatunek nie przyjęły sklepy korzenne, nieodwołalnie przesłane 
zostały do miejsc wstydliwych.
Wreszcie, na zakończenie, odczytałem rozdział ostatni, który stwierdzał, co następuje:
Zważywszy wszelako w duchu miłosierdzia, iż istnieją w tym kraju trzy kategorie ludzi 
upośledzone tak dotkliwie, iż nie mogą obyć się bez poezji, a mianowicie komedianci, 
ślepcy i zakrystianie, pozwala się zostawić kilku przedstawicieli tej sztuki na użytek 
publiczny, pod warunkiem posiadania uprawniających do tego dyplomów z podpisem 
głównego wierszoklety miejscowego. Poetów teatralnych obowiązuje zakaz wprowadzania 
scen z grzmoceniem kijami i występami diabła przy końcu intermediów, jak również 
kończenia komedii ślubem. Jednocześnie zabrania się uprawiania sztuczek z biletami i 
wstęgami. Jeśli chodzi o poetów dla niewidomych, to nie wolno im umieszczać akcji w 
Tetuanie i skracać długich wyrazów. Obowiązuje ich też nakaz skreślenia niektórych 
wyrazów ze swego słownika. Poetom dla zakrystianów zakazuje się używać w pieśniach na 
Boże Narodzenie imion Idzi i Paschalis, przekręcać pewnych określeń i nazw oraz 
dodawać zwrotek, które po zmianie imion służyć mogą na każde święto.
Wreszcie, jako punkt ostatni, zaleca się wszystkim poetom w ogólności odczepić się od 
Jupitera, Wenus, Apollona oraz innych bogów, jeśli nie chcą ich mieć za orędowników w 

background image

godzinie śmierci.
Wszyscy, którzy słyszeli tę pragmatykę, zaaprobowali ją w pełni i wszyscy upraszali mnie 
o kopię. Tylko zakrystian twierdził, klnąc się na uroczyste nieszpory i ceremoniał mszy w 
języku łacińskim, iż jest to satyra wymierzona przeciw niemu, ponieważ mowa w niej o 
ślepych, i upewniał, że lepiej niż ktokolwiek wie, co z tym trzeba zrobić. Na zakończenie 
oświadczył:
- Jestem człowiekiem, który mieszkał w tej samej oberży co Liñan i kilkakrotnie jadł obiad 
z Espinelem.
Dodał jeszcze, że w Madrycie znalazł się kiedyś koło Lopego de Vega, tak blisko jak w tej 
chwili ode mnie, że setki razy widział don Alonsa de Ercilla, a w swoim domu ma wielki 
portret boskiego Figueroa, oraz że odkupił stare pantalony, jakie pozostawił po sobie 
Padilla, kiedy wstąpił do klasztoru, i nosi je do dnia dzisiejszego, choć bardzo są 
zniszczone. Zademonstrował je, co wszystkich ubawiło tak, że nie chcieli wychodzić z 
oberży.
Tymczasem zrobiła się już druga po południu i należało ruszać w dalszą drogę, 
wyjechaliśmy więc z Madrytu. Pożegnałem się z moim towarzyszem, choć nie bez żalu, i 
ruszyłem drogą na wąwóz Fuentefria. Zrządził Bóg, aby ustrzec mnie od złych myśli, żem 
wkrótce napotkał żołnierza. Zagadaliśmy do siebie, spytał, czy jadę ze stolicy, 
powiedziałem, żem tam bawił przejazdem.
- Bo też dłużej przebywać tam nie warto - rzekł. - To nie jest miasto dla porządnych ludzi, 
psiamać. Wolę, klnę się na Boga, cierpieć oblężenie w śniegu po pas, uzbrojony po zęby, i 
jeść drewno, niż znosić łajdactwa i oszustwa, jakie tam spotykają przyzwoitego człowieka.
Zauważyłem na to, że różnie z tym bywa i że i w stolicy szanują każdego, kto na to 
zasługuje.
- Ładnie mi szanują, psiamać - powiedział ze złością. - Do pioruna, byłem tam sześć 
miesięcy, na próżno ubiegając się o stopień kapitana, po dwudziestu latach służby i 
przelewania krwi w obronie króla, jak o tym świadczą te rany - pokazał mi bliznę na udzie, 
która, jak to można było poznać od pierwszego spojrzenia, była śladem po wielkim 
wrzodzie.
Potem pokazał mi jeszcze znaki na skórze powyżej pięt i powiedział, że to od kul, ale że 
sam dwa takie znaki mam na nogach, wiedziałem, że to skutki odmrożenia. Zdjął kapelusz 
i odsłonił całą twarz z ogromną blizną od cięcia nożem, która rozdzielała mu nos na dwie 
części. Było jeszcze kilka innych mniejszych kresek upodobniających jego oblicze do 
mapy.
- Te rany zadano mi - rzekł - podczas obrony Paryża, w służbie Boskiej i królewskiej, i jej 
to zawdzięczam zeszpecone rysy mojej twarzy, jako zapłatę zaś otrzymałem jedynie kilka 
pięknych słówek, które w naszych czasach zastępują szpetne czyny. Przeczytajcie, wasza 
łaskawość, te papiery. Do stu tysięcy par diabłów rogatych, nie widziano jeszcze nigdy na 
wojnie człowieka, który by się tak odznaczył.
I słusznie mówił, bo zaiste znaków miał i blizn co niemiara. Zaczął wyciągać 
przechowywane w blaszanych rurkach dokumenty, najprawdopodobniej należące do kogoś 
innego, czyje imię przybrał. Odczytałem je i zacząłem go wychwalać, mówiąc, że nawet 
Cyd ani Bernardo del Carpio nie dokonali tyle co on. Podskoczył na to:
- Co tu mówić o mnie! Klnę się na Boga, ani tyle nie dokonali co Garcia de Paredes, Julian 
Romero i inni porządni ludzie. Wiem, że wtedy nie było artylerii, do stu tysięcy piorunów! 
Bernardo nie dałby rady ani przez godzinę w naszych czasach! Pytaj, wasza łaskawość, we 

background image

Flandrii o czyny Szczerbatego, a zobaczysz, co ci powiedzą!
- Czyżbyś, wasza łaskawość, był Szczerbatym we własnej osobie? 
- A kimże by innym? Nie widzicie tej szczerby między zębami? Nie mówmy o tym, bo nie 
przystoi człowiekowi własne zasługi wychwalać!
Urozmaicając sobie czas taką gawędą zobaczyliśmy jadącego na osiołku pustelnika z brodą 
tak długą, że zamiatała ziemię, chudego jak szczapa i przyodzianego w brunatne sukno. 
Pozdrowiliśmy go pobożnie, jak każe obyczaj, a on zaczął chwalić gęste łany pszeniczne, 
dar miłosierdzia Bożego.
- Ach, ojcze, gęściej sypały się na mnie razy podczas szturmu na Antwerpię, klnę się na. 
Boga, bom robił, com mógł, Bóg mi świadkiem.
Pustelnik skarcił go, mówiąc, żeby nie klął tyle i nie wzywał imienia Bożego nadaremnie, 
na co odrzekł:
- Widać, ojcze, że obce wam żołnierskie rzemiosło, jeśli mnie za to ganicie. Śmieszyło 
mnie jego pojęcie o rzemiośle żołnierza i zaczynałem myśleć, że to jakiś
podejrzany włóczęga, bo nie ma obyczaju bardziej niż samochwalstwo i przysięgi 
znienawidzonego przez żołnierzy, którzy coś znaczą, jeśli nie przez wszystkich.
Dojechaliśmy do zbocza gór. Pustelnik odmawiał różaniec: była to raczej naręcz drew, 
wytoczonych w kule, tak że po każdej zdrowaśce następował łomot dwóch zderzających 
się kul, jak przy grze w kręgle. Żołnierz tymczasem porównywał skały i głazy do fortec, 
jakie był widział, oceniając wartość obronną tych i owych punktów i planując, gdzie 
należałoby ustawić artylerię. Ja spoglądałem na obydwóch, niemniej strwożony hukiem 
łomoczących paciorków różańca niż fantazjami żołnierza.
- Och - mówił ten ostatni - rozsadziłbym ja prochem część tego wąwozu, zacną przysługę 
oddając podróżnym.
Tak gwarząc przybyliśmy do Cercedilla. Zajechaliśmy wszyscy trzej do gospody już po 
zmierzchu, kazaliśmy przygotować wieczerzę - był to piątek - a pustelnik tymczasem rzekł:
- Godzi się zażyć trochę rozrywki, próżniactwo bowiem jest matką wszelakich występków. 
Zagrajmy na zdrowaśki.
I wytrząsnął z rękawa nieoprawną książeczkę. Ucieszny był jej widok obok paciorków 
różańca. Żołnierz powiedział:
- Nie, po przyjaźni zagramy o sto reali, jakie mam przy sobie.
Opanowany chciwością, zaofiarowałem się dołożyć drugą setkę, a pustelnik, nie chcąc 
okazać się gorszym partnerem, zgodził się i powiedział, że wiezie oliwę do lamp wartości 
około dwustu reali. Wyznam, żem go zamierzał ograć i sam tę oliwę wypić, lecz moje 
zamiary spaliły na panewce.
Zdecydowaliśmy się zagrać w faraona i najciekawsze, że właściciel kart oświadczył, iż nie 
zna tej gry, prosząc, byśmy mu wyłożyli zasady. Tak to nas zażył z mańki, by później 
uwinąć się z nami tak żwawo, iż niebawem nie zostało na stole ani monety. Dziedzicząc 
spuściznę po nas za życia, zgarniał pieniądze dłonią jak łopatką. Przegrywał jedną prostą 
stawkę,
a wygrywał dwanaście potrójnych. Przy każdym rzucie żołnierz wypluwał tuzin psichmaci 
i tyleż tysięcy diabłów rogatych, przeplatanych piorunami. Gryzłem palce ze złości, a 
pustelnik swoje zatrudniał zgarnianiem moich pieniędzy. Wzdychał przy tym pobożnie, nie 
pomijając wezwania ani jednego świętego, a nasze karty były niczym Mesjasz dla Żydów, 
bo nigdy nie przychodziły i zawsześmy tylko na nie czekali.
Ogołocił nas ze szczętem i na próżno chcieliśmy się odegrać. Wygrawszy ode mnie 

background image

sześćset reali, czyli wszystko, com miał, a od żołnierza jego setkę, powiedział, że tamto 
była godziwa rozrywka, że wszyscy jesteśmy bliźnimi i nie ma co ciągnąć tego dalej.
- Nie klnijcie - powiedział - bom się polecił Bogu i dobrze na tym wyszedłem.
Że zaś nie wiedzieliśmy, jak osobliwą zręcznością palców obdarzyła go natura, 
uwierzyliśmy i żołnierz klął się, że nie będzie kląć już więcej, a ja też.
- Coś podobnego - mówił biedny chorąży (bo wtedy mi powiedział, że taką ma rangę). 
-Między luteranami i poganami bywałem, a nigdy mnie tak nie oskubali!
Pustelnik tylko ręce zacierał i znów wydobył swój różaniec. Ponieważ nie miałem już ani 
grosza, prosiłem, by zapłacił za wieczerzę i nocleg i dał pieniądze na dalszą podróż do 
Segowii dla nas obydwóch, bo obaj jesteśmy in puribus. Przyrzekł, że to uczyni. 
Przyniesiono nam omlet z kopy jaj - nigdy jeszcze takiego wielkiego nie widziałem - po 
czym pustelnik oznajmił, że udaje się na spoczynek.
Spaliśmy wszyscy w izbie ogólnej, razem z innymi ludźmi, co tam byli, bo pokoje były 
zajęte. Ułożyłem się do snu zgnębiony, a żołnierz zawołał gospodarza i kazał mu 
przechować swoje dokumenty służbowe w blaszanych rurkach oraz tobołek równie 
wysłużonej bielizny. Zakonnik przeżegnał się, my także, prosząc Boga, by ustrzegł nas 
przed nim. Zasnął. Ja nie spałem, łamiąc głowę nad sposobem odebrania moich pieniędzy. 
Żołnierz wspominał przez sen swoje sto reali, jakby nie były bezpowrotnie stracone.
Przyszła pora wstawania i co żywo zażądałem światła, przynieśli je, a gospodarz zwrócił 
żołnierzowi tobołek, zapominając o dokumentach. Biedny chorąży omal domu nie rozniósł 
krzykiem, domagając się swoich świadectw służby. Stropił się gospodarz, a słysząc co 
chwila powtarzane słowo „służba", wybiegł i przyniósł trzy nocne naczynia:
- Proszę, po jednym dla każdego. Wystarczy? - bo myślał, nieszczęsny, żeśmy pochorowali 
się na dyzenterię.
Żołnierz skoczył na niego z podniesioną szpadą, w koszuli, przysięgając, że go zabije, 
zuchwalca, który zadrwił sobie z niego, bohatera spod Lepanto, Saint-Quentin i innych 
bitew, przynosząc urynały zamiast dokumentów oddanych mu w depozyt. Wszyscyśmy się 
porwali na nogi, by go trzymać, i nie mogliśmy dać mu rady. Gospodarz wołał:
- Panie, mówiliście, wasza łaskawość, o służbie, wszak nie mam obowiązku wiedzieć, że w 
języku żołnierskim służba to znaczy świadectwa czynów wojennych!
Uspokoiliśmy ich wreszcie i wróciliśmy do izby. 
Pustelnik nieufnie został w łóżku, mówiąc, że zasłabł z przerażenia. Zapłacił za nas 
należność i wyjechaliśmy z miasta drogą przez góry, rozeźleni na niego, że został i żeśmy 
nie zdołali odebrać mu pieniędzy.
Niebawem spotkaliśmy kupca z Genui, jednego z tych bezecnych złodziei hiszpańskiego 
złota, który przebywał góry z parasolem i pod eskortą pazia, jak przystało podróżować 
osobie zasobnej w pieniądze. Wdaliśmy się z nim w gawędę, w czasie której nieustannie 
powracał do tej samej materii, to jest finansów, jako że to naród stworzony do giełdy. Raz 
po raz powtarzał imię Visanzón, rozważając, czy bezpiecznie jest, czy nie, powierzać 
pieniądze jego bankom, aż wreszcie żołnierz i ja spytaliśmy, co to za jeden ów Visanzón. 
Na to odpowiedział ze śmiechem:
- To jest miasto w Italii, gdzie się skupiają ludzie interesów (tu mówimy na nich 
„szwindlarze"), żeby ustalać ceny regulujące obrót pieniężny.
Z czego wywnioskowaliśmy, że Visanzón jest główną siedzibą obrad złodziei.
Zabawiał nas przez drogę opowiadaniem, jak został zrujnowany na skutek pewnego 
bankructwa, w którym przepadło jego sześćdziesiąt tysięcy dukatów. Co chwila klął się na 

background image

swoje sumienie, choć ja myślę, że sumienie kupca jest, jak dziewictwo ladacznicy, 
towarem sprzedawanym, acz nie posiadanym. Nie posiada go prawie nikt spośród ludzi 
tego zawodu, ponieważ słysząc od innych, iż sumienie gryzie o lada błahostkę, wyzbywają 
się go wraz z pępowiną przy urodzeniu.
Tak gwarząc  zobaczyliśmy z daleka mury Segowii i uradowały się moje oczy mimo 
przyćmiewającego radość wspomnienia złych dni w domu mistrza Cabry. Wjeżdżając do 
miasta widziałem u jego bram mego ojca podzielonego na ćwiartki, w oczekiwaniu 
wędrówki w sakwach podróżnych na dolinę Jozafata. Czułem się rozrzewniony powracając 
do mego miasta, jakże zmieniony od czasów, gdym je opuszczał, schludnie odziany i ze 
spiczastą bródką. Pożegnałem moich towarzyszy i szukając po mieście jakichś możliwie 
najbliższych (oprócz pręgierza) znajomych mego stryja, nie znalazłem nikogo, kto by mi 
przyszedł z pomocą. Wiele osób pytałem o Alonsa Ramplón i nikt mi nie mógł 
odpowiedzieć, mówili, że go nie znają. Nie bez zadowolenia myślałem, iż tylu jest 
przyzwoitych ludzi w moim mieście, gdym usłyszał zdzierającego sobie gardło 
obwoływacza procesji pokutników oraz odgłosy rzemiennej dyscypliny mego stryja. 
Zbliżał się pochód biczowanych, półnagich, bez kaptura, a za nimi postępował mój stryj, 
dość opieszale czyniąc użytek ze swych rzemieni i bez zapału wygrywając marsza na lutni 
bez strun, lecz za to ze sznurem - jednym tylko - na szyi. Patrzyłem na to widowisko stojąc 
obok człowieka, któremu podałem się przedtem za dostojną osobistość, gdy oto nagle 
stryjaszek spostrzegłszy mnie, bo przechodził tuż obok, rzuca mi się na szyję i nazywa 
bratankiem! Myślałem, że umrę ze wstydu, i uciekłem, nie pożegnawszy się z moim 
towarzyszem.
Poszedłem za stryjem, który powiedział mi: 

background image

- Możesz iść razem z nami, póki nie obsłużę tych ludzi, bo i tak już wracamy, a potem 
zapraszam cię na obiad.
Nie mając chęci uchodzić za jednego z biczowanych, powiedziałem, iż zaczekam na niego 
tutaj, i oddaliłem się tak zgnębiony i upokorzony, że gdyby nie chodziło o spuściznę, której 
odebranie od mego krewniaka zależało,  nie odezwałbym się do niego już nigdy w życiu i 
nie pokazałbym się tym ludziom na oczy.
Skończył wreszcie okładać plecy pokutników, wrócił i zaprowadził mnie do swego domu.

ROZDZIAŁ IV 
O WIZYCIE W DOMU MOJEGO STRYJA, O JEGO GOŚCIACH, ODZYSKANIU 
MOJEJ SCHEDY I POWROCIE DO STOLICY
 
Mój czcigodny stryjaszek mieszkał nie opodal rzeźni, w domu woziwody.
- Nie królewski pałac ta moja siedziba - powiedział, gdyśmy weszli - wszelako upewniam 
cię, bratanku, iż dogodna jest dla interesów, jakimi się trudnię.
Musieliśmy wspiąć się po schodach takich, że ciekaw byłem, czy to, co zobaczymy na ich 
szczycie, różni się czymś od szubienicy.
Weszliśmy do izdebki tak niskiej, że trzeba się w niej było poruszać jak gdyby w 
oczekiwaniu błogosławieństwa: z pochyloną głową. Stryj powiesił swój kańczug na 
gwoździu pośród wielu innych, gdzie wisiały postronki i rzemienie, noże, haki i inne 
narzędzia niezbędne w jego zawodzie. Spytał mnie, czemu nie zdejmuję płaszcza i nie 
siadam, odpowiedziałem, że taki już mój obyczaj. Bóg jeden wie, jak się czułem oko w oko 
z infamią mego stryja, który oznajmił, iż miałem szczęście, żem spotkał go przy tak 
pomyślnej okazji, gdyż ugości mnie dobrym obiadem w towarzystwie kilku zaproszonych 
przyjaciół.
Po chwili wszedł w długiej do ziemi, fioletowej szacie jeden z tych, co zbierają datki na 
dusze w czyśćcu cierpiące, i pobrzękując puszką powiedział:
- Tyle mi dziś przyniosły moje dusze, co tobie twoi biczownicy: bierz.
Przywitali się poufale i rubasznie, poklepując jeden drugiego po policzku. Ten, który 
wspomagał dusze pokutujące (choć wątpliwe, czy miał własną), podkasał habit odsłaniając 
krzywe nogi w płóciennych gaciach i puścił się w pląsy, pytając, czy przyszedł Clemente. 
Stryj zaprzeczył i w tej samej chwili pojawił się owinięty w jakąś szmatę, w drewnianych 
chodakach, grajek żołędziowy - chcę powiedzieć, świniarz. Poznałem go po rogu - za 
przeproszeniem mówiąc - który niósł w ręku, przez pomyłkę chyba, bo powinien mieć go 
na głowie.
Pozdrowił nas i tuż za nim wszedł zezowaty mańkut, czarny na twarzy, w kolecie z 
koźlęcej skóry i kapeluszu z rondem szerszym i bardziej spadzistym niż zbocze góry, a 
główką wyższą niż drzewo orzechowe. Gębę miał wyhaftowaną w misterny wzór bliznami 
od noża, a w ręku szpadę z gardą wielką niczym kordegarda. Wszedł, usiadł i 
pozdrowiwszy wszystkich obecnych rzekł do mego stryja:
- Dalibóg, Alonso, nieźle zapłacili Płaskonos i Pazur. Skoczył na to kwestarz i powiedział:
- Kiedy mnie ćwiczyli, cztery dukaty dałem Strzałce, oprawcy z Ocana, za to, żeby pogonił 
osła i nie wziął potrójnego rzemienia.
- Do diaska - rzekł pachołek trybunalski - ode mnie Lobrezno z Murcji wziął jeszcze 
więcej, a jak przyszło co do czego, to osioł wlókł się żółwim krokiem, a ten łajdak walił 
tak, że mi skórę na plecach poprzecinał.

background image

Świniarz poruszył plecami, jakby go świerzbiały, i zapewnił, że są nie tknięte.
- Każda świnia doczeka swego świętego Marcina - oświadczył kwestarz.
- Tym się mogę pochwalić - powiedział mój zacny stryjaszek - przed wszystkimi w naszym 
rzemiośle, że każdego, kto mi się poleca, obsługuję rzetelnie; wedle zamówienia. Dzisiaj 
mi dali sześćdziesiąt i dostali chłostę jak dla przyjaciela, pojedynczym.
Widząc, jakich to gości z honorem podejmuje mój stryj, wyznam, żem poczerwieniał i nie 
mogłem ukryć wstydu. Pomiarkował to pachołek trybunalski i spytał:
- To ten poczciwiec, co tak dostał po tyłku parę dni temu?
Odpowiedziałem, że nie jestem z tych, których batem okładają jak ich. Na to wstał mój 
stryj, ogłaszając:
- To mój bratanek kształcony w Alcalá, dostojna osoba. Przeprosili mnie i ofiarowali swoje 
służby.
Ja tymczasem siedziałem jak na rozżarzonych węglach, pragnąc zjeść, odebrać, co moje, i 
uciec stąd jak najdalej. Nakryli do stołu i w uwiązanym na linie kapeluszu - tak jak 
więźniowie wciągają przez okno z ulicy ofiarowaną im jałmużnę - wciągali na górę jadło z 
piwnicy, która się znajdowała na tyłach domu, wszystko podane na obtłuczonych talerzach, 
w skorupach pozostałych z dzbanów i misek. Brak słów na opisanie, jak się tym czułem 
znieważony. Zasiedli do jedzenia, kwestarz na honorowym miejscu, reszta, jak popadło. O 
potrawach powiem tylko tyle, że wszystkie nadawały się do picia. Pachołek trybunalski 
chłeptał wino. Świniarz wypił moje zdrowie, wznosząc toasty w szybszym tempie, niż 
mogliśmy je proponować, i nie sposób mu było nastarczyć. O wodzie nikt nie pamiętał ani 
o nią nie pytał.
Wjechało na "stół pięć pasztetów opieczonych w cieście po cztery grosze. Pokropiono je 
hyzopem, po zdjęciu wierzchniej warstwy ciasta, i odmówili wszyscy respons zakończony 
requiem aeternam..." za duszę nieboszczyka,który mógł znajdować się w farszu.
- Pamiętasz, bratanku, com ci pisał o twoim ojcu? - powiedział mój stryj. 

background image

Pamiętałem dobrze. Tamci jedli, ja zaś ograniczyłem się do spodu z ciasta; od tego czasu 
nabrałem obyczaju odmawiania zdrowaśki za duszę nieboszczyka, ilekroć jem pieróg 
nadziewany mięsem.
Opróżniwszy dwa dzbany wina, zbir trybunalski i kwestarz mieli już tak dobrze w czubie, 
że na widok półmiska z kiełbaskami, które wyglądały jak palce Murzyna, spytał któryś z 
nich, dlaczego uduszono w sosie cygara. Stryjaszek tak sobie podchmielił, że wyciągając 
rękę i chwytając kiełbaskę powiedział zachrypłym głosem, z jednym okiem zamkniętym, a 
drugim pływającym w winnym moszczu:
- Bratanku, na ten chleb Pański, stworzony na Jego obraz i podobieństwo, nigdym w życiu 
nie jadł lepszego czarnego mięsa.
Co do mnie, to nie wiedziałem, czy śmiać się, czy wściekać, kiedy pachołek trybunalski 
chwycił solniczkę i powiedział: „Coś gorący ten bulion", a świniarz wziął garść soli i 
mówiąc: „Trzeba czymś pikantnym zakąsić trunek", wsypał ją sobie do gęby.
Przynieśli bulion i kwestarz-duszpasterz wziął miskę w obie ręce mówiąc: „Bóg 
pobłogosławił czystość"; chciał podnieść miskę do ust i przytknął ją do policzka tak 
przechyloną, że zupa wylała się ochlapując go haniebnie od głowy do stóp. Widząc się tak 
zapaskudzonym, próbował wstać, a że głowa mu ciążyła, oparł ją na stole (który utykał na 
jedną nogę i przewrócił się pod ciężarem, zachlapując resztę obecnych) i potem 
powiedział, że to świniarz go popchnął. Świniarz zaś widząc, że tamten wali się na niego, 
wstał i wznosząc kościane godło, które powinno zdobić jego czoło, łupnął nim, aż huknęło. 
Przyskoczyli do siebie z pięściami i w tym szamotaniu kwestarz ugryzł w policzek 
świniarza, który na skutek wstrząsów wszystko, co zjadł, wyrzygał prosto w brodę 
przeciwnika. Mój stryj, który był trochę trzeźwiejszy, spytał, kto też mu sprowadził do 
domu tylu księży.
Widząc, że już im się w oczach troi i wszystko widzą podwójnie, usiłowałem przywrócić 
spokój; rozdzieliłem walczących, podniosłem z ziemi pachołka trybunalskiego, który 
płakał żałośnie, rzuciłem na łóżko mego stryja, który skłonił się uprzejmie stolikowi przy 
łóżku, biorąc go za jednego z gości, odebrałem róg świniarzowi, którego, kiedy inni już 
spali, nie sposób było uciszyć, tak wrzeszczał, by mu oddać jego róg, bo nikt nie umiał 
wydobywać zeń piękniejszych tonów ani tylu melodii co on, i że musi spróbować się w 
turnieju muzycznym z organistą. Słowem, nie odszedłem od nich, pókim się nie przekonał, 
że śpią jak zarżnięci.
Wyszedłem na ulicę i spędziłem wieczór oglądając moje stare kąty; wstąpiłem do domu 
Cabry, dowiedziałem się, że już nie żyje, i nie zadałem sobie nawet trudu, by spytać, na co 
umarł, wiedząc, że istnieje głód na tym świecie.
Wróciłem do domu stryja po czterech godzinach, kiedy już zapadła noc. Któryś z pijaków, 
przebudzony już, czołgał się na czworakach po izbie, szukając wyjścia i lamentując, że 
zabłądził. Podniosłem go i wypchnąłem za drzwi, a innym pozwoliłem spać aż do 
jedenastej.
Stryj przeciągnął się leniwie i spytał, która godzina. Świniarz, który jeszcze nie odespał 
swego pijaństwa, oświadczył, że dopiero pora sjesty i że jest wielki upal. Kwestarz, ledwie 
mogąc się wysłowić, żądał, żeby mu oddać jego puszkę, bo „dusze dość się już 
napróżnowały i pora im na nowo zabrać się do pracy na moje utrzymanie", i zamiast 
drzwiami, usiłował wyjść oknem, a zobaczywszy gwiazdy na niebie, zaczął wzywać 
tamtych, wrzeszcząc wniebogłosy, że gwiazdy świecą w południe i że zrobiło się wielkie 
zaćmienie słońca. Przeżegnali się wszyscy i ucałowali ziemię.

background image

Nieobyczajność kwestarza wielce mnie zgorszyła i postanowiłem wystrzegać się 
podobnych ludzi. Po tylu szalbierstwach i plugastwach, jakich byłem świadkiem, coraz 
żywiej pragnąłem znaleźć się pośród ludzi dostojnych i szlachetnie urodzonych. 
Wypchnąłem za drzwi wszystkich, jednego po drugim, jak się dało, ułożyłem na łóżku 
mego stryja, który jeśli nie był pijany na umór, to bardzo daleki od trzeźwości, sam zaś 
ułożyłem się na swoim płaszczu i jakichś łachach, które się tam znalazły i których 
właścicielom oby Bóg dał zdrowie lub zachował ich w swojej świętej chwale.
Tak spędziliśmy noc i rano porozumiałem się ze stryjem w materii mego spadku. Obudził 
się mówiąc, iż jest doszczętnie połamany i nie wie dlaczego. Izba zaświniona resztkami 
jedzenia i śladami skutków pijatyki przypominała tawernę najniższego rzędu. Wstał 
wreszcie i długośmy rozmawiali o moich sprawach, bo wiele trudu mnie kosztowało 
dogadać się z człowiekiem tak pijanym i ciemnym. W końcu wyciągnąłem z niego 
wiadomość o części mojej schedy, choć niecałej, to jest o trzystu dukatach, jakie własnymi 
rękami zarobił mój ojciec i pozostawił u pewnej zacnej niewiasty, osłaniającej wszystkich 
złodziei z okolicy w promieniu dziesięciu mil.
Żeby nie nudzić czytelnika, powiem tylko, iż odebrałem i schowałem do kieszeni moje 
pieniądze, których stryj nie przepił - rzecz godna podziwu jak na człowieka jego pokroju - 
bo myślał, że za te pieniądze uzyskam tytuł naukowy i dzięki zdobytej wiedzy będę mógł 
zostać kardynałem (co, zważywszy, że sam mógł w kardynalskie barwyprzyoblekać plecy 
tych, których ćwiczył, nie wydawało mu się rzeczą zbyt trudną).
Powiedział mi, gdy wróciłem z pieniędzmi:
- Pablos, synu mój, ciężko przewinisz, jeśli nie wzbogacisz się i nie wyjdziesz na 
porządnego człowieka, bo masz z kogo wzór czerpać. Grosza ci nie brak i nie zbraknie, bo 
co zarabiam i co mam, tobie chcę zostawić.
Podziękowałem mu bardzo za jego ofiarność.
Zmarnowaliśmy dzień na czczym gadaniu i na wizytach u wyżej opisanych osób. Stryj 
przez całe popołudnie grał w kości baranie ze świniarzem i kwestarzem. Warto było 
zobaczyć, jak je tasowali, rzucając i chwytając w powietrzu. Grali, tak jak i w karty, o 
fundusz kościelny na wino, bo zawsze stał między nimi dzban.
Zapadła noc, tamci poszli sobie, a stryj i ja ułożyliśmy się każdy na swoim posłaniu, bo już 
był dla mnie wymościł legowisko z materacem. O świcie, zanim stryj się przebudził, 
wstałem i wyszedłem skradając się cichaczem, żeby mnie nie słyszał. Drzwi zamknąłem od 
zewnątrz kluczem, który wsunąłem z powrotem do środka przez szczelinę pod drzwiami.
Udałem się do gospody, by się tam skryć i czekać na sposobność odjazdu do stolicy. W 
mieszkaniu stryja zostawiłem zapieczętowany list, w którym powiadomiłem go o moim 
odejściu i jego przyczynach, uprzedzając, by mnie nie szukał, albowiem już mnie nie 
zobaczy na wieki wieków.

ROZDZIAŁ V O MOJEJ UCIECZCE, PODRÓŻY DO STOLICY I O TYM, CO MI 
SIĘ PODCZAS NIEJ PRZYGODZIŁO
 
Tego ranka wyjeżdżał z oberży mulnik z ładunkiem do stolicy. Miał luźnego osła, 
wynająłem go i uzgodniliśmy, iż mam na niego oczekiwać przy rogatkach za miastem. 
Wyjechał, wsiadłem na rzeczonego wierzchowca i rozpoczęła się moja podróż. W duchu 
mówiłem sobie: „Tu zostaniesz, niecny łotrze, wydrwigroszu, kawalkatorze szyj."
Rozmyślałem nad tym, że jadę do stolicy, gdzie nikt mnie nie zna - co najbardziej było dla 

background image

mnie pocieszające - i że muszę tam wysilić całą moją zmyślność i obrotność. Przyrzekłem 
sobie natychmiast po przybyciu zrzucić sutannę i zaopatrzyć się w nową odzież, krótką i na 
tamtejszą modłę. Wróćmy jednak do mojego stryja, urażonego zapewne listem, który 
brzmiał, jak następuje:
„Panie Alonso Ramplón! Po wyjątkowych łaskach, jakie zesłał mi Bóg, usuwając z mej 
drogi mego szanownego ojca i kierując matkę do Toledo, gdzie przynajmniej wiem, że 
uleci z dymem, brakuje mi tylko doczekać, aż ktoś wyświadczy Waszej Łaskawości tę 
samą przysługę, jaką WŁ wyświadczyliście tylu innym. Zamierzam być ostatnim i 
jedynym z mego rodu, albowiem rozdwoić się nie mogę, chyba że wpadłbym w ręce WŁ, 
abyś mnie podzielił na ćwiartki, tak jak ćwiartowałeś innych. Nie pytajcie, panie Ramplón, 
o mnie nikogo i przed nikim nie wymawiajcie mego imienia, gdyż chcę wyprzeć się krwi, 
jaka w nas płynie. Służcie dalej królowi i żegnajcie."
Zbyteczne mówić o bluźnierstwach i obelgach, jakimi zapewne mnie w tej chwili obrzucał. 
Wróćmy do mojej podróży. Jechałem na moim rudym wierzchowcu z Manczy, szczerze 
pragnąc nie spotkać nikogo, gdy z daleka zobaczyłem hidalga, który szedł żwawym 
krokiem, owinięty w pelerynę, ze szpadą przy boku, w związanych pod kolanami 
pantalonach i solidnie obuty. Wyglądał wykwintnie w swoim wykładanym kołnierzu i 
kapeluszu na bakier. Przypuszczając, że to jakiś możny pan, który zostawił za sobą swój 
pojazd i służbę, pozdrowiłem go, gdyśmy się zrównali.

background image

Spojrzał na mnie i rzekł:
- Jedziecie, mości licencjacie, na tym ośle wygodniej niż ja z całą moją paradą. 
Rozumiejąc, że mówi o swojej karocy i orszaku, odpowiedziałem:
- Prawda, wasza łaskawość, że podróż to spokojniejsza, bo choć dogadza wam, jak 
przypuszczać należy, ta kolasa, co jedzie za wami, pewnie trzęsie i wstrząsy spokój 
zakłócają.
- O jakiej to kolasie mówicie? - spytał zaskoczony, odwracając głowę, by spojrzeć za 
siebie, ruchem tak gwałtownym, iż opadły mu pantalony, gdyż najwidoczniej zerwała się 
sprzączka, tak dalece samotna, iż widząc mnie pękającego ze śmiechu, poprosił, bym mu 
pożyczył jednej ze swoich. Ponieważ kołnierz u koszuli sięgał mu nieomal brwi i zasłaniał 
do połowy jedno oko, powiedziałem:
- Dalibóg, wasza łaskawość, musicie zaczekać na służących, nie mogę was poratować, bo 
sam mam tylko jedną sprzączkę.
- Jeśli wasza łaskawość drwisz sobie ze mnie - powiedział, trzymając pantalony w garści 
-to daj temu pokój, bo nie rozumiem, co mówisz o jakichś służących.
I bym nie żywił żadnych wątpliwości co do jego ubóstwa, wyznał mi niebawem, 
ledwieśmy ujechali pół mili, że jeśli nie użyczę mu łaskawie bodaj na chwilę swego osła, 
nie będzie mógł iść dalej, bo nie ma już sił przytrzymywać dolnej części stroju w garści. 
Tknięty współczuciem zeskoczyłem na ziemię, ale że nie mógł wypuścić z ręki 
pantalonów, musiałem go wsadzić na osła. I nie lada stropiło mnie dokonane przy tej 
sposobności odkrycie, jako że z tyłu, w miejscach, które zakrywała peleryna, miał 
powycinane kawałki podłożone wstawkami z innej tkaniny, a tu i ówdzie prześwitywały 
nagie pośladki. Odgadując moje zdumienie, wytłumaczył się dyskretnie:
- Mości licencjacie - rzekł - nie wszysto złoto, co się świeci. Myśleliście zapewne, widząc 
mój wykwintny kołnierz i swobodne obejście, iż stoi przed wami hrabia Irlos. Niejedna 
warstwa wierzchnia przykrywa na tym świecie coś, czegoście teraz dotknęli.
Upewniłem go, iż zdążył mnie już przekonać o różnicy między rzeczywistością tego świata 
a tym, com widział.
- Nic jeszczeście nie widzieli- odpowiedział - bo tyle jest we mnie do oglądania, ile mam, 
jako że niczego nie ukrywam., Widzicie oto przed sobą hidałga ze starej rycerskiej rodziny 
i gdyby moje szlachectwo było mi taką podporą, jak ja jestem dla niego, nie żądałbym 
niczego więcej. Tak już jest wszelako, mości licencjacie, że bez chleba i mięsa krwi nie 
zasilisz, a z łaski Boga wszyscy ją mamy czerwoną i nie może być synem czegoś ten, kto 
nic nie ma. Nie dbam już o szlacheckie tytuły, odkąd pewnego dnia w tawernie nie chcieli 
mi dać za nie kęsa strawy. Nie złotymi literami pisane te tytuły. Ale złoto więcej warte w 
bryłkach niż w literach i więcej z niego pożytku. I zresztą, wszystko zważywszy, nieczęsto 
litery zawierają złoto. Nawet mój grobowiec sprzedałem, by móc powiedzieć, że nie mam 
gdzie złożyć mych kości, albowiem ojciec mój, Toribio Rodriguez Vallejo Gómez de 
Ampuero (te wszystkie nazwiska nosił) stracił swoje ziemie dane w zastaw pod gwarancją. 
Jedynie tytuł „don" mi został do sprzedania, ale takie już moje szczęście, że kupca na ów 
towar nie znajduję, bo kto go nie ma przed nazwiskiem, z tyłu go sobie doczepia.
Wyznam, że choć z żartami pomieszane, wzruszyły mnie nieszczęścia owego hidalga. 
Zapytałem, jak się nazywa, dokąd idzie i po co. Powtórzył mi raz jeszcze nazwisko swego 
ojca: don Toribio Rodriguez Vallejo Gómez de Ampuero y Jordán. Zaiste nie słyszano 
chyba jeszcze tak dźwięcznego miana, bo zaczynało się od „don", a kończyło się na „dan", 
jakbyś w dzwon uderzał. Oznajmił następnie, że idzie do stolicy, bo dziedzic, tak jak on 

background image

wydziedziczony, w małym mieście po dwóch dniach już w oczy kłuje i nie ma sposobu się 
utrzymać, dlatego też udaje się do wspólnej ojcowizny, gdzie dla wszystkich jest miejsce i 
stół otwarty dla włóczęgów. „Tam nigdy mi nie brak stu reali w sakiewce, łóżka, strawy i 
słodyczy, zakazanego owocu, bo w Madrycie obrotność jest kamieniem filozoficznym, co 
w złoto obraca, czegokolwiek się dotknie."
Słuchałem go wniebowzięty i by się rozerwać przez drogę, prosiłem, żeby mi wyłożył, jak, 
czyim kosztem i jakim sposobem żyją w Madrycie ci, co, jak on, nic nie posiadają. 
Niełatwe bowiem mi się to widziało w tych czasach, w których każdy nie tylko skrzętnie 
pilnuje swego, ale jeszcze pożąda cudzego.
- Wielu znajdziesz takich - rzekł - ale i wielu innych. Pochlebstwo jest tym głównym 
kluczem, co otwiera drzwi i niewoli wszystkie wole w takich miastach. By zaś łatwiej ci 
było uwierzyć temu, co mówię, posłuchaj o moich przypadkach i sposobach, a pierzchną 
twe wątpliwości.

ROZDZIAŁ VI 
O DALSZEJ DRODZE I O TYM, CZEGOM SIĘ DOWIEDZIAŁ O ŻYCIU I 
OBYCZAJACH MEGO TOWARZYSZA
 
Pierwsze, o czym wiedzieć musicie, to, że w stolicy jest zawsze najgłupszy i najmędrszy, 
najbogatszy i najbiedniejszy, i wszystko „naj", że to miasto osłania złych i kryje dobrych i 
że są w nim takie gatunki ludzkie jak ja, bez korzeni w ziemi, bez domu i sprzętu, bez 
rodowodu. Nazywamy się różnie: Kawalerowie Nieuchwytni, Ptaki Niebieskie, 
Pustobrzuchy i Głodomory. Naszą patronką jest obrotność. Żołądki najczęściej mamy 
puste, bo trudna to rzecz napełniać je cudzymi rękami. Jesteśmy postrachem bankietów, 
ćmami knajp, biesiadnikami bez zaproszeń. Żyjemy z powietrza i czujemy się zadowoleni. 
Zjadamy na obiad cebulę i udajemy, żeśmy zjedli kapłona. Kto nas odwiedzi w domu, 
znajdzie izbę pełną kości z jagnięcia i drobiu, łupiny owoców, a pod drzwiami sterty pierza 
i skórek króliczych. 

background image

Wszystko to zbieramy z ulicy w nocy, żeby się chełpić w dzień. Wchodząc, skarżymy się 
gospodarzowi: „Nie ma siły, żeby zmusić pokojówkę do pozamiatania. Wybaczcie, wasza 
łaskawość, było tu na obiedzie kilku przyjaciół, a ta służba..." etc. Kto nas nie zna, bierze 
to za dobrą monetę i sprawa załatwiona.
Cóż wam powiem o sztuce odżywiania się w cudzych domach? Ledwie zamieniamy z kimś 
dwa słówka, już wiemy, gdzie mieszka, i idziemy tam, zawsze w porze posiłku, kiedy 
wiadomo, że siedzi przy stole. Mówimy, że nas tu przywiódł afekt dla niego, bo tak cenne 
przymioty ducha...etc. Na pytanie, czyśmy po obiedzie, jeśli oni jeszcze nie zaczęli, 
odpowiadamy, że nie: jeśli nas zapraszają, nie czekamy na ponowne zaproszenie, bo taka 
zwłoka kosztowała nas już wiele długich postów. Jeśli już przedtem zasiedli do stołu, 
mówimy, żeśmy już jedli, i choćby gospodarz nader zręcznie dawał sobie radę z dzieleniem 
ptaka, pieczeni z mięsa czy chleba, czy cokolwiek by to było, mówimy, szukając 
sposobności, przełknięcia jakiegoś kąska: „Pozwól, wasza dostojność, że mu posłużę za 
lokaja, bo jego wysokość - tu wymieniamy jakiegoś dostojnego nieboszczyka, hrabiego czy 
księcia, świeć, Panie, nad jego duszą - nie mógł się nachwalić mojej zręczności w tej sztuce 
i wolał patrzeć, jak dzielę mięso, niż sam jeść." To mówiąc bierzemy nóż, krajemy mięso 
na kąski, po czym rzucamy od niechcenia: „Och, co za woń apetyczna! Obraziłbym 
kucharkę, nie kosztując jej dzieła! Istny skarb, prawdziwe złote ręce!" I tak, przy poparciu 
słów czynem, znika po tym próbowaniu połowa półmiska: a to kawalątko rzepy, a to 
plastereczek słoniny itd. Kiedy ten sposób zawodzi, pozostaje nam jeszcze w rezerwie zupa 
w tym czy owym klasztorze. Tej nie jemy ostentacyjnie, lecz w ukryciu, każąc 
przypuszczać mnichom, iż raczej pobożność niż potrzeba ku temu nas skłania.
Trzeba widzieć któregoś z nas w domu gry, jak gorliwie się zwija, podaje i przycina 
świece, przynosi nocne naczynia, układa karty, winszuje temu, co wygrywa - wszystko dla 
nędznego reala nagrody!
Co się tyczy stroju, mamy i na to swoje sposoby. Od czegóż stare gałgany? I jak gdzie 
indziej wyznacza się godziny na modlitwę, tak my mamy swoje pory oporządzania 
odzieży. Warto zobaczyć rano, ile najróżniejszych rzeczy uzdrawiamy. Słońce, które 
odkrywa wszelkie niedostatki naszej garderoby, jest naszym zdeklarowanym wrogiem, 
toteż rano odpieramy atak jego promieni; szeroko rozstawiwszy nogi i pochyliwszy głowę 
widzimy na ziemi cienie, jakie rzucają oberwane strzępy oraz nitki zwisające po 
wewnętrznej stronie kończyn, i z pomocą nożyczek dokonujemy postrzyżyn dolnej części 
stroju. Że zaś wszystko najprędzej się niszczy w miejscach, gdzie nogi ocierają się jedna o 
drugą, wycinamy kawałki tkaniny z tyłu, by załatać dziury z przodu. Możemy spokojnie 
robić te wycinanki na pośladkach, choćby jedynym ich przykryciem pozostały gacie. Tylko 
peleryna wie o tym, toteż wystrzegamy się spacerów w dni wietrzne, wchodzenia po 
oświetlonych schodach i wsiadania na konia. Unikamy pełnego światła, zaś w dni bardzo 
słoneczne chodzimy ze zwartymi nogami i kłaniamy się nader ostrożnie, bo gdy się 
rozłączy kolana, widać okna w nogawkach lub pończochach.
Nie ma w całej naszej garderobie nic, co by z początku nie było czymś innym i nie miało 
swojej historii. Verbi gratia: spójrzcie na ten kubrak, otóż przedtem był on parą bufiastych 
pludrów, jest wnukiem krótkiej peleryny i prawnukiem długiej, z kapiszonem, teraz zaś 
oczekuje kolejnego przeobrażenia w stopy do pończoch czy coś innego. Te wkłady do 
trzewików służyły niegdyś jako onuce, przedtem jako ręczniki, a jeszcze dawniej były to 
koszule, córy prześcieradeł; po tym wszystkim jeszcze zużywamy je na papier, na papierze 
piszemy, a potem robimy z niego proszek do odnawiania trzewików, widziałem już obuwie, 

background image

uważane za stracone, przywrócone do życia z pomocą tych lekarstw.
Czyż trzeba mówić o tym, iż wieczorami trzymamy się z dala od latarń, żeby nie widać 
było łysych płaszczy i kaftanów ze skóry, bo nie więcej na nich sierści niż na kamieniu, 
jako że Bóg raczy dostarczać nam runa na brodach, a ogałacać zeń peleryny. Wszelako, by 
nie wydawać na balwierza, staramy się zawsze czekać, aż któryś z naszych braci także 
obrośnie sierścią, wtedy usuwamy ją jeden drugiemu, według słów Ewangelii, która każe 
pomagać sobie wzajem jak dobrzy bracia.
Skrupulatnie zważamy, by nie spotykać się w tych samych domach, które odwiedzają inni, 
jeśli wiemy, że znamy tych samych ludzi. Trzeba wiedzieć, co znaczy wygłodniały 
żołądek.
Obowiązani jesteśmy raz w miesiącu przejechać przez uczęszczane ulice na koniu, choćby 
to była tylko nędzna szkapina, a raz w roku ukazać się w powozie, choćby i na tylnym 
siedzeniu. Lecz jeśli znajdziemy się wewnątrz kolasy, trzeba być zawsze blisko drzwiczek i 
wychylać się do połowy ciała na widok znajomych, pozdrawiać ich machaniem ręki, tak by 
zauważyli nas wszyscy, wołając na przyjaciół lub osoby znajome, choćby patrzyli gdzie 
indziej.
Jeśli nas swędzi w obecności damy, umiemy drapać się publicznie tak, by nikt nie widział, i 
jeśli świerzbi udo, opowiadamy, żeśmy widzieli żołnierza rannego tu i tu - i ręką 
wskazujemy swędzące miejsca, drapiąc się przy tej sposobności.
Jeśli rzecz się dzieje w kościele i czujemy swędzenie za pazuchą, bijemy się w piersi jak 
przy sanctus, choćby to był introit. Jeżeli świerzbią plecy, wstajemy i staramy się oprzeć o 
kant ściany, wspinając się na palce, jakbyśmy wypatrywali kogoś w tłumie.
Cóż powiedzieć o sztuce łgarstwa?. Nigdy słowo prawdy nie wychodzi z ust naszych. 
Wymieniamy nazwiska książąt i hrabiów, jednych jako przyjaciół, innych jako krewnych, 
powołując się już to na przyjaźń z nimi, już to na więzy krwi, bacząc tylko, by panowie ci 
albo już nie żyli, albo znajdowali się daleko.
I wreszcie rzecz najważniejsza: nie znamy miłości innej niż pane lucrando, gdyż reguła 
naszego zakonu wzbrania nam dam kapryśnych i niedotykalskich, na przekór ich 
piękności. Tak więc zawsze składamy hołdy szynkarce w trosce o wikt, gospodyni dla 
zachowania dachu nad głową, nie zapominając o tej, co nam prasuje kołnierze. Że zaś przy 
tak skromnym wikcie i lichym napitku nie sposób wywiązać się z powinności wobec tylu 
chętnych, trzeba je zadowalać po kolei.
Kto zobaczy te moje buty, skądże by mógł myśleć, że okrywają gołe nogi, bez pończoch 
czy innego przyodzienia? A widząc ten kołnierz dlaczegoż miałby suponować, że nie mam 
koszuli? Wszystkiego bowiem, panie licencjacie, brakować może człowiekowi 
dystyngowanemu, byle nie kołnierza otwartego u szyi i dobrze ukrochmalonego. Po 
pierwsze, dla każdego wielka to ozdoba, a po wtóre, ma wartości odżywcze, gdyż 
umiejętnie oblizany krochmal wieczerzę zastąpić może.
I na zakończenie, mości licencjacie: wiedzcie, iż każdy z nas w stolicy musi znosić 
wyrzeczenia nie mniej dotkliwe niż kobieta w dziewiątym miesiącu swej nadziei, raz żyjąc 
w dostatku i przy pieniądzach, innym razem w schronisku dla ubogich. Ale tak czy owak 
się żyje, a ten, kto się zakręcić potrafi, żyje jak król, choćby miał pustkę w kieszeni.
Tak mi przypadły do gustu osobliwe metody hidalga i tak mnie obałamuciły, że słuchając 
go, doszedłem piechotą do las Rozas, gdzieśmy się zatrzymali na noc. Podzieliłem się z 
nim wieczerzą, bo nie miał grosza przy duszy, a prócz tego wdzięczny mu byłem za jego 
nauki, które na wiele rzeczy otworzyły mi oczy, skłaniając do pójścia w jego ślady. 

background image

Zwierzyłem mu się z tego życzenia, nim zasnęliśmy, uściskał mnie wielekroć mówiąc, iż 
cały czas się spodziewał, że jego opowieść poruszy umysł tak pojętny jak mój, i 
zaofiarował się z wprowadzeniem mnie do hultajskiego bractwa, proponując, bym 
zamieszkał razem z nimi. Zgodziłem się, nie wspominając wszakże o dukatach, jakie 
miałem przy sobie, i przyznając się jedynie do stu reali, te zaś, wraz z dobrym uczynkiem, 
jakim go wspomogłem, wystarczyły do zjednania mi jego przyjaźni.
Kupiłem dla niego od gospodarza aż trzy sprzączki, tak że mógł sobie umocować 
pantalony. Przespaliśmy się, wstaliśmy raniutko i niebawem byliśmy już w Madrycie. 
KSIĘGA TRZECIA
 
ROZDZIAŁ I 
O TYM, CO MNIE SPOTKAŁO W STOLICY W CIĄGU DNIA I NOCY 
NASTĘPNEJ
 
Zajechaliśmy do Madrytu o dziesiątej rano i udaliśmy się prosto do domu przyjaciół don 
Toribia. Zastukał do drzwi, otworzyła mu starucha, nędznie przyodziana i zgrzybiała. 
Zapytał o swoich przyjaciół i powiedziała, że wyszli szukać fortuny. Do dwunastej byliśmy 
sami i przez ten czas mój kompan zachęcał mnie do żywota lekkiego, ja zaś pilnie 
słuchałem.
O pół do pierwszej weszło jakieś indywiduum w długiej do pięt opończy, bardziej 
wyświechtanej niż jego wstyd. Obaj rozmawiali przez chwilę w swoim hultajskim 
żargonie, po czym przybysz uściskał mnie i zaofiarował swoje służby. Gawędziliśmy przez 
jakiś czas, przybysz wyciągnął z kieszeni rękawiczkę zawierającą szesnaście reali oraz list, 
dzięki któremu je żebrał, i wyjaśnił, że to licencja na kwestę dla pewnej ubogiej kobiety. 
Wysypał pieniądze z jednej rękawiczki, wyciągnął drugą i złożył je razem, jak zwykli 
składać je lekarze. Zapytałem, dlaczego ich nie włoży na ręce. Odpowiedział, że obie są z 
jednej ręki i że to sposób na posiadanie rękawiczek za darmo. Zauważyłem też, że wciąż 
jest szczelnie owinięty,
i chciałem poznać przyczynę, dla której się tak okrywa.
- Synu mój - odpowiedział - plecy mam w jednym miejscu rozdarte, a obok łatę i plamę z 
oliwy, tylko opatulony po szyję mogę wychodzić na ulicę.
Zrzucił okrycie i zauważyłem, że sutannę ma wypchaną czymś pod spodem. Myślałem, że 
to nogawice, bo tak wyglądało, lecz gdy ją podkasał, by oczyścić się z pcheł, zobaczyłem, 
że ma dwa wałki z tektury, zwisające wzdłuż ud od pasa do kolan, tak by żałobna szata nie 
sprawiała wrażenia włożonej na gołe ciało. Nie miał pod spodem ani koszuli, ani gaci, więc 
nie bardzo było gdzie szukać pcheł, niemniej wszedł do odpchlarni i odwrócił tabliczkę 
podobną do tych, jakie się wiesza w zakrystii, z napisem: „Zajęte", żeby nikt inny nie 
wchodził. Wielkie dzięki składałem Bogu za bezcenny skarb zaradności, jakim obdarzył 
ludzi, których pozbawił bogactw.
- Jeśli o mnie chodzi - oświadczył mój zacny przajaciel - moja dolna część stroju wróciła z 
drogi w tak żałosnym stanie, iż muszę zająć się reperacją.
Zapytał staruchy, czy są jakieś gałgany do łatania (bo dwa razy w tygodniu zbierała je z 
ulicy, jak szmaciarki, dla uzdrawiania chronicznych defektów garderoby swoich panów).

background image

Odpowiedziała, że nie i że z braku łat właśnie don Lorenzo Iñiguez del Pedroso od dwóch 
tygodni leży w łóżku, nie mając czym załatać pantalonów.
W tym momencie wszedł jeszcze ktoś w butach podróżnych, brunatnej pelerynie i 
kapeluszu podwiniętym do góry z obu stron. Dowiedział się od tamtych o moim przybyciu 
i powitał mnie wylewnie. Zrzucił pelerynę, pod którą miał - któż by to odgadł! - kubrak z 
brunatnego sukna od przodu, a z białego płótna z tyłu, przesiąknięty potem. Nie mogłem 
powstrzymać wesołości, na co rzekł kwaśno:
- Przyzwyczaicie się, wasza łaskawość, i nie będzie wam do śmiechu z tak błahych 
powodów. Założę się, że nie wiecie, dlaczego noszę ten kapelusz taki podwinięty.
Powiedziałem, że pewnie przez galanterię i żeby przyciągać wzrok.
- Raczej, żeby go bałamucić - odparł. - Rzecz w tym, musicie wiedzieć, iż nie ma denka,w 
ten zaś sposób tego nie widać.
To mówiąc wyjął z kieszeni około dwudziestu listów tudzież garść reali i oświadczył, że 
reszty nie mógł doręczyć. Brał po realu od każdego doręczenia: listy pisał sam i 
podpisywał, jak mu przyszła fantazja. W ten sposób przesyłał wiadomości, które sam 
wymyślał, rozmaitym szacownym osobistościom, doręczając je w tym stroju podróżnym i 
pobierając za to reala. Powtarzał to każdego miesiąca, budząc mój podziw dla 
nieskończonej różnorodności sposobów prowadzenia tego rodzaju żywota.
Potem przyszło jeszcze dwóch, jeden w sukiennym kaftanie, długim, zakrywającym górną 
część pantalonów, z kołnierzem podniesionym tak, by nie było widać rozdarcia przy szyi. 
Pantalony były z wykwintnego kamlotu w rejonach dostrzegalnych spod kaftana, a reszta 
dosztukowana z barchanu. Sprzeczał się głośno ze swoim towarzyszem, który pod szyją 
nosił kryzę w braku kołnierza, okrytą rodzajem burnusa z braku peleryny, i wspierał się na 
szczudle, z jedną nogą owiniętą w skóry i gałgany, ponieważ spodnie składały się z jednej 
tylko nogawki. Udawał żołnierza i był nim niegdyś, ale niezbyt walecznym i w stronach 
spokojnych. Opowiadał cuda o swych czynach bojowych i jako żołnierz wszędzie miał 
wstęp otwarty.
Ten w kaftanie i sztukowanych spodniach mówił:
- Jesteście mi winni połowę, wasza łaskawość, a przynajmniej jedną trzecią, a jak mi nie 
dacie, przysięgam na Boga, że...
- Nie przysięgajcie, bo w domu nie kuleję, i jak wam przyłożę tym szczudłem, to długo się 
nie pozbieracie.
I dalejże tak od słówka do słówka, a kiedy doszło do czynów, strzępy odzieży zostały w 
ręku przy pierwszych szarpnięciach. Rozdzieliliśmy ich i spytaliśmy, o co się spierają. Na 
to powiedział żołnierz:
- To czyste kpiny! Nic mu się nie należy. Musicie wiedzieć, że kiedyśmy dziś byli w 
kościele świętego Zbawiciela, jakiś chłopaczek podszedł do tego nędznika i spytał, czy 
chorąży Juan de Lorenzano to ja, a ten widząc, że mały niesie w ręku pakunek, mówi, że 
tak. Przyprowadził go i mówi do mnie: „Panie chorąży, spójrzcie, co tu ma dla was ten 
chłopaczek." Pomiarkowałem się od razu i powiadam, że to ja. Dał mi zawiniątko, a było w 
nim dwanaście chusteczek, więc napisałem liścik do jego matki, która posyłała to jakiemuś 
człowiekowi o tym nazwisku. I teraz on chce, żeby mu oddać połowę chustek. Prędzej je 
podrę na strzępy, niż mu dam. Wszystkie są tylko dla mojego nosa!
Spór rozstrzygnięto na jego korzyść. Zabroniono mu tylko wycierać nos w chusteczki i 
kazano je oddać starej do wspólnego użytku, to jest przerabiania na kołnierzyki i mankiety 
stwarzające pozory koszuli. Wycieranie nosa w chustkę zakazane było regułą zakonu, 

background image

należało smarkać w powietrze albo jeszcze lepiej przełykać, ze względów praktycznych i 
oszczędnościowych. Na tym stanęła sprawa.
Gdy zapadła noc, ułożyliśmy się wszyscy na dwóch łożach, ściśnięci niczym narzędzia 
żelazne w skrzynce. Większość nie musiała się rozbierać, ponieważ zachowując strój 
noszony za dnia nie naruszali przepisu spania nago. Co do wieczerzy, to obeszło się bez 
niej.

ROZDZIAŁ II 
KTÓRY ROZWIJA W DALSZYM CIĄGU ROZPOCZĘTY WĄTEK I OPOWIADA 
O RÓŻNYCH DZIWNYCH ZDARZENIACH
 
Z łaski Boga zaświtał nowy dzień i stanęliśmy wszyscy pod bronią. Byłem już z nimi zżyty 
niczym z rodzonymi braćmi, tyle bowiem wzajemnego zrozumienia i życzliwości zawsze 
znajduje się w złej doli. Miło było patrzeć, jak ten czy ów wkłada koszulę dwanaście razy - 
bo z tylu kawałków się składała - przy każdym odmawiając modlitwę, niby kapłan, który 
ubiera się do mszy; temu zabłądziła noga w zaułkach pantalonów i znajdował ją w końcu 
tam, gdzie się najmniej spodziewał; inny prosił o przewodnika, by nałożyć obcisły kaftan, i 
przez pół godziny nie mógł się z tym uporać.
Skończywszy z tym, co nie było rzeczą prostą, wszyscy chwycili za nitkę i igłę, by kilkoma 
ściegami tu i ówdzie zesztukować rozdarcia. Ten, chcąc zeszyć dziurę pod pachą, wyciągał 
ramię w pozycji odwróconej litery L. Inny, na klęczkach, przychodził w sukurs rozprutym 
z tyłu pończochom. Inny zwinął się w kłębek z głową wetkniętą między nogi. Sam Bosch 
nie namalowałby pozycji tak pokracznych jak te, którem widział, kiedy oni szyli, a stara 
dostarczała im szmat i najróżniejszego koloru wstawek, przyniesionych przez żołnierza.
Minęła pora uzdrawiania - tak to nazywano - i przez chwilę wzajemnie dokonywali 
przeglądu, sprawdzając, czy coś nie szwankuje. Postanowili wyjść z domu i prosiłem, by 
najpierw obmyślili ubiór dla mnie, ponieważ chciałem poświęcić na to sto reali i zrzucić 
sutannę.
- Co to, to nie - oświadczyli. - Pieniądze oddaje się do depozytu, a na przyodziewek czerpie 
się z rezerw. Potem przydzielimy wam parafię w mieście, gdzie sami będziecie szukać 
fortuny i sposobów napełnienia brzucha.
Zaakceptowałem ten projekt, złożyłem pieniądze w depozycie i w jednej chwili 
przeobrazili moją sutannę w żałobny strój z kapiszonem, i po skróceniu peleryny wszystko 
wypadło jako tako. Resztki sukna wymienili na stary przefarbowany kapelusz i zręcznie 
wypchali denko. Kołnierz i luźne spodnie zabrali i zamiast tego dali mi nogawice wiązane 
pod kolanami, ze wstawkami tylko z przodu, gdyż boki i tył były ze skóry koźlęcej. 
Jedwabne pończochy nie zasługiwały na tę nazwę, bo kończyły się w odległości czterech 
cali od kolan, którą to przestrzeń miały przykryć obcisłe buty wciągnięte na moje czerwone 
skarpetki. Kołnierz świecił ażurami naturalnego pochodzenia. Włożyli mi go i powiedzieli:
- Kołnierz trochę niepewny jest z tyłu i po bokach. Skoro zauważycieże ktoś na was 
patrzy, obróćcie się w jego stronę jak słonecznik, gdyby zaś było dwóch ludzi po bokach, 
manewrujcie w obie strony, a jeśli chodzi o tych, co idą z tyłu, miejcie zawsze kapelusz 
zsunięty nisko na kark, tak żeby rondo zasłaniało kołnierz i odkrywało całe czoło, a gdyby 
was kto pytał, dlaczego tak chodzicie, odpowiedzcie, że wszędzie możecie wejść z odkrytą 
twarzą.
Dali mi szkatułkę, gdzie były nici czarne i białe, jedwab, sznurek, igła i naparstek, kawałki 

background image

sukna, atłasu i inne szmateczki. Dali mi także nóż, a za pas wetknęli skórzany woreczek z 
hubką i krzesiwem. „Z tą szkatułką przejdziecie przez świat bez pomocy przyjaciół i 
krewnych, w niej się znajdują wszelkie nasze lekarstwa i środki zaradcze. Weźcie to i 
strzeżcie jak oka w głowie."
Jako teren, gdzie miałem szukać fortuny, przydzielono mi dzielnicę Św. Ludwika. I tak 
zacząłem mój dzień pracy, wyszedłszy z domu razem z nimi, tyle że jako nowicjuszowi w 
tym zawodzie dali mi na początek mentora i przewodnika - tego samego, który mnie tu 
przywiódł i nawrócił na ich wiarę.
Wyszliśmy z domu wolnym krokiem z różańcami w rękach i skierowaliśmy się do 
wyznaczonej mi dzielnicy. Wszystkich pozdrawialiśmy uprzejmie, mężczyznom 
kłanialiśmy się zdejmując kapelusz i żałując, że nie możemy zrobić tego samego z ich 
pelerynami, kobietom składaliśmy reweranse, wiedząc, że w nich nie mniejsze niż w 
rewerencjach upodobanie znajdują. Jednemu z napotkanych mówił mój zacny mentor: 
„Jutro mi przyniosą pieniądze", innemu: „Zaczekajcie, wasza łaskawość, jeszcze jeden 
dzień, mojemu bankierowi widać się nie śpieszy." Ten żądał od niego zwrotu peleryny, 
tamtemu śpieszno było odzyskać pasek, z czego wywnioskowałem, że tak był zżyty ze 
swymi przyjaciółmi, iż nie miał ani jednej rzeczy własnej. Szliśmy zygzakiem, 
przechodząc z jednej strony ulicy na drugą, by omijać domy wierzycieli. Jednemu winien 
był mój kompan czynsz za mieszkanie, innemu za wypożyczenie szpady, jeszcze innemu 
za pościel i koszulę. Zaczynałem więc dochodzić do przekonania, iż cały jest wynajęty na 
podobieństwo muła.
Nagle zobaczył z daleka kogoś, kto, jak mi wyjaśnił, bardziej natarczywie niż inni 
dopominał się o zwrot długu, więc aby nie być poznanym przez wierzyciela, nasunął na 
czoło i rozpuścił włosy, które miał zgarnięte za uszy, tak że wyglądał jak pokutnik na 
wielkopiątkowej procesji lub coś pośredniego między świętą Weroniką i psem wodołazem, 
prócz tego jedno oko owiązał przepaską i zaczął ze mną rozmawiać po włosku. Zdążył 
zrobić to wszystko, zanim tamten się zbliżył, zajęty rozmową z jakąś staruchą. 
Widzieliśmy potem, jak krążył wokół nas niczym rozjuszony pies, żegnając się co chwila 
znakiem krzyża, jakby odprawiał egzorcyzmy, i w końcu oddalił się mrucząc:
- Jezu Chryste, myślałem, że to on... Kto zgubił woły, wszędzie dzwoneczki słyszy. 
Pokładałem się ze śmiechu na widok mego przyjaciela. Wszedł do bramy, by uładzić włosy
i zdjąć przepaskę z oka, i rzekł:
- Oto są sposoby wypierania się długów. Uczcie się, bracie, jeszcze tysiące podobnych 
rzeczy zobaczycie na tym świecie.
Poszliśmy dalej i na rogu ulicy, że to było rano, zjedliśmy dwa zakropione gorzałką 
dzwonka melona, które pewna fertyczna przekupka ofiarowała nam bez zapłaty, 
przywitawszy się z moim mentorem. Ten rzekł:
- Oto mamy na dziś rozwiązany problem wyżywienia, coś przynajmniej się przekąsiło. 
Zmartwiłem się na myśl, że sprawa obiadu budzi wątpliwości, i zaprotestowałem w 
imieniu
mego żołądka.
- Chwiejna jest wasza wiara - powiedział - w zakon i religię głodomorów. Pan nasz, który 
nie zawodzi ani kruków, ani wron, ani nawet skrybów, miałby zapomnieć o głodomorach? 
Człowieku małej wiary, jakże ciasny jest twój żołądek!
- Co to, to prawda - odpowiedziałem. - I obawiam się, że będzie jeszcze ciaśniejszy i pusty 
we środku.

background image

Wybiła na zegarze dwunasta, a że byłem jeszcze nie obeznany z praktyką, nie zadowoliły 
się moje kiszki melonem i czułem się zgłodniały, jakbym nic nie. jadł. Sygnał czasu 
odświeżył moją pamięć i zwróciłem się do mego kompana:
- Bracie, głód twardym jest nowicjatem. Człowiek potrzebuje jedzenia tak jak świerzb 
drapania  , a tymczasem wy trzymacie mnie o głodzie. Że wam on nie doskwiera, mała w 
tym zasługa, bo obeznany z głodem od dziecka jak tamten król z trucizną, nim się 
odżywiacie. Nie widzę, żebyście się zbyt gorliwie troszczyli o zatrudnienie dla szczęk, 
więc zamierzam własnym sumptem zrobić, co się da.
- A niechże was! - powiedział. - Dwunasta dopiero, a wam już tak pilno? Bardzo 
punktualne macie potrzeby i terminy, a tu trzeba cierpliwie znosić pewne opóźnienia w 
wypłacie! Tylko byście jedli przez cały dzień! Co więcej robią zwierzęta? Nigdzie nie jest 
napisane, żeby kawaler z naszego zakonu cierpiał na niestrawność z przejedzenia. Już wam 
powiedziałem, że Bóg o nikim nie zapomina. A jeśli tak wam śpieszno, to ja idę na zupę do 
klasztoru San Jerónimo, gdzie braciszkowie utuczeni są jak kapłony, i tam sobie podjem. 
Chcecie iść ze mną, to chodźcie, a jak nie, to każdy szuka obiadu na własną rękę.
- Do widzenia zatem - powiedziałem - bo za bardzo pusto mi w brzuchu, bym się miał 
nasycić resztkami po innych. Każdy idzie swoją ulicą.
Mój przyjaciel odszedł sprężystym krokiem, patrząc pod nogi. Z puszki, którą zawsze w 
tym celu nosił przy sobie, wziął garść okruszyn i obsypał sobie nimi odzież i brodę, żeby 
wyglądało, iż jest po jedzeniu. Ja także ocierałem wąsy i wykałaczką czyściłem zęby, 
usiłując ukryć słabość, owinięty w pelerynę zarzuconą na lewe ramię, bawiąc się różańcem 
złożonym z dziesięciu tylko paciorków. Ktokolwiek przechodził mimo, z pewnością 
uważał mnie za najedzonego, choć w rzeczywistości tylko o moich pchłach można było to 
powiedzieć.
Szedłem ufny w moje dukaciki, choć gryzło mnie sumienie, bo wbrew regule zakonu 
postępował ten, kto z nich korzystał, żyjąc w świecie wyzwolonym z tyranii kiszek. Mimo 
wszystko zdecydowany byłem przerwać post i zgodnie z tym postanowieniem doszedłem 
do rogu ulicy Św. Ludwika, gdzie była paszteciarnia. Oko moje przyciągnął natychmiast 
jeden z pasztetów za osiem maravedi, złocisty, prosto z pieca wyjęty, tchnący jeszcze 
ciepłem i zapachem, który połaskotał moje nozdrza tak, że stanąłem na ulicy niczym pies 
myśliwski, gdy zwęszy zwierzynę. Utkwiłem oczy w to cudo z taką pożądliwością, że 
pasztet wysechł nagle jak pod wpływem uroku. Obmyślając najróżniejsze sposoby, jak go 
podwędzić, skłonny już niemal byłem wejść i zapłacić.
Tymczasem wybiła pierwsza. Postanowiłem w mej rozterce wstąpić do któregoś szynku w 
okolicy. Kiedy już wypatrzyłem jeden, postawił Bóg na mej drodze znajomego, pewnego 
licencjata nazwiskiem Flechilla, który szedł powiewając peleryną, ochlapany błotem 
niczym kareta w sutannie. Rzucił się ku mnie i zaprawdę wydawało się nie do wiary, iż 
mnie rozpoznał w tym przebraniu. Uściskaliśmy się, zapytał, jak mi się wiedzie, na co 
odpowiedziałem:
- Ach, mości licencjacie, ileż mam wam do opowiadania! Żałuję tylko, że czasu nie starczy, 
wyjeżdżam bowiem dziś wieczorem.
- Ja również bardzo żałuję - odparł. - Gdyby nie to, że już tak późno i śpieszę na obiad, 
zatrzymałbym się dłużej, ale moja siostra ze swoim mężem mnie czeka.
- Ach, więc jest tutaj pani Anna? Choćbym miał wszystko rzucić, idźmy tam, bo chciałbym 
dopełnić obowiązku przyjaźni.
Słysząc, że nie jadł jeszcze obiadu, wytężyłem całą moją czujność. Poszedłem za nim i po 

background image

drodze wspomniałem o pewnej dziewczynie, do której zalecał się był swego czasu w 
Alcalá, mówiąc, że wiem, gdzie mieszka, i że mógłbym mu ułatwić wstęp do jej domu. 
Przypadła mu wielce do gustu moja propozycja, bo też fortunny miałem pomysł 
wspominając o tym.
Tak rozmawiając przybyliśmy do jego domu. Weszliśmy i poleciłem moje służby jego

szwagrowi i siostrze, ci zaś, przekonani, iż zostałem zaproszony, przychodząc o tej 
godzinie, upewnili mnie, iż gdyby wcześniej byli uprzedzeni o wizycie tak dostojnego 
gościa, godniej przygotowaliby się na jego powitanie. Skorzystałem ze sposobności, by 
sam się zaprosić, mówiąc, iż jako dawny przyjaciel domu, za afront poczytałbym sobie 
wszelkie ceremonie.
Zasiedliśmy do stołu i by wziąć pod włos licencjata, który ani mnie nie zaprosił, ani mu to 
przez myśl nie przeszło, powracałem od czasu do czasu do tematu tamtej dziewczyny, 
mówiąc, że o niego pytała, że zawsze nosi go w sercu i inne banialuki w tym stylu. Dzięki 
temu mniej surowym okiem patrzył na moje obżarstwo, choć kula, która trafiłaby w jego 
kaftan ze skóry koźlęcej, nie dokonałaby na nim takiego spustoszenia jak ja na koźlęcej 
pieczeni. Połknąłem niemal cały półmisek w dwóch kęsach z tak łapczywym pośpiechem, 
jakbym nawet trzymając zdobycz w zębach jeszcze nie był jej pewien. Bóg świadkiem, że 
nie tak szybko pożera nieboszczyków ziemia przy kościele w Valladolid - na co, jak głosi 
legenda, potrzeba jej dwudziestu czterech godzin - jak ja pożerałem zwyczajny obiad, 
prędzej, niż doręcza pocztę nadzwyczajny kurier. Zapewne i oni zauważyli ów dziki atak 
na bulion aż do ukazania się dna miseczki, gruchotanie kości w moich zębach i 
spustoszenie na półmiskach. A jeśli mam wyznać całą prawdę, wspomnę jeszcze o 
kieszeni, którą napełniłem okruszynami.
Wstaliśmy od stołu, po czym licencjat i ja odeszliśmy na stronę, by uzgodnić sprawę 
odwiedzin w domu wspomnianej osoby. Stojąc z nim tuż przy oknie, udałem, że słyszę 
czyjeś wołanie z ulicy, i wychyliwszy się zapytałem: „O mnie chodzi, panie? Już schodzę!" 
Przeprosiłem go na chwilę, zapowiadając, że zaraz wracam, i zostawiłem w daremnym 
oczekiwaniu, bom czmychnął w myśl przysłowia, które mówi, że po uprzątnięciu ze stołu 
rozprasza się kompania. Spotkaliśmy się potem jeszcze parę razy i musiałem, by się 
usprawiedliwić, obmyślać tysiączne wykręty, o których nie warto tu opowiadać.
Wyszedłszy stamtąd krążyłem ulicami w pobliżu bramy Guadalajara i wreszcie usiadłem 
na ławce pod drzwiami jednego ze sklepów, jakich tam bez liku. Zrządził Bóg, że 
niebawem pojawiły się dwie damy, z tych, co na piękne oczy szukają kredytu, pod eskortą 
duenny i pazia. Spytały kupca o sztukę aksamitu jakiegoś niezwykle pięknego wyrobu. 
Żeby nawiązać rozmowę, zacząłem igrać słowem „aksamit", szukając wyrazów 
pochodnych i rymów, bez żadnego ładu ani składu. Moje swobodne zachowanie 
utwierdziło ich nadzieję na kredyt w tym sklepie, a żem nie miał nic do stracenia, 
zaofiarowałem się ze spełnieniem ich życzeń. Przez chwilę stroiły dąsy mówiąc, że nie 
mogą niczego przyjmować od nieznajomych. Skorzystałem z okazji, by usprawiedliwić 
śmiałość, na jaką pozwalam sobie prosząc je o przyjęcie czegokolwiek, błagałem wszakże, 
by nie odmawiały mi łaski przyjęcia w darze pewnych tkanin, które dziś właśnie przysłano 
mi z Mediolanu i które chciałbym im przesłać wieczorem przez mego pazia (wskazałem 
chłopca stojącego po przeciwnej stronie ulicy), który tam czeka na swego pana zajętego w 
sklepie i dlatego jest bez beretu. I aby wzięły mnie za kogoś dysponującego kredytem i 
ogólnie znanego, co chwilę zdejmowałem kapelusz przed dostojnymi osobami, które tędy 
przechodziły, i nie znając nikogo pozdrawiałem wszystkich, jakbym był ich bliskim 
znajomym. Dały się tym olśnić, a bardziej jeszcze widokiem stu dukatów, którymi 
błysnąłem, dając jałmużnę żebrakowi.
Uznały, że należy już odejść, gdyż zrobiło się późno, i pożegnały się ze mną, zalecając 
ścisły sekret, gdy będę do nich przysyłał pazia. Prosiłem o zastaw w postaci różańca 
nawleczonego na złoty łańcuszek, który trzymała ładniejsza z nich dwóch, aby mieć 

background image

pewność, że zobaczę je nazajutrz. Wzdragały się, zaofiarowałem im jako gwarancję moje 
sto dukatów i wtedy powiedziały mi, gdzie mieszkają. W nadziei wyciągnięcia ode mnie 
czegoś więcej niż sto dukatów, dały mi różaniec, nie żądając gwarancji, i zapytały z kolei o 
moją siedzibę, mówiąc, że paź nie może przyjść do nich o jakiejkolwiek godzinie, 
ponieważ ich rodzina należy do najlepszych w mieście.
Poprowadziłem je przez ulicę Główną i u wylotu ulicy Carretas wybrałem dom, który 
wydał mi się najbardziej okazały, ze stojącą przed wejściem nie zaprzężoną karocą. 
Powiedziałem im, że to ten i że zarówno dom, jak powóz i ich właściciel są na usługi tak 
dostojnych dam. Przedstawiłem się jako don Alvaro z Kordoby i pożegnawszy się z nimi, 
ostentacyjnie wszedłem do bramy. Przypominam sobie też, że gdyśmy wychodzili ze 
sklepu, skinąłem władczym gestem na pazia. Udałem, że polecam mu zostać i tu czekać na 
siebie wraz z resztą służby - to znaczy, zapewniłem moje damy, żem tak powiedział, w 
rzeczywistości zaś spytałem chłopaka, czy jest lokajem mego wuja komandora. 
Odpowiedział, że nie, jak należało się spodziewać, i w ten sposób, jak prawdziwemu 
szlachcicowi przystoi, posłużyłem się cudzym lokajem.
Z nadejściem nocy wszyscyśmy się spotkali w domu. Wszedłszy, zastałem kulawego 
żołnierza z gromnicą, którą mu dali do czuwania przy zmarłym i którą zabrał do domu. Ów 
zwał się Magazo, rodem z Olias, i z wojskiem tyle miał wspólnego, że odgrywał rolę 
kapitana w komedii, a także walczył z Maurami w pewnym balecie. Weteranom z Flandrii 
mówił, że wojował za morzem, a tym zza morza, że we Flandrii. Wspominał wiele bitew, 
ale staczał je tylko ze swymi pchłami, i wymieniał nazwy zamków, widywanych li tylko na 
monetach. Czcił pamięć don Juana z Austrii i wielekroć słyszałem go wspominającego don 
Luisa Quijada, którego przyjaźnią się szczycik. Opowiadał o Turkach, okrętach i kapitanach 
znanych mu jedynie z piosenek, jakie o nich śpiewano, zaś z morzem łączyło go to tylko, iż 
niekiedy jadał morskie ryby. Opowiadając pewnego dnia o bitwie, jaką don Juan wygrał 
pod Lepanto, i nie wiedząc, biedaczysko, że to nazwa morza, oświadczył, iż ów Lepanto 
był straszliwie dzikim i walecznym Maurem. Niejedną ucieszną chwilę dzięki niemu 
spędziliśmy.
Potem przyszedł mój towarzysz z rozbitym nosem i głową owiniętą w szmatę, 
zakrwawiony i zabłocony. Zapytany, co się stało, powiedział, iż poszedł na zupę do Św. 
Hieronima i zażądał podwójnej porcji, mówiąc, że to dla kilku osób uczciwych i 
przyciśniętych biedą. Odmówiono innym żebrakom, by dać jemu, ci zaś, rozeźleni, poszli 
za nim i zobaczyli, jak siedząc w jakimś kącie nie opodal bramy sam żłopał zupę, z 
wielkim zapałem i bez niczyjej pomocy. Podniosły się głosy oburzenia przeciw tym 
oszukańczym praktykom i odbieraniu zupy innym po to, żeby ją połknąć samemu, za nimi 
posypały się uderzenia kijem, a po kijach sińce i guzy na jego biedną głowę. Tłukli go 
dzbankami, a nos został rozbity drewnianą miską, którą mu podsunięto do powąchania z 
większym, niż należało, impetem. Odebrali mu szpadę, wyszedł furtian słysząc ten rwetes, 
lecz nawet jemu nie udało się przywrócić ładu. W końcu nasz brat znalazł się w takim 
niebezpieczeństwie, iż zawołał: „Zwrócę wszystko, com zjadł." I tego wszakże było mało, 
gdyż nie mogli mu zapomnieć, że żądał zupy dla innych, nie dla siebie, jakby się uważając  
za coś wyższego od stałych tutejszych stołowników. „Patrzcie go, fircyka, pajaca z 
gałganów - wołał jakiś student z tych, co przyciśnięci głodem przychodzili się tu pożywić. 
- Łachów ma to na sobie więcej niż szmaciana kukła dla dzieci i dziur niczym we flecie, a 
żałosny jak paszteciarnia w wielkim poście! Niejeden z tych, co korzystają z łask wielkiego 
świętego, mógłby być biskupem i dojść do wielkich godności, a tu jakiś don Łachmyta za 

background image

hańbę to sobie poczytuje! Sam jestem bakałarzem sztuk uniwersytetu w Sigűenza!" Furtian 
musiał go zasłonić własną osobą, kiedy jakiś staruszek zaczął wrzeszczeć, że choć 
przychodzi tu na zupę, jest potomkiem Wielkiego Kapitana Armady i ma koligacje.
Dalej nie wiadomo wszakże, co powiedział, bo nasz towarzysz był już za drzwiami, 
rozcierając potłuczone kości.
 
ROZDZIAŁ III 
DALSZY CIĄG OPOWIEŚCI, W KTÓRYM CAŁE BRACTWO ZNALAZŁO SIĘ 
W WIĘZIENIU
 
Wszedł Merlo Diaz z trzosem obwieszonym glinianymi dzbanuszkami, które zabrał był po 
wypiciu chłodników wyproszonych u furt klasztornych, nie bacząc na pomstę bożą. Po 
chwili wszakże w cień go usunął don Lorenzo de Pedroso, wróciwszy we wspaniałej 
pelerynie, na którą przy stole do gry w kule wymienił własną, niezdolną, mimo blasku 
swych łysin, dodać go swemu właścicielowi. Ten przystępując do gry miał zwyczaj 
zdejmować pelerynę i umieszczać ją razem z innymi, po czym, przerywając partię, szedł po 
swoje okrycie i wybrawszy to, które mu się wydawało najlepsze, wychodził. Tę samą 
sztuczkę stosował przy innych grach i w wielu różnych salonach.
Wszystko to jednak okazało się niczym, gdy zjawił się don Cosme, w orszaku chłopców 
cierpiących na skrofuły i liszaje, chromych, okrytych wrzodami i ranami. Stał się głośnym 
zaklinaczem tych chorób dzięki pewnym specjalnym znakom krzyża i modlitwom 
wyuczonym od jakiejś staruszki. Ten zarabiał na całą kompanię, odprawiając z kwitkiem 
każdego, kto przychodził po poradę nie potrząsając monetami w kabzie, bez jakiegoś 
zawiniątka pod peleryną i bez paru gdaczących kapłonów. Don Cosme doprowadził do 
ruiny połowę królestwa. Wmawiał w każdego, cokolwiek chciał, bo nie było większego niż 
on mistrza w sztuce łgarstwa, tak dalece, iż nigdy, nawet przez roztargnienie, nie 
powiedział prawdy. Mówił o Dzieciątku Jezus, wchodząc do czyjegoś domu pozdrawiał 
obecnych pobożnym Deo gratias lub „Duch święty niechaj będzie z wami". Miał pełny 
rynsztunek świętoszka-obłudnika, przede wszystkim różaniec z ogromnymi paciorkami; 
spod płaszcza zawsze wystawał jakby przez nieuwagę kawałek dyscypliny, opryskanej 
krwią z nosa; gdy się drapał, bo gryzły go wszy, wszyscy byli pewni, że to skutki 
włosiennicy i że przymusowy głód jest dobrowolnym postem. Prawił o pokusach szatana, 
wymawiając jego imię nigdy nie omieszkał dodać: „Bóg niech nas od niego uwolni i 
strzeże", całował ziemię wchodząc do kościoła, uważając się za niegodnego grzesznika, 
nigdy nie podnosił oczu na kobiety, choć, i owszem, zdarzało mu się podnosić im spódnice. 
Tymi sposobami bałamucił i mamił ludzi, którzy mu się oddawali pod opiekę, co równało 
się oddawaniu pod opiekę diabłu. Imienia bożego jeśli wzywał nadaremnie, to nigdy i w 
żadnym wypadku nie za darmo. Co się zaś tyczy kobiet, to miał sześcioro dzieci i za jego 
sprawą dwie dewotki chodziły w stanie błogosławionym. Słowem, z dziesięciu przykazań 
bożych te, których nie łamał, przynajmniej nadwerężał.
Wszedł Polanco z wielkim hałasem i zażądał swojej zgrzebnej szaty pokutnej, wielkiego 
krzyża, przyprawianej brody i dzwonka. W tym to stroju krążył nocą ulicami mówiąc: 
„Pamiętajcie o śmierci, bracia moi, i czyńcie dobro duszom, które odeszły." Dzięki temu 
zgarniał obfitą jałmużnę. Wchodził do domów, gdzie drzwi stały otworem, i jeśli nie było 
świadków ani przeszkód, ściągał, co się znalazło pod ręką, a jeśli spotkał tam kogoś, 
potrząsał dzwonkiem, mówiąc grobowym głosem pokutnika: „Pomnijcie, bracia moi..."

background image

Wszystkie te osobliwe metody i sposoby przywłaszczania sobie czy korzystania z dóbr 
bliźnich poznałem dzięki moim towarzyszom w ciągu jednego miesiąca. Wróćmy wszakże 
do owego pierwszego wieczora, kiedym pokazał im zdobyczny różaniec i opowiedział, co 
mi się przydarzyło tego dnia. Przyklasnęli mi i pochwalili, zaś różaniec powierzono starej 
do sprzedania. Chodziła z nim po domach, opowiadając, iż należy do pewnej biednej 
dziewczyny, która się go wyzbywa, bo przymiera głodem; na każdą okazję miała już 
przygotowaną wzruszającą opowieść. Szlochała co chwila, załamywała ręce i gorzko 
wzdychała, do wszystkich mówiąc: „synu". Swój porządny i dostatni ubiór przykrywała z 
wierzchu zgrzebnym podartym habitem, użyczonym przez pewnego zaprzyjaźnionego 
pustelnika ze wzgórz pod Alcalá. Ona to rządziła swoją trzódką, udzielała rad i kryła 
hultajstwa.
Zechciał wszakże diabeł - który nigdy nie próżnuje strzegąc tych, co mu służą - iż pewnego 
dnia w domu, dokąd poszła sprzedawać jakieś fatałachy, ktoś rozpoznał wśród nich swoją 
własność. Sprowadził alguacila i aresztowano starą, która zwała się matka Labruscas. 
Wyśpiewała tam wszystko, co i jak, opowiedziała, jak żyjemy i czym się trudnimy. 
Zatrzymał ją alguacil w więzieniu i przyszedł do naszego domu, gdzie zastał całe 
towarzystwo i mnie razem z nimi. Miał z sobą sześciu pachołków z pałkami, zbirów nie od 
parady, i z ich pomocą całą akademię poszukiwania fortuny zaprowadził do więzienia, 
gdzie znalazło się nasze bractwo w ciężkich tarapatach.

ROZDZIAŁ IV, 
KTÓRY OPOWIADA O PRZYGODACH W WIĘZIENIU, PÓKIŚMY STAMTĄD 
NIE WYSZLI, STARA I MOI KOMPANOWIE 
W POHAŃBIENIU, A JA ZWOLNIONY NA SŁOWO
 
Gdy weszliśmy, nałożono nam łańcuchy na nogi i zaprowadzono do lochów. Widząc, 
dokąd idziemy, postanowiłem skorzystać z pieniędzy, jakie miałem przy sobie, i 
wyciągnąwszy dublona powiedziałem do strażnika, że chcę pomówić z nim na osobności. 
Żeby zachęcić go i życzliwie usposobić, pokazałem mu monetę, co widząc natychmiast 
odwiódł mnie na stronę.
- Upraszam was, panie - rzekłem - ulitujcie się nad człowiekiem uczciwym, który padł 
ofiarą oszustwa.
Dotknąłem jego dłoni, która wydawała się zaprawiona do tego rodzaju trudów, przyjął 
moje dwadzieścia sześć reali i rzekł:
- Sprawdzę, czyście nie chorzy, i jeśli to nic poważnego, zejdziecie do celi ogólnej. 
Oceniłem tę uprzejmość i odpowiedziałem pokornie. Zostawił mnie na miejscu, zaś moi
towarzysze zepchnięci zostali do lochu.
Nie będę opowiadał o śmiechach i urąganiu, jakieśmy wycierpieli w więzieniu i na ulicy, 
bo jako że prowadzono nas związanych, popychając i szarpiącjednych bez peleryny, 
innych wlokących ją za sobą po ziemi, wart podziwu był widok wstawek i kunsztownych 
łat naszej garderoby, a także pokiereszowanej skóry. Aby trzymać mocno tego czy owego 
przy tak niepewnym okryciu ciała, pachołek chwytał na nagie ciało, a i to nie bardzo było 
za co chwycić, wobec spustoszeń dokonanych w nim przez głód. Inni zostawiali w rękach 
zbirów strzępy kaftanów i spodni, a gdy rozwiązano linę, na której szliśmy jak gdyby 
nawleczeni, przylgnęły do niej gałgany.
W końcu, z nadejściem nocy, wyznaczono mi do spania miejsce w sali dla protegowanych i 

background image

dano pryczę. Niektórzy spali w ubraniach, niczego z siebie nie zdejmując, inni kładli się 
całkiem nago, ściągając za jednym zamachem wszystko, co mieli na sobie, jeszcze inni nie 
kładli się wcale. W końcu pozamykano drzwi i zgaszono światło. Wszyscyśmy zapomnieli 
o kajdanach.
Wspólny dla wszystkich kubeł do załatwiania potrzeb stał u wezgłowia mego łóżka i od 
północy zaczęły się pielgrzymki więźniów do tego miejsca. Z początku słysząc te odgłosy 
myślałem, że grzmi, i żegnałem się pobożnie wzywając świętej Barbary. Niebawem 
wszakże smród wzbudził we mnie podejrzenia co do natury owych grzmotów. Cuchnęło 
tak straszliwie, że przez cały czas trzeba było trzymać nos zatkany. Jedni mieli 
rozwolnienie, inni obstrukcję. W końcu zmuszony byłem zażądać, by przenieśli naczynie w 
inne miejsce, przy czym doszło do wymiany zdań nader dalekich od uprzejmości.
W dalszym rozwoju akcji wysunąłem się na czoło, jako że lepiej pierwszemu rozpoczynać 
bijatykę niż ceremoniał na dworze Kastylii, i śmignąłem któregoś rzemieniem przez gębę. 
Ten, podnosząc się w popłochu, przewrócił kubeł i obudził całą salę. Zaczęliśmy się 
okładać paskami po ciemku, fetor zrobił się taki, że wszyscy musieli wstać z łóżek.
Zgiełk się podniósł na całe więzienie, klucznik, myśląc, że uciekają jego podopieczni, 
nadbiegł uzbrojony z całą drużyną. Otworzył celę, zapalił światło i zaczął dochodzenie. 
Wszyscy byli przeciwko mnie. Usprawiedliwiałem się mówiąc, że całą noc nie dali mi 
zamknąć oczu otwierając swoje spusty, strażnik w nadziei, że dam mu drugiego dublona, 
aby uniknąć zejścia do lochu, ujął sprawę w swoje ręce i kazał mnie tam zaprowadzić. 
Zdecydowany raczej się na to zgodzić, niż jeszcze raz nadszarpnąć moje fundusze, dałem 
się zaprowadzić do piwnicy, gdzie reszta kumpli powitała mnie okrzykami radości.
Spałem tej nocy niezbyt mocno. Wreszcie nadszedł świt i wyszliśmy z ciemnicy. 
Zobaczyliśmy nasze twarze i pierwszą rzeczą, jaką nam powiedziano, było, że jako nowi 
musimy pod karą chłosty dać coś na utrzymanie czystości, w nader prymitywnym tego 
słowa pojęciu. Dałem im sześć reali, moi kompanowie nie mieli co dać i odłożono karę do 
nocy.
Był wśród nas wielki chłop z jednym okiem, wąsaty, z zapadłą twarzą i plecami całymi w 
pręgach od batów. Dźwigał  na sobie więcej żelaza, niż ma go cała ziemia biskajska, dwie 
pary kajdan i łańcuch. Wołali na niego Jayán. Mówił, że go uwięziono za sprawy lekkie jak 
powietrze, i podejrzewałem, że chodzi o kradzież jakichś miechów czy instrumentów 
dętych albo wachlarzy, i spytałem, czy to coś w tym rodzaju. Zaprzeczył i powiedział, że w 
tyle trzeba by tego szukać. Pomyślałem, że rozumie przez to grzechy z dawnych czasów, i 
w końcu dowiedziałem się, że chodzi o szpetną rozpustę. Ilekroć nadzorca karcił go za 
jakieś wykroczenie, wymyślał mu od katowskich pachołków i nazywał generalnym 
depozytariuszem przestępców. Kiedy indziej groził mu: „Nie zaczepiaj, biedaczyno, tego, 
który ma ulecieć z dymem. Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy, po drodze i ciebie 
zmiecie." Wszyscyśmy się bali, że wróci mu chętka do dawnych grzeszków, i czym prędzej 
schodziliśmy mu z drogi.
Przyjaźnił się z innym, który zwał się Robledo, a przezywali go Kolczasty. Ten opowiadał, 
że dostał się do więzienia za liberalizm, przez co należało rozumieć skłonność rąk do 
łapania wszystkiego, co się znalazło w ich zasięgu. Ten dostał więcej batów niż koń 
pocztowy, nie było oprawcy, który by na nim nie wypróbował ręki. Gębę miał tak 
pokreśloną nożem, że wyglądała jak mapa, jedno ucho ucięte za złodziejstwo, a nos 
rozpłaszczony i przedzielony blizną na dwie części.
Prócz tego było czterech innych złodziei, wszyscy groźni jak lew na tarczy herbowej, 

background image

wszyscy skuci kajdanami i skazani na galery. Ci twierdzili, że wkrótce będą mogli 
powiedzieć, iż służyli swemu królowi na morzu i na ziemi. Trudno uwierzyć w radość, z 
jaką czekali na zsyłkę.
Ci wszyscy, rozeźleni na moich towarzyszy za to, że nie dali pieniędzy na uczestnictwo we 
wspólnym życiu, postanowili w nocy sprawić im chrzest przy pomocy liny specjalnie temu 
celowi poświęconej. Nadeszła noc. Stłoczono nas w najdalszym zakątku budynku i 
zgaszono światło. Wlazłem pod moje legowisko. Dwóch zaczęło gwizdać, inni 
wymachiwali liną. Dostojni kawalerowie, widząc, co się święci, ścisnęli się jeden przy 
drugim tak, że wychudzone długimi postami ciała (które prócz tego służyły jako śniadanie, 
obiad i wieczerza wszom i liszajom) wszystkie zmieściły się w wyrwie między deskami w 
podłodze. Całkiem jak gnidy we włosach albo pluskwy w łóżku. Słychać było uderzenia lin 
o deski, bo siedzieliśmy cicho jak trasie. Tamte łajdaki, nie słysząc krzyków, zaprzestali 
bicia i zaczęli rzucać kamienie i cegły przygotowane już zawczasu. Jeden z pocisków trafił 
w kark don Toribia i rozbił mu głowę. Zaczął wrzeszczeć, że go zabijają. Szelmy, by 
zagłuszyć jego wycie, śpiewali chórem i brzęczeli łańcuchami. Don Toribio chciał się 
wśliznąć pod innych. Kotłowali się wszyscy tak, że kości grzechotały jak kołatki 
trędowatych.
Zakończyły swój żywot kunsztownie zeszywane i sztukowane kubraki, nie ocalał ani jeden 
łachman. Kamienie sypały się tak gęsto, że wkrótce don Toribio więcej ażurów miał w 
swej głowie niż najwykwintniejsza koronkowa kryza i nie widząc dla siebie ratunku, 
skazany na śmierć świętego Szczepana bez aureoli świętości, zawołał, żeby go puścili, że 
zapłaci później dając w zastaw to, co mu pozostało z odzieży. Zgodzili się, ku protestom 
innych kawalerów, którzy chcieli zrobić sobie z niego tarczę, i potłuczony, okrwawiony, 
przeszedł na moją stronę.
Inni, mimo skwapliwości, z jaką przyrzekali to samo, mieli już więcej dachówek na głowie 
niż włosów. Proponowali opłacić składkę, zdając sobie sprawę, że lepiej leżeć w łóżku z 
powodu nagości niż kalectwa. Tak więc na tę noc zostawili ich w spokoju, a rano zmusili 
do ściągnięcia wszystkiego, co mieli na sobie, przy czym okazało się, że wszystkich 
zgromadzonych razem szmat nie starczy nawet na knot do świecy.
Pozostali więc w łóżku przykryci derką, w której mieściła się hodowla wszystkich pcheł i 
wszy więziennych. Wkrótce zaczęli odczuwać skutki tego przykrycia, bo krwiożercze 
bestie wygłodniałe były jak wilki i niejedna wetowała sobie na nich ośmiodniowy post. 
Niektóre były wielkie i łagodne jak konie fryzyjskie, inne bojowe i rozdrażnione, gotowe 
skoczyć prosto w ucho byka. W obawie pożarcia żywcem, odrzucili derkę przeklinając 
swój los, drapiąc się do krwi, poszarpani własnymi paznokciami. 

background image

Co do mnie, to wyszedłem stamtąd, przeprosiwszy, że im nie dotrzymam towarzystwa, 
ponieważ nie leży to w moim interesie. Znowu odwołałem na bok strażnika i tym razem 
wsunąłem mu do ręki trzy monety po osiem reali, a że wiedziałem, który z pisarzy ma 
sprawę w swojej pieczy, poprosiłem, by po niego posłano. Kiedy przyszedł, odeszliśmy na 
stronę i, w krótkiej rozmowie rzeczowej, dałem mu do zrozumienia, iż mam przy sobie 
pewną sumę pieniędzy. Prosiłem usilnie, by mi je przechował i w miarę możliwości 
odniósł się przychylnie do nieszczęsnego hidalga, który, padłszy ofiarą oszustwa, wplątany 
został przypadkowo w szpetną aferę.
- Wierzcie mi, wasza dostojność - zapewnił chwyciwszy rzuconą mu nitkę - iż wszystko 
zależy od nas i jeśli nie trafi się na przyzwoitego człowieka, wiele biedy można sobie 
napytać. Więcej ludzi posłałem na galery gratis, dla własnej przyjemności, niż 
naliczylibyście liter w swoim protokole. Zdajcie się na mnie, już ja was wyciągnę z 
tarapatów.
Odszedł i wrócił jeszcze od drzwi, przypominając, iż należy wziąć pod uwagę poczciwego 
alguacila, Diega Garcia, którego warto by uciszyć drobnym datkiem, napomknął także coś
o relatorze, który miał czytać oskarżenie i któremu należało ułatwić połknięcie całej 
klauzuli.
- Ten, co referuje sprawę - oświadczył - jednym zmarszczeniem brwi, jednym 
podniesieniem głosu i tupnięciem nogą dla obudzenia uwagi roztargnionego sędziego może 
zniszczyć porządnego człowieka.
Przyjąłem to do wiadomości i dodałem mu jeszcze pięćdziesiąt reali, w zamian za co 
poradził mi podnieść kołnierz peleryny i dał mi dwie pigułki na katar, któregom się 
nabawił w zimnym lochu. W końcu rzekł patrząc na moje łańcuchy:
- Możecie sobie, wasza łaskawość, oszczędzić tego utrapienia za jedne osiem reali, które 
dacie za to klucznikowi. Ci ludzie spełniają cnotliwe uczynki i gotowi są nieść ulgę 
bliźnim tylko za wynagrodzeniem.
Rada przypadła mi do gustu. Wreszcie odszedł. Dałem klucznikowi więzienia dukata
I zdjął mi łańcuchy.
Wkrótce potem zaprowadził mnie do swego domu. Żonę miał podobną do wieloryba i dwie 
córki z piekła rodem, głupie i dość szkaradne, pomimo to bynajmniej jednak niecnotliwe. 
Tak się złożyło, że klucznik - zwał się Blandones de San Pablo, a jego żona Ana Moráez - 
któregoś dnia, kiedy tam byłem, przyszedł na obiad rozsierdzony i sapał ze złości. Nie 
chciał jeść, a żona, odgadując jakieś poważne zmartwienie, tak go zirytowała natrętnymi 
pytaniami, że w końcu odpowiedział:
- Co się miało stać, ten łotr, złodziej, Almendros, Intendent Budynków Królewskich, 
kiedyśmy się przemówili w sprawie arendy, powiedział, że nie jesteś czysta.
- A jemu co do tego, wydrwigroszowi? - rzekła na to. - Na duszę mego dziadka, co z ciebie 
za mężczyzna, żeś mu nie powyrywał kłaków z brody! Czy ja wołam jego służące, żeby 
mnie szorowały? - I zwracając się do mnie dodała: - Przynajmniej nie może powiedzieć, 
żeśmy jednej krwi, bo z tej, co w nim płynie, połowa tylko jest żydowska, a druga połowa 
złodziejska. Dalibóg, panie Pablos, gdybym ja tam była, przypomniałabym mu o krzyżu 
świętego Andrzeja na plecach!
Klucznik, wielce stropiony, odpowiedział:
- Zrozum, kobieto, żem zmilczał  dlatego, że w tej materii i u ciebie nie wszystko jest w 
porządku! Dla niego nieczysty jest nie ten, co do wieprza z obyczajów podobny, lecz ten, 
co wieprza nie je.

background image

- Więc on powiada, żem Żydówka? I tak cierpliwie to zniosłeś, jakby nigdy nic? Tak sobie 
cenisz honor donii Any Moráez, wnuczki Estebana Rubio i córki Juana z Madrytu, o czym 
wiadomo Bogu i wszystkim na świecie?
- Jak to, córki Juana z Madrytu? - wykrzyknąłem.
- Juana z Madrytu, tego z Auñón.
- Na moją duszę - rzekłem - ten, co tak powiedział, sam jest Żydem, łotrem i rogaczem. -I 
zwracając się do nich: - Juan z Madrytu, moi państwo, który już niebieskich słodyczy 
zażywa, był ciotecznym bratem mego ojca. Już ja dowiodę czystości jego krwi, moja to 
powinność! A jeśli wyjdę z więzienia, każę mu odszczekać te łgarstwa. Mam dyplomy 
nobilitacji w mojej wsi, dotyczące obydwóch braci i złotymi literami pisane.
Uradowali się odkryciem nowego krewniaka i nabrali otuchy słysząc ó dokumentach 
szlachectwa. Co do mnie, to ani je miałem, ani wiedziałem, kim są ci ludzie. Małżonek 
chciał się dowiedzieć szczegółów naszego pokrewieństwa. Ja wszakże, aby nie być 
przyłapanym na kłamstwie, udawałem oburzonego zniewagą, kląłem i pomstowałem. 
Próbowali mnie ułagodzić, prosząc, by już o tym nie mówić, ale ja od czasu do czasu 
przerywałem dalszą rozmowę wykrzyknikami: „Juan z Madrytu! Cóż to, drwią sobie z 
moich dowodów szlachectwa!" Albo: „Juan z Madrytu starszy ożeniony był z Anną 
Acevedo, tą grubą!" I znów zapadałem w milczenie.
Tak to klucznik żywił mnie i gościł w swoim domu, a skryba, zachęcony przez niego i 
przekupiony przeze mnie, tak skrzętnie się zakręcił wokół sprawy, że wkrótce proces 
zakończono. Starą wyprowadzono za bramy więzienia i obwieziono po ulicach na ośle, z 
obwoływaczem, który podawał do wiadomości publicznej jej przewinienia. „Ta kobieta 
ukarana została za złodziejstwo!" - dowiadywali się wszyscy przechodnie, przy wtórze 
świstów bata oprawcy wybijającego takt na jej żebrach z nakazu trybunału. Za nią jechali 
wszyscy moi kompanowie na szkapach do rozwożenia wody, bez kapeluszy, z odkrytymi 
twarzami. Wystawiono ich na wstyd publiczny, co zaś do wstydu prywatnego, to każdy z 
nich za bardzo był obdarty, by mieć go czym okryć.
Skazano ich na sześć lat wygnania. Mnie zwolniono na słowo, dzięki staraniom pisarza. A 
relator nie zaspał gruszek w popiele, bo zmienił ton, mówił cicho i ochrypłym głosem, 
przeskakiwał punkty oskarżenia i połykał całe paragrafy. 

ROZDZIAŁ V 
O TYM, JAK WYNAJĄŁEM MIESZKANIE, I O NIESZCZĘŚLIWYM 
PRZYPADKU, JAKI MNIE W NIM SPOTKAŁ
 
Wyszedłszy z więzienia znalazłem się sam i bez przyjaciół. Chociaż zawiadomili mnie, że 
udają się do Sewilli na koszt Bractwa Miłosierdzia, nie chciałem iść z nimi. Postanowiłem 
poszukać sobie dachu nad głową i znalazłem dom, gdzie wynajmowano pokoje lokatorom. 
Była tam dziewczyna jasnowłosa, o białej skórze, wesoła, wścibska i strzelająca oczyma; 
życie w niej wrzało jak w garnku, gotowe uciec spod przykrywy. Sepleniła lekko, bała się 
myszy i szczyciła się posiadaniem nader pięknych rąk. Żeby je podziwiano, przycinała 
knoty u lamp, rozdzielała jedzenie, w kościele zawsze trzymała dłonie złożone przed sobą, 
na ulicy pokazywała, w którym domu kto mieszka, siedząc w salonie z gośćmi, zawsze 
miała w pogotowiu szpilki do poprawiania upiętej fryzury, z dziećmi bawiła się w „kocie 
łapki". Ziewała umyślnie, nie mając po temu chęci, by zademonstrować zęby i ręce  kreśląc 
znak krzyża na ustach. Jednym słowem, tak już wymiętosiła cały dom swymi pięknymi 

background image

rączkami, że drażniło to nawet jej własnych rodziców.
Dbano o mnie troskliwie w tym domu, gdyż z tego żyli jego właściciele. Prócz mnie było 
tam jeszcze dwóch lokatorów, pewien Portugalczyk i Katalończyk. Powitali mnie bardzo 
uprzejmie.
Dziewczyna wydała mi się niczego sobie, a zwłaszcza dogadzało mi to, żem ją miał pod 
ręką. Wodziłem za nią oczyma, zabawiałem ją i jej matkę historyjkami, które już miałem w 
tym celu przygotowane, znosiłem nowiny, choć ich nie było, jednym słowem świadczyłem 
wszystkie przysługi, które nie kosztowały. Powiedziałem, że znam pewne skuteczne 
zaklęcia, że zajmuję się czarną magią i potrafię wywoływać złudzenia, na przykład, że dom 
się wali albo stoi w płomieniach, tudzież inne brednie, które one, będąc łatwowierne z 
natury, gładko przełknęły. W ten sposób zjednałem sobie przychylność, choć o miłości nie 
było mowy, gdyż nie będąc odziany, jak należało (aczkolwiek bardzom poprawił swoją 
garderobę dzięki memu krewniakowi z więzienia, którego nadał odwiedzałem, 
pokrzepiając siły mięsem i chlebem zjadanym w jego domu), nie zwracałem na siebie 
należytej uwagi.
Chcąc uchodzić w ich oczach za bogacza, który to ukrywa, podczas mojej nieobecności 
posyłałem w odwiedziny do siebie różnych znajomych i kazałem pytać o moją osobę. 
Pierwszy spytał, czy mieszka tu don Ramiro de Guzmán, takie bowiem podałem imię w 
myśl wskazówek moich przyjaciół, którzy twierdzili, że zmiana nazwiska nic nie kosztuje, 
a jest rzeczą pożyteczną. Słowem, spytał o don Ramira, „bogatego kupca, który zawarł 
ostatnio trzy kontrakty z królem". Nie poznali mnie gospodarze po tym opisie i odrzekli, że 
owszem, mieszka tu niejaki don Ramiro de Guzmán, lecz raczej obdarty niż wykwintny, 
niskiego wzrostu, szpetnej twarzy i skromnej kondycji.

background image

- To ten, o którym mówię - odpowiedział. - I nie żądałbym wyższej renty za moją służbę 
Bogu niż ta, jaką on otrzymuje, czyli ponad dwa tysiące dukatów.
Dodał do tego jeszcze wiele innych łgarstw, tak że nie mogły wyjść z podziwu, i 
odchodząc wręczył im fałszywy i wypisany na moje imię czek na sumę dziewięciu tysięcy 
dukatów. Poprosił, by mi go przekazały, i odszedł.
Dziewczyna i jej matka uwierzyły w moją fortunę i wzięły mnie pod uwagę jako kandydata 
na męża. Gdy wróciłem do domu, oddały mi czek, mówiąc:
- Pieniądze i miłość nie dają się ukryć, don Ramiro. Jakże to takie, wasza łaskawość, kim 
jesteście, przy tak bliskiej przyjaźni, jaka nas łączy?
Udałem, że nie podoba mi się to zostawianie czeków, i odszedłem do mego pokoju. Warto 
było widzieć, jakie względy zaczęły mi okazywać, przekonane o moim bogactwie. 
Wszystko im się we mnie podobało, chwaliły, cokolwiek rzekłem, nikt w ich mniemaniu 
nie dorównywał mi dowcipem i bystrością. Zobaczywszy, że chwyciły przynętę, 
zadeklarowałem swoje afekty dziewczynie, ta zaś wysłuchała mnie z wielkim 
ukontentowaniem, pochlebiając mi na wszelkie sposoby. Rozstaliśmy się zadowoleni i 
pewnej nocy, chcąc utwierdzić ich wiarę w moją fortunę, zamknąłem się w mej izbie, 
oddzielonej od ich sypialni zaledwie cienkim przepierzeniem, i wydobywszy pięćdziesiąt 
dukatów liczyłem je tyle razy tam i na powrót, że słyszały brzęk co najmniej kilku tysięcy 
monet. Biorąc mnie za posiadacza tak wielkiej gotówki, straciły głowę i zaczęły mi 
dogadzać tak, jak tylko mogłem sobie życzyć, wzajemnie prześcigając się w usłużności.
Portugalczyk nazywał się senhor Vasco de Meneses, rycerz Zakonu Chrystusowego. Nosił 
czarną żałobną pelerynę, wysokie buty, małą kryzę i ogromne wąsiska. Pogrążony w 
amorach dla donii Berengueli de Robledo, bo tak się nazywała dziewczyna, zabawiał ją 
miłosnym dyskursem, wzdychając niczym dewotka na kazaniu wielkopostnym. Śpiewał 
źle i zawsze kłócił się w tej materii z Katalończykiem, który był najbardziej żałosnym i 
smutnym ze wszelkich stworzeń boskich. Jadał zaledwie raz na trzy dni, i to chleb tak 
twardy, iż nie mógłby go ugryźć ktoś o najostrzejszym nawet języku. Udawał wielkiego 
zucha i gdyby nie to, iż nie mógł znosić jajek, w niczym nie różniłby się od kury, bo gdakał 
wystarczająco podobnie.
Kiedy ci dwaj zobaczyli, jak dobrze posuwają się moje sprawy, zaczęli mnie szkalować. 
Portugalczyk mówił, że jestem zwyczajnym szelmą, wszarzem i drapichrustem. 
Katalończyk wymyślał mi od tchórzy i łajdaków.. Wiedziałem o tym i czasem nawet sam 
słyszałem ich przycinki, alem nie miał ochoty odpowiadać. Tak czy owak, dziewczyna 
rozmawiała ze mną i czytała moje bileciki. Zaczynałem jak zwykle: „Śmiałość, na którą 
pozwalam sobie, olśniony Jej urodą..." etc. Oddawałem się jej w niewolę, rysowałem serce 
przebite strzałą. W końcu zaczęliśmy sobie mówić „ty" i aby podnieść mój autorytet i jej 
mniemanie o mojej osobie, wynająłem kiedyś muła i zmieniając głos, zakutany w pelerynę, 
zastukałem do drzwi domu, pytając o siebie samego, to znaczy, czy mieszka tu jego 
dostojność don Ramiro de Guzmán pan na Valcerrado i Vellorete.
- Mieszka tu - odpowiedziała dziewczyna - kawaler o tym imieniu, małego wzrostu.
Oświadczyłem, że to o niego chodzi, i prosiłem, by mu powtórzono, iż Diego de Solorzana, 
zarządca jego majętności, pobrał był właśnie swoją należność z depozytu i wstąpił tu, by 
ucałować jego ręce. Odszedłem i niebawem znów wróciłem w swojej własnej postaci.
Powitały mnie owacyjnie, pytając, dlaczego zataiłem przed nimi, iż jestem panem na 
Valcerrado i Vellorete, i powtórzyły mi zlecenie mego rządcy. Dziewczyna doszczętnie 
straciła głowę wobec perspektywy tak wspaniałej partii i wyznaczyła mi schadzkę tej samej 

background image

nocy o pierwszej, prosząc, bym przeszedł przez ganek wychodzący na dach, gdzie 
znajdowało się okno jej alkowy.
Diabeł, jako że nie śpi, zrządził, iż tej nocy, zamierzając skorzystać z nastręczającej się 
okazji, wyszedłem na ganek i gdy już miałem przeskoczyć na rzeczony dach, pośliznęła mi 
się noga i spadłem na dach sąsiedni, gdzie mieszkał pewien pisarz sądowy, tak gwałtownie, 
iż połamałem dachówki i potłukłem sobie wszystkie żebra. Przerażony hałasem skryba 
obudził sąsiadów i myśląc, że to złodzieje - bo ludzie jego zawodu we wszystkich widzą 
sobie podobnych - wybiegli wszyscy na dach. Widząc, co się święci, próbowałem skryć się 
za kominem, co jeszcze bardziej utwierdziło ich podejrzenie, tak że skryba, jego dwaj 
słudzy i brat, wygrzmociwszy mnie kijami, związali w oczach mojej damy, ja zaś nie 
miałem możliwości się bronić. Ona wszakże śmiała się tylko, gdyż pamiętając, com jej 
mówił o moim upodobaniu do figli i znajomości czarów, myślała, żem spadł dla żartu lub 
za sprawą magii, i wołała, że już wystarczy, żebym wrócił na górę. Co do mnie, to wyłem z 
bólu potłuczony i wściekły, a najlepsze, że tamta wszystko brała za krotochwilę i nie 
przestawała się śmiać.
Skryba zaczął spisywać protokół i słysząc brzęczenie kluczy w mojej kieszeni napisał, że 
to haki, a choć mu je pokazałem, nie było sposobu przekonać go o pomyłce. Powiedziałem, 
że się nazywam don Ramiro de Guzmán, na co parsknął śmiechem. Nie wiedziałem, co 
robić, zgnębiony poniżeniem, jakie mnie spotkało w oczach mojej damy, i obawą 
ponownego uwięzienia bez winy i w niesławie. Ukląkłem przed nim, prosząc o litość, lecz 
to nie pomogło i nie zdołało go zmiękczyć.
Wszystko się działo na dachu, bo pisarze nawet na dachach potrafią preparować fałszywe 
świadectwa. Potem kazano mi zejść na dół przez okienko w mansardzie, gdzie mieściła się 
kuchnia. 

background image

ROZDZIAŁ VI 
DALSZY CIĄG OPOWIADANIA I O RÓŻNYCH PÓŹNIEJSZYCH 
PRZYGODACH
 
Nie zmrużyłem przez całą noc oka, rozważając nieszczęsne zrządzenie losu, które zamiast 
do okna mojej damy kazało mi trafić w drapieżne szpony skryby. A przypomniawszy sobie
o hakach i arkuszach, jakie z tej okazji zapisał, uznałem, że nic nie rośnie tak szybko jak 
przewinienie pod piórem pisarza sądowego.
Spędziłem noc na obmyślaniu sposobów wydobycia się z opresji. Czasem gotów byłem 
błagać go w imię Chrystusa, lecz wspomniawszy, jak Go potraktowali podobni ludzie za 
życia, nie śmiałem. Tysiące razy próbowałem uwolnić się z więzów, on jednakże, 
wykazując nie mniej gorliwości, by mnie w nich utrzymać, niż ja, by je zrzucić, słyszał 
moje szamotanie i za każdym razem wyłaził z łóżka, żeby sprawdzić, co się dzieje. Wstał o 
świcie i ubrał się, kiedy inni w jego domu spali jeszcze. Chwycił rzemień i zaczął smagać 
mnie po żebrach, pomstując przeciw złodziejstwu jak ktoś, kto dobrze zna się na rzeczy.
W tej sytuacji, kiedy on okładał mnie rzemieniem, a ja bliski byłem decyzji posmarowania 
mu łapy pieniędzmi (krwią, którą szlifuje się tego rodzaju diamenty), zjawili się 
Portugalczyk
i Katalończyk, poruszeni zaklęciami mojej bogdanki (która widziała, jak upadłem i jak 
mnie zbito, przekonana wreszcie, iż nie były to czary, lecz żałosna rzeczywistość), zaś 
skryba widząc ich i słysząc, że ze mną rozmawiają, odkorkował kałamarz i chciał ich 
wciągnąć do protokołu jako wspólników.
Portugalczyk, nie mogąc tego ścierpieć, zaczął mu wymyślać i zwrócił mu uwagę, iż mówi 
do niego „fidalgo"z Domu Królewskiego, i że ja również jestem „home muito fidalgo" i że 
łotrostwem jest trzymać mnie związanego w kij. Zaczął mnie rozwiązywać, co widząc 
skryba wezwał na pomoc swoich dwóch służących, którzy byli czymś pośrednim między 
pachołkami sądowymi a zwykłymi, których się wynajmuje do dźwigania ciężarów, rzucili 
na ziemię peleryny i rozpięli kołnierze, jakby chcieli ukazać ślady ciosów pięści, których 
nie było, i zażądali interwencji straży królewskiej. W końcu tamci dwaj zdjęli mi pęta, a 
pisarz, widząc, że nikt mu nie pomaga, oświadczył:
- Bóg świadkiem, że tak się ze mną nie postępuje, panowie, i gdybyście nie byli tymi, 
którymi jesteście, drogo by was to kosztowało. Rozkażcie zadowolić tych świadków i 
przekonajcie się, iż wam służą bezinteresownie.
Pojmując, do czego zmierza, wydostałem osiem reali i dałem im. Miałem też wielką chęć 
zapłacić mu za cięgi, jakie mi sprawił, alem tego poniechał, bo wstyd mi się było do nich 
przyznać, i odszedłem razem z tamtymi dwoma, dziękując Bogu za ratunek i zwróconą 
wolność.
Do domu wróciłem z twarzą podrapaną i wygarbowanymi nieco plecami. Katalończyck 
śmiał się przekonując dziewczynę, że powinna wyjść za mnie, by stało się wedle 
przysłowia, które mówi: „Najpierw rogi przyprawili, potem kijem dołożyli", a którego 
kolejność została odwrócona. Mówili też o przetrzepanej skórze, „co, jak wiadomo, 
zwinności przydaje figurze", że „nie w kij dmuchał, taka zaprawa sucha", itd. Cały czas tak 
mi docinali, powtarzając dwuznaczne słówka i czyniąc afronty.
Widząc się tak sponiewieranym i stwierdziwszy, jak ucierpiała moja renoma bogacza, 
zacząłem przemyśliwać nad wyprowadzeniem się z tego domu, tak żeby nie płacić za wikt 
i mieszkanie, których koszty urosły tymczasem do pokaźnej sumy, i żeby móc zabrać 

background image

bezpiecznie moje manatki. Porozumiałem się w tym celu z niejakim licencjatem 
Brandalagas, rodem z Hornillos, prosząc go, by przyszedł mnie aresztować pewnego 
wieczora razem ze swoimi dwoma przyjaciółmi. Zjawili się umówionego dnia i 
oświadczyli gospodyni, że przybywają z polecenia Świętego Oficjum, przykazując 
zachowanie tajemnicy. Obie zadrżały ze strachu przypomniawszy sobie, co im mówiłem o 
moich praktykach czarnej magii. Kiedy mnie wyprowadzano, milczały, ale widząc, że 
zabierają moje tobołki, zażądały zastawu za nie uiszczony dług, na co im odpowiedziano, 
że dobra te przechodzą na własność Inkwizycji. Po tych słowach nikt nie śmiał już się 
odezwać.
Pozwoliły im odejść i mówiły potem, że zawsze się tego bały. Portugalczykowi i 
Katalończykowi opowiadały o tych, co przyszli po mnie, i obaj orzekli, iż były to demony i 
że ja znajdowałem się pod obserwacją Inkwizycji. A gdy im powiedziały o tych 
pieniądzach liczonych w nocy, odpowiedzieli, że tylko wydawały się pieniędzmi, w 
rzeczywistości jednak było to co innego. W żaden sposób nie dały się o tym przekonać.
Ocaliłem więc moją odzież i to, com zaoszczędził na utrzymaniu. Z kompanami, którzy mi 
pomogli, ułożyliśmy, iż zmienię ubiór przywdziewając ozdobne pończochy i modny strój, 
że będę nosił wielkie kołnierze i przyjmę lokaja "rozmienionego na drobne", to jest dwóch 
paziów, co było podówczas w modzie. Zachęcili mnie do tego, ukazując korzyści 
świetnego małżeństwa, jakie mogę zawrzeć uchodząc za człowieka bogatego, co nierzadko 
zdarzało się w stolicy. Przyrzekli mi nawet w tym dopomóc, szukając odpowiednich partii i 
wskazując sposób doprowadzenia sprawy do skutku. Wiedziony chciwością i znęcony 
nadzieją bogatego ożenku, zgodziłem się na wszystko. Obiegłszy kilka wyprzedaży 
zakupiłem moją wyprawę ślubną, dowiedziałem się, gdzie wynajmują konie, i wybrałem 
sobie wierzchowca. Poszukiwałem też lokaja, ale pierwszego dnia nie mogłem go znaleźć. 
Udałem się na ulicę Główną i stanąwszy przed sklepem rymarza udawałem wielce 
zainteresowanego uprzężą. Weszli tam dwaj kawalerowie, każdy ze swoim lokajem, i 
spytali mnie, czy kupuję ten rząd nabijany srebrem, który akurat oglądałem. Na to 
rozwiązał mi się język i zatrzymałem ich na chwilę prawiąc tysiączne uprzejmości. W 
końcu, gdy powiedzieli, że wybierają się na przejażdżkę po Prado, spytałem, czy pozwolą 
mi dotrzymać sobie towarzystwa. Kupcowi zostawiłem polecenie, by wysłał na Prado 
moich paziów i lokaja, kiedy nadejdą. Opisałem ich liberię, wepchnąłem się między 
tamtych dwóch i wyruszyliśmy. Po drodze myślałem, że nikt, kto by nas widział, nie 
mógłby określić, do kogo należą lokaje ani któremu z nas go brakuje.
Z wielką swadą zacząłem opowiadać o turniejach rzutu oszczepem w Talavera, o jednym z 
moich kom niebieskobiałej maści i o wspaniałym ogierze, którego mieli mi przysłać z 
Kordoby. Spotykając jakiegoś pazia czy lokaja prowadzącego konia zatrzymywałem ich 
pytając, czyj to koń i czy jest na sprzedaż. Przejeżdżałem na nim parę razy po ulicy i 
choćby zwierzęciu nic nie brakowało, zawsze wynajdowałem jakiś defekt, dodając, jak 
można na to poradzić. Szczęśliwym trafem wiele mi się zdarzyło tego rodzaju okazji. 
Tamci dwaj wytrzeszczali oczy, że zaś, jak mi się wydało, zadawali sobie pytanie, kim jest 
ten włóczęga, co na cudzych koniach rozjeżdża, i ponieważ jeden nosił odznakę zakonu 
rycerskiego na piersiach, a drugi diamentowy łańcuch oznaczający zarówno przynależność 
do zakonu, jak i tytuł do pobieranej stąd renty, powiedziałem, iż szukam dobrych koni dla 
siebie oraz mego stryjecznego brata, gdyż mamy obaj uczestniczyć w konkursach.
Znaleźliśmy się na Prado. Wjeżdżając w aleję wyrzuciłem nogę ze strzemienia i 
zeskoczywszy na ziemię zacząłem się przechadzać. Pelerynę miałem zarzuconą na ramię i 

background image

kapelusz w ręku. Wszyscy mi się przyglądali, ten i ów mruczał: „Tego zawsze dotychczas 
widziałem na piechotę", a inny: „Jak się to pięknie przystroił, filut." Udawałem, że nie 
słyszę, i spacerowałem po alei.
Moi nowi kompanowie podeszli do powozu, w którym siedziały damy, prosząc mnie, bym 
im pomógł je zabawiać. Zostawiłem im dziewczęta, a sam zająłem się matką i ciotką. Były 
to wesołe staruszki, jedna miała pięćdziesiątkę, druga trochę mniej. Prawiłem im dusery, 
których słuchały chętnym uchem, bo żadna niewiasta, choćby nie wiem jak stara, nie 
osiągnęła wieku równie wysokiego jak jej pretensje. Obiecywałem im gościńca i spytałem 
o ich młode towarzyszki, odpowiedziały, iż obie są jeszcze panienkami, co zresztą było 
widać po ich zachowaniu. Wyraziłem zwykłe w takich okolicznościach życzenie, by 
zostały skojarzone wedle swych po temu zasług. Bardzo im się podobała moja ogłada i 
dworność i zapytały z kolei
o moje zajęcia w stolicy. Odpowiedziałem, że uciekłem od rodziców, którzy chcieli ożenić 
mnie wbrew sercu, z dziewczyną brzydką, głupią i niepewnego pochodzenia, jedynie przez 
wzgląd na jej posag. „Ja zaś, czcigodne panie, wolę pojąć żonę czystej krwi 
chrześcijańskiej, bodaj w jednej koszuli na grzbiecie, niż bogatą Żydówkę, bo z łaski Boga 
mój majorat wart jest, najniżej szacując, około czterech tysięcy dukatów rocznego 
dochodu. A jeżeli wygram pewien proces, który jest na dobrej drodze, niczego więcej nie 
będę potrzebował." Na to aż podskoczyła ciotka:
- Aj, wasza dostojność, jakże was za to miłuję! Nie żeńcież się inaczej jak tylko po sercu
i z kobietą czystej kasty. Upewniam was, iż chociażem niezamożna, nie chciałam dotąd 
wydać mojej bratanicy mimo bogatych partii, jakie się jej trafiały, również mając na 
względzie nie dość wysokie urodzenie. Ona sama niezbyt znacznej jest fortuny, ze swym 
ledwie sześciotysięcznym posagiem, ale co się tyczy szlachetności krwi, nie ustępuje 
nikomu.
- Nie wątpię o tym - odpowiedziałem.
Tymczasem panienki zakończyły rozmowę z kawalerami żądając zaprosin na 
podwieczorek. Lecz oto:
 
...Jeden na drugiego spogląda 
I wszystkim trzęsą się brody...

Widząc nastręczającą się sposobność wyraziłem ubolewanie, że nie ma mych paziów, 
wskutek czego nie mogę posłać do domu po łakocie. Ponieważ dały wyraz swej 
wdzięczności za dobre chęci, usilnie prosiłem, by raczyły przybyć nazajutrz do parku Casa 
del Campo, dokąd przyślę moją służbę z podwieczorkiem. Zgodziły się, powiedziały, gdzie 
mieszkają, i mnie o to zapytały. Potem odjechały, a ja i moi nowi znajomi wyruszyliśmy w 
drogę powrotną do domu.
Oceniając wspaniałomyślność, jaką okazałem w materii podwieczorku, obaj kawalerowie 
zapałali  do mnie sympatią i chcąc mnie zobowiązać, zaprosili, bym zjadł z nimi wieczerzę. 
Kazałem się prosić trochę, nie za wiele, i w końcu zasiadłem z nimi do stołu, posyłając 
kogoś na poszukiwanie moich paziów i przysięgając wypędzić ich ze służby za 
niedbalstwo. Wybiła dziesiąta, powiedziałem, iż wzywają mnie obowiązki natury sercowej, 
powinni więc usprawiedliwić moje odejście, i odszedłem, uzgodniwszy, iż spotkamy się 
nazajutrz po południu w Casa del Campo.
Pobiegłem zwrócić wynajętego konia, a stamtąd do domu. Zastałem kompanię grającą w 

background image

karty. Opowiedziałem, co mi się przydarzyło, i o moim zobowiązaniu na dzień jutrzejszy i 
postanowiliśmy niechybnie wysłać ów podwieczorek, choćbyśmy mieli na to wydać ze 
dwieście reali.
Z tym postanowieniem położyliśmy się spać. Wyznaję, żem całą noc oka nie mógł 
zmrużyć, zastanawiając się, co zrobię z posagiem, dręczony wątpliwościami, czy mam za 
to wybudować dom, czy złożyć pieniądze na procent, nie wiedząc, co lepsze i przyniesie 
większy zysk...

background image

ROZDZIAŁ VII 
W KTÓRYM OPOWIEDZIANY JEST DALSZY CIĄG HISTORII ORAZ INNE 
PRZYGODY I NIESZCZĘŚCIA, JAKIE NA MNIE SPADŁY
 
Nazajutrz od świtu zaczęliśmy deliberować nad sprawą zdobycia służących, sreber oraz
prowiantu na podwieczorek. Ostatecznie, ponieważ pieniądz wszystkie przeszkody usuwa i 
nie ma takiego, kto by dlań nie miał respektu, zapłaciliśmy pasztetnikowi pewnego 
dostojnika i ten dostarczył nam zastawę oraz podjął się służyć nam osobiście wraz z trzema 
kuchcikami.
Cały ranek minął na przygotowaniach i po południu miałem już wynajętego konika. O 
naznaczonej -godzinie wyruszyłem do Casa del Campo z trzosem pełnym papierów 
imitujących dokumenty i memoriały, a z rozpiętego na sześć guzików kaftana również 
wyzierały szlacheckie patenty. Przybywszy na miejsce zastałem tam już damy oraz 
kawalerów. Damy przywitały mnie nader przychylnie, a kawalerowie zwracali się do mnie 
per „wy", pomijając „łaskawość" na znak poufałości. Powiedziałem, że się nazywam don 
Felipe Tristán, i cały czas słyszało się tylko moje imię, don Felipe tu, don Felipe tam, bez 
końca. Zacząłem od narzekania, jak wiele czasu zajęły mi różne sprawy do załatwienia z 
rozkazu JKM oraz rachunki dotyczące mego majoratu, z których to powodów bałem się, iż 
nie będę mógł się stawić na spotkanie, dlatego też muszą wybaczyć mi pośpiech, z jakim 
przygotowana została ta skromna biesiada na świeżym powietrzu.
Tymczasem nadszedł pasztetnik ze swoją asystą, srebrem i prowiantem. Tamci 
kawalerowie i damy przyglądali mi się z podziwem i w milczeniu. Poleciłem służbie 
przyrządzić wszystko w altanie, my zaś tymczasem mieliśmy udać się na spacer w stronę 
stawów. Staruszki prześcigały się w uprzejmościach dla mnie, ja zaś rad byłem oglądać 
odkryte twarze panienek, bo odkąd żyję na świecie, nie widziałem nic tak ślicznego jak 
dziewczyna, którą sobie wybrałem za żonę: biała, jasnowłosa, rumiana, wysoka i smukła, 
usta miała małe, zęby drobne i gęste, prosty nos, zielone oczy wykrojone w kształt 
migdałków i rzadkiej piękności ręce. Druga też była niebrzydka, ale bardziej swobodna w 
obejściu i, rzekłbyś, trochę już wycałowana.
Poszliśmy nad stawy, obejrzeliśmy wszystko i z rozmowy wywnioskowałem, iż 
niewinność mej wybranki narażałaby ją w czasach Heroda na wielkie niebezpieczeństwo. 
Nie umiała do trzech zliczyć. Ponieważ jednak nie potrzebuję kobiet na doradców ani po 
to, by mnie zabawiały, lecz po to, żeby z nimi spać - i jeśli są brzydkie i uczone, to tak 
jakbyś kładł się do łóżka z Arystotelesem czy Seneką albo z książką - dbam głównie o to, 
żeby się do rzeczy nadawały, i dziewczyna im głupsza, tym bardziej mi się podoba. Ta 
myśl mnie pocieszyła. Wróciliśmy do jadalni i przechodząc przez gąszcz drzew 
zawadziłem o gałąź, tak że rozdarł się w jednym miejscu mój wykwintny kołnierz. 
Dziewczyna spięła mi koronki srebrną szpilką, a jej matka powiedziała, bym przysłał 
rozdarty kołnierz do domu, a naprawi go doña Ana, tak bowiem nazywała się moja 
wybranka.
Wszystko układało się idealnie, podwieczorek wypadł obfity i smakowity, były przekąski 
zimne i gorące, cukry i owoce. Gdy już zdjęto obrusy, zobaczyłem nadchodzącego aleją 
kawalera z dwoma służącymi i gdy tylko się zbliżył, poznałem w nim mego poczciwego 
don Diega Coronel. Podszedł bliżej i widząc mnie w tym stroju przyglądał mi się 
badawczo. Przywitał się z damami, do których zwracał się per „kuzynki", ale przez cały 
czas nie spuszczał mnie z oka. Zacząłem rozmawiać z pasztetnikiem, podczas gdy tamci 

background image

dwaj kawalerowie, zaprzyjaźnieni z moim dawnym panem, pogrążyli się w ożywionej z 
nim gawędzie.
Pytał ich, jak się potem okazało, o moje nazwisko, ci zaś odpowiedzieli: Don Felipe 
Tristán, kawaler bardzo godny i bogaty. Zobaczyłem, że się przeżegnał, i w obecności 
wszystkich powiedział do mnie:
- Wybaczcie mi, wasza łaskawość, bo pókim się nie dowiedział waszego nazwiska, miałem 
was za kogo innego. Jeszczem nie widział większego podobieństwa na tym świecie, 
jakbyście skórę zdarli ze sługi, którego miałem w Segowii i który zwał się Pablillo, syn 
golibrody z tego miasta.
Wszyscy się śmieli, ja zaś dokładając wszelkich wysiłków, żeby mnie nie zdradził 
rumieniec, nadmieniłem, że chciałbym zobaczyć tamtego człowieka, bo niejeden raz już 
słyszałem, żem do niego podobny jak dwie krople wody.
- To za mało powiedziane - oświadczył don Diego. - Ten sam wzrost, głos, gesty. Nie do 
wiary wręcz takie podobieństwo, nadziwić mu się nie mogę.
Wtedy stare damy, matka i ciotka, uznały za rzecz niemożebną, iżby tak dostojny kawaler 
podobny był do włóczęgi tak podłej kondycji. Bym zaś nie żywił żadnych podejrzeń co do 
ich przychylności, dodała:
- Znam bardzo dobrze don Felipa, ponieważ gościł nas z polecenia mego męża, który 
wielce się z nim przyjaźnił w Ocaña.
Pojąwszy, do czego zmierza, odpowiedziałem, iż moim pragnieniem jest służyć im 
wszędzie i zawsze, w miarę moich skromnych możliwości.
Don Diego również zaofiarował mi swe służby i przeprosił za zniewagę, jaką mi był 
wyrządził, biorąc mnie za syna golibrody.
- Nie uwierzy wasza łaskawość, iż jego matka była czarownicą, ojciec złodziejem, a stryj 
katem, on sam zaś najbardziej zepsutym i skłonnym do złego chłopakiem, jakiego 
kiedykolwiek Bóg stworzył.
Łatwo sobie wyobrazić, jak miło było mi słyszeć mówione prosto w oczy takie obelgi! 
Czułem się, choćbym najskryciej to w sobie taił, jak przypiekany rozżarzonym węglem. 
Postanowiliśmy wracać do miasta. Ja i dwaj tamci pożegnaliśmy się z damami, zaś don 
Diego Coronel wsiadł z nimi do powozu. Zapytał, jak się udał podwieczorek i jak im 
przypadło do gustu moje towarzystwo, na co matka i ciotka powiedziały o moim majoracie 
i tylu a tylu dukatach dochodu, i o tym, że chciałbym poślubić Anitę. Prosiły go, by 
zasięgnął co do mnie informacji, a sam się snadnie przekona, iż związek ten byłby nie 
tylko słuszny, ale i zaszczytny dla całej rodziny.
Tak dojechali do domu, w którym mieszkali i który mieścił się przy ulicy Arenal, nie 
opodal kościoła San Felipe. My tymczasem udaliśmy się wszyscy razem do domu moich 
nowych przyjaciół, jak poprzedniej nocy. Zaprosili mnie na partię kart, pragnąc mnie 
oskubać. Przejrzałem ich zamiary i zasiadłem do gry. Przynieśli karty, z góry już ułożone. 
Przegrałem pierwszą rozgrywkę. Potem przeszedłem do ataku i wygrałem około trzystu 
reali. Skończywszy na tym pożegnałem się i poszedłem do domu.
Zastałem moich towarzyszy, licencjata Brandalagas i Pera López, roztrząsających projekt 
wspaniałej rozgrywki w kości. Na mój widok zaniechali dyskusji, pragnąc dowiedzieć się, 
jak mi poszło. Byłem zgryziony i zatroskany i nie ukrywałem, żem się znalazł w ciężkiej 
opresji. Opowiedziałem im, jak spotkałem don Diega i co z tego wynikło. Pocieszyli mnie, 
doradzając, żebym nić po sobie nie dał poznać i nie rezygnował z moich planów, pod 
żadnym pozorem nie zbaczając z wytkniętej drogi.

background image

Po chwili zawiadomiono nas, że w domu aptekarza z sąsiedztwa idzie wysoka gra. Znałem 
się na tym coś niecoś, mając w zanadrzu sztuczek bez liku i odpowiednio potasowane 
karty. Postanowiliśmy tam iść i zagrać „w pochowanego" - tak się bowiem nazywa pogrzeb 
czyjejś sakiewki. Wysłałem naprzód kompanów z zapytaniem, czy chcieliby zagrać z 
pewnym świątobliwym braciszkiem, który przybył tu leczyć się z choroby w domu swych 
kuzynek i przywiózł z sobą ciężkie pieniądze w różnej monecie. Zabłysły im oczy i 
zawołali:
- Dawajcie braciszka i oby nam przyniósł szczęście!
- To dostojna figura w zakonie - oświadczył Pero López - że zaś wyszedł z klasztoru, 
chciałby się rozerwać, bo gra raczej dla przyjemności, nie dla wygranej.
- Niechże przyjdzie i gra sobie, jak chce.
- Nikt obcy nie może tu wejść, wszystko ma być po cichu i dyskretnie - uprzedził 
Brandalagas.
- O tym nie ma co i mówić - zapewnił gospodarz. W ten sposób nabrali zaufania i uwierzyli 
łgarstwu.
Przyszli moi akolici i wkrótce miałem już na głowie zakonną piuskę, habit braciszka 
benedyktyna, okulary i brodę, która jako że starannie uczesana, nie była od rzeczy. 
Wszedłem cichutki i pokorny, usiadłem i przystąpiliśmy do gry. Tamci grali śmiało, 
uważając mnie za gołąbka ofiarnego, lecz sami padli ofiarą gołąbka, bo mając większą od 
nich wprawę tak im popędziłem kota, że w przeciągu trzech godzin zgarnąłem tysiąc 
trzysta reali. Potem spasowałem i mrucząc: „Pochwalony niech będzie...", wycofałem się z 
gry upominając, by nie czuli się zgorszeni moim w niej udziałem, ponieważ chodziło 
jedynie o rozrywkę, nic innego. Tamci, zgrani do nitki, posyłali mnie do wszystkich 
diabłów. Pożegnałem się i wyszliśmy.
Do domu wróciliśmy o pół do drugiej i położyliśmy się rozdzieliwszy między siebie 
wygraną. To mnie trochę podniosło na duchu po niepowodzeniach i rano wstałem 
wcześnie, by poszukać sobie konia. Nigdzie nie znalazłem  ani jednego do wynajęcia, z 
czego wywnioskowałem, że wielu jest takich jak ja. Jednakże iść na piechotę - to nie 
uchodziło, a zwłaszcza teraz, udałem się więc na plac San Felipe. Tam spotkałem lokaja 
trzymającego konia w oczekiwaniu na swojego pana, pewnego adwokata, który 
przejeżdżając wstąpił do kościoła, by wysłuchać mszy. Wetknąłem mu do ręki cztery reale, 
żeby póki jego pan jest w kościele, dał mi wsiąść na konia i pozwolił przejechać dwa razy 
ulicą Arenal, na której mieszkała moja dama.
Zgodził się, wsiadłem na konia i przejechałem ulicą tam i z powrotem, nie widząc nic. Przy 
trzecim obrocie wyjrzała z balkonu doiła Ana. Na jej widok, choć nie znałem narowów 
konia ani nie byłem dobrym jeźdźcem, chciałem dać popis brawury. Śmignąłem konia 
biczykiem, ściągnąłem cugle, a tu bestia staje dęba, po czym, wierzgnąwszy dwa razy, 
rusza naprzód i zrzuca mnie przez łeb i szyję prosto w kałużę.
Widząc się w tym żałosnym stanie, otoczony chmarą dzieciaków, które zdążyły utworzyć 
zbiegowisko przed oczyma mojej damy, krzyknąłem:
- Och, diable nasienie! Widać, żeś z tych osławionych stadnin, szatanie! Na tamten świat 
mnie wyprawią te twoje narowy! Ostrzegano mnie przed nimi, alem chciał spróbować!
Lokaj już prowadził konia, który w chwilę później się zatrzymał. Wsiadłem znowu, i 
zwabiony hałasem wyszedł don Diego, który mieszkał w tym samym domu co jego 
kuzynki. Na jego widok oniemiałem. Zapytał, co się stało, powiedziałem, że nic, chociaż 
miałem skaleczoną nogę. Lokaj naglił, żeby zsiadać, zanim wyjdzie z kościoła jego pan, bo 

background image

zaraz mieli jechać do Pałacu Królewskiego.
Pod taką już nieszczęsną gwiazdą się urodziłem, że w chwili kiedy lokaj to mówił, 
adwokacina zaszedł nas z tyłu i poznawszy swego wierzchowca dalejże wymyślać 
lokajowi i wygrażać mu pięściami krzycząc, że to bezczelność wypożyczać komuś jego 
konia. I co najgorsze, zwrócił się do mnie rozkazując mi zsiadać, wielce rozsierdzony. 
Wszystko się działo na oczach mojej damy i don Diega: pod żadnym pręgierzem nie 
wycierpiał nikt jeszcze takiej hańby. Zaiste, żałosne było spotkanie dwóch nieszczęść 
naraz. Musiałem zsiąść, adwokat wskoczył na konia i odjechał. Aby jakoś wybrnąć z 
sytuacji, zostałem przez chwilę na ulicy i zwróciłem się do don Diega:
- Nigdym jeszcze nie siedział na tak narowistym koniu - tłumaczyłem się. - Mój gniadosz, 
który jest tu na placu San Felipe, to znakomity kłusak i wyścigowiec. Mówiłem im, że 
osadzam go w galopie, a na to oni, że jest taki koń, z którym tego nie potrafię, właśnie ten 
tego licencjata. Chciałem spróbować. Nie do wiary, jaki twardy jest w kłębach, i z takim 
złym siodłem cud, że mnie nie zabił.
- Rzeczywiście - odparł don Diego - a w dodatku, jak się zdaje, skaleczyliście sobie nogę.
- W rzeczy samej - powiedziałem. - I chciałbym iść po mego konia, a potem do domu. 
Dziewczynę zadowoliło to wyjaśnienie i współczuła mi z powodu mego upadku, ale don
Diego nabrał do mnie podejrzeń po historii z adwokatem i to się stało przyczyną mojej 
klęski, podobnie jak wielu innych, które na mnie spadły. Lecz najgorsze nieszczęście, 
fundament wszystkich innych, czekało mnie w domu, bo gdym tam wrócił i zajrzał do 
skrzyni, gdzie miałem przechowane wszystkie pieniądze, które mi pozostały ze spadku, i 
te, com wygrał -z wyjątkiem stu reali, które miałem przy sobie - odkryłem, że zacny 
licencjat Brandalagas i Pero López przywłaszczyli sobie moje mienie i pierzchli. 
Osłupiałem, nie wiedząc, jak szukać ratunku w moim rozpaczliwym położeniu. Mówiłem 
sam do siebie: „Biada temu, kto ufa fortunie nieuczciwie zyskanej, bo ta znika tak, jak 
przyszła! O, ja nieszczęsny! Cóż teraz pocznę z sobą?" Nie wiedziałem, czy szukać 
sprawców, czy dać znać sprawiedliwości. To ostatnie nie widziało mi się, bo gdyby zaczęli 
ich naciskać, musieliby wyjaśnić historię z przebraniem za mnicha i inne rzeczy, to zaś 
groziło stryczkiem, a szukać ich - nie wiedziałem gdzie. W końcu, żeby nie stracić także 
szansy ożenku, bo jedyny ratunek widziałem w posagu, postanowiłem pozostać na miejscu 
i przyśpieszyć sprawę, jak tylko się da.
Przekąsiłem coś, a po południu wynająłem konia i wyruszyłem na przejażdżkę. Nie miałem 
jednak lokaja, a nie chcą pokazywać się bez niego na ulicy, czekałem na rogu, aż będzie 
przejeżdżał jakiś człowiek, który mógłby się wydawać lokajem. Kiedy się taki ukazał, 
ruszyłem jego śladem, czyniąc go lokajem mimo woli, a gdyśmy dojechali do końca ulicy, 
skryłem się za róg i czekałem na następnego, jechałem za nim kawałek i znów zawracałem.
I nie wiem, czy zwyciężyła tu siła prawdy, żem był tym samym szelmą, którego znał don 
Diego, czy to na skutek podejrzeń, jakie w nim obudziła historia z koniem licencjata, czy z 
innego powodu, dość, że don Diego zaczął rozpytywać, kim jestem i z czego żyję, 
szpiegując moje kroki. W końcu tyle dokazał, że w sposób najdziwniejszy w świecie 
dowiedział się prawdy. Nalegałem nieustępliwie na spisanie intercyzy ślubnej i don Diego, 
przynaglany przez damy, które także chciały jak najprędzej doprowadzić rzecz do skutku, 
poszukując mnie spotkał się z licencjatem Flechilla, tym, który mnie zaprosił na obiad, 
kiedy jeszcze mieszkałem z moimi pierwszymi kompanami. Ów zaś, zły na mnie za to, 
żem go wbrew obietnicy nie odwiedził w wiadomej sprawie, rozmawiając z moim dawnym 
panem i wiedząc, że byłem kiedyś jego sługą, opowiedział mu o przypadkowym spotkaniu 

background image

i tym proszonym obiedzie, dodając, iż dwa dni temu widział mnie na koniu wykwintnie 
ubranego i żem mu powiedział o mych projektach niezwykle bogatego ożenku. Nie czekał 
dłużej don Diego i spotkawszy w drodze powrotnej koło Puerta del Sol dwóch kawalerów, 
moich znajomych, tych z zakonu rycerskiego, opowiedział im, co i jak, polecając być w 
pogotowiu i rozbić mi głowę, jeśli mnie zobaczą wieczorem na ulicy. Powiedział, że 
poznają mnie po pelerynie, którą on ma w tej chwili na sobie i którą zamieni na moją. 
Uzgodnili rzecz całą i skręcając w ulicę natknęli się na mnie. Wszyscy trzej tak dobrze 
udawali, żem nigdy nie był bardziej pewny ich przyjaźni niż wtedy. Gawędziliśmy do 
zmierzchu, projektując, jakby spędzić przyjemnie ów wieczór. Potem tamci obaj odeszli, a 
ja i don Diego, zostawszy sami, udaliśmy się w stronę San Felipe.
U wylotu ulicy de la Paz rzekł don Diego:
- Zaklinam was, don Felipe, zamieńmy się pelerynami, zależy mi na przejściu tędy tak, by 
mnie nikt nie poznał.
- Ależ chętnie - odpowiedziałem, niczego nie podejrzewając.
Naiwnie okryłem się jego peleryną i dałem mu swoją. Ofiarowałem się też towarzyszyć mu 
i służyć za osłonę, ale on, zamierzając pozbyć się mnie jak najprędzej, powiedział, że musi 
iść sam i żebym go zostawił.
Ledwie oddaliłem się w jego pelerynie, kiedy za sprawą diabła dwaj ludzie, którzy zaczaili 
się tu na don Diega z powodu jakiejś przygody miłosnej, biorąc mnie za niego rzucili się na 
mnie i dalejże mnie płazować szpadą po głowie i plecach! Podniosłem krzyk i wtedy 
dopiero po głosie i po twarzy zobaczyli, że to nie ten, na kogo czekali. Uciekli, zostawiając 
mnie potłuczonego na ulicy. Rozcierając guzy, które mnie zdobiły, zwlekałem jeszcze 
chwilę, nie mając odwagi się ruszyć. Wreszcie o dwunastej, o której to porze zwykle 
przychodziłem gruchać z moją lubą, podszedłem pod jej drzwi. Natychmiast jeden z tych, 
co się tu na mnie zaczaili z rozkazu don Diega, wyskoczył z kijem w ręku i jak nie zacznie 
mnie okładać po nogach, przewracając na bruk! W tej chwili nadbiega drugi i prask mnie w 
gębę od ucha do ucha. Ściągnęli ze mnie pelerynę, zostawili na ziemi i odchodząc 
krzyknęli:
- Tak płacą łotry i oszuści spod ciemnej gwiazdy.
Zacząłem krzyczeć i wzywać spowiednika. Nie wiedziałem, co się dzieje i dlaczego. Z tych 
kilku słów mogłem wnioskować, że to sprawka mego dawnego gospodarza, któregom 
wystrychnął na dudka pomysłem z Inkwizycją, albo oszukanego klucznika z więzienia, 
albo moich zbiegłych towarzyszy... tak czy owak, z tylu stron mogłem oczekiwać zemsty, 
że nie wiedziałem, komu ją przypisywać, nigdy wszakże nie podejrzewałem don Diega ani 
tego, co się stało. Wołałem: „Ratunku! Łapać zbójców!" Na to zjawili się przedstawiciele 
sprawiedliwości. Widząc mnie z rozkwaszoną twarzą i bez peleryny, nie wiedząc, kim 
jestem, podnieśli mnie z ziemi i ujęli pod ręce, szukając kogoś, kto by mi opatrzył rany. 
Zaprowadzili mnie do cyrulika, ten opatrzył moje skaleczenia, po czym zapytawszy, gdzie 
mieszkam, odstawili mnie do domu. Położono mnie do łóżka i spędziłem noc w wielkim 
strapieniu, rozmyślając o mojej pokiereszowanej twarzy i nogach tak pogruchotanych 
kijami, że nie mogłem się na nich utrzymać ani ich nie czułem; o tym, że mnie okradziono 
i żem się znalazł w położeniu, w którym nie mogłem ani szukać złodziei, ani pertraktować 
w sprawie ożenku, ani pozostać w Madrycie, ani stąd wyjechać.

ROZDZIAŁ VIII 
O MOJEJ KURACJI I INNYCH OSOBLIWYCH ZDARZENIACH

background image

 
Rankiem, otworzywszy oczy, ujrzałem przy moim wezgłowiu gospodynię tego domu, 
dobrze już podstarzałą, w niebezpiecznym wieku łat pięćdziesięciu pięciu, z wielkim 
różańcem w rękach i twarzą tak pomarszczoną, iż przypominała suszoną figę albo skorupę 
orzecha. W okolicy cieszyła się dobrą sławą, co jej pozwalało spać spokojnie i z 
wszystkimi, którzy sobie tego życzyli. Zwała się Guia, wynajmowała swój dom i 
pośredniczyła w wynajmowaniu innych. Przez cały rok jej stancja roiła się od ludzi.
Warto było podziwiać, jak uczyła dziewczęta zasłaniać twarz kwefem, przede wszystkim 
wskazując te części oblicza, które należało zostawić odsłonięte. Dziewczynie obdarzonej 
ładnymi zębami kazała śmiać się ustawicznie, nawet podczas składania kondolencji, 
dziewczętom o pięknych rękach zalecała nieustannie nimi poruszać... Blondynkę uczyła 
potrząsać kędziorami lub wysuwać kosmyki włosów spod mantyli czy jakiegokolwiek 
okrycia głowy. Tej, co miała piękne oczy, tłumaczyła, jak nimi wdzięcznie wywracać, 
omdlewająco przymykać powieki i wznosić spojrzenie ku górze. Co się tyczy upiększeń i 
barwiczek, tak była biegła w tym kunszcie, że te, co przychodziły do niej czarne jak kruki, 
wracały do siebie tak białe, iż nie poznawali ich rodzeni mężowie. Największą wszakże 
mistrzynią była w naprawianiu i odnawianiu podniszczonej cnoty dziewiczej. W ciągu 
tygodnia, jaki spędziłem pod jej kuratelą, widziałem, jak oddaje się tym wszystkim 
zajęciom. Dla uzupełnienia jej portretu dodać trzeba, iż uczyła kobiety, w jaki sposób 
należy oskubywać mężczyzn i jakie przy tym cytować przysłowia. I tak, na przykład, 
mówiła, za co się dostaje klejnot i jak go należy przyjmować: małe dziewczynki otrzymują 
je za wdzięk i przymilność, dorosłe dziewczęta jako zadatek i zobowiązanie, starsze 
matrony - na znak szacunku i wdzięczności. Inaczej należało naciągać mężczyzn na 
brzęczącą monetę, w inny sposób na pierścionek czy naszyjnik. Przykładami, na jakie się 
powoływała, były niejaka Vidańa, jej konkurentka w Alcalá, i Plañosa z Burgos, niewiasty 
wielce doświadczone w tej materii.
Opowiedziałem jej wszystko, aby użaliła się nade mną, żem wpadł w takie ręce, a także dla 
dodania wagi dyskursowi, jakim mnie uczęstowała. Chętnie posługiwała się przysłowiami, 
zaczęła więc, jak następuje:

background image

- Póty dzban wodę nosi, don Felipe, mój synu, póki się ucho nie urwie. Jaki pan, taki kram, 
i jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Ani cię znam, ani wiem, jak żyjesz. Młody jesteś, 
nie dziwota, że pstro masz w głowie. Broisz i nie widzisz, że nawet wtedy gdy śpimy, 
prosto do grobu zmierzamy. Niedaleka dla mnie tam droga, toteż wiem, co mówię. Co z 
tego, że jak mi powiadają, strwoniłeś fortunę sam nie wiedząc kiedy i że cię widziano już 
to studentem, już to łotrzykiem i włóczęgą, a kiedy indziej wykwintnym kawalerem, i 
wszystko dla kompanii. Powiedz mi, z kim przestajesz, a powiem ci, kim jesteś, kiedy 
wlazłeś między wrony, musisz krakać jak i one, i wiedz, że droga od ręki do gęby dłuższa, 
niż się zdaje, i nieraz nim ją łyżka przejdzie, wyleje się zupa. Głupiś, mój chłopcze, bo 
jeżeli za kobietami gonisz, dobrze wiesz, że nad tym handlem ja czuwam i pilnuję 
rzetelności miary i wagi, a z cen, jakie ustalam, sama na chleb zarabiam. Mówię, jak jest, 
wszystko da się załatwić na miejscu, nie wychodząc z domu, i nie ma po co się czepiać to 
jednego, to drugiego oszusta, biegać od jednej malowanej kukły do innej fałszywej 
piękności, co wtedy się wdzięczy, gdy moneta brzęczy. To pewne, że zaoszczędziłbyś 
niemało, gdybyś mnie się polecił, bom ja na pieniądze niechciwa. I na moich przodków 
nieboszczyków (którzy niech w świętej chwale niebios odpoczywają i dla mnie tam później 
miejsce wyszukają), nie żądałabym teraz od ciebie nawet tego, coś mi winien za wikt, 
gdybym nie potrzebowała na świece i zioła dla ciebie.
Handlowała bowiem ziołami, choć nie była zielarką, i kiedy jej smarowano łapę, 
preparowała maści i sama się smarowała, żeby nocą wychodzić z domu kominem.
Ponieważ zakończyła swój dyskurs zwykłym żądaniem, które stanowiło jego myśl 
przewodnią, choć je wypowiedziała na ostatku zamiast, jak wszyscy inni, na początku - nie 
czułem się zdziwiony tą wizytą, mimo że nie była u mnie ani razu przez cały czas, kiedym 
tu mieszkał, oprócz tego dnia, gdy przyszła się przede mną wytłumaczyć, bo jak słyszała, 
opowiadano mi nie wiadomo co o jej praktykach wiedźmy, że to chcieli ją aresztować i 
musiała się ukryć. Przyszła tedy mi to wyjaśnić i powiedzieć, że chodziło o kogoś innego o 
tym samym nazwisku; i nie ma się co temu dziwić, bo przy takich przewodnikach zbłądzić 
łatwo każdemu.
Obliczyłem, ile jestem jej winien, i kiedym jej wręczał należność, nowy nieszczęsny traf, 
który nigdy o mnie nie zapomina, i diabeł, który także nosi mnie w pamięci, zrządził, iż 
akurat w tym momencie alguacile przyszli ją aresztować za cudzołóstwo. Wiedząc, że jej 
gach jest w domu, weszli do mojej izby, a zobaczywszy mnie w łóżku i ją przy mnie, 
rzucili się na nas oboje. Sprawili mi lanie, wyciągnąwszy z pościeli, a jej zaczęli wymyślać 
od rajfurek i czarownic. Któż by pomyślał coś podobnego o tej, co prowadziła wyżej 
opisany żywot!
Usłyszawszy krzyki pachołków i moje lamenty, gach, który był ogrodnikiem z zawodu i w 
tej chwili siedział zaszyty w głębi domu, rzucił się do ucieczki. Zobaczywszy to, alguacile, 
którzy dowiedzieli się od gospodarza, że w domu jest jeszcze jeden lokator, puścili się w 
pogoń za tamtym, porzucając mnie poturbowanego i bez sił, choć mimo wszystkich mych 
cierpień musiałem śmiać się z duserów, jakie prawili gospodyni. Jeden, patrząc na nią, 
mówił:
- Aj, mateczko, co by wam dobrze pasowało, to mitra biskupia i chętnie bym poświęcił 
bodaj i trzy tysiące rzep na to, by was obsłużono!
A inny:
- Panowie sędziowie wybrali już pióra, by was godnie przystroić.
W końcu przyprowadzili tamtego nicponia, związali obojgu ręce, a mnie przeprosili i 

background image

zostawili w spokoju.
Trochę mi ulżyło, że taki obrót przybrały sprawy mojej zacnej gosposi. Teraz trzeba było 
tylko przyjść w porę do zdrowia, by jej rzucić w nas moją zgniłą pomarańczę... Mimo 
wszystko, sądząc  z opowiadań jednej ze służących, która została w domu, nie liczyłem za 
bardzo na jej uwięzienie, bo coś tam wspomniała o lataniu w powietrzu i innych rzeczach, 
które nie brzmiały zbyt zachęcająco.
Tydzień jeszcze pozostałem w tym domu, lecząc moje rany i potłuczenia i prawie nie 
wychodząc na ulicę. Na twarzy miałem kilkanaście szwów i mogłem chodzić tylko o 
kulach. Byłem bez pieniędzy, bo sto reali rozeszło się na leczenie i wikt. Aby nie wydawać 
więcej, postanowiłem wyjść z domu o kulach i sprzedać moją odzież, kołnierze i kaftany, 
wszystko w bardzo dobrym stanie. Tak też zrobiłem i za to, com utargował, kupiłem sobie 
stary kolet z kordobańskiej skóry, żupan ze zgrzebnego sukna i płaszcz żebraczy, długi i 
wylatany, sztylpy i ogromne trzewiki oraz kaptur na głowę. Zawieszony na szyi mosiężny 
posążek Chrystusa i różaniec w ręku dopełniały stroju.
Wyuczywszy się jęczącego tonu i budzących litość zdań od pewnego żebraka, wielce 
wykształconego w tej sztuce, wyszedłem ćwiczyć się w niej na ulicę. Wszyłem do kaftana 
sześćdziesiąt reali, jakie mi pozostały, i ufny w swój dar elokwencji przybrałem stan 
żebraczy. Przez tydzień wałęsałem się ulicami jęcząc zbolałym głosem, tonem modlitwy:
- Ulituj się, pobożny chrześcijaninie i sługo Boży, nad nieszczęsnym kaleką wrzodami i 
ranami okrytym! Ulżyj w dźwiganiu krzyża przez Pana zesłanego!
To było na dni powszednie, zaś w dni świąteczne przybierałem inny ton i zmieniałem styl:
- Wierni chrześcijanie i pobożni czciciele Pana Jedynego, w imię Najwyższej Księżnej 
Niebios, Królowej Aniołów, Matki Bożej, wspomóżcie jałmużną nieszczęsnego kalekę, 
ręką Bożą skaranego! - Tu przerywałem na chwilę (co ma wielkie znaczenie), po czym 
dodawałem: - Zatrute powietrze o przeklętej godzinie poraziło moje członki, gdym 
pracował w winnicy, zdrów i cały, jak dziś wasza dostojność, który oby zawsze pozostał 
taki, z łaski Bożej, amen!
W ten sposób sypały się grosiki, przynosząc mi niezły dochód. I byłbym zarobił jeszcze 
więcej, gdybym nie spotkał na mojej drodze pewnego zuchwalca bez ramion i bez jednej 
nogi, który krążył na wózku po tych samych ulicach i zgarniał najwięcej jałmużny swoją 
bezczelną gadaniną. Ten wołał ochrypłym głosem, na końcu przechodzącym w piskliwy 
jęk:
- Nie zapominajcie, słudzy Jezusa Chrystusa, o tym, którego pokarał Pan za jego grzechy. 
Dajcie biednemu to, co Bóg otrzyma! - I dodawał jeszcze: - Miejcie litość nad 
grzesznikami jak dobry Jezu.
I zarabiał tyle, że aż dziw brał. Zauważywszy to, zacząłem tak jak on używać imienia Jezu 
bez „s", co jeszcze bardziej poruszało serce ludzkie i skłaniało do miłosierdzia. Jednym 
słowem wprowadzałem coraz to nowe odmiany i zbierałem grosza niemało.
Poruszałem się nadal o kulach i nosiłem teraz nogi związane razem i wetknięte w coś w 
rodzaju skórzanej torby. Sypiałem w bramie domu pewnego medyka, razem z drugim 
żebrakiem z tej okolicy, jednym z największych oszustów, jakich Bóg stworzył. Był to 
bogacz prawdziwy i jakby rektor naszej akademii, zarabiał najwięcej z nas wszystkich. 
Miał ogromny guz od przepukliny i przewiązywał sobie górną część ramienia sznurkiem, 
tak że ręka wydawała się spuchnięta i bezwładna, a do tego jeszcze dygotał jak w gorączce. 
Kładł się twarzą do góry na swym stałym miejscu, obnażając swoją przepuklinę, wielką jak 
kula do gry w kręgle, i wołał:

background image

- Spójrzcie na tę nędzę i dar, jaki Pan zsyła swemu słudze. Gdy przechodziła kobieta, 
mówił:
- Aj, piękna pani, niech Bóg zagości w waszej duszy.
Większość z nich, by usłyszeć tę pochwałę swej piękności, dawała jałmużnę i przechodziła 
tamtędy, choćby im nie było po drodze. Kiedy przechodził jakiś żołnierzyna, wołał nań 
„panie kapitanie", a do byle prostaka zwracał się „panie kawalerze". Jeśli ktoś przejeżdżał 
powozem, tytułował go „waszą wysokością", a kleryka na mule mianował 
„archidiakonem". Jednym słowem, przypochlebiał się wszystkim, jak tylko można sobie 
wyobrazić, i stosował coraz to nowy repertuar i styl, biorąc pod uwagę świętego patrona, 
jaki danego dnia przypadał. Zaprzyjaźniłem się z nim, tak że po pewnym czasie odkrył mi 
sekret, dzięki któremu można się było wzbogacić w ciągu dwóch dni. Okazało się, że ma 
pod swym protektoratem trzech małych chłopców, którzy żebrali na ulicy, a zarazem 
ściągali, co się dało; zdawali mu potem rachunek, on zaś wszystko chował. Prócz tego 
trzymał spółkę z dwoma innymi chłopaczkami, którzy zbierali datki na kościół z polecenia 
parafii, i miał swój udział w dokonywanych przy tej okazji prowizjach i potrąceniach z 
kwesty.
Postanowiłem pójść za jego przykładem, więc znalazł dla mnie stosownych po temu 
chłopaczków.
W ciągu niecałego miesiąca miałem uskładanych przeszło dwieście reali. Wreszcie, 
szukając wspólnika, podzielił się ze mną w wielkim sekrecie najlepszym pomysłem, na jaki 
kiedykolwiek wpadł ktoś w świecie żebraków. Rzecz polegała na porywaniu dzieci, 
codziennie po kilkoro. Rodzice szukali ich za pośrednictwem wołaczy ulicznych, on i ja 
zgłaszaliśmy się, pytaliśmy o znaki szczególne zaginionego dziecka, a potem mówiliśmy:
- W samej rzeczy, wasza dostojność, widziałem takiego malca o tej i o tej godzinie 

background image

I gdybym nie nadbiegł w porę, mało brakowało, a byłby go wóz przejechał. Jest do 
odebrania w moim domu.
Dawali znaleźne hojną ręką, dzięki czemu prosperowaliśmy obaj tak, że w krótkim czasie 
moja fortuna wzrosła do pięćdziesięciu dukatów. Miałem już zdrowe obydwie nogi, choć 
nadal owijałem je w gałgany.
Postanowiłem opuścić stolicę i ruszyć w drogę do Toledo, gdzie nikt mnie nie znał ani ja 
nikogo. Nabyłem schludny przyodziewek w ciemnym kolorze, z kołnierzem i szpadą, i 
pożegnawszy się z Baltazarem, czyli opisanym wyżej żebrakiem, zacząłem szukać po 
zajazdach sposobu dojechania do Toledo.

ROZDZIAŁ IX 
W KTÓRYM ZOSTAJĘ KOMEDIANTEM, POETĄ I GALANTEM MNISZEK
 
W jednym z zajazdów natrafiłem na trupę komediantów, którzy wybierali się do Toledo. 
Mieli ze sobą trzy wozy i szczęśliwym trafem w jednym z nich jechał mój dawny kompan 
ze szkół w Alcalá, który porzucił nauki i przystąpił do rzeczonego bractwa. Powiedziałem 
mu, że mi zależy na tym, aby tam dotrzeć i opuścić Madryt. Ledwie mnie poznał z tymi 
bliznami na gębie i cały czas żegnał się na mój widok per signum crucis. W końcu za 
pieniądze, po przyjacielskiej cenie, postarał się uzyskać zgodę innych na to, bym się do 
nich przyłączył.
Podróżowaliśmy w mieszanej komitywie, mężczyźni razem z kobietami, i wpadła mi w 
oko jedna tancerka, która przedstawiała królowe i dostojne damy w komediach, bystra i 
zwinna niczym misterne zwierzątko. Traf chciał, że jej mąż znajdował się obok mnie na 
wozie, i zapytałem, nie myśląc, do kogo mówię, porwany chętką poswawolenia:
- Powiedzcie mi, panie, jakby się z nią porozumieć co do jakichś dwudziestu dukatów, 
które chętnie bym na nią wydał, bo mi się osobliwie udała.
- Nie przystoi mi, jako jej mężowi, z wami o tym traktować. Ale na trzeźwo rzecz biorąc, 
bom w tej materii trzeźwy całkowicie, warta jest każdych pieniędzy, bo nie masz drugiego 
takiego ciała na świecie.
To mówiąc, zeskoczył z wozu i przesiadł się na inny, by mi dać sposobność, zapewne, 
dogadania się ze swoją małżonką.
Spodobało mi się, iż tak rzecz ujmuje, i poznałem w nim jednego z tych, o których 
powiedział jakiś filut, w kpinę obracając święte słowa, iż wypełniają zlecenie świętego 
Pawła, aby „którzy żony mają, byli, jakoby ich nie mieli". Skorzystałem tedy z okazji, 
odezwałem się do niej, zapytała, dokąd jadę, i jeszcze to i owo o moim żywocie. W końcu, 
po długich targach, uzgodniliśmy odłożyć rzecz do czasu, jak się znajdziemy w Toledo. Po 
drodze tymczasem swawoliliśmy sobie niezgorzej.
Pewnego razu tak sobie, ni stąd, ni zowąd, zacząłem recytować strofę z komedii o świętym 
Aleksym, zapamiętaną z czasów dzieciństwa, i tak im to przypadło do gustu, że zechcieli 
mnie mieć w swojej trupie. A wiedząc o moich potrzebach i przypadkach z tego, co im 
powiadał mój znajomy, który z nimi jechał, spytali, czybym do nich nie przystąpił. Wielce 
sobie chwalili żywot wędrowny, a żem potrzebował gdzieś się zahaczyć i podobała mi się 
dziewucha, ugodziłem się z dyrektorem na dwa lata. Podpisałem zobowiązanie, że 
przystaję do jego ludzi, a on wyznaczył,  mi zapłatę i role do odgrywania. I tak 
dojechaliśmy do Toledo.
Kazali mi się wyuczyć kilku wstępnych pieśni pochwalnych i kazali przedstawiać 

background image

brodatych starców, bo to dobrze pasowało do mojego głosu. Wszystkom przygotował 
starannie i rozpocząłem pierwszą pieśń na cześć Miasta Cesarzy. Mowa tam była - jak we 
wszystkich - o rozbitym okręcie, co płynął przez morza zdruzgotany wichrami i bez 
prowiantu. Wyjaśniłem, iż „scena przedstawia port", publiczność nazywając „wysokim 
zgromadzeniem", przeprosiłem za uchybienia i niedostatki, po czym umilkłem i 
wyszedłem. Oklaski były umiarkowane, lecz w sumie dobrzem się wywiązywał z zadania.
Przedstawialiśmy komedię jednego z naszych i dziwiłem się temu, bom zawsze mniemał, 
że poezje to rzecz uczonych i mędrców, nie zaś ludzi tak ze wszech miar pośledniego stanu. 
Tymczasem weszło już w obyczaj, iż nie ma dyrektora trupy, co nie pisałby komedii, ani 
farsanta, co by nie wykoncypował farsy o Maurach i chrześcijanach. A przecie za dawnych 
czasów, jak pamiętam, oprócz komedii, które ułożył zacny Lope de Vega albo Ramón, nie 
było nic innego.
Jednym słowem odegraliśmy pierwsze przedstawienie i nikt go nie zrozumiał; na drugi 
dzień zaczęliśmy je tylko, a ponieważ, dzięki Bogu, rzecz się zaczynała od wojny, tak żem 
na scenę wyszedł uzbrojony i z puklerzem - prawdziwe było to szczęście, bo inaczej 
skończyłbym przywalony górą zgniłych melonów i wszelkiego śmiecia. Podobnej konfuzji 
nie widziano jeszcze i zasługiwała na to komedia, bo król Normandii ni stąd, ni zowąd 
wychodził w habicie pustelnika, a do tego było w niej dwóch fagasów do rozśmieszania 
publiczności, i aby rozplątać taki galimatias, nie było innego sposobu, tylko wszystkich 
pożenić i rób, co chcesz. Jednym słowem dostaliśmy, na cośmy zasłużyli.
Wszyscyśmy pomstowali okrutnie na naszego poetę, a głównie ja. Niech spojrzy -mówiłem 
mu - z czegośmy się ledwie wykaraskali, i niech mu to za nauczkę posłuży! Przysięgał się, 
że nic w tej komedii sam nie napisał, tylko uszczknął trochę tego, trochę tamtego i zeszył z 
kawałków coś na kształt peleryny żebraka. Szkoda zaś z tego tylko wynikła, że części źle 
były zeszyte. Wyznał mi, że komediantów, co piszą sztuki, życie do tego zmusza, bo 
czerpią zysk z tego, co przedstawiają, że zaś rzecz jest łatwa i prosta, chęć zyskania 
kilkuset reali każe im podejmować takie ryzyko. Prócz tego, kiedy przejeżdżają przez 
jakieś miasto, ten i ów czyta im swoje komedie. „Przyjmujemy to do przejrzenia, potem 
zabieramy sobie i -dodając jakieś głupstwo, skreślając jakąś dobrą replikę - powiadamy, że 
to nasze dzieło." Upewnił mnie, iż nie było jeszcze komedianta, który umiałby złożyć 
jedną bodaj strofkę inaczej.
Pomysł wydał mi się niegłupi i nie przeczę, żem się ku niemu skłaniał, mając pewną 
przyrodzoną zdolność do poezji, tym bardziej żem znał kilku poetów i czytałem Garcilasa. 
Postanowiłem przeto spróbować tej sztuki. W ten sposób, między odgrywaniem komedii, 
ich układaniem i urodziwą tancerką mijało życie w Toledo. Po miesiącu pobytu w tym 
grodzie, preparując zgrabne komedie i naprawiając błędy przeszłości, wyrobiłem sobie 
dobrą markę i zwali mnie tam Alonsete, jako żem podał imię Alonso, i dodali mi 
przydomek „Srogi", od pewnej postaci, którą odgrywałem zyskując sobie tą kreacją 
zachwyt pospólstwa. Miałem już trzy komplety wykwintnej odzieży tudzież propozycje 
kontraktu od innych dyrektorów. Wyrażałem się jak wielki znawca teatru, ganiłem 
sławnych aktorów krytykując gesty Pineda, chwaląc naturalny spokój Sancheza, piękną 
sylwetkę Moralesa, zasięgano mego zdania co do dekoracji w teatrze i urządzeń. Jeśli 
przychodził ktoś czytać komedie, mnie wyznaczano do ich słuchania i oceny.
Zachęcony tym sukcesem przerzuciłem się na poezję wyższego gatunku, pisząc romance, 
potem skomponowałem krótką farsę, która mi nieźle wypadła. Wtedy odważyłem się 
napisać własną komedię, żeby zaś nie omieszkała być Boską, poświęciłem ją Najświętszej 

background image

Pannie Różańcowej. Zaczynała się od koncertu piszczałek, występowały tam dusze 
czyśćcowe i demony, wedle mody w owym czasie, wchodzące z rykiem i wychodzące z 
żałosnym jękiem. W Toledo lubiano, by w strofach powtarzało się imię szatana i żeby była 
mowa o tym, jak został strącony z nieba do piekieł oraz inne takie rzeczy. Krótko mówiąc, 
odegrano moją komedię i wielki odniosła sukces. Nadążyć nie mogłem z robotą, bo 
przybiegali do mnie zakochani prosząc o wiersze a to o brwiach, a to o oczach, ten chciał 
sonet o alabastrowych rękach, inny o złocistych włosach. Na każdą rzecz miałem 
wyznaczone ceny, nie za wysokie, rzecz jasna, gdyż sprzedawano ów towar także w innych 
sklepach i należało przyciągać klientelę do swego. A kantyczki pobożne, kolędy? Roiło się 
u mnie od zakrystianów, posługaczek klasztornych i mógłbym się utrzymać z samych 
zamówień na modlitwy dla niewidomych, po osiem reali każda; pamiętam, żem wtedy 
ułożył jedną do Sprawiedliwego Sędziego, uroczystą i dźwięczną, dającą pole do popisu 
pięknej gestykulacji. Dla ślepca, który podał ten utwór za swój, napisałem słynne strofy 
zaczynające się od:
 
Matko słowa wcielonego, 
Córko ojca niebieskiego, 
Łaskę swą dla mnie zachowaj...
Byłem pierwszym, który wprowadził zwyczaj kończenia strof na modłę kazań: „Łaska na 
ziemi, a w niebiosach wieczna chwała", jak w owej pieśni o więźniu z Tetuanu:
 

background image

Błagajmy Króla Wielkiego
O rzeczy zgoła niemałe,
Zjednany prośby naszymi
Niech nam da łaskę na ziemi,
A w niebie wieczystą chwałę. Amen.

Przy pomyślnym wietrze płynąłem na pełnych żaglach, zyskując rozgłos i fortunę dzięki 
tym poezjom, tak dalece, że myślałem już o założeniu własnej trupy komediantów. Dom 
miałem obficie zaopatrzony, bo chcąc go pięknie przyozdobić tanim kosztem, wpadłem na 
pomysł kupowania owych litych złotem makat z herbem miasta, jakie widuje się w 
gospodach, i zawieszania ich na ścianie. Kosztowały mnie po dwadzieścia pięć lub 
trzydzieści reali sztuka i lepszy dawały widok niż te, co zdobią pałace królewskie, bo w 
moich tyle było dziur, że można było przez nie coś dostrzec, a przez tamte - nic.
Spotkała mnie kiedyś przygoda nader ucieszna, a choć zaszczytu mi nie przynosi, muszę
o tym opowiedzieć.
W te dni, kiedy pisałem komedie, zamykałem się w moim domu na poddaszu i siedziałem 
tam przez cały dzień, nie schodząc nawet na posiłki. Przynosiła mi je dziewczyna na górę
i zostawiała. Podczas pisania miałem zwyczaj recytować głośno role, jakbym je odgrywał 
na scenie. Diabeł zrządził, że kiedy dziewczyna wchodziła na górę po schodach nader 
ciemnych i wąskich, z talerzami i garnkami, układałem akurat scenę polowania i pisząc 
skandowałem wielkim głosem:
 
Strzeż się niedźwiedzia, któż cię obroni, 
Mnie już rozszarpał na ćwierci, 
A teraz w furii za tobą goni.

Dziewczyna, która była z Galicji, usłyszawszy, że mnie już niedźwiedź rozszarpał na 
ćwierci, a teraz „w furii za tobą goni", zrozumiała, że to się dzieje naprawdę i że ją 
ostrzegam, zawróciła więc i w nogi, ale w popłochu nadeptała sobie na spódnicę i stoczyła 
się po schodach na dół upuszczając i tłukąc garnki. Wybiegła na ulicę z wrzaskiem, 
wołając, że niedźwiedź morduje człowieka. Szybko porwałem się na nogi, ale już zdążyło 
nadbiec całe sąsiedztwo i otoczyło mój dom. Na próżno tłumaczyłem, że to wszystko przez 
głupotę dziewczyny, która scenę z komedii wzięła za rzeczywistość: nie chcieli mi wierzyć. 
Tego dnia zostałem bez obiadu. Dowiedzieli się o tym moi koledzy i całe miasto zrywało 
boki ze śmiechu rozprawiając o mojej przygodzie. Wiele mnie spotkało podobnych w tym 
czasie, kiedym uprawiał poezję, trwając przy tej nędznej kondycji.
Tak się zdarzyło, że mój dyrektor - zwykle tak kończą! - napastowany przez wierzycieli, 
ponieważ wiadomo było, że w Toledo zbija majątek, dostał się do więzienia za długi, 
wskutek czego rozproszyła się nasza kompania i każdy motał sobie coś na własną rękę. Ja, 
prawdę mówiąc, choć koledzy chcieli mnie ściągnąć do innych kompanii, uprzykrzyłem 
już sobie to rzemiosło, do którego zmusiła mnie tylko konieczność. Ponieważ byłem 
zasobny i dobrze ubrany, myślałem tylko o tym, żeby się zabawić.
Pożegnałem się ze wszystkimi, odjechali, ja zaś, myśląc, iż skończę z nagannym życiem, 
jeśli porzucę zawód komedianta, zostałem - jeśli nie urazi to waszych uszu - kochankiem 
przez kratę, to jest, by powiedzieć to jaśniej, kandydatem na antychrysta, czyli galantem 
mniszek. Miałem po temu sposobność, ponieważ jedna z zakonnic, na której prośbę 

background image

napisałem niemało kantyczek, zapałała ku mnie afektem ujrzawszy, jak w dzień Bożego 
Ciała odgrywałem rolę świętego Jana Ewangelisty, patrona jej zakonu. Darzyła mnie 
względami, lecz z ostrożna, ubolewając nad moją kondycją komedianta - bom się podał za 
syna wielkiego pana - i szczerze mi współczując. W końcu zdecydowałem się napisać do 
niej, co następuje:

List
„Bardziej po to, by przypodobać Ci się, Pani, niż aby służyć mym własnym potrzebom, 
porzuciłem kompanię, gdyż każda inna prócz Twojej jest dla mnie samotnością. Tym 
bardziej będę Twoim, im bardziej należeć będę do siebie. Racz mnie powiadomić, Pani, o 
dniu wizyt w parlatorium, to jest tym, w którym będę miał szczęście Cię ujrzeć."
Bilet ten posłałem jej przez kwestarkę. Nie sposób opisać radości mniszki na wiadomość, 
żem zmienił zawód.

Odpowiedź
„Uszczęśliwiona nowiną, o jakiej mi Wasza Dostojność donosisz, winnam raczej 
oczekiwać powinszowań, niż je Panu składać, i byłabym niepocieszona, gdybym nie 
wiedziała, iż moje życzenia i Pańska korzyść są jednym i tym samym. Rzec można, iż 
odnalazłeś Pan siebie, teraz trzeba by Ci było tylko wytrwałości, która równać by się mogła 
z moją.
Co się tyczy parlatorium, to wątpliwe, by w dniu dzisiejszym było otwarte, lecz nie 
omieszkaj, Wasza Łaskawość, przyjść na nieszpory, gdzie się zobaczymy, później zaś pod 
okna, a być może uda mi się zmylić czujność przełożonej. Żegnam."

Uradował mnie ów liścik, gdyż zaiste nie brakowało mniszeczce ani roztropności, ani 
urody. Po obiedzie przywdziałem strój, w jakim zwykli występować galanci w komediach.
Udałem się prosto do kościoła, pomodliłem się i zacząłem przebiegać oczyma wszystkie 
otwory i wiązania kraty, wytężając wzrok, by przedmiot moich westchnień dostrzec.
W końcu - dzięki Bogu i na szczęście czy też dzięki diabłu i na nieszczęście - usłyszałem 
nasz dawny sygnał: ona zaczyna kaszlać, ja także, oboje udajemy zaziębionych. Tyle 
kichania i kaszlu, jak gdyby pieprz w kościele rozsypano.
Zmęczyło mnie wreszcie takie wysilanie gardła, kiedy do kraty przybliża się jakaś kaszląca 
starucha i widzę, w com się wplątał. Kaszel to sprawa wielce niebezpieczna w klasztorach: 
jest sygnałem u młodych, lecz u starych zwyczajem. Człowiek oczekuje głosu słowika, a 
słyszy krakanie wrony.
Długom czekał w kościele, nim się rozpoczęły nieszpory. Zostałem do końca - nie na 
próżno zakochanych w mniszkach zwą „nieszpornikami", jako że do nich ograniczają się w 
swym afekcie, nigdy nie doczekując jutrzni. Nie zliczyć tych nabożeństw, których 
wysłuchałem, i szyja mi się wydłużyła od wiecznego jej wyciągania, by ujrzeć w tłumie 
moją lubą. Zaprzyjaźniłem się z zakrystianem i ministrantami, wielce życzliwym okiem 
patrzył na mnie wikary. Chodziłem sztywny, jakbym rożny albo włócznię połknął.
Poszedłem pod okna klasztorne, gdzie choć plac był duży, trzeba było posyłać kogoś, żeby 
zajął miejsce już w południe jak na premierę nowej komedii, bo roiło się tam od 
nabożnych. W końcu ulokowałem się, jak mogłem, i warto było obejrzeć, niczym 
największe dziwo, przeróżne pozy i postawy, jakie przybierali kochankowie: ten 
zapatrzony, pogrążony w ekstazie, stał nie mrugając rzęsami, z jedną ręką na mieczu i 

background image

różańcem w drugiej, niby posąg nagrobny; tamten ze wzniesionymi dłońmi i rozpostartymi 
niczym serafin ramiony, jakby przyjmował stygmaty; inny z gębą otwartą szerzej niż baba, 
co ozorem miele, bez słowa ukazywał przez gardło swej kochance wnętrze własnego 
brzucha; inny przywarł do ściany i przygniatając kamienie zdawał się mierzyć swe siły z 
węgłem budynku; inny przechadzał się, jakby miał mu przydać ceny lekki chód, niczym 
mułowi lub osłu na targowisku; jeszcze inny z liścikiem w ręku wyglądał jak myśliwy 
wabiący sokoła przynętą na dłoni. Grupę osobną tworzyli zazdrośnicy; jedni stali po kilku, 
śmiejąc się i zerkając w stronę klasztoru, inni czytali i pokazywali swoje strofy; ten i ów, 
chcąc pobudzić zazdrość swej wybranki, przechadzał się z inną pod rękę, tamten 
rozmawiał z furtianką, która przekazywała mu jakieś sekretne zlecenie.
Tak wyglądało to na dole, po naszej stronie, lecz u góry, tam gdzie się znajdowały mniszki, 
widok również godzien był obejrzenia. Tak zwane „okna" oznaczały wieżyczkę z 
wąziutkimi strzelnicami oraz mur tak podziurawiony, iż przypominał piaseczniczkę do 
zasypywania inkaustu bądź naczynie do spalania wonności. W każdym otworze wieżyczki 
jakaś wskazówka: tu pepitoria (to jest ręka lub noga), tam potrawy sobotnie - głowizna i 
ozór, chociaż brakowało mózgu; jeszcze gdzie indziej widziałeś kramik z fatałaszkami: tu 
wisiał różaniec, tam chusteczka, tu powiewała rękawiczka, stąd wyłaniała się wstążka z 
zielonego jedwabiu. 
Jedne mówiły głośno, inne kaszlały, tu i ówdzie poruszały się palce, dające znak niczym 
łapki zaczajonego pająka.
W lecie warto podziwiać zalotników nie tylko podgrzewanych, lecz smażonych na słońcu. 
Nie do wiary, iż one pozostają tak nie dogotowane, podczas gdy ich jak gdyby zdjęto z 
rożna. W zimie, z powodu wilgoci, zdarzało się, iż temu i owemu wyrastała rzeżucha lub 
całe krzaki na ciele. Nie było śniegu ani deszczu, który by nas oszczędził, a wszystko w 
końcu tylko po to, by oglądać kobietę przez kraty i szyby, niczym relikwie. Tak jakbyś się 
kochał w ptaku w klatce, jeśli ona mówi, lub w portrecie, jeżeli milczy. Otrzymane fawory 
nigdy nie wykraczają poza muśnięcie palców. Twarze przytulone do krat, oczy celujące 
poprzez otwory strzelnicze... Miłość jest grą w chowanego. A te rozmowy prowadzone 
szeptem, tonem modlitwy! I za to trzeba znosić gderliwą staruchę, groźną furtiankę, 
kłamliwą posługaczkę, a co najgorsze, zazdrość dziewcząt z drugiej strony kraty, które 
mówią, że tylko ich miłość jest prawdziwa, i znajdują szatańskie sposoby, aby tego 
dowieść.
W końcu do przeoryszy mówiłem „wielebna matko", do wikarego „ojczulku", a 
„braciszku" do zakrystiana - tyle z biegiem czasu zyskuje desperat. Zaczynały mnie drażnić 
furtianki swoim wypraszaniem, a mniszki zapraszaniem. Rozmyślałem, jak drogo kosztuje 
mnie piekło, które innym przychodzi tak tanio na tej ziemi i tak prostymi drogami! 
Widziałem, że zarabiam sobie na potępienie i ogień wieczny samym tylko zmysłem 
dotyku; szepcąc do niej, by nie usłyszeli inni, co tam stali, musiałem wtykać głowę między 
kraty, tak że przez dwa dni miałem potem pręgi odciśnięte na czole i mówiłem jak kapłan, 
gdy wypowiada słowa konsekracji. Nie było w mieście człowieka, który by przechodząc 
obok mnie nie mruczał: „Przekleństwo na twoją głowę, ty klasztorny wisielcze!"
Tak mi się to wszystko uprzykrzyło, że byłem już niemal zdecydowany porzucić moją 
mniszkę, choćbym miał stracić źródło utrzymania. Zdecydowałem się ostatecznie w dzień 
św. Jana Ewangelisty, kiedy to poznałem prawdziwą naturę mniszek. Wystarczy 
powiedzieć, iż wszystkie z zakonu św. Jana Chrzciciela udały, że nagle zachrypły, tak że 
zamiast odśpiewać, wyjęczały mszę świętą. Nie umyły sobie twarzy i przywdziały stare, 

background image

najgorsze habity. A galanci baptystek, żeby zlekceważyć konkurencyjne święto, przynieśli 
do kościoła stołki zamiast krzeseł i sprowadzili gromadę obdartych włóczęgów. Gdym 
zobaczył, jak nieprzystojnie odnoszą się do nich te, co ślubowały zarówno jednemu, jak i 
drugiemu świętemu, wyłudziwszy od mojej mniszki jakieś pięćdziesiąt dukatów w towarze 
- to jest w robótkach ręcznych, jak jedwabne pończochy, torebki nasycone piżmem i 
konfekty - pod pretekstem urządzenia loterii fantowej, wyruszyłem w drogę do Sewilli w 
obawie, że jeśli dłużej będę zwlekał, zobaczę wyrastające w parlatoriach mandragory.
Żal, w jakim zostawiłem moją mniszkę - raczej za tym, com od niej wycyganił, niż za mną 
-z łatwością sobie, zbożny czytelniku, wyobrazisz.

background image

ROZDZIAŁ X 
O TYM, CO MI SIĘ PRZYGODZIŁO W SEWILLI, ZANIM ODPŁYNĄŁEM DO 
INDII
 
Podróż z Toledo do Sewilli potoczyła się gładko, ponieważ znałem już rudymenta sztuki 
szulerskiej i miałem podfałszowane nowiuteńkie kości do gry (umiałem objąć dłonią cztery 
kostki, a wyrzucić trzy), a prócz tego wiozłem z sobą zapas kart z grubej tektury, łatwych 
do znaczenia, tak że pieniędzy mi nie brakowało.
Pominę tu wiele innych kwiatków z szulerczego ogródka, bo gdybym wszystkie wyliczył, 
wzięto by mnie za wiązankę kwiecia, nie mężczyznę, a po wtóre wzbudziłbym raczej chęć 
naśladowania, niż napiętnował występki, których ludzie powinni unikać. Wszelako 
wyjaśniając niektóre sposoby i nazwy szulerskie, nieświadomym być może udzielę 
przestrogi i ci, co czytali moją książkę, będą oszukani tylko z własnej winy.
Nie licz, bracie, na to, żeś sam kart dostarczył, bo przy pierwszym objaśnieniu świec wraz 
ci je zamienią. Uważaj, by nie miętoszono, nie drapano ani nie wygładzano kart, bo to 
wszystko są sposoby ich znaczenia. Jeśli grasz z łotrzykami, czytelniku, wiedz, że w 
kuchniach i stajniach przekłuwa się szpilką niektóre karty albo zagina tak, by je rozpoznać 
można. Jeśli zaś masz do czynienia z ludźmi uczciwymi, strzeż się karty, która poczęta 
została w grzechu, to jest naznaczona już od chwili swych narodzin, gdyż papier krzywo 
naklejony zdradza, co jest po drugiej stronie. Nie ufaj też karcie zbyt czystej, która również 
daje znak partnerowi i przez to jest najbrudniejsza z brudnych. Jeśli idzie carteta, uważaj, 
żeby ten, co daje karty, nie zaginał mocniej figur - prócz królów - niż innych kart, bo to 
dzwon pogrzebowy dla twojej sakiewki. Jeśli grą jest primera, 

dobrze patrz, by rozdający nie 

kładł na wierzchu kart, jakie odrzuca, i by nie żądano ich na migi bądź słowami, które się zaczynają od 
pewnych umówionych liter.
Nie chcę odkrywać innych jeszcze arkanów, tyle wystarczy, byś wiedział, że musisz się mieć na baczności, 
lecz rzecz jasna, iż nieskończenie wiele jest innych jeszcze sztuczek, które przemilczam. „Uśmiercić" to 
znaczy ogołocić kogoś z pieniędzy czy innej własności, „supeł" oznacza pogmatwanie gry tak, że grający 
z tobą gubi się w tej gmatwaninie, „podwójni" to ci, co zagadują niebacznych, by się dali obedrzeć ze 
skóry; „gołąbek" to gracz naiwny i bez złośliwości, zaś „Murzyn" to ten, co go oskubuje.
Tak to, dzięki znajomości tych metod i tego języka, dotarłem do Sewilli. Za pieniądze moich 
kontrpartnerów opłacałem muły, posiłki i postoje w zajazdach. Zatrzymałem się w „Gospodzie 
Mauretańskiej", gdziem spotkał dawnego kompana z Alcalá, który zwał się Mata, a teraz przezwał się (bo 
mu się to nazwisko wydawało za ubogie) Matorral. Ten handlował życiem i śmiercią, sprzedawał 
pchnięcia nożem i nieźle tym zarabiał. Próbki swego towaru wystawiał na własnej twarzy i według nich 
klient mógł od razu wybrać rozmiar i głębokość blizny, jaką życzył sobie przyozdobić oblicze swego 
wroga. „Nie ma lepszego szermierza niż ten, co dobrze dostał nożem" - powiadał, a sądząc po jego twarzy, 
sam mógł uchodzić za mistrza nad mistrze.
Zaproponował, bym zjadł obiad z nim i innymi kompanami, a potem miał mnie odprowadzić do zajazdu.
Zgodziłem się, poszliśmy do jego domu i powiedział mi:
- Zdejmijcie, wasza łaskawość, pelerynę i przybierzcie męską postawę, bo ujrzycie dziś wieczór samych 
najlepszych synów Sewilli. By zaś nie wzięli was za niewieściucha, potargajcie trochę włosy i rozluźnijcie 
ten kołnierz; plecy powinny być zgarbione, a peleryna opuszczona niżej, bo zawsze chodzimy w 
opadającej pelerynie; pysk musi być wykrzywiony i wykręcajcie go to w lewo, to w prawo, nie szczędząc 
grymasów i cudacznych gestów. Musicie się też wyuczyć tutejszego akcentu i wymowy niektórych liter, 
zwłaszcza  „n".
Dał mi sztylet szeroki jak turecka szabla, a tak długi, iż przez skromność tylko nie nazywał się mieczem.
- Wypijcie tę kwaterkę wina - powiedział - bo jeśli nie będzie od was zalatywać trunkiem, nie możecie 
uchodzić za junaka.
Usłuchałem i gdy mnie już trochę zamroczyło, weszli czterej kompanowie gospodarza, których oblicza 

background image

przypominały obuwie podagryka, a chód - huśtawkę. Peleryna, zamiast okrywać plecy, zwisała im w 
okolicach lędźwi na kształt szarfy, kapelusze były na karku, zaś z przodu brzegi ronda tworzyły diadem 
nad czołem. Ozdób na gardzie puginałów i sztyletów starczyłoby do wypełnienia kilku sklepów z 
żelastwem, a ostrza szpad obijały się o prawą piętę. Oczy utkwione były w ziemię, wzrok dziki, wąs 
spiczasty i zawinięty ku górze jak bawole rogi, a brody przycięte na modłę turecką.
Powitali mnie grymasem, a mego przyjaciela pozdrowili głosem rozwlekłym, zjadając połowę słów. Na 
jego zaproszenie, wypowiedziane w ten sam sposób, siedli i spytali, kim jestem. By się tego dowiedzieć, 
nie użyli słów, tylko jeden z nich spojrzał na gospodarza i wskazał na mnie wysuwając w moim kierunku 
dolną wargę, na co zapytany odpowiedział obejmując brodę ręką i spuszczając wzrok. Wtedy wszyscy 
wstali, objęli mnie bratersko za plecy, a ja ich, co było tak, jakbym próbował czterech różnych gatunków 
wina.
Przy wieczerzy usługiwało nam kilku obdartusów, których junacy nazywają „pistolety". Zasiedliśmy przy 
stole i wkrótce pojawiły się kapary. Zaczęto wznosić toasty na moją cześć i zaiste, sądząc po tym, ile ich 
wypili, nie podejrzewałem, że jej mam aż tyle. Wniesiono ryby i mięso, wszystko gęsto zakrapiane 
trunkiem na pobudzenie apetytu. Na podłodze stała kadź wypełniona winem i nachylał się nad nią każdy, 
kto chciał wznieść toast. Zadowoliła mnie ta miniaturowych rozmiarów czareczka i po dwóch rundach nie 
było człowieka, który by rozpoznał swego sąsiada.
Zaczęli rozprawiać o czynach bojowych, sypały się przekleństwa, między jednym a drugim toastem 
kilkudziesięciu ludzi umierało bez spowiedzi. Corregidorowi Sewilli przydzielono tysiąc pchnięć 
sztyletem. Złożono hołd pamięci Dominga Tiznado y Gayón, strumieniami lało się wino za duszę 
Escamilli, ci, co się upijali na smutno, gorzkimi łzami opłakiwali nieszczęsnego Alonsa Alvarez. Wówczas 
mój towarzysz doszczętnie stracił głowę i rzekł ochrypłym głosem, biorąc w obie ręce chleb i patrząc w 
płomień świecy:
- Na ten chleb i to światło, które wyszło ustami anioła, jeśli chcecie, tej nocy pójdziemy uregulować 
rachunek z alguacilem, który znęcał się nad biednym Jednookim.
Z piersi ich wydarł się jakiś nieartykułowany lament i obnażając sztylety przystąpili do przysięgi. Każdy 
kolejno kładł dłoń na brzegu kadzi i zanurzywszy pyski w winie rzekli:
- Tak jak pijemy to wino, napijemy się dziś krwi zbirów.
- Kto to był ów Alonso Alvarez - zapytałem - że tak was dotknęła jego śmierć?
- Dzielny junak - odpowiedzieli - nieustraszony w boju, szybki w ręku i przedni kompan. Idźmy, bo 
demony mnie gnają.
Wyszliśmy z domu szykując obławę na zbirów. Odurzony winem, pozwoliwszy mu owładnąć wszystkimi 
moimi zmysłami, nie brałem pod uwagę ryzyka, na jakie się narażam. Doszliśmy do ulicy Morskiej, 
gdzieśmy się zetknęli oko w oko z patrolem. Ledwie go dostrzegli moi towarzysze, obnażyli szpady i 
ruszyli do ataku, a ja z nimi. Przy pierwszym starciu dwa ciała zbirów uwolniliśmy od przeklętych dusz. 
Alguacil całą sprawiedliwość zlecił własnym nogom, pędząc z krzykiem wzdłuż ulicy. Nie sposób było go 
ścigać z takim ładunkiem wina w brzuchach. W końcu więc weszliśmy do kościoła, gdzieśmy znaleźli 
schronienie przed surowością stróży porządku i przespaliśmy się tyle, ile było trzeba, by wyparowało wino 
wrzące w naszych głowach. Kiedy otrzeźwiałem, grozą przejęła mnie myśl, żeśmy położyli trupem dwóch 
pachołków i że alguacil uciekł przed kiścią winogron, bo nie czym innym byliśmy w owym momencie.
W kościele dobrze nam się działo, bp zwęszywszy włóczęgów prędko przybiegły nimfy uliczne i zrzuciły 
z siebie odzienie, by nas przykryć. Mnie upodobała sobie niejaka Grajales i przywdziałem jej barwy. 
Przypadło mi to życie do smaku lepiej niż wszystkie, postanowiłem tedy pogrążyć się w nim razem z 
Grajales na dolę i niedolę, do śmierci. Wyuczyłem się jacarandiny i po niedługim czasie stałem się 
rabinem włóczęgów.
Sprawiedliwość zgoła o nas nie zapomniała i straż krążyła u wrót kościelnych, mimo to po północy 
mogliśmy chodzić po mieście w przebraniu. Widząc, że za bardzo przedłuża się ta zabawa i że fortuna nie 
przestaje mnie prześladować, nie tyle nauczony rozumu - bo nie jestem tak zmyślny - co z nudów, jako 
uparty grzesznik, postanowiłem, naradziwszy się wprzód z Grajales, popłynąć z nią do Indii, by przekonać 
się, czy zmiana świata i kraju los mój na lepsze odmieni. I poszło mi jeszcze gorzej jak zobaczy Wasza 
Łaskawość w drugiej części, w niczym bowiem nie polepszy swej doli ten, kto tylko miejsce odmienia, nie 
zaś żywot i obyczaje.