Carroll Jonathan Czarny koktajl

background image


JONATHAN CARROLL


CZARNY KOKTAIL I

INNE OPOWIADANIA

(Black Cocktail; Uh-Oh City!; Alone Alarm)


Przełożyli

Tomasz Jabłoński; Arkadiusz Nakoniecznik; Dorota Malinowska

background image

Czarny koktail

(Black Cocktail)


Wszelka smakowitość lub ostrość, jaką można znaleźć w tym koktailu, jest w dużej mierze
wynikiem intuicji i doświadczenia mojej redaktorki Deborah Beale. Mon chapeau...

Dla Diane Wakoski


Jedną z cech, które od razu mi się spodobały u Michaela Billi, była jego umiejętność
opowiadania anegdot. Są na tym świecie ludzie obdarzeni wspaniałym darem, który pozwala
im z drobnych i nieistotnych wydarzeń stworzyć opowiadania chwytające za serce lub
przynajmniej wywołujące salwę zdrowego śmiechu; śmiechu, który rozjaśnia szarość naszych
dni.

- Miałem kiedyś numer telefonu, który tylko jedną cyfrą różnił się od numeru miejskiego
biura zatrudnienia. Ciągle wydzwaniali do mnie jacyś ludzie i prosili pana Posamentiego,
dyrektora tej instytucji. Z początku uprzejmie informowałem, że to pomyłka. Jednak po
pięćdziesiątym telefonie ogarnęła mnie taka wściekłość, że zrobiło mi się ciemno przed
oczami. Poza tym do szału doprowadzała mnie głupota niektórych rozmówców. Połowa z
nich robiła wrażenie, że nie wie, do czego służy telefon. A kiedy dowiadywali się, że to
pomyłka, robili się nagle podejrzliwi i dochodzili do wniosku, że próbuję ich oszukać...
Przecież numer się zgadza, tylko ja, łobuz jeden, chcę ich zrobić w konia! Pewnego ranka, a
byłem akurat w dosyć paskudnym nastroju, znowu rozległ się dzwonek. Kiedy facet
oświadczył, że chce rozmawiać z panem Posamentim, zastanowiłem się chwilę, spojrzałem na
aparat i powiedziałem: "Tak, to ja". "Nazywam się Rickie Otto", powiedział facet.
"Chciałbym pracować w magistracie". "A jakie ma pan kwalifikacje?" - spytałem. "Że niby
co?" "Co takiego robił pan dotychczas, że mielibyśmy dać panu pracę?" "Byłem na wojnie i
potrafię prowadzić ciężarówkę. Wezmę pracę kierowcy". "Znakomicie, w takim razie od razu
ustalmy termin spotkania". "No". "Drogi panie Otto, chciałbym, żeby we wtorek rano zjawił
się pan w budynku urzędu miejskiego, pokój 32. I proszę się przebrać za sowę". "Za co? Co
pan powiedział?" "Za sowę, panie Otto".

Michael wspaniale pali papierosy. Zaciąga się w teatralny sposób i to zawsze w takiej chwili,
że kiedy wciąga dym w płuca, wypowiedziane właśnie słowa zapadają słuchaczowi w serce,
by eksplodować dokładnie w momencie, gdy Michael znów podejmuje swoją opowieść.

Uśmiechnął się, wzruszył ramionami i dmuchnął dymem pod sufit.

- Otto nie odzywał się przez bardzo długą chwilę. A potem zwyczajnie odłożył słuchawkę.
Klik.

background image


Spotkaliśmy się w okolicznościach romantycznych i tajemniczych.


Glenn, chłopak, z którym mieszkałem, zginął w straszliwym trzęsieniu ziemi, które ostatnio
narobiło takich szkód w Los Angeles. Bardzo się kochaliśmy i byliśmy sobie wierni. W tych
czasach szalejącej zarazy AIDS, gdy tak wielu naszych homoseksualnych przyjaciół albo już
zmarło na tę chorobę, albo bez większej nadziei czekało na wyniki badań krwi, uważaliśmy
się za szczęściarzy. Glenn żartował gorzko, że w ciągu jednego pokolenia z pariasów
społeczeństwa zmieniliśmy się w pariasów natury. Jednak my obaj jakoś wyszliśmy z tego
cało; kochaliśmy się, byliśmy zdrowi i każdy z nas miał pracę, której niejeden mógł nam
pozazdrościć.

A potem, pewnego wieczoru, gdy Glenn siedział na patio, przyszło trzęsienie ziemi. Siła
wstrząsu dosłownie rozdarła nasz dom na pół, a spadające kawały gruzu przygniotły mojego
przyjaciela.

Wracałem właśnie do domu ze studia. Jakimś cudem nie poczułem nic więcej, tylko
przesadne, komiksowe wręcz drganie i wybrzuszanie się nawierzchni; scena była jak z
koszmaru Myszki Miki. Pamiętam szaro-czarne, wijące się niby węgorze wstęgi jezdni, które
wyrzucały w górę ciężarówki i samochody osobowe, jakby to były zabawki. Przez te
wszystkie godziny, które zabrała mi droga do domu, myślałem bez przerwy o tym, jak bardzo
Glenn obawiał się trzęsienia ziemi i jak często mówił, że powinniśmy się stąd wynieść, zanim
wydarzy się to najgorsze. "Jak możesz wyjechać z Kalifornii, kiedy tak dobrze ci tu idzie?",
pytałem go z uśmiechem. "A co trupowi po sukcesach", odpowiadał.

Takie to myśli chodziły mi po głowie tamtego tragicznego wieczoru, gdy jechałem przez
rozdarte i jęczące miasto. Zimą, choć w Los Angeles jest bardzo pięknie, szybko przychodzi
zmrok. Kiedy koło ósmej dotarłem do domu, było już ciemno. Prawie nigdzie nie było widać
świateł, porytymi drogami nie jeździły samochody, słychać było tylko syk i trzaskanie ognia,
zawodzenie syren i warkot helikopterów przelatujących co parę minut nisko nad ziemią.

Gdy zrozumiałem, że stoję przed tym, co jeszcze rano było moim domem, rzuciłem się na
rumowisko i zacząłem kopać.

To cała historia, lecz nie ją chciałem tutaj opowiedzieć. Poza tym nie jestem tak dobrym
gawędziarzem jak Michael, więc mówiłbym tylko o łzach i prośbach do umarłych i żywych,
by zrozumieli, że nie byłem w stanie ocalić człowieka, którego kochałem.

Glenn żył jeszcze, kiedy go znaleźliśmy. Tak, jednak udało mi się odnaleźć go wśród gruzu i
dymu. Z pomocą sąsiada wyciągnęliśmy to, co zostało z mojego kochanka. I to tylko po to,
bym zobaczył, jak Glenn puszcza moją dłoń, próbuje się uśmiechnąć i umiera.

Kiedy go pochowałem (pamiętacie te wszystkie cmentarze, które jak na przykład Forest Lawn
wyrosły wśród chaosu niczym grzyby po deszczu? Ceny nieruchomości w Kalifornii znów
poszły w górę, choć tym razem chodziło dla odmiany o miejsce pod ziemią), napisałem o tym
wszystkim do Maris, mojej siostry. List sprawił, że zaszły dwa nieoczekiwane wydarzenia:
przede wszystkim szybko dostałem odpowiedź, co zważywszy na sytuację w Los Angeles po
trzęsieniu ziemi było naprawdę wyjątkowe, a po drugie siostra wspomniała w swoim liście,

background image

bym zadzwonił do niejakiego Michaela Billi. Jej mąż zasugerował, bym skontaktował się z
Billą, ponieważ był przekonany, że "będziemy do siebie pasowali". I nic więcej.

Parę razy spotkałem się z moim szwagrem i choć raczej go lubiłem, poczułem się dotknięty
tak autorytatywnym stwierdzeniem. Jak mógł przypuszczać, że wie, kto może do mnie
"pasować".

Jednak samotność nie zna rozwiązań pośrednich: albo zabija, albo daje spokojnie żyć. Mnie
nieomal zabiła. Kiedy przesiałem przez palce to, co zostało z mojego życia po trzęsieniu
ziemi, zrozumiałem, że niewiele jest rzeczy wartych wspomnienia. Ledwie parę drobiazgów,
które chciałem odkurzyć, naprawić, zachować...

Krótko potem przyszedł okres, gdy zdarzało mi się sterczeć przed wystawami sklepów z
bronią i układać listy lekarzy, którzy byliby skłonni wystawić mi niekonwencjonalną receptę.

Ten czas minął, lecz pozostało uczucie smutku i nieznośnej lekkości. Śmierć ma w swoim
jadłospisie jeszcze inne dania oprócz zwykłego zatrzymania czynności mózgu lub stłumienia
miarowego bicia serca.

To właśnie Michael powiedział, że śmierć jest jak barman, który potrafi przyrządzać tylko
egzotyczne napoje, a nie wie, co to piwo z wódką albo podwójna czysta.

- Pomyśl tylko, Ingram, jak różne są oblicza śmierci. Wychowałem się w miasteczku pełnym
kobiet, które pochodziły z Sycylii. Wiele z nich owdowiało za młodu i kiedy przed
sześćdziesięciu laty założyły na siebie czarne, żałobne suknie, to fruuu... To, co było w nich
kobiece i żywe, umarło razem z ich mężami. I pomyśl tylko, że miały po osiemnaście lat,
kiedy owdowiały, a osiemdziesiąt, kiedy je poznałem. Na uczelni spotkałem kiedyś chłopaka,
który przedtem nie zdał do Yale... Kiedy się dowiedział o wynikach egzaminu, coś w nim
zdechło. Do dzisiaj pewnie opowiada na prawo i lewo, jak go wtedy skrzywdziła komisja
kwalifikacyjna. W życiu zawsze mu się znakomicie wiodło. To coś, co miał w sobie - ego
nastolatka czy zwykłą pewność siebie - a więc to coś w nim umarło i spoczywa w ciemnej
mogiłce od dnia, kiedy przyszedł list z Yale. Są takie małe umierania. Małe śmierci, na które
możemy sobie pozwolić, bo przecież jest w nas jeszcze tyle życia. Analogia z alkoholem tu
też ma swoje zastosowanie. Są ludzie, którzy siedzą i piją, doskonale zdając sobie sprawę, że
zaraz spadną pod stół. Jednak zwykle jest tak, że ze względu na sytuację mogą sobie
pozwolić, na "utratę" na jakiś czas cząstki siebie samych. Nie muszę dzisiaj prowadzić? No to
co w tym złego, że widzę podwójnie? Jesteśmy wśród przyjaciół? No to mogę zrobić z siebie
durnia.

- Czy sądzisz, że paradowanie z abażurem na głowie to też taki rodzaj śmierci?

- Oczywiście. To śmierć dobrego smaku. Bardzo niebezpieczna rzecz, jeśli dowiedzą się o
niej niepowołane osoby. Sam przecież wiesz. Popatrz sobie na tych dziwaków, którzy
występują w twoim programie.

Prowadzę audycję radiową. Od pięciu lat jestem gospodarzem mocno kontrowersyjnego
programu Krzywe zwierciadło. Najbardziej pokręceni wariaci mogą u mnie wywalić, co im w
duszy gra. Audycja cieszy się powodzeniem, jest dziwaczna i - znacznie częściej, niż
mogłoby się wydawać - zaskakująca. Ci, których zapraszam, to osoby z bogatą wyobraźnią i
(przeważnie) nienormalne. Kiedy prowadzę program, często przypomina mi się, że Mark

background image

Twain napisał kiedyś, iż zamiast nieba wolałby piekło, bo tam siedzą wszyscy ciekawi ludzie.
Cokolwiek by powiedzieć o Krzywym zwierciadle, na pewno nie jest to nudna audycja.

Od czasu do czasu pojawia się ktoś wyjątkowy - mistyk z prawdziwie głęboką wizją tajemnic
życia albo wróżka, która rzuca na człowieka okiem i natychmiast mówi dwie, trzy rzeczy,
których nikt nie miałby ochoty usłyszeć. Lecz takich ludzi jest niewielu i większość moich
gości po prostu opowiada głodne kawałki i bajdurzy o jakichś spiskach, tajnych informacjach
i sekretach z zaświatów.

Audycja ma powodzenie, ponieważ naprawdę lubię rozmawiać z tymi ludźmi i lubię słuchać
ich historii. Pewnego razu zapytano Ronalda Reagana, dlaczego jego zdaniem jest tak
popularny wśród Amerykanów. Odparł, że ludzie wyczuwają, iż naprawdę ich lubi. Ja też
lubię tych dziwaków, którzy przychodzą do studia. Lubię ich i chętnie słucham ich
opowiadań.

Po śmierci Glenna jedynie program pomógł mi jakoś przetrwać. Niezależnie od tego, czy moi
goście są szaleni, czy też nie, kiedy tylko przestąpią próg studia, by sprzedawać hodowle
żółwi na Plutonie albo rozprawiać o ludzikach z ciasta, które mieszkają u nich w ogródku, od
razu czuję, że emanuje z nich pewna szczególna energia. Często powstała w czasie programu
myśl, że życie jest tak barwne i radosne, pozwalała mi dotrwać do następnego dnia. Życie
czasami daje popalić, lecz już za minutę albo godzinę zmienia się i bywa, że nawet na lepsze.
Wystarczyło mi tylko spojrzeć na listę zaproszonych do programu, a już wiedziałem, że skoro
jest na tym świecie facet, który mieszka pod końskim brzuchem, albo kobieta, która święcie
wierzy, że jej zegarek to wcielenie Elvisa Presleya, to i przede mną otwierają się nowe drogi,
nowe możliwości i że istnieje jakiś mężczyzna, który powie kiedyś: "Chodź tu, musimy sobie
pogadać". No więc nie kupiłem rewolweru i nie załatwiłem sobie tabletek, a pewnego
wieczoru, gdy zrozumiałem, że już zbyt długo przyglądam się swoim dłoniom, sięgnąłem po
notes i zadzwoniłem do człowieka, o którym mój szwagier twierdził, że będzie do mnie
pasował.

Bo właściwie, do cholery, czemu nie?

Michael był z początku pełen rezerwy, lecz w jego głosie wyczułem ciekawość, która
sugerowała, że byłby skłonny uczynić ostrożny krok w moim kierunku, jeśli tylko nie zrobię
jakiegoś nazbyt szybkiego ruchu i nie przestraszę go jak ptak, który znienacka zrywa się spod
nóg.

- Miałbyś może ochotę na lody z bakaliami?

- Właśnie o czymś takim myślałem.

- To spotkajmy się u C.C. Browna na Hollywood Boulevard.


Krzywe zwierciadło nagrywam dwa razy w tygodniu wczesnym popołudniem, więc wieczory
mam wolne. Kiedy wchodziłem do lodziarni, ostatnim dźwiękiem, jaki usłyszałem z ulicy,
był dobiegający z jakiegoś samochodu początek funkowego utworu Sensoria grupy Cabaret
Voltaire. Ta muzyka to sygnał Krzywego zwierciadła. Nie byłem pewien, czy to zła, czy
dobra wróżba.

background image


Samotnych mężczyzn było w łodziami dwóch. Jeden skrył się do połowy za gazetą, a drugi
patrzył na drzwi, przeciągając palcem między szyją a kołnierzykiem. Ten z gazetą był gruby,
a ten z kołnierzykiem zbyt nerwowy. Żaden z nich nie wyglądał zachęcająco.

- Ingram York!

Głos dochodził z głębi sali. Brzmiał znajomo. Kiedy odwróciłem się, myśląc, że zobaczę
Michaela Billę, ujrzałem Williama Szekspira. Willy był stałym gościem moich programów,
ściągałem go w ostatniej chwili zawsze wtedy, gdy potrzeba było jakiegoś "gaduły", który
ożywiłby audycję. Był zabawny, potrafił mówić o wszystkim i o niczym, no i oczywiście był
tak samo jak wszyscy moi goście stuknięty. W domu trzymał dwa dusiciele o imionach
Laverne i Surly, które zawsze zabierał do studia. Lubiłem Willy'ego w małych dawkach, lecz
tego wieczoru nie był mi akurat do niczego potrzebny. Billa wiedział co prawda, czym się
zajmuję, lecz nie chciałem, by w czasie naszego pierwszego spotkania plątał się wokół mnie
lekko przerażający przedstawiciel tych ludzi, którymi dobrowolnie otaczam się dzień w dzień.

- Zabrałbym węże, gdybym wiedział, że się spotkamy!

- Cześć, Willy. To na razie.

- A może loda, Ingram? Właśnie dostałem emeryturę i chętnie ci postawię.

- Dziękuję ci, jestem umówiony. Ale mogę to chyba traktować jako otwartą propozycję?

Spojrzał na mnie jak kaczor: z ukosa i bardzo uważnie.

- Coś wisi w powietrzu. Masz randkę, co?

- To po prostu znajomy. Uśmiechnął się.

- A słyszałeś taką anegdotę o Jacku Nicholsonie? Na przyjęciu podeszła do niego piękna
dziewczyna i spytała: "To co, Jack, zatańczymy?" Nicholson obejrzał ją sobie dokładnie i
powiedział: "Nie ten czasownik, kochana. Nie ten czasownik".

Willy mówił bardzo głośno. Gdy skończył, ktoś za nami zaśmiał się z uznaniem. Kiedy się
odwróciłem, zobaczyłem, że grubas opuścił gazetę i uśmiecha się szeroko. Ten człowiek
właściwie nie był nawet gruby, lecz po prostu wielki. Wyglądał jak ciężarowiec albo były
futbolista. Spojrzał na mnie i zrobił zapraszający gest. Willy poklepał mnie po ramieniu i
odszedł.

Michael uniósł się lekko i wyciągnął na powitanie ogromną łapę.

- Ale jesteś wielki. Sądząc po głosie, spodziewałem się, że jesteś o połowę mniejszy.

- Jak już o tym mówimy, to powiedz: "Witam serdecznie. I oto znów są wśród nas ludzie inni
niż wszyscy". Zdziwiłem się

- Słuchasz mojej audycji?

background image

- Czasami. Jak na mój gust trochę w niej za dużo dobrego, ale podoba mi się twój styl.
Traktujesz tych ludzi normalnie, a nie tak, jakby byli jakimiś rybkami z akwarium.

Usiadłem.

- Niektórzy z nich to naprawdę ryby. Tylko że czasami wyrastają im nóżki, żeby mogli dojść
do studia. Kiedy tu wszedłem, nie wiedziałem, jak cię rozpoznać.

Rozłożył ręce.

- Zawsze zapominam ludziom powiedzieć, żeby rozglądali się za wielkoludem. Wtedy łatwo
mnie znaleźć. Muszę przyznać, że zapominam o swoich rozmiarach. Kiedy byłem mały,
mieliśmy sukę, złotego retrievera, która ważyła przynajmniej osiemdziesiąt funtów. Strasznie
wielkie bydlę. Z tym że ona była przekonana, że jest drobna i delikatna jak ratlerek. Z
ogromnym trudem wdrapywała się na najmniejsze krzesło w całym domu i leżała na nim,
choć było jej strasznie niewygodnie i właściwie powinna była położyć się na kanapie. Ja też
taki jestem. Kupuję buty, które mnie cisną, i nie mogę uwierzyć, że noszę garnitur rozmiar
pięćdziesiąt sześć... w głębi serca czuję się malutki jak Edith Piaf.

Podano lody. Opowiedziałem Michaelowi o moim programie i co bardziej interesujących
postaciach. Jego ręce były w ciągłym ruchu. Lecz choć bawił się łyżeczką i cały czas
przesuwał szklankę po stole, bez wątpienia słuchał uważnie.

Kiedy przyszła pora, by opowiedział coś o sobie, Michael odprężył się i zwolnił ruchy jak
człowiek, który zasiada do spokojnej pogawędki przy kominku. Miał wiele do powiedzenia,
wiedział, że jego historie będą się podobały i że rozmówca będzie czekał na więcej, lecz
jednocześnie wymagał, by dostosować się do jego tempa i nie okazywać niecierpliwości. Z
początku wziąłem to za brzydki nawyk, bo miałem wrażenie, że nie może się doczekać, bym
skończył, żeby samemu zacząć mówić. Jednak po pewnym czasie zrozumiałem, że Michael
nie okazuje niecierpliwości tylko w jednym przypadku - kiedy sam mówi. Nie miał żadnego
innego hobby. Opowiadanie zastępowało mu chodzenie na ryby, zbieranie znaczków i długie,
wspaniałe biesiady w drogich restauracjach w gronie przyjaciół. Tylko opowiadania
pozwalały mu się odprężyć.

Prowadził w centrum miasta sklep z odzieżą męską, który nazywał się Gabinet Doktora
Caligari, i praca wypełniała mu większość czasu. Miał mały samochód, mieszkał w ładnie
umeblowanym, choć niedużym domu w Larchmont, a w wolnych chwilach czytał książki.

Wieczór skończyliśmy na polu golfowym w West Hollywood. Nie miałem do czynienia z
golfem od szkoły podstawowej. Lubię jednak kręgle i wrotki i miło mi było wrócić do czegoś
aż tak bardzo odległego w czasie. To uczucie, jakby człowiek oglądał się przez ramię na
pasażera siedzącego na tylnym siedzeniu.

Po kilku piłkach Michael zdjął marynarkę. Był roślejszy, niż mi się początkowo wydawało.

- Grałeś kiedyś w futbol? Pokręcił przecząco głową.

- Wielu ludzi mnie o to pyta. Nie, nie grałem. Nigdy nie byłem dobrym sportowcem, choć
lubię czasem trochę pobiegać. Jako dzieciak byłem zwykłym tłuściochem. Wiesz, takim, co to
ma w torbie trzy baloniki, a kiedy wraca ze szkoły, zjada zaraz wielki kawałek

background image

czekoladowego ciasta. Boże, ale byłem spasiony. Bardzo chciałem być kochany, a
jednocześnie robiłem wszystko, żeby to utrudnić. Obżerałem się, nie myłem, płakałem... -
Zamachnął się i piłeczka poszybowała w dal. - Na szczęście spotkałem Clintona.

- Kto to taki?

Spojrzał na mnie tak, jakbym zadał mu zbyt osobiste pytanie. Milczał przez chwilę, kołysząc
kijem tuż nad ziemią.

- To taki chłopak, który uratował mi życie. I to niejeden raz.

Bar w hotelu Westwood Muse to miejsce, gdzie często spotykają się radiowcy z Los Angeles.
Zaproponowałem, żebyśmy tam pojechali. Odparł z uśmiechem, że wprawdzie nie pije, ale
lubi dobre knajpy.

- Jak to możliwe, jeśli nie pijesz?

Pomyślałem o jego wewnętrznym niepokoju i niemożności usiedzenia w miejscu choćby
przez kilka minut. W knajpie człowiek zaczyna czuć się dobrze dopiero po godzinie. Trzeba
się odprężyć i pozwolić, by bar, jak dobry gospodarz, wziął cię za rękę i pokazał swoje
najlepsze strony: gości, muzykę, atmosferę.

- W barze jestem na tyle rozluźniony, żeby opowiadać ciekawe historie. Nawet gdyby trzeba
było na to kilku godzin.

Michael popijał z wielkiej szklanki piwo imbirowe z syropem z granatów.

Siedzieliśmy w rogu sali przy akwarium pełnym niebiesko ubarwionych ryb i patrzyliśmy na
wchodzącą właśnie parę. Mężczyzna sprawiał wrażenie troskliwego męża, natomiast jego
żona, efektowny rudzielec, wyglądała jak furia. Powiedziałem o tym Michaelowi. Pokiwał
głową.

- Też tak pomyślałem. Wygląda tak, jakby właśnie jej powiedział, że ma kochankę. Jedna z
najważniejszych kobiet w moim życiu też miała rude włosy. Eddie Devon, pierwsza
dziewczyna, o której marzyłem w samotności. W wieku piętnastu lat miała już takie ciało, że
najbardziej świątobliwy mnich ściągnąłby dla niej habit. Eddie Devon żuła gumę w taki
sposób, że człowiekowi miękły kolana. Zwróciłeś kiedyś uwagę, jak nastolatki żują gumę?
Usta mają pełne czegoś bardzo nieprzyzwoitego i różowego. Zupełnie jak to. - Podniósł
szklankę. - Cała szkoła się za nią oglądała, a ona świetnie sobie z tego zdawała sprawę. Młode
kobiety mają w sobie dumę, która rozjaśnia im twarze; wiedzą, że są w centrum uwagi i że
świat im się przygląda. Może w głębi duszy rozumieją, że potrwa to tylko parę lat, i dlatego,
póki można, cieszą się swym darem. Eddie Devon doprowadzała do szaleństwa wszystkich, a
więc również grubasa Michaela Billę. Wyobrażasz sobie, jakie to uczucie, kiedy ktoś nazywa
cię "beką smalcu" przy Eddie Devon? Straszne. To jedna ze śmiertelnych ran, jakie zadano mi
w dzieciństwie. Ale wtedy wszyscy byliśmy twardzi; wystarczyło, że czułem jej obecność, by
móc znosić zniewagi innych dzieciaków. Czasami zdarzało jej się nawet powiedzieć mi coś
miłego albo uśmiechnąć się, co zawsze łagodziło mój ból. Boże, ile to już czasu o niej nie
myślałem. Wszystko pewnie przez to, że przypomniałeś mi Clintona.

Michael pociągnął spory łyk ze szklanki i postawił ją ze stukiem na blacie.

background image


- A teraz muszę ci opowiedzieć historię Eddie i Clintona. Nazywał się Clinton Deix. -
Michael wymówił to nazwisko jak "Dajks". - Mieszkał na tej samej ulicy, kawałek dalej, w
Sierocińcu Świętej Debory. Żaden dzieciak stamtąd nie dawał sobie dmuchać w kaszę, ale
Clintonowi wystarczyło pięć minut, żeby porozstawiać wszystkich po kątach i zostać tam
szefem. Wiesz, jak o sobie mówił? Książę Palców u Rąk i Nóg. Nie pytaj dlaczego.
Przyjechał z Nowego Jorku, ale nigdy nie dowiedziałem się dokładnie, dlaczego wylądował w
sierocińcu. Mówił tylko, że jego rodzice nie żyją. Był kompletnie szurnięty. Pewnie miał
schizofrenię, no ale my nie znaliśmy takich mądrych słów, więc przypuszczaliśmy po prostu,
że często bywa w złym humorze. Clinton należał do tego gatunku pomyleńców, którzy, gdy
wdadzą się w bójkę, łapią pierwszą lepszą rzecz, która nawinie im się pod rękę, i zaprawiają
nią przeciwnika w łeb. Widziałem go w akcji. W okolicy nie brakowało zabijaków, ale i oni
wiedzieli, od kogo trzeba się trzymać z daleka. Clinton był zły jak osa zamknięta w butelce.

- Ciekawe porównanie. Byliście przyjaciółmi? Myślałem, że zaliczałeś się wtedy do
mięczaków.

Michael pokiwał głową i przymknął oczy.

- To prawda, ale dzieci przyjaźnią się czasem bez żadnego specjalnego powodu. Można
powiedzieć, że zostaliśmy kumplami tego samego dnia, kiedy się poznaliśmy. Sierociniec był
dziesięć minut drogi od mojego domu. Już pierwszego dnia wracaliśmy razem ze szkoły, bo
okazało się, że idziemy w tym samym kierunku. Kiedy znaleźliśmy się przed moim domem,
poklepał mnie po ramieniu i powiedział, że zobaczymy się następnego dnia. Rano czekał na
mnie przed furtką, więc poszliśmy razem do szkoły, no i tak to się zaczęło. W czasie przerwy
na lunch Anthony Fanelli nazwał go hitlerowcem, więc Clinton rozmazał mu na gębie
kanapkę. Z pastą jajeczną. Do dziś pamiętam, jak ta żółto-biała masa ściekała mu po policzku.
- Billa pochylił się i splótł palce, wyraźnie podekscytowany. - Anthony nie był żadnym
niedołęgą, ale Clinton zareagował tak szybko i gwałtownie, że Fanelli zrobił minę pod
tytułem "a może jednak nie pchać palca między drzwi" i dał spokój.

Billa opowiadał z takim upodobaniem i zacięciem, że bez trudu wyobraziłem sobie twarz
Fanellego: szok po nagłym uderzeniu i wstyd, że trzeba się poddać na oczach wszystkich.

- A co zrobił Fanelli?

- Patrzył przed siebie i jadł drugą połowę kanapki. Potem przyszła Eddie Devon ze swoją
świtą. Zatrzymała się obok i powiedziała wyjątkowo wrednie: "Anthony, zdaje się, że masz
jajko na policzku". Kątem oka dojrzałem, że Clinton podnosi rękę i pstryka w jej kierunku.
Wszyscy spojrzeliśmy na niego, ponieważ było jasne, że teraz rzecz rozgrywa się między
królową szkoły i księciem palców. Spojrzała na niego i wtedy Clinton zebrał paluchem
sałatkę z twarzy Anthony'ego. Kiedy miał już sporą grudkę, wpakował ją sobie do ust i
powiedział do Eddie: "Smakuje zupełnie jak ty".


Zacząłem się spotykać z Michaelem. Choć czasami za dużo gadał, jego obecność sprawiała
mi przyjemność. Miał dwie wspaniałe cechy: naturalną uprzejmość i optymizm. Obu z nich
się bałem i obie też mnie zawstydzały. Nim go spotkałem, zawsze mi się wydawało, że jestem
porządnym facetem, który potrafi być uczynny i nie jest zbyt skory do wydawania

background image

pochopnych sądów o innych ludziach. Jednak Michael patrzył na świat przez okulary tak
różowe, że prawie w ogóle nie zdarzało mu się "osądzać" swoich bliźnich. Lubił dania, które
przygotowywało mu życie, więc zjadał je bez szczególnych utyskiwań, z apetytem
wygłodniałego dziecka. Był jednym z niewielu znanych mi dorosłych, którzy autentycznie
cieszą się życiem, nie zważając na wzloty i upadki, które tydzień w tydzień są ich udziałem.
Jego towarzystwo dodawało mi otuchy, a czasami nawet stawało się pewną inspiracją. Kiedy
mu o tym powiedziałem, zgodził się ze mną.

- To z pewnością dlatego, że miałem takie, a nie inne dzieciństwo. Mówiłem ci, że byłem
typowym grubasem, który cały czas marzy, żeby świat go pokochał. Rzecz w tym, że od
momentu gdy pojawił się Clinton Deix, świat naprawdę zaczął mnie kochać. Jeśli nie cały, to
przynajmniej świat moich rówieśników. Wszystko polegało na pewnym związku
przyczynowo - skutkowym: ponieważ lubił mnie Clinton, inni też musieli mnie lubić, bo
inaczej dałby im po mordzie. I wtedy moją osobę zaczęła spowijać pewna tajemnica. No i
dzieciaki zaczęły myśleć tak: coś w tym Billi musi być, skoro sam Clinton aż tak go lubi. To
pewnie oznacza, że Billa tak naprawdę jest fajny, tylko myśmy tego nie wiedzieli, ale od teraz
już będziemy. Ingram, to było jedno z najpiękniejszych przedstawień w rodzaju "nowe szaty
cesarza", jakie zdarzyło mi się widzieć. We mnie nie było naprawdę nic fajnego. Byłem
grubasem, który jedzie na trójach i cały czas marzy tylko o tym, żeby znaleźć się w
najlepszym towarzystwie. Pamiętasz tę piosenkę Dobie Gray? Zawsze mi się wydawało, że to
najlepszy kawałek, jaki można sobie wyobrazić. No ale jak fujara może się dostać do
najlepszego towarzystwa? Gdyby nie Clinton, miałbym zmarnowane dzieciństwo. A tak od
dwunastego roku życia było mi jak w niebie.

- Czyli Clinton był kimś w rodzaju twojego anioła stróża?

- Z całą pewnością.

- A co się z nim stało? Widujesz go jeszcze?

- Od czasu do czasu.


Chodziliśmy do meksykańskich knajp, na plażę i spieraliśmy się leniwie na temat filmów.
Jakieś dwa miesiące od chwili, gdy go poznałem, spłynęło na mnie objawienie i zrozumiałem,
że nigdy nie pokocham Michaela, choć kocham już tyle rzeczy z nim związanych.

Nie poszliśmy ze sobą do łóżka. W głębi duszy ciągle jeszcze należałem do Glenna i nie
miałem ochoty wychodzić z tego zamknięcia, by szukać kogoś na jego miejsce. Michael nie
czynił żadnych kroków w tym kierunku, a ja wychodziłem z założenia, że albo działa bardzo
powoli, albo - podobnie jak ja - nie chce, by nasza przyjaźń zmieniła się w tego typu związek.

- Kiedy się zorientowałeś, że wolisz mężczyzn? Jedliśmy lunch w restauracji Gingham
Garden w Larchmont. Słońce przeświecało przez markizę, a siedzący wokół ludzie
rozmawiali o wiele za głośno o swoich kochankach, kiepskich interesach w branży filmowej
albo o chorobach. To najbardziej popularne tematy rozmów w stolicy światowego kina, choć
czasami kolejność może być nieco inna.

Pytanie zadałem dość cicho, lecz odpowiedź Michaela zabrzmiała jak triumfalna fanfara.

background image


- To było jakiś rok po tym, jak poznałem Clintona. Ukradł parę "Playboyów" w sklepiku na
rogu i przeglądaliśmy je u mnie w pokoju. Spytał, czy podobają mi się te zdjęcia.
Wzruszyłem ramionami i powiedziałem, że tak. Wtedy zapytał, czy miałbym ochotę
przelecieć którąś z tych dziewczyn. "Pewnie", powiedziałem. "A ty nie?" "Nieee",
odpowiedział. "Kto by tam chciał ładować się w takie historie". Nie wiedziałem, o jakie
"historie" mu chodziło, ale to, co powiedział, zrobiło na mnie spore wrażenie, więc już się nie
odezwałem. Clinton wyciągnął zza pazuchy kolejny magazyn i rzucił mi go tak, jakby był to
jakiś dowód. Pamiętasz jeszcze te czasy, kiedy nawet w czasopismach z panienkami nie
można było pokazywać prawdziwej golizny? Nagusów można było obejrzeć tylko w
magazynach dla nudystów: Sun and Fun" albo Sun Worship". Kosztowały trzy dolary za
egzemplarz, czyli majątek jak na owe czasy, i były ponoć adresowane do "poważnie
myślących naturystów".

Ostatnie słowa Michael wypowiedział tak głośno, że parę siedzących koło nas kobiet
przestało na moment sączyć herbatę z lodem i posłało mu lodowate spojrzenia. Mój przyjaciel
nie zwrócił na nie uwagi.

- Clinton rzucił mi ten magazyn, a potem otworzył go na stronie, gdzie było zdjęcie nagich
mężczyzn grających w siatkówkę. Wyglądali po prostu wspaniale - napięte mięśnie, samo
zdrowie. No i byli ładniejsi od dziewczyn, które wydawały się jakieś takie jakby zagubione,
mimo że uśmiechały się przyjaźnie, choć sztucznie znad olbrzymich piersi. Po raz pierwszy
widziałem wtedy rozkładówki z panienkami, jednak mężczyźni wydali mi się bardziej
intrygujący i prowokujący. Kobiety były co prawda tajemnicze i robiły spore wrażenie, lecz
mężczyzn miało się ochotę dotknąć przez kartki magazynu.

- Czy tamtego dnia zdarzyło się coś między wami?

- Nie, wtedy nie.

- A potem?

Nie odpowiedział na moje pytanie, bo do stolika podszedł jakiś jego znajomy.


Pewnego dnia zgromadziłem w studiu grupkę ludzi, którzy utrzymywali, że są wcieleniami
słynnych postaci histo- rycznych. Był Hitler, Mozart i Jean Jacques Rousseau. Ostatnie
piętnaście minut programu przeznaczam zawsze na telefony od słuchaczy. Najwięcej osób
zadzwoniło do Hitlera i jemu też najbardziej się oberwało. Ktoś zapytał Mozarta, czy widział
film Amadeusz i czy to prawda, że Salieri go zamordował. Nieszczęsnemu Rousseau
(listonoszowi z Tempe w stanie Arizona) nikt nie zadał żadnego pytania, aż wreszcie
zadzwonił ostatni słuchacz wieczoru.

Nie poznałem tego głosu.

- Panie Rousseau, czy mógłby mi pan szczegółowo wyjaśnić, co miał pan na myśli, pisząc w
szóstej księdze Wyznań następujące słowa: "Na ogół ludzie wierzący tworzą sobie Boga na
swoje podobieństwo, dobrzy czynią go dobrym, źli złym; bigoci pełni nienawiści i żółci
widzą jedynie piekło, bo chcieliby na nie skazać cały świat; dusze kochające i łagodne nie

background image

wierzą w nie wcale".

Rousseau zastanawiał się przez moment, a potem przysunął się bliżej mikrofonu.

- Bóg jest taki, jakim widzi go człowiek, który w niego wierzy. Ludzie dobrzy widzą w Bogu
siłę pozytywną, a dla złych jest uosobieniem grozy. Bardzo prosta sprawa.

Realizator pokazał na zegar. Zostały tylko dwie minuty, a ja musiałem jeszcze zapowiedzieć
jutrzejszych gości.

Zanim jednak zdążyłem się odezwać, głos w telefonie zapytał:

- Panie Rousseau, czy nie sądzi pan, że gdyby ludzie naprawdę chcieli dobra, to dawno by już
je mieli?

- Bardzo przepraszam, ale pan Rousseau nie może odpowiedzieć, bo nasz czas antenowy już
minął. Jutro w programie wywiad z członkami grupy rockowej Orgazm Grzechotnika, którzy
grają wyłącznie na kuchenkach mikrofalowych. Serdecznie wszystkich zapraszam. Tyle na
dzisiaj.

Następnego dnia pojechałem do Gabinetu Doktora Caligari, żeby kupić koszulę i zobaczyć się
z Michaelem.

Ledwie znalazłem się w środku, ruszył na mnie jak rozjuszony byk.

- Przerwałeś mi! Ty draniu! Jak mogłeś?

- Ja ci przerwałem? Kiedy?

- Wczoraj w twojej audycji. To ja dzwoniłem do Rousseau. Chciałem, żebyś wiedział, że
słucham.

- To byłeś ty? Ten cytat o Bogu? Czemuś nie zadzwonił wcześniej? To przecież było jedyne
inteligentne pytanie w całej audycji. Nie wiedziałem, że jesteś takim entuzjastą Rousseau.

Mruknął z zadowoleniem.

- Chciałem przygwoździć faceta cytatem z Haziitta. Co by było, gdyby ludzie rzeczywiście
pragnęli dobra? Wszystko sobie zaplanowałem.

- Przygwoździć? Prostego listonosza z Arizony.

- Ingram, to był jakiś oszust. Ci dwaj inni wariaci wierzyli w to, co mówią. A on nie. Na
pewno dopiero co przeczytał Wyznania i postanowił wcisnąć się do programu... Nie próbuj się
ze mną spierać. Nie znoszę oszustów. Nawet kiedy występują w twoim programie.

- U mnie występuje wielu takich ludzi. Dlatego audycja nazywa się Krzywe zwierciadło.

Zniknął jego gniew, który niepokoił mnie jeszcze przed chwilą. Twarz złagodniała, a dwie
odwrócone litery "V", w które zamieniły się jego brwi, znów ułożyły się w miękkie łuki. W

background image

ciągu sekundy odtworzyłem sobie historię naszej znajomości i pojąłem, że nigdy nie
widziałem, żeby się denerwował. Skąd więc to wzburzenie?

- Michael, czy coś się stało?

Nie odpowiedział, lecz pociągnął mnie za rękaw na zaplecze.

Sklepowe biuro było małe, lecz funkcjonalnie urządzone. Sprzęty z szarego metalu wyglądały
na dość niewygodne. Jedynym obrazem na ścianie był fotos z filmu Gabinet doktora Caligari,
ten sam, który zdobił firmową papeterię.

- Obejrzyj to sobie.

Stojąc za biurkiem, podał mi złożoną kartkę. Było na niej kilkanaście słów nakreślonych
grubo czerwonym atramentem. Okrągłe, dziecinne pismo. Kropki nad "i" były właściwie
kółeczkami.


Drogi Mike,

dawno się nie widzieliśmy, prawda? Na pewno ucieszy
cię wiadomość, ze Twój stary przyjaciel Clinton
zamierza Cię niedługo odwiedzić. Przygotuj się na
powitanie. Pa, kotku.



Chciałem oddać mu ten list, lecz go nie przyjął. Położyłem kartkę na brzegu biurka. Spojrzał
na nią z ponurą miną.

- Clinton przyjeżdża? No i co z tego?

- Już tu jest.

Odwrócił się, odgarnął zasłonę i pokazał mi gestem, żebym do niego podszedł. Gdy stanąłem
koło okna, wskazał na drugą stronę ulicy. Jego ręka nie była spokojna. Nie trzęsła się
wprawdzie, ale emanowała jakąś wibrującą, nieprzyjemną energią. Tak, jakby przed chwilą
trzepnął go prąd i teraz dochodził powoli do siebie.

Ulica była pełna samochodów i ludzi; spaliny, hałas.

Wskazał palcem.

- Widzisz te światła na skrzyżowaniu? O słup opiera się chłopak. Ten w futbolowej koszulce.
Numer 23.

- W czerwonej?

- Tak. To Clinton.

Uśmiechnąłem się.

background image


- Przecież ten chłopak ma jakieś piętnaście lat.

- Wiem. - Opuścił zasłonę.

W ostatniej chwili "Clinton" spojrzał w naszą stronę. Tak jakby wiedział, co się dzieje i że to
o nim rozmawiamy.

Dłonie mówią prawdę. Sposób, w jaki podnoszą się i opadają, nieświadome swego smutku
lub gracji, może wyrazić ostateczną porażkę albo uczucie, które kryje się za obojętną twarzą i
cynicznym uśmiechem.

Siedzieliśmy przedzieleni biurkiem. Usiłował żartować, lecz jego dłonie unosiły się tylko do
połowy wysokości, jak ptaki, którym brakuje sił do lotu. Nie było nam do śmiechu.

- Wiesz, Ingram, ilu ja znam ludzi? Sama litera "Z" zabiera mi w notesie trzy strony.
Naprawdę. Wiesz, co sobie ostatnio uświadomiłem? Że zawsze miałem niewłaściwych
wielbicieli. Zbyt wielu fałszywych przyjaciół. Nie mówię o tobie, ale działam jak magnes na
ludzi, którzy z początku świetnie się zapowiadają, ale znajomość z nimi zawsze kończy się
katastrofą. Clinton jest tu świetnym przykładem.

Nieświadomie podniosłem rękę jak uczeń, który chce zadać jakieś ważne pytanie.

- Poczekaj no chwilę. Z wszystkich twoich opowieści o Clintonie wynikało, że jest on
wspaniałym połączeniem przyjaciela i opiekuna... Powtarzałeś z dziesięć razy, że to właśnie
on uratował twoje dzieciństwo.

- To prawda. Uratował. Ale nie o to teraz mi chodzi. Nie mów mi, że znasz kogoś do końca,
dopóki nie wyjawi ci, o co modli się każdego wieczoru do swojego boga czy diabła.

Potrząsnąłem głową. O co mu właściwie chodzi?

- Racja, Clinton mnie bronił. Przez wiele lat. A potem zamienił się w "małpią łapkę". To taki
talizman, który gdy wypowiesz ostatnie, trzecie życzenie, niszczy wszystko, co dobre.
Wszystko, co kochałeś.

Wyjaśnianie komuś jakiejś sprawy przypomina zamiatanie podłogi. Najpierw szerokie ruchy
szczotką, by zgarnąć na kupkę najgrubsze śmieci. Potem, jeśli chce się być dokładnym, trzeba
opaść na kolana i usunąć drobiazgi z kątów i spod mebli. Zmieść to wszystko razem, no i
proszę - pokój posprzątany.

Zamiast jednak zadbać o czystość i zebrać wszystkie szczegóły dotyczące Clintona Deixa w
zgrabną (a więc zrozumiałą) kupkę, Michael mówił chaotycznie i czasami przestawałem go w
ogóle rozumieć. Jego zamiatanie wzbijało tylko kurz i brud, który teraz bardziej niż
kiedykolwiek krążył po pokoju jego przeszłości.

Pod koniec owego dnia, gdy po raz pierwszy zobaczyliśmy chłopca stojącego po drugiej
stronie ulicy, zrozumiałem tylko jedno: Clinton Deix wrócił i ciągle ma piętnaście lat.
Michael zawsze znał go jako piętnastolatka. Od przeszło dwudziestu lat.

background image


- Nie powiedziałem ci jeszcze, co stało się z Anthonym Fanellim.

- Michael, proszę cię...

- Nie, nie. Chcę ci tylko opowiedzieć kolejną historię.

Ona też ma pewien związek z tym, co się teraz dzieje. Zanim coś powiesz, powinieneś poznać
tło wydarzeń. Sprawa jest mocno zagmatwana.

- I mnie to mówisz?

Kilka lat wcześniej miałem w Krzywym zwierciadle gościa, który był jednym ze zbirów w
argentyńskim rządzie generała Galtieriego. Jego zadaniem było torturowanie więźniów. Choć
był odrażającym i paskudnym typem, zwłaszcza dlatego, że bardzo był z tej swojej roboty
dumny i jednocześnie zadowolony, że udało mu się uciec od odpowiedzialności, powiedział
coś, co mną wstrząsnęło. Podobnie jak inni ludzie, i on miał małą kieszonkę, z której czasami
wyjmował szczyptę życiowej mądrości. Można się było dość łatwo domyślić, co powie, no
ale ile razy zdarza nam się usłyszeć coś na temat zła z ust człowieka, który sam jest
wcielonym złem? Albo czuć smród z gęby potwora, który opowiada o swoich sprawkach?

Powiedział coś takiego: "Sztuka tortur, podobnie jak sztuka uwodzenia, polega na
indywidualnym traktowaniu każdej ofiary. Zależy ci na tym, żeby kogoś przyszpilić? Nie
spiesz się, zachowaj zimną krew, powęsz trochę, dowiedz się czegoś o jego zwyczajach i
upodobaniach. Prędzej czy później trafisz na coś przydatnego: ta pani lubi wszystkie kwiaty,
ale orchidee po prostu uwielbia. Zrywanie paznokci na tego pana jakoś nie działa, ale
wystarczy wspomnieć, że coś złego może się stać jego dzieciom, i proszę - już go masz,
będzie ci się czołgał u stóp. Torturowanie jest jak uwodzenie - należy używać tych samych
środków, aby osiągnąć cel". Dreszcz przeszedł mi po plecach, kiedy stwierdził, że używał
tych samych metod, by zdobyć żonę i wyciągnąć informacje od setek nieszczęsnych
więźniów. Gdy spytałem, czy kiedykolwiek miał wyrzuty sumienia, odparł: "Jeśli na Boga nie
zwraca się uwagi, sam sobie pójdzie".

Dwa dni po tym, jak pierwszy raz ujrzałem Clintona, ktoś pociął mi opony w motocyklu.
Mało to zabawne, no ale takie są uroki życia w wielkim mieście. Na szczęście warsztat jest
parę ulic dalej. Zadzwoniłem do mechanika i już po półtorej godziny motocykl był znowu na
chodzie. Mieszkanie wynajmowałem na osiedlu, gdzie był i garaż, ale korzystałem z niego
zaledwie parę razy. Tego wieczoru wstawiłem tam jednak motocykl i przestałem o nim
myśleć.

Trzy dni później włamano mi się do mieszkania. Nic nie zginęło, ale ten, kto to zrobił, w
kilku miejscach napisał gównem na ścianie Krzywe zwierciadło. Smród - a powiedzieć tu
trzeba, że ludzkie odchody mają bardzo specyficzny odór - oraz dotkliwie oczywisty fakt, że
włamywacz wiedział, kto tu mieszka, sprawiły, że strach ścisnął mi serce. W końcu wszyscy
czytaliśmy Rok 1984 i pamiętamy klatkę ze szczurami przytwierdzoną do głowy Winstona
Smitha w pokoju 101, no ale to tylko fikcja literacka. Można odłożyć książkę i pójść sobie do
kuchni po paczkę krakersów. Inaczej rzecz się ma, kiedy człowiek wraca do domu i widzi, że
ktoś wypisał mu gównem na ścianach kuchni fragment życia.

background image

Policja - a w szczególności mój znajomy, detektyw Dominick Scanion, do którego dzwonię
zawsze, kiedy potrzebuję jakiejś przysługi od policji w Los Angeles - nie uznała tego
wydarzenia za nic szczególnego.

- Chryste Panie, Ingram, a czego się spodziewałeś, skoro prowadzisz taką audycję? Masz tam
więcej pokręconych psychopatów, niż siedzi u nas w pierdlu. A ty się dziwisz, że jeden z nich
nabazgrał ci coś palcem na ścianie? Pamiętasz, jak w Seattie zamordowano faceta, który
prowadził podobną audycję? Od lat ci powtarzam, żebyś na siebie uważał. A ty musiałeś
stworzyć Fan Club Charlesa Mansona. Ta twoja audycja przypomina nagłówek z "National
Enquirer": MARILYN MONROE ŻYJE, MIESZKA NA LATAJĄCYM TALERZU I
PRZYLECIAŁA WYDUPCZYĆ MOJEGO CHOMIKA! Mój Boże, Ingram, ty się naprawdę
czemuś dziwisz? Mnie zdumiewa tylko to, że tak długo trwało, zanim przydarzyła ci się taka
historia.

- Zejdź wreszcie ze mnie. Lepiej mi powiedz, co mam z tym zrobić.

- Przeprowadź się. Zmień numer telefonu i go zastrzeż. No ale dopóki prowadzisz tę audycję,
jesteś jak na tacy. przecież widzisz tych świrów tylko wtedy, kiedy siedzą u ciebie w studiu i
pokazują się z najlepszej strony. Ja mam z nimi do czynienia, kiedy poprzepalają im się
reaktory i wybuchają jak małe bombki atomowe. Na przykład wtedy gdy odstrzeliwują łby
sobie nawzajem albo przypadkowym przechodniom. Bardzo cię lubię, stary, ale nie możesz
się spodziewać, że będziesz czysty jak łza, jeśli masz do czynienia z tym całym
radioaktywnym śmieciem.

- Słuchaj no, Dominick, gliny powinny uspokajać obywateli, tymczasem słuchając ciebie,
mam uczucie, jakbym próbował się wytrzeć mokrym ręcznikiem.

- Przecież na początku każdej audycji wołasz: "Marsjanie wylądowali". No to tym razem
wylądowali u ciebie w domu.


Na dworze gęsta mżawka unosiła się w powietrzu jak dym. Patrzyliśmy z Michaelem przez
kuchenne okno na deszcz, popijając herbatę i jedząc ciasteczka domowego wypieku. Michael
wziął jedno z nich do ręki i uniósł na wysokość mojej twarzy.

- Jak myślisz, jak ma na imię bóg miłych drobiazgów? Bóg ciasteczek i herbaty Earl Grey?
Chciałbyś go kiedyś spotkać? Boga dobrych filmów, odlatujących według rozkładu
samolotów, szczeniaków, kobiet, które przechodzą obok i zostawiają za sobą zapach dobrych
perfum... Bo ja bardzo. To Clinton włamał ci się do domu. Opony od motocykla to tez jego
robota. Nie mówiłem ci jeszcze, co się stało z Anthonym Fanellim.

- Michael, proszę cię.

Anthony Fanelli znienawidził Michaela od pierwszego dnia. Czemu dzieje się tak, że ludziom
utalentowanym zawsze wchodzą w drogę jacyś nieudacznicy? Dlaczego pech naigrawa się z
tych, którzy mogliby zadziwić świat? Michael Billa był małym grubasem, który, jak sam
twierdził, już w wieku dziesięciu lat miał skórę jak papier ścierny. Usłyszal kiedyś, jak wuj
mówi do jego matki: "Chłopak musiałby zostać geniuszem, żeby dać sobie w życiu radę z
takim wyglądem".

background image


- Miałem brzydką cerę i wąskie usta. Moje hormony zupełnie powariowały. Wiesz, jaką
znalazłem na to radę? Postanowiłem być śmieszny. To nawet nie najgorszy pomysł. Na tym
świecie zawsze znajdzie się miejsce dla dobrego błazna. A mi się na ogół udawało. Jeśli sam
wyśmiewałem się ze swojej tuszy czy cery i robiłem to lepiej niż inni, byłem górą. No ale z
Anthonym tak się nie dało. Miał piękne, kruczoczarne włosy. Fryzurę miał zawsze
nieskazitelną jak jakaś gejsza. Wiesz, co najbardziej utkwiło mi w pamięci? Nosił w
kieszeniach mnóstwo wspaniałych rzeczy. Był pierwszą osobą, u której widziałem czerwony
szwajcarski scyzoryk. I złotą zapalniczkę. Na pewno nie była z prawdziwego złota, ale na nas
i tak robiła wrażenie. Pewnie wtedy chciałem, żeby mnie polubił, no ale on traktował mnie
jak szmatę. Miałem taką samą szansę, żeby wkraść się w jego łaski, jak pies na złapanie
motyla. To niezłe porównanie: byłem jak ośliniony, żałosny psiak, a Fanelli przypominał
cudownego tropikalnego motyla. Tyle że ten motyl miał nóż. Fanelli był przystojny, ostry i
miał charyzmę. Nawet takie dziewczyny jak Eddie Devon podziwiały go w skrytości ducha, a
on doskonale o tym wiedział. Wielu z nas wyrosło wśród takich Fanellich i potem, kiedy
oglądamy się za siebie, ci ludzie wydają się nam mało zabawnymi i nie wartymi wspomnienia
gratami na półkach pamięci. No ale wtedy byli prawdziwi, wspaniali i spowici czarem,
którego wszyscy im zazdrościli.

Cokolwiek bym zrobił, nie znajdowało u niego uznania. Czasami miałem wrażenie, że
wścieka go sam fakt, że ktoś taki jak ja istnieje i przebywa w pobliżu. Kiedyś matka upiekła
mi tort na urodziny. Ponieważ byłem durniem, zabrałem go do szkoły, żeby poczęstować
moich "przyjaciół". W tamtych czasach w telewizji nadawano serial "Niewykonalna misja",
który wszyscy oglądaliśmy z nabożną czcią. Kiedy więc wszedłem z tortem do stołówki,
powiedziałem: "Trzeba to szybko zjeść, bo inaczej w ciągu piętnastu minut nastąpi
samorozmrożenie". Anthony popatrzył tak, jakby miał ochotę na tort, no ale nie mógł niczego
ode mnie przyjać Wstał od stolika i powiedział "samorozmrożenie" takim tonem, jakby było
to najbardziej wulgarne i głupie słowo nod słońcem. No i wiesz, co się stało? Kiedy Fanelli
wyszedł, nikt nie wziął ani kawałka. Wszyscy wstali i poszli. Została tylko Beth Ann
Gunsberg, a to dlatego, że była tak samo tłusta jak ja. No i zostałem z tym wspaniałym
czekoladowym tortem i mnóstwem nikomu niepotrzebnych widelczyków. A potem zjawił się
Clinton. Pewnego dnia zobaczyłem go, jak siedzi na angielskim w końcu sali. Kiedy pani
Sellars, nasza nauczycielka, zadała mu jakieś pytanie, wzruszył ramionami i pochylił się nad
pulpitem. Anthony, który siedział dwa miejsca dalej, zaśmiał się w typowy dla siebie sposób.
To wystarczyło. Clinton, który był mniej więcej tej samej postury co Fanelli, spojrzał tylko na
niego, lecz widać już było, że kołki wchodzą właśnie w ziemię, a płachta namiotu się unosi.
Właśnie wtedy.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Chodzi mi o ich stosunek do siebie. Anthony, kiedy się zaśmiał, wybrał miejsce, w którym
ma stanąć namiot. Clinton wziął młotek i wbił kołki. Tutaj rozbijamy? No dobra, to ja się tym
zajmę. Potem pani Sellars zadała to samo pytanie Anthony'emu, a on odpowiedział,
uśmiechając się i patrząc przeciągle na Clintona. Deix siedział w kącie i patrzył tamtemu w
oczy. Kiedy lekcja się skończyła, wstał, podszedł do Anthony'ego i powiedział: "Pieprzysz
nie tę dupę, co trzeba, czarnulku". Anthony, który stał w otoczeniu swojej paczki, odparł:
"Dupę? A więc uważasz się za dupę? Bardzo interesujące". No ale nic nie zrobił. Myślę, że
już wtedy czuł przez skórę, jak niebezpieczny może być ten nowy. Clinton podszedł bliżej i
powiedział mu prosto w twarz: "Wypiję z ciebie krew. Będę ją pił jak koktajl. Pomyśl sobie o
tym czasem, ślicznotko". Potem zdarzyła się ta historia z pastą jajeczną i już wiedzieliśmy, że

background image

Fanelli zrobił spory błąd, wchodząc na odcisk temu akurat facetowi. Jeszcze trudniej było mu
pewnie znieść to, że ja i Clinton byliśmy w dobrych stosunkach. Nagle dwóch chłopaków,
których serdecznie nienawidził, zaprzyjaźniło się ze sobą, a to rzecz jasna oznaczało, że nie
będzie mógł mnie tłuc, bo Clinton by się o tym dowiedział. To ciekawe, że wciąż doskonale
pamiętam wyraz twarzy Fanellego, kiedy widział mnie z Clintonem. Wiesz, jak wyglądał? Jak
kobieta, która wyszła za brutala albo pijaka, za takiego kogoś, kto ją bije. Miał w oczach
smutek, bezradność i gorycz.

Byłem beznadziejnym brzydalem, ale najbardziej godną pożałowania dziewczyną w całej
szkole była Grace Elixhausen. Ta dziewczyna wyglądała, jakby dobry Pan Bóg stworzył ją za
pomocą packi na muchy. Była stuprocentowo brzydka, choć okazywała się bardzo miła, jeśli
udało się człowiekowi przełamać barierę strachu i zakłopotania i zamienić z nią parę słów.
Anthony namówił jakąś panienkę, żeby przemyciła aparat fotograficzny do szatni dla
dziewcząt. Później dowiedziałem się, że jakaś jego "przyjaciółka" zrobiła Grace całą rolkę
zdjęć. Biedna Grace. I tak miała ciężkie życie, a tu jeszcze musiało jej się przydarzyć coś
takiego. Zdjęcia były obrzydliwe: Grace nago pod prysznicem, czarne włosy przylepione do
twarzy, smutny wyraz zagubienia w oczach. Boże święty, wszystko było jej na tych zdjęciach
widać. Grace z przodu, z tyłu, Grace, która się nachyla... Wyobraźnia nie miała tu już nic do
roboty. Przyszedłem w poniedziałek do szkoły i otworzyłem szafkę, żeby wziąć książki. Jej
wnętrze było dosłownie wytapetowane tymi zdjęciami. Byłem tak zdziwiony tym, że one tam
są, i tym, co przedstawiają, że stałem jak słup soli z rozdziawionymi ustami. W końcu
usłyszałem, jak ktoś mówi: "A fe! Podglądacz dziewczyn". Kiedy się odwróciłem,
zobaczyłem, że to Fanelli stojący tuż za Grace. Dziewczyna miała wyraz twarzy, którego nie
sposób opisać. Wiedziała, że to nie mogła być moja sprawka. Jestem pewien, że zdawała
sobie sprawę, że to robota Fanellego. No ale pewnie i ona skrycie się w nim podkochiwała, co
oczywiście jeszcze pogarszało sprawę. Ingram, ta dziewczyna zachowała się po prostu
wspaniale. Rzadko zdarza się widzieć kogoś, kto w podobnej sytuacji jest tak opanowany.
Powiedziała tylko: "Michael pozdzieraj te zdjęcia. I wyrzuć je". A potem odwróciła się i
odeszła. Nigdy mnie o nic nie zapytała. To się nazywa godność! Nie mówiłem nic
Clintonowi, ale musiał się od kogoś dowiedzieć, bo zadzwonił tego samego wieczoru i
zapytał, czy to wszystko prawda. Próbowałem się jakoś wykręcić od odpowiedzi, lecz w
głosie Clintona była wściekłość i zdecydowanie. Powiedział, że nie ma zamiaru dwa razy
pytać. Więc opowiedziałem mu ze szczegółami całe to zajście, bo bałem się, że kto inny
mógłby tę historię przeinaczyć. Chciałem, żeby przynajmniej wiedział, jak było naprawdę.

- Co powiedział?

Michael sięgnął po kolejne ciasteczko i spojrzał przez okno. Deszcz wyglądał jak
szaroniebieska mgiełka. Clinton, Anthony, Grace, Michael... Co te dzieciaki miały wspólnego
z wysmarowanymi gównem ścianami mojego mieszkania i z węzłem strachu, który coraz
mocniej zaciskał mi się na żołądku?

- Powiedział: "To nieładnie. Grace sobie na coś takiego nie zasłużyła".

- I to wszystko?

Michael wypił łyk herbaty i potrząsnął przecząco głową.

- Nie, nie wszystko. Oprócz tego, że byłem gruby i miałem złą cerę, byłem także słabym
uczniem. Z jednym tylko wyjątkiem - z angielskiego byłem naprawdę dobry. Nie mogłem się

background image

po prostu doczekać tej lekcji. Nauczycielka była miła, a ja uwielbiałem czytać książki. Kiedy
przychodził czas klasówek w połowie okresu, do angielskiego nie musiałem się
przygotowywać. W dniu sprawdzianu siedzieliśmy przed salą i czekaliśmy, aż będzie można
wejść. U nas w szkole testy pisało się w stołówce. Dobrze ją pamiętam: nie kończące się
rzędy stołów, szczękanie garnków w kuchni, unosząca się para, zmywarki do naczyń, ciche
rozmowy kucharek. Mój Boże, pamiętam nawet zapach ravioli, które nam podawali.
Pamiętasz jeszcze, jak pachnie puszkowy sos pomidorowy? Świeżo umyte plastikowe tacki...
Szkolne obiady. Lecz na czas sprawdzianu ta sala się zmieniała i wchodziliśmy do niej nie
głodni, lecz wystraszeni. Tamtego dnia, o ósmej, siedzimy przed stołówką i czekamy, aż
pozwolą nam wejść. Rozmawiam z Perrym Cochranem o sprawdzianie i myślę o swoich
sprawach. Nagle czuję, jak z tyłu coś dotyka mojego lewego policzka. Na twarzy Perry'ego
zobaczyłem pół uśmiech, pół ostrzeżenie. Sięgnąłem ręką i poczułem coś ostrego i
zakrzywionego. Chciałem to odsunąć, lecz wtedy to coś zadrapało mi twarz. Kątem oka
zobaczyłem wieszak do ubrań. Wyobrażasz sobie? Nie musiałem się nawet odwracać, żeby
wiedzieć, kto to zrobił. Powiedziałem: "Daj spokój, Anthony". "O co ci chodzi, grubasie?"
"Daj mi po prostu spokój. To wcale nie jest zabawne". "A ja myślę, że jest, tłuściochu".

Niewiarygodne, jak Michael potrafił oddać ton obu głosów - zestrachany chłopak, który
próbuje pozbyć się natręta, i bezczelny Anthony Fanelli: "Żyć ci się odechce, grubasie".
Przypomniałem sobie zaraz dreszcz, który przechodził mi po plecach, gdy sam bywałem
kiedyś w takich sytuacjach.

- "Daj mi spokój, Anthony. Przecież nigdy ci nic nie zrobiłem". "A zrobiłeś, przez sam fakt,
że żyjesz. Ulży mi dopiero, gdy zdechniesz". Błyskawicznym ruchem chlasnął mnie
wieszakiem po twarzy. Poczułem zimne i ostre cięcie. Nie mam pojęcia, dlaczego to zrobił.
Myślę, że nie mógł już wytrzymać, jak rekin, który dostaje szału, kiedy poczuje krew. Było
mu nawet wszystko jedno, czy Clinton się dowie.

- Chryste Panie, Michael, mam nadzieję, że oddałeś skurwysynowi.

Uśmiechnął się triumfalnie i przytaknął.

- Z całej siły, prosto w szczękę. Prawie go znokautowałem. Myślę, że gdyby cios był
odrobinkę mocniejszy, rzeczywiście posłałbym go na deski. A tak zachwiał się tylko i opuścił
ręce. Wieszak upadł i tak jakoś dziwnie brzęknął o posadzkę. Świetnie pamiętam ten dźwięk.
Wierzyć mi się nie chciało w to, co zrobiłem. A potem jakaś dziewczyna zapiszczała: "Nie
daj się, Anthony!" No i Anthony ruszył na mnie jak rakieta.

- Broniłeś się? - Zobaczyłem całą tę scenę i zrobiło mi się żal grubaska, który nie miał
żadnych szans; zdobył się właśnie na największy akt odwagi w swoim niedługim życiu i teraz
miał zostać zmiażdżony. Chciałem, żeby oddał jak najmocniej i żeby pokazał wszystkim
Fanellim tego świata, że wcale nie muszą wygrywać tylko dlatego, że zawsze wygrywali, albo
dlatego, że ich ofiary się ich boją.

- Tak, broniłem się. Kiedy znalazł się koło mnie, znów się zamachnąłem i tym razem trafiłem
go w podbródek.

- Fantastycznie! - Nie mogłem usiedzieć na krześle. Chciałem zobaczyć, jak Fanelli
przewraca się i przegrywa. I jak ze zdziwieniem stwierdza, że ten świat wcale do niego nie
należy i już nigdy nie będzie należał.

background image


Michael westchnął.

- Niestety, tym razem nie uderzyłem go dość mocno, bo się bałem. Przyłożył mi w twarz z
obu rąk i upadłem na podłogę. Fanelli poślizgnął się i sam prawie się przewrócił, kiedy
próbował znów mnie uderzyć. A potem stało się coś niesamowitego. Złapałem go i ścisnąłem
mu szyję ramieniem. Zawsze miałem bardzo silne ręce, no i teraz trzymałem pod pachą
zupełnie bezbronnego Fanellego. No ale co dalej? Co miałem robić? Gdybym go puścił,
podniósłby się i dał mi wycisk. Gdybym go mocniej złapał, to może by się poddał albo by
zemdlał. No wiesz, tak jak to się zdarza u zawodowych zapaśników. No więc trzymałem go
dalej. Idiotyczna sytuacja - drzwi od sali o pięć stóp od nas i nauczycielka mogła wyjść w
każdej chwili, ale tą walką kierowało jakieś przeznaczenie, które nie pozwalało nam jej
zakończyć, bez względu na okoliczności.

- I co było dalej?

- Przyłożył mi w jaja. Nawet sobie nie wyobrażasz jak mocno. W bójce różne rzeczy były
dozwolone, ale takie ciosy akurat nie. Nie wolno było tak uderzać. Myślę, że Fanelli gonił już
resztką sił i nic innego nie przyszło mu do głowy. W życiu nic mnie tak nie bolało. Pewnie
nawet zemdlałem na parę sekund, bo następna scena, którą pamiętam, to Fanelli siedzący na
mnie i przygniatający mi kolanami ręce. A potem jego pięść spadła na mnie jakby w
zwolnionym tempie. Chyba nawet nie poczułem, jak uderzył mnie w usta. Pamiętam tylko, że
krew trysnęła na jego białą koszulę. "Ty gnoju! Ty tłusty gnoju!" powtarzał raz za razem,
kiedy mnie bił. Łup! Łup! Łup! W końcu ktoś go odciągnął i jakąś minutę albo dwie potem
wchodziliśmy do sali na klasówkę. Wyobrażasz to sobie? Trzymałem przy ustach chusteczkę,
żeby krew mnie całego nie zalała, ale nie bardzo mi się to udawało. Usiadłem na swoim
krześle i spojrzałem na kartkę z pytaniami. Pamiętasz jeszcze, jak nauczyciel mówi:

"Kartkę wolno odwrócić dopiero na dany znak"? Stare, dobre czasy. Siedziałem tak i
patrzyłem, jak pierwsze czerwone krople spadają na papier. Kap. Kap. Kap. Zobaczyłem, że
chusteczka jest prawie całkiem zakrwawiona. Nie przyszło mi do głowy nic innego, jak tylko
odwrócić ją na suchą jeszcze stronę i przytknąć znów do warg. Wreszcie powiedziano nam,
że możemy zaczynać. Przez następne parę minut próbowałem pozbierać jakoś myśli i
skoncentrować się. Wtedy przyszedł ból. I znów musiałem odwracać chusteczkę, żeby
znaleźć na niej jakieś suche miejsce. Kap, kap, kap. Byłem tak zajęty sobą, że nawet nie
zauważyłem, że ktoś usiadł na sąsiednim krześle. W ogóle nie zwróciłem na to uwagi. "Co się
z tobą dzieje?" To był Clinton, który zdecydował, że na klasówkę można się spóźnić jakieś
piętnaście minut. "Nic". Machnąłem niedbale ręką. Miałem w niej jednak chusteczkę, która
była tak nasiąknięta, że kiedy robiłem ten gest, kilka czerwonych kropel spadło na blat
Clintona. Przyglądał im się przez długą chwilę. I wiesz co? Wtedy ogarnął mnie strach.
Wiedziałem, że Clinton nigdy w życiu nic by mi nie zrobił, a jednak się bałem. Alan Piko,
który siedział za nami, powiedział: "Anthony pobił się z Billą i przyłożył mu w jaja". Clinton
zapytał Pika, o co poszło, i usłyszał o wieszaku, o ściskaniu za szyję i uderzeniu w usta.
Wszystko to konspiracyjnym szeptem. "W jaja? Przyłożył ci w j a j a?" Ostatnie słowo
Clinton wrzasnął tak donośnie, że wszyscy podnieśli głowy. A ja opuściłem wzrok. Nie
chciałem się w to wszystko mieszać. Nie powiedziałem ani słowa. "Fanelli, ty gnoju zasrany,
uderzyłeś go w jaja?" Potem zauważyłem, że Clinton nie siedzi już na swoim miejscu.
Sekundę później uniósł krzesło nad głowę i cisnął je w kierunku Anthony'ego. Oberwał Tom
Kates. Kates wrzasnął, lecz nikt nie zwrócił na niego uwagi, bo Clinton biegł już w stronę
Fanellego. Wyobraź sobie pomieszczenie w kształcie podkowy. Siedzieliśmy w połowie

background image

jednego z jej ramion, a Anthony w drugim. Na szczęście dla Fanellego, Clinton musiał
pokonać zakręt. Anthony zrobił zwód w lewo, potem w prawo i rzucił się do drzwi. Pani
Sellars coś krzyczała, Clinton też... Kompletny chaos. Anthony dopadł drzwi kilka kroków
przed Clintonem. Obaj wyskoczyli ze stołówki jak dwa ferrari. Usłyszeliśmy jeszcze, jak
Anthony woła: "Zostaw mnie, Clinton, ty skurwysynu. Odwal się". Darł się na całe gardło,
lecz w jego głosie zabrzmiał przerażony falset, jakiego do tamtej chwili u niego nie
słyszałem. Było mi prawie żal Anthony'ego. Kilku chłopaków wstało i ruszyło w stronę
drzwi, ale nauczycielka kazała im siadać i dalej pisać test.

Michael wciągnął głęboko powietrze i pokręcił głową, jakby chwycił go skurcz szyi.

- Złapał go?

Kiedy zadałem to pytanie, Michael powtarzał właśnie ten dziwny ruch głową. Przerwał go
jednak i spojrzał na mnie.

- Owszem. Złapał i zabił.

- Co?! Jak to "zabił"?

- Strzelił mu w plecy. Kiedy wybiegli z budynku, Clinton wyciągnął rewolwer i strzelił
Anthony'emu cztery razy w plecy i w głowę. A potem uciekł i nikt go już nie widział. Oprócz
mnie. No i ciebie.


- Znałam kiedyś kobietę, która, chociaż była zakochana, nigdy nie zdejmowała rękawiczek,
gdy trzymała ukochanego za rękę. Znałam mężczyznę, który mówił, że uwielbia dzikie i
niebezpieczne miejsca, lecz jeździł tam zawsze za pośrednictwem drogich biur podróży, które
gwarantowały mu solidnego dżipa i pokój hotelowy położony na tyle wysoko, że nie mógł
poczuć na karku gorącego oddechu lwa.

- Co pani mówiła?

Pani Blackwell spojrzała na mnie z oburzeniem. Zadarła swój arystokratyczny nos i rzekła:

- Gdyby dał mi pan skończyć, panie York, to zrozumiałby pan, co chcę powiedzieć. Duchom
trzeba ufać, bo one nie mają powodu kłamać. W przypadku żywych istnieją pewne ukryte
motywy. Zmarłych nie interesuje awans ani dziewięcioprocentowy zysk z inwestycji...

- Ingram. - Drzwi uchyliły się i zajrzał mój producent. Robiłem właśnie wywiad z osobami,
które mogłyby ewentualnie wystąpić w mojej audycji, i byłem szczęśliwy, że uwolnię się na
chwilę od wywodów pani Blackwell.

- Co jest, Arthur?

- Jakiś szczeniak mówi, że musi się z tobą zobaczyć. - Wzruszył ramionami.

- A jak wygląda?

background image

- Szesnaście lat, ciemne włosy, wysoki... Nic szczególnego.

- W futbolowej koszulce?

- Właśnie.

Wstałem i podszedłem do drzwi.

- Gdzie jest?

- Czeka koło recepcji.

- Zostawię panią na chwilę, pani Blackwell.

Czego oczekiwałem? Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Kiedy szedłem
korytarzem w kierunku recepcji byłem jednocześnie zaciekawiony i podenerwowany.
Wszystko to, co Michael opowiadał mi o Clintonie Deiksie, ucieleśniło się teraz w osobie
chłopaka, który czekał przy wejściu.

Siedział z rękami na kolanach jak pacjent w poczekalni. Na jego twarzy malowało się
znudzenie. Ten chłopak miałby mi wysmarować ściany gównem? Bardziej przypominał
sprzedawcę u McDonalda albo chłopca, który w śnieżną zimę puka do drzwi, żeby zapytać,
czy nie trzeba uprzątnąć chodnika. Kiedy mnie zobaczył, zerwał się z miejsca i wyciągnął
rękę. Nagle na jego twarzy pojawił się wyraz szczerości i ciepła.

- Pan York?

Uścisnęliśmy dłonie. Przytrzymał moją o chwilę za długo.

- Tak. A ty jesteś Clinton Deix?

- Tak, proszę pana.

- Co mogę dla ciebie zrobić?- Skrzyżowałem ręce na piersi.

- Chciałbym, żebyśmy stąd wyszli na kilka godzin.

- To niemożliwe. Właśnie pracuję.

- Wiem, ale to bardzo ważne.

- Dlaczego?

- Bo wiem, że Michael Billa opowiadał panu kłamstwa na mój temat, a to może być
niebezpieczne. Nie opuściłem rąk.

- On prawdopodobnie powiedziałby to samo o tobie. Wykrzywił usta w grymasie i rozejrzał
się po recepcji.

- Może przynajmniej moglibyśmy stąd wyjść? Proszę.

background image


Parking za budynkiem radia był rozgrzany słońcem. Stało tam tylko kilka samochodów i mój
motocykl. Podszedłem do niego i usiadłem na siodełku.

- To ty porżnąłeś mi opony?

- Nie. - Potrząsnął głową. - Nie. A Michael powiedział panu, że to ja? Naprawdę nie. Dlatego
właśnie musimy porozmawiać.

- No to dalej.

Nie miał na czym usiąść, przykucnął więc i objął rękoma kolana.

- Niech pan słucha. Mam na imię Clinton i mam piętnaście lat. Pewnie panu to powiedział, ale
cała historia wygląda inaczej, niż ją przedstawił. Bzdury panu opowiadał. Przysięgam.
Przedtem też tak robił. Przysięgam!

- Jakie bzdury?


Kiedy zredukowałem bieg i położyłem motocykl w zakręt, Clinton objął mnie mocno w pasie.
Jechaliśmy przez Beverly Hilis, szukając domu na Walden Drive. To, co chłopak powiedział
mi na parkingu, było wystarczająco przekonujące i straszne, żebym przerwał natychmiast
swoje zajęcia, wsadził Deixa, żywą pętlę czasu, na siodełko hondy i zaczął szukać kawałka
mojej własnej przeszłości.

Powiedział mi, że ta kobieta mieszka na Walden Drive, wyszła bogato za mąż i ma troje
dzieci. Nazywała się Blair Dowling i była jedyną dziewczyną, jaką kiedykolwiek kochałem.
To było w szkole średniej, w ostatniej klasie, kiedy właśnie zacząłem odkrywać, że jestem
homoseksualistą. Nasze kontakty rozluźniły się jeszcze przed końcowymi egzaminami, ale
byłem pewien, że Blair, mądra i rozsądna dziewczyna, da sobie radę i będzie prowadzić
ciekawe życie. Kilka lat później zupełnie straciłem ją z oczu. Ostatnią rzeczą, jaką o niej
słyszałem, było to, że jest prawniczką gdzieś w Nowym Jorku.

Co Blair Dowling mogła mieć wspólnego z Clintonem Deixem i Michaelem Billą?

- Nie mogę ci nic powiedzieć. Musisz sam się przekonać. Potem wyjaśnię ci dokładniej.
Mieszka w Beverly Hilis. I wie, że przyjedziemy.

Dom był kamienny, do połowy zasłonięty winoroślą, kwiatami i kiczowatymi rzeźbami, które
strzegły podjazdu. Kiedy widzę taki budynek, zawsze wydaje mi się, że jego właściciel
wyrwał stronę z magazynu "House and Garden", poszedł do architekta i powiedział: "Tak ma
to wyglądać. Koszty nie grają roli. Chcę mieć dom jak z obrazka".

Bardzo chciałem zobaczyć Blair po dwudziestu latach. Chciałem się dowiedzieć, co łączy ją z
Clintonem Deixem. Kiedy go spytałem, skąd wie o moim związku z Blair, powiedział, że
kiedy tylko zaprzyjaźniłem się z Michaelem Billą, zaczął szukać osób, które są dla mnie
ważne. Powiedział, że przedtem próbował też innych sposobów, ale ten jest najlepszy.

background image

- A co takiego Billa zrobił "przedtem", że się tak niepokoisz?

Spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek.

- Chce, żebyś mnie zabił. Ciągle próbuje znaleźć kogoś, kto by to zrobił, ponieważ sam nie
może. Jest za słaby.

- Dlaczego.

- Bo on potrafi mnie tylko zamrozić. Na więcej go nie stać.


Zadzwoniłem do drzwi. Nikt nie otworzył. Już chciałem odejść, lecz Clinton jeszcze raz
przycisnął guzik i powiedział, że ona na pewno jest w domu. W chwilę później wielkie drzwi
uchyliły się i stanęła w nich Blair Dowling.

Przytyła jakieś dziesięć funtów, lecz była dzięki temu jeszcze ładniejsza. Włosy miała krótko
obcięte jak stojąca obiema nogami na ziemi, wysportowana kobieta, która często grywa w
tenisa i wozi na tylnym siedzeniu samochodu dzieci i wielkiego psa. W pierwszej chwili
wyglądała na zdumioną, lecz chyba ucieszyła się, że mnie widzi. Jednak nie do końca, jak
można było wyczytać z wyrazu, który zaraz pojawił się na jej twarzy.

Wszyscy chcielibyśmy się dowiedzieć, jak potoczyło się życie osób, które kiedyś były bliskie
naszym sercom. Niebezpieczeństwo polega na tym, że rzadko zdarza się, by poszli taką drogą,
na jakiej spodziewaliśmy się ich zobaczyć czy jaką oni sami pragnęli pójść. Nie można nawet
Powiedzieć, że im się nie powiodło, lecz wystarczy kilka chwil rozmowy o przeszłości i
wymiany spojrzeń, by pojąć, że nie osiągnęli tego, co chcieli - ani w swoich, ani w naszych
oczach. Nie ma znaczenia, czy zasypywano ich nagrodami, czy przetrwonili majątek. Rzecz
w tym, że to, czego oczekiwali od świata, czy co sami sobie obiecywali, po prostu nie
nadeszło lub, gorzej jeszcze, że nie potrafili tego osiągnąć. Wystarczy spotkać kogoś, kogo
nie widziało się pół życia, a te oznaki skarlałych oczekiwań lub klęski zobaczyć można
wypisane na jego twarzy jak smugi, które samoloty zostawiają na bezchmurnym niebie. Życie
Blair ułożyło się dobrze, lecz nie wystarczały jej pieniądze, dzieci ani miłość sympatycznego i
wpływowego mężczyzny. A szczególnie nie wystarczały one owej duszy dziecka, która - jak
zdałem sobie sprawę owego dnia - tak często jest zawiedziona i niesprawiedliwie zagniewana,
że nie udało się nam spełnić marzeń, które zrodziły się w niej przed wielu laty. O tak, dusza
piętnastolatka to surowy sędzia. Pomyśleć tylko o wszystkich tych czynach, których
mogliśmy według niej dokonać, kiedy to ona była u władzy. O wszystkich przeszkodach,
które z pewnością mogliśmy pokonać. Słowa "bezpieczeństwo" czy "banał" miały pozostać
nie znane nam. Byliśmy przecież tak silni i tak wyjątkowi. Młoda dusza chciała ssać życie
mocno i do końca jak odkurzacz.

I choć nauczyliśmy się z upływem lat uśmiechać (lub marszczyć brwi), patrząc na tę cząstkę
naszej jaźni, która ciągle zachwyca się rozszerzonymi u dołu nogawkami dżinsów i sądzi, że
świat to wielkie lody na patyku, to jednak część owej młodej duszy jest nadal żywa i rozgląda
się wokół jak dziecko, które musi się wstydzić swoich rodziców. Problem w tym, że jesteśmy
jednocześnie dzieckiem i jego rodzicami. Niczego nie można zostawić za sobą. Każda z tych
postaci trwa w nas i osądza inne.

background image

Z Blair spędziliśmy godzinę. Po trzydziestu minutach miałem ochotę wyjść. Zrobiła się z niej
bardzo ciepła, bardzo rozsądna i bardzo nudna kobieta. Gdybyśmy spotkali się jako dwoje
nieznajomych na jakimś przyjęciu, mielibyśmy sobie niewiele do powiedzenia. A tak, kiedy
zeszliśmy już raz w dolinę wspólnych wspomnień, nie mogliśmy wspiąć się znów po zboczu i
zacząć od początku. Ta wyszła za mąż, ten rozkręcił interes... No to co? Wszyscy ci ludzie
byli ważni kiedyś, lecz teraz nie mieli już żadnego znaczenia.

Sądzę, że Blair wzięła Clintona za jakiegoś mojego krewniaka, bo choć była uprzejma, nie
odzywała się do niego prawie w ogóle przez cały czas naszej wizyty. Później zdałem sobie
sprawę, że sprawił to raczej sam Clinton, który gdy tylko miał ochotę, potrafił stać się prawie
niezauważalny. Często bywałem zbity z tropu, kiedy wchodziliśmy razem do sklepu, a
sprzedawca zwracał się tylko do mnie.

Mimo pewnego rozczarowania nie żałowałem wizyty u Blair. Jednak gdy wychodziliśmy,
rzuciłem Clintonowi spojrzenie, pytając bez słów, dlaczego spotkanie z tą kobietą miało być
tak ważne.

Kiedy stojąc już przy drzwiach, musnęliśmy się na pożegnanie policzkami, Blair położyła mi
rękę na ramieniu i powiedziała:

- Ingram, bardzo mi przykro z powodu śmierci twojego przyjaciela, ale muszę ci powiedzieć,
że mimo wszystko wyglądasz wspaniale. Trudno mi to wytłumaczyć, ale od chwili, gdy tu
wszedłeś, nie mogę się nadziwić, jak wiele jest w tobie energii. Ja nie mam w sobie tyle siły.
Jestem zadowolona i ze swojej rodziny, i ze swojego życia, ale ty... wyglądasz, jakbyś kochał
cały świat. Rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć? To tak, jakbyś właśnie przeżywał
cudowną miłość i promieniował entuzjazmem. I nadzieją. Zazdroszczę ci. Wielki z ciebie
szczęściarz. Tak niewielu moich znajomych jest do ciebie podobnych. Większość po prostu
wegetuje i czeka, co przyniesie następny dzień. A ty wyglądasz tak, jakbyś nie mógł
nacieszyć się życiem.


Podjechałem do najbliższej restauracji i posadziłem Clintona Deixa naprzeciw siebie przy
stoliku. Nim zdążyłem otworzyć usta, by poddać go drobiazgowemu przesłuchaniu, zapalił
papierosa, uśmiechnął się szeroko, jakby wszystko nareszcie się wyjaśniło.

- O co tu właściwie chodziło?

Pochylił się w moją stronę.

- Słyszałeś chyba, co powiedziała na temat twojego wyglądu? Tak, jak mówiłem. Billa
odnalazł cię w najlepszym dla ciebie okresie. Teraz masz swoje pięć minut. Mnie się to
przytrafiło, kiedy byłem w szkole. Ten skurwiel dobrze wie, kiedy to na człowieka
przychodzi.

- Jeszcze raz, Clinton. Nie mógłbyś tego wszystkiego ująć prościej?

Wyraźnie czułem, że ogarnęło go zniecierpliwienie. Jak mogłem nie zrozumieć, skoro to takie
proste? Moje ciało było naładowane elektrycznością, od której ciarki przechodziły mi po
skórze. To, co Clinton miał teraz powiedzieć, mogło zmienić całe moje życie. Włożył rękę do

background image

kieszeni i wyciągnął morską muszelkę wielkości monety. Przypomniałem sobie, jak Michael
opowiadał, że Fanelli zawsze nosił po kieszeniach różne intrygujące przedmioty.

- Poznajesz to? - Podał mi muszelkę.

Wziąłem ją od niego, obróciłem w palcach i oddałem.

- Nie.

- Jeszcze nie. Pewnego dnia, już niedługo, włożysz rękę do kieszeni i znajdziesz tam taką
muszelkę. Może już jutro, a w każdym razie niedługo. Pomyślisz sobie: "A skąd to się tu
wzięło?" To tylko mała muszelka, więc włożysz ją z powrotem do kieszeni i zapomnisz o
całej sprawie. Tak to się zaczyna. W dniu, w którym znajdziesz ją w kieszeni, wszystko się
zacznie.

- Co się zacznie? Co ta muszelka ma wspólnego z Michaelem i wizytą u Blair?

Zamówił mrożoną herbatę i nim odpowiedział, pociągnął długi łyk, jakby był bardzo
spragniony. Policzki wessały mu się, kiedy pił przez słomkę. Nie odrywał ode mnie wzroku.

- Michael nazywa to "najważniejszym okresem w życiu". Kiedy byliśmy mali, nie używał
żadnych określeń, no ale teraz jest "dorosły", więc znalazł sobie odpowiednią nazwę. Każdy
ma taki okres, kiedy jest najbardziej sobą. Na przykład Hitler mógł go przeżywać, kiedy miał
piętnaście lat. Nie wtedy, kiedy dorósł i został przywódcą Niemiec. Może to właśnie wtedy
spojrzał na jakiegoś Żyda i pomyślał, że go nienawidzi. Że nienawidzi ich wszystkich. Z tego,
co zrozumiałem, ów "najważniejszy okres w życiu" przychodzi wtedy, gdy jesteś bardziej
sobą niż przedtem czy później. Tak jak chłopak, który zbiera w szkole najlepsze oceny, jest
kapitanem drużyny i ma najładniejszą dziewczynę. Wszystko, co zdarzy się potem, to już
tylko równia pochyła. Kończy szkołę jako nadzieja ludzkości, a potem okazuje się, że przez
resztę życia sprzedaje reflektory samochodowe albo piłki do koszykówki. Przez rok albo
miesiąc, zresztą wszystko jedno, taki facet... Michael mówił, że to tak, jakby patrzeć przez
lornetkę, kiedy próbujesz wyostrzyć obraz. Raz w życiu zdarza ci się widzieć ostro i
wyraźnie. Różnym ludziom przytrafia się to w różnym czasie, ale ta chwila zawsze
przychodzi. Prędzej czy później każdy znajdzie w kieszeni taką muszelkę. Nawet gdyby
mieszkał na Saharze. I nikt nie potrafi przewidzieć, jak długo ten okres potrwa. Michael
twierdzi, że u jednych ciągnie się latami, a u innych trwa krótko, zaledwie kilka dni.

Najbardziej niepokoiło mnie to, że wywód Clintona pasuje mi doskonale do tego, co sam
pomyślałem pół godziny temu, kiedy byliśmy u Blair. Sama idea "najważniejszego okresu w
życiu" nie była niczym nowym. Wszyscy wiemy, że jest taki czas, kiedy jaśniejemy blaskiem
intensywniejszym niż zwykle.

Lecz on nie to chciał mi powiedzieć. W każdym przykładzie, jaki dawał, podkreślał wyraźnie,
że kiedy przychodzi na nas ten czas, nie jesteśmy jednak do końca... prawdziwi. Najczęściej
ów "najważniejszy okres" pojawia się i mija, a my nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy.
Dlatego tak wielu Jest ludzi zagubionych i nieszczęśliwych. Nie mają nawet pojęcia, kiedy w
ich życiu tak naprawdę przychodzą chwile triumfu czy klęski. Nie żyją świadomie.

A jednak, jak dzieci, dostajemy małe muszelki, które mówią nam: "To teraz". Korzystaj z
życia, jeśli potrafisz. Zrób właściwy ruch, a życie od tej chwili gruntownie się zmieni. To, co

background image

Clinton mi powiedział, mogłem przyrównać tylko do owej chwili zaraz po orgazmie, kiedy
stoimy jakby na zewnątrz swoich ciał, zdając sobie dokładnie sprawę z tego, kim jesteśmy i
dlaczego znaleźliśmy się w tym właśnie miejscu.

- I Michael potrafi rozpoznać takich ludzi?

- Nie tylko to. Potrafi ich też "zamrozić". Niezgorsza przysługa, co? Zatrzyma cię w takim
"najlepszym okresie w życiu" i tkwisz w nim tak przez jakiś tysiąc lat.

- "Zamrozić"? W jaki sposób?

- A co myślisz, że zamraża cię jak w jakiejś lodówce? Nie! Robi z tobą coś takiego, że po
prostu się zatrzymujesz. Żyjesz niby normalnie, ale z twoim ciałem nic się nie dzieje. Nie
rośniesz. Nie starzejesz się. Ja mam piętnaście lat, to znaczy wyglądam na piętnaście lat od
chwili, kiedy załatwiłem Fanellego. Mogę jeszcze jedną herbatę? Zastrzeliłem tego gnoja, a
potem uciekłem. Przez całe życie uciekałem przed moim starym, więc to nie było dla mnie
nic nowego. Pojechałem do Nowego Jorku. Tam można zarobić, jeśli człowiek pozwala ze
sobą wyprawiać różne rzeczy. Kiedy robiło się zimno, jechałem autostopem na Florydę. I tak
w kółko: Floryda i Nowy Jork. A potem okazało się, że nie rosnę. Nie zmienił mi się numer
buta, nie wyrastałem z ubrań i w końcu nawet najwięksi durnie zaczęli pojmować, że coś jest
ze mną nie w porządku. Zawsze byłem większy od rówieśników, aż nagle przestałem rosnąć.
Nawet twarz została taka sama. Nie musiałem się golić.

Kelner przyniósł Clintonowi drugą herbatę, a mnie kanapkę z serem. Byłem głodny, lecz
jedzenie leżało nietknięte na talerzu. Clinton opróżnił szklankę wielkimi łykami i otarł usta
wierzchem dłoni.

- Będę się streszczał. Na dworcu autobusowym w Nowym Jorku spotkałem faceta imieniem
Larry. Wyglądał na starszego ode mnie. Zaczęliśmy rozmawiać. To było jakieś dwa lata po tej
historii z Fanellim. Miałem wtedy siedemnaście lat.

- A nie bałeś się, że policja będzie cię szukać? Przecież zabiłeś człowieka. - Wziąłem kanapkę
do ręki, popatrzyłem na nią i odłożyłem na talerz.

- Właśnie do tego zmierzam. Z początku bałem się, ale nic się nie działo, nie pojawiali się
żadni policjanci, nikt mi nie zawracał głowy i powoli, choć może trudno w to uwierzyć,
zapomniałem o całej sprawie. A wiesz, dlaczego nie przyszli po mnie. To była robota
Michaela. Cały czas wiedział, gdzie jestem i co robię. Kiedy człowieka zamrozi, zaczyna go
też ochraniać. Tak to właśnie nazywam: "zamrożenie". Może cię kiedyś jeszcze potrzebować,
więc nie chce, żeby coś ci się przytrafiło. Będziesz jadł tę kanapkę?

Przesunąłem talerz w jego stronę.

- Dlaczego miałbym ci wierzyć?

- Jeszcze właściwie niczego ci nie powiedziałem. Wierzyć? Nie musisz w nic wierzyć, jeśli
nie chcesz. Opowiadam to tylko dla twojego dobra.

- Tak ci na mnie zależy?

background image

Na jego twarzy pojawił się wredny uśmieszek.

- Nie. Zależy mi na własnym bezpieczeństwie. Pozwól mi skończyć. Spotkałem Larry'ego i
zaczęliśmy rozmawiać. Nagle wyciągnął z kieszeni muszelkę i spytał, czy też mam taką. Było
to dosyć dziwaczne pytanie, ale natychmiast powiedziałem, że tak, już dosyć długo. I wtedy
zapytał mnie, czy znam Michaela Billę! Wyobrażasz sobie, jak się wtedy poczułem?

- To był jeden z jego obiektów?

- Właśnie. To był jeden z tych ludzi i podszedł, żeby mi o tym powiedzieć. Powiedział, że
rozpoznał mnie od razu. Wcale nie kłamał; kiedy Michael kogoś zamrozi, a ty dowiesz się, na
czym to wszystko polega, zaczynasz rozpoznawać innych.

Tym razem ja uśmiechnąłem się ironicznie.

- Dlaczego więc ja nie rozpoznałem ciebie?

Nagle jego twarz ściągnął gniew. Wyraz wściekłości pojawił się tak niespodziewanie, że
przeraziłem się tą nagłą zmianą. Oparł się oburącz o blat stolika, jakby zamierzał wstać.

- Słuchaj, durniu. Nie musisz mi wierzyć. Ale zapamiętaj sobie jedno: kiedy Billa cię
zamrozi, jesteś skończony. Wiesz, co się z tobą stanie? To samo, co ze mną i z Larrym.
Wiesz, co z nim zrobiłem? Zabiłem go. Zabiłem, bo musiałem. A wiesz dlaczego? Michael
mi kazał. Nie było go tam nawet, ale potrafił mnie do tego zmusić. To dlatego z tobą
rozmawiam. Gówno mnie obchodzi, co się z tobą stanie. Ale ja nie chcę umierać. Wiem, że
kiedy cię zamrozi, to koniec ze mną. Michael nie potrzebuje naraz więcej niż jednego obiektu.
Kiedy skończy z tobą, tak jak skończył z Larrym, naśle na ciebie następnego i po krzyku.

- A ty do czego byłeś mu potrzebny?

Clinton pokręcił z niedowierzaniem głową, jakby rozmawiał z największym durniem pod
słońcem.

- Ponieważ jako dziecko był beznadziejną fujarą. Potrzebny był mu starszy brat, anioł stróż,
goryl i diabli wiedzą co jeszcze. A ja przypadkowo poznałem go w bardzo niewłaściwym
momencie.

- Kim był wobec tego Larry?

- Chronił Michaela, kiedy mieszkali w innym mieście. Wiesz kim był? Jego nauczycielem w
trzeciej klasie.

- Dlaczego go zabiłeś?

Nim odpowiedział, pomyślałem, że przypomina mi zduszony przed sekundą w popielniczce
niedopałek, który ciągle jeszcze się tli, lecz zgaśnie za minutę lub dwie.

- Nie miałem wyjścia. Michael mnie zmusił.

background image


Kiedy tylko otworzyłem frontowe drzwi, od razu zrozumiałem, że coś jest nie w porządku.
Zapachy mieszkania są niezmienne i można je natychmiast rozpoznać. Zmieniają się nieco w
zależności od tego, co się ostatnio gotowało, czy kiedy było ostatnie sprzątanie, lecz ani
cebula, ani nowa pasta do podłóg nie są w stanie przytłumić aromatu codzienności, koloru, na
jaki zabarwiliśmy powietrze w naszym domu.

Najpierw miałem ochotę się cofnąć; kiedy ostatnim razem zmienił się zapach mieszkania,
miało to związek z gównem, którym wysmarowane były ściany. Lecz gdy ten pierwszy
odruch minął, zacząłem myśleć logicznie i rozpoznałem aromat rozgrzanej oliwy, oregano i
czosnku. Zapach włoskiej restauracji: bogaty, ciepły, jakby zmysłowy.

Odkąd znów mieszkałem samotnie, trzymałem w wazonie koło drzwi nóż myśliwski. Na
niewiele by mi się zdał, gdybym musiał bronić się przed jakimś bandziorem, ale miło było
pomyśleć, że tam jest. Wyjąłem go z wazonu, starając się nie narobić hałasu, i poszedłem w
kierunku kuchni.

W kuchni paliło się światło; stół był nakryty dla jednej osoby: czarna podkładka, biała
serwetka, kieliszek do wina, butelka chianti. Obok ceramiczna miska, w której zobaczyłem
jedną z moich ulubionych potraw - sałatkę z muszelek. Makaron w kształcie muszelek, taki
sam, jaki gotowała moja matka, kiedy byliśmy mali.

To nie wszystko. Sunąc powoli i ostrożnie przez mieszkanie, zapalając światła i zaglądając w
kąty, wszędzie odkrywałem muszelki. Trzy średniej wielkości na toaletce w sypialni.
Olbrzymia muszla, z rodzaju tych, jakie przykłada się do ucha, żeby usłyszeć szum morza,
leżała na środku łóżka. O ścianę oparty był szyld Shell Oil.

Mieszkanie wyglądało jak muzeum muszli prowadzone przez oszalałego kustosza. Muszle
prawdziwe i plastikowe i gadżety, w których dopiero po chwili można było odszukać motyw
muszli.

Długo w noc szukałem muszli ukrytych niby wielkanocne jajka w dziwnych i najbardziej
niespodziewanych miejscach: między zapasowymi rolkami papieru toaletowego, pod
poduszką i na 1084 stronie słownika, gdzie można znaleźć słowo "muszla" i jego definicje.

Na poły nieświadomie doszedłem w tych poszukiwaniach do takiej perfekcji, że niczym
dobry gracz w szachy zastanawiałem się przez krótką chwilę, jaki mógł być kolejny ruch
mojego przeciwnika. Jak mogę go przechytrzyć? I jeśli udało mi się wymyślić jakiś
nieprawdopodobny schowek, w którym akurat nic nie było, czułem satysfakcję. Jakże szybko
można dać się usidlić obsesji innego człowieka.

Ktokolwiek to był, musiał spędzić w moim mieszkaniu całe popołudnie.


Dwa dni później, kiedy jechałem do pracy, utknąłem w zupełnie beznadziejnym korku. Jedną
z zalet motocykla jest to, że w takiej sytuacji można lawirować między samochodami albo
jechać ostrożnie po ich prawej stronie i wydostać się na wolność. Jednak tym razem udało mi
się wyminąć ledwie kilka samochodów, a potem musiałem stanąć i czekać jak inni.

background image

Rozejrzałem się wokół, czy gdzieś nie widać policji, i zrobiłem rzecz surowo zabronioną:
wjechałem na chodnik i jechałem nim tak długo, aż dotarłem do przecznicy, która
doprowadziła mnie do równoległej arterii.

Bardzo z siebie zadowolony pojechałem Detroit Street i zatrzymałem się przed znakiem
"stop" jak każdy szanujący przepisy obywatel.

Nagle zdałem sobie sprawę, że w samochodzie, który właśnie mnie minął, na miejscu obok
kierowcy siedzi Blair Dowling i że to ten sam wóz widziałem kilka dni temu przed jej
domem. Prowadził mężczyzna, który, jak uznałem, musiał być jej mężem. Był krótko
ostrzyżony, a na nosie miał ciemne okulary. Nic więcej nie udało mi się dostrzec, chociaż
bardzo się starałem. Chciałem zobaczyć człowieka, którego Blair wybrała na towarzysza
życia. Człowieka, który zdobył majątek, lecz nie zdołał uszczęśliwić mojej dawnej
przyjaciółki.

Żadne z nich nie zauważyło mnie, kiedy stalowoniebieski mercedes przejechał dostojnie obok
motocykla. Na tylnym zderzaku widniała nalepka Andover Academy.

Stałem na skrzyżowaniu, dopóki mercedes nie zniknął mi z oczu. W tym momencie życie
Blair, mimo niezadowolenia, z którym się nie kryła, wydało mi się bezpieczne i
ustabilizowane. Między moją a jej egzystencją była taka różnica jak między mercedesem a
motocyklem. Pierwszy był efektowny i godny zaufania, choć może nieco nudny, a drugi
wyglądał na dziką i buntowniczą maszynę, lecz był niewygodny i nie chronił kierowcy przed
wiatrem i deszczem.

Kiedy dotarłem wreszcie do budynku radia, mój producent podszedł do mnie i od razu
zastrzelił mnie sensacją.

- Pamiętasz tego chłopaka, który cię szukał parę dni temu? Wczoraj wieczorem widziałem go
u Lawry'ego, jak jadł kolację z Michaelem Billą. Kto to jest, ten szczeniak? To porządna
restauracja, a on siedział tam w tej samej ko- szulce, w której był tutaj. Czy on nie ma innych
ciuchów?

- Byli razem? Widziałeś ich tam razem? Jak rozmawiali?

- Razem? Ci goście zamówili największy kawał wołowiny, jaki świat widział. A kiedy nie
jedli, cały czas się śmiali. Wyglądali na starych znajomych.

Dumny jestem z tego, że zwykle mam zrozumienie dla bliźnich. Kiedy robi się taką audycję
jak Krzywe zwierciadło można się szybko nauczyć, że ludzie widzą świat inaczej niż ja. I że
życie układa się tak, jak samo chce. Z dnia na dzień. A może tylko z godziny na godzinę.

Kiedy czytamy o ludziach, którzy obcinają dzieciom głowy czy giną tysiącami, gdy w
Bangladeszu zatonie statek, potrząsamy tylko głowami nad szaleństwem ludzkości i
niedorzecznością życia.

Spójrzmy jednak prawdzie w oczy - w głębi duszy wiemy przecież, że nasze życie to tylko
seria uderzeń serca, z których każde może być ostatnim. Nie istnieje ani sprawiedliwość, ani
logiczny i zrozumiały plan. Jest tylko odroczenie wyroku o kolejny dzień.

background image

Prędzej czy później każdy z nas uderzy w mur albo przeoczy czerwone światło i wjedzie pod
ciężarówkę, którą przecież było tak dobrze widać. Na burcie ciężarówki napiszmy "Rak",
"Ból" albo "Strata". I módlmy się, by udało się nam przeżyć taki wypadek. Do tego w końcu
sprowadzają się wszystkie modlitwy: Boże, chroń mnie przed tym, co nieuniknione.

Kiedy przyszło trzęsienie ziemi i kiedy wyciągałem Glenna z gruzów domu, jeden z głosów
mojej duszy był nadal zupełnie spokojny. Powiedział: "No i co takiego się stało? Nadszedł
twój czas. To się musiało zdarzyć". Lecz kiedy zdałem sobie sprawę, że Billa i Clinton Deix
knują przeciwko mnie jakiś makabryczny spisek, było mi ciężej niż wtedy, gdy zginął Glenn.
Od śmierci nie można uciec, od bólu i okrucieństwa tak.

Czego ode mnie chcą? Cóż takiego zrobiłem, że poświęcili tyle przewrotnej energii, by
zrealizować swój plan? Scanlon, ten gliniarz, powiedział, że nie dziwi się wysmarowanym
gównem ścianom, bo taką przecież mam robotę. A może to coś, co powiedziałem w którejś z
audycji, tak ich rozwścieczyło?

Na czym polegał ich związek? Bracia? Kochankowie? Może coś jeszcze dziwniejszego? Co
takiego zrobiłem, że uderzyli we mnie tak nagle i tak mocno?

Moja siostra i szwagier mieszkają w Wiedniu. To dziewięć godzin różnicy, o której całkiem
zapomniałem. Kiedy wykręciłem ich numer, usłyszałem w słuchawce zaspany głos:

- Słucham?

- Cześć, Walker. Mówi Ingram.

- A, Ingram. Jak tam u ciebie? Wszystko w porządku? W tle usłyszałem głos mojej siostry,
pytającej, kto dzwoni. Zapłakało ich nowo narodzone dziecko.

- Muszę cię o coś spytać, Walker. To naprawdę ważna sprawa. Pamiętasz, jak powiedziałeś
mi, że mam się skontaktować z Michaelem Billą? Pamiętasz, jak powiedziałeś, że się
polubimy?

- Michael Billa? A tak, teraz sobie przypominam.

- Walker, skąd go znasz? Gdzie go poznałeś?

W słuchawce zapadła cisza; słychać było tylko szum na łączach i szept dziewięciu tysięcy
mil, które nas dzieliły.

- To dość długa historia, Ingram. Ja...

Nie wiem już, co powiedział, bo jego słowa zagłuszył głośny trzask dochodzący z mojej
sypialni.

- O do cholery!

Nie zastanawiając się nad tym, co robię, odłożyłem słuchawkę i powoli podniosłem się z
krzesła.

background image

Kolejny trzask!

Do mieszkania, które wynajmowałem kiedyś w Los Angeles, włamywano się trzy razy.
Mniejsza o to, co zabrali. Chodziło o to, że ktoś był u mnie w domu, grzebał w moich
rzeczach, dotykał mojego życia i oddychał moim powietrzem. Kiedy już było po wszystkim,
wytarłem starannie każdy przedmiot i otworzyłem każde okno.

Podszedłem jak najciszej do drzwi i po raz drugi w tym tygodniu wyjąłem nóż z wazonu.
Drzwi otworzyły się wyjątkowo głośno.

- Billa, Clinton! Wypierdalać z mojego domu! Ale już! Musieli wejść przez okno. Mieszkanie
było na pierwszym piętrze. Łatwo się wspiąć, a potem wystarczy przejść przez balustradę
balkonu. Może kiedy przekonają się, że tu jestem... Może kiedy będę krzyczał...

Nacisnąłem klamkę drzwi wiodących do sypialni. Natychmiast dało się słyszeć jakieś
dźwięki, szuranie, coś się przewróciło. Uciekają? A jeśli tym razem mają ze sobą broń? Jeśli
tym razem mają gorsze zamiary niż tylko wymazanie ścian gównem?

- Wynoście się!

Śmiech, ktoś jakby się potknął. Wciągnąłem głęboko powietrze w płuca i błyskawicznym
ruchem otworzyłem drzwi.

Wszystkie światła były zapalone. W pokoju nie było nikogo. Potem zauważyłem
ciemnoczerwone plamy na białym tle. Na łóżku była krew. Krew i jeszcze coś... kawałki
czegoś... Duże i małe. Mięso! Ktoś porozrzucał po mojej pościeli kawały surowego mięsa, a
cieknąca z nich krew poplamiła bawełnę.

- Chryste Panie!

Połyskujące i gładkie kawałki cielęcej wątroby. Krwawe, niebiesko-czerwone serca byków,
miękkie, białawe mózgi o konsystencji budyniu. Nerki...

Ile tam tego było? Ze czterdzieści kawałków? Przykryły całe łóżko. Na środku leżała lśniąca i
mokra sterta.

Jakieś drzwiczki zatrzasnęły mi się w głowie i nagle przestałem się bać. Dość już. Skończyło
się. Teraz ich zatrzymam.

Podszedłem do okna i spojrzałem w dół. Wielki, ciemny kształt zsuwał się szybko po
przytwierdzonej do bocznej ściany budynku rynnie. Nie widziałem twarzy, ale po sa- mej
tuszy mogłem być pewien, że to on.

- Widzę cię, Billa! Widzę cię, ty gnoju!

Zaśmiał się, lecz nie był to zwykły, głęboki śmiech Michaela. Usłyszałem dziecięce hi, hi,
hi". Ze względu na to wszystko, co się do tej pory stało, ten śmiech zabrzmiał złowróżbnie i
niepokojąco.

Nie było powodu do śmiechu. Tym bardziej mnie to rozzłościło.

background image


Pobiegłem za nim. Zjechałem po rynnie tak szybko, że gdyby ktoś mi się przyglądał, mógłby
pomyśleć, że zsuwam się po zboczu góry asekurowany linami i karabińczykami. Kiedy
znalazłem się na dole, upadłem, lecz zaraz zerwałem się na nogi i pobiegłem dalej.

Aż trudno uwierzyć, jak szybko gnał. Znalazł się na dole ledwie kilka sekund przede mną, a
teraz pędził już ulicą u wylotu następnej przecznicy, ciągle zanosząc się tym makabrycznym
śmiechem.

- Ty draniu!

- Hi, hi, hi.

Był zbyt daleko, żebym mógł go dostrzec w mroku. Znienacka odwrócił się ku mnie i złapał
się za krocze w tym geście, który oznacza "pierdol się". Nagle upadł. Zatrzymałem się i
próbowałem zmusić do śmiechu. Jeśli nie mogłem go złapać (przecież nikt nie potrafi aż tak
szybko biegać), to powinienem się chociaż roześmiać, marnie naśladując jego głupi chichot.
Mogłem mieć nadzieję, że to przynajmniej go urazi i że z twarzy zniknie mu na chwilę ów
wyraz triumfu.

Lecz on zerwał się już na nogi! I znów pobiegł przed siebie, śmiejąc się wciąż tak samo.

Wściekłość dodawała mi energii i nie zamierzałem rezygnować z pościgu, dopóki nie padnę
bez sił na ziemię.

Biegliśmy wzdłuż domów, których okna jaśniały ciepłym blaskiem, mijaliśmy wysiadających
z samochodów ludzi i krzewy, które roztaczały wokół siebie wieczorne zapachy magnolii i
kapryfolium.

Billa biegł jakimiś pozbawionymi sensu zygzakami i nie oglądał się, nawet kiedy przecinał
jezdnię. Nie wiedziałem, czy chce dokądś dotrzeć, czy po prostu uciec. Bez wątpienia jednak
mógłby mnie zgubić, gdyby tylko chciał, ale ani razu nie przyspieszał na tyle, bym stracił go z
oczu. Ciągle spodziewałem się, że w końcu przyspieszy i zniknie w oddali jak Struś
Pędziwiatr.

Wreszcie uszła ze mnie cała para i musiałem się zatrzymać. Oparłem ręce na kolanach, moje
płuca pracowały jak kowalskie miechy. I wtedy zobaczyłem, że Billa stoi dwie przecznice
dalej i czeka. Zdaje się, że zagwizdał. A może to był ktoś inny?

Chciałem coś krzyknąć, ale z ledwością łapałem oddech.

Dlaczego czekał na mnie ukryty w głębokim cieniu? Jego śmiech zagłuszył świst
wydobywający się z moich płuc.

Tuż za sobą usłyszałem warkot silnika. Nie odwróciłem się, by nie tracić z oczu mego
prześladowcy.

Samochód zatrzymał się tuż obok. Kiedy się odwróciłem, spostrzegłem jasny promień
(latarka?), który przeciął mrok, kierując się w stronę Billi.

background image

Światło padało mu prosto na twarz.

To nie był Billa. Nigdy dotąd nie widziałem tego człowieka.

- Wsiadaj, Ingram. Szybko!

Oślepiony blaskiem potrzebowałem chwili, by dostrzec, kto woła mnie z samochodu.

Za kierownicą zobaczyłem Michaela Billę. Siedzący obok Clinton oświetlał nieznajomego
latarką.

- Pospiesz się, bo inaczej nigdy go nie złapiemy.

Spojrzałem na drugą stronę ulicy. Mężczyzna zniknął.

- No wsiadaj!

- Kto to jest? Co tu jest grane?

- Mniejsza o to. Już zwiał - powiedział Michael.

- Cholera. Wsiadasz wreszcie? Wszystko zepsułeś. Właź do środka i przestań przeszkadzać.

Clinton otworzył gwałtownie drzwi, uderzając mnie boleśnie w nogę. Złapałem go i
przyciągnąłem do siebie, a potem uderzyłem jego głową o dach. Krzyknął, próbując się
wyrwać.

- Najpierw muszę się dowiedzieć, o co tu właściwie chodzi.

Michael złapał mnie z tyłu. Teraz przydały się lekcje karate, które kiedyś brałem. Nie
puszczając Deixa, uderzyłem Michaela piętą w stopę. Billa wrzasnął i upadł ciężko na
chodnik.

Znów rzuciłem Clintona na samochód; właściwie bez specjalnego powodu, po prostu miło
było przyładować komuś po tym, co właśnie przeszedłem. Nie miało znaczenia, czy to była
ich robota, czy tego faceta od mięsa. Wyglądało na to, że jestem ostatnią osobą, która jeszcze
nie wie, co tu się właściwie dzieje. Teraz nadszedł czas, by skończyć z tą maskaradą.

Deix uderzył mnie kolanem między nogi.

Zatkało mnie. Pochyliłem się, żeby nie zemdleć z bólu.

- Nikomu nie pozwolę się bić.

- Clinton, zostaw go! - usłyszałem głos Billi.

- Zabiję gnoja! Nikomu na coś takiego nie pozwolę.

Jakiś twardy przedmiot wbił się w moją szyję. Mimo bólu zorientowałem się od razu, że to
lufa rewolweru. Szczęknął kurek.

background image


- Przypomnij sobie Fanellego! - krzyknął Billa. - Clinton, przypomnij sobie Fanellego!

- Cholera. - Kurek rewolweru wrócił na swoje miejsce.

Clinton znów mnie kopnął, tym razem w udo.

Znów potworny ból. Kiedy udało mi się otworzyć oczy, zobaczyłem, że Billa klęczy przede
mną, opierając się dłońmi o ziemię. W tej pozycji wydawał się strasznie tłusty.

Kilka razy wciągnąłem głęboko powietrze.

- O co w tym wszystkim chodzi, Michael? - udało mi się w końcu spytać. - Kim ty właściwie
jesteś? Opuścił głowę i potrząsnął nią bezradnie.

- Tobą, idioto - odezwał się zamiast niego Clinton. - Sobą samym i mną jednocześnie. My
jesteśmy tobą. A ty jesteś nami.


Nie chciałem wracać do siebie, więc pojechaliśmy do Michaela. Z tylnego siedzenia
samochodu wpatrywałem się w ich karki. Nikt się nie odzywał.

Kiedy znaleźliśmy się na miejscu, Billa dał nam po butelce piwa, przyniósł album ze szkoły
średniej i usiadł obok mnie na kanapie.

- To jest Clinton. To ja. A to Anthony Fanelli.

Zwykłe zdjęcia. Typowe twarze uczniów amerykańskiej szkoły z lat sześćdziesiątych. Z tą
drobną różnicą, że Clinton Deix wyglądał wtedy tak samo jak teraz.

- Nie chcę oglądać fotografii Anthony'ego. Chcę się dowiedzieć, o co tutaj chodzi. Dlaczego
się ze sobą zaprzyjaźniliście? Michael, przecież mówiłeś, że Clinton zjawił się po to, żeby
mnie załatwić. - Spojrzałem na Deixa. - A ty powiedziałeś, że Michael cię zamroził" i chce,
żebym ciebie zabił!

Spojrzeli po sobie.

- Michael sądził, że mówi prawdę - odezwał się w kontu Clinton. - Ja rzeczywiście kłamałem,
bo nie mogłem powiedzieć ci prawdy, dopóki ktoś inny z nas jej nie pozna.

- O jakiej prawdzie mówisz?

- Popatrz na swoją dłoń.

Wyciągnąłem przed siebie rękę i odwróciłem dłoń. W czasie audycji tyle już razy wróżono mi
z ręki, że znałem każdą linię, każde zagięcie, a także znaczenie, które się im przypisuje. Nic
się tam nie zmieniło od ostatniego razu.

- No i co?

background image


Michael i Clinton podeszli do mnie i przystawili swoje dłonie do mojej. Wszystkie trzy były
identyczne.

- Niemożliwe!

- Możesz popatrzeć przez lupę i przekonasz się, że nie ma żadnej różnicy. Michael tak zrobił,
kiedy mu o wszystkim powiedziałem.

Spojrzałem na Clintona.

- Co to znaczy?

- Sam się niedawno dowiedziałem - rzekł Billa. - Przez cały ten długi czas sądziłem, że
Clinton zatrzymał się w wieku piętnastu lat. Nie pytaj mnie, jak to możliwe. Życie ma swoje
sekrety. Jednak od chwili, gdy cię poznałem, zaczęło mnie ogarniać bardzo dziwne uczucie. A
potem znów pojawił się Clinton. Byłem pod prysznicem, kiedy nagle zrozumiałem, o co w
tym wszystkim chodzi. Ot, tak. - Pstryknął palcami. - Trzymałem właśnie kawałek żółtego
mydła i spojrzałem przypadkiem na rękę, a potem na palce u nóg i mimowolnie zastanowiłem
się, dlaczego mamy po pięć palców u każdej ręki i stopy, a nie mniej czy więcej. Naukowcy
mają na ten temat bardzo wiele przekonujących teorii, z tym że wszyscy się mylą. A wiesz
dlaczego? Bo oto Bóg daje nam najważniejszą ze wszystkich wskazówek! Całą tę prawdę
zrozumiałem wtedy, pod prysznicem. A kiedy to się stało, wytarłem się i poszedłem szukać
Clintona, żeby mi powiedział, czy mam rację. Dlaczego ludzie czują się tak samotni i
zagubieni, nawet gdy wiodą zamożne i wygodne życie? Filozofowie od zarania dziejów
szukają rozwiązania zagadki ludzkiej egzystencji. Chcesz znać odpowiedź, Ingram? Chcesz
znać odpowiedź na jedną z zagadek wszechświata? - Uśmiechnął się trochę smutno,
wyciągnął rękę i pokazał palcem na dłoń. - Mamy pięć palców u każdej ręki, ponieważ w ten
sposób Bóg objawia nam, że każda całość składa się z pięciu części, nawet dusza. Dlaczego
większość ludzi czuje, że ich życie jest niepełne? Ponieważ oni sami są ledwie cząstką, a nie
całością. I nie chodzi tu o to, co twierdził Platon. Wszystkie te jego historie o częściach duszy
to bzdura. Sprawa jest o wiele prostsza. Wyobraź sobie, że ludzie mają przyporządkowane
sobie liczby - jedynki, dwójki i tak dalej. Jednak błędem byłoby twierdzić, że istnieje tylko
jedna jedynka czy jeden numer dziewięćset sześćdziesiąt dwa. Większość społeczeństw uczy
ludzi, że są jednostkami, przynajmniej z punktu widzenia biologii. Tak czy inaczej, powiedzą
ci, nie ma na Ziemi nikogo takiego samego jak ty.

- Ani nie było - wtrącił się Clinton, kiwając głową.

- Ani nie było. Tymczasem prawda jest inna, Ingram. I dlatego nasze dłonie są takie same. Te
liczby są ograniczone. Dla wygody przyjmijmy, że jest ich tysiąc. Ludzie różnią się od siebie,
to jasne, ale każdy ma swój numer. Od początku istnienia ludzkości te liczby były takie same;
od jednego do tysiąca. Lecz zawsze jest sporo jedynek, sporo dwójek... Dusza, która jest
całością, na przykład pełna liczba siedemnaście, została przez stwórcę podzielona na pięć
części. Każda z nich spełnia ważne zadanie, jak palce u dłoni. Jednak dłoń, której brakuje
jakiegoś palca, nie jest w pełni sprawna i to samo dotyczy duszy. Jesteśmy czasami tak
zagubieni, bo idziemy przez życie jako ledwie jedna piąta duszy. Jedynym sposobem na
osiągnięcie wewnętrznego spokoju jest odnalezienie pozostałych czterech części, pozostałych
czterech siedemnastek i połączenie się w całość. Oto, dlaczego Bóg obdarzył nas taką, a nie
inną, liczbą palców. Chciał, żebyśmy po sto razy dziennie mieli przed oczyma to przesłanie.

background image


Michael oparł się wygodnie i dopuścił Clintona do głosu.

- Kilka dni temu zrozumieliśmy z Michaelem, dlaczego zostałem "zamrożony". Stało się tak
dlatego, że człowiek zatrzymuje się w momencie, gdy zrozumie tę prawdę o całości
składającej się z pięciu części. Byłem właśnie na Florydzie, kiedy przyszło mi to do głowy,
ale z początku sądziłem, że to jakaś bzdura, jak z powieści fantastycznonaukowej, i w ogóle
się nad tym nie zastanawiałem. No ale to była prawda. Zostajesz "zamrożony" w momencie,
kiedy zrozumiesz tę prawdę, i "rozmrożony" dopiero wtedy, gdy połączysz się z pozostałymi
czterema osobami. Tak samo jest z tobą, Ingram. Obaj pozostaniecie tacy sami do chwili, gdy
połączymy się z pozostałymi dwoma. Mnie się to przytrafiło, kiedy miałem piętnaście lat. Wy
przynajmniej zdążyliście dorosnąć.

- Ale przecież ja dowiaduję się tego od was. Wszystko pojąłem, ale nie wpadłem na to sam.

Michael pokiwał głową.

- Zgadza się. Ale kiedy spłynęło na mnie to olśnienie, zrozumiałem też, że wolno mi zdradzić
ten sekret jednemu z "naszych". Ale tylko jednemu. Po rozmowie z Clintonem
zdecydowaliśmy się na ciebie.

- A jaki mamy numer? Sześćset sześćdziesiąt sześć?

Sarkazm nie jest moją mocną stroną, ale tym razem zabrzmiał chyba dość wyraźnie.

- Nie możemy ci powiedzieć. Sam będziesz musiał na to wpaść. Już niedługo. Będziesz
potrafił też inne rzeczy. Wiele się zmieni w twoim życiu po tej rozmowie, prawda, Clinton?

Chłopak prychnął i dmucnnął w butelkę po piwie.

- Tuuuut.

Spojrzałem na nich i zwilżyłem językiem wargi.

- Dusza składa się z pięciu części. Każdemu człowiekowi przypisana jest liczba albo kształt
czy kolor, czy co tam jeszcze, lecz niewielu z nas zdaje sobie z tego sprawę. Ci, którzy znają
prawdę, szukają swoich odpowiedników, by się z nimi połączyć. Dobrze zrozumiałem?

Pokiwali głowami.

- Lecz jeśli człowiek nie rozumie tej zasady, idzie przez życie samotny i zagubiony.

- Tak właśnie jest, Ingram. Przysięgam, że tak jest. Kiedy dwóch pierwszych dowie się
prawdy, wolno im powiedzieć trzeciemu. Tym trzecim jesteś ty. Teraz musimy znaleźć
dwóch pozostałych.

- Zawsze mi się wydawało, że na Clintonie ciąży jakaś klątwa i że ma wobec mnie jakieś złe
zamiary.

- A ja z kolei sądziłem, że to Michael rzucił na mnie klątwę i że chce się mnie pozbyć. I że

background image

dlatego się z tobą zaprzyjaźnił. A wiesz, co uświadomiliśmy sobie parę dni temu? Jedliśmy
właśnie kolację, kiedy Mike wpadł na to, kim był Fanelli!

- Jednym z waszych? Siedemnastką?

- Tak. To dlatego zawsze czepiał się Michaela i to dlatego w końcu go zabiłem. Każdy z nas
widział w pozostałych coś, co doprowadzało go do szaleństwa.

- Rzecz w tym, że Fanelli był ostatnim z nas, którego Clinton spotkał. Aż do teraz.

- Masz na myśli mnie?

Michael potrząsnął głową.

- Przez niemal dwadzieścia lat nie spotkał nikogo. A teraz mamy aż troje, wliczając w to
ciebie.

- Kim są ci inni? - Nim któryś z nich zdążył się odezwać, błysnęła mi myśl ostra jak pisk
opon na ułamek sekundy przed wypadkiem. - Ten od mięsa!

- Tak.

- Znakomicie.

- A trzeci?

- Blair Dowling.

- Nie wierzę.

- Spodziewaliśmy się, że nie uwierzysz. Dlatego powinieneś coś zobaczyć.

- Co?

- Lodziarnię.


Wspominałem już, że Michael mieszkał w Larchmont, znaczy w dzielnicy Los Angeles, którą
zawsze lubiłem.

Jest taka właściwie tylko jedna, za to bardzo szeroka ulica, przy której usadowiły się sklepy
jakby żywcem przeniesione tu z czasów naszego dzieciństwa: fryzjer z prawdziwą miską pod
szyldem, mała księgarnia, gdzie miłe staruszki sprzedają też pocztówki, sklep zoologiczny
pełen pisku szczeniąt i świergotu ptaków. Często jadaliśmy lunch w tej okolicy, a potem
szliśmy do taniego sklepiku wysłać listy albo po prostu na spacer, by nasycić się atmosferą lat
pięćdziesiątych.

W centrum Larchmont jest też mała, lecz dobra lodziarnia. O wpół do jedenastej w nocy
Michael zatrzymał samochód przed jej drzwiami. Żaden z nas nie ruszył się z miejsca.

background image


- I co mam zobaczyć?

- Po prostu wejdź do środka, Ingram. Przekonasz się, jak tylko wejdziesz.

Spojrzałem na nich. Na twarzach mieli wypisane to samo: "Za chwilę będziesz wiedział to, co
my, i przekonasz się, jakie to zdumiewające".

Wysiadłem z samochodu, zrobiłem kilka kroków, zatrzymałem się i spojrzałem za siebie. Po
chwili Clinton wystawił głowę przez okno i powiedział:

- Wystarczą ci dwie sekundy, a wszystko zrozumiesz.

- A jeśli nie?

- To dam ci milion dolarów.

Otworzyłem drzwi lodziarni. Przywitało mnie brzęknięcie dzwonka. Jedna ze stojących za
ladą dziewcząt uśmiechnęła się do mnie.

- Dobry wieczór.

Już chciałem odpowiedzieć, kiedy zobaczyłem wokół niej poświatę. Był to moment ekstazy,
który można porównać z magicznym uczuciem, jakiego doznaje dziecko, gdy po raz pierwszy
złapie równowagę na dwukołowym rowerze. Zrozumiałem, czym jest spowijający tę
dziewczynę blask i niepotrzebne już były żadne wyjaśnienia. Światło miało niebieskawy
odcień i drgało lekko jak powietrze nad rozgrzanym asfaltem. Delikatny, metaliczny odcień
był miękki jak aksamit.

Dziewczyna pochyliła głowę i uśmiechnęła się lekko, jakby z uznaniem. W chwilę później
dwie inne, podobne młode kobiety wyszły z zaplecza. Dwie identyczne poświaty, aureole, nie
wiedziałem, jak je nazwać.

Stałem i patrzyłem na nie jak na egipskie księżniczki, jak na egzotyczne ptaki, jak na
spełnione nagle marzenie. pierwsza spytała mnie, czego sobie życzę. Gdy nie
odpowiedziałem, spojrzały po sobie i roześmiały się.

- A więc to prawda?

- Tak - odparła krótko pierwsza.

- A gdzie są dwie pozostałe?

- W kinie. Mają dzisiaj wolne.

- Ale dlaczego jesteście akurat tutaj. Przecież jest tyle innych...

- Postanowiłyśmy, że jak długo tu jesteśmy, będziemy dawały ludziom szczęście. A w
lodziarni niczego innego się przecież nie sprzedaje.

background image

Do środka weszła jakaś rodzina; podekscytowane dzieci biegły już do lady, pokazując sobie
różnokolorowe lody.

- Na pewno niczego nie chcesz?

- Nieee...

Dziewczyny odwróciły się ode mnie, żeby sprzedawać szczęście. Wyszedłem z lodziarni z
rozpaloną głową i dłońmi (u każdej pięć palców) zimnymi jak lód.


- Co teraz?

Michael prowadził zdecydowanie za szybko. Clinton zapalał kolejnego papierosa.

- Jedziemy do Blair.

- Przecież mówiliście, że ona o niczym nie wie.

- Nie wie, ale Clinton ma pewien pomysł, który chciałbym wypróbować. Sądzi, że jeśli
pojawimy się u niej razem, to nasza obecność pomoże jej zrozumieć prawdę. Można
popróbować przez kilka dni.

- A jak się domyśliliście, że to właśnie Blair? Clinton odwrócił się i dmuchnął mi dymem w
twarz.

- Och, przepraszam. Kiedy się zorientowałem, że spotykasz się z Michaelem, zacząłem za
tobą chodzić, żeby dowiedzieć się, kim jesteś. Zadzwoniłem do radia, powiedziałem, że chcę
założyć klub sympatyków Krzywego zwierciadła i zbieram informacje na twój temat.
Powiedzieli mi, do jakiej szkoły chodziłeś, więc poprosiłem tam o album, znalazłem zdjęcie z
balu, na którym byłeś z Blair, i tak dalej, i tak dalej. Proste!

- To dlatego mnie do niej zawiozłeś? Miałeś nadzieję, że się rozpoznamy?

- Tak.

- Jaki jest jej mąż?

- Bardzo podobny do ciebie, tyle że hetero. Zrobił niezłe pieniądze.

- Ale on nie jest... jednym z nas?

- Nie. Jeśli Blair ma numer siedemnaście, to on ma osiemnastkę. Blisko, ale to nie to samo.

- A ten od mięsa?

Za każdym razem, kiedy używałem tego określenia, wybuchali śmiechem.

- To wariat. Kłopot polega na tym, że jest jednym z nas. Musimy znaleźć jakiś sposób, żeby

background image

go uspokoić i przyciągnąć.

- A może poszukać innego... numeru siedemnaście?

- To jest tak, jak mówił Michael: dowiedziałem się o wszystkim mniej więcej dwadzieścia lat
temu, ale przez ten czas spotkałem tylko was troje. Może być bardzo wiele numerów
siedemnaście, ale świat jest wielki. Może wielu z nas mieszka na przykład w Zanzibarze,
tylko kto ich tam będzie szukał? My już mamy naszą piątkę. Musimy się połączyć. Obudzić
ich. Dlatego powiedzieliśmy ci o wszystkim. Z Blair powinno nam pójść łatwo. Bardziej
martwi mnie ten od mięsa.

- Walden Drive, zgadza się, Clinton?

- Walden Drive.

- Nie mogę zapomnieć tej poświaty. Tego niebieskawego blasku. My też tak będziemy
wyglądali?

- Mniej więcej. Komplety widziałem tylko kilka razy. Kiedyś w Talladega...

Nagle tuż przed maską pojawiła się jakaś wielka, przygarbiona postać. Stanęła na chwilę w
świetle reflektorów, patrząc w naszą stronę. Najbardziej zdumiewające było to, że w owej
postaci rozpoznałem kobietę. Co najmniej dwieście funtów żywej wagi, rozdęta twarz,
nienaturalnie rude włosy. Choć nie było obawy, że ją potrącimy, Michael skręcił ostro i
zatrzymał gwałtownie samochód. Kobieta uskoczyła szybko w bok. Zbyt szybko.

- Michael, widziałeś te rude włosy? Pamiętasz? Cholera jasna! - krzyknął Clinton i wyskoczył
z samochodu.

- Eddie? Ten potwór to Eddie?

- Pewnie, że Eddie. Nie ma wątpliwości. Przecież sam mi mówiłeś, że zwariowała w
dwunastej klasie. Byliśmy wszyscy w jednej szkole i nic nie wiedzieliśmy! Fanelli, ty, ja,
Eddie. Cztery osoby. Aż cztery! Cholera jasna, i nic nie wiedzieliśmy. - Clinton z
wściekłością uderzył w maskę samochodu i pobiegł za tą groteskową postacią.

Opuściłem szybę. O czym oni mówią? O kim? W powietrzu unosił się duszący zapach dymu.
Michael patrzył chwilę za Clintonem, a potem odwrócił się i ruszył w stronę samochodu.

- Co tu się dzieje, Michael? Kto to był?

- Ten od mięsa. Tyle że to kobieta. Chodziliśmy do jednej klasy. Wracała właśnie od Blair, co
oznacza, że twoja przyjaciółka może mieć spore kłopoty.

- Dlaczego? Dlaczego miałaby coś zrobić Blair?

Zmełł w ustach jakiś przekleństwo, a potem szybko powiedział:

- Pamiętasz muszelkę? To też nie jest wymysł. Kiedy dowiadujesz się prawdy, nagle pojawia
ci się w kieszeni muszelka. Ale może jest tak, że ta piąta, złowroga postać jej nienawidzi. A

background image

szczególnie w naszym przypadku. Może nienawidzi myśli, że jest tylko jedną piątą całości.
Nie pomyśleliśmy o tym, że ktoś może poznać prawdę i jej nie zaakceptować. Ona nienawidzi
czterech pozostałych za to, że jest tak niepełna. Eddie Devon! Eddie Devon chce się zemścić
na nas wszystkich.

Zanim jeszcze dojechaliśmy do Walden Drive, zobaczyliśmy słup dymu. Dom Blair był
morzem złotego ognia. Ktoś krzyczał. Potem usłyszeliśmy wybuch, trzask i syk w ruinach.


Wczoraj wieczorem wybrałem się z nudów do umarłych, żeby połaskotać ojca. Był bardzo
niezadowolony. Zwłoki leżały w tej samej uroczystej pozycji, w jakiej widziałem je w dniu
pogrzebu. Oczy były przymknięte tak, jakby miały się za chwilę otworzyć, usta proste, jakby
wyrysowane przy linijce, a na policzkach widać jeszcze było ślad rumieńców.

Całe życie miał łaskotki. Wystarczyło go dotknąć, żeby zaczął chichotać. Ale gdy dźgnęło się
go palcem między żebra, dostawał szału. Nawet po śmierci podskoczył i złapał mnie zimnymi
rękoma. Nawet po śmierci.

Można robić takie rzeczy, kiedy jest się już z pozostałą czwórką. Kiedy jest się częścią
całości, można wiele zrobić i wiele zobaczyć. Oczywiście łaskotanie umarłych to tylko
igraszka, ale kiedy dowiedziałem się, że to możliwe, postanowiłem spróbować. Pozostali się
zgodzili. Bardzo nam się podobało zdumienie ojca. Zawsze nas cieszy zdziwienie innych
ludzi.

W życiu jest tak niewiele okazji do radości. Kto powiedział, że prawda potrafi uczynić nas
wolnymi? Eddie Devon dwadzieścia lat temu dowiedziała się prawdy o swojej kazirodczej
rodzinie i postradała zmysły. Trafiła do zakładu dla umysłowo chorych, potwornie utyła i
stała się osobą, która bazgrze innym gównem po ścianach. Kiedy Clinton Deix znalazł w
kieszeni muszelkę i pojął, że jest jedną piątą całości, nie zaczął szukać Boga ani pozostałych
czterech, lecz został męską dziwką. Twierdzi, że sam nie wie dlaczego. Eddie nie mówi nic.
Dyskutowaliśmy na ten temat i doszliśmy do wniosku, że ta dwójka czuła coś, co nie stało się
udziałem pozostałych trojga. To coś sprawiło, że nie powiedzieli nikomu prawdy.
Szczególnie Eddie. Ze wszystkich sił starała się trzymać od nas z daleka i nie doprowadzić do
połączenia. Jej gniew i niechęć do poznania prawdy nie miały sobie równych. Teraz mogę
tylko żałować, że nie dały rezultatów. Broniła się zażarcie, lecz w końcu ją osaczyliśmy i
wnieśliśmy do naszego obozu jak dziką bestię przywiązaną do drąga. Nawet po tym, jak siłą
zaciągnęliśmy ją do lodziarni, by zobaczyła pięć otoczonych niebieskawą poświatą dziewcząt,
krzyczała, pluła i robiła wszystko, by nie doszło do spełnienia. A jednak wygraliśmy".

Pamiętam ów moment na chwilę przed połączeniem i wyraz triumfu na twarzach Billi, Blair,
Clintona i mojej. Pomyślałem wtedy: mój Boże, przecież już wyglądamy tak samo, a co
będzie, kiedy się połączymy? Czy otoczy nas niebieskawa poświata, czy może stanie się coś
zupełnie innego? Każdy kolor jest na swój sposób piękny. Podziwiałem błękit tych pięciu
dziewczyn i zazdrościłem im go, lecz może nam przytrafi się jeszcze cudowniejsza barwa.
Kolor, który ulatuje poza spektrum, poza biel, poza wszelkie wyobrażenie. Czekaliśmy dwa
lata. Czekaliśmy, aż zagoją się oparzenia Blair i zrozumie prawdę. Potem szukaliśmy
sposobu, by zwabić w pułapkę tego od mięsa". Tak minęły dwa lata, a samo połączenie
trwało tylko sekundę.

background image

Pamiętam nasz krzyk. I płacz, kiedy zrozumieliśmy, jak potworna jest nasza prawda i jak
ohydny przypadł nam kolor. Wszyscy chcą zaznać raju i świecić niebiańskim blaskiem.
Jednak prawda może być też niesprawiedliwa i bezwzględna. A wielu z tych, którzy mają już
swoją barwę, nie znajduje w niej ukojenia, lecz tylko gorycz wygnania.

Przełożył Tomasz Jabłoński

background image

"Ale karuzela!"

(Uh-Oh City!)


Starcy winni stawać się odkrywcami
Tu i teraz nic nie znaczą
Nieruchomi, podążać musimy
Ku odmiennym nasyceniom...
Koniec jest moim początkiem.


T. S. Elliot, East Coker


Nie da się ukryć, że gdyby miała na imię Codruta, Glenyus albo Heulwen, dużo łatwiej
przyszłoby mi pogodzić się z tym wszystkim. Jakieś egzotyczne imię zza Uralu albo z krainy
druidów, w każdym razie skądś, gdzie niezwykłe wydarzenia są na porządku dziennym. Ona
jednak miała na imię Beenie, Beenie Rushforth. Czy nie kojarzy wam się to z
pięćdziesięcioletnią "dziewczyną" z jakiegoś prowincjonalnego klubu golfowego? Bo mnie
tak. Kobieta mówiąca zbyt donośnym głosem, przesadnie opalona, ze zbyt dużą szklaneczką
bourbona w ręku o jedenastej przed południem: Beenie Rushforth, absolwentka szkoły
średniej w Wellesley z roku 1965.

Zjawiła się u nas całkiem zwyczajnie. Nasza ostatnia sprzątaczka postanowiła wyjść za mąż i
przeprowadzić się do Chicago. Żadna strata. Na pewno nie należała do najlepszych w tym
zawodzie. Była jedną z tych, które zamiatają dokoła dywanu, ale nie pod nim. Moja żona,
Roberta, podejrzewała ją także o to, że podpija nam alkohol, ale tym akurat zupełnie się nie
przejmowałem. Irytowało mnie natomiast, że płacę spore pieniądze za utrzymanie domu w
czystości, w zamian zaś otrzymuję kąty pełne kurzu i brudne okna w gościnnym pokoju.

Roberta wywiesiła ogłoszenie na tablicy przed wejściem do supermarketu obok mnóstwa
innych, w rodzaju "Strzygę trawniki", "Uczę niemieckiego", "Sprzedam mało używaną
maszynę do pisania" - wiecie, takich, które ludzie czytają wtedy, kiedy znajdą się w potrzebie
albo kiedy akurat nie mają nic ciekawszego do roboty.

Sami doskonale dalibyśmy sobie radę ze sprzątaniem, ale od czasu, gdy dzieciaki
wyprowadziły się z domu, a ja dostałem katedrę na uniwersytecie, mamy więcej pieniędzy niż
kiedykolwiek do tej pory. Postanowiłem wykorzystać je tak, żeby uczynić nasze życie
przyjemniejszym. Roberta w pełni na to zasługuje.

Przez całe dorosłe życie wykazywałem niezwykły talent do zjawiania się w niewłaściwym
miejscu o najbardziej nieodpowiedniej porze. Najpierw zdecydowałem się na rozpoczęcie
studiów doktoranckich na Uniwersytecie Michigan, aby móc prowadzić badania pod
kierunkiem Eliroya, największego znawcy prozy Hermana Melville'a. Eliroy umarł równe

background image

sześć tygodni po rozpoczęciu semestru. Roberta była wówczas w ciąży z naszą pierwszą
córką, Norah, i przeżywała ciężkie chwile, ale mimo to zachowała się naprawdę wspaniale.
Powiedziała mi, że dostałem się na znakomitą uczelnię i że doktorat uzyskany właśnie tutaj,
wszystko jedno, z Eliroyem czy bez niego, będzie miał swoją wymowę, więc żebym
natychmiast przestał marudzić i wziął się ostro do pracy. Tak też zrobiłem. Po trzech bardzo
chudych latach miałem już doktorat i dwoje małych dzieci. Przez następne dziesięć lat
prowadziliśmy typowy, cygański żywot młodych intelektualistów - co jakiś czas
załadowywaliśmy po sam dach naszego małego volkswagena busa, by wyruszyć w
poszukiwaniu pracy na drugi koniec kraju. Studenci lubili mnie, koledzy natomiast zazdrościli
mi, gdyż pisałem wtedy dużo i dobrze; miałem już za sobą monografię na temat gnostycyzmu
Melville'a, która skłoniła wielu ludzi do ponownej, uważnej lektury Moby Dicka. Potem
opublikowałem pracę zatytułowaną Szaleni marynarze - analiza twórczości Alberta Pinkhama
Rydera i Hermana Melville'a
, która powinna była uczynić mnie sławnym, ale tego nie zrobiła.
Nie miałem o to do nikogo pretensji. Wiedziałem, że jest naprawdę dobra, a poza tym oboje
byliśmy młodzi, kochaliśmy się, mieliśmy dwoje zdrowych dzieci i perspektywy... Czego
więcej można potrzebować, kiedy ma się tyle lat? W Minnesocie kupiliśmy pierwszy dom i
pierwszego psa. Zaczęła się druga, burzliwa połowa lat sześćdziesiątych, więc oczywiście po
raz kolejny wybrałem niewłaściwe miejsce w niewłaściwym czasie. W Nowym Meksyku
Norah poszła do przedszkola. Podobało nam się tam. Suche zimy i piękna panorama gór
czyniły nas szczęśliwymi. Co prawda college był obrzydliwie konserwatywny, ale mieliśmy
sporo przyjaciół i żyło nam się całkiem wygodnie.

W latach sześćdziesiątych wszyscy byli ogromnie zaangażowani, wszyscy też mieli coś
ważnego do powiedzenia na temat otaczającego ich świata. Ja także, ma się rozumieć.
Należałem do tych idiotów, którzy zapuścili długie włosy i głośno protestowali przeciwko
wojnie. Wszystko byłoby w porządku, gdybyśmy mieszkali w Nowej Anglii albo Kalifornii,
gdzie takie zachowanie należało do dobrego tonu, ale na Południowym Zachodzie roiło się od
zaślepionych patriotów i fabryk broni. Poza tym uniwersytet był finansowany przez państwo,
a tym samym całkowicie uzależniony od rządu. Krótko mówiąc, kiedy zgłosiłem się do
rektoratu, aby podpisać kontrakt na kolejny rok akademicki, okazało się, że o żadnym
kontrakcie nie ma mowy.

Ogarnięty paniką zacząłem szukać innej pracy, lecz znalazłem ją dopiero w rolniczym
college'u w Hale w Teksasie. Niech was Bóg broni, gdyby kiedykolwiek przyszła wam ochota
postawić tam nogę! Spędziliśmy tam cztery najgorsze lata życia. Pensja była nędzna, studenci
nieznośni, a wykładowcy - zarówno pod względem umiejętności zawodowych, jak i zalet
towarzyskich - przypominali ludzi z Cro-Magnon. O mało nie oszalałem. Stałem się tak
bardzo nieznośny, że niewiele brakowało, a bez niczyjej pomocy zniszczyłbym nasze
małżeństwo. Któregoś okropnego wieczoru, po kolejnej awanturze, kiedy w jadalni
wpatrywaliby się w siebie bez słowa, Roberta powiedziała:

- Nigdy nie przypuszczałam, że dojdzie do tego.

- Tak to jest, kiedy wychodzi się za mąż za nieudacznika z niewyparzoną gębą - odparłem.

- Zawsze wiedziałam, że masz niewyparzoną gębę, ale nie przypuszczałam, że jesteś
nieudacznikiem. Przynajmniej do tej pory. W dodatku obrzydliwym.

Niestety, na tym się nie skończyło. Przetrwaliśmy jakoś wyłącznie dzięki cierpliwości i
dobrej woli mojej żony. Byłem już wtedy zupełnie roztrzęsiony, a dzieci tak bardzo bały się

background image

moich napadów złego humoru, że obawiały się do mnie podejść; robiły to tylko wtedy, gdy
im kazałem. Życie, które kiedyś było interesujące i bogate jak dobra powieść, zamieniło się w
kolejowy rozkład jazdy.

Zupełnie niespodziewanie otrzymałem propozycję przyjazdu tutaj. Dziekan wydziału był
moim dobrym znajomym jeszcze z Michigan; przez wszystkie te lata utrzymywałem z nim
dość ożywione kontakty, ponieważ zajmowaliśmy się zbliżonymi problemami. Nigdy nie
zapomnę, jak po skończonej rozmowie odłożyłem słuchawkę, odwróciłem się do Roberty i
powiedziałem:

- Pakuj manatki, Dzwoneczku. Jedziemy na północ.

Przeprowadzka nie obyła się bez problemów. Norah zdążyła już przyzwyczaić się do swojej
szkoły, życie w nowym mieście okazało się znacznie kosztowniejsze niż w Hale (może
dlatego, że w Teksasie prawie nie ruszaliśmy się z domu, głównie z tego powodu, że nie było
dokąd pójść), a na uczelni miałem dużo więcej pracy, lecz mimo to po sześciu miesiącach
czułem się jak nowo narodzony. Znowu znaleźliśmy się w głównym wyścigu.

Spośród następnych dwudziestu lat zdecydowana większość była interesująca, o kilku
chciałoby się jak najszybciej zapomnieć, ogólnie jednak te dwie dekady dały nam
zadowolenie, które nie zawsze łatwo osiągnąć. Rzadko kiedy słyszy się ludzi mówiących:

Jestem zadowolony z życia". Zupełnie jakby byli zażenowani swoim szczęściem i wstydzili

się tego, że Bóg pozwolił im podróżować prostymi drogami. Ja taki nie jestem. Pięć lat temu
uświadomiłem sobie, jak wiele mam powodów do zadowolenia, i doszedłem do wniosku, iż
nadszedł czas, aby zacząć chodzić do kościoła. Wybrałem najskromniejszy, jaki mogłem
znaleźć: taki, w którym można spokojnie za wszystko podziękować, nie czując się
przytłoczonym bogato zdobionymi szatami i nadętym ceremoniałem, nie mającym nic
wspólnego z sednem sprawy. Mam pięćdziesiąt pięć lat i wierzę w to, że Bóg chętnie nas
słucha, pod warunkiem że mówimy jasno i na temat. Udziela nam także odpowiedzi - co
prawda nie w postaci natychmiastowych, łatwo dostrzegalnych działań, tylko małych,
rozrzuconych wokół nas punkcików, które należy mądrze połączyć. Teraz jestem o tym
przekonany jeszcze silniej z powodu Beenie. Pomimo Beenie. Niech ją Bóg błogosławi.
Niech będzie przeklęta.

Kiedy zadzwoniła po raz pierwszy, ja odebrałem telefon. Głosy niektórych ludzi pasują do ich
wyglądu - wiecie, o czym myślę: basowy głos, wielki mężczyzna i tak dalej. Moje pierwsze
wrażenie dotyczące pani Rushforth mówiło mi, że jest osobą w średnim wieku, dziarską, o
pogodnym usposobieniu. Powiedziała, że zauważyła nasze ogłoszenie na tablicy przed
supermarketem i być może byłaby zainteresowana tą posadą. Uśmiechnąłem się. Od kiedy
sprzątanie domów stało się "posadą"? Żyjemy jednak w czasach, kiedy śmieciarze nazywają
się "inżynierami sanitarnymi", skoro więc chciała, żeby była to posada, to proszę bardzo.
Potem powiedziała mi o sobie więcej, niż chciałem usłyszeć: ma dorosłe dzieci, straciła męża,
nie potrzebuje pieniędzy, ale me lubi bezczynności. Miałem pewne wątpliwości co do
prawdziwości tego stwierdzenia. Czy sprzątanie domów stanowi najlepszy sposób na
utrzymanie sprawności fizycznej? Czy nie lepiej zacząć chodzić na siłownię i wzmacniać
mięśnie na specjalnie przystosowanych do tego przyrządach? Zaproponowałem jej jednak,
żeby wpadła do nas nazajutrz, a ona skwapliwie przyjęła zaproszenie. Na podstawie
brzmienia jej głosu dodałem jeszcze jedną cechę do sporządzonego ad hoc portretu:
samotność. Bardzo zależało jej na tym spotkaniu. Podała mi swój numer na wypadek, gdyby
coś się wydarzyło i musiałbym odwołać spotkanie. Zaraz po odłożeniu słuchawki sięgnąłem

background image

po książkę telefoniczną i poszukałem nazwiska Rushforth. Zawsze robię takie rzeczy:
sprawdzam adresy ludzi w książkach telefonicznych, czytam informacje podane drobnym
drukiem na kuponach konkursowych i pudełkach z płatkami owsianymi. Wynika to w równej
mierze z ciekawości, wścibstwa i przyzwyczajeń naukowca. Staram się zebrać na każdy temat
możliwie dużo informacji, żeby potem na tej podstawie wyrobić sobie własne zdanie. Tym
razem zajrzałem do książki telefonicznej nie dlatego, żebym miał jakieś podejrzenia wobec
pani Rushforth. Powodowała mną wyłącznie ciekawość.

Ku memu wielkiemu zdumieniu jedyna B. Rushforth mieszkała na Śliwkowym Wzgórzu, w
uroczym, bardzo dystyngowanym osiedlu położonym w pobliżu jeziora. Sprzątaczka, tam...?
Byłem tym niezmiernie zaintrygowany, podobnie jak Roberta, kiedy poinformowałem ją o
rozmowie telefonicznej i rezultatach mojego małego śledztwa.

- Scott, a może ona jest kimś w rodzaju cioci Mame? Bogata i ekscentryczna. Nasz dom
będzie sprzątała Rosalind Russell!

Nazajutrz z samego rana zadzwonił do mnie kolega, który natychmiast potrzebował mojej
pomocy, w związku z czym musiałem wyjść z domu i ominęło mnie spotkanie z zagadkową
Beenie.

Kiedy wróciłem na lunch, Roberta poinformowała mnie o szczegółach.

- Jak wygląda?

- W średnim wieku, średniego wzrostu, trochę zaokrąglona, krótko ostrzyżone siwiejące
włosy. Przypomina masażystkę.

- Tak właśnie myślałem. A jak była ubrana?

- W potwornie jaskrawy dres i trampki o bardzo skomplikowanym wiązaniu. Jest bardzo miła,
ale zarazem apodyktyczna. Jeszcze zanim zaproponowałam jej pracę, zapytała, czy może
rozejrzeć się po domu, żeby sprawdzić, jak wielkie czekają ją obowiązki.

- A zaproponowałaś jej?

- Tak. Jest sympatyczna i wzbudza zaufanie. Poza tym każdy, kto mieszka na Śliwkowym
Wzgórzu i chce sprzątać cudze domy, żeby się czymś zająć, musi być co najmniej
interesujący, nie uważasz? Jeżeli jeszcze okaże się, że zna się na tej pracy, będziemy
podwójnie wygrani.

- To prawda. A więc, niech będzie Beenie.

- Zaczyna od jutra.

Seminarium na temat Hawthorne'a zajęło mi większość następnego ranka. W grupie mam
sporo inteligentnych studentów, autentycznie zainteresowanych tematem. Zazwyczaj
wychodzę z tych zajęć pełen energii, zadowolony z tego, że jestem nauczycielem. Tego dnia
rozgorzała zażarta dyskusja na temat opisów w opowiadaniu Young Goodman Brown. W
pewnej chwili jeden młody człowiek zapytał drugiego:

background image

- Czy powiedziałbyś to wszystko, co teraz mówisz, gdybyś wiedział, że w tej sali siedzi sam
Hawthorne? Czy byłbyś taki pewien siebie, wiedząc, że człowiek, który napisał to
opowiadanie, słyszy każde twoje słowo?

To dobre pytanie, które często słyszę, zadawane na wiele różnych sposobów. Zastanawiałem
się jeszcze nad nim, kiedy otworzyłem frontowe drzwi i do moich uszu dotarł odgłos
włączonego odkurzacza.

- Jest ktoś w domu?

Odpowiedział mi tylko wytężony ryk odkurzacza.

- Halo, jest tu ktoś?!

Nic. A potem z salonu dobiegł znajomy śmiech. Wszedłem tam i zobaczyłem Robertę
zwijającą się na kanapie. Mało kto potrafi śmiać się tak jak moja żona - jej najczęstszą reakcją
na dobry żart jest walnięcie pięścią w kolano i nie kontrolowane kołysanie się w przód i w tył.
Łatwo ją rozbawić, a jej spontaniczna reakcja sprawia dużą przyjemność osobie
opowiadającej dowcip. Wydaje mi się, iż jedną z przyczyn, dla których zakochałem się w
niej, jest to, że była pierwszą kobietą, która szczerze śmiała się z moich żartów. Seks to
wspaniała sprawa, ale czasem znacznie większą satysfakcję można osiągnąć, rozśmieszając
kobietę do łez.

- Ty na pewno jesteś Scott. Roberta powiedziała mi już co nieco o tobie.

Była cała siwo-szara. Siwe włosy, szara bluza, szare trampki. Oparła ręce na biodrach i
przyglądała mi się tak, jakbym był używanym samochodem. Włączony odkurzacz przez cały
czas szumiał przy jej boku.

- Beenie?

- Właściwie Bernice, ale jeśli będziecie tak do mnie mówić, natychmiast odejdę. Jak się
masz?

- Dziękuję, świetnie. Wygląda na to, że wy dwie już się dogadałyście.

- Opowiadałam Robercie o moim synu.

Moja żona machnęła dłonią, jakby oganiała się od natarczywej muchy.

- Scott, koniecznie musisz tego posłuchać! Beenie, opowiedz mu tę historyjkę z królikiem!

Beenie sprawiała wrażenie zadowolonej i jednocześnie trochę zażenowanej.

- Ojejku, może innym razem. Teraz muszę dokończyć odkurzania. Chciałabym jeszcze dzisiaj
obskoczyć okna, a jestem dopiero w połowie roboty.

Wyciągnęła wtyczkę z kontaktu i przeszła z odkurzaczem do holu. Chwilę później odkurzacz
znowu zaczął pracować, tym razem w jadalni.

background image

Zerknąłem przez ramię, żeby sprawdzić, czy na pewno nie ma jej gdzieś w pobliżu.

- Jak sobie radzi? - zapytałem.

- Wspaniale! Ma tyle energii co mała elektrownia atomowa. Widziałeś kuchnię? Jeśli nie, to
zaraz tam zajrzyj. Wygląda jak te kuchnie w reklamach telewizyjnych: po prostu lśni. Chyba
przydadzą ci się okulary przeciwsłoneczne. Wydaje mi się, że mieliśmy szczęście, trafiając
właśnie na nią.

- To znakomicie. Z czego tak się śmiałaś?

- Ona jest po prostu przezabawna! Te historyjki, które opowiada... Koniecznie musisz je
usłyszeć.

- Byłbym w zupełności usatysfakcjonowany, gdyby umiała dobrze sprzątać.

- Właśnie to jest takie wspaniałe: ona potrafi i jedno, i drugie!

Tego dnia w naszym domu rozbrzmiały zupełnie nowe odgłosy. Strzepywanie poduszek; syk
odkurzacza zaglądającego w kąty, w których jeszcze nigdy go nie było. Beenie znalazła w
piwnicy okno, przez które światło słoneczne nie przedostało się ani razu od trzydziestu lat,
czyli od wybudowania domu. Psie miski błyszczały jak nowe, zasłony zostały wyprane, a
największy podziw Roberty wzbudziło to, że szafka pod umywalką w prawie nie używanej,
drugiej łazience nie tylko była idealnie czysta, ale nawet wspaniale pachniała jakimś nowym,
nie znanym środkiem dezynfekującym. Co na to Beenie?

- Jeśli chodzi o środki czystości, to przynoszę własne.

Moje biurko zostało odkurzone, papiery poukładane, a książki ustawione alfabetycznie. Nie
lubię, gdy ktokolwiek dotyka mojego biurka - w naszej rodzinie było to jedno z
najważniejszych tabu - ale dokładność Beenie wywarła na mnie tak wielkie wrażenie, że nie
powiedziałem ani słowa. Żadne z nas nie miało pewności, czy ta siwowłosa trąba powietrzna
zrobiła sobie przerwę na lunch. Żadne z nas nie zauważyło, żeby usiadła choć na chwilę. W
ciągu ośmiu godzin zrobiła tak dużo, że kiedy wreszcie sobie poszła, chodziliśmy we dwójkę
po nieskazitelnie czystym domu, informując się głośno o kolejnych odkryciach.

- Mój Boże, nawet wykąpała psa!

- Nie, tylko odkurzyła go i wyszczotkowała. Widziałeś nasze buty? Świecą się jak lustro.

- A moja bielizna? Zdaje się, że wszystko wyprasowała.

Jak długo żyję, nikt nigdy nie prasował mi gatek!

- Czy chcesz mi przez to dać coś do zrozumienia, drogi mężu?

Czuliśmy się jak dzieci szukające migdału w misce klusek z makiem. Komu mogłoby przyjść
do głowy, żeby czyścić żarówki w stołowych lampach albo wierzch solniczki? O tym
ostatnim przekonałem się dopiero kilka dni później, przy śniadaniu. Do tej pory ograniczałem
się do leniwych rozmyślań, że warto by było kiedyś zetrzeć osad białych kryształków i

background image

poprzetykać zatkane dziurki. Teraz wreszcie zostało to zrobione, podobnie jak mnóstwo
innych rzeczy.

Bóg świadkiem, że Roberta i ja mamy wiele wspólnych tematów: dzieci, nasze małżeńskie
życie, życie każdego z nas z osobna, książki lub cokolwiek innego. Mimo to przez następnych
kilka dni wszystkie rozmowy dotyczyły wyłącznie Beenie Rushforth. Mogło chodzić o to, co
zrobiła albo jak to zrobiła, ale prędzej czy później rozmowa schodziła właśnie na jej temat. Po
pierwszym wstrząsie przekonaliśmy się, że nie tylko wyczyściła, uprasowała, oskrobała i
wypolerowała cały dom, ale także wprowadziła mnóstwo drobnych udogodnień, które miały
za zadanie ułatwić nam życie, takich jak na przykład alfabetyczne ustawienie książek na
moim biurku. W kuchni zaprowadziła porządek wśród puszek i wydobyła przyprawy z
różnych zakamarków, po czym zgromadziła je w jednym, łatwo dostępnym miejscu.
Buteleczka z atramentem stojąca na biurku Roberty została wytarta z kurzu, a leżące obok
koperty posegregowane według kolorów.

- Nie, tego już za wiele!

- O co chodzi?

- Spójrz! Tubka z pastą została wyciśnięta od samego spodu, dzięki czemu cała pasta znalazła
się w górnej części. Ty chyba tego nie zrobiłaś, prawda?

- Ja? Przecież od trzydziestu lat ciosasz mi kołki na głowie, żebym wyciskała tubkę od spodu.

- Tak właśnie mi się wydawało. Roberta... Dlaczego wciąż się tak zachwycamy naszą
sprzątającą damą?

- Ponieważ jest niesamowita. A w dodatku płacimy jej tyle samo co poprzedniej, która nie
raczyła nawet tknąć niczego palcem.

- Co jeszcze powiedziała ci o sobie? Co robi, że może sobie pozwolić na rezydencję na
Śliwkowym Wzgórzu?

- Ona nie ma żadnej rezydencji. Posiadłość należy do kogoś innego, a Beenie wynajmuje
mały domek dozorcy przy bramie. Mieszka tam od lat i płaci bardzo niewiele. Jej mąż umarł
dziesięć lat temu. Był jednym z dyrektorów firmy ubezpieczeniowej z Kansas City.

- Teraz rozumiem, dlaczego twierdzi, że nie chodzi jej o pieniądze. Kiedy facet z firmy
ubezpieczeniowej wyciągnie nogi, jego rodzina dostaje sporą sumkę, bo miał najlepszą polisę.

- Powiedziała, że niczego jej nie brakuje.

- Jestem tego pewien. Ma syna?

- Tak, i córkę. Zdaje się, że niezły z niego numer. Poproś ją kiedyś, żeby opowiedziała ci
historię z papierosami.

- Dobrze. Wiesz, o czym teraz myślę? Może to zabrzmi trochę dziwnie, ale zastanawiam się,
co ona będzie sprzątać, kiedy przyjdzie za tydzień? Czy tu w ogóle zostało cokolwiek do
sprzątania?

background image


Piwnica.

- Beenie, naprawdę nie trzeba. To tylko pralnia i skład rupieci. Nigdy tam nie schodzimy.

- A ja zajrzałam tam w ubiegłym tygodniu i wydaje mi się, że moglibyście wykorzystać to
miejsce na mnóstwo ciekawych sposobów. Za kilka godzin wszystko będzie gotowe.

Kiedy wróciłem do domu na lunch, Roberta powiedziała mi, że przez resztę przedpołudnia do
jej uszu dochodziły bardzo niepokojące odgłosy z otchłani - tak chyba najlepiej można
określić naszą piwnicę. Czarna otchłań otwierająca się pod schodami, w którą zagłębiasz się
raz w tygodniu z koszem brudnej bielizny pod pachą, choć akurat wtedy wolałbyś robić co
najmniej dziesięć innych rzeczy.

W naszym domu są dwa miejsca stworzone wyłącznie do przechowywania różnych
przedmiotów. To strych i piwnica, zawsze w tej właśnie kolejności. Jeśli wydaje ci się, że
powinieneś coś zatrzymać, ale nie masz specjalnej ochoty oglądać tego przez jakiś czas,
wrzucasz to na strych. Jeżeli nie chcesz tego już nigdy widzieć na oczy, ale nie potrafisz
zdobyć się na ostateczną decyzję i wyrzucić to do śmieci, wpychasz to do piwnicy. Piwnica
stanowi krainę wilgotnych cieni i martwych walizek. Gdyby istniała taka możliwość,
oddzieliłbym ją od reszty domu, tak jak oddziela się pierwszy człon rakiety, kiedy osiągnie
ona odpowiednią wysokość. Oprócz tego, że stała tam dziesięcioletnia pralka, piwnica służyła
tylko od czasu do czasu za miejsce zabaw naszych dzieci. Teraz dzieci już dorosły i założyły
własne rodziny, a kiedy czasem przyjeżdżały w odwiedziny, ich dzieci były jeszcze za małe
na takie zabawy.

W miarę jak się starzejesz, twój dom kurczy się wokół ciebie. Ponieważ potrzebujesz
mniejszej przestrzeni, niegdyś wypełnione życiem pomieszczenia oskarżają cię nieruchomymi
spojrzeniami zamkniętych drzwi: kiedyś dałeś nam życie, a teraz nam je zabierasz. Gdzie
podziały się dzieci, co się stało z przyjęciami, ruchem i całym tym zamieszaniem? Nikt nie
spogląda na swoje odbicie w lustrze, w nie używanej jadalni nie unosi się już zapach
dziewczęcych perfum ani apetyczna woń gorącego posiłku. Nie masz nam już nic do
zaofiarowania? W takim razie przeklinamy cię naszą ciszą, nieruchomymi przedmiotami i
wszystkimi tymi rzeczami, które zbyt długo pozostają czyste.

Nazywam to syndromem muzealnym; wszystko, co posiadamy, z biegiem lat zaczyna
przypominać eksponaty w muzeum, nie wyłączając nas samych.

- Ale karuzela!

Zapomniałem powiedzieć, że podłoga na parterze naszego domu nie jest zbyt gruba. Kiedy
pierwszy raz usłyszałem z dołu ten donośny, tajemniczy okrzyk, spojrzałem pytająco na żonę.
Jedliśmy właśnie lunch, a przypadek sprawił, że oboje wkładaliśmy do ust frytki.

- Co to znaczy "Ale karuzela!"?

- To chyba jej wojenny okrzyk, który wydaje, kiedy znajdzie coś interesującego.

- Czy w takim razie mam się spodziewać, że wkrótce ją zobaczę? Pasta jajeczna jest dzisiaj

background image

wyjątkowo smaczna. Dodałaś do niej coś nowego?

- Odrobinę chrzanu. Beenie dała mi przepis. Prawda, że to dobre?

- Scott, już wróciłeś! Powiedz mi, co to jest?

- Jak się masz, Beenie. To stare egzemplarze "New Yor- kera", jak sama widzisz.

- Jasne, że widzę. Chcesz je zatrzymać? Leżały w piwnicy, ale połowa jest już tak przegniła,
że nic nie można odczytać.

Miała rację, lecz jej gderliwy ton przypomniał mi pannę Kastburg, okropną nauczycielkę z
pierwszej klasy. To nie było przyjemne wspomnienie.

- Beenie, jesteś tu po to, żeby sprzątać dom, nie żeby go zupełnie uprzątnąć. Zostaw je w
spokoju, dobrze?

- Nawet te przegniłe? Mogłabym je przejrzeć i...

- Nawet te przegniłe. Lubię przegniłe gazety. Pamiętam wtedy o tym, żeby ostrożnie
odwracać strony.

- Dziwak z ciebie, Scott.

- Dziękuję ci, Beenie. Pamiętaj tylko, żeby ich nie wyrzucać.

Pojawiła się jeszcze kilka razy, trzymając w wyciągniętej ręce różne dziwne lub dawno
zapomniane przedmioty i pytając, czy może je wyrzucić. Roberta i ja nieodmiennie
godziliśmy się na to z entuzjazmem.

W pewnej chwili ponownie usłyszeliśmy na schodach jej kroki. Wydały nam się jakby trochę
cięższe, i nic dziwnego. Kiedy Beenie weszła do pokoju, na głowie miała wielki telewizor i
wyglądała jak afrykańska kobieta idąca z dzbanem do studni.

- Mój Boże, Beenie!

- Beenie, co ty robisz?

- Odkopuję skarby! Czy zdajecie sobie sprawę z tego, co to jest? Autentyczny brooker! Okaz
dla kolekcjonera. Niektórzy twierdzą, że brooker był najlepszym telewizorem, jaki
kiedykolwiek produkowano w Ameryce. Wytrzymały jak ford T.

Wymieniliśmy z żoną krzywe uśmiechy.

- To pierwszy telewizor, jaki kupiliśmy, i od samego początku mieliśmy z nim mnóstwo
kłopotów. Ile razy się psuł?

Roberta spojrzała na Beenie i wzruszyła ramionami, jakby to ona była odpowiedzialna za
wszystkie awarie.

background image

- Co najmniej pięć. Pamiętasz tego obrzydliwego grubasa, który go naprawiał?

Wspomnienie tłustej twarzy, okolonej brodą godną jednej z postaci z obrazów van Dycka,
podziałało na mnie jak obłok spalin wystrzelony z rury wydechowej obskurnej ciężarówki.

- Craig Tenney! Miał niebieski kombinezon i swoje nazwisko wypisane na nim żółtymi
literami. Najgorszy z możliwych! Jedyny nadęty specjalista od telewizorów na świecie! Nie
wspominając już o tym, że oszust... Beenie, postaw to na podłodze. Jeszcze sobie coś zrobisz.

- Nic podobnego. Kark wytrzyma każde obciążenie. Najgorzej podnieść nad głowę... No
więc, co chcecie z tym zrobić? Tylko nie zostawiajcie go na dole. Mówię wam, działa czy nie,
dla zbieracza to prawdziwa gratka.

- W takim razie weź go sobie, jeśli masz ochotę.

Spojrzała na mnie z zastanowieniem.

- W takim razie po co go trzymałeś, skoro ci na nim nie zależy?

- Przypuszczalnie dlatego, że nie chciało mi się pójść z nim do śmietnika. Naprawdę możesz
go sobie zabrać, jeżeli sprawi ci to przyjemność.

- W porządku. Znam kogoś, kto chyba będzie nim zainteresowany.

Nie widziałem tego telewizora od wielu lat. Tak długo już stał w piwnicy, że nie
zauważyłbym go nawet wtedy, gdybym na niego spojrzał, gdyż stał się niewidzialny. Dzieje
się tak ze wszystkimi przedmiotami, które są zepsute lub przestają pełnić w naszym życiu
jakąkolwiek rolę. Mimo to kiedy teraz nagle ujrzałem go przed sobą w świetle dnia, znowu w
salonie, w którym niegdyś przykuwał uwagę całej rodziny, powróciły związane z nim
wspomnienia - jak choćby to o okropnym techniku, który wygłaszał różne brednie o stanie
świata, jednocześnie nieudolnie naprawiając zepsuty odbiornik.

Były także przyjemne wspomnienia. Po kolacji siadaliśmy całą gromadą przed ekranem i
objadając się lodami z polewą czekoladową, oglądaliśmy Laugh-In albo Star Trek W
przeciwieństwie do wielu osób nigdy nie miałem żadnych zasadniczych zastrzeżeń wobec
telewizji, może z wyjątkiem tego, że z samego założenia musi być głupia. W czasach mojej
młodości wszyscy w nabożnym skupieniu słuchaliśmy idiotycznych programów
rozrywkowych nadawanych przez radio, więc gdzie tu właściwie jest różnica? Nasze dzieci
zawsze dobrze się uczyły i uwielbiały czytać książki. Nie miałem nic przeciwko temu, jeśli po
szkole lub sobotnim meczu chciały spędzić godzinę lub dwie przed telewizorem. Często
przyłączałem się do nich, w równej mierze zwabiony samym programem, jak możliwością
pobycia w ich towarzystwie. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że pierwsze pytanie
dotyczące seksu, jakie zadały mi moje dzieci, zostało sprowokowane właśnie przez telewizję.
Pewnego wieczoru, w trakcie Dick Van Dyke Show, Norah poinformowała nas, iż dowiedziała
się od koleżanki, że dzieci powstają wtedy, kiedy mężczyzna i kobieta idą razem do szpitala,
kładą się na sąsiednich łóżkach, a lekarze łączą ich genitalia długim gumowym wężem i tak
dalej, i tak dalej. Czy to prawda, tatusiu?

Tak więc, jak widać, ten wrzód na tyłku, którego właśnie udało nam się ostatecznie pozbyć,
był świadkiem niezmiernie ważnych wydarzeń. Niewiele brakowało, a poprosiłbym Beenie,

background image

żeby przyniosła go z powrotem.

Roberta miała podobne odczucia. Tego wieczoru podczas kolacji powiedziała mi, że ona
także myślała o naszym starym telewizorze.

- Pamiętasz, jak kiedyś włączyliśmy go dokładnie w chwili, kiedy Ruby zastrzelił Oswalda?
Ja pamiętam, i to bardzo dobrze. Cały świat był pogrążony w żałobie. Wszyscy byliśmy jak
nieprzytomni. Nikt nie przypuszczał, że jeszcze coś może się wydarzyć, a tymczasem na
naszych oczach dokonano pierwszego morderstwa sfilmowanego na żywo przez telewizję!

- Jesteś pewna, że to był właśnie brooker?

- Tak.

- Niech mnie licho.


- Mój syn Dean mieszka ze swoją żoną Gaby na wsi. Mają jamnika, który wabi się Suwak. To
miły zwierzak, ale kłopot polegał na tym, że ich sąsiad trzymał w domu królika, którego
Suwak koniecznie chciał zjeść na śniadanie. Królik biegał po ogródku, co doprowadzało psa
do szału. Za każdym razem, kiedy go zobaczył, szczekał jak wariat, zaczynał kopać dziurę w
ziemi albo rzucał się na dzielące ich ogrodzenie. W związku z tym stosunki sąsiedzkie nie
układały się najlepiej, ale co można na to poradzić?

Pewnego wieczoru po kolacji Dean i Gaby siedzieli w domu i popijali kawę, kiedy nagle kto
zjawia się cały utytłany w ziemi, z martwym królikiem w pysku, dumny niczym generał
MacArthur? Oczywiście Suwak. Mały gnojek wreszcie zdołał jakoś przekopać się pod płotem
i zagryzł biedaka. Chyba wyobrażacie sobie, co było potem. Gaby dostała ataku histerii i
wyrwała królika psu z paszczy. Na szczęście Suwak nie zdążył się w niego wgryźć. Doszli do
wniosku, że zabił go, potrząsając głową i łamiąc mu kark. Ale co mieli teraz zrobić? Oboje
mogli sobie doskonale wyobrazić reakcję sąsiadów, gdyby zapukali do nich następnego dnia
rano i powiedzieli, co się stało.

Długo rozważali wszystkie możliwe wyjścia z sytuacji, aż wreszcie wpadli na naprawdę
niezwykły pomysł. Bardzo sprytny, ale jednocześnie ryzykowny. Gaby wzięła martwego
królika, uprała go porządnie w szamponie, a potem, wyobraźcie sobie, wysuszyła go suszarką
do włosów i wyczesała tak, że wyglądał jak żywy! Kiedy się z tym uporali, minęła już
dziesiąta wieczorem, i trzeba było zrealizować drugą część planu.

Dean wetknął sobie pod pachę martwego królika, zakradł się na podwórko sąsiadów, wsadził
go do klatki, w której zwierzak mieszkał, po czym wrócił na palcach do domu. Położyli się z
Gaby spać, ściskając mocno kciuki. Mieli nadzieję, że kiedy sąsiedzi znajdą rano martwego
królika, pomyślą, że umarł w nocy na atak serca albo coś w tym rodzaju. W każdym razie z
przyczyn naturalnych. Jednak kiedy nazajutrz z samego rana usłyszeli przeraźliwy, dziki
wrzask, pomyśleli, że wszystko się wydało. Chwilę później do ich drzwi zaczęła się dobijać
sąsiadka, nawiasem mówiąc kobieta bardzo religijna. Wyglądała tak, jakby właśnie uciekła
sprzed telewizora, w którym pokazywali jakiś okropny dreszczowiec: blada jak ściana,
powtarzała w kółko tylko kilka słów. "Cud, jak Boga kocham, prawdziwy cud!" Okazało się,
że biedny króliczek zdechł poprzedniego dnia rano. Zrozpaczona kobiecina wygrzebała razem

background image

z mężem dołek w ziemi i pochowała zwierzaka, a kiedy dziś rano wyszła na podwórko, żeby
rozwiesić bieliznę do suszenia, zastała go z powrotem w klatce, czyściutkiego i pachnącego,
jakby wcale nie spędził nocy pod półmetrową warstwą ziemi. Zmartwychwstały królik! Co
prawda nie ożył, ale przecież nie można wymagać od razu wszystkiego, prawda?

Siedzieliśmy we trójkę na werandzie. Beenie uporała się ze strychem, a Roberta zdołała ją
namówić, żeby opowiedziała nam jakąś historyjkę. Miałem wrażenie, że chętnie skorzystała z
pretekstu, by spędzić z nami jeszcze kilka Minut i nie wracać do pustego domu. Wiedzieliśmy
już wzystko o jej dzieciach, zmarłym mężu, a także o życiu, jakie prowadziła do tej pory. Nie
było to może jakieś nadzwyczajne życie, ale na pewno dobre. Beenie z dumą opowiadała o
dzieciach, cieszyła się niezłym zdrowiem, miała wystarczająco dużo pieniędzy oraz poczucie
humoru, które podtrzymywało ją na duchu i, jeśli tylko chciała, czyniło ją duszą każdego
towarzystwa.

- No, muszę już lecieć, ale ostrzegam was: w przyszłym tygodniu biorę się za garaż. Zajmie
mi to cały dzień, więc nie będę miała czasu na resztę domu, ale jak już z tym skończę,
zostanie nam tylko normalne cotygodniowe sprzątanie.

Informowanie jej o tym, że do garażu wchodzimy jeszcze rzadziej niż do piwnicy, to znaczy
wyłącznie w zimie, a i to tylko po to, by zaparkować samochód, całkowicie mijało się z
celem. W głębi duszy nawet cieszyłem się na myśl o tym, że już za tydzień nasz mały świat
będzie znajdował się w idealnym stanie. Zresztą, świadomość przemian, jakich Beenie
dokonała na strychu i w piwnicy, zdusiła w zarodku nasze protesty. Nagle okazało się, że jest
tam mnóstwo miejsca do wykorzystania oraz wiele interesujących przedmiotów, które - jak na
przykład telewizor - wywołują bardzo przyjemne, odległe wspomnienia. Czerwone sanki, na
których woziliśmy dzieciaki w Minnesocie i Nowym Meksyku, lalka, która kiedyś stanowiła
najdroższy skarb dwóch małych dziewczynek, a nawet, ku memu zdumieniu i zachwytowi,
paperbackowa seria "Pierre & Redburn", którą zaczytywałem się w szkole średniej. Byłem
święcie przekonany, że te książki już wieki temu przepadły bez śladu podczas jednej z
przeprowadzek. Beenie co chwila podtykała nam jakieś rzeczy.

"A co z tym?" - pytała ze zniecierpliwieniem, co miało oznaczać, że chce wiedzieć, co mamy
zamiar zrobić z przedmiotem, który akurat trzyma w ręku. Po pewnym czasie pytanie uległo
skróceniu do lakonicznego "A to?"; Roberta i ja czekaliśmy cierpliwie, jaka część przeszłości
pojawi się jako następna, niczym peryskop, który przebija się przez powierzchnię czasu, aby
umożliwić rozejrzenie się dokoła. Trudno było nam podjąć decyzję o rozstaniu z niektórymi
przedmiotami, mimo że nie istniał żaden racjonalny powód, dla którego mielibyśmy je
zatrzymać. Poobijane, zepsute lub niemodne, należały jednak do naszej przeszłości.
Wszystkie stanowiły fragmenciki wspólnego życia, które zasadziliśmy i pielęgnowaliśmy,
aby wreszcie znaleźć dla niego stałe miejsce.

Kilka dni później pojechałem na zakupy do supermarketu. Bardzo lubię to robić, ponieważ
obfitość zgromadzonych tam towarów podnosi mnie na duchu. Byłem czwartym z pięciorga
dzieci w rodzinie i choć nie mogę powiedzieć, żebyśmy nie mieli co jeść, to jednak pieniędzy
starczało wyłącznie na zaspokojenie naszych podstawowych potrzeb. Do dzisiaj odczuwam
wielką przyjemność, przechadzając się po sklepie ze świadomością, że mogę kupić właściwie
co tylko zechcę. Przeżywaliśmy z Roberta chude lata, ale ponieważ wychowywaliśmy się w
podobnych warunkach, nigdy nie skąpiliśmy pieniędzy na jedzenie. Samochód mógł być stary
i przerdzewiały, dach domu dziurawy, ale posiłki zawsze były obfite, a jeżeli któreś z dzieci
chciało przyprowadzić na obiad kolegę, to nigdy nie mieliśmy nic przeciwko temu.

background image


Oboje lubimy gotować, w związku z czym na zmianę dyżurujemy w kuchni, ale zakupy
należą wyłącznie do mnie, a ja bardzo się z tego cieszę.

Ku mojemu zdziwieniu podczas seminarium na temat Hawthorne'a na nowo rozgorzała
dyskusja o tym, co autor naprawdę miał na myśli. Studenci podzielili się na dwie równe
grupy: jedna z nich uważała, że liczy się jedynie zdanie artysty na temat jego dzieła, druga zaś
była zdania, że każdy ma prawo do swobodnej interpretacji, pod warunkiem że jest ona
sensowna i opiera się na konkretnych przesłankach. Nie opowiedziałem się po żadnej ze
stron, ale pilnie śledziłem dyskusję aż do chwili, kiedy jedna z dziewcząt chwyciła za rogi
zdecydowanie zbyt potężnego byka, mówiąc:

- Weźmy na przykład Boga, oczywiście zakładając, że Bóg w ogóle istnieje. Co On miał na
myśli, tworząc świat? Można uznać, że wszystkie religie pełnią rolę krytyków literackich,
ponieważ każda z nich jest przekonana o słuszności swojej interpretacji. Czy jednak tak jest
naprawdę? A może tylko Bóg zna odpowiedź na wszystkie pytania?

- Może, tyle tylko, że ten "autor" nie żyje albo milczy i nigdy nam nie powie, o co mu
rzeczywiście chodziło - parsknęła inna. - Wychodzi więc na to, że sami musimy poszukać
wyjaśnienia, zgadza się?

Teologia mądrali. Małe ludziki wydymające pogardliwie wargi nad cudami. Nic nie
powiedziałem, ale trochę się rozzłościłem, słysząc, jak dwudziestopięciolatki z klapkami na
oczach wymądrzają się na równie oczywiste jak ważne tematy.

Wciąż jeszcze mając myśli zajęte dyskusją, zerkałem na listę zakupów i zdejmowałem
kolejne opakowania z półek, kiedy nagle podniosłem wzrok i w odległości sześciu metrów
ujrzałem Beenie Rushfbrth. Chciałem od razu do niej podejść, ale powstrzymałem się,
widząc, jak bardzo jest pochłonięta tym, co właśnie teraz robi.

Wyjęła ciasteczko z otwartej torebki i podniosła je do ust. W sumie nic nadzwyczajnego,
gdyby nie to, że na jej twarzy malował się wyraz najwyższej rozkoszy. Ugryzła mały kęs,
zamknęła oczy, a ja niemal usłyszałem jęk zachwytu. Przełknęła, otworzyła oczy, spojrzała na
ciasteczko tak, jakby właśnie powiedziało jej coś bardzo miłego, ugryzła ponownie, i tak w
kółko. Albo były to najlepsze ciasteczka na świecie, albo chodziło o coś zupełnie innego.
Kiedy tak stałem i gapiłem się na nią, nagle uświadomiłem sobie ze zdumieniem, że wcale nie
jestem lepszy od moich studentów. Nie byłem w stanie wyobrazić sobie, że ktoś może po
prostu rozkoszować się jakąś chwilą życia. Od razu zakładałem, że osoba okazująca tak
wielkie zadowolenie musi być trochę dziwna albo wręcz postrzelona. Dlaczego dobre rzeczy
budzą w nas tak wiele podejrzeń?

- Cześć, Beenie.

Uśmiechnęła się, ale poznała mnie dopiero po kilku sekundach.

- Witaj, Scott! Jak się masz?

- Świetnie. To chyba jakieś znakomite ciasteczka. Wyglądasz na bardzo zadowoloną.

- Owszem, są dobre, ale nie uśmiecham się do nich, tylko do moich wspomnień z dzieciństwa.

background image

Nie powodziło nam się zbyt dobrze, a ja zazwyczaj przez cały dzień byłam głodna. Nawet
zaraz po posiłku. W miasteczku mieliśmy kilka sklepów, a ponieważ robienie zakupów
należało do moich obowiązków, za każdym razem chodziłam do innego, gdyż miałam w
zanadrzu pewną sztuczkę. Ładowałam do wózka wszystko, co miałam kupić, po czym brałam
z półki torebkę z ciasteczkami - obojętnie z jakimi, bo wszystkie ogromnie mi smakowały - i
zaszywałam się w ciemnym kącie, który można znaleźć prawie w każdym sklepie. A więc,
brałam ciasteczka, uciekałam do kąta, a tam bardzo powoli i ostrożnie otwierałam torebkę
wzdłuż sklejenia. Można to zrobić, jeśli bardzo się uważa, a ja byłam w tym prawdziwym
ekspertem! Po otwarciu torebki wyjmowałam z niej dwa ciasteczka - zawsze tylko dwa! - i
pakowałam je do ust. Potem, przeżuwając tak, żeby nikt tego nie zauważył, jakby nigdy nic
odstawiałam torebkę na półkę, ale z tyłu, żeby nie znaleziono jej zbyt szybko. Nigdy nie
zostałam przyłapana i byłam z tego bardzo dumna.

- Ale teraz, kiedy już możesz sobie pozwolić na kupienie całej torebki, przyjemność nie jest
chyba aż tak wielka?

- Powiem ci coś, Scott. Pięć tygodni temu lekarz powiedział mi, że jestem chora. Od tej pory
wszystko zaczęło mi smakować jak nigdy przedtem.

Powiedziała to zupełnie zwyczajnie, bez użalania się nad sobą.

- Beenie, ogromnie mi przykro... Czy możemy coś dla ciebie zrobić? Może jakaś kuracja
albo...

- Już za późno. Od dawna czułam się paskudnie i powtarzałam sobie, że powinnam pójść na
badania, ale sam wiesz, jak to jest: jesteś zbyt leniwy albo w głębi duszy boisz się i nie chcesz
poznać prawdy... W każdym razie boisz się tym bardziej, im gorzej się czujesz. Idziesz na
badanie dopiero wtedy, kiedy ból staje się nie do wytrzymania, a wtedy masz już pewność, że
doczekałeś się poważnych kłopotów... - Zacisnęła usta i potrząsnęła głową. - Pamiętasz słowo
"niemożebność"? Jesteś nauczycielem angielskiego. Dlaczego już nikt nie używa tego słowa?
Tak czy inaczej, postanowiłam brać leki, które mi przepisali, i chodzić na zabiegi, ale tylko
tak długo, jak długo nie będzie mi to przeszkadzać w normalnym życiu. Widzisz te
ciasteczka? Zjadłam aż trzy, a teraz odstawię torebkę na półkę i nie zapłacę za nie, zupełnie
jak w dawnych czasach. Czym skorupka za młodu nasiąknie... Ale teraz nie są już tak dobre
jak kiedyś.

- Napiłabyś się ze mną kawy?

- Nie, muszę wziąć się za sprzątanie domu. To jedyna rzecz, którą naprawdę lubię robić.
Idziesz do czyjegoś domu, pracujesz ciężko przez cały dzień, a potem oddajesz go
właścicielom, żeby mieszkali w nim przez następny tydzień.

- Z nikogo nie byliśmy tak zadowoleni jak z ciebie.

- Dziękuję, Scott. Miło mi, że to powiedziałeś.


Roberta była wstrząśnięta, kiedy opowiedziałem jej o spotkaniu. Zadawała te same pytania i
siedziała z takim samym wyrazem twarzy jak ja podczas powrotnej drogi ze sklepu. Mój

background image

ojciec nazywał taki stan "dotknięciem brzytwy" - kiedy dowiadujesz się, że ktoś, kogo znasz,
umarł albo jest ciężko chory, w pierwszym odruchu cofasz się, jakbyś dotknął ostrza brzytwy.

- Możemy coś dla niej zrobić?

- Owszem: pozwolić jej sprzątać nasz dom. Powiedziała mi, że to właśnie lubi robić
najbardziej.

- Chce zostawić po sobie porządek?...

- Chyba tak. Mówiła o tym zupełnie normalnie. "Jestem chora i już za późno na cokolwiek".
Nie wiem dlaczego, ale zaraz potem przyszła mi na myśl jej historia o martwym króliku.

Miałem już wejść do sali, kiedy nagle usłyszałem jej głos.

- Scott?

Odwróciłem się i ujrzałem Beenie z nieśmiałym uśmiechem na ustach, ściskającą w dłoniach
małą, lśniąco czerwoną torebkę.

- Beenie! Masz tu jakieś zajęcia?

- Nie, ale chciałam zapytać, czy nie mogłabym chodzić na twoje. Zadzwoniłam do was dziś
rano, ale ciebie już nie było, a Roberta powiedziała mi, żebym przyszła prosto tutaj.
Pomyślałam sobie: czemu nie? Najwyżej się nie zgodzi.

- Dlaczego miałbym się nie zgodzić? Właśnie omawiamy opowiadania Nathaniela
Hawthorne'a. Znasz je?

- Nie, ale to nic nie szkodzi. Po prostu usiądę sobie i będę się przysłuchiwać. Temat nie jest
ważny.

- W takim razie zapraszam panią do środka.

Kiedy weszliśmy razem do sali, studenci spojrzeli na Beenie z zaciekawieniem.
Przedstawiłem ją jako doktor Rushfbrth i powiedziałem, że będzie obserwować przebieg
dzisiejszego seminarium. Do tej pory nigdy nie przyprowadzałem nikogo na zajęcia, więc
dzieciaki były podwójnie zaintrygowane.

Tego dnia po raz pierwszy zobaczyłem ją w czymś innym niż w dresie. Miała na sobie
brązową spódniczkę, utrzymaną w zbliżonej tonacji wełnianą kamizelkę oraz białą bluzkę z
dużym kołnierzykiem. Nie wiem dlaczego, ale w tym stroju wydawała się jakby mniejsza. W
dresie stanowiła siwowłosy ładunek energii, teraz zaś wyglądała tak, jakby na siłę starała się
upodobnić do gromady ponurych nudziarzy.

Przez całe zajęcia obserwowałem ją kątem oka. Z jej twarzy ani na chwilę nie zniknął
uśmiech z rodzaju tych, jakie przywołujemy, kiedy ktoś mówi do nas w niezrozumiałym
języku, a my nie chcemy sprawić mu przykrości. Zastanawiałem się, po co tu właściwie
przyszła.

background image

Kiedy zajęcia dobiegły końca, Beenie pozostała na miejscu. Podszedłem do niej.

- Oni chyba cię lubią, prawda? Twoi studenci.

- Bardzo się z tego cieszę, choć czasem wolałbym, żeby tak nie było. Staraliby się wtedy ze
mną współzawodniczyć, co zmuszałoby ich do bardziej wytężonej pracy. Dlaczego tu
przyszłaś, Beenie?

- Żeby zobaczyć cię w akcji. Żeby się przekonać, jak wyglądasz poza domem. Widuję cię
tylko jedzącego lunch albo rozmawiającego z Roberta. Jesteś dobrym nauczycielem, Scott,
widać to po sposobie, w jaki podchodzisz do pracy. Niewiele wiem o Nathanielu Hawthornie,
ale udało ci się zainteresować mnie nim. A przy okazji dowiedziałam się, co to znaczy
"żałosny sofizmat".

Poklepała mnie po ręce i podniosła się z krzesła. Nagle zamarła w pół ruchu i skrzywiła się.
Coś musiało ją bardzo zaboleć. Zauważyła, że nie umknęło to mojej uwagi.

- To mój stały gość - powiedziała z uśmiechem. - Nieźle pan sobie radzi, profesorze Silver.
Naprawdę nieźle. Do zobaczenia pojutrze.


Roberta poszła na aerobik, a ja siedziałem w gabinecie, pracując nad artykułem. Dokładnie w
połowie wspaniałej myśli rozległo się donośne pukanie do drzwi.

- Tak?

- Scott, znalazłam coś ciekawego. Możesz przyjść i rzucić okiem?

Lubiłem Beenie i podziwiałem jej odwagę, ale czy naprawdę musiała przeszkadzać mi w
pracy, aby dowiedzieć się, czy potrzebuję jeszcze starej rakiety tenisowej? Nastroszyłem się
groźnie i podszedłem do drzwi.

- O co chodzi, Beenie?

Trzymała przed sobą kartonowe pudełko koloru owsianki. Na wierzchu znajdował się napis
wykonany wielkimi, drukowanymi literami: KRÓL JUTRA. Nie widziałem tego pudełka od
dwudziestu lat, ale nie musiałem go otwierać, aby dowiedzieć się, co jest w środku.

Zaraz po ukończeniu studiów, kiedy zabrałem się do pisania doktoratu, uczyłem także
przedmiotu noszącego nazwę podstawy kompozycji literackiej. Temat interesował mnie, a
ponieważ byłem młodym, pełnym energii idealistą, myślę, że dobrze dawałem sobie z nim
radę.

Wśród studentów miałem także pewną młodą, poważną kobietę nazwiskiem Annette
Taugwalder. Była inteligentna i utalentowana i ponad wszystko na świecie pragnęła zostać
pisarką. Żyła literaturą do tego stopnia, że często dwukrotnie czytała zadane lektury. Lubiłem
ją, ale trochę niepokoiła mnie jej żarliwość. Ja także lubiłem książki, lecz wydawało mi się, że
ona nie tyle czyta je, ile wręcz pożera. Oprócz tego charakteryzowała ją pewna arogancja.
Annette dawała wyraźnie wszystkim do zrozumienia, że nie uważa ich za równych sobie,

background image

więc lepiej, żeby zostawili ją w spokoju.

Mniej więcej w połowie semestru podeszła do mnie po zajęciach i zapytała, czy zechciałbym
przeczytać maszynopis jej powieści. Zgodziłem się, ale uprzedziłem ją uczciwie, że będę
całkowicie szczery, nawet jeśli mi się nie spodoba. Odparła, że wie o tym i że właśnie dlatego
zwróciła się z tą prośbą do mnie, a nie do jakiegoś innego wykładowcy.

Niestety, powieść okazała się do niczego. Kolejny Bildungsroman autorstwa dwudziestolatki
- znalazłoby się kilka dobrych fragmentów, ale ogólnie były to stare, dobrze znane rzeczy
udające nowe. Mimo to poświęciłem niemal cały weekend na uważną lekturę i nawet
poczyniłem sporo notatek, aby Annette wiedziała, że podszedłem do sprawy poważnie.

W poniedziałek po wykładzie usiedliśmy razem i powiedziałem jej, najbardziej delikatnie i
dyplomatycznie, jak tylko potrafiłem, czego dotyczą moje zastrzeżenia wobec książki. Było
tam parę mocnych rzeczy, które jednak wymagały wyostrzenia, lepszej charakterystyki
postaci i pełniejszej perspektywy. Zapytała mnie, czy uważam, że powieść nadaje się do
druku, a ja odparłem, że nie, że moim zdaniem powinna zostać napisana jeszcze raz, od
samego początku. Annette stwierdziła wówczas, że pokazała ją już wydawcy, który przysłał
bardzo zachęcający list. Odparłem na to, że serdecznie jej gratuluję i wcale nie twierdzę, że
muszę mieć rację. Na zmianę błagała mnie i zasypywała aroganckimi uwagami, aż wreszcie
zorientowałem się, że dalsza rozmowa nie ma żadnego sensu i po dwóch godzinach - po
dwóch godzinach! - powiedziałem jej, że wyraziłem już swoje zdanie na temat książki i że
ostateczna decyzja należy wyłącznie do niej. Ani przez chwilę nie traktowałem jej
protekcjonalnie ani pobłażliwie. Jestem tego pewien. Żeby nie rozwodzić się nadmiernie nad
tą okropną historią, powiem tylko tyle, że Annette wyszła z sali, zostawiając na stole pudełko
z maszynopisem. Uznałem to za tani teatralny gest i postanowiłem zwrócić jej powieść po
następnych zajęciach. Nigdy więcej już jej nie zobaczyłem. Tydzień później popełniła
samobójstwo.

Możecie mi powiedzieć, że byliście w jakiś sposób zamieszani w czyjeś samobójstwo i nie
macie żadnego poczucia winy, ale ja wam nie uwierzę. Na początku trzymacie się całkiem
nieźle, lecz już wkrótce wyrzuty sumienia zaczynają drążyć w waszej duszy głębokie tunele.
Kiedy osiągnięcie mój wiek, tunele będą już tak długie, że zaczną zagrażać stabilności
budowli. Nigdy nie udało mi się przejść nad tym do porządku dziennego. Nie wiem, jaki
wpływ na jej decyzję miało nasze ostatnie spotkanie - i czy w ogóle jakiś miało - ale jaka to
różnica? W głębi serca czuję się winny. Rozmawiałem o tym z psychoanalitykiem,
rozmawiałem z Roberta, próbowałem nawet rozmawiać z Bogiem... Nic nie pomogło.

- Gdzie to znalazłaś?

- Na górnej półce w garażu. Co chcesz z tym zrobić?

Wiedziony odruchem chciałem już powiedzieć, żeby to wyrzuciła, ostatecznie jednak
poprosiłem, żeby dała mi pudełko. Znacznie większym niepokojem niż jego widok napełniała
mnie pewność, że tego dnia, kiedy dowiedziałem się o śmierci dziewczyny, zaniosłem je na
posterunek policji i tam zostawiłem. Wszedłem do komisariatu, gdzie nagle znalazłem się
wśród ludzi, z którymi nigdy do tej pory nie miałem żadnego kontaktu - co najwyżej
widziałem, jak wsuwają mandaty za wycieraczki nieprawidłowo zaparkowanych
samochodów. Teraz dwaj mężczyźni w granatowych mundurach zadawali mi pytania. Mieli
poważne twarze i przyglądali mi się podejrzliwie. Jeden z nich otworzył pudełko i zajrzał do

background image

środka, mimo że powiedziałem już, co się tam znajduje. Czego oczekiwał? Powiedziałem im
wszystko, co wiedziałem, a następnie wróciłem do domu. Otwarte pudełko na dużym
dębowym biurku sprawiało wrażenie dziwnie nagiego. Opuściłem posterunek z pustymi
rękoma.


Teraz Beenie wręczyła mi to samo pudełko i bez słowa wyszła z pokoju. Do mojej krwi dostał
się potężny zastrzyk adrenaliny. Łapałem powietrze szybkimi, płytkimi łykami. Zapomniałem
o tym, co robiłem do tej pory, położyłem powieść Annette na biurku i spędziłem pozostałą
część dnia na lekturze.


O czwartej, kiedy Beenie przyszła się pożegnać, Roberty jeszcze nie było w domu.

- No, skończyłam. Garaż błyszczy się jak nowy... Scott, nic ci nie jest? Jesteś blady jak
ściana. Myślę, że powinieneś odłożyć te papierzyska i pójść na spacer.

Miałem już za sobą dwie trzecie książki. Była naprawdę marna, nawet jeszcze gorsza, niż mi
się za pierwszym razem wydawało.

- Wiesz, co to jest, Beenie? Masz chwilę?

Odparła, że oczywiście, więc zaprosiłem ją do środka. siadłem za biurkiem, a ona zajęła
miejsce w rozłożystym fotelu stojącym przy oknie. Biorąc pod uwagę, jak okropne było to
przeżycie, opowiedzenie o nim zajęło mi zaskakująco mało czasu. Rozmyślałem o tym latami,
ale teraz, kiedy mówiłem o wszystkim na głos, wystarczyło mi nie więcej niż dziesięć minut.
Gdy skończyłem, Beenie opuściła wzrok na swoje dłonie.

- Za młodych lat lubiliśmy z moim mężem spędzać sylwestra w różnych interesujących
miejscach. Jednego razu było to w pociągu jadącym przez Kanadę, innego w remizie
strażackiej w Moscow w stanie Idaho. Potem przyszły dzieci... - Machnęła ręką, jakby rzucała
w górę garść konfetti. - Dzieci ukrócają wszelkie szaleństwa, prawda? Po przyjściu na świat
Deana zazwyczaj zostawaliśmy na sylwestra w domu, co najwyżej z butelką szampana. Co
jakiś czas zapraszano nas na przyjęcia, ale nie mieliśmy specjalnej ochoty na paradowanie w
zabawnych kapelusikach.

Spojrzałem na nią, nieco zaskoczony, że moja opowieść skojarzyła jej się z zabawnymi
kapelusikami. Przez jakiś czas siedzieliśmy w milczeniu, myśląc o śmierci i o 31 grudnia.

- Nigdy nie udało mi się zdecydować, co sprawia mi większą przyjemność: sylwester na
grzbiecie wielbłąda czy w naszym domu, z dziećmi, przy sztucznych ogniach i dzikich
podskokach. Oba były jednakowo dobre. Jaki to ma związek z tobą? Który z was wie więcej,
Scott? Ty sprzed śmierci tej dziewczyny czy drugi ty, po niej? Blizny szpecą nasze twarze, ale
jednocześnie nadają im jakiś wyraz. Jeżeli chodzi o moje zdanie, to postąpiłabym dokładnie
tak samo jak ty. Tej dziewczynie nie zależało na twojej opinii; ona chciała tylko usłyszeć, że
jest wspaniała. Cóż, nie była, i prędzej czy później na pewno by się o tym przekonała.

- Może gdyby to nastąpiło później, byłaby lepiej przygotowana...

background image

- Bzdura. Ona nie żyje, Scott. Słabe ogniwa pękają najwcześniej. Natomiast co się tyczy
ciebie, to muszę ci powiedzieć coś, w co święcie wierzę: poczucie winy to dziwka. Idzie z
każdym, ale w łóżku jest do niczego. Ty nie umierasz, lecz sprawa tej dziewczyny stawia cię
w sytuacji bardzo podobnej do mojej. Oboje moglibyśmy spędzić resztę naszych dni,
odczuwając wyrzuty sumienia z powodu rzeczy, których nie zrobiliśmy w życiu, ale po co iść
do łóżka z kimś, kto nie potrafi ci dać żadnej przyjemności?

- Chyba za bardzo upraszczasz sprawę, Beenie.

- Wcale nie! To najtrudniejsza rzecz na świecie: zapomnieć o poczuciu winy i żyć dalej.
Dokładnie tak, jak ja muszę teraz postąpić. Przykro mi, że mamy w tej sprawie różne poglądy.
Widzisz, ja zgadzam się z zasadą powtórnego wykorzystania surowców: należy zbierać stare
gazety, puszki po coli i butelki, ale nie poczucie winy. Jeśli o mnie chodzi, to uważam, że
stare poczucie winy bardzo szybko się psuje i nie nadaje do powtórnego wykorzystania.

Pożegnaliśmy się i Beenie wyszła. Byłem bardzo rozczarowany. Zdawałem sobie sprawę, że
nie jest Albertem Einsteinem, ale wydawało mi się, że ktoś, kto wie o tym, że ma wkrótce
umrzeć, będzie... po prostu będzie wiedział trochę więcej. Jednak wszystko, co mówiła,
brzmiało jak cytaty z tanich poradników psychologicznych, które można kupić w każdym
kiosku. Westchnąłem, ponownie włożyłem okulary i wróciłem do ostatnich stron powieści
Annette Taugwalder.

Nowy Rok przyszedł i minął, a ja myślałem o sylwestrowych wieczorach, jakie Beenie
spędzała z rodziną. Czy pojechała w odwiedziny do Deana i jego żony? A może do córki?
Dlaczego tak dużo mówiła o synu, a prawie wcale o córce? Roberta powinna wiedzieć.

- Ponieważ nie utrzymują żadnych kontaktów. Dziewczyna wyszła za jakiegoś typka, którego
Beenie nie mogła zaakceptować.

- Nie pogodziły się, kiedy zachorowała?

- Nie.


Nie mogłem się zdobyć na wyrzucenie maszynopisu, ale moja mądra żona, jak zwykle,
znalazła rozwiązanie. Idąc za jej radą, znalazłem w archiwach uniwersytetu stary adres
Annette i wysłałem tam powieść, z adnotacją, żeby w razie potrzeby przekazać ją pod
aktualny adres. Przypuszczalnie rodzice dziewczyny mieli własny egzemplarz, ale jeśli nie, to
czekała ich nie lada niespodzianka.


O drugiej w nocy obudziłem Robertę, aby przeczytać jej ten oto fragment z Rousseau:

"Nie opuszczała łóżka od dwóch dni, ale przez cały czas rozmawiała ze wszystkimi
przyciszonym głosem. Kiedy już nie mogła mówić i kiedy zaczęła się agonia, wypuściła
głośno gazy. - Znakomicie! - powiedziała, odwracając się na bok. - Kobieta, która pierdzi, nie
może być martwa. Były to jej ostatnie słowa".

- Powiedz sama, czy to nie wykapana Beenie Rushforth? Wyobrażam sobie, że ona odejdzie

background image

w ten sam sposób: pierdząc, tupiąc i wygrażając miotłą wszystkim bogom!

Roberta sięgnęła po okulary leżące na nocnej szafce, co oznaczało, że ma coś ważnego do
powiedzenia. Podczas zwykłej rozmowy okulary nie były jej do niczego potrzebne, ale kiedy
chodziło o jakąś poważną sprawę, musiała mieć pełną jasność widzenia.

- Wydaje mi się, Scott, że niewłaściwie ją oceniłeś. Chwilami bywa dość obcesowa, ale
jednocześnie jest bardzo wrażliwa. Z jakim smutkiem opowiada o córce! Ta kobieta bardzo
cierpi. Przypuszczam, że rozłąka z dzieckiem sprawia jej większy ból niż choroba. Wiesz,
kiedy tak patrzę na nią i rozmawiam z nią, za każdym razem myślę sobie: "Scott i ja mieliśmy
szczęście, całe mnóstwo szczęścia".


Właśnie zgarniałem śnieg z chodnika przed domem, kiedy przy krawężniku zatrzymała się
toyota Beenie. Wysiadła z samochodu ubrana w wielką, zieloną wojskową kurtkę, którą
dostała od syna po tym, jak zakończył służbę.

- Musimy porozmawiać, Scott.

- O co chodzi, Beenie?

- O tę książkę. Nie powinieneś był posyłać jej rodzicom.

- Skąd wiesz, że to zrobiłem? Od Roberty?

- Po prostu wiem. Takie rzeczy albo się wyrzuca, albo zachowuje, ale nigdy nie przekazuje
innym. To są twoje wspomnienia, nie ich.

- O czym ty mówisz?

- Ja kiedyś zrobiłam to samo i napytałam sobie biedy. Zrobisz, co zechcesz, ale ja mówię ci,
żebyś wiedział: możesz mieć problemy. Wyrzuć albo zachowaj, to jedyny wybór, jaki ci
pozostał. - Musnęła moje ramię, po czym wróciła do samochodu i wyjęła butelkę jakiegoś
środka do czyszczenia. - Wiem, że to trudne, bo wydaje ci się, że nic do niczego nie pasuje,
ale to nieprawda. Zobaczymy się później.

Odprowadziłem ją wzrokiem do drzwi domu. Co miało być trudne? Skąd wiedziała, co
zrobiłem z maszynopisem? Wyrzuć albo zachowaj? Czy ona oszalała?

Wbiłem łopatę w najbliższą pryzmę śniegu i pomaszerowałem energicznym krokiem w
kierunku kuchennego wejścia, przygotowując się do zasadniczej rozmowy z Roberta na temat
Beenie lub z Beenie na temat tego, co tu się właściwie dzieje, do diabła. Zerknąłem przez
okno i zobaczyłem je siedzące przy stole. Beenie wpatrywała się prosto przed siebie i płakała.
Powiedziała coś, po czym potrząsnęła głową i opuściła ją w geście całkowitej rezygnacji.
Stałem i gapiłem się, nie bardzo wiedząc, co począć. Wreszcie Roberta przypadkiem spojrzała
w moją stronę; wskazałem na siebie, a potem na drzwi. Mogę wejść? Jej oczy rozszerzyły się,
a usta wypowiedziały wielkie, bezgłośnie NIE! Wróciłem do odgarniania śniegu.

Kiedy wreszcie uporałem się z chodnikiem i ciągnącą się chyba bez końca ścieżką łączącą go

background image

z frontowymi drzwiami, zacząłem się zastanawiać, czy mogę już bezpiecznie wrócić do
domu. Działo się mnóstwo dziwnych rzeczy, a wszystkie miały związek z naszą sprzątaczką.

- Scott?

- Tak! Okropnie tu zimno! Czy wolno mi wejść do własnego domu? A może właśnie
pokonujemy kolejny małżeński kryzys?

- Wchodź.

Pomimo nie najlepszego nastroju wystawiłem czujnie wszystkie anteny, ale sygnały, jakie
odebrałem, nie były zachęcające. Roberta czekała na mnie ze skrzyżowanymi rękoma. Zły
znak. Jej twarz przypominała kamienną maskę. Drugi zły znak. Moja żona jest pogodną,
życzliwą osobą - wpada we wściekłość nie częściej niż raz na dwa miesiące, ale kiedy już się
to zdarzy, można być pewnym, że jej gniew jest całkowicie uzasadniony.

- Co się stało, kochanie?

- To się stało, że pójdziemy razem na lunch, żebyś mógł mi to wyjaśnić.

Przez cztery lata mieszkaliśmy w Hale w Teksasie. Jedno z nielicznych miłych wspomnień,
jakie stamtąd zachowałem, dotyczy baru Pod Samotną Gwiazdą, gdzie piłem piwo z Glendą
Revelle, chyba najładniejszą studentką, jaką kiedykolwiek miałem. Każdy uczciwy
nauczyciel przyzna, że przynajmniej raz w swojej karierze natrafił na młodą osóbkę, która
byłaby w stanie przewrócić jego świat do góry nogami. Niektórzy decydują się na to,
większość nie. Problem tych drugich polega na tym, że przez pół roku oglądają niemal
codziennie tę oszałamiającą dziewczynę, której sama fizyczna obecność stanowi nieliche
erotyczne wyzwanie. Jakże wspaniale byłoby zamieszkać w krainie nie mającej wiele
wspólnego z rozumem, gdzie zmysły są wszystkim, upokorzenie jest bardzo prawdopodobne,
a zaraz za progiem zaczyna się pustka! Glenda i ja nie przeżyliśmy żadnej przygody, mimo że
dała mi jasno do zrozumienia, iż nie miałaby nic przeciwko temu. Dwa razy niewiele
brakowało i muszę przyznać, że pokusa była bardzo silna. Czułem jej oddech i dotknięcie
nagiej skóry ręki... Ale nic się nie stało.

Była jednak uparta i przysłała mi kilka listów. Zostały wykaligrafowane srebrnym
atramentem na czarnym papierze. Wiedziony głupotą zachowałem dwa z nich - i Roberta je
znalazła. Doprowadziło to do gorącej wieczornej kłótni przy kuchennym stole, podczas której
nazwała mnie żałosnym nieudacznikiem, ale ostatecznie uwierzyła, że nie byłem z tą
dziewczyną, i zawarliśmy kruchy rozejm. W takiej sytuacji trudno liczyć na coś więcej.

Teraz Roberta stała przed kominkiem, trzymając dwie czarne koperty w taki sposób, jakby
zawierały jakieś groźne wirusy.

- Ro...

- Dlaczego je zatrzymałeś?

- Nie zatrzymałem ich. Widziałaś, co z nimi zrobiłem. Skąd je masz?

- Beenie je znalazła.

background image


- Beenie, tak? A gdzie ona jest? Chciałbym jej zadać kilka pytań.

- Pojechała do domu. Była zbyt przygnębiona, żeby pracować. Ale to jeszcze niczego nie
wyjaśnia. Dlaczego mnie okłamałeś? Pisywałeś do niej?

Podszedłem do żony, wyjąłem listy z jej ręki i wrzuciłem je do ognia.

- Nic takiego nie zrobiłem! Wyrzuciłem je dokładnie tak jak teraz, dawno temu, a ty widziałaś
to na własne oczy! Od tego czasu byłem dobrym mężem, Roberto. Pracowałem bardzo
ciężko, żeby zadośćuczynić tobie i dzieciom za chwile, kiedy źle was traktowałem, i mam
nadzieję, że mi się to udało. Jeśli nie ufasz mi do tego stopnia, aby przypuszczać, ze przez
dwadzieścia lat trzymałbym w szufladzie idiotyczne listy miłosne od jakiejś postrzelonej
studentki... Gdzie Jest Beenie? Chcę z nią porozmawiać!

- Powiedziałam ci już, że pojechała do domu. Dlaczego zachowałeś te listy?

- NIE ZROBIŁEM TEGO!

- W takim razie, w jaki sposób je znalazła?

- NIE WIEM!

- Na pewno wiesz!

- NIE WIEM! WIDZIAŁAŚ, ŻE WYRZUCIŁEM JE DO KOMINKA W HALE!

- Wygląda na to, że nie wszystkie.

- Na litość boską, Roberto, ja nie kłamię!

- Skoro tak, to skąd się tu wzięły?

- Nie mam pojęcia! Skąd Beenie wiedziała o tym, że wysłałem rodzicom Annette maszynopis
jej powieści? A przede wszystkim, skąd go wzięła? Przecież zostawiłem go na posterunku
policji. Właśnie dlatego chcę z nią porozmawiać!

Dysząc wściekle, odwróciłem się na pięcie i ruszyłem do drzwi.

- Dokąd idziesz? Natychmiast wracaj tutaj i zacznij mówić prawdę!

Odwróciłem się do niej ponownie i spojrzałem jej prosto w twarz.

- Kobieto, co jest dla ciebie najświętsze?

- Wnuki.

- W takim razie przysięgam ci na ich głowy, że wtedy w Hale spaliłem wszystkie listy Glendy
Revelle. Wystarczy? Muszę mówić coś jeszcze? A może mam poderżnąć sobie gardło, żebyś
mi uwierzyła? Czy nie zasługuję na odrobinę zaufania?

background image


Przez długą, okropną chwilę spoglądaliśmy na siebie z dwóch końców pokoju, który nagle
stał się nieprawdopodobnie długi. Zapadło milczenie. W moich uszach zabrzmiało jak
odpowiedź odmowna. Nie, według mojej żony nie zasługiwałem na zaufanie. Po tych
wszystkich latach stanowiło to dla mnie prawdziwy wstrząs. Umarłbym w przeświadczeniu,
że kiedyś byłem paskudnym facetem, ale potem, krok po kroku, odzyskałem serce żony.
Nieprawda. To jedno, jedyne prawie z Glendą Revelle skaziło teren wokół nas na wiele
tysięcy lat, zupełnie jak któryś z tych okropnych wypadków w elektrowniach jądrowych.

- Scott!

- Słucham? Jadę do Beenie. Porozmawiam z nią i dowiem się, co ona właściwie robi, do
cholery. Potem wrócę tutaj, żeby przekonać się, jakie jeszcze trucizny masz w sobie.

Nie lubię prowadzić samochodu zimą, ponieważ zdaję sobie sprawę, że na oblodzonej drodze
nie sprawuję nad nim pełnej kontroli. Tego dnia jednak pojechałem, i to jak! Stanowczo za
szybko, bo na kilku zakrętach nieźle mnie zarzuciło. Beenie nigdy nie wracała wcześniej do
domu, tym bardziej zaledwie w dziesięć minut po przyjeździe, ale jej kłopoty mało mnie
dzisiaj obchodziły. Miałem zamiar zostawić ją w spokoju, jak tylko powie mi o maszynopisie
powieści zmarłej dziewczyny oraz o tym, gdzie znalazła listy, które spaliłem wiele lat temu.

Może to zabrzmi dziwnie, ale nawet nie przyszło mi do głowy, że okoliczności tych wydarzeń
są osobliwe, a może nawet wręcz graniczą z niemożliwym. Wiedziałem, że oddałem książkę
Annette glinom i że wrzuciłem czarne listy do ognia, a one jakby nigdy nic pojawiły się
znowu, aby oskarżać i siać zamęt. Mimo to nie byłem przestraszony, tylko wściekły. Kim jest
ta kobieta, żeby grzebać w mojej przeszłości i wyciągać z niej akurat te sprawy, o których
chciałbym na zawsze zapomnieć? Nie uważałem się za złego człowieka, ale te dwa
wspomnienia świadczyły o tym, że jednak nim jestem. Nieczuły egoista, pedantyczny
rozpustnik, którego większość ludzi nic nie obchodzi, nieliczni zaś znacznie bardziej niż
należy, z opłakanymi skutkami dla pozostałych.

Mamy przyjaciół, którzy mieszkają na Śliwkowym Wzgórzu. Stoją tam stare, wielkie domy, a
przed większością z nich rozciągają się rozległe trawniki, sięgające aż do brzegu Jeziora.
Groucho Marx, który spędził tam kiedyś lato, powiedział podobno, że byłoby to bardzo miłe
miejsce, gdyby tylko nie było takie piękne. Za każdym razem, kiedy tam Podjeżdżałem,
zachwycałem się domami, które, niczym wiekowi mężowie stanu, rozsiadły się na wzgórzu i
swoim wygladem wywierały wielkie wrażenie, nawet jeśli nie było wiadomo, do kogo należą.
Od czasu do czasu rozmawialiśmy z Roberta o tym, jak by to było, gdybyśmy zamieszkali na
Śliwkowym Wzgórzu, ale w głębi serca doskonale wiedzieliśmy, że to nie jest odpowiednie
miejsce dla nas. Co mielibyśmy robić w sąsiedztwie Petera Dawsona, właściciela największej
gazety w całym stanie? Albo Dextera Lewisa, króla finansistów? W sobotę widywało się ich
w miasteczku w nienagannie uprasowanych spodniach w kolorze khaki i dżinsowych
koszulach, jak siedzieli u fryzjera albo kupowali młotek w sklepie żelaznym. Stojąc w kolejce
do kasy, wymieniałeś z nimi kilka niezobowiązujących słów, ale po wyjściu ze sklepu
"śliwki" odjeżdżały nowymi mercedesami, podczas gdy ty grzebałeś w kieszeniach w
poszukiwaniu kluczyków do nie mytego od kilku tygodni chevroleta. Co prawda świadomość
istnienia gigantycznej różnicy nie rozdziera ci serca, ale czasem stoisz przy drzwiach
samochodu trochę dłużej niż trzeba i pozwalasz sobie na ciche westchnienie.

Stanąłem na stacji benzynowej, by poszukać w książce telefonicznej jej adresu. "B. Rushforth

background image

- Śliwkowe Wzgórze 67a". Domyśliłem się, że małe "a" oznacza stojący przy bramie domek
dozorcy. Rano niebo było jeszcze błękitne, ale potem zaciągnęło się szarymi chmurami, by w
chwili, kiedy wjechałem na teren Śliwkowego Wzgórza, przybrać niemal brunatną barwę. Z
jednego z podjazdów wypadł duży czarny labrador i ujadając donośnie, biegł przez jakiś czas
za samochodem, lecz kilka posesji dalej stracił zainteresowanie i machając ogonem, wrócił do
domu. 63... 65... 67. Na skrzynce na listy widniało nazwisko Samuela Morgana, jedynego
właściciela Morgan Computer Company. Wiecie, o kim mówię - każda jego maszyna
kosztuje grube miliony dolarów i jest oczkiem w głowie Departamentu Obrony USA. Zdaje
się, że chłopak ma zaledwie trzydzieści parę lat, ale cieszy się opinią wręcz niesamowicie
bogatego. Czyżby Beenie wynajmowała domek właśnie od niego?

Droga dojazdowa była kręta i długa. Najpierw zobaczyłem domek dozorcy, choć szczerze
mówiąc, w pobliżu nie było nic, czego można by dozorować. Ani przy małym budynku, ani, o
ile mogłem dostrzec, przy głównym nie stał żaden samochód. Czułem się jak złodziej. Nie
jestem ani złodziejem, ani podglądaczem, lecz mimo to postanowiłem skorzystać z okazji i
porządnie się rozejrzeć. Miałem zamiar robić to otwarcie, nie kryjąc się, żeby każdy mógł
mnie zauważyć, ale jednocześnie chciałem zapuścić żurawia przez każde dostępne okno, by
uzyskać jak najwięcej wskazówek.

Zaczął padać drobny, tańczący wesoło w powietrzu śnieg. Świadomość tego, co mam zamiar
zrobić, zdecydowanie poprawiła mi nastrój. Zaglądanie w okna obcych ludzi stało w
całkowitej sprzeczności z moim charakterem. Wbrew sobie uśmiechnąłem się, choć nadal
byłem nieźle rozzłoszczony.

Płatki śniegu zaczęły się topić na moich okularach. Przed rozpoczęciem szpiegowania
musiałem zdjąć je i wytrzeć. Z okularami w dłoni rozejrzałem się dokoła i nagle
uświadomiłem sobie, jak piękny otacza mnie widok. Rozległy trawnik, na jego skraju
nieruchome, ciemne drzewa, zielonobrązowy spokój jeziora za zasłoną padającego śniegu...

Domek Beenie nie był niczym nadzwyczajnym - taki sam jak dziesiątki letniskowych budowli
na przylądku Cod, ze ścianami w kolorze omszałej kory. Wyglądał na przytulne miejsce
zamieszkania dla jednej, maksimum dwóch osób. Już ze sporej odległości dostrzegłem w
środku kanapę nakrytą narzutą w wielkie, kolorowe kwiaty. Umieściwszy okulary z
powrotem na nosie, podszedłem do okna i zajrzałem do salonu. Typowe wyposażenie:
tradycyjne meble, dywany, mdłe obrazki na ścianach. Bez specjalnego powodu zerknąłem na
zegarek i natychmiast zachichotałem. Za dużo telewizji. Nieświadomie naśladowałem
zachowanie filmowych postaci: spojrzenie na zegarek, spojrzenie za ramię, Przejście do
następnego okna, kolejne spojrzenie na zegarek. Nie miałem pojęcia, jak długo będę mógł
kręcić się dokoła domu, zanim ktoś mnie zauważy i wezwie policję.

Przesuwając się ostrożnie wzdłuż ściany, minąłem kuchnie z resztkami śniadania na stole: nóż
oparty o talerz pełen okruszków, filiżanka po kawie, spodeczek. Coś uderzyło mnie w tym
widoku, ale dopiero po kilku minutach zorientowałem się, co to było. Małe okno łazienki.
Wspiąwszy się na palce, dostrzegłem żółtą zasłonkę prysznicową i zmięty ręcznik
przewieszony przez umywalkę.

Zrobiłem krok w stronę następnego okna, kiedy wreszcie do mnie dotarło.

Bałagan!

background image

W domu panował bałagan. Beenie Rushforth, Zabójca Kurzu, Wielka Władczyni Ścierki i
Szczotki do Zamiatania, mieszkała w domu, w którym walały się brudne ręczniki, a na
obrusie pyszniły się plamy po dżemie truskawkowym! To było nie tylko niewiarygodne, ale
wręcz niemożliwe. Wiem, wiem - ludzie stanowią gigantyczną mieszaninę sprzeczności i nie
powinniśmy w życiu niczemu się dziwić, ale gdybyście widzieli, jak ta kobieta pracuje, z
pewnością zrozumielibyście, dlaczego nie mogłem uwierzyć własnym oczom.

Wciąż jeszcze lekko oszołomiony podszedłem do ostatniego okna i zobaczyłem nieżywą
Annette Taugwalder siedzącą na łóżku Beenie Rushforth i czytającą gazetę.

To tylko jakaś sztuczka. Byłem pijany albo nienormalny. Przecież ona nie żyła. Nie mogło jej
tu być. Ale jednak była, co do tego nie mogło być żadnych wątpliwości. Martwa od
dwudziestu lat Annette przerzucała kartki jakiegoś pisma. Nie zdając sobie sprawy z tego, co
robię, przycisnąłem twarz do szyby, ponieważ nagle okazało się, że żyję w zupełnie innym
świecie, niż mi się do tej pory wydawało.

- Annette?

Dotknąłem szyby także ręką. Była zimna. Czułem to. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się.
Miałem pięćdziesiąt pięć lat i pomyślałem... Nieważne, co pomyślałem. Myliłem się.

Wstała, po czym wyszła z pokoju. Stałem z czołem przyciśniętym do szyby, wpatrując się w
wymięte prześcieradło, na którym siedziała. Jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak blisko
odpowiedzi, ale ogromnie się bałem. Wszystko we mnie wyło, wrzeszczało i szarpało pręty
klatek. Wypuść nas. Pozwól nam uciec. Jeśli tego nie zrobisz, zginiemy w płomieniach.

- Profesor Silver?

Odwróciłem się i ujrzałem Annette.

- Boję się ciebie.

Skinęła głową. Powiedziała, że mnie rozumie.

- Nie wiem, co robić. Czy można rozmawiać ze śmiercią?

- Tak, profesorze. Musimy porozmawiać.

- To przez Beenie?

Ponownie skinęła głową, a następnie dała znak, żebym podążył za nią. Przeszliśmy przez
rozległy trawnik i usiedliśmy na sosnowej ławce w pobliżu hangaru na łodzie nad brzegiem
jeziora.

- Doszła do wniosku, że ja powinnam pojawić się pierwsza, ponieważ mam z panem
najwięcej do omówienia. Reszta nie jest tak poważna.

- Czasem śni mi się, że rozmawiam ze zmarłymi. Niekiedy te sny są bardzo realistyczne.

Zmarszczyła brwi.

background image


- To nie sen. Ja naprawdę jestem tutaj i naprawdę musimy porozmawiać, więc proszę się nie
szczypać ani nie podskakiwać, żeby się obudzić. Wszystko dzieje się naprawdę. Ja też jestem
prawdziwa. Nie żyję, ale teraz tu jestem.

- Dlaczego?

- Ponieważ pana nienawidzę, a pan na pewno o tym wie. To była wyłącznie pańska wina, albo
przynajmniej prawie wyłącznie. Był pan kroplą, która przepełniła czarę. Powiedział pan, że
moja książka jest do niczego, i to zadecydowało.

- Annette, ja nigdy...

- Właśnie, że tak! Nie byłam głupia. Zrozumiałam, co chce mi pan powiedzieć.

- Powinienem był skłaniać? Przecież chciałaś usłyszeć prawdę.

- Owszem, ale nie taką, która mnie zabije. Pańska prawda była jak nóż, który wbił mi pan w
sam środek mózgu! Byłam pewna, że książka jest dobra. Byłam pewna, że pan powie:
"Annette, to wspaniałe! Już dawno nic mi się tak bardzo nie podobało!" - Przysunęła się
bliżej, mierząc we mnie oskarżycielsko palcem. - A pamięta pan, co pan powiedział? No? Bo
ja pamiętam. Powiedział pan: "Wydaje mi się, że w wielu miejscach zbytnio zawierzyłaś
swojej miłości do ulubionych pisarzy. Parę razy wykorzystałaś ciepło bijące z ich utworów
dla podgrzania tego, co sama masz do przekazania". Ty zarozumiały, wygadany sukinsynu!
Niczego nie wykorzystywałam! Ciepło, które czułeś, pochodziło tylko ode mnie...

- Annette, wystarczy!

Donośny głos Beenie rozległ się za moimi plecami, ale zanim zdążyłem się odwrócić,
zobaczyłem, że wściekłość niknie z twarzy dziewczyny jak zaciśnięta pięść chowana do
kieszeni. Nadal mnie nienawidziła, lecz znacznie bardziej obawiała się tego, co się stanie,
jeżeli nie zastosuje się do polecenia.

Poczułem na ramieniu ciężar ręki.

- Jak się masz, Scott. Nie spodziewałam się ciebie tak szybko. Wracaj do domu, Annette.
Porozmawiasz z nim później.

Jak przystało na nadwrażliwą dziewczynę, jaką była - wszystko jedno: kiedyś czy teraz -
Annette podniosła się natychmiast z ławki, wydęła pogardliwie wargi, po czym, nie
zaszczyciwszy mnie nawet jednym spojrzeniem, odmaszerowała w kierunku domu.
Mimowolnie opuściłem wzrok na jej buty, tylko po to, aby się przekonać, że są to te same
kozaki, które były modne wtedy, kiedy ją poznałem.

- Beenie, czuję się tak, jakbym za chwilę miał dostać ataku serca.

- Nie obawiaj się, masz serce jak koń. Powinieneś natomiast zwrócić uwagę na kwas
moczowy. Jeśli wolno mi coś ci radzić, to lepiej trochę ogranicz pomidory. Wziąłem głęboki
oddech i spojrzałem na nią.

background image

- Kim jesteś?

- Bogiem.

- Och...

Uśmiechnęła się, po czym wzięła mnie za rękę.

- Ale karuzela!


Czy zrobiło się chłodniej, czy może od siedzenia na ławce moja dusza oziębiła się o dziesięć
stopni? Beenie trzymała w dłoni sporą gałąź i co jakiś czas odłamywała z niej drobne
fragmenty. Był to jedyny odgłos, jaki docierał do naszych uszu, nie licząc szumu
samochodów przejeżdżających od czasu do czasu główną ulicą Śliwkowego Wzgórza.

- Nie chcesz mnie o nic zapytać?

Starałem się zachować spokój. Zamknąłem oczy, ale ona trąciła mnie i podała odłamany
kawałek gałązki. Spojrzałem na niego. Była to doskonała rzeźba mojej głowy wysokości
około ośmiu centymetrów, o znakomicie uchwyconej kolorystyce: siwe włosy, błękitne oczy.
Wypuściłem ją, po czym odruchowo wytarłem ręce w spodnie.

- Daj spokój, chłopcze: rozchmurz się! Przecież to śmieszne. Zacznij zadawać pytania, a dalej
już samo jakoś pójdzie.

Tym razem ja zmrużyłem oczy.

- Jak to możliwe, że jesteś Bogiem, a mimo to masz raka?

- Dobry strzał, profesorze. Od razu przeszliśmy do rzeczy! Chyba będzie najlepiej, jeśli
zacznę od samego początku, co? - Miała zamiar mówić dalej, kiedy nagle zobaczyła coś za
moimi plecami, przyłożyła do ust dłonie złożone w trąbkę i krzyknęła co sił w płucach: -
Natychmiast wracaj do domu, Annette! Ja nie żartuję, i nie powtórzę tego więcej!

Nie obejrzałem się, ponieważ wcale nie zależało mi na tym, aby w najbliższym czasie
ponownie ujrzeć Annette Taugwalder.

- Przeklęta dziewczyna! Mówiłam jej, wiesz? Mówiłam jej, że będzie mogła powiedzieć, co
tylko zechce, ale potem musi sobie pójść, żebym miała czas wszystko ci wyjaśnić. Jest jednak
okropnie uparta i przyzwyczajona do tego, że zawsze udawało jej się postawić na swoim...
Dobrze się czujesz, Scott?

- Nie.

- Przykro mi. Na czym skończyłam? Aha, na początku. Dobra. Urodziłam się w McPherson w
stanie Kansas. Mój ojciec prowadził sklep przemysłowy, w którym pracowała cała rodzina.
Pewnego dnia, kiedy stałam za ladą, wszedł jakiś mężczyzna, którego widziałam po raz
pierwszy w życiu, i poprosił o kombinerki. Zaczęliśmy rozmawiać, a potem przedstawił mi

background image

się. Nazywał się Gilbert, Nolan Gilbert. Miałam wtedy piętnaście lat. Słyszałeś coś o
mistycznych Żydach?

- Masz na myśli żydowskich mistyków?

- Tak, właśnie ich.

- No, co nieco czytałem...

- Oni najbardziej zbliżyli się do prawdy. Obiło ci się o uszy nazwisko Lameda Wufniksa?

- Beenie, o czym ty mówisz?

- Ci mistycy wierzą w Lameda Wufniksa. Trzydziestu sześciu prawych ludzi, których zadanie
polega na usprawiedliwianiu świata przed Bogiem, albo, ujmując rzecz w nieco inny sposób,
na wyjaśnianiu Bogu, dlaczego człowiek ma prawo żyć na tym świecie. Jeśli któryś z tych
trzydziestu sześciu odkrywa, kim naprawdę jest, natychmiast umiera, a wtedy ktoś inny
zajmuje jego miejsce. Dzieje się tak dlatego, że chociaż oni o tym nie wiedzą, stanowią filary,
na których opiera się wszechświat. Są zbawicielami. Gdyby nie oni, Bóg już dawno pozbyłby
się ludzkości.

- Wup...

- Wufniks. Lamed Wufniks. Jest w tym trochę racji, ale największa różnica polega na tym, że
my nikogo przed nikim nie usprawiedliwiamy, ponieważ jesteśmy Bogiem.

- I ty jesteś takim Wufnikiem?

- Nie, jestem Bogiem. A raczej jedną trzydziestą szóstą częścią Boga. Liczba się zgadza.

Jakiś ptak poleciał nad wodę, by zaraz zawrócić w stronę lądu. Spojrzałem na Beenie, potem
na ziemię, potem na Beenie, potem znowu na ziemię. Co mogłem powiedzieć?

- Nie wierzysz mi. A co z Annette? Potrzebujesz więcej cudów? Mogę ci je zademonstrować,
jeśli to ma w czymkolwiek pomóc, ale wydaje mi się, że ona jedna wystarczy. Jest pan trudną
publicznością, profesorze Silver. Proszę bardzo.

Lewą ręką wyciągnęła mi zza kołnierza srebrną dolarówkę, a w jej prawej dłoni pojawiła się
jedna z tych plastikowych, przezroczystych kuł; jeśli się nimi potrząśnie, coś w rodzaju
śniegu zaczyna padać na domy Paryża albo pola lodowe na biegunie północnym. Różnica
polegała na tym, że w tej kuli siedziało na ławce dwoje małych, żywych ludzików; dopiero po
dłuższej chwili zorientowałem się, że to my, wykonujący dokładnie te same ruchy jak w
rzeczywistości.

- Na litość boską, przestań!

- W porządku.

Zacisnęła rękę i kula zniknęła. Spróbowałem podnieść się z ławki.

background image

- Czego ode mnie chcesz? Dlaczego to robisz?

Ściągnęła mnie z powrotem.

- Siadaj i wysłuchaj mnie do końca. Miałam piętnaście lat, kiedy spotkałam Nolana Gilberta.
On miał wtedy około siedemdziesiątki. Najpierw powiedział mi, a potem pokazał, kim jest -
dokładnie tak, jak teraz ja tobie. Potem powiedział, że umiera i że ja mam go zastąpić.
Widzisz, to działa właśnie w ten sposób. Przez cały czas prowadzisz normalne życie.
Zupełnie normalne, Scott. Dokładnie takie samo jak wszyscy. Prędzej czy później przychodzi
czas, kiedy musisz umrzeć. Zazwyczaj jest to sześćdziesiąt albo siedemdziesiąt lat. Różnica
polega tylko na tym, że kiedy zbliża się ta chwila, każdy z nas musi znaleźć następcę.
Niektórzy mają sporo szczęścia, bo wiedzą już wiele lat przed śmiercią, kto nim będzie. Tak
jak ja wiedziałam o tobie.

- Znałaś mnie wcześniej?

- Jasne. Przez wiele lat sprzątałam twój gabinet na uniwersytecie, ale nigdy mnie nie
widziałeś, bo pracowałam na nocną zmianę. Czasem tylko mijaliśmy się w korytarzu, kiedy
pracowałeś do późnego wieczora.

- Chcesz mi powiedzieć, że Bóg jest człowiekiem?

- Skądże znowu! Nic z tych rzeczy. Człowiek ma w sobie Boga, ale Nim nie jest. Najprościej
można to wyrazić w ten sposób: ludzie są zwykłymi ludźmi, ale trzydziestu sześciu spośród
nich, razem, jest Bogiem. Właśnie dlatego normalni ludzie czują się tak Mu bliscy. Nolan
opowiedział mi o Grekach. Ty dobrze o tym wiesz. Grecy wierzyli w istnienie wielu bogów,
co jest w pewien sposób słuszne, oraz w to, że ci bogowie bardzo przypominają ludzi.
Interesował ich seks, wściekali się i robili różne świństwa. Grecy też dotarli bardzo blisko
prawdy, tyle tylko, że według nich bogowie mieszkali na szczytach wysokich gór, z dala od
reszty świata. Nie mieli racji. Jesteśmy tutaj, dokładnie wszędzie, i wcale nie wyglądamy tak,
jak się spodziewają inni. Na przykład ja: chyba nie prezentuję się zbyt imponująco, hę? Ale
stanowię tylko jedną trzydziestą szóstą wielkiej układanki. Dopasuj mnie do pozostałych
fragmentów, a otrzymasz CAŁEGO, WIELKIEGO BOGA!

Powiem ci coś jeszcze: w świecie jest mnóstwo fragmentów układanek. Czasem czujesz się
bardzo samotny i nieszczęśliwy, prawda? To dlatego, że nie udało ci się odpowiednio
dopasować. Ludzie, którym uda się poznać ten sekret, spędzają resztę życia na próbach
odnalezienia pasujących części... Ale ja nie o tym chcę z tobą rozmawiać. Nie mamy czasu.
Jest jeszcze mnóstwo rzeczy, które muszę ci powiedzieć.


Jak już wspomniałem wcześniej, jeszcze przed tym niesamowitym popołudniem z Beenie
Rushforth zacząłem coraz bardziej wierzyć w Boga, ale raczej tego, o którym Emily
Dickinson powiedziała, że to "delikatny, dostojny kochanek". W takiego, który wie o nas
wszystko w każdej minucie naszego życia, ale kocha nas i szanuje na tyle, żeby nie ingerować
w nasz los. Kiedy umrzemy i znajdziemy się na drugim brzegu, cokolwiek tam na nas czeka,
On usiądzie obok nas i razem z nami przejrzy strona po stronie wszystkie nasze uczynki,
jakby to było szkolne wypracowanie, w którym należy odnaleźć i poprawić wszystkie błędy.
Kiedy wstaniemy od Jego biurka, będziemy doskonale wiedzieli, na czym polegała

background image

niewłaściwość naszego postępowania. Czy wierzyłem w reinkarnację? Nie. Dlaczego
mielibyśmy powtarzać trzecią klasę, jeśli w pełni uświadomiliśmy sobie wszystkie popełnione
pomyłki? Wierzyłem natomiast w życie pozagrobowe, ale nie na ziemi. Nie miałem pojęcia,
dokąd idziemy po śmierci, i wcale nie chciałem się tego dowiedzieć.

Kiedy jednak, wiele godzin później, stanąłem ponownie przed drzwiami swojego domu, moje
rozumienie świata, życia, śmierci i Boga było o kilka kwintylionów mil odległe od tego, co
myślałem przedtem. Ta gadatliwa, sympatyczna, umierająca kobieta udowodniła ponad
wszelką wątpliwość, że mówi mi prawdę. Istotnie, byłem bardzo wymagającą publicznością i
chciałem więcej dowodów. Takich, które dowiodą mi tego, czego w żaden sposób nie da się
dowieść. Nie zdradzę wam, co zrobiła, ale powiem tyle, że zabrała mnie tam, gdzie chciałem
się znaleźć, i pokazała mi wszystko, co niemożliwe.

Chciałem zobaczyć żywych Melville'a i Hawthorne'a, chciałem usłyszeć ich głosy i słowa,
jakimi posługiwali się na co dzień. Chciałem zobaczyć Alberta Pinkhama Rydera w święta
Bożego Narodzenia, przygotowującego jedyne w swoim rodzaju perfumy, rozlewającego je
do małych flakoników i wręczającego dzieciom. Chciałem znaleźć się w roku 1591,
odwiedzić Montaigne'a w jego wieży i zajrzeć mu przez ramię w chwili, kiedy pisze: "Próżno
wszelako wspinać się na szczudła; i na szczudłach trzeba nam chodzić swoimi nogami; na
najwyższym tronie świata i tak siedzimy jeno na własnym zadku"*. To byli moi bohaterowie
- ludzie, o których rozmyślałem przez całe dorosłe życie. Jeżeli Beenie była Bogiem, a
przecież czas należy właśnie do Boga, w takim razie wystarczyło, żeby klasnęła w dłonie, a
oni wszyscy powinni zjawić się przede mną. Zrobiła to. Zabrała mnie wszędzie, gdzie
chciałem dotrzeć, i uprzejmie pozwoliła zostać tak długo, jak tylko chciałem.
Najzabawniejsze było to, że wcale nie chciałem zostać zbyt długo. Wystarczyło mi kilka
minut, żeby odetchnąć ich powietrzem i zobaczyć, w jaki sposób trzymali pióro albo
wymawiali słowa. Tylko tego potrzebowałem, a ona dała mi to wszystko.

Potem, kiedy już byłem pewien, zadawałem pytania, ale odpowiedzi, jakich udzielała, nie
zawsze były w pełni satysfakcjonujące.

- Dlaczego właśnie ja?

- Scott, naprawdę powiedziałabym ci, gdybym wiedziała, ale nie wiem, słowo honoru. To się
po prostu zdarza, i już. Pewnego dnia zobaczysz tego, kto będzie twoim następcą, i
natychmiast go rozpoznasz. Przypuszczam, że to coś w rodzaju miłości od pierwszego
wejrzenia.

- Beenie, przecież ty jesteś B o g i e m, a Bóg wie wszystko! Dla Niego nie istnieją żadne
tajemnice.

- Może wtedy, kiedy jesteśmy wszyscy razem. To jednak nigdy się nie zdarza, więc musimy
w pojedynkę dawać sobie radę z tym, co wiemy. Trafiło akurat na ciebie, mój panie. Właśnie
ty zajmiesz moje miejsce.

- Dokąd idziemy po śmierci?

- Dokądkolwiek chcesz. Niektórzy kręcą się jeszcze tutaj, inni znikają.

- Gdzie?

background image


- Już ci powiedziałam: gdziekolwiek chcą.

- Nie udzielasz zbyt jasnych odpowiedzi!

- Bo zadajesz niejasne pytania. Pamiętasz, co ci powtarzano w szkole? "Konkrety, Silver!"
Aha, przy okazji: wiesz może, skąd wzięło się to nazwisko? Twoja rodzina naprawdę
nazywała się Flink, ale kiedy twój pradziadek przybył tu z Kraju Saary, uznał, że nie brzmi to
dość po amerykańsku i zmienił nazwisko na Silver. Zamiast Udo Flinka pojawił się Jack
Silver.

- Udo Flink? Chyba w życiu nie słyszałem równie głupiego nazwiska!

- Zdaje się, że twój pradziadek też tak myślał. Wolisz pastę jajeczną czy pieczeń na zimno? -
Sięgnęła jednocześnie do prawej i lewej kieszeni i wydobyła z nich dwie kanapki zawinięte w
folię. - Roberta powiedziała, że smakowała ci moja pasta.

- Rzeczywiście. Dziękuję. To bardzo miło z twojej strony. - Podała mi kanapkę, a ja przez
chwilę trzymałem ją w wyciągniętej ręce. - Kanapka z pastą jajeczną od Boga.

- Przynajmniej masz pewność, że jest świeża.

- Beenie, co ja mam teraz zrobić? Czuję się niesamowicie zaszczycony, że wybrałaś akurat
mnie, ale... Jak trzeba się zachowywać, kiedy jest się...

- No, jeszcze nie jesteś, żuczku, więc nie martw się na zapas. Najpierw musisz zdać egzamin.
Minąłeś dopiero pierwszą przeszkodę, to znaczy zostałeś wybrany, ale teraz czekają cię
egzaminy. Takie są reguły, których trzeba ściśle przestrzegać.

- Jakie egzaminy? Jakie reguły?

- Chcesz wiedzieć już teraz? A może najpierw skończyłbyś kanapkę?

- Teraz.

- Proszę bardzo. - Otarła usta serwetką z nadrukiem "Dairy Queen". - Pierwszą rzeczą, jaką
musisz zrobić - jeśli chcesz, możesz uznać to za pierwszy egzamin - to jakoś załatwić sprawę
z Annette. Martwa osoba nie powinna się na nikogo złościć. Tam, po drugiej stronie, oni mają
mnóstwo do roboty, ale nie mogą się skoncentrować, dopóki żywią urazę do kogoś z
żyjących. Chyba wiesz, co mam na myśli?

- Dlaczego nie zrobisz czegoś, żeby przestała się na mnie gniewać?

- Po pierwsze: nie wiedziałabym, jak to zrobić. Pamiętaj, że stanowię tylko część całości i nie
dysponuję tak wielką siłą, jak myślisz. Po drugie: musicie to załatwić między sobą, tylko we
dwójkę. Gdybym machnęła jakąś czarodziejską różdżką i zrobiła to, co zaproponowałeś, nie
rozwiązałabym jej problemów. Przyniosłoby to tylko chwilową ulgę. Prędzej czy później
dziecko musi nauczyć się samodzielnie wiązać sznurowadła.

- Co mam zrobić, żeby jej pomóc?

background image


- Właśnie na tym polega twój egzamin. Musisz sam znaleźć jakiś sposób. Powiem ci tylko
tyle, żebyś nie oczekiwał od niej chętnej współpracy. Ma pan do czynienia z wrogo
nastawionym świadkiem, mecenasie. Ona nienawidzi cię z całego serca.

- Domyśliłem się tego. Czy ona wie o mnie? Na pewno wie o tobie, bo przecież to właśnie ty
sprowadziłaś ją z powrotem.

- Owszem, wie o mnie, ale nie o tobie. Uważa, że sprowadziłam ją, żebyście mogli zawrzeć
pokój. Nie domyśla się, że to część twojego egzaminu.

- W jaki sposób można załagodzić gniew kogoś nieżywego?

Beenie poklepała mnie po ramieniu.

- Dobre pytanie. Wiesz, na czym między innymi polegał mój egzamin?

- Beenie, przecież to są najbardziej ostateczne tajemnice! Nawet nie hermetyczne - po prostu
niemożliwe do zgłębienia! W jaki sposób, według ciebie, mam...

- Co to znaczy "hermetyczne"?

- Trudne do zrozumienia.

- Człowieku, przestań narzekać. Oczywiście, że są trudne do zrozumienia! Ale ty przecież
jesteś uczonym, myślicielem, a ja tylko głupią kobieciną z Kansas, obarczoną dzieciakami,
które jej nie kochają, a mimo to zdałam swoje egzaminy. Pewnie, były zupełnie inne niż
twoje, ale to wcale nie znaczy, że łatwiejsze.

- Jak to możliwe, żeby Bóg miał kłopoty ze swoimi dziećmi?

- Przyjacielu, czyżbyś nie czytał Biblii? Mnóstwo Jego dzieci dało Mu nieźle w kość! Z tego,
co słyszałam, Mojżesz siedział na jakiejś górze i kłócił się z Nim przez czterdzieści dni. A
Chrystus? "Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?" Ładna wdzięczność, co? Albo na
przykład Hiob: zażyczył sobie jakiegoś dowodu przeznaczonego specjalnie dla niego. Chciał,
żebyśmy wszystko rzucili i przyszli do niego na specjalny pokaz, jakby chodziło o nowy
model odkurzacza!

- Chyba wspominałaś, że wy właściwie nigdy się nie spotykacie?

- Już nie. Kiedyś, owszem, ale nie teraz. Po prostu nie było takiej potrzeby. Nie rozumiesz,
Scott? Właśnie dlatego ludzie pragną nieśmiertelności. Nie po to, żeby żyć milion lat, ale
dlatego, że głęboko w duszy wiedzą o tym, że Bóg musi trwać przez wszystkie pokolenia -
Bóg, który stanowi cząstkę każdego człowieka, ponieważ sam składa się właśnie z ludzi. Z
trzydziestu sześciu, dokładnie rzecz biorąc. Pochodzą z różnych kręgów kulturowych, mają
różne zawody, są wśród nich mężczyźni, kobiety i dzieci... Oblicza Boga bez przerwy się
zmieniają, bo zmieniają się Jego poszczególne składniki, ale w ostatecznym rozrachunku jest
tylko On: nieśmiertelny tak długo, jak długo będą chcieli tego ludzie. Fakt, że mam kłopoty z
córką albo że umieram na raka, nie ma żadnego znaczenia. To znaczy: dla mnie jest to ważne,
ale w ogólnym rozrachunku zupełnie się nie liczy. Na tym właśnie polegała część moich

background image

egzaminów: miałam pogodzić się z dziećmi i nauczyć się umierać. Chrystus też musiał
nauczyć się umierać.

Pogroziłem niebu pięścią.

- To zbyt zwyczajne! Powinno w tym być więcej majestatu!

Beenie zaczekała cierpliwie, aż rozładuję wściekłość i opuszczę bezsilnie ramiona, po czym
powiedziała:

- Dokończ kanapkę, Scott. Myślę, że bardzo mi się udała.


Kiedy ruszyliśmy w stronę domu, ponownie zaczął padać śnieg. Szczerze mówiąc, wolałbym
zostać na zewnątrz i przyglądać się wirującym płatkom, niż wejść do środka i rozmawiać z
Annette.

- Co mam jej powiedzieć?

- Rozegraj to na wyczucie. Obserwuj jej reakcje.

Beenie otworzyła drzwi i zaprosiła mnie gestem do wnętrza. W domu unosił się przyjemny
zapach, stanowiący mieszaninę woni dymu z kominka i aromatu mydła.

- Annette! - zawołała Beenie, energicznie strzepując śnieg z włosów.

Żadnej odpowiedzi.

- Annette, chodź tutaj!

Kiedy i tym razem odpowiedziała jej cisza, podrapała się po nosie i wyruszyła na
poszukiwania. Ani śladu Annette.

- Nigdzie jej nie ma. A to mała diablica! Gdzie ona mogła się podziać?

- Może po prostu nie chciała się ze mną widzieć - powiedziałem, mając nadzieję, że moja ulga
nie jest zanadto widoczna.

- Chyba rzeczywiście. Cóż, to już nie twój problem. Znajdę ją i przyślę do ciebie. Zjesz coś na
ciepło? A może jeszcze jedną kanapkę?

- Nie, bardzo dziękuję. Muszę przez chwilę pobyć zupełnie sam. Mam sporo spraw do
przemyślenia.

- Wierzę ci. - Ponownie otworzyła drzwi i odprowadziła mnie do samochodu. - Hej, a co tam
jest w środku? Czy to Annette?

- Nie wiem.

background image

Rzeczywiście, na siedzeniu pasażera dostrzegłem zarys czegoś dużego. W pierwszej chwili ja
także pomyślałem, że to dziewczyna, ale kiedy podszedłem bliżej...

- Nisco! Dobrzy Boże, to Nisco!

- Co takiego? - Beenie nachyliła się i zajrzała przez przednią szybę. - Co to jest Nisco? Dla
mnie wygląda na wypchanego zwierzaka. Rety, jaki wielki! Założę się, że wydałeś na niego
masę pieniędzy. Kupiłeś go dla wnucząt? Hej, co się z tobą dzieje?

- To Nisco! Naprawdę, nie mogę uwierzyć... Nigdy nie myślałem, że... - Nie byłem w stanie
dokończyć zdania; co prawda poruszałem szczęką, ale z moich ust nie wydobył się żaden
dźwięk.

- Co się stało? Co to właściwie jest?

Spojrzałem na Beenie niezbyt przytomnym wzrokiem.

- Nisco.

- Wciąż to powtarzasz. Dla mnie wygląda jak wypchany zwierzak.

- Bo nim jest. Kiedy byłem chłopcem, jedyne koszmary, jakie mnie nawiedzały, dotyczyły
właśnie tego wilka. Widzisz te krzyżyki w miejscach, gdzie powinny być oczy? Kiedyś
zobaczyłem w kinie kreskówkę z jego udziałem. Grał rolę czarnego charakteru: kapelusz na
bakier, wielka paszcza, kły. Gonił Trzy Małe Prosiaczki. Tej nocy, i przez kilka następnych
miesięcy, śniło mi się, że mnie goni. Trzymał nóż i widelec, ślinił się i chciał mnie pożreć.
Potwornie się go bałem. Budziłem się z krzykiem, a rodzice biegli do mojego pokoju, bo
wydawało im się, że ktoś mnie morduje...

- Dlaczego nazwałeś go Nisco?

- Nie wiem. Zawsze się tak nazywał. Nie żaden Wielki Zły Wilk, tylko po prostu Nisco.
Jedyna rzecz, której naprawdę bałem się w dzieciństwie. To na pewno sprawka Annette,
prawda? Oprócz mnie nikt o nim nie wiedział.

- Chyba masz rację. Dlatego nigdzie jej nie ma. Zostawiła wizytówkę, ale nie mam pojęcia, co
chciała ci przez to powiedzieć. Co z nim zrobisz?

Pomyślałem o małym, przerażonym chłopcu, budzącym się w środku nocy z mocno bijącym
sercem. Za każdym razem udawało mu się uciec, ale naprawdę w ostatniej chwili.

Pamiętałem odgłos zbliżającej się pogoni, zgrzyt pocieranych o siebie noża i widelca, jego
wrzask: "Zaraz cię pożrę!", wreszcie ten głupi, mrożący krew w żyłach śmiech postaci z filmu
rysunkowego. Żaden diabeł nie jest równie straszny jak dziecięce koszmary. W dzieciństwie
znacznie łatwiej jest nas zranić, gdyż mamy dużo więcej wrażliwych miejsc, a za to żadnego
pancerza.

- No więc? Zatrzymasz go?

- Nie! Mogę go tu wyrzucić?

background image


- Nie trzeba. - Dotknęła ręką przedniej szyby po stronie pasażera i Nisco natychmiast zaczął
blednąc, a w ostatniej chwili przed zupełnym zniknięciem, kiedy był już niewiele bardziej
wyraźny od cienia, rozległo się donośne BLUP! i szyba została od środka zbryzgana krwią.


Przez trzy dni nie miałem wiadomości od żadnej z nich. W miarę możliwości starałem się
prowadzić normalne życie, ale byłem bez szans. Bóg, Śmierć i Szaleństwo weszli
jednocześnie do mojego domu i zasiedli przy stole. Chcieli ze mną rozmawiać, a każde z nich
przygotowało dla mnie własny plan. Czy miałem udawać, że nie wiem, kim są, i wysłuchać
ich tak, jakby przedstawili mi jedynie zwykłe propozycje dotyczące interesów?

Jak powinienem postępować z Annette? Jakie jeszcze egzaminy mnie czekają, jeśli uda mi się
załagodzić konflikt z dziewczyną? Co się ze mną stanie, kiedy je wszystkie zdam? Czy
pojawią się aniołowie, aby zabrać mnie na przejażdżkę po niebie? A czy aniołowie w ogóle
istnieją? Właśnie, muszę zapytać o to Beenie.

Czy umiecie wyobrazić sobie kogoś, kto potrafiłby udzielić na to pytanie rozstrzygającej
odpowiedzi?

Przez cały czas byłem zdenerwowany i napięty. Jako nauczyciel wspinałem się na wyżyny
umiejętności: podczas zajęć pytania i odpowiedzi płynęły z moich ust wartkim strumieniem, a
studenci musieli dobrze się natrudzić, żeby za mną nadążyć. Jedna z dziewcząt zatrzymała
mnie w korytarzu i zapytała, dlaczego jestem w takim dobrym nastroju. Roześmiałem się jak
hiena. W dobrym nastroju? Mój Boże, gdybyś tylko wiedziała!...

Pewnego wieczoru zadzwoniła Norah z wiadomością, że zerwała z rysownikiem komiksów i
obecnie spotyka się z pilotem. Uczuciowa niestałość mojej córki już od ładnych paru lat
bardzo mnie niepokoiła i wielokrotnie dawałem jej to odczuć, co prowadziło do częstych
kłótni, których głównym tematem był jej styl życia. Jednak tym razem porozmawialiśmy
sobie szczerze i otwarcie o powodach, które skłoniły ją do podjęcia tej decyzji; na koniec, po
krótkim milczeniu, Norah powiedziała:

- Dziękuję, tato.

- Za co?

- Za to, że potraktowałeś mnie poważnie.

- Kochanie, traktowałem cię poważnie już wtedy, kiedy byłaś małą dziewczynką.

- Wcale nie. Najczęściej traktowałeś mnie jak studentkę, która znakomicie się zapowiadała, a
potem zawiodła twoje oczekiwania.

- Norah!

- To prawda, tato, ale wysłuchaj mnie do końca: ta rozmowa była zupełnie inna. Po raz
pierwszy od nie wiadomo jak dawna czułam, że jesteś naprawdę zainteresowany tym, co mam
ci do powiedzenia. Nie musisz aprobować tego, co robię. Nie wymagam tego od ciebie.

background image

Pragnę tylko, żebyś mnie kochał i od czasu do czasu chciał dowiedzieć się czegoś o moim
życiu.

Odłożyłem słuchawkę i poszedłem do Roberty, która przysłuchiwała się rozmowie z innego
aparatu.

- Czy to prawda? Czy rzeczywiście przez te wszystkie lata był ze mnie taki okropny ojciec?

- Na pewno nie okropny, Scott, ale często surowy i mało wyrozumiały. Bardzo dużo
wymagałeś od dziewczynek. Kiedyś już o tym rozmawialiśmy. Gerald urodził się, kiedy
Norah miała już dwanaście lat. Jestem pewna, że właśnie to miała na myśli.

Troje naszych dzieci: Norah, Freya i Gerald. Norah ilustruje podręczniki medycyny i mieszka
w Los Angeles, Freya ma męża, dwoje dzieci i mieszka w Chicago, Gerald zaś jest poważnie
upośledzony umysłowo i mieszka w zakładzie opiekuńczym. Przez wiele lat staraliśmy się
pozostawić go w domu, ale ci z was, którzy mają jakiekolwiek pojęcie o tym problemie, zdają
sobie doskonale sprawę, że życie z tak poważnie upośledzonymi ludźmi nie może mieć nic
wspólnego z normalnością. Są jak czarne dziury potrzebujące pomocy i miłości. Bez względu
na to, jak dużo im dajecie, zawsze okazuje się, że jest tego za mało i robicie to nie tak, jak
należy. Nie możecie też żądać niczego w zamian, ponieważ oni nie mogą wam nic dać.
Pozostaje tylko modlić się, aby w ich oczach pojawił się błysk zrozumienia lub żeby
normalnie zareagowali na jakiś bodziec. Choć jeden, jedyny raz. Marzycie o pewnym
cudownym dniu, kiedy zamiast przeraźliwie krzyczeć, odpowiedzą uśmiechem na wasz
pocałunek albo wezmą łyżkę do ręki i zanurzą ją w zupie, zamiast wsadzać ją sobie do oka.
Niepostrzeżenie odbierają wam wszystko, co macie, a kiedy jesteście wyczerpani i
przygnębieni, poczucie winy poklepuje was po ramieniu i każe ruszać dalej. To okropna
lekcja i straszliwy ciężar. Nie życzyłbym tego nawet najgorszemu wrogowi.

Kiedy Gerald miał siedem lat, pewnego ranka Freya wyszła na chwilę z kuchni, żeby odebrać
telefon, a on w tym czasie położył rękę na włączonym palniku. W szpitalu nawet Roberta
przyznała, że nie jesteśmy w stanie zapewnić mu właściwej opieki, mimo że do tej pory to
ona najbardziej obstawała przy tym, aby pozostawić go w domu. Znaleźliśmy bardzo dobry
zakład i zawieźliśmy go tam zaraz po tym, jak zagoiły się rany po oparzeniach. Gerald jest dla
nas dwojga swoistym mieczem Damoklesa, a jednocześnie przypomina nam, jak wspaniałe
może być życie, jeżeli ma się odrobinę szczęścia.

- Każde z nas reagowało w odmienny sposób, Scott. Ja zbyt mocno starałam się uczynić go
normalnym i dawałam mu za dużo miłości, którą powinnam była skierować do dziewcząt. Ty
robiłeś, co mogłeś, ale zżerała cię świadomość całkowitej klęski. Kiedy obciążenie stało się
zbyt duże, odszedłeś od nas i ukryłeś się za swoją pracą. To wszystko ma sens. Te reakcje
doskonale pasują do naszych osobowości. Ja staram się uczynić wszystkich szczęśliwymi, ty
z kolei chcesz, aby każdy był w jakiś sposób wyjątkowy. W tym wypadku oboje ponieśliśmy
porażkę, w związku z czym zaczęliśmy popełniać poważne błędy. Wiesz co? Chyba jednak
nie było aż tak źle, bo przecież obie dziewczynki nas kochają. Widać to we wszystkim, co
robią.

Odbyliśmy już kiedyś taką dyskusję, ale jej powtórka, zaraz po rozmowie z Norah, podziałała
na mnie jak nokautujący cios w serce. Czyżbym naprawdę był taki zły i nieczuły? Czyżbym,
co gorsza, wiedział o tym od dawna, a mimo to starał się ukryć przed sobą ten smutny fakt?
Naturalnie, doskonale zdawałem sobie sprawę, że nasze życie w coraz większym stopniu

background image

zaczyna przypominać zabawę w chowanego z samym sobą, ale czy rzeczywiście potrafi nam
umknąć coś tak monstrualnie wielkiego?

A jeśli tak właśnie przedstawia się prawda, to w jaki sposób zostałem uznany za godnego
tego, by zastąpić Beenie Rushforth jako jeden z trzydziestu sześciu? Człowiek, który do
własnej rodziny odnosił się z taką arogancją i całkowitym brakiem szacunku? Co prawda
Beenie powiedziała mi w ten swój niemożliwy do podrobienia sposób, że trzeba do tego
"diabelnie różnych ludzi", ale czy jednym z nich ma być taki okropny egoista jak ja?

Tak wiele zdarzyło się niemal w jednej chwili. Moje życie podskoczyło, zakołysało się, a
potem uniosło w powietrze jak jeden z tych astronautów w kosmosie. Nagle stało się niemal
nieważkie, ponieważ zniknęła oddziałująca na nie do tej pory siła grawitacji. Kilkanaście razy
próbowałem dodzwonić się do Beenie, ale nikt nie podnosił słuchawki. Wreszcie
zrozumiałem, że robi to specjalnie, aby dać mi czas na przemyślenie pewnych spraw, i że
odpowie na moje pytania dopiero wtedy, kiedy ponownie zjawi się w naszym domu, aby
robić porządki. Cóż za ironia, a jednocześnie jakże słusznie, że wybrała sobie właśnie ten
zawód. Ostateczne sprzątanie. Ostateczne porządki.

Nie muszę chyba mówić, że czekając na jej wizytę, doznawałem mnóstwa zmiennych,
niezwykle intensywnych uczuć. Odwołałem seminarium oraz skłoniłem Robertę do wyjścia z
domu, przekupując ją biletami do kina i perspektywą lunchu w towarzystwie najlepszej
przyjaciółki. Jednak już dziesięć minut po jej wyjściu pusty dom tak bardzo zaczął działać mi
na nerwy, że wyciągnąłem ze schowka odkurzacz i zabrałem się do sprzątania podłogi w
kuchni. Wkrótce potem zadzwonił dzwonek.

Otworzyłem drzwi i ujrzałem Annette Taugwalder.

- Beenie nie mogła przyjść, więc poprosiła mnie, żebym ją zastąpiła. Mam posprzątać pański
dom. - Przecisnęła się obok mnie, po czym rzuciła przez ramię: - Do licha, nigdy nie
przypuszczałam, że się tu znajdę. Widzę, że odkurzacz już na mnie czeka? W porządku.

Zamknąłem drzwi i spojrzałem na nią.

- Dlaczego Beenie nie przyszła?

- Bo kazała mnie to zrobić. Jestem dobrą Putzfrau. Nie pamięta pan tego fragmentu mojej
książki, w którym dziewczyna zatrudniła się latem jako sprzątaczka, żeby trochę zarobić?
Proszę się nie obawiać, profesorze. Kiedy skończę, w tym domu będzie naprawdę przyjemnie.

Zdjęła płaszcz, rzuciła go na krzesło, po czym włączyła odkurzacz i od razu zabrała się do
pracy. Stałem, czując się jak głupiec, ale ona nie zaszczyciła mnie nawet jednym spojrzeniem.

Co tu się właściwie dzieje? Nie pozostało mi nic innego, jak tylko wycofać się do gabinetu i
jeszcze raz spróbować dodzwonić się do Beenie. Bez rezultatu. Zapewne robiła to w jakimś
celu, ale w jakim? Z pewnością zdawała sobie sprawę, że będę miał do niej milion pytań.
Dlaczego nie chciała mi na nie odpowiedzieć? Dlaczego wepchnęła mi w objęcia tę
dziewczynę i znikła bez śladu? A poza tym, to gdzie ona właściwie jest, do diabła?

Na szczęście miałem w gabinecie mały telewizor. Włączyłem go, aby wypełnić myślową
pustkę, która wytworzyła się wokół mnie. Co robi tutaj Annette? Pomysł, żeby sprzątaniem

background image

domu zajmowała się martwa kobieta, wydał mi się jednocześnie przerażający i zabawny. Nie
mogłem powstrzymać uśmiechu. Przez głowę przemknęła mi niepokojąca myśl: Annette jest
już drugą martwą osobą w tym domu. Nasz nieszczęśliwy syn, na dobrą sprawę równie
nieżywy jak ona, spędził w nim siedem lat.

Jakiś człowiek w telewizorze mówił o serze gorgonzola. Kiedyś żyłem w tym samym
wszechświecie co ser gorgonzola, ale teraz przeniosłem się do innego, w którym martwe
studenki przychodzą robić porządki w domu, a Bóg nie odpowiada na telefony.

Siedziałem za biurkiem, przekładając z miejsca na miejsce papiery i ołówki, zaglądając nie
wiadomo po co do notesu i usiłując na próżno zrozumieć treść zawiadomienia z banku, gdyż
nawet po kilkakrotnej lekturze zawarte tam liczby nie miały dla mnie żadnego znaczenia.

Wreszcie podkradłem się na palcach do drzwi i przyłożyłem do nich ucho. Z zewnątrz
dobiegał jedynie szum odkurzacza. Czyżby naprawdę przyszła jedynie po to, by posprzątać?
Zarówno wyraz jej twarzy, jak i ton głosu były wyniosłe i pogardliwe. Doskonale zdawała
sobie sprawę, że ma w ręku najlepsze karty, a ja mogę jedynie czekać, kiedy zdecyduje się
rozpocząć grę. Wszystko z powodu marnie napisanej, naiwnej, nudnej i nijakiej...

Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Niewiele brakowało, żebym rzucił się do nich pędem. Z
trudem nakazałem sobie spokój, policzyłem do pięciu, podniosłem się z fotela, podszedłem do
drzwi, nacisnąłem klamkę.

- Słucham?

- Przepraszam, że przeszkadzam, ale nie wiedziałam, co mam z tym zrobić.

Rozpoczęła się ta sama działalność wykopaliskowa, jaką za każdym razem prowadziła
Beenie. Czy poleciła dziewczynie, żeby zastosowała podobną taktykę? Annette trzymała w
ręku sfatygowany zielony zeszyt z wypisanym na okładce wielkimi, czarnymi literami
słowem RAPTUSY. Tak nazywała się drużyna piłkarska miejscowej szkoły średniej.
Przypuszczalnie zeszyt stanowił własność jednej z naszych córek.

- Zatrzymam go. Dziękuję.

- Nie ma za co.

Wręczyła mi zeszyt i odwróciła się, żeby odejść.

- Annette... Po co tu przyszłaś?

Obdarzyła mnie niewinnym spojrzeniem.

- Żeby posprzątać dom. Już panu powiedziałam, że Beenie poprosiła mnie, żebym ją
zastąpiła.

- Sprzątanie nie ma żadnego znaczenia. Czy nie wolałabyś raczej porozmawiać o...

- Nie. Kazała mi tylko przynosić panu różne rzeczy i pytać, co chce pan z nimi zrobić.

background image

Nie wiedziałem, co począć. Pójść za nią, złapać ją za ramię, posadzić w fotelu i powiedzieć:
"Słuchaj, umarlaku, musimy wyjaśnić sobie parę rzeczy. Musimy porozmawiać o twojej
książce"? Nie, to do niczego.

Wróciłem za biurko ze szkolnym zeszytem w dłoni i nie mając nic lepszego do roboty,
otworzyłem go.

- Co jest, jeża rodzisz?!

Odwróciłem raptownie głowę, aby zobaczyć, kto to powiedział, ale w tej samej chwili czyjaś
ręka zatkała mi usta. Przerażony, spojrzałem na jej właściciela. Nie znałem tego chłopca.
Byliśmy bardzo blisko siebie, właściwie twarzą w twarz. Czułem go. Czułem go głęboko w
sobie, tam, w dole.

- Ciii!... Zaraz sobie pójdzie.

Przyjrzałem mu się. Kto to jest? Na brodzie miał trzy małe pryszcze. O czym on mówi? Co ja
tu robię? Znajdowaliśmy się w toalecie. On siedział ze spuszczonymi spodniami na sedesie, a
ja okrakiem na nim.

- Chłopie, pośpiesz się z nią trochę, dobra?

Mój kochanek uśmiechnął się, słysząc ponaglenia kolegi czekającego po drugiej stronie
drzwi, po czym zaczął poruszać biodrami w szybszym tempie, starając się skończyć jak
najprędzej, żeby jeszcze wrócić na lekcję, z której oboje uciekliśmy.

Byłem moją córką Freyą. Cichą, spokojną Freyą, która oklejała ściany swego pokoju
zdjęciami kotów i czytywała opasłe książki o tytułach takich jak na przykład Płomienie
milości i szaleństwa
. Ze szkoły przynosiła raczej przeciętne oceny i starała się pozostawić
siostrze udział we wszystkich sprzeczkach oraz dyskusjach. Lubiła też opiekować się
Geraldem. Piekła mu ciasteczka, a potem karmiła go, podając mu małe kawałeczki.

Pieprzyła się w szkolnej toalecie z chłopcem, który starał się skończyć jak najszybciej, żeby
wślizgnąć się z powrotem do klasy wraz z czekającym przed kabiną kolegą.

Byłem nią. Czułem w sobie tego chłopca, czułem zapach jego potu i taniej wody kolońskiej.
Suwak jego spodni wrzynał mi się w pośladki.

- Już! Już!... Już...

Szczytując, odchylił głowę do tyłu i rąbnął nią w ścianę.

- Cholera! Kurczę, całkiem nieźle... Ale boli! Dzięki, Dajko. To było naprawdę niezłe.

Rozcierając sobie guza jedną ręką, drugą delikatnie zepchnął mnie z siebie. Stanęłam nad nim
na ugiętych, drżących nogach. Chciałam, żeby powiedział coś jeszcze. Przecież przyszłam tu
z nim, mimo że akurat zaczynała się moja ulubiona lekcja. Chciałam, żeby powiedział coś
miłego, co zostanie ze mną, kiedy on już sobie pójdzie, ale on był zbyt zajęty
doprowadzaniem się do porządku.

background image

- Szybciej, palancie! Zostało jeszcze tylko pięć minut!

- Dobra! - Zapiął rozporek i sięgnął za mnie, by otworzyć drzwi. - Na razie, Dajko. I dzięki.

Jego kolega wsadził głowę do boksu, zmierzył mnie szybkim spojrzeniem, po czym
zapiszczał cienkim, donośnym głosem:

- Daaaaaaajka!

Obaj chłopcy zachichotali i zniknęli. Zdawałam sobie sprawę, że ja też powinnam wrócić na
lekcję, ale właściwie po co, skoro do końca zostało tylko pięć minut? Wytrę nogi papierowym
ręcznikiem, poprawię makijaż i znowu będę wyglądać okay, zanim zadzwoni dzwonek na
przerwę i z sal wybiegną uczniowie, którzy mogliby zobaczyć, jak wychodzę z męskiej
toalety.


- Zrobiłam to raz, w szkole średniej, ale chłopak nie skończył. Oboje byliśmy za bardzo
przerażeni.

Miałem zamknięte oczy, więc tylko usłyszałem głos Annette i poczułem, że wyjmuje mi
zeszyt z ręki.

- Dont worry, be happy! To już wszystko. Może pan otworzyć oczy; jest pan z powrotem w
domu.

Przykucnęła tuż przede mną. Miała poważną twarz, ale od razu zorientowałem się, że jest
zadowolona.

- Czy to naprawdę była Freya? Naprawdę robiła takie rzeczy?

- I to często. Wystarczy, że znowu dotknie pan zeszytu, a sam się pan o tym przekona. W
ogólniaku miała dwa przezwiska: "Dajka", bo chętnie dawała, i "Tunel". Znalazłam coś
jeszcze, profesorze...

- Nie chcę! Zostaw mnie!

- Musi pan, profesorze. Takie są reguły. Pan powiedział mi prawdę, a teraz ja powiem ją
panu. Jak pan myśli, dlaczego ona sprowadziła mnie z powrotem? Jestem pańską Meduzą!
Powiem panu prawdę i tylko prawdę o całym pańskim życiu! Pamięta pan, jak Beenie zaczęła
znajdywać różne rzeczy? Ja znalazłam ich jeszcze więcej.

- Beenie nie miała złych intencji!

- Kiedy to wcale nie jest zło, tylko fakty. Pokazuję panu pańską prawdę: to, co inni myśleli o
panu, co się działo, kiedy patrzył pan w inną stronę... Pan lubi mówić takie rzeczy innym
ludziom, więc teraz niech sam pan tego zasmakuje. Proszę pamiętać, co powiedziała Norah:
"Nie musisz aprobować tego, co robię".

- Nie znasz Norah!

background image


- Rzeczywiście, ale za to znam prawdę. Oto skarb numer dwa, tatusiu. Pamiętasz? On je
wprost uwielbiał.

Wyciągnęła coś w moim kierunku, ale byłem tak zdezorientowany, że w pierwszej chwili nie
poznałem, co to jest.

- Obwarzanki! Nie pamiętasz, jak bardzo lubił je Geraid? Jak chodził po domu z kawałkiem
obwarzanka w ustach? Naturalnie, w starych dobrych czasach, jeszcze zanim przezornie
odesłałeś go do wariatkowa.

Rzuciła mi je, aleja ich nie chciałem. Wydały mi się bardzo ciężkie. Kawałki twardego ciasta.

Kiedy tylko ich dotknąłem, natychmiast zobaczyłem świat widziany jego oczami. Oczami
Geralda/dziecka/czło- wieka/szaleńca/zwierzęcia. Barwy ryczały i szeptały. Przemawiały
głosami. Wszystko przemawiało głosami. Krzesła nagle przestały być krzesłami, ponieważ
przestałem rozumieć, do czego służą. Zapachy... Najsłabszy zapach przeistaczał się w
eksplozję sto razy większą od tego, co znałem do tej pory, czasem dobrą, a czasem złą. Środki
chemiczne, kwiaty, robaki ryjące w ziemi, brudne naczynia wstawione do zlewozmywaka.
Rzeczy. Czułem je wszystkie.

Moje usta. Coś było w moich ustach, coś dobrego. Obracałem to. Przyjemnie dotykało zębów.
Miękkie.

Chodziłem wszędzie, gdzie mogłem. Czasem spotykałem ludzi. Oni także przyjemnie
pachnieli. Czasem dotykali mnie, mówili coś do mnie albo popychali tam, gdzie miałem
akurat być. Jeśli mi się tam nie podobało, zaczynałem krzyczeć. W porządku, mówili wtedy.
W porządku, w porządku, w porządku.

Wszystko było w porządku i dobrze smakowało, a ja wąchałem świat i słuchałem ludzi
robiących różne hałasy, aż nagle rozległ się HUK i o n wszedł, a ja upadłem na podłogę i
zacząłem krzyczeć, ponieważ o n tu był. Sprawia mi ból. Wrzeszczy na mnie. Łapie mnie za
ramię, popycha i krzyczy. Nienawidzę go. Nienawidzę go. Biję go. Biję i biję. Ta duża rzecz
sprawi mu ból. Podniosę ją i uderzę go, a on się przewróci. Jest zły. Czasem robi się miękki i
obejmuje mnie ramieniem, ale jest zły. Inni mówią coś do niego, ale oni też się go boją. On na
nich krzyczy. Wychodzi z po- koju i robi HUK drzwiami. Jak już sobie poszedł, ludzie
zaczynają znowu rozmawiać i są mili. On jest zły. Nienawidzę. Zły Nienawidzę. Zły HUK.

- Przestań!

Nie rozumiem.

- Przestań, Annette! Natychmiast zostaw go w spokoju! Krzyczą. Nic nie rozumiem. Ten
biały podchodzi do mnie i zabiera mi to, co mam w ustach.

Ocknąłem się w swoim gabinecie i natychmiast wszystko zrozumiałem. Przez kilka ostatnich
minut oglądałem świat w potwornie zniekształcającym, roztrzaskanym na drobne fragmenty
zwierciadle zmysłów mojego syna. Jego świat składał się z kawałeczków piękna, przerażenia
i tajemniczości, wymieszanych bez ładu i składu, niepokojących bardziej niż wszystko, co
można sobie wyobrazić. Prawdziwe piekło na ziemi. Zrozumiałem z tego tylko jedno: mój

background image

syn mnie nienawidzi. Spośród wszystkich zniekształconych fragmencików, dziwnych
urywków, które był w stanie pojąć, wykrystalizowało się tylko jedno świadome uczucie:
nienawiść do mnie. Była to jego jedyna prawda i ostateczne objawienie. Byłem zły. Chciał,
żebym umarł.

- Wynoś się stąd. Wracaj do domu i zaczekaj na mnie.

- Przecież kazałaś mi posprzątać mu dom...

- Annette, idź stąd!

Siedziałem na podłodze, mrugając szybko powiekami, niczym ktoś, kogo ocalono przed jego
własnym życiem, i obserwowałem, jak wrzeszczą na siebie dwie kobiety: siwowłosa i
młodsza, która mogłaby być jej córką.

- Dlaczego nie pozwolisz mi skończyć? Daj mi go! Zasłużył sobie na to!

- Wynoś się, Annette. Nie będę już tego powtarzać!

Mój syn. Jego umysł przypominał kamień albo raczej powietrze pełne obłoków, przez które
każdy musiałby spaść i roztrzaskać się na ziemi, a mimo to wiedział, jak mnie nienawidzić.
Pragnął mojej śmierci. Czyżbym naprawdę był taki zły? Czy naprawdę byłem takim
potworem?

- Dla niego, owszem, ale on ma kłopoty ze zrozumieniem większości rzeczy. Pozwól, że ci
pomogę.

Zupełnie opuściła mnie energia. Wcale mi nie przeszkadzało, że siedzę na podłodze.
Musiałem spaść z fotela. Mimo to nie mogłem pozwolić, żeby dźwigała mnie jak worek
kartofli.

- Dupki! - wrzasnęła Annette, po czym wybiegła z pokoju.

Miała rację: naprawdę byłem dupkiem. W dodatku jednym z tych najbardziej parszywych.

- On mnie nienawidzi. Jest do tego zdolny. To zdumiewające. Wydawało nam się, że to
przekracza jego możliwości. Mimo to mnie nienawidzi.

- Znam to uczucie, chłopcze. Kiedy powiedziałam mojej córce, że mam raka, pierwszą rzeczą,
o jaką zapytała, było to, czy sporządziłam testament.

Beenie wyszła z pokoju, a po chwili wróciła z dwiema szklankami soku grejpfrutowego.
Wręczyła mi jedną i poleciła, żebym najpierw się napił, a porozmawiamy później. Byłem taki
pusty i wypalony w środku, że z pewnością zjadłbym szklankę, gdyby mi kazała.
Pociągnąłem niewielki łyk; zimny, kwaskowy płyn opłukał moje wyschnięte gardło.

- Nie pamiętasz? - zapytała, unosząc brwi.

- Co mam pamiętać? Beenie, czy ja naprawdę byłem taki okropny, taki zupełnie do niczego?

background image

- Nie mówię o tym. Nie pamiętasz tej szklanki?

Podążyłem wzrokiem za jej spojrzeniem, ale zobaczyłem tylko zwykłą szklankę. I co z tego?

- I co z tego?

- Naprawdę z niczym ci się nie kojarzy?

Spojrzałem ponownie.

- Nie.

- Boże Narodzenie 1975 roku. Norah chciała, żeby wszystko odbyło się bardzo uroczyście, i
wpadła na pomysł, że przed kolacją napijecie się po drinku, więc kazałeś jej nalać każdemu
po szklance soku grejpfrutowego.

- A potem rzuciliśmy szklanki do kominka, ja pierwszy. Nawet Gerald. Obserwował nas i
zrobił to samo, co my. To były bardzo drogie szklanki. Roberta okropnie się rozzłościła, ale w
końcu rzuciła też swoją. Czuliśmy się jak Rosjanie.

- W twoim życiu było wiele przyjemnych momentów. Nie, wcale nie jesteś takim złym
człowiekiem. Bywałeś niedobry, ale teraz już nie jesteś. Annette wybrała najgorsze chwile.
Łatwo to zrobić, kiedy w grę wchodzi pięćdziesiąt lat różnych chwil. To ona jest zła. Bardzo
zagniewana, a w dodatku niepewna swego.

- Co mam teraz zrobić, Beenie? Jak mogę z nią wygrać?

- Nie możesz. Na tym właśnie polega cały problem. Myślałam, że...

Drzwi gabinetu otworzyły się z trzaskiem i stanęła w nich Annette, mierząc we mnie ręką
wyciągniętą w oskarżycielskim geście.

- Nie obchodzi mnie, co powiesz. Czekałam na to całe lata.

Ruszyła w moją stronę. Nie zdążyłem nawet zastanowić się, co może się zdarzyć, cóż dopiero
mówić o jakiejkolwiek ucieczce, ponieważ tuż za nią tłoczyły się rzeczy. Nie żadne potwory
ani zjawy, tylko rzeczy. Mogłem je rozpoznać jedynie dlatego, że przyprowadziła z sobą całe
moje życie, tyle że pojawiły się w postaci oparów, barw, zapachów, dźwięków, świateł, cieni,
kształtów, aluzji... Za jej plecami kotłowało się moje życie, gotowe do skoku, gotowe zabić
mnie swoją porażającą prawdą. Życie widziane oczami Geralda, moja córka w szkolnej
toalecie, mnóstwo innych rzeczy, o których wiedziałem wcześniej i których nienawidziłem
albo nie chciałem przyjąć do wiadomości. Także te, o których nie wiedziałem, a o których
wiedzieli ludzie. Kłamstwa, w które inni wierzyli, prawdy, w które nikt nie chciał uwierzyć.
Moje pragnienia, o których wiedziałem, że nigdy się nie spełnią. Kłamstwa, którymi
zasypywałem sam siebie, bolesne prawdy, chwile całkowitego zrozumienia, ostre i świeże
niczym mroźne powietrze nad zamarznięta rzeką. Wszystko naraz, z całą swoją energią i siłą.
Łudzimy się, że te rzeczy pozostają w przeszłości i rozpływają się jak mgła, kiedy słońce
mocniej zaświeci, ale tak nie jest. Widziałem je, żywe i pełne siły, i mogę wam powiedzieć,
że nie znikają. Prawda o naszym życiu pozostaje już na zawsze, jak każdy dźwięk, który
opuścił nasze usta. Bez względu na sztuczki, jakie próbuje wyczyniać nasza pamięć.

background image


Z pewnością umarłbym, gdybym musiał oglądać to dłużej. W ciągu kilku sekund zobaczyłem
jednak wystarczająco dużo, żeby zapamiętać to do końca życia. Jeśli się nie mylę, wśród
mnóstwa innych faktów i oczywistości znajdowała się tam także informacja, jak długo ma
jeszcze potrwać to życie.

- Annette! - Beenie machnęła raptownie ręką, jakby rzucała piłeczkę baseballową.
Dziewczyna, a także to, co kłębiło się za nią, zniknęło w okamgnieniu. Beenie zacisnęła
pięści, podniosła je w górę i pogroziła sufitowi. - Znowu! Dlaczego to się znowu stało? Co się
tu dzieje?

Nie bardzo wypadało mi zacząć w tym momencie zadawać pytania, więc siedziałem cicho,
wstrząśnięty do głębi. Beenie jeszcze przez jakiś czas potrząsała pięściami, po czym opuściła
je powoli.

- Przepraszam cię, Scott.

- Ty mnie przepraszasz? Przecież ocaliłaś mi życie!

- Wcale nie. Wykorzystałam cię. - Podeszła i usiadła obok mnie na podłodze. - Dlaczego to
się dzieje, do licha? - szepnęła, ponownie zacisnąwszy pięść, a następnie zwróciła się
bezpośrednio do mnie: - Pamiętasz, jak opowiedziałam ci o tych trzydziestu sześciu ludziach
tworzących Boga? To prawda. Prawdą jest również to, że ja, choć taka głupia, jestem jednym
z nich. Kłamstwo zaczyna się w chwili, kiedy pojawiacie się ty i Annette. Powiedziałam ci
też, że obserwowałam cię od lat. To również jest prawda, tyle tylko, że kierowały mną nieco
inne powody niż te, które ci podałam. Wiele lat temu, kiedy Annette kończyła college,
zobaczyłam ją i natychmiast zrozumiałam, że to ona ma zająć moje miejsce. Wybacz mi, że
nagadałam ci co innego. Skłamałam. - Uścisnęła lekko moją rękę, po czym cofnęła dłoń. - To
nie byłeś ty, lecz Annette. Wiedziałam o tym od pierwszej chwili i podążałam za nią krok w
krok. Dokładnie tak samo jak Nolan za mną. Wreszcie powiedziałam jej o wszystkim i na
pierwszy rzut oka wydawało się, że, o dziwo, od razu mnie zrozumiała. Początkowe egzaminy
zdała bez najmniejszych kłopotów. Potem poszła na uczelnię, zaczęła uczęszczać na twoje
seminarium, napisała powieść, dała ci ją do przeczytania... Sam dobrze wiesz, co było
później.

- Popełniła samobójstwo. - Potrzebowałem kilku sekund, aby znaczenie tych słów utorowało
sobie drogę do mojej świadomości. - Popełniła samobójstwo? Jedna z trzydziestu sześciu
odebrała sobie życie? Jak to możliwe? Przecież Bóg nie...

- Rzeczywiście, On tego nie robi, i na tym polega nasz problem. My także tego nie
rozumiemy. Co gorsza, takie rzeczy zdarzają się częściej, niż myślisz. W przeszłości od czasu
do czasu także popełniano błędy, ale przytrafiało się to tak rzadko, że nie zwracaliśmy na to
większej uwagi. Teraz jednak zaczęło się dziać coś niedobrego. Musimy się dowiedzieć, co
jest tego powodem. Dlatego właśnie ja oraz paru innych otrzymaliśmy polecenie, żeby
sprowadzić z powrotem tych ludzi i albo wyjaśnić, dlaczego tak postąpili, albo przynajmniej
zlikwidować przyczynę, która skłoniła ich do podjęcia takiego kroku. Może wtedy uda nam
się zrozumieć... - Skrzywiła się i westchnęła. - Widzisz, chodzi o to, że jeśli to zrobią, nie
można ich już nikim zastąpić...

- Ludzie wybrani na Boga, którzy to zrozumieli i zaakceptowali, odbierają sobie życie?

background image


- Aha.

- "Aha"? Po prostu "Aha", i już? Co to właściwie znaczy? Jaki to może mieć wpływ na naszą
przyszłość? Przecież musi być ktoś, kto mógłby zastąpić Annette!

- Nie, bo ona nikogo takiego nie znalazła. Ba, nawet sama nie zdała wszystkich egzaminów.
Właśnie dlatego tu jestem. Dlatego sprowadziłam ją do ciebie. Nic nie wiemy.

- Co chcesz przez to powiedzieć? Do licha, przecież wy wiecie wszystko! Jesteście NIM! A
jeśli Bóg się zmniejsza, bo jest was coraz mniej, to znaczy, że zmniejsza się także dobro!

- Masz rację. To powód, dla którego świat ogarnia coraz większy chaos i jest na nim coraz
gorzej.

- Beenie, co ja mam teraz zrobić? Nie należę do wybranych - w porządku, nie mam pretensji,
bo na pewno sobie na to nie zasłużyłem - ale co mam począć z całą tą wiedzą? Jak mam się
zachowywać, wiedząc to wszystko, co wiem? Proszę, zabierz to ode mnie. Machnij jeszcze
raz ręką i zabierz to z mojej głowy. Proszę, zrób to dla mnie!

- Ty przecież wcale tego nie chcesz, Scott. Twoje przeżycia należą wyłącznie do ciebie.
Teraz, kiedy znasz prawdę, postaraj się wykorzystać ją do tego, aby stać się lepszym. To
najrozsądniejsze, co możesz zrobić. Jasne, mogłabym machnąć ręką i zrobić małą
abrakadabrę, ale teraz, kiedy już wiesz o sobie wszystko, masz szansę wykorzystać wielki
potencjał dobra, jaki w tobie drzemie.

- A więc nasz los nie jest z góry przesądzony? Przecież zobaczyłem, kiedy mam umrzeć!

- To tylko jakiś dzień i godzina na ludzkim zegarze. Ile czasu zajmuje napisanie książki?
Niektórym mało, innym więcej. Ile czasu trzeba na ubranie tej prawdy w słowa? Nie mogę
pokazać ci książki, którą napiszesz, ale mogę ci pomóc przy poszukiwaniu i weryfikacji
materiałów.

Pomimo niedawnych przeżyć nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu.

- Weryfikacji?

- Starałam się rozszerzyć słownictwo, żeby dotrzymać ci kroku.

- A więc ty... i twoi ludzie nie zdecydowaliście jeszcze, jaka będzie przyszłość?

Pokręciła głową. Bóg pokręcił głową. Po prostu.

Przełożył Arkadiusz Nakoniecznik

background image

Alarm

(Alone Alarm)


I żyli długo i szczęśliwie. Do cholery, przecież tak właśnie miało być! Spotkali się,
rozmawiali ze sobą, pokochali się, on poprosił, żeby wyszła za niego, a ona zgodziła się...
właśnie tak, jak to się miało zdarzyć.

Ale choć mamy nadzieję, że istnieją jakieś reguły, w rzeczywistości wcale ich nie ma. Gorzej,
bo staramy się postępować zgodnie z tym, co nie istnieje, i kończymy jak on: siedząc w
pustym mieszkaniu, zastanawiając się, gdzie ona może być, co robi w tej właśnie chwili,
pewni, że to, co robi, jest wspaniałe i seksowne, po prostu nieporównywalne z niczym, co
robiła wspólnie z nim.

Widział tego drugiego mężczyznę. O to właśnie chodzi. W publicznym miejscu trzymała za
rękę faceta z brodą a la van Dyck i w dodatku wytatuowanego! Wyglądał na rowerzystę albo
kierowcę ciężarówki, z tych, co noszą czapki z otworkami dla wentylacji.

A przecież zawsze nienawidziła tatuaży! Przynajmniej tak mówiła. Pamiętał nawet, jak się
wyraziła: "Tatuaż jest jak trąd". No a teraz szła za rękę z Panem Trędowatym, podczas gdy jej
mąż siedział w pustym pokoju, gapiąc się w podłogę.

Na dodatek tęsknił za wszystkim, co się z nią wiązało, nawet za tym, czego szczerze
nienawidził. Za jej długimi czarnymi włosami przyczepionymi do białej emalii umywalki na
kształt dziwnie wykaligrafowanych wzorów. Porozrzucanymi nieporządnie kosmetykami
zajmującymi trzy czwarte szafki. Uporem. I tym słodziutkim głosem, kiedy przemawiała do
kota. Po prostu tęsknił.

Próbował wszystkiego, żeby o niej zapomnieć: Bali, drogiej wódki, randek z agencji
towarzyskiej, historii Hioba. Problem jednak w tym, że nie chciał o niej zapomnieć. Nie
chciał przestać myśleć o jej uśmiechu, o jej długich palcach, o tym, jak pogwizdywała,
krzątając się w kuchni. Jeszcze z nią nie skończył.

A dzisiaj była ich rocznica. Cztery lata małżeńskiego szczęścia. Zabrałby ją na kolację i
prawił komplementy. Kupiłby jej prezent - coś ekstrawaganckiego jak na ich możliwości, bo
ostatecznie miłość jest ważniejsza niż stan konta bankowego. Może nawet wziąłby ją w jakąś
podróż. Położyłby dwa bilety na ich małym stole i powiedział: "Jutro będziemy w Londynie".

Kiedy tak siedział i myślał o tym, wydawało mu się, że mieszkanie rośnie i rośnie wokół
niego i wreszcie czuł się jak pośrodku wielkiej stacji kolejowej. W drodze donikąd!

Westchnął, podniósł się i postanowił pójść się napić. Usiądzie sobie w barze i poogląda mecz
w telewizji. Cokolwiek, byle tylko oderwać myśli od niej. Może jego umysł pracujący na
pełnych obrotach ustali, co do cholery ma zrobić z resztą życia.

background image


Na dworze było bardzo zimno i samochód nie chciał zapalić. Trrr... trrr... trrr... gasł raz po
razie. Uchwycił mocno kierownicę przez wspaniałe skórzane rękawiczki, które podarowała
mu na ostatnie urodziny. "No dalej, skurczybyku, nie rób mi tego! Nie dzisiaj". Trrr... trrr...
znowu nic.

Zawsze kiedy silnik nie chciał zapalić, mówiła: "Może go zalałeś". Bo na temat samochodów
wiedziała tylko to, że jeśli zbytnio pompujesz pedałem gazu, zalewasz motor. Więc za
każdym razem, gdy był jakiś kłopot, według niej musiało to być zalanie. Stroił sobie żarty z
tej jej wiedzy, aż wreszcie szczypała go w ramię, żeby przestał. Raz zacięło się okno. Bardzo
poważnie zapytał ją, czy nie myśli, że się zalało...

Oparł głowę na kierownicy. Czuł się tak, jakby przyłożył czoło nie do kawałka plastiku, ale
lodu. Bez cienia nadziei przekręcił kluczyk jeszcze raz i wtedy nagle silnik zaskoczył. Dzięki
Bogu!

W chwili gdy wyjeżdżał z parkingu, zobaczył niesympatycznego sąsiada, nazywała go
"Niedobry Pan Musztarda".

Czy ona naprawdę będzie mu tak towarzyszyć przez cały wieczór? "Może jest zalany",
przezwiska, jakie nadawała ludziom, jej głos, kiedy przejeżdżał koło miejsc, gdzie zwykle
robiła zakupy. Czy to wszystko będzie go torturować?

Nie. Bar, który wybrał, był bardzo przytulny. Przez kilka następnych godzin czuł się tak,
jakby wylądował z powrotem na Ziemi. Przysiadła się do niego duża blondyna o imieniu
Cora, jej chłopak dbał, żeby nie zabrakło im picia. Zaśmiewali się, nawiązując nocną
przyjaźń. Tak właśnie powinno być. Mili dla siebie ludzie, opowiadający historyjki i dowcipy
tak śmieszne, że chichoczesz aż do bólu brzucha. Cory nie tknąłby za nic w świecie, ale był
jej wdzięczny, bo trzy razy powtórzyła, że jest w jej typie.

Kiedy przycisnęło go, by pójść do toalety, i właśnie miał się podnieść, usłyszał za sobą głos:
"Cześć, Cora". Coś szelmowskiego w tonie, jakaś sugestia intymności podpowiedziały mu, że
ten ktoś musiał spędzić z Corą pewien czas w łóżku. Odwrócił się i ku swemu przerażeniu
ujrzał Pana Tatuowanego van Dycka.

- Cześć! Gdzie się podziewałeś? Co żeś ostatnio nabroił? - powitała go najwyraźniej
zachwycona Córa.

Nawet kiedy już zostali sobie przedstawieni, Złodziej Żon nie patrzył na niego, tylko w dekolt
Cory.

- Cześć, jak leci?

W jego głosie słychać było kompletny brak zainteresowania tym, jak leci drugiemu
mężczyźnie.

W porządku, to był właściwy moment! Odpowiednia chwila, żeby stanąć przeciwko tej świni,
przeciwko własnej słabej naturze, przeciwko wszystkiemu, czym kiedykolwiek był i czego
nie zrobił. Wstań. Złap chujka za koszulę, wyciągnij go na środek sali, przyłóż mu. Zrób coś!

background image

Akurat. Nie było w nim nic z Dżyngis-chana, ani jednego chromosomu. Ani Dżyngisa, ani
Johna Wayne'a, ani jaj, ani grandezzy, ani niczego. Niczego dobrego. Złego zresztą też nie -
sama bezbarwność i bezużyteczność. Można to kupować na tony i nawozić tym pole. Siedząc
obok mężczyzny, który ukradł mu żonę, był tylko sobą, potrafiącym jedynie wstrzymywać
oddech i z zaczerwienionymi policzkami zaciskać pięści.

Nawet gdyby wyszedł od razu i tak przebywałby tam za długo. Cały alkohol, który wlał w
siebie tej nocy, gdzieś wyparował i jego błogosławione efekty zniknęły, zanim jeszcze
wyszedł z budynku. Wsiądzie do samochodu i pojedzie. To właśnie zamierzał zrobić. Jechać
przed siebie, by zabić ból i upokorzenie, mijając drogowskazy i stacje benzynowe, jadąc
donikąd. Tego właśnie potrzebował w taką noc.

Miał swoją wielką szansę, ale jedyne, co potrafił, to zaperzyć się. Więc teraz pojedzie. A jeśli
będzie chciał jechać przez całą noc, sam w samochodzie, który nie chce zapalić i przypomina
mu o żonie, niech tam. Będzie jechał całą noc i zobaczy przez szybę samochodu, jak wstaje
świt. A nowy dzień zawsze przynosi nową nadzieję.

Chociaż zrobiło się już wpół do drugiej, parking przed barem był pełen. Zazdrościł tym
wszystkim szczęśliwym pijakom siedzącym jeszcze w środku. Z goryczą stwierdził, że
zazdrości właściwie każdemu, kto nie jest nim.

Zanim zdążył zanurzyć się w pełnię smutku wywołanego tą myślą, usłyszał, jak z tyłu ktoś do
niego podchodzi. Zaczął się odwracać i wtedy poczuł uderzenie w tył głowy. Upadł.

Nie miał żadnych snów. Przeszedł prosto od rejestracji ostrego bólu do pełnej świadomości.
"Gdzie u diabła jestem?" Ale nie mógł wymówić tych słów, bo usta miał zakneblowane, a
ręce związane na plecach.

Panowała kompletna ciemność, ale wiedział, że jest w czymś, co się porusza. To był hałas,
jaki robi samochód. Był w samochodzie. Po kilku sekundach uświadomił sobie, że leży w
bagażniku. Po tym, jak ktoś go uderzył, został związany i wpakowany do bagażnika!

Ogarnęła go panika. Zaczął się szarpać i usiłował krzyczeć, mimo że taśma zaklejała mu usta.
Nigdy w całym swoim życiu nie czuł się równie żywy. Nic nie liczyło się nigdy tak bardzo
jak to, by się teraz uwolnić od taśmy, więzów i bagażnika. Jeśli nie wydostanie się w tej
chwili, oszaleje. I wreszcie coś robił, nie leżał jak owca wieziona na rzeź. Kopał i krzyczał, ile
sił.

Nic się nie stało. Rzucał się, a samochód jechał dalej i choćby nie wiem czego próbował, nic
nie mogło tego zmienić. Szczęśliwie pierwsza fala paniki przeszła, przynajmniej na jakiś czas.

Zastanawiał się, kto u licha chciałby go porywać. Nie miał niczego, nic nie wiedział, nie
dysponował żadną władzą. Jakież Czerwone Brygady, Bractwo Ariańskie, Świetlisty Szlak i
wszyscy mordercy wiedzieli, że w ogóle istnieje? Czy powinno mu to pochlebiać?

Może to jacyś rozwścieczeni Arabowie, którym wystarczyłby jakikolwiek Amerykanin. Albo
sadyści. Zabiorą go do lasu wraz z walizką pełną... no, rzeczy, a kiedy jego ciało zostanie
odnalezione, nawet ci, którzy na niego trafią, odwrócą się chorzy z obrzydzenia. Znowu
zaczął się szarpać.

background image

Na dobre lub złe, w chwilę po tym, jak dopadła go druga fala strachu, samochód gwałtownie
się zatrzymał. Trzasnęło dwoje drzwi. Nikt się nie odezwał, za to usłyszał kroki. Gdzieś
bardzo blisko w zamku obrócił się kluczyk i klapa nad nim skoczyła w górę. Oślepiło go
światło.

- Wysiadaj!

- Nie może, jest związany.

- No taaa.

Oba głosy należały do Amerykanów. I były znajome. Po chwili ktoś go przekręcił na kolana,
a potem, złapawszy go pod ramiona, wyciągnął z samochodu. Ponieważ świecili mu cały czas
prosto w twarz, nie mógł zobaczyć, kto to.

Położyli go na ziemi. Czuł się jak sparaliżowany oczekiwaniem na to, co zaraz nastąpi. Ktoś
kopnął go w bok. Mocne kopnięcie, ale nie mordercze.

- Przestań.

- Dlaczego? Widziałeś, jak on uderzył?

Znowu te znajome głosy. Bardziej niż bólem i strachem jego umysł zajęty był szukaniem
odpowiedzi na pytanie, skąd zna te głosy.

Światło zgasło. Zamrugał, starając się odzyskać zdolność widzenia. Najpierw zobaczył dwie,
potem trzy pary nóg. Jedne były w trampkach. Takich samych, jak te, które nosił jako
nastolatek, wysokich, w czamo-białe paski.

- Zdejmij taśmę. Pozwól mu mówić. Teraz już nie ma znaczenia, czy go usłyszą.

Ktoś zaśmiał się złośliwie.

Trampki zbliżyły się i czyjaś dłoń jednym brutalnym pociągnięciem zerwała taśmę z jego ust.

Mężczyzna krzyknął, ale nie z bólu, tylko dlatego, że tym, który mu zerwał taśmę, był on
sam.

W wieku lat siedemnastu. On jako siedemnastolatek, w trampkach, w wymęczonych
dżinsach, na których matka naszyła mnóstwo łat, i w krzykliwej koszulce polo, którą dostał na
ostatnie urodziny od swojej dziewczyny.

- Niespodzianka, dupku. Witaj w domu.

Siedemnastolatek podniósł się i oparł dłonie na wąskich biodrach.

Od tamtego czasu nabrał sporo wagi. Pamiętał, jak kiedyś kupował spodnie rozmiar 32
zarówno w pasie, jak i długości. To były czasy.

- Spójrz na mnie - odezwał się głębszy głos i nagle zrozumiał, że i ten należy do niego.

background image

Zawsze jesteśmy zdziwieni, słysząc samych siebie z taśmy magnetofonowej. W ciągu
trzydziestu sekund usłyszał siebie dwa razy - z przeszłości i teraźniejszości.

Przestraszony podniósł wzrok i zobaczył siebie wgapionego w siebie. To ja, zrozumiał
natychmiast. I ten szkaradny czerwony sweter. Jego żona upierała się, że świetnie w nim
wygląda.

- Czy wiesz, kim jesteśmy?

Mimo że był oszołomiony, pytanie wydało mu się bezdennie głupie. Ale nie chciał się
narażać, więc tylko skinął głową. Ten drugi odpowiedział mu podobnym skinieniem.

- To dobrze, ponieważ ja nie wiedziałem. Zabrało mi sporo czasu, zanim to zrozumiałem.

- Ja skumałem od razu - oznajmił z dumą siedemnastolatek.

- Zamknij się, dobra? Jeśli jesteś taki sprytny, to jak tutaj trafiłeś?

Podniósł wzrok na swoje dwie wcześniejsze wersje spoglądające na siebie z wściekłością. Ich
wzajemna nienawiść była oczywista.

- A ty, kurwa, na co tak się gapisz? - warknął siedemnastolatek.

Ale leżący na ziemi mężczyzna wiedział, że to blef. Pamiętał, jak mając siedemnaście lat,
bardzo starał się udawać twardziela. Trzymał z grupą łobuziaków najeżonych niczym kaktusy
i niebezpiecznych jak ręczne granaty. Wcale nie odznaczał się odwagą, ale był sprytny i
potrafił oszukać innych, by uwierzyli, że jest jednym z nich, a to wystarczyło.

Zawsze był sprytny, ale teraz, siedząc na ziemi, w tej niewyobrażalnej sytuacji, uświadomił
sobie coś po raz pierwszy - jesteś sprytny i wydaje ci się, że to wystarczy, ale tak nie jest. Do
czego doprowadziły go wszystkie te świetne plany, kłamstwa i udawania, pośród których żył
przez lata? Opuściła go żona, praca, którą wykonywał, okazała się znacznie mniej
interesująca, niż się zapowiadała, mieszkał wciąż na walizkach. Pewna kobieta, z którą kiedyś
pracował, powiedziała: "Spieprzyłam życie do poziomu absolutnej średniej". Kiedy pierwszy
raz to usłyszał, uznał powiedzenie za zabawne. Teraz zrozumiał, że było też prawdziwe. Użył
całego swego sprytu, by jego życie również stało się średnie, i takie już miało pozostać. Na
zawsze.

- Alleluja! Nasz chłopczyk ujrzał światło! - wykrzyknął siedemnastolatek.

Starszy mężczyzna pochylił się, by pomóc mu stanąć na nogi. Głośno zaskrzypiały stawy w
kolanach.

- Witaj w klubie.

Teraz już widział normalnie, a to, co zobaczył wokół siebie, przejęło go dreszczem.

Było ich tak wielu, ubrani w tenisówki i podkoszulki, w garnitury, w bermudy i sandały.
Włosy obcięte na wiele różnych sposobów, twarze od bardzo chudych do wręcz
pucołowatych.

background image


Ale wszyscy byli nim.

Oniemiały wpatrywał się w te różne odmiany samego siebie. To było jak oglądanie albumu.
Oto on w wieku siedmiu, dwunastu, siedemnastu, dziewiętnastu lat. Z długimi paznokciami z
czasu, kiedy poważnie myślał, że będzie zawodowo grał na gitarze. Ze świeżą raną, po tym
jak spadł z roweru, ile wtedy miał? Jedenaście? Wszyscy oni stali na wąskiej polnej drodze o
drugiej nad ranem, wszystkie jego wersje, spoglądające na niego lub rozmawiające cicho
między sobą. Nie słyszał tego, co mówili, ale wiedział, że rozmawiają o nim. Ich twarze
wyrażały całą gamę uczuć, od rozbawienia po obrzydzenie.

Zbierając resztę sił, jaka mu pozostała, wyszeptał z nadzieją, że ktoś mu odpowie:

- Co to jest? Dlaczego się tutaj znalazłem?

- Ponieważ jesteś skończony. Twój czas się wyczerpał. A teraz się tego dowiedziałeś. -
Siedemnastolatek parsknął śmiechem. - Ponieważ jesteś teraz taki sam jak my. Zużyty i
wyrzucony niby niedopałek.

Starszy mężczyzna położył opiekuńczo dłoń na jego ramieniu.

- Prawda. Wszyscy jesteśmy jedną osobą, ale ta osoba dorasta albo starzeje się, czy jak chcesz
to nazwać. Każdy z nas był jakimś etapem, a kiedy ten się skończył...

Siedemnastolatek odsunął go na bok i stanął nos w nos ze skonfundowanym mężczyzną.

- Ja ci to wytłumaczę. Życie jest czymś na kształt paczki papierosów, można powiedzieć. To
proste. W paczce masz dwadzieścia sztuk, zgadza się? Wypalasz jednego, zostaje
dziewiętnaście. Co robisz z niedopałkiem? Rzucasz go na ziemię i zapominasz o nim,
ponieważ się wypalił. Tyle że my się nie wypalamy. Ale nikt o tym nie wie, póki nie trafia
tutaj. Tak jak ty teraz. To wielki sekret życia.

- My wszyscy... - chłopak, na którego twarzy malował się gniew, zatoczył ręką wielki łuk,
obejmując zebranych - tworzymy jedną paczkę. Jedno życie. Jednego człowieka. Ale
dowiadujemy się o tym dopiero wtedy, gdy zostajemy zużyci i odrzuceni. Kiedy jest już za
późno.

- Czyja nie żyję? To znaczy, czy on nie żyje?

- Oczywiście, że nie. Nie bądź takim egoistą. On po prostu wyciągnął z paczki kolejnego
papierosa.

Zarówno chłopak, jak i cała reszta byli zachwyceni tym porównaniem. Gruchnęli śmiechem.

Nie miał się do kogo zwrócić oprócz mężczyzny, który wcześniej łagodnie dotknął jego
ramienia. Jednak i on tylko smutno pokiwał głową, potwierdzając, że wersja chłopca jest
prawdziwa.

Spojrzał na tłum, na siebie samego przez wszystkie minione lata i zrozumiał, że to prawda.
Nie było innego wytłumaczenia.

background image


- Co się ze mną stanie, to znaczy, chodzi mi, z n i m? Z cienia doszedł go rozdrażniony głos:

- Kto to wie? Od nas oczekuje się tylko, byśmy siedzieli i czekali, aż on dołączy do nas.
Stabilizacja.

Stabilizacja! Wszechmocny Boże, kiedy ostatni raz użył tego głupiego słowa? W latach
siedemdziesiątych? Być ustabilizowanym. Ustabilizowana miłość.

Na pomoc!

Pierwsza noc reszty jego życia przeszła nie najgorzej. Chłopak w skautowskim mundurku, on,
rozpalił ogień, inny przyniósł hot dogi i bułki w pudłach. Siedemnastolatek użył swego noża,
żeby je otworzyć. Mężczyźni obsiedli ogień i jedząc, rozmawiali. Niektórzy drzemali,
głównie ci młodsi. Któryś próbował zaintonować jakąś starą pieśń, ale inny kazał mu się
zamknąć, twierdząc, że nie wszyscy ją znają. Świetną stroną tej nocy było to, że
przypominała najwspanialsze klasowe spotkanie po latach. Mężczyźni znali jego życie w
najdrobniejszych szczegółach, więc przez kilka godzin zadawał im niezliczone pytania,
ponieważ sam zapomniał tak wiele. Przypominało to odnajdywanie skarbów, które stracił po
drodze.

Umieli odpowiedzieć na każde z jego pytań. Po jakimś czasie miał w zebranym towarzystwie
swoich faworytów. Ale to było oczywiste. Kto lubi samego siebie przez cały czas? Zawsze
bał się śmierci, ale jeśli tak miał wyglądać koniec, nie było to takie złe. Zaprowiantowanie
zagwarantowane, a wspominki w męskim towarzystwie...

Nie! Te było okropne, przerażające! Jak czekanie na Godota, tyle tylko, że nie było żadnego
Godota ani Boga, na którego można by czekać, jedynie inne wersje jego samego, a jaką
dawkę siebie samego daje się wytrzymać?

I wtedy wyskoczyli z ostatnią niespodzianką. Kiedy pierwsze promienie słońca przebiły się
przez gęsty las, powiedzieli mu, żeby wsiadł do samochodu. Był tak wykończony, wypluty,
że zrobiłby wszystko, co by mu kazali.

Do miasta wzięli go nie ci sami, którzy go stamtąd przywieźli. Siedemnastolatek już kilka
godzin wcześniej zniknął w lesie, a starszy mężczyzna siedział z uśpionym dzieckiem na
kolanach.

W milczeniu jechali w stronę znajomego miasta. Siedząc obok kierowcy, patrzył tępo na to,
co do ostatniej nocy było jego światem. Minęli budynek, w którym mieszkał, a potem miejsce
pracy i to, gdzie grał w kręgle, kościół, w którym brał ślub.

Nie odezwał się aż do chwili, gdy zatrzymali się przed domem, w którym jego żona mieszkała
z wytatuowanym van Dyckiem.

- Nie, naprawdę, ja nie chcę...

- Ciii. Po prostu patrz - powiedział jeden z nich.

Kilka minut później pod dom podjechała błękitna toyota corolla i wysiadł z niej van Dyck.

background image

Najwyraźniej był pijany, a uśmiech na jego twarzy wskazywał wyraźnie, jakim niegrzecznym
chłopcem okazał się tej nocy. Czy spędził ją ze spotkaną w barze Corą? Jaka to zresztą
różnica?

Mimo wszystkich rewelacji ostatniej nocy mężczyzna siedzący obok kierowcy rzucił się w
przód, krzycząc:

- Ty pieprzony skurwysynu.

I wtedy stało się coś dziwnego: van Dyck zatrzymał się i położył dłoń na karku. A potem
powoli odwrócił się w ich stronę.

Kiedy mężczyzna zobaczył twarz van Dycka, złapał ciężko oddech. Ponieważ to też był on,
byli tą samą osobą. Różniła ich jedynie broda, tatuaż i aura. Gdzieś po drodze zmienił się, stał
się człowiekiem poza prawem czy jakimś dupkiem, a może kimś pośrednim. Jak to się stało?
Mężczyzna w samochodzie nie mógł tego zrozumieć. Ale dowód znajdował się o trzydzieści
kroków od niego, trzymał dłoń na karku, z wyrazem niedowierzania w pijanych oczach.

I wtedy zrozumiał nagle, że żona wcale go nie opuściła. Po prostu kochała go nadal jako Pana
Złego. Czy zwariowała? Wszystko w tym facecie krzyczało o kiepskim standardzie,
kowbojskich butach, tanim piwie i braku kontroli. Co gorsza, prawdopodobnie właśnie
spędził noc, zdradzając jedyną kobietę, którą kiedykolwiek kochał. Jak często się to zdarzało?
Jak mógł jej to robić?

Zacisnął pięści i niewiele myśląc, zabrał się do wysiadania z samochodu. Kierowca złapał go
i przytrzymał.

- Nie możesz tego zrobić. To jest zakazane. Przywieźliśmy cię tutaj, byś zobaczył, że ona
wcale cię nie zostawiła.

- Ale dlaczego nie wiedziałem tego wcześniej, w barze? Dlaczego wtedy go nie rozpoznałem?

- Nie możesz, póki nie znajdziesz się wśród nas i nie dowiesz się o wszystkim.

Czuł gniew, miał złamane serce, ale też był dziwnie uspokojony. To była prawda, ona wcale
go nie zostawiła.

Patrzył na tego szczęśliwego kundla po drugiej stronie ulicy, nienawidząc go bardziej niż
kogokolwiek kiedykolwiek na świecie. Nienawidził go, nawet jeśli to był on sam.

A potem nagle coś zrozumiał i jego twarz rozpogodziła się. Zwrócił się do kierowcy:

- Wcześniej czy później on także się zużyje, co? - Pokazał na van Dycka, który właśnie się
odwrócił i szedł w stronę domu.

Kierowca uśmiechnął się porozumiewawczo, tym sprytnym uśmieszkiem, który towarzyszył
mu przez całe życie.

- Zgadza się, i jeśli będziesz chciał, to przyjedziesz po skurwiela, kiedy nadejdzie jego czas.

background image

- Już wkrótce! - krzyknął ten z tylnego siedzenia, unosząc zaciśniętą pięść w znajomym
geście Czarnych Panter. Siedzący z przodu mężczyźni zawstydzeni umknęli spojrzeniem.

Przełożyła Dorota Malinowska


Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Carroll Jonathan Czarny Koktajl
Carroll Jonathan Czarny koktail i inne opowiadania
Carroll Jonathan Czarny koktail i inne opowiadania 2
Carroll Jonathan Czarny Koktail I Inne Opowiadania
Carroll Jonathan Czarny Koktail i Inne Opowiadania
Carroll Jonathan Czarny koktail i inne opowiadania
Carroll Jonathan Czarny koktail i inne opowiadania
Carroll Jonathan Kości księżca
Carroll Jonathan Oko W Oko Niedźwiedziowi
Carroll Jonathan Zaślubiny Patyków
Carroll Jonathan Zbrodnia podobieństwa
Carroll Jonathan Zaslubiny patykow
Carroll Jonathan Dziecko na niebie
Carroll Jonathan Po drugiej stronie
Carroll Jonathan Smutek szczegółów
Carroll Jonathan Oko w oko niedźwiedziowi
Carroll Jonathan Drewniane morze

więcej podobnych podstron