background image

Bethany Campbell

Mężczyzna w ciemnych okularach

(Every Kind of Heaven)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gdy pół roku temu Mollie po raz pierwszy dołączyła do obsady serialu telewizyjnego, 

kobieta grająca rolę doktor Katherine Bleekman odprowadziła ją na bok i ostrzegła:

– To zwariowana praca. Nigdy nie wiadomo, co się za chwilę może zdarzyć. Ale jedno 

jest pewne: jeżeli reżyser zechce cię widzieć w swoim prywatnym gabinecie, miej się na 
baczności. Będziesz miała kłopoty. 

– Kłopoty? – spytała zdziwiona Mollie. Była szczęśliwa, że w ogóle znalazła pracę. 
– W serialu nigdy nie wiesz, co się stanie z graną przez ciebie postacią – mówiła dalej 

kobieta. – Autorzy scenariusza mogą zrobić z tobą coś strasznego bez żadnego ostrzeżenia. 
Szczególnie ci nasi z tego słyną. Ciągle ktoś jest wzywany i dowiaduje się, że już po nim. 

Od czasu tej rozmowy cztery osoby z obsady aktorskiej wezwane zostały do gabinetu, 

aby dowiedzieć się od reżysera, że odtwarzane przez nie postacie mają zostać zabite lub w 
inny sposób wyeliminowane, Znalazła się wśród nich także kobieta, która grała rolę Katherine 
Bleekman. Nieoczekiwana śmierć doktor Bleekman nastąpiła na skutek ukąszenia jadowitego 
węża   z   Gabonu,   ukrytego   w   jej   mieszkaniu   przez   nikczemnego   doktora   Foresta,   jej 
konkurenta.   A   doktorowi   Forestowi   z   kolei   wydarzył   się   jakiś   dziwny   wypadek   przy 
nurkowaniu z aparatem tlenowym i również został wykreślony ze scenariusza. 

Tym  razem wezwanie, którego wszyscy tak się obawiali, otrzymała  Mollie. Siedziała 

pełna   niepokoju   ostatnie   sześć   miesięcy   grała   rolę   Clarice   w   nadawanym   w   porze 
przedpołudniowej serialu „Lekarze i ich szpital”. Clarice przez cały ten czas pozostawała w 
stanie śpiączki. Nie mówiła; nie poruszała Się, nie , wydawała nawet jęku. Krótko mówiąc, 
nie była to porywająca rola, ale zawsze coś, a z gaży można było spokojnie opłacić czynsz. 

– Na zdrowie! – powiedziała, gdy Leon przestał kichać. 
–   Przykro   mi,   że   zdecydowaliśmy   się   na   ten   krok  tuż   przed   Bożym   Narodzeniem   – 

przyznał,   wycierając   nos   w   chusteczkę   –   ale   autorzy   uznali,   że   to   będzie   bardziej 
dramatyczne.   Na   gwiazdkę   mieliśmy   już   śluby,   rodziły   się   dzieci,   doktorowi   Finlayowi 
spłonął  dom,  było  kilka  śmierci  i wypadków,  ale  nigdy jeszcze  na  Boże Narodzenie  nie 
odłączyliśmy nikogo od aparatury medycznej. To będzie pierwszy taki przypadek. Wrażenie 
wywrze niesłychane!

Choć to, co mówił Leon, wydało jej się okropne i bezduszne, skinęła głową, pragnąc za 

wszelką   cenę   wyglądać   na   osobę,   która   przyjmuje   wszystko   z   chłodnym,   zawodowym 
spokojem. 

Mollie  nie odznaczała  się olśniewającą urodą, ale była  kobietą  atrakcyjną:  wyglądała 

świeżo   i   zdrowo.   Jej   długie,   spięte   klamrą,   jasnorude   włosy   bujnymi   falami   opadały   na 
ramiona. Delikatne łuki kasztanowych brwi uwydatniały duże, niebieskie oczy i oryginalny 
kształt usianych piegami kości policzkowych. Wiedziała, że nie jest pięknością, ale ma za to 
charakterystyczną twarz, niski głos o szerokich możliwościach scenicznych i dużą sprawność 
ruchową. 

Zawsze była świadoma tego, że o jej karierze będzie musiała zadecydować nie uroda, lecz 

background image

talent i upór w dążeniu do sukcesu. Ale nie wiedziała jeszcze, jak wiele w życiu aktorki 
zależy   od   zwykłego,   nie   dającego   się   przewidzieć   szczęśliwego   trafu.   Podobnie   jak   w 
przypadku biednej Clarice, jej szczęśliwa gwiazda zdawała się teraz gasnąć. Za chwilę nie 
będzie miała pracy. 

– A więc – kontynuował Leon, oglądając pudełko drażetek wykrztuśnych – będziemy 

potrzebować   cię   jeszcze   przez   dwa   tygodnie.   Potem   będziesz   wolna.   Mam   nadzieję,   że 
znajdziesz interesującą pracę. Naprawdę wierzę w twoje możliwości. Na pewno możesz grać 
role znacznie bardziej ambitne niż rola kobiety w stanie śpiączki. 

– Bardzo dziękuję – powiedziała Mollie i uśmiechnęła się mimowolnie. 
– W każdym razie – dodał, odkładając na bok pudełko drażetek – i tak prosiłaś o kilka dni 

urlopu w święta. O ile pamiętam, wychodzisz za mąż. 

– Tak. – Mollie skinęła głową z ciągle tym samym chłodnym uśmiechem na twarzy. Ale 

nie prosiłam o wieczny urlop, pomyślała ponuro. Michael nie będzie tym zachwycony. Już 
przedtem martwił się o pieniądze i o to, jak przeżyjemy. Bardzo ci dziękuję, Leon. Ciekawe, 
jak byś się czuł, gdyby tobie ktoś zrobił taki gwiazdkowy prezent?

– No proszę – stwierdził Leon – teraz wasz miodowy miesiąc będzie mógł być tak długi, 

jak tylko zechcecie. Wybieracie się w podróż poślubną?

– Tak. Do Nowego Orleanu – odpowiedziała cierpko, myśląc o tym, czy będzie ich nadal 

na to stać, teraz, kiedy została bez pracy. 

– Ach – westchnął Leon. – Nowy Orlean, słońce, palmy,  Dzielnica Francuska, jazz... 

Zazdroszczę ci. Wszystkiego ci zazdroszczę. Twojej młodości, twojego zdrowia. Gdy kończy 
się zdrowie, kończy się wszystko. – Kichnął ponownie, tym  razem tak mocno, że aż łzy 
napłynęły   mu   do   oczu.   Nos   miał   czerwony   i   patrzył   na   Mollie   wilgotnymi   oczami.   – 
Powinnaś   dziękować   Bogu   za   to,   co   masz   –   powiedział   zakatarzonym   głosem.   –   Jesteś 
szczęśliwa. 

Szczęśliwa, pomyślała gorzko Mollie. No właśnie. Błogosławieni niech będą bezrobotni!

Musiało tak się stać, powtarzała sobie, z trudem brnąc do domu przez padający śnieg. 

Zawsze wiedziała, że autorzy – ta banda krwiożerczych wampirów – raczej nie pozwolą na to, 
aby Clarice przeżyła. Nigdy nie obchodzili ich aktorzy. Dbali tylko o to, aby akcja była bez 
przerwy powikłana i aby wciąż  mogły się zdarzać  jakieś  zaskakujące niespodzianki.  Bez 
żadnych zahamowań mordowali swych bohaterów lub pozwalali im ginąć w lawinach, na 
safari, w wybuchających  gdzieś daleko rewolucjach, powodowali u nich zaniki pamięci  i 
rozwój   podwójnej   osobowości   lub   wymyślali   tysiące   innych   fizycznych   i   psychicznych 
cierpień.   No   tak,   pomyślała   Mollie,   otulając   ściślej   szyję   szalikiem,   pomysł   uśmiercenia 
Clarice nie powinien być dla mnie zaskoczeniem. 

A jednak miała nadzieję, że jej bohaterka przeżyje jeszcze przynajmniej trzy lub cztery 

miesiące. Mieli pobrać się z Michaelem w czasie świąt Bożego Narodzenia, za dwa tygodnie, 
gdy tylko skończy on swą pracę magisterską z teorii dramatu. Ślub miał być skromny, bez 
żadnej pompy. Michael przyjechałby do Nowego Jorku prosto z Minneapolis. Na razie nie 
mieli   zamiaru   nikogo   o   tym   zawiadamiać.   Mollie   nie   miała   nawet   zaręczynowego 

background image

pierścionka, – gdyż wspólnie doszli do wniosku, że byłby to niepotrzebny wydatek. 

Jedynym luksusem, na jaki sobie pozwolili, miała być czterodniowa podróż poślubna do 

Nowego Orleanu. Mollie kupiła bilety lotnicze na tyle wcześnie, aby skorzystać ze zniżki za 
wcześniejszą rezerwację. 

Bilety leżały już w specjalnej kopercie, bezpiecznie ukryte w kuchennej szufladzie. 
O tej porze roku w Nowym Jorku szybko zapadał zmrok i zanim Mollie dotarła do swego 

nowego mieszkania, zrobiło się już ciemno. Ciągle jeszcze w myślach nie nazywała tego 
miejsca domem – mieszkała tu dopiero kilka tygodni. 

Otworzyła drzwi, weszła do mieszkania i powiesiła na wieszaku kurtkę, czapkę i szalik. 

Nie   schylając   się   zrzuciła   buty   z   nóg   i   rozejrzała   się   wokół.   Zewsząd   wyzierało 
przygnębiające ubóstwo nagich ścian. Mieszkanie było najwyżej dwa razy większe niż jej 
poprzedni pokój. I przeszło pięć razy droższe. 

Czynsz, czynsz, czynsz... – zdawały się szeptać ściany. Straciłaś pracę... Skąd weźmiesz 

pieniądze na czynsz?

Rozprostowała ramiona. Mogła ponownie podjąć dorywczą pracę kelnerki w kawiarni u 

Greenów.   Gdyby   nie   znalazła   wkrótce   innego   zatrudnienia   jako   aktorka,   przyjęłaby 
jakąkolwiek inną pracę w pełnym wymiarze godzin. Gdziekolwiek. Pracy się nie bała. Nikt 
jej nie obiecywał, że życie aktora będzie łatwe. Oboje z Michaelem wiedzieli, jak trudno o 
angaż, czy porządne honorarium, chociaż podejrzewała, że Michaela bardziej to przerażało 
niż ją. Ale Michael nie powinien bać się o siebie, pomyślała z czułością. Przecież ma talent, 
wielki talent. 

Spojrzała   na   zegarek.   Dochodziła   piąta.   Najwyższy   czas,   aby   przestać   się   nad   sobą 

rozczulać i zacząć działać. Musi zadzwonić do swojej agencji. Podniosła stojący na podłodze 
telefon i wykręciła numer. 

– Agencja Prokopoulos i Wspólnicy? – spytała. 
– Tak? – usłyszała oschły głos Clytie. 
– Clytie? Mówi Mollie Randall, uśmiercają moją postać w „Lekarzach i ich szpitalu”. 

Zostaję tam jeszcze tylko przez dwa tygodnie. 

Clytie była małą, śniadą, impulsywną osóbką. Zaklęła okropnie. 
–   Nienawidzę   autorów   tego   serialu.   To   notoryczni   mordercy.   W   niecałe   pół   roku 

wykończą każdego, komu znajdę tam pracę. Niech będą przeklęci!

– Clytie, jestem zrozpaczona. To przyszło w najgorszym momencie. 
– To zawsze, kochaneńka, przychodzi w najgorszym momencie – powiedziała ponuro 

Clytie. – Wesołych Świąt. 

– Nic się nie szykuje nowego? Jakieś reklamówki, cokolwiek?
– Przecież bym ci powiedziała, kochanie. Chyba po to jestem twoim agentem. Mówię ci 

wszyściutko, o czym się dowiem. 

– Coś stałego – powiedziała Mollie prawie błagalnie. 
– Gdybyś tak mogła znaleźć dla mnie coś stałego, choćby na jakiś czas. 
– Uhm,  dla ciebie  i dla tysiąca innych  aktorów bez pracy – odpowiedziała  Clytie.  – 

Poczekaj. Zobaczymy, co tutaj mamy – Mollie usłyszała szelest papierów. 

background image

– Nie jest tak łatwo znaleźć dla ciebie rolę. Wiesz, z tymi twoimi piegami. No i dlatego, 

że masz niewielką praktykę zawodową. 

– Przecież nie mogę nabrać doświadczenia, dopóki ktoś nie umożliwi mi wykonywania 

zawodu – przekonywała ją Mollie. – Grałam w końcu przez pół roku w serialu emitowanym 
w sieci ogólnokrajowej. Chyba to się jakoś liczy, nawet jeśli odtwarzana przeze mnie postać 
była przez cały czas nieprzytomna. 

– Dobrze, dobrze, poczekaj  chwilę  – mruknęła  Clytie.  – O, tutaj  coś mamy.  Pewien 

drugorzędny teatrzyk przygotowuje musical „Łaźnia”. Potrzebują aktorek. Tylko że do tej roli 
będziesz musiała się rozebrać. 

–  Jestem   aktorką   –  Mollie   starała   się,  aby  zabrzmiało  to  nadzwyczaj   godnie  –  i   nie 

upadłam tak nisko, aby pokazywać swoje nagie ciało. 

– Dobrze, kochaną, dobrze – westchnęła Clytie. – Po prostu się pytam. W porządku. Jutro 

możesz się zwrócić do agencji Palmera. Szukają kobiety z litewskim akcentem. 

– Litewskim? – spytała skonsternowana Mollie. Nie wiedziała nawet dokładnie, gdzie 

leży Litwa, nie mówiąc już o. tym, z jakim akcentem mówią jej mieszkańcy. 

– Kotku, proponuję ci to, co mam – powiedziała bez ogródek Clytie. – Aha, jest tu jeszcze 

zapotrzebowanie   na   osobę   o   zdrowym   wyglądzie   do   reklamy.   Możesz   spróbować.   Nie 
zaszkodzi. Mam tu także notkę o tym, że w jakiejś mydlanej operze jest do obsadzenia rola 
licealistki... No, ale nie. Tam cię na pewno nie przyjmą. Jesteś za wysoka i masz za niski głos. 

– Cokolwiek, Clytie, cokolwiek. Za dwa tygodnie wychodzę za mąż. Ktoś w rodzinie 

musi mieć jakąś stałą pracę. 

– Za dwa tygodnie! – odburknęła Clytie. – To tobie, moja dziewczyno, nie jest potrzebny 

agent.  Potrzebny ci  jest cudotwórca.   Ale popatrzmy  dalej.  Zaraz  po  Nowym   Roku jakaś 
instytucja oświatowa nagrywać będzie serię programów na temat zdrowia. Mają tam kilka ról 
głosowych. Ale oni dużo nie płacą. 

– To nieważne – stwierdziła Mollie. – Daj mi adres i nazwisko osoby, do której trzeba się 

zgłosić. 

– Serdeńko, wiem, że nie chcesz o tym słyszeć, ale naprawdę miałabyś znacznie więcej 

pracy, gdybyś tylko zechciała się czasami rozebrać – kusiła Clytie. 

– Mówiłam ci, że tego nie zrobię. Nie jestem striptizerką. Jestem aktorką. 
– Dopóki masz gdzie grać. A jak nie masz, to już nią nie jesteś – oceniła zgryźliwie 

Clytie. – Powiem ci, kim tak naprawdę jesteś, głuptasku. Jesteś młoda. Jesteś jak dziecko 
zabłąkane w lesie. To nie jest Minnesota. To jest wielkie miasto, siedlisko zła. Czasem trzeba 
iść na kompromis.

– Nigdy – zaprzeczyła Mollie, podnosząc dumnie głowę. 
– Oj, trzeba, trzeba. Kotku, nie chciałabym cię urazić, ale może chociaż ten twój chłopak 

jest większym realistą od ciebie. Wybraliście oboje trudny sposób zarabiania na chleb. 

– Wiem, wiem – powiedziała Mollie. – „Każde światło na Brodwayu to złamane ludzkie 

serce...” znam to i inne podobne kawałki. Ale, Clytie, Michaelowi i mnie musi się udać. Przez 
cztery lata o tym marzyliśmy. 

W słuchawce na chwilę zapanowała cisza. 

background image

– Kochanie – odezwała się wreszcie Clytie – mam nadzieję, że już to kiedyś słyszałaś. 

Marzeniami się nie nakarmicie. 

–   Nieprawda,   nakarmimy   się,   jeśli   będziemy   musieli   –   rzekła   Mollie,   sadowiąc   się 

wygodniej na jedynym stojącym w pokoju zniszczonym meblu. 

Naprawdę tak myślała. Życie bez marzeń nie byłoby niewarte. 
Mollie   spędziła   następny   dzień,   brnąc   przez   pokryte   mokrym   śniegiem   ulice   i 

przeciskając się przez przedświąteczny tłum, w drodze od jednej instytucji do drugiej. 

Zmęczyła   się,   bolały   ją   nogi,   ale   była   w   zasadzie   zadowolona.   Nie   dostała   roli 

wymagającej litewskiego akcentu, a producenci reklamówki powiedzieli jej, że ma za niski 
głos. Ale w końcu szczęście się do niej uśmiechnęło. Dostała pracę przy udźwiękowieniu 
trzech filmów oświatowych o zdrowiu. Jej głos miał być głosem bakterii. 

W porządku, pomyślała wchodząc do domu i kierując się w stronę skrzynek na listy. Nie 

jest to, co prawda, rola Lady Makbet, ale płaca wystarczy prawie na opłacenie miesięcznego 
czynszu. Nie będzie już się czuła tak okropnie, gdy powie Michaelowi, że straciła rolę w 
serialu. Miała przyzwoitą pracę i gotowa była zrobić wszystko, by znaleźć następną, choćby 
miała zedrzeć zelówki. 

Otworzyła skrzynkę na listy. Początkowo z uczuciem zawodu oglądała plik rachunków, 

lecz po chwili poczuła nagły przypływ radości na widok grubej koperty z listem od Michaela. 
Zapomniała o rachunkach, zbliżającym się zgonie Clarice, o poniżającej nieco roli bakterii w 
filmie oświatowym. Chwyciła plik korespondencji i prawie wbiegła po schodach na czwarte 
piętro do swego mieszkania. 

Nie mogąc złapać tchu, z kołatającym sercem weszła do środka i zrzuciła z siebie płaszcz. 

Cisnęła rachunki na brzeg sofy i usiadła na niej w przeciwległym kącie z listem Michaela w 
ręku.   Ciągle   jeszcze   miała   zawiązany   wokół   szyi   szalik,   a   na   głowie   wełnianą,   puszystą 
czapkę, spod której wystawały jasnorude włosy. 

Zrzuciła   buty  i   wtuliła   się   w   kąt.   Niecierpliwie   poruszając   palcami   u   nóg,   otwierała 

kopertę. Uśmiechnęła się, wyjmując z niej cztery złożone kartki listu. Rozłożyła je starannie i 
zaczęła czytać. Nagle jej uśmiech przygasł. Krew odpłynęła z twarzy, uwydatniając piegi. 
Wargi zrobiły się białe. 

„Nie ma sensu tego dłużej ciągnąć – pisał Michael swym drobnym, spiczastym pismem. – 

Nie mogę się z Tobą ożenić, Mollie. Lubię Cię, lecz w głębi serca zawsze uważałem, że nie 
pasujemy do siebie. Znalazłem kogoś innego...”

Przeczytała jeszcze raz pierwszy akapit listu. Każde słowo, które rejestrował jej umysł, 

było dla niej niczym kolejne, paraliżujące uderzenie. 

Michael   nie   chce   się   z   nią   ożenić...   Nie   kocha   jej...   Znalazł   sobie   kogoś   innego... 

Wydawało jej się, że spada w czarną otchłań, rozstając się na zawsze’ z normalnym życiem. 
To, co było dotąd, nie wróci już nigdy. 

Przeczytała resztę listu, choć nie docierała do niej w pełni jego treść. 
Michael pisał, że oboje zbyt różnią się od siebie. Chociaż Mollie zawsze twierdziła, że im 

się   powiedzie,   on   w   głębi   duszy   nigdy  w   to  nie   wierzył.   Uważał,   że   to   mrzonki.   Życie 
młodych, walczących o sukces, aktorów pełne jest biedy i rozczarowań. Michael uświadomił 

background image

sobie ostatecznie, że nie chce, aby stały się one jego udziałem. 

Starał się uwierzyć w jej marzenia. Naprawdę się starał. Lecz w miarę jak zbliżała się 

data ślubu, coraz bardziej był przekonany, że to nie ma sensu. A teraz znalazł kobietę, która 
mu bardziej odpowiada. To studentka, która wkrótce kończy tę samą uczelnię co on. Oboje, 
pisał  dalej,  są  jakby ulepieni  z  tej  samej   gliny:  mają   zainteresowania  artystyczne,   ale  są 
osobami praktycznymi. Ona chce być nauczycielką, a on doszedł do wniosku, że też mu to 
najbardziej odpowiada. Chciałby prowadzić życie spokojne, choć twórcze, w społeczności 
jakiegoś małego college’u. 

Zamiast przyjechać do Nowego Jorku na święta, wybiera się do Corning w stanie Iowa, 

aby poznać rodziców swojej dziewczyny. List kończył się następująco:

„Mollie,   jesteś   wyjątkową   osobą   i   masz   wyjątkowy   talent.   Ale   nawet   wyjątkowym 

osobom   nie   zawsze   się   udaje  to,   o   czym   marzą.   Jest   taka   piosenka   o   kimś,   kto  śni   sen 
niemożliwy do spełnienia. Ja tego robić nie potrafię. Mogę śnić tylko o tym, co możliwe do 
spełnienia. 

Wiem, że to Cię zaboli, i przykro mi z tego powodu, lecz lepiej, żeby stało się to teraz niż 

później. Naprawdę, nie umielibyśmy ułożyć sobie życia we dwoje. Życzę Ci wszystkiego, co  
najlepsze, ale nie mogę iść dalej wybraną przez Ciebie drogą. Wierzę, że życie przyniesie Ci 
wiele szczęścia. Będę zawsze Cię czule wspominał. 

Przykro mi. Michael 
P. S. Szkoda, że wynajęłaś już to mieszkanie, ale może będziesz mogła je podnająć lub  

znaleźć kogoś, kto z Tobą zamieszka. Bilety lotnicze do Nowego Orleanu możesz zwrócić w 
ciągu tygodnia, otrzymując pełny zwrot pieniędzy. Sprawdziłem to za Ciebie.”

Mollie patrzyła na list, nie wierząc własnym oczom. Powinna odczuwać żal, ale była zbyt 

oszołomiona, aby odczuwać cokolwiek. Znali się z Michaelem od czterech lat. Spotkali się na 
drugim roku na wydziale aktorskim.  Zaczęli chodzić ze sobą od czasu, gdy w szkolnym 
przedstawieniu „West Side Story” ona grała rolę Marii a on Toniego, i dopóki nie wyjechała 
do Nowego Jorku, byli nierozłączni. 

Na trzecim roku grali głównie role w musicalu „Król i ja”. Na czwartym ona była Elizą 

Doolittle, a on Henrym Higginsem w „My Fair Lady”. Pomiędzy jednym a drugim musicalem 
brali   udział   w   chyba   sześciu   innych   inscenizacjach,   od   jednoaktówek   do   Szekspira. 
Poświęcali się bez reszty scenie. To wypełniało ich życie. 

Myślała,  że to najzdolniejszy młody człowiek,  jakiego kiedykolwiek  spotkała,  prawie 

geniusz. Oboje byli zauroczeni teatrem, nie rozmawiali ze sobą o niczym innym. 

Michael był nie tylko utalentowany, lecz także przystojny. Nieco tylko wyższy od Mollie, 

za to dobrze zbudowany, poruszał się z wdziękiem zawodowego tancerza. Miał ciemną cerę, 
czarne   włosy   i   oczy,   które   czasem   skrzyły   się   energią,   a   czasem   robiły   wrażenie 
zamyślonych. 

Myślała, że wszystko ich łączy: uczucie, myśli, nadzieje, plany... Myliła się. Od początku 

background image

do końca się myliła. 

Nagle   zdała   sobie   sprawę   z   tego,   że   poczucie   krzywdy,   głębokiej   krzywdy,   jaka   ją 

spotkała, nie jest jedyną emocją, jaką odczuwa. Czuła także złość. 

Jak mógł przez cały czas kłamać, że marzy o przyjeździe do Nowego Jorku? A może sam 

się również okłamywał? Jeżeli miał jakieś wątpliwości, dlaczego zabrakło mu odwagi, by je 
otwarcie wypowiedzieć? Jeżeli miał jakieś zastrzeżenia, to czemu nie był na tyle uczciwy, by 
je czarno na białym przedstawić?

A poza tym, jak mógł być tak przewrotny, by będąc zaręczony z kobietą z Nowego Jorku, 

zalecać się jednocześnie do innej w Minneapolis? Dlaczego człowiek tak utalentowany chce 
zostać nauczycielem? Michael obawiał się Nowego Jorku i bał się szczerze do tego przyznać. 
Był po prostu tchórzem. 

Postanowiła zadzwonić do niego, choć nie bardzo mogła sobie pozwolić na taki wydatek. 

Może   wkradł   się   w   to   wszystko   jakiś   okropny   błąd,   jakieś   straszne   nieporozumienie? 
Nakręciła numer Michaela, ale w słuchawce odezwał się sygnał zajętej linii. 

Michael,   pomyślała   z   odrazą,   wiem,   co   zrobiłeś!   Wyłączyłeś   telefon!   Zawsze   tak 

postępowałeś, gdy chciałeś uniknąć konfrontacji. Boisz się ze mną rozmawiać!

Zbyt wzburzona, by zasnąć, spędziła bezsenną noc. W końcu doszła do wniosku, że choć 

Michael ją bezsprzecznie okłamał, to ona również, myśląc o nim, okłamywała samą siebie. 
Czyż nie wyczuwała w nim zawsze lęku i niechęci przed podejmowaniem ryzyka?

kiego w Tokio, a siostra pracuje w Korpusie Pokoju gdzieś w Ameryce Południowej. 

Podczas tych świąt Bożego Narodzenia na całym kontynencie północnoamerykańskim Mollie 
nie miała nikogo bliskiego. 

Pomyślała ponownie o ojcu i o radach, jakie dawał swym dzieciom. Reguła numer jeden, 

mawiał, jest taka: nigdy nie myśl o sobie jako o ofierze, bo naprawdę staniesz się ofiarą. 
Użalanie się nad sobą to najbardziej destruktywne zajęcie pod słońcem. 

Ojciec także zwykł był mawiać, z nieco przewrotnym błyskiem w oczach, mniej więcej 

tak: gdy ktoś zrobi ci coś złego, Moll, nie odpłacaj mu tym samym. Zamiast tego zrób coś 
przyjemnego...  sobie samej.  W  ten sposób wyrównasz  rachunek.  Pokaż,  że umiesz  nadal 
cieszyć się z życia, to najlepszy rodzaj zemsty. 

Wzruszyła ramionami. Nie, na pewno nie pragnie zrobić czegoś złego Michaelowi. Ale 

czy może zrobić w tym momencie coś, co poprawiłoby jej samopoczucie? Chyba nie. 

Przygryzła wargę. Przypomniała sobie bilety lotnicze w kuchennej szufladzie. Straciła 

pracę i narzeczonego. Jej rodzina rozjechała się po świecie, każdy jest gdzie indziej, w trzech 
dalekich krajach. Święta spędzi samotnie. Wynajmuje mieszkanie, na które jej nie stać i nie 
ma prawie mebli. Przyszłość nie oferuje jej nic bardziej wzniosłego niż rola zarazka grypy. 

Ale nie została pobita całkowicie i nie zrezygnuje z radości, jakie życie może jej jeszcze 

zaoferować. Michael pisał, że może zwrócić bilety i wycofać pieniądze. Zrobi tak – ale tylko 
z jego biletem. 

Zaplanowała sobie tę jedyną świąteczną ekstrawagancję i będzie ją miała! Niech Michael 

odwiedza sobie swych przyszłych teściów w Corning. Ona pojedzie do Nowego Orleanu. Do 
miasta, o którym oboje tak marzyli. A co więcej, będzie się tam wspaniale bawić!

background image

Podeszła do Okna. Widać było  z niego zawsze to samo:  ceglaną  ścianę. Tym  razem 

oświetlało ją delikatne światło zimowego poranka. Padało przez całą noc i śnieg ułożył się 
miękkimi   fałdami   na   gzymsach   budynków.   Zwiewne   przez   wiatr   smugi   śnieżnego   pyłu 
wirowały w powietrzu jak duchy. 

Myślała o Nowym Orleanie, gdzie słońce świeciło nawet w grudniu. Na pewno kwitną 

tam kwiaty, kołyszą się w słońcu korony palm, niebo jest błękitne, powietrze ciepłe, a ulice 
pełne muzyki. 

Pojedzie w podróż poślubną, niezamężna, samotna i... wolna. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Jeśli uważasz, że masz jakieś zmartwienia, mawiał ojciec Mollie, rozejrzyj  się wokół 

siebie. Zawsze znajdziesz kogoś, kto ma większe problemy niż ty. Zainteresuj się nim. Podaj 
mu pomocną dłoń, a okaże się, że jest to najlepsze lekarstwo także dla ciebie. 

Pierwszą   osobą,   jaką   zauważyła   Mollie,   wsiadając   do   zatłoczonego   samolotu,   był 

mężczyzna   siedzący   przy   przejściu   na   samym   przodzie   kabiny.   Poczuła   nagły   przypływ 
sympatii.  Mężczyzna  był  wysoki,  opalony i przystojny.  I z całą  pewnością miał  większe 
powody do zmartwienia niż ona. Był niewidomy. 

Miał na oczach ciemne okulary, a u jego stóp leżał pies-przewodnik. Był to stary, potężny 

owczarek niemiecki z pyskiem przyprószonym siwizną. Leżał z uniesionym łbem, uważnie 
przyglądając się innym pasażerom, a jego bursztynowe oczy miały prawie ludzki wyraz. 

Mężczyzna,   mimo   widomego   kalectwa,   emanował   siłą   i   zdrowiem.   Szare   sportowe 

spodnie opinały się na jego muskularnych udach, a zrobiony grubym ściegiem ciemnozielony 
sweter uwydatniał jego szerokie ramiona. Pod swetrem miał białą koszulę, a śnieżna biel 
rozpiętego kołnierzyka podkreślała brąz opalonej twarzy. 

Mollie domyśliła się, że nie jest on urodzonym nowojorczykiem, który wychował się w 

tym mieście i zdążył przywyknąć do tłumów i ciasnych przestrzeni, do zimowego chłodu, 
pochmurnego, wietrznego nieba i dni bez słońca. 

Ciemne,   gęste   włosy   zaczesane   były   prosto   do   góry.   Miał   kwadratowy   podbródek, 

wyraźnie zaznaczone kości policzkowe i orli nos. Najbardziej niezwykłe wydały się Mollie 
jego usta: ładnie wykrojone, wyrażały opanowanie i samokontrolę, lecz również zmysłowość. 
Siedział  wyprostowany,  z ciemnymi  szkłami  okularów  skierowanymi  ku gładkiej  ścianie, 
znajdującej się naprzeciw jego fotela. Sprawiał wrażenie pogrążonego we własnych myślach. 

Sprawdziła   raz   jeszcze   bilet   i   odczuła   nieoczekiwany   dreszcz   emocji:   niewidomy 

mężczyzna był jej sąsiadem. Zajmował miejsce, na którym podczas tej podróży miał siedzieć 
Michael. 

Schowała   płaszcz   do   skrytki   bagażowej,   znajdującej   się   nad   przejściem,   ostrożnie 

przeszła nad leżącym psem i usadowiła się na wąskim fotelu obok niewidomego mężczyzny. 

– Piękny pies – odezwała się, by mężczyzna zorientował się, że ktoś siedzi obok niego, i 

by przekonać siei czy jest on skłonny do nawiązania rozmowy. 

Odwrócił się do niej z poważnym wyrazem twarzy. 
–   To   jawne   pochlebstwo.   Jest   stary   i   tłusty.   A   zapachy   potrafi   wydzielać   wprost 

zadziwiające. Kliniczny przypadek. 

Mollie zdumiona przyglądała się jego poważnej twarzy, nie wiedząc co odpowiedzieć. 

Nagle dostrzegła na jego opalonych policzkach przebłysk uśmiechu i sama uśmiechnęła się 
radośnie. Zaskoczył ją. Po prostu nie oczekiwała z jego strony żartu. 

– Ile ma lat? – spytała. 
– Wedle jakiej rachuby?  Bo wedle naszej ludzkiej ma trzynaście – odparł. – Ale jak 

przeliczyć   te   lata   na   psi   wiek,   to   będzie   pewnie   około   dziewięćdziesiątki.   Wędruje   na 

background image

chwiejnych łapach w stronę starczej demencji. Ale robi to z klasą. Ma na imię Fritz. A ja 
nazywam się Pearce Goddard. Czy teraz pani uczyni nam obu zaszczyt i przedstawi się?

Uścisnęła wyciągniętą ku niej rękę. Wydała jej się silna, twarda i pulsująca energią. 
– Nazywam się Mollie. Mollie Randall. 
Pogładził palcami kostki jej ręki. 
– Ma pani skórę delikatną jak jedwab. A czy nie ma pani przypadkiem piegów?
Mollie spojrzała na niego zdumiona. W głębi ciemnych szkieł okularów zobaczyła swoje 

własne, pomniejszone odbicie. 

–   Rzeczywiście...   mam   –   odrzekła.   Piegi   były   jej   wiecznym   utrapieniem.   Nigdy 

całkowicie nie znikały, nawet w zimie. Ostatnio, gdy nachodziły ją czarne myśli, zastanawiała 
się chwilami, czy Michael nie przestał jej kochać przez tę trwałą skazę jej urody. 

– I pan jest w stanie to odkryć... dotykając mnie?
– Szczerze mówiąc, po prostu zgadłem. Ale rzeczywiście mam bardzo wyczulony zmysł 

dotyku – powiedział, głaszcząc palcami środek jej dłoni. 

– Także zmysł słuchu. Chce pani usłyszeć coś więcej o sobie?
Mollie skinęła głową i natychmiast uświadomiła sobie, że przecież on tego nie widzi. 

Nieco   zafascynowana   niezwykłym   towarzyszem   podróży   pozwalała   nadal   trzymać   się   za 
rękę. 

– Oczywiście – zgodziła się. – Ciekawa jestem, co pan o mnie potrafi powiedzieć. 
– Pozwoli pani, że się przyjrzę. Proszę wybaczyć niezręczność sformułowania. – Uścisnął 

jej rękę. 

– Budowa kości wskazuje na to, że jest pani szczupła. 
I wysoka. To jest akurat łatwe. Wystarczy wyobrazić sobie, z jakiego poziomu słyszy się 

głos. Pochodzi pani ze środkowego zachodu, o czym świadczy sposób wymowy „r” i czysta 
wymowa samogłosek. Chyba że uczyła się pani dykcji. Najprawdopodobniej zresztą jedno i 
drugie. 

– Niesłychane – zdumiała się Mollie. Jego dotyk wywołał u niej uczucie mrowienia w 

plecach. Wydało jej się to niestosowne. W końcu obchodziła coś w rodzaju żałoby. 

– Ale głos... – zawahał się, niezdecydowanie kręcąc głową. – Pani głos jest nadal dla 

mnie zagadką. Jest aksamitny, ale ma w sobie taką dziwną szorstkość. W każdym razie jest to 
głos bez wieku. Naprawdę nie mam pojęcia, ile pani może mieć lat. 

– Dwadzieścia trzy. – Mollie była tym wszystkim prawie przestraszona. 
– Dwadzieścia trzy. – Pokiwał z aprobatą głową. 
– Aż trudne do wyobrażenia. Tylko dwadzieścia trzy. 
– Jego dotyk stał się jeszcze bardziej intymny. 
– Nareszcie mam pretekst, abyśmy zaczęli sobie mówić po imieniu. 
Musiała mu się wydać śmiesznie młoda. Sam przekroczył już zapewne trzydziestkę. Czas 

zdążył  pogłębić nieco pionowe bruzdy okalające jego usta, a ciemne okulary nie w pełni 
zasłaniały zmarszczki wybiegające przy uśmiechu z kącików oczu. 

Odnalazł palcami jej pierścionek z granatem i zaczął się nim bawić. 
– Nie jest to, jak sądzę, zaręczynowy pierścionek. Zaręczynowego nie nosi się na tej ręce. 

background image

– Nie, nie zaręczynowy – odpowiedziała ściszonym głosem. 
Zaczął znowu gładzić jej dłoń i robił to powoli, jak gdyby delektując się pieszczotą. 
– Mogę już... zabrać rękę? – spytała, wiercąc się’ niespokojnie w fotelu. 
Sprawiał wrażenie, jakby go to zaskoczyło. Albo jakby zapomniał, że ją w ogóle dotyka. 
– Przepraszam – powiedział. Wyraz jego twarzy w niczym jednak nie przypominał miny 

skruszonego grzesznika. 

Mollie mogła nareszcie zająć się czymś innym. Wyświetlono napis: „Prosimy zapiąć pasy 

bezpieczeństwa”. Próbowała to zrobić, ale ponieważ nigdy przedtem nie leciała samolotem, 
przychodziło jej to z trudnością. Wreszcie oba końce pasów dopięły się z lekkim trzaskiem. 
Jej   ojciec,   utrzymując   rodzinę   z   pensji   nauczyciela,   nie   mógł   pozwolić   sobie   na   to,   aby 
podróżowali   samolotem.   Jeździli   wszędzie   samochodem,   albo   wcale.   Do   Nowego   Jorku 
Mollie  przyjechała   także  najtańszym  środkiem  lokomocji:   dalekobieżnym  autobusem  linii 
Greyhound. Teraz perspektywa lotu napawała ją pewnym niepokojem. 

– Wyświetlili już napis o zapięciu pasów? – spytał Pearce. 
–   Tak   –   odpowiedziała.   Przyglądała   mu   się   przez   dłuższą   chwilę,   po   czym   spytała 

niepewnie: – Dasz sobie radę... czy ci pomóc?

–  Gdybyś   była   tak  dobra.  – Bezradnie   wzruszył   ramionami,   a  jego  usta  zdawały  się 

niepewnie uśmiechać. 

– Na każdej linii mają trochę inne pasy. I prawdę mówiąc, nie podróżowałem tak dużo 

samotnie. Mógłbym poprosić stewardessę, ale... jest to dla mnie trochę krępujące. Nie lubię 
zwracać na siebie uwagi. 

Mollie zagryzła wargi. 
– Chętnie ci pomogę – rzekła niepewnie. – Tylko nie bardzo wiem, jak mam to zrobić. 
Musiała pochylić się nad jego smukłym ciałem i po omacku szukać ręką drugiej części 

pasa wzdłuż jego biodra. Znowu okazało Się, że obie połówki trudno zatrzasnąć. Zbyt była 
świadoma tego, że jej bezradne palce znajdują się niebezpiecznie blisko podbrzusza obcego 
mężczyzny. 

Pies podniósł głowę i uważnie ją obserwował, jakby badając; czy nie ma jakichś złych 

zamiarów wobec jego pana. 

– Dokąd lecisz? – spytał Pearce. Jego oddech wprost parzył jej ucho. 
– Do Nowego Orleanu – odrzekła. Wyprostowała się z ulgą, gdy wreszcie udało jej się 

zatrzasnąć klamrę. Dziwnie drżały jej palce. 

– Co za zbieg okoliczności – przyznał. Sprawdził swoje zabezpieczenie, przesuwając się 

do przodu. 

– Słuchaj, czy możesz trochę skrócić mój pas? Jest całkiem luźny. 
– Z przyjemnością – odparła nieszczerze. Zacisnęła zęby i jeszcze raz, półleżąc na nim, 

mocowała   się   z   opornym   pasem.   Ocierała   się   ramieniem   o   ukrytą   pod   swetrem   pierś 
mężczyzny i czuła zapach jego płynu po goleniu. Pachniał sosnowymi gałęziami i dymem 
palonego drewna. 

– Ja też lecę do Nowego Orleanu – powiedział znowu prawie wprost do jej ucha. Czuła, 

jak jego oddech porusza luźne kosmyki jej włosów. 

background image

–   Ach,   tak?   –   spytała,   nadal   manipulując   przy   sprzączkach,   które   nie   chciały   się 

zatrzasnąć. – Masz tam rodzinę?

– Nie. – Jego oddech owiał jej policzek i coraz silniej czuła płynący od niego sosnowy, 

ciepły zapach. 

– Mam się tam spotkać z... pewną osobą. Sposób, w jaki to powiedział, sugerował, że 

chodziło o kobietę. Trudno się temu dziwić, pomyślała. 

– Czy przesiadasz się w Dallas na lot 808? – spytał. 
– Z pasem już ci się prawie udało. Jesteś bardzo zręczna. 
Mollie   westchnęła   z   ulgą,   gdy   pas   zacisnął   się   wreszcie   wokół   płaskiego   brzucha 

mężczyzny. Ponownie rozprostowała się wygodnie w swoim fotelu. Co sprawia, że czuje się 
tak niepewnie dotykając go, nawet mimochodem? Może to, że oprócz Michaela od tak dawna 
nie dotykała żadnego mężczyzny? Próbowała przypomnieć sobie, o co pytał Pearce. 

– Lot numer 808? – spytała z wahaniem. – Tak; Ty też się przesiadasz na ten samolot? 

Skinął potakująco głową. 

– Jak to miło mieć w podróży jakąś przyjazną osobę. Pewniej się dzięki tobie czuję. 

Przemiłe z ciebie dziecko. – Złożył dłonie i ponownie skłonił głowę, jakby spotkała go jakaś 
wielka przyjemność. – Naprawdę przemiłe dziecko...

Mollie miała wielką ochotę odpowiedzieć mu, że absolutnie nie czuje się dzieckiem, a 

ostatniej rzeczy, jakiej mu brakuje, to pewności siebie. Przypomniała sobie jednak przestrogi 
ojca i postanowiła nadal myśleć nie o własnych, lecz o cudzych kłopotach. 

–  Zrobię,  co  będę  mogła  –  powiedziała  po  prostu.  Ktoś  z  załogi   samolotu  stanął  na 

przodzie kabiny i rozpoczął ponury instruktaż, jak zachowywać się na wypadek katastrofy. 
Recytował   przerażającą   litanię   o   tratwach   ratunkowych,   maskach   tlenowych   i   wyjściach 
awaryjnych. Mollie słuchała, raz, po raz przełykając ślinę ze strachu. 

Wreszcie silniki zaryczały tak głośno, że poczuła wibrację kadłuba i rezonacyjne drżenie 

w okolicach kręgosłupa. Samolot zaczął kołować po płycie lotniska, zrazu powoli, a potem 
coraz szybciej. 

Uchwyciła się poręczy fotela tak mocno, jak tylko mogła. Poczuła, jakby ktoś wepchnął 

jej łokieć w żołądek raz, a potem jeszcze raz, gdy startująca maszyna uderzyła podwoziem o 
pas startowy, zanim wreszcie oderwała się od ziemi. 

Pearce przypadkiem dotknął jej ręki i zaraz się cofnął. 
– Przepraszam – powiedział, ale po chwili z powrotem nakrył jej rękę swą dłonią. – O 

Boże, ale jesteś spięta. Nigdy przedtem nie latałaś?

– Nie, nigdy. Ale poczekaj, za chwilę do tego przywyknę. 
Poklepał jej rękę prawie braterskim gestem. 
– Poproś o jakiś tygodnik. Albo pożycz słuchawki i oglądaj film. Jeśli wzięłaś ze sobą 

jakąś książkę, to sobie poczytaj. Całkiem zapomnisz, że jesteś w powietrzu. 

– Dobrze – odparła z wdzięcznością. To, co jej radził, wydawało się rozsądne. Ale po 

chwili zawahała się, gdy pomyślała o nim. On nie może się zająć tym wszystkim, co jej 
proponował.   Trochę   uciążliwe   było   to   jego   ciągłe   zainteresowanie   nią,   ale   może   jednak 
powinna   rozmawiać   z   nim   podczas   podróży?   Inaczej   spędzi   trzy   godziny   samotny   i 

background image

pogrążony w ciemności. 

– A ty co będziesz robił? – spytała. – Mogę ci w czymś pomóc? Nie chcę, żebyś... żebyś 

tak po prostu... siedział. 

Uśmiechnął się do siebie i założył nogę na nogę. 
– Nie przejmuj się mną. Oglądaj swój film, a ja będę oglądał swój. Wyświetlam go sobie. 

Mam ekran na wewnętrznych powierzchniach powiek. Nigdy czegoś takiego nie robiłaś?

Mollie   patrzyła   na   niego   zdumiona.   To   niesamowity   człowiek,   pomyślała,   pełen 

niespodzianek. Nigdy kogoś takiego nie spotkała. 

– Wyświetlasz sobie film? – spytała. – O czym? O czym tylko zapragniesz?
Odchylił głowę na oparcie fotela. Ciemne okulary zdawały się patrzeć donikąd. 
– Nie. To zawsze ten sam film. O krecie. 
–   O   krecie?   –   spytała   Mollie,   prawie   nie   zauważając,   że   samolot   przechylił   się   na 

skrzydło, kończąc kołowanie nad lotniskiem. 

– Chodzi o takiego kreta jak w filmach szpiegowskich? Agenta, który infiltruje obcą 

siatkę? Leniwie pokręcił głową. 

– Nie. O zwykłego, odżywiającego się owadami małego ssaka. Mój kret jest po prostu 

zwierzątkiem. 

Mollie uśmiechnęła się. Była rozbawiona i jednocześnie nieco zakłopotana. 
– Dlaczego akurat film o krecie? Cóż to za dziwny pomysł?
– Bo po prostu uwielbiam ten film – powiedział z wyrazem zadowolenia na twarzy. – No 

właśnie. Już leci czołówka z napisami, wchodzi temat muzyczny... 

Pies popatrzył na niego, potrząsnął łbem, westchnął i położył siwiejący pysk na łapach. 

Zamknął swe bursztynowe ślepia i prawie natychmiast zaczął pochrapywać. Chrapał głośno, a 
od czasu do czasu z głębi jego brzucha wydobywały się dziwne burczące odgłosy. 

Samolotem mocno rzuciło, lecz Mollie nakazała sobie zachowanie spokoju. Lot miał być 

przygodą; należało się nią cieszyć, a nie denerwować. Była wreszcie w drodze do Nowego 
Orleanu, tak jak to sobie zaplanowała. 

Jej ojciec wielekroć mawiał: pamiętaj, Mollie, życie rzadko układa się zgodnie z naszymi 

oczekiwaniami. Nie wymyślaj go sobie. Przyglądaj mu się raczej i ciesz się z tego, co jest w 
nim   niezwykłe.   Bo   na   tym   polega   jego   największy   urok,   że   potrafi   być   bardzo,   bardzo 
dziwne. 

W   porządku,   pomyślała   Mollie   z   filozoficznym   spokojem.   Nauczę   się   cieszyć   tą 

dziwnością. 

Po chwili zamknęła oczy i po prostu usnęła. 

Obudził   ją   niewyraźny   komunikat   nadawany   przez   skrzeczący   głośnik.   Poczuła   się 

speszona i zażenowana, gdy uświadomiła sobie, że cały czas spała miękko przytulona do 
Pearce’a Goddarda, z głową opartą na jego ramieniu. 

– Ojej... przepraszam – powiedziała prostując się. – Nie chciałam ci... 
– Naprawdę w niczym mi to nie przeszkadzało – przerwał jej z poważnym  wyrazem 

twarzy. – Słyszałaś, co mówił pilot? Będziemy mieli kłopoty. 

background image

– Kłopoty? – spytała, blednąc ze strachu! Natychmiast przypomniały jej się wszystkie 

pouczenia o tratwach ratunkowych, maskach tlenowych i wyjściach awaryjnych. Ponownie 
wczepiła się palcami w poręcze fotela. – Grozi nam katastrofa?

Poruszył   dziwnie   ustami,   ale   znowu   nie   mogła   się   zorientować,   co   chciał   przez   to 

wyrazić. 

–   Nie.   To   byłby   dramat,   ale   przynajmniej   krótki.   Nas   czekają   przewlekłe   kłopoty.   I 

znacznie bardziej nudne. Lotnisko w Dallas jest zablokowane. Będziemy mieli przynajmniej 
godzinę opóźnienia z powodu złej pogody. I jeszcze gorszej prognozy. 

Mollie odczuła chwilową ulgę, ale po chwili zdenerwowała się ponownie. 
– Ale przecież już odlot był opóźniony. A teraz następna godzina i... 
– I tracimy połączenie z Dallas. Chyba że tamten lot także przełożą. 
Pearce skrzywił się trochę. 
– Pilot mówił, że na całym południu jest fatalna pogoda. Jak już wylądujemy, możemy 

trafić w Dallas na niezły diabelski młyn. Nie wiadomo, kiedy uda nam się stamtąd wydostać. 

– Wydostać? – spytała przerażona Mollie. – Myślisz, że możemy tam spędzić całą noc?
– Moja droga – stwierdził sucho – to byłoby wyjątkowe szczęście. Jak źle pójdzie, to 

możemy tam spędzić parę dni. 

– Parę dni? – Mollie nie próbowała już nawet ukryć paniki. 
– No pewnie. – Niecierpliwie wzruszył ramionami. 
– Bywa tak i nie należy to do przyjemności. Nigdy ci się nic takiego nie przytrafiło?
– Nigdy. 
– No już dobrze – powiedział – trzymajmy się razem. Oboje próbujemy dotrzeć do tego 

samego miejsca. Będziemy sobie nawzajem pomagać, okay”!

– No pewnie – odrzekła z wdzięcznością. Może i był  podrywaczem,  ale potrafił być 

również na swój nonszalancki sposób rycerski. 

– Słuchaj – zaczął – czy możesz dla mnie coś zrobić?
– Z radością – odparła. – Zrobię wszystko, co zechcesz. 
Pokręcił głową i smutno się uśmiechnął. 
– Panno Randall, dziewczynie, która ma taki głos, nie wolno nigdy, przenigdy mówić 

mężczyźnie, że zrobi wszystko, co ten zechce. Serce może mu pęknąć z nagłego przypływu 
radości. 

– Przecież nie to chciałam powiedzieć – obruszyła się lekko. Był to naprawdę najbardziej 

niepokojący mężczyzna, jakiego dotąd spotkała. Chwilami zupełnie nie do zniesienia!

– A to szkoda – powiedział z udawanym westchnieniem – ale nie przejmuj się. Chciałem 

cię tylko prosić o to, żebyś za wszelką cenę ściągnęła tu stewardesę i poprosiła o filiżankę 
kawy.   Zwykle   nie   jem   i   nie   piję   w   samolocie.   Za   dużo   z   tym   zachodu.   Ale   kiedy 
przygotowuję się do walki, muszę zaopatrzyć mój organizm w zapasy kofeiny. 

– Bardzo chętnie – odrzekła. 
– I jeszcze chciałem cię prosić, żebyś mi pomogła nie oblać kawą psa. Zawsze wprawia 

go to w paskudny nastrój. 

Mollie zamówiła kawę. Weszli nad Teksasem w strefę turbulencji i samolotem mocno 

background image

rzucało. Starała się więc rzeczywiście pomóc Pearce’owi trzymać filiżankę. Nie mogła przy 
tej okazji uniknąć dotykania jego silnych, opalonych palców, a raz nawet otarła się kostkami 
rąk o jego ciepłe wargi. 

Oblali psa kawą tylko raz. Oburzony tym  afrontem spojrzał na nich z wyrzutem, jak 

gdyby tylko on z całej trójki potrafił zachowywać się poważnie. 

Dallas jest jednym z głównych węzłów komunikacji lotniczej w Stanach Zjednoczonych i 

jakiekolwiek kłopoty w tym miejscu powodują poważne zakłócenia w ruchu lotniczym na 
terenie całego kraju. 

Na lotnisku rozpętało się piekło. Z powodu złej pogody większość przylotów i odlotów 

była   opóźniona   i   dworce   wypełniły   niezliczone   rzesze   podróżujących   w   świątecznym 
szczycie  ludzi, którzy pragnęli tylko jednego: jak najszybciej  stąd się wydostać i dotrzeć 
wreszcie do celu swojej podróży. 

Co   więcej,   katastrofa   pogodowa   nie   dotknęła   wyłącznie   Dallas.   Mollie   i   Pearce 

dowiedzieli się wkrótce, że wichury i burze śnieżne – prawdziwa anomalia klimatyczna – 
nawiedziły całe południe Stanów. 

Atlanta,   następny   główny   węzeł   komunikacyjny,   całkowicie   zawiesiła   ruch   lotniczy. 

Zamknięte były również lotniska w Memphis, Miami, Tampa, Mobile i Houston. Śnieg padał 
w Orlando,  w San Antonio  temperatura  spadła  poniżej  zera.  Nawet w  Nowym  Orleanie, 
mieście   położonym   w   prawie   podzwrotnikowej   strefie   klimatycznej,   pokryte   lodem   i 
śniegiem lotnisko było częściowo sparaliżowane. 

Podczas   gdy   Pearce   usiłował   uzyskać   jakieś   informacje   od   obleganego   przez   ludzi 

pracownika portu, Mollie rozglądała  się wokół w osłupieniu.  Obraz przypominał  scenę z 
filmu   wojennego,   gdy   tysiące   zdesperowanych   ludzi   próbuje   bezskutecznie   uciec   z 
oblężonego miasta. 

Muszę to wszystko zapamiętać, myślała Mollie. Nigdy jeszcze nie widziała tłumu, w 

którym   kipiały   tak   rozmaite   emocje.   Jako   aktorka   powinna   to   wszystko   zarejestrować   i 
przechować w pamięci. 

Wszędzie było pełno ludzi. Zajmowali wszelkie siedzące miejsca, stali oparci o każdy 

wolny kawałek ściany, a czasem nawet leżeli na ziemi ze zwiniętymi płaszczami pod głową, 
starając się choć na chwilę usnąć mimo panującego wokół przeraźliwego zamętu. 

Pearce odwrócił się od okienka kasy biletowej. Mollie zrobiła krok w jego kierunku i 

ujęła go pod rękę. Miał na sobie lekką kurtkę z flanelową podpinką, a ona wychodząc z 
samolotu, założyła płaszcz. 

– No i jaka sytuacja? – spytała. 
Przyciągnął ją bliżej do siebie. Drugą ręką naprężył mocniej uprząż Fritza. 
– Trzymaj się blisko mnie. Zmienili stanowisko odprawy dla naszego lotu. Teraz jesteśmy 

przy bramce numer dwa. Musimy się dostać do bramki numer trzydzieści sześć. To kawał 
drogi. Mamy mało czasu i niełatwo będzie przedrzeć się przez tłum. 

Ujęła go mocniej pod ramię. Uniosła głowę, aby na niego spojrzeć. Był jeszcze wyższy, 

niż przypuszczała: mógł mieć około metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Serce biło jej mocno, 
podczas gdy Pearce sprawiał wrażenie spokojnego i pewnego siebie. Fritz nie spuszczał oczu 

background image

ze swego pana, z całkowitą obojętnością odnosząc się do otaczającego ich zamieszania. 

– Słuchaj, Fritz zna komendy kierunkowe: ‘w prawo, w lewo, naprzód. Powiedz mi, jak 

dostać się na stanowisko trzydzieści sześć, i on już nas tam zaprowadzi. 

Mollie studiowała dziesiątki zwieszających się z sufitu tabliczek informacyjnych. 
– Musimy iść prosto. – Zorientowała się wreszcie. 
– Naprzód! – wydał komendę Pearce. – Prowadź. Zaczęli przedzierać się przez tłum z 

szybkością i precyzją, która ją zdumiała. Już po chwili jej dotychczasowy respekt dla psa 
zmienił się niemal w trwożliwy podziw. Fritz potrafił odnaleźć w ludzkiej ciżbie szczeliny, 
których   człowiek   by   nie   zauważył.   Równie   szybko   sygnalizował   wszystkie   możliwe 
przeszkody. Z postawionymi uszami, jak tkackie czółenko prowadził ich ze zdumiewającą 
prędkością   przez   gęsto   utkany   ludzki   tłum.   Bezbłędnie   wynajdywał   drogę   w   gęstwinie 
ludzkich nóg, robił uniki, kluczył, omijał, szedł zygzakiem – ale stale posuwał się naprzód, 
utrzymując polecony kierunek. – Staraj trzymać się trochę za mną – poradził jej.

– Fritz nie jest przyzwyczajony, aby prowadzić dwie idące obok siebie osoby. 
Zaczęło  brakować jej  tchu.  Dostrzegła  następną tablicę  kierunkową  i powiedziała,  że 

muszą   skręcić   w   lewo.   Pearce   powtórzył   komendę   psu.   Natychmiast   skręcili   pod   kątem 
prostym i gnali dalej. 

– O Boże – wysapała – ale jesteście szybcy. Chyba dlatego, że inni nie mają tutaj psów-

przewodników. 

Uśmiechnął się do niej. Był to szeroki, jasny uśmiech z odrobiną pobłażliwości. 
 Trzeba go było znać, kiedy był młody. Gdybyś zechciała, przeprowadziłby cię na drugą 

stronę zatłoczonej  Times  Square w sylwestrowy wieczór. I masz rację, nie każdy potrafi 
nadążyć za psem. Niektórzy uważają, że jest z nim za dużo kłopotu. Chyba po prostu nie lubią 
psów   albo   im   nie   ufają.   Ja   jednak   myślę,   że   dla   psów-przewodników   powinno   być 
zarezerwowane specjalne miejsce w niebie. I to miejsce z bardzo dobrym widokiem. 

Pomysł był dziwaczny, ale bardzo jej się spodobał. 
Uśmiechnęła się i spytała:
– A co powinny widzieć psy ze swego nieba?
–   Pewnie   kocie   niebo.   –   Wzruszył   ramionami.   –   Kto   to   zresztą   wie?   Jeżeli   się   tam 

dostaniemy, trzeba się będzie spytać na miejscu. 

Fritz zrobił unik, gdy z tłumu wypadło nagle dwoje dzieci i człowiek dźwigający trzy 

pudła z napisem: „Uwaga! Żywe kraby!”. 

Mollie usunęła się, aby nie zderzyć się z posiadaczem tego dziwnego ładunku. Dostrzegła 

kolejne strzałki kierunkowe. 

– Znowu w lewo – zawołała. 
Gdy wreszcie dotarli do celu, była. bez tchu, miała miękkie ze zmęczenia nogi i sucho w 

ustach. 

– Jesteśmy na miejscu. Kolejka do kasy jest wprost przed nami. Ale wiesz co, Pearce? 

Tutaj jest taki sam tłok jak tam. Wszyscy dookoła są niespokojni, przygnębieni i zrzędliwi. 
No i, oczywiście, nie ma gdzie usiąść. 

Zamilkła   na   chwilę,   śledząc   tablicę,   na   której   wyświetlano   zapowiedzi   odlotów   i 

background image

przylotów. 

– O Boże! – krzyknęła, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Nasz lot jest zawieszony. I 

nawet nie podają żadnego konkretnego terminu. Cały ten pośpiech na nic. Szlag by to trafił!

Pearce sprawiał wrażenie, jakby zupełnie się tym nie przejął. 
– Daj mi swój bilet – polecił spokojnie. – Załatwimy oba za jednym zamachem. Poza 

tym, nigdy sama tego nie robiłaś, a ja mam pewną wprawę. 

– Ale dlaczego? – nie zgadzała się. – Przecież sama mogę to załatwić. Już dosyć się 

nastałeś w poprzedniej kolejce. 

Wyciągnął przed siebie rękę. Poczuła na ramieniu mocny i pewny uścisk jego dłoni. 
– Zawarliśmy umowę, prawda? Pomagamy sobie nawzajem w tej podróży. Podział pracy 

jest taki, że ty i Fritz załatwiacie mi moje widzenie, a ja załatwiam resztę. Proszę cię, bądź 
zwiadowcą i zorientuj się, gdzie tu jest najbliższy bar. Gdy uda mi się dowiedzieć, kiedy się 
stąd wydostaniemy, chciałbym to oblać. Najlepiej piwem. 

– W porządku. Umowa stoi, pod warunkiem, że to ja będę płacić – zadecydowała. 
– O to będziemy się spierać, jak załatwisz już to piwo, a ja lot – odparł. Uścisnął jeszcze 

raz jej ramię, cofnął rękę i odwrócił się w stronę okienka kasowego. 

Popatrzyła   najpierw   na   niego,   a   potem   na   Fritza.   Stary   pies,   który  tak   niestrudzenie 

prowadził ich przez tłum, wyglądał na skrajnie wyczerpanego. Zwiesił nisko łeb; oddychał 
ciężko, sapał, robił bokami. Jego potężne łapy drżały.

– Czy psu się przypadkiem coś nie stało? – spytała przejętym głosem. – Wygląda na 

strasznie zmęczonego. 

– Nic mu nie będzie. To zuch – odparł Pearce nie odwracając się. 
Ponownie spojrzała na psa. Miał półprzymknięte ze zmęczenia oczy. Z siwego pyska 

zwisał mu język. Jest już tak bardzo stary, pomyślała. Ciekawe, jak długo obaj trzymają się 
razem. Pewnie od lat, od momentu, gdy młody pies przeszedł odpowiednią tresurę. Jakie to 
okropne, kiedy takie wierne zwierzę zaczyna się starzeć i niedołężnieć. Jak się będzie czuł 
Pearce w momencie, w którym okaże się, że pies nie jest już w stanie wykonywać swych 
obowiązków? A co w ogóle dzieje się ze starymi psami niewidomych? I jak trudno będzie 
Pearce’owi przyzwyczaić się do nowego psa po tylu latach spędzonych z Fritzem... 

– Ciągle tu jeszcze jesteś? – spytał Pearce ze zniecierpliwieniem. – Miałaś być na tej 

wyprawie  zwiadowcą. Piwa, kobieto! Piwa, w imię  wszystkiego,  co święte!...  Albo i nie 
święte – dokończył po pauzie. 

– Zrobię, co będę mogła – przyrzekła i wślizgnęła się w tłum, pozostawiając towarzysza 

podróży ze zmęczonym psem u boku. 

Udało jej się w końcu znaleźć w pobliżu mały bar. Wszystkie miejsca były, oczywiście, 

zajęte i wielu gości oczekiwało, aż jakieś się zwolni. Nie miała pewności, czy w ogóle im się 
uda dopchać do kontuaru. 

Przedostała się z powrotem przez ludzkie kłębowisko i choć w pobliżu kas również nie 

było żadnych siedzących miejsc, udało jej się znaleźć kawałek wolnej przestrzeni przy filarze 
na środku sali. Był to dobry punkt obserwacyjny. Widziała stamtąd Pearce’a w ciemnych, 
zasłaniających   mu   oczy   okularach,   górującego   nieco   nad   tłumem.   Wyraz   twarzy   miał 

background image

spokojny i zdecydowany. 

Odchyliła głowę w tył, opierając ją o filar. Zamknęła oczy i westchnęła. Parę godzin temu 

miał się odbyć jej ślub, a teraz miała być jej noc poślubna. Zamiast spędzić ją z mężem w 
hotelu w Nowym Orleanie, spędzi ją prawdopodobnie złapana w pułapkę lotniczego korka na 
lotnisku w Dallas. A jej jedynymi  towarzyszami  będzie niewidomy mężczyzna, o którym 
prawie nic nie wie, i stary pies, o którego się martwi. Nie ma już obok Michaela. I nigdy go 
już nie będzie... 

Spojrzała ponownie na Pearce’a Goddarda. I nagle z gorzką ironią uświadomiła sobie, że 

w całej tej awanturze bardziej może polegać na tym niewidomym mężczyźnie, niż mogłaby 
polegać na Michaelu. Ten przynajmniej wie, jak się w tym wszystkim zachować. A Michael 
byłby w takiej sytuacji jak ona. Nigdy nie był tak daleko od domu i nigdy w życiu nie latał 
samolotem. Panujący tu chaos byłby dla niego czymś strasznym. Nie znosił jakichkolwiek 
zakłóceń,   opóźnień,   kłopotów,   a   nie   znane   miejsca   i   sytuacje   wprowadzały   go   w   stan 
skrajnego zdenerwowania. 

Koniec, powiedziała sobie stanowczo, nie będę o nim więcej myśleć, ani dobrze, ani źle. 

Zamiast tego lepiej zastanowić się, w jaki sposób można pomóc Pearce’owi i jego staremu, 
zmęczonemu   psu   dotrzeć   bezpiecznie   do   Nowego   Orleanu.   Dosyć   zamartwiania   się 
Michaelem!

Pearce najwyraźniej wykłócał się o coś z jednym z kasjerów. Odniosła wrażenie, że w 

końcu dopiął swego. Odszedł od okienka i zatrzymał się. Wiedziała, że czeka na nią. 

Pośpiesznie przedostała się do niego i położyła mu dłoń na ramieniu. Nawet przez kurtkę 

dało się wyczuć twardość jego mięśni. 

– Wiesz, kiedy odlatujemy? 
Załatwiłeś miejsca?
– Ja tak – odpowiedział. – Ale ciekawe, czy ty załatwiłaś najważniejszą sprawę – miejsce 

gdzie można by napić się piwa?

– Tędy; prosto, pięćdziesiąt metrów stąd, ale jest tam straszny tłok. Kiedy uda nam się 

stąd wydostać? – spytała ponownie. 

Wydał Fritzowi komendę i znowu, prowadzeni przez psa, szybko i bez kolizji przedzierali 

się przez tłum. 

– Lotnisko w Nowym Orleanie jest oblodzone i nie bardzo umieją sobie z tym poradzić. 

Nie   byli   na   to   przygotowani,   ale   będą   próbowali   przyjąć   dwa   samoloty.   Jeden   ma 
wystartować stąd za pół godziny,  drugi za półtorej. Udało mi się załatwić bilety dla nas 
obojga na ten późniejszy lot. Ale musiałem  się strasznie wykłócać;  bo upierali  się, żeby 
wysłać   mnie   wcześniej.   Ze   względu   na   to.   –   Lekceważącym   gestem   uderzył   palcami   w 
oprawkę swych ciemnych okularów. 

– Ale dlaczego się nie zgodziłeś? Powinieneś tam dotrzeć jak najszybciej – powiedziała, 

przywierając do niego bliżej w obawie, żeby tłum ich nie rozłączył. – Przecież ktoś tam na 
ciebie czeka. 

– Ten ktoś – uśmiechnął się dwuznacznie – miał przylecieć z Tampa. A stamtąd nie 

wystartował dzisiaj żaden samolot. I nieprędko wystartuje. Mają tam pogodę dwa razy gorszą 

background image

niż tutaj. Nikt więc na, mnie nie będzie czekał. I myślę. , że będę mógł skorzystać z twojej 
pomocy. 

Wolną ręką poszukał jej dłoni i uścisnął ją lekko. Poczuła, jak przepływa przez nią fala 

ciepła. Ucieszyła się, że ma do niej zaufanie. 

– Oczywiście – odpowiedziała. – Przecież ty pomagasz mi nie mniej niż ja tobie. Ale jak 

ci się udało załatwić, że nas nie rozdzielili?

–  Po prostu  – uśmiechnął   się  ironicznie   – powiedziałem   im,  że  jesteśmy  w   podróży 

poślubnej. 

Dotknęło  ją to  boleśnie.   Całe  uczucie   ciepła   i  bliskości  nagle  zniknęło.   Odrętwiała  i 

napięta zatrzymała się w pół kroku. 

– Co? – spytała z wyraźną pretensją, jakby domagając się dalszych wyjaśnień. 
Pearce zatrzymał się także. Pies odwrócił łeb i popatrzył na nich ze zdziwieniem. 
– A co w tym złego? – odrzekł, marszcząc brwi. 
– Czy sam pomysł wydaje ci się odrażający?
– Przecież to kłamstwo – udało jej się wyjąkać. Czuła, że drży ze zdenerwowania. Co 

gorsza, pomyśl  lała, kłamstwo  dotyczyło  tego, o czym  tak bardzo chciała zapomnieć:  jej 
własnej podróży poślubnej. 

–   Małe,   niewinne   kłamstwo   dla   naszego   wspólnego   dobra   –   stwierdził   sucho.   –   W 

miłości, na wojnie i w korkach lotniczych wszystkie chwyty są dozwolone. 

Nie, pomyślała Mollie, patrząc w ciemne szkła jego okularów. W miłości nie wszystkie 

chwyty   są   dozwolone.   Przypomniała   sobie   tysiąc   drobnych   nieszczerości   i   niedomówień 
Michaela, które doprowadziły w końcu do ostatecznej zdrady. 

–   Nienawidzę   kłamstw   –   powiedziała   starając   się,   aby   jej   głos   zabrzmiał   normalnie. 

Zadowolona była, że Pearce nie może widzieć jej twarzy. Wyglądała na skrajnie wzburzoną i 
wiedziała, że jej reakcja jest nieadekwatna do sytuacji. Przypadkowy incydent wydobył na 
powierzchnię długo tłumione emocje. 

– Nienawidzę, gdy ktoś kłamie. Wszystko jedno czy bardzo, czy trochę, czy w dobrych, 

czy w złych intencjach. Najbardziej szczytne powody nie usprawiedliwiają kłamstwa. 

– No, trudno, stało się. Nie przejmuj się. Sądząc z tonu twojego głosu, tobie też dobrze 

zrobi, jak się napijesz. Gdzie jest ten bar?

– Na lewo – powiedziała z rezygnacją. Nie powinna była zareagować tak ostro. Skąd 

mógł wiedzieć, że słowa „podróż poślubna”, tak bardzo ją zabolą?

Przylgnęła do niego bliżej, jakby przepraszając go tym gestem. Mógł sobie pomyśleć, że 

oburzyła   ją   sama   perspektywa   poślubienia   niewidomego.   A   to   nie   była   prawda.   Pearce 
Goddard   był   nadzwyczaj   atrakcyjnym   mężczyzną,   wysokim,   przystojnym,   wyjątkowo 
dowcipnym. I bardziej zdecydowanym niż wielu mężczyzn nie upośledzonych tak jak on. 

– Przepraszam cię – odezwała się łagodnie. – To wszystko, co tu się dzieje, wyprowadziło 

mnie z równowagi. 

– W porządku – odburknął, ale po chwili odnalazł jej dłoń na swoim ramieniu i uścisnął 

ją. 

Stanęli   wśród   ludzi   oblegających   bar,   ale   tłok   był   taki,   że   nawet   Fritz   zdawał   się 

background image

kapitulować. Utknęli całą trójką w gęstej Judzkiej ciżbie.

Mollie poczuła nagle, że ktoś delikatnie ciągnie ją za rękaw, i usłyszała, jak mówi z 

obcym akcentem. 

– Prosimy panią. Można będzie tu spocząć. Nam trzy godziny siedzenia już naprawdę 

wystarczą. – Tuż obok dwóch japońskich biznesmenów opuszczało miejsce przy barze. 

– Wesołych Świąt! – powiedział jeden z nich, jeszcze raz ż uśmiechem wskazując wolne 

barowe stołki. 

– Najserdeczniej panom dziękuję. – Była im naprawdę wdzięczna. – I życzę wszystkiego 

najlepszego. 

Pilnowali jeszcze miejsc przez chwilę, aż Mollie pomogła

1

 usadowić się Pearce’owi. 

– Siedzące miejsca, mój Boże... To zakrawa na cud – ucieszyła się. 
Fritz   wydał   dźwięk   przypominający   pomruk   albo   westchnienie,   położył   się   u   stóp 

Pearce’a i zwinął w kłębek najciaśniej, jak potrafił. Rozglądał się wokół z niepokojem w 
obawie, że ktoś może na niego nadepnąć. Mollie wysunęła nogę, starając się chociaż trochę 
osłonić go przed tłumem. 

–   Mam   nadzieję,   że   to   tobie   ustąpiono   miejsca,   a   nie   mnie   –   powiedział   Pearce   z 

niechętnym wyrazem twarzy. – Nie lubię, gdy mnie jakoś specjalnie traktują. 

–   Nonsens   –   stwierdziła   Mollie.   –   Wypijemy   nasze   piwa   i   też   zwolnimy   miejsca. 

Postaram się znaleźć kogoś, kto będzie na to zasługiwał. 

–   Co   ma   być?   –   spytał   barman.   Miał   okrągłą   twarz   i   wyglądał   na   zmęczonego   i 

zniecierpliwionego. 

– Lubisz ciemne niemieckie piwo? – zwrócił się do niej Pearce. 
– Bardzo lubię – odrzekła. 
– Dwa piwa, ciemne niemieckie – zamówił.
– I ja płacę. 
Mollie otworzyła torebkę i odnalazła portmonetkę. 
– Nie zgadzam się – powiedziała, wyjmując pięciodolarowy banknot. 
Pearce też już zdążył otworzyć portfel i wyjął z niego zwitek banknotów. Zauważyła, że 

różne nominały ułożone miał osobno, tak, by łatwo je było od siebie odróżnić. 

– Nie ma żadnych importowanych. Skończyły się. Amerykańskie piwo i kropka. I nie ma 

szklanek, serwetek, orzeszków ani innych zakąsek. 

–   No   to   dwa   amerykańskie   –   zgodził   się   Pearce   z   niesmakiem.   –   I   pamiętaj,   jeśli 

przyjmiesz od tej pani pieniądze, możesz się pożegnać z napiwkiem. 

Barman   bez   cienia   uśmiechu   patrzył,   jak   oboje   wyciągają   w   jego   stronę   pieniądze. 

Spokojnie wyjął banknot z palców Pearce’ai wyciągnął spod kontuaru dwie butelki, postawił 
je  przed  nimi,  otworzył  i  oddalił  się  ociężałym  krokiem.   Mollie  schowała  portmonetkę  i 
położyła ciężką torebkę na podłodze, tuż przy nodze. 

– Proszę. – Przesunęła butelkę z piwem w pobliże ręki Pearce’a, tak, aby mógł  ją z 

łatwością odnaleźć. 

– Dziękuję. – Pociągnął długi łyk. – Ach! Ambrozja! – ocenił. Nie odwracał głowy w jej 

stronę i jego ciemne okulary zdawały się celować w jakiś odległy punkt w głębi baru. Patrzyła 

background image

z profilu na jego ruchliwe wargi. Wydawały się wyrażać jakieś zmienne emocje, których nie 
potrafiła rozszyfrować. Zadziwiło ją, jak człowiek może jednocześnie komunikować mimiką 
ust tak wiele i tak mało zarazem. 

– No więc – odezwał  się lekko  znudzonym  głosem – co  sprowadza  cię  do Nowego 

Orleanu? Masz tam przyjaciół? Rodzinę?

– Nie – odpowiedziała, patrząc na swoje dłonie oparte o krawędź baru – nie znam w 

Nowym Orleanie nikogo. 

– I masz zamiar spędzić tam święta? – spytał, unosząc brwi. 
Skinęła głową, znowu zapominając, że on przecież nie widzi takich gestów.
– Tak, spędzę tam Święta Bożego Narodzenia – starała się mówić głosem takim samym 

jak on, beztrosko i bez emocji. 

– Samotna w święta? – Odwrócił się do niej twarzą. 
– Tak. – Wzruszyła ramionami. 
– Ale dlaczego? – spytał bardziej natarczywie. 
– Jakoś mi to do ciebie nie pasuje. 
W dalszym ciągu patrzyła na swoje ręce. Nie chciała spojrzeć mu w twarz. W jaki sposób 

powiedzieć takiemu przystojnemu mężczyźnie, że ktoś ją po prostu rzucił? Nie wiadomo, co z 
tego wszystkiego by zrozumiał. Byłoby to dla niej upokarzające. 

– Tak to sobie w swoim czasie wymyśliłam – rzuciła lekko starając się, aby zabrzmiało to 

całkowicie beztrosko.

Pociągnął łyk piwa i pochylił głowę. Sprawiał wrażenie zamyślonego. 
– Nie masz rodziny? – spytał po chwili milczenia. 
– Mam, ale akurat wszyscy są za granicą. Pokiwała głową. 
– A chłopaka? – spytał, unosząc do góry brwi. 
– Chwilowo nie – powiedziała sztucznie wesołym głosem. – Wiesz co, właściwie nie 

mam ochoty na piwo. Może byś wypił moje? – Przesunęła następną butelkę w pobliże jego 
ręki. – I pozwól, że ja zostawię napiwek. Tym razem nie ustąpię. A ty może opowiesz mi 
swój film o krecie. Naprawdę mnie to interesuje. 

Sięgnęła   po   pieniądze.   Spojrzała   w   dół   i   zamarła.   Z   przerażeniem   patrzyła   na   puste 

miejsce, na którym jeszcze przed chwilą stała jej torebka. Zdołała wyjąkać przez ściśnięte 
gardło:

– O Boże! Ktoś mi ukradł torebkę. 
– Co? – spytał gwałtownie. 
– Zginęła. Ktoś ją ukradł! – powtórzyła tępo czując, jak robi jej się gorąco. 
– Nie trzymałaś jej przy sobie?
– Nie, ale położyłam ją tuż obok siebie. – Zakręciło jej się ze zdenerwowania w głowie. 
Ze złością uderzył pięścią w blat baru. 
– Przecież teraz jest tu prawdziwy raj dla złodziei. Mam nadzieję, że trzymałaś pieniądze 

w czekach podróżnych. Ile tego było?

– Nie miałam czeków. – Wydała się sobie naiwna i głupia. – Trzysta dolarów w gotówce. 

Co ja teraz zrobię?

background image

Rzucił banknot na bar, wyciągnął rękę i bezbłędnie odnalazł jej ramię. 
– Chodź – powiedział. – Musimy to zgłosić służbie ochrony lotniska. Ruszamy, Fritz. Jak 

się stąd wychodzi?

– W prawo. 
Powtórzył komendę psu. Uderzyła zdrętwiałą ręką kilkakrotnie w jego przedramię. Było 

jej trochę słabo. Znacznie gorsza od samego poczucia straty była świadomość, że nadużyto jej 
zaufania. 

– Może ktoś ją zabrał przez pomyłkę? – spytała, sama w to nie bardzo wierząc. 
– Przez żadną pomyłkę – burknął, ale po chwili przyciągnął ją bliżej do siebie. – Samą 

torebkę może uda się odnaleźć, ale na pewno nie pieniądze. Jeżeli złodziej, albo złodziejka, 
nie jest idiotą, to pozbywa się najprędzej kart kredytowych i czeków. Bierze tylko pieniądze. 
Gotówka   cię   nie   obciąża,   a   za   cudze   karty   kredytowe   albo   czeki   wędruje   się   prosto   do 
federalnego kryminału. 

– Jak można kraść przed gwiazdką? – spytała Mollie, czując nadal ucisk w gardle. – Kogo 

stać na coś podobnego?

– Uczciwość jest deficytowym towarem przez cały boży rok – powiedział cynicznie. 
Kto wie, pomyślała ponuro Mollie, może naprawdę uczciwość wychodzi z mody... 

Pearce gestem dodającym otuchy uścisnął jej ramię i przyciągnął ją jeszcze bliżej ku 

sobie. Jego usta pozostały nieruchome i nic nie można było z nich wyczytać. 

Od początku, gdy tylko zajęła obok niego miejsce w samolocie, wiedział, że musi ona 

mieć jakieś kłopoty. Był człowiekiem bardzo spostrzegawczym i sądził, że odgadł, co było 
przyczyną jej zmartwienia. Musiał to być jakiś mężczyzna i niezależnie od tego, kim on był, z 
pewnością ją okłamał. I ona, próbując się wyplątać ze swoich miłosnych kłopotów – wszystko 
jedno, na czym one polegały – wyruszyła jak Don Kichot w tę podróż do Nowego Orleanu. Z 
powodów, których Pearce nie potrafił na razie wydedukować, a być może i dla niej samej nie 
do końca były one jasne. 

Trzeba   przyznać,   że   świetnie   się   maskowała.   Próbowała   grać   rolę   dzielnej   harcerki: 

odważnej, pomocnej, prawdomównej, delikatnej i wesołej. Tylko, pomyślał ponuro, marny z 
niej podróżnik. Oczywiście, to kwestia braku wprawy. W samolocie była niespokojna, a gdy 
odłożono lot – zupełnie wytrącona  z równowagi, teraz zaś  był  pewien, że jest ogromnie 
zmartwiona i przestraszona. No i trudno się dziwić... Szanse na odzyskanie pieniędzy ma 
minimalne. Jest to dla niej kolejny, zupełnie niepotrzebny kłopot. 

I naprawdę nie ma nikogo, kto mógłby jej pomóc i ną kim sama mogłaby polegać. Poza 

nim i starym, zmęczonym psem, któremu brakuje oddechu i łamie go w kościach. 

Popatrzył   na  nią   spod   przymkniętych   powiek.   Przysięgał   sobie,   że   nie   otworzy   oczu 

podczas tej podróży, ale gdy tylko pierwszy raz usłyszał jej głos, musiał na nią spojrzeć. I 
potem   starał   się   jak   mógł   trzymać   oczy   zamknięte,   ale   jej   głos   sprawiał,   że   je   czasem 
otwierał. 

Miała oryginalną twarz, piegi, piękne oczy i włosy. Szczególnie złotorude włosy, musiał 

przyznać, zrobiły na nim niezwykłe wrażenie. 

background image

Przed chwilą jednak dała mu jasno do zrozumienia, że nie znosi kłamców. I dlatego na 

pewno nie jest to najlepszy moment, żeby powiedzieć jej, że widzi. Co więcej, że wzrok ma 
doskonały, wprost fenomenalny. Zapewne lepszy niż Mollie. 

Jednak gdy tym razem spojrzał na nią, zobaczył pobladłą, z trudem oddychającą, biedną 

kukiełkę uginającą się pod brzemieniem wszystkich swych kłopotów. 

Pearce   Goddard   od   kłopotów   i   trudności   nie   stronił   nigdy.   Cenił   je   sobie   nawet   tak 

wysoko, jak swoją wolność. Któryś z jego przyjaciół znalazł kiedyś w jakiejś książce cytat 
stwierdzając, że pasuje do niego jak ulał: „Od urodzenia posiadł dar śmiechu i poczucie, że 
świat jest szalony”. 

Była to prawda. 
I jedyną rzeczą, której nie potrafił się na tym świecie oprzeć, była każda kolejna okazja, 

aby wpaść w tarapaty. Patrząc na te złotorude włosy, uświadomił sobie, że właśnie znowu to 
się stało... 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Pearce   miał   rację.   Torebkę   udało   się   odzyskać.   Ktoś   znalazł   ją   porzuconą   w   kącie 

damskiej toalety i odniósł do jednej z kas biletowych. Złodziej pozostawił w niej dokumenty, 
kartę   kredytową   i   czeki,   Zginęły   tylko   pieniądze   –   całe   trzysta   dolarów.   W 
przedstawicielstwie linii lotniczej, którą podróżowała, wymieniono jej na gotówkę czek na 
zaledwie pięćdziesiąt dolarów. I były to jedyne pieniądze, jakimi w tej chwili dysponowała. 

Mollie, ciągle jeszcze zszokowana, stała obok Pearce’a w tłumie pasażerów oczekujących 

na odr prawe, mocno przyciskając do siebie torebkę. Pomyślała, że w tym momencie ma to 
już niewielki sens, ale pilnowała jej dalej na zasadzie odruchu warunkowego. 

Przy bramce robiło się coraz tłoczniej. Przyciśnięci przez napierających wokół ludzi stali 

tak blisko siebie, że zastanawiała się, czy Pearce czuje przyspieszone bicie jej serca. Była 
zadowolona, że nie może widzieć jej twarzy. Ciągle jeszcze była blada i mimo ponawianych 
wysiłków nie udało jej się ukryć wyrazu paniki w oczach. 

Fritz stał przyciśnięty do nóg Pearce’a i ciężko dyszał. Jakby ignorując potrącających go 

bez przerwy ludzi, spokojnie osłaniał swego właściciela i nie pozwalał się od niego oderwać. 

– Sprawdziłaś jeszcze raz? – spytał Pearce. – Wszystkie pieniądze zginęły? Zostawili 

tylko karty kredytowe?

– Tak – . odpowiedziała. Włosy wysunęły jej się spod spinki i musiała odgarnąć złotorude 

pasma zasłaniające jej twarz. – Pieniądze przepadły, kartę kredytową mam tylko jedną. Mój 
ojciec nie był  ich zwolennikiem. Mówił, że człowiek nie powinien wydawać tego, czego 
jeszcze nie zarobił. 

Pearce pokiwał głową i uśmiechnął się zdawkowo, jakby usłyszał słaby dowcip. 
– Jest w tym wielka mądrość, dopóki, oczywiście, nie ukradną ci portfela. Ale wszystko 

jedno, z kartą kredytową dasz sobie radę. Na pewno będziesz mogła dzięki niej uregulować 
rachunek w hotelu, a większość dobrych restauracji także je akceptuje. 

– Ale przecież on miał rację. – Starała się za wszelką cenę opanować zdenerwowanie i 

myśleć logicznie. – On, to znaczy mój ojciec. Przecież nie powinnam wydawać pieniędzy, 
których jeszcze nie mam. Jak myślisz, czy zechcą mi zwrócić za bilet, jeśli zrezygnuję z lotu 
do Nowego Orleanu?  To znaczy,  czy pozwolą mi  lecieć  z powrotem  prosto  do Nowego 
Jorku?

– Nie – stwierdził stanowczo Pearce – to bardzo zły pomysł. Nawet jeśli uprzesz się 

wracać   do   Nowego   Jorku,   dostaniesz   bilet   bez   rezerwacji   na   konkretny   lot.   To   znaczy, 
będziesz musiała czekać na pierwszy samolot, który będzie miał jakiekolwiek wolne miejsca. 
A to może trwać cholernie długo. Jeżeli nie chcesz spędzić tutaj Bożego Narodzenia, Nowego 
Roku, Wielkiej Nocy i Zaduszek, to leć lepiej do Nowego Orleanu. 

–   Ale...   –   zaczęła   Mollie   i   nie   potrafiła   dokończyć   zdania.   Gdyby   złodziej,   zamiast 

dyskretnie zabrać jej torebkę, ogłuszył ją ciosem w głowę, prawdopodobnie czułaby się tak 
samo. 

Pearce uśmiechnął się drwiąco. 

background image

– Rozumiem, o co ci chodzi. Nie chcesz zaciągnąć długu. Może powiesz mi przy okazji, 

kim jest twój ojciec? Kaznodzieją, profesorem? Czy może domorosłym filozofem? 

Mollie spojrzała na niego zdumiona. 
– Jak to odgadłeś? Rzeczywiście jest profesorem. 
Wzruszył ramionami. Uniósł brwi i uśmiechnął się. 
– Daje się w tobie wyczuć to samo, Wiele rzeczy, które od niego przejęłaś: niezależność, 

prostolinijność, niezgodę na wszystka, co wydaje się niepoważne. I strach przed tym, żeby 
zapomnieć o wszystkim i po prostu dobrze się bawić. 

Ze zdumienia otworzyła szeroko oczy. Skąd mógł wpaść na coś takiego?
– Naprawdę myślisz, że nie potrafię się bawić? To nonsens!
– Kiedy ostatnio dobrze się bawiłaś? – spytał. 
Przyciśnięta do niego przez stłoczonych ludzi, uwięziona w uścisku ramienia, zdała sobie 

sprawę,   że  jego  bliskość  wywołuje  w   niej   jakąś  dziwną,   omdlewającą   słabość.  Spojrzała 
bezradnie w ciemne szkła jego okularów, starając się skoncentrować na pytaniu, które jej 
zadał, a nie na tym, co się dzieje z jej ciałem. 

Kiedy się ostatnio dobrze bawiła? Chyba rok temu, podczas Świąt Bożego Narodzenia. 

Pojechała do Minnesoty i spędziła święta z najbliższymi. Michael odwiedzał własną rodzinę, 
pisał jakieś prace seminaryjne i udało im się tylko raz pójść na narty, raz do kina i trzy razy 
do  teatru.   Mieli   mało   czasu   dla   siebie,   a   w   czasie   wykradzionych,   wspólnie   spędzonych 
godzin nie potrafili się odprężyć i uniknąć napięcia. Kiedy więc się dobrze bawiła?

Przypomniała sobie, jak ubierali choinkę w ogrodzie i jak zaczęli obrzucać się śniegiem 

ze swym bratem Hamiltonem. Do zabawy przyłączyła się siostra Ruth i zrobiła się z tego 
największa bitwa na piguły w dziejach rodziny. Obie z siostrą zmusiły bezlitośnie Hamiltona 
do ostatecznej kapitulacji, gdy wreszcie udało im się przewrócić go. w zaspę, usiąść mu na 
grzbiecie i wepchnąć głowę w śnieg. To była wspaniała zabawa!

– No i co? – spytał Pearce z lekkim szyderstwem w głosie. – Tyle czasu potrzebujesz, aby 

przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz dobrze się bawiłaś?

– Znowu jego oddech poruszał luźne kosmyki jej włosów. 
– Nie – powiedziała cicho. – Myślałam po prostu o zeszłorocznych Świętach Bożego 

Narodzenia. – Jego dotyk wywoływał w niej emocje, których w tym momencie wolałaby 
uniknąć. Próbowała się trochę od niego odsunąć, ale nie bardzo jej się to udało – tłok był zbyt 
duży. 

Musiał odczuć jej zakłopotanie, bo cofnął ramię, którym ją obejmował. Ciemne szkła 

jego okularów nadal zdawały się w nią wpatrywać, nieodgadnione i obojętne. Wykrzywił 
lekko kąciki ust i wzruszył ramionami. 

– Zeszłoroczne święta, To znaczy, że ostatni raz bawiłaś się dobrze rok temu. 
Starając się zignorować to, co powiedział, otworzyła dyskretnie torebkę i sprawdziła, czy 

karta kredytowa i reszta pieniędzy nadal się w niej znajdują. Obecność Pearce’a dodatkowo 
zwiększała jej niepokój. 

– Mollie, słyszysz mnie? – odezwał się Pearce. Nachylił się nad nią i zmarszczył brwi. – 

Uczciwie mówisz, że nie bawiłaś się dobrze od roku?

background image

Zamknęła torebkę i przycisnęła ją mocno do siebie. Wzruszyła  bezradnie ramionami. 

Miał rację. Nie było jej dobrze przez ten rok. 

Pearce pochylił ku niej twarz. Jego uśmiech stał się prawie uwodzicielski. 
– Cały rok odmawiania sobie przyjemności. Musisz jechać do Nowego Orleanu. To po 

prostu dług, jaki masz do spłacenia sobie samej. Tam jest jedna wielka zabawa, karnawał i 
festyn. Nie rezygnuj tak łatwo. Okaż trochę odwagi. 

– Sądzę, że odwagi mi nie brakuje. – Poczuła się urażona. – I nie mam problemów 

psychologicznych, tylko finansowe. Wszystko na co mogę obecnie liczyć, to dwie dorywcze 
prace, jakie udało mi się znaleźć. Nie stać mnie w tym momencie na podróż do Nowego 
Orleanu. 

– Nie stać cię raczej na to, aby z niej zrezygnować. 
– Jego głos był miękki, niemal czarujący. – Przedtem był to zwykły urlop, a teraz zrobiła 

się z tego przygoda. 

Spojrzała na niego zdumiona. 
 Nazywasz to przygodą? Przecież to katastrofa!
– Przesada – powiedział z szelmowskim uśmiechem. 
– Każda przygoda jest sytuacją, w której ocieramy się o katastrofę. Inaczej by nią nie 

była. A pieniądze? Zawsze można zarobić więcej pieniędzy. Będziesz to mogła robić, jeżeli 
zechcesz, przez całą resztę życia. A szansę spędzenia tych świąt w Nowym Orleanie masz 
tylko teraz. Nie trać więc tej szansy.  Zaryzykuj.  Jaką przyjemność  może przynieść życie 
komuś, kto nie potrafi ryzykować?

Patrzyła na niego z uniesioną do góry głową i serce biło jej coraz mocniej. Znowu miał 

rację. Ryzykowała,  przeprowadzając się do Nowego Jorku, ryzykowała,  decydując  się na 
karierę aktorki. To Michael  zawsze bał się ryzyka  i przygody,  a nie ona. Odczuła  nagły 
przypływ podniecenia. Co w tym strasznego, jeśli przeżyje kilka dni na kredyt?

– No i co? – spytał Pearce, przeciągając słowa. Odetchnęła głęboko. 
– Jadę – zadecydowała. 
Czas  odlotu  przełożono  jeszcze  dwukrotnie  i  do  Nowego  Orleanu  dotarli   dopiero  po 

pierwszej w nocy. Mieli masę czasu na luźną, spokojną pogawędkę. 

Mollie opowiedziała Pearce’owi o dzieciństwie i studiach w Minnesocie, i o tym, jak 

próbuje obecnie przebić się na nowojorską scenę, Z tego, co mówił Pearce, wynikało, że 
wychował się w małym miasteczku na zachód od Austin w Teksasie i że obecnie mieszka W 
Kalifornii.   O   swojej   pracy   zarobkowej   mówił   ogólnikami.   Napomknął,   że   pracuje   w 
przemyśle   rozrywkowym.   Tłumaczył   niejasno,   że   jest   to   rodzaj   działalności   trochę 
artystycznej, mającej związek z rozrywką dla dzieci. 

Zdumiało ją to. Co by to mogło być, myślała. Opowiadania? To zupełnie do niego nie 

pasowało. 

Teraz, wreszcie już na ziemi, Mollie prowadziła Pearce’a pod rękę w kierunku stanowiska 

odbioru bagażu. Fritz maszerował przed nimi tak samo szybko, jak zwykle, ale uszy trzymał 
opuszczone i sapał. 

– Czy nic mu nie jest? – spytała z obawą Mollie. 

background image

Wygląda na bardzo zmęczonego, – Potrzebuje po prostu dobrze się wyspać – próbował 

uspokoić ją Pearce. – To silna bestia. 

Mollie nie była tego taka pewna. Uważała, że chyba jednak stary pies się przemęczył, ale 

powstrzymała się od wyrażenia swoich obaw. Rozejrzała się dookoła i powiedziała:

– Co za dziwny port lotniczy. Całe ściany obwieszone afiszami. Nigdy nie widziałam 

takiej masy plakatów. Wszędzie, gdzie spojrzysz, ogłoszenia i zapowiedzi zabaw. Najczęściej 
piszą o imprezach świątecznych, ale także o innych karnawałowych festynach. 

–  Luizjana  się  w   tym   specjalizuje   –  objaśniał  pogodnie   Pearce.  –  Mają  niesamowitą 

inwencję w wymyślaniu świąt. Każda okazja jest dobra, żeby się zabawić. Wymyślili nawet 
obchody Święta Oposa. Wiesz, jaka jest dewiza tego stanu

$

 oczywiście nieoficjalna?

– Nie. Powiedz jaka? – spytała. 
– Laissez les bons temps rouler. Jak to przetłumaczyć z francuskiego? – zastanowił się. – 

Może tak: Używajmy póki czas, bo za sto lat nie będzie nas. Oczywiście, to bardzo swobodny 
przekład, ale w Nowym Orleanie zdają się naprawdę o tym pamiętać. 

Pearce Goddard ogromnie lubił przezwyciężać trudności i radzić sobie z kłopotami. Ale 

to, co zdarzyło się w tej podróży, również jemu wydało się lekką przesadą. 

O drugiej w nocy dowiedzieli się, że ich bagaż zaginął. To znaczy, niezupełnie zaginął, 

wyjaśniał tłumowi oczekujących ludzi urzędnik o kaprawym spojrzeniu. Raczej przymarzł. 
Temperatura w leżącym w pobliżu zwrotnika Nowym Orleanie spadła do dwudziestu stopni 
poniżej zera. W systemie ogrzewczym samolotu nastąpiła awaria i z mokrego bagażu zrobiła 
się bryła lodu. Nie sposób go było wydobyć, nie uszkadzając samolotu. 

Urzędnik, otoczony przez tłum ludzi najwyraźniej wściekłych i nie usatysfakcjonowanych 

jego wyjaśnieniami, sprawiał wrażenie zdenerwowanego. 

– Proszę o odrobinę cierpliwości – zaczął tłumaczyć – dostaniecie państwo za chwilę 

numer telefonu, który umożliwi wam połączenie się na nasz koszt z przedstawicielem linii 
lotniczej. Od niego dowiecie się więcej.

– Niezły dowcip – syknął Pearce. 
Uchylił  powieki  i spojrzał  ukradkiem  na Mollie.  Po tym,  co usłyszeli,  znowu trochę 

pobladła, ale głowę miała uniesioną do góry i trzymała się prosto. Znalazła się w Nowym 
Orleanie bez pieniędzy i bez bagażu. A on w tym momencie był prawie pewien, że dużo 
czasu upłynie, zanim ujrzą ponownie swoje walizki. 

– Nic z tego nie rozumiem – zwróciła Się do Pearce’a. – Nasz bagaż jest gdzieś tutaj, a 

oni nie mogą się do niego dostać? I co będzie dalej?

– Mnie się też tu coś nie podoba – wycedził przez zaciśnięte zęby.  – Nawet bardzo. 

Jeszcze   raz   spojrzał   na   nią   spoza   ciemnych   okularów.   Do   diabła,   pomyślał,   to   dzielna 
dziewczyna. Zdecydował się powiedzieć jej całą prawdę. 

– Słuchaj – powiedział z udaną beztroską – ten cholerny bagaż naprawdę przymarzł im do 

ładowni, a samolot musiał i tak wystartować w dalszą trasę. Przecież w Nowym Orleanie miał 
tylko międzylądowanie. Wiesz, jaki był jego port docelowy?

– Nie, nie wiem – przyznała, jeszcze bardziej zatrwożona. – Dokąd miał lecieć?

background image

– Gdzieś na półwysep ‘Jukatan – wykrzywił usta w uśmiechu. – Nasz bagaż leci sobie 

teraz na Jukatan. Miejmy nadzieję, że ma przyjemną podróż. 

– Na Jukatan! – krzyknęła przerażona. – Przecież to jest w Ameryce Środkowej. 
– Si,  señorita  – przyznał jej rację. – Dokładnie tam. – Ponownie wziął ją za rękę. – 

Słuchaj – zaczął – po co mamy stać w tej kolejce po numer telefonu, z którego teraz w nocy i 
tak nie skorzystamy? Jest późno. Jesteśmy oboje zmęczeni, pies też. Zadzwonimy jutro na 
lotnisko   i   dowiemy   się   czego   trzeba.   A   teraz   wynośmy   się   stąd.   Czy   twój   hotel   jest   w 
Dzielnicy Francuskiej? Jeśli tak, to weźmy razem taksówkę. 

Mollie zbladła tak mocno, że na wystających kościach policzkowych piegi zabłysły jak 

małe, czerwone świecidełka. Nie mówiła nic i sprawiała wrażenie zupełnie zszokowanej. 

– Nie mogę...  dokładnie przypomnieć  sobie adresu hotelu. I nawet...  jego nazwy nie 

bardzo   pamiętam.   Chyba   Jefferson...   albo   Jackson,   albo   może   Johnson,   czy   coś   w   tym 
rodzaju. O Boże, ale głupio wyszło.

Pearce zmarszczył brwi. Rzeczywiście, mądre to nie było, chociaż sama dziewczyna nie 

wydała mu się taka głupia. Jak mogła nie wiedzieć, gdzie ma się zatrzymać?

– Nie zapisałaś sobie? – spytał z niedowierzaniem. Zaprzeczyła ruchem głowy. Jej włosy 

zupełnie się teraz rozsypały i w rudozłotym nieładzie powiewały wokół głowy. 

–   Oczywiście,   że   zapisałam.   W   notatniku,   w   którym   przechowuję   wszystkie   ważne 

informacje. 

Pearce wykonał szerokimi ramionami gest zniecierpliwienia.
– O rany boskie! I zapomniałaś go zabrać ze sobą?
– Zabrałam go ze sobą – prawie krzyknęła – ale zapakowałam do walizki. – Stuknęła się 

palcem w czoło. – Kompletnie bez sensu. Bo to miało być... zupełnie inaczej. Wszystko się 
pozmieniało i potem... Jak mogłam zrobić coś podobnego? Jak mogłam?

Jęknęła, czyniąc  sobie w myślach wyrzuty za tak nierozumny postępek. To w końcu 

Michael doprowadził ją do stanu, w którym mogła zrobić coś tak idiotycznego. Co za pomysł, 
by   zostawić   notes   w   walizce?   Przecież   zawsze   należy   liczyć   się   z   tym,   że   bagaż   może 
zaginąć. 

Wyglądała na tak zmartwioną, zdenerwowaną i nieszczęśliwą, że Pearce’owi zrobiło się 

jej serdecznie żal. W jego sprawnym  umyśle  natychmiast  pojawił się pewien plan, może 
trochę przewrotny, ale zabawny. 

– Idę poszukać książki telefonicznej – stwierdziła z rozpaczliwą stanowczością. – Może 

jakoś znajdę nazwę tego hotelu. Pewna jestem, że zaczynała się na Jackson, Jefferson, czy coś 
takiego. 

Pearce odetchnął głęboko. 
– Słuchaj, Mollie mówił takim tonem, jakby go to wcale tak bardzo nie obchodziło – 

połowa hoteli i knajp w Nowym Orleanie zaczyna się na jot. Jot jak Jackson. A czy wysyłałaś 
im jakąś zaliczkę?

– Nie – spojrzała na niego pytająco. – Przyjęli rezerwację bez zaliczki. A jakie to ma 

znaczenie?

– Tylko takie, że w tej sytuacji przestaje być ważne, że nie znasz nazwy tego hotelu. Nie 

background image

zjawiłaś się na czas. Jest druga w nocy i wynajęli pewnie pokój komuś innemu. Zwykle tak 
robią. A po tym, co tu się stało z pogodą, w hotelach mogą mieć też niezły dom wariatów. 

– No to świetnie – stwierdziła gorzko. – Niech i tak będzie. Pomogę ci złapać taksówkę, a 

samą prześpię się na lotnisku. Zasłużyłam na to. Jak sądzę, zdobyłam mistrzostwo świata w 
bezmyślnym   podróżowaniu.   Powinno   się   odnotować   ten   wyczyn   w   Księdze   Guinnessa. 
Poszukam jutro miejsca w jakimś hotelu, a do rana już niedaleko. 

Stał przez chwilę, zastanawiając się nad czymś. Ciemne szkła jego okularów zwrócone 

były w przestrzeń. 

– Mollie – odezwał się wreszcie trochę nieswoim, poważnym  głosem – rzeczywiście 

wygląda   to   tak,   jakby   wszystko   sprzysięgło   się   przeciw   tobie.   Ale   to   może   opatrzność 
postanowiła w ten sposób się mną zaopiekować. Chcę ci coś wyznać. 

Zamilkł na chwilę, jakby tłumiąc jakieś emocje. 
– Trudno mi o tym mówić, ale boję się być sam. Nikt tu po mnie nie przyjechał, jestem w 

obcym mieście. Nie mogłabyś ze mną zostać? Czy bardzo by cię krępowało przenocowanie 
ze mną w hotelu? – Przełknął ślinę. – Proszę cię, pomóż mi. 

Nie potrafiłby opisać, co się stało z wyrazem jej twarzy. 
– Czy bardzo by mnie krępowało? – powtórzyła zdławionym głosem pytanie. 
Stara – się mówić z wyrazem powagi na twarzy, szybciej niż zwykle, wkładając w to cały 

swój dar przekonywania. Stał prosto, z głową lekko odchyloną do tyłu jak dumny mężczyzna, 
nienawykły do tego, by prosić o cokolwiek. Pearce Goddard był świetnym aktorem, choć 
aktorstwo stanowiło jedynie drobną część jego profesjonalnych umiejętności. 

– Jak dotąd pomagaliśmy sobie nawzajem, prawda? – spytał tonem pełnym powagi. – Ty 

nie masz gdzie , spać, a ja nie mam przewodnika. Przysięgam, nie proponuję ci niczego... 
nieprzyzwoitego.   Zostań   ze   mną.   Choćby   na   tę   noc   i   kawałek   jutra.   Pomożesz   mi   się 
zorientować w otoczeniu, zanim nauczę się tutaj poruszać. Inaczej będę... jak ten ze znanej ci 
sztuki: „zdany jedynie na obcych łaskawość”. 

Mollie wahała się. Przyglądała się uważnie Pearee’owi, po chwili skierowała wzrok w 

dół, na Fritza. Siedział z oklapniętymi uszami i wysuniętym językiem. Teraz dopiero widać 
było, jaki jest stary i zmęczony. 

–   Mam   psa,   to   prawda.   –   W   sposobie,   w   jaki   przeciągał   wyrazy,   poczuła   tłumione 

napięcie.   –   Tylko   że   on   już   nie   bardzo   sobie   radzi.   Naprawdę   jest   za   stary.   Wiem,   Ż6 
powinienem go dawno wymienić, ale jakoś nie potrafię. Chciałem go zabrać jeszcze raz ze 
sobą w podróż, spędzić razem z nim ostatnie święta. A teraz się martwię. Chyba za dużo 
wymagam   od   tego   staruszka.   Dziś   w   nocy   poczułem,   jaki!   jest   zmęczony.   Mollie,   nie 
mogłabyś nam pomóc? Jemu i mnie? – Przełknął ślinę, tłumiąc wzruszenie. 

Przez chwilę jeszcze przyglądała się psu. Wreszcie podniosła głowę i utkwiła wzrok w 

twarzy Pearce’a. Widział, jak intensywnie się zastanawia, starając się wyczytać, co kryje się 
za   wyrazem   jego   twarzy.   Zdwoił   wysiłki,   by   swą   mimiką   wyrażać   wyłącznie   powagę, 
szczerość   intencji   i   sprawić   wrażenie,   że   autentycznie   potrzebuje   pomocy.   Jednocześnie 
spostrzegł, że Mollie, zatroskana i przejęta, wygląda wyjątkowo ślicznie. Ponownie przełknął 
ślinę. 

background image

Powolnym ruchem skłoniła głowę. 
– Zgoda – powiedziała wreszcie – to będzie taka wzajemna pomoc. Nie ma w tym, jak 

rozumiem, nic... romantycznego. Zaprzeczył zdecydowanym gestem. 

– Ależ oczywiście, że nie – zapewnił. Nie miał zamiaru angażować się uczuciowo. Jego 

obecna sytuacja pozwalała na to, aby jej pomóc, i to samo w sobie wydawało mu się zabawne. 
Co innego, gdyby okazała się chętna do pójścia z nim do łóżka, jakieże by miał wtedy prawo 
odmówić jej należnej przyjemności?

– Dziękuję ci, Mollie. – W jego głosie zabrzmiało radosne wzruszenie. – Masz takie 

dobre serce... 

– To ty masz dobre serce – odrzekła i wzięła go za rękę. – Chodź! Musisz być bardzo 

zmęczony. Poszukamy taksówki. Wyjście jest na lewo. 

W jej głosie było tyle serdecznej troski, że Pearce poczuł wyrzuty sumienia. Rzadkiemu 

gościowi, jakim był nagły przypływ  poczucia winy, powiedział jednak: wynoś się. Ale na 
głos odezwał się tylko do psa:

– W lewo. Prowadź. 
No i co, westchnął w duchu, wzruszając ramionami, w końcu spełniasz obietnicę daną 

temu   kochanemu,   staremu   dziwakowi.   Wydało   mu   się,   że   słyszy   w   tym   momencie   jego 
śmiech. Wuj Faron, niewidomy i stary, do końca zachował pogodę: ducha i nie przestał być 
sobą. Jego ostatni pomysł był także niekonwencjonalny i nieco diaboliczny. Przed śmiercią 
powiedział Pearce’owi:

– Gdy umrę, chcę, abyś zrobił trzy rzeczy. Po pierwsze, pieniądze, które ci zostawiam, 

przeznacz   na   ten   swój   głupi   film.   Po   drugie,   wracając   z   mojego   pogrzebu,   poderwij 
najładniejszą dziewczynę, jaką po drodze spotkasz. I po trzecie, zaopiekuj się Fritzem. To 
cały mój testament. 

Pearce   przeżył  głęboko  śmierć   wuja. Lecz   cóż,  Faron nie  życzył  sobie  jakiejkolwiek 

żałoby, a ostatnie zdarzenia w życiu Pearce’a nakazały mu działać pospiesznie i gorączkowo. 
Palił za sobą mosty i przygotowywał się do realizacji swojego – związanego z piekielnym 
ryzykiem – przedsięwzięcia. 

Postanowił   nie   wracać   bezpośrednio   do   Kalifornii   i   pojechać   najpierw   do   Nowego 

Orleanu. Pomysł, aby udawać niewidomego, choć trochę szalony, miał służyć  w zasadzie 
czemuś innemu, lecz okazał się przynajmniej w jednym pożyteczny: rozwiązywał transport 
psa.   Żadna   linia   lotnicza   nie   zgodziłaby   się   na   to,   aby   Fritz   podróżował   w   kabinie   dla 
pasażerów   inaczej,   niż   jako   przewodnik   niewidomego.   Jako   „zwykły”   pies   zostałby 
zamknięty   w   klatce   i   wsadzony   do   ładowni   bagażowej.   A   na   skutek   nieprzewidzianych 
okoliczności   tej   podróży   stałoby   się   tak,   że   stary   pies,   uwięziony,   zmarznięty   i   głodny, 
leciałby teraz samotnie na Jukatan. 

Pearce – spojrzał ukradkiem na rudozłotą burzę rozsypanych włosów Mollie. 
Bez przesady, pomyślał, przecież nie udaję ślepego w złych zamiarach, a dzięki temu 

mogę   wyświadczyć   tej   dziewczynie   przysługę.   Przecież   nie   poszłaby   ze   mną,   gdyby 
wiedziała,   że   nie   jestem   niewidomy.   Nie   ma   innego   wyjścia,   przekonywał   siebie,   trzeba 
ciągnąć   dalej   to   niewinne   oszustwo.   Wycofać   –   się   w   tym   momencie   byłoby   czymś 

background image

nieeleganckim. 

Zamknął  oczy,  ponownie  pogrążając się w  stanie  narzuconej  sobie sztucznej  ślepoty. 

Było to dla niego ważne doświadczenie: jedna z rzeczy, którą postanowił zrobić i którą musi 
zrobić. To nie ulegało wątpliwości, podczas tej podróży ma za zadanie zbadać, jak wygląda 
świat, w którym porusza się niewidomy. Przestań gapić się na tę dziewczynę i rób dalej to, co 
masz do zrobienia, powiedział sobie. 

O drugiej nad ranem na skutych lodem ulicach Nowego Orleanu złapać taksówkę było 

niewiele łatwiej niż polarnego niedźwiedzia. 

Chociaż Mollie pamiętała z dzieciństwa głębokie śniegi w Minnesocie i poznała brutalną 

dokuczliwość długiej, nowojorskiej zimy, wydawało jej się, że tej nocy w Nowym Orleanie 
zmarzła najbardziej w życiu. 

Miała na sobie spódnicę ze szkockiej wełny w niebieską kratkę, różową bluzkę włożoną 

na   granatowy   golfik,   botki   do  kolan   i   płaszcz,   pod  który  przezornie   włożyła   ocieplającą 
podpinkę. Ale w cienkich rękawiczkach i zrobionej luźnym  ściegiem, nie przykrywającej 
uszu czapeczce było jej tak zimno, że nie przestała się trząść nawet wtedy, gdy znalazła się 
wreszcie z Pearce’em w ciepłym wnętrzu taksówki. 

Pomyślała, że Pearce – ubrany w niezbyt grubą kurtkę, bez czapki i rękawiczek – musiał 

zmarznąć jeszcze dotkliwiej, choć sprawiał wrażenie bardziej odpornego , na zimno. Frtiz 
położył się między siedzeniami na pokrytej breją topniejącego śniegu podłodze. Wyglądał 
strasznie: zamykał co chwilę oczy i trząsł się z zimna. 

Jak stwierdził  kierowca,  nadpobudliwy osobnik, który zdążył  już im opowiedzieć,  że 

przybył do Nowego Orleanu z New Jersey, większość urodzonych na Południu taksówkarzy 
zrezygnowała tej nocy z jazdy. Za dużo było wypadków, a jeden z oblodzonych mostów, na 
którym najwięcej było kolizji i stłuczek, został już nawet zamknięty dla ruchu.

– Nie ma lekko – powiedział tonem, jakby obwieszczał coś genialnie odkrywczego. – 

Trudno coś tej nocy złapać. Na ulicach tylko Jankesi i wariaci. A wy co za jedni jesteście?

Mollie nie mogła opanować drżenia i Pearce uspokajająco objął ją ramieniem. Była zbyt 

zmęczona i zmarznięta, by protestować. 

– Ta pani to jankeska, a ja jestem wariat – wyjaśnił uprzejmie Pearce. 
– No nie mówiłem! – zarechotał kierowca. – Ja tam jestem i Jankes, i wariat w jednej 

osobie  – cieszył  się dalej  i wziął  zakręt  z taką  prędkością,  że taksówka zatoczyła  się w 
poślizgu o$ jednego do drugiego krawężnika. – Lubię mieć całą ulicę dla siebie. Patrzcie, co 
się dzieje! Tylko trącę mocniej hamulec i już mamy jazdę figurową!

Mollie zadrżała jeszcze mocniej i zamknęła oczy. 
– Nie bój się. – Uspokojający szept Pearce’a łaskotał  jej ucho. – Jeśli zabije nas na 

miejscu, przynajmniej będzie nam ciepło. 

Taksówkarz, zanosząc się śmiechem, wszedł w poślizg na następnym zakręcie. 
–   Hej,   jupi,   jupi,   ej!   Naprzód,   pieski!   –   ryczał   radośnie,   najwyraźniej   bawiąc   się   w 

poganiacza psiego zaprzęgu na Dalekiej Północy. 

A jeśli nie zginiemy na miejscu, pytała w duchu Mollie. Co będzie jeśli będziemy tylko 

ranni i zamarzniemy na śmierć, leżąc na ulicy? Zamknęła oczy, starając się nie patrzeć, jak w 

background image

drodze   do   nie   znanego   jej   miejsca   przeznaczenia   taksówkarz   kolejno   bawi   się   w   jazdę 
figurową na lodzie, taniec na wrotkach i saneczkarstwo torowe. 

Zajechali wreszcie przed hotel. Gdy wychodziła z taksówki, nadal lekko drżały jej kolana. 

Znowu poczuła przeszywające zimno. Ciągle jeszcze zdrętwiała i oszołomiona czekała, aż 
Pearce załatwi formalności w recepcji. Miała poczucie, jakby wszystko było nie do końca 
realne. To, co się jej zdarzyło, odbierała trochę jak sen. 

Hotel był najwyraźniej drogi i wytworny. Lśniący wystrój recepcyjnego holu zrobił na 

niej oszałamiające wrażenie. Z sufitu zwieszały się wytworne żyrandole, nadzwyczaj ozdobne 
–   takie,   jakich   Mollie   nigdy   przedtem   nie   widziała.   Lśniące,   antyczne   meble   błyszczały 
politurą w złotym świetle kandelabrów, a szafir i purpura ich pluszowych obić zapierały dech 
w piersiach. 

W   sali   ustawionych   było   kilka   dużych,   pięknie   przystrojonych   choinek.   Tak   bogato 

ubrane drzewka Mollie widywała przedtem jedynie na świątecznych wystawach najbardziej 
eleganckich sklepów na Piątej Alei. 

Z zachwytu  wstrzymała  oddech. Był  to naprawdę wspaniały hotel, na pewno jeden z 

najlepszych i najdroższych w Nowym Orleanie. Ten, w którym miała się sama zatrzymać, 
jako   jeden   z   najtańszych   z   pewnością   byłby   jego   przeciwieństwem.   W   niczym   nie 
przypominałby tego, co ją tu otaczało. 

Poczuła   się   nagle   winna,   że   zgodziła   się,   by   Pearce   ugościł   ją   w   tak   komfortowych 

warunkach. Co prawda, obiecał, że nie będzie oczekiwał w zamian niczego poza pomocą, lecz 
co będzie, jeśli zapomni o danym przyrzeczeniu?

Nocny recepcjonista położył na dłoni niewidomego klucz do pokoju. 
– Możemy iść? – spytał Pearce, podając jej ramię. 
Przyjrzała się jeszcze raz ze zdumieniem wiktoriańskiemu holowi, pełnemu zakrętów, 

zakamarków, i porozstawianych w różnych miejscach mebli. Z przeciwległych krańców holu 
prowadziły na górę szerokie kręcone schody. Niewidomy, nawet posiadając psa, nie mógłby 
chyba bez pomocy drugiej osoby odszukać drogi do pokoju. Rozumiała niechęć Pearce’a do 
korzystania z pomocy recepcjonistów czy boyów  hotelowych. Na pewno łatwiej mu było 
poprosić   o   pomoc   kogoś,   kogo   już   znał,   niż   każdorazowo   zwracać   się   z   tym   do 
przypadkowych osób. 

Z determinacją podniosła głowę do góry i wzięła go pod ręką. 
– Pokój 242. – Wręczając jej klucz Pearce uśmiechnął się kwaśno. – Przynajmniej nie 

musimy się martwić o bagaż. Jest już pewnie w połowie drogi na Jukatan. 

Pokój wydawał się Mollie prawie tak luksusowy,  jak hol. Niebiesko-srebrne tapety z 

jedwabiu   z   ciemniejszymi,   prawie   granatowymi   pasami   wspaniale   współgrały   z   kolorem 
grubego dywanu i ciężkich, pluszowych kotar. Nad meblami w stylu królowej Anny wisiały 
olejne obrazy w złoconych ramach. Na stoliczkach rozstawionych po obu stronach pokrytej 
pluszem kanapki, w kryształowych wazonach ułożone były świeże, białe róże. 

– Piękny pokój. – Mollie odetchnęła z ulgą, gdy drzwi zamknęły się za nimi. 
– Naprawdę? – Ton głosu Pearce’a brzmiał dziwnie. – Czy mogłabyś pokazać mi, jak się 

w nim poruszać?

background image

Drgnęła, uświadomiwszy sobie, że jej zachwyt nad pięknem wnętrza, którego Pearce nie 

może oglądać, mógł mu się wydać czymś niedelikatnym. Zaczęła oprowadzać go po pokoju i 
przyległej  do niego łazience, tłumacząc, gdzie się co znajduje. Ostatnią rzeczą, którą mu 
pokazywała,   było   łóżko.   Przypominało   raczej   królewskie   łoże,   na   czterech   bogato 
rzeźbionych nogach, przykryte srebrno-niebieską, atłasową narzutą. 

– Usiądź tutaj – powiedziała. – To jest twoje łóżko. Wygląda wspaniale. – Próbowała 

oddalić się, ale trzymał ją mocno za rękę. Splótł palce z jej palcami. 

– Nie ma mowy. Ty się tu połóż, a ja prześpię się na kanapce – odrzekł, marszcząc brwi. 
Jego dotyk wywołał w niej uczucie mrowienia. Dziwny dreszcz wędrował przez jej rękę 

do ramienia, a potem poczuła, jak schodzi w dół, wzdłuż kręgosłupa i wraca do góry. Nie 
powinna zabierać mu tego łóżka. Nie powinna też pozwolić, aby tak ją dotykał, ale z jakiegoś 
powodu nie opierała się temu. 

– Nie zgadzam się – sprzeciwiła się. – Kanapa jest dla ciebie za krótka, a ja się na niej 

zmieszczę. 

– Tylko cham pozwoliłby kobiecie spać na kozetce. Łóżko jest twoje. Tym razem będę 

stanowczy. Siadaj tutaj. 

Pociągnął ją za rękę, aż znalazła się obok niego. Siedzieli oboje na skraju łóżka, nadal 

trzymając się za ręce. Próbowała wstać. 

– Naprawdę nie czułabym się w porządku... Delikatnie, lecz pewnie przytrzymał ją przy 

sobie, nie pozwalając jej się oddalić. 

– Pozwolę ci spać tam, gdzie będziesz chciała, pod warunkiem, że zrobisz dla mnie jedną 

rzecz, zgoda?

– Jego głos był niski i zachrypnięty. 
– Jaką? – spytała drżącym głosem Mollie. Wiedziała już, jak bardzo uwodzicielski potrafi 

być Pearce, nie była pewna, czy sobie z tym teraz poradzi. 

– Pozwól mi dotknąć twojej twarzy. – Jego dłoń przesunęła się w górę, wzdłuż ramienia, i 

spoczęła miękko na jej policzku. Palce zaczęły powolną wędrówkę, błądząc po twarzy, ale 
prawie jej nie dotykając. Ich bliskość i ciepło oszołomiły ją. 

– Mogę? – spytał. 
Nerwowo   przesunęła   językiem   po   wargach.   Czyż   nie   jest   to   jedyny   sposób,   w   jaki 

niewidomy może dowiedzieć się, jak wygląda ktoś inny? Właśnie przez dotyk? Może więc 
jest   to   tylko   niewinna,   przyjacielska   prośba?   Lecz   z   drugiej   strony   poczuła   się   bardzo 
zagrożona.   Zdała   sobie   sprawę   z   tego,   że   Michael   był   chłopcem,   a   Pearce   Goddard   jest 
mężczyzną, i to takim mężczyzną, który bardzo silnie działa na jej zmysły. 

– Proszę cię. – Nachylił się nad nią tak blisko, że poczuła, jak ciepły oddech owiewa jej 

wargi. 

– Chyba... nie powinnam. – Chciała ponownie wstać, ale ujął ją drugą ręką za nadgarstek 

i przytrzymał  przy sobie. Nie próbowała się uwolnić, jakby nie pozwalała jej na to jakaś 
magiczna   siła,   której   nie   potrafiła   się   przeciwstawić.   Wstrzymała   oddech,   czując   jak 
koniuszki jego palców przesunęły się z policzka i błądziły wokół oczu. 

– Jakie masz długie rzęsy – powiedział miękko, muskając je palcami. 

background image

Zamknęła   oczy   i   pozwoliła,   by   delikatnie   badał   jej   powieki.   Było   to   jak   dotknięcie 

skrzydeł motyla. Czuła jednak, że w delikatności pieszczoty drzemie jakaś ukryta siła. Był to 
przedziwny, nie znany jej dotąd dotyk. 

– Brwi... jakie gładkie – mówił, nie przestając błądzić palcami po jej twarzy. – I lekko 

zadarty nos. Musi być z gatunku tych ślicznych skandynawskich nosów z Minnesoty. I lekko 
kwadratowy podbródek. Znamionujący upór, ale nie upór nierozumny... 

Mollie poczuła, że coś dzieje się z jej zmęczonym ciałem. Tak jakby puszczały hamulce, 

za pomocą których tak długo utrzymywała na wodzy swe emocje. Pragnienie, które dało znać 
o sobie, gdy tylko wsiadła do samolotu, a potem przez cały czas tłumiła, wymknęło się teraz 
spod jej kontroli. 

Jak dobry jest jego dotyk, myślała sennie. Jakie to cudowne uczucie... Nikt dotąd tak 

mnie nie dotykał... 

– A usta... – Przesunął wolno kciukiem wzdłuż jej warg. – Usta masz pełne, miękkie i 

dojrzałe. 

Ujął ją palcami pod brodę i uniósł jej twarz ku swojej. 
– Są tak tajemnicze jak twój głos – wyszeptał, nachylając się nad nią. – Trzeba je zbadać 

dokładnie. Można?

I wtedy zrobił to, za czym Mollie podświadomie tęskniła, odkąd po raz pierwszy ujrzała 

go w samolocie. 

Przycisnął wargi do jej warg i pocałował ją tak, jak nikt inny przedtem jej nie całował. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Czuła, jak jego usta – zmysłowe i ciepłe – pieszczą jej wargi i jak mocno i pewnie trzyma 

ją w ramionach. Krew tętniła w jej żyłach i po raz pierwszy od tak dawna radosne ożywienie 
wypełniło bez reszty jej ciało. 

Westchnęła,   nie   odrywając   od   niego   ust,   napawając   się   ożywczym   tchnieniem,   jakie 

zdawał   się   jej   przekazywać.   Odniosła   dziwne,   słodkie   wrażenie,   jakby  wracała   do  domu 
gdzieś z daleka, i zapragnęła objąć go rękami za szyję. Jak cudownie by było zatracić się do 
końca, poznać to wszystko, co w nim takie dziwne, niepokojące i tajemnicze, zapomnieć o 
samotności i poczuć się bezpiecznie w jego silnych ramionach. 

Samotność...   Tak!   Była   samotna!   Lodowata   precyzja   tej   nagłej   myśli   sprawiła,   że 

zniknęło gdzieś całe wypełniające ją poczucie ciepła. Znowu znalazła się tam, gdzie była 
naprawdę: daleko od domu, w obcym mieście, w obcym pokoju hotelowym, w ramionach 
obcego mężczyzny. 

Oderwałaby się od niego natychmiast, gdyby nie obejmował jej tak mocno. Gwałtownym 

ruchem szarpnęła się do tyłu. 

– Przestań – syknęła, odpychając go rękami. W szkłach ciemnych okularów dostrzegła 

swoje dwa pomniejszone odbicia, bladość twarzy, rozsypane w nieładzie włosy, – Dlaczego? 
Przecież było nam tak dobrze – powiedział z grymasem w kącikach ust. 

Zacisnęła   zęby   i   czując,   jak   łomocze   jej   serce,   odepchnęła   go   jeszcze   mocniej.   Nie 

rozumiała, co się z nią dzieje. Dlaczego tak silnie ją pociągał? To szaleństwo. Przecież nic o 
nim nie wiedziała. 

Wzburzona,   pomyślała   nagle,   że   może   całowała   go   po   prostu   z   powodu   Michaela. 

Dokładnie   dziś   miała   spędzić   z   nim   noc   poślubną.   Czy  jakiś   ukryty,   ciemny   impuls   nie 
podpowiadał jej, że z braku świeżo poślubionego małżonka powinna spędzić noc poślubną z 
nieznajomym, przystojnym mężczyzną? Czy nie całowała Pearce’a po to, aby zapomnieć o 
Michaelu i jakby zrobić mu na złość?

– Uspokój się – cedził słowa Pearce. – Nie udawaj, że nagle wpadłaś w furię. Sprawiało 

ci to przyjemność. To właśnie cię naprawdę denerwuje. 

– Odsuń się ode mnie! – rozkazała. 
– Owszem, pod warunkiem, że stąd nie uciekniesz. Po pierwsze, nie bardzo masz gdzie 

uciec. A po drugie, wystarczyło powiedzieć: nie, gdy tylko zacząłem cię całować;

– Teraz mówię: nie – powiedziała Mollie przez zaciśnięte zęby. Próbowała się wyślizgnąć 

z jego ramion, ale zdała sobie sprawę, że robi to jakoś za mało energicznie i bez przekonania. 
Jego   uścisk   nadal   sprawiał   jej   przyjemność,   choć   wiedziała,   że   nie   powinna   tego   tak 
odczuwać. Jeszcze jeden więcej powód, pomyślała, żeby uciec.

–   W   porządku.   –   Uśmiechnął   się   sztucznie   i   wzruszył   ramionami.   Najpierw   miałaś 

ochotę,   teraz   nie   masz.   Mężczyzna   nie   może   takich   rzeczy   przewidzieć,   zanim   się   nie 
przekona. – Westchnął z rezygnacją i uwolnił ją. – Idę spać na kanapkę. Schylił się, odnalazł 
ręką uprząż psa i ujął ją krótko, Fritz popatrzył ha nich oboje z czymś w rodzaju dezaprobaty. 

background image

Mollie podniosłą się i oddaliła o krok od łóżka. 
–   Nie!   Ja   śpię   na   kanapce   –   powiedziała   z   naciskiem,   wskazując   na   siebie.   – 

Powiedziałeś, że będę mogła wybierać i właśnie wybieram: chcę tam spać i koniec!

Pearce   wstał   także.   Wyraz   twarzy   miał   tak   spokojny,   jakby   rozmawiali   o   pogodzie. 

Mollie – tak na wszelki wypadek – cofnęła się jeszcze o krok. 

– I zapamiętaj sobie, jeśli jeszcze raz spróbujesz się do mnie zbliżyć – ‘Ostrzegła głosem 

drżącym   z   napięcia   –   to   pożałujesz.   Będę   krzyczeć,   wzywać   pomocy   i   porozwalam   tu 
wszystko.   A   gdy   przyjdzie   policja,   powiem,   że   zwabiłeś   mnie   tutaj   pod   fałszywym 
pretekstem.  Obiecałeś,  że   nie  będziesz  próbował   różnych  takich  sztuczek,  twierdziłeś,   że 
potrzebujesz mojej pomocy. Zachowuj się więc przyzwoicie, bo natychmiast zostaniesz tutaj 
sam, ale po takiej awanturze, że będzie ją słychać na drugim brzegu Missisipi. 

Na twarzy Pearce’a pojawił się wyraz dezaprobaty i ubawienia zarazem. 
– Naprawdę byś sobie poszła? – spytał. 
– Natychmiast. – Strzeliła palcami pokazując, jak szybko by to się stało. – Naucz się więc 

dotrzymywać słowa, bo inaczej... 

Westchnął ponownie, wypuścił z ręki uprząż psa i opadł na łóżko. Podłożył ramiona pod 

głowę i zwrócił twarz w stronę sufitu. 

– Możesz sobie spać nawet w wannie, jeśli ci to sprawi przyjemność. A co do złamania 

obietnicy, to błagam, abyś mi wybaczyła. 

Ostatnie   słowa   powiedział   z   takim   sarkazmem,   że   Mollie,   poczuwszy   się   powtórnie 

dotknięta, wsparła dłonie na biodrach. 

– Jakoś nie uciekałaś z krzykiem – zauważył ironicznie. – Siedziałaś ze mną na łóżku, 

zupełnie nie protestując... 

– Nieprawda, nie mogłam pro... – zaczęła Mollie, ale nie pozwolił jej dokończyć. 
– Zupełnie nie protestując. Całowałem cię, a ty całowałaś mnie również. I pozwolę sobie 

dodać, że robiłaś to z entuzjazmem. A potem coś ci się nagle odmieniło. Na tym właśnie 
polega problem z kobietami. Mówią, że czegoś chcą, a naprawdę chcą czegoś innego. Mówią: 
nie, które ma znaczyć: tak, albo: tak, które ma znaczyć: nie. Skąd mężczyzna ma wiedzieć, o 
co im chodzi, zanim tego nie sprawdzi?

– Nie próbuj niczego na mnie zwalać – ostrzegła Mollie, choć naprawdę poczuła się 

winna. Czy wszystko stało się bez jej udziału? Czy nieświadomie, lub nawet świadomie, nie 
sprowokowała go? Mogła zdecydowanie oddalić się od łóżka, zamiast usiąść tuż obok niego. 
Mogła nie zgodzić się, aby dotykał jej twarzy. Gdy nachylił się, aby ją pocałować, mogła po 
prostu się odwrócić. A przecież nie tylko tego nie zrobiła, lecz przeciwnie – uniosła do góry 
twarz, aby łatwiej mu było odnaleźć jej usta. 

– Nic na nikogo nie zwalam – odezwał się szyderczym tonem. – I żeby sprawa była do 

końca jasna, możesz się już nie obawiać. Nie zamierzam zakradać się do ciebie w nocy ani 
zmuszać cię, abyś uległa moim niecnym zachciankom. To nie w moim stylu. Zapewniam cię, 
że   na   świecie   jest   pod   dostatkiem   kobiet,   które   ani   o   to   nie   trzeba   błagać,   ani   do   tego 
zmuszać. Wierz mi na słowo. 

Ziewnął ostentacyjnie, zakrywając dłonią usta parodiującym grzeczność gestem. Mollie 

background image

przyglądała   mu   się,   targana   sprzecznymi   emocjami.   Leżał,   rozciągnąwszy   swe   długie, 
szczupłe ciało na srebrno-niebieskiej narzucie. Wydał z siebie nieco zmysłowe westchnienie, 
jakby demonstrując, że jest mu dobrze i wygodnie. Na tle niebieskawej tkaniny wydawał się 
jeszcze bardziej opalony, a jego ciemne włosy sprawiały wrażenie prawie czarnych. 

Usiadła na kanapce, ciągle nie spuszczając z niego wzroku. W jakiś niejasny sposób 

poczuła się prawie rozczarowana, jak gdyby ożywiające podniecenie, którego doświadczyła, 
oddaliło się teraz gdzieś daleko. 

O   Boże,   pomyślała   z   niechęcią,   może   to  wszystko   przez   to,   że   jest   taki   przystojny? 

Wyglądem   zewnętrznym   niczym   nie   przypominał   Michaela,   który   miał   bardziej 
wyrafinowaną urodę – był prawie piękny. Pearce Goddard nie miał w sobie nic pięknego. 
Jego twarz była rzeźbiona jakby innym, grubszym dłutem, naszkicowana twardymi, męskimi 
liniami – tak samo, jak całe jego silne, muskularne ciało. Ale najbardziej fascynująca była w 
nim niebywała zdolność do przechodzenia z jednego nastroju w inny. 

Ziewnął znowu, usiadł, odnalazł po omacku Fritza, odpiął mu uprząż i powiesił ją na 

oparciu łóżka. Potem, tak jak poprzednio, położył się na wznak z rękami pod głową. 

Mollie westchnęła. Wstała i zaczęła szukać dodatkowej poduszki i koców. Znalazła je w 

jednej z dwóch szaf i zrobiła sobie coś w rodzaju gniazda na kanapce. 

Pearce oddychał równo i głęboko, a więc zapewne usnął. Pies leżał zwinięty w kłębek 

przy łóżku, siwiejący pysk przykrył sobie ogonem i chrapał. 

Mollie przeszła przez pokój, aby zgasić światło. 
W momencie gdy sięgała do wyłącznika, usłyszała głos Pearce’a. 
– Wiesz, on chyba nie jest tego wart. Stanęła jak wryta z ręką na kontakcie. 
– O kim ty mówisz? – Przyglądała mu się przez chwilę, ale jego zwykle pełna ekspresji 

twarz była całkowicie nieruchoma. Ciemne okulary nadal zasłaniały mu oczy. 

– O facecie, przez którego się martwisz – wyjaśnił leniwie Pearce. – Kimkolwiek by był, 

nie zasługuje na to. Zapomnij o nim. Im prędzej, tym lepiej. 

Mollie   wstrzymała   oddech.   Jak   na   to   wpadł?   Czy   kłopotliwa   sytuacja,   w   jakiej   się 

znalazła,   jest   dla   wszystkich   czytelną,   nawet   dla   niewidomego?,   Przełknęła   ślinę   i 
zdecydowała się zignorować to, co powiedział. 

– Nie zdejmiesz na noc okularów? – spytała. 
– Zdejmę – odrzekł, ale nie wykonał żadnego ruchu. – Zdejmę potem. 
Przyglądała mu się jeszcze przez chwilę. Być może bez okularów nie jest tak przystojny, 

pomyślała. Ą może jest w jakiś sposób oszpecony i nie chcę, aby ktoś widział jego blizny. 
Odczuła nagły przypływ sympatii, wbrew wszystkiemu, co się stało. Zgasiła światło. 

Wróciła z łazienki w staniku i halce, zadowolona, że uprała sobie majtki i rajstopy i że 

będzie mogła nazajutrz ubrać się w czyste rzeczy. Nie miała, oczywiście, szlafroka ani nocnej 
koszuli, ale było to bez znaczenia, skoro Pearce i tak nie mógł jej widzieć. Skuliła się na za 
krótkim posłaniu i zakryła kocami, podciągnąwszy je sobie pod brodę. 

„Nie można na tobie polegać, zawiodłeś moje zaufanie i prędzej czy później zawiedziesz 

każdego:..” Tak wykrzyczała kiedyś do Pearce’a rozzłoszczona Irina. Po czym, zanim rzuciła 

background image

słuchawkę,   obrzuciła   go   stekiem   wyzwisk,   używając   słów,   których   dama   w   ogóle   nie 
powinna znać, nie mówiąc o ich wymawianiu. 

Przypuszczał, że gdyby dziewczyna, która śpi teraz na kanapce, znała całą prawdę o nim, 

to pewnie przyznałaby Irinie rację. No dobrze, ale w końcu Mollie Randall potrzebowała 
pomocy, a on był jedyną osobą, która mogła jej taką pomoc okazać. Właśnie – prosty i czysty 
pragmatyzm. 

Leżał   z   zamkniętymi   w   ciemności   oczami.   Zmusiło   go,   aby   unieść   się   na   łokciu 

korzystając z tego, że do pokoju wpada światło księżyca, zerknąć na nią. Ale nie zrobił tego. 
Miał   być   w   tej   podróży   niewidomym   i   jeśli   o   tym   zapominał,   to   tylko   z   powodu   tej 
dziewczyny. Wiedział, że zrobił źle, próbując, ją pocałować. Nie powinien był gapić się na 
nią. Ani razu. Ale gdy tylko usiadła obok niego w samolocie i usłyszał jej niski, aksamitny 
głos – musiał na nią popatrzeć. I zrobił to wbrew temu, co sobie poprzednio obiecał. Ujrzał 
najpiękniejszą, jaką dotąd widział, burzę rudozłotych włosów i ładną twarz, promieniującą – 
mimo piegów – zdrowiem i naturalnym wdziękiem. Spostrzegł także, choć starała się sprawić 
wrażenie pewnej siebie, że w jej wyrazistych, niebieskich oczach malował się smutek. 

Jeszcze w samolocie zaczął układać wiersz:
Dlaczego jesteś smutna, dziewczyno o włosach barwy słońca, co wschodzi?
Udając ślepca, spróbuję odnaleźć zgubiony twój uśmiech... 
W końcu zmusił się jakoś do tego, by na powrót zamknąć oczy, ale nadal otwierał je od 

czasu do czasu, aby na nią popatrzeć. I tak było w ciągu całej podróży. Niesłychane. No 
dobrze, pomyślał, ale czyż  nie obiecał wujowi Faronowi, że spełni jego wolę i poderwie 
najładniejszą dziewczynę, jaką spotka? A jak mógł się przekonać, czy jest ładna, nie patrząc 
na nią?

Udało mu się trzymać oczy zamknięte przez całą drogę z Teksasu do Nowego Orleanu, 

lecz kiedy zaginął ich bagaż, a ona nie mogła przypomnieć sobie nazwy hotelu, w którym 
miała   się,  zatrzymać,   usłyszał,   jak jej  cudowny  głos  –  dotąd  tak  dobrze  kontrolowany – 
zaczyna drżeć z emocji. I wtedy nic na to nie mógł poradzić: ponownie uległ pokusie. 

Wyglądała na tak zmartwioną, udręczoną i przepełnioną wyrzutami sumienia z powodu 

popełnionego błędu, że nie zastanawiając się specjalnie nad tym, co robi, a raczej – jak to 
często czynił – mówiąc sobie w duchu sakramentalne: niech się dzieje, co chce, namówił ją, 
aby zamieszkała w jego hotelu. 

Wszystko dla śmiechu – taka była jego dewiza do czasu tego ostatniego nieszczęścia z 

Iriną. I nie ma powodu, pomyślał teraz, aby zasada ta przestała obowiązywać. 

Potem w taksówce i w recepcji hotelu udało mu się dalej udawać niewidomego, ale gdy 

Mollie pokazywała mu pokój i zaprowadziła go do łóżka, znowu musiał otworzyć oczy, by na 
nią popatrzeć. 

No właśnie, jak ma się zachować normalny, z krwi i kości mężczyzna o krok od łóżka, z 

trzymającą go za rękę dziewczyną, która wydaje się mieć ogień we włosach i ogień w ciele? 
Tym bardziej, gdy widzi, głęboko skryte w jej oczach, smutek i pożądanie?

Zdziwił się, gdy zdał sobie sprawę, że ona naprawdę oczekuje na pocałunek. I z równym 

zdziwieniem   poczuł   nagle,   jak   bardzo   sam   pragnie   dotknąć   jej   cudownie   piegowatych 

background image

policzków, pieścić jej pełne wargi, wplatać palce we wzburzone, rudozłote włosy. No i stało 
się. Pocałował ją.

Nie był niedoświadczony. Wiedział, kiedy pocałunek sprawia kobiecie przyjemność, a 

kiedy nie. I jej się to początkowo naprawdę podobało, nawet bardzo. Problem polegał na tym, 
że w pewnym momencie wymyśliła sobie, że nie chce, aby to sprawiało jej przyjemność. 
Wtedy właśnie, gdy tak gwałtownie się od niego oderwała, uświadomił sobie, że znowu na 
nią patrzy. 

Miała zacięty wyraz twarzy i gniew, w oczach. Złościła się na siebie samą i na niego za 

to, że robią coś, co wydało jej się nierozsądne. 

Mimo to wolałby nie tracić kontaktu z tą dziewczyną, choćby z uwagi na jej głos, który 

okazał   się   dla   niego   źródłem   ważnej   inspiracji.   Jego   plany   dotyczyły   realizacji 
długometrażowego   filmu   animowanego,   tak   perfekcyjnego   i   ambitnego   jak   pierwsze, 
największe   realizacje   Disneya,   którym   nikt   dotąd   nie   dorównał.   Miał   już   w   zasadzie 
opracowane wszystkie postacie, ale nie miał jeszcze pomysłu na obsadzenie niektórych ról 
głosowych. 

Gdy tylko ją usłyszał, wiedział, że jest to jeden z głosów, których mu brakuje. Tytułową 

postacią filmu miał być trochę nadnaturalnych rozmiarów kret imieniem Moncrief. Z zawodu 
i powołania był detektywem i – jak to kret – był całkowicie ślepy. I właśnie niewidomy kret-
detektyw   w   ciemnych   okularach,   ze   specjalnie   tresowaną   dżdżownicą   –   przewodniczką 
zamiast   psa,   przybyć   miał   do   Nowego   Orleanu,   aby   zbadać   sprawę   tajemniczego 
uprowadzenia pięknej młodej norki imieniem Lulu. 

Koncepcja filmu była właściwie gotowa. Pearce prawie widział go już i słyszał, ale z 

pewnym  zastrzeżeniem: jedna z głównych  postaci – norka Lulu – ciągle pozostawała dla 
niego   niejasna.   Nie   umiał   sobie,   na   przykład,   wyobrazić   jej   głosu.   I   było   tak   aż   do 
poprzedniego wieczoru. 

Głos   norki   Lulu   powinien   być   zmysłowy   i   niewinny   zarazem,   zmęczony   życiem   i 

spontanicznie świeży, pewny siebie, ale chwilami zagubiony. Słowem – postać ta powinna 
mieć głos prawie idealnie taki, jak Mollie Randall. I im dłużej przebywał w towarzystwie tej 
dziewczyny, tym bardziej konkretyzowała się postać jego filmowej bohaterki. 

A   poza   tym,   myślał,   wiercąc   się   niespokojnie   na   wielkim   łóżku,   naprawdę   warto 

skorzystać z jej pomocy. Udawanie niewidomego w obcym mieście nie jest łatwe, nawet gdy 
ma   się   psa.   Liczył,   że   będzie   tu   z   nim   Melissa,   która   dzięki   swemu   beztroskiemu 
usposobieniu nie miałaby nic przeciwko temu, żeby się tym świetnie bawić tak długo, jak 
długo Pearce regulowałby rachunki. 

Pragnął możliwie jak najpełniej poznać, jaki jest świat niewidomego, wczuć się w postać 

kreta, wyobrazić sobie, wszystkie jego możliwe ruchy i reakcje. Pearce był animatorem – 
jednym z najlepszych w Kalifornii – a wszyscy wielcy animatorzy, będąc artystami w swojej 
dziedzinie,   podobnie   jak   sam   wielki   Disney,   byli   także   urodzonymi   aktorami   i   potrafili 
utożsamiać się z kreowanymi przez siebie postaciami. 

A   więc   od   tej   chwili   ma   się   pogrążyć   w   całkowitej   ciemności   i   absolutnie   przestać 

interesować się tą dziewczyną!

background image

Mollie obudziła się pierwsza. Półprzytomna uniosła się na łokciu i rozejrzała wokoło. W 

pokoju było chłodno. Pies nadal warował wiernie przy łóżku Pearce’a, Zwrócił ku Mollie swe 
żółtobrązowe ślepia i śledził ją badawczo, jakby podejrzewając o jakieś złe zamiary. 

Pearce leżał rozciągnięty na łóżku, częściowo zakryty narzutą, spod której wystawało 

jego nagie ramię. Znowu nie mogła się powstrzymać, by nie przyjrzeć mu się uważnie. 

Oczy miał zamknięte i skóra wokół nich była nieco mniej opalona niż reszta twarzy z 

powodu,   jak   sądziła,   okularów,   które   leżały   teraz   na   nocnym   stoliku.   Wreszcie   mogła 
przyjrzeć się jego brwiom, których śmiałe łuki nadawały mu demoniczny wygląd nawet w 
czasie snu. Z kącików oczu wybiegały drobne zmarszczki, ale nie było widać żadnych blizn. 
Jak na mężczyznę, rzęsy miał długie, ciemne i podwinięte. 

Westchnął, przeciągnął się i przewrócił na. bok. Na widok jego pięknego ciała Mollie 

przyszły do głowy różne dziwne skojarzenia. Odwróciła zakłopotana głowę. 

Po cichu wstała i prześlizgnęła się do łazienki. Gorący prysznic na nagie ciało był czymś 

cudownym: rozgrzał ją i ożywił. Wytarła się jednym ze wspaniałych – następny grzeszny 
luksus – hotelowych ręczników i szybko ubrała się w to, co miała na sobie wczoraj. 

Wyszczotkowała   włosy,   aż   zaczęły   elektryzować   i   skonsternowana   spostrzegła,   że 

zgubiła gdzieś spinkę. Musiała pozostawić je rozpuszczone, a ich bujność sprawiała, że nie 
spięte zawsze sprawiały pewien kłopot. 

Michael naprzykrzał się wielokrotnie, prosząc ją, by ścięła włosy, natomiast nauczyciel, 

który prowadził ją w szkole teatralnej, twierdził, że to bardzo głupi pomysł. I w końcu włosy 
się do czegoś przydały: to chyba dzięki nim dostała w serialu rolę nieprzytomnej Clarice. Jej 
włosy, zdaniem reżysera, rozrzucone na szpitalnych poduszkach miały wyglądać wyjątkowo 
dramatycznie. 

Nagle,   malując   usta,   uświadomiła   sobie   z   niepokojem,   że   pierwszy   raz,   myśląc   o 

Michaelu, nie odczuła bólu. Była po prostu zła na niego, przypomniawszy sobie, że tylko on 
krytykował jej włosy, podczas gdy wszyscy inni uważali, że podkreślają jej oryginalną urodę. 

Zaczęła pudrować nos i nagle znieruchomiała, przyglądając się sobie w lustrze. Dzisiaj 

mogłaby już być żoną pana Michaela Inglestadta, ale teraz wydało jej się to prawie nierealne. 
Nie   jest   panią   Inglestadtową,   jest   nadal   po   prostu   Mollie   Jo   Randall   i   spędziła   noc   z 
nieznajomym, który śpi teraz półnagi w pokoju obok. 

Co by było, gdyby Michael się o tym dowiedział, pomyślała. Co by powiedzieli na to jej 

koledzy i nauczyciele z Minnesoty?

Mollie pobladła trochę, ale po chwili stwierdziła, że nadal może śmiało spojrzeć sobie w 

oczy   w   lustrze.   Nie   zrobiła   przecież   nic   złego.   Ojciec   zawsze   uczył   ją,   że   nie   należy 
przejmować  się  tym,  co  mówią   inni   tak  długo,  jak  długo  jest  się  w   zgodzie   z  własnym 
sumieniem. 

Przełknęła   z   trudem   ślinę.   Takie   rady   łatwiej   dawać   niż   się   do   nich   stosować.   Dziś 

powinna znajdować się tu w budzącej szacunek roli mężatki, a nie korzystać z dobroczynnej 
gościny nieznanego mężczyzny, który dodatkowo próbował ją uwieść. Przecież to prawie tak, 
jakby była  czyjąś  utrzymanką,  pomyślała, przypominając  sobie surowe reguły moralności 
obowiązujące w jej rodzinnych stronach. 

background image

Znowu zaczęła przeklinać w myślach Michaela za to, co zrobił. Czuła się porzucona, 

samotna   i  w   wyjątkowo   kompromitującej   ją  sytuacji.  Chciała   znaleźć  się   daleko  stąd,   w 
rodzinnym  domu w Minnesocie. Ale w tym roku nie było ani tego domu, ani rodziny,  a 
Michael już jej nie kochał. Kochał kogoś innego. 

Pierwszy raz od tak dawna nie zdołała zapanować nad sobą i zaczęła płakać. Tłumiła 

szloch, łkając bezradnie w przyciśnięty do twarzy miękki, hotelowy ręcznik. 

Był to wybuch gwałtowny, ale krótki. Po chwili uspokoiła się i poczuła, że ulżyło jej to 

jakoś i pomogło. Nieokreślone przeczucie mówiło jej, że płakała z powodu Michaela po raz 
ostatni. 

Umyła twarz, zrobiła powtórnie makijaż i podniosła głowę do góry. Musi sobie jakoś dać 

radę! Po drodze do Nowego Orleanu straciła narzeczonego, pieniądze i bagaż. W zamian za to 
zyskała   niewiele:   towarzystwo   skłonnego   do   amorów   niewidomego   i   cierpiącego   na 
reumatyzm owczarka. Ale niech i tak będzie. Z tym sobie także jakoś poradzi. 

Zdecydowanym ruchem pchnęła drzwi łazienki i za chwilę znowu stanęła zaskoczona. 

Pearce wstał już z łóżka. Zdążył założyć ciemne okulary i zapiąć na Fritzu uprząż, ale nie 
przywdział jeszcze koszuli i swetra. Nagi do pasa stał obok łóżka i przeciągał się jak wielki, 
czarny kot. 

– Och! Przepraszam – wyjąkała Mollie, nieprzywykła do takich pokazów i niepewna, czy 

Pearce usłyszał, że weszła do pokoju. Odkaszlnęła i powiedziała normalnym już tonem:

– Dzień dobry!
Przeciągnął się ponownie i odburknął skrzywiony:
– Dzień może będzie dobry, ale poranki są zawsze okropne. 
Wzruszyła ramionami, starając się nie zwracać uwagi na grę jego, mięśni w porannym 

świetle. Podeszła do kanapy, aby uprzątnąć swoje posłanie. 

– Wstało się lewą nogą? Poranne zrzędzenie? – spytała. 
– Dziękczynne zrzędzenie – sprostował ziewając. 
– Cieszę się, żeś stąd nie czmychnęła. 
–   O   ile   sobie   przypominasz,   nie   miałam   dokąd   czmychnąć   –   powiedziała,   składając 

niebieski koc. 

– Dzisiaj znajdę stosowne miejsce. Znieruchomiał na chwilę, po czym  oparł dłonie o 

biodra i zmarszczył brwi. 

– Jak to? Myślałem, że jednak... no wiesz... że mi pomożesz. 
– Owszem – starała się mówić tonem, jakim załatwia się konkretne interesy – ale to nie 

znaczy,   że   mam   z   tobą   mieszkać.   Znajdę   sobie   pokój   gdzieś   niedaleko.   Rano   wpadnę   i 
zabiorę cię stąd, a wieczorem od? prowadzę. 

Stał jeszcze przez dłuższą chwilę bez ruchu. Gdzieś zniknął jego charakterystyczny lekko 

drwiący uśmiech, kosmyk włosów opadł mu na brwi. Odgarnął go zdecydowanym gestem 
człowieka, który nienawidzi poranków. 

– O tym porozmawiamy nie wcześniej niż po napiciu się kawy – rzekł wreszcie. Sięgnął 

po   koszulę,   przez   chwilę   szukając   jej   po   omacku,   po   czym   dał   sygnał   Fritzowi,   aby 
zaprowadził go do łazienki. 

background image

–   Czy   życzysz   sobie,   abym   zamówiła   kawę   do   pokoju?   –   spytała   Mollie   tonem 

zawodowej opiekunki niewidomych. 

Zatrzymał się w ostatniej chwili przed uchylonymi drzwiami łazienki. Mollie zdziwiona 

pomyślała, że dzisiaj porusza się ze znacznie mniejszą pewnością niż wczoraj. – W Nowym 
Orleanie   –   mruknął   –   picie   hotelowej   kawy   to   profanacja.   Pójdziemy   zaraz   tam,   gdzie 
naprawdę potrafią ją przyrządzać i podawać. Gdzie tu jest ta cholerna klamka?

Zniknął za drzwiami łazienki i Mollie usłyszała, jak znowu uderzył się o coś i zaklął. 

Dziwne, pomyślała ponownie, dzisiaj jest naprawdę znacznie bardziej bezradny. 

– Czy chcesz, żebym wzięła cię pod rękę? – spytała, gdy wyszli już z pokoju. – Na 

chodnikach jest lód i Fritz nie zawsze będzie mógł przestrzec cię przed niebezpieczeństwem. 

Pearce, najwyraźniej nadal w złym porannym nastroju, zastanawiał się nad odpowiedzią. 

Twarz miał ponurą i sprawiał wrażenie, że zamierza rozważać tę kwestię w nieskończoność. 
W końcu zrobił jakiś nieokreślony ruch ramionami, a Mollie wzięła go po prostu spokojnie 
pod ramię. 

– Schody, około pięć kroków przed nami – ostrzegła – Gdy wyszli na zewnątrz, wiatr 

uderzył ich z taką siłą, że Mollie wstrzymała oddech, a Pearce zaklął pod nosem. Lodowate 
zimno przenikało do szpiku kości. Nawet Fritz wzdrygnął się, skulił i jakby głębiej schował w 
swym futrze. 

Mollie,   choć   zmarznięta,   rozglądała   się   ze   zdumieniem   wokół.   Po   obu   stronach 

zabytkowych   brukowanych   uliczek   wznosiła   się   oryginalna,   niezwykła   zabudowa   słynnej 
Dzielnicy   Francuskiej.   Balkony   i   ganki   zdobione   żelaznymi   odkuwkami   –   prawdziwymi 
arcydziełami   kowalstwa   artystycznego   –   wyglądały   jak   oblamowane   czarną   koronką. 
Niektóre balustrady przeplecione były świątecznymi lampkami i Mollie wyobraziła sobie, jak 
pięknie  musi  wyglądać  ta  iluminacja  w  nocy.  Inne balkony były  przystrojone  girlandami 
sosnowych   gałęzi,   ogromnymi   czerwonymi   kokardami,   wieńcami   uplecionymi   z   gałązek 
ostrokrzewu   i   bogato   ubranymi   świątecznymi   choinkami.   Jeszcze   piękniejsze   dekoracje, 
rozwieszone na sznurach rozciągniętych nad uliczkami, kołysały się na wietrze. Nadjechał z 
turkotem zaprzęgnięty w muła powóz z woźnicą opatulonym w szkarłatną opończę. Muł miał 
słomkowy kapelusz z szerokim rondem przystrojonym gałązkami poinsecji i ostrokrzewu, a 
do jego uprzęży przytwierdzone były dwa wazoniki pełne sztucznych, świątecznych kwiatów. 
Z nozdrzy muła i z ust woźnicy wydobywały się obłoczki pary. 

– A więc to prawda – odezwała się Mollie i podświadomie szukając ciepła, przytuliła się 

do Pearce’a. – Jesteśmy w Nowym Orleanie. 

– Uhm... – odburknął – i jest tu trzy razy zimniej niż w Nowym Jorku. Chodź, musimy 

znaleźć Cafe du Monde przy Jackson Square. Powinniśmy iść w kierunku zachodnim. Nie 
stójmy tu dłużej, dobrze?

–   Przepraszam   –   odpowiedziała   zakłopotana.   –   Na   prawo,   a   potem   prosto.   Wiesz, 

wszystko jest tu... takie cudowne. 

Było jej niemal wstyd, że widzi to wszystko, czego on nie może oglądać. Prowadziła go 

ostrożnie, omijając bardziej śliskie miejsca na chodnikach. Na chwilę pozwoliła sobie zwrócić 

background image

uwagę   na   widok   fantastycznej   kolekcji   masek   na   jednej   z   wystaw.   Były   to   maski 
przywdziewane w czasie ostatków – święta końca karnawału. 

– Czy chcesz, żebym opowiadała ci o tym, co widzę? – spytała. 
Pearce z twarzą stężałą z zimna wzruszył ramionami i próbował szczelniej otulić się swą 

lekką kurtką. 

– Jeśli ci to sprawi przyjemność – zgodził się bez entuzjazmu. 
Szli więc dalej po oblodzonych chodnikach. Mollie pełniła swe obowiązki przewodnika, 

ale mogła gapić się do woli i dzielić się swymi wrażeniami z Pearce’em. 

–   O!   Dziedziniec   z   fontanną   –   opowiadała   –   trzypoziomowa   fontanna   z   czarnego 

kamienia. Wszystko zamarzło i zamieniło się w kaskadową rzeźbę z lodu. 

– Ja też się zamienię w rzeźbę z lodu, jeżeli to dłużej potrwa – mamrotał Pearce. – Nie ma 

tu jakiejś taksówki? Sań zaprzężonych ~w psy lub czterech pingwinów z lektyką?

Mollie śmiała się i dalej opisywała wszytko tak barwnie, jak potrafiła. Pearce zrzędził i 

narzekał,   ale   za   każdym   razem   potrafił   ją   rozweselić.   Zrobili   z   tego   rodzaj   gry,   która 
pomagała im nie zwracać uwagi na zimno. 

– A tu jest podwórko, a na nim pokryte  lodem drzewa palmowe. Zupełnie  brunatne, 

zwarzone mrozem. I banany na gałęziach czarne i zmarznięte. 

– W tę pogodę wszystkim pomarzły banany – dwuznacznie parsknął Pearce – i mango. 
Mollie spostrzegła na niskim gzymsie nieruchomy, szary kształt. 
– Ojej, Pearce, mała jaszczurka, chyba kameleon. Nie żyje, zamarzła na śmierć. Jakie to 

przykre!

– Nie smuć się. Poszła do nieba dla jaszczurek – powiedział, uścisnąwszy jej rękę i 

znowu sprawił, że musiała się uśmiechnąć. 

– A jakie jest niebo dla jaszczurek? – przekomarzała się.
– Tak to zostało dziwnie pomyślane, że niebo jaszczurek jest jednocześnie piekłem much. 

Od świtu do nocy jaszczurki siedzą sobie w słońcu, robiąc języczkami ciach, ciach, ciach i 
zjadają muchy. 

– A co z dobrymi muchami? – spytała śmiejąc się. – Przecież też muszą mieć jakieś 

niebo. 

– Otóż twierdzę, że nie ma dobrych much. Tak jak nić ma dobrych poranków. To są 

sprzeczności same w sobie, ale jak pójdziemy do nieba, to sami sprawdzimy. 

Wreszcie   dotarli   na   miejsce.   Cafe   du   Monde   mieściła   się   w   niskim,   przysadzistym 

budynku o beżowych ścianach. Nad łukowato sklepionymi drzwiami wejściowymi i oknami 
zawieszone   były  pasiaste,   biało-zielone  markizy.  Wewnątrz,  mimo  mroźnej  pogody,  było 
tłoczno. W powietrzu unosił się aromat świeżo prażonych  orzeszków ziemnych  i mocnej 
kawy. Usiedli przy małym stoliku, a Fritz, zmęczony długim spacerem, zadowolony położył 
się obok krzesła swego pana. 

Kelner   podał   zamówioną   przez   Pearce’a   kawę   ze   śmietanką   i   chrupiące,   świeżutkie 

francuskie pączki. Pijąc kawę, cudownie aromatyczną, mocną i słodką, Mollie zauważyła, że 
Pearce skaleczył się rano przy goleniu. Przypomniała sobie także, że wchodząc do kawiarni 
uderzył się o framugę, a raz po drodze źle wyczuł wysokość krawężnika, potknął się i przez 

background image

moment całkiem zawisł na jej ramieniu, szukając równowagi. 

Teraz siedział i grzał ręce, obejmując dłońmi kubeczek z gorącą kawą. Przez dłuższy czas 

hic nie mówił i żałowała, że przestał żartować. 

–  No,  to  opowiedz   mi  –  odezwał  się  wreszcie,  jakby  od  niechcenia   –  o  tym  twoim 

chłopaku. : Co on ci takiego zrobił?

Pytanie,   zadane   tonem,   jakim   prowadzi   się   niezobowiązującą,   leniwą   pogawędkę, 

całkowicie  ją zaskoczyło.  Zdała  sobie sprawę, że  jest on zbyt  bystry  i przenikliwy,  zbyt 
dobrze potrafi wychwycić każde drgnienie jej głosu, aby można go było omamić aktorskimi 
sztuczkami. Dlatego też wzruszyła ramionami i odpowiedziała najspokojniej, jak umiała. 

– Nic mi takiego nie zrobił. Po prostu mnie okłamywał. 
Pearce siedział nieruchomo, z dłońmi splecionymi nadal wokół kubeczka z kawą i tylko 

przez chwilę zadrgał mięsień na jego policzku. 

– To widać gołym okiem – powiedział i natychmiast, jakby zirytowany, sprostował: – 

Chciałem powiedzieć, to widać nawet przez ciemne okulary. Ale powiedz, w czym on cię 
okłamał?

– We wszystkim – odpowiedziała, z trudem panując nad głosem. 
Przez chwilę nic nie mówił. Poważniejszy niż zwykle, zdawał się nad czymś głęboko 

zastanawiać. Wreszcie odezwał się:

– No dobrze, ale jeżeli był kłamcą, to dlaczego ci go teraz brak?
Zaskoczyła ją trafność tego spostrzeżenia. Miał przecież rację! jaki sens ma opłakiwanie 

człowieka, który nigdy nie był wobec niej szczery?

–   .   Nie   brak   mi   jego,   brak   mi   tego,   kim   myślałam,   że   był.   Myślałam,   że   jest... 

prawdomówny,   odważny,   ambitny...   –   Zawahała   się,   ale   zdecydowała,   aby   to   wreszcie 
powiedzieć do końca. – I myślałam, że mnie kocha. A to była jedna wielka pomyłka. 

Podniósł do ust kubeczek, wypił łyk kawy i odstawił go z powrotem, nie odezwawszy się 

ani słowem. 

Mollie odgarnęła włosy i powiedziała z filozoficznym spokojem:
– No, cóż... Skończyło się. Życie toczy się dalej i ja wraz z nim. 
Skinął potakująco głową, ale nadal milczał. 
– No więc, jakie plany na dzisiaj? – spytała rzeczowo. – Muszę znaleźć sobie pokój w 

jakimś hotelu, a potem mogę cię zaprowadzić, gdziekolwiek zechcesz. 

Ugryzła   kawałek   pączka.   Był   posypany   taką   masą   cukru   pudru,   że   gryząc   go   nie 

odważyła   się   odetchnąć,   aby   nie   oprószyć   się   białym,   słodkim   pyłem.   Ale   smak   miał 
przepyszny i to, że pobieliła sobie wargi i policzki, nie przeszkadzało jej zupełnie. 

–   Naprawdę?   –   Usłyszała   pytanie   Pearca   iw   jego   głosie   rozpoznała   znajomy   ton 

prowokacji. 

Spojrzała na niego ponownie. Uśmiechał się tajemniczo, brwi miał lekko uniesione, minę 

trochę poważną, a trochę sceptyczną. 

– O co ci chodzi? – spytała, nie rozumiejąc mimiki jego twarzy. 
– Czy naprawdę skłonna będziesz zaprowadzić mnie, gdzie tylko zapragnę?
Wpatrywała się w kubek z kawą i po chwili dopiero podniosła na niego wzrok. 

background image

– W granicach rozsądku – odpowiedziała. – Istnieje taki próg, którego nie przekraczam. 
– Podaj mi rękę – zaproponował raczej, niż poprosił, sięgając przez stolik. 
Przyglądała się jego szczupłej, silnej i opalonej dłoni, zdającej się kusić do czegoś i coś 

obiecywać.   Bezwiednie,   nie   zastanawiając   się   czy   chce   tego,   czy   nie,   wyciągnęła   rękę   i 
poczuła, jak zaciskają się na niej jego palce. 

–   Jesteś   świetnym   kompanem,   Mollie.   –   Jego   głos   był   miękki,   niski   i   brzmiał 

przekonywająco. – Chciałbym zatrzymać cię blisko siebie. Wynajmę apartament. Ty zajmiesz 
jedną jego część, a ja drugą. Drzwi między naszymi pokojami będą zamknięte, obiecuję. Tak 
długo będą zamknięte, jak długo będziesz sobie tego życzyła.

– Nie – zaprotestowała – nie mogę się na to zgodzić. 
Pozostawiła jednak rękę w jego uścisku, który odwzajemniała zresztą bezwiednie. 
– Mollie  – powiedział  z nagłym  napięciem  w głosie  – po prostu zostań ze mną.  To 

wszystko, o co proszę. 

Co się ze mną dzieje, pomyślała Mollie, nie odrywając wzroku od ich złączonych rąk. 

Oboje mieli drobiny cukru na palcach i cała sytuacja mogła wydawać się trochę śmieszna i 
absurdalna. 

A jednak tak nie było. Wydało jej się za to, że cała Cafe du Monde, ze swoją bogatą 

sztukaterią, zielonobiałymi markizami, tłumem gości, aromatem potraw, rozpłynęła się gdzieś 
we mgle. Na miejscu pozostawali tylko oni dwoje, zastygli w dziwnym złączeniu. 

I   mimo   to,   że   jakaś   część   jej   świadomości   ostrzegała   ją   przed   tym   człowiekiem, 

zdecydowała się to zignorować. Zostanie z nim, Wiedziała, że zostanie, lub raczej... że nic nie 
może na to poradzić. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Mollie  ze  zdziwieniem  uświadomiła  sobie, jak szybko  wszyscy troje – ona, Pearce  i 

poważny, stary pies – zaczęli zachowywać się jak zgrana, znająca się od lat paczka. Mimo 
zimna   Pearce   chciał   wszędzie   chodzić   na   piechotę   i   to,   co   robili,   było   właściwie   nie 
kończącym się, długim spacerem. 

Zbliżało się południe i ulice powoli zapełniały się turystami, którzy odważyli się wreszcie 

wyjść na dwór mimo zimna. Wraz z nimi pojawili się uliczni artyści i ci wszyscy, którzy żyli 
w tym mieście z turystyki i musieli robić to, co zwykle, nie zważając na okropną pogodę. 

Przemierzyli   w   tę   i   z   powrotem   deptak   na   Bourbon   Street,   przechodząc   obok   setek 

restauracji, barów, sklepów i galerii. Młody człowiek stojący przed Muzeum Osobliwości 
połykał ogień z taką zawodową obojętnością, jakby degustował cukierki miętowe. Po chwili 
przeszli obok Muzeum Czarnej Magii i Mollie poczuła dreszcz: było coś takiego w Nowym 
Orleanie, co mogło sugerować, że magia – zarówno dobra, jak i zła – może istnieć naprawdę. 

Pearce stwierdził, że jeśli chcą zachować się jak przystało na prawdziwych turystów, 

powinni koniecznie zjeść coś w barku sklepu kolonialnego przy Central Street. Ten przytulny, 
mały lokalik zdobywał stale nagrody za najsmaczniejsze w mieście sandwicze. 

Usiedli w kącie na wysokich stołkach barowych, a Fritz odpoczywał u ich stóp. Pili piwo 

z miejscowego browaru i oddawali się degustacji specjalności zakładu: sandwiczy mufalatta. 

Mollie sądziła dotąd, że nic na świecie nie może smakować lepiej, niż śniadanie w Cafe 

Du Monde, ale teraz przestała być tego taka pewna. Sandwicze były misterną kombinacją 
przyprawionego  na ostro mięsa  i zapiekanego  sera na włoskim pieczywie,  a wszystko  to 
garnirowane było sałatką z oliwek. Każdy kęs sprawiał prawdziwą rozkosz. 

– Nie wracam do Nowego Jorku – powiedziała, wpadając w błogie rozleniwienie. – Mam 

zamiar spędzić resztę życia przy tym kontuarze i jeść bez końca. 

Nagle poczuła przypływ smutku: żal jej się zrobiło Pearce’a, który nigdy nie przekona się 

do końca, jak wspaniały jest Nowy Orlean. 

– Nie jesteś niewidomy od urodzenia, prawda? – spytała. Ze sposobu, w jaki mówił, oraz 

z tego, z jaką łatwością rozumiał jej opisy, wywnioskowała, że kiedyś musiał widzieć. 

Pearce przestał się uśmiechać. 
– Nie – odpowiedział niechętnym tonem i potarł palcami miejsce na brodzie, w które się 

skaleczył. 

– A kiedy to się stało? – próbowała pytać dalej. Niechętnie wzruszył ramionami. 
– Nie tak dawno temu. 
Zmarszczyła brwi. Jego odpowiedzi były tak ogólnikowe, że nic z nich nie wynikało. 

Patrzyła na jego profil. Gdy przestawał się uśmiechać, jego twarz wyglądała zupełnie inaczej; 
był   poważny,   prawie   ponury,   znikało   poczucie   bliskości.   Sprawiał   teraz   wrażenie,   jakby 
myślami był gdzieś daleko. Mimo to zaryzykowała i spytała go raz jeszcze:

– Nie chcesz mi powiedzieć, jak to się stało? 
Bawił się przez chwilę butelką piwa. 

background image

– Nie chciałbym o tym mówić – stwierdził wreszcie. 
– Przepraszam – powiedziała zażenowana, robiąc sobie wyrzuty, że poruszyła bolesny dla 

niego temat. 

– Opowiedz mi, proszę, czym się naprawdę zajmujesz?
– Próbowała zatrzeć złe wrażenie... – Mówiłeś coś o rozrywce... 
Zdecydowanym ruchem odstawił butelkę z piwem. 
– Teraz robię coś... na własny rachunek. Poprzednio pracowałem w wytwórni filmowej. 
– W wytwórni filmowej? – zdumiała się. Co mógł robić niewidomy w filmie? Po chwili 

zastanowienia doszła do wniosku, że chyba domyśla się, o co chodzi. Utrata jakiegoś zmysłu 
często wyostrza inne, dlatego tylu jest, na przykład, wspaniałych niewidomych muzyków. – 
Powiedz, pracujesz przy opracowywaniu dźwiękowym filmów, w studio? – spytała. 

– Między innymi. – Jego odpowiedź znowu była denerwująco ogólnikowa. Niecierpliwie 

potrząsnął głową. – Słuchaj – rzucił – pracuję teraz nad pewnym własnym pomysłem. Ale nie 
chciałbym jeszcze o nim opowiadać. Żeby nie zapeszyć, rozumiesz?

Patrzyła na niego, przygryzając wargę. Skąd  te  wykrętne odpowiedzi? Spotkała się, co 

prawda, z tym,  że pewni ludzie związani ze sztuką nie lubią mówić o swoich projektach 
artystycznych, zanim nie są one ukończone, uważając, że marnowaliby w ten sposób energię 
twórczą. Ale nawet ich odpowiedzi nie były tak enigmatyczne. Może ukrywał coś? Ale to do 
niego nie pasowało. Sprawiał wrażenie zbyt śmiałego i otwartego, by bawić się w sekrety. 

– Nie mówmy więcej o mnie – poprosił jakby trochę zdenerwowany. – Porozmawiajmy o 

tobie.   Masz   świetne   warunki   głosowe.   Robiłaś   kiedyś   jakieś   postsynchrony?   Podkładałaś 
głos? Miałaś coś wspólnego z animacją?

Mollie zgniotła w ręku serwetkę. Posmutniała nagle. Znowu udało mu się trafić w jej 

czuły punkt. 

– Będę próbowała robić coś takiego po powrocie!
do   Nowego   Jorku.   W   serii   filmów   oświatowych,   częściowo   animowanych,   mam 

podkładać głos bakterii. 

Odchylił głowę do tyłu i zaśmiał się. Mollie wyprostowała się na krześle i powiedziała z 

godnością:

–   Zrobię   wszystko,   żeby  był   to   głos   bakterii   najlepszy  z   możliwych.   Słyszałeś   takie 

powiedzenie: nie ma małych ról, są tylko mali aktorzy. 

– Słyszałem, tyle że zawsze od tych, którzy takie właśnie role grają – przyznał. – Znam 

pewnych ludzi, którzy pracują przy animacji. Na pewno byś się im spodobała. Jesteś tym 
zainteresowana?

– Interesuje mnie każda oferta pracy – odpowiedziała – o ile, oczywiście, jest uczciwa. 
Uśmiech, który znowu igrał w kącikach jego ust, znikł nagle. 
– Uczciwa – mruknął – bez przerwy mówisz o uczciwości. Czy to dla ciebie takie ważne?
– To najważniejsza rzecz na świecie – potwierdziła z przekonaniem. 
– Z powodu twojego chłopaka? – Ton jego głosu stał się prawie napastliwy. 
– Częściowo... – urwała w pół zdania. 
Pearce oparł się na łokciu i potarł palcami podbródek. Widziała swe odbicie w ciemnych 

background image

szkłach jego okularów. 

– A co byś zrobiła – zaczął mówić jakby od niechcenia – gdyby okazało się, że ktoś inny 

postąpił tak samo, jak ten twój chłopak, to znaczy, okłamał cię. Ale w dobrych intencjach. 

– Nie ma żadnych dobrych intencji – odpowiedziała z goryczą w głosie. – Odwróciłabym 

się od niego natychmiast i więcej nie zamieniłabym z nim ani słowa. 

Zastanawiał się przez chwilę, po czym skomentował drwiąco to, co powiedziała:
– Kobieta z zasadami. Trochę to niepraktyczne. Życie nie jest znowu takie proste. Na 

przykład,   potrzebujesz   pracy,   co   byś   więc   zrobiła,   gdyby   taka   osoba   złożyła   ci   jakąś 
interesującą ofertę? Mollie ze zdziwienia zamrugała oczami. 

–  Taka  osoba  musiałaby  się  porozumieć   z  moją  agencją...  Obecnie  nie  bardzo  mogę 

wybierać. Muszę brać taką pracę, jaką dostanę. Ale nie znaczy to, abym miała szanować czy 
lubić takiego człowieka, nawet gdybym dla niego pracowała. A o co ci chodzi?

–  Tak  się  spytałem  –  odparł,  ujmując   w  rękę  uprząż  psa.  – Chodź,  połaźmy   trochę. 

Chciałbym, póki tu jestem, wchłonąć w siebie jak najwięcej z atmosfery tego miasta. 

Tuż na wprost wyjścia na ulicę jakiś magik noszący nauszniki i wytarty, czarny płaszcz 

wykonywał   skomplikowane   sztuki   z   kolorowymi   szarfami,   które   jak   postrzępiona   tęcza 
wirowały w powietrzu. Nagle szarfy zniknęły. 

– Proszę – zawołał z triumfalnym uśmiechem sztukmistrz – teraz widzicie, za chwilę nie 

widzicie! – I powtórzył sztuczkę. 

– Święta prawda – mruknął jakby do siebie Pearce. Mollie nic z tego nie zrozumiała. 

Pearce już przed południem uświadomił sobie, jak wielu wrażeń pozbawia go decyzja, 

aby udawać ślepca. Zwłaszcza tutaj – w Nowym Orleanie. 

Tego dnia otworzył  oczy tylko dwukrotnie: za każdym razem po to, by przyjrzeć się 

dziewczynie. 

Po   raz   pierwszy   popatrzył   na   nią   rankiem.   Obiecywał   sobie,   że   przestanie   się   nią 

interesować, ale gdy usłyszał jej stłumiony płacz w łazience, poczuł nagły ucisk w dołku. 
Kiedy wróciła do pokoju, zdecydował się spojrzeć na nią, by sprawdzić, co się z nią dzieje, i 
w tym momencie uświadomił sobie, jak bardzo podoba mu się jej twarz. Nie była klasycznie 
piękna, ale promieniowała  niesłychaną  żywotnością  i wywarła  na nim takie  wrażenie, że 
ponowne zamknięcie oczu wydało mu się torturą. 

A potem był ten długi spacer do Cafe du Monde, podczas którego – mimo zimna – Mollie 

paplała i żartowała, zapomniawszy najwyraźniej o swoich kłopotach, dzięki temu chyba, że 
absorbował ją problem drugiego człowieka – jego ślepota. Zaczął opatrywać jej opisy miasta 
zabawnymi  komentarzami, a ona podjęła tę grę, prowadziła ją naturalnie i zręcznie, a jej 
zdrowe poczucie humoru wspaniale współgrało z jego cierpkim nieco i drapieżnym zmysłem 
satyrycznym. 

Zimno było przeraźliwie i pogrążony z własnej woli w świecie ciemności wiedział, że 

skazany byłby na wieczne potykanie się i być może – mimo pomocy Fritza – na błądzenie. 

Przy niej ani zimno, ani mrok nie wydawały się takie przerażające. Jej obecność była 

czymś w rodzaju światła, które potrafiło się przebić przez ciemność, jaką sam sobie narzucił. 

background image

A   przecież   nie   był   ślepy.   Dziękował   niebiosom   za   dar   wzroku,   pewny   już   teraz,   że   ze 
wszystkich sił będzie starał się chronić go i zachować. Uświadomił sobie również, że gdyby 
był rzeczywiście skazany na to, by brnąć przez wieczną ciemność, chciałby mieć obok siebie 
kogoś podobnego do Mollie Randall. Czy nawet więcej – mieć po prostu kogoś dokładnie 
takiego jak ona. 

No i właśnie, powtórnie złamał swoje postanowienie w Cafe du Monde, kiedy poprosił, 

by podała mu rękę. Znowu na nią spojrzał. Miała na głowie tę swoją bezsensowną, wełnianą 
czapeczkę, która na pewno nie chroniła jej przed zimnem, i nie mógł oderwać wzroku od 
wspaniałej kaskady włosów, które w porannym świetle zdawały się wprost płonąć. 

Podała   mu   rękę   i   to   samo   uczucie   jakiejś   więzi,   pokrewieństwa   dusz   pojawiło   się 

ponownie. Chciał się go pozbyć, mówił mu, żeby odeszło. Ale oho pozostało – także wtedy, 
gdy wyszli już stamtąd, rozmawiali ze sobą, śmiali się. 

Nie podobało mu się to, nawet bardzo. Czuł się wolnym mężczyzną i chciał pozostać 

wolny. 

Wieczorem   siedzieli   naprzeciwko   siebie   w   małej,   zacisznej   restauracyjce,   której 

specjalnością była kuchnia Cajuriów z Luizjany, a także ich dziwna, skoczna muzyka. Pearce 
opowiadał Mollie tak zabawną historię, że śmiała się, aż łzy wypełniły jej oczy. Czuła, że boli 
ją wszystko ze śmiechu. 

– Przestań, już nie mogę – prosiła, ale on bezlitośnie opowiadał jej dalej, jak razem ze 

swym   bratem   Harrym,   towarzyszem   dziecinnych   awantur,   piekli   kiełbaski   w   kabinie 
myśliwca,   który   zdobił   park   ich   rodzimego   miasteczka   jako   pomnik   bohaterów   wojny 
koreańskiej. 

Na stoliku płonęły świece i ich podwójne odbicie tańczyło w ciemnych szkłach Pearce’a. 

Zjedli   wspaniałą   potrawę:   czerwoną   fasolę   z   ryżem   w   piekielnie   ostrym   sosie   i   złote, 
chrupiące bułeczki z mąki kukurydzianej nasączone masłem. 

Uwielbiała słuchać opowieści z jego dzieciństwa. Był wspaniałym gawędziarzem. Pearce 

i jego brat wydali  jej się chłopcami  z jakiejś  cudownej, zwariowanej bajki. Każda z ich 
przygód i eskapad była bardziej fascynująca od poprzedniej. 

– Musieliście być postrachem okolicy – mówiła ze śmiechem. 
– Na pewno. Właściwie to byli z nas prawie nieletni przestępcy. 
– Prawie? – pytała zaczepnie Mollie.
– Wychowaliśmy  się  w rozbitej  rodzinie.  Ojciec  odszedł,  gdy byliśmy  całkiem  mali. 

Matka nie potrafiła... nie bardzo radziła sobie w życiu. Nie wiem zresztą. Może robiliśmy to 
po  to,  aby zwrócić  na  siebie  uwagę,  a   może  był   to  rodzaj   buntu?   Albo  jedno  i  drugie? 
Wszystko   dla   śmiechu   –   to   była   nasza   dewiza.   Uśmiechnęła   się,   chcąc   okazać   mu 
zrozumienie i sympatię. Potrafiła go sobie wyobrazić takiego, jakim był wtedy: wysokiego 
chłopca, który pod zewnętrznymi pozorami ostentacyjnej wesołości i przekory ukrywa naturę 
samotnika. 

– Wszystko dla śmiechu – powtórzyła. – Czy to nadal jest twoja dewiza?
– Mniej więcej – odpowiedział i jego twarz znów się rozpogodziła. 

background image

– A co się dzieje z twoim bratem Harrym? – spytała. 
– Gzy dorósł i żałuje grzechów dzieciństwa? Twarz Pearce’a stężała. Znikł z niej nawet 

ślad wesołości. 

– Harry nie żyje – powiedział bezbarwnym głosem. 
– Wypadek przy grze w piłkę. Miał wtedy siedemnaście lat. Głupia, bezsensowna śmierć. 

Moja matka potem już nigdy nie doszła do siebie. 

Siedział z nieruchomą twarzą. Pomyślała, że mimo pozorów beztroskiego stosunku do 

całego świata, sam również nie potrafił pogodzić się z tą śmiercią. Rozmowa o tym jeszcze 
teraz sprawiała mu ból. 

– Och, Pearce – odezwała się miękko – tak mi przykro. – Uścisnęła go za rękę, a on objął 

dłonią jej palce i trzymał delikatnie. – A ty jak dałeś sobie z tym radę?

Pieścił jej dłoń, lecz nadal się nie uśmiechał. 
– Na początek...  sam przestałem  grać w futbol. Nawet nie  chodziłem na mecze.  Nie 

słuchałem transmisji. – Potrząsnął głową, jakby odpędzając złe wspomnienia. – A potem? 
Potem radziłem sobie tak, jak radziliśmy sobie z Harrym^ Broniłem się za pomocą żartów i 
wygłupów. To samo robiłby Harry, gdyby żył. I myślę, że tego po mnie oczekiwał. 

Mollie zamyśliła się. Żarty... Pearce zawsze skrywał pod masą śmiechu tajony ból – I 

potrafi świetnie robić to nadal. 

– A twoja matka? – spytała. 
Wzruszył ramionami i pokręcił głową ze smutkiem. 
–   Zawsze   była   słaba   i   niezaradna.   Po   śmierci   brata   zupełnie   straciła   kontakt   z 

rzeczywistością.   Miałem   wtedy   piętnaście   lat.   Wuj   Faron   zabrał   nas   do   siebie   do   Los 
Angeles. – Uśmiech znowu pojawił się w kącikach jego ust. – Z matką niewiele mu się udało 
zwojować, ale mnie dał niezłą szkołę, naprawdę niezłą. Zrobił wszystko, żeby przygotować 
mnie do życia. 

Mollie, zawsze skłonna do współczucia innym, poczuła ucisk w gardle. Cofnęła rękę. 
 Ten twój wuj Faron musi być nadzwyczajnym człowiekiem – odezwała się, chowając 

pod stolik rękę, na której ciągle jeszcze czuła jego dotyk. 

– Był wspaniały – uściślił z odcieniem czułości w głosie. – Teraz też już nie żyje. Właśnie 

wracam z jego pogrzebu. Przeprowadził się do Nowego Jorku kilka lat temu, po śmierci mojej 
matki. 

– Pearce, mój drogi, przykro mi, naprawdę – powiedziała jeszcze bardziej serdecznie niż 

poprzednio. – Nie masz już żadnej rodziny?

Na jego twarzy pojawił się gorzki uśmiech. 
–   Ojciec   gdzieś   tam   sobie   żyje,   ale   po   co   miałbym’   się   z   nim   spotykać?   Wiem   ze 

słyszenia, że mam kilka przyrodnich sióstr, których nigdy nie widziałem na oczy. Poza nimi 
rzeczywiście nie mam nikogo. Jestem samotnym wilkiem i pragnę takim pozostać. 

– A... czy...  nigdy nie miałeś  zamiaru  się ożenić,  czy coś w tym  rodzaju? – spytała 

obojętnym   głosem   i   natychmiast   pożałowała,   że   to   zrobiła.   Pytanie   wydało   jej   się   zbyt 
osobiste.. 

– Raz wplątałem  się w coś takiego  i cudem uratowałem skórę. Ale nie mogę  o tym 

background image

mówić, bo mam potem koszmarne sny. Zamiast tego zatańcz ze mną, dobrze?

Mollie   spojrzała   na   niego   z   otwartymi   ze   zdumienia   ustami.   Zawsze   zaskakiwały   ją 

niesamowite zmiany jego nastroju. 

– Słucham? – spytała. 
– Zatańcz ze mną – powtórzył. – To, że nie zamierzam się ożenić, nie oznacza, abym nie 

lubił obejmować kobiety w tańcu. A że ciebie lubię obejmować, to już sprawdziłem. 

Zastanawiała się, bo nie była pewna, czy odważy się znaleźć ponownie w jego objęciach. 

Było w nim naprawdę coś uwodzicielskiego i nie wiedziała, czy będzie potrafiła się temu 
oprzeć. Poza tym nigdy jeszcze nie słyszała tej dziwnej muzyki, a to, co robili ludzie na 
parkiecie,   nie   przypominało   żadnego   ze   znanych   jej   tańców.   Obserwowała   ich   dziwne   i 
skomplikowane kroki, piruety i ruchy rąk. 

– Nie potrafię tańczyć tak, jak ci ludzie. – Próbowała znaleźć jakąś wymówkę. – Nie 

wiem, czy już kiedyś miałeś okazję widzieć, jak oni to robią, ale... 

– Nie musimy tego robić tak, jak oni – przerwał jej – możemy tańczyć po swojemu; 

wolno albo szybko, wesoło albo smutno. Co to innych obchodzi? – Wyciągnął w jej stronę 
ręce. 

Już raz to dziś zrobił, pomyślałaś Przyglądała mu się przez chwilę. Migotały świece i 

ciemne szkła jego okularów wyglądały jak tajemnicze górskie stawy, w które można patrzeć 
bez końca. Po raz drugi w tym dniu ich dłonie połączyły się w uścisku. 

– Zostań tu, Fritz – polecił psu i podniósł się z krzesła. – Zaprowadź nas – poprosił Mollie 

– i nie obiecuj sobie po mnie za dużo. Nie jestem mistrzem tańca towarzyskiego. 

Przeprowadziła go przez zatłoczony parkiet i znalazła kąt, w którym nikt nie tańczył. 

Było tam prawie ciemno. 

– Tutaj – powiedziała, stając naprzeciwko niego. 
Ciało Mollie pulsowało egzotycznym rytmem nieznanej muzyki. Pearce objął ją w talii i 

palcami pieścił jej smukłe plecy. Wolno przyciągnął ją do siebie. 

– Obejmij mnie za szyję – poprosił, schylając głowę tak nisko, aż ich policzki zetknęły 

się. 

Podniosła ręce i oplotła ramionami jego kark. Przymknęła oczy. Tańczyli, stojąc prawie 

w miejscu, jedynie ich ciała poruszały się w rytmie  muzyki. Orkiestra zaczęła grać jakiś 
wyjątkowo szybki kawałek i wokół nich rozległy się radosne okrzyki i tupot tańczących. 

– Nikt tak nie tańczy, jak my – szepnęła z twarzą wtuloną w jego ramię. 
– A co nas obchodzą inni. Tańczymy, jak nam się podoba – odparł. 
– Ale ludzie mogą pomyśleć, że zwariowaliśmy. 
– I mogą mieć rację. – Odebrał jej ostatni argument. Zacisnęła powieki najmocniej jak 

umiała.   Czy   taki   jest   właśnie   jego   świat?   Ciemność   nie   wydawała   jej   się   czymś 
przerażającym   i   groźnym,   dopóki   była   w   jego   ramionach.   Świat   skurczył   się,   jakby 
obejmował jedynie ich dwoje, przytulonych do siebie i kołyszących się w rytm tej nie znanej i 
magicznej muzyki. 

O północy orkiestra zagrała na pożegnanie „Luizjana Blues”. Pearce przygarnął ją do 

siebie   jeszcze   mocniej   i   zanurzył   twarz   w   jedwabistą,   pachnącą   chmurę   jej   włosów.   Z 

background image

westchnieniem odchyliła głowę do tyłu. Oboje przestali tańczyć i znieruchomieli na chwilę. 

I wtedy Pearce poczuł się tak, jak w szybkobieżnej windzie, kiedy ta zaczyna gwałtownie 

zjeżdżać w dół. Prawie bezwolnie, nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, ujął jej twarz w 
dłonie   i   pocałował   ją.   Trwali   złączeni   w   długim,   czułym   pocałunku,   niewidziani   przez 
nikogo, schronieni w intymnym mroku na skraju parkietu. 

Pomyślał, że musi wyznać jej prawdę. Koniecznie, jak najszybciej, jeszcze tej nocy. Nie 

miał siły już dłużej tego ciągnąć. 

Wracali   do   hotelu   w   milczeniu.   Fritz   wlókł   się   przed   nimi   i   wyglądał   na   skrajnie 

zmęczonego. Mollie przypuszczała, że być może Pearce martwi się o psa i dlatego się nie 
odzywa. 

Sama też miała swoje zmartwienia. Tańczyli przed chwilą ze sobą jak para zakochanych, 

a przecież wiedziała, że z wielu powodów nie może po prostu się w nim zakochać. ‘

Bardzo przeżyła to, co wydarzyło się między nią a Michaelem, i nie doszła jeszcze po 

tym   do   siebie.   Wiedziała,   że   nie   powinna   teraz   zakochiwać   się   w   innym   mężczyźnie. 
Mogłoby to okazać się samooszukiwaniem się, szukaniem pociechy i rewanżu za nieudany 
związek. 

Gdy   dotarli   do   hotelu,   okazało   się,   że   wynajęcie   apartamentu   jest   niemożliwe.   Fala 

mrozów zdewastowała system ogrzewczy miasta. W całej Dzielnicy Francuskiej pękały rury, 
woda ciekła z sufitów, piece centralnego ogrzewania się psuły, szereg pokoi nie nadawało się 
do wynajęcia.  Nawet w tak luksusowym  hotelu, jak ten, sytuacja była  dramatyczna:  całe 
Wschodnie skrzydło pozbawione było ogrzewania. 

W tej sytuacji Pearce zdecydował się wynająć dla siebie osobny pokój na tym samym 

piętrze.   Poszli   tam   prosto   z   recepcji,   nie   rozebrawszy   się   nawet.   Mollie   miała   pokazać 
Pearce’owi,   jak   ma   się   w   nim   poruszać.   Pokój   okazał   się   znacznie   mniejszy   i   mniej 
luksusowy niż zajmowany przez nich poprzednio. 

–   Naprawdę,  nie   mogę   się  na   to   zgodzić   –   zaprotestowała   Mollie.   –   Dlaczego   mam 

mieszkać jak królowa, podczas gdy ty tutaj... 

– W tym  skrzydle  też zaczynają się kłopoty z ogrzewaniem – przerwał jej Pearce. – 

Dosyć się dzisiaj namarzłaś. Jutro znowu, mam nadzieję, będziesz moim przewodnikiem i 
musisz się przynajmniej wyspać w cieple. 

O Boże, pomyślała zmieszana Mollie, najbardziej to wszystko robi się kłopotliwe, gdy on 

jest taki miły. 

– Nie mogę... – zaczęła znowu. 
– Musisz się zgodzić – przerwał jej powtórnie. 
– Tak postanowiłem i tak ma być. 
Westchnęła   i   spojrzała   na   Fritza,   który   zdążył   już   zwinąć   się   w   kłębek   na   małym 

dywaniku i spał, ciężko oddychając. 

– Słuchaj. – Głos Pearce’a był znowu łagodny i ciepły. – Pójdź teraz do siebie, zostaw 

płaszcz i odśwież się trochę, a ja zamówię do pokoju jakąś brandy. I wróć tu zaraz, musimy 
ze sobą porozmawiać. 

background image

–   Porozmawiać?   –   zdziwiła   się   Mollie.   Zaczęła   nagle   podejrzewać,   że   cała   jego 

serdeczność, ciepło i urok mogły być zaplanowaną z góry grą, mającą służyć tylko jednemu: 
aby zechciała się z nim kochać. Czy choćby ze sposobu, w jaki ze sobą tańczyli, nie mogło 
dla niego być oczywiste, że skłonna jest się z nim przespać? Zaśmiała się nerwowo i dodała:

– Przecież możemy porozmawiać jutro. 
– Wolałbym  teraz. To jest odpowiednia chwila. I naprawdę mam ci coś ważnego do 

powiedzenia. 

– Ton jego głosu był rzeczywiście absolutnie poważny. 
Dostrzegła, że twarz miał również poważniejszą niż zwykle. Ale o co mogło mu chodzić? 

Tańczyła z nim i całowała się, to prawda, ale nie znaczyło to bynajmniej, że chce w tym 
momencie iść z nim do łóżka. Uświadomiła sobie raz jeszcze, jak mało go zna, jak niewiele 
potrafi zrozumieć z jego zachowania. 

– Słuchaj – powiedziała – jest już późno. Nie jestem pewna, czy to dobrze, że jesteśmy 

tak... blisko siebie. Jest to dla mnie niezręczna sytuacja. 

Zbliżył się do niej o krok, a ona przesunęła się w kierunku drzwi, zachowując bezpieczny 

dystans. 

– Idę do mojego pokoju – oświadczyła. Ciemne krążki jego okularów, tajemnicze i bez 

wyrazu, skrywały coś, czego nie potrafiła rozszyfrować. Mogła to być czułość, pożądanie, 
wstyd, potrzeba wyznania czegoś. Po wspólnie spędzonym dniu, pełnym radości i beztroski, 
tak łatwo byłoby oddać mu się bez reszty, zapomnieć w jego ramionach o całym świecie, 
zapomnieć o jutrze. 

Jednak Mollie wiedziała, że ta reszta świata nie znika, lecz pozostaje realna, choć w 

chwilach pożądania może się wydawać inaczej. I jutro także pozostaje realne, gotowe na to, 
by przyjść i wystawić rachunek, zażądać zapłaty i wyegzekwować każdy zaciągnięty dług. 

Popatrzyła na Pearce’a. Jeśli pozostanie tu jeszcze chwilę, nie będzie miała siły wyjść. 
– Idę do mojego pokoju – powtórzyła zdecydowanie, odwróciła się i skierowała do drzwi. 

Zmusiła się, by nie odwrócić się na dźwięk jego głosu. 

–   Wrócisz   tu   zaraz?   –   Stał   w   otwartych   drzwiach,   podczas   gdy   ona   oddalała   się 

korytarzem w kierunku swego pokoju. 

– Nie wiem – rzuciła. 
–   Zamówię   brandy   i   zadzwonię   do   ciebie   za   chwilę.   Mollie,   musimy   ze   sobą 

porozmawiać. Zaufaj mi. – Usłyszała jeszcze. 

Uchyliła  drzwi   pokoju  i  wślizgnęła  się   do  środka,   zamykając   je  za   sobą.   Zaufaj   mi, 

powiedział. Jak mogła zaufać jemu, kiedy tak naprawdę nie ufała już nawet sobie?

Powiesiła na wieszaku płaszcz. Bez obawy i lęku potrafiła być tak blisko niego w lokalu, 

gdy spowici w magiczny kokon muzyki tańczyli ze sobą tak długo. Przypomniało jej się, że 
we śnie, poprzedniej nocy, również ufała mu bez reszty. 

Za chwilę zadzwoni i poprosi, aby do niego przyszła. Co mu odpowie?
Odezwał się telefon. Zdecyduj się, zdawał się wołać jego ostry sygnał, zdecyduj!

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Podniosła   słuchawkę   i   w   ciszy,   jaka   nastąpiła,   usłyszała   przyspieszone   uderzenia 

własnego serca. 

– Halo? – Udało jej się zachować doskonałą kontrolę nad głosem. 
Przez   kilka   denerwujących   sekund   telefon   milczał.   W   końcu   padło   pytanie,   zadane 

kobiecym głosem z nutą podejrzliwości:

– Kto jest przy telefonie?
– Mollie Randall – odpowiedziała całkowicie zaskoczona. 
– Czy to jest pokój 242? Może połączono mnie z innym numerem?
– Tak, to pokój 242. – Mollie była lekko poirytowana i nadal nie miała pojęcia, o co 

chodzi. 

– I kto tam jest przy telefonie? – Głos nieznajomej stał się zdecydowanie nieuprzejmy. 

Syczała wprost ze złości. 

– Mollie Randall – przedstawiła się ponownie. 
– Ach, Mollie Randall!  –  nieznajoma zaczęła mówić z przesadnie sztuczną słodyczą. – 

Gdzie też on cię poderwał? Myślałam, że jest tam z nim ta mała dziwka z Tampa, Melissa. 

Mollie z przerażeniem uświadomiła sobie, że kobieta ta dzwoni do Pearce’a i jest nie 

tylko wściekła, ale i skrajnie zaborcza. Nie wiedziała, co odpowiedzieć, tym bardziej, że nie 
poczuwała się do żadnej winy. Nie zrobiła przecież nic złego. Przynajmniej dotąd. 

– No i co? – Tym razem głos w słuchawce był pewny siebie i drwiący zarazem. – Wiele 

się nie pomyliłam. Oczywiście on tam jest. Chcę z nim rozmawiać. Natychmiast!

– Nie ma go tutaj – odpowiedziała mechanicznie i po chwili dopiero, doszedłszy do 

siebie, poczuła się dotknięta krzywdzącymi ją, obraźliwymi uwagami. 

– Kto mówi? O co pani chodzi? – spytała ostro. 
– Tak się składa, że mówi kobieta, z którą on miał się ożenić w zeszłym tygodniu. Mam 

więc powód, by z nim o paru rzeczach porozmawiać. Ale to nie twój interes. I radzę ci, moja 
droga, zacznij lepiej pakować swoje manatki. Ten mężczyzna jest już zajęty. Należy do mnie. 

Mollie poczuła zawrót głowy. Jak to? Miał się ożenić? Pearce miał się ożenić w czasie 

tych świat? I tak jak Michael – tchórzliwy, kłamliwy Michael – znalazł sobie kogoś innego: 
Melissę – tę, która miała przylecieć samolotem z Tampa?

– Nie ma go tutaj – powtórzyła przez zaciśnięte zęby. 
– Wiem, że tam jest. Harry wszytko mi opowiedział. Daj go w tej chwili do telefonu! – 

Głos w słuchawce był natarczywy i impertynencki. 

Harry? Mollie omal nie zemdlała. A więc to tak! Czy Pearee kłamał do tego stopnia, żeby 

aż wymyślić historię o zmarłym bracie? Czy cała ta opowieść miała ją po prostu wzruszyć i 
wzbudzić jej współczucie? Jeśli tak, to było to świetnie pomyślane. 

– Nie ma go tutaj – powiedziała po raz trzeci, tym razem zdecydowanym, ostrym głosem. 

– Proszę spróbować się połączyć z pokojem 247. I nie życzę sobie, aby mnie obrażano. Nie 
zniosę tego dłużej!

background image

– Rzuciła słuchawkę. 
Zrobiło jej się niedobrze. Po chwili dopiero mdłości zastąpiło uczucie gniewu. Tak zła nie 

była jeszcze nigdy! Pospiesznie przemierzała wzdłuż i wszerz cały pokój. Zrzuciła na dywan 
poduszkę i kopnęła ją z całej siły. 

Jak można być taką idiotką, myślała zrezygnowana i wściekła, aby dwa razy pod rząd 

popełnić to samo głupstwo? Przecież niewiele brakowało, aby zakochała się w kimś jota w 
jotę podobnym do Michaela, w człowieku pozbawionym elementarnej uczciwości. 

Przecież prawie wzruszył ją do łez opowieścią o swym zmarłym bracie. Jak bardzo mu 

współczuła, że utracił swych bliskich! A najpewniej cała trójka – Harry, matka i wuj Faron – 
nie tylko żyje, ale i cieszy się zdrowiem nie gorszym niż rodzinka cyrkowych akrobatów. Co 
nie przeszkadza Pearce’owi wyprawiać im regularne pogrzeby przy okazji uwodzenia każdej 
kolejnej naiwnej dziewczyny o miękkim sercu. 

Zadzwonił powtórnie telefon. Poniosła słuchawkę. 
Tym razem odezwał się Pearce. 
Głos miał napięty i niski. 
– Mollie – zaczął – zdaje się, że nastąpiło pewne nieporozumienie. 
– Owszem – odpowiedziała lodowatym tonem. – Z całą pewnością. 
–   Przyjdź   do   mojego   pokoju.   Podali   już   nasze   brandy   i   wszystko   ci   spokojnie 

wytłumaczę. Ta kobieta nie jest już moją narzeczoną. Byłem głupcem, zgadzając się na to, by 
choćby przez chwilę nią była. Przerwałem to... 

– I przerwij także tę rozmowę. Absolutnie nie mam zamiaru do ciebie przychodzić. Ty... 

ty, erotomanie!

– Nie jestem erotomanem, tylko normalnym mężczyzną, który zerwał z kobietą dlatego, 

że była cholernie zazdrosna. 

– I miała po temu powody – przerwała mu ponownie. – Miałeś tu być z kimś innym. I 

twoja   narzeczona   nie   musiała   być   zachwycona   tym,   że   znalazła   cię   tutaj   w   moim 
towarzystwie. 

– Mollie, miałem się tu spotkać z pewną osobą z Tampa. Przecież ci o tym mówiłem. – 

Ton   jego   głosu   stał   się   denerwująco   jednostajny.   –   Co   to   za   dziwne   pretensje?   Jestem 
pełnoletni, nie mam żadnych zobowiązań wobec nikogo poza sobą samym i jeżeli chciałem 
spotkać się z jakąś kobietą i spędzić z nią święta, to chyba miałem do tego prawo. Okazało 
się, że nie mogła przyjechać i wtedy spotkałem ciebie. 

– Słuchaj – wybuchła Mollie – nie lubię występować w niczyim zastępstwie. I wiem 

sama, jakie to bolesne, gdy okazuje się, że jakaś inna kobieta... A jeśli już musisz poużalać się 
nad sobą i wypłakać w czyjąś marynarkę, to proponuję, abyś zadzwonił do swego braciszka 
Harry’ego. Nie do nieba, zresztą, tylko do Kalifornii. 

– Co?  – Pearce prawie  krzyknął  z najszczerszym  oburzeniem,  – Słyszałeś  chyba,  co 

powiedziałam – ciągnęła bezlitośnie Mollie. – Zadzwoń do brata. Twoja... twoja dziewczyna 
powiedziała   mi,   że   Harry   dał   jej   numer   tego   pokoju.   Tak   się   przejął   swym 
zmartwychwstaniem, że zapomniał o dyskrecji. Wypaplał się po prostu, biedaczek. 

Nastąpiła   chwila   ciszy.   W   końcu   Pearce   zaczął   mówić   głosem   jeszcze   bardziej 

background image

lodowatym niż poprzednio Mollie. 

– Mój brat Harry nie żyje od dwudziestu jeden lat. Na świecie jest jeszcze paru ludzi, 

którzy mają to samo imię. Na przykład mój sąsiad, Harry Billford Mollie ściskała słuchawkę 
tak mocno, że aż zbielały jej palce. Usiadła ciężko na brzegu łóżka. 

W jego głosie było tyle szczerego oburzenia, sprawiał wrażenie tak do głębi urażonego, 

że  całkowicie   ją  to  zaskoczyło.   Jeżeli   w   złości  wyciągnęła   fałszywy   wniosek  z  tego,   co 
usłyszała, to naprawdę postąpiła okropnie. A przecież rzeczywiście ta kobieta użyła tylko 
imienia, nie mówiła, że chodzi o brata Pearce’a. 

– Słuchaj. – Głos Pearce’a prawie syczał w słuchawce. – Wiem, że mogła powiedzieć ci 

coś obraźliwego. 

Wiem aż nadto dobrze, do czego jest zdolna. Potrafiła to świetnie ukrywać do czasu, gdy 

jej powiedziałem, że z nią kończę. Dostatecznie długo udawała słodką idiotkę i musiało ją to 
wiele kosztować. I naprawdę nie mogłem spędzić z tą kobietą reszty życia. Była zazdrosna o 
wszystko. O moją pracę, moje ambicje, nawet o mojego wuja. 

Mollie,   słuchając   go,   poczuła,   że   rumieni   się   ze   wstydu.   To,   co   mówił,   brzmiało 

sensownie   i   prawdopodobnie.   Rzeczywiście,   nawet   z   tak   krótkiej   rozmowy   telefonicznej 
wynikało, że jest to kobieta zazdrosna, zaborcza i złośliwa. 

– Nie muszę przecież ci tego opowiadać – mówił już teraz opanowanym, prawie takim 

jak zawsze głosem. 

– A robię to tylko dlatego, że cię tak bardzo lubię. Tą kobieta... nazywa się Irina Thomas i 

pochodzi z bardzo wpływowej rodziny w Hollywood: Najpierw pracowaliśmy razem, a potem 
przerodziło się to w pewien... związek.

– Nie musisz się tłumaczyć – przerwała mu znowu. 
– Nie prosiłam cię o żadne wyjaśnienia. 
– Wiem, że nie muszę, ale po prostu chcę ci to opowiedzieć. No więc, ona pragnęła, 

żebyśmy się pobrali. A ja pomyślałem: do diabła, mam trzydzieści sześć lat, robimy jakieś 
rzeczy razem, może nie będzie tak źle. I to był mój błąd, bo bardzo szybko zaczęło być źle, i 
to tak, że gorzej być nie mogło. W niczym się nie zgadzaliśmy. W listopadzie zachorował mój 
wuj, a ona nie chciała, żebym do niego pojechał, bo to komplikowało te jej precyzyjne plany 
przyjęcia   weselnego.   Kochałem   tego   człowieka.   Czy   miałem   pozwolić,   żeby   umierał 
samotnie z powodu snobistycznych zobowiązań towarzyskich tej idiotki? No i powiedziałem 
jej: rozstajemy się, muszę trzymać się swojej własnej drogi. To wszystko. Koniec historyjki. 

Mollie nic nie odpowiedziała. Siedziała nadal na brzegu łóżka, przygryzając zębami dolną 

wargę. Jeszcze raz uświadomiła sobie, jak bardzo, niemal rozpaczliwie, chce mu wierzyć. 

– Mollie. – Zadrżała, słysząc go ponownie. – Jesteś tam jeszcze?
– Tak – odezwała się. 
– Jeśli uważasz, że tak będzie dla ciebie lepiej, to nie przychodź do mnie teraz. 
– Dobrze – odparła. Była mu wdzięczna, ale jednocześnie doznała, ledwo uświadomionej, 

bolesnej tęsknoty niespełnienia. 

– Mollie. – Ton, jakim wypowiedział jej imię, sprawił, że drżała tak, jakby okna w pokoju 

były otwarte na oścież. – Musimy ze sobą jak najszybciej porozmawiać. Są pewne rzeczy... 

background image

muszę  znaleźć  sposób, aby ci  je wytłumaczyć.  Tylko  do tego  potrzebny jest odpowiedni 
moment. Zgoda?

– Zgoda – potwierdziła, ale nie zrozumiała z tego nic. Znowu miała przeczucie, że dzieje 

się między nimi coś nieprawdopodobnego. To jego obecność, albo sam głos, sprawia, że 
niemożliwe staje się możliwe. 

– Mollie – rzekł stłumionym głosem – dobranoc, Mollie. Dobrych snów, kochanie. 
Rozłączył się i ona także odłożyła słuchawkę. Czuła się znużona i wyczerpana nerwowo. 

Położyła się na łóżku i skuliła tak, jak to robią dzieci. 

Kochana... Powiedział: kochana... Kiedyś, gdy była z Michaelem, myślała, że wie, co to 

znaczy. Teraz nie była już tego pewna. 

Pearce leżał na wznak, z rękami pod głową i patrzył w sufit. Fritz, zwinięty w kłębek na 

dywaniku, ciężko oddychał przez sen i trząsł się z zimna. 

Pearce zaklął pod nosem, wstał, ściągnął z łóżka koc i okrył nim psa. Pogłaskał jego 

siwiejący łeb i położył się z powrotem. 

Jego ciemne okulary leżały na nocnym stoliku. Ód czasu rozmowy telefonicznej z Iriną 

był zbyt zdenerwowany, by chciało mu się nadal udawać niewidomego. Pęknięcie tynku na 
suficie układało się w kształt znaku zapytania, ale to ironiczne skojarzenie bynajmniej, go nie 
bawiło.

Próbował   odpędzić   natrętne   myśli,   ale   bezskutecznie.   Znowu   ta   Irina...   Była   śliczną, 

filigranową blondynką o zwodniczej urodzie elfa. Jej ojciec posiadał kontrolny pakiet akcji 
wytwórni filmów animowanych TAS – Thomas Animation Studios, w której Pearce pełnił 
obowiązki zastępcy dyrektora. Irina była jego jedyną córką i Russ Thomas zawsze spełniał 
wszelkie jej zachcianki. Ostatnio zapragnęła mieć Pearce’a. 

I prawie jej się to udało. Jej bezwzględny egoizm szybko dał znać o sobie. Pearce miał 

własne   plany   artystyczne,   głównie   pomysł   filmu   o   krecie   detektywie;   Irina   była   temu 
wszystkiemu  przeciwna.  Jego  rola,   jej   zdaniem,  powinna  sprowadzać   się  do  tego,   by  po 
odejściu na emeryturę jej ojca prowadził dalej wytwórnię tak, jak dotąd – bez żadnych zmian 
i innowacji. 

Uświadomił sobie wreszcie, że jest po prostu zazdrosna o jego plany twórcze. Wolałaby 

najwyraźniej, by zamiast filmowi, całą uwagę poświęcał jej samej. Dorosła kobieta, myślał z 
niechęcią, zazdrosna o kreta z nie istniejącego jeszcze filmu. Niewiarygodne!

Decyzję o rozstaniu podjął wtedy, gdy okazało się, że wuj Faron, który już od dłuższego 

czasu chorował,  niedługo  umrze.  Ojciec  Iriny,  za jej  namową  oczywiście,  nie chciał  dać 
Pęarce’owi   urlopu.   Irina   twierdziła,   że   skoro   wuj   Faron   tak   czy   inaczej   umrze,   wyjazd 
Pearce’a do Nowego Jorku niczego  nie zmieni.  Poza tym  – jak on może  myśleć  w  tym 
momencie o jakimś wyjeździe, wiedząc, jak bardzo skomplikuje to szczegółowo ułożone; 
przez nią plany. 

I wtedy miarka się przebrała, Pearce zakomunikował staremu Thomasowi, że jedzie do 

wuja, nawet jeśli miałoby to oznaczać utratę pracy. Irinie powiedział, że ich małżeństwo nie 
ma sensu, skoro najwyraźniej nie potrafią się porozumieć. 

background image

Pojechał do Nowego Jorku i dzięki niemu wuj nie umierał samotnie. Pearce nie wiedział 

nic o pieniądzach, jakie wujowi udało się odłożyć w ciągu ostatnich lat. Kupował pojedyncze 
akcje i w sumie uzbierało się około półtora miliona dolarów. 

– Zostawiam ci tę forsę – powiedział wuj – możesz zacząć robić ten swój film. Ostatnio o 

niczym innym nie gadałeś, tylko o tym. – Leżał wychudzony na szpitalnym łóżku, już bardzo 
słaby i zapadnięty w sobie, nie tracił jednak pogody ducha. 

– Ten kret... chyba ma coś wspólnego ze mną?
– spytał i zakrztusił się kaszlem. 
Pearce przyznał, że tak. Oczywiście, to wuj Faron, który, choć niewidomy, nigdy nie 

pozwalał, aby ograniczało to jego niezależność, zainspirował go do wymyślenia postaci kreta-
detektywa. Wuja to najwyraźniej ucieszyło. 

I   wtedy   właśnie   powiedział   o   tych   swoich   trzech   życzeniach:   pieniądzach   na   film, 

dziewczynie w samolocie i psie. 

– I pamiętaj, żadnej żałoby po mnie – zakończył. 
– Życie miałem dobre, ale zmęczyło mnie już i jestem gotowy, aby stąd odejść. Zrób 

więc, co mówiłem. I jeszcze raz cię proszę, zaopiekuj się Fritzem. To był wierny przyjaciel. 
Gdybyś jechał do Nowego Orleanu, weź go ze sobą. Boże, jak on lubił tamte zapachy!

Pearce skinął głową. Czuł bolesny ucisk w gardle. 
– Wuju, masz to załatwione – wyjąkał. 
Po   śmierci   wuja   Farona   został   jeszcze   przez   tydzień   w   Nowym   Jorku,   porządkując 

sprawy majątkowe. Zadzwonił, do ojca Iriny i oświadczył, że nie wraca i rozpoczyna pracę 
nad własnym filmem. Dowiedział się

;

, że jest głupcem, a po tym, co się stało, Irina nie widzi 

dla niego miejsca w wytwórni TAS. Potem zadzwoniła ona sama, na wymyślała mu okropnie 
i stwierdziła, że nie chce go więcej widzieć na oczy. 

Świetnie,   skwitował   to   Pearce,   i   rzeczywiście   myślami   był   już   daleko.   Nie   potrafił 

właściwie   dokładnie   odtworzyć,   jak   narodził   się   pomysł,   aby   udawać   w   tej   podróży 
niewidomego.   Było   to   dla   jego   filmu   nieodzowne   doświadczenie   i   chciał   zacząć   jak 
najprędzej. Miejscem akcji miał być Nowy Orlean. Transport psa nastręczał pewne problemy, 
a wuj Faron prosił, aby zabrał go ze sobą do tego miasta.

Zapalił się do tego pomysłu. Wydał mu się oryginalny i oprócz praktycznych korzyści 

dostarczał okazji do świetnej zabawy. 

No   właśnie.   Mogło   być   bez   problemów,   wesoło   i   pożytecznie.   Dopóki   nie   spotkał 

Mollie... 

Najpierw mówił – sobie, że potrzebuje jej jako przewodnika. Potem, że chodzi mu o jej 

głos. W ogóle wmawiał sobie różne rzeczy. A naprawdę powody były znacznie ważniejsze i 
nie chciał po prostu przed sobą samym się do nich przyznać. Szczególnie teraz, gdy był w 
zasadzie bez stałej pracy i zdecydował się podjąć najbardziej ryzykowny krok w swoim życiu. 
To, co planował, wymagało trzech lat wysiłków tak intensywnych, że nikt przy zdrowych 
zmysłach dobrowolnie by ich nie podjął. Był gotów rzucić na szalę wszystko: pieniądze, które 
ma i które jeszcze będzie musiał pożyczyć – a w grę wchodziły wielomilionowe sumy, swoją 
karierę i reputację. Po całej tej historii z Iriną nie wyobrażał sobie, aby ktoś zechciał dzielić z 

background image

nim takie ryzyko. Co więcej, uważał, że nie ma prawa kogokolwiek ó to prosić. 

Mimo wszystko nie chciał jednak stracić Mollie Randall. A gdy powie jej prawdę, to 

najprawdopodobniej ich znajomość się skończy. Jej głos, cudowne rudozłote włosy i piegi, i 
śmiech – wszystko zniknie dla niego na zawsze. 

No i trudno, próbował sobie tłumaczyć. Powinien robić swoje: nauczyć się na pamięć 

każdego kroku ślepego kreta. Po to ostatecznie przyjechał do Nowego Orleanu... 

Leżał tak przez pół nocy, myślał o Mollie i wpatrywał się w widniejący na suficie znak 

zapytania. 

Mollie stała przed drzwiami pokoju Pearce’a. Przybrała postawę pełną zdecydowania i 

zapukała.   Była   już   pewna,   co   ma   robić   dalej.   Absolutnie   nie   wolno   jej   angażować   się, 
wmawiać w siebie, ‘ że mogłaby się w nim zakochać. 

Musi być ostrożna. Ostatnio dosyć już miała w życiu kłopotów. Zapukała raz jeszcze. 
Pearce otworzył drzwi. Spojrzała w ciemne szkła jego okularów. Twarz miał znużoną i 

nie ogoloną i wyglądał, jakby w ogóle nie spał. Ubranie, które nosił już trzeci dzień, pogniotło 
się i wyglądało nieświeżo. 

– Co ci się stało? – spytała z niepokojem. 
– Mnie nic – odparł krótko – ale z psem jest niedobrze.
– O Boże! – Wszelkie postanowienia, aby zachować chłodny dystans, na nic się nie zdały. 

Mollie przebiegła obok Pearce’a i uklękła na podłodze obok dywanika. Fritz popatrzył na nią 
i   w   jego   bursztynowych   ślepiach   malowało   się   coś   w   rodzaju   bezradnego   zdumienia. 
Próbował   wstać,   ale   tylne   łapy   nie   mogły   utrzymać   ciężaru   jego   ciała.   Zrobił   kilka   nie 
skoordynowanych ruchów zadem, zakołysał się i z jękiem zwalił na podłogę. 

– Och, Fritz, biedny, dobry Fritz. – Mollie głaskała i obejmowała dłońmi jego pysk. 
Co będzie, jeśli umrze, myślała przerażona. Czy pies cierpi, czy tylko jest sparaliżowany? 

Co Pearce pocznie bez niego? Trzeba natychmiast coś zrobić i ona musi się tym zająć. 

– Potrzebny jest weterynarz – powiedziała, w dalszym ciągu głaszcząc psa, który położył 

pysk na jej kolanach. – Poszukam w książce telefonicznej. 

– Mollie – odezwał się Pearce, ciągle jeszcze stojąc przy drzwiach – mówiłem, że mam ci 

coś ważnego do powiedzenia, i właśnie... 

– Nie teraz – przerwała mu zniecierpliwiona. Pies nie spuszczał z niej wzroku, jakby o 

coś prosił, i znowu cicho zaskomlał. 

– Ale to jest bardzo ważne!
– Nic innego mnie teraz nie obchodzi – odparła Mollie. W tym momencie interesował ją 

tylko pies. 

– Najpierw musimy się nim zająć. Przecież on cierpi – rzekła. 
Zgarnęła z podłogi pognieciony koc i otuliła nim szczelnie staruszka. 
–   Mollie.   –   Głos   Pearce’a   był   zmieniony   i   napięty.   Jeśli   miała   ochotę   na   poważną 

rozmowę, to na pewno nie w takim momencie. Pies znowu zaskomlał. 

– Spokojnie, po kolei – powiedziała stanowczo i podniosła się. – Nie interesuje mnie w 

tej chwili twoje życie osobiste. Myślę, po prostu, jak pomóc psu. 

background image

Odwróciła się do Pearce’a i zaczęła przerzucać książkę telefoniczną. Po chwili doszła do 

wniosku, że to strata czasu, i nakręciła numer recepcji. 

– Mówi Mollie Randall z pokoju 242. Dzwonię w sprawie dotyczącej pana Goddarda z 

pokoju 247. Zdarzył nam się wypadek. Pies-przewodnik pana Goddarda nagle zachorował. – 
Nabrała głęboko powietrza, próbując zebrać myśli. – Chodzi o zrobienie trzech rzeczy. Po 
pierwsze, proszę zadzwonić do najbliższej kliniki weterynaryjnej i powiedzieć im, że pies 
zachowuje   się,   jakby   miał   sparaliżowane   tylne   łapy.   Niech   będą   gotowi   przyjąć   nas 
natychmiast.  To nagły wypadek.  Następnie,  proszę  zamówić  dla nas  taksówkę i  przysłać 
gońca do pokoju 247, aby pomógł znieść psa. Oczekujemy go natychmiast. Dziękuję. 

Odłożyła słuchawkę i odwróciła się w stronę Fritza. Próbował wstać ponownie, zaskomlał 

i osunął się na podłogę. 

– O Boże! – Zrozpaczona Mollie wplotła palce we włosy. – To okropne. – W jej oczach 

pojawiły się łzy. 

Podeszła do szafy i podała Pearce’owi kurtkę. 
–   Świetny   z   ciebie   organizator   –   powiedział   to   tak,   że   nie   wiedziała,   czy   mówi   z 

podziwem, czy z ironią. 

– Tylko niepotrzebnie prosiłaś tu gońca. 
– Ja Fritza nie uniosę, a ty także nie powinieneś tego robić – odparła Mollie. Usiadła na 

podłodze. Uniosła łeb psa i położyła go ponownie na swoich kolanach. – Dobry pies, dobry 
pies – powtarzała – nie bój się, zaraz ci pomożemy. 

– Ale przecież z powodzeniem moglibyśmy go znieść sami... – zaczął Pearce. – Słuchaj, 

Mollie, chciałem ci właśnie powiedzieć, że…

– A ja ci właśnie mówię, że nie wolno ci tego robić!
– prawie krzyknęła. – Co będzie, jak spadniesz ze schodów? O siebie możesz nie dbać, to 

twoja sprawa, ale psu mogłoby to zaszkodzić jeszcze bardziej. 

– O Boże! Co ty robisz, Mollie? Płaczesz?
–   No   i   co   z  tego   –   obruszyła   się,   ocierając   dłonią   łzę   na   policzku.   –   Czy  to   jakieś 

przestępstwo?

Fritz znowu próbował wstać. 
– Leż, piesku, leż – prosiła go Mollie, delikatnie przyciskając dłońmi jego zad. – Zostań 

tutaj. Dobry pies. – Jej głos załamał się i przeszedł w szloch. 

– Mollie, do jasnej cholery, przestań płakać, bo... 
– Pearce rozpaczliwie szukał argumentu. – Bo denerwujesz psa – dokończył. 
– Dobrze – obiecała, rozmazując na twarzy łzy. 
– Zaraz przestanę. 
Pearce odwrócił się, oparł czoło o framugę i walił pięścią w drzwi. 
– Piekło sobie zrobiłem z życia, piekło – powtarzał. Strasznie się musi martwić o psa, 

myślała Mollie. 

Weterynarz,   doktor   Broussard,   był   młodym,   wysokim   człowiekiem   ze   starannie 

przystrzyżoną, czarną brodą. 

background image

– Te owczarki – mówił, badając psa – mają często problemy ze stawami biodrowymi. To 

wina hodowców, którzy krzyżują je w bliskim pokrewieństwie. Ale u tego staruszka... to 
wygląda raczej na reumatyzm. Mówił pan, że pies zmarzł?

– Tak – potwierdził Pearce – chodził wczoraj cały dzień po dworze, a w hotelu mamy 

kłopoty z ogrzewaniem. Poza tym tutaj, na Południu, jest trochę inny rodzaj zimna – dużo 
wilgoci. 

– No właśnie – rzekł doktor Broussard, obmacując biodro psa. – Powinno się go zostawić 

u nas na krótką obserwację. Jeżeli jest to reumatyzm, wówczas będziemy mogli mu pomóc. 
Dysponujemy  już obecnie lekami,  które błyskawicznie  postawią go na nogi. Tylko  że tu 
chodzi o serię zastrzyków, i to naprawdę jest dość kosztowne. 

Zdenerwowana Mollie przełknęła ślinę. Pearce w dalszym ciągu był nie ogolony, oboje 

mieli pogniecione ubrania i wyglądali na mocno zaniedbanych. Weterynarz zapewne wątpił, 
czy stać ich na leczenie psa. 

– Pieniądze nie grają roli – oświadczył Pearce. – Zapłacę panu z góry. – Wyjął portfel i 

otworzył go. 

Doktor przyjrzał się uważnie grubemu zwitkowi banknotów i powtórnie skierował wzrok 

na Pearce’a. 

– Ależ nie jest to konieczne! Naturalnie, ufam panu”. Problem raczej w tym, czy poradzi 

pan sobie bez psa. Rozumiem, że jest pan z żoną? – Spojrzał pytająco na Mollie.

– Nie, nie jesteśmy małżeństwem – wyjaśniła i opiekuńczym gestem ujęła Pearce’a pod 

ramię – ale z pewnością damy sobie razem radę. Zaręczam, że nie złego się nie stanie. 

– Cieszę się, że pozostanie pan pod dobrą opieką. – Doktor uśmiechnął się do Mollie. 

Proszę   więc   zadzwonić   jutro.   Są   święta,   ale   będę   tutaj   około   dziesiątej,   aby   nakarmić   i 
wyprowadzić moich pensjonariuszy. Jeżeli zastrzyki podziałają, psa będzie już można stąd 
odebrać. Na razie absolutnie nie powinien chodzić, musi odpocząć. 

– Doskonale – powiedziała Mollie, patrząc na zasępioną twarz Pearce’a. Ścisnęła go za 

rękę. Zrobię wszystko, co będzie trzeba. 

Doktor Broussard spostrzegłszy, z jakim wyrazem twarzy Mollie wpatruje się w Pearce’a, 

powiedział z westchnieniem:

– Jest pan bardzo szczęśliwym człowiekiem, panie Goddard. 
Pearce skrzywił się. 
– No tak – odpowiedział bez przekonania. Wyszli z kliniki i wsiedli do oczekującej na 

nich taksówki. 

– Po drodze do hotelu zatrzymamy się jeszcze przy jakimś sklepie z ubraniami – polecił 

Pearce kierowcy. 

– Z ubraniami? – spytała Mollie. Ciągle jeszcze martwiła się o Fritza. Prześladował ją 

widok psa, który nie potrafił o własnych siłach stanąć na łapach. 

– Już dłużej  nie wytrzymam  w tych  nieświeżych  ciuchach.  – Skrzywił  się Pearce.  – 

Obawiam się, że jak zdejmę koszulę, będę mógł postawie ją w kącie na baczność. I chciałem 
także kupić coś dla ciebie. 

–   Nie,   nie   zgadzam   się.   –   Mollie   energicznie   potrząsnęła   głową.   –   Uprałam   sobie 

background image

wszystko, co można było uprać.

Pearce przełożył ramię przez oparcie tylnego siedzenia. Znowu uświadomiła sobie, jak 

mocno działa na nią jego bliskość. Czuła płynące od niego ciepło i zapach hotelowego mydła 
i szamponu. 

To niezwykły człowiek, myślała. Właściwie zapomniała zupełnie, że jest niewidomy. Ale 

przecież nie wolno jej o tym zapominać, bo co się stanie, jeśli pies nie wydobrzeje? Martwiło 
ją to nadal. 

Wyglądała przez szybę, starając się nie zwracać uwagi na bliskość Pearce’a. 
– Jak myślisz, czy on wyzdrowieje? – spytała. 
– Z tego, co mówił doktor, wynika, że chyba wszystko będzie dobrze. – Starał się ją 

pocieszyć. 

– Przestań się już tym zamartwiać. 
– Wiesz, wszystko tak się dziwnie ułożyło – mówiła niepewnie, starając się nie patrzeć na 

niego – wstałam rano... i uświadomiłam sobie, jaki dziś mamy dzień. Jakoś mi się zrobiło żal 
samej siebie, Wiem, że to głupie. Nie zamierzałam się rozczulać, lecz gdy zobaczyłam Fritza i 
on... to już naprawdę nie wytrzymałam. Teraz już na pewno będę nad sobą panować. Źle się 
zaczęło, ale skończy się dobrze, prawda?

– Uświadomiłaś sobie jaki mamy dziś dzień? – powtórzył zdumiony Pearce. Czuła na szyi 

jego oddech. 

Ujął między palce luźny kosmyk jej włosów. 
– Jutro Boże Narodzenie – wyjaśniła  – a dziś mamy Wigilię.  U nas w domu święta 

zaczynały   się   w   wigilijny   wieczór.   Wiesz,   dawaliśmy   sobie   prezenty...   Pierwszy   raz   nie 
spędzam świąt razem z nimi. W twojej rodzinie też obchodziliście Wigilię?

– Tak. – odpowiedział. Nawinął kosmyk jej włosów na palec i bawił się nim. – Harry i ja 

byliśmy   zbyt   niecierpliwi,   żeby   czekać   do   następnego   dnia,   szczególnie   Harry.   Gdy   był 
dzieckiem, zawsze awanturował się, żeby pozwolili mu ukryć się w kominku. Liczył na to, że 
Święty Mikołaj wyląduje mu wtedy prosto na głowie i że wyłudzi od staruszka kilka zabawek 
więcej. 

Mollie odwróciła się w jego stronę. Był jeszcze bliżej, niż przypuszczała. Jego przystojna, 

tajemnicza twarz przesłaniała jej całe pole widzenia. Nagle zapragnęła odgarnąć mu z czoła 
jego ciemne włosy, tego ranka jeszcze bardziej potargane niż zwykle. Opanowała się jednak i 
zamiast to zrobić, przycisnęła do siebie odzianą w rękawiczkę dłoń. 

– Wiesz, jeszcze jedna rzecz mnie bardzo martwiła – przyznała zawstydzona. – To, co 

powiedziałam wczoraj wieczorem na temat twojego brata, było naprawdę okropne. Czułam 
się... czuję się nadal bardzo nie w porządku. 

–   Daj   spokój   –   powiedział   miękko,   nadal   bawiąc   się   jej   włosami   –   to   było 

nieporozumienie. Nie przejmuj się. 

W tak tkliwy, rozmarzony sposób pieścił jej włosy, że znowu poczuła ten sam, dobrze już 

znany,   dreszcz   schodzący   wzdłuż   pleców.   Odwróciła   się   od   niego   ponownie,   pragnąc 
opanować reakcje, które w niej wywoływał. 

– Przepraszam, że płakałam, ale byłeś tak smutny, a kiedy zobaczyłam Fritza... – Jej głos, 

background image

zwykle tak dobrze kontrolowany, znowu się załamał. 

– Nie martw się. – Pearce objął ją ramieniem i przygarnął do siebie. – Wszystko będzie 

dobrze. 

Oparła   głowę   o   jego   pierś.   Jego   ramię   zdawało   się   osłaniać   ją   od   wszelkich 

niebezpieczeństw tego świata. Myślała, że zdoła zachować wobec niego rezerwę, ale okazało 
się to niemożliwe. Czuła się zbyt błogo i bezpiecznie w jego objęciach. 

– Naprawdę wszystko będzie dobrze? – spytała. 
– Nic złego nie może się już chyba zdarzyć. Przecież mamy Wigilię i Boże Narodzenie. 
Zdawało jej się, że poczuła, jak jego mięśnie stężały. 
Przez chwilę milczała. Pogłaskał delikatnie jej włosy. 
– Nie – zapewnił wreszcie – w Wigilię i Boże Narodzenie nic złego się już nie zdarzy. 

Obiecuję ci to. 

Nachylił się i ucałował jej ucho. 
Wiedział, że nie wyzna tego, na czym mu tak zależało. Jeszcze nie teraz... 
Przytulił  ją ramieniem  do siebie  jeszcze mocniej, tak jakby pragnął obronić ją przed 

wszelkim złem. Alę w głębi duszy czuł, że najbardziej potrzebna jej jest obrona przed nim 
samym. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Trudno, myślał Pearce. Nie wyzna jej prawdy ani w Wigilię, ani w Boże Narodzenie. 

Będzie musiał poczekać. 

Zrobili zakupy. Przy pomocy Mollie, która wszystko dla niego wybierała, Pearce kupił 

sobie ciemnozielony sweter, białą koszulę i czarne, sportowe spodnie, także slipy i białe, 
bokserskie szorty. Przy tych ostatnich zakupach rola doradcy była dla Mollie zdecydowanie 
krępująca.   Potem   wymógł   na   niej   prawie,   aby   zechciała   przyjąć   kupioną   dla   niej   w 
eleganckim butiku bluzkę i komplet bielizny. 

Wracali   do   hotelu.   Mollie   spojrzała   na   taksometr   i   suma,   jaką   na   nim   zobaczyła, 

przeraziła ją trochę. Pearce zdawał się tym zupełnie nie przejmować. 

– Czym się znowu martwisz? – powiedział. – Mówiłem ci, że rozkręcam pewien duży 

interes. To moje ostatnie szaleństwo. Dotąd nie robiłaś z tego problemu i teraz też nie psuj 
zabawy. 

– Czuję się nie w porządku – marudziła Mollie. 
– Zbyt dużo pieniędzy na mnie wydajesz. Jemy jak para królewska, śpię w najlepszym 

pokoju, a teraz ta taksówka... i jeszcze jakieś prezenty... 

Na jego twarzy pojawił się szeroki, leniwy uśmiech. 
– Ej, zrzęda się z ciebie robi, Mollie. Przecież to nie w twoim stylu. O co ci chodzi? 

Chcesz mi zepsuć święta?

– Ależ skąd! – zaprotestowała. 
– No to ciesz się – powiedział i spoważniał nagle – po prostu ciesz się. Przysięgam, że 

tylko na tym mi zależy. Przecież nikt tu cię nie chce kompromitować. 

Po powrocie do hotelu Mollie poszła do swego pokoju, by się przebrać. Była ogromnie 

wdzięczna Pearce’owi, że wreszcie czuje się czysta i odświeżona w nowej bluzce i bieliźnie. 
Po   chwili   jednak   pomyślała,   że   był   to   prezent   zbyt   intymny.   Nie   powinna   była   go 
przyjmować, ;a skoro już tak się stało, najlepiej będzie powiedzieć stanowczo, że zwróci mu 
pieniądze. Naprawdę nie może pozwolić sobie na to, by występować w roli utrzymanki. 

Miała wpaść po niego, aby znów wyruszyć wspólnie do miasta. Szła, obiecując sobie, że 

tym  razem musi lepiej panować nad sytuacją. Zaraz po wejściu zauważyła, że powtórnie 
skaleczył   się   w   brodę   przy   goleniu.   Dwa   razy   pod   rząd?   Wczoraj   i   dziś?   To   dziwne, 
pomyślała. 

– Och, Pearce – zawołała z troską w głosie – znowu się skaleczyłeś? Jak tak dalej pójdzie, 

nie wrócisz już nigdy do Kalifornii. Umrzesz tutaj z upływu krwi. 

Prawie bezwolnie, nie zastanawiając się nad tym, co robi, dotknęła palcami jego brody. 

Nowe skaleczenie było płytsze niż poprzednie, a obie blizny krzyżowały się ze sobą, tworząc 
przechyloną literę „x” poniżej jego pełnej dolnej wargi. 

To nieoczekiwane dotknięcie zelektryzowało go także. Chwycił jej dłoń i przytulił do 

gładko wygolonego policzka. Nachylił się nad nią i wyszeptał:

– Mollie... – Jego twarz przybrała wyraz głębokiej powagi. Kilkakrotnie już go takim 

background image

widziała. 

– Co? – westchnęła. Zauroczona, wpatrywała się w niego bez ruchu. 
– Mollie... – Jego głos był niski i stłumiony. – Mollie... 
Nie powiedział nie więcej. Ujął jej twarz w dłonie, nachylił się i pocałował ją. Pocałunek 

był długi, zrazu delikatny, potem coraz bardziej namiętny. Myślała sennie, że mogłoby to 
trwać bez końca. Dotyk  jego ust był  czymś  cudownym.  To on pierwszy oderwał od niej 
wargi. 

– Mollie – znowu wymówił jej imię, tym razem tak, jakby sprawiało mu to ból. Przytulił 

ją do siebie mocno, prawie rozpaczliwie. – Pragnę, byś miała szczęśliwe święta – powiedział 
z drżeniem w głosie. – Naprawdę tylko tego pragnę. I dlatego wynośmy się stąd, zanim 
zrobimy coś, czego będziesz potem żałować. 

Nie będę żałowała niczego, co może mi się przy tobie zdarzyć, pomyślała, przywierając 

do niego jeszcze mocniej. Ta myśl wstrząsnęła nią do głębi. Wiedziała, że wreszcie wyznała” 
sobie oczywistą prawdę. Kochała go, choć mogło wydawać się to szaleństwem. I pragnęła go, 
mimo wszelkich związanych z tym zagrożeń. 

Przeraziła ją jej własna namiętność i gdy odsunął się od niej, zrobiła to samo, prawie 

wstydząc się tego, co działo się z nią przed chwilą. Przeszedł ją dreszcz. Wielu rzeczy nie 
wiedziała o tym człowieku. Zbyt wielu. 

Na   spóźnione   śniadanie   udali   się   do   francuskiej   piekarni,   mieszczącej   się   w   pobliżu 

Jackson Square. Siedzieli przy małym stoliku o misternie wykutych żelaznych nóżkach, pili 
nowoorleańską kawę ze śmietanką i jedli francuskie pasztety. Przed wejściem, nie zważając 
na   zimno,   samotny   muzyk   grał   kolędy   na   wielkiej,   mosiężnej   tubie.   Stłumione 
„umpapaumpa” pobrzmiewało w dusznym od aromatycznych zapachów wnętrzu piekarni. 

– Nie miałam jeszcze takich dziwnych świąt – powiedziała Mollie. W kącie lokalu, na 

pokrytym czerwoną serwetą stole stał wypchany, ponad metrowej długości aligator. Na łbie 
miał   wianek   z   poinsecji,   w   rozwartej   paszczy   gałązki   ostrokrzewu,   a   ogon   owinięty 
łańcuchem dzwoneczków od sań. 

– Dziwne – zgodził się Pearce, sącząc kawę – ale nie są chyba takie złe, prawda? Ciągle 

jeszcze tęsknisz za swoimi bliskimi? – zapytał. 

Wzruszyła   ramionami,   przyglądając   się   ciepło   opatulonemu   muzykowi   grającemu   za 

oknem. 

– Brak mi ich, to oczywiste – powiedziała – ale nie czuję się samotna. Tu jest naprawdę 

jak   w   jakimś   czarodziejskim   kraju.   Cieszę   się,   że   namówiłeś   mnie,   bym   tu   przyjechała. 
Chciałam przecież od razu wracać. 

– Nie należysz do tych, którzy się cofają w pół drogi. Nie jesteś stworzona do tego, by 

przed czymś uciekać, ale aby iść naprzód, poznawać nowe rzeczy, ryzykować. 

Uśmiechnęła się, trochę zażenowana. 
– Wiesz, to, co mówisz, ucieszyłoby mojego ojca. Być może sam nie zawsze się do tego 

stosował, ale twierdził, że żyje się po to, aby ryzykować. 

– Miał rację. – Skinął głową Pearce. Przypomniała sobie Michaela i uśmiech zniknął z jej 

background image

twarzy. Tego ranka pomyślała zresztą o nim zaledwie kilka razy. 

– Niektórzy ludzie – zaczęła, ostrożnie dobierając słowa – inaczej patrzą na to, że pragnę 

zostać aktorką. Uważają, że to po prostu... głupie i lekkomyślne. Ryzyko z tym związane 
wydaje im się zbyt duże. A tacy jak ja... nie są, ich zdaniem, realistami: dążą do czegoś 
niemożliwego. Spotkać ich może tylko rozczarowanie. 

Sięgnął ręką nad stolikiem i dotknął jej dłoni. Ten prosty gest sprawił, że poczuła, jak 

przepełnia ją rozkoszne uczucie ciepła. 

– Martwisz się tym, że spędzasz samotnie święta? – zaryzykowała pytanie. – Tym, że nie 

masz rodziny?

– Zdążyłem się do tego przyzwyczaić – odrzekł z uśmiechem. 
Rozprostowała ramiona i odrzuciła do tyłu włosy. 
– A twoja narzeczona?  – spytała  ostrożnie. – Czy nie byłeś  z nią... blisko? Przecież 

byliście zaręczeni. 

Wzruszył ramionami i skrzywił się z niechęcią. 
– Nie. To wszystko było bez sensu. Ani ja nie byłem szczęśliwy, ani ona. Jedyna korzyść, 

jaką wyniosłem z tego okropnego doświadczenia, to chyba to, że dowiedziałem się czegoś o 
sobie. Nie jestem typem mężczyzny, który może się... w takie sprawy angażować. Wszystko 
w moim życiu jest zbyt niepewne, ryzykowne. I dobrze mi z tym. Chcę, żeby tak było nadal. 

– Uhm – przytaknęła Mollie – widzę. To znaczy, rozumiem, o co ci chodzi. 
Pomyślała, że chyba rzeczywiście wie, o co mu chodzi. Czy to właśnie miała być  ta 

„rozmowa”,   na   której   mu   tak   zależało?   I   czy   tego   rodzaju   mężczyźni   nie   posługują   się 
standardową formułką, która brzmi właśnie tak?

Jestem typem zbuntowanego samotnika. Robię własne rzeczy, jadę przed siebie sam i nie 

zabieram żadnych pasażerów. Nie obiecuję niczego. Nie należę do nikogo i do ciebie też nie 
będę należał... 

Patrzyła na swój pusty kubek po kawie. 
– Moje życie też jest niepewne i ryzykowne – powiedziała.
– I również chcę, aby takie było. Mój... mój chłopak nie mógł się z tym pogodzie, twoja 

narzeczona chyba również. 

– To prawda. 
Zamilkli   oboje.   Za   oknem   uliczny   muzyk   wciąż   wygrywał   swoje   „umpapaumpa”   na 

tubie. 

–   Nie   powiedziałeś   mi   dotąd,   co   naprawdę   robisz   –   przerwała   wreszcie   milczenie. 

Podniosła wzrok i spostrzegła, że przestał się uśmiechać. 

– Nie mogę ci powiedzieć, co robię – odparł. 
– Musiałbym cię okłamać. 
Wstrzymała   oddech   ze   zdumienia.   Zacisnęła   palce   na   pustym   kubeczku.   Starała   się 

roześmiać, ale nie bardzo jej się to udało. 

– Mówisz, jakbyś był szpiegiem albo przestępcą – próbowała zażartować. Bynajmniej go 

to nie rozśmieszyło. 

– Nie, nie jestem ani szpiegiem, ani przestępcą – odrzekł. – Po prostu, w tym momencie 

background image

nie mogę ci powiedzieć prawdy. I w ogóle wolałbym o tym nie mówić. 

Zdezorientowana milczała, zupełnie nie wiedząc, co o tym myśleć. 
– Dobrze – powiedziała wreszcie. – Wolę nie wiedzieć, niż skłaniać cię do kłamstwa. 

Gdybyś  mnie  okłamał,  byłoby to dla mnie  czymś  strasznym.  To jedyna  rzecz, której nie 
mogłabym znieść. Już raz miałam z tym do czynienia. 

Pochylił się ku niej nad stolikiem z, tak rzadkim u niego, wyrazem powagi na twarzy. 
– Słuchaj – odezwał się – cieszmy się po prostu tymi świętami, dobrze? Niech to będzie 

dla nas najważniejsze. 

Odchyliła do tyłu głowę i spytała:
– Jak to oni mówią? Laissez les bons temps router? 

Spacerowali, przejechali się dorożką, a także sławnym tramwajem zwanym Pożądaniem, 

choć obecnie był to naprawdę autobus. Mollie opowiadała Pearce’owi, jak bardzo lubi sztukę 
Tennessee Williamsa, w której tytule znalazła się nazwa tego tramwaju. 

Pearce zaprowadził ją do znajdującego się na tyłach  Dzielnicy Francuskiej hotelu La 

Maison   de   Ville.   Przeszli   przez   mały,   lecz   elegancki   hol   na   przylegające   do   budynku 
podwórko. Na środku znajdowała się fontanna, obecnie zupełnie zamarznięta, a wokół niej 
krzaki   róż   osłonięte   przed   zimnem   przezroczystą   folią.   Widać   było   ich   liście,   zielone   i 
zdrowe. Gorzej było z palmą: jej gałązki były poczerniałe i zwiędłe, a dwie większe w ogóle 
odpadły. 

Palma, fontanna z lodu i żywe róże – jakie to dziwne i jakie piękne, myślała Mollie. 
– Rozejrzyj się – powiedział Pearce, obejmując ją ramieniem. – Powinny tu gdzieś być 

drzwi z numerem dziewięć. To drzwi do sławnego pokoju. 

Mollie spojrzała na niego podejrzliwie, nie mając pojęcia, po co ją tu przyprowadził. Po 

chwili odwróciła się i dostrzegła podwójne czarne drzwi z metalową cyfrą 9. Obok wisiał pęk 
sosnowych gałęzi przewiązanych czerwoną kokardą. 

– W tym pokoju mieszkał ten twój ulubiony dramaturg, Tennessee Williams. Właśnie 

tutaj pisał „Tramwaj zwany Pożądaniem”. I pracując nad tą sztuką, dzień po dniu patrzył na to 
właśnie podwórko. 

Mollie   zawisła   na   jego   ramieniu,   zbyt   przejęta,   by  cokolwiek   powiedzieć.   Nie   znała 

dokładnie biografii Tennessee Williamsa i pamiętała tylko tyle, że rzeczywiście mieszkał w 
Nowym   Orleanie.   Znała   natomiast   wszystkie   jego   sztuki   i   wywarły   one   na   niej   wielkie 
wrażenie. 

– Myślałem, że może będziesz chciała obejrzeć to miejsce – powiedział Pearce. 
– Och, Pearce – wyjąkała  wreszcie  – ale  mi  zrobiłeś  niespodziankę!  Wiedziałam,  że 

Williams mieszkał gdzieś na terenie tej dzielnicy, ale nie miałam pojęcia, że to miejsce się 
zachowało.   Dla   mnie   to   jak   relikwia!   Gdy   pomyślę,   że   on   chodził   po   tych   samych 
kamieniach, patrzył z tych okien i widział tę fontannę, balkony... 

– No, ale takiej zimy to tutaj na pewno nie widział – wtrącił Pearce i uśmiechnął się do 

niej. 

Zachwycona tę niezwykłą niespodzianką, Mollie objęła go i pocałowała w policzek. 

background image

– Chodź, napijemy się czegoś, żeby to oblać. – Jej radość wyraźnie go ucieszyła. – Na 

pewno   znasz   na   pamięć   całe   kilometry   dialogu   z   tej   sztuki.   Będziesz   mogła   mi   coś 
wyrecytować?

– No pewnie, że znam – odparła ze śmiechem. 
– I uważaj, bo zaraz zacznę... 
– Zrób to, Mollie – zachęcał. Objął ją ramionami i przyciągnął bliżej do siebie. 
– Zaraz, niech się zastanowię – powiedziała, odchylając głowę do tyłu. Wiatr rozwiewał 

jej włosy. – Już wiem. Jest takie dramatyczne spięcie pomiędzy Blanche a Mitchem, który 
zakochał się w niej, ale ona nie jest taka, jak myślał. Bez przerwy stwarza jakieś iluzje, musi 
to zresztą robić, aby przetrwać. I on mówi: „Okłamałaś mnie, Blanche”. A ona błaga go: „Nie 
wyrzucaj mi, że cię okłamałam”. I wtedy on: „Kłamstwa, kłamstwa. Na ustach i w sercu. To 
wszystko kłamstwa”. I znowu ona: „Nieprawda. Moje serce nigdy nie kłamało”. 

Pearce przestał się uśmiechać. Poczuła, jak ramiona, którymi ją obejmował, usztywniły 

się jakby w napięciu. 

– Czy stało się coś złego? – spytała, zdziwiona tą nagłą zmianą, jaka w nim zaszła. 
– Chodź, napijmy się czegoś, żeby się rozgrzać – powiedział tylko i zdjął ręce z jej 

ramion. Nie wiedziała, czemu przeszedł ją dreszcz. 

Po południu zrobiło się cieplej. Ulice i chodniki znów pełne były artystów i muzyków. 

Jakiś  zespół ludowy grał  i śpiewał  na środku Bourbon Street. Bryza  od rzeki  była  teraz 
cieplejsza, choć słabe, zimowe słońce zachodziło już i w całej Dzielnicy Francuskiej zapalały 
się tysiące  świateł.  Mollie  zatrzymała  się przed  wystawą  sklepową  pełną  karnawałowych 
masek. 

– Cóż znowu przykuło twoją uwagę? – spytał Pearce. 
– Niesamowite maski. Nigdy takich nie widziałam. – Zamilkła i myślała nad czymś przez 

chwilę. 

– Wiesz – powiedziała – to jest miasto masek, miasto pozorów. Czasem mam wrażenie, 

jakby coś przede mną chciało ukryć, zataić. Jest w tym coś złowróżbnego... 

– Może i tak – odparł z nagłą niechęcią w głosie – ale chodźmy, to także miasto tysiąca 

knajp. Znajdźmy jakąś przyzwoitą. Dziś jest Wigilia i chyba coś nam się od życia należy. 

– Dziwnie się czuję bez Fritza – powiedziała Mollie i wzięła go znowu pod ramię. – 

Brakuje mi go. 

– Uhm – mruknął i pogłaskał jej rękawiczkę – mnie też. 
Spojrzała na niego z niepokojem i zapytała:
– Słuchaj, a co będzie, jeśli pies nie wydobrzeje ha tyle, aby można go było zabrać z 

kliniki? Jak dojedziesz do domu?

– Dam sobie radę – odburknął. 
–   O   której   jutro   odlatujesz?   –   pytała   dalej.   –   Oboje   jutro   wracamy,   ale   gdyby   było 

trzeba... Przecież mogę  spróbować przełożyć  swój lot. Najpierw upewniłabym  się, że już 
jesteś w samolocie... Wiesz, chodzi o to, żebyś nie musiał korzystać z pomocy obcych. 

– Me przejmuj się mną – prychnął gniewnie – nie rób zamieszania. Dam sobie radę. Nie 

background image

jest tak, że nie potrafię sobie sam poradzić. 

– Przepraszam – powiedziała strapiona – nie chciałam być natrętna, ale wolałabym mieć 

pewność, że... 

Przerwał jej, zatrzymawszy się nagle. Obrócił się, nachylił nad nią i ujął dłońmi jej twarz. 

Ponownie był zdenerwowany. 

– Wiem, o co ci chodzi. Chcesz wiedzieć, czy ze mną będzie wszystko w porządku. Otóż 

gwarantuję ci: będzie! A teraz chcę, żebyśmy miło spędzili ten wieczór. Wiele czasu nam nie 
pozostało,   wykorzystajmy   go   jak   najlepiej.   Chcę,   żeby   pozostały   ci   dobre,   radosne 
wspomnienia. I żebyś się nie martwiła, tylko śmiała. 

–   Pearce   –   zdziwiła   się,   nie   rozumiejąc   wyrazu   jego   twarzy.   –   Dlaczego   jesteś   taki 

poważny?

–   Bo   zawsze   jestem   poważny,   gdy   chodzi   o   zabawę.   Przez   całe   życie   od   tego   nie 

odstępuję. Wybierz więc przyzwoitą restaurację, dobrze? , Skinęła głową. Znaleźli w końcu 
lokal, którego specjalnością były ostrygi i inne morskie przysmaki. Nazywał się „Pożądanie”. 

– Słuchaj – zagadnął Pearce, gdy kończyli deserowy pudding w lekko alkoholizowanym 

sosie, wiem, że serio interesujesz się aktorstwem, uwielbiasz Tennessee Williamsa i tak dalej. 
Ale aktorka musi także coś jeść. Mówiłem ci, że mam znajomości wśród ludzi robiących 
filmy animowane. Po świętach mógłbym się z nimi skontaktować, jeśli cię to interesuje. 

Mollie poczuła nagle ogromną radość. Znaczyłoby to, że być może pozostaną ze sobą w 

kontakcie. Nie rozstaną się jutro na zawsze. 

– Myślę o projekcie pewnego filmu, do którego potrzebna będzie dziewczyna o głosie 

takim jak twój – powiedział Pearce. – To taka dziwna rola, ale duża, jedna z głównych. 
Chodzi o głos norki. Chyba że taka rola wydaje ci się czymś niestosownym. 

–  Norki?   –  roześmiała  się  Mollie.  –  Żartujesz   chyba.  Przecież   wiesz,  że  wracam  do 

Nowego Jorku po to, by grać rolę bakterii. W końcu, w porównaniu z wirusem norka zajmuje 
bardziej poczesne miejsce w łańcuchu ewolucyjnym. Bardzo chciałabym grać norkę. 

–   No   to   zostaw   mi   adres   i   numer   telefonu,   swój   własny   i   twojej   agencji   –   rzekł   z 

uśmiechem. 

Wyjęła  z torebki długopis  i zapisała  wszystko  na odwrocie  leżącego  na kryształowej 

popielniczce   pudełka   z   zapałkami.   Gdy   skończyła,   wziął   od   niej   pudełko   i   schował   do 
wewnętrznej kieszeni. Mollie ze zdenerwowania przełknęła ślinę. A co będzie, jeśli gdzieś mu 
się ono zawieruszy? Przecież wtedy nigdy jej nie odnajdzie. Nowy Jork to ogromne miasto i 
żyją w nim setki kobiet o nazwisku Randall. 

– Gzy to znaczy, że moglibyśmy... pracować kiedyś razem? Ty i ja? – spytała starając się, 

aby jej głos zabrzmiał normalnie. 

– Czemu nie? – odpowiedział. – Gdybyś tylko zechciała... Ale o tym będziemy musieli 

porozmawiać przy innej okazji, nie w czasie świąt. 

– Już wiem! Piszesz scenariusze! – Mollie wydawało się, że doznała nagłego olśnienia. – 

I właśnie nad tym pracujesz. Dlatego wiesz tyle na temat Tennessee Williamsa i masz ten 
rodzaj wyobraźni. Jesteś pisarzem!

– Kimś  w  tym  rodzaju – odpowiedział  niejasno. Z oporem  zamknął  ponownie oczy. 

background image

Westchnął, rzucił swoją serwetkę na stół i powiedział:

– Chodź, idziemy stąd. 
Szukał  po omacku  guzików, aby zapiąć  kurtkę. Pomagała  mu  w tym,  metodycznie  i 

niespiesznie. O rany boskie, pomyślał. Nie marzył o niczym innym, jak tylko o tym, aby 
zabrać ją z powrotem do hotelu i kochać się z nią przez całą noc. 

Na   ulicy   wzięła   go   za   rękę   i   patrzyła   na   gwiazdkowe   iluminacje   nad   ich   głowami. 

Milczała, dlatego że on milczał. Wyglądało na to, że coś go trapi. Co by to mogło być? Nie 
miała pojęcia. 

Zastanawiała się, czy będzie chciał się z nią kochać tej nocy. Jeśli tak, to wiedziała, że 

tym razem mu nie odmówi. Może to głupie i niebezpieczne – była tego świadoma – ale nie 
miała   juz  wątpliwości:   po prostu  się w  nim  zakochała.   I było  to  uczucie,   którego  nigdy 
przedtem   nie   doświadczyła.   Nieporównywalne   z   tym,   co   odczuwała   w   swym   związku   z 
Michaelem, nieporównywalne z niczym. 

Zatrzymała się znowu przed tą samą wystawą sklepową. 
– Co oglądasz? – spytał Pearce. 
– Znowu te maski  – odpowiedziała,  przyglądając  się jednej  z nich. Była  połyskliwie 

czerwona, zdobiły ją cekiny i czarne pióra, które wyglądały jak długie, zakrzywione rogi. 

– Co cię tak w nich fascynuje? – Uścisnął lekko jej rękę i nawet ta przelotna pieszczota 

wywołała w niej drżenie. 

– Nie wiem – odparła zamyślona. 
– A może kupić ci taką maskę? – spytał. – Byłby to prezent gwiazdkowy. 
Patrzyła, jak ich sylwetki odbijają się w szybie wystawy. Niewyraźne i zniekształcone, 

zdawały się unosić nad maskami jak duchy. 

– Och, nie – zaprotestowała – zbyt dużo już... Przerwał jej krzyk. 
– Złodziej! Łapcie złodzieja!
Usłyszała tupot nóg, odwróciła się gwałtownie i zobaczyła, jak roztrącając przechodniów, 

nadbiega   chodnikiem   jakiś   człowiek.   Ubranie   miał   obdarte   i   przyciskał   do  boku   damską 
torebkę. W pewnej odległości za nim biegł potężny mężczyzna w średnim wieku, który nie 
przestawał krzyczeć:

–   Zatrzymajcie   go!   Wyrwał   mojej   żonie   torebkę!   Uciekający   złodziej   potrącił   jakąś 

kobietę, tak że upadła na chodnik, a sam, tracąc równowagę, zatoczył się i zderzył z Mollie. 
Pearce błyskawicznie chwycił ją za ramiona i podtrzymał, po czym widząc, że nic jej już nie 
grozi, runął na złodzieja i podciąwszy mu nogi, przewrócił go na chodnik. 

Mężczyzna próbował zerwać się z ziemi, uderzył nachylonego nad nim Pearce’a w twarz 

i   zbił   mu   okulary.   Wtedy   Pearce   trzasnął   go   pięścią   w   podbródek   i   złodziej   osunął   się 
ogłuszony na chodnik. 

Biegnący za nim mężczyzna zatrzymał się przy nich. Ciężko dyszał, siwiejące włosy miał 

w nieładzie. Schylił się, wyrwał złodziejowi torebkę i podniósł go z ziemi. Stojąc za nim, 
przyciskał go do siebie, nie pozwalając uciec. 

–   Policja.   Gdzie   tu   jest   policja?   –   wysapał.   Pearce   zobaczył,   że   w   tym   momencie 

wychodzi   zza   rogu   barczysty,   czarnoskóry   policjant   w   granatowym   mundurze.   Dostrzegł 

background image

także,   że   złodziej   doszedł   już   do   siebie   po   uderzeniu   i   zapewne   jeszcze   całkowicie   nie 
skapitulował. 

– Niech pan tu ściągnie tego policjanta, a ja tymczasem zaopiekuję się nim – zwrócił się 

do siwowłosego mężczyzny. 

Założył rabusiowi chwyt na przedramię i ostrzegł go:
– Nie próbuj uciekać, bo złamię ci rękę. Odwrócił głowę w kierunku Mollie i spytał:
– Nic ci się nie stało?
Wpatrywała   się   w   niego   z   pobladłą,   kredowo   białą   twarzą.   Oddech   miała   płytki   i 

przyspieszony. W jej szeroko rozwartych oczach malowało się przerażenie. 

Zrozumiał  nagle.   Stało   się  najgorsze...   Ciemne   okulary  leżały   w  rynsztoku,   jedno  ze 

szkieł było rozbite. Teraz Mollie wiedziała już wszystko. 

Nie próbowała nawet opanować drżenia. Drgały jej pełne wargi, podbródek, cała dolna 

połowa twarzy. Wpatrywała się w jego oczy: jasne, w odcieniu intensywnej zieleni, głęboko 
osadzone. W wykrój powiek, w długie ciemne rzęsy...

–   Nie   jesteś   niewidomy   –   powiedziała   głosem   bez   wyrazu.   –   Cały   czas   mnie 

okłamywałeś. 

Przełknął ślinę i patrząc ponad ramieniem trzymanego przez siebie mężczyzny, powtórnie 

odnalazł jej wzrok. Nigdy w życiu nie widział, aby twarz kobiety mogła wyrażać tak wiele. 
Wyczytać  można  z niej było  tysiące rzeczy.  Teraz widział w niej żal, gorycz  i poczucie 
zdrady tak głębokie, że poczuł fizyczny ból jak po ciosie w żołądek. Skinął głową. 

– Nie, nie jestem. – Tylko tyle zdołał powiedzieć. Powtórnie przełknął z trudem ślinę, 

przerażony   tym,   co   malowało   się   na   jej   twarzy,   i   wściekły   na   siebie,   że   ją   do   tego 
doprowadził.   Choć   zawsze   tak   sprawnie   operował   słowami,   teraz   wyjąkał   jedynie   coś 
najbardziej banalnego:

– Pozwól mi wszystko wytłumaczyć. 
Nie pozwoliła mu jednak. Odwróciła się nagle i zaczęła uciekać ulicą. Biegła najszybciej 

jak mogła, z rozwianymi włosami, w których odbijały się iskierkami refleksy świątecznych 
świateł. 

Nie mógł pobiec za nią, gdyż ciągle trzymał złodzieja, który znowu próbował się wyrwać. 

Nadszedł policjant i zaczął zadawać mu jakieś pytania. 

Pearce nie odpowiadał. Stał zapatrzony w stronę, w którą oddaliła się Mollie. Wreszcie, 

po długiej chwili, odwrócił się, włożył ręce w kieszenie płaszcza i odszedł. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Nie   widząc,   co   się   wokół   niej   dzieje,   półprzytomna   Mollie   dotarła   jakoś   do   hotelu. 

Zwinęła swoje rzeczy w niewielki tobołek, schwyciła go pod pachę i zatrzasnęła za sobą 
drzwi. 

Zatrzymała się na chwilę, aby przeliczyć pieniądze. Miała nadal, wymienione w Dallas, 

pięćdziesiąt   dolarów.   Pomyślała,   że   musi   to   jej   starczyć   na   przeżycie   nocy   i   połowy 
jutrzejszego dnia. Wynajmie najtańszy hotel, na lotnisko pojedzie autobusem a nie taksówką, 
jeśli trzeba, będzie nawet głodna. 

Biegła w dół po schodach, pragnąc jak najprędzej pozostawić za sobą miejsce, w którym 

zdarzyło jej się to szaleństwo. 

Tam właśnie spotkała  Pearce’a. Oddychał  ciężko,  jak po biegu. Schwycił  ją za rękę. 

Próbowała w ogóle na niego nie patrzeć, lecz uderzyło ją, jak bardzo intensywna jest zieleń 
jego  oczu.  Pasują  wspaniale   do jego twarzy,  pomyślała  bez  sensu. Płonęły w   tej   chwili, 
wyrażając   intensywność   uczucia,   w   które   nie   chciała   jednak   wierzyć.   Nie   wierzyła   już 
bowiem niczemu, co z nim się wiązało. 

– Wszystko ci wytłumaczę – mówił pospiesznie. Trzymał ją za nadgarstki i nie pozwalał 

uciec. – To był eksperyment, może trochę żart. Potem wymknęło mi się to spod kontroli. 

–   Wspaniały   eksperyment!   Wspaniały   żart!   –   krzyczała,   próbując   mu   się   wyrwać.   – 

Kłamałeś. Kłamałeś bez przerwy. Jedno wielkie, okropne kłamstwo!

–  Przestań  – syknął,  ściskając  jej  ręce  jeszcze   mocniej   i  przyciągając  ją  ku sobie.  – 

Próbowałem ci wszystko wytłumaczyć, ale ciągle coś się zdarzało. Zeszłej nocy Irina, dziś 
rano pies. Mówiłaś, że chcesz, by nic złego nie stało się w święta, postanowiłem więc czekać, 
żeby potem ci... 

– Irina! – przerwała mu. Włosy opadły jej na twarz, próbowała bezskutecznie odrzucić je, 

wstrząsając głową. – Irina mą szczęście, że się ciebie pozbyła. 

Łzy napłynęły jej do oczu. Bała się, że rozpłacze się nie ze smutku, lecz ze złości. 
– A Fritz? – wycedziła przez zęby.  – Prawie płakałam nad tobą z powodu biednego 

Fritza. Skąd go wziąłeś? Ukradłeś go jakiemuś prawdziwemu niewidomemu? To do ciebie 
podobne. Nienawidzę cię! Boże, jak ja cię nienawidzę!

– Mollie. – Głos Pearce’a był stłumiony i schrypnięty. W jego oczach zapaliły się zielone 

ogniki.   –   Pies   jest   mój.   Przedtem,   przez   całe   lata   był   przewodnikiem   wuja,   który   był 
niewidomy. Wuj umarł i musiałem zabrać psa. Jestem animatorem. Chciałem sprawdzić, jak 
to   jest,   kiedy   ktoś   jest   ślepy,   bo   chcę   zrobić   film   o   krecie.   O   ślepym   krecie,   który  jest 
detektywem   w   Nowym   Orleanie.   To...   jeden   powód.   Chodziło   też   o   twój   głos,   dlatego 
chciałem cię mięć przy sobie. Udawałem, żeby wczuć się w postać kreta. A dzięki tobie 
dopracowałem też postać norki. 

Spojrzała na niego z nieukrywaną odrazą. Wydęła pogardliwie wargi. 
– Kret? Jakaś norka? – spytała drwiąco. – Postacie z kreskówki? I wszystko to dla ciebie 

było tym właśnie! Zabawą w postacie z kreskówki!

background image

– Nie! – krzyknął prawie. Wyglądał tak, jakby ostatnim wysiłkiem woli powstrzymywał 

się, aby nią nie potrząsnąć. – Może na początku tak było. Potem... nie chciałem zrobić ci 
przykrości. Próbowałem znaleźć sposób, żeby ci w końcu powiedzieć... 

– Nigdy mi niczego nie powiedziałeś – wybuchła Mollie. – Zbyt dobrze się tym bawiłeś. 

Kłamałeś   bez   końca!   –   Jej   usta   wykrzywiły   się,   jakby  miała   za   chwilę   się   rozpłakać.   – 
Pomagałam   ci   pić   kawkę.   Kroiłam   jedzenie   w   restauracjach.   Prowadziłam   cię   wszędzie, 
jakbym była twoim psem. Wybierałam dla ciebie ubrania, nawet bieliznę. Ależ musiałeś mieć 
ze mnie ubaw. Biedna, głupia Mollie. A w wolnych chwilach próbowałeś mnie naciągnąć na 
łóżko. Z nudów, jak przypuszczam, bo nie było innej kobiety pod ręką. 

Tym razem rzeczywiście nią potrząsnął. 
– Uspokój się! – Usta wykrzywione miał złością. 
–   Nie   bawiłem   się   tobą.   Owszem,   chciałem   pójść   z   tobą   do   łóżka.   Jakiż   normalny 

mężczyzna   by   nie   chciał?   Ale   tylko   raz   i   potem   już   nie   próbowałem.   Nie   próbowałem 
żadnych takich sztuczek. Zanadto cię szanuję. Wysłuchaj mnie! Wysłuchaj mnie, do cholery!

W   jego   głosie,   twarzy,   w   zaciśniętych   na.   jej   rękach   dłoniach   tyle   było   pasji   i 

namiętności, że Mollie nie mogła już tego dłużej znieść. 

– Niczego nie szanujesz! – krzyknęła. Zaczęła się szarpać, próbując się od niego uwolnić. 

– I powodem tego wszystkiego, co robiłeś, był jakiś wstrętny, parszywy kret! Paskudztwo, 
które mieszka pod ziemią!

Szamotała się z nim coraz gwałtowniej, aż w końcu zwolnił chwyt, nie chcąc sprawiać jej 

bólu. 

–   To   nie   będzie   żaden   wstrętny,   parszywy   kret   –   bronił   się   rozpaczliwie   –   tylko 

najsłynniejszy  kret   pod  słońcem.   Pokażą  go  telewizje  całego  świata.   I  tylko  ja  mogę   go 
ożywić. A czy ty nie wiesz, co to jest studium roli?

– Ciekawe jakiej roli? – Mollie zaśmiała się histerycznie. – Skąd mam wiedzieć, czy dalej 

nie kłamiesz? Może wcale nie jesteś animatorem? Możesz być... 

wszystkim... nawet Marsjaninem. Nie wiem i nie interesuje mnie to. Jedno tylko wiem na 

pewno: to, że jesteś kłamcą! Ominęła go i zaczęła zbiegać po schodach. 

– Jestem animatorem! – krzyczał za nią. – Pracowałem przez dziesięć lat w wytwórni 

Disneya i cztery lata w TAŚM teraz wreszcie mogę robić na własny rachunek film, o którym 
zawsze marzyłem!

– Nic mnie nie obchodzi, gdzie pracowałeś! – odkrzyknęła, zatrzymując się na dolnym 

podeście schodów. Zdjęła z palca pierścionek z granatem. – Weź to. Dostałam go od matki, 
ale wolę się z nim rozstać, niż być ci winna choćby grosz. Sprzedaj go sobie. Wystarczy na to, 
co na mnie wydałeś. 

Widząc, że nadal stoi nieruchomo, cisnęła z całej siły pierścionkiem w jego kierunku. 

Odbił się od pokrytej jedwabną tapetą ściany i upadł na dywan tuż obok jego stóp. 

Zaczęła biec przez hol i usłyszała, jak woła za nią zmienionym z gniewu głosem:
– Mollie! Posłuchaj, Mollie!
– Gad! – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Kłamliwy, dwulicowy gad!
Wypadła na ulicę i zatrzymała przejeżdżającą właśnie taksówkę. Wślizgnęła się do niej, 

background image

nie czekając, aż kierowca wyjdzie i otworzy jej drzwi, a potem zatrzasnęła je tak mocno, 
jakby chciała zostawić za nimi wszelkie wspomnienia o tym człowieku. 

– Dokąd? – spytał taksówkarz. 
– Do najtańszego hotelu gdzieś tu w okolicy – zadysponowała. 
Taksówkarz pokręcił głową, wahał się przez chwilę. 
– Proszę pani, nie jestem pewien, czy będzie pani chciała zatrzymać się w najtańszym 

hotelu, jaki znam. Są tu takie miejsca, których można się przestraszyć. 

– Ja się nie przestraszę – ucięła ostro. I rzeczywiście, czego miałaby się bać? Najgorsze 

już ją spotkało. 

Hotel   chyba   w   ogóle   nie   miał   nazwy.   Nad   obskurnym   wejściem   rachityczny   neon 

wyświetlał  swoje „OTEL”. Litera  „H” była  czarna i martwa,  gasnące co chwila  „O” też 
dożywało swych dni. 

Pokój  był   niewiarygodnie   tani,  lecz   także  mały,   zimny,  brudny  i pozbawiony ciepłej 

wody. Za ścianą przez całą noc kasłał jakiś mężczyzna. 

Myślała, że takie hotele istnieją tylko w ponurych filmach. Udręczony życiem bohater 

spędza ostatnią noc w takim właśnie pokoju, rozmyślając o tym, że niżej nie mógł już upaść. 
Następny jego krok może już być tylko krokiem rozpaczy. 

Leżała na wąskim łóżku, bezskutecznie próbując się rozgrzać. Jej następny krok, myślała, 

to powrót do Nowego Jorku. Będzie bakterią, będzie usługiwać w kawiarni, będzie robić 
wszystko,   aby   przeżyć.   Ale   zadzwoni   natychmiast   do   agencji   i   poprosi,   aby   nigdy,   bez 
względu   na   okoliczności,   nie   przyjmowali   dla   niej   oferty   pracy   od   człowieka 
przedstawiającego   się   jako   Pearce   Goddard.   Jeśli   w   ogóle   ta   cała   historia   z   filmem 
animowanym   jest   prawdą.   Mógł   równie   dobrze   i   to   sobie   wymyślić,   licząc,   że   łatwiej 
przyjdzie namówić ją, aby się z nim przespała. 

Mężczyzna   za   ścianą   zaniósł   się  ochrypłym   kaszlem.   Mollie   ukryła   twarz   w   twardą, 

pozbijaną poduszkę. Jakże była głupia! Tak niedawno jeszcze poszłaby z nim przecież do 
łóżka, gdyby tylko poprosił ją o to. I zrobiłaby to chętnie i radośnie, w przypływie uniesienia, 
którego żałowałaby potem do końca życia. 

Gorące łzy płynęły spod jej mocno zaciśniętych powiek. Wyrzucała sobie, że jest idiotką. 

Najgorszego gatunku idiotką – taką, która potrafi zrobić to samo głupstwo dwa razy pod rząd, 
Jak można notorycznie zakochiwać się w mężczyznach, którzy w rzeczywistości nie istnieją, 
lecz są jedynie tworem jej wyobraźni!

Z wściekłością uderzyła pięścią w poduszkę. Może coś złego tkwi w niej samej? Jakaś 

perwersyjna potrzeba, nieomylny instynkt, który sprawia, że pociągają ją mężczyźni niezdolni 
do mówienia prawdy?

Przycisnęła pięść do gorącego policzka, a potem ugryzła się w wierzch dłoni aż do bólu, 

tak jakby mogło to złagodzić jej wewnętrzne cierpienie. Spędziła z Pearce’em niespełna trzy 
dni. Były niespokojne, pełne wrażeń, jednak były także najszczęśliwszymi dniami w jej życiu. 
Cóż, kiedy całe to szczęście budowane było na fałszu. 

Najbardziej absurdalne w tej całej historii, wręcz okropne, wydawało jej się to, że Pearce 

zrobił to wszystko z powodu kreta. Jakiegoś głupiego kreta z nieistniejącej kreskówki!

background image

Opuściła hotel zaraz po świcie, najwcześniej, jak się dało. Spędziła w nim najgorszą noc 

wigilijną   w   swoim   życiu.   Jej   samolot   odlatywał   dopiero   o   drugiej   i   mając   wiele   czasu, 
wędrowała bez celu wzdłuż Bourbon Street. Zatrzymała się znowu przy tym samym sklepie z 
maskami. Oglądała je jeszcze raz, dziwiąc się, że tak dobrzeje zapamiętała. W głębi nad nimi, 
w odbiciu na szybie widziała swoją – tym razem samotną sylwetkę. 

Pokiwała głową. Maski... Pozory... Ułuda... Kłamstwa... 
Usłyszała tuż za sobą męski głos, niski i burkliwy. 
– Zgubiłaś czapkę. Nie jest ci zimno?
Zastygła w bezruchu. Patrzyła dalej w okno wystawy. W szybie zamajaczyła sylwetka 

stojącego   za   nią   mężczyzny.   Pearce!   Czuła,   jak   coś   w   niej   zastyga   i   stopniowo   coraz 
większym  ciężarem  przygniata   jej   piersi.  Wyprostowała   się  i  próbując  przybrać  obojętny 
wyraz twarzy, odwróciła lekko głowę. 

– Odejdź stąd. Daj mi spokój – powiedziała stłumionym głosem. 
–   Nie   odejdę   i   nie   zostawię   cię   w   spokoju   –   odpowiedział   z   nieoczekiwaną 

gwałtownością. – Szukałem cię przez całą noc. Gdzie, do cholery, byłaś?

– Nie twój interes. – Potrząsnęła gwałtownie głową. Lodowaty wiatr rozwiewał jej włosy. 
Wziął ją za ramiona i odwrócił ku sobie. Gwałtownym ruchem uwolniła się od niego. 
– Nie dotykaj mnie! – krzyknęła. 
– Nie chodź z gołą głową, włóż to. – Wyjął z kieszeni czapkę zgubioną przez nią na 

schodach. 

Wzięła ją od niego i założyła. Przyglądała mu się przez chwilę. Był nie ogolony, wiatr 

potargał mu starannie zazwyczaj uczesane włosy. Znowu zaskoczył ją widok jego oczu, ich 
prawie mistyczna zieleń, wyrazistość spojrzenia. Odwróciła wzrok. Trwało to tylko chwilę, 
ale wiedziała, że oczu tych nie zapomni nigdy, że ich wspomnienie będzie prześladować ją do 
końca   życia.   Schyliła   głowę   i   pozwoliła,   by   włosy   zasłoniły   jej   twarz.   Zdecydowanym 
krokiem zaczęła się oddalać. 

– Chcę ci oddać także pierścionek twojej matki. – Słyszała, że idzie za nią chodnikiem. – 

Proszę cię, weź go z powrotem. 

– Nie – odpowiedziała, nie zatrzymując się i nie odwracając głowy. – Mówiłam, że nie 

chcę być ci cokolwiek winna. 

– Mollie! – zawołał za nią – nie bądź taka cholernie uparta. To pierścionek twojej matki, 

nie mogę go wziąć. 

Nie odpowiedziała mu. Na rogu otwarta była jakaś mała restauracja. Wślizgnęła się do 

środka, ale Pearce nie dał za wygraną i wszedł za nią. 

W środku panował półmrok. Mollie, nie bardzo wiedząc, po co to robi, przeszła przez 

całą salę i znalazła najbardziej mroczne miejsce w głębi lokalu. 

Pearce dołączył do niej. Poczuła jego rękę na swoim łokciu. Odwrócił ją ku sobie i schylił 

się tak, że ich oczy musiały znowu się spotkać. Jak przez mgłę zauważyła, że skaleczenia na 
jego brodzie częściowo już się zagoiły. Przypomniała sobie, jak jeszcze niedawno współczuła 
mu z ich powodu. 

– Czemu mi się przyglądasz? – spytał. – Dlaczego patrzysz na mnie takim wzrokiem?

background image

–   Myślę,   że   trzeba   być   wyjątkowym   idiotą,   aby   golić   się   z   zamkniętymi   oczami   – 

powiedziała ze złością. – Właśnie dlatego skaleczyłeś się, prawda? Udając kreta. 

–   Słuchaj,  Mollie.   Nie  ma   takiego   prawa,   które   zabraniałoby   komuś   udawać   kreta   – 

odpowiedział. 

– Nie bawi mnie już twoja elokwencja. Jeszcze raz cię proszę, zostaw mnie w spokoju. 
– A ja proszę, żebyś mnie zrozumiała. Byłaś w trudnej sytuacji, potrzebowałaś pomocy. 

Nie przyjęłabyś jej ode mnie, gdybyś wiedziała, że widzę. Nie chciałem zrobić nic złego. 

– Zawsze tak mówią ci, którzy kogoś skrzywdzili – zaprzeczyła, z uporem kręcąc głową. 

– Opowiadają, że nie chcieli zrobić nic złego. 

– Próbowałem ci wszystko wyjaśnić. Dwa razy już prawie to zrobiłem. Ale potem... sama 

przecież nie chciałaś... i zdecydowałem się poczekać, aż skończą się święta. 

– Nie oczekuję od ciebie żadnych wyjaśnień. – Nie próbowała opanować drżenia głosu, 

chcąc pokazać mu, jak bardzo jest wściekła. – Ani żadnych usprawiedliwień. Nie chcę mieć z 
tobą nic wspólnego. Masz kobietę, która czeka na ciebie w Kalifornii, i drugą w Tampa. Nie 
rozumiem, czego ode mnie chcesz. Zabawa się skończyła. Zostaw mnie w spokoju. 

Gwałtownie uwolniła rękę z jego uścisku. 
– Zostaw  mnie  – krzyknęła  prawie  – bo zawołam ludzi  na pomoc.  Wezwę  policję i 

wyrzucą cię stąd. 

– Masz rację – powiedział z ostrym błyskiem w oczach. – Sam nie wiem, czego od ciebie 

chcę. Nie mam czasu na takie sprawy. Mam konkretną rzecz do zrobienia i trzy najbliższe lata 
na to zarezerwowane. Tracę czas, próbując wyjaśnić coś kobiecie, dla której nic nie znaczą 
logiczne argumenty. Nie wiem, czy masz klapki na oczach, czy klapki w mózgu, ale pewne 
rzeczy do ciebie nie docierają. Mógłbym równie dobrze mówić do ściany. 

– Wspaniale! – żachnęła się Mollie. – Najpierw kłamiesz bez zmrużenia oka, a potem 

okazuje się, że to ja mam klapki w mózgu. 

– Słuchaj – ciągnął dalej, tym razem już spokojnie – chciałem zachować się przyzwoicie: 

wytłumaczyć się, przeprosić. Wróćmy jednak do tego, o czym już wspominałem. Chodzi o 
twój głos. Zastanów się nad tym, niekoniecznie w tej chwili, tak... na spokojnie. Będę w 
kontakcie z twoją agencją. Może okaże się, że ten czas nie był dla nas ostatecznie stracony. Ja 
będę miał twój głos, a ty pracę; Nikt nie straci, oboje skorzystamy. 

Tego już było za wiele. Mollie zerwała się z miejsca i obciągnęła na sobie płaszcz. Jego 

ostatnie słowa rozwścieczyły ją bardziej niż wszystko, co powiedział przedtem. Brzmiało to 
tak, jakby zależało mu jedynie na jej głosie, jakby to, co wydarzyło się między nimi, w ogóle 
nie dotyczyło sfery emocjonalnej. 

– Wolę umrzeć z głodu, niż z tobą pracować – wyrzuciła z siebie. – Wolę wrócić do 

Minnesoty i zmywać talerze do końca życia, na zawsze zrezygnować z aktorstwa. 

Odwróciła się i zaczęła iść w kierunku wyjścia.
– Na pewno nie! – zawołał za nią drwiąco. – Teraz ty kłamiesz. Tak samo nie potrafisz 

zrezygnować z tego, co robisz, jak ja!

Nie obejrzała się nawet, pchnęła drzwi i wyszła na ulicę. 
Tym razem Pearce nie poszedł za nią. Zatrzymał się przy małym, mahoniowym barze. 

background image

Spojrzał na wiszący nad nim antyczny zegar. Dochodziła dziewiąta. Było mu wszystko jedno. 

– Whisky, proszę – zwrócił się do barmana. – Obojętne jaką, byle czystą. 
–   Kłopoty   z   kobietą?   –   spytał   przyjaźnie   barman.   Był   to   przystojny,   czarnoskóry 

mężczyzna,   który   uprzednio   przyglądał   się   ich   kłótni   z   zawodowo   obojętnym   wyrazem 
twarzy. 

– No właśnie – przytaknął ponuro Pearce, patrząc w kierunku drzwi. 
–   Niedobrze   tak...   w   święta   –   powiedział   barman   i   uzupełnił   to   filozoficznym 

komentarzem. – Niech pan posłucha mojej rady. Nie warto się martwić, kobiety są bardzo do 
siebie podobne. Straci się jedną, znajdzie się drugą. Tak bardzo się znowu od siebie nie 
różnią. 

– Też prawda – zgodził się Pearce, nie przestając patrzeć w kierunku drzwi. Dwoma 

łykami opróżnił szklankę do dna. 

Mollie siedziała już przez dłuższy czas przed Cafe du Monde. Obejmowała dłońmi kubek 

kawy i przyglądała się żonglerom. , Tym razem uliczni artyści występujący na zimnie przed 
tak   nieliczną   publicznością   nie   budzili   jej   sympatii.   W   ich   próbach   zdobycia   poklasku 
widziała coś fałszywie patetycznego, absurdalnego niemal. 

A czy jej własne życie nie jest w końcu tak samo absurdalne? – zastanawiała się. Spędza 

teraz samotne święta w Nowym Orleanie. Jest bez grosza przy duszy. Wszystko, czego się 
dotknie, nie udaje się jej. Całe jej życie jest jednym wielkim nieporozumieniem. 

Wróci do Nowego Jorku i co dalej? Jedyna rzecz, na którą może liczyć, to rola bakterii. 

Może   Michael  nie   był   wcale   takim   tchórzem,  jak  myślała.  Może  był   po  prostu   realistą? 
Powinna porzucić swoje głupie marzenia, wrócić do Minnesoty i zająć się czymś sensownym. 
Próbowała sięgać zbyt wysoko. Upadła i potłukła się boleśnie. Czas się z tego wycofać. 

Westchnęła i skuliła się, drżąc z zimna. Nigdy w życiu nie czuła się tak przygnębiona i 

niepewna. Zdradził ją Michael, zawiódł Pearce... Zdarzenia te nastąpiły jedno po drugim, 
niszcząc kompletnie jej wiarę w ludzi i poczucie pewności siebie. 

Słońce   wyszło   zza   chmur   i   złote   światło   wypełniło   ulice.   Mroczne   cienie   poranka 

rozpełzły   się   gdzieś   i   zniknęły.   Dzielnica   Francuska   nagle   znowu   odzyskała   swój 
czarodziejski urok, stała się miejscem, gdzie wszystko może się zdarzyć. 

I równie nagle Mollie poczuła, jak opuszczają ów mroczny nastrój. Zrozumiała, że choć 

może  się to innym  wydać czymś  głupim i bez sensu, , musi  wrócić do Nowego Jorku i 
pozostać tam, wbrew temu, że to miasto miało jej w tej chwili tak mało do zaoferowania. 

Zapragnęła   nagle   znowu   zobaczyć   Pearce’a,   zajrzeć   mu   w   oczy,   sprawdzić,   co   się 

naprawdę w nich kryje. Nie chciała wierzyć, że zależało mu jedynie na jej głosie. Gdyby tak 
było, nie szukałby jej przecież przez całą noc na ulicach. Czy w miarę upływu czasu również i 
do niego z coraz większą oczywistością nie docierała prawda o tym, że zdarzyło się między 
nimi  coś   ważnego?   I to  właśnie  jej   złość  i upór  sprawiły,   że  rozstali  się  ze  sobą  w  tak 
idiotyczny sposób. 

Odstawiła kubek i zerwała się z miejsca. Zaczęła iść w stronę hotelu licząc, że spotka go 

może po drodze. W restauracji, w której się rozstali, nie było go już. 

background image

Wysoki barman wzruszył ramionami, gdy spytała, gdzie poszedł mężczyzna o zielonych 

oczach. 

Dotarła bez tchu do hotelu i w recepcji dowiedziała się, że Pearce zwolnił pokój przed 

godziną. Wziął taksówkę i odjechał. 

.   Spojrzała   na   zegarek.   Dawno   minęła   już   dziesiąta.   Zadzwoniła   do   kliniki 

weterynaryjnej,   ale   odpowiedziała   jej   automatyczna   sekretarka.   Wyszukała   w   książce 
telefonicznej domowy numer doktora Broussarda. Dowiedziała się od niego, że Pearce zabrał 
psa i pojechał na lotnisko. Odwiesiła słuchawkę zadowolona z tego, że, wedle zapewnień 
weterynarza, Fritz pożyje jeszcze parę lat, jeśli będzie dostawał odpowiednie lekarstwa. Ale 
jak znaleźć Pearce’a? – myślała rozpaczliwie. Może jest już w samolocie? Zadzwoniła po 
taksówkę. Wydawało jej się, że czeka na nią nieskończenie długo. 

Na   lotnisku   sprawdziła   wszystkie   stanowiska   odlotów   do   Los   Angeles.   Nie   było   go 

nigdzie. Pytała ludzi, ale nikt nie widział wysokiego mężczyzny z psem. 

Przygnębiona poszła na miejsce odprawy dla pasażerów odlatujących do Nowego Jorku. 

Miała jeszcze odrobinę nadziei, że może tam go spotka. Mógł szukać jej tak samo, jak ona 
jego szukała. 

Ale i tam również go nie było. 

Powróciła samotnie do Nowego Jorku. Wynajęła mieszkanie tak małe, że po upchaniu w 

nim mebli ledwo dało się między nimi przechodzić. Pracowała dorywczo jako kelnerka w tej 
samej co poprzednio kawiarni u Greenów i podkładała głos bakterii w filmach oświatowych. 
Po jakimś czasie dostała świetną rolę w sztuce Tennesse Williamsa „Nagle, zeszłego lata”, 
którą   zdecydował   się   ponownie   wystawić   pewien   teatr   poza   Brodwayem.   Nakręciła 
reklamówkę, w której jako gospodyni domowa entuzjastycznie wychwalała zalety jakiegoś 
odświeżacza powietrza. 

Dowiedziała się od przyjaciół, że Michael ożenił się w połowie lutego, ale rzadko już o 

nim myślała. W dalszym ciągu jej myśli zaprzątał Pearce. Dała mu przecież numer telefonu i 
adres, nie tylko swój, już nieaktualny, lecz także agencji. Wiedział więc, jak można się z nią 
skontaktować. 

Nie robił tego jednak. Może potraktował poważnie wszystko to, co nawygadywała mu w 

złości, zanim się ze sobą rozstali? To, że nie chce go widzieć więcej na oczy i że nigdy nie 
będzie z nim pracować. Zebrała się na odwagę i próbowała zadzwonić do Los Angeles, ale 
jego numer nie figurował w spisie abonentów. 

Wysłała  mu  ostrożnie  zredagowany list.  Napisała  w nim,  że jest jej  przykro  i  że go 

przeprasza. Doszła do wniosku, że jej reakcja była przesadna i nieadekwatna do sytuacji. 
Chciałoby także wiedzieć, jak czuje się Fritz. Czy wyzdrowiał? I co z filmem o krecie? Po 
prostu jest ciekawa i to wszystko, pisała. 

Wysłała list na adres wytwórni TAS z prośbą o przekazanie go Pearce’owi. 
Nie  dostała  odpowiedzi,   ani  też  poczta   nie  zwróciła  jej   listu.  Nie  było   sposobu, aby 

dowiedzieć się, czy on w ogóle go otrzymał. 

Ostrożnie, nieśmiało do miasta próbowała na powrót zawitać wiosna. Mollie wystąpiła w 

background image

jeszcze jednej reklamówce. Towarem, który tym razem reklamowała, był papier toaletowy. 
Sztuka Williamsa zeszła z afiszów, ale udało jej się dostać stały angaż na niewielkie role w 
satyrycznych audycjach radiowych. 

Kupiła sobie mały, czarnobiały odbiornik telewizyjny, aby nie tracić kontaktu z tym, co 

dzieje się na świecie. Ale naprawdę, jej uwagę pochłaniały głównie kreskówki dla dzieci 
nadawane   w   niedzielne   poranki.   Tam   przynajmniej   zawsze   mogła   oglądać   wznowienia 
„Gołębia   Parvisa”.   Na   końcu   najlepszych   odcinków   często   podawane   było   nazwisko 
Pearce’a, czasem – jako reżysera, czasem – jako autora scenariusza. 

Był   niedzielny   poranek.   Pierwszy   prawdziwie   piękny,   ciepły   dzień   wiosny.   Mollie 

siedziała skulona na kanapie, czytając jakiś scenariusz i oglądając epizody z kreskówki pod 
tytułem „Wojownicze żółwie Ninja”. Miała wpaść do niej Clytie, która wyjeżdżała na dwa 
tygodnie do Connecticut, i w tym czasie Mollie podjęła się opieki nad jej papugą. Jakoś tak 
się   składało,   że   Clytie   zostawiała   papugę   zawsze   u   niej,   a   było   to   naprawdę   okropne 
ptaszysko. 

Clytie   pojawiła   się   właśnie   w   chwili,   gdy   wojownicze   żółwie   wydały   swój   okrzyk 

wojenny,   obwieszczając   zakończenie   kolejnego   odcinka   niedzielnych   przygód.   Papuga 
wściekała się, ponieważ Clytie zakryła klatkę, chcąc ochronić ją, przed chłodnym, wiosennym 
wiatrem.   Był   to   bardzo   neurotyczny   ptak:   wyskubał   sobie   większość   piór   z   piersi   i   był 
częściowo łysy. 

– Pa, kochanie! Muszę już lecieć, . Zaparkowałam samochód w niedozwolonym miejscu. 

Boję się, że lada chwila mnie stamtąd wywiozą. Nie pozwól Scooterowi siedzieć w przeciągu. 
Nasionka słonecznika są w torbie. Aha, jakiś człowiek wpadł wczoraj po południu do agencji, 
zostawił to i prosił, żeby ci przekazać. Powiedziałam mu, że w niedzielę rano u ciebie będę. 

Rzuciła Mollie białe, tekturowe pudełko. 
– Kto to był? – próbowała dowiedzieć się Mollie, ale Scooter zaczął kląć tak potwornie, 

że zupełnie ją zagłuszył. 

– Czyż nie jest cudny? – wykrzyknęła Clytie, zakrywszy ź powrotem klatkę, żeby ptak się 

uspokoił.   –   Wie,   że   wyjeżdżam,   i   że   będzie   tęsknił   za   swoją   mamuśką.   Pa,   kochanie   – 
zwróciła się do Mollie. 

– Nie zapomnij o próbie głosu dla tych ludzi od syropu do naleśników. 
Pocałowała ją w policzek i wybiegła. Mollie zamknęła za nią drzwi. Scooter złorzeczył 

ponuro w swojej klatce. Należał do tego nieco kłopotliwego gatunku papug, które z łatwością 
uczą się powtarzać przekleństwa i był w tej dziedzinie niedoścignionym mistrzem. 

Mollie uśmiechnęła się do siebie. W nadawanej ubiegłej nocy audycji radiowej grała rolę 

roztargnionego wampira. W tym tygodniu miała się zgłosić na próby głosowe w reklamówce, 
w której wystąpi w roli butelki jakiegoś syropu. Nie była specjalnie zachwycona perspektywą 
przywdziania   na   siebie   kostiumu   będącego   atrapą   szklanego   opakowania   nienaturalnych 
rozmiarów, ale płaca była dobra, a zleceniodawcy szukali pewnej siebie, energicznej aktorki. 

–   Wczoraj   wampirem,   za   tydzień   syropkiem   na   zwiększenie   energii   –   wygłosiła 

filozoficzną sentencję – a w międzyczasie uziemiona, z łysą papugą na głowie. 

Otworzyła przyniesione przez Clytie duże, płaskie pudełko. 

background image

Serce   zatrzymało   jej   się   na   chwilę.   Dosłownie   czuła,   jak   się   zatrzymało.   Wewnątrz 

pudełka leżała czerwona, zdobna w cekiny i czarne pióra maska – jedna z tych z Nowego 
Orleanu. 

W rogu kartonu znalazła także małe, jubilerskie pudełko z szarego aksamitu. Otworzyła 

je. W promieniu słońca zalśnił pierścionek z granatem. Wstrzymała na chwilę oddech. Na 
dnie leżała biała koperta z ozdobną inskrypcją jej nazwiska. Odstawiła pudełko i drżącymi 
palcami otworzyła kopertę. 

Prawie   całą   kartkę   zajmował   niesamowity   rysunek   kreta.   Ubiór   miał   dystyngowany: 

wytwornego kroju płaszcz i założony pod odpowiednio dostojnym  kątem kapelusz derby. 
Oczy zakrywały mu ciemne okulary, a ręce miał złożone, jakby przeżywał coś w rodzaju 
rozterki. Każda linia rysunku sugerowała, że jeżeli zwierzątko jest spragnione czegokolwiek, 
to tylko miłości. 

Obok umieszczona była krótka notka:
„Norko, brak mi ciebie! Jeśli czujesz coś podobnego, to spotkaj się ze mną w restauracji 

Mardi Grass w niedzielę o dwunastej w południe. Kret”. 

– O Boże! – westchnęła Mollie, serce biło jej jak oszalałe. Spojrzała na zegarek. Była 

jedenasta   trzydzieści.   Znała   restaurację   Mardi   Grass.   To   dość   daleko,   lecz   jeśli   wyjdzie 
natychmiast z domu i uda jej się złapać taksówkę, ma szansę niewiele się spóźnić. 

Dotarła na miejsce dwadzieścia minut po dwunastej. Restauracja mieściła się w starym, 

murowanym   budynku,   który   zdobiły   metalowe   kraty   i   balustrady,   co   przypominało   styl 
Dzielnicy   Francuskiej.   Wewnątrz   znajdowało   się   małe   podwóreczko   otoczone   ceglanymi 
ścianami, po których pięło się dzikie wino. Stało tam kilkanaście stolików z marmurowymi 
blatami. Z tyłu znajdowała się fontanna, w kącie kwitło różowo jakieś drzewko. 

I właśnie tam, opodal fontanny, zobaczyła Pearce’a. Ponownie poczuła, że coś dziwnego 

dzieje   się   z   jej   sercem:   zatrzymało   się   na   moment,   pojawiło   się   uczucie   bólu   i   lekki 
przestrach, a potem jakimś cudem zaczęło bić na nowo. 

Patrzył na nią, siedząc oparty łokciem o blat stołu z wyciągniętymi przed siebie długimi 

nogami. Postawa jego była niewymuszona, prawie niedbała – podobnie jak ubiór. Miał na 
sobie   czarne,   luźne   spodnie   i   grubą,   jasnozieloną   bawełnianą   bluzę;   Jego   ciemne   włosy 
połyskiwały w słońcu. Obok niego, na normalnej smyczy – nie w uprzęży – siedział Fritz. 
Posiwiał   chyba   jeszcze   bardziej,   ale   ujrzawszy   Mollie,   zdobył   się   na   przyjazny   gest   i   z 
godnością kiwnął ogonem. 

Pearce podniósł się z krzesła. Był bardzo opalony i wyglądał świetnie, ale twarz miał 

poważną. Gdy zbliżyła się do niego, zmierzył ją wzrokiem i powiedział:

– Myślałem już, że nie przyjdziesz. 
– Nie mogłam złapać taksówki – odrzekła, starając się w pełni panować nad głosem. – 

Dostałam twoją karteczkę tuż przed południem, bo Clytie spóźniła się trochę. 

Skinął głową, zachowując ten sam poważny wyraz twarzy. 
– No właśnie. Próbowałem złapać cię wczoraj po południu, ale Clytie powiedziała mi, że 

jesteś   zajęta.   Jako   wampir.   A   wieczorem   musiałem   odbyć   przymusową   biesiadę   w 
towarzystwie potencjalnych inwestorów. 

background image

–   No   właśnie   –   powtórzyła   za   nim.   Przecież   tak   bardzo   pragnęłam   go   zobaczyć, 

pomyślała a teraz oboje nie wiemy, jak ze sobą rozmawiać. 

– Spotykałeś się z ludźmi, którzy mają zainwestować w ten film o krecie? – zdobyła się w 

końcu na pytanie. 

– Tak. – Skinął głową. – Czemu nie siadasz? Chcesz się czegoś napić albo zjeść coś?
– Ależ z przyjemnością – odpowiedziała mechanicznie. – Będzie mi bardzo miło. 
Pomógł odsunąć jej krzesło i jego palce musnęły przelotnie wierzch jej dłoni. Drgnęli 

oboje. 

– No więc, jakie plany na przyszłość? – spytał. – Znowu wampiry?
Zaprzeczyła ruchem głowy. 
– Nie, teraz będę syropkiem. W telewizji, jeśli wszystko pójdzie dobrze... 
–   Syropkiem   –   powtórzył   i   w   zamyśleniu   pokiwał   głową.   –   Widuję   cię   czasem   w 

telewizji. Zawsze mówisz o nieprzyjemnych kuchennych zapachach. 

Trzymasz w ręku pojemnik z jakimś paskudztwem i opowiadasz coś o czosnku i rybach... 

Wzruszyła ramionami i próbowała się uśmiechnąć. 

– Wszystko dla chleba – stwierdziła pogodnie. 
– Sztuka aktorska przydaje się nawet do reklamy papieru toaletowego. 
– Owszem – odparł, uśmiechając się krzywo. Nareszcie miał ten sam, drwiący, dobrze 

przez   nią   zapamiętany   wyraz   twarzy.   –   Ten   kawałek   także   widziałem.   Dobrze   to   było 
zrobione. 

Bębnił w – roztargnieniu palcami po marmurowym blacie stolika. 
– No więc, jak w końcu zdecydowałaś? – spytał. 
– Chcesz podkładać głos tej mojej norki? Czy może syropowe zobowiązania staną ci na 

przeszkodzie?

A więc to tak, pomyślała Mollie. Po prostu, nadal zainteresowany jest jej głosem i to 

wszystko... Dzień spochmurniał dla niej nagle, choć słońce świeciło tak samo mocno, jak 
przed chwilą. 

– Owszem – powiedziała, starając się nie patrzeć na niego. – Myślę, że mogę być twoją 

norką. 

– No, to dobrze – mruknął. Milczenie, jak trzecia nieproszona osoba, znowu towarzyszyło 

ich spotkaniu. 

Na szczęście zjawił się kelner. Pearce zamówił dwie szklaneczki wina. Splotła dłonie i 

przycisnęła je do siebie. 

– No i jak ci idzie z filmem? – spytała. Na moment podniosła na niego wzrok. Wpatrywał 

się w nią tak intensywnie, że wprawiło ją to w zakłopotanie. Odniosła wrażenie, jakby jego 
zielone oczy przewiercały ją na wylot, dostrzegając to wszystko, co starała się ukryć. 

– Scenariusz, a nawet scenopis mam już gotowy, studio załatwione. Wszystko będzie 

robione w Hollywood. – Po raz pierwszy naprawdę się uśmiechnął. Wzniósł oczy ku niebu, 
jakby miał tam niewidzialnego wspólnika, którego ucieszy to, co za chwilę powie. 

– Żebrałem, umizgiwałem się, pożyczałem, gdzie mogłem. Mam już pieniądze na cały 

film. I mam także dwanaście milionów dolarów długu. – Zaśmiał się w tym momencie, ale 

background image

nie zabrzmiało to specjalnie wesoło. 

– O Boże, Pearce. – Mollie z przejęcia wstrzymała oddech. – Stawiasz na to dwanaście 

milionów?

W dalszym ciągu uśmiechał się krzywo. 
–   Prawie   czternaście.   Wuj   mi   trochę   zostawił   i   dołożyłem   całe   swoje   oszczędności. 

Wszystko poszło na kreta. Głupie ci się to wydaje, prawda?

Zaprzeczyła  ruchem głowy.  Ujrzał, jak słońce skrzy się w jej rozsypanych  włosach i 

uśmiech zamarł na jego ustach. Wpatrywał się w nią z tą samą co przedtem intensywnością. 

– Ależ skąd! – odrzekła z prawdziwym  entuzjazmem.  – Wcale nie wydaje  mi się to 

głupie, tylko odważne i wspaniałe. Widziałam twoje kreskówki w telewizji. Jestem pewna, że 
uda ci się zrobić wspaniały film. 

– A czy ci już kiedyś mówiłem, że uwielbiam twoje włosy? – spytał nagle niskim, czułym 

głosem.  – Odkąd pierwszy raz otworzyłem  oczy,  żeby ci się przyjrzeć,  nieustannie  mnie 
prześladują. 

Ta   uwaga   była   tak   nieoczekiwana,   że   zupełnie   nie   wiedziała,   co   ma   powiedzieć. 

Wpatrywała się po prostu w jego twarz, starając się coś z niej wyczytać. 

– I może już zawsze będą mnie prześladować – powiedział, ujmując w palce kosmyk jej 

włosów. 

– Czy możesz mi wybaczyć to, co stało się w Nowym Orleanie?
Ich oczy spotkały się. 
– Już dawno ci wybaczyłam. W pierwszy dzień Bożego Narodzenia. 
– Jak to?
Już wtedy zrozumiałam, jak to się stało. – Tak bardzo chciała mu wszystko opowiedzieć, 

że głos wymknął jej się zupełnie spod kontroli i zadrżał nieoczekiwanie. – To był taki ciąg 
przypadków. Wszystko, co nam się przydarzyło. Nie chciałeś zrobić nic złego, to nie była 
twoja wina... Próbowałam cię znaleźć, szukałam wszędzie, ale gdzieś mi zniknąłeś. 

– O Boże, Mollie – wyszeptał. Przysunął się bliżej wraz z krzesłem i objął ją ramieniem. 

– Gdybym o tym wiedział... Gdybym tylko o tym wiedział, to... 

– Wolną ręką bawił się nadal jej włosami. Zamiast skończyć poprzednie zdanie, spytał 

nagle, jakby z irytacją:

– Nie mogłaś powiedzieć mi tego przez telefon albo napisać?
– A skąd miałam wziąć twój numer telefonu?
– tłumaczyła siei – Wysłałam list do wytwórni TAS z prośbą, aby ci go przekazali. Nie 

wiem nawet, czy go dostałeś. 

– Nie widziałem go na oczy. – Ujął w dłonie jej twarz. – Wygląda na to, że TAS nie 

przesyła mi żadnych listów. Pewnie Irina je wyrzuca. Myślałem, że jesteś taka sama jak ona... 
że nie zechcesz już się ze mną spotkać. Miałaś powody, żeby mnie znienawidzić. 

– Nie miałam żadnych powodów, żeby cię znienawidzić – wyznała. – Żadnych. Wręcz 

przeciwnie. 

Nachylił się nad nią ze skupionym wyrazem twarzy. 
– Mollie, czy ty wiesz, co przed chwilą powiedziałaś? Czy cię dobrze zrozumiałem?

background image

Wargi drżały jej coraz bardziej. Powiedziała prawdę, bo nie potrafiła kłamać, a to, co 

czuła, było zbyt silne, aby udało się stłumić i ukryć. 

– Tak – powiedziała głosem drżącym ze wzruszenia. – Dobrze mnie zrozumiałeś. To 

właśnie chciałam powiedzieć. Nigdy nie przeżyłam takich trzech dni... 

z nikim. Z nikim nie było mi tak dobrze, nawet przez godzinę... 
– Mnie też – szepnął – tylko z tobą tak było. 
–  Nachylił  się   i  złożył  na  jej  ustach   długi,   gorący  pocałunek.  Oderwał  się   od  niej  i 

uśmiechnął porozumiewawczo. – Wstań. Zróbmy to przyzwoicie. Na stojąco jakoś nam to 
lepiej wychodziło. 

– Jak to? – spytała strapiona. – Gdzie mamy to zrobić?
Zaprowadził ją pod kwitnące drzewo w rogu podwórka. Było to jedno z tych biednych, z 

trudem walczących o przetrwanie wśród murów Nowego Jorku drzew, na tyle jednak duże, by 
zasłonić   ich   przed   oczami   gości   siedzących   przy   innych   stolikach.   Objął   ją   ramionami   i 
powiedział z uśmiechem:

– Mówiłem sobie: po co to wszystko? Chciałem dać sobie z tym spokój. Powtarzałem po 

sto razy: to po prostu kolejna kobieta, taka sama jak inne. Ale ty nie jesteś taka sama jak inne. 
Wiesz, pamiętam każdą minutę z tych trzech dni. Każde słowo, jakie wypowiedziałaś, sposób, 
w jaki je mówiłaś... 

– Wiem – wyszeptała. Łzy napłynęły jej do oczu. 
–   Ze   mną   było   to   samo.   Też   zapamiętałam   wszystko.   Przyciągnął   ją   bliżej   i   wtulił 

policzek w jej włosy. 

– Chyba cię kocham, norko. 
– I ja chyba cię kocham, krecie – szepnęła, pocierając twarzą o jego ciepłą, twardą pierś. 
–   Wiesz,   trochę   krucho   jest   teraz   u   mnie   z   pieniędzmi   –   powiedział   poważnie.   – 

Naprawdę, Mollie, wsadziłem wszystko w ten film. Jeśli chodzi o to, niewiele mam ci do 
zaoferowania, przynajmniej w tej chwili. 

– Nie musisz mi niczego oferować – odrzekła i objęła go za szyję. 
– Przyjdzie taki dzień, że będziesz miała wszystko. Jeśli tylko się uda. Obsypię wtedy 

diamentami każdy centymetr twojego ślicznego ciała, ozdobię cię nimi jak choinkę. Niech 
tylko uda się ta gra. Ale na razie jest to ogromne ryzyko. 

– Nie takie znów ogromne. Po prostu duże ryzyko, a ja przecież lubię ryzyko. – Dotknęła 

palcami   jego   brody   w   miejscu,   gdzie   skaleczył   się   przy   goleniu.   Pozostał   maleńki   ślad. 
Wiedziała, że będzie tę bliznę kochać do końca życia. 

–   Cholernie   niestosowny   moment   –   powiedział   ze   śmiechem   –   prosić   kobietę,   aby 

zechciała dzielić ze mną życie, w momencie gdy postawiłem w tej grze czternaście milionów 
dolarów na kreta!

– Ale to przecież będzie najwspanialszy kret w historii świata! – Pocałowała go w brodę. 

– Sam tak o nim mówiłeś. 

– Miła jesteś, noreczko. Wierzysz marzeniom. 
– Och, Pearce! – powiedziała rozpromieniona. 
– Jakie to dziwne. Dlaczego wszystko tak się ułożyło? To, że spotkaliśmy się w takim 

background image

nieodpowiednim momencie. Tyle błędów, nieporozumień, a na końcu coś tak wspaniałego. 

Pokręcił głową z twarzą rozjaśnioną uśmiechem. . – Nie wiem, Mollie. Może tam, w 

górze, wiedzą – odrzekł. – Jak pójdziemy do nieba, dowiemy się, jak to było naprawdę. Może 
to przeznaczenie?

– Może przeznaczenie... – powtórzyła. 
– I wiesz, my we dwoje chyba zasłużymy sobie na niebo. Dowiemy się, jak tam jest, już 

tutaj. Już teraz. 

Pocałował ją jeszcze raz i Mollie poczuła się znowu tak, jakby cały świat przestał istnieć. 

W całym kosmosie byli tylko oni – Pearce i ona w jego objęciach. 

– Zapomnieliśmy sobie jeszcze coś powiedzieć ostatnim razem – wyszeptał z ustami przy 

jej ustach. 

– Wesołych Świąt, Mollie! Wesołych Świąt, norko! Wesołych Świat, kochana!
– Wesołych Świąt, krecie – odpowiedziała, tuląc się do niego. 
Płatki różowych kwiatów zawirowały na wietrze. Pearce objął ją jeszcze mocniej i znów 

pocałował. 

– I Szczęśliwego Nowego Roku! – śmiał się. 
Na ciepłym  bruku podwórka, obok opuszczonego stolika, ignorując ich zupełnie, spał 

Fritz. Grzało go słońce, chrapał i troszkę burczało mu w brzuchu. Śniło mu się chyba coś 
miłego,   bo   poruszył   ogonem,   zmarszczył   swój   czarny   nos   i   pociągał   nim   tak,   jakby 
rozkoszował się ucztą zapachów na zaczarowanych uliczkach Nowego Orleanu. 


Document Outline