background image
background image
background image

 

Wstęp

Te szkice są jak palcówki służące przyszłej biegłości. Nie są nieistotne, tryskają życiem,

a przy swej bezpośredniej i często brutalnej obserwacji, rozeznaniu, wybrednym osądzie,
jakiego  się  po  niej  spodziewamy...  ale  zaczekajmy:  słowo  „osąd”  jest  niewłaściwe.
Virginia  Woolf  przywiązywała  dużą  wagę  do  wytwornego  stylu  –  własnego  i  swoich
bohaterów.  „Uważam,  że  jej  gust  i  przenikliwość  nie  są  wyszukane,  opisując  ludzi,
popadała w utarte zwroty i przyjmowała dość tani punkt widzenia”. („Panna Reeves”). Ta
nuta odzywa się często w całej twórczości Virginii Woolf, a ponieważ kładzie na nią taki
nacisk,  trzeba  pamiętać,  że  ta  kobieta  w  lutym  1910  roku  uczestniczyła  w  niemądrej
zabawie,  udając  jednego  z  członków  świty  cesarza  Abisynii  składającego  wizytę  na
brytyjskim  okręcie  wojennym;  że  ona  i  jej  przyjaciele  używali  brzydkich  słów,  jakich
można  by  się  spodziewać  po  uczniakach,  którzy  właśnie  odkryli  sprośność,  że  była  do
pewnego stopnia antysemitką, zdolną mówić o swoim godnym podziwu i kochającym mężu
jako  o  „Żydzie”.  Zawarty  tu  szkic  „Żydzi”  jest  nieprzyjemnym  utworem.  Ale  trzeba  też
pamiętać  podobnie  hałaśliwą  i  barwną  Żydówkę  opisaną  czule  w  „Między  aktami”  –
Woolf  ją  lubi.  Zatem  utwory  w  tym  zbiorze  to  często  niepoprawna  Woolf;  jej  wczesne
szkice  –  jak  niektórzy  twierdzą  –  lepiej,  gdyby  pozostały  nieodkryte.  Ja  tak  nie  uważam:
zawsze  jest  pouczające  zobaczyć,  jakie  młodzieńcze  grubiaństwa  pisarz  wygładził,
uzyskując równowagę – dojrzałość.

Żadnego z artystów Bloomsbury nie można zrozumieć, jeśli się nie pamięta, że stanowili

samo  serce  i  esencję  bohemy,  której  postawy  są  obecnie  tak  ogólnie  przyswojone,  że
trudno zrozumieć, jak ostro odbijała się niegdyś na tle swoich czasów. To ludzie wrażliwi i
kochający sztukę, w odróżnieniu od ich przeciwników, nieokrzesanej klasy ludzi interesu.
E.M.  Forster,  dobry  przyjaciel  Virginii  Woolf,  napisał  „Howards  End”,  gdzie
przedstawiona  jest  walka  pomiędzy  Sztuką  i  Wilcoxami.  Po  jednej  stronie  obrońcy
cywilizacji,  po  drugiej  filistrzy,  „Wilcoxowie”.  Być  wrażliwym  i  subtelnym  oznaczało
walkę o przetrwanie rzeczywistych i dobrych wartości, przeciwko drwinie, niezrozumieniu
i często prawdziwemu prześladowaniu. Wielu spośród członków bohemy czy też ludzi do
niej aspirujących zostało wydziedziczonych przez swych oburzonych rodziców.

Jednak  wrogami  byli  nie  tylko  „Wilcoxowie”,  prostaccy  i  ordynarni  przedstawiciele

klasy  średniej  –  byli  nimi  również  ludzie  pracy.  Dzisiaj  snobizm  Woolf  i  jej  przyjaciół
wydaje się nie tylko czymś śmiesznym, ale wręcz szkodliwą, ograniczającą ignorancją. W
„Howards  End”  Forstera  dwie  młode  kobiety  z  wyższej  klasy,  widząc  cierpienie
człowieka  pracującego,  zauważają,  że  „oni”  nie  odczuwają  tego  tak  samo  –  a  sama
słyszałam, jak biali, kiedy już dostrzegli nędzę czarnych, mówili: „Oni nie są tacy jak my;

background image

mają grubą skórę”.

U  Woolf  natrafiamy  na  węzeł,  plątaninę  nieprzyjemnych  uprzedzeń,  z  których  część  to

przesądy  jej  czasów,  a  część  jej  osobiste  przekonania,  a  to  musi  nas  prowadzić  do
ponownego  przyjrzenia  się  jej  krytyce  literackiej,  która  często  prześcigała  wszystko,  co
napisano  wcześniej  i  później,  jednak  jej  autorka  była  zdolna  do  ogromnych  uprzedzeń,
niczym  fanatyk,  który  widzi  tylko  własną  prawdę.  Najważniejsze  dla  pisarza  były
delikatność  i  wrażliwość,  a  to  oznaczało,  że  Arnold  Bennett  i  pisarze  tacy  jak  on  są  nie
tylko  niemodnym,  pogardzanym  starszym  pokoleniem,  ale  są  godni  hańby  i  zapomnienia.
Virginia  Woolf  nie  uznawała  półśrodków.  Myśl,  że  komuś  może  się  podobać  Arnold
Bennett, a także Virginia Woolf, a także James Joyce, była dla niej nie do przyjęcia. Takie
polaryzacje,  niestety  endemiczne  w  świecie  literackim,  zawsze  przynoszą  szkodę:  Woolf
się do tego przyczyniła. Przez dziesięciolecia autorytarny ukaz dominował wyżyny krytyki
literackiej.  (Może  powinniśmy  zapytać,  dlaczego  literatura  tak  łatwo  ulega  wpływom
przesadnej  opinii?).  Świetnego  pisarza,  Arnolda  Bennetta,  trzeba  było  odrzucić,
przepraszać za niego, a potem – później – namiętnie go bronić, dokładnie w sposób, w jaki
działała: atakując albo broniąc z pasją. Bennett: dobry; Woolf: zła. Myślę jednak, że kwas
wyciekł już z tej konfrontacji.

Niedawno  zrobiony  film  „Godziny”  ukazuje  Woolf  w  sposób,  który  z  pewnością

zdumiałby  jej  współczesnych.  Jest  doskonałym  portretem  wrażliwej,  cierpiącej
powieściopisarki. Gdzie jest ta złośliwa, szydercza kobieta, którą była w rzeczywistości? I
używała też brzydkich słów, chociaż z wymową klasy wyższej. Wydaje się, że potomność
musi przydawać szacunku, łagodzić i wygładzać, niezdolna zrozumieć, że to, co szorstkie,
surowe,  nieharmonijne,  może  być  źródłem  i  mamką  inwencji  twórczej.  Virginia  Woolf
musiała nieuchronnie skończyć jako wytworna literatka, chociaż nikt z nas nie uwierzyłby,
że  zagra  ją  młoda,  piękna,  modna  dziewczyna,  która  się  nigdy  nie  uśmiecha,  której  stale
zmarszczone  brwi  pokazują,  jak  głębokie  i  trudne  są  jej  myśli.  Dobry  Boże!  ta  kobieta,
kiedy  nie  chorowała,  cieszyła  się  życiem;  lubiła  przyjęcia,  swoich  przyjaciół,  pikniki,
wycieczki, wypady. Jakże kochamy kobiece ofiary, jakże je kochamy.

Wkład  Virginii  Woolf  do  literatury  polegał  na  nieustannym  eksperymentowaniu  przez

całe  życie,  na  próbie  uczynienia  z  powieści  siatek  do  łapania  tego,  co  uważała  za
subtelniejszą prawdę o życiu. Jej „style” były próbami wykorzystania własnej wrażliwości
do  zrobienia  z  życia  owej  rozmigotanej  powłoki  –  tym,  jak  twierdzi  uparcie,  jest  nasza
świadomość,  a  nie  linearnym  brnięciem  naprzód,  za  które  uważała  pisarstwo  w  stylu
Bennetta.

Niektórym  podoba  się  jedna  książka  Woolf,  innym  druga.  Są  tacy,  którzy  podziwiają

„Fale”,  jej  najbardziej  skrajny  eksperyment,  który  dla  mnie  jest  klęską,  choć  odważną.
„Night  and  Day”  była  jej  najbardziej  konwencjonalną  powieścią,  strawną  dla  zwykłego
czytelnika,  ale  autorka  starała  się  ją  poszerzyć  i  pogłębić.  Od  pierwszej  powieści,  „The
Voyage  Out”,  do  ostatniej,  nieukończonej,  „Między  aktami”  –  która  dla  mnie  nosi  piętno
prawdy;  pamiętam  całe  ustępy,  a  epizody  zajmujące  kilka  słów  czy  linijek  wydają  się

background image

zawierać  istotę  na  przykład  starości  czy  małżeństwa,  czy  tego,  jak  się  odbiera  bardzo
lubiany  obraz  –  jej  życie  zawodowe  było  pasmem  śmiałych  eksperymentów.  I  jeśli  nie
zawsze  dobrze  myślimy  o  jej  potomstwie  –  niektóre  próby  naśladowania  jej  były
niefortunne  –  to  bez  niej,  bez  Jamesa  Joyce’a  (a  mają  ze  sobą  więcej  wspólnego,  niż
którekolwiek z nich chciałoby przyznać) nasza literatura byłaby uboższa.

Jest pisarką, którą niektórzy kochają nienawidzić. To bolesne, kiedy osoba, której osąd

się poważa, występuje z hymnem niechęci czy wręcz nienawiści do Virginii Woolf. Zawsze
chcę się z nimi spierać: ale jak możesz nie widzieć, jaka ona jest cudowna... Dla mnie jej
dwa największe osiągnięcia to „Orlando”, który zawsze mnie rozśmiesza, to taka dowcipna
książeczka,  doskonała,  perełka;  i  „Do  latarni  morskiej”,  którą  uważam  za  jedną  z
najświetniejszych  powieści  napisanych  po  angielsku.  A  jednak  niektórzy  ludzie  o
najsubtelniejszym  dobrym  guście  nie  potrafią  powiedzieć  o  nich  jednego  dobrego  słowa.
Chciałam  zaprotestować,  że  to  na  pewno  nie  powinny  być  „te  okropne  powieści  Virginii
Woolf”, „niemądry «Orlando»”, ale raczej „mnie się nie podoba «Orlando»”, „mnie się nie
podoba  «Do  latarni  morskiej»”,  „ja  nie  lubię  Virginii  Woolf”.  Poza  wszystkim,  kiedy
ludzie mający takie samo rozeznanie jak my sami, podziwiają tę samą książkę albo jej nie
cierpią, najmniejszym aktem skromności, minimum szacunku dla wielkiego zawodu krytyka
literackiego powinno być „ja nie lubię Woolf, ale to tylko moje uprzedzenie”.

Inny problem to ten, że kiedy nie chodzi o jedno z jej dokonań, często stoi na krawędzi,

gdzie tego rodzaju pytania, które czają się w bardziej niejasnych obszarach życia, pozostają
bez odpowiedzi. Ten zbiorek zawiera nieduży szkic, zatytułowany „Nowoczesny salon”, o
lady  Ottoline  Morrell,  która  odegrała  tak  ważną  rolę  w  życiu  i  pracy  wielu  artystów  i
pisarzy swoich czasów,  od D.H. Lawrence’a  do Bertranda Russella.  Cieszy nas czytanie,
co myśli Woolf, kiedy tylu innych powiedziało swoje. Woolf opisuje ją jako wielką damę,
która  będąc  niezadowolona  ze  swojej  klasy,  znalazła  to,  czego  szukała  w  artystach,
pisarzach.  Widzą  ją  jako  „bezcielesnego  ducha,  uciekającego  ze  swego  życia  w  czystsze
powietrze”.  I  „przychodzi  z  daleka,  ubrana  w  dziwne  kolory”.  Musimy  przyznać,  że
arystokraci  mieli,  a  w  niektórych  miejscach  nadal  mają  blask,  i  tutaj  Woolf  stara  się  go
przeanalizować  wraz  z  jego  wpływem  na  „skromniejsze  stworzenia”,  ale  jest  tu  coś
niepokojąco  nieprzyjemnego;  mozoli  się,  zdanie  po  zdaniu,  aż  sprawia  wrażenie,  jakby
próbowała  przebić  szpilką  główkę  motyla.  W  świecie  bohemy  w  tamtym  czasie  było
niewielu arystokratów: szkoda, że Ottoline była tak dziwaczną ich przedstawicielką. Dziś
wydaje  się  żałosną  kobietą,  tak  hojnie  ofiarującą  swoje  pieniądze  i  czas  tak  wielu
protegowanym, zdradzoną i skarykaturowaną przez wielu z nich. W zderzeniu z pieniędzmi
i arystokracją ci szlachetni obywatele bohemy wypadają niezbyt dobrze.

Trudno jest pisarce być obiektywną wobec drugiej pisarki, która wywarła taki wpływ –

na  mnie,  na  inne  pisarki.  Nie  chodzi  nawet  o  jej  style,  jej  eksperymenty,  jej  niekiedy
przesadne wypowiedzi, ale po prostu o jej istnienie, odwagę, dowcip, zdolność patrzenia
na  położenie  kobiet  bez  goryczy.  A  przecież  umiała  odparować  cios.  Nie  było  tak  wiele
pisarek, kiedy zaczęła pisać, ani nawet kiedy ja zaczęłam. Lekką aluzję do niechęci, z jaką

background image

się  konfrontowała,  zawarła  w  szkicu  o  Jamesie  Stracheyu  i  jego  przyjaciołach  z
Cambridge.  „...Byłam  świadoma,  nie  tylko  moje  uwagi,  ale  już  sama  moja  obecność  jest
krytykowana. Pragnęli prawdy i wątpili, żeby kobieta mogła ją wypowiadać czy nią być”.
A  potem  szybkie  użądlenie  osy:  „Musiałam  pamiętać,  że  nie  jest  się  w  pełni  dorosłym,
mając dwadzieścia jeden lat”.

Myślę,  że  duża  część  jej  zjadliwości  po  prostu  na  tym  polega:  pisarkom  nie  było,  a

czasem jeszcze teraz nie jest łatwo.

Wszyscy pragniemy, żeby nasi idole byli doskonali; szkoda, że była taką osą, taką snobką

– i tak dalej, ale miłość musi być pozbawiona retuszu. Uważam, że w najlepszym wydaniu
była  wielką  artystką,  jak  sądzę,  a  po  części  z  tego  powodu,  że  była  przesycona  duchem
„pragnienia prawdy” – tak jak jej przyjaciele i w istocie cała bohema.

Doris Lessing, 2003

background image

 

Wprowadzenie

Pierwszy zapis w tym wczesnym dzienniku Virginii Woolf – wtedy Virginii Stephen – to

stwierdzenie,  że  jest  gdzieś,  gdzie  nie  chce  być.  Wiele  spraw  mogło  ją  absorbować  w
okolicach ostatków i w ów wtorek (23 lutego) 1909 roku i kusi, żeby ją sobie wyobrażać
zatopioną  w  myślach  i  niezwracającą  uwagi  na  to,  co  dzieje  się  wokół,  kiedy  jedzie  z
centrum Londynu do domu Carlyle’a w Chelsea, dawnej siedziby wielkiego mistrza pióra.
O  ile  pojechanie  „za  daleko”  można  by  było  po  prostu  wytłumaczyć  brakiem  przystanku
autobusowego, tam gdzie Woolf się go spodziewała, to wtedy, kiedy zaczęła pisać niniejszy
dziennik,  była  bezsprzecznie  w  pewnym  oddaleniu  od  miejsca,  w  którym  chciała  być
zawodowo, mieszkaniowo i uczuciowo.

W  lutym  1909  roku  Woolf  zmagała  się  już  od  ponad  dwóch  lat  ze  swą  pierwszą

powieścią  i  miało  minąć  kolejnych  sześć  lat,  zanim  ją  wydano.  Dodatkowo  okoliczności
zmusiły  ją  do  dzielenia  domu  (przy  Fitzroy  Square  29)  z  bratem  Adrianem  i  tego,  co

Hermione  Lee  nazwała  „niezadowalającym  ménage  à  deux”

1

.  Może  jednak  tym,  co

drażniło  ją  najbardziej,  kiedy  23  lutego  jechała  na  zachód,  była  świadomość  własnego
niezmienionego  stanu  cywilnego.  Kilka  dni  wcześniej,  17  lutego,  Woolf  i  Lytton  Strachey

nagle  postanowili  się  pobrać,  po  czym  niemal  natychmiast  (rozsądnie)  zmienili  zdanie

2

.

Niemal  wszyscy,  którzy  dobrze  znali  Woolf,  nakłaniali  ją  od  pewnego  czasu  do
zamążpójścia,  jednak  przyjęcie  pierwszych  oświadczyn  zakończyło  się  fiaskiem.  Kiedy
wysiadła  z  autobusu,  przejechawszy  dom  Carlyle’a,  mogła  pomyśleć,  że  niecały  tydzień
wcześniej  również  posunęła  się  „za  daleko”.  A  jeśli  taka  myśl  przeszła  jej  przez  głowę,
musiała  mieć  jeszcze  boleśniejszą  świadomość,  w  następstwie  wzajemnego  „éclair-

cissement”  ze  Stracheyem  20  lutego

3

,  jak  bardzo  jest  nadal  niespełniona  i  nie  u  siebie.

Paradoksalnie, w ciągu ostatnich kilku dni zaszła zarazem „za daleko” i zupełnie donikąd.

Dwa  lata  wcześniej  mogłaby  oprzeć  się  na  „złożonej,  wielowarstwowej”

4

  zażyłości  z

Vanessą,  swoją  starszą  siostrą  i  bratnią  duszą.  Ale  Vanessa  była  teraz  kobietą  zamężną  i
matką  (jej  pierwszy  syn,  Julian,  urodził  się  4  lutego  1908  roku),  mieszkającą  nadal  przy
Gordon Square 46, w przestronnym domu w Bloomsbury, gdzie Virginia, Vanessa, Adrian i
ich brat Thoby (do śmierci w listopadzie 1906 roku) mieszkali jako osierocona gromadka
(ich  matka  umarła  w  1895,  a  ojciec  w  1904  roku)  między  1904  a  1907  rokiem.  Kiedy
Vanessa  poślubiła  Clive’a  Bella  7  lutego  1907  roku,  Vanessa  i  Adrian  musieli  się
wyprowadzić z Gordon Square i przenieść na Fitzroy Square, ale chociaż minęły już dwa
lata i regularnie widywała siostrę, Virginia tęskniła za mieszkaniem z Vanessą z taką samą

background image

intensywnością,  z  jaką  nie  znosiła  mieszkania  sam  na  sam  z  trudnym  i  niesympatycznym
Adrianem. Co więcej, siostra zaczynała odnosić sukcesy w tym, co było jej powołaniem, w
malarstwie,  podczas  gdy  Woolf,  choć  regularnie  pisała  recenzje,  nie  miała  poczucia,  że
robi  jakiekolwiek  postępy  jako  pisarka.  Kiedy  później  w  tym  samym  roku  wysłała  swój
pierwszy utwór prozatorski do redakcji magazynu („Memoirs of a Novelist” do Gomhill w

październiku 1909), odrzucono go

5

. To, co „mogłoby być doniosłe w rozwoju Virginii jako

pisarki”, w tym wypadku okazało się klapą.

Zawiadomienie, że tekst został odrzucony, które przyszło tej jesieni, uosabiało wszystko,

co  w  1909  roku  było  dla  Woolf  fałszywe,  szczególnie  w  pierwszym  i  w  ostatnich
kwartałach tego roku, a ukryte niezadowolenie i smutek, jakie odczuwała w okresie, który
obejmuje  dziennik,  muszą  przynajmniej  częściowo  tłumaczyć  dominujące  w  nim
krytykanctwo. Czytelnicy mający nadzieję na odnalezienie sardonicznej, pikantnej, ludzkiej,
psotnej,  kapryśnej  i  przenikliwej  autorki  dzienników,  która  króluje  w  pięciotomowym
wydaniu  „The  Diary  of  Virginia  Woolf”  (1977-1984)  pod  redakcją  Anne  Olivier  Bell,
poczują się trochę zawiedzeni. Tamten dziennik zaczyna się w 1915 roku (a kończy wraz ze
śmiercią  Woolf  w  1941),  ale  autorka  dziennika  z  1909  roku,  będąc  (na  ogół)  w
charakterystyczny  sposób  przenikliwa,  szczera,  myśląca,  liryczna,  ekscentryczna  i
absorbująca,  może  też  się  jawić  jako  krytykancka,  cięta  (szczególnie  w  „Nowoczesnym
salonie”),  nazbyt  pedantyczna,  dosyć  pompatyczna  (szczególnie  w  „Cambridge”  i
„Hampstead”), a w jednym ze szkiców, w „Żydach”, wyraźnie obraźliwa.

Chociaż  w  zbiorze  nic  nie  dorównuje  cierpkości  „Żydów”,  ukazujących  wstrętną

(chociaż  konwencjonalną)  cechę  antysemityzmu  u  Woolf,  jej  lekceważenie  dla  pani  Loeb
najlepiej jest potraktować jako część wszechobecnego w dzienniku nastroju krytykanctwa.
Snobistycznie  i  pośpiesznie  Woolf  osądza  ludzi  jako  „wulgarnych”  (podobnie  jak  panią
Loeb,  w  „Cambridge”  zbywa  żonę  sir  George’a  Darwina  i  pannę  Lewis  w  „Sądach
rozwodowych”)  i  w  szkicach  widać  ogólną  tendencję  do  szukania  dziury  w  całym.  Na
przykład  opis  lady  Ottoline  Morrell  i  analiza  przyjęcia  w  „Nowoczesnym  salonie”  są
jednocześnie trafne i złośliwe.

W  miarę  jak  dojrzewała  jako  pisarka,  Woolf  nauczyła  się  znajdować  przyjemność  w

ulotnej  nieuchwytności  życia  –  to  przyjemność,  która  promieniuje  na  przykład  z
opowiadania  „An  Unwritten  Novel”  i  z  „Pani  Dalloway”  –  podczas  gdy  w  „Pannie
Reeves”,  „Cambridge”  i  „Sądach  rozwodowych”  jest  coś  bliskiego  samozadowolenia  w
sposobie,  w  jaki  przywołuje  własne  wspomnienia  i  wyraża  opinie.  By  tak  rzec,  autorka
chwyta  tematy,  nie  dając  im  szansy  na  ucieczkę,  niczym  owe  ćmy,  które  wraz  z
rodzeństwem zbierała podczas letnich wakacji w St Ives.

25 stycznia 1909 roku Woolf skończyła dwadzieścia siedem lat, tyle, ile w dniu swego

ślubu  w  1897  roku  miała  jej  ukochana  przyrodnia  siostra,  Stella

6

,  i  poczucie  znaczenia

własnego wieku, w połączeniu z uczuciowym efektem ubocznym jej ulotnych „zaręczyn” ze
Stracheyem,  mogą  pomóc  w  wyjaśnieniu,  dlaczego  temat  małżeństwa  i  innych

background image

ewentualności  jest  tak  znaczący  w  tych  szkicach.  W  utworze  otwierającym  zbiór  Woolf
zastanawia się uważnie nad dynamiką małżeństwa państwa Carlyle’ów, a w następnym jest
jednocześnie  urzeczona  wężową  atrakcyjnością  niezamężnej  Amber  Reeves  i  wyniośle
lekceważąca wobec braku „tajemnicy” u niej. Analizuje panieńską harmonię „panien Case”
z  serdecznością,  która  nigdy  nie  rozwija  się  do  końca  w  niezmącony  zachwyt  w
„Hampstead”  i  w  tym  samym  szkicu  zastanawia  się  chłodno  nad  kosztem  fizycznym  i
uczuciowym  długiego  zaangażowania  Margaret  Llewelyn  Davies  w  Spółdzielczą  Gildię
Kobiet:  „Kobiety,  które  pracowały,  ale  które  nie  wyszły  za  mąż  –  pisze  –  nabierają
szczególnego  wyglądu;  wyrafinowania  bezpłciowości;  skłonności  do  surowości”.  Jest
więc tym właściwsze, że „niezamężna” Woolf analizuje małżeństwo sir George’a Darwina
i jego żony w „Cambridge” okiem cokolwiek „surowym”. W „Żydach” wyraża się cierpko
o tym, co uważa za „jedyny cel”, jaki jej zdaniem pani Loeb widzi dla swoich znajomych
młodych  kobiet  i  ubogich  krewnych  –  „towarzystwo  mężczyzn  i  małżeństwo”  –  a  w
„Sądach rozwodowych” słucha uważnie, podczas gdy małżeństwo jest obnażane do kości.
„Miało się wrażenie, że to pokazuje prawdziwe życie małżeńskie; ten rodzaj monotonnego,
prawdziwego  związku,  jakim  ono  jest;  ludzi  tak  prawdziwych,  dających  sobie  nawzajem
trochę pociechy, zużywszy wszystkie przebrania i oboje z ciężkim bagażem”.

Sugerowanie,  że  Woolf  miała  obsesję  na  punkcie  własnego  stanu  cywilnego,  byłoby

poważnym  wypaczeniem,  trzeba  jednak  zauważyć,  że  kwestia  małżeństwa  niewątpliwie
zaprzątała jej myśli. Dwa lata później (poślubiła Leonarda Woolfa dopiero w 1912 roku),
porównując  własną  sytuację  z  sytuacją  Vanessy,  Woolf  pisała  z  przygnębieniem  o
„kudłatych czarnych” diabłach depresji, które ją nękały podczas letniej burzy w Londynie:
„Mieć dwadzieścia dziewięć lat i być niezamężną – być nieudacznicą – bezdzietną – także

obłąkaną,  nie  być  pisarką”

7

.  Kolejność,  w  jakiej  wymienia  swoje  „diabły”,  daje  do

myślenia.

Jak  sugeruje  tytuł  niniejszej  książki,  dziennik  Woolf  z  1909  roku  nie  jest  w  żadnym

wypadku  codziennym  zapisem  wydarzeń  ani/bądź  refleksji.  Tak  jak  jej  inne  dzienniki  z
okresu 1897-1909, które w 1992 roku zebrał i wydał Mitchell A. Leaska, notatnik Woolf z
1909 roku (który zapewne znalazłby się w owym tomie, gdyby wiedziano o jego istnieniu)
funkcjonował  pierwotnie  jako  słowny  szkicownik.  W  rzeczy  samej  ma  wiele  wspólnych
cech  i  służył  temu  samemu  ogólnemu  celowi  co  dziennik  z  1903  roku,  który  Woolf
komentowała następująco:

„...Ze  względu  na  tę  książkę  żałuję,  że  nie  miałam  niczego  barwniejszego  &  bardziej
malowniczego  do  opisania  tutaj;  wydaje  mi  się,  że  wszystkie  wydarzenia  były  tego
samego  gatunku  dość  chłodnej  barwy;  nie  musiałam  używać  wielu  superlatywów.
Naszkicowałam słabe zarysy  ołówkiem. Ale jedynym  pożytkiem tej książki  jest to, że
będzie  służyła  jako  szkicownik;  tak  jak  malarz  zapełnia  stronice  urywkami  &
fragmentami, studiami tkaniny – nóg, ramion & nosów – przydatnych z pewnością dla

background image

niego  samego,  ale  bez  znaczenia  dla  wszystkich  innych  –  tak  ja...  biorę  pióro  &
szkicuję  kształty,  jakie  mam  akurat  w  głowie...  To  jest  ćwiczenie  –  trening  dla  oka  &
ręki  –  szorstkość,  jeśli  wynika  z  uczciwego  pragnienia  zapisania  prawdy  tymi
materiałami, jakie się ma pod ręką, nie jest nieprzyjemna – chociaż boję się, że często

zdecydowanie niestosowna”

8

.

Sześć  z  siedmiu  szkiców,  które  stanowią  „Siedem  szkiców”  można  by  określić  jako

„szorstkie”,  ale  również  one  mają  tę  siłę  przyciągania  i  widać  w  nich  wiele  z  tych  cech,
które charakteryzują najlepsze utwory Woolf. Siódmy szkic, „Żydzi”, jest „nieprzyjemny”,
nie ma co do tego wątpliwości. Obmawianie pani Loeb rzeczywiście można określić jako
„zdecydowanie niestosowne”.

A  wszystkie  utwory,  łącznie  z  „Żydami”,  można  scharakteryzować  jako  „dość  chłodnej

barwy”. Użyto kilku „superlatywów”, doskonale pasujących do tego okresu w życiu Woolf,
który  mimo  wszelkich  rozrywek  towarzyskich  nie  miał  ani  „żywych  barw”,  ani  nie  był
„malowniczy” czy zadowalający. Pod wieloma względami dziennik z 1909 roku nie jest ani
tak  pełny,  urozmaicony,  ani  wiele  mówiący  jak  opublikowane  wcześniej  dzienniki  z  lat
1897,  1899,  1903-1908  czy  ten,  który  Woolf  prowadziła  w  kwietniu  i  maju  1909  roku
podczas  wakacji  we  Włoszech.  Z  drugiej  strony,  jaki  bardziej  obrazowy  zapis  przyszła
płodna  i  pewna  siebie  pisarka  mogła  zostawić  na  temat  roku,  w  którym  była  ogólnie
niezadowolona i w którym nie udało jej się naprawdę popchnąć dalej powieści, jeśli nie
dzienniki,  gdzie  większość  stron  pozostała  biała,  a  ton  jest  przytłumiony?  Z  takiego  czy

innego powodu 1909 nie był dobrym rokiem na „dziennikowanie”

9

, jak to nazywała Woolf,

ale to sprawia, że utwory, które napisała, są tym bardziej fascynujące.

Jeśli  młoda  kobieta,  którą  tu  spotykamy,  to  osoba,  którą  własne  wyrafinowanie  tu  i

ówdzie  uciska  i  która  zbyt  prędko  wydaje  sądy  o  innych,  to  spotykamy  również  Woolf  w
jednym  z  jej  najbardziej  znanych  i  ujmujących  aspektów:  wszystkie  siedem  szkiców
zaświadcza  o  jej  życiowej  determinacji,  aby  docierać  do  sedna  rzeczy,  „pisać  nie  tylko
okiem, ale umysłem;  & odkrywać rzeczy  prawdziwe pod zewnętrznymi  pozorami”, jak to

ujęła  w  swym  włoskim  dzienniku  z  1908  roku

10

.  Dostarczają  nowego  dowodu  trwałego

zaangażowania zawodowego Woolf w ćwiczenie „oka & ręki”, branie pióra i zapisywanie
wszystkiego, co pewnego dnia może jej się przydać.

„…Będę  się  starała  być  uczciwą  sługą  zbierającą  taki  materiał,  który  później  może
posłużyć  bardziej  fachowej  ręce  –  albo  zasugerować  oku  ukończone  obrazy.  Faktem
jest,  że  w  tych  osobistych  zeszytach  używam  czegoś  w  rodzaju  stenografii  &  robię

drobne wyznania, jak gdybym chciała przebłagać własne oko, czytając później”

11

.

Czy  „porywczy”  sir  George  Darwin  wzbogacił  jakoś  wybuchowego  wykładowcę  z

background image

Cambridge, Williama Peppera z „The Voyage Out”? I czy Woolf przypomniała sobie – co
się teraz wydaje prawdopodobne – troskliwe zainteresowanie sir George’a butami kobiet,
gdy  pisała  tę  scenę  w  „Do  latarni  morskiej”,  kiedy  starszawy  botanik,  William  Bankes
przysuwa się do Lily Briscoe i komentuje to, co malarka ma na nogach? „Przyglądał się jej

bucikom i doszedł do wniosku, że są doskonałe, bo dają palcom u nóg pełną swobodę”

12

.

Zdecydowanie jest coś z Margaret Llewelyn Davies w postaci Mary Datchet z „Night and
Day” i Elanor Pargiter w „Latach”, i bardzo dużo z Janet Case w Lucy Craddock z „Lat”,
ale  ciekawe  jest  odnotowanie,  że  nigdzie  w  prozie  Woolf  nie  ma  żadnej  wersji  młodej,
uwodzicielskiej i wężowej Amber Reeves.

Chociaż  trudno  w  tym  dzienniku  dostrzec  dowcipną  często  Woolf  z  późniejszego

dziennika  i  listów,  chwilami  miga  nam  przed  oczyma.  Na  przykład  jej  milcząca  cięta
odpowiedź  na  odstręczające  zaabsorbowanie  sobą  Jamesa  Stracheya  i  Ruperta  Brooke’a
podczas  jej  „bardzo  trudnego  duetu”  z  H.T.J.  Nortonem  w  „Cambridge”  –  „musiałam
pamiętać,  że  nie  jest  się  w  pełni  dorosłym,  mając  dwadzieścia  jeden  lat”  –  wskazuje  im
stanowczo ich miejsce, podczas gdy wcześniej w tym samym szkicu Woolf porównuje sir
George’a Darwina do „starszawego, ale żylastego teriera, o krótkich nogach i wściekłych
oczach,  dość  załzawionych  w  kącikach”.  Ale  choć  w  tym  dzienniku  są  obrazy  i  ustępy
wywołujące  uśmiech,  jest  mało  prawdopodobne,  żeby  jego  czytelnicy  ryczeli  ze  śmiechu
przez całą lekturę, od początku do końca.

Jak  zauważyła  jej  najbardziej  miarodajna  biografka,  „Jedną  ze  szczególnych  cech  jej

pośmiertnej  sławy  jest  to,  że  ów  pełny,  ogromny  zakres  pracy  jej  życia  ujawniał  się
stopniowo,  zmieniając  ...  percepcję  jej  osoby  od  delikatnej  damy,  autorki  kilku
eksperymentalnych  powieści  i  szkiców,  kilku  esejów  i  dziennika  «pisarki»,  do  jednej  z
najbardziej  profesjonalnych,  szukających  doskonałości,  energicznych,  odważnych  i

zaangażowanych pisarzy języka angielskiego”

13

. Ten dziennik z 1909 roku ujawnia niektóre

z tych cech, jak również kilka mniej pociągających, i stanowi ważny przyczynek do kanonu
Woolf, nie tylko dlatego, że dostarcza dalszych dowodów na temat stanu jej ducha podczas

roku „tylu utrapień i rozczarowań”

14

. Jest cenny również dlatego, że poszerza naszą wiedzę

o  ruchach  Woolf,  jej  kontaktach  i  stosunkach  towarzyskich  w  1909  roku,  i  ponieważ
wszystkie  siedem  szkiców  odnosi  się  albo  do  wybitnych  postaci,  albo  do  kluczowych
zagadnień jej życia i pracy, albo też do aspektów jej twórczości, na które zwrócili uwagę
krytycy,  czy  to  na  jej  korzyść,  czy  z  uszczerbkiem  dla  niej.  Rzucają  więcej  światła,  na
przykład, nie tylko na uprzedzenia antysemickie Woolf, ale również na jej trwały związek z
cieniami Jane i Thomasa Carlyle’ów (z których każde było w odmienny sposób kluczową
postacią  w  jej  rozwoju  jako  pisarki),  a  także  dają  nowy  kąt  spojrzenia  na  takie  jej
zainteresowania jak patriarchat, feminizm i małżeństwo.

Ponadto,  jeśli  Lee  ma  rację,  zapewniając,  że  centralnym  punktem  zainteresowania  w

pisarstwie  Woolf  było  „poczucie  braku  przynależności,  wyobcowania”

15

,  to  ten  dziennik

background image

umacnia  jej  wizję  pisarki.  Możliwe,  że  ogólne  wrażenie  to  niezadowolona  i  kapryśna
Woolf,  która  jedynie  sporadycznie  czuła  się  zainspirowana  do  pisania  dziennika.  Jednak
jeśli to wrażenie jest prawdziwe, to w 1909 roku autorka tego dziennika wypowiada się z
mocą  jak  na  początkującą  pisarkę,  zamkniętą  w  domu  z  trudnym  bratem  nadającym  na
innych  falach  i  obawiającą  się,  że  jej  powieść  i  perspektywy  małżeńskie  utknęły  w
martwym punkcie.

Jeżeli  jednak  jesteśmy  skłonni  przyjąć  ten  dziennik  w  taki  sposób,  nie  powinniśmy

pozwolić, żeby jego ton i zawartość przesłoniły nam fakt, że Woolf, jak wszyscy naprawdę
wielcy  artyści,  była  równie  zwodnicza  i  niemożliwa  do  uproszczenia  jak  życie,  o  którym
pisała. Niemal dokładnie w tym czasie, kiedy umieściła w dzienniku zjadliwych „Żydów”,
na co większość czytelników się wzdrygnie jako na wynurzenia skwaszonej i zgorzkniałej
kobiety,  a  inni  uznają  za  po  prostu  niesmaczne,  Ray  Costelloe  opisuje  bowiem  spotkanie
przy Fiztroy Square 29, które ukazuje Woolf w zupełnie innym świecie:

„Siedzieliśmy  wokół  kominka  bynajmniej  nie  w  ponurym  milczeniu  (...)  w  istocie
rozmawialiśmy  bez  przerwy  o  chorobach,  katastrofach  morskich  i  innych  błahych
sprawach.  Potem  jakoś  zaczęliśmy  powarkiwać  na  psa  i  można  było  zobaczyć,  jak  to
budzące grozę towarzystwo skacze z krzesła na krzesło, wydając z siebie warknięcia i
wyjąc ze śmiechu (...) Virginia (...) była bardzo przyjacielska i opowiedziała mi o tym,

jak żyje, i o ludziach, których widuje, i sprawach, które wydają się ważne”

16

.

Oczywiście, ta migawka  Woolf nie rozprasza  zniewagi takiego utworu  jak „Żydzi”,  ale

przypomina  nam  o  czymś,  co  miała  podkreślać  w  swoich  największych  powieściach  (i  o
czym jej czytelnikom nie wolno nigdy zapomnieć): nikt nie jest po prostu kimś, czy chodzi
o  antysemityzm,  czy  o  pionierski  feminizm.  W  późniejszym  życiu,  w  latach  trzydziestych,
Woolf  nie  tylko  napisze  filosemicką  powieść  („Lata”),  ale  podda  badawczej  i  bolesnej
obserwacji przesądy – własne i swojej klasy. To, z czym mamy do czynienia tutaj, to szkice
z nowicjatu pisarskiego Woolf; w żadnym wypadku nie jest to cała historia.

Kiedy  odnaleziono  notatnik,  z  tyłu  był  włożony  list  do  Woolf  od  bliskiej  przyjaciółki,

kompozytorki,  feministki  i  sufrażystki,  Ethel  Smyth  (1858-1944).  Nosi  datę  15  stycznia
1939  i  jest  to  możliwa  wskazówka,  kiedy  Woolf  ostatni  raz  miała  dziennik  w  ręku.  Być
może  w  jakimś  momencie  rozważała  poszerzenie  „Szkicu  z  przeszłości”,  swojego
najobszerniejszego utworu autobiograficznego, rozpoczętego w 1939 roku, o wydarzenia z
1909  roku  (szczególnie  oświadczyny  Stracheya)  i  dalej.  Nie  zrobiła  tego,  ale  ten  list  od
Smyth,  wcześniej  niepublikowany,  jest  tak  charakterystycznie  rozwlekły  i  serdeczny,  że
warto  przytoczyć  próbkę.  Interesujący  jest  także  kontrast  między  projekcją  Smyth
odnoszącą się do niemal legendarnej Virginii Woolf z 1939 roku a Virginią Stephen, którą
poznajemy w tym dzienniku z 1909 roku.

Autograf listu napisany jest zielonym atramentem i Woolf chwali go w liście do Smyth z

background image

24 stycznia 1939: „Wiem, że nie zasłużyłam na list, jako że nigdy nie odpowiedziałam na
tamten długi – tamten uroczy – tamten, który skakał i spadał na łeb na szyję, i wchodził, i
wychodził kątami, który napisałaś kilka dni temu. Ale ... cóż, znasz moje nawyki w kwestii

pisania  listów,  więc  nie  powiem  nic  więcej”

17

.  Zgodnie  z  opisem  Woolf,  list  Smyth

zaczyna  się  in  medias  res  i  jest  tyleż  akrobatyczny  co  pełen  meandrów,  tak  gęsty  i  tak
„uroczy”, jak twierdzi Woolf:

„«Tak – powiedziałam do panny Margaret Lane, która o tej porze wczoraj wpatrywała
się w Twoją fotografię – czasem myślę, że jest najpiękniejszą osobą, jaką widziałam –
ale  też  to  jest  ten  typ  urody,  który  najbardziej  podziwiam».  I  zaczęłam  mówić  o
Virginii,  bo  Lane  odczuwa  prawdziwy  głęboki  podziw  dla  Twojej  twórczości  i  jest
bardzo  inteligentną  dziewczyną,  naprawdę  jest  «Panią  Wallace»  –  dlatego  napisała

ostatnio  doskonałą  biografię  tego  wielkiego  impertynenta,  swojego  teścia

18

.  Czy  nie

składa  się  dobrze,  że  chociaż  tego  nie  wiedziałam  (przysłała  mi  tę  książkę  «na
wypadek,  gdybym  przez  pomyłkę  mogła  ją  przeczytać»),  że  powiedziałam  tylko  «Na
pewno ją przeczytam!». Choć wyznaję, że E.[dgar] W.[allace] nie jest moim bohaterem.
Uważam,  że  to  bardzo  pomysłowe  z  jej  strony,  że  napisała  książkę,  odmalowującą  tę
okropną postać, jaką był, która jednak sprawia, że dość się go lubi (chwilami) i która
jej nie skłóciła z rodziną Wallace’ów. «Dziwną rzeczą u V.W. jest to – powiedziałam –

że daje ci 1/4 cala, będąc w pełni świadoma, że dostanie łokieć

19

». I powiedziałam, że

ta sknera dokazuje tego za każdym razem – częściowo dlatego, że wiesz, że gdyby dala
3/8  cala,  to  by  ją  wyczerpało,  a  częściowo,  ponieważ  to,  co  daje,  ma  jakość  ponad
cenę rubinów. Powiedziałam jej, że na ile możesz, żyjesz cały dzień ciszą, kolacjami,
podczas których wyglądasz tak ślicznie, że brak słów i jesteś nadzwyczajnie zajmująca
i zabawna i nie potrafisz pracować przez wiele godzin w ciągu dnia. Tak jak ja, była
oszołomiona tym, ile potrafisz jednak zdziałać w ciągu roku...
…Tak,  Virginio,  jestem  wolna.  Odesłałam  wczoraj  do  przepisania  drugą  porcję

książki

20

. Będzie tego chyba ze 12000 słów. Betty

21

 bardzo w porządku. Poświęcam jej

uwagę,  a  ponieważ  wyglądała  na  zasmuconą  moją  opowieścią  o  gwałcie  w  Paryżu,
zapytałam,  czy  czuje  do  tego  wstręt?  (Nie  powiedziałam  nic  o  wazelinie  –  tylko  że
uważam,  że  pewne  nowe  przedsięwzięcia,  jak  na  przykład  jazda  na  nartach,  powinno
się  podejmować,  kiedy  jest  się  młodym,  kiedy  mięśnie  są  podatne  itd.).  No  a  Betty
powiedziała, że uważa, że to dość paskudne, a nie jest ani trochę świętoszką, chociaż
pod  pewnymi  względami  trochę  «staroświecką  wielką  damą»  w  swych  uczuciach.

Więc  pominęłam  to.  Nie  gwałt,  ale  sposób  potraktowania  –  kąt  itd.,  i  uwagę  Vity

22

  o

grzechu, jakim była nieobecność anestezjologa...

...Twój  list

23

  mnie  zachwycił  i  cieszę  się,  że  pozwalasz,  żeby  teściowa  chciała  żyć,

mając 88 lat. Chociaż nie mogę pojąć, jak może tego chcieć...”.

background image

Wydaje  się  rzeczą  właściwą  zakończyć  „Wprowadzenie”  tym  przypomnieniem,  jak

Woolf  postrzegała  bliska  i  kochająca  ją  przyjaciółka,  kiedy  była  u  szczytu  sławy  (i  w
okresie  kiedy,  jak  wiemy,  była  głęboko  świadoma  zagrożeń  ze  strony  nazizmu).  Choć
dziennik z 1909 roku pokazuje nam nowe migawki Woolf i nowe perspektywy patrzenia na
jej  życie,  odkrywa  także  Woolf,  która  obraża.  Jednak  ta  surowa,  a  nawet  chwilami
nieprzyjemna  Woolf  nie  powinna,  nie  może  być  ocenzurowana.  Bez  kagańca  i
niezłagodzona,  autorka  dziennika  z  1909  roku  musi  zająć  swoje  miejsce  obok  mniej
problematycznej, sympatyczniejszej i sławnej Virginii Woolf ubiegłego stulecia.

David Bradshaw, 2003

background image

 

Nota na temat tekstu

Dziennik ma formę własnoręcznie zapisanego notesu formatu quarto, zawierającego 214

stron,  oprawionego  (niemal  na  pewno  przez  samą  Woolf)  w  papier  do  pakowania.  Na
okładce  napisała  „1909”  zielonym  ołówkiem  albo  kredką.  Początkowe  strony  są
numerowane ręcznie, a pierwsza z nich (z niezupełnie jasnych powodów) nosi numer „26”.
Pośrodku strony 26 jest napisane, znowu ręką Woolf: „27 lut. 1909”. Na str. 27 znajduje się
spis  treści,  który  podaje  odpowiedni  numer  strony,  na  której  zaczyna  się  kolejny  szkic.
Strony są ponumerowane do str. 50, a ss. [51] i [52] są ostatnimi, na których coś zapisano.
Pozostałe strony nie mają numeracji i są puste. Wszystko jest zapisane niebieskim/czarnym
atramentem  na  bladokremowym  papierze  w  delikatne  linie.  Notes  mierzy  207  x  167
milimetrów.

Zapiski w dzienniku zawierają tylko kilka skreśleń i żadne z nich nie jest poważne ani w

żaden sposób znaczące. Dla niniejszego wydania wprowadzono gdzieniegdzie interpunkcję
dla  lepszego  zrozumienia.  Najbardziej  oczywistym  przykładem  jest  moja  decyzja,  żeby
zmienić  tytuł  pierwszego  szkicu  (i  w  rzeczy  samej  całej  książki)  z  „Carlyles  House”  na
„Carlyle’s House”. Woolf nigdy nie była zbyt sumienna, gdy chodzi o użycie apostrofów w
wypadku skróconych form i w dopełniaczu.

Czasami było trudno zdecydować, czy autorka użyła przecinka, dwukropka czy średnika,

i  w  wypadkach,  kiedy  interpunkcja  jest  niewyraźna  bądź  nieczytelna,  wybierałem  to,  co
wydaje  się  najodpowiedniejsze  dla  sensu  konkretnego  ustępu.  Wprowadzono  także  kilka
akapitów, również dla podkreślenia sensu tekstu.

Wreszcie,  „Żydzi”  i  „Sądy  rozwodowe”  pojawiają  się  w  notatniku  pod  tym  samym

tytułem  („Żydzi  i  Sądy  rozwodowe”)  z  wyraźną  przerwą  w  tekście  pomiędzy  „i  bardzo
nieprzyjemne”  (ostatnie  słowa  „Żydów”  w  tym  wydaniu)  a  „Ciekawość  zawiodła  mnie”
(słowa otwierające „Sądy rozwodowe”). Ponieważ te dwa szkice są zupełnie niezwiązane
ze  sobą,  a  tytuł  Woolf  jest  mylący,  postanowiłem  rozdzielić  je  na  dwa  odrębne  szkice  w
tym wydaniu – mimo że przez to „Żydzi” nabierają jeszcze większej ostrości.

W latach po śmierci Woolf w 1941 roku jej mąż Leonard dopilnował, żeby wszystkie jej

rękopiśmienne  notesy,  jej  dziennik  i  listy  zostały  przetranskrybowane  i  przepisane  na
maszynie, zanim je sprzedał. Co się więc stało z tym notesem i gdzie był?

Jedną z osób, które poproszono o przepisywanie materiałów, była młoda kobieta, Teresa

Davies, z domu David. Jej mąż, profesor Tony Davies, podejmuje opowieść:

„W 1968 roku, kiedy byliśmy świeżo po ślubie i mieszkaliśmy w wiejskim ubóstwie i
niewygodzie  w  środkowej  Walii,  Teresa  sztukowała  studenckie  dochody,  pracując  od

background image

czasu  do  czasu  jako  maszynistka.  Czasem  robiła  to  dla  Leonarda  Woolfa  (jak
przypuszczam, za sprawą jego oddanej towarzyszki, Trekkie Parsons, która była starą

przyjaciółką rodziców Teresy, Dicka i Nory Davidów

24

). W jakimś momencie tamtego

roku  przysłał  jej  no  tarnik  oprawiony  w  papier  do  pakowania,  opatrzony  datą  1909...
Zanim  Teresa  zabrała  się  do  przepisywania  go  na  maszynie,  Leonard  zachorował  i
umarł, a ona, niepewna, co zrobić z notesem, schowała go do dolnej szuflady, gdzie ...

pozostał zapomniany aż do naszej niedawnej przeprowadzki...”

25

.

Notatnik,  jako  część  Monk  House  Papers,  jest  obecnie  przechowywany  w  Zbiorach

Specjalnych Biblioteki Uniwersytetu Sussex w Brighton.

background image

 

24 lutego

Dom Carlyle’a

26

Autobus  zawiózł  mnie  za  daleko.  Znalazłam  się  poza  obwałowaniem

27

,  zobaczyłam

brązowe żagle na końcu składu drewna. Tak to chyba wyglądało pięćdziesiąt lat temu. Tak
to  wyglądało  dla  Carlyle’ów;  ale  ich  Cheyne  Row  ma  teraz  stiukowe  kolumny,  a  polom
położyły kres wielkie miejskie budynki z szarej cegły. Wyobrażam sobie, że Carlyle brnął
przez  błotniste  drogi,  a  słone  tchnienie  od  rzeki  naprawdę  dochodziło  niemal  do  jego
drzwi.  Chelsea  musiało  zatem  być  pokaźną  dzielnicą,  z  wyraźnymi  rzędami  domów  z

osiemnastego  wieku,  oddzielonymi  polami

28

  i  z  mulistymi  brzegami  biegnącymi  wzdłuż

rzeki  i  ławicami  niedużych  łódek,  które  na  nie  wciągano.  Pani  Carlyle  mówi  jeszcze  o

podróży do Westminster „wodą”

29

.

Ale Cheyne Row jest zepsuty; a dom Carlyle’a wygląda już jak coś zachowanego na siłę;

jest teraz niedorzeczny, usadowiony pomiędzy szacownymi rodowymi domostwami.

Weszłam do środka i oprowadziła mnie kobieta mówiąca z silnym szkockim akcentem

30

.

Dlaczego robi się takie rzeczy? Nie wiem, co się spodziewałam znaleźć – w każdym razie
coś mniej zimnego i formalnego.

Na środku pokojów stały szklane gablotki z próbkami pisma

31

; poza tym pomieszczenia

były  dość  puste.  Były  też  portrety  pani  Carlyle,  która  wydawała  się  spoglądać  z  lekkim
zdziwieniem na obcych, jak gdyby zapytując, co też znajdują godnego oglądania: czy myślą,

że tak wyglądały jej dom i ogród?

32

. Czy zniosłaby ich obecność choć przez sekundę?

33

Na  portretach  jej  oczy  pod  opadającymi  powiekami  mają  szczególny  wyraz  uśpionego

humoru  i  melancholii,  co  jest  powodem  owego  spojrzenia,  o  którym  mówię;  w  każdej
chwili  mogą  zapłonąć  namiętnością  albo  rozpalić  się  czułością.  Myślę,  że  za  życia
wyrazem,  jaki  u  niej  przeważał,  musiała  być  kpina  ze  smutkiem  w  tle;  smutna  twarz
pomimo  lśniących  oczu;  późne  fotografie,  które  podkreślają  zapadnięte  policzki  i  długą

górną  wargę,  są  okropne

34

.  Jedynie  oczy  mają  w  sobie  ciepło  i  głębię:  reszta  to

chropowata skóra naciągnięta na czaszkę.

Ten  dom  jest  jasnym  i  przestronnym,  ale  milczącym  miejscem  i  trzeba  mieć  dużo

wyobraźni,  żeby  je  znowu  przywrócić  do  życia  –  trzeba  go  pokazać  z  jej  wszystkimi

pomysłowymi  drobnymi  „podstępami”

35

,  i  zobaczyć  w  jakiś  sposób  jego  długą,

wychudzoną  postać,  odchyloną  do  tyłu  lub  opartą,  z  fajką  w  dłoni;  i  usłyszeć  erupcje
rozmowy,  wszystko  ze  szkockim  akcentem;  i  głęboki  śmiech.  Pani  Carlyle,  jak

background image

przypuszczam, siedziała prosto, ale bardzo krucha, rozbawiona i zarazem krytyczna – snuła
swą  codzienną  opowieść  i  opisywała  jakąś  „wielbicielkę”  jednym  zdaniem  czy

podobnie

36

.

Czy zawsze czuło się chłód między nimi? Jedyny związek to błysk intelektu. Tak myślę.
Najnaturalniejszą rzeczą był ogród, z kamiennymi płytami i pieńkiem drzewa.

background image

 

26 lutego

Panna Reeves

37

Poznałam  ją  na  kolacji  wczoraj  wieczorem.  Ma  ciemne  włosy,  owalną  twarz  z

wyjątkowo  małymi  ustami:  nad  jej  górną  wargą  biegnie  narysowana  kredką  kreska.

Przypomina  mi  dziewczynę,  której  matka  była  wężem

38

.  Jest  w  niej  coś  z  węża.  Jej  oczy

nie są duże, ale bardzo błyszczące, orzechowe. Zawsze pochyla się do przodu, jak do lotu;
cała jej postać  i postawa wskazują  na żarliwego, zainteresowanego  ducha. Kiedy milczy,
myśli  –  jej  oczy  skupiają  się  na  jednym  punkcie.  Jednak  mówi  niemal  bez  przerwy,
zabierając  się  do  tego  z  wielką  swobodą  –  ale  nie  mówi  nic  banalnego.  Jej  rozmowa  od
razu biegnie ku kwestiom socjalnym; nie jest to suchy wywód, ale bardzo trzeźwe i żywe
wyjaśnienie.  „Uważamy...”,  „stwierdzamy”  i  tak  dalej;  jak  gdyby  mówiła  w  imieniu
myślącej części narodu. Najbardziej uderzyła mnie jej energia – i fakt, że nie jest pedantką.

Uważam, że jej gust i przenikliwość nie są wyszukane; opisując ludzi, popadała w utarte

zwroty i przyjmowała dość tani punkt widzenia. Wyglądało na to, że uparła się być również
ludzka; lubić ludzi, nawet jeśli są głupi.

Jej skupienie na jednym poglądzie na życie i jej zainteresowanie nim wydały mi się tym,

co w niej najbardziej niezwykle; z taką energią można wiele zdziałać, nawet jeśli się nie
ma największych możliwości. Brak jej tajemnicy; i tego uroku, jaki mają ludzie, którzy się
wycofują i którym nie zależy na formułowaniu własnych poglądów. Człowiek wyobraża ją
sobie zawsze w locie; tak zachłannie pragnącą ogarnąć wszystko, że ponosi klęskę.

background image

 

29 lutego

39

Cambridge

Dom  Darwinów  jest  domem  przestronnym,  zbudowanym  chyba  w  XVIII  wieku,

wychodzącym  na  kawałek  trawnika

40

.  Pierwszymi  rzeczami,  jakie  zobaczyłam,  wchodząc

ze  śniegu,  były  szeroki  hol  z  ogniem  pośrodku.  Jest  całkiem  wygodnie  i  przytulnie.
Zdobienia,  oczywiście,  są  rodzaju,  jaki  kojarzy  się  z  wykładowcami  i  kulturą
uniwersytecką.  W  salonie,  w  pokoju  rodziców  są  sztychy  wzorowane  na  rysunkach
Holbeina, niedobre portrety dzieci, byle jakie dywany, krzesła, weneckie szkło, japońskie
hafty: stwarza to efekt przygaszonego koloru i braku spójności; nie ma metodycznego planu.
Krótko mówiąc, pokój jest nudny.

Pokój  dziecinny  buntuje  się  przeciwko  pokojowi  rodziców:  lubią  białe  ściany,

nowoczesne  plakaty,  zdjęcia  dzieł  dawnych  mistrzów.  Gdyby  mogli  się  pozbyć  tradycji,
przypuszczam, że mieliby gołe ściany i mocny stół; jestem w opozycji do obu tych ideałów.

Prawdę  mówiąc,  darwinowski  temperament  zasługuje  na  omówienie.  Rodzice  –

widywało  się  tylko  sir  George’a  –  są  oczywiście  nieco  zamazani;  sir  George  jest  teraz
bardzo  dobrotliwym  zwykłym  człowiekiem,  z  którym  jego  dzieci  czują  się  całkowicie

swobodnie

41

. Dziwne, że człowiek, który musiał znać wielkich ludzi i który zawsze pracuje

nad  wielkimi  zagadnieniami,  nie  ma  w  sobie  nic  dystyngowanego  ani  niezwykłego.
Początkowo  odczuwa  się  łagodną  ulgę,  a  potem  rozczarowanie.  Rozsądne  i  zabawne
uwagi, anegdotki i przenikliwe sądy przychodzą mu całkiem naturalnie; nie nosi maski, na
co  człowiek  miał  nadzieję.  Jest  wyraźnie  serdeczny,  bardzo  go  interesują  drobne
wydarzenia i satysfakcjonuje go własne położenie. Jest również jasne, że nie ma wyczucia

piękna,  romantyzmu  ani  tajemnicy;  krótko  mówiąc,  jest  ciałem  stałym

42

,  wypełniającym

swe miejsce na świecie, i wszystkim, co można mieć nadzieję w nim znaleźć, jest zdrowy
osąd,  pogodne  usposobienie.  Tym,  co  w  nim  najżywsze,  jest  uczucie  do  własnych  dzieci;
ma  skłonność  do  bycia  porywczym,  lubi  punktualność,  dobre  maniery  i  porządek;  na
przykład zrobił nam wykład o tym, jak ważne są dobre buty (czego młode damy często nie
zauważają).  Dostrzega  drobiazgi;  a  to,  w  jego  wieku,  przydaje  mu  niejakiego  uroku.  Jest
jak starszawy, ale żylasty terier, o krótkich nogach i wściekłych oczach, dość załzawionych

w kącikach

43

.

Jego  żona  (była  w  łóżku)  jest  dużą,  rozsądną  kobietą,  ze  śladem  amerykańskiego

zdecydowania:  ale  poza  tym  tylko  praktyczną  i  życzliwą:  przypuszczam,  że  pospolitą  w

poglądach, jeśli ją dobrze poznać. Dzieci niemal otwarcie wolą ojca

44

.

background image

Dzieci są naturalnie bardziej interesujące. Ponieważ mają dziewiętnaście i dwadzieścia

cztery  lata,  zaczynają  badać  to,  co  je  otacza.  Spieszno  im  uwolnić  się  od  tradycyjnej
darwinowskiej kultury i żywią przekonanie, że istnieje świat wolnej bohemy w Londynie,
gdzie  mieszkają  fascynujący  ludzie.  Za  to  wszystko  należy  im  się  uznanie;  rzeczywiście
mają  swoistego  ducha,  którego  człowiek  podziwia.  Niekiedy  jednak  przykłada  się  on  do

niewłaściwych rzeczy. Dążą do piękna, a to wymaga pewnej ręki. Gwen

45

 ma skłonność (to

jest konstruktywna krytyka) do podziwiania pełnych życia, mądrych, szczerych dzieł, które
nie są piękne; do problemów życiowych podchodzi w tym samym duchu; a za dziesięć lat
będzie silną, rozsądną kobietą, skromnie ubraną, w domu będzie miała obrazy zasłużonych

pomniejszych malarzy

46

. Margaret nie ma tego wdzięku, który sprawia, że Gwen jest lepsza

niż jakikolwiek mój opis jej osoby; wdzięku, który bierze się ze słodyczy i łagodności jej
usposobienia.  Jest  najstarsza  w  rodzinie.  Margaret  jest  o  wiele  mniej  uformowana;  ma
jednak  tę  samą  determinację,  żeby  znaleźć  dla  siebie  prawdę  i  tak  samo  brak  jej

jakiejkolwiek  subtelnej  zdolności  rozeznania

47

.  Bardzo  lubią  przedmioty  i  wyobrażają

sobie,  że  jest  to  wynik  ich  pierwszorzędnego  gustu;  wyobrażają  sobie,  że  jeżdżąc  po
ulicach  Cambridge,  budują  teorię  życia.  Chyba  uważam,  że  są  zadowolone  z  tego,  co
wydaje  mi  się  dość  oczywiste;  jestem  nieufna  wobec  gwałtownego  niezadowolenia  i
łatwych  lekarstw.  Ale  wiele  również  podziwiam:  uważam  tylko  darwinowskie
usposobienie za o wiele zbyt zdecydowane, krzepkie i skrzętne. Pokazuje angielskie życie
rodzinne w najlepszym wydaniu; jego humor, tolerancję, serdeczność i zdrowe uczucie.

Byłyśmy  także  na  podwieczorku  u  Jamesa  Stracheya

48

  i  trzeba  było  rozważyć  bardzo

odmienny stan rzeczy.

Jego  mieszkanie,  choć  to  mieszkanie,  jest  przyćmione  i  dyskretne

49

;  na  ścianach  wiszą

francuskie pastele i są tam półki pełne starych książek. Trzej młodzi mężczyźni – Norton

50

,

Brooke

51

  i  James  S.  –  siedzieli  w  głębokich  fotelach  i  patrzyli  w  ogień  oczyma  pełnymi

łagodnego  skupienia.  Pan  Norton  wiedział,  że  musi  rozmawiać,  i  on,  i  ja  mówiliśmy
pracowicie.  To  był  bardzo  trudny  duet;  pozostałe  instrumenty  trwały  w  milczeniu.
Chciałabym wyjaśnić ich milczenie; ale czas nagli; a ja jestem zdziwiona.

Jest bowiem prawdą, że ci młodzi ludzie są niezaprzeczenie godni szacunku; są nie tylko

„zdolni”,  ale  ich  poglądy  wydają  mi  się  uczciwe  i  proste.  Nie  prowadzą  w  ogóle
konwencjonalnej rozmowy, więc mają przekonania, z którymi można się nie zgadzać, jeśli
ktoś się nie zgadza. Jednak nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia; i byłam świadoma, że
nie  tylko  moje  uwagi,  ale  już  sama  moja  obecność  jest  krytykowana.  Pragnęli  prawdy  i
wątpili,  żeby  kobieta  mogła  ją  wypowiadać  czy  nią  być.  Uważałam,  że  to  z  ich  strony
odważne; ale niesympatyczne. Musiałam pamiętać, że nie jest się w pełni dorosłym, mając

dwadzieścia jeden lat

52

.

Jednocześnie  podziwiałam  atmosferę  –  czy  było  coś  więcej?  –  i  pod  pewnymi

background image

względami  czułam  się  w  niej  swobodnie.  Czemu  intelekt  i  charakter  mają  być  takie
jałowe?  Wydawało  się,  że  najwyższy  wysiłek  najbardziej  cywilizowanych  ludzi  przynosi
negatywny  skutek:  nie  można  naprawdę  być  niczym.  Jednak  przesadzam;  jak  bowiem
powiedziałam, czułam atmosferę, którą wytwarzają jedynie umysły i charaktery, które jakoś
przyjemnie wpływają na człowieka.

background image

 

19 marca

Hampstead

Hampstead jest zawsze odświeżające. Nawet w błotnisty wieczór ma pewien urok; jest

takie  małe  i  ciche.  Błoto  jest  błotem  wiejskich  dróg;  a  domy,  kiedy  lampy  rzucają  na  nie
światło,  są  ze  starej  czerwonej  cegły  i  osłaniają  je  drzewa.  Panny  Case  mieszkają  na

grzbiecie wzgórza i w pogodny dzień

53

 mają widok na teren położony poniżej. Ich dom nie

jest stary, ale wygląda jak domy w Hampstead; w ich meblach jest coś świeżego, jak gdyby
tamtejsze powietrze ich nie plamiło. Co do reszty, pokoje są nieco zgrzebne; z jednym czy
dwoma  pięknymi  starymi  meblami,  i  dużą  liczbą  naczyń  stołowych,  takich,  jakie  kupują
obyte  i  oszczędne  damy  podczas  letnich  wakacji  na  północy  Francji.  Same  damy  są

utrzymane w tym samym stylu co dom; to znaczy jedna z nich

54

 jest blada i świeża, i dość

zaniedbana, jak meble, a druga wydaje się reprezentować świetny i dość surowy intelekt,
złagodzony  mieszkaniem  na  przedmieściu,  który  zapełnił  pokoje  solidnymi  dziełami  i  jej
grecką  archeologią,  a  na  ścianach  zawiesił  fotografie  obrazów  starych  mistrzów.  Z
wyglądu  są  bardzo  dzielne,  ludzkie  i  może  troszkę  zbyt  uprzejme,  żeby  to  było  zgodne  z

najostrzejszym intelektem. Obie panie są dobrze po czterdziestce

55

.

Ale  był  też  inny  gość,  panna  Margaret  Davies

56

,  i  razem  we  trzy  tworzyły  harmonijny

obraz.  Panna  Davies  pochodzi  z  surowszego  chowu.  Jej  rysy  są  ostrzejsze,  oczy  płoną
jaśniej; kiedyś musiała mieć coś z urody delikatnej greckiej głowy. Teraz, mając również
ponad  czterdzieści  lat,  ma  ten  sam  wygląd  osoby,  która  przeżyła  wyczerpujące  życie,
harując  w  jakiś  sposób  dla  innych.  Kobiety,  które  pracowały,  ale  nie  wyszły  za  mąż,
nabierają szczególnego wyglądu; wyrafinowania, bezpłciowości; skłonności do surowości.
Panna  Davies,  to  jasne,  ma  o  wiele  mniej  tolerancji  niż  jej  przyjaciółki;  i  dokonała  tego,
czego  dokonała  dzięki  sile  swych  przekonań.  Zorganizowała  wielki  ruch  spółdzielczy  na
północy. Jej oczy w pewien sposób ciemnieją, jak gdyby przeszły przez nie chmury, kiedy
nie żartuje. Wyobrażam sobie, że mogłaby być surowa, a nawet dogmatyczna; ale zarazem
żarliwie podtrzymuje swoje wzniosłe poglądy i ma umysł niczym jeden z tych szlachetnych
kamieni  koloru  krzemienia,  na  których  rzeźbi  się  niedające  się  zetrzeć  głowy  rzymskich
cesarzy.

Jednak  kiedy  takie  trzy  kobiety  się  spotykają,  zwykle  zdumiewają  mnie  swym

podobieństwem do uczennic. Były razem w college’u

57

 i lubią wspominać swoje ówczesne

postawy;  opowiadają  zabawne  i  miłe  historie  o  sobie  nawzajem,  jest  w  nich  swojskość
luźnej, dobrze znoszonej rękawiczki. Jednocześnie swobodnie popadają w to, co jak myślę,

background image

jest  ich  zawodem;  opisują  ostatnią  problemową  sztukę;  omawiają  ostatni  rozwój
wypadków w walce o prawo wyborcze. Wszystko to jest nad wyraz rozsądne, altruistyczne
i  kompetentne;  gdyby  nie  pewna  ostrość  po  brzegach,  mogłaby  to  być  rozmowa  mądrych
posłów  do  parlamentu.  Uderzyło  mnie  przekonanie,  z  jakim  mówiły;  przekonanie,  że

sprawiedliwość  należy  się  nie  im  ani  ich  dzieciom

58

,  ale  całemu  rodzajowi  żeńskiemu.

Uważam,  że  panna  Case  jest  raczej  mniej  abstrakcyjna  niż  panna  Davies;  i  ma  zawsze
przed  oczyma  człowieka,  a  nie  zasadę.  Obie  z  czułością  wyśmiały  starszą  pannę  Case  za
jej nieskrywany sentymentalizm, który jej siostra aprobowała bardziej niż przyjaciółka.

background image

 

31 marca

Nowoczesny salon

Dużo  się  czyta  i  słyszy  o  wielkich  francuskich  salonach  i  mówi  się,  że  są  przeżytkiem,

chociaż  co  w  nich  niby  jest  przeżytkiem  –  nie  wiem.  Uderzyło  mnie  wczoraj  wieczór,  na
kolacji  u  Morrellów,  że  z  pewnością  robi  się  starania  w  tym  kierunku  i  jeżeli  się  nie

powiodą,  będzie  wiadomo  dlaczego

59

.  Lady  Ottoline  ma  na  widoku  określony  cel;  to

wielka  dama,  która  jest  niezadowolona  z  własnej  klasy  i  znalazła  to,  czego  chciała  w

klasie  malarzy,  pisarzy  i  przedstawicieli  wolnych  zawodów

60

.  Z  tego  powodu  podchodzi

do  nich  w  określony  sposób;  jedynym,  co  ich  łączy,  jest  miłość  do  sztuki.  W  zamian  nie
patrzą na nią jak na arystokratkę, która jest od nich odcięta, choć na chwilę mogą wejść z
nią w kontakt, ale jak na bezcielesnego ducha, uciekającego ze swojego świata w czystsze
powietrze, gdzie nigdy nie zdoła zapuścić korzeni.

To  nadaje  ich  stosunkom  swoisty  blask  i  ułudę:  są  zawsze  świadomi,  że  Ottoline

przychodzi z daleka, ubrana w dziwne kolory; a ona, że te skromne stworzenia mają jednak
wizję tego co boskie.

W jej przyjęciach jest zawsze pewien romantyzm i oryginalność; nie ma w nich żadnych

zgrzytów. Ale powiedziawszy, że ma owo upodobanie do sztuki i artystów, nie wiem, jak
dalej  zdefiniować  jej  zdolności.  Może  to  mówi  wszystko,  co  jest  do  powiedzenia.  W
każdym razie wydaje się, że poświęca wszystkie siły temu zadaniu i zachowaniu ciągle tej
samej postawy.

Tak jak inni ludzie, którzy są raczej bierni niż czynni, jest bardzo uważna i wyszukana w

tym, co dotyczy jej otoczenia. Wydaje się, że i ono odgrywa pewną rolę.

Jej osoba jest niezwykła, jeśli nie piękna. Zadaje sobie najwyższy trud, żeby podkreślić

swą  urodę,  jak  gdyby  była  rzadkim  przedmiotem,  dostrzeżonym  okiem  znawcy  w  jakiejś
mrocznej  uliczce  we  Florencji.  Zawsze  wydaje  się  możliwe,  że  bogaci  amerykańscy
koneserzy,  którzy  dotykają  jej  perskiej  sukni  i  uznają,  że  jest  „bardzo  dobra”,  poddadzą
następnie  krytyce  jej  twarz;  „piękne  dzieło  –  zapewne  późnorenesansowe;  cóż  za
wymodelowanie oczu i czoła! – ale podbródek jest niestety słabszy w stylu”.

Jest  dziwnie  bierna,  nawet  w  wyrazie;  a  bladość  jej  policzków,  czysty  wykrój  rysów,

sposób,  w  jaki  odchyla  do  tyłu  głowę  i  spogląda  na  ciebie  obojętnie,  nadają  jej  wygląd

odlewu jakiejś marmurowej Meduzy

61

.

background image

 

3 listopada

Żydzi

Zastanawiam  się,  jak  pani  Loeb  stała  się  bogatą  kobietą.  Wydaje  się,  że  to  przypadek;

mogłaby  stać  za  kontuarem.  Mieli  wielki  gazowy  kominek,  płonący  w  krzykliwym

salonie

62

. Pani Loeb jest grubą Żydówką, ma pięćdziesiąt sześć lat (mówi o swoim wieku,

żeby  się  przypodobać),  szorstką  skórę,  opadające  powieki  i  nosi  rozpuszczone  włosy.

Przymilała  się  do  nas

63

,  pochlebiała  nam  i  naciskała  na  nas  głosem,  który  wygładzał

krawędzie  wszystkich  jej  słów  i  miał  opadającą  intonację.  Wydawało  się,  że  chce  się
przypodobać swoim gościom, a zarazem spodziewa się, że ją kopną. Tak więc przy kolacji
nakłaniała  wszystkich  do  jedzenia,  a  widząc  pusty  talerz,  obawiała  się,  że  gość  ją
krytykuje. Jedzenie, oczywiście, pływało w oleju i było wstrętne.

Dostosowała  pochlebstwa,  żeby  odpowiadały  mnie,  którą  uznała  za  surową  i

intelektualistkę,  i  pannie  Timothy,  którą  uważała  za  żywą  i  zalotną

64

.  Mnie  mówiła  o

radości przebywania na powietrzu (jeździ regularnie własnym powozem), o „towarzystwie

książek  dla  samotnej  kobiety”

65

  (jednak  jada  kolację  sama  tylko  raz  na  tydzień),  o  swej

białej  sypialni  z  gołymi  ścianami  i  otwartymi  oknami.  Natrząsała  się  z  panny  T.  (młodej
kobiety jak bombonierka, kobiety interesu, przyzwyczajonej do chronienia samej siebie) z
powodu  zalotów  stu  mężczyzn  z  orkiestry,  z  powodu  jej  grubych  rąk;  z  powodu  zalotów

Syda,  swego  syna

66

.  Zastanawiam  się,  o  co  tu  chodzi?  Myślę,  że  jest  bystrą  kobietą

interesu,  w  ciągu  dnia  poruszającą  się  w  kręgu  ludzi  z  centrum  miasta;  „młodzi  ludzie”
łaskoczą jej prostackie podniebienie; chce być lubiana, i może na swój ordynarny sposób
jest  dobra,  ostentacyjnie  dobra  dla  ubogich  krewniaczek.  Jedynym  celem,  do  jakiego  dla
nich  dąży,  jest  towarzystwo  mężczyzn  i  małżeństwo.  Wydawało  się,  że  to  bardzo
zasadnicze, bardzo nieznacznie maskowane i bardzo nieprzyjemne.

background image

 

3 listopada

Sądy rozwodowe

Ciekawość  zawiodła  mnie  do  sądów  rozwodowych,  ponieważ  czytałam  o  duchownym,

którego wiara wydawała się dogmatyczna, tak że łączył ją ze swoim najbardziej osobistym

życiem

67

. Wydawało się to czymś istotnym: zmusił swego wroga do wspólnej modlitwy.

Przyznaję  jednak,  że  na  początku  odnosiło  się  wrażenie,  że  jest  się  świadkiem  tortury.

Ten człowiek stał przed nami wszystkimi i kazano mu opisać swoje stosunki z żoną. Natura
ludzka  zdawała  sprawę  naturze  ludzkiej.  My  osądzaliśmy.  Szczęśliwie  podtrzymywał  go

swoisty formalizm

68

; zatem wypowiedzi nie były tak osobiste i przez to nie tak bolesne jak

mogłyby  być.  Obronił  stanowisko  idealnego  męża,  który  musi  uczyć,  okazywać
pobłażliwość i pomagać słabszej stronie.

Powiedział dosłowną prawdę i poparł ją przysięgami. Uważał, żeby nigdy nie grzeszyć:

jednocześnie  nie  był  w  ogóle  elastyczny.  Jego  żonie  się  nudziło;  uznał  za  konieczne,
pomimo  własnych  skrupułów,  wysyłanie  jej  do  teatru;  był  bardzo  zajęty  obowiązkami  w
parafii – ciągle wygłaszał kazania – i przepracowany. Wpadła w ręce panny Lewis, która
uprzytomniła jej, że jest niezrozumiana. „To straszne słowo «niezrozumiana»”, powiedział
proboszcz, stwierdzając z pewną przyjemnością, że jego kłopoty są konwencjonalne. Panna
Lewis siedziała niedaleko mnie. Miała zuchwałą, pospolitą twarz, nadwerężoną napięciem
wynikającym  z  nadrabiania  bezczelną  miną  wobec  świata.  Była  to  twarz  stara  i  smutna;
choć może panna Lewis nie miała nawet czterdziestki.

Jej  celem  było  całkowite  pochłonięcie  pani  Whittingstall;  nie  szukała  pieniędzy.

Zniszczyła  ich  małżeństwo  najordynarniejszym  ciosem.  Pani  W.  była  drobną,  histeryczną
kobietą  ze  skłonnością  do  trzęsienia  się  nad  własnym  zdrowiem,  ze  zjadliwym
usposobieniem;  jednak  była  damą  i  nie  całkiem  nieskrępowaną  (być  może)  z  powodu
swojej  wielkiej,  nieokrzesanej  przyjaciółki;  tyle  że  panna  Lewis  postawiła  na  swoim.
Racja była po stronie pana Whittingstalla, jak zwykle; pani W. była w rozpaczy, że nikt nie
widzi,  jakie  okrucieństwo  łączy  się  z  jego  racją.  Był  to  dla  niej  koszmar.  Panna  Lewis  i

jedna  czy  dwie  przyjaciółki,  i  pielęgniarka  ze  szpitala

69

  były  jedynymi  osobami,  które  to

widziały: cały męski świat był przeciwko niej. Nikt nie mógł nie dowierzać człowiekowi,
który  pamiętał  każdą  datę;  był  na  tyle  sumienny,  żeby  przyznać  się  do  wybuchowego
usposobienia  –  a  jednak  starai  się  nad  nim  panować  poprzez  modlitwę  i  milczenie;  który
powiedział wprost, że „uwielbia” żonę; ale jego reputacja duchownego anglikańskiego jest
dla niego ważniejsza, który wyraźnie cierpiał i zachował się właściwie, na tyle, na ile sam
widzi.  Był  człowiekiem  pozbawionym  litości  i  wyobraźni;  być  może  formalistą,  egoistą.

background image

Co więcej, pochłaniała go religia. Pomyślałam, że religia odegrała tu dużą rolę. Poza tym
było dlań ważne, co o nim myślą jego parafianie.

Niewątpliwie  ona  była  mniej  konwencjonalna  z  nich  dwojga;  chociaż  bardziej

niesprawiedliwa.  Dla  niego  widoczną  pociechą  było  całkowite  oczyszczenie  własnej
osoby  i  świadomość,  że  postąpił  właściwie  i  powiedział  prawdę.  Podejrzewam,  że  ona
będzie jeszcze przez jakiś czas brnęła dalej; przyjdzie rozczarowanie, kiedy panna Lewis
porzuci  ją  dla  innej  kobiety;  a  wtedy  wróci  do  męża  i  zostanie  przyjęta  z  należytym
chrześcijańskim  miłosierdziem;  i  zostanie  jej  wyznaczona  jakaś  pokuta,  trwająca  całe
życie.

Uderzyły  mnie  dwie  rzeczy:  jedną  był  sposób,  w  jaki  powiedział  „Sir  Edward

70

,

naprawdę  może  pan  pytać,  czy  podczas  czternastoletniego

71

  pożycia  małżeńskiego

kiedykolwiek  poszedłem  do  żony,  kiedy  płakała?”.  Miało  się  wrażenie,  że  to  pokazuje
prawdziwe  życie  małżeńskie;  ten  rodzaj  monotonnego,  prawdziwego  związku,  jakim  ono
jest;  ludzi  tak  prawdziwych,  dających  sobie  nawzajem  trochę  pociechy,  zużywszy
wszystkie przebrania i oboje z ciężkim bagażem. Cierpią.

Inną rzeczą był jego opis namiętnej kłótni z żoną, kiedy podniósł krucyfiks, żeby „nadać

uroczysty charakter tej scenie”; ona nazwała to świętokradztwem, na co wziął kamionkowy
lichtarz  i  bawił  się  nim  tak,  jak  ktoś  się  bawi  piórem  czy  ołówkiem.  To  był  jej  lichtarz,
więc musiał go odłożyć, kiedy go poprosiła; jednak wazon był jego, więc się nim bawił, a
ona nie mogła go zmusić, żeby go odstawił. Dziwne, że to zajmowało ich umysły w takiej
chwili; i że rozpoznali, do kogo należą lichtarz i wazon.

background image

 

Komentarz

DOM CARLYLE’A

Większość czytelników tego pierwszego szkicu będzie zdziwiona, dowiedziawszy się, że

wycieczka Woolf do domu Carlyle’a 23 lutego 1909 roku nie była jej pierwszą wyprawą
tego  rodzaju.  „Nie  wiem,  co  się  spodziewałam  znaleźć  –  w  każdym  razie  coś  mniej
zimnego i formalnego”, pisze tutaj, ale musiała mieć całkiem jasne wyobrażenie o tym, co
zobaczy, bo już wcześniej odwiedziła ten dom dwukrotnie, raz z ojcem, 29 stycznia 1897

roku

72

,  i  raz  z  siostrą  i  Hester  Ritchie,  29  marca  1898  roku

73

.  Oczywiście  Woolf  mogła

mieć na myśli to, jakie zmiany może tam „znaleźć”, niemniej jej opis domu ma atmosferę
pierwszego spotkania i  takie też robi  wrażenie. (Nawiasem mówiąc,  „kobieta mówiąca z
silnym szkockim akcentem”, która odegrała rolę cicerone Woolf w 1909 roku, była tą samą,
która  oprowadzała  ją  w  1897  i  w  1898,  ale  fakt,  że  Woolf  nie  rozpoznała  pani  Strong,
kustoszki domu Carlyle’a, jest może bardziej zrozumiały).

Trzecią  wizytę  złożyła  pisarka  w  Carlyle’s  House  sześć  dni  po  oświadczynach  Lyttona

Stracheya  i  trzy  dni  po  odrzuceniu  tego  pomysłu.  „Oznajmiła,  że  nie  jest  we  mnie
zakochana,  a  ja  w  końcu  stwierdziłem,  że  się  z  nią  nie  ożenię.  Więc  sprawy  po  prostu
wróciły  do  poprzedniego  stanu”,  jak  powiedział  Strachey  przyjacielowi,  Leonardowi

Woolfowi

74

.  Ale  dla  Virginii  Stephen  to  w  żadnym  wypadku  nie  był  koniec  zagadnienia.

Zostanie panią Strachey mogło nie wchodzić w rachubę, „[a]le chciała wyjść za mąż; miała
dwadzieścia  siedem  lat,  była  zmęczona  panieństwem,  bardzo  zmęczona  mieszkaniem  z
Adrianem i bardzo Lyttona lubiła. Potrzebny jej był mąż, którego umysł mogłaby szanować;

wybitny intelekt ceniła ponad wszystko i od tej strony rywal się jeszcze nie pojawił”

75

.

Woolf zaczęła swój esej z 1904 roku poświęcony „Haworth”, domowi sióstr Brontë, od

zastanowienia  się,  „czy  pielgrzymek  do  przybytków  sławnych  ludzi  nie  powinno  się
potępić  jako  podróży  sentymentalnych.  Lepiej  czytać  Carlyle’a  w  fotelu  we  własnym
gabinecie  niż  zwiedzać  dźwiękoszczelny  pokój  i  ślęczeć  nad  jego  rękopisami  w

Chelsea”

76

.  Jednak  głównym  powodem  odwiedzin  w  domu  Carlyle’a  w  lutym  1909  roku

była niemal na pewno chęć ponownego zaznajomienia się z duchem tego miejsca właśnie
w taki sposób, przygotowywała się bowiem do napisania recenzji z „The Love Letters of
Thomas Carlyle and Jane Welsh dla Times Literary Supplement”. Ale jest też możliwe, że
jej  trzecia  wyprawa  na  Cheyne  Row  była  również  rodzajem  „podróży  sentymentalnej”.
Sugerowano,  że  jednym  z  naczelnych  motywów  chęci  poślubienia  Stracheya  było
wyrwanie  się  spod  cienia  Lesliego  Stephena  (nawet  jeśli  poślubiając  Lyttona,  wybrałaby

background image

konkurenta, który miał najbardziej przypominać jej ojca, szczególnie kiedy smukły Strachey
zapuścił imponującą wiktoriańską brodę w 1911 roku), Z drugiej strony, wyprawa do domu
Carlyle’a  mogła  być  próbą  sięgnięcia  wstecz  do  ojca  –  i  matki  –  w  chwili  zachwiania
emocjonalnego. Odwiedzając dom jednej z najsłynniejszych par dziewiętnastego wieku, co
więcej,  męża  i  żony,  których  burzliwe  i  dobrze  udokumentowane  życie  domowe

przynajmniej  w  jakimś  stopniu  przypominało  „destrukcyjny  i  ponury  związek”

77

  jej

własnych rodziców, Woolf mogła w jakiś sposób mieć poczucie zbliżenia się na tyle, na ile
to  możliwe  do  własnego  utraconego  domu.  Jak  zauważył  Andrew  McNeillie,  jako  że
„Możliwe,  że  małżeństwo  Carlyle’ów  było  w  rodzinie  Stephenów  najbardziej  znajomym
tematem:  pytanie,  «Nie  byłem  aż  taki  niedobry  jak  Carlyle,  prawda?»  powracało  na  usta

Lesliego  Stephena,  nękanego  wyrzutami  sumienia  po  śmierci  żony”

78

  w  1895  roku.

Poprzedni dzień, 22 lutego 1909, był piątą rocznicą śmierci jej ojca.

Ponadto, w bardzo luźnym sensie, dom Carlyle’a był domem Lesliego Stephena, w tym

znaczeniu,  że  w  latach  1894-1895  sir  Leslie  był  przewodniczącym  Carlyle’s  House

Purchase Fund Committee (Komitetu Funduszu dla Zakupu Domu Carlyle’a)

79

. Chodząc po

tym  domu,  Woolf  musiała  wspominać  swoją  pierwszą  wizytę  z  ojcem,  przywołać  jego
ważną rolę w zakupie tej własności i zobaczyć fotografię hołdu, jaki złożono Carlyle’owi z
okazji  osiemdziesiątych  urodzin,  który  podpisali,  między  innymi,  George  Eliot,  Charles
Darwin,  Robert  Browning,  Tennyson  i  Leslie  Stephen.  Choć  jej  uczucia  wobec  ojca  były
głęboko  ambiwalentne  i  miały  takimi  pozostać  przez  całe  życie,  w  1909  roku  Leslie
Stephen nadal napawał ją lękiem.

Carlyle i Stephen byli umiarkowanie serdecznymi przyjaciółmi i Stephen napisał hasło o

„Mędrcu z Chelsea” w „Dictionary of National Biography”, ale Carlyle był o wiele bliżej
zaprzyjaźniony  ze  stryjem  Woolf,  sir  Jamesem  Fitzjamesem  Stephenem  (1829-1894).
Wyznaczył  go  na  wykonawcę  swego  testamentu,  a  kiedy  umarł  w  1881  roku,  pozostawił
Stephenowi jedną ze swych najcenniejszych rzeczy: biurko. Ogólnie rzecz ujmując, między
obiema rodzinami były liczne powiązania, a szczególnie między Lesliem i Julią Stephenami
a Thomasem i Jane Carlyle’ami i trudno jest oprzeć się rozważaniu, jak wiele z nich było
żywych w umyśle Woolf i szarpnęło ją za serce, kiedy weszła do domu Carlyle’a 23 lutego.
Pod  tym  względem  jest  szczególnie  uderzające,  że  słowem,  którego  Woolf  używa,  żeby
opisać  skórę  na  twarzy  Janet  Welsh  Carlyle  w  „Domu  Carlyle’a”  jest  „chropowata”:
„...reszta  to  chropowata  skóra  naciągnięta  na  czaszkę”.  W  całym  dziele  Woolf  to
niecodzienne słowo użyte jest tylko dwa razy, z czego raz, kiedy w „Szkicu z przeszłości”
opisuje skórę na twarzy zmarłej matki: „Kiedy dotykam zimnego żelaza, powraca do mnie

to uczucie – twarzy matki, zimnej jak żelazo i chropowatej”

80

.

Jest  jednak  inny  kontekst  wizyty  Woolf  w  domu  Carlyle’a,  mniej  oparty  na  domysłach.

Lee  twierdzi  przekonująco,  że  recenzję  Woolf  z  „Love  Letters”  państwa  Carlyle’ów
„można  przekonująco  odczytać  jako  dalszy  ciąg  ich  [Woolf  i  Stracheya]  rozmowy  o

background image

małżeństwie.  Wymownie  została  opisana  więź  intelektualna  Carlyle’ów  w  okresie
narzeczeńskim:  Podziwiała  jego  intelekt,  on  zaś  miał  podziwiać  jej  intelekt...  Bardzo

poważnie traktował jej geniusz i robił, co mógł, żeby stworzyć program jego rozwoju”

81

.

Przekonującą analogię Lee można rozwinąć jeszcze dalej. Na przykład, kiedy Woolf pisze
o  Carlyle’u  i  Jane  Welsh  trochę  dalej  w  swojej  recenzji:  „Nawet  jeśli  mieli  nigdy  nie
mówić o miłości, stwierdzają, że mają dużo rzeczy, o których mogą mówić, i stopniowo ich
pierwsze  niejasne  uniesienie  ustępuje  bardziej  określonemu  związkowi;  odkrywają,  że  są
niezwykłymi ludźmi – «dwoje oryginałów z pewnością... to bardzo łaskawe ze strony Losu,

że  nas  połączył;  w  przeciwnym  razie  moglibyśmy  iść  w  pojedynkę  aż  po  kres  czasu»

82

,

może  podsłuchujemy  jej  nadzieje  na  to,  co  przyszłość  przyniesie  jej  i  Stracheyowi.  Jeśli
tak, jej nadzieje się w dużej mierze spełniły. I czy rzucała w myślach szybkie spojrzenie na
szczupłego i kościstego Stracheya, kiedy w swym szkicu w dzienniku z 1909 roku pisała o
„długiej, wychudzonej postaci [Carlyle’a], odchylonej do tyłu lub opartej, z fajką w dłoni
wieczorem  na  Cheyne  Row  24?  „Szkocki  akcent”  Carlyle’a  i  jego  „głęboki  śmiech”  w
żadnej mierze nie przypominają Lyttona Stracheya.

***

PANNA REEVES

Dotychczas  jedyną  migawką  Amber  Reeves  w  utworach  Woolf  było  jej  krótkie

pojawienie  się  w  liście  do  Lyttona  Stracheya  z  28  kwietnia  1908  roku,  w  którym  Woolf
wspomina,  że  widziała  „kiedyś  Ruperta  Brooke’a,  przechylonego  nad  balustradą  w

Newnham, pośród panny Reeves i fabianów”

83

.

Już w 1909 roku Reeves była ogromnie energiczną fabianką, jak również charyzmatyczną

młodą  kobietą  wielkiej  pasji  i  intelektu,  o  której  dużo  się  mówiło

84

.  Urodziła  się  w

Christchurch, w Nowej Zelandii, 1 lipca 1887; w październiku 1905 roku podjęła studia w
Newnham College w Cambridge. Oboje jej rodzice byli fabianami, a jej ojciec mieszkał w
Anglii  jako  agent  generalny  od  1896  roku.  Jego  córka  kształciła  się  w  Kensington  High
School for Girls i w Lozannie.

Reeves  wywarła  natychmiastowe  wrażenie  w  Cambridge:  dla  koleżanki  studentki  była

„uosobieniem  intelektu”  (str.  46).  Zdobyła  jednak  również  reputację  innego  rodzaju  i  w
końcu  krążyła  plotka,  że  wyjechała  do  Paryża  na  weekend  z  pisarzem  H.  G.  Wellsem,
jednoosobową  kopalnią  pomysłów  i  fabianinem,  przyjacielem  rodziny.  „Władze  w
Cambridge bardzo martwiło to, że Amber ignoruje przepisy i konwencje, a studentki były
zelektryzowane...  Podczas  gdy  wykładowcy  starali  się  zatuszować  sprawę,  wizerunek
Amber wśród studentek rósł. «Stała się odważniejsza niż ktokolwiek inny – pisała jedna z
nich.  –  Myślałyśmy  o  niej  z  lękiem»”.  Wells  opisał  Amber  Reeves  z  tego  okresu  jako
„dziewczynę  zapowiadającą  się  wspaniale  i  nad  swój  wiek.  Miała  ostrą,  jasną,

background image

lewantyńską  twarz  pod  czupryną  bardzo  pięknych,  bujnych  czarnych  włosów,  szczupłe,
bardzo żywe i zwinne ciało, bystry, zachłanny umysł. Została moją popleczniczką i wielką

propagatorką wellsianizmu w Newnham College”

85

.

Paul  Delany  w  „The  Neo-pagans”  opisuje,  jak  śmiała  obyczajowo  na  swoje  czasy

„przyciągająca  wzrok”  kobieta,  rzuca  się  w  ramiona  Wellsa  wiosną  1908  roku  i  zlega  z
fabianinem wagi ciężkiej w Newnham. Ich miłość przy tej okazji musiała być ograniczona,
„ponieważ  H.G.  nie  wstąpił  najpierw  do  apteki”,  ale  ich  związek  szybko  rozwinął  się  w

pełnokrwisty romans

86

.

Latem  1908  roku,  po  sukcesie,  jaki  Reeves  odniosła  podczas  egzaminów  końcowych,

przywódczyni  fabianów,  Beatrice  Webb  opisywała  ją  następująco:  „olśniewająca  Amber
Reeves, z podwójną pierwszą lokatą, niezwykle żywotna osoba i myślę, że bardzo bystra,
ale straszna mała poganka – próżna, egotyczna i niezważająca na szczęście innych ludzi...
Cokolwiek  niebezpieczna  przyjaźń  rodzi  się  między  nią  i  H.G.  Wellsem...  gdyby  Amber

była moim dzieckiem, niepokoiłabym się”

87

.

Obawy pani Webb były w pełni uzasadnione i „Panna Reeves” zaszła z Wellsem w ciążę

wiosną  1909  roku.  Urodziła  jego  dziecko  31  grudnia  1909,  poślubiwszy  7  maja  Riversa
Blanco  White’a,  który  się  w  niej  zakochał  w  Cambridge.  Amber  Blanco-White  napisała
kilka  powieści  i  utworów  niebędących  fikcją  literacką,  regularnie  i  dużo  pisywała  do
czasopism  i  przez  większość  życia  działała  na  rzecz  ruchu  kobiecego,  fabianów  i  Partii
Pracy  (choć  w  wyborach  powszechnych  w  1970  roku  głosowała  na  torysów).  Przez
trzydzieści siedem lat prowadziła zajęcia w Morley College, gdzie sama Woolf uczyła od
1905 do 1907 roku. Umarła w 1981 roku.

W  sierpniu  1909  roku,  w  kilka  miesięcy  po  powstaniu  tego  szkicu,  Strachey

scharakteryzował  Woolf  jako  „młodą,  dziką,  ciekawą,  niezadowoloną  i  pragnącą  się

zakochać”

88

, i może dlatego uznała, że warto jest pisać o urzekającej Reeves. Z pewnością

odnosi się niemal wrażenie, że zazdrości Reeves jej towarzyskiej swobody i przytomności
intelektualnej.  Kiedy  zestawia  wygląd  i  świetność  intelektualną  Reeves  z  tym  urokiem,
„jaki  mają  ludzie,  którzy  się  wycofują  i  którym  nie  zależy  na  formułowaniu  własnych
poglądów”,  wyraźnie  ma  na  myśli  siebie;  ale  czy  jej  ton  jest  opanowany,  wyniosły,  czy
naznaczony patosem?

***

CAMBRIDGE

Tuż  przed  doniesieniem  Stracheyowi,  że  widziała  Brooke’a  wśród  członkiń  Fabian

Society  w  Newnham  (zob.  „Panna  Reeves”  powyżej),  Woolf  twierdziła,  że  jest  pod
głębokim  wrażeniem  relacji  Stracheya  z  pobytu  w  Wiltshire  z  bratem  Jamesem,  Johnem
Maynardem  Keynesem,  G.E.  Moore’em,  Rupertem  Brookiem  i  innymi  młodymi  ludźmi  z

background image

Cambridge:  „Przerażasz  mnie  swoimi  zgromadzeniami  intelektu  na  równinie  Salisbury.
Mój  szacunek  dla  bystrych  młodych  ludzi  przyprawia  mnie  o  coś  w  rodzaju  umysłowego
paraliżu. Doprawdy nie umiem sobie wyobrazić, co też połączone umysły tych wszystkich,
których wymieniasz, wytwarzają za pomocą rozmowy. Czy – ale nie mogę nawet zacząć o
tym  myśleć”.  Jest  zupełnie  możliwe,  że  Woolf  jest  tu  ironiczna,  a  mniej  niż  rok  później
wszelki „szacunek” dla młodego Cambridge zdecydowanie ochłódł.

W  „Cambridge”  Woolf  opisuje  wizytę,  jaką  złożyła  w  mieszkaniu  Jamesa  Stracheya,

gdzie  również  spotkała  Ruperta  Brooke’a,  którego  trochę  znała,  i  wybitnego  matematyka,
H.T.J. Nortona, którego po raz pierwszy spotkała w 1908 roku. Woolf mówi nam, że czuła
się zbita z tropu milczeniem i egocentryzmem Stracheya i Brooke’a i dokładała starań, żeby
rozmawiać z Nortonem, a wiele lat później, podczas pogadanki o „Dawnym Bloomsbury”,
spojrzała  wstecz  na  to  wydarzenie  jako  na  coś  przełomowego.  Cytuje  fragment  z
niniejszego  dziennika  (od  „Jego  mieszkanie”  do  „naprawdę  być  niczym”),  a  potem
analizuje to, co napisała:

„Jest  tu  ogromna  zmiana  w  stosunku  do  tego,  co  napisałabym  dwa  czy  trzy  lata
wcześniej.  Oczywiście,  po  części  była  ona  wynikiem  okoliczności;  teraz  mieszkałam
sama  z  Adrianem  na  Fitzroy  Square;  i  byliśmy  zupełnie  niepasującymi  do  siebie
osobami.  Stale  doprowadzaliśmy  się  do  szaleńczego  poirytowania  albo  otchłani
przygnębienia.  To  prawda,  nadal  mieliśmy  czwartkowe  wieczory,  jak  przedtem.  Ale
zawsze  były  pełne  napięcia  i  często  kończyły  się  okropną  klęską.  Adrian  szedł  do
swojego pokoju, ja do swojego, w całkowitym milczeniu. Ale chodziło o coś więcej.
Właściwie  sama  nie  wiedziałam,  co  to  było...  Te  długie  chwile  milczenia,  te  długie
spory  nadal  trwały  na  Fitzroy  Square  tak  jak  przedtem  na  Gordon  Square.  Ale  teraz
stwierdziłam,  że  ich  natura  wprawia  mnie  w  najwyższe  zakłopotanie.  Nadal
interesowali  mnie  bardziej  niż  wszyscy  mężczyźni,  jakich  poznałam  w  zewnętrznym
świecie  kolacji  i  tańców  –  a  jednak  –  czy  ośmieliłam  się  to  powiedzieć  albo  nawet
pomyśleć?  –  nieznośnie  się  nudziłam.  Dlaczego,  pytałam,  nie  mamy  sobie  nic  do
powiedzenia? Dlaczego najzdolniejsi ludzie są również najbardziej jałowi? Dlaczego
najbardziej  pobudzające  przyjaźnie  są  także  najbardziej  otępiające?  Dlaczego  to
wszystko  jest  takie  negatywne?  Dlaczego  ci  młodzi  ludzie  sprawiali,  że  czułam,  że
naprawdę  do  niczego  się  nie  nadaję?  Odpowiedzią  na  wszystkie  moje  pytania  było
oczywiście to... że nie było między nami pociągu fizycznego.
Towarzystwo  pedałów  ma  wiele  zalet  –  jeśli  się  jest  kobietą.  Jest  proste,  uczciwe,
pozwala...  pod  pewnymi  względami  czuć  się  swobodnie.  Ale  ma  tę  wadę  –  przy
pedałach  nie  można  się,  jak  mawiały  nianie,  popisywać.  Coś  jest  zawsze  stłumione,
stłamszone. A przecież to popisywanie się, które nie jest koniecznie kopulowaniem ani
do końca zakochaniem, jest jedną z wielkich rozkoszy, jedną z głównych konieczności
w życiu. Tylko wtedy ustaje wszelki wysiłek; przestaje się być uczciwym, przestaje się
być  bystrym.  Musuje  się  w  jakąś  absurdalną  cudowną  pianę  wody  sodowej  czy

background image

szampana,  poprzez  którą  widzi  się  świat  zabarwiony  wszystkimi  kolorami  tęczy.  To
znamienne, że – niemal na następnej stronie dziennika – z przyćmionego i dyskretnego
mieszkania  Jamesa  Stracheya  w  Cambridge  poszłam  na  kolację  do  lady  Ottoline
Morrell  na  Bedford  Square.  Jej  salony,  zanotowałam  bez  wyciągania  żadnych

wniosków, wydały mi się natychmiast pełne «blasku i ułudy»”

89

.

Przed pójściem do Jamesa Stracheya Woolf złożyła wizytę w Newnham Grange, w domu

sir George’a Darwina i jego rodziny. Sir Leslie Stephen i sir George Darwin byli dobrymi
przyjaciółmi i Woolf nadal odwiedzała Darwinów, kiedy Thoby studiował w Cambridge i
po jego śmierci w 1906 roku. Wizyta daje jej okazję, żeby uderzyć w wiktorian i ich gusty,
ale  jest  również  ciekawe,  że  wspomina  o  silnych  stronach  wiktoriańskiej  rodziny:
„Pokazuje  angielskie  życie  rodzinne  w  najlepszym  wydaniu;  jego  humor,  tolerancję,
serdeczność i zdrowe uczucie”.

***

HAMPSTEAD

W  „Dawnym  Bloomsbury”  Woolf  stwarza  wrażenie,  że  jej  dziennik,  z  1909  roku

przechodzi  wprost  z  pokoi  Jamesa  Stracheya  w  Cambridge  do  londyńskiego  salonu  lady
Ottoline Morrell, ale tak nie jest. Przed wieczorem na Bedford Square 44 Woolf jedzie na
północ  do  domu  Janet  Case  i  jej  siostry  w  Hampstead.  Woolf  miała  szereg  ważnych
przyjaźni  ze  starszymi  kobietami,  takimi  jak  Violet  Dickinson,  Kitty  Maxse  i  Madge
Vaughan,  a  jej  przyjaźń  z  Janet  Case  (1862-1937)  była  jedną  z  najbardziej  znaczących:
Janet  jest  wymieniona  jako  jedna  z  przyjaciółek,  które,  jak  powiedziała  Woolf  w
przedmowie  do  „Orlanda”  (1928)  „pomogły  [jej]  na  zbyt  różne  sposoby,  żeby  można  je
było określić”. Case uczyła ją greki w 1902-1903 roku, a Woolf naszkicowała jej portret w
dzienniku z 1909 roku:

„Kiedy ją pierwszy raz zobaczyłam pewnego popołudnia w salonie, wydawała mi się
dokładnie  taka,  jak  się  spodziewałam  –  wysoka,  o  klasycznym  wyglądzie,  włatcza
[sic].  Ale  nudziło  mnie  bycie  nauczaną,  &  przez  pewien  czas  robiłam  tylko  to,  o  co
mnie proszono, & niemal nie podnosiłam oczu znad książki – to znaczy nie patrzyłam na
nauczycielkę.  Jednak  ona  była  warta  tego,  żeby  na  nią  spojrzeć.  Miała  piękne,
promienne oczy – haczykowaty nos, żęty rzeczywiście zbyt wydatne – ale całość była
pełna życia & zdrowia. Dobrze też uczyła... Ale przykro mi powiedzieć, że na początku
mnie  nie  pociągała.  Była  zbyt  pogodna  &  muskularna.  Sprawiała,  że  czułam  się
«sprzeciwna», jak mawiały nianie... Mówiła na wiele tematów; & na każdy okazywała
się mieć jasne, silne poglądy, & co więcej, miała rzadki dar widzenia drugiej strony;
miała  również,  moim  zdaniem,  piękne  ludzkie  współczucie,  które  miałam  powód  raz

background image

czy dwa wypróbować.”

90

.

Woolf stworzyła ten szkic, kiedy myślała, że jej lekcje z Janet Case dobiegły końca, ale

podjęła  je  znowu  w  1903  roku  i  obie  kobiety  pozostały  od  tej  pory  w  przyjaźni.  Kiedy
Janet Case umarła w 1937 roku, Woolf napisała niepodpisany nekrolog dla „Timesa”, a w

swym dzienniku złożyła hołd „wizjonerskiej roli”, jaką Case odegrała w jej życiu

91

.

Woolf pozostała również przez wiele lat po 1909 roku w przyjaźni z Margaret Llewelyn

Davies.  W  1913  roku,  zgodnie  z  jej  sugestią,  Woolfowie  pojechali  do  Newcastle  upon
Tyne,  żeby  wziąć  udział  w  dorocznej  konferencji  Spółdzielczej  Gildii  Kobiet.  W
„Introductory  Letter  to  Margaret  Llewelyn  Davies”  (1930)  Woolf  wspomina  z  drobnymi
szczegółami  konferencję  i  przywołuje  inne  aspekty  ruchu  SGK,  szczególnie  personel  i
działalność  głównej  siedziby  na  Hampstead,  przed  zakończeniem  eseju:  „Czy  Ty  i  Lilian
Harris  (towarzyszka  całego  życia  Margaret  Llewelyn  Davies)  nie  oddałyście  swoich
najlepszych  lat  –  ale  sza!  nie  pozwolisz  mi  dokończyć  tego  zdania  i  dlatego,  ze  słowami

przyjaźni i podziwu, skończę”

92

.

***

NOWOCZESNY SALON

Woolf zakończyła pogadankę o „Dawnym Bloomsbury” opisem swojej pierwszej kolacji

na Bedford Square 44, w domu lady Ottoline Morrell (1873-1938). Poznała lady Ottoline
pod  koniec  poprzedniego  roku,  a  arystokratyczna  pani  domu  napisała  do  niej  w  styczniu

1909 z zapytaniem, czy zostanie jej przyjaciółką

93

. Jak pisze Hermione Lee:

„Ottoline  miała  legendarnie  charakterystyczną  powierzchowność.  Mówiła  w
dziwaczny, nosowy, gruchający sposób, przeciągając słowa. Jej zdumiewający wygląd
był zarazem pociągający i groteskowy: była bardzo wysoka, miała bujne włosy koloru
miedzi,  turkusowe  oczy  i  wyraziste,  ostre  rysy.  Z  wielką  klasą  i  brawurą  nosiła
fantastyczne  ubrania  i  kapelusze  w  jaskrawych  kolorach  i  miała  zdecydowane  gusta

przy urządzaniu wnętrz”

94

.

Lady Ottoline miała trzydzieści sześć lat w czasie, kiedy Woolf opisywała jej salon i, jak

widać  aż  nadto  wyraźnie,  Woolf  na  różne  sposoby  dawała  wyraz  antypatii  do  niezwykłej
nowej  znajomej.  W  późniejszych  latach  miała  żałować  krzywdzących  rzeczy,  jakie  o  niej
myślała  i  mówiła  w  tym  czasie.  „W  1932  roku  lektura  wspomnień  Ottoline  o  trudnych
wizytach na Fitzroy Square gorzko i żywo przypomniała Vìrginii jej własnego ducha. Czy
Ottoline  wiedziała,  jak  bardzo  była  wówczas  nieszczęśliwa,  do  jakiego  stopnia

background image

nienawidziła  tych  wieczorów,  ile  odczuwała  samotności  i  strachu?  I  że  kiedy  Adrian
wreszcie zatrzaskiwał drzwi za Lyttonem czy Saxonem o drugiej albo trzeciej nad ranem,

kładła się do łóżka w rozpaczy?”

95

.

„Kiedy  zostanie  napisana  historia  Bloomsbury,  zauważyła  Woolf  pod  koniec  swojej

pogadanki  o  «Dawnym  Bloomsbury»  ...  będzie  musiała  zawierać  rozdział...  poświęcony
Ottoline...  w  swoim  dzienniku  znajduję,  że  jadłam  u  niej  kolację  30  marca  1909  roku  –
chyba  pierwszy  raz.”  Dalej  opisuje  jeden  z  czwartkowych  wieczorów  u  Ottoline  z
Rupertem Brookiem (nie jest jasne, czy chodzi o poprzedni raz, czy o ten sam, który opisuje
w tym dzienniku), który przedstawia jako „ten niezwykły wir, gdzie na chwilę spotykali się
ludzie tak różni i tak dziwni”. Kilka linijek dalej cytuje z notatnika z 1909 roku, od „Lady
Ottoline ...ta wielka dama” do „Jest dziwnie bierna”, po czym dodaje:

„Doprawdy,  kiedy  wspominam  ten  salon  pełen  ludzi,  blade  żółcie  i  róże  brokatów,
włoskie  krzesła,  perskie  dywany,  hafty,  frędzle,  zapach,  owoce  granatu,  mopsy,
potpourri i Ottoline, która rusza na mnie z daleka w białym szalu w wielkie szkarłatne
kwiaty i zabiera mnie z tego wielkiego pokoju i tłumu do małego pokoju sam na sam z
nią, gdzie zasypuje mnie pytaniami, które są tak osobiste i gwałtowne, na temat życia i
moich  przyjaciół,  i  każe  mi  się  podpisać  w  małej,  pachnącej  książeczce,  myślę,  że

moje podniecenie można usprawiedliwić”

96

.

***

ŻYDZI

Jest siedmiomiesięczna przerwa pomiędzy ostatnim zapiskiem w dzienniku a podwójnym

szkicem, zatytułowanym „Żydzi i Sądy rozwodowe”, który został rozbity na dwa oddzielne
szkice  w  tym  wydaniu,  jako  że  widać  całkiem  jasno,  że  wspólny  tytuł  Woolf  jest  czysto
funkcjonalny: w istocie sama Woolf w notatniku wyraźnie rozdziela oba szkice.

Między  kolacją  u  Ottoline  Morrell  pod  koniec  marca  a  pisaniem  „Żydów  i  Sądów

rozwodowych”  3  listopada  Woolf  była  niezwykle  zajęta.  W  kwietniu  odziedziczyła  dużą
sumę  2500  funtów,  pozostawioną  jej  przez  ciotkę  Caroline  Stephen  (Vanessa  i  Adrian
dostali tylko po 100 funtów każde) i w tym samym miesiącu odwiedziła Włochy z Vanessą
i Clive’em Bellami, ale była niezadowolona i wróciła do domu sama. „Dość było smutno”,
pisała  Vanessa  do  przyjaciółki,  „widzieć,  jak  sama  wyrusza  w  tę  długą  podróż,
pozostawiając  nas  tutaj!  Oczywiście,  czasem  mnie  uderza  żałosność  jej  położenia,  a  tu
bardziej niż zwykle. Myślę, że bardzo by chciała wyjść za mąż & z pewnością bardziej by
chciała  wyjść  za  Lyttona  niż  za  kogokolwiek  innego.  Trudno  jest  mieszkać  z  Adrianem,

który jej nie rozumie, a mieszkać z nim do końca swoich dni to smutna perspektywa”

97

. W

maju tego roku w Cambridge odrzuciła kolejnego konkurenta, Hiltona Younga, kiedy jej się

background image

oświadczył na łódce.

W streszczeniu dziennika,  jaki Adrian Stephen  prowadził tego lata,  Hermione Lee daje

wyobrażenie  o  energii,  którą  Woolf  wydatkowała  w  połowie  1909  roku.  Adrian
odnotował:

„kilka  śmiałych  wyjść,  jak  bal  maskowy  w  Ogrodzie  Botanicznym,  dokąd  Virginia
poszła  przebrana  za  Kleopatrę...  Były  też  bardziej  konwencjonalne  wyjścia  do  teatru,
opery  i  na  koncerty:  «Aida»,  «Elektra»,  Lillian  Nordica  w  Queen’s  Hall,  «Orfeusz  i
Eurydyka» w Drury Lane, sztuka Arnolda Bennetta, opery Wagnera i premiera z «The
Wreckers»  Ethel  Smyth...  Były  wyprawy  do  zoo,  do  Speaker’s  Corner,  na  wystawy
Klubu  Piątkowego,  na  lody  do  Buzzarda.  Virginia  była  zajęta  –  pisała,  prowadziła
zajęcia,  brała  lekcje  niemieckiego,  pozowała  do  portretu,  wychodziła  na  wieczorki,
kolacje i zabawy, na przyjęcia, jeździła na weekendy na wieś i na wakacje do Europy i
pełniła rolę gospodyni na nowych «wieczorach czwartkowych» na Fitzroy Square...
Ale  pod  tym  ....  Virginia  była  nadal  wyjątkowo  wrażliwa.  Ogromnie  brakowało  jej
Thoby’ego.  Chodziła  po  Londynie  «zajęta  swoją  udręką...  sama;  walczyła  z  czymś

sama»”

98

.

W  sierpniu  1909  roku  Woolf  odwiedziła  Bayreuth  wraz  z  Adrianem  i  Saxonem

Sydneyem-Turnerem.  Wkrótce  po  powrocie  z  Niemiec  popędziła  do  Studland  w  Dorset,
żeby być blisko Vanessy, a rok zakończył się jej nagłą decyzją, podjętą podczas spaceru w
Regent’s Park 24 grudnia, żeby spędzić Boże Narodzenie samotnie w Kornwalii. Kontrast
między  niespokojnym,  pełnym  wydarzeń,  a  nawet  frapującym  życiem  towarzyskim,  jakie
Woolf wiodła w 1909 roku i jej bardziej ściszonym życiem wewnętrznym nigdzie nie jest
ostrzejszy niż w rozdźwięku między żywym tonem jej listów z 1909 roku – szczególnie z
Bayreuth – a zawoalowanym głosem tego osobistego dziennika.

Ryzykowny i przedłużający się flirt z Clive’em Bellem, który się zaczął po przyjściu na

świat Juliana, trwał nadal w 1909 roku i miał trwać przez kolejny rok, ale ciągnące się i o
wiele poważniejsze zmaganie z powieścią miało trwać o wiele dłużej: powieść pojawiła
się wreszcie jako „The Voyage Out” w 1915 roku. „Tego lata – pisała później – czułam się

nieszczęśliwa i gorzka we wszystkich swoich osądach”

99

. Któregoś razu podczas koncertu

Hansa  Richtera  w  Queen’s  Hall  zauważył  ją  ktoś  nieznajomy.  Pomyślał,  że  wygląda  tak
„samotnie  i  smutnie”,  że  poszedł  za  nią  i  napisał  do  niej,  posyłając  bilet  do  teatru.
Siedziała  obok  niego  (grano  „Strife”  Galsworthy’ego),  ale  kiedy  napisał  ponownie,  nie

odpowiedziała”

100

.

Z siedmiu szkiców zawartych w tym dzienniku jej „gorycz” najbardziej rzuca się w oczy

w  „Żydach”.  Czytelnik  musi  się  tu  skonfrontować  z  wyzwoloną,  a  zarazem  niezależnie
myślącą  młodą  kobietą,  która  odmawia  odgrywania  roli  pożądanej  zdobyczy,  jaką
chciałaby  jej  narzucić  gospodyni,  z  młodą  kobietą,  która  z  czasem  rozkwitnie  w  jedną  z

background image

najbardziej  wpływowych  pisarek  i  feministek  dwudziestego  wieku,  a  także  z  kimś,  kto
pozostaje w szponach dawnych przesądów. Poza przypadkowym, chwilowym uchybieniem

we  wcześniejszych  dziennikach

101

  od  tej  pory  „Żydom”  przypadnie  wątpliwy  zaszczyt

bycia pierwszą znaczącą plamą antysemityzmu Woolf.

„Dopadł  nas  wir  londyńskiego  sezonu  –  pisała  do  Lyttona  Stracheya  4  czerwca  1909

roku -…przenikam do najbardziej tajemniczych miejsc. Jest pewna Żydówka, która wydaje
pięćdziesiąt  gwinei  na  kapelusz  i  chce  mnie  poznać,  jak  mniemam,  nie  po  to,  żebyśmy
mogły  wymieniać  na  ten  temat  poglądy.  Potem  na  górze  spotykamy  Charliego  Sangera  i
Saxona,  i  wielkiego  pana  Loeb,  który  ma  najpiękniejszy  zbiór  fotografii  i  autografów

operowych w Europie”

102

.

Wspomnianą „Żydówką” była niemal na pewno pani Annie Loeb, a „panem Loebem” jej

syn,  Sydney  J.  Loeb.  Annie  Loeb,  z  domu  Sewill  (1854-1939),  była  wdową  po
Siegmundzie Loebie (1841-ok.1895), niemieckim Żydzie z Frankfurtu, który przyjechał do
Londynu  prowadzić  interesy  w  City.  W  1881  roku  był  już  naturalizowanym  obywatelem
brytyjskim. Annie Loeb urodziła się w Liverpoolu, jej wnuczka Sylvia Loeb wspominała ją

serdecznie, jako „damę prowadzącą próżniacze życie, dużą, grubą i towarzyską”

103

.

Sydney J. Loeb (1877-1964), był w 1909 roku mającym wzięcie maklerem giełdowym i

długoletnim,  zagorzałym  wielbicielem  Wagnera  –  jest  w  istocie  wysoce  prawdopodobne,
że  Virginia,  Adrian  i  Saxon  Sydney-Turner  natknęli  się  na  tego  zapalonego  miłośnika
kompozytora podczas sierpniowych wakacji w Bayreuth, jako że Loeb niezawodnie był na
festiwalu.  W  1912  roku  ożenił  się  z  najmłodszą  córką  wielkiego  dyrygenta
wagnerowskiego, Hansa Richtera, i został jednym z najwytrawniejszych znawców Wagnera
w  swoim  pokoleniu.  Wyraźnie  zrobił  głębokie  wrażenie  na  Richterze.  Pisząc  do
przyjaciela,  który  wyraził  zastrzeżenia  wobec  Loeba  w  związku  z  jego  rasą,  „Richter
bronił  przyszłego  zięcia  przed  antypatią  przyjaciela.  Powiedział,  że  Loeb  jest

odpowiedzialnym i honorowym człowiekiem, którego bardzo lubi”

104

.

Loeb był także znawcą Elgara, a jego bliska przyjaźń z Augustem Jaegerem (1860-1909),

będącym inspiracją dla wariacji Elgara „Nimrod” i wielkim protektorem i wsparciem dla

kompozytora,  „miała  się  okazać  wielce  pomocna”  dla  Jaegera  w  latach  schyłku

105

.  W

rzeczy  samej  najbardziej  szczegółowy  opis  Sydneya  Loeba,  jaki  jest  dziś  dostępny,
pochodzi od biografa Jaegera:

„Przodkowie Loeb, niemieccy Żydzi, przybyli do Anglii, tak jak Jaegerowie, uciekając
przed czynnikiem Bismarcka... Sydney otrzymał klasyczne angielskie wykształcenie w
Harrow,  gdzie  był  niemal  współczesnym  Winstona  Churchilla,  a  dorósłszy,  stał  się
znawcą  sztuki  i  muzyki.  Zachowane  terminarze  za  lata  od  1901  do  1920  (zostały
przejrzane  za  okres  około  1909  roku  i  nie  ma  w  nich  odniesień  do  Woolf)  mówią  o
bliskiej  znajomości  nie  tylko  z  życiem  muzycznym  Londynu,  ale  również  ze  światem

background image

intelektualnym  i  politycznym;  Loeb  uczęszczał  na  wykłady  fabianów  i  spotkania
sufrażystek, szereg razy starał się o rozmowę z Bernardem Shaw i opisał ją. Bywał na
wszelkiego rodzaju koncertach symfonicznych i kameralnych i recitalach śpiewaczych i
stał  się  wybrednym  znawcą  śpiewaków…  Utrzymywał  się  z  wygodnej  i  widocznie
niewymagającej posady na Giełdzie, a obdarzony życzliwą i hojną naturą, wiódł bujne
życie towarzyskie... Jako hobby zajął się fotografią i stał się zapalonym i znakomitym
fotografem,  pstrykającym  swoich  idoli  w  obszernych  seriach  ożywczo  nieformalnych
fotografii, wklejanych następnie do okazałych albumów. Ale jego największą miłością
była  opera...  Dzienniki  Loeba  pokazują,  że  był  na  praktycznie  każdym  przedstawieniu
opery  Wagnera  w  Londynie  w  okresie  19  lat,  w  tym  na  50  «Śpiewakach

norymberskich» i 63 «Tristanach», wraz z wieloma cyklami «Pierścienia»...” 

106

.

Ważne jest ustalenie istoty, powagi i dobroci Loeba, jest to bowiem ten sam „pan Loeb”,

który miał zatrzymać Leonarda i Virginię Woolfów pewnego dnia w Hyde Parku w połowie
lat dwudziestych i doświadczyć jej ostrego języka. 1 czerwca 1925 roku Woolf zapisała w
dzienniku:

„Jest słoneczny kapryśny dzień, & kiedy przystanęliśmy w Hyde Parku, żeby posłuchać
socjalistów,  ten  podejrzany  Żyd,  Loeb,  który  uprzykrza  mi  życie  z  dziesięcioletnimi
przerwami, dotknął naszych ramion & zrobił nam dwa zdjęcia, odmierzając odległość
czarną  taśmą,  dostarczoną  przez  żonę.  Zwykle  każe  ludziom  trzymać  jej  koniec  przy
sercu:  ale  to  żart.  Kręcił  się  wcześniej  koło  Covent  Garden,  żeby  fotografować
śpiewaków, i jadł lunch o pół do trzeciej. Zapytałam, czy jest zawodowcem, co zraniło

jego dumę: przyznał, że bardzo się interesuje fotografią i ma duży zbiór”

107

.

Złośliwość  Woolf  wydaje  się  tym  bardziej  niepotrzebna,  kiedy  wiadomo,  że  Loeb  był

niemal  „zawodowcem”  w  posługiwaniu  się  aparatem  i  że  jego  archiwum  fotograficzne  z
tego  okresu  uważa  się  dziś  za  niemające  sobie  równych.  Fakt,  że  tak  skrupulatnie
posługiwał się taśmą, wyraźnie przemawia na jego korzyść.

Trwające  rozczarowanie  Woolf  wobec  samej  siebie,  swojej  pracy,  domu  i  stanu

cywilnego  w  1909  roku  może  po  części  wyjaśniać  kwaskowaty  ton  „Żydów”,  ale  nie
zmienia  to  faktu,  że  szkic  ten  jest  wybuchem  antysemityzmu.  W  końcu  tytuł,  jaki  Woolf
wybiera  to  „Żydzi  i  Sądy  rozwodowe”,  a  nie  „Okropieństwa  chodzenia  na  kolacje  jako
niezamężna kobieta w pewnym wieku i Sądy rozwodowe” (albo podobny tytuł) i chociaż
na pewno powinniśmy odczytywać wieczór w domu pani Loeb przy Lancaster Gate na tle
braku  poczucia  własnej  wartości  u  Woolf  i  jej  niezadowolenia  w  1909  roku,  to  może  to
jedynie  wytłumaczyć  jej  gorzki  ton.  I  nawet  jeśli  znajdziemy  okoliczności  łagodzące  dla
tonu  Woolf,  nie  możemy  obejść  jej  słownego  czy  leksykalnego  lekceważenia:  tego
„oczywiście”  w  „Jedzenie,  oczywiście,  pływało  w  oleju  i  było  wstrętne”  nie  sposób

background image

umniejszyć,  podobnie  jak  reszty  –  zrobienia  z  pani  Loeb  czegoś  w  rodzaju  rozczochranej
groteski.  Ważne  jest  podkreślenie,  że  ten  szkic  nie  był  pisany  z  myślą  o  publikacji  (ani
nawet o tym, żeby go ktokolwiek czytał), ale dzisiaj dla czytelników jest obraźliwy. Można
jedynie powiedzieć z pewnym przekonaniem, że szkic nie był pisany po to, żeby obrażać;
dziennik  z  1909  roku  nie  był  pisany  z  myślą  o  publikacji.  Oczywiście  trzy  lata  później
Woolf  wyszła  za  mąż  za  Żyda,  ale  wydaje  się,  że  w  1909  roku  pani  Loeb  wykazała  się
przenikliwością oceny, widząc w swoim gościu „surową intelektualistkę”.

Antysemickie  szkalowania  (jest  ich  stosunkowo  niewiele)  spowodowały  duże

zaniepokojenie  wśród  miłośników  Woolf  i  liczne  zarzuty  ze  strony  jej  przeciwników,  ale
jak  zauważyli  ostatnio  komentatorzy,  wiele  z  jej  późniejszych  pejoratywnych  uwag
zamienia  się  w  żałosne  przyznanie  do  własnych  niedostatków  (nie  jest  to  zachowanie
osoby  pełnej  uprzedzeń)  i  w  owym  czasie  jej  antysemityzm  nie  był  niczym  wyjątkowym.
Istnieją  na  przykład  dowody,  że  zarówno  jej  siostra  jak  i  matka  ulegały  stereotypowym

przesądom  na  temat  Żydów

108

,  podobnie  jak  przyjaciele,  tacy  jak  Rupert  Brooke,  Noel

Olivier,  Jacques  Raverat

109

  i  Olive  Bell

110

  –  istotnie,  wiele  wskazuje  na  to,  że  takie

postawy  były  endemiczne  w  wyższej  klasie  średniej  w  czasach  Woolf.  Później,  w  latach

trzydziestych, Woolf stała się „bardzo krytyczna i zanalizowała własny antysemityzm”

111

  i

dołożyła  starań  w  „Latach”,  żeby  sprzeciwić  się  antysemityzmowi  Brytyjskiego  Związku

Faszystów  i  podkreślić  zakorzenienie  Żydów  w  Anglii

112

.  Woolf  nie  była  zatwardziałą

antysemitką,  ale  jak  jasno  widać  w  „Żydach”,  antysemityzm  stanowił  niestety  część  jej
natury, szczególnie we wczesnych latach. Na szczęście nie był częścią dominującą.

***

SĄDY ROZWODOWE

„Sądy  rozwodowe”  są  odpowiedzią  Woolf  na  cause  célèbre.  Pod  koniec  października

1909  roku  Alice  Mary  Fearnley-Whittingstall,  z  domu  Wethered  (1866-1945),  złożyła
pozew o separację sądową od męża, wielebnego Herberta Oakesa Fearnley-Whittingstalla
(1859-1949)  z  powodu  okrucieństwa.  Pozwany,  absolwent  szkoły  w  Eton,  który  przyjął
święcenia kapłańskie podczas studiów w New College w Oksfordzie i od tego czasu był

proboszczem w Chalfont St Giles w hrabstwie Buckingham, zaprzeczył zarzutowi

113

.

Otwierając  postępowanie,  adwokat  pani  Fearnley-Whittingstall  poinformował  sąd,  że

zarzuty  dotyczące  okrucieństwa  odnoszą  się  do  znacznego  okresu,  a  w  szczególności  do
roku  1908,  kiedy,  jak  stwierdzono,  pozwany  kazał  powódce  opuścić  dom  co  najmniej
cztery razy. „Sprawa nie opierała się na konkretnych czynach, ale na ogólnym zachowaniu i
gwałtownych pogróżkach, które doprowadziły u powódki do bardzo naturalnego lęku przed
osobistą przemocą ze strony męża”, donosił „Times”.

background image

Pobrali się 25 sierpnia 1891 roku i mieli sześcioro dzieci, ale trudności pojawiły się w

1894 roku, kiedy urodziło się ich drugie dziecko. „Pozwany został ostrzeżony przez lekarzy
zajmujących  się  jego  żoną...  co  do  niebezpieczeństwa  dla  żony,  o  ile  będzie  kontynuował
swoje  obecne  postępowanie.  Niemniej  przyjął  system  upierania  się  przy  prawach
małżeńskich  i  w  konsekwencji  powódka  ucierpiała.  Pozwany  sprawiał  wrażenie
człowieka,  który  nie  jest  zdolny  opanować  silnego  gniewu,  podobnie  jak  swych
namiętności  w  innych  kierunkach”.  W  marcu  1908  roku  powódka  odmówiła  dzielenia
sypialni z mężem i wtedy, według zarzutów, dochodziło do coraz gwałtowniejszych scen.
Pozwany  również  stał  się  bardzo  wrogi  wobec  niejakiej  panny  Gwendoline  Lewis,
przyjaciółki  powódki.  Wreszcie  18  listopada  1908  roku  pani  Fearnley-Whittingstall
opuściła  dom,  o  co  pozwany  wielokrotnie  ją  prosił,  i  zamieszkała  w  Londynie  u  panny
Lewis.

Okazało się również, że wielebny Fearnley-Whittingstall nie odzywał się do żony, kiedy

był na nią zły. Obrzucił ją wyzwiskami za palenie papierosa, „co zrobiła za radą lekarza”,
a raz groził jej brzytwą. Ponadto nadal miał z nią dzieci, chociaż lekarze powiedzieli mu,
że jest to niewskazane. Również „groził, że uderzy żonę krucyfiksem, a także wazonem do
kwiatów.  Wysyłał  jej  budzące  obrzydzenie  listy  miłosne,  wiedząc,  że  odczuwa  do  nich
awersję. Kiedy po 1894 roku pożycie małżeńskie zostało wznowione, stało się to wbrew

jej woli. Od 1902 roku żyła w strachu przed mężem”, stwierdził jej adwokat

114

.

Rozprawę  kontynuowano  nazajutrz,  kiedy  sąd  usłyszał,  że  rodzina  pozwanego  jest

przeciwko  powódce,  ponieważ  zaprzyjaźniła  się  z  panną  Lewis,  zawodową  nauczycielką
gry  na  skrzypcach,  która  pojawiła  się  po  raz  pierwszy  w  domu  państwa  Fearnley-

Whittingstall w 1908 roku, żeby uczyć jednego z chłopców grać na skrzypcach

115

.

28 października sąd usłyszał, że małżonkowie mieli szczególnie gorącą kłótnię podczas

gry w krokieta na plebanii i że pastor uderzył żonę młotkiem do gry (to był incydent, który
zwiększył zainteresowanie prasy sprawą). „Zajmujemy się bardzo poważnymi kwestiami”,
zażartował  w  tym  miejscu  sędzia  Bargrave  Deane  ku  rozbawieniu  sądu.  „Osobiście  nie
znam gry tak zdolnej wyprowadzić człowieka z równowagi jak krokiet”. Pojawiły się także
szczegóły podobnej sprawy z 1903 roku, kiedy inna kobieta opuściła męża i zamieszkała z

panną Lewis

116

.

Następnego  dnia  pozwany  złożył  zeznania,  co  „Times”  odnotował  30  października.

Woolf  odwiedziła  sąd  we  środę,  3  listopada  1909  roku,  żeby  posłuchać  dalszego  ciągu
zeznań wielebnego Fearnley-Whittingstalla. To był ostatni dzień rozprawy i Woolf spisała
swoje wrażenia później tego samego dnia. Sprawozdanie w „Timesie” z 4 listopada 1909
(str.  3)  potwierdza,  że  Woolf  usłyszała,  jak  pozwany  opisuje  związek  pomiędzy  panną
Lewis a panią Fearnley-Whittingstall jako „absolutnie nienaturalną przyjaźń” i istotnie, jak
podaje Woolf, używa słów „nadać uroczy charakter”, żeby opisać, że podczas kłótni z żoną
trzymał w ręku krucyfiks.

W  podsumowaniu  sędzia  (który  wcześniej  miał  prywatną  rozmowę  z  panem  Fearnley-

background image

Whittingstallem,  podczas  której  doradził  mu  ugodę  pozasądową;  chociaż  może  wydać
wyrok na jego korzyść, jeśli to zrobi, może to spowodować trwały rozpad małżeństwa) dał
wyraźnie  do  zrozumienia  swój  wstręt  dla  panny  Lewis  i  doradził  pani  Fearnley-
Whittingstall  zerwanie  z  nią.  Odmówił  przyznania  sądowej  separacji,  komentując,  że
uważa „za lepsze dla obu stron, żeby w tej sprawie nie było wyroku”.

Ostatecznie państwo Fearnley-Whittingstall rozstali się na cztery lata, po czym pogodzili

się  w  1913  roku.  Odtąd  żyli  jako  mąż  i  żona  aż  do  śmierci  Alice  w  1945  roku.  „Moi
dziadkowie,  kiedy  ich  znałem  jako  dziecko,  sprawiali  wrażenie  bardzo  do  siebie
przywiązanych  –  wspomina  Robert  Fearnley-Whittingstall.  –  Pamiętam,  jak  dziadek
powiedział  w  1948  roku  czy  coś  koło  tego:  «Właśnie  wróciłem,  położyłem  kwiaty  na

grobie mojej ukochanej»”

117

.

Przed  sprawą  sądową  Herbert  Fearnley-Whittingstall  miał  aspiracje,  żeby  zostać

biskupem,  ale  skandal  je  zniweczył.  Nigdy  mu  nie  zaproponowano  awansu  i  dlatego
pozostał pastorem w Chalfont St Giles aż do 1942 roku.

W  jednym  miejscu  recenzji  z  listów  miłosnych  Carlyle’ów,  pisanej  1  kwietnia  1909

roku,  Woolf  zauważa,  że  w  miarę  jak  coraz  więcej  się  ujawnia  na  temat  małżeństwa
Carlyle’ów,  „nasza  zdolność  rozumienia  jest  wystawiona  na  najcięższą  próbę;  im  więcej
widzimy,  tym  mniej  umiemy  nazwać  i  zarówno  pochwała  jak  krytyka  stają  się  dziwnie

nieistotne”

118

. Coś z tego widzimy w „Sądach rozwodowych”. Woolf do sądu przyciągnęły

sensacyjne  sprawozdania,  jakie  pojawiały  się  wówczas  w  gazetach,  ale  jej  własny  opis
wykazuje  więcej  zrozumienia,  jest  bardziej  wyważony,  niż  można  by  się  spodziewać.  W
przeciwieństwie  do  wcześniejszych  szkiców  w  dzienniku,  jest  niechętna  kategorycznemu
obwinianiu  którejkolwiek  ze  stron,  a  jeśli  ma  jakąś  sympatię,  to  jest  ona  po  stronie
absolwenta  Eton,  solidnie  wiktoriańskiego  duchownego.  Stwierdza  oczywiście,  że  jego
żona  jest  „bardziej  niesprawiedliwa”,  a  szczególnie  surowo  traktuje  tę  postać,  z  którą  u
późniejszej  Woolf  można  by  się  było  spodziewać  przymierza:  pannę  Lewis,  lesbijkę.
Jednak w 1909 roku przekonania klasowe trzymały ją jeszcze w silnym uścisku.

background image

 

Nota biograficzna

Adeline Virginia Stephen urodziła się w Londynie 25 stycznia 1882 roku, jako trzecia z

czworga dzieci Lesliego Stephena, wybitnego literata, i Julii Jackson Duckworth, wdowy.
Oboje  rodzice  mieli  dzieci  z  poprzednich  małżeństw,  wzrastała  więc  w  dużej,  żywej
rodzinie, która spędzała długie letnie wakacje niedaleko St Ives. Kształcona w domu, miała
nieograniczony dostęp do biblioteki ojca; zawsze chciała zostać pisarką.

W  1895  roku  jej  matka  niespodziewanie  umarła  i  wkrótce  potem  Virginia  przeszła

pierwsze załamanie nerwowe; okresy choroby psychicznej miały ją nękać przez całe życie.
Po  śmierci  ojca  w  1904  roku  czwórka  osieroconych  Stephenów  przeniosła  się  do
Bloomsbury,  gdzie  ich  dom  stał  się  centrum  tego,  co  było  później  znane  jako  Grupa  z
Bloomsbury.  Ten  krąg  obejmował  Clive’a  Bella  (za  którego  siostra  Virginii,  Vanessa,
wyszła  za  mąż  w  1907  roku),  Lyttona  Stracheya,  Johna  Maynarda  Keynesa  i  Leonarda
Woolfa,  którego  Virginia  miała  poślubić  w  1912  roku,  kiedy  powrócił  po  kilkuletniej
służbie państwowej na Cejlonie.

Virginia  ukończyła  pierwszą  powieść,  „The  Voyage  Out”,  w  1913  roku,  ale  poważne

załamanie nerwowe, jakiemu uległa, opóźniło publikację do 1915 roku, kiedy Woolfowie
już mieszkali w Hogarth House w Richmond. Jako terapeutyczne hobby dla Virginii kupili
niedużą  ręczną  prasę,  na  której  składali  i  drukowali  krótkie  utwory,  własne  i  przyjaciół.
Pierwsza  publikacja  Hogarth  Press  pojawiła  się  w  1917  roku,  a  potem  wydawnictwo
stopniowo  rozwinęło  się  w  znaczące  przedsiębiorstwo,  publikujące  początkowo  utwory
mało  znanych  pisarzy,  takich  jak  T.S.  Eliot,  Katherine  Mansfield  i  E.M.  Forster,  jak
również samych Woolfów.

Kiedy mieszkała w Richmond, Virginia napisała drugą, dość tradycyjną powieść, „Night

and  Day”  (1919),  ale  jednocześnie  tworzyła  bardziej  eksperymentalne  utwory,  takie  jak
„Kew  Garden”  (1919)  i  „Monday  or  Tuesday”  (1921),  W  1920  roku  Woolfowie  kupili
Monk’s  House  w  Rodmell  i  tu  Virginia  zaczęła  pisać  trzecią  powieść,  „Pokój  Jakuba”
(1922),  Po  niej  przyszły  „Pani  Dalloway”  (1925),  „Do  latami  morskiej”  (1927)  i  „Fale”
(1931)  i  te  trzy  powieści  ustaliły  jej  pozycję  jako  jednego  z  wiodących  pisarzy
modernistycznych.  „Orlando”,  pełna  niezwykłego  polotu  „biografia”  zainspirowana  jej
związkiem  z  Vitą  Sackville-West,  wyszła  w  1928  roku.  „Lata”  ukazały  się  w  1937  i
Virginia  niemal  ukończyła  swoją  ostatnią  powieść  „Między  aktami”,  kiedy,  nie  będąc  w
stanie  stawić  czoła  kolejnemu  atakowi  choroby  umysłowej,  utopiła  się  w  rzece  Ouse  28
marca 1941 roku.

David  Bradshaw  jest  wykładowcą  literatury  angielskiej  w  Worcester  College  w

Oksfordzie i specjalizuje się w literaturze końca dziewiętnastego i początku dwudziestego

background image

wieku. Zredagował szereg modernistycznych tekstów, w tym „Panią Dalloway” i „Mark on
the Wall and Other Short Fiction” Virginii Woolf (obie w serii Oxford World’s Classics).

background image
background image

Przypisy

[

←1

]

       Hermione Lee, „Virginia Woolf” (London, Chatto and Windus, 1996), s. 395. Cytowana dalej jako Lee.

[

←2

]

       Michael Holroyd, „Lytton Strachey” (London, Chatto and Windus, 1994), ss. 200-202; Lee, ss. 259-261.

[

←3

]

       Holroyd, „Lytton Strachey”, s. 202.

[

←4

]

       Jane Dunn, „A Very dose Conspiracy: Vanessa Bell and Virginia Woolf” (London: Jonathan Cape, 1990), s. 1.

[

←5

]

       Quentin Bell, „Virginia Woolf. Biografia”, tłum. Maja Lavergne (Wydawnictwo Książkowe Twój Styl,
Warszawa, 2004), s. 212. Dalej cytowany jako Bell.

[

←6

]

       Stella Duckworth również umarła w 1897 roku, zaledwie trzy miesiące po ślubie z Johnem Wallerem
(„Jackiem”) Hillsem.

[

←7

]

       Nigel Nicolson i Joanne Trautmann, red., „The Flight of the mind: The Letters of Virginia Woolf” (Volume i;
1888-1912) (London: The Hogarth Press, 1983), s. 466. Dalej cytowane jako „Letters”, i.

[

←8

]

       Virginia Woolf, „A Passionate Apprentice: The Early Journals 1897-1909”, red. Mitchell A.Leaska (London:
The Hogarth Press, 1990), ss. 186-187. Dalej cytowana jako „A Passionate Apprentice”.

[

←9

]

       „A Passionate Apprentice”, s. 121.

[

←10

]

       „A Passionate Apprentice”, s. 384.

[

←11

]

       „A Passionate Apprentice”, ss. 384-385.

[

←12

]

       Virginia Woolf, „Do latarni morskiej”, tłum. Krzysztof Klinger, Warszawa, Czytelnik, 1962, s. 27.

background image

[

←13

]

       Lee, s. 4.

[

←14

]

       Bell, s. 212.

[

←15

]

       Lee, s.226.

[

←16

]

       Cytowane w: Barbara Strachey, „Remarkable Relations: The Story of the Pearsall Smith Family” (London:
Gollancz, 1981), SS. 247-248.

[

←17

]

       Nigel Nicolson i Joanne Trautmann, red., „Leave the Letters Till We’re Dead: The Letters of Virginia Woolf
(Volume vi: 1936– -1941) (London: The Hogarth Press, 1980) s. 311. Dalej cytowane jako „Letters”, vi.

[

←18

]

       Margaret Lane, „Edgar Wallace, The Biography of a Phenomenon” (London: William Hainemann, [1938]).
Edgar Wallace (1875-1932) był autorem ponad 170 popularnych powieści i opowiadań detektywistycznych.

[

←19

]

       Około 45 cali.

[

←20

]

       „What Happened Next” (1940).

[

←21

]

       Prawdopodobnie lady Balfour, bliska przyjaciółka Smyth w późniejszych latach.

[

←22

]

       Vita Sackville-West (1892-1962).

[

←23

]

       „Letters”, vi, s. 309, w którym Woolf mówi Smyth: „Moja teściowa... znowu wypłynęła na powierzchnię.
Ponieważ mając 88 lat, pragnie żyć, czemu nie? Rodzina zaczyna ją traktować jak krykiecistę zdobywającego
rekordową liczbę punktów. Wszystkie pretensje ucichły. Czy dożyje 100? Zapewne”.

[

←24

]

       Zob. Judith Adamson, red., „Love Letters: Leonard Woolf and Trekkie Ritchie Parsons (1941-1968)” (London:
Chatto and Windus, 2001) ss. 234 i 280.

[

←25

]

background image

       Tony Davies do Davida Bradshawa, 10 września 2002.

[

←26

]

       24, Cheyne Row, Chelsea. Po śmierci Carlyle’a w 1881 roku dom, który dzielił z żoną Jane Welsh Carlyle (zm.
1866) i który po raz pierwszy zajmowali w 1834 roku, został zwolniony. Nabył go The Carlyle’s House Memorial
Trust, który go umeblował skromnie, ale autentycznymi meblami i otworzył dla zwiedzających w 1895 roku.

[

←27

]

       To znaczy Chelsea Embankment, rozciągający się od mostu Battersea do mostu Chelsea.

[

←28

]

       Kiedy pisała te słowa, Woolf mogła mieć na myśli wspomnienia Cheyne Row i jego okolic z dzieciństwa swej
ciotki Anny: „Jest jedna część Londynu, która mi się jednak nadal wydaje mało zmieniona, i to jest Cheyne Row,
który był dawniej na końcu tych wszystkich ścieżek wśród głogów, i Chelsea, dokąd często chodziliśmy, będąc
dziećmi, przecinaliśmy te ścieżki i pola, i przechodząc obok stawu i wąskiej ulicy, która się nazywała Paradise Row,
wchodziliśmy w King’s Road, a potem po kilku minutach do Cheyne Row, gdzie państwo Carlyle mieszkali do końca
życia...”. Anne Thackeray Ritchie, Chapters trom Some Memoirs (London: Macmillan, 1894), s.134.

[

←29

]

       Wodna podróż pani Carlyle do Westminsteru zaczynała się przy molo Cadogan (budowę Chelsea Embankment
rozpoczęto w 1871 roku, pięć lat po śmierci Jane Carlyle, a ukończono w 1874). Nie zdołałem ustalić przykładu
użycia przez nią zwrotu „wodą”, ale Woolf musiała z pewnością mieć na myśli następujące przykłady: „Wczoraj
wieczór udaliśmy się wodą na podwieczorek u kapelana szpitala St Guy...” Jane Carlyle do panny Margaret Welsh,
15 lipca 1842, w: James Anthony Froude, red., Letters and Memorials of Jane Welsh Carlyle (London: Longmans,
Green, 1883), 3 tomy; t. i, s. 152.

[

←30

]

       Pani Isabella Strong, kustosz domu Carlyle’a od 1895 do 1917. Pochodziła z Kinfauns, niedaleko Perth.

[

←31

]

       Liczne próbki pisma Carlyle’a, jakie można oglądać, są wymienione w Illustrated Memorial Volume of the
Carlyle’s House Purchase Fund Gommittee with Catalogue of Carlyle’s Books, Manuscripts, Pictures and
Furniture Exhibited Therein (1885; wznowienie London: The Saltire Society, 1995), ss. 98-100.

[

←32

]

       Wśród nich była kopia miniatury pędzla Kennetha Macleaya (1802-78), akwarela i kredka Carla Hartmanna
(1818-1857) i obraz olejny, przypisywany kolejno Samuelowi Lawrence’owi, pani Palet, Anthony’emu Sterlingowi i
Thomasowi Carrickowi. Zob. Illustrated Memorial Volume, ss. 89-90.

[

←33

]

       Według księgi gości 23 lutego 1909 roku jeszcze tylko dwie inne osoby odwiedzimy dom Carlyle’a, „G.C. Hope”
z Birkenhead i „Kali Hodding” z Salisbury – obie te osoby wpisały się do książki przed Woolf.

[

←34

]

       Fotografie Jane Carlyle wystawione wówczas i teraz, zrobił Robert S. Tait (1816-97). Jedna, która z pewnością
pasuje do opisu Woolf, nosi datę „28 lipca 1854”. Zob. także Illustrated Memorial Volume, ss. 89-90.

background image

[

←35

]

       To słowo (i pokrewne mu) było ulubionym terminem Carlyle’a na określenie oszczędnego odnowienia Cheyne
Row 24, jakiego dokonała Jane. Zob. na przykład Reminiscences Thomasa Carlyle’a, red. James Anthony Froude
(London: Longmans, Green, 1881), 2 tomy; t. ii, ss. 179, 231.

[

←36

]

       Jane zabawiała Carlyle’a „codzienną opowieścią” co wieczór w salonie, kiedy skończył pracę. Jane Carlyle robi
liczne aluzje do „wielbicielek” Carlyle’a. Zob. na przykład, Jane Welsh Carlyle do Johna Sterlinga, 1 lutego 1837:
„Może się zdarzyć, że zostanę rozerwana na strzępy przez rzeszę wielbicielek mojego męża...” (Letters and
Memorials of Jane Welsh Carlyle, i, s. 66).

[

←37

]

       Amber Reeves (1887-1981) ukończyła rok wcześniej Newnham College, Cambridge, gdzie była dobrze znana w
studenckich kręgach politycznych. W tym czasie była kochanką H.G. Wellsa (1866-1946).

[

←38

]

       Woolf ma zapewne na myśli urzekającą i wężową Porphyrię z „Porphyria’s Lover” Roberta Browninga,
wydaną po raz pierwszy jako „Porphyria” w 1836 roku. Podczas gdy w wierszu nie ma mowy o tym, że matka
Porphyrii była wężem, to na różne sposoby podkreśla się jej własne wężowe cechy. „Porphyre” to przestarzałe
słowo, oznaczające węża.

[

←39

]

       Oczywiście nie było 29 lutego 1909 roku, więc przypuszczalnie ten zapis pochodzi z 1 marca.

[

←40

]

       Newnham College, Cambridge, zbudowano w 1793 roku dla rodziny Patricka Bealesa, miejscowego handlarza
zboża i węgla. Kupił go sir George Darwin (1845-1812), drugi syn Charlesa Darwina i profesor astronomii i filozofii
eksperymentalnej w Cambridge od 1883 roku, do śmierci w 1885. Po sprzedaży przez rodzinę, stał się najstarszą
częścią Darwin College, założonego w 1964 roku. „Kawałek trawnika” to Queen’s Green. Dla pełnego opisu domu,
jakim mogła go widzieć Woolf, zob. Gwen Raverat, Period Piece: A Cambridge Childhood (London: Faber and
Faber, 1952), ss. 31-46 i Frances Spalding, Gwen Raverat: Friends, Family and Affections (London: Harvill Press,
2001), ss. 47-61.

[

←41

]

       Zob. Gwen Raverat, Period Piece, ss. 19-21.

[

←42

]

       To było jedno z ulubionych określeń Woolf dla wyrażenia oporności, uciążliwości i odzianej w tweedy
przewidywalności wiktoriańskiego patriarchalnego świata.

[

←43

]

       „Jako dziewczynka byłam skłonna uważać, że starsi są dziwnie niewinni. Może rzeczywiście byli, chociaż mój
ojciec zdecydowanie nie był tak prosty, jak wtedy sądziłam. Pamiętam swoje silne zdumienie, kiedy podczas kolacji
Virginia Stephen rzuciła lekko dwuznaczny dowcip, a mój ojciec go zrozumiał! I odwrócił się, zaszokowany.
Niewątpliwie dlatego, że ten dowcip wyszedł z ust młodej kobiety” (Spalding, Gwen Raverat, s. 187).

background image

[

←44

]

       W 1884 roku sir George Darwin ożenił się z Maud (1861-1947), córką Charlesa Du Puy z Filadelfii. Mieli
dwóch synów (Charlesa, ur. w 1887 i Williama, ur. w 1894) i dwie córki (Gwen, ur. w 1885, i Margaret, ur. w 1890).
Zob. Period Piece.

[

←45

]

       Gwen Raverat (1885-1957), malarka, grafik i pisarka. Francis Spalding wspomina, że „Gwen ciągle czuła
zdenerwowanie, kiedy w styczniu 1907 roku zobaczyła przed sobą w operze w Londynie Virginię i Adriana i była
zdziwiona ich życzliwością, kiedy ją zauważyli i wdali się z nią w rozmowę” (Spalding, Gwen Raverat, s. 117)
Poślubiła Jacques’a Raverata w 1911 roku.

[

←46

]

       W istocie, Gwen Raverat wkrótce poszła do Slade i już jesienią 1909 roku „malowała, jak również rysowała i
robiła drzeworyty... Zaczęła częściej widywać Stephenów, przychodziła na kolacje do Virginii i Adriana na Fitzroy
Square i brała udział w spotkaniach Klubu Piątkowego, który Vanessa zapoczątkowała dwa lata wcześniej”
(Spalding, Gwen Raverat, s. 163).

[

←47

]

       Wyszła za mąż za Geoffreya Keynesa (1887-1982), chirurga i badacza twórczości Blake’a, który w 1913 roku
miał uratować życie Woolf po tym, jak zażyła proszki nasenne.

[

←48

]

       James Strachey (1887-1967) studiował wówczas w Trinity College, Cambridge. Był młodszym bratem Lyttona
Stracheya. James i jego żona Alix, którą poślubił w 1920 roku, zdobyli rozgłos jako pierwsi tłumacze prac Freuda na
angielski i sami zostali psychoanalitykami. Żeby odnaleźć coś z atmosfery, jaką znała Woolf, zob. Keith Hale, red.,
Friends and Apostles: The Correspondence of Rupert Brooke and James Strachey, 1905-1914 (New Haven
and London: Yale University Press, 1998), ss. 49-90.

[

←49

]

       Ten fragment, od słów „Jego pokoje”, do „uczciwie być niczym” Woolf zacytowała w „Dawnym Bloomsbury”,
odczycie dla Klubu Wspomnień albo pod koniec 1921 roku albo na początku 1922. Powiedziała wtedy, że cytuje z
„dziennika, który prowadziłam z przerwami przez miesiąc czy dwa w roku 1909... opisuję podwieczorek w pokojach
Jamesa Stracheya w Cambridge”. W „Dawnym Bloomsbury” Woolf pisze pierwsze zdanie w czasie teraźniejszym i
zamienia „przyćmione” na „dyskretne”, jak również wprowadza szereg innych drobnych zmian w tekście. Zob.
Virginia Woolf, „Chwile istnienia”, Warszawa, Twój Styl, 2005, przekład Maja Lavergne, ss. 124-125.

[

←50

]

       Matematyk H.T.J. Norton (1886-1937).

[

←51

]

       Woolf znała poetę Ruperta Brooke’a (1887-1915) „przelotnie jako dziecko” (Lee, s. 292), a latem 1911 roku
miała się z nim raz kąpać nago w świetle księżyca w Grantchester (Lee, s. 295). W 1909 roku James Strachey był
„beznadziejnie zakochany” w Brooke’u (Lee, s. 293).

[

←52

]

       Tego zdania nie ma w „Dawnym Bloomsbury”.

background image

[

←53

]

       Ich adresem był Windmill Hill 5, Hampstead.

[

←54

]

       Emphie (Euphemia) Case.

[

←55

]

       Janet Case (1862-1937) miała wówczas czterdzieści siedem lat, była o dwadzieścia lat starsza od Woolf. Po raz
pierwszy uczyła Woolf greki w latach 1902-1903.

[

←56

]

       Margaret Llewelyn-Davies była sekretarzem generalnym Spółdzielczej Gildii Kobiet (Women’s Co-operative
Guild) od 1889 do 1922 roku.

[

←57

]

       Wszystkie trzy kobiety były studentkami w Girton College, Cambridge.

[

←58

]

       W istocie żadna z tych trzech kobiet nie miała dzieci.

[

←59

]

       „Wiosną 1907 roku [lady Ottoline Morrell (1873-1938)] zaczęła zapraszać na swoje sławne «czwartki». Kilku
bliskich przyjaciół zapraszano na kolację; dalszych znajomych proszono żeby przyszli później i ubrali się tak
nieformalnie, jak mają ochotę. Obserwując pisarzy, malarzy i muzyków tłoczących się w salonie, planując, kto się
najbardziej przyda każdemu z nich, Ottoline czuła, że wreszcie zaczęła odkrywać własne powołanie. Mogła
uwydatnić życie ludzi, których podziwiała”. Miranda Seymour, Ottoline Morrell: Life on the Grand Scale (London:
Hodder and Stoughton, 1992), s. 75. „Raz na tydzień – Mary Agnes Hamilton wspominała w 1944 roku okres tuż po
roku 1909 – lady Ottoline Morrell przyjmowała w domu i na Bedford Square [44], w wielkim podwójnym pokoju na
pierwszym piętrze, ze wspaniałym ogniem na kominkach, z rozkosznie miękkimi krzesłami, interesującymi
nowoczesnymi obrazami na ścianach i mnóstwem cudownych kwiatów ułożonych z pełną miłości zmyślnością,
zbierali się tam buntownicy na kawę, papierosy i rozmowę”. Remembering My Good Friends (London: Jonathan
Cape, 1944), s. 74.

[

←60

]

       Woolf czerpie z tego ustępu od „Lady Ottoline... to wielka dama” do końca szkicu w „Dawnym Bloomsbury’
(„Chwile istnienia”, ss. 135-136), ale to pierwotna, pełna wersja jest bardziej kąśliwa.

[

←61

]

       Zob. list Woolf do Madge Vaughan z maja 1909 roku: „Właśnie poznaliśmy cudowną Lady Ottoline Morrell,
która ma głowę Meduzy; ale jest bardzo prosta i niewinna pomimo to, i darzy czcią sztukę”, Letters, s. 395. Zob.
także Lee, s. 276, odnośnie do fałszywości Woolf wobec lady Ottoline.

[

←62

]

       Loebowie mieszkali w Londynie, przy Lancaster Gate 4.

background image

[

←63

]

       Możliwe, że Woolf towarzyszył brat, Adrian Stephen, i ich wspólny przyjaciel Saxon Sydney-Turner.

[

←64

]

       Miriam Jane Timothy (1879-1950) była harfistką o bardzo znaczącej pozycji. W wieku czternastu lat wstąpiła do
Royal College of Music i została, poza wszystkim innym, jedyną kobietą w prywatnej orkiestrze królowej Wiktorii,
dokąd ją powołano w styczniu 1900 roku; a kiedy w 1901 roku stała się prywatną orkiestrą króla Edwarda VII, w
1910 zaś Jerzego nadal w niej grała. Hans Richter zwierzał się w liście pisanym do Percy’ego Pitta z Niemiec 13
stycznia 1914 roku: „Często widzę samego siebie z moją angielską orkiestrą [London Symphony Orchestra]...
Zawsze obecna i piękna panna Timothy, równie doskonała w grze na harfie i na lutni...”. Christopher Fifield, True
Artist and True Friend. A Biography of Hans Richter (Oksford, Clarendon Press, 1993), s. 446; zob. także s.449.
Według jej uczennicy, Marie Goossens, „Miriam Timothy była sławna jako harfistka i piękna kobieta”. Marie
Goossens, Life on a Harp String (London, Thome, 1987), s. 32. Timothy uczyła w RCM od 1910 do 1919 roku.

[

←65

]

       Jej mąż umarł w połowie lat 90. dziewiętnastego wieku, kiedy jej syn Sydney był w ostatniej klasie w Harrow.

[

←66

]

       Sydney J. Loeb (1877-1964) był maklerem giełdowym i namiętnym wielbicielem Wagnera.

[

←67

]

       Wielebny Herbert Oakes Fearnley-Whittingstall urodził się 15 marca 1859 roku, a umarł 4 listopada 1949.
Kształcił się w Eton i New College w Oksfordzie. W 1891 roku poślubił Alice Wethered (1866-1945). Fearnley-
Whittingstall był rektorem Chalfont St Giles w hrabstwie Buckingham od 1902 roku.

[

←68

]

       Woolf używa tego słowa w jego znaczeniu teologicznym: „Opieranie etyki na formie prawa moralnego bez
względu na intencję ani konsekwencje” (Oksfordzki słownik języka angielskiego).

[

←69

]

       W sprawozdaniu „Times” z 4 listopada 1909 roku (s. 3), są wymienione jako „Panna Greenwood, siostra
Yendell i panna Gallwey”.

[

←70

]

       Adwokat pani Whittingstall.

[

←71

]

       To musi być błąd Woolf; w 1909 roku byli małżeństwem od 18 lat.

[

←72

]

       Po lunchu ojciec zabrał mnie do domu Carlyle’a w Chelsea – Szliśmy pieszo – Obeszliśmy dom z inteligentną
starą kobietą, która znała ojca i wiedziała o nim wszystko – Widzieliśmy salon i jadalnię i dźwiękoszczelny pokój C, z
podwójnymi ścianami – Jego biurko i pióra, i skrawki rękopisów – Portrety ich obojga wszędzie” („A Passionate
Apprentice”, s. 24).

background image

[

←73

]

       Wiemy o tym z księgi gości domu Carlyle’a. Hester Ritchie, wówczas dwudziestoletnia, była córką ciotki Woolf,
Anny Isabelli Ritchie, née Thackeray. Woolf odwiedziła ten dom co najmniej po raz czwarty 16 marca 1931 roku,
kiedy przygotowywała esej „Great Men’s House”, „Good Housekeeping”, 21, nr 1 (marzec 1932), ss. 10-11; 102-
103. Przedruk w: Virginia Woolf, „The London Scene”(London: The Hogarth Press, 1982), ss. 23-9.

[

←74

]

       Holroyd, „Lytton Strachey”, s. 202.

[

←75

]

       Bell, s. 196.

[

←76

]

       Andrew McNeillie, red. „The Essays of Virginia Woolf” (London: Hogarth Press, 1986), i, ss. 5-9. Cytat ze str.
5. Dalej cytowane jako „Essays”. Zob. także na ss. 54-58 esej Woolf oparty na „The Letters and Memorials of Jane
Welsh Carlyle” (2 sierpnia 1905).

[

←77

]

       Lee, s. 94.

[

←78

]

       „Essays”, i, s. 361.

[

←79

]

       Książka Protokołów CHPFC znajduje się w domu Carlyle’a.

[

←80

]

       „Szkic z przeszłości” w: „Chwile istnienia” (Warszawa, Twój Styl, 2005), przekład Maja Lavergne, s. 219.

[

←81

]

       Lee, s. 260.

[

←82

]

       „Essays”, i, s. 258.

[

←83

]

       „Letters”, i, s. 328.

[

←84

]

       Informacje o Amber Reeves zawdzięczam Ruth Fry, „Maud and Amber: A New Zealand Mother and Daughter
and the Women’s Cause 1865 to 1981” (Christchurch, New Zealand, Canterbury University Press, 1992).
Odniesienia do stron są zawarte w tekście.

background image

[

←85

]

       G.P. Wells, red., „H.G. Wells in Love: Postscript to an Experiment in Autobiography” (London: Faber and
Faber, 1984), s. 73. Opis związku z Reeves, zob. ss. 73-86.

[

←86

]

       Paul Delany, „The Neo-pagans: Rupert Brooke and the Ordeal of Love” (New York: The Free Press, 1987),.
ss. 35-36.

[

←87

]

       Cyt. Ruth Fry, „Maud and Amber”, s. 51.

[

←88

]

       Cyt. Frederic Spotts, „Letters of Leonard Woolf” (London: Weidenfeld and Nicolson, 1989), s. 149.

[

←89

]

       „Chwile istnienia”, ss. 125-127.

[

←90

]

       „A Passionate Apprentice”, ss. 182-184.

[

←91

]

       Anne Olivier Bell, red. „The Diary of Virginia Woolf (Volume v:1936-1941)” (London: The Hogarth Press,
1984), s. 103.

[

←92

]

       Co-operative Working Women, „Life As We Have Known It”, Margaret Llewelyn Davies, red. (London:
Hogarth Press, 1931), s. xxxix. W ciągu trzydziestu dwóch lat pełnienia urzędu Margaret Llewelyn Davies ani razu
nie wzięła pensji.

[

←93

]

       „Letters”, i, s. 381.

[

←94

]

       Lee, s. 275.

[

←95

]

       Lee, s. 277. Saxon Sydney-Turner (1800-1962) był w Cambridge razem z Thobym, Lyttonem Stracheyem i
Clive’em Bellem.

[

←96

]

       „Chwile istnienia”, s. 136.

[

←97

]

background image

       Bell, ss. 198-199.

[

←98

]

       Lee, ss. 239-240. Zob. także „Essays”, i, ss. 269-272, 288-293.

[

←99

]

       Cyt. u Bella, s. 198.

[

←100

]

       Lee, s. 241.

[

←101

]

       Zob. „A Passionate Apprentice”, ss. 224, 259, 261.

[

←102

]

       „Letters”, i, s. 398. W przypisie Nigel Nicolson i Joanne Trautmann błędnie identyfikują „pana Loeba” jako
„Jamesa Loeba (1867-1933), amerykańskiego bankiera, który założył Institute of Musical Art w Nowym Jorku i
Loeb Classical Library”.

[

←103

]

       W rozmowie z Christopherem Fifieldem.

[

←104

]

       Fifield, „True Artist and True Friend”, s. 439.

[

←105

]

       Kevin Allen, „August Jaeger: Portrait of Nimrod: A Life in Letters and Other Writings” (Aldershot: Ashgate,
2000), s. 178.

[

←106

]

       Allen, „August Jaeger”, ss. 178-179. Allen przytacza bardzo wiele listów od Jaegera do Loeba, jak również
przykłady „troskliwej dobroci” Loeba (s. 267) wobec Jaegera w ostatnich miesiącach jego życia. Zob. szczególnie
rozdział 14, ‘1909: „I can no more...”. Szczególnie ss. 264-270. Jaeger umarł na gruźlicę 18 maja 1909 roku.

[

←107

]

       Anne Olivier Bell, red. „The Diary of Virginia Woolf (Volume iii: 1925-1930)” (London: The Hogarth Press,
1980), s. 26. Jedno ze zdjęć, które zrobił Loeb, zamieszcza Spott w swoich „Letters of Leonard Woolf”.

[

←108

]

       Lee, ss. 119 i 84.

[

←109

]

       Lee, s. 293.

background image

[

←110

]

       Lee, s. 313.

[

←111

]

       Lee, s. 315.

[

←112

]

       David Bradshaw, „Hyams Place: «The Years», the Jews and the British Union of Fascists”, w: Maroula
Joannou, red., „Women Writers of the 1930s: Gender, Politics and History” (Edinbourgh: Edinbourgh University
Press, 1999), ss. 179-191.

[

←113

]

       Mój opis sprawy opiera się na sprawozdaniach z „Timesa” i na prywatnych papierach rodzinnych.

[

←114

]

       „Probate, Divorce and Admiralty Division. Before Mr Justice Bargrave Deane. Fearnley-Whittingstall v.
Fearnley-Whittingstall. Wife’s Plea for Judicial Separation”. „The Times” (27 października 1909), s. 3.

[

←115

]

       „The Times” (28 października 1909), ss. 3-4.

[

←116

]

       „The Times” (29 października 1909), s. 3.

[

←117

]

       Robert Fearnley-Whittingstall w rozmowie z Davidem Bradshawem, 3 lutego 2003.

[

←118

]

       „Essays”, i, s. 257.

background image

Spis treści

Wstęp
Wprowadzenie
Nota na temat tekstu
Dom Carlyle’a
Panna Reeves
Cambridge
Hampstead
Nowoczesny salon
Żydzi
Sądy rozwodowe
Komentarz

DOM CARLYLE’A
PANNA REEVES
CAMBRIDGE
HAMPSTEAD
NOWOCZESNY SALON
ŻYDZI
SĄDY ROZWODOWE

Nota biograficzna
Przypisy


Document Outline