James Samantha Jankeska

background image

SAMANTHA JAMES

JANKESKA

background image

PROLOG

Anglia 1790

Wysoka, porośnięta bluszczem brama strzegła wjazdu do Farleigh Hall. Długa,

szeroka aleja dojazdowa wiła się między pięknymi, tarasowo opadającymi ogrodami i

wysadzanymi cisami ścieżkami. Jednak największe wrażenie robił sam dwór - majestatyczna

budowla o okazałej fasadzie. Prowadziły do niego szerokie kamienne stopnie. Frontową

ścianę zdobiły smukłe, dwudzielne okna, okolone od wewnątrz połyskującymi złotem

jedwabnymi kotarami. Widok ten jednocześnie zachwycał i wzbudzał lęk.

We wschodnim skrzydle, pod czujnym okiem guwernera, pana Findleya, odbywali

naukę dwaj chłopcy. Coraz częściej jednak ich wzrok biegł ku oknu, które ze względu na

ciepłe czerwcowe popołudnie było lekko uchylone. Starszy z nich miał dziesięć lat i jasne

włosy, młodszy zaś, sześcioletni - kruczoczarne. Obaj spoglądali na świat połyskującymi

niczym srebro szarymi oczami, które odziedziczyli po ojcu.

Właśnie na niego czekali z takim niepokojem, nie mogąc usiedzieć z niecierpliwości.

W końcu pan Findley wzniósł oczy i machnął niecierpliwie dłońmi.

- Dość tego! - rzucił gniewnie. - Macie w głowach tylko siano. Wasz ojciec wraca

dopiero wieczorem, ale czyż moje słowa cokolwiek tu znaczą? Wiedza to niezwykle cenny

dar, lecz zdaje się, że żaden z was tego nie rozumie.

Obrzucił chłopców spojrzeniem, w którym lekceważenie mieszało się z zazdrością,

mrucząc coś pod nosem o niesprawiedliwości losu. Nawet jeśli w głowach będą mieli pusto,

to w kiesach nie zabraknie im grosza. Byli wszak synami siódmego księcia Farleigh, jednego

z najmajętniejszych parów Anglii.

W tej samej chwili dał się słyszeć turkot zbliżającego się powozu. Pochłonięty

myślami pan Findley nic zwrócił na to uwagi.

Powóz tymczasem zajechał już przed dwór. Starszy z chłopców puścił się biegiem po

szerokich marmurowych schodach. Młodszy próbował pójść za jego przykładem, przebierając

szybko szczupłymi nóżkami, lecz został daleko w tyle. Kiedy dobiegł do podwójnych drzwi

wejściowych, z powozu wysiadał właśnie przystojny mężczyzna w eleganckim, pasiastym,

jedwabnym surducie i jasnych obcisłych spodniach.

- Tatusiu! - Błyszczące radością oczy starszego z chłopców wpatrywały się z

zachwytem w rodziciela. - Strasznie za tobą tęskniliśmy. Bardzo lubię lekcje konnej jazdy z

Ferrisem. ale wolę z tobą.

Wzrok księcia spoczął na złotowłosej główce synka, potem przesunął się po

background image

arystokratycznej twarzyczce, która tak bardzo przypominała... Boże, jakiż ten chłopiec jest

podobny do matki!

- Ja także, Stuarcie - odpowiedział ze śmiechem. - Bardzo często myślałem w czasie

podróży o naszych lekcjach, dlatego nie mogłem się oprzeć i przywiozłem ci prezent.

Dał znak lokajowi. Na podjeździe rozległ się stukot końskich kopyt. Oczom zebranych

ukazał się jeździec, prowadzący małego białego kucyka.

- Och, tatusiu! - westchnął chłopiec z zachwytem. - Przywiozłeś mi kucyka. Ojej!

Będzie się nazywał Biały Tancerz.

Książę uśmiechnął się pobłażliwie i podprowadził konika.

Nie ma lepszego prezentu dla księcia Farleigh - oznajmił. Żaden z nich nie zauważył

małego Gabriela, który wpadł między nich jak strzała.

- Kucyk! - wykrzyknął z radością. - Tatusiu, przywiozłeś nam kucyka! - Z dziecięcą

żywiołowością wyciągnął rękę w stronę zwierzęcia.

Nagły ruch przestraszył zwierzę. Szarpnęło się w tył i uniosło przednie nogi. Stuart

gwałtownie odskoczył, o włos unikając zderzenia z kopytami.

- Ten kucyk jest dla twojego brata, nie dla ciebie! - rzucił gniewnie książę. - I cóż ty,

na litość boską, wyprawiasz? Płoszysz tylko konia. Twój brat mógł zginać.

- On nie chciał zrobić nic złego - ujął się za bratem Stuart - tylko pogłaskać kucyka.

Prawda, Gabrielu?

Zapytany nie odezwał się słowem. Bardzo zabolała go dezaprobata ojca. Pochylił

nisko ciemną główkę. Usta zaczęły mu drżeć, w oczach pojawił się smutek.

- Zapewne masz rację. - Książę nawet nie starał się ukryć zniecierpliwienia. - Jednak

byłoby lepiej, gdyby zachowywał się tak jak ty. Twój brat bywa czasami nieznośny.

Chłopiec jeszcze niżej spuścił głowę.

A co przywiozłeś Gabrielowi, tatusiu? - zapytał Stuart, pragnąc pocieszyć brata.

- Dobry Boże! - westchnął książę. - Byłem tak zajęty wybieraniem ci kucyka, że

zupełnie o tym zapomniałem. Ale nic się nie stało. Następnym razem coś mu przywiozę. A

teraz chodź, Stuarcie. Mamy ze sobą wiele do pomówienia. Postanowiłem bowiem, że

będziesz mi towarzyszył przy kolejnej mojej podróży do Londynu.

Stuart z dumnie wypiętą piersią poszedł za ojcem. Kiedy dotarli do drzwi, książę

odwrócił się nagle, jakby sobie o czymś przypomniał, i poklepał Gabriela po głowie, niczym

swojego ulubionego pupila, po czym ruszył do hallu.

Chłopiec nie był jednak ani jego ulubieńcem, ani pupilem. Był tylko dzieckiem, które

nie mogło zrozumieć, dlaczego ojciec tak je lekceważy.

background image

Za to matka doskonale to rozumiała.

W jednym z okien na piętrze poruszyły się jedwabne zasłony. Nie zauważona przez

całą trójkę lady Caroline Sinclair, księżna Farleigh, obserwowała całą scenę. Na jej twarzy

malował się smutek, jak każda matka czuła bowiem, że jej dziecku stała się krzywda. Tak

bardzo starał się zadowolić ojca, zwrócić na siebie jego uwagę. Edmund jednak był ślepy i

głuchy. Właściwie ledwie go zauważał.

Ulubieńcem księcia był jego pierworodny. Lady Caroline obawiała się, żeby drugi syn

nie podzielił losu drugiej żony.

Przypomniała sobie dzień, w którym Edmund przyszedł się oświadczyć.

Stuart potrzebuj e matki, a ja żony - oznajmił.

Jakiż był pyszny, arogancki i wyniosły. Wówczas zbytnio się tym nie przejęła, bo

miłość przesłaniała jej rozsądek. Pokochała Edmunda od pierwszego wejrzenia i była

szczęśliwa, że wybrał właśnie ją. Naiwnie wierzyła, że pewnego dnia i on ją pokocha.

Zrobiła wszystko, by zasłużyć na jego miłość. Niestety okazało się, że jego serce

pozostało przy pierwszej zmarłej przed kilkoma laty żonie.

Przycisnęła drżące palce do czoła. Musi być silna. Ma przecież Gabriela. Dla dziecka

potrafi znieść wszystko - i krzywdę, i ból. On jest wszystkim, co jej pozostało. Z ciężkim

sercem, lecz z uśmiechem na twarzy, zeszła na dół do hallu.

Chłopiec wciąż stał tam, gdzie go pozostawiono. Opuszczony i zapomniany przez

wszystkich. W jego duszy narastał bunt i sprzeciw. Dziecko nie zapomina wyrządzonych mu

krzywd.

Łagodnie, lecz stanowczo, wysunął się z czułych objęć matki. Nic chciał, by się nad

nim litowano. W oczach błysnęła duma. Właśnie duma nie pozwoliła mu uronić ani jednej

łzy. Był przecież synem swego ojca. Nawet nie przypuszczał, jak bardzo jest do niego

podobny.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Charleston, Karolina Południowa, 1815

Z nieba lały się strugi deszczu, mocząc śmiałków, którzy odważyli się wyjść na dwór,

a cuchnące, poryte koleinami zaułki zmieniając w grząskie bajora. Ale na głównej sali, w

oberży „U Czarnego Jacka” było ciepło, gwarno i wesoło. Choć mieściła się w odległości

zaledwie kilku przecznic od nabrzeża, schodzili się do niej goście z całego miasta. Należała

do najlepiej prosperujących zajazdów w okolicy. Słynęła z wybornego jadła, czystej pościeli i

grzecznej obsługi, a wszystko za godziwą cenę.

W tę dżdżystą, ponurą noc, przy stole w kącie sali, siedziało dwóch elegancko

odzianych dżentelmenów. Jeden z nich miał włosy czarne jak heban, drugi był ciemnym

blondynem o szczupłej sylwetce. Po tygodniach spędzonych na morzu z przyjemnością

zamienili ciasne kajuty na ciepłe i wygodne pokoje w oberży.

- Za nasz szczęśliwy powrót do Anglii i za świeżo upieczonego hrabiego Wakefield i

jego przyszłą żonę - zawołał ze śmiechem Christopher Marley.

Jego towarzysz. Gabriel Sinclair, nie podzielał jednak wesołości przyjaciela.

Niechętnie myślał o ożenku. Nie leżał on w jego planach.

Zapatrzył się w kielich, jakby ujrzał w nim wszystkie tajemnice świata. Ostatnie

tygodnie były jednym nic kończącym się koszmarem.

Stuart zmarł, śmiertelnie raniony w bitwie pod Nowym Orleanem. Ból ścisnął serce

Gabriela. Prawdę powiedziawszy, zupełnie nie był przygotowany na śmierć brata. On i Stuart

jakoś nie potrafili się do siebie zbliżyć, a z upływem lat jeszcze się od siebie oddalili. Gabriel

wyjechał z Farleigh w dniu pogrzebu matki i nigdy do niego nic powrócił. Zerwał wszelkie

kontakty z ojcem i zajął się z powodzeniem przewozem towarów drogą morską. Bez żalu

porzucił rodzinne dobra i wszystko, co się z nimi wiązało. Ojciec w ogóle się nim nic

interesował. Nie próbował go odnaleźć nawet wówczas, kiedy zaciągnął się do wojska i

wyruszył przeciw Napoleonowi. Przez pięć lat Gabriel nie miał od niego żadnej wiadomości.

Jakby jego młodszy syn nigdy nic istniał.

Wszystko się zmieniło wraz ze śmiercią Stuarta.

Przypomniał sobie spotkanie z ojcem, które odbyło się w gabinecie jego londyńskiego

domu, kiedy to dowiedział się o śmierci brata.

Ojciec nic się nic zmienił. Wciąż był jak dawniej arogancki i władczy.

- Jesteś teraz hrabią Wakefield, przyszłym księciem Farleigh - oznajmił lodowatym

tonem, którego Gabriel tak bardzo nienawidził. - Twoim obowiązkiem jest ożenić się i dać mi

background image

wnuka, który przedłuży linię rodu.

Obowiązek. Jakim wstrętem napawało go to słowo. Dotąd niewiele myślał o

obowiązku, bo to Stuart miał zostać hrabią Wakefield.

- Kobiety służyły mi do różnych celów, zarówno w łożu. jak i poza nim, ojcze. -

Uśmiechnął się złośliwie i patrzył z satysfakcją, jak na twarzy ojca pojawia się wyraz

niesmaku. - Nigdy jednak w celach matrymonialnych.

Edmund ściągnął gniewnie przyprószone siwizną brwi. Jego wciąż gęste, pomimo

upływu lat, włosy miały ten sam stalowo - szary odcień.

- Na to wygląda - rzucił oschle. - Informowano mnie o twoich... poczynaniach. Miałeś

wiele kochanek, lecz nigdy żony.

Uśmiech zniknął z twarzy Gabriela. Jak ten człowiek śmie go szpiegować?! Z trudem

powstrzymał wybuch gniewu.

- Z tytułem wiąże się odpowiedzialność, Gabrielu - ciągnął dalej książę. - Twój

dotychczasowy tryb życia musi ulec zmianie. Przede wszystkim powinieneś się ożenić.

Skoro, jak rozumiem, nie masz żadnej kandydatki, proponuję, byś poślubił dawną narzeczoną

Stuarta, lady Evelyn.

Gabriel wiedział, że brat zaręczył się z lady Evelyn, córką księcia Warrenton.

najbliższego sąsiada Farleigh w hrabstwie Kent.

- Nie widzę żadnych przeciwwskazań w tym względzie - dodał Edmund.

Gabriel był tak zaskoczony, że na chwilę stracił głowę. Dopiero później doszedł do

wniosku, że właściwie powinien się tego spodziewać. Z trudem powstrzymał chęć wyjścia z

gabinetu i posłania ojca do diabła.

Miał wiele wad, lecz nie był głupcem. Farleigh to rozległe dobra, a w dodatku miał w

przyszłości otrzymać tytuł księcia. Nie odrzuca się takich perspektyw. Może los chciał w ten

sposób osłodzić mu smutne lata dzieciństwa?

- No więc? - Aż za dobrze znał tę nutę zniecierpliwienia w głosie ojca. - Nie masz mi

nic do powiedzenia, Gabrielu? Skoro tak, to zakładam, że się zgadzasz.

Gabriel zacisnął dłonie w pięści.

- Ojcze - powiedział ze śmiertelnym spokojem. - Nic się nie zmieniłeś przez te

wszystkie lata. Nie uznajesz żadnej innej woli poza swoją własną. Czy miałoby dla ciebie

jakieś znaczenie, gdybym się sprzeciwił?

Jednocześnie pomyślał, że potrzebuje czasu, by się nad tym zastanowić. Co do

jednego nie miał wątpliwości. Jeśli zdecyduje się poślubić lady Evelyn, to tylko z własnej

nieprzymuszonej woli.

background image

Tak jak przypuszczał, książę zignorował jego szyderczą uwagę.

- A więc postanowione. Warrenton i jego córka zgadzają się na ten związek. Trzeba

niezwłocznie ogłosić wasze zaręczyny.

Nie. Mam do załatwienia interesy w Ameryce. Mój statek odpływa jutro o świcie.

Muszę więc nalegać na odłożenie tej sprawy do mojego powrotu.

Niechęć księcia do Jankesów była powszechnie znana. Nikt się temu nic dziwił,

wiedząc, co spotkało jego żonę, a teraz syna. Edmund zacisnął gniewnie wargi. Nie widzę

powodu do zwłoki...

- Ale ja widzę - wszedł mu w słowo Gabriel. Wstrzymanie się z tym na kilka miesięcy

byłoby bardziej stosowne ze względu na śmierć Stuarta. Poza tym uznano by to za

niewłaściwe, gdyby mnie zabrakło podczas ogłaszania tej wiadomości.

- Wzruszył ramionami i dodał z niezmąconym spokojem: - Parę miesięcy niczego tu

nie zmieni.

- Oczywiście masz rację - odpowiedział Edmund po dłuższym zastanowieniu.

Ogłosimy wasze zaręczyny, jak tylko wrócisz do Londynu.

Gabriel skonstatował z zadowoleniem, że ojciec z trudem hamuje gniew. Niewielkie

to zwycięstwo, ale zawsze coś.

Głośny śmiech przywołał go do rzeczywistości. Co takiego powiedział Christopher?

„Za hrabiego Wakefield i jego przyszłą żonę.” Uniósł w górę brew. W tej chwili prędzej by

poślubił odrażającą wiedźmę niż lady Evelyn.

- Dopiero co przypłynęliśmy - rzucił lekkim tonem. Chcesz wyjechać bez

posmakowania wszystkich przyjemności, jakie oferuje nam Charleston? O ile sobie

przypominam, w czasie naszej ostatniej tu bytności niemal wszystkie pokojówki w mieście aż

się paliły do spotkania z angielskim ostrzem.

Christopher zbyt dobrze znał przyjaciela, by nie zwrócić uwagi na ten pozornie

beztroski ton.

Coś cię trapi - zauważył ze spokojem.

Trapi? Czemu miałby się trapić spotkaniem z ojcem?

Uśmiechnął się ironicznie.

- Wkrótce poślubię kobietę, której ród należy do najstarszych w Anglii. Masz rację.

Christopherze. Wznieśmy toast za połączenie rodów Warrenton i Farleigh. - Uniósł w górę

kufel. - Niech będą przeklęci!

Christopher przyglądał się, jak Gabriel opróżnia do dna kufel z piwem. Przed oczami

stanął mu obraz bladej, eterycznej blondynki, którą miał poślubić jego przyjaciel. Westchnął.

background image

Czego by nic dał za to, by móc znaleźć się na miejscu Gabriela. Ale dla zwykłego baroneta

urocza Evelyn była równie nieosiągalna jak gwiazdy.

- Lady Evelyn nie jest przecież potworem, Gabrielu. Wprost przeciwnie, jest

niezwykle urodziwa. Na twoim miejscu nic traktowałbym tego, co cię czeka, jak dopustu

bożego.

Gabriel nic na to nie odpowiedział. Odziedziczył już po Stuarcie tytuł, więc dlaczego

nie narzeczoną? - pomyślał.

Tak po prawdzie to nic o samo małżeństwo tu chodziło. Christopher ma rację. Evelyn

nie jest brzydka. W dodatku jest cicha, nieśmiała i chyba się go boi. Zrobi to, co jej każą, i nie

ośmieli się sprzeciwić. Cóż to ma za znaczenie, że wkrótce będzie żonaty? Małżeństwo i

wierność rzadko chodzą w parze. Wszyscy uważają za normalne to, że mężczyzna sypia tam,

gdzie chce, i z kim chce. Nic, w niczym to nie zmieni trybu jego życia. Jednak na samą myśl

o ożenku czuł palący gniew. Najbardziej oburzał go fakt, że to ojciec kazał mu się ożenić z

Evelyn. Uznał zapewne że syn spełni jego polecenie. Arogancki tyran!

- Nic przypuszczałem, że ożenię się z obowiązku - powie dział po chwili, po czym

dodał gniewnie: - Właściwie to wcale nie miałem zamiaru się żenić.

Kiedy oberżysta stawiał przed nimi talerze z pieczoną wołowiną, pieczonymi

karczochami i soczystą szynką. Christopher w milczeniu przyglądał się przyjacielowi. Odkąd

pamiętał, Gabriel zawsze miał charakter porywczy i buntowniczy. Poznali się w Cambridge.

Już wtedy stosunki między nim i ojcem były chłodne. Teraz jednak wyczuwał w nim jakąś

twardość, milczący upór, który pojawił się po śmierci matki. Mógłby przysiąc, że Gabriel

wini ojca za jej śmierć... A przecież śmierć Caroline była tragicznym wypadkiem. Nie zapytał

jednak Gabriela, dlaczego ojca czyni za nią odpowiedzialnym. Istniały pewne granice,

których nie należało przekraczać.

- Niektórzy z ochotą weszliby w ten małżeński interes - stwierdził na koniec. -

Niestety, wiążą się z tym pewne obowiązki.

Gabriel roześmiał się szorstko i chwycił za widelec.

- Masz rację. Kobiety uważają że mężczyźni są wolni. Ale małżeństwo jest po to, by

zdobyć to, czego się nie ma. Czyż nie na ironię zakrawa fakt. że kobieta obdarzona urodą

pragnie poślubić majątek? Jeśli zaś jest bogata, to w ogóle nie musi wychodzić za mąż.

Mężczyzna natomiast... no cóż, jeśli mężczyzna chce mieć dziedzica, musi znaleźć sobie

żonę.

Błękitne oczy Christophera rozbłysły wesołością.

- Może przyszłe małżeństwo utemperuje twój charakter. - Zachichotał. - Cóż za

background image

intrygująca perspektywa.

Gabriel po raz pierwszy roześmiał się wesoło.

W istocie, intrygująca - przyznał. - Czyż jednak możliwa? - Pokręcił głową z

powątpiewaniem. - Nie sądzę.

Doskonale wiedział, że opinia rozpustnika, jaką się cieszył w towarzystwie, jest w

pełni zasłużona. O rozpuście wiedział wiele, o cnocie - prawie nic.

- Proponuję, byśmy zajęli się przyjemniejszymi sprawami - rzekł lekkim tonem. -

Ciekaw jestem, jakież to nowe kwiatuszki rozkwitły w czasie naszej nieobecności.

Z zaciekawieniem powiódł wzrokiem po sali. Do jednego z właśnie zwolnionych

stołów podeszła dziewczyna, by sprzątnąć puste kufle. Miała szerokie biodra, duże brązowe

oczy i pulchne rumiane policzki. Kiedy spostrzegła, że jest obserwowana, uśmiechnęła się

promiennie i pochyliła niżej nad stołem. Bluzka rozchyliła się. odsłaniając bujne piersi.

- Oho! - mruknął Christopher. - Trudno nazwać chłodną tę prezentację kobiecych

wdzięków, nie sądzisz?

- W istocie - przyznał Gabriel rozbawiony zachowaniem dziewczyny. Jej intencje były

zupełnie oczywiste. Jak na mój gust trochę za obfita - powiedział.

Christopher wybuchnął śmiechem.

Na pewno byłaby dobrą żoną dla jakiegoś wieśniaka.

W lej chwili ukazała się druga dziewczyna. Wyszła właśnie z kuchni, w pośpiechu

zawiązując w pasie fartuch.

Ileż w niej było młodzieńczego wdzięku. Kolor włosów przywodził na myśl ogień

płonący na kominku - ekscytująca kombinacja bursztynu i złota. Związywała je w ciasny

węzeł na karku. Gabriel nic mógł się oprzeć wrażeniu, że dziewczyna stara się ukryć swą

urodę.

Christopher podążył za jego wzrokiem i uniósł w górę brew.

- Oto dziewczę, które sprawiłoby przyjemność zarówno oczom, jak i ustom. Natura

hojnie ją obdarzyła. W niczym nie ustępuje pannom z towarzystwa. Mogłaby wysoko

mierzyć, nie sądzisz?

Gabriel nie spieszył się z odpowiedzią. Zresztą jego wzrok mówił sam za siebie.

Christopher westchnął z żalem, bo sam z przyjemnością posmakowałby takiej piękności, lecz

Gabriel dostrzegł ją pierwszy.

Nie mógł oderwać od niej wzroku. Ubrana była tak jak jej towarzyszką w zniszczoną,

muślinową sukienkę, która niegdyś była zielona. Kwadratowy dekolt był głęboko wycięty.

Dziewczyna niosła przed sobą ciężką tacę z kuflami pieniącego się piwa, zmierzając ku

background image

przeciwległemu końcu sali.

Nie uszło uwagi Gabriela, że jej ręka często wędruje ku dekoltowi, który odsłaniał

zaledwie skraj miękkich krągłości. Uśmiechnął się lekko, stwierdzając ze zdziwieniem, że

bardziej fascynuje go to, co zostało skromnie ukryte, niż to, co druga dziewczyna tak

bezwstydnie odsłoniła.

Zniszczona sukienka podkreślała niezwykle szczupłą sylwetkę dziewczyny. Wydała

mu się dziwnie nie na miejscu, niczym delikatny różany kwiatek wśród ciernistych krzewów.

Natychmiast się zreflektował. Cóż za nonsensowne myśli przychodzą mu do głowy? Żeby

porównywać tę prostaczkę do róży? W tej samej chwili przyszło mu do głowy, że matka

kochała przecież kwiaty.

Tuż obok rozległ się szelest spódnic. Przy ich stole stała tęższa dziewczyna.

- Czy smakowało panom jedzenie? - zapytała, spoglądając na nich ciemnymi

wymownymi oczyma.

Zawsze uprzejmy Christopher pospieszył z odpowiedzią.

- Tak. dziękujemy, panienko. Proszę przekazać słowa uznania kucharzowi. Chleb był

aromatyczny i gorący, wołowina delikatna i dobrze przyprawiona.

Uśmiechnęła się i przesunęła językiem po wargach.

- Mam na imię Neli - powiedziała. - Jesteście panowie Anglikami, tak?

W istocie. - Christopher wstał i skłonił się żartobliwie. - Jestem Christopher Marley, a

to Gabriel Sinclair, świeżo upieczony hrabia Wakefield.

Oczy Neli zrobiły się okrągłe. Dygnęła tym razem niezwykle skromnie. Sprytne

posunięcie, pomyślał Gabriel, skłaniając głowę.

- Skoro tak, to muszę wam powiedzieć, panowie, że nie mam nic przeciwko

angielskim dżentelmenom. Odkąd wojna się skończyła, mieliśmy ich kilku. I byli to

prawdziwi panowie, nie tacy jak większość tych tutaj.

Gabriel uśmiechnął się uprzejmie. Kiwnął głową w stronę, gdzie stała druga

dziewczyna.

A kim jest tamta panienka? Uśmiech Neli zbladł.

Ach, to Cassie. Jej mama pracowała kiedyś w tej oberży - wyjaśniła i mrugnęła

znacząco. - Całe Charleston wie, że drzwi na noc nie zamykała, jeśli wiecie, co mam na

myśli. Jakiś czas temu uciekła i zostawiła swojego dzieciaka. Dziewczyna zadziera nosa jak

jakaś dama tylko dlatego, że wyraża się lepiej ode mnie. To przez to, że Bess ją uczyła. Bess

była kiedyś pokojówką we dworze. Gabriel kiwną! głową.

- Rozumiem. A kim jest Bess?

background image

- Była - poprawiła Neli. - Przed miesiącem umarła w połogu. Ona i Cassie były ze

sobą jak matka i córka.

Skrzywiła się, kiedy spostrzegła, że Gabriel nie może oderwać oczu od jej koleżanki.

- Na mój gust ma zbyt mały tyłek i nie za bardzo ma czym oddychać.

Uniosła załomie głowę i przesunęła palcem wzdłuż kołnierzyka surduta Christophera.

- Gdybyście chcieli czegoś więcej, wystarczy zapytać o Neli.

Po jej odejściu Christopher zaśmiał się sucho. Dobry Boże, chęci to ma aż nadto.

I raczej nie przebiera w klientach - dodał Gabriel. Christopher poszedł za jego

wzrokiem i zobaczył, że jakiś jegomość o wydatnej szczęce, siedzący przy wejściu, złapał

Neli w pasie. Kiedy pociągnął ją na kolana, wybuchnęła śmiechem i objęła go za szyję.

Mężczyzna wsunął jej rękę za bluzkę i obmacywał pierś. Gabriel skrzywił się z niesmakiem.

W tym momencie z kuchni wyszła druga dziewczyna.

- Trudno mi pojąć, jak matka mogła ją zostawić - zauważył Christopher. - Przecież to

jeszcze dziecko. - Pokręcił ze smutkiem głową.

Gabriel wyciągnął nogi pod siołem. Ta część miasta nie należała do najpiękniejszych.

W wąskich uliczkach pełno było krów i koni. Mieszkańcy bez skrupułów rzucali śmiecie,

gdzie popadło. Ulice były błotniste i cuchnące. Jeśli prawdą było to, co powiedziała Neli,

dziewczyna nie miała lekkiego życia.

- Rzeczywiście, jej położenie jest dość żałosne - przyznał Gabriel. - Ale w Londynie

też mnóstwo dzieci głoduje i żyje na ulicach, nie mając gdzie się skryć w chłodne noce.

Christopher klepnął go po ramieniu.

- Nie miałem pojęcia, że wiesz o takich sprawach. Może jest jednak dla ciebie jakaś

nadzieja.

Ich uwagę przyciągnął głośny wybuch śmiechu. Grupa mężczyzn przy sąsiednim stole

postanowiła zabawić się z Cassie, która właśnie napełniała im kufle piwem, starając się

unikać natrętnych rąk.

- Chodź tu, dzieweczko. Pokaż, co tam ukrywasz pod spodem!

- A co wam do tego? - odcięła się. - Idźcie do Neli, ona ma się czym pochwalić...

Dam głowę, że ty masz od niej piękniejsze. Krągłe jak dojrzałe brzoskwinie z

czerwonymi niczym wiśnie sutkami...

Jego towarzysze zachichotali lubieżnie.

- No dalej! - rozległ się głos gościa siedzącego przy innym stole. - Zobacz, co ona tam

ma!

Jeden z mężczyzn położył jej dłoń na pośladkach i mocno uszczypnął. Kiedy skoczyła

background image

jak oparzona, zarechotali z radości.

Gabriel popijał piwo przyglądając się w milczeniu całej scenie. Nie czuł niesmaku,

takie widoki bowiem były w oberży czymś zwyczajnym. W swoim klubie w Londynie

widywał jeszcze gorsze rzeczy. Dziewczynie z pewnością nie były one obce. Na pewno jej się

podobały. Takie jak ona to lubią...

Jednak się mylił. Kiedy krzepki żeglarz złapał ją za spódnicę, wyrwała ją gwałtownie,

a w jej oczach błysnęła nienawiść. Gabriel wolno odstawił kufel na stół. Nie, musiało mu się

chyba przywidzieć. Dziewczyna z pewnością była taka jak inne.

Cassie McClellan postawiła z impetem tacę na długim stole w kuchni. Boże, jak ona

tego wszystkiego nienawidziła. Zapachu potu i piwa. napastliwych męskich rąk i oślinionych

warg. Wzdrygnęła się z obrzydzenia. Te ich odrażające obłapianki. Sto razy bardziej wolała

obierać i kroić cebulę, parzyć ręce od gorących garnków, a nawet szorować podłogi, niźli

wchodzić do tego hałaśliwego przybytku szatana. Na samą myśl o tym czuła skurcz żołądka.

Ale Czarnemu Jackowi zależało jedynie na klientach. Nic dbał o to, jak traktują oni

jego pomocnice. Ponownie zadrżała, przypominając sobie dotyk lepkich dłoni na swoim ciele.

Boże. jakże nienawidziła tych świń! Szukali w piwie zapomnienia, rozrywki zaś u tych. które

je podawały.

A dziś wieczorem pojawił się jeszcze on - ciemnowłosy mężczyzna siedzący w rogu

sali. Bez przerwy się w nią wpatrywał.

Tego właśnie nienawidziła najbardziej. Na samą myśl, że widział, jak ci okropni

mężczyźni ją zaczepiali, robiło jej się gorąco ze wstydu, upokorzenia i... gniewu. Czyżby

bawił się jej kosztem? Czyżby żartował sobie z niej? Jak on śmiał!

Jednocześnie zastanawiała się. kim są ci dwaj eleganccy dżentelmeni: może to kapitan

jednego ze statków stojących w porcie i pierwszy oficer? A może plantator z Południa albo

bogaty kupiec? Czarny Jack osobiście dopilnował przygotowania dla nich posiłku i sam ich

obsłużył. Już samo to przydawało rangi tym jegomościom.

Wycierając ręce w ścierkę rzucała ukradkowe spojrzenia w stronę sali. Trudno było

cokolwiek zobaczyć z powodu gęstego dymu. ale zauważyła, że Czarny Jack znowu stoi przy

ich stole.

W tym momencie do kuchni weszła Neli. Przepaskę do włosów miała przekrzywioną,

a rękawy sukni zgniecione i zsunięte z ramion. Cassie pospiesznie odwróciła wzrok. Neli

wyglądała, jakby właśnie wyszła z czyjegoś łóżka.

- A niech to! - zachichotała. Wiesz, kto do nas zawitał? Angielski hrabia! Pewnie ich

widziałaś. Siedzą przy tym stole w rogu. Ten czarny to hrabia. Diabelsko przystojny z niego

background image

paniczyk. Aż dreszcze przebiegają po ciele na jego widok. - Cisnęła pół tuzina brudnych kufli

do miski z wodą. - Żebyś widziała jego ręce. Są takie czyste, nawet paznokcie, wyobrażasz

sobie? I ten surdut... widziałaś go, Cassie? Z prawdziwego aksamitu. Nie wiem, czemu tyle

paplę o jego przyodziewku. Najbardziej interesuje mnie to, co ma pod spodem. -

Zachichotała.

Cassie skrzywiła się w duchu. Neli była taka jak jej matka. Zbyt łatwo i zbyt

nieroztropnie się zakochiwała. Cassie już dawno postanowiła, że nie popełni tego błędu.

Przeszła między zwisającymi z belki wędzonymi szynkami i zatrzymała się przed spiżarnią.

Neli zaś paplała dalej.

- A ten drugi nazywa się Christopher Marley. Też niczego sobie jegomość. Będę dziś

dla ciebie hojna, Cassie. Możesz sobie wziąć Christophera Marleya. - Zachichotała. - Ale ty

pewnie nic wiedziałabyś, co z nim robić, co?

Cassie zaczerwieniła się aż po nasadę włosów, czym wywołała kolejny wybuch

śmiechu Neli. Czyż nigdy nie nauczy się ignorować Neli? Ach. gdyby tylko mogła wyjść

przez te drzwi i więcej nie wrócić. Co zaś się tyczy hrabiego, to mało ją obchodziło, czy był

królem Anglii, czy też właścicielem kupy gnoju.

Do kuchni wtoczył się Czarny Jack. Był to wielki, zwalisty i kudłaty mężczyzna o

ponurym wejrzeniu. Cassie już dawno doszła do wniosku, że to z tego powodu zdobył sobie

przydomek „Czarny”.

Co tu robicie? - warknął na nie. - Zabierajcie stąd swoje leniwe tyłki! Goście czekają!

- Jego wzrok zatrzymał się na Cassie. - A ty weź butelkę brandy i zanieś tym dwóm

dżentelmenom w rogu sali. Podaj też kryształowe kieliszki.

- Nie ma potrzeby obciążać tym Cassie - zagadała szybko Neli. - Ja ich obsłużę...

- Nie ty, tylko ona.

Cassie znieruchomiała. Ma obsłużyć tego człowieka, który lak się na nią gapił?

Doskonale wiedziała że za propozycją Neli nie kryje się dobra wola. Z pewnością liczyła, że

dziś wieczór będzie grzać łóżko temu dżentelmenowi. Cassie nie miała jej tego za złe.

- Nic mam nic przeciwko temu, by Neli...

- Ale ja mam! - przerwał jej ostro Czarny Jack. Na belce wisiał długi rząd

miedzianych rondli i naczyń. Cassie wzdrygnęła się. kiedy pochwycił drewnianą chochlę i

machnął nią groźnie. - Powiedziałem już, że pójdziesz ty, nie ona! A teraz do roboty, bo

stracę cierpliwość. Uśmiechaj się i bądź miła dla tych panów. I przestań zakrywać dekolt.

Poczuła pod powiekami piekące łzy. Na oślep sięgnęła po butelkę brandy i najlepsze

kryształowe kieliszki. Przekonywała siebie w duchu, że przecież setki razy już to robiła. A ci

background image

dwaj nie będą zapewne gorsi od innych.

Wzięła głęboki oddech, pchnęła wahadłowe drzwi i weszła na salę. Powitały ją

hałaśliwe okrzyki. Ignorując grubiańskie zaczepki i natrętne ręce. przepchnęła się ku

stojącemu w rogu stołowi. Im bliżej podchodziła, tym jej kroki stawały się wolniejsze. W

pewnej chwili czarnowłosy mężczyzna uniósł głowę i ich oczy się spotkały. Cassie poczuła,

jakby przez jej ciało przebiegł piorun. Owładnęła nią przemożna chęć, by odwrócić się i uciec

stąd jak najdalej. Nie wiedziała jednak, co było tego przyczyną.

Co takiego powiedziała o nim Neli? Diabelsko przystojny. Jednak to pierwsze słowo

bardziej do niego pasowało.

Naturalnie nie mogła zaprzeczyć, że jest wyjątkowo przystojny. Nigdy dotąd nie

spotkała mężczyzny o tak pięknej fizjonomii. Wysokie kości policzkowe i niezwykle

kształtna linia szczęki. Włosy miały kruczoczarny odcień i przycięte były dość krótko.

Zmierzwione loki opadały na czoło w sposób, jakiego Cassie nigdy dotąd nie widziała.

Pomimo całej swej doskonałości jego oblicze było wyjątkowo męskie.

Czuło się w nim jednak jakąś szorstkość, zwłaszcza w zaciśniętych ustach i oczach

okolonych ciemnymi brwiami, spoglądających na nią zimno i przenikliwie niczym ostre,

szklane igiełki.

Cassie pierwsza odwróciła wzrok. Przełknęła z trudem ślinę i podeszła do stołu. Przez

cały czas nie spuszczał z niej błyszczącego jak srebro spojrzenia, prześwidrowującego ją na

wylot. Neli miała rację, pomyślała. Ona również poczuła dreszcze przebiegające wzdłuż

kręgosłupa.

Proszę, panowie.

Przez przypadek stanęła obok jasnowłosego panicza, tego. który według słów Neli

nazywał się Christopher Marley. Pospiesznie ustawiła na stole kryształowe kieliszki.

Jesteś Cassie, prawda? - zapytał z uśmiechem blondyn. Niechętnie uniosła wzrok i

odetchnęła z ulgą. Ten mężczyzna w niczym nie przypominał swego towarzysza. Miał

łagodne oczy i ciepły, miły uśmiech.

- Tak, wielmożny panie - mruknęła. - Cassie McClellan.

- Czy Cassie to skrót od Cassandry?

- A jakże. - Kiwnęła głową. - Ale wszyscy mówią do mnie „Cassie”. - Poczuła się

swobodniej i pozwoliła sobie na lekki uśmiech.

W odpowiedzi uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- To imię bardzo do ciebie pasuje. - Odchylił się na oparcie krzesła i przyjrzał się jej

ciekawie. - Czy Charleston zawsze było twoim domem?

background image

Domem? Trudno nazwać domem tę ciasną małą izbę na poddaszu, którą dzieliła z

Neli. Marzyły z Bess, że kiedy odłożą dość pieniędzy, kupią mały domek i zajmą się szyciem

dla wielkich pań, obie bowiem miały zręczne palce do igły. Równie dobrze mógł to być nawet

jeden pokój. Najważniejsze, żeby od nikogo nie były zależne. Na myśl o Bess serce jej się

ścisnęło. Drogą kochana Bess. Choć niewiele od niej starsza, była lepszą matką niż jej

własna. Przygarnęła, zapewniła opiekę i troszczyła się jak nikt na świecie.

Nie, pomyślała. Nic miała i zapewne nigdy nic będzie mieć własnego domu.

Spuściła wzrok i zajęła się wyciąganiem korka z butelki.

- Tak - odpowiedziała po chwili. Tu się urodziłam. - Po czym dodała z nikłym

uśmiechem: - Po prawdzie to nigdy stąd nie wyjeżdżałam.

Zapadła pełna napięcia cisza, w czasie której Cassie zmagała się z korkiem od butelki.

Palce jej się trzęsły, bo hrabia nie spuszczał z niej przenikliwego spojrzenia. Ze

zdenerwowania zaczęła gwałtownie szarpać korek.

- Pozwól, że ja to zrobię - posłyszała jego głos, w którym dźwięczała z trudem

skrywana niecierpliwość.

Uniosła wzrok i otworzyła usta, lecz nie wiedziała, co powiedzieć. Silne palce objęły

szyjkę butelki. Wierzchem dłoni musnął przypadkowo jej piersi. To wystarczyło, by Cassie

zupełnie straciła głos. Poczuła bowiem, jak całe jej ciało staje w ogniu.

Korek odskoczył. Dla Cassie ten dźwięk zabrzmiał niczym wystrzał armatni.

Zaczerwieniła się, kiedy zaczął nalewać do kieliszków.

- Dziękuję wielmożnemu panu. - Ponownie ogarnęło ją pragnienie ucieczki, lecz

kątem oka dostrzegła stojącego w drzwiach kuchni Czarnego Jacka. Modląc się, by nikt nie

spostrzegł, że cała się trzęsie, dygnęła i nie podnosząc oczu zapytała: - Czy wielmożni

panowie życzą sobie jeszcze czegoś?

Nie miała ochoty patrzeć na hrabiego, lecz zmusił ją do tego siłą swego wzroku.

Przyglądał jej się chłodno, taksująco. Omiótł spojrzeniem szyję, po czym zszedł niżej, ku

wypukłościom wyłaniającym się znad obszytego falbanką stanika.

Na razie nic - odpowiedział wolno.

Skinęła głową zawstydzona i jednocześnie zagniewana jego śmiałą lustracją.

Wobec tego wytrę tylko stół.

Pragnąc jak najszybciej odejść, sięgnęła przez stół po puste kufle po piwie. Stawiając

je pospiesznie na tacy. zahaczyła łokciem o butelkę brandy, przewracając ją na blat stołu.

Mężczyźni gwałtownie poderwali się z miejsc. Na szczęście rozlewający się

ciemnoczerwony płyn nie zmoczył żadnego z nich.

background image

- Na Boga, dziewczyno, nie masz pojęcia o obsługiwaniu gości - wykrzyknął wściekle

hrabia.

Natychmiast zaczęła porządkować bałagan.

Nie pracuję tu od dziś. wielmożny panie - rzuciła gniewnie. Jestem prawie tak długo

jak Neli!

- Wobec tego ciekaw jestem, czy Czarnemu Jackowi zostały jeszcze w piwnicy jakieś

butelki - padła cięta riposta.

Tego było już za wiele. Jak on śmie tak ją traktować?! Wyprostowała się i spojrzała na

niego z oburzeniem.

Jakim prawem krytykujesz mnie, panie?! - wykrzyknęła. Może gdybyś przepracował

uczciwie choć jeden dzień w życiu, nie osądzałbyś tych, którzy starają się wykonywać swoją

pracę jak najlepiej!

Nie zauważyła, że do stołu podszedł Czarny Jack. Drgnęła nerwowo, kiedy jej ramię

znalazło się nagle w żelaznym uścisku, po którym, wiedziała z doświadczenia, będzie miała

sińce.

- Jak śmiesz odzywać się w ten sposób do jego lordowskiej mości?! Natychmiast

przeproś wielmożnego pana!

Twarz Cassie oblał szkarłatny rumieniec. Nie dość, że została skarcona na oczach

wszystkich gości, to na dodatek on był świadkiem jej wstydu. Gdyby tak się na nią nie gapił,

nie doszłoby do tego.

Grube palce boleśnie wpijały się w jej ramię. Słyszałaś, co powiedziałem?

Poczuła w gardle palące łzy. Nienawidziła hrabiego za to, że doprowadził do takiej

sytuacji, a siebie za bezradność. Jednak na myśl o tym, że Czarny Jack będzie się cieszył z jej

upokorzenia, uniosła wysoko brodę.

- Przepraszam - powiedziała, prawic nie poruszając wargami.

Czarny Jack zmierzył ją groźnym spojrzeniem i puścił jej ramię, po czym zwrócił się

do obu mężczyzn:

Dopilnuję, by przyniesiono panom drugą butelkę. Christopher Marley uniósł w górę

rękę.

- Ja dziękuję. Dość już dziś wypiłem - powiedział. Popatrzył na Cassie i poklepał ją po

ręku. - Nic się nie stało, panienko. Nie zaprzątaj sobie tym swojej pięknej główki.

- Ależ oczywiście - dodał chłodno hrabia. Nie możemy na to pozwolić, prawda?

Tymczasem Czarny Jack pchnął ją energicznie w stronę kuchni. Gdy tylko znaleźli się

w środku, jego gniew wybuchł z całą siłą.

background image

- Tego już za wiele, dziewczyno. Nie zmuszałem cię. byś zapraszała do siebie

mężczyzn, skoro nie chciałaś, ale dość mam twoich humorów. Od dziś koniec z nimi.

słyszysz? Kiedy prześpisz się z mężczyzną, przestaniesz być tak cholernie płochliwa.

Najwyższy czas to zmienić.

Świat zawirował nagle wokół niej. Dobry Boże. chyba on nie myśli, że ja... Patrzyła w

odrętwieniu, jak Czarny Jack stawia na tacy kieliszek i nową butelkę brandy.

- Zaniesiesz to do różowego pokoju. Tam śpi hrabia - warknął. Jeśli ktoś płaci tyle za

noc, to trzeba mu to wynagrodzić. I nie udawaj, że nie wiesz, co mam na myśli. Jeśli go

zadowolisz, ja też będę zadowolony. Na twoim miejscu nie zapominałbym o tym. w

przeciwnym razie jutro znajdziesz się na ulicy.

Cassie rzuciła mu przerażone spojrzenie. Tu jest źle. ale na ulicy będzie jeszcze

gorzej. Nie dalej jak wczoraj znaleziono w zaułku młodą kobietę, na wpół nagą, z

poderżniętym gardłem.

Słowa Czarnego Jacka podziałały na nią jak rozżarzone węgle na stopy. Chwyciła tacę

i pobiegła na górę, jakby ją ktoś gonił.

Różowy pokój należał do najlepszych w oberży. Stało tam szerokie łoże z

baldachimem, przykryte różową haftowaną narzutą. W oknach wisiały brokatowe zasłony w

takim samym odcieniu.

Kiedy jej matka zaczęła pracować u Czarnego Jacka, Cassie często wślizgiwała się do

tego pokoju i oddawała się marzeniom. Wyobrażała sobie, że jest piękną damą i panią

wielkiego domu z dwunastoma takimi jak ten pokojami. Nigdy nie bywa głodna i zziębnięta.

Teraz jednak marzyła tylko o tym. by uciec z tej strasznej oberży, od tej niewdzięcznej, nie

kończącej się harówki.

Weszła do pokoju, postawiła tacę na podręcznym stoliku przy oknie i objęła

chłodnymi dłońmi rozpalone policzki. Czyż to źle chcieć więcej? Nie chciała dużo. jedynie

tego, by było jej trochę lepiej. Wystarczyłby malutki własny domek, w którym czułaby się

bezpiecznie, trochę pieniędzy, by móc sobie kupić nową suknię i kapelusz. Nic chciała

umrzeć jak Bess, w dusznej izbie na poddaszu, w której unosił się zapach kurzu i śmierci.

Gdyby tylko znalazła jakieś wyjście...

Zebrała się w sobie, wyprostowała i wytarła wilgotne od łez oczy. Czy Czarny Jack

naprawdę oczekiwał od niej, że odda się hrabiemu? Strach podszedł jej do gardła. Przecież

nie będzie tu stała jak jagnię przeznaczone na rzeź!

Obróciła się na pięcie i w tym momencie jej wzrok spoczął na stojącej na wprost okna

komodzie. Na wierzchu leżała garść srebrnych monet. Nie było tego wiele, ale dla niej to cała

background image

fortuna.

Wystarczy sięgnąć ręką, a będą należały do niej... - Kusząca sumka, co? Ale jeśli

chcesz ją dostać, musisz na nią zapracować, Jankesko.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

To był on.

Miała wrażenie, że zamieniła się w sopel lodu. Pragnęła uciec stąd tak szybko, jak to

możliwe, lecz nogi odmówiły jej posłuszeństwa. W końcu udało jej się odwrócić do niego.

Jakiż on wysoki, pomyślała, o wiele wyższy, niż wydawał się na dole. Miał szerokie

ramiona; rękawy surduta opinały je ciasno jak rękawiczka. Ciemne bryczesy uwydatniały

napięte mięśnie ud. Był kwintesencją wdzięku i elegancji.

Jeśli zacznę uciekać, natychmiast mnie złapie, pomyślała. Ku jej przerażeniu minął ją i

podszedł do tacy. Nalał do kieliszka sporą porcję porto i wyciągnął w jej stronę.

Napijesz się ze mną, Jankesko?

Pić z tego samego kieliszka co on, dotykać wargami miejsca, którego on dotykał na

taką intymność nie pozwoliła sobie dotąd z żadnym mężczyzną.

Pokręciła głową.

- Nie gustuję w mocnych trunkach - wydusiła z trudem.

- Nie? Wobec tego za... Jankesów.

Uniósł kieliszek w toaście i wypił, nie spuszczając z niej przenikliwego spojrzenia. Z

trudem panowała nad zdenerwowaniem.

- Proszę mi wybaczyć, panie, ale muszę wracać...

- Wolałbym, żebyś została.

Splotła nerwowo ręce. Nie może tu zostać, bo... Chryste, nie śmiała nawet o tym

myśleć! Nawet groźby Czarnego Jacka nie zmuszą jej do tego...

Pozostała jej tylko nadzieja, że hrabia jest człowiekiem honoru. Poczuła dziwną

suchość w gardle.

- Widzę, że ci się nie podobam. Myślę nawet, że gdyby nie Czarny Jack, nie

przyszłabyś tutaj.

- Chciałabym móc wybierać, gdzie chcę być. I co ważniejsze, z kim chcę być.

Czuła, że się z niej śmieje. Jakież to okrutne z jego strony!

- Wielmożny panie - spróbowała jeszcze raz. - Proszę mi wybaczyć, że byłam taka

niezdarna. Bardzo tego żałuję. Nie rozumiem jednak, dlaczego miałabym zostać ukarana...

- Ukarana? Ależ mylisz się, dziewczyno. Nie karę bowiem miałem na myśli, lecz

przyjemność.

Przyjemność? Zadrżała. Chyba tylko dla niego. Uśmiechnął się, jakby czytał w jej

myślach.

background image

- Chyba mi nie powiesz, że te niedołęgi tam na dole nie wiedzą, jak się obchodzić z

takim klejnotem jak ty! - wykrzyknął.

Policzki Cassie spłonęły rumieńcem. Patrzyła, jak wyjmuje coś z kieszeni. Był to złoty

zegarek z dewizką. Położył go obok srebrnych monet, po czym zrobił krok w jej stronę.

Cofnęła się instynktownie.

Wybuchnął głośnym, szyderczym śmiechem.

Cóż to, Jankesko, boisz się mnie? Napawał ją strachem, lecz nie takim, jak sądził.

- Nie lubisz mnie, prawda. Jankesko?

Mam na imię Cassie, panie, i byłabym wdzięczna, gdybyś go używał.

- Nie. Myślę, że Christopher się mylił. „Jankeska” bardziej do ciebie pasuje, bowiem

wy Jankesi, często bywacie awanturniczy i niepokorni. A więc niech pozostanie „Jankeska”.

Wróćmy jednak do mojego pytania. Dlaczego mnie nie lubisz?

Zdaje się, że to raczej wy, panie, mnie nie lubicie. W przeciwnym razie nic

patrzylibyście tak na mnie.

A więc zauważyła pomyślał. Była ubrana bardzo nędznie, jej suknia przypominała

łachman, lecz nie skrywała piękna dziewczyny. Zastanawiał się, czy ona w ogóle zdaje sobie

sprawę z tego, jaka jest urodziwa. Miała niezwykłą karnację, włosy o bursztynowym odcieniu

i oczy niczym czyste topazy. Była bardzo młoda, lecz dawno wyrosła już z wieku

dziecięcego. Jak na jego gust mogłaby mieć więcej ciała, ale przyciągały wzrok krągłości

piersi i ud.

Zmarszczył brwi, zirytowany swoimi myślami. Nie leżało w jego zwyczaju

okazywanie takiego zainteresowania służącą. Wolał kobiety bardziej doświadczone od tej

nieokrzesanej młodej dziewki. Z drugiej jednak strony musiała zapewne przejść przez

niejedno łóżko, więc jej doświadczenie będzie dorównywać jego, pomyślał nie bez cynizmu.

Nie mógł też nie zauważyć, że na jej widok krew szybciej krąży mu w żyłach.

- No chodź, Jankesko. Spędziłem wiele tygodni na morzu, bez towarzystwa kobiet.

Bądź wspaniałomyślna. Ulituj się nad biedną duszą, która okrutnie tęskni za miękkim

kobiecym ciałem, za ciepłą, delikatną rączką.

Ciepłą, delikatną rączką? Żądał chyba zbyt wiele. Jej ręce były czerwone i szorstkie

jak szczotka.

Panie - odezwała się cicho. - Nie wierzę, żebyś nie miał w życiu wszystkiego, czego

pragnąłeś.

Nie myliła się. Rzeczywiście miał wszystko... z wyjątkiem ojcowskiej miłości.

Spojrzał na kupkę monet.

background image

- To spora sumka, Jankesko. Jeśli chcesz ją dostać, musisz na nią zapracować.

Zostaniesz ze mną nie godzinę czy dwie, lecz całą noc. A rano może moglibyśmy zażyć

wspólnej kąpieli.

Wzdłuż kręgosłupa przebiegł jej lodowaty dreszcz. Sądziła, że nic już jej nie może

zaszokować, ale... dobry Boże, kąpiel z mężczyzną? To się nie godzi!

Wprawiał ją w zdenerwowanie, choć nawet jej nie dotknął. Nie była pierwszą naiwną.

Wiedziała, czego od niej chce. Nie tak dawno Bess powiedziała do niej: „Jeśli mężczyzna jest

czuły i łagodny, to wszystko dobrze. Czasami jednak trafiają się brutale i wtedy jest

okropnie”.

Cassie zawsze wiedziała, kiedy tak było. Bess kładła się wtedy spać, łkając cicho.

Następnego dnia miała siniaki na rękach i piersiach. Pamiętała ten ostatni raz. Było to

niedługo po tym, jak Bess odkryła, że jest przy nadziei. Cassie wiedziała, że Bess robi te

rzeczy dla pieniędzy. I te właśnie pieniądze ocaliły Cassie przed podobnym losem.

Nie była jednak przygotowana na to, by sprzedać swą cnotę za garść srebra.

Gabriel nie dostrzegł jej rozpaczy. Widział tylko niechęć.

Czy byłaby równie niechętna, gdyby na jego miejscu znalazł się Christopher?

Przypomniał sobie, jak słodko się do niego uśmiechała, a jego ignorowała. Poczuł, że ogarnia

go gniew.

- Och! - powiedział miękko. - Wspólna kąpiel byłaby z pewnością rozkoszna.

Oczy Cassie rozbłysły.

Czarny Jack płaci mi nędzne grosze za szorowanie podłogi i podawanie piwa. ale nie

za takie rzeczy!

- Nie jestem pewien, czy on również tak to pojmuje - oświadczył podejrzanie

jedwabistym głosem.

Znam takich jak wy, panie. Bierzecie to, co chcecie, myśląc tylko o sobie - rzuciła

porywczo.

Jakiś mężczyzna musiał cię chyba zranić, Jankesko. Może pokochał i porzucił?

Uniosła dumnie głowę.

Nic mi o tym, panie, nie wiadomo. Wzruszył ramionami i spojrzał na monety.

- A więc jaka jest twoja cena?

- Nie rozumiesz mnie, panie. To, czego pragniesz, nie jest na sprzedaż.

Zdawał sobie sprawę z tego, że cały czas ją prowokuje i to bezlitośnie. Powodem był

jej opór. Patrzyła na niego, jakby była od niego lepsza... jakby był kimś bez znaczenia. A tej

jednej rzeczy Gabriel nie tolerował.

background image

Powoli podszedł do niej. Wyczuł jej niepokój i wysiłek, by tego nie okazać. Głowę

uniosła wysoko, a trzymała się prosto niczym żołnierz na warcie. Jej opór zarazem rozbawił

go i dotknął. Ta dziewczyna była najwidoczniej nie tylko piękna, lecz i dumna. Dziwna to

kombinacja jak na kogoś z jej pozycją.

Zatrzymał się tuż przy niej.

- Ta sytuacja jest dla mnie czymś nowym, Jankesko. Rzadko bowiem kobieta mi

odmawia. Dlatego też sądzę, że to nie ja gardzę tobą, lecz ty mną.

Och, cóż za arogant z niego! Gdyby powiedziała „tak”, naraziłaby się nie tylko na jego

gniew, lecz i na gniew Czarnego Jacka. Gdyby zaś zaprzeczyła, uznałby to za jej zgodę na

pójście z nim do łóżka. Walczyła ze wzbierającą w niej paniką. Jego bliskość była taka

niepokojąca.

Przez chwilę mierzyli się spojrzeniem.

- Nie będę w stanie cię powstrzymać, jeśli zechcesz to zrobić, panie. - Zniżyła głos

niemal do szeptu. - Głupotą byłoby mierzyć się z tobą, bo jestem na przegranej pozycji. Ale

wiedz jedno: nie będziesz miał ani mojej zgody, ani chęci. Dlatego proszę, byś pozwolił mi

odejść.

Gabriela poruszyła nie jej prośba, lecz gorycz brzmiąca w głosie. Odwróciła wzrok,

lecz zdążył jeszcze dostrzec podejrzaną wilgoć, która pojawiła się w tych cudownych oczach.

Uśmiechnął się drwiąco. Damskie łzy nie robią na nim wrażenia. Z doświadczenia wiedział,

że kobiety posługują się nimi. by dostać to, czego pragną.

A gdybym pozwolił ci odejść, co by ci z tego przyszło? Mówmy bez ogródek,

Jankesko. Oboje wiemy, po co Czarny Jack cię tu przysłał. Przypuszczam, że nie spodziewa

się, iż opuścisz ten pokój przed upływem nocy.

Cassie czuła, że się czerwieni. Utkwiła wzrok w jego nieskazitelnie białym halsztuku.

- Gdybyś mu powiedział, że... że cię zadowoliłam - wyszeptała - to nigdy by się nie

dowiedział.

- Jeśli jednak mamy zawrzeć umowę, to powinienem otrzymać od ciebie jakąś

rekompensatę...

Rekompensatę? - powtórzyła Cassie zaskoczona. - Panie, czy przyjąłbyś ten nędzny

łach, który mam na sobie? Poza nim nic więcej nie mam.

- Z wyjątkiem tego, czego nic chcesz dać.

Zacisnęła powieki. Nie powinna była oczekiwać od niego litości. Czy tak właśnie

miało być? Miała oddać swe dziewictwo komuś, kto dbał jedynie o zaspokojenie swoich

chuci?

background image

Gabriel tymczasem postanowił już, że nie będzie jej do niczego zmuszać. Na świecie

jest zbyt wiele chętnych kobiet, by miał sobie zawracać głowę kimś. kto go nic chce. Mimo to

nie mógł zaprzeczyć, że dziewczyna doprowadzała go do szału.

Jeden pocałunek powiedział nagle. - I jesteś wolna.

Oczy Cassie zrobiły się okrągłe. Jego zaś były czarne jak węgiel i płonęły dziwnym

żarem. Zrobiło jej się gorąco i zaraz potem zimno. Kształtne usta zacisnął teraz w wąską linię.

Nie było w nim nic z łagodności. Silne dłonie chwyciły ją za nadgarstki i przyciągnęły

bliżej...

Zaczęła gwałtownie oddychać, lecz za chwilę się uspokoiła. Przecież to tylko

pocałunek. Z drugiej jednak strony, czy nie nazbyt wiele? Zadrżała. Lepsze to, niż...

Jego usta przywarły do jej warg. Lekki dreszcz przebiegł jej przez ciało, mimo to

zaciskała kurczowo usta, oczekując, że będzie to kolejny wzbudzający obrzydzenie

pocałunek, jakimi obdarzano ją wbrew jej woli. Uniósł głowę.

Musisz się lepiej postarać, Jankesko. Nie mam ochoty całować suchej śliwki.

- Panie, przypominam ci, że...

Nie dał jej dokończyć. Otoczył ramieniem i przyciągnął do siebie. Owładnęło nią

dziwne uczucie niemocy. Poczuła, że leży na łóżku, a twardy tors hrabiego napiera na jej

biust.

Ponownie przycisnął usta do jej warg. Przez głowę przemknęła jej myśl, że ten

pocałunek nie jest podobny do innych, po czym umysł zasnuła mgła. Był zarazem gorący i

zaborczy, namiętny i obezwładniający. Poczuła, że ogarniają wewnętrzne drżenie i kręci jej

się w głowie.

Dopiero po chwili zauważyła, że hrabia uniósł głowę.

- Nie zmienisz zdania Jankesko? - Przesunął palcem wzdłuż jej szyi. - Obiecuję ci noc.

której prędko nie zapomnisz.

Wpatrywała się w niego wstrząśnięta i zmieszana. Wielkie nieba, przecież ona leży na

łóżku! Natychmiast oprzytomniała i zaczęła okładać go pięściami.

Obym jak najprędzej zapomniała o tobie!

Równie dobrze mogłaby walić w mur. Przyglądał się jej przez chwilę, po czym uniósł

brwi.

- Nie wyglądasz mi na doświadczoną kobietę. Jankesko. Gdyby nie Czarny Jack, to

pomyślałbym, że...

Drgnęła, kiedy zaczął wyciągać jej szpilki z włosów. Jedwabiste sploty gęstą,

zmierzwioną falą spłynęły mu na ręce.

background image

Ponownie pochylił głowę. Jednak nic usta były jego celem. Pisnęła przerażona, kiedy

dotknął wargami szyi, po czym przesunął po niej językiem. Wsunął palce w jej włosy.

Szarpała się gwałtownie, lecz nic sobie z tego nie robił. Zachłannie całował jej szyję, po czym

nagle wrócił do warg. Tym razem pocałunek był brutalny i tak gwałtowny, że niemal odebrał

jej dech.

Jakimś sposobem udało jej się wyswobodzić usta.

Ty przeklęty bękarcie! Puść mnie! Wypuścił ją z objęć. Neli miała rację, pomyślał z

lekkim rozbawieniem. Ta dziewczyna rzeczywiście zadziera nosa.

- Gdybyś wiedziała kim jest mój ojciec, nie kwestionowałabyś mojego pochodzenia.

Poderwała się na równe nogi. Usta miała spuchnięte i obolałe. Delikatna skóra wokół

warg piekła niemiłosiernie.

- Nie dbam o to, kim jest twój ojciec! - wykrzyknęła. - To nie daje ci prawa dotykać

mnie w ten sposób.

Wzruszył ramionami.

- Moja droga, dotknąłem daleko mniej niż ci tam na dole.

- A co niby mam robić?! - odparowała gniewnie. - Czarny Jack śledzi każdy mój krok.

Patrzył na nią chłodno i obojętnie, jak gdyby nic między nimi nie zaszło.

- Możesz odejść, Jankesko. Niechętna dziewczyna jest rów nie kłopotliwa jak

nietknięta. Nic gustuję ani w jednej, ani w drugiej.

Zaczęła się powoli cofać, mamrocząc przekleństwa, jakie tylko udało jej się usłyszeć

na sali, nie bardzo nawet rozumiejąc ich znaczenie. Nawet jeśli je słyszał, to nie dał tego po

sobie poznać. Nic odwrócił się ani nie odezwał. Korzystając z okazji, złapała leżący na

komodzie zegarek i wybiegła z pokoju.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Znalazłszy się w swoim pokoiku na strychu, podbiegła do stołu stojącego w rogu i

zapaliła świecę. Początkowo nie była w stanie utrzymać krzesiwa w dłoni, tak trzęsły jej się

ręce. W końcu pojawił się płomyk i rzucił nikle światło na ścianę. Wtedy uważnie obejrzała

zdobycz, którą dotąd kurczowo ściskała w dłoni.

Nigdy nie widziała tak pięknego przedmiotu. Koperta w kształcie muszli miała

misterny wzór. Połyskiwała niczym słońce w ciepły wiosenny dzień. Na odwrocie był jakiś

napis, lecz Cassie nie zwróciła na niego uwagi. Brzegiem złamanego paznokcia wcisnęła

mechanizm otwierający. Na wewnętrznej stronie pokrywki widniała scenka, przedstawiająca

kobietę i chłopca stojących wśród kwiatów w ogrodzie.

Zegarek bez wątpienia wart był mnóstwo pieniędzy. Może nie fortunę, lecz dość, by

mogła uciec daleko od oberży Czarnego Jacka i Charleston i zainstalować się w jakimś

cichym pensjonacie. Mogłaby za to przeżyć jakiś czas, póki nie znalazłaby pracy jako

szwaczka.

Nie uda ci się, przestrzegł ją wewnętrzny głos. Co będzie, jeśli hrabia odkryje brak

zegarka? Domyśli się. że to ty go ukradłaś.

Nic masz nic do stracenia, przekonywał inny glos. Skąd wiesz, że hrabia dotrzyma

danego ci słowa? Pamiętasz, co powiedział Czarny Jack: że cię wyrzuci, jeśli się dowie, że

odmówiłaś hrabiemu?

Przeleżała kilka godzin, skulona na nędznym łóżku. Trzęsła się ze strachu pełna obaw.

że lada chwila pojawi się hrabia w towarzystwie Czarnego Jacka i zażąda zwrotu zegarka.

Gwar w sali na dole dawno już ucichł. Cieszyła się. że Neli zdecydowała się dziś ogrzać łoże

jakiegoś gościa.

Powoli się uspokajała. W miarę upływu czasu rosły jej nadzieje. Hrabia pewnie już się

położył i wstanie nie wcześniej niż w południe. Lord, czy nie lord, był przecież zwykłym

mężczyzną lubił karty, brandy, cygara i oczywiście kobiety.

Nastał świt. Nikłe srebrzyste światło zaczęło przesączać się przez brudne okno, kiedy

Cassie ruszyła w dół po schodach. Starała się iść wolno, by żaden dźwięk nie zdradził jej

obecności. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi, kiedy mijała drzwi do pokoju Gabriela.

Modliła się w duchu, by szczęście jej nie opuściło, by zauważył brak zegarka dopiero w

południe...

Gabriel jak zwykle obudził się wcześnie. Odrzucił kołdrę i wstał z łóżka, prostując się

w całej swej okazałości. Lekki uśmiech przemknął mu przez oblicze. Pomyślał, że mógłby

background image

kazać przygotować kąpiel i sprowadzić tu tę Cassie. Pewnie odmówiłaby tak jak ostatniej

nocy. Mniejsza o to. Jej opór to drobnostka w porównaniu z zaskakującą słodyczą jej warg.

Zacisnął szczęki, po czym zaśmiał się sucho. To zabawne, że on. przyszły książę

Farleigh, dostał kosza od zwykłej służącej. Szkoda, że była taka niedostępna. Cóż to byłaby

za rozkosz zedrzeć z niej te spłowiałe, bure szmaty i odsłonić to piękne, kremoworóżowe

ciało. Do licha, ta dzierlatka rozpaliła w nim krew i... gniew. Jej opór czynił ją jeszcze

bardziej pociągającą.

Może powinien spróbować stopić ten lód? Zmienić ten chłodny opór w gorącą

namiętność? Taka ognista dziewka mogłaby dać mu wiele przyjemności.

Miał jednak dzisiaj wiele spraw do załatwienia. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z

planem, załoga zakończy wkrótce załadunek indyga i tytoniu, które miał przewieźć do Anglii.

Przy odrobinie szczęścia będą mogli odpłynąć koło południa.

Pięć minut później stał przy oknie ubrany w luźną białą koszulę, ciemne bryczesy i

błyszczące wysokie buty. Nad portem unosiła się mgła niczym tajemnicza srebrna zasłona.

Miasto jeszcze spało. Tylko z nielicznych kominów wydobywały się smużki dymu.

Już miał się odwrócić od okna, kiedy w pobliżu oberży dostrzegł jakiś ruch. Z

mrocznego cienia wyłoniła się drobna kobieca postać. Była zwrócona do niego tyłem, nie

mógł więc dostrzec jej twarzy. Głowę owinęła szalem. W ręku ściskała mały węzełek.

Czyżby to tylko jego wyobraźnią czy też kobieta przyspieszyła kroku? Przyjrzał jej się z

nagłą uwagą. W jej zachowaniu było coś ukradkowego.

Odwrócił się w stronę komody. Monety leżały na swoim miejscu, natomiast zegarek

zniknął.

Zaklął pod nosem. Była więc nie tylko ponętna, irytująca i powściągliwa...

Była również złodziejką.

Odważyła się odetchnąć dopiero wtedy, kiedy znalazła się na zewnątrz. Bez żalu

opuszczała oberżę, w której spędziła prawic połowę swego życia. Miała jedynie nadzieję, że

przyszłość okaże się lepsza.

Przyspieszyła kroku. Gdzieś między sklepem ze świecami, farbami, mydłem i oliwą a

piekarnią mieszkał kupiec. Czarny Jack mówił kiedyś, że handluje również używanymi

towarami. Miała nadzieję, że za taki piękny zegarek dostanie od niego przyzwoitą sumkę.

Szczęśliwe wiatry chyba jej sprzyjały. Łudziła się, że szybko załatwi z nim interes.

A wtedy będzie wolna.

Zadrżała z zimna. Ściągnęła z głowy szal i otuliła się nim szczelnie. Właśnie

dochodziła do następnej przecznicy, kiedy usłyszała za sobą kroki. Odwróciła się i zamarła ze

background image

strachu.

Ujrzała przed sobą ciemną twarz Gabriela Sinclaira. Nie. to niemożliwe. Z pewnością

wzrok ją zawodzi.

Odwróciła się jednak i zaczęła uciekać. Tym razem wiedziała, że odgłos biegnących

za nią stóp nie jest dziełem wyobraźni. Biegła, ile sił w nogach.

Nagle poczuła, że ktoś łapie ją za rękę i przyciska do twardego muskularnego ciała.

Zaczęła walić pięścią na oślep. Puszczaj! - krzyknęła.

W odpowiedzi posłyszała szyderczy śmiech.

- Już przez to przeszliśmy. Jankesko. Czyż doświadczenie niczego cię nie nauczyło?

Puszczę cię, kiedy będę chciał. Nic wcześniej.

Wówczas złapała głęboki oddech i krzyknęła ze wszystkich sił: Ratunku! Pomocy!

Przycisnął ją do siebie tak mocno, że z trudem mogła oddychać. Gabriel zaklął cicho,

kiedy jakiś śmiałek wytknął głowę przez drzwi.

- Proszę nie zwracać uwagi! - zawołał. - Ta dama cierpi na przywidzenia i myśli, że

ktoś ją napastuje.

Cassie zatrzęsła się ze złości. Ona chora na umyśle? Szarpała się zaciekle, lecz na

próżno. Zaciągnął ją do pobliskiego zaułka. Przez jedną przerażającą chwilę trzymał ją w

objęciach. Twarz miał kamienną, czuła jednak instynktownie, że wewnątrz aż kipi z gniewu.

Wyszarpnął jej tobołek z ręki, po czym zaczął przeglądać jego zawartość.

Wpatrywała się w niego oniemiała.

- Co ty sobie wyobrażasz?! - krzyknęła. - To moje! Nie masz prawa tego ruszać!

Masz coś, co należy do mnie - odparł chłodno. - A to daje mi wszelkie prawa.

- Niech cię diabli! - wrzasnęła i rzuciła się na niego. Zanim jednak zdążyła zrobić jakiś

ruch, ponownie chwycił ją za rękę i przyciągnął ją do siebie.

- Najwyraźniej chcesz wywołać zbiegowisko, Jankesko. A wtedy ktoś mógłby

przyprowadzić posterunkowego.

Błysk w jego oczach aż nazbyt wyraźnie potwierdzał jego słowa. Cassie wciąż się

opierała, lecz przestała walczyć.

Mój zegarek, Jankesko - rzucił krótko. Przesunęła językiem po wargach.

- Spóźniłeś się. Ja... sprzedałam go.

- Czyżby? Wybacz, że będę w to wątpił, i pozwól, że sam się o tym przekonam.

Uśmiechnął się tak uprzejmie, że w pierwszej chwili nie pojęła jego zamiarów.

Próbowała go wyminąć, lecz przycisnął ją do ściany, uniemożliwiając ucieczkę.

Przesunął dłońmi wzdłuż jej ramion, po czym niespodziewanie włożył rękę za stanik,

background image

dotykając miękkich wzgórków, których dotąd nie widział ani nic dotykał żaden mężczyzna.

Przestań! - krzyknęła.

Nie zareagował. Wszystko w niej burzyło się z powodu tak śmiałego i zarazem

intymnego dotyku.

- Przestań, na Boga! - zaprotestowała ze szlochem. - Jest... jest w mojej pończosze.

Odwróć się, to ci go dam.

Puścił ją, lecz się nie odwrócił. Uniosła spódnicę, czując, że śledzi każdy jej nich.

Trzęsącymi się rękoma zsunęła w dół prawą pończochę. Po chwili trzymała w ręku zegarek.

- Proszę, weź sobie ten swój zegarek. A teraz mnie puść.

- Nie tak prędko, Jankesko. Nie możesz tak po prostu mnie okraść i sądzić, że ci się to

upiecze.

Chwycił ją pod łokieć i pociągnął w stronę oberży.

Ogarnęła ją rozpacz. Czy po to uciekała, by zaciągnięto ją z powrotem jak psa na

smyczy?

Wkrótce znaleźli się w sali na dole. Cassie aż skuliła się ze strachu. Przy ogromnym

kominku stali Christopher Marley i Czarny Jack.

- Wielmożny panie! - wykrzyknął Czarny Jack. - Widziałem, jak jaśnie pan

wychodził. Co tu się dzieje?

Ta dziewczyna jest złodziejką. Ukradła mi zegarek.

Cassie dostrzegła zdziwienie w oczach Christophera Marleya.

Kątem oka ujrzała Neli stojącą przy schodach. Powinna była przewidzieć, że hrabia

niczego jej nie oszczędzi. Czarny Jack wytrzeszczył oczy.

Co takiego? Ukradła zegarek?

- W rzeczy samej. Zdaje się. że uznała, iż czas opuścić to miejsce. Przypuszczam, że

zamierzała wykorzystać otrzymane za niego pieniądze na sfinansowanie podróży.

Christopher podszedł bliżej. Przyjrzał się szyi dziewczyny i na jego przystojnej twarzy

pojawił się wyraz zaskoczenia. Popatrzył na hrabiego i ponownie na Cassie. Domyśliła się, że

dostrzegł półkolisty purpurowy ślad, zostawiony tam przez hrabiego.

Policzki zapłonęły jej wstydem. Zapragnęła nagle zapaść się pod ziemię.

- I taka patrzyła na mnie z góry! - sarknęła Neli. - Żeby ukraść jego lordowskiej mości

zegarek i uciec?!

Powinienem oddać cię do sierocińca, kiedy twoja matka cię zostawiła - rzucił wściekle

Czarny Jack. - Sprawiasz mi same kłopoty. W odpowiedzi uniosła dumnie głowę.

- Uważasz, że było mi tu dobrze? Odkąd pamiętam, szorowałam podłogi, zdzierając

background image

sobie ręce do krwi. Opróżniałam nocniki i harowałam od świtu do nocy, a ty żałowałeś mi

każdej łyżki strawy. Wszystko za marne kilka centów. Chyba tylko niewolnikom na plantacji

może dziać się gorzej.

- Ty niewdzięczna mała dziwko! - ryknął. - Najwyższy czas nauczyć moresu tę

przemądrzałą bezczelną mordę.

Zacisnął dłoń w pięść. Kątem oka dostrzegła przerażony wzrok Christophera, kiedy

Czarny Jack uniósł w górę zaciśnięty kułak.

Skuliła się instynktownie. Nie byłby to pierwszy raz, gdyby Czarny Jack ją uderzył.

Hrabiemu ten widok z pewnością sprawi przyjemność. Niedoczekanie jego...

Jeśli uderzysz tę dziewczynę, zapłacisz mi za to - odezwał się nagle ze śmiertelnym

spokojem hrabia. - To mnie ukradła zegarek i tylko ja mam prawo wymierzyć jej karę.

Czarny Jack zamarł z głupią miną, lecz nie ośmielił się sprzeciwić. Opuścił rękę i

odchrząknął.

Nie chciałem nikogo skrzywdzić - rzucił gburowato. - Ale dziewczynie trzeba

przypomnieć, gdzie jej miejsce.

Myślę, że chciałeś ją skrzywdzić. W tym wypadku jednak to ja zadecyduję, co należy

z nią zrobić.

Chwycił Cassie za rękę i pociągnął na schody. Żołądek ścisnął jej się ze strachu.

Łatwiej byłoby jej znieść wściekłość Czarnego Jacka. Przynajmniej wiedziała, że szybko

mija. A ten hrabia... Z nim nigdy nic nie wiadomo. Czuła się, jakby szła na ścięcie.

Kiedy znaleźli się w pokoju, pchnął ją na łóżko. Skryła strach pod maską oburzenia.

- Masz już swój zegarek - rzuciła gniewnie. - Więc czego jeszcze chcesz?

Podszedł do stołu i z karafki stojącej na stole nalał sobie brandy.

- Ciekaw jestem, dlaczego go wzięłaś, Jankesko? - zapytał, nie patrząc na nią. - I ilu

mężczyzn okradłaś?

Zacisnęła wargi. Najwyraźniej chciał ją zadręczyć na śmierć. Niedoczekanie jego!

Prędzej sczeźnie, niż mu w tym dopomoże. Odwrócił się twarzą do niej.

No, Jankesko. Czyżbym tylko ja dostąpił tego zaszczytu? Rzuciła mu gniewne

spojrzenie.

- Wzięłam zegarek, bo jesteś arogancki i bezczelny. I oczywiście dla pieniędzy.

- Dlaczego tak bardzo chciałaś uciec?

No właśnie. Przecież tak wspaniale mi tu było - rzuciła z ironią w głosie. - Po cóż

miałabym opuszczać takie miejsce?

- A dokąd to zamierzałaś się udać? Zawahała się.

background image

- Nie wiem. Dokądkolwiek, byle jak najdalej stąd. Przyglądał się jej znad szklanki.

Niepotrzebnie w ogóle pytał.

Gorzkie słowa, które rzuciła Czarnemu Jackowi, wszystko wyjaśniały. Przesunął

wzrokiem po zniszczonej sukni i spłowiałym tobołku, który tak desperacko przyciskała do

piersi, i zatrzymał się na spierzchniętych, czerwonych dłoniach. Zarumieniła się gwałtownie.

Przełknęła z trudem ślinę.

- Nic mogę tu dłużej zostać - oświadczyła buńczucznie. - I nie zostanę. Jeśli więc

zamierzasz oddać mnie w ręce posterunkowego, zrób to i skończmy z tym wreszcie.

Popatrzył na nią z podziwem. Ta dziewczyna ma charakter i odwagę. Widział, że jest

przerażona. Trzeba przyznać, że godny z niej przeciwnik. Godny, by zmierzyć się nawet z

jego ojcem. Ciekawe, co też by powiedział na tę małą jankeską parweniuszkę.

Nagle przypomniały mu się słowa Christophera wypowiedziane wczorajszego

wieczoru.

„W niczym nie ustępuje pannom z towarzystwa. Mogłaby wysoko mierzyć...”

Wolno opuścił szklankę. Popatrzył na Cassie, jakby ją pierwszy raz zobaczył.

Złodziejka, ognista i krnąbrna, niskiego urodzenia, nieokrzesana...

Nieokrzesana Jankeską...

Wielkie nieba, wreszcie miał, czego szukał...

W trzech susach znalazł się przy niej. Chwycił za ręce i postawił na podłodze. Złapał

za podbródek i spojrzał jej w oczy. De masz lat, dziewczyno?

Kiedy nadal milczała, szarpnął nią lekko.

Odpowiadaj - rzucił ostro. - Ile masz lat? Oblizała nerwowo wargi.

Chyba osiemnaście - odparła niepewnie. - Nie mam jednak pewności.

- Neli mówiła, że twoja matka zostawiła cię, kiedy byłaś jeszcze dzieckiem. Nie masz

żadnych krewnych?

Pokręciła w milczeniu głową.

Co byś powiedziała, gdybym ci oświadczył, że mogę cię uratować? Wybawić od tej

piekielnej harówki i zabrać bardzo, bardzo daleko stąd? Zamrugała nerwowo.

- Do - dokąd?

- Za morze, do Anglii. A może pewnego dnia do Paryża. Myślę, że spodobałby ci się

Paryż. - Przesunął wierzchem dłoni wzdłuż jej szyi. - Dostałabyś klejnoty, futra. Od jak

dawna nie miałaś nowej sukni, Jankesko? Kupiłbym ci tyle sukien, ile dusza zapragnie.

Wpatrywała się w niego zaskoczona.

Ja... nic pojmuję. Dlaczego miałbyś to robić? Uśmiechnął się lekko. Na pewno nie z

background image

dobroci serca, pomyślał. Nawet nie wiedział, czy w ogóle je ma. Nie miało to również nic

wspólnego ze szlachetnością, za to wiele z zemstą. I jakaż słodka będzie to zemsta. Ojciec

chciał, by się ożenił. Uczyni więc zadość jego życzeniu. Cassie nie mogła ukryć

zdenerwowania.

My - myślałam, że chcesz mnie, panie, ukarać - powiedziała drżącym głosem.

- Uspokój się, dziewczyno. Nie zamierzam oddać cię ani w ręce posterunkowego, ani

Czarnego Jacka.

Czy dobrze się czujesz, panie? - wymamrotała. Wybuchnął ostrym, gardłowym

śmiechem.

- Nigdy nie czułem się lepiej. - Zamilkł na chwilę. - No i co powiesz, Jankesko?

Wyszłaś stąd dziś rano nie bardzo wiedząc, dokąd iść. Daję ci możliwość zobaczenia Anglii i

całej Europy. Obiecuję, że nigdy więcej nie będziesz szorować podłóg.

- Takich obietnic nie daje się za darmo - powiedziała wolno. - A ja nie mam ci nic do

zaofiarowania w zamian. - Nagle ciemny rumieniec zabarwił jej policzki. - Dobry Boże -

wykrztusiła. - Chyba nie chcesz, bym została twoją... twoją kochanką...

Uśmiechnął się chłodno.

Nie kochanki pragnę. Jankesko, lecz... żony.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

- Żony?!

Albo to jakiś żart, albo ten człowiek oszalał, pomyślała. A może to ona postradała

zmysły...

Wpatrywała się w niego oniemiała. Emanował z niego spokój, a w oczach o

niezwykłej srebrzystej głębi płonęła zimna determinacja.

Nie, nie była szalona. On również.

Zaczęła się powoli cofać. Gdy oparła się udami o brzeg materaca, usiadła na pościeli.

Wciąż się uśmiechał ironicznie i jednocześnie niepewnie. Żartujesz sobie ze mnie,

panie - zdołała z siebie wydusić. To okrutne z twojej strony.

- Okrutne? - Roześmiał się drapieżnie. - Raczej wspaniałomyślne.

- Nie wiem. dlaczego taki ktoś jak ty, panie, chce się żenić z kimś takim jak ja. -

Słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzała.

Ale mogę. - W jego oczach zapłonął nagle ogień, który ją przeraził.

- Powtarzam, że drwisz sobie ze mnie. - Uniosła dumnie głowę. - Nie zapomniałam, że

jesteś angielskim lordem...

Ani ja. - Z rosnącym niepokojem obserwowała, jak na jego twarzy pojawia się

uśmiech. Wkrótce możesz zostać hrabiną... a w przyszłości księżną Farleigh.

Hrabiną? Księżną? Ona? Ten człowiek bierze ją za naiwną. Zawrzała gniewem i

spojrzała w stronę drzwi.

Nie wątpię, że chcesz się ożenić, panie... Ale nie ze mną! wykrzyknęła, rzucając się do

wyjścia. Złapał ją w pół drogi i obrócił twarzą do siebie.

- Zapewniam cię, moja droga, że mówię najzupełniej poważnie. Mam różne wady. ale

nie należę do tych. którzy traktują lekko takie sprawy jak ta. Zamierzam się ożenić i to

właśnie z tobą.

- Ale ja... ja was nic znam, panie - wyrwało jej się. - Musiałabym postradać rozum, by

za ciebie wyjść.

Uśmiech zniknął z jego twarzy.

- Postradałabyś rozum nie zgadzając się na to - oznajmił chłodno. - Nie masz już

mojego zegarka. Jankesko. Pomyślałaś o tym, jakie będzie twoje życie, jeśli tu zostaniesz?

Umiem szyć. - Starała się mówić pewnie, lecz głos ją zawiódł. - Znajdę pracę jako

szwaczka...

- A jeśli nie znajdziesz? Kto cię zatrudni? Nie masz żadnych referencji, nikogo, kto

background image

potwierdziłby twoje umiejętności. Żadna szanująca się modystka nie zatrudni służącej z

oberży. A gdzie będziesz mieszkać, zanim znajdziesz zatrudnienie? Na ulicy? A jeśli

spodobasz się jakiemuś mężczyźnie? Potrafisz się obronić, jeśli zechce z tobą pofiglować?

Nie uda ci się przeżyć ani w Charleston, ani gdzie indziej.

Przekonywała siebie w duchu, że próbuje ją nastraszyć. Usiłowała wyswobodzić się z

jego uścisku. W odpowiedzi przyciągnął ją bliżej - tak blisko, że czuła ciepło oddechu na

policzkach.

- Zawsze możesz wrócić do podawania piwa. Może lubisz pożądliwe spojrzenia,

dłonie sięgające pod spódnicę...

Zadrżała.

- Jesteś wystarczająco ponętna, by zarabiać na życie swoim ciałem. Naturalnie jeśli nie

czujesz awersji do spędzenia reszty swoich dni na plecach, zmieniając mężczyzn co noc.

Jego śmiałe słowa wywołały na policzkach Cassie purpurowy rumieniec. Poczuła

zamęt w głowie. Czy to sen, czy wybawienie? Doskonale wiedziała, że nigdy nie wróci do

życia, które do tej pory wiodła. Niczego bardziej nie pragnęła, jak stąd uciec.

Z trudem przełknęła ślinę i zmusiła się, by spojrzeć w tę chmurną twarz o twardych

rysach.

- Dlaczego chcesz się ze mną ożenić, panie? - zapytała cicho. - Twierdzisz, że jesteś

świadom różnic między nami. Więc dlaczego? Dlaczego właśnie ja?

Nie mógł jej powiedzieć, że właśnie z powodu tych różnic chce ją poślubić.

Zagroziłoby to jego planom.

Przez te wszystkie lata ojciec w ogóle się nim nie interesował, pomyślał z goryczą.

Kiedy zabrakło Stuarta, nagle uznał, że powinien pokierować jego życiem. Tylko że teraz to

on będzie dyktował warunki.

Dobrze chociaż, że dziewczyna jest znośna. Przyjrzał się jej twarzy o delikatnej

kremowej karnacji, nie upiększonej pudrem. Jest nawet więcej niż znośna...

Ojciec chce, żeby się ożenił. No cóż, pomyślał z uczuciem triumfu, jego życzeniu

stanie się zadość, tyle że nic będzie to dokładnie to, czego oczekiwał.

Weźmie za żonę tę prostą złodziejkę. Wyjaśni jej tylko tyle. ile będzie trzeba. Wyczuł,

że zdobył jej zainteresowanie, a może nawet przyzwolenie.

- Widzę, ze jesteś rozsądna, Jankesko, i nie masz złudzeń. Pochwalam to, bo wielkim

błędem byłoby sądzić, że się w tobie zakochałem.

Puścił ją, lecz nic spuszczał z niej wzroku. Nie bez satysfakcji obserwował rumieniec

wypływający jej na twarz.

background image

Nie jest to też namiętność - doda! z lekkim uśmiechem. Odetchnęła z ulgą. kiedy

podszedł do okna i zapatrzył się na widoczny w oddali port. Po chwili odwrócił się w jej

stronę.

- Pytałaś, czemu chcę się z tobą ożenić. Wyjaśnię ci to. Mój ojciec jest księciem

Farleigh. Jestem jego młodszym synem. Pierworodny syn, a mój brat Stuart, był jego

dziedzicem. Niestety zginął przed kilkoma miesiącami.

Nie wiedząc, co powiedzieć, patrzyła na niego w milczeniu. Zresztą nie oczekiwał od

niej żadnej reakcji. Jego twarz, podobnie jak głos, nie wyrażały żadnych uczuć.

- Farleigh, majątek mego ojca w hrabstwie Kent, graniczy z ziemiami Reginalda

Lathama, księcia Warrenton. Jego jedyna córka, lady Evelyn, była zaręczona z moim bratem

Stuartem. Kiedy Stuart zmarł, odziedziczyłem po nim tytuł hrabie go Wakefield.

Podejrzewam, że ku wyraźnej niechęci mego ojca.

Nie uszła uwagi Cassie twarda nuta w jego głosie.

Zdaje się, że nie bardzo lubisz swego ojca - zauważyła. Roześmiał się szorstko.

- Nie bardziej niż on mnie. Widzisz, Jankesko, rzadko się ze sobą zgadzamy.

- A co to ma wspólnego z małżeństwem? - zapytała, marszcząc brwi. I ze mną, dodała

w myśli.

Zanim wyruszyłem w podróż do Ameryki, ojciec oznajmił mi, że pragnie, bym wraz z

tytułem odziedziczył po Stuarcie także narzeczoną. Nie mam zamiaru żenić się z lady Evelyn

lub inną kobietą tylko dlatego, że tak nakazuje mi obowiązek. W jego oczach błysnął gniew. -

Ojciec jest człowiekiem o silnej woli i twardym charakterze, i rzadko liczy się z czyimś

zdaniem. Nie pozwolę, by narzucał mi swą wolę. Jeśli ustąpię mu w tej sprawie, uzna, że

może mną kierować we wszystkich innych. Z drugiej strony nie chcę rezygnować z tego

wszystkiego, co pewnego dnia będzie moje. Nic mam jednak zamiaru żenić się z panną, którą

on wybrał. - Umilkł. - Dlatego właśnie wybrałem ciebie, bo, jak twierdzisz, nic masz żadnych

krewnych. Nikt więc nie będzie wtrącał się w moje życie. Prawdę powiedziawszy, nie mam

czasu szukać sobie narzeczonej ani tu, ani w Anglii. Jeśli wrócę z żoną, ojciec będzie musiał

pogodzić się z moim wyborem. - Milczał przez chwilę. - Oboje pragniemy decydować o

naszym przyszłym losie stwierdził, wzruszając ramionami. - Przy mnie twoja przyszłość

będzie zapewniona. Kiedy wrócę żonaty, żadna z ponętnych panienek nie będzie próbowała

położyć rączek na moim portfelu. Chyba to dobry układ, nie sądzisz?

Nie, zupełnie nieodpowiedni, chciała wykrzyknąć, lecz się powstrzymała. Kiedy nadal

milczała, uniósł ciemną brew.

- No i cóż, Jankesko? Mogę być twoim wybawicielem, jeśli tylko mi na to pozwolisz.

background image

Gorycz wezbrała w jej sercu. Jako dziecko marzyła, że pewnego dnia zjawi się jej

ojciec i zabierze ją gdzieś daleko, gdzie nic będzie głodu, zapachów piwa i potu.

Prawdopodobnie jednak nawet sama matka nie wiedziała, kim on jest.

Nie była też ślepa ani głupia. Doskonale wiedziała, że od mężczyzny nie można

oczekiwać pomocy. A ten tutaj był obcy. arogancki i pyszałkowaty. Mógł jednak zapewnić jej

lepsze życie... Nie zależało jej na futrach i klejnotach. Kusił ją raczej dom, którego nigdy nie

miała.

Nękana wątpliwościami, dryfowała między niebem a piekłem. Zgoda oznaczała długą

podróż za ocean, która napawała ją strachem. Panicznie bała się wody od owego dnia, kiedy

razem z matką przybyła do Charleston. Czy zniesie taką podróż?

Musiałaby oszaleć, by na to przystać. Głupotą też byłoby się nic zgodzić.

Gabriel patrzył na nią wyczekująco.

- Pomyśl - odezwał się cicho. - Moja propozycja jest więcej warta niż zegarek. Jako

moja żona będziesz miała wszystko.

A co będzie później? - zapytała. - Za rok? Za dziesięć lat? Wyrzucisz mnie na ulicę,

kiedy spełnię już swoje zadanie?

Zanim zdążyła go powstrzymać, wziął jej dłoń w swoją i uniósł do światła. Długo

przyglądał się szorstkiej, zniszczonej pracą skórze. Miała ochotę wyrwać mu rękę i ukryć w

fałdach sukni, lecz coś ją przed tym powstrzymało.

Z nieodgadnionym wyrazem twarzy przesunął kciukiem po obtartych, czerwonych

kostkach dłoni.

- Nigdy już nie będziesz musiała pracować ani nikomu służyć. Teraz tobie będą

usługiwać.

Dłonie jej zwilgotniały, a nogi zaczęły drżeć.

- Będziesz mnie dobrze traktował? - zapytała z wahaniem. - I nigdy nic podniesiesz na

mnie ręki?

W odpowiedzi podciągnął rękaw jej sukni, odsłaniając sine ślady na nadgarstkach.

Cassie nic spuszczała z niego wzroku. Dostrzegła w oczach hrabiego dziwny błysk, który

jednak bardzo szybko zgasł.

Prawie nie otwierając ust zapytał: Czarny Jack?

Spuściła wzrok i skinęła głową. Gwałtownie puścił jej rękę.

Wychowano mnie na dżentelmena, Jankesko, choć są tacy. którzy twierdzą inaczej.

Nie podniosę na ciebie ręki.

A kiedy byłby ślub? - zapytała, nie podnosząc oczu. - Nie odpłynę z tobą bez ślubu.

background image

Miałabym wówczas pewność, że nie czynisz obietnic, których potem nie dotrzymasz.

Uśmiechnął się wolno.

Patrzcie, patrzcie! Tak ci spieszno do ślubu czy do łoża? Na samą myśl o tym Cassie

skurczyła się w sobie. Neli często przyprowadzała na poddasze klientów. Cassie udawała

wówczas, że śpi, lecz do jej uszu docierały jęki, pomruki, szepty i śmiech. Zachowywali się

jak zwierzęta. Wzruszył ramionami.

Zamierzam odpłynąć koło południa. Za odpowiednią sumę pastor z pewnością da się

przekonać, by udzielił nam ślubu w ciągu godziny.

Wciąż miała wątpliwości.

Choć stał od niej w odległości kilku kroków, czuła żar bijący od jego ciała.

Przypomniała sobie, jak przygniatał ją swoim ciężarem i jak brutalnie ją całował.

Zacisnęła kurczowo ręce, by powstrzymać ich drżenie. Nie chcę dzielić z tobą łoża,

panie. Jeśli się nie zgodzisz, to nici z naszego ślubu.

Zmarszczył brwi.

- Zaczynam podejrzewać, że ukrywasz jakąś deformację. Targujesz się, ale może nie

ma o co? Chyba powinienem najpierw obejrzeć towar.

Wyciągnęła przed siebie ręce w obronnym geście.

- Nie! - krzyknęła.

Już ci mówiłem, pani, że to nic namiętność mnie do ciebie przyciągnęła. Mam

rozliczne apetyty, lecz zapewniam cię, że jest wiele kobiet, które potrafią je zaspokoić. Poza

tym, ostatnia rzecz, jakiej pragnę, to potomek. - Spojrzał na nią chłodno. - Wiec powiedz mi,

Jankesko. Płyniesz ze mną do Anglii czy zostajesz tutaj?

- Płynę z tobą - usłyszała swój szept.

Skinął głową, po czym podszedł do drzwi, otworzył je i dał znak, by szła przodem.

Cassie ruszyła jak we śnie. W głowie jej szumiało i nie była w stanie zebrać myśli.

Wszystko wydawało się takie niewiarygodne... niemożliwe. Zaledwie kilka chwil temu

wchodziła do tego pokoju, oczekując, że zostanie ukarana. Tymczasem wkrótce miała wyjść

za mąż.

Christopher Marley spacerował niecierpliwie po sali. Czarny Jack siedział na ławie w

odległym kącie i wpatrywał się bezmyślnie w kufel piwa. Słysząc kroki na schodach Neli

wybiegła z kuchni z pogardliwym uśmiechem na twarzy. Była przekonana, że Cassie

wreszcie dostanie to, na co zasługuje.

Rzeczywiście tak się stało.

Kiedy zeszli na dół. wszystkie oczy zwróciły się w ich stronę. Cassie zapragnęła nagle

background image

rzucić się w stronę drzwi i uciekać, gdzie oczy poniosą. Trzymająca ją za łokieć ręka

zacisnęła się ostrzegawczo. Jak widać, bez trudu odgadł jej zamiar. Czarny Jack poderwał się

z ławy i podszedł do nich.

- Nie ma potrzeby, aby wielmożny pan zaprzątał sobie nią głowę. - Rzucił Cassie

gniewne spojrzenie. - Już ja się nią zajmę. Nigdy więcej niczego nie ukradnie.

- Och, nie wątpię. Jako moja żona nic będzie musiała tego robić.

Czarny Jack osłupiał. Poruszył ustami, lecz nie wydał żadnego dźwięku.

- Chyba nie chcesz poślubić tej suki, panie! - wykrzyknęła Neli.

Gabriel nawet na nią nie spojrzał.

- Pobierzemy się w ciągu godziny. Przy magazynach portowych jest kościół.

Wstąpimy tam po drodze na statek.

Neli nie dawała za wygraną.

- Ale czemu ona?! - wykrzyknęła. Ta suka uważa, że jest lepsza ode mnie. Na pewno

nie potrafi cię zadowolić w łóżku. Przecież ona nie wie nawet połowy tego co ja.

Czarny Jack odzyskał wreszcie mowę.

- Wasza wielmożność, chyba nie myśli pan się z nią ożenić? Przecież to zwykła

dziwka.

Zwykła dziwka. Cassie utkwiła wzrok w podłodze. Nie miała odwagi spojrzeć nikomu

w oczy. Dlatego nie widziała, iż Gabriel spojrzał na Czarnego Jacka z takim gniewem, że

tamten mimowolnie się cofnął.

- Ożenię się, z kim zechcę - oświadczył zimno. - I nikt mnie przed tym nie

powstrzyma. A teraz proszę przywołać mi powóz. Czas ruszać w drogę.

Czarny Jack pospieszył spełnić polecenie. Neli gapiła się jeszcze przez chwilę na

Cassie, po czym wróciła do kuchni, mrucząc coś pod nosem.

Christopher Marley zdołał wreszcie otrząsnąć się z zaskoczenia. Klepnął Gabriela w

ramię i wskazał głową na drzwi. Słowo na osobności, jeśli pozwolisz.

Cassie uniosła głowę i spojrzała ze smutkiem na wychodzących mężczyzn.

Tymczasem przyjaciele spoglądali na siebie przez chwilę. Zanim Christopher zdążył

się odezwać. Gabriel powiedział:

- Mam nadzieję, że będziesz mi świadkiem na tym ślubie.

Świadkiem? - powtórzył ostro Christopher. - Czyś ty rozum postradał? Przecież wiesz,

że takie małżeństwo byłoby farsą.

- Powiedz mi, przyjacielu - zapytał Gabriel. - Czy małżeństwo z lady Evelyn byłoby

mniejszą farsą? Przynajmniej będzie to mój własny wybór.

background image

Christopher otworzył usta, po czym zamknął je. Niestety Gabriel miał rację.

Może Cassie dała się na to nabrać, ale mnie nie oszukasz. Chcesz się z nią ożenić na

złość ojcu. Będzie wściekły, podobnie jak Warrenton, kiedy się dowie, że nie możesz

poślubić lady Evelyn.

- Nie okłamałem jej - powiedział Gabriel.

Może i nie okłamałeś, szepnął mu wewnętrzny głos, ale i nie wyjawiłeś wszystkiego.

- Dziewczyna wic. dlaczego chcę się z nią ożenić.

- Chcesz powiedzieć, że nie zmusiłeś jej do tego małżeństwa? Gabriel z trudem

zapanował nad gniewem.

- Nie podniosłem na nią ręki - wyjaśnił lodowatym tonem. - A jeśli twierdzisz inaczej,

to strzeż się, przyjacielu.

Niczego takiego nic twierdzę - odparował Christopher. - Ale ukradła ci zegarek i

została na tym przyłapana. Mogłeś to wykorzystać.

Masz dla niej wiele sympatii - zauważył Gabriel podejrzanie słodkim głosem. -

Czyżbyś mi zazdrościł?

- Nie w tym rzecz - zaprotestował Christopher żywo. - Nigdy cię nie krytykowałem,

Gabrielu, ale chciałbym wiedzieć jedno: czy ta dziewczyna wie. w co ją wciągasz?

Christopherze, wyciągam ją z biedy i ciężkiej pracy. Dobrze wiesz, że jej sytuacja

zdecydowanie się polepszy. Chyba raczej należą mi się pochwały niż krytyka dodał ze

śmiechem.

Christopher miał nieco odmienne zdanie, lecz nic nie powiedział. Gabriel zrozumiał

jego milczenie.

- Nie pozwolę mieszać się w moje sprawy ani tobie, ani nikomu - oświadczył chłodno.

- Już postanowiłem. Zechcesz więc być moim świadkiem, czy mam poszukać sobie kogoś

innego?

Christopher westchnął ciężko.

- Nie musisz - odpowiedział cicho. - Będę twoim świadkiem.

Kilka chwil później cała trójka siedziała już w powozie. Christopher zajął miejsce

naprzeciwko Cassie. Przyszła panna młoda wtuliła się w róg, byle jak najdalej od pana

młodego.

Gabriel nie zwracał na nią uwagi i z obojętną twarzą wyglądał przez okno.

Wkrótce znaleźli się w małym kościółku. Cassie nie mogła sobie później przypomnieć

ani jednego słowa z rozmowy Gabriela z pastorem. Był to tęgi, niski mężczyzna, który ze

zdumieniem przyglądał się biednie wyglądającej dziewczynie i szykownemu paniczowi.

background image

Garść złotych monet skutecznie zamknęła mu usta.

Cassie znalazła się nagle przed ołtarzem z Gabrielem u boku. Pastor odchrząknął i

zaczął odmawiać formułkę.

Po chwili było po wszystkim. Poczuła, jak drżą jej ręce. ściskające węzełek. Wolno

uniosła wzrok i spojrzała na człowieka, który był teraz jej mężem. Zauważyła, że uśmiecha

się z satysfakcją. Dobry Boże! Została żoną tego zimnego człowieka o ponurym wejrzeniu i

nie mogła już tego cofnąć. Nagle przyszło jej na myśl, że właśnie zawarła pakt z diabłem.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Dochodziło południe, kiedy powóz przywiózł całą trójkę na nabrzeże.

Christopher wysiadł pierwszy. Za nim Gabriel zeskoczył lekko na ziemię. Kiedy

Cassie podniosła się z miejsca, Gabriel odwrócił się i podał jej rękę.

Poczuła się niepewnie, widząc go tak ożywionym. Nie bardzo wiedząc dlaczego,

obawiała się jego dotknięcia, toteż nie uczyniła najmniejszego ruchu. Oczy koloru stali

zapłonęły zimnym blaskiem.

- Pani, nie mam najmniejszej ochoty tu tkwić. Myślę, że ty również.

Spłonęła rumieńcem i nieśmiało podała mu rękę. Gdy tylko znalazła się na ziemi,

natychmiast cofnęła dłoń. Gabriel skrzywił się nieznacznie, lecz nic nie powiedział. Poszedł

zapłacić woźnicy, tymczasem Christopher zajął się ich bagażem.

Cassie nie ruszyła się z miejsca. Powietrze było wilgotne i ciężkie po porannym

deszczu, a ostry zapach soli drażnił nozdrza Chociaż mgła się podniosła, niebo pozostało

bladoszare.

- Ten na końcu to statek Gabriela - posłyszała tuż obok głos Christophera.

Spojrzała we wskazanym kierunku. W miejscu, gdzie nabrzeże wchodziło w zatokę,

lśniący trójmasztowiec wdzięcznie kołysał się na falach.

Nie zdążyła nic powiedzieć, bo wnet pojawił się Gabriel, chwycił ją za łokieć i

poprowadził między niezliczonymi skrzyniami i beczkami. Tuż przed nimi krzepki marynarz

zarzucił sobie skrzynię na plecy i ruszył po kładce na statek.

Paraliżujący strach przeniknął ją do szpiku kości. Czy to jedyna droga na pokład

statku? A jak inaczej mogłaby tam wejść? Odetchnęła głęboko i spojrzała w dół.

Jej oczom ukazały się ciemne spienione wody, uderzające z wielką siłą o umocnienia

doku.

Natychmiast wyobraziła sobie, jak spada w ciemnozieloną otchłań, rozwierającą

szeroko paszczę, by wchłonąć ją całą. Zaczęła spazmatycznie oddychać, płuca paliły żywym

ogniem, gdy tymczasem cuchnąca, ohydna woda zalewała jej usta.

Chodź, Jankesko. Idź pierwsza, a ja za tobą.

Jego słowa rozproszyły otaczającą ją mgłę. Pokręciła głową i cofnęła się o krok.

- Nie wyszeptała. - Nie mogę...

- Nie możesz się już rozmyślić. Pierwszy etap mamy już za sobą i za chwilę

zaczniemy następny. - Wyraz jego twarzy był równie groźny jak ton głosu.

Stłumiła narastające nudności.

background image

- Nie rozmyśliłam się. ale... ale nie umiem pływać i jeśli się potknę...

- Nie potkniesz się.

Och. gdyby mogła być tego pewna! Kolana zaczęły jej drżeć. P - proszę .. - wyjąkała.

Zaklął pod nosem i wziął ją na ręce. Cassie nic pozostało nic innego, jak wtulić twarz

w jego szyję. Zacisnęła mocno oczy. kiedy pewnym krokiem ruszył po trapie na pokład. Nie

zatrzymując się zaniósł ją prosto do kajuty.

Dopiero kiedy poczuła pod stopami twardy grunt, odważyła się otworzyć oczy.

Gabriel uniósł lekko brew i wówczas zdała sobie sprawę, że nadal obejmuje go za szyję.

Zaczerwieniła się gwałtownie i natychmiast się od niego odsunęła.

Rozgość się tymczasem. Zaraz podnosimy kotwicę - oznajmił, po czym zamknął za

sobą drzwi kajuty.

Została sama. Omiotła niepewnie spojrzeniem pomieszczenie. Był to sporych

rozmiarów pokój, z pewnością należący do jej męża. Odsunęła od siebie tę niepokojącą myśl i

rozejrzała się ciekawie po kajucie.

Przy jednej ze ścian stała mahoniowa skrzynia i komoda, a także przytwierdzony do

ściany stół. Środek kajuty zajmowało biurko z rozłożonymi na nim mapami. Był nawet mały

brzuchaty piecyk i stojący obok fotel. Uwagę Cassie przykuło jednak szerokie łoże.

Podłoga nagle zatrzeszczała i zakołysała się pod stopami. Statek drgnął i ruszył z

miejsca. Poczuła jednocześnie strach i podniecenie. Pod jedynym oknem w kabinie stała

wąska kanapka. Podeszła do niej niepewnie, wdrapała się na nią i wyjrzała przez zaparowany

luk.

Statek nabierał szybkości, sunąc po wodach zatoki. Zalesiona linia brzegowa i

Charleston oddalały się coraz bardziej.

Jak wiele się tego dnia wydarzyło. Nigdy już nie ujrzy Charleston... ani Czarnego

Jacka. Koniec z życiem służącej. Koniec z szorowaniem podłóg, koniec z

podszczypywaniami i pożądliwymi spojrzeniami klientów.

Nie była szczególnie przygnębiona. Ogarniało ją jedynie tak dobrze znane jej uczucie

samotności i szarpiący serce niepokój o to, co ją czeka.

Mogła mieć tylko nadzieję, że przyszłość będzie lepsza.

Uczucie zagubienia nie opuszczało jej przez cały długi dzień. Nie ośmieliła się wyjść z

kajuty, nikt też do niej nie zaglądał. Wkrótce cienie zaczęły się wydłużać i mrok spowił

kabinę. Czyżby wszyscy o niej zapomnieli?

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Zdążyła powiedzieć niepewne

„Proszę” i w drzwiach stanął krępy młodzieniec w wełnianej czapeczce na głowie.

background image

Pogwizdując cicho wprowadził do kajuty mały wózek. Tuż za nim ukazała się dumna

sylwetka Gabriela.

Moja droga, to jest Ian. Będzie zajmował się naszymi posiłkami i sprzątał kabinę w

czasie podróży, Ian... moja żona. Cassie uśmiechnęła się ciepło do młodego człowieka.

- Witaj, lanie - powiedziała cicho.

- Milady.

Ściągnął z głowy czapeczkę i skłonił się z ujmującym uśmiechem na twarzy.

Następnie zajął się nakrywaniem do stołu na dwie osoby. Do jej nozdrzy dotarły wspaniałe

zapachy. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo jest głodna, Ian skończył nakrywać i

zamknął za sobą drzwi.

Została sama ze swoim nowo poślubionym mężem.

Podszedł do stołu, odsunął krzesło i spojrzał w jej stronę. Dopiero po chwili

zrozumiała, że czeka na nią. Czyżby z niej żartował, czy po prostu chce być uprzejmy? -

pomyślała. Czując się dość głupio, spłonęła rumieńcem i zajęła miejsce przy stole.

Nie pytając, nałożył jej na talerz. Nie zaprotestowała. Perspektywa wspólnego posiłku

z tym człowiekiem wprawiała ją w zdenerwowanie. Nie wiedziała, co powiedzieć. Nie

wiedziała, jak się zachować. Zdecydowana nic dać niczego po sobie poznać, skupiła się na

jedzeniu. Było proste, lecz pożywne: gesty gulasz i ciepły pachnący chleb. Głód wkrótce

usunął wszystko inne w cień. Zapomniała nawet o siedzącym naprzeciwko niej mężczyźnie.

Kończyła właśnie drugą dokładkę, kiedy jej wzrok napotkał utkwione w niej

przejrzyście szare oczy. Miały dziwny wyraz, toteż gorący rumieniec zabarwił jej policzki.

Bez wątpienia uznał ją za zagłodzoną i łakomą.

Odłożyła widelec i spuściła wzrok.

Przepraszam - wymamrotała. - Nic powinnam... Pokręcił głową.

- Nie uczyniłaś nic, za co musiałabyś przepraszać. Jankesko. Wygląda na to. że

opuściłaś zbyt wiele posiłków. - Umilkł, po czym dodał cicho: - Wolę, byś się najadła do syta,

niż żeby miało się zmarnować dobre jedzenie. - Nic powiedział, że na widok jej apetytu

poczuł się winny. On nie wiedział, co to głód. Oblała się rumieńcem. Gabriel uśmiechnął się

lekko.

- Jestem jednak niewymownie rad, że nic mam do czynienia z biednym marynarzem.

- Mojemu żołądkowi nic dolega nic z wyjątkiem głodu. Uśmiechnęła się drżąco i

odetchnęła swobodniej. Może jednak potrafi być miły, pomyślała.

Chciał nalać jej wina, lecz odmówiła. Przyglądał się jej przez chwilę, po czym

powiedział:

background image

- Muszę ci postawić kilka warunków, Jankesko. Na statku jest wielu mężczyzn, a jak

zapewne wiesz, marynarze bywają dość grubiańscy. Zakonotuj sobie, że nie byłoby dla ciebie

bezpiecznie spacerować samotnie po pokładzie.

Pomyślała o otaczających ich ciemnych głębinach. Nic ma obawy, pomyślała, z

trudem opanowując dreszcz strachu.

Pojawił się Ian i szybko sprzątnął resztki posiłku. Gabriel wstał od stołu i usiadł przy

biurku. Rozwinął mapę i rozłożył ją na blacie. Cassie tymczasem przeniosła się na fotel przy

pękatym piecyku.

Mijały minuty. Wydawało się. że Gabriel zapomniał o jej istnieniu, lecz Cassie to nie

przeszkadzało. Wciąż jednak zerkała w jego stronę.

Zdjął surdut i podwinął rękawy koszuli, odsłaniając umięśnione ręce, pokryte gęstym

ciemnym włosem. Przypomniała sobie, jak te ręce ją obejmowały, kiedy niósł ją po trapie na

statek. Były takie silne i pewne. Najwidoczniej nie miał aż tak lekkiego życia, jak sądziła.

Palce miał szczupłe, o czystych paznokciach. Niechętnie spojrzała na szorstką i spierzchniętą

skórę na dłoniach, po czym ukryta je w fałdach sukni. Wsunęła głębiej stopy pod fotel i

skuliła się, jakby zapragnęła stać się niewidzialna.

Wkrótce nie przespana noc dała o sobie znać i nie zdając sobie z tego sprawy, usnęła.

Nagle poczuła, że ktoś nią potrząsa. Otworzyła oczy i zobaczyła pochylającą się nad nią

przystojną twarz męża.

- Jesteś zmęczona, Jankesko. Proponuję, byś się położyła. Oszołomiona wyprostowała

się wolno i zapytała lekko schrypniętym głosem:

- Gdzie będę spała?

Nie trzeba chyba wielkiej inteligencji, by się tego domyślić, zważywszy, że w kajucie

jest tylko jedno łóżko - rzucił z ironią.

Cóż za grubianin - pomyślała. A ona sądziła, że ma w sobie choć szczyptę

delikatności.

Dotknięta do żywego, uniosła dumnie brodę.

- Nie mam ochoty spać w sukni - oświadczyła wyniośle. - A nie będę jej przy tobie

zdejmować.

Co takiego?! Chyba nie spodziewasz się, że wyjdę. Nic zapominaj, że to moja kajuta. I

żeby nie było między nami nieporozumień... Nie mam zamiaru spać na podłodze, podczas

gdy ty zajmiesz moje łóżko. Jest wystarczająco szerokie dla nas dwojga.

Zaparło jej dech w piersi. A to łajdak! I taki śmie nazywać siebie dżentelmenem!

Mówiłeś, że mnie nic tkniesz. Obrzucił ją taksującym spojrzeniem.

background image

- Posłuchaj - powiedział, wolno cedząc słowa. - Nie widzę potrzeby powtarzania tego

po raz kolejny, jednak zrobię wyjątek. Niezwykle cenię sobie cielesne przyjemności. Lecz ty

nie jesteś dla mnie żadną pokusą, a ja nie jestem rozpustnym łajdakiem, który nie może spać

obok kobiety, nie rozdzierając jej szat.

Każde słowo raniło boleśnie. Wiedziała, że poniosła porażkę.

- Doskonale - mruknęła. Lecz przynajmniej mógłbyś się odwrócić.

- Nie jesteś pierwszą kobietą, którą oglądani bez niczego.

- Nie oglądałeś mnie bez niczego i nie będziesz oglądał. Prychnął pogardliwie.

- Mam nadzieję, że skończysz wreszcie z tym udawaniem wstydliwej panienki. To nie

robi na mnie wrażenia.

Zapragnęła nagle wykrzyczeć mu w twarz, że wcale nie udaje. Wiedziała, że uważa ją

za zwykłą dziwkę. A gdyby powiedziała mu prawdę? Czy miałoby to dla niego jakieś

znaczenie? Nie sposób przewiedzieć, jak by zareagował. Nie, nie może dopuścić, by odwiózł

ją do Charleston. Cóż by ze sobą zrobiła? Musiałaby wrócić do Czarnego Jacka. A sądząc z

humoru hrabiego, niewiele brakowało, by go sprowokować.

W końcu jednak się odwrócił. Pospiesznie zsunęła buty i pończochy i zdjęła przez

głowę suknię. Byłby potworem, gdyby się teraz obejrzał. Czuła się naga w cienkiej koszulce i

bawełnianej halce. Prędko wsunęła się pod kołdrę i przykryła po samą szyję. Możesz się

odwrócić - rzuciła bez tchu.

Nawet na nią nie spojrzał. Zauważyła ze zdziwieniem, że zdążył już rozpiąć koszulę.

Patrzyła z niepokojem, jak zsuwają z ramion. Pierś i brzuch miał pokryte gęstym ciemnym

włosem. Przez chwilę nie mogła złapać tchu. Kiedy jego dłonie powędrowały ku zapięciu

bryczesów, pospiesznie przewróciła się na drugi bok. Zgasił lampę zawieszoną na belce i

kajutę spowiły ciemności. Zacisnęła oczy i nie otworzyła ich nawet wówczas, kiedy usłyszała,

jak kładzie się obok niej.

Serce biło jej jak szalone. Ich ciała się nie stykały, lecz wciąż się obawiała, że za

chwilę to się stanie. Przesunęła się wolno na brzeg łóżka.

Nagle poczuła na biodrze jego dłoń.

- Albo uspokoisz się i dasz mi spać. albo będziesz spała na podłodze - rzucił

wściekłym szeptem.

Znieruchomiała, bojąc się nawet odetchnąć. Jego dłoń paliła ją przez cienki materiał

koszuli. Jak mam spać. kiedy ten człowiek leży obok mnie? - pomyślała z przerażeniem.

W końcu jednak miarowe kołysanie statku utuliło ją do snu.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Wolno się budziła. Czuła pod sobą miękki puszysty materac i przyjemne ciepło.

Leżała wtulona w coś, co emanowało żarem i sprawiało, że czuła się rozkosznie bezpieczna.

Nigdy dotąd nie było jej tak dobrze. Przez chwilę nie mogła sobie przypomnieć, gdzie jest. W

każdym razie nie było to jej łóżko na poddaszu. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że nie

jest sama. i przypomniała sobie, kim jest ów mężczyzna, do którego tak się przytula.

Uniosła gwałtownie powieki. Policzek miała wciśnięty w twarde umięśnione ramię,

ręka zaś, sprawiająca wrażenie drobnej i bladej, spoczywała na opalonej i mocno owłosionej

piersi. Kontrast między karnacją ich skór był uderzający. Zauważyła, że kołdra ledwie

przykrywa mu biodra. Wzrok bezwiednie powędrował niżej, prześlizgując się po tej partii

ciała, której lepiej było nie widzieć, a która wywołała na jej twarzy krwisty rumieniec.

Czując dziwny ucisk w gardle, uciekła wzrokiem w górę jedynie po to, by napotkać

jego śmiałe spojrzenie.

Dzień dobry, Jankesko - powiedział przeciągając sylaby. - Ufam. że moje łóżko nie

sprawiło ci zawodu.

Cassie powstrzymała się od ciętej riposty, która cisnęła jej się na usta. Po chwili

jednak spuściła głowę, bo Gabriel odrzucił kołdrę i wstał z łóżka. Jego absolutny brak wstydu

był dla niej czymś szokującym.

Kiedy stanął do niej tyłem, podciągnęła wyżej kołdrę. Słysząc plusk wody w

miednicy, ostrożnie zerknęła w tamtą stronę. Z ulgą stwierdziła, że Gabriel ma na sobie

spodnie. W tym momencie się odwrócił.

- Nie mam nic przeciwko temu, byś mnie oglądała, Jankesko, lecz byłoby

sprawiedliwiej, gdybym i ja dostąpił tego przywileju - oświadczył uśmiechając się arogancko.

Niby dlaczego miałbyś tego pragnąć - rzuciła wyzywająco. - Sam przecież

stwierdziłeś, że nie jestem dla ciebie żadną pokusą.

Wytarł ręce, usiadł na brzegu łóżka i bezceremonialnie przesunął palcem wzdłuż jej

nagiego ramienia. - Ale mógłbym zmienić zdanie. Odepchnęła jego rękę. Oby nie.

Patrzył, jak jej palce pospiesznie podciągają kołdrę pod brodę. Jej oczy wyglądały

teraz niczym ogromne przejrzyste topazy. Rozbawiło go to i zarazem rozczarowało, że tak

uparcie trzyma się swojej taktyki. Nie spodziewał się takiej skromności po kobiecie jej

pokroju. Wzruszył ramionami i powrócił do przerwanej toalety.

Ogolił się, po czym wytarł z szyi resztki mydła. Spojrzał ponownie na Cassie i

zauważył, że wciąż mu się przygląda. W jej oczach dostrzegł niepokój i napięcie. Rzucił

background image

ręcznik na umywalkę i podszedł do łóżka.

- Widzę, że coś cię niepokoi, Jankesko. Może powiesz mi. o co chodzi.

Zwilżyła wargi końcem języka. Kiedy on zdążył poznać ją tak dobrze? Postanowiła,

że w przyszłości musi się lepiej pilnować.

- Zastanawiałam się... jak mam się do ciebie zwracać. Uniósł brew i sięgnął po

koszulę.

- A jak byś chciała, Jankesko?

Jankesko. Dlaczego tak uparcie obstaje przy tym przezwisku? Zaczynało ją to

irytować. Poderwała się gwałtownie, zapominając o kołdrze.

- Jest całe mnóstwo pasujących do ciebie określeń, panie, podejrzewam jednak, że

żadne by ci nic odpowiadało. Okrył koszulą barczyste ramiona.

Nie wątpię w to. Ale ja mam już imię, Jankesko. Ja także, lecz nie jest to „Jankeska”!

Uniósł kącik ust.

- Nie rozumiem, dlaczego nie miałabyś się zwracać do mnie po imieniu. Jeśli zaś

chodzi o ciebie, to już mówiłem, że „Cassie” do ciebie nie pasuje.

- My też do siebie nie pasujemy, a jesteśmy razem, w do datku jako mąż i żona! -

rzuciła bez namysłu.

Uśmiech zniknął z jego twarzy. Jej zachowanie zirytowało go, lecz jednocześnie

musiał przyznać, że dziewczyna ma w sobie wiele uroku. W swym wzburzeniu wyglądała

niezwykle ponętnie; gęste włosy falami opadały jej na ramiona. Zapragnął nagle rzucić ją na

plecy i pokazać tej hardej małej jędzy, że gdyby chciał, mógłby jej cięte riposty zmienić w

bolesne jęki.

Niech to diabli! Cóż to za nonsens? Lepiej było ożenić się z ropuchą. Gdyby nie była

taka urodziwa, nic traciłby czasu na słowne utarczki. Zirytowało go. że musi sam sobie

przypominać, iż ma ważniejsze sprawy na głowie niż te bezsensowne dysputy.

- Masz rację - odparł chłodno. - Jednak lepiej się nad tym nie rozwodzić. - Wciągnął

buty. podszedł do drzwi i rzucił przez ramię: - Na twoim miejscu bym się ubrał, bo niebawem

Ian przyniesie śniadanie.

Jakże bolała ją ta szorstkość. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że zrobiła coś nie tak.

Lecz co? Uśmiech Iana był szeroki i przyjacielski. Kiedy wyszedł, znowu poczuła się

samotna i opuszczona.

Chodziła po kajucie, aż w końcu zatrzymała się przed małą biblioteczką stojącą za

biurkiem. Spoglądała markotnie na oprawne w skórę tomy, żałując, że nigdy nie chodziła do

szkół. Umiała jedynie się podpisać. Może gdyby potrafiła czytać, czas by się tak nie dłużył.

background image

Po południu drzwi do kajuty otwarły się szeroko i Cassie ujrzała w nich wysoką

sylwetkę męża.

- Morze jest dziś bardzo spokojne, Jankesko. Może zechciałabyś przejść się po

pokładzie?

Po pokładzie? Wolała już raczej samotność od konieczności zmierzenia się z wodnym

żywiołem. Przez cały dzień starała się o tym nie myśleć.

- Nie musisz zaprzątać sobie mną głowy. Z pewnością masz ważniejsze sprawy niż

zajmowanie się moją osobą. - Uśmiechnęła się z trudem. - Może później.

Nie spuszczał z niej wzroku przez kilka pełnych napięcia sekund. Modliła się. by nic

nalegał.

Jak sobie życzysz, Jankesko - powiedział w końcu z lekkim wzruszeniem ramion. -

Daj znać Ianowi, gdybyś czegoś potrzebowała.

Z tymi słowy odwrócił się i wyszedł.

Jednak trzeciego dnia już nie okazał się taki zgodny. Kiedy grzecznie odmówiła,

spojrzał na nią spod zmrużonych powiek. Jesteś wyjątkowo uparta, Jankesko.

- Nic podobnego, panie. - Usiłowała zbyć go beztroskim śmiechem. Już mówiłam, że

nic musisz zaprzątać sobie mną głowy. Doprawdy, nie ma potrzeby...

- Zapewniam cię, że jest. Jankesko. - Na jego twarzy nie było cienia uśmiechu. - Nie

możesz spędzić w kajucie całej podróży. Potrzebujesz słońca i świeżego powietrza. W

przeciwnym razie rozchorujesz się.

- Nic podobnego - zaprotestowała gwałtownie.

- Nie chcę cię mieć na sumieniu, dziewczyno.

Podszedł do niej szybko i zdecydowanie. Twardy, nieustępliwy wzrok nie dopuszczał

odmowy. Odziany na czarno od stóp do głów, w ciemnej, długiej pelerynie, wyglądał jak sam

diabeł.

Z pewnością też nie troska o jej zdrowie wywołała ten upór. Po prostu musiało być

tak. jak on postanowił.

Na nic się zdały jej protesty. Złapał ją za ręce i objął w talii. Wyrwała się i rzuciła mu

pełne nienawiści spojrzenie.

- Przez wiele lat radziłam sobie bez niczyjej pomocy - warknęła.

- Jak sobie życzysz - rzucił z ironią.

Nie miała wyboru; musiała wejść po trapie na pokład. Natychmiast serce zaczęło bić

jak szalone. Obawiała się, że nie zdoła zapanować nad strachem i pozwoli, by ten człowiek

był świadkiem jej słabości. Pewnie uznałby ją za głupią, a tego by nie zniosła.

background image

Szła coraz wolniej, w końcu nie bardzo zdając sobie z tego sprawę stanęła. Starała się

nie patrzeć, lecz było to od niej silniejsze. Całą przestrzeń, aż po horyzont, wypełniały

złowieszcze, połyskujące srebrem masy wód. Spostrzegła, że stoi blisko barierki.

Mimowolnie spojrzała w dół.

Kłębiące się fale wściekle uderzały o burtę statku. Miała wrażenie, że kipiel chwyta ją

za poły sukni i ciągnie w swe lodowate odmęty.

- Proszę wyszeptała nieswoim głosem. - Ja... ja nie mogę tu zostać.

Rzucił jej gniewne spojrzenie. Zobaczył, że zbladła, a oczy wyglądały niczym dwie

ogromne błyszczące kule. Przypomniał sobie moment wsiadania na statek. Sądził wówczas,

że jest po prostu nieśmiała, lecz dopiero teraz zrozumiał, że się bała. Nie był to jednak strach

przed wysokością, jak początkowo przypuszczał.

- Czy to twoja pierwsza podróż? Kiwnęła nerwowo głową.

- Mam nadzieję, że ostatnia.

Kurczowo przywarła do jego boku. Ze zdumieniem zauważył, że cała drży.

- Spokojnie - powiedział cicho. - Weź kilka głębokich oddechów i pomyśl o czymś

przyjemnym.

Nie mogę! - zatkała, mocno zaciskając powieki. Otoczył ją ramieniem.

- Oczywiście, że możesz, Jankesko. Musisz się tylko trochę postarać - powiedział

niskim, spokojnym głosem.

Potrząsnęła przecząco głową i ukryła twarz na jego ramieniu, zaciskając jednocześnie

palce na jego dłoni.

- Jeśli pozwolisz, Jankesko. to wolałbym wrócić do Anglii z całą ręką.

Słysząc jego oschły ton. otworzyła oczy. Chyba wzrok ją mylił. Nie dostrzegła

bowiem kpiny ani pogardy w jego pięknych oczach. Rozluźniła palce, lecz nie puściła jego

dłoni.

- Dobrze. Skoro otworzyłaś oczy, unieś w górę głowę i po wiedz, czy kiedykolwiek

widziałaś tak niebieskie i czyste niebo. To jednak nic w porównaniu z nocą, kiedy świeci

księżyc, a nieboskłon przypomina rozżarzone srebro. Tylu gwiazd jeszcze nigdy nie

widziałaś.

Cóż go napadło, żeby opowiadać o pięknie i kolorach? - pomyślał gniewnie. Jej strach

musiał poruszyć w nim jakąś uśpioną strunę. Poczuł, że Cassie cała się trzęsie.

- Cóż to, Jankesko? Nadal się boisz? Pokręciła przecząco głową.

- Jest mi tylko zimno - skłamała.

- Następnym razem musimy pamiętać o pelerynie.

background image

- Nie mam peleryny - wyrwało jej się bez zastanowienia. Gabriel przeklął siebie w

duchu. Powinien wiedzieć, że w jej garderobie nie ma takich dodatków. Zdjął z ramion

pelerynę i okrył nią Cassie. Spojrzała na niego zaskoczona i uśmiechnęła się z wdzięcznością.

Poczuł dziwny ucisk w dole brzucha. Była taka drobna, że wielka peleryna szczelnie ją

okryła. Wyglądała tak młodo i bezbronnie.

Zrobił się nagle zły na siebie.

- No, dalej, Jankesko - rzucił szorstko. - Nie zrobiłaś jeszcze tego, o co prosiłem.

Niecierpliwość brzmiąca w jego głosie nie zrobiła na niej takiego wrażenia jak ciepło

obejmującego ją ramienia. Wciąż działało na nią uspokajająco, toteż posłusznie uniosła w

gorę głowę. Słońce przyjemnie grzało policzki, a wiatr pachniał świeżością. Hen, wysoko, na

tle przejrzystego błękitnego nieba, trzepotały ogromne płachty żagli. Potężne maszty kiwały

się z falami, trzeszcząc łagodnie. Bardzo dobrze. Czy było to takie straszne?

- Nie - przyznała niepewnie, lecz po chwili zapytała: - Czy teraz mogę już wrócić do

kajuty?

Lekki uśmiech przemknął przez twarz Gabriela. Za chwilę. Potem odprowadzę cię na

dół.

Jakoś nie zmartwiła się zbytnio tą zwłoką. Czuła jego zapach, czysty i lekko

drażniący, a mimo to dziwnie swojski. Czuła też ciepło jego ciała, stał bowiem tuż przy niej.

Gdzieś z góry rozległo się wołanie. Jeden z marynarzy stojący na pokładzie rufowym

kiwał do Gabriela.

Do diabła! - mruknął z niechęcią Gabriel. - Nie mogą się beze mnie obejść.

Przeniósł spojrzenie na Cassie, która szybko spuściła wzrok. Zdążył jednak dostrzec

błysk paniki.

W tej właśnie chwili na pokład wszedł Christopher. Gabriel przywołał go siebie.

- Christopherze, czy zrobisz mi tę łaskę i zostaniesz z moją żoną, kiedy będę

rozmawiał z Simmsem?

Ależ oczywiście. Cassie chciała zaprotestować, lecz Gabriel już odszedł. Skrzywiła się

na myśl o towarzystwie Christophera. Nie mogła zapomnieć jego spokojnego i poważnego

wyrazu twarzy podczas ślubnej ceremonii. Przypuszczała, że jest przeciwny temu

małżeństwu, a także jej samej. Bolało ją to. bo czuła, że mogłaby go polubić.

Naprawdę nie ma potrzeby, byś tu zostawał, panie mruknęła. Skłonił się z galanterią.

Zapewniam cię, że to żaden kłopot. Zapanowała niezręczna cisza. Cassie mocniej

otuliła się peleryną i wbiła wzrok w czubki bucików.

Przykro mi, że mnie nie lubisz, panie - odezwała się cicho. Christopher zamrugał

background image

oczami.

- Co takiego? - Przełknęła ślinę.

- Ja... wiem, że mnie nie lubisz, bo poślubiłam twojego przyjaciela - wydusiła z

trudem. - Bo... bo stoję niżej od niego. Uniosła głowę, a wówczas on wybuchnął gromkim

śmiechem.

- Cassie... Chyba nie masz nic przeciwko temu. bym się tak do ciebie zwracał? Co

więcej, mam nadzieję, że Gabriel nie poczuje się tym dotknięty. Z przyjemnością jednak

spieszę cię poinformować, iż jesteś w wielkim błędzie. Wcale się na ciebie nie gniewam.

Jeżeli już to na Gabriela.

- Dlaczego? - zapytała. Nagle zdała sobie sprawę, jak mało wie o człowieku, którego

poślubiła.

Christopher podprowadził ją do przewróconej skrzynki i posadził z rewerencją.

Następnie przyciągnął sobie drugą i usiadł obok Cassie.

- Wiesz chyba, że jego brat Stuart nie żyje i Gabriel odziedziczył po nim tytuł

hrabiego Wakefield, a także jego narzeczoną, lady Evelyn Latham, córkę księcia Warrenton.

Kiwnęła głową potakująco.

- Powiedział mi, że jego ojciec chce. by ją poślubił.

- Tak. Nietrudno zrozumieć dlaczego. Ród Warrentona wywodzi się od Wilhelma

Zdobywcy, a skojarzony z bogactwem Farleigh wydałby doprawdy świetne owoce...

Widząc jej zawstydzenie, dodał pospiesznie:

- Zechciej mi wybaczyć. Czasami za dużo gadam. Po chwili mówił dalej.

Sytuacja między Gabrielem a jego ojcem jest skomplikowana. Zastanawia mnie tylko

jedno: dlaczego Gabriel nie chce o tym mówić. Zapewniam cię, Cassie, że nie mam nic

przeciwko temu, że Gabriel ożenił się z kobietą nic ze swojej sfery. Nie jestem tylko pewien,

czy to ładnie wciągać cię w tę... sprawę.

- Jeszcze nie do końca oswoiłam się z myślą, że przestałam być Cassie McClellan, a

stałam się panią Sinclair - powiedziała Cassie po chwili milczenia.

- Nie - łagodnie sprostował Christopher. - Jesteś teraz hrabiną Wakefield... lady

Wakefield.

Westchnęła z rezygnacją.

- Hrabina, książę... tyle tych tytułów... nie potrafię ich odróżnić.

Zaśmiał się w odpowiedzi.

Z przyjemnością objaśnię ci te niuanse szlachectwa. Rozmawiali w najlepsze, kiedy

zjawił się Gabriel. Cassie była pojętną uczennicą, a pochwały Christophera przywróciły

background image

uśmiech na jej wargach i kolor na policzkach. Jednak na widok Gabriela serce jej zamarło.

Jeszcze długo nic mogła zapomnieć wyrazu jego twarzy. Była posępną niemal groźna. Przez

chwilę wydawał się nawet miły... teraz jednak ponownie stał się zimny i daleki.

Nie wiedziała, że Gabriela zirytowało, iż jego przyjaciel tak wspaniale potrafił

rozproszyć jej strach.

Kiedy kładła się wieczorem do łóżka, wciąż myślała o tym, co wydarzyło się tego

dnia. Odwróciła się na drugi bok, gdy Gabriel zgasił latarnię i wsunął się pod kołdrę. Choć

dzień upłynął szybciej niż poprzednie, wcale jej się nie spieszyło do kolejnego spaceru po

pokładzie. Na samą myśl czuła ucisk w żołądku i niespokojnie przewracała się z boku na bok.

W końcu Gabriel uniósł się na łokciu i warknął: Co z tobą, Jankesko?

Znieruchomiała. Ku swojej rozpaczy leżała właśnie przodem do niego. Znajdowali się

tak blisko siebie, że czuła, jak włosy na jego torsie dotykaj ą czubków jej piersi.

Jak długo będziemy płynąć? - ośmieliła się w końcu zapytać.

Sześć tygodni - padła zwięzła odpowiedź. - Może mniej.

a może więcej, zależnie od wiatrów i pogody.

Starała się nie myśleć o jego nagim torsie. Nie wiedziała już. co gorsze: sześć tygodni

na znienawidzonym morzu, czy też dzielenie łoża z tym mężczyzną. Na myśl o tej drugiej

perspektywie czuła niepokój, a pierwsza wywoływała w niej dreszcz strachu.

Gabriel wyczul drżenie jej ciała.

Dlaczego tak się boisz morza, Jankesko?

Zawahała się. Czy on uważa taki strach za słabość i głupotę? Wpatrywała się w niego

w ciemności. Oczy błyszczały mu jak dwie szpileczki, lecz głos stracił na ostrości.

Kiedy nie odpowiadała, spróbował innej taktyki.

Powiedziałaś kiedyś, że to twoja pierwsza podróż. Uśmiechnęła się lekko.

To prawda. Nigdy dotąd nie opuszczałam Charleston. Mieszkałaś tylko z matką? A

ojciec?

- Nie znałam swojego ojca - odpowiedziała cicho. - Mógł nim być każdy - dodała

niepewnie. - Moja matka... była...

Wiem. - Jakoś nie chciał, by słowo „dziwka” przeszło jej przez usta. - Więc co się

stało? - Domyślał się, że chodzi tu o coś więcej niż o strach przed nieznanym.

Myśli Cassie cofnęły się do owego odległego w przeszłości dnia.

- Byłam bardzo mała - powiedziała - ale tego dnia nigdy nie zapomnę. - Obróciła się

na plecy i zapatrzyła w sufit. - Było wcześnie rano i staliśmy na końcu doków, obserwując

wypływające w morze statki. Moja matka była z ciemnowłosym, dobrze ubranym mężczyzną.

background image

Pamiętam, że stałam tuż przed nią. Śmiała się, uczepiona ramienia tego mężczyzny. Myślała,

że nic słyszę, co mówi, ale ja wszystko słyszałam.

Mimowolnie zadrżała. Nawet po tylu latach kuliła się na wspomnienie tego dnia.

Zagrzebała go głęboko w pamięci, starając się o nim zapomnieć, teraz jednak czuła się tak,

jakby na nowo go przeżywała. Co powiedziała?

Szepnęła do mężczyzny: „Pomyśl. Nikogo nie ma w pobliżu. Gdyby zniknęła,

bylibyśmy tylko we dwoje”.

Gabriel poczuł ucisk w piersi. Słodki Jezu! Czy to możliwe? Ta kobieta chyba nie

myślała o...

- Co się stało potem?

- Poczułam rękę na plecach i zaczęłam spadać. Było tak ciemno i zimno... Pamiętam,

że krzyczałam i dławiłam się. Myślałam, że zaraz utonę. Kiedy byłam pewna, że już po mnie,

ten mężczyzna chwycił mnie za rękę i wyciągnął z wody.

- Zaczekaj - powiedział Gabriel wolno. - Myślałem, że to on cię popchnął.

Bardzo długo nie odpowiadała, a kiedy się odezwała, jej głos brzmiał głucho.

Nie. To moja matka - wyszeptała.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Z całego serca żałował, że w ogóle zadał pytanie o przyczynę jej strachu. Kiedy już ją

poznał...

Wolał nie wiedzieć.

Choć właściwie niczego to nie zmieniało. Oczywiście było godne pożałowania, lecz

nie mógł pozwolić, by dziewczyna zmiękczyła jego serce. Wszystko wówczas poszłoby na

marne. Nic mógł pozwolić, by cokolwiek zniweczyło jego plany.

Dni wlokły się Cassie niemiłosiernie. Gabriel późno wracał do kajuty. Zwykle już

spała, kiedy kładł się spać. a wstawał bardzo wcześnie. Większość czasu spędzała więc

samotnie. Nie przeszkadzało jej to, bowiem jego obecność przyprawiała ją zawsze o szybsze

bicie serca. Kajuta wydawała się wówczas strasznie mała.

Nalegał jednak, aby od czasu do czasu wychodziła na pokład. Nie miała dość odwagi,

by spacerować samą toteż towarzyszył jej albo Gabriel, albo Christopher.

Sporo czasu spędzała teraz z Christopherem. Był wesoły i uprzejmy, zawsze z

ujmującym uśmiechem na czerstwej twarzy. Raczył ją opowieściami z życia wyższych sfer.

Słuchała ich z zapartym tchem. Niezwykle interesował ją Londyn, teatry, domy gry i kluby.

Christopher nigdy nie tracił cierpliwości i odpowiadał na jej nie kończące się pytania. Choć

nie całkiem zdawała sobie z tego sprawę. Christopher nie tylko ją zabawiał, lecz również

wprowadzał w tajniki szlacheckiego życia. Tak swobodnie czuła się w jego obecności.

Z Gabrielem zaś nigdy.

Od Christophera dowiedziała się. że przyjaciele poznali się w szkołę. Nie zdziwił jej

fakt, że Gabriel nie był nigdy posłusznym, obowiązkowym uczniem. Według Christophera to

odwaga i śmiałość stały się jego przepustką do wieku męskiego, lecz na tym się nie

skończyło.

- Na zawsze pozostanie dla mnie tajemnicą, dlaczego taki rozpustnik jak on ma takie

powodzenie wśród dam - zaśmiał się Christopher któregoś wieczoru, kiedy siedzieli na

pokładzie. - Pękną serca wielu pannom, kiedy rozejdzie się wieść, że wstąpił w związek

małżeński. Nie desperuj jednak - dodał z wesołym błyskiem w oku. Wielu młodzieńców

bowiem z pewnością pozazdrości mu takiej żony.

Oblała się krwistym rumieńcem, choć wiedziała, że to żarty. Objęła kolana rękoma i

powiedziała z uśmiechem:

Wierzę we wszystko, co powiedziałeś mi o Gabrielu. Zastanawiam się jednak... czy

też jesteś równie szalony i rozpustny?

background image

Skrzywił się.

- A jak sądzisz, kto go nauczył tych dzikich diabelskich sztuczek?

Cassie wybuchnęła śmiechem. Jakoś nic mogła sobie wyobrazić Christophera w tej

roli, uważała go bowiem za człowieka szlachetnego i godnego zaufania.

Żadne z nich nie dostrzegło pary oczu, która śledziła ich z pokładu rufowego. Pod

maską spokoju kipiały emocje, dobrze kontrolowane, ale wciąż obecne. Gabriel przyglądał się

długo wdzięcznej główce koloru bursztynu skłaniającej się ku głowie przyjaciela. Przez

ostatnie tygodnie często widywał ich zatopionych w rozmowie, śmiejących się wesoło. Nie

odczuwał bynajmniej zazdrości. Ufał przyjacielowi całkowicie i nie musiał się niczego

obawiać. Jednak na niego Cassie nigdy nie patrzyła z takim ożywieniem.

Christopher ujrzał go pierwszy i zerwał się na równe nogi. Płonące srebrzyste oczy

Gabriela zwróciły się na Cassie.

- Przypuszczam, iż zauważyłaś, że wiatr się wzmaga. - Jego głos smagał niczym bicz.

- Nadchodzi burza. Lepiej byś wróciła do kajuty.

Ruszył przed siebie, po czym odwrócił się, gdy nie wykonała żadnego ruchu.

Radzę się pospieszyć, Jankesko. chyba że masz ochotę spocząć w morskim grobie.

Z tymi słowy odwrócił się i odszedł. Cassie spoglądała za nim z uczuciem dotkliwego

bólu w sercu. Zaskoczenie i wstyd mieszały się w niej z gniewem i bólem, poczuła się

bowiem winna, choć nie znajdywała w sobie dowodów winy.

Christopher spróbował złagodzić przykre wrażenie, jakie pozostawił po sobie

przyjaciel.

- Niestety, on ma rację - mruknął. - Zaczyna się chmurzyć i wiatr się wzmaga. Lepiej

zejść na dół. - Z lekkim uśmiechem wskazał na trap. - Idziemy?

Pozwoliła mu wziąć się pod rękę. lecz posłała za Gabrielem gniewne spojrzenie.

- Nie wierzę, że zależy mu na moim bezpieczeństwie - mruknęła. Nic widzę, żeby w

ogóle o mnie dbał.

Christopher pokręcił głową.

- On nic chciał być nieuprzejmy - wyjaśnił łagodnie. - Po prostu czasami tak się

zachowuje.

Zacisnęła gniewnie wargi.

- Nie rozumiem go - wyznała szczerze.

- Rzeczywiście niełatwo go zrozumieć - powiedział Christopher po chwili. -

Większość życia spędził w towarzystwie ludzi, mimo to przeważnie był sam. - Po krótkiej

pauzie dodał cicho: - Podobnie jak ty.

background image

Jednak Cassie jakoś trudno było uznać siebie i Gabriela za pokrewne dusze. Spojrzała

na Christophera z uwagą.

- Jeśli sądzisz, że jesteśmy do siebie podobni - powiedziała cicho - to bardzo się

mylisz. - Po tych słowach weszła do kajuty.

Czyżby naprawdę się mylił? Patrzył przez chwilę na zamknięte drzwi z wyrazem

dezaprobaty na twarzy. Przeczucie mówiło mu. że jednak nie miał racji, że ta para jest dla

siebie stworzona. I oby tak było.

Dla dobra Cassie i... Gabriela.

Tymczasem Cassie nawet przez myśl nie przeszło marzenie o małżeńskiej harmonii.

Spacerowała po kajucie i z każdym krokiem w jej sercu rosła uraza. Wszystko w niej burzyło

się przeciw temu wytwornemu lordowi i jego wyniosłym manierom. Traktował ją jak

prostaczkę. Może była biedna, ale nie głupia. Miała w sobie dość odwagi i dumy, by nie

pozwolić tak sobą pomiatać człowiekowi, którego nazywała swoim mężem.

I choć brakowało jej ogłady i dobrych manier, to świetnie znała się na grubiańskich

mężczyznach, których on był niedościgłym wzorem.

Zatrzymała się przed małym lustrem wiszącym nad umywalką. Policzki rozjaśniały

rumieńce, a w oczach płonął ogień. Och. jakże się mylił, jeśli sądził, że będzie się tu chować

jak tchórz. Nie uważała się za śmiałą i odważną, lecz nie była też potulna i łagodna i

najwyższy czas, by mu to udowodnić.

Podbiegła do drzwi, otworzyła je na oścież, po czym zebrała fałdy sukni i

pomaszerowała po trapie na górę, zupełnie zapominając o jego ostrzeżeniu.

Kiedy znalazła się na pokładzie, natychmiast zrozumiała swój błąd. Żagle łopotały z

siłą grzmotu, a potężne maszty chwiały się w przód i w tył. Morze było szare i spienione.

Zamarła, zarazem przerażona i zafascynowana widokiem. Nagle dobiegł ją krzyk, który

rozpłynął się w szumie wiatru. Odwróciła głowę.

Był to Gabriel, który biegł w jej stronę z pokładu rufowego. Nigdy jeszcze nie

widziała go tak rozgniewanego. Krzyknął coś ponownie i wskazał ręką na zejście pod pokład.

Zrozumiała, że chce. aby zeszła na dół. Tym razem nie zamierzała się ociągać.

Kiedy jednak odwróciła się. by ruszyć w dół, wściekły podmuch wiatru zatrzymał ją

na miejscu, pozbawiając sił i oddechu. Statek otaczały olbrzymie masy wód piętrzące się

niczym rozwiane białe grzywy.

Nagle tuż przed nią wyrosła potężna ściana wody, przewyższająca maszt, by po chwili

runąć na statek niczym śmiercionośna pięść. Rozpaczliwy krzyk wydarł jej się z gardła.

Przemknęło jej przez myśl, że musi uciekać, lecz w tym momencie fala zalała pokład,

background image

ścinając ją z nóg.

Przez chwilę miała wrażenie, że znalazła się w wielkim czarnym dole. Zewsząd

otaczały ją ciemności, zaraz jednak spadła na nią olbrzymia lodowata masa wody. Mgliście

zdała sobie sprawę, że osuwa się na pokład, a potworny ciężar przygniata ją do podłogi. Nic

nie widziała. Nic była w stanie oddychać. Strach zmroził jej krew w żyłach, poczuła bowiem,

jak woda chwyta ją w śmiertelne objęcia. Chciała krzyknąć, lecz słona woda zalała jej usta.

Statek zachwiał się. jęknął, po czym wolno się wyprostował. Z przekleństwem

cisnącym mu się na usta Gabriel opadł na kolana i porwał dziewczynę w objęcia. Oczy miała

zamknięte, ciało bezwładne i nieruchome, usta koloru wosku.

Ogarnęła go panika.

- Jankesko! - wyszeptał chrapliwie. - Jankesko!

Zakaszlała gwałtownie i zaczęła spazmatycznie chwytać powietrze. Powieki zadrżały i

uniosły się.

Czyżbym umarła? - wydyszała.

Gabriel nie mógł powstrzymać uśmiechu i poczuł, jak spływa na niego wielka ulga.

Mocniej przytulił Cassie do piersi.

Cóż to, Jankesko? Sądzisz, że jesteś w niebie?

Wpatrywała się w osłupieniu w szczupłe, ostre rysy pochylającej się nad nią twarzy.

Nie, to z pewnością nie było niebo. Otaczała ją para silnych ramion. Po chwili jednak ujrzała,

jak te kształtne, niezwykle męskie wargi wykrzywia gniew.

- Cóż ty, do ciężkiej cholery, wyprawiasz, Jankesko? Mówiłem, żebyś została na dole.

Omal nie zginęłaś.

Spuściła głowę, walcząc z napływającymi łzami. Z mokrych włosów na twarz i

ramiona ściekała woda. Modliła się gorąco, by nie zauważył łzy, która wymknęła się spod

zaciśniętych powiek i zlała z wilgocią na policzkach.

Pomógł jej się podnieść, a ona tymczasem zdążyła odzyskać zimną krew, czy też to,

co z niej zostało.

- Chodźmy - mruknął. - W przeciwnym razie zamarzniemy, stojąc na tym wietrze.

Wskazał ręką, aby szła przed nim. Zachwiała się. Czy powodem był szok, czy też

zimno, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Gabriel zaklął pod nosem i wziął ją na ręce.

W kajucie postawił ją na podłodze i przytrzymał ją w talii, dopóki nie odzyskała

równowagi.

Już dobrze powiedziała lekko drżącym głosem. - Możesz mnie puścić.

Przez twarz przemknął mu cień, lecz cofnął ręce.

background image

- Zdejmij z siebie te mokre rzeczy - rozkazał. - W przeciwnym razie będę miał cię na

sumieniu.

Oboje byli przemoczeni do suchej nitki. Woda z nich kapała, zalewając podłogę.

Cassie odwróciła się zawstydzona i skrępowana jego obecnością. Dotąd zawsze starała się

strzec swej prywatności i chociaż nie padło na ten temat żadne słowo, szanował jej decyzję.

Sznurówki sukni były zbyt mokre dla jej zgrabiałych palców. Bezskutecznie

próbowała je rozwiązać. Gabriel w jednej chwili znalazł się przy niej. Silne palce odsunęły jej

dłonie. Miał na sobie jedynie spodnie. Kropelki wilgoci błyszczały mu na piersi jak drobne

diamenciki wśród gęstwiny ciemnych włosów.

Zbyt zdeprymowana, by zaprotestować, stała potulnie, drżąc na całym ciele i czekając,

aż ściągnie z niej suknię. Kiedy z obojętną miną i niezwykłą sprawnością pozbawił ją również

bielizny, oblała się krwistym rumieńcem. Nic poprzestał na tym. Wziął ręcznik, wycisnął jej

wodę z włosów i energicznie wytarł całe ciało. Na koniec wymierzył lekkiego klapsa w

pośladek.

A teraz do łóżka, Jankeski.

Nie trzeba było jej tego dwa razy powtarzać. Szczękając zębami z zimną wsunęła się

pod kołdrę i podciągnęła ją aż po szyję. Kiedy Gabriel sięgnął do bryczesów, zacisnęła oczy,

żeby nie patrzeć.

Słyszała, jak mokre ubrania lądują na podłodze, po czym zgasła latarnia i Gabriel

położył się obok niej.

Zaległa pełna napięcia cisza. Cassie zwinęła się w kłębek, próbując wymazać z

pamięci ostatnie wydarzenie. Przeklinała w duchu swoją słabość, lecz nie mogła pozbyć się

widoku potężnej fali, która rozwierała się szeroko niczym wrota śmierci, gotowa ją połknąć.

Słodki Jezu! Myślała, że już po niej, że za chwilę utonie. Z głębi gardła wydarł się

mimowolny ; Poczuła jego dłoń na swoim udzie.

- Co z tobą Jankesko? Coś ci dolega?

- Nie - wyszeptała.

- Może ci zimno? Chcesz, bym przyniósł koc?

Zimno? Chyba już nigdy się nie rozgrzeje. Gdyby pytał ją o to z dobroci serca, z

wdzięcznością przyjęłaby jego propozycję. Teraz jednak pokręciła przecząco głową.

Proponuję więc, byśmy się trochę zdrzemnęli. Cofnął rękę i odwrócił się do niej

plecami. Mijały minuty, a Cassie wciąż się trzęsła.

- Na litość boską, Jankesko. Jesteś bezpieczna i sucha. Czy wobec tego mogłabyś się

przestać trząść?

background image

P - przepraszam. - A niech co licho! Nawet głos jej drżał. - N - nie chciałam s -

sprawiać k - kłopotu.

Uniósł się na łokciu. Czuła na sobie jego wzrok.

- Muszę przyznać, Jankesko, że wybrałaś sobie kiepski moment na udowodnienie, że

nie boisz się morza - rzucił oschłym tonem.

- Wcale nie w tym rzecz - zaprotestowała. - Byłam na ciebie zła za sposób, w jaki

mnie potraktowałeś. Jeśli chciałeś, bym zeszła na dół, mogłeś mnie poprosić. Zamiast tego

sprawiłeś, że czułam się tak, jakbym miała zostać wypędzona na krańce ziemi. - Uniosła w

górę brodę. - Nie uczyniłam nic złego i nie miałeś prawa traktować mnie. jakbym była winna.

Miała rację. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, lecz siedzący w nim diabeł nie

pozwalał mu przyznać się do lego. Był wściekły na nich oboje, zarówno na nią, jak i na

Christophera. Cichy głos podpowiadał - że za tą wściekłością kryje się zazdrość. Natychmiast

odrzucił od siebie tę myśl. lecz logika mówiła co innego. Nic widział powodu, dla którego

miałby się przejmować widokiem Cassie i Christophera, jednak nie chciał wnikać głębiej we

własne odczucia.

Sama Cassie uratowała go przed koniecznością przeprosin. Ostentacyjnie odwróciła

się do niego tyłem, lecz wkrótce znowu zaczęła się trząść.

- Jesteś uparta, Jankesko - mruknął. - Twierdzisz, że nie jest ci zimno, najwyraźniej

jednak jest. Więc chodź tutaj, bo nigdy się nie ogrzejesz, a ja nie będę mógł spać.

Przyciągnął ją do siebie i ułożył jej głowę na piersi. Zdziwiło go. że nic

zaprotestowała i z cichym westchnieniem przytuliła się do niego.

Sztywne włosy na piersi Gabriela łaskotały ją w policzek, lecz nie zwracała na to

uwagi. Jego ramiona były niewiarygodnie ciepłe i bezpieczne. Nie sposób było im się oprzeć.

Powoli przeniknęło w nią ciepło z jego ciała. Dreszcze ustały. Mięśnie się rozluźniły. Zaczęła

głębiej oddychać i w końcu usnęła.

Gabriel jak zwykle obudził się pierwszy Przez okno wpadały złociste promienie

zwiastujące świt. Zamiast natychmiast wstać, Gabriel delektował się bliskością miękkiego

kobiecego ciała, przytulonego do jego boku.

Cassie prawie się nie poruszyła przez całą noc. Zacisnął wargi, przypominając sobie

koszulę, którą z niej wczoraj zdjął. Była tak wytarta, że niemal przezroczysta. Nic poprawiał

humoru fakt, że jego żona ma tylko dwie suknie i obie zasługują jedynie na to, by cisnąć je do

ognia.

Czyniąc sobie w duchu wyrzuty, że później będzie tego żałował, uniósł lekko kołdrę,

by przyjrzeć się Cassie. Wolno przesunął wzrokiem po jej ciele, nie pomijając żadnego

background image

szczegółu. W końcu był tylko człowiekiem, toteż na widok jej wdzięków zapomniał o ciętych

ripostach dziewczyny.

Włosy rozsypały się po poduszce, odsłaniając wszystko to, co pragnął zobaczyć. Miała

szczupłe nogi i delikatną, jedwabistą skórę o bladokremowym odcieniu. Z satysfakcją

zauważył, że zdążyła już nabrać trochę ciała. Nadal jednak była nieprawdopodobnie chuda.

Bez trudu mógłby wziąć w palce jednej ręki oba jej nadgarstki, a obwód uda zmierzyć

rozpiętością palców.

Krew zaczęła mu szybciej krążyć w żyłach. Nie, pomyślał, nie były mu obojętne jej

kobiece wdzięki. Zatrzymał wzrok na wiśnioworóżowych sutkach wieńczących wzgórki

małych, lecz niezwykle kształtnych piersi. Rudawozłota kępka strzegła najintymniejszej

części jej ciała. Nagle zapragnął przewrócić ją na plecy i wniknąć w nią głęboko, zatracając

się w gorącym, ciasnym wnętrzu.

Przypomniał sobie, że to małżeństwo jest niewiele lepsze od związku z Evelyn. Choć

sam wybrał sobie żonę, lecz nie odpowiadała ona jego upodobaniom. Jakiś głos ostrzegał go

przed uczynieniem z tego związku prawdziwego małżeństwa. Inny zaś szeptał, że nie byłoby

to trudne. Należał jednak do tych ludzi, którzy nauczyli się panować nad pożądaniem i

uczuciami.

Mimo to wciąż nie dawała mu spokoju myśl. że małżeństwo nie skonsumowane nie

jest prawdziwym małżeństwem.

Przyciągnął Cassie do siebie, a ręce nieświadomie powędrowały ku wąskiej talii. Była

taka miękka, senna i gorąca, a rozchylone wargi kusiły, by ich dotknąć.

Jankesko - tchnął w jej usta.

Poruszyła się. Powieki uniosły się wolno. Przez chwilę wpatrywała się w przystojną

twarz męża, na której malował się wyraz lekkiego rozbawienia. Jej oczy zrobiły się nagle

okrągłe, kiedy zdała sobie sprawę, że leży przytulona do niego, w dodatku oboje są nadzy.

Czuła dotyk jego owłosionych ud na swoich nogach. Starała się nie myśleć o tym. co wyrosło

między nimi.

Wsunęła ręce między ich ciała, jakby chciała się odsunąć, lecz Gabriel na to nie

pozwolił. W odpowiedzi wzmocnił uścisk, przytulając ją mocniej do siebie.

- Cóż to, Jankesko? W oberży byłaś bardziej przystępna. - Wsunął palce w jej włosy. -

Co byś powiedziała na małżeński pocałunek?

- Nie o pocałunek ci chodzi! - Usiłowała go odepchnąć, lecz na próżno. Potężna pierś

nie pozwalała jej nawet drgnąć.

- Widzę więc, że uczyniliśmy pewien postęp. Zdążyłaś mnie już dobrze poznać.

background image

Zaniechała wysiłków i obrzuciła go niechętnym spojrzeniem. Jakże nienawidziła tego

sarkazmu w jego głosie!

Pochylił się ku niej, silny i przerażający. Nigdy nie czuła się taka słaba i bezbronna jak

w tej chwili. Kiedy sądziła, że wykorzysta swoją fizyczną przewagę, nagle ją puścił.

Przysunęła się bliżej ściany i przycisnęła kołdrę do piersi. Uniósł się na łokciu, nie

spuszczając z niej natarczywego spojrzenia. Serce tłukło jej się w piersi jak oszalałe. Nie

ufała mu. Był dla niej zagadką. Wprawiał ją w konsternację, kiedy tak leżał i wpatrywał się w

nią. nagą i bezbronną.

- Nasze małżeństwo nie zostało skonsumowane - powiedział nagle. - Każde z nas

mogłoby je unieważnić. Należy tę sprawę doprowadzić do końca, zanim przybędziemy do

Anglii.

Cassie zbladła. Umysł zawirował nagle jak wzburzone morze. On chyba nie myśli o...

Ale... przecież obiecałeś. Powiedziałeś, że nie ma potrzeby... Przyrzekłeś, że zostawisz

mnie w spokoju.

Wygląda na to. że przyrzekłem zbyt pochopnie. - Jego głos był twardy jak stal. - Nie

chcę, by ktokolwiek zakwestionował ważność naszego małżeństwa.

Jej oczy siały się okrągłe ze zdumienia.

- Masz na myśli swego ojca?

- Zwłaszcza jego. - Zacisnął wargi ze złością.

Serce waliło jej jak młotem. Wyciągnął rękę. Zamarła, kiedy przesunął palcem po

wypukłościach ciała skrytych pod kołdrą.

Nie jestem złym kochankiem. Jankesko - powiedział cicho.

Moim na pewno nie będziesz! - odparowała bez namysłu. Chwycił ją za nadgarstki.

Nagle ten ich słowny pojedynek przerodził się w walkę charakterów.

- Chyba nic zaprzeczysz, że mój pocałunek sprawił ci przyjemność?

Pierś jej falowała, jakby starała się w ten sposób uniknąć kontaktu z umięśnionym

torsem.

Ani nie sprawił mi przyjemności, ani nic zadowolił. Było to jednak wierutne

kłamstwo. Jego pocałunek miał w sobie niezwykłą słodycz, lecz przyznanie się do tego

byłoby poniżające.

Gniew błysnął w jego oczach.

- Wybacz, Jankesko, ale nie mogę uwierzyć, że jestem aż takim potworem. Wiele

kobiet w Londynie słono by zapłaciło za zajęcie twego miejsca.

Cóż za arogancki gbur!

background image

Z przyjemnością je odstąpię! - cisnęła mu w twarz. Rysy mu stwardniały.

- Niestety to niemożliwe. Zupełnie nie pojmuję, czemu trwasz w swoim uporze, skoro

jestem dla ciebie tylko jednym z wielu mężczyzn.

Odrzucił kołdrę. Cassie zadrżała pod jego wzrokiem, który śmiało przesunął się po jej

nagim ponętnym ciele.

- A ja zupełnie nic pojmuję, czemu gwałtem chcesz dostać to, co powinno być dane z

własnej woli - rzuciła. - Czy nie mam tu nic do powiedzenia?

W odpowiedzi chwycił ją za ręce i uwięził je po obu stronach głowy. Był tak blisko.

Napierał na nią całym ciałem. Czuła też pulsującą twardość na swoim brzuchu.

Wciągnęła gwałtownie powietrze.

Powiedziałeś, że nie chcesz mieć dziedzica. Co będzie, jeśli stanę się brzemienna?

Przez jedną pełną napięcia chwilę sądziła, że nie usłyszał. Zaraz jednak puścił ją i

wstał z łóżka.

Odetchnęła z ulgą i otuliła się kołdrą. Nie śmiała oddychać, kiedy się ubierał. Jego

ruchy były szybkie, niemal gwałtowne. Czuła, że kipi w nim gniew.

Gdy się odwrócił, nie miała już co do tego żadnych wątpliwości. Szczęki miał

ściśnięte, a wyraz twarzy równie lodowaty jak głos.

- To niczego nie zmienia. Jankesko. Jeśli będzie trzeba, potwierdzisz, że nasze

małżeństwo zostało skonsumowane.

Uniosła głowę.

- Co takiego? - mruknęła. - To znaczy, że mam kłamać...

- Radzę, byś to zrobiła - przerwał jej. - W przeciwnym razie nie będę miał innego

wyboru, jak dopełnić dzieła. I nie łudź się, następnym razem twój opór mnie nie powstrzyma.

Nic próbuj się z tym zdradzić ani przed moim ojcem, ani przed nikim innym. Pilnie strzeż tej

tajemnicy, bo tylko wtedy będziesz bezpieczna.

Spojrzała na niego zaskoczona. Dobry Boże, czy chodzi mu o jej cnotę, czy też o

życie? - pomyślała z trwogą.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Tydzień później Gabriel oznajmił, że za godzinę przybiją do portu w Londynie.

Gwałtownie wyrwana ze snu, Cassie odrzuciła kołdrę i wstała. Serce biło jej z

podekscytowania, kiedy nalewała wodę do miski. Energicznie umyła twarz, wyszorowała

szybko całe ciało, po czym wyszczotkowała włosy i zwinęła je w ciężki węzeł na karku.

Następnie sięgnęła z westchnieniem po zniszczoną suknię. Nie dalej jak wczoraj po raz

kolejny zszyła jeden ze szwów. Bardziej jednak niż jej nędznego wyglądu nienawidziła

głęboko wyciętego dekoltu. Czuła się w nim taka tania, dzisiaj jeszcze bardziej niż zwykle.

Rozległo się pukanie do drzwi.

- Cassie? Pomyślałem, że może chciałabyś popatrzeć, jak zbliżamy się do Londynu.

Był to Christopher. Przez ostatni tydzień rzadko wychodziła z kajuty. Wciąż nie mogła

zapomnieć, jak fala omal nie zmyła jej z pokładu. O dziwo, Gabriel nic namawiał jej do

wyjścia.

Uchyliła drzwi. Christopher powitał ją uśmiechem.

- Byłoby mi miło, gdybyś się zgodziła. Obiecuję, że nie będziemy podchodzić do

barierki.

Cassie zagryzła wargę, po czym skinęła głową. Christopher był taki miły i uprzejmy.

Nie mogła go rozczarować. Może nie będzie aż tak źle. Wezmę tylko szal - mruknęła.

Powietrze było orzeźwiające, lecz dość ciepłe. Christopher stanął obok niej, choć

niezbyt blisko. Serce biło jej mocno. Teraz, kiedy podróż dobiegła końca, nie umiała

powiedzieć, czy obawiała się tej chwili, czy też czekała na nią z utęsknieniem. Wkrótce

dołączył do nich Gabriel, lecz niewiele się odzywał. Wyciągnęła szyję, by móc lepiej

przyjrzeć się miastu, nieświadoma obserwujących ją dwóch par oczu: jedna spoglądała na nią

z pobłażliwym półuśmiechem, druga ze starannie wystudiowaną obojętnością.

Śledziła wzrokiem rzędy magazynów ciągnących się wzdłuż wybrzeża. Port tętnił

życiem. Rozładowywano i załadowywano jeden statek po drugim. Nieco dalej strzelały w

górę dymy z kominów. Kapitan wprowadził statek na miejsce postoju; spuszczono kotwicę.

Poczuła rękę na swoim łokciu.

Zaczekaj tu, póki nie dopilnuj ę wyładunku. Christopher zszedł na dół po swoje

rzeczy. Wrócił z walizką w ręku i kapeluszem osadzonym zawadiacko na głowie.

Nadszedł czas. by się pożegnać - powiedział łagodnie. Nie zważając na to, że mąż ją

zobaczy, cmoknęła Christophera w policzek.

Dziękuję za wszystko, Christopherze. Będzie mi ciebie brakowało.

background image

Roześmiał się serdecznie, postawił kufer na pokładzie i pochwycił jej obie dłonie.

- Jeszcze nie raz się zobaczymy, Cassie. - Ścisnął lekko jej palce. - Wkrótce odwiedzę

ciebie i Gabriela.

Z tymi słowy wziął walizkę i ruszył w stronę pomostu. Na brzegu odwrócił się jeszcze

i pomachał jej ręką. Ogarnął ją nagle wielki smutek. Christopher i Bess byli jej jedynymi

prawdziwymi przyjaciółmi.

Rozładunek przebiegał szybko i wkrótce Gabriel ponownie znalazł się u jej boku.

Gotowa na powitanie Anglii?

Podała mu rękę z udaną nonszalancją. Stawiając stopę na pomoście czuła, że za chwilę

serce wyrwie jej się z piersi. Zacisnęła kurczowo palce na ramieniu Gabriela, skupiając wzrok

na kręcących się po nabrzeżu postaciach i myśląc jedynie o stawianiu jednej stopy przed

drugą.

Kiedy na koniec stanęła ponownie na twardym gruncie, policzki zdążyły się już

pokryć bladością. Powietrze było chłodne i wilgotne, zdecydowanie chłodniejsze niż w

Charleston. Dopiero wówczas dostrzegła stojący w pobliżu powóz.

Woźnica zeskoczył na ziemię i pospiesznie otworzył przed nią drzwi. Zawahała się,

nic wiedząc, co ma zrobić. Wsiąść sama. czy też czekać, aż ktoś jej pomoże? Na szczęście

Gabriel wybawił ją z kłopotu. Podał jej rękę. po czym wsiadł za nią. Wybrał miejsce nie

obok, lecz naprzeciwko niej. Woźnica cmoknął na konia i powóz ruszył z miejsca.

Cassie wyglądała przez małe okno, obserwując z ciekawością brukowane ulice

Londynu. Z oddali dochodziły pokrzykiwania ulicznych sprzedawców, zachwalających swoje

towary. Wkrótce jednak jej uwagę przykuł siedzący naprzeciw niej mężczyzna. Jak zwykle

zachowywał uprzejmą rezerwę i dystans. Z wyjątkiem kilku słów w ogóle ze sobą nie

rozmawiali.

Wygładziła nerwowo suknię na kolanach. Tak bardzo pragnęła zostawić za sobą

przeszłość, lecz o przyszłości nic śmiała nawet myśleć. Zbyt wiele było w niej niewiadomych.

W końcu odważyła się przerwać niezręczną ciszę. Czy masz dom w Londynie?

Spojrzał na nią chłodnym wzrokiem.

- Mam kamienicę na West Endzie. Lecz nie zatrzymamy się tam na noc.

Zacisnęła dłonie na podołku. Nic była pewna, czy odpowiada jej to wyjaśnienie.

- Wobec tego gdzie się zatrzymamy? - zapytała nieśmiało, ganiąc się w duchu za brak

pewności siebie.

Spojrzenie jego oczu było tak przenikliwe, że poczuła się nieswojo.

- W Farleigh Hall. rodzinnych dobrach w Kent - wyjaśnił. - Przedtem jednak

background image

zboczymy nieco z drogi. - Uniósł w górę brwi, widząc jej niepokój. - Złożymy wizytę w

pracowni krawieckiej.

Nie kłamał więc. Niestety, zbyt szybko odczytał jej myśli. Nikły uśmiech przemknął

mu przez twarz.

- Nie patrz na mnie z takim zdziwieniem, Jankesko. Przy rzekłem przecież odziać cię

należycie.

Suknie Lilliane Willison uważane były w Londynie za ostatni krzyk mody, Cassie

jednak o tym nic wiedziała. Czarnooka Lilliane pierwszą młodość miała już za sobą, lecz

nadal była atrakcyjną kobietą.

Mojej żonie potrzebna jest pełna garderoba, Lilliane, dosłownie wszystko. I jeszcze

jedno - dodał ze zniewalającym uśmiechem. - Sowicie się odwdzięczę, jeśli utrzymasz

rozmiar potrzeb mojej żony w ścisłej tajemnicy.

Lilliane z trudem zdołała ukryć zaskoczenie. Przystojny lord by! jednym z jej

najlepszych klientów, nie szczędził pieniędzy na prezenty dla swoich kochanek. Ale żona?!

Oczywiście, spełni jego prośbę, bo któż chciałby robić sobie wroga z Gabriela Sinclaira,

jednak co się będzie działo, kiedy rozniesie się wieść o jego małżeństwie?

- Wybrał pan właściwe miejsce, milordzie. - Rozciągnęła w uśmiechu karminowe

wargi. Zachowywała się z niezwykłą godnością. Mimo to Cassie odniosła wrażenie, że ta

kobieta ma w sobie wiele sprytu i przebiegłości. Czy nie uznała za dziwne, że tak nienagannie

odziany dżentelmen ma tak nędznie wyglądającą żonę? Wkrótce jednak i ta myśl uległa

zapomnieniu, kiedy krawcowa uprowadziła ich do drugiego pokoju.

Wzdłuż ściany aż po sufit stały bele muślinu, jedwabiu i aksamitu w odcieniach i

barwach, których Cassie nigdy nawet sobie nic wyobrażała.

Następne godziny minęły jak we śnie. Twarz Cassie spłonęła rumieńcem, kiedy

Lilliane zaczęła ją rozbierać. Gabriel rozparty w fotelu patrzył na nią w milczeniu. Nie śmiała

spojrzeć mu w oczy. Wprawiał ją w zakłopotanie fakt. że czuł się tu jak u siebie w domu i

nieobcy był mu żaden detal damskiej garderoby. Jakiś cichy głos przypomniał, że z

pewnością odwiedzał często kobiece sypialnie i widział co się w nich znajduje.

Minęło już południe, kiedy opuścili pracownię. Lilliane wyniosła suknie, z których

zrezygnował jakiś klient. Cassie była zachwycona, gdy się okazało, że świetnie na nią pasują.

Gabriel polecił, by zapakowano je do wielkich pudeł. Była nieco zawiedziona przyglądając

się, jak lądują one za siedzeniem woźnicy, bardzo, bowiem pragnęła zmienić swą zniszczoną

suknię na jedną z nich.

Zatrzymali się jeszcze przed sklepem jubilera, gdzie Gabriel kupił jej obrączkę ślubną.

background image

Przyszło jej na myśl. że ta obrączka czyni ich małżeństwo bardziej realnym i... trwałym.

Kiedy zostawili za sobą miasto, nie wiedziała, czy jest bardziej podniecona czy

przerażona. Myśli wirowały w jej głowie jak szalone. Gabriel wyciągnął w przód długie nogi

i wyglądał na zupełnie spokojnego. Westchnęła i skierowała uwagę na przesuwający się za

oknem krajobraz. Wydawał się taki inny od tego, który znała, rzadko bowiem opuszczała

Charleston. Jak okiem sięgnąć wszędzie widziała zielone faliste wzgórza, poprzecinane

polami i poznaczone stadami owiec.

Musiała chyba usnąć, bo nagle usłyszała, że ktoś woła ją po imieniu. Było jej

przytulnie i ciepło. Pod policzkiem czuła szorstkie sukno, a ucho odbierało miarowe spokojne

bicie serca. Powoli uniosła powieki i spojrzała prosto w przenikliwe szare oczy.

Zerwała się jak oparzona. Gabriel uniósł w górę brew i uśmiechnął się lekko.

- Było ci bardzo niewygodnie, Jankesko. Chciałem cię ocalić przed złamaniem karku.

Złożyła dłonie na podołku, starając się, by palce jej nic drżały. Czemu zawsze budziła

się w jego ramionach? Było to ostatnie miejsce, w którym pragnęła być i w którym on jej

pragnął.

Gabriel wskazał ręką na okno.

Jesteśmy już prawic na miejscu, Jankesko.

W tej chwili minęli wysoką bramę wjazdową z małą stróżówką i wjechali na długi

żwirowany podjazd. Po obu jego stronach rozciągały się bujne ogrody. Tak zaskoczył ją ten

widok, że nawet nie zauważyła, kiedy powóz się zatrzymał i Gabriel pomógł jej wysiąść.

- Oto rodzinna posiadłość. Jankesko - oznajmił z poważnym uśmiechem. - Farleigh

Hall.

Cassie nigdy nie widziała czegoś tak wspaniałego. Centralną część dworu zdobiły

potężne kamienne kolumny. Po obu stronach rozchodziły się w bok masywne skrzydła.

Przeniknął ją strach, nigdy bowiem nie oglądała równie dostojnej budowli. Mąż jednak nie

pozwolił jej na dalsze oglądanie. Szybko wprowadził ją po szerokich kamiennych schodach.

Drzwi rozwarły się na oścież i siwowłosy majordomus o spadzistych ramionach

wpuścił ich do środka. Po prawej stronie mieściła się galeria z rzędem portretów na ścianach.

Po lewej znajdowały się misternie rzeźbione wysokie podwójne drzwi. Na wprost pięły się w

górę szerokie schody. Chociaż stary służący się nic uśmiechał, jego oczy pełne były ciepła.

- Witamy ponownie w domu, milordzie.

- Dziękuję, Davis. Czy mój ojciec jest w salonie?

- Nie, milordzie. Jest na przejażdżce z księciem Warrenton. Powinni wkrótce wrócić.

- Doskonale mruknął Gabriel, po czym chwycił Cassie za ramię. - Davis,

background image

przedstawiam ci moją żonę.

Zdziwienie błysnęło w oczach majordomusa, lecz natychmiast się opanował. Skłonił

nisko głowę.

- Pani, witamy w Farleigh Hall.

- Dziękuję - wymamrotała. Uśmiechnęła się niepewnie. Czuła się bardzo mała w tak

wspaniałym otoczeniu.

- Davis, mógłbyś dopilnować, aby wniesiono nasze bagaże? Och. i niech przygotują

pokój dla mojej żony. Ten żółty.

- Tak jest, milordzie.

Gabriel założył ręce na plecy i zwrócił się do żony:

Ufam, Jankesko, że ci się tu podoba. Uśmiech zniknął z jej twarzy. Wyglądał na

zadowolonego z siebie, a w jego oczach dostrzegła błysk, który ją zaniepokoił.

Czyżbyś sądził, że wątpiłam w ciebie? - zapytała cicho. Jego śmiech, choć z głębi

serca, zabrzmiał fałszywie.

- Ależ nie, Jankesko. Przypuszczam, że nigdy nie przystała byś na moją propozycję,

gdybyś nie spodziewała się choć części tego wszystkiego.

Zacisnęła kurczowo dłoń. Czemu on robi z niej kogoś tak... chciwego? Zawsze ma o

niej jak najgorsze mniemanie. Pojawienie się pokojówki wybawiło ją od konieczności

odpowiedzi. Pokój gotowy, jaśnie pani - poinformowała nieśmiało. - Zaprowadzę, jeśli

milady sobie tego życzy. Rzuciła mu pełne gniewu spojrzenie, po czym odwróciła się na

pięcie i dumnie wyprostowana ruszyła za dziewczyną. Pokojówka zatrzymała się przy

drzwiach znajdujących się przy końcu długiego korytarza na pierwszym piętrze.

- Na imię mi Gloria, milady - poinformowała z nieśmiałym uśmiechem.

Cassie poczuła, jak gniew ją opuszcza. Dziękuję, Glorio.

Jakie to dziwne być tytułowaną „milady”. Mała wrażenie, że chodzi o kogoś innego.

Weszła za dziewczyną do pokoju i aż westchnęła z zachwytu. Był ogromny, większy

nawet od sali w oberży Czarnego Jacka. Bladożółte satynowe draperie zdobiły wielkie łoże z

baldachimem. Na umywalce stała misa w delikatne kwiaty. Dostrzegła również szeroką

serwantkę i toaletkę na smukłych nóżkach z przygotowaną szczotką, grzebieniem i oprawnym

w srebro ręcznym lusterkiem. Przy kominku siały dwa foteliki z niskimi oparciami, obite

białym aksamitem.

Przeszła przez pokój na palcach, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę ma tu mieszkać.

Gloria spojrzała na nią z niepokojem.

- Mam nadzieję, że pokój podoba się milady.

background image

Jest... śliczny. - Tylko tyle zdołała wykrztusić. Ten rozświetlony słońcem ciepły pokój

był ucieleśnieniem jej marzeń, a nawet czymś więcej.

Przez otwarte okno wpadł do pokoju słodko pachnący powiew wiatru.

Cassie odsunęła białą, suto zmarszczoną zasłonę. Czy to źle czuć w sercu szaloną

radość? Zaraz jednak pojawiło się uczucie wstydu. Pomyślała o Bess, słodkiej Bess, która

marzyła choćby o namiastce takiej radości.

Czy mam pomóc milady się przebrać?

Gloria położyła jedną z sukien na łóżku. Była to szmaragdowozielona suknia

wieczorowa, jak ją określiła Lilliane.

- Dziękuję, ja...

- To nie będzie konieczne, Glorio - przerwał jej znajomy głos i do pokoju wszedł

Gabriel.

Proszę zadzwonić, kiedy milady będzie czegoś potrzebować. - Służąca dygnęła i

zniknęła za drzwiami.

- Chodź, Jankesko. Jesteś potrzebna na dole. Cassie puściła zasłonę i spojrzała tęsknie

na suknię.

Czy nie powinnam wpierw się przebrać? - wyszeptała. Gabriel udał, że nie widzi

prośby malującej się w jej oczach.

- Nie ma takiej potrzeby - stwierdził zdecydowanie. - Mój ojciec właśnie przybył.

Zachwiała się. Jej palce szarpnęły zniszczoną sukienkę.

- Ale... mam na sobie to. w czym chodziłam u Czarnego Jacka.

Istotnie - zauważył chłodno. - Niestety, na razie będziesz musiała w niej pozostać.

Spuściła oczy. które zaczęły podejrzanie błyszczeć. Gabriel zaklął cicho, przeklinając

ich oboje. Może to okrutne z jego strony, ale nic pozwoli się omotać jej łzom. Musiał spełnić

wolę ojca, co bez Cassie nie było możliwe.

Nie ruszyła się z miejsca i nie odezwała słowem. Podszedł do niej, wziął ją za ramię i

natychmiast wzmocnił uścisk, czując jej opór. Powinna wiedzieć, że takim jak on się nic

odmawia.

Zeszli na dół po schodach. Czuła, jak z każdym krokiem ogarnia ją coraz większy

lodowaty strach.

Podwójne drzwi na parterze były teraz otwarte. Cassie dostrzegła błysk złoconych

tapet na ścianach i draperie o barwach szkarłatu i złota. Przy kominku stało dwóch mężczyzn

odzianych w stroje do jazdy konnej. Jeden był łysy. z mocno zarysowaną linią szczęki. Drugi

odznaczał się dumną postawą i strzelistą, niczym u dwudziestolatka, sylwetką. Jedynie

background image

srebrzyste włosy zdradzały starszy wiek. Kiedy się odwrócił, dostrzegła twarz jastrzębia o

zimnym spojrzeniu. Nie miała wątpliwości: to musiał być ojciec Gabriela.

Na ich widok obaj panowie przerwali rozmowę. Gabriel zatrzymał się w drzwiach i

skłonił lekko głowę.

- Ojcze. Wasza książęca mość. - Śmiało spojrzał w szare oczy ojca.

Najwyższy czas. Gabrielu. Zacząłem już podejrzewać, że zdecydowałeś się zostać w

tym przeklętym kraju.

Groźny uśmiech, który Cassie zdążyła już poznać, wykrzywił wargi Gabriela.

- Nie obawiaj się. ojcze. Nic takiego nawet mi w myśli nic postało.

Na twarzy Edmunda Sinclaira pojawił się wyraz dezaprobaty. Twój brak szacunku jak

zwykle nic zna granic - skonstatował chłodno. - Więc jeśli nie masz nic przeciwko temu,

proponuję zająć się czymś innym. - Jego wzrok zatrzymał się na Cassie. - Mamy ważne

sprawy do omówienia... dotyczące twego ślubu.

Szatański uśmiech zastygł na twarzy Gabriela.

- Ja również chciałbym o tym pomówić. - Pchnął Cassie do przodu. - Pozwól, moja

droga, przedstawić sobie mojego ojca. Edmunda Sinclaira księcia Farleigh i Reginalda

Lathama, księcia Warrenton. Panowie... to jest Cassie, moja piękna amerykańska oblubienica.

Cisza, jaka zaległa po tych słowach, wypełniła powietrze napięciem, które wydawało

się żyć i pulsować. Cassie po raz pierwszy przemknęło przez myśl, że lepiej było zostać u

Czarnego Jacka.

- Twoja oblubienica?! - powtórzył Warrenton, któremu aż żyły nabrzmiały na

skroniach. - Jeśli to ma być jakiś żart, zapewniam cię, że wcale mnie nie ubawił.

- Ależ, książę, wcale nie żartowałem. Cassie jest moją żoną. Wzięliśmy ślub w

Charleston. Nietrudno chyba zrozumieć, dlaczego straciłem dla niej głowę. Któż mógłby się

oprzeć takiej piękności? - Dotknął jej policzka z udaną czułością.

Cassie stała jak przymurowana, nie będąc w stanie uczynić nawet kroku.

Warrenton zrobił się czerwony z wściekłości.

- Miałeś poślubić moją córkę. Boże, powinienem cię za to wyzwać na pojedynek!

Gabriel zniżył głos do szeptu.

To zależy wyłącznie od waszej książęcej mości. Przypominam jednak, że prosiłem,

aby wstrzymać się z ogłoszeniem zaręczyn do mojego powrotu. Spodziewam się, że moja

prośba została spełniona.

- Niczego dotąd nie ogłosiliśmy. - Edmund Sinclair po raz pierwszy zabrał głos.

- Wobec tego nie pojmuję, dlaczego wasza książęca mość chce mnie wyzwać na

background image

pojedynek. Nic zhańbiłem i nie okryłem wstydem lady Evelyn. Nikt prócz niej i

zgromadzonych w tym pokoju nie wiedział, że planowano takie małżeństwo. Zresztą któż by

się spodziewał, że zajmę miejsce swojego brata. Byłoby nierozsądne wystawiać swoje życie

na niebezpieczeństwo, książę. Jednak pozostawiam to do decyzji księcia. - Groźba w jego

głosie brzmiała aż nazbyt wyraźnie.

On ma rację, Reginaldzie. Jeśli go wyzwiesz, możesz wywołać skandal, który okryje

niesławą obie nasze rodziny - powiedział Edmund beznamiętnym tonem. - Nie życzę sobie

żadnych animozji między nami. - Jeśli to cię uspokoi, to moglibyśmy dojść do pewnego

pieniężnego porozumienia.

Warrenton pochwycił leżącą na fotelu szpicrutę. Jego twarz straciła intensywnie

czerwony kolor, nadal jednak kipiał w nim gniew.

- Co do tego możesz być pewien warknął, po czym odwrócił się i opuścił pokój.

Po jego wyjściu zaległa pełna napięcia cisza. Cassie pragnęła jedynie uciec stąd i

gdzieś się ukryć, nie była jednak w stanie ruszyć się z miejsca.

Edmund spojrzał na nich. trzęsąc się z oburzenia.

- Jak mogłeś poślubić Amerykankę! - rzucił przez zaciśnięte zęby - Przecież

wiedziałeś, że ich nienawidzę... Francuzka byłaby już lepsza od Amerykanki! - Ostatnie

słowo niemal wypluł z obrzydzeniem. - Nie będę tego tolerować. Gabrielu. Nie pozwolę ci na

to!

Twarz Gabriela stężała niczym stal.

- Zostaliśmy sobie poślubieni przed Bogiem i człowiekiem, ojcze. Naszym świadkiem

był Christopher Marley. Małżeństwo zostało zawarte. - Otoczył Cassie ramieniem. Szczupłe

palce dotknęły jej brzucha. - Oto stoi przed tobą kolebka naszej rodziny, ojcze. Być może nosi

już w sobie twego wnuka.

Cassie stała niczym słup soli. On znajduje w tym przyjemność, pomyślała

oszołomiona. Jakże może tak szydzić z własnego ojca?

Spojrzenie Edmunda zatrzymało się na głęboko wyciętym dekolcie jej sukni.

- W jakimże to porcie ją znalazłeś? - zapytał szyderczo.

- Ściśle biorąc w szynku. - Głos Gabriela był gładki jak jedwab. - Doprawdy, ojcze,

czyżby moja dobroć i wspaniałomyślność nie zasługiwały na pochwałę? Wyciągnąłem tę

biedną dziewczynę z rynsztoka i ocaliłem ją przed nędzą.

Wzrok księcia stwardniał jeszcze bardziej.

- Proszę, zostaw nas samych - powiedział szorstko. Chciałbym porozmawiać z moim

synem na osobności.

background image

Nie trzeba jej było tego dwa razy powtarzać. Zebrała spódnice i prawie wybiegła z

salonu. Nie weszła jednak po schodach, choć bardzo tego pragnęła, bo jakaś potężna siła

zatrzymała ją przy drzwiach i zmusiła do pozostania w miejscu.

Tymczasem Edmund napadł na Gabriela.

- Szynkarska dziewka! Mój Boże, przez ile łóżek zdążyła przejść, zanim ją wziąłeś?

Gabriel wzruszył ramionami.

- Nie wiem i nic dbam o to. - Przez chwilę spoglądał na ojca w milczeniu, -

Zastanawiam się, ojcze, czemu jesteś przeciwny bardziej:

temu, że jest Amerykanką, czy temu, że nie dorównuje ci pochodzeniem?

Pochodzeniem? - prychnął. - Ta dziewczyna nie ma żadnego pochodzenia!

- To prawda, że jej ród nie jest taki nieskazitelny jak twój. Jej matka była dziwką, a

ojciec... no cóż, mógł nim być każdy. - Podszedł do kominka z rękami założonymi do tyłu.

Nie patrzył na księcia, lecz odczuwał wielką satysfakcję wyobrażając sobie jego bezsilny

gniew. - Nie próbuj mi grozić, ojcze, że się mnie wyrzekniesz. Nadal jestem twoim synem,

choć zapewne pragniesz, aby tak nie było. Poza tym nic pozwolisz, by twój drogocenny

Farleigh Hall przeszedł w obce ręce. Taaak, twoje silne poczucie obowiązku nic dopuści do

tego. - Obrzucił ojca bezlitosnym spojrzeniem. - Czyż nie dlatego poślubiłeś moją matkę, że

potrzebna była Stuartowi?

- A cóż by to dało, gdybym się ciebie wyrzekł? - rzucił Edmund z goryczą. - Wtedy

nie będzie mnie już na tym świecie.

Gabriel uśmiechnął się nieprzyjemnie.

- Dałoby, i to dużo. Widzisz, znam cię równie dobrze jak samego siebie.

Edmund zrobił się blady z gniewu.

Czego chcesz. Gabrielu? De żądasz za pozbycie się jej? Stojąca pod drzwiami Cassie

znieruchomiała. Przycisnęła rękę do piersi, czując przeszywający ból. Ostrzegał ją przecież,

że miłość nie gra w ich umowie żadnej roli. Jednak nigdy by jej nie przyszło do głowy, iż to

małżeństwo zrodzone jest z nienawiści. Nie miała już teraz wątpliwości, że właśnie to uczucie

kierowało krokami Gabriela. Musiał nienawidzić swego ojca, bo z jakiego innego powodu

zrobiłby to, co zrobił? Posłyszała jego lodowaty śmiech.

- Nie jestem Warrentonem i pieniędzmi mnie nie ugłaszczesz, ojcze. Niczego od

ciebie nie chcę. Nie próbuj więc zmuszać jej do wyjazdu.

W głosie Edmunda kipiała wściekłość.

- Nowa suknia nie uczyni z niej damy. Pomyśl o skandalu, jaki wywołasz!

Tego było już dla Cassie za wiele. Odwróciła się i wbiegła na schody, tłumiąc gorzki

background image

płacz.

- Towarzystwo przyzwyczaiło się łączyć moje nazwisko ze skandalami. Jednak nie

twoje, ojcze. Nawet nie próbuj pozbyć się mojej żony, bo postaram się, aby skandal cię nie

ominął. Obaj wiemy, że książę Farleigh nic może sobie na niego pozwolić. Daj więc spokój

mojej żonie, ojcze. Będzie częścią twego życia tak samo jak mojego.

Książę stał pośrodku salonu z lodowatym wyrazem twarzy. Jego milczenie wyrażało

porażkę.

A więc dobrze zrobiłem sprowadzając ją tutaj, pomyślał Gabriel. Farleigh Hall jest

dumą i radością ojca, a obecność Cassie będzie dla niego źródłem stałego gniewu. Skinął

głową.

- Widzę, że się zrozumieliśmy. - Uniósł brew i dodał: - Wybacz, ojcze, że nie zostanę

na noc. Zaraz wyjeżdżam do Londynu. Och, i jeszcze jedno... - Nikły uśmiech przemknął mu

po twarzy. - Byłoby mądrze schować pod klucz wszystkie srebra. Moja droga żona ma lepkie

paluszki. Już pierwszej nocy w porcie próbowała ukraść mi zegarek.

Mała lampa na narożnym stoliku oświetlała pokój ciepłym żółtym światłem. Cassie

jednak zdawała się tego nie zauważać. Siedziała na łóżku, przyciskając chłodne dłonie do

rozpalonych policzków. Cała radość z zajmowania takiego pokoju zniknęła gdzieś bez śladu.

A więc Gabriel posłużył się swoją prostą jankeską żoną, by zemścić się na ojcu. Czuła się

tania i zupełnie nie na miejscu... tak jak chciał, by się czuła.

Nic zauważyła, kiedy stanął w drzwiach i obserwował ją w milczeniu. Nie obchodziło

jej, po co tu przyszedł.

Nie chciała go więcej widzieć ani teraz, ani nigdy. Przynajmniej się dowiedziałam, że

jestem jedynie pionkiem w lej grze. pomyślała z goryczą. Ale nigdy już nie pozwolę się

wykorzystywać. Nigdy!

Wolno uniosła głowę i spojrzała na niego. Nie spuścił wzroku i dalej się jej

przyglądał.

- Nienawidzisz go rzuciła bez ogródek. - Jest twoim ojcem, a ty go nienawidzisz.

Dlaczego?

- Moje uczucia względem ojca mają swoje uzasadnienie, Jankesko, lecz nic ci do tego.

Ożeniłeś się ze mną, bo jestem Amerykanką, bo twój ojciec jest księciem, bo... jestem

nikim... nikim. Bo wiedziałeś, że mnie znienawidzi. Byłam z tobą szczera, choć ty ze mną nie

byłeś. Czemu mnie okłamałeś? - krzyknęła.

Nie okłamałem, cię, Jankesko. Jedynie nie powiedziałem całej prawdy. Ojciec chciał,

bym ożenił się z lady Evelyn. Nie miałem zamiaru go słuchać, a to był jedyny sposób, by mu

background image

się przeciwstawić.

Oczy Cassie świeciły niczym dwa diamenty.

W takim razie powiedz mi, dlaczego on tak nienawidzi Amerykanów. Bo nienawidzi,

prawda?

Nie mylisz się, Jankesko. Widzisz, mój starszy brat Stuart i ja mieliśmy różne matki.

Pierwszą żoną ojca była Margaret. Podobno bardzo ją kochał.

To niemożliwe, by laki człowiek był zdolny do miłości, pomyślała. Nie odezwała się

jednak słowem.

- Margaret miała siostrę w koloniach. Kiedy Stuart był mały. postanowili ją tam

odwiedzić. Akurat dobiegła końca wasza rewolucja. Siostra Margaret i jej rodzina

opowiedziały się za Koroną, a wszystkich lojalistów szczerze nienawidzono. Pewnego dnia

ktoś podłożył ogień pod jej dom. Mój ojciec i Stuart byli w tym czasie nieobecni, dlatego

ocaleli. - Umilkł na chwilę. - Margaret i wszyscy domownicy zginęli. Mój ojciec szalał z

gniewu. Śmierć żony wywołała w nim głęboką i trwałą nienawiść do wszystkich

Amerykanów... zanim jeszcze Stuart zginął w bitwie pod Nowym Orleanem sześć miesięcy

temu.

Zamknęła oczy. Dwoje młodych ludzi w kwiecie wieku... dwie tragiczne śmierci

leżały u wrót jej ojczyzny. Choć było to takie niesprawiedliwe, nie ona ponosiła za nie winę.

Otworzyła oczy, czując ból przepełniający jej serce i duszę.

- Dobry Boże - wyszeptała. Nic dziwnego, że mnie nienawidzi. A ty... ty wiedziałeś,

że tak będzie!

Nic próbował nawet zaprzeczać.

- Nic będę udawać, że rozumiem twoje motywy - powie działa stłumionym głosem. -

Wiem tylko, że pragnąłeś okryć ojca wstydem. Ale czyniąc to, okryłeś również i mnie.

Nienawidzę cię za to, bo nic miałam żadnego wpływu na to. skąd i od kogo pochodzę.

Pojedyncza łza pojawiła się w kąciku oka. Nic chcąc dopuścić, by coś zauważył,

szybko ją wytarła. Machnęła ręką w kierunku szafy, w której Gloria rozwiesiła nowo nabyte

suknie.

- Zapewne miały być nagrodą, kiedy wyrzucisz mnie na bruk.

Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu. Przyszły mu na myśl słowa Christophera,

ostrzegające, że w len sposób zrani nie tylko ojca, ale i ją.

Uśmiechnął się chmurnie.

- Nie mam zamiaru wyrzucać cię na bruk. Jankesko. Jesteś i pozostaniesz moją żoną.

Jestem bogaty i będę cię utrzymywał. Nigdy już nie zaznasz biedy. Dotrzymam danej ci

background image

obietnicy.

Czuła pod powiekami niezwykłą suchość.

- Będziesz mnie utrzymywał do końca moich dni? - Jej głos był cichszy od szeptu.

- Tak, Jankesko, do końca twoich dni. Och, zdaję sobie sprawę, że czujesz się

oszukana i zdradzona. Może przyniesie ci ulgę, jeśli powiem, że traktuję to jako pokutę. -

Skłonił się z przesadną uprzejmością. - Od tej chwili nie będziesz musiała mnie dłużej znosić.

Przyszedłem oznajmić, że uwalniam cię od mojej osoby.

- Wyjeżdżasz?

- Tak. Wracam do Londynu.

Jej oczy zrobiły się okrągłe z wrażenia. Poderwała się na nogi. - I chcesz, abym tu

została?

- Będziesz miała służących, którzy spełnią wszystkie twoje życzenia. Wystarczy tylko

powiedzieć. A Lilliane zapewniła, że twoja garderoba będzie gotowa w przeciągu dwóch

tygodni.

Nie to miałam na myśli. A co z twoim... twoim ojcem? Uśmiechnął się nieznacznie.

- To rozległy majątek. Wasze ścieżki nic muszą się krzyżować. Wiem coś o tym. A

teraz chodź tu, Jankesko. Twój pożegnalny pocałunek będzie mi musiał wystarczyć na czas

długich samotnych nocy.

A to drań! Po tym wszystkim, co zrobił, spodziewa się, że mu ulegnę.

Nie! - zaprotestowała. - Nie zmusisz mnie do tego!

W nikłym świetle lampy dostrzegł nieustępliwość widoczną w jej delikatnych rysach.

Czemuż wcześniej tego nie zauważył? Oczy mu zapłonęły.

- Z całą pewnością tak, Jankesko.

- Z całą pewnością nie! - odparowała.

Trzema susami pokonał dzielącą ich odległość. Zanim zdążyła się cofnąć, już była w

jego ramionach. Zobaczyła rozpłomienione oczy i zaraz poczuła jego wargi na swoich ustach.

Nie prosił o pozwolenie, po prostu brał, co chciał, jak mężczyzna, który ma wielkie

doświadczenie z kobietami. Serce Cassie zaczęło bić jak szalone. Nie było ucieczki przed

zniewalającym naporem jego ust. Przytrzymał ją za kark. odbierając możliwość ruchu.

Pocałunek był szalony, gorący i tak namiętny, że nie była w stanic dłużej się opierać. Porwał

ją tajemniczy prąd. zarazem obezwładniający i rozkoszny.

Kiedy ich języki się zetknęły, wstrząsnął nią dreszcz. Nie było to jednak przykre

uczucie...

Przyciągnął ją do potężnego torsu, przygniatając jej piersi i napierając muskularnymi

background image

udami. Gdzieś głęboko w jej wnętrzu zapłonął nagle ogień.

Kiedy wreszcie ją puścił, drżała na całym ciele i czuła dziwny szum w głowie.

Uśmiechnął się arogancko i przesunął kciukiem wzdłuż linii jej ust.

Myśl o mnie, Jankesko - rzucił na odchodnym.

W jednej chwili wróciła jej przytomność umysłu. Wpadła w jego ramiona niczym

dojrzały owoc - w dodatku z ochotą. Nic dziwnego, iż sądził, że może ją mieć. kiedy tylko

zechce. Zaczekaj! - krzyknęła.

Odwrócił się z obojętnym wyrazem twarzy. W tej chwili nienawidziła go jak nikogo

na świecie.

Nic oczekuj, że zawsze będę taka uległa - rzuciła śmiało. Nareszcie pokazałeś swoje

prawdziwe oblicze.

Jego oczy spoglądały na nią lodowato.

Doprawdy, Jankesko? I jakież to ono jest? Wzięła głęboki oddech.

- Tylko nieczuły i pozbawiony serca człowiek może postąpić tak, jak ty postąpiłeś ze

mną... i ze swoim ojcem!

Miała wrażenie, że patrzy na gorę lodową. Kiedy się odezwał, jego glos brzmiał

złowieszczo cicho.

Lepiej widzieć mnie takim, jakim jestem, niż sobie coś wyobrażać, Jankesko.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Nazajutrz obudziło Cassie ciche pukanie do drzwi. Promienie słoneczne rozświetlały

pokój ciepłym blaskiem i dopiero po chwili przypomniała sobie, że znajduje się w Farleigh

Hall. Pukanie rozległo się ponownie.

Proszę - odpowiedziała zaspanym głosem.

Do pokoju wtoczyła się niska, pulchna kobieta z tacą w rękach.

- Jestem McGee, ochmistrzyni. Przyniosłam milady śniadanie.

Cassie zdążyła tymczasem usiąść na łóżku i nieco przygładzić rozczochrane włosy.

Wiedziała, że cała służba z pewnością nie lepiej przyjmie jej straszny wygląd niż jej pan,

toteż miała się na baczności, kiedy pani McGee postawiła jej tacę na kolanach.

- Mam nadzieję, że jaśnie pani się nie obrazi, że ośmieliłam się przynieść dzbanek

gorącej czekolady zamiast herbaty powiedziała ochmistrzyni, wlewając parujący brązowy

płyn do pięknej filiżanki z chińskiej porcelany i wyjmując serwetkę.

Wesoły uśmiech i pulchne czerwone policzki pani McGee sprawiły na Cassie miłe

wrażenie. Rozluźniła się nieco, lecz mimo to bała się wziąć do ręki kruchą filiżankę. Nigdy w

życiu nic widziała czegoś równie delikatnego. Ostrożnie ujęła ją w palce i uniosła do ust.

Jeszcze nigdy nie piła czekolady, natomiast nie przepadała za kawą. Płyn był gorący i słodki,

niepodobny do tych. jakie znała.

- To jest pyszne! - wykrzyknęła zachwycona.

- Byłam pewna, że będzie milady smakować. A teraz proszę jeść. Kucharka piecze

najlepsze francuskie rogaliki z tej strony kanału.

A więc tak wygląda francuski rogalik... Cassie zatopiła zęby w kruchej półokrągłej

bułeczce. Był równie dobry jak czekolada i rozpływał się w ustach.

Twarz pani McGee jaśniała zadowoleniem.

- Powiedziałam do kucharki, kiedy wczoraj zobaczyliśmy żonę lorda Gabriela, że

milady będzie potrzebować jej specjałów, by nabrać trochę ciała.

Rogalik nagłe stracił smak. Cassie poczuła się upokorzona. Więc ją widzieli. Co

pomyśleli, kiedy zobaczyli taką zabiedzoną sierotę u boku syna ich pana?

Pani McGee poklepała ją po ręku.

- No, no, milady. Proszę tak nic patrzeć. Jego książęca mość opowiedział nam, jak ten

straszny wuj kazał milady zdzierać sobie ręce do krwi i skąpił grosza na kupno przyzwoitej

sukni. Lord Gabriel dobrze zrobił, żeniąc się z jaśnie panią i sprowadzając ją do Farleigh Hall

dla odzyskania sił.

background image

Jego książęca mość. Pan tego domu kryje nędzną żonę swego syna! Z trudem ukryła

zaskoczenie. Co się zaś tyczy tego odzyskiwania sił... to już doprawdy zbytek łaski. Należało

raczej powiedzieć, że została porzucona przez męża.

Pani McGee podeszła do okna i rozsunęła białe zasłony.

- Nietrudno zrozumieć, czemu taka chuda dziewczyna zwróciła uwagę lorda Gabriela.

- Zachichotała, widząc rumieniec na policzkach Cassie. Nic przypuszczała jednak, co się za

nim kryje. - Proszę wybaczyć, że nazywam hrabiego lordem Gabrielem. Ale znam go od

kołyski. Choć jest teraz hrabią, trudno o nim myśleć jako o lordzie Wakefield.

Cassie ogarnęła nagle wielka ciekawość.

- Czy znała pani jego starszego brata Stuarta?

- O tak, milady. Za młodu służyłam za pokojówkę u lady Caroline, matki Gabriela.

Tak się tu znalazłam.

- Czy Stuart był dużo starszy od Gabriela?

Jakoś trudno było sobie wyobrazić Gabriela jako małego chłopca. Chyba o cztery lata.

Ale bardzo się od siebie różnili. Chyba jaśnie pani wie, że to pierwsza pani hrabina Margaret

była mamą Stuarta?

- T - tak, wiem. - Wstrzymała oddech, czekając na dalsze słowa pani McGee. Wątpiła,

by ta kobieta wiedziała, dlaczego Gabriel nienawidzi swego ojca, ale może dowiedziałaby się

czegoś o tym mrocznym, szlachetnie urodzonym mężczyźnie, którego wzięła za męża. - Czy

jako dzieci byli do siebie podobni?

Jego książęca mość był zawsze taki dumny ze Stuarta. Gabriel natomiast był zawsze

bardzo żywy. - Zasępiła się. - Zawsze powtarzam to mojemu mężowi Angusowi, koniuszemu,

że śmierć matki była dla chłopca wielkim ciosem. On i jego mama byli sobie bardzo bliscy.

- Ile miał lat, kiedy umarła?

- Osiemnaście lub dziewiętnaście. To była taka tragiczna śmierć i taka nagła. Pani

hrabina mogła jeszcze długo żyć. Bardzo się zmienił po jej śmierci. Oczywiście nigdy nie

uwierzyłam w te opowieści, że stał się wielkim samotnikiem - dodała pospiesznie. - Ojej, czas

na mnie, milady! - wykrzyknęła, zabierając tacę z kolan Cassie. - Czy mam powiedzieć

Glorii, żeby przygotowała kąpiel?

Oczy Cassie zajaśniały. - O tak, proszę. I dziękuję, pani McGee. Ochmistrzyni

uśmiechnęła się szeroko.

- Bardzo proszę, milady.

Po jej wyjściu niemal natychmiast zjawiła się Gloria. Cassie czuła się zażenowana

koniecznością obnażenia się w czyjejś obecności, wiedziała jednak, że w wyższych sferach

background image

takie panują zwyczaje. Kiedy brała kąpiel. Gloria przygotowała nową koszulę, halkę i

pończochy. Cassie niemal z czcią dotknęła miękkiego batystu - nigdy nie przypuszczała, że

będzie coś takiego nosić. Serce jej się ścisnęło, kiedy wciągała podwiązkę na białą jedwabną

pończoszkę. Bess zawsze marzyła o tym. by mieć parę takich białych jedwabnych pończoch.

Czy ta suknia śniadaniowa odpowiada milady?

Odwróciła się. Pokojówka trzymała w ręku suknię z miękkiego białego muślinu z

modnym wysokim stanem i rzędem guziczków pod szyją.

Tak - mruknęła.

Kiedy Gloria zapinała z tyłu haczyki. Cassie walczyła ze łzami. Wczoraj słyszała, jak

Lilliane rozprawiała o sukniach dziennych, śniadaniowych, spacerowych, balowych. Nie była

w stanie odróżnić jednej od drugiej i chyba nigdy nic będzie.

Gloria zwinęła jej włosy w węzeł na czubku głowy, po czym dyskretnie wyszła z

pokoju. Cassie pozostała na swoim miejscu. Z trudem rozpoznawała siebie w dziewczynie o

wielkich oczach, spoglądającej na nią z lustra.

Wczoraj wieczorem długo nie mogła zasnąć, zastanawiając się nad możliwością

ucieczki. Łajała siebie w duchu za brak odwagi, ale dokąd miałaby pójść? Była w obcym

kraju, bez domu i bez pieniędzy.

Gabriel miał rację: czuła się zdradzona. Powinna jednak i do siebie mieć pretensje.

Przecież w głębi serca wiedziała, że ożenił się z nią na złość ojcu. Zadrżała, wspominając

straszną rozmowę obu mężczyzn. Wbrew zapewnieniu Gabriela wciąż się obawiała, że teraz,

kiedy spełniła swoją rolę, zostanie wyrzucona na bruk.

Obróciła się wolno na wyłożonym aksamitem taborecie i omiotła wzrokiem sypialnię.

Boże. jakiż ten pokój i cały dcm są piękne! Czy to źle tęsknić do wygód i do tego

wszystkiego, co ją otacza? Gdyby tylko nie czuła się tu tak obco. Gardło ścisnęło się jej

boleśnie. Tak bardzo pragnęła mieć własne miejsce na świecie, należeć do kogoś...

Odetchnęła głęboko. Nie ma sensu użalać się nad sobą, pomyślała, bo mógł ją spotkać

gorszy los. Mogła zostać w oberży Czarnego Jacka, podawać piwo i... świadczyć cielesne

usługi.

Zebrała się na odwagę i zeszła na dół. Natychmiast jak spod ziemi wyrósł przed nią

Davis.

- Może jaśnie pani zechciałaby, aby ktoś oprowadził ją po posiadłości? - Skinął ręką i

pojawił się chłopak w wieku około czternastu lat. - Willis skończył już swoje obowiązki w

stajni i z radością się tym zajmie.

Cassie uśmiechnęła się do chłopca. Był równie sympatyczny jak służący, których

background image

dotąd poznała. Miał jasnobłękitne oczy i delikatne piegi na nosie.

- Jak się masz, Willis - powiedziała cicho. - Czy na pewno nie masz nic przeciwko

temu?

Ależ skądże, jaśnie pani. To dla mnie przyjemność. Zerwał z głowy czapkę i skłonił

się nisko. Cassie była zbyt niedoświadczoną by zauważyć utkwione w niej pełne zachwytu

spojrzenie. Nowa hrabina wydala się chłopakowi najpiękniejszą istotą na świecie, lecz mina

mu zrzedła, kiedy dowiedział się, że jego pani nie umie jeździć konno. Spędzili wiec cały

dzień na spacerze, zwiedzając dom i okolice. W pewnym momencie Willis wskazał na

połyskującą w słońcu taflę wody, widoczną za rozległym trawnikiem. Ze zdumieniem

stwierdziła, że jest to jezioro porośnięte wodorostami. Chłopiec wyjaśnił, że z domu nie

można go zobaczyć. Lekki dreszcz przebiegł jej po plecach.

Wbrew przypuszczeniom dzień minął jej szybko i przyjemnie. Czuła ból w nogach,

kiedy wreszcie odesłała Willisa na obiad. Uśmiechnęła się lekko. Na szczęście do tej pory nie

spotkała księcia, za co była wdzięczna losowi.

Z ciekawością ruszyła wzdłuż galerii ozdobionej rzędem portretów w złoconych

ramach. Musieli to być przodkowie obecnych Sinclairów.

Wielu z nich miało tak samo groźnie zmarszczone brwi i wąskie nosy. Zatrzymała się

przed portretem z zeszłego stulecia, przedstawiającym ciemnowłosego mężczyznę o

buńczucznym wyglądzie w kapeluszu z piórami włożonym zawadiacko na bakier i dłonią

zaciśniętą na rękojeści miecza. W jego oczach było tyle żywiołowości i radości, że nie mogła

się powstrzymać od uśmiechu.

Niestety, następny z Sinclairów miał zaciśnięte wargi i chłodne spojrzenie. Nietrudno

było się domyślić, po kim obecny książę i jego syn odziedziczyli swój wygląd. Idąc dalej

spostrzegła portret elegancko odzianej kobiety, uśmiechającej się do siedzącego na kolanach

chłopczyka. Emanowało z niej ciepło i radość młodości. Czyżby to była pierwsza żona księcia

i ich syn Stuart? Zmierzwione blond loki okalały anielską twarzyczkę chłopca.

Jednak najdłużej uwagę Cassie przyciągnął ostatni z portretów. Przedstawiał kobietę

siedzącą na fotelu przed marmurowym kominkiem. Szczupłe dłonie miała złożone na

kolanach. Twarz okalały ciemne błyszczące włosy - takie jak u Gabriela. A więc to jest druga

żona księcia... matka Gabriela. Poczuła dziwne ukłucie w sercu, bowiem w przeciwieństwie

do Margaret w oczach tej kobiety było tyle smutku, jakby... Masz przed sobą Caroline, matkę

Gabriela.

Był to książę. Jego głos tak ją przestraszył, że aż drgnęła. Opanowała się jednak i

odwróciła głowę. Serce jej zamarło na widok jego oczu, spoglądających na nią bez uśmiechu,

background image

z nie skrywaną wrogością. Uczynił ruch, jakby zamierzał odejść.

Chwileczkę! - zawołała, zanim zdążyła pomyśleć. Odwrócił się tak sztywno, że przez

chwilę obawiała się, iż złamie sobie kark. Skrzyżowała ramiona, starając się nie pokazać po

sobie strachu.

- Myślę, że powinieneś wiedzieć, panie, że ja... nie zarabia łam na życie tak, jak

przedstawił to Gabriel.

Uniósł brwi.

Czy Cassie to skrót od Cassandry?

Skinęła głową.

- A wiec, Cassandro, jak wobec tego zarabiałaś na życie? - zapylał lodowatym tonem.

- Mój syn powiedział, że znalazł cię w oberży.

Starała się nie spuścić wzroku przed tym władczym spojrzeniem, choć bardzo ją

onieśmielało.

- Tak było - przyznała, unosząc lekko podbródek. - Lecz nie tak, jak on to przedstawił.

Podawałam piwo i jedzenie, szorowałam podłogi i pracowałam w kuchni... To wszystko... i

nic więcej, przysięgam.

Chrząknął lekko. Pewnie jej nie uwierzył, pomyślała z lekkim skurczem żołądka.

Powiedział również, że jesteś złodziejką. Oblała się rumieńcem wstydu.

- Powiem prawdę, panie. Ukradłam mu zegarek z myślą, że go sprzedam. Ja...

chciałam wyjechać z Charleston i zacząć zarabiać jako szwaczka.

Wskazała głową na portret Margaret.

Gabriel powiedział mi, jak zginęła - dodała cicho. - To straszne stracić kogoś w ten

sposób... Nie wiem, co powiedzieć... chyba tylko to, że to okropne, kiedy takie rzeczy

spotykają niewinnych ludzi.

- Okropne? Wy, Jankesi, jesteście dzikimi, grubiańskimi draniami! Wszyscy!

- Nie zrobiłam nic złego, panie - zaprotestowała. - Z wyjątkiem tego. że urodziłam się

w kraju, którego nienawidzicie. - W jej oczach zapłonął gniew. - Jeśli stawiacie mnie na

równi z tymi, którzy zabili pańską żonę, nic o mnie nie wiedząc, to nie jesteście lepsi od nich!

I jeszcze jedno. Wygląda na to, że nie jesteście tak całkiem bez skazy, bo naopowiadaliście o

mnie kłamstw służbie.

Edmunda rozwścieczył jej wybuch. Jak śmie ta zuchwała mała parweniuszka mówić

do niego w ten sposób! Jest jednak żoną jego syna i potrafi go zirytować równie mocno jak

on.

- Nic musisz się tłumaczyć, dziewczyno. Doskonałe wiem. kim jesteś, i zapewniam

background image

cię, że to mi w zupełności wystarczy. A na przyszłość nie waż się mnie osadzać.

Zostawił Cassie pośrodku hallu, wpatrującą się w niego z nienawiścią. Nadęty starzec!

Jest gorszy od swego syna!

Gabriel miał rację. Był to duży dom i bez trudu można było sobie schodzić z drogi.

Zdziwiła się więc niezmiernie, kiedy pewnego popołudnia zjawiła się w jej pokoju pani

McGee.

Przyszedł gość do jaśnie pani. Zamrugała oczami.

- Do mnie? - powtórzyła i zaraz zmarszczyła brwi. - Chyba się pani pomyliła. Nie

znam tu żywej...

- Nie pomyliłam się, milady. Pytała o jaśnie panią. Poprosiłam, żeby zaczekała w

salonie.

Kobieta. Cassie nie była pewną czy jej się to podoba. Poczuła nagle, jak żołądek

ściska jej się ze strachu. Nie miała jednak innego wyjścia, jak przekonać się, kim jest ów

gość. Schodząc po schodach czuła, jak z każdym krokiem rośnie jej niepokój.

Na brzegu kanapy siedziała najbardziej zachwycająca dziewczyna, jaką Cassie

kiedykolwiek widziała. Włosy koloru pszenicy zebrane były w kok na czubku głowy.

Twarzyczka w kształcie serca miała niezwykle delikatne rysy. Panna ubrana była w modną

suknię w kolorze bladej brzoskwini, oblamowaną białym atłasem.

Kiedy spostrzegła Cassie w drzwiach salonu, wstała z niezwykłą gracją.

- Dzień dobry - powiedziała półgłosem. Jesteś zapewne żoną Gabriela. - Jej głos był

równie słodki jak twarzyczka. Mam na imię Evelyn - dodała, wyciągając rękę w rękawiczce.

Evelyn! Cassie zapragnęła nagle zapaść się pod ziemię. Nigdy bardziej niż teraz nie

była świadoma swych braków i niskiego pochodzenia.

Właśnie z tą dziewczyną o jasnych włosach, drobnej, kształtnej figurze, ciepłym i

miękkim głosie miał się ożenić Gabriel. Ta piękna dziewczyna miała wszystko to, czego jej

brakowało...

- Ach, więc jesteś córką księcia Warrenton wymknęło jej się bez zastanowienia.

Na szczęście dziewczyna uśmiechnęła się lekko.

Widzę, że mnie znasz. To nam ułatwia sprawę. - Umilkła. Za to ja nie znam twego

imienia.

- Jestem Cassie.

- W takim razie może byśmy usiadły. Cassie? - Wskazała ręką na kanapę.

Cassie spłonęła rumieńcem. Nie miała pojęcia, jak powinna zachować się dama.

Oczywiście - mruknęła.

background image

Usiadły, jedna na jednym końcu, druga na drugim. Lekki uśmiech przemknął przez

wargi Evelyn.

- Czy wiesz - powiedziała cicho - że od kilku dni chciałam ci złożyć wizytę? Bałam

się jednak, bo nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać.

Cassie się zawahała.

Czy wiesz, że ja... czułam to samo? - przyznała nieśmiało. Evelyn wybuchnęła

śmiechem i nagle istniejące między nimi napięcie zniknęło.

Nie chcę być niegrzeczna - odezwała się Cassie po chwili ale sądziłam, że będziesz

mnie nienawidzić. Bo miałam poślubić Gabriela, a on ożenił się z tobą? Cassie skinęła głową.

- Chyba musiało cię to bardzo zdenerwować.

Evelyn złożyła na kolanach drobne dłonie w białych rękawiczkach.

- Ależ nie, wcale. Najbardziej zdenerwowało to ojca. bo to on chciał tego małżeństwa.

Ale wkrótce się z tym pogodzi. Myślę, że to już się stało. Powiem prawdę, Cassie. Sprawiło

mi wielką ulgę. że me muszę wychodzić za Gabriela. Zawsze przerażał mnie na śmierć. -

Uśmiechnęła się smutno. - I nadal tak jest. Stuart był zawsze taki czarujący i beztroski.

Gabriel jest bardziej... Och. nie wiem. jak to powiedzieć... Zamknięty w sobie.

To prawda, pomyślała Cassie z drżeniem.

- Czy kochałaś Stuarta? - Zaczerwieniła się. kiedy zdała sobie sprawę, jak obcesowo to

zabrzmiało. - Przepraszam - powiedziała szybko. To nie moja sprawa.

Och. wcale się nie gniewam. Lubiłam Stuarta, ale go nie kochałam. Myślę, że

bylibyśmy dobrą parą i bardzo opłakiwałam jego śmierć. Nigdy jednak nie miałam zamiaru

wychodzić za mąż kierując się jedynie tytułami i pozycją społeczną. Uwielbiam londyński

sezon, bale, wieczorki i rauty, lecz nienawidzę być stawiana na wybiegu. Byłoby wspaniale

wyjść za mąż z miłości, choć takie rzeczy nie są w modzie. Obawiam się jednak, że to

niemożliwe. Moja matka by to zrozumiała. Boże. błogosław jej duszę, lecz mój ojciec

oczekuje, że spełnię swój obowiązek, więc pogodziłam się z losem. Po krótkiej pauzie

zapytała:

- Wiem, że zabrzmi to zuchwale i nie musisz mi odpowiadać, wyznam jednak, że

ciekawi mnie, czy ty i Gabriel pobraliście się z miłości?

Z miłości? Mogłaby odpowiedzieć śmiechem, gdyby nagle nie zachciało jej się płakać.

Nawet teraz czuła, jak płoną jej policzki na myśl o tej aroganckiej parze - ojcu i synu.

Nieoczekiwanie dla samej siebie poczuła więź z tą wyjątkową dziewczyną, która tak bardzo

się od niej różniła, a jednocześnie była jej tak bliska. Zanim zdała sobie z tego sprawę,

zaczęła opowiadać, jak poślubiła Gabriela, jak zobaczył ją u Czarnego Jacka i jak się potem

background image

okazało, że jego jedynym zamiarem jest dokuczyć ojcu.

Evelyn ukryła zaskoczenie, wyczuwając, że to tylko jeszcze bardziej zmartwi Cassie.

Poklepała ją po ręku, współczując biednej dziewczynie, którą tak wykorzystano.

Wszyscy wiedzą, że Gabriel nigdy nic umiał się porozumieć z ojcem. - Zmarszczyła

brwi z dezaprobatą. - Jak oni mogli być tak małoduszni?

- Gdybym tylko mogła, pokazałabym im obu. że mylą się co do mnie - mruknęła

Cassie, zaciskając ręce. - Są przekonani, że mi się nie uda, ale jeszcze im pokażę.

Oczy Evelyn zajaśniały radosnym blaskiem.

- Doskonale, Cassie! - wykrzyknęła z podnieceniem. Właśnie o to chodzi!

Cassie spojrzała na nią zdziwiona.

- Nic rozumiesz? Właśnie o to chodzi. Nie możesz pozwolić, by ci dwaj wzięli nad

tobą górę. Musisz stać się kimś. kogo się nie spodziewają - damą.

Ale jak? - Cassie utkwiła wzrok w czerwonych dłoniach. - Zapominasz, że jestem

tylko szynkarską dziewką. - Boże, jak boleśnie ranią te słowa. - Nie potrafię nawet odróżnić

sukni śniadaniowej od wieczorowej.

Najwyraźniej jednak znalazła w Evelyn sprzymierzeńca.

- Ależ co ty mówisz? Mam oto przed sobą piękną młodą kobietę, która może się

równać z każdą panną w Londynie. Gdybyś mi nie powiedziała, nigdy bym się nie domyśliła

skąd pochodzisz. Zresztą to i tak nie ma znaczenia, bo mogę cię nauczyć właściwych manier i

zachowania. Nauczę cię, jak być gospodynią, jak prowadzić dom. I nie sądzę, by były z tym

kłopoty, bo masz świetne wyczucie tego, co właściwe.

Piękna młoda kobieta. Czy ta urocza panna naprawdę uważa, że ona jest piękna? Och.

jakże łatwo w to uwierzyć. Niemądrze jednak dać się ponosić nadziejom. Mimo to pomysł z

wyprowadzeniem w pole tych dwóch aroganckich Sinclairów był niezwykle kuszący. Przede

wszystkim jednak mogłaby się stać damą, prawdziwą damą...

- Dlaczego? - zapytała cicho. - Dlaczego chcesz mi pomóc?

- Nigdy nie miałam prawdziwej przyjaciółki. Od śmierci mamy ojciec większość

czasu spędza na wsi. Moimi jedynymi towarzyszami byli dotąd tylko guwerner i

guwernantka. - Wzięła Cassie za ręce. - Nie wiem dlaczego, ale czuję się tak. jakbyśmy się

znały od dawna. Cassie uśmiechnęła się niepewnie.

- To dziwne, lecz czuję to samo.

- Więc pozwól mi sobie pomóc, Cassie. Z wdzięcznością odwzajemniła uścisk.

- Wiesz, myślę, że już jesteś moją przyjaciółką - powiedziała miękko. - I chętnie

przyjmę każdą pomoc, jaką zechcesz mi ofiarować.

background image

Evelyn roześmiała się słodkim, dźwięcznym śmiechem.

- Wybornie. Najpierw musimy zrobić cos z twoimi dłońmi... To dobrze, że dama może

zawsze nosić rękawiczki, prawda?

Tak oto zaczęła się pierwsza lekcja.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Przez następne tygodnie Edmund przyglądał się wszystkiemu ze wzrastającym

niepokojem. Lady Evelyn stała się częstym gościem we dworze. Ona i Cassandra spędzały ze

sobą niemal każde popołudnie. Nie mógł pojąć, czemu Evelyn zawraca sobie głowę tą

dziewką. Musiał jednak przyznać w duchu, że w nowych strojach jego synowa wygląda

bardzo przyzwoicie. Na pierwszy rzut oka można ją było wziąć za elegancką młodą damę.

Wiedział, że takim jak ona nic należy ufać. W jego synu widziała jedynie jego majątek.

Poczuł, jak pierś ściska mu żelazna obręcz. Boże. jakże mu brakowało Stuarta! Jego

utrata była równie bolesna jak utrata Margaret. Wraz z nimi umarła część jego duszy. Teraz

pozostał mu już tylko Gabriel.

O, gdyby sprawy miały się inaczej... On i Gabriel nigdy nie byli sobie bliscy... i nigdy

nie będą. Teraz jest już za późno na zmiany, pomyślał ze znużeniem, bo jego młodość

przeminęła. Być może przyszłość również. Czy to źle, że chciał, aby Gabriel się ożenił i

spłodził dziedzica? Sinclairowie to godny ród, ale Gabriel nie dbał o to.

Myśl, że rodowe nazwisko umrze wraz z nim i że nigdy nie zobaczy wnuka napawała

go wielkim smutkiem i rozczarowaniem. Nigdy jednak by się do tego nie przyznał. Między

nim a synem istniała ogromna przepaść i nie wiedział, jak ją zasypać. Nawet jako chłopiec

Gabriel był uparty i samowolny.

Westchnął ciężko i podszedł do biurka, czując się nagle bardzo staro. Łagodny wiatr

przyniósł do salonu kobiece głosy i coś, co wywołało lekki ból w sercu i dawne wspomnienia

- wesoły śmiech.

Gabriel wszedł po schodach prowadzących do eleganckiego domu w Londynie. Nigdy

jeszcze nie był lak pijany jak teraz, a mimo to kroki stawiał z niezwykłą precyzją, a wzrok

miał jasny i wyraźny. W alkoholu nie znalazł jednak zapomnienia.

Mijały godziny, a Gabriel siedział w bibliotece z nogami wyciągniętymi przed siebie i

kieliszkiem w ręku. Obok na stoliku stała kryształowa karafka z brandy. Bezmyślnym

wzrokiem wpatrywał się w karafkę, nie mogąc poradzić sobie z myślami, kłębiącymi się w

zamroczonej głowie. Za oknami panowała głęboka noc.

Powrót do Anglii przebiegł zgodnie z planem. Ojca rozgniewał i przeraził fakt, że syn

połączył się nierozerwalnymi wieżami z Jankeską.

Lecz chwila triumfu trwała krótko i nie dała oczekiwanej satysfakcji. Dręczyło

również poczucie winy. Przypomniał sobie, jak Edmund Sinclair traktował swoją drugą żonę,

a jego matkę. Jak bardzo cierpiała przez te wszystkie lata zniweczonej nadziei, bolesnej

background image

rozpaczy i tęsknoty. Tylko on o tym wiedział i tylko on nad tym bolał. Nigdy tego ojcu nie

wybaczy. Ani też śmierci matki.

Te myśli w nieunikniony sposób przywiodły go do Farleigh. Tęsknił za rodzinnym

domem. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo, póki nie wrócił do Anglii. Jednocześnie go

nienawidził.

To nic Farleigh nienawidzisz, szepnął mu wewnętrzny głos, lecz wspomnień z nim

związanych. Dlatego stamtąd uciekł. Zbyt wiele miejsc przypominało mu tam matkę. Nie

mógł i nie chciał tam zostać. Zrobił to. co sobie zaplanował: zrzucił Cassie na barki ojca i

wrócił do Londynu.

Do starych wspomnień dołączyły teraz nowe. Wspomnienia gorących warg,

kremowej, miękkiej niczym łabędzi puch skóry i pachnących świeżością włosów. Smak

zemsty nie mógł się równać ze słodyczą tych warg...

Cóż to za szalone myśli?! Zacisnął gniewnie usta. Nie jest kompletnym głupcem, by

zachowywać się niczym zakochany młokos. Jego nastrój stawał się coraz bardziej posępny. Z

rozmysłem otoczył swe serce jeszcze grubszą powłoką niedostępności. Dość tych myśli o

żonie. Wcale jej nie pragnął. Nie była mu potrzebna. Wyjechał do Londynu po to, by o niej

zapomnieć...

Łatwiej jednak było to powiedzieć, niż zrobić.

Dni mijały teraz Cassie szybko. Uczyła się, jak nalewać herbatę, jak się subtelnie

wysławiać, czego nie mówić. W głowie szumiało jej od natłoku wiadomości, kiedy

wieczorem kładła się spać. lecz postanowiła wytrwać.

Pewnego dnia uprosiła Evelyn, by dotrzymała jej towarzystwa podczas popołudniowej

herbaty z księciem. Siedziała jak na cenzurowanym, zdając sobie sprawę, że jest

obserwowana. Gospodarz nie okazywał jawnej wrogości - wyczuwała jednak jego niechęć.

Był sztywny i oficjalny. Ręce jej tak się trzęsły, że obawiała się, iż rozleje herbatę na suknię.

Później Evelyn aż klasnęła w ręce z radości.

- Zupełnie, jakbyś się z tym urodziła! Och, Cassie, wiedziałam, że ci się uda.

Wtedy Cassie pozwoliła sobie na coś, o czym jeszcze miesiąc temu nie śmiała nawet

myśleć - na marzenia. Zaczęła wierzyć, że pomimo wszystko uda jej się znaleźć odrobinę

szczęścia którego nigdy by nie dostąpiła gdyby została w Charleston. Była dobrze ubrana i

bezpieczna. Gabriel przyrzekł, że zawsze będzie miała dom, chwyciła się więc tej obietnicy,

bo nie miała innego wyjścia. Zdarzały się jednak chwile zwątpień, podczas których obawiała

się. że to wszystko może zaraz zniknąć.

Wczesnym popołudniem pod koniec lipca Davis zaanonsował Christophera Marleya.

background image

Oczy Cassie rozbłysły. Proszę, wprowadźcie go, Davis.

Chwilę później pojawił się Christopher. W jasnych obcisłych spodniach i surducie

prezentował się niezwykle efektownie.

- Nawet nie wiesz, Christopherze, jak się cieszę, że znów cię widzę!

Wyciągnęła ku niemu obie dłonie. Z trudem powstrzymała się. by go nie uściskać. Z

pewnością zrobiłaby to, gdyby nie obecność Evelyn.

Roześmiał się.

- Wyobraziłem sobie, jak usychasz tu na wsi. - pomyślałem więc, że najwyższy czas

przekonać się. jak sobie radzisz.

Dostrzegła w jego oczach pytanie. Wzruszyła ją ta troska Dobrze - odpowiedziała

cicho, po czym uśmiechnęła się nieznacznie. - Nic musisz się krępować. Lady Evelyn znane

są okoliczności naszego poznania. Czy zostaliście sobie przedstawieni?

Christopher ukrył zaskoczenie. Nie spodziewał się takiej sceny, lecz bardzo go

uradowała.

- Pani, miałem przyjemność widzieć panią kilka razy pod czas ubiegłorocznego

sezonu, nie spodziewam się jednak, byś mnie pamiętała.

Pochylił się nisko i dotknął ustami palców Evelyn. Evelyn dygnęła.

- Doskonale cię, panie, pamiętam.

W takim razie, czuję się zaszczycony, milady. - Kiedy Evelyn spłonęła rumieńcem,

zwrócił się w stronę Cassie. Z zadowoleniem ocenił zmiany, jakie w niej zaszły: stylową

suknię w białe kwiaty i modną fryzurę. Muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Tym

razem policzki Cassie zrobiły się czerwone.

- Nie mogę taić, Christopherze, że to, co widzisz, jest zasługą Evelyn.

- Nie umniejszaj swojej roli, Cassie - zaprotestowała gorąco Evelyn. - Ja tylko dałam

kilka wskazówek. Całą pracę wykonałaś ty sama.

Christopher zaśmiał się wesoło.

- Cóż za nadzwyczajna skromność. To doprawdy bezcenny dar. Muszę jednak

przyznać, że dokonałyście cudu. Ze wszech miar pochwalam wasze wysiłki.

Evelyn skłoniła głowę.

- Niestety mamy dwa małe problemy - westchnęła. - Nie miałyśmy czasu, by zająć się

jazdą konną. Opracowałyśmy też kroki większości tańców, jednak Cassie byłoby łatwiej,

gdyby miała partnera.

Christopher skłonił się z galanterią.

- Wobec tego dobrze się stało, że wynająłem pokój w pobliskiej gospodzie. Z

background image

przyjemnością oddaję się do dyspozycji pań.

Przez cały następny tydzień byli prawie nierozłączni. Ranki spędzali w ogrodzie lub w

salonie, popołudnia natomiast w pokoju muzycznym, gdzie Evelyn i Christopher uczyli

Cassie tańczyć. Dzień kończyli przejażdżką po okolicy. Cassie wiele razy pragnęła zapytać

Christophera o Gabriela, lecz nigdy nie mogła zebrać w sobie dość odwagi.

Wszystko wskazywało na to. że Gabriel zamierza pozostać w Londynie na zawsze.

Nic była pewna, czy ma się z tego powodu cieszyć czy martwić. Książę również wyjechał na

kilka dni do Londynu. Za to Christopher i Evelyn byli tak miłymi i wesołymi towarzyszami,

że z przyjemnością spędzała z nimi czas. Choć cieszyły ją lekcje konnej jazdy, musiało minąć

jeszcze trochę czasu, by poczuła się pewnie w siodle.

Jednak najbardziej upodobała sobie godziny spędzane w pokoju muzycznym. Z

pomocą Evelyn i Christophera szybko nauczyła się menueta i tańca angielskiego. Tego

słonecznego popołudnia dwójka przyjaciół zademonstrowała, jak wygląda najnowszy i

najbardziej skandaliczny z tańców - walc. Kiedy Evelyn zagrała na fortepianie melodię,

Cassie tak się ona spodobała, że poprosiła, by i tego tańca ją nauczono. Wkrótce złapała rytm

kroków Christophera. Zaczęła wirować z nim po pokoju, czując się dziwnie lekko i radośnie.

Uleciały gdzieś nagle wszystkie troski, nawet ta główna nieobecny mąż. Kiedy w końcu się

zatrzymali, wykonała przed partnerem głęboki dyg i z wdziękiem się wyprostowała, by

spojrzeć prosto w płonące ogniem szare oczy.

Christopher oprzytomniał pierwszy, chociaż później przeklinał się w duchu za

nieodpowiednie słowa.

- Gabriel! Myślałem, że jesteś w Londynie. Co cię sprowadza do Farleigh?

Uśmiech Gabriela wyrażał niechęć i niezadowolenie.

- Mogę zapytać cię o to samo, przyjacielu. Wygląda jednak na to, że odpowiedź jest aż

nazbyt oczywista.

Przeniósł wzrok na Cassie, po czym znowu na Christophera. Nie odezwał się jednak

do niej ani słowem. Dla Cassie było to niczym uderzenie w twarz. Poczuła się jak dziecko,

które przyłapano na kradzieży.

Gabriel aż kipiał ze złości. Postanowił zostawić swoją uroczą żonę na wsi i zapomnieć

o niej. Nie mógł jednak przestać o niej myśleć, dlatego wrócił do Farleigh. Nigdy nic

przypuszczał, że znajdzie ją w ramionach innego mężczyzny, w dodatku kogoś, kogo nazywał

swoim przyjacielem.

Ze zdumieniem też stwierdził, że Cassie nie jest tą zabiedzoną istotą, którą zostawił

przed kilkoma tygodniami. W innych okolicznościach nawet by jej nic poznał. Nie zmienił się

background image

jedynie wyraz buntu widoczny w tych pięknych złocistych oczach.

Lady Evelyn wstała od instrumentu i podeszła do Christophera. Gabriel powitał ją

lekkim skinieniem głowy.

Lady Evelyn - powiedział uprzejmie. Zawsze miło mi panią widzieć. Teraz jeśli nic

macic nic przeciwko temu, pozwolę sobie pożegnać się z wami. Bardzo długo byłem

pozbawiony towarzystwa mojej żony, chciałbym więc przez jakiś czas mieć ją tylko dla

siebie.

- Ależ oczywiście - odpowiedziała Evelyn, po czym zwróciła się do Christophera: -

Czy mogłabym ci, panie, zaproponować wczesną kolację? Kucharka robi najlepszy w

hrabstwie pasztet z gołębia.

Christopher z trudem opanował gniew.

- Wyborny pomysł, lady Evelyn - odpowiedział uprzejmie, po czym spojrzał chłodno

na Gabriela. - Nie musisz nas odprowadzać, stary. Znamy drogę.

Kiedy wyszli, Cassie odwróciła się w stronę Gabriela.

- To było nieuprzejme!

- Zapewne. - Skrzywił się. - Ale cóż ty możesz wiedzieć o nieuprzejmości, moja

droga?

Najwidoczniej więcej od ciebie! Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów.

- Muszę przyznać, Jankesko, że z wielką łatwością przystosowałaś się do nowej roli.

Wygląda na to, że nic jesteś z tego zadowolony - rzuciła gniewnie.

Rzeczywiście, a powinienem, pomyślał z niechęcią. Utkwił wzrok w delikatnym

wgłębieniu jej szyi, gdzie złociste pukle muskały jedwabistą skórę.

- Czy masz jakieś plany na resztę popołudnia, Jankesko?

- Prawdę powiedziawszy, tak. Christopher był tak uprzejmy, że zgodził się dawać mi

lekcje jazdy konnej.

- Nie ma potrzeby, by on to robił, Jankesko. Od tego masz męża - skonstatował

chłodno.

- Jakoś trudno go znaleźć - odparowała złośliwie.

Ale już się znalazł, więc dajmy temu pokój. Skoro jednak zamierzałaś dziś jeździć

konno, nie chciałbym cię rozczarować.

Rozczarować? Prędzej zadręczyć! Pchnął ją lekko w stronę schodów.

- Idź się przebrać - polecił. - Spotkamy się za piętnaście minut przy stajniach.

Znalazłszy się w swoim pokoju, Cassie zadzwoniła na Glorię i usiadła na brzegu łóżka

z gniewnym wyrazem twarzy. Jak on śmiał tak nagle się pojawić! Miała ochotę kazać mu na

background image

siebie czekać przez całą wieczność. Wiedziała jednak, że z pewnością by po nią przyszedł.

Z pomocą Glorii włożyła na siebie strój do konnej jazdy z ciemnozielonego aksamitu.

Nie zdziwiło jej. że Gabriel czeka już na nią przy stajniach, a chłopak stajenny trzyma za

uzdy dwa wierzchowce. Serce zabiło jej szybciej. Gabriel wyglądał jak prawdziwy

arystokrata, w długich błyszczących butach, obcisłych bryczesach opinających umięśnione

uda, ciemnym żakiecie podkreślającym imponująco szerokie ramiona, i śnieżnobiałym gorsie.

Na jego twarzy malowała się z trudem skrywana niecierpliwość. Jesteś gotowa?

Kiwnęła głową i podeszła do Ariel, łagodnej drobnej klaczy, na której ostatnio

jeździła.

- Chciałabym móc siedzieć na koniu okrakiem - mruknęła wsiadając. Lecz nie na jego

wierzchowcu, dodała w myślach. Wielki i czarny ogier wydał jej się równie gniewny i

przekorny jak jego pan.

Siedząc już w siodle. Gabriel odwrócił się w jej stronę.

- Damy nie siedzą na koniu okrakiem - wyjaśnił krótko.

- Ale ja przecież nie jestem damą prawda?

Nie oczekiwała odpowiedzi i nie uzyskała jej. Kiedy Gabriel ruszył, skoncentrowała

się na utrzymaniu równowagi w siodle. Nie przejęłaby się, gdyby spadła z konia w obecności

Evelyn lub Christophera, lecz co innego zrobić to przed mężem. Na szczęście prowadził konia

wolno, za co była mu wdzięczna.

Zmierzali w stronę jeziora. Było to jedyne miejsce, którego Cassie jeszcze nie

widziała. Poczuła strach. Z Christopherem i Evelyn jeździli zwykle po otwartej przestrzeni.

Na szczęście Gabriel minął jezioro i skierował wierzchowca ku kępie drzew. Odetchnęła z

ulgą i zaczęła się rozglądać po okolicy.

Gabriel zatrzymał konia, kiedy dotarli do małej polanki. Stała na niej mała,

pomalowana na biało altanka. Cassie aż westchnęła z zachwytu.

Nie wiedziałam, że tu jest coś takiego! - wykrzyknęła. - Nie widać tego z domu,

prawda?

Pokręcił głową i pomógł jej zsiąść. Uśmiechnęła się radośnie, bowiem to miejsce było

rajem skrytym przed zewnętrznym światem. Hałaśliwy drozd wzywał swą towarzyszkę; w

powietrzu unosił się świeży zapach lasu. Sama altanka była jednak w opłakanym stanie. Farba

wyblakła i w wielu miejscach odpadała. Wokół rozpanoszyły się chwasty i porastały nawet

stopnie.

- To musiało być urocze miejsce. - odezwała się Cassie. To wstyd, że jest w takim

stanie. Pochyliła się i zrzuciła śmieci pokrywające stopnie. Prostując się. pochwyciła dziwny

background image

błysk w oczach Gabriela. - Zaraz, czy to nie była altanka twojej matki? - zapytała nagle.

Ogarnął go gniew na samego siebie. Po co w ogóle ją tu przyprowadził? Matka

kochała to miejsce. Przypomniał sobie, jak mówiła, że panująca wokół cisza działa na nią

kojąco. A niewiele miała w życiu przyjemności...

Tak, często tu przychodziła - odpowiedział. Zapragnęła nagle dowiedzieć się o niej

czegoś więcej. Nie wiedziała dlaczego, ale miała wrażenie, że z jej osobą wiąże się jakaś

tajemnica... Jednak wyraz twarzy Gabriela był nieprzystępny i odpychający.

- Masz naturalny talent do jazdy konnej, Jankesko. Zdaje się, że nie jedyny.

Przesunęła językiem po wargach. Jego głos brzmiał podejrzanie spokojnie.

- Możesz je teraz ujawnić, Jankesko. Po tym, jak widziałem cię z Christopherem,

zastanawiam się, czy... dałaś mu to, co mnie się należy?

Spojrzała na niego zaskoczona.

- Nie rozumiem.

- Nie graj przede mną niewiniątka. Spałaś z nim?

- Czy spałam z nim? Mówisz tak, jakbym była...

Portową dziwką? Nie możesz tak szybko wyzbyć się swego pochodzenia, Jankesko.

Ale ostrzegam cię. Nie zrobisz ze mnie rogacza i żaden bękart nie będzie moim dziedzicem.

Był szokująco grubiański i okrutny.

- Och! - krzyknęła. W tej chwili nienawidziła go z całej duszy. - Powiedziałeś ojcu, że

wyciągnąłeś mnie z rynsztoka, lecz to twoje myśli nurzają się tam w tej chwili. Czemu nie

zostałeś w Londynie? Nie musiałabym znosić twych dzikich humorów.

Rzeczywiście, był zły na nią za to, że ściągnęła go do Farleigh, i zły na samego siebie,

że przyprowadził ją do miejsca, które należało wyłącznie do jego matki.

- Mój dziki humor uległby poprawie, gdybym cię nie znalazł w ramionach niejakiego

Christophera Marleya.

- Och, przestań! - syknęła. - Przecież wcale mnie nie pragniesz. Chwycił ją za ręce i

ściągnął jej z dłoni rękawiczki. Czuła się tak.

jakby wyrywał jej duszę z piersi. Przyciągnął ją do siebie. Jego kształtne i zmysłowe

usta pochyliły się nad jej wargami.

- Ależ właśnie w tym rzecz, Jankesko. Nie jestem taki obojętny na twe wdzięki.

Z tymi słowy przywarł wargami do jej ust. Zagłębił się w ich wnętrzu, penetrując

językiem najdrobniejsze zakamarki. Silne ramiona otoczyły jej talię, przygważdżając ją do

twardej piersi. Cassie próbowała się uwolnić, lecz nagle szalony ogień przebiegł wzdłuż jej

nóg. Pocałunek Gabriela rozpalił w niej krew. Gabriel rozchylił usta, zwiększając rozkoszny

background image

nacisk i pozbawiając ją siły i woli. Jęknęła, czując, że poszłaby teraz za nim. gdziekolwiek by

zechciał.

Jak przez mgłę posłyszała niski triumfujący śmiech. Gorący oddech musnął jej szyję.

- Sporo mnie kosztowałaś, Jankesko, więc chciałbym się przekonać, co kupiłem.

Zaczął pieścić palcami okryte aksamitem wzgórki jej piersi. Wstrzymała oddech,

kiedy brodawki stały się twarde i nabrzmiałe, lecz nie było to przykre uczucie. Potem jednak

przesunął dłoń na haftki sukni.

Ogarnęła ją panika. Wiedziała - dokąd taka gra prowadzi. Nie pozwoli mu wziąć się w

ten sposób, tak na zimno, bez żadnego uczucia oprócz żądzy. Och, gdyby ją kochał, gdyby

mu na niej zależało, byłoby inaczej. Mogłaby mu ofiarować to, czego tak bardzo pragnął...

Spróbowała się wyswobodzić. Silne ramiona trzymały jednak mocno. Wolno uniósł

głowę. Nikły uśmiech rozjaśnił piękne wargi. W końcu jestem tylko mężczyzną - powiedział

cicho. - Obawiasz się, że ulegnę pożądaniu?

Prawdę powiedziawszy jego członek był sztywny i nabrzmiały. Jakaś jego cząstka

pragnęła zanurzyć rozpalony organ głęboko w jej wnętrzu i odrzucić precz konsekwencje. O

nie, nie mógł udawać, że pocałunek nie zrobił na nim wrażenia. Na przyszłość musi być

ostrożny, niezwykłe ostrożny.

Odpowiedź wyczytał w jej szeroko otwartych, przerażonych oczach. Roześmiał się.

- Nie obawiaj się, Jankesko. Nie kuś mnie, to nic się nie stanie.

Odskoczyła od niego, przerażona reakcją swego ciała. Dobry Boże. czyżby była

równie rozpustna jak jej matka? ~ pomyślała.

Nagle posłyszała głośny trzask i poczuła silny zapach spalenizny i piekący ból w

ramieniu. Instynktownie przykryła dłonią to miejsce. Palce natychmiast siały się lepkie i

czerwone. To krew, przemknęło jej przez myśl i nagle przed oczami pojawiła się mgła, a w

uszach zaczęło szumieć. Cóż to ma znaczyć?...

- Dobry Boże! usłyszała swój przerażony głos. - Ktoś do mnie strzelił!

I pochłonęła ją ciemność.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Gabriel złapał ją w chwili, kiedy zaczęła się osuwać na ziemię. Zaklął siarczyście, po

czym chwycił ją na ręce i dał nura do altanki. Rozerwał rękaw sukni, wyjął z kieszeni

chusteczkę i przyłożył ją do rany. Delikatnie wytarł krew i ślady prochu.

Dzięki Bogu, kula jedynie drasnęła ramię. Rana nie była nawet głęboka. Krew już

zaczęła krzepnąć. To szok, nie rana, był powodem utraty przytomności. Zawahał się, rozdarty

między pragnieniem dopadnięcia drania, który strzelił, a obawą przed zostawieniem jej samej.

W końcu Cassie poruszyła się. Wróciła jej świadomość. Otworzyła oczy, lecz

zobaczyła jedynie ciemność. Szarpnęła się przerażona.

- Boże! Czyżbym umarła?!

- Nie, Jankesko - posłyszała chłodny głos. - Nie umarłaś, jesteś cała i zdrowa, choć

znowu wydaje ci się, że jesteś w niebie. - Po chwili dodał: Miałaś szczęście. Kula jedynie

drasnęła ramię. Krwawienie trwało zaledwie minutę.

To przecież Gabriel. Opierał się plecami o ścianę altanki i trzymał Cassie w objęciach.

Chociaż nie było tak ciemno, jak początkowo sądziła, powoli zapada! zmrok. Kiedy oczy

przyzwyczaiły się do półmroku, zwróciła uwagę na podarty rękaw sukni.

Płacz ścisnął ją za gardło. Tego było już za wiele.

Moja piękna suknia! - wykrzyknęła z płaczem. - Nigdy nie miałam czegoś równie

wspaniałego... Tak ją lubiłam... A teraz jest zniszczona! - Ukryła twarz na ramieniu Gabriela i

rozpłakała się na dobre.

Silna ręka pogładziła ją po głowie.

- Cassie, nie płacz. Kupię ci drugą. Kupię ci sto, jeśli będziesz chciała.

W niemym zdumieniu starała się poprzez łzy dostrzec twarz, która rozpływała się

przez oczami. Ten człowiek ją zdumiewał. Powiedział „Cassie” z jakąś dziwną delikatnością.

A w oczach... z pewnością musiał ją zmylić zapadający zmrok, bo niemożliwe by dostrzegła

w nich troskę...

Chciała usiąść, lecz przytulił ją mocniej do siebie.

- Nie ruszaj się - szepnął. - Wystrzał spłoszył konie. To pewnie kłusownik, ale nie

chcę ryzykować. Zaczekamy, aż się ściemni, i wtedy wrócimy do Farleigh.

Kiwnęła głową. Przywarła do niego, czerpiąc otuchę z siły i miarowych uderzeń serca.

Dopiero po godzinie wrócili do Farleigh. Kiedy Gabriel otworzył drzwi, stwierdził, że

w hallu stoją Edmund i Davis.

- Do diabła, co tu się dzieje, Gabrielu? Angus właśnie poinformował mnie, że wasze

background image

konie... - Urwał gwałtownie, widząc, w jakim są stanic. Oboje byli brudni. Cassie miała

czarne smugi na policzkach i wyraźne ślady łez. - Co się stało, na Boga?

Gabriel skrzywił się ponuro.

- Byliśmy przy altance, kiedy ktoś do nas strzelił. Edmund spojrzał na nią ostro.

- Nic ci się nie stało, Cassandro?

Cassie. Cassandra. Miała ochotę wybuchnąć histerycznym śmiechem. Może jednak

coś osiągnęła z tymi aroganckimi Sinclairami. Kiwnęła głową, zbyt wstrząśnięta, by mówić.

Czekała w milczeniu na przyjście Glorii. Gabriel przekazał Cassie w ręce pokojówki, po

czym zwrócił się do ojca.

- Jeśli pozwolisz, chciałbym zamienić z tobą słowo na osobności, ojcze. - Ruszył do

salonu, a Edmund zamknął szerokie dębowe drzwi.

Gabriel nalał sobie potężną porcję porto.

- Nie mogę się oprzeć pewnej myśli, ojcze... Dzisiejsze zdarzenie wskazuje na to, że

chciałbyś mnie ujrzeć wdowcem.

Kiedy do Edmunda dotarło znaczenie tych słów. zesztywniał; w jego oczach zapłonęła

furia.

- Sądziłem, że jesteś zdolny do wielu rzeczy, ale oskarżać mnie o próbę zabicia tej

dziewczyny... - Z trudem powstrzymywał się, by nie wybuchnąć.

- Nie oskarżam cię - odparł ze spokojem Gabriel. Szok w oczach księcia wydawał się

szczery. Uznał, że nie będzie rozdrażniał i tak już napiętych nerwów ojca.

- Może to nie ją chciano zabić - powiedział książę chłodno. Gabriel zmarszczył brwi.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

Może wrzuciłeś owoc do niewłaściwego koszyka. Gabriel uśmiechnął się na to i

powiedział:

- Zawsze ostrożnie wybieram kobiety, ojcze. Żadna z nich nie jest mężatką ani też nie

ma krewnych gotowych pozbawić mnie życia z powodu zwykłego flirtu.

- Wobec tego musiał to być kłusownik. Lepiej przekonać Cassandrę, by zaniechała

przejażdżek po lesie, póki się nic upewnimy.

- Och, nic musisz się o nią martwić. Wyjeżdża ze mną do Londynu. Edmund obrzucił

go podejrzliwym spojrzeniem.

- Po co?

- Księżna - wdowa Greensboro urządza bal jutro wieczorem.

- Doskonale o tym wiem. Sam się tam wybieram. Chyba nie myślisz zabrać jej ze

sobą?

background image

Z powątpiewaniem odnosił się do lekcji, jakie Evelyn dawała Cassie. Gabriel lekko

uniósł brwi.

- Księżnej się nic odmawia. O ile wiem, nic będzie to wielkie wydarzenie, jedynie

otwarcie małego sezonu. Poza tym już chyba rozmawialiśmy na ten temat, ojcze. Czy to o

swoją czy też o moją reputację się obawiasz?

Edmund powstrzymał się przed gwałtowną gestykulacją.

- Rób, jak chcesz - mruknął. - Sprawisz przyjemność jedynie sobie, nikomu więcej. -

Po czym odwrócił się i wyszedł z salonu.

Gabriel spoglądał w ślad za nim z kamiennym wyrazem twarzy.

- Naturalnie, że to zrobię, ojcze - powiedział z lekką goryczą w głosie. - Już dawno się

przekonałem, że ciebie nie sposób zadowolić.

Wpatrywał się przez chwilę w bursztynowy płyn w kieliszku, po czym przełknął spory

łyk. Może ojciec miał rację, ale jedno pytanie natychmiast rodziło drugie. Kto strzelał? Czy

był to umyślny strzał, czy też przypadkowy? Jeśli tak, to kto miał być celem? Cassie... czy

on?

Zacisnął usta. Nie przychodził mu na myśl nikt, kto by mu życzył śmierci. W takim

razie kto chciałby zabić Cassie? Nie miała wielu znajomych, ani tu, ani w Charleston.

Najprawdopodobniej był to więc przypadkowy strzał. Mimo to nie należało jej tu teraz

zostawiać...

Cassie siedziała przed toaletką z zasępioną miną, a Gloria szczotkowała jej włosy.

Kiedy wszedł Gabriel, szybko zmieniła wyraz twarzy.

Jak twoja rana?

Spłonęła rumieńcem, zawstydzona ponad miarę tym, ze zemdlała w jego ramionach.

Spuściła wzrok na lusterko w złotej oprawie.

- Dobrze - mruknęła. - Trochę zaczerwieniona, ale to wszystko.

- Doskonale. W takim razie będę mógł wrócić jutro do Londynu. Niech Gloria spakuje

rano twoje rzeczy.

Uniosła głowę i obróciła się na stołku.

- Czy... czy to znaczy... że jadę z tobą?

- Oczywiście, Jankesko. Cały Londyn pragnie poznać nową hrabinę Wakefield. Mam

zamiar cię przedstawić, w przeciwnym razie nikt nie uwierzy, że się ożeniłem... W końcu

jesteś moją żoną, a miejsce żony jest przy mężu.

Czy on z niej żartuje? Nic wiedziała, co ma o tym myśleć. Zresztą nie dbała teraz o to.

Z uczuciem strachu, niepokoju i ekscytacji wpatrywała się w drzwi, za którymi zniknął.

background image

Wyglądało na to, że jednak zobaczy Londyn.

Dom Gabriela wydał się Cassie niezwykle okazały. Nie był tak wielki i rozległy jak

Farleigh Hall, ale i tak robił imponujące wrażenie.

Główny hall miał złote sklepienie z ozdobnymi wolutami i postaciami cherubinów.

Między dwoma masywnymi kolumnami pięły się w górę schody. Biblioteka była mniejszą

wersją tej z Farleigh i miała ściany wykładane boazerią z mahoniu. W salonie zaś ściany

pokryto jedwabiem w kolorze purpury, a na podłodze leżał dywan w barwach ciemnego złotą

brązu i błękitu. Przy kominku stało kilka foteli i kanapa. Cassie przyglądała się wszystkiemu

z zachwytem.

Również sypialnia przypadła jej do gustu. Była równie przytulna jak w Farleigh.

Wystarczyło jedno spojrzenie na łoże z baldachimem w kolorach bladego błękitu i żółci, by

się nim zachwycić.

- Jeśli meble ci nie odpowiadają, możesz je zmienić zgodnie ze swoim życzeniem -

oznajmił sztywno Gabriel.

Jego lodowaty ton nie był w stanie popsuć jej humoru. Dotknęła żółtej frędzli

zdobiącej toaletkę, po czym odwróciła się do niego i podziękowała z uroczym uśmiechem.

- Jest piękny powiedziała cicho. - Nie przyszłoby mi na myśl cokolwiek tu zmieniać. -

W tym momencie spostrzegła drzwi tuż obok serwantki. Co tam jest?

Nie musiała czekać na odpowiedź. Zauważyła surowy, typowo męski w stylu wystrój

wnętrza i ogromne loże z czterema filarami. Rumieniec zabarwił jej policzki.

Przypuszczam, że to twoja sypialnia?

Skinął chłodno głową. Jednak Cassie miała wrażenie, że atmosfera nagle zgęstniała.

- Aha. Mamy na dziś wieczór zaproszenie.

- Zaproszenie?

- Tak, Zostaliśmy zaproszeni na przyjęcie wydawane przez księżnę - wdowę

Greensboro. - Ruszył do drzwi, po czym nagle się zatrzymał. Wrócę za chwilę, by rzucić

okiem na suknię, którą dziś włożysz.

Uniosła dumnie głowę.

- Potrafię sama wybrać sobie suknię - oznajmiła sztywno.

O, nie wątpię w to, Jankesko. Byłbym jednak szczęśliwy móc służyć ci radą.

Choć wiedziała, że uznał kwestię za zakończoną, nie miała zamiaru ustąpić. Jedno

spojrzenie w te lodowato zimne oczy wystarczyło, by zmieniła zdanie, nie przywykła jednak

do przyjmowania potulnie takich rozkazów. Kiedy zjawił się w jej sypialni, miała jeszcze na

sobie szlafrok. Zbierając się na odwagę, podeszła do szafy i wyjęła z niej lekką jak mgiełka

background image

białą suknię, którą zamierzała włożyć. Przewiesiła ją przez ramię i odwróciła się w jego

stronę. Uśmiechnął się wolno.

- Chyba nie - powiedział przeciągając zgłoski. - Czułbym się przy tobie niczym wilk.

Poza tym wyglądasz w niej jak niewiniątko, jak dziewica, młoda i nieskalana.

Ponieważ nią jestem! - chciała krzyknąć. Och, z jakąż przyjemnością cisnęłaby mu to

w twarz. Nie była jednak pewna jego reakcji, toteż nie odezwała się słowem. Zacisnęła zęby.

odwiesiła suknię do szafy i wyjęła drugą.

Tę z kolei uznał za zbyt dziecinną, następną za zbyt dostojną. Zaczynała tracić

cierpliwość. Nie patrząc, wyciągnęła pierwszą, która nawinęła się pod rękę.

Przyglądał się przez chwilę jedwabnej sukni w kolorze bladej brzoskwini.

- Ta jest dobra - mruknął. Chciałbym jednak, byś błyszczała jak klejnot. Może coś

żywszego.

Najwyraźniej sobie z niej żartował. Nienawidziła go w tej chwili.

Zapewne najlepsza byłaby czarna! - rzuciła gniewnie. Uniósł brwi. Czarna... jak twój

nastrój ? Czarna jak twoje serce! Zaśmiał się lekko.

Musisz się nauczyć mi ufać, Jankesko. Mam w tych sprawach większe doświadczenie.

- Podszedł do szafy i wyjął rubinowoczerwoną jedwabną suknię. - Ta będzie odpowiednia -

zadecydował.

Wyrwała mu ją z ręki.

- Nie troszczyłeś się o mój wygląd, kiedy miałam stanąć przed twoim ojcem -

warknęła. - Nie rozumiem więc, dlaczego teraz to robisz.

Strzał był celny. Spostrzegła, że gniewnie zacisnął szczęki, głos jednak brzmiał

łagodnie.

- Oczy całego towarzystwa będą dziś na ciebie zwrócone, Jankesko - powiedział i

wyszedł z pokoju.

Kiedy była już gotowa, Gloria pchnęła ją lekko w stronę lustra i klasnęła w dłonie.

- Och, jaśnie pani, wygląda jaśnie pani cudownie. - Westchnęła z zachwytem.

Przez dłuższy czas Cassie jedynie patrzyła na siebie bez słowa. Gloria upięła jej włosy

wysoko, odsłaniając delikatną linię karku i ramion. Dekolt sukni wycięty był w kształcie

litery V. Według Cassie był zbyt głęboki, lecz Gloria zapewniła ją. że taka jest teraz moda.

Suknia miała podwyższony stan i opadała miękko aż do stóp. Cassie musiała przyznać, że

ogólny efekt robił wrażenie klasycznej elegancji.

Wyglądała wykwintnie, kobieco i... pięknie. Łzy stanęły jej w oczach, bo nigdy

przedtem się tak nie czuła. Co jednak powie Gabriel? Poczuła niepokój. Z przerażeniem zdała

background image

sobie sprawę, że pragnie mu się podobać. Dlaczego? Nie miała pojęcia i nie dbała o to, ale

faktem było, że chciała zasłużyć na jego uznanie.

Czekał w hallu, przechadzając się niecierpliwie. Zeszła po schodach tak szybko, jak to

możliwe, przytrzymując się kurczowo zdobionej poręczy. Spojrzał w górę, kiedy stawiała

stopę na ostatnim stopniu.

Oczy ich się spotkały. Serce biło jej w piersi jak szalone. Wzrok Gabriela omiótł ją od

góry do dołu i z powrotem. Cassie starała się znosić to ze spokojem, lecz przyglądał jej się tak

długo i z taką uwagą, że zaczęła się obawiać, iż uczyni coś niewłaściwego.

W końcu podał jej ramię.

- Doskonale - oświadczył.

Pomógł jej wsiąść do wyściełanego powozu zaprzężonego w dwa ogniste rumaki.

Ledwie dostrzegła, że zajął miejsce obok niej. Odwróciła twarz w stronę okna. Czuła się

kompletnie roztrzęsiona. Nigdy nie sądziła, że będzie miała na sobie taką suknię i będzie tak

wspaniale wyglądać. Czy Gabriel podzielał jej opinię? W jego wzroku nic dostrzegła ani

pochwały, ani krytyki. Był równie chłodny i daleki jak zawsze.

Nie miała jednak racji. Jej widok zaparł mu dech w piersi. Z wielkim trudem

powstrzymał się, by nie porwać jej w ramiona, nie ściągnąć z niej tej pięknej sukni i nie

odsłonić kryjących się pod nią cudownych wypukłości.

Nie mógł sobie na to pozwolić. Nie wolno mu było jej ulec. Przeklinał ją za to

spojrzenie spragnione pochwały i przepełnione nadzieją, a siebie za to, że był takim zimnym

draniem. Zapanował nad sobą siłą żelaznej woli. by ukryć szczelnie swoje uczucia.

Przynajmniej tego jednego nauczył go ojciec.

Pałac księżnej Greensboro tonął w powodzi świateł. Cassie patrzyła, jak długi sznur

pojazdów posuwa się wolno w stronę wejścia, i nagle spostrzegła, że dojeżdżają. Ogarnęło ją

przerażenie. Jak to Gabriel powiedział? Oczy całego towarzystwa będą na ciebie zwrócone.

Kiedy powóz zatrzymał się przed głównym wejściem, żołądek podszedł jej do gardła.

Podała Gabrielowi zimną dłoń i pozwoliła się wprowadzić do środka. Wkrótce stanęli przed

drzwiami do wielkiej sali balowej. Zapach wody kolońskiej mieszał się tu z aromatem

kwiatów. Zewsząd dochodził śmiech i gwar rozmów.

Na widok takiej masy ludzi ogarnęła ją panika. Zaczęła drżeć na całym ciele. Miała

oto zagrać rolę damy, którą nie jest. Toż to zakrawa na śmiech! Boleśnie świadoma swych

braków, zapragnęła znaleźć się daleko od tego miejsca. Kiedy tak śledziła wzrokiem morze

obcych ludzi, jej oczy dostrzegły znajomą twarz. Niestety, nie można jej było nazwać

przyjazną, należała bowiem do ojca Gabriela.

background image

W tym momencie majordomus zaanonsował donośnym głosem. Hrabia i hrabina

Wakefield.

Instynktownie przywarła do Gabriela. Wyczuł to i natychmiast ogarnął go gniew, na

siebie i na nią. Zamierzał potraktować ją z chłodnym lekceważeniem i zostawić samej sobie,

wiedząc, że zdenerwuje tym obserwującego ich ojca. Wystarczyło jednak, by spojrzał na

pobladłą twarz Cassie i jej strwożone oczy, a wiedział, że tego nie zrobi. Ścisnął ją delikatnie

za łokieć i szepnął:

Uśmiechnij się, Jankesko. Wyglądała tak, jakby się miała rozpłakać.

- Ja... ja nie mogę.

- Oczywiście że możesz.

Z tymi słowy ruszył do przodu. Później doszła do wniosku, że jedynie siła jego woli

utrzymała ją na nogach.

Rozpoczęła się prezentacja. Przed wzrokiem Cassie przesuwały się niezliczone twarze.

Evelyn byłaby z niej dumna, bo jakimś cudem udało jej się dawać właściwe odpowiedzi.

Jakiś przystojny młody człowiek klepnął Gabriela po plecach.

- Nie dziwi mnie, że trzymałeś taki klejnot z dala od zazdrosnych oczu. Ale, ale... Jak

to się stało, że nigdy nie mieliśmy okazji widzieć tej piękności? Zastanawiam się, czy nie

wyjąć monoklu, mógłbym jednak przysiąc, że nigdy przedtem nie miałem przyjemności.

Takiej twarzy się nic zapomina.

Gabriel uśmiechnął się chłodno.

To jest wicehrabia Raybum, moja droga. Cassie skinęła głową.

- Nie ma w tym nic dziwnego - odpowiedziała cicho. Nigdy jeszcze nic byłam w

Londynie.

Chociaż zachowanie wicehrabiego było nieco zbyt śmiałe, uśmiech miał zniewalający.

Uniósł brew.

- Nie była w Londynie! A niech cię diabli, Wakefield! Zawsze miałeś szczęście w

kartach, a teraz jeszcze to. Gdzież więc znalazłeś tę piękną dziewczynę? Gabriel obrzucił go

chłodnym spojrzeniem. - Po drugiej stronic oceanu. Raybum zamrugał oczami. - Coś takiego!

Chyba nie chcesz powiedzieć, że to Jankeska? Gabriel wzruszy! tylko ramionami, a Raybum

zwrócił się do Cassie.

- Dzięki Bogu, że ta przeklęta wojna dobiegła końca - oświadczył. - I możemy się

zająć daleko przyjemniejszymi sprawami. Wyznam, że nie wyobrażam sobie Wakefielda w

roli zazdrosnego męża. Nie pozwól, pani, zakopać się na wsi.

W tym momencie podszedł do nich hrabia Harcastle i Raybum zręcznie się usunął.

background image

W końcu Gabriel zostawił ją samą. Cassie jednak cały czas czuła, że jest obserwowana

i to przez obu Sinclairów. Jeden śledził ją ironicznym i aroganckim spojrzeniem, drugi zaś

chłodnym i niechętnym. Nie musiała się obawiać, że zostanie sama. Kiedy Raybum poszedł

po kieliszek wina dla niej. jego miejsce natychmiast zajęli inni mężczyźni.

- Proszę mnie przepuścić - rozległ się nagle władczy kobiecy głos. - Chciałabym

zamienić kilka słów z tą młodą damą.

Tłum rozstąpił się jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. Oczy Cassie zrobiły się

okrągłe ze zdumienia. W jej stronę zmierzała sama księżna - wdowa. Przez moment Cassie

czuła pustkę w głowie i nie wiedziała, co ma robić. Szybko jednak oprzytomniała i wykonała

przed księżną głęboki dyg. - Wasza wysokość.

Księżna była tęgą kobietą o imponującym wyglądzie. Na głowie miała złoty turban,

przystrojony strusim piórem. Znana z tego. że mówi to, co myśli, zmierzyła Cassie od stóp do

głów.

- Maniery twego męża są skandaliczne - oświadczyła. Nic raczył mi nawet ciebie

przedstawić. - Z szelestem spódnic usadowiła się na kanapce i spojrzała wyczekująco na

Cassie. - Usiądź tu, moja droga, i opowiedz mi wszystko o sobie.

Cassie uśmiechnęła się smutno.

- Obawiam się, wasza wysokość, że niewiele jest tu do opowiedzenia.

- Ależ nie ma się czego wstydzić. Edmund wspomniał mi, jak ciężko pracowałaś w

Charleston.

Znowu Edmund. Nie mogła się powstrzymać, by nie rzucić mu wyzywającego

spojrzenia. Och. jakże pragnęła położyć kres temu kłamstwu! Nic zrobiła tego. bo nauczyła

się od Evelyn, że mężczyźnie skandal uchodzi na sucho, lecz dla kobiety oznacza ruinę. A

ona nie miała ochoty zostać odrzucona. Pragnęła gdzieś przynależeć. Kłamstwa nie leżały

jednak w jej naturze.

- Tak, ja... ja... musiałam zarabiać na utrzymanie - odpowiedziała.

Doprawdy? No cóż, praca kształtuje charakter, jak zwykł mawiać książę, mój zmarły

mąż. Obawiam się, że dzisiejszej młodzieży bardzo go brakuje.

Cassie uśmiechnęła się lekko.

- Niestety to prawda.

- Muszę przyznać, moja droga, że kiedy dowiedziałam się o małżeństwie Gabriela,

uznałam ten związek za skandaliczny. Zachichotała wesoło. - Wyobrażam sobie, co Edmund

musiał powiedzieć. Gabriel wszystkich zaskoczył. Uchodził za wielkie go libertyna, lecz nie

dziwi mnie, że tak go oczarowałaś. Nie jesteś zwykłą, słodką londyńską pięknością. Cassie

background image

pokręciła głową.

- Daleko mi do piękności, wasza wysokość.

- Wiesz, moja droga, obserwowałam cię i wydajesz mi się absolutnie

bezpretensjonalna. Książę, mój mąż, uznałby to za cenną wartość... Ja też tak sądzę. Cenną i

jakże uroczą.

W tym momencie Gabriel spojrzał w ich stronę. Księżna skinęła mu ręką i po chwili

stał już przy nich.

Wasza wysokość - powiedział, pochylając się ku jej dłoni.

Widzę, że poznała pani moją żonę.

Istotnie - odparła księżna, dumnie unosząc głowę. - I muszę przyznać, że jestem

zachwycona twoim wyborem. - Utkwiła w nim surowe spojrzenie. - Mam tylko nadzieję, że

jesteś jej wart.

Uprzejmy uśmiech Gabriela stał się lodowaty. Nic mógł uwierzyć własnym uszom.

Wyglądało na to. że dziewczyna oczarowała księżnę - wdowę i niemożliwe okazało się

możliwym.

W ten sposób zapewniła sobie pozycję w towarzystwie.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Na tym się nie skończyło. Nazajutrz po południu Gabriel siedział w gabinecie z

piętrzącą się przed nim stertą papierów i nie tkniętą filiżanką herbaty. Służba natychmiast

zorientowała się, że pan jest dziś nic w humorze, w mig wypełniali więc wszystkie jego

polecenia. Wiedzieli jednak, że najlepiej zostawić go samego.

Nietrudno było odkryć przyczynę jego złego humoru. Przed południem posłaniec od

księżnej Greensboro przyniósł zaproszenie na herbatę dla pani hrabiny. Od tej chwili

dzwonek u drzwi dźwięczał bez przerwy, a na srebrnej tacy w hallu rósł stos zaproszeń.

Kiedy po raz kolejny zabrzęczał dzwonek, Gabriel odsunął krzesło i wstał. Nie

zostanie tu chwili dłużej. Biura w porcie zapewnią większy spokój i ciszę niż gabinet we

własnym domu.

W hallu zobaczył ojca wręczającego Gilesowi kapelusz i laskę.

- Dobrze, że cię widzę. Gabrielu powiedział, spostrzegłszy go. - Chciałbym zamienić z

tobą słówko.

Gabriel nawet się nie starał ukryć swej irytacji.

- Właśnie wychodzę.

- Zapewniam cię, że to nie potrwa długo - oświadczył Edmund chłodno.

Gabriel popatrzył na niego spode łba, po czym ruszył z powrotem do gabinetu.

Edmund zamknął za nimi drzwi.

- Chciałbym, żebyśmy omówili pierwszy publiczny występ Cassandry.

Gabrielowi błysnęły oczy, lecz nic nie powiedział. Odniosła wielki sukces, nie

sądzisz?

- Myślę, że było nieźle.

- Tak - powiedział miękko książę. - Jej mowa jest poprawna, imię bynajmniej nie

plebejskie. Zachowywała się wczoraj zupełnie poprawnie.

Oczy Gabriela zwęziły się i przypominały teraz szparki.

- Co usiłujesz mi powiedzieć, ojcze?

- Tylko to, co słyszałeś, Gabrielu. Dziewczyna ma talenty, o które jej nie

podejrzewałem.

A więc? - Gabriel patrzył z napięciem na ojca. Do czego on zmierza?

Postanowiłem wydać bal od dziś za dwa tygodnie, by uczcić wasze zaślubiny.

Zimny uśmiech pojawił się na wargach Gabriela.

- To bardzo wielkodusznie z twojej strony. Czyżbyś już zapomniał o jej

background image

amerykańskim pochodzeniu? A może postano wiłeś odrzucić nienawiść i przygarnąć ją do

swej piersi?

Edmund wyprostował się dumnie.

- To nie ma nic do rzeczy - oświadczył. - Nigdy nie zapomnę, co ci przeklęci Jankesi

uczynili Margaret i Stuartowi. Nigdy!

- O ile pamiętam, to właśnie ty, ojcze, twierdziłeś, że nowa suknia nie uczyni z niej

damy.

- Lady Evelyn dawała jej lekcje dobrych manier, lecz nie zdawałem sobie sprawy, z

jakim sukcesem.

Gabriel spojrzał na niego zaskoczony.

- Lady Evelyn?

- Tak. Była częstym gościem w Farleigh Hall. Bardzo się z Cassandra polubiły.

Nieoczekiwana przyjaźń, prawda? Podobnie jak wasz związek.

Gabrielowi daleko było do śmiechu.

- Chyba oszalałeś - rzucił opryskliwie. - Ona nie jest jeszcze do tego przygotowana.

Wyjdziemy przez nią na głupców.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.

- Przypominam ci - powiedział Edmund cicho - że to ty zacząłeś tę grę. To ty

poślubiłeś tę dziewczynę. Teraz nie masz innego wyjścia, niż zrobić z tego małżeństwa

najlepszy użytek.

Zrobić z tego najlepszy użytek - powtórzył Gabriel wolno. Powiedz mi, ojcze, czy

właśnie tak postąpiłeś z moją matką? Edmund nie odpowiedział. Stał sztywny i nieruchomy

jak skała.

Kipiąc z wściekłości Gabriel skrzywił się arogancko.

- Zapomniałem - rzucił szyderczo. - Moja matka nic dla ciebie nic znaczyła, prawda?

Podobnie jak ja.

Edmund milczał jak zaklęty. Gabriel prychnął wzgardliwie i otworzył drzwi.

Rób, jak chcesz - rzucił gniewnie. - Nic dbam o to. Frontowe drzwi zatrzasnęły się z

takim hukiem, że aż szyby zadźwięczały.

Edmund wolnym krokiem podszedł do fotela. Czuł w sercu nieznośny ciężar.

Nienawiść w oczach Gabriela mocno nim wstrząsnęła. Ukrył twarz w dłoniach. Boże. kiedy

to wszystko się zaczęło, ta nienawiść, ta gorycz? I kiedy nastąpi kres tej wrogości?

Posłyszał za sobą ciche chrząknięcie. Nie podniósł głowy, sądząc, że to ktoś ze służby.

- Zamknij drzwi i zostaw mnie samego - mruknął. - Zaraz wychodzę.

background image

Drzwi się zamknęły.

- Przepraszam - odezwał się czyjś głos. - Czy źle się czujecie, panie?

Edmund uniósł głowę i zobaczył przed sobą Cassandrę. Jej oczy spoglądały na niego

pytająco. Podniósł się, starając się ukryć zmieszanie.

- Nic mi nie jest - rzucił szorstko. - Twoja troska jest zbyteczna, dziewczyno.

Uniosła dumnie brodę.

- Mówiłam już twojemu synowi, panie, powtórzę i tobie: byłabym wdzięczna, gdyby

zwracano się do mnie po imieniu oświadczyła z chłodną godnością.

Spojrzał na nią zaskoczony.

- A więc dobrze, Cassandro. - Odzyskał już panowanie nad sobą. - Prawdę

powiedziawszy twoje pojawienie się jest zrządzeniem losu.

Zrządzeniem losu? Brzmi to dość złowieszczo, pomyślała mocno zaniepokojona.

Uśmiechnęła się niepewnie.

- Jakże to. wasza miłość?

- Za dwa tygodnie wydaję bal na waszą cześć i będzie mi potrzebna twoja pomoc.

Pomoc? - Cała jej odwaga stopniała niczym lód na słońcu. Poczuła, jak strach

przenika jej ciało.

- Tak. Przygotowałem już listę gości. - Z kieszeni surduta wyjął starannie złożoną

kartkę papieru. - Z pewnością Gabriel będzie chciał kogoś do niej dopisać, ale mogłabyś mi

pomóc w adresowaniu zaproszeń.

Cassie zbladła.

Obawiam się, że to niemożliwe - powiedziała ledwie dosłyszalnie.

- Co takiego?

Utkwiła wzrok w dywanie; jej ręce nerwowo gniotły materiał sukni.

Ja... obawiam się, że nie będę mogła pomóc. Spojrzał na nią ostro.

- Nie będę mogła czy nie chcę?

Jego głos ranił ją niczym ostrze noża. Nie była w stanie wydusić z siebie słowa; czuła

w gardle palący ból.

- Jeśli pozwolisz, chciałbym usłyszeć odpowiedź, Cassandro.

Wydała z siebie drżące westchnienie.

Nie mogę... nie chcę, cóż to ma za znaczenie? Pomogłabym, gdybym była w stanie,

wasza miłość. Obawiam się jednak, że to niemożliwe.

- Nie pojmuję dlaczego!

- Bo ja... ja umiem się tylko podpisać, nic więcej - powiedziała stłumionym głosem.

background image

Nastąpiła chwila pełnej napięcia ciszy, po czym książę zapytał ze śmiertelnym

spokojem:

Chcesz powiedzieć, że nie umiesz czytać ani pisać? Skinęła głową. Nigdy w życiu nie

czuła się tak zawstydzona.

Łzy popłynęły jej z oczu strumieniem.

Edmund sięgnął po chusteczkę, którą wcisnął jej do rąk. Nie przypuszczał, że

dziewczyna jest taka wrażliwa. Kobiece łzy zawsze wprawiały go w zakłopotanie. Dobry

Boże, tylko nie to.

Spojrzał na jej drżące ramiona.

No już dobrze, Cassandro. Nie ma powodu do płaczu. - Niezręcznie poklepał ją po

ramieniu. - Można temu zaradzić.

- Jak? - wychlipała.

- Są przecież nauczyciele.

- Nauczyciele? Dla żony hrabiego Wakefield? Całe towarzystwo miałoby świetną

zabawę.

- Masz rację - przyznał po chwili. - W takim razie pozostaje tylko jedno wyjście. Ja

będę cię uczył.

- Wy, panie? - Spojrzała na niego z osłupieniem.

- Naturalnie. Zapewniam cię, że potrafię.

W to nie wątpiła. Wytarła oczy i przyjrzała mu się z uwagą.

Dlaczego? - zapytała - Dlaczego chcecie to robić? Popatrzył na nią z góry.

Bo nie chcę, aby rozniosło się po Londynie, że nie umiesz czytać. Już i tak plotkarze

mają o czym mówić.

- Mam do was prośbę, panie - powiedziała wolno. - Proszę nic nie mówić Gabrielowi.

Jeśli nie chcesz, nie powiem - zgodził się z westchnieniem. Doskonale wiedziała, że

Edmund nie robi tego z dobroci serca.

Pragnie jedynie, aby jego nazwisko nic okryło się wstydem. Dotknęła lekko jego

ramienia.

Dziękuję - powiedziała stłumionym głosem.

Odchrząknął, zawstydzony jej słowami i czymś, czego nie potrafił nazwać.

- Gabriel spędza popołudnia w swoich portowych biurach - oświadczył grubym

głosem. - Przyjdź więc do mnie jutro, punktualnie o pierwszej.

Pierwsza lekcja odbyła się zgodnie z umową następnego dnia. Cassie przystępowała

do niej z niepokojem i radością zarazem. Chociaż bardzo pragnęła nauczyć się czytać i pisać,

background image

jedno spojrzenie Edmunda wystarczało, by kuliła się ze strachu. Jednak po tygodniu lęk przed

nim powoli minął. Cały czas był sztywny i oficjalny, czasami okazywał zniecierpliwienie i

nigdy nie wyzbył się wyniosłej dumy. Podobnie jak Gabriel rzadko się uśmiechał. Doszła

jednak do wniosku, że nie jest takim potworem, za jakiego początkowo go uważała.

Któregoś popołudnia przyjrzała mu się ukradkiem. Na skroniach połyskiwały srebrne

nitki. Usta były wąskie i surowe, nos orli. Pomimo swych lat był bardzo przystojny. Gabriel w

jego wieku będzie z pewnością taki sam.

Coraz częściej zastanawiała się nad tym, co wywołało wrogość miedzy nim a synem.

W ich wzajemnych kontaktach zawsze wyczuwało się napięcie. Zauważyła, że Edmund

często wspomina Stuarta, czego nie można powiedzieć o Gabrielu. Gdyby nic duże rodzinne

podobieństwo, Cassie zaczęłaby podejrzewać, że Gabriel nie jest synem Edmunda.

Któregoś dnia, kiedy wróciła właśnie z kolejnej lekcji, Giles zaanonsował lady

Evelyn.

Evelyn! - krzyknęła. - Jak się cieszę, że cię widzę! Evelyn uścisnęła serdecznie jej

dłonie.

- Przekonałam papę, że najwyższy czas przyjechać do Londynu - oznajmiła ze

śmiechem. - Drogi papa! Nigdy nie może mi niczego odmówić.

Cassie przyjęła to z zadowoleniem, lecz w głębi serca uważała księcia Warrenton za

równie onieśmielającego jak Edmund Sinclair. Surowa, dumna twarz Reginalda Lathama

nieodmiennie wprawiała ją w zakłopotanie.

Gdyby nie Evelyn, Cassie nie skorzystałaby z żadnego z otrzymanych zaproszeń. Z

Gabrielem spotkała się jedynie przy kolacji, przy której poinformował ją, że resztę wieczoru

spędzi w klubie. Czuła się zbyt niepewnie, by pójść gdzieś sama. choć Evelyn zapewniła ją,

że nie ma w tym nic niezwykłego. Po południu poszła w towarzystwie Evelyn na herbatę do

księżnej Greensboro, a także wzięła udział w garden party wydanym przez kuzynkę Evelyn,

hrabinę Langston. Chociaż Evelyn wciąż prawiła jej komplementy, pod koniec dnia była

jednym kłębkiem nerwów.

Wreszcie nadszedł wieczór balu. Na łóżku w jej pokoju leżała suknia z miękkiego

jedwabiu o szmaragdowej barwie, podkreślająca bursztynowy kolor jej oczu i nadająca blask

włosom. Krótkie rękawy miała ściągnięte połyskującą srebrną tasiemką. Obok leżały

pantofelki w odpowiednim kolorze i ozdobiona perełkami torebka. Wykąpana i

wyperfumowana, Cassie siedziała przed toaletką, a Gloria upinała jej włosy w prosty, lecz

gustowny koczek na czubku głowy.

Kiedy ostatnia szpilka znalazła się na miejscu, Cassie uśmiechnęła do pokojówki w

background image

lustrze.

Glorio, czy mogłabyś przynieść mi filiżankę czekolady? Mój żołądek buntuje się na

myśl o jedzeniu, ale czekolada dobrze mu zrobi.

- Oczywiście, jaśnie pani.

Po wyjściu Glorii nie była w stanie dłużej wysiedzieć. Nie chciała tracić czasu,

postanowiła więc sama dokończyć toaletę. Weszła za parawan i ostrożnie włożyła na siebie

suknię. Kiedy walczyła z haftkami, posłyszała, że otwierają się drzwi.

- Glorio! - zawołała. - Palce mi się plączą niczym myśli w głowie. Potrzebuję pomocy

przy tych przeklętych haftkach.

Słysząc miękkie kroki na dywanie, odwróciła się tyłem i pochyliła głowę, by ułatwić

dziewczynie pracę. Zręczne palce szybko uporały się z zapięciami.

- Dziękuję - powiedziała ze śmiechem, wygładzając fałdy sukni, po czym odwróciła

się. - Robisz to o wiele lepiej ode...

Przed nią stal Gabriel i wpatrywał się w nią przenikliwym wzrokiem.

- Będę szczęśliwy móc służyć ci pomocą - powiedział, uśmiechając się leniwie. Teraz

i o każdej porze.

Wyprostowała się dumnie.

Powinieneś zapukać - warknęła.

W swoim własnym domu? Nic sądzę.

W głowie czuła pustkę, zmierzyła go więc niechętnym spojrzeniem, lecz zapomniała o

wszystkim na widok jego stroju. Miał na sobie ciemnozielony aksamitny frak i brokatową

kamizelkę. Obcisłe spodnie podkreślały piękno sylwetki. Choć szyję i rękawy zdobiła biała

koronka, nigdy jeszcze nie wydał jej się równie męski jak teraz.

Myśli Gabriela biegły tym samym torem. Choć palce zajęte miał przy haftkach,

oczami błądził po jej nagich plecach. Z trudem się opanował, by nie przycisnąć warg do jej

karku. Suknia rzeczywiście była wspaniała, lecz jej właścicielka o niebo wspanialsza. Szyję i

ramiona miała gładkie i nagie, nie ozdobione żadną biżuterią Taka uroda nie potrzebowała

dodatkowej oprawy. Nie mógł jednak pozwolić, by w jej stroju czegoś brakowało.

Wyjął z kieszeni fraka długie wąskie pudełeczko. Świadom, że na niego patrzy,

nacisnął zameczek i odsłonił zawartość wnętrza. Cassie aż westchnęła na widok brylantu w

kształcie gruszki z delikatnym łańcuszkiem z najprzedniejszego złota.

- Powinien pasować do sukni - powiedział, wyjmując go z pudełka.

Stała nieruchomo, kiedy zapinał na szyi łańcuszek. Następnie ujął Cassie za ramiona i

podprowadził do lustra. No i jak ci się podoba. Jankesko?

background image

Cassie była zaskoczona. Nie przypuszczała, że ofiaruje jej taki prezent. Niemal z czcią

dotknęła mieniącego się kamienia. Zdawał się płonąć żywym blaskiem. Ona jednak nie mogła

przestać myśleć o dotyku gorących palców Gabriela. Mała wrażenie, że spalają jej skórę. Jest

piękny - powiedziała cicho, po czym odwróciła się i uśmiechnęła drżąco. - Nie wiem, co

powiedzieć. Chyba tylko dziękuję. Dziękuję bardzo.

- Przecież obiecywałem ci klejnoty, Jankesko. Liczyłem jednak na bardziej konkretne

podziękowania.

Jej uśmiech zbladł.

- Jest to zatem podarunek, za który trzeba zapłacić?

To chyba dla ciebie nic nowego, Jankesko. Byłbym niezmiernie ciekaw, co masz mi

do zaoferowania. Któryż mężczyzna przy zdrowych zmysłach nic pragnąłby zażyć

przyjemności z taką jak ty dziewką?

Cassie cofnęła się jak po uderzeniu. Cóż za okrutny człowiek! Ogarnął ją palący

wstyd. A więc nadal uważa ją za ulicznicę. Poczuła, że wzbiera w niej wściekłość. Nigdy nie

sądziła, że może kipieć takim gniewem.

Ręce jej się trzęsły, ale jakoś udało jej się rozpiąć łańcuszek. Opanowała chęć

ciśnięcia mu go w twarz i włożyła mu go do ręki, starając się zachować spokój.

- Nie chcę go - powiedziała obojętnym tonem. - Nic będę go nosić, więc możesz to

zabrać.

- Nie pojmuję. Wolałabyś zatem szmaragdy?

- Nie jestem na sprzedaż - oświadczyła, z trudem nad sobą panując. Nie pójdę z tobą

do łóżka nawet za całe złoto i klejnoty tego świata. Co więcej, żałuję, że nie zostałam u

Czarnego Jacka.

Wybuchnął śmiechem. Niech diabli porwą tego aroganckiego drania!

- Dobrze cię znam, Jankesko. Już zapomniałaś, jak bardzo pragnęłaś uciec z tego

miejsca?

Wówczas nic wiedziałam, że jesteś taką obmierzłą, odrażającą kreaturą...

Proszę, proszę, widzę, że słownictwo ci się poprawia. Cassie zacisnęła dłonie.

Wcale mnie nie znasz, wcale! I niczego nie zapomniałam! Uśmiechnął się

nieprzyjemnie.

- Och. daj pokój. Zrobiłaś ze mną świetny interes i oboje o tym wiemy. Ale może

zmieniłaś zdanie. Może należałoby to raz na zawsze wyjaśnić. Zatem powiedz mi, Jankesko.

Wolałabyś świadczyć usługi wielu mężczyznom czy tylko jednemu?

Pękła cienka nić samokontroli. Powodowana raczej instynktem niż rozsądkiem,

background image

wymierzyła mu siarczysty policzek.

Był to błąd. Żelazna ręka chwyciła ją za nadgarstek i przyciągnęła tak blisko, że

poczuła na sobie twarde mięśnie jego ud.

- Tym razem ci daruję, Jankesko, bo przyznaję, że cię do tego sprowokowałem. - Jego

spojrzenie smagało niczym bat. - Lecz nigdy więcej tego nie rób, bo przyrzekam, że

pożałujesz.

Puścił ją. Na policzku widniały białe ślady jej palców, lecz twarz była niczym wykuta

z kamienia. Drżąc na całym ciele i desperacko starając się tego nie okazywać, patrzyła, jak

wyciągnął z kieszeni zegarek, ten sam, który chciała ukraść, i uniósł głowę.

- Czas wychodzić - oświadczył chłodno, po czym dodał ironicznym tonem: - Skoro ten

bal jest na naszą cześć, nie możemy się spóźnić.

Bal dobiegał końca. Na parkiecie wciąż było tłoczno, ale goście zaczynali się powoli

rozchodzić.

Cassie nie wiedziała, jak udało jej się dotrwać do tej chwili. Jadła, uśmiechała się,

paplała o pogodzie. Przez pierwszą godzinę Gabriel nie puszczał jej od siebie. Sprawiali

wrażenie szczęśliwej, kochającej się pary.

Stanęła przy drzwiach na taras, rozcierając obolałe skronie. Nie mogła się już

doczekać, kiedy wyjdą. Marzyła, by się położyć i zapomnieć o całym wieczorze.

- Nareszcie sama. Przez cały wieczór próbowałem się do ciebie dostać, młoda damo.

Odwróciła się i zobaczyła Christophera. Przed kilkoma minutami tańczył jeszcze z

Evelyn. Obrzucił ją pełnym uznania wzrokiem.

- Pięknie wyglądasz, Cassie. - Uśmiechnął się ciepło. - Ale chyba wiesz o tym.

Poczuła, że zbiera jej się na płacz. Pomimo tej strasznej sceny w jej pokoju nie byłoby

tak źle, gdyby tylko Gabriel zechciał ją zauważyć... gdyby choć dał do zrozumienia, że uważa

dotrzymywanie jej towarzystwa za coś więcej niż przykry obowiązek.

Złość na niego gdzieś się ulotniła, ustępując miejsca rozpaczy. Tak bardzo pragnęła go

zadowolić...

Szkoda, że mój mąż tego nie zauważył - wymknęło jej się niebacznie.

- Zapewniam cię, Cassie, że zauważył. Zawsze był wyczulony na piękno.

O tak - zaśmiała się z przymusem. - To prawda. Christopher dostrzegł smutek w jej

twarzy. Patrzyła na kogoś stojącego w przeciwległym końcu sali balowej. Podążył za jej

spojrzeniem.

Cassie nie mogła oderwać oczu od Gabriela rozmawiającego z wysoką ciemnowłosą

pięknością. Wyglądała niczym dojrzały, soczysty owoc. Cassie przypomniała sobie, że

background image

Evelyn mówiła, iż niektóre kobiety wkładają wilgotne koszule, by suknie przylegały im do

ciała. Niektóre zaś w ogóle nic pod spód nie wkładały. Ta dama najwidoczniej zaliczała się do

tych ostatnich, bo nawet z tej odległości Cassie mogła dostrzec ciemnoróżowy zarys

brodawek.

Serce ścisnęło jej się z bólu. Głowy rozmawiających skłaniały się czule ku sobie.

Gabriel przysunął się tak blisko, że niemal dotykał wargami jej ust. Przy tym uśmiechał się.

czego przy niej nigdy nie robił. W pewnym momencie dama roześmiała się zalotnie i

pochyliła w przód, odsłaniając wszystkie swe wdzięki.

Cassie przypomniały się słowa wypowiedziane przez niego owego pamiętnego dnia w

Charleston. Są jeszcze inne kobiety, które z ochotą zaspokoją, moje potrzeby. Miała

przeczucie, że ta była jedną z nich.

- Christopherze - posłyszała swój głos. - Kim jest ta kobieta, z którą rozmawia

Gabriel?

Zawahał się.

- Cassie...

- Odpowiedz - zażądała.

- To lady Sarah Jane Devon, wdowa po hrabim Harcourt.

- Jest jego kochanką, prawda? Boże, jakże bolały te słowa. Jakiż ból sprawiała jej

myśl o Gabrielu z inną kobietą. Nie mogła pojąć dlaczego.

Była sprostował Christopher. - Odkąd się z tobą ożenił, nie słyszałem na ich temat

żadnych plotek.

Kłamał czy mówił prawdę? Zebrała się na odwagę i spojrzała mu w oczy. To, co w

nich ujrzała, pozbawiło ją resztek pewności siebie.

- Christopherze - wyszeptała. - Zaczynam się zastanawiać... czy nie popełniłam błędu

wychodząc za niego. On nienawidzi ojca i czasami wydaje mi się, że traktuje nas oboje jak

wrogów... - Głos jej się załamał.

- Nie zaprzątaj sobie tym głowy, dziewczyno - mruknął, biorąc ją za rękę. - Gabriel

jest uparty. Co zaś się tyczy jego ojca... no cóż, podejrzewam, że mało na ten temat wiemy. -

Ścisnął jej dłoń. - Nie wolno ci się poddawać. Jeszcze nie teraz.

Czemu miałoby cię obchodzić, co czuję? - zapytała z mimowolną goryczą w głosie.

Ależ obchodzi, Cassie. Sądzisz, że skoro jestem przyjacielem Gabriela, nie mogę być

twoim?

Gabriel nawet nie wie, jaki zdobył skarb, pomyślał. Nagle przyszło mu do głowy, że

właśnie to, czemu Gabriel tak się opierał, jest mu bardzo potrzebne.

background image

- No, Cassie, uśmiechnij się. Właśnie grają walca. Uczynisz mnie najszczęśliwszym z

ludzi, jeśli zgodzisz się ze mną zatańczyć. - Chwycił ją w objęcia.

Był tak miły i ujmujący, że wkrótce jej twarz rozjaśniła się uśmiechem. Wirując po

błyszczącej podłodze z pewnością odzyskałaby swobodę, gdyby nie napotkała wzroku

Gabriela.

Nie było już przy nim kochanki. Jego badawcze spojrzenie wywołało rumieniec na

policzkach Cassie i gwałtowne bicie serca. Nagle znikł jej z oczu, bo jakaś para przesłoniła

widok na salę.

- Jeśli pozwolisz, Christopherze, chciałbym zatańczyć z moją żoną - powiedział

szorstko Gabriel, pojawiając się nagle tuż przy nich. W jego głosie nie było prośby, lecz

żądanie.

- Ależ proszę bardzo.

Spojrzała na jego kamienną twarz i szybko odwróciła wzrok.

Jego bliskość ją przytłaczała. Wokół talii czuła obejmujące ją stalowe ramię. Taniec z

Christopherem był przyjemnością, z Gabrielem zaś - katorgą. Wydawał się taki spięty.

Czyżby wciąż się gniewał? Och. cóż za głupie pytanie! Wystarczyło przecież na niego

spojrzeć.

Jesteś zręczną tancerką, Jankesko. Komu należy przypisać tę zasługę?

Christopherowi?

- A jeśli tak? - zapytała hardo.

Zastanawiam się. czego jeszcze cię nauczył? A może jest odwrotnie? Kobieta z twoją

przeszłością musi mieć w zanadrzu wiele sztuczek przyciągających mężczyzn. Jakież to było

okrutne!

Christopher jest moim przyjacielem - powiedziała. - Nikim więcej. Przysięgam.

Jakąż wartość może mieć przysięga złodziejki! - zaśmiał się bezlitośnie. - Pokornie

błagam o wybaczenie, milady. Z trudem powstrzymała gniew.

- Skoro mi nie wierzysz, trudno. Lecz ja znam prawdę i dla mnie tylko to jest ważne.

W odpowiedzi zacisnął wargi. Cóż za królewska, pełna godności postawa! Gdzieś w

głębi duszy miał dla niej dużo uznania. Nagle zdał sobie sprawę, że Cassie drży. Przyciągnął

ją mocniej do siebie. Choć zrobił to delikatnie, poczuł, że zesztywniała. Niech to diabli!

Wciąż mu się opiera. Przyciągnął ją jeszcze mocniej.

- Gabrielu - szepnęła. - To nie uchodzi.

- Nie dbam o to, Jankesko.

- Ale ludzie na nas patrzą.

background image

- Niech sobie patrzą. - Zacisnął palce na jej talii. - Jesteś moją żoną, Jankesko.

O tak, pomyślała z goryczą. Niechcianą. Niekochaną. Wreszcie muzyka ucichła,

Gabriel wypuścił Cassie z objęć.

Pójdę sprowadzić nasz powóz. Zaczekaj na mnie w hallu. Nie trzeba jej było tego dwa

razy powtarzać. Tymczasem Gabriel poszukał wzrokiem Christophera. Stał na tarasie.

- Moja żona znalazła w tobie dobrego towarzysza, Christopherze.

- W istocie - przyznał Christopher chłodno.

- Powiem ci to, co mówiłem Cassie: nie pozwolę zrobić z siebie rogacza ani tobie, ani

żadnemu innemu mężczyźnie.

Christopher nie pozostał mu dłużny.

- Obrażasz ją, traktując jak kogoś gorszego. Powiem ci to tylko ten jeden raz i jeśli

zależy ci na naszej przyjaźni, wysłuchasz mnie. Darzę Cassie wyłącznie przyjaźnią i troską.

Jedynym moim zamiarem jest dodanie jej otuchy, o czym ty zapomniałeś. Czy kiedykolwiek

pomyślałeś, jak ona może się czuć? Sama w obcym kraju. Teść nią pogardza, a maż traktuje

ją jak pionka w grze. Zamiast być z nią w Farleigh, trwoniłeś czas w Londynie.

Nieprzyjemna myśl przemknęła Gabrielowi przez głowę.

- Jak na kawalera dużo wiesz o małżeństwie - zauważył.

- Wiem, że gdybym był żonaty, poświęciłbym żonie tyle uwagi, ile należy się kobiecie

z jej pozycją. Co zaś się tyczy Cassie, to była bardzo nieszczęśliwa, widząc cię w

towarzystwie kochanki.

To nie moja wina. Ojciec ją zaprosił, nie wiedząc o naszym związku. Wiesz równie

dobrze jak ja, że Sarah Jane to pijawka. Nie uszła uwagi Christophera irytacja brzmiąca w

głosie przyjaciela.

- Zaczynam teraz rozumieć powód twojego rozdrażnienia - powiedział wolno.

Uśmiechnął się wesoło i klepnął Gabriela po plecach. - Wracaj do domu. przyjacielu. Okaż

żonie troskę, na jaką zasługuje, i poświęć jej więcej uwagi. Zapewniam cię, że nic pożałujesz.

Gabriel nie podzielał dobrego humoru Christophera. Po powrocie do domu Cassie

natychmiast poszła na górę, Gabriel zaś udał się do gabinetu.

Nalał sobie potężną porcję brandy i usiadł w fotelu. Rozwiązał krawat i cisnął go na

podłogę. Po chwili rzucił również frak. W ponurym nastroju rozmyślał o minionych

godzinach, a w szczególności o swojej żonie. Doskonale odegrała rolę kochającej małżonki.

Urocza, uśmiechnięta i łagodna.

Jego myśli zwróciły się ku lady Sarze. Do tej pory zaspokajała wszystkie jego

potrzeby. Którejś nocy poszedł do niej znowu, lecz jej uwodzicielskie sztuczki nie rozpaliły w

background image

nim krwi. Robiła, co mogła, by go zadowolić, gdy tymczasem jego żona była taka

powściągliwa. Dawna kochanka wydala mu się nagle bezwstydna i wulgarna w porównaniu z

jego prostą, lecz wytworną żoną. Boże. kto by pomyślał?

Jednym haustem opróżnił kieliszek. Czy właśnie to go w Cassie pociągało? Że

potrafiła oprzeć się jego awansom? Nie tylko potrafiła się oprzeć, lecz je odrzuciła, pomyślał

z zaskoczeniem.

Nie dawała mu spokoju ani w dzień, ani w nocy. Nie mógł przestać o niej myśleć.

Poczuł, że wzbiera w nim gniew, kiedy przypomniał sobie, z jaką wzgardą odrzuciła jego

brylant. Z pozoru nieśmiała i skromna, wabiła uśmiechem każdego młodego byczka, który na

nią spojrzał. A ileż ich wokół niej się kręciło.

Jego nastrój jeszcze się pogorszył, kiedy przypomniał sobie, jak uśmiechała się do

Christophera, gdy z nim tańczyła. Nie był przygotowany na uczucia, jakie w nim

wywoływała, kiedy zobaczył ją w ramionach innego mężczyzny, choć był to przyjaciel.

I miał już dość tych spojrzeń ścigających coś, co należało do niego.

Przecież należała do niego. Dzieliła z nim dom, nazwisko, lecz niestety nie łoże...

Energicznie odstawił kieliszek na stół. Odepchnięty fotel przewrócił się na dywan.

Gnany alkoholem i pożądaniem, wbiegł na górę, przeskakując po dwa stopnic. Nic próbował

nawet pukać do jej sypialni, tylko z rozmachem otworzył drzwi.

Stała przy łóżku, ubrana w białą batystową koszulę nocną i właśnie miała zgasić

lampę. Odwróciła głowę na jego widok.

O co chodzi? - zapytała bez tchu. - Czy chcesz czegoś? Ciebie, chciał powiedzieć, lecz

się powstrzymał.

- Ta noc jeszcze się nie skończyła, Jankesko. Dopiero się zaczęła.

Serce nagle podeszło jej do gardła. Szczupłą ręką bezwiednie dotknęła szyi.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - wyszeptała. W odpowiedzi starannie zamknął za

sobą drzwi.

- Uczyniłem cię moją żoną - powiedział cicho. - Teraz nadszedł czas, byś do mnie

należała.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Ruszył w jej stronę.

- Zaniedbywałem cię, Jankesko. Najwyższy czas, bym wy pełnił mężowskie

powinności.

Cała krew odpłynęła jej z twarzy, a żołądek podszedł do gardła. Chciała coś

powiedzieć, lecz zdołała jedynie wykrztusić jego imię.

Gabrielu...

Serce tłukło się w piersi jak szalone. Nogi odmówiły posłuszeństwa, a płucom

zabrakło oddechu. Powietrze w pokoju zrobiło się nagle ciężkie, wypełnione jego obecnością.

Spod rozchylonej do pasa koszuli wyłaniała się umięśniona, pokryta gęstym włosem klatka

piersiowa.

- Grałaś rolę damy lepiej, niż się spodziewałem, Jankesko. Czy równie dobrze zagrasz

rolę żony i kochanki?

Ich spojrzenia się spotkały. W jej oczach czaił się niepokój i zdenerwowanie, w jego -

siła i ogień, które sprawiły, że oblała się rumieńcem.

- Chyba nie mówisz poważnie. - Słowa z trudem przechodziły jej przez usta.

Jak najbardziej. Skoro grałaś rolę żony przed całym towarzystwem, to możesz to

również zrobić w zaciszu domowym. Poczuła, że coś ją dławi w gardle.

- Przecież zawarliśmy umowę.

- Zmieniłem zdanie.

- Ale ja nie.

W jego oczach nie było łagodności, tylko lodowaty chłód północnych mórz.

- Doskonale radzisz sobie w salonie. Może teraz sprawdzilibyśmy, jak sobie poradzisz

w sypialni.

- Nie! - krzyknęła. - Nie poszłabym z tobą do łóżka, nawet gdybyś był ostatnim

mężczyzną na ziemi!

W jej strwożonych oczach błysnęły łzy. Gabriel poczuł jednocześnie gniew i

zmieszanie. W jaką grę ona gra? Gdyby jej nie znał, pomyślałby, że się boi. Odrzucił

natychmiast przypuszczenie o jej niewinności.

- Nie poszłabyś ze mną do łóżka, gdybym był ostatnim mężczyzną na ziemi, tak? A

więc dla ciebie jestem jedynym mężczyzną.

Dzieliły go teraz od niej zaledwie dwa kroki. Chodź tutaj.

Cassie nie ruszyła się z miejsca. Znała już jego pocałunki, lecz nigdy jej nie dotykał.

background image

Teraz to się miało zmienić. W jego głosie zabrzmiała groźba.

Chyba rozumiesz, co do ciebie mówię?

Wzrok Cassie pobiegł w stronę drzwi. Gdyby się pospieszyła... Nie uda ci się uciec,

Jankesko.

Choć w oczach płonął mu ogień, głos był zaskakująco łagodny. Cassie wciągnęła

głęboko powietrze, starając się ukryć strach. I nagle był już przy niej, tak blisko, że czuła żar

bijący z jego ciała i tchnienie oddechu na policzku. Oddychała spazmatycznie, rozpaczliwie

pragnąc się uwolnić, lecz nic miała na to dość siły.

Zesztywniała, kiedy jego palec przesunął się wzdłuż jej policzka, szyi i ramienia.

Zdała sobie sprawę, że ten dotyk parzy skórę, choć jest jednocześnie lekki jak piórko i

niewiarygodnie delikatny, uspokajający...

Czemu się opierasz. Jankesko? Czemu ze mną walczysz? Nie była w stanie

odpowiedzieć. Myśli plątały się w głowie.

Czuła jego palce na obojczyku. Przez skórę przebiegły jej dreszcze. Nigdy dotąd tak

silnie nie odczuwała swej kobiecości, którą jedynie mężczyzna może obudzić do życia.

Przesunął palcami wzdłuż jej szyi i po nagich ramionach, po czym przyciągnął ją

bliżej.

- Nie zapomniałem, co zaszło między nami pierwszej nocy w Charleston. Grałaś

przede mną nieprzystępną panienkę, lecz dobrze wiem, że coś do mnie czułaś.

- Niczego do ciebie nie czułam! - zaprzeczyła gwałtownie. - Przyszłam, bo zażądał

tego Czarny Jack.

Gniew błysnął w jego oczach, lecz natychmiast zmienił się w namiętną obietnicę,

która jeszcze bardziej ją przeraziła. Uśmiechnął się wolno.

- Czarnego Jacka z nami nie było, Jankesko. Wciąż pamiętam, co wówczas zaszło

między nami.

Mówiąc to, objął jej talię i pochylił głowę. Próbowała jeszcze protestować.

- Dlaczego to robisz? - zapytała. - Przecież mnie nie pożądasz. Jestem jedynie

pionkiem w grze. Kie... kiedy zawieraliśmy umowę, po... powiedziałeś, że mnie nie

pragniesz.

Wsunął jej ręce we włosy i przytrzymał za kark.

- Nie doceniasz siebie - powiedział i przywarł do niej gorącymi wargami.

Ten pocałunek nie miał jednak w sobie cienia brutalności. Początkowo zaciskała

mocno usta, lecz Gabriel był nieskończenie cierpliwy i przekonujący.

Otwórz usta, moja słodka, tylko odrobinkę...

background image

Ich oddechy zmieszały się z sobą i Cassie nie była w stanie oprzeć się tak namiętnej

perswazji. Ciało jej przebiegł słodki dreszcz. Czuła każdy centymetr jego ciała - potężną

szeroką pierś, twarde mięśnie ud i pulsujące wybrzuszenie między nimi.

Wstrzymała oddech, kiedy przesunął językiem po nabrzmiałych wargach i wniknął

głęboko do wnętrza ust, biorąc w posiadanie ukrytą w nich słodycz, tak jak wkrótce całe jej

ciało.

Płynnym ruchem zsunął z jej ramion delikatną koszulę, która opadła jej do stóp.

Instynktownie uniosła ręce. lecz nie pozwolił na to. Z ochrypłym śmiechem przycisnął jej

ramiona do boków.

- Nie rób tego. - Nienawidziła prośby brzmiącej w swoim głosie.

- Dlaczego? - zapytał z ustami przy jej szyi. - Jeden Bóg wie, jak drogo płacę za ten

przywilej.

Nie mógł już dłużej hamować szalejącej w nim namiętności. Jakaż ona piękna. Włosy

gęstymi falami opadały jej na ramiona i plecy. Spod jedwabistozłocistych pukli wyzierały

drobne, lecz niezwykle kształtne piersi, zakończone różowymi brodawkami. Złota gęstwina

podbrzusza skrywała dostęp do intymnego zakątka.

Krew szaleńczo pulsowała mu w żyłach. Nabrzmiały członek napierał na spodnie,

gotów w każdej chwili eksplodować.

Puścił ją na chwilę i objął dłońmi jej piersi. Kciukiem począł zataczać małe kręgi

wokół jej sutków, aż skurczyły się i stwardniały. Kiedy dotknął sztywnych koniuszków,

poczuła nagle budzącą się w niej rozkosz przeszywającą dreszczem jej ciało.

Jęknęła mimowolnie, czym rozpaliła go jeszcze bardziej. Przylgnął do jej ust. chwycił

ją w ramiona i położył na łóżku.

Oszołomiona doznanymi wrażeniami otworzyła oczy. Patrzyła urzeczona, jak zsuwa z

ramion koszulę. Drgający płomień lampy rzucał cienie na silnie umięśnione barki i plecy. Ze

ściśniętym gardłem wpatrywała się w pierś i brzuch porośnięte gęstym włosem. W końcu jej

wzrok przesunął się niżej.

Mała okazję widywać go nagiego, lecz nigdy w... stanie podniecenia.

Oczy jej się rozszerzyły. Zaczęła gwałtownie chwytać powietrze, nigdy bowiem nie

widziała tak śmiałego dowodu męskiego pożądania. Niedoświadczonym oczom Cassie jego

penis wydał się ogromny, nabrzmiały i zaskakująco wyprężony. Dobry Boże! - pomyślała.

Przecież on rozerwie ją na strzępy!

Gdyby nie szybka interwencja Gabriela, już by jej nie było. Unieruchomił ją w

żelaznym uścisku i przytulił tak mocno, jakby pragnął stopić ich ciała w jedno.

background image

I wkrótce tak się stanie, pomyślała. Przypomniała sobie Bess. jak z trudem

wczołgiwała się do łóżka, łkająca cicho, cała posiniaczona i obolała. Za chwilę i ją weźmie w

posiadanie mężczyzna, dając folgę swoim chuciom.

Przestań! - krzyknęła. - Przestań! Zaśmiał się ochryple.

- Dość tych sztuczek, Jankesko. Przecież wiem, że mnie pragniesz. Próbujesz to

przede mną ukryć, ale widzę to w twoich oczach. Czuję, jak drżysz pode mną z tymi

miękkimi spragnionymi wargami. Pragniesz mnie tak samo jak ja ciebie.

Wyciągnęła ręce, jakby chciała go powstrzymać.

- Jeśli drżę, to dlatego, że nic mogę znieść myśli o spędzeniu nocy z kimś takim jak ty.

Nie chcę cię, słyszysz? Nie chcę!

Wbił w nią lodowate spojrzenie i przygniótł ją całym ciężarem.

- Szkoda, że tak to odczuwasz, moja słodka, bo postanowiłem wyegzekwować swoje

prawa małżeńskie. I to natychmiast.

Znikło gdzieś jego chłodne opanowanie. Wyczuła w nim wszystkie gwałtowne

emocje, których tak się obawiała. Nic powinna była tak ostro protestować, bo teraz zostanie

za to ukarana.

Uniósł się lekko i spojrzał na nią płonącymi oczyma. W głębi duszy czuła, że on ma

rację. Prędzej czy później musiało do lego dojść. Nie było przed nim ucieczki.

- Nie! - krzyknęła, usiłując się spod niego wyswobodzić. Na próżno. Jakiś głos mówił

jej, że Gabriel nie jest gwałtownym człowiekiem może twardym i bezlitosnym, lecz nie

okrutnym. Przypomniała sobie nie tak odległy dzień w Farleigh, kiedy ktoś do nich strzelił.

Wówczas zniknęła z jego twarzy ta lodowata maska. Przypomniała sobie, jak się nad nią

pochylał, pełen niepokoju. Kiedy fala omal nie zmyła jej z pokładu, pospieszył jej na ratunek,

a przecież mógł ją zostawić. Musiała uczciwie przyznać, że nigdy nie spodziewała się po nim

takiej dobroci i troskliwości. Czy zdawał sobie z tego sprawę czy nie, czy chciał tego czy nie.

potrafił być delikatny...

Teraz jednak nie było w nim odrobiny delikatności, tylko nieugięta determinacja.

Przywarł do niej gorącymi, spragnionymi wargami. Nic wiedziała, kiedy jeden

pocałunek się kończył, a drugi zaczynał. Ich ciała splotły się ze sobą. Na brzuchu czuła

twardą jak stal naprężoną męskość. Ponownie objął dłońmi jej piersi. Wciągnęła gwałtownie

powietrze, kiedy zaczął pieścić sutki, zataczając wokół nich kręgi, jakby się z nimi drażnił.

Wpiła mu palce w ramiona. W dole brzucha poczuła dziwnie błogi ból. Niespodziewanie

chwycił ustami nabrzmiały koniuszek i zaczął go pieścić językiem. Wrażenie było tak

nieziemskie, że jęknęła cicho. W tym jednym maleńkim punkcie ześrodkowały się nagle

background image

najsłodsze doznania. W chwili kiedy poddała się temu oszałamiającemu doznaniu, jego dłoń

zsunęła się niżej.

Bez uprzedzenia położył rękę na złocistym trójkącie i wsunął palce między jej uda.

Nie zdawał sobie sprawy, jakie wrażenie zrobi to na niedoświadczonej Cassie.

Zesztywniała i instynktownie zacisnęła uda. Ten bezwstydny dotyk najintymniejszej

części ciała przeraził ją do głębi. To nieprzyzwoite i ohydne. Żaden dżentelmen nie dotyka w

ten sposób damy.

Nagle uświadomiła sobie, że on uważają za ladacznicę. Taką jak jej matka. Ta gorzka

prawda zadawała ból sercu. Tej jednej rzeczy nie była w stanie znieść.

- Nie! - krzyknęła rozpaczliwie. - Przestań! Natychmiast przestań! Zaczęła go okładać

pięściami, tym razem wkładając w to całą siłę. Był niewzruszony niczym głaz. Uniósł głowę i

utkwił w niej lodowate spojrzenie.

- Dlaczego mi się przeciwstawiasz? - rzucił wściekle. - Dlaczego wzbraniasz mnie,

twojemu mężowi, tego, co tak chętnie dawałaś innym?

Nic zdążyła odpowiedzieć, bo natychmiast przywarł do jej warg z palącą żądzą. Splótł

jej dłonie ze swoimi i przycisnął do materaca. Po chwili kolanami rozsunął jej nogi i jednym

silnym pchnięciem wniknął w nią głęboko.

Jakaż była wąska... Jak niewiarygodnie wąska. W tym momencie z jej ust wydarł się

bolesny jęk.

Gabriel znieruchomiał. Chociaż rozsądek nakazywał się wycofać, ciało odmówiło

posłuszeństwa. Nie był już w stanie opanować porywającej go fali namiętności, szalejącego w

nim ognia, który zapłonął, kiedy po raz pierwszy ją ujrzał. Z jękiem pokonanego zaczął się

poruszać, najpierw wolno, potem coraz szybciej, aż w końcu z nieposkromioną

gwałtownością. Zadrżał i wytrysnął gorącym strumieniem głęboko w jej wnętrze.

Gabriel pierwszy odzyskał siły. Zsunął się z niej i sięgnął po spodnie.

- Jak to się mogło stać? - zapytał. - Przecież Czarny Jack kazał ci do mnie przyjść. Jak

to możliwe, że jesteś dziewicą?

Otworzyła wolno przepełnione bólem oczy, jakby do cna ją zamęczył. I zapewne tak

było. Zacisnął wargi. Poczuł odrazę do samego siebie.

Zobaczył, że Cassie usiłuje podciągnąć prześcieradło skotłowane u jej stóp. Zobaczył,

jak drży. Jednym szybkim ruchem przykrył jej nagość. Przeklinał siebie za utratę kontroli nad

sobą, a ją za brak siły.

Czarny Jack nie zmuszał nas, byśmy sypiały z klientami powiedziała, unikając jego

wzroku. - Nie miałam powodu, by to robić... - Głos jej się załamał. Po chwili dodała ledwie

background image

dosłyszalnie: - To Neli była zawsze chętna. Moja przyjaciółka Bess robiła to dla pieniędzy.

Umarła w połogu na kilka dni przed twoim przybyciem. Ja... nie chciałam skończyć tak jak

ona.

- Więc czemu mi nie powiedziałaś, że jesteś dziewicą? Przez cały czas pozwalałaś mi

wierzyć, że masz doświadczenie, jeśli chodzi o mężczyzn.

Uniosła nieco wzrok, lecz tylko do wysokości jego brody. Usiadła wolno, przyciskając

prześcieradło do nagich piersi.

- Ja ci pozwalałam? - zapytała z błyskiem w oczach. - Wyraźnie dawałeś do

zrozumienia, za kogo mnie uważasz, milordzie. Nazwałeś mnie złodziejką. Uważałeś, że

jestem... dziwką. Boże, jak okrutnie to słowo brzmi! - Gdybym wyznała ci prawdę, nie dałbyś

jej wiary. Wierzyłeś w to, w co chciałeś wierzyć - dodała gniewnie.

Ona ma rację, pomyślał. Lecz zbyt późno się o tym przekonał.

- Gdybyś od początku była ze mną uczciwa, nie doszłoby do tego powiedział sztywno.

W oczach Cassie zapłonął ogień.

A po co? Czy to by cię powstrzymało? Czy miałoby to dla ciebie jakieś znaczenie? -

Spojrzała na niego z goryczą. - Nie sądzę. Przekonałam się, że jesteś człowiekiem, który

zawsze stawia na swoim i nie liczy się z innymi. Nienawidzę cię, słyszysz? Nienawidzę cię! -

Głos jej się załamał. - Odejdź... Zostaw mnie samą!

Twarz mu się skurczyła.

- Masz rację, Jankesko. To nigdy nic powinno było się zdarzyć i zapewniam cię, że

nigdy się nie powtórzy - oznajmi! bezbarwnym głosem.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Wstawał szary świt. Cassie poruszyła się na łóżku, broniąc się przed przebudzeniem,

lecz wydarzenia, o których pragnęła zapomnieć, rozproszyły resztki snu. Otworzyła oczy -

wzrok jej padł na porzuconą na ziemi nocną koszulę. Wsiała pospiesznie i sięgnęła po nią.

Kiedy wkładała ją na siebie, przypomniała sobie, jak Gabriel ją z niej zdejmował. Starała się

nie myśleć o tym, co nastąpiło potem, lecz na próżno. Widział ją nagą, nawet dotykał! Nie

mogła zapomnieć, jak jego rozpalony członek wtargnął w nią boleśnie, jak się w niej

poruszał, głębiej, coraz głębiej, aż do granic jestestwa.

Wydarzenia ostatniej nocy nie dawały spokoju, tkwiąc jak cierń w mózgu. Utkwiła

wzrok w bladoniebieskim satynowym baldachimie. Poczuła dziwne dławienie w gardle. Jakże

żałowała teraz ostrych słów, które tak nieopatrznie wymknęły jej się z ust. Wbrew temu, co

się stało, nie czuła do Gabriela nienawiści. Nienawidziła tego przeklętego planu, którego

celem było zranienie ojca. lecz nie Gabriela.

Czuła podświadomie, że to wszystko nic byłoby tak... tak straszne, gdyby tylko z nią

został... objął, przytulił. Gdyby okazał jej choć trochę ciepła...

Łzy zaczęły ją palić pod powiekami. Tymczasem on zostawił ją samą... zupełnie samą.

Rozległo się pukanie do drzwi. Weszła Gloria z rogalikami i dzbankiem gorącej

czekolady. Cassie otarła łzy i sięgnęła po szlafrok. Ulubiony napój nic poprawił jednak

melancholijnego nastroju Cassie, a gorąca kąpiel tylko w niewielkim stopniu dała ukojenie

obolałym członkom.

Nic jednak nie złagodziło bólu serca.

Odetchnęła z ulgą. kiedy po zejściu na dół dowiedziała się, że Gabriel wyszedł już do

biura i prawdopodobnie wróci dopiero późnym popołudniem. Do rezydencji księcia pojechała

wcześniej niż zazwyczaj. Robiła duże postępy w pisaniu i choć dostojny nauczyciel nie

przyznawał się do tego, czuła, iż jest zadowolony ze swej uczennicy. Bardzo szybko

opanowała alfabet i zaczęła już tworzyć krótkie zdania.

Dzisiaj nie mogła się skupić. W głowie kłębiły się obrazy, uczucia, wątpliwości i

obawy. Czy Gabriel znowu dziś do niej przyjdzie? Nie mogła ufać jego obietnicom -

przekonała się o tym ostatnia nocy. Zadrżała, przypominając sobie, jak w nią wtargnął,

zadając dojmujący ból. Nic chciała ponownie tego przeżywać, lecz czy miała jakiś wybór?

Odmowa na nic się nie zda. Przyszły jej na myśl opowieści Neli, z których, jeżeli dać im

wiarę, wynikało, że mężczyzna mógł posiąść kobietę więcej niż raz w ciągu nocy. Dla

strwożonego umysłu Cassie było to nie do zniesienia.

background image

Jej nastrój co chwila się zmieniał, jak pogoda za oknem. To zbierało jej się na płacz, to

znowu poburkiwała na księcia, kiedy zwrócił jej uwagę na popełniony błąd. W końcu

zamknął wielką księgę i pchnął krzesło.

- Nie widzę sensu w kontynuowaniu dzisiejszej lekcji - oświadczył , patrząc na nią

groźnie. - Twoje myśli zajęte są czymś innym. Przyjdź jutro. Może do tego czasu wróci ci

zapał do nauki.

Milczała potulnie, wstydząc się swojej niezdarności. Pospiesznie zebrała przybory do

pisania, dygnęła i wyszła. W powozie oparła czoło o wyłożoną aksamitem ścianę. Czuła się

kompletnie załamana. Boże, czy ten dzień nigdy się nic skończy? Tęskniła do chwili, kiedy

znajdzie się w łóżku, zamknie oczy i odgrodzi do reszty świata.

Nagle powóz skręcił w bok i gwałtownie zahamował, rzucając ją na podłogę.

Wgramoliła się na siedzenie i otworzyła okno.

- Thomas! - zawołała. - Co się stało? Dlaczego stoimy?

Thomas zeskoczył właśnie z kozła i w tym momencie wyrósł jak spod ziemi ubrany na

czarno mężczyzna. Zanim oboje zdążyli zareagować, uniósł rękę, w której błysnął pistolet, i z

całej siły zdzielił nim stangreta w skroń. Ten bezgłośnie osunął się na bruk.

Cassie krzyknęła i chwyciła za klamkę z zamiarem zamknięcia drzwi, lecz mężczyzna

był szybszy.

Proszę, proszę, co my tu mamy?

Serce jej zamarło. Poczuła, jak język przykleił się do podniebienia. Takich jak on

często widywała w Charleston. Musiał być bandytą, złodziejem, może nawet pozbawionym

skrupułów mordercą.

- Panie - odezwała się drżącym głosem. - Nie mam przy sobie żadnych pieniędzy ani

kosztowności.

Nie była to cała prawda. Na środkowym palcu tkwiła wszak złota obrączka. Mimo że

jej małżeństwo było zaledwie farsą, ukryła dłoń w fałdach sukni, bo przez myśl jej nawet nie

przeszło, by oddać ślubną obrączkę.

Wyszczerzył zęby w uśmiechu, ukazując czarne kikuty.

- Och, nie martw się, panienko, wezmę, co będę chciał. - Lubieżnie przesunął

wzrokiem po jej ciele. - Cóż za smakowity kąsek. A więc najpierw trochę się zabawimy, nim

zrobimy co trzeba.

Cassie cofnęła się w głąb powozu, gdy napastnik zatrzasnął drzwi. Zaraz potem

usłyszała świst bata. Konie ruszyły z kopyta. Gwałtowny ruch pchnął ją do tyłu z taką siłą, że

uderzyła się w głowę.

background image

Nie zwróciła na to uwagi. Zimny strach zmroził jej krew w żyłach. Dobry Boże, czy

ten człowiek oszalał? Czego on chce? Wkrótce się przekona, że nie ma przy sobie nic

wartościowego z wyjątkiem ubrania i obrączki. Co się wówczas z nią stanie?

Na myśl o tym oblała się zimnym potem.

Coraz szybciej pędzili przez ulice. Z kozła dochodziły wrzaski i przekleństwa.

Wkrótce znaleźli się poza miastem na otwartym trakcie. Powóz zarzucił na zakręcie i wtedy

właśnie przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Nic będzie czekać potulnie na to, co zamierza

zrobić ten bandyta. Przy odrobinie szczęścia nawet nie zauważy jej zniknięcia.

Otworzyła drzwi i wyskoczyła.

Wylądowała na krawędzi drogi. Mimowolnie krzyknęła, bo zetknięcie z ziemią było

zbyt gwałtowne. Drobne kamienie poraniły jej dłonie. Straciła cenne sekundy, nim odzyskała

oddech i stanęła na nogi. Rzuciła się na oślep w stronę pobliskiego zagajnika.

Jednak opatrzność ją opuściła, bo posłyszała przekleństwo i powóz stanął. Biegła, ile

sił w nogach, lecz wilgotna ziemia i długa suknia udaremniły jej wysiłki. Gałęzie uderzały ją

w twarz. Zachwiała się i upadła, raniąc sobie kolana i dłonie. Tuż za nią rozległy się ciężkie

kroki. Stłumiła szloch i poderwała się na nogi.

Bandyta dopadł ją i chwycił za rękaw. Trzasnął rozrywany materiał. Napastnik

wzmocnił uścisk i szarpnął z taką siłą, że krzyknęła z bólu.

Plugawe łapska wpiły jej się w ramiona.

- Ty suko! - parsknął. - Myślisz, że uda ci się uciec, co?

Począł ciągnąć Cassie w stronę powozu. Choć się wyrywała i kopała, trzymał ją

mocno. W końcu zdesperowana zaczęła krzyczeć, ile sił w płucach.

W odpowiedzi bandyta wymierzył jej siarczysty policzek. Upadła na kolana; w ustach

poczuła krew. Bandyta uśmiechnął się nieprzyjemnie. Promieniowało od niego zło równie

plugawe i odrażające jak zapach jego ciała.

- Miałem zamiar zostawić to sobie na później, kiedy się z tobą zabawię - syknął. - Ale

mogę to załatwić już teraz. - Uniósł w górę potężną pięść. Cassie zamknęła oczy, czekając na

cios.

W tym momencie rozległ się tupot.

- Stać! - zabrzmiał groźny rozkaz. - Puść tę dziewczynę, słyszysz? Puść ją

natychmiast!

Cassie opadła na ziemię bez sił. Ten krzyk zabrzmiał jej w uszach jak niebiańska

muzyka.

Był wczesny wieczór, kiedy Gabriel przekroczył próg swego domu. Zatrzymał się w

background image

hallu i spojrzał na schody. Jego twarz niczym nie zdradzała burzy emocji szalejącej w jego

wnętrzu. Nie bardzo odpowiadała mu perspektywa spotkania z żoną, czemu trudno było się

dziwić.

Przez cały dzień sumienie nie dawało mu spokoju. Przerażał go ogrom krzywdy, którą

wyrządził, i rozmiar własnej głupoty. Nie mógł zapomnieć wyrazu oczu Cassie i tego, że

zostawił ją samą. Wciąż widział jej rozszerzone z przerażenia oczy, kiedy brutalnie w nią

wtargnął. Chryste, jakaż ona była wąska! Bolesny jęk wciąż dźwięczał mu w uszach.

Czuł odrazę do samego siebie. Powinien był wiedzieć, że jest niewinna, pomyślał z

goryczą. Wiele na to wskazywało. Jej słodka nieśmiałość, kiedy ją całował, jej drżąca reakcja

na pieszczoty i szeroko otwarte oczy na widok jego nagości.

Pomyśleć, że uważał się za doświadczonego kochanka. Tymczasem zdarł z niej

ubranie nie troszcząc się o to, by i jej było przyjemnie. Nie okazał czułości i ciepła. Po prostu

posiadł ją z zimnym wyrachowaniem, niczym zwykłą ladacznicę.

Mimo wszystko była przecież jego żoną...

Nie należał do ludzi, którzy tracą nad sobą kontrolę. Przeklinał siebie za to, że

dopuścił, by zawładnęło nim pożądanie. To nie powinno było się zdarzyć.

Zaklął pod nosem. Nic nie układało się po jego myśli. Dopiero tej nocy zdał sobie z

tego sprawę. Posiadł Cassie pierwszy i ostatni raz!

Nigdy więcej tego nie zrobi.

- Dobry wieczór, milordzie. Zobaczył przed sobą Gilesa.

- Dobry wieczór, Giles. Czy moja żona jest u siebie?

- Nie, milordzie. Jeszcze nie wróciła.

Odetchnął z ulgą. Obawiał się, że mogła się załamać. Dzięki Bogu odzyskała jednak

siły.

- Rozumiem. Czy umówiła się z lady Evelyn?

- Nie wiem, milordzie. Jaśnie pani nie informuje nas, dokąd jeździ popołudniami.

Gabriel się zdumiał.

A więc wychodzi codziennie? Na wardze służącego zabłysły kropelki potu.

- Tak, milordzie.

- I mówisz, że robi tak każdego popołudnia, a mimo to nikt nie wie, dokąd wychodzi?

Giles chrząknął lekko.

- Przypuszczam, że stangret Thomas będzie coś na ten temat wiedział. Nie zadawałem

żadnych pytań, bo wiem, że gdyby jaśnie pani uznała to za konieczne, poinformowałaby

mnie...

background image

- Doskonale rozumiem, co chcesz mi powiedzieć, Giles. Poczuł się nagle zirytowany.

Ta dziewczyna potrafi wszystkich omotać. Czy tylko on jeden umie jej się oprzeć?

- Ośmielę się zauważyć, milordzie, że to dość niezwykłe. Dotąd jaśnie pani zawsze

wracała punktualnie.

Gabriel zacisnął usta. O której wyszła?

- Tuż przed pierwszą.

- I nie mówiła, jakie ma plany?

Nie, milordzie. Tylko że wróci jak zwykle przed obiadem - oświadczył sztywno Giles.

Możliwe, że wybrała się po prostu po sprawunki. Podejrzewał jednak, że coś się za

tym kryło. Dotąd nic sobie nie kupiła. Nie otrzymał też żadnych rachunków... Gdzież więc, na

Boga, mogła być.

Nie było jednak czasu na dalsze spekulacje, bo w tej właśnie chwili rozległ się

dzwonek u drzwi. Na progu stał krzepki policjant, a obok niego drobna figurka. Gabriel

stłumił przekleństwo cisnące się na usta. Dobry Boże... Cassie!

Coś złego musiało się stać. Jej suknia była podarta i powalana błotem. Rozerwane

brzegi przyciskała kurczowo do piersi. Kredowobiała twarz nosiła ślady łez. Włosy opadały w

nieładzie na ramiona.

Zrobiła krok w przód, lecz byłaby upadła, gdyby jej Gabriel w porę nie przytrzymał.

Drobną rączką chwyciła się wyłogów surduta, tuląc się do niego i kryjąc twarz w

zagłębieniu szyi. Poczuł, jak ciężko, przerywanie oddycha. Przytulił ją mocno do piersi i

zapytał: - Nic ci się nic stało?

Pokręciła przecząco głową.

W tym momencie policjant uznał za stosowne wtrącić słowo.

- Miał miejsce niefortunny wypadek, milordzie. Pańska żona została napadnięta, kiedy

wracała powozem do domu. Napastnik ogłuszył stangreta i porwał pańską żonę.

Porwał? - powtórzył Gabriel z niedowierzaniem. Spojrzał na Cassie z uwagą. Gdzież

ona była, u diabła? - pomyślał. I z kim? Postanowił jednak odłożyć te pytania na później.

Giles, proszę odprowadzić panią do jej pokoju - polecił majordomusowi. - I

dopilnować, by przygotowano gorącą kąpiel.

- Tak jest, milordzie. - Majordomus postąpił krok do przodu i podał Cassie ramię. -

Milady?

Kiedy odeszli na bezpieczną odległość. Gabriel zwrócił się do policjanta.

- Powiedzieliście, sierżancie, że moja żona została porwana.

- Tak jest, milordzie. Kiedy stangret osunął się na bruk, napastnik wskoczy! na kozioł

background image

i uwiózł pańską żonę. Och, ci złodzieje to sprytne dranie. Wielkie szczęście, że byłem w

pobliżu i rzuciłem się za nim w pogoń. Pańskiej żonie udało się wyskoczyć z powozu, ale ten

łotr ją zauważył, zatrzymał powóz i rzucił się ku niej. Właśnie wtedy ich dopadłem.

- A więc nie zdążył jej skrzywdzić?

- Zapewniła mnie, że nie, choć śmiertelnie ją wystraszył. - Wyprężył dumnie pierś.

Wątpię jednak, czy na tym by się skończyło, gdyby nic moja szybka interwencja. Bez

wątpienia chodziło o kradzież, lecz kto go tam wie, o co jeszcze.

- Jestem wdzięczny, sierżancie, za waszą interwencję. Mam nadzieję, że

aresztowaliście tego łobuza?

Sierżantowi nieco zrzedła mina.

- Niestety nie, milordzie. Kiedy bowiem zająłem się pańską żoną, ten drań uciekł.

Obawiam się, że teraz już go nie złapiemy.

- Rozumiem. Powiedzcie mi, sierżancie, czy mogło to być zaplanowane porwanie?

Policjant spojrzał na niego ze zdumieniem.

- Zaplanowane? To znaczy, czy pańską żonę zamierzano porwać?

- Właśnie.

Sierżant podrapał się w brodę w zamyśleniu.

- Wątpię, milordzie - oświadczył po chwili. - Pański służący Thomas nie wspominał o

takiej możliwości. Zresztą wkrótce tu będzie. Nie został poważnie zraniony. Jak zapewne pan

wic. milordzie, ludzie z wyższych sfer, a zwłaszcza damy, często padają ofiarą ataków tej

hołoty.

Gabriel skinął głową i odprowadził go do drzwi.

- Jeszcze raz dziękuję, sierżancie. Byłbym wdzięczny, gdy byście powiadomili mnie,

jeśli złapiecie tego łotra.

Sierżant zasalutował służbiście.

Ma pan na to moje słowo, milordzie.

Po jego odejściu Gabriel poszedł prosto do sypialni Cassie. Otworzył drzwi i stanął w

progu. Gloria wlewała właśnie ostatnie wiadro gorącej wody do wanny.

Cassie stała przy oknie. Sprawiała wrażenie, jakby po wejściu do pokoju nic ruszyła

się z miejsca. Głowę miała spuszczoną i wciąż ściskała rozerwane brzegi sukni. Cassie. Obie

z pokojówką odwróciły się jak na komendę. Gloria dygnęła, lecz Cassie nie odezwała się

słowem. Podszedł do niej.

- Musisz być głodna - powiedział cicho. - Chcesz, aby przyniesiono ci tacę do pokoju?

Odwróciła wzrok.

background image

- Nie - szepnęła. - Nie jestem głodna.

- Jeśli jaśnie pan pozwoli, to może milady wypiłaby filiżankę gorącej czekolady -

odezwała się Gloria. - Jaśnie pani bardzo ją lubi. Co rano pije ją do śniadania.

Dziękuję, Glorio. Zajmiesz się tym. dobrze? - odpowiedział Gabriel, nie spuszczając z

Cassie wzroku.

Pokojówka kiwnęła głową. Oczywiście, jaśnie panie.

Zanim wyszła, Gabriel szepnął jej jeszcze parę słów do ucha. Wrócił do Cassie i

dotknął jej kurczowo zaciśniętej dłoni. Była lodowato zimna.

Kąpiel gotowa, Cassie.

Rzuciła mu szybkie spojrzenie. Uśmiechnął się mimowolnie.

Przyrzekłem ci przecież wspólną kąpiel, nie pamiętasz? Wyraz konsternacji pojawił

się w jej rozszerzonych oczach.

Natychmiast spoważniał i utkwił wzrok w jej wargach. Były miękkie i lekko

rozchylone. Zapragnął nagle przywrzeć do nich ustami, lecz szybko stłumił ten zamiar.

- Nie musisz się obawiać - powiedział cicho. - Nie jestem takim gburem, jak sądzisz.

Nie dał jej czasu do namysłu i począł rozpinać haftki sukni. Nie zaprotestowała, tylko

przez jej twarz przemknął rumieniec wstydu. Musiała wstrząsnąć nią ta napaść, bo nigdy by

się nie spodziewał z jej strony takiej uległości; Delikatna skóra nosiła ślady licznych siniaków

i zadrapań.

Spłonęła rumieńcem, kiedy pomógł jej wejść do wanny, świadoma swej nagości, gdy

tymczasem on pozostawał ubrany. Skryła się pod wodą, jak mogła najgłębiej.

Zadrżała nerwowo, kiedy przesunął wierzchem dłoni wzdłuż jej policzka, po czym

chwycił palcami za brodę i odwrócił jej twarz do światła. Dotknął kciukiem wybrzuszenia na

wardze. Czy to też jego sprawka?

W odpowiedzi spuściła powieki i przyciągnęła kolana do brody. Słowa były tu

zbyteczne.

Wezbrał w nim ślepy, irracjonalny gniew. Nie dopuszczał do siebie myśli, że to ona

jest jego powodem. Chodzi mu tylko o to, że ktoś śmiał podnieść rękę na słabą bezbronną

kobietę. Jeszcze nigdy nie był tak wściekły.

Czy potrafiłabyś go rozpoznać?

Zadrżała. Gorąca woda rozgrzewała jej ciało, lecz w lej chwili miała wrażenie, że

znalazła się w lodowatym morzu. Tak... nie - zająknęła się. - Ja... nie wiem.

Bez słowa podał jej gąbkę i odwrócił się, by mogła w spokoju dokończyć toalety.

Umyła się pospiesznie, zerkając na niego nerwowo. Tłumaczyła sobie, że niepotrzebnie się

background image

wstydzi, bo przecież zobaczył już wszystko, co mógł zobaczyć, co więcej, dotykał jej w

sposób, w jaki nawet nie przypuszczała, że mężczyzna może dotykać kobiety. Ręka

trzymająca gąbkę znieruchomiała tuż nad sercem, a gardło ścisnęło się boleśnie.

Z jednej strony pragnęła, żeby wyszedł, a z drugiej, by nie zostawiał jej samej. Wciąż

nic mogła zapomnieć wydarzeń minionej nocy, choć wydawało się, że od tego czasu minęły

już całe wieki.

Gabriel wyczuwał każdy jej najdrobniejszy ruch. Kiedy plusk wody ustał, obejrzał się

przez ramię i napotkał spojrzenie jej rozszerzonych i smutnych oczu. Stłumił ogień, który

żarem oblał całe ciało. Jej naga skóra błyszczała kusząco. Nigdy dotąd żadna kobieta tak na

niego nie działała, nigdy dotąd nie pragnął tak żadnej kobiety. Wyglądała jednak tak

bezbronnie, że natychmiast odzyskał zimną krew. Skończyłaś? - zapytał.

Skinęła głową. Oparła się rękami o brzeg wanny i wstała, natychmiast owijając się

ręcznikiem, który jej podał.

Poczuła dotyk puszystego materiału, a potem jego ramiona, które wyciągnęły ją z

wody i postawiły na dywanie. Czekała potulnie, aż skończy ją wycierać. Jego dotyk był lekki

i bezosobowy. Ostrożnie omijał boleśnie potłuczone miejsca. Mimo to oblała się ognistym

rumieńcem, który zbladł dopiero wówczas, kiedy włożyła nocną koszulę.

Rozległo się pukanie do drzwi. Gabriel poszedł otworzyć i odebrał z rąk Glorii małą

tacę. Cassie natychmiast otuliła się ramionami, czując się naga pomimo ubrania. Gabriel

wskazał głową na fotel przy kominku. Kiedy usiadła, podał jej filiżankę z delikatnej chińskiej

porcelany. Poczuła słodki zapach czekolady.

Popijała małymi łykami aromatyczny płyn, wdzięczna za to, że może czymś zająć

ręce. Nie zauważyła wpatrzonych w nią przenikliwych szarych oczu Dopiero kiedy wypiła

ostatnią kroplę, uniosła głowę i napotkała jego badawcze spojrzenie.

Zdjął surdut i podwinął rękawy koszuli, odsłaniając silne, umięśnione ręce. Na ten

widok ścisnął jej się żołądek. Gabriel stanął przy kominku i oparł łokieć o obramowanie. W

tej nonszalanckiej pozie wyglądał niezwykle męsko. Sprawiał wrażenie, jakby nic i nikt nie

mogło go zranić.

Giles powiedział mi, że wychodziłaś gdzieś popołudniami - powiedział nie

spuszczając z niej przenikliwego wzroku. Dlaczego nic mi o tym nie wiadomo?

Cassie z trudem przełknęła ślinę.

- Nie wiedziałam, że interesuje cię, co robię przez cały dzień. To nie jest odpowiedź -

stwierdził oschle. - Jeśli pozwolisz, chciałbym się dowiedzieć, gdzie byłaś dzisiaj i przez

ostatnie tygodnie.

background image

Ogarnął ją popłoch. Nie mogła mu powiedzieć, gdzie była, nie podając powodu, a ten

wolała przemilczeć. I tak nie miał o niej dobrego zdania, a teraz będzie jeszcze gorzej.

Utkwiła wzrok w filiżance; postanowiła wyjawić tylko tyle, ile będzie konieczne.

- Dlaczego jesteś taka uparta? - wybuchnął. - Do diabła. Jankesko, tu chodzi o twoje

życie. Niebezpiecznie jest chodzić samej po ulicach Londynu.

Wciąż unikała jego wzroku.

- Nie musisz się obawiać. Nie chodziłam po ulicach i nie groziło mi żadne

niebezpieczeństwo... - Zawahała się. - Przynajmniej do dzisiaj.

- Więc dlaczego nic powiesz mi, gdzie byłaś?

Kiedy pokręciła przecząco głową, zacisnął gniewnie usta i w trzech susach znalazł się

przy niej. Wyjął jej z rąk filiżankę, odstawił, po czym złapał ją za ramiona.

- Spotykałaś się z kimś? - Z jej spojrzenia wyczytał, że tak.

- z Christopherem? Dlatego nie chcesz mówić? Miałaś z nim schadzkę?

- Nie! - krzyknęła. - Christopher jest moim przyjacielem i nikim więcej. Mogę

przysiąc na krzyż, jeśli to cię przekona.

- Więc z kim?

Czuł, że za chwilę wybuchnie. W oczach Cassie zabłysły łzy.

- Z... twoim ojcem - wyszeptała. Jeździłam do niego do domu.

- Co takiego?! - wykrzyknął zaskoczony. Chyba żartujesz sobie ze mnie!

Czerwieniąc się ze wstydu, wyjąkała:

- To dlatego, że ja... ja nie umiem czytać! Zapadła cisza.

- Dobry Boże! Chcesz mi powiedzieć, że on uczył cię czytać?

- Tak, tak! - Och, czy nie dość tego upokorzenia? - Nie chciał, by ktokolwiek się o tym

dowiedział...

Cały gniew nagle się ulotnił. Westchnął ciężko.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś?

Chyba dość już zniosłam upokorzeń. Zapewne cieszyłbyś się, gdybyś wiedział, że nie

umiem czytać. Z radością cisnąłbyś to ojcu w twarz. Biedna mała Jankeska, którą

wyciągnąłeś z rynsztoka, bez pieniędzy, tytułu i podstawowej wiedzy.

- Teraz to ty mnie ranisz.

- Nie! To prawda... - Ku swojej rozpaczy poczuła, jak łza spływa jej po policzku,

jedna, za nią druga. - Wiesz, że mam rację. - Nie chciała, by oglądał ją w takim stanie.

Upokorzoną. Zawstydzoną. Jednak pękły ostatnie nici samokontroli. Ukryła twarz w dłoniach

i wybuchnęła żałosnym płaczem.

background image

Wolno, jakby niechętnie, otoczył ją ramionami. Drobne dłonie zacisnęły się na jego

koszuli. Nie wypuszczając jej z objęć usiadł na krześle, sadowiąc ją sobie na kolanach.

- Przepraszam - wydusiła wśród łkań. Jestem jedynie ciężarem... przeszkodą. Zapewne

chciałbyś, aby t - ten - straszny człowiek mnie z - zabił. My - myślałam, że to zrobi... O Boże,

chciałabym umrzeć...

Zesztywniał.

- Nie mów tak. Nawet nie wolno ci tak myśleć! - powiedział ochrypłym, zduszonym

głosem.

Przesunął pieszczotliwie ręką po jej włosach i wzdłuż pleców. Poruszyła się

niespokojnie.

- Cóż to jest? - Ogarnęła ją nagle wielka senność. - Tak dziwnie się czuję.

Delikatnie otarł jej policzki z łez.

- Wszystko w porządku. Poprosiłem Glorię, by dodała do czekolady parę kropli

laudanum. To pozwoli ci usnąć. Nie walcz z tym.

To wyjaśnienie chyba ją uspokoiło. Wilgotne od łez powieki powoli opadły, ciało się

rozluźniło.

Wziął ją na ręce, zaniósł do łóżka i otulił kołdrą. Kiedy się prostował, chwyciła go

nagle za rękę.

- Nie zostawiaj mnie, Gabrielu. - Otworzyła oczy i spojrzała na niego błagalnie. -

Dlaczego mnie nienawidzisz? - zapytała łamiącym się głosem. - Czy zawsze będziesz mnie

nienawidził?

Poczuł się tak, jakby otrzymał potężny cios w brzuch. Poczucie winy ciężarem legło

mu na piersi.

Nigdy nie czuł się tak rozdarty. Spojrzał na drobną rączkę kurczowo trzymającą jego

dłoń. Serce przeszył mu tak straszliwy ból, że nie był w stanic złapać oddechu. Chryste, co

ona z nim zrobiła?

Christopher uległ jej urokowi. Oczarowała księżnę - wdowę Greensboro, Gilesa,

nawet jego ojca. Jakąż to moc posiadła, że dawała jej taką władzę nad wszystkimi?

Gdyby kierował się rozsądkiem, kazałby jej teraz odejść. Zanim będzie za późno.

Zanim stanie się jej krzywda. Głupcze, szepnął mu wewnętrzny głos, to już się stało.

Coś mrocznego i złowieszczego zaczęło mu się wkradać do serca. Nienawidził uczuć,

które w nim wywoływała. Od lat trzymał swe serce w lodowym futerale. Tymczasem ona

sprawiła, że zaczął topnieć, ujawniając uczucia, przed którymi tak gwałtownie się bronił.

Nie mógł się jednak od niej odwrócić.

background image

Westchnął zrezygnowany, po czym zdjął buty, położył się obok niej i wziął ją w

ramiona. Jedną ręką gładził Cassie po włosach, a drugą obejmował ją w talii. Leżał

obserwując cienie pełgające po suficie.

Przecież to ona miała wszelkie powody, by mu nie ufać, by go znienawidzić. Skąd

przyszło jej do głowy, że on jej nienawidzi, że życzy jej śmierci?

Bóg mu świadkiem, że tak nie było. Nagle uderzyła go pewna myśl. A jeśli to ktoś

inny czuje do niej nienawiść?

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Kilka dni później wrócili do Farleigh.

Gabriel podjął decyzję następnego dnia po incydencie. Wbrew zdaniu policji nie mógł

się wyzbyć podejrzeń, że porwanie nie było przypadkowe. Na samą myśl o tym burzyła mu

się krew w żyłach. Boże, gdyby dostał w ręce tego łotra, rozerwałby go na kawałki.

Jednak lata młodzieńczej brawury i braku rozwagi miał już za sobą. Dziś nie rzucał

oskarżeń, jeśli nie miał ku temu powodu. Jeżeli jego podejrzenia były bezpodstawne - tym

lepiej. Na wszelki wypadek wyznaczył nagrodę za schwytanie tego łotra, który porwał Cassie,

i wynajął detektywa, by ten dowiedział się czegoś w Charleston. Nie wątpił w to. co

powiedziała mu Cassie o swoim ojcu i o tym, że matka ją porzuciła. Jeśli jednak był ktoś w

przeszłości, kto mógłby jej zagrażać, to chciał się tego dowiedzieć. Może istniał jakiś związek

między strzelaniem do Cassie a porwaniem, może nie. Tak czy owak uznał, że łatwiej mu

będzie ją chronić w Farleigh niż w Londynie. Żadnej z tych wątpliwości nie wyjawił jednak

Cassie. Nie chciał jej niepotrzebnie martwić, gdyby się okazało, że jego podejrzenia są

niesłuszne.

Ktoś mógłby uznać jego postępowanie względem żony za wyraz zaborczości, a nawet

nadmiernej opiekuńczości, lecz Gabriel nie dopuszczał do siebie takiej myśli.

Dni przeszły w tygodnie. Chociaż robił, co mógł. by zachować dystans względem

żony. jego uczucia dalekie były od obojętności. Obojętności?!

Przekonał się, że Cassie stanowi zbyt wielką pokusę dla spokoju jego umysłu. Nigdy

nie przypuszczał, że może wywołać w nim tak nienasycone pożądanie.

Cierpiał katusze mając ją tak blisko siebie i nie mogąc jej dotknąć.

Wystarczyło, że weszła do pokoju, a już krew zaczynała mu się burzyć w żyłach. Był

wściekły na siebie za to, że nie potrafi zapanować nad swoimi emocjami. Przypadkowy dotyk

lub lekki zapach jej perfum wystarczyły, by rozpalić w nim płomień pożądania.

Najgorsza do zniesienia była świadomość, że dzieli go od niej jedynie ściana. Nocami

śnił o niej, tęskniąc do warg, delikatnych i soczystych niczym jagody, do gładkiej i miękkiej

skóry i gorącego wnętrza otulającego ciasno jego naprężoną męskość. Wiele razy budził się z

nabrzmiałym pulsującym członkiem, gotowym w każdej chwili wybuchnąć. Nie, w żaden

sposób nie mógł zapomnieć ich pierwszej wspólnej nocy.

Podobnie zresztą jak ona.

Odetchnęła z ulgą. kiedy opuścili Londyn. Zgiełk miasta wzbudzał w niej lęk,

przyjęcia nudziły, a ludzie, z wyjątkiem nielicznych, okazali się ograniczeni i nieciekawi.

background image

Spotkanie z napastnikiem pozostawiło w jej psychice trwały ślad, tak że drżała nerwowo na

widok każdego cienia i obcej osoby.

Pokochała spokój i ciszę Farleigh, zapach świeżego wiejskiego powietrza i soczystą

zieleń. Z wielkim zapałem oddawała się nowo odkrytemu zamiłowaniu do konnych

przejażdżek. Często towarzyszyła jej w nich Evelyn, która wróciła z ojcem do Warrenton. W

innych wypadkach Gabriel nalegał, by towarzyszył jej stajenny.

Nic jednak nie było takie jak dawniej. Och. zawsze ciarki przechodziły jej po plecach,

kiedy tylko ich oczy się spotykały, lecz teraz doszło jeszcze elektryzujące napięcie, które się

między nimi wytworzyło. Na widok Gabriela serce waliło jej jak młotem. I nie mogła

przestać o nim myśleć, choć bardzo się starała.

Stale miała się przed nim na baczności, nigdy bowiem nie wiedziała, czego po nim

oczekiwać. Czasami potrafił być czarujący i miły. Innym razem był tak sztywny i

niedostępny, że chciało jej się płakać. Coraz częściej zastanawiała się. czy złoży jej ponowną

wizytę w sypialni. Ta myśl przyprawiała ją o dreszcz, nie wiedziała jednak czy podniecenia,

czy też strachu.

Zaledwie wczoraj wieczorem odprowadził ją do drzwi pokoju. Kiedy skinęła mu

nieśmiało głową na dobranoc, nie odszedł, jak tego oczekiwała, lecz stał i patrzył na nią

czarnymi jak noc płonącymi oczami.

Serce podskoczyło jej w piersi. Czy żar, który w nich ujrzała, to było pożądanie czy

gniew? Czy wciąż uważał jej skromne pochodzenie za odpychające? Och. gdyby była taka jak

Evelyn - delikatna, z blond włosami, słodka i wyrafinowana! Sądziła, że takie właśnie kobiety

preferował.

Dama. Przeszył ją szarpiący ból. Bóg świadkiem, że nigdy nie będzie prawdziwą

damą. taką jak Evelyn. Bez względu na to, co powiedzą inni. Gabriel nigdy nie będzie w niej

widział damy... Czy chcesz mi coś powiedzieć?

Nie mogła opanować zdenerwowania ani też oderwać od niego wzroku. Myśli

wirowały w głowic jak szalone. Pachniał mydłem i świeżością. Zapragnęła nagle położyć

dłoń na jego policzku i poczuć pod palcami szorstkość zarostu.

Przesunął spojrzenie na jej wargi. Z przerażeniem zdała sobie sprawę, że pragnie

poddać się sile jego pocałunków. Natychmiast jednak wyobraźnia podsunęła jej obrazy, które

lepiej było odsunąć.

Później strofowała siebie za to i przekonywała w duchu, że powinna się cieszyć, iż

pożegnał ją i poszedł do swego pokoju. Mimo to czuła się zawiedziona, bowiem z całego

serca pragnęła, aby ją pocałował.

background image

Tego wieczoru podczas kolacji wpatrywał się w nią z intensywnością, od której robiło

jej się gorąco. Potem usiadła z Edmundem przy różanym stoliku, by zagrać z nim partię wista.

Dopiero niedawno wprowadził ją w tajniki tej gry. a ona już potrafiła z nim wygrać. Gabriel

siedział w kącie pokoju z kieliszkiem brandy w dłoni i z wyciągniętymi do przodu długimi

nogami.

Choć było jeszcze wcześnie, Cassie zaczęła ziewać. Ostatnio czuła się śmiertelnie

zmęczona i niewyspana. Ku jej zakłopotaniu wszyscy domownicy wstawali na długo przed

nią.

Posłała lekki uśmiech Edmundowi.

- Bardzo lubisz wygrywać, panie. Dlatego muszę cię prosić o wybaczenie i

zrezygnować z dalszej gry - oznajmiła lekkim tonem.

Zmarszczył brwi.

- Ale jest jeszcze wcześnie. Cassie spojrzała na Gabriela.

Może Gabriel dotrzyma ci towarzystwa. Skrzywił się w odpowiedzi.

- Mam dość rozumu, by go o to nie prosić. Gabriel to nie Stuart. Och, on potrafił grać

całą noc. Lecz Gabriel nigdy nie wykazywał zamiłowania do gry w wista dla samej

przyjemności grania. Skądinąd wiem, że lubi grać w karty tylko o wysokie stawki.

Sprowokowany wstał i podszedł do nich wolnym krokiem. Przez kształtne wargi

przemknął uśmiech, lecz oczy jak zwykle pozostały chłodne.

- Już dawno nie byłem w kasynie, ojcze. Jednak pozwolę sobie zauważyć, że jeśli

chodzi o hazard, to całkowicie się ze sobą zgadzamy - Jego uśmiech stał się podejrzanie

czarujący. - Natomiast w grze na zręczność i dowcip, jak zapewne zauważyłaś, kochanie,

żaden z nas nie lubi przegrywać.

Kochanie. Cassie poczuła, że się czerwieni. Spojrzała na Edmunda. Choć w jego

wzroku nie dostrzegła niezadowolenia, wyczuła jego niechęć. Gabriel zaś wyraźnie drwił

sobie z ojca. choć jego głos brzmiał uprzejmie.

Wygładziła fałdy sukni i wstała, starając się przywołać uśmiech na twarz.

- Obawiam się, że muszę powiedzieć „dobranoc”, w przeciwnym razie za chwilę usnę.

Wobec tego pozwolisz, że odprowadzę cię do pokoju. Odstawił kieliszek i ujął ją pod

łokieć. Żadne z nich nie dostrzegło znaczącego spojrzenia, jakie ścigało ich aż do drzwi. Jeśli

pozwolisz, to chciałabym zamienić z tobą parę słów na osobności oznajmiła beznamiętnym

tonem, kiedy stanęli przed drzwiami jej pokoju.

- Czyżbyś zapraszała mnie do swego pokoju, Jankesko? - zapytał unosząc brew. - To

doprawdy niespodzianka.

background image

Spłonęła rumieńcem, lecz nic nie odrzekła. Odwróciła się i weszła do sypialni. Gabriel

podążył za nią bez słowa.

Nastąpiła pełna napięcia cisza. Cassie podeszła do kominka, czując potrzebę

zachowania odległości między nimi. Gabriel jak Zwykle nie okazywał żadnych uczuć. Choć

stali daleko od siebie, miała wrażenie, że jej dotyka.

Splotła ręce i zebrała się na odwagę.

- Odkąd zostaliśmy małżeństwem, nigdy o nic cię nie prosiłam - powiedziała cicho.

Zaśmiał się szorstko.

Szczera prawda, Jankesko. Sporo mnie kosztowałaś, lecz o nic mnie nie prosiłaś i bez

wątpienia dużo więcej zyskałaś na naszej umowie.

Zacisnęła wargi. Oczywiście znowu wyszła na osobę interesowną i chciwą.

- Nie chodzi mi o twoje pieniądze ani o nic. co można za nic kupić - odpowiedziała

ostro.

Wsunął ręce do kieszeni.

- Zaczynasz mnie intrygować, Jankesko. Myślę jednak, że lepiej mówić otwarcie. O

cóż takiego chciałabyś mnie prosić?

- A więc dobrze, powiem ci. Czasami patrzysz na swojego ojca, jakbyś go

nienawidził. - Nie było to pytanie, lecz stwierdzenie. - Przypuszczam, że kryje się za tym coś

więcej, niż mi powiedziałeś. Chciałabym wiedzieć dlaczego.

Zdziwienie przemknęło przez twarz Gabriela. Najwyraźniej nie tego się spodziewał.

Możesz mi wierzyć, Jankesko, że to uczucie jest obopólne powiedział z lekkim

skrzywieniem warg.

- Doprawdy? Nie sądzę. Tym razem to on zacisnął usta.

- Znam mojego ojca znacznie dłużej niż ty, Jankesko, znacznie lepiej.

- Myślę, że wcale go nie znasz. Trzymasz go na dystans. - Tak jak mnie, miała ochotę

wykrzyczeć. - Wiem, że jest podobny do ciebie, bo was obserwowałam. Starannie skrywa

swoje uczucia. Lecz kiedy na ciebie patrzy, w jego wzroku jest smutek i ból.

- Mylisz się - powiedział bezbarwnym tonem.

- Obserwowałam go. - Nie dawała za wygraną. - Bez względu na to, co było między

wami w przeszłości, mogłabym przysiąc, że czuje się urażony.

- To, co widzisz, to oburzenie, że zająłem miejsce jego ukochanego Stuarta.

- Mógł się zmienić...

Nie mógł i nie zmienił się. Pokręciła głową.

Nie możesz być tego pewny. Wiem, że bywa surowy i niedostępny... Lecz ty także.

background image

- Może oszukiwać ciebie, Jankesko, ale mnie nigdy nie oszuka. Widzisz, on jest taki

jak Stuart. Prawy, szlachetny i dżentelmen w każdym calu. Do tego stopnia, że nie ma odwagi

ujawnić swych prawdziwych uczuć. Jest zbyt dobrze wychowany, by się do tego przyznać,

lecz wiem, że gdybym usunął się z jego życia i nigdy nie wrócił, słałby niebiosom

dziękczynne modły.

W jego głosie brzmiała gorycz. Odwrócił się sztywno w stronę okna i zapatrzył w

ciemność.

- Usiłujesz go ukarać - powiedziała. - Dlatego się ze mną ożeniłeś. Mimo to nadal nie

pojmuję, dlaczego to robisz.

Odwrócił się do niej z twarzą pałającą takim gniewem, że mimowolnie cofnęła się o

krok.

- Myślisz, że nie mam powodu? Mylisz się, Jankesko. Powiem ci, dlaczego. Zapewne

zazdrościsz mi mojego dzieciństwa. Wyrosłaś w biedzie, podczas gdy ja pławiłem się w

luksusie i dostatkach. Rzeczywiście, niczego mi nie brakowało, mojej matce również.

Byliśmy dobrze odżywieni i ubrani. Lecz żadnemu z nas nic pozwolono zapomnieć, że Stuart

jest synem kobiety, którą kochał. Ja zaś byłem jedynie synem kobiety, którą później poślubił.

Otworzyła usta ze zdumienia. Przypomniała sobie, co powiedział owego strasznego

wieczoru, kiedy prowadził ją na spotkanie z ojcem...

- Ożenił się z nią, bo potrzebował matki dla Stuarta - szepnęła.

Właśnie. I niech to będzie jasne: kochałem Stuarta. Byłem jednak zbyt młody, by

zrozumieć, że tylko on jeden zasługiwał na uczucia ojca. Ja nie zasługiwałem na szacunek.

Żołądek podszedł jej do gardła. Chyba żaden człowiek nie mógłby tak okrutnie

traktować własnego dziecka. Natychmiast jednak przypomniała sobie, co zrobiła z nią jej

własna matka. Widocznie tak bywa w życiu i tak bywa w miłości.

Zaśmiał się chrapliwie.

- Jakiż ja byłem głupi pragnąc z całego serca, by mnie zauważył, by kochał mnie tak

jak Stuarta. Lecz to Stuart był obowiązkowy i posłuszny. Nigdy nie zrobił nic złego, tak jak ja

nic dobrego. Stawałem obok Stuarta, modląc się. by ojciec mnie dostrzegł, by choć raz się do

mnie uśmiechnął i spojrzał na mnie tak, jak patrzył na niego. Pamiętam, jak kiedyś wrócił z

Londynu i przywiózł Stuartowi kucyka. Chciało mi się płakać, bo o mnie znowu zapomniał...

Znowu. Jakaż wagę miało to jedno krótkie słówko. Serce ścisnęło jej się boleśnie na myśl, co

musiał przeżywać Gabriel.

- Możesz mnie za to potępiać, ale byłem zazdrosny i wściekły na nich obu. Skoro ja

nie mogłem mieć kucyka, to Stuart też nie będzie go miał. Tej nocy zakradłem się do stajni,

background image

wyprowadziłem kucyka z przegrody i wypuściłem na wolność. Następnego dnia znalazł go

jeden ze stajennych. Potknął się i złamał sobie przednią nogę. Trzeba go było zastrzelić.

Nigdy nie widziałem ojca tak rozgniewanego jak wówczas. Krzyczał, że jestem okrutny,

chciwy i samolubny.

Nieświadomie przycisnęła rękę do serca. Nie potępiała go za to. Jakże by mogła.

Oczami wyobraźni zobaczyła małego chłopca, który pragnął, by go dostrzeżono, słuchano...

kochano. Och. jakże on musiał cierpieć, kiedy jego pomijano, a faworyzowano brata.

Przecież nie chciałeś być okrutny - powiedziała. - Byłeś tylko dzieckiem. To on był

okrutny, faworyzując Stuarta.

- Ojciec powiedziałby co innego, Jankesko. Na przekór wszystkiemu wciąż

pragnąłem, by mnie zaakceptował. Nigdy jednak nie usłyszałem z jego ust dobrego słowa.

Byłem jedynie kłopotliwą zawadą. Moja matka starała się to przede mną ukrywać, lecz nie

byłem głupcem. Nie kochał ani mnie, ani matki. Byliśmy dla niego tylko ciężarem.

Cassie aż skuliła się w sobie. Zaczynała nienawidzić tego słowa.

- Poślubiła go mając nadzieję, że w końcu ją pokocha - mówił dalej Gabriel. - Lecz on

był ślepy i głuchy. Żył jedynie wspomnieniami o swojej najdroższej Margaret.

Zabrzmiało to niczym przekleństwo.

- Więc twoja matka go kochała?

Tak - powiedział stłumionym głosem. - Lecz on nie chciał jej miłości. Sądziła, że o

tym nie wiem, ale tęsknota w jej oczach była aż nadto wymowna. Powiedziała mi o

wszystkim, co czuła, czego nie mogła znieść. Ojciec nigdy nie obdarzył jej ciepłym słowem

ani gestem. Traktował ją tak, jak nakazywał mu obowiązek. Poza tym nic dla niego nie

znaczyła.

Co on musiał przeżywać, patrząc na cierpienie matki. Przypomniała sobie portret

wiszący w galerii. Teraz zrozumiała, skąd się wziął smutek w oczach Caroline Sinclair.

- Nie pozwoliła jednak powiedzieć o nim złego słowa. Była słodka, miła i dobra.

Uczyniłaby dla niego wszystko. Słyszałem, jak płakała nocami, ale rano witała mnie z

uśmiechniętą twarzą. Kochała go niezmiennie dzień po dniu, rok po roku. I w końcu ta miłość

ją zabiła.

Cassie zmarszczyła brwi. W tym stwierdzeniu coś się kryło, lecz nim zdążyła zadać

pytanie, ponownie się odezwał.

- Złamał jej serce i duszę. Mógłbym mu wybaczyć zło. które wyrządził mnie jako

chłopcu, lecz nigdy nic wybaczę tego, co uczynił matce. Nic jestem już tym naiwnym,

zapatrzonym w niego chłopcem, więc nie proś mnie o litość i wyrozumiałość. Skoro niczego

background image

nie oszczędził matce, to i ja niczego mu nie oszczędzę. Nauczyłem się żyć z jego

obojętnością. Tolerujemy się nawzajem, lecz to wszystko. On nie może zapomnieć... i ja

także.

Powiedziawszy to odwrócił się sztywno i wyszedł z pokoju.

Cassie długo spoglądała w ślad za nim. Jej serce łkało z żalu nad samotnością chłopca.

Bolała również nad zgorzkniałym mężczyzną, na jakiego później wyrósł. Choć przestały ją

dręczyć pytania o to, co nim kierowało, smutkiem napawała ją myśl, że Gabriel i jego ojciec

mogą na zawsze pozostać sobie obcy, że nigdy nie zapanuje między nimi pokój i

zrozumienie. Modliła się, by Gabriel nie miał racji, by było inaczej. Lecz jeśli to prawda, to

wszystko stracone.

Może już było za późno.

Nie mogła usnąć tej nocy. Chociaż ciało domagało się odpoczynku, umysł uparcie się

przed nim bronił. Godzinami przewracała się z jednego boku na drugi. Nagle w ciszę nocną

wdarł się dźwięk tłuczonego szkła. Otworzyła oczy i usiadła na łóżku.

To w sypialni Gabriela.

Narzuciła na siebie szlafrok, podbiegła do drzwi jego pokoju, otworzyła je bez

wahania i wpadła do środka.

Pokój oświetlała stojąca w rogu lampa. Wiszące obok komody wysokie lustro leżało

roztrzaskane na grubym francuskim kobiercu z Aubusson. Ruszyła instynktownie w stronę

kryształowych kawałków.

- Czego chcesz, Jankesko? - Glos Gabriela przeciął powie trze niczym ostrze noża.

Znieruchomiała. Kątem oka zobaczyła, że leży na łóżku, podparty na łokciu, z

kieliszkiem w ręku. Gniew mieszał się w jego oczach z niechęcią. Ogarnęło ją pragnienie, by

uciec gdzieś przed tym przenikliwym wzrokiem.

Oblizała wargi i dotknęła ręką zapięcia szlafroka.

- Posłyszałam brzęk... i pomyślałam, że może coś ci się stało.

- Jak widzisz, nic mi nie jest. Proponuję, byś wróciła do łóżka. Spuścił nogi na

podłogę. Rozpięła koszula odsłaniała owłosioną pierś. Cassie poczuła suchość w ustach, lecz

nie odwróciła wzroku.

Nie patrząc na nią podszedł do komody, na której stała do połowy opróżniona karafka

brandy.

Nie wiedziała, jak to się stało, lecz nagle znalazła się tuż przy nim. Nadal nic zwracał

na nią uwagi, kiedy jednak przytknął szyjkę karafki do kieliszka, przykryła go dłonią.

Gabrielu, proszę cię. Nie sądzisz, że masz dość? Rzucił jej gniewne spojrzenie.

background image

- Doprawdy? Masz rację, można jeszcze gdzie indziej zna leźć zapomnienie. Zatem

powiedz mi, czy ofiarujesz mi takie zapomnienie?

Utkwił w niej rozpalony wzrok, po czym nagle położył dłoń na jej piersi. Cassie

mimowolnie zadrżała. Skrzywił się.

- Tak myślałem. - Cofnął rękę i ponownie sięgnął do karafki.

Była jednym kłębkiem nerwów, lecz postanowiła nie dać tego po sobie poznać.

Położyła mu rękę na ramieniu.

Proszę cię, Gabrielu. Niczego nie osiągniesz, upijając się na umór.

Nie masz pojęcia, jaką ulgę może przynieść butelka dobrej brandy. To doprawdy

zdumiewające jak na byłą barmankę.

Z trudem zachowała spokój. Trafił w jej czułe miejsce i chyba o tym wiedział.

- Skoro nie chcesz dzielić ze mną łoża, to może zechcesz się ze mną napić?

- Nie!

Oczy mu się zwęziły, rysy twarzy stwardniały.

Wobec tego proponuję, byś wróciła do siebie. Pokręciła przecząco głową. Zaklął pod

nosem i próbował odepchnąć jej rękę, lecz Cassie mocno przywarła do jego ramienia.

Poczuła, jak mięśnie mu twardnieją.

- Dlaczego mnie nie zostawisz? - zapytał przez zaciśnięte zęby. - Czy sprawia ci

przyjemność oglądanie mnie w takim stanie?

- Oczywiście że nie! - padła żarliwa odpowiedź.

Patrzył na nią tak przenikliwie, jakby chciał odczytać jej myśli. Wewnętrzny glos

przekonywał, żeby natychmiast wracała do swego pokoju, bo ogień płonący w jego

srebrzystych oczach stawał się coraz intensywniejszy. Prócz gniewu i zawodu dostrzegła w

jego wzroku coś, co ją przeraziło. Instynkt jej mówił, że Gabriel jest o krok od utraty

panowania nad sobą. Mimo to czuła, że powinna zostać, że jeśli teraz się od niego odwróci,

nigdy już nie zdoła się do niego zbliżyć.

- Cieszę się, że wyjechaliśmy z Londynu - oznajmił nagle.

- Nienawidziłem wszystkich tych młodych ogierów, którzy ścigali cię spojrzeniami,

zastanawiając się, czy twoje wargi są równie miękkie i słodkie, jak wyglądają. Spojrzała na

niego ze zdziwieniem.

- Och, daj spokój, Jankesko. - Zaśmiał się chrapliwie. - Z pewnością o tym wiedziałaś.

Chyba nie jesteś aż tak zielona. Przez cały czas starali się być weseli i dowcipni, choć

umierali z pragnienia, by się do ciebie dobrać. Rozbierali cię oczami, wyobrażając sobie, co

masz pod spodem... Wicehrabia Raybum... ten był najgorszy.

background image

Jej oczy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia.

- Jestem przecież zamężna.

- Dla takich jak Raybum to nie ma znaczenia. Zdążyłaś na tyle poznać Londyn, by się

przekonać, że hazard i pogoń za rozkoszami są tam na porządku dziennym. Wierz mi,

wystarczyłby jeden twój znak, a natychmiast znalazłby się pod twoją spódnicą.

Wzrok Gabriela był twardy i rozpalony. Nagle przyciągnął ją do siebie.

- Ciesz się, że tego nie zrobił, bo nie wiem, jak twoje łagodne serce zniosłoby jego

śmierć.

Przeraziła ją ta zaborczość, lecz jeszcze bardziej niebezpieczna groźba dźwięcząca w

jego głosie.

- Nie powinieneś mówić takich rzeczy... - powiedziała niepewnie.

Jego twarz przybrała maskę lodowatego chłodu.

- Dlaczego nie? To prawda. Zapamiętaj sobie, że zabiję każdego, kto ośmieli się

sięgnąć po moją własność.

Nagle zabrakło jej powietrza w płucach.

- Chyba nie wiesz, co mówisz. Wypiłeś za dużo brandy...

- A jeśli nawet? - powiedział gwałtownie. - To ty mnie do tego zmusiłaś, Jankesko. To

ty doprowadzasz mnie do szaleństwa.

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Przywarł rozpalonymi wargami do jej ust. Jego ramiona zamknęły ją w żelaznym

uścisku. Brutalnie wsunął jej język do ust, penetrując miodopłynne wnętrze. Usiłowała się

opierać, lecz pozostał nieugięty, całując ją z siłą równą szalonemu i trudnemu do opanowania

pożarowi, jaki ogarnął jego ciało. Czy kierowało nim pożądanie, czy wypity w nadmiarze

alkohol, tego nic potrafiła zgłębić. Wiedziała jedynie, że nie ma przed nim ucieczki.

Znowu było jak przedtem: żadnej delikatności, żadnej czułości, tylko brutalna siła. Nie

wiedziała, że jest ślepy i głuchy na jej protesty, z wyjątkiem szalejącego w nim pożądania.

Dopiero kiedy niski jęk wydarł jej się z gardła, miażdżąca gwałtowność jego pocałunku

osłabła. Szkarłatny płomień namiętności zaczął powoli przygasać.

Zwolnił uścisk ramion i uniósł głowę. Mała mokre od łez powieki i czerwone,

wilgotne i nabrzmiałe wargi. W jej pięknych złocistych oczach błysnął ból zranionej

wrażliwej istoty.

Odstąpił od niej. chwytając spazmatycznie powietrze.

Odejdź - rzucił szorstko. - Wracaj do swojej sypialni. Odwrócił się, podszedł do okna i

zapatrzył się w zalane księżycowym światłem niebo.

Cassie nie ruszyła się z miejsca. Nie wiedziała, jaka siła ją zatrzymuje. Czuła tylko, że

jest krucha i delikatna niczym pajęcza nić nadziei... i silna mocą blasku południowego słońca.

Mijały długie minuty. Nie słysząc żadnego ruchu za sobą, odwrócił głowę. Na jej

widok zacisnął gwałtownie usta.

- Nie musisz tak na mnie patrzeć. Jankesko. Ojciec dobrze mnie w tym wyćwiczył,

wiesz? Nie zasługuję na twoje współ czucie, a już na pewno nie jest mi potrzebna twoja

litość.

Gdzieś w okolicach serca poczuła ostry, szarpiący ból. Tak. pomyślała. Jest zbyt

dumny na to. by przyjąć litość, i zbyt rozgoryczony, by przyjąć współczucie. Lecz tak jak ona

wiedział, co znaczy czuć się samotnym i nic niewartym.

Ze zdumieniem stwierdziła, że mogłaby go pokochać, gdyby tylko jej na to pozwolił.

- Do diabła! - warknął. - Nie słyszałaś, co powiedziałem? Zostaw mnie samego!

Wolno uniosła głowę. W jego wzroku płonął taki ogień, że bała się odezwać.

- Czy właśnie tego chcesz? - zapytała niepewnie. - Chcesz, żebym cię zostawiła?

- Dobrze wiesz, czego chcę, Jankesko.

Gdyby miała dość rozsądku, dawno zrobiłaby co. czego żądał. Ogarnął ją paniczny

strach. Jeśli każe jej teraz wyjść, bez reszty ją upokorzy.

background image

Pokręciła głową. Gardło miała tak ściśnięte, że mówienie sprawiało jej ból.

Nie - wyszeptała. - Nie jestem pewna. Jakiś dziwny błysk pojawił się w jego oczach.

- Chcę cię mieć w swoim łożu, Jankesko - powiedział z mocą. - Chcę cię czuć pod

sobą, czuć, jak obejmujesz mnie nogami, kiedy zagłębiam się w tobie.

Patrzył, jak jej twarz zalewa krwisty rumieniec. Nie chciał być niedelikatny, jedynie

brutalnie szczery, by nie było między nimi żadnych niedomówień.

Uciekła wzrokiem w bok, kurczowo splatając ze sobą palce. Czy to strach, czy

wątpliwości? - pomyślał.

Przesunął wzrokiem po jej ciele, zatrzymując się na chwilę na delikatnych

krągłościach osłoniętych szlafrokiem. Kiedy ponownie spojrzał jej w oczy, ze zdumieniem

dostrzegła w nich niepohamowaną namiętność. Serce biło jej jak szalone. Podejdź tu,

Jankesko.

Przeszła niepewnie kilka dzielących ją od niego kroków, stając tak blisko, że poczuł

na sobie powiew jej oddechu. Ciemne i gęste rzęsy zatrzepotały leciutko. Nie była w stanie

podnieść na niego oczu.

Poczuła dotyk gorących dłoni na ramionach. Zsunął z niej szlafrok, pozostawiając

jedynie koszulę nocną, która więcej odsłaniała, niż skrywała. Spod białego, cienkiego jak

mgiełka batystu przeświecały różowe brodawki i ciemny trójkąt podbrzusza.

Pieszczotliwie przesunął wzrokiem po jej ciele. Jesteś piękna, Jankesko.

Zawstydzenie, że oto stoi przed nim prawie naga, nagle się ulotniło. Wstrzymała

oddech i stała nieruchomo, pragnąc, aby U chwila trwała wiecznie. Nigdy nawet nie ośmieliła

się marzyć, że posłyszy z jego ust takie słowa. Brzmiały jak muzyka dla uszu i niczym balsam

koiły jej duszę.

Szczupła dłoń przesunęła się po jej włosach i zacisnęła na karku. Przytrzymał jej

głowę, zmuszając do patrzenia prosto w jego roziskrzone oczy.

- Mam dość udawania, że ciebie nie pragnę, Jankesko. Przecież było tak od samego

początku. Przekonywałem siebie, że pragnę jedynie zemsty, że dam sobie z tym radę, że

jestem w stanie zaakceptować małżeństwo jedynie z nazwy, że sypiałem przecież z równie

piękną jak ty kobietą. Lecz myliłem się. Nie mogę przestać o tobie myśleć. Wszędzie i

zawsze jesteś przed moimi oczyma. Ale wiedz jedno - powiedział z błyskiem w oczach. - Jeśli

zostaniesz ze mną tej nocy, drzwi łączące nasze pokoje pozostaną na zawsze otwarte. Nie

będziesz ich przede mną zamykać. Jeśli nie możesz tego zaakceptować, proponuję, byś

opuściła ten pokój. Wybór należy do ciebie.

Spojrzała mu głęboko w oczy. Sekundy zdawały się wydłużać w nieskończoność.

background image

Kiedy uznał, że dłużej tego nic zniesie, położyła mu na piersi najpierw jedną zwiniętą w

piąstkę dłoń, potem drugą.

To wystarczyło za odpowiedź. Porwał ją w objęcia, gotów wziąć to. co z takim

wdziękiem mu ofiarowała.

- Niech więc tak będzie - mruknął. - Bo nie mogę już dłużej czekać.

Przywarł do niej spragnionymi wargami. Zadrżała i rozchyliła usta. Jej pocałunek był

słodki, gorący i pełen oddania. Poczuł, że dłużej już tego nie zniesie.

Z jękiem przyciągnął ją do siebie, unosząc nad ziemię. Całował ją teraz jak

wygłodniały człowiek, uczestniczący w najbardziej sutej z uczt. Poczuła mocny smak brandy

na języku, lecz równie silny był głód jego namiętności. Pragnąc go zaspokoić, otoczyła

Gabriela ramionami i przywarła do niego całym ciałem.

Zsunął z niej koszulę i nie przerywając gorącego pocałunku wziął ją na ręce i zaniósł

do łoża. Dopiero wtedy niechętnie oderwał się od niej i zaczął się rozbierać. Kiedy sięgnął

rękami do zapięcia spodni, spłonęła rumieńcem, lecz nie spuściła wzroku. Jej oczom ukazało

się porośnięte ciemnym gęstym włosem podbrzusze.

Jego członek był wyprężony i nabrzmiały. W głębi duszy miała nadzieję, że

wyobraźnia pozbawi ją wspomnień z owej nocy, kiedy straciła dziewictwo. Niestety, tak się

nie stało.

Gabriel kopnięciem uwolnił nogi ze spodni i odwrócił się w jej stronę. Było w nim

jakieś dzikie, prymitywne piękno. Ramiona miał szerokie i połyskujące, ręce i nogi długie,

szczupłe i muskularne. Serce zaczęło jej bić gwałtownie. Wciąż nie mogła wyzbyć się myśli,

że to, co Gabriel zamierzał zrobić, jest niemożliwe. Jego penis wydawał się przeogromny.

Szybko uciekła wzrokiem ku bezpieczniejszym strefom, zatrzymując się na jego

kształtnych wargach. Nie mogła jednak powstrzymać drżącego westchnienia.

Zbyt daleko się posunęliśmy, byś teraz mogła się wycofać, Jankesko - powiedział

niebezpiecznie niskim i pełnym napięcia głosem, kładąc się obok niej.

- Nie wycofuję się. - Z trudem dobyła z siebie głos.

A więc o co chodzi? Czyżbyś się mnie bała? Pokręciła przecząco głową, lecz w

szeroko otwartych oczach błyszczała panika.

Obrócił ją ku sobie i otoczył ramionami. Poczuła zapach męskiego ciała zmieszany z

aromatem wody kolońskiej. Pochylił się nad nią tak nisko, że ich oddechy się zmieszały.

Szczupłe palce odsunęły z rozpalonych policzków pasemka jasnych włosów.

- Skoro tak, to dlaczego drżysz jak przestraszone pisklę? - zapytał miękko.

Nerwowo zaciskała palce, chwytając spazmatycznie powietrze.

background image

- Bo... bo chciałabym cię zadowolić i... Och, to nie ty sam, lecz to, co będziesz robił...

co będziesz robił z... - Ukryła zawstydzoną twarz na jego piersi.

Gabriel odetchnął chrapliwie. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jakie wrażenie

zrobiło na nim jej wyznanie. Choć przysiągłby, że to niemożliwe, jego nabrzmiały członek

jeszcze się powiększył. Czuł, jak gwałtownie pulsuje w takt rytmicznych uderzeń serca.

Przesunął kciukiem wzdłuż jej szyi.

- Tym razem nie będzie bolało - szepnął. - Taki ból kobieta czuje tylko za pierwszym

razem.

Nie uwierzyła mu. Choć milczała, wargi jej drżały, a w oczach błyszczał strach. Mimo

to nie odepchnęła go, jak tego oczekiwał. Coś drgnęło w jego sercu, kiedy sobie uświadomił,

że pomimo obaw oddaje mu siebie bez reszty. Nigdy nie był mocny w wyrażaniu tego, co

czuje. Najlepiej więc zrobi, kiedy jej pokaże.

Gwałtownie wciągnęła powietrze, kiedy bez uprzedzenia chwycił jej dłoń i przycisnął

do rozpalonej męskości.

Jej dotyk rozpalił go do białości. Zacisnął zęby, walcząc z pragnieniem, by wzmocnić

uścisk jej palców i poruszając biodrami osiągnąć spełnienie bez wchodzenia w jej ciało.

Jednak instynkt podpowiadał mu, że dla tak niedoświadczonej kobiety byłby to szok. Poza

tym pragnął ją posiąść, wypełnić ją swoją esencją i przekonać się, że jest jego i tylko jego...

- Spójrz - powiedział ochryple. - Spójrz, jak moje ciało cię pragnie. Nie zapominaj

jednak, że jestem tylko człowiekiem i że moja wytrzymałość też ma swoje granice. - Jego

słowa otulały ją mgłą żaru i ekstazy. - Nawet nie wiesz, jak na mnie działasz. - Utkwił w mej

płonący wzrok. - A teraz pozwól, bym i ja cię zadowolił.

Zaczął ją całować, a ona z jękiem objęła dłońmi jego głowę i poddała się ogarniającej

ją namiętności. Boże, jak dobrze było leżeć w jego ramionach, czuć jego dotyk. Oddawała mu

pocałunki z coraz większą zachłannością i słodyczą.

Zadrżał, kiedy wsunęła język w jego usta. Jego palce rozpoczęły taniec wokół

różowych wrażliwych sutków, muskając je i drażniąc. Pod jego dotykiem wydawały się

twardnieć i nabrzmiewać. Zapragnęła przytrzymać jego rękę, by wrażenie, jakie w niej

wywoływał, trwało wiecznie.

Uniósł wolno głowę i omiótł ją pociemniałym spojrzeniem. Jakże była piękna.

Mógłby patrzyć bez końca na krągłe jędrne piersi zakończone ciemnokoralowymi

brodawkami, na mlecznobiałą gładką skórę. Pochylił głowę i dotknął wargami tych

cudowności. Z jej ust wyrwał się nerwowy chichot. Jesteś bardzo wrażliwa, moja słodka.

Sięgnął dłońmi ku jej piersiom, delikatnie pieszcząc je i ściskając, po czym dotknął

background image

językiem różowej brodawki.

Dreszcz przeniknął jej ciało. Zamknęła oczy i odchyliła głowę, kiedy zaczął ssać i

lizać najpierw jeden, potem drugi sutek. Jęknęła, czując, jak zalewa ją fala gorąca.

Powrócił do jej ust, rozsuwając językiem wargi i wnikając do środka. Gorące palce

obudziły w niej do życia każdy nerw. sunąc po jej ciele w dół brzucha. Znieruchomiała, kiedy

dotarły do puszystego trójkąta miedzy udami, i mocno zacisnęła nogi.

- Nie opieraj się, Jankesko - wyszeptał chrapliwie. - Obiecuję, że będę delikatny.

Zaczął ją całować wolno, namiętnie, czekając, aż się oswoi z dotykiem jego ręki.

Poczuł, że się rozluźnia.

Zaczął delikatnie poruszać palcami, sięgając coraz dalej. Zadrżała, kiedy rozsunął

delikatne różowe listki, i zapłonęła niczym pochodnią kiedy jego kciuk spoczął na rozkosznie

wrażliwym wzgórku, o którego istnieniu nie miała pojęcia. Poczuła, jak całe jej ciało

nabrzmiewa, pulsuje i wilgotnieje. Jęknęła cicho, kiedy wsunął palec w jej gorące wnętrze,

nie przestając drażnić rozkosznego małego pączka. Nagle przeszedł ją gwałtowny dreszcz

rozkoszy, jakiej dotąd nie znała.

Zacisnęła oczy. jakby pragnęła zatrzymać w sobie ten oślepiający żar, wijąc się i

jęcząc. Wysunął z niej palec i spojrzał na połyskującą wilgoć, którą spłynęło jej ciało, po

czym ponownie zanurzył go głęboko w jej wnętrzu.

- Gabriel! - jęknęła drżąco. W jej okrzyku usłyszał to. czego szukał i na co czekał.

Kolanami rozwarł jej nogi i zaczął powoli w nią wchodzić, zmuszając jednocześnie,

by jeszcze bardziej się otworzyła. Przywarła do niego, pewna, że za chwilę zostanie

rozerwana.

Poczuł, jak wbija mu paznokcie w plecy.

- Spójrz na mnie, Cassie - wyszeptał chrapliwie. To cud, że jeszcze był w stanie

mówić.

Otworzyła oczy. Ramiona błyszczały mu od potu. Domyśliła się, że jest bliski utraty

panowania nad sobą. Twarz miał napiętą z wysiłku. Pochylił głowę i z ustami przy jej

wargach zapytał: Sprawiłem ci ból?

Czuła wypełniającą ją bez reszty pulsującą, nabrzmiałą męskość.

Zamiast bólu doznała ekscytującego, upajającego napięcia. Uśmiechnęła się drżąco.

- Nie - wyszeptała, po czym objęła dłońmi jego głowę i przycisnęła usta do jego warg.

Zaczął się wolno poruszać. Omal nie krzyknęła z rozpaczy, kiedy się z niej wysunął.

Napiął mięśnie pośladków i ponownie wszedł w nią głęboko. Oblała ją fala rozkoszy.

Zamknęła oczy i wygięła się zmysłowo. Jej biodra pochwyciły jego rytm. Jęknęła,

background image

jakby błagając, by ugasił w niej rozszalały płomień. Pragnęła czuć go głęboko w sobie, tak

głęboko, jak to tylko możliwe.

Gabriel uniósł się nieznacznie. Oczy płonęły mu niczym dwa rozżarzone węgle.

Mięśnie ramion miał twarde i napięte. Wszystkie jego myśli skupiły się w miejscu o

aksamitnej miękkości, rozpalonym i ciasnym. Przywarł do jej warg z palącą gwałtownością.

- Nie chcę sprawiać ci bólu - wydyszał. - Ale... nie mogę już dłużej... Zbyt mocno cię

pragnę...

Poczuła, jak serce jej topnieje.

Och, Gabrielu jęknęła. - Ja też ciebie pragnę.

Wątła nić samokontroli zerwała się i potężna siła pchnęła go daleko w głąb jej łona.

Porwał go szalony, dziki rytm, nad którym nie był w stanie zapanować. Cassie instynktownie

otoczyła go ramionami i udami, czując, jak unosi ją fala oszałamiającej rozkoszy. I nagle

świat eksplodował oślepiającym białym płomieniem, mającym swe źródło w owym

sekretnym miejscu, które tak bez reszty wypełnił. Kiedy z jej ust popłynęły ciche namiętne

jęki ekstazy. Gabriel pchnął po raz ostatni, jakby namierzał rozszczepić ją na pół i zadrżał,

zalewając jej wnętrze gorącym strumieniem spełnienia.

Osunął się ciężko w jej ramiona, kryjąc głowę w zagłębieniu szyi. Czuła, jak napięcie

powoli ustępuje. Wsunęła mu palce we włosy, gładząc je pieszczotliwie. Nie zostawił jej,

czego się tak obawiała. Zamiast tego uniósł się na łokciach i delikatnie, wolno pieścił

wargami jej usta. W tym pocałunku było tyle czułości, że nie mogła powstrzymać łez.

Żadne słowa nie przychodziły jej do głowy. Teraz już wiedziała, że przez całe życie

tęskniła za tą cudowną, zapierającą dech w piersiach bliskością, za poczuciem przynależności

do drugiego człowieka...

W tej chwili nie pragnęła niczego więcej.

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Obudziły ją promienie słoneczne wpadające przez okna do pokoju. Przez chwilę

patrzyła zaskoczona na surowy, obcy jej wystrój sypialni. Natychmiast jednak przypomniała

sobie, gdzie się znajduje i dlaczego. Zerknęła nieśmiało ku przeciwległej stronie łoża. Poczuła

ukłucie zawodu, że jest sama.

W tej właśnie chwili drzwi łączące obie sypialnie uchyliły się lekko i do pokoju

zajrzała Gloria. Jaśnie pani?

Cassie natychmiast skryła swą nagość pod przykryciem.

- Dzień dobry, Glorio.

- Dzień dobry? - Pokojówka zachichotała. - Jest już prawie południe.

Południe? - Tylko fakt, że jest nagą powstrzymał ją przed zerwaniem się z łóżka. -

Wielkie nieba! Czemu mnie nie obudziłaś?

- Jego lordowska mość przykazał, by pozwolić jaśnie pani spać tak długo, jak będzie

chciała - wyjaśniła Gloria z promiennym uśmiechem. Bardzo ucieszyło ją puste łoże pani.

Milady była taka miła i łagodnego serca, a pan hrabia tak niebywale przystojny, choć może

trochę za surowy... podobnie jak jego ojciec. Jeśli ktokolwiek zasługiwał na szczęście, to na

pewno tych dwoje. Och, będzie musiała o wszystkim opowiedzieć pani McGee.

Cassie spłonęła rumieńcem, kiedy Gloria podała jej szlafrok.

- Czy mój mąż jest na dole?

- Tak, proszę jaśnie pani. Był dziś rano na porannej przejażdżce, ale chyba już wrócił.

Cassie pospiesznie umyła się i ubrała, z niecierpliwością oczekując ponownego z nim

spotkania. Po intymnych chwilach, które przeżyli tej nocy. miała nadzieję, że lodowata

nieprzystępność Gabriela będzie należała do przeszłości.

Serce tłukło jej się w piersiach niespokojnie, kiedy schodziła po schodach. Czuła

lekkie zdenerwowanie, choć przecież nie miała do tego powodu. Stawiając nogę na ostatnim

stopniu, doznała lekkiego zawrotu głowy. Zatrzymała się, oparła dłonią o ścianę i odetchnęła

głęboko. Już kilka razy zdarzyło jej się coś takiego. Na szczęście minęło równie szybko, jak

się pojawiło. Właśnie miała iść dalej, kiedy posłyszała podniesione głosy.

Gabriel i książę.

Nie miała zamiaru podsłuchiwać, lecz było to silniejsze od niej.

- Nie mogę - zabrzmiał głos Gabriela. - Mam dziś po południu spotkanie w Londynie.

- Ale już zapowiedziałem pastorowi, że przyjdziesz do niego dziś po południu

porozmawiać o naszej corocznej dotacji na cele dobroczynne - powiedział Edmund

background image

wzburzonym głosem.

- Proponuję, byś przełożył to na inny dzień.

- Nie mogę. Obiecałem już, że przyjdziesz.

- Więc sam to załatw.

- Do diabła, Gabrielu! Przypominam ci, że pewnego dnia ty będziesz za to

odpowiedzialny. Nie będzie mnie pod ręką, by cię zastąpić, kiedy uznasz, że jest to niezgodne

z twoimi planami. Pewnego dnia zostaniesz księciem Farleigh. Nic możesz lekceważyć

ciążących na tobie obowiązków.

Cassie wstrzymała oddech. Wszystko wskazywało na to, że szykowała się wielka

awantura.

- Przez ostatnie tygodnie byłem cały czas do twojej dyspozycji, chociaż mnie o to nie

prosiłeś. Przyznam, że jestem zaskoczony twoją decyzją wciągnięcia mnie w sprawy majątku.

Zapewne czekałeś tylko, kiedy powinie mi się noga. Możesz Sobie poddawać mnie próbie,

ale stanowczo protestuję przeciw podejmowaniu za mnie jakichkolwiek decyzji. Na

przyszłość skonsultuj się ze mną.

Rozległy się kroki i skrzypienie otwieranych drzwi.

- Stuart nie odszedłby w ten sposób. Nigdy też nie zlekceważyłby swoich

obowiązków. Skoro dane mi było stracić jednego z moich synów, czemu nie mogłeś to być

ty? - książę wybuchnął wściekle. - Boże, chciałbym, abyś się nigdy nie narodził!

Cassie zachwiała się jak uderzona. Słodki Panie, chyba się przesłyszała. Przecież on

nic mógł powiedzieć, że...

- Myślisz, że tego nie wiem, ojcze? - Głos Gabriela brzmiał zaskakująco spokojnie. -

Zawsze wiedziałem, że jestem ci zawadą... Nigdy mnie nie chciałeś.

Drzwi zamknęły się cicho. Cassie przycisnęła dłoń do ust. Serce pękało jej z bólu.

Bezwiednie osunęła się na schody, czując w nogach dziwną słabość.

Kilka sekund później weszła do gabinetu dumnie wyprostowana, spokojna i pewna

siebie.

Edmund siedział przy błyszczącym mahoniowym sekretarzyku. Uniósł głowę na jej

widok.

Jeśli pozwolisz, to chciałbym zostać teraz sam - oświadczył krótko.

Nie pozwolę - odpowiedziała, zamykając za sobą podwójne drzwi i podchodząc bliżej.

Książę zmrużył oczy.

Prosiłbym, aby te drzwi pozostały otwarte.

Cassie spojrzała na niego z kamiennym spokojem. Po raz pierwszy nie czuła się

background image

gorsza od niego. Lord czy książę, jest takim samym człowiekiem jak ona, w dodatku godnym

najwyższej pogardy.

- Lepiej, żeby pozostały zamknięte, wasza miłość. Chyba że chcecie, aby służba

usłyszała, co mam do powiedzenia. Już i tak dość usłyszeli. Ja także.

Podniósł się z wyniosłą miną.

Tego już za wiele, Cassandro. Nie będę tolerował takiego zuchwalstwa.

- Nie zastraszycie mnie i nie zmusicie do milczenia. Powiem, co mi leży na sercu, i to

zaraz. - Patrzyła tak samo zimno jak książę. - Na waszym miejscu, panie, nie wiedziałabym,

jak mam z tym żyć - ciągnęła. - Żeby życzyć śmierci swojemu synowi... żeby chcieć, by

nigdy się nie narodził... Powinniście paść na kolana, prosząc Boga o wybaczenie za to, że

byliście tak okrutni i bez serca.

Edmund zbladł. Dziewczyna musiała zapewne podsłuchać tę niefortunną wymianę

zdań z Gabrielem. Jednak duma kazała mu się bronić.

- Nie wiesz, co mówisz, Cassandro.

- Och, wiem o wiele więcej, niż przypuszczacie, panie. Gabriel opowiedział mi o

swoim dzieciństwie i o tym, jak zawsze stawialiście Stuarta nad niego, we wszystkich

sprawach, jak go faworyzowaliście.

Edmund machną! ręką.

Sama więc widzisz, że Gabriel zawsze był zazdrosny o Stuarta.

W jej oczach zapalił się płomień. Patrzyła na niego śmiało, choć cała się trzęsła od

skrywanych emocji.

- No i cóż z tego? Był przecież tylko chłopcem. Och, nie wątpię, że w to nie

uwierzycie, ale Gabriel kochał Stuarta. Sam mi to powiedział. Lecz wy wszystkie uczucia

oddaliście jego bratu. Czuł się samotny i opuszczony.

- Opuszczony? On nigdy nic był sam. Służący o niego dbali. I miał matkę...

- Matka była wszystkim, co miał - rzuciła oskarżycielskim tonem. - Gabriel was

szanował i wielbił. Lecz wy, panie, nie ofiarowaliście mu choć jednego spojrzenia,

cieplejszego słowa. Powiedział mi, jak kiedyś podarowaliście Stuartowi kucyka, a on nie

dostał nic. Nic! Jakimże jesteście człowiekiem, by coś takiego robić dziecku? By tak go

lekceważyć, by nie dbać o własnego syna? Mówiliście o obowiązku. Lecz czy spełniliście go

wobec obu synów?

Mylisz się. Gabrielowi niczego nic brakowało. Trzeba ci też wiedzieć, Cassandro, że

był bardzo kłopotliwym, samowolnym i upartym chłopcem. Kiedy dorósł, stał się jeszcze

bardziej uparty. Ze Stuartem zaś nigdy nie było kłopotów.

background image

- Nie ma się czemu dziwić. Dziecko czuje, kiedy jest nie chciane. Nikt tego nie wie

lepiej niż ja. Gabriela bolało, że własny ojciec go unika, i ten ból zamienił się w gniew, w

bunt. Czy musicie go stale porównywać ze Stuartem? Wczoraj wieczorem powiedzieliście,

panie, że Gabriel w niczym nie jest podobny do Stuarta. I mieliście rację. Gabriel nigdy nie

zastąpi wam Stuarta i nieuczciwe jest oczekiwać tego po nim. I dawno przestał być

dzieckiem, nic możecie więc tak go traktować.

Edmund patrzył na nią bez słowa. W piersi czuł niepokojący ucisk. Nie był przecież

egoistą. Ponad wszystko przedkładał dobro Farleigh. Było to jego dziedzictwo, które

pewnego dnia przejmie Gabriel. Tymczasem Cassandra uczyniła z niego potwora.

- Jesteście ślepi, panie - powiedziała drżącym z gniewu głosem. - Widzicie tylko

siebie. Uważacie się za lepszego ode mnie, tymczasem nikogo wokół siebie nie dostrzegacie.

Gabriel powiedział mi, że nigdy nic kochaliście ani jego, ani jego matki. Nie chciałam w to

wierzyć, sadziłam, że się myli, że nie rozumie was. Teraz jednak wątpię, czy w ogóle

potraficie kochać. - Na chwilę przerwała. - Moja matka chciała, bym umarła - ciągnęła. - I

usiłowała się mnie pozbyć. Ojca nie znałam, ale zawsze marzyłam, że kiedyś po mnie

przyjedzie, zabierze mnie i będziemy szczęśliwi. Może jednak miałam więcej szczęścia niż

Gabriel. Może lepiej wyrastać bez ojca, niż mieć takiego jak wy.

Gorące łzy spłynęły jej po policzkach. Otarła je niecierpliwie.

- Możecie mnie ukarać. Wychłostać, wygnać z domu, ale nigdy nie zmusicie mnie do

odwołania tego, co powiedziałam. Nigdy!

Odwróciła się i wyszła z gabinetu.

Edmund wolno opadł na krzesło. Cała krew odpłynęła mu z twarzy. Czy ta

dziewczyna naprawdę sądzi, że mógłby ją ukarać? Nie, pomyślał. Nie ukarze jej, bo ona

niczego nie zrobiła.

Powiedziała jedynie prawdę.

Skoro dane mi było stracić jednego z moich synów, czemu nie mogłeś to być ty? Boże,

chciałbym, abyś się nigdy nie narodził!

Ta nierozważnie wypowiedziana uwaga niczym stalowe ostrze wbiła mu się w serce.

Dobry Boże, pomyślał, ona ma rację, uważając go za potwora. Jak mógł powiedzieć

Gabrielowi coś takiego?

Popełnił straszliwy błąd. Błąd. którego zapewne już nigdy nie zdoła naprawić. Po raz

pierwszy w życiu Edmund Sinclair, książę Farleigh, ujrzał siebie takim, jakim widziała go

Cassandra. Zimnym, twardym, aroganckim i okrutnym.

Po raz pierwszy ujrzał siebie takim, jakim naprawdę był.

background image

Zgarbił się. Cała duma nagle go opuściła. Rozpacz ciężkim brzemieniem legła mu na

duszy. Dopiero teraz zaczął pojmować uczucia Gabriela. Cokolwiek syn do niego czuł,

zmieniło się teraz w nienawiść. Swoim lekceważeniem zabił w nim wszelką miłość i

szacunek do siebie. Niestety, zbyt późno to zrozumiał.

Sądził, że ma jeszcze jednego syna. Tymczasem wyglądało na to, że stracił obu.

Cassie była zbyt rozdrażniona i zdenerwowana, by pozostać w Farleigh. Czując

potrzebę samotności i uporządkowania myśli, przebrała się w strój do konnej jazdy i poszła

do stajni. Wkrótce kłusowała już po podjeździe prowadzącym do dworu Warrenton. Sam dom

był wielki i okazały, jednak otaczające go ziemie nie były utrzymane w takim wzorowym

porządku jak w Farleigh.

Otrzepała suknię z kurzu i pociągnęła za dzwonek. Kiedy ochmistrzyni otworzyła jej

drzwi. Cassie nagle przyszło do głowy, że nie powinna przyjeżdżać bez zaproszenia. Lecz

Evelyn powitała ją jak zwykle ciepło i przyjaźnie. Cassie odetchnęła z ulgą, kiedy

przyjaciółka oznajmiła, że jej ojca nie ma w domu. Książę Warrenton zachowywał się zawsze

grzecznie i uprzejmie, lecz wciąż pozostawał dumny i wyniosły.

Spędziły z Evelyn popołudnie rozmawiając i pijąc herbatę. Kiedy jednak Cassie

wspomniała żartem o ewentualnych adoratorach, których przyjaciółka zostawiła w Londynie,

piękna twarz Evelyn posmutniała.

Czy coś się stało? - zapytała Cassie z niepokojem. Evelyn wygładziła fałdy sukni i

spojrzała w jej zatroskane oczy.

- To przez to, że... Och, gdyby tylko ojciec nie starał się tak bardzo wydać mnie za

mąż. - Pokręciła głową i dodała: - Czasami wydaje mi się, że tylko o tym potrafi myśleć. Już

zaczął robić plany wielkiego balu, jaki wyda w przyszłym sezonie. Przecież to dopiero za pół

roku!

Cassie przyglądała jej się przez chwilę.

- Czy ktoś złożył mu jakieś deklaracje? Evelyn skinęła głową.

- Tak, wicehrabia Ashton.

- I został odrzucony, tak? Evelyn zadrżała mimowolnie.

- Tak. Ashton to rozpustnik i łowca posagów. - Westchnęła.

- Chyba powinnam się cieszyć, że ojciec nic chce wydać mnie za byle kogo.

Postanowił, że nie poślubię nikogo poniżej hrabiego.

Umilkła i zapatrzyła się w filiżankę z wystygłą już herbatą. Cassie mogłaby przysiąc,

że dostrzegła w jej oczach pełen tęsknoty smutek, lecz znikł, zanim się zdążyła upewnić.

Zaraz leż Evelyn uniosła głowę i uśmiechnęła się.

background image

Dość już o mnie. Pomówmy raczej o tobie.

Cassie natychmiast stanęły przed oczami chwile spędzone z Gabrielem, co wywołało

rumieniec na jej twarzy. Evelyn roześmiała się i poklepała ją po ręku.

- Nie musisz nic mówić, kochana. Biorę to za dobry znak. Cassie poczuła ostre ukłucie

W sercu i uśmiechnęła się smutno.

- Po co łudzić się nadzieją, skoro jej nie ma - mruknęła.

- Nonsens - zaprotestowała Evelyn z takim przekonaniem, że Cassie spojrzała na nią

zaskoczona. - Jestem pewna, że Gabrielowi zależy na tobie. Być może jeszcze tego nie wie...

Mężczyźni potrafią być strasznie tępi. Ale obserwowałam go. Kiedy jesteś w pobliżu, nie

może oderwać od ciebie wzroku. Skoro jego oczy i umysł są tobą zajęte, wkrótce serce

podaży ich śladem.

Cassie nic na to nie powiedziała. Evelyn zawsze podchodziła do wszystkiego tak

optymistycznie, że nie miała sumienia jej rozczarować. Odstawiła filiżankę na stół i

powiedziała ostrożnie:

- Evelyn, jeśli pozwolisz, chciałabym zapytać cię o matkę Gabriela.

- Oczywiście. Obawiam się jednak, że słabo ją pamiętam. Umarła wiele lat temu.

- Wiem - powiedziała Cassie pospiesznie. - Ale właśnie o jej śmierć mi chodzi. To

takie przykre dla Gabriela, więc nic chcę go niepokoić. Pani McGee wspomniała kiedyś, że

jej śmierć była tragiczną pomyślałam więc, że może Gabriel przy tym był. Czy to choroba

spowodowała jej śmierć?

- Och nie, Rzeczywiście jej śmierć była tragiczna. To zdarzyło się nad jeziorem w

Farleigh, chyba wiesz o tym?

Nie - powiedziała Cassie słabym głosem. - Nie wiedziałam. Evelyn zmarszczyła brwi,

starając się sobie przypomnieć.

- Chyba była wtedy sama. Miała taką małą łódkę, którą często puszczała po wodzie.

Pewnego letniego dnia znaleziono ją dryfującą pośrodku jeziora. - Zawahała się. Ciało

hrabiny znaleziono kilka dni później.

Cassie z trudem przełknęła ślinę.

- Dobry Boże! - wyjąkała. - Chyba nic chcesz mi powiedzieć, że ona...

- Tak - powiedziała cicho Evelyn. - Utopiła się.

background image

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Cassie opuszczała Warrenton w niewesołym nastroju. Na myśl o tym, jak zginęła

Caroline Sinclair, nie mogła powstrzymać drżenia. Jednocześnie czuła w sercu lekkie ukłucie

zawodu. Dlaczego Gabriel nic powiedział jej. że jego matka się utopiła? Czemu tak niechętnie

mówił o sobie?

Głupia dziewczyno, szepnął jej wewnętrzny głos. Przecież on wie, że śmiertelnie boisz

się wody. Może chciał ci tego oszczędzić.

Lecz nie było sensu dłużej się nad tym rozwodzić. Bez względu na powody, jakie nim

kierowały, nie będzie poruszać tego tematu. Takie wspomnienia należy zostawić w spokoju.

Pochyliła się do przodu, by uniknąć zderzenia z nisko zwieszającą się gałęzią. Myśli o

Gabrielu w sposób nieunikniony przypomniały jej o księciu. Bała się wracać do Farleigh,

gdzie z pewnością będzie musiała stawić czoło wściekłości księcia. Choć w przeciwieństwie

do niej powściągał wtedy język, nie znaczyło to. że tak będzie zawsze.

Nagle ogarnęło ją dziwne uczucie niepokoju, od którego włosy stanęły jej na karku.

Miała wrażenie, że jest obserwowana. Dotarła właśnie do altanki. Pomimo niezwykłego

uroku tego miejsca, Cassie nie była tu od owego pamiętnego dnia. kiedy ktoś strzelał do niej i

do Gabriela.

Wstrzymała konia i krzyknęła ostro:

- Kto tam?!

Odpowiedziała jej cisza. Ziemia wokół zasypana była pomarańczowozłocistymi

liśćmi. Przez gęste gałęzie przeświecały słoneczne promienie. Mimo że dzień był jasny i

ciepły, lodowaty dreszcz strachu przebiegł jej po plecach.

Gwałtownie wbiła pięty w bok klaczy, omal przy tym nie spadając, bo Ariel ruszyła

ostro z miejsca. Uczepiona mocno końskiej grzywy, dotarta do Farleigh. Ręce jej się trzęsły,

kiedy zsiadła z konia i oddala wodze stajennemu. Wtedy spostrzegła, że nie ma czarnozłotego

powozu księcia. W hallu spotkała panią McGee.

- Czy jego miłość prędko wróci? - zwróciła się do niej z pytaniem.

- Wyjechał do swego domu w Bath, milady. Zamierza zostać tam co najmniej przez

miesiąc. - Pani McGee wzruszyła ramionami, po czym uśmiechnęła się. - Dość nagły ten

wyjazd. Ale z drugiej strony, książę co roku o tej porze wyjeżdża do Bath.

Cassie zagryzła wargę. Nie miała złudzeń. To ona i Gabriel byli powodem wyjazdu

księcia. Z jednej strony poczuła ulgę, bo nie będzie musiała stawić mu czoła, z drugiej jednak

było jej trochę wstyd.

background image

Kolacja upłynęła jej w samotności. Wielki stół w jadalni wydawał się teraz jeszcze

większy. Dotarłszy do swego pokoju poczuła się strasznie zmęczona. Odprawiła Glorię i

długo jeszcze spacerowała po pokoju, nasłuchując, czy Gabriel nie wrócił z Londynu. Było

już dobrze po północy, kiedy zmęczenie zmieniło się w rozpacz, a potem w rezygnację. W

końcu wsunęła się pod kołdrę.

Jednak zbyt wiele zdarzyło się tego dnia i myśli nic dawały jej spokoju. Nie zdając

sobie z tego sprawy, zapadła w niespokojny sen.

Była w lesie, lecz tym razem sama, bez klaczy. Biegła przed siebie ogarnięta

panicznym strachem. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi.

Wokół panowała atmosfera grozy, ciemna i gęsta niczym mgła. Przerażające cienie

wyciągały ku niej swe macki. Zdjęta przerażeniem, pędziła dalej jak szalona. Gałęzie

uderzały ją po twarzy i raniły policzki. Z wysiłku wszystkie mięśnie straszliwie ją bolały.

Nagle potknęła się i upadła.

Wtedy zobaczyła jezioro. Jego turkusowe wody emanowały odwiecznym spokojem.

Jej duch opuścił ciało i stała teraz na nabrzeżu z wyrazem przerażenia na twarzy. Chciała

krzyknąć ostrzegawczo, lecz nagle pojawiła się jakaś ręka i pchnęła ją...

Czuła, jak zalewa ją lodowata woda. Zaczęła rozpaczliwie chwytać powietrze i

machać rękami, by wydostać się z mrocznego podwodnego świata, lecz coś ją trzymało i

ciągnęło w dół. Chciała krzyknąć, ale woda zalała jej usta, wypełniła płuca. Jakie to dziwne,

pomyślała. Słyszy przecież wyraźnie swój własny przeraźliwy krzyk...

Cassie! Otwórz oczy. To tylko sen, obudź się, najsłodsza. Władczy głos rozproszył

mgłę snu. Otworzyła oczy. Żółty płomień świecy rozświetlał ciemność. Zobaczyła nad sobą

chmurną i groźną twarz Gabriela. Trzymał ją mocno za ramiona. Z cichym jękiem przywarła

do niego, zaciskając mu palce na koszuli. Odetchnęła głęboko, wchłaniając w nozdrza zapach

krochmalonego płótna. Otaczające ją ramiona Gabriela były takie silne, takie bezpieczne.

Nie wiedziałam, że już jesteś - szepnęła po chwili.

- Właśnie wróciłem. Śmiertelnie mnie przeraziłaś. Myślałem, że w twoim pokoju jest

jakiś szaleniec. - Gładził ją uspokajająco po plecach. - Co ci się śniło?

Zadrżała. Nie mogła mu przecież powiedzieć. Senny koszmar wydał jej się nagle głupi

i dziecinny.

- Nic takiego. - Uniosła głowę i spróbowała się uśmiechnąć. - Po południu byłam w

Warrenton. W drodze powrotnej wydało mi się, że ktoś mnie obserwuje.

- Byłaś sama? Poczuła, że słabnie uścisk jego ramion.

- Tak - wyszeptała z twarzą wtuloną w jego pierś. Zaklął pod nosem i odsunął się od

background image

niej.

- Do diabła, Cassie, nie życzę sobie, byś jeździła bez stajennego. Chyba wyraziłem się

jasno.

Dlaczego on jest taki zdenerwowany? - pomyślała.

- Evelyn jeździ sama.

- Evelyn nie przytrafiły się te tak zwane przypadki. Serce nagle przestało jej bić, jakby

przeczuwając coś złego.

Utkwiła w nim pełne niepokoju spojrzenie. Sądzisz, że nie były przypadkowe? Gabriel

przeklął siebie w duchu za nierozważne słowa, które mu się wymknęły. Zresztą, może to i

lepiej.

- Prawdopodobnie były. - Nie chciał jej przestraszyć, ale może teraz będzie

ostrożniejsza. - Wynająłem detektywa, by odnalazł tego człowieka, który cię napadł. Niestety,

ten drań wymknął nam się z rąk.

- Mówiłeś przecież, że to zwykły rozbójnik.

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Tak czy owak chciałbym, żeby go złapano.

- Zawahał się. - Cassie, nie chcę cię niepokoić, ale pragnąłbym, abyś się nad czymś

zastanowiła. Czy jest ktoś w Charleston, kto mógłby ci źle życzyć? Może ktoś związany z

twoją rodziną?

- Mówiłam ci już, że nie znam nikogo takiego - odpowiedziała niepewnie. - Mój

ojciec, kimkolwiek jest, nawet nie wie o moim istnieniu. - Przez jej twarz przemknął cień. -

Wątpię, czy moja matka o tym pamięta. - Pokręciła głową i dodała: - Obawiam się, że jedyną

osobą, która mogłaby mi źle życzyć, jest twój ojciec.

Gabriel spojrzał na nią z nagłą uwagą. Była wyraźnie zakłopotana.

- Dziś po południu twój ojciec wyjechał do Bath.

- Do Bath? Jeszcze dziś rano tego nic planował.

- Wiem. - Cassie unikała jego wzroku. - Obawiam się, że to moja wina.

- Twoja? - Roześmiał się z niedowierzaniem. Wątpię, Jankesko, czy ktokolwiek na

ziemi mógłby zmusić mojego ojca do postąpienia wbrew jego zamiarom.

Zawahała się, choć wiedziała, że nie ma wyboru i musi wyznać mu całą prawdę.

Słyszałam waszą rozmowę dziś rano - powiedziała cicho. - Słyszałam te wszystkie

straszne rzeczy, które ci powiedział Byłam wściekła na niego za to, że jest taki okrutny. Nie

mogłam się powstrzymać i porządnie go zwymyślałam.

- Rozumiem. - Twarz mu się skurczyła, a w oczach błysnął gniew. Wypuścił Cassie z

objęć. Poczuła się nagle samotna i opuszczona.

background image

Nie musisz mnie bronić, Jankesko. Zapewniam cię, że sam potrafię wygrywać bitwy.

Znów odgrodził się od niej maską wrogości. Jak mógł być taki ciepły i opiekuńczy, a

za chwilę chłodny i protekcjonalny? Poczuła się zraniona i znieważona.

- Nie bawmy się w piękne słówka, milordzie - powiedziała lodowatym tonem. - Czy

chcesz powiedzieć, że nie mam prawa wtrącać się w twoje życie?

- Widzę, Jankesko, że doskonale się rozumiemy. - Błysnął drapieżnym uśmiechem.

Zerwała się na równe nogi, zaciskając dłonie w pięści.

- O tak, doskonale. Rozumiem nawet to, czego ty nie chcesz zrozumieć. Jesteś taki

sam jak twój ojciec. Równie ślepy i uparty. Uważasz się za lepszego od niego. Gardzisz nim

za to, że lekceważył twoją matkę, że traktował ją tak, jak ty mnie teraz traktujesz. I z jakiej to

przyczyny? By go zranić, by go ukarać. Nie jesteś lepszy od niego.

Odwróciła się i podeszła do drzwi.

- Byłabym wdzięczna, gdybyś opuścił ten pokój. - Jej głos był równie ostry jak

spojrzenie.

Gabriel pociemniał na twarzy. Stał w miejscu jak przymurowany. Była zbyt

rozgniewana, by się tym przejąć.

Nie słyszałeś, co powiedziałam? Wyjdź! - Tupnęła nogą. Wyjdź stąd w tej chwili!

Drapieżny uśmiech wykrzywił mu wargi. Mierzył ją wzrokiem, stojąc na szeroko

rozstawionych nogach, z kciukami wciśniętymi za spodnie. Wyszywana błyszczącą nitką

kamizelka połyskiwała w świetle świecy. Wyglądał niezwykle męsko.

- Nic z tego, pani - rzucił przez zaciśnięte zęby. Dotknęła go do żywego, stawiając go

na równi z ojcem. Z trudem hamował kipiącą w nim wściekłość.

Powoli przesunął wzrokiem po jej ciele. Nikłe światło świecy objęło ją swym

blaskiem, czyniąc bezużytecznym cienki materiał koszuli. Dostrzegł wyraźny zarys miękkich

krągłych piersi, ciemnoróżowe brodawki i ciemny trójkąt włosów na wzgórku łonowym.

Poczuł, jak gniew ustępuje miejsca pożądaniu.

Zbyt późno zdała sobie sprawę, w jak niekorzystnej znalazła się sytuacji. Płomień w

jego oczach był aż nadto wymowny. Widząc, że się do niej zbliża, zacisnęła dłoń na gałce u

drzwi. Nie była jednak w stanie jej utrzymać, bo silnym pchnięciem zatrzasnął drzwi. Do

diabła! - zaklęła. - Nie pozwolę ci się tknąć!

Zaśmiał się chrapliwie.

Ależ owszem, moja słodka. Dziś wieczór poczujesz coś więcej niż tylko dotyk mojej

ręki.

- Nie! - zaprotestowała. - Nie możesz trzymać mnie na dystans i oczekiwać uległości,

background image

kiedy tylko przyjdzie ci na to ochota.

Postąpił krok w przód. Cassie zbladła i zaczęła się cofać.

Unieruchomił ją przy drzwiach, opierając ręce po obu stronach jej głowy. Ogarnęła ją

panika. Stał tak blisko, że przy każdym oddechu dotykał jej piersi. Oczy błyszczały mu

niczym żywe srebro.

- Mylisz się, Jankesko. Miedzy mną a moim ojcem istnieje ogromna różnica. Niegdyś

dziwiłem się, jak mogłem przyjść na świat, skoro ojciec nawet nie pragnął matki, jak

mężczyzna kobiety. Jeśli o mnie chodzi, to muszę wyznać, moja słodka, że wystarczy sama

twoja obecność, by rozpalić mnie do białości.

- Doprawdy? - Zadrżała, lecz rzuciła szyderczo: - Doskonale wiem dlaczego. Zbyt

długo byłeś uwięziony na wsi z dala od swojej kochanki. Wracaj więc do Londynu i do jej

stęsknionych ramion!

- Mojej kochanki?

- Tak. Do lady Sarah.

- Od tygodni jej nie widziałem, zresztą nie miałem takiej potrzeby. Po co mi ona,

skoro mogę znaleźć ukojenie w twoich ramionach?

- Nigdy więcej nie znajdziesz w nich ukojenia! - Usiłowała go od siebie odepchnąć,

lecz przysunął się bliżej, pozbawiając ją możliwości jakiegokolwiek manewru.

- Na nic się nie zda twój opór, Jankesko. Oboje o tym wiemy.

- Ach, więc teraz usiłujesz mnie oczarować?! - rzuciła gniewnie. - Uważasz, że nie

zdołam ci się oprzeć? Jeśli tak, to jesteś głupcem.

- Może i jestem - odparł niskim, pełnym napięcia głosem. - Ale to nie ja, lecz ty mnie

czarujesz, jak byłaś to łaskawa określić. To ty rzuciłaś na mnie urok, od chwili kiedy cię

zobaczyłem, to tobie nie mogę się oprzeć. To ty rozpalasz mnie do białości.

Pochylił się i dotknął wargami zagłębienia jej szyi. Przeszył ją gwałtowny dreszcz

rozkoszy.

- I nie o uległość mi chodzi. Pragnę, abyś drżała w moich ramionach ufna i chętna, tak

jak ubiegłej nocy.

Cóż za nikczemność z jego strony, by jej o tym przypominać! Całe jej opanowanie

prysło jak bańka mydlana. Poczuła, że zaczyna drżeć, lecz nie ze strachu czy gniewu. To jego

bliskość tak na nią działała.

Zanim zdołała zaprotestować, pochylił się i przywarł do jej ust gorącymi wargami.

Zsunął jej z ramion koszulę i zaczął pieścić wzgórki piersi. Cała krew spłynęła jej w dół

brzucha.

background image

Walcząc z zamętem w głowic, targana sprzecznymi uczuciami, bezwiednie zaciskała i

rozluźniała dłonie. Pod palcami wyczuwała szorstki materiał jego koszuli. Zapragnęła nagle

rozsunąć ją i poczuć na sobie dotyk jego pokrytej ciemnym włosem piersi. Kiedy spełnił to

życzenie, zdejmując surdut i ściągając koszulę przez głowę, myślała, że umrze z rozkoszy. Z

trudem powstrzymała się. by nie zarzucić mu rąk na szyję i poddać się jego woli.

Rozpaczliwie go pragnęła, lecz nie mogła znieść, że tak źle ją traktuje. Jakimś cudem udało

jej się uwolnić usta.

- Gabrielu, proszę - wyjąkała. - Robisz to tylko dlatego, że śmiałam ci się

przeciwstawić.

Uniósł głowę i spojrzał na nią rozpalonym wzrokiem.

- Nie - zaprotestował gwałtownie. - Zeszłej nocy powiedziałem ci, że te drzwi

pozostaną otwarte. I nie żartowałem. Robię to, bo oboje tego pragniemy.

Porwał ją na ręce, zaniósł do łoża, po czym zrzucił z siebie buty i spodnie i położył się

obok niej.

On ma rację, pomyślała. Przecież go pragnie. Już na samą myśl o tym, co ją czeka,

czuła, że robi się wilgotna.

Ich języki się złączyły, tak jak wkrótce miały się złączyć ich ciała. Przykrył dłońmi jej

piersi i drażnił palcami sutki, aż stały się nabrzmiałe i twarde. Po chwili zaczął pieścić je

wargami i językiem. Wolno przesunął się niżej. Zadrżała i gwałtownie wciągnęła powietrze.

Zareagowała zgodnie z jego oczekiwaniami.

Tak mało jeszcze wiedziała, tak wiele musiała się jeszcze nauczyć.

Wszystkie jego myśli opanowało nagle pragnienie, by sprawić jej przyjemność, by

posiąść ją. Nigdy żadnej kobiety nie pragnął tak jak jej, bez reszty, na wszystkie sposoby.

W taki również.

Zsuwał się coraz niżej, znacząc językiem gorący ślad na jedwabistym brzuchu.

Gabriel! - wydyszała. - Boże... co ty...

Naparł na nią ramionami, aż poczuł, że rozsuwa nogi. Usiłowała go odepchnąć, lecz

nie pozwolił jej na to. Jego gorący oddech i niecierpliwy język sprawiły, że zapłonęła niczym

pochodnia. Ten widok wzmógł w nim pożądanie. Była wilgotna i cudownie rozpalona. Tak

długo smakował wilgotne zakamarki, aż jęknęła i instynktownie uniosła biodra. Wówczas

dotknął językiem małego wrażliwego wzgórka. Wstrząsnął nią gwałtowny dreszcz rozkoszy.

Czując, że już dłużej nie wytrzyma rozsunął palcami wilgotne listki i z jękiem zanurzył się w

rozpalony tunel. Żadne z nich nie zamknęło oczu, kiedy zaczął się w niej poruszać, najpierw

wolno, potem ze wzrastającą gwałtownością. Był bliski spełnienia, lecz wstrzymywał się,

background image

pragnąc poznać głębię jej rozkoszy.

Zacisnęła kurczowo palce na jego ramieniu.

- Gabriel! O Boże...

Pochylił głowę i przywarł wargami do jej ust, wnikając w nią coraz głębiej, mocniej i

szybciej. Czy to on brał ją w posiadanie, czy ona jego? Sam już nic wiedział i nie dbał o to, bo

w tej właśnie chwili poczuł, że Cassie zaczyna drżeć konwulsyjnie i gwałtownie chwytać

powietrze. Jęknął i eksplodował w niej, osiągając spełnienie, które uniosło oboje na szczyty

rozkoszy.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

Jesień na dobre zadomowiła się na wsi. zmieniając wszystkie barwy na

rdzawozłociste. Dni stały się krótsze, noce chłodniejsze. Wraz z jesiennym chłodem pojawił

się również chłód w jej sercu.

Przez następne tygodnie nie mogła sobie znaleźć miejsca. Zasiane w niej ziarno

wątpliwości zakiełkowało. A jeśli Gabriel miał rację? Jeśli rzeczywiście ktoś nastawał na jej

życie? Nienawidziła myśli, która uparcie do niej powracała. Edmund nienawidzi!

Amerykanów. Czyżby postanowił się jej pozbyć? Nie wrócił jeszcze z Bath, za co Cassie była

mu wdzięczna. Mimo wszystko nie mogła jakoś uwierzyć, że to on krył się za wypadkami,

które jej się przytrafiły. Gabriel wydawał się przekonany o jego niewinności, lecz Cassie nie

znała nikogo innego, kto mógłby chcieć ją skrzywdzić.

Jednak nie tylko ta sprawa zajmowała jej myśli.

Oboje z Gabrielem nie mogli zaprzeczyć, że nieskończenie wiele przyjemności dają

im wspólnie spędzane noce. Kochając się z nią, brał wszystko, co mogła mu ofiarować, a

nawet więcej. Początkowo przerażała ją namiętność, którą w niej wzbudzał, a jeszcze bardziej

fakt, że wystarczył jeden jego pocałunek, najlżejsza pieszczota, a już gotowa była mu ulec.

Jednak nie potrafiła się przed tym bronić, a później nie chciała. Czasami kocha! ją z pasją i

gwałtownością, czasami zaś był niezwykle delikatny, opiekuńczy i czuły. Kiedy noce

upływały jej na odkrywaniu uroków płynących z ciała, dni wypełnione były udręką i

niepewnością.

Nie mogła zaprzeczyć, że oddawał jej całego siebie. Zaledwie wczoraj namiętnym,

upajającym szeptem wyzna! jej, jak wiele daje mu przyjemności i jak bardzo zachwycają go

jej wstydliwe pieszczoty. Jednak wraz z nadejściem dnia znikały ciepło i czułość, a ich

miejsce zajmowała chłodna uprzejmość.

Nie mogła znieść, że skrywał przed nią swe uczucia, otaczając się grubym pancerzem

chłodu. A tak pragnęła się do niego zbliżyć.

Tęskniła teraz za wszystkim, czym do tej pory gardziła, o czym nawet nigdy nie śniła.

Nigdy nie marzyła o bogactwach, choć Gabriel mógł być tu przeciwnego zdania.

Chciała jedynie mieć dom i zapewnioną bezpieczną przyszłość, wolną od nędzy i walki o

przetrwanie. Lecz nie mogła się dłużej okłamywać. W najdalszych zakamarkach jej duszy

leżała głęboko skryta tęsknota za szczęśliwym małżeństwem, za mężem, który będzie ją

miłował z całego serca, i za dziećmi, które przyjdą na świat z miłości i będą kochane przez

oboje rodziców. Nocami modliła się, by Gabriel ją pokochał, obawiała się jednak, że to nigdy

background image

nie nastąpi. Ta nadzieja z każdym dniem coraz bardziej bladła, za to inna sprawa nabierała

wyrazistości.

Nosiła w swym łonie jego dziecko i nie wiedziała, jak mu to powiedzieć.

Nie przypuszczała jednak, że ta sprawa już wymknęła jej się spod kontroli.

Pewnego dżdżystego popołudnia pod koniec listopada, kiedy Gabriel pracował w

swoim gabinecie, rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi. Zastygł z piórem w ręku. Proszę! -

zawołał.

W drzwiach stanęła Gloria.

- Czy mogłabym prosić jaśnie pana o chwilę rozmowy? - zapytała niepewnie.

Ależ oczywiście. Glorio. - Gestem zaprosił ją do środka, a w duchu zdziwił się.

dlaczego przychodzi do niego, a nie do Cassie.

Pokojówka splatała nerwowo ręce, wahając się. czy wyjawić, co jej leży na sercu, lecz

w końcu uznała, że skoro już przyszła, najlepiej będzie o wszystkim opowiedzieć.

- Wiem, że to nie moja sprawa - powiedziała - ale bardzo niepokoję się o milady.

Gabriel odłożył pióro na księgę rachunkową.

- W takim razie wyjaśnij mi dlaczego, tylko szczerze, Glorio.

- Zauważyłam, że przez ostatni miesiąc pani nie czuła się dobrze. Och, starała się nie

zwracać na to uwagi, lecz nieraz robiła się blada jak śnieg i musiałam jej podsuwać krzesło.

Wyglądała, jakby miała zemdleć.

Gabriel zmarszczył brwi. Cassie nie była jakimś tam chucherkiem, które miewa

wapory z byle powodu. Nie brakowało jej odwagi i dumy.

- Uważasz więc, że jest chora?

- Śmieszna rzecz, panie hrabio. Czasami jest zdrowa jak ryba, a czasami tak

zmęczona, że z trudem zwleka się z łóżka. Proszę wybaczyć moją śmiałość, jaśnie panie, ale

namawiałam panią, by obejrzał ją medyk. Stwierdziła, że to nic takiego i że to minie.

Gabriel wstał z krzesła.

- Doceniam twoją troskę. Glorio, Dobrze zrobiłaś, przychodząc z tym do mnie.

Dopilnuję, by twoja pani nie lekceważyła więcej swego zdrowia.

Pokojówka dygnęła i wyszła z gabinetu. Z jednej strony czuła wielką ulgę, z drugiej

dręczyło ją poczucie winy. Domyślała się. co dolega jej pani. i uważała, że powinien obejrzeć

ją medyk. Ale czy udało jej się przekonać o tym hrabiego? Niestety, nikt ze służby nie potrafił

powiedzieć, co jaśnie państwo myślą o sobie nawzajem. Naturalnie mieli swoje

przypuszczenia, jak również wątpliwości. Ale Gloria uśmiechnęła się z satysfakcją, kiedy

kilka sekund później zobaczyła hrabiego, wbiegającego po dwa stopnic na górę.

background image

Cassie siedziała w swoim pokoju przy oknie z tamborkiem na kolanach. Na widok

Gabriela uniosła głowę. Opalona na brąz twarz kontrastowała z bielą halsztuka. Był tak

przystojny, że aż zaparło jej dech w piersi. Uśmiechnęła się niepewnie.

Splótł ramiona na piersi i spojrzał na nią z uwagą.

- Gloria powiedziała mi, że ostatnio źle się czułaś - oznajmił bez wstępów.

Cassie zamrugała oczami. Nie tego się spodziewała. Pokręciła głową i odłożyła

robótkę na stół.

- Gloria niepotrzebnie się o mnie niepokoi rzuciła lekkim tonem.

Uniósł brew.

- Gloria twierdzi, że kilka razy byłaś bliska omdlenia.

- Ale nie zemdlałam. Widzisz więc, że nie ma się czym niepokoić.

Jestem innego zdania, Jankesko. Nie powinnaś lekceważyć tych symptomów. Nie

rozumiem też. czemu nic mi nie powiedziałaś.

Uśmiech zniknął z jej twarzy. Ciekawe, jakby zareagował, gdyby mu oświadczyła, że

nie widzi celu. by mu o tym mówić, pomyślała z goryczą. Przecież nic dla niego nie znaczy.

Mimo to serce zaczęło jej szybciej bić. Co powie, kiedy wyjawi mu prawdę? Jak

zareaguje? Już sama ta niepewność wystarczyła, by nic mu nie mówić. Zresztą wkrótce i tak

nie będzie mogła tego ukryć.

- Miałam kilka razy zawroty głowy - powiedziała ostrożnie. - Nic nie mówiłam, bo

minęły tak szybko, jak się pojawiły.

Tak czy owak powinnaś mi o tym powiedzieć. Wygląda bowiem na to, że ta

dolegliwość nie ustępuje, toteż nie należy jej lekceważyć. Wezwę medyka. Na pewno coś na

to zaradzi. Zerwała się z fotela.

- Nie! - zaprotestowała. - Niepotrzebnymi medyk. To przejdzie, jestem tego pewna.

Skąd możesz to wiedzieć, Jankesko? Po prostu wiem. Naprawdę nic mi nie jest.

Popatrzył na nią bacznie.

- Od samego zapewnienia nie poczujesz się lepiej. Może zechciałabyś wreszcie mi to

wyjaśnić. Twój upór wystawia na próbę moją cierpliwość.

Utkwiła wzrok w czubkach pantofelków. Najwyraźniej została przyparta do muru.

Powoli uniosła głowę.

- Nie jestem chora - powiedziała, czując suchość w gardle. - Ja... jestem przy nadziei.

W jego oczach błysnęło zaskoczenie i niedowierzanie. Przesunął po niej spojrzeniem,

jakby chciał się przekonać, czy mówi prawdę.

Jesteś pewna? - zapytał ledwo poruszając wargami. Skinęła twierdząco głową.

background image

- Od jak dawna? Zawahała się.

- Nie wiem na pewno - odparła ledwie dosłyszalnie. - Ale chyba od czterech miesięcy.

Milczenie, które zapadło, było aż nazbyt wymowne. Łzy stanęły jej w oczach. Zebrała

w sobie odwagę i zapytała: Nie jesteś zadowolony, prawda?

W dwóch susach znalazł się przy niej.

- A sądziłaś, że będę? - Złapał ją za brodę i przyglądał się łzom, które zaczęły płynąć

strumieniem. - Twoje łzy mówią same za siebie, Jankesko. Jesteś równie niezadowolona ja.

Ból w piersi stał się nie do zniesienia. I on twierdzi, że dobrze ją zna. Wcale jej nie

zna. Gorzkie łzy paliły ją w gardle. Wyciągnęła rękę błagalnym gestem.

- Gabrielu... Ze wszystkich sił starała się opanować szloch. - Proszę, nie gniewaj się.

- Ona mi mówi „nie gniewaj się”! - Zacisnął dłonie w pięści. W jego oczach płonęły

piekielne ognie. - Czy wiesz, co to oznacza? Wpadłem prosto w łapy ojca. Możesz być

pewna, że on będzie zachwycony Dostanie wnuka, którego tak pragnął.

Odwrócił się i ruszył do swego pokoju. Cassie stanęła w drzwiach i patrzyła, jak rzuca

sakwojaż na łóżko i zaczyna wpychać do niego ubrania.

Nie odezwał się do niej, nie raczył nawet na nią spojrzeć. Wiedziała jednak, że aż kipi

z wściekłości. Powietrze wokół niego ciężkie było od gniewu. Dopiero kiedy ruszył w stronę

drzwi, odważyła się przerwać tę pełną napięcia ciszę.

Gabrielu... ty wyjeżdżasz? Zimny wzrok smagnął ją niczym bat.

- Tak, do Londynu. Przynajmniej tam twój widok nic będzie mi przypominał o

własnej głupocie.

Nie mogła się powstrzymać i zapytała z rozpaczą w głosie:

- Jedziesz do swojej kochanki?

- Przednia myśl, Jankesko. - Zmierzył ją spojrzeniem od stóp do głów. - Skoro

musiałem wziąć sobie na kark żonę, dlaczego musiałaś to być ty? - rzucił przez zaciśnięte

zęby. - Dlaczego nie mogłaś być bezpłodna? - Z tymi słowy obrócił się na pięcie i wyszedł,

trzaskając drzwiami z taką siłą. że aż ściany zadrżały.

Rozpaczliwy szloch wstrząsnął jej ciałem. Bardziej nie mógł jej zranić... Czuła się tak,

jakby ktoś wyrwał jej duszę z piersi. Takiej reakcji właśnie się obawiała.

Osunęła się bezsilnie na podłogę.

Och, jakaż była naiwna, łudząc się. że Gabriel coś do niej czuje. Nie znalazł dla niej w

sercu choćby odrobiny czułości, odrobiny ciepła. Nic mogła jednak dłużej bronić się przed

prawdą.

Kochała go. Wbrew temu, co przed chwilą usłyszała, pomimo obojętności z jego

background image

strony. Kochała i nigdy nie przestanie kochać.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

Noc miała się ku końcowi, lecz ozdobiona złoceniami, wytworna sala balowa u lorda

Chestertielda dopiero zaczęła się wyludniać. Wśród gości, którzy tak długo wytrwali, był

również Gabriel. Pił, rozmawiał, śmiał się.

Wirując po parkiecie z lady Sarah w ramionach, wpatrywał się w jej rozjaśnioną

wesołością twarz i słuchał jej paplaniny, lecz myślami był daleko stąd. Nie lady Sarah

zaprzątała jego umysł, lecz ktoś z włosami jak złocisty wschód słońca o przejrzystych i

jasnych jak topazy oczach i miękkich, słodkich niczym dojrzały soczysty owoc ustach.

W tej samej chwili poczuł wzbierającą w nim burzę emocji. Zawstydzenie mieszało

się z bólem, urazą i... żalem.

Zajęty myślami nawet nie zauważył, że taniec się skończył. Lady Sarah dotknęła jego

ramienia.

- Zmęczył mnie ten cały zgiełk, milordzie. Może byśmy przenieśli się do bardziej

zacisznego otoczenia?

Namiętne zaproszenie błysnęło jej w oczach, a wargi ułożyły się w kuszący uśmiech.

Gabriel jednak był nieczuły na uroki swej partnerki.

Obawiam się, pani, że pora na to zbyt późna - rzucił półgłosem, patrząc jej wymownie

w oczy. - Dlatego z przykrością muszę odmówić. - Po jej szybkim oddechu poznał, że

Zrozumiała ukrytą w odpowiedzi aluzję. Przez ostatnie miesiące jakoś nie tęsknił do dawnej

kochanki. Skłonił się i ucałował koniuszki jej palców. - Zdaje się, że lord Waverly czeka z

niecierpliwością na kolejny taniec. - Pożegnał się ze swą towarzyszką i wyszedł z sali.

Kiedy schodził po szerokich kamiennych schodach, palący niepokój znów przybrał na

sile. Po namyśle zrezygnował z dorożki i postanowił wrócić do domu pieszo.

Lekka mgła unosiła się w powietrzu. Ulice Londynu były wilgotne i opustoszałe.

Szerokie poły płaszcza plątały mu się wokół nóg, a kroki odbijały się echem od brukowanej

nawierzchni.

Skoro musiałem wziąć sobie na kark żonę, dlaczego musiałaś to być ty?

Chryste! Czy naprawdę to powiedział? Cóż za diabeł go opętał?

Dlaczego nie mogłaś być bezpłodna?

Każde słowo wbijało mu się w mózg niczym ostrze dzidy, raniąc boleśnie i nie dając

mu spokoju. Jak mógł być tak okrutny? - krzyknęło mu coś w duszy. Nawet gorzej, bo

okrutny z premedytacją.

Nie mógł pojąć, co go do tego przywiodło. Czuł się tak, jakby nagle ktoś schwycił go

background image

za gardło, na co zareagował wściekłą furią. Poczuł się oszukany, schwytany w pułapkę i

zdradzony przez tę piękność, którą nazywał swoją żoną...

Stanął i przycisnął palce do czoła, jakby pragnąc w ten sposób wygnać złe moce, które

wzięły go w swoje posiadanie.

Nagle posłyszał jakiś szmer. Podniósł głowę i zobaczył kobietę opierającą się o róg

odrapanej kamienicy. Wyglądała biednie i sądząc po rozmiarach brzucha, czekało ją wkrótce

rozwiązanie. Była dużo młodsza od niego, lecz w oczach czaił się smutek całego świata. Mgła

zaczynała gęstnieć, tymczasem ona nie miała peleryny, by ochronić się przed chłodem. Jej

suknia pozostawiała wiele do życzenia.

Nie mógł oderwać wzroku od ciężkiego, spuchniętego brzucha. Cassie też w

niedługim czasie urodzi dziecko, pomyślał. Jego dziecko.

Nagle zabrakło mu tchu w piersiach. Oddech palił go płomieniem. Uświadomienie

sobie tego omal nie rzuciło go na kolana.

Dlaczego nie mogłaś być bezpłodna... bezpłodna...

Wstręt do samego siebie niczym kwas zżerał mu żołądek. Potraktował ją tak, jakby

uczyniła coś złego, jakby to ona była wszystkiemu winna. Jeśli ktoś tu był winny, to właśnie

on.

Zacisnął wargi. Nie próbował zapanować nad pożądaniem. Kochał się z nią każdej

nocy. Egoistycznie, nie bacząc na konsekwencje - nawet nie biorąc ich pod uwagę.

Jednocześnie nienawidził siebie za to, że dał się ponieść pragnieniu. Za każdym

bowiem razem czuł, jakby tracił jakąś cząstkę siebie.

Sięgnął ręką pod płaszcz. Kobieta rzuciła mu niespokojne spojrzenie i cofnęła się o

krok, jakby nie ufała jego zamiarom. Kiedy jednak wyciągnął sakiewkę wypełnioną

monetami, jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia.

- Masz - powiedział wyciągając ją ku niej. - Weź ją. Rozchyliła szeroko spękane usta i

patrzyła na niego w nie mym zdumieniu.

Ale, panie... toż to cała fortuna.

Blady uśmiech przemknął mu przez twarz. Przypomniała mu się Cassie owej

pierwszej nocy w oberży Czarnego Jacka. Ona również podobnie zareagowała na widok stosu

monet leżącego na komodzie.

Pokręcił głową.

- Zaledwie jej mała cząstka - sprostował. - Lecz jeśli mądrze nią rozporządzisz, starczy

ci na wiele miesięcy, tobie i twojemu dziecku. - Wcisnął jej sakiewkę do ręki.

Dziewczyna patrzyła na niego jednocześnie przerażona i do głębi poruszona.

background image

- Niech cię Bóg błogosławi, panie. - Przycisnęła sakiewkę do piersi i uniosła głowę.

Łzy błysnęły jej w oczach. - Święty z ciebie człowiek. Nigdy cię nie zapomnę, nigdy.

Patrzył, jak znika za rogiem, po czym ruszył dalej. Znalazłszy się w domu, nie poszedł

do swego pokoju, lecz do stangreta. Thomas przetarł zaspane oczy.

Co się stało, jaśnie panie? Czy coś nie w porządku? Gabriel pokręcił przecząco głową.

- Postanowiłem wrócić do Farleigh.

Młody człowiek zamrugał powiekami. Przez wąskie okienko przy łóżku dostrzegł

bladoróżowe smugi zwiastujące świt. Teraz, jaśnie panie?

Gabriel skinął głową. Wtedy Thomas bez dalszej dyskusji sięgnął po ubranie.

Wkrótce potem Gabriel zamykał drzwi powozu. Thomas pewnie myśli, żem

zwariował, wracając tak szybko do Farleigh. Szyderczy uśmiech wykrzywił mu wargi. Może i

rzeczywiście zwariował...

Późnym rankiem powóz minął bramę Farleigh Hall. Już w hallu Gabriel zorientował

się, że coś jest nie w porządku.

Przy końcu galerii tłoczyła się grupka służących, Gabriel najpierw zwrócił uwagę na

Glorię. Miała czerwone i spuchnięte oczy, jakby płakała przez wiele godzin. Pani McGee

klepała ją uspokajająco po ramieniu, choć oczy miała równie czerwone. Żadne z nich nie

zauważyło jego wejścia.

Co tu się dzieje, u diabła?

Zapanowała grobowa cisza. Davis jako pierwszy postąpił krok naprzód. Na jego

twarzy malowała się rozpacz, jakiej Gabriel nigdy dotąd u niego me widział.

- Milordzie, mamy straszne wieści do przekazania.

- Mów otwarcie, Davis - rzucił Gabriel ostro. - Po prostu powiedz, o co chodzi.

- Dobrze, milordzie. Jaśnie pani zniknęła. Wygląda na to, że nawet nie spała w swoim

łóżku. Początkowo sądziliśmy, że pojechała za jaśnie panem do Londynu. Nikogo jednak nie

poprosiła o zawiezienie, a jej koń stoi w stajni. Dlatego pomyśleliśmy, że trzeba rozpocząć

poszukiwania. - Zawahał się. - Milordzie, nigdzie jej nie ma - oświadczył z rozpaczą w głosie.

- Co takiego? To niemożliwe!

Na twarzy Davisa malowała się powaga.

- Przeszukaliśmy cały dom od strychu aż po piwnice, a także przeczesaliśmy

najbliższą okolicę. Ani śladu jaśnie pani. Wiemy tylko, że zniknęło kilka jej sukien. Gloria

mówi, że brakuje też małej torby.

Gabriel miał wrażenie, że krew zastyga mu w żyłach. Zrobił się szary na twarzy.

- Milordzie, może jaśnie pani w jakiś inny sposób dotarła do Londynu.

background image

- Nie dotarła odpowiedział dziwnie napiętym głosem. Poczuł, że żołądek podchodzi

mu do gardła i tamuje oddech.

- Milordzie...

Nie zważając na ich przerażone spojrzenia, popędził jak strzała na górę. Drzwi do

pokoju Cassie rozwarły się z trzaskiem. Patrzącemu na to z boku mogło się wydawać, że

Gabriel postradał zmysły. Nikt jednak na niego nie patrzył, nikt też nie zdawał sobie sprawy,

jak bardzo poczuł się nagle samotny.

Samotny jak nigdy dotąd.

Na podłodze przy szafie leżała cienka koronkowa chusteczka. Podniósł ją i utkwił

wzrok w delikatnym kawałku materiału.

W piersi wzbierał mu płacz. Stanęła mu przed oczami laka. jaką widział po raz ostatni:

przerażona, wstrząśnięta, z poszarzałą twarzą. W jej oczach malowały się rozpacz i błaganie.

Cassie! - zawołał, kurczowo zaciskając w palcach chusteczkę. - Cassie!

Trzy dni później wrócił do domu książę. Davis otworzył przed nim szeroko drzwi i

skłonił się nisko.

To dobrze, że wasza miłość wrócił już do domu. Ja również się cieszę. Davis. - Oddał

majordomusowi kapelusz i laskę. - Czy Gabriel jest w domu?

Kamerdyner zawahał się przez moment. Ku zaskoczeniu Edmunda wydawał się

zmieszany.

Jest na górze w swoim pokoju, wasza miłość.

Książę zmarszczył brwi, bo Davis rzadko okazywał coś poza chłodnym opanowaniem.

- Czy coś się stało, Davis?

Nie wszystko jest tak, jak być powinno, wasza miłość. Myślę jednak, że wasza miłość

wolałby to usłyszeć z ust jego lordowskiej mości.

Edmund ruszył ku schodom.

- Wasza miłość! - zawołał za nim główny kamerdyner. - Jego lordowska mość nic jest

sobą.

Oczywiście mówiąc delikatnie.

Zasłony w pokoju Gabriela były zaciągnięte. Przesączał się przez nie jedynie wąski

promień światła. Wzrok księcia dopiero po kilku minutach przyzwyczaił się do mroku.

Widział już swego syna rozgniewanego, walczącego jak szaleniec, gotowego rzucić

się na każdego. Nigdy jednak nie widział go w takim stanie.

Gabriel siedział rozwalony w fotelu przy oknie, bez surduta, w powyciąganej koszuli,

wymiętej i brudnej. Wyglądała tak, jakby nie zdejmował jej od wielu dni. Policzki i brodę

background image

pokrywał zarost. W pokoju unosiła się silna woń brandy.

Mój Boże, Gabrielu, jesteś pijany!

Gabriel wolno uniósł głowę. Zamglone i przekrwione oczy usiłowały coś zobaczyć.

Zamroczony alkoholem umysł był W stanie zarejestrować tylko jedno: że oto ojciec jest

świadkiem jego załamania. Skrzywił się pogardliwie.

Jestem, ojcze, i takim pozostanę.

Edmund zmrużył oczy.

Co to ma znaczyć? I gdzie jest Cassandra? W Londynie? Jej imię wywołało palący ból

w sercu. Pokręcił przecząco głową.

Wobec tego gdzie? - nie dawał za wygraną Edmund. Gabriel zacisnął zęby i jednym

ruchem zmiótł ze stołu stojące na nim puste butelki i kieliszki.

- Chryste! - wykrzyknął z furią. - Czy muszę ci to mówić? Opuściła mnie!

Edmund drgnął, jakby potężna pięść trafiła go w brzuch.

Dobry Boże! - wyszeptał. Gabriel spojrzał na niego błyszczącymi oczyma.

- Nie ma potrzeby udawać warknął. - Przecież tego właśnie chciałeś.

Już nie, pomyślał Edmund w oszołomieniu. Już nie.

Jakiż on był uparty... Zbyt dumny, by przyznać, że serce mu zmiękło. Nie wiedział,

kiedy to się stało, ale tak czy inaczej stało się. Kraj jej urodzenia przestał nagle mieć

jakiekolwiek znaczenie. Podobnie jej dawna pozycja. Jakimś sposobem ta dziewczyna

znalazła drogę do jego serca. Wystarczyła wąska szpareczka i udało jej się wsunąć do środka.

Poczuł palący wstyd. Zasługiwał na taką pogardę ze strony syna. Zasługiwał na jego

potępienie i na coś więcej...

Gniew Gabriela zgasł tak szybko, jak się pojawił.

- Jest przy nadziei - wyjaśnił schrypniętym głosem. - Od tego wszystko się zaczęło.

Edmund wciągnął ostro powietrze.

- Zastanów się, Gabrielu. Dokąd mogła pójść?

- Nie wiem. Po prostu nie wiem. Lady Evelyn też o niczym nie wie. Ani Christopher. -

Pochylił się i ukrył twarz w dłoniach. Jego głos brzmiał tak cicho, że Edmund musiał dobrze

wytężać słuch. - Zabrała ze sobą tylko kilka rzeczy. Nie mogę przestać myśleć o tym, że stoi

gdzieś zmarznięta, głodna, bez pieniędzy, bez dachu nad głową.

- Znajdziemy ją, Gabrielu. Nie wolno ci w to wątpić.

- Nie znajdziemy - rzucił Gabriel chrapliwie. - Nie rozumiesz, że zasłużyłem sobie na

to? Nie chciała mnie poślubić. - Zacisnął wargi. - Uważała, że nie jest godna wyjść za lorda.

Lecz z wszystkich nas zakpiła.

background image

Wolno uniósł głowę.

Płakała, kiedy wyjeżdżałem. Nie zważałem na to. Postąpiłem jak bezlitosny drań. -

Umilkł na chwilę. - Wciąż słyszę jej płacz - wyszeptał.

Edmunda przebiegł dreszcz, bo Gabriel nie patrzył na niego, lecz przez niego. Na jego

twarzy malował się wyraz bezgranicznej rozpaczy.

- Kiedy mi powiedziała, że oczekuje dziecka, wpadłem we wściekłość. Myślałem

tylko o tym, co mi powiedziałeś: że chciałbyś mieć wnuka.

Edmund znieruchomiał. Powoli zaczynał rozumieć, co się naprawdę wydarzyło.

- Powiedziałem jej straszne rzeczy. Rzeczy, których tak naprawdę nie chciałem

powiedzieć. Rzeczy, których nigdy nie powinienem mówić.

Edmund westchnął. Wiedziony instynktem podszedł do Gabriela i położył mu rękę na

ramieniu.

- Tak jak my wszyscy, chłopcze - rzucił półgłosem. - Tak jak my wszyscy.

Gabriel nic na to nie odpowiedział. Twarz Edmunda wydłużyła się, kiedy patrzył na

ciemną głowę syna.

- Jestem ostatnią osobą, która powinna dawać ci dobre rady, Gabrielu. Lecz jedyne, co

możesz zrobić, to mieć nadzieję, że ona ci w końcu wybaczy. Przedtem jednak musisz ją

odnaleźć.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

Tego wieczoru pod koniec marca „Zajęcza Nora” pękała w szwach od gości. Kiedy

statek rybacki zawijał do portu, trudno było znaleźć wolne miejsce. Powietrze wypełniały

ordynarne męskie okrzyki i rubaszny śmiech, które docierały do Cassie pracującej w kuchni.

Krzyż bolał ją teraz prawie bez przerwy. Cienkie buty miała rozsznurowane, by mogły

się w nich zmieścić opuchnięte stopy. Marzyła jedynie o tym. by wymknąć się do

pomieszczenia na poddaszu, gdzie sypiała, ale nie chciała prosić o pozwolenie Avery'ego,

właściciela gospody. Trzymał on swój personel żelazną ręką i w razie konieczności nie wahał

się używać pieści.

Opuszczając Farleigh, myślała jedynie o tym, by uciec jak najdalej. W końcu

zdecydowała się na Londyn, mając nadzieję, że znajdzie tam zatrudnienie jako szwaczka.

Każdy jednak odprawiał z kwitkiem ubogą dziewczynę. Kiedy zaś brzuch zaczął się

powiększać, jej nadzieje rozsypały się proch. Musiała sprzedać kilka drobiazgów, które ze

sobą zabrała, by mieć co włożyć do ust.

Londyn okazał się przerażający i nieprzyjazny. Gotowa była przyjąć każde zajęcie,

lecz na widok dużego brzucha zamykano jej drzwi przed nosem. Pierwsze tygodnie stycznia

spędziła żebrząc na ulicach.

Pewnego dnia wydało jej się, że zobaczyła Gabriela nad rzeką, uciekła więc z

Londynu. Dopiero później doszła do wniosku, że niepotrzebnie się obawiała, bo jemu wcale

nie zależy na odszukaniu jej.

Na pewno był zadowolony, że się jej pozbył. Na koniec dotarła do gospody w malej

rybackiej wiosce niedaleko Brighton. Pomocnik kucharza właśnie zaokrętował się na statek

handlowy płynący do Indii. Choć nie przypuszczała, że to możliwe. Avery był o wiele gorszy

od Czarnego Jacka. Płacił jej nędzne grosze, ale pozwolił spać na poddaszu i dawał jeden

posiłek dziennie po skończonej pracy.

Gwałtowny skurcz brzucha pozbawił ją tchu w piersi. Zacisnęła kurczowo ręce na

brzegu stołu i po kilku sekundach uśmiechnęła się z ulgą.

Dziecko często się teraz poruszało. Nie miała wątpliwości, że to chłopiec.

Natychmiast jednak posmutniała, kiedy sobie uzmysłowiła, że Gabriel nigdy go nie zobaczy.

Nie chciał przecież swego dziecka.

Myśli bezwiednie poszybowały ku Farleigh. Och, jakaż była naiwna! Sądziła, że

Gabriel choć trochę o nią dba... może nawet kocha odrobinę. Miała nadzieję, że dziecko stanic

się dla nich początkiem nowego wspólnego życia, a zemsta i nieufność pójdą w niepamięć.

background image

Pewnego dnia ból w jej duszy osłabnie, lecz kiedy to nastąpi?

O przyszłości wolała nie myśleć. Wiedziała, że kiedy dziecko przyjdzie na świat,

Avery nie pozwoli jej tu zostać. Był zbyt chciwy, by trzymać u siebie parę darmozjadów.

Gdzież się wtedy podzieje? Nikt przecież nie zatrudni kobiety z małym dzieckiem. Coraz

ciężej było jej pracować, a umysł wiecznie nękał strach i obawa.

Tak była zajęta myślami, że nie zauważyła, jak Avery wszedł do kuchni.

- Słyszysz, co do ciebie mówię? - Uszczypnął ją boleśnie w pierś. - Potrzebna pomoc

na sali, więc przestań się obijać! Jakiś elegancko ubrany młody panek zażyczył sobie brandy

zamiast piwa. Siedzi w końcu sali. Obsłuż go szybko.

Cassie pospieszyła wykonać polecenie. Stawiając na tacy butelkę brandy, spojrzała

mimowolnie na swoje ręce. Były spierzchnięte i czerwone od zimowego chłodu i ciągłego

szorowania podłóg. Wyglądały tak samo jak u Czarnego Jacka. Uśmiechnęła się smutno. Nie

były to dłonie damy. Evelyn przeraziłaby się na ich widok.

Kilka sekund później szła ostrożnie ku stolikowi w rogu sali. Z bólem przypomniała

sobie chwilę z przeszłości, kiedy to niosła butelkę brandy innemu elegancko ubranemu

dżentelmenowi.

I nagle go spostrzegła. Siedział zwrócony do niej plecami. Przerażenie chwyciło ją za

gardło, uniemożliwiając oddychanie. Ta sama głową te same szerokie ramiona. Jakież okrutne

figle płata jej umysł. I oczy również ją zawodzą...

Wtedy obrócił się lekko, ukazując profil, klasyczny, jakby wyrzeźbiony i

oszałamiająco piękny.

Serce zaczęło jej bić jak szalone. Cała krew odpłynęła z twarzy. Taca wymknęła się

nagle z bezwolnych palców.

- Nie - wyszeptała. - Och, nie...

W ciągu tygodni, które minęły od zniknięcia Cassie. Gabriel przekonał się, co znaczy

prawdziwy strach.

Nienawidził siebie za to, co jej powiedział. Myślał jedynie o sobie i o zemście na ojcu.

Zlekceważył jej uczucia nie bacząc na to, jak bardzo ją zrani.

Wyrządził jej straszną krzywdę.

Choć walczył z tym ze wszystkich sił, czasami przychodziły mu do głowy

przerażające myśli. Matkę zabiła rozpacz. A jeśli Cassie spotkał ten sam los?

W takich chwilach zalewał go zimny pot. Opatrzność nie może być aż tak okrutna i

kazać mu przeżywać to po raz drugi.

Nie należał do bardzo pobożnych ludzi, ale teraz nie ustawał w modlitwach.

background image

Kiedy minęły cztery miesiące, zaczął wątpić, czy kiedykolwiek ją odnajdzie.

W nadziei, że będzie miał więcej czasu na poszukiwania, postanowił sprzedać część

swoich statków. Ta właśnie sprawa przywiodła go do małej wioski niedaleko Brighton.

Właściciel floty rybackiej odziedziczył sporą sumę po swoim wuju i postanowił nabyć kilka

statków. Po godzinie targów ustalili w końcu cenę i warunki. Radca prawny Gabriela miał

zjawić się u nowego właściciela jak tylko przygotuje wszystkie papiery.

Choć sprawa została sfinalizowana. Gabriel nie wychodził, lecz pozostał przy stole,

głuchy na otaczający go gwar. Przed gospodą czekał już na niego Thomas z powozem.

Wtedy właśnie rozległ się brzęk roztrzaskującego się o podłogę szkła. Odwrócił się z

umiarkowanym zaciekawieniem i nagle zabrakło mu tchu w piersi.

W pierwszej chwili zobaczył jej brzuch, wydamy i ciężki.

Zerwał się z krzesła tak gwałtownie, że upadło z łoskotem na ziemię. Cassie... Cassie!

Przerażenie zabłysło w jej oczach. Odwróciła się z zamiarem odejścia od niego jak

najdalej, lecz po kilku krokach poczuła, że ktoś gwałtownie ją szarpie. Avery. Chwycił ją za

ramię i pchnął w kierunku stołu z taką siłą, że o mały włos nie straciła równowagi.

Ty rozlazła suko! - warknął. - Zapłacisz mi za to! Podniósł w górę zaciśniętą pięść,

lecz nie zdążył wymierzyć ciosu, bo ktoś nagle wykręcił mu rękę do tyłu.

Spróbuj ją tknąć, a przyrzekam, że nie doczekasz świtu. Choć głos Gabriela brzmiał

spokojnie, w oczach płonęła mordercza wściekłość.

Dobrze już, dobrze, puść mnie. - Avery odwrócił się do niego i wykrzywił mięsiste

wargi. - Co ci do tego, panie, że przyłożę tej dziewce, jak na to zasługuje? Tak się składa, że

jej płacę...

Tak się składa, że nosi w łonie moje dziecko, postąpisz wiec mądrze szukając sobie

innej pomocnicy. Zabieram ją ze sobą i zabiję każdego, kto zechce mnie powstrzymać. - Nie

była to groźba, lecz zwykłe stwierdzenie faktu. Na sali zaległa kompletna cisza.

Gabriel omiótł tłum groźnym spojrzeniem. Nikt? Mądra decyzja, panowie.

Wyjął złotą monetę i cisnął ją pod nogi Avery'emu. To więcej niż kosztuje butelka

brandy. Po czym złapał Cassie za rękę.

Wciąż nie mogąc się otrząsnąć z zaskoczenia, dała się pociągnąć w stronę drzwi. W

głowie jej huczało, a serce boleśnie tłukło się w piersi, kiedy wepchnął ją do powozu i

zatrzasnął drzwiczki. Dał sygnał Thomasowi i ruszyli.

Nie mogła powstrzymać nerwowego drżenia. Oto ma przed sobą Gabriela. W jej

wnętrzu rozszalała się burza sprzecznych uczuć. Gniew. Zawód. Przede wszystkim jednak

głębokie upokorzenie.

background image

- Chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia. Cóż, u diabła, robiłaś w takim miejscu?

Siedział naprzeciwko niej z wyrazem wyrzutu i potępienia na twarzy. Spuściła wzrok.

Och, dlaczego musiał ją odnaleźć? Dlaczego właśnie tu? Twarz zapłonęła jej ze wstydu i

zakłopotania. Nie chciała, żeby zobaczył ją w takim stanie - zdawała sobie sprawę, jak

strasznie wygląda. Włosy utraciły blask, a skóra stała się blada i napięta. Czuła się taka

wstrętna i niezgrabna. Poczuła bolesne ukłucie w serce. Czyż Gabriel nie powiedział jej

kiedyś, że na zawsze pozostanie dla niego ciężarem?

Nie mogła znieść myśli, że zajął się nią jedynie z obowiązku. Czyż nie domyślał się.

że właśnie z tego powodu uciekła?

Odpowiedz mi, Cassie. Cóż ty tam, do cholery, robiłaś? Utkwiła wzrok w dłoniach

splecionych na kolanach, jakby chciała w ten sposób powstrzymać ich drżenie. Nie miała

odwagi spojrzeć mu w oczy.

Do diabła, spójrz na mnie! Usłuchała, wiedząc, że przegrała. Wargi drżały, gorzkie łzy

paliły w gardle, a w piersiach brakowało tchu.

- Po co mnie szukałeś? - zapytała trzęsącym się głosem. - Po co?

- Czy chcesz przez to powiedzieć, że wolałabyś tam zostać? Tak bardzo pragnęłaś

uciec od życia, jakie wiodłaś u Czarnego Jacka, a to miejsce nie jest od niego lepsze. Wciąż

nie mogę uwierzyć, że mnie opuściłaś, i to dla czegoś takiego.

- Uważasz, że właśnie tego chciałam? Próbowałam znaleźć pracę jako szwaczka w

Londynie... Któregoś dnia wydało mi się. że cię zobaczyłam... Musiałam uciec.

Popłynęła rwąca się i nieskładna opowieść. Gabriel słuchając jej zbladł jak ściana.

Poczucie winy brzemieniem legło mu na duszy. Pomyśleć, że to przez niego błąkała się sama

po ulicach Londynu, bez domu, bez pieniędzy. Przecież mogli ją okraść, pobić, zamordować!

Chwycił ją za ręce i pociągnął na miejsce obok siebie.

- Boże! - wykrzyknął. - Czy naprawdę przypuszczałaś, że nie będę cię szukać? Jak

mogłaś tak pomyśleć?

Łzy zabłysły w jej pięknych złocistych oczach.

- A dlaczego nie? - W tym cichym zapytaniu kryła się cała jej udręka.

Pokręcił głową.

Byłem głupcem, Cassie - powiedział udręczonym głosem. - Postąpiłem źle, mówiąc ci

te wszystkie rzeczy. Ale wcale tak nie myślałem, przysięgam. Wróciłem do Farleigh jeszcze

tej samej nocy i dowiedziałem się, że odeszłaś... Wiem, że cię skrzywdziłem, i gdybym mógł,

cofnąłbym te słowa, ale wierz mi, ja też cierpiałem... Boże, czy zdajesz sobie sprawę, co

czułem, kiedy odkryłem, że odeszłaś? Wszystkie te tygodnie poszukiwań, zastanawiania się,

background image

gdzie jesteś, czy nic ci się nie stało... Omal nie oszalałem. Mogłaś wrócić do domu, Cassie.

Powinnaś była wrócić.

Walczyła z nerwowym drżeniem i płaczem.

- Do czego miałam wrócić? Do twojej pogardy? Do lekceważenia? Nie chciałeś mnie!

- krzyknęła z głębi udręczonego serca. - Nie mogłam zostać, wiedząc, co do mnie czujesz...

Musiałam odejść... Nie rozumiesz? Musiałam!

Jej rozpacz rozrywała mu duszę. Choć się opierała, przyciągnął ją do siebie. Nic

mogła walczyć z jego siłą i stanowczością. Otoczył ją ciasno ramionami i okrył oboje swoim

płaszczem.

Poczuła, że coś w niej pęka. Nie mogła już dłużej walczyć z przepełniającym ją bólem

w sercu, żalem, wstydem i strachem.

- Pragnęłam jedynie, byś był ze mnie zadowolony. Chciałam stać się damą, choć nie

wierzyłeś, że mi się uda. - Nerwowo splatała i rozplatała palce. Nie powinnam była się

łudzić... Matka mnie nie chciała. Twój ojciec mnie nie chciał. Ty mnie nie chciałeś. -

Rozpaczliwy szloch wstrząsnął jej piersią. - Co jest we mnie złego, Gabrielu? Co jest we mnie

złego?

Przytulił ją mocniej. Serce zatkało mu z żalu. Jakże drobne i delikatne miała ramiona.

- Nie ma w tobie nic złego, najmilsza - wyszeptał, z ustami przy jej skroni. Gorącymi

wargami osuszał jej łzy nieprzerwanie spływające po policzkach. - Jesteś słodka i urocza.

Piękna i godna pożądania. Jesteś wszystkim, czego może pragnąć mężczyzna. Wszystkim,

czego ja pragnę.

Jeśli słyszała te słowa, to nie okazała żadnej reakcji. Płakała tak długo, aż w końcu

wzięło nad nią górę zmęczenie i usnęła w jego objęciach.

Była późna noc, kiedy powóz wjechał na długi podjazd prowadzący do dworu. Gabriel

wniósł Cassie po schodach na górę. Ściągnął jej suknię, buciki i ułożył ją na łóżku, a potem

przykrył kołdrą.

Poruszyła się i cicho jęknęła. W jednej chwili znalazł się tuż przy niej.

- Spokojnie, kochanie - powiedział czule. Odsunął jej z po liczka złociste pasmo

włosów. - Wszystko w porządku. Jesteś już bezpieczna.

Uspokoiła się, przytulając policzek do jego dłoni. Jakaż blada i kruchą pomyślał z

bólem w sercu. Westchnął ciężko, po czym rozebrał się w ciemnościach i wsunął pod kołdrę

obok niej. Ostrożnie, tak by jej nie obudzić, przyciągnął ją do siebie i objął ramionami.

Wtuliła się w niego, jakby szukała ciepła.

Przyglądał się, jak śpi, czując, jak pierś jej wznosi się i opada. Lekko i delikatnie

background image

przesunął palcami po jej twarzy i wzdłuż policzka. Była taka ufna, taka niewinna.

Pragnęłam jedynie, byś był ze mnie zadowolony. Chciałam stać się damą, choć nie

wierzyłeś, że mi się uda.

Zacisnął wargi.

Co jest we mnie złego, Gabrielu?

Przypomniał sobie, jak płakała, z jaką rozpaczą i smutkiem. Przeklinał siebie w duchu

tysiące razy. Chryste, jak mógł być taki ślepy, twardy i nieczuły? Tak bardzo pragnęła

miłości, uczucia. A co jej dał?

Cassie, pomyślał. Och, Cassie, cóż ja ci uczyniłem?

W tym momencie poczuł lekkie poruszenie w miejscu, gdzie jej brzuch dotykał jego

boku.

To życie, które w niej dojrzewa. Cząstka niej samej... I jego. Jak on mógł się od niego

odwrócić? Od nich obojga? Dławiący ból ścisnął mu piersi. Jak on mógł uczynić swemu

dziecku to, co ojciec uczynił jemu?

Głęboko zranił Cassie. Właściwie to przez cały czas ją ranił. Cóż więc mu teraz

pozostało? Wyrzucić ją ze swego życia? Nie. Nie mógłby tego zrobić.

Odsunął się nieznacznie i położył dłoń na jej brzuchu. Czekał, wstrzymując oddech.

Po kilku sekundach poczuł, jak nie narodzone dziecko poruszyło się lekko. Nikły uśmiech

rozjaśnił mu twarz. Cieszył się, że Cassie śpi, bo w przeciwnym wypadku z pewnością

odepchnęłaby jego rękę.

Długo leżał tak z dłonią na jej brzuchu, oswajając się z jego kształtem, ciepłem,

lekkimi, wyraźnie wyczuwalnymi ruchami, rozmyślając i modląc się.

W końcu dziecko się uspokoiło. Cassie spała, niczego nieświadoma. Gabriel uniósł się

nieznacznie, delikatnie dotknął wargami brzucha, powiek i ciepłych ust, po czym położył się i

zamknął oczy.

Minęło wiele czasu, zanim i jego zmorzył sen.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

Cassie była tak wyczerpana, że przespała cały ranek i część popołudnia. Kiedy się

obudziła, przez okno zaglądały blade promienie słoneczne. Na kominku buzował ogień,

rzucając na ściany złocisty blask. W pokoju było ciepło i przytulnie, lecz Cassie czuła się

dziwnie zmęczona i obolała.

Cicho zaskrzypiały otwierane drzwi.

- Jaśnie pani? - posłyszała nieśmiały głos i do pokoju zajrzała Gloria. Kiedy

zobaczyła, że jej pani już nie śpi. podbiegła do łóżka.

- Och, milady! wykrzyknęła. - Nie umiem wyrazić, jak się cieszę, że jaśnie pani

wróciła.

Uklękła przy łóżku i rozpłakała się rzewnie.

Cassie uśmiechnęła się smutno i położyła jej dłoń na głowie. Choćby ze względu na

nią chciałaby móc to samo powiedzieć o sobie. Nie czuła jednak ani radości, ani żalu. Nie

mogła uwierzyć, że znowu jest w Farleigh.

Po chwili na jej kolanach stała taca z jedzeniem i ulubioną filiżanką czekolady. Nie

miała apetytu, lecz zmusiła się, by coś zjeść. Tymczasem Gloria szykowała jej kąpiel,

przysuwając balię blisko kominka, by zapewnić więcej ciepła. Cassie z przyjemnością

zanurzyła się w wodzie, a w tym czasie pokojówka, gawędząc wesoło, ścieliła łóżko i

porządkowała pokój, tak jakby jej pani nigdy nie wyjeżdżała.

Po długiej kąpieli Cassie wyszła wreszcie z balii, oddając się w sprawne ręce Glorii.

Westchnęła jednak, kiedy dziewczyna podeszła do szafy.

Obawiam się, że mam niewielki wybór - mruknęła, kładąc rękę na wydatnym brzuchu.

- Żadna z sukni nic będzie na mnie pasować.

Gloria wzięła z półki obszerną flanelową koszulę nocną. Nic nie szkodzi -

odpowiedziała żywo. - Jego lordowska mość wydał ścisłe instrukcje, by jaśnie pani została w

łóżku i nie ruszyła nawet palcem.

Włożyła jej koszulę przez głowę i rozczesała włosy, układając je luźno na ramionach.

Po zakończonej pracy zaprowadziła swoją panią do łóżka.

Cassie już chciała zaprotestować, kiedy jednak oparła się o poduszki, doszła do

wniosku, że dobrze będzie odpocząć jeszcze kilka minut. Organizm lepiej wiedział, co jest dla

jej najlepsze, i choć uważała to za niemożliwe, powieki zaczęły jej opadać i wkrótce zmorzył

ją sen.

Kiedy ponownie się obudziła, do pokoju zaglądał niebieskoszary zmierzch. Otworzyła

background image

oczy, czując, że ktoś ją obserwuje.

W drzwiach stał Gabriel. Sądząc po ubiorze, właśnie wrócił z konnej przejażdżki.

Serce podskoczyło jej do gardła. Już zapomniała, jaki był przystojny. Nienagannie zawiązany

halsztuk otaczał jego szyję. Na nogach miał wysokie buty i opięte bryczesy, bezwstydnie

podkreślające muskularne uda.

Widząc, że nie śpi, zamknął drzwi i ruszył w jej stronę. Oparłszy się o materac, Cassie

podciągnęła się do pozycji siedzącej. Czuła się brzydka i niezgrabna. Nie tak powinna

wyglądać żona stająca przed mężem. Przesunęła ręką po zmierzwionych włosach, żałując, że

nie ma możliwości przygładzenia ich grzebieniem.

Sądziła, że Gabriel przysunie sobie krzesło bliżej łóżka lub stanie obok, tymczasem on

po prostu usiadł na kołdrze tak blisko niej, że czuła dotyk jego twardego uda.

Ogarnął ją niepokój. Przypomniała sobie, jak płakała w jego ramionach tej nocy. Czy

znienawidzi ją za okazaną słabość? Czy uzna za odrażający taki brak opanowania? Zacisnęła

dłonie na kołdrze. Nie wiedziała, co powiedzieć. Nie wiedziała, co robić.

W milczeniu ujął ją za rękę. Silne gorące palce otuliły jej dłoń. Zadrżała mimowolnie.

Tego również się nic spodziewała.

- Lepiej się czujesz, Jankesko?

Przełknęła ślinę i kiwnęła głową Patrzył na nią z powagą.

lecz bez gniewu. O wiele łatwiej byłoby znieść jego wściekłość niż tę zaskakującą

życzliwość.

Wzrok Gabriela przesunął się po jej twarzy. Wyglądała tak młodo i bezbronnie. Włosy

opadały w nieładzie na ramiona i plecy. Była taka szczupła. Pod palcami wyczuwał delikatne

kosteczki. Jej skóra przypominała pergamin: była blada i niemal przezroczysta. Pomimo

grubego brzucha wydawała się taka krucha, że mógłby ją bez trudu zgnieść.

- Dzięki Bogu, że cię odnalazłem - powiedział niskim, przejętym głosem. Drżę na

myśl, co by było, gdybym cię nie odnalazł.

Zesztywniała. W odpowiedzi mocniej objął jej dłoń.

- Nie - zaprotestował, kiedy usiłowała się uwolnić. - Nie odsuwaj się.

W jej wzroku błysnął niepokój.

- Tej nocy mówiłem poważnie - powiedział cicho. - Bardzo żałuję, że sprawiłem ci

ból. - Umilkł, po czym dodał równie cicho: - Mam nadzieję, że będziemy mogli zostawić

przeszłość za sobą i zacząć wszystko od nowa.

Takiego Gabriela jeszcze nie znała. Pełnego pokory i skruchy. Mogłaby przysiąc, że w

jego oczach dostrzega łagodność. Łagodność i troskę.

background image

Nie, nie. To nic może być.

- Nie pojmuję, czemu miałbyś tego chcieć - powiedziała z goryczą. Zbyt dobrze

pamiętała wybuch gniewu, kiedy ją porzucał. - Noszę twoje nazwisko, ale poza tym nic nas

nie łączy.

W jego oczach błysnęła irytacja.

- Nie zgadzam się, Cassie. To nas łączy. - Jednym szybkim ruchem odrzucił kołdrę i

przykrył dłońmi wydatny brzuch, rozsuwając szeroko palce, jakby chciał go objąć. - Wkrótce

urodzisz moje dziecko. To wszystko zmienia.

To niczego nie zmienia. - Usiłowała odepchnąć jego ręce. lecz powinna była wiedzieć,

że to bezcelowe. Jeśli się uparł, nic go nie mogło powstrzymać. W końcu rzuciła mu pełne

wściekłości spojrzenie. - Wyraziłeś się bardzo jasno, mój panie hrabio. Powiedziałeś, że nie

chcesz mieć dziecka, dziedzica. Ale tak po prawdzie to nie chciałeś mieć go ze mną - Poczuła

w gardle płomień. Boże, jak te słowa ranią. - Jest tak, jak kiedyś ci powiedziałam. Gabrielu.

Nasze małżeństwo nie różni się niczym od związku twoich rodziców. Zacisnął zęby.

Mylisz się, Cassie. Jesteś moją żoną. Pragnę tego dziecka i pragnę ciebie.

- Och, przesłań! - wykrzyknęła. - Przynajmniej nie oszukujmy się. Jestem dla ciebie

jedynie bronią, którą wykorzystujesz, by zemścić się na ojcu. I tylko z tego powodu chcesz

mieć to dziecko. By i nim się posłużyć przeciwko ojcu.

Blady rumieniec zabarwił policzki Gabriela.

- Staram się naprawić krzywdy najlepiej, jak mogę.

- Chcesz mi powiedzieć, że to poczucie winy skłania cię do tego? Och, zapomniałam,

że pewnego dnia zostaniesz księciem Farleigh.

Musisz myśleć o swoich przyszłych obowiązkach. A jednym z nich jest żona i

dziedzic, nieprawdaż?

Gwałtownie cofnął dłonie z jej brzucha.

- Nie pojmuję, cóż jest złego w tym, że mężczyzna pragnie się troszczyć o swoją żonę

i dziecko.

Serce jej się ścisnęło. Gdybym mogła w to uwierzyć, pomyślała. Ogarnęło ją

zwątpienie. Nie wiedziała już, co ma o tym myśleć, a przede wszystkim, co myśleć o nim.

- Mówisz o tym, czego ty chcesz. A co ze mną? Czy pomyślałeś o mnie. przywożąc

mnie tu z powrotem?

Przede wszystkim o tobie! Wstał, jednocześnie zirytowany i zawiedziony. - Dobry

Boże, Cassie, spójrz w lustro. Wyglądasz jak widmo!

Nagle zabrakło jej tchu w piersi. Tego już za wiele. Poczuła, jak cały jej świat rozpada

background image

się na kawałki. Nie pozwoli jednak, by był świadkiem jej rozpaczy. To lepsze, niż szukać

ucieczki w gniewie.

- Och, chciałabym, żebyś mnie nigdy nie znalazł! Nie zostanę tutaj, słyszysz? Nie

zostanę.

Wolałabyś być tam, gdzie cię znalazłem? Tak, tak! Nienawidzę cię, słyszysz?

Nienawidzę cię! Rysy twarzy mu stężały.

- Nie pozwolę ci wrócić do życia, jakie wiodłaś oświadczył przez zaciśnięte zęby. -

Zostaniesz tu, Cassie, nawet gdybym miał cię zamknąć w tym pokoju. Widzę, że jesteś

rozdrażniona ponad miarę, nie ma wiec sensu kontynuować tej dyskusji. Wrócę, kiedy

zaczniesz myśleć racjonalnie.

Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.

Cassie odrzuciła pościel i wyskoczyła z łóżka.

- To do ciebie pasuje, tak odejść bez słowa. Ale nie pozwolę się więcej odepchnąć.

Słyszysz? Nie pozwolę!

Wyszedł na korytarz nie oglądając się ani razu. Niech cię diabli! Och... Gabrielu!

Jej rozpaczliwy krzyk zmroził mu krew w żyłach. W jednej chwili znalazł się w jej

pokoju. Stała przy łóżku, jedną ręką trzymając się słupka, drugą przyciskając do brzucha.

Cały dół koszuli był mokry.

Spojrzała na niego okrągłymi, mokrymi od łez oczyma. - Wody odeszły - wydyszała. -

O Boże, zaczyna się...

Pochylił się, z niezwykłą delikatnością wziął ją na ręce i położył ostrożnie na łóżku. W

jego wpatrzonych w nią oczach, dostrzegła coś, czego nigdy by się nie spodziewała - strach.

Poczuła, że i jej się to udziela. Łzy popłynęły jej po twarzy.

Och, to nie może być już... To zbyt wcześnie! Chciał odejść, lecz złapała go za ręce.

- Nie zostawiaj mnie! Gabrielu. Proszę cię, nie zostawiaj mnie!

Jej żałosna prośba brzmiała tak rozdzierająco.

- Nie martw się, skarbie. - Ścisnął ją za rękę, po czym pochylił się i ucałował drżące

wargi. - Muszę posłać Thomasa po medyka. Za kilka minut będę z powrotem, kochanie.

Przyrzekam.

Kochanie. Serce jej się ścisnęło. Nie kochał jej i nigdy nie pokocha. Lecz jego dotyk

był taki delikatny, a słowa pełne słodyczy. Prawie uwierzyła, że mu na niej zależy,

przynajmniej troszeczkę...

Po chwili do pokoju wpadła Gloria. - Jaśnie pani! - krzyknęła. - Pan hrabia

powiedział, że się zaczęło!

background image

Cassie ze wszystkich sił starała się zachować spokój. Choć pragnęła uwolnić się od

ciężaru, panicznie bała się tego, co miało nastąpić. Spróbowała się uśmiechnąć.

- Jestem pewna, że to jeszcze długo potrwa. Pierwszy poród zawsze jest długi.

Z pomocą Glorii przebrała się w suchą koszulę. Kiedy kładła się na łóżku, poczuła

gwałtowny ból. Wciągnęła powietrze i wolno je wypuściła. W tym momencie wrócił Gabriel.

Bez wahania postawił sobie krzesło u wezgłowia i chwycił żonę za ręce.

Jakiś czas później przybył medyk. Doktor Hampion był tęgim starszym mężczyzną o

milej powierzchowności. Cassie oddychała spazmatycznie, bóle bowiem zaczęły teraz

przybierać na sile.

Gabriel, który wewnętrznie kipiał ze złości z powodu tak późnego przybycia medyka,

zaprotestował ostro, kiedy ten grzecznie, acz stanowczo poprosił go, żeby wyszedł z pokoju i

zaczekał na dole.

- Nie ruszę się z miejsca. Uczestniczyłem w poczęciu tego dziecka, nie widzę więc

powodu, dla którego nie miałbym być obecny przy jego narodzinach.

Doktor Hampton wzniósł w górę oczy i pokręcił głową. Niecierpliwi ojcowie

sprawiają tylko kłopot, przypuszczał wiec, że i tym razem będzie tak samo. Jednak w miarę

upływu czasu okazało się, że hrabia stanowi wyjątek. Jego obecność działała na żonę kojąco.

Cassie starała się tłumić w sobie jęki. Kiedy jednak chwycił ją wyjątkowo silny ból,

nie mogła się powstrzymać.

- Przepraszam - szepnęła, gdy już mogła odetchnąć. - Jestem takim tchórzem.

W oczach Gabriela zapłonął bezbrzeżny ból. Delikatnie odsunął jej z czoła wilgotne

pasemka włosów.

- Tchórzem? - zażartował łagodnie. - Nie sądzę, Jankesko. Jesteś wyjątkową kobietą,

dzielną i silną, najsilniejszą, jaką znam.

Delikatnie otarł jej z czoła kropelki potu, lecz twarz miał szarą z niepokoju. Nie

denerwowałby się tak bardzo, gdyby przez ostatnie miesiące miała należytą opiekę i dobrze

się odżywiała. Ale ona była chuda i taka słaba. Skąd weźmie siły, by znieść to wszystko?

Chwycił ją kolejny ból, tym razem silniejszy i trwający znacznie dłużej niż

poprzednie. Choć starała się nad sobą panować, niepowstrzymany krzyk wydarł jej się gardła.

Wbiła Gabrielowi paznokcie w dłoń. Kiedy skurcz minął, opadła bez sił na poduszki. Jej

piękne włosy były matowe i splątane.

Gabriel poczuł, że dłużej tego nie zniesie. Nienawidził siebie za swoją bezradność.

Lodowate dreszcze strachu przebiegły mu po skórze. Na zmianę to klął, to się modlił. Boże!

Ile jeszcze ona będzie w stanie znieść?

background image

Przy kolejnym skurczu rozległ się ostry głos medyka.

- Widzę już główkę. Kiedy poczujesz ból, przyj z całej mocy i nie walcz z tym... Tak,

tak! Dobrze, główka już wyszła. No, jeszcze raz i będziesz mogła odpocząć.

Pokój wypełniło cichutkie kwilenie. Gabriel nie widział drobnego wijącego się ciałka

w dłoniach medyka. Cała jego uwaga była skupiona na postaci żony, leżącej nieruchomo na

łóżku. Pochylił się i pocałował ją w usta.

- Już po wszystkim, skarbie. Wiedziałem, że ci się uda, wiedziałem. Na wpół

przytomny podniósł się z krzesła i patrzył, jak doktor Hampton podaje dziecko Glorii, po

czym pochyla się ponownie nad Cassie. Nagle poczuł, że ktoś go chwyta za rękaw. Tuż za

nim stała Gloria z promieniejącą twarzą. Nieśmiało podała mu małe zawiniątko. Wolno

odsunął flanelowe przykrycie. Jego oczom ukazała się mała istotka z drobną zmarszczoną

twarzyczką. Przyglądał się różowemu zdrowemu ciałku i gołym wierzgającym nóżkom.

Strach mieszał się w nim z niedowierzaniem. Poczuł dziwną słabość w nogach i jednocześnie

rozpierającą go dumę. Chciało mu się krzyczeć, paść na kolana w dziękczynnej modlitwie.

Zamiast tego wyszeptał tylko:

Mamy syna, Cassie. Mamy syna. Powieki Cassie zadrżały. Obróciła głowę, starając

się coś zobaczyć, lecz oczy przesłaniała jej mgła. Czuła straszliwe zmęczenie, ale bardzo

pragnęła chociaż spojrzeć na dziecko.

Gabriel popatrzył na nią w chwili, gdy usiłowała unieść się na łokciu. Łzy zabłysły jej

w oczach, kiedy opadła bezsilnie na poduszki. W jednej chwili znalazł się przy żonie, położył

na łóżku cenne zawiniątko i rozsunął kocyk, by mogła popatrzeć.

Czy z nim... wszystko w porządku? Musiał się pochylić, by coś usłyszeć.

Ma dziesięć palców u rąk i dziesięć u nóg. Nie ma w nadmiarze ciała i włosów, ale

wygląda na wspaniałego małego chłopaka.

Lekki uśmiech przemknął jej po twarzy. Wszystkie obawy zniknęły i nareszcie mogła

odpocząć.

Kiedy się obudziła, popołudniowe słońce zaglądało przez okna. Skrzywiła się lekko,

przekręcając na bok. W tym momencie do pokoju weszła Gloria z tacą.

- Ach, jaśnie pani w porę się obudziła. Czy jaśnie pani chciałaby coś zjeść?

- Umieram z głodu - stwierdziła ze zdziwieniem.

Zjadła sporą porcję parującego gulaszu z jagnięcia z pachnącym, świeżym chlebem.

Potem Gloria przyniosła jej miskę z gorącą wodą do umycia. Kiedy pokojówka zmieniła jej

nocną koszulę, uczesała i przewiązała wstążką włosy. Cassie poczuła się znacznie lepiej.

- Czy mój mąż jest w domu?

background image

- Zdaje się, że jest w swoim gabinecie. - Gloria zachichotała wesoło. - Och, trzeba

było go widzieć wczoraj wieczorem. Ależ z niego dumny tatuś. Pan doktor musiał mu siłą

odebrać dziecko, by móc dokładnie je obejrzeć.

A więc Gabriel był zadowolony z syna... Odetchnęła z ulgą. Może to było głupie z jej

strony, lecz w głębi serca obawiała się, że może go odrzucić. Spojrzała tęsknić w stronę

kołyski. Zza warstwy koców wyzierała mała czarna główka.

Nagle zawiniątko poruszyło się i rozległ się cichy żałosny płacz. Gloria wybuchnęła

śmiechem, kiedy dostrzegła w oczach swej pani płomienną radość. Cassie uniosła się na

łokciu i przyglądała się chciwie, jak pokojówka wyjmuje dziecko z kołyski i zmienia mu

pieluszkę. W tym momencie w drzwiach ukazała się wysoka postać.

Był to Gabriel, sądząc z wyglądu, świeżo umyty i ogolony. Włosy błyszczały mu od

wilgoci, a w powietrzu unosił się lekki zapach wody kolońskiej. Gloria wzięła na ręce

płaczącego malca. Gabriel dał jej znak i pokojówka przekazała mu dziecko. Mały natychmiast

się uspokoił, kiedy znalazł się w ojcowskich ramionach. Gloria dygnęła i cicho wyszła z

pokoju. Cassie nawet tego nie zauważyła, bo cała jej uwaga była skupiona na najważniejszych

dwóch osobach.

- Myślę, że twoja mama chciałaby cię lepiej poznać, mój mały paniczu - powiedział

Gabriel żartobliwie i podał jej dziecko z wyrazem niezwykłej łagodności w oczach.

Dla Cassie świat zamknął się w tej chwili w tym małym zawiniątku, spoczywającym

w zgięciu jej łokcia. Gabriel i wszystkie związane z nim problemy przestały istnieć.

Dziecko wpatrywało się w nią surowym wzrokiem ojca. Jego oczy miały barwę

głębokiego błękitu. Delikatny ciemny meszek pokrywał główkę. Lecz nawet dla tak

niedoświadczonej matki jak Cassie, było oczywiste, że jest wyjątkowo mały jak na

noworodka.

- Jest taki maleńki - szepnęła strwożona. - Och, Gabrielu, a jeśli... Gabriel przesunął

dłonią po zaróżowionym policzku.

- Medyk powiedział, że pomimo wczesnego przyjścia na świat, jest wyjątkowo silny -

powiedział łagodnie.

Cassie zamknęła oczy. niezdolna w tej chwili do wypowiedzenia choć słowa.

Szczęście potężną falą zalało jej duszę. Gdyby coś się stało jej dziecku, czułaby się winna do

końca swoich dni.

Jej wzrok otrzymał się na wyblakłej koszulce, którą malec miał na sobie.

Gabriel usiadł na brzegu łóżka.

- Niestety, nie byliśmy przygotowani na tak szybkie pojawienie się dziecka w domu -

background image

powiedział z krzywym uśmiechem. - Pożyczyliśmy więc kilka rzeczy od córki kucharki, do

czasu kiedy ojciec i pani McGee wrócą z Londynu. Wyjechali dziś wczesnym rankiem.

Jak przez mgłę przypomniała sobie Edmunda stojącego przy łóżku i uśmiechającego

się do niej. Edmund się uśmiechał? Wyobraźnia musiała ją zawieść.

Krytycznym wzrokiem zmierzyła stojącą w kącie kołyskę z ciemnego błyszczącego

mahoniu.

- Kołyska niestety też jest stara. Jeszcze moja i Stuarta. - Ojciec polecił Davisowi

przynieść ją ze strychu. - Zawahał się. - Lecz jeśli chcesz, kupimy nową.

Znowu ojciec. Z trudem powstrzymała pragnienie, by nie spojrzeć na niego ostro.

Zazwyczaj kiedy mówił o Edmundzie, brzmiało w jego głosie napięcie. Tym razem go nie

było. Czy to możliwe, że podczas jej nieobecności doszli wreszcie do porozumienia?

Nie mogła jednak dłużej się nad tym zastanawiać, bowiem maleństwo uznało, że

wystarczająco długo było cierpliwe, a teraz chce jeść i zamierza o tym poinformować oboje

rodziców.

Cassie mimowolnie podskoczyła, kiedy rozległ się jego głośny krzyk. Gabriel

westchnął i niechętnie wyciągnął ręce po syna.

- Zatrudniliśmy mamkę - mruknął. - Przyniosę go z powrotem, jak tylko zostanie

nakarmiony.

Cassie jednak nie miała zamiaru wypuścić swojego skarbu z rąk.

- Mamkę?! - wykrzyknęła. - A po co? Przecież sama mogę go karmić.

Gabriel spojrzał na nią z wahaniem.

- Medyk powiedział, że trzeba go karmić co dwie godziny, póki nie nabierze trochę

ciała - powiedział wolno. - Damy zwykle nie karmią same dzieci...

To żaden argument - powiedziała, wysoko unosząc brodę. - Oboje wiemy, że nie

jestem damą. Zacisnął wargi.

- Nie mam nie przeciwko temu, byś go karmiła, Cassie. Miałem na uwadze jedynie

twoje zdrowie. Sądziłem, że byłoby to dla ciebie zbyt uciążliwe. Ale stanowczo protestuję

przeciw twierdzeniu, że nie jesteś damą - dodał ze zwykłą sobie arogancją. - Jesteś hrabiną

Wakefield i matką mojego syna, i nikt nie ma prawa rzucać na ciebie takich oszczerstw,

nawet ty sama.

Spuściła głowę. Dziecko rozkrzyczało się teraz na dobre. Poczuła się nagle

zawstydzona swoją niezdarnością. Gabriel najwidoczniej nie zamierzał wyjść z pokoju, nie

miała więc innego wyboru, jak nakarmić syna w jego obecności.

Ręce jej się trzęsły, kiedy rozwiązywała tasiemki koszuli i zsuwała ją z ramienia,

background image

odsłaniając pełną, zakończoną różową brodawką pierś. Czując się strasznie niezręcznie,

przysunęła do siebie maleństwo. Przypadkiem trafiło ustami na sutek i poczęło ssać

żarłocznie.

Cisza, jaka nastąpiła, była głośniejsza od krzyków dziecka.

- Proszę, nie gniewaj się na mnie - wyszeptała Cassie zdławionym głosem.

Przesunął kciukiem wzdłuż jej policzka i pochylił się tak nisko, że czuła ciepło jego

ciała i oddechu. Przez pełną napięcia sekundę sądziła, że ją pocałuje. Bardzo tego pragnęła.

Tak bardzo, że zaczęła drżeć wewnętrznie.

- Nie gniewam się - powiedział cicho. - Jestem tylko niezmiernie rad, że wróciłaś.

W jego spojrzeniu było tyle uczucia, że patrzyła jak zahipnotyzowana. Przesunął

kciukiem wzdłuż jej dolnej wargi i cofnął dłoń.

- Czy myślałaś już, jakie damy mu imię? - zapytał przenosząc wzrok na syna.

Poczuła się zawiedziona, lecz postanowiła tego nie okazać.

- Prawdę powiedziawszy, wybrałam już dla niego imię - powiedziała wolno. Nie

przyznała się, że nigdy nie wątpiła, że to będzie syn. - Zawsze podobało mi się imię

Jonathan... a na drugie może Stuart...

Wstrzymała oddech i czekała, jak zareaguje na jej propozycję.

Jonathan Stuart - powiedział tytułem próby i nagle uśmiechnął się ciepło. - Podoba mi

się. Będzie wiec Jonathanem Stuartem.

Zalała ją fala radości. Nigdy w życiu nie czuła się tak szczęśliwa. Może Gabriel

słusznie postąpił przywożąc ją tutaj. Kochał swojego syna - co do tego nie miała wątpliwości.

Ta pewność dodała jej skrzydeł. Nawet jeśli Gabriel nigdy jej nie pokocha, to przynajmniej

będzie ich łączyć duma z syna...

Niczego więcej nie pragnęła.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

Dopiero po tygodniu pozwolono Cassie wstać z łóżka. Gorąco przeciw temu

protestowała, lecz Gabriel i Gloria byli nieubłagani. Przez ten czas nie robiła nic, tylko jadła,

spała i karmiła Jonathana. Wkrótce też zaczęła odzyskiwać siły i kolory.

W głębi serca była przekonana, że Gabriel słusznie postąpił, sprowadzając ją z

powrotem do Farleigh. Dzięki temu jej syn będzie miał wszystko. Sama nigdy nie

zapewniłaby mu takiego życia, jakie mógł mieć tutaj. Nocami zanosiła dziękczynne modlitwy

do Boga za to, że Jonathan będzie miał to, czego jej brakowało. Nie zazna głodu. Zawsze

będzie miał dach nad głową. Pragnęła też tego, by rósł wiedząc, że jest kochanym i

upragnionym synem.

Kiedy Gabriel zaproponował, że zatrudni piastunkę do dziecka sprzeciwiła się temu

gorąco, lecz pod wpływem przekonujących argumentów męża i Evelyn ustąpiła. Uparła się

jednak, że to ona zdecyduje, kto nią zostanie.

Chociaż obie kobiety polecone przez Edmunda miały dobre referencje i z pewnością

znały swój fach, Cassie uznała, że są zbyt sztywne i lodowate w obejściu. Pragnęła kogoś

ciepłego i żywego, kto nie bałby się śmiać, kogoś, komu Jonathan mógłby zaufać i pokochać.

W końcu zdecydowała się na dużą kościstą dziewczynę z wioski. Alice miała żywe brązowe

oczy i ciepły uśmiech. Potrafiła zajmować się dziećmi, bowiem sama miała ośmioro

rodzeństwa. Jonathan wyraźnie ją polubił. Gaworzył i zasypiał na jej rękach, całkiem

zadowolony z wyboru dokonanego przez matkę. Edmundowi nie bardzo podobała się nowa

niania, lecz Cassie była przekonana, że dobrze wybrała.

Co zaś się tyczy Gabrielą to wciąż panowało między nimi pewne napięcie. Choć

stopniał nieco jego chłód i zawsze zachowywał się w stosunku do niej nienagannie, Cassie

cierpiała katusze. Tak bardzo go kochała i pragnęła, by okazał, że mu na niej zależy.

Czas jednak tylko pogłębiał dystans między nimi.

Kiedy dni zmieniły się w tygodnie, serce Cassie pękało z tęsknoty. Targana

sprzecznymi emocjami, wahała się między rozpaczą i oburzeniem, nadzieją i pragnieniem.

Ani razu nie przyszedł do jej pokoju, choć doktor Hampton dał im taktownie do zrozumienia,

że nie ma potrzeby dłużej się powstrzymywać.

Jednak Gabriel nie okazał najmniejszego nawet znaku, że jej pragnie. Nic wiedziała,

co o tym myśleć. Czy to widok jej zdeformowanego ciążą ciała zabił w nim pożądanie? Lecz

teraz znowu zeszczuplała, może z wyjątkiem piersi, które stały się większe i pełniejsze. Może

Gabriel już jej nie pragnął. Bała się myśleć, że nawet to utraciła.

background image

Pewnego słonecznego popołudnia pod koniec czerwca złożył jej wizytę Christopher.

Gabriela nie było w tym czasie we dworze, bowiem wezwały go pilne sprawy majątkowe.

Cassie poprosiła przyjaciela, żeby pozostał, mając nadzieję, że Gabriel wkrótce wróci. Kiedy

wypili już herbatę w salonie. Christopher połaskotał Jonathana pod brodą i wyraził

zdziwienie, że malec tak urósł od jego ostatniej wizyty przed kilkoma tygodniami.

- Czas na mnie, Cassie. Dość długo już zwlekałem. Wygląda na to, że Gabriel

nieprędko wróci.

Cassie wyszła z nim na ganek. Stanęli u szczytu szerokich schodów, czekając, aż

stajenny przyprowadzi mu konia. Christopher wsunął ręce do kieszeni, po czym spojrzał na

Cassie z wyrazem lekkiego zakłopotania na twarzy.

- Prawdę powiedziawszy przyjechałem, by podzielić się z wami nowiną.

- Skoro Gabriel nie miał dość przyzwoitości, by w porę wrócić, to możesz powiedzieć

to mnie - rzuciła lekkim tonem.

Roześmiał się wesoło. - A więc dobrze. Czy znasz ten stary dwór przy głównym

trakcie, na północ od was?

Ależ tak. Przejeżdżam tamtędy, kiedy jadę do Warrenton.

To doprawdy wstyd, że nikt w nim nie mieszka. To piękny dwór, trzeba tylko o niego

zadbać.

- Całkowicie się z tobą zgadzam i spieszę zapewnić, że wkrótce zajdą tam zmiany na

lepsze.

Zamrugała oczami.

Co takiego? Chcesz powiedzieć, że ty... naprawdę... Wybuchnął śmiechem, widząc jej

zaskoczenie.

- Tak, Cassie, naprawdę. Masz przed sobą nowego właściciela. Już nawet spędziłem

tam dzisiejszą noc.

- Och, Christopherze, jakże się cieszę! - wykrzyknęła i dodała nie bez złośliwości: -

Czy to znaczy, że porzucasz swój okropny tryb życia, by stać się statecznym dżentelmenem?

Uśmiechnął się.

- Myślę, że skoro Gabriel się ustatkował, co jeszcze rok temu wydało się nie do

pomyślenia, to wszystko jest możliwe.

Serce Cassie zabiło gwałtownie. Czyżby więc Gabriel był zadowolony? Och, gdyby

mogła w to uwierzyć...

- Skoro kupiłeś dom na wsi, to brakuj e ci tylko jednej rzeczy.

- Jakiej że to?

background image

- Żony, która by cię poskromiła.

Ku jej zaskoczeniu uśmiech zniknął z jego twarzy. - Niczego bardziej nie pragnę

powiedział i dodał cicho: - Ale to nigdy się nie stanie.

Spochmurniał, a w jego oczach pojawił się wyraz tęsknoty i smutku.

- Dlaczego tak mówisz, Christopherze? - zapytała, marszcząc brwi. - Jesteś młody,

przystojny. Nie wyobrażam sobie, by panna, którą wybierzesz, mogłaby odmówić ci swej

ręki.

- To nie w odmowie tkwi problem - powiedział po chwili milczenia i mimowolnie

spojrzał w stronę, gdzie stał jego nowy dom i... Warrenton.

Cassie spojrzała na niego z błyskiem zrozumienia w oku.

- Chodzi o Evelyn, prawda? - I natychmiast sama sobie odpowiedziała. Oczywiście że

tak. Przypomniała sobie, jak często widywała ich w Londynie razem; tańczących,

rozmawiających... Prawdopodobnie to wtedy się zaczęło. - Christopherze, więc ty i Evelyn! -

wykrzyknęła uradowana. - To wspaniale!

Grymas bólu wykrzywił mu twarz. Nie, Cassie, to niemożliwe. Ale dlaczego? Czy ona

cię nie kocha?

Kocha - przyznał po chwili wahania. - Kupiłem ten dwór po to, by być blisko niej.

Przynajmniej do czasu, aż wyjdzie za mąż. Cassie spojrzała na niego zdumiona.

- Jeśli ją kochasz, to nie pozwolisz jej poślubić innego. Czemu po prostu się nie

oświadczysz?

Westchnął głęboko.

- Jej ojciec to pompatyczny konserwatysta, Cassie. Nie pozwoli jej poślubić kogoś bez

majątku i tytułu. W każdym razie nikogo poniżej hrabiego. Ja natomiast jestem tylko

baronetem. Gdybym się oświadczył. Warrenton nie pozwoliłby mi się z nią widywać.

- Och, Christopherze, jakie to przykre dla was obojga - powiedziała Cassie

współczująco. - Ale nie trać nadziei. Evelyn wciąż nie ma poważnych kandydatów, o nikim

też nie myśli na poważnie.

- Ona nie postąpi wbrew woli ojca Cassie. Nie wystawi na szwank jego honoru. A ja

nic chcę jej narażać na dyshonor prosząc, by to zrobiła.

Cassie zagryzła wargę. Wewnętrzny głos podpowiadał, że Christopher ma rację,

jednak nie chciała się z tym pogodzić.

- Nie poddawaj się - powiedziała cicho, ściskając go za ramię. - Może znajdzie się

jakiś sposób na to, byście mogli być razem. - Po czym stanęła na palcach i cmoknęła go na

pożegnanie w policzek.

background image

Wracając na górę nie mogła przestać o nim myśleć. Zajrzała do nowo urządzonego

pokoju dziecinnego, w którym spał Jonathan, i poszła dalej do swego pokoju.

Zamyślona stanęła przy oknie, rozsuwając lekko zasłony. W oddali, za pasem zieleni,

barwił się na purpurowo zachód słońca. Westchnęła, zastanawiając się, jakby tu pomóc

Evelyn i Christopherowi wyjść z kłopotu. Gdyby tylko można było przekonać księcia

Warrenton, by nie zagradzał swej córce jedynej drogi do szczęścia.

Może Gabriel mógłby namówić ojca, by porozmawiał z Warrentonem. Obaj często

jeździli konno i wspólnie polowali. Postanowiła, że przy pierwszej sposobności powie mu o

tym. Podniesiona na duchu odwróciła się od okna i stanęła twarzą w twarz z Gabrielem.

- Gabriel! - wykrzyknęła zaskoczona. - Przestraszyłeś mnie. Nie słyszałam, jak

wszedłeś.

Musiał przed chwilą wrócić, bo wciąż ubrany był w strój do konnej jazdy i długie

buty. Kompletnie zasłonił sobą drzwi i nagle pokój wydał jej się strasznie mały. Czarny strój,

szpicruta i rękawiczki nadawały jego postaci groźny wygląd.

Nic dziwnego.

Szczęki miał zaciśnięte, w oczach płonął mu zimny blask. Nie uśmiechał się i nie

powitał jej dobrym słowem.

- Gabrielu, czy coś się stało? - zapytała z niepokojem.

- Widziałem was, Jankesko. Widziałem tuż przed jego odjazdem. Patrzyła na niego nic

nie rozumiejąc.

- Kogo? Christophera?

Właśnie. Powiedz, mi, skarbie, czy zdradzacie mnie pod moim własnym dachem?

Choć głos brzmiał łagodnie, oczy ciskały błyskawice. Zadrżała. Nagle zrozumiała, że

on jest zazdrosny. Poczuła jednocześnie dumę i gniew na myśl o tym, że tak nisko ją osądza i

podejrzewa o coś takiego swojego przyjaciela.

Skrzyżowała ręce na piersi, starając się przybrać jak najbardziej godną postawę.

- Jak widzę, nic się nie zmieniło, Gabrielu. A przede wszystkim ty się nie zmieniłeś,

bo ja niczym nie zasłużyłam sobie na takie obelgi. Obrażasz mnie tym posądzeniem, jak

również Christophera.

W tej chwili rozległ się płacz Jonathana. Gabriel odwrócił się z zamiarem wyjścia z

pokoju. Cassie pospieszyła za nim. W pokoju dziecinnym powiedziała szybko:

- Pozwól, że ja...

- Zapewniam cię, że ja też potrafię - przerwał jej ostro, po czym pochylił się i z

niezwykłą delikatnością wyjął Jonathana z kołyski. Kiedyś uważała, że to niemożliwe, lecz

background image

trudno było kwestionować uczucie, jakim Gabriel darzył swego synka. Dlaczego i jej nic

mógłby ofiarować choć cząstki tej miłości? - pomyślała ze smutkiem.

Jonathan natychmiast się uspokoił. Leżał i patrzył na ojca z wyrazem całkowitej

ufności w oczach. Gabriel dotknął palcem muślinowej koszulki i zaśmiał się cicho, kiedy

synek pochwycił jego palec, włożył sobie do ust i począł ssać.

Zorientowawszy się, że nic nie leci, głośno wyraził swoje niezadowolenie. Zaczął

kręcić się i wiercić, zwracając buzię w stronę piersi Gabriela.

- Obawiam się, że tego nie mogę dla ciebie zrobić. Jonathanie - powiedział Gabriel,

unosząc brew. Rzucił Cassie chłodne spojrzenie i bez słowa oddal jej dziecko.

Usiadła w fotelu stojącym na wprost drzwi. Jonathan płakał coraz niecierpliwiej.

Zaczęła kołysać go, próbując uspokoić. W dodatku piersi zaczęły ją swędzić. Do diabła!

- On jest głodny, Jankesko - oznajmił Gabriel, jakby sama się tego nic domyśliła.

Rzuciła mu gniewne spojrzenie, dając do zrozumienia, że pragnie, aby zostawił ją

samą.

Lecz on tylko się uśmiechnął. Och, cóż z niego za potwór, pomyślała, kiedy stanął za

jej plecami. Zesztywniała zaskoczona, kiedy chwycił palcami tasiemki stanika i jednym

pociągnięciem zwolnił zapięcie, uwalniając pełne piersi.

Wstrzymała oddech, kiedy musnął dłońmi jej nagie ciało. Zaraz jednak Jonathan z

zachłanną chciwością pochwycił sutek.

Spuściła głowę, starając się skupić uwagę na dziecku. Był dobrym pogodnym

maleństwem, które płakało tylko wtedy, gdy było głodne lub miało mokrą pieluszkę. Nie

należał też do słabowitych, czego się obawiała. Miał okrągły twardy brzuszek i pulchne

policzki. Spokój i zadowolenie, które zwykle ją ogarniały podczas karmienia, gdzieś się

ulotniły.

Panująca w pokoju cisza szarpała nerwy. W dodatku Jonathan ssał tak hałaśliwe.

Każdą cząsteczką swego ciała wyczuwała obecność Gabriela. Wiele razy uczestniczył w

karmieniu syna, lecz dzisiaj czuła się przy nim bezbronna i naga. Potrafił doskonale panować

nad emocjami, tymczasem jej uczucia rozbiegły się w różnych kierunkach. Kiedy przyłożyła

Jonathana do drugiej piersi - spróbowała dyskretnie przykryć kocem obnażone ciało i główkę

synka. Dłoń Gabriela nie dopuściła do tego.

Pojedynek rozgorzał na dobre. Stanął teraz tak, by mogła go widzieć.

Taka oddana matka - zauważył kpiąco. - Wstyd, że nie jesteś równie oddaną żoną.

- Och, na litość boską! - Jonathan zaczynał usypiać przy jej piersi. Musiała wiec

zniżyć głos do szeptu, choć pragnęła wykrzyczeć swój protest. - Christopher przyszedł

background image

zobaczyć się z tobą. Chciał ci powiedzieć, że kupił dwór w sąsiedztwie Warrenton.

- Będzie więc naszym sąsiadem. Niezwykle to korzystne dla was obojga.

Jonathan usnął. Kiedy zjawiła się Alice, Gabriel odebrał Cassie syna i przekazał

piastunce. W drzwiach odwrócił się i spojrzał na Cassie znacząco. Wygładziła suknię i

uniosła dumnie głowę, kiedy chwycił ją za łokieć. Wiedziała, że nie ma innego wyjścia, jak

mu towarzyszyć.

Na korytarzu spróbowała się wyswobodzić, lecz na próżno. Puścił ją dopiero, gdy

znaleźli się w jej pokoju. Zamknął drzwi, skrzyżował ręce na piersi i powrócił do przerwanej

rozmowy. - Widziałem, jak go całowałaś, Jankesko. Cóż za wzruszająca scena.

Wciągnęła głęboko powietrze.

- Tylko w policzek, przysięgam. Chciałam go pocieszyć, nie więcej. Gabriel nie był w

stanie opanować dręczących go wątpliwości.

Dotyczyły one nie tylko jego syna. Nie mógł zapomnieć, z jaką pasją krzyknęła, że go

nienawidzi. Bez względu na to, jak słodko się do niego uśmiechała, ten krzyk utkwił w nim

jak kolec.

- Doprawdy? Powiedz mi, moja słodka, czy nadal czujesz się nieszczęśliwa, bo

sprowadziłem cię do Farleigh?

Nie uszedł jego uwagi nikły cień, który przemknął przez jej śliczną twarzyczkę.

Ogarnął go gniew.

Powoli, z rozmysłem, zaczął zdejmować z siebie ubranie. Rzucił surdut na oparcie

krzesła.

- Pocieszasz Christophera. Pielęgnujesz Jonathana. Jestem twoim mężem i nie

pojmuję, dlaczego i ja nie mógłbym zostać otoczony taką troską.

Och, cóż za arogancja! Poczuła, jak robi jej się gorąco, lecz dłonie wciąż miała

lodowało zimne. Zacisnęła je, wstrząśnięta do głębi burzą emocji, jaką w nim wyczuwała.

Za surdutem poszła koszula.

- Na twoim miejscu zacząłbym się rozbierać, Jankesko. - W przeciwnym razie z

przyjemnością zrobię to za ciebie.

Na widok jego nagiej, owłosionej piersi zaschło jej w ustach. Gabrielu - wyjąkała. -

Musisz mi uwierzyć. To był tylko przyjacielski pocałunek. Nie można go porównać z tymi,

które nas łączyły.

- Nie? W takim razie udowodnij mi to - oświadczył, zrzucając z siebie ostatnią część

garderoby.

Gardło miała tak ściśnięte, że z trudem oddychała. Pokręciła głową, walcząc

background image

rozpaczliwie ze słabością, która ją ogarniała.

Ręce Gabriela dotknęły jej nagich ramion, wywołując w niej niepokojące uczucia.

Lecz daleko bardziej niepokojąca była jego naprężona męskość. Mimo że starała się odwracać

wzrok, nie mogła się powstrzymać, by na nią nie patrzeć.

- Powtarzam, skarbie. Jeśli mam ci uwierzyć, musisz mnie przekonać.

Nie! - Wciągnęła głęboko powietrze. - Nie w ten sposób, nie wtedy, kiedy jesteś taki

zimny i rozgniewany. W ciągu paru sekund ściągnął z niej ubranie.

- Przestań! - krzyknęła. - Nie oddam ci się dobrowolnie! - Zaczęła okładać go

pięściami, kiedy cisnął ją na łóżko. - Słyszysz, nie pozwolę! - Chwyciła go za ramiona, lecz

nic wiedziała, czy po to, by go odepchnąć, czy przyciągnąć do siebie.

Opór Cassie rozwścieczył Gabriela. Umysł spowiła gęsta mgła, zacierając myśli i

rozsądek. Jednym gwałtownym ruchem wtargnął w nią głęboko, pokonując suchość jej

delikatnego wnętrza, nie przygotowanego na tak szalony atak.

Szarpnęła ciałem i jęknęła boleśnie.

Ten krzyk rozpaczy podziałał na niego niczym zimna woda. Uniósł się na łokciach i

spojrzał na nią. Oczy miała mokre od łez, które płynęły nieprzerwanym strumieniem.

Christopher nic dla mnie nie znaczy, przysięgam - załkała. Och, czy nie rozumiesz?

On kocha Evelyn, nie mnie. Chciał być blisko niej, nie mnie.

Zacisnął mocno oczy. Rozpacz mieszała się w nim z pożądaniem. Cassie - wyszeptał.

- O Boże... Cassie...

Zniknęła gdzieś ślepa furia, ustępując miejsca głębokiemu wstydowi. Jego jedynym

zamiarem było teraz uwolnienie jej od siebie.

Nie pozwoliła mu na to. Otoczyła ciasno ramionami i przywarła całym ciałem.

Nienawidziła tego, co przed chwilą zrobił - szalonego wybuchu gniewu i goryczy - lecz nie

jego. Nie mogła znieść myśli, że jeśli ten tak boleśnie rozpoczęty pojedynek nie przerodzi się

w coś wspaniałego. Gabriel może siebie za to znienawidzić.

- Nie - zaprotestowała błagalnie.

- Nie mogę, Cassie - powiedział niskim, nabrzmiałym bólem głosem. - Zachowałem

się jak zwierzę.

- Ależ możesz, Gabrielu. Po prostu mnie kochaj - wyszeptała. Wzięła w dłonie jego

twarz i z pełną nieśmiałości słodyczą pocałowała w usta. Wargi miała słone od łez.

Początkowo jego usta pozostawały zaciśnięte. Jak jego serce, pomyślała z rozpaczą.

Jednak po chwili uniósł głowę i spojrzał jej głęboko w oczy. Ujrzała w nich cały ogrom bólu i

winy i z cichym jękiem przywarła do tych gorących twardych warg.

background image

Poczuła, jak jego ramiona obejmuj ą ją kurczowo, a usta odpowiadaj ą na pocałunek z

równą jej żarliwością.

- Nigdy więcej mnie nie opuszczaj, Cassie - wyszeptał chrapliwie. - Obiecaj, że nigdy

mnie nie opuścisz.

Serce zaczęło jej bić jak szalone. Mała ochotę rozpłakać się z radości. A więc trochę

mu na niej zależało! Ze stłumionym jękiem zachwytu przywarła do niego całym ciałem.

Kiedy nagle zaczął się z niej wysuwać, zaprotestowała, gwałtownie zaciskając kolana.

On jednak pokręcił głową i dotknął ustami jej piersi.

Czas jakby stanął w miejscu. Jego pieszczoty wydawały się przedłużać w

nieskończoność. Całował ją zachłannie i zarazem delikatnie. Zalała ją fala gorąca, kiedy

zaczął drażnić wargami jej sutki, aż nabrzmiały i zesztywniały.

Westchnęła, kiedy przesunął się niżej, pieszcząc jedwabistą skórę brzucha, po czym

rozsunął jej uda. Zadrżała, kiedy poczuła najpierw jego gorący oddech, a potem język na

małym rozkosznie wrażliwym wzgórku i wilgotnych listkach. Smakował ją tak długo, aż

zaczęła wić się i jęczeć, błagając, by skończył tę rozkoszną torturę.

Kiedy wsunął się na nią, nad górną wargą błyszczały mu kropelki potu. Choć jego

penis był nabrzmiały i pulsujący, wszedł w nią niezwykle wolno i głęboko. Zacisnął zęby,

kiedy ogarnęło go intensywne ciepło jej wnętrza, i szybkim ruchem przekręcił się na plecy,

unosząc ją nad sobą, lecz wciąż pozostając w jej rozpalonym tunelu.

Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczyma, opierając się dłonią o jego pierś.

Gabrielu...

Jego oczy płonęły nieposkromioną namiętnością.

- Weź mnie - wyszeptał ochryple. Chwycił ją za biodra, uniósł w górę, po czym

opuścił na swój wyprężony członek.

- O tak, moja słodka... tak, tak!

Jęknął, kiedy ogarnęła ich fala namiętności, unosząc coraz wyżej i wyżej. Kiedy

poczuł, że ciało Cassie zaczyna pulsować i drżeć z rozkoszy, zacisnął zęby, zalewając ją

własnym spełnieniem. Po chwili Cassie opadła na niego z cichym jękiem.

Przewrócił się na bok i przyciągnął ją do siebie. Odsunął delikatnie złociste pasemka

włosów z jej policzków, po czym złożył na jej ustach długi, rozkosznie słodki pocałunek.

Usnęli, obejmując się ramionami.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

Następnego ranka skrzypienie otwieranych drzwi wyrwało Cassie z głębokiego snu.

Zaraz potem ktoś gwałtownie wciągnął powietrze w płuca. Uśmiechnęła się lekko. Zapewne

Gloria właśnie się zorientowała, że jej pani nie jest sama w łożu. Uniosła się na łokciu i

zobaczyła, że Gloria stawia tacę ze śniadaniem na stoliku przy drzwiach.

- Glorio?

Pokojówka odwróciła się na dźwięk męskiego głosu. Gorąca dłoń dotknęła nagiego

ramienia Cassie. A więc Gabriel też już nie spał.

Poproś kucharkę, by odtąd stawiała na tacy dla jaśnie pani także dzbanek z herbatą.

- Oczywiście, milordzie. - Dziewczyna dygnęła i pospiesznie wyszła z pokoju.

Polecenie Gabriela miało niezwykłą wagę - oboje zdawali sobie z tego sprawę. Cassie

obróciła się w jego stronę. Przesunął palcem wzdłuż linii jej nosa.

Czy masz coś przeciwko temu, pani hrabino? Uśmiechnął się szelmowsko, wywołując

tym szybsze bicie jej serca. Ciemne, nie ogolone policzki i pokryta gęstym włosem pierś

przydawały mu męskiego uroku, lecz zaspane, płonące żywym srebrem oczy czyniły go

znacznie młodszym i mniej surowym.

Pokręciła przecząco głową. Zalała ją fala błogiego szczęścia. Po raz pierwszy bowiem

poczuła się naprawdę żoną i damą.

Pochylił się i dotknął wargami jej ust, po czym spojrzał na nią z nagłą powagą w

oczach.

Mam nadzieję, że wybaczysz mi moją głupotę - powiedział cicho. - Po raz kolejny tak

niesprawiedliwe potraktowałem ciebie i Christophera. - Pokręcił głową z niesmakiem. -

Powinienem wiedzieć o Christopherze i Evelyn. Przycisnęła mu palce do warg.

- Skąd mogłeś wiedzieć? - upomniała go łagodnie. - Ja też o niczym nie wiedziałam.

Okazałam się równie ślepa jak ty. Teraz przypominam sobie, że często widywałam ich

razem... - Gruba zmarszczka przecięła jej czoło. - Christopher uważa, że jej ojciec nie uzna go

za odpowiedniego męża dla niej. Nawet nic próbował się zdeklarować w obawie, że

Warrenton zabroni mu się z nią widywać.

Wiem, jak bardzo lubisz Evelyn - powiedział Gabriel po chwili wahania. - Muszę

jednak wyznać, że Christopher ma rację. Dla Warrentona, podobnie jak dla mojego ojca, tytuł

jest najważniejszy Nie pozwoli, by nawet cień skandalu splamił jego nazwisko.

Nic na to nie odpowiedziała. Ogarnął ją wielki smutek na myśl, że jej przyjaciółka

może nigdy nie zaznać szczęścia, jakie ją spotkało. Gabriel dotknął wargami jej skroni.

background image

- Wiesz - powiedział cicho przychodzi wreszcie czas, by zapomnieć i zacząć wszystko

od nowa. - Chwycił ją palcami za brodę i spojrzał głęboko w oczy. - Bardzo bym chciał, aby

tak było z naszym małżeństwem.

Ku swemu zdziwieniu wyczuła w jego tonie niepewność. Przesunęła językiem po

wargach.

- Nowy początek? - zapytała.

- Nowy początek.

Jej twarz zajaśniała jak słońce.

Bardzo bym tego pragnęła. - Objęła go za szyję, niezdolna ukryć przepełniającej ją

radości. - Z całego serca.

- Lecz ja okazałem się takim zazdrosnym mężem. Sądziłem, że będziesz się na mnie

gniewać.

Zagryzła wargę.

Jakże bym mogła? Ja... ja również byłam zazdrosna. Przesunął spojrzeniem po jej

twarzy.

- Nie masz o co być zazdrosna, skarbie.

- Nie? Nawet o lady Sarah? Oczy mu pociemniały.

- Posłuchaj, skarbie. Odkąd poznałem ciebie, nie spałem z żadną inną i żadnej innej

nie pragnąłem. Wpatrywała się w niego intensywnie.

- Naprawdę?

- Naprawdę.

Wzrok Gabriela płonął srebrnym blaskiem. Zapragnęła nagle wyznać mu całą prawdę,

bo po raz pierwszy nie kryli swych uczuć. Kochała go. Serce jej przepełniała tak wielka

miłość, że nie było w nim miejsca na nic innego. Jak by zareagował, gdyby mu to

powiedziała?

Zanim jednak zdążyła otworzyć usta. Gabriel zaczął ją całować z niezwykłą czułością.

Przylgnęła do niego, poddając się słodkiej pieszczocie.

W tej chwili z korytarza dobiegi głośny płacz. Zaraz potem rozległo się pukanie do

drzwi i do pokoju weszła Alice z płaczącym dzieckiem na ręku.

Jest dziś trochę niecierpliwy - oznajmiła wesoło. Gabriel niechętnie oderwał się od ust

Cassie.

- Nasz syn ma nieomylne wyczucie czasu, nieprawdaż? - szepnął jej do ucha głosem,

w którym brzmiało rozbawienie.

Zaśmiał się cicho na widok ognistego rumieńca Cassie. Kiedy Alice wyszła, zaczął

background image

żartować z żony bezlitośnie, gdy chciała włożyć koszulę do karmienia. Sam najwyraźniej nie

miał takich zahamowań. Przeszedł nago do swojego pokoju i wrócił w ten sam sposób,

zatrzymując się po drodze po filiżankę herbaty, stojącą na stoliku przy drzwiach. Właśnie

miał zamiar nalać Cassie czekolady, kiedy znowu rozległo się pukanie do drzwi. Natychmiast

dał nura pod kołdrę, na co Cassie zareagowała wybuchem śmiechu.

Jaśnie pani - rozległ się głos Glorii. - Przyszła lady Evelyn i chciałaby wiedzieć, czy

milady wybierze się z nią dziś rano na konną przejażdżkę.

Cassie zagryzła wargę i spojrzała na Gabriela.

- Czy masz coś przeciwko temu? - zapytała poruszając bezgłośnie wargami.

Pokręcił głową.

- Powiedz lady Evelyn, że z ochotą! - zawołała Cassie. - Za chwilę będę gotowa.

Kiedy Jonathan skończył jeść, przekazała go Gabrielowi, po czym pospiesznie się

umyła i z pomocą męża przebrała w strój do konnej jazdy. Stojąc przed lustrem, włożyła na

głowę mały kapelusik. W tym momencie zauważyła Mittensa, kota pani McGee, który pod

nieuwagę opiekunki musiał się wślizgnąć do sypialni. Zwierzak stał na małym stoliku i

chłeptał chciwie czekoladę z filiżanki Cassie.

Obróciła się i krzyknęła gniewnie. Psik! Psik!

Kot, nic sobie z tego nie robiąc, wypił wszystko do ostatniej kropli, po czym. nawet

nie patrząc w stronę Cassie, wylizał sobie łapę i zeskoczył na podłogę.

Tym razem Gabriel wybuchnął śmiechem. Cassie usiłowała zachować powagę, lecz

po chwili też się śmiała. Nadal chichocząc, zeszła na dół do salonu.

Evelyn siedziała na miękkiej sofie w kolorze złota, rozkoszując się słonecznymi

promieniami wpadającymi przez okna. Cassie musiała chrząknąć dwa razy. by zauważyła jej

obecność.

- Ogromnie jestem ciekawa, co tak bardzo absorbuje dziś twoje myśli - rzuciła Cassie

żartobliwym tonem. - A może powinnam zapytać, kto?

Evelyn zaczerwieniła się gwałtownie. - Pozwól, że zgadnę. - Cassie zniżyła glos do

szeptu. - Czy ma może na imię Christopher? Błękitne oczy Evelyn rozszerzyły się z

przerażenia.

- Och nie! Czy wszyscy już o tym wiedzą?

- Ależ nie - zapewniła Cassie pospiesznie. Po czym westchnęła i poklepała Evelyn po

ręku. - Nie obawiaj się - powiedziała cicho. - Zatrzymam wasz sekret w tajemnicy, choć

chciałabym, byście mogli go wyjawić twemu ojca. Może nie byłby przeciwny

Christopherowi.

background image

Nie, Cassie - powiedziała ze smutkiem Evelyn. - Bardzo się ciszę, że Christopher

kupił ten dwór, obawiam się jednak, że na próżno. Ojciec coraz bardziej obstaje przy tym,

bym poślubiła kogoś z tytułem i majątkiem.

Widząc, jak bardzo ta sprawa zasmuca przyjaciółkę, Cassie nic więcej nie

powiedziała. Po chwili Evelyn uśmiechnęła się blado.

- Ojciec towarzyszył mi dziś rano na przejażdżce. Wybierają się z Edmundem na

polowanie. Zanim zeszłaś, Edmund pytał mnie, czy chciałybyśmy im towarzyszyć. Chyba nie

masz nic przeciwko temu, że odmówiłam?

Dobrze zrobiłaś - odparła Cassie zdecydowanie. - Nie potrafiłabym dotrzymać wam

kroku.

Właśnie wstały, kiedy w hallu rozległ się krzyk. Spojrzały na siebie z zaskoczeniem.

- Cóż to, na Boga...

To chyba pani McGee. - Cassie już biegła w stronę drzwi. Nie myliła się. Pani McGee

klęczała w hallu na podłodze, a jej mały kot Mittens leżał u jej stóp.

- Biedne zwierzątko - wyjąkała. - Właśnie chciałam go wyrzucić z domu, kiedy zaczaj

się chwiać i potem nagle znieruchomiał. Spojrzał na mnie zdziwionymi ślepkami i nagle

upadł. - Załamała ręce. - On... on chyba nie żyje.

Nadbiegli Edmund, ojciec Evelyn i Gabriel, który zaraz ukląkł przy pani McGee i

delikatnie obejrzał bezwładne ciało kota. W końcu podniósł wzrok na ochmistrzynię.

- Z tego, co pani mówi, wygląda jakby się upił - powiedział. Pokręcił głową i położył

dłoń na ramieniu kobiety. - Bardzo mi przykro, pani McGee, ale zdaje się, że zdechł.

Podszedł do nich Davis.

Jaśnie panie, może on dostał się do alkoholi w kuchni. Cassie zachwiała się

gwałtownie. „Wygląda, jakby się upił”.

Nie, pomyślała, został otruty.

Poczuła, że kręci jej się w głowie. Potworne podejrzenie niczym trucizna opanowało

jej myśli. Zaczęła cofać się w popłochu.

- Nie - wyszeptała ze wzrokiem utkwionym w Gabriela. - Dobry Boże, nie...

Po czym odwróciła się i pobiegła na górę. Gabriel poderwał się na nogi z wyrazem

konsternacji na twarzy.

Cassie! Co, u diabła... - I pobiegł za żoną. Usiłowała zamknąć mu drzwi przed nosem.

Otworzył je uderzeniem pięści i wpadł do środka niczym chmura gradowa.

- Cassie! Co cię napadło? - Miała rozszerzone strachem oczy i śmiertelną bladość na

twarzy. Do diabła! Mógłby przysiąc, że się go boi...

background image

Opanował rozdrażnienie i wyciągnął ku niej rękę. No, skarbie, powiedz mi, co się

stało. Stałą na środku pokoju drżąc na całym ciele.

- Jak gdybyś nie wiedział! - wykrzyknęła zdławionym głosem.

- Cassie, przysięgam, że nie wiem. Proszę, powiedz mi, co ci przyszło do głowy, że

zachowujesz się w ten sposób?

Tysiące myśli przelatywały jej przez głowę. Czy dlatego Gabriel był dziś taki miły?

Może co innego miał na myśli, mówiąc o nowym początku?

- Kot wypił moją czekoladę! - krzyknęła. - I zdechł! Wypił czekoladę, która była

przeznaczona dla mnie, i teraz nie żyje!

Gabriel wciągnął ostro powietrze.

- Słodki Jezu! Chyba nie sądzisz, że ja...

- Już raz dodałeś mi laudanum do czekolady! - krzyknęła. - Chyba nie zaprzeczysz?

- Nie, ale tylko po to, byś mogła zasnąć.

- Jestem jedyną osobą w tym domu, która pije czekoladę. Może ktoś chciał, bym

zasnęła na zawsze?

Nie panowała nad sobą. Słyszał w jej głosie panikę, a w oczach dostrzegł szaleństwo.

Zrobił krok w jej stronę. Odskoczyła gwałtownie, podbiegła do szafy i wyciągnęła z niej torbę

razem z kilkoma sukniami. Zaczęła w pośpiechu wpychać je do środka. Ręce jej tak się

trzęsły, że z trudem dawała sobie radę.

Z ponurym wyrazem twarzy chwycił ją za ramiona i obrócił ku sobie.

- Spójrz na mnie, Cassie - zażądał, potrząsając nią lekko. - I powiedz, że naprawdę

wierzysz w to, że mógłbym cię skrzywdzić, a tym bardziej pozbawić życia.

Łzy spłynęły jej po policzkach.

Ktoś do mnie strzelał. Zostałam napadnięta. A teraz to! Co mam myśleć? W dodatku

ty wcale nie pragnąłeś żony. Sam mi to mówiłeś.

Wszystko się zmieniło, Cassie - powiedział głosem napiętym z emocji. - Jesteś teraz

matką mego syna! Biorę Boga na świadka, że prędzej dałbym sobie rękę uciąć, niż pozwolił

cię skrzywdzić.

- A twój ojciec? Nienawidził mnie za to, że mnie tu przywiozłeś. Nie takiej synowej

pragnął. Jestem przecież Amerykanką. To dość, by pragnąć mej śmierci. - Przycisnęła dłoń do

czoła. - Nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć. Po prostu nie wiem.

W tym momencie dostrzegła stojącą w drzwiach Evelyn. Wyrwała się i podbiegła do

niej.

Evelyn, proszę, pomóż mi! - zatkała błagalnie. - Nie mogę tu zostać!

background image

- Och, Cassie, naturalnie, że ci pomogę, tylko... Spojrzała ponad jej ramieniem na

Gabriela. Niedostrzegalnie skinął głową. Wówczas pochwyciła dłonie Cassie. Były lodowato

zimne. - Uspokój się. kochanie. Ty i Jonathan zostaniecie w Warrenton. póki to wszystko się

nie wyjaśni... Jestem pewna, że ojciec nie będzie miał nic przeciwko temu.

Godzinę później Gabriel stał na szczycie schodów prowadzących do dworu i śledził

wzrokiem powóz, który właśnie mijał porośniętą bluszczem bramę, zmierzając w stronę

Warrenton. póki nic opadł kurz wzniecany przez koła.

Odjechała nim jego żona i syn.

W pięknie rzeźbionych dwuskrzydłowych drzwiach stanął Edmund.

- Dobry Boże, chłopcze! Nie mogę uwierzyć, że pozwoliłeś jej odjechać.

Gabriel zacisnął gniewnie szczękę. Minął ojca i pomaszerował do salonu. Edmund

podążył za nim.

- Gabrielu! - wykrzyknął podniesionym głosem, patrząc z dezaprobatą, jak syn nalewa

sobie brandy z kryształowej karafki. - Nie masz nic do powiedzenia?

Gabriel odstawił kieliszek z taką siłą. że szkło rozprysło się w drobne kawałki.

- Nie! - rzucił gniewnie. - Ale najwidoczniej ty tak, bo widzi mi się, że po raz kolejny

zawiodłem twoje oczekiwania.

Och, dajże spokój. - Edmund zbył go machnięciem ręki. - Przecież jej oskarżenia są

śmieszne. Ten kot na pewno zdechł z przyczyn naturalnych, a nie dlatego, że wypił czekoladę

zawierającą laudanum. Takie emocjonalne wybuchy często zdarzają się kobietom, które

niedawno rodziły. Rozumiem, że chcesz ją udobruchać, ale pozwalając jej wyjechać, tylko

utwierdzasz ją w jej obawach, które są absolutnie bezpodstawne.

- Czyżby? Nie zapominaj, że do niej strzelano, potem ją porwano, a teraz ktoś

prawdopodobnie usiłował ją otruć. Sprowadziłem ją tutaj, sądząc, że będzie tu bezpieczna.

Najwidoczniej nie, skoro znalazł się ktoś, kto świetnie zna jej upodobania. Czy zatem można

ją winić za to, że oszalała ze strachu? Ktoś próbuje ją zabić, prawdopodobnie ktoś z tego

domu. Ja nie i wątpię, czy ktoś ze służby byłby do tego zdolny. Zatem powiedz mi, ojcze, kto

pozostaje? Edmund stał niczym kamienny posąg.

Gdybyś nie był moim synem, Gabrielu, wyzwałbym cię na pojedynek za

przypisywanie mi czegoś takiego. Nigdy w życiu nie skrzywdziłbym kogoś od siebie

słabszego, w dodatku mojej własnej synowej.

- Twoja synowa jest Amerykanką, ojcze. A wszystkim wiadomo, jak bardzo

nienawidzisz Jankesów.

W oczach Edmunda zapłonęła wściekłość.

background image

- Tak czy owak nigdy nie skrzywdziłbym Cassandry. I nadal nie pojmuję, dlaczego

uznała za konieczne opuścić Farleigh.

Gabriel skrzywił się szyderczo.

Daj spokój, ojcze. Może to i lepiej, że wyjechała. Moja matka została i patrz, co się jej

przytrafiło.

Twoja matka? - wykrzyknął Edmund ze zdziwieniem. - Nie pojmuję, cóż ona może

mieć z tym wspólnego?

Wcale mnie to nie dziwi. Myślałem jedynie, że nie mógłbym patrzeć, jak Cassie żyje

tu w smutku i rozpaczy, tak jak moja matka. Nie chciałbym zrobić jej tego, co zrobiłeś mojej

matce.

- Co zrobiłem twojej... Niczego nie zrobiłem.

Właśnie. W ogóle o nią nic dbałeś. Nie kochałeś jej. Ledwie dostrzegałeś jej obecność.

Co według ciebie ją zabił o? Edmund zbladł.

- Co chcesz przez to powiedzieć, Gabrielu? Ona... ona utonęła w jeziorze. To był

straszny wypadek, ale tylko wypadek.

- Nie, ojcze. Jej śmierć nie była przypadkowa. Utonęła, bo chciała utonąć. Odebrała

sobie życie.

Edmund stał jak rażony piorunem.

- Skąd to wiesz? - wyszeptał.

- Zostawiła mi list. Wiedziała, że to zrozumiem, podobnie jak to, że o nią nie dbasz.

Kochała cię! - wyrzucił z siebie z pasją. - Kochała cię wbrew wszystkiemu. Chciałbyś

wiedzieć, co napisała w tym liście? Napisała, iż nie może dłużej znieść, że jedynie egzystuje

w twoim życiu, zamiast być jego częścią. Postanowiła więc z tym skończyć.

- Nie wiedziałem, Gabrielu - wyjąkał Edmund z rozpaczą. - Dobry Boże, o niczym nie

wiedziałem... Sądziłem, że to był wypadek. Dlaczego mi nigdy nie powiedziałeś?

W oczach Gabriela połyskiwały kryształki lodu.

- Nic dbałeś o nią, kiedy żyła, czemu więc miałaby cię obchodzić jej śmierć? -

Odwrócił się i wyszedł z salonu, trzasnąwszy drzwiami z taką siłą, że aż szyby zadźwięczały.

Edmund poczuł, że kolana się pod nim uginają. Z trudem dowlókł się do fotela.

Wszystko nagle nabrało wyrazistości. Nieprzystępność Gabriela, jego wrogość.

Okrył twarz w dłoniach i zapłakał nad swoim zmarnowanym życiem i nad tym, co

utracił.

I czego nigdy nie odzyska.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY

Następnego dnia Gabriel dwa razy przyjeżdżał do Warrenton, rano i po południu, lecz

Cassie nie chciała się z nim widzieć. Przyjechał więc następnego dnia, i znowu następnego.

Za każdym razem otrzymywał odmowną odpowiedz.

Nie chciała pogarszać sytuacji. Wiedziała, że jego widok powiększy tylko jej udrękę.

Całe dnie spędzała wahając się między nadzieją i obawą, rozpaczą i zniewagą, gniewem i

tęsknotą. Nocami płakała. Rano budziła się z bólem głowy, zapuchniętymi oczami i

krwawiącym sercem.

I wciąż od nowa powracało to samo pytanie: Gabriel czy Edmund? Ojciec czy syn?

Czasami zdawało się jej, że traci rozum. Przecież to szaleństwo przypuszczać, że

byliby zdolni kogoś zamordować. Zaraz jednak zakradała się wątpliwość i Cassie

przekonywała samą siebie, że to musi być któryś z nich. bo nikt inny nie przychodzi jej do

głowy.

Tydzień później stała w pokoju, który dzieliła z Jonathanem, patrząc przez okno na

bujną zieleń ogrodu. Wesołe promienie słońca harcowały wśród kwiatów, lecz w jej duszy

panował smutek i ciemność.

Domyślając się, że Cassie źle sypia, Evelyn nalegała, by odpoczywała popołudniami.

Zabierała wówczas Jonathana na dół, by przyjaciółka mogła spokojnie podrzemać. Dziś

jednak Cassie czuła się wyjątkowo niespokojna. Natłok myśli nie pozwalał na odpoczynek. W

końcu doszła do wniosku, że nie ma sensu dłużej się dręczyć i najlepiej zrobi schodząc do

Evelyn i Jonathana.

Zajrzała do salonu, lecz ich lam nic zasiała. Nic zauważyła, że drzwi na taras są

uchylone. Kiedy miała już wyjść, do jej uszu dobiegł cichy kobiecy śmiech. Podążyła wiec w

tamtym kierunku.

Evelyn spoczywała na drewnianej ławce, a na wprost niej siedział Gabriel z

Jonathanem na kolanach. Synek trzymał go za kciuki i wpatrywał się w niego z miłością.

Evelyn pierwsza ją dostrzegła. Ze skruszoną miną wstała pospiesznie z ławki. Cassie

aż się najeżyła. A więc nie można ufać nawet własnej przyjaciółce!

- Pozwól, że zgadnę - oświadczyła chłodno, przenosząc gniewne spojrzenie z Evelyn

na męża. - Czy to dlatego namawiałaś mnie, bym odpoczywała po południu?

Gabriel wsiał, biorąc Jonathana na ręce i troskliwie podtrzymując mu główkę. Evelyn

wyglądała na zdenerwowaną, tymczasem Gabriel jak zwykle trzymał swoje uczucia na

wodzy.

background image

- Rozumiem, że chcielibyście zostać sami - powiedziała Evelyn, siląc się na swobodny

ton. - Spojrzała na Gabriela. - Czy mam zabrać Jonathana?

Skinął głową, dotknął wargami ciemnej główki dziecka, po czym oddał go Evelyn.

Kiedy zostali sami, spojrzał na nią pałającym wzrokiem.

- Możesz się na mnie gniewać, Cassie, lecz nie ma potrzeby winić za to Evelyn. To ja

nalegałem na to spotkanie.

Uniosła dumnie głowę.

Powinnam się domyślić.

Oczy Gabriela błyszczały jak diamenty.

- Kiedy odmówiłaś widzenia się ze mną, pogodziłem się z tym. Lecz jakim prawem

odbierasz mi szansę na widywanie się z Jonathanem? Nie zapominaj, że jest również moim

synem.

Synem, którego nie chciałeś, podobnie jak jego matki! Twarz Gabriela przybrała

kamienny wyraz.

- Licz się ze słowami, Jankesko. Postąpiłem okrutnie, mówiąc ci wiele przykrych

rzeczy, których tak naprawdę nie myślałem, i dotąd tego żałuję. Czy jednak ty teraz nie

postępu jesz równie okrutnie? Sądzę, że tak.

Podszedł do niej tak blisko, że wyczuwała bijącą z niego siłę i zapach, który podrażnił

jej zmysły. Miała w głowie szalony zamęt. Bała się, by nic dostrzegł, jakie wrażenie robi na

niej jego bliskość. W tej sytuacji nie była w stanie jasno myśleć. Przypomniała sobie, jak

cudownie było leżeć w jego silnych, opiekuńczych i bezpiecznych ramionach, jak wspaniale

jest czuć na sobie jego gorące, namiętne wargi.

Ręce zaczęły jej drżeć. Skryła je pod fałdami sukni.

- Co chciałbyś, żebym uczyniła. Gabrielu? A może myliłam się co do kota? Czy nie

miałam racji, twierdząc, że ktoś dolał narkotyku do czekolady?

Zapanowała pełna napięcia cisza. W końcu Gabriel się odezwał.

- Nie - przyznał. - Miałaś rację. Medyk, który zbadał kota, też uważa, że został otruty.

Znaleziono również pustą butelkę po laudanum w pobliżu kuchni. Gloria powiedziała, że taca

stała w kuchni przez kilka minut, zanim zaniosła ją na górę. Przepytałem dokładnie całą

służbę, lecz nikt niczego nic zauważył.

Ukrywał coś przed nią. Cassie dostrzegła wahanie w jego oczach.

- Służba jest lojalna - zauważyła. - Zarówno w stosunku do ciebie, jak i do twojego

ojca. Gdybym umarła, mógłbyś się ożenić, z kim chcesz.

- Jeśli sobie przypominasz, w ogóle nie miałem zamiaru się żenić - rzucił gniewnie. -

background image

Zapewne mi nie uwierzysz, ale mój ojciec jest człowiekiem prawym i uczciwym. I doskonale

wiesz, że byłbym ostatnim, który stanąłby w jego obronie, gdybym nie miał co do tego

całkowitej pewności. - Zasępił się jeszcze bardziej. - Wierz mi, Cassie - ciągnął po chwili - że

rozumiem twoje obawy o własne bezpieczeństwo. Jednak nie mogę się pogodzić z tym, że

mnie o to posądzasz. Zapominasz, że byłem przy tobie, kiedy do ciebie strzelano.

Równie dobrze mogłeś kogoś do tego wynająć, podobnie jak w przypadku tego

strasznego człowieka w Londynie. A skoro nie ty, to kto?

Nie wiem! - wybuchnął. - Wynajęci przez mnie detektywi od miesięcy próbują się

czegoś dowiedzieć. Możesz mi nie wierzyć, ale wynająłem również ludzi, by nawet tu nie

spuszczali cię z oka. Mam już dość tego ciągłego zapewniania o swojej niewinności, której

mogę dowieść tylko w jeden sposób: znajdując winnego.

- A co ja mam robić? zawołała drżącym głosem, w którym słychać było wzbierające

łzy. - Obawiam się, że następnym razem nie będę miała tyle szczęścia.

Wyciągnął ku niej ręce, lecz Cassie znów poczuła w głowie straszliwy zamęt. Jak

mogła kochać człowieka, który pragnął jej śmierci? Nic pozwoli, by jej dotknął, bo wtedy z

pewnością rozpadnie się na miliony kawałków.

- Nie! - krzyknęła, odsuwając się od niego. - Nie dotykaj mnie! Nigdy więcej mnie nie

dotykaj!

Gabriel osłupiał. Mięśnie twarzy miał napięte. Czuł w ustach gorzki smak porażki.

- To małżeństwo było z góry skazane na przegraną - powie dział głosem, który będzie

ją ścigać aż do śmierci. - Może masz rację. Może powinniśmy zakończyć to tu i teraz.

Cała krew odpłynęła jej z twarzy.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

Och, nie obawiaj się. Przyrzekłem, że cię zabezpieczę, i tak będzie. Nie musimy

jednak dłużej siebie znosić. Czas zakończyć tę farsę, którą nazywamy małżeństwem.

Wystarczy, że powiesz, gdzie chciałabyś zamieszkać, a ja dopilnuję, by niczego ci nie

zabrakło. - Wykrzywił wargi. - Daleko mi do szlachetności, jednak może będzie lepiej, jeśli

wyjedziesz. Mogę nawet odesłać cię do Charleston.

Poczuła dławiący ucisk w gardle. Miała wrażenie, że ziemia usuwa jej się spod stóp. Z

trudem udało jej się wydobyć z siebie głos. A co z Jonathanem?

- Jonathan jest moim dziedzicem, tak jak ja jestem dziedzicem ojca - oświadczył

zdecydowanie. - I musi być odpowiednio do tego wychowywany. I będzie.

Spojrzała na niego w niemym zdumieniu. Miała oto przed sobą obcego jej człowieka.

To nie był ten namiętny Gabriel, którego znała.

background image

- Miałabym go tu zostawić? I byłby wychowywany przez ciebie i twojego ojca? I

miałby skończyć tak jak ty? - Gniew błysnął w jej oczach. - Nigdy!

- Siebie możesz mi odmówić, Cassie, ale nie odmówisz mi mojego syna.

- Mógłbyś zabrać mi dziecko? - wyszeptała, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co

usłyszała. - Boże, i ty śmiesz nazywać mnie okrutną? Rzucił jej lodowate i twarde spojrzenie.

- Wygląda na to, że dokonałaś wyboru. Nie wierzysz w moje słowa. Nie ufasz mi.

Dobrze więc. Nie będę dłużej błagał.

Odwrócił się i opuścił taras.

Mijały minuty. Może godziny. Cassie zupełnie zatraciła poczucie czasu. Otoczyła się

ramionami i tak trwała ze skamieniałym sercem i duszą.

Nagle usłyszała dyskretne chrząknięcie. Odwróciła się i zobaczyła Reginalda

Lathama.

- Wasza miłość - mruknęła. - Proszę mi wybaczyć. Nie wiedziałam, że tu jesteście.

Skinął jej głową.

- Cassandro. - Założył ręce na plecy i spojrzał na nią z góry. - Wybacz mi moją

śmiałość, lecz przypadkiem podsłuchałem twoją rozmowę z Gabrielem.

Oblała się krwawym rumieńcem wstydu. Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć.

Książę się nie uśmiechał, choć nie był też tak ponury jak zazwyczaj.

- Wobec tego proszę o wybaczenie - wymruczała. - Nie miałam zamiaru nadużywać

waszej gościnności, panie, i niepokoić domowników.

Nie ma potrzeby się tym trapić. Sądzę, że masz daleko ważniejsze sprawy do

rozważenia, na przykład decyzję twojego męża o odebraniu ci dziecka.

Cassie przełknęła z trudem ślinę.

- Wiem. - Każde słowo sprawiało jej trudność. - Sądziłam, że znam go lepiej... -

Pokręciła głową. - Po prostu nie mogę pojąć, jak on mógłby coś takiego zrobić.

Reginald westchnął.

- Znam go od dziecka. Potrafi być... uparty, delikatnie mówiąc. Czasami nawet...

mściwy.

Serce ścisnęło jej się z trwogi. Czy nie dlatego się z nią ożenił? Książę miał rację.

Doskonale poznała bezwzględność Gabriela. Zadrżała. Był taki zimny, bezlitosny.

Obawiam się, że muszę cię ostrzec, moja droga... Gabriel nie należy do ludzi, którzy

rzucają groźby na wiatr.

- Co... co wasza miłość ma na myśli? - zapytała drżącym głosem.

- Tylko to, co powiedziałem. Jego ojciec jest moim największym przyjacielem, ale

background image

zamiary Gabriela są niewybaczalne. Dziecko musi mieć matkę.

Cassie bezwiednie osunęła się na ławkę.

- Nie mogę pozwolić, by zabrał mi Jonathana. - Ukryła twarz w dłoniach. - Co mam

czynić?

- No, no, nie jest aż tak źle. - Wcisnął jej do rąk delikatną lnianą chusteczkę. - Wytrzyj

oczy i posłuchaj mnie.

Osuszyła łzy. Kiedy się uspokoiła, podniosła na niego wzrok.

- Oto co myślę, Cassandro. Jeśli tu zostaniesz, możesz w każdej chwili być narażona

na atak Gabriela i próbę odebrania ci Jonathana. On potrafi być pamiętliwy. Możesz zapytać o

to jego ojca.

Nie pozwolę mu tego zrobić! - wykrzyknęła. - Jonathan jest wszystkim, co mam.

- Doskonale to rozumiem, moje dziecko. Dlatego musisz uciekać.

- Uciekać? Ale dokąd? - zapytała. - W Londynie na pewno by mnie znalazł.

Przeszukałby całą Anglię, gdyby to było konieczne.

Reginald potarł w zamyśleniu policzek.

- Istnieje pewna szansa na to, byś mu uciekła. Mam w Irlandii siostrę. To bardzo zacna

i szlachetna kobieta. Mógłbym ci pomóc załatwić miejsce na statku. Dałbym ci do niej list i

jestem pewien, że pozwoliłaby ci u siebie zostać tak długo, póki sama się nie urządzisz.

Zadrżała.

- Statek? Nienawidzę podróży statkiem. Śmiertelnie boję się wody i...

i nie umiem pływać.

Wybór należy do ciebie. Tylko ty możesz zdecydować, co jest ważniejsze.

Zagryzła wargę. Kolejna podróż. Nie była to zbyt wysoka cena za utrzymanie przy

sobie syna. Książę ma rację. Gabriel jest niebezpiecznym przeciwnikiem. Ma za sobą władzę

i bogactwo. Jej jedyną nadzieją była natychmiastowa ucieczka.

- Wasza miłość ma rację - powiedziała z wahaniem i spojrzała mu w oczy. - Z

wdzięcznością przyjmę każdą pomoc, jeśli wasza miłość zechce mi jej udzielić.

- Doskonale, moja droga. Nie będziesz tego żałować. A teraz zrobimy tak... Zapakuj

tylko małą torbę dla siebie i dziecka.

Resztę rzeczy prześlę ci przed odpłynięciem statku. Za godzinę spotykamy się przy

stajniach.

- A co z Evelyn? - zapytała Cassie, marszcząc brwi. - Co mam jej powiedzieć?

Nie kłopocz się o Evelyn. Powiem jej, że zabieram ciebie i Jonathana na przejażdżkę

kariolką po okolicy. Nie będzie mogła nam towarzyszyć. Nie obawiaj się, nie zaprotestuje.

background image

Dopiero później powiem jej całą prawdę. Teraz to zbyt ryzykowne.

Godzinę później Cassie opuszczała Warrenton. Jonathan, ten aniołeczek, spal

spokojnie w jej objęciach. Przygotowując się do podróży, trwała w błogosławionym

odrętwieniu. Jednak nie zdążyli ujechać daleko, kiedy nagle jej serce, duszę i cale jestestwo

chwycił gwałtowny ból. Poczucie winy przytłoczyło ją swoim ciężarem.

Nie może tak uciec od Gabriela - nic w ten sposób, nie jak złodziej nocą. Zbyt wiele

już przeszli, żeby teraz się poddawać. Teraz, kiedy miała przyszłość w swoich rękach, zaczęła

się zastanawiać nad słusznością swojej decyzji.

Szeroką falą napłynęły wspomnienia. Przypominała sobie każde wypowiedziane

słowo, każdy dotyk, każdą pieszczotę, jakiej od niego doznała. Delikatnie objęła dłonią

główkę Jonathana i przesunęła palcami po brwiach, które już teraz były takie jak u ojca.

Gabriel miał rację. Jonathan jest również i jego dzieckiem. Za to kochała go

najbardziej. Tak jak jego ojca. Całym sercem i duszą. Myśl o życiu bez niego wydała jej się

przerażająca.

Nigdy więcej mnie nie opuszczaj, Cassie. Obiecaj, że nigdy mnie nie opuścisz.

Te słowa odbiły się echem w jej mózgu.

Prędzej dałbym sobie rękę ucinać, niż pozwolił cię skrzywdzić.

Wierzę mu, pomyślała, czując w sobie nagły przypływ emocji. I wierzę w niego.

Teraz, kiedy znalazła już odpowiedzi na wszystkie dręczące ją pytania, nie mogła

kontynuować tej tak pospiesznie rozpoczętej podróży.

Znajdowali się niedaleko Farleigh. Za dziesięć minut miną bramę wjazdową. Pochyliła

się i dotknęła ręki księcia.

Proszę się zatrzymać, wasza miłość - powiedziała. Zatrzymał gwałtownie kariolkę.

- Co się siało?

Proszę mi wybaczyć, ale nie mogę wyjechać - powiedziała spokojnie. - Nie mogę tak

zostawić Gabriela. To byłoby nieuczciwe.

Co takiego? Czy mam przez to rozumieć, że chcesz wrócić do Warrenton?

- Nie, wasza miłość powiedziała cicho. - Chciałabym wrócić do domu. Do Farleigh.

Do mojego męża.

W jego oczach zobaczyła wściekłość. Cofnęła się instynktownie na obite skórą

siedzenie. Wolno obrócił głowę i spojrzał jej w oczy. Zobaczyła w nich gorejący płomień

szaleństwa. Może masz rację...

Szarpnął głową i roześmiał się chrypliwym, szatańskim śmiechem, w którym czaiła

się groźba. Śmiechem, który wstrząsnął nią aż po koniuszki palców.

background image

- Chcesz wrócić do Farleigh, tak? A więc wrócisz, dziewczyno.

Gabriel zamiast do Farleigh pojechał do Christophera. Tam tak nerwowo przechadzał

się po umeblowanym na biało salonie, że gospodarzowi od samego patrzenia zaczęło się

kręcić w głowie.

Gabriel był wściekły. Wściekły na siebie i na Cassie, że sprowokowała go do

powiedzenia czegoś, czego nie zamierzał i nie chciał powiedzieć.

Najbardziej jednak gniewało go to, że wciąż nie mógł znaleźć dręczyciela Cassie.

Grzmotnął pięścią o dłoń. Tyle czasu i nic. Czyżby miał bielmo na oczach, czy też rozumu

mu nie stawało? Przez cały dzień nie opuszczało go przeczucie, że coś przegapił, coś, co

znajdowało się tuż - tuż.

- Gabrielu, to chodzenie nic ci nie da - zauważył sucho Christopher. - A ja będę musiał

zmienić dywan szybciej, niżbym tego pragnął. - Kiedy Gabriel nawet nie zwolnił kroku,

westchnął i powiedział: - Słusznie postąpiłeś. Po tym, co zdarzyło się w Farleigh. Cassie

będzie w Warrenton bezpieczniejsza.

Gabriel zatrzymał się raptownie.

- Masz rację. - Przesunął ręką po twarzy. - Jeśli wziąć pod uwagę przeszłość, to

Farleigh jest dla niej bardziej niebezpieczne niż Warrenton. Gdybym sądził, że cokolwiek jej

tam grozi, nie zezwoliłbym na ten wyjazd. Wciąż jednak mam uczucie, że...

Christopher aż wyprostował się w fotelu. Gabriel wpatrywał się nieruchomo w

przestrzeń przed sobą. Sprawiał urażenie, jakby zobaczył ducha.

Co się stało? - zapytał zaskoczony. Gabriel pokręcił głową niedowierzająco.

- Cassie powiedziała dzisiaj dziwną rzecz. Że gdyby umarła, mógłbym ponownie się

ożenić.

- To doprawdy straszne - skrzywił się Christopher. - Biedna dziewczyna. Po pewnym

czasie przyjdzie do siebie, ale...

- Nie w tym rzecz - przerwał mu Gabriel. - Czy nie rozumiesz? Ona ma rację. Gdyby

umarła, zostałbym wdowcem... To tak, jakbym w ogóle nic miał żony - dokończył szeptem.

Christopher zmarszczył brwi.

- Nie bardzo nadążam za twoim rozumowaniem. Czy chcesz przez to powiedzieć, że

mógłbyś wtedy poślubić Evelyn?

Tak... Tak! - W jego głosie zabrzmiały jednocześnie strach i podniecenie.

Christopher zerwał się na równe nogi.

- Na Boga, Gabrielu, tego już za wiele. Jak śmiesz sugerować, że Evelyn mogłaby

chcieć zabić Cassie tylko po to, by wyjść za ciebie za mąż? Evelyn nie potrafiłaby nikogo

background image

skrzywdzić, a co dopiero Cassie.

Gabriel chwycił go za ramiona.

- To prawda - przyznał. - Lecz czy mógłbyś to samo powiedzieć o księciu Warrenton?

Christophera zamurowało.

- Mój Boże! - wyszeptał. - Jej ojciec...

- Tylko pomyśl. Książę był w Warrenton, kiedy strzelano do Cassie. Był z Evelyn w

Londynie, kiedy ją porwano.

I był w Farleigh, kiedy ktoś zatruł jej czekoladę. - Christopher zbladł. - Gabrielu,

musimy coś zrobić.

Rzucili się pędem do stajni. Jak na skrzydłach pognali do Warrenton. Zanim Evelyn

zdążyła zejść na dół. Gabriel już był przy niej.

Przyszedłem po Cassie, Evelyn. Gdzie ona jest? Uśmiech zniknął z jej twarzy.

Mój ojciec zabrał ją i Jonathana na przejażdżkę kariolką. Wyjechali... jakiś kwadrans

temu.

- Nie... O Boże, nie! - Twarz Gabriela zrobiła się szara. - Musimy ich odnaleźć.

Musimy ich odnaleźć, zanim będzie za późno.

Evelyn spojrzała na Christophera.

- Co się stało? - zapytała z niepokojem w głosie. - Proszę, powiedz mi, co się stało?

Christopher ujął ją za łokieć. W jego oczach malował się ból. Evelyn... pragnąłbym,

żebyśmy się mylili.

Okazała się silniejsza, niż przypuszczał, bo bez chwili wahania kazała osiodłać konia i

ruszyła wraz z nimi na poszukiwania. I jako pierwsza dostrzegła stojącą na poboczu drogi

kariolkę.

Była pusta. Jedynie na podłodze leżało płaczące dziecko.

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY

Jonathan został wyrwany z objęć matki, po czym Warrenton zeskoczył ciężko na

ziemię. Wysiadaj! - warknął.

Uczyniła posłusznie, co kazał, i wyciągnęła ręce w błagalnym geście.

- Moje dziecko... proszę.

Warrenton wepchnął niemowlę na podłogę powozu. Gwałtowny ruch obudził dziecko,

więc zaczęło płakać. Cassie rzuciła się ku niemu, lecz Warrenton złapał ją za ramię i

pociągnął za sobą.

- Nie! - krzyknęła rozpaczliwie. - Czyś waść oszalał? Moje dziecko!

W odpowiedzi unieruchomił ją w żelaznym uścisku. Grube palce upiły się w ciało,

uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Po chwili ruszył w stronę rosnących przy drodze drzew.

Choć walczyła zaciekle, jej wysiłki były niczym w porównaniu z jego siłą i tężyzną. Przez

gęstwinę pni i gałęzi przeświecała tafla wody. Dreszcz strachu przebiegł po plecach Cassie.

Bezgłośny krzyk zabrzmiał w mózgu. O Boże, tylko nie nad jezioro! Starając się mu

przeszkodzić, upadła na kolana. Wówczas tak ostro szarpnął ją za ramię, że miała wrażenie, iż

wyrwał je ze stawu.

Zatrzymał się dopiero na niewielkim pomoście schodzącym ku wodzie. Cofnął się o

krok.

- A więc nie umiesz pływać, tak? Niezwykle fortunnie się złożyło, że mnie o tym

poinformowałaś. - Wyszczerzył zęby w chytrym uśmiechu.

Zamierzał ją zabić. Dostrzegła to w jego błyszczących groźnie oczach.

Wiec to wy do mnie strzelaliście, prawda? I tego człowieka w Londynie też

wynajęliście? Pamiętam, jak któregoś dnia wracałam do Farleigh. To wy mnie wówczas

obserwowaliście, prawda? A wtedy rano to wy wlaliście mi coś do czekolady?

- Tak, moja droga. I miałaś rację, to było laudanum. Co do strzału, to haniebnie

chybiłem. I jeszcze ten głupiec w Londynie! - Zaklął siarczyście. - Sprawiłaś mi wiele

kłopotu, dziewczyno. Chciałem to jak najszybciej załatwić, lecz kiedy dwie próby spełzły na

niczym, musiałem uzbroić się w cierpliwość. Pojmujesz, chciałem, by wyglądało to na

wypadek. A kiedy zniknęłaś, modliłem się, by znaleziono cię martwą w jakimś zaułku.

Niestety, wróciłaś. - Jego twarz wykrzywiła wściekłość.

- Dlaczego? - zapytała ze ściśniętym gardłem. - Dlaczego tak mnie nienawidzicie?

Przecież nic wam nie zrobiłam.

- Nic? Gdyby nie ty, Gabriel byłby już dawno mężem Evelyn.

background image

- Ależ ona odetchnęła z ulgą na wieść o tym, że Gabriel się ożenił. Nie chciała go

poślubić.

Pokręcił głową.

Życzenia Evelyn nie mają tu nic do rzeczy. To raczej sprawa konieczności. Widzisz,

moja droga, moim największym marzeniem jest przywrócić Warrenton jego dawną świetność.

Chyba zauważyłaś, że znajduje się w dość haniebnym stanie? Mam również inne dobra, o

które muszę zadbać. Niestety, ostatnimi laty popadłem w nałóg hazardu.

Szkoda, że szczęście przestało mi dopisywać. Prawdę rzekłszy, moje długi urosły do

monstrualnych rozmiarów. Czy możesz to sobie wyobrazić? Książę Warrenton w przytułku

dla ubogich! Moi przodkowie przewróciliby się w grobach. Jedyna nadzieja w tym, by Evelyn

wyszła bogato za mąż.

- A więc dlatego pragnąłeś, by wyszła za Stuarta, a potem starałeś się doprowadzić do

małżeństwa z Gabrielem?

Mądra dziewczyna. Muszę dbać o honor rodziny i nie mogę wydać mojej córki za

kupca. No, ale kiedy z tobą skończę, wszystko będzie tak jak przedtem. Evelyn i Gabriel będą

mogli się pobrać.

Przeniósł wzrok z Cassie na połyskujące wody jeziora, po czym spojrzał ponownie na

nieszczęsną dziewczynę.

- Właściwie to nawet dobrze się składa, że umrzesz jak Caroline. W dodatku jezioro

znajduje się tak daleko od Farleigh. Tak, moja droga, obawiam się, że staniesz się ofiarą

wypadku, tak samo jak biedna Caroline. - Westchnął dramatycznie. - Niestety, nie zdążę cię

uratować. Tragiczna strata, ale w twojej śmierci leży moje wybawienie.

Żołądek ścisnął jej się ze strachu. On ma rację. Nikt niczego nie zauważy. Nikt

niczego nie usłyszy. Jego bajeczka będzie brzmiała niezwykle wiarygodnie, do tego stopnia,

że nikt się nawet nie domyśli, co się za nią kryje.

Warrenton wyciągnął z kieszeni mały, lecz groźnie wyglądający pistolet. Machnął nim

w stronę jeziora.

- No, moja droga, skoczysz sama, czy będę zmuszony cię popchnąć? - Wyraz

niesmaku przemknął mu przez twarz. - Spodziewam się, że wybierzesz to pierwsze

rozwiązanie, bo nie chciałbym użyć tego przedmiotu. Jest bardzo kłopotliwy.

Cassie wpatrywała się w niego rozszerzonymi strachem oczyma. Jest zupełnie tak, jak

w moim śnie, pomyślała w odrętwieniu. Za sobą miała spokojne wody jeziora, kryjące w

głębi mroczny świat śmierci. Zawsze bała się, że utonie, i teraz tak właśnie miała umrzeć -

powolną, pozbawiającą tchu w piersiach śmiercią.

background image

Wolno pokręciła głową.

Nie skoczę. Będziecie musieli mnie zastrzelić.

Zły uśmiech wykrzywił jego wargi. Zanim się zorientowała, chwycił ją za ramię,

obrócił twarzą do jeziora i pchnął. Krzyk uwiązł jej w gardle, kiedy poczuła, że traci oparcie i

leci w przód.

Lodowata woda zalała jej twarz. Mroczna głębia wciągnęła w swą czeluść. Zaczęła

gwałtownie machać rękami. Udało jej się wydostać na powierzchnię i zaczerpnąć w usta

ożywczy haust powietrza. Zaraz jednak ponownie się zanurzyła. Usiłowała machać nogami,

lecz suknia krępowała jej ruchy. Czuła, że jakaś siła ciągnie ją w dół coraz głębiej i głębiej.

Gabrielu! - krzyknęła w myślach. Och, Gabrielu, pomóż mi!...

Nie zauważyła dwóch mężczyzn, którzy jak szaleni gnali przez łąkę w stronę jeziora.

W oddali majaczyła drobna kobieca figurka, trzymająca w ramionach małe krzyczące

zawiniątko.

Warrenton gwałtownie odwrócił głowę. Szatański śmiech zamarł mu na ustach, kiedy

usłyszał na pomoście szybkie kroki.

Christopher dopadł go pierwszy i wykręcił mu ręce do tyłu.

- Prędko! - krzyknął do Gabriela. - Dopiero co zniknęła pod wodą!

Gabriel ściągnął buty, nie spuszczając wzroku z powierzchni wody. Jezu! - szepnął. -

Oby nie było za późno.

W następnej sekundzie przeciął gładką taflę wody.

Cassie tymczasem machała w panice ramionami. Ogień trawił jej płuca, lecz bała się

otworzyć usta, wiedząc, co ją czeka. W głowie zaczęło jej szumieć. Powoli ogarniała ją mgła

nieświadomości. A więc tak się umiera, pomyślała.

Gabrielowi udało się chwycić ją w talii. Z całej siły pracował nogami, by wypłynąć na

powierzchnię. Holując Cassie do brzegu, starał się trzymać jej głowę nad wodą. Dyszał

gwałtownie, zmuszając mięśnie do szalonego wysiłku, aż w końcu udało mu się wyciągnąć ją

na brzeg.

Opadł przy niej na kolana i chwycił w ramiona. Trzęsącymi się rękoma odsunął jej z

twarzy mokre kosmyki włosów. Ciało miała zimne i bezwładne. Mokre rzęsy przykleiły jej

się do policzków. Serce zamarło mu z trwogi.

- Cassie! - krzyknął chrapliwie. - Cassie, otwórz oczy, najdroższa! Otwórz oczy!

Drgnęła, z piersi wyrwał się gwałtowny kaszel i świszczący urywany oddech. Powieki

zadrżały i uniosły się.

- Czyżbym umarła? - zapytała, chwytając gwałtownie powietrze.

background image

- A więc znowu wydaje ci się, że jesteś w niebie? - zapytał na wpół ze śmiechem, na

wpół z ulgą w głosie, i przycisnął ją do piersi.

W odpowiedzi uniosła z wysiłkiem ramiona, chwyciła jego ociekającą wodą głowę i

przytuliła się do niej.

- Wiesz, że tak? - wyszeptała z wargami tuż przy jego ustach.

W tym momencie rozległ się suchy trzask i rozdzierający serce krzyk. Gabriel uniósł

głowę. Cassie usiłowała się wyprostować.

- Nie! Nie patrz! - Ukrył jej twarz na swej piersi.

- Co się stało? Muszę to wiedzieć! - krzyknęła przerażona.

- To Warrenton, skarbie. On... on się zastrzelił.

- Nie! Och, nie! Biedna Evelyn...

Pochyliła głowę i rozpłakała się żałośnie. Gabriel przytulił ją do siebie. Koszmar się

skończył. Czas było wracać do domu.

Cassie zawiązała w talii szarfę od szlafroka. Długa gorąca kąpiel przyniosła ulgę

zmarzniętemu ciału, mimo to Cassie była zbyt niespokojna, by zasnąć.

Jej myśli wciąż krążyły wokół wydarzeń tego wieczoru. Nie czuła nienawiści do

księcia Warrenton, jedynie smutek i żal. Sercem byłą z Evelyn, na oczach której ojciec

odebrał sobie życie. Wiedziała jednak, że rozpacz przyjaciółki złagodziła obecność

Christophera. To on ją pocieszał, to w jego ramionach płakała. Christopher ją kochał i Cassie

nie wątpiła, że jego miłość zagoi rany Evelyn.

Edmund był zupełnie zaskoczony podstępnymi i nikczemnymi intrygami przyjaciela.

Słuchał w niemym zdumieniu relacji Gabriela z tego, co zaszło i co opowiedziała mu Cassie.

Potem cicho wycofał się do swego gabinetu.

Jonathan był już nakarmiony, poszła więc tylko upewnić się, czy wszystko w

porządku. Ku jej zaskoczeniu świeca wciąż się paliła w pokoju dziecinnym, rzucając nikły

blask na korytarz. Jednocześnie posłyszała przyciszone męskie glosy. Zatrzymała się

niepewnie przy drzwiach. Jest bardzo do ciebie podobny, wiesz?

To był głos Edmunda. Odwróciła się lekko i spojrzała w lustro wiszące na

przeciwległej ścianie. Odbicie ukazało jej Gabriela i Edmunda pochylających się nad kołyską.

- Modlę się, żeby nie miał mojego temperamentu - powiedział Gabriel.

- Ani mojego - dodał Edmund ze śmiechem w głosie. Cassie zamarła w bezruchu.

Niewidoczna dla rozmawiających, słyszała każde ich słowo.

- Jeśli będzie miał szczęście - dodał Edmund - wyrośnie na takiego człowieka jak jego

matka.

background image

Cassie zamrugała oczami, zaskoczona. Kiedy Gabriel się nie odezwał, domyśliła się,

że też był mocno zdziwiony.

- Czy wiesz - powiedział Edmund po chwili - że na początku byłem zdecydowany

traktować ją jak intruza i nigdy nie zaakceptować kobiety z jej pochodzeniem, w dodatku

Jankeski? Ale mijały tygodnie, a ja zacząłem czuć do niej coś, o co nigdy bym siebie nie

podejrzewał. Zaległa cisza.

- I co to takiego? - zapytał wolno Gabriel.

Podziw - odpowiedział cicho Edmund - - To dziwne. Choć pewnie nie raz się bała,

nigdy nie traciła odwagi. Potrafiła się też przyznać do swoich błędów i nie bała się okazywać

uczuć. Jakimś sposobem sprawiła, że ujrzałem siebie takim, jakim jestem naprawdę.

Cassie przywarła plecami do ściany. Przycisnęła pięść do ust. by nie wybuchnąć

płaczem. W gardle czuła dławienie. Ogarnęła ją nagle wielka ulga. Pomyśleć, że zdobyła

przychylność Edmunda. Kiedyś wydawało się to nieprawdopodobne, wprost niemożliwe.

- Czy pamiętasz ten wieczór, kiedy ją przywiozłeś? Krzyknąłem wówczas, że nowa

suknia nic uczyni z niej damy. - Edmund zaśmiał się ostrym, gardłowym śmiechem. - Ona już

wtedy była damą. I wiesz co? Myślę, że nas obu zawstydziła.

W tym momencie jakby się zawahał i w jego głosie zabrzmiała niepewność.

- Miałeś rację co do swojej matki. Gabrielu. Ja... ja nie kochałem jej tak. jak

powinienem... jak mógłbym, gdybym tylko spróbował. I naprawdę nie wiedziałem, że jej

śmierć nie była przypadkowa, że odebrała sobie życie z mojego powodu. Żałuję tylko, że nie

powiedziałeś mi tego przed laty, choć rozumiem, czemu tak się stało.

Serce jej się ścisnęło. Wiec Caroline postanowiła odebrać sobie życie. Cassie zawsze

podejrzewała, że coś się za tym kryje. Teraz już wiedziała co. Zanim jednak zdążyła się nad

tym zastanowić, posłyszała głos Gabriela.

- Nie ma potrzeby...

Jest, i to duża. Gabrielu. Nawet nie wiesz, jak wielki ogarnia mnie wstyd, kiedy

pomyślę, jak ją traktowałem i jak traktowałem ciebie, mojego syna. Sądziłem, że na swój bunt

i opór sam sobie zasłużyłeś, i ja nie jestem niczemu winny. Teraz wiem, że jeśli byłeś twardy,

to dlatego, że to ja cię do tego zmusiłem. Jeśli jesteś uparty, to dlatego, że... że jesteś moim

synem. Zrozumiałem też, że... to nie ty się ode mnie odwróciłeś. To ja cię odepchnąłem. Moją

własną arogancją, egoizmem i ignorancją. - Umilkł. - Chciałbym odzyskać syna, jeśli to tylko

możliwe. Popełniłem tyle błędów i nawet nie próbowałem ich naprawiać. - Ku zaskoczeniu

Cassie głos niepokojąco zaczął mu się łamać. - Życzyłbym tobie i... mojemu wnukowi, byście

mieli coś, czego my nigdy naprawdę nie mieliśmy. Rodzinę i szczęście. Poczucie

background image

wzajemnego zaufania i więzi. Wierzę, że z pomocą Cassie i Jonathana to osiągniecie.

Cassie... Ile to słowo dla niej znaczyło. Przełknęła palące łzy i pokręciła głową, wciąż

nie mogąc w to uwierzyć. W tym momencie dostrzegła w lustrze Gabriela. Trzymał Jonathana

na ramieniu i gładził go po plecach. Wpatrywał się w ojca z wyrazem niezwykłej

intensywności.

- Nie jesteś tym człowiekiem, którego znałem powiedział cicho.

- Ty również. - Edmund uśmiechnął się lekko.

Zaległa pełna napięcia cisza. Cassie zacisnęła oczy, a kiedy je otworzyła, nie była w

stanie ukryć zdumienia. Gabriel podał syna ojcu.

- Myślę - powiedział cicho - te nadszedł czas, abyś lepiej poznał swego wnuka.

Tego było już dla Cassie za wiele. Gorące łzy zalały jej oczy. Odeszła w pośpiechu, by

nie zostać zauważona.

Bezpieczna w swoim pokoju, otarła oczy wierzchem dłoni. Wydawało się, że nic

dobrego nie zdarzy się już tego dnia. Na szczęście się myliła. Dobiegła końca wojna między

Gabrielem a jego ojcem. Może wiec nadszedł czas, by i ona porozumiała się z mężem. Nie

było jeszcze okazji, by z nim porozmawiać, a tyle spraw pozostało nie wyjaśnionych...

Jakiś szelest zwrócił jej uwagę. Uniosła głowę i zobaczyła, że Gabriel właśnie wszedł

przez drzwi łączące ich pokoje. Serce podskoczyło jej do gardła. Nigdy nie wydał jej się

równie przystojny jak teraz. Płomień świecy podkreślał piękno jego męskich rysów.

Nigdy też bardziej go nie kochała.

- Gabrielu, ja... ja muszę ci coś powiedzieć. Nie powinnam była w ciebie wątpić. Nie

wiem, jak mogłam myśleć, że pragniesz mojej śmierci. Do końca życia nie przestanę tego

żałować. I... choć wiem, że na to nie zasługuję, ale powiedz mi. czy naprawdę chcesz, abym

wyjechała?

Zaległa pełna napięcia cisza. Miała wrażenie, że w żołądku zawiązał jej się supeł.

Minęła chyba cała wieczność, zanim się odezwał. Jego głos brzmiał tak cicho, że musiała

mocno natężać słuch.

- Gdybyś była mądra, Cassie, wyjechałabyś. - Umilkł, po czym dodał łagodnie: - Nie

obawiaj się. Nie zabiorę ci Jonathana. Mam jednak nadzieję, że będę mógł go widywać. I, tak

jak obiecałem, postaram się, by niczego ci nie zabrakło.

Z wyjątkiem ciebie, pomyślała. Czuła się tak, jakby otrzymała cios w samo serce. Nie

była w stanie oddychać. Nie wiedziała, jak znalazła odwagę, by pytać dalej.

- To nie jest odpowiedź. - Ku swemu przerażeniu posłyszała, że głos jej drży. - Czy

chcesz, abym wyjechała? Naprawdę tego chcesz?

background image

Stała tam, cała drżąca, z twarzą mokrą od łez. Spojrzał w tę bladą, piękną twarzyczkę i

pomyślał, że niczym sobie na nią nie zasłużył. Przed chwilą ponownie ją skrzywdził... Zresztą

zawsze ją krzywdził...

Zamknął oczy, by nie widzieć jej łez.

Nie - wyszeptał. - Choć, jak mi Bóg miły, powinienem. Tak byłoby lepiej dla ciebie.

Skoro więc nie chcesz, dlaczego muszę odejść? Och, błagam. Gabrielu, powiedz mi,

co czujesz. Nie mów mi tego, co twoim zdaniem chciałabym usłyszeć. Nie ukrywaj też tego,

czego, jak sądzisz, nie chcę wiedzieć. Po prostu powiedz, co kryje się w twoim sercu.

W trzech susach znalazł się przy niej. Czuł, że wzbiera w nim fala emocji, zbyt silna,

by ją powstrzymać, i zbyt silna, by zaprzeczyć.

- Ty jesteś w moim sercu. Cassie... Ty i nikt inny... - powiedział cicho, wpatrując się w

nią płonącymi oczyma.

Radość wezbrała jej w piersi. Oczy zajaśniały blaskiem. Nieśmiało oparta mu dłonie

na piersi. Gabrielu...

Wsunął palce w jej włosy i przytrzymał ją za kark. W jego wzroku była niezwykła

łagodność.

- Kocham cię - wyszeptał. - Jesteś moją panią, moją żoną, moim życiem.

Tę miłość dostrzegła w jego oczach, głosie i w dotyku jego rąk, które przyciągnęły ją

bliżej. Zalała ją błoga fala szczęścia.

Och, Gabrielu, ja też cię kocham... Od tak dawna. Proszę, powiedz mi to jeszcze raz. -

Na zmianę to śmiała się, to płakała, i nie było w tym nic niewłaściwego.

- Kocham cię - powiedział z wargami tuż przy jej ustach.

- Jeszcze raz - zażądała. Przytulił ją mocno.

- Kocham cię... Boże, jakże cię kocham! - wyszeptał i potem już żadne z nich nie było

w stanie niczego powiedzieć.

Znacznie później, kiedy na niebie zapłonął księżyc, Cassie przypomniała sobie, co

Gabriel powiedział zaledwie kilka dni temu:

Przychodzi wreszcie czas, by zapomnieć i zacząć wszystko od nowa.

Uśmiechnęła się.

Ten czas właśnie nadszedł.


Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
James Samantha Jankeska
James Samantha Jankeska(1)
James Samantha Jankeska
James Samantha Pierwszy raz
Pierwszy raz James Samantha
James Samantha Pierwszy raz 2
James Samantha Pierwszy raz
James Samantha Branka
Pierwszy raz James Samantha
Bond-quiz, James Bond 007
L ?mp? Spraque Jankes w Rzymie
ATT19-samantbhadra-dzogchen-0, Dzogczen
kolokwium I, 01. Wola wiary, William James - „Wola wiary”
James, konspekt james
Ciekawostki Casino Royale, James Bond 007

więcej podobnych podstron