background image
background image

LISA JANE SMITH

POWRÓT O ZMIERZCHU

Pamiętniki wampirów 05

Kathryne Jane Smith

mojej  świętej pamięci matce, z wielką  miłością

PROLOG

Stefano.

Elena była sfrustrowana. Nie potrafiła pomyśleć  jego imienia, by zabrzmiało tak, jak

chciała.

- Stefano - powtórzył raz jeszcze. - Czy moŜesz wypowiedzieć  moje imię,

najukochańsza?

Elena przyjrzała mu się  z namysłem. Złamał jej serce swoją  urodą, rzymskimi rysami i

ciemnymi włosami opadającymi niesfornie na czoło. Chciała ująć  w słowa uczucia, jakimi

darzyła Stefano, ale zaćmiony umysł nie pozwalał.

O tak wiele spraw pragnęła go zapytać... i tyle mu powiedzieć. Ale nie mogła znaleźć

właściwych słów. Nawet nie mogła mu przesłać  myśli. Stefano odbierał tylko chaotyczne,

pojedyncze obrazy.

Ale przecieŜ  to był dopiero siódmy dzień jej nowego  Ŝycia.

Stefano opowiedział Elenie,  Ŝe kiedy po raz pierwszy się  obudziła po tym, gdy umarła

jako wampirzyca, potrafiła chodzić, mówić  i robić  wiele rzeczy, których teraz nie pamiętała.

Nie wiedział, dlaczego tak było - nie słyszał nigdy o nikim, poza wampirami, kto wróciłby po

śmierci.

Elena była wampirzycą, gdy umierała, ale z pewnością  nie teraz.

Stefano powiedział jej teŜ,  Ŝe bardzo szybko się  uczyła. Przesyłała mu telepatycznie

background image

nowe obrazy, nowe słowa.

ChociaŜ  łatwiej było się  z nią  porozumieć, raz trudniej, był pewien,  Ŝe któregoś  dnia

Elena znów będzie sobą  i zacznie zachowywać  się  jak młoda dziewczyna, którą  jest. Nie

będzie  juŜ    osiemnastolatką    z  umysłem  dziecka.  Duchy  najwidoczniej  chciały,    Ŝeby

dorastała

jeszcze raz, poznając  świat oczami dziecka.

Elena uwaŜała,  Ŝe nie było to miłe ze strony duchów.

A jeśli Stefano w tym czasie znajdzie sobie inną dziewczynę? Obawiała się  tego.

To dlatego pewnej nocy, gdy Stefano się  obudził, Eleny nie było w łóŜku. Znalazł ją  w

łazience, nachyloną  nad gazetą. Z wielkim przejęciem wpatrywała się  w tekst, próbując

zrozumieć  coś  ze znaków na papierze, o których wiedziała,  Ŝe są  literami, które układają 

się

w  wyrazy,  które  kiedyś    znała.  Papier  był  wilgotny  od  jej  łez.  Nie  potrafiła

przeczytać Ŝadnego

słowa.

- Nie płacz, kochana. Nauczysz się  znowu czytać. Po co ten pośpiech?

Powiedział to, zanim zobaczył,  Ŝe połamała ołówek, zaciskając na nim dłoń  zbyt

mocno, i podarte papierowe serwetki. Próbowała przerysować  litery i słowa. MoŜe gdyby

umiała pisać  jak inni ludzie, Stefano przestałby sypiać  w fotelu. Wiedziałby,  Ŝe Elena jest

dorosła, i kładłby się  spać  u jej boku.

Patrzyła, jak oczy Stefano napełniają  się  łzami. On jednak uwaŜał,  Ŝe męŜczyźnie nie

wolno płakać, więc obrócił się  do niej plecami, by nie widziała jego łez.

A potem wziął ją na ręce i zaniósł do łóŜka.

- Eleno, powiedz mi, co mam zrobić. Zrobię  to, nawet jeśli wydaje się  niemoŜliwe.

Przysięgam. Tylko mi powiedz.

Wszystkie słowa, które chciała powiedzieć, tkwiły w jej głowie zaklinowane. Zaczęła

płakać.  Stefano  bardzo  delikatnie  otarł  jej  łzy,  jakby  obawiał  się,    Ŝe  moŜe  jej  zrobić 

background image

krzywdę.

Wtedy Elena uniosła twarz, zamknęła oczy i ułoŜyła usta do pocałunku. Ale...

- Masz umysł dziecka - powiedział Stefano łamiącym się  głosem. - Ni mogę  tego

zrobić.

Dawniej porozumiewali się  za pomocą  znaków, które Elena pamiętała. Uderzyła

palcami w szyję: raz, dwa, trzy razy.

To znaczyło,  Ŝe czuła się źle. To znaczyło,  Ŝe chce...

Stefano jęknął.

- Nie mogę...

Znów uderzyła trzy razy.

- Nie jesteś  jeszcze sobą...

Jeszcze trzy razy...

- Kochanie, posłuchaj...

Kolejne trzy uderzenia. Spojrzała na niego błagalnym wzrokiem. Gdyby mogła

mówić, powiedziała by: „Proszę, zaufaj mi choć  trochę  - nie jestem dzieckiem. Proszę,

posłuchaj tego, czego nie mogę  ci powiedzieć”.

- Cierpisz. Bardzo cierpisz - szepnął czule Stefano. - Gdybym... tylko trochę...

I nagle pewnym ruchem uniósł jej głowę  i obrócił pod takim kątem, jak trzeba, a

potem Elena poczuła ukąszenie, które bardziej niŜ  cokolwiek innego przekonało ją,  Ŝe  Ŝyje

i

Ŝe nie jest juŜ  duchem.

Przekonało ją  teŜ,  Ŝe Stefano kocha ją  i nikogo innego, i  Ŝe w końcu moŜe się  z nim

porozumieć. Powiedziała, co czuje za pomocą  okrzyków. Stefano słuchał oniemiały.

Elena uznała,  Ŝe tak jest sprawiedliwie. Potem juŜ  zawsze spał obok niej, a ona zawsze

była szczęśliwa.

ROZDZIAŁ 1

background image

Damon Salvatore właściwie wisiał w powietrzu, lekko tylko przytrzymywał się

gałęzi...

Kto zna nazwy drzew? Kogo obchodzi, co to za drzewo? Było wystarczająco wysokie,

Ŝeby zaglądać  z niego do sypialni Caroline Forbes na piętrze, a o szeroki pień  mógł oprzeć

plecy. UłoŜył się  wygodnie, z rękami załoŜonymi za głowę. Jak polujący kot czuwał z

przymkniętymi oczami.

Czekał na magiczną  godzinę  czwartą  czterdzieści cztery, tuŜ  przed  świtem, kiedy

Caroline odda się  swojemu rytuałowi. Widział to juŜ  dwa razy i był podekscytowany Nagle

ukąsił go komar.

To absurdalne, komary nie kąsają  wampirów - ich krew nie jest tak poŜywna jak

ludzka. Ale to, co poczuł na karku, z pewnością przypominało ukąszenie komara.

Rozejrzał się, ale niczego nie zobaczył.

Igły sosny. Nic latającego.  śadnego owada przycupniętego na gałęzi.

W porządku zatem. To musiała być  igła. Tak czy owak, ukłucie bolało coraz bardziej.

Pszczoła samobójca? Damon ostroŜnie dotknął dłonią karku. Nie wyczuł  Ŝądła. Tylko

mały pęcherzyk, który coraz bardziej bolał.

Przestał zwracać  uwagę  na ból, bo w sypialni Caroline coś  się  działo. Nie był pewien

co, ale poczuł nagły przypływ mory wokół  śpiącej dziewczyny, jakby buczenie kabli

wysokiego napięcia. Kilka dni temu właśnie to odczucie przyprowadziło go pod jej okno. Nie

potrafił jednak ustalić  jego  źródła. O czwartej czterdzieści zadzwonił budzik. Caroline

obudziła się, chwyciła zegar i rzuciła w kąt pokoju. Masz dziewczyno szczęście, pomyślał

Damon z pewną  przekorą. Gdybym był zwykłym włamywaczem, a nie wampirem,

nastawałbym  na  twoją    cnotę    -  zakładając,    Ŝe  jeszcze  jej  nie  straciłaś: Aleja  odpuściłem

sobie

dybanie na dziewice . pięćset lat temu.

Na ułamek sekundy uśmiechnął się, a potem jego czarne oczy znów stały się  zimne

background image

jak lód. Spojrzał w otwarte okno.

Tak... Zawsze uwaŜał,  Ŝe jego młodszy brat idiota, Stefano, nie doceniał Caroline

Forbes. Dziewczyna była niezłym ciachem: długie, opalone na złoto nogi, wąska talia,

kasztanowe loki. No i jej umysł. Wynaturzony, spaczony. Po prostu wspaniały. Na przykład,

jeŜeli się  nie mylił, nakłuwała laleczki wudu. Fantastycznie.

Damon lubił obserwować  artystów przy pracy.

Jakaś  moc wciąŜ  pulsowała w pokoju Caroline, a on nie mógł jej rozgryźć. Czy

dziewczyna była nią obdarzona? Na pewno me.

Caroline w pośpiechu sięgnęła po coś, co wyglądało jak garść  jedwabnych pajęczyn w

kolorze zielonym. Zdjęła koszulę  nocną  i - niemal zbyt szybko, by Damon to zauwaŜył -

włoŜyła seksowną  bieliznę. Na co czekasz, dziewczyno? - zastanawiał się  Damon.

Właściwie powinien zachować  większą  ostroŜność. Nagle rozległ się  trzepot skrzydeł;

na ziemię  upadło jedno hebanowe pióro, a na gałęzi siedział niezwykłych rozmiarów czarny

kruk.

Ptak uwaŜnie przyglądał się  jednym okiem Caroline, która zrobiła krok do przodu,

jakby kopnął ją prąd, z rozchylonymi ustami i wzrokiem wpatrzonym we własne odbicie.

Potem uśmiechnęła się, jakby z kimś  się  witała.

Damon zlokalizował  źródło mocy. Było w lustrze. Nie w tym samym wymiarze co

lustro, ale wewnątrz niego. Caroline zachowywała się... dziwnie. Odrzuciła do tyłu długie,

kasztanowe włosy. Opadały na plecy, stanowiąc wspaniały widok. ZwilŜyła językiem wargi i

uśmiechnęła się  znowu - scena przypominała spotkanie kochanków Kiedy dziewczyna

przemówiła, Damon słyszał ją  bardzo wyraźnie.

- Dziękuję. Ale spóźniłeś  się  dzisiaj.

W sypialni Damon nie widział nikogo oprócz Caroline i nie słyszał,  Ŝeby ktoś  jej

odpowiedział. Ale odbite w lustrze usta Caroline otwierały się, mimo  Ŝe dziewczyna miała

je

background image

zamknięte.

Brawo! - pomyślał, zawsze doceniając kaŜdego, kto robił ludziom takie psikusy.

Dobra robota, kimkolwiek jesteś ! Czytając z warg w lustrze, wyłapał coś  jakby

„przepraszam” i „uroczo'' .Pokiwał głową.

- ...nie musisz... po dzisiaj.. - mówiło dalej odbicie Caroline.

- A jeśli nie uda mi się  ich oszukać? - zapytała Caroline.

- ...miała pomoc. Nie przejmuj się, odpocznij...

- Dobrze. I nikomu nie stanie się  krzywda, tak? To znaczy nikt nie umrze?

- Dlaczego mielibyśmy..?

Damon uśmiechnął się  w duchu. Ile razy słyszał juŜ  takie rozmowy? Sam doskonale

znał tę  strategię: najpierw osacza się  ofiarę, potem uspokaja się  ją  Zanim się  zorientuje,

moŜna skłonić  ją  do wszystkiego, aŜ  nie będzie więcej potrzebna. . A wtedy - oczy mu

zabłysły - szuka się  kolejnej. Caroline nerwowo wyłamywała palce.

- Ale tylko dopóki... wiesz. Obiecałeś. Naprawdę  mnie kochasz?

- ...zaufaj mi. Zajmę  się  tobą... i twoimi wrogami teŜ. JuŜ  się  nimi zajmuję.

Dziewczyna przeciągnęła się  - chłopcy z Liceum imienia Roberta E. Lee zapłaciliby duŜo za

ten widok.

- Chcę  to zobaczyć  - powiedziała: - Mam juŜ  dość  słuchania o tym,  Ŝe Elena to,

Stefano tamto... Teraz wszystko zacznie się  od początku. .

Przerwała, jakby, uświadomiła sobie;  Ŝe ktoś  na drugim końcu linii odłoŜył

słuchawkę..  ZmruŜyła.  oczy  i  zacisnęła  wargi.  Po  chwili  jednak  się    uspokoiła.  WciąŜ 

patrzyła

w lustro. Jedną  dłoń  połoŜyła delikatnie na brzuchu. Spojrzała na nią  i jej twarz rozjaśniła

się

na moment. Potem pojawił się  na niej wyraz zrozumienia i niepokoju zarazem.

Damon ani na chwilę  nie oderwał wzroku od lustra. Zwykłe lustro. I nagle, kiedy

background image

Caroline się  odwracała, zauwaŜył czerwony błysk.

Płomień? Co tu. się  dzieje? - pomyślał, przyjmując z powrotem postać  zabójczo

przystojnego faceta leŜącego na gałęzi drzewa. Istota z lustra na pewno nie pochodziła stąd.

Ale zdaje się,  Ŝe zamierzała sprawić  kłopot jego bratu. Uśmiech zadowolenia pojawił się 

na

ustach Damona.

Nic nie sprawiało mu takiej przyjemności, jak widok przemądrzałego,

świętoszkowatego Stefano „jestem lepszy od ciebie, bo nie piję  ludzkiej krwi” Salvatore w

tarapatach.

Nastolatki z Fell's Church - i niektórzy dorośli - uwaŜali opowieść  o Stefano Salvatore

i  miejscowej  piękności  Elenie  Gilbert  za  współczesną  wersję    Romea  i  Julii.  Ona  oddała

 Ŝycie,

Ŝeby go uratować, kiedy oboje zostali porwani przez psychopatkę, a potem on umarł z

tęsknoty. KrąŜyły nawet plotki,  Ŝe Stefano nie był zwykłym człowiekiem, ale czymś  innym.

Demonem, dla którego odkupienia Elena się  poświęciła.

Damon znał prawdę. Stefano rzeczywiście umarł, ale to było setki lat temu.

Naprawdę  był wampirem, ale nazywanie go demonem to jakby powiedzieć  o Sierotce

Marysi,  Ŝe jest uzbrojona i niebezpieczna:

Tymczasem Caroline wciąŜ  mówiła do pustego pokoju.

- Tylko poczekaj - wyszeptała, podchodząc do biurka. Długo grzebała w stercie

papierów i ksiąŜek, aŜ  znalazła miniaturową  kamerę  wideo. Zielone  światełko wyglądało

jak

oko. OstroŜnie podłączyła kamerę  do komputera i wpisała hasło.

Wzrok Damona był duŜo lepszy niŜ  jakiegokolwiek człowieka. Wyraźnie widział, jak

opalone  palce  z  długimi  paznokciami  wstukują    „o  bogini”.  Bogini  Caroline  Forbes,

pomyślał.

śałosne.

background image

Dziewczyna obróciła się  i Damon zobaczył łzy w jej oczach. Nagle zaczęła szlochać.

Opadła na łóŜko, chlipiąc i kiwaj ąc się  w tył i w przód. Uderzała pięścią  w materac, ale

cały

czas płakała. i płakała. Jej zachowanie zaskoczyło Damona. Po chwili obudził. się  w nim

instynkt.

- Caroline? Caroline, mogę  wejść?

- Co? Kto tu jest? - rozejrzała się  nerwowo.

- Damon: Mogę  wejść? - zapytał z fałszywym współczuciem, jednocześnie

wywierając na nią nacisk telepatycznie.

Wampiry mogą  kontrolować  ludzkie umysły Do jakiego stopnia, zaleŜy od wielu

czynników: diety (jeśli  Ŝywią  się  ludzką  krwią  zyskują  potęŜną  moc), siły woli ofiary,

relacji

między obojgiem, pory doby i tylu innych rzeczy,  Ŝe Damon nawet nie próbował tego

zrozumieć. Wiedział tylko, kiedy był bardzo silny. Teraz był.

- Mogę  wej ść? - powtórzył czarującym głosem. W tej samej chwili złamał wolę

Caroline, bo jego była o wiele silniejsza.

- Tak - odpowiedziała, ocierając łzy. Najwidoczniej nie widziała nic niezwykłego w

tym,  Ŝe wchodzi do niej przez okno. - Wejdź, Damonie.

W ten sposób zaprosiła go. Jednym zgrabnym ruchem wampir znalazł się  w  środku. W

pokoju pachniało perfumami; mocnymi perfumami. Poczuł zew krwi. Jego górne kły zrobiły

się  dwa razy większe, a ich brzegi stały się  ostre jak brzytwa To nie była właściwa pora na

pogaduszki, chociaŜ  zwykle gawędził z ofiarami - czekanie na deser stanowi połowę

przyjemności, jaką  sprawia zjedzenie go. Teraz jednak odczuwał silny głód. UŜył maksimum

mocy, by zawładnąć  umysłem Caroline i uśmiechnął się  do niej promiennie. Podziałało.

Caroline otworzyła usta, jakby chciała coś  powiedzieć. Jej  źrenice rozszerzyły się, a

potem zwęziły.

background image

- Ja... ja... - wykrztusiła. - Och... I była jego. Łatwo poszło:

Kły Damona wibrowały. Odczuwał ból, który sprawił,  Ŝe zaatakował z prędkością

kobry - zanurzył zęby w pulsującej  Ŝyle. Był głodny, piekielnie głodny. Jego ciało OstroŜnie,

nie przestając patrzeć  dziewczynie w oczy, uniósł jej głowę, aby odsłonić  szyję. Pulsowanie

krwi, ciepłej i słodkiej, odbierał wszystkimi zmysłami: czuł uderzenia jej serca i zapach krwi

tuŜ  pod powierzchnią  gładkiej skóry Nachylił się.

Nigdy jeszcze nie był tak podekscytowany, tak spragniony...

Tak spragniony,  Ŝe aŜ  go to zdziwiło. Zastygł bez ruchu. W końcu kaŜda dziewczyna

smakuje równie dobrze. Co sprawiało,  Ŝe Caroline wzbudzała w nim takie pragnienie? Co

się

z nim działo?

Nagle zrozumiał.

Odzyskałem kontrolę  nad swoim umysłem, dziękuję. Myślał jasno i logicznie.

Zmysłowa aura, której uległ, zniknęła. Puścił podbródek Caroline i się  wyprostował.

Istota, która nawiedzała dziewczynę, o mało nie przejęła nad nim kontroli. Próbowała

zmusić  go do złamania obietnicy, którą  dał Elenie.

Kątem oka znów dostrzegł czerwoną  iskrę  na lustrze. Tę  istotę  musiało przyciągnąć

epicentrum mocy, które znajdowało się  w Fell's Church - był tego pewien. Na krótko

zawładnęła jego umysłem, chciała, by wysuszył  Ŝyły Caroline. By wypił całą  jej krew, by

zabił człowieka - czego nie zrobił, odkąd złoŜył obietnicę  Elenie.

Dlaczego? Wściekły, szukał umysłem intruza. Powinien wciąŜ  tu być, lustro było

portalem pozwalającym jedynie na przemierzanie niewielkich odległości. W dodatku

nieznajomy na chwilę  przejął nad nim kontrolę, nad Damonem Salvatore, więc musiał być

bardzo blisko.

Damon nikogo nie znalazł. To rozwścieczyło go jeszcze bardziej. Nieświadomie

przykładając dłoń  do karku, posłał w przestrzeń  wiadomość: Ostrzegam cię  tylko raz.

background image

Trzymaj się  ode mnie z daleka!

Wiadomość  wysłał z mocą; która w jego umyśle zajaśniała jak błyskawica. To

uderzenie mocy powinno zabić  kogoś  na dachu, w powietrzu, na drzewie... moŜe w domu

obok. Gdziekolwiek był.

Tajemnicza istota powinna upaść  na ziemię, a on powinien ją wyczuć.

Ale chociaŜ  ciemne chmury zebrały się  nad nim; a wiatr wyginał gałęzie, nikt nie

upadł, nikt nie próbował go zaatakować.

Nie wyczuwał nikogo, kto byłby na tyle blisko,  Ŝeby wedrzeć  się  do jego umysłu, a

ktoś  znajdujący się  daleko nie - mógł oddziaływać  na Damona z tak potęŜną mocą:

Starszy brat Stefano bywał czasem próŜny, ale w gruncie rzeczy miał trzeźwy osąd

własnej osoby Był silny i wiedział o tym. Tak długo, jak długo dobrze się  odŜywiał i nie

ulegał sentymentom, niewiele było istot, które mogły się  z nim równać.

Dwie zjawiły się  tutaj w Fell's Church, pomyślał, ale zaraz stwierdził,  Ŝe z pewnością

w okolicy nie było innych starych, potęŜnych wampirów jak on, bo wiedziałby o tym.

Być  moŜe były tu całe stada wampirów, ale  Ŝaden nie miał takiej mocy, by opanować

jego myśli.

Damon był teŜ  pewien,  Ŝe nie było tu nikogo innego, kto mógłby go pokonać.

Wyczułby go; tak jak wyczuwał strumienie dziwnych mocy, które krzyŜowały się  pod

miasteczkiem.

Spojrzał jeszcze raz na Caroline, wciąŜ  w transie, w który ją  wprawił. Wyjdzie z niego

powoli.

Potem obrócił się  i ze zwinnością  pantery wyskoczył przez okno na gałąź  drzewa; a

potem zgrabnie zeskoczył na ziemię.

ROZDZIAŁ 2

Damon musiał poczekać  kilka godzin, by się  poŜywić  - dziewczyny spały tak mocno,

background image

Ŝe nie mógł ich obudzić  i nakłonić, by go zaprosiły do sypialni. Był wściekły. Głód, który

wzbudziła w nim tajemnicza istota, był realny, nawet jeŜeli Damonowi szybko udało się

odzyskać  kontrolę  nad swoim umysłem. Potrzebował krwi i potrzebował jej juŜ.

Dopiero potem pomyślał o dziwnym gościu Caroline: demonie, który oddał mu

dziewczynę  na pewną śmierć  zaraz po tym, kiedy zawarł z nią  układ.

Ranek zastał Damona przejeŜdŜającego główną  ulicą  miasta, obok antykwariatu,

restauracji i sklepiku z pocztówkami.

Chwileczkę, tutaj otworzono nowy sklep z okularami przeciwsłonecznymi. Damon

zaparkował i wysiadł z samochodu z gracją  wyćwiczoną  przez stulecia. Spojrzał w

przyciemnianą    szybę    wystawową    i  uśmiechnął  się    do  swojego  odbicia.    Świetnie

wyglądam,

pomyślał z zadowoleniem.

Gdy stanął w drzwiach sklepu, zaanonsował go dzwonek wiszący nad nimi. Za ladą

stała bardzo ładna dziewczyna o zaokrąglonych kształtach, z brązowymi włosami zebranymi

w kucyk i duŜymi niebieskimi oczami.

Spojrzała w jego stronę  i uśmiechnęła się  nieśmiało.

- Dzień  dobry - przywitała go. - Jestem Page. Damon patrzył na nią  uwodzicielsko, po

czym posłał jej czarujący uśmiech.

- Dzień  dobry, Page - powiedział, przeciągając nieco sylaby.

Dziewczyna przełknęła  ślinę.

- Czy mogę  w czymś  pomóc?

- O tak - przytaknął, nie pozwalając jej odwrócić  wzroku. - Tak sądzę.

Znowu obrzucił dziewczynę  taksującym wzrokiem i z powaŜną  miną stwierdził:

- Powinnaś  być  damą  dworu w jakimś średniowiecznym królestwie.

Page zbladła, po czym zarumieniła się  - wyglądała jeszcze ładniej.

- Ja... ja zawsze o tym marzyłam. Ale skąd wiedziałeś? Damon tylko się  uśmiechnął.

background image

Elena spojrzała na Stefano szeroko otwartymi oczami w kolorze lapis - lazuli. Właśnie

powiedział jej,  Ŝe będzie miała gości! Odkąd wróciła z zaświatów, nie miała gościa.

Musiała się  dowiedzieć, co to jest gość.

Damon spędził w sklepie z okularami piętnaście minut. Teraz szedł chodnikiem,

pogwizdując, w nowych ray banach.

Page drzemała na podłodze. Później szef zaŜąda,  Ŝeby zapłaciła za skradzione okulary,

ale teraz czuła się  obłędnie szczęśliwa. Do końca  Ŝycia - miała zapamiętać  ekstazę, którą

przeŜyła.

Damon zaglądał przez szyby do sklepów, choć  niezupełnie w takim celu, w jakim

zwykle robią  to ludzie. Urocza starsza pani w sklepiku z pocztówkami... nie. Facet w

elektronicznym... nie.

Ale... coś  ciągnęło go z powrotem do sklepu z elektroniką. Jakie wspaniałe urządzenia

się  teraz produkuje. Zapragnął mieć  małą  kamerę  wideo. A Damon nie miał w zwyczaju

odkładać  zaspokojenia swoich pragnień. Podobnie jak wybrzydzać, gdy był głodny. Krew to

krew niewaŜne, w czyich  Ŝyłach krąŜy.

Chwilę  po tym, gdy sprzedawca zademonstrował mu działanie kamery, Damon

wyszedł ze sklepu z tym cackiem w kieszeni.

Spacer sprawiał mu przyjemność, chociaŜ  kły znów zaczęły boleć. To dziwne,

powinien juŜ  być  nasycony. Ale z drugiej strony nie pił krwi poprzedniego dnia. To pewnie

dlatego  wciąŜ    jest  głodny.  Poza  tym  zuŜył  duŜo  mocy  na  uwolnienie  się    od  demona  w

pokoju

Caroline. Tymczasem napawał się  tym,  Ŝe odzyskał siły, a jego organizm funkcjonuje jak

dobrze naoliwiony mechanizm,  Ŝe kaŜdy ruch sprawia mu rozkosz.

Przeciągnął się  dla czystej zwierzęcej przyjemności, a potem przystanął,  Ŝeby

przyjrzeć  się  swojemu odbiciu w witrynie antykwariatu. Trochę  potargany, ale zabójczo

przystojny. No i dokonał dobrego wyboru: nowe okulary podkreślały jego urodę.

background image

Właścicielką  antykwariatu, wiedział o tym, była pewna wdowa, która miała bardzo,

bardzo ładną  siostrzenicę.

W  środku sklepu panował półmrok i było chłodno.

- Czy wiesz - zapytał dziewczynę, gdy podeszła do niego -  Ŝe wyglądasz, jakbyś

marzyła o zwiedzaniu egzotycznych krajów?

Stefano wyjaśnił Elenie,  Ŝe goście to jej przyjaciele, jej dobrzy przyjaciele. Powiedział

teŜ,  Ŝe powinna chodzić  ubrana. Nie rozumiała dlaczego. Było gorąco. Zgodziła się  nosić

koszulę  nocną, ale w dzień  było gorąco, no i nie miała koszuli dziennej.

Poza tym ubrania, które Stefano jej podał - jego dŜinsy z podwiniętymi nogawkami i

zdecydowanie za duŜa koszulka polo - były... złe. Kiedy dotknęła koszulki, zobaczyła obrazy

kobiet w małych, ciemnych salach, pochylonych nad maszynami do szycia.

- Ze sweat shopu

? - zapytał zdumiony Stefano, kiedy Elena przesłała mu

  Sweat shopy to zakłady produkcyjne w krajach Trzeciego  Świata, w których panują  cięŜkie warunki

telepatycznie te obrazy. - To? - Rzucił ubrania na podłogę.

- A to? - Dał jej inną koszulkę.

Elena przyjrzała jej się  uwaŜnie, dotknęła ją  policzkiem.  śadnego cierpienia,  Ŝadnej

niewolniczej pracy.

- W porządku? - dopytywał się  Stefano. Ale Elena nie słuchała. Podeszła do okna i

wyjrzała przez nie.

- Co się  stało?

Tym razem przesłała mu tylko jeden obraz. Rozpoznał go od razu.

Damon.

Stefano poczuł skurcz serca. Jego starszy brat utrudniał mu  Ŝycie, jak mógł, od prawie

pięciu  wieków  Za  kaŜdym  razem,  gdy  Stefano  udało  się    uciec,  Damon  znajdował  go...  Po

co?

Dla zemsty? Satysfakcji? Dawno temu, we Włoszech ery renesansu, zabili się  nawzajem, gdy

background image

ich szpady niemal jednocześnie przebiły ich serca. Pojedynkowali się  o wampirzycę, którą

obaj kochali. Od tamtej pory było między nimi tylko gorzej.

Ale teŜ  kilka razy ocalił mi  Ŝycie, pomyślał Stefano, sam zbijając się  z tropu. I daliśmy

słowo,  Ŝe będziemy się  o siebie troszczyć....

Spojrzał na Elenę. To ona zmusiła ich do złoŜenia tej obietnicy, kiedy umierała.

Dziewczyna odwzajemniła spojrzenie. Patrzyła na Stefano niewinnymi niebieskimi oczami.

Musiał jakoś  poradzić  sobie z Damonem, który właśnie zaparkował swoje ferrari obok

jego porsche przed pensjonatem.

- Zostań  tu i nie podchodź  do okna. Błagam - powiedział zdenerwowany do Eleny.

Wybiegł z pokoju, zatrzasnął drzwi i zbiegł po schodach na dół.

Damon stał przy samochodzie i gapił się  na zniszczoną  fasadę  budynku - najpierw

przez ciemne okulary, potem bez nich. Wyraz jego twarzy sugerował,  Ŝe widok był tak samo

okropny.

Ale tym Stefano się  nie przejmował, zaniepokoiło go co innego - aura wokół Damona

i róŜnorodność  zapachów, których człowiek by nie wyczuł, a co dopiero rozróŜnił.

- Coś  ty robił? - zapytał, zbyt zdenerwowany, by zdobyć  się  chociaŜ  na zdawkowe

powitanie.

Damon odpowiedział promiennym uśmiechem.

- Byłem na zakupach. Kupiłem kilka rzeczy. - Wskazał na skórzany pasek i okulary,

po czym połoŜył rękę  na kieszeni z kamerą. - Nie uwierzyłbyś, ale w tej mieścinie trafiają 

się

pracy. Zatrudniane w nich kobiety i dzieci są  zmuszane do pracy przez wiele godzin za skandalicznie niską

płacę, nie mająŜadnych praw pracowniczych (przyp. red.).

świetne okazje. Uwielbiam zakupy.

- Chcesz powiedzieć,  Ŝe uwielbiasz kraść? Ale to i tak nie tłumaczy nawet połowy

zapachów, które cię  otaczają. Umierasz czy ci odbiło? - Czasem, kiedy wampir zostanie

background image

zatruty albo zaatakuje go jedna z tajemniczych chorób, na które zapadają wampiry, poluje jak

szalony, bez opamiętania, na wszystko - wszystkich - w okolicy.

- Byłem po prostu głodny - wyjaśnił Damon uprzejmym tonem. - A co się  stało z

twoim dobrym wychowaniem? Przejechałem taki kawał drogi, a ty ani „Cześć, Damonie”, ani

„Jak miło cię  widzieć”. Zamiast tego słyszę  „Coś  ty robił?” Co by na to powiedział signore

Marino, braciszku?

- Signore Marino - wycedził przez zęby Stefano, zastanawiając się, jak Damonowi

udaje się  za kaŜdym razem wyprowadzić  go z równowagi (tym razem przypominając mu ich

dawnego nauczyciela etykiety i tańca) - zamienił się  w proch setki lat temu, tak jak i my

powinniśmy. Ale to nie ma nic wspólnego z naszą  rozmową, bracie. Pytałem, co robiłeś, i

wiesz, co miałem na myśli. Musiałeś  wypić  krew połowy dziewczyn w mieście.

- Dziewczyn i kobiet. - Damon, znacząco uniósł palec.

- Nie powinniśmy dyskryminować  kobiet, to niepoprawne politycznie. A moŜe ty

powinieneś  zmienić  dietę. Gdybyś  pił więcej ludzkiej krwi, moŜe wreszcie byś  zmęŜniał.

- Gdybym pił więcej...? - Stefano przyszło do głowy kilka zakończeń  tego zdania, ale

Ŝadne dobre. - Co za szkoda - wycedził do niŜszego od niego Damona -  Ŝe ty nie urośniesz

juŜ

ani milimetra, choćbyś  nie wiem jak długo  Ŝył i jak duŜo krwi wypił. A teraz moŜe powiesz

mi, co tu robisz. Jak cię  znam, narobiłeś  w mieście strasznego zamieszania.

- Przyjechałem po swoją  skórzaną  kurtkę.

- A czemu po prostu nie ukradniesz nowej... - Stefano przerwał, poniewaŜ  nagle

poleciał do tyłu, a potem uderzył o  ścianę  pensjonatu.

- Nie ukradłem tych rzeczy, chłoptasiu. Zapłaciłem za nie, moją  własną  walutą.

Snami, fantazjami i rozkoszą  nie z tego  świata. - Ostatnie słowa wypowiedział z naciskiem,

bo wiedział,  Ŝe najbardziej rozwścieczą  Stefano.

Nie mylił się. Stefano miał jednak powaŜniejszy problem. Wiedział,  Ŝe Damon był

background image

Ciekaw,  co  dzieje  się    z  Eleną.  To  był  powód  do  niepokoju.  W  dodatku  dostrzegł  dziwny

błysk

w oczach brata. Jego  źrenice na moment zapłonęły czerwonym płomieniem. To, co Damon

dzisiaj  robił,  nie  było  normalne.  Stefano  nie  wiedział,  co  się    dzieje,  ale  wiedział,    Ŝe

Damona

nic nie powstrzyma.

- Wampir nie powinien płacić  - wyzłośliwiał się  Damon. - Jesteśmy uosobieniem zła,

powinniśmy zamienić  się  w proch. Czy nie tak, braciszku? - Uniósł dłoń, na której nosił

pierścień  z błękitnym kamieniem. Ten talizman chronił go przed spłonięciem w  świetle

słońca.

Kiedy Stefano spróbował się  poruszyć, dłonią  z pierścieniem przygwoździł go do

ściany. Stefano próbował się  wyrwać, ale Damon był szybki jak kobra, nie, szybszy. DuŜo

szybszy niŜ  zwykle i silniejszy dzięki ludzkiej krwi, którą wypił tego dnia.

- Damon, ty... - Stefano był tak wściekły,  Ŝe na chwilę  stracił panowanie nad sobą  i

próbował podciąć  bratu nogi.

- Tak, to ja, Damon - syknął tamten jadowicie. - I nie płacę, kiedy nie mam na to

ochoty. Po prostu biorę. Biorę, co chcę, i nie daję  nic w zamian.

Stefano wpatrywał się  w czarne jak węgiel oczy. Znów zobaczył błysk płomienia.

Próbował myśleć. Damon zawsze szybko atakował, nie dawał ofierze szans. Ale nie aŜ  tak

szybko. Stefano znał go na tyle,  Ŝeby zorientować  się,  Ŝe dzieje się  coś  niedobrego.

Wydawało się,  Ŝe Damona trawi gorączka. Stefano uŜył swojej mocy jak radaru, próbując

znaleźć  przyczynę, która doprowadziła jego brata do takiego stanu.

- Zaczynasz coś  rozumieć. - Damon uśmiechnął się  z przekąsem. I zaatakował brata

potęŜną falą mocy. Stefano miał wraŜenie,  Ŝe płonie.

Mimo okropnego bólu musiał zachować  zimną  krew. Musiał myśleć, a nie tylko

reagować  odruchowo. Poruszył się  nieznacznie, obracając głowę  w bok i spoglądając w

background image

stronę  drzwi do pensjonatu. Oby tylko Elena go posłuchała i została w pokoju...

Stefano wciąŜ  czuł uderzenia mocy Damona niby smaganie biczem. Oddychał szybko

i cięŜko.

- Tak jest - prychnął Damon. - My, wampiry, bierzemy to, co chcemy. To lekcja,

której musisz się  nauczyć.

- Damonie, obiecywaliśmy opiekować  się  sobą  nawzajem...

- O, tak, teraz się  tobą  zaopiekuję. I Damon ugryzł brata.

I zaczął pić  jego krew.

To bolało bardziej niŜ  uderzenia mocy. Ugryzienie ostrymi jak brzytwa zębami nie

powinno sprawiać  mu aŜ  takiego bólu, Damon jednak wykręcił szyję  Stefano - trzymając go

za włosy - w taki sposób, by zadać  bratu jak największy ból.

A potem ból stał się  nie do wytrzymania. Gdy wampir pije twoją  krew wbrew twojej

woli, cierpisz tortury. Czujesz, jakby wyrywano ci z ciała duszę. Było to największe fizyczne

cierpienie, jakiego Stefano kiedykolwiek doświadczył. Po chwili łzy napłynęły mu do oczu i

spłynęły po policzkach.

Dla wampira jeszcze gorsze od bólu było upokorzenie - to,  Ŝe inny wampir traktuje cię

Thank y ou for evaluating PDF to ePub Converter.

To get full version, y ou need to purchase the software from : http://www.pdf-epub-converter.com /convert-to-epub-purchase.htm l

background image

jak człowieka, jak poŜywienie. Stefano słyszał walenie swojego serca, kiedy wyrywał się,

próbując uniknąć  kłów Damona. Przynajmniej - dzięki Bogu - Elena posłuchała go i została

w

pokoju.

Zaczynał się  zastanawiać, czy Damon rzeczywiście oszalał i zamierza go zabić, kiedy

tamten  puścił  go  i  odepchnął.  Stefano  potknął  się,  upadł,  przewrócił  na  plecy  i  spojrzał  w

górę

na stojącego nad nim Damona. Przycisnął palce do ran na szyi.

- A teraz - powiedział lodowatym tonem Damon - pójdziesz na górę  i przyniesiesz mi

moją  kurtkę.

Stefano podniósł się  powoli. Wiedział,  Ŝe Damon rozkoszuje się  jego upokorzeniem i

opłakanym wyglądem - jego ubranie było pomięte i brudne. Usiłował je otrzepać  z trawy i

ziemi jedną ręką, podczas gdy drugą  przyciskał ranę  na szyi.

- Milczysz - zauwaŜył Damon, oblizując wargi i mruŜąc oczy z radości. -  śadnej ciętej

riposty? Nawet słówka? Myślę,  Ŝe powinienem częściej dawać  ci taką lekcję.

Stefano z trudem zrobił krok w stronę  wejścia do pensjonatu. Nagle zatrzymał się

przeraŜony.

Elena wychylała się  przez otwarte okno, trzymając w ręce kurtkę  Damona. Wyraz jej

twarzy  świadczył o tym,  Ŝe wszystko widziała.

To był szok dla Stefano, ale podejrzewał,  Ŝe dla Damona równieŜ.

Elena zakręciła kurtką  w powietrzu i rzuciła ją pod stopy Damona.

Ku zdumieniu Stefano jego brat pobladł. Podniósł kurtkę  z miną, jakby wcale nie

chciał jej dotykać. Cały czas wpatrywał się  w Elenę, aŜ  w końcu wsiadł do samochodu.

- Do widzenia, Damonie. Nie mogę  powiedzieć,  Ŝe miło było...

Bez słowa, z miną  niegrzecznego dziecka, które dostało lanie, Damon przekręcił

kluczyk w stacyjce.

background image

- Zostawcie mnie w spokoju - powiedział beznamiętnym tonem i odjechał.

Kiedy Stefano zamknął za sobą  drzwi, oczy Eleny błyszczały.

- On cię  skrzywdził.

- On krzywdzi wszystkich. Chyba nic nie moŜe na to poradzić. Ale dzisiaj było w nim

coś  dziwnego. Nie wiem co. Ale teraz mam to gdzieś. Proszę, ty układasz zdania!

On jest... Elena przerwała i po raz pierwszy, odkąd otworzyła oczy na polanie, na

której została wskrzeszona, na jej czole pojawiła się  zmarszczka. Nie mogła znaleźć

odpowiedniego  obrazu.  Nie  znała  odpowiednich  słów.  Coś    w  nim.  Rośnie  w  nim.  Jak...

zimny

ogień, ciemne  światło - wreszcie sformułowała myśl. - Ale ukryte. Ogień, który pali od

środka.

Stefano próbował skojarzyć  to z czymkolwiek, co znał, ale bez skutku. WciąŜ  czuł się

upokorzony tym, co się  stało, i tym,  Ŝe Elena to widziała.

- Ja wiem tylko,  Ŝe wypił moją  krew. I krew połowy dziewczyn w mieście.

Elena zamknęła oczy i pokręciła głową. A potem wskazała Stefano miejsce na łóŜku

obok siebie.

- Chodź  - zaŜądała. Jej oczy wydawały się  wyjątkowo piękne. - Pozwól mi... usunąć...

ból.

Stefano stał bez ruchu, więc wyciągnęła do niego ramiona.

Podszedł do Eleny i musnął wargami jej włosy.

ROZDZIAŁ 3

Caroline, Matt Honeycutt, Meredith Sulez i Bonnie McCullough rozmawiali ze

Stefano przez komórkę  Bonnie.

- Lepiej przyjdźcie późnym popołudniem - mówił Stefano. - Po lunchu Elena zwykle

ucina sobie drzemkę. Uprzedziłem ją,  Ŝe wpadniecie. Jest bardzo podekscytowana. Ale

pamiętajcie o dwóch rzeczach. Po pierwsze, ona wróciła dopiero siedem dni temu i nie jest

background image

jeszcze... całkiem sobą. Myślę,  Ŝe za kilka dni jak dawniej będzie sobą, ale na razie nie

dziwcie się  niczemu. Po drugie, nie mówcie nikomu o tym, co tu zobaczycie. Nikomu ani

słowa.

- Stefano Salvatore! - krzyknęła uraŜona Bonnie. - Po tym wszystkim, przez co razem

przeszliśmy,  myślisz,    Ŝe  moglibyśmy  coś    chlapnąć?  Stawiliśmy  czoła  zdziczałym

wampirom,

duchom, wilkołakom, pradawnym istotom, tajnym kryptom, seryjnym mordercom i nawet...

nawet Damonowi. I czy kiedykolwiek pisnęliśmy choćby słowo?

- Przepraszam. Chodzi o to,  Ŝe Elena nie będzie bezpieczna, jeŜeli któreś  z was wyjawi

cokolwiek choćby jednej osobie. Takie historie zawsze trafiają  do prasy. Natychmiast w

gazetach pojawiłyby się  sensacyjne nagłówki: „Dziewczyna wraca ze  świata zmarłych”.

Wszyscy będą  chcieli ją  zobaczyć, dotknąć, zasypią ją  pytaniami. I co wtedy zrobimy?

- Rozumiem. Ale nie musisz się  obawiać  - uspokoiła go Meredith. KaŜde z nas

przysięgnie,  Ŝe nie powie nikomu ani słowa. - Spojrzała na Caroline.

- Muszę  was zapytać  - Stefano wykorzystywał teraz swoje umiejętności z zakresu

etykiety i dyplomacji, które nabył jako młody arystokrata  Ŝyjący w czasach renesansu - czy

macie sposób na wyegzekwowanie przysięgi?

- Myślę,  Ŝe tak. - Meredith tym razem spojrzała Caroline prosto w oczy. Dziewczyna

zarumieniła się  tak mocno,  Ŝe jej policzki przybrały barwę  szkarłatu.

- Czy ktoś  chciałby jeszcze coś  powiedzieć  Stefano? - zapytała Bonnie, która trzymała

telefon.

Matt, który dotąd milczał, teraz wypalił:

- Czy moŜemy porozmawiać  z Eleną? Tylko się  przywitamy. To znaczy juŜ  cały

tydzień...

- Chyba lepiej,  Ŝebyście porozmawiali z nią  osobiście. Jak przyjedziecie, zrozumiecie

dlaczego. - Stefano się  rozłączył.

background image

Byli w domu Meredith, siedzieli przy starym stole w ogródku.

- Przynajmniej moŜemy zanieść  im coś  do jedzenia - stwierdziła Bonnie, podnosząc

się  z krzesła. - Bóg jeden wie, czym karmi ich pani Flowers, o ile w ogóle.

Matt równieŜ  wstał.

- Obiecaliśmy coś  Stefano - powiedziała cicho Meredith. - Najpierw musimy złoŜyć

przysięgę. I wyrazić  zgodę  na poniesienie konsekwencji w razie jej niedotrzymania.

- Wiem,  Ŝe chodzi ci o mnie - zaperzyła się  Caroline. - Dlaczego po prostu tego nie

powiesz?

- Masz rację. Miałam na myśli ciebie. Dlaczego nagle tak bardzo interesujesz się

Eleną? Skąd mamy mieć  pewność,  Ŝe nie rozpowiesz o niej po całym mieście?

- Dlaczego miałabym to zrobić?

- Dla rozgłosu. Uwielbiasz być  w centrum uwagi. Opowiedzenie ludziom wszystkich

ekscytujących szczegółów sprawiłoby ci rozkosz.

- Albo  Ŝeby się  zemścić  - dodała Bonnie, siadając z powrotem. - Albo z zazdrości.

Albo z nudy. Albo...

- Dosyć! - przerwał jej Matt. - Tyle powodów chyba wystarczy.

- Jeszcze tylko jedno - powiedziała Meredith, wciąŜ  tak samo cichym głosem. -

Dlaczego tak bardzo ci zaleŜy,  Ŝeby ją  zobaczyć, Caroline? Nie byłyście w dobrych

stosunkach, odkąd Stefano przybył do Fell's Church. Pozwoliliśmy ci wziąć  udział w

rozmowie z nim, ale po tym, co powiedział...

- JeŜeli naprawdę  nie wiesz, dlaczego mi na tym zaleŜy, po wszystkim, co się  stało

tydzień  temu... cóŜ, sądziłam,  Ŝe zrozumiesz sama! - Caroline utkwiła w niej zielone oczy

Meredith wytrzymała jej spojrzenie z kamiennym wyrazem twarzy.

- W porządku! - wykrzyczała Caroline. - Zabiła go dla mnie. Czy wezwała go na sąd,

czy cokolwiek z nim zrobiła. Tego wampira, Klausa. A po tym, gdy mnie porwał i... i uŜywał

background image

jak zabawki... kiedy tylko chciał krwi... - Jej twarz wykrzywił grymas bólu.

Bonnie zaczynała jej współczuć, ale jednocześnie miała się  na baczności. Intuicja

podpowiadała jej,  Ŝe coś  tu nie gra. ZauwaŜyła teŜ,  Ŝe chociaŜ  Caroline mówi o Klausie,

nie

wspomina nic o drugim porywaczu, Tylerze Smallwoodzie - wilkołaku. MoŜe dlatego,  Ŝe

Tyler był jej chłopakiem, zanim uwięzili ją  z Klausem.

- Przykro mi - powiedziała Meredith. Brzmiała jakby naprawdę  było jej przykro. -

Więc chcesz podziękować  Elenie.

- Tak. Chcę  jej podziękować. - Caroline oddychała cięŜko. - I chcę  się  upewnić,  Ŝe z

nią wszystko w porządku.

- Dobrze. Ale ta przysięga będzie cię  wiązać  na długi czas - ciągnęła spokojnie

Meredith.  -  MoŜesz  zmienić    zdanie  jutro,  w  przyszłym  tygodniu,  za  miesiąc...  Nie

ustaliliśmy,

co będzie groziło za złamanie przysięgi.

- Meredith, nie moŜemy grozić  Caroline - wtrącił się  Matt.

- Ani skłonić  kogo innego,  Ŝeby jej groził - dodała rozsądnie Bonnie.

- Nie, nie moŜemy - przyznała Meredith. - Ale... Tej jesieni będziesz się  ubiegać  o

miejsce  w    Ŝeńskim  bractwie  w  college'u,  prawda,  Caroline?  Zawsze  mogę    powiedzieć 

twoim

„siostrom”,  Ŝe złamałaś  obietnicę  dotyczącą  kogoś  bezbronnego, kto nie mógłby cię

skrzywdzić  i kto na pewno nie chciałby cię  skrzywdzić. Jakoś  podejrzewam,  Ŝe nie byłyby

szczególnie zachwycone twoją  postawą.

Caroline znów się  zarumieniła.

- Nie zrobiłabyś  tego. Nie rozpowiadałabyś  o tym w college'u...

Meredith przerwała jej ostro.

- Przekonaj się.

Caroline straciła pewność  siebie.

background image

- Nie powiedziałam,  Ŝe nie złoŜę  przysięgi albo  Ŝe nie zamierzam jej dotrzymać.

Naprawdę  nauczyłam się  paru rzeczy tego lata.

Mam nadzieję. Nikt nie wypowiedział tych słów, ale wydawało się, jakby zawisły w

powietrzu. W minionym roku dokuczanie Stefano i Elenie Caroline traktowała jak swoje

nowe hobby.

Bonnie zmieniła zdanie. Coś  kryło się  za słowami Caroline. Nie wiedziała, skąd to wie

- musiał zadziałać  szósty zmysł, którym była obdarzona. Ale moŜe to miało coś  wspólnego z

tym, jak bardzo Caroline się  zmieniła, z tym, czego się  nauczyła. Bonnie tak próbowała to

sobie tłumaczyć.

Tak często Caroline pytała ją  o Elenę  w ciągu tego tygodnia. Czy na pewno wszystko

z  nią    w  porządku?  Czy  moŜe  posłać    jej  kwiaty?  Czy  moŜna  ją    juŜ    odwiedzić?  Była

natrętna,

ale Bonnie nie miała serca,  Ŝeby jej to powiedzieć. Wszyscy czekali z niepokojem,  Ŝeby

zobaczyć, jak Elena się  miewa... po powrocie z zaświatów.

Meredith, która zawsze miała przy sobie długopis i kartkę  papieru, napisała kilka

słów.

- Co powiecie na to? - zapytała. Wszyscy nachylili się  nad stołem.

„Przysięgam nie mówić  nikomu o jakichkolwiek nadnaturalnych wydarzeniach

związanych ze Stefano i Eleną, chyba  Ŝe otrzymam wyraźne pozwolenie od jednego z nich.

Pomogę    równieŜ    ukarać    kaŜdego,  kto  złamie  tę    przysięgę,  w  sposób,  który  zostanie

określony

przez resztę  grupy. Przysięga ta obowiązuje na wieczny czas, a przypieczętuję  ją  własną

krwią”.

Matt pokiwał głową.

- ”Na wieczny czas”, doskonale. Brzmi dokładnie tak, jak powinno.

Potem uroczyście składali przysięgę. KaŜdy po kolei odczytał tekst i złoŜył pod nim

background image

swój podpis, po czym nakłuł czubek palca agrafką, którą  Meredith wyciągnęła z torebki, i

przypieczętował przysięgę  kroplą  krwi.

- Teraz to cyrograf - oznajmiła Bonnie tonem kogoś, kto wie, o czym mówi. - Nie

radziłabym go zrywać.

I wtedy właśnie to się  stało. Kartka z tekstem przysięgi leŜała na  środku stołu. Z dębu

rosnącego na granicy ogródka i lasu sfrunął wielki kruk. Wylądował na stole, wydając z

siebie przenikliwy skrzek. Bonnie zaczęła krzyczeć. Kruk przyjrzał się  po kolei czworgu

ludzi, którzy w popłochu odsuwali krzesła od stołu. To był największy kruk, jakiego

kiedykolwiek widzieli. Jego pióra opalizowały w promieniach słońca.

Kruk wpatrywał się  w kartkę. Wydawał się  czytać  cyrograf. A potem zrobił coś  tak

szybko,  Ŝe Bonnie ze strachu schowała się  za plecami Meredith. RozłoŜył skrzydła, pochylił

się  i zaczął gwałtownie uderzać  dziobem w papier.

A potem odleciał z głośnym łopotem skrzydeł. Cała czwórka patrzyła za nim, aŜ  stał

się  maleńkim punktem na niebie.

- Zniszczył naszą  przysięgę  - krzyknęła Bonnie zza pleców Meredith.

- Nie sądzę  - odpowiedział Matt, który stał bliŜej stołu.

Kiedy odwaŜyli się  podejść  i spojrzeć  na kartkę, Bonnie poczuła, jakby ktoś  wysypał

jej wiadro lodu na plecy. Serce zaczęło jej walić  jak szalone.

Choć  wydawało się  to niemoŜliwe,  ślady po wściekłym dziobaniu były czerwone,

jakby kruk podpisał się  własną krwią. Układały się  w ozdobne, delikatne litery: „D”

I poniŜej:

„Elena jest moja”.

ROZDZIAŁ 4

Z podpisanym cyrografem leŜącym bezpiecznie w torebce Bonnie podjechali pod

pensjonat pani Flowers, w którym mieszkał Stefano. Szukali właścicielka, ale jak zwykle nie

background image

moŜna jej było znaleźć. Weszli więc na górę  po schodach przykrytych wytartym dywanem,

wołając niecierpliwie:

- Stefano! Elena! To my!

Otworzyły się  drzwi na samej górze i wychylił się  zza nich Stefano. Wyglądał... jakoś

inaczej.

- Musi być  szczęśliwy - szepnęła Bonnie do Meredith.

- Myślisz?

- Oczywiście. Odzyskał Elenę.

- No, tak. Taką jak wcześniej. Widziałaś  ją  w lesie - powiedziała znacząco Meredith.

- Ale... to... och, nie! Ona znowu jest człowiekiem! Matt spojrzał na nie wymownie.

- Przestaniecie w końcu? Usłyszą  nas.

Bonnie nie była przekonana. Oczywiście, Stefano mógłby ich usłyszeć, ale jeŜeli

miałaby się  martwić  o to, co Stefano słyszy, musiałaby teŜ  martwić  się  o swoje myśli -

Stefano zawsze mógł odczytać  ich sens, nawet jeŜeli nie konkretne słowa.

- Chłopcy - syknęła. - To znaczy, wiem,  Ŝe są  absolutnie niezbędni i w ogóle, ale

czasem po prostu niczego nie rozumieją.

- Poczekaj, aŜ  będziesz miała do czynienia z dorosłymi męŜczyznami - wyszeptała w

odpowiedzi Meredith. Bonnie pomyślała o Alaricu Saltzmannie, doktorancie w college'u, z

którym Meredith była, powiedzmy, związana.

- Mogłabym powiedzieć  coś  na ten temat - dodała Caroline z miną  znawczyni

męŜczyzn.

- Bonnie na szczęście na razie nie musi nic o tym wiedzieć. Ma jeszcze mnóstwo

czasu - przerwała jej Meredith matczynym tonem. - Chodźmy do  środka.

- Siadajcie, siadajcie - zapraszał ich Stefano, gdy wchodzili. Gospodarz idealny Ale

nikt nie siadał. Wszyscy wpatrywali się  w Elenę.

background image

Siedziała po turecku przed otwartym oknem. Jej włosy znów miały odcień  złota, nie

były juŜ  białe jak wtedy, gdy Stefano nieumyślnie zmienił ją  w wampira. Wyglądała tak

samo, jak zapamiętała Bonnie.

Poza tym,  Ŝe unosiła się  metr nad podłogą.

Cała czwórka wpatrywała się  w Elenę  bez tchu.

- Ona to po prostu robi - powiedział Stefano niemal przepraszającym tonem. -

Obudziła się  następnego dnia po naszej walce z Klausem i zaczęła lewitować. Jeszcze nie

podlega siłom grawitacji.

Odwrócił się  do Eleny.

- Spójrz, kto cię  odwiedził - szepnął zachęcająco. Elena spojrzała z zaciekawieniem.

Uśmiechała się  do kaŜdego po kolei, ale najwidoczniej nie rozpoznawała nikogo.

Bonnie wyciągnęła do niej ramiona.

- Elena? To ja, Bonnie, pamiętasz? Byłam tam, kiedy wróciłaś. Tak strasznie się

cieszę,  Ŝe cię  widzę.

- Eleno, pamiętasz? - spróbował jeszcze raz Stefano. - To twoi przyjaciele, twoi

dobrzy przyjaciele. Ta ciemnowłosa, wysoka piękna dziewczyna to Meredith, ta filigranowa

ruda  ślicznotka to Bonnie, a ten jakŜe amerykański przystojniał: to Matt.

Na dźwięk imienia Matt Elena drgnęła.

- Matt - powtórzył Stefana.

- A ja? Czyja jestem niewidzialna? - zapytała Caroline, stojąca w drzwiach. Udało jej

się    sprawić,    Ŝe  zabrzmiało  to    Ŝartobliwie,  ale  Bonnie  i  tak  wiedziała,    Ŝe  naprawdę 

zgrzyta

zębami na sarn widok Eleny i Stefano.

- Oczywiście, przepraszam - odpowiedział Stefano i zrobił coś, na co nie mógłby sobie

pozwolić Ŝaden, osiemnastolatek, jeŜeli nie chciałby wyjść  na idiotę. Wziął dłoń  Caroline i

ucałował ją  w sposób tak dystyngowany i szarmancki, jakby był arystokratą  z renesansu.

background image

Którym zresztą  był, pomyślała Bonnie.

Caroline nie mogła ukryć,  Ŝe mile połechtał ją gest Stefano.

- Natomiast ta opalona piękność  to Caroline - dokończył prezentacje, puszczając jej

dłoń. Po czym dodał miękko, tonem, który Bonnie słyszała tylko kilka razy - Nie pamiętasz

ich, najdroŜsza? Zaryzykowali dla ciebie  Ŝycie.

Elena wciąŜ  unosiła się  w powietrzu, teraz w pozycji wyprostowanej, kołysząc się

lekko na boki, jak boja na jeziorze.

- Zrobiliśmy to, bo cię  kochamy - wyjaśniła Bonnie, jeszcze raz wyciągając ramiona

do.  Eleny.  -  Ale  nie  sądziliśmy,    Ŝe  cię    odzyskamy.  -  Jej  oczy  napełniły  się    łzami.  -

Wróciłaś

jednak. Nie pamiętasz nas?

Elena stanęła na ziemi tuŜ  przed nią.

Nic nie wskazywało na to,  Ŝe rozpoznaje przyjaciół, ale na jej twarzy pojawiły się

spokój i błogość. Promieniowała radością  i miłością. Bonnie zamknęła oczy i głęboko

odetchnęła. Czuła energię  emanującą  od Eleny jak słońce na twarzy, jak szum oceanu w

uszach. Prawie się  rozpłakała wzruszona dobrocią, którą  uosabiała Elena - choć  słowa

„dobroć”  dziś    prawie  się    nie  uŜywa,  jednak  są  ludzie,  uczynki  po  prostu  niewyraŜalnie

dobre.

Elena była dobra.

A potem Elena lekko, dotknęła jej ramienia i pofrunęła w stronę  Caroline. Wyciągnęła

ręce, by ją  objąć.

Caroline się  spłoszyła. Jej policzki i szyja zrobiły się  purpurowe. Bonnie nie

rozumiała, co się  dzieje, ale zachowanie Eleny nie przeszkadzało jej. W końcu ona i Caroline

były kiedyś  przyjaciółkami - zanim pojawił się  Stefano. To dobrze,  Ŝe Elena postanowiła

pierwszą  uściskać  Caroline.

Elena objęła Caroline i zanim ta zdąŜyła się  odezwać, pocałowała ją  mocno w usta. To

background image

nie był delikatny pocałunek. Elena objęła Caroline i całowała ją  długo i mocno. Dziewczyna

zamarła  zszokowana,  a  potem  zaczęła  się    wyrywać    z  uścisku  Eleny  tak  gwałtownie,    Ŝe

tamta

odfrunęła od niej, otwierając szeroko oczy.

Stefano chwycił ją pewnie jak bramkarz broniący strzału z duŜej odległości.

- Co jest, do cholery? - Caroline zawzięcie ocierała usta wierzchem dłoni.

- Caroline! - zawołał Stefano. - Tb nie ma nic wspólnego z tym, co myślisz. Nic

wspólnego z seksem. Ona po prostu próbuje cię  rozpoznać, dowiedzieć  się, kim jesteś.

- Pieski preriowe - powiedziała Meredith spokojnie, - Pieski preriowe całują  się  na

powitanie. To działa właśnie tak, jak mówisz: pomaga im się  zidentyfikować.

Caroline była jednak zbyt wstrząśnięta, by to wyjaśnienie mogło ją  uspokoić.

Ocieranie ust nie było dobrym pomysłem - rozmazała sobie szkarłatną  szminkę, więc

wyglądała teraz jak bohaterka filmu 

 

Narzeczona Drakuli.

- Czy ty oszalałaś? Myślisz,  Ŝe kim ja jestem?  śe jakieś  chomiki tak robią, to jest niby

w porządku? - Poczerwieniała jeszcze bardziej, od ramion aŜ  po czubek głowy.

- Pieski preriowe. Nie chomiki.

- Och, co za… - Caroline przerwała, nerwowo przeszukując torebkę, w końcu Stefano

podał jej pudełko chusteczek. Sam otarł juŜ ślady szminki Caroline z ust Eleny.

Caroline poszła do łazienki i zatrzasnęła za sobą  drzwi.

Bonnie i Meredith wymieniły porozumiewawcze spojrzenia i jednocześnie

wybuchnęły  śmiechem. Bonnie skrzywiła się, naśladując minę  Caroline, i na niby otarła usta

wyimaginowaną    garścią  chusteczek.  A  potem  jeszcze  jedną.  Meredith  z  dezaprobatą

pokręciła

głową, ale ani ona, ani Matt i Stefano nie mogli przestać  się śmiać. Nie tylko  śmieszyła ich

reakcja Caroline, musieli teŜ  rozładować  napięcie - teraz, kiedy Elena znów była z nimi po

sześciu miesiącach.

background image

Przestali, gdy z łazienki wyleciało pudełko po chusteczkach, niemal trafiając Bonnie

w  głowę.  Wtedy  dopiero  zauwaŜyli,    Ŝe  drzwi  łazienki  są    otwarte,  W  łazience  wisiało

lustro.

Bonnie zauwaŜyła w nim wyraz twarzy Caroline.

Tak, Caroline widziała, jak się  z niej  śmiali.

Drzwi zamknęły się  ponownie. Bonnie zaczęła nerwowo bawić  się  swoimi rudymi

lokami, marząc, by podłoga pod nią  rozstąpiła się  i pochłonęła ją.

- Przeproszę  ją. - Bonnie głośno przełknęła  ślinę. Uniosła wzrok i zorientowała się,  Ŝe

wszyscy  wpatrują    się    w  Elenę,  która  wyglądała  na  bardzo  zranioną  tym,    Ŝe  została

odrzucona.

Dobrze,  Ŝe kazaliśmy Caroline podpisać  cyrograf, pomyślała. I  Ŝe podpisał go teŜ

wiecie - kto. JeŜeli jest jedna rzecz, na którą  moŜna było liczyć, jeśli chodzi o Damona, to

była nią  konsekwencja.

Bonnie podeszła do przyjaciół otaczających Elenę, która się  wyrywała. Stefano

próbował ją przytrzymać. Matt i Meredith przekonywali Elenę,  Ŝe wszystko jest w porządku.

Elena przestała się  szamotać. Płakała rzęsistymi łzami. Zamiast szczęścia, które

emanowało od niej wcześniej, Bonnie wyczuwała teraz poczucie krzywdy i  Ŝal, a takŜe

zrozumienie.

- Nie mogłaś  wiedzieć,  Ŝe Caroline tak się  zdenerwuje. Nie zrobiłaś  jej nic złego. -

Bonnie głaskała ją  uspokajająco.

Łzy wciąŜ  spływały po policzkach Eleny, a Stefano zbierał je chusteczką, jakby byty

diamentami.

- Ona myśli,  Ŝe Caroline spotkało coś  złego - wytłumaczył im - i martwi się  o nią. Nie

rozumiem, o co chodzi.

Bonnie uświadomiła sobie,  Ŝe Elena moŜe się  przecieŜ  porozumiewać  ze Stefano

telepatycznie.

background image

- Ja teŜ  to wyczułam - powiedziała. - Ból. Ale powiedz jej... to znaczy... Eleno,

obiecuję,  Ŝe przeproszę  Caroline. Pokajam się.

- Wszyscy będziemy musieli się  kajać  - wtrąciła Meredith. - Ale wcześniej chciałabym

się  upewnić,  Ŝe nasza zagubiona dusza rozpozna mnie.

Objęła Elenę  i pocałowała ją.

Niestety, w tej samej chwili Caroline otworzyła drzwi łazienki. Zatrzymała się  w

progu.

- Nie wierzę ! - krzyknęła piskliwie. - WciąŜ  to robicie! To odra.

- Caroline - przerwał jej Stefano ostrzegawczym tonem.

Caroline - piękna, smukła, opalona - nerwowo wyłamywała palec.

- Przyszłam zobaczyć  się  z Eleną. Z dawną  Eleną. I co widzę? Ona jest jak dziecko,

nie potrafi mówić. Unosi się  w powietrzu jak jakiś  szalony guru. Jak jakaś  perwersyjna...

- Przestań! - przerwał jej cicho, ale stanowczo, Sterano. - Mówiłem wam, juŜ  za kilka

dni powinna zachowywać  się  normalnie, sądząc po postępach, jakie zrobiła dotychczas.

Stefano rzeczywiście jest jakaś  inny, pomyślała Bonnie. Nie tylko szczęśliwszy,  Ŝe

odzyskał Elenę. Jest… w jakiś  sposób silniejszy. Zawsze był spokojny - odczuwała jego

spokój jak taflę  jeziora. Teraz odbierała emocje chłopaka jak tsunami.

Co mogło go tak bardzo zmienić?

Odpowiedź  otrzymała natychmiast, chociaŜ  w postaci kolejnego pytania. Elena wciąŜ

była  częściowo  duchem,  podpowiadała  jej  intuicja.  Co  się    dzieje,  kiedy  wypijesz  krew

kogoś,

kto jest pól duchem, pół człowiekiem?

- Caroline, po prostu zapomnijmy o tym - zaproponowała pojednawczo. -

Przepraszam, bardzo, bardzo przepraszam, wiesz.  Źle zrobiłam i przepraszam.

- Och, oczywiście, przeprosiłaś  i wszystko w porządku, tak? - Głos Caroline był

lodowaty jak płynny azot. Zdecydowanym ruchem odwróciła się  do nich plecami. Bonnie

background image

zdąŜyła dostrzec w jej oczach łzy.

Elena i Meredith wciąŜ  obejmowały się, a ich policzki były mokre od łez. Patrzyły

sobie w oczy, a Elena znów jaśniała nieziemskim blaskiem.

- Teraz juŜ  zawsze cię  rozpozna, Meredith - powiedział Stefano. - Nie tylko twoją

twarz, ale takŜe twoje wnętrze, twoją  duszę. Powinienem o tym wspomnieć  wcześniej, ale

dotąd tylko mnie poznała w ten sposób i nie wiedziałem...

- Powinieneś  był wiedzieć! - Caroline podeszła do niego wściekła.

- Pocałowałaś  dziewczynę  i co z tego? - wybuchła Bonnie. - Co, myślisz,  Ŝe wyrośnie

ci broda?

Gęstniejąca atmosfera w pokoju zadziałała na Elenę  jak iskra wzniecająca poŜar.

Zaczęta fruwać  po pokoju z prędkością  kufi armatniej, W jej włosach pojawiały się

elektryczne iskry za kaŜdym razem, gdy nagle zatrzymywała się  lub skręcała. Gdy mijała

otwarte okno, Bonnie pomyślała,  Ŝe trzeba natychmiast zorganizować  jej jakieś  ubrania.

Spojrzała na Meredith i dostrzegła,  Ŝe przyjaciółka uświadomiła sobie to samo. Tak, muszą

znaleźć  Elenie coś  do ubrania. A zwłaszcza bieliznę.

Kiedy Elena zatrzymała się  i Bonnie zbliŜyła się  do niej, tak nieśmiało jak do

chłopaka,  z  którym  miała  się    całować    po  raz  pierwszy  w    Ŝyciu,  Caroline  znowu

wybuchnęła.

- Ciągle to robisz! - Teraz juŜ  prawie, skrzeczała. - Co jest z tobą? Nie masz wstydu?

Tb, niestety, wywołało u Bonnie i Meredith kolejny atak  śmiechu, który próbowały

stłumić. Nawet Stefano się śmiał. Na nic się  zdały jego dobre maniery. Poczucie obowiązku

uprzejmego traktowania Caroline, która była jego gościem, przegrało z komizmem sytuacji.

Bonnie spojrzała na Elenę  i zauwaŜyła,  Ŝe patrzy ona na Caroline z dziwnym wyrazem

twarzy, Nie wyglądało to, jakby się  jej bata, ale jakby bardzo bała się  o nią.

- Wszystko w porządku? - wyszeptała Bonnie. Ku jej zaskoczeniu Elena skinęła, a

potem spojrzała na Caroline i pokręciła głową. Przyglądała się  jej uwaŜnie jak lekarz

background image

badający bardzo chorego pacjenta.

Po czym podleciała do niej, wyciągając rękę. Caroline odsunęła się, jakby myśl o

dotknięciu Eleny była odraŜająca. Nie, dotyk Eleny nie budził w niej wstrętu, pomyślała

Bonnie. Caroline bała się  tego dotyku.

- Skąd mogę  wiedzieć, co teraz, zrobi? - broniła się  Caroline, ale Bonnie wiedziała,  Ŝe

to nie jest prawdziwy powód jej strachu. Co tu się  dzieje? - zastanawiała się. Elena boi się 

o

Caroline, Caroline boi się  Eleny. Co to znaczy?

Bonnie dostała gęsiej skórki. Coś  było nie tak z Caroline. Nigdy wcześniej nie

spotkała  się    z  czymś    takim. A  powietrze...  powietrze  wydawało  się    gęstnieć    jak  przed

burzą.

Caroline odwróciła się,  Ŝeby nie patrzeć  na Elenę. Stanęła za krzesłem.

- Po prostu trzymajcie ją, do cholery, z dała ode mnie, dobrze? Nie pozwolę,  Ŝeby

jeszcze raz mnie dotknęła... - zaczęła, kiedy Meredith powiedziała cicho dwa słowa, które

zmieniły sytuację.

- Co powiedziałaś? - zapytała zdumiona Caroline.

ROZDZIAŁ 5

Damon jeździł po mieście bez celu, kiedy zauwaŜył tę  dziewczynę.

Była sama, szła chodnikiem, wiatr rozwiewał jej włosy, niosła torby z zakupami.

Damon zachował się  jak dŜentelmen. Zatrzymał samochód, poczekał, aŜ  dziewczyna

zrówna się  z nim, wyskoczył z auta i otworzył drzwi od strony pasaŜera.

Miała na imię  Damaris.

Po chwili ferrari pędziło z taką  prędkością Ŝe włosy Damaris powiewały jak sztandar.

Dziewczyna zasługiwała na komplementy, jakie Damon rozdawał przez cały ten dzień.

Ucieszyło go to, bo zaczynało mu juŜ  brakować  wyobraźni.

Schlebianie tej uroczej istocie, z burzą  rudozłotych włosów i mleczną, cerą, nie

background image

wymagało wyobraźni. Nie spodziewał się  z jej strony  Ŝadnych problemów i zamierzał

zatrzymać  ją  na noc.

Veni, vidi, vici, pomyślał i uśmiechnął się  do siebie. A potem poprawił się  - no, moŜe

jeszcze nie zwycięŜyłem, ale stawiam ferrari,  Ŝe zwycięŜę.

Zatrzymali się  przy punkcie widokowym. Kiedy Damaris upuściła torebkę  i schyliła

się, by ją  podnieść, Damon zobaczył jej odsłonięty kark, od którego bieli odcinały się  rude

włosy.

Natychmiast pocałował ją  w. kark, bez zastanowienia. Miała skórę  ciepłą i miękką jak

niemowlę. Nie próbował kontrolować  jej reakcji ciekaw, czy da mu w twarz. Ona

wyprostowała się  tylko i odetchnęła głęboko, ale pozwoliła mu objąć  się  i całować.

Ciemnoniebieskie oczy drŜącej dziewczyny wyraŜały zarazem opór i zachwyt.

- Nie... nie powinnam była ci na to pozwalać. Chcę  wrócić  do domu.

Damon uśmiechnął się. Jego ferrari było bezpieczne.

Jej ostateczna kapitulacja będzie bardzo przyjemna, pomyślał, kiedy wracali do

miasta. JeŜeli nie zawiedzie jego oczekiwań, moŜe nawet zatrzyma ją  na. kilka dni, moŜe

nawet ją przemieni.

Teraz jednak dręczył go dziwny niepokój. Chodziło o Elenę  oczywiście. Być  tak

blisko niej i nie  śmieć  się  zbliŜyć  z obawy o to, co mógłby jej zrobić. Do diabła, co

powinienem zrobić, zaklął w duchu. Stefano miał rację  - coś  było z nim nie tak.

Był sfrustrowany tak bardzo,  Ŝe nigdy się  o to nie posądzał. To, co powinien był

zrobić, to przewrócić  swojego braciszka twarzą  do ziemi, skręcić  mu kark, a potem pój ść 

na

górę    po  wąskich  skrzypiących  schodach  i  zabrać    Elenę,  czyby  tego  chciała,  czy  nie.  Nie

zrobił

tego z powodu jakiejś  sentymentalnej bzdury, obawiając się  jej protestów, gdy uniósłby jej

doskonały podbródek i zatopił opuchłe z głodu kły w białej jak lilia szyi.

background image

Snucie fantazji przerwał mu jakiś  hałas.

- ...nie sądzisz? - pytała Damaris.

Zirytowany i zbyt pochłonięty swoimi myślami, by zastanawiać  się, o czym

dziewczyna mówi, po prostu wyłączył jej umysł. Damaris była  śliczna, ale strasznie

gadatliwa.

Siedziała teraz z - włosami rozwiewanymi przez wiatr, niewidzącymi oczami,

zwęŜone  źrenice były nieruchome.

Wszystko na nic. Damon westchnął zrezygnowany. Nie potrafił wrócić  do swojego

snu na jawie. Nawet gdy w samochodzie panowała cisza, przeszkadzał mu wyimaginowany

szloch Eleny.

Ale gdyby przemienił ją w wampira, nie szlochałaby, podpowiedział jakiś  głos w jego

głowie. Damon kiedyś  chciał uczynić  ją  swoją  królową  nocy - dlaczego nie spróbować

znowu? NaleŜałaby do niego całkowicie. A  Ŝe musiałby zrezygnować  z jej ludzkiej krwi...

cóŜ,  teraz  teŜ    jej  nie  pił,  prawda?  -  ciągnął  głos,  Elena,  blada  i  otoczona  aurą    mocy,  z

włosami

niemal srebrnymi, w czarnej sukni kontrastującej z jej alabastrową  skórą. Ta wizja

przyspieszyłaby bicie serca kaŜdego wampira.

Pragnął jej bardziej niŜ  kiedykolwiek - teraz, gdy była dachem. Nawet jako

wampirzyca  zachowała  duŜo  ze  swojej  natury.  Mógł  sobie  to  wyobrazić:  jej    światłość    i

jego

mrok, jej miękka biel w jego muskularnych, odzianych w czerń  ramionach. Zamknąłby te

cudowne usta pocałunkami, okryłby nimi ją  całą...

O czym on myślał? Wampiry nie całują  ot tak, dla przyjemności - a juŜ  zwłaszcza nie

całują  innych wampirów. Krew, polowanie - tylko to się  liczy Całowanie, jeŜeli nie było

konieczne do zdobycia, ofiary, nie miało sensu. Do niczego nie mogło prowadzić. Tylko

sentymentalni idioci jak jego brat zawracali sobie głowę  takimi głupstwami. Para wampirów

background image

moŜe  dzielić    się    krwią  śmiertelnika,  atakując  jednocześnie,  wspólnie  kontrolując  jego

umysł,

sami połączeni umysłami. W tym tylko wampiry znajdują  przyjemność.

Niemniej Damon był podniecony wizją  całowania Eleny, zmuszania jej do

pocałunków, uczucia satysfakcji, gdy w. końcu złamie jej opór.

MoŜe wariuję, pomyślał Damon zaintrygowany. Nic przypomina! sobie,  Ŝeby coś

takiego zdarzyło mu się  kiedykolwiek wcześniej, ale pociągała go myśl o całowaniu Eleny.

Od wieków nie był tak podniecony.

Tym lepiej dla ciebie, Damaris. Dotarli juŜ  do rogu skrzyŜowania Sycamore Street i

Old Wood. Dalej droga stawała się  coraz bardziej kręta i niebezpieczna - Nie przejmując się

tym, obrócił się  do dziewczyny,  Ŝeby ją  obudzić. Z zadowoleniem zauwaŜył,  Ŝe wiśniowy

kolor jej warg jest naturalny Pocałował ją  delikatnie i czekał na reakcję.

Przyjemność. Widział, jak jej umysł się  nią wypełnia.

Rzucił okiem na drogę  przed sobą  i spróbował jeszcze raz. Tym razem całował ją

dłuŜej. Ucieszyła go jej reakcja, reakcje ich obojga. To było niesamowite. Musiało to się

jakoś    wiązać    z  ilością    krwi,  którą    wypił  -  większą    niŜ    kiedykolwiek  w  ciągu  jednego

dnia -

albo kombinacją....

Musiał przestać  zajmować  się  Damaris i skupić  uwagę  na drodze. Jakieś  niewielkie

brunatne zwierzę  pojawiło się  ni stąd, ni zowąd przed samochodem. Damon chwycił

kierownicę    obiema  dłońmi,  wbił  w  zwierzę    zimne  jak  lodowiec  oczy  i  nakierował

samochód

prosto na nie.

Nie było aŜ  tak małe - samochód mógł podskoczyć.

- Trzymaj się  - mruknął do Damaris.

Zwierzę  uskoczyło w ostatniej chwili. Damon gwałtownie skręcił kierownicą, chcąc je

dopaść, i znalazł się  na skraju rowu. Tylko nadludzki refleks wampira - i precyzja układu

background image

kierowniczego bardzo drogiego samochodu - mogły go uratować. Na szczęście Damon miał

jedno i drugie. Samochód obrócił się  i zatrzymał z piskiem opon.

Ale nie podskoczył.

Damon wysiadł i się  rozejrzał. Zwierzę  jednak zniknęło równie tajemniczo, jak się

pojawiło.

Dziwne.

śałował,  Ŝe jechał pod słońce - jasne popołudniowe  Światło osłabiło jego wzrok, Ale

udało  mu  się    zobaczyć    niedoszłą    ofiarę    z  bliska,  kiedy  ją    mijał  -  stworzenie  miało

dziwaczny

kształt: wąski pysk i jakby wachlarz z tyłu.

No, cóŜ.

Wrócił do samochodu, w którym histeryzowała Damaris. Nie był w nastroju do

uspokajania kogokolwiek, więc znów ją  uśpił. Opadła na fotel, a łzy powoli obeschły na jej

policzkach.

Był sfrustrowany. Ale przynajmniej wiedział juŜ, co chce dzisiaj zrobić. Chciał

znaleźć    jakiś    lokal  -  obskurną    i  brudną    knajpę    albo  wytworną    i  drogą    restaurację    -  i

innego

wampira. Biorąc pod uwagę  moce, jakie pulsowały pod Fell's Church, to nie powinno być

trudne. Wampiry i inne stworzenia nocy ciągnęły do takich miejsc jak  ćmy do  światła.

A potem chciał walczyć. To nie byłaby uczciwa walka - Damon był najsilniejszym

Thank y ou for evaluating PDF to ePub Converter.

To get full version, y ou need to purchase the software from : http://www.pdf-epub-converter.com /convert-to-epub-purchase.htm l

background image

Ŝyjącym wampirem, a poza tym był opity krwią  najpiękniejszych dziewcząt miasta Fell's

Church. Ale  nie  obchodziło  go  to.  Miał  ochotę    wyładować    na  czymś    swoją    frustrację,  a

jakiś

wilkołak, wampir albo ghoul byłby w sam raz. MoŜe nawet więcej niŜ  jeden - znów

uśmiechnął się  do siebie, a w jego oczach pojawił się  groźny błysk - jeŜeli uda mu się  tyle

znaleźć. A na deser - przepyszna Damaris.

śycie jest dobre. A nieŜycie, pomyślał Damon, nawet lepsze. Nie zamierzał siedzieć  i

narzekać  tylko dlatego,  Ŝe nie mógł natychmiast mieć  Eleny. Zamierzał rozerwać  się  i stać 

się

jeszcze silniejszy A potem, któregoś  dnia, niedługo, pójść  do swojego  Ŝałosnego młodszego

brata i zabierze ją.

Przez chwilę  patrzył we wsteczne lusterko. Na skutek jakiegoś  załamania  światła, a

moŜe wyładowania w atmosferze przez chwilę  wydawało mu się,  Ŝe dostrzegł w swoich

oczach czerwony płomień.

ROZDZIAŁ 6

Powiedziałam „wynoś  się” - powtórzyła Meredith, nie podnosząc głosu. - Mówisz

okropne, wstrętne rzeczy. Tak się  składa,  Ŝe to Stefano tuta mieszka, i to on moŜe cię

wyprosić. Ja robię  to jednak za niego, poniewaŜ  on jest zbyt dobrze wychowany, by

powiedzieć  dziewczynie ,  Ŝeby wynosiła się  do diabła.

Matt odchrząknął. Wcześniej milczał, teraz zdecydował się  powiedzieć, co myśli o

zachowaniu Caroline.

- Znam cię  zdecydowanie zbyt długo,  Ŝeby owijać  w bawełnę. Meredith mi rację.

JeŜeli chcesz obraŜać  Elenę, i nas, wyjdź. Ale zanim wyjdziesz, chcę  ci jeszcze coś  po-

wiedzieć. NiezaleŜnie od tego, co Eleni robiła, kiedy... kiedy była tutaj wcześniej - jego głos

załamał się  na. chwilę; Bonnie wiedziała,  Ŝe miał na myśli „tutaj, na Ziemi” - teraz jest tak

podobna do anioła, jak to tylko moŜliwe. Teraz jest... jest... całkowicie... - Zawahał się,

background image

szukając odpowiednich słów.

- Niewinna jak dziecko - podpowiedziała Meredith.

- Właśnie - przytaknął Matt. - Niewinna, wszystko, co robi, jest niewinne. Twoje

wstrętne słowa nie mogą jej splamić, ale my nie chcemy więcej słuchać  wyzwisk.

Stefano wyszeptał: „Dziękuję”.

- Właśnie wychodzę

 

 

wycedziła Caroline - I nie praw mi kazań  o niewinności i

czystości. Po tym wszystkim, co się  tu stało! Pewnie chcesz sobie popatrzeć, jak dwie dziew-

czyny się  całują. Pewnie...

- Dość  - powiedział Stefano spokojnie, ale jakaś  niewidzialna siła zwaliła Caroline za

drzwi. Za nią  podąŜyła torebka.

Potem drzwi zamknęły się  cicho.

Włoski na karku Bonnie się  zjeŜyły. To była moc tak potęŜna,  Ŝe dziewczyna stała jak

sparaliŜowana. Przeniesienie Caroline w ten sposób - a to nie była mała dziewczynka -

wymagało wielkiej mocy.

MoŜe Stefano zmienił się  tak bardzo jak Elena. Bonnie spojrzała na przyjaciółkę.

Niepokój o Caroline sprawił,  Ŝe  Światłość  emanująca od Eleny przygasła.

Delikatnie dotknęła Elenę  i pocałowała ją.

Elena szybko się  odsunęła, jakby bała się  wywołać  kolejną  awanturę. Ale to

wystarczyło, by Bonnie zrozumiała, co miała na myśli Meredith, mówiąc,  Ŝe zachowanie

Eleny nie ma nic wspólnego z seksem. To było... Bonnie miała wraŜenie,.  Ŝe jest badana

przez kogoś, kto usiłuje ją  poznać, uŜywając wszystkich zmysłów: Kiedy Elena odsunęła się

od niej, promieniała  światłem tak jak po pocałunku z Meredith. Wszystkie negatywne uczucia

zostały... zniknęły. Bonnie poczuła, jakby  światłość  emanująca od Eleny objęła takŜe ją. -

Nie

powinniśmy jej przyprowadzać  - powiedział Matt do Stefana. - Przepraszam za to. Znam ją  i

wiem,  Ŝe mogłaby obrzucać  wyzwiskami Elenę  jeszcze długo, sama by nie wyszła.

background image

- Stefano się  tym zajął - wtrąciła Meredith. - Czy to moŜe Elena?

- To ja - przyznał Stefano. - Matt ma rację, a ja nie będę  tolerował nikogo mówiącego

źle o Elenie.

Dlaczego oni o tym rozmawiają? - zastanawiała się  Bonnie. Meredith i Stefano byli

najmniej skłonnymi do pogaduszek osobami, jakie znała. Wtedy uświadomiła sobie,  Ŝe to 

 

z

powodu Matta, który podchodził wolno, ale z wyrazem determinacji do twarzy Eleny.

Bonnie podniosła się  szybko. Minęła Matta, nie spoglądając w jego stronę. A potem

włączyła się  do rozmowy Meredith i Stefano o tym. co się  stało. Nie było dobrze mieć

Caroline za wroga, zgodzili się. Nic teŜ  nie wskazywało na to,  Ŝe kiedykolwiek nauczy się,

 Ŝe

wszelkie ataki na Elenę  w końcu obracają  się  przeciw niej. Bonnie mogłaby się  załoŜyć,

 Ŝe

knuje coś  nowego juŜ  teraz.

- Ona czuje się  samotna. - Stefano próbował usprawiedliwić  Caroline. - Chce być

akceptowana przez kaŜdego i w kaŜdej sytuacji, ale jest... wyalienowana. Jakby nikt, kto ją

dobrze pozna, jej nie ufał.

- W taki sposób próbuje się  po prostu bronić  - zgodziła się  Meredith. - Ale moŜna by

się  jednak spodziewać  odrobiny wdzięczności. W końcu ocaliliśmy jej  Ŝycie.

Jest w tym coś  więcej, pomyślała Bonnie. Intuicja próbowała jej coś  powiedzieć  - co

mogło  się    zdarzyć,  zanim  udało  im  się    ją    uratować    -  ale  była  zbyt  zdenerwowana,  z

powodu

Eleny,  Ŝeby się  tym przejąć.

- Dlaczego ktoś  miałby jej ufać? - zapytała Stefano. Obejrzała się  dyskretnie. Elena

miała odtąd rozpoznawać  Matta, a on wyglądał, jakby miał zemdleć. - Caroline jest piękna,

jasne, ale to wszystko. O nikim nie powiedziała jednego dobrego słowa. Stale prowadzi jakąś

grę...  Wiem,    Ŝe  teŜ    czasem  to  robimy,  ale  ona  zawsze    Ŝyczy  ludziom    źle.  Oczywiście,

potrafi

background image

uwieść  prawie kaŜdego faceta - nagle opanował ją  niepokój i dokończyła zdanie duŜo

głośniej,  Ŝeby go odsunąć  - ale jeŜeli jesteś  dziewczyną, to nie widzisz w niej więcej niŜ 

parę

długich nóg i du...

Bonnie przerwała, bo Meredith i Stefano zastygli w bezruchu z identycznym wyrazem

twarzy mówiącym „O BoŜe, tylko nie to”.

- Ma teŜ  dobry słuch - powiedział jakiś  drŜący ze złości głos za plecami Bonnie. Serce

podeszło jej do gardła.

Takie są skutki ignorowania instrukcji.

- Caroline... - Meredith i Stefami próbowali ratować  sytuację, ale było za późno.

Caroline wkroczyła do pokoju, podnosząc wysoko nogi, jakby nie chcąc dotykać  podłogi

Stefano. Szpilki trzymała w rękach.

- Wróciłam po swoje okulary - powiedziała wciąŜ  tym samym tonem. - Przy okazji

usłyszałam dość,  Ŝeby dowiedzieć  się, co moi tak zwani przyjaciele o mnie myślą.

- Mylisz się  - spokojnie powiedziała Meredith. - Usłyszałaś  tylko, jak zdenerwowani

ludzie wyładowują złość  po tym, gdy ich obraziłaś.

- Poza tym - Bonnie odzyskała głos - przyznaj, Caroline,  Ŝe liczyłaś  na to,  Ŝe coś

usłyszysz. Dlatego zdjęłaś  buty. Stałaś  za drzwiami, prawda?

Stefano zamknął oczy.

- To moja wina. Powinienem był...

- Nie, nie powinieneś  - przerwała mu Meredith, i zwróciła się  znowu do Caroline. - A

jeŜeli ty wskaŜesz mi jedno słowo z naszej rozmowy nieprawdziwe albo przesadzone, nie

licząc moŜe tego, co powiedziała Bonnie, bo Bonnie jest... po prostu Bonnie... W kaŜdym

razie, jeŜeli wskaŜesz jedno słowo, które nie było prawdą, przeproszę  cię.

Caroline nie słuchała. Grymas wykrzywił jej twarz, czerwoną  z gniewu.

- Jeszcze mnie przeprosicie - syknęła, wskazując palcem kaŜde z nich po kolei. -

background image

PoŜałujecie swoich słów. A jeŜeli jeszcze raz spróbujesz na mnie tej swojej wampirzej

sztuczki - zwróciła się  do Stefano - to mam przyjaciół, prawdziwych przyjaciół, którzy się

tobą  zajmą.

- Caroline, złoŜyłaś  przysięgę...

- I kogo to obchodzi?

Stefano się  podniósł. Zrobiło się  juŜ  ciemno, pokój oświetlała tylko nocna lampka.

Bonnie spojrzała na cień  Stefano i szturchnęła Meredith. Cień  był zaskakująco ciemny i

niezwykle długi. Cień  Caroline był przezroczysty i krótki - jak blada kopia przy oryginale.

Powietrze znów zgęstniało, jakby zbliŜała się  burza. Bonnie próbowała przestać  się

trząść, ale czuła się, jakby wrzucono ją  do lodowato zimnej wody. Zimno przenikało ją  do

kości. Zaczynała się  trząść  coraz bardziej...

Coś  działo się  z Caroline: coś  się  z niej wydostawało, a moŜe coś  wchodziło w nią. A

moŜe jedno i drugie. W kaŜdym razie to było wszędzie dookoła niej, i dookoła Bonnie.

Napięcie było tak silne,  Ŝe Bonnie miała wraŜenie,  Ŝe serce wyskoczy jej z piersi. Obok

niej

Meredith - zwykle opanowana - wierciła się  niespokojnie.

- Co...? - zaczęła szeptem.

Nagle, jakby wszystko zostało wyreŜyserowane przez moce kryjące się  w ciemności,

drzwi zatrzasnęły się... lampa, zgasła.. stara roleta nad oknem rozwinęła się  z łoskotem. W

pokoju zapanowała absolutna ciemność.

Caroline zaczęła krzyczeć. To był przeraźliwy krzyk.

Bonnie teŜ  krzyczała. Nie mogła przestać, chociaŜ  jej krzyk brzmiał co najwyŜej jak

echo  imponującej  arii  Caroline.  Dzięki  Bogu  Caroline  szybko  zamilkła.  Bonnie  udało  się 

stłu-

mić    kolejny  okrzyk,  ale  trzęsła  się    jeszcze  bardziej.  Meredith  objęła  ją    mocno,  ale  po

chwili

oddała ją  Mattowi, który wydawał się  tym zaskoczony i nieco skrępowany.

background image

- Kiedy wzrok ci się  przyzwyczai, nie jest aŜ  tak ciemno - powiedział łamiącym się

głosem, jakby zaschło mu w gardle. Ale tylko to przyszło mu do głowy, bo wiedział,  Ŝe ze

wszystkiego na  świecie Bonnie najbardziej bała się  ciemności. W mroku kryły się  rzeczy,

które tylko ona widziała. A potem oboje wstrzymali oddech..

Elena  świeciła. I miała skrzydła.

- Czy ty widzisz to co ja? - wyjąkała Bonnie. Matt nie był w stanie wydobyć  z siebie

głosu.

Skrzydła poruszały się  wraz z oddechem Eleny. Unosiła się  w powietrzu w pozycji

siedzącej..

Przemówiła. W języku. jakiego Bonnie nigdy me słyszała. Nie sądzili,  Ŝeby gdzieś

ludzie mówili takim językiem. Słowa były ostre i jasne, jak okruchy kryształu spadające z

wysoka.

Wydawały się  Bonnie prawie zrozumiałe - jej parapsychiczne zdolności spotęgowała

moc Eleny. Ta moc przeciwstawiła się  ciemności i odpychała ją  na bok... rzeczy, które kryły

się    w  mroku,  uciekały,  skamląc,  rozpierzchły  się    na  wszystkie  strony.  Ostre  jak  brzytwa

słowa

podąŜyły za nimi, przepędzając je precz.

A Elena... Elena była niewyobraŜalnie piękna, jak wtedy kiedy byli wampirem, i

wydawała się  równie blada.

Caroline teŜ  przemówiła. Wykrzykiwała potęŜne zaklęcia czarnej magii. Bonnie

wydało się,  Ŝe wraz ze słowami z ust dziewczyny wydostaje się  armia upiornych istot.

To był pojedynek czarnej i białej magii. W jaki sposób Caroline poznała te zaklęcia?

Nie była nawet spokrewniona z czarownicami, jak Bonnie..

Do pokoju dobiegały dziwne dźwięki, przypominające odgłos lecącego helikoptera.

PrzeraŜały Bonnie.

Musiała coś  zrobić. Jej przodkowie byli Celtami, miała zdolności parapsychiczne,

background image

których nie mogła się  pozbyć, choćby chciała. Musiała, pomóc Elenie. Powoli, jakby

przedzierała się  przez wichurę, podeszła do przyjaciółki i połoŜyła dłoń  na jej dłoni, aby

ich

moce się  połączyły.

Z drugiego boku Eleny, stanęła Meredith.  Światło  świeciło intensywniej. Stwory z

ciemności uciekały przed nim, krzycząc i tratując się  wzajemnie.

Bonnie zauwaŜyła,  Ŝe Elena się  potknęła. Skrzydła zniknęły. Zniknęły teŜ  istoty

mroku. Elena przegnała je, pokonała potęŜną  mocą białej magii.

- Ona upadnie - wyszeptała Bonnie do Stefano. - Pojedynek z siłami ciemności ją

wyczerpał...

W tym momencie nastąpiły wydarzenia tak szybko, jakby w pokoju zabłysły snopy

stroboskopowego  światła.

Błysk. Roleta podniosła się  z hukiem.

Błysk. Zaświeciła lampa w dłoniach Stefano. Widocznie próbował ją  naprawić..

Błysk, Drzwi do pokoju otworzyły się  powoli, skrzypiąc,

jakby chciały zrekompensować  wcześniejsze trzaśniecie.

Błysk. Caroline znalazła się  na podłodze, na czworakach, oddychając cięŜko. Elena

wygrała...

Elena upadła.

Tylko ktoś  o nadludzko szybkim refleksie mógł złapać  ją, zanim uderzyła o podłogę.

Stefano rzucił lampę  Meredith i w mgnieniu oka znalazł się  przy Elenie. A potem obejmował

ją  mocno.

- Do diabła - wykrztusiła Caroline. Tusz do rzęs spłynął po jej policzkach, zostawiając

czarne  ślady. Spojrzała na Stefano z nieskrywaną  nienawiścią. Stefano popatrzył na nią

spokojnie - nie, surowo.

- Nie wzywaj diabła - ostrzegł. - Nie tutaj Nie teraz. MoŜe usłyszeć  i odpowiedzieć.

background image

- Jakby jeszcze tego nie zrobił. - prychnęła Caroline. Wyglądała  Ŝałośnie, była

pokonana, złamana. Jakby rozpętała coś, nad czym nie potrafiła zapanować,

- Caroline, co ty mówisz? - Stefano ukląkł przy niej. - Chcesz powiedzieć,  Ŝe ty juŜ...

zawarłaś  jakąś  umowę?

- Ups - jęknęła Bonnie, rozładowując napięcie, jakie panowało w pokoju. Caroline

połamała paznokcie, na podłodze były  ślady krwi. Bonnie, przejęta współczuciem, poczuła

ból w palcach. Kiedy jednak Caroline machnęła zakrwawioną  ręką  w stronę  Stefano,

współczucie przemieniło się  w mdłości. - Chcesz polizać? zapytała Caroline. Jej twarz się

zmieniła. - Nie udawaj, Stefano - ciągnęła drwiącym tonem. - PrzecieŜ  pijasz ostatnio ludzką

krew, prawda? Ludzką  czy czymkolwiek ta dziewczyna jest. Latacie teraz razem jak

nietoperze, co?

- Caroline - wyszeptała Bonnie. - Nie widziałaś  ich? Skrzydeł...

- Jak u nietoperza albo wampira. Stefano przemienił ją... - Ja teŜ  je widziałem -

powiedział Matt. To nie były skrzydła nietoperza.

- Jesteście  ślepi? Spójrzcie, - Meredith pochyliła się  i podniosła z podłogi długie,

białe, błyszczące pióro.

- MoŜe jest białym krukiem - nie ustępowała Caroline. - To by się  zgadzało. I nie

mogę  uwierzyć,  Ŝe wszyscy tak się  przed nią  płaszczycie, jakby była królową. Wszyscy cię

uwielbiają, prawda Eleno?

- Przestań  - rzucił Stefano,

- „Wszyscy” to jest słowo klucz. - Przestań.

- Kiedy ich całowałaś  - Caroline teatralnie wzruszyła ramionami - przypomniała mi

się...

- Przestań, Caroline,

- ...dawna Elena. - Głos Caroline ociekał jadem. - KaŜdy, kto cię  zna, wie kim jesteś,

background image

byłaś, zanim Stefano zaszczycił nas swoją boską obecnością. Byłaś...

- Caroline, przestań  natychmiast... - Dziwką! Tak! Tanią dziwką!

ROZDZIAŁ 7

Na chwilę  wszyscy zamarli. Stefano zbladł jak  ściana, zacisnął wargi w wąską  linię.

Bonnie  cisnęły  się    na  usta  słowa,  wyjaśnienia,  oskarŜenia  pod  adresem  Caroline,  Elena

moŜe i

miała  tylu  chłopaków,  ile  jest  gwiazd  na  niebie,  ale  odkąd  się    zakochała,  istniał  dla  niej

tylko

Stefano. Ale Caroline i tak by tego nie zrozumiała.

- I co, zatkało was? Nie macie nic do powiedzenia? - naigrywała się  Caroline. -

śadnych ciętych ripost? Nietoperz potknął wam języki? - Roześmiała się, ale był to

wymuszony, sztuczny  śmiech. Potem z jej ust padły słowa, których z pewnością  nie powinno

się  wypowiadać  publicznie. Bonnie pewnie zdarzyło się  uŜyć  ich raz czy dwa, ale wy-

powiedziane przez Caroline tutaj i teraz tworzyły strumień  jadowitej mocy.

Ta moc rosła, wydawało się,  Ŝe pokój jest dla niej za ciasny. Coś  się  stanie.

Drgania, pomyślała Bonnie, gdy kaskady dźwięków nabierały mocy.

Szkło, podpowiedziała jej intuicja. Odejdź  od szkła.

Stefano ledwie zdąŜył odwrócić  się  do Meredith i krzyknąć.

- Rzuć  lampę!

Meredith, która miała nadzwyczajny refleks, wycelowała lampę  w otwarte okno.

Ledwie lampa przeleciała przez okno, wybuchła.

Odgłosy pękającego szkła dobiegły ich takŜe z łazienki. Kawałki lustra chyba musiały

wbić  się  w drzwi.

W następnej chwili Caroline uderzyła Elenę, zostawiając na jej policzku czerwony

ślad. Etena podniosła dłoń  i dotknęła twarzy, miała bardzo nieszczęśliwą  minę.

A potem Stefano zrobił coś, co Bonnie uznała za najbardziej zadziwiające ze

background image

wszystkich wydarzeń  tego dnia. Bardzo delikatnie poi oŜył Elenę  na podłodze, pocałował

ją  w

czoło i zwrócił się  do Caroline.

PołoŜył dłonie na jej ramionach i przytrzymał ją  mocno, zmuszając do spojrzenia mu

w oczy.

- Caroline - powiedział. - Wróć. Przez wzgląd na przyjaciół, którym na tobie zaleŜy,

wróć. Przez wzgląd na rodzinę, która, cię  kocha, wróć. Przez wzgląd na twą  nieśmiertelną

duszę, wróć. Wróć  do nas!

Caroline patrzyła na niego butnie. Stefano odwrócił się  w stronę  Meredith.

- Nie za bardzo się  do tego nadaję. To nie jest mocna strona wampirów - westchną!

cięŜko.

Potem zwrócił się  do Eleny.

- Kochana, moŜesz pomóc? - zapytał łagodnie. - Czy moŜesz jeszcze raz pomóc

swojej przyjaciółce?

Elena podniosła się  niepewnie, opierając się  najpierw na poręczy fotela, a potem na

ramieniu Bonnie. Chwiała się  jak nowo narodzone  Ŝyrafiątko, a Bonnie - prawie o głowę 

niŜ-

sza - z trudem ją  podtrzymywała.

Stefano zrobił krok w ich kierunku, ale Matt był szybszy.

Stefano obrócił Caroline twarzą do Eleny, trzymając ją  mocno za ramiona.

Elena, podtrzymywana w pasie przez Matta i Bonnie, miała wolne ręce. Wykonała

kilka  dziwnych  gestów,  jakby  malowała  przed  oczami  Caroline  kolejne  obrazy,  coraz

szybciej

i szybciej. Składała i rozkładała dłonie, wyginała palce. Wydawało się,  Ŝe doskonale wie,

co

robi; ale Bonnie, Meredith i Matt nic z tego nie rozumieli. Caroline wodziła wzrokiem za

dłońmi Eleny, ale wyraźnie nie podobało jej się  to, co widziała.

background image

Magia, pomyślała zafascynowana Bonnie. Biała magia. Ona wzywa anioły, tak jak

Caroline  wzywała  demony.  Ale  czy  jest  wystarczająco  silna,  by  wyrwać    Caroline  ze

szponów

mroku?

W końcu, jakby chciała dopełnić  ceremonii, Elena pochyliła się  i złoŜyła na ustach

Caroline najniewinniejszy z pocałunków.

Wtedy rozpętało się  piekło, Caroline jakoś  wyrwała się  Stefano i próbowała dosięgnąć

twarzy Eleny długimi paznokciami. Przedmioty znajdujące się  w pokoju zaczęły unosić  się 

w

powietrzu, choć  nikt ich nie dotykał. Matt próbował złapać  Caroline za rękę, ale uderzyła go

w brzuch tak mocno,  Ŝe upadł na podłogę. Kolejny cios w kark niemal go ogłuszył.

Stefano odciągnął więc Elenę  i Bonnie na bezpieczną  odległość. ZałoŜył,  Ŝe Meredith

da sobie radę  - i miał rację. Caroline próbowała ją  uderzyć, ale Meredith była szybsza.

Złapała Caroline za rękę  i mocno pchnęła. Caroline wylądowała na łóŜku, ale natychmiast

wstała i ponownie rzuciła się  na Meredith, tym razem chwytając ją  za włosy, Dziewczyna

szarpnęła głową  i w dłoni Caroline został pęk włosów. Zanim zorientowała się, co się  stało,

Meredith zadała jej potęŜny cios w szczękę, powalając na podłogę.

Bonnie ucieszyła się  i postanowiła nie mieć  z tego powodu wyrzutów sumienia. Kiedy

Caroline leŜała zaskoczona, Bonnie zauwaŜyła,  Ŝe wszystkie jej paznokcie są  w idealnym

stanie - długie i błyszczące.  śaden nie był złamany.

To musiała sprawić  Elena. Kilkoma gestami i pocałunkiem przywróciła dłoniom

Caroline poprzedni wygląd, Meredith tymczasem rozcierała swoją  dłoń.

- Nie sądziłam,  Ŝe tak bardzo boli ręka, gdy się  kogoś  uderzy - zdziwiła się. - Na

filmach, gdy faceci się  leją, nie okazują,  Ŝe bolą  ich ręce. Czy chodzi o to,  Ŝe wiedzą, jak

za-

dawać  ciosy, by bolało tylko tego drugiego?

Matt się  zaczerwienił.

background image

- Ja... hm, ja nigdy...

- Boli wszystkich, nawet wampiry - przyszedł mu z pomocą  Stefano. - Czy wszystko

dobrze, Meredith? Mam na myśli,  Ŝe Elena mogła…

- Wszystko w porządku. A teraz mamy z Bonnie coś  do zrobienia. - Skinęła na

przyjaciółkę. - My odpowiadamy za to, co wyprawiała Caroline. Powinnyśmy się  domyślić,

Ŝe wróci na górę. Przyjechała z nami, nie ma jak wrócić  do domu. Pewnie zeszła na dół do

telefonu  i  próbowała  skłonić    kogoś,    Ŝeby  po  nią    przyjechał,  ale  nikt  nie  chciał,  więc  nie

miała

innego wyjścia, jak wrócić  do nas. Musimy ją  odwieźć. Stefano, przepraszam. Nie była to

udana wizyta.

Stefano miał ponurą  minę.

- Nie przypuszczałem,  Ŝe Elena moŜe znieść  tak wiele. Teraz wiem,  Ŝe tak -

powiedział.

- Ja równieŜ  mam samochód, ja powinienem odwieźć  Caroline - wtrącił Matt.

- MoŜe wrócimy jutro - zaproponowała Bonnie.

- Tak, myślę,  Ŝe tak będzie najlepiej - przyznał Stefano. - Prawdę  mówiąc, niechętnie

ją  wypuszczam stąd. Boję  się  o nią. Bardzo.

Bonnie była zaskoczona.

- Dlaczego?

- Myślę... jeszcze za wcześnie,  Ŝeby mieć  pewność, ale myślę,  Ŝe ona jest opętana. Ale

nie mam pojęcia przez co. Ustalenie tego moŜe zająć  sporo czasu.

Dreszcz niepokoju przebiegł Bonnie po plecach. Lodowaty ocean strachu był bardzo

blisko, mogła utonąć  w nim w kaŜdej chwili.

- Pewne jest tytko to,  Ŝe zachowywała się  dziwnie, nawet jak na nią  - ciągnął Stefano.

- Nie wiem, czy wy teŜ  to słyszeliście. Kiedy przeklinała, miałem wraŜenie,  Ŝe jakiś  głos

jej

background image

podpowiadał. A ty nie słyszałaś? - zwrócił się  do Bonnie.

Bonnie próbowała sobie przypomnieć. Czy słyszała jakiś  inny glos oprócz głosu

Caroline? Najcichszy z szeptów...

- To, co tu się  stało, moŜe pogorszyć  sprawę. Wyzwala diabła w chwili, gdy ten pokój

był przepełniony mocą. Fell's Church leŜy na krzyŜujących się  liniach mocy: To powaŜna

sprawa. Przy tym wszystkim...  śałuję  po prostu,  Ŝe nie ma tu jakiegoś  dobrego

parapsychologa.

Bonnie wiedziała,  Ŝe wszyscy myślą o Alaricu.

- Spróbuję  go  ściągnąć  - obiecała Meredith. - Ale moŜe teraz być  gdzieś  w Tybecie

albo w Timbuktu. To trochę  potrwa, zanim w ogóle uda się  z nim skontaktować.

- Dziękuję. - Stefano westchnął z ulgą.

- Jak powiedziałam, jesteśmy odpowiedzialni za to, co się  tutaj stało - dodała cicho

Meredith.

- Przepraszamy,  Ŝe ją  tu przyprowadziliśmy - powiedziała głośno Bonnie, z nadzieją,

Ŝe moŜe Caroline to usłyszy.

PoŜegnali się  z Eleną. Nie byli pewni, jak się  zachowa. Ale ona tylko uśmiechnęła się

do kaŜdego i dotknęła ich dłoni.

Na szczęście Caroline się  obudziła. Kiedy podjechali pod jej dom zachowywała się  juŜ

rozsądnie, choć  wciąŜ  była nieco oszołomiona. Matt pomógł jej wysiąść  z samochodu i

odprowadził  ją    do  drzwi.  Otworzyła  jej  matka.  Była  to  nieśmiała  kobieta  o  zmęczonej,

mysiej

twarzy. Nie wyglądała na zaskoczoną  tym,  Ŝe jej córka jest w takim stanie.

Dziewczyny spędziły noc u Bonnie. Do późna rozmawiały o ostatnich wydarzeniach.

Gdy Bonnie zasypiała, wciąŜ  dzwoniły jej w uszach klątwy Caroline.

Kochany Pamiętniku,

Coś  stanie się  dzisiaj w nocy.

background image

Nie mogę  mówić  ani pisać. Nie pamiętam, jak się  uŜywa klawiatury. Ale mogę

przesyłać  moje myśli Stefano, a on moŜe je zapisywać. Nie mamy przed sobą Ŝadnych

tajemnic.

Więc to jest teraz mój pamiętnik…

tego ranka znowu się  obudziłam. Znowu się  obudziłam! Za oknem wciąŜ  było lato i

wszystko było zielone. W ogrodzie zakwitły  Ŝonkile. I miałam gości. Nie wiedziałam, kim

oni

są,  ale  z  trojga  z  nich  emanuje  silny  jasny  kolor.  Pocałowałam  ich,  więc  juŜ    ich  nie

zapomnę.

Czwarta była inna. Widziałam tylko niewyraźny kobr, przybrudzony czernią.

Musiałam uŜyć  potęŜnych zaklęć  białej magii, by powstrzymać  ją  przed wprowadzeniem

mrocznych sit do pokoju Stefano:

Robię  się  senna. Chcę  być  ze Stefano i chcę,  Ŝeby mnie obejmował. Kocham go.

Oddałabym wszystko, by z nim zostać. Pyta mnie, czy nawet łatanie? Nawet latanie -  Ŝeby

być

z nim i chronić  go. Wszystko,  Ŝeby był bezpieczny. Nawet  Ŝycie.

Teraz chcę  iść  do niego.

Elena

Stefano przeprasza za pisanie w nowym dzienniku Eleny, ale musi coś  dodać, bo

pewnego dnia moŜe będzie chciała 

 

to 

 

przeczytać, przypomnieć  sobie. Zapisałem jej myśli

w

postaci zdań, ale Elena nie przesyła ich w takiej formie. To tylko urywki myśli, jak sądzą.

Wampiry mają  wprawę  w tłumaczeniu ludzkich myśli na pełne zdania, ale myśli Eleny

wymagają  więcej obróbki. Zwykle to tylko jasne obrazy i czasem pojedyncze słowa.

„Czwarta” to Caroline Forbes. Elena znała ją prawie od dziecka 

 

 

tak mi się  - wydaje.

To, co mnie zdumiewa, to to,  Ŝe dzisiaj Caroline zaatakowała Elenę  na niemal wszystkie

wyobraŜalne sposoby, a jednak przeszukując umysł Eleny, nie znajduję  tam uczuć  gniewu

czy

background image

bólu. To niemal przeraŜające,  Ŝe jest tak niewinna, tak doskonała.

To, co naprawdę  chciałbym wiedzieć, to to, co się  stało z Caroline, gdy została

porwana przez Klausa i Tylera. Czy to, co wyprawiała dzisiaj, zrobiła z własnej woli? Czy

wciąŜ  tkwi w niej okruch nienawiści Klausa? Czy moŜe mamy w Fell's Church nowego

wroga?

I najwaŜniejsze 

 

 

co mamy z tym zrobić ?

Stefano, który jest właśnie odciągany ad kom...

ROZDZIAŁ 8

Wskazówki staroświeckiego zegara pokazywały trzecią, kiedy Meredith obudziła się  z

niespokojnego snu.

Przygryzła wargi, tłumiąc krzyk. Jakaś  twarz nachyliła się  nad nią. Ostatnie, co

pamiętała z poprzedniego wieczoru, to to,  Ŝe leŜała na wznak w  śpiworze i rozmawiała z

Bonnie u Alaricu.

Teraz Bonnie nachylała się  nad nią, miała zamknięte oczy. Klęczała przy poduszce

Meredith i niemal dotykała jej twarzy nosem. JeŜeli dodać  do tego dziwną  bladość  jej po-

liczków i krótki oddech, kaŜdy - kaŜdy, powiedziała sobie Meredith - by się  przestraszył.

Czekała, aŜ  Bonnie się  odezwie, wpatrując się  w nią  ze zdumieniem.

Bonnie wstała i tyłem podeszła do biurka, na którym leŜała komórka Meredith.

Podniosła ją  i najwidoczniej włączyła nagrywanie wideo, bo zaczęła mówić  i wykonywać

jakieś  gesty.

To było przeraŜające, Nie moŜna było zrozumieć, co mówi. Wypowiadała słowa od

tyłu. Chaotyczne, gardłowe albo piskliwe dźwięki miały tę  intonację, jatą  często słyszy się 

w

horrorach. Ale  człowiek  nie  mógł  w  ten  sposób  mówić.  Meredith  miała  złe  przeczucie,    Ŝe

coś

próbuje zawładnąć  ich umysłami.

background image

MoŜe to coś Ŝyje wstecz, pomyślała Meredith, próbując nie wsłuchiwać  się  w

przeraŜające dźwięki. MoŜe myśli,  Ŝe my tak robimy. MoŜe my się  po prostu nie stykamy...

Nie mogła znieść  tego dłuŜej. Wydawało jej się,  Ŝe odróŜnia słowa, nawet cale frazy. I

nie brzmiały one przyjemnie. Proszę, niech to się  skończy, niech się  skończy natychmiast.

Jęki i mamrotania...

Bonnie zazgrzytała zębami. Zrobiło się  cicho. A potem, jak na filmie puszczonym

wstecz, podeszła tyłem do swojego  śpiwora, uklękła i wczołgała się  do niego z zamkniętymi

oczami.

To była jedna z najstraszniejszych rzeczy, jakie Meredith kiedykolwiek widziała albo

słyszała, a widziała i słyszała niemało.

JuŜ  nie mogła zasnąć.

Wstała, na palcach podeszła do biurka i zabrała telefon do drugiego pokoju. Tam

podłączyła go do komputera,  Ŝeby puścić  nagranie od tyłu.

Kiedy odsłuchała je raz i drugi, uznała,  Ŝe Bonnie nigdy nie powinna tego usłyszeć.

Oszalałaby ze strachu.

Nagrały się  głosy zwierząt, pomieszane z tym zniekształconym głosem… to w

kaŜdym razie nie był głos Bonnie. To nie był glos człowieka. Brzmiał teraz jeszcze straszniej,

niŜ  gdy słyszała go za pierwszym razem - co mogło znaczyć,  Ŝe jego właściciel normalnie

mówił wspak.

Pomiędzy jękami, zniekształconym  śmiechem i głosami dzikich zwierząt, Meredith z

trudem odróŜniała ludzką  mowę. Próbowała coś  z tego zrozumieć, chociaŜ  dostała gęsiej

skórki.

Dosłyszała coś  takiego:

„Pszszszs... buz - buz... e.. - . Nie. Ben... nie.... Nagłeeeee... i szszsz.... ją... seeee. Ty...

wi.... jama... simy… być.... amprz.. JEJ pszszsz... budzeniu.... Nie.

background image

Ben... nie... nasssss... pszszszsz...jeeee - (a moŜe to było „nie”? a moŜe tylko jęk?)....

puuuu....dź.... nie. Kto... nnnnnnn... esie.....tym....z - z - za... mnie”.

Meredith zanotowała to i próbowała zrozumieć. W końcu zapisała kilka zdań;

Przebudzenie będzie nagle i szokujące. Ty i ja musimy być  tam przy jej przebudzeniu.

Nie będzie nas przy niej później. Ktoś  inny się  tym zajmie.

OdłoŜyła długopis obok kartki z odszyfrowaną wiadomością.

A potem Meredith weszła do swojego  śpiwora i długo leŜała, wpatrując się  w  śpiącą

Bonnie jak kot w mysią  dziurę, aŜ  w końcu błogosławione zmęczenie utuliło ją do snu.

- Co powiedziałam!? - Bonnie była ogromnie zdumiona, kiedy Meredith

zrelacjonowała jej wydarzenia poprzedniej nocy Właśnie wyciskała sok z grejpfruta i sypała

do misek płatki  śniadaniowe. Meredith smaŜyła jajka.

- Mówiłam ci juŜ  trzy razy. Te słowa juŜ  się  nie zmienią, mogę  ci to obiecać.

- To jasne,  Ŝe przebudzenie dotyczy Eleny, to ona musi się  przebudzić. A ty i ja

musimy tam być, gdy to nastąpi.

- Masz rację  - zgodziła się  Meredith.

- Musi sobie przypomnieć, kim naprawdę  jest. A my musimy jej w tym pomoc!

- Nie! - zawołała Meredith. - To nie o to chodzi w wypowiedzianych przez ciebie

słowach. Zresztą, nie sądzę,  Ŝebyśmy mogli jej pomóc. MoŜemy ją  nauczyć  pewnych

czynności,  tak  jak  Stefano  to  robi.  Jak  wiązać    buty.  Jak  czesać    włosy,  Ale  z  tego,  co

mówiłaś,

przebudzenie będzie nagle i szokujące. I nie wspominałaś  nic o tym,  Ŝe w tym pomoŜemy.

Powiedziałaś  tylko,  Ŝe musimy być  przy niej, bo potem z jakiegoś  powodu nas przy niej nie

będzie.

Bonnie przez chwilę  ponuro milczała.

- Nas nie będzie - powtórzyła. - To znaczy, nie będzie nas przy Elenie? Czy.. - czy w

ogóle nas nie będzie?

background image

Meredith nagle straciła apetyt.

- Nie wiem.

- Sterano powiedział,  Ŝe dzisiaj znowu moŜemy przyjść  - - nalegała Bonnie.

- Stefano byłby uprzejmy, nawet gdyby ktoś  właśnie wbijał mu kołek w serce.

- Mam pomysł - krzyknęła Bonie, - Zadzwońmy do Matta. MoŜemy odwiedzić

Caroline... o ile ona będzie chciała się  z nami widzieć. To znaczy, o ile cokolwiek się

zmieniło od wczoraj: Potem moŜemy poczekać  do popołudnia, a potem zadzwonić  do.

Stefano i zapytać, czy moŜemy odwiedzić  Elenę.

Kiedy dotarli do domu Caroline, jej matka powiedziała im,  Ŝe córka jest chora, leŜy w

łóŜku.  Wrócili  więc  do  Meredith.  Bonnie  całą  drogę    przygryzała  wargi,  Matka  Caroline

sama.

wyglądała na chorą, miała podkrąŜone oczy. Gdy z nią  rozmawiali, Bonnie czuła wielkie

napięcie.

Bonnie i. Meredith zostawiły Matta przed domem. Chłopak zajął się  swoim wciąŜ

psującym  się    samochodem,  a  one  poszły  na  gorę    wybrać    jakieś    ubrania  dla  Eleny.  Co

prawda

ciuchy Meredith będą  na nią  za duŜe, ale w ubrania Bonnie by nie weszła.

O czwartej po południu zadzwoniły do Stefano. Tak, mogą  przyjść. Elena nie

pocałowała ich na powitanie - ku wyraźnemu rozczarowaniu Matta. Ale ucieszyła się  bardzo

z nowych ubrań. Unosząc się  metr nad podłogą, ciągle unosiła je do twarzy i wąchała, po

czym uśmiechała się  do Meredith, chociaŜ  gdy Bonnie wzięła do ręki jedną  z koszulek, nie

mogła wyczuć  niczego poza płynem do płukania.

- Przepraszam. - Sterano bezradnie rozłoŜył ręce, gdy Elena zaczęła kichać, obejmując

błękitną, bluzkę  jak małe kocię. Meredith zapewniła .go,  Ŝe miło jest, zostać  docenionym w

ten sposób. Sama była jednak nieco zakłopotana.

- Elena potrafi rozpoznać, skąd ubrania pochodzą  - wyjaśnił Stefano. - Nie włoŜy

background image

niczego, co uszyto w sweat - shopie.

- Kupuję  tylko w sklepach, o których wiem,  Ŝe nie sprzedają  takich rzeczy - zapewniła

Meredith. - Bonnie i ja musimy coś  ci powiedzieć  - dodała. Kiedy Meredith opowiadała o

tym, co stało się  w nocy, Bonnie zabrała Elenę  do łazienki i pomogła jej przebrać  się  w

szorty, które leŜały na niej jak ulał, i błękitną bluzkę, która była tylko trochę  za długa.

Kolor bluzki podkreślał lekko potargane, ale wciąŜ  piękne blond włosy Eleny. Kiedy

jednak Bonnie próbowała nakłonić  ją  do spojrzenia w lusterko, Elena wydawała się  skon-

sternowana, jakby nie rozumiała, co to jest i do czego słuŜy. Bonnie trzymała lustro przed

Eleną, a ona to spoglądała w nie, to chowała się  za plecami Bonnie zafascynowana tym,  Ŝe

Thank y ou for evaluating PDF to ePub Converter.

To get full version, y ou need to purchase the software from : http://www.pdf-epub-converter.com /convert-to-epub-purchase.htm l

background image

osoba w lustrze pojawia się  w tym samym momencie. Bonnie odłoŜyła w końcu lusterko i

zajęła się  jej włosami, z którymi Stefan o wyraźnie sobie nie radził. Kiedy wreszcie były juŜ

rozczesane, z dumą wprowadziła Elenę  do pokoju.

I natychmiast poŜałowała. Meredith, Mart i Stefano byli pogrąŜeni w ponurej

rozmowie. Bonnie z wahaniem puściła rękę  Eleny, która natychmiast pofrunęła tu kolana

Stefano, i sama dołączyła do przyjaciół.

- Oczywiście,  Ŝe rozumiemy - tłumaczyła Meredith. - Nawet zanim Caroline urządziła

przedstawienie, nie było innego wyboru. Ale…

- Jakiego wyboru? - zapytała Bonnie, siadając na łóŜku obok Stefano. - O czym

rozmawiacie?

Zapadła cisza. Meredith objęła Bonnie i powiedziała:.

- Rozmawiamy o tym,  Ŝe Stefano i Elena muszą  opuścić  Fell's Church. Muszą  odejść

daleko stąd.

Bonnie zatkało. Kiedy odzyskała mowę, potrafiła wykrztusić  tylko głupie pytanie.

- Odej ść? Dlaczego?

- Widziałaś, dlaczego. Widziałaś, co tu wczoraj zaszło - wyjaśniła Meredith. W jej

czarnych oczach malował się  ból. Ale w tej chwili Bonnie nie mogła przejąć  się  niczyim

cierpieniem poza własnym.

Nadciągało jak lawina rozgrzanego do czerwoności  śniegu. Lodu, który parzył. Udało

jej się  opanować  na tyle,  Ŝeby powiedzieć:

- Caroline nic nie zrobi. Podpisała przysięgę. Wie,  Ŝe złamanie jej, zwłaszcza  Ŝe sami -

wiecie - kto ją podpisał...

Meredith musiała powiedzieć  Stefano o kruku, poniewaŜ  tylko westchnął i pokręcił

głową, delikatnie odsuwając Elenę, która próbowała zajrzeć  mu w oczy. Najwidoczniej

wyczuwała,  Ŝe jej przyjaciele są  zmartwieni, ale z pewnością nie rozumiała dlaczego.

background image

- Mój brat jest ostatnią  osobą, która powinna się  zbliŜać  do Caroline. - Stefano z

irytacją  odsunął włosy z czoła, jakby właśnie przypomniał sobie, jak bardzo są  do siebie

podobni.  -  Nie  sądzę    teŜ,    Ŝeby  Caroline  przejęła  się    groźbą    Meredith.  Ona  jest  we

władaniu

ciemności.

Bonnie się  trzęsła. Nie podobały jej się  skojarzenia ze słowem ciemność.

- Ale... - zaczął Mart. Bonnie pomyślała,  Ŝe Matt jest się  tak samo oszołomiony jak

ona.

- Posłuchajcie - przerwał mu Stefano - jest jeszcze jeden powód, z jakiego musimy

stąd wyjechać.

- Jaki? - Matt był zaniepokojony. Bonnie nie mogła wydusić  słowa. W jej głowie kryły

się  jakieś  myśli na ten temat, ale odsuwała je.

- Bonnie chyba juŜ  rozumie. - Stefano spojrzał w jej stronę. Odpowiedziała

spojrzeniem oczu wilgotnych od łez.

- Pod Fell's Church - ciągnął Stefano - krzyŜują  się  linie mocy. Nie wiem, czy ktoś

celowo załoŜył miasto w tym miejscu. Czy Smallwoodowie mieli z tym coś  wspólnego?

Bonnie, Meredith ani Matt nie wiedzieli. W dzienniku Honorii Fell nie było  Ŝadnej

wzmianki o tym, aby rodzina wilkołaków miała coś  do powiedzenia przy zakładaniu miasta.

- CóŜ, jeŜeli to był przypadek, to nieszczęśliwy. Pod miastem, właściwie pod

cmentarzem miejskim, krzyŜuje się  wiele linii mocy. Tb dlatego  ściągają  tu wszelkie istoty,

złe i... nie tak bardzo złe. - Wyglądał na zakłopotanego. Bonnie zrozumiała,  Ŝe mówi o sobie.

- Tb mnie tu przyciągnęło. Podobnie jak inne wampiry, jak zresztą  wiecie. Za kaŜdym razem,

gdy  pojawia  się    tu  ktoś    mający  moc,  miasto  przyciąga  z  większą    siłą.  Kolejne  istoty

 ściągają

tu jeszcze chętniej. Tb błędne koło.

- W końcu dowiedzą  się  o Elenie - powiedziała Meredith. - Pamiętajcie, to ludzie jak

background image

Stefano i Bonnie, ale pozbawieni zasad, Kiedy zobaczą  Elenę...

Bonnie niemal wybuchnęła płaczem na myśl o tym. Wydawało jej się,  Ŝe widzi

chmurę  białych piór opadających powoli na ziemię.

- Ale... Elena nie była taka zaraz po powrocie - wtrącił Matt, - Mówiła. Myślała

logicznie, zachowywała się  racjonalnie. Nie fruwała.

- Mówi czy nie mówi, fruwa: czy chodzi, ona ma moc - przypomniał Stefano. -

Wystarczająco duŜo mocy,  Ŝeby doprowadzić  zwykłe wampiry do szaleństwa, do tego, by

skrzywdziły ją, aby zdobyć  tę  moc. A Elena nie zabija ani nie rani. A w kaŜdym razie nie

mogę  sobie wyobrazić,  Ŝeby to robiła. Mam nadzieję,  Ŝe uda mi się  zabrać  ją  w miejsce,

w

którym będzie... bezpieczna.

- Nie moŜesz jej zabrać  - wykrztusiła Bonnie. Słyszała,  Ŝe jej głos się  łamie, ale nic

nie mogła na to poradzić. - Meredith ci nie powiedziała? Elena się  przebudzi, a Meredith i ja

musimy przy niej być.

Bo nie będziemy przy niej później. Nagle zakończenie proroctwa stało się  jasne. Nie

było to takie złe jak nie być  w ogóle nigdzie, ale wystarczająco złe.

- Nie zamierzałem jej stąd zabierać, dopóki nie będzie przynajmniej chodzić  - wyjaśnił

Stefano, obejmując załamaną  Bonnie. - . To było jak siostrzany uścisk Meredith, ale

silniejszy.  -  I  nawet  nie  wiesz,  jak  się    cieszę,    Ŝe  ona  się    przebudzi.  I    Ŝe  będziecie  przy

niej.

- Ale... Ale te wszystkie potwory i tak przyjdą  do Fell's Church? - pomyślała Bonnie. I

nie będzie cię,  Ŝeby nas chronić?

Uniosła wzrok i zobaczyła,  Ŝe Meredith myśli o tym samym.

- Moim zdaniem - powiedziała Meredith - Stefano i Elena dostatecznie wiele przeszli,

Ŝeby ratować  nasze miasto.

CóŜ. Z tym nie moŜna było polemizować. Ze Stefano równieŜ  nie. Podjął juŜ  decyzję.

background image

Rozmawiali jeszcze długo, rozpatrując róŜne moŜliwości i scenariusze, próbując

zrozumieć  proroctwo Bonnie. Niczego nie postanowili, ale przynajmniej mieli kilka

alternatywnych planów. Bonnie nalegała, by wymyślili jakiś   sposób na szybkie

komunikowanie  się    ze  Stefano.  Miała  juŜ    zaŜądać    trochę    jego  krwi  i  kosmyka  włosów,

 Ŝeby

móc odprawić  rytuał przyzwania, ale przypomniał jej,  Ŝe mają  telefony komórkowe.

W końcu trzeba było się  rozstać. Byli głodni, a Bonnie domyślała się,  Ŝe Stefano teŜ

czuje głód. Był bardzo blady.

Kiedy  Ŝegnali się  na schodach, Bonnie musiała powtarzać  sobie,  Ŝe Stefano obiecał,  Ŝe

Elena będzie z nią  i Meredith,  Ŝeby im pomóc. Nie zabrałby jej, nie mówiąc im o tym.

To nie było ostateczne poŜegnanie.

Więc dlaczego miała takie wraŜenie?

ROZDZIAŁ 9

Matt, Meredith i Bonnie odjechali. Zanim wyszła, Bonnie przebrała Elenę  w jej

„koszulę    nocną”.  Zapadł  juŜ    mrok  -  przyniósł  ulgę    oczom  Stefano.  Gorsze  od  bólu  oczu

było

jednak  uczucie,    Ŝe  się    dusi  z  głodu.  Szybko  coś    na  to  zaradzę,  powiedział  sobie.  Kiedy

Elena

zaśnie, wymknie się  do lasu i upoluje jelenia. Nikt ani nic me skrada się  tak jak wampir, nikt

ani nic nie mogło konkurować  w polowaniu ze Sterano, I nawet gdyby trzeba było kilku je-

lenia by zaspokoił głód,  Ŝadnemu nie zrobi krzywdy.

Elena miała jednak inne plany. Nie chciało jej się  spać. Gdy goście odjechali, zrobiła

to, co zawsze robiła, gdy była w tym nastroju. Podfrunęła do Stefano, uniosła głowę, za-

mknęła oczy i dała mu usta do pocałunku.

Stefano zasunął roletę  w oknie, chroniąc ich przed wzrokiem wścibskich kruków, i

wrócił do Eleny. Siedziała w tej samej pozycji, lekko się  rumieniąc. WciąŜ  miała zamknięte

oczy. Stefano czasem myślał,  Ŝe mogłaby tak siedzieć  wiecznie, czekając na pocałunek.

background image

- Naprawdę  nic powinienem tego robić, kochana. - Westchnął. Pochylił się  i

pocałował ją  lekko i niewinnie.

Elena zamruczała niezadowolona. Dotknęła nosem policzka Stefano:.

- Najukochańsza moja - powiedział, głaszcząc ją  po głowie. - Bonnie udało się

rozczesać  ci włosy? - Ale zaczynały go boleć  górne zęby.

Elena jeszcze raz dotknęła go nosem. Pocałował ją  nieco mocniej. Właściwie wiedział,

Ŝe  jest  dorosła.  Była  starsza  i  duŜo  bardziej  doświadczona  niŜ    dziewięć    miesięcy  temu,

kiedy

zatracili się  w namiętnych pocałunkach. Ale ciągle czuł się  winny i nie mógł przestać  się

martwić  o to,  Ŝe w tej chwili Elena nie wie, co oznaczają pocałunki.

Tym razem okazywała. irytację. Miała juŜ  dość. Przywarła do Sterano, zmuszając go,

by ją  przytulił. W tej samej chwili jej „proszę” zadźwięczało w jego umyśle jak uderzenie

ły-

Ŝeczką  o szklankę.

To było jedno z pierwszych słów, które nauczyła się  przekazywać  telepatycznie. Czy

była aniołem, czy nie - doskonałe wiedziała, jaką  ma władzę  nad Stefano dzięki temu

jednemu słowu.

Proszę?

- Och, kochanie - jęknął. - Moje  śliczne kochanie... Proszę? Pocałował ją.

Zapadła cisza. Jego serce biło szybciej i szybciej. Elenę, swoją  Elenę, która kiedyś

oddała za niego  Ŝycie, trzymał teraz w ramionach. NaleŜała tylko do niego, a on naleŜał do

niej  i  nie  chciał,    Ŝeby  cokolwiek  się    zmieniło.  Nawet  szybko  narastający  ból  zębów

sprawiał

mu przyjemność  dzięki ustom Eleny przywierającym do jego ust.

Czasem myślał,  Ŝe jest najbliŜsza przebudzenia, kiedy na pół spała, tak jak teraz, Tb

ona zawsze inicjowała takie sytuacje, ale on nie potrafił się  jej oprzeć. Kiedy raz odmówił i

background image

nie pocałował jej, natychmiast przestała „rozmawiać” z nim i odfrunęła do rogu pokoju i

szlochała. Nic nie mogło jej pocieszyć, chociaŜ  ukląkł na podłodze i błagał ją, sam niemal

płacząc. Szlochała, dopóki znów nie wziął jej w ramiona.

Obiecał sobie,  Ŝe więcej nie popełni tego błędu. Ale wciąŜ  miał poczucie winy.

W końcu Elena, oderwała usta od jego ust. Stefano mógł myśleć  tylko o tym,  Ŝe Elena

znów jest z nim, tak podniecona, drŜąca... AŜ  w końcu przestał się  kontrolować.

Wiedział,  Ŝe ból jego kłów sprawia jej tyle przyjemności co i jemu.

Elena tuliła się  do niego. Ich umysły juŜ  połączyły się  w jedność, Dwa zęby Stefano

wydłuŜyły się  i wyostrzyły. Gdy dotknął nimi dolnej wargi Eleny, ból pomieszany z rozkoszą

niemal odebrał mu oddech.

Wtedy Elena zrobiła coś, czego nie robiła wcześniej, Delikatnie i ostroŜnie chwyciła

wargami kieł Stefano.

Świat zawirował.

Tylko dzięki miłości do niej i dzięki połączeniu ich umysłów, nie ugryzł jej. W jego

Ŝyłach wrzała krew.

Ale kochał ją  i byli jednością. Jego kły nigdy nie były tak długie i ostre. ChociaŜ  się

nie poruszył, rozciął wargę  Eleny. Krew spływała kropla po kropli do jego gardła. Krew

Eleny, która zmieniła się, odkąd wróciła ze  świata duchów. Kiedyś  była wspaniała, tryskała

energią.

Teraz... teraz to była klasa sama w sobie. Nie do opisania. Nigdy nie doświadczył

niczego takiego jak krew ducha, który powrócił. Była nasycona, mocą.

Wampirom picie krwi sprawiało nieopisaną  rozkosz. Człowiek takiej rozkoszy nie

doświadczał.

Serce Stefano biło tak mocno,  Ŝe niemal wyskoczyło z piersi.

Elena delikatnie ugryzła jego kieł.

background image

Czuł jej satysfakcję, kiedy ból zmieniał się  w rozkosz, poniewaŜ  była z nim związana i

poniewaŜ  naleŜała do tych ludzkich istot, którym sprawia przyjemność  karmienie wampira

własną krwią. NaleŜała do elity.

Przeszedł go dreszcz. Krew Eleny sprawiała,  Ŝe  świat wirował..

Elena oblizała wargę. Odchyliła głowę, nadstawiając mu szyję.

To było juŜ  za duŜo, nawet dla niego. Nie mógł się  oprzeć. Znał siatkę  jej  Ŝył tak

dobrze jak rysy jej twarzy. A jednak...

W porządku. Wszystko jest dobrze... Elena przekonywała go telepatycznie.

Zatopił dwa obolałe kły w cienką Ŝyłę  Eleny. Byty tak ostre,  Ŝe nie poczuła bólu. Jej

krew wypełniła jego usta. Radość  dawania wprawiła Elenę  w ekstazę.

Istniało ryzyko,  Ŝe Sterano wypije za duŜo krwi albo nie odda jej dość  własnej, by

utrzymać  ją  przy  Ŝyciu. On potrzebował jednak tylko odrobinę, Obawy zniknęły, doznali

nieziemskiej rozkoszy.

Matt szukał kluczyków, kiedy usadowili się  na przednim siedzeniu jego gruchota.

Trochę  wstydził się  parkować  obok porsche Stefano. Tapicerka na tylnym siedzeniu była

podarta, miała zwyczaj przyklejać  się  do pleców i pośladków kaŜdego, kto tam usiadł. Na

szczęście filigranowa Bonnie zmieściła się  z przodu, pomiędzy Mattem i Meredith. Matt

zerknął na nią, bo wiedział,  Ŝe niechętnie zapina pasy. Wąska droga przez Stary Las, pełna

ostrych zakrętów, była niebezpieczna, nawet jeśli akurat nie było na niej innych samochodów,

które trzeba by wyminąć.

Dość   umierania, pomyślał Matt, ruszając z parkingu. Dość   cudownych

zmartwychwstań. Widział juŜ  tyle cudów,  Ŝe wystarczy mu do końca  Ŝycia. Tak jak Bonnie

chciał,  Ŝeby wszystko wróciło do normalności,  Ŝeby mógł  Ŝyć  jak zwykły człowiek.

Bez Eleny, drwiąco szepnął jakiś  głos w jego głowie. Poddajesz się  bez walki?

Nie mógłbym pokonać  Stefano w  Ŝadnej walce, nawet gdyby miał obie ręce związane

background image

za plecami i worek na głowie. Zapomnij. To skończone, chociaŜ  mnie pocałowała. Teraz to

tylko przyjaciółka.

Ale wciąŜ  czuł na swoich wargach gorące usta Eleny, która nie wiedziała jeszcze,  Ŝe

przyjaciele się  nie całują. Czuł teŜ jej ciepłe i smukłe ciało.

Cholera, wróciła jako kobieta doskonała, przynajmniej z wyglądu, pomyślał.

- Kiedy myślałam,  Ŝe wszystko juŜ  będzie w porządku. - Bonnie przerwała smętne

rozmyślania Mata. - Kiedy myślałam,  Ŝe wszystko się  uda.

- To chyba niemoŜliwe - tłumaczyła jej Meredith. - Ciągle ją tracimy. Ale nie moŜemy

być  samolubni.

- Ja mogę  - odparowała Bonnie.

Ja teŜ, wyszeptał głos w głowie Matta. Stary, dobry Matt; Matt nie będzie miał nic

przeciwko; dobry kumpel Matt. No cóŜ, tym razem stary dobry Matt ma coś  przeciwko. Ale

ona wybrała innego faceta, więc co mogę  zrobić? Porwać  ją? Zamknąć? UŜyć  siły?

Ta mysi podziałają jak kubeł zimnej wody. Matt otrząsnął się  i skupił na drodze.

- Miałyśmy razem iść  do college'u - ciągnęła Bonnie. - A potem wrócić  do Fell's

Church. Do domu. Wszystko miałyśmy zaplanowane prawie od przedszkola, a teraz Elena

znów  jest  człowiekiem  i  myślałam,    Ŝe  to  znaczy,    Ŝe  wszystko  będzie  znowu  tak,  jak

powinno

być. Ale nigdy, nigdy juŜ  tak nie będzie, prawda? - Ostatnie słowa wyszeptała, prawie

płacząc. - Prawda? - powtórzyła, ale to właściwie nie było pytanie.

Matt i Meredith spojrzeli na siebie. Współczuli Bonnie, ale nie potrafili jej pocieszyć.

Bonnie, to tylko egzaltowana Bonnie, pomyślał Matt, ale on takŜe nie mógł pogodzić

się  z tym,  Ŝe choć  Elena wróciła do  świata  Ŝywych, nic nie jest tak jak dawniej.

- Wszyscy na to liczyliśmy, kiedy Elena wróciła - tłumaczył Bonnie. Kiedy

tańczyliśmy w lesie z radości, dodał w myślach, - Spodziewaliśmy się,  Ŝe ona i Stefano będą

mogli    Ŝyć    spokojnie  gdzieś    niedaleko  i    Ŝe  będziemy  się    z  Eleną    przyjaźnić    tak  jak

background image

wcześniej,

zanim Stefano...

Meredith pokręciła głową.

- Nie Stefano - powiedziała z naciskiem.

Matt zrozumiał, o co Meredith chodzi. Stefano przybył do Fell's Church,  Ŝeby pomóc

ludziom, a nie,  Ŝeby zabrać  pewną dziewczynę  od jej bliskich.

- Oczywiście. Chciałem powiedzieć,  Ŝe Elena i Stefano mogliby pewnie znaleźć

sposób,  Ŝeby  Ŝyć  tutaj spokojnie. To wszystko wina Damona. To on przybył,  Ŝeby zabrać 

wbrew jej woli.

- A teraz Elena i Stefano muszą  odejść. A kiedy odejdą, juŜ  nigdy nie wrócą  -

dokończyła za niego Bonnie. - Dlaczego? Dlaczego Damon to rozpętał?

- Z nudów. Stefano powiedział mi kiedyś,  Ŝe Damon wywołuje zamieszanie,  Ŝeby

zabić    nudę.  ChociaŜ    myślę,    Ŝe  tym  razem  kierowała  nim  nienawiść    do  Stefano  ~

powiedziała

Meredith. - Ale chciałabym,  Ŝeby wreszcie zostawił nas w spokoju.

- Co za róŜnica? - Bonnie teraz juŜ  płakała. - Więc to wina Damona. Nic mnie to nie

obchodzi. Nie rozumiem tylko, dlaczego wszystko musiało się  zmienić!

- Nie moŜesz wejść  dwa razy tej samej rzeki. Albo nawet raz, jeŜeli jesteś  wampirem o

wielkiej  mocny  -  stwierdziła  kwaśno  Meredith.  Nikt  się    nie  roześmiał.  Potem  dodała

łagodnie.

- Pytasz niewłaściwą  osobę. MoŜe Elena umiałaby ci wytłumaczyć, dlaczego wszystko musi

się  zmieniać, jeŜeli pamięta, co się  z nią  działo - tam.

- Nie chodziło mi o to,  Ŝe musi się  zmieniać...

- Ale musi. Nie rozumiesz? Nie ma w tym nic nadprzyrodzonego. To  Ŝycie. KaŜdy

musi dorosnąć...

- Wiem! Matt dostał stypendium sportowe, a ty jedziesz do college'u, a potem się

background image

pobierzecie! I będziecie mieli dzieci! - Bonnie udało się  sprawić,  Ŝe zabrzmiało to jak coś 

bar-

dzo nieprzyzwoitego. - Ja utknę  w szkole do końca  Ŝycia. A wy oboje dorośniecie i

zapomnicie o Elenie i Stefano... i o mnie - dokończyła bardzo cicho.

- Ej. - Matt zawsze stawał po stronie skrzywdzonych i przegranych. Teraz, mimo

wspomnienia  Eleny  (zastanawiał  się,  czy  kiedykolwiek  zapomni  o  jej  pocałunku),    Ŝal  mu

było

Bonnie. - O czym ty mówisz? Po college'u wrócę  do Fell's Church. Pewnie tu umrę. I będę  o

tobie pamiętał. Oczywiście, jeŜeli ty nie będziesz miała nic przeciwko.

Bonnie zadrŜała. Matt bez zastanowienia przytulił ją.

- Nie jest mi zimno - wyjaśniła, ale nie próbowała strącić  jego ręki. - Jest ciepła noc.

Ja.. .ja po prostu nie lubię, jak ktoś  mówi o umieraniu... UwaŜaj!

- Matt, uwaŜaj!

- Ooooo... - Mart wcisnął hamulec, przeklinając głośno. Obiema rękami próbował

utrzymać  kierownicę. Jego samochód miał kilkanaście łat, nie by! wyposaŜony w poduszki

powietrzne. W gruncie rzeczy jechali kupą złomu.

- Trzymajcie się! - krzyknął Matt, kiedy samochód z piskiem opon zaczął obracać  się

w miejscu. Uderzył w drzewo, tylne koła były w rowie.

Matt powoli wypuścił powietrze i zdjął ręce z kierownicy Obrócił się  w stronę

dziewczyn t się  przeraził.

Bonnie leŜała z głową  na. kolanach Meredith, trzymając się  jej kurczowo. Meredith

siedziała wyprostowana, z nienaturalnie odchyloną głową.

Gałąź  drzewa wybiła szybę  i cudem nie przebiła Meredith jak włócznia.

Gdyby pas Bonnie nie pozwolił jej się  obrócić; gdyby się  nie schyliła; gdyby Meredith

nie odrzuciła głowy do tyłu...

Mart zorientował się,  Ŝe patrzy prosto na rozłupany, ostry koniec gałęzi. Gdyby pas

background image

nie przytrzymał go na miejscu, gdyby pochylił się  na bok.

Słyszał swój cięŜki oddech. Samochód wypełnił się  zapachem igieł. Czuł nawet

aromat  Ŝywicy, która kapała z drzewa.

Meredith bardzo powoli próbowała odsunąć  gałąź, która wycelowana była w jej szyję

jak strzała. Nie mogła. Matt usiłował jej pomóc, Ale gałąź  nawet nie drgnęła.

- Muszę  się  wydostać  - jęknęła Bonnie - zanim to mnie złapie. To chce mnie złapać.

Matt spojrzał na nią  w zdumieniu. Otarł policzek o koniec gałęzi.

- To nie chce cię  złapać. - Ale gdy chciał odpiąć  pas, poczuł mdłości. Dlaczego

Donnie teŜ  ma wraŜenie,  Ŝe to nie gałąź, tylko coś Ŝywego, co moŜe jej zrobić  krzywdę?

- Wiesz,  Ŝe chce - wyszeptała Bonnie. Trzęsła się, Szamotała się, usiłując odpiąć  pas.

- Matt, musimy jakoś  wydostać  się  z samochodu - powiedziała Meredith. WciąŜ

siedziała w tej samej pozycji, z głową  odchyloną  do tyłu. Ale oddychała z trudem. - To coś

chce mnie udusić.

- To niemoŜliwe... - Ale on teŜ  to widział. Gałązki wyrastające z grubego konara,

który przebił szybę, poruszyły się  nieznacznie, ale wyraźnie było widać,  Ŝe wyginają  się  w

stronę  szyi Meredith.

- Masz takie wraŜenie, bo siedzisz w bardzo niewygodnej pozycji - próbował uspokoić

Meredith, ale sam nie wierzy! w to, co mówił. - W schowku jest tatarka.

- Schowek jest zablokowany. Bonnie, dasz radę  sięgnąć  do mojego pasa?

- Spróbuje. - Bonnie przesunęła się  do przodu, nie podnosząc głowy.

Z perspektywy Matta wyglądało co, jakby gałęzie zaciskały się  wokół niej i wciągały

ją  do  środka.

- Mamy tu cholerną  choinkę. - Oparł czoło o szybę. Coś  dotknęło jego karku. Drgnął

nerwowo.

- Cholera, Meredith...

background image

- Matt...

Matt był na siebie wściekły,  Ŝe tak się  przestraszył. Ale miał wraŜenie,  Ŝe coś  go

drapie.

- Meredith? - Przyjrzał się  swojemu odbiciu w szybie. Meredith nie dotykała go.

- Matt... nie ruszaj się... w lewo. Tam jest długa ostra drzazga. - Meredith zachowująca

zimną  krew nawet w niezwykłych sytuacjach, tym razem wpadała w panikę. Oddychała

płytko i szybko.

- Meredith! - zawołała Bonnie, zanim Matt zdąŜył odpowiedzieć. Jej głos był

przytłumiony.

- W porządku. Muszę  to tylko... odsunąć, Nie martw się, nie zostawię  cię.

Matt poczuł dotyk, wielu igieł na karku.

- Bonnie, przestani Wciągasz drzewo do  środka! Wciągasz je na mnie i Meredith!

- Matt, zamknij się!

Matt się  zamknął. Serce waliło mu jak oszalałe. Miał wraŜenie,  Ŝe konar się  rozrasta,

zajmując coraz więcej miejsca w samochodzie.

- Mam! - powiedziała Bonnie i usłyszeli szczek odpinanego pasa. Potem drŜącym

głosem dodała. - Meredith, igły wbijają mi się  w plecy.

- W porządku, Bonnie. - Meredith mówiła z wysiłkiem; - Matt, musisz otworzyć

drzwi.

- To nie tylko igły. To małe gałązki. Coś  jak drut kolczasty. Ja... utknęłam... - ciągnęła

coraz bardziej przeraŜona Bonnie.

- Matt, otwórz drzwi!

- Nie mogę. Cisza.

- Matt?

Matt walczył z gałęzią, obiema dłońmi próbując ją  odepchnąć, zapierając się  nogami.

background image

Pchał z całych sił.

- Matt! - Meredith niemal krzyczała. - To zaraz podetnie mi gardło!

- Nic mogę  otworzyć  drzwi! Z tej strony teŜ  jest drzewo!

- Tam nie moŜe być  drzewa, to droga!

- Jak moŜe tam rosnąć  drzewo?

Znów cisza. Matt czuł, jak igry i drzazgi wbijają  się  w jego kark JeŜeli szybko się  nie

porusza nigdy nie otworzy tych drzwi.

ROZDZIAŁ 10

Elena była szczęśliwa. Teraz jej kolej. Stefano zaciął się  ostrym drewnianym noŜem

do papieru. Ib był najskuteczniejszy sposób zranienia wampira. Elena nie lubiła na to patrzeć,

więc zamknęła oczy i otworzyła je dopiero, gdy na szyi Stefano pojawiła się  krew.

- Nie powinnaś  wypić  duŜo - wyszeptał Stefano. - Czy nie  ściskam cię  zbyt mocno?

On teŜ  się  denerwował. Tym razem to ona pocałowała jego.

Wiedziała, jak dziwne mu się  to wydawało i  Ŝe jej pocałunków chciał bardziej niŜ

tego,  Ŝeby wypiła jego krew.  Śmiejąc się, odepchnęła go lekko, uniosła się  nad podłogę  i

jeszcze  raz  musnęła  wargami  jego  szyję.  Była  pewna,,    Ŝe  pomyśli,    Ŝe  wciąŜ    się    z  nim

droczy.

Ale ona przywarła do jego szyi jak pijawka i zaczęta ssać  tak łapczywie, aŜ  zmusiła go do

pomyślenia „proszę”. Nie przestała ssać, dopóki nie powiedział tego głośno.

Mattowi i Meredith ten sam pomysł przyszedł do głowy w tej samej chwili. Ona była

szybsza, ale zawołali niemal równocześnie.

- Co za idiota ze mnie! Matt, gdzie jest dźwignia fotela?

- Bonnie, musisz znaleźć  dźwignię  i pociągnąć  ją  do góry. Wtedy Meredith będzie

mogła odchylić  fotel!

Głos Bonnie rwał się, jakby miała czkawkę.

- Moje ręce... one wbijają  się  w moje ręce...

background image

- Bonnie - powiedziała Meredith ostro, - Wiem,  Ŝe potrafisz to zrobić. Matt, czy

dźwignia jest dokładnie pod siedzeniem?

- Tak, z brzegu. Na pierwszej, nic, na drugiej. - Brakło mu tchu, by wytłumaczyć

dokładniej. Gdy na sekundę  puszczał gałąź, ta mocniej naciskała na jego kark.

Nie ma wyboru, pomyślał. Odetchnął głęboko i zaczął mocować  się  z gałęzią. Słysząc

krzyk Meredith, obrócił się. Ostre drzazgi raniły mu szyję, ucho i skroń. Przeraził się, widząc,

Ŝe kolejne gałęzie wdarły się  do samochodu i coraz ciaśniej osaczają troje ludzi.

Wszędzie było pełno igieł.

Nic dziwnego,  Ŝe Meredith traci nerwy, pomyślał. Dziewczyna była niemal

przysypana gałązkami. Jedną  ręką  walczyła z czymś, co naciskało na jej gardło. Ale

zauwaŜyła,  Ŝe się  obrócił.

- Matt... twój fotel! Szybko! Bonnie, wiem,  Ŝe ci się  uda.

Matt schylił się

 

 

przez stertę  igieł dokopał się  do dźwigni regulującej oparcie, nie

mógł jej jednak poruszyć. Owijały ją  cienkie, ale bardzo mocne witki. Chwycił je i szarpnął

gwałtownie.

Oparcie jego siedzenia odchyliło się  do tylu. Zanurkował pod wielką  gałęzią  - jeŜeli

wciąŜ    zasługiwała  na  to  miano,  bo  w  samochodzie  było  juŜ    kilka  grubych  konarów.  Gdy

pró-

bował pomóc Meredith, jej fotel nagle teŜ  się  odchylił prawie do poziomu.

Dziewczyna zyskała trochę  przestrzeni. Przez chwilę  leŜała, łapczywie łykając

powietrze. Potem przeczołgała się  na tylne siedzenie, ciągnąc za sobą. Bonnie, w której ciele

tkwiło mnóstwo igieł.

- Matt. Niech cię  Bóg błogosławi... za to..,  Ŝe masz taki łatwy w obsłudze samochód -

wydusiła Meredith ochrypniętym głosem. Kopniakiem podniosła oparcie fotela do pionu.

Matt zrobił to samo.

- Bonnie - wyszeptał.

background image

Bonnie się  nie ruszała. Mnóstwo cienkich witek owijało się  wokół niej, wplątało we

włosy, Po gałęziach zostały rany.

- BoŜe, to wygląda tak, jakby drzewo próbowało zapuścić  w niej korzenie - stwierdził

zszokowany Matt na widok obraŜeń  dziewczyny.

- Bonnie ? - Meredith wyplątywała gałęzie z jej włosów. - Bonnie? Spójrz na mnie.

Bonnie znów przeszły dreszcze, ale przy pomocy Meredith uniosła głowę,

- Nie sądziłam,  Ŝe mi się  uda.

- Ocaliłaś  mi  Ŝycie.

- Taksie bałam... Bonnie się  rozpłakała.

Lampka w samochodzie mrugnęła i zgasła. Matt dostrzegł jeszcze wyraz oczu

Meredith. Poczuł się  jeszcze gorzej, jeśli to było moŜliwe. Rozejrzał się.

Samochód był szczelnie oblepiony igłami i gałęziami.

Mimo to i on, i Meredith bez słowa sięgnęli do klamek. Oboje drzwi udało się  uchylić

na centymetr, ale natychmiast zatrzasnęły się  z powrotem.

Spojrzeli po sobie. Meredith zajęła się  rozplątywaniem włosów Bonnie. Wyciągała z

nich igły i gałązki.

- Czy to boli?

- Nie. Trochę,..

- Trzęsiesz się.

- Jest zimno.

Teraz było zimno. Matt słyszał - przez to, co jeszcze chwilę  temu było otwartym

oknem, ale teraz zostało szczelnie wypełnione gałęziami - wycie wiatru. Słyszał teŜ

skrzypienie drzew, zaskakująco głośno i dochodzące z jakiejś  absurdalnej wysokości.

Wyraźnie zbierało się  na burzę.

- Co to, do cholery, było? - wybuchnął. - To, co próbowałem ominąć  na drodze?

background image

- Nie wiem. Miałam właśnie zamknąć  okno - powiedziała Meredith. Tylko mi coś

mignęło.

- Pojawiło się  nagle na  środku drogi. - Wilk?

- To było czerwone - wtrąciła Bonnie. - Wilki nie są  czerwone.

- Czerwone? - Meredith pokręciła głową. - To było duŜo za duŜe na. lisa.

- Chyba rzeczywiście było czerwone - zgodził się  Matt.

- Wilki nie są  czerwone..: a wilkołaki? Czy Tyler Smallwood ma jakichś  rudych

krewnych?

- To nie był wilk - powiedziała Bonnie. - To było... tył do przodu.

- Tył do przodu?

- Miało głowę  z niewłaściwej strony. A moŜe miało głowy z obu stron.

- Bonnie, naprawdę  mnie przeraŜasz.

Matt nie przyznałby się, ale teŜ  był przeraŜony. Wydawało mu się,  Ŝe to, co zdąŜył

zauwaŜyć, miało dokładnie kształt opisywany przez Bonnie.

- MoŜe po prostu widzieliśmy to coś  pod dziwnym kątem - zasugerował jednak.

- To mogło być  jakieś  zwierzę  wypłoszone 

 

 

lasu przez... - w tej samej chwili zaczęła

Meredith.

- Przez co?

Meredith spojrzała w górę. Matt podąŜył za jej spojrzeniem. Powoli, trzeszcząc, dach

się  wyginał. Jakby opierało się  o niego coś  bardzo cięŜkiego.

Matt zaklął pod nosem.

- Póki siedziałem z przodu, dlaczego po prostu nie wcisnąłem gazu...? - Popatrzył

przed siebie, próbując dojrzeć  między gałęziami stacyjkę. - Czy kluczyki jeszcze tam są?

- Matt, samochód wylądował tylnymi kołami w rowie. A poza tym, gdyby to mogło

nam pomóc, powiedziałabym ci,  Ŝebyś  to zrobił.

background image

- Gałąź  odcięłaby ci głowę !

- Tak - odpowiedziała krótko Meredith.

- Zabiłaby clę !

- JeŜeli wy dwoje byście się  dzięki temu uratowali, kazałabym ci to zrobić. Ale ty

patrzyłeś    w  bok  i  nie  mogłeś    się    obrócić.  Ja  patrzyłam  na  wprost.  One  tam  juŜ    były.

Drzewa.

Z kaŜdej strony.

- To.,. nie jest... moŜliwe! - Matt uderzał pięścią  w oparcie przed nim, podkreślając w

ten sposób kaŜde słowo, .

- Czy to jest moŜliwe?

Dach znowu zatrzeszczał i wygiął się jeszcze bardziej.

- Przestańcie się  kłócić ! - zawołała Bonnie, ale głos jej się  załamał.

Usłyszeli huk, jakby wystrzał z pistoletu, i samochód przechylił się  do tyłu i na lewo.

- Co to było? Cisza.

- Opona pękła - powiedział w końcu Matt. Nie ufał swojemu własnemu głosowi.

Spojrzał na Meredith.

- Meredith, gałęzie wypełniają  przednie siedzenia. Ledwie widzę światło księŜyca.

Robi się  ciemno.

- Wiem.

- Co teraz zrobimy?

Matt widział niezwykłe napięcie i frustrację  na twarzy Meredith. Wydawało się,  Ŝe

cokolwiek odpowie, wycedzi to przez zaciśnięte zęby. Ale zamiast tego odpowiedziała cicho

i

łagodnie.

- Nie wiem.

Stefano wciąŜ  drŜał - Elena zwinęła się  w kłębek jak kot na łóŜku. Uśmiechnęła się  do

background image

niego, a jej uśmiech był pełen miłości. Zapragnął chwycić  ją  w ramiona, całować  i pić  jej

krew.

Doprowadziła go do szaleństwa. Wiedział aŜ  za dobrze - z własnego doświadczenia - z

jakim niebezpieczeństwem igrają. Jeszcze trochę  i Elena będzie pierwszym duchem

wampirem, tak jak była pierwszym wampirem duchem, jakiego spotkał;

Ale spójrzcie na nią! Patrzył na nią  z czułością, jego serce biło coraz mocniej. Włosy

Eleny,  Ŝywe złoto, opadały jak jedwab na łóŜko. Jej ciało w  świetle jedynej małej lampki

wydawało się  równieŜ  obwiedzione złotem. Jakby złota aura spowijała ją  całą, jakby się 

w tej

aurze unosiła, poruszała, spała w niej. To było przeraŜające. Dla wampira to było jakby miał

słońce we własnym łóŜku.

Powstrzymał ziewnięcie. Elena sprawiała,  Ŝe ogarniała go senność. Jej krew dawała

mu niesłychaną  moc, ale teŜ  odpręŜała i błogo usypiała. Poczuł się  rozkosznie senny. Uśnie

teraz w jej ramionach.

Matt, Bonnie i Meredith juŜ  prawie nic nie widzieli. Drzewa zasłaniały niemal

całkowicie  światło księŜyca. Wołali o pomoc. Nic to nic dało, a poza tym, jak zauwaŜyła

Meredith, powinni zuŜywać  jak najmniej tlenu, więc siedzieli w milczeniu.

Nie wiedzieli, co robić. Meredith sięgnęła do kieszeni dŜinsów i wyciągnęła pęk

kluczy  z  miniaturowa,  latarka.  Włączyła  ja.    Światło  dodało  im  otuchy.  Taka  mała  rzecz,  a

tyle

znaczy, pomyślał Matt.

Czuli nacisk na przednie siedzenia.

- Bonnie, nikt nie usłyszy naszych krzyków - powiedziała Meredith. - Gdyby było

inaczej, ktoś  usłyszałby pękającą oponę  i pomyślał,  Ŝe to strzał i zawiadomił policję.

Bonnie pokręciła głową, jakby nie chciała tego słuchać. WciąŜ  wyciągała igły wbite w

skórę.

background image

Ma rację, pomyślał Matt. W promieniu kilku kilometrów nie ma nikogo.

- Tu jest coś  bardzo złego - wyszeptała Bonnie, z trudem wypowiadając kaŜde słowo.

Matt zbladł.

- Jak bardzo... złego?

- Jest tak złe,  Ŝe... nigdy nie czułam niczego takiego. Nawet gdy zginęła Elena, ani

przy Klausie, ani nigdy. Nigdy nie czułam niczego tak złego jak to. To jest takie złe... i takie

silne. Nie pomyślałabym,  Ŝe coś  moŜe być  takie silne. To napiera na mnie i obawiam się...

- Bonnie - przerwała jej Meredith. - Wiem,  Ŝe oboje myślimy o jedynym moŜliwym

sposobie...

- Nic ma  Ŝadnego sposobu!

- Wiem,  Ŝe się  boisz...

- Kogo mam wezwać? Mogłabym to zrobić.,. gdybym miała kogo wezwać. Mogę

wpatrywać  się  w twoją  małą  latarkę  i wyobraŜać  sobie,  Ŝe to płomień...

- Trans? - Matt spojrzał ostro na Meredith. - Nie powinna tego więcej robić.

- Klaus nie  Ŝyje. - Ale...

- Nikt mnie nie usłyszy! - krzyknęła Bonnie i zaczęła znowu płakać. - Elena i Stefano

są  zbyt daleko, poza tym pewnie  śpią! A nikt inny nam nie pomoŜe!

Ale nie mieli wyboru. Gałęzie rozpychały się  w samochodzie, zostawiając im coraz

mniej miejsca i coraz mniej powietrza.

- Hm - chrząknął Matt. - Czy.. czy jesteśmy pewni?

- Nie - powiedziała ponuro Meredith. Ale w jej głosie była teŜ  nadzieja. 

 

 

Pamiętasz

dzisiejszy poranek? Myślę,  Ŝe on wciąŜ  jest gdzieś  tutaj.

Matt poczuł się  gorzej. Meredith i Bonnie wyglądały blado w  świetle latarki.

- A zaraz zanim to się  zaczęło, mówiliśmy o tym, jak wiele...

- ...w zasadzie wszystko, co się  stało i co zmieniło Elenę...

background image

- ...jest jego winą.

- W lesie.

Thank y ou for evaluating PDF to ePub Converter.

To get full version, y ou need to purchase the software from : http://www.pdf-epub-converter.com /convert-to-epub-purchase.htm l

background image

- Przy opuszczonej szybie. Bonnie wciąŜ  płakała.

Matt i Meredith zawarli milczące porozumienie ponad jej głową.

- Bonnie - zaczęła Meredith delikatnie 

 

 

będziesz musiała zrobić  to, co powiedziałaś.

Spróbuj  wezwać    Stefano  albo  obudzić    Elenę,  albo...  albo  przeprosić    Damona.  Obawiam

się,

Ŝe tylko Damon moŜe nam pomóc. On nigdy nie chciał nas uśmiercić, poza tym musi

wiedzieć,  Ŝe Elena nigdy mu nie wybaczy, jeŜeli pozwoli umrzeć  jej przyjaciołom.

Matt był sceptyczny.

- MoŜe i nie chce uśmiercić  nas wszystkich, ale moŜe teŜ  poczekać, aŜ  ktoś  z nas

umrze i uratować  pozostałych, Nigdy mu nie uf...

- Nigdy mu nie  Ŝyczyłeś  nic złego - przerwała mu Meredith.

Matt spojrzał na nią  zaskoczony i zamilkł. Czuł się  jak idiota.

- No więc, tu jest latarka - powiedziała Meredith. Mimo dramatycznych okoliczności

jej glos był spokojny, wręcz hipnotyczny.  śałosne małe  światełko było tak cenne. To jedyne,

co rozświetlało absolutną ciemność,

Ale jeśli drzewa będą  nadal zabierać  coraz więcej przestrzeni, zabraknie im tlenu i

zostaną zmiaŜdŜeni, pomyślał Matt.

- Bonnie? - Meredith zapytała tonem, jakim starsza siostra mówi do młodszej, by ją

uspokoić,  gdy  znajdzie  się    w  niebezpieczeństwie,  łagodnie,  spokojnie.  -  Czy  moŜesz

udawać,

Ŝe to płomień świecy... płomień świecy... i spróbować  wejść  w trans?

- Jestem w transie. - Głos Bonnie brzmiał jak echo odbite od drzew.

- Poproś  o pomoc - powiedziała Meredith. Bonnie posłuchała.

- Proszę, pomóŜ  nam. Damonie, jeŜeli mnie słyszysz, przyjmij moje przeprosiny i

przyjdź  nam na ratunek. Potwornie nas przestraszyłeś  i jestem pewna,  Ŝe zasłuŜyliśmy na

to,

ale pomóŜ, proszę, pomóŜ. To boli, Damonie. To boli tak bardzo,  Ŝe aŜ  chce się  krzyczeć.

background image

Ale

nie krzyczę. Całą  energię  zachowuję  na skontaktowanie się  z tobą. Proszę, proszę, proszę,

pomóŜ...

Powtarzała to przez pięć, dziesięć, dwadzieścia minut, podczas gdy gałęzie wciąŜ  się

rozpychały,  odurzając  ich  słodkim  zapachem    Ŝywicy.  Matt  nie  przypuszczał,    Ŝe  Bonnie

moŜe

być  w transie tak długo.

Potem latarka zgasła. Nie słychać  było juŜ  nic poza szumem sosen.

Trzeba to było widzieć,

Damon znów wisiał wysoko nad ziemią, jeszcze wyŜej, niŜ  kiedy zaglądał do

Caroline. WciąŜ  nie miał pojęcia, jak się  nazywają  te drzewa, ale nie przeszkadzało mu to.

Ta

gałąź  była jak loŜa, z której oglądał dramat rozgrywający się  na dole. Zaczynał się  jednak

trochę  nudzić, bo nic nowego się  nie działo. Porzucił Damaris, kiedy zaczęła nudzić  o

małŜeństwie i poruszać  inne tematy, których wolał uniknąć. Jej męŜa, na przykład. Nuuuda,

Odszedł, nie sprawdzając nawet, czy ją  przemienił, ale tak mu się  wydawało. Go to będzie

za

niespodzianka, kiedy męŜulek wróci do domu! Uśmiechnął się  na myśl o tym.

Dramat na dole osiągał punkt kulminacyjny.

Patrzył i podziwiał. Polowanie. Nie miał pojęcia, czym były te małe stwory

posługujące się  drzewami, ale przekształciły polowanie w sztukę, jak wilki albo lwy.

Połączyły  siły,    Ŝeby  schwytać    zdobycz  zbyt  duŜą    albo  zbyt  mocno  opancerzoną,  by

poradzić

sobie z nią w pojedynkę. W tym przypadku - samochód.

Sztuka współpracy. Nieszczęsne wampiry są  takimi samotnikami, pomyślał.

Gdybyśmy współpracowali,  świat byłby nasz.

Zamrugał sennie, po czym uśmiechnął się  rozmarzony. Oczywiście, gdybyśmy mogli

background image

to zrobić  - na przykład opanować  jakieś  miasto i podzielić  się  mieszkańcami - szybko

rzucilibyśmy się  sobie do gardeł. Dosłownie. W ruch poszłyby kły, gwoździe i moc, aŜ  nie

zostałoby nic poza strzępami ciał na chodnikach spływających krwią.

Piękny widok, pomyślał i zamknął oczy,  Ŝeby lepiej go sobie wyobrazić. Dzieła

sztuki. Szkarłatne kałuŜe krwi, w magiczny sposób wciąŜ  dość  płynnej,  Ŝeby spływać  po

białych marmurowych schodach w... na przykład, w Kallimarmaron w Atenach. Całe miasto

ciche,  oczyszczone 

 

 

hałaśliwych,  chaotycznych,  obłudnych  ludzi  -  Pozostaliby  tylko

niezbęd-

ni wampirom nieszczęśnicy: kilka arterii dostarczających słodkiej czerwonej cieczy.

Wampirza wersja ziemi miodem i mlekiem płynącej.

Otworzył oczy zirytowany. Na dole zrobiło się  głośno. Ludzie krzyczeli. Dlaczego?

Po co? Królik zawsze piszczy, gdy zamykają  się  na nim szczęki lisa, ale czy kiedyś  inny

królik ruszył mu na ratunek?

Proszę, ludzie są  równie głupi jak króliki, pomyślał, ale humor miał zepsuty. Próbował

nie myśleć  o sytuacji na dole, ale nie tylko ten hałas mu przeszkadzał. Miód i mleko to był ...

błąd. To skojarzenie zaprowadziło go w niewłaściwym kierunku. Skóra Eleny była jak mleko,

tej nocy tydzień  temu, biała i ciepła, nawet w  świetle księŜyca. Jej jasne włosy w cieniu

wyglądały jak rozlany miód. Elena nie byłaby zadowoloną, gdyby dowiedziała się  o wyniku

dzisiejszego polowania stworów z lasu. Płakałaby łzami, które wyglądają jak małe kryształki

i

pachną  solą.

Nagle Damon zamarł. Wysłał niewielką falę  mocy jak radaru.

Ale niczego nie znalazł poza drzewami. Cokolwiek tu było, było niewidzialne.

W porządku, pomyślał, spróbujmy tego: koncentrując się  na krwi, której tak wiele

wypił przez ostatnie dni, skierował we wszystkich kierunkach uderzenie mocy potęŜne jak

wybuch Wezuwiusza.

background image

To wróciło. Niewiarygodne, ale pasoŜyt znów próbował dostać  się  do jego umysłu.

Nie miał  Ŝadnych wątpliwości.

Próbował go uśpić, podczas gdy jego towarzysze zajmą  się  ofiarami w samochodzie.

Damon rozwścieczony potarł kark. To coś  podszeptywało, mu marzenia, brało jego własne

mroczne myśli i oddawało je jeszcze mroczniejszymi, aby skłonić  go do ruszenia znów w

miasto i zabijania dla przyjemności.

Damon wpadł w furię. Wstał, rozprostował nogi i ramiona i zaczął szukać  pasoŜyta za

pomocą  fal mocy wysyłanych jedna po drugiej. On musiał gdzieś  tu być; drzewa wciąŜ

osaczały samochód. Ale Damon niczego nie znalazł, chociaŜ  zastosował najskuteczniejszą

metodę    przeszukiwania,  jaką    znal:  tysiąc  uderzeń    na.  sekundę    wysyłanych  na  oślep  w

kaŜdą

stronę. Powinien był natychmiast znaleźć  zwłoki. Ale nie znalazł.

To rozwścieczyło go jeszcze bardziej, ale tez trochę  podekscytowało. Chciał walczyć.

Chciał zabić  coś, co warto było zabić. A teraz, gdy spotkał godnego przeciwnika, nie mógł

go

zabić, bo nie mógł go znaleźć. Wysiał groźną  wiadomość: JuŜ  raz cię  ostrzegałem. Teraz

cię

wyzywam. PokaŜ  się  - albo trzymaj się  ode mnie z daleka!

Gromadził moc, spiętrzał ją, myśląc o wszystkich  śmiertelnikach, dzięki którym ją

zebrał. Przytrzymywał ją, kształtował, przygotowywał do zadania, które miała spełnić.

Wykorzystał wszystkie umiejętności, jakie nabył w kilkusetletniej karierze myśliwego. W

końcu  poczuł,  jakby  trzymał  w  dłoniach  bombę    atomową.  I  wtedy  ją    wypuścił.  Fala

eksplozji

oddalała się  od niego niemal z prędkością światła.

Teraz na pewno powinien poczuć śmierć  czegoś  bardzo potęŜnego i sprytnego -

czegoś, czemu udało się  przetrwać  poprzednie ataki.

WytęŜył zmysły, czekając, aŜ  usłyszy albo poczuje,  Ŝe coś  zostało pokonane -  Ŝe

background image

spada  zakrwawione  z  gałęzi,  z  powietrza,  skądkolwiek.  Coś    powinno  spaść    i  uderzyć    b

ziemię

albo wbić  się  w nią  wielkimi pazurami - jakaś  istota na pół sparaliŜowana i zupełnie

zgubiona, wypalona 

 

od 

 

środka, Ale chociaŜ  słyszał wycie wiatru i widział, jak zbierają się 

nad

nim czarne chmury, wciąŜ  nie mógł wyczuć Ŝadnej istoty znajdującej się  wystarczająco

blisko, by wedrzeć  się  do jego umysłu.

Jak silne jest to coś? Skąd pochodzi?

Jakaś  myśl zabłysła w jego głowie. Okrąg. Okrąg z punktem w  środku. Okrąg

oznaczał zasięg uderzenia mocy, ab punkt w  środku byt jedynym, do którego uderzenie nie

dotarło . Wewnątrz niego...

Nagłe poczuł uderzenie w głowę. Oszołomiony próbował zebrać  myśli. Myślał o

uderzeniu mocy, tak? I  Ŝe spodziewał się,  Ŝe coś  umrze i spadnie z duŜej wysokości.

Do diabła, nie mógł dostrzec w lesie nawet zwykłych zwierząt większych od lisa.

ChociaŜ  uŜył mocy tak, by zadziałała tylko na istoty mroku podobne do niego, zwierzęta tak

się  przestraszyły,  Ŝe w popłochu uciekły. Spojrzał w dół. Hm, Zostały tylko drzewa wokół

samochodu. Ale one nie polowały na niego. Poza tym to były szpony niewidzialnego zabójcy.

Nie miały zmysłów.

Czy mógł się  pomylić? Częściowo jego gniew kierował się  przeciw niemu samemu -

poniewaŜ  był tak syty i pewny siebie,  Ŝe zapomniał o ostroŜności.

Syty... hej, moŜe się  upiłem, pomyślał i znów mimowolnie się  uśmiechnął. Upiłem się

i mam paranoję. Pijacka furia.

Oparł się  o drzewo. Wiatr wył coraz głośniej i był coraz zimniejszy. Niebo wypełniło

się  pędzącymi czarnymi chmurami, które zasłoniły wszelkie  światło księŜyca i gwiazd.

Uwielbiał taką pogodę.

WciąŜ  byt podenerwowany, chociaŜ  nie widział powodu. Ciszę  zakłócał tylko cichy

background image

płacz w samochodzie. To musiała być  ta mała ruda ze smukłą  szyją. Ta, która narzekała,  Ŝe

Ŝycie tak bardzo się  zmienia.

Damon oparł się  nieco mocniej o drzewo. Myślami powędrował w stronę  samochodu,

ze zwykłej ciekawości. Tb nie była jego wina,  Ŝe złapał ich, kiedy rozmawiali o nim. Ale to

z

pewnością  zmniejszało ich szanse na ratunek.

Zamrugał.

To dziwne,  Ŝe zdarzył im się  wypadek, niemal w tym samym miejscu, gdzie on prawie

rozbił swoje ferrari. Dziwne,  Ŝe i om, i on próbowali minąć  jakieś  zwierzę. Szkoda,  Ŝe go

nie

zauwaŜył, ale gałęzie drzew były zbyt gęste.

Ruda znowu płakała.

No co, teraz chcesz zmiany, mała wiedźmo? Zdecyduj się. Musisz ładnie poprosić.

A potem, oczywiście, ja zdecyduję, na jaką  zmianę  zasłuŜyłaś.

ROZDZIAŁ 11

Bonnie nie mogła przypomnieć  sobie  Ŝadnej modlitwy, więc powtarzała jak dziecko:

- BoŜe, zlituj się  nad moją duszyczką...

Rozpaczliwie wzywała pomocy, ale bez skutku. Była juŜ  bardzo senna. Ból ustąpił,

czuła się  otępiała. Tylko zimno przeszkadzało jej usnąć. Ale temu moŜna było zaradzić.

Mogła okryć  się  kocem, grubym, puszystym kocem. I juŜ  byłoby jej ciepło. Wiedziała to,

choć  nie wiedziała skąd.

Nie poddała się  tylko dlatego,  Ŝe mama by rozpaczała. To kolejna rzecz, którą

wiedziała, nie wiedząc skąd. Gdyby tylko mogła przekazać  mamie wiadomość, wyjaśnić,  Ŝe

walczyła tak długo, jak mogła, ale wyczerpanie i zimno ją  pokonały. I  Ŝe wiedziała,  Ŝe

umiera, ale to nie bolało, więc mama nie powinna płakać. A następnym razem Bonnie będzie

mądrzejsza... następnym razem...

background image

Damon miał, oczywiście, dramatyczne wejście. Gdy stanął na masce samochodu, na

niebie  pojawiła  się    błyskawica.  Jednocześnie  wysłał  falę    mocy  w  stronę    drzew

sterowanych

przez niewidzialnego zabójcę. Uderzenie było tak mocne,  Ŝe poczuł reakcję  Stefano. A

drzewa..... wycofały się  w mrok, odrywając dach samochodu jak wieko konserwy. To bardzo

pomysłowe, stwierdził.

Potem zwrócił uwagę  na Bonnie, tę  rudą, która powinna teraz całować  jego stopy i

szeptać: „Dziękuję !”.

Ale nie robiła tego. LeŜała nieruchomo, jakby związana przez gałęzie. Damon

zirytowany sięgnął po jej dłoń, ale coś  go poraziło. Zanim poczuł to na palcach, wyczuł

dziwny zapach. Setki małych nakłuć, a z kaŜdego cieknie krew. Igły sosen musiały pokłuć

dziewczyny,  aby  wyssać    jej  krew  albo  raczej    Ŝeby  wpompować    do  jej    Ŝył  jakąś 

substancję.

Coś    znieczulającego,    Ŝeby  nie  ruszała  się    podczas...  czegokolwiek,  co  było  następnym

etapem

konsumpcji ofiary. Sądząc po dotychczasowym zachowaniu tych istot, nie było to nic

przyjemnego. Wstrzyknięcie soków trawiennych wydawało się  najbardziej prawdopodobne.

A moŜe to było coś, co miało utrzymać  ją  przy  Ŝyciu, jak  środek zapobiegający

zamarzaniu, pomyślał. Nieprzyjemnie zaskoczyło go,  Ŝe była lodowato zimna, gdy dotknął jej

nadgarstka. Spojrzał na pozostałych dwoje ludzi, ciemnowłosą  dziewczynę  o niepokojąco

chłodnym wzroku i jasnowłosego chłopaka, który zawsze chciał się  bić. Być  moŜe jednak

trochę  przedobrzył. Oboje wyglądali naprawdę źle. Ale tę  rudą  zamierzał uratować. Taki

miał

kaprys.  PoniewaŜ    wzywała  pomocy  tak    Ŝałośnie.  PoniewaŜ    te  istoty,  malaki,  chciały

zmusić

go, by patrzył, jak umiera. Malak - to określenie istoty mroku: siostry lub brata mocy. Ale

Damon miał teraz wraŜenie,  Ŝe samo to słowo jest czymś  złym,  Ŝe wypowiadając je, trzeba

szeptać  bądź  spluwać.

background image

Nie miał zamiaru pozwolić  im wygrać. Podniósł Bonnie, jakby była piórkiem i

przerzucił ją  sobie przez ramię. Potem odleciał. Lot bez zmiany postaci był wyzwaniem, ale

Damon lubił wyzwania.

Postanowił zabrać  ją  do najbliŜszego miejsca, gdzie była gorąca woda, czyli do

pensjonatu pani Flowers. Nie musi niepokoić  Stefano. Wiedział,  Ŝe są  tam puste pokoje.

Stefano nie jest na tyle wścibski, by węszyć  po cudzych łazienkach.

Jak się  okazało, Stefano był nie tylko wścibski, ale teŜ  szybki. Niemal się  zderzyli:

kiedy Damon z nieprzytomną  Bonnie mijał zakręt, z naprzeciwka nadjechał Stefano. Elena

frunęła za samochodem jak weselne balony.

Rozmowa braci nie była ani dowcipna, ani błyskotliwa.

- Co ty robisz, do diabła? - zawołał Stefano.

- A co ty robisz? - Damon odpowiedział pytaniem na pytanie, zanim zauwaŜył

niezwykłą  zmianę  w Stefano. I niezwykłą  moc Eleny. Zszokowany natychmiast zaczął

analizować  sytuację, zastanawiając się, w jaki sposób Stefano stał się...

Na wrota piekielne. No nic, musi tak czy owak robić  dobrą minę  do złej gry.

- Wyczułem walkę  - powiedział Stefano. - Odkąd to jesteś  Piotrusiem Panem?

- Ciesz się,  Ŝe to nie ty w niej uczestniczyłeś. A ja mogę  latać, bo mam moc, chłopcze.

To była brawura. ChociaŜ  w jego czasach do młodszego krewnego zwracano się  per

ragazzo, czyli „chłopcze”.

Ale czasy się  zmieniły. Część  umysłu Damona wciąŜ  próbowała zrozumieć, co się

stało. Widział i czuł aurę  Stefano, chociaŜ  nie mógł jej dotknąć. Była... niewyobraŜalna.

Gdyby nie stał tak blisko, gdyby sam tego nie doświadczył, nie uwierzyłby,  Ŝe jeden wampir

moŜe mieć  tyle mocy.

Chłodnie i logicznie ocenił sytuację. Stefano był obecnie znaczne potęŜniejszy od

niego. Zrozumiał teŜ,  Ŝe brat wyruszył w wielkim pośpiechu i nie miał dość  czasu albo dość

background image

rozsądku, by ukryć  tę  aurę.

- No, proszę, proszę  - rzucił w końcu z sarkazmem. - Czy to zorza polarna? A moŜe

aureola? Zostałeś  kanonizowany? Czy rozmawiam juŜ  ze  świętym Stefanem?

Telepatyczna odpowiedź  Stefano nie nadaje się  do druku.

- Gdzie są Meredith i Matt? - spytał.

- Czy teŜ  - ciągnął Damon, jakby Stefano nie powiedział ani słowa - moŜe naleŜy ci

pogratulować,  Ŝe wreszcie opanowałeś  sztukę  iluzji i oszustwa?

- I co robisz z Bonnie? - domagał się  odpowiedzi Stefano, ignorując Damona tak jak

on ignorował jego.

- Ale chyba wciąŜ  masz problemy z rozumieniem słów dłuŜszych niŜ  monosylaby.

Wyjaśnię  to najprościej, jak się  da. To ty wszcząłeś  walkę.

- Ja wszcząłem walkę  - powtórzył Stefano. Zrozumiał,  Ŝe Damon nie zamierza

odpowiedzieć  na  Ŝadne pytanie, dopóki nie usłyszy prawdy. - Dziękuję  Bogu,  Ŝe ty byłeś 

zbyt

pijany albo zbyt szalony,  Ŝeby dostrzec, co się  dzieje wokół ciebie. Nie chciałem,  Ŝebyś  ty

albo ktokolwiek inny dowiedział się, jaką  moc daje krew Eleny. Dzięki temu odjechałeś,

nawet  się    na  nią    nie  oglądając.  I  nie  podejrzewając,    Ŝe  w  kaŜdej  chwili  mogłem  cię 

zdeptać

jak robaka.

- Nie przyszło mi do głowy,  Ŝe piłeś  jej krew. - Damon przypomniał sobie szczegóły

ich  bójki.  To  prawda,  nie  podejrzewał  nawet,    Ŝe  Stefano  tylko  udawał  i    Ŝe  mógłby  w

kaŜdej

chwili go pokonać  i zrobić  z nim, co by tylko chciał.

- A to twoja czarodziejka - skinął w stronę  Eleny, która wciąŜ  unosiła się  za

samochodem, przywiązana, tak, przywiązana sznurkiem od prania do zderzaka. - Tylko nieco

niŜej  od  aniołów  zasiada  w  glorii  i  chwale  -  rzucił,  nie  mogąc  odwrócić    od  niej  wzroku.

Elena

background image

w oczach istoty obdarzonej mocą jaśniała blaskiem tak mocnym,  Ŝe niemal oślepiała. - Ona

chyba  teŜ    zapomniała,  co  to  znaczy  zachowywać    się    dyskretnie.    Świeci  jak  gwiazda

pierwszej

jasności.

- Ona nie umie kłamać, Damonie. - Było jasne,  Ŝe gniew Stefano rośnie. - Powiedz mi

teraz, co się  stało i co zrobiłeś  Bonnie.

Chęć, by odpowiedzieć: „Nic. A co, myślisz,  Ŝe powinienem coś  zrobić?”, była niemal

nie do opanowania. Niemal. Ale Damon miał teraz do czynienia z innym Stefano niŜ

kiedykolwiek wcześniej. To juŜ  nie jest młodszy braciszek, którego z lubością  wdeptuje się 

w

ziemie, podpowiadał mu głos rozsądku. Posłuchał.

- Dwoje pozostałych ludzi - powiedział z obrzydzeniem przeciągając ostatnie słowo -

jest w samochodzie. A Bonnie - nagle przybrał ton dŜentelmena - zamierzałem odnieść  do

ciebie.

Stefano dotknął dłoni Bonnie. Krople krwi wypływaj ące z nakłuć  rozmazały się  w

jedną  wielką  plamę. Przestraszony uniósł dłoń  do oczu. Damon o mało nie zaczął się ślinić,

co byłoby bardzo nieeleganckim zachowaniem.

Zamiast tego skupił się  na dziwnym zjawisku.

KsięŜyc w pełni  świecił wysoko. A na jego tle Elena, ubrana w staroświecką  koszulę

nocną  zapinaną  wysoko  pod  szyję.  I  prawdopodobnie  nic  więcej.  Widział  w  niej  raczej

piękną

dziewczynę, nie anioła.

Pochylił głowę, aby lepiej dojrzeć  zarys jej sylwetki. Tak, zdecydowanie w takim

oświetleniu wyglądała najlepiej. Powinna zawsze prezentować  się  na tle jasnego  światła.

Gdyby...

Cios.

Poleciał do tyłu. Uderzył o drzewo, starając się  osłonić  Bonnie - mogłaby złamać

background image

kręgosłup. Oszołomiony opadł na ziemię.

Stefano stał nad nim.

- Ty... - wykrztusił Damon. Próbował zachować  godność, ale krew cieknąca z

rozciętych warg mu to utrudniała. - Niegrzeczny chłopcze.

- Zmusiła mnie. Dosłownie. Pomyślałem,  Ŝe moŜe umrzeć, jeśli nie wypiję  trochę  jej

krwi. Jej aura była tak silna. A teraz powiedz mi, co się  stało z Bonnie...

- Więc piłeś  jej krew, pomimo swoich szlacheckich zasad...

Cios.

Kolejne drzewo pachniało  Ŝywicą. Nigdy szczególnie nie zaleŜało mi na bliskiej

znajomości z drzewami, pomyślał Damon, spluwając krwią. Nawet jako kruk siadał na nich

tylko, gdy było to konieczne.

Stefano jakimś  sposobem złapał Bonnie, zanim upadła na ziemię. Był teraz aŜ  tak

szybki. Niesamowicie szybki. Elena była nadnaturalnym zjawiskiem.

- Więc teraz moŜesz się  przekonać, co sprawia krew Eleny. - Stefano w dodatku

słyszał jego myśli. Damon nigdy nie unikał walki, ale teraz niemal słyszał, jak Elena szlocha

nad swoimi ludzkimi przyjaciółmi i poczuł się  bardzo zmęczony. Bardzo stary i bardzo

zmęczony.

Ale tak, rzeczywiście. Krew Eleny - która wciąŜ  unosiła się  w powietrzu, to

rozprostowując nogi o ręce, to zwijając się  w kłębek - była jak paliwo rakietowe w

porównaniu z wodą  z cukrem płynącą  w  Ŝyłach innych dziewczyn.

Stefano chciał walczyć. Nawet nie próbował tego ukryć. Miałem rację, pomyślał

Damon. Dla wampira potrzeba walki jest silniejsza niŜ  cokolwiek innego, nawet głód czy,

jeŜeli chodzi o Stefano - jak on to nazywał? - przyjaźń.

Damon myślał, jak ratować  skórę. Nie miał wielu moŜliwości, bo Stefano przygniatał

go do ziemi. Myśl. Język.

background image

Skłonność  do gry nie fair, której Stefano jakoś  nie potrafił zrozumieć. Logika.

Instynktowna zdolność  trafiania w spojenie przeciwnika...

Hm...

- Meredith i... - Cholera, jak ten chłopak ma na imię? - jej eskorta juŜ  nie  Ŝyją, jak

sądzę  - powiedział niewinnie. - MoŜemy tu zostać  i bić  się, jeŜeli tak chcesz to nazwać,

biorąc

pod  uwagę,    Ŝe  nawet  cię    nie  dotknąłem.  Ale  moŜemy  teŜ    próbować    ich  ratować.

Zastanawiam

się, co ty na to.

Stefano uniósł się  nad ziemią  i odleciał do tyłu. Gdy stanął na własnych nogach,

spojrzał po sobie w zdumieniu. Wyraźnie nie wiedział, co się  z nim stało.

Damon natychmiast wykorzystał okazję, by powiedzieć, co miał do powiedzenia.

- To nie je ich skrzywdziłem. Spójrz na Bonnie - całe szczęście, znał jej imię  -  Ŝaden

wampir nie zrobiłby czegoś  takiego. Sądzę  - dorzucił, by zrobić  większe wraŜenie -  Ŝe

zaatakowały ich malaki za pomocą  drzew.

- Malaki? - Stefano szybkim spojrzeniem obrzucił zakrwawioną  Bonnie. - Musimy jak

najszybciej umieścić  ich w wannie z gorącą wodą. Weź  Elenę...

Och, cudownie. Oddałbym wszystko, naprawdę  wszystko...

- ...i samochód. Zawieź  Bonnie do pensjonatu. Obudź  panią  Flowers. Zrób, co tylko

moŜesz dla Bonnie. Ja zajmę  się  Meredith i Mattem...

Właśnie! Matt. Gdyby tylko miał jakiś  sposób,  Ŝeby to zapamiętać.

- Są blisko, tak? Stamtąd dobiegło pierwsze uderzenie twojej mocy.

- Uderzenie? Czemu nie nazwiesz tego - zgodnie z prawem - lekką bryzą?

A tymczasem, póki jeszcze pamiętał... M jak małe, A jak aroganckie, T jak

tałatajstwo. I juŜ. Problem w tym,  Ŝe pasowało do nich wszystkich, a  Ŝadne z nich nie

nazywało się  MAT. Cholera, czy tam powinno być  jeszcze jedno T na końcu? Małe,

background image

Aroganckie, Trudne - do - usunięcia Tałatajstwo?

- Pytałem, czy są  blisko?

Damon wrócił do teraźniejszości.

- Tak, ale samochód jest zniszczony. Nie pojedzie.

- Pociągnę  go za sobą  w powietrzu. - Stefano nie  Ŝartował, stwierdzał fakt.

- Jest w częściach.

- Poskładam je. Daj spokój, Damon. Przepraszam,  Ŝe cię  zaatakowałem. Zupełnie  źle

zinterpretowałem to, co się  dzieje. Ale Matt i Meredith mogą  umierać, i przy całej mojej i

Eleny mocy moŜemy nie zdąŜyć  ich ocalić. Podniosłem temperaturę  ciała Bonnie o kilka

stopni, ale nie odwaŜę  się  zostać  z nią  tutaj i ogrzewać  ją  wystarczająco powoli. Proszę,

Damonie. - Posadził Bonnie na przednim siedzeniu porsche.

Mówił jak Stefano, jakiego Damon znał. Ale teraz jego brat miał nie niesłychaną  moc.

Dopóki jednak uwaŜał się  na za mysz, był myszą. Koniec, kropka.

Wcześniej Damon czuł się  jak Wezuwiusz podczas erupcji. Teraz wydawało mu się,

Ŝe stoi przy Wezuwiuszu, który zaraz wybuchnie. Na bogów! Naprawdę  bał się  Stefano.

Wziął się  w garść.

- Pojadę. Do zobaczenia. Mam nadzieję,  Ŝe ludzie jeszcze  Ŝyją.

Kiedy się  rozchodzili, Stefano posłał wiadomość, w której wyraŜał swoją  dezaprobatę

- tym razem nie było to uderzenie mocy jak wcześniej, gdy rzucił go o drzewo, ale dosadnie

wyraził, co myśli o starszym bracie.

Damon odpowiedział w podobny sposób. Nie rozumiem, wysłał myśl, co jest złego w

powiedzeniu,  Ŝe mam nadzieję,  Ŝe jeszcze  Ŝyją? Byłem w sklepie z kartkami, wiesz - nie

wspomniał,  Ŝe nie chodziło o kartki, tylko o kasjerkę  - były tam działy: „Mam nadzieję,  Ŝe

wydobrzejesz” oraz „Kondolencje”, jak rozumiem na wypadek, gdy ta pierwsza kartka nie

podziałała. Więc co jest złego w powiedzeniu „Mam nadzieję,  Ŝe jeszcze nie umarli”?

background image

Stefano nie zawracał sobie głowy odpowiedzią. Damon i tak uśmiechnął się  do siebie,

zawracając porsche i ruszając w stronę  pensjonatu.

Spojrzał na Elenę  frunącą  nad samochodem. Unosiła się  tuŜ  na głową  Bonnie, a raczej

tym miejscem, gdzie głowa Bonnie powinna się  znajdować  - dziewczyna nie tylko była

drobna, ale teraz ułoŜyła się  w pozycji embriona.

- Witaj, księŜniczko. Wyglądasz cudownie, jak zawsze.

To był chyba najgorszy tekst, jakim kiedykolwiek zdarzyło mu się  zacząć  rozmowę.

Ale nie był sobą. Przemiana Stefano tak nim wstrząsnęła - stąd ten problem, pomyślał.

- Da... mon. - Głos Eleny był słaby i drŜący... i przepiękny. Niemal ociekał słodyczą.

Był teŜ  duŜo niŜszy, tak mu się  wydawało, niŜ  wcześniej. Co tylko dodało mu uroku..

Wampirowi przywodził na myśl krew kapiącą  ze  świeŜo otwartej  Ŝyły.

- Tak, aniele. Czy nazywałem cię  kiedykolwiek wcześniej aniołem? JeŜeli nie, to tylko

przez przeoczenie.

Kiedy to powiedział, uświadomił sobie,  Ŝe to była kolejna nowa i wstrząsająca cecha

jej głosu: czystość. Tak czyste mogą być  tylko głosy serafinów. To powinno go zniesmaczyć,

ale zamiast tego przypomniało mu jedynie,  Ŝe Elenę  trzeba traktować  powaŜnie. Zawsze.

Traktowałbym cię, jak tylko byś  chciała, powaŜnie czy nie. Pomyślał, gdybyś  tylko

nie była tak zakochana w moim braciszku.

Zwróciły się  ku niemy dwa szafiry: oczy Eleny. Usłyszała jego myśli.

Pierwszy raz w  Ŝyciu Damon był otoczony przez istoty przez istoty potęŜniejsze od

niego. A dla wampira moc była wszystkim: bogactwem, pozycją  społeczną, wygodą, seksem,

pieniędzmi, powodzeniem.

To było dziwne uczucie. Nie całkiem nieprzyjemne, jeŜeli chodzi o Elenę. Lubił silne

kobiety. Od stuleciu szukał jakiej ś  dostatecznie silnej.

Ale jej spojrzenie przypomniało mu o sytuacji, w jakiej się  znajdowali. Zaparkował

background image

pod pensjonatem. Złapał Bonnie i pofrunął w kierunku pokoju Stefano. W łazience Stefano

była wanna.

Napełnił wannę  wodą, która była cieplejsza o kilka stopni od temperatury ciała

Bonnie. Próbował wyjaśnić  Elenie, co robić, ale nie wydawało się, by była tym

zainteresowana. Latała tam i z powrotem po pokoju jak ptak zamknięty w klatce.

Co za dylemat. Poprosić  Elenę,  Ŝeby rozebrała i wykąpała Bonnie, ryzykując,  Ŝe ją

utopi? Czy poprosić  ją,  Ŝeby to zrobiła i obserwować  obie, ale nie dotykać  - chyba  Ŝe

będzie

grozić  katastrofa? Poza tym ktoś  musiał poprosić  panią  Flowers o gorące napoje. Napisać

wiadomość  i posłać  Elenę? Za chwilę  moŜe u być  więcej umierających ludzi.

Gdy zauwaŜył wzrok Eleny, wszystkie skrupuły zniknęły. Wysłał jej myśl.

PomóŜ  jej. Proszę!

Wrócił do łazienki, połoŜył Bonnie na podłodze i wyłuskał ją  z ubrania jak krewetkę

ze skorupy. Zdjął sweter i bluzkę, Potem stanik - miseczka A, zauwaŜył z  Ŝalem, odkładając

go i starając się  nie patrzeć  na Bonnie. Ale zauwaŜył,  Ŝe na całym ciele miała  ślady ukłuć.

Rozpiął dŜinsy i musiał się  trochę  nagimnastykować,  Ŝeby  ściągnąć  jej buty, skarpetki

i spodnie.

Bonnie została tylko w róŜowych jedwabnych majtkach. Podniósł ją  i ułoŜył w

wannie. Wampirom wanny kojarzyły się  krwią  dziewic, ale tylko najbardziej szalone z nich

tego próbowały.

Woda natychmiast zabarwiła się  na czerwono. Zostawił kran odkręcony, by napuścić

więcej  wody.  Zastanawiał  się,  co  zrobić.  Drzewa  wpompowały  coś    do    Ŝył  Bonnie  przez

igły.

Cokolwiek to było, zabijało dziewczynę. Więc trzeba to z niej wyciągnąć. Rozsądnie byłoby

wyssać    to  jak  jad  węŜa,  ale  wolałby  się    najpierw  upewnić,    Ŝe  Elena  nie  roztrzaska  mu

czaszki,

gdy zobaczy,  Ŝe metodycznie ssie rany na całym ciele Bonnie.

background image

Trzeba będzie to rozwiązać  jakoś  inaczej. Czerwona woda nie ukrywała nagości

dziewczyny,  ale  widać    było  tylko  zarys  jej  ciała.  Damon  oparł  Donnie  o  brzeg  wanny  i

zaczął

metodycznie wyciskać  i masować  rany na ramieniu.

Przekonał się,  Ŝe dobrze rozumował, gdy poczuł zapach  Ŝywicy. Substancja

wypływająca  z  ran  była  tak  gęsta  i  lepka,    Ŝe  nie  zdąŜyła  jeszcze  rozpuścić    się    w

krwiobiegu.

Dzięki jego zabiegom trucizna wypływała teraz z ran. Ale czy to wystarczy, by dziewczyna

nie umarła?

OstroŜnie, obserwując drzwi i wyczulając zmysły na najdrobniejszy ruch w pokoju,

podniósł rękę  Bonnie do ust, jakby zamierzał ją  ucałować. Zamiast tego jednak,

powstrzymując z pewnym trudem ochotę  by ugryźć, zaczął ssać  ranę  na jej nadgarstku.

Prawie natychmiast splunął. Usta miał pełne  Ŝywicy. Wyciskanie z pewnością  nie

wystarczy. Ssanie równieŜ, choćby nawet zebrał tuzin wampirów, które obsiadłyby Bonnie

jak pijawki.

Przykucnął o spojrzał na umierającą  dziewczynę, którą  przysiągł uratować. Dopiero

teraz uświadomił sobie,  Ŝe cały jest przemoczony.  Ściągnął kurtkę.

Co mógł zrobić? Bonnie potrzebowała lekarstwa, ale nie miał bladego pojęcia jakiego.

Nie wiedział, do jakiej wiedźmy się  zwrócić. Czy pani Flowers posiada tajemną  wiedzę?

Czy

to tylko zrzędliwa starsza kobieta? Czy jest jakieś  uniwersalne lekarstwo dla ludzi, jak krew

dla wampirów?

Mógłby zawieźć  Bonnie do szpitala i pozwolić,  Ŝeby lekarze spróbowali ja odtruć. Ale

została zatruta przez przybyszy z Tamtej Strony, z mroczniejszych miejsc, o których ludzcy

lekarze nie mają pojęcia.

Odruchowo wycierał ręcznikiem dłonie i ramiona. Przyszło mu do głowy,  Ŝe Bonnie

naleŜy się  jednak odrobina prywatności.

background image

Podniósł nieco temperaturę  wody, ale to nic nie zmieniło. Bonnie sztywniała coraz

bardziej. Umierała. Co za szkoda, taka młoda, do tego jeszcze dziewica - jako wampir,

wiedział to.

Otruto ją  na jego oczach. Pułapka, atak, stado działające z niezwykłą  koordynacją  - te

istoty zabijały ją, gdy on siedział i patrzył. Wręcz im kibicował.

Wezbrał się  w nim gniew. Zacisnął pięści, gdy pomyślał o zuchwalstwie malaka,

polującego na jego ludzi tuŜ  pod jego nosem. Nie zastanawiał się  nad tym, kiedy ta trójka

stała  się    „jego”  ludźmi  -  widocznie  uznał,    Ŝe  byli  ostatnio  tak  blisko,    Ŝe  to  go  niego

naleŜało

decydowanie o ich losie, o tym, czy będą Ŝyć, czy nie, czy moŜe ich przemieni. W jego

oczach zabłysły iskry wściekłości, gdy zrozumiał,  Ŝe malak manipulował jego myślami,

skłaniając go do snucia refleksji o  śmierci, podczas gdy  śmierć  była zadawana pod jego

nosem. Teraz iskra gniewu wybuchła wielkim płomieniem. To było nie do zniesienia...

...zadano  śmierć  Bonnie...

Bonnie, która nie skrzywdziłaby muchy. Bonnie, która przypominała dokazującego

kociaka. Z włosami koloru, który nazywał się  coś  tam truskawkowe, ale który wyglądał jak

Ŝywy płomień. Z bladą, niemal przezroczystą  cerą, z delikatnymi fioletowymi fiordami i

rzekami  Ŝył na szyi i po wewnętrznej stronie ramion. Bonnie, która ostatnio spoglądała na

niego z ukosa swoimi dziecięcymi oczami, wielkimi i brązowymi, spod rzęs jak gwiazdy...

Damona bolały szczęki i kły. Czuł, jakby jego usta płonęły od trującej  Ŝywicy. Ale nie

zwracał na to uwagi, bo zaprzątała go tylko jedna myśl.

Bonnie prosiła go o pomoc przez prawie pół godziny, zanim się  poddała.

Trzeba to było przyznać. Trzeba to było rozwaŜyć. Bonnie wzywała Stefano, który był

zbyt daleko i zbyt zajęty swoim aniołkiem, ale wzywała teŜ  Damona, błagając o jego pomoc.

A on zignorował jej błagania. U jego stóp trzech przyjaciół Eleny umierało, a on tylko

się  przyglądał. Nie wzruszyły go rozpaczliwe próby Bonnie.

background image

Zwykle takie wydarzenia skłoniłyby go co najwyŜej do wyjechania do innego miasta.

Ale wciąŜ  tu był i doświadczał gorzkich konsekwencji swojego postępowania.

Zamknął oczy, próbując odciąć  się  od obezwładniającego zapachu krwi i ... jeszcze

jakiegoś  zapachu.

Rozejrzał się  zdziwiony. Czuł stęchliznę, ale łazienka lśniła czystością. A jednak czuł

wyraźnie zapach czegoś, o stęchło.

W końcu sobie przypomniał.

ROZDZIAŁ 12

Ciasne pomieszczenie z malutkimi oknami. Regały wypełnione ksiąŜkami. Starymi

ksiąŜkami o charakterystycznym zapachu stęchlizny. Był w Belgii jakieś  pięćdziesiąt lat

temu. Zaskoczyło go,  Ŝe istnieje jeszcze taka ksiąŜka po angielsku. Ale stała tam. Zniszczona

okładka, z której nie dało się  odczytać  tytułu ksiąŜki ani nazwiska autora. Brakowało kilku

stron. Był to zbiór zaklęć  na róŜne okoliczności - zakazana wiedza tajemna.

Damon przypomniał sobie jedno z zaklęć: „Krwi wampirzej ili samfirzej jecno uŜyć

przeciw  wszelakiej  słabości  ciała  zadanej  przez  te,  co  zabawiają    się    w  lesiech  we

wzej ściu”.

Malak z pewnością  zabawiał się  w lesie i był właśnie miesiąc wzejścia, czyli - w dawnej

mowie - letniego przesilenia. Damon wiedział juŜ, co moŜe pomóc Bonnie. WciąŜ

przytrzymując głowę  dziewczyny ponad powierzchnią  ciepłej czerwonawej wody, rozpiął

koszulę. W pochwie przytroczonej do paska miał drewniany nóŜ. Wyciągnął go i jednym

szybkim ruchem zaciął się  u nasady szyi.

Pociekło sporo krwi. Teraz musiał coś  wymyślić,  Ŝeby Bonnie ją wypiła. Schował nóŜ

do pochwy, podniósł dziewczynę  i usiłował przystawić  szyję  do jej warg.

Szybko doszedł do wniosku,  Ŝe to kiepski pomysł. Znowu się  wychłodzi, poza tym i

tak nie przełknie krwi. UłoŜył Bonnie z powrotem w wannie i pomyślał chwilę. Po czym

wyciągnął nóŜ  i zaciął się  jeszcze raz, tym razem na nadgarstku. Rozciął  Ŝyłę  wzdłuŜ, tak

background image

 Ŝe

krew popłynęła szeroką  struŜką. Drugą  ręką  uniósł głowę  Bonnie i do jej ust przyłoŜył

rozcięty nadgarstek. Krew wyglądała pięknie, spływając do lekko rozchylonych warg. Co

jakiś  czas dziewczyna przełykała. Tliła się  jeszcze w niej iskierka  Ŝycia.

To jak karmienie pisklęcia, pomyślał, niezwykle zadowolony ze swojej doskonałej

pamięci, pomysłowości i w ogóle z siebie. Uśmiechnął się  szeroko.

Oby tylko podziałało.

Usiadł wygodniej na brzegu wanny i odkręcił kurek z ciepłą  wodą, cały czas trzymając

Bonnie  i  karmiąc  ją.  Bawiła  go  ta  sytuacja.  Oto  wampir  nie    Ŝywi  się    człowiekiem,  ale

oddaje

mu własną krew,  Ŝeby ocalić  go przed  śmiercią.

Więcej nawet. Damon zachowywał się  bardzo taktownie i przyzwoicie. Musiał Bonnie

rozebrać, ale przykrył ją  ręcznikiem i nie wykorzystał tego,  Ŝe była zupełnie bezbronna. Ku

jego zdumieniu przestrzeganie konwenansów okazało się  bardzo podniecające. Nigdy

wcześniej nie zawracał sobie głowy dobrymi manierami.

MoŜe dlatego Stefano tak bardzo kręcili ludzie. ChociaŜ  nie, Stefano miał Elenę, która

była człowiekiem, wampirem, duchem, a teraz w końcu aniołem, o ile anioły istnieją. Sama w

sobie dostarczała dość  duŜo atrakcji. Damon nie myślał o niej juŜ  od kilku minut. To mógł

być  rekord.

Chyba powinien zawołać  Elenę, wyjaśnić, dlaczego rozebrał Bonnie i poił ją  własną

krwią,  Ŝeby nie zmiaŜdŜyła mu czaszki, gdy pojawi się  w łazience i zastanie Damona w

dwuznacznej sytuacji.

Nie zdąŜył tego zrobić, bo nagle drzwi do łazienki zostały otwarte kopniakiem przez

Małe Aroganckie Tałatajstwo...

Matt miał ponurą  minę. Podniósł z podłogi róŜowy stanik Bonnie. Oblał się

szkarłatem, rzucił stanik, jakby go parzył. W tej chwili do łazienki wszedł Stefano. Matt wziął

background image

stanik i podetknął go pod oczy Stefano. Damon obserwował tę  scenę  rozbawiony.

- Jak go zabić, Stefano? Wystarczy kołek? Czy moŜesz go potrzymać... krew! On

karmi ją  krwią! - Matt przerwał. Jego mina wskazywała,  Ŝe zaraz rzuci się  na Damona. Zły

pomysł, stwierdził w duchu Damon.

Matt wbił w niego wzrok. Stawiamy czoła potworowi, pomyślał Damon, jeszcze

bardziej ubawiony.

- Puść... ją... - wycedził chłopak, co przypuszczalnie miało brzmieć  jak groźba, ale

zabrzmiało, jakby sądził,  Ŝe Damon jest psychicznie upośledzony.

Mały Umie Tylko Trajkotać, zaśmiał się  w myślach Damon. Ale to dawało...

- Mutt - powiedział kręcąc głową.

- Mutt? Nazywasz...? BoŜe, Stefano, pomóŜ  mi go zabić! On zabił Bonnie! - Potok

słów wyrzucił z siebie na jednym oddechu. Damonowi coraz bardziej podobał się

mnemotechniczny zabieg.

Stefano starał się  ratować  sytuację. Chwycił Matta za ramiona i obrócił go w stronę

drzwi.

- Idź  do Eleny i Meredith - powiedział tonem, który nie zostawiał miejsca na sprzeciw,

po czym zwrócił się  do swojego brata. - Nie piłeś  jej krwi. - To nie było pytanie.

-  śłopać  truciznę? Nie jestem idiotą, braciszku. Kąciki ust Stefano zadrŜały. Nic nie

odpowiedział.

Damon przestał  Ŝartować.

- Mówię  prawdę.

- Czy to będzie twoje nowe hobby?

Powinien zostawić  Bonnie i wyjść. To byłoby najlepsze wyjście z tej sytuacji, ale...

Ale. To było jego pisklę. Wypiła tyle krwi,  Ŝe jeszcze trochę  i zostałaby przemieniona.

Thank y ou for evaluating PDF to ePub Converter.

To get full version, y ou need to purchase the software from : http://www.pdf-epub-converter.com /convert-to-epub-purchase.htm l

background image

A jeŜeli taka ilość  jeszcze nie wystarczyła,  Ŝeby ją  wyleczyć, to znaczy,  Ŝe to nie było

właściwe lekarstwo. Poza tym Pan Cudotwórca przyszedł.

Zatamował krwawienie z nadgarstka i zaczął mówić...

Drzwi znowu otworzyły się  gwałtownie.

Tym razem stanęła w nich Meredith. Trzymała w rękach stanik Bonnie. Stefano i

Damon skulili się. Meredith, pomyślał Damon, to przeraŜająca osoba. Przyjrzała się, czego

nie zrobił Matt, rzeczom rozrzuconym na podłodze.

- Co z nią? - zapytała Stefano, czego Matt równieŜ  nie zrobił.

- Będzie dobrze - odpowiedział. Damona zaskoczyło,  Ŝe poczuł... nie ulgę, oczywiście,

ale satysfakcję  z dobrze wykonanej pracy. Poza tym dzięki temu mógł uniknąć śmierci z rąk

Stefano.

Meredith odetchnęła głęboko i zmruŜyła swoje wzbudzające strach oczy. Jej twarz

pojaśniała. Być  moŜe się  modliła. Damon nie robił tego od stuleci. Zresztą Ŝadna jego

modlitwa nigdy nie została wysłuchana.

Meredith otworzyła oczy.

- JeŜeli dolna część  bielizny Bonnie - powiedziała powoli i z naciskiem - nie jest

wciąŜ  na niej, ktoś  tu będzie miał kłopoty.

Stefano wyglądał na skołowanego. Jak moŜe nie rozumieć  problemu brakującej części

bielizny? - zastanawiał się  Damon. Jak moŜna być  takim... takim nierozgarniętym głupkiem?

Czy Elena nigdy nie nosiła bielizny? Damon znieruchomiał pochłonięty wizją  Eleny. W

końcu znalazł odpowiedź  dla Meredith.

- Sprawdź  sama - zaproponował, cnotliwie odwracając wzrok. Meredith podeszła do

wanny, zanurzyła rękę  w ciepłej, czerwonej wodzie i odsunęła ręcznik. Usłyszał, jak z ulgą

wypuszcza powietrze.

Kiedy obrócił się  do niej, w jej oczach znów pojawiła się  groźba.

background image

- Masz krew na wargach - wycedziła.

Damon był zaskoczony. CzyŜby z przyzwyczajenia poŜywił się  krwią  Bonnie i

zapomniał? Na ratunek przyszedł mu Stefano.

- Próbowałeś  wyssać  truciznę, prawda? - Stefano rzucił mu ręcznik. Damon wytarł

usta. Na ręczniku został krwawy  ślad. Nic dziwnego,  Ŝe wargi tak go piekły. Trucizna była

naprawdę  silna, nawet jeŜeli na wampiry nie działała tak mocno jak na ludzi.

- Masz teŜ  krew na szyi - ciągnęła Meredith.

- Nietrafiony pomysł - wyjaśnił, wzruszając ramionami.

- Więc rozciąłeś  nadgarstek. Głęboko.

- Głęboko dla człowieka. Czy konferencja prasowa juŜ  się  skończyła?

Meredith odpuściła. Uśmiechnął się  do siebie. Hurra! Tak! Meredith zbita z tropu!

Znał spojrzenie tych, którzy musieli ustąpić  przed jego inteligencją.

- Co moŜna zrobić,  Ŝeby wargi Damona przestały krwawić? MoŜe dać  mu coś  do

picia?

Stefano wyglądał na oszołomionego. Jego problem - cóŜ, jeden z wielu jego

problemów - polegał na tym,  Ŝe uwaŜał picie ludzkiej krwi za grzech. A nawet mówienie o

tym.

MoŜe to sprawiało mu przyjemność. Ludzi najbardziej kręci to, co uwaŜają  za

grzeszne. Nawet wampiry tak mają. Damon zadumał się. Czy da się  wrócić  do czasu, kiedy

cokolwiek mogło mu się  wydawać  grzeszne? Zdecydowanie brakowało mu podniet.

Damon zaryzykował odpowiedź  na pytanie, jak moŜna mu pomóc.

- Napiłbym się  ciebie, kochanie... ciebie, kochanie.

- O jedno kochanie za duŜo - odparowała Meredith i zanim zdąŜył zrozumieć,  Ŝe

chodzi  jej  tylko  o  kwestię    językową,  a  nie  o  jego    Ŝycie  osobiste,  wyszła  z  łazienki.

Zabierając

ze sobą rzecz wzbudzającą tyle emocji - róŜowy stanik.

background image

Stefano starał się  nie patrzeć  na Bonnie. Tak wiele tracisz, matole, pomyślał Damon.

Tego słowa szukał wcześniej. Matoł.

- Wiele dla niej zrobiłeś  - stwierdził Stefano. Starał się  takŜe unikać  wzroku Damona,

gapił się  więc na  ścianę.

- Groziłeś,  Ŝe się  ze mną policzysz, jeŜeli tego nie zrobię. Nie lubię, jak ktoś  mnie bije

- posłał bratu promienny uśmiech.

- Zrobiłeś  więcej, niŜ  musiałeś.

- Przy tobie, braciszku, nigdy nie wiadomo, jakie jest to minimum, które musisz.

Powiedz, jak wygląda nieskończoność?

Stefano westchnął.

- Przynajmniej nie naleŜysz do tych łobuzów, którzy są  odwaŜni tylko wtedy, gdy

mają do czynienia ze słabszymi.

- Proponujesz,  Ŝebyśmy wyszli na zewnątrz, jak to się  mówi?

- Nie, dziękuję  ci za uratowanie  Ŝycia Bonnie.

- Nie sądziłem,  Ŝe mam wybór. Jakim sposobem, skoro o tym mowa, Meredith i... i...

ten chłopak wyszli z tego cało?

- Elena ich pocałowała. Nie zauwaŜyłeś,  Ŝe zniknęła? Gdy ich przywiozłem, ona

sfrunęła na dół, tchnęła powietrze w ich usta i w ten sposób ich uleczyła. Z tego co widzę, na

powrót staje się  człowiekiem.

- Przynajmniej mówi. Niewiele, ale jednak. - Damon przypomniał sobie, jak jechał

porsche,  ze  spuszczonym  dachem  i  Eleną    unoszącą    się    jak  balon  nad  samochodem.  -  Ta

mała

ruda nie powiedziała ani słowa - dodał zrzędliwie. -Zresztą  co za róŜnica.

- Dlaczego, Damonie? Dlaczego nie chcesz przyznać,  Ŝe troszczysz się  o nią,

przynajmniej na tyle,  Ŝeby nie pozwolić  jej umrzeć, i to szanując jej prywatność  i nie pijąc

jej

background image

krwi? Wiedziałeś,  Ŝe utrata krwi zabiłaby ją...

- To był eksperyment. - wyjaśnił Damon rzeczowo. I juŜ  się  skończył. Bonnie się

obudzi albo będzie spała, umrze albo przeŜyje, pod opieką  Stefano, nie jego. Był

przemoczony  i  nie  czuł  się    dobrze  w  obecności  brata  i  jego  przyjaciół.  Był  juŜ    głodny.

Piekły

go wargi. - Ty się  teraz nią zajmuj. Ja znikam. Ty i Elena, i... Mutt moŜecie skończyć...

- On ma na imię  Matt. To naprawdę  nie tak trudno zapamiętać.

- PrzecieŜ  nie moŜesz się  interesować  tym chłopakiem. W okolicy jest zbyt wiele

cudnych  dziewcząt,    Ŝeby  kwalifikował  się    na  cokolwiek  innego  niŜ    zapas  na  czarną 

godzinę.

Stefano uderzył pięścią w  ścianę, krusząc tynk.

- Do diabła, Damon, ludzie to nie przekąski.

- Wszystko, o co ich proszę, to to,  Ŝeby nimi byli.

- Ty nie prosisz. W tym problem.

- To był eufemizm. To wszystko, czego od nich chcę, w takim razie. Wszystko, co

mnie interesuje. Nie próbuj mnie przekonać,  Ŝe warto zwracać  uwagę  na coś  więcej. Nie

ma

sensu.

Pięść  Stefano wystrzeliła do przodu. Damon nie mógł upuścić  Bonnie, by się  uchylić.

Była nieprzytomna, mogłaby zachłysnąć  się  wodą.

PosłuŜył się  więc mocą  jak tarczą. Uznał,  Ŝe moŜe przyjąć  cios - nawet od Nowego

Silniejszego Stefano - nie puszczając dziewczyny, nawet gdyby Stefano miał mu wybić  zęby.

Pięść  Stefano zatrzymała się  o milimetry od jego twarzy.

Braci spojrzeli sobie w oczy.

- Czy teraz to przyznasz?

- Co? - Damon był zdziwiony.

- Ze na czymś  ci zaleŜy. Wystarczająco mocno,  Ŝeby raczej oberwać, niŜ  puścić

background image

Bonnie.

Damon spojrzał na dziewczynę  w wannie, po czym się  roześmiał. Nie mógł przestać.

- I ty pomyślałeś,  Ŝe ja...  Ŝe ja martwię  się  o tę  małą...

- Więc dlaczego wysysałeś  truciznę  z jej  Ŝył i oddałeś  jej swoją  krew? - zapytał

Stefano.

- Kaprys. Mówiłem ci. Po prostu kap... - Damon ześlizgnął się  z brzegu wanny.

Głowa Bonnie zanurzyła się  pod wodę.

Obaj rzucili się  na ratunek. Zderzyli się  głowami.

Damon juŜ  się  nie  śmiał. Walczył jak lew,  Ŝeby wyciągnąć  dziewczynę  z wody. Tak

samo Stefano. Ale było dokładnie tak, jak Damon wyobraŜał sobie godzinę  temu -  Ŝaden z

nich nawet nie pomyślał o współpracy. KaŜdy chciał to zrobić  sam i przeszkadzał drugiemu.

- Zejdź  mi z drogi, brachu - warknął Damon rozwścieczony.

- Nie zaleŜy ci na niej. To ty zejdź  mi z drogi.

Nagle w wannie jakby wybuchł gejzer. Bonnie podniosła się  z głośnym pluskiem.

Wypluła wodę.

- Co się  dzieje?

Patrząc na swoje przeraŜone pisklę, które instynktownie zacisnęło dłonie na ręczniku,

z ognistymi włosami ociekającymi wodą  i mrugające wielkimi brązowymi oczami, Damon

poczuł... ulgę. Stefano wybiegł do pokoju przekazać  przyjaciołom dobre wiadomości. Zostali

sami. Damon i Bonnie.

- Smakuje obrzydliwie - skrzywiła się  dziewczyna, wciąŜ  plując wodą.

- Wiem - powiedział Damon, wpatrując się  w nią.

- Aleja  Ŝyję ! - zawołała Bonnie. Jej twarz rozjaśniła się  radością. Damona rozpierała

duma. On i tylko on zatrzymał ją  na progu  śmierci i uratował. Uleczył jej zatrute ciało. To

jego krew pokonała truciznę, jego krew...

background image

Damon miał wraŜenie,  Ŝe grobowiec, w którym była uwięziona jego dusza, zaczął

pękać.

Chciało mu się śpiewać. Mocno objął Bonnie. To juŜ  kobieta, nie dziecko, pomyślał

oszołomiony. Obejmował ją  tak mocno, jakby od tego zaleŜało z kolei jego  Ŝycie albo jakby

znajdowali  się    na    środku  rozszalałego  oceanu  i  puszczenie  jej  miałoby  oznaczać    jej

ostateczną

i nieodwołalną utratę.

Zaraz miała nastąpić  wybuch i Damon miał zostać  uwolniony z grobowca. Był pijany

dumą  i... radością...

Bonnie odepchnęła go.

Wyraz jej twarzy zmienił się  gwałtownie. Teraz jej mina zdradzała tylko strach i

rozpacz. I odrazę.

- Pomocy! Proszę, pomocy! - Brązowe oczy stały się  jeszcze większe.

W drzwiach tłoczyli się  Meredith, Stefano i Matt. Patrzyli na przeraŜoną  Bonnie

kurczowo  trzymającą    ręcznik,  próbującą    się    nim  okryć,  Damon  klęczał  przy  wannie,  z

twarzą

pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu.

- On słyszał, jak wołałam o pomoc, czułam,  Ŝe słyszy, ale tylko patrzył. Stał i patrzył,

jak umieramy. Chce,  Ŝeby wszyscy ludzie umarli,  Ŝeby nasza krew spływała po jakichś

białych schodach. Proszę, zabierzcie go ode mnie!

Proszę. Mała wiedźma jest duŜo bardziej utalentowana, niŜ  podejrzewał. To nie jest

trudne  zauwaŜyć,    Ŝe  ktoś    odbiera  twój  przekaz,  ale  rozpoznać    kto,  wymagało  nie  lada

talentu.

W dodatku ewidentnie potrafiła usłyszeć  echo niektórych z jego myśli. Zdolne to jego

pisklę... nie, nie jego, nie kiedy patrzy na niego wzrokiem tak pełnym nienawiści.

Zapadła cisza. Damon mógł zaprzeczyć, ale po co? Stefano i tak domyśliłby się

prawdy. Bonnie pewnie teŜ.

background image

Meredith podbiegła do wanny, chwytając jeszcze jeden ręcznik. Miała w ręku kubek z

jakimś    ciepłym  napojem  -kakao,  sądząc  po  zapachu.  Był  dość    gorący,  by  stanowić 

skuteczną

broń. Damon nie uskoczyłby przed chluśnięciem, przynajmniej będąc tak zmęczony.

- Proszę  - powiedziała do Bonnie. -Jesteś  bezpieczna. Stefano tu jest. Ja tu jestem.

Matt tu jest. Proszę, weź  ręcznik, owinę  cię  nim.

Stefano, milcząc, wpatrywał się  w brata.

- Wynocha - powiedział w końcu.

Wyrzucony jak pies. Damon rozejrzał się  za swoją  kurtką, podniósł ją,  Ŝałując,  Ŝe z

poczuciem humoru nie poszło mu równie dobrze. Twarze wokół niego wyglądały wszystkie

tak samo -jak wykute z kamienia.

Ale nie był to kamień  tak twardy jak ten, który znów przygniótł jego duszę. Łatwo

było  naprawić    pęknięcia.  Na  starej  warstwie  połoŜono  nową    -  w  taki  sposób  powstają 

perły,

ale tu nie miało się  pojawić  nic równie pięknego.

Ludzie 

 

coś

 

mówili, ale Damon nie rozróŜniał słów. Wyczuwał zbyt duŜo krwi. KaŜdy

miał jakieś  rany. Otaczał go ich zapach, zapach zwierzyny. Kręciło mu się  w głowie. Musiał

się  wydostać  stamtąd jak najszybciej, zanim rzuci się  na pierwszą  ofiarę  z brzegu. Było mu

gorąco... był spragniony.

Bardzo, bardzo spragniony. ZuŜył mnóstwo energii od ostatniego posiłku, a teraz był

otoczony przez zwierzynę. Otoczony. Jak ma się  powstrzymać  przed rzuceniem się  na jedno

z

nich? Czy ktoś  naprawdę  zdołałby go powstrzymać?

Za drzwiami czekała Elena. Zobaczyć  odrazę  na jej twarzy - to będzie bolesne,

pomyślał.

Ale nie dało się  tego uniknąć. Kiedy wychodził z łazienki, Elena unosiła się  w

powietrzu wprost przed nim. Jego wzrok mimowolnie skierował się  na to, czego nie chciał

background image

widzieć: jej twarz.

Jednak nie malowało się  na niej obrzydzenie. Elena wyglądała na zmartwioną.

Odezwała się  nawet do niego, tą  dziwną  mową, która nie była całkiem jak telepatia,

ale w niewytłumaczalny sposób pozwalała jej dotrzeć  zarówno do jego uszu, jak i

bezpośrednio do jego myśli.

Damon.

Powiedz o malaku. Proszę.

Damon uniósł brwi zaskoczony. Opowiedzieć  o sobie temu stadu ludzi? Czy ona z

niego drwi?

Poza tym malak niczego tak naprawdę  nie zrobił. Rozproszył go na chwilę, to

wszystko. Nie ma sensu go winić, skoro jedyne, co sprawił, to wyostrzenie myśli Damona.

Zastanawiał się, czy Elena wiedziała, o czym Damon marzy.

Damon.

Widzę  to. Wszystko. Ale proszę...

No, cóŜ, moŜe duchy przywykły do widzenia wszystkich mrocznych myśli.

Elena nie odpowiedziała na to w  Ŝaden sposób, został więc sam w ciemności.

W ciemności. Do tego był przyzwyczajony, stamtąd pochodził. KaŜdy pójdzie teraz w

swoją  stronę, ludzie do swoich ciepłych, przytulnych domów, a on do ciemnego lasu. Elena

zostanie ze Stefano, oczywiście.

Oczywiście.

- W tych okolicznościach nie powiem „Do zobaczenia” - powiedział, uśmiechając się

do Eleny, która odpowiedziała smutnym spojrzeniem. - Powiem po prostu „Ŝegnaj” i niech to

wystarczy.

Nikt nie odpowiedział.

- Damon. - Elena zaczęła płakać. Proszę. Proszę.

background image

Damon odszedł w mrok.

Proszę...

Szedł dalej, pocierając kark.

ROZDZIAŁ 13

Było juŜ  późno, ale Elena nie mogła zasnąć. Powiedziała,  Ŝe nie chce być  zamknięta w

wysokim pokoju. Stefano obawiał się,  Ŝe chciała wyjść  i tropić  malaki, które zaatakowały

samochód.  Ale  nie  sądził,    Ŝeby  potrafiła  kłamać,  nie  teraz.  Ciągle  uderzała  w  okno,

twierdząc,

Ŝe potrzebuje trochę  powietrza. Nocnego,  świeŜego powietrza.

- Musimy cię  w coś  ubrać.

Ale Elena była uparta. Jest noc... a to jest moja nocna koszula, powiedziała. Nie

podobała ci się  moja dzienna koszula. Znowu uderzyła w okno. Jej „dzienna koszula” to

zwykła niebieska koszula, która spięta paskiem tworzyła rodzaj krótkiej sukienki, sięgającej

do połowy ud.

To, czego teraz się  domagała, tak bardzo zgadzało się  z jego własnym pragnieniem,  Ŝe

aŜ  czuł się  winny. Ale w końcu dał się  przekonać.

Lecieli razem, trzymając się  za ręce. Elena wyglądała jak duch albo anioł w swojej

białej koszuli. Stefano, cały w czerni, niemal znikał na tle drzew przykrywających księŜyc.

Dolecieli aŜ  do Starego Lasu, gdzie szkielety uschłych drzew mieszały się  z  Ŝywymi

gałęziami. Stefano wytęŜył swoje wzmocnione zmysły do granic moŜliwości, ale nie potrafił

namierzyć  niczego poza zwykłymi mieszkańcami lasu, którzy powoli i z wahaniem wracali,

po tym gdy wypłoszył ich wybuch mocy Damona. JeŜe. Jelenie. Lisy, w tym jedna

wystraszona lisica z dwojgiem młodych, z powodu których nie mogła uciec. Ptaki. Wszystkie

te zwierzęta, które sprawiały,  Ŝe las był tak wspaniałym miejscem.

Nic, co przypominałoby malaka albo coś  równie groźnego.

Zaczął się  zastanawiać, czy Damon po prostu nie zmyślił istoty, która nim

background image

manipulowała. Był w końcu niezwykle przekonującym kłamcą.

Mówił prawdę, wtrąciła się  w jego myśli Elena. Ale to albo jest niewidzialne, albo juŜ

odeszło. Z twojego powodu. Z powodu twojej mocy.

Elena patrzyła na niego z mieszaniną  dumy i jakiegoś  innego, trudnego do

zidentyfikowania, ale wyraźnie zauwaŜalnego, uczucia.

Uniosła twarz.  Światło księŜyca podkreśliło jej klasyczne rysy.

Rumieniec zaróŜowił jej policzki. Wydęła lekko wargi.

Och... do licha, pomyślał Stefano.

- Po wszystkim, co przeszłaś  - zaczął i zrobił pierwszy błąd: objął ją. Jakiś  rodzaj

synergii pomiędzy jego mocą a jej zaczął unosić  ich spiralnym ruchem w górę.

Poczuł jej ciepło. Słodką  miękkość  jej ciała. WciąŜ  czekała, z zamkniętymi oczami, na

pocałunek.

MoŜemy zacząć  jeszcze raz, zaproponowała z nadzieją.

To była prawda. Chciał odpowiedzieć  jakoś  na uczucia, którymi obdarzyła go

wcześniej. Chciał objąć  ją  jeszcze mocniej. Chciał ją  całować. Chciał, by omdlewała z

rozkoszy w jego ramionach.

I mógł to zrobić. Nie tylko dlatego,  Ŝe będąc wampirem, nauczył się  paru rzeczy o

kobietach, ale dlatego,  Ŝe znał Elenę. Ich serca, ich dusze były jednością.

Proszę?

Ale była teraz taka młoda, tak bezbronna w białej koszuli, z rumieńcami na

policzkach. Nie mógł jej wykorzystywać.

Otworzyła oczy i spojrzała wprost na niego.

Czy chcesz... Powiedziała powaŜnym tonem, ale z przekorą w oczach... sprawdzić, jak

wiele razy moŜesz mnie zmusić,  Ŝebym powiedziała proszę?

BoŜe, nie. Mówiła jak dorosła,  świadoma swojej urody kobieta. Stefano poddał się  i

background image

objął ją  mocniej. Pocałował jej jedwabiste włosy. Całował całą  jej twarz. Kocham cię,

kocham cię. Zorientował się,  Ŝe niemal miaŜdŜy jej  Ŝebra, próbował więc ją  puścić, ale

Elena

trzymała go równie mocno.

Czy chcesz - zapytała niewinnie - sprawdzić, jak wiele razy ja mogę  cię  zmusić,  Ŝebyś

powiedział „proszę”?

Stefano patrzył na nią  przez chwilę  w milczeniu. W końcu nie wytrzymał, wpił się

niemal w jej usta i zaczął całować  je zachłannie. Nie przestawał, dopóki nie zakręciło mu się

w głowie. Dopiero wtedy ją  puścił, nie pozwalając jednak, by odsunęła się  na więcej niŜ

centymetr, dwa.

Znów spojrzał w jej oczy. KaŜdy mógłby się  w nich zatracić, utonąć  w ich głębi.

Stefano chciał się  w nich zatracić. Ale jeszcze bardziej chciał czegoś  innego.

- Chcę  cię  całować  -wyszeptał jej do ucha. Tak. Nie miała co do tego wątpliwości.

- AŜ  zemdlejesz w moich ramionach.

Poczuł dreszcz przebiegający przez jej ciało. Zobaczył, jak jej oczy zachodzą  mgłą.

Ku swojemu zaskoczeniu otrzymał jednak odpowiedź.

- Tak - odpowiedziała Elena, bez wahania... i na głos. Tak teŜ  zrobił.

Całował ją, a ona drŜała spazmatycznie. A potem, poniewaŜ  juŜ  nadszedł czas,

paznokciem rozciął  Ŝyłę  na swojej szyi.

Elena, która będąc człowiekiem, byłaby przeraŜona na myśl o piciu krwi innej osoby,

przywarła ustami do otwartej rany z cichym jękiem radości. Poczuł jej ciepłe wargi. Jego

ukochana piła jego krew. Chciałby oddać  jej całą  duszę, całego siebie. Wiedział,  Ŝe ona

czuła

to samo, gdy ofiarowała mu swoją  krew. To była więź, która ich łączyła.

Czuł się, jakby byli kochankami od początków wszechświata, od zarania pierwszej

gwiazdy w przedwiecznym mroku. To było coś  niezwykle pierwotnego i głęboko

background image

zakorzenionego w jego duszy. Kiedy poczuł, jak krew spływa do ust Eleny, musiał wtulić

twarz w jej włosy,  Ŝeby stłumić  krzyk A potem szeptał jej szalone słowa o tym, jak bardzo

kocha i  Ŝe nigdy juŜ  się  nie rozstaną. A potem zabrakło mu słów.

Wznosili się  w górę  w  świetle księŜyca. Zrównali się  z czubkami najwyŜszych drzew.

To była bardzo uroczysta, bardzo intymna chwila. Byli zbyt odurzeni rozkoszą, by

zwaŜać  na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Ale Stefano upewnił się  juŜ  wcześniej,  Ŝe nic

im

nie grozi, i wiedział,  Ŝe Elena zrobiła to samo. Las był bezpieczny, byli w nim sami, unosząc

się  w powietrzu, w  świetle księŜyca spływającym na nich jak błogosławieństwo.

Jedną  z najbardziej poŜytecznych rzeczy, jakich Damon ostatnio się  nauczył - bardziej

uŜyteczną    niŜ    latanie,  chociaŜ    to  teŜ    się    przydawało  -  była  umiejętność    całkowitego

ukrycia

się.

Musiał, oczywiście, opuścić  wszystkie zasłony, które ktoś  mógłby zauwaŜyć, nawet

przypadkiem. Ale to nie miało znaczenia, bo skoro nikt nie mógł go znaleźć, nikt nie mógł go

zaatakować. Więc był bezpieczny.

Gdy wyszedł z pensjonatu, ukrył się  w Starym Lesie.

To nie było tak,  Ŝe obchodziło go choć  trochę, co myślały o nim te ludzkie  śmiecie.

Przejmowanie się  tym byłoby jak zastanawianie się, co pomyśli o nim kurczak, zanim ugotuje

z niego rosół. A opinia jego brata była zdecydowanie na samym szczycie listy rzeczy, którymi

się  nie przejmował.

Ale była tam teŜ  Elena. I nawet jeŜeli ona zrozumiała -i próbowała sprawić, by inni

zrozumieli - to było zbyt upokarzające zostać  wyrzuconym na jej oczach.

I dlatego wycofałem się, pomyślał gorzko, do jedynego miejsca, które mogę  nazwać

domem. ChociaŜ  było to dość  irracjonalne, skoro mógłby spędzić  noc w najlepszym

(jedynym) hotelu w Fell's Church albo w domu jednej z wielu dziewcząt, które na pewno z

background image

chęcią  przyjęłyby pod swój dach znuŜonego wędrowca. Odrobina mocy wystarczyłaby do

uśpienia rodziców. Miałby dach nad głową i smaczną przekąskę.

Ale miał paskudny humor i chciał po prostu być  sam. Trochę  bał się  polować. Nie

potrafiłby  teraz  zachować    nad  sobą    kontroli.  Wszystko,  o  czym  mógł  pomyśleć,  to

cierpienie,

jakie zadałby kaŜdemu, kto znalazłby się  w zasięgu jego kłów:

Tymczasem zauwaŜył jednak,  Ŝe zwierzęta wracają. Wystarczyły mu do tego zwykłe

zmysły - nie uŜywał mocy, by nie zdradzić  swojej obecności. Nocny koszmar juŜ  się

skończył, a zwierzęta mają krótką pamięć.

Nagle, kiedy właśnie kładł się  na gałęzi, myśląc,  Ŝe czułby się  duŜo lepiej, gdyby

chociaŜ    Mutt  doznał  jakichś    powaŜnych  i  trwałych  obraŜeń,  zobaczył  ich.  Pojawili  się 

znikąd.

Stefano i Elena, trzymający się  za ręce, unoszący się  w powietrzu jak para uskrzydlonych

szekspirowskich kochanków. Jakby las był ich domem.

W pierwszej chwili nie mógł w to uwierzyć.

W następnej, kiedy juŜ  miał wylać  na nich gorzkie morze swojego sarkazmu, zaczęła

się  ich wspaniała scena miłosna.

Na jego oczach.

Unieśli się  nawet na jego wysokość, jakby chcieli,  Ŝeby nic mu nie umknęło. Całowali

się, pieścili i...

Uczynili go mimowolnym podglądaczem, chociaŜ  w miarę  jak ich pieszczoty stawały

się  coraz bardziej namiętne, patrzył na nich z coraz większą  wściekłością. Kiedy Stefano

rozciął sobie szyję, aby napoić  Elenę, Damon zazgrzytał zębami. Miał ochotę  krzyczeć,  Ŝe

kiedyś  ta dziewczyna mogła naleŜeć  do niego, kiedy mógł wypić  całą  jej krew, a ona

umarłaby szczęśliwa w jego ramionach, albo uczynić  ją  sobie posłuszną  i dać  jej rozkosz

swojej krwi.

background image

Którą obecnie dawał jej Stefano.

To było najgorsze. W zimnej furii wbijał paznokcie we wnętrze dłoni, patrząc, jak

Elena  owinęła  się    wokół  Stefano  jak  długi,  pełen  gracji  wąŜ    i  przywarła  ustami  do  jego

szyi.

Stefano miał zamknięte oczy, odchylił głowę, kierując twarz ku gwiazdom.

Na miłość  wszystkich demonów w piekle, czy oni nie mogliby juŜ  z tym skończyć?

Wtedy zauwaŜył,  Ŝe nie jest sam na swoim wygodnym drzewie.

Było tam coś  jeszcze, siedziało spokojnie na gałęzi obok niego. Więcej niŜ  jedno.

Stworzenia widocznie pojawiły się  tam, gdy był pochłonięty sceną  miłosną  i własnym

gniewem.  Niemniej,  jeŜeli  udało  im  się    go  podejść,  musiały  być    naprawdę,  naprawdę 

dobre.

Nikomu się  to nie udało od dwóch stuleci. MoŜe nawet trzech.

Zaskoczyło go to tak bardzo,  Ŝe z wraŜenia ześlizgnął się  z gałęzi.

Natychmiast pochwyciło go jakieś  długie, smukłe ramię. Gdy spojrzał w górę,

zobaczył parę  złotych,  śmiejących się  oczu.

Kim ty jesteś  do diabła? - zapytał. Nie obawiał się,  Ŝe podniebni kochankowie usłyszą

echo jego myśli. Nic, moŜe poza smokiem lub bombą  atomową, nie zwróciłoby teraz ich

uwagi.

Jestem piekielnym Shinichi, odpowiedział chłopiec. Miał najdziwniejsze włosy, jakie

Damon kiedykolwiek widział. Były gładkie, błyszczące i czarne, z końcówkami

zabarwionymi na ciemnoczerwone To nie był jednak normalny kolor, wyglądał raczej jak

Ŝywy płomień  otaczający jego głowę  i kark. Dodawał wiarygodności sposobowi, w jaki się

przedstawił: „piekielny Shinichi”. Chłopiec był bardzo przekonujący w roli diabła.

Z drugiej strony miał niewinne, złociste oczy anioła.

Większość  ludzi nazywa mnie po prostu Shinichi, dodał, ale błysk w jego oczach

mówił,  Ŝe to miał być Ŝart. Teraz znasz moje imię, a kim ty jesteś?

background image

Damon patrzył na niego w milczeniu.

ROZDZIAŁ 14

Elena obudziła się  następnego ranka w wąskim łóŜku Stefano. Uświadomiła to sobie,

zanim całkiem się  rozbudziła. Mam nadzieję,  Ŝe usprawiedliwiłam się  wczoraj jakoś

sensownie przed ciocią  Judith, pomyślała. Wczoraj - to pojęcie wydało jej się  niezbyt jasne.

O

czym  śniła,  Ŝe to przebudzenie wydało jej się  tak dziwne? Nie pamiętała. Rany, nic nie

pamiętała!

AŜ  nagle przypomniała sobie wszystko.

Podniosła się  z impetem, który wystrzeliłby ją  w powietrze, gdyby zrobiła to

poprzedniego dnia. Zaczęła nerwowo przetrząsać  wspomnienia.

Światło dnia. Przypomniała sobie  światło, w którym stała - bez pierścienia na palcu.

Spojrzała na obie dłonie. Nie ma pierścienia. Okno było odsłonięte i słońce  świeciło prosto

na

nią, ale nie czuła bólu. To niemoŜliwe. Wiedziała, pamiętała, miała to wyryte w kaŜdej

komórce swojego ciała,  Ŝe  światło słoneczne zabija. Nauczyła się  tego, gdy raz tylko na

moment wystawiła nieosłoniętą  dłoń  na  Ŝer słonecznych promieni. Nigdy nie zapomni tego

bólu.  Myślała  teŜ,    Ŝe  nigdy  nie  zapomni,    Ŝe  nie  wolno  jej  nigdzie  ruszać    się    bez

pierścienia na

palcu - pierścienia, który sam w sobie był piękny, ale jeszcze piękniejszy dzięki swej

ochronnej mocy. Bez tego mogłaby...

Och.

Och!

Ale przecieŜ  to juŜ  się  stało, prawda?

Umarła.

Nie tylko wtedy, gdy została przemieniona w wampira, ale umarła naprawdę  i

ostatecznie. Odeszła do krainy, z której nikt nie wraca. W jej własnym przekonaniu powinna

background image

była rozpaść  się  na miliony atomów albo trafić  prosto do piekła.

Ale nic takiego się  nie stało.  Śniła o jakichś  osobach, które dawały jej rodzicielskie

rady, i o tym,  Ŝe bardzo chciała pomóc ludziom, których nagle tak duŜo łatwiej było

zrozumieć. Szkolny łobuziak? Nagle widziała, jak jego ojciec alkoholik noc w noc

wyładowuje na nim swoją  frustrację  i gniew. Ta dziewczyna, która nigdy nie odrabiała

zadania domowego? Musiała wyŜywić  troje młodszego rodzeństwa, podczas gdy jej matka

cały dzień  nie wstawała z kanapy. To zajmowało cały jej czas. KaŜde zachowanie, dobre czy

złe, miało swoje przyczyny, które teraz dostrzegała.

Komunikowała się  teŜ  z ludźmi poprzez ich sny. A potem w Fell's Church pojawiła się

jedna z pradawnych istot. Wszystko, co mogła zrobić, to przeciwstawić  jej się  w snach i nie

uciec. Ludzie musieli zwrócić  się  o pomoc do Stefano - i Damon został równieŜ  wezwany

przez przypadek. Elena pomagała im, jak tylko mogła, nawet kiedy było to juŜ  nie do

zniesienia, bo pradawne istoty wiedzą, jak działa miłość  i jak manipulować  ludźmi. I jak

sprawić, by ich wrogowie robili to, czego one chcą. Ale walczyli z tym wrogiem i wygrali. A

Elena, próbując uleczyć śmiertelne rany Stefano, w jakiś  sposób w końcu stała się  znowu

śmiertelna:  obudziła  się    naga,  leŜąc  na  ziemi  w  Starym  Lesie,  przykryta  kurtką    Damona,

który

zniknął, nie czekając na podziękowanie.

Przebudziły się  wtedy najprostsze rzeczy: jej zmysły, jej serce, ale nie jej umysł.

Stefano był dla niej taki dobry.

- A teraz? Kim jestem? - zapytała na głos, przyglądając się  swoim dłoniom, swojemu

ciału, posłusznemu siłom grawitacji. Powiedziała przecieŜ,  Ŝe dla Stefano wyrzeknie się

nawet latania. Ktoś  widać  trzymał ją  za słowo.

- Jesteś  piękna - odpowiedział jej ukochany, nie poruszając się, pogrąŜony jeszcze w

półśnie. Po ułamku sekundy podniósł się  gwałtownie. - Ty mówisz!

background image

- Wiem o tym.

- Do rzeczy!

- Dziękuję  serdecznie.

- Całymi zdaniami!

- ZauwaŜyłam.

- Proszę, powiedz coś  dłuŜszego - nalegał Stefano, jakby nie wierzył w to, co słyszy.

- Chyba za wiele zadawałeś  się  z moimi przyjaciółmi. Twoja prośba zdradza

zuchwałość  Bonnie, uprzejmość  Matta i dociekliwość  Meredith.

- Eleno, to ty!

Zamiast kontynuować  ten  śmieszny dialog, odpowiadając „Stefano, to ja!”, Elena

zamilkła i się  zamyśliła. Powoli wstała z łóŜka. Stefano pospiesznie odwrócił wzrok i podał

jej szlafrok. Stefano? Stefano?

Cisza.

Kiedy obrócił się  po odpowiednio długiej chwili, zobaczył,  Ŝe Elena klęczy na

podłodze, w promieniach słońca wpadaj ących przez okno, trzymając szlafrok w rękach.

- Elena? - Wiedziała,  Ŝe wydawała mu się  teraz bardzo młodym aniołem pogrąŜonym

w medytacji.

- Stefano.

- Ty płaczesz.

- Znowu jestem człowiekiem. Niczym mniej i niczym więcej. Zdaje się,  Ŝe

potrzebowałam po prostu kilku dni,  Ŝeby tak się  stało.

Spojrzała mu w oczy. Były zawsze zielone. Jak szmaragdy podświetlone od tyłu. Jak

letni liść  oglądany pod słońce.

Potrafię  czytać  w twoich myślach.

- Ale ja nie potrafię  czytać  w twoich, Stefano. Chwytam tylko ogólny sens, a i tego nie

background image

jestem pewna... nie moŜemy na to liczyć.

Eleno, mam w tym pokoju wszystko, czego potrzebuję. Usiądź  koło mnie, a będę

mógł powiedzieć,  Ŝe wszystko, czego potrzebuję, jest na tym łóŜku.

Nie usiadła koło niego, ale wstała i rzuciła mu się  w ramiona.

- WciąŜ  jestem bardzo młoda - wyszeptała, obejmując go mocno. - A jeŜeli liczyć  dni,

to nie było za wiele takich...

- Ja wciąŜ  jestem dla ciebie zdecydowanie za stary. Ale móc na ciebie patrzeć  i

widzieć,  Ŝe ty patrzysz na mnie...

- Powiedz,  Ŝe będziesz mnie zawsze kochał.

- Będę  cię  zawsze kochał.

- Cokolwiek się  stanie.

- Eleno, Eleno, kochałem cię  jako  śmiertelną  dziewczynę, jako wampira, jako ducha,

jako dziecko podobne do anioła. Teraz znów kocham cię jako ludzką  istotę.

- Obiecaj,  Ŝe będziemy razem.

- Będziemy razem.

- Nie. Stefano, to ja. - Dotknęła czoła, jakby chciała podkreślić,  Ŝe za piękną  twarzą

kryje się Ŝywy i błyskotliwy umysł. - Znam cię. Nawet jeŜeli nie mogę  czytać  w twoich

myślach, potrafię  czytać  z twojej twarzy. Twoje dawne lęki wróciły, prawda?

Odwrócił wzrok.

- Nigdy cię  nie opuszczę.

- Ani na jeden dzień? Ani na chwilę?

Zawahał się  przez chwilę  i spojrzał znowu na nią. JeŜeli tego naprawdę  chcesz. Nie

opuszczę  cię, nawet na chwilę. Teraz przesyłał jej swoje myśli, wiedziała o tym, bo mogła je

usłyszeć.

- Uwalniam cię  od wszystkich obietnic.

background image

- Eleno, ale one są  szczere.

- Wiem. Ale kiedy juŜ  odejdziesz, chcę Ŝebyś  miał czyste sumienie.

Nawet bez nadnaturalnych zdolności potrafiła odczytać  z twarzy Stefano kaŜdy niuans

jego myśli: Kaprysy. W końcu, dopiero się  obudziła. Jest oszołomiona. Elenie nie zaleŜało

na

tym,  Ŝeby którekolwiek z nich było mniej oszołomione. To dlatego ugryzła go lekko w

podbródek, dlatego go całowała. Z pewnością, pomyślała, jedno z nas jest oszołomione...

Czas wydawał się  rozciągać  tak bardzo,  Ŝe w końcu się  zatrzymał. Wszelkie

oszołomienie zniknęło, wszystko stało się  absolutnie jasne. Elena wiedziała,  Ŝe Stefano wie,

czego ona pragnie, i  Ŝe chciał zrobić  wszystko, o co ona go poprosi.

Bonnie wpatrywała się  w cyfry na ekranie swojego telefonu. Dzwonił Stefano.

Nerwowo przeczesała palcami włosy i odebrała.

To nie był Stefano, ale Elena. Bonnie zaczęła chichotać  i mówić  jej,  Ŝeby nie bawiła

się  zabawkami Stefano, bo one przeznaczone są  dla dorosłych... aŜ  w końcu do niej dotarło.

- Elena?

- Czy za kaŜdym razem będę  to słyszeć? Czy tylko od najbliŜszych mi osób?

- Elena?

- Elena. Całkiem przebudzona - wtrącił Stefano, pojawiając się  na ekranie. -Jak tylko

wstaliśmy, postanowiliśmy zadzwonić...

- Ele... ale jest południe! -wypaliła Bonnie.

- Byliśmy zajęci paroma drobnymi sprawami - wyjaśniła Elena. CzyŜ  to nie było

cudowne, słyszeć, jak to mówi! Półniewinnie i z wielkim zadowoleniem z siebie, sprawiając,

Ŝe masz ochotę  objąć  ją i błagać  o wszystkie szczegóły.

- Elena. - Bonnie wciąŜ  nie mogła się  otrząsnąć. Oparła się  o  ścianę, a potem osunęła

na  podłogę.  Z  jej  oczu  pociekły  łzy.  -  Elena,  oni  powiedzieli,    Ŝe  musisz  opuścić    Fell's

Church.

background image

Odjedziesz?

Tym razem to Elena była w szoku.

- Co powiedzieli?

- Ze ty i Stefano musicie stąd odejść  na zawsze.

- Nigdy w  Ŝyciu!

- Kochanie moje... - zaczął Stefano, ale nagle przerwał i tylko otwierał i zamykał usta,

nie mogąc wykrztusić  ani słowa.

Bonnie przyglądała mu się. To się  zdarzyło poza widokiem kamery, ale mogłaby

przysiąc,  Ŝe „kochanie” właśnie uderzyło Stefano łokciem w brzuch.

- Spotykamy się  o drugiej? - zapytała Elena.

Bonnie wróciła do rzeczywistości. Elena nigdy nie dawała nikomu czasu na

zastanowienie.

- Jasne!

Thank y ou for evaluating PDF to ePub Converter.

To get full version, y ou need to purchase the software from : http://www.pdf-epub-converter.com /convert-to-epub-purchase.htm l

background image

Elena - Meredith oddychała cięŜko. - Elena! Elena!

- Meredith. Nie zmuszaj mnie do płaczu, ta bluzka jest z czystego jedwabiu!

- Bo to jest moje sari z czystego jedwabiu! Elena wyglądała niewinnie jak anioł.

- Wiesz, Meredith, chyba sporo urosłam ostatnio...

- JeŜeli chcesz powiedzieć  „więc tak naprawdę  na mnie leŜy lepiej” - w głosie

Meredith słychać  było groźbę  - to ostrzegam Cię, Eleno Gilbert... - Przerwała i obie

dziewczyny wybuchnęły  śmiechem, a potem płaczem. -Weź  je sobie! Weź ją!

- Stefano? - Matt potrząsnął telefonem, najpierw delikatnie, potem duŜo mocniej. - Nie

widzę...  -  Przerwał  i  głośno  przełknął    ślinę.  -  E  -  le  -  na?  -  wykrztusił  powoli,  robiąc

przerwę

po kaŜdej sylabie.

- Tak, Matt. Wróciłam. Tu juŜ  wszystko w normie. -PrzyłoŜyła palec do czoła. -

Spotkasz się  z nami?

Matt nachylił się  nad swoim nowym, niemal sprawnym samochodem.

- Dzięki Bogu, dzięki Bogu - powtarzał.

- Matt? Nie widzę  cię. Wszystko w porządku? - On chyba zemdlał.

- Matt? - wtrącił Stefano. - Elena naprawdę  chce cię  zobaczyć.

- Tak, tak. - Matt podniósł głowę  i spojrzał w telefon, wciąŜ  mrugając z

niedowierzaniem. - Elena, Elena...

- Tak mi przykro, Matt. Nie musisz przychodzić... Matt zaśmiał się  krótko.

- Czy to na pewno Elena?

Ten uśmiech Eleny złamał juŜ  niejedno serce.

- W takim razie, panie Honeycutt, nalegam,  Ŝeby spotkał się  pan z nami w wiadomym

miejscu o drugiej. Czy to brzmi bardziej jak Elena?

- Prawie ci się  udało. Władczy styl dawnej Eleny. -Teatralnie odkaszlnął i pociągnął

nosem. - Przepraszam, jestem trochę  przeziębiony. A moŜe to alergia.

background image

- Nie wygłupiaj się, Matt. Zachowujesz się  jak dziecko. Ja zresztą  teŜ. Tak samo jak

Bonnie i Meredith, kiedy do nich dzwoniłam. Ja płakałam juŜ  prawie cały dzień, więc muszę

się  naprawdę  pospieszyć,  Ŝeby zdąŜyć  z piknikiem. Meredith przyjedzie po ciebie. Weź 

coś

do jedzenia albo picia. Pa!

Elena odłoŜyła telefon, oddychając cięŜko.

- To nie było łatwe.

- On wciąŜ  cię  kocha.

- Wolałby,  Ŝebym została dzieckiem do końca  Ŝycia?

- MoŜe podobał mu się  sposób, w jaki się  witałaś  i  Ŝegnałaś.

- Nie drocz się  ze mną.

- Nigdy w  Ŝyciu - odpowiedział łagodnie Stefano. A potem chwycił jej dłoń. - Chodź,

pójdziemy na zakupy. Potrzebujesz samochodu.

Pociągnął ją  za rękę. Elena nagle wystrzeliła do góry tak gwałtownie,  Ŝe musiał ją

przytrzymać,  Ŝeby nie uderzyła o sufit.

- Myślałem,  Ŝe podlegasz juŜ  siłom grawitacji!

- Ja teŜ! Co mam zrobić?

- Spróbuj pomyśleć  o powaŜnych, trudnych sprawach.

- A jeŜeli to nie pomoŜe?

- Kupimy ci kotwicę !

O drugiej Stefano i Elena dotarli na cmentarz nowym czerwonym jaguarem. Elena

owinęła głowę  szalem, który ukrywał jej włosy i dolną  połowę  twarzy. Do tego włoŜyła

ciemne okulary i czarne koronkowe rękawiczki, które w młodości nosiła pani Flowers.

Meredith uznała,  Ŝe wygląda niezwykle malowniczo w tym wszystkim, w jej fioletowym sari

i dŜinsach. Razem z Bonnie rozłoŜyły przed chwilą  koc, a mrówki zdąŜyły juŜ  skosztować

kanapek, winogron i dietetycznej sałatki z makaronu.

background image

Elena opowiedziała o tym, jak obudziła się  tego ranka. Ilość  pocałunków i uścisków,

które następnie wymieniły z dziewczynami, była trudna do zniesienia dla męskiej części

towarzystwa.

- Chcesz rozejrzeć  się  po lasach w tej okolicy? Sprawdzić, czy są  tam malaki? -

zapytał Matt Stefano.

- Lepiej,  Ŝeby ich nie było. JeŜeli las tak daleko od miejsca waszego wypadku teŜ  jest

nawiedzony...

- To nie jest dobrze?

- To jest bardzo  źle.

Mieli juŜ  odejść  w stronę  lasu, kiedy Elena ich zatrzymała.

- Przestańcie juŜ  być  tacy męscy i opanowani - dodała. - Tłumienie uczuć  nie jest

dobre. WyraŜanie ich jest duŜo zdrowsze.

- Słuchaj, jesteście twardsze, niŜ  myślałem - odpowiedział Stefano. - Piknik na

cmentarzu?

- Elenę  często moŜna było tu zastać  - wyjaśniła Bonnie, wskazując na pobliski

nagrobek nacią  selera.

- To grób moich rodziców. Po wypadku zawsze czułam się  bliŜej nich tutaj niŜ

gdziekolwiek indziej. Przychodziłam tu, kiedy było mi  źle albo kiedy potrzebowałam

odpowiedzi.

- Dostawałaś  je? - zapytał Matt, wyciągając korniszona ze słoika i podając słoik dalej.

- WciąŜ  nie jestem pewna. - Elena zdjęła okulary, szal i rękawiczki. - Ale zawsze

czułam się  lepiej po przyjściu tutaj. Dlaczego pytasz? Potrzebujesz jakiejś  odpowiedzi?

- Tak, właściwie tak - powiedział Matt ku powszechnemu zaskoczeniu. Gdy zauwaŜył,

Ŝe znalazł się  w ten sposób w centrum uwagi, zarumienił się. Bonnie obróciła się  w jego

stronę, Meredith i Elena, które leŜały oparte na łokciach, usiadły. Stefano, który stał obok,

background image

oparty o jeden z grobowców, przykucnął.

- Jakiej, Matt?

- Chciałam powiedzieć,  Ŝe nie wyglądasz dzisiaj za dobrze - wtrąciła zatroskana

Bonnie.

- Dzięki - odparował kwaśno.

W wielkich brązowych oczach pojawiły się  łzy.

- Nie miałam na myśli...

Ale nie zdąŜyła skończyć. Meredith i Elena objęły ją, przysuwając się  blisko i tworząc

przyjacielska falangę. Przekaz był jasny: kaŜdy, kto zadziera z jedną  z nich, będzie miał do

czynienia ze wszystkimi trzema.

Meredith uniosła brew.

- Sarkazm zamiast uprzejmości? Nie takiego Matta znałam.

- Bonnie tylko chciała być  miła - wyjaśniła Elena. - To nie była ładna odpowiedź.

- Dobrze, dobrze! Przepraszam. Bonnie, naprawdę  przepraszam. - Zwrócił się  do niej

zawstydzony.  -  Nie  powinienem  był  tak  zareagować.  Wiem,    Ŝe  nie  miałaś    nic  złego  na

myśli.

Ja... ja po prostu nie wiem juŜ, co mówię  i robię. W kaŜdym razie, chcecie się  dowiedzieć,

o

co mi chodzi, czy nie?

Wszyscy chcieli.

- Dobra, juŜ  mówię. Poszedłem dzisiaj rano odwiedzić  Jima Bryce'a. Pamiętacie go?

- Jasne. Chodziłam z nim kiedyś. Kapitan druŜyny koszykarskiej. Miły chłopak.

Trochę  za młody, ale... -Meredith wzruszyła ramionami.

- Jim jest w porządku. - Matt przełknął  ślinę. - Po prostu. .. nie chcę  plotkować  czy

coś...

- Mów! - Trzy dziewczyny rozkazały mu chórem. Matt się  skulił.

background image

- Dobrze, dobrze! Miałem tam być  o dziesiątej, ale byłem trochę  wcześniej i zastałem

Caroline. Właśnie wychodziła.

Dziewczyny wstrzymały oddech. Stefano spojrzał na Matta badawczo.

- Masz na myśli,  Ŝe spędziła u niego noc?

- Stefano! - zaczęła Bonnie. - Nie tak działają  płotki. Nie moŜesz mówić  tak

otwarcie...

- Nie - przerwała jej Elena. - Niech Matt odpowie. Pamiętam dość  z ostatnich dni,

Ŝeby się  niepokoić  o Caroline.

- Rzeczywiście są  powaŜne powody - dodał Stefano. Meredith skinęła głową.

- To nie jest plotka. To jest bardzo waŜna informacja.

- W porządku - ciągnął Matt. - Tak właśnie pomyślałem. Jim powiedział,  Ŝe przyszła

wcześniej,  Ŝeby zobaczyć  się  z jego młodszą  siostrą. Ale Tamra ma tylko piętnaście lat.

Poza

tym zarumienił się  strasznie, jak o tym mówił.

Bonnie, Elena, Meredith i Stefano wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

- Caroline zawsze była... no, wiecie... - pierwsza skomentowała Bonnie.

- Ale nigdy nie słyszałam,  Ŝeby chociaŜ  spojrzała na Jima - odpowiedziała Meredith.

Spojrzeli na Elenę, jakby spodziewali się,  Ŝe wyjaśni im wszystko.

- Nie widzę Ŝadnego powodu,  Ŝeby odwiedzała Tamrę. - Pokręciła głową  i zwróciła

się  do Matta. - Poza tym nie skończyłeś. Co jeszcze się  stało?

- Coś  więcej się  stało? Pokazała swoją  bieliznę? -Bonnie roześmiała się, ale

natychmiast przestała, gdy zobaczyła rumieniec na twarzy Matta. - No, Matt, nam moŜesz

wszystko powiedzieć.

Chłopak wziął głęboki oddech i zamknął oczy.

- No więc tak, kiedy Caroline wychodziła, to... to chyba postanowiła mnie poderwać.

- Co zrobiła?

background image

- Nigdy...

- Co dokładnie zrobiła? - nalegała Elena.

- Kiedy Jim myślał,  Ŝe ona juŜ  poszła, zszedł do garaŜu po piłkę. A wtedy Caroline

nagle  wróciła  i  powiedziała...  Zresztą    niewaŜne,  co  powiedziała.  Chodziło  o  to,    Ŝe  woli

futbol

od koszykówki i czy ja zamierzam być  sportowcem.

- I co ty na to? - Bonnie była wyraźnie zafascynowana.

- Nic. Tylko się  na nią  patrzyłem.

- I potem Jim wrócił? - podpowiedziała Meredith.

- Nie. Caroline odeszła, rzucając mi na poŜegnanie spojrzenie, po którym było jasne,

co miała na myśli. A potem przyszła Tami. - Twarz Matta była juŜ  purpurowa. -A potem...

nie

wiem,  jak  to  powiedzieć.  MoŜe  Caroline  powiedziała  jej  coś    o  mnie,    Ŝeby  ją    do  tego

skłonić,

bo ona...

- Matt. - Stefano odezwał się  po raz pierwszy, odkąd zaczęli ten temat. Pochylił się  do

przodu i mówił cicho i powoli. - Nie pytamy dlatego,  Ŝe chcemy posłuchać  plotek. Chcemy

się  dowiedzieć, czy w Fell's Church dzieje się  coś  naprawdę  złego. Więc, proszę, powiedz

nam, co się  stało.

ROZDZIAŁ 15

Matt pokiwał głową, ale zarumienił się  aŜ  po nasadę  włosów.

- Tami... objęła mnie...

Urwał, a reszta zamarła w milczącym oczekiwaniu.

- Matt, czy masz na myśli,  Ŝe cię  uściskała? - zapytała w końcu Meredith. - Tak po

koleŜeńsku? Czy... -Nie skończyła pytania, bo Matt zaczął gwałtownie kręcić  głową.

- To nie był niewinny uścisk. Byliśmy sami, staliśmy w drzwiach i ona... No, nie

mogłem w to uwierzyć. Ona ma tylko piętnaście lat, a zachowywała się  jak dorosła kobieta.

background image

To znaczy... nie,  Ŝeby dorosła kobieta kiedykolwiek zrobiła mi coś  takiego.

Na jego twarzy zakłopotanie mieszało się  wyraźną  ulgą,  Ŝe pozbył się  tego cięŜaru.

Spojrzał po kolei na kaŜdego ze swoich przyjaciół.

- No i co o tym myślicie? Czy to tylko przypadek,  Ŝe Caroline tam była? Czy moŜe

coś  powiedziała Tami?

- To nie przypadek - odpowiedziała bez wahania Elena. - To byłoby zbyt

niewiarygodne: najpierw Caroline składa ci jakieś  propozycje, a potem Tami zachowuje się 

w

ten sposób. Znam... znałam ją. To miła, grzeczna dziewczynka. A przynajmniej była taka.

- WciąŜ  jest - dodała Meredith. - Mówiłam wam, spotykałam się  kiedyś  z Jimem. To

naprawdę    miłe  dziecko,  ani  trochę    nie  za  bardzo  dojrzałe  jak  na  swój  wiek.  Nie  sądzę,

 Ŝeby

normalnie mogła zrobić  cokolwiek niestosownego, chyba  Ŝe... - Przerwała i zapatrzyła się 

w

przestrzeń, po czym wzruszyła ramionami, nie kończąc zdania.

Bonnie wyglądała na powaŜnie zatroskaną.

- Ale musimy coś  z tym zrobić  - powiedziała. - Co jeśli zachowa się  tak wobec

chłopaka,  który  nie  jest  tak  uprzejmy  i  nieśmiały  jak  Matt?  To  się    moŜe  dla  niej    źle

skończyć.

- W tym cały problem. - Matt znowu poczerwieniał. -To znaczy, to dość

skomplikowane... Gdyby to była jakaś  inna dziewczyna, z którą  umówiłbym się  na randkę...

Nie  Ŝebym chodził na randki - dodał szybko, spoglądając na Elenę.

- Ale powinieneś  - odpowiedziała z naciskiem. - Matt, nie oczekuję  od ciebie

wierności  na  wieki.  Nic  nie  ucieszyłoby  mnie  tak,  jak  widok  ciebie  z  jakąś    fajną 

dziewczyną.

-Jakby przypadkiem, rzuciła spojrzenie w stronę  Bonnie, która właśnie z wielkim

zaangaŜowaniem gryzła nać  selera.

background image

- Stefano, tylko ty moŜesz nam powiedzieć, co mamy zrobić.

Stefano zmarszczył brwi.

- Nie mam pojęcia. Na razie za mało wiemy,  Ŝeby coś  wnioskować.

- Więc co, będziemy czekać, co dalej zrobi Caroline? Albo Tami? - zapytała Meredith.

- Nie będziemy czekać. Musimy się  dowiedzieć  więcej. Powinniście mieć  na nie oko,

a ja spróbuję  znaleźć  jakieś  wyjaśnienie.

- Cholera! -Elena uderzyła pięścią  o ziemię. - Prawie... - Przerwała nagle, czując na

sobie zdumione spojrzenia przyjaciół. Bonnie z wraŜenia upuściła seler, a Matt zakrztusił się

colą. Nawet Meredith i Stefano nie ukrywali zdziwienia. - Co?

Meredith pierwsza odzyskała mowę.

- Po prostu wczoraj... cóŜ, anioły nie klną.

- Czy tylko dlatego,  Ŝe umarłam kilka razy, mam mówić  „niech to kurczę  kopnie”

przez resztę Ŝycia? Nie ma mowy. Zamierzam być  sobą, kimkolwiek jestem.

- Dobrze - zgodził się  Stefano, całując ją w czubek głowy. Matt odwrócił wzrok. Elena

tylko poklepała Stefano po ramieniu, ale w myślach przesłała mu głośne „kocham cię”.

Wiedziała,  Ŝe to usłyszy, nawet jeŜeli jej nie uda się  odczytać  odpowiedzi. Udało jej się

jednak - miała wraŜenie,  Ŝe wokół Stefano unosił się  ciepły róŜany cień.

Czy to właśnie Bonnie nazywała aurą? Elena uświadomiła sobie,  Ŝe przez cały dzień

widziała wokół Stefano cień  jasny, zimny, w kolorze zbliŜonym do szmaragdu - o ile cień

moŜe być  jasny. Teraz znów zieleń  wracała, w miarę  jak ustępował róŜ.

Rozejrzała się  wokół, przyglądając się  pozostałym przyjaciołom. Bonnie równieŜ

otoczona była aurą w kilku bladych odcieniach róŜu. Meredith - głębokim, ciemnym fioletem.

Matt - mocnym błękitem.

Przypomniało jej to,  Ŝe aŜ  do wczoraj - czy tylko do wczoraj? - widziała tak wiele

rzeczy, których nikt inny nie widział. W tym coś, co ją wystraszyło.

background image

Co to było? Wracały do niej fragmenty obrazów - drobne szczegóły, same w sobie

dość  straszne. To mogło być  małe jak paznokieć  albo rozmiarów muskularnego ramienia.

Ciało pokryte czymś  jakby korą. Czułki jak u owada, ale było ich bardzo wiele, były długie i

poruszały się  bardzo szybko. Było w tym coś  odraŜającego, co zawsze czuła, myśląc o

owadach. Więc to był jakiś  robak. Ale robak zbudowany zupełnie inaczej niŜ  jakikolwiek,

którego widziała. Przypominał bardziej pijawkę  albo kałamarnicę. Miał okrągły otwór

gębowy, otoczony ostrymi zębami i bardzo wiele macek, które poruszały się  w powietrzu jak

bicze.

To moŜe się  przyczepić  do kogoś, pomyślała. Ale miała teŜ  przeraŜające przeczucie,

Ŝe moŜe zrobić  duŜo więcej.

MoŜe stać  się  przezroczyste i wniknąć  do wnętrza ciebie, a ty nie poczujesz nic poza

ukłuciem.

I co się  wtedy stanie?

Zwróciła się  do Bonnie.

- Czy sądzisz,  Ŝe gdybym pokazała ci, jak coś  wygląda, to potrafiłabyś  to ponownie

rozpoznać? Nie oczami...

- To zaleŜy, jakie coś  - odpowiedziała ostroŜnie Bonnie. Elena spojrzała na Stefano,

który nieznacznie skinął głową.

- Więc zamknij oczy - powiedziała.

Bonnie usłuchała. Elena dotknęła palcami wskazującymi jej skroni, a kciuki połoŜyła

delikatnie  na  jej  powiekach.  Próbowała  uruchomić    swoje  moce.  Wczoraj  było  to  takie

proste,

a dziś  wydawało jej się,  Ŝe próbuje skrzesać  ogień, uderzając o siebie dwoma kamieniami.

W końcu poczuła iskrę. Bonnie odsunęła się  gwałtownie i otworzyła szeroko oczy.

- Co to było? - zawołała, oddychając cięŜko.

- To, co widziałam wczoraj.

background image

- Gdzie?

- W ciele Damona - odpowiedziała Elena powoli.

- Jak to? Czy on nad tym panował? Czy... czy... -Bonnie urwała, a jej oczy stały się

jeszcze większe.

Elena dokończyła za nią.

- Czy to coś  panowało nad nim? Nie wiem. Ale jedno, co wiem prawie na pewno, to

to,  Ŝe był pod wpływem malaka, kiedy zignorował twoje wezwanie.

- Pytanie brzmi: jeŜeli nie Damon, to co kontrolowało tę  istotę? - Stefano podniósł się

niespokojnie. - Zobaczyłem obraz, który ci pokazała Elena. To nie jest coś, co ma własny

umysł. Ktoś  musi to kontrolować  z zewnątrz.

- Na przykład inny wampir? - zapytała cicho Meredith. Stefano wzruszył ramionami.

- Wampiry zwykle je ignorują, bo potrafią  same zdobyć  wszystko, czego pragną. To

musiała  być    bardzo  potęŜna  istota,  skoro  udało  jej  się    uŜyć    malaka  do  opanowania

wampira.

PotęŜna i zła.

- Ci tam - powiedział Damon ze swojego miejsca na gałęzi dębu - to właśnie oni. Mój

młodszy brat i jego... przyjaciele.

- Cudownie - szepnął Shinichi. Usadowił się  na gałęzi z jeszcze większą  gracją  i

nonszalancją    niŜ    Damon.  Nawet  w  tym  zakresie  rywalizowali  ze  sobą.  Damon  zauwaŜył,

jak

oczy Shinichiego zabłysły raz i drugi na widok Eleny i na wzmiankę  o Tami.

- Nawet mi nie mów,  Ŝe nie masz nic wspólnego z tymi dziewczynami - dodał Damon.

- Od Caroline do Tamry i dalej, taki jest plan, co?

Shinichi pokręcił głową. Wpatrywał się  w Elenę  i zaczął nucić  coś  pod nosem. Coś  o

policzkach jak płatki róŜ  i włosach jak złoto.

- Z tymi dziewczynami bym nie próbował. - Damon uśmiechnął się, chociaŜ  wcale nie

background image

Ŝartował.  ZmruŜył  oczy.  -  To  prawda,    Ŝe  wyglądają    na  mniej  więcej  równie  mocne  jak

mokry

papier toaletowy. Ale są  duŜo silniejsze, niŜ  byś  się  spodziewał. Zwłaszcza jeŜeli jedna z

nich

jest w niebezpieczeństwie.

- Mówiłem ci juŜ,  Ŝe to nie moja robota - powiedział Shinichi. Po raz pierwszy, odkąd

się  spotkali, wyglądał na zakłopotanego. - Ale moŜliwe,  Ŝe znam sprawcę.

- Powiedz.

- Czy wspominałem o mojej młodszej siostrze bliźniaczce? Ma na imię  Misao. -

Uśmiechnął się  szeroko. - To znaczy „dziewica”.

Damon natychmiast poczuł, jak rośnie jego apetyt, ale zignorował to. Było mu zbyt

wygodnie,  Ŝeby myśleć  teraz o polowaniu. Poza tym nie był pewien, czy moŜna polować  na

kitsune - duchy lisy - do których Shinichi twierdził,  Ŝe naleŜy.

- Nie, nie wspominałeś  - powiedział więc, drapiąc się  po karku.  Ślad po ukąszeniu

zniknął, ale wciąŜ  odczuwał swędzenie. - Musiało ci wylecieć  z głowy.

- No więc ona gdzieś  tu jest. Przybyła tu w tym czasie co ja, kiedy zobaczyliśmy

rozbłysk mocy, jaki nastąpił przy powrocie... Eleny.

Damon był pewien,  Ŝe Shinichi tylko udawał wahanie przed wypowiedzeniem imienia

Eleny. Przechylił głowę, zrobił minę  typu „nie myśl,  Ŝe mnie oszukasz” i słuchał dalej.

- Misao lubi gry - powiedział krótko Shinichi.

- Och, tak? Szachy, warcaby, karty?

Shinichi zakaszlał teatralnie, ale Damon zdołał dostrzec czerwony błysk w jego oku.

On rzeczywiście jest nadopiekuńczy wobec niej, pomyślał. Posłał mu jeden ze swoich

najjaśniejszych uśmiechów.

- Kocham ją  - powiedział młody człowiek z czarnymi włosami, które wyglądały, jakby

ich  końcówki  płonęły    Ŝywym  ogniem.  Tym  razem  w  jego  głosie  słychać    było  otwartą 

groźbę.

background image

- Oczywiście - odpowiedział Damon ugodowym tonem. - To widać.

- Ale, cóŜ, jej gry zwykle kończą  się  zniszczeniem jakiegoś  miasta. Ostatecznie. Nie

od razu.

Damon wzruszył ramionami.

- Nikt nie będzie  Ŝałował tej zabitej dechami dziury. Oczywiście, najpierw ja zabiorę

stąd moje dziewczyny.

- Teraz to w jego głosie pojawiło się  ostrzeŜenie.

- Jak sobie  Ŝyczysz. - Shinichi wrócił do swojego normalnego, uległego tonu. -

Jesteśmy sojusznikami i dotrzymamy umowy. Inaczej szkoda by było tracić... to wszystko.

- Znów spojrzał w stronę  Eleny.

- W kaŜdym razie nie będziemy dyskutować  o tym zgrzycie z twoimi malakami. Czy

teŜ    jej  malakami.  Jestem  pewien,    Ŝe  unicestwiłem  przynajmniej  trzy  sztuki,  ale  jeŜeli

zobaczę

jeszcze jednego, koniec naszej umowy. Nie chcesz mieć  mnie za wroga, Shinichi. Uwierz mi.

Wyglądało na to,  Ŝe na Shinichim zrobiło to wraŜenie. Pokiwał grzecznie głową. Ale

po chwili znów patrzył na Elenę  i nucił swoją  piosenkę  o złotych włosach i mlecznobiałych

ramionach.

- I chcę  spotkać  się  z tą twoją Misao. Dla jej dobra.

- Wiem,  Ŝe ona chce spotkać  się  z tobą. Jest teraz zajęta swoją  intrygą, ale spróbuję  ją

oderwać  na chwilę. - Shinichi przeciągnął się  leniwie.

Damon przyglądał mu się  przez chwilę, po czym teŜ  się  przeciągnął.

Shinichi uśmiechnął się  na ten widok.

Damona zdziwił ten uśmiech. ZauwaŜył,  Ŝe za kaŜdym razem, gdy się  uśmiecha, w

oczach Shinichiego pojawiają  się  dwa małe szkarłatne płomienie.

Ale był zdecydowanie zbyt zmęczony, by teraz o tym myśleć. Zbyt odpręŜony.

Właściwie to czuł się  senny...

background image

- Więc będziemy szukać  tych malaków u dziewczyn takich jak Tami - zapytała

Bonnie.

- Właśnie takich jak Tami - przytaknęła Elena.

- I myślisz - wtrąciła Meredith -  Ŝe Tami przejęła to jakoś  od Caroline.

- Tak. Wiem, wiem, pytanie brzmi: skąd to się  wzięło u Caroline? Tego nie wiem. Ale

nie wiem teŜ, nikt z nas nie wie, co się  z nią  działo, kiedy została porwana przez Klausa i

Tylera Smallwooda. Nie mamy pojęcia, co robiła przez ostatni tydzień, poza tym,  Ŝe nie

przestała nas nienawidzić.

Matt złapał się  za głowę.

- I co potem zrobimy? Czuję  się  za to odpowiedzialny.

- Nie. Jimmy jest odpowiedzialny, jeŜeli ktokolwiek. JeŜeli on... wiecie, spędził noc z

Caroline, a potem pozwolił jej opowiedzieć  o tym swojej piętnastoletniej siostrze... To nie

czyni go jeszcze winnym, ale na pewno mógł być  bardziej subtelny - powiedział Stefano.

- I tu się  mylisz - zaoponowała Meredith. - Matt, Bonnie, Elena i ja znamy Caroline od

lat i wiemy, do czego ona jest zdolna. JeŜeli ktokolwiek jest odpowiedzialny za to, co się

dzieje, to my. I chyba powinniśmy wyciągnąć  z tego wnioski. Proponujemy,  Ŝebyśmy do niej

pojechali.

- Popieram. - Bonnie westchnęła smutno. - Ale nie powiem,  Ŝe nie mogę  się  doczekać.

A jeŜeli w niej nie siedzi jeden z tych malaków?

- To wtedy trzeba będzie zbadać  sprawę  - odpowiedziała Elena. - Musimy się

dowiedzieć, kto stoi za tym wszystkim. To musi być  ktoś  wystarczająco silny, by wpływać 

na

Damona.

- Cudownie. - Meredith miała ponurą  minę. - A biorąc pod uwagę  moc, jaka zbiera się

pod tym miejscem, moŜe to być  w najgorszym razie... kaŜdy w Fell's Church.

Pięćdziesiąt metrów na zachód i dziesięć  do góry Damon próbował nie usnąć.

background image

Shinichi przeczesał dłonią  włosy. Spod zmruŜonych powiek uwaŜnie przypatrywał się

Damonowi.

Damon chciał być  równie uwaŜny, ale czuł się  po prostu zbyt senny. Powoli powtórzył

gest Shinichiego, odsuwając ze swojego czoła kilka czarnych kosmyków. Czuł, jak jego

powieki stają  się  coraz cięŜsze. Shinichi wciąŜ  się  do niego uśmiechał.

- No to dobiliśmy targu - powiedział. - Misao i ja dostajemy miasto, a ty nie stajesz

nam na drodze. Dostajemy prawa do linii mocy biegnących pod nami. Ty zabierasz stąd

bezpiecznie swoje dziewczyny i... masz okazję  do zemsty.

- Na moim  świątobliwym bracie i tym... tym Mutcie.

- Matcie - poprawił go Shinichi.

- Wszystko jedno. Nie pozwolę  tylko,  Ŝeby coś  stało się  Elenie. Albo tej małej rudej

wiedźmie.

- Ach, tak, słodka Bonnie. Nie wzgardziłbym taką jak ona, albo i dwiema.

Damon ziewnął.

- Nie ma dwóch takich, gdziekolwiek byś  szukał. Jej teŜ  nie pozwolę  skrzywdzić.

- A co z tą wysoką, ciemnowłosą pięknością... Meredith?

Damon się  obudził.

- Gdzie?

- Nie obawiaj się, nie idzie tu - uspokoił go Shinichi. - Co ma się  z nią  stać?

- Och. - Damon się  rozluźnił. - Niech idzie swoją drogą. Byle z dala ode mnie.

Shinichi równieŜ  oparł się  wygodniej.

- Z twoim bratem nie będzie problemu. Więc zostaje tylko ten chłopak na dole. - Ton,

jakim to powiedział, nie zapowiadał dla Matta niczego dobrego.

- Tak. Ale mój brat... - Damon juŜ  niemal zasnął, dokładnie w takiej pozycji, jaką

przyjął Shinichi.

background image

- Mówiłem ci, z nim nie będzie problemu.

- Mhm. To znaczy, dobrze.

- Więc umowa stoi?

- Mhm.

- Tak?

- Tak.

- Doskonale.

Tym razem Damon juŜ  nie odpowiedział. Spał.  Śniło mu się,  Ŝe anielsko złote oczy

Shinichiego otworzyły się  szeroko,  Ŝeby uwaŜnie mu się  przyjrzeć.

- Damon - usłyszał swoje imię, ale w jego  śnie otwarcie oczu okazało się  bardzo

trudne. Zresztą  i tak widział dobrze bez tego.

W jego  śnie Shinichi pochylił się  nad nim, przysuwając swoją  twarz do jego tak

blisko,  Ŝe ich aury zmieszały się, podobnie jak zmieszałyby się  ich oddechy, gdyby tylko

Damon oddychał. Shinichi przyglądał mu się  bardzo długo, jakby sprawdzał jego aurę, ale

Damon wiedział,  Ŝe dla nikogo z zewnątrz nie mogła ona być  teraz zauwaŜalna. Shinichi

pozostał tak jednak przez chwilę, przyglądając się  uwaŜnie rysom jego bladej twarzy.

W końcu sięgnął ręką  za jego głowę  i dotknął miejsca po ukąszeniu komara.

- Dobrze ci idzie, co? - powiedział do czegoś, czego Damon nie mógł zobaczyć. Do

czegoś  wewnątrz niego. -Prawie udało ci się  pokonać  jego silną wolę, prawda?

Shinichi siedział przez chwilę  w milczeniu, jakby obserwował kwitnące wiśnie, po

czym zamknął oczy.

- Myślę  - wyszeptał -  Ŝe spróbujemy tego juŜ  niedługo. Bardzo niedługo. Ale najpierw

musimy zdobyć  jego zaufanie i pozbyć  się  jego rywala. Musi zostać  taki, jak jest, wściekły,

próŜny, niezrównowaŜony. Musi ciągle myśleć  o Stefano, o swojej nienawiści do Stefano,

który zabrał mu jego anioła. Ja tymczasem zajmę  się, czym trzeba. Potem zwrócił się  do

background image

Damona.

- Sojusznicy, tak! - Zaśmiał się. - Nie, kiedy mam dostęp do twojej duszy. Czujesz, do

czego mógłbym cię  zmusić...

- Ale teraz - mówił znowu do czegoś  wewnątrz Damona - mała uczta,  Ŝebyś  urósł

większy i silniejszy.

We  śnie Shinichi odchylił się  i ruchem ręki przywołał niewidoczne wcześniej malaki,

Ŝeby wdrapały się  na drzewo. Zakradły się  za głowę  Damona i ukradkiem wślizgnęły do

niego, pojedynczo, przez jakąś  ranę, o której nie wiedział,  Ŝe ją  ma. WraŜenie, jakie

wywoływały ich miękkie, galaretowate ciała, było niemal nie do zniesienia...

Shinichi znowu zaczął  śpiewać.

We  śnie Damon był wściekły. Nie z powodu tej historii z malakami. To było zbyt

absurdalne. Był wściekły, bo wiedział,  Ŝe Shinichi ze snu obserwuje Elenę, która pakuje

resztki pikniku. Obsesyjnie  śledzi kaŜdy jej ruch,  śpiewając swoją  piosenkę  o pięknej

dziewczynie.

- Niezwykła kobieta ta twoja Elena - powiedział Shinichi. - JeŜeli przeŜyje, to będzie

moja na jedną  noc, a moŜe na kilka. - Delikatnie odsunął z czoła Damona kosmyk włosów. -

Niewiarygodna aura, nie sądzisz? DołoŜę  starań, aby umarła pięknie.

Damon jednak pogrąŜony był w jednym z tych snów, w których nie moŜna się  ani

poruszyć, ani odezwać.

Tymczasem sfora malaków nie przestawała wspinać  się  na drzewo i wpełzać  przez

kark do duszy Damona. Jeden, drugi, trzeci, dziesiąty, dwudziesty. Ciągle ich przybywało.

A Damon nie mógł się  obudzić, chociaŜ  czuł,  Ŝe ze Starego Lasu nadciąga ich jeszcze

więcej. Nie były ani martwe, ani  Ŝywe, nie miały płci, były tylko kapsułami mocy, która

pomoŜe Shinichiemu kontrolować  umysł Damona z daleka.

Shinichi przyglądał się  błyszczącemu szeregowi swoich sług. WciąŜ śpiewał.

background image

Damonowi  śniło się,  Ŝe słyszy słowo „zapomnij” szeptane przez setki głosów. A kiedy

próbował sobie przypomnieć, o czym ma zapomnieć, ucichły.

Obudził się  na drzewie sam. Całe jego ciało przeszywał ból.

ROZDZIAŁ 16

Stefano zaskoczyła pani Flowers, która czekała na nich, kiedy wrócili z pikniku. Tym

bardziej  Ŝe miała im do powiedzenia coś, co nie dotyczyło jej ogródka.

- Na górze jest wiadomość  dla ciebie - powiedziała, kiwając głową  w stronę  klatki

schodowej.  -  Przyniósł  ją  jakiś    ciemnowłosy  młodzieniec,  trochę    podobny  do  ciebie.  Nic

nie

chciał mi powiedzieć. Zapytał tylko, gdzie zostawić  wiadomość.

- Ciemnowłosy młodzieniec? Damon? - zapytała Elena.

Stefano pokręcił głową.

- Czego on moŜe chcieć?

Zostawił Elenę  z panią  Flowers i pobiegł na górę. Pod drzwiami znalazł kolorową

kartkę  „Myślę  o Tobie”, bez koperty. Stefano znał swojego brata na tyle dobrze,  Ŝeby

wiedzieć,  Ŝe na pewno za nią  nie zapłacił - a przynajmniej nie pieniędzmi. Na odwrocie

znalazł słowa napisane czarnym tuszem: „Pomyślałem,  Ŝe  św. Stefano moŜe tego

potrzebować. Spotkajmy się  dziś  w nocy przy drzewie, gdzie rozbili się  ludzie. Nie później

niŜ  o 4.30. Mam nowiny.

D.”

To było wszystko... poza adresem internetowym.

Stefano miał juŜ  wyrzucić  kartkę, ale powstrzymała go ciekawość. Włączył komputer

i  wpisał  adres.  Przez  chwilę    nic  się    nie  działo.  Potem  na  czarnym  tle  pojawiły  się 

ciemnoszare

litery.  Człowiek  z  pewnością  nawet  by  ich  nie  zauwaŜył.  Wampir  musiał  tylko  trochę 

wytęŜyć

wzrok.

background image

Znudzony tym lapis-lazuli?

Chcesz wyjechać  na wakacje na Hawaje?

Masz dość Ŝywieniowej monotonii?

Przyjdź  i odwiedź  Shi no Shi.

Stefano miał juŜ  zamknąć  stronę, ale coś  przykuło jego uwagę. Wpatrywał się  przez

chwilę  w niepozorną  małą  reklamę  pod napisem, aŜ  usłyszał,  Ŝe Elena weszła do pokoju.

Szybko zamknął stronę, wyłączył komputer i zabrał od niej piknikowy koszyk. Nie

powiedział nic o wiadomości ani o stronie internetowej. Ale w nocy myślał o tym cały czas.

- Stefano, połamiesz mi  Ŝebra! Udusisz mnie!

- Przepraszam. Po prostu muszę  cię  objąć.

- Cieszę  się.

- Dziękuję, aniele.

W pokoju z wysokim sufitem było całkiem cicho. Przez otwarte okno do  środka

wpadał  blask  księŜyca,  który  wydawał  się    skradać    po  niebie,  jakby  nie  chciał  nikogo

obudzić.

Damon się  uśmiechnął. Wypoczął dobrze w ciągu dnia i zamierzał zabawić  się  przez

noc.

Przedostanie się  przez okno okazało się  nie tak łatwe, jak na to liczył. Kiedy podleciał

do niego pod postacią  wielkiego kruka, miał zamiar usiąść  na parapecie i tam zamienić  się 

w

człowieka. Okazało się  jednak,  Ŝe okno jest pułapką  - niewidzialna nić  mocy łączyła je z

jedną  z osób w pokoju. Damon zatrzymał się  więc na parapecie, w zamyśleniu muskając

piórka. Nie odwaŜył się  wlecieć  do  środka.

Nagle coś  wylądowało obok niego. Takiego kruka na pewno nie widział nigdy  Ŝaden

ornitolog. Jego pióra były wystarczająco gładkie i w większości czarne, ale na końcach

zabarwione były na szkarłatno. A jego oczy były złote i błyszczące.

background image

Shinichi? - zapytał Damon.

A kto inny? - odpowiedział cudowny kruk, wbijając w niego wzrok. Widzę,  Ŝe masz

problem. Ale da się  go rozwiązać. Mogę  ich uśpić  tak głęboko,  Ŝe pułapka nie zadziała.

Nie rób tego! JeŜeli tylko dotkniesz jednego z nich, Stefano...

Stefano to tylko chłopiec, pamiętasz? Zaufaj mi. Ufasz mi przecieŜ, prawda?

Wszystko zadziałało tak, jak demonicznie ubarwiony ptak zapowiedział. Stefano i

Elena zasnęli duŜo mocniej. A potem jeszcze mocniej.

Chwilę  później Damon zmienił kształt i znalazł się  wewnątrz pokoju. Jego brat i... i

ona... na którą  zawsze musiał patrzeć... spała obok Stefano, obejmując go, a jej złote włosy

spływały na poduszkę.

Z trudem oderwał od niej wzrok. Na biurku stał nieco przestarzały juŜ  komputer.

Podszedł do niego i włączył go bez wahania. Stefano i Elena nawet się  nie poruszyli.

Pliki... aha. Pamiętnik. JakŜe oryginalna nazwa. Damon otworzył plik i przejrzał

zawartość.

Drogi pamiętniku,

obudziłam się  dziś  rano i - cud nad cudami - znów jestem sobą. Chodzę, mówię, piję,

moczę  łóŜko (no, tego nie zrobiłam, ale na pewno bym mogła).

Wróciłam.

CóŜ  to była za podróŜ.

Umarłam, najdroŜszy pamiętniku, naprawdę  umarłam. A potem umarłam jako

wampir. I nie oczekuj,  Ŝe opiszę, co się  działo po tamtej stronie - naprawdę, trzeba było to

Thank y ou for evaluating PDF to ePub Converter.

To get full version, y ou need to purchase the software from : http://www.pdf-epub-converter.com /convert-to-epub-purchase.htm l

background image

widzieć.

NajwaŜniejsze,  Ŝe mnie nie było, ale wróciłam. Och, mój cierpliwy przyjacielu, który

od lat przechowujesz moje sekrety... Jak się  cieszę,  Ŝe wróciłam.

Nie wszystko jest idealnie. Nigdy juŜ  nie będę  mogła zobaczyć  się  z ciocią  Judith ani z

Margaret. Myślą,  Ŝe „spoczywam w pokoju” z aniołami. Ale za to mam Stefano!

To wystarczające zadośćuczynienie za wszystko, co przeszłam. Ale nie wiem, jak

odpłacić  się  tym, którzy dla mnie podąŜyli aŜ  do bram piekła.

Jestem zmęczona i chcę  spędzić  noc z moim ukochanym.

Jestem bardzo szczęśliwa. Spędziliśmy przemiły dzień,  śmiejąc się  i całując, patrząc,

jak  po  kolei  moi  przyjaciele  przekonują    się,    Ŝe  ja    Ŝyję!  (I  nie  jestem  szalona  jak  przez

ostatnie

kilka dni. Naprawdę  nie wiem, dlaczego Wielkie Duchy nie mogły zrzucić  mnie na ziemię 

w

lepszym stanie. No cóŜ.)

Elena

Damon niecierpliwie przeglądał plik. Szukał czegoś  trochę  innego. O, tak, jest.

NajdroŜsza Eleno,

wiedziałem,  Ŝe zajrzysz tu prędzej lub później. Miałem jednak nadzieję,  Ŝe nie będziesz

musiała.  JeŜeli  to  czytasz,  to  znaczy,    Ŝe  Damon  jest  zdrajcą    albo  coś    innego  poszło

strasznie

źle.

Zdrajcą? To chyba przesada, pomyślał uraŜony Damon. Czytał jednak dalej,

niecierpliwiąc się, by zrealizować  swój plan.

Wychodzę  do lasu,  Ŝeby z nim porozmawiać. JeŜeli nie wrócę, będziesz wiedziała, kogo

o mnie pytać.

Prawda jest taka,  Ŝe nie wiem, o co chodzi. Dziś  po południu zostawił mi kartkę  z

adresem internetowym. Znajdziesz ją pod poduszką.

background image

Do licha, pomyślał Damon. Nie będzie łatwo wyciągnąć  kartki, nie budząc Eleny. Ale

będzie musiał to zrobić.

Eleno, wejdź  na tę  stronę. Będziesz musiała pogrzebać  w ustawieniach jasności, bo

strona  przygotowana  jest  tylko  dla  wzroku  wampirów.  Jest  tam  napisane,    Ŝe  istnieje

miejsce

zwane Shi no Shi - dosłownie  Śmierć Śmierci, gdzie mogą  usunąć  klątwę, która wisi nade

mną

od  pięciuset  lat.  UŜywają    magii  i  medycyny,  by  zmienić    wampiry  w  zwykłych

 śmiertelników,

męŜczyzn i kobiety, chłopców i dziewczęta.

JeŜeli naprawdę  mogą  to zrobić, Eleno, to będziemy mogli być  razem tak długo, jak

długo  Ŝyją  zwyczajni ludzie. Niczego więcej nie pragnę.

Chcę Ŝycz tobą jako zwykły, oddychający, jedzący człowiek.

Ale nie przejmuj się. Porozmawiam tylko o tym z Damonem. Nie musisz mi mówić,  Ŝe

mam  zostać.  Nigdy  nie  zostawiłbym  cię    samej  z  tym  wszystkim,  co  dzieje  się    w  Fell's

Church.

Jest tu dla ciebie zbyt niebezpiecznie, zwłaszcza z twoją  nową  krwią  i nową  aurą.

Mam  świadomość  tego,  Ŝe ufam Damonowi bardziej niŜ  powinienem. Ale jednego

jestem pewien: ciebie nigdy by nie skrzywdził. Kocha cię. Co moŜe na to poradzić ?

Niemniej muszę  się  z nim spotkać  na jego warunkach, sam w określonym miejscu w

lesie. Zobaczymy, co będzie.

Jak juŜ  pisałem, jeŜeli czytasz ten list, to znaczy,  Ŝe coś  poszło drastycznie  źle. Broń

się, kochana. Nie bój się. Zaufaj sobie i swoim przyjaciołom. Oni mogą  ci pomóc.

Ja ufam w opiekuńczość  Matta, w chłodny umysł Meredith, w intuicję  Bonnie. Powiedz

im,  Ŝeby o tym pamiętali.

Mam nadzieję,  Ŝe nigdy nie będziesz musiała tego przeczytać.

Kocham cię  z całego serca i całej duszy,

background image

Stefano

PS Na wszelki wypadek ukryłem dwadzieścia tysięcy dolarów w studolarowych

banknotach pod podłogą, po drugą  deską  od  ściany, za łóŜkiem. W tej chwili stoi na niej

fotel.

JeŜeli go przesuniesz, zobaczysz szparę.

Damon ostroŜnie wykasował list Stefano. Potem, uśmiechając się  przebiegle, w

milczeniu napisał nową  wiadomość  z nieco innym morałem. Przeczytał ją. Uśmiechnął się

szeroko. Zawsze marzył o tym,  Ŝeby zostać  pisarzem. Nie miał oczywiście  Ŝadnego

wykształcenia w tej dziedzinie, ale czuł,  Ŝe ma talent.

Etap pierwszy został zrealizowany, pomyślał, zapisując plik ze swoim listem. Po czym

bezszelestnie podszedł do łóŜka.

Czas na etap drugi.

Powoli, bardzo powoli, wsunął rękę  pod poduszkę  Eleny. Czuł na dłoni jej włosy,

połyskujące w  świetle księŜyca. Ból, który go przeszył, był bólem serca bardziej nawet niŜ

kłów Przesuwając rękę  pod poduszką, szukał kartki. Elena mruczała coś  przez sen. Nagle

obróciła się  w jego stronę. Damon niemal odskoczył, ale jej oczy były zamknięte. Ciemne

rzęsy odcinały się  na bladych policzkach.

Teraz, gdy była zwrócona twarzą  do niego, moŜna by się  spodziewać,  Ŝe wzrok

Damona przyciągną  delikatne  Ŝyły widoczne na jej mlecznobiałej szyi. Zamiast tego jednak

wpatrywał się  obsesyjnie w jej nieznacznie rozchylone wargi. Były... Niemal nie mógł się 

im

oprzeć. Nawet we  śnie miały kolor płatków róŜy, były lekko wilgotne i rozchylone w ten

sposób...

Mogę  to zrobić  bardzo lekko. Nigdy się  nie dowie. Mogę, wiem,  Ŝe mogę. Dziś  jestem

niepokonany.

Kiedy pochylał się  nad nią, jego palce dotknęły kartki.

background image

Otrząsnął się  ze swojej niemal zrealizowanej fantazji. Co mu strzeliło do głowy?

Ryzykować  wszystko, wszystkie swoje plany i pragnienia dla pocałunku? Będzie mnóstwo

czasu na pocałunki - i na wiele innych, waŜniejszych rzeczy -później.

Bardzo ostroŜnie wyciągnął kartkę  spod poduszki i włoŜył ją  do kieszeni, po czym

przemienił się  w kruka i odleciał.

Stefano juŜ  dawno opanował sztukę  budzenia się  o zamierzonej godzinie. Zrobił to

równieŜ  teraz. Rzucił okiem na budzik na stoliku nocnym i upewnił się,  Ŝe jest czwarta rano.

Nie chciał budzić  Eleny.

Ubrał się  bezszelestnie i wyszedł tą  samą  drogą  co jego brat, tyle  Ŝe pod postacią

sokoła. Gdzieś  w nim czaiło się  podejrzenie,  Ŝe Damon jest manipulowany przez kogoś, kto

uŜywa  malaków,  aby  uczynić    z  niego  swoją  marionetkę.  Czuł,    Ŝe  ma  obowiązek

powstrzymać

go, kimkolwiek był.

Wiadomość, którą  zostawił Damon, polecała mu udać  się  pod drzewo, przy którym

rozbili się  ludzie. Damon widocznie chciał wrócić  w to miejsce,  Ŝeby wyśledzić  istotę

kontrolującą malaki.

Stefano leciał jak na sokoła przystało, szybując wysoko i pikując od czasu do czasu.

Raz o mało nie przyprawił niewinnej myszy o zawał serca, gdy przeleciał kilka centymetrów

nad jej głową.

W końcu, gdy zobaczył wyraźne  ślady wypadku, jeszcze w powietrzu przemienił się  z

potęŜnego ptaka w młodego człowieka z ciemnymi włosami, bladą  twarzą  i intensywnie

zielonymi oczami.

Opadł na ziemię  lekko jak płatek  śniegu. Rozejrzał się  na wszystkie strony, wytęŜając

wampirze zmysły, by zbadać  teren. Nie wyczuwał  Ŝadnej pułapki,  Ŝadnej niechęci, tylko

niezatarte  ślady okrutnej walki, która została tu stoczona. WciąŜ  w postaci ludzkiej wspiął

się

background image

na jedno z drzew, wyczuwając,  Ŝe to na tym siedział wtedy Damon.

Nie poczuł dreszczu, wspinając się  na dąb, z którego jego brat w spokoju przyglądał

się śmiertelnym zmaganiom. Stefano miał na to zbyt wiele krwi Eleny w  Ŝyłach. ZauwaŜył

jednak,    Ŝe  w  tej  części  lasu  panuje  dziwny  chłód,  jakby  coś    rozmyślnie  zaniŜało

temperaturę.

Ale  dlaczego?  I  co  to  było?  I  tak  będzie  musiało  prędzej  czy  później  się    z  nim

skonfrontować,

jeŜeli chce pozostać  w Fell's Church, więc na co czeka?

Wyczuł obecność  Damona w pobliŜu długo przed tym, kiedy zauwaŜyłyby to jego

zmysły sprzed przemiany Eleny. Wzdrygnął się  instynktownie. Oparł się  plecami o gałąź  i

rozejrzał.  Wiedział,    Ŝe  Damon  pędzi  w  jego  stronę,  coraz  szybciej  i  szybciej,  coraz

silniejszy,

i  Ŝe powinien stać  juŜ  tam przed nim, ale wciąŜ  go nie ma.

Zmarszczył brwi.

- Zawsze warto spojrzeć  w górę, braciszku - doradził uprzejmy głos dochodzący z

góry. Damon zeskoczył ze swojej gałęzi i wylądował obok Stefano.

Stefano milczał przez chwilę, przyglądając mu się  tylko.

- Widzę,  Ŝe jesteś  w dobrym humorze - powiedział w końcu.

- Miałem wyjątkowo udany dzień. Mam je wymienić? Ta dziewczyna z kiosku z

kartkami... Elizabeth i moja droga przyjaciółka Damaris, której mąŜ  pracuje w Bronston, i

młoda Teresa, wolontariuszka w bibliotece, i...

Stefano westchnął.

- Czasem mam wraŜenie,  Ŝe pamiętasz imię  kaŜdej dziewczyny, której krew wypiłeś,

ale regularnie zapominasz moje.

- Bzdura... braciszku. Teraz, skoro Elena bez wątpienia wyjaśniła ci, co się  stało, gdy

próbowałem  uratować    tę    twoją    malutką  wiedźmę,  Bonnie,  chyba  naleŜą  mi  się 

przeprosiny.

background image

- A skoro ty wysłałeś  mi wiadomość, którą  moŜna odczytywać  jedynie jako

prowokację, mnie chyba naleŜy się  wyjaśnienie.

- Najpierw przeprosiny - upierał się  Damon. A potem dodał cierpiętniczym tonem. -

Wiem,  Ŝe musisz  Ŝałować  obietnicy złoŜonej umierającej Elenie,  Ŝe będziesz zawsze się 

o

mnie troszczył. Ale chyba nie pomyślałeś  nigdy o tym,  Ŝe ja musiałem przysiąc to samo, a ja

nie jestem z tych, którzy lubią  troszczyć  się  o innych. Teraz, skoro ona znowu  Ŝyje, moŜe

powinniśmy o tym zapomnieć.

Stefano westchnął ponownie.

- W porządku, juŜ  dobrze. Przepraszam. Myliłem się. Nie powinienem był cię

wyrzucić. Czy to wystarczy?

- Nie jestem pewien, czy przeprosiny były szczerze. Spróbuj jeszcze raz, z uczuciem...

- Damon, na Boga, co to była za strona internetowa?

- Och. Spodobało mi się  to. Bardzo sprytne: ustawić  takie kolory,  Ŝeby tylko wampiry,

wiedźmy i tym podobne mogły to odczytać, podczas gdy ludzie zobaczą  tylko pusty ekran.

- Ale jak się  o tym dowiedziałeś?

- Zaraz ci powiem. Ale tylko pomyśl o tym, braciszku. Ty i Elena podczas cudownego

miesiąca  miodowego,  po  prostu  dwoje  ludzi  w  ludzkim    świecie.  Im  wcześniej  się    tam

udasz,

tym szybciej się  z tym ludzkim  światem poŜegnasz, skądinąd.

- WciąŜ  nie powiedziałeś, jak trafiłeś  na tę  stronę.

- W porządku, przyznaję, era technologii w końcu dosięgła i mnie. Mam własną

stronę. I pewien  Ŝyczliwy młody człowiek skontaktował się  ze mną,  Ŝeby sprawdzić, czy

to,

co na niej wypisałem, jest szczere, czy moŜe po prostu jestem sfrustrowanym idealistą.

Pomyślałem,  Ŝe to ostatnie wyraŜenie pasuje do ciebie.

- Ty? Stronę  internetową? Nie wierzę. Damon zignorował to.

background image

- Przekazałem ci tę  wiadomość, bo sam juŜ  wcześniej słyszałem o tym miejscu, Shi no

Shi.

-  Śmierć Śmierci.

- Tak się  to tłumaczy. - Damon posłał mu uśmiech tak promienny,  Ŝe Stefano musiał

w końcu odwrócić  wzrok, nie mogąc tego znieść.

- Skądinąd - kontynuował Damon - zaprosiłem tego chłopaka,  Ŝeby sam ci to

wytłumaczył.

- Co zrobiłeś?

- Powinien tu być  dokładnie o czwartej czterdzieści cztery. Nie ja wybrałem tę

godzinę, ale dla niego to ma duŜe znaczenie.

Nagłe, z niewielkim szumem, ale bez  Ŝadnego poruszenia mocy, które Stefano

potrafiłby zauwaŜyć, coś  wylądowało na gałęzi nad nim, a potem zeskoczyło na ich

wysokość, przybierając ludzką postać.

Był to rzeczywiście młody człowiek z ogniście czerwonymi końcówkami czarnych

włosów i szczerym wyrazem złotych oczu. Stefano odwrócił się  w jego stronę, gotowy do

walki. Chłopak podniósł ręce w obronnym geście.

- Kim ty jesteś, do diabła?

- Jestem piekielnym Shinichi - odpowiedział beztrosko. - Ale, jak juŜ  mówiłem

twojemu bratu, większość  ludzi nazywa mnie po prostu Shinichi. Ty rób, jak wolisz.

- I wiesz wszystko o Shi no Shi.

- Nikt nie wie wszystkiego. To miejsce oraz organizacja. Ja mam do nich słabość, bo,

cóŜ, lubię  pomagać  ludziom - wyznał nieśmiało Shinichi.

- A teraz chcesz pomóc mnie.

- JeŜeli naprawdę  chcesz zostać  człowiekiem... znam pewien sposób.

- MoŜe was zostawię,  Ŝebyście o tym porozmawiali. Trochę  ciasno się  zrobiło na tej

background image

gałęzi.

Stefano rzucił mu surowe spojrzenie.

- JeŜeli choćby przyszło ci do głowy zajrzenie do pensjonatu...

- Braciszku, zlituj się. Damaris na mnie czeka. Damon zmienił się  w kruka, zanim

Stefano zdąŜył zaŜądać  od niego przysięgi.

Elena obróciła się  w łóŜku, sięgając ręką, by objąć  Stefano. Trafiła jednak na puste

miejsce. Otworzyła oczy.

- Stefano?

Kochany. Byli tak mocno związani,  Ŝe mogliby być  jedną  osobą. Zawsze wiedział,

kiedy  Elena  się    obudzi.  Pewnie  zszedł  na  dół  po    śniadanie  -  pani  Flowers  miała  je  juŜ 

zawsze

gotowe, gdy się  zjawiał (kolejny dowód na to,  Ŝe była dobrą  czarownicą).

- Eleno - powiedziała do siebie, sprawdzając, jak brzmi jej stary - nowy głos. - Eleno

Gilbert, dziewczyno, zjadłaś  juŜ  za duŜo  śniadań  w łóŜku - poklepała się  po brzuchu. Tak,

zdecydowanie przydałoby jej się  trochę  ruchu.

- Dobra - kontynuowała monolog. - MoŜe najpierw się  podnieś. A potem trochę  się

porozciągaj. -Jak tylko Stefano wróci, pomyślała, moŜesz przerwać.

Ale Stefano nie wracał, chociaŜ  po półgodzinnych  ćwiczeniach połoŜyła się  z

powrotem do łóŜka. Nie słyszała go teŜ  na schodach.

Gdzie on jest?

Elena wyjrzała przez okno i zobaczyła na dole panią Flowers.

Jej serce zaczęło bić  szybciej podczas  ćwiczeń  i teraz wyraźnie nie zamierzało

zwolnić. Próba nawiązania rozmowy z panią  Flowers, krzycząc przez okno, była z góry

skazana na poraŜkę, ale postanowiła ją jednak podjąć.

- Pani Flowers?

O dziwo, starsza pani przerwała wieszanie prania i spojrzała w górę.

background image

- Tak, Eleno?

- Gdzie jest Stefano?

Wiatr uniósł jedno z prześcieradeł tak,  Ŝe zasłoniło panią  Flowers. Gdy opadło z

powrotem, juŜ jej nie było. Kosz z praniem stał jednak na miejscu.

- Proszę  nie odchodzić! - zawołała Elena. Ubrała się  szybko i zbiegła po schodach do

ogródka.

- Pani Flowers!

- Tak, Eleno?

- Czy widziała pani Stefano?

- Nie dzisiaj.

- Nie?

- Wstałam o  świcie, jak zawsze. Nie było juŜ  jego samochodu. Od tamtej pory nie

wrócił.

Serce Eleny biło rekordy liczby uderzeń  na minutę. Zawsze bała się,  Ŝe coś  takiego w

końcu nastąpi. Wzięła głęboki oddech i sprintem wbiegła z powrotem na górę.

Wiadomość...

Nie opuściłby jej bez słowa. Na poduszce Stefano nic nie leŜało. Wsunęła dłoń  pod

swoją  poduszkę, a potem pod jego. Bała się  je podnieść, bo tak bardzo chciała,  Ŝeby się

okazało,  Ŝe leŜy tam jednak zostawiona przez niego kartka.

W końcu, gdy było juŜ  jasne,  Ŝe pod poduszkami znajduje się  tylko prześcieradło,

podniosła je i przez chwilę  wpatrywała się  w puste łóŜko. Potem odsunęła je od  ściany, by

sprawdzić, czy coś  nie spadło.

Czuła,  Ŝe jeŜeli tylko będzie szukać  wytrwale, w końcu coś  znajdzie.  Ściągnęła pościel

z łóŜka i przyjrzała jej się  dokładnie.

Pomyślała,  Ŝe to dobry znak- skoro nie ma wiadomości, to Stefano nie odszedł. Starała

background image

się, bardzo się  starała nie widzieć,  Ŝe jego część  szafy jest pusta.

Zabrał wszystkie ubrania.

I wszystkie buty.

Nie  Ŝeby miał ich tak wiele. Ale wszystko, czego potrzebował, zniknęło. I on zniknął.

Dlaczego? Dokąd odszedł? Jak mógł?

Nawet jeŜeli odszedł tylko po to,  Ŝeby znaleźć  dla nich nowe miejsce do

zamieszkania, jak mógł? Gdy wróci, dostanie burę  swojego  Ŝycia...

...o ile wróci.

PrzeraŜona, czując,  Ŝe łzy mimowolnie spływają  po jej policzkach, miała juŜ

zadzwonić  do Meredith i Bonnie, kiedy przypomniała sobie o ostatnim miejscu, którego nie

sprawdziła.

Pamiętnik.

ROZDZIAŁ 17

Przez pierwsze dni po jej powrocie z zaświatów Stefano wcześnie kładł Elenę  do

łóŜka, upewniał się,  Ŝe jest jej ciepło, po czym pozwalał jej pracować  z nim na komputerze,

pisząc pamiętnik z jej myślami o wydarzeniach ostatniego dnia i jego własnymi

komentarzami.

W rozpaczliwym pośpiechu otworzyła teraz plik i przewinęła tekst do końca.

Znalazła wiadomość.

NajdroŜsza Eleno,

wiedziałem,  Ŝe zajrzysz tu prędzej łub później. Mam nadzieję,  Ŝe nastąpiło to prędzej.

Kochana, wierzę,  Ŝe potrafisz teraz sama o siebie zadbać. Nigdy nie widziałem

silniejszej albo bardziej niezaleŜnej dziewczyny.

A to znaczy,  Ŝe juŜ  czas. Czas, abym odszedł. Nie mogę  zostać  dłuŜej, jeŜeli nie chcę

przemienić  cię  w wampira. Oboje wiemy,  Ŝe nie moŜemy do tego dopuścić.

background image

Proszę, wybacz mi. Proszę, zapomnij o mnie. Och, miłości moja, nie chcę  odchodzić,

ale muszę.

JeŜeli będziesz potrzebowała pomocy, Damon dał słowo,  Ŝe będzie cię  chronił. Nigdy

by cię  nie skrzywdził. Cokolwiek złego dzieje się  w Fell's Church, przy nim będziesz na

pewno

bezpieczna.

Moja kochana, mój aniele, zawsze będę  cię  kochał...

Stefano

PS  śeby pomóc ci w nowym - starym  Ŝyciu, zostawiłem pieniądze dla pani Flowers na

opłacenie pokoju przez następny rok. Ponadto schowałem dwadzieścia tysięcy dolarów w

studolarowych  banknotach  pod  podłogą,  pod  drugą    deską    od    ściany,  za  łóŜkiem.  UŜyj

ich, by

zbudować  sobie nową  przyszłość, z kimkolwiek zechcesz.

Pamiętaj, jeŜeli czegokolwiek będziesz potrzebować, Damon ci pomoŜe. MoŜesz mu

zaufać, jeŜeli będziesz potrzebowała rady. Och, najsłodsza moja, jak mam odejść? Nawet

jeŜeli to dla twojego dobra...

Elena skończyła czytać  list.

Siedziała w bezruchu.

Po długim poszukiwaniu znalazła odpowiedź.

Nie wiedziała teraz, co ma zrobić. Chciała krzyczeć.

JeŜeli potrzebujesz pomocy, zwróć  się  do Damona... MoŜesz mu zaufać... Ten list nie

mógłby bardziej schlebiać  Damonowi, nawet gdyby sam go napisał.

Stefano odszedł. Jego ubrania zniknęły. Jego buty teŜ.

Zostawił ją.

Zacznij nowe  Ŝycie...

W takim stanie zastały ją  Meredith i Bonnie, zaniepokojone tym,  Ŝe przez ponad

background image

godzinę  nie odbierała telefonu. Nie mogły teŜ  dodzwonić  się  do Stefano - po raz pierwszy,

odkąd pojawił się  na ich prośbę, by zabić  potwora. Ale ten potwór juŜ  nie  Ŝył, a Elena...

Elena siedziała przed szafą  Stefano.

- Zabrał nawet buty - powiedziała głosem pozbawionym jakiegokolwiek wyrazu. -

Zabrał wszystko. Ale zapłacił za pokój za następny rok. A wczoraj kupił mi nowego jaguara.

- Eleno...

- Nie widzicie? - zawołała. - To jest moje przebudzenie. Bonnie przewidziała,  Ŝe

będzie niespodziewane i gwałtowne i  Ŝe będę  potrzebowała,  Ŝebyście były przy mnie. A

co z

Mattem?

- Nie był wymieniony w proroctwie - odpowiedziała ponuro Bonnie.

- Ale chyba będziemy potrzebowały jego pomocy - dodała Meredith.

- Kiedy Stefano i ja byliśmy razem, zaraz na początku, zanim zostałam wampirem,

zawsze  wiedziałam  -  szeptała  Elena  -    Ŝe  przyjdzie  dzień,  kiedy  będzie  próbował  mnie

opuścić

dla mojego dobra. - Nagle uderzyła pięścią  o podłogę, tak mocno,  Ŝe mogła zrobić  sobie

krzywdę. -Wiedziałam to, ale miałam nadzieję,  Ŝe będę  miała szansę  przekonać  go,  Ŝeby

tego

nie robił. On jest taki szlachetny, taki skłonny do poświęceń... Odszedł...

- Tobie naprawdę  jest wszystko jedno - powiedziała cicho Meredith, przyglądając się

jej - czy zostaniesz człowiekiem, czy staniesz się  wampirem.

- Masz rację, wszystko mi jedno! Dopóki jestem z nim, wszystko mi jedno. Kiedy

byłam na pół duchem, wiedziałam,  Ŝe nic mnie nie przemieni. Teraz jestem człowiekiem i

jestem podatna na przemianę  jak kaŜdy inny człowiek. Ale to nie ma znaczenia.

- MoŜe to jest przebudzenie - szepnęła Meredith.

- Och, moŜe to,  Ŝe nie przyniósł rano  śniadania jest przebudzeniem! - zawołała

wzburzona Bonnie. Wpatrywała się  w płomień  od ponad trzydziestu minut, próbując

background image

nawiązać  kontakt ze Stefano. - Nie chce albo nie moŜe. - Dopiero gdy to powiedziała,

zauwaŜyła,  Ŝe Meredith gwałtownie kręci głową.

- Jak to „nie moŜe”? - zawołała Elena, podnosząc się  z podłogi.

- Nie wiem! Eleno, ranisz mnie!

- Czy coś  mu grozi? Bonnie, pomyśl! Czy spotyka go krzywda z mojego powodu?

Bonnie rzuciła okiem na Meredith, która kaŜdym centymetrem swojego ciała

nadawała jednoznaczny komunikat: „nie”. Potem spojrzała na Elenę, która domagała się

prawdy Zamknęła oczy.

- Nie jestem pewna.

Otworzyła oczy powoli, spodziewając się,  Ŝe Elena wybuchnie. Ale ona nie zrobiła nic

takiego. Po prostu zacisnęła mocno wargi.

- Dawno temu przysięgłam,  Ŝe będzie mój, choćby miało to zabić  nas oboje -

powiedziała  po  chwili.  -  JeŜeli  wydaje  mu  się,    Ŝe  moŜe  po  prostu  mnie  zostawić,  dla

mojego

dobra czy z jakiegokolwiek innego powodu, to się  myli. Pójdę  najpierw do Damona, skoro

Stefano tak bardzo na tym zaleŜy. A potem będę  go szukać. Znajdę  jakiś  trop. Zostawił mi

dwadzieścia tysięcy dolarów. Wykorzystam je, by go odnaleźć. JeŜeli samochód się  zepsuje,

będę  szła piechotą. JeŜeli nie będę  mogła juŜ  iść, będę  się  czołgać. Ale znajdę  go.

- Nie pójdziesz sama - zapewniła ją  Meredith. -Jesteśmy z tobą, Eleno.

- A on, jeŜeli zrobił to z własnej woli, poŜałuje jak nigdy w  Ŝyciu.

- Jak sobie tylko  Ŝyczysz. Ale najpierw go znajdźmy.

- Wszystkie za jedną  i jedna za wszystkie! - zawołała Bonnie. -  Ściągniemy go z

powrotem i damy mu nauczkę...

albo nie - dorzuciła szybko, widząc,  Ŝe Meredith znów kręci głową. - Eleno, nie! Nie

płacz! Elena zaniosła się  szlochem.

- Więc Damon powiedział,  Ŝe zajmie się  Eleną, i to on przypuszczalnie ostatni widział

background image

Stefano dziś  rano. - powiedział Matt, kiedy dziewczyny sprowadziły go do pensjonatu i

wyjaśniły mu sytuację.

- Tak - odpowiedziała Elena zdecydowanym tonem. -Ale, Matt, mylisz się, jeŜeli

myślisz,  Ŝe Damon zrobiłby cokolwiek,  Ŝeby go zabrać  ode mnie. Damon nie jest taki, jak

wszyscy myślicie. On naprawdę  próbował uratować  Bonnie tamtej nocy. I naprawdę  poczuł

się  zraniony, gdy zamiast wdzięczności zobaczył waszą nienawiść.

- Co dowodzi,  Ŝe miał motyw - zauwaŜyła Meredith.

- Nie, to dowodzi,  Ŝe ma serce,  Ŝe potrafi się  troszczyć  o ludzi - zaprotestowała Elena.

- Nigdy nie skrzywdziłby Stefano. Z mojego powodu. Wie, jakbym się  czuła.

- Więc czemu mi nie odpowiada? - zapytała Bonnie.

- MoŜe dlatego,  Ŝe ostatnim razem, gdy nas widział, wyglądaliśmy, jakbyśmy chcieli

go rozszarpać  - odparła zawsze sprawiedliwa Meredith.

- Powiedz mu,  Ŝe go przepraszam - zaproponowała Elena. - Powiedz,  Ŝe chcę  z nim

porozmawiać.

- Czuję  się  jak satelita komunikacyjny - poskarŜyła się  Bonnie, ale oczywiście

wkładała w swoje zadanie całe serce i całą  energię. Wyglądała juŜ  na wykończoną.

W końcu Elena musiała przyznać,  Ŝe to na nic się  zda.

- MoŜe się  opamięta i sam cię  wezwie - spróbowała Bonnie. - MoŜe jutro.

- Zostaniemy z tobą dziś  w nocy - oznajmiła Meredith. - Bonnie, dzwoniłam do twojej

siostry i powiedziałam,  Ŝe będziesz u mnie. Zadzwonię  teraz do taty i powiem,  Ŝe jestem u

ciebie. Matt, ty nie jesteś  zaproszony...

- Dzięki - odpowiedział kwaśno Matt. - Czy mam wrócić  do domu piechotą?

- Nie, moŜesz wziąć  mój samochód - zaoferowała Elena. - Ale przywieź  go z

powrotem wcześnie rano. Nie chcę,  Ŝeby ludzie zaczęli zadawać  pytania.

Wieczorem trzy dziewczyny przygotowały się  do snu. Pani Flowers dostarczyła im

background image

dodatkowych koców i prześcieradeł (nic dziwnego,  Ŝe zrobiła dziś  rano takie duŜe pranie -

musiała  się    spodziewać    dziewczyn,  pomyślała  Elena).  Odsunęły  meble  pod    ścianę    i

rozłoŜyły

na podłodze  śpiwory. LeŜały z głowami zwróconymi do  środka, jak szprychy w kole.

Więc to jest przebudzenie.

Uświadomienie sobie,  Ŝe jednak mogę  znów być  sama. Och, jak jestem wdzięczna,  Ŝe

mam Bonnie i Meredith. Bardziej, niŜ  da się  to wyrazić.

Z przyzwyczajenia podeszła do komputera,  Ŝeby wprowadzić  kolejny wpis do

pamiętnika. Ale po kilku pierwszy słowach znów zaczęła płakać. W duchu ucieszyła się, gdy

Meredith niemal siłą  odciągnęła ją  od komputera i kazała wypić  gorące mleko z wanilią,

cynamonem i gałką  muszkatołową. A potem Bonnie połoŜyła ją  do łóŜka i trzymała za rękę,

aŜ  usnęła.

Matt został z nimi parę  godzin. Kiedy wracał, słońce juŜ  zachodziło.  Ścigam się  z

ciemnością, pomyślał nagle. Nie pozwalał sobie, by rozpraszał go zapach nowości we

wnętrzu jaguara. Nie mógł jednak powstrzymać  się  od rozwaŜania tego, co się  stało. Nie

powiedział nic dziewczynom, ale miał wraŜenie,  Ŝe coś  było nie tak z poŜegnalną

wiadomością    Stefano.  Musiał  tylko  upewnić    się,    Ŝe  tego  wraŜenia  nie  wywołuje  jego

uraŜona

duma.

Dlaczego Stefano w ogóle o nich nie wspomniał? O przyjaciołach Eleny, którzy byli

przy niej zawsze i są  takŜe teraz. MoŜna by się  spodziewać,  Ŝe przynajmniej wspomni o

dziewczynach, nawet jeŜeli pogrąŜony w bólu zapomniał o Matcie.

Czy to wszystko? Było w tym liście coś  jeszcze niepokojącego, ale Matt nie mógł tego

sprecyzować. Wszystko, co przyszło mu do głowy, to wspomnienie zeszłego roku w szkole

i... tak, pani Hilden, nauczycielki angielskiego.

Nawet rozmyślając o tym wszystkim, uwaŜnie przyglądał się  drodze. Nie dało się

background image

dojechać  z pensjonatu do centrum Fell's Church, omijając Stary Las. Miał się  więc na

baczności.

Mijając zakręt, zobaczył przewrócone drzewo. ZdąŜył zahamować  z piskiem,

zatrzymując samochód w poprzek drogi.

Musiał się  teraz zastanowić.

Jego pierwszą  instynktowną  reakcją  było: wezwać  Stefano. On mógłby po prostu

podnieść  to drzewo z drogi. Ale szybko przypomniał sobie,  Ŝe to nie wchodzi w grę.

Zadzwonić  do dziewczyn?

Nie mógł się  do tego zmusić. Nie chodziło tylko o męską  dumę, ale teŜ  o empiryczną

rzeczywistość, w której przed nim leŜało wielkie, stare drzewo. Gdyby nawet próbowali we

czwórkę, i tak by go nie ruszyli.

Przewróciło się  dokładnie w poprzek drogi, jakby umyślnie chciało odciąć  pensjonat

od miasta.

OstroŜnie opuścił szybę  po stronie kierowcy WytęŜył wzrok, próbując dojrzeć

korzenie drzewa. Albo jakikolwiek ruch, prawdę  mówiąc. Ale nic nie zobaczył.

Nie dostrzegł korzeni, ale drzewo wyglądało na zdecydowanie zbyt zdrowe,  Ŝeby tak

po  prostu  przewrócić    się    w  słoneczne  letnie  popołudnie.  Nie  było  wiatru,  deszczu,

błyskawic

ani nawet bobrów. Ani drwali.

Rów po prawej stronie drogi wyglądał jednak na całkiem płytki, a korona drzewa nie

sięgnęła do niego. MoŜe dałoby się...

Coś  się  poruszyło.

Nie w lesie, ale na drzewie przed nim. Coś  poruszyło jego gałęziami i nie był to wiatr.

Kiedy to zobaczył, wciąŜ  nie mógł uwierzyć. To był pierwszy problem. Drugi był taki,

Ŝe siedział w nowym jaguarze Eleny, a nie w swoim gruchocie. W panice próbując zamknąć

okno, nie potrafiąc oderwać  wzroku od tego czegoś, co właśnie zeskoczyło z drzewa, nie

background image

mógł znaleźć  odpowiedniego przycisku.

NajwaŜniejszy problem był jednak taki,  Ŝe to coś  było piekielnie szybkie. Dosłownie.

Zanim Matt się  zorientował, próbowało juŜ  wskoczyć  do  środka.

Nie wiedział, co Elena pokazała Bonnie na pikniku. Ale jeŜeli to, co widział, nie było

malakiem, to co to było? Mieszkał niedaleko lasu przez całe  Ŝycie i nigdy nie widział owada

choć  trochę  podobnego do tego.

Bo to był owad. Jego skóra przypominała korę  drzewa, ale to był tylko kamuflaŜ.

Kiedy odbiło się  od okna, usłyszał charakterystyczny szczęk chitynowego pancerza.

Stworzenie było długie jak jego ramię  i wydawało się  latać  dzięki okręŜnemu ruchowi

licznych macek - co nie powinno być  moŜliwe.

Jeszcze raz spróbowało dostać  się  do  środka, zanim Matt zdąŜył podnieść  szybę  do

końca. Tym razem wcisnęło głowę  oraz część  macek i zaklinowało się.

Było zbudowane raczej jak pijawka albo kałamarnica niŜ  owad. Długie, smukłe macki

wyglądały trochę  jak pnącza winorośli, ale były grubsze od kciuka i zakończone duŜymi

ssawkami, w których znajdowało się  coś  ostrego. Zęby.

Jedna macka owinęła się  wokół szyi Matta. Poczuł jednocześnie, jak traci oddech i jak

małe zęby wgryzają  się  w jego kark.

Macka owinęła się  trzy lub cztery razy i zaczęła zaciskać  na jego szyi. Musiał chwycić

ją  i szarpnąć  jedną  ręką, drugą  usiłował wypchnąć  stworzenie z samochodu. Okazało się,

 Ŝe

owad ma otwór gębowy, choć  nie ma oczu. Jak cała bestia, otwór był okrągły. Otaczały go

zęby. Głęboko w  środku, co Matt zauwaŜył, gdy paszcza stworzenia zaczęła zamykać  się  na

jego ręce, znajdowała się  para szczypców tak duŜa, by odciąć  palec.

BoŜe, nie. Zacisnął pięść  i spróbował wyrwać  rękę.

Nagle podniesiony poziom adrenaliny dał mu dość  siły, by oderwać  mackę  owiniętą

wokół jego szyi. Ale wciąŜ  nie udało mu się  uwolnić  ręki, która juŜ  po łokieć  zniknęła w

background image

paszczy malaka, czy cokolwiek to było. Dłonią uderzył w jego korpus.

Musiał jakoś  wyciągnąć  rękę. Chwycił za brzeg otworu gębowego i pociągnął. Udało

mu się  tylko oderwać  kawałek pancerza. Tymczasem owad próbował wcisnąć  do wnętrza

samochodu więcej macek, uderzając nimi o szybę. W którymś  momencie wpadnie na to,  Ŝe

wystarczy,  Ŝe przyciśnie je do ciała i będzie mógł cały wślizgnąć  się  do  środka.

Coś  ostrego zahaczyło o pięść  Matta. Szczypce! Prawie całe jego ramię  było juŜ  w

paszczy stwora. Mimo  Ŝe interesowało go tylko to, jak się  uwolnić, pojawiła się  w jego

głowie myśl: gdzie to coś  ma  Ŝołądek?

JeŜeli natychmiast czegoś  nie zrobi, straci rękę.

Udało mu się  odpiąć  pas. Gwałtownie rzucił się  w prawo, na miejsce pasaŜera. Czuł,

jak  zęby  wbijają    się    w  jego  ramię.  Widział  krwawe    ślady,  które  zostawiały. Ale  to  nie

miało

znaczenia. NajwaŜniejsze było wyciągnąć  rękę.

W końcu drugą  dłonią  sięgnął do przycisku zamykającego okno. Wcisnął go i

wyszarpnął pięść  z paszczy owada. Szyba podniosła się  do końca.

Matt spodziewał się  chrzęstu chityny i czarnej krwi cieknącej po szybie, być  moŜe

przeŜerającej samochód jak kwas.

Zamiast tego robak rozpłynął się  w powietrzu. Po prostu... stał się  przezroczysty, a

potem rozsypał się  na tysiące jasnych drobin, które natychmiast zniknęły.

Matt miał długie krwawe bruzdy na ramieniu, rany od ssawek na szyi i kilka

bolesnych zadrapań  na drugiej dłoni. Ale nie tracił czasu na liczenie obraŜeń. Musiał uciekać

jak najszybciej. Coś  znów poruszyło gałęziami i nie chciał sprawdzać, czy tym razem to tylko

wiatr.

Była tylko jedna droga. Rów.

Uruchomił silnik i wcisnął gaz. Miał nadzieję,  Ŝe rów nie jest za głęboki i  Ŝe jaguar nie

zahaczy kołami o drzewo.

background image

Samochód nagle przechylił się  do przodu. Matt aŜ  przygryzł wargę. Potem usłyszał

trzask gałęzi. Na chwilę  samochód stanął w miejscu, ale chłopak nie zdejmował nogi z gazu.

Po sekundzie ruszył,  ślizgając się  jednak na liściach. Mattowi udało się  odzyskać  kontrolę 

i

wyprowadzić  auto na drogę  tuŜ  przed tym, jak rów stał się  znacznie głębszy.

Oddychał szybko i płytko. Pędził krętą  drogą  z zawrotną  prędkością, ledwie

przytomny.  W  końcu  zobaczył  przed  sobą    czerwone    światło,  jaśniejące  w  zapadającym

mroku

jak obietnica zbawienia.

SkrzyŜowanie z Mallory. Zmusił się  do wciśnięcia hamulca. Znów zapiszczały opony.

Nie czekając na zmianę światła, skręcił ostro w prawo i wyjechał z lasu. Będzie musiał

objechać    kilkanaście  osiedli,    Ŝeby  dotrzeć    do  swojego  domu  tą    drogą,  ale  przynajmniej

będzie

juŜ  z dala od  śmiercionośnych drzew i zamieszkujących je istot.

Matt poczuł w końcu ból w ramieniu. Kiedy dotarł do swojego domu, był juŜ  na skraju

omdlenia. Zatrzymał się  pod latarnią, ale po chwili namysłu odjechał w część  ulicy

nieoświetloną  latarniami. Nie chciał,  Ŝeby ktokolwiek go teraz widział.

Czy powinien juŜ  teraz zadzwonić  do dziewczyn? Ostrzec je,  Ŝeby nie wychodziły z

domu?  Ze  w  lesie  nie  jest  bezpiecznie?  Ale  to  juŜ    wiedziały.  Meredith  nigdy  nie

pozwoliłaby

Elenie  zbliŜyć    się    do  Starego  Lasu,  nie  odkąd  Elena  jest  człowiekiem.  A  Bonnie  nie

zniosłaby

nawet myśli o zapuszczaniu się  w tak ciemne miejsce. Tym bardziej  Ŝe Elena pokazała jej te

stworzenia, które się  tam czają.

Malaki. Nieprzyjemna nazwa odraŜającej istoty.

To, co było teraz najwaŜniejsze, to powiadomić  odpowiednie słuŜby o przewróconym

drzewie,    Ŝeby  jak  najszybciej  je  usunięto.  Ale  nie  w  nocy.  Nikt  raczej  nie  będzie  juŜ 

tamtędy

background image

jechał do rana, a wysłanie tam kogokolwiek byłoby przypuszczalnie równoznaczne z

wyrokiem  śmierci. Zaraz z rana zadzwoni na policję. Wtedy odpowiednie słuŜby zajmą  się

drzewem.

Było ciemno i duŜo później, niŜ  myślał. Chyba jednak powinien zadzwonić  do

dziewczyn. Gdyby tylko mógł spokojnie się  zastanowić. Rany piekły. Trudno było mu się

skupić. MoŜe powinien chwilę  odpocząć...

Oparł czoło o kierownicę. Ciemność  zamknęła się  wokół niego.

Thank y ou for evaluating PDF to ePub Converter.

To get full version, y ou need to purchase the software from : http://www.pdf-epub-converter.com /convert-to-epub-purchase.htm l

background image

Table of Contents

page-1
page-16
page-31
page-46
page-61
page-76
page-91
page-106


Document Outline