ISAAC ASIMOV
KONIEC WIECZNO CI
Przek ad – Adam Kaska
1. TECHNIK
Andrew Harlan wszed do kot a. ciany kot a by y doskonale okr
e i przylega y
dok adnie do pionowego szybu, sporz dzonego z rzadko rozmieszczonych pr tów, które sto
osiemdziesi t centymetrów nad g ow Harlana przekszta ca y si w migotliw , niewyra
mgie
. W czy zespó sterowania i poruszy lekko chodz cy starter.
Kocio ani drgn .
Harlan bynajmniej nie spodziewa si ruchu ani w gór , ani w dó , w prawo czy w
lewo, naprzód czy w ty . Jednak odst py mi dzy pr tami stopnia y w szaraw czer , która
by a twarda w dotyku, jakkolwiek niematerialna. Przy tym czu lekki niepokój w
dku i
nieznaczny (psychosomatyczny?) zawrót g owy, wskazuj cy, e wszystko, co kocio zawiera,
cznie z samym Harlanem, p dzi przez Wieczno .
Wszed do kot a w 575 Stuleciu - bazowym stuleciu operacji, przydzielonym mu dwa
lata wcze niej. Wiek 575 by najodleglejszy ze wszystkich, do których podró owa . A teraz
przemieszcza si ku 2456 Stuleciu.
Normalnie czu by si nieco zagubiony w tej sytuacji. Jego ojczyste stulecie le
o w
odleg ej przesz
ci - mówi c dok adnie by to wiek 95. Wiek 95 surowo ograniczaj cy
ycie energii atomowej, do sielankowy, lubuj cy si w naturalnym drzewie jako materiale
konstrukcyjnym, nastawiony na eksport pewnych gatunków destylowanych napojów do
wszystkich niemal epok i import nasienia koniczyny. Jakkolwiek Harlan nie by w 95 wieku
od czasu, gdy przeszed specjalne przeszkolenie i jako pi tnastoletni ch opiec zosta
Nowicjuszem, to jednak zawsze czu si nieco zagubiony, gdy oddala si od „domu". Wiek
2456 b dzie okr
ym dwustu czterdziestym tysi cleciem od narodzin Harlana, a jest to szmat
czasu, nawet dla zahartowanego Wieczno ciowca.
W normalnych okoliczno ciach wszystko by tak wygl da o.
Lecz teraz Harlan by w zbyt kiepskim nastroju, by my le o czymkolwiek, poza tym,
e dokumenty ci
mu w kieszeni, a ca y plan dzia ania ci ko le y na sercu. By nieco
przestraszony, troch podniecony i zmieszany.
Jego r ce odruchowo zatrzyma y kocio na w
ciwym przystanku we w
ciwym
stuleciu.
Dziwne, e Technik móg czu si podniecony czy zdenerwowany czymkolwiek. Co
to kiedy mówi Edukator Yarrow?
„Technik musi by przede wszystkim beznami tny. Zmiana Rzeczywisto ci, jakiej
dokonuje, mo e wp ywa na ycie nawet pi dziesi ciu miliardów ludzi. Dla miliona czy
wi cej spo ród nich efekty b
tak drastyczne, e trzeba ich uwa
za ca kowicie nowe
jednostki. W tych warunkach emocjonalne podej cie do sprawy stanowi powa
przeszkod ".
Harlan gwa townym potrz ni ciem g owy wyrzuci ze swego umys u wspomnienie
suchego g osu nauczyciela. W tamtych czasach nawet sobie nie wyobra
, e zostanie
nie Technikiem. Ale emocje zacz prze ywa mimo wszystko. Nie z racji pi dziesi ciu
miliardów ludzi. Kto w Czasie troszczy si o pi dziesi t miliardów ludzi? Chodzi tylko o
jednego. O jedn osob .
wiadomi sobie, e kocio stoi, w króciutkiej przerwie, dla zebrania my li, wprawi
si w ten ch odny, rzeczowy nastrój, jaki musi cechowa Technika. Potem wysiad . Kocio ,
który opu ci , nie by oczywi cie tym samym, do którego wsiad - w tym sensie, e nie sk ada
si z tych samych atomów. Nie troszczy si o to bardziej ni inni Wieczno ciowcy. Tylko
Nowicjusze i nowi przybysze do Wieczno ci interesowali si bardziej mistyk podró y w
Czasie ni samym jej faktem.
Znowu zrobi krótk przerw przy niesko czenie cienkiej kurtynie z Nie-Przestrzeni i
Nie-Czasu, która z jednej strony oddziela a go od Wieczno ci, a z drugiej - od zwyk ego
Czasu.Znalaz si w ca kiem dla siebie nowej sekcji Wieczno ci. Oczywi cie cokolwiek z
grubsza o niej wiedzia , przejrzawszy odpowiedni rozdzia Podr cznika Czasu. Jednak nie
mog o to zast pi osobistych odwiedzin, wi c przygotowa si na pocz tkowy szok adaptacji.
Odpowiednio nastawi zespó sterowania (prosta sprawa przy wkraczaniu do
Wieczno ci, natomiast bardzo skomplikowana w przej ciu do Czasu, lecz ten typ podró y
zdarza si rzadziej). Przekroczy kurtyn i przymru
oczy od blasku. Odruchowo podniós
, by je os oni .
Naprzeciw niego sta tylko jeden cz owiek. Z pocz tku Harlan widzia go bardzo
niewyra nie.
Cz owiek odezwa si :
- Jestem Socjolog. Kantor Voy. Pan jest pewnie Technikiem Marianem?
Harlan skin g ow i powiedzia :
- Ojcze Czasie! Czy t iluminacj mo na troch przygasi ? Voy obejrza si , a potem
powiedzia wyrozumiale:
- My li pan o emulsjach cz steczkowych?
- Oczywi cie - odpar Harlan. - Podr cznik wspomina o nich, ale nie mówi o tak
szale czych refleksach wietlnych.
Harlan uwa
swe oburzenie za do uzasadnione. 2456 Stulecie orientowa o si na
materi , podobnie jak wi kszo stuleci, wi c od samego pocz tku mia prawo oczekiwa , e
wszystko b dzie do podobne. Nie spodziewa si tu straszliwego chaosu (straszliwego dla
kogo , kto urodzi si w epoce zorientowanej na materi ) wirów energii trzechsetnych stuleci
ani dynamiki pola sze setnych wieków. W wieku 2456 dla wygody przeci tnego
Wieczno ciowca materii u ywano do wszystkiego - od cian do gwo dzi tapicerskich.
Nawiasem mówi c, jest materia i materia. Obywatel zorientowanego na energi
stulecia mo e sobie tego nie u wiadamia . Dla niego wszelka materia mo e wygl da jak
drobne odmiany czego grubego, ci kiego, barbarzy skiego. Jednak nastawiony na materi
Harlan rozró nia drzewo, metale (ci kie i lekkie), plastik, krzem, wapno, skór i tak dalej.
Lecz materia sk adaj ca si wy cznie z luster!
To by o pierwsze wra enie z 2456 Stulecia. Ka da powierzchnia odbija a wiat o i
yszcza a. Wsz dzie by a iluzja absolutnej g adko ci: efekt emulsji cz steczkowej. W tych
nie ko cz cych si odbiciach samego Harlana i Socjologa Voya, wszystkiego, co tylko móg
zobaczy w u amkach i ca
ciach, pod wszystkimi k tami, by chaos. Jaskrawy chaos,
wywo uj cy obrzydzenie.
- Bardzo mi przykro - powiedzia Voy. - To obyczaj Stulecia, a odpowiednia sekcja
uwa a, e nale y przyjmowa miejscowe obyczaje, je li s praktyczne. Przyzwyczai si pan
do tego po pewnym czasie.
Voy ruszy gwa townie po stopach innego Voya, odwróconego g ow w dó pod
posadzk , który wraz z nim podszed do sto u. Przesun do punktu zerowego cienk jak w os
wskazówk na spiralnej skali.
Odbicia znik y, jaskrawe wiat o zblad o. Harlan poczu , jakjego wiat si zestala.
- Prosz teraz za mn - rzek Voy.
Harlan poszed za nim przez puste korytarze, które przed paroma chwilami musia y
jarzy si orgi sztucznego wiat a i refleksów, po pochylni i przez przedpokój do gabinetu.
Na tej krótkiej drodze nie spotkali nikogo. Harlan tak by do tego przyzwyczajony, e
z pewno ci zaskoczy oby go i niemal wywo
o wstrz s, gdyby ujrza oddalaj
si szybko
posta ludzk . Bez w tpienia rozesz y si ju wie ci, e przybywa Technik. Nawet Voy
trzyma si na dystans, a gdy przypadkowo d
Harlana otar a si o jego r kaw, Socjolog
drgn i cofn si .
Harlana nieco zaskoczy a odrobina goryczy, jakiej przy tym wszystkim doznawa .
My la , e muszla, która wyros a wokó jego duszy, jest grubsza, bardziej nieprzenikliwa.
Je li si myli , je li ten pancerz sta si cie szy, przyczyna mog a by tylko jedna:
Noys!
Socjolog Kantor Voy pochyli si ku Technikowi niby w do przyjacielski sposób,
lecz Harlan zauwa
, e siedz po przeciwnych ko cach pod
nej osi do du ego sto u.
Voy powiedzia :
- Ciesz si , e tak s ynny Technik interesuje si naszym drobnym problemem.
- Tak - odpar Harlan z ch odn oboj tno ci , jakiej ludzie po nim oczekiwali. - Ten
problem ma swoje interesuj ce aspekty. (Czy by do oboj tny? Z pewno ci jego prawdziwe
motywy musz by widoczne, a wina ujawnia si w kropelkach potu na czole).
Wydoby z wewn trznej kieszeni arkusik folii z sumarycznym projektem Zmiany
Rzeczywisto ci. By a to ta sama kopia, któr miesi c wcze niej wys ano do Rady
Wszechczasów. Dzi ki swym kontaktom ze Starszym Kalkulatorem Twissellem (samym
Twissellem!) Harlan nie mia wiele k opotu z uzyskaniem tego egzemplarza.
Przed rozwini ciem rolki upu ci j na powierzchni sto u, gdzie zosta a zatrzymana
przez s abe pole paramagnetyczne, i zamy li si na chwil .
Pokrywaj ca stó emulsja cz steczkowa by a przygaszona, ale nie ciemna. Ruch
asnej r ki przyci gn na chwil jego wzrok, odbicie twarzy zdawa o si patrze na niego
ponuro z blatu sto u. Mia trzydzie ci dwa lata, lecz wygl da starzej. Wiedzia o tym. Mo e
to w
nie jego d uga twarz i czarne brwi nad czarnymi oczyma powodowa y po cz ci, e
mia ów marsowy wygl d i ch odne nieruchome spojrzenie, typowe dla karykaturalnego
obrazu Technika w wyobra eniach Wieczno ciowców. A mo e powodowa to fakt, e Harlan
stale pami ta o tym, i jest Technikiem.
Rozpostar foli na stole i wróci do sprawy.
- Nie jestem Socjologiem - rzek . Voy u miechn si .
- To brzmi wspaniale. Gdy kto zaczyna mówi o braku kompetencji w danej
dziedzinie, zazwyczaj zaraz potem wyst puje z jak stanowcz opini .
- Nie - powiedzia Harlan. - To nie opinia. Tylko pro ba. Chcia bym, eby pan rzuci
okiem na to podsumowanie i sprawdzi , czy gdzie tu nie ma drobnej pomy ki.
Voy natychmiast spowa nia .
- Mam nadziej , e nie - powiedzia .
Harlan trzyma jedn r
na oparciu fotela, drug na kolanach. Musia uwa
, eby
nie b bni palcami. Ani nie zagryza ust. Nie móg w adnym wypadku wyjawia swych
uczu .
Od czasu gdy ca a orientacja jego ycia si zmieni a, studiowa konspekty
projektowanych Zmian Rzeczywisto ci, które nap ywa y poprzez pracuj cy na wysokich
obrotach m yn administracyjny do Rady Wszechczasów. Jako przyboczny Technik Starszego
Kalkulatora Twissella potrafi to zorganizowa , lekko tylko naginaj c zasady zawodowej
etyki. Szczególnie e Twissell coraz wi cej uwagi po wi ca swemu gigantycznemu
przedsi wzi ciu. (Harlan gor czkowa si . Teraz wiedzia co nieco o naturze tego
przedsi wzi cia).
Nie mia pewno ci, e we w
ciwym czasie znajdzie to, czego szuka . Gdy pierwszy
raz rzuci okiem na projekt Zmiany Rzeczywisto ci 2456-2781, numer seryjny V-5, by
prawie przekonany, e pragnienia zm ci y mu umys . Przez ca y dzie sprawdza równania i
zwi zki w przygniataj cej niepewno ci, zmieszanej ze wzrastaj cym podnieceniem i gorzk
satysfakcj , e nauczy si przynajmniej podstaw psychomatematyki.
Teraz Voy przegl da te same perforowane wzory na pó zdumionym, na pó
gniewnym wzrokiem.
Powiedzia :
- Wydaje mi si , powiadam: wydaje mi si , e wszystko jest w najlepszym porz dku.
Harlan powiedzia :
- Polecam panu szczególnie spraw charakterystyki okresu narzecze stwa w bie cej
Rzeczywisto ci tego stulecia. To nale y do socjologii i za to chyba pan odpowiada. Dlatego
te chcia em si spotka raczej z panem ni z kimkolwiek innym.
Voy zmarszczy czo o. Nadal by grzeczny, lecz ch odny. Powiedzia :
- Obserwatorzy przydzieleni do naszej sekcji s wysoce kompetentni. Mam absolutn
pewno , e ci, których wyznaczono do tego projektu, dostarczyli dok adnych danych. Ma
pan powody s dzi , e by o inaczej?
- Bynajmniej, Socjologu. Przyjmuj ich materia y. Kwestionuj natomiast
opracowanie materia ów. Czy nie mo na znale alternatywnego rozga zienia w tym
punkcie, je li we mie si w
ciwie pod rozwag dane o narzeczonych?
Voy spojrza , a potem odetchn z ulg .
- Oczywi cie, Techniku, oczywi cie, lecz to rozga zienie przekszta ca si w
to samo . To p tla ma ych rozmiarów bez adnych wiadcze z którejkolwiek strony. S dz ,
e wybaczy mi pan ten malowniczy j zyk zamiast precyzyjnych wyra
matematycznych.
- Lubi go - powiedzia Harlan sucho. - Nie jestem bardziej Kalkulatorem ni
Socjologiem.
- Doskonale. Alternatywne rozga zienie, o którym pan mówi, albo rozwidlenie drogi,
jak by my powiedzieli, jest nieznaczne. Oba ramiona si
cz i powstaje znowu jedna droga.
Nie ma nawet potrzeby o tym wspomina w naszych zaleceniach.
- Skoro pan tak twierdzi, to przyjmuj , e pan ma racj . Jednak nadal pozostaje
kwestia MPZ.
Socjolog j kn przy tych inicja ach, ale Harlan spodziewa si tego. MPZ - Minimum
Potrzebnych Zmian. Tutaj Technik by mistrzem. Socjolog móg si uwa
za niedost pnego
dla krytyki ni szych istot we wszystkim, co dotyczy o matematycznej analizy niesko czenie
mo liwych Rzeczywisto ci w Czasie, ale w sprawach MPZ Technik sta wy ej.
Mechaniczne komputowanie nie wystarczy. Najwi kszy komputaplex, jaki
kiedykolwiek zbudowano, obs ugiwany przez najm drzejszego i najbardziej do wiadczonego
Starszego Kalkulatora, potrafi najwy ej wskaza granice, w których mo na ustali MPZ.
Dopiero Technik, przegl daj c dane, wybiera okre lony punkt w tym zakresie. Dobry
Technik rzadko si myli , Technik wybitny nie myli si nigdy.
Harlan nie myli si nigdy.
- Tymczasem zalecane przez wasz sekcj MPZ - odezwa si Harlan - (mówi
ch odno, oboj tnie, precyzyjnie wymawiaj c zg oski standardowego j zyka
mi dzyczasowego) - czy si ze spowodowaniem wypadku w przestrzeni kosmicznej i
gwa town , okrutn
mierci dziesi ciu czy wi cej ludzi.
- Nieuniknione - powiedzia Voy wzruszaj c ramionami.
- Ze swej strony - odpar Harlan - uwa am, e MPZ mo na zredukowa do zwyk ego
przeniesienia zasobnika z jednej pó ki na drug . Prosz ! - Wskaza palcem, podkre laj c
wypiel gnowanym paznokciem malutki znaczek obok kolumny perforacji.
Voy w milczeniu rozmy la nad wzorami. Harlan powiedzia :
- Czy to nie zmienia sytuacji pa skiego nieprzewidzianego rozwidlenia? Czy nie
zmienia wide ek mniejszego prawdopodobie stwa niemal w pewno i nie prowadzi do...
- Do MPO - szepn Voy.
- W
nie, do Maksymalnie Po danej Odpowiedzi - rzek Harlan.
Voy podniós g ow , na jego ciemnej twarzy malowa a si walka mi dzy strachem a
gniewem. Harlan mimowolnie zauwa
, e mi dzy dwoma du ymi górnymi siekaczami tego
cz owieka jest szpara, co nadawa o mu króliczy wygl d, dziwnie k óc cy si z t umion
energi j ego s ów.
- Wi c b
przes uchany przez Rad Wszechczasów? - zapyta Voy.
- Nie s dz . O ile si orientuj , Rada Wszechczasów nie wie o tym. W ka dym razie
projekt Zmiany Rzeczywisto ci przekazano mi bez komentarzy. - Nie wyja ni s owa
„przekazano", ale Voy nie zada
adnego pytania.
- Wi c to pan wykry t pomy
?
- Ja.
- I nie z
pan raportu Radzie Wszechczasów?
- Nie z
em.
Najpierw ulga, a potem st
enie rysów twarzy.
- Dlaczego nie?
- Ma o kto potrafi by unikn tej omy ki. Wydawa o mi si , e mog j naprawi ,
zanim stanie si szkoda. Zrobi em to. Po co ci gn spraw dalej?
- No có ... dzi kuj . Techniku. Post pi pan jak przyjaciel. Omy ka sekcyjna, która,
jak pan sam stwierdzi , praktycznie by a nie do unikni cia, bardzo nieprzyjemnie wygl da aby
w raporcie. -Zrobi krótk przerw i ci gn dalej: - Oczywi cie, w obliczu zmian w
osobowo ci, jakie zostan wprowadzone przez t Zmian , mier paru ludzi na wst pie nie
ma wi kszego znaczenia.
Harlan my la oboj tnie: nie wygl da na to, eby by szczególnie wdzi czny.
Prawdopodobnie jest z y. Gdy przestanie my le , b dzie jeszcze bardziej z y, e Technik
uchroni go przed nagan s
bow . Gdybym by Socjologiem, u ciska by mi r
, ale
Technikowi... Z zimn krwi potrafi skaza dziesi ciu ludzi na mier , lecz nie dotknie
Technika.
A poniewa czekanie, a gniew Voya wzro nie, by oby fatalne, Harlan oznajmi bez
zw oki:
- My
, e pana wdzi czno si ga tak daleko, i pa ska sekcja wykona dla mnie
pewn ma robótk .
- Robótk ?
- Problem Biografii. Mam przy sobie odpowiednie informacje. Mam równie dane
dotycz ce proponowanej Zmiany Rzeczywisto ci w 482. Chcia bym zna wp yw tej zmiany
na prawdopodobn przysz
pewnej osoby.
- Chyba niezupe nie pana rozumiem - powiedzia z wolna Socjolog. - Z pewno ci ma
pan przecie mo no za atwienia tego w swojej sekcji?
- Mam. Jestem jednak zaanga owany w prywatne badania, których jeszcze nie
chcia bym wykazywa w raportach. By oby trudno wykona to w mojej sekcji bez... - Gestem
wyrazi konkluzj nie doko czonego zdania.
Voy powiedzia :
- Wi c nie chce pan robi tego oficjalnie?
- Chc , eby to zosta o zrobione poufnie. Pragn poufnej odpowiedzi.
- Hm... to jest wbrew przepisom. Nie mog si na to zgodzi . Harlan zmarszczy
czo o.
- Chyba nie bardziej wbrew przepisom ni moja rezygnacja z zameldowania Radzie
Wszechczasów o pa skiej omy ce. Przeciwko temu nie zg osi pan zastrze
. Je li mamy
post powa
ci le oficjalnie w jednej sprawie, musimy by równie oficjalni w drugiej.
dz , e pan mnie rozumie?
Wystarczy o spojrze na twarz Voya. Socjolog wyci gn r
:
- Czy mog zobaczy dokumenty?
Harlan poczu pewn ulg . G ówna przeszkoda zosta a pokonana. Patrzy w napi ciu,
jak Voy pochyla g ow nad arkuszami. Tylko raz Socjolog si odezwa :
- Och, Czasie, to jest ma a Zmiana Rzeczywisto ci. Harlan wykorzysta okazj i
zacz improwizowa :
- Tak jest. Chyba bardzo ma a. O to toczy si ca y spór. To Zmiana poni ej krytycznej
ró nicy, wi c wybra em pewn jednostk na prób . Oczywi cie by oby niedyplomatycznie
wykorzystywa
rodki naszej sekcji, póki nie uzyskam pewno ci, e mam racj .
Voy nie odpowiada i Harlan urwa . Nie by o sensu przeci ga tego dalej. Voy wsta .
- Dam to jednemu z naszych Biografistów. Spraw utrzymamy w tajemnicy. Rozumie
pan chyba, e nie mo na tego uwa
za precedens.
- Oczywi cie, e nie.
- I je li nie ma pan nic przeciwko temu, ch tnie poszed bym popatrze , jak si
dokonuje Zmiana Rzeczywisto ci. Mam nadziej , e zrobi pan nam ten zaszczyt i
przeprowadzi MPZ osobi cie.
Harlan skin g ow .
- Przyjmuj ca kowit odpowiedzialno .
Kiedy weszli do sali obserwacyjnej, dzia
y tam dwa ekrany. In ynierowie
ze rodkowali je ju wedle dok adnych koordynat w Przestrzeni i Czasie, a potem wyszli.
Harlan i Voy byli sami w b yszcz cej sali. (Urz dzenia z emulsji cz steczkowych by y
widoczne i nawet troch wi cej ni widoczne, lecz Harlan patrzy na ekrany).
Oba obrazy tkwi y nieruchomo. Wygl da y na fotografie, poniewa przedstawia y
matematyczne momenty Czasu.
Jeden obraz by w ostrych, naturalnych barwach i ukazywa jakie maszyny; Harlan
wiedzia , e jest to maszynownia do wiadczalnego statku kosmicznego. Zamyka y si w
nie
drzwi i w szczelinie tkwi po yskuj cy but z czerwonego, na pó przezroczystego materia u.
Ale nie porusza si . Nic si nie porusza o. Gdyby obraz by na tyle ostry, e by oby na nim
wida drobiny py u w powietrzu, one te by yby nieruchome.
Voy powiedzia :
- Przez dwie godziny i trzydzie ci sze minut od obserwowanego momentu ta
maszynownia pozostanie pusta. To znaczy - w bie
cej Rzeczywisto ci.
- Wiem - mrukn Harlan. Wk ada r kawiczki i utrwala sobie w pami ci po
enie
na pó ce zasobnika o decyduj cym znaczeniu, mierz c kroki do niego, wybieraj c najlepsze
miejsce, w które nale
o go przenie . Pospiesznie rzuci okiem na drugi ekran.
Podczas gdy maszynownia znajduj ca si w polu okre lonym jako „tera niejszo " -
w odniesieniu do tej sekcji Wieczno ci, w jakiej si znajdowali - by a jasna i w naturalnych
kolorach, to drugi obraz, pó niejszy o jakie dwadzie cia pi Stuleci, mia b kitn po wiat ,
tak jak widoki z „przysz
ci".
To by port kosmiczny. Intensywnie niebieskie niebo, niebieskawo zabarwione
budynki z surowego metalu na niebieskozielonym gruncie. Niebieski cylinder dziwnego
kszta tu o wybrzuszonym dnie sta na pierwszym planie. Dwa podobne znajdowa y si w
bi. Wszystkie trzy wznosi y swe rozdwojone dzioby do góry, a rozci cia si ga y g boko w
kad ub statku.
- Bardzo dziwaczne - powiedzia zamy lony Harlan.
- Elektrograwitacyjne - odpar Voy. - Tylko 2481 Stulecie ma elektrograwitacyjne
pojazdy kosmiczne. Bez dysz, bez silników j drowych. Konstrukcja, która daje du e
prze ycia estetyczne. Wielka szkoda, e musieli my to podda Zmianie. Wielka szkoda. -
Utkwi oczy w Marianie z widoczn dezaprobat .
Harlan zacisn wargi. Wyra na dezaprobata! Czemu nie? Przecie jest Technikiem.
Tak to jest: by kiedy pewien Obserwator, który stwierdzi zjawisko narkomanii. By
jaki Statystyk, który wykaza , e najnowsze Zmiany pomno
y liczb narkomanów;
osi gn a ona najwi kszy procent w ca ej bie cej Rzeczywisto ci cz owieka. Jaki Socjolog,
prawdopodobnie sam Voy, opracowa ten problem z psychiatrycznego punktu widzenia.
Wreszcie jaki Kalkulator udowodni , e w celu ograniczenia narkomanii do bezpiecznego
poziomu konieczna jest Zmiana Rzeczywisto ci, i wykry , e w efekcie ubocznym musi na
tym ucierpie elektrograwitacyjna komunikacja kosmiczna. Dziesi ciu czy stu ludzi w ca ej
Wieczno ci przyk ada o do tego r
.
Lecz wreszcie, na koniec, musi wkroczy Technik, taki jak Harlan. Wype niaj c
dyrektywy, jakie wszyscy inni wymy lili i mu przekazali, musi zapocz tkowa aktualn
Zmian Rzeczywisto ci. A potem wszyscy patrz na niego i oskar aj wynio le. Ich
spojrzenia mówi : „To nie my, to ty zniszczy
to pi kno".
I za to b
go pot pia i unika . Zrzuca w asn win na jego barki i b
nim
pogardzali.
Harian powiedzia szorstko:
- Statki si nie licz . Jeste my zainteresowani tylko tymi istotami. „Istoty" by y
lud mi, wygl daj cymi kar owato na tle statku kosmicznego, tak jak Ziemia i ziemskie
spo ecze stwa wygl daj na tle Kosmosu.
Ci ludzie przypominali grup marionetek. Ich malutkie r czki i nó ki zastyg y w
nienaturalnych pozach uchwyconych w okre lonym momencie Czasu.
Voy wzruszy ramionami.
Harian w
nie przymocowywa ma y generator pola do swego lewego przegubu.
- Trzeba wykona t robot .
- Chwileczk . Chc si skontaktowa z Biografist i dowiedzie , ile czasu zajmie mu
ta praca dla pana. Chcia bym, eby i to zosta o wykonane.
Jego r ce manipulowa y sprawnie przy ma ym ruchomym przycisku, a ucho s ucha o
uwa nie serii tykni , które nadesz y w odpowiedzi. (Jeszcze jedna charakterystyczna cecha
tej sekcji Wieczno ci, my la Harian - kody d wi kowe. M dre, ale afektowane, podobnie jak
emulsje cz steczkowe).
- Mówi, e nie zajmie mu to wi cej ni trzy godziny - rzek wreszcie Voy. - Poza tym
podziwia imi badanej osoby. Noys Lambent. To kobieta, prawda?
Harlanowi zasch o w gardle.
- Tak.
Wargi Voya rozci gn y si w u miechu.
- To brzmi interesuj co. Chcia bym j pozna . Od miesi cy nie mieli my kobiet w
naszej sekcji.
Harian ba si odpowiedzie . Przez chwil wpatrywa si w Socjologa, a potem
gwa townie si odwróci .
Je li istnia a jaka skaza na Wieczno ci, to w
nie w zwi zku z kobietami. Wiedzia o
tym niemal od pierwszego wej cia w Wieczno , lecz osobi cie zacz odczuwa dopiero od
tego dnia, kiedy spotka Noys. Od tego momentu by a ju prosta droga do punktu, w którym
si teraz znalaz , zak amany wobec swej przysi gi Wieczno ciowca i wszystkiego, w co
wierzy .
- Dla kogo?
Dla Noys.
I nie wstydzi si . To w
nie by o najbardziej wstrz saj ce. Nie wstydzi si . Nie czu
si winny lawiny zbrodni, jak spowodowa , zbrodni, wobec których ostatnia - nielegalne
ycie poufnego Biografowania - by a zaledwie drobnym grzechem.
Je li b dzie trzeba, nie cofnie si przed najgorszym.
Po raz pierwszy nasun a mu si wyrazi cie pewna my l. I chocia j odrzuci ze
zgroz , wiedzia , e skoro raz ju si pojawi a, to na pewno wróci.
My l by a prosta: je li zajdzie potrzeba, zniszczy Wieczno .
2. OBSERWATOR
Harlan sta w bramie Czasu i my la o sobie na nowy sposób. Kiedy wszystko by o
bardzo proste. Istnia o co takiego jak idea y albo przynajmniej has a, dla których si
o.
Ka de stadium ycia Wiecz-no ciowca mia o swój sens. Jak si zaczynaj „Podstawowe
zasady"?
ycie Wieczno ciowca mo na podzieli na cztery okresy...".
Wszystko to dzia
o dotychczas g adko, lecz teraz si zmieni o. A co si raz rozpad o,
nie da si z
znowu w jedn ca
.
Przeszed jednak wytrwale przez wszystkie cztery stadia ycia Wieczno ciowca. Przez
pierwsze pi tna cie lat w ogóle nie by Wieczno ciowcem, tylko mieszka cem Czasu. Jedynie
istota ludzka istniej ca poza Czasem, mianowicie Czasowiec, mog a sta si Wiecz-
no ciowcem; nikt nie móg si urodzi w tej roli.
Maj c lat pi tna cie, po przebyciu starannego procesu eliminacji, o którego istocie nie
mia wtedy poj cia, zosta wybrany. Po dramatycznym po egnaniu z rodzin przeniesiono go
za kurtyn Wieczno ci. (Ju wtedy wyja niono mu, e cokolwiek si zdarzy, on nigdy nie
wróci. Prawdziwego powodu tej zasady mia si dowiedzie w d ugi czas potem).
Znalaz szy si w Wieczno ci, sp dzi dziesi lat w szkole jako Nowicjusz, a potem
awansowa , by zacz trzecie stadium w charakterze Obserwatora. Dopiero potem mia zosta
Specjalist , prawdziwym Wieczno ciowcem. By o to czwarte i ostatnie stadium ycia w
Wieczno ci: Czasowiec, Nowicjusz, Obserwator i Specjalista.
Harlan g adko przeszed przez to wszystko. Mo na nawet powiedzie , e z
powodzeniem.
Wyra nie przypomnia sobie chwil , gdy uko czy Nowicjat i wraz ze swymi
kolegami zosta niezale nym cz onkiem Wieczno ci: chwil , gdy nie b
c jeszcze
Specjalistami, otrzymali ju tytu Wieczno ciowca.
Pami ta to dok adnie. Sko czy szko i Nowicjat i wraz z pi cioma kolegami sta
uchaj c ze splecionymi z ty u r kami.
Edukator Yarrow przemawia do nich siedz c przy biurku. -Harlan dobrze pami ta
Yarrowa: ma y, energiczny m czyzna, ze zmierzwion czupryn , piegowatymi r kami i
nieprzytomnym wyrazem oczu (ten nieprzytomny wyraz oczu nie by u Wieczno ciowca
niczym niezwyk ym - powodowa a go utrata domu i rodzinnego otoczenia, utajona i zakazana
sknota za jedynym Stuleciem, którego nigdy aden z nich nie móg zobaczy ).
Harlan oczywi cie nie pami ta dok adnie s ów Yarrowa, lecz ich tre ostro wry a mu
si w pami .
Yarrow powiedzia mniej wi cej tak:
- B dziecie teraz Obserwatorami. Nie jest to wysokie stanowisko. Specjali ci nie
traktuj go powa nie. Mo liwe, e wy, Wieczno ciowcy (specjalnie zrobi przerw po tym
owie, eby ka dy móg si wyprostowa i u miechn ), równie . Je li tak, jeste cie
upcami i nie zas ugujecie na miano Obserwatorów.
Kalkulatorzy nie mieliby czego kalkulowa . Biografi ci nie mieliby materia u do
biografii. Socjologowie nie mieliby spo ecze stw do profilowania. aden ze Specjalistów nie
mia by nic do roboty, gdyby nie by o Obserwatorów. Wiem, e ju wam to mówiono, ale
chcia bym, eby cie byli absolutnie przekonani i nie mieli adnej w tpliwo ci w tej sprawie.
To wy, najm odsi, b dziecie wychodzili w Czas, w najbardziej niepomy lnych
warunkach, eby dostarczy faktów, suchych, obiektywnych, niezale nych od osobistych
opinii i upodoba . Faktów wystarczaj co cis ych, by nakarmi nimi komputery, a do okre-
lonych, by mog y pos
do rozwi zywania równa spo ecznych. Faktów wystarczaj co
uczciwych, by mog y tworzy podstaw dla Zmian Rzeczywisto ci.
I jeszcze jedno musicie zapami ta : wasza s
ba w roli Obserwatorów nie jest czym ,
co nale y odb bni mo liwie szybko i bez k opotów. W
nie jako Obserwatorzy wyrabiacie
sobie mark . Nie to, co cie robili w szkole, lecz to, co zrobicie jako Obserwatorzy, b dzie
okre la o wasz specjalizacj i stopie , do jakiego w niej dojdziecie. To b dzie wasz
podyplomowy sta , Wieczno ciowcy, a niepowodzenie w nim, nawet ma e niepowodzenie,
zepchnie was do Obs ugi, niezale nie od tego, jak wygl daj teraz wasze potencjalne
mo liwo ci. To wszystko.
Poda r
ka demu z nich, a Harlan, powa ny, uroczysty, dumny w swej wierze, i
najwi kszym przywilejem Wieczno ciowca jest przywilej odpowiedzialno ci za szcz cie
wszystkich istot ludzkich, które s albo b
w zasi gu Wieczno ci, by pe en nabo nego
szacunku dla samego siebie.
Pierwsze zadanie Harlana by o drobne i wykona je pod cis ym nadzorem, lecz potem
rozwija swe talenty w kilkunastu Stuleciach na kilkunastu Zmianach Rzeczywisto ci.
W pi tym roku pracy otrzyma awans na Starszego Obserwatora ze skierowaniem do
482 wieku. Po raz pierwszy mia wykona prac bez nadzoru i gdy sobie to u wiadomi ,
melduj c si Kalkulatorowi sekcji, straci nieco pewno siebie.
By to zast pca Kalkulatora Hobbe Finge; podejrzliwie ci gni te usta i zmarszczone
brwi wygl da y miesznie w jego twarzy. Brakowa o mu tylko kolorów i kosmyka siwych
osów, a móg by uchodzi za wizerunek wi tego Miko aja.
wi ty Miko aj albo Santa Claus, albo Kriss Kringle. Harlan zna wszystkie trzy
imiona. W tpi , czy cho by jeden na sto tysi cy Wieczno ciowców s ysza o którym z nich.
Harlan czerpa sekretn wstydliw dum ze swej tajemnej wiedzy. Od najwcze niejszych dni
w szkole je dzi na swym koniku historii Prymitywu, a Edukator Yarrow zach ca go do tych
studiów. Harlan ogromnie polubi te dziwaczne, przewrotne Stulecia, które znajdowa y si nie
tylko przed pocz tkiem Wieczno ci, w wieku 27, lecz nawet przed wynalezieniem Pola
Czasowego, w 24 wieku. Studiowa stare ksi ki i periodyki. Podró owa nawet daleko w
przesz
, do najwcze niejszych Stuleci, gdy tylko mu na to pozwolono, by korzysta z
lepszych róde . Przez pi tna cie z gór lat zgromadzi znaczn bibliotek , prawie w ca
ci
sk adaj
si z ksi ek drukowanych na papierze. Mia w niej tom pisarza zwanego H.G.
Wells i inny - W. Szekspira, oba do postrz pione. A najciekawszy by komplet oprawnych
tygodników z epoki Prymitywu, które zajmowa y ogromn przestrze , lecz Harlan nie mia
serca zredukowa ich do mikrofilmu.
Od czasu do czasu gubi si w wiecie, gdzie ycie by o yciem, a mier
mierci ;
gdzie cz owiek podejmowa decyzje nieodwo alne, gdzie nie mo na by o zapobiec z u ani
popiera dobra i gdzie przegrana bitwa pod Waterloo by a naprawd przegrana na zawsze.
A potem by trudny, niemal szokuj cy powrót my li do Wieczno ci i wiata, w którym
Rzeczywisto jest czym gi tkim i szybko znikaj cym, czym , co ludzie, tacy jak on sam,
mog utrzyma w d oniach i ukszta towa w lepsz form .
Skojarzenie ze wi tym Miko ajem prys o, gdy Hobbe Finge zacz mówi
energicznie i rzeczowo.
- Mo e pan rozpocz jutro od zwyk ego przegl du bie cej Rzeczywisto ci. Ma to
by zrobione wnikliwie i dok adnie. Nie zezwala si na adn niedba
. Pana pierwsza karta
przestrzenno-czasowa b dzie gotowa na jutro rano. Wszystko jasne?
- Tak, Kalkulatorze - powiedzia Harlan. Ju wtedy zorientowa si , e stosunki
mi dzy nim a zast pc Kalkulatora nie u
si dobrze, i
owa tego.
Nast pnego ranka otrzyma kartk pokryt skomplikowanymi perforowanymi
wzorami, tak jak wysz a z komputapleksu. U
swego kieszonkowego odkodywacza w celu
przet umaczenia ich na standardowy j zyk mi dzyczasowy, boj c si , eby nie pope ni
najdrobniejszej pomy ki na samym pocz tku. Oczywi cie osi gn ten etap, e móg czyta
perforacje bezpo rednio.
Karta mówi a mu, gdzie i kiedy ma si znale w 482 Stuleciu; dok d mo e si uda ,
a dok d nie; czego ma unika za wszelk cen . Jego obecno mia a si ograniczy tylko do
tych miejsc i czasu, w których nie by aby niebezpieczna dla Rzeczywisto ci.
Nie lubi 482 Stulecia. Nie by o podobne do jego ojczystej, powa nej i
nonkonformistycznej ery. By y to jego zdaniem czasy bez etyki i bez zasad. Stulecie
hedonistyczne, materialistyczne i troch nad miar matriarchalne. By a to jedyna era
(sprawdzi to w raportach bardzo dok adnie) z ektogenicznymi urodzinami, a w okresie ich
najwi kszego rozwoju czterdzie ci procent kobiet mia o dzieci sk adaj c tylko zap odnione
jajo w owarium. Ma
stwa czy y si i rozwi zywa y za obopóln zgod , prawo nie
uznawa o ich za nic wi cej ni prywatne porozumienie bez mocy obowi zuj cej. Zwi zek
zawarty dla urodzin dziecka by oczywi cie ci le oddzielony od spo ecznych funkcji
ma
stwa i dzia
na czysto eugenicznych zasadach.
Pod wieloma wzgl dami Harlan uwa
to spo ecze stwo za chore i dlatego pragn
Zmiany Rzeczywisto ci. Wielokrotnie przychodzi o mu do g owy, e jego obecno w
Stuleciu, jako cz owieka z innych czasów, mog aby rozdwoi jego histori . Je li zak ócenia t
obecno ci spowodowane by yby do silne w pewnym kluczowym punkcie, rzeczywisty
sta by si inny nurt prawdopodobie stwa, nurt, w którym miliony szukaj cych przygód kobiet
przekszta ci yby si w prawdziwe matki o czystych sercach. Znalaz yby si w innej
Rzeczywisto ci ze wszystkimi wspomnieniami do niej przynale nymi, niezdolne mówi , ni ,
wyobra
sobie, e kiedykolwiek by y kim innym.
Na nieszcz cie, eby tego dokona , musia by przekroczy granice wyznaczone mu w
karcie przestrzenno-czasowej, a to by o nie do pomy lenia. Ale nawet gdyby by o, wyj cie
poza te granice na chybi trafi mog oby zmieni Rzeczywisto na wiele sposobów. Mog aby
sta si jeszcze gorsza. Tylko staranna analiza i kalkulacja pozwala y precyzyjnie okre li
charakter Zmiany Rzeczywisto ci.
Zewn trznie, mimo swych osobistych pogl dów, Harlan pozosta Obserwatorem,
idealny Obserwator za by jedynie zestawem o rodków zmys owo-percepcyjnych
do czonych do mechanizmu pisz cego raporty. Mi dzy percepcj a raportem nie powinno
by miejsca na uczucia.
Pod tym wzgl dem raporty Harlana stanowi y szczyt doskona
ci.
Zast pca Kalkulatora Finge wezwa go po drugim tygodniowym raporcie.
- Gratuluj , Obserwatorze - powiedzia g osem, w którym nie wyczuwa o si ciep a -
kompozycji i jasno ci pana raportów. Ale co pan w
ciwie my li?
Harlan przybra taki wyraz twarzy, jakby by a mozolnie wyci ta z 95-wiecznego
drzewa. Powiedzia :
- Nie mam adnych w asnych my li w tej sprawie.
- Ale, ale! Pan jest z 95 Stulecia i obaj wiemy, co to znaczy. Z pewno ci tamto
stulecie dzia a panu na nerwy.
Harlan wzruszy ramionami.
- Czy cokolwiek w moich raportach sk ania pana do wniosku, e moje nerwy s nie w
porz dku?
By o to niemal bezczelne pytanie. Finge zacz b bni t pymi paznokciami po blacie
biurka.
- Prosz odpowiedzie na pytanie - rzek . Harlan powiedzia :
- Socjologicznie wiele aspektów tego stulecia osi gn o skrajno . Spowodowa o to
ostatnie trzy Zmiany Rzeczywisto ci w tej epoce. S dz , e w ko cu sprawa zostanie
uregulowana. Skrajno ci nigdy nie s zdrowe.
- Wi c zada pan sobie trud sprawdzenia ostatnich Rzeczywisto ci Stulecia?
- Jako Obserwator musz sprawdzi wszystkie zasadnicze fakty.
To by mocny argument. Harlan oczywi cie mia prawo i obowi zek sprawdza te
fakty i Finge o tym wiedzia . Ka dym Stuleciem wstrz sa y ci
e Zmiany Rzeczywisto ci.
adne obserwacje, niezale nie od tego jak pracoch onne, nie mog y utrzyma si d ugo bez
ponownego sprawdzania. W Wieczno ci przestrzegano procedury ci
ego obserwowania
ka dego Stulecia. A eby w
ciwie obserwowa , trzeba by o zna nie tylko fakty bie cych
Rzeczywisto ci, lecz równie ich zwi zki z poprzednimi Rzeczywisto ciami.
Harlan zauwa
, e to sprawdzanie przez Finge'a pogl dów Obserwatora to nie tylko
nie yczliwo . Finge by nastawiony zdecydowanie wrogo.
Innym razem Finge powiedzia do Harlana, wchodz c do jego ma ego gabinetu:
- Pa skie raporty robi doskona e wra enie na Radzie Wszechczasów.
Harlan milcza niepewnie, a potem wymamrota :
- Dzi kuj panu.
- Wszyscy si zgadzaj , e wykazuje pan niezwyk przenikliwo .
- Staram si , jak mog . Finge zapyta nagle:
- Czy pan zna Starszego Kalkulatora Twissella?
- Kalkulatora Twissella? - Harlan wytrzeszczy oczy. - Nie. Dlaczego pan pyta?
- Wydaje si , e pa skie raporty szczególnie go interesuj . -Finge zamy li si i
zmieni temat. - Wydaje mi si , e pan sobie wypracowa w asn filozofi , pewien punkt
widzenia na histori .
Harlana dr czy a pokusa. Pró no i ostro no walczy y ze sob i wreszcie pró no
zwyci
a.
- Studiowa em histori Prymitywu.
- Histori Prymitywu? W szkole?
- Niezupe nie, Kalkulatorze. Sam. To jest... mój konik. To jest zupe nie tak, jakby si
obserwowa o histori stoj
nieruchomo, zamro on ! Mo na j studiowa w szczegó ach,
podczas gdy Stulecia Wieczno ci stale si zmieniaj . - Zapali si na my l o tym. - To jest tak,
jakby my wzi li seri kadrów z ksi kowego filmu i studiowali uwa nie ka dy kadr.
Zobaczymy o wiele wi cej, ni gdyby my po prostu pu cili film. To mi bardzo pomaga w
mojej pracy.
Finge popatrzy rozszerzonymi ze zdziwienia oczyma i wyszed bez s owa.
Jednak pó niej, przy jakiej okazji, wróci do tematu historii Prymitywu i przyj
pe ne skruchy komentarze Harlana bez adnego zdecydowanego wyrazu na swej t ustej
twarzy.
Harlan nie by pewny, czy ma
owa ca ej sprawy, czy traktowa j jako szans
przy pieszenia swego awansu. Zdecydowa jednak, e to ostatnie nie wchodzi w gr , gdy
mijaj c go pewnego dnia na korytarzu A, Finge odezwa si niespodziewanie, tak by inni
yszeli:
- Wielki Czasie, Harlan, czy pan si nigdy nie u miecha? U wiadomi sobie, e Finge
go nienawidzi. Ale wkrótce jego stosunek do Finge'a zacz przypomina wstr t.
W ci gu trzech miesi cy bada nad 482 sprawdzono wszystko, co by o w tym Stuleciu
ciekawego, i gdy Harlan otrzyma nag e wezwanie do biura Finge'a, nie by zaskoczony.
Spodziewa si zmiany zadania. Jego ostateczny raport by gotowy ju od kilku dni. 482 wiek
pragn eksportowa wi cej tekstyliów, produkowanych na bazie celulozy, do Stuleci, w
których lasy zosta y wytrzebione, takich jak 1174, lecz nie chcia otrzymywa w zamian
dzonej ryby. Do tego do czona by a d uga lista podobnych pozycji z odpowiedni analiz .
Wzi ze sob brulion raportu.
Ale o 482 Stuleciu nawet nie wspomniano. Natomiast Finge przedstawi Harlana
staremu, pomarszczonemu cz owieczkowi o rzadkich, siwych w osach i twarzy gnoma. Twarz
ta przez ca y czas rozmowy by a u miechni ta. W po
ych palcach tkwi zapalony
papieros.
By to pierwszy papieros, jaki Harlan w yciu widzia ; gdyby nie to, po wi ci by
wi cej uwagi cz owiekowi, a mniej p on cej rurce, i by by lepiej przygotowany na
prezentacj Finge'a.
Finge powiedzia :
- Starszy Kalkulatorze, to jest Obserwator Andrew Harlan. Oczy Harlana gwa townie
przeskoczy y z papierosa na twarz cz owieczka.
Starszy Kalkulator Twissell odezwa si piskliwym g osem:
- Jak si masz? A wi c to ty jeste tym m odym cz owiekiem, który pisze znakomite
raporty?
Harlan nie móg wykrztusi s owa. Laban Twissell by legend , yj cym mitem.
Laban Twissell by cz owiekiem, którego powinien natychmiast rozpozna . By wybitnym
Kalkulatorem w Wieczno ci, innymi s owy - najwybitniejszym yj cym Wieczno ciowcem i
dziekanem Rady Wszechczasów. Kierowa wi ksz liczb Zmian Rzeczywisto ci ni
ktokolwiek inny... by ... mia ...
Harlana ca kiem opu ci a przytomno umys u. Skin g ow u miechaj c si g upio i
nie powiedzia nic.
Twissell przy
papierosa do ust, zaci gn si szybko i odsun go.
- Zostaw nas, Finge. Chc porozmawia z ch opakiem. Finge wsta , mrukn co i
wyszed .
Twissell powiedzia :
- Wygl dasz na zdenerwowanego, ch opcze. Nie ma si co denerwowa .
Lecz spotkanie z Twissellem by o jak wstrz s. Zawsze cz owiek jest zbity z tropu, gdy
stwierdzi, e kto , kogo uwa
za olbrzyma, w rzeczywisto ci ma sto sze dziesi t pi
centymetrów wzrostu. Czy za cofni tym, g adkim czo em kryje si mózg geniusza? Czy to
przenikliwa inteligencja, czy tylko jowialno promieniuje z ma ych oczek otoczonych
tysi cem zmarszczek?
Harlan nie wiedzia , co s dzi . Zdawa o si , e widok papierosa do reszty odebra mu
przytomno umys u. Wyra nie wzdrygn si , gdy dotar do niego k b dymu.
Oczy Twissella zw zi y si , jakby próbowa y przenikn dym, i Kalkulator powiedzia
w straszliwym dialekcie dziesi tego tysi clecia:
- Czy p dziesz si czu lepiej, kdy p
mówi twój dialekt, ch obcze?
Harlan omal nie wybuchn histerycznym miechem, lecz powiedzia ostro nie:
- Mówi do biegle standardowym mi dzyczasowym, Kalkulatorze.
Powiedzia to w j zyku mi dzyczasowym, którego on i wszyscy inni Wieczno ciowcy
ywali od pierwszych miesi cy pobytu w Wieczno ci.
- Nonsens - oznajmi w adczo Twissell. - Nie obchodzi mnie mi dzyczasowy. Mój
zyk dziesi tego tysi clecia jest a za dobry.
Harlan domy la si , e musia o min
przynajmniej czterdzie ci lat, od chwili gdy
Twissell mia w u yciu czasowe dialekty.
Lecz Kalkulator zrobiwszy t uwag , najwidoczniej dla w asnej satysfakcji, przeszed
na mi dzyczasowy i ju dalej si nim pos ugiwa .
Powiedzia :
- Zaproponowa bym ci papierosa, ale jestem pewny, e nie palisz. Rzadko kiedy w
dziejach przyjmowa o si palenie. Naprawd dobre papierosy robiono jedynie w 72 wieku, a
moje s specjalnie importowane z tej epoki. Daj ci t wskazówk na wypadek, gdyby zacz
pali . To wszystko jest bardzo smutne. W ubieg ym tygodniu musia em na dwa dni
wyskoczy do 123 wieku. Palenie wzbronione. Nawet w sekcji Wieczno ci po wi conej 123
wiekowi Wieczno ciowcy przyj li tamtowieczne obyczaje. Gdybym zapali papierosa,
nast pi oby co w rodzaju katastrofy kosmicznej. Czasami my
, e ch tnie skalkulowa bym
jedn wielk Zmian Rzeczywisto ci i zniós zakazy palenia we wszystkich Stuleciach.
Niestety, jakakolwiek Zmiana w tym rodzaju spowodowa aby wojny w pi dziesi tym
ósmym i niewolnictwo w tysi cznym. Zawsze co przeszkadza.
Harlan najpierw by zmieszany, potem zaciekawiony. Z pewno ci w tej gadaninie co
si kry o.
Czu lekkie ciskanie w gardle, gdy zapyta :
- Czy mog wiedzie , dlaczego pan chcia mnie pozna , Kalkulatorze?
- Podobaj mi si twoje raporty, ch opcze.
W oczach Harlana pojawi si b ysk przyt umionej rado ci.
- Dzi kuj panu - powiedzia .
- Jest w nich polot artysty. Masz intuicj . Prze ywasz wszystko silnie. Wiem, jaka
powinna by twoja pozycja w Wieczno ci, i przyby em ci j zaofiarowa .
Harlan pomy la : nie mog w to uwierzy .
Stara si , by w jego g osie nie zabrzmia a nuta triumfu.
- Czuj si bardzo zaszczycony, Kalkulatorze - powiedzia . Starszy Kalkulator
Twissell, sko czywszy jednego papierosa, niedostrzegalnym ruchem wyci gn i zapali
drugiego, po czym odezwa si w ród k bów dymu:
- Na mi
Czasu, ch opcze, mówisz tak, jakby recytowa wyuczon lekcj . Bardzo
zaszczycony... bzdura. Po prostu mów, co czujesz. Cieszysz si ?
- Tak, Kalkulatorze - potwierdzi Harlan ostro nie.
- W porz dku. Powiniene si cieszy . Chcia by zosta Technikiem?
- Technikiem! - wykrzykn Harlan, zrywaj c si z fotela.
- Siadaj. Siadaj. Wygl dasz na zaskoczonego.
- Nie spodziewa em si , e bada Technikiem, Kalkulatorze.
- Dziwnym trafem -- odpar Twissell sucho - nikt si tego nigdy nie spodziewa.
Oczekuj wszystkiego, tylko nie tego. Jednak o Techników jest trudno i stale ich
potrzebujemy. Ani jedna sekcja w Wieczno ci nie uwa a, e ma ich dosy .
- Chyba si nie nadaj .
- Masz na my li, e nie nadajesz si do podj cia k opotliwej roboty? Ale na mi
Czasu, je li jeste oddany Wieczno ci, tak jak przypuszczam, nie b dzie ci to przeszkadza o.
Owszem, g upcy b
ci unikali i spotkasz si z ostracyzmem. Ale przyzwyczaisz si do
tego. A zyskasz satysfakcj , e jeste potrzebny, i to bardzo. W
nie mnie.
- Panu? W
nie panu?
- Tak jest. - Stary cz owiek u miechn si chytrze. - Nie b dziesz tylko Technikiem.
dziesz moim Technikiem osobistym na specjalnych prawach. Jak ci si to podoba?
- Nie wiem. Kalkulatorze - odpar Harlan. - Mog si nie nadawa .
Twissell energicznie potrz sn g ow .
- Potrzebuj ci . W
nie ciebie. Twoje raporty daj mi pewno , e jeste akurat
odpowiednim cz owiekiem. - Dotkn czo a upier cienionym palcem. - Jako Nowicjusz
zyska
dobr opini . Sekcje, dla których prowadzi
obserwacje, oceni y ci bardzo
pozytywnie. Wreszcie raport Finge'a by bardzo korzystny.
To naprawd poruszy o Harlana.
- Kalkulator Finge wystawi mi korzystn opini ?
- Nie spodziewa
si tego?
- Ja... nie wiem.
- Dobrze ch opcze. Nie mówi , e raport by przychylny. Mówi , e by korzystny. W
gruncie rzeczy raport Finge'a nie by przychylny. Zaleca , eby ci odsuni to od wszelkich
zaj zwi zanych ze Zmianami Rzeczywisto ci. Sugerowa , e trzymanie ci gdziekolwiek
poza dzia em obs ugi jest niebezpieczne.
Harlan poczerwienia .
- Jak on to uzasadnia , Kalkulatorze?
- Wygl da na to, e masz hobby, ch opcze. Jeste zainteresowany histori Prymitywu,
co? - Zrobi szeroki gest r
z papierosem, a Harlan, zapominaj c w gniewie o
kontrolowaniu oddechu, po kn haust dymu i rozkaszla si gwa townie.
Twissell, dobrodusznie obserwuj c ten atak kaszlu, zapyta :
- Czy to prawda?
- Kalkulator Finge nie ma prawa... - zacz Harlan.
- Ale, ale! Powiedzia em ci, co by o w raporcie, poniewa
czy si to z celem, do
którego przede wszystkim ci potrzebuj .
Ponadto raport by poufny i musisz zapomnie , e ci mówi em, co w nim jest. Raz na
zawsze, ch opcze.
- A co w tym z ego, e kto interesuje si histori Prymitywu?
- Finge uwa a, e twoje zainteresowanie wskazuje na silny pop d do Czasu.
Rozumiesz mnie, ch opcze?
Harlan rozumia . Nie sposób by o nie przyswoi sobie pewnych okre le z argonu
psychiatrycznego, a tego okre lenia przede wszystkim. Przyjmowa o si , e ka dy cz onek
Wieczno ci ma silny pop d (tym silniejszy, e oficjalnie t umiony we wszystkich
przejawach), by wróci , niekoniecznie do swojej epoki, ale przynajmniej do jakiego
okre lonego Czasu: by sta si raczej cz ci okre lonego Stulecia ni by w drowcem po
wszystkich Stuleciach. Oczywi cie u wi kszo ci Wieczno ciowców pop d ten pozostawa
bezpiecznie ukryty w pod wiadomo ci
- Nie my
, eby zachodzi ten przypadek - rzek Harlan.
- Ja równie nie przypuszczam. Uwa am, e twoje hobby jest interesuj ce i cenne.
Jak ju wspomnia em, w
nie dlatego wybieram ciebie. Chc , eby wszystkiego, co umiesz
i czego mo esz si nauczy z historii Prymitywu, nauczy pewnego Nowicjusza, którego ci
przyprowadz . Poza tym b dziesz równie moim osobistym Technikiem. Rozpoczniesz prac
za kilka dni. Jeste zadowolony?
Zadowolony? Mie oficjalne zezwolenie na nauczanie wszystkiego o czasach sprzed
Wieczno ci? By osobi cie zwi zanym z najwybitniejszym ze wszystkich
Wieczno ciowców? Nawet nieprzyjemny status Technika wydawa si zno ny w tych
warunkach.
Lecz ostro no nie ca kowicie opu ci a Harlana. Powiedzia :
- Je li to jest potrzebne dla dobra Wieczno ci, Kalkulatorze...
- Dla dobra Wieczno ci? - wykrzykn podobny do gnoma Kalkulator w nag ym
podnieceniu. Rzuci papierosa tak gwa townie, e niedopa ek trafi w przeciwleg
cian i
rozprysn si fontann iskier. - Potrzebuj ci dla istnienia Wieczno ci.
3. NOWICJUSZ
Harlan przebywa kilka tygodni w 575 stuleciu, nim pozna Brins-leya Sheridana
Coopera. Mia czas przyzwyczai si do nowego mieszkania i antyseptyki szk a i porcelany.
Nauczy si nosi znaczek Technika nie kurcz c si przy tym zbytnio i nie staj c w ten
sposób, by znaczek by zwrócony do ciany albo zas oni ty jakim przedmiotem.
Inni bowiem u miechali si pogardliwie, kiedy to robi , i zaczynali odnosi si do
niego z rezerw , jakby podejrzewali prób zdobycia ich przyja ni pod fa szywymi
pretekstami.
Starszy Kalkulator Twissell codziennie przedstawia mu swe problemy. Harlan
studiowa je, pisa analizy, które przepisywano po cztery razy, i ostatni wersj oddawa te
jeszcze nie bez oporów.
Twissell chwali je, kiwa g ow , powtarza :
- Dobre. Dobre.
Potem rzuca szybkie spojrzenie swych starych niebieskich oczu na Harlana, a jego
miech przygasa nieco, gdy mówi :
- Sprawdz t prognoz na komputapleksie.
Analiz zawsze nazywa prognoz . Nigdy nie podawa Harlanowi wyniku
sprawdzenia na komputapleksie, a Harlan nie mia pyta . By przygn biony faktem, e nigdy
nie polecono mu zrealizowa ani jednej z jego analiz. Czy oznacza o to, e komputaplex ich
nie potwierdza? e Harlan wybiera niew
ciwy punkt do wprowadzenia Zmiany
Rzeczywisto ci? e braknie mu sprytu do wykrycia Minimum Potrzebnych Zmian we
wskazanym zakresie? (Dopiero pó niej zacz swobodnie u ywa snobistycznego okre lenia
„MPZ").
Pewnego dnia Twissell przyszed z jakim wystraszonym osobnikiem, który nie mia
nawet spojrze Harlanowi w oczy. Twissell powiedzia :
- Techniku Harlan, to jest Nowicjusz B.S. Cooper.
Harlan odruchowo powiedzia „Cze ". Ale nie by zachwycony tym cz owiekiem.
Facet by niski, o czarnych w osach, z przedzia kiem na rodku. Mia spiczast brod , oczy
jasnobr zowe, uszy nieco za du e, paznokcie poogryzane.
- To ten ch opak, którego b dziesz uczy historii Prymitywu -powiedzia Twissell.
- Wielki Czasie! - zawo
Harlan z gwa townie wzrastaj cym zainteresowaniem. -
Cze ! - Niemal e zapomnia o tym.
Twissell rzek :
- U
z nim plan, jaki ci odpowiada, Harlan. Je li dasz rad -dwa popo udnia
tygodniowo; my
, e to wystarczy. Stosuj w asn metod nauczania. Zostawiam to do twego
uznania. Je li potrzeba ci mikrofilmów albo starych dokumentów, to mi powiedz, dostaniemy
je, je li istniej gdziekolwiek w Wieczno ci czy w jakiejkolwiek osi galnej cz ci Czasu.
Zgoda, ch opcze?
Wyci gn zapalonego papierosa znik d (jak si zawsze wydawa o) i zapachnia o
dymem. Harlan zakaszla , a zaci ni te usta Nowicjusza wiadczy y, e zrobi by to samo,
gdyby tylko mia .
Po wyj ciu Twissella Harlan powiedzia :
- No, siadaj - zawaha si chwil , a potem doda zdecydowanym tonem - synu. Siadaj,
synu. Mój gabinet jest do marny, ale nale y równie do ciebie, ilekro jeste my razem.
Harlana ogarn a fala zapa u. To by jego projekt! Historia Prymitywu to by o co
ca kowicie w asnego. Nowicjusz podniós oczy (po raz pierwszy chyba) i powiedzia j kaj c
si :
- Pan jest Technikiem.
Cz
podniecenia i zapa u Harlana od razu si ulotni a.
- Wi c co z tego?
- Nic - odpar Nowicjusz. - Ja po prostu...
- S ysza
, jak Kalkulator Twissell tytu owa mnie Technikiem?
- Tak, prosz pana.
- Czy by my la , e si pomyli ? e to zbyt z e, eby by o prawdziwe?
- Nie, prosz pana.
- Czemu tak be koczesz? - zapyta Harlan brutalnie i zawstydzi si tego.
Cooper zaczerwieni si gwa townie.
- Niezbyt biegle mówi standardowym mi dzyczasowym.
- Dlaczego? Jak d ugo jeste Nowicjuszem?
- Mniej ni rok, prosz pana.
- Mniej ni rok? Ile ty masz lat, na mi
Czasu?
- Dwadzie cia cztery lata fizjologiczne, prosz pana. Harlan wytrzeszczy oczy.
- Usi ujesz mi wmówi , e wzi li ci do Wieczno ci, kiedy mia
dwadzie cia trzy
lata?
- Tak, prosz pana.
Harlan usiad i zatar r ce. Czego takiego si po prostu nie stosowa o. Do Wieczno ci
wchodzi o si w wieku pi tnastu do szesnastu lat. Wi c co to mo e znaczy ? Czy Twissell
robi z nim jak now prób , eby go sprawdzi ?
- Siadaj i zaczynamy. Twoje pe ne nazwisko i epoka?
Nowicjusz wyst ka :
- Brinsley Sheridan Cooper z 78 Stulecia.
Harlan niemal odetchn . To by o blisko. Zaledwie tysi c siedemset lat od jego
ojczystego stulecia. Nowicjusz by niemal jego s siadem w Czasie.
- Jeste zainteresowany histori Prymitywu? - zapyta .
- Kalkulator Twissell poleci mi si uczy . Niewiele wiem na ten temat.
- Czego si jeszcze uczysz?
- Matematyki. In ynierii Czasu. Na razie studiuj podstawy. W 78 Stuleciu by em
reperatorem szybkopró ni.
Nie by o sensu pyta o istot szybkopró ni. Móg to by odkurzacz ss cy, komputer
albo odmiana pistoletu do malowania. Harla-na niespecjalnie to interesowa o.
- Czy wiesz co o historii? - zapyta . - O jakiejkolwiek historii?
- Uczy em si historii europejskiej.
- Twojej odr bnej jednostki politycznej, jak rozumiem?
- Urodzi em si w Europie. G ównie, oczywi cie, uczono nas historii nowo ytnej. Po
rewolucjach 54 roku. To znaczy 7554 roku.
- Doskonale. Przede wszystkim musisz o tym zapomnie . To zupe nie nic nie znaczy.
Historia, której próbuj uczy Czasowców, zmienia si z ka
Zmian Rzeczywisto ci. Oni
sobie tego nie u wiadamiaj . W ka dej Rzeczywisto ci ich historia jest jedyn histori .
Historia Prymitywu wygl da zupe nie inaczej. Na tym polega ca y jej urok. Niezale nie od
tego, co ka dy z nas robi, historia Prymitywu istnieje tak, jak zawsze istnia a. Kolumb i
Waszyngton. Mussolini i Hereford, oni wszyscy istniej .
Cooper u miechn si lekko. Ma ym palcem potar górn warg i po raz pierwszy
Harlan dostrzeg nad ni
lad zarostu, jakby Nowicjusz zapuszcza w sy.
Cooper powiedzia :
- Odk d tu jestem, niezbyt potrafi ... przyzwyczai si do tego.
- Przyzwyczai si do czego?
- Do tego, e jestem pi set Stuleci od mojej rodzinnej epoki.
- Znajduj si niemal w identycznej sytuacji. Ja pochodz z dziewi dziesi tego
pi tego.
- To inna sprawa. Pan jest starszy ode mnie, a jednak pod pewnym wzgl dem ja
jestem starszy od pana. Móg bym by pana pra-pra- pr -... i tak dalej, dziadkiem.
- Co za ró nica? A przypu my, e tak jest?
- No, do tego trzeba si przyzwyczai . - W tonie Nowicjusza zabrzmia a buntownicza
nuta.
- Wszyscy musimy si przyzwyczaja - odpar Harlan bez wspó czucia i zacz
mówi o Prymitywie. Po trzech godzinach poch oni ty by wyja nianiem, dlaczego istnia y
Stulecia przed pierwszym Stuleciem.
- Ale czy pierwszy wiek nie by pierwszy? - Zapyta Cooper
nie.
Harlan sko czy , daj c Nowicjuszowi ksi
, niezbyt dobr , co prawda, ale na
pocz tek mog a uj .
- Dam ci lepsze materia y, kiedy si dalej podkszta cisz - powiedzia .
Pod koniec tygodnia w sy Coopera wygl da y jak czarna szczoteczka, która postarza a
go o dziesi lat i podkre la a w sko jego dolnej szcz ki. Harlan uzna , e te w sy nie
przydaj urody Nowicjuszowi.
- Sko czy em pana ksi
- odezwa si Cooper.
- Co o niej my lisz?
- W pewnym sensie... - Nast pi a d
sza przerwa, zanim Cooper zacz na nowo. -
Po cz ci pó ny Prymityw przypomina 78 Stulecie. Wie pan, wskutek tego zacz em my le
o domu. Dwa razy ni a mi si moja ona.
- Twoja ona?! - wybuchn Harlan.
- By em onaty, zanim wzi li mnie tutaj.
- Wielki Czasie! Czy twoj
on równie tu sprowadzili? Cooper potrz sn g ow .
- Nie wiem nawet, czy zosta a zmieniona w ubieg ym roku. Je li tak, to nie jest
ciwie moj
on .
Harlan oprzytomnia . Oczywi cie, je li Nowicjusz mia dwadzie cia trzy lata, gdy
wzi to go do Wieczno ci, móg by
onaty. Jedna sprawa bez precedensu poci ga za sob
drug .
Gdy do regulaminu zacznie si raz wprowadza modyfikacje, nie potrwa d ugo i
wszystko si zamieni w jeden wielki chaos. Wieczno jest zbyt subtelnie wywa on
konstrukcj , by mog a znie zmiany.
Najprawdopodobniej obawa o Wieczno doda a mimowolnej surowo ci g osowi
Harlana:
- Mam nadziej , e nie zamierzasz wraca do 78 wieku, eby jej szuka ?
r. Nowicjusz podniós g ow , jego wzrok by twardy i nieruchomy.
- Nie.
Harlan poruszy si niespokojnie.
- W
nie. Nie masz rodziny. Nikogo. Jeste Wieczno ciowcem i nigdy nie my l o
nikim, kogo zna
w Czasie.
Cooper zacisn wargi i powiedzia szybko i ostro:
- Mówi pan jak Technik.
Harlan zacisn pi ci na biurku. Odezwa si ochryp ym g osem:
- O co chodzi? Jestem Technikiem, wi c przeprowadzam Zmiany. Wi c broni ich i
dam, eby je uznawa . S uchaj, dzieciaku, jeste tu nieca y rok, nie potrafisz mówi po
mi dzyczasowemu, nie odró niasz jeszcze Czasu od Rzeczywisto ci, ale wydaje ci si , e ju
znasz Techników i mo esz ich lekcewa
.
- Przepraszam - odezwa si szybko Cooper. - Nie chcia em pana obrazi .
- Nie, nie, dlaczego obrazi ? Po prostu s ysza
, e kto tak mówi , prawda? Mówi :
„Zimny jak serce Technika", co? Mówi tak. Mówi : „Bilion osobowo ci zmienionych - to
jedno ziewni cie Technika". Mówi jeszcze inne rzeczy. I co z tego, panie Cooper? Czy
czujesz si wielkim intelektualist bior c w tym udzia ? Stajesz si przez to wielkim
cz owiekiem? Wielkim ko em Wieczno ci?
- Powiedzia em przepraszam.
- W porz dku. Chcia bym, eby wiedzia , e Technikiem jestem niespe na miesi c i
osobi cie nie przeprowadza em nigdy Zmiany Rzeczywisto ci. A teraz do roboty.
Nast pnego dnia Kalkulator Twissell wezwa Andrew Harlana do swego biura.
- Jakby ci si podoba a ma a MZR, ch opcze? - zapyta .
Pytanie pad o w sam por . Przez ca y ów ranek Harlan
owa , e tchórzliwie
wypar si osobistego zaanga owania w prac Technika. I ten protest zupe nie dziecinny:
przecie ja do tej pory nic z ego nie zrobi em, nie ga cie mnie.
To by o równoznaczne z przyznaniem, e jest co z ego w pracy Technika, a e on
sam nie zas uguje na pot pienie jedynie dlatego, e jest zbyt nowy w grze.
Rad by teraz z okazji wycofania si z tego. To b dzie niemal pokuta. Mo e
powiedzie Cooperowi: „Tak, z powodu czego , co ja zrobi em, te miliony ludzi maj teraz
now osobowo , lecz to by o potrzebne i jestem dumny, e bra em w tym udzia ". Harlan
oznajmi wi c z rado ci :
- Jestem gotów, Kalkulatorze.
- Dobrze. Dobrze. Na pewno b dzie ci przyjemnie us ysze , ch opcze (k b dymu i
koniec papierosa roz arzy si rubinowo), e wszystkie twoje analizy potwierdzi y si z
bardzo du dok adno ci .
- Dzi kuj panu. (Teraz to s ju analizy, nie prognozy- pomy la Harlan).
- Masz talent. Jakie wyczucie, ch opcze. Spodziewam si po tym wielkich rzeczy. A
mo emy zacz od 223 wieku. Twoje stwierdzenie, e zablokowane sprz
o stworzy
niezb dne wide ki czasowe bez niepo danych ubocznych skutków, jest ca kowicie s uszne.
Chcesz zablokowa to sprz
o?
- Tak, Kalkulatorze.
To by o prawdziwe wprowadzenie Harlana w Technik . Teraz by ju czym wi cej
ni cz owiekiem z ró owo-czerwon naszywk . Przekszta ca Rzeczywisto . Manipulowa
przy mechanizmie przez kilka krótkich minut wyj tych z 223 wieku i wskutek tego pewien
ody cz owiek nie dotar na odczyt z mechaniki, którego zamierza wys ucha . W
konsekwencji nigdy ju nie studiowa in ynierii s onecznej, przez co zosta zatrzymany
rozwój pewnego zupe nie prostego urz dzenia na dziesi kluczowych lat. O dziwo, w
rezultacie wojna w 224 wieku zosta a usuni ta z Rzeczywisto ci. Czy to jest dobre? Có st d,
e zmieniono osobowo ci? Nowe osobowo ci s tak samo ludzkie jak stare i tak samo
zas uguj na to, eby
. Je li ycie niektórych zosta o skrócone, za to inni yli d
ej i byli
szcz liwi. Wielkie dzie o literackie, pomnik ludzkiego intelektu i uczucia, nie zosta o
napisane w nowej Rzeczywisto ci, lecz par egzemplarzy przechowano w bibliotekach
Wieczno ci, prawda? A za to pojawi y si nowe twórcze dzie a.
Lecz ow noc Harlan sp dzi w m ce bezsenno ci i kiedy wreszcie si zdrzemn ,
prze
co , czego nie prze ywa od lat.
ni a mu si jego matka.
Mimo tak trudnego pocz tku wystarczy jeden fizjorok, by Harlan sta si znany w
Wieczno ci jako Technik Twissella albo - z przek sem - Cudowne Dziecko czy Nieomylny.
Jego kontakty z Cooperem sta y si niemal wygodne. Nigdy si na dobre nie
zaprzyja nili. (Gdyby nawet Cooper móg si zmusi do robienia mu awansów. Harlan
pewnie by nie wiedzia , jak na to odpowiedzie ). Mimo to dobrze im si razem pracowa o, a
zainteresowanie Coopera histori Prymitywu wzros o do tego stopnia, e niemal rywalizowa
z Har anem.
Pewnego dnia Harlan powiedzia do Coopera:
- S uchaj, Cooper, nie mia by nic przeciwko temu, eby przyj jutro? W tym
tygodniu musz si wybra do wieku trzytysi cznego, eby sprawdzi pewn obserwacj , a
cz owiek, z którym chc si zobaczy , jest wolny dzi po po udniu.
W oczach Coopera zab ys a ciekawo :
- A czyja nie móg bym pojecha ?
- Chcesz?
- Pewnie. Nigdy nie by em w kotle, poza tym, jak mnie tu przywozili z
siedemdziesi tego ósmego, a wtedy w ogóle nie wiedzia em, co si dzieje.
Harlan u ywa kot a w szybie C, który niepisanym zwyczajem na ca ej swej
niezmierzonej d ugo ci przez Stulecia by zarezerwowany dla Techników. Cooper nie
zdradza
adnego zak opotania, gdy go tam zaprowadzi . Wsiad do kot a bez wahania i zaj
miejsce w jego wkl
ej krzywi nie.
Gdy jednak Harlan zaktywizowa pole i uruchomi kocio w przysz
na twarzy
Coopera odmalowa si niemal komiczny wyraz zaskoczenia.
- Nic nie czuj - powiedzia . — Czy co jest nie w porz dku?
- Wszystko w porz dku. Nie czujesz nic, bowiem faktycznie si nie poruszasz. Jeste
przepychany wzd
czasowego przed
enia kot a. W rzeczy samej - Harlan wpad w ton
dydaktyczny -w tej chwili ty i ja, mimo pozorów, wcale nie jeste my materialni. Stu ludzi
mog oby u ywa tego samego kot a jednocze nie, poruszaj c si (je li mo na u
tego
owa) z ró nymi pr dko ciami w dowolnych kierunkach Czasu, przechodz c przez siebie
nawzajem i tak dalej. Prawa zwyk ego wiata nie maj zastosowania w szybie kot a.
Cooper skrzywi si nieco, a Harlan pomy la zawstydzony: ch opak uczy si
in ynierii Czasu i wie wi cej na ten temat ni ja. Gadam i robi z siebie durnia.
Zamilk i patrzy z powag na Coopera. W sy m odego cz owieka uros y w ci gu
miesi cy i opad y w dó , obramowuj c usta, jak to nazywali Wieczno ciowcy - lini
Mallansohna. Jedyna bowiem autentyczna fotografia wynalazcy Pola Czasowego (przy tym
a i nieostra) przedstawia a go w
nie z takimi w sami. Z tego powodu zyska y one niejak
popularno w ród Wieczno ciowców, jakkolwiek niewielu by o z nimi do twarzy.
Cooper wpatrywa si z respektem w przesuwaj ce si liczby oznaczaj ce Stulecia.
- Jak daleko w przysz
si ga ten szyb?
- Nie uczyli was tego?
- Ledwie wspomnieli o kot ach. Harlan wzruszy ramionami.
- Wieczno nie ma ko ca. I ten szyb te .
- Jak daleko w przysz
ci pan bywa ?
- Dzi jad najdalej. Doktor Twissell by w 50 000 wieku.
- Wielki Czasie! - szepn Cooper.
- To jeszcze nic. Niektórzy Wieczno ciowcy docierali do 150 000 Stulecia.
- No i jak tam wygl da?
- Nijak - powiedzia Harlan niech tnie. - ycie rozwija si bujnie, ale bez ludzi.
Cz owiek znikn .
- Wszyscy wymarli? Wygin li?
- W tpi , czy kto to wie.
- Czy mo na by co zrobi , eby to zmieni ?
- Owszem, od wieku 70000... - zacz Harlan, a potem urwa nagle. - Och, do Czasu z
tym. Zmie my temat.
Je li istnia przedmiot, który Wieczno ciowcy traktowali niemal zabobonnie, by y to
nie Ukryte Stulecia, epoka mi dzy 70 000 a 150 000 wiekiem. Ten temat porusza o si
rzadko. Tylko dzi ki bliskiemu zwi zkowi z Twissellem Harlan wiedzia co nieco o tej erze.
Chodzi o o to, e Wieczno ciowcy nie mogli wchodzi w Czas w tych tysi cach stuleci.
Drzwi mi dzy Czasem i Wieczno ci by y nieprzenikliwe. Dlaczego? Nikt nie wiedzia .
Z rzeczowych uwag Twissella Harlan wnioskowa , e próbowano dokona Zmiany
Rzeczywisto ci w Ukrytych Stuleciach, poczynaj c, od 70 000, lecz bez odpowiednich
obserwacji w tej erze niewiele mo na by o zdzia
.
Raz Twissell powiedzia ze miechem:
- I tak którego dnia si przedrzemy. Tymczasem 70 000 Stuleci pod opiek to a
nadto.
Nie brzmia o to przekonuj co.
- Co stanie si z Wieczno ci po 150 000 wieku? - zapyta Cooper.
Harlan westchn . Najwidoczniej nie da si zmieni tematu.
- Nic - odpar . - Sekcje istniej , lecz po 70 000 Stuleciu nie ma Wieczno ciowców.
Sekcje trwaj przez miliony wieków, a zniknie wszelkie ycie, i dalej, a S
ce przekszta ci
si w gwiazd Nova, i potem równie . Nie ma ko ca Wieczno ci. Dlatego przecie nazywa
si Wieczno ci .
- Wi c S
ce naprawd przekszta ci si w Nov ?
- Niew tpliwie. Nie mog aby istnie Wieczno , gdyby si to nie sta o. Nova Soi jest
naszym ród em energii. S uchaj, jak my lisz, ile energii potrzeba, by uruchomi Pole
Czasowe? Pierwsze Pole Mallansohna trwa o dwie sekundy i nie mog o utrzyma wi cej ni
ówk zapa ki, a zu
o ca odzienn produkcj elektrowni atomowej. Min o prawie sto lat,
nim stworzono Pole Czasowe grubo ci w osa i do szerokie, by przyj energi promienist
Novej, i wtedy da o si rozbudowa je tak, e mog o utrzyma cz owieka.
Cooper westchn :
- Chcia bym, eby wreszcie przestali mnie uczy równa i mechaniki Pola i zacz li
mówi co interesuj cego. Gdybym
w czasach Mallansohna...
- To nie nauczy by si niczego. On
w wieku 24, a Wieczno uruchomiono
dopiero pod koniec 27 Stulecia. Wynalezienie Pola to nie to samo, co skonstruowanie
Wieczno ci, wiesz przecie , a ludzie 24 wieku nie mieli najmniejszego poj cia, co oznacza
odkrycie Mallansohna.
- Wyprzedzi swoje pokolenie?
- W du ym stopniu. Nie tylko wynalaz Pole Czasowe, ale opisa podstawowe
zwi zki, które umo liwiaj Wieczno , i przepowiedzia niemal wszystkie jej aspekty, z
wyj tkiem Zmiany Rzeczywisto ci. Równie i tego by ju blisko... Ale zdaje si , e si zaraz
zatrzymamy, Cooper. Wysiadaj pierwszy.
Opu cili pojazd.
Nigdy przedtem Harlan nie widzia , eby Starszy Kalkulator Laban Twissell si
ci . Ludzie mówili, e jest niedost pny jakimkolwiek wzruszeniom, e jest bezdusznym
funkcjonariuszem Wieczno ci do tego stopnia, i zapomnia dok adnie numeru swego
ojczystego Stulecia. Mówili, e we wczesnej m odo ci cierpia na atrofi serca i e ma
zamiast niego malutki komputer, zupe nie podobny do modelu, który zawsze nosi w kieszeni
spodni.
Twissell nie robi nic, eby zdementowa tego rodzaju pog oski. Wiele ludzi uwa
o,
e sam w gruncie rzeczy w nie wierzy.
Harlan, je li nawet przerazi si jego wybuchu, to przede wszystkim by zdumiony
faktem, e Twissell mo e okazywa gniew. My la , czy Twissell, gdy ju nieco dojdzie do
siebie, nie b dzie si czu upokorzony, e zawiod o go komputerowe serce, które okaza o si
jedynie n dznym narz dziem z mi ni i zastawek, podleg ym wra eniom.
Twissell mówi skrzecz cym, starczym g osem:
- Ojcze Czasie, ch opcze, czy ty jeste cz onkiem Rady Wszechczasów? Ty tutaj
rz dzisz? Ty mi mówisz, co mam robi , czy ja tobie? Czy ty wydajesz dyspozycje na
wszystkie podró e w Czasie w tej sekcji? Czy mamy teraz wszyscy prosi ciebie o
pozwolenie?
Przerywa sobie od czasu do czasu okrzykami w rodzaju: „Odpowiadaj!", po czym
kipi c z gniewu wywrzaskiwa dalsze pytania. Na ostatku powiedzia :
- Je li jeszcze raz pozwolisz sobie na co podobnego, skieruj ci do atania instalacji,
i to raz na zawsze. Zrozumiano?
Harlan odpar blady ze zdenerwowania:
- Nigdy mi nie mówiono, e Nowicjusza Coopera nie mo na zabiera do kot a.
To wyja nienie bynajmniej nie zadowoli o Twissella.
- Co to za t umaczenie oparte na podwójnym przeczeniu, cz owieku? Nigdy ci nie
mówiono, eby go nie upija , eby go nie ogoli do ysiny, nigdy ci nie mówiono, eby go
nie k
cyrklem. Ojcze Czasie, a co ci powiedziano, eby z nim robi ?
- Powiedziano mi, ebym go uczy historii Prymitywu.
- Wi c rób to. I nic wi cej! - Twissell rzuci na ziemi papierosa i gwa townie
zmia
go nog , jakby to by a twarz jego miertelnego wroga.
- Chcia bym zwróci uwag , Kalkulatorze - odezwa si Harlan - e wiele Stuleci
poprzedzaj cych bie
Rzeczywisto przypomina w pewnym sensie specyficzne epoki
Prymitywu pod takim czy innym wzgl dem. Moim zamiarem by o zabra go do tych Czasów,
oczywi cie pod starann kontrol przestrzenno-czasow . Mia o to by co w rodzaju
wycieczki w teren.
- Co?! Czy nigdy nie zamierzasz, idioto, pyta mnie o pozwolenie? Dosy tego. Ucz
go historii Prymitywu. adnych wycieczek w teren. adnych do wiadcze laboratoryjnych.
Nast pnym razem jeszcze we miesz si za Zmiany Rzeczywisto ci tylko po to, eby mu
pokaza , jak to si robi.
Harlan obliza suche wargi, wymamrota z trudem, e si zgadza na wszystko, i
wreszcie pozwolono mu odej ...
Min y dwa tygodnie, zanim jako si uspokoi po tej awanturze.
4. KALKULATOR
Harlan by dwa lata Technikiem, zanim ponownie wst pi w 482 Stulecie, po raz
pierwszy od chwili, gdy je opu ci z Twisse lem. Ledwie móg pozna t epok .
Ale epoka si nie zmieni a. To on si zmieni .
Dwuletni sta Technika to sprawa nie bez znaczenia. W pewnym sensie wzros o jego
poczucie stabilizacji. Nie potrzebowa ju uczy si nowego j zyka, przyzwyczaja do
nowych stylów ubierania i nowych sposobów ycia przy ka dym nowym projekcie
Obserwacji. Z drugiej strony wywo
o to pewnego rodzaju cofni cie si w rozwoju. Niemal
zapomnia , jak wygl da kole
stwo, które jednoczy o wszystkich pozosta ych Specjalistów
w Wieczno ci.
Ale przede wszystkim rozwin o si w nim poczucie si y, wynikaj ce z faktu, e jest
Technikiem. Trzyma w r ku losy milionów ludzi, a je li musia z tego powodu kroczy
samotnie, to przynajmniej móg kroczy dumnie.
Móg te , patrz c ch odno na
cznika przy biurku w 482 Stuleciu, zaanonsowa
samego siebie urywanymi sylabami:
- Technik Andrew Harlan do Kalkulatora Finge'a w sprawie czasowego przydzia u do
482 - lekcewa c b ysk oczu m czyzny, przed którym sta .
To by o to, co niektórzy nazywali „spojrzeniem technicznym" -szybkie mimowolne
zerkni cie na ró owo-czerwony emblemat na ramieniu Technika, a potem wyra ny wysi ek,
eby nie spojrze znowu.
Harlan przypatrzy si znaczkowi na ramieniu tamtego m czyzny. Nie by to
ty
emblemat Kalkulatora, zielony - Biografisty, niebieski - Socjologa czy bia y - Obserwatora.
Nie by to aden jednolity kolor Specjalisty. Po prostu niebieska naszywka na bia ym.
Ten cz owiek by
cznikiem, nale
do pododdzia u Obs ugi, w ogóle nie by
Specjalist .
I on równie obdarzy go „technicznym spojrzeniem".
Harlan zapyta z niejakim smutkiem:
- No?
cznik odpowiedzia szybko:
- Dzwoni do Kalkulatora Finge'a, Techniku.
Harlan zapami ta 482 wiek jako solidny i masywny, lecz teraz wydawa mu si
niemal
osny.
Przyzwyczai si do porcelany i szk a 575 Stulecia, do fetysza czysto ci. Przyzwyczai
si do wiat a bieli i jasno ci, z amanej sk pymi smugami pastelowych barw.
Ci kie stiukowe ozdoby 482 wieku, rozmazane kolory, p aszczyzny barwionego
metalu by y niemal odpychaj ce.
Nawet Finge wygl da inaczej, jakby pomniejszony. Dwa lata temu ka dy jego gest
wydawa si Obserwatorowi Harlanowi z owrogi i pot
ny.
Teraz, ogl dany z samotnych wy yn Techniki, ten cz owiek robi wra enie
nie
zagubionego. Harlan przygl da mu si , szuka czego w stosie arkuszy. Wygl da tak, jakby
mia zaraz podnie g ow , z wyrazem cz owieka, który uwa a, e kaza swemu go ciowi
czeka akurat tyle, ile potrzeba.
Finge pochodzi z nastawionego na energi 600 Stulecia. Twissell mówi o tym
Harlanowi i to wyja nia o wiele. Napady z ego humoru Finge'a mog y wynika z naturalnej
niepewno ci ci kiego m czyzny, przyzwyczajonego do stabilno ci si Pola i speszonego w
kontakcie z nietrwa materi . Jego skradaj cy si krok (Harlan pami ta dobrze koci chód
Finge'a - cz sto unosi g ow znad biurka i spostrzega przed sob Kalkulatora, nie
us yszawszy przedtem, e nadchodzi) nie by ju teraz taki lekki i podst pny, lecz raczej
trwo liwy i niepewny, jakby
w ci
ym pod wiadomym strachu, e pod oga za amie si
pod jego ci arem.
Harlan pomy la z satysfakcj : ten facet jest le przystosowany do swojej sekcji.
Prawdopodobnie tylko przekwalifikowanie mog oby mu pomóc.
- Pozdrowienie, Techniku Harlan - powiedzia Finge.
- Pozdrowienie, Kalkulatorze - odpar Harlan. Finge powiedzia :
- Zdaje si , e w ci gu dwóch lat od chwili...
- Dwóch fizjolat - poprawi Harlan. Finge spojrza ze zdziwieniem:
- Dwóch fizjolat, oczywi cie - potwierdzi .
W Wieczno ci nie by o czasu w tym sensie, co w wiecie zewn trznym, lecz cia a
ludzkie starza y si i to by a nieunikniona miara czasu, nawet gdy nie towarzyszy y temu
istotne zjawiska fizyczne. Fizjologicznie czas mija , a w ci gu jednego fizjoroku w
Wieczno ci cz owiek starza si tak jak w ci gu zwyk ego roku w Czasie.
Lecz nawet najbardziej pedantyczni Wieczno ciowcy rzadko pami tali o tej ró nicy.
Przyj te by y zwroty: „Zobaczymy si jutro" albo „Nie widzia em si z tob wczoraj", albo
„Spotkamy si w przysz ym tygodniu" -jak gdyby istnia o w Wieczno ci jutro czy wczoraj,
czy przesz y tydzie w jakimkolwiek sensie poza fizjologicznym.
Przyj to w Wieczno ci dwudziestoczterogodzinn „fizjologiczn " dob , z uroczystym
za
eniem istnienia dnia i nocy, dzi i jutra. Zaspokaja o to instynkty ludzkie.
Finge powiedzia :
- Od dwóch fizjolat, od chwili gdy pan odszed , 482 Stuleciu grozi kryzys. Do
szczególny. Potrzebujemy teraz tak dok adnej obserwacji, jak nigdy dotychczas.
- Chcecie, ebym ja obserwowa ?
- Tak. W pewnym sensie powierzanie Technikowi obserwacji jest marnowaniem jego
kwalifikacji, lecz pa skie poprzednie obserwacje by y doskona e pod wzgl dem jasno ci i
wnikliwo ci. Znowu s nam potrzebne. A teraz naszkicuj tylko par szczegó ów.
Jakie mia y by te szczegó y, nigdy si nie dowiedzia , bo w
nie drzwi si otworzy y
i Harlan przesta cokolwiek s ysze .
Patrzy na osob , która wesz a.
Nie to, eby nigdy przedtem nie widzia w Wieczno ci dziewczyny. „Nigdy" by oby
zbyt mocnym s owem. Rzadko - owszem, ale nie nigdy.
Ale taka dziewczyna! I to w Wieczno ci!
Harlan spotyka wiele kobiet w swoich w drówkach przez Czas, lecz w Czasie by y
one dla niego tylko przedmiotami, takimi jak ciany i sze ciany, brony i wrony, koty i p oty.
By y faktami, które nale
o obserwowa .
W Wieczno ci dziewczyna by a czym zupe nie innym. A w dodatku taka
dziewczyna! Ubrana by a wedle mody wy szych klas 482
Stulecia, to znaczy: od góry niewiele wi cej ni przezroczysta zas ona i sk pe,
si gaj ce kolan spodnie poni ej. Spodnie, jakkolwiek nieprzezroczyste, podkre la y subtelne
okr
ci sylwetki.
osy mia a po yskliwie czarne, si gaj ce ramion, usta czerwono uszminkowane,
górna warga leciutko, a dolna mocno, w przesadny uk. Powieki i muszle uszne by y
pomalowane na bladoró owo, reszta za m odej, niemal dziewcz cej twarzy pozosta a
mleczno-blada. Wysadzone klejnotami breloki opada y z barków na zgrabne piersi, zwracaj c
na nie uwag .
Usiad a przy biurku w rogu gabinetu Finge'a raz tylko unosz c powieki, by rzuci
pow óczyste spojrzenie ciemnych oczu na Harlana.
Gdy Harlan znowu us ysza g os Finge'a, Kalkulator w
nie mówi :
- Wszystko to uwzgl dni pan w oficjalnym raporcie, a tymczasem mo e pan si
urz dzi w swoirn dawnym gabinecie i sypialni.
Harlan znalaz si poza biurem Finge'a, ale nie pami ta nawet, jak je opu ci .
Prawdopodobnie wyszed .
Uczucie, którego doznawa , mo na by o okre li jako gniew. Na mi
Czasu,
Finge'owi nie powinno si na to pozwala . To obra a moralno . To kpiny...
Zatrzyma si , rozwar zaci ni
pi
, rozlu ni mi nie twarzy. Ano, zobaczymy!
Energicznie pomaszerowa ku
cznikowi.
cznik nie spojrza mu w oczy i odezwa si ostro nie:
- Tak, prosz pana?
- W biurze Kalkulatora Finge'a jest jaka kobieta. Czy ona jest tu nowa? - zapyta
Harlan.
Chcia to powiedzie spokojnie. Zwyk ym, oboj tnym tonem. Tymczasem zabrzmia o
to jak d wi k cymba ów.
Ale obudzi o
cznika. W jego oku pojawi o si co , co brata wszystkich m czyzn.
Jego spojrzenie by o pojednawcze, uzna Technika za swojego ch opa.
- My li pan o tej babce... Ale ona jest zbudowana, co? Jak pole si owe!
Harlan j ka si nieco.
- Niech pan mi odpowie na pytanie.
cznik wytrzeszczy oczy i jego o ywienie znik o po cz ci.
- To nowa - powiedzia . - Czasowa.
- Co ona tu robi?
Powoli na twarz
cznika wype za u miech, który zamieni si w kpi cy grymas.
- Podobno ma by sekretark szefa. Nazywa si Noys Lambent.
- W porz dku. - Harlan obróci si na pi cie i wyszed .
Wyprawa obserwacyjna Harlana do 482 wieku odby a si nast pnego dnia, lecz trwa a
tylko trzydzie ci minut. By a to oczywi cie jedynie wycieczka w celu zorientowania siew
sytuacji. W drugim dniu wyruszy na pó torej godziny, a w trzecim w ogóle nie wyje
.
Zajmowa si studiowaniem swych dawnych raportów, przypominaniem sobie tego,
czego si poprzednio nauczy , szlifowa swoj znajomo systemu j zykowego epoki, od
nowa przyzwyczaja do ówczesnych ubra .
Jedna Zmiana Rzeczywisto ci obj a ju 482 Stulecie, ale by a do nieznaczna.
Pewna klika, która by a u w adzy, odesz a, lecz poza tym nie wygl da o na to, by w
spo ecze stwie nast pi y jakie zmiany.
Nawet sobie nie u wiadamiaj c, co robi, zacz szuka w starych raportach
wiadomo ci o arystokracji. Przecie z pewno ci j obserwowa .
Obserwowa , lecz z oddalenia, raporty by y ogólnikowe. Jego dane dotyczy y
arystokracji jako klasy, nie za poszczególnych jednostek.
Oczywi cie zlecenia przestrzenno-czasowe nigdy nie wymaga y ani nawet nie
pozwala y mu na obserwowanie arystokracji od wewn trz. Jakie by y tego przyczyny?
Oserwator nie wiedzia . Teraz denerwowa si na samego siebie, czuj c wzrastaj ce
zaciekawienie tym tematem.
W ci gu trzech wspomnianych dni zdarzy o mu si przelotnie widzie Noys Lambent
cztery razy. Najpierw dostrzega tylko jej strój i ozdoby. Teraz zauwa
, e ma sto
sze dziesi t pi centymetrów wzrostu, jest o pó g owy ni sza od niego i do szczup a;
nosi si prosto i zgrabnie, co daje z udzenie, e jest wysoka. Jest starsza, ni wygl da na
pierwszy rzut oka, by rno e pod trzydziestk , w ka dym razie ma z pewno ci ponad
dwadzie cia pi lat.
Zachowywa a si spokojnie i z rezerw , raz u miechn a si do niego, gdy mija j w
korytarzu, ale szybko spu ci a oczy. Harlan odskoczy , by unikn otarcia si o ni , a potem
ruszy dalej, czuj c gniew.
Pod koniec trzeciego dnia doszed do przekonania, e jako Wieczno ciowcowi
pozostaje mu tylko jedno. Bez w tpienia jej sytuacja by a dla niej wygodna. Bez w tpienia
Finge dzia
zgodnie z prawem. Lecz jego niedyskrecja w tej materii, jego beztroska,
pewno siebie niew tpliwie wykracza y przeciwko duchowi prawa i co nale
o z tym
zrobi .
Harlan zdecydowa , e mimo wszystko nie ma nikogo w Wieczno ci, kogo by tak nie
lubi jak Finge'a. Usprawiedliwienie, jakie dla niego znajdowa jeszcze par dni temu, teraz
ju nie istnia o.
Rankiem czwartego dnia poprosi o prywatne spotkanie z Finge'em i otrzyma na to
zgod . Wszed zdecydowanym krokiem i ku swemu zdziwieniu od razu przyst pi do rzeczy.
- Kalkulatorze Finge, proponuj , eby pann Lambent zwróci Czasowi.
Oczy Finge'a zw zi y si . Wskaza Harlanowi krzes o, swój mi kki, okr
y
podbródek podpar z
onymi d
mi, i zrobi grymas ods aniaj cy z by.
- Prosz siada . Uwa a pan, e pannie Lambent brak kwalifikacji? Nie nadaje si na
swoje stanowisko?
- O jej kwalifikacjach i zdolno ciach, Kalkulatorze, nie mog nic powiedzie . Zale y
to od zada , do jakich jest przeznaczona, a ja nie zleca em jej nic. Ale musi pan sobie
wiadomi , e oddzia uje ona ujemnie na moralno tej sekcji.
Finge wpatrywa si w niego tak oboj tnie, jakby umys Kalkulatora rozwa
abstrakcje niedost pne dla zwyk ego Wieczno ciowca.
- W jaki sposób oddzia uje ujemnie na moralno , Techniku?
- Nie trzeba nawet pyta - powiedzia Harlan coraz bardziej w ciek y. - Jej strój jest
ekshibicjonistyczny. Jej...
- Chwileczk , chwileczk . Zaraz, Harlan. By pan Obserwatorem w tej erze. Wie pan
chyba, e jej strój jest zupe nie standardowy dla 482 Stulecia.
- W jej rodowisku i w jej kr gu kulturowym nie mia bym o to adnych pretensji,
jakkolwiek twierdz , e ten strój jest wyzywaj cy nawet jak na 482 wiek. Pozwoli pan, e
zachowam w asne zdanie w tej sprawie. Tutaj, w Wieczno ci, taka osoba z pewno ci jest nie
na miejscu.
Finge wolno pokiwa g ow . Wygl da o na to, e si
wietnie bawi. Harlan
zesztywnia . Finge powiedzia :
- Jest tu w okre lonym celu. Spe nia bardzo wa
funkcj . Przebywa tu tylko
czasowo. Niech pan tymczasem spróbuje znosi jej obecno .
Harlanowi dr
y usta. Zaprotestowa , a zbywano go byle czym. Do diab a z
ostro no ci . Powie, co my li.
- Mog sobie wyobrazi , co jest t „bardzo wa
funkcj ". Ale to niemo liwe, eby
popisywa si pan ni tak jawnie.
Odwróci si sztywno i ruszy ku drzwiom. Zatrzyma go g os Finge'a.
- Techniku, pana zwi zek z Twissellem przewróci panu w g owie. To si powinno
zmieni . A tymczasem niech mi pan powie, czy mia pan kiedy (zawaha si , szukaj c
odpowiedniego s owa) przyjació
?
Z mozoln i obra liw dok adno ci , nie odwracaj c si , Harlan cytowa :
- „W celu unikni cia uczuciowych komplikacji z Czasem Wieczno ciowiec nie mo e
si
eni . W celu unikni cia uczuciowych komplikacji rodzinnych Wieczno ciowiec nie mo e
mie dzieci".
Kalkulator powiedzia powa nie:
- Nie pyta em o ma
stwo ani o dzieci. Harlan cytowa dalej:
- „Przej ciowe zwi zki z Czasowcami mog by zawierane tylko po z
eniu w
Centralnym Zarz dzie Zlece Rady Wszechczasów podania o w
ciw Biografi dla
wchodz cej w gr kobiety z Czasu. Te zwi zki wolno utrzymywa tylko wedle wymogów
okre lonego zlecenia przestrzenno-czasowego".
- Istotnie. Czy wyst powa pan kiedy o zezwolenie na zwi zek czasowy, Techniku?
- Nie. Kalkulatorze.
- A nie zamierza pan?
- Nie, Kalkulatorze.
- Mo e jednak nale
oby to zrobi . Da oby to panu szerszy pogl d. Mniej by si pan
interesowa szczegó ami stroju kobiety, mniej by si pan denerwowa jej stosunkiem
osobistym do innych Wieczno ciowców.
Harlan wyszed oniemia y z w ciek
ci.
Doszed do wniosku, e dokonanie kolejnej niemal ca odniowej wycieczki do 482
Stulecia jest prawie niemo liwe (najwi kszy limit czasu ci
ego wynosi oko o dwóch
godzin).
By zdenerwowany i wiedzia dlaczego. Finge! Finge i jego brutalna rada w sprawie
zwi zków z kobietami z Czasu.
Zwi zki istnia y. Wszyscy o tym wiedzieli. W Wieczno ci zawsze u wiadamiano
sobie konieczno kompromisu na rzecz potrzeb ludzi (ju to sformu owanie budzi o
obrzydzenie Harlana), lecz ograniczenia zwi zane z wyborem kochanek powodowa y, e
zwi zki te nie by y wcale atwe ani cz ste. A od tych, co mieli szcz cie uzyska zezwolenie
na taki zwi zek, wymagano, by zachowywali jak naj ci lejsz dyskrecj ze zwyk ej
przyzwoito ci i ze wzgl du na innych Wieczno ciowców.
ród ni szych klas Wieczno ciowców, szczególnie w Obs udze, stale kr
y
pog oski (nadzieja miesza a si z oburzeniem) o imporcie kobiet, mniej lub bardziej na sta e,
w celach oczywistych. Zawsze wymieniano Kalkulatorów i Biografistówjako grupy
uprzywilejowane. Oni i tylko oni mogli decydowa , które kobiety mo na wydoby z Czasu
bez gro by wi kszej Zmiany Rzeczywisto ci.
Mniej sensacyjne (i w zwi zku z tym mniej godne powtarzania) by y plotki o
kobietach z Czasu anga owanych w ka dej sekcji przej ciowo (je li pozwala a na to analiza
czasowo-przestrzenna) do mudnych zada , takich jak gotowanie, sprz tanie i ci ka praca.
Ale zatrudnienie kobiety z Czasu, i to takiej kobiety, w charakterze sekretarki mog o
oznacza tylko, e Finge kicha na idea y, które uczyni y Wieczno tym, czym jest.
Niezale nie od yciowych wymogów, którym praktyczni m czy ni Wieczno ci
chc c nie chc c musieli ulega , nikt nie w tpi , e idealny Wieczno ciowiec jest cz owiekiem
pe nym po wi cenia, oddanym misji, któr ma spe nia dla poprawy Rzeczywisto ci i
zwi kszenia sumy ludzkiego szcz cia. Harlan uwa
, e Wieczno jest czym w rodzaju
klasztorów w czasach Prymitywu.
ni o mu si w nocy, e rozmawia w tej sprawie z Twissellem. Twissell, idealny
Wieczno ciowiec, podziela jego oburzenie. ni , e Finge zosta z amany, pozbawiony
znaczenia. ni o sobie samym, e ma
ty znaczek Kalkulatora i wprowadza nowy porz dek
w 482 wieku, wielkodusznie wyznaczaj c Finge'owi stanowisko w Obs udze. Twissell
siedzia obok niego, u miechaj c si z podziwem, gdy Harlan wype nia now kart
organizacyjn , czy ciutko, porz dnie, konsekwentnie i prosi Noys Lambent, eby rozes
a
kopie.
Lecz Noys Lambent by a naga i Harlan obudzi si dr cy i zawstydzony.
Spotka dziewczyn w korytarzu i odwracaj c wzrok cofn si , by zrobi jej
przej cie.
Lecz Noys nie ruszy a si ; patrzy a na niego, a i on spojrza jej w oczy. By a ca a
barw i yciem i Harlan poczu otaczaj cy j lekki zapach perfum.
- Technik Harlan, prawda? - spyta a.
Mia ochot ofukn j i odepchn z przej cia, lecz pomy la , e ona nie jest winna
temu wszystkiemu. Ponadto, eby przej dalej, musia by jej dotkn .
Wi c tylko skin g ow .
- Tak.
- Mówiono mi, e jest pan ekspertem od naszego Czasu.
- By em w nim.
- Porozmawia abym z panem ch tnie na ten temat.
- Jestem zaj ty. Nie b
mia czasu.
- Kiedy chyba znajdzie pan chwilk . U miechn a si do niego.
Harlan szepn desperacko:
- Prosz , niech pani przejdzie. Albo niech si pani cofnie, ebym ja móg przej .
Prosz !
Ruszy a wolno, ko ysz c biodrami, a jemu krew nap yn a do twarzy.
By z y na ni , e wprawia go w zak opotanie, z y na siebie, e jest zak opotany, a z
jakiego niewiadomego powodu najbardziej z y na Finge'a.
Finge wezwa go po dwóch tygodniach. Na biurku Kalkulatora le
arkusz
perforowanej folii. Jej d ugo i zawi
wzorów od razu powiedzia y Harlanowi, e tym
razem nie dotyczy to pó godzinnej wycieczki w Czas.
Finge zapyta :
- Czy zechce pan usi
i zaraz odczyta to wszystko? Nie, nie okiem. Maszynowo.
Harlan oboj tnie uniós brwi i w
arkusz w szczelin komputera na biurku Finge'a.
Arkusz stopniowo zag bia si we wn trze maszyny, a w trakcie tego perforacja by a
umaczona na s owa, które ukazywa y si na nie nobia ym prostok cie urz dzenia
wizualnego.
Mniej wi cej w po owie tego procesu Harlan zerwa si i wy czy komputer.
Wyszarpn arkusz z tak si , e mocna cellolitowa folia p
a.
- Mam drug kopi - powiedzia Finge spokojnie.
Lecz Harlan trzyma resztki arkusza w palcach, jakby mog y eksplodowa .
- Kalkulatorze, w tym musi by jaka pomy ka. Chyba nikt nie oczekuje, e
wykorzystam dom tej kobiety jako baz podczas prawie tygodniowego pobytu w Czasie.
Kalkulator ci gn wargi.
- Czemu nie, je li takie s wymogi karty przestrzenno-czasowej? Je li to si
czy z
jakimi osobistymi sprawami mi dzy panem a pann Lam...
- Nie ma adnych osobistych spraw - zaprzeczy Harlan gor co.
- Co w tym rodzaju na pewno istnieje. Wyja ni wi c nawet pewne aspekty
zagadnienia Obserwacji. Oczywi cie nie nale y tego uwa
za aden precedens.
Harlan siedzia bez ruchu. My la intensywnie i szybko. Normalnie duma zawodowa
nie pozwoli aby mu s ucha wyja nie . Obserwator czy powiedzmy Technik wykonywa
swoj robot bez pytania. I zazwyczaj adnemu Kalkulatorowi nawet by si nie ni o udziela
mu wyja nie .
Tym razem jednak dzia o si co niezwyk ego. Harlan wysun zarzuty w zwi zku z
dziewczyn , tak zwan sekretark . Finge ba si , e jego za alenie mo e mie dalsze skutki
(„Grzeszny po piech, kiedy nikt nie ciga" - pomy la Harlan z ponur satysfakcj i próbowa
sobie przypomnie , gdzie wyczyta to zdanie).
Strategia Finge'a by y oczywista. Kieruj c Harlana do mieszkania tej kobiety, b dzie
móg wysun kontroskar enie, je li sprawy zajd do daleko. Jego znaczenie jako wiadka
przeciwko Finge'owi zostanie w ten sposób unicestwione.
Oczywi cie ma pozornie uzasadnione powody, by tam w
nie skierowa Harlana, i
zaraz o tym powie. Harlan s ucha niemal nie ukrywaj c lekcewa enia.
Finge mówi :
- Jak pan wie, ró ne Stulecia u wiadamiaj sobie istnienie Wieczno ci. Wiedz , e
nadzorujemy handel mi dzyczasowy. Uwa aj , e to nasza g ówna funkcja, i to jest dobrze.
Maj równie niejasne wyobra enie, e istniejemy po to, by uchroni ludzko od gro cej
katastrofy. To raczej przes d, ale mniej lub wi cej zgodny z prawd , a wi c nam to nie
szkodzi. Jeste my dla poszczególnych pokole czym w rodzaju opiekunów i dajemy im
pewne poczucie bezpiecze stwa. Pan to wszystko rozumie?
Harlan pomy la : czy on uwa a, e nadal jestem Nowicjuszem? Skin g ow . Finge
ci gn dalej:
- Jest jednak kilka spraw, o których nie mog wiedzie . Przede wszystkim o tym, w
jaki sposób zmieniamy Rzeczywisto .
Niepewno losu, jak taka wiadomo by spowodowa a, by aby szkodliwa. Nale y
zawsze usuwa z Rzeczywisto ci wszelkie czynniki, które mog yby do tego prowadzi , i
nigdy si w tej sprawie nie wahali my. Jednak istniej jeszcze inne niepo dane przekonania
o Wieczno ci, które powstaj od czasu do czasu to w tym, to w innym Stuleciu. Zazwyczaj
niebezpieczne pogl dy reprezentuj klasy rz dz ce danej ery. Te klasy utrzymuj najwi cej
kontaktów z nami, a jednocze nie maj w swych r kach wa ki atut, zwany opini publiczn .
Finge urwa , jakby si spodziewa , e Harlan to skomentuje albo zada jakie pytanie.
Ale Harlan milcza .
Wobec tego podj :
- Tu po Zmianie Rzeczywisto ci 433-488; Numer seryjny F-2, która dokona a si
jeden rok, fizjorok, temu, pojawi y si dowody, e wprowadzono do Rzeczywisto ci tego
rodzaju niepo
dane przekonania. Doszed em do pewnych wniosków o naturze tych
przekona i przedstawi em je Radzie Wszechczasów. Rada wstrzymuje si od zatwierdzenia
ich, póki polegaj na realizacji alternatywy o bardzo ma ym prawdopodobie stwie w uk adzie
kalkulacyjnym.
Przed rozpocz ciem dzia ania wedle moich zalece Rada domaga si potwierdzenia
ich przez bezpo redni obserwacj . Jest to ogromnie delikatne zadanie. Dlatego te pana
odwo
em i dlatego Kalkulator Twissell pozwoli pana odwo
. Ponadto musia em
wyszuka kogo ze wspó czesnej arystokracji, kto by uwa
, e praca w Wieczno ci b dzie
do emocjonuj ca. T pani umie ci em w naszym biurze i trzyma em pod cis obserwacj ,
by sprawdzi , czy nada si do tego celu...
Harlan pomy la : pod cis obserwacj , rzeczywi cie!
I znowu jego gniew skoncentrowa si raczej na Finge'u ni na tej kobiecie.
Finge mówi dalej:
- Ona si nadaje wed ug wszelkich kryteriów. Obecnie zwrócimy j jej Czasowi.
ywaj c jej mieszkania jako bazy b dzie pan móg studiowa
ycie spo eczne jej
rodowiska. Czy rozumie pan teraz powód, dla którego trzymam tu t dziewczyn , i dlaczego
chc , eby pan przebywa w jej domu?
Harlan powiedzia niemal z jawn ironi :
- Rozumiem to bardzo dobrze, zapewniam pana.
- W takim razie przyjmie pan t misj .
Harlan wyszed p on c dz walki. Finge go nie przechytrzy. Nie da zrobi z siebie
upca.
Z pewno ci ta dza walki, postanowienie, e ukarze Finge'a, spowodowa y, e czu
zapa i niemal rado , gdy my la o swej kolejnej podró y do 482 Stulecia.
Z pewno ci nic innego......
5. KOBIETA Z CZASU
Maj tek Noys Lambent by do izolowany, lecz niezbyt odleg y od jednego z
najwi kszych miast Stulecia. Harlan dobrze zna to miasto; zna je lepiej ni wielu jego
mieszka ców. W swoich badawczych obserwacjach aktualnej Rzeczywisto ci zwiedzi ka
dzielnic i ka de dziesi ciolecie w zasi gu sekcji.
Zna to miasto zarówno w Czasie, jak i przestrzeni, potrafi je wyczarowa w
wyobra ni, patrzy na nie jak na organizm yj cy i rosn cy, z jego kl skami i odrodzeniami,
jego rado ciami i k opotami. Teraz by w tym mie cie w wyznaczonym tygodniu Czasu, jakby
w momencie zatrzymania powolnego ycia stali i betonu.
Co wi cej, wst pne badania Harlana koncentrowa y si coraz bardziej na „perioetach"
- mieszka cach, którzy odgrywali najwa niejsz rol w mie cie, lecz yli poza jego granicami
w przestrzennej i - w pewnym stopniu - spo ecznej izolacji.
Wiek 482 by jednym z wielu wieków o nierównomiernym podziale bogactw.
Socjologowie znali jakie równanie okre laj ce to zjawisko. (Harlan widzia to w druku, lecz
niezbyt dobrze rozumia ). Mo na je by o rozwi za w dowolnym Stuleciu przy zastosowaniu
trzech wspó czynników, a dla wieku 482 wspó czynniki te zbli
y si do granicy tego, co
jeszcze by o dopuszczalne. Socjologowie kr cili g owami, a Harlan s ysza , jak jeden z nich
mówi , e jakiekolwiek pogorszenie tego stanu wraz z nowymi Zmianami Rzeczywisto ci
dzie wymaga o „naj ci lejszej obserwacji".
Jedno mo na by o powiedzie na temat niekorzystnych wspó czynników w równaniu
okre laj cym rozdzia bogactw. Wskazywa o to na istnienie klasy pró niaczej i rozwój
atrakcyjnego stylu ycia, który w najlepszym przypadku przyczynia si do rozkwitu kultury i
wykwintu. Póki druga szala wagi nie opada a zbyt nisko, póki klasa pró niacza, korzystaj c z
przywilejów, nie zapomina a o swych obowi zkach, póki jej kultura nie przyjmowa a zbyt
wyra nej linii spadkowej, by o to do przyj cia: w Wieczno ci zawsze istnia a tendencja do
tolerowania odchyle od idealnego wzoru podzia u bogactw.
Wbrew swojej woli Harlan zacz to rozumie . Zazwyczaj jego nieco d
sze pobyty
w Czasie wymaga y korzystania z hoteli w biedniejszych dzielnicach miast, gdzie cz owiek
mo e atwo przebywa anonimowo, gdzie nie zwraca si uwagi na obcych, gdzie jeden nowy
wi cej lub mniej nic nie znaczy i w zwi zku z tym tkanka Rzeczywisto ci nie zostaje
powa niej naruszona, najwy ej nieco zadr y. Kiedy nie by o tej pewno ci, kiedy istnia o
prawdopodobie stwo, e dr enie przekroczy punkt krytyczny i naruszy znaczniejsz cz
domku z kart zwanego Rzeczywisto ci , Harlan nieraz musia nocowa gdzie pod p otem na
wsi.
I zwykle ogl da ró ne p oty, zanim stwierdzi , który z nich w ci gu nocy b dzie
najmniej niepokojony przez wie niaków, w ócz gów, a nawet biegaj ce samopas psy.
Lecz teraz Harlan znajdowa si na drugim biegunie spo ecznym i spa w
ku o
powierzchni z magnetyzowanej materii; by o to szczególne po czenie materii i energii, na
któr mogli sobie pozwoli tylko najbogatsi w tym spo ecze stwie. W Czasie by a ona mniej
rozpowszechniona ni czysta materia, lecz cz ciej spotykana ni czysta energia. Tak czy
inaczej, dostosowywa a si do cia a: by a nieruchoma, gdy cz owiek le
bez ruchu,
ust powa a, gdy si poruszy lub przekr ci .
Harlan z przykro ci stwierdzi , e takie rzeczy stanowi dla niego atrakcj , i doceni
dro zasady, wed ug której ka da sekcja Wieczno ci mia a
wed ug przeci tnej swego
Stulecia, a nie na jego najwy szym szczeblu. Dzi ki temu mog a utrzymywa kontakt z
problematyk i „duchem" Stulecia, nie identyfikuj c si zbytnio z przedstawicielami elity
spo ecze stwa.
atwo jest
jak arystokrata - pomy la Harlan owego pierwszego wieczora.
A tu przed za ni ciem pomy la o Noys.
ni , e znajduje si w Radzie Wszechczasów. Surowo wskazywa palcem i patrzy z
góry na malutkiego, bardzo malutkiego Finge'a, który z trwog s ucha werdyktu
wykluczaj cego go z Wieczno ci i skazuj cego na sta obserwacj jednego z nieznanych
Stuleci w odleg ej przysz
ci. Uroczyste s owa pot pienia wychodzi y z ust samego Harlana,
a po jego prawicy, tu przy nim, siedzia a Noys Lambent.
Najpierw jej nie zauwa
, lecz jego oczy stale zerka y w prawo, a s owa zamiera y na
ustach.
Czy nikt inny jej nie widzi? Reszta cz onków Rady, z wyj tkiem Twissella,
spogl da a nieruchomo przed siebie; Twissell z u miechem odwróci si do Harlana, patrz c
poprzez dziewczyn , jakby jej wcale nie by o.
Harlan chcia jej powiedzie , by odesz a, lecz nie móg wykrztusi ani s owa.
Próbowa j uderzy , lecz za ka dym razem r ka opada a mu bezw adnie, a dziewczyna nie
rusza a si . Jej cia o by o ch odne.
Finge mia si ... coraz g
niej, g
niej... ale... to by a Noys Lambent.
Harlan otworzy oczy w jasnym wietle s onecznym i czas jaki z przera eniem
patrzy na dziewczyn , nim sobie przypomnia , gdzie si oboje znajduj .
- Pan j cza i t uk poduszk . Czy mia pan jakie z e sny? Harlan nie odpowiada .
Mówi a dalej:
- K piel dla pana jest gotowa. Ubranie równie . Zorganizowa am zaproszenie na
zebranie towarzyskie dzi wieczorem. Dziwnie si czuj , wracaj c do codziennego ycia po
tak d ugim pobycie w Wieczno ci.
Harlan by mocno zak opotany tym potokiem s ów.
- Mam nadziej , e nie powiedzia a im pani, kim jestem.
- Oczywi cie, e nie.
Oczywi cie, e nie! Finge powinien by zaj si t drobnostk i lekko przekszta ci
pod narkoz pami dziewczyny - gdyby uzna to za potrzebne. Ale mo e nie widzia takiej
potrzeby Mimo wszystko mia j „pod cis obserwacj ".
Ta my l wzburzy a go.
- Wola bym by sam, o ile to mo liwe. Popatrzy a na niego niepewnie i wysz a.
Harlan w z ym nastroju podda si porannemu rytua owi mycia i ubierania. Nie
oczekiwa ciekawego wieczoru. B dzie musia jak najmniej mówi , jak najmniej si rusza ,
podpiera
ciany. Wa ne by y tylko jego uszy i oczy, mózg za s
jedynie do
sporz dzenia ko cowego raportu i idea em by oby, gdyby nie spe nia
adnych innych
funkcji.
Zazwyczaj nie przeszkadza o mu, gdy jako Obserwator nie wiedzia , czego w
ciwie
szuka. Gdy by Nowicjuszem, uczono go, e Obserwator nie powinien mie z góry
wyrobionego pogl du na potrzebne informacje i oczekiwane konkluzje. Wpajano mu, e ta
wiadomo automatycznie zniekszta ci aby jego spojrzenie, cho by stara si pracowa jak
najsumienniej.
Lecz w obecnych okoliczno ciach ta niewiedza by a irytuj ca. Harlan mocno
podejrzewa , e nie ma czego szuka , e w jaki sposób bierze udzia w grze Finge'a. Mi dzy
tym a Noys...
Ze z
ci spojrza na swoj posta z trójwymiarow dok adno ci odbit w
reflektorze znajduj cym si o pó metra od niego. Wydawa o mu si , e wygl da miesznie w
stroju z wieku 482, pozbawionym szwów i jaskrawym.
Gdy samotnie sko czy
niadanie, dostarczone przez mekkano, przybieg a Noys
Lambent.
Powiedzia a bez tchu:
- Jest czerwiec, Techniku Harlan. Przerwa jej szorstko:
- Prosz nie u ywa tutaj tego tytu u. Co z tego, e jest czerwiec?
- Ale by luty, kiedy si zjawi am... - urwa a z pow tpiewaniem - .. .w tamtym
miejscu, a to by o zaledwie miesi c temu.
Harlan zmarszczy czo o.
- A jaki jest teraz rok?
- Och, rok jest w
ciwy.
- Jest pani pewna?
- Zupe nie pewna. Czy by tam pope niono omy
? - mia a k opotliwy zwyczaj
zbli ania si do niego, gdy rozmawiali, a leciutkim seplenieniem (rys stulecia raczej ni jej
asny) przypomina a ma e bezradne dziecko. Ale Harlan nie da si na to nabra . Cofn si .
- Nie pope niono omy ki. Zosta a pani przeniesiona do tego miesi ca, poniewa tak
jest wygodniej. Faktycznie przebywa a pani w Czasie przez ca y ten okres.
- Ale jak mog am? - Wygl da a na jeszcze bardziej wystraszon . - Nic sobie nie
przypominam. Czy bym istnia a podwójnie?
Harlan zirytowa si bardziej ni by o warto. Jak móg jej wyt umaczy istnienie
mikrozmian powodowanych przez ka
interferencj w Czasie, które mog przekszta ci
indywidualne yciorysy bez wi kszego wp ywu na ca
Stulecia? Nawet Wieczno ciowcy
zapominali niekiedy, na czym polega ró nica mi dzy mikrozmianami (ma e „z") a Zmianami
(du e „Z"), przekszta caj cymi Rzeczywisto w sposób widoczny.
Powiedzia :
- Wieczno wie, co robi. Prosz nie pyta .
' Oznajmi to z dum , jakby by Starszym Kalkulatorem, i osobi cie zdecydowa , e
czerwiec jest w
ciwym momentem w Czasie i e mikrozmiana, wprowadzona przez
opuszczenie trzech miesi cy, nie rozwinie si w Zmian .
- Ale w takim razie straci am trzy miesi ce ycia. Westchn .
- Pani podró e w Czasie nie maj nic wspólnego z pani wiekiem fizjologicznym.
- Wi c tak czy nie?
- Co tak czy nie?
- Straci am trzy miesi ce?
- Na mi
Czasu, kobieto, mówi pani wyra nie. Nie straci a pani adnego okresu w
swym yciu. Nie mo e pani niczego straci .
Cofn a si na jego krzyk, a potem nagle zachichota a.
- Ma pan strasznie mieszny akcent. Szczególnie kiedy si pan z
ci.
Zmarszczy brwi. Jaki akcent? Mówi j zykiem pi dziesi tego tysi clecia równie
dobrze jak wszyscy w sekcji. A mo e nawet lepiej.
upia dziewczyna!
Znowu stan przy reflektorze, wpatruj c si w swe odbicie, które nawzajem
wpatrywa o si w niego. Mi dzy jego brwiami rysowa y si g bokie pionowe bruzdy.
Wyg adzi czo o i pomy la : nie jestem przystojny. Mam za ma e oczy, uszy mi odstaj , a
podbródek jest za du y.
Dotychczas nigdy si nad tym nie zastanawia , lecz teraz, do niespodziewanie,
wyda o mu si , e przyjemnie by oby by przystojnym.
Pó no w nocy Harlan uzupe ni notatkami rozmowy, które nagra , póki jeszcze
wszystko mia
wie o w pami ci.
Jak zwykle w takich przypadkach, korzysta z molekularnego magnetofonu produkcji
55 Stulecia... W kszta cie by to nie odznaczaj cy si niczym szczególnym cylinderek
ugo ci oko o dziesi ciu centymetrów i rednicy niewiele wi kszej ni centymetr. Mia
intensywn , ale nie zwracaj
uwagi br zow barw . Mo na go by o atwo umie ci w
spince, kieszeni czy podszewce, w zale no ci od stylu ubrania, czy na przyk ad zawiesi u
paska, guzika czy bransolety.
Niezale nie od tego, w jakim po
eniu i gdzie umieszczony zosta magnetofon, mia
on zdolno utrwalenia jakich dwudziestu milionów s ów na ka dym z trzech poziomów
energii molekularnej. Jeden koniec cylinderka by po czony z transliteratorem i odtwarza
os w kuleczce znajduj cej si . w uchu Harlana, a drugi koniec, poprzez pole
elektromagnetyczne, czy si z ma ym mikrofonem przy ustach - dzi ki temu Harlan móg
ucha i mówi równocze nie.
Ka dy d wi k, jaki si rozlega w czasie „spotkania", powtarza si teraz w jego uchu,
a s uchaj c tego, Harlan wypowiada s owa komentarza, które zapisywa y si na drugim
poziomie, skoordynowane z poziomem pierwszym, na którym nagrane by o spotkanie. Na
tym drugim poziomie opisywa swe wra enia, omawia wa niejsze sprawy, wskazywa
zwi zki. W ko cu zrobi u ytek z rejestratora molekularnego, by sporz dzi raport - nie tylko
zapis d wi kowy, lecz równie streszczenie.
Wesz a Noys Lambent. Nie zasygnalizowa a swego wej cia.
Harlan oburzony od
mikrofon i s uchawk , schowa je do molekularnego
magnetofonu, umie ci wszystko w futerale i zatrzasn go.
- Dlaczego pan jest stale taki z y na mnie? - zapyta a Noys. Jej ramiona i r ce by y
nagie, a d ugie nogi majaczy y w lekko promieniuj cym pianolicie.
Powiedzia :.
- Nie jestem z y. Nie mam dla pani adnych uczu . -1 w owej chwili uwa
, e jest to
stwierdzenie absolutnie prawdziwe.
Spyta a:
- Pan jeszcze pracuje? Pan musi by bardzo zm czony.
- Nie mog pracowa , je li pani jest tutaj - powiedzia kwa no.
- Pan gniewa si na mnie. Przez ca y wieczór nie zamieni pan ze mn ani s owa.
- Stara em si w miar mo no ci nie mówi z nikim. Nie poszed em tam, eby
mówi . - Czeka , a Noys wyjdzie.
Lecz ona powiedzia a:
- Przynios am panu co do picia. Zauwa
am, e ten napój smakowa panu na
przyj ciu, a jedna szklanka nie wystarczy. Szczególnie je li ma pan zamiar pracowa .
Spostrzeg za ni niewielkie mekkano, lizgaj ce si po g adkim polu si owym.
Owego wieczora jad niewiele, kosztuj c tylko potraw, o których obszernie meldowa
w poprzednich obserwacjach, lecz których (z wyj tkiem male kich próbek) stara si wtedy
nie je . Wbrew woli smakowa y mu. Wbrew woli podoba mu si pienisty, lekko zielony o
mi towym smaku napój (raczej nie alkoholowy), który ostatnio by w modzie. Nie istnia on
w tym Stuleciu przed dwoma fizjolatami i przed ostatni Zmian . Rzeczywisto ci.
Wzi drug porcj od mekkano, powa nie skin wszy g ow Noys na znak
podzi kowania.
A dlaczego Zmiana Rzeczywisto ci, która nie mia a fizycznego wp ywu na Stulecie,
wyda a nowy napój? Có , nie jest Kalkulatorem, eby zadawa sobie takie pytania. Poza tym
najbardziej szczegó owo przygotowane Zmiany nie mog y ca kowicie wyeliminowa
niepewno ci, wszystkich efektów ubocznych. Gdyby nie to, niepotrzebni byliby
Obserwatorzy.
Byli sami w domu, Noys i on. Mekkano w ci gu dwóch ostatnich dziesi cioleci
osi gn y szczyt popularno ci, której nie traci y jeszcze przez jedno dziesi ciolecie w tej
Rzeczywisto ci, a wi c Noys nie zatrudnia a s
cych.
Oczywi cie, skoro kobiety tej epoki by y równie niezale ne materialnie, jak
czy ni, i wedle w asnej ochoty mog y mie dzieci, bez konieczno ci fizycznego rodzenia,
to wspólny pobyt z nimi nie móg by niczym „nieprzyzwoitym", przynajmniej wed ug
kryteriów 482 Stulecia.
Lecz Harlan czu si skompromitowany.
Dziewczyna wyci gn a si i podpar a okciem na sofie. Wzorzyste obicie mebla
zapad o si pod ni , jakby j chcia o obj . Zrzuci a przezroczyste buciki, a palce jej nóg
zgina y si i rozgina y w elastycznym pianolicie mi kko jak apy leniwego kota.
Potrz sn a g ow , a to, co utrzymywa o jej w osy upi te i skr cone w zawi e zwoje w
pewnej odleg
ci od uszu, teraz rozlu ni o si nagle. W osy opad y jej na kark, a nagie
kremowe ramiona sta y si jeszcze bardziej kusz ce przez kontrast z czerni w osów.
- Ile pan ma lat? - szepn a.
To pytanie z pewno ci powinien by zignorowa . By o to pytanie osobiste, a
odpowied nie mog a jej obchodzi . W tym przypadku zamierza odpowiedzie z uprzejmym
zdecydowaniem: „Czy pozwoli mi pani wreszcie pracowa ?". Zamiast tego us ysza w asny
os:
- Trzydzie ci dwa. - Oczywi cie mia na my li lata fizjologiczne. Powiedzia a:
- Jestem m odsza od pana. Mam dwadzie cia siedem lat. Ale chyba nie zawsze b
wygl da a m odziej. Pan na pewno pozostanie taki jak teraz, gdy ja stan si ju star kobiet .
Dlaczego pan si zdecydowa na trzydzie ci dwa lata? Nie mo e pan tego zmieni wedle
yczenia? Nie chce pan by m odszy?
- O czym pani mówi? - Harlan potar czo o. Powiedzia a mi kko:
- Pan b dzie
zawsze. Jest pan Wieczno ciowcem. Czy to by o pytanie, czy
stwierdzenie? Powiedzia :
- Pani jest szalona. Starzejemy si i umieramy jak wszyscy ludzie.
- Mo e pan sobie mówi . - Jej g os zabrzmia nisko, pieszczotliwie. J zyk
pi dziesi tego tysi clecia, który dla Harlana brzmia zawsze szorstko i nieprzyjemnie, teraz
wydawa mu si melodyjny. Czy te to tylko pe ny
dek i perfumowane powietrze tak go
otumani y.
Powiedzia a:
- Mo ecie ogl da wszystkie epoki, zwiedza wszystkie rejony. Chcia am pracowa w
Wieczno ci. Czeka am bardzo d ugo, eby mi pozwolili. My la am, e mo e zrobi mnie
Wieczno ciowcem, a potem odkry am, e tam s tylko m czy ni. Niektórzy nie chcieli
nawet ze mn gada , dlatego e jestem kobiet . I pan nie chcia ze mn rozmawia .
- Wszyscy jeste my zaj ci - wymamrota Harlan, usi uj c st umi co , co mo na by
okre li jedynie jako t
satysfakcj . - By em bardzo zaj ty.
- Ale dlaczego w Wieczno ci nie ma kobiet?
Harlan nie móg si odwa
na odpowied . Co powiedzie ? Wieczno ciowców
dobierano z niezwyk staranno ci , poniewa musieli odpowiada dwóm warunkom: po
pierwsze musieli mie odpowiednie uzdolnienia, po drugie - wydobycie tych ludzi z Czasu
nie mog o wywiera ujemnego wp ywu na Rzeczywisto .
Rzeczywisto ! Oto s owo, którego nie wolno mu wspomnie w adnych
okoliczno ciach. Zdawa sobie spraw z coraz silniejszego zawrotu g owy i na chwil
przymkn oczy, eby si pozby tego uczucia.
Ilu wspania ych kandydatów pozosta o w Czasie, poniewa ich przesuni cie do
Wieczno ci oznacza oby, e nie przysz yby na wiat dzieci, nie zmarliby pewni m czy ni i
kobiety, nie zosta yby zawarte pewne ma
stwa, nie zaistnia yby pewne wydarzenia i
okoliczno ci, co spaczy oby Rzeczywisto w stopniu, na jaki Rada Wszechczasów nie mog a
si zgodzi .
Czy mo e jej niektóre z tych rzeczy powiedzie ? Oczywi cie, e nie. Czy mo e jej
powiedzie , e kobiety prawie nigdy nie kwalifikowa y si do Wieczno ci, z jakiego powodu
bowiem, którego nie rozumia (Kalkulatorzy mo e rozumieli, ale on na pewno nie),
wy czenie z Czasu kobiety powodowa o dziesi do stu razy wi ksze zniekszta cenie
Rzeczywisto ci ni wy czenie m czyzny.
Wszystkie te my li miesza y mu si w g owie, gubi c si , wiruj c i cz c w lu ne
skojarzenia, co wywo ywa o groteskowe, nie ca kiem zreszt nieprzyjemne efekty. Noys
zbli
a si do niego z u miechem.
ysza jej g os jak szmer wiatru.
- Och, wy, Wieczno ciowcy! Jeste cie tacy tajemniczy. Nie chcecie si niczym
dzieli . Zróbcie mnie Wieczno ciowcem.
Jej g os by teraz d wi kiem, który nie rozpada si na poszczególne s owa, subtelnie
modulowan melodi , która przenika a do jego umys u.
Pragn jej powiedzie : w Wieczno ci nie ma nic weso ego. My pracujemy! Badamy
wszystkie szczegó y wszystkich epok od pocz tku Wieczno ci a do dnia, gdy Ziemia b dzie
pusta, próbujemy zbada wszystkie niesko czone mo liwo ci, wszystkie „co by by o,
gdyby..." i wybra „co by by o", które jest lepsze od istniej cego; szukamy momentu w
Czasie, kiedy mo na dokona ma ej Zmiany, by sple to, co jest, z tym, co mog oby by , by
otrzyma nowe, jest", a wtedy szukamy nowego „mog oby by ", stale i stale, i tak jest od
czasu, gdy Vikkor Mallansohn odkry Pole Czasowe w 24 Stuleciu, ongi , w okresie
Prymitywu, co umo liwi o rozpocz cie Wieczno ci w dwudziestym siódmym, tajemniczy
Mallansohn, o którym nikt nic nie wie, a który zapocz tkowa Wieczno i nowe „by mo e"
na zawsze, na zawsze i...
Potrz sn g ow , lecz nadal trwa zam t my li, coraz bardziej sk bionych, a
wreszcie wybuch w gwa townym b ysku wiat a na jedn sekund i zamar .
Ta chwila wzmocni a go. Chcia , by si powtórzy a, lecz na pró no.
Napój mi towy?
Noys by a jeszcze bli ej, w oszo omieniu widzia jej twarz niezbyt wyra nie. Czu jej
osy na swoim policzku, ciep y powiew jej oddechu. Powinien by si cofn , lecz - rzecz
dziwna - uzna , e nie chce.
- Gdybym zosta a w Wieczno ci... - westchn a prawie do jego ucha, chocia ledwie
móg us ysze te s owa poprzez bicie w asnego serca. Jej wargi by y wilgotne i rozchylone. -
A czy nie chcia by tego?
Nie wiedzia , co Noys ma na my li, lecz nagle przesta si o to troszczy . Wydawa o
mu si , e jest w p omieniach. Wyci gn ramiona niezdarnie, na lepo. Nie opiera a si ,
czy a si i zespoli a z nim.
Wszystko to dzia o si jak we nie, jakby prze ywa to kto obcy.
Nie by o to w najmniejszym stopniu tak odra aj ce, jak sobie wyobra
. Wstrz s,
objawienie - owszem, lecz nic odra aj cego.
Nawet potem, gdy przytula a si do niego, z oczyma zamglonymi i z u miechem,
wiedzia , e musi g aska jej wilgotne w osy z dr eniem rozkoszy.
Teraz zmieni a si ca kowicie w jego oczach. Nie by a kobiet ani w ogóle jednostk
indywidualn . W dziwny i nieoczekiwany sposób sta a si nagle kontynuacj jego samego,
jego cz ci .
Zlecenie przestrzenno-czasowe nic o tym nie wspomina o, lecz Harlan nie czu si
winien. Tylko my l o Finge'u wywo
a silne wra enie. Ale to nie by o poczucie winy.
To by a satysfakcja, nawet triumf.
Harlan nie móg spa . Zawrót g owy ju przeszed , lecz pozosta niezwyk y fakt, e po
raz pierwszy w jego dojrza ym yciu doros a kobieta dzieli a z nim
ko.
ucha jej cichego oddechu, w ultramrocznej po wiacie, do której wewn trzne
wiat o cian i sufitu zosta o zredukowane, widzia jej cia o jedynie jako cie obok swego
cia a.
Wystarczy o tylko wyci gn r
, by poczu ciep o i mi kko , lecz nie o miela si
tego zrobi , eby jej nie obudzi , cokolwiek by ni a. Jak gdyby ni a o nich obojgu, i o tym
wszystkim, co si zdarzy o, a jej zbudzenie mog o to unicestwi .
Ta my l wydawa a si cz ci tych dziwnych, niezwyk ych my li, jakie mu si
nasun y przedtem...
By y to dziwne my li, mi dzy sensem a bezsensem. Próbowa je przywo
na nowo,
lecz nie móg . Ale nagle przypomnienie ich sobie sta o si dla niego bardzo wa ne. Bowiem
pami ta , e na chwil co zrozumia .
Nie mia pewno ci, co to by o, i jego niepokój wzrasta . Dlaczego nie mo e sobie
przypomnie ? Przecie tyle ju wie...
Przez chwil
pi ca obok dziewczyna przesta a zaprz ta jego my li. Zaraz, a gdybym
poszed
ladem... My la em o Rzeczywisto ci i Wieczno ci... tak, i Mallansohn, i Nowicjusz!
Tu urwa . Dlaczego Nowicjusz? Dlaczego Cooper? Przecie o nim nie my la .
Lecz je li nie, to dlaczego my li teraz o Brinsleyu Sheridanie Cooperze?
Zmarszczy czo o. Jaka prawda czy to wszystko? Co w
ciwie próbuje wykry ? Co
daje mu tak pewno , e co w ogóle jest do wykrycia?
Harlan wzdrygn si ; zacz o mu co
wita , tak, ju prawie wiedzia .
Wstrzyma oddech, eby tego nie przynagla . Niech si skrystalizuje.
Niech si skrystalizuje.
I w ciszy owej nocy, nocy tak wyj tkowo donios ej w jego yciu, przysz o mu do
owy wyja nienie i interpretacja wydarze , które w zwyk ym, bardziej normalnym czasie
nigdy, nawet na chwil , by mu si nie objawi y.
Niech my l p czkuje i rozkwita, niech ro nie, a wyja ni sto dziwacznych punktów,
które bez tego po prostu pozosta yby dziwaczne.
Musi to prze ledzi , potwierdzi w Wieczno ci, lecz w g bi swego serca by ju
przekonany, e pozna straszliw tajemnic , której nie dawano mu pozna .
Tajemnic obejmuj
ca Wieczno !
6. Biografista
Miesi c fizjoczasu min od tej nocy w czterysta osiemdziesi tym drugim, kiedy
Harlan zaznajomi si z wieloma sprawami. Teraz, mierz c normalnym czasem, znajdowa si
niemal dwa tysi ce Stuleci w przysz
ci Noys Lambent, usi uj c za pomoc kombinacji
przekupstwa i pogró ek pozna , co j oczekuje w nowej Rzeczywisto ci.
By to czyn bardziej ni nieetyczny, ale przesta si o to troszczy . W ci gu minionego
fizjomiesi ca Harlan we w asnym mniemaniu sta si przest pc . Nie by o co komentowa
tego faktu. Mno
c swe zbrodnie nie staje si wiele wi kszym przest pc , natomiast mo e
wiele zyska .
Teraz w wyniku pewnych zbrodniczych machinacji (nie wysila si , by u ywa
agodniejszego okre lenia) sta przed barier 2456 Stulecia. Wej cie w Czas by o o wiele
bardziej skomplikowane ni zwyk e przej cie mi dzy Wieczno ci a szybami kot ów. W celu
wej cia w Czas nale
o starannie zgra wspó rz dne okre laj ce dany rejon na powierzchni
Ziemi i precyzyjnie wyznaczy wewn trz Stulecia dany moment Czasu. Jednak mimo
wewn trznego napi cia Harlan operowa sterami z atwo ci i pewno ci siebie cz owieka o
wielkim do wiadczeniu i wielkim talencie.
Teraz znalaz si w maszynowni, któr przedtem widzia na ekranie wewn trz
Wieczno ci. W tym fizjomomencie Socjolog Voy siedzia bezpiecznie przed tym ekranem,
obserwuj c ingerencj techniczn , która mia a nast pi .
Harlan nie pieszy si . Maszynownia powinna pozosta pusta przez nast pne sto
pi dziesi t sze minut. Dla wszelkiej pewno ci karta przestrzenno-czasowa dawa a mu
tylko sto dziesi minut, pozostawiaj c dalsze czterdzie ci sze jako zwyczajowy czterdzie-
stoprocentowy „margines". Margines by pomy lany na wszelki wypadek, lecz nie
spodziewano si , e Technik z niego skorzysta. „Zjadacz marginesów" nie bywa d ugo
Specjalist .
Jednak Harlan nie przypuszcza , by mu by o potrzeba wi cej ni dwie minuty z tych
stu dziesi ciu. Maj c przymocowany na przegubie generator pola, tak by otacza a go aura
fizjoczasu (mo na powiedzie „opar Wieczno ci"), chroniony w ten sposób przed skutkami
Zmiany Rzeczywisto ci, zrobi krok ku cianie, wzi ma y pojemnik z pó ki i umie ci go w
starannie wybranym miejscu na innej pó ce poni ej.
Po czym wróci do Wieczno ci, w sposób, który wydawa mu si równie prozaiczny,
jak przej cie przez drzwi. Gdyby tam siedzia jaki Czasowiec, zdawa oby mu si , e Harlan
po prostu znikn .
Ma y pojemnik pozosta tam, gdzie go Technik po
. Nie odgrywa bezpo redniej
roli w historii. Pó godziny pó niej r ka cz owieka si gn a po niego, lecz go nie znalaz a.
Odszukano pojemnik za dalsze pó godziny, lecz tymczasem pole si owe wy adowa o si , a
cz owiek szala z gniewu. Decyzja, której by nie podj to w poprzedniej Rzeczywisto ci,
zosta a teraz podj ta w gniewie. Pewne spotkanie nie dosz o do skutku; cz owiek, który mia
umrze ,
o rok d
ej w innych okoliczno ciach; inny, który mia
, zmar nieco
wcze niej.
Kr gi rozchodzi y si coraz szerzej, osi gaj c maksimum w 2481 Stuleciu - w
dwadzie cia pi Stuleci po ingerencji. Potem intensywno Zmiany Rzeczywisto ci s ab a.
Teoretycy utrzymywali, e nigdy w niesko czono ci efekty Zmiany nie zredukuj si do zera,
lecz pi dziesi t Stuleci od ingerencji jej skutki s ju tak nik e, e nie wykrywaj ich
najdok adniejsze komputery - i to jest praktycznie granica.
Socjolog Voy wpatrywa si w niebieskawy obraz 2481 Stulecia, gdzie wcze niej
panowa a gor czkowa ruchliwo portu kosmicznego. Podniós g ow na widok Harlana.
Mrukn co , co mog o uchodzi za powitanie.
Zmiana w
ciwie zniszczy a port. Jego wietno znik a: budynki nie by y ju tymi
wspania ymi budowlami co ongi . Rdzewia jaki statek kosmiczny. Nie by o ludzi. Nie by o
ruchu.
Harlan pozwoli sobie na u mieszek, który pojawi si na chwil i znikn . By a to
MPO - Maksymalnie Po
dana Odpowied . I nast pi a od razu. Zmiana niekoniecznie
nast powa a w okre lonym momencie ingerencji Technika. Je li obliczenia potrzebne do
ingerencji by y niedok adne, mog y min godziny, a nawet dni, zanim dochodzi o do Zmiany
(licz c oczywi cie w fizjoczasie). Zmiana mia a miejsce tylko wtedy, gdy znika a wszelka
dowolno .
Je li istnia a jakakolwiek matematyczna szansa alternatywnych rozwi za , Zmiana nie
nast powa a.
Harlan by dumny z tego, e kiedy to on oblicza MPZ, kiedy to jego r ka dokonywa a
ingerencji, wszelka dowolno znika a od razu i Zmiana nast powa a natychmiast.
Voy powiedzia mi kko:
- To by o bardzo pi kne.
owa te zazgrzyta y w uszach Harlana, jakby bruka y pi kno jego dzia ania.
- Nie
owa bym - powiedzia - gdyby podró e kosmiczne w ogóle usuni to z
Rzeczywisto ci.
- Nie? - spyta Voy.
- Jaka z nich korzy ? To wszystko nigdy nie trwa d
ej ni jedno czy dwa
tysi clecia. Ludzie czuj si zm czeni. Wracaj na Ziemi , a kolonie zamieraj . Potem znowu
po czterech czy pi ciu tysi cleciach zaczynaj na nowo i znowu ko czy si to fiaskiem. To
tylko strata ludzkiego geniuszu i wysi ku.
- Pan jest filozofem - o wiadczy Voy sucho.
Harlan poczerwienia . Szkoda s ów - pomy la . I zmieniaj c nagle temat zapyta
gniewnie:
- Co z tym Biografist ?
- A o co chodzi?
- Zechce pan si porozumie z tym cz owiekiem... Do tej pory powinien mie ju
jakie wyniki.
Po twarzy Socjologa przemkn wyraz dezaprobaty, jakby chcia powiedzie : zbytnio
si pan niecierpliwi, ale o wiadczy :
- Pan pozwoli ze mn , zobaczymy.
Tabliczka na drzwiach gabinetu g osi a: Neron Feruk, co uderzy o Harlana
podobie stwem do imion dwóch w adców w rejonie Morza ródziemnego w czasach
Prymitywu. (Cotygodniowe dyskusje z Cooperem wydatnie zwi kszy y jego zainteresowanie
Prymitywem).
Jednak tamten cz owiek nie przypomina
adnego z w adców, o ile Harlen móg to
oceni . By chudy niemal jak ko ciotrup, skóra opina a ciasno jego garbaty nos. Mia d ugie
palce i przeguby - o wystaj cych kostkach. Pieszcz c ma y sumator, wygl da jak mier
wa ca dusz na szali.
Harlan stwierdzi , e intensywnie wpatruje si w sumator. To by o serce i krew
Biografowania, skóra i ko ci, ci gna, musku y -wszystko. Na aduj go niezb dnymi danymi
ycia osobistego i równaniami Zmiany Rzeczywisto ci; zrób to, a on zacznie chichota , jakby
szydzi - czasem przez minut , czasem ca y dzie - a potem wypluje mo liwe wersje ycia dla
osoby badanej (w nowej Rzeczywisto ci). Ka da taka wersja zaopatrzona jest w wyliczenie
prawdopodobie stwa.
Socjolog Voy przedstawi Harlana. Feruk, z jawnym oburzeniem patrz c na znaczek
Technika, kiwn g ow i kontynuowa swe zaj cie.
Harlan zapyta :
- Czy Biografia tej m odej kobiety jest ju gotowa?
- Nie. Powiem panu, jak b dzie. - Biografista nale
do ludzi, którzy pogard dla
Techników posuwali do jawnego chamstwa.
- Spokojnie, Biografisto - rzek Voy.
Feruk mia brwi tak jasne, e niemal niewidoczne. Zwi ksza o to podobie stwo jego
twarzy do czaszki ko ciotrupa. Przewróci oczami w nagich oczodo ach i spyta :
- Zniszczyli cie statki kosmiczne? Voy skin g ow :
- Na jedno Stulecie.
Feruk wykrzywi wargi i co wymamrota . Harlan skrzy owa ramiona i patrzy
nieruchomo na Biografi-st , który wreszcie odwróci g ow , uznaj c sw pora
.
Harlan pomy la : on wie, e to równie i jego wina. Feruk odezwa si do Voya:
- Je li ju pan tu jest, niech pan powie, co, u Czasu, dzieje si z tymi wnioskami o
szczepionk przeciwrakow ? Nie jeste my jedynym Stuleciem, które ma serum antyrakowe.
Dlaczego w
nie do nas wp ywaj wszystkie podania?
- Inne Stulecia otrzymuj wcale nie mniej zg osze . Przecie pan wie o tym.
- W takim razie powinni w ogóle nie przysy
poda .
- Jak ich do tego zmusimy?
- atwo. Niech Rada Wszechczasów wstrzyma przyj cia.
- Nie mam kontaktów z Rad Wszechczasów.
- Ale ma pan kontakty ze starym.
Harlan t po, bez zainteresowania, przys uchiwa si rozmowie. Przynajmniej
pomaga a mu ona zaj my li drobiazgami, odwróci je od chichocz cego sumatora.
Wiedzia , e „stary" to kieruj cy sekcj Kalkulator.
- Rozmawia em ze starym - powiedzia Socjolog - a on rozmawia z Rad
Wszechczasów.
- Bzdury. Po prostu przes
schematyczne pisemko. On powinien o to walczy . To
przecie sprawa podstawowej polityki.
- Rada Wszechczasów nie jest teraz w nastroju do rozwa ania zmian w podstawowej
polityce. S ysza pan, jakie kr
plotki.
- Oczywi cie, s bardzo zaj ci. Gdy tylko trzeba si postawi , zaraz dowiadujemy si ,
e Rada jest zaj ta czym bardzo wa nym.
(Gdyby Har an mia odpowiedni nastrój, z pewno ci by si u miechn w tym
miejscu).
Feruk zastanawia si przez chwil , a potem wybuchn :
- Wi kszo ludzi nie rozumie tego, e surowica antyrakowa to nie to samo co
sadzonki drzew czy maszyny rolnicze. Wiem, e ka
ga zk
wierka nale y obserwowa z
punktu widzenia niepo
danych wp ywów na Rzeczywisto , lecz serum antyrakowe zawsze
ma zwi zek z ludzkim yciem, a to jest sto razy bardziej skomplikowane.
- Trzeba si zastanowi ! Pomy lcie, ile ludzi rocznie umiera na raka w ka dym
Stuleciu, które nie ma surowicy przeciwrakowej tego czy innego rodzaju. Ludzie nie chc
umiera , wi c czasowe rz dy w ka dym Stuleciu bez ko ca wystosowuj do Wieczno ci
apele w rodzaju: „Bardzo prosimy o nades anie siedemdziesi ciu pi ciu tysi cy ampu ek
surowicy dla ludzi nieuleczalnie chorych, którzy s absolutnie niezb dni dla kultur, dane
biograficzne w za czeniu".
Voy pokiwa g ow :
- Wiem, wiem.
Lecz Feruk by nadal rozgoryczony,
- Cz owiek czyta te dane, z których wynika, e ka dy facet jest bohaterem. mier
ka dego z nich stanowi aby niepowetowan strat dla wiata. Rozpracowuje si to. Widzi si ,
co by oby z Rzeczywisto ci , gdyby ka dy z nich
, i - na mi
Czasu! - gdyby yli w
ró nych zestawieniach.
W ubieg ym miesi cu zbada em pi set siedemdziesi t dwa podania w sprawie raka.
Siedemna cie, dos ownie siedemna cie Biografii nie poci ga o za sob niepo danych zmian
w Rzeczywisto ci. Nie by o ani jednego przypadku prawdopodobie stwa po
danej Zmiany
Rzeczywisto ci, lecz Rada mówi, e przypadki neutralne mog otrzyma surowic . Wzgl dy
ludzkie, wie pan. A wi c siedemnastu ludzi w wybranych Stuleciach zosta o wyleczonych w
tym miesi cu.
I co si dzieje? Czy Stulecia s szcz liwe! Nigdy w yciu! Jeden cz owiek
wyzdrowia , a dziesi ciu w tym samym Stuleciu, w tym samym Czasie, nie wyzdrowia o.
Wszyscy pytaj : dlaczego akurat ten? Mo liwe, e faceci, których nie leczymy, s lepsi, mo e
to kochani przez wszystkich filantropi, a cz owiek, którego wyleczyli my, bije i kopie
leciw matk , je li ma akurat wolny czas, bo nie maltretuje swoich dzieci. Oni nic nie wiedz
o Zmianach Rzeczywisto ci, a nie mo emy im tego powiedzie .
Sami sobie robimy k opoty, Voy, póki Rada Wszechczasów nie przesieje wszystkich
poda i nie b dzie zatwierdza a tylko tych, które wywo uj po
dan Zmian Rzeczywisto ci.
To wszystko. Albo leczenie zdaje si na co ludzko ci, albo koniec z tym. Dosy tego gadania
w stylu: „No, to nie przynosi szkody...".
Socjolog s ucha tego z wyrazem agodnego ubolewania na twarzy, wreszcie
powiedzia :
- Gdyby to jednak pan mia raka...
- G upia uwaga. Czy na tym opieramy nasze decyzje? Nie by oby nigdy Zmiany
Rzeczywisto ci. Jaki biedny frajer zawsze musi dosta kopniaka, prawda? Przypu my, e to
pan by by tym frajerem...
I jeszcze jedna sprawa: Niech pan pami ta, e ilekro przeprowadzamy Zmian
Rzeczywisto ci, coraz trudniej jest znale nast pn dobr Zmian . Ka dego fizjoroku
wzrasta prawdopodobie stwo, e typowa Zmiana b dzie gorsza. To oznacza, e liczba ludzi,
których mo emy wyleczy , zmniejsza si tak czy inaczej. I b dzie coraz mniejsza. Którego
dnia b dziemy mogli wyleczy jednego pacjenta na fizjorok, nawet licz c neutralne
przypadki. Niech pan
O tym pami ta.
Harlan ca kowicie straci zainteresowanie. W swej pracy niejednokrotnie spotyka si
z tego typu gadaniem. Psychologowie i Socjologowie w swych rzadkich introwersyjnych
studiach Wieczno ci nazwali to identyfikacj . Ludzie identyfikowali si ze Stuleciem, z
którym byli zwi zani zawodowo. Jego konflikty zbyt cz sto stawa y si ich konfliktami.
Wieczno , jak mog a, zwalcza a plag identyfikacji; eby j utrudni , aden
pracownik nie móg zosta przydzielony do sekcji w obr bie dwóch Stuleci od daty swego
urodzenia. Wybierano przede wszystkim Stulecia o kulturze wyra nie si ró ni cej od
ojczystej (Harlan pomy la o Finge'u i 482 wieku). Co wi cej, przydzia y zmieniano, gdy
tylko reakcje ludzi zaczyna y budzi podejrzenia. (Harlan nie da by nawet szel ga z 50
Stulecia za to, e Feruk utrzyma swój przydzia d
ej ni przez nast pny fizjorok).
A jednak ludzie identyfikowali si z g upiej t sknoty za miejscem w Czasie
(pragnienie Czasu; ka dy o nim wiedzia ). Z jakiego powodu dotyczy o to szczególnie
Stuleci o rozwini tej komunikacji kosmicznej. By o to co , co nale
o i mo na by o zbada ,
gdyby nie chroniczna niech Wieczno ci do introspekcji.
Miesi c wcze niej Harlan pogardza by Ferukiem jako niedo
nym sentymentalist ,
opryskliwym ba wanem, który cierpi widz c, jak elektrograwitacja traci intensywno w
nowej Rzeczywisto ci,
I rekompensuje to sobie wymy laniem na Stulecia domagaj ce si szczepionki
antyrakowej.
Mo liwe, e z
by na niego raport. By oby to jego obowi zkiem. Na reakcjach tego
cz owieka najoczywi ciej nie mo na ju by o polega .
Teraz nie by by w stanie tak post pi . Nawet znajdowa wspó czucie dla Feruka.
Zbrodnia samego Harlana by a o wiele ci sza.
Jak atwo by o znowu skierowa my li na Noys.
W ko cu zasn owej nocy i obudzi si w wietle dziennym. Jasno przenika a
przezroczyste ciany doko a; jakby obudzi si w chmurze w ród mglistego nieba.
Noys mia a si do niego:
- Bo e, jak trudno ci zbudzi !
Harlan przede wszystkim si gn po ko dr , której nie by o. Potem wróci a pami .
Patrzy na Noys pustym wzrokiem, a twarz okry a mu si g bok czerwieni . Jak powinien
si teraz zachowa ?
Lecz przypomnia o mu si co innego i usiad gwa townie.
- Czy nie jest ju przypadkiem po pierwszej? Ojcze Czasie!
- Dopiero jedenasta. niadanie czeka i masz mnóstwo czasu.
- Dzi kuj - wymamrota .
- Prysznic przygotowany i ubranie równie . Có mia powiedzie ?
- Dzi kuj - wymamrota .
Unika jej wzroku podczas posi ku. Siedzia a naprzeciw niego, nie jedz c, z
podbródkiem opartym na d oni: w osy mia a sczesane na jeden bok, a rz sy nienaturalnie
ugie.
ledzi a ka dy jego ruch, a on spu ci oczy, zastanawiaj c si , gdzie si podzia wstyd,
który powinien odczuwa .
Spyta a:
- Dok d idziesz o pierwszej?
- Na mecz aeropi ki - mrukn . - Mam bilet.
- To fina owa rozgrywka. Straci am ca y sezon z powodu tego przesuni cia czasu,
wiesz. Kto wygra mecz, Andrew?
Poczu si dziwnie s abo na d wi k swego imienia. Potrz sn g ow i stara si nada
swojej twarzy surowy wygl d. (Do tej pory przychodzi o mu to bardzo atwo).
- Przecie na pewno wiesz. Przeprowadza
inspekcj ca ego tego okresu, prawda?
ciwie powinien wyra nie i ch odno zaprzeczy , lecz zacz si s abo t umaczy :
- Mia em du o przestrzeni i czasu do zbadania. Nie znam takich drobnych
szczegó ów jak wyniki meczów.
- Och, po prostu nie chcesz mi powiedzie .
Harlan nie da
adnej odpowiedzi. Wetkn widelczyk w ma y, soczysty owoc i
podniós go do ust. Po chwili Noys zapyta a:
- Nie widzia
przed swoim przybyciem, co si wydarzy o w s siedztwie?
- Nie znam szczegó ów. N... Noys - Zmusi si , by wypowiedzie jej imi .
Dziewczyna zapyta a mi kko:
- Nie widzia
nas? Nie wiedzia
przez ca y czas, e... Harlan wyj ka :
- Nie, nie, nie mog widzie samego siebie. Nie jestem w Rze... nie ma mnie tutaj,
póki nie przyb
. Nie mog wyt umaczy ... -By podwójnie zmieszany. Po pierwsze, e ona
o tym mówi. Po drugie, e omal si nie wygada . „Rzeczywisto " by a s owem najbardziej
zakazanym w stosunku z Czasowcami.
Podnios a brwi, a jej oczy sta y si okr
e i nieco zdziwione:
- Wstydzisz si ?
- To, co my zrobili, nie by o w
ciwe.
- Dlaczego nie? - W 482 Stuleciu jej pytanie by o absolutnie niewinne. - Czy
Wieczno ciowcom nie wolno? - Pytanie mia o odcie
artobliwy, jakby pyta a, czy
Wieczno ciowcom nie wolno je .
- Nie u ywaj tego s owa - powiedzia Harlan. - W
ciwie w pewnym sensie nie
wolno.
- Dobrze, wi c nic im nie mów. Ja te nie powiem. Obesz a stó i usiad a Marianowi
na kolanach, odsun wszy po drodze ma y stolik jednym agodnym i p ynnym ruchem biodra.
Momentalnie zesztywnia i podniós r ce gestem, który mia j powstrzyma . Ale bez
skutku.
Pochyli a si i poca owa a go w usta, i nic ju si mu nie wydawa o wstydliwe. Nic, co
si wi za o z Noys i z nim.
Nie by pewny, kiedy zacz robi co , do czego jako Obserwator nie mia etycznego
prawa. To znaczy, zacz zastanawia si nad istot problemu bie cej Rzeczywisto ci i
Zmiany Rzeczywisto ci, jak planowano.
To nie niemoralno Stulecia, nie ektogeneza, nie matriarchat niepokoi y Wieczno .
Wszystko to by o ju w poprzedniej Rzeczywisto ci i Rada Wszechczasów przygl da a si
temu oboj tnie. Finge powiedzia , e chodzi o co bardzo delikatnego.
A wi c Zmiana ma by bardzo delikatna i b dzie odnosi a si do grupy, któr
obserwowa . Przynajmniej to by o oczywiste.
dzie dotyczy a arystokracji, zamo nych, wy szych klas, które ci gn y korzy ci z
istniej cego systemu.
Niepokoi go fakt, e z ca pewno ci i Noys b dzie w to wmieszana.
Nast pne trzy dni przewidziane w zleceniu przeby jakby w g stniej cej chmurze,
umi cej nawet rado p yn
z towarzystwa Noys.
- Co si sta o? - spyta a. - Przez pewien czas wydawa
si zupe nie inny ni w
Wiecz... w tamtym miejscu. By
swobodny.
A teraz wydajesz si czym zmartwiony. Czy to dlatego, e masz wróci ?
- Cz ciowo - odpar Harlan.
- Musisz?
- Musz .
- No, a co by by o, gdyby si spó ni ? Harlan nieomal si u miechn .
- Nie byliby zadowoleni, gdybym si spó ni - powiedzia i z ut sknieniem pomy la
o dwudniowym marginesie, dopuszczalnym w jego zleceniu.
Noys w czy a jaki instrument muzyczny, który dobywa s odkie i skomplikowane
melodie ze swego twórczego wn trza, potr caj c na chybi trafi nuty i akordy:
przypadkowo by a jednak ograniczona przez skomplikowane formu y matematyczne na
korzy kombinacji przyjemnych. Frazy muzyczne nie mog y si powtarza , jak nie mog si
powtarza p atki niegu i jak p atki niegu - nie mog y nie by pi kne.
Zahipnotyzowany d wi kiem Harlan wpatrywa si w Noys, a jego my li kr
y
wokó niej. Kim b dzie w nowym przeznaczeniu? Kimkolwiek by aby, nie b dzie pami ta a
Harlana. I kimkolwiek by aby, nie b dzie Noys.
On nie tylko kocha t dziewczyn . (Dziwne, u ywa s owa „kocham" w swych
my lach po raz pierwszy i nawet nie zatrzyma si wystarczaj co d ugo, by popatrze na to
dziwo i zaduma si nad nim). Kocha kombinacje czynników: jej wybór strojów, jej chód, jej
sposób mówienia, jej minki. Potrzeba by o wier stulecia ycia i do wiadcze w okre lonej
Rzeczywisto ci, by to wszystko mog o powsta . W poprzedniej Rzeczywisto ci, jeden
fizjorok wcze niej, nie by aby t sam Noys. Nie b dzie t sam Noys w nast pnej
Rzeczywisto ci.
Nowa Noys b dzie mo e pod niektórymi wzgl dami koncepcyjnie lepsza, ale jedno
wiedzia na pewno: chce mie t Noys, t , któr widzi w tej chwili, t z istniej cej
Rzeczywisto ci. Je li mia a wady, pragn równie tych wad.
Co robi ?
Nasuwa y mu si ró ne rozwi zania, wszystkie nielegalne. Jedno z nich zak ada o, e
dowie si o charakterze Zmiany i ustali, jak dalece wp ynie ona na Noys. Oczywi cie, mimo
wszystko, cz owiek nie mo e by pewny, e...
Z marze wyrwa a Harlana martwa cisza. Znowu by w gabinecie Biografisty.
Socjolog Voy obserwowa go k tem oka. Trupia czaszka Feruka pochyli a si ku niemu.
A cisza by a przenikliwa.
Natychmiast u wiadomi sobie jej znaczenie. Trwa o to tylko chwil , sumator przesta
klekota .
Harlan podskoczy .
- Pan ma odpowied , Biografisto.
Feruk spojrza na arkusiki folii, które trzyma w r ku.
- Tak, pewnie. To dosy zabawne.
- Mog zobaczy ? - Harlan wyci gn r
, która wyra nie dr
a.
- Tu nie ma nic do zobaczenia. W
nie to jest zabawne.
- Jak to nic? - Harlan patrzy na Peruka oczyma, które nagle zacz y go piec, a
wreszcie w miejscu, gdzie sta Feruk, pozosta a tylko wyd
ona, cienka plama.
Rzeczowy ton Biografisty otrze wi Harlana.
- Ta pani nie istnieje w nowej Rzeczywisto ci. Nie ma Zmiany osobowo ci. Po prostu
jej nie ma i to wszystko. Znik a. Obliczy em mo liwe odmiany prawdopodobie stwa do
0,0001. Ona nigdzie nie pasuje. Prawd powiedziawszy - d ugimi palcami potar podbródek -
nie bardzo rozumiem, jak pasowa a do starej Rzeczywisto ci z t kombinacj czynników, jak
mi pan poda .
Harlan niemal nie s ysza , co do niego mówi .
- Ale... przecie Zmiana by a taka ma a.
- Wiem. Dziwna kombinacja czynników. Prosz , chce pan folie?
Harlana zacisn a si na foliach, nie czuj c nic. Noys znik a? Noys nie istnieje?
Jak e to by mo e?
Poczu czyj r
na ramieniu i us ysza g os Voya.
- le si pan czuje, Techniku? - D
cofn a si nagle, jakby Socjolog po
owa
nieostro nego zetkni cia z cia em Technika.
Harlan prze kn
lin i z wysi kiem przybra spokojny wyraz twarzy.
- Czuj si zupe nie dobrze. Odprowadzi mnie pan do szybu? Nie wolno mu
okazywa swoich uczu . Musi dzia
, jakby to, co tu przedstawi , by o czysto akademick
kwesti . Musi ukry fakt, e wiadomo o braku Noys w nowej Rzeczywisto ci przyj z
ogromnym podnieceniem i rado ci .
7. Preludium zbrodni
Harlan wst pi do kot a w 2456 Stuleciu i spojrza na siebie, by si upewni , e bariera
odgradzaj ca szyb od Wieczno ci jest rzeczywi cie bez skazy, e Socjolog Voy nie patrzy. W
ostatnich tygodniach sta o si to jego zwyczajem, mechanicznym odruchem - to szybkie
spojrzenie przez rami , eby si upewni , e nikogo poza nim nie ma w przewodach kot a,
A wtedy, chocia by ju w 2456 Stuleciu, nastawi sterowanie kot a na przysz
.
Patrzy , jak rosn liczby na temporometrze. Jakkolwiek zmienia y si z ogromn szybko ci ,
pozosta o troch czasu na rozmy lania.
Jak e odkrycie Biografisty zmieni o spraw ! Jak e zmieni a si sama natura jego
zbrodni!
Teraz wszystko zale y od Finge'a. To zdanie dudni o rytmicznie w g owie Harlana.
Wszystko zale y od Finge'a. Wszystko zale y od Finge'a...
Harlan unika jakiegokolwiek osobistego kontaktu z Finge'em od chwili swego
powrotu do Wieczno ci po dniach sp dzonych z Noys w 482 Stuleciu. Wraz z Wieczno ci
opanowywa o go poczucie winy. Z amanie przysi gi s
bowej, które wydawa o si niczym
w 482, by o czym potwornym w Wieczno ci.
Raport wys
poczt pneumatyczn i wycofa si do swego prywatnego mieszkania.
Musia to wszystko przemy le , zyska na czasie, eby si zastanowi i przyzwyczai do
nowej, rodz cej si w nim orientacji.
Finge przeszkodzi temu. Po czy si z Harlanem w nieca y kwadrans po
zakodowaniu przez niego adresu raportu i w
eniu go do rury poczty pneumatycznej.
Obraz Kalkulatora pojawi si na p ycie wizjofonu, a g os oznajmi :
- Spodziewa em si , e jest pan w swoim gabinecie. Harlan powiedzia :
- Przes
em raport, Kalkulatorze. Nie ma znaczenia, gdzie czekam na nowe
dyspozycje.
- Tak? - Finge rozwin rolk folii, któr trzyma w r ku, podniós do oczu i
wpatrywa si z ukosa w jej perforowany wzór. -Raport nie jest kompletny - podj . - Czy
mog przyj do pana?
Harlan zawaha si przez chwil , Ten cz owiek by jego prze
onym i odmowa
mia aby posmak niesubordynacji. To by wygl da o na jawne przyznanie si do winy, a
wra liwe, zm czone sumienie Harlana wzbrania o si przed tym.
- Prosz bardzo, Kalkulatorze - powiedzia sucho.
Pulchna osoba Finge'a wnios a dra ni cy element epikurejski do surowej kwatery
Harlana. Ojczyste Stulecie Harlana mia o sk onno do sparta skiego umeblowania wn trz i
Harlan nigdy ca kowicie nie straci upodobania do tego stylu. Walcowate metalowe krzes a
pokryte by y matowym lakierem, sztuczne ziarnowanym, tak e przypomina drewno
(jakkolwiek niezbyt udatnie). W jednym z rogów pokoju sta niedu y mebel, który jeszcze
bardziej nie pasowa do obyczajów czasu.
Finge natychmiast zwróci na niego uwag i dotkn pulchnym palcem, jakby chcia
sprawdzi jego kompozycj .
- Co to za materia ?
- Drewno, Kalkulatorze - odpar Harian.
- Prawdziwe? Autentyczne drewno? Zdumiewaj ce! U ywali cie drewna w waszym
Stuleciu?
- U ywali my.
- No tak. W regulaminach nie ma adnego zakazu, Techniku -Finge wytar o nogawk
spodni palec, którym dotkn przedmiotu. -Nie wiem jednak, czy powinno si pozwala , by
oddzia ywa a na nas kultura naszego Stulecia. Prawdziwy Wieczno ciowiec przyjmuje tak
kultur , jaka go otacza. Osobi cie w tpi , czy w ci gu ostatnich pi ciu lat jad em ze dwa razy
z energetycznych naczy . -Westchn . - A jednak zetkni cie pokarmu z materi zawsze wyda-
wa o mi si niehigieniczne. Ale nie pob
am sobie. Nie pob
am.
Znowu spojrza na drewniany przedmiot, lecz teraz r ce za
do ty u. Zapyta :
- Co to jest? Do czego to s
y?
- To szafa na ksi ki - odpar Harian. Mia ochot spyta Finge'a, jak si czuje teraz, z
kami za
onymi do ty u. Czy nie uwa a, e higieniczniej by oby, gdyby jego ubranie i ca e
cia o zrobione by o z czystych i nieskalanych pól energetycznych?
Finge uniós brwi.
- Szafa na ksi ki. Wi c te obiekty stoj ce na pó kach s ksi kami? Tak?
- Tak jest, Kalkulatorze.
- Autentyczne okazy?
- Wy cznie, Kalkulatorze. Zebra em je w 24 Stuleciu. Mam nawet kilka sztuk z
dwudziestego. Je li... je li pan zamierza je przejrze , prosi bym o ostro no . Kartki zosta y
zakonserwowane i impregnowane, ale nie s z folii. Trzeba si z nimi obchodzi ostro nie.
- Nie be.de ich dotyka . Nie mam zamiaru. My
, e jest na nich oryginalny kurz
dwudziestego Stulecia. Prawdziwe ksi ki! -Za mia si . - Kartki z celulozy równie ? Tak
pan sugerowa .
Harlan skin g ow .
- Celuloza przystosowana dzi ki impregnacji do d
szego istnienia. Tak….Otworzy
usta, by g boko wci gn powietrze, zmuszaj c si do zachowania spokoju. By oby
mieszne identyfikowanie si z tymi ksi kami, jakby plamka na nich by a plam na nim
samym.
- O mielam si powiedzie - Finge nadal trzyma si tematu - e ca a zawarto tych
ksi ek zmie ci aby si na dwóch metrach filmu, a wi c na czubku palca. Co one zawieraj ?
Harlan powiedzia :
- S to oprawne roczniki czasopisma z 20 wieku.
- Czyta pan to?
Harlan o wiadczy dumnie:
- To tylko wybrane tomy z pe nej kolekcji, jak mam. adna biblioteka w Wieczno ci
nie posiada duplikatów tych egzemplarzy.
- Tak, to pana hobby. Przypominam sobie, e pan mi kiedy mówi o swoim
zainteresowaniu Prymitywem. By em zdumiony, e pana Edukator w ogóle panu pozwoli na
rozwijanie zainteresowa w tym kierunku. To marnowanie energii.
Harlan zacisn wargi. Uzna , e ten cz owiek wiadomie usi uje go zirytowa ,
pozbawi zdolno ci spokojnego my lenia. Je li tak, nie mo na dopu ci , by mu si to uda o.
Harlan odpar sucho:
- S dzi em, e przyszed pan, eby porozmawia o moim raporcie.
- Owszem - Kalkulator rozejrza si , wybra krzes o i usiad ostro nie. - Raport nie
jest kompletny, jak ju powiedzia em przez wizjofon.
- Jak to, Kalkulatorze? - (Spokojnie! Spokojnie!). Twarz Finge'a wykrzywi nerwowy
miech.
- Co takiego si zdarzy o, o czym jednak pan nie wspomnia , Harlan?
- Nic, Kalkulatorze. - Jakkolwiek powiedzia to zdecydowanym tonem, czu si jak
ajdak.
- Ale , Techniku! Sp dzi pan pewien okres w towarzystwie m odej damy. Albo
przynajmniej powinien pan sp dzi , je li wykona pan zalecenia karty przestrzenno-czasowej.
- Wykona em je - zdo
tylko powiedzie Harlan.
- I co si zdarzy o? Nie wspomnia pan nic o swych prywatnych kontaktach z kobiet .
- Nie zdarzy o si nic wa nego - powiedzia Harlan suchymi wargami.
- To mieszne. Nie musz mówi , e Obserwatorowi nie wypada os dza , co jest
wa ne, a co nie. Ma pan swoje lata i do wiadczenie.
Finge przenikliwie wpatrywa si w Harlana. Jego wzrok by twardszy i bardziej
natarczywy, ni by mo na s dzi po agodnym sposobie zadawania pyta .
Harlan wiedzia to doskonale i spokojny ton Finge'a nie móg go zwie , lecz dr czy o
go poczucie obowi zku. Jako Obserwator by tylko zmys owo-percepcyjnym pseudopodem,
wysuni tym przez Wieczno w Czas. Bada swoje otoczenie, po czym ci gano go z
powrotem. Wykonuj c funkcj Obserwatora nie mia w asnej osobowo ci, w
ciwie nie by
cz owiekiem.
Prawie automatycznie Harlan rozpocz opowiadanie o wydarzeniach, które opu ci w
raporcie. Robi to jak rutynowany Obserwator, dok adnie, co do s owa cytuj c rozmowy,
rekonstruuj c intonacj i wyraz twarzy. Robi to z przyjemno ci , opowiadaj c bowiem
prze ywa wszystko na nowo i niemal zapomnia przy tym, e zadawane przez Finge'a
pytania, w po czeniu z w asnym uspokajaj cym poczuciem obowi zku, prowadz wprost do
wyznania winy.
Dopiero gdy zacz si zbli
do ko cowego rezultatu owej pierwszej d ugiej
rozmowy, zawaha si i na jego obserwatorskim obiektywizmie pojawi y si rysy.
Oszcz dzono mu dalszych szczegó ów, bo Finge nagle podniós r
i oznajmi ostro i
sucho:
- Dzi kuj . To wystarczy. Pan zamierza powiedzie , e dosz o do stosunku mi dzy
panem a t kobiet .
Harlan wpad w gniew. To, co Finge powiedzia , by o absolutn prawd , lecz ton jego
osu powodowa , e brzmia o to spro nie, grubia sko, a - co gorsza - banalnie. A
czymkolwiek to by o albo mog o by , nie mia o nic wspólnego z bana em.
Harlan potrafi wyja ni zachowanie si Finge'a, jego dokuczliwe ledztwo, fakt, e
przerwa meldunek akurat w tym momencie. Finge by zazdrosny! Móg by przysi c, e
przynajmniej to jest oczywiste. Technikowi uda o si . odbi dziewczyn , któr Finge uwa
za swoj .
Harlana ogarn o s odkie uczucie triumfu. Po raz pierwszy w yciu widzia cel, który
znaczy dla wi cej ni surowe wype nianie praw Wieczno ci. Chcia , eby Finge by
zazdrosny, bo Noys Lambent mia a teraz na zawsze pozosta z Harlanem.
W nastroju nag ego uniesienia zg osi wniosek, który pierwotnie zamierza
przedstawi po odczekaniu czterech czy pi ciu dni. Powiedzia :
- Mam zamiar poprosi o zezwolenie na zwi zek z kobiet z Czasu. Wydawa o si , e
Finge obudzi si z zadumy.
- Z Noys Lambent, przypuszczam.
- Tak jest. Musi to przej przez pana r ce jako Kalkulatora kieruj cego sekcj ...
Harlan chcia , eby to przesz o przez r ce Finge'a. Niech cierpi. Je li sam ma ochot
na t dziewczyn , niech to powie, a Harlan b dzie móg nalega , by Noys pozwolono na
dokonanie wyboru. Niemal si przy tym u miechn . Mia nadziej , e do tego dojdzie. To
dzie jego ostateczny triumf.
Zazwyczaj, oczywi cie, Technik nie móg nawet marzy , eby wygra tak spraw z
Kalkulatorem, lecz Harlan by pewny, e mo e liczy na poparcie Twissella, a Finge nie
dorós jeszcze do tego, eby walczy z Twissellem.
Jednak Finge wygl da na spokojnego.
- Wydaje si - powiedzia - e pan ju nielegalnie posiad t dziewczyn .
Harlan poczerwienia i zacz si s abo broni .
- Karta przestrzenno-czasowa poleca a, eby my pozostawali sam na sam. Poniewa
nic z tego, co si zdarzy o, nie by o wyra nie zabronione, nie czuj si winien.
By o to k amstwo, a z wyrazu niemal rozbawienia na twarzy Finge'a mo na by o
wyczu , e on o tym wie.
- B dzie Zmiana Rzeczywisto ci - powiedzia .
- Je li tak - rzek Harlan - poprosz o zwi zek z pann Lambent w nowej
Rzeczywisto ci.
-Nie s dz , eby to by o rozs dne. Teraz nic pan nie wie na pewno. W nowej
Rzeczywisto ci ona mo e by m atk , mo e by u omna. W
ciwie ona pana nie b dzie
chcia a. Tak, nie b dzie chcia a.
Marian zadr
.
- Pan nic nie wie na ten temat.
- Czy by? Pan sobie wyobra a, e ta pa ska wielka mi
to sprawa dwojga dusz?
e przetrwa wszelkie zewn trzne zmiany? Czytuje pan powie ci z Czasu?
Harlan zosta zmuszony do szczero ci.
- Po pierwsze, nie wierz panu.
- Bardzo mi przykro - o wiadczy Finge ch odno.
- Pan k amie. - Harlan nie troszczy si ju teraz o to, co mówi. -Pan jest zazdrosny.
Mia pan plany w stosunku do Noys, lecz ona wybra a mnie.
Finge powiedzia :
- Czy pan u wiadamia sobie...
- U wiadamiam sobie du o. Nie jestem g upcem. Nie jestem Kalkulatorem, ale nie
jestem równie idiot . Mówi pan, e ona nie b dzie mnie chcia a w nowej Rzeczywisto ci.
Sk d pan wie? Nie wie pan nawet, jaka b dzie ta nowa Rzeczywisto . Nie wie pan, czy w
ogóle musi nast pi ta nowa Rzeczywisto . Dopiero co otrzyma pan mój raport. Trzeba go
przeanalizowa , zanim mo na b dzie skalkulowa Zmian , a có dopiero wyst pi o
akceptacj . Wi c mówi c, e zna pan natur Zmiany, pan k amie.
Finge móg zareagowa na kilka ró nych sposobów i podniecony Harlan u wiadamia
to sobie. Nie próbowa mi dzy nimi wybiera . Finge móg wyj udaj c bardzo obra onego.
Móg wezwa agenta Bezpiecze stwa i aresztowa Technika za niesubordynacj ; móg
zacz wrzeszcze tak jak Harlan; móg natychmiast po czy si z Twissellem i z
oficjalne za alenie; móg ... móg ...
Finge nie zrobi nic w tym rodzaju.
Powiedzia spokojnie:
Siadaj, Harlan, musimy o tym pomówi .
A poniewa tego typu reakcja by a ca kowicie nieoczekiwana, Harlan otworzy usta i
usiad zmieszany. Jego zacietrzewienie min o. Co to mo e by ?
- Pami ta pan oczywi cie - powiedzia Finge -jak mówi em, e zlecony panu problem
w 482 Stuleciu polega na niepo danym stosunku Czasowców bie cej Rzeczywisto ci do
Wieczno ci. Przypomina pan sobie, prawda? - Mówi z agodnym naciskiem, jak nauczyciel
do nieco ograniczonego ucznia, jednak Harlanowi wydawa o si , e dostrzega twardy b ysk w
jego oczach.
- Niew tpliwie - odpar Harlan.
- Pami ta pan, jak mówi em, e Rada Wszechczasów nie chcia a akceptowa mojej
analizy sytuacji bez specjalnych obserwacji potwierdzaj cych. Czy nie sugeruje to panu, e
ju skalkulowa em potrzebn Zmian Rzeczywisto ci?
- A moje obserwacje potwierdzaj za
enia?
- Potwierdzaj .
- Wi c w
ciwe ich zanalizowanie wymaga czasu.
- Nonsens. Pana raport nie ma adnego znaczenia. Potwierdzeniem by o to, co mi pan
powiedzia przed chwil .
- Nie rozumiem.
- Niech pan s ucha, Harlan, i pozwoli sobie powiedzie , co jest nie w porz dku z 482
Stuleciem. W ród wy szych klas spo ecze stwa, szczególnie w ród kobiet, pokutuje
mniemanie, e Wieczno- ciowcy s naprawd wieczni; dos ownie, e yj wiecznie... Wielki
Czasie, cz owieku, Noys Lambent ci to powiedzia a. Powtórzy
mi jej o wiadczenie
dwadzie cia minut temu.
Harlan patrzy t po na Finge'a. Przypomina sobie s odki, pieszczotliwy g os Noys;
gdy pochyli a si ku niemu i patrzy a mu w oczy. „Pan yje wiecznie. Jest pan
Wieczno ciowcem?".
Finge kontynuowa :
- Takie przekonanie jest niedobre, ale jeszcze nie tak bardzo gro ne. Mo e sprawia
pewne k opoty, zwi kszy trudno ci sekcji, lecz kalkulacja wyka e, e Zmiana by aby
potrzebna jedynie w niewielu przypadkach. Je li jednak Zmiana jest po dana, czy nie jest dla
pana oczywiste, e musz si zmieni , i to zmieni maksymalnie, przede wszystkim ci
mieszka cy Stulecia, którzy ulegli przes dowi? Innymi s owy - kobiety z arystokracji. Noys.
- Mo e by , ale spróbuj swojej szansy.
- Nie ma pan adnej szansy. My li pan, e to pana urok i wdzi ki przekona y t
mi kk arystokratk , by pad a w ramiona skromnego Technika? Harlan, b
my realistami.
Harlan zacisn wargi. Nie powiedzia nic. Finge mówi :
- Nie domy la si pan, e istnieje jeszcze inny przes d, który ci ludzie po czyli ze
sw wiar w wieczne ycie Wieczno ciowców? Wielki Czasie, Harlan! Wi kszo kobiet
wierzy, e intymne stosunki z Wieczno ciowcem zapewniaj
miertelnej (jak my
o sobie)
kobiecie ycie wieczne!
Harlan zawaha si . Znowu bardzo wyra nie s ysza g os Noys: „Gdyby mnie wzi to
do Wieczno ci...".
A potem jej poca unki. Finge ci gn dalej:
- W istnienie takiego przes du trudno by o uwierzy , Harlan. To nie mia o
precedensu. Mie ci o si to w granicach marginesowego b du, tak e kalkulowanie
poprzedniej Zmiany w ogóle nie da o informacji na ten temat. Rada Wszechczasów chcia a
wi c mocnych dowodów, chcia a konkretów. Wobec tego wybra em pann Lambent jako
typow przedstawicielk jej klasy, a pana wybra em jako drugi obiekt...
Harlan zerwa si :
- Pan wybra mnie? Jako obiekt?
- Bardzo przepraszam - powiedzia Finge sztywno - ale to by o konieczne. Pan by
bardzo dobrym obiektem.
Harlan patrzy na nieruchomo.
Finge kr ci si pod tym spojrzeniem. Powiedzia :
- Rozumie pan? Nie, nadal pan nie rozumie. Pan nigdy nie zwraca uwagi na kobiety.
Uwa
pan kobiety i wszystko, co ich dotyczy, za nieetyczne. Nie, istnieje lepsze okre lenie:
uwa
pan to za grzeszne. Tego rodzaju pogl dy odbijaj si na pana powierzchowno ci i dla
ka dej kobiety ma pan tyle seksu, co zdech a przed miesi cem makrela. Ale otó i mamy
kobiet : pi kny, wypieszczony produkt hedonistycznej kultury, kobiet , która p omiennie
uwodzi ci w pierwszy wspólny wieczór, dos ownie ebrz c o twój u cisk. Nie rozumie pan,
e jest to mieszne, niemo liwe, chyba e... no có , chyba e jest to potwierdzenie, którego
szukamy.
Harlan wykrztusi z trudem:
- Mówi pan, e ona si sprzeda a...
- Po co takie okre lenia? W tym Stuleciu seks nie czy si z adnym wstydem.
Jedynie dziwne jest to, e wybra a pana jako partnera. Zrobi a to dla ycia wiecznego. To
jasne.
Harlan, ze wzniesionymi ramionami, zakrzywionymi jak szpony palcami, bez adnej
rozs dnej my li ani adnej nierozs dnej, poza tym, by zdusi i stratowa Finge'a, rzuci si
naprzód.
Finge cofn si szybko. B yskawicznym gestem, cho dr cymi r koma, wydoby
eksploder.
- R ce przy sobie! W ty !
Harlan zachowa do rozs dku, by si zatrzyma . W osy mia potargane, koszul
mokr od potu. Oddycha ze wistem przez nozdrza. Finge odezwa si urywanym g osem:
- Jak widzisz, znam ci bardzo dobrze i spodziewa em si , e mo esz gwa townie
zareagowa . B
strzela w razie potrzeby.
- Wyjd ! - powiedzia Harlan.
- Owszem, wyjd . Tylko najpierw musisz mnie wys ucha . Za zaatakowanie
Kalkulatora zosta by zdegradowany, ale nie b dziemy si tym zajmowali. Zrozumiesz
jednak, e ja nie k ama em. Noys Lambent, kimkolwiek b dzie albo nie b dzie w nowej
Rzeczywisto ci, zostanie uwolniona od swego przes du. Bo taki jest cel Zmiany. A bez tego
przes du, Harlan - g os Finge'a przekszta ci si niemal w warczenie -jak kobieta taka jak
Noys mog aby kocha m czyzn takiego jak ty?
Pulchny Kalkulator cofn si ku drzwiom, nie opuszczaj c jednak eksplodera.
Zatrzyma si i doda szyderczo:
- Oczywi cie, gdyby j mia teraz, Harlan, gdyby j mia teraz, móg by si ni
cieszy . Móg by utrzyma ten zwi zek i zalegalizowa go. Ale teraz. Bo Zmiana nast pi
szybko, Harlan, a potem nie b dziesz jej ju mia . Jaka szkoda, e „teraz" nie trwa d ugo,
nawet w Wieczno ci, co?
Harlan nie patrzy ju na niego. Wi c jednak Finge zwyci
. Nic nie widz c patrzy
w ziemi , a kiedy podniós g ow , Finge'a ju nie by o - a czy znikn pi sekund, czy
pi tna cie minut temu, Harlan nie umia powiedzie ,
Godziny wlok y si upiornie, a Harlan czu si jak zamkni ty w wi zieniu w asnej
wyobra ni. Wszystko, co Finge mówi , by o prawd , oczywist prawd . Obserwatorski umys
Harlana móg patrze wstecz na zwi zek mi dzy nim a Noys, na ten krótki, niezwyk y zwi -
zek, który nabra teraz zupe nie innego znaczenia w jego oczach.
To nie by przypadek mi
ci od pierwszego wejrzenia. Jak e móg w to uwierzy ?
Mi
od pierwszego wejrzenia do cz owieka takiego jak on?
Jasne, e nie. zy piek y go pod powiekami i czu wstyd. Oczywi cie, e to sprawa
ch odnej kalkulacji. Dziewczyna ma niezaprzeczalne walory fizyczne i nie uznaje adnych
zasad etycznych, które by j powstrzyma y od wykorzystania tych walorów. Wykorzysta a je
i nie mia o to nic wspólnego z Andrew Harlanem jako m czyzn . By po prostu uosobieniem
jej wypaczonego pogl du na Wieczno i wszystkiego, co st d wynika o. Odruchowo Harlan
pie ci swymi d ugimi palcami ksi ki na pó ce. Wyj jeden tom i nie patrz c otworzy go.
Litery migota y. Wyblak e ilustracje by y brzydkimi bezsensownymi plamami.
Dlaczego Finge fatygowa si , by mu to wszystko powiedzie ? W najdok adniejszym
sensie tego s owa - nie powinien. Obserwator czy kto pracuj cy jako Obserwator nie
powinien nigdy zna wniosków p yn cych z jego obserwacji. Dzi ki temu w
nie móg
idealnie odgrywa rol obiektywnego, nieludzkiego narz dzia.
Ale Finge powiedzia mu to, by go zmia
, eby mie okazj do pod ej, p yn cej z
uczucia zazdro ci zemsty.
Harlan dotyka palcami otwartej strony czasopisma. Zauwa
, e wpatruje si w
jaskrawoczerwon podobizn pojazdu naziemnego, przypominaj cego wehiku y
charakterystyczne dla 45, 182, 590 i 984 Stulecia, podobnie jak dla okresu pó nego
Prymitywu. By a to bardzo popularna odmiana pojazdu z wewn trznym silnikiem
spalinowym. W erze Prymitywu ród em energii by y zwi zki naftowe, a ko a amortyzowano
naturalnym kauczukiem. W pó niejszych Stuleciach nap d by oczywi cie inny.
Harlan pokazywa t ilustracj Cooperowi. K ad na ni szczególny nacisk, a teraz
jego umys , jakby pragn odej od nieszcz snej tera niejszo ci, cofn si do tego momentu.
- Og oszenia w pismach - mówi - ucz nas wi cej o czasach Prymitywu ni tak
zwane artyku y. Autorzy aryku ów zak adaj pod-stawow wiedz o wiecie, o którym pisz .
ywaj pewnych okre le , których nie widz potrzeby wyja nia . Na przyk ad, co to jest
takiego pi ka golfowa?
Cooper ch tnie przyzna si do swej ignorancji. Harlan kontynuowa dydaktycznym
tonem, jakiego nie potrafi unikn w podobnych okoliczno ciach.
- Ze wzmianek na ten temat mogliby my wydedukowa , e jest to jaka ma a kulka.
Wiemy, e by a u ywana do gry, cho by z tego powodu, e wspomina si o niej pod
nag ówkiem „Sport". Mo emy nawet wyprowadzi dalsze wnioski: e odbijano j jakim
ugim kijem i e celem gry by o wprowadzenie pi ki do do ka w ziemi. Ale po co si m czy
dedukcj i rozumowaniem? Popatrz na to og oszenie. Jego celem jest tylko zach cenie
czytelników do kupna pi ki, lecz przy okazji pokazuj nam wspania y portret tej pi ki w
zbli eniu, wraz z wycinkiem dla wyja nienia jej konstrukcji.
Cooper, który pochodzi z ery o mniej rozwini tej reklamie, nie bardzo móg si z tym
pogodzi . Powiedzia :
- Czy to nie jest niesmaczne, e ci ludzie tyle ha asuj ? Nikt nie jest taki g upi, eby
wierzy w czyje przechwa ki na temat w asnych wyrobów. Czy producent przyzna si do
usterek? Czy powstrzyma si od przesady?
Lecz teraz pod wp ywem wrzaskliwych, tromtadrackich og osze w czasopi mie
umys Harlana wróci do obecnej sytuacji i znów by w tera niejszo ci. Pyta samego siebie w
nag ym podnieceniu: Czy te my li, które mia przed chwil , rzeczywi cie nic nie znacz ? Czy
te w bolesny sposób usi uje znale drog w ciemno ci z powrotem do Noys?
Og oszenie! Sposób zmuszania niech tnych do pos uchu. Czy fabrykantowi pojazdów
naziemnych zale y, by okre lony osobnik czu spontaniczn potrzeb nabycia jego produktu?
Je li obiekt (to by o w
ciwe s owo) mo na sztucznie przekona lub wmówi mu, e
odczuwa potrzeb , i sk oni , by odpowiednio do tego post pi -to co za ró nica?
Co za ró nica, czy Noys kocha go z nami tno ci, czy z wyrachowania? Niech tylko
oboje pozostan wystarczaj co d ugo razem, na pewno go pokocha naprawd . On j zmusi do
mi
ci, a ostatecznie liczy si tylko mi
, a nie jej motywy.
owa teraz, e nie przeczyta
paru powie ci z Czasu, o których Finge wspomina ironicznie.
Harlan zacisn pi ci pod wp ywem nag ej my li. Je eli Noys przysz a do niego, do
Harlana, chc c zyska nie miertelno , oznacza to, e do tej pory nie uzyska a tego daru.
Znaczy to, e nie mia a przedtem stosunku z adnym Wieczno ciowcem, a co za tym idzie, jej
zwi zek z Finge'em nie by niczym innym jak tylko zwi zkiem sekretarki i pracodawcy.
Gdyby by o inaczej, po co by by jej potrzebny Harlan?
Jednak Finge musia próbowa ... na pewno mia zamiar... (Harlan nie móg doko czy
tej my li nawet wobec samego siebie). Finge móg przecie przekona si o istnieniu
przes du na w asnej osobie. Z pewno ci przychodzi o mu to do g owy, gdy mia sta pokus
w postaci Noys. A wi c na pewno mu odmówi a.
wi c Harlana i Harlanowi si powiod o. To z tego powodu Finge m ci si
zazdro nie, torturuj c Harlana u wiadamianiem mu przyziemnych motywów Noys. Lecz
Noys odrzuci a Finge'a nawet za cen wiecznego ycia, akceptowa a za Harlana. Mia a
mo no wyboru i zdecydowa a na jego korzy . A wi c nie by o to tylko wyrachowanie.
Uczucie równie odgrywa o rol .
Poczu chaos w g owie i z ka
chwil rosn ce podniecenie.
Musi j mie , i to zaraz. Przed jak kolwiek Zmian Rzeczywisto ci. Finge powiedzia
szyderczo...”Teraz nie trwa d ugo, nawet w Wieczno ci”.
Czy jednak rzeczywi cie nie trwa?
Harlan wiedzia dok adnie, co powinien zrobi . Gniewne kpiny Finge'a wprowadzi y
go w taki stan umys u, e by gotów do zbrodni, a ostatnie szyderstwo u wiadomi o mu, jaki
czyn musi pope ni .
Nie mo e straci teraz ani chwili. Z podnieceniem, a nawet rado ci , niemal biegiem,
opu ci swoj kwater , by pope ni ci
zbrodni przeciwko Wieczno ci.
8. Zbrodnia
Nikt go o nic nie pyta . Nikt go nie zatrzymywa . Tak czy inaczej, spo eczna izolacja
Technika by a do korzystna. Przez kana y kot ów dotar do drzwi Czasu i w czy
sterowanie. Oczywi cie, mog o si zdarzy , e kto si zjawi z legalnym poleceniem i zdziwi
si , dlaczego drzwi by y u ywane. Zawaha si i postanowi opiecz towa je swoj piecz tk .
Opiecz towane drzwi nie wzbudza y zainteresowania. Nieopiecz towane drzwi w u yciu
wywo
yby zdziwienie.
Oczywi cie mog o si zdarzy , e to Finge trafi na te drzwi. Ale Harlan musia
ryzykowa .
Noys sta a nadal tak, jak j zostawi . Up yn y koszmarne godziny (fizjogodziny) od
chwili, gdy Harlan opu ci 482 Stulecie dla samotnej Wieczno ci, lecz wróci teraz do tego
samego Czasu po kilku sekundach. Nawet w os na g owie Noys si nie poruszy .
Spojrza a na niego zaskoczona:
- Zapomnia
czego , Andrew?
Harlan patrzy na ni g odnym wzrokiem, lecz nawet nie próbowa jej dotkn .
Pami ta s owa Finge'a i nie mia ryzykowa odmowy. Powiedzia sztywno:
- Musisz robi to, co ci powiem. Zapyta a:
- Sta o si co z ego? Przecie przed chwil odszed
. Nie min a nawet minuta.
- Nie martw si - powiedzia Harlan. Nie uj jej za r
, nie próbowa uspokoi .
Zamiast tego mówi szorstko. By o to tak, jakby jaki demon zmusza go, by robi wszystko
niew
ciwie. Dlaczego wróci w pierwszej mo liwej chwili? Tylko j niepokoi prawie
natychmiastowym powrotem.
Oczywi cie móg to uzasadni . Dysponowa dwudniowym marginesem
uwzgl dnianym przez kart przestrzenno-czasow . Wcze niejsze godziny tego okresu aski
by y bezpieczniejsze, bo wykrycie ich wykorzystania niemal nie wchodzi o w rachub .
Naturaln tendencj by o wi c cofanie si jak najbardziej w przesz
. A jednak to by o
upie ryzyko. Móg si
atwo przeliczy i wej w Czas przed momentem opuszczenia go
przed kilku fizjogodzinami. Co wtedy? Jedna z pierwszych zasad, jakich uczono
Obserwatora, brzmia a: „Osoba zajmuj ca dwa punkty w tym samym Czasie tej samej
Rzeczywisto ci nara a si na ryzyko spotkania siebie samej".
Z jakiego powodu nale
o tego unikn . Dlaczego? Harlan wiedzia , e nie chce
spotka samego siebie. Nie chcia patrzy w oczy innego, wcze niejszego albo pó niejszego
Harlana. Poza tym by by to paradoks. Twissell za cz sto powtarza : „Nie ma paradoksów w
Czasie, ale tylko dlatego, e Czas wiadomie unika paradoksów".
Gdy Harlan rozmy la m tnie o tym wszystkim, Noys patrzy a na niego du ymi
wietlistymi oczyma.
Potem podesz a bli ej, przy
a swe ch odne d onie do jego p on cych policzków i
powiedzia a mi kko:
- Masz k opoty.
Harlanowi jej spojrzenie wydawa o si
yczliwe, kochaj ce. Jak to by mog o?
Osi gn a przecie , co chcia a. Co si jeszcze za tym kryje? Chwyci j za r ce i zapyta
ochryp ym g osem:
- Chcesz wyjecha ze mn ? Teraz? Nie zadaj c adnych pyta ? Zrobisz dok adnie to,
co powiem?
- Czy musz ? - zapyta a.
- Musisz, Noys. To bardzo wa ne.
- W takim razie jad . - Powiedzia a to rzeczowo, jakby w tym daniu nie by o nic
osobliwego.
U wylotu kot a zawaha a si na chwil , a potem wesz a do rodka. Harlan powiedzia :
- Jedziemy naprzód, Noys.
- To oznacza przysz
, prawda?
Kocio pomrukiwa ju delikatnie, gdy do niego wesz a, i ledwie zd
a usi
,
Harlan nieznacznie poruszy kontakt ko o swego okcia.
Nie mia a adnych md
ci na pocz tku tej nie daj cej si opisa Jazdy w Czasie. Ale
ba si , e tego nie uniknie.
Siedzia a spokojnie, tak pi kna i swobodna, e czu bó , gdy na ni patrzy , i nie
troszczy si w ogóle, e bez pozwolenia zabieraj c j w Wieczno pope nia przest pstwo.
Zapyta a:
- Czy ta podzia ka wskazuje lata, Andrew?
- Stulecia.
- Czy to znaczy, e jeste my o tysi c lat w przysz
ci? Ju ?
- Tak jest.
- Nie czuj tego.
- Wiem.
Rozejrza a si doko a.
- Ale jak si poruszamy?
- Nie wiem. Noys.
- Nie wiesz?
- Wiele spraw w Wieczno ci trudno zrozumie .
Liczby na temporometrze maszerowa y dalej. Porusza y si coraz szybciej, a sta y si
niewyra
smug . Harlan okciem przesun przyspieszacz w gór . Zu ycie energii mog o
stanowi pewne zaskoczenie dla zak adów energetycznych, lecz w tpi w to. Nikt na niego
nie czeka w Wieczno ci teraz, gdy wraca z Noys, a to stanowi o ju dziewi dziesi tych
wygranej. Teraz trzeba j by o ulokowa w bezpiecznym miejscu.
Harlan znowu spojrza na dziewczyn .
- Wieczno ciowcy nie wiedz wszystkiego.
- Ale ja nie jestem Wieczno ciowcem - mrukn a. - Wiem bardzo ma o.
Puls Harlana przy pieszy tempo. Jeszcze nie jest Wieczno ciowcem? Lecz Finge
powiedzia ...
Daj spokój - b aga samego siebie. - Daj spokój. Ona jest z tob . U miecha si do
ciebie. Czegó chcesz wi cej?
A jednak odezwa si :
- Ty my lisz, e Wieczno ciowiec yje wiecznie?
- Owszem, wszyscy uwa aj , e st d pochodzi ta nazwa. -U miechn a si do niego
promiennie. - Ale tak nie jest, prawda?
- Wi c ty tak nie uwa asz?
- Od kiedy by am troch w Wieczno ci - przesta am. Ludzie nie wygl dali tam tak,
jakby mieli
wiecznie. I s tam równie starcy.
- A jednak powiedzia
mi, e yj wiecznie... wtedy w nocy. Przysun a si bli ej,
nadal si u miechaj c:
- Pomy la am sobie: kto wie?
Nie móg zapanowa nad napi ciem w swoim g osie:
- Jak Czasowiec zostaje Wieczno ciowcem?
Jej u miech znikn i albo to by a wyobra nia Harlana, albo rzeczywi cie na jej
policzkach pojawi si nik y rumieniec. Powiedzia a:
- Czemu o to pytasz?
- eby si dowiedzie .
- To g upie - rzek a. - Wol o tym nie mówi . - Popatrzy a na swe pi kne palce,
zako czone paznokciami, które po yskiwa y bezbarwnie w przy mionym wietle szybu.
Harlan pomy la , w
ciwie bez zwi zku, e na wieczornym przyj ciu przy lekkim
ultrafiolecie w iluminacji ciennej, te paznokcie b
po yskiwa y jasn zieleni albo
intensywn purpur , w zale no ci od k ta, pod jakim b dzie trzyma a d onie. Dziewczyna tak
sprytna jak Noys potrafi wydoby z nich kilka odcieni, daj c do zrozumienia, e barwy
odbijaj jej nastroje: niebieski - naiwno , jasno
ty - weso
, fiolet - trosk , a szkar at -
nami tno .
Zapyta :
- Dlaczego mi si odda
?
Odrzuci a w ty w osy i popatrzy a na niego. Twarz jej poblad a i spowa nia a.
Odpar a:
- Je li koniecznie musisz wiedzie , po cz ci przyczyn by a teoria, e dziewczyna w
ten sposób mo e wej do Wieczno ci. Nie szkodzi oby, gdybym
a wiecznie.
- Mówi
, zdaje si , e w to nie wierzysz.
- Nie wierz , ale nie zaszkodzi spróbowa . Szczególnie, e...
Patrzy na ni powa nie, znajduj c ucieczk od bólu i rozczarowania w ch odnym
spojrzeniu dezaprobaty z wy yn moralno ci swojego Stulecia.
- No?
- Szczególnie, e tak czy inaczej tego chcia am.
- Chcia
?
- Tak.
- Dlaczego wybra
akurat mnie?
- Bo ci lubi . Bo sobie pomy la am, e jeste zabawny.
- Zabawny!
- No, dziwny... je li wolisz to s owo. Zawsze tak si wysila
, eby na mnie nie
spojrze , ale zawsze mimo to spogl da
. Próbowa
mnie nienawidzi , a ja widzia am, e
mnie pragniesz. By o mi ci . troszk
al.
- Dlaczego al? - Czu , jak p on mu policzki.
- Bo tyle mia
z tym k opotów. Przecie to taka prosta sprawa. Wystarczy zapyta .
Co za problem? Po co cierpie ?
Harlan skin g ow . Moralno 482 Stulecia.
- Wystarczy zapyta ! -wymamrota . - Takie proste. Nie potrzeba nic wi cej.
- Oczywi cie, dziewczyna musi by ch tna. Przewa nie bywa, je li nie jest
zaanga owana w inny sposób. Czemu nie? Przecie to proste.
Teraz Harlan musia z kolei spu ci oczy. Istotnie, to takie proste. I nie ma w tym
równie nic z ego. Przynajmniej w 482 wieku. Któ w Wieczno ci mo e wiedzie o tym
lepiej? By by g upcem, oczywistym i sko czonym g upcem, gdyby j spyta o jej
wcze niejsze przygody. Móg by równie dobrze zapyta dziewczyn ze swoich czasów, czy
kiedykolwiek jad a w obecno ci m czyzny i jak mia a to robi .
Zamiast tego zapyta pokornie:
- A co sobie teraz o mnie my lisz?
- e jeste bardzo adny - powiedzia a mi kko. - I gdyby by swobodniejszy... Nie
móg by si u miechn
?
- Nie ma powodu. Noys.
- Prosz ci . Chc zobaczy , czy twoje policzki marszcz si w
ciwie. Zobaczymy.
- Unios a palcami k ciki jego warg.
Zaskoczony szarpn g ow , ale nie móg si powstrzyma od miechu.
- Widzisz. Nawet nie masz zmarszczek na policzkach. Jeste niemal pi kny. Gdyby
troch popraktykowa , posta troch przed lustrem i pou miecha si , i popuszcza oko...
móg by by naprawd pi kny.
Lecz w
y u miech znikn , ledwie si pojawi . Noys spyta a:
- Mamy k opoty, prawda?
- Owszem. Powa ne k opoty.
- Z powodu tego, co zrobili my? Ty i ja? Tamtego wieczora?
- Niezupe nie.
- To by a moja wina, naprawd . Powiem im to, je li chcesz.
- Nigdy — zaprotestowa Harlan energicznie. - Nie bierz na siebie adnej winy. Nie
zrobi
nic takiego, eby czu si winn . Chodzi o co innego.
Noys spojrza a niepewnie na temporometr.
- Gdzie jeste my? Nie mog nawet rozró ni cyfr.
- Kiedy jeste my - automatycznie poprawi j Harlan. Zmniejszy pr dko i mo na
ju by o odcyfrowa Stulecia.
Jej pi kne oczy zaokr gli y si , a rz sy odcina y si wyra nie od bladej cery.
- Czy to mo liwe?
Harlan oboj tnie zerkn na licznik, który pokazywa liczb 72 000.
Z pewno ci mo liwe.
- Ale dok d jedziemy?
- Do kiedy jedziemy. W dalek przysz
- powiedzia powa nie. - Dobr i dalek .
Tam, gdzie ci nie znajd .
W milczeniu patrzyli na zwi kszaj ce si liczby. W milczeniu Harlan powtarza sobie,
e dziewczyna nie jest winna temu, o co oskar
j Finge. Przyzna a si szczerze do tego, co
by o prawd , i równie szczerze stwierdzi a, e istnia o z jej strony tak e osobiste
zainteresowanie.
Podniós g ow , gdy Noys zmieni a pozycj . Przesun a si na t stron , gdzie
siedzia , i zdecydowanym ruchem zatrzyma a kocio , w nieprzyjemny sposób wyhamowuj c
pr dko czasow . Harlan prze kn
lin i przymkn oczy, by powstrzyma md
ci.
- Co si sta o? - zapyta .
Mia a popielat twarz i przez chwil nie odpowiada a. Potem rzek a:
- Nie chc jecha dalej. Numery s ju bardzo wysokie. Temporometr wskazywa 111
394.
Powiedzia :
- Wystarczy.
A potem z powag wyci gn d
.
- Chod , Noys. Tu przez pewien czas b dzie twój dom.
drowali przez korytarze, jak dzieci trzymaj c si za r ce. G ówne przej cia by y
wietlone, a ciemne pokoje rozb yskiwa y po dotkni ciu wy cznika. Powietrze by o wie e
i jakby porusza o si lekko, cho nie czu o si przeci gu. Wskazywa o to na obecno
wentylacji.
Noys szepn a:
- Czy tu nikogo nie ma?
- Nikogo - odpar Harlan. Usi owa powiedzie to mocno i g
no. Chcia prze ama
czar Ukrytych Stuleci, lecz mimo wszystko odezwa si tylko szeptem.
Nie wiedzia nawet, jak okre li tak dalek przysz
. Nazywa to sto jedena cie
tysi cy trzysta dziewi dziesi tym czwartym Stuleciem by oby mieszne. Nale
o mówi w
sposób prosty, nie precyzuj c: wieki stutysi czne.
ciwie nie nale
o si zastanawia nad tak g upim problemem, lecz teraz, gdy
emocje ucieczki ju si sko czy y, znalaz si w pozbawionym ladów ycia rejonie
Wieczno ci i wcale mu si to nie podoba o. Wstydzi si , i to tym bardziej, e Noys widzia a
dreszcz, jaki go przenikn , dreszcz strachu. Noys powiedzia a:
- Jak tu czysto. Nie ma kurzu.
- Samoodkurzanie - odpar Harlan. Z wysi kiem, niemal zrywaj cym struny g osowe,
podniós g os do prawie normalnej tonacji. Ale nikogo tu nie ma. Ani ladu w przód, ani
wstecz przez tysi ce Stuleci.
Wydawa o si , e Noys to akceptuje.
- I wszystko jest tak urz dzone? Mijali my magazyny ywno ciowe i filmoteki.
Widzia
?
- Widzia em. Och, s ca kowicie wyekwipowane. Ka da sekcja.
- Ale po co, skoro tu nikogo nie ma?
- To logiczne - odpar Harlan. Rozmowa na ten temat roz adowywa a nieco nastrój
niesamowito ci. Wypowiedzenie tego, co ju teoretycznie wiedzia , u ci li spraw , sprowadzi
do normalnych wymiarów. - We wczesnej historii Wieczno ci, w trzechsetnych wiekach,
pojawi si powielacz masy. Wiesz, o co chodzi? Umieszczona na polu rezonuj cym energia
mog a by przekszta cona w materi , przy czym drobiny subatomowe przyjmowa y dok adnie
taki uk ad jak we wzorcowym modelu. W rezultacie powstawa a dok adna kopia.
My, w Wieczno ci, u yli my tego instrumentu dla w asnych celów. W tym czasie by o
rozbudowanych zaledwie sze set czy osiemset sekcji. Oczywi cie mieli my powa ne plany
rozwojowe. „Dziesi nowych sekcji w fizjoroku" by o jednym z hase owego okresu.
Powielacz masy sprawi , e wszystko to sta o si zb dne. Zbudowali my jedn now sekcj w
ca
ci, zaopatrzon w jedzenie, zapas mocy, zapas wody i najlepsze urz dzenia
automatyczne; uruchomili my maszyn i powielali my t sekcj , po jednej na ka de Stulecie,
przez ca Wieczno . Nie wiem, jak daleko dotarli, prawdopodobnie do milionów Stuleci.
- I wszystkie s takie jak ta, Andrew?
- Dok adnie takie same. A gdy Wieczno organizuje nowe sekcje, po prostu
wyprowadzamy si , adaptuj c konstrukcje mody panuj cej w danym stuleciu. My... my nie
dotarli my jeszcze do tej sekcji. (Nie by o sensu mówi jej, e Wieczno ciowcy nie mog
przenikn w Czas tutaj, w Ukrytych Stuleciach. Niczego by to nie zmieni o).
Spojrza na ni i stwierdzi , e Noys wygl da na zak opotan . Powiedzia szybko:
- Nie ma adnego marnotrawstwa w budowaniu sekcji. Zu
o si tylko energi , nic
wi cej, a maj c do dyspozycji gwiazd Nova...
Przerwa a.
- Nie, po prostu nie pami tam.
- Czego nie pami tasz?
- Mówisz, e powielacz wynaleziono w trzechsetnych wiekach. Nie mieli my go w
482. Nie przypominam sobie, ebym czyta a o czym takim w historii.
Harlan zamy li si . Jakkolwiek by a od niego ni sza tylko o jakie pi centymetrów,
nagle przez porównanie poczu si olbrzymem. Ona by a dzieckiem, niemowl ciem, a on
pó bogiem Wieczno ci, który musi j uczy i ostro nie prowadzi ku prawdzie.
Powiedzia :
- Noys, kochanie, usi
my gdzie ... co ci wyt umacz .
Poj cie zmiennej Rzeczywisto ci, Rzeczywisto ci, która nie jest ustalona, wieczna i
niezmienna, nie nale y do spraw, które ka demu da si
atwo wyja ni .
Harlan niekiedy przypomina sobie wczesne dni Nowicjatu i odtwarza rozpaczliwe
próby odci cia si od swego Stulecia i Czasu.
Przeci tny Nowicjusz potrzebowa sze ciu miesi cy, by pozna prawd , by odkry , e
nigdy nie wróci do domu w dos ownym sensie tego s owa. Nie tylko prawo Wieczno ci mu to
uniemo liwia o, lecz równie fakt, e dom i rodzina, takie, jakimi je zna , mog y ju nie
istnie , mog y w pewnym sensie nie istnie nigdy.
Ró nie to oddzia ywa o na Nowicjuszy. Harlan przypomina sobie blad i ci gni
twarz Bonky'ego Latourette'a w tym dniu, gdy Edukator Yarrow ostatecznie i jednoznacznie
wyja ni im problem Rzeczywisto ci.
aden z Nowicjuszy nie móg je tego wieczora. Skupili si razem, szukaj c czego
w rodzaju psychicznego ciep a, z wyj tkiem La-tóurette'a, który znikn . miali si fa szywie
i próbowali artowa .
Kto powiedzia dr cym i niepewnym g osem:
- Przypuszczam, e nigdy nie mia em matki. Je li wróc do dziewi dziesi tego
pi tego, powiedz mi: „Kto ty jeste ? Nie znamy ci . Nie mamy adnych dokumentów. Ty
nie istniejesz".
miechali si s abo i kiwali g owami, samotni ch opcy, którym nie zosta o nic prócz
Wieczno ci.
Gdy poszli do sypialni, zastali tam Latourette'a, który spa mocno i szybko oddycha .
W zag bieniu jego r ki widnia o lekkie zaczerwienienie od zastrzyku; na szcz cie
zauwa ono je w por .
Wezwano Yarrowa i przez pewien czas wydawa o si , e kurs straci jednego
Nowicjusza, jednak w ko cu wykurowano go. W tydzie pó niej siedzia ju na swoim
miejscu. Ale pi tno tej z ej nocy pozosta o na zawsze na jego osobowo ci.
A teraz Harlan mia wyt umaczy Rzeczywisto Noys Lambent, dziewczynie
niewiele starszej ni tamci Nowicjusze, wyt umaczy jej od razu i ca kowicie. Musia . Nie
mia wyboru. Ona musi dowiedzie si dok adnie, co im grozi i co powinna robi .
Powiedzia jej. Jedli mi so z puszki, mro one owoce i pili mleko przy stole
konferencyjnym na dwana cie osób. I tam jej powiedzia .
Wyja nia jej jak najostro niej, lecz szybko przekona si , e ostro no jest
niepotrzebna. Chwyta a szybko ka
informacj i zanim znalaz si w po owie, ku swemu
wielkiemu zdumieniu przekonywa si , e reaguje nie najgorzej. Nie ba a si . Nie mia a
poczucia utraty wszystkiego. Wygl da a tylko na rozz oszczon .
Gniew ubarwi jej twarz g bokim rumie cem, a jej ciemne oczy jakim sposobem
wydawa y si jeszcze ciemniejsze.
- Ale to zbrodnia - powiedzia a. - Jakim prawem Wieczno ciowcy to robi ?
- Robi si to dla dobra ludzko ci - powiedzia Harlan. Oczywi cie, ona nie mog a tego
naprawd rozumie . By o mu przykro, e sposób my lenia Czasowców jest ograniczony ich
wyobra eniem o Czasie.
- Naprawd ? To i powielacz masy zosta stracony?
- Mamy jeszcze jego kopie. Nie martw si o to. Zachowali my go.
- Zachowali cie go! A co z nami? To my z 482 powinni my go mie . - Wymachiwa a
zaci ni tymi pi ciami.
- To by nie przynios o wam nic dobrego. Nie denerwuj si , kochanie, i s uchaj. -
Niemal kurczowym gestem (mia si jeszcze nauczy , jak dotyka jej naturalnie) uj jej r ce i
przytrzyma .
Przez chwil próbowa a je wyswobodzi , a potem zrezygnowa a, a nawet roze mia a
si .
- Och, mów dalej, g uptasku, i nie rób takiej powa nej miny. Nie mam do ciebie alu.
- Nie mo esz mie
alu do nikogo. Robimy to, co trzeba. Ten powielacz stanowi
klasyczny przyk ad. Uczy em si tego w szkole. Je li powielasz mas , mo esz powiela
równie osoby. Wynikaj z tego bardzo skomplikowane problemy.
- Czy spo ecze stwo nie powinno samo rozwi zywa swoich problemów?
- Powinno, lecz uczyli my si , e spo ecze stwo w Czasie nie rozwi zywa o swoich
problemów zadowalaj co. Pami taj, e b dy spo ecze stwa obci aj nie tylko je samo, ale
wszystkie nast pne pokolenia. W
ciwie nie ma zadowalaj cego rozwi zania problemu
duplikatom masy. Nale y do tej kategorii, co wojny atomowe i narkotyki, na które po prostu
nie mo na pozwoli . Ich rozwój nigdy nie jest korzystny.
- Sk d jeste taki pewny?
- Mamy komputery, Noys. Komputapleksy o wiele dok adniejsze ni wszystkie
wynalezione kiedykolwiek w jednej Rzeczywisto ci. One przeliczaj mo liwe Rzeczywisto ci
i uk adaj najbardziej po
dane z milionów zmiennych warto ci.
- Maszyny! - powiedzia a szyderczo. Harlan zmarszczy czo o, lecz zaraz z agodnia .
- Nie b
taka. Oczywi cie, nie znosisz my li, e ycie nie jest tak konkretne, jak si
spodziewa
. Ty i wiat, w jakim yjesz, móg by tylko cieniem prawdopodobie stwa rok
wcze niej, ale co za ró nica? Masz przecie wszystkie wspomnienia, niezale nie od tego, czy
cieniem prawdopodobie stwa, czy nie, prawda? Pami tasz swoje dzieci stwo i rodziców,
prawda?
- Oczywi cie.
- A wi c tak, jakby naprawd to prze
a. Niezale nie od tego, czy tak by o, czy nie.
- Nie wiem. B
musia a to przemy le . A co - je li jutro znowu powstanie ten wiat
ze snu czy cie , czy jak ty to nazywasz?
- Wtedy b dzie nowa Rzeczywisto i nowa ty z nowymi wspomnieniami. B dzie po
prostu tak, jakby nic si nie zdarzy o, z wyj tkiem tego, e suma szcz cia znowu wzro nie.
- Jednak jako nie bardzo mi si to podoba.
- Ponadto - doda szybko Harlan - teraz nic ci si nie stanie. B dzie nowa
Rzeczywisto , ale ty jeste w Wieczno ci. Nie zostaniesz zmieniona.
- Powiedzia
przecie - odezwa a si Noys smutno - e nie robi to adnej ró nicy.
Po co si nara
na te wszystkie k opoty?
Z nag nami tno ci Harlan powiedzia :
- Poniewa chc , eby by a taka, jaka jeste . Dok adnie taka, jaka jeste . Nie chc ,
eby si zmieni a. W aden sposób.
O ma y w os, a by by wykrztusi prawd , e gdyby nie przes d Wieczno ciowcach i
wiecznym yciu, nigdy by nie mia a do niego sk onno ci.
Odpar a nieco zamy lona:
- Czy b
musia a tu zosta na zawsze? B
si czu a... samotna.
- Nie, nie. Nie my l o tym - zaprotestowa gwa townie, chwytaj c j za r ce tak silnie,
e pisn a. - Dowiem si , czym b dziesz w nowej Rzeczywisto ci 482 Stulecia, i wrócisz tam,
e tak powiem, w przebraniu. Zaopiekuj si tob . Wyst pi o zezwolenie na formalny
zwi zek
1 b
pilnowa , eby przetrwa a bezpiecznie przysz e Zmiany. Jestem Technikiem, i
to dobrym Technikiem, i znam si na Zmianach. - Doda ponuro: - A wiem równie o paru
innych sprawach. - Urwa .
Noys spyta a:
- Czy to wszystko jest dozwolone? Chodzi o to, czy mo esz bra ludzi do Wieczno ci
i chroni ich przed Zmianami? To nie wygl da legalnie, s dz c z tego, co mi opowiada
.
Przez chwil Harlan czu si nagle malutki i s aby w wielkiej pustce tysi cy Stuleci,
które go otacza y w przesz
ci i przysz
ci. Przez chwil czu si odci ty nawet od
Wieczno ci, która by a jego jedynym domem i jedyn wiar . By podwójnym wyrzutkiem: z
Czasu i z Wieczno ci. Zosta a u jego boku tylko kobieta, dla której opu ci to wszystko.
Odczuwa g boko to, co powiedzia :
- Tak, to jest zbrodnia. To bardzo ci ka zbrodnia, a ja wstydz si bardzo. Ale
zrobi bym to jeszcze raz, gdyby by o potrzeba, a nawet nie raz.
- Dla mnie, Andrew? Dla mnie? Nie spojrza jej w oczy.
- Nie, Noys, dla siebie. Nie móg bym
, gdybym ci straci . Powiedzia a:
- A je li nas z api ...
Harlan zna na to odpowied . Zna odpowied od czasu, kiedy rozmy la wtedy w 482
Stuleciu le c razem z Noys. Ale nawet teraz nie mia my le o ponurej prawdzie.
Powiedzia :
- Nie boj si nikogo. Mam swoje sposoby. Oni sobie nawet nie wyobra aj , jak wiele
wiem.
9. Interludium
Gdy si patrzy wstecz, mo na powiedzie , e rozpocz si potem idylliczy okres. Sto
wydarze nast pi o w tych fizjotygodniach, a pó niej wszystko to spl ta o si w pami ci
Harlana i wydawa o mu si , e ten okres trwa o wiele d
ej ni w rzeczywisto ci.
Najpi kniejsze by y niew tpliwie godziny, które móg sp dzi z Noys, one upi ksza y
wszystko inne.
Po pierwsze: W 482 Stuleciu pakowa powoli swe rzeczy osobiste - ubranie, filmy, a
przede wszystkim ukochane i wypieszczone roczniki czasopism z Prymitywu. Pieczo owicie
dogl da ich powrotu do swojej sta ej siedziby w 575 wieku.
Finge sta obok, gdy ludzie z Obs ugi przenosili baga e do kot a towarowego.
Powiedzia , z najwi ksz staranno ci dobieraj c s ów:
- Widz , e pan nas opuszcza.
miecha si szeroko, starannie jednak ci gaj c wargi, tak e wida by o ko ce
bów. R ce mia z
one za plecami, a jego pulchna posta ko ysa a si na pi tach.
Harlan nie patrzy na swego prze
onego. Mrukn oboj tnie:
- Tak, Kalkulatorze. Finge powiedzia :
- Z
raport Starszemu Kalkulatorowi Twissellowi w sprawie ca kowicie
zadowalaj cego wype nienia obowi zków obserwacyjnych w 482 Stuleciu.
Harlan nie móg si zdoby nawet na s owo podzi kowania. Milcza . Finge podj ,
nagle zni aj c g os:
- Na razie nie zamelduj o pana niedawnej próbie u ycia si y wobec mnie. - I chocia
miech nadal pozostawa na jego twarzy, a Kalkulator spogl da agodnym wzrokiem, by w
nim jaki odcie okrutnej satysfakcji.
Harlan spojrza ostro i powiedzia : - Jak pan uwa a.
Po drugie: Urz dzi si znowu w 575.
Prawie natychmiast spotka Twissella. Ucieszy si na widok tego cz owieka z
pomarszczon twarz gnoma. Ucieszy si nawet widz c, jak Twissell podnosi do ust bia
rurk , dymi
mi dzy dwoma poplamionymi palcami.
Harlan powiedzia :
- Kalkulatorze.
Twissell wynurzywszy si ze swego gabinetu patrzy przez chwil , nie widz c i nie
poznaj c Harlana. Twarz mia wychud , a oczy przymru one ze znu enia. Powiedzia :
- Ach, Technik Harlan. Sko czy
robot w 482?
- Tak, Starszy Kalkulatorze.
Reakcja Twissella by a dziwaczna. Popatrzy na zegarek, który, jak ka dy zegarek w
Wieczno ci, wskazywa czas fizjologiczny, podaj c zarówno dni, jak i godziny:
- Pod nosem, mój ch opcze. Cudowne. Cudowne.
Serce Harlana drgn o. Jeszcze nie tak dawno nie potrafi by znale sensu w tych
owach. Teraz zdawa o mu si , e je rozumie. Twissell musia by zm czony, bo inaczej
mo e nie zdradza by tak atwo istoty rzeczy. Albo mo e Kalkulator uwa
t uwag za tak
tajemnicz , e a zupe nie bezpieczn , mimo e tak blisk prawdy.
Harlan zapyta w miar mo no ci oboj tnie, tak aby nie by o widoczne, e jego uwaga
ma jakikolwiek zwi zek z tym, co Twissell powiedzia przed chwil :
- Jak si ma mój Nowicjusz?
- Dobrze, dobrze - Twissell najwidoczniej mia co innego na g owie. Possa szybko
tl
si rurk z tytoniem, kiwn g ow i wyszed spiesznie.
Po trzecie: Nowicjusz.
Wygl da starzej. Wydawa o si , e jest dojrzalszy. Wyci gn d
i powiedzia :
- Ciesz si , e pan wróci , Harlan.
By mo e wynika o to z tego, e Harlan przyzwyczai si do Coopera jako do ucznia,
a tymczasem wygl da on teraz na kogo wi cej ni na Nowicjusza. Obecnie wydawa o si ,
e jest instrumentem w r kach Wieczno ciowców. Naturalnie, musia w zwi zku z tym
przybra now posta w oczach Harlana.
Harlan usi owa nie pokazywa tego po sobie. Znajdowali si obaj w nowej kwaterze
Harlana, a Technik rozkoszowa si porcelanowymi p aszczyznami mietankowej barwy,
zadowolony, e wyzwoli si z ozdobnej tandety wieku 482. Jakkolwiek usi owa kojarzy
sobie barok tego wieku z Noys, czy go jedynie z Finge'em. Z Noys kojarzy sobie ró owy
aksamitny pó mrok i - co dziwne -nag surowo sekcji Ukrytych Stuleci.
Mówi gwa townie, zupe nie jakby pragn ukry swe niebezpieczne my li:
- Cooper, co oni z tob wyrabiali, gdy mnie nie by o? Cooper roze mia si , musn
mimowolnie swój d ugi, opadaj cy w s i powiedzia :
- Brali my jeszcze matematyk . Ci gle matematyk .
- Tak? Teraz pewnie ju do specjalistyczny materia ?
- Do specjalistyczny.
- No i jak idzie?
- Zno nie. Przychodzi mi to ca kiem atwo, wie pan. Lubi to. Ale teraz wprost mi ju
aduj do g owy.
Harlan poczu niejakie zadowolenie:
- Wzory Pola Czasowego i tym podobne?
Lecz Cooper, poczerwieniawszy nieco, zwróci si do pó ek za adowanych ksi kami
i powiedzia :
- Wracajmy do Prymitywu. Mam kilka pyta .
- W zwi zku z czym?
- ycie miejskie w 23 Stuleciu. Szczególnie w Los Angeles.
- Dlaczego Los Angeles?
- To ciekawe miasto. Nie s dzi pan?
- Tak, ale zajmijmy si nim w 21. Wtedy by o u szczytu rozwoju.
- Och, spróbujmy w 23.
- Dobrze, czemu nie? - odpar Harlan.
Twarz mia nieruchom , lecz gdyby t nieruchomo mo na by o zdj jak skór ,
by aby pod ni zaci to . Jego wielkie intuicyjne przypuszczenie by o czym wi cej ni
przypuszczeniem. Wszystko sprawdza o si dok adnie.
Po czwarte: Badania. Podwójne badania.
Najpierw dla siebie. Codziennie czujnie przegl da raporty na biurku Twissella.
Raporty dotyczy y ró nych postanowionych albo proponowanych Zmian Rzeczywisto ci.
Kopie normaln drog przesy ano do Twissella, poniewa by cz onkiem Rady
Wszechczasów, i Harlan wiedzia , e materia y s kompletne. Najpierw szuka nadchodz cej
Zmiany w 482. Nast pnie szuka Zmian, wszelkich innych Zmian, z jak skaz , jak
niedok adno ci , jakim odchyleniem od maksymalnej doskona
ci, które móg by dostrzec
swymi wyszkolonymi i utalentowanymi oczyma Technika.
Prawd mówi c studiowanie raportów nie nale
o do niego, lecz w owych dniach
Twissell rzadko bywa w swoim biurze, a nikt inny nie mia przeszkadza osobistemu
Technikowi Twissella.
To by a tylko jedna cz
jego poszukiwa . Druga odbywa a si w 575-wiecznej
sekcji biblioteki.
Po raz pierwszy opu ci te dzia y biblioteki, które zazwyczaj przykuwa y jego uwag .
Przedtem odwiedza dzia historii Prymitywu (bardzo n dzny zreszt , tak e wi kszo jego
bibliografii i materia ów ród owych nale
o wyci gn z odleg ej przesz
ci trzeciego
tysi clecia). Jeszcze dok adniej przeszukiwa pó ki po wi cone Zmianie Rzeczywisto ci, jej
teorii, technice i historii: znakomita kolekcja, poza centralnym wydzia em (najlepsza w
Wieczno ci dzi ki Twissellowi), której sta si niemal wy cznym w
cicielem.
Teraz spacerowa z zaciekawieniem w ród innych pó ek z filmami. Po raz pierwszy
Obserwowa (przez du e O) stoiska po wi cone samemu 575 Stuleciu: jego geografi , która
ma o zmienia a si od Rzeczywisto ci do Rzeczywisto ci, jego histori , która zmienia a si
wi cej, i socjologi , która zmienia a si najbardziej. Nie by y to ksi ki czy raporty pisane o
Stuleciu przez obserwuj cych i kalkuluj cych Wieczno ciowców (te zna doskonale), lecz
przez samych Czasowców.
By y tam dzie a literatury 575 wieku, które przypomina y o gor cych sporach na temat
warto ci poszczególnych zmian. Czy to arcydzie o nale y zmieni , czy nie? A je li nale y, to
jak? W jaki sposób Zmiany wp ywaj na dzie a sztuki?
I czy kiedykolwiek nast pi powszechna zgoda na temat sztuki? Czy uda siej
sprowadzi do terminów ilo ciowych, dost pnych dla mechanicznej oceny przez maszyny
matematyczne?
Pewien Kalkulator nazwiskiem August Sennor by g ównym oponentem Twissella w
tych sprawach. Harlan zainteresowany nami tn krytyk , jakiej Twissell poddawa tego
cz owieka i jego pogl dy, przeczyta niektóre z dzie Sennora i uzna je za zaskakuj ce.
Sennor pyta otwarcie, a dla Harlana niepokoj co, czy nowa Rzeczywisto nie mo e
zawiera osobowo ci analogicznej do cz owieka, którego poprzednio przeniesiono w
Wieczno . Nast pnie analizowa mo liwo spotkania przez Wieczno ciowca jego
odpowiednika w Czasie, podczas gdy obaj o tym wiedz albo nie wiedz , i zastanawia si ,
jakie by yby rezultaty w ka dym z tych przypadków. By to jeden z najbardziej
przera aj cych problemów Wieczno ci. Harlan zadr
i szybko przerzuci klatk filmu
po wi conego dyskusji. Oczywi cie Sennor dyskutowa obszernie losy literatury i sztuki w
najró norodniejszych typach i klasyfikacjach Zmian Rzeczywisto ci.
Lecz Twissell nie chcia si zajmowa tym problemem. „Je li walorów sztuki nie
mo na komputowa - krzycza do Harlana - to po co nam dyskusje na ten temat?".
Harlan wiedzia , e pogl dy Twissella podziela wi kszo Rady Wszechczasów.
Lecz teraz sta przed pó kami po wi conymi powie ciom Eryka Linkollewa,
zazwyczaj przedstawianego jako wybitnego pisarza 575 Stulecia, i dziwi si . Naliczy
pi tna cie ró nych kompletów Dziel zebranych, niew tpliwie wyj tych z ró nych
Rzeczywisto ci. By pewny, e ka dy z nich jest nieco inny ni pozosta e. Na przyk ad jeden
komplet by znacznie cie szy. Wyobra
sobie, e ze stu Socjologów musia o analizowa
ró nice mi dzy tymi dzie ami w warunkach socjologicznego t a ka dej Rzeczywisto ci,
zyskuj c sobie w ten sposób pozycj .
Harlan przeszed do skrzyd a biblioteki po wi conego technice i wynalazkom ró nych
Stuleci pi set siedemdziesi tych pi tych. Wiedzia , e wiele z tych urz dze zosta o
wyeliminowanych z Czasu i pozostawa o jedynie w Wieczno ci jako dzie a ludzkiej
pomys owo ci. Cz owieka nale
o chroni przed produktami jego zbyt wybuja ych uzdolnie
technicznych. I to bardziej ni przed czymkolwiek innym. Niemal ka dego fizjoroku gdzie w
Czasie technika j drowa zbytnio zbli
a si ku niebezpiecze stwu i nale
o j hamowa .
Wróci do g ównej cz ci biblioteki i pó ek po wi conych matematyce i jej dziejom.
Dotyka palcami poszczególnych tomów i po pewnym namy le wyci gn kilka i wpisa je na
swoje nazwisko.
Po pi te: Noys.
By a to naprawd wa na cz
interludium i jedyna cz
liryczna. W wolnych
godzinach, po wyj ciu Coopera, kiedy zazwyczaj jada samotnie, czyta samotnie, spa
samotnie, czeka samotnie na nast pny dzie - Harlan rusza do kot ów.
Ca ym sercem by wdzi czny Twissellowi za pozycj Technika. By wdzi czny jak
nigdy za to, e go unikano.
Nikt go nie pyta , czy ma prawo przebywa w kotle, nikt nie troszczy si , dok d
zmierza - w przysz
czy przesz
. Nie ciga go ciekawy wzrok, adne ch tne r ce nie
ofiarowywa y mu pomocy, gadatliwe usta nie rozmawia y o tej sprawie.
Móg jecha , dok d i kiedy tylko mu si podoba o.
Noys mówi a:
- Zmieni
si , Andrew. O Nieba, jak si zmieni
! Patrzy na ni i u miecha si :
- W jaki sposób, Noys?
- U miechasz si ! Oto jeden z dowodów. Czy czasem spogl dasz do lustra i widzisz
swój u miech?
- Boj si . Powiedzia bym: nie mog by szcz liwy. Jestem chory. Jestem
pomylony. Zamkni to mnie w domu wariatów, gdzie ni na jawie, nie wiedz c o tym.
Noys pochyli a si i uszczypn a go.
- Czujesz co ?
Przyci gn jej g ow ku swojej, zanurzy twarz w jej mi kkich, pachn cych w osach.
Kiedy si rozdzielili, powiedzia a bez tchu:
- Pod tym wzgl dem równie si zmieni
. Sta
si bardzo dobry w tych sprawach.
- Mam dobr nauczycielk - zacz Harlan i urwa nagle, boj c si , e mo e to by
zrozumiane jako wyrzut: e to inni j wykszta cili.
Lecz w jej u miechu nie by o ladu zak opotania. Zjedli posi ek, a ona wygl da a
bardzo pi knie w stroju, który jej dostarczy .
Zauwa
a jego spojrzenie i lekko unios a spódnic , w tym miejscu, gdzie mi kko
obejmowa a jej uda.
Powiedzia a:
- Wola abym, eby tego nie robi , Andrew. Naprawd wola abym.
- Nie ma niebezpiecze stwa - odpar beztrosko.
- Jest niebezpiecze stwo. Nie b
g upi. Wystarczy mi to, co mam tutaj, póki... póki
nie urz dzisz wszystkiego.
- Dlaczego nie masz mie w asnych ubra i ozdób?
- Poniewa nie s warte tego, by przybywa do mojego domu w Czasie i by ci na
tym z apano. A co, je li przeprowadz Zmian , gdy tam b dziesz?
- Nie z api mnie - wykr ca si niepewnie. A potem przypomnia sobie: - Poza tym
mój generator nar czny utrzymuje mnie w fizjoczasie, tak e Zmiana nie mo e na mnie
wp yn , rozumiesz?
Noys westchn a:
- Nie rozumiem. My
, e nigdy nie zrozumiem tego wszystkiego.
- Przecie to proste. -I Harlan t umaczy i t umaczy z wielkim zapa em, a Noys
ucha a z iskrz cymi oczyma, które nigdy nie zdradza y, czy jest naprawd zainteresowana,
czy rozbawiona, czy jedno i drugie po trosze.
ycie Harlana przekszta ci o si ca kowicie. By kto , z kim móg rozmawia ,
dyskutowa o sobie, swoich czynach i my lach. By o to tak, jakby ona stanowi a jego cz
,
lecz cz
wystarczaj co odr bn , by dla porozumiewania si z ni u ywa raczej s ów ni
my li. Stanowi a cz
do samodzieln , a eby odpowiedzie w sposób nieoczekiwany w
wyniku niezale nych procesów my lowych. Dziwne, my la Harlan, jak kto mo e
obserwowa zjawisko takie jak ma
stwo omijaj c tak zasadnicz prawd z tym zwi zan .
Czy on, Harlan, na przyk ad, móg by z góry przepowiedzie , e tak u
y si jego wspó ycie
z Noys, e nami tno b dzie si w nim czy a z sielank ?
lizn a si w jego obj cia i powiedzia a:
- Jak tam idzie z twoj matematyk ? Harlan zapyta :
- Chcesz zerkn na jedn rzecz?
- Nie mów mi, e nosisz to ze sob .
- Czemu nie? Podró kot em zajmuje sporo czasu. Nie ma sensu go marnowa .
Odsun si od niej, wyci gn z kieszeni ma y czytacz, w
film i u miechn si
czule, gdy podnios a to do oczu. Zwróci a mu czytacz, potrz sn a g ow :
- Nigdy nie widzia am tylu zakr tasów. Chcia abym umie czyta wasz standardowy
mi dzyczasowy.
- Je li chodzi o cis
- powiedzia Harlan - wi kszo zakr tasów, o których
wspominasz, nie jest w
ciwie standardowym mi dzyczasowym, lecz w
nie zapisem
matematycznym,
- A jednak ty to rozumiesz, prawda?
Harlan nie chcia pozbawia si szczerego podziwu w jej oczach, lecz teraz musia
powiedzie :
- Nie tyle, ile bym sobie yczy . Ale na moje potrzeby wystarczy. Nie musz
rozumie wszystkiego, by zobaczy dziur w cianie, do du , by przepchn przez ni
kocio towarowy.
Podrzuci czytacz do góry, chwyci go szybkim ruchem r ki i po
na stoliku.
Oczy Noys spocz y na nim z zaciekawieniem i Harlana ol ni a nagle my l.
- Wielki Czasie! - zawo
. - Przecie ty nie znasz mi dzyczasowego!
- Nie. Oczywi cie, e nie.
- Wi c tutejsza filmoteka sekcyjna jest dla ciebie bezu yteczna. Nigdy o tym nie
pomy la em. Powinna mie tu swoje filmy z 482.
- Nie - zaprotestowa a szybko. - Nie potrzeba.
- B dziesz je mia a.
- Nie. Nie chc . Nie ma sensu ryzykowa ...
- B dziesz je mia a! - powtórzy .
Po raz ostatni sta przed niematerialn granic oddzielaj
Wieczno od domu Noys
w 482. Poprzednim razem zdecydowa , e jest ju po raz ostatni. Niebawem mia a nast pi
Zmiana fakt, o którym nie powiedzia Noys z respektu, jaki mia zawsze dla uczu innych
ludzi, a có dopiero dla swojej ukochanej.
Jednak postanowienie, eby zrobi jeszcze jeden dodatkowy wypad, nie by o trudne.
Podj je po cz ci z brawury, eby zab ysn przed Noys, przynosz c jej ksi kowe filmy z
paszczy lwa, je li w ten sposób mo na by o nazwa g adkolicego Finge'a.
A ponadto mia by okazj jeszcze raz zasmakowa niesamowitej atmosfery skazanego
na zag ad domu.
Odczuwa j przedtem, gdy wchodzi tam podczas „okresu aski", dopuszczanego
przez karty przestrzenno-czasowe. Czu j , gdy w drowa przez pokoje, zbieraj c ubrania,
ozdoby, dzie a sztuki, dziwne naczy ka i przybory toaletowe Noys.
Panowa a tam uroczysta cisza skazanej na zag ad Rzeczywisto ci, cisza, która by a
czym wi cej ni brakiem fizycznego ha asu. Harlan nie móg z góry wiedzie , jaki b dzie
odpowiednik tego domu w nowej Rzeczywisto ci. Mo e stanie si ma ym domkiem
podmiejskim albo kamienic w ródmie ciu. Mo e wcale nie istnie , a dzikie zaro la zajm
miejsce parku, w którym teraz stoi. Oczywi cie, mo e równie pozosta niemal nie zmieniony
i (Harlan ostro nie wraca do tej my li) zamieszkany przez odpowiednik Noys albo przez
kogo innego.
Dla Harlana dom by ju upiorem, widmem, które zacz o straszy jeszcze przed
swym zgonem. A poniewa taki, jaki by , mia dla niego ogromne znaczenie, nie chcia , eby
przemin , i
owa go.
Tylko raz w ci gu pi ciu wycieczek Harlana cisz przerwa d wi k. By wtedy w
spi arni, zadowolony, e technologia owej Rzeczywisto ci i Stulecia uczyni a s
niemodn i usun a ten problem. Przypomnia sobie, e dokona wyboru spo ród puszek z
gotowym jedzeniem, i w
nie zdecydowa , e na razie starczy, a Noys b dzie zadowolona z
odmiany w posilnym, lecz monotonnym po ywieniu z zasobów pustej sekcji. Roze mia si
nawet na my l, e nie tak dawno uwa
jej diet za dekadenck .
Nagle us ysza odleg y klapi cy d wi k. Zamar .
wi k dochodzi z ty u i w chwili zaskoczenia, kiedy sta bez ruchu, pomy la
najpierw o mniejszym niebezpiecze stwie - o tym, e to w amanie, a dopiero potem o innym,
wi kszym - e to ledz cy go Wieczno ciowiec.
Ale to nie móg by w amywacz. Ca y okres karty przestrzen-no-czasowej, wraz z
marginesem tolerancji, by starannie oczyszczony i wybrany spo ród innych podobnych
okresów Czasu w
nie ze wzgl du na brak czynników komplikuj cych. Z drugiej strony,
wprowadzi mikrozmian (a mo e nawet wcale nie tak „mikro") zabieraj c st d Noys.
Z bij cym sercem zmusi si do zwrotu. Zdawa o mu si , e drzwi za nim w
nie si
zamkn y, przesuwaj c si o ostatni milimetr, potrzebny, by zrówna y si ze cian . Mia
ochot otworzy te drzwi i przeszuka dom.
Zabrawszy przysmaki dla Noys, wróci do Wieczno ci i dwa pe ne dni czeka na
reperkusje, zanim odwa
si wyruszy w dalek przysz
. Nie by o adnych reperkusji i w
ko cu zapomnia o incydencie.
Lecz teraz, gdy nastawia urz dzenia sterownicze, by po raz ostatni wej w Czas,
znowu o tym pomy la . Albo raczej by a to my l o gro
cej mu bliskiej Zmianie.
Rozpami tuj c pó niej ten moment, doszed do wniosku, e w
nie wskutek tego le ustawi
urz dzenie sterownicze. Nie móg znale innego wyja nienia.
d nie od razu da si zauwa
. Harlan z ogromn dok adno ci dotar do
ciwego pomieszczenia i wszed do biblioteki Noys.
Teraz sta si ju w tym stopniu dekadentem, e nie odstr cza y go bynajmniej
kunsztowne ozdoby zasobników z filmami. Litery tytu ów, splata y si ze skomplikowanym
filigranem, by y bardzo adne, lecz niemal nieczytelne. Estetyka triumfowa a nad
yteczno ci .
Harlan wyj kilka pierwszych z brzegu zasobników i zdziwi si . Tytu jednego z nich
brzmia : Spo eczne i ekonomiczne dzieje naszych czasów.
Tak, o tym rzeczywi cie nie pomy la . Noys z pewno ci nie by a g upia, lecz nigdy
nie przysz o mu do g owy, e mog aby si interesowa powa
literatur . W pierwszym
odruchu chcia przejrze te Spo eczne i ekonomiczne dzieje, lecz zrezygnowa . Z pewno ci
znajdzie to dzie o w bibliotece 482 Stulecia. Finge niew tpliwie ju par miesi cy temu
ograbi biblioteki istniej cej Rzeczywisto ci dla archiwów Wieczno ci.
Od
ten film na bok i przejrza reszt , wybieraj c literatur pi kn i to, co
wygl da o na lekk literatur popularnonaukow . Wzi filmy i dwa czytniki kieszonkowe.
Ostro nie umie ci je w plecaku.
nie w tej chwili znowu us ysza jaki d wi k. Tym razem nie mog o by mowy o
pomy ce. By to d wi k ci le okre lony - miech, m ski miech. Harlan nie by sam w domu.
Nie u wiadamia sobie nawet, e rzuci plecak. Przez jedn osza amiaj
sekund
móg my le tylko o tym, e znalaz si w pu apce.
10. W pu apce!
Naraz wszystko to wyda o si nieuniknione. Najstraszliwsza ironia losu. Wszed w
Czas po raz ostami, po raz ostami da Finge'owi prztyczka w nos. I to w
nie wtedy go
apano.
Czy to Finge si
mia ?
Któ inny ledzi by go tutaj, czatowa w zasadzce, siedzia w s siednim pokoju i
wybucha
miechem?
Czy by wszystko by o stracone? I poniewa w owej przera liwej chwili mia
pewno , e tak, nie przysz o mu do g owy, by si cofn , by jeszcze raz próbowa ucieczki
do Wieczno ci. Stanie przed Finge'em.
Zabije go w razie potrzeby.
Har an ruszy ku drzwiom, za którymi rozleg si
miech, podszed do nich cichym,
lecz zdecydowanym krokiem cz owieka maj cego pope ni morderstwo z premedytacj .
Wy czy automat drzwi i otworzy je r
. Dwa centymetry, trzy. Otwiera y si
bezszelestnie.
czyzna w s siednim pokoju by odwrócony plecami. Wydawa si zbyt wysoki na
Finge'a i ten fakt przenikn do rozgor czkowanego umys u Harlana, powstrzymuj c go na
miejscu.
Odr twienie, które parali owa o niejako obu m czyzn, ust powa o powoli i tamten
zacz si odwraca centymetr po centymetrze.
Har an nie czeka . Jeszcze nie zobaczy profilu tamtego m czyzny, gdy hamuj c
wybuch paniki, resztk si odskoczy od drzwi. Mechanizm zamkn je bezd wi cznie.
Har an cofa si na lepo. Oddycha z trudem, walcz c gwa townie z atmosfer , z
wysi kiem wci gaj c powietrze i wydmuchuj c je. Serce bi o mu szale czo, jakby chcia o si
wyrwa z cia a.
Finge, Twissell i ca a Rada nie wyprowadzi y Harlana z równowagi w tym stopniu. To
nie strach przed czym materialnym obezw adni go. Raczej by to instynktowny wstr t do
samej istoty wydarzenia, które go spotka o.
Pochwyci stos kaset z filmami, niezdarnie je zawin i po dwóch daremnych próbach
uda o mu si przywróci drzwi do Wieczno ci. Przeszed przez nie jak nie na swoich nogach.
Jako dotar do 575 Stulecia, a potem do swojej kwatery. Jego technicyzm, na nowo
doceniony, na nowo uznany, jeszcze raz go ocali . Kilku Wieczno ciowców, których spotka ,
od razu zesz o na bok i jak zwykle uporczywie patrzy o ponad jego g ow .
Ca e szcz cie, bo w aden sposób nie móg pozby si grymasu, jaki pozosta mu na
twarzy, ani odzyska normalnego kolorytu. Lecz oni nie patrzyli, a on dzi kowa Czasowi i
Wieczno ci, i wszelkim lepym losom, które tym rz dzi y.
Nie zd
rozpozna m czyzny w domu Noys, lecz z absolutn pewno ci wiedzia ,
kto to by .
Gdy po raz pierwszy Har an us ysza ha as w domu, by to w asny miech, a d wi k,
który ten miech przerwa , by spowodowany upadkiem czego ci kiego w s siednim
pokoju. Gdy po raz drugi kto
mia si w s siednim pokoju, on, Har an, upu ci plecak z ka-
setami. Za pierwszym razem Har an odwróci si i zobaczy , e drzwi si zamykaj . Za
drugim Har an zamyka drzwi, gdy obcy m czyzna si odwraca .
Spotka samego siebie!
W tym samym Czasie i niemal w tym samym miejscu on i jego wcze niejsze
wcielenie sprzed kilku dni fizjologicznych prawie si spotkali. le nastawi urz dzenie
sterownicze, skierowa je na ten moment w Czasie, który ju wykorzysta , i spotka samego
siebie.
Wzi si do pracy, jakkolwiek cie grozy wisia jeszcze nad nim przez wiele dni.
Wymy la samemu sobie od tchórzy, ale to nie pomaga o.
Istotnie, od owej chwili wszystko zacz o si nie udawa . Móg dotkn palcem
granicy nieszcz cia. Kluczowym momentem by a chwila, gdy nastawia sterowanie drzwi do
swego ostatniego wej cia w 482 Stulecie i jakim sposobem nastawi je le. Od tej pory
wszystko sz o coraz gorzej.
Zmiana Rzeczywisto ci w 482 Stuleciu odby a si w tym okresie przygn bienia i
jeszcze je pog bi a. W ubieg ych dwóch tygodniach wynalaz trzy projektowane Zmiany
Rzeczywisto ci, które zawiera y drobniejsze b dy, dokona spo ród nich wyboru, lecz nie
móg si zmusi do dzia ania.
Wybra Zmian Rzeczywisto ci 2456-2781 V-5 z wielu przyczyn. Z trzech
proponowanych by a najodleglejsza, dzia a si w najdalszej przysz
ci. Omy ka by a drobna,
lecz wa na z punktu widzenia warto ci ycia ludzkiego. Potrzebny by wi c tylko szybki
wypad do 456 Stulecia, by drog ma ego szanta u wykry odpowiednik Noys w nowej
Rzeczywisto ci.
Lecz hamowa go strach po niedawnym prze yciu. Zastosowanie lekkiej gro by nie
wydawa o mu si ju spraw prost . A je li odnajdzie odpowiednik Noys, to co wtedy?
Zostawi j jako sprz taczk , krawcow , robotnic czy kogokolwiek, kim b dzie? Z
pewno ci . Ale co wtedy robi z samym odpowiednikiem? Z m em, którego mo e mie ?
Rodzin ? Dzie mi?
Przedtem nigdy o tym nie my la . Unika my li na ten tamat. „Wystarczy a do
dnia...".
Ale teraz nie potrafi my le o niczym innym.
Le
wi c ponuro zadumany w swoim pokoju, nienawidz c samego siebie, gdy
po czy si z nim Twissell. W jego zm czonym g osie brzmia o pytanie, a nawet zdziwienie.
- Harlan, jeste chory? Cooper mówi , e opu ci
sporo dyskusji.
Harlan próbowa rozpogodzi twarz.
- Nie, Kalkulatorze. Jestem nieco zm czony.
- No có , to w ka dym razie mo na wybaczy , ch opcze. - A potem u miech na jego
twarzy zacz znika . - S ysza
, e dokonano Zmiany 482 Stulecia?
- Tak - powiedzia Harlan krótko.
- Po czy si ze mn Finge - mówi Twissell - i prosi , by ci przekaza , e Zmiana
by a ca kowicie udana.
Harlan wzruszy ramionami; przypomnia y mu si oczy Twissella, patrz ce na niego
twardo z ekranu wizjofonu. Poczu si niepewnie i powiedzia :
- Tak, Kalkulatorze?
- Nic - odpar Twissell i by mo e przyt aczaj cy go ci ar wieku spowodowa , e w
jego g osie zabrzmia bezgraniczny smutek. -My la em, e chcia
co powiedzie .
- Nie - odpar Harlan. - Nie mam nic do powiedzenia.
- Dobrze. Wi c spotkam si z tob pó niej w sali komputacyjnej, ch opcze. Ja mam ci
du o do powiedzenia.
- Tak, Kalkulatorze - rzek Harlan. A gdy ekran ciemnia , wpatrywa si w niego
jeszcze d ugo.
To brzmia o niemal jak gro ba. Czy Finge naprawd
czy si z Twissellem? Co
powiedzia , czego Twissell nie powtórzy ?
Lecz zewn trzne zagro enie by o mu potrzebne. Bo zwalczanie s abo ci ducha
wygl da o tak, jakby kto sta w ród ruchomych piasków i bi je kijem. Lecz Finge to
zupe nie inna sprawa. Harlan przypomnia sobie bro , któr mia do dyspozycji, i po raz
pierwszy od kilku dni poczu , e wróci a mu cz stka wiary w siebie.
By o to tak, jakby jedne drzwi si zamkn y, a drugie otworzy y. Harlan sta si
równie gor czkowo aktywny, jak przedtem by apatyczny. Zrobi wypad do 2456 Stulecia i
zmusi Socjologa Voya do pos usze stwa.
Zrobi to doskonale. Uzyska informacje, jakich szuka .
I wi cej, ni szuka . O wiele wi cej.
Pewno siebie najwidoczniej pop aca. W jego ojczystym Stuleciu istnia o przys owie:
„Mocno chwy pokrzyw , a stanie si ona kijem, którym pobijesz swojego wroga".
Mówi c pokrótce, Noys nie mia a odpowiednika w nowej Rzeczywisto ci. W ogóle
adnego odpowiednika. Mog a zaj pozycj w nowym spo ecze stwie w najbardziej nie
rzucaj cy si w oczy i wygodny sposób albo mog a pozosta w Wieczno ci. Nie by o powodu
zabrania Harlanowi zwi zku z Noys poza czysto teoretycznym - e z ama prawo, a wiedzia
bardzo dobrze, jak obali ten argument.
Pop dzi wi c, by powiedzie Noys wielk nowin i rozkoszowa si sukcesem po
kilku dniach kl ski.
I w tym momencie kocio zatrzyma si .
Nie zwalnia - po prostu stan . Gdyby ruch odbywa si w przestrzeni, gwa towne
zahamowanie zmia
oby kocio , rozpali o metal, zmieni o Harlana w kupk po amanych
ko ci i poszarpanego cia a.
Poczu md
ci i jaki wewn trzny ból.
Gdy ju móg widzie , niezgrabnie uj temporometr i wyba uszy na zamglone oczy.
Odczyta liczb 100 000.
To go przerazi o. Liczba by a zbyt okr
a. Gor czkowo odwróci si ku urz dzeniom
steruj cym. Czy by co si zepsu o?
Przerazi go równie fakt, e nie widzia
adnego defektu. Nic nie blokowa o d wigni
ruchu. Sta a mocno na kierunku przysz
ci. Nie by o zwarcia. Wskazówki wszystkich
aparatów znajdowa y si w czarnym pasie bezpiecze stwa. Nie usta dop yw pr du. Cienka
igie ka wskazuj ca sta e zu ycie mega-megaculombów mocy wiadczy a spokojnie, e pr d
jest pobierany normalnie.
Wi c có zatrzyma o kocio ?
Powoli, ostro nie, Harlan dotkn d wigni ruchu i zacisn na niej palce. Przesun j
na pozycj neutraln , a wtedy wskazówka zu ycia mocy przesun a si na zero.
Przestawi d wigni ruchu w odwrotnym kierunku. Wskazówka zu ycia mocy ruszy a
znowu, a temporometr b yska numerami mijanych Stuleci.
W przesz
... w przesz
99983, 99972, 99959...
Harlan znowu przesun d wigni . Znowu w przysz
. Powoli. Bardzo powoli.
A wi c: 99985, 99993, 99997, 99998, 99999, 100 000...
Trzask! Ani kroku poza sto tysi cy. Energia Nova Soi sz a w olbrzymich ilo ciach bez
adnego skutku.
Znowu pojecha wstecz, i to dalej. Pop dzi naprzód. Stop!
Zacisn z by, dysza . T uk si jak wi zie o kraty celi.
Kiedy zatrzyma si po kolejnych dziesi ciu próbach, kocio sta twardo na 100 000.
Tylko dot d, nic dalej.
Zmieni kot y. (Lecz w tej my li nie by o zbyt wiele nadziei).
W pustej ciszy 100 000 Stulecia Andrew Harlan wysiad z kot a i wybra sobie inny
szyb komunikacyjny.
W minut pó niej, ciskaj c w r ku d wigni ruchu, wpatrywa si w liczb 100 000 i
wiedzia , e i t dy si nie przedostanie.
Szala . Teraz, gdy sprawy tak nieoczekiwanie zmieni y si na jego korzy - takie
nag e nieszcz cie! Przekle stwo omy ki przy wej ciu do 482 Stulecia nadal na nim ci
o.
ciek y, przy dusi d wigni w dó , a do maksimum, i utrzyma na tym poziomie.
Przynajmniej na jeden sposób by teraz wolny, móg robi , co chce. Gdy Noys by a odci ta za
barier Czasu i niedost pna, có mogli mu jeszcze uczyni ? Czegó jeszcze móg si ba ?
Przeniós si do 575 Stulecia i wyskoczy z kot a z nie znanym mu dot d uczuciem
bezwzgl dnego lekcewa enia otoczenia. Poszed do biblioteki sekcyjnej, nie odzywaj c si do
nikogo, nie patrz c. Wzi , co mu by o potrzebne, nie zwa aj c, czy jest obserwowany. Có
mog o go to obchodzi ?
Wróci do kot a i pojecha wstecz. Dok adnie wiedzia , co zrobi. Przedtem spojrza na
wielki zegar odmierzaj cy standardowy fizjoczas, licz cy dnie i dziel cy je na trzy robocze
zmiany fizjodoby. Finge b dzie znajdowa si teraz w swym prywatnym mieszkaniu, a wi c
jeszcze lepiej.
Harlan czu wzbieraj
gor czk , gdy przyby do 482 Stulecia. Usta mia suche i
obrzmia e, k
o go w piersi, lecz wyczuwa twardy kszta t broni pod ubraniem, przyciska j
mocno okciem i tylko to mia o znaczenie.
Zast pca Kalkulatora Hobbe Finge spojrza na Harlana, a zaskoczenie w jego oczach
ust powa o stopniowo zainteresowaniu.
Harlan przez chwil obserwowa go w ciszy, pozwalaj c, by zainteresowanie wzros o,
i czekaj c, a si przemieni w strach. Powoli wszed mi dzy Finge'a a ekran wizjofonu.
Finge by go y do pasa. Pier mia rzadko ow osion , pulchn , niemal kobiec . Brzuch
mu zwisa .
Zupe nie bez godno ci, pomy la Harlan z satysfakcj . Wygl da idiotycznie. Tym
lepiej.
Wsun praw d
za koszul i uj uchwyt broni.
Powiedzia
- Nikt mnie nie widzia , Finge, wi c nie patrz na drzwi. Nikt tu nie przyjdzie. Musisz
zrozumie , Finge, e masz do czynienia z Technikiem. Wiesz, co to znaczy?
os jego brzmia g ucho. By z y, e w oczach Finge'a nie pojawia si strach, a tylko
zainteresowanie. Finge si gn nawet po koszul i bez s owa zacz j wk ada .
Harlan kontynuowa :
- Znasz przywileje Technika, Finge? Nigdy nie by
Technikiem, wi c nie mo esz
tego oceni . Oznacza to, e nikt nie patrzy, dok d idziesz i co robisz. Wszyscy patrz w inn
stron i tak si wysilaj , eby ci nie widzie , e istotnie im si to udaje. Na przyk ad, mog
do biblioteki sekcyjnej i wybra sobie dowolnie ciekawe dzie o, podczas gdy bibliotekarz
pilnie zajmuje si swymi katalogami i nic nie widzi. Mog przespacerowa si korytarzami
cz ci mieszkalnej 482 Stulecia, a wszyscy b
mi schodzili z drogi i przysi gali pó niej, e
nikt mnie nie widzia . Dzieje si to automatycznie. Wi c widzisz, e mog robi , co zechc , i
, dok d mi si podoba. Mog wej do prywatnego apartamentu Zast pcy Kalkulatora
Sekcji i zmusi go do powiedzenia prawdy pod gro
u ycia broni, i nie znajdzie si nikt,
kto by mnie powstrzyma .
Finge odezwa si po raz pierwszy:
- Co tam masz?
- Bro - powiedzia Harlan i wyci gn j . - Poznajesz to? -Wylot lufy po yskiwa
lekko i ko czy si ma ym zgrubieniem.
- Je li mnie zabijesz... - zacz Finge.
- Nie zabij ci - powiedzia Harlan. - Podczas ostatniego spotkania mia
ze
sob eksploder. To nie jest eksploder. To wynalazek jednej z ostatnich Rzeczywisto ci 575
Stulecia. Mo liwe, e tego nie znasz. Zosta wydobyty z Rzeczywisto ci. Paskudna bro .
Mo e zabi , lecz przy ma ym napi ciu aktywizuje o rodki bólu w systemie nerwowym i
powoduje parali . Nazywa si to albo by o nazywane biczem neuronowym. Dzia a. Jest
na adowany. Sprawdza em na palcu. - Podniós lew d
z zesztywnia ym ma ym palcem. -
To bardzo nieprzyjemne.
Finge poruszy si niespokojnie,.
- O co chodzi, na mi
Czasu?
- Powsta o co w rodzaju blokady w szybie kot a ko o 100 000 wieku. Chc , eby to
usuni to.
- Blokada w szybie kot a?
- Nie udawaj, e ci to zaskoczy o. Wczoraj rozmawia
z Twissellem. Dzisiaj
powsta a blokada. Chc wiedzie , co powiedzia
Twisselowi. Chc wiedzie , co w tej
sprawie zrobiono i co jeszcze zostanie zrobione. Na mi
Czasu, Kalkulatorze, je li mi nie
powiesz, u yj bicza. Spróbuj, je li mi nie wierzysz.
- Wi c s uchaj - s owa Finge'a by y niezbyt wyra ne i wida by o po nim pierwsze
oznaki strachu, a jednocze nie rodzaj desperackiego gniewu. - Je li chcesz wiedzie prawd ,
dziesz j zna . Wiemy o tobie i o Noys.
Harlan zamruga oczyma.
- Co o mnie i o Noys? Finge powiedzia :
- My lisz, e zawsze uda ci si ze wszystkiego wykr ci ? - Kalkulator wpatrywa si
w bicz neuronowy, a jego czo o zacz o b yszcze . - Na mi
Czasu, po tym, jakie uczucia
okazywa
po swoim okresie Obserwacji, po tym, co robi
podczas Obserwacji, my lisz, e
mogliby my ci nie ledzi ? Zas ugiwa bym na zdj cie ze stanowiska, gdybym tego nie
zrobi . Wiem, e sprowadzi
Noys do Wieczno ci. Wiedzieli my o tym od pocz tku.
Chcia
prawdy. Oto ona.
W owej chwili Harlan pogardza w asn g upot .
- Wiedzieli cie?
- Tak. Wiemy, e wywioz
j do Ukrytych Stuleci. Wiedzieli my za ka dym razem,
gdy wst powa
w 482 Stulecie, by j zaopatrzy w odpowiednie artyku y zbytku, robi c z
siebie durnia, zapominaj c o przysi dze Wieczno ciowca.
- Wi c dlaczego mnie nie zatrzymali cie? - Harlan prze ywa teraz gorzki smak
upokorzenia.
- Nadal chcesz zna prawd ? - Finge cofn si i wygl da o na to, e odzyskuje
odwag , w miar jak Harlan pogr a si w bezsilnym gniewie.
- Mów!
- Otó wiedz, e nigdy nie uwa
em ci za prawdziwego Wieczno ciowca. Mo e za
yskotliwego Obserwatora i Technika. Ale nie Wieczno ciowca. Kiedy sprowadzi em ci
tutaj do tej ostatniej roboty, chodzi o o to, by dowie tego równie Twissellowi, który ceni
ci z jakiego podejrzanego powodu. Ja nie tylko bada em spo ecze stwo w osobie Noys.
Bada em równie ciebie, a ty zawiod
na ca ej linii, tak zreszt jak si spodziewa em. A
teraz od
t bro , ten bicz, czy jak on si tam nazywa, i wyjd st d.
- I przyszed
wtedy do mojego mieszkania - powiedzia Harlan bez tchu, wyt
aj c
wszystkie si y, by zachowa twarz, i czuj c, e mu si to nie udaje, jak gdyby jego umys i
duch by y równie dr twe i nieczu e, jak ma y palec pora ony neuronowym biczem -
przyszed
, by sk oni mnie do robienia tego, co zrobi em?
- Oczywi cie. Je li mam by
cis y - kusi em ci . Powiedzia em ci prawd : e mo esz
utrzyma Noys tylko w istniej cej wtedy Rzeczywisto ci. A ty post pi
nie jak
Wieczno ciowiec, lecz jak smarkacz. Zreszt spodziewa em si tego.
- Zrobi bym to samo raz jeszcze - odpar Harlan szorstko - a poniewa wszystko jest
ju znane, widzisz, e nie mam nic do stracenia. - Skierowa bicz w brzuch Finge'a i zapyta
przez zaci ni te z by: - Co si sta o z Noys?
- Nie mam poj cia.
- Bzdura. Co si sta o z Noys?
- Mówi przecie , e nie wiem. Harlan mocniej cisn bicz i zni
g os.
- Zaczniemy od nogi. To b dzie bola o.
- Na mi
Czasu, s uchaj. Czekaj!
- W porz dku. Co si z ni sta o?
- Nie, s uchaj! Jak do tej pory, to jest tylko z amanie dyscypliny. Bez wp ywu na
Rzeczywisto . Sprawdzi em to. Sko czy si dla ciebie tylko degradacj . Je li mnie zabijesz
albo zranisz w zamiarze pope nienia zabójstwa, b dzie to oznacza o, e zaatakowa
starszego rang . Za to jest kara mierci.
Harlan u miechn si na t czcz gro
. W obliczu tego, co si ju zdarzy o, mier
stanowi aby tylko rozwi zanie, ostateczne i proste.
Finge najwidoczniej le zrozumia powód u miechu, bo doda szybko:
- Nie my l, e w Wieczno ci nie istnieje kara mierci dlatego tylko, e nigdy si z ni
nie spotka
. Ale my znamy takie wypadki, my, Kalkulatorzy. Co wi cej, odbywa y si
równie egzekucje. To proste. W ka dej Rzeczywisto ci zdarza si mnóstwo miertelnych
wypadków i cia a nie zostaj odnalezione. Rakiety eksploduj w stratosferze, samoloty ton w
biach oceanów albo rozbijaj si w górach. Morderc mo na umie ci w jednym z tych
statków na kilka minut czy sekund przed katastrof . Czy warto ci ryzykowa ?
Harlan poruszy si i powiedzia :
- Je li próbujesz si ratowa , ta metoda nie podzia a. O wiadczam ci: nie boj si
kary. Ponadto chc mie Noys. Chc mie j zaraz. Ona nie istnieje w bie cej
Rzeczywisto ci. Nie ma odpowiednika. Nie ma wi c przyczyn, dla których nie mogliby my
zawrze formalnego zwi zku.
- To jest niezgodne z przepisami. Technik bowiem...
- Zostawimy t decyzj Radzie Wszechczasów - powiedzia Harlan i jego duma
wreszcie dosz a do g osu. - Nie boj si odmowy, podobnie jak nie boj si zabi ciebie. Nie
jestem zwyk ym Technikiem.
- Dlatego, e jeste Technikiem Twissella? - Na okr
ej, spoconej twarzy Finge'a
pojawi si dziwny wyraz: nienawi ci albo triumfu, albo jednego i drugiego naraz.
Harlan powiedzia :
- Z przyczyn o wiele wa niejszych ni ta. A teraz...
Z ponur determinacj dotkn palcem aktywatora broni. Finge wrzasn .
- Wi c id do Rady. Do Rady Wszechczasów. Oni wiedz . Je li jeste taki wa ny... -
urwa chwytaj c powietrze.
Palec Harlana zatrzyma si w pó ruchu.
- No wi c?
- My lisz, e w podobnym przypadku podj bym akcj sam? O ca ym incydencie
em raport do Rady Wszechczasów jednocze nie ze Zmian Rzeczywisto ci. Prosz ! Tu
kopie.
- Nie ruszaj si !
Lecz Finge zlekcewa
rozkaz. B yskawicznie rzuci si do swoich akt. Gdy palcem
jednej r ki przyciska szyfrowy zamek szafki, druga si gn a do teczki. Z biurka wysun si
srebrny j zyk folii, jego perforacja by a widoczna nawet go ym okiem.
- Chcesz, eby to ud wi kowi ? - zapyta Finge i nie czekaj c w
ta
do
ud wi kowiacza.
Harlan s ucha jak sparali owany. Wszystko by o jasne. Finge z
raport. Opisywa
ka dy ruch Harlana w szybach komunikacyjnych. Nie opu ci ani jednego.
Gdy raport si sko czy , Finge wrzasn :
- A wi c id do Rady. Nie za
em zapory w Czasie. Nie wiedzia bym, jak to
zrobi . I nie my l, e ich ta sprawa nie obchodzi. Mówi
, e wczoraj rozmawia em z
Twissellem. Masz racj . Ale nie ja si z nim czy em, to on mnie wzywa . Wi c id , zapytaj
Twissella. Powiedz im, jaki to z ciebie wa ny Technik. A je li chcesz mnie przedtem
zastrzeli , to strzelaj i do Czasu z tob ! - Harlan nie móg nie dostrzec uniesienia w g osie
Kalkulatora. W tej chwili Finge czu si na tyle silny, by wierzy , e nawet neuronowa
ch osta przyniesie mu korzy .
Dlaczego? Czy z amanie Harlana by o tak drogie jego sercu? Czy zazdro o Noys
by a tak siln nami tno ci ?
Ledwie Harlan zd
sformu owa te pytania w swoim umy le, a ju Finge i ca a
sprawa nagle wyda a mu si bez znaczenia.
Schowa bro do kieszeni, szybko wyszed i skierowa si ku najbli szemu szybowi
komunikacyjnemu.
A wi c to by a Rada albo co najmniej Twissell. Nie ba si ich ani pojedynczo, ani
wszystkich razem.
Z ka dym mijaj cym dniem ostatniego niewiarygodnego miesi ca utwierdza si w
przekonaniu, e jest niezast piony. Rada, nawet sama Rada Wszechczasów, nie mo e
post pi inaczej, jak tylko próbowa doj z nim do porozumienia, skoro stawk za jedn
dziewczyn jest istnienie ca ej Wieczno ci.
11. Pe ny kr g
Technik Andrew Harlan wskakuj c w 575 Stulecie znalaz si na nocnej zmianie, co
go bardzo zdziwi o. Przemijanie fizjogodzin by o niedostrzegalne podczas jego dzikich
drówek szybami komunikacyjnymi. Patrzy t po na przy mione wiat a w korytarzach -
oczywisty dowód, e pracuje nieliczna nocna za oga.
Lecz Harlan by tak w ciek y, e nie móg d ugo siedzie bezczynnie. Ruszy ku
kwaterom prywatnym. Odnajdzie mieszkanie Twissella w kondygnacji Kalkulatorów, tak
samo jak odnalaz mieszkanie Finge'a; wcale si nie boi, e go kto zauwa y lub zatrzyma.
Nadal wyczuwa
okciem tward r koje bicza neuronowego. Zatrzyma si przed
drzwiami Twissella (nazwisko na tabliczce by o wypisane prostymi grawerowanymi literami).
Obcesowo zaktywizowa sygna drzwiowy. Przydusi go wilgotn d oni , tak e
wi k sta si ci
y, jednak s abo s yszalny przez drzwi.
Us ysza za sob lekkie kroki, lecz zignorowa je w przekonaniu, e tamten cz owiek,
kimkolwiek jest, równie go zignoruje (to ta ró owo-czerwona naszywka Technika!).
Lecz kroki zatrzyma y si i jaki g os spyta :
- Technik Harlan?
Harlan odwróci si b yskawicznie. By to M odszy Kalkulator, stosunkowo nowy w
sekcji. Harlana ogarn gniew. Tu znajdowa si w innej sytuacji ni w 452 Stuleciu. By nie
tylko Technikiem, lecz Technikiem Twissella, a M odsi Kalkulatorzy ze strachu, by si nie
narazi wielkiemu Twissellowi, potrafili zdoby si na minimum grzeczno ci wobec niego,
Technika. Kalkulator zapyta :
- Chce pan widzie si ze Starszym Kalkulatorem Twissellem? Harlan poruszy si
nerwowo.
- Tak, Kalkulatorze (A to g upiec! Co on sobie my li: po co si dzwoni do czyich
drzwi! eby z apa kocio ?).
- Obawiam si , e to niemo liwe - o wiadczy Kalkulator.
- Sprawa jest tak wa na, e trzeba go obudzi - odpar Harlan.
- Mo liwe - zgodzi si tamten. - Ale on jest w podró y. Nie ma go w 575 Stuleciu.
- Wi c dok adnie kiedy jest? - zapyta Harlan. Kalkulator spojrza wynio le.
- Nie wiem - powiedzia .
- Aleja mam wa ne spotkanie z samego rana.
- Pan ma spotkanie - rzek Kalkulator, a Harlan omal nie wyszed z siebie widz c
rozbawienie na jego twarzy.
Kalkulator mówi dalej, z u miechem:
- Przyszed pan nieco za wcze nie, prawda?
- Musz si z nim widzie .
- Jestem pewny, e rano si zjawi. - Kalkulator u miechn si jeszcze szerzej.
- Ale...
Kalkulator min Harlana uwa aj c, by go nie dotkn nawet ubraniem.
Harlan zaciska i otwiera d onie. Patrzy bezradnie za Kalkulatorem, a potem,
poniewa nie pozosta o mu nic innego, wolno i nie ca kiem przytomnie wróci do swego
mieszkania.
Spa niespokojnie. Mówi sobie, e potrzebuje snu. Na si próbowa wypocz i
oczywi cie nie uda o mu si to. Sen przyszed dopiero po nerwowych rozmy laniach.
Przede wszystkim by a Noys.
My la gor czkowo, e nie o miel si zrobi jej krzywdy. Nie mog odes
jej
znowu w Czas, bez analizy oddzia ywania na Rzeczywisto , a to potrwa wiele dni, a mo e
nawet tygodni. Ewentualnie mogliby zrobi jej to, czym grozi mu Finge: spowodowa
wypadek.
Ale w
ciwie nie bra tego pod uwag . Tak drastyczna akcja nie by a potrzebna. Rada
nie chcia aby si nara
na gwa town reakcj Harlana. (W spokoju zaciemnionej sypialni i
pó nie niektóre sprawy stawa y si dziwacznie nieproporcjonalne, lecz Harlan nie znajdowa
nic groteskowego w swej pewno ci, e Rada Wszechczasów nie o mieli si narazi na
niezadowolenie Technika).
Bez w tpienia kobieta w niewoli mo e by wykorzystywana na ró ne sposoby. Pi kna
kobieta z hedonistycznej Rzeczywisto ci. Harlan zdecydowanie odrzuci t my l, ilekro
powraca a. By o to bardziej nieprawdopodobne ni
mier , której nie móg przecie bra pod
uwag .
Pomy la o Twissellu.
Starego cz owieka nie by o w 575 Stuleciu. Gdzie si podziewa w tych godzinach,
kiedy powinien spa ? Stary potrzebuje snu. Harlan wiedzia , e odbywaj si dyskusje Rady.
O nim. O Noys. O tym, co robi z niezast pionym Technikiem, którego nikt nie mie ruszy .
ci gn wargi. Je li nawet Finge z
raport o dzisiejszym zamachu, w
najmniejszym stopniu nie wp ynie to na ich rozwa ania. Harlan b dzie równie niezb dny jak
przedtem.
A Harlan bynajmniej nie by pewny, czy Finge z
y meldunek. Gdyby si przyzna ,
e musia si p aszczy przed Technikiem, postawi oby go to jako Zast pc Kalkulatora w
ym wietle, wi c mo e si na to nie zdecydowa .
Harlan my la teraz o Technikach jako o grupie, co ostatnio rzadko robi . Jego nieco
wyj tkowa pozycja jako cz owieka Twissella i na pó Edukatora utrzymywa a go z dala od
innych Techników. Lecz tak czy inaczej, Technikom brakowa o solidarno ci. Dlaczego tak
by o?
Czy musi w drowa przez 575 i 482 Stulecia prawie nie widuj c innych Techników i
nie rozmawiaj c z nimi? Czy musz unika siebie nawzajem? Czy musz post powa tak,
jakby akceptowali stan, do którego przes dy innych ich zmusi y?
W swej wyobra ni zmusi ju do kapitulacji Rad w sprawie Noys, a teraz stawia
dalsze dania. Technikom trzeba pozwoli na stworzenie w asnej organizacji, regularne
odbywanie zebra - wi cej przyja ni, lepsze traktowanie ze strony innych Wieczno ciowców.
Gdy wreszcie zapad w sen, widzia siebie jako bohaterskiego rewolucjonist z Noys u
boku...
Obudzi go sygna drzwiowy. Szepta do niego ochryple, z niecierpliwo ci . Zebra
my li na tyle, e móg spojrze na ma y zegar obok
ka i j kn .
Ojcze Czasie! Mimo wszystko zaspa .
Uda o mu si si gn z
ka do w
ciwego guzika i p yta wizyjna wysoko na
drzwiach sta a si przezroczysta. Nie zna twarzy, która si pojawi a, ale do kogokolwiek
nale
a, mia a na sobie pi tno w adzy.
Otworzy drzwi i m czyzna z pomara czow naszywk Administracji wszed do
pokoju.
- Technik Andrew Harlan?
- Tak, Administratorze. Ma pan do mnie interes? Administrator nie wygl da na
speszonego wyra
wojowniczo ci tego pytania. Powiedzia :
- Pan by umówiony ze Starszym Kalkulatorem Twissellem?
- Wi c?
- Mam pana poinformowa , e si pan spó ni . Harlan wytrzeszczy oczy.
- O co chodzi? Pan jest z 575?
- Mój baz jest 222-odpar tamten lodowato. -Zast pca Administratora Arbut Lemm.
Mam nadzór nad przygotowaniami i próbuj oszcz dzi niepotrzebnego zdenerwowania
zwi zanego z oficjalnymi zawiadomieniami przez wizjofon.
- Jakie przygotowania? Jakie zdenerwowanie? O co tu chodzi? Miewa em ju
konferencje z Twissellem. To mój prze
ony. Nie mam powodu si denerwowa .
Wyraz zdziwienia przebi si na krótk chwil poprzez wystudiowan oboj tno na
twarzy Administratora.
- Wi c pana nie poinformowano?
- O czym?
- Komitet Rady Wszechczasów odbywa posiedzenie w
nie w 575. Podobno od
wielu godzin ten rejon a si trz sie od plotek.
- I chc si ze mn zobaczy ?
Zadaj c to pytanie Harlan my la : oczywi cie, e chc si ze mn zobaczy . O czym
mogliby radzi , jak nie o mnie?
Zrozumia rozbawienie na twarzy M odego Kalkulatora, którego spotka przed
drzwiami Twissella ubieg ego wieczoru. Kalkulator wiedzia o projektowanym posiedzeniu
komitetu i bawi a go my l, e Technik spodziewa si spotka z Twissellem w
nie w tym
czasie. Bardzo zabawne - pomy la gorzko Harlan.
Administrator powiedzia :
- Otrzyma em rozkazy. Nic wi cej nie wiem. - A potem spyta , nadal zdziwiony: -
Wi c pan nic o tym nie s ysza ?
- Technicy - odpar Harlan sarkastycznie - yj w izolacji.
Pi ciu, nie licz c Twissella! Wszystko Starsi Kalkulatorzy, ka dy z nich mia za sob
co najmniej trzydzie ci pi lat w Wieczno ci. Jeszcze sze tygodni temu Harlan by by
zaszczycony jedz c obiad w takim towarzystwie, oszo omiony po czeniem
odpowiedzialno ci i si y, jak reprezentowali. Wydawaliby mu si olbrzymami.
Teraz byli przeciwnikami, gorzej nawet - s dziami. Nie mia czasu na poddawanie si
wra eniom. Musia planowa swoj strategi .
Mogli jeszcze nie wiedzie , e on u wiadamia sobie, i oni maj Noys. Mogli nie
wiedzie , je li Finge nie opowiedzia im o swym ostatnim spotkaniu z Harlanem. A w jasnym
wietle dnia Harlan by jeszcze bardziej ni dotychczas przekonany o jednym: Finge nie jest
cz owiekiem, który rozg asza by, e zosta sterroryzowany i zniewa ony przez Technika.
Harlan uzna za wskazane nie ujawnia na razie tego bardzo korzystnego faktu,
pozwoli im na zrobienie pierwszego posuni cia, wypowiedzenie pierwszego zdania, które
rozpocznie potyczk .
Ale im si najwyra niej nie pieszy o. Spogl dali na niego agodnie, spo ywaj c
abstynencki obiad, jakby Harlan by interesuj cym obiektem bada naukowych. Harlan w
desperacji przygl da im si równie .
Zna ich wszystkich ze s yszenia i z trójwymiarowych zdj w comiesi cznych
filmach informacyjnych. Filmy koordynowa y dzia alno ró nych sekcji Wieczno ci i by y
obowi zkowe dla wszystkich Wieczno ciowców, poczynaj c od stopnia Obserwatora.
August Sennor, ten ysy (nawet bez brwi i rz s), niew tpliwie interesowa Harlana
najbardziej. Po pierwsze, z powodu niesamowitych ciemnych, nieruchomych oczu pod nagimi
powiekami i czo em. By wyra nie wy szy, ni si wydawa w trymensji. Po drugie, ze
wzgl du na dawniejsze ró nice pogl dów mi dzy nim a Twissellem.. Wreszcie dlatego, e nie
ogranicza si do patrzenia. Rzuca mu pytania ostrym tonem.
W wi kszo ci by y to pytania retoryczne w rodzaju:
- Jak dosz o do tego, e si zainteresowa
czasami Prymitywu, m ody cz owieku?
Uwa asz, e te studia ci si op acaj , m ody cz owieku?
Wreszcie usadowi si na dobre w swoim fotelu. Oboj tnie popchn talerz do
przewodu dyspozycyjnego, lekko splót przed sob grube palce (r ce mia równie
nieow osione, jak zauwa
Harlan) i powiedzia :
- Jest co , co zawsze chcia em wiedzie . Mo e pan mi w tym pomo e.
Harlan pomy la : no, teraz si zacznie.
A g
no odpar :
- Je li b
móg , Kalkulatorze.
- Niektórzy z nas w Wieczno ci... nie powiedzia bym, e wszyscy albo nawet, e
wielu (rzuci szybkie spojrzenie na zm czon twarz Twissella, podczas gdy inni przysun li si
bli ej, eby s ucha ), ale w ka dym razie kilku z nas -jest zainteresowanych w filozofii Czasu.
dz , e rozumie pan, co mam na my li.
- Paradoksy podró y w Czasie?
- Owszem, je li chce pan to uj tak melodramatycznie. Lecz oczywi cie to nie
wszystko. Istnieje kwestia prawdziwej natury Rzeczywisto ci, kwestia zachowania energii
masy podczas jej Zmiany i tak dalej. No có , na nas w Wieczno ci, na nasze pogl dy w tych
sprawach wywiera wp yw znajomo podró y w Czasie. Jednak pa skie istoty z ery
Prymitywu nie wiedzia y nic o podró ach w Czasie. Jakie by y ich pogl dy na te sprawy?
Harlan powiedzia :
- Ludzie Prymitywu w ogóle nie my leli o podró ach w Czasie, Kalkulatorze.
- Nie uwa ali ich za mo liwe, co?
- S dz , e nie.
- Nawet nie zastanawiali si nad tym?
- Có , je li o to chodzi - powiedzia Harlan niepewnie - wydaje mi si , e by y
spekulacje tego rodzaju w niektórych dzie ach literatury eskapistycznej. Nie znam jej zbyt
dok adnie, lecz s dz , e najcz ciej spotykanym tematem by temat cz owieka, który wraca
w Czasie, by zabi swego dziadka, b
cego jeszcze dzieckiem.
Sennor wygl da na zachwyconego:
- Cudownie! Cudownie! Mimo wszystko jest to przynajmniej wyraz podstawowego
paradoksu podró y w Czasie, je li przyjmiemy, e Rzeczywisto jest niezmienna, co? Wi c
pana Prymitywni, pozwalam sobie stwierdzi , nigdy nie przypuszczali, e istnieje cokolwiek
innego, jak niezmienna Rzeczywisto , tak?
Harlan zwleka z odpowiedzi . Nie wiedzia , dok d zmierza rozmowa, ani jaki cel ma
Sennor, i to go denerwowa o. Powiedzia :
- Za ma o wiem, by odpowiedzie z ca pewno ci , Kalkulatorze. S dz , e
rozwa ano zmiany dróg Czasu albo plany egzystencji.
Sennor wysun doln warg :
- Jestem pewny, e si pan myli. Czytaj c, podk ada pan sw wiedz pod ró ne
niejasno ci i to wprowadza pana w b d. Nie, bez rzeczywistego do wiadczenia w podró ach
w Czasie filozoficzne zawi
ci Rzeczywisto ci przekracza yby zdolno pojmowania
ludzkiego umys u. Na przyk ad, dlaczego Rzeczywisto ma inercj ? Ka da poprawka musi
osi gn pewn wielko w swoim przebiegu, zanim da si spowodowa Zmian , prawdziw
Zmian . A nawet wtedy Rzeczywisto ma tendencj do odp ywu wstecznego do swej
pierwotnej pozycji.
Na przyk ad przypu my, e teraz w 575 Rzeczywisto zmieni si i efekty zmiany
wzrasta y do by mo e 600 Stulecia. Od 600 do 650 Stulecia efekty b
coraz
mniejsze. Potem Rzeczywisto pozostanie nie zmieniona. Wszyscy wiemy, e tak jest, ale
czy kto z nas wie, dlaczego tak jest? Intuicyjne rozumowanie wskazywa oby, e skutki
ka dej Zmiany Rzeczywisto ci b
si zwi ksza bez granic, w miar jak mijaj Stulecia, ale
tak nie jest.
Rozwa my co innego. Mówiono mi, e Technik Harlan jest znakomity, je li chodzi o
wybór wymaganego Minimum Zmian dla ka dej sytuacji. Jestem pewny, e nie potrafi
wyt umaczy , w jaki sposób dokonuje tego wyboru.
Pomy lcie, jak bezsilni musieli by Prymitywni. Martwi si o cz owieka zabijaj cego
asnego dziadka, poniewa nie rozumiej prawdy o Rzeczywisto ci. We my bardziej
prawdopodobny i atwiejszy do zanalizowania przypadek cz owieka, który podró uje w
Czasie i spotyka samego siebie...
- Wi c co z cz owiekiem, który spotyka samego siebie? - zapyta Harlan ostro.
Ju sam fakt, e Harlan przerwa Kalkulatorowi, by naruszeniem dobrych manier. Ale
jego ton uczyni to naruszenie wr cz skandalicznym i oczy wszystkich zwróci y si z
wyrzutem na Technika.
Sennor by ura ony, lecz mówi dalej tonem cz owieka, który chce by grzeczny,
mimo e partner zachowuje si grubia sko. Powiedzia , kontynuuj c przerwan wypowied i
unikaj c w ten sposób pozorów, e odpowiada na zadane mu niegrzeczne pytanie:
- S cztery podgrupy, do których mo na w czy takie wydarzenie. Nazwijmy
cz owieka wcze niejszego w fizjoczasie A, pó niejszego za B. Podgrupa pierwsza: A i B
mog si nie widzie ani nie robi nic, co by w znaczniejszym stopniu wp ywa o na nich
wzajemnie. A wi c praktycznie w
ciwie si nie spotkali i mo emy odrzuci ten przypadek
jako banalny.
Albo B mo e widzie A, podczas gdy A nie widzi B. W tym wypadku równie nie
nale y si spodziewa powa niejszych konsekwencji. B widz c A, widzi go w znanej ju
sytuacji i dzia aniu. Nie wchodzi w gr nic nowego.
Mo liwo ci trzecia i czwarta wyst puj wtedy, gdy A widzi B, podczas gdy B nie
widzi A, oraz gdy A i B widz si wzajemnie. Cz owiek we wcze niejszym stadium swej
egzystencji psychologicznej widzi siebie samego w pó niejszym stadium. Zwró cie uwag ,
e si dowiedzia , i b dzie jeszcze
w wieku B. Wie, e b dzie
do d ugo, a eby
dokona czynu, którego by
wiadkiem. A wi c cz owiek, znaj cy sw przysz
nawet w
najdrobniejszych szczegó ach, mo e dzia
na podstawie tej wiedzy i w ten sposób zmienia
sw przysz
. St d wniosek, e Rzeczywisto musi by zmieniona w tym zakresie, by nie
dopu ci , eby A i B si spotkali, albo przynajmniej nie dopu ci , eby A widzia B. Wi c
skoro nic w Rzeczywisto ci, co zosta o odrealnione, nie da si wykry , A nigdy nie spotka B.
Podobnie w ka dym innym przypadku paradoksu w podró y w Czasie Rzeczywisto zawsze
si zmienia tak, by unikn paradoksu, a my dochodzimy do wniosku, e nie ma paradoksów
w podró y i nie mo e ich by .
Sennor wygl da na bardzo zadowolonego z siebie i swego wyk adu, lecz Twissell
wsta od sto u i powiedzia :
- No, panowie, czas up ywa.
Zanim Harlan zd
pomy le , obiad si sko czy . Pi ciu cz onków komitetu wysz o,
przy czym ka dy skin mu g ow z wyrazem cz owieka, którego ciekawo , na pocz tku
umiarkowana, teraz wzros a. Tylko Sennor wyci gn r
, skin g ow i powiedzia
szorstko:
- Do widzenia, m ody cz owieku.
Harlan z mieszanymi uczuciami patrzy , jak wychodz . Jaki by cel obiadu? A przede
wszystkim, co znaczy a ta aluzja do ludzi spotykaj cych samych siebie? aden nie wspomnia
o Noys. Czy tylko chcieli go zobaczy ? Obejrze go od stóp do g ów, a wyci gni cie
wniosków zostawi Twissellowi?
Twissell wróci do sto u, ju teraz opró nionego z potraw i nakry . By sam z
Harlanem i jakby chcia to podkre li , wzi nowego papierosa. Powiedzia :
- A teraz do roboty, Harlan. Mamy bardzo wiele do zrobienia. Ale Harlan nie chcia i
nie móg d
ej czeka . Oznajmi oboj tnie:
- Zanim we miemy si do roboty, mam co do powiedzenia. Twissell wygl da na
zaskoczonego. Zmarszczki ko o jego zm czonych oczu pog bi y si , str ci popió z
papierosa.
- Ale mów, je li chcesz, lecz najpierw usi
, usi
, ch opcze. Technik Andrew
Harlan nie usiad . Chodzi tam i z powrotem wzd
sto u, twardo wyr buj c zdania, eby nie
wpa w niezrozumia y be kot. ysa jak jab ko, po
a od staro ci g owa Starszego
Kalkulatora Twissella obraca a si to w jedn , to w drug stron , w miar jak tamten
nerwowo spacerowa . Harlan powiedzia :
- Od tygodni studiowa em filmy z zakresu historii matematyki. Ksi ki z ró nych
Rzeczywisto ci 575 Stulecia. Rzeczywisto ci nie maj zreszt wi kszego znaczenia.
Matematyka nie podlega zmianom. Równie nie zmieniaj si dzieje jej rozwoju. Niezale nie
od tego, jak zmienia y si Rzeczywisto ci, historia matematyki pozosta a mniej wi cej taka
sama. Matematycy si zmieniali, ró ni ludzie robili ró ne odkrycia, lecz rezultaty... W
ka dym razie bardzo du o si nauczy em. Co pan o tym s dzi?
Twissell zmarszczy czo o i powiedzia :
- Dziwne zaj cie jak na Technika...
- Lecz ja nie jestem jedynie Technikiem - powiedzia Harlan. -Pan o tym wie.
- Mów dalej - powiedzia Twissell i zerkn na swój czasomierz. Nerwowo bawi si
papierosem.
Harlan powiedzia :
- By cz owiek nazwiskiem Yikkor Mallansohn, który
w 24 Stuleciu. To by a
cz
ery Prymitywu, wie pan. Najbardziej znany jest z tego, e jemu pierwszemu uda o si
zbudowa Pole Czasowe. To oznacza, oczywi cie, e wynalaz Wieczno , skoro Wieczno
jest tylko jednym olbrzymim Polem Czasowym, wytwarzaj cym zwarcia zwyk ego Czasu i
wolnym od ogranicze zwyk ego Czasu.
- Uczyli ci tego, gdy by
Nowicjuszem, ch opcze.
- Ale nie uczyli mnie, e Yikkor Mallansohn nie móg wynale Pola Czasowego w
24 Stuleciu. Ani nikt inny nie móg . Nie istnia a wtedy baza matematyczna do tego odkrycia.
Nie istnia y podstawowe równania Lefebvre'a; nie mog y istnie a do bada Jana Yerdeera w
27 Stuleciu.
Wiadomo by o wszystkim, e je li Starszy Kalkulator Twissell jest zdumiony, wtedy
rzuca papierosa. I teraz w
nie rzuci papierosa. Nawet u miech znik z jego twarzy.
Zapyta :
- Czy uczono ci równa Lefebvre'a, ch opcze?
- Nie. I nie mówi , e je rozumiem. Ale one s potrzebne do Pola Czasowego. Tego
si uczy em. A nie istnia y przed 27 Stuleciem. Tego mnie równie uczono.
Twissell pochyli si , by podnie papierosa, i ogl da go z pow tpiewaniem.
- No, a mo e Mallansohn trafi na Pole Czasowe nie znaj c jego matematycznego
uzasadnienia? A mo e to by o po prostu odkrycie empirystyczne? Zdarza o si przecie wiele
takich przypadków.
- My la em o tym. Lecz od wynalezienia Pola Czasowego min y trzy Stulecia, zanim
nauczono si je praktycznie stosowa , a w ci gu tych trzech Stuleci nie by o sposobu, eby
zrealizowa Pole Mallansohna. To nie móg by przypadek. Z której strony spojrze , projekt
Mallansohna wskazuje, e musia on zastosowa równania Lefebvre'a. Je li je zna albo
wynalaz je przed dzie em Verdeera, czemu tego nie powiedzia ?
Twissell:
- Upierasz si , eby mówi jak matematyk. Kto ci to wszystko powiedzia ?
- Przegl da em filmy.
- Nic wi cej?
- I my la em.
- Bez zaawansowanych studiów matematycznych? Obserwowa em ci uwa nie od lat,
ch opcze, i nie odgad bym tego twojego talentu. Mów dalej.
- Wieczno nigdy nie zosta aby skonstruowana, gdyby Mallansohn nie odkry Pola
Czasowego. A Mallansohn nigdy by tego nie dokona bez znajomo ci praw matematycznych,
które odkryto dopiero w przysz
ci. To jedno. Tymczasem tu, w Wieczno ci, jest w tym
momencie Nowicjusz, którego wybrano na Wieczno ciowca wbrew zasadom, bowiem jest za
stary i do tego onaty. To drugie.
- No wi c?
- Rozumiem, e ma pan zamiar wys
go z powrotem do Czasu, poza najni sz
stacj Wieczno ci, do 24 Stulecia. Chce pan, eby Nowicjusz Cooper nauczy Mallansohna
równa Lefebvre'a. Widzi pan wi c - doda Harlan z pasj - jakie jest moje znaczenie jako
eksperta w sprawach Prymitywu, a ponadto ja wiem o tym znaczeniu i wobec tego
powinienem by specjalnie traktowany. Bardzo specjalnie.
- Ojcze Czasie! - wymamrota Twissell.
- A czy to nie jest prawda? Kr g si zamknie z moj pomoc . Bez niej... - nie
doko czy zdania.
- Doszed
bardzo blisko prawdy - oznajmi Twissell. - A przysi
bym, e nic nie
wskazywa o... - Zag bi si w rozmy laniach, w których, jak si zdawa o ani Harlan, ani
wiat zewn trzny nie odgrywa
adnej roli.
Harlan zaprotestowa szybko:
- Tylko blisko prawdy? To jest prawda. - Nie potrafi by powiedzie , dlaczego by taki
pewny, poza tym, e rozpaczliwie pragn , eby to by a prawda.
Twissell:
- Nie, niezupe nie prawda. Nowicjusz Cooper nie wyruszy do 24 Stulecia, eby
czegokolwiek uczy Mallansohna.
- Nie wierze, panu.
- Ale musisz wierzy . Musisz dostrzega wag tej sprawy. Pragn twojej wspó pracy
przy zako czeniu ca ego przedsi wzi cia. Widzisz, Harlan, to jest bardziej zamkni ty kr g,
ni sobie wyobra asz. Nowicjusz Brinsley Sheridan Cooper jest Yikkorem Mallansohnem.
12. Pocz tek Wieczno ci
Harlan nie spodziewa si , e Twissell w owej chwili powie co , co by go zaskoczy o.
Myli si . Wyj ka :
- Mallansohnem... On...
Twissell, wypaliwszy papierosa do ko ca, wyci gn nowego i powiedzia :
- Tak. Jest Mallansohnem. Chcesz zna krótk biografi Mallansohna? Prosz .
Urodzi si w 78 Stuleciu, sp dzi pewien okres w Wieczno ci i zmar w dwudziestym
czwartym. - Twissell po
lekko d
na okciu Harlana, a jego twarz zmarszczy a si w
charakterystycznym u miechu. - Ale ch opcze, fizjoczas ucieka nawet nam, i nie jeste my
jeszcze ca kowicie panami siebie. Mo e przeszed by do mego biura?
Ruszy pierwszy, a Harlan za nim, nie u wiadamiaj c sobie nawet, e otwieraj si
drzwi i poruszaj rampy.
Uzyskan wiadomo dopasowywa do swoich osobistych problemów i planu
dzia ania. Po pierwszej chwili dezorientacji wróci o mu zdecydowanie. Mimo wszystko nic
si nie zmieni o, poza tym, e znaczenie Harlana w Wieczno ci stawa o si jeszcze bardziej
zasadnicze, jego warto wi ksza, zaspokojenie jego
da tym pewniejsze, odzyskanie Noys
bardziej prawdopodobne.
Noys!
Ojcze Czasie, oni nie mog jej zrobi krzywdy! Noys wydawa a si jedyn realn
cz ci jego ycia. Ca a Rzeczywisto poza ni by a tylko mglist fantazj , nic niewart .
Kiedy znalaz si w biurze Kalkulatora, nie móg sobie przypomnie , jak to si sta o,
e przeszed tu z sali obiadowej. Chocia rozgl da si doko a i usi owa doprowadzi do
tego, eby biuro sta o si dla realne, cho by dzi ki zgromadzonym tu materialnym
przedmiotom, wydawa o mu si nadal tylko kolejn cz ci snu, który przesta ju by
yteczny.
Biuro Twissella by o czystym, d ugim pomieszczeniem z aseptycznej porcelany. Jedna
ciana gabinetu by a od pod ogi do sufitu zapchana mikrojednostkami komputuj cymi, które
w sumie sk ada y si na najwi kszy prywatny komputaplex w Wieczno ci, a w istocie jeden z
najwi kszych w ogóle. cian przeciwleg zajmowa y pó ki z filmami naukowymi. Ca e
pomieszczenie nie by o wiele szersze ni korytarz i mie ci o: biurko, dwa fotele, sprz t do
rejestrowania i projektowania. By tu równie jaki niezwyk y przedmiot, którego u ytku
Harlan nie zna , i odkry go dopiero, gdy Twissell wrzuci tam resztki papierosa.
Papieros b ysn i zgas , a Twissell jak zwykle gestem prestidigitatora ju trzyma
nast pnego w r ku.
Harlan pomy la : a teraz do rzeczy.
Zacz troch za g
no i troch zbyt zaczepnie:
- Jest w wieku 482 pewna dziewczyna...
Twissell zmarszczy czo o i szybko pomacha r
, jakby chcia w ten sposób odsun
od siebie nieprzyjemn spraw .
- Wiem, wiem. Nikt jej nie b dzie niepokoi . Ani jej, ani ciebie. Wszystko b dzie
dobrze. Dopilnuj tego.
- Czy s dzi pan...
- Mówi ci, e znam t histori . Je li ta sprawa ci niepokoi a, nie potrzebujesz si o
ni martwi .
Harlan patrzy na starego cz owieka og upia y. Czy to wszystko? Jakkolwiek wysoko
ocenia swoje mo liwo ci, nie spodziewa si tak wyra nego ich potwierdzenia.
Lecz Twissell mówi dalej:
- Pozwól, e opowiem ci ca histori - zacz niemal takim tonem, jakim zwraca by
si do Nowicjusza. - Nie my la em, e b dzie to potrzebne, i by mo e wcale nie jest, lecz
twoje poszukiwania i wnikliwo zas uguj na to.
Popatrzy zagadkowo na Harlana i powiedzia :
- Wiesz, nadal nie mog uwierzy , e ty sam to wszystko wykry
. - A potem doda : -
Cz owiek, którego wi ksza cz
Wieczno ci zna jako Yikkora Mallansohna, pozostawi po
mierci sprawozdanie ze swego ycia. Nie by to w
ciwie dziennik ani biografia w cis ym
sensie tego s owa. Raczej przewodnik przekazany w spu ci nie Wieczno ciowcom, o których
wiedzia , e pewnego dnia b
istnieli. Ten dokument by zamkni ty w czym w rodzaju
sejfu czasowego, który mogli otworzy tylko Kalkulatorzy Wieczno ci, a który w zwi zku z
tym pozosta nie tkni ty przez trzy Stulecia po mierci Mallansohna, a zosta a
skonstruowana Wieczno . Wtedy Starszy Kalkulator Henry Wadsman, pierwszy z wielkich
Wieczno ciowców, otworzy go. Dokument przekazywano odt d jako naj ci lej tajny wielu
Starszym Kalkulatorom, ko cz c na mnie. Nazywamy go Pami tnikiem Mallansohna.
Pami tnik przedstawia dzieje cz owieka nazwiskiem Brinsley Sheridan Cooper,
urodzonego w 78 wieku, wprowadzonego jako Nowicjusza do Wieczno ci w 23 roku ycia,
niewiele ponad rok po lubie, ale do tej pory bezdzietnego.
Po wej ciu do Wieczno ci Cooper studiowa matematyk pod kierunkiem Kalkulatora
nazwiskiem Laban Twissell i socjologi Prymitywu, któr mu wyk ada Technik Andrew
Harlan. Po dok adnym przyswojeniu sobie obu dyscyplin i innych przedmiotów, jak na
przyk ad in ynieria czasowa, zosta wys any do 24 Stulecia, aby nauczy pewnych
niezb dnych rzeczy naukowca z okresu Prymitywu nazwiskiem Yikkor Mallansohn.
Osi gn wszy 24 Stulecie podda si najpierw powolnemu procesowi adaptacji do
spo ecze stwa. Bardzo mu si do tego przyda y wiadomo ci, jakie uzyska od Technika
Harlana, i szczegó owe wskazówki Kalkulatora Twissella, który, jak si wydaje, mia
znakomite rozeznanie we wszystkich problemach.
Po up ywie dwóch lat Cooper odszuka niejakiego Yikkora Mallansohna,
ekscentrycznego pustelnika, w lasach Kalifornii, pozbawionego krewnych i przyjació , lecz
obdarzonego mia ym i niekonwencjonalnym spojrzeniem na wiat. Cooper stopniowo si z
nim zaprzyja ni , przyzwyczai go do my li, e spotka w drowca z przysz
ci, i zacz
uczy tego cz owieka zasad matematyki.
W miar up ywu czasu Cooper przyswoi sobie zwyczaje tamtego, nauczy si
wykorzystywa niezdarny generator elektryczny nap dzany silnikiem Diesla i kable, które
uniezale nia y ich od elektrowni.
Lecz post p by powolny, a Cooper stwierdzi , e nie jest zbyt zdolnym nauczycielem.
Mallansohn coraz bardziej tetrycza , nie chcia pracowa , a potem pewnego jesiennego dnia
zmar nagle w kanionie dzikiego górzystego kraju, gdzie mieszkali. Cooper po tygodniach
rozpaczy nad ruin dzie a swego ycia i prawdopodobnie ca ej Wieczno ci podj rozpaczliw
decyzj . Nie zawiadomi nikogo
O mierci Mallansohna. Zamiast tego powoli rozpocz budow Pola Czasowego z
podr cznych materia ów.
Szczegó y nie maj znaczenia. Haruj c ci ko i improwizuj c odniós w ko cu sukces
i zawióz swój generator do Kalifornijskiego Instytutu Technologii. Par lat wcze niej
spodziewa si , e zrobi to Mallansohn.
Znasz t histori z w asnych studiów. Znasz niedowierzanie i szorstkie odmowy, z
jakimi si najpierw spotka , okres, kiedy by pod obserwacj , jego ucieczk , w czasie której o
ma o nie straci generatora, wiesz o pomocy, jak otrzyma od m czyzny w barze,
czyzny, którego nazwiska nigdy si nie dowiedzia , a który jest teraz jednym z bohaterów
Wieczno ci, i o ko cowym pokazie przed profesorem Zimbalistem, kiedy to demonstrowa
bia mysz, poruszaj
si wstecz i naprzód w Czasie. Nie chc ci tym nudzi .
Cooper u ywa nazwiska Yikkora Mallansohna, poniewa czyni o go ono
autentycznym produktem 24 Stulecia. Cia a prawdziwego Mallansohna nigdy nie
odnaleziono.
Przez reszt
ycia Cooper cieszy si ze swego generatora i wspó pracowa z
naukowcami Instytutu przy konstruowaniu nast pnych. Nie o mieli si robi nic wi cej. Nie
móg nauczy ich równa Lefebvre'a, nie przeskakuj c trzech nast pnych Stuleci rozwoju
matematyki. Nie móg , nie o mieli si przyzna , do swego prawdziwego pochodzenia. Nie
mieli si robi nic wi cej, ni zgodnie z tym, co wiedzia , robi by Yikkor Mallansohn.
Ci, co z nim pracowali, nie mogli si pogodzi z tym, e cz owiek, który potrafi
dzia
tak genialnie, nie umie wyt umaczy zasad swego dzia ania. Ale on równie si
denerwowa , poniewa przewidywa , nie b
c w stanie przy pieszy pracy, rozwój
prowadz cy stopniowo do klasycznych do wiadcze Jana Yerdeera, w oparciu o które wielki
Antoine Lefebvre sformu uje podstawowe równania Rzeczywisto ci. I przewidywa równie ,
jak potem zostanie skonstruowana Wieczno .
Dopiero pod koniec swego d ugiego ycia Cooper, przygl daj c si zachodowi s
ca
nad Pacyfikiem (opisuje t scen ze szczegó ami w swym pami tniku), u wiadomi sobie, e
jest Yikkorem Mallansohnem, a nie jego substytutem. Nazwisko mog o by inne, lecz
cz owiek, którego historia nazwa a Mallansohnem, to by naprawd . Brinsley Sheridan
Cooper.
Rozpalony t my
i wszystkim, co z niej wynika o, pragn c jako przy pieszy
proces budowy Wieczno ci, ulepszy go i zabezpieczy , napisa swój pami tnik i umie ci go
w sze cianie sejfu czasowego, w jednym z pokoi swego domu.
I w ten sposób kr g zosta zamkni ty, intencje Coopera-Mallansohna, gdy pisa swój
pami tnik, zosta y oczywi cie zlekcewa one. Cooper musi przej przez ycie, dok adnie tak,
jak przez nie przechodzi . Rzeczywisto Prymitywu nie pozwala na adne Zmiany. W tym
momencie fizjoczasu Cooper, którego znasz, nie jest wiadom tego, co go ma spotka .
Wierzy, e ma tylko poinstruowa Mallansohna i wróci . I b dzie w to wierzy , a po latach
zrozumie, e powinno by inaczej, i zasi dzie do pisania pami tnika.
Celem kr gu w Czasie jest wiedza o podró ach w Czasie i o naturze Rzeczywisto ci,
zbudowanie Wieczno ci, wyprzedzaj cej jej naturalny czas. Pozostawiona samej sobie
ludzko nie nauczy aby si prawdy o Czasie, bo przedtem rozwój technologiczny w innych
kierunkach uczyni by samobójstwo gatunku ludzkiego nieuniknionym.
Harlan s ucha w napi ciu, maj c przed oczyma wizj pot
nego kr gu w Czasie,
zamkni tego w sobie i przecinaj cego Wieczno w cz ci swego biegu. By w owej chwili
bliski zapomnienia o Noys na tyle, na ile by o to mo liwe.
Zapyta :
- A wi c przez ca y czas wiedzia pan wszystko, co pan ma robi , wszystko, co ja
mia em robi , wszystko, co robi em?
Twissell, który jakby zatraci si w swym opowiadaniu, tak e tylko oczy b yska y mu
poprzez b kitn chmur dymu tytoniowego, teraz z wolna wraca do przytomno ci. Jego
stare, m dre oczy zatrzyma y si na Harlanie, a potem powiedzia z wyrzutem:
- Nie. Oczywi cie, e nie. Mi dzy pobytem Coopera w Wieczno ci a chwil , gdy
zacz pisa swój pami tnik, min y dziesi ciolecia fizjoczasu. Móg zapami ta tylko tyle i
tylko to, czego sam by
wiadkiem. Powiniene to sobie u wiadomi .
Twissell westchn i swoim s katym palcem przeci gn po smudze p yn cego ku
górze dymu, przecinaj c j na ma e wiruj ce chmurki.
- Wszystko si zgadza. Najpierw znaleziono mnie i sprowadzono do Wieczno ci.
Kiedy w pe ni fizjoczasu sta em si Starszym Kalkulatorem, otrzyma em pami tnik i
powierzono mi ca e to zadanie. By em opisany jako kieruj cy akcj , wi c powierzono mi
kierowanie. Znowu w odpowiednim fizjoczasie pojawi
si ty w Zmianie Rzeczywisto ci
(dok adnie obserwowali my twoje wcze niejsze odpowiedniki), nast pnie Cooper.
Uzupe ni em detale, pos uguj c si zdrowym rozs dkiem i komputapleksem. Jak
starannie, na przyk ad, instruowali my Edukatora Yarrowa w sprawie jego roli, nie zdradzaj c
jednak ani jednego istotnego szczegó u. Jak starannie on ze swej strony podnieca twoje
zainteresowanie Prymitywem !
Jak musieli my czuwa nad Cooperem, by nie nauczy si niczego, o czym nie
wspomina w swym pami tniku. - Twissell u miechn si smutno. - Sennor bawi si takimi
rzeczami. Nazywa to odwróceniem przyczyny i skutku. Znaj c skutek, dopasowuje si
przyczyn . Na szcz cie, nie jestem takim teoretykiem jak Sennor.
By em zadowolony, ch opcze, e okaza
si tak znakomitym Obserwatorem i
Technikiem. Pami tnik o tym nie wspomina . Cooper bowiem nie mia mo liwo ci
obserwowania twej pracy ani oceniania jej. To mi odpowiada o. Mog em ci wykorzysta do
zada drobniejszych, które odwraca y uwag od zadania zasadniczego. Nawet twój ostatni
pobyt u Kalkulatora Finge'a pasowa do pami tnika. Cooper wspomina o okresie twojej
nieobecno ci, podczas której program jego studiów matematycznych zosta tak rozszerzony,
e t skni za twoim powrotem. Raz jednak mnie przerazi
.
Harlan zapyta od razu:
- Jak wzi em wtedy Coopera w podró w Czasie?
- W jaki sposób to odgad
? - zapyta Twissell.
- To by jedyny raz, kiedy si pan naprawd na mnie rozgniewa . Przypuszczam, e
kolidowa o to z pami tnikiem Mallansohna.
- Niezupe nie. Chodzi o po prostu o to, e pami tnik nie wspomina o kot ach.
Wydawa o mi si , e brak wzmianki o tak istotnym aspekcie Wieczno ci oznacza , e Cooper
ma o mia z tym do czynienia. Dlatego moj intencj by o trzyma go w miar mo no ci z
dala od kot ów. Fakt, e zabra
go w przysz
, bardzo mnie zmartwi , ale szcz liwie nic
si nie sta o. Wszystko rozwija si tak, jak powinno, a wi c w porz dku.
Stary Kalkulator zatar r ce, wpatruj c si w m odego Technika ze zdziwieniem i z
ciekawo ci .
- A jednak ty to wszystko odgad
. To mnie po prostu zdumiewa. Przysi
bym, e
nawet ca kowicie wyedukowany Kalkulator nie móg by wyci gn w
ciwych wniosków,
maj c tylko te informacje co ty. Niesamowite, e doszed do tego Technik. - Pochyli si i
poklepa Mariana po kolanie. - Pami tnik Mallansohna, oczywi cie, nie mówi nic o twoim
yciu po wyje dzie Coopera.
- Rozumiem, Kalkulatorze - powiedzia Harlan.
- Wi c, e tak powiem, b dziemy mieli swobod dzia ania w tej sprawie. Wykazujesz
zdumiewaj cy talent, którego nie mo na zmarnowa . S dz , e czeka ci awans. Niczego
teraz nie obiecuj , lecz przypuszczam, e mo esz si spodziewa stanowiska Kalkulatora.
Harlan bez trudu utrzyma oboj tny wyraz twarzy. Mia w tym wiele praktyki.
Pomy la : dodatkowa apówka.
Lecz niczego nie wolno by o pozostawi przypadkowi. Jego przypuszczenia, na
pocz tku chaotyczne i pozbawione uzasadnienia, dzi ki jego przenikliwo ci w ci gu tej
niezwyk ej i podniecaj cej nocy nabra y sensu -jak wyniki systematycznych bada
bibliotecznych. Teraz, gdy Twissell opowiedzia mu ca histori , sta y si one pewnikami.
Ale przynajmniej w jednym przypadku istnia a ró nica. Cooper by Mallansohnem.
Po prostu wzmocni sw pozycj , lecz, myl c si w jednym punkcie, móg myli si i
w innych. Wi c niczego nie wolno pozostawi przypadkowi. Wyja ni to! Upewni si !
Powiedzia spokojnie, niemal oboj tnie:
- Ci y wi c na mnie wielka odpowiedzialno teraz, gdy znam prawd .
- Tak.
- Jak bardzo napi ta jest sytuacja? Przypu my, e zdarzy si co nieoczekiwanego i
musia opu ci dzie , w którym powinienem uczy Coopera czego wa nego?
- Nie rozumiem ci .
(Czy to tylko z udzenie, czy rzeczywi cie w starych, zm czonych oczach pojawi si
ysk przera enia?).
- Chodzi mi o to, czy kr g mo e p kn
? Mo e ujm to w ten sposób: je li
nieoczekiwany cios w g ow wy czy by mnie z akcji w tym czasie, gdy pami tnik wyra nie
stwierdzi, e jestem w dobrym zdrowiu, czy ca y plan za ama by si ? Albo przypu my, e z
jakiego powodu wiadomie postanowi nie stosowa si do pami tnika. Co wtedy?
- Sk d ci to przysz o do g owy?
- Wygl da to ca kiem logicznie. Wydaje mi si , e przez nieostro no albo
wiadomie mog przerwa kr g. I co z tego wyniknie? Zniszczenie Wieczno ci? Na to mi
wygl da. Je li tak jest - doda Harlan spokojnie - powinienem o tym wiedzie , ebym by
ostro ny, i nie zrobi nic niew
ciwego. Jakkolwiek chyba tylko jakie niezwyk e
okoliczno ci mog yby mnie do tego zmusi .
Twissell mia si , lecz ten miech brzmia fa szywie i pusto w uszach Harlana.
- To s wszystko czysto akademickie rozwa ania, ch opcze. Nic podobnego. Nic
podobnego si nie zdarzy, skoro si dot d nie zdarzy o. Kr g si nie przerwie.
- Mo e - powiedzia Harlan. - Dziewczyna z 482...
- Jest bezpieczna - odpar Twissell. Podniós si niecierpliwie. -W ten sposób mo na
by gada bez ko ca, a ju mam dosy rozszczepiania w osa na czworo przez komitet do
spraw tego projektu. Musz ci powiedzie , po co w
ciwie ci wezwa em, fizjoczas ucieka.
Mo esz i ze mn ?
Harlan by zadowolony. Sytuacja si wyja ni a, a jego pozycja by a niew tpliwie
silna. Twissell wiedzia , e mo e powiedzie , je li tylko przyjdzie mu ochota: „Nie chc mie
dalej nic do czynienia z Cooperem". Twissell wiedzia , e Harlan w ka dej chwili mo e
zniszczy Wieczno , dostarczaj c Cooperowi zasadniczych informacji w sprawie
pami tnika.
Harlan wiedzia dosy , by zrobi to wczoraj. Twissell zamierza przyt oczy go wag
jego zadania, lecz je eli my li, e w ten sposób zmusi go do pos usze stwa, to si grubo myli.
Harlan sformu owa sw gro
wystarczaj co jasno, maj c na uwadze
bezpiecze stwo Noys, a wyraz twarzy Twissella, gdy warkn : , Jest bezpieczna", wskazywa ,
e u wiadamia sobie istot gro by.
Podniós si i poszed za Starszym Kalkulatorem.
Harlan nigdy dotychczas nie widzia sali, do której weszli. By a ona du a i wygl da o
na to, e usuni to ciany, by uzyska przestrze . Wchodzi o si do niej przez w ski korytarz,
zamkni ty kurtyn si ow , która nie ust powa a, póki automatyczne urz dzenie nie
sprawdzi o dok adnie twarzy Twissella.
Wi ksz cz
sali wype nia a kula, która si ga a niemal sufitu. Otwarte drzwi
ukazywa y cztery schodki, prowadz ce na dobrze o wietlon platform wewn trz kuli.
Dochodzi y stamt d jakie g osy, a gdy Harlan spojrza , w otworze ukaza y si nogi.
Wynurzy si jaki cz owiek, a za nim ukaza a si nast pna para nóg. By to Sennor z Rady
Wszechczasów i kto z grupy, z któr Harlan spotka si na obiedzie.
Twissell nie by zachwycony. Zapyta jednak uprzejmie:
- Czy komitet jeszcze tu jest?
- Tylko my dwaj - o wiadczy Sennor. - Rice i ja. Bardzo pi kny instrument. Równie
skomplikowany jak statek kosmiczny.
Rice by brzuchatym m czyzn o udr czonym wygl dzie cz owieka, który ma racj ,
lecz w sposób nieoczekiwany przegrywa w dyskusji. Potar swój kartoflany nos i powiedzia :
- Sennor ostatnio du o rozmy la o podró ach kosmicznych. ysa g owa Sennora
po yskiwa a w wietle.
- Ciekawy problem, Twissell - rzek . - Jak my lisz: czy podró e kosmiczne s
pozytywnym czy negatywnym czynnikiem z punktu widzenia Rzeczywisto ci?
- Pytanie jest bez sensu - odpar Twissell niecierpliwie. - Jakiego rodzaju podró e
kosmiczne, w jakich okoliczno ciach?
- Ale, ale! Z pewno ci mo na powiedzie co o podró ach kosmicznych w ogóle.
- Tylko tyle, e s samoograniczone, same si wyczerpuj i zamieraj .
- S wi c bezu yteczne - podchwyci Sennor z satysfakcj . A w zwi zku z tym
stanowi czynnik negatywny. To pokrywa si z moim pogl dem.
- Przepraszam - powiedzia Twissell. - Zaraz tu przyjdzie Cooper. Potrzebna nam jest
platforma.
- Oczywi cie - Sennor uj Rice'a pod r
i wyprowadzi go z pomieszczenia.
ycha by o, jak peroruje: - Okresowo, mój drogi Rice, ca y umys owy wysi ek ludzko ci
koncentruje si na podró ach kosmicznych, które z natury rzeczy skazane s na nies awny
koniec. Przedstawi bym odpowiednie dowody statystyczne, gdybym nie by pewny, e dla
pana jest to oczywiste. Gdy ludzie koncentruj si na przestrzeni kosmicznej, lekcewa y si
ciwy rozwój spraw ziemskich. Przygotowuj teraz dla Rady tez , by zmieniano
Rzeczywisto ci w ten sposób, aby ery podró y kosmicznych zosta y ca kowicie
wyeliminowane.
Rozleg si g os Rice'a:
- Ale nie mo e pan robi tak drastycznych posuni . Podró e kosmiczne s wa
klap bezpiecze stwa w niektórych cywilizacjach.
We my Rzeczywisto nr 54 z 290 Stulecia, któr przypadkowo doskonale pami tam.
Wtedy...
osy ucich y, a Twissell powiedzia :
- To dziwny cz owiek ten Sennor. Intelektualnie wart jest tyle, co jakikolwiek z
dwóch spo ród nas, ale jego warto gubi si w s omianym zapale.
Harlan zapyta :
- Uwa a pan, e on ma racj ? Chodzi mi o podró e kosmiczne.
- W tpi . Mieliby my lepsz kazj oceni to, gdyby Sennor przed
nam t tez , o
której wspomina . Ale nie zrobi tego. Zanim j sko czy opracowywa , zapali si do czego
nowego, a tamt prac rzuci. Ale mniejsza o to... - Klepn d oni kul , tak e zabrz cza a, a
potem wyj papierosa z ust. - Mo esz odgadn , co to jest, Techniku?
Harlan odpowiedzia :
- Wygl da to jak bardzo wielki kocio z przykryw .
- W
nie. Masz racj . Trafnie to uj
. Wejd do rodka. Harlan wszed za
Twissellem do kuli, do du ej, by pomie ci czterech lub pi ciu m czyzn. Jej wn trze by o
puste. Pod oga g adka, dwa okna we wkl
ych cianach. To wszystko.
- Nie ma sterowania? - zapyta Harlan.
- Zdalne sterowanie - odpar Twissell. Przesun d oni po g adkiej cianie i
powiedzia : - Podwójne ciany. Wn trze stanowi zamkni te w sobie Pole Czasowe. To
urz dzenie to kocio , który nie jest ograniczony do tras szybów komunikacyjnych, lecz mo e
przekroczy najni szy próg Wieczno ci. Jego projekt i mo liwo skonstruowania
zawdzi czamy cennym wskazówkom z pami tnika Mallansohna. Chod ze mn .
Sterownia znajdowa a si w ma ym pomieszczeniu w jednym z rogów du ej sali.
Harlan wszed do rodka i patrzy ponuro na olbrzymie d wignie.
Twissell zapyta :
- S yszysz mnie, ch opcze?
Harlan drgn i rozejrza si doko a. Nie u wiadomi sobie, e Twissell nie wszed za
nim. Odruchowo przesun si w stron okna, a Twissell pomacha mu r
.
Harlan powiedzia :
- S ysz , Kalkulatorze. Chce pan, ebym wyszed ?
- Bynajmniej. Jeste zamkni ty.
Harlan skoczy do drzwi, a
dek podjecha mu do gard a. Twissell mówi prawd ,
ale co, u Czasu, tu si dzieje?
Twissell powiedzia :
- Zostaniesz st d wypuszczony, ch opcze, gdy twoja odpowiedzialno si sko czy.
Martwi
si o t odpowiedzialno , chcia
si czego wi cej o niej dowiedzie i chyba
domy lam si , o co ci chodzi o. Ta odpowiedzialno nie powinna ci obci
. To wy cznie
moja sprawa. Niestety, musimy ci trzyma w sterowni, poniewa zosta o stwierdzone, e
by
w sterowni i obs ugiwa
aparatur . Tak mówi pami tnik Mallansohna. Cooper
zobaczy ci przez okno i to wystarczy.
Ponadto poprosz ci , by dokona ostatniego kontaktu - stosownie do instrukcji,
jakich ci udziel . Je li uwa asz, e to równie jest zbyt odpowiedzialne zadanie dla ciebie,
mo esz nic nie robi . Mamy tu drugi, równoleg y, obwód, obs ugiwany przez kogo innego.
Je li z jakichkolwiek powodów jeste niezdolny do obs
enia tego kontaktu, on to zrobi.
Ponadto przerw
czno radiow z wn trza sterowni. B dziesz móg nas s ysze , ale nie
dziesz móg mówi . A wi c nie bój si , e jaki mimowolny twój okrzyk przerwie kr g.
Harlan bezradnie wygl da przez okno.
Twissell kontynuowa :
- Za chwil przyjdzie tu Cooper, a jego wyprawa do Prymitywu zamknie si w
granicach dwóch fizjogodzin. Potem, ch opcze, ca e zadanie b dzie zako czone, a my wolni.
Dla Harlana by o to jak zmora. Dusi si i wszystko wirowa o mu przed oczyma. Czy
Twissell go oszuka ? Czy to, co robi , by o ukartowane jedynie w tym celu, by zwabi go do
zamkni tej sterowni? A mo e stwierdziwszy, e Harlan zdaje sobie spraw ze swojej
niezb dno ci, improwizowa przebiegle, zajmuj c go rozmow , ukrywaj c swe prawdziwe
uczucia, prowadz c go to tu, to tam, a wreszcie go zamkn ?
Ta szybka i atwa kapitulacja w sprawie Noys! „Nikt jej nie zrobi krzywdy"! -
powiedzia Twissell. Wszystko b dzie dobrze.
Jak móg w to uwierzy ! Je li nie zamierzaj jej skrzywdzi ani nawet tkn , to po co
ta bariera czasowa w szybie na stutysi cznym Stuleciu? Ju samo to ca kowicie
zdemaskowa o Twissella.
Ale on (g upiec!) pragn wierzy , i dlatego pozwoli si
lepo prowadzi przez
ostatnie dwie fizjogodziny i wsadzi do zamkni tego pomieszczenia, gdzie ju nie by
potrzebny nawet po to, by nacisn ostatni kontakt.
Za jednym zamachem pozbawiono go ca ego znaczenia. Umiej tnie wyj to mu z r ki
wszystkie atuty, raz na zawsze utraci Noys.
Jakkolwiek jeszcze zechc go ukara , nie by o ju wa ne. Na zawsze utraci Noys.
Nie przysz o mu do g owy, e projekt ju dobiega ko ca. To oczywi cie umo liwi o
jego pora
.
os Twissella dochodzi go niewyra nie.
- Teraz ci od czymy, ch opcze.
Harlan pozosta sam, bezradny, bezu yteczny...
13. Poni ej dolnej granicy
Wszed Brinsley Cooper. Na jego szczup ej twarzy malowa o si podniecenie, dzi ki
czemu wygl da m odzie czo mimo sumiastego mallansohnowskiego w sa, który zdobi
górn warg .
(Harlan widzia go przez okno i s ysza wyra nie przez radio. My la z
rozgoryczeniem: mallansohnowski w s! Oczywi cie!). Cooper podszed do Twissella.
- Nie chcieli mnie do tej pory wypu ci , Kalkulatorze.
- Bardzo s usznie - powiedzia Twissell. - Mieli takie instrukcje.
- A teraz jest ju pora? Wyjad ?
- Ju nied ugo.
- I wróc ? Zobacz znowu Wieczno ?
Mimo e Cooper usi owa trzyma si dzielnie, w jego g osie brzmia a niepewno .
(Wewn trz sterówki Harlan zbli
zaci ni te pi ci do pancernego szk a w oknie;
pragn je rozbi i krzykn : „Przerwa to! Przyjmijcie moje warunki albo ja...". Ale to
by oby daremne).
Cooper rozejrza si po sali, najwidoczniej nie u wiadamiaj c sobie, e Twissell nie
odpowiedzia na jego pytanie. Zobaczy Harlana w oknie sterówki.
Podniecony, pomacha r
.
- Techniku Harlan! Niech pan wyjdzie. Chc si z panem po egna przed wyjazdem.
- Nie teraz, ch opcze, nie teraz. On siedzi przy sterach -wtr ci Twissell.
Cooper:
- Jako kiepsko wygl da. Twissell:
- Przedstawi em mu nasz projekt. My
, e ka dego mog oby to wyprowadzi z
równowagi.
Cooper:
- Wielki Czasie, tak! Wiem o tym od tygodni, a jeszcze si nie przyzwyczai em. -
Jego miech zabrzmia histerycznie. - Do tej pory jako nie mog przekona samego siebie, e
naprawd mam w tym swój udzia . Ja... Ja si troch boj .
- Nie mog ci mie tego za z e.
- Szczególnie w
dku, wie pan... To najbardziej niespokojny organ mego cia a.
Twissell:
- Có , to bardzo naturalne. Przejdzie. Tymczasem zosta ustalony termin twego
odjazdu w standardowym mi dzyczasowym i musisz jeszcze otrzyma nieco informacji. Na
przyk ad, do tej pory nie widzia
kot a, którego b dziesz u ywa .
Przez dwie godziny Harlan przys uchiwa si temu wszystkiemu, niezale nie od tego,
czy ich widzia , czy nie. Twissell poucza Coopera w dziwacznie wyrywkowy sposób; Harlan
wiedzia dlaczego. Coopera informowano tylko o tym, o czym mia wspomnie w pami tniku
Mallansohna.
(Zamkni ty kr g. Zamkni ty kr g. I nie ma sposobu, by przerwa ten kr g jednym
pot
nym szarpni ciem Samsona. Kr g wiruje, ci gle wiruje).
ysza , jak Twissell mówi:
- Zwyk e kot y s zarówno popychane, jak i ci gni te, je li mo emy u
takich
okre le w stosunku do si mi dzyczasowych. W podró y ze Stulecia X do Stulecia Y
wewn trz Wieczno ci nie ma ca kowicie na adowanego energi punktu pocz tkowego i
punktu ko cowego.
Mamy tutaj kocio z na adowanym energi punktem pocz tkowym, lecz nie
na adowanym punktem przeznaczenia. Mo e wi c by tylko popychany, nie za ci gni ty.
Wskutek tego musi zu ywa energi w ilo ci o wiele wi kszej ni zwyczajne kot y. Trzeba
by o za
specjalne jednostki przekazu mocy wzd
szybów, by uzyska odpowiedni
koncentracj energii z Nova Soi.
Ten specjalny kocio , jego sterowanie i zaopatrzenie w energi stanowi
skomplikowany aparat. Przez wiele fizjodziesi cioleci przeszukiwano mijaj ce
Rzeczywisto ci, by znale specjalne aparaty i specjalne techniki. Trzynasta Rzeczywisto
wieku 222 stanowi a klucz.
Wynaleziono wtedy kondensator czasowy, bez którego nie mo na by oby zbudowa
tego kot a. Trzynasta Rzeczywisto 222 Stulecia.
Wymówi to z przesadnym naciskiem.
(Harlan pomy la : zapami taj to, Cooper! Zapami taj - trzynasta Rzeczywisto 222
Stulecia - eby móg to napisa w pami tniku Mallansohna, eby Wieczno ciowcy wiedzieli,
gdzie zajrze , eby wiedzieli, co ci powiedzie ... Zamkni ty kr g. Zamkni ty kr g...).
Twissell:
- Oczywi cie kocio nie zosta sprawdzony poni ej dolnej granicy Wieczno ci, ale
odbywa liczne podró e wewn trz niej. Jeste my przekonani, e nie wyst pi
adne
niepo
dane efekty.
- Czy rzeczywi cie nic takiego nie mo e si zdarzy ? - zapyta Cooper. - Chodzi mi o
to, e ja musz si tam dosta , bo inaczej Mallansohnowi nie uda si zbudowa Pola. A
przecie mu si uda o.
- W
nie. Znajdziesz si w do odosobnionym miejscu w s abo zaludnionym rejonie
po udniowo-zachodnim Stanów Zjednoczonych Ammelliki...
- Ameryki - poprawi Cooper.
- Niech b dzie Ameryki. B dzie to 24 Stulecie albo, mówi c dok adnie, dwudzieste
trzecie i siedemna cie setnych. S dz , e mo emy nawet nazywa ten okres rokiem 2317,
je li mamy ochot . Jak widzia
, kocio jest du y, o wiele wi kszy ni ci potrzeba. Jest w
nim pod dostatkiem jedzenia, wody, s urz dzenia s
ce do kamufla u i obrony. Otrzymasz
szczegó owe instrukcje, które oczywi cie nie b
zrozumia e dla nikogo prócz ciebie. Przede
wszystkim pami taj, eby nikt z pierwotnych mieszka ców ci nie odkry , zanim si nie
przygotujesz do spotkania z nimi. Otrzymasz specjalne kopaczki energetyczne, które pozwol
ci wkopa si g boko w ska i wybudowa kryjówk . Musisz bardzo szybko wy adowa za-
warto kot a. B dzie ona w tym celu specjalnie u
ona.
(Harlan pomy la : powtórz! powtórz! Na pewno ju mu to wszystko przedtem mówili,
ale musi powtórzy , eby mu si utrwali o w pami ci. Jeszcze raz i jeszcze raz...).
Twissell:
- B dziesz musia wy adowa to wszystko w pi tna cie minut. Potem kocio wróci
automatycznie do punktu startu, zabieraj c ze sob te narz dzia, które s zbyt nowoczesne jak
na tamto Stulecie. B dziesz mia ich list . Po odej ciu kot a mo esz liczy tylko na w asne
si y.
Cooper:
- Czy kocio musi wraca tak szybko?
Twissell:
- Szybki powrót powi ksza prawdopodobie stwo sukcesu. (Harlan pomy la : kocio
musi powróci za pi tna cie minut, poniewa powróci za pi tna cie minut. Wszystko tak
samo...)-Twissell mówi szybko:
- Nie mo emy fa szowa ich rodków wymiany, ich banknotów. Otrzymasz z oto w
formie ma ych bry ek. B dziesz móg wyt umaczy , sk d je wzi
, wedle za czonej
szczegó owo instrukcji. Otrzymasz ubrania z tamtej epoki, a przynajmniej takie, które mog
uchodzi za tubylcze.
- S usznie - powiedzia Cooper.
- Ale pami taj: powoli. Czekaj tygodniami, je li b dzie potrzeba. Przygotowuj si
psychicznie do tego okresu. Instrukcje Technika Harlana stanowi dobr podstaw , lecz nie s
wyczerpuj ce. Otrzymasz odbiornik radiowy zbudowany na zasadach 24 Stulecia, który
umo liwi ci ledzenie bie cych wydarze i - co wa niejsze - nauczy ci w
ciwej wymowy
i intonacji j zyka tamtych czasów. Staraj si na ladowa to dok adnie. Jestem pewny, e
Harlan zna angielski bardzo dobrze, lecz nic nie zast pi miejscowej wymowy.
Cooper:
- A co b dzie, je li nie trafi na w
ciwe miejsce? To znaczy w rok 2317?
- Oczywi cie sprawd to starannie. Ale wszystko b dzie dobrze. Wszystko si zgodzi.
(Harlan pomy la : wszystko si zgodzi, poniewa si zgodzi o). Cooper musia
wygl da na nieprzekonanego. Twissell bowiem powiedzia :
- Ca a aparatura zosta a dok adnie zogniskowana w Czasie. Zamierza em wyja ni ci
nasze metody i akurat teraz trafi a si okazja. Ponadto pomo e to Harlanowi zrozumie
urz dzenie sterownicze.
(Nagle Harlan odwróci si od okna i utkwi oczy w sterownicy. Zauwa
, e istnieje
luka w zas onie. A co b dzie, je li...).
Twissell nadal poucza Coopera z przesadn belfersk precyzj . Harlan s ucha go
jeszcze jednym uchem.
Twissell:
- Niew tpliwie powa nym problemem by o ustalenie, jak daleko w Prymityw mo na
pos
dany obiekt przy okre lonej dawce energii. Najprostsz metod by oby wys anie
cz owieka w przesz
za pomoc tego kot a, przy jednoczesnym starannym stopniowaniu
adunku energii napadu. Jednak zastosowanie tej metody w ka dym przypadku wymaga oby
pewnego czasu, tak by wys any cz owiek móg okre li poszczególne lata Stulecia wedle
obserwacji astronomicznych lub odpowiednich informacji uzyskiwanych przez radio.
Trwa oby to d ugo i by oby niebezpieczne, poniewa ten cz owiek móg by zosta wykryty
przez ówczesnych tubylców, co prawdopodobnie mia oby katastrofalne skutki dla ca ej naszej
akcji.
Zastosowali my wi c inn metod : Wys ali my w przesz
okre lon mas izotopu
radioaktywnego, niobium 94, który rozk ada si przez wydzielanie cz steczki meta tworz c
izotop sta y, molibden 94. Proces ten trwa niemal dok adnie pi set Stuleci. Pierwotna inten-
sywno radiacji tej masy by a znana. Ta intensywno maleje wraz z up ywem czasu, wedle
prostego wzoru wynikaj cego z kinetyki pierwszego stopnia, i oczywi cie mo na to mierzy z
wielk precyzj .
Gdy kocio osi gnie swe przeznaczenie w czasach Prymitywu, ampu
zawieraj
izotop wstrzeliwuje si w zbocze góry, a kocio powraca potem do Wieczno ci. W tym
momencie fizjoczasu, kiedy ampu ka zostaje wystrzelona, pojawia si ona natychmiast we
wszystkich pó niejszych epokach, tylko odpowiednio starsza. W miejscu wstrzelenia w 575
Stuleciu (w normalnym Czasie, a nie w Wieczno ci) Technik wykrywa ampu
dzi ki jej
promieniowaniu i wydobywaj .
Nast pnie mierzy si intensywno promieniowania, dzi ki czemu dowiadujemy si ,
jak d ugo ampu ka przebywa a w zboczu góry, a wi c Stulecie, do którego zaw drowa
kocio , mo na okre li z dok adno ci do dwóch miejsc dziesi tnych. W ten sposób za
pomoc eksplozji energetycznych o ró nej sile, w przesz
wys ano dziesi tki ampu ek,
sporz dzaj c ich krzyw balistyczn . Krzywa s
a do sprawdzenia ampu ek wysy anych
nie tylko do Prymitywu, ale i do wczesnych Stuleci Wieczno ci, gdzie równie mo na by o
poczyni bezpo rednie obserwacje.
Niekiedy zdarza y si pora ki. Pierwsze ampu ki stracili my, nim nauczyli my si
uwzgl dnia niezbyt wielkie zmiany geologiczne mi dzy Prymitywem a 575 Stuleciem.
Kiedy znów trzy kolejne ampu ki nie pojawi y si w ogóle w 575. Prawdopodobnie zawiód
mechanizm miotaj cy i utkwi y zbyt g boko w skale. Przerwali my nasze eksperymenty, gdy
intensywno promieniowania wzros a tak, e obawiali my si , i ampu
mo e wykry
który z mieszka ców Prymitywu i zacz si zastanawia , co robi sztuczne wyroby tego
rodzaju w tym rejonie. Ale uzyskali my do danych dla naszych celów i jeste my pewni, e
potrafimy wys
cz owieka w dowolne Stulecie Prymitywu. Rozumiesz to, Cooper, prawda?
Cooper powiedzia :
- Doskonale, Kalkulatorze. Widzia em krzyw balistyczn , nie rozumiej c wtedy jej
celu. Teraz ju rozumiem.
Harlan zainteresowa si nagle. Patrzy na odmierzony uk, podzielony na Stulecia.
uk by z po yskuj cej porcelany, na metalowej podk adce, a delikatne kreski dzieli y go na
wieki, decywieki i centywieki. Srebrzysty metal po yskiwa w przecinaj cych porcelan
kreskach. Liczby by y wykonane równie subtelnie, a pochylaj c si , Harlan móg odczyta
Stulecia od 17 do 27. Strza ka wskazywa a liczb 23,17.
Widywa ju podobne urz dzenia czasowe i niemal odruchowo si gn do d wigni
sterowania ci nieniowego. D wignia nie zareagowa a. Strza ka pozosta a na miejscu).
Nagle odezwa si g os Twissella:
- Techniku Harlan!
- Tak jest, Kalkulatorze! - krzykn i przypomnia sobie, e tamten go i tak nie
us yszy. Podszed do okna i skin g ow .
Twissel powiedzia , jakby odgaduj c jego my li:
- Ster czasowy nastawiony jest na 23,17 wstecz. Nie trzeba go rusza . Twoim
zadaniem jest tylko w czenie energii w odpowiednim momencie fizjoczasu. Chronometr jest
po prawej stronie podzia ki. Daj znak, czy go widzisz.
Harlan skin g ow .
- Cofa si do punktu zerowego. W momencie minus pi tna cie sekund z cz
ko cówki kontaktu. To proste. Wiesz jak?
Harlan znowu skin g ow . Twissell kontynuowa :
- Synchronizacja nie jest spraw zasadnicz . Mo esz to zrobi w momencie minus
czterna cie, trzyna cie czy nawet minus pi sekund, lecz prosz ci , do
wszelkich stara ,
eby ze wzgl dów bezpiecze stwa nie przekroczy minus dziesi ciu. Gdy tylko zamkniesz
obwód, zsynchronizowane urz dzenie si owe dokona reszty i ostateczny udar energetyczny
nast pi precyzyjnie w punkcie zero. Zrozumia
?
Harlan jeszcze raz skin g ow . Rozumia wi cej ni Twissell wyjawi . Gdyby nie
po czy ko cówek w momencie minus dziesi sekund, zostanie to wykonane przez kogo z
zewn trz.
Harlan pomy la ponuro: pomocnicy nie b
potrzebni.
Twissell powiedzia :
- Zosta o nam jeszcze trzydzie ci fizjominut. Pójdziemy z Cooperem sprawdzi
zapasy.
Wyszli. Drzwi si za nimi zamkn y, a Harlan pozosta sam razem z d wigni
wyrzutni, czasem (cofaj cym si ju powoli ku zeru) i ca kowit
wiadomo ci , co ma zrobi .
Odwróci si od okna. Wsun r
do kieszeni i wyci gn do po owy neuronowy
bicz. Przez ca y czas mia bicz przy sobie. D
dr
a mu lekko.
Powróci a ta my l: Samson obala dom! Ilu Wieczno ciowców s ysza o kiedykolwiek o
Samsonie? Ilu wie, jak umar ?
Zosta o zaledwie dwadzie cia pi minut. Nie by pewny, ile czasu potrwa ca a
operacja. Nie by w
ciwie pewny, czy w ogóle si uda.
Ale czy mia wybór? Wilgotne palce omal nie upu ci y broni, zanim uda o mu si
od czy kolb .
Pracowa szybko i w zupe nej koncentracji. Ze wszystkiego, co mog o si wydarzy
na skutek jego dzia ania, mo liwo przej cia do niebytu zajmowa a go najmniej i w ogóle nie
przera
a.
O minus jedna minuta Harlan sta przy sterownicy.
My la oboj tnie: ostatnia minuta ycia?
Nie widzia nic poza cofaj
si czerwon kresk , która znaczy a up ywaj ce
sekundy.
Minus trzydzie ci sekund.
My la : to nie b dzie bola o. To nie mier .
Próbowa my le tylko o Noys.
Minus pi tna cie sekund.
Noys!
Lewa d
Harlana przesun a si ku kontaktowi. Nie pieszy si !
Minus dwana cie sekund!
Kontakt!
Teraz zacznie dzia
urz dzenie nap dowe. Ruszy w momencie zerowym. A to
pozostawia o Marianowi czas na ostatni czynno . Chwyt Samsona.
Prawa r ka Harlana poruszy a si . Nie patrzy na ni .
Minus pi sekund.
Noys!
Prawa r ka znowu po - ZERO - ruszy a si . Nie patrzy na ni . Czy by ju niebyt?
Nie. Jeszcze nie.
Harlan patrzy przez okno. Nie porusza si . Czas up ywa , a on nie by tego wiadom.
Sala by a pusta. Tam, gdzie sta gigantyczny, zamkni ty kocio , nie by o teraz nic.
Metalowe bloki, które stanowi y jego
ysko, zia y pustk .
Twissell, dziwacznie malutki i skarla y w sali, która sta a si teraz poczekalni ,
stanowi jedyny poruszaj cy si element. Spacerowa sztywno tam i z powrotem.
Harlan towarzyszy mu wzrokiem przez chwil .
A potem bez adnego d wi ku czy ruchu kocio znalaz si w tym samym miejscu,
które opu ci . Przekroczy nieuchwytn granic mi dzy czasem przesz ym a obecnym nie
poruszywszy nawet drobiny powietrza.
Na chwil Twissell znikn Harlanowi z oczu za kot em, ale potem okr
pojazd i
pokaza si znowu. Bieg .
Jeden ruch r ki wystarczy , by uruchomi mechanizm otwieraj cy drzwi sterowni.
Kalkulator wpad do rodka, krzycz c z niemal histerycznym podnieceniem.
- Gotowe! Koniec! Zamkn li my kr g! Brak o mu tchu. Harlan milcza .
Twissell patrzy przez okno, przyk adaj c d onie do szyby. Harlan widzia , jak dr ,
widzia na nich starcze plamy. Wydawa o si , e jego mózg nie umie ju odró nia rzeczy
wa nych od niewa nych, lecz selekcjonuje materia obserwacyjny w sposób czysto
przypadkowy. Zm czony my la : co to ma za znaczenie? Czy teraz cokolwiek ma znaczenie?
Twissell powiedzia (Harlan s ysza go niewyra nie):
- Powiadam ci, e ba em si bardziej ni si przyznawa em. Sennor mówi kiedy , e
ca a sprawa jest niemo liwa, Twierdzi , e musi si zdarzy co , co j udaremni... O co
chodzi?
Odwróci si na dziwne chrz kni cie Harlana. Harlan potrz sn g ow , wykrztusi :
- O nic.
Twissell zadowoli si tym i odwróci znowu. Nie wiadomo by o, czy mówi do
Harlana, czy w powietrze. Wydawa o si , e obawy t umione przez d ugie lata znajd uj cie w
potoku s ów:
- Sennor - mówi - stale w tpi . Rozmawiali my z nim, dyskutowali my.
Przedstawiali my dowody matematyczne i wyniki ca ych pokole badaczy, którzy nas
poprzedzali w fizjoczasie Wieczno ci. Odrzuca to wszystko i broni swego pogl du, cytuj c
paradoks o cz owieku spotykaj cym samego siebie. S ysza
, jak o tym mówi . To jego
ulubiony temat.
Sennor powiada, e znamy nasz przysz
. Na przyk ad ja, Twissell, wiedzia em, e
cho ju b
stary, prze yj wyjazd Coopera poni ej dolnego progu Wieczno ci. Zna em
inne szczegó y z mojej przysz
ci, wiedzia em, co zrobi .
Niemo liwe - on na to. Rzeczywisto musi si zmienia , by korygowa twoj wiedz ,
nawet je li to oznacza, e kr g nigdy si nie zamknie i nigdy nie powstanie Wieczno .
Dlaczego tak si upiera , nie wiem. Mo liwe, e szczerze w to wierzy , mo liwe, e
by a to dla niego intelektualna gra, a mo e tylko chcia nas wszystkich szokowa
niepopularnym pogl dem. Tak czy inaczej, przygotowania post powa y naprzód, a niektóre
dane pami tnika zacz y si sprawdza . Na przyk ad, umiejscowili my Coopera w tym
Stuleciu i tej Rzeczywisto ci, które podane by y w pami tniku. Ju samo to obala o pogl d
Sennora, ale on wcale si tym nie martwi . Tymczasem zainteresowa si innym problemem.
A jednak... - Twissell za mia si cicho z odcieniem zak opotania, papieros wypali
mu si niemal do samych palców - w g bi duszy nigdy nie by em spokojny. Co mog o si
zdarzy . Rzeczywisto , w której Wieczno zosta a ustanowiona, mog a si zmieni w jaki
sposób i umo liwi to, co Sennor nazywa paradoksem. Mog a si zmieni na tak , w której
Wieczno by nie istnia a. Czasami, le c bezsennie, by em niemal pewny, e to prawda... a
teraz ju jest po wszystkim i miej si z samego siebie. Stetrycza y g upiec.
Harlan powiedzia zni aj c g os:
- Kalkulator Sennor mia racj . Twissel odwróci si gwa townie.
- Co?
- Akcja si nie uda a. - Umys Harlana wydobywa si z mroku (dlaczego i w jakim
celu, nie by pewny). - Kr g nie jest zamkni ty.
- O czym ty mówisz? - Starcze d onie Twissella opad y na barki Harlana ze
zdumiewaj
si . - Jeste chory, ch opcze. Nerwowo wyczerpany.
- Nie jestem chory. Po prostu wszystko mi obmierz o. Pan. Ja sam. To nie moja
choroba, to skala. Niech pan spojrzy.
- Skala? - Kreska wska nika sta a na 27 Stuleciu, na prawym ko cu skali. - Co si
sta o? - Rado znikn a z twarzy Twissella. Zast pi a j groza.
Harlan mówi oboj tnie:
- Stopi em mechanizm blokuj cy, zwolni em sterowanie mocy.
- Jak mog
to...
- Mia em bicz neuronowy. Roz ama em go i jego mikroogniwo zu
em w jednym
pojedynczym wy adowaniu w charakterze palnika. Oto, co z tego zosta o. - Kopn w róg
ma kupk od amków metalu.
Twissell nie zwróci na to uwagi.
- W 27 Stuleciu? Mówisz, e Cooper jest w 27?
- Nie wiem, gdzie on jest - odpar Harlan g ucho. - D wigni mocy przesun em w
przesz
dalej ni w 24 Stulecie. Nie wiem, do jakiego wieku. Nie patrzy em. Potem
cofn em jaz powrotem, te nie patrz c.
Twissell wytrzeszcza na niego oczy, by blady na twarzy niezdrow ,
taw
blado ci , r ce mu dr
y.
- Nie wiem, gdzie on jest teraz - powtórzy Harlan. - Zgin w Prymitywie. Kr g jest
przerwany. My la em, e wszystko si sko czy, gdy przesun em d wigni do chwili
zerowej. To g upie. B dziemy musieli czeka . Nast pi taki moment w fizjoczasie, w którym
Cooper zorientuje si , e jest w niew
ciwym Stuleciu, i zrobi co niezgodnego z
pami tnikiem, kiedy... - Urwa , a potem wybuchn wymuszonym, chrapliwym miechem. -
Co za ró nica? Po prostu troch si wszystko odwlecze, nim Cooper dokona ostatniego
wy omu w kr gu. Nie ma sposobu, eby tego unikn
. Minuty, godziny, dnie. Co za ró nica...
Niebawem nie b dzie ju Wieczno ci. S yszy mnie pan? Nast pi koniec Wieczno ci.
14. Wcze niejsza zbrodnia
Dlaczego? Dlaczego? Twissell patrzy ca kowicie bezradnie to na skal , to na
Technika; w jego oczach odbija si ten sam bezsilny i pe en zdumienia gniew co w jego
osie.
Harlan podniós g ow . Mia do powiedzenia tylko jedno: - Noys!
Twissell:
- My lisz o tej kobiecie, któr wzi
do Wieczno ci? Harlan u miechn si gorzko i
nie powiedzia nic. Twissell:
- Co ona ma z tym wspólnego? Wielki Czasie, nie rozumiem, ch opcze.
- Co tu jest do zrozumienia? - wybuchn Harlan. - Dlaczego udaje pan naiwnego?
Mia em kobiet . By em szcz liwy i ona te . Nikomu nie przeszkadzali my. Ona nie istnia a
w nowej Rzeczywisto ci. Kogo to k
o w oczy?
Twissel na pró no próbowa przerwa . Harlan krzycza :
- Ale w Wieczno ci s zasady, prawda? Znam je wszystkie. Zawarcie zwi zku
wymaga zezwolenia; zawarcie zwi zku wymaga kalkulacji; wymaga wreszcie zatwierdzenia -
to sprawy delikatne. Co przeznaczyli cie dla Noys, kiedy to wszystko si sko czy? Fotel w
eksploduj cej rakiecie? Czy mo e bardziej atrakcyjn rol - wspólnej kochanki szanownych
Kalkulatorów? My
, e nie b dziecie ju snu
adnych planów.
Zako czy niemal z rozpacz , a Twissell podszed szybko do p yty wizjofonu. Jej
funkcja transmisyjna najwidocznie zosta a przywrócona.
Kalkulator krzycza do niej, a wreszcie us ysza odpowied . Potem powiedzia :
- Mówi Twissell. Nikogo tu nie wpuszcza . Rozumiecie?... Wi c uwa ajcie. Dotyczy
to równie cz onków Rady Wszechczasów. A nawet szczególnie ich.
Zwróci si z roztargnieniem do Harlana:
- Zastosuj si do tego, bo jestem starym cz owiekiem i starszym cz onkiem Rady i
poniewa uwa aj mnie za stetrycza ego dziwaka. Tak, ulegaj mi, bo jestem stetrycza ym
dziwakiem. - Na chwil pogr
si w milczeniu. Potem doda : - My lisz, e jestem
pomylony? - Szybko zwróci ku Harlanowi sw pomarszczon ma pi twarz.
Harlan pomy la : Wielki Czasie, to wariat. Pod wp ywem wstrz su postrada zmys y.
Odruchowo cofn si o krok, ale opanowa si szybko. Cho by nawet wpad w sza ,
to jest s aby, a zreszt jego szale stwo nie potrwa d ugo.
Nied ugo? A dlaczego w ogóle mia oby trwa ? Co odwleka koniec Wieczno ci?
Twissell powiedzia (nie mia papierosa w palcach ani nie si ga po papierosa)
natarczywym tonem:
- Nie odpowiedzia
mi. Uwa asz, e jestem pomylony? Przypuszczam, e tak
my lisz: zbyt pomylony, by z nim gada . Gdyby traktowa mnie jak przyjaciela, a nie jak
zgrzybia ego staruszka, kapry nego i nieobliczalnego, otwarcie wyzna by mi swoje
tpliwo ci. Nie post pi by tak, jak post pi
.
Harlan zastanowi si . Ten cz owiek uwa a, e to on jest wariatem. Otó w
nie!
Odpar gniewnie:
- Mój post pek by s uszny. Jestem przy zdrowych zmys ach. Twissell:
- Mówi em ci, e dziewczynie nie grozi adne niebezpiecze stwo. Pami tasz?
- By em g upcem, e wierzy em w to cho by przez chwil . By em g upcem, my
c,
e Rada oka e si sprawiedliwa wobec Technika.
- Kto ci mówi , e R.ada co o tym wie?
- Finge wiedzia i wys
odpowiedni raport do Rady.
- A sk d o tym wiesz?
- Wyci gn em to z Finge'a pod gro
u ycia neuronowego bicza. Bicz unicestwia
hierarchi s
bow .
- Tego samego bicza, którym dokona
tego? - Twissell wskaza prze cznik z
grudkami stopionego metalu na powierzchni skali.
- Tak.
- Bardzo przydatny bicz. - A potem ostro: - Wiesz, dlaczego Finge przed
to
Radzie zamiast za atwi spraw samemu?
- Poniewa mnie nienawidzi i chcia , bym utraci swe stanowisko. Pragn Noys.
Twissell:
- Jeste naiwny! Gdyby pragn tej dziewczyny, atwo móg by za atwi zwi zek.
Technik nie stanowi przeszkody. Ten cz owiek nienawidzi mnie, ch opcze. (Nadal nie mia
papierosa. Bez niego sprawia dziwne wra enie, a poplamiony palec, który przy
Harlanowi do piersi, gdy wyg asza ostatnie zdanie, wygl da niemal nieprzyzwoicie nago).
- Pana?
- Istnieje co takiego, ch opcze, jak polityka Rady. Nie ka dy Kalkulator jest jej
cz onkiem. Finge chcia by w Radzie. Jest ambitny, bardzo tego pragn . Przeszkodzi em
temu, poniewa uwa am, e jest niezrównowa ony. O Czasie, nigdy nie docenia em, jak
dalece mia em racj ... S uchaj, ch opcze. On wiedzia , e jeste moim protegowanym.
Przecie z Obserwatora zrobi em ci znakomitym Technikiem.
Wiedzia , e stale dla mnie pracujesz. W jaki sposób naj atwiej móg mi zaszkodzi i
zniszczy moje wp ywy? Gdyby zdo
udowodni , e mój ulubiony Technik pope ni
okropn zbrodni przeciwko Wieczno ci, trafi oby to we mnie. Mog oby zmusi mnie do
rezygnacji z Rady Wszechczasów, a kto, jak s dzisz, by by najprawdopodobniej moim
nast pc ?
ce bez papierosa zrobi y ruch ku ustom, Twissell popatrzy t po na pust przestrze
mi dzy palcem wskazuj cym i serdecznym.
Harlan pomy la : nie jest taki spokojny, jakiego udaje. Nie mo e by . Ale po co mówi
teraz te wszystkie nonsensy? Teraz, kiedy Wieczno si ko czy?
A potem w ostatecznym napi ciu: Ale dlaczego ona sienie sko czy a?
Twissell:
- Kiedy ostatnio pozwoli em ci jecha do Finge'a, podejrzewa em niebezpiecze stwo.
Lecz pami tnik Mallansohna stwierdza , e nie by o ci przez ostatni miesi c, a nie istnia
aden inny naturalny powód twojej nieobecno ci. Na szcz cie Finge sfuszerowa gr .
- W jaki sposób? - zapyta Harlan ze zm czeniem w g osie. W
ciwie nie
interesowa o go to, lecz Twissell gada i gada , a atwiej by o wzi w tym udzia ni nie
przyjmowa do wiadomo ci tego, co mówi .
Twissel:
- Finge zatytu owa swój raport: „W sprawie wykroczenia s
bowego Technika
Harlana". On jest idealnym Wieczno ciowcem, uwa asz; jest beznami tny, bezstronny, nie
denerwuje si . My la , e Rada wpadnie we w ciek
i zaatakuje mnie. Na nieszcz cie dla
siebie nie by
wiadom twojego prawdziwego znaczenia. Nie wiedzia , e ka dy raport
dotycz cy ciebie zostanie natychmiast przekazany mnie, je li nie jest wyra nie zaznaczone w
nag ówku, e ma go otrzyma kto inny.
- Nigdy pan ze mn o tym nie mówi .
- Jak mog em mówi ? Ba em si zrobi cokolwiek, co mog oby ci zdenerwowa i
wywo
kryzys naszego planu. Da em ci wszelkie mo liwo ci, aby si sam do mnie zwraca
ze swoimi problemami.
Wszelkie mo liwo ci? Harlan wykrzywi usta w grymasie niedowierzania, lecz
przypomnia sobie zm czon twarz Twissella na ekranie wizjofonu i spyta , czy nie ma mu
nic do powiedzenia. To by o wczoraj. Nie dalej jak wczoraj.
Harlan potrz sn g ow , lecz odwróci twarz.
Twissell powiedzia mi kko:
- Od razu zrozumia em, e wiadomie sprowokowa ci do twojej... szybkiej akcji.
Harlan podniós g ow :
- Pan o tym wie?
- Czy to ci dziwi? Wiedzia em, e Finge na mnie czyha. Wiedzia em o tym od
dawna. Jestem stary, ch opcze. Znam si na tych sprawach. Ale s sposoby, którymi mo na
sprawdza w tpliwych Kalkulatorów. Zawsze istniej pewne urz dzenia ochronne, wydobyte
z Czasu, których nie wystawia si w muzeach. Jest kilka, o których wie jedynie Rada.
Harlan pomy la gorzko o blokadzie w 100 000 Stuleciu.
- Z raportu i posiadanych przeze mnie informacji atwo by o wydedukowa , co si
stanie.
Harlan powiedzia nagle:
- Przypuszczam, e Finge podejrzewa pana o szpiegowanie.
- Mo liwe. Wcale by mnie to nie zdziwi o.
Harlan pomy la o pierwszych dniach u Finge'a, kiedy Twissell okaza niezwyk e
zainteresowanie m odym Obserwatorem. Finge nic nie wiedzia o projekcie Mallansohna i
zaniepokoi si wyst pieniem Twissella. „Czy kiedykolwiek widzia
si ze Starszym
Kalkulatorem Twissellem?" - zapyta . Harlan wyczuwa wyra nie niepewno w g osie
Finge'a. Ju wówczas Finge musia podejrzewa , e Harlan jest cz owiekiem Twissella. St d
jego wrogo i nienawi .
- Wi c gdyby przyszed do mnie...
- Przyj do pana? - krzykn Harlan. - A co z Rad ?
- Z ca ej Rady tylko ja jeden wiedzia em.
- I nic pan im nie powiedzia ? - Harlan próbowa szydzi .
- Nic.
Harlanowi zrobi o si gor co. Ubranie go dusi o. Czy ta zmora b dzie trwa a
wiecznie? Bzdurne, idiotyczne gadanie. Po co? Dlaczego?
Czemu Wieczno si nie sko czy a? Dlaczego nie ogarn ich wielki spokój
Niewieczno ci? Co si tu nie uda o?
Twissell:
- Nie wierzysz mi?
- Dlaczego mia bym wierzy ?! - krzykn Harlan. - Zebrali si , eby mnie obejrze ,
prawda? Po co by to mieli robi , gdyby nie znali raportu? Przyszli obejrze dziwacznego
faceta, który z ama prawa Wieczno ci, ale którego nie mo na ruszy jeszcze przez jeden
dzie . Nazajutrz projekt b dzie sko czony. Wyba uszali oczy, my
c o jutrze, którego
oczekiwali.
- Nic podobnego, ch opcze. Chcieli ci zobaczy tylko dlatego, e s lud mi.
Cz onkowie Rady s równie lud mi. Nie mogli by
wiadkami ostatniego startu kot a, bo
pami tnik Mallansohna ich nie przewidzia . Nie mogli rozmawia z Cooperem, poniewa
pami tnik równie o tym nie wspomina. A jednak co chcieli zobaczy . Ojcze Czasie,
ch opcze, nie wiedzia
, e oni chc co zobaczy ? Ty by
najbli ej, wi c ci sprowadzili,
eby si na ciebie pogapi .
- Nie wierz panu.
- A jednak to prawda.
- Czy by? Przecie przy obiedzie Radca Sennor mówi o cz owieku, który spotyka
samego siebie. Musia wiedzie o moich nielegalnych wycieczkach w 482 Stulecie i o tym, e
omal nie spotka em samego siebie. W ten sposób dr czy mnie, bawi si sprytnie moim
kosztem.
- Sennor? Martwisz si Sennorem? Wiesz, co to za
osna posta ? Pochodzi z 803, z
czasów jednej z nielicznych kultur, kiedy cia o ludzkie wiadomie zniekszta cano, by
odpowiada o estetycznym wymogom tego okresu. Pozbawiono go wszystkich w osów ju w
odo ci.
Wiesz, co to znaczy z punktu widzenia rozwoju gatunku ludzkiego? Z pewno ci
wiesz. Zniekszta cenie takie izoluje cz owieka od jego przodków i jego potomstwa. Ludzie z
803 s kiepskimi kandydatami na Wieczno ciowców, poniewa tak bardzo si ró ni od
reszty z nas. Bardzo niewielu z nich si wybiera. Z tego Stulecia jedyny Sennor znalaz si w
Radzie.
Nie wiesz, jak to na niego wp ywa? Na pewno rozumiesz, co to znaczy niepewno .
Czy kiedykolwiek przysz o ci do g owy, e cz onek Rady mo e czu si niepewnie? Dlatego
Sennor przys uchuje si wszelkim dyskusjom na temat zlikwidowania jego Rzeczywisto ci. A
usuni cie tej Rzeczywisto ci oznacza oby, e tylko on i paru innych z ca ego pokolenia
pozostanie nadal tak zniekszta conych. Ale którego dnia tak si to sko czy.
Znajduje ucieczk w filozofii. Kompensuje to sobie graj c pierwsze skrzypce w
dyskusji, wiadomie reprezentuj c niepopularne albo nie akceptowane pogl dy. Paradoks o
cz owieku spotykaj cym samego siebie jest jego ulubionym tematem. Mówi em ci, e
prorokowa kl sk projektu i to nam, cz onkom Rady, a nie tobie chcia dokuczy . To nie ma
nic wspólnego z tob . Nic!
Twissell podnieca si . W powodzi s ów zapomnia , gdzie jest, zapomnia o kryzysie,
jaki grozi , sta si na nowo szybko gestykuluj cym, niezdarnym gnomem, którego Harlan tak
dobrze zna . Wyci gn nawet papierosa z kieszonki w r kawie i po ama go na kawa ki.
Nagle przerwa , odwróci si na pi cie i znowu popatrzy na Harlana, jak gdyby
dopiero teraz przypominaj c sobie, co Technik ostatnio powiedzia .
- Co mia
na my li mówi c, e o ma o nie spotka
samego siebie?
Harlan opowiedzia mu krótko i spyta :
- Pan o tym nie wiedzia ?
- Nie.
Nast pi a chwila ciszy, która dla rozgor czkowanego Harlana by a jak yk wody, po
czym Twissell powiedzia :
- Czy by to by o to? A gdyby tak istotnie spotka samego siebie?
- Ale nie spotka em. Twissell zignorowa to.
- Zawsze pozostaje jaki margines. Przy niesko czonej liczbie Rzeczywisto ci nie
mo e istnie co takiego jak determinizm. Przypu my, e w Rzeczywisto ci
Mallansohnowskiej, w poprzednim cyklu...
- Czy kr g obraca si wiecznie? - zapyta Harlan z tym odcieniem zdziwienia, na jaki
jeszcze potrafi si zdoby .
- A my la
, e tylko dwa razy? My lisz, e dwa jest magiczn liczb ? To ci
e
obroty ko a w okre lonym fizjoczasie. Zupe nie jakby prowadzi o ówek po obwodzie ko a
niesko czon ilo razy, zamykaj c jednak okre lon przestrze . W poprzednim cyklu nie
spotka
samego siebie. W tym konkretnym przypadku statystyczne prawdopodobie stwo
zdarze pozwoli o ci na to. Rzeczywisto musia a si zmieni , by uniemo liwi spotkanie, i
w nowej Rzeczywisto ci nie wys
Coopera do 24, lecz...
Harlan krzykn :
- Po co to ca e gadanie? Do czego pan zmierza? Wszystko sko czone. Wszystko!
Teraz prosz mnie zostawi samego! Prosz mnie zostawi !
- Chcia bym, eby wiedzia , e post pi
le. eby sobie u wiadomi , e pope ni
d.
- Nie pope ni em. A je li nawet, to jest ju po wszystkim.
- Nie jest po wszystkim. B
askaw jeszcze troch mnie pos ucha . - Twissell kr ci
si , niemal szczebioc c z nerwow uprzejmo ci . - B dziesz mia swoj dziewczyn .
Obieca em ci to. I obietnic ponawiam. Nikt jej nie zrobi krzywdy. Daj ci moj osobist
gwarancj .
Harlan patrzy na niego rozszerzonymi oczami.
- Przecie jest za pó no. Po co to?
- Nie jest za pó no. Wszystko da si naprawi . Z twoj pomoc mo e nam si jeszcze
uda. Musisz mi pomóc. Musisz zrozumie , e zrobi
le. Musisz naprawi to, co zepsu
.
Harlan obliza suche wargi suchym j zykiem i pomy la : on oszala . Jego umys nie
potrafi poj prawdy... czy te mo e Rada wie co wi cej?
A mo e? Mo e? Mo e Rada potrafi odwróci kolejno Zmian? Potrafi zatrzyma
Czas albo go cofn ?
- Zamkn mnie pan w sterówce, chcia mnie pan obezw adni , póki si wszystko nie
sko czy.
- Powiedzia
, e boisz si , eby nie pope ni jakiej omy ki, e mo e nie uda ci si
odegra twojej roli.
- To mia a by pogró ka.
- Wzi em to dos ownie. Przepraszam. Musisz mi pomóc.
Do tego dosz o. Potrzebna jest pomoc Harlana, Twissell oszala ? Czy Harlan oszala ?
Czy to zreszt ma jakiekolwiek znaczenie? Czy cokolwiek ma teraz znaczenie?
Radzie potrzebna jest jego pomoc. Za t pomoc obiecuj mu wszystko. Noys.
Godno Kalkulatora. Na wszystko si zgodz . A gdy ju im pomo e, co wtedy? Nie da
zrobi z siebie durnia po raz drugi.
- Nie! - powiedzia .
- B dziesz mia Noys.
- Uwa a pan, e Rada zechce z ama prawa Wieczno ci, gdy minie
niebezpiecze stwo? Nie mog w to uwierzy . (Jak mo e min niebezpiecze stwo -
zastanawia si przy tym. Po co to wszystko?)
- Rada nigdy si nie dowie.
- W takim razie pan b dzie ama te prawa? Pan jest idea em Wieczno ciowca. Gdy
minie niebezpiecze stwo, b dzie pan pos uszny prawom. Nie mo e pan post pi inaczej.
Na policzkach Twissella wyst pi y czerwone plamy. Ze starej twarzy znikn wyraz
chytro ci i si y. Pozosta a tylko troska.
- Dotrzymam danego ci s owa i z ami prawo - rzek Twissell i to z powodu, którego
sobie nie mo esz nawet wyobrazi . Nie wiem, ile nam czasu zosta o do znikni cia
Wieczno ci. Mo e godziny, mo e miesi ce. Lecz straci em go ju tyle, eby ci przemówi do
rozs dku, e mog straci jeszcze troch . Wys uchasz mnie?
Harlan zawaha si . Nast pnie, bardziej z przekonania, e to i tak wszystko jest
daremne, ni z jakiegokolwiek innego powodu, powiedzia ze zm czeniem.
- Niech pan mówi.
- S ysza em - zacz Twissell - e ju urodzi em si stary, e gdy wyrzyna y mi si
by, obgryza em mikrokomputaplex, e podczas snu trzymam podr czny komputer w
kieszeni pi amy, e mój mózg jest zrobiony z ma ych ogniw elektrycznych, po czonych
równolegle, i e ka da cz steczka mojej krwi jest mikroskopijn kart przestrzenno-czasow ,
ywaj
w oliwie do komputerów.
Wszystkie te teorie dotar y w ko cu do mnie i chyba nawet by em z nich po trosze
dumny. Mo liwe, e nawet w nie wierz . To g upie, jak na takiego starego cz owieka, ale jest
mi z tym odrobin l ej.
Czy to ci nie dziwi? e ja mam równie ci kie ycie? Ja, Starszy Kalkulator
Twissell, starszy cz onek Rady Wszechczasów?
Mo e dlatego pal . Czy kiedy si nad tym zastanawia
? Musz przecie mie do
tego jaki powód. Wieczno jest w zasadzie spo ecze stwem niepal cym, a wi ksza cz
Czasu równie . Niekiedy my
, e to bunt przeciwko Wieczno ci. Co , co jest namiastk
wi kszego buntu, który si nie uda ...
Nie, w porz dku. Jedna czy dwie zy nie zaszkodz . Ja nie udaj , wierz mi. Po prostu
od dawna o tym nie my la em. Dlatego mi smutno.
Oczywi cie, w ca spraw by a zamieszana kobieta, podobnie jak w twoim
przypadku. To nie przypadek. To prawie nieuniknione. Wieczno ciowiec, który musi
sprzeda normalne przyjemno ci rodzinnego ycia za kolumny perforacji na folii, atwo ulega
infekcji. Dlatego, mi dzy innymi, Wieczno musi stosowa
rodki zapobiegawcze. I
prawdopodobnie z tego samego powodu Wieczno ciowcy s tak pomys owi w omijaniu tych
rodków, je li zajdzie potrzeba.
Pami tam moj kobiet . Mo liwe, e to g upie, ale nie pami tam nic poza ni z
tamtego fizjoczasu. Moi dawni koledzy s dla mnie tylko nazwiskami w ksi gach
dokumentów. Zmiany, jakie nadzorowa em poza jedn jedynie pozycj w zasobnikach
pami ciowych komputapleksu. A jednak j pami tam bardzo dobrze. Chyba potrafisz to
zrozumie .
Mia em w aktach od bardzo dawna podanie o zwi zek, a gdy potem osi gn em
stanowisko M odszego Kalkulatora, wyznaczono mi j . By a to dziewczyna z tego samego
Stulecia, z 575. Nie widzia em jej, oczywi cie, a do zawarcia zwi zku. By a inteligentna i
mi a. Ani pi kna, ani nawet adna, ale wtedy, nawet gdy by em m ody (tak, by em kiedy
ody wbrew wszelkim mitom), nie uchodzi em za przystojnego. Bardzo odpowiadali my
sobie temperamentem, a jako cz owiek Czasu by bym dumny, gdyby zosta a moj
on .
Powtarza em jej to wiele razy. My
, e jej si to podoba o. Nie wszyscy Wieczno ciowcy,
którzy musz wybiera sobie takie ony, na jakie pozwala kalkulacja, maj podobne
szcz cie.
W tamtej okre lonej Rzeczywisto ci mia a umrze m odo, a z adnym z jej
odpowiedników nie mog em zawrze zwi zku. Najpierw przyjmowa em to filozoficznie.
Przecie to w
nie dzi ki jej krótkiemu yciu mog em
z ni bez szkodliwego
oddzia ywania na Rzeczywisto .
Wstydz si tego teraz, wstydz si faktu, e cieszy em si , i niewiele ycia jej
pozosta o. Cieszy em si tylko na pocz tku. Tylko na pocz tku.
Odwiedza em j tak cz sto, jak na to pozwala plan czasowo-przestrzenny.
Wykorzysta em go co do minuty, rezygnuj c z posi ków i snu, je li by o trzeba, bezwstydnie
wykr caj c si od roboty. Jej s odycz przesz a moje oczekiwania, by em zakochany. Mówi
to otwarcie. Moje do wiadczenie w mi
ci jest bardzo niewielkie, a zrozumienie jej przez
obserwacj w Czasie - bardziej ni w tpliwe. Lecz, o ile si orientuj , by em zakochany.
To, co zacz o si jako zaspokojenie potrzeby uczuciowej i fizycznej, sta o si czym
o wiele powa niejszym. Jej rych a mier przesta a by spraw oczywist , a sta a si kl sk .
Przebada em jej Biografi , ale sam, bez pomocy Wydzia u Biografowania. Jeste pewnie
zaskoczony. To by o wykroczenie, ale zupe nie b ahe w porównaniu ze zbrodniami, jakie
pope ni em pó niej.
Tak, w
nie ja, Laban Twissell. Starszy Kalkulator Twissell.
Trzy razy przychodzi i mija ten moment w fizjoczasie, w którym przez pewne proste
posuni cie mog em zmieni jej osobist Rzeczywisto . Wiedzia em, e adna tego rodzaju
Zmiana, przeprowadzona z powodów osobistych, nie zyska akceptu Rady. Za em si jednak
czu osobi cie odpowiedzialny za jej mier . Widzisz, to by jeden z motywów mojego
pó niejszego dzia ania.
Zasz a w ci
. Nie przeciwdzia
em tego, chocia powinienem. Zna em jej
Biografi , o tyle zmodyfikowan , by mie ci si w niej jej zwi zek ze mn , i wiedzia em, e
prawdopodobie stwo ci y b dzie du e. Mo e wiesz, a mo e nie wiesz, e kobiety z Czasu
niekiedy zachodz w ci
z Wieczno ciowcami mimo rodków zapobiegawczych. Takie
rzeczy si zdarzaj . Poniewa jednak aden Wieczno ciowiec nie ma prawa mie dzieci,
ewentualne ci e przerywa si bezbole nie i bezpiecznie, istnieje wiele metod.
Moja analiza Biografii wskazywa a, e dziewczyna umrze przed porodem, a wi c nie
uczyni em nic, by ci
przerwa . By a szcz liwa i chcia em, eby taka pozosta a. Patrzy em
wi c tylko i próbowa em si u miecha , gdy powiada a mi, e czuje, jak budzi si w niej
ycie.
Lecz nast pi przedwczesny poród...
Nie dziwi si , e tak patrzysz. Mia em dziecko. W asne dziecko. Prawdopodobnie nie
znajdziesz innego Wieczno ciowca, który móg by to o sobie powiedzie . Pope ni em wi cej
ni wykroczenie, powa ne przest pstwo, ale to jeszcze nic.
Nie spodziewa em si tego. Urodziny i zwi zane z nim problemy stanowi y dziedzin ,
w której mia em niewielkie do wiadczenie.
W panice przestudiowa em na nowo Biografi i odkry em, e dziecko mo e
w
rezultacie ma o prawdopodobnego rozdwojenia w tku, którego przedtem nie dostrzeg em.
Zawodowy Biografista nie przeoczy by tego, ja za pope ni em b d, ufaj c zbytnio w swoje
umiej tno ci.
Ale co mog em teraz zrobi ?
Matka zmar a, jak przewidziano i w przewidziany sposób. Siedzia em w jej pokoju
przez ca y czas dozwolony przez kart przestrzenno-czasow , skr caj c si z bólu, tym
silniejszego, e przecie przez rok z gór z ca
wiadomo ci czeka em na jej mier . W
ramionach trzyma em swego i jej syna.
Tak, pozostawi em go przy yciu. Czemu tak krzyczysz? Ty masz zamiar mnie
pot pi ?
Sk d mo esz wiedzie , co to znaczy trzyma w ramionach atom w asnego ycia?
Mo e masz komputaplex zamiast nerwów i karty przestrzenno-czasowe zamiast krwiobiegu?
Pozostawi em dziecko przy yciu. Pope ni em i t zbrodni . Odda em je pod opiek
ciwej organizacji i wraca em, kiedy si da o (w cis ym nast pstwie czasowym,
zsynchronizowanym z fizjoczasem), by dokonywa niezb dnych wp at i patrze , jak ch opiec
ro nie.
W ten sposób min y dwa lata. Regularnie sprawdza em Biografi ch opca (teraz
przyzwyczai em si ju do amania tego w
nie prawa) i by em zadowolony, widz c, e nie
ma oznak szkodliwego wp ywu na istniej
wówczas Rzeczywisto z
prawdopodobie stwem do oko o 0,0001. Ch opiec nauczy si chodzi , pozna kilka s ów. Nie
uczono go, by mnie nazywa „tat ". Co my leli sobie czasowi ludzie z Instytutu Opieki nad
Dzieckiem - tego nie wiem. Brali pieni dze i nie mówili nic.
Po up ywie dwóch lat Radzie Wszechczasów przedstawiono konieczno Zmiany,
która zahacza a o 575 Stulecie. Mnie, jako promowanemu ostatnio na Zast pc Kalkulatora,
polecono przeprowadzenie Zmiany. By a to pierwsza Zmiana, któr powierzono wy cznie
mnie.
Oczywi cie by em dumny, ale jednocze nie ba em si . Mój syn by obcy w
Rzeczywisto ci. Trudno by o oczekiwa , by mia odpowiedniki. Przygn bia a mnie ta my l o
jego przej ciu do niebytu.
Pracowa em przy Zmianie i pochlebia em sobie, e wykona em zadanie bez zarzutu.
Pierwsze w yciu. Ale uleg em pokusie. Uleg em tym atwiej, e ju nie by o to dla mnie nic
nowego. Sta em si zatwardzia ym przest pc , recydywist . Bada em now Biografi mego
syna w nowej Rzeczywisto ci, pewny tego, co znajd .
Lecz wtedy, przez dwadzie cia cztery godziny bez jedzenia i bez snu, siedzia em w
swoim gabinecie, walcz c z zamkni
Biografi , szarpi c jaw rozpaczliwym wysi ku, by
znale b d.
Nie by o b du.
Nast pnego dnia, odk adaj c decyzj Zmiany, przygotowa em kart przestrzenno-
czasow , u ywaj c prymitywnej metody przybli enia (mimo wszystko Rzeczywisto nie
mia a trwa d ugo) i wszed em w Czas w punkcie odleg ym o trzydzie ci lat od urodzin
mojego syna.
Mia wtedy trzydzie ci cztery lata, czyli tyle co ja. Przedstawi em si jako daleki
krewny, wykorzystuj c sw znajomo rodziny jego matki. Nic nie wiedzia o swoim ojcu,
nie pami ta z dzieci stwa moich odwiedzin.
Pracowa jako in ynier aeronautyczny. Wiek 575 specjalizowa si w kilku rodzajach
podró y powietrznych (i nadal si specjalizuje w bie cej Rzeczywisto ci), a mój syn by
szcz liwym i warto ciowym cz onkiem tego spo ecze stwa. O eni si z gor co zakochan
w nim dziewczyn , lecz nie mieli dzieci. Dziewczyna ta nie wysz aby w ogóle za m w
Rzeczywisto ci, w której mój syn by nie istnia . Wiedzia em o tym od pocz tku. Wiedzia em,
e nie b dzie szkodliwego oddzia ywania na Rzeczywisto . W przeciwnym wypadku mo e
nie zdoby bym si na to, by mego syna zostawi przy yciu. Bo nie jestem ca kowicie wyzuty
z zasad.
Sp dzi em z nim jeden dzie . Rozmawia em oficjalnie, u miecha em si grzecznie,
po egna em si ch odno, w chwili gdy nakazywa a to karta przestrzenno-czasowa. Ale
obserwowa em i poch ania em wszystko, usi uj c prze
przynajmniej jeden dzie poza
Rzeczywisto ci , jakby nast pny dzie (w fizjoczasie) mia nigdy nie nadej .
Jak e pragn em odwiedzi moj
on po raz drugi, w tym okresie, kiedy jeszcze
a,
ale zu
em ostatni woln sekund . Nie o mieli em si nawet wej do Czasu, by j
zobaczy , samemu pozostaj c niewidzialnym. Nast pnego dnia z
em wyliczenia wraz z
moimi zaleceniami Zmiany.
Twissell zni
g os do szeptu i wreszcie zamilk . Siedzia oklapni ty, utkwiwszy oczy
w pod og , splataj c i rozplataj c palce.
Harlan pró no czeka na dalszy ci g. Odchrz kn . Stwierdzi , e wspó czuje temu
cz owiekowi, wspó czuje mu mimo wielu zbrodni, jakie pope ni . Zapyta :
- To wszystko? Twissell szepn :
- Nie, najgorsze... najgorsze, e... odpowiednik mego syna istnia . W nowej
Rzeczywisto ci istnia jako paralityk od czwartego roku ycia. Czterdzie ci dwa lata w
ku,
w okoliczno ciach, które uniemo liwia y mi zastosowanie techniki regeneracji nerwów z 900
Stulecia albo nawet bezbolesne zako czenie jego ycia.
Nowa Rzeczywisto istnieje. Mój syn znajduje si w niej nadal w odpowiedniej
cz ci Stulecia. To ja mu to zrobi em. To mój umys i mój komputaplex odkry dla niego to
nowe ycie i moje s owo zarz dzi o Zmian . Pope ni em dla niego i dla jego matki wiele
zbrodni, lecz ten ostatni czyn, jakkolwiek ci le zwi zany z moj przysi
Wieczno ciowca,
zawsze wydawa mi si mój najwi ksz zbrodni , prawdziw zbrodni .
Harlan milcza .
Twissell podj :
- Ale teraz widzisz, e rozumiem twój przypadek, i dlatego ch tnie pozostawi ci t
dziewczyn . To nie zaszkodzi Wieczno ci i w pewnym sensie b dzie zado uczynieniem za
moj zbrodni .
I Harlan uwierzy . W jednej chwili ca kowicie zmieni pogl dy i uwierzy !
Osun si na kolana i podniós zaci ni te pi ci do skroni. Pochyli g ow . Ogarn a
go dzika rozpacz.
Porzuci Wieczno i straci Noys, a gdyby nie ów chwyt Samsona - móg ocali jedno
i zachowa drugie.
15. Poszukiwania w Prymitywie
Twissell, potrz saj c Harlana za ramiona, wo
niecierpliwie: - Harlan! Harlan! Na
mi
Czasu, cz owieku! Harlan powoli budzi si z odr twienia.
- Co mamy robi ?
- Z pewno ci nie to. Nie rozpacza . Na pocz tek s uchaj. Zapomnij o swym
technicznym pogl dzie na Wieczno i spojrzyj na ni oczyma Kalkulatora. Ten pogl d jest
bardziej skomplikowany. Kiedy wprowadzasz pewne odchylenie w Czasie i tworzysz Zmian
Rzeczywisto ci, Zmiana mo e nast pi natychmiast. Dlaczego tak powinno by ?
Harlan zapyta roztrz sionym g osem:
- Bo to odchylenie uczyni o Zmian nieuniknion ?
- Czy by? Mo esz przecie si cofn i odwróci odchylenie.
- S dz , e tak. Jednak nigdy tego nie próbowa em. Ani nie s ysza em, eby kto to
robi .
- S usznie. Nie ma intencji cofni cia odchylenia, wi c wszystko odbywa si tak, jak
planowano. Ale tu mamy co innego. Niezamierzone odchylenie. Pos
Coopera do
niew
ciwego Stulecia, a teraz ja koniecznie chc odwróci to odchylenie i sprowadzi go z
powrotem.
- Na mi
Czasu, jak?
- Nie jestem jeszcze pewny, ale musi istnie jaki sposób. W przeciwnym razie
odchylenie by oby nieodwracalne. Zmiana nast pi aby natychmiast. A przecie nie nast pi a.
Pozostajemy nadal w Rzeczywisto ci pami tnika Mallansohna. Oznacza to, e odhylenie jest
odwracalne i zostanie odwrócone.
- Co? - prze laduj ca Harlana zmora pot
nia a, stawa a si coraz bardziej
dokuczliwa.
- Musi istnie sposób ponownego po czenia kr gu w Czasie, a to, e wpadniemy na
ciwy sposób, jest wysoce prawdopodobne. Oczywi cie póki istnieje nasza
Rzeczywisto . Je li w którejkolwiek chwili ty czyja podejmiemy z decyzj , je li
prawdopodobie stwo po czenia kr gu spadnie poni ej pewnej krytycznej wielko ci,
Wieczno zniknie. Rozumiesz?
Harlan niezupe nie rozumia , ale nawet si o to zbytnio nie stara . Powoli wsta i
powlók si do krzes a.
- Uwa a pan, e mo emy odzyska Coopera?...
- I pos
go we w
ciwe miejsce. Tak. Wystarczy z apa go w chwili, gdy opuszcza
kocio , a b dzie móg si znale we w
ciwym miejscu w 24 Stuleciu, starszy zaledwie o
kilka godzin fizjoczasu. Oczywi cie, b dzie to odchylenie, lecz niew tpliwie niezbyt wa ne.
Rzeczywisto si zachwieje, cz owieku, ale nie runie.
- Ale jak go ci gniemy?
- Wiemy, e jest sposób, bo inaczej Rzeczywisto ju by nie istnia a. I w
nie do
znalezienia tego sposobu potrzebuj ciebie, dlatego walczy em, by ci pozyska . Jeste
ekspertem w sprawach Prymitywu. Powiedz mi.
- Nie mog -j kn Harlan.
- Mo esz - nalega Twissell.
Nagle z twarzy starca znik y wszelkie lady wieku czy zm czenia. Jego oczy p on y
ogniem walki, wymachiwa papierosem jak lanc . Nawet otumaniony rozpacz Harlan
widzia , e Kalkulator si cieszy, cieszy si w tej w
nie chwili, gdy trzeba przyst pi do
boju.
- Mo emy zrekonstruowa wydarzenia - powiedzia Twissell. Tu masz d wigni
rozruchu. Stoisz przy niej czekaj c na sygna . W czasz kontakt i jednocze nie naciskasz w
dó d wigni mocy. Jak daleko?
- Nie wiem, mówi panu. Nie wiem.
- Ty nie wiesz, ale twoje mi nie wiedz . Sta tam i we do r ki d wigni . Skup si .
Bierz d wigni . Czekasz na sygna . Nienawidzisz mnie. Nienawidzisz Rady. Nienawidzisz
Wieczno ci. P ka ci serce z alu po Noys. Cofnij si do tej chwili. Czuj si tak, jak si wtedy
czu
. A teraz ja znowu w cz zegar. Dam ci minut , ch opcze, by sobie przypomnia
swoje uczucia i zmusi si do dzia ania. Nast pnie, gdy b dzie si zbli
o zero, niech twoja
ka szarpnie d wigni , tak jak zrobi a to przedtem. A teraz cofnij r
. Nie przesuwaj
wigni z powrotem. Jeste gotów?
- Chyba nie dam rady.
- Chyba?... Ojcze Czasie, nie masz przecie wyboru. Czy w inny sposób mo esz
odzyska swoj dziewczyn ?
Nie by o sposobu. Harlan zmusi si , by podej do steru, a gdy to uczyni , uczucia
nap yn y z powrotem. Nie potrzebowa ich wywo ywa . Powtarzanie fizycznych ruchów
obudzi o je znowu. Czerwony w osek na zegarze zacz si porusza .
Z rozpacz my la : ostatnia minuta ycia?
Minus trzydzie ci sekund.
To nie b dzie bola o. To nie mier .
Próbowa my le wy cznie o Noys.
Minus pi tna cie sekund.
Noys!
Lewa r ka Harlana pu ci a prze cznik.
Minus dwana cie sekund.
Kontakt!
Prawa r ka poruszy a si .
Minus pi sekund.
Noys!
Prawa r ka po - ZERO - ruszy a si kurczowo.
Odskoczy oddychaj c ci ko.
Podszed Twissell i popatrzy na skal .
- Dwudzieste Stulecie - powiedzia . - Dok adnie 19,38. Harlan wykrztusi :
- Nie wiem. Stara em si odczuwa to samo, ale to by o co innego. Wiedzia em, co
robi , i to zmienia o posta rzeczy.
- Wiem, wiem. Mo liwe, e to wszystko jest b dne. Nazwijmy to pierwszym
przybli eniem. - Urwa na chwil rachuj c w pami ci, wyj kieszonkowy komputer, do
po owy wyci gn go z pojemnika i schowa znowu, nie próbuj c uruchomi . - Do Czasu, z
dziesi tnymi. Powiedzmy, e prawdopodobie stwo wynosi 0,99, e pos
go do drugiej
wierci dwudziestego Stulecia. Gdzie mi dzy 19,25 a 19,50. W porz dku?
- Nie wiem.
- No, to teraz s uchaj. Je li podejm mocn decyzj skoncentrowania si na tej cz ci
Prymitywu, wykluczaj c wszystko inne, i je li si myl , to prawdopodobnie strac ostatni
mo liwo zamkni cia kr gu w Czasie i Wieczno zniknie. Sama decyzja b dzie kluczowym
punktem. Minimum Potrzebnych Zmian, MPZ, aby umo liwi Zmian . Teraz podejmuj
decyzj . Decyduj definitywnie...
Harlan rozejrza si ostro nie doko a, jakby Rzeczywisto sta a si tak krucha, e
gwa towny ruch g ow móg j zniweczy , i powiedzia :
- Jestem ca kowicie wiadom Wieczno ci. (Zdecydowanie Twissella wp yn o na
niego do tego stopnia, e w asny g os zabrzmia mu mocno w uszach).
- A wi c Wieczno istnieje nadal - powiedzia Twissell rzeczowo - to znaczy, e
podj li my w
ciw decyzj . Na razie nie mamy tu nic do roboty. Chod my do mego
gabinetu i pozwólmy, by komitet Rady przybieg do tej sali, je li to mu potrzebne do
szcz cia. Dla nich akcja zako czy a si pomy lnie. A je li nie, to nigdy si o tym nie
dowiedz , bo nie b
yli. Ani my.
Twissell uwa nie przygl da si swemu papierosowi.
- Teraz powinni my sobie odpowiedzie na pytanie: Co zrobi Cooper, gdy znajdzie
si w niew
ciwym Stuleciu?
- Nie wiem.
- Jedno jest oczywiste. To bardzo bystry ch opak, inteligentny, z wyobra ni , nie
uwa asz?
- No có , przecie on jest Mallansohnem.
- Otó w
nie. I zastanawia si , czy si nic z ego nie stanie. Jedno z jego ostatnich
pyta brzmia o: „A co b dzie, je li nie wyl duj we w
ciwym miejscu"? Pami tasz?
Harlan nie mia poj cia, dok d to prowadzi.
- Jest wi c psychicznie przygotowany na przesuni cie w czasie. Co zrobi. Spróbuje
si z nami skomunikowa . B dzie próbowa zostawi dla nas jakie
lady. Pami taj, e przez
cz
swego ycia by Wieczno ciowcem. To wa na sprawa. - Twissell wydmuchn kó ko
dymu, zahaczy o nie palcem i patrzy , jak si zwija i rozpada. - Jest przyzwyczajony do
poj cia czno ci w Czasie. W tpi , czy pogodzi si z my
, e zosta wystrychni ty na
dudka. B dzie wiedzia , e go szukamy.
Harlan rzek :
- Bez kot ów i bez Wieczno ci, w 20 Stuleciu, jak uda mu si z nami skomunikowa ?
- Z tob , Techniku, z tob . U ywaj liczby pojedynczej. Jeste ekspertem w sprawach
Prymitywu. Udziela
Cooperowi lekcji Prymitywu. Tylko po tobie mo e si spodziewa , e
potrafisz odnale jego lady.
- Jakie lady, Kalkulatorze?
Stara twarz Twissella przybra a chytry wyraz, zmarszczki pog bi y si .
- Zamierzali my pozostawi Coopera w Prymitywie. Brak mu ochronnej tarczy
fizjoczasu. Ca e jego ycie jest wplecione w tkank Czasu i pozostanie takie, a ty i ja
zmienimy odchylenie. Podobnie wpleciony w tkank Czasu jest ka dy przedmiot, znak czy
wiadomo , jakie on mo e nam zostawi . Z pewno ci musz istnie okre lone ród a, jakimi
si pos ugiwa
studiuj c 20 Stulecie. Dokumenty, archiwa, filmy, dzie a sztuki, podr czniki.
Chodzi mi o pierwotne ród a pochodz ce z tego w
nie Czasu.
- Owszem, s takie ród a.
- I on je z tob studiowa ?
- Tak.
- Czy jest w ród nich jakie szczególnie przez ciebie cenione, o którym wiedzia , e je
znasz doskonale, tak eby rozpozna w nim wiadomo od niego?
- Ju widz , do czego pan zmierza - powiedzia Harlan. Zamy li si .
- Wi c? - zapyta Twissell z odcieniem niecierpliwo ci.
- Prawie na pewno czasopisma. Czasopisma s zjawiskiem wczesnych lat 20 Stulecia.
Jedno z nich, którego mam niemal ca y komplet, zaczyna si w pocz tkach 20 i wychodzi
niemal do ko ca 22 wieku.
- Dobrze. A teraz, czy przypuszczasz, e istnieje jaki sposób, by Cooper u
tego
tygodnika do przekazania wiadomo ci? Pami taj, e on wie, i b dziesz czyta ten periodyk,
e jeste z nim obznajomiony, e b dziesz wiedzia , jak w nim szuka .
- Trudno powiedzie - Harlan potrz sn g ow . - Tygodnik pos ugiwa si
wymy lnym stylem. Stosowa
cis selekcj materia u,
I to w sposób do zaskakuj cy. Trudno si spodziewa , e wydrukuje co , co kto
zaproponuje. Nawet gdyby Cooperowi uda o si uzyska prac w redakcji, co jest bardzo
ma o prawdopodobne, to i tak nie mia by pewno ci, e dok adnie to, co napisa , przejdzie
przez ró ne komórki. Nie widz mo liwo ci, Kalkulatorze.
- Na mi
Czasu, my l! Skoncentruj si na tym tygodniku. Jeste w 20 Stuleciu,
jeste Cooperem, z jego wykszta ceniem i wychowaniem. Uczy
tego ch opaka, Harlan.
Kszta towa
jego umys . Wi c co wed ug ciebie powinien zrobi ? Jakby post pi , by
umie ci co w tygodniku? Co , co zawiera oby dok adnie te sformu owania, jakie mu s
potrzebne?
Oczy Harlana rozszerzy y si .
- Og oszenie.
- Co?
- Og oszenie. P atna notatka, któr musz wydrukowa dok adnie tak, jak si
da.
Od czasu do czasu dyskutowali my na ten temat.
- Ach tak. W 186 Stuleciu mieli co w tym rodzaju - powiedzia Twissell.
- To nie to, co w wieku dwudziestym. Wtedy og oszenia osi gn y swój szczyt.
rodowisko kulturalne...
- Wracaj c do og osze - przerwa szybko Twissell - jakiego rodzaju by oby to
og oszenie?
- Sam chcia bym wiedzie .
Twissell wpatrzy si w roz arzony koniuszek papierosa, jakby szukaj c natchnienia. -
Nie mo e nic powiedzie bezpo rednio. Nie mo e napisa : „Cooper z 78 wyl dowa w 20 i
wzywa Wieczno ".
- Sk d pan ma t pewno ?
- To niemo liwe! Podanie dwudziestemu Stuleciu informacji, której ówcze ni ludzie
nie powinni uzyska , by oby równie szkodliwe dla kr gu Mallansohna, jak niew
ciwa akcja
z naszej strony. My istniejemy nadal, a wi c przez ca e swoje ycie w bie cej
Rzeczywisto ci Prymitywu Cooper nie wyrz dzi szkody tego rodzaju.
- Poza tym - powiedzia Harlan, wycofuj c si z kontemplacji problemów kr gu
Wieczno ci, o które Twissell wyra nie ma o si troszczy - tygodnik najprawdopodobniej nie
zgodzi by si na opublikowanie czegokolwiek, co wydawa oby si redakcji majaczeniem
wariata albo czego by nie rozumia a. Podejrzewa aby oszustwo albo jak nielegaln
dzia alno , do której nie chcia aby si miesza . Wi c Cooper nie mo e u
standardowego
mi dzyczasowego w swoim og oszeniu.
- To musi by co finezyjnego - rzek Twissell. - Musi nas zawiadomi po rednio.
Zamie ci og oszenie, które b dzie si wydawa o ca kowicie normalne ludziom Prymitywu.
Absolutnie normalne! A jednak musi by to co oczywistego dla nas. Bardzo oczywistego na
pierwszy rzut oka, poniewa musimy to znale w ród niezliczonych og osze . Jak wielkie
powinno ono by ? Czy te og oszenia s kosztowne?
- S dz , e do kosztowne,
- A Cooper musi oszcz dza pieni dze. Poza tym, eby nie wzbudzi nadmiernego
zainteresowania, powinno by jednak ma e. Ale jakie?
Harlan roz
r ce.
- Pó szpalty?
- Szpalty?
- To s drukowane tygodniki, wie pan. Na papierze. Druk u
ony jest w szpalty.
- Och, tak. Jako nie potrafi odró ni literatury od filmu... Dobrze, mamy wi c
pierwsz wskazówk . Musimy szuka pó szpaltowego og oszenia, które praktycznie na
pierwszy rzut oka powinno wiadczy , e cz owiek, który je zamie ci , pochodzi z innego
Stulecia (oczywi cie z przysz
ci), a które jednak jest na tyle normalnym og oszeniem, e
aden cz owiek z tamtego Stulecia nie dostrze e w nim nic podejrzanego.
- A co b dzie, je li go nie znajd ?
- Znajdziesz. Wieczno istnieje, prawda? A jak d ugo istnieje, jeste my na
ciwym tropie. Powiedz mi, nie przypominasz sobie takiego og oszenia z czasów twojej
pracy z Cooperem? Czego , co ci uderzy o, cho by tylko na chwil , jako dziwaczne,
zwariowane, niesamowite, w jaki sposób fa szywe?
- Nie.
- Nie chc , eby odpowiada tak szybko. Namy l si pi minut.
- Nie ma potrzeby. Kiedy przerabia em z Cooperem czasopisma, on nie by w 20
Stuleciu.
- Prosz , ch opcze. Rusz g ow . Wys anie Coopera w 20 Stulecie wprowadzi o
odchylenie. To nie jest Zmiana, to nie jest odchylenie nieodwo alne. Ale bywaj pewne
zmiany przez ma e „z", albo mikrozmiany, jak sieje zwykle okre la w komputacji. W chwili
gdy Cooper zosta wys any w 20 wiek, w odpowiednim numerze magazynu ukaza o si
og oszenie. Nasza Rzeczywisto zmieni a si minimalnie, w tym sensie, e mog
patrze
na stron z tym og oszeniem, cho nie robi
tego w poprzedniej Rzeczywisto ci.
Rozumiesz?
Harlan znowu zdumia si
atwo ci , z jak Twissell torowa sobie drog przez d ungl
logiki czasowej i „paradoks" Czasu. Potrz sn g ow .
- Nie przypominam sobie nic w rym rodzaju.
- A gdzie trzymasz roczniki tego periodyku?
Mam specjaln bibliotek zbudowan na poziomie drugim, specjalnie z my
o
Cooperze.
- Doskonale - powiedzia Twissell. - Idziemy tam. Natychmiast.
Twissell wpatrywa si z zaciekawieniem w stare oprawne tomy w bibliotece, a
nast pnie wzi jeden z nich. By y tak stare, e papier nale
o konserwowa specjalnymi
metodami. Zatrzeszcza przy niezbyt delikatnym dotkni ciu.
Harlan j kn . W lepszych czasach kaza by Twissellowi odej od ksi ek, mimo e
by on Starszym Kalkulatorem.
Stary cz owiek ogl da pomarszczone stronice i porusza wargami czytaj c archaiczne
owa.
- To jest ten angielski, o którym zawsze mówi filologowie, prawda? - zapyta
stukaj c palcem w kart .
- Tak, angielski - mrukn Harlan. Twissell od
tom.
- Ci ki i niezgrabny.
Harlan wzruszy ramionami. Dla wyja nienia: wi kszo Stuleci Wieczno ci by a to
era filmu. Znaczna mniejszo - era zapisu cz stkowego. Jednak druk i papier nie nale
y do
rzeczy zupe nie nieznanych.
Powiedzia :
- Ksi ki nie wymagaj takiego rozwoju technologii jak filmy. Twissell potar
podbródek.
- W
nie. Mo emy zaczyna ?
Wyci gn inny tom z pó ki, otworzy na samym pocz tku i wpatrywa si w stron w
niezwyk ym skupieniu.
Harlan pomy la : czy on s dzi, e znajdzie rozwi zanie przez szcz liwy przypadek?
Twissell, widz c dezaprobat we wzroku Technika, poczerwienia i od
ksi
.
Harlan wzi pierwszy tom z 19,25 centycenturii i zacz systematycznie przewraca
strony. Siedzia sztywno, tylko jego r ka i oczy si porusza y.
Od czasu do czasu wstawa po nowy tom i wtedy robili przerw na kaw i na posi ki.
Wreszcie powiedzia ci ko:
- Nie ma sensu, eby pan tu siedzia . Twissell spyta :
- Czy ci przeszkadzam?
- Nie.
- A wi c zostan - mrukn Kalkulator.
Niekiedy podchodzi do pó ek z ksi kami, wpatruj c si bezradnie w ich ok adki.
Dopalaj ce si papierosy od czasu do czasu parzy y mu palce, ale me zwraca na to uwagi.
Jeden fizjodzie dobieg ko ca.
Spali kiepsko i krótko. Rano, mi dzy jednym a drugim tomem, Twissell wypi ostatni
yk kawy i powiedzia :
- Czasami zastanawiam si , czemu nie rzuci em Kalkulacji po tej sprawie mojego...
wiesz...
Harlan skin g ow .
- Ale mam na to ochot - kontynuowa stary. - Mam na to ochot . Ca e fizjomiesi ce
marzy em rozpaczliwie, eby nie mie do czynienia z adnymi Zmianami. Mia em ich dosy .
Zacz em si . zastanawia , czy Zmiany s s uszne. Zabawne, jakie kawa y mog cz owiekowi
ata uczucia natury osobistej.
Znasz histori Prymitywu, Harlan. Wiesz, jak wygl da . Rzeczywisto p yn a lepo
wzd
linii maksymalnego prawdopodobie stwa. Je li w tym maksimum mie ci o si
dziesi Stuleci niewolniczej ekonomii, upadek techniki albo nawet... nawet wojna atomowa,
o ile by a wtedy mo liwa, no to có , u Czasu, to dochodzi o do tych wydarze . Nic nie mog o
ich powstrzyma .
Ale tam, gdzie istnieje Wieczno , poczynaj c od 28 Stulecia, rzeczy tego rodzaju si
nie zdarzaj . Ojcze Czasie, podnie li my nasz Rzeczywisto do poziomu dobrobytu, jaki w
czasach Prymitywu trudno sobie nawet wyobrazi ; do poziomu, którego osi gni cie bez
ingerencji Wieczno ci by oby wr cz niemo liwe.
Harlan my la ze wstydem: O co mu chodzi? ebym jeszcze wi cej pracowa ? Robi ,
co mog .
Twissell:
- Je li nie wykorzystamy okazji, Wieczno zniknie, prawdopodobnie w ca ym
flzjoczasie. I w jednej ogromnej Zmianie ca a Rzeczywisto wróci do maksymalnego
prawdopodobie stwa, wraz -jestem tego pewny - z atomowymi wojnami i zag ad cz owieka.
Harlan:
- Lepiej wezm si za nast pny tom.
Podczas kolejnej przerwy Twissell powiedzia bezradnie:
- Tyle roboty... Czy nie ma jakiego szybszego sposobu? Harlan:
- Niech go pan wymy li. Mnie si wydaje, e musz obejrze ka
stron z osobna.
Jak mog robi to szybciej?
Metodycznie przewraca kartki.
- Druk zaczyna miga mi przed oczyma, a to oznacza, e pora na sen.
Min drugi fizjodzie .
O 10.20 rano wedle standardowego fizjoczasu, trzeciego dnia poszukiwa , Harlan, ze
zdumieniem wpatruj c si w jedn ze stronic, powiedzia :
- Jest!
Twissell nie zrozumia okrzyku.
- Co? - zapyta .
Harlan spojrza na niego, by oszo omiony.
- A ja nie wierzy em! Na Czas, ja nigdy naprawd w to nie wierzy em, nawet jak pan
opowiada historie nie z tej ziemi o czasopismach i og oszeniach.
Twissell poj dopiero teraz:
- Znalaz
!
Podskoczy do tomu, który trzyma Harlan, i chwyci go dr cymi palcami.
Harlan cofn ksi
, i zatrzasn j .
- Chwileczk .. Pan tego nie znajdzie, nawet gdybym panu pokaza stronice,.
- Co robisz? - wrzasn Twissell. - Zgubi
to.
- Nie zgubi em. Wiem, gdzie to jest. Ale najpierw...
- Co najpierw?
- Pozosta jeszcze jeden punkt, Kalkulatorze. Mówi pan, e mog mie Noys. Wi c
niech mi pan j sprowadzi. Chc j zobaczy .
Twissell wytrzeszczy oczy, jego bia e w osy by y zmierzwione.
- artujesz.
- Nie - odpar Harlan ostro. - Nie artuj . Zapewnia mnie pan, e poczyni
odpowiednie kroki... A mo e to pan artuje? Noys i ja mieli my by razem. Pan mi obieca .
- Obieca em. To sprawa za atwiona.
- Wi c niech j pan sprowadzi yw i zdrow .
- Nie rozumiem ci . Przecie ja jej nie mam. Ani nikt. Ona nadal pozostaje w dalekiej
przysz
ci, jak meldowa Finge. Nikt jej nie rusza . Wielki Czasie, mówi em ci, e jest
bezpieczna.
Harlan patrzy na starca z rosn cym napi ciem.
- Pan igra ze mn - wykrztusi . - Oczywi cie, e jest w dalekiej przysz
ci, ale co mi
z tego? Zdejmijcie barier z wieku stutysi cznego.
- Zdejmijcie co?
- Barier . Kocio nie przechodzi.
- Nic mi o tym nie mówi
! - zawo
Twissell gwa townie.
- Nie mówi em? - zapyta Harlan zdziwiony.
Czy by rzeczywi cie nie mówi ? My la o tym bez przerwy. Nigdy nie mówi o tym
ani s owa? Nie móg sobie przypomnie . Ale natychmiast podj decyzj .
- Dobrze. Wi c mówi teraz. Usu cie blokad .
- Przecie ca a ta historia jest niemo liwa. Blokada kot owa? Bariera czasowa?
- Czy pan chce przez to powiedzie , e wy cie jej nie za
yli?
- Ja nie. Przysi gam.
- Wi c... wi c... - Harlan poczu , e blednie. - Wi c zrobi a to Rada. Oni wiedz o
wszystkim, podj li akcj niezale nie od pana... i kln si na wszelki Czas i Rzeczywisto , e
mog si po egna ze swoim og oszeniem, Cooperem, Mallansohnem i ca Rzeczywisto ci .
Nic z tego nie zobacz . Nie zobacz .
- Czekaj. Czekaj. - Twissell rozpaczliwie chwyci Harlana za okie . - Opanuj si .
My l, ch opcze, my l. Rada nie za
a adnej bariery.
- Ale bariera jest.
- Przecie oni nie mogli wznie takiej bariery. Nikt nie móg . To jest teoretycznie
niemo liwe.
- Pan nie wie wszystkiego. Bariera istnieje.
- Wiem wi cej ni inni w Radzie i taka rzecz nie wchodzi w rachub .
- Ale istnieje.
- Wi c je li istnieje...
Harlan zwraca ju teraz uwag na otoczenie i spostrzeg , e w oczach Twissella
pojawi o si co w rodzaju panicznego strachu; strachu, którego nie by o nawet wtedy, gdy
dowiedzia si o b dnym skierowaniu Coopera i gro bie ko ca Wieczno ci.
16. Ukryte Stulecia
Andrew Harlan patrzy pustym wzrokiem na pracuj cych ludzi. Ignorowali go
grzecznie, poniewa by Technikiem. Normalnie to on by ich ignorowa , i to nie tak
grzecznie, poniewa byli lud mi z Obs ugi. Lecz teraz patrzy na nich i w swej rozpaczy
stwierdzi , e nawet im zazdro ci.
Byli to pracownicy Wydzia u Transportu Mi dzyczasowego w ciemnoszarych
uniformach z naramiennikami, na których widnia a czerwona strza a o dwóch grotach na
czarnym tle. U ywali skomplikowanego sprz tu pola si owego, by zbada silniki kot ów i
stopnie hiperprzelotowo ci w szybach kot ów. Tak jak sobie Harlan wyobra
, mieli
niewielk wiedz teoretyczn w zakresie in ynierii Czasu, lecz rzuca o si w oczy, e maj
ogromn wiedz praktyczn w tej dziedzinie.
Jako Nowicjusz Harlan nie nauczy si wiele o Obs udze. Albo, eby uj to ci lej,
nie mia zbytniej ch ci si uczy . Nowicjuszy, którzy nie uzyskali dyplomów, przenoszono do
Obs ugi. „Zawód bez specjalizacji", jak go eufemistycznie okre lano, stanowi symbol
pora ki yciowej i przeci tny Nowicjusz odruchowo unika tego tematu. Lecz teraz, gdy
obserwowa ludzi z Obs ugi przy pracy, wydawali mu si spokojni, rzeczowi i - szcz liwi.
Czemu by nie? Ich liczba dziesi ciokrotnie przewy sza a liczb Specjalistów -
„prawdziwych Wieczno ciowców". Mieli w asne rodowisko, w asne kondygnacje
mieszkalne, w asne rozrywki, ich praca ogranicza a si do okre lonej liczby godzin na
fizjodzie i nie wywierano na nich nacisku, by wolne chwile po wi cali swemu zawodowi.
Mieli czas, którego brak o Specjalistom, na to, by zajmowa si literatur i dramatyzacjami
filmowymi, wydobytymi z ró nych Rzeczywisto ci.
To mimo wszystko oni byli lud mi o pe niejszej osobowo ci. To ycie Specjalisty
by o przeci one prac , skomplikowane i nienaturalne w porównaniu ze spokojnym i prostym
yciem w Obs udze.
Obs uga stanowi a fundament Wieczno ci. Dziwne, e tak oczywisty fakt nie uderzy
go wcze niej. Obs uga zapewnia a transport ywno ci i wody z Czasu, dba a o usuwanie
odpadów, o funkcjonowanie si owni. Utrzymywa a w ruchu ca machin Wieczno ci. Gdyby
wszystkich Specjalistów nagle trafi na miejscu szlag, Wieczno dzia
aby dalej dzi ki
Obs udze. Lecz gdyby Obs uga znikn a, Specjali ci musieliby porzuci Wieczno w ci gu
kilku dni, bo inaczej zgin liby marnie.
Czy ludziom z Obs ugi brakowa o ich rodzimych epok, kobiet, dzieci? Czy
zabezpieczenie przed n dz , chorobami i Zmianami Rzeczywisto ci by o wy starczaj
rekompensat ? Czy w ogóle brano pod uwag ich pogl dy? Harlan poczu w sobie zapa
reformatora spo ecznego.
Starszy Kalkulator Twissell, który w
nie nadbieg , przerwa tok my lenia Technika.
Wygl da na jeszcze bardziej wystraszonego ni godzin temu, gdy odchodzi , zostawiaj c
Obs ug przy pracy.
Harlan my la : jak on to wytrzymuje? To przecie starzec.
Twissell rozejrza si czujnie doko a, a ludzie odruchowo przyj li pe
szacunku
postaw zasadnicz .
- Co z szybami?
Jeden z Obs ugowców odpowiedzia :
- Nic z ego, Starszy Kalkulatorze. Szlaki s czyste, pola sczepione.
- Sprawdzili cie wszystko?
- Tak, Starszy Kalkulatorze. Dok d tylko si gaj stacje Wydzia u.
- Mo ecie odej .
Nie by o w tpliwo ci co do intencji tej szorstkiej odprawy. Sk onili si , odwrócili i
szybko odeszli.
Twissell i Harlan pozostali sami w ród szybów, Twissell zwróci si do Harlana:
- Ty tu zostaniesz. Prosz . Harlan potrz sn g ow .
- Musz jecha .
- Nie rozumiesz, o co chodzi. Je li co mi si stanie, ty jeden wiesz, jak znale
Coopera. Je li co stanie si tobie, ani ja, ani aden inny Wieczno ciowiec nic nie poradzi.
Harlan znowu potrz sn g ow . Twissell w
papierosa do ust.
- Sennor jest podejrzliwy. W ci gu dwóch dni wzywa mnie kilka razy. Chce
wiedzie , dlaczego si izoluj . Kiedy si dowie, e zarz dzi em generalny przegl d
maszynerii... Musz i , Harlan. Nie mog zwleka .
- Nie musimy zwleka . Jestem gotów.
- Koniecznie chcesz jecha ?
- Je li nie ma bariery, to nie ma niebezpiecze stwa. A nawet je li jest, to ja ju tam
by em i wróci em. Czego si pan boi, Kalkulatorze?
- Nie lubi ryzykowa , je li nie musz .
- Niech pan pomy li logicznie, Kalkulatorze. Niech pan podejmie decyzj , e mam z
panem jecha . Je li Wieczno nadal b dzie istnie , to znaczy, e kr g mo na jeszcze
zamkn . Czyli e prze yjemy. A je li to decyzja niew
ciwa, wtedy Wieczno przejdzie do
niebytu, ale i tak przejdzie, je li ja nie pojad , bez Noys bowiem nie kiwn palcem, by
odszuka Coopera. Przysi gam.
- Przy wioz ci j .
- Je li to takie proste i bezpieczne, nie zaszkodzi, je li i ja po ni pojad .
Wida by o wahanie Twissella. Wreszcie o wiadczy szorstko:
- Dobrze wi c, jedziemy! I Wieczno przetrwa a.
Wystraszony wyraz twarzy Twissella nie znika , nawet gdy znale li si w kotle.
Patrzy na przesuwaj ce si liczby temporometru. Nawet wi ksza skala, która wskazywa a
kilocenturie i któr Obs uga przystosowa a do tego specjalnego celu, stuka a w minutowych
odst pach. Powiedzia :
- Nie powiniene jecha . Harlan wzruszy ramionami.
- Dlaczego nie?
- To mnie niepokoi. Nie ma sensownego powodu. Mo esz to nazwa przes dem, ale
to budzi we mnie niepokój. - Z
d onie i zacisn je mocno.
- Nie rozumiem pana. Twissell zapali si .
- Mo liwe, e si z tym zgodzisz. Jeste ekspertem w sprawach Prymitywu. Jak d ugo
istnia cz owiek w Prymitywie?
- Dziesi tysi cy Stuleci. Mo e pi tna cie.
- Tak. Powsta jako co w rodzaju prymitywnej ma piatki i sko czy jako homo
sapiens! Prawda?
- To wszyscy wiedz . Tak.
- W takim razie wszyscy musz wiedzie , e ewolucja post puje do szybkim
krokiem. Pi tna cie tysi cy Stuleci od ma py do homo sapiens.
- Wi c?
- Ja pochodz z 30 000 Stulecia...
- (Harlan nie móg si powstrzyma , eby na niego nie spojrze . Nie wiedzia
dotychczas, jaka jest macierzysta epoka Twissella, ani nie zna nikogo, kto by to wiedzia ).
- Jestem z 30 000 Stulecia - powtórzy znowu Twissell - a ty z 95. Czas mi dzy
naszymi macierzystymi epokami jest dwa razy d
szy ni istnienie cz owieka w Prymitywie,
a jakie s mi dzy nami ró nice? Mam o cztery z by mniej ni ty i brak mi wyrostka
robaczkowego. Ró nice fizjologiczne na tym si ko cz . Mamy prawie taki sam metabolizm.
Najwi ksza ró nica polega na tym, e twoje cia o mo e syntetyzowa steroidalne j dra, a
moje cia o nie, tak e w mojej diecie powinien by cholesterol, a w twojej nie. Mog mie
stosunek z kobiet z wieku 575. Oto jak zmieni si w Czasie nasz gatunek.
Na Harlanie nie zrobi o to wra enia. Nigdy nie kwestionowa zasadniczej
identyczno ci cz owieka w ci gu Stuleci. By a to jedna z tych spraw, w ród których si
yje i
przyjmuje sieje za oczywiste.
- By y przypadki, e gatunki
y nie zmieniaj c si . przez miliony Stuleci.
- Ale nieliczne. A jest faktem, e koniec ewolucji cz owieka wydaje si zbiega z
rozwojem Wieczno ci. Czy to tylko przypadek? Nikt nie zastanawia si nad tym problemem,
poza kilkoma lud mi w rodzaju Sennora, a ja nigdy nie by em Sennorem. Nie uwa am, eby
rozmy lania by y rzecz w
ciw . To, czego nie mo na sprawdzi w komputapleksie, nie
powinno zajmowa czasu Kalkulatorowi. A jednak, w dniach m odo ci, my la em niekiedy...
- O czym? - spyta Harlan i pomy la : có , tego warto pos ucha .
- Niekiedy my la em, jak wygl da a Wieczno , gdy tylko j ustanowiono.
Obejmowa a zaledwie kilka Stuleci w wiekach trzydziestych i czterdziestych, a jej g ówn
funkcj stanowi a wymiana handlowa. Przeprowadzano ponowne zalesianie obszarów
bezdrzewnych, handluj c próchnic , wie wod , chemikaliami. To by y nieskomplikowane
czasy.
Lecz wtedy odkryli my Zmiany Rzeczywisto ci. Jak wiadomo, Starszy Kalkulator
Henry Wadsman w dramatyczny sposób zapobieg wojnie usuwaj c hamulec bezpiecze stwa
w poje dzie naziemnym pewnego kongresmana. Potem Wieczno coraz bardziej zacz a si
przestawia z wymiany handlowej na Zmiany Rzeczywisto ci. Dlaczego?
Harlan powiedzia :
- Powód jest oczywisty. Ulepszenie ludzko ci.
- Tak, tak. Normalnie ja równie tak my
. Ale teraz mówi o tym, co mnie dr czy
po nocach. A mo e istnieje jaki inny powód, nie wyra ony, pod wiadomy... Cz owiek, który
potrafi przenosi si w przysz
bez adnych ogranicze , mo e spotka ludzi tak dalece
góruj cych nad nim w rozwoju, jak on sam góruje nad ma
. Czemu nie?
- Mo liwe. Lecz ludzie s lud mi...
- Nawet w wiekach 70 000. Wiem. A czy nasze Zmiany Rzeczywisto ci maj z tym
co wspólnego? Wykluczamy niezwyk
. Nawet macierzysta epoka Sennora, z jej
bezw osymi istotami, nie przerywa ci
ci i ma o si ró ni od innych. Mo e, mówi c
uczciwie i szczerze, zapobiegli my ewolucji cz owieka, poniewa nie chcieli my spotka si z
nadlud mi.
Harlana i to nie poruszy o.
- No to co? Czy to wa ne?
- A je li cz owiek istnieje mimo wszystko w dalszej przysz
ci, gdzie ju nie
mo emy si gn
? Nasze mo liwo ci si gaj tylko do 70 000 wieku. Dalej s Ukryte Stulecia.
A dlaczego one s ukryte? Poniewa wysoko zorganizowany cz owiek nie chce mie z nami
do czynienia i odcina si od nas w ten sposób. Dlaczego mu na to pozwalamy? Bo te nie
chcemy si z nim spotka , i skoro nie powiod a nam si pierwsza próba sforsowania Ukrytych
Stuleci, nie chcemy robi dalszych. Nie powiem, eby to by
wiadomy powód, lecz
wiadomy czy pod wiadomy - pozostaje powodem.
- W porz dku - o wiadczy Harlan ponuro. - My ich nie mo emy dosi gn , a oni nas.
Trzeba
i pozwoli
innym.
To zdanie uderzy o Twissella.
-
i pozwoli
innym. Lecz my nie pozwalamy. Przeprowadzamy Zmiany.
Zmiany rozci gaj si tylko na kilka Stuleci, bo inercja Czasu powoduje zanikni cie ich
skutków. Pami tasz, Sennor poruszy t spraw wtedy podczas niadania jako jeden z
nierozwi zanych problemów Czasu. Móg by powiedzie , e to wszystko zale y od statystyki.
Niektóre Zmiany wp ywaj na wi cej Stuleci ni inne. Teoretycznie dowolna liczba Stuleci
powinna ulega wp ywowi odpowiedniej Zmiany: sto Stuleci, tysi c, dziesi tysi cy.
Rozwini ty cz owiek w Ukrytych Stuleciach mo e o tym wiedzie . Przypu my, e jest
zaniepokojony, i którego dnia Zmiana mo e dosi gn a 200 000 wieku.
- Nie ma sensu martwi si o takie rzeczy - powiedzia Harlan tonem cz owieka, który
ma o wiele powa niejsze k opoty.
- Lecz przypu my - mówi Twissell szeptem - e oni s spokojni, póki sekcje
Ukrytych Stuleci pozostawiamy puste. Oznacza to, e nie jeste my agresywni. Przypu my,
e to zawieszenie broni, czy jak to nazwa , zostaje zerwane, e kto urz dza sobie sta
rezydencj poza 70 000 wiekiem. Mog pomy le , e to wst p do powa nej inwazji, i odci
nas od swego Czasu, skoro ich wiedza jest o tyle bardziej rozwini ta od naszej. Mog pój
dalej i zrobi to, co nam zdaje si niemo liwe, mianowicie po
zapor w szybach kot ów,
odgradzaj c nas od...
Harlan zerwa si , ogarni ty zgroz :
- Oni maj Noys?
- Nie wiem. To tylko teoretyczne rozwa ania. Mo e nie ma bariery. Mo e po prostu
co si zepsu o w naszych kot...
- By abariera! - wrzasn Harlan. -Czy istnieje jakie inne wyt umaczenie? Dlaczego
nie powiedzia mi pan tego wcze niej?
- Nie wierz w to -j kn Twissell. - Nadal nie wierz . Nie powinienem mówi ani
owa o tych bzdurnych rojeniach. Ja si obawiam... problem Coopera... to wszystko... Ale
poczekaj jeszcze kilka minut.
Wskaza na temporometr. Instrument mówi , e znajduj si mi dzy 95 000 a 96 000
Stuleciem.
Twissella na sterownicy zwolni a bieg kot a. Min li 99 000 wiek. Kilocenturie
przesta y si pojawia . Mo na by o odczytywa poszczególne Stulecia.
99 726... 99 727... 99 728...
- Co zrobimy? - mrukn Harlan, Twissell potrz sn g ow gestem, który wiadczy
wymownie o cierpliwo ci i nadziei, ale mo e równie o bezradno ci.
99 851...99 852... 99853...
Harlan napr
mi nie w oczekiwaniu wstrz su przy barierze i my la rozpaczliwie:
czy tylko przez ocalenie Wieczno ci znale liby my czas na zwalczanie istot z Ukrytych
Stuleci? Jak w inny sposób odzyska Noys? Pop dzi z powrotem do 575, i pracowa jak
szaleniec, by...
99938... 99939... 99940...
Harlan wstrzyma oddech. Twissell dalej hamowa kocio , który doskonale reagowa
na stery.
99984... 99985... 99986...
- Teraz, teraz, teraz... - szepta Harlan, zupe nie sobie tego nie u wiadamiaj c.
99998... 99999... 100000... 100001... 100002... Liczby wzrasta y, a dwaj m czy ni
patrzyli na nie w parali uj cej ciszy.
Wreszcie Twissell powiedzia :
- Nie ma bariery.
- By a! By a! - odpar Harlan i doda z rozpacz : - Mo e z apali Noys i niepotrzebna
im ju bariera.
111 394!
Harlan wyskoczy z kot a i zacz krzycze : - Noys! Noys!
Echo odbija o si od cian pustej sekcji. Twissell, wysiad szy spokojnie, zawo
za
odym cz owiekiem:
- Czekaj, Harlan...
Ale na pró no. Harlan p dzi korytarzami do tej cz ci sekcji, gdzie urz dzili sobie z
Noys co w rodzaju mieszkania.
My la o mo liwo ci spotkania jednego z „wysoko zorganizowanych ludzi" Twissella
i przesz y go ciarki, ale tylko na chwil . Gwa towne pragnienie odnalezienia Noys st umi o
wszystkie inne uczucia.
- Noys!
I nagle - nim zdo
zda sobie z tego spraw - znalaz a si w jego ramionach;
obejmowa a go r kami, jej policzek dotyka jego barku, a ciemne w osy muska y mi kko jego
twarz.
- Andrew? - spyta a st umionym g osem. - Gdzie by
? Min o tyle dni, e
zaczyna am si ba .
Harlan odsun j na d ugo ramienia, wpatruj c si w ni po dliwie i rado nie.
- Nic ci si nie sta o?
- Mnie nic. My la am, e mo e tobie... My la am... - urwa a, a w jej oczach pojawi o
si przera enie. - Andrew!
Harlan odwróci si gwa townie. Ale by to tylko zasapany Twissell.
Noys odzyska a równowag ducha, widz c wyraz twarzy Harlana. Zapyta a spokojnie:
- Znasz go, Andrew? Wszystko w porz dku?
- W porz dku. To mój zwierzchnik, Starszy Kalkulator Laban Twissell. Wie o tobie.
- Starszy Kalkulator? - Noys odskoczy a ze strachem. Twissell podszed powoli.
- Pomog ci, moje dziecko. Chc wam pomóc obojgu. Obieca em to Technikowi,
tylko nie bardzo chcia mi uwierzy .
- Przepraszam, Kalkulatorze - powiedzia Harlan sztywno i wcale nie skruszonym
tonem.
- Wybaczam ci - odpar Twissell. Wyci gn r
i uj niepewn d
Noys. -
Powiedz mi, nie mia
tu k opotów?
- Martwi am si .
- Czy nie by o tu nikogo od czasu, jak Harlan odjecha ?
- Nie, prosz pana.
- Nikogo w ogóle?
Potrz sn a g ow . Jej ciemne oczy spotka y si z oczyma Harlana.
- Dlaczego pan pyta?
- Nic, to tylko grupie przywidzenia. Chod , zabierzemy ci do 575 Stulecia.
Wróciwszy do kot a Andrew Harlan zamy li si i coraz bardziej pogr
w
milczeniu. Nie podniós g owy, gdy mijali 100 000 Stulecie, a Twissell odetchn z wyra
ulg , jakby si obawia , e wpadn w pu apk po tej stronie przysz
ci. Prawie si nie
poruszy , gdy d
Noys w lizn a si w jego d
, i niemal oboj tnie odpowiedzia na jej
cisk.
Noys spa a w s siednim pomieszczeniu, ale teraz niepokój Twissella osi gn szczyt.
- Og oszenie, ch opcze! Masz teraz swoj dziewczyn . Ja dotrzyma em umowy.
W milczeniu, nadal roztargniony, Harlan przewraca stronice tomu na biurku. Znalaz
odpowiednie miejsce.
- To bardzo proste - powiedzia - ale po angielsku. Przeczytam to panu, a potem
przet umacz .
Pokaza ma e og oszenie w górnym lewym rogu kolumny, oznaczonej numerem 30.
Na tle szkicowego rysunku zwyk ymi wersalikami by wydrukowany tekst:
A TY
TEZ POWINIENE WIEDZIE O CZYM MÓWI MILIONERZY NA GIE DZIE
Pod spodem, mniejszymi literami, widnia napis: „Biuletyn Inwestycji, Denver,
Colorado, Skrytka pocztowa 14".
Twissell s ucha w napi ciu t umaczenia Harlana i najwidoczniej by rozczarowany.
- Co to jest gie da? Co oni przez to rozumiej ?
- Rynek akcyjny - odpar Harlan niecierpliwie. - System, poprzez który prywatny
kapita inwestowano w przedsi biorstwa. Ale to nie ma znaczenia. Widzi pan rysunek
stanowi cy t o tego og oszenia?
- Tak. Grzyb wybuchu atomowego. eby zwróci uwag . No to co?
- Harlan wybuchn :
- Wielki Czasie, Kalkulatorze, co jest z panem? Niech pan spojrzy na dat tygodnika.
Wskaza u góry strony, na lewo od numeru: 28 marca 1932, i powiedzia :
- To nie wymaga nawet t umaczenia. Cyfry przypominaj standardowy
mi dzyczasowy i widzi pan, e jest 19,32 Stulecia. Nie wie pan, e aden cz owiek, który
wtedy
, nie widzia jeszcze chmury wybuchu atomowego? Nikt nie móg narysowa jej tak
dok adnie, z wyj tkiem...
- Nie, czekaj. To tylko kreski - zaprotestowa Twissell, usi uj c zachowa
równowag . - To mo e zupe nie przypadkowo przypomina grzyb eksplozji.
- Czy by? Zechce pan spojrze jeszcze raz na tekst - Harlan wskazywa palcem
poszczególne wiersze:
A TY
TE POWINIENE WIEDZIE
O CZYM MÓWI
MILIONERZY...
- Pocz tkowe litery uk adaj si w s owo ATOM. Czy to równie przypadkowa
zbie no ? Wykluczone!
Nie widzi pan, Kalkulatorze, i og oszenie to spe nia pana warunki? Natychmiast
przyci gn o mój wzrok. Cooper wiedzia , e tak b dzie, bo to czysty anachronizm.
Jednocze nie nie ma znaczenia, poza czysto formalnym, dla czytelników z 19,32 Stulecia, nie
ma w ogóle adnego znaczenia.
To musia zamie ci Cooper. To wiadomo od niego. Mamy dat z dok adno ci do
jednego tygodnia Stulecia. Mamy adres pocztowy. Trzeba tylko jecha do niego, a ja jestem
jedynym cz owiekiem, który do wie o Prymitywie, by tego dokona .
- I pojedziesz? - Twarz Twissella promienia a pod wp ywem ulgi i szcz cia.
- Pojad ... pod jednym warunkiem. Twissell zmarszczy czo o.
- Znowu warunki?
- Warunek jest ten sam. Nie dodaj nowych. Noys musi by bezpieczna. Musi jecha
ze mn . Nie zostawi jej tutaj.
- Nadal mi nie wierzysz? Czy pod jakimkolwiek wzgl dem ci zawiod em? Co ci
jeszcze niepokoi?
- Jedna sprawa, Kalkulatorze - powiedzia Harlan powa nie. -Ta sama sprawa. W 100
000 by a jednak bariera. Dlaczego? To mnie w
nie niepokoi.
17. Kr g si zamyka
I niepokoi o go coraz bardziej. Ta sprawa nabiera a dla coraz wi kszego znaczenia w
dniach gor czkowych przygotowa , k ad a si . mi dzy nim a Twissellem, mi dzy nim a
Noys. Kiedy nadszed dzie odjazdu, ledwie u wiadamia sobie ten fakt.
Z trudem potrafi wzbudzi w sobie cie zainteresowania, gdy Twissell wróci z
posiedzenia komitetu Rady.
- Jak posz o?
Twissell odpowiedzia ze zm czeniem:
- To nie by a najprzyjemniejsza rozmowa.
Harlan o ma o na tym nie poprzesta , lecz po chwili mrukn :
- My
, e nic pan nie powiedzia o...
- Nie, nie - odburkn Twissell rozdra niony. - Nic nie powiedzia em o dziewczynie
ani o twojej roli w z ym skierowaniu Coopera. By a to nieszcz liwa omy ka, usterka
mechanizmu. Przyj em pe
odpowiedzialno .
W sumieniu Harlana, jakkolwiek obci onym, znalaz o si miejsce na wyrzuty.
- To mo e le wp yn na pana pozycj - powiedzia .
- Co mi zrobi ? Musz czeka na korektur , zanim b
mogli wzi si za mnie.
Je li nam si nie uda, nikt nie zdo a tu nic pomóc ani zaszkodzi . A je li nam si uda, to samo
powodzenie prawdopodobnie mnie os oni... - Stary cz owiek wzruszy ramionami. - Mam
zamiar tak czy inaczej wycofa si potem z czynnego udzia u w Wieczno ci. - Bawi si
najpierw papierosem, a potem wyrzuci go, nie wypaliwszy nawet do po owy.
- Wola bym im nie mówi tego wszystkiego, ale nie by o innego sposobu, by
otrzyma specjalny kocio do kolejnej podró y poza najbli sz stacj .
Harlan odwróci si . My lami by daleko. Poprzedni wypowied Twissella us ysza
niewyra nie, dopiero kiedy Kalkulator powtórzy , wzdrygn si i zapyta :
- Prosz ?
- Pyta em, czy twoja dziewczyna jest gotowa, ch opcze? Czy rozumie, co ma robi ?
- Gotowa. Powiedzia em jej wszystko.
- Jak to przyj a?
- Co?... Aach, tak... hm, tak jak si spodziewa em. Nie boi si .
- Pozota y nieca e trzy fizjogodziny.
- Wiem.
Na tym si na razie sko czy o i Harlan zosta sam ze swymi my lami i wiadomo ci
tego, co musi zrobi .
Gdy za adowano kocio i wyregulowano stery, Harlan i Noys przebrali si w kostiumy
najbardziej zbli one do tych, jakich u ywano na obszarach miejskich w pierwszej po owie 20
Stulecia.
Noys zmieni a nieco propozycje Harlana w sprawach garderoby, kieruj c si
wyczuciem, jakie, jej zdaniem, kobiety wykazuj w sprawach ubrania i estetyki. Wybiera a z
namys em wzory z fotografii i og osze w tygodnikach i b yskawicznie zbada a obiekty
importowane z dziesi tka ró nych Stuleci.
Od czasu do czasu pyta a Harlana:
- Co my lisz o tym? Wzruszy ramionami.
- To sprawa instynktu. Pozostawiam to tobie.
- Z y znak, Andrew - o wiadczy a z pozorn beztrosk . - Jeste zbyt zgodny. A
ciwie o co chodzi? Przesta
by sob . I to ju od wielu dni.
- Wszystko jest w porz dku - odpar sucho Harlan.
Gdy Twissell ujrza ich po raz pierwszy w roli tubylców z 20 Stulecia, pozwoli sobie
na artobliwy ton.
- Ojcze Czasie! - zawo
. - Jakie to brzydkie stroje by y w Prymitywie, ale nawet
one nie potrafi ukry twojej pi kno ci, moja... moja droga.
Noys u miechn a si do niego ciep o, a Harlan stoj c w milczeniu i bezruchu musia
przyzna , e staromodna galanteria Twissella jest przynajmniej szczera. Makija Noys
ogranicza si do mu ni ró u na wargach i policzkach i brzydkiej linii brwi. Jej wspania e
osy (i to by o najgorsze ze wszystkiego) bezlito nie obci to. A jednak pozosta a pi kna.
Harlan ju si przyzwyczai do niewygodnego pasa, do garnituru za ciasnego pod
pachami i w kroku i do szarzyzny grubej tkaniny. Noszenie dziwacznych ubra , by
dostosowa si do odpowiedniego Stulecia, nie by o dla niego niczym nowym.
- Bardzo chcia em zainstalowa w kotle ster, jak o tym mówili my - powiedzia
Twissell. - Niestety, nie ma sposobu. In ynierowie po prostu musz mie wystarczaj ce
ród o energii, by móc przeciwdzia
odkszta ceniu czasowemu, a to nie jest osi galne poza
Wieczno ci .
Wszystko, co da si osi gn , to napi cie czasowe w chwili wej cia do Prymitywu.
Wmontowali my jednak d wigni powrotu.
Odprowadzi ich do kot a wymijaj c stosy zapasów i wskaza na metalowy pr t
wystaj cy z g adkich wewn trznych cian kot a.
- To dzia a na zasadzie prostego prze cznika - o wiadczy . -Zamiast wraca
automatycznie do Wieczno ci, kocio pozosta by w Prymitywie w niesko czono . Je li
jednak przesuniecie d wigni na wsteczny bieg, to wrócicie. Potem b dzie jeszcze sprawa
nast pnej i, mam nadziej , ostatniej podró y...
- Druga podró ? - zapyta a Noys. Harlan:
- Nie wyja ni em ci tego. Widzisz, zadaniem pierwszej podró y jest tylko precyzyjnie
ustali moment przybycia Coopera. Nie wiemy, jak d ugi okres min mi dzy jego
zjawieniem si tam a umieszczeniem tego og oszenia. Odnajdziemy go przez poczt i do-
wiemy si , mo liwie dok adnie, co do minuty, daty jego przybycia. Wtedy mo emy wróci do
tego momentu plus pi tna cie minut tolerancji dla kot a, by zd
pozostawi Coopera...
Wtr ci si Twissell:
- Kocio nie mo e by w tym samym miejscu w ró nych fizjoczasach, wiesz. -
Próbowa si u miechn .
- Rozumiem - powiedzia a, ale niezbyt pewnie. Twissel:
- Ale uchwycenie Coopera w czasie jego przybycia odwróci wszystkie mikrozmiany.
Og oszenie z bomb atomow zniknie, a Cooper b dzie tylko wiedzia , e kocio odlecia , tak
jak zapowiadali my, lecz e nieoczekiwanie pojawi si znowu. Nie b dzie wiedzia , e
znalaz si w niew
ciwym Stuleciu, i nie powiemy mu o tym. Powiemy tylko, e
zapomnieli my mu udzieli pewnych wa nych instrukcji (co tam wymy limy). Pozostaje
nam jedynie mie nadziej , e Cooper potraktuje spraw jako b ah i nie wspomni w swym
pami tniku, e wysy ano go dwa razy.
Noys unios a wyskubane brwi:
- To bardzo skomplikowane.
- Tak. Niestety. - Twissell zatar r ce i popatrzy tak, jakby dr czy a go jaka my l.
Potem wyprostowa si , wyci gn nowego papierosa i nawet zdoby si na artobliwy ton: -
A teraz, ch opcze, powodzenia. - Dotkn d oni Harlana, skin Noys i wyszed z kot a.
- Ju odje
amy? - zapyta a Noys Harlana, gdy znale li si sami. - Za kilka minut -
odpar .
Zerkn z ukosa na dziewczyn . Patrzy a na niego, u miechni ta, wcale si nie boj c.
Natychmiast jego nastrój dostosowa si do jej nastroju. Ale by o to tylko przelotne wra enie,
nie przejaw rozs dku, instynkt, a nie my l. Odwróci oczy.
Podró nie odznacza a si niczym szczególnym; nie ró ni a si wcale od zwyk ej
jazdy kot em. Po drodze prze yli co w rodzaju wewn trznego wstrz su - mo e przy mijaniu
najni szej stacji, a mo e by o to zjawisko wy cznie psychosomatyczne. Wstrz s by ledwie
zauwa alny.
A potem znale li si w Prymitywie i wyszli w skalisty wiat, rozja niony blaskiem
popo udniowego s
ca. Wia s aby, ale do ch odny wietrzyk i panowa a cisza.
Doko a wznosi y si ska y, spi trzone i pot
ne, zabarwione t cz z warstw elaza,
miedzi i chromu. Rozleg
bezludnego i pozbawionego ycia krajobrazu przyt acza a
Harlana. Wieczno , która nie nale
a do wiata materii, nie mia a s
ca i tylko
importowane powietrze. Jego wspomnienia o macierzystej epoce by y m tne. Jego
obserwacje w ró nych Stuleciach ogranicza y si do ludzi i miast. Nigdy nie prze ywa
czego podobnego.
Noys dotkn a jego okcia.
- Andrew! Zimno mi. Wzdrygn si i obróci ku niej. Spyta a:
- Czy nie nale
oby w czy radianta? Odpar :
- Owszem. Jest w jaskini Coopera.
- Wiesz, gdzie mie ci si ta jaskinia?
- Na prawo - powiedzia krótko.
Nie mia w tpliwo ci. Pami tnik dok adnie okre la po
enie groty i najpierw
Cooper, a teraz oni zostali naprowadzeni na ni z wielk dok adno ci .
Od czasów swego Nowicjatu nigdy nie w tpi w dok adno nawigacji w podró ach w
Czasie. Pami ta , jak powa nie sta przed Edukatorem Yarrowem, pytaj c:
- Lecz Ziemia obraca si wokó S
ca, S
ce obraca si wokó centrum Galaktyki, a
Galaktyka równie si przesuwa? Je li wi c kto wyruszy z jakiego punktu na Ziemi i
znajdzie si o sto lat w przysz
ci, trafi na pust przestrze , albo trzeba b dzie stu lat, eby
Ziemia osi gn a ten punkt.
A Edukator Yarrow uci w odpowiedzi:
- Nie odró niasz Czasu od przestrzeni. Poruszaj c si przez Czas, bierzesz udzia w
ruchach Ziemi. Czy mo e uwa asz, e ptak lec cy w powietrzu wyskoczy w Kosmos,
poniewa Ziemia p dzi wokó S
ca z pr dko ci dwudziestu dziewi ciu kilometrów na
sekund i zniknie spod ptaka?
Argumentowanie za pomoc porównania jest ryzykowne, lecz Harlan otrzyma
bardziej konkretny dowód w pó niejszym okresie; teraz, po nie maj cym niemal precedensu
wypadzie w Prymityw, móg si odwróci , pewny, e znajdzie wej cie do jaskini dok adnie w
tym miejscu, gdzie by powinno.
Usun maskowanie, sk adaj ce si z usypiska kamieni i od amków ska , i wszed do
rodka.
Zbada ciemno , u ywaj c bia ego promienia swej latarki niemal jak skalpela.
Centymetr po centymetrze obmacywa
ciany, sklepienie i dno jaskini.
Noys, id c tu za nim, szepn a:
- Czego szukasz? Powiedzia :
- Czego . Wszystkiego.
Znalaz to co w samym k cie jaskini, w postaci p askiego kamienia przykrywaj cego
zielonkawe papierki.
Odrzuci kamie i przesun kciukiem po papierkach.
- Co to jest? - zapyta a Noys.
- Banknoty. rodki wymiany. Pieni dze.
- Wiedzia
, e tu b
?
- Nie wiedzia em. Spodziewa em si tylko.
Nale
o si tylko pos
odwrócon logik Twissella, by wykalkulowa przyczyn
ze skutku. By o naturalne, e je li po og oszeniu Harlan trafi do w
ciwej epoki, to jaskinia
musi stanowi dodatkowy punkt czno ci.
Wszystko uk ada o si lepiej ni o miela si oczekiwa . Nieraz podczas przygotowa
do podró y w Prymityw my la , e id c do miasta bez pieni dzy, z samymi tylko
kosztowno ciami, wywo a podejrzenia i spowoduje zw ok . Cooperowi si powiod o, lecz
Cooper mia czas. (Harlan zebra banknoty). Musia mie czas, by zgromadzi a tyle.
Doskonale sobie radzi ten dzieciak, cudownie.
A kr g si zamyka !
Zapasy przenie li do jaskini, kocio pokryli dyfuzyjno-odbijaj -c b on , która
maskowa a go przed oczami ciekawskich, a Harlan mia eksploder, aby si z nimi rozprawi ,
gdyby by o potrzeba. Radiant umie ci w k cie jaskini, a latark w szczelinie, tak e mieli
ciep o i jasno.
Na dworze panowa a ch odna noc marcowa.
Noys, zamy lona, wpatrywa a si w g adkie paraboidalne wn trze radiantu, który
obraca si wolno.
- Co my lisz dalej robi , Andrew? - spyta a.
- Jutro rano - powiedzia - wyrusz do najbli szego miasta. Wiem, gdzie ono jest...
albo gdzie powinno by . (W my li zmieni znowu to „by " na, jest"). Nie b dzie k opotów.
(Znowu logika Twissella).
- Pójd z tob , dobrze? Potrz sn g ow .
- Po pierwsze, nie znasz j zyka, po drugie, droga b dzie dla ciebie zbyt ci ka.
Noys wygl da a dziwnie archaicznie ze swymi krótkimi w osami. Nag y gniew w jej
oczach zmusi Harlana do niepewnego odwrócenia g owy.
Powiedzia a:
- Nie jestem idiotk , Andrew. Prawie si do mnie nie odzywasz. Co to znaczy?
Czy by znowu wróci a ci moralno z twojej epoki? Uwa asz, e zdradzi
Wieczno i e
to w
nie ja jestem temu winna? Uwa asz, e ci zdemoralizowa am? O co ci chodzi?
- Nie mo esz wiedzie , co czuj - rzek Harlan.
- Wi c opisz to - odpar a. - Mo esz to zrobi . Nigdy nie mia
lepszej okazji. Jeste
zakochany? We mnie? Nie mo esz i nie b dziesz robi ze mnie koz a ofiarnego. Po co mnie tu
przywioz
? Powiedz. Dlaczego nie zosta am w Wieczno ci, je li tu nie jestem ci na nic
potrzebna i skoro, jak mi si zdaje, nie mo esz nawet na mnie patrze ?
Harlan mrukn :
- Grozi nam niebezpiecze stwo.
- Co ty mówisz?...
- To wi cej ni niebezpiecze stwo. To zmora. Zmora Kalkulatora Twissella -
powiedzia . - Podczas naszego ostatniego szale czego wyskoku do Ukrytych Stuleci
opowiedzia mi, co my li o tych Stuleciach. Dopuszcza mo liwo istnienia rozwini tych
odmian cz owieka, nowych ras, mo e nawet nadludzi, ukrywaj cych si w dalekiej
przysz
ci, odcinaj cych si od nas. Przypuszcza , e knuj co , by sko czy z naszym
ulepszaniem Rzeczywisto ci. Uwa
, e to oni umie cili zapor w 100 000 Stuleciu. Kiedy
odnale li my ciebie,
Kalkulator Twissell przesta si ba . Zdecydowa , e nie by o zapory. Wróci do
bardziej aktualnego problemu ratowania Wieczno ci.
Ale widzisz, zarazi mnie swoim strachem. Natkn em si na t zapor i wiem, e
istnia a. Nie zbudowa jej aden Wieczno ciowiec; Twissell mówi, e by oby to niemo liwe.
A zapora by a. Kto j tam umie ci .
Oczywi cie - podj z namys em - Twissell myli si pod niektórymi wzgl dami.
Uwa
, e cz owiek musi si rozwija , a wcale nie musi tak by . Paleontologia nie nale y do
nauk interesuj cych Wieczno ciowców, lecz interesowa a pó nych Prymitywnych, wi c
troszk jej lizn em. Wiem przynajmniej tyle: gatunki rozwijaj si , by sprosta naciskowi
nowego rodowiska. W sta ym rodowisku gatunek mo e pozosta nie zmieniony przez
miliony Stuleci. Cz owiek prymitywny rozwija si gwa townie, poniewa jego rodowisko
by o surowe i zmienne. Wreszcie jednak ludzko nauczy a si tworzy w asne rodowiska,
wygodne i trwa e, tak e ewolucja zanik a.
- Nie wiem, o czym mówisz - przerwa a Noys tonem, który wskazywa , e nie
przesta a si boczy . - Ponadto nie mówisz nic o nas, a tylko to mnie interesuje.
Harlanowi uda o si zachowa zewn trzny spokój. Powiedzia :
- A wi c po co ta bariera w 100 000? Jakiemu celowi s
a? Tobie nic si nie sta o.
Jaki mog a mie inny sens? Pyta em samego siebie: Co si w zwi zku z ni zdarzy o; do
czego by nie dosz o, gdyby nie istnia a?
Urwa , patrz c na swe niezdarne i ci kie buty z naturalnej skóry. Przysz o mu do
owy, e dla wygody powinien je zdj na noc, ale nie teraz, nie teraz... Mówi :
- By a tylko jedna odpowied na to pytanie. Istnienie zapory wprawi o mnie w taki
sza , e pop dzi em z powrotem, chwyci em neuronowy bicz i zagrozi em nim Finge'owi.
Rozw cieczy o mnie to do tego stopnia, e chcia em zaryzykowa utrat Wieczno ci, by
ciebie odzyska , i rozwali Wieczno , gdy doszed em do wniosku, e ci nie odzyskam.
Rozumiesz?
Noys wpatrywa a si w niego z groz i niedowierzaniem.
- Uwa asz, e ci ludzie z przysz
ci chcieli, eby to wszystko zrobi ? e to
planowali?
- Tak. Nie patrz na mnie w ten sposób. Nie rozumiesz jak to zmienia ca sytuacj ?
Póki dzia
em na w asny rachunek i z osobistych powodów, mog em przyj wszelkie
konsekwencje materialne i duchowe. Ale robiono ze mnie durnia, wci gni to mnie w to
podst pem, kierowano mn , jakbym b komputapleksem, do którego nale y tylko w
odpowiednio perforowane arkusze...
Harlan u wiadomi sobie, e krzyczy, i urwa nagle. Odczeka kilka chwil, a potem
powiedzia :
- Musz teraz naprawi to, co zrobi em kierowany jak marionetka. A kiedy to zrobi ,
móg znowu odpocz .
I uda mu si to... prawdopodobnie. Mia poczucie nieosobistego triumfu, niezale nego
od osobistej tragedii, która by a przedtem i b dzie potem. Kr g si zamyka !
Noys wyci gn a r
, jakby chcia a uj d
Harlana.
Odsun si , unika jej wspó czucia. Powiedzia :
- To wszystko by o wyre yserowane. Moje spotkanie z tob , wszystko. Analizowano
napi cia moich uczu . Niew tpliwie. Akcje i reakcje. Naci nij ten guzik, a facet zrobi to.
Naci nij inny guzik, a facet zrobi tamto.
Harlan mówi z trudno ci , ze wstydem. Potrz sa g ow , jakby chcia pozby si
uczucia grozy, jak pies, który wytrz sa wod z uszu.
- Jednego pocz tkowo nie rozumia em. Jak odgad em, e Coopera maj pos
do
Prymitywu? By o to zupe nie nieprawdopodobne. Twissell nawet tego nie rozumia . Nieraz
wyra
zdumienie, e potrafi em rozszyfrowa ca spraw tak ma o znaj c matematyk .
A jednak odgad em. Mia em poczucie, e istnieje co , co musz pami ta : jaka
uwaga, jaka my l, co , co dostrzeg em w chwili podniecenia i upojenia. Gdy pomy la em
ej, za wita o mi w g owie, jakie jest faktyczne znaczenie Coopera, i wraz z tym
zrozumia em, e mam mo no zniszczenia Wieczno ci. Nast pnie przejrza em histori
matematyki, lecz to naprawd nie by o potrzebne. Ja ju wiedzia em. Mia em pewno . Ale
jak si dowiedzia em? Jak?
Noys patrzy a na niego. Teraz nie próbowa a go dotyka .
- My lisz, e ludzie z Ukrytych Stuleci równie to wyre yserowali? e w
yli ci do
owy, a potem odpowiednio tob manewrowali?
- Tak. Tak. I nie tylko manewrowali. To jeszcze nie koniec. Kr g mo e si zamyka,
lecz si nie zamkn .
- Jak oni mog teraz cokolwiek zrobi ? Przecie nie ma ich tu z nami.
- Czy by? - Wypowiedzia to s owo g uchym g osem.
- Niewidoczni nadludzie? - szepn a.
- Nie nadludzie. Nie niewidoczni. Mówi em ci, e cz owiek nie ulega ewolucji, je li
panuje nad swym otoczeniem. Cz owiek z Ukrytych Stuleci to homo sapiens. Zwyk y
cz owiek.
- W takim razie z pewno ci ich tu nie ma. Harlan powiedzia ze smutkiem:
- Ty tu jeste , Noys.
- Tak. I ty. I nikogo poza nami.
- Ty i ja - zgodzi si Harlan. - Nikogo wi cej. Kobieta z Ukrytych Stuleci i ja...
Przesta gra , Noys. Prosz .
Patrzy a na niego ze zgroz .
- Co ty mówisz, Andrew?
- To, co musz powiedzie . A co ty mówi
owego wieczora, kiedy dawa
mi ten
mi towy napój? Mówi
do mnie. Twój subtelny g os... subtelne s owa... Nie s ysza em nic,
w ka dym razie wiadomie, lecz pami tam, jak szepta
. O czym? O podró y Coopera w
przesz
. O Samsonie. Pami tasz?
Noys:
- Nawet nie wiem, kto to by Samson.
- Lecz mo esz si domy li , Noys. Powiedz mi, kiedy wesz
w 482 wiek? Kogo
zast pi
? Czy te po prostu si wcisn
? Da em do zbadania twoj Biografi pewnemu
ekspertowi w 2456. W nowej Rzeczywisto ci nie mia
istnie . Nie mia
odpowiednika.
Niezwyk e, jak na tak ma Zmian , lecz nie niemo liwe. A potem Biografista powiedzia mi
co , co us ysza em tylko uszami, ale nie dotar o to do mojej wiadomo ci. Dziwne, e to
pami tam. Mo liwe, e wtedy co za wita o mi w g owie, lecz by em zbyt... pe en ciebie, by
ucha . On powiedzia : „Przy tej kombinacji czynników, jakie mi pan da , nie rozumiem, jak
ona w
ciwie pasowa a do starej Rzeczywisto ci".
Mia racj . Nie pasowa
. By
obcym przybyszem z dalekiej przysz
ci, kr ci
Finge'em i mn , jak ci by o wygodnie. Noys przerwa a gwa townie:
- Andrew...
- Gdybym tylko potrafi patrze , wszystko bym przejrza . Ksi kofilm w twoim
domu, zatytu owany Spo eczne i ekonomiczne dzieje, zaskoczy mnie, gdy go po raz pierwszy
ujrza em. A tobie by potrzebny, prawda, eby si mog a nauczy , jak najlepiej udawa
kobiet z tego Stulecia. Inny fakt: pami tasz nasz pierwsz wypraw do Ukrytych Stuleci?
To ty zatrzyma
kocio w 111 394 wieku. Zatrzyma
go precyzyjnie, nie szukaj c
odpowiedniej d wigni. Gdzie nauczy
si sterowa kot em? Gdyby by a tym, za kogo si
podawa
, by aby to twoja pierwsza podró kot em, i czemu w
nie 111 394 wiek? Czy to
twoja ojczysta epoka?
Zapyta a mi kko:
- Dlaczego sprowadzi
mnie do Prymitywu, Andrew? Wrzasn nagle:
- By ochroni Wieczno . Nie potrafi , nawet przewidzie , jakie szkody by tam
jeszcze mog a wyrz dzi . Tutaj jeste bezsilna, poniewa ja ci znam. Przyznaj si ., e
wszystko, co mówi em, jest prawd ! Przyznaj si !
Zerwa si w paroksyzmie w ciek
ci, podnosz c r
. Noys nie cofn a si . By a tak
spokojna, jakby j zlepiono z ciep ego, pi knego wosku. R ka Harlana zawis a w powietrzu.
Powtórzy :
- Przyznaj si ! Powiedzia a:
- Czy by by nadal niepewny po wszystkich swoich dedukcjach? Robi ci to jak
ró nic , czy si przyznam, czy nie?
Harlan czu , e jego w ciek
wzrasta.
- Przyznaj si tak czy inaczej, ebym ju nie czu bólu. ebym w ogóle nie czu nic.
- Bólu?
- Poniewa mam eksploder, Noys, i zamierzam ci zabi .
18. Pocz tek Niesko czono ci
Jednak w g bi serca Harlan nie by pewny, ogarn o go niezdecydowanie. W r ku
trzyma eksploder, wycelowany w Noys.
Lecz czemu nic nie mówi a? Dlaczego zachowywa a t uporczyw bierno ?
Jak mo e j zabi ? Jak mo e jej nie zabija ? Powiedzia ochryple:
- Wi c?
Poruszy a si , lecz tylko po to, by opu ci r ce na kolana, by wygl da jeszcze
bardziej swobodnie, bardziej wynio le. Gdy zacz a mówi , jej g os niemal nie przypomina
osu istoty ludzkiej. I cho patrzy a na muszk eksplodera, g os brzmia pewnie, mia w
sobie jak mistyczn si .
- Nie dlatego chcesz mnie zabi , eby ochroni Wieczno . Gdyby tylko to by o
twoim zamiarem, móg by mnie og uszy , mocno zwi za , zamkn w tej jaskini, a potem
rano wyruszy w drog .
Móg by poprosi Kalkulatora Twissella, by trzyma mnie w zamkni ciu podczas
twego pobytu w Prymitywie. Móg by zabra mnie ze sob do miasta i po drodze zgubi na
pustkowiu. Ale nie - tylko moja mier mo e ci zadowoli , a to dlatego, e ci wywiod am w
pole, e ró nymi sztuczkami sk oni am ci do mi
ci, wy cznie po to, by ci pó niej sk oni
do zbrodni. By oby to morderstwo z powodu zranionej dumy, nie za wymiar
sprawiedliwo ci, jak sobie wmawiasz.
Harlan szala z gniewu.
- Czy jeste z Ukrytych Stuleci? Mów! Noys powiedzia a:
- Jestem. I có - b dziesz teraz strzela ?
Palec Harlana dr
na guziczku kontaktowym eksplodera. Jednak waha si . Co
irracjonalnego w jego duszy nadal broni o sprawy Noys, o ywiaj c resztki jego mi
ci i
sknoty. Czy by a zrozpaczona, e j odrzuci ? Czy wiadomie kusi a mier przez
amstwo? Czy smakowa a w g upim bohaterstwie, zrodzonym z rozpaczy, wynikaj cej z
jego zw tpienia?
Nie!
To dobre dla ksi kofllmów wyros ych z ckliwych tradycji literackich 289 Stulecia,
lecz nie dla takiej dziewczyny, jak Noys. Ona nie nale
a do tych, co przyjmuj
mier z
ki fa szywego kochanka pokornie.
Czy te kpi a sobie z niego wiedz c, e nie b dzie w stanie jej zabi ? Czy ca kowicie
polega a na tym, e jest dla niego tak atrakcyjna, e to go zdemobilizuje i obezw adni?
To by o bardzo prawdopodobne. Jego palec nieco mocniej dotkn kontaktu.
Noys odezwa a si znowu:
- Czekasz. Czy to oznacza, e chcesz, ebym zacz a si broni ?
- Jak broni ? - Harlan próbowa szydzi , lecz by w gruncie rzeczy zadowolony z tej
zw oki. Móg odwlec chwil , kiedy b dzie musia patrze na jej rozszarpane cia o, na krwawe
resztki, wiedz c, e to by a pi kna Noys i e on dokona tego zniszczenia w asn r
.
Mia przynajmniej pretekst. Rozmy la gor czkowo: Niech mówi. Niech mówi
wszystko, co wie o Ukrytych Stuleciach. Dzi ki temu on obroni Wieczno .
Nadawa o to jego dzia aniu pozory wiadomej polityki i przez chwil móg patrze na
Noys z tak spokojn twarz , jak ona na niego.
Noys jakby czyta a w jego my lach. Zapyta a:
- Chcesz si czego dowiedzie o Ukrytych Stuleciach? Próbujesz si zabezpieczy ?
Nie mam nic przeciwko temu. Chcia by , na przyk ad, wiedzie , czy po 150 000 na Ziemi nie
ma ju ludzi? To ci interesuje?
Harlan nie mia zamiaru prosi o t wiadomo ani jej kupowa . Mia eksploder.
Bardzo pragn nie okazywa s abo ci. Powtórzy :
- Mów! - i poczerwienia na widok u mieszku, jakim odpowiedzia a na jego okrzyk.
- W pewnym momencie fizjoczasu, zanim Wieczno si gn a bardzo daleko w
przysz
, zanim si gn a nawet do l0 000 wieku, my z naszego Stulecia - a mia
racj , e
to jest 111 394 Stulecie - dowiedzieli my si o jej istnieniu. Widzisz, my równie mieli my
podró e w Czasie, lecz by y one oparte na ca kowicie innych przes ankach ni wasze.
Woleli my raczej ogl da Czas, ni przekszta ca mas . Ponadto zajmowali my si tylko
nasz przesz
ci .
Odkryli my Wieczno po rednio. Najpierw opracowali my rachunek Rzeczywisto ci
i t metod zbadali my nasz Rzeczywisto . Ze zdumieniem odkryli my, e yjemy w
Rzeczywisto ci do niskiego stopnia prawdopodobie stwa. Powsta o powa ne pytanie: sk d
taka nieprawdopodobna Rzeczywisto ?... Nie s uchasz, Andrew! Czy ci to w ogóle
interesuje?
Harlan us ysza , e wypowiada jego imi z intymn czu
ci minionych tygodni. Ta
jej cyniczna przewrotno powinna go by a rozdra ni , rozz
ci . A jednak nie rozdra ni a.
Powiedzia rozpaczliwie:
- Mów i ko cz to, kobieto.
Usi owa zrównowa
jej ciep e „Andrew", ch odnym „kobieto", ale Noys tylko
miechn a si blado.
- Przebadali my Czas w przesz
ci i trafili my na rozwijaj
si Wieczno . Niemal
od razu sta o si dla nas oczywiste, e w pewnym punkcie fizjoczasu (znamy równie to
poj cie, lecz pod inn nazw ) istnia a inna Rzeczywisto . Inn Rzeczywisto , o
najwi kszym prawdopodobie stwie, nazywamy Stanem Podstawowym. W tym Stanie
Podstawowym mie cili my si kiedy my albo przynajmniej nasze odpowiedniki. Na razie nie
mogli my powiedzie nic o istocie Stanu Podstawowego.
Wiedzieli my jednak, e pewna Zmiana, przeprowadzona przez Wieczno w dalekiej
przesz
ci, zdo
a zmieni Stan Podstawowy a do naszego Stulecia i dalej. Zabrali my si
do badania natury Stanu Podstawowego, zamierzaj c zaradzi z u, je li to by o z o. Najpierw
musieli my ustanowi rejon kwarantanny, który nazywacie Ukrytymi Stuleciami, izoluj c
Wieczno ciowców od przysz
ci dalszej ni 70 000 Stulecie. Ta izolacja mog a nas os oni
niemal przed wszystkimi dokonywanymi Zmianami. Nie zapewnia o nam to ca kowitego
bezpiecze stwa, lecz dawa o czas.
Nast pnie dokonali my czego , na co w zasadzie nie pozwala a nam nasza kultura i
etyka. Zbadali my nasz przysz
. Zbadali my przeznaczenie cz owieka w Rzeczywisto ci,
która aktualnie istnia a, zamierzaj c j w ko cu porówna ze Stanem Podstawowym. Gdzie
po wieku 125 000 ludzko pozna tajemnic komunikacji mi dzygwiezdnej. Nauczy si , jak
dokona skoku przez hiperkosmos. W ko cu osi gnie gwiazd.
Harlan przys uchiwa si jej s owom ze wzrastaj
uwag . Ile prawdy by o w tym
wszystkim? A ile wyrachowanej ch ci oszukania go? Usi owa wyzwoli si spod uroku,
przerywaj c strumie jej wymowy. Powiedzia :
- A skoro mog osi gn gwiazd, zrobi to i opuszcz Ziemi . Niektórzy z nas to
odgadli.
- W takim razie niektórzy z was odgadli b dnie. Ludzie próbowali opu ci Ziemi .
Jednak, na nieszcz cie, nie jeste my sami w Galaktyce. Wiesz, e istniej inne gwiazdy, inne
planety. Istniej równie inne skupiska inteligentnych istot. Co prawda adne z nich,
przynajmniej w Galaktyce, nie jest tak stare jak ludzko , lecz przez 125 000 Stuleci cz owiek
pozostawa na Ziemi, a m odsze istoty dop dzi y nas i wymin y, rozwin y komunikacj
mi dzygwiezdn i zasiedli y Galaktyk .
Gdy wyruszyli my w kosmos, wsz dzie spotykali my tablice ostrzegawcze: „Zaj te",
„Wst p wzbroniony", „Nie zbli
si !" Ludzko cofn a swe badawcze czu ki i zosta a na
miejscu. Lecz teraz wiedzia a ju , czym naprawd jest Ziemia: wi zieniem otoczonym przez
niesko czon wolno ... I ludzko wymar a!
Harlan powiedzia :
- Po prostu wymar a. Nonsens!
- Wymar a nie po prostu. To trwa o tysi ce Stuleci. Ten proces przebiega z ró nym
nasileniem, lecz najwa niejsz przyczyn by o poczucie utraty celu, poczucie zb dno ci,
beznadziejno ci, których nie da o si przezwyci
. Wreszcie nast pi kra cowy spadek
liczby urodze i ostateczna zag ada. To rezultat dzia
twojej Wieczno ci.
Harlan móg ju teraz broni Wieczno ci, tym bardziej gor co i zawzi cie, e
niedawno atakowa j tak szczerze. Powiedzia :
- Wpu cie nas do Ukrytych Stuleci, a wszystko naprawimy. Potrafili my osi gn
najwy sze dobro w tych Stuleciach, do których mamy dost p.
- Najwy sze dobro? - zapyta a Noys wyra nie szyderczym tonem. - A co to jest? To
wasze maszyny wam to mówi . Wasze komputapleksy. Ale kto przygotowuje te maszyny, kto
mówi im, co maj wa
na szalach? Maszyny nie rozwi zuj problemów bardziej wnikliwie
ni ludzie, tylko szybciej. Tylko szybciej! A co Wieczno ciowcy uwa aj za dobro? Powiem
ci: spokój i bezpiecze stwo. Umiarkowanie. adnych ekscesów. adnego ryzyka bez
stuprocentowej pewno ci, e wszystko si uda.
Harlan prze kn
lin . Nagle przypomnia sobie bardzo wyra nie s owa Twissella o
rozwini tych ludziach z Ukrytych Stuleci. Kalkulator powiedzia : „Wykluczamy
niezwyk
". I czy tak nie by o?
- Wydaje si - podj a Noys - e my lisz. Pomy l wi c o tym. Dlaczego w obecnie
istniej cej Rzeczywisto ci cz owiek ustawicznie próbuje podró y kosmicznych i ustawicznie
ko czy si to fiaskiem? Z pewno ci ka da era podró y kosmicznych musi wiedzie o
poprzednich rozczarowaniach. Dlaczego wi c próbuj na nowo?
- Nie studiowa em tego - rzek Harlan. Lecz pomy la niepewnie o koloniach na
Marsie, ci gle zak adanych od nowa i zawsze rozpadaj cych si . Pomy la o dziwnej atrakcji,
jak zawsze stanowi y loty kosmiczne, nawet dla Wieczno ciowców. S ysza g os Socjologa
Kantora Voya z 2456 Stulecia, który obserwuj c koniec elektrograwitacyjnego lotu
kosmicznego w jednym Stuleciu, o wiadczy z alem: „To by o bardzo pi kne". A Biografista
Neron Feruk, widz c to, kl i wymy la na metody za atwiania surowicy antyrakowej przez
Wieczno .
Czy istnieje co takiego jak instynktowna t sknota inteligentnych istot za ekspansj ,
za osi gni ciem gwiazd, za uwolnieniem si od dzia ania prawa grawitacji? Czy to w
nie
zmusi o cz owieka, by dziesi tki razy opracowywa system podró y mi dzyplanetarnych i
wyprawia si ci gle na nowo mi dzy martwe wiaty systemu s onecznego, gdzie jedynie
Ziemia nadaje si do ycia? Czy to ostateczna kl ska, wiadomo , e trzeba wraca do
starego wi zienia, powodowa a te stale zwalczane przez Wieczno frustracje? Harlan my la
o rozpowszechnieniu si narkomanii w
nie w tych Stuleciach, które przynios y fiasko
elektrograwitacji.
Noys mówi a:
- T pi c kl ski Rzeczywisto ci, Wieczno wyklucza równie triumfy. To w
nie
najbardziej ryzykowne próby mog podnie ludzko na szczyty. Z niebezpiecze stwa i
niepewno ci wyp ywa si a, która popycha ludzko do nowych i wi kszych zdobyczy.
Rozumiesz to? Czy mo esz zrozumie , e usuwaj c pu apki i niebezpiecze stwa gro
ce
cz owiekowi, Wieczno przeszkadza mu znajdowa w asne, lepsze, prawdziwe rozwi zania?
Harlan zacz dr two:
- Najwi kszym dobrem najwi kszej liczby... Noys przerwa a:
- Przypu my, e Wieczno nigdy nie powsta a.
- Co wtedy?
- Powiem ci, co by wtedy by o. Energia zu ywana na in ynieri Czasu zosta aby
zamiast tego obrócona na rozwój nukleoniki. Wieczno ci by nie stworzono, lecz podró e
mi dzygwiezdne na pewno. Cz owiek osi gn by gwiazdy o przesz o sto tysi cy Stuleci
wcze niej ni w bie cej Rzeczywisto ci. Systemy gwiezdne by yby wtedy jeszcze nie
obsadzone i ludzko osiedli aby si w ca ej Galaktyce. My byliby my pierwsi.
- I co by my na tym zyskali? - zapyta Harlan uparcie. - Byliby my szcz liwsi?
- Kogo rozumiesz przez „my"? Ludzko nie mia aby jednego wiata, lecz miliony
wiatów, miliardy wiatów. Trzymaliby my w r ku Niesko czono . Ka dy wiat mia by swe
asne Stulecia, w asne warto ci, okazj do szukania szcz cia na swój sposób we w asnym
rodowisku. S ró ne szcz cia, ró ne dobra, niesko czona ich ró norodno ... To jest Stan
Podstawowy ludzko ci.
- Zgadujesz - powiedzia Harlan i by z y na siebie, e go poci ga ten obraz, który
Noys odmalowa a. - Jak mo esz powiedzie , co by by o?
Noys:
- mieszy ci ignorancja Czasowców, którzy znaj tylko jedn Rzeczywisto . Nas
mieszy ignorancja Wieczno ciowców, którzy my
, e istnieje wiele Rzeczywisto ci, lecz
tylko jedna w jednym Czasie.
- Co znacz te brednie?
- My nie kalkulujemy ró nych wariantów Rzeczywisto ci. My je ogl damy. Widzimy
je w ich stanie Nierzeczywisto ci.
- Upiorny kraj, gdzie wszystko by mo e, gdyby...
- Tak. Ale twoja ironia jest zupe nie niepotrzebna.
- A jak wy to robicie?
Noys milcza a chwil , a potem rzek a:
- Jak ci to wyt umaczy , Andrew... Nauczono mnie pewnych rzeczy, które, prawd
mówi c, nieca kowicie rozumiem, zupe nie tak jak ty. Czy potrafisz wyt umaczy dzia anie
komputapleksu? A jednak wiesz, e istnieje i dzia a.
Harlan zaczerwieni si .
- No wi c? Noys:
- Nauczyli my si przygl da Rzeczywisto ci i znale li my Stan Podstawowy, tak jak
ci mówi am. Odnale li my równie Zmian , która zniszczy a Stan Podstawowy. Nie by a to
adna Zmiana przeprowadzona przez Wieczno - to sam fakt istnienia Wieczno ci. Ka dy
system podobny do Wieczno ci, który pozwala ludziom wybiera sobie przysz
, sko czy
si wyborem bezpiecze stwa i przeci tno ci, wykluczaj cych zdobycie gwiazd. Samo
istnienie Wieczno ci unicestwi o Imperium Galaktyczne. eby je odbudowa , trzeba
sko czy z Wieczno ci .
Liczba Rzeczywisto ci jest niesko czona. Liczba ró nych podgrup Rzeczywisto ci
jest równie niesko czona. Na przyk ad, liczba Rzeczywisto ci zawieraj cych Wieczno jest
niesko czona; liczba Rzeczywisto ci, w których Wieczno nie istnieje, jest równie
niesko czona. Lecz moi ludzie wybrali spo ród niesko czono ci t grup , która zawiera a
mnie.
Nie mia am z tym nic wspólnego. Nauczyli mnie mojej pracy, tak jak Twissell i ty
nauczyli cie Coopera. Lecz liczba Rzeczywisto ci, w których pozostawa am agentk
niszcz
Wieczno , by a równie niesko czona. Ale ja wybra am t w
nie, która zawiera
ciebie.
Harlan spyta :
- Dlaczego j wybra
? Noys odwróci a oczy.
- Poniewa ci kocha am. Kocha am ci na d ugo przedtem, nim ci pozna am.
Harlan by wstrz ni ty. Wypowiedzia a to z g bok szczero ci . Pomy la z
mdl cym uczuciem: aktorka... i powiedzia :
- To mieszne.
- Czy by? Przestudiowa am Rzeczywisto ci b
ce do mojej dyspozycji.
Zanalizowa am Rzeczywisto , w której przybywa am do 482, spotyka am najpierw Finge'a,
a potem ciebie... T , w której odwiedza
mnie i kocha
, z której zabra
mnie do
Wieczno ci i w dalek przysz
do mego Stulecia, w której le skierowa
Coopera, a
potem ty i ja wracali my do Prymitywu. yli my w Prymitywie przez reszt , dni. Widzia am,
jak yjemy razem i jeste my szcz liwi, a ja ci . kocha am. To nic miesznego. Wybra am te.
nie Rzeczywisto , by nasza mi
mog a by prawdziwa. Harlan:
- Fa sz. Wszystko fa sz. Jak mo esz si spodziewa , e ci uwierz ? - Urwa , a potem
doda nagle: - Czekaj! Mówisz, e ju to wszystko z góry wiedzia
. Wszystko, co si
zdarzy?
- Tak.
- Wi c k amiesz. Wiedzia aby , e b
ci trzyma na muszce. Wiedzia aby , e ci
zdemaskuj . Co na to odpowiesz?
Westchn a lekko:
- Powiedzia am ci, e istnieje niesko czona liczba podgrup Rzeczywisto ci. Oboj tne,
jak dok adnie ogniskujemy okre lon Rzeczywisto , zawsze przedstawia si ona jako
niesko czona liczba bardzo podobnych Rzeczywisto ci. Trafiaj si m tne obrazy. Im
dok adniej ogniskujemy, tym mniej niewyra nych miejsc, lecz doskona ej ostro ci nie udaje
si nigdy osi gn . Jedna ma a plamka potrafi zniszczy wszystko.
- Co takiego na przyk ad?
- Musia
przyby w dalek przysz
, gdy zapora przy 100 000 Stuleciu zostanie
usuni ta, i zrobi
to. Lecz mia
wróci sam. Dlatego by am tak zaskoczona, gdy
zobaczy am z tob Kalkulatora Twissella.
Znowu Harlan si zmiesza . Jak ona potrafi a logicznie wszystko czy ! Noys:
- By abym jeszcze bardziej zaskoczona, gdybym w pe ni u wiadomi a sobie
znaczenie tej odmiany. Gdyby przyby sam, zabra by mnie do Prymitywu, tak jak to
zrobi
. Tam z mi
ci do ludzko ci, z mi
ci do mnie, zostawi by Coopera. Wasz kr g
zosta by przerwany. Wieczno sko czy aby si , yliby my tu razem bezpiecznie.
Lecz ty przyby
z Twissellem, wprowadzaj c przypadkowe odchylenie. Po drodze
Kalkulator podzieli si z tob swoimi my lami na temat Ukrytych Stuleci i zapocz tkowa w
tobie
cuch dedukcji, który sko czy si twoim zw tpieniem w moj szczero . Sko czy
si eksploderem wycelowanym we mnie... To by oby wszystko, Andrew. Mo esz mnie
zastrzeli . Nic nie stoi na przeszkodzie.
Harlana bola a d
od kurczowego ciskania uchwytu broni. W oszo omieniu
prze
eksploder do drugiej raki. Czy w opowie ci Noys by a jaka skaza? Potwierdzenie
faktu, e Noys pochodzi z Ukrytych Stuleci, mia o go sk oni do decyzji. Tymczasem jeszcze
bardziej by rozdarty konfliktem, a wit si zbli
.
Zapyta :
- Po co a dwie próby zniszczenia Wieczno ci? Dlaczego Wieczno nie mog a si
sko czy na zawsze, gdy wys
em Coopera do 20 Stulecia? Wszystko by wtedy znik o.
- Poniewa - powiedzia a Noys - zniszczenie Wieczno ci nie wystarczy. Musimy
zredukowa do zera prawdopodobie stwo odrodzenia Wieczno ci w jakiejkolwiek formie.
Wi c jeszcze czego musimy dokona tu, w Prymitywie: ma ej Zmiany. Wiesz, jak wygl da
Minimum Potrzebnych Zmian. Musz tylko wys
list na pó wysep zwany Itali , teraz w 20
Stuleciu. Obecnie mamy 19,32 Stulecia. Za par centycenturii, zak adaj c, e wy
list,
pewien cz owiek zacznie eksperymenty nad bombardowaniem uranu neutronami.
Harlana ogarn a groza.
- Chcesz zmieni histori Prymitywu?
- Tak. Mamy ten zamiar. W nowej Rzeczywisto ci pierwsza nuklearna eksplozja
odb dzie si nie w 30 Stuleciu, lecz w 19,45.
- Ale czy znacie niebezpiecze stwo? Potraficie je oceni ?
- Znamy niebezpiecze stwo. Przegl da am arkusz pochodnych Rzeczywisto ci.
Istnieje prawdopodobie stwo, e ycie na Ziemi sko czy si pod radioaktywn skorup , lecz
przedtem...
- Uwa asz, e jest jakie wyj cie?
- Imperium Galaktyczne. Intensyfikacja Stanu Podstawowego.
- A jednak oskar asz Wieczno ciowców o interwencj ...
- Oskar amy ich o wielokrotne interwencje zmierzaj ce do utrzymania ludzko ci w
bezpiecznym wi zieniu. My wkraczamy raz, jedyny, by skierowa uwag ludzko ci
przedwcze nie ku nukleonice, tak aby nigdy, przenigdy nie stworzy a Wieczno ci.
- Nie - zaprotestowa Harlan. - Musi by Wieczno .
- Jak wolisz. Od ciebie to zale y. Je li chcesz, by psychopaci dyktowali przysz
cz owieka...
- Psychopaci! - wybuchn Harlan.
- A czy jest inaczej? Znasz ich. Pomy l!
Harlan patrzy na ni pe en oburzenia, lecz musia my le . My la o Nowicjuszach
ucz cych si prawdy o Rzeczywisto ci i o Nowicjuszu Latourette, który w rezultacie
próbowa pope ni samobójstwo.
Latourette
i zosta Wieczno ciowcem, ze wszystkimi obci eniami, których nikt
nie potrafi okre li . Tacy ludzie brali udzia w zmienianiu Rzeczywisto ci.
My la o kastowym systemie w Wieczno ci, o nienormalnym yciu, w którym
poczucie winy przekszta ca o si w gniew i nienawi do Techników. My la o walcz cych
mi dzy sob Kalkulatorach, o Finge'u intryguj cym przeciwko Twissellowi, i Twissellu
szpieguj cym Finge'a. Pomy la o sobie. O Starszym Kalkulatorze, który równie
ama
prawa Wieczno ci.
Wyda o mu si , e zawsze o tym wszystkim wiedzia . Je li nie -to dlaczego tak bardzo
chcia zniszczy Wieczno ? Jednak nigdy ca kowicie nie przyznawa si do tego przed sob :
nigdy nie spojrza otwarcie na ten problem, dopiero teraz.
I z wielk jasno ci ujrza Wieczno jako wyl garni najrozmaitszych psychoz,
bowisko nienormalnych istot, wyrwanych brutalnie z ich rodzimych rodowisk.
Popatrzy bezmy lnie na Noys, która powiedzia a mi kko:
- Widzisz? Wyjd my razem z tej jaskini, Andrew.
Poszed za ni , zahipnotyzowany, oszo omiony tym, jak ca kowicie zmieni si jego
punkt widzenia. Jego eksploder po raz pierwszy odchyli si od linii cz cej go z sercem
Noys.
Blady przed wit powlók szaro ci niebo, a p katy kocio tu przy jaskini wygl da
jak ogromny cie . Jego zarysy by y zamazane i zniekszta cone przez narzucon na niego
on .
Noys powiedzia a:
- Oto Ziemia. Nie wieczny i jedyny dom ludzko ci, lecz punkt startu do nieko cz cej
si nigdy przygody. Musisz tylko podj decyzj . To twoja sprawa. Ciebie, mnie i zawarto
tej jaskini ochroni przed Zmian pole fizjoczasu. Cooper zniknie wraz ze swym og oszeniem,
Wieczno sko czy si wraz z Rzeczywisto ci mojego Stulecia, lecz my zostaniemy,
dziemy mieli dzieci i wnuki, i zostanie ludzko , by si gn gwiazd.
Odwróci si , eby na ni spojrze : u miecha a si do niego. To by a Noys, taka jak
zawsze, i jego serce bi o tak jak zawsze.
Nie u wiadamia a sobie nawet, e podj decyzj , a szaro ogarn a ca e niebo i
znikn zarys kot a. Noys podesz a powoli i znalaz a si w ramionach Harlana, a on wiedzia ,
e nast pi koniec, ostateczny koniec Wieczno ci...
...i e zacz a si Niesko czono .