Bułyczow Kirył Inna polana


Ze zbiorów
Zygmunta Adamczyka
Kirył Bułyczow
Inna polana
(Drugaja polana)
Przełożyła Ewa Skórska
Maurycy Iwanowicz Dolinin jest młodszym pracownikiem
naukowym katedry, na której czele mam zaszczyt stać.
Maurycy jest miłym, młodym człowiekiem, ma około 35 lat i
niedużą nadwagę na skutek siedzącego trybu życia. Ma rumiane
policzki, błękitne oczy i jest ulubieńcem naszych
doktorantek i szatniarek. Do jego zalet należy m.in.
bezgraniczne oddanie A. S. Puszkinowi. Jeszcze w szkole
Maurycy postawił sobie za cel nauczyć się na pamięć
wszystkiego, co napisał ten wielki poeta i trzeba przyznać,
że w tej dziedzinie odniósł sukces, chociaż czasem myli mu
się porządek ustępów w "Historii Piotra Wielkiego". Tematem
jego pracy doktorskiej, już gotowej do obrony, jest geneza
"Maleńkich tragedii". Mogłoby się wydawać, że już dawno
przestudiował je wzdłuż i wszerz, a jednak Maurycemu udało
się zrobić kilka niewielkich odkryć i w sposób absolutnie
nowy powiązać obraz skąpego rycerza z żyjącym w XV wieku
w Augsburgu baronem Konradem zu Chidenem.
Należy zaznaczyć, że mimo skłonności do zakochań Maurycy
do tej pory się nie ożenił. Według mnie przyczyną tego stanu
rzeczy jest duchowy uraz, którego doznał na pierwszym roku
studiów, a który spowodowały urocze pazurki Inessy Redkinej
tertio voto Wodowozowej. Skąd tyle wiem o przeszłości
Maurycego? To proste, jako wykładowca byłem zorientowany w
dramatach i tragikomediach środowiska studenckiego.
Przez ostatnie siedem lat pracowaliśmy razem. Maurycy
często mi się zwierzał, dzielił się nie tylko planami
naukowymi, ale i wydarzeniami z życia osobistego. I właśnie
ta jego szczerość wciągnęła mnie w wydarzenia, o jakich
nawet mi się nie śniło.
- Czy pan się przypadkiem nie zakochał? - zapytałem
Maurycego, gdy zauważyłem, że przez trzy dni z rzędu
przychodził do pracy w nowych, wyjątkowo jaskrawych
krawatach i lśniących butach.
2
- Ależ skądże! Mnie się to nie zdarza! - odpowiedział
Maurycy ze świętym oburzeniem. Zrozumiałem, że miałem rację.
Byłem pewien, że wkrótce wyzna mi wszystko - w dramatycznej
chwili sprzeczki albo przeciwnie, gdy przepełni go
szczęście.
Wydarzyło się to latem. Wybierałem się akurat na urlop; w
katedrze odbywało się zebranie, dotyczące jakichś mało
istotnych spraw, a należałoby raczej pojechać nad rzekę.
Poprosiłem Maurycego o naszkicowanie planu artykułu, który
miał zamiar włączyć do zbiorku. Maurycy długo ślinił
długopis, patrzył w sufit i w ogóle nie myślał o planie. W
końcu wziął się w garść i wypocił kilka linijek. Po czym
znowu zatonął w słodkich rozmyślaniach. Gdy dostałem szkic
planu, odkryłem na marginesach powtarzające się kilka razy
imię Natasza oraz profil z zadartym noskiem wykonany
niewprawną ręką.
Po zebraniu nie wytrzymałem i zapytałem:
- Zamierza pan zadedykować swój artykuł Nataszy?
Napiszemy po prostu "Dedykuję Nataszy" czy też bardziej
oficjalnie?
- Nie rozumiem pana - oburzył się Maurycy, tak jakbym
miał zamiar ukraść mu tę Nataszę. Pokazałem mu nieszczęsny
plan. Maurycy był na mnie obrażony przez dwa dni.
Jakiś czas potem w jego stosunkach z Nataszą nastąpił
kryzys. Maurycy stracił apetyt i przestał czyścić buty. Bez
wątpienia jakieś błahe słowo czy podejrzenie głęboko nim
wstrząsnęło.
- Coś pana gryzie? - zapytałem w końcu.
- I tak pan nie zrozumie - powiedział Maurycy, jakby za
moich czasów w kontaktach z ukochanymi panował wyłącznie
niezmącony spokój.
- Rzecz jasna - zgodziłem się. - Ale może jednak?
- Rozstaliśmy się - powiedział. - Na zawsze.
W końcu wybuchnął.
3
- Ja już tak dłużej nie mogę - powiedział tragicznym
szeptem słyszalnym w sąsiednich korytarzach. - Nie wytrzymam
tego.
Za dokładną treść monologu nie ręczę, ale sedno tkwiło w
tym, że do serca mojego kolegi wkradło się podejrzenie: jest
kochany albo - o nieznośna alternatywo! - nie jest kochany.
Podstawą do podobnych podejrzeń posłużyła mu namiętność
Nataszy do zbierania pieczarek. Trzeba było słyszeć, jak
Maurycy wymawia słowo "pieczarka". Brzmiało ono niczym imię
nikczemnego wyrodka podupadłego rodu francuskich hrabiów.
Według Natarszy pieczarki można zbierać w Moskwie niemal
wszędzie, rosną one bez przeszkód na skwerach, w parkach i
na bulwarach. Trzeba tylko znać miejsca. Natasza miała swój
ulubiony park gdzieś w pobliżu stacji metra Sokół. Dzieliła
się tymi złożami z kilkoma miejscowymi pijaczkami, którzy
wypełzali na bezcenny placyk skoro świt, zbierali tyle, ile
im było trzeba, po czym zanosili na rynek i sprzedawali. A
potem przychodziła Natasza. Dla niej również wystarczało
grzybów, zwłaszcza jeżeli sprzyjała pogoda. Z jakiegoś
powodu Natasza nie zgadzała się, żeby Maurycy towarzyszył
jej w tych wyprawach, przez co wzbudziła w nim podejrzenie,
że ona tam bywa nie sama, a może nawet w ogóle nie chodzi na
polanę, tylko kupuje koszyk pieczarek na rynku, po to, żeby
wprowadzić go w błąd. Gdy Maurycy powiedział Nataszy o
swoich podejrzeniach, obraziła się. A potem od słowa do
słowa - i zerwanie.
- Nie ma pan racji - powiedziałem Maurycemu, gdy skończył
swoją zawiłą spowiedz.
- Oczywiście. Ale mimo wszystko...
- Musi pan pójść i przeprosić.
- To jasne. Niemniej...
- A propos. Gdy ja na początku lat trzydziestych
zalecałem się do Maszeńki, pewnego dnia zobaczyłem ją na
ulicy z jakimś osiłkiem. Przez dwa tygodnie nie odzywaliśmy
4
się do siebie. A potem się wyjaśniło, że ten osiłek to jej
kuzyn Kola, szalenie miły człowiek. Do dnia dzisiejszego
nasze rodziny przyjaznią się ze sobą.
Maurycy otworzył usta, żeby mi odpowiedzieć: "Co ma do
tego jakiś Kola", ale powstrzymał się, machnął ręką i
wyszedł.
Byłem głęboko przekonany, że ten konflikt minie po dwóch
dniach. Nic podobnego. Dni mijały, a Maurycy był
przygnębiony i samotny. Rzecz jasna, głupio niszczyć swoje
szczęście z powodu koszyka pieczarek, ale w końcu ludzie
ginęli z bardziej błahych powodów.
Po tygodniu, rankiem, o godzinie dziewiątej, gdy po
śniadaniu kierowałem się w stronę biurka, w gabinecie nagle
zadzwonił telefon. Coś mnie tknęło - zdarza się, że
najnormalniejszy dzwonek wyda się wyjątkowo niepokojący...
- Słucham...
- Dzień dobry. To ja, Maurycy. Wydarzyło się coś
nieprawdopodobnego. Muszę się z panem natychmiast zobaczyć.
- Gdzie pan jest?
- W pobliżu metra Sokół. Mogę być u pana za pół
godziny...
Maurycy mówił urywanym głosem, tak jakby właśnie
przebiegł trzy kilometry i nie zdążył uspokoić oddechu.
- Czekam na pana.
- Odłożyłem słuchawkę i od razu przypomniałem sobie, że z
metrem Sokół sąsiaduje ten feralny pieczarkowy skwer.
Wyobraziłem sobie, że Maurycy, zdecydowawszy się śledzić
niewierną, niefortunnie spotkał się ze szczęśliwym
konkurentem.
Prawie zgadłem.
Maurycy wpadł po dwudziestu minutach. Był rozczochrany,
wzburzony, przygnębiony, ale na szczęście cały.
Od razu zaczął mówić, miotając się po pokoju i zagrażając
wszelkim możliwym przedmiotom.
5
- Tak - grzmiał. - Jestem winny. Nie wytrzymałem.
Śledziłem ją. Zdecydowałem, że raz na zawsze położę kres
wszelkim wątpliwościom.
To znaczy, pomyślałem, że mam przed sobą domorosłego
detektywa. Maurycy patrzył na mnie wyzywająco, oczekując
bezzwłocznego potępienia. No cóż, pomyślałem, proszę
uprzejmie.
- Nigdy nie uwierzę - powiedziałem mentorskim tonem - że
mógł się pan zniżyć do tak podłej inwigilacji kobiety, którą
pan kocha i chociażby dlatego powinien pan szanować.
- Tak! - ucieszył się Maurycy. - Rozumiem pana. To samo
mówiłem sobie. Przeklinałem się, ale wieczorami sterczałem
przy jej domu, a rano czekałem, aż wyjdzie z pustym
koszykiem. Wstydzę się, ale przecież Otello też się
wstydził, gdy podniósł rękę na Desdemonę.
Porównanie było ryzykowne, ale Maurycy nie zauważył
mojego uśmiechu. Zrobił tragiczny gest, zrzucił ze stołu
stertę papierów i kontynuował monolog, kucając i zbierając
kartki z podłogi.
- Nie proszę o litość i nie po to tu przyszedłem. Dziś
rano, dziesięć minut po godzinie siódmej, Natasza wyszła z
domu z koszykiem i poszła na ten skwer. Na brzegu parku, za
fontanną, jest polana. Prawie odsłonięta, tylko
gdzieniegdzie drzewa. Zaczynają tam teraz jakąś budowę,
wkopali słupy, będą robić ogrodzenie. Nie najlepsze miejsce
dla grzybów. Rozumie mnie pan?
- Jak na razie nie zdążył pan powiedzieć nic
niezrozumiałego.
- No i właśnie do tej polany ją odprowadziłem. Ale nie
zbliżałem się. Niech pan pomyśli, gdyby ona się obejrzała!
- Nie daj Boże - przyznałem.
- No więc, wyszła na polanę i zaczęła po niej brodzić.
Chodzi, schyla się, coś tam zbiera, a ja stoję za drzewem i
czekam.
6
- Na co? Najwyższa pora, żeby wyjść z ukrycia, podejść do
niej i powiedzieć, że czuje się pan winien, wyraża skruchę i
obiecuje poprawę.
- Chciałem tak zrobić, ale powstrzymał mnie wstyd i...
podejrzenie.
- Jakie znowu podejrzenie?
- A jeśli ona nazbiera grzybów i pójdzie na spotkanie z
nim? Albo on się zaraz pojawi...
- Przekonało mnie to - powiedziałem - że mam przed sobą
prawdziwego rycerza i dżentelmena.
- Ach, niech pan przestanie - odpowiedział Maurycy. -
Teraz to już nieważne. Ważne jest to, że w tym czasie, gdy
patrzyłem na Nataszę, ona zniknęła. Wyobraża pan sobie!
Dopiero co była na środku polany i nagle zniknęła. Nie
wierzyłem własnym oczom. I co pan na to?
- Jak na razie nic.
- Obszedłem całą polanę, wyskoczyłem na ulicę - pusto.
Wróciłem do parku, zaglądałem za krzaki, niemalże pod
ławki. Nigdzie jej nie było. Wróciłem na polanę i stanąłem
mniej więcej w tym miejscu, gdzie ostatni raz widziałem
Nataszę. I nagle usłyszałem jej głos: "Maurycy, co ty tu
robisz?" Ona stoi trzy kroki ode mnie, z koszykiem w ręku.
- A w koszyku grzyby?
- Mnóstwo.
- No i co dalej?
- Powiedziałem: "Czekam na ciebie". "Czemu mnie nie
zawołałeś?" - odpowiedziała. - Patrz, ile nazbierałam". - "A
gdzie byłaś?" - pytam. "Tutaj". "Jak to tutaj? Już pół
godziny tu stoję, a ciebie nie było!" "A gdzie niby mogłam
zbierać grzyby? Przecież nie na jezdni!" Maurycy zamilkł.
- I w końcu obraziła się na pana i poszła - wyraziłem
przypuszczenie. Przypomniało mi się, że obiecałem przed
obiadem dokończyć artykuł, a opowiadanie Maurycego wyraznie
się przeciągało.
7
- Poszła, ale nie o to chodzi.
- A o cóż?
- Pomyślałem sobie, rozumie pan: w tym jest coś
tajemniczego. To Natasza była, to jej nie było. Jakby się
zapadła w jakąś dziurę. Byłem w takim stanie, że zapragnąłem
znalezć tę dziurę.
- To się chwali. W Moskwie jest wiele dziur, w których
wydają pieczarki.
- Doszedłem do tego miejsca, gdzie Natasza zniknęła i
pojawiła się. A tam był taki nieduży parów...
"Boże, pomyślałem, jego się już nie uda zatrzymać.
Czyżbym i ja jako młokos też był taki nudny i pompatyczny?"
- Niczego tam nie znalazłem, tylko trawa była zdeptana.
Powoli poszedłem dalej, rozglądając się na wszystkie strony
- i wtedy zobaczyłem pieczarkę!
- No i pięknie - powiedziałem i spojrzałem na zegarek, co
nie zrobiło na opowiadającym żadnego wrażenia.
- Na tej polanie w ogóle było mnóstwo pieczarek. Nawet
się zdziwiłem, że nie zauważyłem ich wcześniej. Kiedy tak
sobie spacerowałem, doszedłem do wniosku, że nie powinienem
traktować Nataszy z taką nieufnością. Nie, pomyślałem, muszę
ją przeprosić...
Przerwa. Na minutę, nie krócej. Cierpliwie czekam. Teraz
powinien się pojawić tajemniczy sprawca rozłąki albo powinna
wrócić Natasza, podbiec z tyłu, czule zasłonić mu oczy
dłońmi i zawołać: "Zgadnij, kto to!"
- I w tym momencie - odezwał się wreszcie Maurycy -
zrozumiałem, że na polanie nie ma słupów od ogrodzenia.
Tylko doły.
- Jakie znowu doły?
- Doły na słupy. Rozumie pan, doły na słupy były, a słupy
leżały na ziemi. No, pomyślałem, zaczynają się halucynacje.
Wtedy wyszedłem z parku i poszedłem na przystanek trolejbusu
12.
8
"Zdaje się, że opowiadanie dobiega końca" - pomyślałem z
ulgą.
- Ale tam nie było przystanku trolejbusu 12, bo był tam
przystanek autobusu 13, mimo że takiego autobusu w Moskwie
nie ma. Byłem trochę wzburzony, więc nawet się nie
zdziwiłem, tylko podszedłem do stojącej tam kobiety i
zapytałem: "A gdzie zatrzymuje się trolejbus 12?" A ona na
to, że nie wie. "Jak to? - zapytałem - przecież przed
półgodziną przyjechałem nim tutaj. Pani chyba nietutejsza?"
A ona popatrzyła na mnie z oburzeniem i nic nie
odpowiedziała. No, niezle, tracę rozum. Lepiej, żeby nikt o
tym nie wiedział. I jakby nigdy nic zapytałem: "Jak dojechać
do metra Port Lotniczy?" "Do metra Dworzec Lotniczy? Niech
pan wsiądzie w autobus i wysiądzie na siódmym przystanku".
Pan coś z tego rozumie?
- Rozumiem - powiedziałem - zaraz mi pan powie, że się
pan obudził i zdecydował, że opowie swój sen ukochanemu
nauczycielowi.
" Ależ skąd! - wykrzyknął Maurycy. - To nie był sen. I na
dowód swojej słuszności gruchnął pięścią w stół. Schwyciłem
telefon w locie. W literaturze odnotowano różnorakie formy
miłosnego obłąkania. Wiele narodów uważa to opętanie za
absolutnie możliwą i w żadnym razie nie hańbiącą chorobę.
- Niech pan słucha dalej! Kiedy autobus podjechał do
metra Port Lotniczy i zobaczyłem nad wejściem wyłożony
złotymi literami napis "Dworzec Lotniczy", zrozumiałem, że
nie pomyliłem się w diagnozie. Zwariowałem. Starałem się
głęboko oddychać i myśleć o czymś innym. Zjechałem ruchomymi
schodami na dół, podszedłem do blokady. Znalazłem w kieszeni
piątkę i wrzuciłem ją, a ona ugrzęzła w otworze. Dyżurna
zapytała mnie, o co chodzi, poprosiła, żebym jej pokazał
moją piątkę. Pokazałem, a ona mówi: "Przecież ona jest
żółta! Piątki powinny być białe, a ta jest żółta!" I
pokazuje mi cienką piątkę z białego metalu. I patrzy na mnie
9
tak, jakbym sam tę piątkę zrobił. Pokornie wyjechałem z
metra na górę. I wie pan, im dłużej się rozglądałem, tym
bardziej szokowała mnie niezgodność szczegółów. Właśnie
szczegółów. Ogólnie wszystko było normalnie, ale szczegóły
mi nie pasowały. Facet czyta gazetę, a tytuł zamiast w lewym
górnym rogu, to w prawym. Dom naprzeciwko zielony, a nie
żółty, tramwaj niebieski, a nie czerwony, i tak dalej.
Milczałem. Maurycy wyglądał normalnie. Zniknęły nawet
ślady wzburzenia. Zapomniał nawet o swojej ukochanej. To już
nie był nieszczęśliwy kochanek, a po prostu bardzo zdziwiony
człowiek.
- I wtedy przyjąłem, w charakterze roboczej hipotezy, że
znalazłem się w świecie alternatywnym. Czytał pan o światach
alternatywnych?
- Nie czytuję fantastyki - powiedziałem i ta nadmierna
kategoryczność mnie zdradziła. Albowiem jakże mógłbym
dowiedzieć się o światach alternatywnych, nie czytując tejże
fantastyki.
- Ale i tak wie pan, o co chodzi - powiedział Maurycy. -
Ta wersja zupełnie uprawiedliwia Nataszę. Ona, tak jak i
inni grzybiarze, brodziła po polanie, schodziła na tę
nizinę, która jakimś cudem była miejscem przejścia z jednego
świata do drugiego i jakby nigdy nic kontynuowała swoje
łowy. A może grzybiarze wiedzą o właściwościach tego
przejścia i wykorzystują je świadomie, nie przywiązując do
tego wagi?
Zamilkł na chwilę, pomyślał i dodał:
- A może ktoś z nich został w tym równoległym świecie.
Jeśli jest pijaczkiem, to nawet nie zauważył różnicy.
- Taak, wrócił do domu i spotkał samego siebie -
zauważyłem, ale Maurycy mnie nie słuchał.
- No więc, gdy sobie uzmysłowiłem, co się ze mną stało,
doszedłem do nieoczekiwanego wniosku: jeśli świat
alternatywny różni się od naszego, to te różnice mogą
10
rozciągać się również w przeszłość. Będąc uczonym, dokąd
powinienem się udać?
- Pod pomnik Puszkina? - zażartowałem.
- Prawie pan zgadł. Tylko rzecz jasna, nie pod pomnik, bo
on nie udzieli mi potrzebnej informacji, a do Muzeum
Puszkina. Zatrzymałem taksówkę i kazałem jechać na
Kropotkińską. Rozmyślałem dalej. A jeśli Puszkin uniknął
pojedynku w 1837 roku? I żył jeszcze 10, 20, 30 lat i
stworzył nieznane nam genialne dzieła? Denerwując się coraz
bardziej mającym nastąpić spotkaniem z wielkim poetą,
zapytałem taksówkarza, w którym roku zmarł Puszkin. "Nie
pamiętam, dawno, ponad sto lat temu". Kierowca był
flegmatycznym grubasem w podeszłym wieku. Ale w jego słowach
była nadzieja. Ponad sto lat - to lata siedemdziesiąte
ubiegłego stulecia. Taksówka nie zdążyła jeszcze zatrzymać
się przed muzeum, gdy wyskoczyłem z niej i rzuciłem kierowcy
dwa ruble. Na moje szczęście, wcisnął je do kieszeni nie
patrząc. Podbiegłem do drzwi Muzeum Puszkina i nie wyobraża
pan sobie! - Maurycy popatrzył na mnie urażonym wzrokiem - o
tragedio! - powiedział tonem cierpiącego Wetera - to nie
było Muzeum Puszkina! Stałem jak rażony gromem. Wtedy
otworzyły się drzwi i z muzeum wyszedł staruszek. -
"Przepraszam - rzuciłem się na niego. Gdzie jest Muzeum
Puszkina?" A on na to: "Według mnie w Moskwie takiego nie
ma. Tylko w Kiszyniowie". "Ale dlaczego?" "Ma pan rację -
odpowiedział staruszek - ten wspaniały poeta zasługuje na
to, żeby w Moskwie było jego muzeum. Przedwczesna śmierć nie
pozwoliła jego potężnemu talentowi rozwinąć się w pełni..."
"Przedwczesna śmierć!? - krzyknąłem. - Przedwczesna śmierć!
W którym roku zmarł Puszkin?" "Zginął w pojedynku w
Kiszyniowie na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku" -
odpowiedział mi staruszek i odszedł. Ręce mi opadły.
Zrozumiałem: nie mam tu czego szukać. Czym prędzej wracam do
domu! U nas on żył prawie czterdzieści lat. A przecież jeśli
11
przez jakiś głupi przypadek zostanę w tym świecie na zawsze,
to już nigdy nikomu nie udowodnię, że Puszkin napisał
"Maleńkie tragedie" i "Eugeniusza Oniegina".
- A może właśnie powinien pan zostać - sprzeciwiłem się.
- Ogłosiłby pan, że znalazł je na strychu i byłby pan
bezcenny.
- A pózniej zdemaskowano by mnie jako mistyfikatora -
powiedział zupełnie poważnie Maurycy. - A propos, moja
przygoda o mały włos nie zakończyła się tragicznie.
- Dlaczego?
- Miałem jeszcze pięć rubli. Złapałem taksówkę, wróciłem
do parku, dałem taksówkarzowi piątkę i, myśląc zupełnie o
czymś innym, poprosiłem o resztę.
- Co ty mi tu wciskasz? - zapytał kierowca.
- Pieniądze - mówię. - Poproszę trzy ruble reszty - i już
otwieram drzwi, żeby wysiąść.
- Skąd wziąłeś takie pieniądze? - pyta złowieszczo
kierowca.
I dopiero wtedy dotarła do mnie cała potworność mojego
położenia. Jeszcze sekunda i na zawsze pozostanę jeńcem
świata, który nie zna póznego Puszkina! Wyleciałem z
samochodu jak strzała, rzuciłem się w kierunku polany i
słyszę, że kierowca za mną biegnie. Pierwszy dopadłem parowu
i wystarczyło, żebym przez niego przeskoczył, gdy nagle
usłyszałem głosy - to robotnicy zbijali płot. A przecież
przed chwilą na polanie nikogo nie było.
- Stój! - krzyknął kierowca, przeskakując w ślad za mną
do naszego świata. I mocno wczepił się we mnie rękami.
Ale ja byłem już bezpieczny. Spokojnie odwróciłem się i
zapytałem:
- O co chodzi, obywatelu kierowco?
- A o to - potrząsnął moją pięciorublówką jak biczem - że
niepotrzebne mi są fałszywe pieniądze!
- Fałszywe? Chwileczkę. Chodzmy do tych ludzi, przekonamy
12
się.
Powiedziałem to tak pewnie, że on posłusznie poszedł za
mną do cieśli, którzy obserwowali nas, zaciekawieni: ni z
tego, ni z owego pojawia się na polanie dwoje nieznajomych
ludzi i zaczynają się kłócić.
Wziąłem od kierowcy piątkę, podałem ją robotnikowi i
zapytałem:
- Przepraszam, czy możecie mi panowie powiedzieć, co to
takiego?
- Pieniądze - powiedział jeden z nich. - A co?
- A to - zaczął krzyczeć kierowca - że takich pieniędzy
nie ma!
- A jakie są?
Wtedy kierowca wyciągnął z kieszeni garść banknotów. Były
bardzo podobne do naszych, tylko miały inne kolory. Piątka,
na przykład, była różowa, a trzy ruble - żółte. Cieśle
dosłownie wytrzeszczyli oczy na kierowcę. Jeden z nich wyjął
pięć rubli i pokazał kierowcy.
- A może moje to też nie są pieniądze? - zapytał z
niejaką grozbą w głosie.
- A pogoń go stąd! - powiedział drugi cieśla. - Może to
jakiś szpieg albo cinkciarz?
- Jaki tam ze mnie szpieg! - oburzył się kierowca. -
Przecież tam stoi mój samochód, z trzeciej bazy!
I pokazał, gdzie powinien stać jego samochód. Sam pan
rozumie, że nie było tam żadnego samochodu.
- O rany! - krzyknął kierowca. - Ukradli!
I chciał rzucić się w kierunku chodnika. Schwytanie go i
przeprowadzenie przez parów kosztowało mnie niemało
wysiłków. Kierowca szczęśliwie zniknął.
- A cieśle?
- Cieśle? Mówią do mnie: "Gdzie podziałeś szpiega?"
"Uciekł" - odpowiadam. To wszystko. Zaraz potem przyjechałem
do pana.
13
Nabiłem fajkę i rozpaliłem ją. Trzy dni nie paliłem,
ćwiczyłem siłę woli.
- Dziękuję - powiedziałem - za pasjonujące opowiadanie.
- Nie wierzy mi pan? Uważa pan, że pana okłamałem?
- Nie, pan nigdy by nie wymyślił czegoś takiego.
- No, to ja już pójdę.
- Dokąd?
- Do Nataszy. Wszystko jej opowiem. Czuję taką ulgę! Nie
wyobraża pan sobie... Szkoda, że on tak młodo zginął. Coś
niewiarygodnego, cały świat nie znający póznego Puszkina!
- Wszystko na świecie podlega kompensacji. Nie było
Puszkina, był ktoś inny.
- Oczywiście - powiedział Maurycy, kierując się do
wyjścia. Czuł już przedsmak tego, jak wtargnie do Nataszy i
zacznie pleść miłosne brednie.
- Tak - powtórzyłem. - Powinna być kompensacja. A propos,
Maurycy, ten dom, do którego pan przyjechał, mam na myśli
Muzeum Puszkina, co w nim było?
- Też muzeum.
- Jakie?
- Lermontowa - powiedział Maurycy. - No, idę.
- Lermontowa? A czy nie można by założyć...
- Co tu zakładać - uśmiechnął się wyrozumiale mój młodszy
kolega. - Tam było napisane: "Muzeum Michała Lermontowa.
1814-1879".
- Co? - wykrzyknąłem. - I nawet pan nie zajrzał do
środka?
- Jestem puszkinistą - odpowiedział Maurycy z idiotycznym
poczuciem wyższości. "Jestem puszkinistą i to mówi samo za
siebie".
- Pan nie jest puszkinistą! Pan jest kobyłą w kantarach!
- Dlaczego w kantarach? - zdziwił się Maurycy.
- Przecież sam pan przed chwilą współczuł światu,
pozbawionemu "Eugeniusza Oniegina". Czyżby pan nie rozumiał,
14
że to działa w obie strony? Przez czterdzieści lat tworzył
rosyjski geniusz - Lermontow! Czy pan może sobie
wyobrazić...
Ale ten młot pozostał na swoich betonowych pozycjach.
- Z punktu widzenia literaturoznawstwa - oświadczył -
skala geniuszu Puszkina i Lermontowa są nieporównywalne.
Równie dobrze mógłby pan...
- Powstrzymaj się, szaleńcze! - zaryczyłem. - Wyrzucę cię
z pracy! Nie zasługujesz na miano uczonego! Masz mnie
natychmiast zaprowadzić do tamtego świata! Natychmiast! To
dla ciebie jedyny ratunek.
- Rozumie pan - zaczął bąkać - miałem zamiar jechać do
Nataszy...
- Z Nataszą to ja sam porozmawiam. I nie wątpię, że ona
przestanie się zadawać z tak żałosnym indywiduum. Dalej,
prowadz!
Musiałem wyglądać strasznie, bo Maurycy oklapł i pokornie
czekał, podczas gdy ja miotałem się po pokoju w poszukiwaniu
złotych spinek, które miałem zamiar w tamtym świecie
wymienić na dzieła zebrane Lermontowa.
Gdy wyskoczyliśmy w parku z samochodu, była prawie
dwunasta. Maurycy ponuro milczał. Najwidoczniej dotarła do
niego cała potworność jego zbrodni wobec literatury
światowej. Polana była już otoczona płotem i cieśle
przybijali do niej ostatnie listwy. Nie bez trudnu udało się
nam przedostać na teren budowy.
- Gdzie? - zapytałem Maurycego.
Maurycy zupełnie stracił głowę. Na skutek nieszczęśliwego
zbiegu okoliczności robotnicy zdążyli zwalić na polanę kilka
ciężarówek płyt betonowych. Obok, zdzierając darń, pracował
buldożer.
- Gdzieś tutaj - powiedział Maurycy. - Zdaje się, że
gdzieś tutaj...
Poszedł za buldożerem, zatrzymał się niepewnie w jakimś
15
miejscu, potem wrócił do płyt.
- Nie - powiedział. - Nie mogę pojąć... Tutaj był parów.
- Pomóc w czymś? - zapytał operator buldożera, odwracając
się do nas.
- Tutaj był parów - powiedziałem tępo.
- Był, ale się zmył - powiedział operator. - A będzie bar
kawowy na dwieście osób. Zgubiliście panowie coś?
- Tak - powiedziałem. - Niech pan powie, nic wam się tutaj
nie zawaliło?
- Tego by jeszcze brakowało - zaśmiał się operator. -
Jeśliby się moja maszyna zawaliła, narobiłaby niezłego
hałasu.
Oczywiście, niczego nie znalezliśmy.
Należy dodać, że po dwóch miesiącach Maurycy ożenił się z
Nataszą.
Wierzę Maurycemu bezwarunkowo. Wszystko, co opowiedział,
wydarzyło się rzeczywiście. Ale w naszych stosunkach nie ma
już dawnej serdeczności.
KONIEC
16


Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Bułyczow Kirył Wspólna wola narodu radzieckiego
Bulyczow Kiryl Opowiadanie Uparty Marsjasz
Bulyczow Kiryl Opowiadanie Sniezka
Bulyczow Kiryl Napoj zapomnienia id 2190034
Bulyczow Kiryl Opowiadanie Wybor
Bułyczow Kirył Spotkanie tyranów pod Równem
Bulyczow Kiryl Rycerze na rozdrozach
Bulyczow Kiryl Przelecz
Bułyczow Kirył Co dwa buty to nie jeden
Bulyczow Kiryl
Bułyczow Kirył Spotkanie tyranów
Bulyczow Kiryl Czarny kawior
Bulyczow kiryl Minione czasy id 2190031
Bulyczow Kiryl Opowiadanie Sublokatorzy
Bulyczow Kiryl Opowiadanie Jeniec milosci
Bulyczow Kiryl Opowiadanie Zostaw to chlopcze
Bulyczow Kiryl Antybohater
Bulyczow Kiryl
Bulyczow Kiryl Czy moge rozmawiac z Nina

więcej podobnych podstron