Wygrać zakład
Prawie jak artystyczna choreografia nowoczesna. Prawie jak jakiś balet.
Prawie robi wielką różnicę.
Może by to balet i przypominało, ale ona nie ma za grosz gracji ani precyzji. Tak na nią patrzę i patrzę, i coraz bardziej się tu po mojemu zanosi na jakąś katastrofę przyrodniczą, a nie na ciasteczka… Jeszcze nie minęło dziesięć minut odkąd zaczęła, a już ma ciuchy zupełnie upaprane mąką, a cały blat jest dokładnie pokryty mieszanką piorunującą ze wszystkich składników. Przy czym jestem przekonany, że połowa z nich nijak się ma do przepisu. Gorzej już raczej być nie może.
Remus niby udaje, że cierpliwie słucha, co mam do powiedzenia na temat artykułów z ostatniego Żonglera, ale ja przecież widzę, że cała ta moja elokwencja wpada mu co najwyżej jednym uchem. Rozparł się, drań, na krześle i patrzy na nią spod półprzymkniętych powiek, jakby był na jakimś pasjonującym meczu, a nie siedział tu, w tej paskudnej kuchni w suterenie, i patrzył, jak Tonks knoci coś, co miało pewnie jakąś szansę być całkiem zjadliwymi ciasteczkami.
I myśli, że wszystkich nas zrobił w jajo, Casanova z cichej wody. Nie, nie wszystkich.
Merlinie, ona chce wziąć cztery jajka w jedną rękę! Długo tak nie wytrzymają... O, pierwsze poszło. Może reszta będzie miała więcej szczęścia?
Ach. Niestety.
Wynik końcowy: dwa na cztery. Mam nadzieję, że na polu walki jest lepsza niż w kuchni.
- Lepiej by było, żeby te ciasteczka były naprawdę dobre, Tonks - ostrzegam, odkładając Żonglera. - Mam podstawy przypuszczać, że sprzątanie w twoim wykonaniu będzie wyglądało gorzej niż to pieczenie, więc naprawdę wolałbym, żeby to Remus przegrał ten wasz zakład.
- Pewnie, że przegra. - Tonks wbija do wielkiej miski dwa ocalałe jajka, a skorupki rzuca nonszalancko na drugi koniec stołu. - Nic nie przebije potrójnie czekoladowych ciasteczek mojej babci.
Naprawdę mam nadzieję, że nic ich nie przebije. Jeżeli sprzątanie po tym ekscesie spadnie na kogokolwiek poza Remusem, będę się ślizgał na resztkach, aż z odsieczą przybędzie Molly. Czy tamto coś rozsmarowane na czajniku to masło? A skąd ono się tam mogło wziąć?
- Miejmy nadzieję, że twoja babcia potrafiła uczyć równie dobrze, jak piec - dodaje Remus, pożerając ją wzrokiem.
Ugh. A to, jak ona patrzy na niego, jest jeszcze gorsze. Normalnie jakbym widział Puchonów z czwartego roku, flirtujących nad kociołkami. A czy ona naprawdę nie może poświęcić temu, co miesza, choć ułamka tej uwagi, na którą niewątpliwie zasługują jego dołeczki? Halo, to coś właśnie zaczyna spływać po szafce...
I pomyśleć, że wszystko przeze mnie i mój niewyparzony ozór. Zrobiłem na obiad bardzo praktyczne - i niebrudzące - kanapeczki i wypsnęło mi się, że miło by było, gdyby zajrzała Molly. Na przykład ze swoimi słynnymi herbatnikami czekoladowymi.
Remus rzucił mi łobuzerskie spojrzenie.
- A ja mgliście sobie przypominam, że kiedyś Tonks szerzyła pogłoski, jakoby umiała piec.
- Nie szerzyłam pogłosek. - Jak to jest, że jeżeli tylko ci dwoje są razem, moja obecność i mój udział w rozmowie zdają się samoistnie usuwać na plan dalszy? Czary, czy co? - Stwierdzałam fakt. Umiem piec, i to dobrze.
- I kto to mówi! Ta, która wczoraj bez kompleksów podała nam na kolację zupę pieprzową? - spytałem z przekąsem.
Zdołała na moment oderwać wzrok od Remusa. Tylko na moment.
- Ile razy mam powtarzać, że to była jarzynowa? Po prostu wiem, że lubisz ostro... lubicie ostro. - Uwielbiam te jej naiwne próby uwzględnienia mnie w rozmowie. - A z ostrych rzeczy, oprócz noży, w szafkach był tylko czarny pieprz i kminek. Uznałam, że pieprz bardziej pasuje do zupy, więc użyłam pieprzu. Jeszcze jakieś uwagi?
Potrząsnąłem głową.
- Niestety, wszystkie te tłumaczenia nie zmienają faktu, że ta tak zwana jarzynowa była całkowicie niejadalna. Skąd pewność, że z ciasteczkami będzie inaczej?
- Stąd, że się na nich znam - ucięła. - Umiem piec świetne ciasteczka.
I właśnie tu skończyły się żarty, a zaczęły schody.
- A chcesz się założyć? - spytał Remus.
A ona miałaby niby odmówić?
No więc właśnie przez ten splot niefortunnych wypadków teraz siedzę i patrzę, jak przez moją kuchnię przetacza się huragan Nymphadora. Podobno to ja mam ich rozsądzić. Jeśli ciasteczka będą równie dobre jak te od Molly, Tonks wygrywa, a Remus przez tydzień sprząta kuchnię. A jeżeli będą do kitu, czego się niestety podświadomie spodziewam, zaszczyt dyżuru porządkowego przypadnie jej.
Cholera. Mam nadzieję, że to ona wygra.
Znowu zabieram się za Żonglera. W tym miesiącu jakoś nikt nie widział Syriusza Blacka, ale pewna czarownica z Dorset twierdzi, że prowadzi z nim ożywioną korespondencję. Z nim lub też z jego alter ego, Stubbym Boardmanem. Poza tym Ministerstwo wykryło haniebną zmowę producentów kociołków, którzy postanowili ciąć koszty na grubości denek. Dokąd zmierza ten świat, moi państwo?
Odrywam się od lektury, żeby sprawdzić postępy w pieczeniu.
Cóż, na pierwszy rzut oka niezachęcająco. Tonks przekłada właśnie ciasto do formy, przy czym spora jego część leniwie spływa na podłogę albo wpełza na jej ręce aż po łokcie. Ale - to ciasto wygląda w sumie dość normalnie, czekoladowo. Dobry prognostyk. Jeżeli tylko uda jej się przejść przez misterny labirynt z tej paćki na podłodze, może jednak są szanse na ciasteczka dziś wieczorem.
- No, to teraz musimy tylko poczekać dwanaście minut i będą gotowe. Rozmaite niedowiarki przekonają się, że wcale nie przesadzam i spokojnie mogę porównać się z Molly, jeśli chodzi o pieczenie. - Tonks stara się zetrzeć nadmiar ciasta z rąk.
Remus wpatruje się w nią wygłodniałym wzrokiem. Jestem pewien, że w tej chwili marzy właśnie o tym, by oblizać te resztki ciasta z jej palców. Co więcej, pewien jestem również, że gdybym na chwilę wyszedł, ona by mu na to pozwoliła. Nigdzie nie idę. To mój dom, moja kuchnia, moje ciasteczka, ich problem. Przy mnie mają trzymać te ręce przy sobie. To znaczy, każde z nich ma trzymać własne ręce przy sobie.
Hmmm. Wygląda na to, że Korneliusz Knot zbiera prywatną armię heliopatów - czymkolwiek oni są. Ciekawe, czy dałoby się ich jakoś na niego poszczuć?
Kątem oka widzę ruch. Tonks niesie pierwszą partię ciasteczek do piecyka, tak, ale dobrze by było, gdyby uważała na ten kleks z masła...
- O, kurrr...! - Robię natychmiastowy unik.
Jednak się nie potknęła. Ocaliła i blachę, i niedoszłe ciasteczka, ale za to rzuca mi teraz takie niepozytywne spojrzenie. No co, że niby nie miałem realnych podstaw, żeby spodziewać się najgorszego?
Obrażona, wsuwa blachę do piecyka, a za jej plecami Remus konspiracyjnie chłoszczyści z podłogi punkty największego ryzyka. Czyli to nie tylko ja mam na uwadze jej bezpieczeństwo. No i swoje własne, oczywiście. Gdyby się rzeczywiście wywaliła, dostałbym tą blachą centralnie w oblicze!
Tonks właśnie zaczyna nakładać ciasto na drugą formę, ale z jakiegoś powodu wije się przy tym jak piskorz.
- A co pacjentce dolega tym razem? - pytam niewinnie.
- Swędzi mnie... dokładnie na środku pleców mnie swędzi, a nie mogę się podrapać, bo mam ciasto na rękach! - odpowiada, próbując przy tym bezskutecznie podrapać się łokciem.
- Chyba potrafię pomóc. - Remus wyciąga różdżkę.
Skąd on zna te różne sprytne zaklęcia... Na przykład teraz drapie ją po plecach jednym z ostatnich jako tako czystych widelców, jakie zostały w najbliższej okolicy.
- Niżej... nie, wyżej... troszkę w prawo. O, tak, tutaj. O, taaaak...
O, Merlinie. Ona mruczy całkiem jak jakiś kociak.
Ja się zaraz pochoruję.
Czy ci dwoje nie mogliby choć raz zachować się stereotypowo i przespać się ze sobą tak po prostu? No przecież podchody na taką skalę nie mogą trwać wiecznie, wcześniej czy później któreś z nich będzie miało dość i da sobie spokój. A wtedy Tonks przestanie przychodzić i ten dom zrobi się jeszcze gorszy do zniesienia, niż jest teraz. Nawet nie wspominając o tym, że Remus zacznie mieć humory, a z nas dwóch to ja mam prawo mieć humory, nie on. O, nie. Nie pozwolę.
No, dobrze. Drapanie skończone, Tonks wraca do swojego ciasta. A Remus siedzi sobie z tym widelcem, i uśmiecha się pod nosem, jakby Merlin wie czego dokonał. Pajac jeden.
Kartkuję sobie spokojnie Żonglera i jednocześnie zastanawiam się nad zaistniałą sytuacją. Może wystarczy im jakieś delikatne popchnięcie we właściwą stronę, jakiś impuls? Mógłbym chyba coś takiego zorganizować... O, na przykład Kingsley i Szalonooki mogliby ich razem wysłać na tajną misję - na całą noc, na jakąś zupełnie bezludną, wściekle romantyczną wyspę...
Na brodę Merlina - te ciasteczka naprawdę zaczynają smakowicie pachnieć! Kto wie, może ona rzeczywiście umie piec?
Tonks myje sobie ręce. Cóż, biedny Remus. Nie będzie oblizywania paluszków.
A może Bill i ta mała Francuzeczka mogliby umówić ją na jakąś randkę w ciemno, a ten niby umówiony gość wykręciłby się w ostatniej chwili i trzeba by było szukać jakiegoś zmiennika, żeby się rezerwacje nie zmarnowały...
Tonks siada tuż koło Remusa.
- No. Jeszcze tylko kilka minut i zacznie się twój rozkoszny tydzień szorowania kuchni.
A on się tak do niej nachyla i zapuszcza jej żurawia w ślepia.
- Jeżeli te ciasteczka będą smakować tak jak pachną, nie będę żałował nawet minuty wspomnianego szorowania.
A może mógłbym załatwić od Dunga trochę lewego Veritaserum i dolać im do porannej kawy? No, na to przynajmniej można by popatrzeć... w przeciwieństwie do tego, co tu muszę znosić od samego początku. Nawet bym zapłacił, żeby to zobaczyć. Hej, a może to sobie każę zapłacić? Molly mogłaby być zainteresowana. I Emmeline. I może nawet Kingsley...
Biiip.
O - to już minęło dwanaście minut?
Tonks wstaje, przywołuje z tego bajzlu po drugiej stronie kuchni rękawice i podchodzi do piecyka. Zagląda...
- Świetne. Po prostu idealne!
Niebiański zapach czekolady płynie do mnie z otwartego piecyka. Jeżeli te ciasteczka nie będą tak dobre, jak wskazuje zapach, będę chyba drzeć włosy z głowy. Nie zaznam spokoju, póki ich nie spróbuję.
Blacha ląduje na stole. Sięgam po ciasteczko. Dostaję po łapach.
- Auć! A to za co?
- Muszą ostygnąć. Teraz tylko byś sobie paszczę sparzył.
Odsuwam się i robię minę pod jej adresem.
Ona pokazuje mi język.
- Chyba przydałaby się nam do nich odrobina zimnego mleka - stwierdza neutralnie Remus.
Już mam się podnosić, kiedy Tonks wkracza do akcji.
- Już podaję!
No, po prostu świetnie. Jakby mało było tego, co już jest na podłodze - będzie jeszcze mleko.
- Już się nie mogę doczekać - ciągnie Remus. Tonks sięga do szafki po trzy szklanki, a on nie spuszcza lubieżnego wzroku z jej pośladków. - Wyglądają cudownie. Wiesz, zaczynam wierzyć, że jednak wygrasz...
Czaruś. On jest i tak górą, i dobrze o tym wie. Jeżeli to on wygra zakład, przez cały najbliższy tydzień będzie mógł dawać jej uczone wskazówki na temat szorowania kuchni. A jeśli wygra ona, on dostanie ciasteczka, a co za tym idzie - pretekst do prawienia jej gładkich komplementów, przez co niewątpliwie wkradnie się w jej łaski. Nie ma co, Lunatyk, ty po prostu nie umiesz grać fair.
Chociaż, z drugiej strony, z tych powłóczystych spojrzeń, jakie Tonks mu rzuca, wynika, że chyba nie miałaby nic przeciwko takim kameralnym korepetycjom z zaklęć gospodarsko-domowych.
Szczęściarz.
Remus wstaje, żeby przynieść z szafki tacę i łopatkę do ciasta. Ale ja przecież widzę, że chodzi mu tylko o to, że stamtąd lepiej widać jej pupę. On myśli, że ja nie wiem, o co mu chodzi, ale ja wiem - i to już od samego początku. Myśli, naiwniak jeden, że nie zauważyłem, gdzie popatruje? A co ja tu niby mam lepszego do roboty, niż obserwowanie takiej szopki?
Remus wraca do stołu i zaczyna przekładać ciasteczka na tacę, a Tonks nalewa mleko do szklanek. I nawet udaje jej się nie wylać.
Ciekawe, czy już mogę sobie jedno wziąć, czy mam czekać, aż mnie poczęstuje? Dyskretnie sięgam w kierunku tacy, ale Remus karci mnie wzrokiem. Niech go ghule z tymi manierami.
O, Merlinie. Teraz ona chce przenieść na stół trzy szklanki pełne mleka jednocześnie.
- Ups! - podsumowuje optymistycznie, kiedy oczywiście trochę wylewa. Cóż, ze zlizywaniem mleka z palców zabawa nie byłaby aż tak dobra, jak z ciastem, ale przynajmniej Remus może sobie znowu pomarzyć.
Tonks stawia mleko na stole, chichocząc jak pensjonarka, a Remus wyczarowuje ręcznik, żeby mogła sobie wytrzeć ręce. Kolejna zmarnowana okazja.
- Częstujcie się, chłopaki - zaprasza nasza kuchareczka, wskazując swobodnym gestem ciasteczka.
Nareszcie.
Bierzemy sobie z Remusem po jednym. Są jeszcze ciepłe. Wyglądają cudownie. Pachną jeszcze lepiej. Naprawdę zaczynam wierzyć, że Tonks potrafi piec! Kto by pomyślał... Ale - czy będą tak dobre, jak od Molly? Oto jest pytanie za sto punktów.
- No, to czas rozstrzygnąć wasz zakład. Gotowy? - Spoglądam na Remusa.
- Bardziej gotowy nie będę. Pogodziłem się już zresztą z przegraną. - Patrzy, drań jeden, na mnie, ale gęba to mu się do niej śmieje...
- I słusznie. - Tonks daje mu sójkę w bok. - Bo właśnie to cię czeka.
- Jest tylko jeden sposób, by to potwierdzić - podsumowuję.
I wgryzam się w ciasteczko.
Rozkosz. Czysta rozkosz.
Mój język jest szczęśliwy. Merlinie, co za smak.
Gryzę jeszcze raz, i następny. Rozpływa się w ustach. Co tam język, cała moja paszcza jest szczęśliwa, cały ja jestem szczęśliwy. Po co komu ciasteczka od Molly, jeżeli można mieć takie od Tonks? Mmmm...
- Są tak wyśmienite, że to wprost nie do wyrażenia słowami. - Remus wdziera się brutalnie w moje ciasteczkowe zapomnienie. Patrzy na nią tym swoim spojrzeniem oddanego psiaka, a cielęcy wyraz jej twarzy świadczy dobitnie, że ona to łyka z haczykiem i z wędką.
- Czyli... lubisz takie? - pyta ona nieśmiało.
- Czy lubię? Uwielbiam!
Jego ręka leży na stole centymetr od jej ręki. Normalnie aż stąd czuję to iskrzenie. Czemu ten cholerny dżentelmen czegoś nie zrobi? Nie widzi, jak ona na niego patrzy? Nie, no jakby na mnie jakaś dziewczyna tak patrzyła, to ja bym się dwa razy nie oglądał... A może z nim coś nie tak? Merlinie, niebo w gębie te ciasteczka. Jeszcze sobie wezmę.
- A tak poza tym - ciągnie Remus - chyba powinienem się w tym momencie poddać, prawda?
- Nie tak szybko - protestuje Tonks. - Oczywiście czuję się mile połechtana, ale przecież zdecydowaliśmy, że to Syriusz nas rozsądzi. A zasad trzeba się w końcu trzymać.
- Oh kehy? - pytam z kolejnym ciasteczkiem w ustach.
- Od teraz - odpowiada ta papuzia jaszczurka.
- Wiesz, wygląda na to, że sędzia właśnie pochłania trzecie ciasteczko - stwierdza Remus. - Mamy więc pewne przesłanki co do wyroku, nie uważasz?
Potakuję energicznie.
- Uh-hmm. Fyhhałah. - Może i mało wyraźnie, ale powinna zrozumieć. A ja powinienem popić.
- Bardzo mi miło, Syriuszu. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek kiedykolwiek tak łapczywie rzucił się na moje wypieki.
Próbuję się uśmiechnąć, a jednocześnie nie udławić ostatnim kęsem. Przełykam.
- Czemu nie pieczesz częściej?
- Bo po moim pieczeniu kuchnia zawsze o, tak wygląda. - Uśmiecha się, bestia, zadowolona... Merlinie, co za chlew.
- W takim razie bardzo dobrze, że to Remus będzie sprzątał.
On znowu na nią patrzy.
- Cóż, przyznaję, miałaś rację. Wygląda na to, że wpadłem... w to szorowanie kuchni.
- I baw się dobrze. - Sama też bierze sobie ciasteczko.
O, tak. Nie ma nic lepszego do ciasteczek czekoladowych niż zimne mleko.
Znowu na nich zerkam.
Ona ociera mu palcem resztkę czekolady z kącika ust. Patrzą na siebie zupełnie jak James i Lily w tym krótkim okresie między tym, jak ona zaczęła go tolerować, a tym, kiedy na dobre zostali parą.
Może jednak nie będę musiał w moim młodym wieku bawić się w swata.
Wystarczy tylko przekonać Tonks, żeby częściej piekła. Wszyscy na tym dobrze wyjdziemy.
A ja sobie wezmę jeszcze jedno ciasteczko. Merlinie, to jest pyszne...