Karl Jaspers
O TRAGICZNOŚCI
WSTĘP
O ŹRÓDŁOWYCH NAOCZNOŚCIACH: RELIGII, SZTUCE, POEZJI
Człowiek jako taki stara się wejrzeć w podstawę prawdy. Prawa uobecnia się dla niego i w nim zawsze za pośrednictwem języka, choćby nawet był prymitywny i niejasny.
Z początkiem metodycznego filozofowania dokonuje się skok. Nie znaczy to jednak, że świadomość prawdy, uprzednio wypełniająca człowieka, okazuje się fałszywa. Zawiera ona źródłowe, duchowe naoczności, które z zamierzchłego dziedzictwa przekazują człowiekowi prawdę w postaci obrazów, działań, opowieści. Potęga mitów, autorytet objawień, surowość trybu życia to rzeczywistość. Nie w postaci refleksji, lecz niekwestionowanych stanów faktycznych odpowiada się tu na podstawowe pytania — choć te pytania nie zostały jeszcze postawione z racjonalną świadomością. Dlaczego kondycja ludzka jest taka, jaka jest? (Opowieść o grzechu pierworodnym i mity prometejskie udzielają odpowiedzi, a zarazem stawiają człowiekowi zadanie.) Jak mogę oczyścić swą istotę, osiągnąć zbawienie i spokój w bycie? (Odpowiedzią z drogowskazem są misteria, rytuały, tryby życia.)
W tej samej epoce, w której zaczyna się filozofia uprawiana metodycznie, język owych źródłowych naoczności osiąga największą jasność, dojrzałość i siłę. Następuje to między szóstym a trzecim wiekiem przed naszą erą.
Filozofowanie, które z jednej strony pobudza i potęguje te naoczności, z drugiej zaś samo przejmuje się nimi do głębi, jest z nimi nierozerwalnie związane, zarówno gdy je zwalcza i przezwycięża, jak i gdy je przyswaja i wykorzystuje. Pojmując naoczności jako to, co inne, stawia im opór albo też wchłania je i potwierdza; w końcu gdy niektórych
z nich nie może pojąć, uznaje ich odmienność. Ciągłe obcowanie ze źródłowymi naocznościami — bez względu na to, jaki jest jego sens — przekształca je w organon filozofowania.
Jako język prawdy owe naoczności są źródłowo ogarniającą całością, niepodzielną jednią, która kształtuje i wypełnia ludzkie życie. W trakcie rozwoju wyodrębnia się z niej religia, sztuka i poezja. Następuje podział języka ostatecznej prawdy, lecz wszystkie jego części nadal przenika jednia: za jej sprawą ich źródłowa niepodzielność nadal oddziałuje we wzajemnych powiązaniach.
Religia. To, co objawiło się w religii jako podstawa i granica, co dało siłę wspólnocie i oparcie jednostce, wyznacza przestrzeń filozofowania, pozostając nośnikiem jego treści. Biegunowo różne od filozofowania, jest jego przeciwieństwem, lecz zarazem stawia płodny opór, jest tym, co wymaga przeniknięcia. Jako podstawa bycia człowiekiem religia kształtuje duszę, nawet gdy ta odrzuciła dziejowo określoną postać religii, a więc pozornie i religię samą.
Zdrada i zapomnienie religii oznaczałyby kres autentycznego filozofowania. Pojawiłaby się bezmyślna, nieświadoma siebie rozpacz, życie chwilą, nihilizm, a z nim — przypadkowy zabobon. Na dłuższą metę pogrążyłoby to również naukę. Podstawowego pytania człowieka — czym jest, czym być może i czym się staje — nikt by już na serio nie doświadczał ani nie stawiał. Faktyczną odpowiedź przyniosłyby nowe metamorfozy, lecz człowiek przestałby ją rozumieć.
Sztuki plastyczne. Za ich sprawą przemawia do nas to, co widzialne. Widzimy rzeczy tak, jak uczy nas tego sztuka. Doświadczamy przestrzeni w tej formie, jaką nadał jej architekt. Przeżywamy krajobraz skoncentrowany wokół budowli sakralnych, ukształtowany pracą, przyswojony użytkiem. Doświadczamy przyrody i ludzi zgodnie z tym, jak ujmuje ich istotę rzeźba, rysunek, malarstwo — jakby dopiero dzięki nim wszystko przybierało właściwą postać, odsłaniało ukrytą widzialność i duszę.
Sztukę jako przedstawienie określonego ideału piękna trzeba odróżniać od sztuki jako szyfru, metafizycznego. Stają się one jednością tylko wtedy, gdy piękno jest transcendentnym bytem; ten byt, piękno, właściwie wszystko jest piękne dlatego, że jest. „Wielką" nazywamy sztukę metafizyczną, która w tym, co uwidacznia, objawia sam byt. Tylko sztuką, a więc obcym filozofii artyzmem, jest odtwarzanie nie odniesione do transcendencji, zdobnictwo, dostarczanie zmysłowych podniet, o ile to wszystko nie stanowi momentu sztuki metafizycznej, lecz pozostaje czymś odrębnym.
Poezja. W żywiole języka, dzięki któremu wszelkie treści stają się wyobrażeniami, poezja najpełniej przekazuje to, co objawione. Przenika wszelkie wyrazy bycia człowiekiem, od zaklęć przy sprawowaniu ofiary, poprzez inwokacje bogów w hymnach i modlitwach, aż po przedstawienia ludzkich losów. Jest kolebką samego języka, umożliwia wyrażanie, poznawanie, oddziaływanie. W postaci poezji pojawia się pierwsza filozofia.
Poezja to organ pozwalający uchwycić świat i wszelkie treści naszej istoty w sposób najbardziej naturalny i oczywisty. Wir języka wciąga nas i zmienia. Pobudzona poezją fantazja rozwija w nas niepostrzeżenie świat wyobrażeń, dzięki którym trafnie i dobitnie ujmujemy naszą rzeczywistość.
A) WIEDZA TRAGICZNA
Dzięki źródłowym naocznościom w jedności religii, sztuki i poezji wyraził się całokształt naszej świadomości. Z tej niezmiernej dziedziny weźmy jeden tylko przykład: tragiczność i zbawienie. Rozmaite odmiany tragiczności mają jedną cechę wspólną. Unaoczniają straszliwe aspekty tego, co jest i dzieje się naprawdę, obiecują spełnić możliwości człowieka w ostatecznym spokoju i urzeczywistniają ten
Ponieważ takie naoczności objaśniają pozorną bezsensowność nieszczęścia, kryje się w nich filozofia. Nie można jej wyczerpująco przełożyć na język myśli, można natomiast uwydatnić ją w interpretacji. Przyswajamy ją sobie odtwarzając źródłowe naoczności. Ich świat jest niezastąpiony, jako organon filozofii pozostaje jakby jej częścią. Zarazem jednak, spełniając się w sobie, wykracza poza filozofię, która dosięga go raz jeszcze — jako czegoś innego.
Wielkie przejawy wiedzy tragicznej mają dziejową postać. Ich styl, tworzywo ich treści, materia tendencji nosi cechy epoki. Wiedza w konkretnej postaci nie jest ponadczasowo uniwersalna. Zawartą w niej prawdę człowiek za każdym razem musi zdobywać od nowa. Przejawy wiedzy tragicznej w swym zróżnicowaniu to dla nas historyczne dane.
Odmienności i kontrasty dziejowych postaci wiedzy rozjaśniają się wzajemnie. Tworzą podstawę naszej własnej możliwej wiedzy, są zwierciadłem, w którym rozpoznajemy siebie.
Dzięki nim dostrzegamy stopnie świadomości tragicznej, możliwości interpretacji bytu w świetle tragiczności, podstawowe treści, pozwalające znaleźć w niej zbawienie. Z dziejowych przejawów wiedzy tragicznej wyrasta systematyka możliwych interpretacji.
AA) ZARYS HISTORYCZNY
Wymieńmy wielkie przejawy wiedzy tragicznej wyrażonej w naoczności i dziele:
Homer; Edda i sagi islandzkie; sagi bohaterskie wszystkich narodów od Europy po Chiny.
Tragedia grecka: Ajschylos, Sofokles, Eurypides.
— Tylko tu powstała tragedia jako gatunek poezji, wszystkie późniejsze formy były pod jej wpływem lub podlegały inspiracji greckiej (za pośrednictwem Seneki).
Tragedia nowożytna w trzech postaciach narodowych: Szekspir — Calderon — Racine.
Lessing. Tragedia niemieckich warstw wykształconych. Schiller i tragedia dziewiętnastowieczna.
Inne dzieła poetyckie przejęte grozą, stawiające pytanie o byt: Hiob; pewne dramaty indyjskie, nie będące w całości tragediami.
Wiedza tragiczna u Kierkegaarda, Dostojewskiego, Nietzschego.
Sagi bohaterskie przedstawiają tragiczną wizję świata jako oczywistość. Nie ma tu jeszcze zmagań idei ani parcia do wyzwolenia. Ich przedmiotem jest nagie nie- ^/ szczęście, śmierć i zniszczenie, umiejętność znoszenia
Wielka tragedia (grecka i nowożytna) powstaje na przełomie epok, jakby w niepowtarzalnym procesie spalania, aż w końcu staje się elementem estetycznego wykształcenia.
Tragedia grecka stanowi część kultu. Spełnia się w niej i walka o bogów i sens wszechrzeczy, o sprawiedliwość^ Pierwotnie (u Ajschylosa i Sofoklesa) związana z wiarą w ład i boskość, w podstawowe i obowiązujące instytucje, w polis, ostatecznie podaje w wątpliwość wszystkie te wytwory historii, jednak nie samą ideę sprawiedliwości, nie dobro i zło (Eurypides).
Natomiast u Szekspira scena jest świecka: ufne w swe siły społeczeństwo rozpoznaje siebie w wyolbrzymionych postaciach. Człowiek pojmuje siebie w swych możliwościach i zagrożeniach, w wielkości i nicości, w człowieczeństwie i satanizmie, w szlachectwie i łajdactwie, w uniesieniach szczęścia i w trwodze przed niepojętym zwyrodnieniem, destrukcją, w miłości, poświęceniu, pełnej otwartości, lecz także nienawiści, ograniczeniu i ślepocie, słowem — w niewykonalności swego zadania i ostatecznej kiesce swych urzeczywistnień, na tle obowiązujących porządków i nieomylnie wyczuwanego przeciwieństwa dobra i zła.
Calderon i Racine to punkty kulminacyjne tragedii chrześcijańskiej. Tragiczność wzbogaca się o nowe, swoiste napięcia. Los i demony zastępuje opatrzność i łaska lub odtrącenie. Nie ma pytania i milczenia na granicy — wszystko podtrzymuje pewna podstawa „tamtego świata" i wszechogarniającej miłości bożej. Zamiast nieustannych zmagań o prawdę (podejmowanych przez twórcę w kolejnych dziełach), zamiast gry szyframi — spełniona prawda uobecnia się w wiedzy o realności Boga i upadłego wskutek grzechu pierworodnego świata. Jednakże wraz z pojawieniem się tych napięć, w obliczu prawdy chrześcijańskiej, gaśnie właściwie sama tragiczność. W sensie metafizycznym tragedie te są głęboko zakorzenione w wierze chrześcijańskiej i przez to bogatsze. Lecz w porównaniu z Szekspirem cechuje je ograniczoność przedmiotów i pytań, ustępują mu też dobitnością i bogactwem postaci, rozległością i swobodą spojrzenia.
Absolutny tragizm jako beznadziejność określająca nastrój dzieła jest chyba obecny w niektórych tragediach Eurypidesa, a następnie w nowoczesnych dramatach dziewiętnastowiecznych. Dopiero tu osiągnięty zostaje niewiążący estetyzm i otwiera się otchłań.
BB) ŚWIADOMOŚĆ BYTU W WIEDZY TRAGICZNEJ I POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA BEZ TRAGIZMU
Największy dystans dzieli kultury, którym obca jest wiedza tragiczna — a zatem również jej przejawy: tragedia, epos i powieść — od takich, w których objawianie się tragiczności w świadomości bytu określa postawę życiową.
Dla naszej pamięci historycznej pojawienie się człowieka z wiedzą tragiczną stanowi cezurę epok. Wiedza ta nie musi być wytworem wysoko rozwiniętej kultury, może być prymitywna; mimo to przejęty nią człowiek sprawia wrażenie, jakby dopiero teraz się zbudził. Teraz bowiem w obliczu sytuacji granicznej czuje niepokój, który pcha go naprzód. Nie osiąga stabilizacji, bo żaden stan go nie zadowala. Wiedza tragiczna inicjuje w dziejach ruch — nie tylko wśród zdarzeń zewnętrznych, lecz również w głębi bytu człowieka.
Wiedza przedtragiczna jest kompletna i dopełniona w sobie. Widzi cierpienie człowieka, jego nieszczęścia i śmierć. Znamionuje ją głęboki smutek na równi z radością. Smutek tłumaczy się wiedzą o wiecznym kręgu życia i umierania, śmierci i odrodzenia, o wiecznej przemianie. Bóg, który umiera i powraca, świętowanie pór roku jako przejawów jego śmierci i zmartwychwstania stanowią tu podstawową rzeczywistość. Niemal wszędzie na Ziemi natrafiamy na mistyczne wizje bogini-matki, dawczyni życia i śmierci, która wszystko rodzi, chroni i pielęgnuje, miłując doprowadza do dojrzałości, aż w końcu wszystko przywraca swemu łonu, bezlitośnie wydaje na śmierć, niszczy w potwornych katastrofach. Wizje takie nie są jeszcze wiedzą tragiczną, lecz kojącą wiedzą o przemijaniu w poczuciu bezpieczeństwa. Jest to wiedza w swej istocie ahistoryczna. Zawsze przecież istnieje ta sama rzeczywistość. Nic nie ma wagi szczególnej wszystko jest równie ważne i uobecnia się za każdym razem całkowicie i bezwzględnie jako to, czym jest.
Wiedzy tragicznej właściwa jest dziejowość. Wieczny krąg to tylko podłoże. To, co autentyczne wydarza się jednorazowo, w ruchu postępowym. Rozstrzyga się i nigdy już nie wraca.
Ale wiedza przedtragiczna nie zawsze ustępuje miejsca wiedzy tragicznej. Może się zdarzyć, że to, co rzekomo było tylko wstępem, obroni swą samoistną prawdę przed podstawową naocznością tragiczną. Nie pojawia się ona tam, gdzie mimo wiedzy o wszelkim złu powiodła się harmonijna interpretacja świata i zgodne z nią urzeczywistnienie życia. Powiodło się to w znacznym stopniu w starożytnych Chinach, najpełniej w czasach przedbuddyjskich. Wszelka nędza, nieszczęścia i zło to tylko chwilowe zakłócenia, w gruncie rzeczy do uniknięcia. Brak tu przerażenia światem, którego się nie odrzuca i nie usprawiedliwia, miast oskarżeń bytu i Boga jest tylko skarga. Nie ma rozpaczy i rozdarcia, tylko spokojne znoszenie cierpień i śmierci. Nie ma nierozwiązywalnych zawikłań, mrocznych wypaczeń, wszystko jest z gruntu jasne, piękne i prawdziwe. I tu doświadcza się rzeczy strasznych i przerażających, zna się je nie gorzej niż w kulturach rozjaśnionych świadomością tragiczną. Lecz nastrój życia pozostaje pogodny, nie występuje walka ani opór. Z głębi świadomości dziejowej wspomaga więź z odwieczną podstawą wszechrzeczy, nie szuka się jednak procesów dziejowych, a tylko nieustannej restytucji wiecznie rzeczywistego, które jest dobre i takie jak trzeba. Z pojawieniem się świadomości tragicznej kultura traci cechy niezwykłe: poczucie bezpieczeństwa bez tragizmu, naturalne i subtelne człowieczeństwo, zadomowienie w świecie, bogactwo konkretnej naoczności. Wszystko to urzeczywistniło się w Chinach. W zestawieniu codziennych, przeciętnych fizjonomii pogodne i naturalne Chiny kontrastują z ponurą i skrępowaną Europą.
CC) WIEDZA TRAGICZNA W EPOSIE I TRAGEDII
W świadomości mitycznej podstawową sprzeczność świata unaocznia wielość bogów: nie można ich wszystkich jednakowo zadowolić, kiedy służy się jednemu, zawsze narusza się kult innego — bogowie toczą między sobą walki, doprowadzane do rozstrzygnięcia poprzez los człowieka; sami bogowie nie są wszechmocni, podobnie jak ludźmi rządzi nimi nieprzenikniona Mojra. Na pytanie: dlaczego, skąd? istnieje, zależnie od sytuacji, wiele odpowiedzi, z których żadna nie wystarcza. Dostrzega się bogactwo świata, różnorodność ludzkich możliwości, doświadcza ostateczności. Poszukiwaniu całościowej jedności brak jednak bezwarunkowej energii, dlatego podstawowe pytanie, nie koncentruje się w bezwarunkowej woli wiedzy.
Wiedza tragiczna w tej homeryckiej postaci urzeczywistnia się w rozkoszy oglądania, w kulcie bogów, w nie zadającym pytań znoszeniu i trwaniu?
Ta sama umiejętność znoszenia, ten sam niewzruszony opór stawiany losowi upewnia się w Eddzie i sagach w postaci uboższej niż u Homera, za to bardziej namiętnej i nieokiełznanej.
Jest to wiedza jakby dopiero półtragicznatsna: odróżnia jeszcze rodzajów klęski ani tego, co ostatecznie niezgłębione w tragicznej zagładzie. Nie domaga się jeszcze wyzwolenia duszy, gdyż ta zadowala się czystą możliwością wytrwania. Jest jakby przedwczesnym wstrzymaniem
pytania, przyjęciem świata i kresu jako niekwestionowanych oczywistości, w tym tylko różnym od wiedzy przedtragicznej, że podstawowej sprzeczności świata nie przesłania tu harmonia.
Ten świat mityczny jest tworzywem tragedii greckiej. Nowość polega na tym, że wiedzy tragicznej nie cechuje już spokój, pytanie zaś sięga coraz dalej. Pytania i odpowiedzi urzeczywistniają się w adaptacjach mitów. Dopiero teraz mity osiągają pełną dojrzałość i głębię, ale żadna ich postać nie jest już trwała. Kolejny myślący dramaturg wprowadza nowe zmiany, aż do zupełnego strawienia mitów we wzniosłym procesie spalania, w namiętnej walce o prawdę, jaką toczy poeta w dialogu z bóstwem. Zostaje tylko popiół — wciąż jeszcze fascynujące obrazy poetyckie bez żadnej mocy wiążącej.
Pytania — już filozoficzne, lecz wciąż jeszcze wyrażane w naocznościach, zatem niefilozoficzne w sensie racjonalności metody — zwracają się do bogów: Dlaczego jest właśnie tak? Czym jest człowiek? Co go prowadzi? Czym jest wina, czym los? Czym jest i skąd pochodzi ład ludzkiego świata? Czym są bogowie? — Szuka się drogi do bogów dobrych i sprawiedliwych, do jednego Boga. Ale po drodze to, co przekazane w tradycji, coraz bardziej się rozkłada, nie może sprostać wymogom racjonalnej idei prawa, dobra, wszechmocy. Sceptycyzm jest kresem tych ufnych poszukiwań, ożywianych wciąż jeszcze treściami tradycji w ich najpiękniejszej i najczystszej postaci.
Całe to upewnienie za pomocą wizji poety — dokonywane podczas świętych obrzędów ku czci Dionizosa — ma jednak na celu i osiąga coś więcej niż tylko znaną już wcześniej radość z odwiecznych opisów świata, ludzi i bogów. O tej radości mówi Hezjod w Teogonii, sławiąc muzy:
„Choć kto ma nie wiem ile kłopotów na głowie, Udręczeń w sercu, niech mu sługa Muz opowie Coś o ludzkim lub dawnych bohaterów czynie I o boskich mieszkańcach Olimpijskiej góry, W lot troska zejdzie z głowy, ból w sercu przeminie; Tak go odmienia darem swym Zewsowe córy."
Tragedia ma na celu coś więcej: katharsis duszy. Wprawdzie nawet Arystoteles nie wyjaśnia, czym jest katharsis. W każdym razie to wydarzenie odnosi się do bycia sobą człowieka. Jest to otwarcie się na byt wywołane nie samym przeżyciem oglądania, lecz raczej doznaniem, że to mnie dotyczy; przyswojenie prawdy oczyszczonej z tego, co ją maskuje, mąci i przesłania w naszym doświadczeniu istnienia, które ogranicza nas i zaślepia.
DD) PRZEZWYCIĘŻENIE TRAGIZMU W FILOZOFICZNEJ INTERPRETACJI ŚWIATA I W RELIGII OBJAWIONEJ
Wiedza tragiczna występuje w obu tych postaciach: jako wiedza mityczna bez pytań, czerpana z zastanego świata naoczności, który przyjmuje się takim, jaki jest (w eposie), oraz jako pytająca wiedza mityczna, która wnika w boskość (w tragedii). Wyrastają z nich dwa sposoby przezwyciężania tragizmu, obydwa niewystarczające: filozoficzna interpretacja świata podjęta przez oświecenie i objawienie religijne.
Nie spekulatywne upewnienie się o bycie przez presokratyków i Platona, będące jakby drugim biegunem tragedii, lecz wyrosła z oświecenia, kierująca się intelektem poarystotelesowska filozofia powszechna wyciąga konsekwencje z niewiedzy, osiągniętej w procesie tragicznym dzięki rozkładowi wszystkich błędnych, tradycyjnych wyobrażeń Boga. Filozofia ta przedstawia harmonię całości, pojmując wszelkie niezgodności jako względną jedynie dysharmonię. Relatywizuje ważność jednostkowego losu, dostrzegając w byciu sobą pojedynczego człowieka coś niewzruszonego, co los w świecie odgrywa jak rolę, lecz się z nim nie utożsamia. Ostatnią zasadniczą postawą wiedzy tragicznej, już pozbawionej wagi, nie jest ani opór stawiany przez bohatera, ani katharsis uwikłanej w świat duszy, lecz apatia, niewzruszona, wolna od cierpień obojętność.
W obliczu wiedzy tragicznej wyzwolenie przez filozoficzną apatię nie wystarcza. Jest ona, po pierwsze, samym tylko znoszeniem — przypomina heroiczny upór czasów mitycznych, brak jej jednak namiętności. Uboga w treści, kurczy się do punktu pustego samoutwierdzenia. Po drugie taka postawa jest dla człowieka faktycznie nieosiągalna. Pozostaje teorią, co prawda imponującą, która w praktyce najczęściej zawodzi. Dlatego też człowiek domaga się głębszego wyzwolenia z wiedzy tragicznej i filozoficznej pustki. Obiecuje mu to religia objawiona.
Człowiek pragnie i dostępuje zbawienia. Nie osiąga go sam przez się. Zdjęto z niego brzemię niewykonalnego zadania. Śmierć ofiarna Chrystusa, nauczanie Buddy nie tylko wspomagają człowieka; spełniają za niego coś, w czym on ma tylko uczestniczyć, aby zostać wyzwolonym.
W judeochrześcijańskiej religii objawionej wszelkie sprzeczności, istnienia człowieka przejawiające się jako tragizm, towarzyszą ludzkości od praźródła: grzech pierworodny, ma swój korzeń w upadku Adama. Zbawienie jest owocem śmierci Chrystusa na krzyżu. Rzeczy tego świata jako takie są zepsute, człowiek nosi piętno nieprzezwyciężonej winy, jeszcze zanim zawini jako jednostka. Ogarnia go jeden, uzasadniający wszystko, proces winy i zbawienia; w obu uczestniczy sam przez się i zarazem nie tylko sam przez się. Człowiek jest winny już przez grzech pierworodny i zostaje zbawiony przez łaskę. Bierze na siebie krzyż, jeśli ból Istnienia, jego sprzeczności i rozdarcia nie tylko znosi, lecz wybiera. Nie ma już tragizmu, wszelkie okropności przenika zbawcze promieniowanie łaski. Z tego punktu widzenia chrześcijańskie zbawienie przeciwstawia się wiedzy tragicznej. Możliwość własnego zbawienia niweczy tragiczną beznadziejność; Dlatego też nie ma właściwie chrześcijańskiej tragedii, podstawą i przestrzenią tego, co dzieje się w dramacie chrześcijańskim, jest bowiem misterium zbawienia, wiedza tragiczna zaś jest tu z góry wyzwolona w doświadczeniu łaski, która spełnia i ocala.
Sama tragiczność staje się przez to niewiążąca, pobudza człowieka, lecz go nie dotyczy. To, co istotne dla chrześcijanina, nie może pojawić się w tragedii. To, co prawdziwie religijne i chrześcijańskie, wymyka się poezji, może bowiem tylko urzeczywistniać się egzystencjalnie, nie zaś być przedmiotem oglądu estetycznego. W tym sensie chrześcijanin musi nie rozumieć na przykład Szekspira. Szekspir wyraża wszystko, ukazuje, czym jest człowiek we wszystkich możliwościach. Nie uwzględnia jednak tego, co religijne, i tylko tego. Mimo poruszających do głębi doświadczeń w obliczu dzieł Szekspira chrześcijanin wie, że nie mówią mu one ani nawet nie dotykają tego, czego doznaje dzięki wierze. Zdaje mu się, że do tego czegoś Szekspir prowadzi jedynie pośrednio, przez powierzchnię przełomu widoczną w jego dziełach, przez ich nierozwiązalność, przez nie wypowiedziane i mimowolne dopominanie się o możliwość zbawienia.
Substancja wiedzy tragicznej jest' nieuchwytna dla chrześcijanina. A przecież ta wiedza — jeśli pozostaje wiedzą filozoficzną i rozwija się zgodnie z wymogami filozofii — jest sposobem transcendowania i swoistym wyzwoleniem, zapoznanym z perspektywy chrześcijańskiej i pozbawionym treści w apatii filozoficznej.
Wszystkie podstawowe doświadczenia człowieka w ujęciu chrześcijańskim przestają być tragiczne. Wina staje się winą błogosławioną, felix culpa, która umożliwia zbawienie. Zdrada Judasza umożliwia śmierć ofiarną Chrystusa, tę podstawę zbawienia wszystkich wiernych. Jeśli Chrystus jest najgłębszym symbolem klęski w świecie, to przecież nie w sensie tragicznym, gdyż nawet ponosząc klęskę wie, dokonuje, spełnia.
EE) PODSTAWOWE CECHY TRAGICZNOŚCI
Tragiczność unaocznia się w ciągu wydarzeń ukazujących grozę istnienia; chodzi tu o istnienie ludzkie, którego uwikłanie wynika z Ogarniającego bycia człowiekiem! Jednakże dzięki jej unaocznieniu dokonuje się wyzwolenie z tragiczności, swoiste oczyszczenie i zbawienie.
Byt przejawia się w klęsce. Ponosząc klęskę nie tracimy bytu, lecz właśnie doznajemy go w pełni i stanowczo. Nie ma tragizmu bez transcendencji. Nawet w uporze czystego samoutwierdzenia, które wobec zagłady sprzeciwia się bogom i losowi, obecne jest transcendowanie: ku bytowi, którym człowiek właściwie jest i którego ginąc doświadcza jako samego siebie.
Świadomość tragiczności, która stała się fundamentem świadomości bytu, nazywamy postawą tragiczną. Należy rozróżniać między świadomością przemijania a właściwą świadomością tragiczną. To, że wszelkie zdarzenia faktycznie zmierzają do zagłady, że życie jest przemijaniem w czasie, człowiek unaocznia sobie jako krąg stawania się, przemijania i odrodzenia. Postrzega siebie w naturze jako byt naturalny, stanowiący z nią jedność. Kryje się tu tajemnica przejmująca człowieka drżeniem. Czym jest dusza, która wbrew czasowi wie, że jest wieczna, skoro istnieje w sposób skończony, a zatem bez reszty przemija w śmierci? Tego stanu rzeczy i tej tajemnicy nie nazywamy wszakże tragicznością.
Właściwa świadomość tragiczności, dzięki której dopiero urzeczywistnia się sama tragiczność, dotyczy nie tylko cierpienia i śmierci, nie samej tylko skończoności i przemijania. Ażeby to wszystko stało się tragiczne, człowiek musi działać. Własny czyn człowieka prowadzi najpierw do uwikłania, potem nieuchronnie do zniszczenia. Nie chodzi tu tylko o zniszczenie życia jako istnienia tu na Ziemi, lecz o klęskę wszelkich przejawów spełnienia. To duchowa istota człowieka ponosi klęskę wśród niezmierzonego bogactwa możliwości, z których każda, swoiście urzeczywistniona, rodzi klęskę i zarazem ją dopełnia.
Z wiedzą o tragiczności łączy się od początku dążenie do zbawienia. Natrafiając na surową granicę tragiczności, człowiek nie dostępuje tym samym, niejako automatycznie, powszechnego zbawienia. Osiąga zbawcze wyzwolenie w akcie bycia sobą, znikając jako istnienie. Wyzwolenie to może czerpać siłę z nie zadającego pytań wytrwania — w niewiedzy, w czystym znoszeniu, w niewzruszonym „mimo to"; jest to zbawienie w zarodku, w najskromniejszej postaci. Albo też wyzwolenie następuje dzięki unaocznieniu tragiczności jako takiej, która rozjaśniona, sama działa oczyszczające. Albo wreszcie wyzwolenie dokonało się przed unaocznieniem tragicznych wydarzeń, jeśli wiara z góry naprowadziła życie na drogę zbawienia i jeśli tragiczność z góry unaocznia się jako przezwyciężona, w transcendowaniu ku nadzmysłowości, w Ogarniającym wszelkie Ogarniające.
FF) KIERUNKI INTERPRETACJI WIEDZY TRAGICZNEJ
Sens tragedii dostępnych nam jako dzieła poetyckie nie daje się sprowadzić do jakiejś jednej formuły. Dzieła te są wyrazem pracy nad wiedzą tragiczną. Sytuacje, zdarzenia, potęgi społeczne, wyobrażenia religijne i charaktery to środki służące objawianiu tragiczności w zjawiskach.
Interpretacja wielkich dzieł poetyckich żadnego z nich nie przenika aż do dna. W dziełach tych istnieją tylko pewne szlaki możliwej interpretacji. Dzieło do końca objaśnione przez myśl staje się zbędne, a raczej nigdy nie było autentycznym dziełem poetyckim. Wypracowanie klarownych linii interpretacyjnych wzmaga uchwytność tego, co kryje się w głębi nie zinterpretowanej, nie wyczerpanej żadną interpretacją naoczności.
W dziele uwidacznia się konstrukcja myślowa poety. Im jednak wyraźniej zaznacza się myśl jako taka, nie ucieleśniona w postaciach, tym słabsze jest dzieło. Rodzi je wówczas tendencja filozoficzna, nie siła tragicznej wizji. Jednakże myśli wyrażone w dziele poetyckim mogą być filozoficznie istotne.
Po ogólnym uobecnieniu wiedzy tragicznej (a) rozważymy teraz trzy pytania:
Jak przedstawia się obiektywność tragiczności? Jaką postać przybierają tragiczny byt i tragiczne wydarzenia? Jak można je pomyśleć? Odpowiedzią jest interpretacja tragicznych przedmiotów poezji (b).
Jak spełnia się subiektywność tragiczności? Jak dochodzi do uświadomienia tragiczności, jak staje się wiedza tragiczna, a wraz z nią wyzwolenie i zbawienie (c)?
Jaki jest sens zasadniczej interpretacji tragiczności(d)?"
B) TRAGICZNE PRZEDMIOTY POEZJI
Nie definiując tragiczności, przybliżmy sobie bezpośrednie jej przejawy, przedstawione i ukształtowane przez poezję.
Nasza interpretacja opiera się na tym, co uobecniło się w wizji poety, co wyraził on w swoim dziele i co zostało w nim objaśnione; dopowiada sens, który jest lub może być zawarty w dziele, choć poeta nie musiał go jasno pomyśleć.
Świadomość tragiczna znajduje w poezji ucieleśnienie swych myśli. Atmosfera tragiczna pozwala wyczuć napięcia i katastrofy w tym, co właśnie się dzieje, i w ogóle w świecie (aa). Tragiczność przejawia się w walce (bb), w zwycięstwie i porażce (cc), w winie (dd). Stanowi o wielkości człowieka ponoszącego klęskę (ee). Objawia się w bezwarunkowej woli prawdy jako najgłębsza sprzeczność w łonie tego, co istnieje (ff).
AA) ATMOSFERA TRAGICZNA
Atmosfery tragicznej nie ma jeszcze w przemijaniu jako takim, w życiu i umieraniu, w cyklicznym rozkwitaniu i więdnięciu. Procesom tym można przyglądać się spokojnie, samemu im podlegając i czując się z tym bezpiecznie. Atmosfera tragiczna narasta jako straszna i niesamowita siła, na której łup zostaliśmy wydani. Jest czymś obcym, co nieuchronnie nam zagraża. Obojętne, dokąd pójdziemy, na co padnie nasz wzrok, co usłyszymy — w powietrzu zawsze będzie coś, co nas zniszczy bez względu na to, co zrobimy.
Nastrój ten występuje w dramatach indyjskich jako wizja świata. Świat jest wprawdzie miejscem, gdzie istniejemy, lecz oznacza to uzależnienie bez poczucia bezpieczeństwa. Oto jego obraz w Candakausika, sztuce Ksemisvary (wg przekładu niemieckiego L. Fritze, Reclam 1926, s. 64):
„Cały świat przypomina
Pobojowisko czasu, sługi Siwy.
Czerwień zórz wieczornych wyobraża
Czerwoną krew skazańców;
Znużone słońce — żarzenie się stosów;
Gwiazdy rozsiano zamiast ludzkich kości;
Do gładkiej czaszki podobny jest księżyc..."
Nastrój grozy panuje na niektórych obrazach Breughla i Hieronima Boscha, a także w Piekle Dantego. Ale ten nastrój to powierzchnia. Można pod nią szukać głębi, nie znajdzie jej jednak nikt, kto nie przemierzył strefy grozy.
W tragediach greckich atmosfera tragiczna nie jest powszechnym w świecie nastrojem, lecz dotyczy uobecnionych w tragedii wydarzeń i postaci. Może się przejawiać w napięciu, które poprzedzając określone czyny i zdarzenia, przenika wszystko i zapowiada nieznaną katastrofę. Niezrównanym tego przykładem jest Agamemnon Ajschylosa.
Nastrój tragiczny przybiera rozliczne postacie tak zwanego pesymizmu w typowych dla niego opisach świata, czy to w wersji buddyjskiej, czy chrześcijańskiej, czy u Schopenhauera i u Nietzschego, czy w Eddzie i Pieśni o Nibelungach.
BB) WALKA I KOLIZJA
Prawda i rzeczywistość ulegają rozszczepieniu. W konsekwencji dochodzi do uzupełniania się we wspólnocie oraz do walki w kolizji. Wiedza tragiczna dostrzega nieuchronność walki. Dla tragicznej świadomości poety ważne jest pytanie, kto z kim walczy i co właściwie koliduje.
Walka przedstawiana w poezji jest — bezpośrednio — walką między ludźmi albo też walką człowieka z samym sobą. Wykluczające się nawzajem interesy życiowe, obowiązki, cechy charakteru i pobudki ścierają się ze sobą w walce. Analiza psychologiczna i socjologiczna zdaje się tłumaczyć te zmagania jako coś realnego. Jednakże dla poety, który unaocznia wiedzę tragiczną, wszystkie te realności to jedynie tworzywo. Zostaje w nim wyrażone to, co walczy naprawdę. Zarazem walka podlega interpretacji i rozumieniu, czy to przez samych walczących, czy to przez poetę, a za jego pośrednictwem przez widza. Te jej interpretacje same są rzeczywistością, z ich sensu bowiem wypływa najpotężniejszy impuls. Proces tragedii to objawianie się tego sensu.
Interpretacje dokonane w samym dziele mają charakter immanentny lub transcendujący. Tragiczność ma charakter immanentny na przykład w walce jednostki przeciw temu, co powszechne (1), lub też w walce następujących po sobie w czasie dziejowych zasad istnienia (2). Tragiczność transcendująca występuje w walce ludzi z bogami (3) lub w walce bogów między sobą (4).
1. Jednostka a powszechność: wobec powszechnych praw, norm, konieczności jednostka znajduje się w opozycji — nietragicznej, gdy jako czysta samowola przeciwstawia się prawu, tragicznej, gdy jest wyjątkiem, który swą prawdę przeciwstawia normie.
To, co powszechne, skupia się w potęgach społeczeństwa, w jego stanach, porządkach, urzędach (tragizm społeczny). Albo też skupia się we wnętrzu ludzkiego charakteru jako nakaz odwiecznych praw, sprzecznych z siłami i cechami właściwymi tej jednostce (tragizm charakteru).
Tego rodzaju interpretacjom brak z reguły poetyckiego wyrazu. Siły istnienia o charakterze wyłącznie realnym i wartości wyłącznie abstrakcyjne tworzą wprawdzie problematykę dającą się racjonalnie rozwijać, jednak nie przybierają sugestywnych postaci w porywających wizjach głębi bytu. Ich przejrzystość wyczerpuje sprawę. Bez nieskończoności tego, co nieuchwytne, można przedstawić najwyżej nędzę, nie tragizm. Ten rodzaj reprezentują wyłącznie tragedie nowsze, pooświeceniowe.
2. Walka dziejowych zasad istnienia: w historiozoficznym ujęciu totalnym przemiany ludzkich stosunków jawią się jako sensowne następowanie po sobie dziejowych zasad istnienia, każdorazowo miarodajnych dla stanu całości, trybu postępowania i sposobu myślenia. Ich zmiana nie następuje nagle. Stare wciąż jeszcze żyje, gdy tymczasem rozwija się nowe. Potężny atak nowego początkowo musi się załamać wobec trwałości
i nadal skutecznej koherencji starego. W tej fazie przejściowej ma swoje miejsce tragiczność. Wielcy bohaterowie dziejów to według Hegla postacie tragiczne, będące czystym, bezwarunkowym ucieleśnieniem nowej idei. Pojawiają się w olśniewającym blasku. Zrazu nikt nie zauważa, co właściwie wnoszą, dopóki stare nie zacznie niejasno przeczuwać niebezpieczeństwa i nie zjednoczy wszystkich sił, aby zniszczyć nowe w osobie jego najpotężniejszego przedstawiciela. Czy to będzie Sokrates, czy Cezar — pierwsze zwycięskie uosobienie nowej zasady staje się zarazem ofiarą przełomu epok. Stare ma swoje prawa, wciąż bowiem jest i żyje, przejawia się w bogato ukształtowanym, tradycyjnym urzeczywistnieniu życia — choć wzeszło już ziarno zagłady i zaczęło się obumieranie. Nowe też ma swoje prawa, lecz nie chroni ich jeszcze porządek urzeczywistniony w społeczeństwie czy kulturze, są więc na razie jakby zawieszone w próżni. Wytężając siły w ostatnim paroksyzmie, stare może zniszczyć tylko bohatera — pierwsze wielkie zjawisko nowego. Drugi atak, już nie tragiczny, zazwyczaj się udaje. Platon i Oktawian August odnoszą świetne zwycięstwa, urzeczywistniają, tworzą wzorcowe dzieła, kształtują przyszłość — sami jednak oglądają się na pierwszego bohatera, który stał się ofiarą.
Mamy tu do czynienia z interpretacją historiozoficzną, która poprzestając na immanentnych spekulacjach, substancjalizuje faktycznie niepoznawalne całości, co jest procedurą analogiczną do demonizowania.
3. Człowiek i bogowie: walczą tu ze sobą pojedynczy człowiek i „potęgi", człowiek i demony, człowiek i bogowie. Owe potęgi są nieuchwytne, wymykają się człowiekowi, który po nie sięga albo tylko chce je zrozumieć. Są tu i zarazem ich nie ma. Ten sam bóg pomaga i szkodzi.
Człowiek nie wie. Bezwiednie i nieświadomie popada w zależność od potęg, przed którymi chciałby uciec.
Człowiek buntuje się przeciw bogom jak Hippolitos, niewinny sługa Artemidy, przeciw Afrodycie. Ulega w walce z ich przemocą.
4. Bogowie przeciw bogom: walka jest tu kolizją potęg, czyli samych bogów; człowiek — tylko igraszką w tej walce, jej sceną lub medium. Lecz człowiek osiąga wielkość właśnie stając się takim medium, przez co zyskuje duszę i utożsamia się z walczącymi potęgami.
W Antygonie Sofoklesa takimi podziemnymi, walczącymi ze sobą potęgami są ukryte bóstwa o rodowodzie chtonicznym i politycznym. Natomiast w Eumenidach Ajschylosa walki bogów rozstrzygają o czynach człowieka całkiem jawnie i na powierzchni. W Prometeuszu walki te przedstawione zostały jako takie, bez pojawienia się człowieka.
W naocznościach tragicznych zawsze widoczne są walki. Czy jednak walka jako taka jest tragiczna? A jeśli nie, to co czyni ją tragiczną? Niezbędne są dalsze elementy tragicznej naoczności.
CC) ZWYCIĘSTWO I PORAŻKA
Co, czy też kto zwycięża w tragedii? Ludzie i potęgi uczestniczą w kolizjach. Rozstrzygnięcie zdaje się sprzyjać zwycięzcy. Kto ponosi klęskę, nie ma racji. Tak jednak wcale nie jest. Można raczej wyróżnić następujące aspekty tragiczności:
Zwycięstwo nie jest przy tym, kto zachował istnienie, lecz przy pokonanym. To on zwycięża w klęsce. Zwycięzca ze swym efemerycznym, tylko pozornym
zwycięstwem jest kimś gorszym.
Zwycięża powszechność: porządek świata, ład moralny, uniwersalne życie, ponadczasowość — lecz uznanie tego, co powszechne, oznacza zarazem odtrącenie. Z charakteru tego, co powszechne, wynika bowiem w sposób konieczny klęska ludzkiej wielkości, która mu się przeciwstawia.
Właściwie nic nie zwycięża. Przeciwnie: wszystko staje się wątpliwe, zarówno bohater, jak i to, co powszechne. Wobec transcendencji wszystko jest
skończone i względne, a tym samym godne zniszczenia: to, co jednostkowe, i to, co powszechne, wyjątek i porządek. Wyjątkowy człowiek i wzniosły porządek mają swoją granicę, na której ponoszą klęskę. To, co transcendentne, zwycięża w tragedii — albo raczej nie zwycięża, lecz tylko przemawia przez całość, nie panuje wszakże ani się nie poddaje, po prostu jest.
d) W zwycięstwie i porażce, w procesie rozwiązania ugruntowuje się nowy, lecz zarazem dziejowy porządek, ważny przede wszystkim dla tej postaci wiedzy tragicznej. O randze tragika przesądza istotna treść tego, czym owocuje u niego zwycięstwo, porażka i ich rozwiązanie.
DD) WINA
Tragiczność rozumie samą siebie jako następstwo winy i jako winę samą. Upadek jest pokutą za winę.
Świat jest wprawdzie pełen nie zawinionych katastrof. Nie można zobaczyć ani usłyszeć, jak ukryte zło niszczy. Żadna instancja w świecie nie dowiaduje się o człowieku zadręczonym na śmierć w samotnym lochu. Ludzie umierają jak męczennicy, choć właściwie nimi nie są — nikt bowiem nie dostrzega ich świadectwa, nikt nigdy się o nim nie dowie. Dręczenie i niszczenie bezbronnych to rzecz powszednia na Ziemi. Iwana Karamazowa oburza skrajne okrucieństwo: Turcy, dla przyjemności zabijający niemowlęta. Cała ta rozdzierająca serce, straszna rzeczywistość nie jest jednak tragiczna, jeśli nieszczęście nie jest pokutą za winę i pozostaje bez związku z sensem życia.
Wszelako pytanie o winę nie ogranicza się do czynów i życia pojedynczego człowieka, lecz dotyczy bycia człowiekiem w ogóle, a więc każdego z nas. Gdzie jest winny tej nie zawinionej zagłady? Gdzie potęga gubiąca niewinnych?
Ilekroć ludzie stawiali sobie jasno to pytanie, pojawiała się myśl o współwinie. Wszyscy ludzie są solidarni, Wynika to ze wspólnego pochodzenia i celu. Oznaką, choć nie uzasadnieniem tego stanu rzeczy jest przejęcie się myślą absurdalną dla skończonego intelektu: jestem winien zła, jakie dzieje się w świecie, jeśli nie próbowałem mu zapobiec czyniąc wszystko, co w mojej mocy, z ofiarą życia włącznie; jestem winien, ponieważ żyje i mogę nadal żyć, podczas gdy to się dzieje. Tak oto współwina za wszystko, co się dzieje, dościga każdego.
Trzeba zatem odróżnić winę w sensie szerszym, ogólną winę istnienia, od winy zawężonej do jednego, każdorazowo określonego czynu. Jeśli nie sprowadzam swej winy do poszczególnych uchwytnych występków, lecz dostrzegam ją głębiej, u podstaw bytu istnienia, moja idea winy ma sens szerszy. Są zatem następujące sposoby przejawiania się winy w świadomości tragicznej:
Po pierwsze: istnienie jest winą. Winą w szerszym sensie jest istnienie jako takie. Myśl, którą wyraził już Anaksymander, wraca — aczkolwiek w zupełnie innym sensie — u Calderona: największą winą człowieka jest to, że się narodził.
Świadczy o tym fakt, że samym swym istnieniem wyrządzam zło. Unaocznia to myśl hinduska: każdy mój krok, każdy oddech niszczy mikroskopijne żyjątka. Bez względu na to, czy robię coś, czy nie robię, ograniczam swym istnieniem inne istnienie. Zarówno działając, jak znosząc czyjeś działanie pogrążam się w winie.
a) Określone istnienie jest winą z racji swego rodowodu. Wprawdzie ja sam nie chciałem ani istnienia w ogóle, ani tego oto mojego istnienia. Lecz mimo woli jestem winny, gdyż jestem sobą, mam określony rodowód. Wina jest w rodowodzie obarczonym winą przodków.
Antygona przychodzi na świat wbrew prawu (jako córka Edypa i jego matki) — ciąży na niej przekleństwo rodowodu— ale właśnie to wykluczenie z normy stosownego pochodzenia nadaje jej swoistą głębię i człowieczeństwo. Antygona ma najpewniejszą, niewzruszoną znajomość praw boskich; umiera, bo jest czymś więcej niż inni, bo jej wyjątkowość jest prawdą. Umiera chętniej śmierć jest dla niej zbawieniem; we wszystkim, co robi, pozostaje w zgodzie z sobą.
b) Na każdym określonym charakterze ciąży wina jego określoności. Charakter sam jest losem — jeśli w ogóle mogę oddzielić go od siebie, niejako stając mu naprzeciw.
Tego, czym jestem przez mój podły charakter — jako źródło złej woli, samowolnego uporu mej nikczemności — tego wszystkiego ja sam nie chciałem i nie stworzyłem. A jednak tkwiąc w tym, jestem winny. Z tej winy wyrasta mój los, bez względu na to, czy umrę wbrew swej woli, nie zbawiony, czy poniosę klęskę w chwili zwrotu,, wykraczając poza mój charakter dzięki głębszemu źródłu, które każe mi odrzucić to, czym byłem, choć nie mogę stać się tym, czym chcę.
Po drugie: działanie jest winą. Wina w węższym sensie kryje się w działaniu spełnianym w określony sposób jako działanie dowolne, które wcale nie musiało zaistnieć lub mogłoby być inne.
Działanie jako wina jest naruszeniem prawa przez arbitralność; jest samowolą świadomie zwróconą przeciw temu, co powszechne, bez innej przyczyny niż sama
samowola; jest konsekwencją obarczonej winą niewiedzy, półświadomie realizowanych i maskowanych motywacji. Jednym słowem, chodzi tu o nędzę tego, co
podłe i złe.
Inaczej urzeczywistnia się wina w działaniu objawiającym się wiedzy tragicznej. Klęska jest tu następstwem czynu, który jako moralnie konieczny i prawdziwy jasno wynika ze źródła wolności. Człowiek nie może uniknąć winy postępując słusznie i prawdziwie:
sama wina ma charakter niewinności. Człowiek bierze ją na siebie, nie stara się jej uniknąć, przyznaje się do swojej winy nie z krnąbrnej samowoli, lecz mocą prawdy, która musi ponieść klęskę w ofierze.
EE) WIELKOŚĆ CZŁOWIEKA W KLĘSCE
Nie sposób pogłębić wiedzy tragicznej bez wywyższenia człowieka. — To, że człowiek nie jest bogiem, popycha go do małości i zguby; to zaś, że doprowadza ludzkie możliwości do kresu, wiedząc, że może przy tym zginąć, stanowi o jego wielkości.
Dlatego jest rzeczą istotną dla wiedzy tragicznej, co powoduje cierpienie i klęskę człowieka, co bierze on na siebie, w obliczu jakich rzeczywistości i w jakich postaciach poświęca swe istnienie.
Bohater tragiczny — spotęgowany człowiek — jest sobą w dobru i złu, spełniając się w pierwszym i nikczemniejąc w drugim, w obu przypadkach jako istnienie ponosząc klęskę na skutek wewnętrznej konsekwencji tego, co rzeczywiście bądź rzekomo bezwarunkowe.
Bunt, opór, pycha doprowadzają go do złej „wielkości". Wytrwałość, niepoddawanie się „mimo wszystko", miłość — wynoszą go w dobru. Zawsze wywyższa go doświadczenie sytuacji granicznych. Poeta widzi w nim reprezentanta czegoś, co wykracza poza istnienie indywidualne, jakiejś potęgi, zasady, charakteru, demona.
Tragedia ukazuje człowieka w jego wielkości poza dobrem i złem. Poeta dostrzega to co Platon: „Czy ty myślisz, że wielkie zbrodnie i charaktery czarne bez domieszki wyrastają z natur lichych, a nie z urodziwych [...]? Natura słaba nigdy się nie zdobędzie ani na wielkie dobro, ani na wielkie zło [...]" Spośród ludzi najszczodrzej obdarzonych „wychodzą zarówno ci, co największe nieszczęścia przynoszą państwom i ludziom prywatnym, jak i ci, co największe dobra [...] A natura mała nigdy nic wielkiego nikomu nie przyniesie, ani człowiekowi prywatnemu, ani państwu."
FF) PYTANIE O PRAWDĘ
Tragizm występuje tam, gdzie każda z kolidujących potęg jest sama dla siebie prawdziwa. Rozszczepienie tego, co prawdziwe, lub brak jedności w prawdzie to jedna z podstawowych tez wiedzy tragicznej.
Dlatego w tragedii żywe jest pytanie: co jest prawdą? — a w konsekwencji: kto ma rację? Czy owa racja wygrywa w świecie? Czy prawda zwycięża? Proces tragedii polega na objawianiu prawdy we wszystkim, co działa sprawcze, lecz zarazem na jej ograniczaniu, a zatem — na objawianiu wszechobecnej krzywdy.
Ale istnieją też tragedie, których bohaterowie (na przykład Edyp i Hamlet) sami pytają o prawdę. Ich tematem jest możliwość prawdy, a więc i pytanie o możliwość, sens i skutki wiedzy. Z obu niewyczerpanych tragedii wydobędziemy w interpretacji tę podstawową cechę.
edyp
Edyp to człowiek, który chce wiedzieć. Suwerenny, myślący, rozwiązuje zagadkę i zwycięża Sfinksa. Zostaje dzięki temu władcą Teb. Odtąd odrzuca wszelkie iluzje, ujawnia straszliwe czyny, których się bezwiednie dopuścił. Postępując tak gubi siebie. Świadom, że jego dociekania są zbawienne i zarazem zgubne, akceptuje ich konsekwencje, ponieważ chce prawdy.
Edyp jest niewinny. Robi wszystko, co w jego mocy, by uniknąć przepowiedzianych wyrocznią zbrodni — ojcobójstwa i małżeństwa z matką. Stroni od kraju swych domniemanych rodziców. Po czym w innym kraju, bezwiednie, zabija swego prawdziwego ojca i poślubia matkę. „Nie mojej woli to dzieło [...] Dla prawa — czysty, bezwiednie spełniłem." [Edyp w Kolonos (dalej EwK), s. 474]
Tragedia ukazuje, jak Edyp, władca Teb, chcąc powstrzymać grożącą krajowi zarazę, najpierw szuka, niczego nie przeczuwając, potem wzdraga się przed przeczuciem, wreszcie bez litości wydobywa na jaw.
Wyrocznia oznajmia Edypowi: by odpędzić zarazę, trzeba wygnać z kraju zabójcę jego ojca. Kto jednak jest zabójcą? Zapytany o to wróżbita Tyrezjasz nie chce odpowiedzieć:
„Biada, o biada tej wiedzy, co szkodę
Niesie wiedzącym! [...]
Wy wszyscy w błędzie. Ja nigdy złych rzeczy
Moich, by nie rzec... twoich nie wyjawię." [Król Edyp
(dalej KE), s. 239]
Edyp nalega, obraża Tyrezjasza, zmusza go do mówienia i słyszy: on sam jest zbrodniarzem, który zbezcześcił kraj. Zaskoczony tym niepodobieństwem, szydzi z zawodnej, przebiegłej wiedzy jasnowidza; szuka oparcia we własnej, ugruntowanej rozumowo wiedzy, dzięki której on, nie wróżbita, zwyciężył Sfinksa. Dokonał tego „Ducha przewagą, nie z ptaków natchnienia". [KE, s. 243]
Lecz rozdrażniony do żywego Tyrezjasz pytaniami naprowadza go na straszną prawdę:
„Lecz sam ci powiem, tobie, który szydzisz
Z mojej ślepoty, patrzysz, a nie widzisz
Nędzy twej, nie wiesz, z kim życie ci schodzi,
Gdzie zamieszkałeś i kto ciebie rodzi." [KE, s. 243]
Teraz Edyp bada, jak było. Wypytując matkę uświadamia sobie następujący stan rzeczy: wola wiedzy, suwerenność badania i poznawania nie chronią przed bezwiednym popełnianiem najgroszych czynów; mimo to kwitnie szczęśliwe życie, aż wreszcie niszczy je doszczętnie wiedza. Oto nie dający się rozwikłać splot prawdy z życiem:
„Kto by w tym widział srogiego demona
Dopust, czyż domysł ten byłby fałszywy?" [KE, s. 262]
Wzdragając się przed całą prawdą, Edyp chce umrzeć, nim ostatecznie będzie musiał ją poznać:
„Niechbym [...] zginął bez wieści
Spośród śmiertelnych, nim takie nieszczęście
Ostrzem by w moją ugodziło głowę." [KE, s. 262]
Na próżno Jokasta namawia go, by wrócił do wolnej od pytań, umożliwiającej życie niewiedzy:
„Czemuż by troskał się człowiek, co w ręku
Losu, przyszłości przewidzieć niezdolny?
Jeszcze najlepiej żyć tak — od dnia do dnia.
A tych miłostek z matką się nie lękaj,
Bo wielu ludzi już się miłowało
Z matkami — we śnie; swobodnie ten żyje,
Kto snu mamidła lekko sobie waży.
[...]
Nic badaj tego;" [KE, s. 268, 273]
Żadna zwodnicza zachęta nie skłoni Edypa do maskowania prawdy, skoro raz wpadł na jej trop:
„[...] ja jednak mojego
Dojdę początku, chociażby był marnym." [KE, s. 274]
Gdy prawda wychodzi na jaw, Edyp wykłuwa sobie oczy. Niech odtąd wpatrują się w noc, skoro nie widziały:
„Co ja cierpiałem i com ja popełnił". [KE, s. 283]
Chór zaś wnioskuje o całości ludzkiego życia — życie jest iluzją, której zburzenie oznacza zgubę:
,,0 śmiertelnych pokolenia!
Życie wasze to cień cienia.
Bo któryż człowiek więcej tu szczęścia zażyje
Nad to, co w sennych rojeniach uwije,
Aby potem z biegiem zdarzeń
Po chwili snu — runąć z marzeń.
Los ten, co ciebie, Edypie, spotyka,
Jest mi jakby głosem żywym,
Bym żadnego śmiertelnika
Nie zwał już szczęśliwym." [KE, s. 280]
Edyp ze swoją wolą wiedzy i suwerennym intelektem zmierza zawsze w niechcianym kierunku. Ulega fatalizmowi wiedzy, którego nie zdołał przeczuć:
„Klęska cię gnębi, świadomość cię mroczy [...]" [KE, s. 286]
Ale bezwarunkowa wola wiedzy wraz z bezwarunkowym braniem wszystkiego na siebie staje się w klęsce nową prawdą. Z imieniem Edypa, nieszczęsnej ofiary wiedzy i losu, łączy się z woli bogów nowa wartość, jego kości zjednują błogosławieństwo ziemi, w której spoczęły. Ludzie troszczą się o zmarłego, czczą jego grób. W nim samym dopełnia się wewnętrzne pojednanie. W zewnętrznym biegu rzeczy pojednanie przejawia się w tym, że jego grób staje się święty.
HAMLET
Wydarzyła się zbrodnia, której nie sposób udowodnić. Króla Danii zamordował jego własny brat, po czym sam wstąpił na tron poślubiając wdowę. Hamleta, syna zabitego, powiadamia o tym duch — tylko jego, bez świadków. Nikt prócz samego zbrodniarza, obecnego króla, nie wie o zbrodni. W Danii panują takie porządki, że nawet gdyby ujawnić mord, nikt by nie uwierzył. Duch przez to, że jest duchem, nie jest dla Hamleta świadkiem absolutnie wiarygodnym. Na to, co najważniejsze, brak dowodu, a przecież Hamlet jest prawie pewien, że tak było. Zobowiązuje go to do podjęcia jednego jedynego zadania: ma udowodnić to, czego nie sposób udowodnić, a następnie — działać.
Cały dramat sprowadza się do wszczętych przez Hamleta poszukiwań prawdy. Ale prawda to nie tylko wyodrębnione pytanie o sam fakt zbrodni, lecz coś więcej: ogólny stan świata jest taki, że coś takiego mogło się wydarzyć, że mogło pozostawać w ukryciu, a teraz nie daje się ujawnić. Z chwilą, gdy Hamlet uświadamia sobie zadanie, wie również, że:
„Świat wyszedł z formy
I mnież to trzeba wracać go do normy!" (I, 5)
Kto doświadczył tego co Hamlet — kto wie, czego nikt nie wie, lecz przecież nie wie na pewno — temu cały świat wydaje się zmieniony i nowy. Zachowuje on dla siebie to, czym nie może się z nikim podzielić. Każdy człowiek, każda sytuacja i porządek okazuje się nieprawdziwy, ponieważ stawia opór, stając się środkiem maskowania prawdy. Wszystko jest kruche. Zawodzą, każdy po swojemu, nawet najlepsi i najżyczliwsi (Ofelia, Laertes).
„Być uczciwym w dziejach tego świata na jedno wychodzi, co być wybranym między tysiącami." (II, 2)
Swoją wiedzą i wolą wiedzy Hamlet jest oddzielony od świata. Żyjąc w świecie, nie umie się do niego dostosować. Gra rolę szaleńca. Szaleństwo to w fałszywym świecie maska, zwalniająca go od obłudy, pozwalająca mu nie okazywać szacunku tam, gdzie go nie odczuwa. Dzięki ironii Hamlet może być szczery. Bez względu na to, czy mówi prawdę, czy nie, jego słowa — dla wszystkich dwuznaczne — osłania szaleństwo. Wybiera je jako stosowną rolę, gdyż żadnej innej prawda nie dopuszcza.
Hamlet uświadamia sobie wyjątkowość swego losu, swoje wykluczenie i jest wstrząśnięty; jak błyskawica spada nań świadomość tego, co się z nim dzieje. Wtedy to zwraca się do przyjaciół, żegnając się jakby z możliwościami bezpiecznego bycia człowiekiem, a zarazem ukrywając to pożegnanie:
„Wy idźcie, gdzie wam każe iść interes
Lub skłonność — każdy bowiem na tym świecie
Ma jakaś skłonność lub interes; ja zaś
W prostocie mojej pójdę się pomodlić." (I, 5)
Ale maska, która przywdział, to tylko rola w obcowaniu z ludźmi. W rzeczywistości Hamlet musi się podjąć innej roli: poszukiwacza prawdy w radykalnie nieprawdziwym świecie i mściciela dokonanej zbrodni. Zadania tego nie może wypełnić w sposób jednoznaczny i czysty, nie ponosząc szwanku. Hamlet musi znosić dręczące napięcie między swoją istotą a przeznaczoną mu rolą; wskutek tego nie postrzega siebie czysto, lecz jakby w wypaczeniu, co każe mu siebie potępiać. Tylko na tej podstawie można zrozumieć jego sądy o sobie.
Dla wielu interpretatorów Hamlet to niezdecydowany neurotyk, wahający się i zwlekający, niezdolny do czynu marzyciel. Liczne samooskarżenia zdają się to potwierdzać:
„A ja, ospały niedołęga, drzemię
Jak Maciek, świętej niepamiętny sprawy [...]" (II, 2)
„Tak to rozwaga czyni nas tchórzami;
Przedsiębiorczości hoża cera blednie
Pod wpływem wahań i zamiary pełne
Jędrności, zbite z wytkniętej kolei,
Tracą nazwisko czynu [...]” (III, 1)
„Jakże mnie wszystko oskarża i wszystko
Leniwej zemście mej bodźca dodaje! [...]
[...] Jestli to więc skutkiem
Zwierzęcej, bydła godnej niepamięci,
Czy trwożliwego i drobiazgowego
Przewidywania, które, ściśle biorąc,
Zawsze ma w sobie trzy części tchórzostwa,
A tylko jedna mądrości. Doprawdy,
Nie mogę tego pojąć, że aż dotąd
Mówię do siebie: trzeba to uczynić,
I kończę na tym, kiedy mi do czynu
Nie brak powodów, woli, sił i środków." (IV, 4)
W istocie, Hamlet musi wydać się bezczynny, zawsze znajduje powód, by zaniechać działania. Zresztą sam sobie taki się wydaje. Każdym z przytoczonych wyżej słów sam siebie zachęca do czynu.
Ale zasadniczym rysem tragedii jest przecież nieustanna aktywność Hamleta, której celem jest prawda i zgodne z nie działanie; powody jego wahań są jak najbardziej uzasadnione, właśnie ze względu na autentyczne kryterium prawdy. To sytuacja, narzucona mu przez los, stwarza pozór, że jest on człowiekiem słałbym, sparaliżowanym refleksja.
W zasadzie Hamlet nie jest wcale tchórzliwy ani niezdecydowany. Raz po raz wychodzi na jaw, że jest wręcz przeciwnie:
„Czegóż bym się lękał?
To życie szpilki złamanej niewarte" (I, 4)
Rzeczywiście, zuchwale nim ryzykuje, ilekroć pojawia się na scenie. Odznacza się przytomnością umysłu, błyskawicznie podejmuje właściwe decyzje (na przykład w scenach z Rozenkrancem i Gildensternem). Góruje nad wszystkimi, jest mężny, włada szpadą nie gorzej niż dowcipem. Nie paraliżuje go charakter. To sytuacja człowieka, który wie i nie wie — obdarzonego suwerenna siłą dogłębnej przenikliwości — każe mu się wahać. Kiedy w najwyższym afekcie ponosi go na chwilę temperament, i Hamlet, sądząc, że zabija króla, zabija Poloniusza, bynajmniej nie jest z siebie zadowolony, i nie byłoby inaczej, gdyby ofiarą padł król. Sens jego zadania polega bowiem na tym, by przekonać epokę, objawiając jej, co król uczynił, nie zaś tylko zabić go z zemsty. W porównaniu z drastyczną, przeważnie ślepą działalnością tak zwanych ludzi czynu, Hamlet rzeczywiście nie działa — to znaczy nie działa w bezrefleksyjnej bezpośredniości. Jest niejako skrępowany wiedzą oraz wiedzą o niewiedzy, gdy tymczasem ludzie czynu są skrępowani realnie ciasnotą swych złudzeń: natarczywą afirmacją, bezmyślnym posłuszeństwem, nie zadającą pytań wojowniczością, brutalną przemocą. Tylko tępy zachwyt taką drastyczną, bezpośrednią aktywnością ludzi biernych w byciu sobą może zarzucać Hamletowi bezczynność.
W rzeczywistości jest dokładnie na odwrót. Słowa Hamleta, wypowiedziane w chwili, gdy zdaje on sobie sprawę ze swego zadania:
„Los mój mnie woła i najmniejszą żyłkę
Mojego ciała czyni tak potężną
Jak najsilniejszy nerw lwa nemejskiego." (I, 4)
pozostają w mocy aż do końca, aż po szybkie zwroty decyzji w śmiertelnej walce z Laertesem. W każdym niuansie obecne jest napięcie między najjaśniejszym widzeniem a czynnym, zdążającym do celu zaangażowaniem — jedyny wyłom stanowi tu zabójstwo Poloniusza, ślepy czyn afektu, któremu zabrakło przenikliwości. O tym jednak, że maska i czyn nie są jako takie całą prawdą, lecz że prawda ziszcza się dopiero objawiona wiedzy współczesnych — co było celem Hamleta — mówią ostatnie słowa konającego do Horacja, który pragnie umrzeć wraz z nim:
„Jak upośledzone
Imię by po mnie pozostało, gdyby
Ta tajemnica nie miała wyjść na jaw!
O mój Horacy! Jeśli kiedykolwiek
W poczciwym sercu twoim miałem miejsce,
Wyrzecz się jeszcze na chwilę zbawienia
I ponieś trudy oddychania dłużej
W zepsutej atmosferze tego świata
Dla objaśnienia moich dziejów."(V, 2)
Nie dający się rozwikłać los Hamleta, ugruntowany w bezgranicznej woli prawdy, nie wskazuje tego, co samo w sobie słuszne, prawdziwe i dobre. Jego kresem jest milczenie. Mimo to zaznacza się jakby kilka stałych punktów, które choć same prawdą nie są, to przecież w procesie losu zyskują aprobatę Hamleta — odniesioną nie do niego, lecz ze względu na niego do innych. Hamletowe „tak" w świecie wyraża się w afirmacji ludzi, którzy kontrastując z nim w tragedii, raz jeszcze potwierdzają niedosiężność jego wyjątkowości i losu. Jedynym przyjacielem Hamleta jest Horacjo, mąż szczery i wierny, wytrwały, gotów na śmierć. Hamlet może mu wyznać:
„Słuchaj: od chwili kiedy dusza moja
Mogła być panią swojego wyboru
I ludzi jednych przenosić nad drugich,
Od owej chwili już cię ona sobie
Upodobała; boś ty, wiele cierpiąc,
Takim był zawsze, jakbyś nic nie cierpiał;
Boś ty Fortunie zarówno był wdzięczny
Za jej umizgi i prześladowania;
A błogosławion, w kim krew z przekonaniem
Tak są zmieszane, iż on palcom losu
Nie służy za flet do wydania dźwięków
Wedle kaprysu. O, daj mi człowieka,
Nie będącego żądz swych niewolnikiem,
A w głębi mego serca go umieszczę,
W sercu samegoż serca, tak jak ciebie.
Za wiele tego już podobno." (III, 2)
Horacjo i Hamlet to pokrewne istoty i charaktery. Ale Hamlet przez zadanie i los skazany jest na drogę w absolutnej samotności, nie mogąc się z nikim podzielić swym podstawowym doświadczeniem.
Fortynbras żyje bez pytań, w naiwnym złudzeniu realności świata, i działa ze względu na tę realność. W działaniu wykazuje beztroskę. Ceni sobie honor. Po śmierci Hamleta stwierdza po prostu:
„Co się mnie tyczy, z boleścią przyjmuję,
Co mi przyjazny los zdarza; mam bowiem
Do tego kraju z dawien dawna prawa,
Które obecnie muszę poprzeć." (V, 2)
Natychmiast wykorzystuje to, co się wydarzyło, lecz cichy przestrach każe mu uszanować los zmarłego. Rozkazując, by oddano mu najwyższe honory, potwierdza raz jeszcze rangę Hamleta, który godnie prezentowałby się światu na tronie duńskim:
„niewątpliwie bowiem
Byłby był wzorem królów się okazał
Dożywszy berła;" (V, 2)
Fortynbras, ten nie wiedzący i nieświadomy swej niewiedzy realista, może żyć. Ma skończoną siłę, uwikłaną w "naturalne cele jego pozycji, i nie przeczuwa beznadziejności istnienia tylko skończonego. Ale właśnie jego skończone cele w świecie aprobuje ten, który wie — Hamlet: „Za nim, konający, Głos daję" (V, 2).
O tym, że takie życie dla honoru — mimo szlachetności Fortynbrasa — jest ograniczone i niedobre, Hamlet mówił wcześniej, porównując siebie z Fortynbrasem:
„Prawdziwie wielkim być to nie wojować
O byle głupstwo bez wielkiej przyczyny,
Lecz wielkomyślnie o źdźbło nawet walczyć,
Gdzie honor każe. [... ]
[...] oto ze wstydem
Widzę przed sobą bliską śmierć dwudziestu
Tysięcy ludzi, którzy dla chimery,
Dla widma sławy w grób idą jak w łóżko [...]" (IV, 4)
Hamlet nie może stać się ani Horacjem, ani Fortynbrasem. Czy w nim samym nie ma żadnej możliwości spełnienia? Odsłonięcie pytania o prawdę budzi grozę, która zdaje się go wykluczać z wszelkiego urzeczywistnienia prócz negatywnego. A jednak, choć tylko raz i przez chwilę, poeta pozwala Hamletowi doznać możliwości spełnienia, gdy ten z wiarą pisze do Ofelii:
„Wątp, czy gwiazdy lśnią na niebie;
Wątp o tym, czy słońce wschodzi;
Wątp, czy prawdy blask nie zwodzi;
Lecz nie wątp, że kocham ciebie." (II, 2)
Hamlet doświadcza tu w sobie czegoś niewzruszonego, zdolnego sprostać absolutnym kryteriom, mocniejszego od prawdy, która przecież — na tym polega tragiczność tej tragedii — w każdej ze swych postaci może okazać się złudą. Ale Ofelia zawodzi. Szansa Hamleta zostaje pogrzebana w jego okrutnie rozdartej duszy.
Droga Hamleta do prawdy nie wskazuje zbawienia. Jego los dopełnia się w przestrzeni niewiedzy, w nieustannym wyczuwaniu granic. Czy na granicy jest nicość? O tym, że granice nie zwiastują nicości, mówią rozsiane po dramacie aluzje, które choć tak subtelne, zdają się dźwigać całość.
Hamlet nie chce się poddać zabobonowi — powodowany nie tylko jasną wiedzą, lecz także ufnością, jaką pokłada w nieokreślonym Wszechogarniającym:
„[...] drwię z wróżb. Lichy nawet wróbel nic padnie bez szczególnego dopuszczenia Opatrzności. Jeżeli się to stanie teraz, nie stanie się później [...] wszystko polega na tym, żeby być w pogotowiu, ponieważ nikt nie wie, co ma utracić, cóż szkodzi, że coś wcześniej utraci?" (V, 2)
Jeszcze bardziej stanowczo brzmi to w odniesieniu do konkretnego działania:
»[...] owszem, czasem niezastanowienie
Lepiej nam służy niż najumiejętniej
Skombinowane plany; co dowodzi,
Że jakieś dobre bóstwo kształt nadaje
Naszym działaniom z gruba obciosanym.", (V, 2)
Sposób, w jaki Hamlet wypowiada swą niewiedzę, pozwala odczuć nie nicość, lecz transcendencję:
„Więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie,
Niż się ich śniło waszym filozofom." (I, 5)
W postawie niewiedzy zdaje się zawierać niepojęte spełnienie, gdy duch zjawiający się Hamletowi wzbrania się mówić dalej:
„[...] ale takich
Podań nie znosi ludzkie ucho." (I, 5)
a także w ostatnich słowach Hamleta:
„Reszta jest milczeniem." (V, 2)
Największą powściągliwość w tym, co niebezpośrednie, przypieczętowują przejmujące słowa Horacja skierowane do zmarłego:
„Pękło cne serce. Dobranoc, mój książę;
Niechaj ci do snu nucą chóry niebian!" (V, 2)
Żadnego innego ze swych umierających bohaterów nie żegna Szekspir w ten sposób. W porównaniu z mędrcem stoickim, chrześcijańskim świętym czy indyjskim pustelnikiem Hamlet nie stanowi wprawdzie typu, który by wyrażał pewien powszechny styl życia. Ale Hamlet jest jedyny w swoim rodzaju jako szlachetny człowiek, nie dający się zbić z tropu w swej woli. prawdy i ludzkiej wielkości, człowiek, który cały angażuje się w świecie, nie unika świata, lecz raczej zostaje z niego wykluczony, człowiek bez reszty oddany losowi, bohater niepatetyczny.
To sytuacja człowieka przedstawiona jest metaforycznie w dramacie Hamleta. Czy można znaleźć prawdę? Czy można z nią żyć? Oto taka odpowiedź wynika z sytuacji człowieka: Siła życia wyrasta z zaślepienia mitem, w który się wierzy, domniemaną wiedzą, która jest namiastką mitu, niekwestionowanymi oczywistościami, ograniczającą nieprawdą. Pytanie o prawdę stawia człowieka przed zadaniem niewykonalnym.
W pełni objawiona prawda paraliżuje, chyba że niezwykły heroizm kogoś takiego jak Hamlet potrafi znieść ją bez masek, odnajdując drogę w ciągłym ruchu wstrząśniętej duszy. Refleksja (świadomość) osłabia, chyba że dopiero w jej świetle dopełnia się niewzruszony impuls czyjejś istoty. Lecz siła bez urzeczywistnienia sczeźnie, pozostawiając obraz nadludzkiej, nie nieludzkiej, wielkości w "klęsce. To samo dostrzegano z innej perspektywy: Nietzsche, gdy pojął niemożliwość wcielenia prawdy i konieczność błądzenia (jeśli chodzi o prawdy podstawowe, warunkujące życie). Albo Hölderlin, którego Empedokles popełnia zbrodnię, chcąc odkryć ludowi całą prawdę. Za każdym razem wraca pytanie: Czy prawda musi zabijać człowieka? Czy prawda to śmierć?
Tragedia Hamleta to przejęta grozą wiedza na granicy .człowieczeństwa. Nie ma tu ostrzeżerTni zaleceń, jest tylko wiedza o bycie, zawarta w niewiedzy woli prawdy, towarzysząca istnieniu w klęsce. „Reszta jest milczeniem."
C) SUBIEKTYWNOŚĆ TRAGICZNOŚCI
Wiedza tragiczna nie jest tylko poznającym przypatrywaniem się czemuś, co mnie nie dotyczy. Jest poznaniem, w którym staję się sobą poprzez sposób, w jaki coś — jak mniemam — poznaję, dostrzegam i czuję. W wiedzy tej zachodzi przemiana człowieka. Może to być przemiana zbawienna, wzlot ku bytowi w przezwyciężeniu tragiczności. Może też nastąpić upadek: oglądanie może mieć charakter niewiążący i tylko estetyczny, rozpraszać człowieka, pozbawiać go powagi i podstawy.
AA) POJĘCIE ZBAWIENIA W OGÓLE
Rzucony na pastwę światu, wydany wszelkiej nędzy, niezdolny ujść grożącej mu zagładzie, człowiek pragnie ratunku — czy to będzie jakaś pomoc w świecie, czy zbawienie w wieczności, czy wyzwolenie z doraźnych kłopotów, czy też zbawienie od wszelkiej niedoli.
Ratunek niesie praktyczna aktywność każdego człowieka w jego sytuacji, dzięki pomocy towarzyszy. Nadto jednak od zamierzchłych czasów specjalnymi, sobie tylko dostępnymi środkami pomagają ludzie szczególnie się wyróżniający albo opętani: czarownicy, szamani, księża.
Wyraźna cezurą w dziejach ludzi (w ostatnim tysiącleciu przed Chrystusem) było uświadomienie sobie powszechności niedoli; mogą od niej zbawić tylko prorocy i mesjasze o uniwersalnych ambicjach, zwracający się do człowieka jako takiego, pragnący pomóc wszystkim. Niedola nie ogranicza się już do powszednich trosk istnienia, do choroby, starości, śmierci; staje się jednoznaczna z zasadniczym zepsuciem człowieka i świata (za sprawą niewiedzy, grzechu, chaosu). Mesjasze, naprawiacze świata i apostołowie pokoju nie udzielają już doraźnej, partykularnej pomocy w świecie, lecz pomagając — a nawet i nie pomagając — osiągają coś więcej: ukazują zbawienie w całości.
Zawiera się ono w obiektywnych zdarzeniach, oznajmianych człowiekowi w objawieniu, dzięki czemu może on poznać właściwą drogę w odniesieniu do całości i odnaleźć drogę własną. To, co wydarza się w świecie, można ujmować dwojako: ahistorycznie, w cyklicznych powrotach, lub jako niepowtarzalne dzieje, z wielkimi, rozstrzygającymi epizodami upadków i wzlotów, z kolejnymi etapami objawienia. W każdym przypadku mamy do czynienia z czymś powszechnym i ogarniającym, czy to z powszechnymi prawami, czy z powszechnym procesem dziejów. To Ogarniające, uświadomione przedmiotowo, pozwala rozpoznać i przezwyciężyć niedole. Pojedynczy człowiek uczestniczy w nim poprzez dyscyplinę i ascezę, dzięki procesom mistycznym w swej świadomości; wywyższa go łaska, odrodzenie jego istoty w metamorfozie.
Zbawienie jest zawsze czymś więcej niż tylko pomocą w konkretnym nieszczęściu. Dzięki podstawie wszechrzeczy doświadczamy nędzy i wyzwolenia z nędzy jako procesu metafizycznego.
BB) TRAGIZM I ZBAWIENIE
Naoczność tragiczna pozwala w ludzkiej niedoli dostrzec podstawę metafizyczną. Bez podstawy metafizycznej doznajemy jedynie nędzy, boleści, nieszczęść, niepowodzeń i niepomyślności; tragiczność ukazuje się dopiero wiedzy transcendującej.
Nie są tragediami dzieła przedstawiające okropności jako takie: porwania, morderstwa, intrygi, słowem wszelkie przerażające sensacje. Bohater tragedii tkwi niejako w wiedzy tragicznej, widz natomiast zostaje w nią wprowadzony. Rodzi się zatem pytanie o zbawienie od tragiczności, czyli o właściwy byt.
Inaczej pojmuje to pytanie bohater, znajdujący się rzeczywiście w sytuacji granicznej, a inaczej widz, doświadczający jej tylko potencjalnie. Widz uczestniczy naprawdę tylko w tym, z czym się utożsamia: doświadcza swych możliwości jak gdyby już były rzeczywiste, gdy wyrzeka się siebie na rzecz bycia człowiekiem — którym będąc, jednoczy się z innymi. Ja sam jestem w ludziach ukazanych w tragedii. Cierpienie mówi mi: to ty! „Litość!!, nie w sensie użalania się, lecz własnego uczestnictwa, czyni człowieka człowiekiem. Stąd atmosfera człowieczeństwa w wielkich tragediach. Ponieważ jednak widz jest faktycznie bezpieczny, łatwo może zatracić powagę przejętego człowieczeństwa, jego przeżycie łatwo może stać się niewiążące, tylko estetyczne, wyrodzić się w nieludzkie upodobanie w tym, co straszne i okrutne, w bezkrytyczną samoocenę moralną, w tanie oszustwo urojonego poczucia własnej wartości, jakie daje identyfikacja ze szlachetnymi bohaterami.
W bohaterze spełnia się wiedza tragiczna. Nie tylko cierpi on nędzę, ruinę, upadek, lecz także wie, że cierpi. Nie dość, że wie — jego dusza popada w skrajne rozdarcie. Tragedia ukazuje człowieka, przemienianego przez sytuacje graniczne. Bohater, jak Kasandra, wyczuwa tragiczną atmosferę; pytając odnosi się do sił kierujących biegiem rzeczy; walcząc uświadamia sobie potęgę, której podlega, lecz która nie jest wszystkim; poznaje i kwestionuje swą winę; pyta o prawdę; spełnia świadomie sens zwycięstwa i porażki.
Unaocznienie tragiczności wraz z transcendowaniem oznacza zarazem wyzwolenie. W wiedzy tragicznej dążenie do zbawienia nie jest już tylko dążeniem do ratunku z niedoli i nędzy, lecz do zbawienia — dzięki transcendowaniu — od tragicznej kondycji bytu. Zasadnicza różnica polega jednak na tym, czy zbawienie dokonuje się w tragiczności, czy też jest to zbawienie od tragiczności. Albo tragiczność trwa nadal, a człowiek ją znosi, przemienia się w niej i przez to się wyzwala. Albo też sam tragizm zostaje niejako zbawiony, przemija, staje się przeszłością; trzeba było przezeń przejść, teraz jednak jest już przeniknięty, zniesiony, zachowany w podstawie i sam przemieniony w podstawę autentycznego życia, które przestało być tragiczne. Czy to w tragiczności, czy wykraczając poza nią, po chwilach bezradności i zamętu człowiek osiąga zbawienie. Nie pogrąża się w ciemnościach i chaosie, lecz znajduje oparcie w pewności bytu i płynącej z niej satysfakcji. Nie jest to jednak satysfakcja jednoznaczna. Człowiek zdobył ją pod groźbą radykalnego zwątpienia. To zaś pozostaje jako zagrożenie i możliwość.
CC) ZBAWIENIE W TRAGICZNOŚCI
Oglądając tragedię widz doświadcza tego, co niesie mu zbawienie. To nie lama ciekawość, potrzeba destrukcji, pragnienie podniet i wzruszeń owłada nim w obliczu tragiczności, lecz poza tym wszystkim coś głębszego: przebieg jego wzruszeń, sterowany przez rosnącą w trakcie oglądania wiedzę, doprowadza go do zetknięcia z samym bytem, to zaś nadaje sens i motywację etosowi człowieka w rzeczywistym życiu. W takim unaocznieniu sobie tego, co powszechne, w całkowitym przejęciu się tragicznością, niewątpliwie dokonuje się wyzwolenie. Jednakże na pytanie, jak należy je interpretować, istnieje wiele odpowiedzi. Każda z nich wyraża coś ważnego, chociaż żadna, ani też wszystkie razem, nie wyczerpuje tej wypełniającej podstawowej naoczności, zawartej w wiedzy tragicznej.
a) W bohaterze tragicznym unaocznia się własna możliwość człowieka: wytrwać, cokolwiek by się działo.
Heroiczna wytrwałość aż do końca świadczy o godności i wielkości. Człowiek umie być mężny i niezłomnie odradzać się w przemianach, dopóki żyje. Umie się poświęcać.
Gdy znika wszelki sens, u kresu wszelkiej możliwej wiedzy, z głębi ludzkiej istoty dokonuje się samoutwierdzeniem bytu. Dokonuje się ono w cierpliwym znoszeniu — gdy milcząc poddaję się losowi, w męstwie życia, jak również w mężnym wyborze śmierci, gdy godnie istnieć nie sposób. Nie można obiektywnie stwierdzić, kiedy jedno albo drugie męstwo jest prawdziwe. Bezpośrednie, zmysłowe wrażenie może sugerować upór życia, które chce trwać za wszelką cenę; ale w tym uporze może kryć się posłuszeństwo, nakazujące wytrwać na swoim miejscu po prostu, niewątpliwie i bez pytań. Z drugiej strony bezpośrednia zmysłowość może sugerować strach i ucieczkę z życia; w istocie może to być męstwo kogoś, kto wybiera śmierć, gdy przymusza się go do życia bez godności — którego czepia się strach przed śmiercią.
Czym wszakże jest męstwo? Nie samą witalnością jako taką, nie energią czystego uporu, lecz wolnością od skrępowania istnieniem, umiejętnością umierania, dzięki której duszy znoszącej cierpienie objawia się byt. Męstwo jest czymś wspólnym wszystkim autentycznym ludziom, jakkolwiek różne są treści ich wiary. Jest czymś źródłowym, co w bohaterze tragicznym — ginącym w wolności, poświęcającym się z wolnej woli — unaocznia mi możliwość mego własnego życia.
W obliczu tragedii widz antycypuje, umożliwia i umacnia to, czym sam może być i co rozjaśnił sobie w wiedzy tragicznej.
b) W zagładzie tego, co skończone, człowiek ogląda rzeczywistość i prawdę nieskończonego. Sam byt jest Ogarniającym wszelkie Ogarniające i wszelkie jednostkowe postacie ponoszą wobec niego klęskę. Im wspanialszy bohater i idea, którą żyje, tym tragiczniejsza akcja i tym głębsze objawienie bytu.
Tragiczność nie wartościuje moralnie sprawiedliwego upadku winowajcy, który nie po winien był zawinić. Wina i pokuta to relacja zbyt zawężona, grzęznąca w moralizatorstwie. Dopiero gdy z substancji moralnej człowieka wyodrębnią się kolidujące ze sobą siły, człowiek zyskuje heroiczną wielkość, jego wina staje się niezawinioną, charakterystyczną koniecznością, jego upadek — odrodzeniem, które znosi i zachowuje w :sobie to, co się wydarzyło. Skoro wszelka skończoność jest osądzona w obliczu absolutu, również przypadkowa i bezsensowna zagłada otrzymuje sankcję konieczności. Objawia się w niej bowiem byt całości, której jednostka — właśnie dlatego, że jest wielka — ofiarowuje siebie. Sam bohater tragiczny, w więzi z bytem, zmierza do upadku.
Zwłaszcza Hegel uczynił z tej interpretacji najistotniejszą treść tragedii, upraszczając przez to jej sens, co grozi odarciem tragedii z właściwej tragiczności. Linia, którą dostrzega Hegel, rzeczywiście istnieje, ma jednak wartość tylko w biegunowej współzależności z nieprzejednanym samoutwierdzeniem. Inaczej prowadzi do harmonizującej trywialności i przedwczesnego zadowolenia.
Oglądanie tragedii sprawia, że w wiedzy tragicznej narasta dionizyjskie poczucie życia, rozumiane tak, jak interpretował je Nietzsche. W nieszczęściu widz dostrzega triumf bytu trwającego wiecznie we wszelkim zniszczeniu, uprzytamniającego sobie swą potęgę w rozrzutności i destrukcji, ryzyku i upadku.
Według Arystotelesa naoczność tragiczna wywołuje katharsis, oczyszczenie duszy. Litość nad bohaterem i trwoga o siebie samego ogarniają widza, który przeżywając te afekty, zarazem zostaje od nich wyzwolony.Wstrząs jakby go podnosi. Wolność psychiki wynika ze swoiście uładzonych afektów.
Wszystkim interpretacjom wspólne jest jedno: w obliczu tragiczności widz doświadcza objawiania się bytu w kiesce. W tragiczności dokonuje się transcendowanie poprzez nędze i strach ku podstawie wszechrzeczy.
DD) ZBAWIENIE OD TRAGICZNOŚCI
Dzieło wyraża zbawienie od tragiczności, jeśli tym, co nadaje mu wartość, jest jej przezwyciężenie w wiedzy o takim bycie, wobec którego tragiczność jest albo pojednana podstawą, albo zjawiskowa powierzchnią.
a) Tragedia grecka. W Eumenidach Ajschylosa tragiczne wydarzenia to przeszłość, z której po przejednaniu bogów i demonów, wraz z ustanowieniem areopagu i kultu Eumenid wykształca się ludzki porządek polis. Po tragicznej epoce herosów nastają czasy prawa i porządku, pełnego wiary zaangażowania w polis poprzez służbę bogom. Co w mrokach nocy było tragizmem, staje się podstawą życia w jasności.
Eumenidy to ostatnie, a zarazem jedyne zachowane ogniwo trylogii. Wszystkie inne zachowane dramaty Ajschylosa to ogniwa pośrednie, dlatego brak im rozwiązania, które następowało prawdopodobnie w ostatnim dramacie. Także Prometeusz jest drugą częścią trylogii, której zakończenie znosiło zapewne pochodzący od bogów tragizm w boskim porządku. Wiara Greków, doprowadzona do najjaśniejszej pełni przez Ajschylosa, wciąż jeszcze panuje u niego nad tragicznością.
Na gruncie wiary pozostaje też Sofokles. Jego Edyp w Kolonie kończy się, podobnie jak dramat Ajschylosa, aktem pojednania. Zawsze zachodzi sensowna zależność miedzy człowiekiem i Bogiem, miedzy czynami człowieka i boskimi potęgami. Jeśli bohater tragiczny, nie pojmując tej zależności, działa nieświadom swej winy (jak Antygona) lub z jej zabójczą świadomością (Edyp) — a to właśnie jest tematem tragedii — to przecież byt boskości, nie jako przedmiot wiedzy, lecz wiary, doprowadza go do poddania się woli boskiej, do ofiary ze swej woli l istnienia. Oskarżenie, chwilami głośne i nieodparte, ostatecznie zanika w skardze.
Eurypides to kres zbawienia od tragiczności. Następuje rozkład sensu. Konflikty natury psychicznej, przypadkowe zbiegi sytuacji, interwencje bogów (deus ex machina) pozostawiają nagą tragiczność. Jednostka zdana jest tylko na siebie. Pojawia się rozpacz, rozpaczliwe pytanie o sens i cel, o istotę bogów, na pierwszy plan wysuwa się nie sama skarga, lecz oskarżenie. Chwilowy spokój zdaje się dawać modlitwa, a także boskość rozumu, szybko go jednak burzą nowe wątpliwości. Nie ma już zbawienia. Miejsce bogów zajmuje Tyche. Objawiają się budząc grozę granice człowieka i jego zagubienie.
b) Tragedia chrześcijańska. Wierzący chrześcijanin nie uznaje właściwego tragizmu. Skoro zbawienie już się dokonało i dokonuje się stale za sprawą łaski, to zgodnie z taką nietragiczną wiarą wszelka nędza i nieszczęścia w świecie, spotęgowane w jego pesymistycznej wizji, stają się dla człowieka próbą, dzięki której dusza osiąga wieczne zbawienie. Istnienie w świecie to proces kierowany przez opatrzność. Wszystko jest tylko drogą i przejściem, nie ostatecznym bytem.
Wprawdzie wszelki tragizm uchwycony w transcendowaniu jako taki jest przejrzysty: także wytrwałość i umiejętność umierania w nicości „zbawia", jest to jednak zbawienie w tragiczności i przez nią. Również wytrwanie i samoutwierdzenie w klęsce byłyby bezsensowne, gdyby nie istniało nic prócz czystej immanencji. Jednakże w samoutwierdzeniu nie przezwycięża immanencji jakiś inny świat, lecz samo tylko transcendowanie jako takie, wiedza o granicy i wiedza pochodząca z granicy. Dopiero wiara, która zna byt inny niż tylko immanentny, zbawia od tragiczności. Tak dzieje się u Dantego i Calderona. Wiedza, sytuacje i bohaterstwo tragiczne, wszystko to ulega radykalnej przemianie, dzięki temu bowiem, że zostało przedstawione, włącza się w sens opatrzności; dostępuje łaski, która zbawia od straszliwej marności i autodestrukcji świata.
c) Tragedia filozoficzna. Zbawienie od tragiczności dzięki zasadniczej postawie filozoficznej nie może pozostawać w obrębie tego, co tragiczne. Nie wystarcza, że człowiek jest wytrwały i milczy. Nie wystarcza też, że jest gotów przyjąć Inne, lecz czyni to tylko symbolicznie, w rojeniach swej fantazji. Przezwyciężanie tragiczności winno raczej dokonywać się w urzeczywistnieniu, możliwym tylko na gruncie wiedzy tragicznej, lecz nie pozostającym w jej obrębie. Urzeczywistnienie to zostało przedstawione raz tylko, w dziele, które właśnie dlatego jest dziełem jedynym: w Nalanie mędrcu, tym najgłębszym obok Fausta dramacie niemieckim. (Goethe, o ileż bogatszy, o ileż swobodniej władający naocznością, nie potrafi obejść się bez przemocy symboli chrześcijańskich; natomiast lakoniczny Lessing poprzestaje na wolnym od złudzeń człowieczeństwie jako takim, i tylko czytelnik nie dopełniający sobą tego, co poeta wyraził tak jasno, może zarzucić mu ubóstwo, brak obrazowości i formy.)
Swój — jak sam go nazywa — „poemat dramatyczny" pisał Lessing w najgłębszej rozpaczy, po śmierci żony i syna, udręczony sporami z niecnym pastorem Goeze. Odrzucając sugestię, że w chwilach rozpaczy chciałoby się zapomnieć rzeczywisty świat, stwierdza: „Bynajmniej: świat, jakim go sobie wyobrażam, jest światem naturalnym i nie jest zapewne winą samej tylko Opatrzności, że nie jest w równym stopniu rzeczywisty." Taki właśnie naturalny świat, który dotąd nie-zapanował, lecz przecież nie jest nierzeczywisty, pokazuje Lessing w Nalanie.
Natan mędrzec nie jest tragedią. Gdy Natan pojawia się po raz pierwszy na początku dramatu, jego tragizm należy już do przeszłości. Ma za sobą swój hiobowy los i śmierć Assada. Z tragedii i wiedzy tragicznej wykształca się — zrazu tylko u Natana — to, co to dzieło przedstawia. Tragedii nie przezwycięża ani jak u Ajschylosa mityczna naoczność świata kierowanego przez Zeusa, Dike i bogów, ani jak u Calderona określona, chrześcijańska wiara, w której wszystko znajduje rozwiązanie, ani wreszcie jak w dramatach indyjskich niekwestionowany porządek bytu — lecz idea autentycznego człowieczeństwa. Idea ta występuje jako coś, co się dopiero staje, nie jako dany określony byt. Nie pojawia się w naoczności spełnionego świata, lecz w ogarniającym dążeniu, wypływającym z działania wewnętrznego i urzeczywistnianym w komunikacji między tymi ludźmi.
Dojrzałość rozumnej duszy Natana, zdobyta w najstraszliwszym cierpieniu, zdaje się łączyć ludzi jak rozproszoną rodzinę, której członkowie nie znali się nawzajem, ale teraz się rozpoznają (w dramacie zostało to przedstawione symbolicznie jako odnalezienie się prawdziwych krewnych). Natan osiąga to bez celowego planu i całościowej wiedzy, krok za krokiem, kierując się zawsze umiłowaniem człowieka, każdorazowo opierając się na tym, czego w danej sytuacji dowiaduje się i domyśla. Drogi człowieka nie są bowiem racjonalnie celowe, prowadzi go siła serca, której służy najmędrszy rozum.
Dramat ukazuje zatem rozwiązanie wszelkich zawikłań. Akty nieufności, podejrzenia, wrogości doprowadza do rozwiązania objawiająca się istota tych ludzi. To, co dzieje się w przestrzeni rozumu, inspirowane miłością, okazuje się zbawienne. Wolność rodzi wolność. Z głębi dusz dochodzi do spotkań w medium mądrej powściągliwości i nagłego, niedwuznacznego zrozumienia, ostrożnego planowania i wybuchów spontaniczności. Wyrasta z tych spotkań niezachwiana solidarność, gdy tymczasem wykluczeni z ludzkiej rodziny nikczemnicy niepostrzeżenie słabną.
Ale ludzie ci nie egzemplifikują jedynego, jedynie słusznego bycia człowiekiem, lecz są osobnymi, źródłowo określonymi istotami, zindywidualizowanymi postaciami, które spotykają się nie na gruncie wspólnego charakteru (trudno o charaktery bardziej zróżnicowane niż Derwisz, Braciszek zakonny, Templariusz, Recha, Saladyn i Natan), lecz na gruncie wspólnego ukierunkowania ku prawdzie. Wszyscy oni popadają w osobliwie do nich pasujące perypetie, które ich od siebie odróżniają; wszyscy potrafią rozwiązać te zawikłania, przezwyciężyć charakter swej określoności nic zacierając go zupełnie; wszystkich bowiem łączy najgłębsza podstawa, w której mają wspólne korzenie. Są jednostkowymi postaciami możliwej i urzeczywistnionej wolności.
W dziele tym „rozum" wciela się w osoby ludzkie. Z atmosfery poematu bardziej jeszcze niż z poszczególnych działań i kwestii, wzruszeń i prawd przemawia do nas duch całości. Nie należy zbytnio trzymać się tworzywa. Romantyczne usytuowanie w Ziemi Świętej podczas wojen krzyżowych, gdy wszyscy — zarówno ludzie, jak narody — stykali się ze sobą, wzajemnie na siebie wpływając, idea niemieckiego oświecenia, pogardzany Żyd w roli głównej — wszystko to nie jest istotne, lecz stanowi materiał historyczny, naoczność niezbędną do przedstawienia tego, co w zasadzie wymyka się poezji. Wydaje się, że Lessing chce niemożliwości i prawie ją osiąga. Zarzuty, że mamy tu do czynienia z niepoetyczną abstrakcją, z oświeceniowymi ideami i tendencjami, dotyczą odosobnionych elementów tworzywa. To, co pozornie najprostsze, jest zarazem najtrudniej zrozumiałe, wprawdzie nie dla intelektu i oka, lecz dla duszy; musi ona, dzięki własnej głębi, wyjść naprzeciw tej filozofii, by odczuć jej niezgłębiony smutek i spokojną, swobodną pogodę, słowem — by odczuć, czym jest nasz niezrównany Lessing.
,,Tam,, gdzie możliwe jest pojednanie, znika tragiczność” (Goethe). Jeśli pomyśleć to pojednanie jako proces świata i transcendencji, w którym wszystko samoczynnie osiąga harmonię, byłaby to iluzja prowadząca do zatraty, a nie przezwyciężenia tragiczności. Jeśli jednak pojednanie jest komunikacją, spełnianą przez ludzi w miłującej walce, a także wynikłą stąd więzią międzyludzką, wówczas nie jest iluzją, lecz egzystencjalnym zadaniem człowieka przezwyciężającego tragiczność. Tylko na tej podstawie pojmujemy metafizyczne przezwyciężenie tragiczności nie łudząc samych siebie.
EE) PRZEMIANA TRAGICZNOŚCI W NIEWIĄŻĄCE PRZEŻYCIE ESTETYCZNE
Tragedia grecka wystawiana podczas świąt Dionizosa była aktem kultu. Z kultem było również związane średniowieczne widowisko misteryjne, do którego nawiązał Calderon, nadając swym tragediom charakter misterium. Natomiast w Anglii za czasów Szekspira tragedia służyła samopoznaniu pełnego sił świata. W momentach szczytowych dokonywało się niewątpliwie wyzwolenie wewnętrzne, będące immanentną w świecie analogią aktu kultowego dzięki wzlotowi doznawanemu, przez człowieka. Wielcy poeci byli wychowawcami swych ludów, prorokami swego etosu. Ich słuchacze nie tylko ulegali przejęciu, lecz także przemianie, stając się sobą.
Szybko jednak dzieło i postawa widzów zniżają się do poziomu czystego widowiska. Stają się niewiążące. Źródłowa powaga była swoistym „zbawieniem" w wiedzy tragicznej, coś działo się w człowieku oglądającym dramat. Na poziomie ogólnoludzkiej rozrywki niepoważna przyjemność płynie z doznawanych podniet.
Ważne, bym nie tylko oglądał, doznając przyjemności „estetycznej", lecz uczestniczył, jako ja sam, spełniał przedstawiającą mi się wiedzę jako coś, co mnie samego dotyczy. Istotna treść ulega zatraceniu, jeśli sądząc, że sam jestem bezpieczny, tylko się przyglądam: jakbym miał do czynienia z czymś obcym albo z czymś, co wprawdzie mogło mi się przydarzyć, lecz czego ostatecznie uniknąłem. Patrzę na świat z bezpiecznej przystani, nie bacząc na to, że ja i mój los w świecie to niepewny okręt szukający celu. Przypatruję się światu we wzniosie tragicznych interpretacjach: jest urządzony tak, że to, co wielkie, musi w nim zginąć; taka kolej rzeczy ma sprawiać przyjemność widzom, których nie dotyczy.
Następstwem jest paraliż egzystencjalnej aktywności. Nieszczęście obecne w świecie nie budzi, lecz każe przyjmować swoistą postawę wewnętrzną: cóż, tak już jest; skoro tak jest, nic na to nie poradzę, powinienem się cieszyć, że mnie to nie dotyczy. Pragnę jednak patrzeć na nieszczęście z daleka: niech wydarza się gdzie indziej, bylebym tylko ja miał spokój. Jako widz podniecam się sensacją, doznaję budujących, rzekomo wzniosłych uczuć, opowiadam się za którąś ze stron, odczuwam przerażenie; w rzeczywistości zachowuję dystans.
Przemiana wiedzy tragicznej w przejaw estetycznego wykształcenia dokonywała się już w późnej starożytności (przy odtwarzaniu dawnych dramatów), a następnie w czasach nowszych. Nie tylko widzowie, również twórcy wyzbywają się źródłowej powagi. Nowe tragedie dziewiętnastowieczne to na ogół logicznie skonstruowane, wirtuozerskie popisy trzymającego w napięciu patosu. Niegdyś zbawienie w tragiczności polegało na wyzwalającym spojrzeniu poprzez tragiczność ku nie wyrażonej i niewyrażalnej podstawie; teraz oznacza rozpoznawanie filozoficznych teorii tragiczności w przebraniu postaci dramatu. Panuje tu nierzeczywistość odmalowana z przepychem estetycznej inscenizacji. Wskutek niezgodności między człowiekiem i dziełem twory tego wtórnego świata wykształcenia są zazwyczaj anemiczne; gwałtowność uczuć, dramatyczność wydarzeń, zręczność efektów scenicznych nie mogą zastąpić tego, co przemawia z bezkresnej głębi dramatów greckich i Szekspira. Pozostaje to, co pomyślane, sentymentalne i patetyczne, ewentualnie to, co rzeczywiście poznane, lecz nie przekute w formę. Zastąpienie powagi egzystencji powagą wykształcenia sprawia, że dzieła takich twórców, jak Hebbel czy Grillparzer (by wymienić najlepszych), gdy spytać o ich prawdę, dźwięczą pustką.
D) PODSTAWOWE INTERPRETACJE TRAGICZNOŚCI
Bohaterowie tragedii w swych sytuacjach granicznych Spełniają tragiczną rzeczywistość. Ją właśnie przedstawia dzieło. Bohaterowie wyrażają tę rzeczywistość w twierdzeniach o tragiczności bytu w ogóle. Wiedza tragiczna staje się jedną z podstawowych cech tragicznej rzeczywistości. Jednakże systematyczne rozwinięcie tragicznej interpretacji świata (metafizyki tragicznej) to operacja myślowa podejmowana dopiero w spekulatywnym ujęciu takiego dzieła, a za jego pośrednictwem świata. Chodzi o zrozumienie wszelkiej tragiczności na podstawie jednej zasady i wywiedzenie jej odmian.
Z metodycznego uporządkowania objaśnień zawartych w samej poezji tragicznej wynikają podstawowe interpretacje tragiczności. Mają one charakter mityczny bądź pojęciowo-filozoficzny. Uobecnijmy sobie systematycznie to, co dotąd pojawiało się sporadycznie.
AA) INTERPRETACJA MITYCZNA
Interpretacja mityczna to myślenie obrazami, które jednak są czymś rzeczywistym. Panuje ona w tragedii greckiej. Przedstawianie tragizmu na tle wiedzy o bogach i demonach jako rozstrzygających potęgach ma sens tylko w ramach wiary w takich bogów. Dlatego tragedia grecka jest dla nas tak odległa. Nie składamy ofiar jej bogom, nie wierzymy w jej demony. Możemy wszakże zrozumieć oddziałujące w nich treści. W niezrównany sposób fascynuje nas powaga myśli, pytań i odpowiedzi wyrażonych w tych postaciach. Szekspir jest nam bliski dzięki atmosferze zbliżonej do naszej własnej, pozwalającej mu przemawiać ze sceny świeckiej za pośrednictwem szyfrów, a nie zsubstancjalizowanych treści wiary. U Szekspira nie ma Eumenid, Mojry, Apollina i Zeusa, są za to wiedźmy, duchy, czary, nie ma Prometeusza, jest za to Prospero i Ariel, ram przedstawienia nie tworzy kult, lecz wzniosły zamysł pokazania światu zwierciadła, dania świadectwa rzeczywistości, uczynienia odczuwalnym tego, co stanowi tło: sensu, porządku, prawa, prawdy i boskości. Dlatego interpretacja mityczna nie stosuje się do tragedii Szekspira.
Interpretacja mityczna odnosi się przede wszystkim do tego, co steruje rzeczami.
Planujący człowiek, który sam chciałby być sternikiem rzeczy, musi stwierdzić, że on sam i jego planowanie podlega czemuś innemu, większemu. Jego niewiedza jest otwartością wiedzy tragicznej na to, co nieprzejrzane: tragicznym rozwojem wypadków kieruje jakaś nieubłagana siła.
Siłę tę wiedza tragiczna pojmuje jako „los". Ale ów los, ujęty mitycznie, przybiera bardzo różne postacie. Może to być bezosobowo-anonimowa klątwa — następstwo zbrodni, płodząca nowe zbrodnie i przechodząca z pokolenia na pokolenie (przeklęte rody u Ajschylosa i Sofoklesa). Jej wykonawcami są istoty o naturze demonów (na przykład Erynie), bogowie wiedzą o niej z góry i przepowiadają w wyroczniach, ich interwencje sprzyjają bądź przeszkadzają jej spełnieniu. Wcale nie zawsze winien jest człowiek, przeciwnie, w większości przypadków bohater może powiedzieć:
„Bom zniósł ja raczej niźli spełnił czyny, [...]
Lecz bogi wiedzą, nie z mojej to winy,
Nie mojej woli to dzieło. [...]
Dla prawa — czysty, bezwiednie spełniłem." [EwK, s.
461, 474, 476]
Pozostaje tylko powściągliwość:
„[...] nic nie uchroni
Tego, co winnym, od niebios wyroku." [EwK, s. 462]
Prócz klątwy jest też obietnica, równie niezawodna jak tamta nieubłagana. (Dana Edypowi obietnica szczęśliwej śmierci spełnia się w świętym gaju Eumenid.)
To, co bezosobowo-anonimowe, wyraża zwłaszcza Mojra, rządząca nawet bogami, którzy muszą jej ulec albo się z nią utożsamić, jak najwyższy bóg, Zeus (u Ajschylosa).
Jest jeszcze Tyche, przypadek rządzący bezsensownie i samowolnie, bez odniesienia do bogów (u Eurypidesa). Z czasem sam staje się bóstwem lub demonem jako Tyche (w epoce hellenistycznej) i Fortuna.
Kieruje też opatrzność, nieprzenikniona wola Boga, mająca na celu zbawienie duszy (u Calderona).
W kierowaniu zawsze pośredniczą działania samego człowieka, wywołując skutki, o których człowiek nie myślał i których nie chce.
Świat w oglądzie mitycznym to pole działania sił boskich i demonicznych. Splatają się one w anonimowych oddziaływaniach, przejawiających się w ludziach, zdarzeniach i czynach. Człowiek pojmuje te przejawy wnikając w ich źródło, gdzie dostrzega bogów i demony.
BB) INTERPRETACJE FILOZOFICZNE
Zamiast w obrazach, myśl chce uchwycić w pojęciach, czym właściwie jest tragiczność. Podejmuje się próby uniwersalnych interpretacji:
Przypisuje się tragizm bytowi jako takiemu. Wszelki byt istnieje w negatywności (w dialektyce wszelkiego istnienia), która wprawia go w ruch i czyni tragicznym. Bóg jako źródło jest tragiczny; Bóg cierpiący stanowi podstawę bytu. „Pantragiczność" to metafizyka powszechnego tragizmu. Tragizm świata wynika z tragizmu podstawy. Byt jest kruchy.
Orzekanie o podstawie bytu, że jest tragiczna, wydaje nam się absurdem. Miast autentycznie transcendować, w takiej pozornej, ograniczającej wiedzy absolutyzuje się coś, co jest cechą świata: tragizm przysługuje zjawiskom. Dzięki tragizmowi prześwieca przez nie byt, w tragizmie wyraża się Inne, już nie tragiczne.
Przypisuje się tragizm światu, utożsamia się go z powszechną negatywnością zjawisk: ze skończonością wszelkich rzeczy, z ich rozszczepieniem, z walką wszelkiego istnienia przeciw innemu istnieniu o przetrwanie i dominację, z przypadkowością. Tragiczne byłoby więc wszystko, co dzieje się w świecie, uniwersalne niszczenie wszystkiego, co powstaje.
W ten sposób niweluje się tragiczność nie tylko do wszelkiego zła, nędzy i cierpienia, którego przesłanką jest zawsze wewnętrzne doświadczenie żywej istoty, lecz do negatywności w ogóle. Jednak o autentycznym tragizmie można mówić tylko u człowieka.
Tragizm człowieka rozpatruje się na dwóch poziomach:
Wszelkie ludzkie życie, działanie, dokonanie, powodzenie ostatecznie ponosi klęskę. Można wprawdzie maskować śmierć, cierpienie, chorobę, przemijanie, lecz
w końcu-to one są wszechogarniającą ostatecznością. Życie bowiem jak każde istnienie jest czymś skończonym, przebiega w różnorodności tego, co się wzajemnie
wyklucza i zwalcza. Ulega zniszczeniu. Już w samej wiedzy o tym zawiera się tragizm: z ogarniającej podstawy istnienia wynikają wszelkie szczegółowe postacie destrukcji i drogi cierpienia, z zagładą włącznie.
Głębszy, właściwy tragizm pojawia się dopiero wówczas, gdy wiedza tragiczna ujmuje pierwiastek zniszczenia, zawarty w samej prawdzie i dobru i nieuchronnie wychodzący na jaw.
Rozszczepienie dotyczy również prawdy, która jest wieloraka. Prawda przeciwstawiacie prawdzie, musi na mocy swej słuszności walczyć nie tylko z tym, co niesłuszne, lecz również z inną słusznością, płynącą z innej prawdy. Tragizm pojawia się tam, gdzie zachodzi nieprzezwyciężalna sprzeczność. Czy wyraża się to mitycznie w służbie wielu bogom, przy czym kult jednego uchybia innemu albo ich kulty wykluczają się nawzajem; czy też owa sprzeczność uobecnia się bez uniwersalnej, poglądowej interpretacji jako walka egzystencji z inną egzystencją — wspólną podstawą jest jedno: ze zróżnicowania ludzkiego istnienia, ducha, egzystencji wynika nie tylko solidarna wspólnota, lecz również wykluczanie się w walce. To, co moralnie konieczne, obciążone jest winą, niszczy bowiem inną moralną konieczność.
Widać stąd różnice pozwalające wyodrębnić właściwą tragiczność. Powszechna klęska jest podstawowym rysem wszelkiego bez wyjątku istnienia; obejmuje przypadkowe nieszczęścia, winę, której unikać można do czasu, nędzę bezustannego cierpienia. Prawdziwie tragiczna jest dopiero taka klęska, która nie spada przedwcześnie, udaremniając możliwy rozwój i powodzenie, lecz która wynika właśnie z powodzenia. Nie jest jeszcze tragiczna wiedza o tym, że istnienie wydane jest na pastwę powszechnej nieokreśloności, lecz dopiero o tym, że wszelkiemu dobru i prawdzie wrodzone są pierwiastki ostatecznego zniszczenia: w ostatnich, najgłębszych pewnikach domniemanego powodzenia i trwania otwiera się otchłań.
Dlatego wiedzy tragicznej nie daje bynajmniej skłonność do klęsk i cierpienia, lecz dopiero wzięcie na siebie grożącej, a potem nieuniknionej winy, zniszczenia zawartego w spełnianiu prawdziwych czynów, w urzeczywistnianiu.
Pojmuje tragiczność nie myślenie alternatywne — „powodzenie albo klęska" — lecz wnikające, które u szczytu powodzenia dostrzega właściwą klęskę. Istnieje też klęska nieprawdziwa, czyli niepowodzenie, a także przypadkowe nieszczęście, które wcale nie było konieczne.
CC) GRANICE INTERPRETACJI
Jako wiedza tragiczna spełniają się źródłowe unaocznienia bytu. Ale żadna z interpretacji tragiczności nie zadowala. Interpretacja mityczna sama jest rodzajem tragicznej naoczności — takiej, jaka panuje tylko w tragedii greckiej. Sprowadzanie zaś tragicznych naoczności do jakiegoś pojęciowego wspólnego mianownika to absurd. Jako naoczności są one zawsze czymś więcej i czymś mniej niż może wyrazić pojęcie. Określone interpretacje sensu pewnych linii wiedzy tragicznej — przedmiotów tragicznych w poezji — nie ogarniają całości. Objaśnienia zgłaszające pretensje do uniwersalnej interpretacji tragiczności albo ją zawężają, albo dotyczą czegoś zgoła innego.
Trzeba odróżnić po pierwsze tragiczną rzeczywistość, po drugie wiedzę tragiczną uświadamiającą sobie tę rzeczywistość, po trzecie filozofię tragiczności. Tragiczna rzeczywistość oddziałuje dopiero dzięki wiedzy tragicznej, która przemienia człowieka. Natomiast filozofia tragiczności — jej interpretacja — albo prowadzi do wypaczenia wiedzy tragicznej (1), albo zachowuje otwartość samoistnej źródłowej naoczności (2).
1. Wypaczenie wiedzy tragicznej w tragiczny światopogląd.
Każda próba wyłącznej dedukcji tragiczności jako dominującej cechy bytu jest wypaczeniem filozofii. Można jej zarzucić to samo co wszelkiego typu metafizyce, dedukującej byt i świat, wypowiadającej się o tym, czym byt lub Bóg jest naprawdę: że absolutyzuje, a zarazem ogranicza to, o czym mówi. Również głębokie dualizmy, wyodrębniane w podstawie bytu jako źródło tragiczności (na przykład to w Bogu, co nie jest samym Bogiem), są tylko względnie ważnymi szyframi myślenia filozoficznego, a nie czymś, z czego można wywieść wiedzę. Sama wiedza tragiczna jest wiedzą otwartą, nie wiedzącą. Kostniejąc w różnego typu pantragizmie ulega wypaczeniu.
Zawężenie i wypaczenie filozofii tragicznej można prześledzić na przykład u Hebbla. Jego systematyczna interpretacja staje się absurdalna, w dodatku monotonna i fanatyczna. Efektem jest twórczość wywiedziona ze spekulatywnej konstrukcji, a tym samym zatrata autentycznej głębi duszy — z jednej strony w czystej psychologii, z drugiej w spekulatywnej wzniosłości. Tam, gdzie w grę wchodzi intelekt, stać Hebbla na przebłyski trafnych spostrzeżeń i aspektów. Lecz jego tragiczna świadomość jest świadomością nędzy, przystrojoną w szaty filozofii.
Jako pojęcie estetyczne tragiczność upodobniła się do wypaczającej ją filozofii. Mówi się w estetyce o tragiczności jako zasadzie świata (Bahnsen) lub o tragicznym odczuwaniu życia (Unamuno).
a) Najsubtelniejszym wypaczeniem światopoglądu tragicznego jest absolutyzacja właściwej tragiczności jako wartości i istoty bycia człowiekiem.
Tragiczność różni się od nieszczęścia, cierpienia, upadku, od choroby i śmierci, od zła. Wyodrębnia ją charakter wiedzy (która jest zasadnicza, nie sporadyczna; kwestionuje, zamiast pokornie przyjmować; oskarża, zamiast się skarżyć), a także ścisły związek między prawdą i zniszczeniem; tragizm rośnie wraz z rangą potęg i pogłębianiem się konieczności. Nieszczęście staje się tragiczne ze względu na kontekst, w którym się wydarza, do którego się odnosi, ze względu na świadomość i wiedzę tych, którzy cierpią i kochają, za sprawą interpretacji nadającej sens wiedzy tragicznej. Samo w sobie nie jest czymś tragicznym, lecz ciążącym na wszystkim brzemieniem. Wiedza tragiczna wnika w nieszczęście i przedziera się przez nie, nie może go jednak przezwyciężyć — pozostaje to, co ominęła, o czym zapomniała, czego nie objaśniła. Wiedza ta zwodzi na manowce wyidealizowanej wzniosłości, choć wolna od złudzeń i rzetelna, potrafi też maskować.
Tragiczność staje się przywilejem elity — pozostałym ludziom ma wystarczyć, że zniszczy ich bezduszna katastrofa. Jest istotną cechą nie człowieka, lecz arystokratów ludzkości. Taki światopogląd jako postawa uprzywilejowanych prowadzi do arogancji i nieczułości, pociesza spotęgowanym poczuciem własnej wartości.
Wiedza tragiczna ma zatem granicę: nie dokonuje totalnej interpretacji świata. Nie potrafi, interpretując, zapanować nad powszechnym cierpieniem. Nie ogarnia w całości tego, co w bycie człowieka straszne i nierozwiązalne. Świadczy o tym fakt, że takie realia istnienia, jak choroba, śmierć, przypadek, nędza i złość, mogą wprawdzie posłużyć za środki przejawiania się tragiczności, ale nie są nimi jako takie, ponieważ nie są tragiczne.
Światopogląd tragiczny żyje we wzniosłości, wynosząc ponad realność — dzięki spełnieniu, które niejako szczęśliwym trafem wieńczy udaną klęskę. Oznacza to jednak, że taki światopogląd zawęża naszą świadomość. Jeśli bowiem zbawia ludzi, to tylko maskując przepastną grozę realności. Tymczasem woła o pomoc rozpaczliwe i bezsensowne, rozdzierające serce, bezwolne i bezradne nieszczęście. Ślepa wzniosłość odsuwa na bok realność tej nędzy bez wielkości jako coś niegodnego uwagi. Człowiek zaś pragnie zbawienia od swej przerażającej realności, pozbawionej tragicznego wzlotu.
Nieczułej ślepocie odpowiada estetyczne rozwodnienie w obiegowych frazesach, które ujmując tragiczność, zarazem ją wypaczają, ponieważ fałszują i oddalają realność, nazbyt łatwo uwalniając od widoku rzeczywistej nędzy tego świata. W tragiczności ma się zatem wyrażać bezwartościowość życia jako takiego, skończonego, indywidualnego istnienia; upadek tego, co wielkie, ma określać charakter wielkości; człowiek niezwykły ma być skazany w świecie na zniszczenie i zagładę. Takie wyblakłe i ogólne formuły, nieokreślone, lecz sugestywne, tworzą fałszywe pozory i pozwalają kłamać niejako ponad faktyczną ułomnością — taką, jaka jest naprawdę.
b) We wszystkich tragicznych światopoglądach ginie biegunowość wiedzy tragicznej. W źródłowej naoczności tragiczność współdziała z wyzwoleniem od tragiczności. Pozbawienie jej drugiego bieguna, wyodrębnienie jako tylko tragiczności otwiera otchłań, jakiej nie ma u podstaw żadnej z wielkich tragedii.
To, co tylko tragiczne, może służyć maskowaniu nicości, gdy niewiara chce nadać sobie formę. Za pomocą tragicznej wielkości pycha nihilisty wznosi się do patosu samoświadomości heroicznej. Tam, gdzie zagubiono powagę, gwałtowna podnieta tragiczności umożliwia przeżywanie powagi pozornej. Tacy ludzie zwykli powoływać się na Germanów, sagi i tragedię grecką. To jednak, w co tam wierzono, co było rzeczywistością, tu staje się maskującą nicość namiastką, w którą nikt nie wierzy. Używa się stosownych frazesów, by heroizować własne istnienie i jego nieheroiczny zanik lub też by żyjąc bezpiecznie i wygodnie, tworzyć z heroicznych emocji tani pozór własnej wartości.
W tak wypaczonym światopoglądzie tragicznym wyładowują się najciemniejsze pobudki: czerpie się rozkosz z bezsensu, z dręczenia i znoszenia udręczeń, ze zniszczenia jako takiego, odczuwa wściekłość na świat, ludzi oraz własne pogardzane istnienie.
2. Istota wiedzy tragicznej.
Zamiast systematyzować wiedzę tragiczną spekulatywnie dedukując, zamiast pozbawiać ją biegunowości i absolutyzować jako tragiczny światopogląd, należy raczej interpretować ją tak, by zachowała swój charakter źródłowej naoczności.
Źródłowa naoczność tragiczna to pytanie i myślenie postaciami; nadto w wiedzy tragicznej zawarte jest przezwyciężenie tragiczności, ale nie za sprawą doktryny i objawienia, lecz dzięki porządkowi, prawu, umiłowaniu człowieka; dzięki zaufaniu; otwartości; pytaniu jako takiemu, bez odpowiedzi.
Wiedza tragiczna potęguje się w sprzecznościach, których nie rozwiązuje, lecz i nie utrwala jako nierozwiązalnych. Stąd niespełnienie wiedzy tragicznej; spełnienie dokonuje się tylko w naoczności jako takiej, w ruchu pytania.
Trzeba zachować źródłową naoczność tragiczną. Autentyczna dziejowość, w której powstaje i dopełnia się ta naoczność, musi pozostać otwarta. Zamiast objaśniać, co było, co będzie i co jest zawsze, mamy słuchać tego, co chce do nas przemówić. Zadanie filozofowania nie polega na tym, by — przez analogię do skończonej wiedzy w świecie — stosować kategorie tragiczne do totalnej wiedzy o bycie, lecz by wsłuchując się w szyfry znaleźć język. Dlatego mity, obrazy i opowieści tworzące naoczność tragiczną mogą zawierać prawdę, zachowując swój nie rozstrzygnięty charakter.
Zachowana w czystej postaci źródłowa naoczność tragiczna kryje w sobie wszystko, co właściwie jest filozofią: ruch, pytanie, otwartość — przejęcie i zdumienie — dążenie do prawdy bez iluzji.
Filozofia odnosi się do wiedzy tragicznej jak do niewyczerpanego zasobu źródłowej naoczności. Może wyczuwać tożsamość własnych istotnych treści z naocznością tragiczną (na przykład u Szekspira), lecz nie umie identycznie ich wyrazić. Odrzuca jednak racjonalnie ustalony tragiczny światopogląd.
Niniejszy szkic różnych rodzajów Ogarniającego, wielorakości rozszczepień oraz idei jedności wyznacza też przestrzeń dla interpretacji wiedzy tragicznej. Tragiczność powstaje z braku jedności i konsekwencji tego w zjawiskach. Nie zachodzi tu jednak dedukcja, lecz tylko rozjaśnienie zjawisk. W chybionym zjednoczeniu ma swój korzeń to, co niszczy wszelkie zjawiska. Ponieważ w istnieniu czasowym jednia ponosi klęskę, przejawia się ona w postaci tragiczności.
To wszelako oznacza, że tragiczność nie istnieje absolutnie, lecz na powierzchni. Nie ma jej w transcendencji ani w podstawie bytu — jest tylko w zjawiskach w czasie.
przełożyła Anna Wołkowicz
Hezjod, Teogonia, przeł. K. Kaszewski, Warszawa 1905, s. 3—4.
Platon, Państwo (Księga VI), prze!. W. Witwicki, t. l, Warszawa 1958, s. 120, 326.
Fragmenty Króla Edypa i Edypa w Kolonie Sofoklesa w przekładzie K. Morawskiego wg: Sofokles, Tragedie, Warszawa 1969.
Do poniższej interpretacji zainspirowało mnie dzieło Karla Werdera l'orlesungen über Shakespeares Hamlet (1859—1860), wyd. 2, Berlin 1893.
Fragmenty Hamleta Szekspira w przekładzie J. Paszkowskiego wg: Wiliam Szekpir, Hamlet, Warszawa 1973.