Zakład Technologii i Technik Malarskich
To wykorzystanie nowoczesnej aparatury także do bezinwazyjnego badania dziel sztuki. Dzięki nim można identyfikować wszystko, od rodzajów bieli zastosowanych w podmalowaniu błysków światła w obrazie, po odkrycie tego, co się kryje pod powierzchnią obrazu. Tam przecież może być inny obraz lub szkic. I dotyczy to nie tylko prac sztalugowych, bo kamerami termowizyjnymi możemy badać też malarstwo ścienne.
„Dama z łasiczką” to dzieło nie do naruszenia, ale w przeszłości techniki inwazyjne dominowały. Obecnie mamy tendencję wzrostową na rzecz badań nieinwazyjnych. Dziś nacisk kładzie się na to. aby działalność konserwatorska była wielotorowa. Nie chodzi o fizyczną dbałość o zabytek, ale o etykę zawodową nakazującą uważać, by go nie „polepszyć” konserwacją. Znam konserwatorów, już obecnie nieżyjących, którzy po prostu brali uszkodzony obiekt do domu i przynosili następnego dnia w stanie idealnym. Co robili, nie wiem. Kiedyś przewoziłem obraz z jednego z muzeów. To były czasy, kiedy dzieła transportowało się zwykłym Żukiem i obraz podczas transportu - mimo opakowania - zamókł przez dziurę w plandece. Na licu zrobiły się prążki. Muzealny konserwator wziął wtedy dzieło do domu i przyniósł rano do muzeum w stanie idealnym. Co zrobił? Trudno powiedzieć, ale dziś byłoby to nie do pomyślenia.
Skoro jesteśmy przy stronie artystycznej, to kolejne pytanie skieruję do Pana jako do malarza. Na koncie ma Pan ponad dwadzieścia wystaw indywidualnych, kilkadziesiąt zbiorowych. Czy ta ogromna wiedza o budowie obrazów nie przeszkadza Panu w czasie malowania?
Ja przyszedłem do Zakładu z pracowni prof. Borysowskiego całkowicie „zielony", jeżeli chodzi o technologię. Ale gdy poznałem kwestie technologiczne, zafascynowały mnie one i wciągnęły, bo okazało się, że możliwości technologii malarskiej są nieskończone. Czasami opracowując modyfikacje używanych do własnych obrazów farb myślę, że mam już tak wpojone pewne zasady, że nie mogę się od nich uwolnić. Chociażby hasło „maluj zawsze tłustym na chudym” (śmiech). To taka zasada, by podstawowe spoiwo było „chude”, a dopiero na nim można kłaść farbę olejną. Tak, coś w głowie zostaje.
Oczywiście. Chociaż ja nie siedzę nad płytą marmurową jak w XVII wieku, by tzw. kurantem ucierać pigmenty, ale tak. to ma znaczenie. Kiedyś faktycznie było to jak praca alchemika - do sproszkowanych, kopalnych pigmentów dodawano płyny tworząc mikstury. Dziś na rynku jest dostępne kompletnie wszystko i nie ma takiej potrzeby, ale czy ja to biorę pod uwagę malując? Taki bagaż zawsze funkcjonuje. Nigdy nie zapominam o tym, czego wcześniej się nauczyłem. Mam taką teorię, że każdy artysta tworzy swój unikatowy warsztat. Z jednej strony rozwija się artystycznie, a z drugiej - chce czy nie chce - doskonali i kształtuje osobisty warsztat.
To trudna sprawa. Tacy ludzie jak ja, mający pewną przeszłość artystyczną, muszą być odrobinę wrażliwsi i muszą zwracać na to uwagę. Trzeba dostrzegać to, co niematerialne. Weźmy zwykłe zajęcia. Studenci malują martwą naturę „w stylu” holenderskim, czyli pewnym reżimie techno-
WYDZ1AŁ SZTUK PIĘKNYCH.
105