Faleński Felicjan SAMA JEDNA Nowele

FEUCYANA FALEŃSKIEGO

SAMA JEDNA




ROZDZIAŁ I.

Pałac z wjtrzeszczonemi oczyma i młyn z Chiń­skim dachem.—Co to takiego kwiczało w bruździe —i czy od głupiej Murgoli był kto jOtĘfize głupszy?

Gdzieś—gdzieś—daleko ztąd, choć jeszcze nie na końca świata, znajdowała się wioska, dziedzic­two wielkiego pana. Piętrzył się wielki piękny pa­łac, na szczycie góry noszącej jeszcze ślady wałów dawnego zamku—ale mniejsza o'to. Stopy tej góry opływało rozległe jezioro, którego brzegiem, podo­bny do równianki wśród zieloności falującej, zata­czał się wieniec chat wesoły.

Od tej strony miał pałac oszklony galeryę, sze­regiem okiem patrzącą ku zachodowi. To też ile razy się słońce do sna kładło, powiedziałbyś, że . ten pałac wytrzeszcza za niem ciekawe oczy; tak się przynajmniej wydawało małej dziewczynie, prze-

walającej się po piasku przeciwległego wybrzeża. A tu jeszcze drugi, taki sam ciekawy, pływa po wo­dzie do góry nogami, i to pokrajany w paski dro­bniutkie—bodajże cię!

Była to pucołowata, zdrowa jak rydz, wy brązo­wana słońcem i wiatrami dziewczyna wiejska, nie­jaka sobie Marysia “od młynarza“, jak mówiono.

U grobli bowiem, trzeba wiedzieć, stał młyn, po­dobny trochę do chińskiej pagody, żeby przyjemnie było patrzeć na niego z pałacu. Mieszkał w nim Jakób, dostatni człowiek, i nawet w pożyciu z żoną, można powiedzieć, szczęśliwy, gdyby nie to że im się jakoś nic a nic nie chowały dzieci. Było już kilkoro, ale wszystkie Pan Bóg bardzo wcześnie na- zad pozabierał. Jakóbowa dawała na msze, odpra­wiała nowenny, suszyła — wszystko na nic. Ja­kób jął się narzekać, utyskiwać, komu on to zosta­wi zapracowane ciężko mienie? Następnie zniechę­cać się począł do pracy, do karczmy coraz częściej zaglądać, coraz dłużej tam przebywać—o źlel

Aż tu jednym razem, oto co się stało.

%

Wieczorem wracała z roboty komornica przez chłopskie ogrody; nazywano ją we wsi głupią Mar- golą.

Idę ja sobie nic nie widzący—opowiadała po­tem—a tu słyszę coś piszczy w bruździe. Nie kwiczy • tego, ino coś jakby miauczy, chcę mówić. Myślę ja

sobie: kot czy co? A to nie kot, żaden, ino mały robak oto.

'Tak ona gadała. Po prawdzie zaś, nie byłto ani robak, ani kot, ani nawet co kwiczącego, tylko po- prostu dziecko podrzucone.

Ale juści chyba nie chłopskie. Bo jakże? nietylko spowinięte było w pieluszki bardzo cienkie, ale i miało na szyi krzyżyk żelazny i karteczkę z napi­sem: Mar^a. A na drugiej stronie tej karteczki znaj­dowała się wzmianka, kiedy się dziecko urodziło, i że jest ochrzczone.

Głupiemu, to powiadają, Pan Bóg szczęści. Ale tu, to chyba więcej się pokazało kłopotu, jak co drugiego.

Mieć Bobie dziecko, czy się go wyrzec?

Nosiła się z niem po wsi zadumana.

Żeby to która przekarmiła dzieciaka aż póki łazić nie zacznie. Dalej, toby już łatwiej było, choć bieda. Miałby człowiek podporę oto na starość. Hejl Maryśl idźno ty pleć na ogrodzie, albo tam kluski zgotuj i przynieś w pole. A potem, to już i na robotę. Ho! hol z jaka czterdziestówka na rękę i kieliszek...

Mówiąc to wszystko, śmiała się sobie rada, ale ją ciarki przechodziły pomyśleć: jakby też dziecko zaś umarło? Mało się to tego drobiazgu corok mar­nuje! Ot aie dalej jak u młynarzowej. Ale tać ona głupia chyba, czy co?

We wsi wiedziano już o podrzutku. Stały baby przed chatami, i dopiero rada w radę.

A no, Margola, cóż ty zrobisz z dzieciakiem? Do kowalichy go oddaj. Ma swoje dwutygodniowe, to ci i to może wy karmi.

Ale kowalicha podkarmiła tylko tyle żeby nie krzyczało, i nazad oddała.

Idź ty sobie z twoim znajdkiem, Bóg ci wie zkąd się to tam wzięło.) Mam ja pokarm ledwie dla mojego—jeszczeby je odjadało jakieś cudze.

Głupia baba — pomyślała sobie Margola od­chodząc.

No, a Józwowa sołtyska? ponoć tylko co zległa.

Poszła tam Margola, i pokazało się, że się uro­dziły bliźniaki.

Chodziła dalej i kręciła głową: No, no, co też to głupich ludzi po świeciel

Kiedy do domu przyszła—w Imię Ojca i Syna— a toć stoi Mateuszka przedewroty, i wydziwia i wy­pomina, że aż obraza Pana Jezusa i Matki Naj­świętszej.

Ma już swoich siedmioro jak wróbli w tem tam gnieździe, i jeszcze będzie brała przybłędę co ich wszystkich pozjada?

Cichojciel czego tu wrzeszczyć? Tać przecie nie porzucę w rowie. Stworzenie jest Boskie, nie

zaś co drogiego. Prześpi przez noc oto w chałupie, a zrana odniosę do dworu, albo na plebanię.

Prześpi!—mruczała Mateuszba — będzie to tylko krzyczało, nikomu spać nie da!

Ale wbrew przewidywaniom wszelkim, dziecko tak się spokojnie sprawieło, że Margola z niespo- kojności oka zmrużyć nie mogąc, raz wraz do niego zaglądała, czy przypadkiem nie umarło?

Ale nie, gdzietam, toć nie głupie!

Było jeszcze porządnie zrana, kiedy przybiegła zdyszana młynarzowa, i nuż kusić, a na wszystkie świętości prosić o tego dzieciaka.

Czyście zgłupieli?—u was się dzieci nie wiodą.

A kto ci drugi wychowa? Słuchaj Margola, dam ci sukmanę jeszcze całkiem nową, i dwa złote na trzewiki.

Idźcie wy do grzecha. Czy to ja będę sprzeda­wała duszę niewinną? A jak u was umrze?

A nie umarłoby przez noc na chłodzie, żeby nie ty?

Margola pomyślała:—ha, jeśli u niej zamrze, to już chyba nie z głodu.—I rzekła głośno:

Ale mi je później oddacie.

To ja ci mam być mamką tylko? jakaś ty mą­dra! Nigdy nie oddam, na to biorę, żeby na zawsze było moje.

No, to pamiętajcie, żeście to powiedzieli. Chodźmy do jegomości.

Niebawem u księdza rzecz się cała załatwiła. Ja- kóbowa wzięła dziecko do siebie.

Oto tedy, w jaki sposób Marysia dostała się do młyna z wygiętym chińskim dachem.

Tam zaś, godzi się powiedzieć, było jej jak u Pa­na Boga za piecem. Ani umarła, ani nawet choro­wała kiedy. Nie miała eo prawda czasu, świat ją bawił, świat taki zabawny! I ulatyw ało jej dzieciń­stwo jak ptaszynie w pałkach, która nie wie nawet, że żyć to jeszcze co innego niż się najadać i spać chodzić, i że się ziemia cała nie kończy w gniazdku.

Tymczasem, któż tam zgadnie co za górą?

ROZDZIAŁ II

W jaVi sposób zbiesifa się Jakóbowa a Marysia zdziozała?—Fierwsze pojawienie sięZnajdka—pierw­szy popis Pieirka i złotej obrączki.

Miała Marysia lat jaż jakie ze trzy, kiedy znagla znowu przybył młynarzom potomek. Tu już mogła się przekonać, że świat nietylko dla niej jednej wi- nien być zabawny. Jakoż poczęło być jej obowiąz­kiem bawić ono młynarzątko, kołysać je, a nawet noaić, choć niewiele co od niego była większa.

Ale trzeba nieszczęścia, że i to dziecko nie za­bawiło dłużej od drugich, bo nie dożyło nawet o- krągłego roku.

Jednym razem tedy stała się rzecz bardzo dziw­na. Oto młynarzowa w przystgpie żalu okrutnie

znienawidziła Marysię. Za co?—spytacie. Po pro- Bfcu za jej uporczywe życie. — Tamte bez końca u-

mierają, a ta bez końca żyje; tamte swoje, a ta cu­dza; co one winne, i co ona od nich lepszego?

Zaczem, za rzecz najmniejszą łajana, poszturchi­wana, wyrzucana za drzwi, nie nazywana inaczej jak podrzutkiem i znajdkiem, przy każdej łyżce strawy oswajana z myślą, że została z litości przy­garnięta, wkrótce Marysia na dobre myśleć poczę­ła, a raz pomyślawszy, nabrała przekonania, że i ży­je tylko z litości. Tak więc, jak się patrzy, kwiaty życia miewają cierniowe łodygi...

Ileżto razy, bywało, zaganiając z pola nierogaci- znę, owinięta zmokłą płachtą, na zimnym wietrze jesiennym, ociągała się z powrotem, bo wiedziała co ją w chacie czeka. Juściż nie żadne słodycze. Jest tam już pewnie i młynarz, najniższy żony swo­jej sługa, drapiący się w głowę z kłopotu, spluwa­jący przez zęby.—Maryś! ty taka, owaka! czemu to? czemu tamto. Dam ja ci tu...—I za groźbą szło za­raz Spełnienie.

Jakże to inaczej marzyła o niej głupia Margola! I gdzie te czasy, kiedy się sobie przewalała pomię­dzy workami, albo w piasku nadbrzeżnym, strasząc kamykami rybki, płynące obces w wytrzeszczone okna przewróconego do góry nogami pałacu!

Czasy temi, trzeba zdarzenia, przybląkał się też pies jakiś, niewiadomo zkąd i po co; bito go, odga­niano, ale odejść nie chciał. Nocą bywało kładł się u proga, i szczekał na przechodzących, chcąc się ni­

by tym sposobem w łaskę wkupić. Raz i drugi rzu­cono mu jakieś ochłapy, a on snać tę zapłatę za do­stateczną uznał, bo już nie poszedł dalej i został. Na śmiech znajdkiem go nazwano jak i Marysię, choć oni co prawda nie bardzo coś do siebie przy­padali. Znajdek, jako sługa wierny, jedząc chleb młynarzowej, warczał na Bierotę; pewnie myślał, że się to tak należy. Ludzie to robili, czemuby pies robić nie miał?

Cóż dopiero kiedy się raz jeszcze urodziło dziec­ko młynarce, i nie dalej jak w dni kilka za drugie- mi poszło. Odtąd istne piekło pod tym chińskim dachem. Niebawem wprowadziła się tam kwaterka —kwaternica jak nazywają, piekielna — już i mły­narz dosiadywać w domu nie mógł. Co prawda, w karczmie za to coraz go częściej zastawano. Ma­rysia nieraz na kwaśne jabłko zbita, głodna jeszcze kłaść się spać musiała. Wtedy nauczyła się skra­dać po cichu, i w nocy sama sobie brać z garnka. Zresztą brudna, zasmolona, obdarta, zdziczała, i poczęła się ludzi bać jak ognia. . Bo i miała czego. Na kogo Pan Bóg, na tego i Ś?;ięci. Dawnemi cza­sy, kiedy była rumiana, wyczesana, czysto ubrana, bawiły się z nią dzieci ze wsi całej; dziś niech się tylko pokazała, wymyślały jej i przezywały znajd­kiem, a baby mówiły: nie wdawajcie się z nią, nic to dobrego.

Bywało także dawniej, kiedy przyjdzie Margola, ona do niej, i zaraz cmok ją w rękę. Teraz, gdzie! za piec się chowa, albo za węgieł, albo w konopie.

Bójcie wy się Ran Pańskich — mówiła Jaku- bowej Margola.

Chcesz ty w łeb? ty głupia—tak jej odpowia­dała młynarzowa!

Nie było się co w gawędy wdawać z pijaczką.

Raz upilnowała Margola, kiedy nikogo w chacie prócz Marysi nie było.

Chodź ta Maryś, czego ty się boisz?

Dziewczyna milczała.

Na masz oto obwarzanek.

Porwała i chciwie jeść zaczęła.

Możeś ty nie dostała śniadania?

Kiwnęła tylko głową. ,

A kto ci nabił tego sińca pod okiem?

Nic nic mówiła tylko jadła.

Czy młynarzowa?

A juści.

Boś ty pewnie głnpia.

A bo co?

A umiesz ty pacierz?

Pokazało się, że nie umie pacierza.

Margola tedy do księdza. Z tego dopiero sprawa cała.

To dziewczyna ladaco — broniła się młyna­rzowa.

Jakże ladaco? Kazano jej przecie codzień do organisty chodzić, robi co jej powiedzą, wyuczyła się pacierza i abecadła, katechizmu i składania, już i czytać zaczyna.

Nie wiadomo zkąd się wzięła.

To cóż ona winna?

Raz, w niedzielę to było, bawiły się w piasku dzieciaki. Marysia przystanęła sobie u wierzby i patrzała. Kiedy ją spostrzegli, dalejże za nią, a ona w nogi. Dopędzili ją, i dopiero nuż poszturchiwać, szarpać, przezywać, przedrzeźniać. A był z niemi Piotrek, wielki urwipołeć z pod lasu, mistrz do wszystkich psich figlów, toćże to i teraz pierwszy krzyknął: huzia! Ale jakoś z nagła, nie wiedzieć co mu się zrobiło, jak się nie odwróci, jak nie plunie w ręce, jak nie podniesie z ziemi grubą gałąź ol­szową, jak nie zacznie młócić; tego po łbie, tego po grzbiecie.—A wy czego jej tu będziecie dopiekali, psie nasiona! co ona wam winna?—Tak się to wszy­stko rozleciało ogłupiałe, i nuż wywieszać języki, a wywoływać zdaleka:—A! poznał swój swego! taki tyi jak ona! pójdź ću Znajdek! do nogi Znajdek! a do budy oboje!—Porwał się do nich, ale ci jakby się ziemia pod niemi rozpadła, widząc że tu żartu niema, wzięli nogi za pas, i tyle ich widziano. Pie- trek popatrzał za niemi, i już miał odejść, kiedy wtem coś go tknęło, wpadł w gniew okru­tny i począł okładać Marysię. Bił i bił, a ona^ani

ociekała, ani się broniła, ani krzyczała; tylko łzy jak groch kapały jej z oczu. To go jakoś rozbroiło. Pomyślał, dobył z kieszeni kawałek obwarzanka, i rzekł obracając się bokiem:

Na, masz, a idź sobie precz, i nie właź wig- cej w drogę.

' — Ja nikomu nie stawam na drodze—wyszepta­ła Marysia ocierając oczy.

No, idź, idź, żebyś miała rozum tobyś nie u- ciekała, tylko waliła coby wlazło.

Dobrze to tobie, boś ty silny.

Popatrzał na nią, i pobiegł gwiżdżąc. — Ba, ba, juściż pięść ma swoje prawa.

Odtąd Marysia miała trochę więcej spokojności, ale Pietrek ani patrzał na nią — niby Jej nie zna. Mniejszać tam o to. Gorzej daleko, że Margola coś już dawno ani zajrzy. Aż raz w chłodny wieczór je­sienny, kiedy Marysia zielsko dla świń krajała, pa­trzy, aż tu ktoś się do niej skrada po za płoty. Pietrek ci to.

A ty tu po co?

A idź ty głupia do Margoli, taćże ona chora.

Chora—pomyślała Marysia—pewnie nie jadła, trzeba jej co zanieść.

Jakoż że nikogo naówczas nie było doma, wzięła

z garnka kilka ziemniaków w węzełek, także chle-

ba kawałek, i pobiegła ukradkiem przez ogrody,

myśląc że natychmiast wróci.

vV

U Mateuszki zastała bab kilka, pootulały się far­tuchami i siedzą. A no Margola leży na słomie, tyl­ko że jeszcze zipie. Obaczyła Marysię, poszukała czegoś w zanadrzu, i kiwnęła na nią żeby przyszła. Chciała mówić, a tu ani sposobu. Włożyła jej tylko na palce jakąś obrączkę—dwa, trzy palce Mary sine w niej się zmieściły—przewaliła się w tył i zaczęła chrapać okrutnie. Gdzie tu jej co do jedzenia da­wać, kiedy jej już oczy kołem stanęłyl

Możebyście się wody napili—rzekła Marysia.

A wtem wleciała Mateuszka, i nuż wyrzekać co

aż obraza Boska.

O Najsłodsze Rany Chrystusowe! o nieszczęś­liwa moja godzina! No, nie głupiażto nad głupiemi? Przyjdzie ją w tem co miała pochować, bo już wię­cej na owinięcie palca nawet nie mai Skrzynka pu­sta, widzi Pan Bóg z Nieba wysokiego! A tu czło­wiek tyle się oto nabiedował, i żywił darmo, i kło­potu miał Bóg wie za co! Ja tam trumny sprawiać nie myślę; uboga sierota, niech sobie dwór daje.

Tu powstał rwetes nadzwyczajny, zaczęto się kłócić, i wkrótce zrobiło się tak ciasno, że o mało nie zdeptano Marysi. Ktoś ją wreszcie za drzwi wyrzucił. Wtedy biedź zaczęła, nie mogąc się na­wet opamiętać, co i jak się stało.

Myślała że niedługo zabawiła, a tu już i miesiąc wysoko. Ona do drzwi, a drzwi kołkiem zaparte, słychać tylko z izby ochrypły głos młynarzowej:

A* ^ f,

A pójdziesz ty psia wiaro! będziesz mi się po nocach włóczyła? Jutro ja się z tobą rozprawię, teraz jak pies na dworze sobie nocuj.

Nie było co. Położyła się pod progiem, otuliła się sukmaną, ale ją zimno rozbierało, raz od głodu, drugi raz od strachu. Młynarzowa może ją zabije? Ażci otoZnajdek podszedł kuniej mrucząc jak zwy­kle, ale że się tuż obok położył, sprobowała go po­głaskać, i nietylko nic jej nie zrobił, ale ją i po rę­ku polizał. Przytuliła się do niego jak mogła, tro - Chę od niego cieplej było.

Więc też jakoś powoli zasnęła, choć jej zęby szczękały. Patrzy, a tu Pietrek wygraża pięścią, ale w niej trzyma obwarzanek.' Czy to tylko obwa­rzanek, czy też pierścionek oto złoty? A dopiero miesiąc na Niebie świeci, a twarz jego, to zupełnie jakby Margolina. Miesiąc świeci, ale tać nie słońce, bo jakoś chłodno a głodno. Jedym razem coś za- kwiczało, czy miauknęło, a to po prostu drzwi skrzy­pnęły. W okamgnienia budzi się Marysia i widzi jak jej młynarzowa garścią do włosów sięga. Usko­czyła na bok, co widząc Znajdek ogon wziął pod siebie i także umknął. Ale wtem wypadła jej z rę- ktą obrączka. Młynarzowa łaps zaraz za nią.

A ty zkąd to wzięłaś?

Margola mi dali.

Margola, ty złodziejko? Poczekaj, ja ta z cie-

**-. tm

bie zaraź żywcem Bkórę zedrę, ja cię tu Da śmierć

obiję. Hej Kubal

To usłyszawszy Marysia nie czekała dłużej, tylko wziąwszy nogi za pas drapnęła, aż się za nią zaku­rzyło.

Biegła płacząc, bo jej się wydawało, że ją gonią. Biegła tak długo, że już nareszcie nie mogła dalej. Kiedy na chwilę przystanęła i sprobowała się obej­rzeć, wieś już była daleko, pałac tylko zdawał się patrzeć w jezioro, a jezioro w niebo jasne, i to jej dcdało otuchy. Przed nią las szumiał, a tuż opo­dal jeżyły się krzyżami mogiłki. Podeszła tam, atu, Panie Jezu Najmiłosierniejszy, toćże dziad kościel­ny dół dla kogoś kopiel Marysia znowu w uogi, w las najgęstszy. Ten dół, to ani chybi dla niej, jak ją młynarzowa zabije.

Biegła dopóki tchu jej nie zabrakło; nareszcie kiedy przysiadła, jeść jej się zachciało. Na szczęś­cie miała w węzełku trochę jedzenia, co go była dla Margoli wzięła. Dokoła cichutko, tylko drzewa .i- zewsząd szumią; w górze po wierzchu słońce je wy- złaca. Ale gdzie tu dalej pójść?

Poczęła iść znowu, szła tak z godzinę; las się przerzedzać począł, patrzy, chata leśniczego. Stoi Pietrek i coś straże, a no spostrzegł ją.

A ty jeszcze tu? Myślałem żeś już Bóg wie jak daleko. Zmykaj, tu żartów niema. Młynarzy- cha gwałtu narobiła; do dworu poszli z tym tam

%

pierścionkiem, ale się pokazało, że to nie ich. Zkąd ty go wzięłaś?

Margola mi go dali.

Margola, hm, taka żebraczka. A oni powia­dają, żeś go ukradła.

A ty, co sobie myślisz?

Że to nie może być, żebyś ty ukradła.

Ja też nie ukradłam.

Ale czy pewnie? m Jak...

Tu chciała się zakląć, ale poraź pierwszy w ży­ciu na myśl jej przyszło: co ona powie? Drudzy to mogą mówić: jak matkę, jak ojca, jak kogoniebądź kocham; a tu niby: kogo ona kocha? I tak została nie wiedzący jak się tu zaprzysiądz; aż jej rzeki Pietrek:

No, jnż ci bez zaklęcia wierzę; ta młynarzy- cha, to sobaka skręcona, nie masz ty co wracać do niej.

Bo i prawda, ona mię zabije.

Zabije albo nie zabije.

Oho! już i dół kazała kopać.

Jaki dół?

A no, na mogiłkach.

Głupia! To dla Margoli, co tej nocy umarła. Wtedy coś się takiego zrobiło Marysi, że odrazu

pomyślała: Gdyby choć Margola żyli, ale jak nie

żyją, to po co wracać? Pietrek nie uwierzył że ona złodziejka, to już i dosyć, że choć jeden taki.

Więc zapytała tylko:

A rychło ją będą chować?

Ot niedługutko. Idź tam, na ten oto pagórek, przykucnij za krzakiem, to obaczysz. A jak sobie wszyscy precz już pójdą, ja do ciebie przyjdę.

Tych wszystkich było bardzo niewiele. Zajechał wóz we dwa woły; szła tylko Mateuszka i coś ze trzy baby. Chłop co przywiózł trumnę, pomógł dziadowi w dół ją włożyć. Ksiądz pokropił, zasy­pali rydlami, udeptali mogiłkę, ta i poszli. Marysia przypomniała sobie: jak to jej kiedyś powiedziała Margola, że ona głupia, bo nie umie pacierza. Dziś co innego. Uklękła, pomodliła się, atu już i słonko na zajściu.

A no Maryś—Pietrek na nią zawołał.

Już idę, idę.

Żeby cię nie złapali, to idź w las, rozumiesz? Prosto przed siebie. Znajdziesz drogę, to dobrze, a nie, to drngie dobrze, byłeś nazad nie wracała, bo będzie źle. A masz ty co jeść?

Miałam, alem już zjadła.

Dał jej chleba glon spory i sera krajankę.

— Naści, weź to.

Czegoś markotno mu się zrobiło, pomyślał, ale tylko poklepał ją po głowie, i powiedział:

No, idź już, idź.

Więc ona poszła.

/

ROZDZIAŁ III

Marysia w drodzo za służbą. Przeróżne leśno sprawy, z których się pokazuje w końoa: że u księż- nioski cygańskiej bezkarnie służyć nie można.

Wbiegła Marysia w gęstwinę, napotkała ścieżkę, ale pilnując się, żeby tylko w tę stronę się kierować, w której słońce zapadło, bo widziała wyraźnie, że za lasami het utonęło. Idąc, dumała:

Margola głupia — gadali. A taki ona niko­mu nie zrobiła nic złego. Jeszcze oto w bruździe ją przecię znalazła—dziecko porzucone.

. Ale to, czy dobrze zrobiła? Żeby ją nie była znalazła, toby ona nie szła dziś oto na kraj świata, gdzie ino oczy poniosą. Ale niech już tam.

Szła dalej. Mrok zapadał, a tu jagód wszędzie huk, ba i czernice. Zjadła tego co niemiara, na-

piła się wody z krynicy, i siadła nad strugą zmę­czona. Dokoła cicho jak makiem posiał, ptaki już spać popochodziły, na polance mgła się kurzy. Otuliła się jak mogła, zmówiła pacierz i układła się zasnąć. Tylko że ta rosa taka zimna!—Ach ba— czy to lepiej było pod progiem?

Skostniała, obudziła się kiedy właśnie i słonko wstawało. O! gdzie, jak to ona już daleko od nie­go odeszła! Przeżegnała się, i dla rozgrzania biedź zaczęła podskakując.

Hej—mocny Boże—jaki to świat piękny! Nikt tu nie poszturchuje, nie wyzywa, nie wygraża. Ćwier­kają ptaki, brzęczą żuczki, czerwienieje kalina. A tu oto grzyby, czy co? Prawdziwe grzyby, ma­ślaki—e! tam znów rydze. Żeby tak na węglach je upiec; ale zkąd tu ognia wziąć?

Wyjęła chleba kawałek i jadła z serem, jedząc myślała:

Taki Pietrek, to ci dopiero mądry! W kaszę sobie dmuchać nie da. Drudzy robią co on chce, bo go się boją. Ależ tak samo i młynarzowa, choć on znowu lepszy. Tamta dobrego słowa nigdy jej nie dała—a ten, to i o Margoli dał wiedzieć, i nie uwierzył że ona złodziejka, i nikomu o niej nie po­wiedział, i jeszcze jeść jej oto dał w drogę.

Szła dalej lasem, ciągle lasem. Napotykała nie­raz gościniec, ale go czemprędzej w poprzek prze­biegała. Czasem w dali mignęła jej chata między

drzewy, korzyło się z komina, drwa rąbano—to ona czem prędzej w gąszcze się zaszywała—jakże, jeszczeby ją złapali i do młyna odprowadzili. Często, też nasłuchiwała: czy kto za nią nie idzie? Raz wilk koło niej przeleciał, ona myślała że Znajdek.

Aż wreszcie znowu zapadło słońce, spać się ukła- dła—ale, co tym razem, to już ani weź. Wiatr się zer­wał ziębiący, rosa poczęła w szron krzepnąć, ba! żeby to tak Znajdek znowu—toby się o niego choć ogrzać można. Nie, ani rusz. Świeci miesiąc jak­by rybie oko, wyiskrzyły się gwiazdy—a tu zimno i coraz zimniej. Płakać zaczęła, ale co to pomoże? Wstała znowu i szła.—Dokąd ona pójdzie?

W tem przystanęła i na myśl jej przyszło:

Bo i naprawdę nawet: dokąd ona idzie? Tak ciągle—to znowu nie można; raz, że nareszcie na koniec świata człowiek zajdzie, a potem, że jesz­cze się po drodze zmarnuje, bo gdzie tu! a jak zima? Od młyna, tu już chyba tak daleko, że tu o nim ludzie może i nie wiedzą. Zresztą, ona nie powie że jest ze młyna. Za służbą oto idzie. Trzebaby aprobować do której chaty.

Była jedna niedawniuteczko u rozdroża, gdzie to bocianie gniazdo siedziało na olsze. Tylko że tam pies okrutnie ujadał. Ale nic, także jej przecie nie zje, ona się gałęzią będzie opędzała, a tymczasem ktoś wyjdzie z chaty i z nią się rozmówi. Może

i

ona wodę nosić, ziemniaki skrobać, ogieó naniecić, jak potrzeba; ona już nawet z gruba prząść po­trafi.

To sobie powiedziawszy, jęła się iść w stronę owej chaty, jak mniemała. Skrzył się szron niby najczystsze srebro, wierzchem słychać było wiatr przelatujący, a tu Ia9 coraz gęstszy. Chyba że w tej stronie drogi żadnej niema. Zbłądziła może, czy co? Uszła jeszcse kawał spory, i już wracać miała, kiedy w tern spojrzy — ano światełko w dali widać. Bogu dzięki—toćże i chata. Ostrożnie po­deszła bliżej. Ej! nie chata to, ino ogień w lesie. Może pastusi?—ale chyba prędzej wolarze, albo tam wieprzarze Niemcy.

Zanim czas miała lepiej się przyjrzeć, pies war­czeć zaczął, i tuż zaraz głos się ozwał:— Ano, Znajdek I

Znajdek! — ciarki ją przfeszły, a nuż to młyna- rzowa?

Ale już i uciekać nie czas było, bo zaraz pies się do niej tak siarczyście obces zabrał, że gałęzią le­dwie sobie jako tako radę dać mogła. Więc się rozpłakała i krzyczała:—A pójdziesz! Na szczęście, pokazało się, że to jakiś inny, nie tamten. A w tem: —Kto tam?—spytał jakiś głos gruby.

To ja—rzekła Marysia.

Pójdź tu Znajdek.—Pies zaraz usłuchał.

' V

23 —

Patrzy Marysia, a tu wóz jakiś z budą stoi wy- przężony, koó się obok pasie. U ogniska przy ko­ciołku baba drzemie, drudzy też pokotem leżą i śpią, czy udają. Ten co ją pytał, ogromny chłop zasmolony, wstał i przeciągnął się aż mu w karku trzasło; czy aby nie zbóje?

A ty co za jedna?

Taże Marysia.

A, Marysia—rzekła baba (Tu coś z sobą po- szwargotali, czego ona nie zrozumiała). Chodź tu, pewnie się ogrzać chcesz?

A juści.];

Zkądże się ty tu wzięła taka?

Za służbą idę.

Spojrzeli na siebie.

Ba, a cóż ty umiesz?

Wody przynieść, ogień naniecić.

Aha! A cóż więcej?

Ja to tam od biedy i prząść potrafię.

*• A jeszcze co?

Co tu jeszcze?—pomyślała Marysia. — A no, i pacierz umiem.

Zaczęli aię śmiać okrutnie.

To my cię bierzem.

A daleko to ztąd?

Jakto, daleko?

No, wasza chata.

Tam ona, gdzie i my.

Pobudzili się drudzy, i nuż patrzeć. Była tam dziewczyna z oczami co jak węgle iskrzyły, chło­pak wyrostek, jeszcze i baba druga, ale młodsza. Marysia grzała się u ognia i myślała:

A taki to chyba nie zbóje. Żeby zbóje, toby noże nosili za pasem, i w kartyby grali, i byłoby ich dwunastu.

A wtem ta co przy kociołku siedziała, pod brodę ją wzięła, przyjrzała jej się, i go głowie ją pogła­skała:

A jeść ty umiesz?

Ha, czemu nie? jakby co dali.

Więc jej dali i jadła, a jak zjadła, kazali jej pójść spać na wozie, gdzie już leżało kilkoro dzieci. Zmó­wiła tedy pacierz, nakryła się płachtą, i czas jakiś jeszcze dumała:

No, nie wiada co za jedni, ale też i nie py­tali zkądem się wzięła. Kędyś oto jadą, ale jakbym widziała, że ku młynowi,—toć świat jak i wprzódy szeroki...

To sobie powiedziawszy, usnęła.

Dobrze jeszcze zrana, obudził ją gło3 gruby:

Patrzaj Magagiga, a toć to jakieś paniątko.

Mówił to on chłop czarny (a nazywał się Czer-

noboh). Stali oboje ze starszą babą, oglądali jej no­gi i ręce, i kręcili głowami, coś po swojemu szwar- gocząc.

Zerwała się Marysia, a już i drudzy także wBta- wali. Chłopak około ognia się krzątał, młodsza ko­bieta karmiła piersią goluteńkie dziecko, dziewczy­na zaplatała sobie ogromne czarne włosy. Robiąc to, tak jadowitym wzrokiem patrzała w Marysię, że ta aż się obiema rękami Magagigi uczepiła.

Nie bój się, głupia — rzekła tamta — to jest księżniczka Kraska.

Marysi wydało,się to rzeczą niepojętą.

Jakże? Bez najmniejszej korony na głowie, taka bosa, w brudnej opadającej z ramion koszuli? Wprawdzie perły miała na szyi, i bardzo się często przeglądała w kawałku zwierciadła. I wszyscy jej posługiwali, a nikt dogodzić nie mógł. Ale znowu księżniczka, toby zaraz karetą jechała złocistą, a co najmniej w cztery konie z lokajami...

Ha! trudno. Kiedy się jednak uczesała, kiedy ja­ko tako poopinała na sobie łachmany, kiedy się czemś czerwonera przewiązała w pasie, to pokazało się naprzód, że była tak cienka, jak się chyba rzad­ko kiedy zdarza; a znowu takich ust świeżych, ta­kich zębów białych, takich oczu, to doprawdy Ma­rysia nie widziała nigdy jako żywo. A te perły co na szyi miała, to chociaż od tei szyi bielsze daleko, ale żeby miały być gładsze albo delikatniejsze—ni­gdy. Ręce jej też, choć jak i cała opalone, ale dro­bne były, utoczone, zgrabniuchne, czyto takiemi robić co kiedy można? Ona też nigdy nic nie robi­

ła, jak się potem pokazało. Po całych dniach tylko wylęgała się leniwie, to na trawie a ogniska prze­ciągając się jak kotka; albo jeśli w drodze była, to na wozie, bo ona sama tylko jechała, a wszyscy szli pieszo—nawet dzieci. Każdy jej dogadzał, a ona za to lubiła żeby eię jej bano. Tak i w tej chwili, kiedy spostrzegła że się jej Marysia zlękła, to Bię zaraz uśmiechnęła, i wtedy zrobiło się tak, jakby wszystko naokoło poweselało, ba, nawet Znajdek zaczął kręcić ogonem.

Dziwna rzecz, dziwna rzecz — myślała sobie Marysia dojadając iniadanie; jeśli to naprawdę księ­żniczka, to taki chyba zaczarowana, czy co?

A no Palcat! zakładaj konia, ruszamy! — zar wołał w tej chwili Czernoboh.

Tu jął się chłopak coprędzej zakładać hołoblę, drudzy też zbierali manątki, i niebawem ».byli już w drodze.

Pokazało się, że ta droga wcale owszem od mły­na się oddala, co też jak najzupełniej uspokoiło Ma­rysię’. I wszystko byłoby jak najlepiej, gdyby nie to, że nieustannie szła za nią Pilipicha (ta z golem dzieckiem), i ile razy widać nie było,] to ją sztur­chała kułakiem i gadała:

Paniątkol dam ja ci tu, patrzcie jąl Tobie się zdaje żeś ładniejsza od moich. Ja ci tu kości połamię i oczy wydrapię, to zobac*ysz.

Marysi nic się nie wydawało, nigdy nawet nie pomyślała o żadnej ładności, jednak dla świętego Bpokoju probowała iść bokiem, ale i to napróżno. Jeśli nio baba, to dokuczały jej dzieciaki, brudne, rozczochrane, w podartych koszulach, albo nawet gołe jak je Pan Bóg stworzył. Baba łajała, a one szczypały kiedy mogły, na nogi jej deptały, nieraz ją udrapnęły cichaczem.

Kiedy się na nocleg zatrzymali, rzekła Kraska do Marysi:

Ta Pilipicha, to widzę, w łyżce wodyby cię u- topiła; dla tego ja cię lubię, na złość tej sekutnicy, rozumiesz?

.Rozumiem—powiedziała Marysia, i w rękę ją pocałowała; a za to ta wielka dama nie pozwoliła jej odtąd zrobić żadnej krzywdy. Owszem, zawsze ją z sobą miała, i na wozie i pod wozem, i w dzień i w nocy. I zaczęła ją sama czesać i warkocze jej

zaplatać, że tamta o mało się nie zjadła ze złości.

t

Szli tak dzień, szli drugi, aż się nareszcie las przerzedzać począł. Przystanęli. 'Magagiga nuż do skrzynki w budzie, i tu dopiero widzieć można było, że ta Kraska to* jest istotnie co się nazywa księżniczka. A toćże tam wszystko aż kapało od złota! Więc jak ci się ona w te przeróżne rzeczy ubrała, to doprawdy, klękajcie przed nią narody! Lubiła żeby jej się bać, jak się tu nie bać, kiedy ona takh królowa! i jak tu pyłu z przed niej nie

zdmuchiwać, kiedy ona taka d"> zjedzenia ślicz- nościl

Ale i drudzy ogarnęli się jak tam które mogło, poczem zabrali się wszyscy i kędyś poszli. Została tylko Marysia u wozu z Palcatem i Znajdkiem. Przy­kazali jej nawet w budzie siedzieć i nikomu się nie pokazywać, co też ona chętnie zrobiła, bo się bała jeszcze żeby jej kfco znajomy nie napatrzył i do młyna nie oddał.

Bawili dosyć długo, a co tam robili?—trudno wie­dzieć. Gadał tylko Palcat fajkę kurząc, że Czerno- boh konie od ochwatu zamawia, i na drumli gra, a znowu Magagiga z ręki wróży oszukując, a Pilipi- cha z dzieciakami co gdzie które może to urwie, podczas kiedy Kraska z bębenkiem tańcuje.

Głową kiwał.

Ta Kraska, to dyabeł wcielony.

Ba, dyabełby taki był piękuy? toćźe on z ro­gami, z ogonem, czarny, do Miemca kusego podo­bny.—I wspomniała Bobie Marysia, jak Magagiga nieraz mówiła: Ten Czernoboh, to złodziej, a zno­wu Czernoboh o Palcacie: że jemu kija z grzbietu zdejmować nie warto, i dziwiła się, jak ci ludzie, tak się nie cierpiąc, mogli być z sobą, i co to takie­go w kupie ich trzymało?...

Ale oto któregoś dnia, rzekła do niej w poufało­ści Kraska księżniczka:

Przykrzy mi się tak ciągle kogo drugiego słu­chać (kogoż tam ona kiedy słuchała!)—więc jak le­piej jeszcze dorosnę, to ja tu będę wszystkiem rzą­dziła, i każdy to tylko zrobi, co ja zechcę.

Marysia popatrzała na nią: czy ona silna? Pietrek to choć pięść ma, ale ta tu... Ha! ale taki to i inni jacyś ludzie, nigdzie miejsca nie zagrzeją, ciągle tylko dalej a dalej...

I spytała nieśmiało:

Zkąd wy tacy?

Ztąd, zkąd i Znaj dek.

A on zkąd?

Znikąd.

To tak jak ja—pomyślała Marysia, i uczuła się pomiędzy swemi.

Ale i tu Znąjdek utrapiony (ów od młyna — bo­dajże go licho!). Kiedyś jak obozem w południe le­żeli, patrzy, a on z za krzaków zdyszany obces do niej, i nuż ją po rękach lizać i wyć z radości. Ma­rysia o mało ze strachu nie umarła, pewnie i mły- narzowa tuż za nim... Ale nie, nie było młynarzo­wej, tylko ten drugi Znajdek dalejże do niego. Do­piero jak się wezmą gryźć, za uszy chwytać, po zie­mi tarzać, to aż się Kraska po trawie przewalała i zanosiła od śmiechu, a drudzy to wołali tylko:— huzia! huzial Skończyło się na tem, że ten co był miejscowy, ogon pod Biebie wziąwszy, drapnął w krzaki skomląc, a młynarski został, i nikt nawet

ani spytał, zkąd się“on wziął, albo dla czego Mary­sia go znała? — taka to już tam każde ma wolność była osobliwa. Powiedzieli tylko: ten lepszy, bo tamtemu dał radę, i tak zostało.

Więc nieraz pomyślała sobie Marysia:—Ej, czy to aby nie Cyganie? Czarny, mówią, jak Cygan, a oni wszyscy czarni. I kradną, słyszę...—A wtem coś jej powiedziało*:—A tyś nie kradła z garczka, kiedy ci młynarzowa jeść nie dali?—Ba, to prawda, ale tam­ta biła, a tym zaś czy kto powie marne słowo? I pa­cierza nigdy nie mówią, ani u nich żeby choć obra-

zek jaki święty. I nic innego nie robią, ino się włó­czą i włóczą—pewnie Cyganie.

Jednego razu, dobrze już jesienią, bo i liście o- padły i śnieg przypruszać począł, przyszli jacyś ob­cy i długo gadali na boku z Czernobohem i Pilipi- chą. Następnie wybrali się razem kędyś na jarmark do miasteczka. Uparła się Kraska i została. Miał Palcat chłopom do tańca grać na skrzypcach; nie żadna to pańska zabawa, to co tam robić takiej jak ona księżniczce! Magagiga u ognia siedziała. Już i wieczór zapadł, i ciemno się zrobiło, a tamtych jak niema, tak niema. Zjadły wieczerzę i drzema­ły, a tu jednym razem hukanie słychać po boru. Zawarczał Znajdek, a wtem go ktoś z całej siły kopnął nogą. Czernoboh ci to, patrzcie go, co mu pies winien?

Ale w tej samej chwili i Pilipicha wypadła z krza­ków z całą zgrają, i Palcat z drugiego boku, i do­piero w te pędy do wozu; nuż duchem zaprzęgać, rzeczy na kupę zrzucać, ogień gasić, a cicho, sza, i natychmiast w drogę. W oka mgnienia sprawili się i ruszają, a tu noc choć oko wykol, taka ciemna...

Marysia na wóz się gramoli, a wtem porwała ją za kark Pilipicha, i bęc w krzaki. Dziewczyna uczu­ła tylko jak ją podrapały gałęzie, następnie uderzy­ła głową o ziemię, i padła bez jęku.

*

$

ROZDZIAŁ IV

Czy Marysia by i a panienkę, ozy też tylko sobą? Kto miał w tem słuszność, czy piękna pani, czy Szymon % Łukaszem?

Obudziło ją zimno i ciepło zarazem. Zimno po­chodziło z powietrza, ciepło zaś od Znajdka, który się do niej ile mógł przytulał. Poranek był mgli­sty, wieszały się szrony na gałązkach, szarzało nie­bo po przez drzewa drżące, w dali coś niby świtało. Sprobowała wstać i nie bardzo mogła. Pomyślała chwilkę, i przypomniało jej się całe zdarzenie. Tam­tych ani już śladu, i gdyby nie wygasłe ognisko, mogłaby myśleć, że jej się tylko przyśnili. Poszli precz, aona znowu sama została—to tak jak wprzó­dy, zanim na nich trafiła.

Zwlekła się i sprobowała rozniecić ogień, żeby się choć ogrzać. Na szczęście znalazła się jeszcze

jakaś iskierka pod spodem. Kiedy się tedy naokoło tego krząta, a no słyszy ladzie jacyś rozmawiając idą, a Znajdek zaraz obces do nich, ale go któryś

nogą ile mógł przywitał.

Cóż mi tu każdy będzie mojego psa potrącał —pomyślała Marysia.

A tymczasem tamci z gęstwiny wyszli, i jeden rzecze:

* A co? nie powiedziałem?—tu byli. Ale teraz sznkaj wiatra w polo. '

A drogi ujrzawszy Marysię:

A co? nie mówiłem? Zaraz my się ich tu do­pytamy.

Z tego poznała Marysia, że oba mieli słuszność, choć nie wiedziała wcale o co im chodziło.

Ale jeden ztych ludzi opędzał się Znajdkowi kol­bą od strzelby, i odgrażał się że go zabije. Więc zawołała czemprędzej:

Znajdek, do nogil—a piesukładł się przy niej mrucząc.

Tedy rzekł ten co ze strzelbą:

Słuchaj ty mała. Nic ci nie będzie, tylko po­wiedz zaraz: gdzie są konie? Jeden od lejca taran- towaty, a drugi dyszlowy ze strzałką, a trzeci...

Tu go towarzysz jego za poły pociągnął:

Dajcie pokój Łukaszu. Bierz dyabli konie, tu lepsza oto zguba. Patrzcieno tylko.

Gadaj mi zaraz, albo cię zabiję—mówił tam­ten nie słuchając, a Marysia przez ten czas myśla­ła, źe czy ją zabije czy nie zabije, to się równo ni­czego nie dowie. Bo jakie tu konie? co? gdzie? Je­den ci był tylko i to dychawiczny.

I rzekła:

Niech mnie wielmożny pan nie zabijają. Ja ża­dnych koni nikomu nie brała.

Łukaszu, czyściesię skręcili?—mówił drugi— taże patrzcie tylko. ,

No i cóż?

To ta sama.

Jaka?

Taże nie widzicie, knbek w kubek podobiu- teńka do naszej pani.

Łukasz popatrzał.

Trochę juści podobna.

Ba, i bardzo. Taże temu już dwa lata jak przepadła. Zmizerowało się to, więc i nie dziwota.

E zaś, co wy gadacie Szymonie! A ma ona krzyżyk?

Ba, żelazny. A tamten był złoty.

No, zamienili—rzekł Szymon.—Od tego Cy­gan Cyganem.

Ba, ba, Cyganie poganie innyby dawali, żeby jeden wzięli?

Marysia z tego wszystkiego nic nie rozumiała.

No, chodź panienka z nami—rzekł Szymon.

Ja nie panienka żadna. Ja Marysia.

Marysia?—rzekł na to Łukasz — to ta sama.

A co, nie mówiłem? A pami§tajcie Łukaszu, że to ja pierwszy ją znalazłem.

Jaki pierwszy? patrzcie go! Ja ją wprzódy

spostrzegłem.

No, już zgodnym sposobem dam wam oto pięć

dukatów.

Łukasz na to porwał ją za rękę.

Ty psia wiaro, będziesz mi się tu targował!

No, połowę. *

Mówiąc to, Szymon chciał Marysię wziąć na ręce.

Ty złodzieju, chamie, puszczaj mi zaraz!

Tu zaczęli sobie gorzej jeszcze wymyślać i wyry­wać Marysię; ta krzyczała w niebogłosy, co widząc Znajdek, przyskakiwał do jednego to do drugiego, i gryzł ich po nogach, a oni ani nawet na to nie zwa­żali. Nareszcie dali jej pokój, i zaczęli się z sobą bić okrutDie, łapiąc się za włosy, za uszy, właśnie jak niegdyś dwaj Znajdkowie. Skończyło się na tem, że Łukasz porwawszy strzelbę zmierzył do Szymo- * na, co tamten widząc, drapnął w krzaki, odgraża­jąc się Wójtem. Ale poznała Marysia, że nie kto inny, tylko ten co został słuszność miał za sobą, bo od czegóż strzelba?—toćże strzelba jeszcze od pięści silniejsza.

Tej tedy strzelby bała się bardzo, i myślała so­bie: co ona pocznie, jak ją zaczną wypytywać? Musi szczerą prawdę powiedzieć ze stracha, nic nie po­może. A wtem oa Łukasz wziął ją na ręce, nazy­wając ciągle panienką, i mówiąc, żeby się nie bała. W ten sposób szli ku gościńcowi, a Znajdek taż za nimi.

Wszak to ja panienkę znalazłem, nie tamten? —rzekł wreszcie Łukasz.

A juści.

Panienka powie to swojej mamie.

Wiedziała [Marysia że niej ma żadnej mamy,

ale cóż miała robić? obiecała.;

Niedoczekanie jego—mówił znowu spluwając. Pięć dukatów, kiedy mogę wziąć wszystko, byłbym chyba głupi, wszak prawda?

Może być.

Szli dalej. Iskrzył się mróz na krzakach, z drzew zrywały się wrony kracząc, i leciał od nich pył sre­brzysty, a niebo wyglądało blade, że go się nawet

o słońce dopytać było trudno.

To te psie wiary Cyganie panienkę oto por­wali?

Nikt mię nie porywał—rzekła nieśmiało Ma­rysia.

Ze strachu nie chce się przyznać—mówił se- bie Łukasz—ale to ta sama.

I pytał znowu:

* J • i

t

A długo panienka z niemi była?

Coś z pięć niedziel.

Taże dwa lata.

Może i dwa lata.

I bardzo panience dopiekali?

Nic mi złego nie zrobili. Jedna tylko Pili- picha...

No, no, niech się już panienka nie boi. Pójdą do kryminału, nawet konie z nich wydusimy.

Marysia pojąć nie umiała, jak tu można z ludzi konie wydusić? Pierwszy raz także usłyszała, że oni dokądś tam idą. Na szczęście wcale się jej

o młyu nie pytano, więc też nic o nim nie powie­działa.

Niebawem gościniec z lasu ich wyprowadził. W dali ukazała się wieś na wzgórzach, bielił się pa­łac w pośród drzew nad rzeką.

A co? czy panienka poznaje?

Marysia rozglądała się tylko, ani wiedząc o co ta chodzi.

Poznaje—mówił Łukasz sam do Biebie.—A jak się to nazywa? Zagajewo?

Zagajewo—rzekła Marysia.

To samo—kiwał głową—no, no, po dwóch

latach, a nie zapomniała.

I pocałował ją w rękę, co jej s ię dotąd jeszcze nigdy nie zdarzyło.

Kiedy podeszli bliżej, ale jeszcze dobrze przede- wsią, to już przychodzili różni ludzie i całowali ją po rękach i po nogach, i wydziwiali się i gadali:

O to się nasza pani uradująl o tol

A zkąd wy już wiecie?—pytał Łukasz.

Taże Szymon...

Bodaj go choroba! Ja mu tu pokażę.

Szli prosto do pałacu. A ten był śliczności! Inny zupełnie jak tamten co nad jeziorem wytrzeszczał oczy, ale znowu taki, że sobie patrząc na niego, wzrok można było wypatrzeć. Ogród naokoło aż do rzeki, a jaki ogród! I jeszcze kiedy szli tamtędy, powiada ŁukaBz:

A co? może nie tu się panienka bawiła jak ją porwali?

Ba, ba, w takim ogrodzie 6ię bawić, gdzie jej tu kiedy do tego! Jak tu zielono być musi latem, co tu kwiatów pewnie. Marysia myślała, że jej się śni to wszystko.

A wtem podeszła ku nim jakaś pani podwiązana i z materacykiem na gębie, i zaraz ją Łukaszowi o- debrała.

Idźcie sobie gajowy, przyjdziecie później. Pani naszej nie można tak wszystkiego odraza powie­dzieć. Już ja Bię tem zajmę.

Tylko proszę panny, bo to wcale nie Szymon, tego...

Nie zawracajcie mi głowy.

To wyrzekłszy, bardzo poważnie wniosła Marysię do pokoja w oficynie.

Wkrótce zeszło się tam niemało różnych pań­stwa. Z ich rozmowy dowiedziała Bię Marysia, ża pan zaraz niedługo potem jak ją porwano (kto ją kiedy porywał?) rozchorował się ze zmartwienia, i nawet umarł—co jest rzeczą do dziś dnia dziwną, bo znowu nie był taki nerwowy...

Tę ostatnią uwagę, jak i w ogóle wszystkie, gdzie tylko o nerwowość chodziło, robiła zwykle owa panna podwiązana, imieniem Augusta.

Go do pani samej, to ta, od owego dnia nieszczęs­nego, ani na chwilę nie zdjęła żałoby, nawet jak się zdaje i wtedy, kiedy jej mąż umarł, z którym w nie najlepszym żyła stosunku; ale o tem lepiej nie mó­wić, powiadała panna Augusta.

Okazało się następnie, że owa pani jest osoba do wysokiego stopnifl nerwowa, o czem znów nikt nie ma tyle prawa mówić co panna Augusta. Jakoż mó­wiła o tem bardzo długo (nawet zadługo), ale wła­ściwie o sobie tylko i o swych cierpieniach; z czego nabrała Marysia tej pewności, źe ów nieboszczyk pan nie nerwowy, musiał posiadać przymioty, jakich właśnie brakło pannie Auguście, to jest być mło­dym, pięknym i niepodwiązanym.

Ha! ale trzebaż nareszcie pójść panią przygo­tować.

Poszła tedy panna Augusta krokiem bardzo uro­czystym, a przez czas jej nieobecności ciekawie wy­pytywano Marysię o jej przygody, a ona mówiła szczerze co wiedziała, tylko że się o młyn nie py­tano, więc o nim przemilczała. Ale cobądź ona po­wiadała, kręcono na to głową, spoglądano na siebie i wzruszano ramionami.—Dziecko jest wystraszone —szeptano—zahukane, boi się własnego cienia.

W czas jakiś wróciła panna Augusta, i kiedy ją niosła przez wiele pokoi, Marysia myślała, że ujrzy panią gorzej jeszcze od służącej podwiązaną, bo od czegóżby kto, nerwowym będąc, siedział w takim przepysznym pałacu? Tymczasem patrzy, a tu pani, gdzie, daleko jeszcze od Kraski piękniejsza. Ale za­ledwie miała czas nanią spojrzeć, ta jak ją nie por­wie, jak nie zacznie do siebie przyciskać, łzami po­krapiać! Nareszcie posadziła ją na czein# mięk- kiem, a sama klękła przed nią i zaczęła w nią jak w obrazek patrzeć. A wtem czegoś krzyknęła, zer­wała się, zbladła, i jak długa na podłogę się osu­nęła. Powstał zgiełk, rwetes, rzucono się ją rato­wać, i w okamgnieniu, w tym złoconym pokoju, zu­pełnie tak samo zrobiło się ciasno, jak było niegdyś u Margoli w chacie Mateuszki.

Czy i ta tak samo umarła?—pomyślała sobie Marysia — i czy mię tak samo jak i ztamtąd wy­rzucą?

Ale piękna pani nie umarła, tylko zemdlała; co zaś do wyrzucenia Marysi, to i to, jeśli nastąpiło, odbyło się w sposób trochę więcej pozłocony. Bo­wiem zaledwie piękna pani zmysły odzyskała, alić zawołała zaraz:—Weźcie ją sobie, to nie ta!—za- czem co najszybcej chwyciła ją za rękę panna Au­gusta, i wyprowadziła do swojej izby. Tam zaś kie­dy przyszła, zaraz powiedziała komuś poufnie, że driewczyna ogromnie wygląda podobna do owego kuzyna pani, młodego wojskowego, którego portret zawsze na biurku u niej stoi, ale że o tera lepiej wca­le nie mówić—dodała.

W chwilę potem odprowadzono Marysię do dal­szej jeszcze oficyny, a ztamtąd znowu w czas jakiś na folwark, i kiedy przed wieczorem zgłosili się do dworu Szymon z Łukaszem, odeszli w jak najser­deczniejszej zgodzie, bowiem nie mieli sobie co za­zdrościć, skoro z nich żaden za jej znalezienie nic nie dostał.

Czy z tego wypada że Marysia nie była Marysią? fccale bynajmniej, tylko że się nie okazała być pa­nienką. Więc też odrazu przestano ją tak nazywać, a ona bardzo temu była rada, bo jak się nieraz przekonała później, nie ma nic niewygodniejszego, jak siedzenie w cudzej skórze. Został jej Znajdek. On za nią i do oficyny poszedł i na folwark, i kiedy ją pytano jak się nazywa.—Znajdek—mówiła.—To tak jak ty—powiadano.

I nie było już tych co ją po drodze w ręce i w no­gi całowali, każdy przecie miał wtedy jakąś robotę. —Głupi ten Łukasz, mówili tylko przyjaciele Szymo­na—toćże nasza panienka byłaby młodsza od tej.— Głupi ten Szymon—mówili znowu przyjaciele Łu- kasza—albo to ona wygląda na pańskie dziecko?— I żałowała Marysia, że tego słyszeć nie mogła Pilipi- cha, byłaby jej tyle nie nadokuczałą, ale co prze­szło, to już nie wróci...

ROZDZIAŁ V.

Troohę o pannie Auguście, więcej nieco o Ćwi­klińskiej, a najwięcej o nieznanych i wiata cierpie­niach pięknej pani z białej wieżyo*ki. — Wymiana tycia i śmierci między Znajdkiem i Marysią.

Tak upłynął dzień jeden i drugi; cośby z nią prze­cie trzeba zrobić, ale cóż, pani chora na nerwy! Upły­nął jeszcze jeden; pani choć na nerwy chora, ale ka­zała żeby o niej pamiętać, i żeby jej na niczem nie zbywało. Jak to jej tam na imię—Marysia? otóż trzeba ją najprzód ubrać przyzwoicie.

Przyszła tedy panna Augusta, miała tylko ba­wełnę w uchu, i oświadczyła ekonomowej, że przez pamięć córki Btraconej, pani chce się zająć tem dzieckiem.

Czy dopóki się tamta nie znajdzie?—spytała popędliwie ekonomowa.

Nie zawracajcie mi głowy — tak tylko odpo­wiedziała na to ta zbolała osoba, a kiedy coś podo­bnego mówiła, to wyglądało zawsze, jakby ostrze­gała o grożącem jakiemś nieznanemu komuś niebez­pieczeństwie. Tylko że niebezpieczeństwo to zda­wało się być nieodłącznem od jej obecności, bo­wiem zaraz po jej odejściu rzekła tamta bardzo z partesa:

Patrzcie ją! myśli, że jest co wielkiego, a to tylko szewcówna z lichej mieściny, która się wkra­dła w łaski pańskie, i teraz stękając, pokładając się i wyrzekając, wszystkiem jak chce w pałacu trzęsie.

To słysząc nabrała przekonania Marysia, że i ner­wy mogą bywać potężną siłą rządzącą. Niezupełnie może temi słowy ona to sobie pomyślała, niemniej pomyślała, i tak zostało.

W dni parę, zjawiła się znowu panna Augusta; tym razem miała już tylko głowę octem skropioną.

Pani ją do Ćwiklińskiej oddać kazała.

A to niech sobie idzie. Czyż ją trzymam?— rzekła na to gniewna ekonomowa, i zaraz wyszła mocno drzwiami trzasnąwszy.

Bez żadnego wychowania kobieta — powie­działa patrząc za nią panna Augusta—zwyczajnie córka gorzelanego.

I rzekła, zwracając się do Marysi:

Cóż ty umiesz, moje dziecko?

Ziemniaki skrobać, wody przynieść.

Nie o to chodzi.

Pacierz umiem.

To dobrze. Ale tak, z nauki.

Czytać umiem; ale co pisane, to nie bardzo; chyba jakby takiemi literami, jak w ksi ąfcce.

Aha, to się nauczysz.

Zaczem prowadziła ją, przez wieś, mówiąc jej przez drogę:

Pamiętaj, żebyś mi się dobrze uczyła, boś ty nie żadne dziecko porządnych rodziców, rozumiesz?

Rozumiem.

Kiedy do owej Ćwiklińskiej przyszli, stała ona we drzwiach, śmiejąc się do swojej kokoszki. Była to sobie pocieszna babina, mówiono o piej że zdzie­cinniała. Miała coś trzech czy czterech mężów, już i nie pamiętała dokładnie. Także mężów tych wie­cznie z Bobą plątała, nigdy z nimi do ładu trafić nie mogąc. *

Ta tedy trochę dziwna kobiecina, jak się tylko dowiedziała o co chodzi, pogłaskała Marysię, i za­raz wyglądała bardzo rada.

A! to ta, co to ją znaleźli, co to Cyganie, co . niby panienka, a dobrze. Marysia się nazywa, do­brze, dobrze. Będzie się tu uczyła—bardzo dobrze.

Mówiąc to, całowała w rękę ową pannę Augustę, wcale nie zawracała jej głowy. Wzięła nawet Znajdka do liebie.

$

O, właśnie potrzeba jej było psa do posługi, czy tam do tego—do pilnowania. Patrzcie, jaki miły piesek, a jak się nazywa? Znajdek? to do­brze. Pójdź tu Znajdek. Warczy, a, bo pies to za­raz warczy.

Utrzymywała ona szkółkę na końcu wsi, nad rzeką. Do owej szkółki przychodziły dzieci ze wsi całej; Marysia tylko jedna tam mieszkała, i było jej jak w raju, czego chcieć? Nauki się ona nie bała, atu głównie o naukę chodziło. Bo naprzykład bywało, pobili się z sobą w szkole, i nuż na skargę.

Mnie nic do tego—mówiła staruszka—gódź- cie się tam sami.

Ale on mię wybił.

To trudno, on mocniejszy. Nie daj się, to bę­dziesz ty na wierzchu, a on pod spodem. Jak się nie nauczysz co masz zadane, to i ja cię jeszcze wy­biję.

To mówiąc, brała sobie na nos okulary, ale nic widzieć nie mogła, bo były zakopcone. Wtedy śmia­ła się sobie do rozpuku z owej pBoty, i ani pytała, kto jej to zrobił. Innym razem igłę chce nawlec, a tu uszko woskiem zalepione. Coraz to jej jakiegoś figla spłatano. Z początku oburzało toMarysię.

Głupia—mówili—co ty wiesz.

Bo i prawda. Staruszka nigdy ani myślała się gniewać, zawsze się tylko uśmiała mówiąc:

Ej, pustota, pustota, żeby was tam! Jak się postarzejecie, to wam za mnie drudzy zapłacą, i bę­dzie kwita.

Kiedy posłyszała, że Marysię Cyganką prze­zwali:

Co to Cyganka?—tak rzekła. — Cyganie tacy ludzie jak i drudzy. Takie łobuzy jak i wy, takie same nieuki.

A ta się dobrze uczy—mówili.

Więc to chyba nie Cyganka.

O zabawna kobiecino! bodajże ci jeszcze drugie tyle mężów do przeżycia! Drugie tyle? e, na co! Pierwszy był radcą stanu, drugi miał własną fabry-. kę, a trzeci, ale czy to trzeci się napijał, czy czwar­ty? Nie, tamten był właścicielem kamienicy, ale który? bo był jeden szklarzem. Tu już zamieszanie się wszczynało. Kiedy była radczynią, jeździła ka­retą, ale wszyBtkoto marność. Karetą jechał, atak samo na cmentarz zajechał, jak ten co piechotą chodzi. To mówiąc śmiała się sama z siebie poczci­wości babina.

Ale mniej ona była zabawna jak tylko o naukę chodziło. Trzymała w odwodzie ogromną rózgę zawsze świeżą, i tej nie żałowała co się nazywa.

Ha, ha—mówiła — człowiek do grobu uczyć się powinien. W dalszem życiu przymuszają go do tego okoliczności, a co z dwojga lepsze? juści rózga, póki jeszcze czas.

Marysia niezupełnie rozumiała o co ¿u chodziło, ale później zrozumiała, i było jej z tern jakby znalazł.

Tymczasem przychodziła Big o nią dowiadywać panna Augusta, to z materacykiem, to bez niego; niekiedy ją do garderoby brała. Dbano,.żeby zaw­sze czysto było koło niej, bo kiedykolwiek pani ją może widzieć zechce. Panu Bogu jedpak wiadomo (bo więcej nikomu—nawet Marysi), że piękna pani widywała ją jak tylko mogła najczęściej. Ale toćże ty nie wiesz Marysiu, że są takie szkła oprawne w rurę, co przez nie widać na milę daleko i więcej. A szkółka owa, toć i wiorsty drogi od niej niema. A ta znowu wieżyczka na pałacu, toż tam tylko samej pani wejść wolno.

Więc tedy tak było, że w tym wielkim pałaca,

0 tej małej dziewczynie wszystko a wszystko wie­dziano. Teraz oto biega Marysia, bawiąc się z dzieć­mi nad rzeką, jaka rumiana, jaka wesoła! Teraz znowu eiedzi na progu z robótką—Znaj dek przy niej. Teraz pewnie spać już poszła, bo światełko w chacie zagasło. O! ty wieżyczko bieluchna! ro ty kwiatami uśmiechnięta, oknami błyszcząca! ileiei to ty łez widziała, ile zgryzoty, żalów niewczesnych, może i skruchy!—Marysia? Czemuto me lepiej tam­ta, zamiast tej; czemu raczej ta, zamiast tamtej?

1 co za traf osobliwy! czy to traf, czy palec Boży? Oj, co tu łez, co tu gorzkich! Przeglądał lię w nich

księżyc, przypominało słońce, a na dole mówiono: Pani jest nerwowa. A panna Augusta twierdziła, te ona jedna wie co to nerwy, ale nie bardzo wiedzia­ła; trochę się tylko domyślała, choć o tem lepiej nie mówić—dodawała.

Tak przeszła wiosna, już i lato było na schyłku. Marysia podbiegała czasem pod parkan pałacowe­go ogrodu, zaglądając do tego raju, w którym za­pewne ludzie bardzo są szczęśliwi.

Raz ktoś ją spostrzegł, i odtąd pozwolono jej przychodzić bawić się w ogrodzie. Niebawem obej­rzała wszystko, a potem chodziła sobie w około pałacu, nie mogąc oczu od niego oderwać. Ba, ba, to zupełnie jak w bajce. Albo i ta wieżyczka. Stała z godzinę, patrząc na nią. Toż to wyżej nad naj - wyższe drzewa, biała, zębata, winem obrosła, pe­wnie tam tylko ptasiego mleka brak...

Nie, nie można żeby tu Marysia przychodziła wię­cej. Spostrzegła ją pani jak się bawiła nad rzeką, zupełnie w tem samem miejscu, z którego porwano panienkę. Panna Augusta odchorowała to strzyka­niem w uBzach, trwającem całe dwie doby. Z oko­liczności tej pokazało się, że i Ćwiklińska chorowa­ła kiedyś na nerwy, ale jeszcze jak jeździła karetą. Od czasu kiedy piechotą chodzi, jak ręką odjął. A ty Marysiu chodź tylko tam, dokąd Znajdka za tobą wpuszczą, rozumiesz?

Zaśby ona nie rozumiała! Ona już i czyta bez zająknienia, i pisze—ale jeszcze między dwiema li­niami, pończochę robi, obrębia, nawet i szyje od biedy ciężkiej.

Już i lepiej szyła jak od biedy, już i na jednej li­nii pisała, ba ba, upłynął kęs czasu, i rok i więcej, panienki porwanej ani śladu. Już się i konie odda- wna znalazły, a jej jak niema tak niema. A Ma­rysia jest i jest. Co ną uwagę biorąc, w wieżyczce coraz więcej poczęło się budzić do niej niechęci. Ha, byłoć tak już u Jakubowej we młynie owym przeklętym. 80 dla czego to tamtej niema, a ta jest? Czy Marysia temu co winna? Nic nie winna; aleć i tam nie zawiniła, a jednak młynarzowej była solą w oku. Wszystkiego oto narobiła Margola. Pa­nie, świeć nad jej głupią duszą!...

Czasy temi zaszło też zdarzenie, które jeszcze gorzej Marysi na szkodę wyszło.

Razu jednego bawiły się dzieciaki nad wodą. Była tam i mała dziewczyna Szymonowej, którą nosił jej chłopak, wielki urwipołeć, a trzymali się razem z synem Łukasza.

Powieziemy ją oto na kępę — powiedział tamten.

Dobrze. Ale nie ty będziesz wiózł, tylko ja. *

Oho, niedoczekanie twoje. No, dawaj wiosło.

Jutro, nie dziś.

Wskoczył do łódki jeden, wskoczył i drugi, i nu* się kłócić,' a tymczasem odbili od brzegu. Już byli dobrze na środku, kiedy jak się nie zaczną bić z so­bą, wydzierać sobie wiosło, aż tu któryś się prze- ehybnął i bęc w wodę, a za nim w jednej chwili łód­ka dnem do góry, i po wszystkiem.

Narobiły wrzasku drugie dzieci, przybiegła na to Marysia, i ani pomyślawszy że pływać nie umie, chlust za niemi w wodę, i tyle ją widziano.

Poszłaby na dno jak i tamci, gdyby nie Znajdek. Zbiegli się już ludzie ze wsi z czółnami; rwetes, dzień sądny, gruntują, szukają, a pies dał tylko nur­ka raz i drugi, porwał zębami za koszulę, i dalej z Marysią swoją do lądu. Nareszcie kiedy ją wy­ciągnął, siadł przy niej, i czeka otrząsajac się i o- gonem kręci. Patrzy po ludziach, poszczekuje, nikt na to ani zważa. Leży Marysia zemdlona, czy nie­żywa, ale co tam komu do tego, taże ona niczyja!

A tam jedynaków swoich matki płaczą, zbiegły się kumy, pomagają, a zresztą kto żyw szuka po wo­dzie, brodzi, nurkuje. Widzi pies, że tu nic nie wskóra, dalejże tedy do szkółki. Tam jeszcze o ni- • e%em nie wiedziano. Porwał Ćwiklińską za suknię, i ciągnął szczekając. Zrozumiała babina i przybie­gła tak szybko, jak może nie bywało, kiedy ka­retą jeździła. Dopieroż wzięła na ręce Marysię, i dalej z nią do chaty.

A tymczasem tamtych ani śladu...

*

O najsłodsze Imię Chrystusowe! cóż się tam do­piero działo!

Kto to zrobił? co? jak?

Pokłócili się—mówili dzieci.

Już to pewnie Szymonowej chłopak pierwszy zaczął—wołała Łukaszka.

Dla czego mój? — krzyczała Szymonowa—co tu i gadać. Wszyscy wiedzą, że wasz był ladaco.

To wasz, i wy z nim razeml

Kłóciły się, przymawiały sobie i wymyślały, a po­tem zawodziły w niebogłosy.

Mój był jak baranek—to dopiero.

Mojego do rany było przykładać—nieszczęś­liwa moja godzina!

No, ale i Marysia tam była, po co? zkąd?

Przybiegła ratować. .

Hm, nie mogła to i ona utonąć.

Na to jedno godziły się obie matki. Coby im z tego przyszło? Nic, ale po co to takie twarde ży­cie w dziewczynie? Albo i ten pies utrapiony, nie mógł to on i drugich ratować? Albo nawet czemu lepiej nie tamtych, zamiast Marysię? I życzono mu wszystkiego najgorszego, a on nic o tem nie wie- * dział. Ćwiklińska mówiła: nic to dziwnego, że tak gadają, ludzka to rzecz, jak już nie mnie, to niech i nie tobie. Ale co tu tamtych tak bardzo żałować, albo to życie taka rozkosz? Jak Pan Bóg koniecz­

nie komu żyć każe, ha, to trudno, ale znów jak nie każe...

Marysia ciężko odchorowała oną kąpiel chłodną *, ale kto tam umarł kiedy w porę? Nareszcie zwlekła się blada, i siedziała sobie na słoAcu, ale nie miała spokojności, bo przyszła do niej Szymonowa i wy­grażała jej pięścią, mówiąc:

Nie mogłaś to lepiej ty się utopić, ty nic do­brego!

Mogła, dla czego nie? ale czemu: nic dobrego?

I gadali we wsi:

Po co ją było Cyganom odbierać? niechby sobie szła na cztery wiatry, a tak nieszczęście tyl­ko z sobą przyniosła!

I zaklinał się Łukasz, że to nie on ją znalazł; tylko Szymon, a Szymon składał na Łukasza.

Ale znowu wyznać należy, kiedy się o zdarzeniu całem w pałacu dowiedziano, bardzo Marysię po­chwalono. Dobra jest, poczciwa, do poświęceń zdol­na. Pani tembardziej los jej chce zapewnić.

Pani nawet odwiedzić ją przyszła. Bogu wiado­mo—długo się ona wahała, bała się czy jej serce nie pęknie, ale nie pękło. Taka to już jego natura. Ma dwoje uszu, w jedno szatan szepce, w drugie Anioł Stróż. Ma i dwie komórki, dwa składy, na skrytości złego i dobrego; równowaga je w mierze trzyma. Albo to człowiek całkiem zły, albo całkiem dobry? Liczniejsi są tacy, którzy duchem ku wyży-

nom nadświatowym ulatują, ale najliczniejsi podo­bno, co jak trumna Mahometa, pomiędzy niebem i ziemią w powietrzu wiszą.

Przyszła tedy pani. Bardzo dobra była dla Ma­rysi, z Ćwiklińską długo na boku gadała.

Dziecko jest delikatnego umysłu, pojętne, ła­godne, szkodaby je na wsi zmarnować. Ale choćby

i do garderoby wziąć, to czyżto los taki świetny?

Bo i prawda—myślała Ćwiklińska—a nut się tam ona nerwów tylko nauczy? Zresztą na wieś, to choć i od karety, wrócić znowu można.

Z Marysią tedy tak będzie, że pani (zawsze przez pamięć jedynaczki straconej), łożyć sobie życzy na jej wychowanie. Bo ona nikogo nie ma na sze­rokim świecie, to któż jej pomoże? Trzeba dziew­czynie ułatwić środki, żeby sobie dalej radę mogła sama dać na świecie. Ile to ona lat mieć może?—o- koło dziewięciu. Dziecko rozwinięte jest, bystre, za jakie lat kilka bez opieki się już obędzie, albo to święci garnki lepią—rzekła w końcu Ćwiklińska.

Na wsi szemrano: Cyganiątko, żeby zaś kto na pannę sposobił! A no, w łaski się wkradło to pół- dyablę. Przynajmniej że choć sobie precz od nas idzie, bodaj na zginienie.

Kiedy Marysi powiedziano że do miasta poje- dzie, wszystko jej było jedno; albo ona wiedziała co to miasto? pytała tylko, czy aa dłago? Może na

zawsze. Ta dopiero markotno jej się zrobiło, jui się ona do tych kątów przywiązała, i do tych ludzi. Ale nic. Toćże się ona tu nie wylęgła. Ze świata przyszła, i v świat odejdzie. Nic ta z sobą nie przy­niosła,'i nic też nie zabierze. Znajdka tylko je­dnego...

Ba, ba, i jego ty jaż z sobą nie weźmiesz, Mary­sia. Coś mu się takiego zrobiło, że przyszedł do niej, "położył się, wywiesił język, i już po nim. Wprzódy Łukaszka coś ma do zjedzenia dała, la­dzie widzieli. Marysia nad nim długo płakała. Da­wniej bywało, labiono go, bo bardzo chętnie, byle go poszczuć, prosięta wyganiał ze szkody; ale pó­źniej, to zawsze go ktoś to kijem zwalił, to kamie­niem. Gadali, że kurczaki gonił; toćże żadnego nie zadusił, tak tylko straszył czasem z wielkiej ocho­ty. Wzięła rydel, i kopała dla niego dół pod jabło­nią, pod zieloną, myśląc:

Zrazu jej nie lubił, potem się ulitował sieroty na chłodzie, aż i w świat się za nią wybrał, i jesz­cze niedawno tema z wody ją wyciągnął, a oto te­raz niema go i już nie będzie...

Ćwiklińska głową kiwała:

Miała także Huczkę (Żolka się nazywała), po­wiedzieli że się wściekła, ale to nie prawda. I gdy­by był żył wtedy jeszcze jej mąż, ten co to, zaraz, jaściż ten dragi, bo to była jego faworytka. No,

dość powiedzieć, że zawadzała jej pasierbicy, córce pierwszego, czy trzeciego, bo nie lubiła że przy­chodził do niej wdowiec niejaki, którego sobie nie- boszczyk u a męża dla niej nie życzył.

ROZDZIAŁ VL

Od początku at do końca państwo 'Czereśniowi«.

Uieco kwasu w tych czereśniach.

Pojechała tedy Marysia do miasta, do niejakiego Halska, w towarzystwie panny Augusty. Ta ostat­nia nie była to zła osoba, trochę tylko wymagająca w przedmiocie różnicy, jaka zachodzić mogła po­między ludźmi wiadomego urodzenia atakiemi, któ­rzy niewiedzieć zkąd się wzięli, choć o tem lepiej może nie mówić—dodawała.

Pamiętaj moje dziecko—mówiła do Marysi— te ty nikogo nie masz, i nikogo mieć nie możesz; więc nie zawracaj sobie głowy tem, żesię pani tobą zaprząta, tylko się ucz, i rób co ci każą, żebyś na co dobrego wyszła. Rozumiesz?

A jakże?

Tu opowiedziała Marysi, że ją wiezie na pomie­szczenie w domu swego krewnego, bardzo dostojne­go człowieka, pana Czereśni, zkąd będzie chodziła na pensyę. Pan Czereśnia ożenił się z córką takie­go co handlował drzewem, ale ma to w niczem nie nbliża (czy handlowanie, czy drzewo? nie wiedziała Marysia), albowiem sam jest pisarzem sądowym, a ona dobra sobie kobieta, choć prochu nie wymy­śliła; zresztą wie za kogo poszła, i przeto przywią­zaną jest do męża i dzieci.

Ten pan Czereśnia, mówiono w rodzinie, że się zmarnował ożenieniem, to jest opuścił ręce ze znie­chęcenia, że nie wziął za żoną tego co się spodzie­wał; z czego wnosić należy, że ręce owe były wprzó­dy po ten posag wyciągnięte, zanim z jego bra­ku opadły, bo takie to już prawo ciążenia. Sprę­żystość nawet niejaką zachowały one i dziś jeszcze, - chętnie się wyciągając ile razy szło o dostanie pie­niędzy, bo jużto zkąd wziąć to wziąć, byle było. Więc też długów po uszy, więc pensya wiecznie naprzód wybrana, więc areszt na niej nieustający, nachodzenie wierzycieli, wypychanie ich za drzwi, niepłacenie mieszkania.

Osobliwie też ten wzgląd ostatni długo zmuszał ową rodzinę do pewnego koczowniczego trybu ży­cia, który polegał na tem, że ich poprostu wyrza- . eano na nlicę. Bywało nawet, że nie mogąc inaczej z niemi dojść do ładu, bo i adwokaci i komornicy

nie radzi podejmowali się sprawy z panem Czere­śnią, prędzej lub później potrzebować go mogąc, dawano im jeszcze coś odstępnego, byle sobie szli na cztery wiatry. Wtedy pani gorzko wyrzekała na niegrzeczność gospodarza, dzieci wywieszały na niego języki, poczem zabierano się w drogę, poży­czywszy na to od dorożkarza, który miał sprawę

o przejechanie pijanej baby.

Tak się sobie od wiatru do wiatru przenosząc, osiedli wreszcie w domu, w którym już coś od roku nie było mowy o zmianie na lepsze. Jego bowiem właściciel był z powołania pieniaczem, temu tedy płacić było można stosunkami, wyrabianiem spraw, popieraniem ich i tym podobnie, a już jego w tem rzecz była, żeby sobie nie dał zrobić krzywdy.

Te więc przerozmaite względy biorąc na uwagę, przypuszczaćby się godziło w domu państwa Cze- reśniów niedostatek lub zbytek. Otóż ani jedno, ani drugie. Jedzono tam tylko obficie, mniejsza co, byle dużo. I na to aż nadto wystarczyłyby dochody, gdy­by... ale najprzód, gdyby pan Czereśnia chciał pra­cować. Nawet on i chciał, co prawda, tylko że nie bardzo miał kiedy; ponieważ koniecznie przesiady­wać musiał u niejakiego Augustynka, posiadającego winiarnię tuż opodal na samym rogu. Tam on go­dzinami całemi wyrzekał na brak czasu. A tu przy­chodzą ludzie i przychodzą do mieszkania, i upo­

minają się o wyroki, które już Bóg wie odkąd za­płacili z góry.

O jej! straszne rzeczy! odrobi to pan Czere­śnia, odrobi, tylko niech upatrzy wolną chwilkę cza* bu. Toćże on i nie zawsze ma czas do sądu nawet chodzić.

Bywało wreszcie, że z tego braku czasu, nieraz się za chorego podawał, żeby przecie raz odpocząć. Ale gdzie tu. Fraszka jeszcze wierzyciele (bo była od tego szybka we drzwiach, często bardzo natręt­ną pięścią wytłukana), gorzej daleko, że są tacy, co do prezesa chodzą skarżyć o te z piekła rodem wyroki.

Zaczem nareszcie jednym razem rozchodzi się wieść głucha, jako pan Czereśnia na całą noc za­siądzie do pracy. Wtedy przerażenie aż się kuchni udzielało. Pani Czereśniowa szła zaklinać niebez­pieczeństwo-

Ale mój mężu, zastanów się. •

Nie, nic nie pomoże.

Ależ zdrowie przedewszystkiem.

Ha, to darmo, to darmo.

Czyż co kiedy zmiękczyło jakiego stoika? Nie, nic nigdy nie zmiękczyło. Stłuc go można (pani Czereśniowa nazywała go słoikiem), ale żeby zmięk­czyć, to chybaby już w hucie ognistej...

To sobie myśląc, chodziła cały dzień jak struta. Dzieci nawet, jeśli Big pobiły z sobą, to już pilno­

wała, żeby przynajmniej pocichu.

Nareszcie około dziesiątej, brał lampę p. Czereśnia

i pod niezłomną pachę nieubłagane ujmując akta, do samotnego swego pokoju szedł jak na ścięcie. Tam nie dłużej siedział jak do pierwszej (ale mówiono że do białego rana), niemniej przez parę dni nastę­pnych odsypiał to sumiennie, żeby nie mieć szczer­by w życiu.

Pani Czereśniowa znajdowała potem f że zmizer- niał, że z każdym dniem ubywa, ale to co ona znaj­dowała, nic zawsze było trafuem wynalazkiem, tak przynajmniej twierdziła o niej panna Augusta. Na­zywała ją także dobrą sobie kobieciną, ale bywały lepsze, i będą jeszcze, jeśli tylko świat się nie tak prędko skończy. Właściwie bowiem, ludzkość cała dzieliła się dla niej na tych, co są Czereśniami, i takich co niemi nie są. Ci ostatni w jej mniemaniu, prawie już nie posiadali przyczjny bytu.

Zresztą czas jej przeważnie w kuchni upływał; była bowiem tego zdania, że służących niepodobna spuścić i oka, & także i dzieci. Tak więc, z niejaką korzyścią rosołu pilnując i pieczeni, z kucharką, z młodszą i piastunką wymieniała chleb dacha, o- •powiadając im sny swoje nocne, najtajniejsze spra­wy domowe, kłopoty przeróżne, i jednocześnie przez

drzwi otwarte naglądając dzieci. Za to ilekroć po­wagi użyć zapragnęła—ani rusz.

Albo to one po takich domach sługiwały; pani sama nie wie co gada, i to mówiąc drzwi jej zatrza­skiwały przed noaem.

Nie lepiej szło i z dziećmi. Te się także bywało kłóciły z nią ząb za ząb, grożąc rawsze] żesię przed ojcem poskarżą; za co znów ona mężem ich straszyła. W ten sposób gadali zwykle jednocześnie; że zaś dzieci było więcej niż ona jedna, więc zwykle po ich stronie bywała przewaga. Nie żeby z sobą trzy­mały, Boże uchowaj, ale źe jak szło o wspólnego nieprzyjaciela...

Dzieci tych było pięcioro, a miały dziwne imiona! Zaraz bowiem przy pierwszem zapewniła mamka, że dziecko się nie nchowa, jeśli ma nie dać imienia, które sobie samo przyniosło. Byłto dzień Świętej Agaty, zaczem chłopca dla świętej spokojności na­zwano Agatem. Następny przyszedł na świat w dzień Katedry Świętego Pawła. Żeby chociaż córka! Ha, nie ma co, niech choć Pawłem będzie. Następny jeszcze kiedy się urodził, było Podwyższenie Świę­tego Krzyża. Ani sposoba. To chociaż jaki tam naj­bliższy święty?—Nikodem. Niech już i Nikodem. Ze jednak pani Czereśniowa wymawiała to sobie Niso- med, zrobił się z tego przy zdrobnienia Medaś. Dalej urodziła się córka w dzień Świętego Toma - Bza, więc rada nie rada, musiała zostać Tomirą. Ale tu już pana Czereśni zbrakło cierpliwości. Dziecko następne poproatu nosić będzie imię matki albo oj­

ca. Pani Czereśniowa struchlała ze strachu. Wtem jakoś, dziwnym trafem ulitowało się niebo, gdyż u- rodził się nowy potomek w dzień Świętego Hen­ryka. Ale wyraźnie przeznaczenie tu jakieś na każ­dym kroku śmieszność podsuwało. Trzeba bowiem źe pani Czereśniowa zwyczajem swoim przerobiła to na Hędryka, i już odrobić ani sposobu, miała bowiem to do siebie, źe była uparta.

Powiedziało się wyżej, źe ta dziatwa nie konie­cznie w kupie się trzymała. Owszem, trudno na­wet o niesforniejszą zgraję. Matki za nic nie mieli. Nieustannie dokuczali sobie, wymyślali i zwykle sa­mi sobie wymierzywszy sprawiedliwość, wzajem na siebie potem w niebogłosy skarżyli. Jeśli Big która sprzymierzało z drugiem, to tylko na szkodę trze­ciego. W tym względzie najczęściej zdarzało się porozumienie przeciw spokojności owego tak zwa­nego Medusia. Dziecko było od urodzenia wątłe, nie obiecujące życia (pani Czereśniowa przypisywa­ło daniu mu innego imienia niż to, które z sobą przyniosło); prosił tedy ktoś z krewnych, że je we­źmie do siebie na wieś, żeby się wzmocniło. Tam się chłopiec ów wychował, nie zaś w domu, i za to nie lubili go rodzice, a za niemi i reszta czeladzi. Nie był to dzieciak lepszy, ale też i nie gorszy od drugich, jednak co tylko kto zbroił w domu—pewnie on. Korzystali też z tego służący; zaczem wszystkie tłukące hię talerze i szklanki, wszystkie wyszczer­

biane widelce, gubione łyżeczki, szły jak w dym na rachunek owego Mcdusia. Pani Czereśniowa narze­kała, że już z nim sobie dłużej rady dać nie może, pan Czereśnia zbierał się wejść w tę sprawę, ale zawsze odkładał do jutra, bo dziS nie miał ani chwilki czasu.

ROZDZIAŁ VII

Pani Trzmielska a takie i pan Trzmielski, i co Bi9 kaidemu z nioh należy.

Dzień, w którym Marysia zawitała w dom pań­stwa Czereśniów, był dl* niej zaraz na wstępie ist­ną próbą cierpliwości. Obchodzono ją dokoła, o- glądano jakby, jaki okaz najrzadszy, dotykano wszystkiego co na sobie miała. Nareszcie Tomcia zawyrokowała z lekceważeniem, że ona nie ma na­wet uszu poprzekłówanych. Z tego powstała sprze­czka, a nawet kłótnia gwałtowna o to, czy się po­winno mówić kolczyk czy kulczyk? Pani Czereśnio­wa przyznała Błuszność kulczykowi, i zaraz przy tej zręczności Meduś poszedł na pokutę. Marysię ta o- soba przyjęła wcale z góry.

Jak to ona się tam nazywa?

s

Marya Grudnicka — rzekła panna Augusta; poczem dodała pocichu:—Ale tak samo nazywaćby się mogła Lesińska albo i Cygańska, gdyż poprostu w grudniu ją znaleziono, w lesie, u Cyganów. Nie­wiadomego jest pochodzenia, lepiej o tern nie mó­wić, zwyczajnie sobie sierota.

Upatrzywszy stosowną chwilę, pani Czereśniowa wymknęła Bię do kuchni, i tam pod pieczęcią ta­jemnicy, szczegół ten zaraz kucharce wyznała, przy durszlaku.

Dnia tego gęś jedzono z jabłkami, ale pan Cze­reśnia spóźnił się o całą godzinę; nie mógł wcze­śniej, dużo miał zajęciu. Gościom rad był bardzo. Zaraz jutro zajmie się wyborem pensyi dla Marysi.

O! bo to trzeba bardzo ostrożnie takie rzeczy robić—rzekła od siebie pani Czereśniowa. Ja sama dla mojej Tomci, to już przeszło coś od roku, czy może więcej... Aleco,to lepiej dobrze wiedzieć z kim się ma do czynienia, bo nuż to jacy tam? Albo i te koleżanki.

Jutro, jutro najlepiej. Dziś ani chwili nie mam wolnej—mówił pan Czereśnia wzdychając.

Ale po tem jutrze, przyszło drugie jutro, wresz­cie trzecie, a tu czeladka boża takie sobie kołki na głowach wyciosuje, że to już pannie Auguście za­wroty sprawiać poczęło i mdłości. Do tego, i wra- caćbyjużdo domu pora. Jakoż nie czekając dłużej, sama się do niejakiej pani Trzmielskiej wybrała; ta

bowiem gorąco jej była zalecona przez kogoś, który

o niej słyszał od takich co widzieli, że na jej pensyę drudzy dzieci swoje posyłali.

Pani Trzmielska przyjęła ją bardzo uroczyście w bawialnym pokoju, będącym duszą mieszkania, z powodu portyer, konsol i balkonu.

Zapewne pani życzy sobie całkowicie swoją córeczkę u mnie umieścić—rzekła.

To nie jest moja córka.

Gdyż nie taję pani — mówiła dalej tamta nie słuchając—że tylko dozór nieustający zdolny jest wyrobić w przyszłej kobiecie potrzebną tęgość u- mysłu. Właśnie tylko co, w ten sposób, powierzył mi swoją córkę jedynaczkę hrabia Kobalt, wpraw­dzie galicyjski...

Panna Augusta oświadczyła stanowczo, że Mary­sia będzie tylko przychodnią.

To zupełnie jak córka radcy stanu Kromskie- go. Ma i to swoją dobrą stronę. Dla mnie nawet

o wiele zmniejsza odpowiedzialność: Właśnie temi dniami u prezesostwa Mosiężnych—o! bo ja mam bardzo rozległe stosunki, trzeba wiedzieć, choć Bo­giem a prawdą, rie przywiązuję do tego tak wiel­kiej wagi. Owszem, cąłą duszą jestem za bezwzglę­dną równością. Nawet przyznam się pani, równo­uprawnienie kobiety ma dla mnie powab niezró­wnany.

«Tu, w równej mierze również równolegle rzecz swą dalej równając, przy użycia stosownych poró­wnań,'byłaby pewnie po równi pochyłej aż do równań algebraicznych zjechała, gdyby się wcześnie już nie pokazało, że tylko u niej jednej, w przedmiocie na­wet zdolności uczennic, najzupełniejsze może na­stąpić zrównanie. W ciągu tej całej rozprawy, cz§- sto wstawała i oddalała się (poprostu nos tylko utrzeć, albo się w zwierciadle przejrzeć), ale wyglą­dało to na niestrudzoną baczność, troskliwy nadzór, każdochwilowe poświęcenie.

Nareszcie powstała wrzawa w klassie, i tu już wy­padło rozwinąć całą, jak mówiła, energię. Zaczem przeprosiwszy raz jeszcze, odeszła, a panna Augu­sta znalazła, że kobieta, której od rana do późnej nocy zawracają głowę, nie może od pani Trzmiel- skiej więcej mieć pogody umysłu i spokoju ducha.

W następstwie, kiedy się już uczennice porozcho- dziły (z wielkiem, co prawda, schodów grzmieniem), przystąpiono do obejrzenia “całości zakładu.“

Tam są klassy — zagaiła uroczyście pani Trzmielska, uchylając drzwi wiodące do trzech po koików. Zamiatała w nich dziewczyna jakaś powa­lana atramentem, wzniecając wielką kurzawę.

Któż to jest taki, jak pani sądzi?

Panna Augusta nic nie sądziła, więc ją objaśuio- no, że to jest hrabianka Kobalt. To zaś że ona za­miata, dzieje się z następnej przyczyny.—U n.nie,

widzi pani (słowa są pani Trzmielskiej), to wcale nie tak jak po innych pensyacb, co to byle naukę przetrzepać, i na tem koniec. O niel ja kształcę za­razem i stronę życia praktyczną. Kobieta niech zna wcześnie cenę pracy. Na pierwszem miejscu sta­wiam to co jest w związku z porządkiem, a dalej zajęcia w ogrodzie (w tym tu obok), ol i nawet w kuchni. Tak, tak, droga pani. Że zaś jak pani wiadomo, równość u mnie bezwzględna, więc i ta, choć hrabianka, skoro tylko na nią wypadła kolej, ha! to trudno.

A teraz przejdźmy do sypialni.

Było tam wszystkiego trzy łóżka.

Tu sypia hrabianka Kobalt i jeszcze dwie in­ne (zapewne zwykłe śmiertelniczki).

Dalej była jadalnia.

Tu jadamy wszyscy razem, hrabianka Kobalt

i reszta (zapewne ludzkości).

W ten sposób wyglądało trochę, jakby właśnie dziwnym a niezwykłym trafem, wypadła kolej na hrabiankę pomienioną, jednocześnie zamiatać, spać

i przewodniczyć jedzeniu. A jednak niech się nikt tem nie gorszy, gdyż:

Proszę wierzyć—tak rzekła pani Trzmielska •odprowadzając gości—że u mnie usposobić się mo­żna do najwyższych w kraju zakładów naukowych. Nie powiem już nic o kierownictwie zwierzchni- czem, bo to byłoby sobie samej pochlebiać; ale od

••

tego są przykłady żywe, wyniki dotykalne, które za mną oddawna bardzo głośno mówią. Tak jest, łaskawa pani, pensya pensyi nie równa (a Marysi już się wydawać zaczęło, że wszyscy są równi). Żegnam panią. Polecam się tkliwemu jej sercu, wy­bornemu rozsądkowi, i bystrej pamięci (Panna Augusta dawno już nie słyszała tak trafnego sądu).

Tu zatrzymała się pani Trzmielska, i nie poszła dalej, a to w znaczeniu równie moralnem jak fizycz- nem. Miejsce zaś, w którein się to stało, było osta­tecznie przedpokojem. Kto inny odprowadziłby aż na schody, ale ona nie była kim innym, tylko sobą,

i to tak dalece, że ktoby na jednej szali przesadną wartość tej osoby położył, a na drugiej własne jej uznanie, miałby w tym razie przykład żywy, a za­razem wynik dotykalny, najzupełniejszej pod słoń­cem równowagi.

Taką była pani Trzmielska. Słowa równości tem więcej w jej ustach miały wagi, ile że sama była z domu Wielobrzdęcka, nie z tychWielobrzdęckich, co to—bo są rozmaici, ale ona była z prawdziwych (któż o nich nie wie!). Niemniej, pomimo tego, nie wahała się oddać swą rękę “niejakiemu“ p. Trzmiel- skiemu, małemu urzędnikowi w niewielkiem biurze. Wprawdzie była już wtedy mocno pełnoletnią, i ni­gdy nie trafiał jej się nikt inny; ale zawsze meza­lians podobny—bo to był mezalians—usprawiedliwić

tylko mogło silne przywiązanie, w połączeniu z nie-

zachwianem przekonaniem.

Jakoż tak się rzecz miała, te pan Trzmielski był - poetą, ale zarazem tak się obróciła, że stosownie do wymagań postępu, stał się oraz i pozytywizmu gorącym wyznawcą. Pan Trzmielski był poetą, ale nie tym poetą »mazgajem ślamazarnym“, piszącym słusznie potępione “nędzoty.“ Nie, przeciwnie. Kie* dy w kłopotliwej około naprawy społeczeństwa krzątaninie, poruszono energiczną myśl wyrzucenia precz poetów, ale znagła uląkłszy się, że gotowi rę­kę po jałmużnę wyciągać, uradzono, że w ostatku mogliby libretta do oper pisywać:—Zapozwoleniem, łaskawi panowie—tak powiedział (ale po cichu) pan Trzmielski—no, a poezya czynu? Toż przecie szla­chetny egoizm i dobrze zrozumiany interes osobi­sty jest tak samo kapłańską ideą. Więc jednem

*

słowem, ściśle mówiąc, któż będzie działał na massy.

I tu dopiero w odmęt utylitarnych badań swój u- mysł zagrążywszy, wyciągnął go ztamtąd nowemi całkiem obrazami obwieszonym, do nowych form rozmiękłym, mającym całkiem inaczej przykrojony język.—Precz z przeszłością—tak radził—bo oglą-

dając się po za siebie można się stać bałwanem (za­pewne jak żona Lotowa). Dalej do młota—tak za­chęcał—w zaczernione ręce młot chwyćmy, i na­przód! napr^Jd! my Indzie młota!

O panie Trzmielski, powiedz nam proszę, czemu to u ciebie nigdy o dratwie mowy niema, ani o igle krawieckiej, a cóż dopiero o skromnej łopacie do pieczenia chieba? Toćże człowiek jeść potrzebuje, a jak w naszym niecnym klimacie, to i boso nie chodzić, i coś mieć jeszcze na grzbiecie. Albo znowu, czemu w twojej poezyi ręce tak uporczywie zaczer­nione bywają, czyż to woda i mydło kosztują tak wiele? Powiadasz na to, że w ścisłem znaczeniu młot jest tylko ściśniętą w jeden silny obraz prze­nośnią energicznego działania w sprawie postępu, że ręce zaczernione oznaczają nieprzerwany w swej ścisłości dzień powszedni, bowiem ściśle biorąc, precz ze świętowaniem wszelkieml chybaby już w sprawie podwyższenia ceny wyrobów...

Już to o ile równość upodobaną była jego mał­żonce, o tyle znów pan Trzmielski ścisłości hołdo­wał. Nieszczęściem naszem jest brak ścisłości, po­wiadał zawsze—równie wierszem jak prozą. Sam też z powierzchowności bardzo ściśle wyglądał. Nos miał nawet wgnieciony, a niemniej za jego koniec żona wodziła go, gdzie chciała. Byle tylko nie na “fanatyzmu" manowce, ol nie, w tym przedmiocie należał on do nieprzejednanych.

Przyjdzie czas — tak twierdził (ale również po cichu)—że się będzie mówiło: Niechże cię drga­nie eteru kocha! Bój się kwadratu z przeciwpro-

stokątnejl Przysięgam fosforanowi wapna! i tym podobnie...

Żonie swej miał jeszcze drugą rzecz do zarzuce­nia, to jest brak cywilnej odwagi. Komuż nie jest wiadomo, że jw przystępie natchnienia' wyszła raz z pod jego pióra, pieśń na uroczystość otwarcia Banku Dyskontowego (złośliwi utrzymywali, że by­ła wyśpiewana dyszkantem). Otóż, pieśń tę, napró- żno co roku pannom do deklamowania na popisie podsuwał. Bo cóż, pani Trzmielska twierdziła zaw­sze, że to jeszcze przedwcześnie. Właściwie zaś, dobrze zrozumiany interes istnienia jej pensyi, ze szlachetnym egoizmem jej małżonka, nadto czupur- nie w tym razie do bitwy stawał.

t

ROZDZIAŁ VIII

Zosia i Tomcia. Nowe pojawienie się Piotrka, a następnie tegoi zniknięcie z przyczyny pewnej bia­łej sukienki.

Marysia tedy stanowczo nie na inną pensyę bę­dzie uczęszczała. Pan Czereśnia sprobował ze swej strony stanowczo się temu sprzeciwić.—On nigdy na to pozwolić nie może, ażeby z jego domu ktoś do podobnego zakładu chodził, lub nawet miał z nim styczność najmniejszą. Ci Trzmielscy to są umysły niesforne, wichrowate, z rzędu tych, co to społe­czeństwo przewracają do góry nogami. On za nic w świecie na to nie pozwoli, i jak tylko upatrzy chwilę swobodną—to tego...

Ostatecznie jednak, nie jego stanowczość, tylko panny Augusty, zwycięztwo odniosła, bo cóż pot ę-

żuiejszego pytam, jak słabe zdrowie kobiece? Co prawda znowu, pan Czereśnia będzie regularnie po­bierał pieniądze za utrzymanie Marysi i wszystkie jej wydatki opędzał, więc pociechy mu w porażce tej nie zbraknie. Jakęż, jak się rzekło tak się i sta­ło, i panna Augasta niebawem, kamfory zapas w drogę wziąwszy, zabrała się i odjechała.

Niepodobna powiedzieć, żeby w domu państwa Czereśniów był dla Marysi raj obiecany, chyba już raczej ten jego przedsionek, który czyścem zowią. Kiedy się rozpatrzyła, pokazało się, że i tu, jak w owym cygańskim obozie, jedno na drugie dybało, w kupie zaś trzymała ich tylko zmowa na kogo trzeciego. I Pani Czereśniowa także dziwnie się o- kazała podobna do Pilipichy. Ale tam nuwet le­piej było, bo chociaż Kraska w opiekę Marysię wzięła, a gdyby i nie to, świat przecież w cztery strony stał otworem. W tym zaś domu, zaraz z ko­pyta, kiedy się Marysia za Medusiem ujęła, ten nie­wiele myśląc dał jej tak potężną sójkę v> bok, że aż jej się świeczki w oczach przywidziały, i dopiero wszyscy razem huzia na nią, a sama pani upomnia­ła ją nader ostro, żeby się nie wtrącała w rzeczy nieswoje, i tylko własnego nosa pilnowała a zada­nej lekcyi. To ostatnie jednak należało do niema­łych trudności, Agat bowiem jeografię wyśpiewywał, żeby przeszkodzić Medusiowi mruczącemu Regułę Trzech, podczas kiedy Tomcia (przyciskając forta)

/

gammy grała, Pawełek zaś z Hędrykiem polowali na dzika.

Wprędce także Marysię Cyganicką tam prze­zwano, i sługi nawet poczęły się z obowiązkami względem niej tak urządzać, jakby jej wcale nie było. Ale cóż to dla Marysi, która przecież i wody przy­nieść umiała i ziemniaki nawet w potrzebie o- skrobać. *

Gorzej stokroć,' że wszystko co dotąd na Medu- sia jak w dym spadało, ona ni ztąd ni z owąd dzia­łać za niego poczęła. Więc szklanki, więc talerze, łyżeczki, więc okna przy myciu tłuczone, więc bie­lizna w praniu gubiona, więc plamy na obrusie świeżym...

Zaczem też pani Czereśniowa poczęła gorzko przed mężem utyskiwać, że jej dzieciom narzucono podobne towarzystwo; ale cóż, wszak pan Czere­śnia pieniądze za to bierze!

Daj mi tam pokój—tak tedy mówił—mam tyle zajęcia.

Tymczasem zaś, na ukaranie Marysi, Tomcię tak­że za jej pieniądze posyłać na tę Bamą pensyę przed­sięwziął. Pani Czereśniowa osłupiała. Ale próżno się było odwoływać do jego stanowczości poprze­dniej.

Nic z tego — rzekł ten mąż nieugięty—Ma­rysia będzie za nią odpowiedzialna, odprowadzać

ją i przyprowadzać będzie, pilnować żeby się li­czyła.

A zwłaszcza żeby jej się co złego uie stało— dokończyła Bmutno pani Czereśniowa.

Tak więc, powtórzyły się niemal czasy, kiedy to Marysia dzieciaka młynarzowej piastować była zmu­szona. Teraz jednak z tą chociaż korzyścią, że z powodu owego uczenia się Tomci, większa przy­najmniej w domu zapewniona była spokojność.

Na pensyi tymczasem wszystko szło jeszcze jako tako (jakbądź i tam już przez Tomcię wiedziano

o owom domniemanein pochodzeniu Marysi), ale tyl­ko do czasu, w którym pan Czereśnia również przy­kładnie Trzmielskich za ich niesforność i wichro- watość karać przedsięwziął. Działo się zaś to tym sposobem, że im, o ile tylko mógł, nie płacił. Skut­kiem tego, pani Trzmiclska, powoli uczennicom swoim zalecać poczęła, ażeby zbytecznie do siebie nie spoufalały Marysi, bo ona trzeba wiedzieć, wca­le nie jest im równa (właściwie zaś, nierówność polegała na tem, żo się ona lepiej od drugich uczy - ł&). Jakoż coraz też i częściej stronę życia prak­tyczną kształcić w niej poczęto, a ta, jak już wia­domo, z zamiatania się składała, z roboty w ogro­dzie i w kuchni. Tedy, o jakże często wypadała ko­lej Marysi! Inne nie bardzo mogły. Ta zadelikat- na, owa wcześnie do domu pójść potrzebuje, tamta jyst cierpiąca, albo do takich rzeczy nie nawykła.

A tu pożytek pensyi nie może przecie zalegać odło­giem! Ba, ba, jeszczeby służbę przyszło trzymać liczniejszą, a czy to nie dość kucharki i chłopaka, który tyle zje co stary, tylko że go ubrać taniej wy­pada ...

Jedna tylko hrabianka Kobalt nigdy się Marysi wyręczać nie dała. I nawet, skoro ją coraz więcej przykrości spotykać zaczęło—to kto się to w niej do wysokiego stopnia rozmiłował, jak mniemacie? Ponieważ nic nie mniemacie, więc się dowiedzcie, że i tym razem hrabianka Kobalt. Tak jest, ona to we własnej swej osobie—a za to częściej umywać się zaczęła, mniej być nieuważną i lepiej się uczyć, . żeby o ile możności stać się do Marysi podobną.

I oto wydało się Marysi, jakby w utrapieniu swo- jem, znowu nieprzymierzając Kraskę znalazła. Tyl­ko że ta, ani taka dumna jak tamta, ani taka sa­mowolna; owszem, łagodna, bezsilna i właśnie sama szukająca podpory. Ho, ho, czyż to Marysia jesz­cze kogo i prowadzić będzie? Tak przecież było, choć ona o tem ani wiedziała. Owa Zosia, było to sobie ubożuchne w duchu stworzenie, ślamazarne, nieradne, jak ją tu opuścić? Więc się razem trzy­mały, i było tak, że cobądź Zosia umiała, zrobiła dobrze, lub choćby pomyślała, to wszystko zawsze od Marysi wyszło.

Pani Trzmielska mocno się tym stosunkiem gor­szyła. Należy przecie wiedzieć wcześnie, co się wła-

snema urodzenia winno—tak mówiła. — No, ależ równość, moje dziecko—ośmielał się odpowiedzieć na to pan Trzmielski, ile razy sam jeden był w po- koju.

W istocie zaś rzecz się tak miała, że i on wielkim był po cichu Marysi zwolennikiem. On nawet, nie­zależne jej w przyszłości stanowisko przewidując, ukradkiem pieśni jej swojej wiekopomnej wyuczył, co gdy się stało, błogą się nadzieją kołysał, że jak ^ popis nadejdzie, to kto wie?... W dalszym zaś cią­gu, zamierzał do młota ją zachęcić, a gdyby jeszcze od fanatyzmu chemiczny skład jej istoty odciągnąć mu się udało, wtedy zwycięztwo sprawy postępu z całą ścisłością zapewnione już być,mogło.

Cóżkolwiekbądź, w pośród tych wszystkich, to do­dających siły, to nieprzyjaznych wpływów, Marysia miała prawie nad możność zajęcie. Zosi pomagać, przepisywać, wypracowania za nią robić, Tomci pil­nować, uczyć ją, i jeszcze, w pośród nieustających zatargów domowej zgrai, samej sobie dawać radę— było to wszystko niełatwe zadanie.

Tak stały rzeczy, aż tu razu jednego, kiedy Agat w najlepsze na podwórzu Medusia ciemiężył, ktoś go z nagła tak jakoś wziął w kupę, że się cicho •zrobiło jakby makiem posiał, i tylko trzepanie ja­kieś słychać. Patrzy Marysia czy ją oczy nie mylą, a toć to nie kto inny, tylko Pietrek, nader giętkim prętem okłada Agata. Kiedy go puścił wreszcie, ta

%

ten jak strzała wleciał na schody, obcierając się

i ostrożnie zaglądając oknem, a tamten jeszcze pię­ścią mu wygrażał, poczem cicho, sza, jakby nic ni­gdy nie było. Ani się Meduś z tego w domu nie po­chwalił, ani tembardziej Agat sromotnie porażony. Ale że to Pietrefi! zkąd? co? jak? Naprzeciwko na dole stolarz w dziedzińcu ma warsztat, toćże on pe­wnie ztamtąd. On sam, tylko słuszniejszy niż był, krzepki chłopak, i zawsze go się drudzy boją.

W chwilę, kiedy Marysia wyszła za czemś na mia­sto, on stał w bramie.—Jak się masz Pietrek—rze­kła mu.—On się tylko zaczerwienił ogromnie, i nic nie powiedział. Czy jej nie poznał, czy nie chce poznać? Przykro jej się zrobiło. Znajdek, to na­wet w świat za nią poszedł, a ten, chyba dumny, czy co?

Gdzie on jej tam nic poznał, albo dumnyl on już od samego początku wie o niej, ale nie jemu to do takiej pannyI toćźe to więcej poufałości, jak znajo­mości. Cóż z tego, że ją kiedyś widział obdartą i u- ciekającą boso w świat szeroki; poszczęściło jej się,

i oto ona dziś na pensyę chodzi w sukienkach pań­skich, i po francuzku się uczy. Choć żal się Boże takiego szczęścia w domu tych tam Czereśniów z Zarwańskiej ulicy!

Innym razem w kościelnej kruchcie go spotkała, wtedy pociągnęła go za rękę i wyszli razem.

Czyż ty mię nie poznajesz?

Owszem, on ją poznaje, ale po co to wszyst­ko? co jej z tego przyjdzie?—Mówiąc to bardzo był nieśmiały, on, taki zawsze pewny siebie! Marysia się rozpłakała. Wtedy Pietrek nie wytrzymał dłu­żej i w rękę ją pocałował, i potem opowiadał pręd­ko, zkąd się wziął w mieście. Oddał go ojciec do terminu u stolarza, trzeba zdarzenia, że w tym oto domu. Dwa jeszcze lata ma do odbycia, poczem na czeladnika się wyzwoli. Nareszcie—dodał bojaźliwie —że z duszy radby jej się na co przydać, ale czyż go ona potrzebować może?

To ostatnie bardzo Marysię zasmuciło, ale naj­gorzej, że w żaden sposób nie chciał jej po dawne­mu Marysią nazywać.—Nawet lepiej oto—tak po­wiadał—żeby się niby wcale nie znali, bo ona mo­głaby mieć z tego przykrości, raz że on Agata wy- grzmocił, a powtóre, że jest rzemieślnik biedny...

O ty złocona biedo Marysina! w czemżeś ty od tamtej co lepszego? Blisko od roku jak’się Marysia w domu państwa Czereśniów znajduje, jakbądź w rzeczach jej dzieci domowe ile mogą chodzą, toć- że nie sprawiono jej nic nowego, a przecież pienią­dze na to regularnie przybywają. Co tylko z sobą przywiozła, to już i zdarte. Mniejsza jeszcze o su­kienkę lub bieliznę, bo te sama ona sobie wyrepa- ruje i połata jak umie, ale buciki, już z nich i palce wyłażą. Pan Czereśnia niema czasu o takich rze-

6

czach myśleć, pani Czereśniowa zaś nie znajduje potrzeby mężowi z tego powoda suszyć głowę. Na szczęście, ma Pietrek przyjaciela szewca, niech się już Marysia o to przynajmniej nie troszczy.

Nadszedł egzamin. Marysia już za kwartał cały na pensyi winna, ale jak na złość, jest najpierwszą uczennicą. Ha, niema rady, musi wziąć nagrodę* Drugie jej zazdroszczą, Zosia tylko jedna się cieszy. Ale popis z tego powodu znów się bez owej pieśni pana Trzmielskiege obyć musiał.—Jeszcze nie czas na to—tak zawyrokowała pani Trzmielska.—Ale zato jakże gorszącej doznała niespodzianki! Toćże pan Trzmielski powykradał najkaligraficzniej pisa­ne wypracowauia panieńskie, i gdzie tylko wzmian­kę natrafił o Bogu, tam wszędzie z dużego B zrobił małe.'

Tymczasem pokazało się, że Tomcia nie ma pro- mocyi. Jakże ją miała dostać, skoro nietylko pen­syi za nią nie płacono, ale się i uczyć nie chciała? Marysia ani jednego, ani drugiego zrobić przecież za nią nie mogła; ale nic to nie znaczy. Kiedy do domu z wyzłoconą książką przyszła, pani Czere­śniowa porwała ową książkę i zamierzywszy się nią na Marysię, szczęściem powiedziała jej tylko, żeby wiedziała kim jest, bo nie ma się z czego wynosić. Poczem napróżno Zosia na wakacye ją z sobą za­brać życzyła.—Marysia musi Tomcię douczać—tak

rzekła pani Czereśniowa—bo przecie darmo w do­mu cbleba jeść nie może.

Tymczasem w niwecz się rozwiały marzenia Zosi

0 wspólnej z Marysią zabawie. W Dębowej Górze ogród jest przepyszny, wody dużo, wśród niej wy­sepki zielone. Woziłyby się łódką, doglądały kur

1 kacząt, pielęgnowały kwiaty, nawet konno jeździ­ły. Dębowa Góra... coś już Marysia o tem jakby przez sen słyszała, ale jak i kiedy? nie wiedziała. Dębowa Góral tyle jest przeróżnych gór na świecie, a i dębowa nie jedna...

Następny rok szkolny pod dość dobrą wróżbą się rozpoczął. Rozeszła się bowiem wieść po świecie (właściwie nawet po mieście tylko), jako pani Trzmielska dziewczątko dzikie prosto z lasu wziąw­szy, z takowej w czas niedługi najcelniejszą zdzia­łała uczennicę. Wiedział pan Trzmielski, że wieść ta pozbawiona jest ścisłości; że jednak skutkiem tego przybyło kilkanaście przychodnich uczennic, i nawet jedna pensyonarka więcej, pogodził się te­dy z produkcyjnością pomienionego złudzenia, tem- bardziej, że jego autorką zdawała się być własna jego żona.

Więc jakbądź i pani Czereśniowa uparcie dalej posyłała Tomcię (o ile możności nic za nią nie pła­cąc). Marysi na pensyi nierównie już lepiej tera z

było. Owszem, przyjaźń nawet z hrabianką przeba-

. g.

czać jej zaczęto, czego bynajmniej nie miała w do­mu; bo tara raz jej z tego powodu głupią próżność zarzucano, drugi raz dowodzono, że Zosia taka jest hrabianka jak i ona.

Zresztą wszystko tam było po dawnemu, chyba- by z tą różnicą, że pani Czereśniowa coraz się gder- liwszą stawała, tak że już dzieci-ze sługami sprzy' mierzać sig na nią musiały, a pan Czereśnia coraz rzadziej począł gościć w domu, w czem przypomi­nał młynarza Jakóba, którego zawsze w karczmie zastać było możua.

Także tak samo jak i wprzódy, Marysi ubrania porządnego brakło, a raczej coraz nawet więcej, boć przecie przy najlepszej chęci, do nieskończono­ści łatać i cerować niepodobna, i gdyby nie Zosi ar która jej nieraz przemocą coś ze swoich rzeczy wprosiła, gdyby także nie ów przyjaciel Pietrka, który nic nigdy za naprawki żadne brać nie chciał, a nawet nowe obuwie na kredyt robił, to do­prawdy wstydby było niejedaokrotnie na ulicy się pokazać.

Na szczęście, jakoś przed samemi egzaminami następnemi, przyjechała panna Augusta. Zaraz z tej okoliczności jedzono na obiad prosię, ale ona nie zważając na to, niebawem pilnie rozpatrzyła garderobę Marysi, z czego się pokazało (tak przy­najmniej pani Czereśniowa w kuchni o te m powie­

działa), że ta dziewczyna szanować cudzej łaski nie umie. Co zaś z tego istotną było prawdą? wiedzieć trudno. Stosunek tu był tylko jak wiadomo taki, źe pan Czereśnia, acz człek dostojny w rodzie, znie­chęcony żc nie wziął posagu, z tego powodu nigdy czasu nie miał—pani Czereśniowa była córką takie­go co handlował drzewem, panna Augusta zaś oso­bą nerwową. Z tego tedy mogło przyjść do star­cia, a dalej do odskoczenia w trzy oddzielne strony. Zaczem w obawie uderzenia do głowy humorów , pauna Augusta w milczeniu wymownem posprawia- ła tylko co potrzeba, następnie skrzynkę na to ku­piła oddzielną, od tej zaś kluczyk powierzyła na wyłączność kieszonce Marysi.

Więc kiedy do popisu przyszło, miała Mirysia na to świeżą zupełnie sukienkę białą z niebieską przepaską. Ale cóż z tego panu Trzmielskiemu! Toćże on i tym razem zawodu dozuał, i to nawet połączonego z niejaką sromotą. Tak jest, w całem znaczeniu tego słowa; żona bowiem oświadczyła mu głośno (że aż może w klassie słychać było), żeb y jej nie nudził więcej swoim dyskontem, które jej tylko równowagę pojęć psuje i jeszcze kiedy na śmieszność zakład jej narazić może.—O ty umyśle nazbyt ciasny, jakiż to wielki brak w tobie ści­słości.

Ale sukienka owa biała daleko gorszych jeszcze narobiła rzeczy. Toćże kiedy w niej Pietrek Mary-

sig ujrzał, czemprędzej za drzwi sig schował, i po­tem czegoś zły był sam na siebie, i chodził marko - tny, nie wiedząc co mu sig stało. Cóż znów Mary­sia temu winna? Żeby tak przyszło na dobre go rozpytać, to gotów był powiedzieć, że sig jej boi.

Jakto? zkąd? jakim sposobem? Ty, taki chło­pak Bilny, takiego oto wątłego dziewczątka? Ha! hat coby tu pigść pomogła! Tak, tak, niema co ga­dać, ten wielki niegdyś łobuz z pod lasu, ni ztąd ni z owąd uczuł sig dzikim, niezgrabnym, brudnym, biednym, śmiesznym, i byłby uciekł, i uciekał, —i nie rad był temu że ucieka, a znowu nie radby wracać...

Marysia to spostrzegła. Bywało, lat poprzednich, czekał na nią aż nie wróciła z popisu, i oglądał książkę wyzłacaną, i cieszył sig. Dziś ani sig poka­że, co rau sig stało? Czy sig czego gniewa? ale ona nie zrobiła mu nic złego. I uważała już nieraz, że kiedy mówił do niej, to wyglądał zakłopotany, i ją­kał sig, i nie patrzał na nią, i czgsto wyraźnie na­wet widziała jak uciekał. Czy sig jej boi? Czy to ona taka straszna?

Wigctrochg baczniej przyjrzała sig sobiewzwier- ciadełku, i przekonawszy sig, że ma oczy wcale nie brzydkie, uśmiechnęła sig; a tu po raz pierwszy spostrzegła, że ma także śliczne ząbki, i usteczka świeże.

Przypatrywała sig sobie i oderwać sig nie mogła.

Miała już lat dwanaście. O kobieto! gdyby cię do- ^ tąd nikt nie wynalazł, samabyś to zrobiła!

Wtem zadumała się, i zrobiło się jej aż do łez smutno. Bo oto stanęła jej w pamięci Kraska, pię­kna księżniczka, która lubiła, żeby się jej bano...

ROZDZIAŁ IX.

Jeszcze nieco o zniknięciu Pietrkowem, następ­nie o ulotnieniu się pana Czereśni, i wreszcie o wy­pchnięciu za drzwi Marysi.

Trzeba zdarzenia, że zaraz niedługo potem skoń­czył się termin Pietrkowi. Mógł ci on czeladnikiem dalej u tego samego majstra pozostać, ale nie, coś go aż podważało, żeby ztamtąd odszedł. Kiedy go Marysia pytała o przyczynę, kiedy na wszystko pro­siła żeby został, to powiedział jej, żeby mu dała święty pokój, a potem za łeb się targał ze złości że to zrobił, i mówił sobie po sto razy, że jest osioł, niedźwiedź, grube chłopisko. I znowu jak się bliżej zastanowił: nie, nie może zostać, co on tu ma do ro­boty? po kiego licha? tać nie, ani sposobu, gdziein­dziej to zaraz całkiem inaczej będzie.

Jak to tam inaczej? nie wiedział, tylko czuł ;że mu tak potrzeba.

Hal pewnie sobie los chce poprawić. Czyż ma ja­kie prawo Marysia zatrzymywać go, dla tego że jej z nim dobrze? Cóż robićl Kiedyś tam, choć ją, wy­bił, dobry był dla niej, i nie uwierzył że ona zło­dziejka, choć drudzy wierzyli. I uciec jej dopomógł, co jej na dobre wyszło. A i dziś, czy to można mieć poczciwszego brata jak on? Bywa czasem czegoś nie swój, czyż rnożaa wiedzieć co komu dolega?— on przynajmniej nigdy za nic niej>owie. Zaufania do niej nie ma, nawet poufałości jej odmawia. Du­mny jest, nie żeby pogardzał drugimi, ale w oba­wie, żeby sam pogardzony nie był. Przez kogo? przez nią? jakże on jej nie zna! Powiada że jest biedny, a ona panna. Panna? cóż z tego, tak jej kazali. I jeśli jedna ta sukienczyoa licha ludzi różui z sobą lub równa, to czemu ciągle mówią jej, że ona coś gorszego od drugich, którzy choć się tak samo u- ubierają, ale ojca mają, matkę, krewnych, a ona nie ma nikogo? I także znowu: gdyby inny ubiór nosiła, taki któryby od niej Pietrka nie odstręczał, to czy- by jej wtedy Zosia poszukała? Ale gdyby i ten te­raźniejszy zrzuciła, i panną się być wyrzekła, i by­ła znowu dziewczyną bosą, to czyby wtedy Pietrek śmielszy był do niej?

Myślała nad tem dość długo.

Nie, nie to ich rozdziela, ale nauka, wychowanie, świat całkiem Piertkowi obcy...

W nocy gorzko się spłakała. 80 przypomniała jej się Kraska, co choć obdarta, na księżniczkę wy­glądała, i drudzy jej słuchali, a nikt nie kochał..

Nazajutrz Zosi ze zmartwieniem swojem się zwie­rzyła. Pokazało się źe i Zosia w podobnym kiedyś była wypadku. Miała rówienniczkę, córkę swojej mamki, z którą się razem nieraz w piasku bawiły, ale jak Zosia dorosła, zabroniła jej matka przycho­dzić do pałacu, mówiąc że to nie dla niej towarzy­stwo.

Poczciwa Ćwiklińska, ona także Żolkę sobie mia­ła, a teraz jej niema, i nie wiadomo nawet która to pasierbica i którego męża, stała się tego nieszczęś­cia przyczyną?

Toż chociaż Pietrek często będzie do Marysi pi­sywał, ale co on będzie pisał? jak to tam pisać?

o czem? Żeby tak ona do niego, choćby czasem... Dobrze, z całego serca, ale dokąd? Nie, i to na nic. On nie wie gdzie będzie. Do większego miasta się wybiera, tam nie zaraz może pomieszczenie znaj­dzie, albo nuż mu przyjdzie zmieniać często miej­sce pobytu? Najlepiej on pierwszy da jej wiedzieć

o sobie. Kiedy to mówił,'już przemyśli wał nad tem, jakby zrobić, żeby się nie dać uwieść tej pokusie.

O MaryBi i tak przez przyjaciela swego szewca wia-

domości jak najczęstsze miewać będzie, —a co się z nim stanie, po co jej wiedzieć?

Nareszcie zabrał się i odszedł. Marysi smutno było, wreszcie zajgcia wzigły górg, tyle icb miałal W tym roku skończy kurs nauk u pani Trzmiel- akiej, poczem przejdzie do zakładu wyższego, któ­rego, mówiąc nawiasem, pani Trzmielska stosownie do swoich pojgć o równości, żadną miarą uznać nie chce. Ale cóż? taka jest wola opiekunki Marysi.

Na tg uroczystość przygotował już pan Trzmielski ^ ściśle nowy poemat o budowie Lokomobili, i co do tego przynajmniej (jak ma niepłonną nadzieję), ze strony żony nie będzie miał przeszkody. No, a ze •strony nieprzewidzianych przez fizykg zrządzeń? Gdybyś w nie choć trochg wierzył, panie Trzmiel­ski, możeby i z niemi wypadło w ścisły wejść ra­chunek. Ale nie wierzysz, wigc zostaniesz ukarany, i to przez kogo? Zawsze przez pana Czereśnię, jak sam ujrzysz niebawem.

Marysia tedy, jak sig rzekło, ma bardzo dużo za­jgcia, a tu jeszcze w domu ani chwilki spokoju. Właśnie kiedy w najlepsze kłócą się z matką dzie­ciaki, ktoś we drzwi pięścią wali, piętami wybija (dzwonek już dawno urwany). To pewnie Hersz z wekslem—powiada Agat.—Nie, to z trybunału po wyroki—twierdzi Hędryś. — Medusiowi się wy­dało, że to po komorne, więc dalejże na niego wspól­nym z matką sojuszem. Bądź co bądź, zawsze to

«

ktoś z przeklętych wierzy cielił Już i szybę wybili, przez dziurę wtykają głowę i wymyślają, na schodach dyabłami i pioruuami ratą, i w bramie stróża na świadectwo biorąc, upominają się o swoje, i z ulicy jeszcze ku oknom pięścią grożą. Są tacy co przy­chodzą skoro świt, a drudzy to i w nocy.

Pan Czereśnia coraz w gorszym humorze, coraz rzadziej w domu.

Ale on co do grosza zapłaci tym gałganom. On za nic w ś wiecie nie pozwoli, żeby go we wła­dnym domu w ten sposób nachodzono. Nie, to dar­mo (próżno go żona powstrzymuje), on ich nauczy rozumu, on pokaże, co to jest ognisko domowe nie- zgwałcone; on jutro zaraz to załatwi, i całą tę psiarnię na cztery wiatry rozegna. Nie, nic nie pomoże! nic nie pomoże—tak mówi ten mąż nieu­gięty.

Z tego powodu płacz znowu, obawa zgubnych skutków podobnego uniesienia, a dalej przy lada zręczności kłótnia, którą z kolei ktoś we drzwi wa­ląc przerywa. No, i uczże się tu w takim jar- markul

Do tego jeszcze jak na złość, owa Tomcia utra- piona, do rozpaczy Marysię doprowadza. Nic się uczyć nie chce, nieporządna, nieposłuszna, psotna, krnąbrna; kiedy jej co powiedzą, ojcem swoim wy­graża.

Jakoś przed samemi egzaminami, tak się już wszystkim we znaki dała, że najcierpliwszym zbra­kło wytrwania. Przyszły wreszcie jej koleżanki, i proszą usilnie pani Trzmielskiej, żeby wybrała po­między nią i niemi. Ha, a zatem precz z Tomcią.

Marysia w płacz, w prośby, nieraz to już po ma- gało, ale obecnie ani sposobu.

Precz mi z mego zakładu — tak rzekła pani Trzmielska. —U mnie dla wszystkich równe prawo, i gdyby nawet hrabianka nagannem sprawowaniem drugich gorszyła, tak samo palec bezwzględnej spra­wiedliwości za drzwiby ją wypchnął!

Wtedy Tomcia, wstawszy z oślej ławki, oświad­czyła na to zuchwale: że jak poskarży przed ojcem, to dopiero pani Trzmielska zobaczy.— Poczem wy­szła, tak mocno drzwiami trzasnąwszy, że się aż zachwiały portyery w salonie będącym duszą mie­szkania; konsole zaś jęknąwszy, wzajemnie sobie udzieliły pociechy, i jeden tylko balkon pozostał o- bojętnym, ogłuszony oddawna ulicznym turkotem.

Skończyły się nareszcie lekcye, czas już do domu wracać.

Marysia zwleka jak może. Co ona tam pocznie? jak się pokaże?

Idzie powoli, drogą jak może najdłuższą. Jednym razem spojrzy, ogromny jakiś ruch przed mieszka­niem, różni ludzie różne rzeczy wynoszą.

Masz tobie! pani Czereśniowa kazała ją pewnie na uli cg wyrzucić.

Ale nie, toćże tam fortepian, kanapa, szafy, i ci co je znoszą, kłócą się z sobą, i sądami się straszą, i klną na czem świat stoi.

Pan Czereśnia uciekł — powiada jej stróż w bramie.—Uciekł, więc go ktoś gonił.

Na schodach jeszcze gorsza zarwańska ulica. Co kto złapał, znosi, drudzy uau wydzierają; zgiełk, wymyślanie, miejscami bitwa, słowem obraza Pana Boga.

Przedarła się jakoś do przedpokoju. Tam różne sprzęty jakiś rozczochrany jegomość spisuje, dru­dzy mu nie dają, gospodarz broni z papierami w rę­ku, pięścią w stół bije, zaprzysięga się aż ciarki po grzbiecie chodzą. W pośród tego wszystkiego Agat Medusia w kącie obrabia, Hędryś do niego strzela z pukawki. A wtem spostrzegła Tomcia Marysię, podbiegła ku niej, plunęła na nią, i poszła.

W pokoju obok słychać płaczącą panią Czere­śniową, służące suszą jej głowę o zaległe zasługi. Pawełek z nosem obskrobanym na Medusia wniebo­głosy skarży. Skoro tam weszła Marysia, ażci jakby kto prysku do ogaia wrzucił! Pani Czereśniowa da­lejże z pięścią ku niej.

Ty taka owaka, jeszcześ tu? jeszcze mi się na oczy pokazywać śmiesz? bezczelna ty przybłędo!

Co ona dalej gadała, to aż uszy puchły słuchać. Marysia wszystkiemu winna. Ona odkąd w dom ich weszła, nieszczęście tylko z sobą przyniosła. Dzie­ci się zaraz popsuły, sługi się porozpuszczały jak dziadowskie bicze, Tomcia się nczyć przestała. Ni e zupełnie może takiemi wygłosiła to wyrazami (bo teżby i powtórzyć co do słowa trudno), niemniej rzecz sama była tej treści.

Skończyło się na tem, że Marysię za kark porwa­ła i za drzwi wyrzuciła, mówiąc:—Precz mi natych­miast z mojego domul

To jest mój dom—rzekł na to gospodarz.

Tego jeszcze było potrzeba!

A! to tak?—rzekła gorzko pani Czereśniowa. —O! bardzo proszę, mój ty panie, jakże tam. Nie na koniec świata przecie mój mąż pojechał, a choć­by i do Ameryki, skoro mi pisze, że wróci jutro najdalej, to wtedy zobaczemy.

Wtem miejscu Pawełek język mu jeszcze poka­zał, i to mu zaraz nos nadskrobany nieco podgoiło, a tamten umilkł, nauczony rozumu, tak przynaj­mniej opowiadała to później pani Czereśniowa.

A tymczasem cóż Marysia z sobą zrobi?

, Przedewszystkiem radaby pozbierać swoje ma- natki, ale ich ani śladu. Nieproszeni goście wszyst­ko już wraz z resztą rozchwytali.

Więc tak jak była, dumać poczęła: dokąd ona pójdzie?

I podczas kiedy bezmyśluem okiem wokoło sie­bie patrzyła, a w uszach szumiał jej zgiełk bezła­dny, to jej się tak wydało, jakby już raz kiedyś zu­pełnie coś podobnego widziała. No tak. Przecież pamiętasz Marysiu obozowisko cygańskie, i postrach w lesie i Pilipichę, i ostre krzaki na rozstaju? Oży­cie Judzkie! jakżeś ty często obozowiskiem tylko!

O ludzie niektórzy, jacyście wy Cyganie!

Tak więc, poemat o lokomobili, równie jak po­przednio świtające w pieśni dyskonto, w tece pana Trzmielskiego lepszych czasów czekać musi. Choć lepszych to już chyba niepodobna, tak się ty m ra­zem wszystko wybornie składało. Marysia, naj- pierwsza uczennica, i to nauki kończąca, więc zwra­cająca na siebie powszechną uwagę, więc r ozgło- śna. Ha! nawet cały ten poemat na pamięć um ie! Ale ani już myśleć o tem. Dla czego? Oto bo ją wy­rzuciła za drzwi pani Czereśniowa, ponieważ mąż jej uciekł trybem wcale sromotnym. Ztąd rozgłos, ale już mniej zaszczytny, a zatem ściśle biorąc, i nie- tyle pożądany.

I oto, v jaki sposób pan Czereśnia, raz jeszcze, wichrowatość a niesforność Trzmielskich zbawien­nie ukarał. Bowiem jakbądź pani Trzmielska, na prośby Zosi, Marysię nie mającą się gdzie podziać do siebie wzięła, ta ostatnia wcale nawet na popisie nie wystąpiła, raz że nie miała w czem wystąpić, a powtóre, że z jej powodu dobra sława zakładu na

złośliwe współzawodniczek pogadanki narażoną być mogła.

Więc cichaczem tylko nagrodę wziąwszy ¡świadec­two, czekała dalej Maryfaia zmiłowania tych, którzy się dobrowolnie opieki nad nią podjęli. Jakoż nie­bawem, na wiadomość o tem co zaszło, przyjechała panna Augusta i do Zagajewa ją zabrała. Życze­niem jest bowiem pani samej, widzieć ją i o dal­szym jej losie postanowić.

P

ROZDZIAŁ X.

Trochę znowu o obrączce, o której lepiejby nie mówić. Piękna paDi staje się nad podziw dobrą panią.

Kiedy na skraju lasu ukazał się wreszcie pałac biały w pośród drzew i zieleni, Marysia przypo­mniała sobie jak to przed laty kilkoma niósł ją tam Łukasz, nazywając przez drogę panienką. Dziś ona istotnie panienka, ale czy jej z tem le­piej?...

Tu sobie o Pietrku pomyślała, a wtem rzekła jej panna Augusta:

Nie potrzebujesz Marysiu mówić o tem pani, te to ja ciebie umieściłam u państwa Czereśniów. Powiedz zresztą, że ci tam dobrze było, bo po co to takiemi rzeczami komu cierpiącemu zawracać głowę!

I kiedy to Marysia słyszała, znowu jej Łukasz na myśl przyszedł, który w nią wmawiał, że to on ją znalazł, nie zaś SzymoD, i że Cyganie źle się z nią obchodzili, co było nieprawdą.

Ha! ha! podobnaż jeszcze co nowego wymyśleć pod słońcem? Wracają okoliczności, niby zwrotki piosenek pokręcanych korbą. Niechaj piosenek ta­kich dziesięć będzie, Bto, tysiąc, miliony, jak tylko której kolej, wróci z nią razem i piszczałka przedę- ta, sapiąca, niestrojona, a czasem nawet i strojna, tylko że nie w porę. Onemi*?zasy szła Marysia pie­chotą, dziś zaś jedzie—na tem cała różnica. Ró­żnicy tylko w tem niema, że wtedy cudze ręce ją niosły, dziś cudzy powóz wiezie, i ona jak i wprzó­dy nie posiada nic swojego...

Ale oto i pałac już, i ogród nad rzeką, ażci i wie­życzka owa zębata. Coś tam białego mignęło w o- kienku, czyżby jej kto wyglądał? Pewnie nikt nie wyglądał, ktobytam taki! Na spotkanie Marysi wy- Bzłaby chyba Ćwiklińska jedna, ale i ta nie wyjdzie, bo już nie żyje. Tak jest, poszła ona na innym świe- cieładu pomiędzy mężami swemi szukać, bo na tym oto mizernym naszym, czyż się w czemkolwiek ładu kto doszuka?

Z pomiędzy bardzo wielu, weźmy na to pierwszy przykład z brzega.

Oto nie szukając dalej, dość długo po zjawieniu się w Zagajewie Marysi, suszyła głowę staruszce

panna Augusta, chcąc dojść koniecznie, czy też dzie­wczyna ma na szyi na sznurku obrączkę jaką złotą? Nie, nie ma. Ale dla czego to wszystko? To co się w następstwie opowie, razu jednego panna Augusta wytrzymać już dłużej nie mogąc, w najosobliwszej tajemnicy Ćwiklińskiej wyznała, i teraz dobrzejsię stało, źe tamta sobie umarła, bo o takich rzeczach (słusznie powiada panna Augusta) najlepiej nie mówić.

Z tą tedy obrączką tak było.

Za czasu kiedy pani, sierotą jeszcze będąc, w do* mu macochy bawiła, pokochał ją krewny daleki, i nie długo czekał na wzajemność. Przysięgli 'sobie miłość wieczną, wymienili obrączki. Ale młodzie­niec bogaty był i świetnego rodu, więc mu się żenić z nią nie dano; ale młodzieniec uwiódł ją, i powi­nien był w tym razie głosu jedynie obowiązku po­słuchać. Wszystkiego zrobił tylko tyle, że jej ode­słał obrączkę. Z tą tedy cóż się dalej stało?

Ale tu już panna Augusta, bojąc się nawet żeby ściany nie słyszały, resztę do ucha Ćwiklińskiej wło­żyła, ta zaś żeby się nie stać trzciną chwiejną, któ­ra kiedyś o oślich uszach Midasowych wiatrom wy­gadała, nie potrzebowała nawet umrzeć przedwcze­śnie, tylko poprostu zwyczajem swoim, jednego nie dosłyszała, drogie zapomniała. I oto, zgodnie z ży­czeniem panny Augusty, cicho, sza, i więcej o tem nie mówmy.

%

W następstwie, pani oddała rękę człowiekowi który ją ubóstwiał. Wtedy i dostatki miała, i po­łożenie świetne, i przywiązanie prawdziwe; ale wszystko to na nic, gdyż porwano jej dziecię jedy­ne, jedyną istotę, którą jeszcze kochała. Nie, niema tamtej, przepadła jak kamień w wodę! Ba, ba, byłać i Marysia w wodzie aż na dnie, a jednak wypłynęła. No, Znajdek ją wyciągnął...

Pani smutna jest, blada, zmieniła się do niepo- znania. Wypieczone ma rumieńce, kaszel ją coraz suchszy gnębi. Do ciepłych krajów jechać jej ka­żą, ona za nic nie chce. Kiedy Marysię do niej przyprowadzono, jak ją tylko ujrzała, zaniosła się okropnym płaczem, i padła na klęcznik ręce ła­miąc, i przez dni kilka potem znosić jej widoku nie

- mogła.

Nareszcie powoli jakoś do niej nawykła, i to na­wet do tego stopnia, żewczas jakiś obyć się bez niej było jej trudno. Teraz dniami całemi przy sobie ją trzyma—pokochała ją. Boże! jaka ona dobra! Ma­rysia chętnieby sto razy zginęła, tysiąc razy na o- statnią poniewierkę poszła, byle jej córkę utraconą wrócić. Biedna pani! sama jedna, tak jak i Marysia! Dobra pani, kocha ją; Marysia także nikogo jeszcze

tak jak ją nie pokochała.

Jednak niedługo rozłączyć się przyjdzie. Mary­sia dalej się kształcić mnsi, od tego przyszłość jej zawisła. Idzie tu o to, żeby w dalszem życiu sama

już sobie wystarczyć mogła. Cóż będzie jak się skoń­czą wakacye?

Kiedy się skończyły, i kiedy odjeżdżać przyszło, to Marysia myślała, ża jej serce pęknie. Nie wia­domo co pani myślała, ale dość, że rzuciła jej się na szyję, i tak płakała, tak płakała, jakby się już nigdy więcej widzieć nie miały. Marysia do nóg jej padła; tyle jej wiana, ledwie że nie życie! Pani zaś rękę położyła na jej głowie i błogosławiła ją—zu­pełnie jakby córkę! A potem pomyślała sobie, że się do miasta za nią przeniesie, tylko trochę zdrow­szą się uczuje...

ROZDZIAŁ XI

Świątynia wiedzy. Panna Akwilina jej kapłanka, i pan Childeryk wielki ofiarnik.

I znowu zabrała Marysię panna Augusta, i poje­chały. Do miasta pojechały, do sławnego Wolina. Wolin od Halska więksay, daleko większy, bez ża­dnego porównania większy. Wolin, jednem słowem, jestto bardzo duże miasto. Powiecie zapewne, że takiego miasta niema, że może było kiedyś lub do­piero będzie. Mniejsza o to. Taż sama wszędzie dola i niedola, toż samo nad obiema słońce. I czy się człowiek tak lub owak nazywa, tam jest czy owdzie, zawszeć to tylko przechodzień w drodze, i ani na jotę mniej ani więcej...

Otóż, jak się rzekło, Wolin wcale duże jest mia- Bto, i w jego wielkość uwierzyć nawet nie trudno;

inaczej bowiem, czyżby się w niem pomieścił ¿tak znakomity zakład, jak jest Instytut Pedagogiczny, na czele którego poważDym pochodem w drogę po­stępu kroczy panna Akwilina? Toż kiedy wyczytu- jemy w ogłoszeniach, że są nauczycielki z językami lub bez takowych, wtedy powiadamy sobie co na­stępuje: ztemi co są pozbawione języków, gadać na­wet nie warto, widocznie bowiem nie wyszły z za­kładu panny Akwiliny, inne zaś być może wyszły (tak przynajmniej przypuszczać się godzi); ale zno­wu te, które się obiecują z talentami, to już najnie- wątpliwiej ztamtąd pochodzą. I zaraz ogarnia cię pragnienie posiadania jednej z takich, a niechby jeszcze do tego i nazwisko, choć trochę cudzoziem­skie (dla szyku), bo przecie na rodzimą Paryżankę nie każdego stać, to już i godzisz się z losem, i rad czy nie rad bierzesz w dom swój tę Francuzkę z dru­giej ręki. Trudno, smutne nas doświadczenie tej swojszczyzny nauczyło. Po Paryżankę do samego Paryża i to samemu jechać trzeba—bo taka, która się tu błąka, mniejsza jeszcze, jeśli to tylko: opera­torka niegdyś nagniotków, buchalterka z gargoty, lub spadła z etatu (z konia) Olimpijska bogini; ale jak też to jedna z wesołych kumoszek, które w El­dorado przy podkasanych śpiewkach, bardzo wy- gorsowanc tańczą!

Owóż tedy, w instytucie pomienionym, nadewszy- stko “talentów uczono.“ Tak jest, uczono ich od

i dołu aż do strychu, od wczesnego poranka do naj­późniejszej nocy, ku srogiemu udręczeniu sąsiadów z przeciwka i z boku, cały bowiem dom przy ulicy Gwoździkowej (a ta jest jak wiadomo, najgłówniej­szą w mieście), wyłącznie na ten cel był zajęty. O ty skromne do rysunku uzdolnienie! o ty ciche, nikomu nie włażące w drogę!—czemuż tam udziałem tylko tych by wasz, którym już w żaden sposób, ani gardła do śpiewu, ani choćby palców do klawiatury przymu­sić niepodobna? Ueby tu błogiej ciszy w około sie­bie jeden potulny ołówek mógł szerzyć! Ale nie, talent ma to do siebie, że mu głośnym być potrze­ba; ale nie, panna Akwilina ma to do siebie, że wziętości pragnie. Tegoż i pani Trzmielska pragnę­ła, ale na jakże innej drodze! Jej szło o równość, tu przeciwnie, o wyższość idzie. I to nie w jednym na­wet ku talentom kierunku, o nie! Jeśli tamta ró­wnouprawnienia poproBtu dla kobiety się dopra- szała, panna Akwilina wyższości dla niej chce bez­względnie, domaga się, nawet groźnie żąda. Dalej! w służbę powolną ty przemożny rodzie męzki! górą kobieta słaba. W praktyce, toć jak wiemy, i pani Trzmielska coś podobnego u siebie stosowała, ale żeby teorye głosić tak zuchwałe... Qa! ale tu, napo- . tykamy raz jeszcze, bijącą w oczy pomiędzy wielko­ścią Halska i Wolina różnicę.

Panna Akwilina, w zamroczonej mgłą przeszło­ści, modniarką podobno do miasta przybyła, ale

dalej, skutkiem niepokalanego paryzkiego akcentu, uczułą w sobie popęd stać się pokoleń pożądaną nauczycielką—aż jej to zwolaa w obowiązek sumie­nia przeszło, i wreszcie celem życia nieodwołaluie się stało. Była to osoba w tak zwanym pewnym wieku, to jest niewątpliwie pełaolctnia (może na­wet po dwakroć dla większej pewności), nie żało­wała sobie kształtów, ani cery świeżej. Nie wiado­mo było nikomu, jakie to mianowicie okoliczności w życiu, nienawiść i pogardę rodu męzkiego rozbu­dzić w niej mogły; niemniej pewnem jest, że świąty­nia wiedzy przez same tylko kapłanki obsługiwaną u niej była.

Z jednym wszakże wyjątkiem.

Był nim niejaki Childeryk, który wziął na siebie zadanie kształcić talent stylowy. Co go tam zalecić mogło? Czy to, że był jak panna Akwilina pocho­dzenia francuzkiego, czy że równie stylowej głowy na karkach kobiecych znaleźć było trudno, czy na­reszcie, że był odstręczający, zaniedbany, brzydki? Być może, że wszystko troje razem, ale najprędzej jeszcze co innego. Z powierzchowności wątłego zdro­wia, roztargniony, zahukany, nieśmiały, dobrowol­nie na wyłączną panny Akwiliny korzyść, własną swoją pomniejszający istotę, pokorny, pełzający, mógł się łatwo w jej serce jak wąż wśliznąć, i tak się też zapewne stało. Był literatem, ale gorzki to ' chleb! (tak twierdził). Wszyscy mu w drogę włazili,

nie płacono mu, krzywdzono go, odpychano, nigdy się nie mógł na wierzch wydobyć. Z tego wszystkie­go to jedno pewnem było, że go się nigdy nie trzy­mały pieniądze. W długach po uszy, wiecznie szar­pany, ścigany, tradowany,cobądź zkąd zdobył w po­żytek mu nie szło, owszem, przepadało jak w dziu­rawym worku, i on, jak wprzódy, w niezapłaconym chodził tużurku, w butach - na słowo honoru wzię­tych, w upranej na kredyt koszuli. Miał w sobie coś wędrownego, wyglądał niedoszły, niedospany, niedokarmiony, tymczasowy. Zawsze zniechęcony, czasem nawet rozpaczy blizki, wiecznie wyrzekają­cy na ludzi, na swoją złą gwiazdę, na siebie; pomię­dzy kobietami uchodził za geniusza. Nazywały go “biednym“, i litowały się nad nim, i posądzano go nawet, że miał do nich szczęście...

O wy Sfinksowe zagadki—serca kobiece! toż albo pożeracie, albo same pastwą się stajecie. I nie zawsze miłość wam imię—czasem poprostu cieka­wość, litość lab obawa. Słabszemi być wam dano, a oto nieraz mniemana przewaga wasza wprowadza was w zasadzkę. I bywa, że tajemnicą podejść was można, zdobyć zaś równie postrachem, jak i nad­miarem pokory. I wtedy daiwią się ludzie i mówią: .co? taki Childeryk? taka fizyczna i moralna szpe­tota? człowiek wstrętny, brzydki, zły? O moi pań- stwol a jakby jeszcze i głupi? przecież i to się zda­rzało...

Ten przynajmniej głupim nie był. Do tego, jak- bądź brzydki i odpychający, oczy miał tych czaro­dziejskich uroków pełne, jakieto baśu przypisuje grzcchotaikowi, wabiącemu ka zgubie kolibry. Gra­ły w nich dziwne tęsknoty, nienasycone żądze, o- bietnice jakieś bezdenne, niekiedy silna wola, groźby pełna, niekiedy smutne błaganie...

Takim on bywał od święta.

Ale na dzień powszedni, usposobienie miał po­dobne do źle wywabionej plamy, która za lada przy­kurzeniem na wierzch wyłazi. Dowcipny, raczej na­wet złośliwy, rzecz najpoważniejszą w śmieszność umiał obrócić, nikogo nie oszczędzał, nikomu nigdy nie przebaczył, najzażylszych przyjaciół chętnie o- czerniał. W literaturze też nikt dla niego nie był dość wielkim, wyjąwszy chyba nieżyjących. Powagi żadnej nie znosił, przeszkadzała^mu, ubliżała, wy­zywała go na ostre, choć sobie i nie życzył. Ale trudno. Już to brak krytyki jest jedną z najnie­bezpieczniejszych u nas chorób społecznych—tak mówił.—Zjadają nas wzajemne grzeczności, zobo- pólne kadzidła, ustępowanie sobie z drogi z uprzej­mym ukłonem, ujmujące sprzeczki salonowe przy wejściu we drzwi do świątyni sławy jednodniowej. Ztąd tyle kieszonkowych geniuszów, ztąd takie przezroczyste wielkości, tych namaszczonych, pra­wowitych, tak czy owak uznanych. Z poświęcenia tedy dla przygnębionej srodze sprawy społecznej,

w obronie posłanniczej idei, zawód krytyka sobie obrawszy, w uczennicah swoich, również pilnie, pod pozorem stylu, zmysł krytyczny kształcił.—Od ko­biet zaczynać należy—takie było jego zdanie—t nie­mi jednemi dogadać się jeszcze można, ich wpływ jest niewątpliwy, niechże więc zbawienny będzie. Trochę mu to szło oporem, pedanterya rzadką by­wa u płci żeńskiej cnotą, do tego same tylko w okn bliźnich wypatrywać słomki, rzeczą jest niekaż- dego kuszącą, niejednemu wstrętną. I nareszcie, kto drugich rozumu uczy, sam też nauczany bywa, a i to się zdarzało. Wtedy, o biedny Childeryku, jakżeś nieszczęśliwy!... Schorzałą oto masz duszę, ztąd cały ten niepokój w tobiel Małoż cię jeszcze goryczą w życiu pojono? Złudzenia jakiekolwiek? tyś je dawno stracił! I po co ci ludziom w oczy prawdę gorzką mówić 1 czy cię korci, że je­szcze zamało masz wrogów? Któż cię kiedy zrozu­mie? Kto z tobą smutki twoje podzieli? Nikt, sam jeden, wiecznie sam jeden, zły, zgryźliwy, potępie­nia godny, wyśmiany! Rzeczy te wygłaszać umiał niepewnym od wzruszenia głosem, łza nawet, ile razy zechciał, drżała mu na rzęsie.

Ostatecznie, był to człowiek bez zasad żadnych,

zmienny, przebiegły, wreszcie nawet i bezsilny, chy- baby w obec słabszych jeszcze od siebie. Niemałym mu też sprzymierzeńcem była, otaczająca przeszłość

jego tajemnica. Nikt nie wiedział: zkąd się on wziął, jak i kiedy? Nietylko rodziny, ale i krew­nych nawet nie miał. A może się poprostu do nich nie przyznawał...

ROZDZIAŁ XII.

Mglisto, nabierające zarysów obrazy. Piękny Hen­ryk. Marysia wybiera się nie wie dokąd.

W instytucie panny Akwiliny niemało było ro­boty. Talent doparyzkiego akcentu sama ona krze­wiła, nikomu się w tem wyręczać nie dając. A była wymagająca! o! nic dziwnego. Toż mniejsza o to co się tym błogim akcentem wygłasza, byle tenże nie­skazitelny był jak potrzeba, to jest jak potrzeba w towarzystwie, ma się rozumieć w przyzwoitem, a wiadomo przecie co to przyzwoitość.

Otóż ile się to tam Marysia oduczać musiała, ile . uczyć na nowo!

A także i Zosia. Bo Zosia zaraz się tam za nią przeniosła. Jedynaczka, ojciec niczego jej odma­wiać nie umiał! Jakże jej sobie bez Marysi radę

jaką dać? Ona zrozumieć nawet nie mogła, żeby się one kiedy rozłączyć z sobą miały. Poczciwa Zo­sia, nie bardzo była zdolna; z talentów, to już chy­ba tylko rysunek narzucić jej było można, a i to jeszcze ż konieczną Marysi pomocą.

Ale w czemże ona jej pomagać nie musiała! Cóż dopiero kiedy przyszły wypracowania stylowe! “Wy­kazać wady komedyi: Zrzędność i przekora“—takie było naprzykład zadanie. Marysia byłaby wolała zalety, ale nie, trzeba było chcąc niechcąc szukać plam na słońcu. “Wytknąć słabe strony Mohorta.“ Słabe strony, kiedy tam tyle silnych. Kiedy na to przyszło, Marysia dobrze już po dwunastej położy­ła spać spłakaną Zosię, a sama całą noc siedziała,

i wreszcie wysmażyła za nią i za siebie coś, do cze­go najmniejszego nie miała przekonania. «Roze­brać Jana Bieleckiego.“ Ta ostatnia, wcale nawet dla skromności panieńskiej drażliwa propozycy a, miała przynajmniej to do siebie, że w skutkach swo­ich rozbudziła w Marysi nieznaue jej dotąd samo­dzielności poczucie. -

Rrzecz była taka.

Poprzednio już pan Childeryk razy parę w obec klassy całej wystawiał wypracowania Marysi, po­sądzając ją nader chwalebnie o wrodzone do kry­tyki zdolności. Jakże się mylił! Ona poprostu cier­pliwie była posłuszną. Ona, nie myśląc nawet

o tem, narzucony sobie obowiązek spełniała, jak-

bądź przechodził jej siły. Kazano, cóż dopiero, gdyby proszonol Gdyby proszono, być może wy­musiłaby w sobie zdolności jakich i nie miała...

Otóż, kiedy przyszło do ocenienia wypracowaó z pomienionego zadania, pan Childeryk wziąwszy zeszyt Zosi, znacząco tylko spojrzał w stronę Ma­rysi, i nie czytając podpisał: wzorowo. A potem, w czas jakiś, przy wieczornej zabawie, rzekł ni ztąd ni zowąd do Marysi:

Panna Zofia musi mieć serce za dwie osoby.

Dla czego?

Bo pani ma rorum za siebie i za nią.

Marysia poraź pierwszy w życiu uczuła się obra­żoną.

Zosia jest mi więcej niż siostrą—odrzekła za­płoniona. — Dla tego wszystko mamy wspólne, i w tym razie ta jest chyba po mojej stronie przewa­ga, że doprawdy, czasem możebym sobie i rady nie dała bez rozumu jej serca.

Odpowiedź godną była osoby, którą przyniewa- C lano obrabiać Fredrę, Pola i Słowackiego—i p. Chil­deryk, straciwszy rezon, odszedłjak zmyty. Ale w tej­że chwili zdjął żal Marysię tego co powiedziała, i byłaby wolała Bóg wie jak trudne zadanie do opra­cowania, od tej nie znanej sobie dotąd improwiza- cyjnej łatwości. Co jej się stało? zkąd w niej taka gorączka? — nie mogła sobie darować, że

8

komuś przykrość sprawiła. Kiedy sama została, rozpłakała się myśląc nad tein: jak to trudno być dobrą, a zato jak jest łatwo popgdliwością ludzi od siebie odstręczać. I wtedy, poraź pierwszy uczuła, źe nie wszystkiego z książek nauczyć sig można,

i że nie w jednej rzeczy samemu sobie potrzeba być szkołą.

Cóż dopiero, kiedy nazajutrz, na prośby pana Chil- deryka, przyszła do niej Zosia wstawić sig za nim, żeby mu przebaczyła. Uznawał sig winnym, i pra­gnął tylko nie stracić jej szacunku. Zosia nic nie wiedziała o co chodziło, ale gorąeo za nim przema­wiała, i Marysia przekonać sig mogła: jak dalece oboje w tym razie lepsi byli od niej. Zosia bowiem, jak wszyscy, nie lubiła pana Childeryka—on zaś, jakbądi dużo go to kosztować mogło, udawał sig w pokorg...

Ten biedny Childeryk! zgorzkniały, opuszczony, skłopotanyl Wprawdzie, nie licząc wypracować, mocno on uciemigżał sążnistemi rgkopismami swoich wykładów, które po nocach przepisywać było trze­ba (bo żadna książka nie była mu dość dobrą)—ale któż tam nie uciemigżał w ten lub inny sposób? Bo w Instytucie onym, wiedzieć to trzeba, każdy z uczących tak wykładał i tak pilnował skutku, jakby wyłącznie jego tylko przedmiot stanowić miał o przyszłym losie uczennicy. Ale też, jak wie­my, ogłoszeniom powołującym sig na zakład panny

Akwiliny, w zupełności zaufać było można. Tam nawet gimnastyska, taniec, podnoszone były do go­dności talentów.

Owo zgoła, o jednych tylko robotach ręcznych nigdy tam nie bywało mowy, i gdyby nie przinuso- wa praktyka u państwa Czereśniów, a także gdyby nie kucania, ogródek, i w ogóle służba demokraty­cznie u pani Trzmielskiej obowiązującą, Marysia mogła wyjść ztamtąd nie umiejąc igły trzymać w ręku, nie wiedząc jak sobie radzić z pole­waczką i szczotką, lub w przekonaniu: że kur­częta rodzą się z wątróbkami i pępkami pod pachą, prosię zaś wielkanocne z ostruganym chrza­nem w gębie. Krój sukien — Boże uchowaj!— a nóżby ztąd przymówka do owej mrocznej panny Akwiliaj^ przeszłości! Jeszcze chyba szydełko czasem dla tonu—wstawki, szlarki, friwolity. Było nawet kilka panien, które się koronek uczyły. Ale to już w dziedzinę talentu wkraczało—więc i przy­czynę bytu mogło mieć, i miało.

W ogóle, popisy talentów odbywały się tam jak najczęściej, i byle chwilą wolna: grano, śpiewano, tańczono. I byłoby z tem nawet dość przyjemnie Marysi, gdyby ją z Zagajewa choć trochę lepsze dochodziły wiadomości. Pani zawsze się chętnie do miasta wybierała, ale oto rok już upływał, już i na drugi dobrze się zaniosło — ata o wyjeździe ani myśleć; brak sił, uparty kaszel, wycieńczenie wiel-

8*

kie, choć zawsze i niewątpliwa nadzieja pole- » pszenia.

Tymczasem, zdarzyło się właśnie; że z powodu imienin panny Akwiliny (raczej zapewne urodzin— ale których? rzeczby szpetna badać)—w Instytucie miał być wydany bal co się zowie. Na przyjęcia podobne zapraszano także młodzież męzką. Wpraw­dzie z rzędu tych, co to w mniemaniu tylko własnem na głowy się liczą; w przekonaniu zaś gospodyń, są po prostu parą nóg do tańca;—niemniej za nic ich mieć nie można — jedzą bowiem łapczywie, i gdy­by ich nie pilnować, papierosami na schodach by • się zaciągali. Byli to bracia panien i kuzynkowie dalsi—przesyceni światem pensyonarze, srogim do idealizmu wstrętem przejęci czwarto-klasiści, po­gardliwie się o przeszłości wyrażający uczniowie gimnazyalni (wszyscy we frakach czarnych, całkiem incognito). Wiedziała panna Akwilina, że tacy, jeżeli się kochają, to tylko w pannach o wiele od siebie starszych; że panny także tylko starszych od siebie za cośkolwiek mają—ztąd w zupełności tym

i tamtym ufała, i to tłomaczy: dlaczego, przy ca­łej dla rodu męzkiego pogardzie, zamiast zupełnie stosunek ten precz odsunąć, wolała raczej rzecz urządzić ad usum Delphini.

Dziwniej to trochę, że wyjątkowym sposobem tym razem dozwoliła też wstępu niejakiemu panu Henry­kowi Strzale; trzeba jednak wiedzieć, że młodz*an

ten prosto z Paryża przybywał, kędy tylko co nauki . odbył, i ztąd akcentowi jego francuzczyzny naj­mniejszego nie można było zrobić zarzutu.

Byłto daleki krewny Zosi—chłopiec bardzo przy­stojny, dobrze wychowany, posiadający nawet ta­lent do rysunku i śpiewu, co go jeszcze tern więcej pannie Akwilinie zalecało.

Już na parę dni przedtem, Zosia z największem uniesieniem oznajmiła Marysi jego przybycie. Ra­zem się chowali. Zawsze go bardzo kochała, dziś obie z Marysią kochać go będą—bo go nie kochać niepodobna. Wprawdzie przeważało w jej wspo­mnieniach: że jej zawsze niemiłosiernie dokuczał, przewodził nad nią, miał ją za baj bardzo; nie mo­gła też powiedzieć: żeby kiedykolwiek dbał o nią, lub się dowiadywał choćby listownie, lub w jaki- bądź sposób o niej pamiętał,—i Marysia zadawała sobie pytanie: czyby jej w razie podobnym nie zo­bojętniał nawet ktoś najbliższy sercem?; ale ona nigdy na żadną taką próbę wystawioną nie była,

i myśląc o tein, dziwiła się sama sobie: zkąd jej się coś podobnego plątało po głowie? Z nikim się ona nie chowała razem, i lata jej dziecinne wyglądały podobne do pustkowia, wpośród którego błąkało aię tylko blade Pietrka wspomnienie. Prawda—co­raz nawet bledsze. Co się z nim dzieje? czemu jej wiedzieć o sobie nie daje—choć przyrzekł? Czuła się niewdzięczna—ale czy ona temu co winna? Czy

winna temu Zosia, że kochą swojego Henryka? Czy winien Childeryk, że nikogo nie kocha? Może gdy­by był kochany....

Wszystkie te nie wesołe rzeczy myślała sobie Marysia w przeddzień owej zabawy. Rozbierał ją jakiś niepokój — czegoś tęskno jej było, czuła się rozstrojoną, nie swoją. I czego dotąd nie bywało, zazdrościła Zosi, że kogoś koGha — a temu komuś, Zosi zazdrościła. I sama siebie przed sobą się wstydziła, i nie wiedziała co jej się stało, i wydawa­ło jej się, ie jej znów dawne zagraża osamotnienie.

Pomnażało jej smutek, że już oddawna z Zagaje- wa żadnej nie miała wieści. Nieprzeparta jakaś potrzeba do tego miejsca ją ciągnęła. Byłaby chciała w ptaka się zmienić, żeby tam choć na chwilę módz polecieć—miała jakąś pewność, że to by ją pocieszyło. W ostatnim razie, liczyła cho­ciaż dnie do końca roka, nie wątpiąc, że na waka- cye wyprosi sobie pozwolenie odwiedzenia dobrej pani. W nocy długo płakała, i nie wiedziała, jak sobie dać radę. Modliła się, a jednak ciągle ją coś uciskało...

Podobne myśli nie zbyt usposabiają do uciechy. Więc też kiedy nadeszła zapowiedziana uroczystość owa—Marysia blado wyglądała i zmęczona.—Co ci jest?—pytała troskliwa Zosia. — Nic— tak jej po­wiedziała—głowa mię boli. A to ją serce bolało....

Henryk żadnego na niej nie zrobił wrażenia. Był

#

to w istocie bardzo piękny chłopiec, ale wyglądał dumny w obejściu. Ba! nie dziwota, Strzałowie są arystokracyą w Długoszewskim powiecie. Wpraw­dzie głucho o nich w historyi, tak jak i w jeografii

o Długoszewie i jego przyległościach; ale jeśli pani Trzmielska, jak wiemy, nie darowałaby nikomu co- by nie słyszał o Wielobrzdęckich — zkądże w obe­cnym razie na pobłażanie liczyć! Boć przecię Wie- lobrzdęccy nie to jeszcze co Strzałowie, a piękny Henryk wiedział dobrze, co swemu rozgłośnemu imieniowi winien.

Dla Marysi od razu nadzwyczaj był grzeczny. Kiedy go Zosia przedstawiła, wyraził jej całą swoją wdzięczność za przyjaźń, jaką zaszczycała jego ku­zynkę. Zosia w jego mniemaniu dziwnie n& tem zyskała.—Gdzie tu dziś do tej małej kapryśnej poczwarki, która była towarzyszką jego lat dziecin­nych! Zapewne—sprzeciwiać się jej lubił, ale też równie rozpieszczonego dzieciaka nie było chyba i nie będzie.

Tu wspominali sobie rozliczne okoliczności wspól­nych zabaw, zajść z sobą, kłótni i przepraszań— a Marysia słuchała w milczeniu, i przykrość jej to sprawiało. Na tle jej wspomnień dziecinnych, ma­jaczyły tylko pełne utrapienia chwile pobytu w mły­nie z chińskim dachem, ku któremu pałac wytrzesz­czał oczy, ani się troszcząc o to co się tam działo; roztargana Jakóbowa, z pięścią zawsze do sztur-

%

gania gotową. . Jakób wiecznie z karczmy wraca­jący—prawda; że też i Margola, i Znaj dek....

Tamci tymczasem śmieli się, żartowali — a jej w uszach tylko szumiało. Odpowiadała na chybił trafił, tak lub owak — uśmiechała się, sama nie ro­zumiejąc czemu—była niby tu, a prawdę mówiąc, nigdzie jej chyba nie było, tak dalece wszędzie sa­mej siebie jej brakło. W pośród rozmowy, prosił ją Henryk do mazura, i przyjęła roztargniona. Ale tańczono jeszcze polkę, więc siadł przy niej i po sa­lonie się'rozglądał.

Kto jest ten brzydki jegomość? — spytał znagła.

Marysia spojrzała w kierunku jego wzroku, i czegoś przykro jej się zrobiło.

To pan Childeryk—rzekła.

A! to ten wielki człowiek. Tyleż wygląda śmieszny, ile i jego nazwisko, które, ponieważ nie wątpię że jest fantastyczne, od niego zależało wy­brać sobie mniej w sprzeczności stojące równie z jego powierzchownością jak usposobieniem.

Ile wiem, jest to jego nazwisko rodzinne.

Czyż to ma taki jaką rodzinę?

Marysia uczuła się boleśnie dotkniętą.

A jeśli nie on winien temu, że jest sam je­den?

Zapewne — urodzenie nie jest w mocy czło­wieka, ale stosunki od niego zależą. Ten zaś, nie

«

ma przyjaciół, bo sig o nich nie stara—a raczej, stara sig całkiem przeciwnie. Wygląda też pozio­my—niepewny—zły do Bzpiku kości.

Nigdy mi on nie zrobił nic złego—z cicha szepnęła.

Henryk, usłyszawszy to, zmięszał sig i począł mówić o czem innem.

W chwilg potem zaszło zdarzenie, które jeszcze ostrzej stosunek ten rozstrzygło. Właśnie zagrano mazura, i Childeryk zbliżył sig posuwisto—ofiaru­jąc Marysi swoją rękę.

Pan się zapewne myli—rzekł Henryk—to jest moja dama.

Nie mylę się, łaskawy panie—odparł tamten bardzo grzecznie—w dowód czego odwołuję się do własnej pani pamięci.

Marysia struchlała. Ona istotnie wczoraj jeszcze przyjęła zamówienie Childeryka.

Więcej nie 2ądam—rzekł ten ostatni—i z ca- .łego serca ustgpujg gościowi. Ju tu prawie do­mowy...

To powiedziawszy, skłonił sig i odszedł.

Kiedy tańczyć przestano, zbliżył sig do Marysi,

i pierwszy przepraszać ją począł, i sam sig z całego tego zajścia usprawiedliwiał. Widząc ją od dni kilku smutną, chciał ją wcześnie do rozrywki zo­bowiązać; winien był jednak pamigtać, że przyrze­kając mu wczoraj, tak samo pewnie o tem nie my •

ślała, jak i w obecnej chwili przyjmując innego. Zdarzyć się to może każdemu, cóż dopiero przy za- przątnieniu umysłu czemś ważniej szem niż zabawa. Zdawał się czytać w jej duszy, i własne jej wypo­wiadać słowa.

Marysia, za całą odpowiedź, z wdzięcznością tyl­ko podała mu rękę, z całego serca obiecując po­prawę, i zaraz sama zamówiła go na resztę wieczora, co też on z nietajoną radością skwapliwie przyjął.

W chwilę potem, wyraził życzenie zrobienia znajo­mości ą^swoim współzawodnikiem. Henryk przy­jął go zrazu zimno i dość z góry, w okamgnieniu jednak opamiętawszy się, stał się grzecznym i na­wet uprzedzającym. Uczuła Marysia, że to dla niej przemógł sam siebie, i razem rada była temu i nie- rada. Z jednej strony, poczucie władzy nad nim miłość własną jej łechtało, z drugiej odstręczała ją myśl nadania mu pewnych praw nad sobą. Po- , przednio już, kiedy go proszono żeby śpiewał, skła­dał się najzupełniejszą niemożnością, jednak na prośby Marysi nie wahał się ani chwili, i to jej się nie zupełnie podobało. Obecnie, dowiedziawszy się że jest zajętą na resztę wieczoru, sposępniał, mnie­mał jednak, że potrafił to ukryć, ale zdradził go nadmiar wesołości. Zdradził przed kim?—spytacie.

Ha! ha! juściż nie przed Zosią...

ROZDZIAŁ XIII.

Okienko w żyoie zagrobowe. Powrot z poza świa- * tu. Obawa tajemnic Dębowej Góry, oraz koniecz­ność ich zgłębienia.

Nie dalej jak nazajutrz, przyszła wyczekiwana z Zagajewa wiadomość.

Jnż Marysia nie pojedzie tam ani na wakacye, ani nawet nigdy. Nie ma ani po co, ani do kogo. Dobra pani już nie żyje. Umarła właśnie w chwiH, kiedy zajechał powóz, którym się już na pewno do miasta wybrała. Rzecz dziwna, w dniach ostatnich najzupełniej odzyskała siły; że zaś i poprzednio zawsze pewna była wyzdrowienia, skutkiem tego tedy nie zostawiła żadnych rozporządzeń, i Ma­rysia odtąd własnym przemysłem radzić sobie musi.

Tak pisała panna Augusta, a kiedy to Marysia * czytała, koniecznie płakać jej się chciało, ale jakoś nie mogła. Uczuła tylko, jak ją zewsząd obeszły dreszcze, jak coś władzę w nogach jej odjęło, a na­tomiast wszystka krew do głowy jej poszła. Ta zaś głowa, z tego powodu, byłaby niezaw odnie pę­kła, gdyby nie obręcz wyraźnie żelazna, która szczególniej w skroniach coraz mocniej ciśnie. I je­szcze do czerwoności rozpalona, jak się zdaje—tak Marysia mówiła.

Wystraszona Zosia pobiegła pomocy zawezwać. Niebawem położono’ Marysię w łóżko, ale tam zatf- wu przywidziało jej się, że gdziebądź się obróci, wszędzie przed nią plomienistemi głoskami wypisa­ne są wyrazy: sama jedna. Poczem już najmniej­szego nie miała pojęcia co się z nią działo.

Chwilami tylko mniemała widzieć Zosię płaczą­cą. Bywało to w nocy, ale nigdzie ani gwiazd, ani księżyca, coś tylko, niby ognik błędny, za kotarą, czy za krzakiem.

Najczęściej przecież Cygańskie obozowisko. Kłó­cą się tam Czereśniowie, ale Jakóbowa zaraz po­między niemi porządek czyni. Ba, ba, nie ma tu co czekać dłużej. Ucieka Marysia, aż przybiegła na rozstaje. Stoi drogowskaz, pokazuje wprawą stronę, w lewą stronę, którędyż tu droga na koniec świata? Patrzy Marysia, a to ani drogoskaz żaden, tylko Pietrek z wyciągniętemi w dwie strony rękami.

W jednej pierścionek trzyma, w drugiej obwarza­nek, gadajże tu dopiero!...

Wtem oto woda jakaś, jezioro czy rzeka, trzeba tam wskoczyć, niema rady. I chce to zrobić Mary­sia, i nic może, a musi. A tu pałac wytrzeszcza o- czy, a tu z wieżyczki ktoś chustką wieje. O! co tu męczarni, co tu pracy marnej, co tu wysiłku nad siły!...

Raz tylko jeden bardzo pięknie rzecz się cała wyjaśniła. Było to na wakacye. Dobra pani zupeł­nie jest zdrowa, Margola u niej w służbie dozgon­nej, Ćwiklińska na łaskawym Chlebie, Znajdek się na kanapie wylęga. I wszystko tak się już wybor­nie Bkładało, kiedy w tem odezwała się panna Au­gusta, że lepiej o tem wcale nie mówić...

Rzecz dziwna, zwykle tak było; pani jest tuż, o- podal, czy też jedzie dopiero, czy coś mówi, czy so­bie czegoś życzy, trudao wiedzieć; dość że koniecz­nie trzeba iść do niej, a tu nogi w ziemię wrosły, ani rusz z miejsca. Co tu robić? Sili się Marysia, nie, ani sposobu. Ze zmęczenia obfity pot na nią uderza. Stara się jak może, Pietrek jej pomaga, pan Childeryk jej pomaga—pierwszy bardzo nieśmiały, bo ma ręce spracowane, drugi politowania godny, bo jest sam jeden; pierwszy dobry, bo złym być nie .może, drugi niedawno jeszcze odpychany, dziś prze­baczający—a ona od obu silniejsza, i samej siebie się bojąca. Al® tej siły ani użyć! więc co komu zta-

kiej? Lubiła i Kraska, żeby'się jej bali, czy to lepiej niż się samej siebie bać? A tu jeszcze Zosia przy " światełku bladem...

Tymczasem zewsząd mgły, ciemaość, zawiłe dro­gi, spadanie z góry, wirowanie w powietrzu., nieunik­nione konieczności, nieprawdopodobne przymusy, niemożebne wyjścia. Nareszcie, kiedy się zwolna owe mgły rozpierzchły, to cóż się pokazało?—oto że pani już niema. Toćże przecie wczora właśnie umarła...

Nie, nie wczora, to już blizko miesiąc temu, mie­siąc życia czy śmierci? jak to nazwać?—ale mniej- szA) to. W tym przepływie bezdennym i bezbrzeż­nym, który się nigdy i nigdzie nie zaczął i wcale nie skończy, cóż znaczą dnie, lata, choćby wieki? Ist­nienie ziemskie najdłuższe zgarniesz w błysk jeden. Ale co to jest najdłuższe, lub najkrótsze? Wymo­czek mikroskopijny, tak samo całość swego bytu przeżywa, jak cedr pamiętający jeszcze króla Salo­mona. Opowiadano mi raz o kimś, który spadł z trzeciego piętra — pośpieszam dodać, że się nie zabił. Otóż człowiek ten, w tej chwili jednej, z najdrobniejszemi szczegółami przebiegł w myśli dzieje całego swego życia, od kolebki poczynając aż do grobu, o którym całą miał świadomość, że go ' na dole czeka. Poprostu wysiłkiem nadludzkim, jak zapewne bywa w &ażdej śmierci godzinie—od strony wieczności w życie spojrzał, a tam już jak

wiadomo, miary czasu niema. Bo tylko na ziemi, z jutra się doczesnego w pierworodnym grzechu dzień wczorajszy rodzi, bo tylko po za ziemią ist­nieje wiekuista teraźniejszość...

Wróćmy do Marysi. Młodość—potężna to jednak siła! W obec niej, zdarza się, że się śm ierć wbrew swej woli zawaha, i zaraz korzysta z tego życie, żeby sprawę ziemską na swoją stronę przeciągnąć. Wtedy człowiek, na nowo niby rozpoczynając ist­nienie, żywiej czuje, żywiej wspomina, żywiej sądzi,

i jak dziecko wielu rzeczy się uczy, i jak ono nieje­dno zgaduje, choć też, wzorem jego, nie koniecznie trafnie, ani nazbyt sprawiedliwie...

Marysia dość jeszcze długo wypracowywała w 60- bie życie. Nareszcie, kiedy się już przytomniej wo­koło siebie rozpatrzeć mogła, kiedy się Zosi bacz­nie przyjrzała, to w jej bladej, przywiędłej twa­rzyczce, w jej oczach wpadłych, wyczytała tyle tro- 8ki w łzach przebytej, tyle nocy bezsennych, że do­piero teraz poznała, jak dalece przed samym grobu zrębem, Anioł Stróż jej za rękę ją zatrzymał. Zosia uśmiechała się: wartoż nawet mówić o tem? Wszy­scy się o Marysię równo niepokoili. Po czciwy Hen­ryk dopóty nie odjechał, dopóki się nie upewnił, że już stanowczo z niebezpieczeństwa wyszła. Pan Childeryk nawet nieustannie się o nią dowi adywał, nieraz godzinami całemi siedział jak struty.

*

Zarumieniła się Marysia. Co jej tam Henryk! Ale Cbilderyk o niej ciągle myślał... Lubiła się nad tem zastanawiać. I kiedy to zrobiła, dziwny ją o- garniał egoizm. Należy jej się to, bo oua niema już nikogo.

Jakto nie ma? A Zosia? Tu znów zarozumia­łość sąd jej paczyła.

Zosia, cboćby chciała, nie mogłaby jej nie ko­chać. Ten zaś, żeby módz, chcieć musi—więc tem większą jest jego zasługa. I potem, on jest jak ona sam jeden, ztąd tem słuszniejsze pobratymstwo ich ducha...

Ostatecznie o przyszłości myśleć wypadało. Jak tu’sobie dalej radzić? -Jakim sposobem nauki skoń­czyć? Zkąd środki na to zdobyć?

Tu znowu Childeryk z sercem się swojem na­stręczył.

Ma stosunki—mówił z nieśmiałością.—Jak- bądź mały jest i nic nieznaczący, to przecież nieje- dnę ludziom wyświadczył przysługę, za którą w za­mian nigdy nic nie żądał. Zna ludzi dostatnich, którym nic łatwiejszego jak się pracą wypłacić. Nareszcie, panna Akwilina za nic nie puści od sie­bie uczennicy, która jest jej zakładu najświetniej- szem zaleceniem.

Wydało się Marysi, że nikt o niej w tym razio tak jak Childeryk nie pomyślał. A przecież Zosia od pierwszego raaa ani słyszeć nie chciała o ja-

kichbądź dla Marysi kłopotach.—Razem będą, i rzecz skończona—tak mówiła nie wdając się winne wywody.

Ale Marysia od nikogo pomocy żadnej nie przyj­mie. Ona koniecznie uszanuje ostatnią opiekunki wolę. Mimowolną wolę, co prawda, ale tak widać Pan Bóg zrządził, i ona odtąd wdzięcznością kiero­wana, własnemi siły iść dalej pragaie. Właśnie po­trzeba jest korrepetytorki dla niższego oddziału. Marysia obowiązki te przyjmie, i w zamian za dalszy pobyt na pensyi spełniać będzie.

Ale o tem myśleć jeszcze przedwcześnie. Potrze­ba wprzódy siły odzyskać.

Któż choć raz w życiu nie doznał owych rozko­szy przychodzenia do zdrowia, kiedy to organizm wszystkiemi porami zdaje się wchłaniać w siebie warunki bytu; kiedy wrażenia, rzekłbyś, przyrodzo­ną chwil krótkość, niby coś sprężystego, naciskiem własnym przedłużają, zmysły zaś, do wysokiego stopnia podniesione, utrzymują cię bezprzestannie w stanie środkującym pomiędzy rozbudzeniem i ja­kąś jeszcze przez pół senną jawą? W głowie nie­kiedy zlekka szumi, chwilami w oczach i mroczy się od blasku. Wtedy najpożądańszą bywa szara godzina, z urokami swoich półcieni, z łagodnym ci­szy swej nastrojem, z tym nieokreślonym stanem falowania i drżenia, w pośród którego przedmioty opływają cię, niby tylko lekkiem samych siebie na-

9

«

¿ładowaniem. O zachodzie słońca, kiedyś książkę złożył, kiedy wzrokiem utoniesz w resztki blasków na niebie, niby coś sobie myślisz, ale wiesz tylko, że ci tak dobrze, i źe lepiej nie pragniesz...

Bywało, w cichym zmroku, wokoło Marysi, garst­ka wesołych towarzyszek półgłosem gwarzy, a ona zagłębiona w miękkiem siedzeniu, pół słuchała, pół się zamyślała. Postacie wydawały jej się cieniami rzeczywistości, zmieszane głosy grały jej w uszach niby szum daleki. Niekiedy się tam i Ćhilderyk wpraszał pokornie. Wtedy bawił ją opowiadaniami wypadków swego życia. Najczęściej smutne były, on je przedstawiał w sposób komiczny, i pierwszy śnJlał się z samego -siebie. Marysia osłabiona łzy połykała, a potem rozmyślała długo i coraz częś­ciej, i wtedy stawał jej na oczach wzrok Childery- ka, iskrzący w zmroku, w nią wpatrzony, wzrok pełen niepojętych dla niej zaklęć, często nawet łza­mi zamglony, choć się śmiały usta. Człowiek ten taki osamotniały, ma w sobie skarby uczucia, u któ­rych .szyderstwo postawił na straży, ponieważ, w słusznej swej dumie litością obojętną gardzi, a zaufania jego nikt sobie współczującem zaparciem się siebie wysłużyć nie pragnął. Wcześnie osiero­ciał, nikt go nigdy nie kochał, sam się z życiem ła­mać musiał, podobnaż takiemu nie podać brater­skiej dłoni?

To wszystko gdy dumała Marysia, Pietrek upar­cie w myśli jej stawał. Pietrek szczerze poczciwy, a tak mało zajmujący miejsca, Pietrek milczący, nieśmiały, a taki poświęcony! To cóż? czyż mu ona potrzebna? I potem, ten prostaczek dachowy, czyż on jej równy? czyżby oni oboje mogli jednemi szla­kami iść? Bo niećylko drogi życia, ile ich widno­kręgi, różne są, stosownie do czyjego wzroku. Je­den dalej sięga niż wędrowne obłoki, drugi pod sto­py sobie patrzy, inny w koniec nosa. Pojąłżeby Pietrek dzisiejsze duszy jej potrzeby, rozkosze u- mysłu, tęsknoty serca? ZoBia, to przynajmniej z tej Bamej co ona sfery pragnień, może i zawodów (bo któż wie co za górą?), ale i to powierniczka nie do­rastająca bystrzejszych polotów, zawiele w niej może spokoju, nic jej jeszcze nie wypróbowało, po co ją udręczać przedwcze*śnie, więc i daremnie?

Tymczasem Zosia, dniem i nocą o tem jedynie myślała, że jak tylko będzie można, zabierze Mary­się do Dębowej Góry} i tam powietrzem świeżem siły jej orzeźwi, rozrywkami smutki jej ukołysze,

i choć czas jakiś sama ją sobie będzie miała.

Dębowa Góra, oto jeszcze jeden przedmiot, któ­ry, wyznać to trzeba, niemało nieraz Marysię nie” pokoił, obecnie zaś więcej niż wprzódy. Jak wiemy, z tego powoda niejednokrotnie wspomnienia swoje przetrząsała—nazwa tej miejscowości nie była jej

9*

obcą, ale w jakich okolicznościach ? gdzie i kiedy? dobadać się ani sposobu! A nuż to jest miejsce to samo, z którego dzieckiem będąc uciekła. Jeśli je­dnak to samo, dla czego Pietrek nigdy wyraźnie go nie nazwał? Co prawda, ile razy powiedział: .unas“ —Marysia wiedziała dobrze o czem mowa, ztąd ni­gdy na myśl jej nie przyszło dokładniej go o to roz- pytać. Zresztą i nie dbała, same tylko przykre ma­jąc ztamtąd wspomnienia. Ale pewnie, znając przy­jazny jej z Zosią stosunek, sam unikał bliższych co do tego objaśnień. Zastanowiło to Marysię. Czło­wiek taki prosty, tak jednak delikatny...

Zosię wjtym przedmiocie badając, zawsze się cze­goś niepokojącego dowiadywała. Pałac tam jest na feórze, i to istotnie zgaleryą oszkloną cd strony je­ziora. W niej cieplarnie z najrzadszemi krzewy... ale mDiejsza o to.

A młyn, czy jest tam jaki?

O, i nie jeden.

Ale u grobli, z wyginanym dachem?

Czy z wyginanym? nie uważała Zosia. Ale zdaje jej się, że tak, od strony okien gabinetu jej ojca. Tak, tak, podobny do chińskiej pagody.

Więc chyba to samo, pewnie to samo. No, ale

i w takim razie, toż dziwne tylko Boskie zrządzenie, czy go unikać? po co? choćby nawet i można. A jak też to konieczność, ofiara z siebie, obowiązek do spełnienia? I wreszcie, po latach tylu, któżby tam

133 —

poznał] Marysię? Margola dawno nie żyje, i chy- baby tylko Jakóbowa... ale ta znów, jakiemby pra­wem?

Zapłakała Marysia.

Sama już mogiła Margoii, tej biednej, tej pogar­dzonej, której ona życie zawdzięcza i pacierz pierw­szy, sama już ta mogiła jedna warta pielgrzymki, «hoćby przez ciernie iść. na nią przyszło...

ROZDZIAŁ IX.

Hrabia Kobalt. Rozliczne znajomości dawne. Pałac i młyn. Mogiła Margoli, i to co głupiego z niej wykwitlo. Czy Pietrek dobrze zrobił: że go nigdzie . niema?, £

W przeddzień odjazdu Marysi, na pożegnanie ba­wiono się trochę, ale bez tańców, przez wzgląd na jej żałobę, i słabe jeszcze zdrowie. Childeryk smut­ny wyglądał i roztargniony.

Sam niewiezkąd mu się to wzięło—tak mówił uśmiechając się z goryczą—ale przejdzie to, jak już nie jedna rzecz, którą w życiu w ręce trafu prze­grał. Traf ludzi zbliża i traf rozdziela, tu i tam nie zawsze trafnie. Gzy pani choć czasem pomyśli o swo­im nauczycielu?—spytał zcicha Marysi.

Nauczycielu? czego? — z kolei zapytaćby można.

O nauczyciele! jakaż to wielka pomiędzy wami roz­

maitość! Zupełnie jak i w przedmiotach, których się człowiek aż do grobu uczy, niekiedy całkiem zbyt­kownie. Bo są i miłości nauczyciele...

Nie mówimy, żeby koniecznie wobecnem usposo­bieniu Marysi zachodził podobny wypadek. Nie, przeciwnie, to tylko przyjaźń słodka, ciche współ­czucie, a nawet, powiedziećby można, rodzaj po- prostu wypracowania stylowego, krytykującego wa­dliwy ustrój wyroków przeznaczenia. Wreszcie,

0 Boże! i któż tam dojdzie, w jaki to sposób formu­łują się rzeczy podobne w zawróconej, a trochę i sa­mowolnej szesnastoletniej główce?...

Bądź jak bądź, kiedy odjeżdżać przyszło, wydało się Marysi, że, jak to było w śnie gorączkowym, stopy w ziemię jej wrastały. Mówiła sobie:—to tyl­ko obawa miejsc tych, ku którym, w niepewności następstw, zrządzeniem nieuniknionein wracać jest zmuszona. Ale znowu, kiedy już w drodze była, to czuła wyraźnie, jakby cała lepsza jej połowa po za nią sobie została. Dziwne uczucie, atak dojmujące!

1 przywodziła sobie na pamięć wszystkich, których kiedykolwiek w życiu swem niedługiem, za cobądź kochała. Nie, nikogo tak jej trudno nie było o- puszczać, jak “jego.“ Co on bez niej pocznie? jak sobie da radę? —wszystko nawykł jej powierzać. Pisywać do siebie przyrzekli... dałby Pan Bóg, żeby to tylko dla wprawy stylowej...

Kiedy już do fatalnego zbliżały się kresu, zatrzy­mali ich powóz dwaj panowie konui, którzy wyje­chali na ich spotkanie. Byłto Henryk i hrabia Ko­balt, którego Zosia zaraz z radością przyjaciółce przedstawiła. Henryk badawczo Marysi się przy­glądał, posmutniał widząc ją mocno zmienioną, a potem rozpytywał troskliwie, i już odtąd ciągle przy niej jechał. Co do hrabiego, ten o nic nie pytał, tak dalece zdawał się wszystko wiedzieć, czy też niczego nie być ciekawy.

Byłto człowiek bardzo dostojnego pozoru—także miły w całem słowa znaczeniu—słodki, uprzejmy, wyszukanie grzeczny, z rodzaju tych, co to przy pożegnaniu gotowi nietylko palto ci podawać, ale

i wdziewać kalosze, i gdyby można parasol jeszcze nad głową ci rozpostrzeć. Przymioty te nieodłącz- nemi były od jego pojęć o dobrym tonie. Ten bo­wiem był jego, rzec się godzi, osobliwszym bogiem, bogiem domowym, jak chętnie twierdził, bogiem dziedzicznym, jak co chwila dawał do zrozumienia. W ogóle dziwnie mu szło o to, ażeby mniemano o nim, że jest hrabią z hrabiów, choć podobno nie dalej jak jego ojciec był rodu protoplastą. Ale nie, w przedmiocie poczucia wagi społecznego swego stanowiska, o wiele on przechodził rodzinę Strza­łów, a więc tembardziej Wielobrzdęckich. Ztąd i owo form bałwochwalstwo, będące w jego mniema­niu konieczną cecbą ludzi wyższego świata. Że je-

dnak, mimo całego wysiłku, i tak jeszcze niezupeł­nie czuł się pewnym swego, przyszło mu tedy na myśl być postępowym, i popularności szukać. Ztąd wyższym od siebie zawsze miał do zarzucenia feu- dalizm (jak nazywał) i pojęcia wsteczne, niższych zaś koniecznie o zachcianki socyalne posądzał. I do­piero, u zejścia się z sobą tych dwóch skrzyżowa­nych dźwigni społecznych, linę własnego eklekty­zmu naciągnąwszy, kunsztownie tańczył na niej, balans przyzwoitości w drżących rękach trzymając,. w pilnej obawie, aby się ani tu, ani tam nie prze- chybnął. Wiedzieć znów trzeba, że na końcach o- wego balansu, przyczepione były dwa dogmata: “ni- czemu się nie dziwić, i czynności swoje głęboką o- t&czać tajemnicą“;—że zaś u drugich szanował to, co w sobie życzył mieć cenionem, dawało mu to u- spakajającą pewność, że z sobą ściśle zsolidaryzował społeczeństwo całe. To do niego znając, pojmiemy łatwo, dla czego nieraz przy drzwiach zamkniętych powierzał żonie zamysł pojechania na przechadzkę, albo czemu się nić nie ździwił kiedy umarła. Obec­nie, Zosia jedyną była mu powierniczką; kochał ją bowiem nie przez grzeczność samą, ale z potrzeby serca, bo to był w gruncie wcale dobry człowiek, trochę tylko przeceniający powagę swego stanowi­ska, i przeto śmieszny, choć nie więcej jak na wła­sną potrzebę. Stosunek przyjaźni jaki sobie Zosia obrała, odrazo za swój własny przyjął, na nie w i-

dziane, nic ma się nie dziwiąc, tak dalece pewny był wpojonych w córkę zasad wybrednego tona. Nie badał także kto była Marysia i zkąd się wzięła? raz przez poszanowanie cudzych tajemnic, a powtó- re przez właściwą sobie jak wiemy postępowość, oraz popularności żądzę. Obecnie, rozpatrzywszy się, znalazł wszystko w należytym porządku; kor­ciło go tylko, że Henryk trochę ma zagorąco nie­raz o Marysi prawił. Dla czego zaś go to korciło? —z tak tajemniczym człowiekiem, dojśćby ani sposób.

Tymczasem, Dębowa Góra w istocie okazała się tem, czego się Marysia tak długo obawiała.

Rzecz dziwna jednak, miejsce to, mniej się jej przykrem wydało niż to zdaleka sądziła. Toż i w niem niejedno miłe zaświtało jej wrażenie. Wspo­minała sobie, jak to niegdyś, zanim wytrwałością życia swego zawiniła, w nieświadomości jutra upły­wały jej chwile. Krótko to trwało, jednak było. Słoneczne dzionki na piasku nadbrzeża, fujarki pa­stuszków, jagody w lesie i kwiatki w zboża, a o za­chodzie tajemniczy pałac z wytrzeszczonemi ocza­mi, jeden w wodzie' przewrócony, drugi na górze, jak Pan Bóg przykazał... Z kolei, przyszły potem dnie cierniowe... Onemi czasy, ku pociesze, chwałę świetności pałacowej chcąc sobie oglądać, musiała dobrze zadzierać głowy; dziś ona z góry na dawną nędzę swoją patrzy...

t

We młynie obecnie jakiś Niemiec siedzi, po prze- dnicy jego ze szczętem zmarnieli; nie śmiała pytać Marysia, czy to Jakóbowie, ale pewnie oni.

Raz, na przechadzce dołem, zauważył Henryk bardzo malowniczą wierzbę, przewieszoną z urwiska ku jezioru. Zrobił z niej ładne studyum i podarował Marysi. Była to ta sama wierzba, u której Pietrek ją obronił, a potem wybił...

Innego dnia, do lasu ?ię wybrali, do owego, po n£)którym niegdyś Marysia Błoóca szukała. W le­śniczówce, po dawnemu, zastali ojca Piertkowego. Stał z czapką w ręku, nazywając ich wszystkich jaśnie państwem. Dziwnie to przykrem było Ma­rysi. Byłaby już może wolała, żeby ją poznał, choć on jeden; smutno to, w miejscach, w których się niemal na świat przyszło, całkiem na nowo rozpo­czynać życie! Ona chętnieby go w rękę pocałowała, troskliwie o Pietrka wypytując, o tego swego brata poczciwego, który w bezwiednej prostocie, więcej ją niż siebie kocha. Ale ona przyjdzie tam znowu, sa­ma, bez świadków, koniecznie przyjdzie, na cmen­tarz idąc, ku Margolinej mogile...

Jednego ranka, kiedy jeszcze wszyscy spali w pa- Ls łacu, wymknęła się i poszła. Wstawało słońce, zwijały się opary z ponad moczarów, lekki wietrzyk unosił je kołysząc, skrzyp żórawi z rykiem bydła się mieszał, zrywały się ptaki z radośnym świego- tem. Mieniło się jezioro w opalowe barwy, w po-

wietrzu przelatywały z szumem wonne tchnienia. MaryBia pełną piersią wchłaniała w siebie te rze- źwiące powiewy. Idący na robotę, mówili Bobie: to ta piękna panienka z pałacu, i całowali ją w ręce, i dziwili się, że tak rano wstała. Panienka z pałacul

o Boże drogi! gdyby wiedzieli!...

Szła dalej dumając.

Piękna!—I oto Henryk jej się przypomniał; Henryk coraz chętniej w moc się jej oddający, u- przedzający wszystkie jej życzenia, upodobania tyl­ko te mający, co ona.

W tem miejscu, urok władzy jej się uśmiechnął.

On mógłby tem być, czemby ona chciała; mógłby nawet pod jej wpływem przestać być sobą. Ale co jej po tem? Oni nie dla Biebie. Gdzie jemu do Childeryka, tego dziecięcia bólu, który jak ona cier­piał i walczył, i jak ona sam jest. Nie, precz z tym bezsilnym dzieciuchem, którego jak Zosię na pasku wodzićby trzeba.

Piękna! to cóż z tego? czy ona temu co winna?

I spojrzała sobie w sumienie, i nie znalazła tam

grzechu zalotności, i rzekła sobie: — Zosi go od­dam, niech się mną nie łudzi. — Niestety! I któż z nas nie wie, że najlepszemi chęciami, że nawet najcelniejszym ich doborem, wybrukowany jest przedsionek potępienia?

Dla Marysi dzień to był jak się zdaje postano­wień płonnych. Koło chaty gajowego przechodząc,

pytała sama siebie:—wejść tam, czy nie wejść? A nuż jej to za dużo czasu zabierze? Nie. Lepiej już z po­wrotem.

Na cmentarzu srebrzyła się rosa. Tu i owdzie stały zadumane krzyże, niektóre pochylone od sta­rości, omszałe, wyglądały jak wysłużone drogowska­zy. Przewieszały się ponad niemi brzozy i wierzby i drżące osiki. Niekiedy przelatujący po ich gałąz­kach szept jakiś po zaświatowy, rosą je niby łzami obrzucał, a te dotkną*ssy ich, iskrzyły się jak naj- wybrańsze dyamenty. Z ukosa, słoneczne smugi, złotemi pyły przestrzeń przeszywały. Senne szme­ry zdawały się makiem niepamięci zorane śmierci pole pod skibę zasiewać, i wszędzie grały życia po­zory, podobne do tych niepojętych zjawisk, od któ­rych wieje upajająca cisza, rozptzęgająca wszelkie zmysłów natężenie...

Dumała Marysia, błędnym wzrokiem ów cmen­tarz chwastami bujający wszerz i wzdłuż zbie­gając.

Gdzie tu mogiły Margolinej szukać? Tyle cza- sul dawno już zapadła. Gdyby nawet i stał na niej krzyż jaki, jużby dotąd spruchniał; ale i tego nie było komu postawić. Margola nie miała nikogo. A gdyby i miała, to je3zcze powiedzianoby może:— co po tej pamiątce głupiemu? Bo jej podobno wszystkiego brakło, nawet rozumu. A jednak, jej to Marysia życie swoje zawdzięcza, równie jak i

smutną na śnriecie osamotnienia spuściznę. Sama jedna była, więc cóż innego nad sieroctwo przeka­zać jej mogła? To tak zupełnie jak dobra pani z Zagajewa. Boże litościwył na tych dwóch tak od-' ległych od siebie szczeblach społecznych, podobnaż znaleźć dwie równiejsze nędze? I te dwie śmierci, z których jedna w pałacu, druga na barłogu, obie w opuszczeniu, jakże sobie pobratymcze, mimo sta­nowiska różnicyl Siadła u krzyża, i łzami duszy wezbrały jej piersi. v

Dwa te istnienia na jej życia drodze, dwie te ko­biety, toż niby dwie jej matki niedoszłe!

I wspomniała sobie rozpoczęte szczęście z pierw­szą, i niedokończone z drugą, i wspólne upragnie­nia ich ostatniej godziny, i porównała z sobą ślady przejścia ich przez życie. I zbliżyła z sobą niepo - jętą swoją do Zagajewa tęschnotę, z najzupełuiej- szem biednej Margoli zapomnieniem, i zdjął ją tego żal serdeczny i zaniosła się rzewnym płaczem. Klę­kła, całowała proch cmentarny, i modliła się długo i gorąco.

Rósł na tem miejscu krzak dzikiej róży, a nuż to właśnie na Margoli grobie? Zerwała kwiat, i wyda­ło jej się, że z delikatną jego wonią, wchłania w sie­bie wyrazy zaświatowej mowy...

Wracała smutna, przywodząc sobie na pamięć wieczorne wydarzenie w chacie Mateuszki.

Co znaczyć mogła obrączka, którą jej konie­cznie Margola na palec wtedy włożyła? O obrączkę jakąś w Zagajewie ją potem pytano. Byłażby to ta sama? Łącznik że to zdarzeń tu i tam zaszłych? Ale zkądżeby? Toż przecie w pierwszym jak w dru­gim razie, znalezienie Marysi dziełem było proste­go wypadku...

U chaty leśniczego zawahała się, i rzekła sobie:

Czy też konieczne to, ażeby stary wiedział, czego się ani domyśla? A nuż nie uwierzy? Rzecz się tylko rozniesie, i co z tego komu? Ale dla Pietrka ponieśćby należało tę ofiarę. Widocznie on dla niej o tem wszystkiem przemilczał, niech wie za to, że się go Marysia nie wstydzi.

Drżącą dłonią zapukała w okienko. Wyjrzała dziewka przezedrzwi i powiedziała, że gajowy jest w lesie. Odetchnęła Marysia.

Może tak i lepiej, widocznie Pan Bóg zrządził. Co do niej, zrobiłajswoje.

I była spokojna idąc dołem, ale na górze inaczej eię stało. Bo oto naparła się Zosia owej róży z cmen­tarza, i mimo oporu Marysi, wzięła ją sobie i oddać nie chciała. W chwilę potem, ta sama róża była już w rękaeh Henryka, a ten tembardziej za nicby jej nie oddał. Oni się sobie śmieli wesoło, a w Marysi zamierała dusza. Niepozbyte przeczucie dręczyć ją poczęło. Któż nie wie, że kwiat z mogiły nieszczęś-

.cie przynosi? Kwiat tea z rąk jej wyszedł, o aa ich w myśli wzajemnie przeznaczała sobie, a nuż się im obojgu nieszczęście stanie?

Takim był ten dzień znojny, do którego trudno- by zastosować przysłowie, twierdzące: że kto rano wstaje temu Pan Bóg daje. Choć znowu z drugiej strony, czyż to każdemu, nie zaś jedynie wybranym daje Pan Bóg swój krzyż do dźwigania?...

Wkrótce potem znowu się do lasu wybrano. Ma­rysia namówiła, żeby spocząć w chacie leśniczego, chciała się bowiem koniecznie czegoś o Pietrku do­wiedzieć. Z niechcenia pytano starego o to i owo, a on sam wygadał co mu na sercu ciążyło.

Ma syna jedynaka, który jest stolarzem, do­bry chłopak, przywiązany, pracowity, przykładny, tylko źe czegoś jaż lat kilka smutny bardzo i nigdzie miejsca nie zagrzeje. Ani wiedzieć gdzie go szukać, chyba sam niekiedy do domu zajrzy. Czasby oto, żeby się ożeoił, ale jakoś ani go namówić...

Biedy cbłopiecl może się zakochał — rzekła Zosia zadumana.

Rzecz dziwna, bywają słowa bezwiedne, na wiatr rzucone, podobne do tych ziarn skrzydlatych, nie­sionych wiatrem, które się zasiewają Bóg wie jak daleko od rodzinnego drzewa. Słowa takie wrasta­ją ci w serce i krzewią w niem wiedzę rzeczy, z któ­rych sobie dotąd nie zdawałeś sprawy, i jeśli wyr­wać je zechcesz, to jnż chyba z korzeniem; ale

najczęściej nie bardzo ci do tego śpieszno, tam bo­wiem własnej duszy pracą przygotowałeś dla nich rolę, i bez twej dobrej chęci ziarnoby nie wzeszło.

Marysia, usłyszawszy domysł Zosi, zarumieniła się, a potem w samotności długo dumała nad tem, zkąd jej się to wzięło? i rozgrzeszała się, wcale tej przymówki do siebie nie biorąc, a jednocześnie znaj­dując potrzebnem, aby Pietrek był zdaleka...

W czas jakiś, wyprawiano okrężne w pałacu. Przodownica, schyliwszy się do kolan Marysi, ży­czyła jej za męża ślicznego i bogatego panicza. Ma­rysia w tejże chwili o Childeryku pomyślała. Dla czego? Przecież on ani paniczem, ani pięknym, ani bogatym nie jest. Wtedy to poraź pierwszy po­dejrzenie powzięła, czy uczucie, które się względem niego w sercu jej wzbudziło, nie jest przypadkiem więcej niż przyjaźnią?...

ROZDZIAŁ XV

Trudności żeglowania przy zachmurz :nym widno­kręgu. Csarująca Zefiry na. Pół ocalenie ale też i pól rozbicie.

Kiedy Marysia do miasta wracała, była pewną, że Childeryk conajśpieszniej naprzeciw niej wybieży. Tak się jednak nie stało. Czy nie chory? Nie, tylko bardzo jak mówią zajęty. Marysia cierpliwie cze­kała.

Upłynęło jeszcze dni parę,nareszcie się zjawił. Przy­witał ją jakby nic nigdy, podczas kiedy w jej piersi serce dziwnie drżało. Pośpiesznie wypowiedział kilka oklepanek, że Marysia widocznie przyszła już do siebie, doskonale wygląda, opaliła się, zmęż­niała.

Jej w uszach szumiało. Co mu jest takiego? Już z jego listów ostatnich obawiała się zwrotu do da­wnej w życie niewiary. Sądziła, źe Bama jej obec­ność odrazu temu zaradzi. Jednak i teraz jeszcze nadziei nie traciła. Owszem, tern potężuiej uczuła, jak dalece jest mu potrzebną. Wspomniała sobie wpływ swój poprzedni. Sam się on wyrobił, tym razem przyjdzie siły wytężyć. Ale z czystem ser­cem, przy dobrej woli, przy wytrwaniu, z pomocą Boską cuda zdziałać można. Zmężniała, tak, ona doprawdy mężnieje. Toż nawet jego zobojętnienie nie jest w stanie zwątpienia w duszę jej wprowa­dzić. Ale czy w istocie zobojętniał? czy to podobna? czy to możebne? wierzyć nie chciała, więc i nie wie­rzyła.

Kiedy sami zostali, pytała go nail ezem pracuje? Wymknął się jakoś ogólnikowo. Dawniej by w&ło, ze wszystkiego takiego chętnie się spowiadał. D?.iś zbył ją byle czem, i na co innego przeniósł rozmo­wę. Powiedziano jej później, że powieść jakąś pisze —powieść, z której sobie obiecuje rozgłos niemały —powieść z życia, z prawdziwych wydarzeń, rzecz tak pokupną, że zanim ją skończył już na nią zna-

lazł nabywcę. Jakiś pamflet pewnie, który mu zno­wu nieprzyjaciół zgotuje...

Marysia mniemała ,że jej się śni to wszystko. Ta­kim jeszcze Childeryka nigdy nie widziała. A ra­czej od bardzo już dawna, kiedy to jeszcze dla niej

10*

sobą być nie przestał. Miałożby się marzenie życia jej rozpierzchać? Ona tak już była pewna swego. Silną się czuła, i zdolną drugich nawet dźwigać; miałożby się to od Zosi zacząć, i na niej skończyć? Bo wartoż tu nawet o Henryku myśleć? On taki tuzinkowy! Jednak, kiedy ją żegnał, głos mu drżał, i sam nie wiedział co mówi. To mówiąc, przypo­mniała sobie pożegnanie Ghilderyka. “Traf ludzi zbliża i traf ich rozdziela.“ I wydało jej się, że is­totnie coś je3t między ’niemi, co zrządza, że to prze­czucie smutne Childeryka bez jego winy ziszczać się poczyua. A nuż oni, złośliwemi jakiemiś wpły­wy odbici od siebie, nadal iść mają każde w swoją stronę, on sam i ona sama? Ale nie, jakże? Childe- ryk sam jeden? to być nie może, to być nie powin­no, ona go z pewnością odzyska. I coś jej rzekło: —Pewnażeś że ci on w tem pomoże? — Cierń ten w duszy jej utkwił, mimo że sobie mówiła: — Cze- mużby nie? Zmuszę go, choćby mi z nim samym walczyć o niego przyszło. Przecież tu o mnie już mniejsza..

Innym razem Childeryk wyglądał w lepszem u- sposobieniu. Gorączkowo rozpytywał Marysię o jej pobyt na wsi. Wyrażał się o tem z gorzkiem szy­derstwem—był szorstki, wymagający, niesprawie­dliwy. Przy mówki jakieś robił do jej stosunków z wielkim światem, to wreszcie widocznie do Hen­ryka. Słowem w wysokim stopniu Marysię udręczał,

ale wyglądał niespokojny, rozdrażniony, zwłaszcza zazdrosny, i to jej dodawało otuchy.

Ale znowu w czas jakiś potem, przyszedł roztar­gniony, pochmurny, zgryźliwy, i zresztą ciągle tylko o Zefirynie prawił. Co prawda, całe miasto

o niej tylko mówi, pisma wszystkie wyłącznie nią si§ tylko zajmują. Któż nie wie, że to jest najcudo­wniejsza pod słońcem tancerka, toż na jej wystą­pienie ani się dokupić miejsca! Do tego dziwnie ma być piękna. W Marysi dusza zdrętwiała.—On ją kocha!—I kiedy to sobie powiedziała, poznała na­gle, że to nie ona jemu, ale on jej życia jest potrze­bą, i że jeśli o niego walczyć przyjdzie, to już nie- tylko z nim samym, ale i z tą drugą. Dwoje przeciw jednemu, jakże tu nie uledz?

I co to za jedna ta Zefiryna? Nikt nie zna jej przeszłości, ale gdziebądź się zjawiła, szaleństwo wokoło siebie siała; którędy przeszła, klęski się za nią jak ogon po za kometą powlekły. Zrujnowała Bóg wie ilu bogaczy, porozrywała najświętsze wę­zły, najszlachetniejsze pomarnowała serca, i szła dalej dręcząc, depcząc, niwecząc, bezlitośna, zimna, obojętna, straszna. Wprawdzie do niej po złotym tylko moście przystęp możebny, ale cóż z tego? Ona i tak nikogo nigdy nie kochała, a przecież, do nieczułego bożyszcza podobna, ani dbając, ani wiedząc o tem, czcicieli miała'zawsze podostat- kiem.

Kaz ją Marysia na ulicy spotkała konno jadącą w licznym orszaku.

Była to Kraska.

Już nieksiężaiczka, ale co się zowio królowa. Taka piękna! gdzie tu z nią nawet do walki wystąpić, chy­ba na serca! Tak, to ona, ta sama, dumna władczy­ni, której wszyscy służyć musieli, która dbała o to tylko, żeby się jej bano...

I wspomniała sobie Marynia, jak to przy pierw- Bzem ich w życiu spotkauiu, ona jedna nie dała jej kr/y wdy zrobić. Duch w nią wstąpił. Coś jej mó­wiło, że i to drugie nie może być z jej szkodą. Są już takie wyroczne zrządzenia. Bywają pomiędzy ludźmi milczące układy, o których ani ta strona, ani tamta nie wie, a jednak obie względem siebie nie dopuszczą się niczego złego. Niby jakieś ma­gnetyczne pobratymstwo. To tak samo, jak się zdarzu, że koniecznie spojrzysz w stronę, w którą cię czyja myśl pociągnęła, albo, że nie odwracając sig, czujesz, jak na ciebie patrzą. Kraska niegdyś Marysię od drugich broniła, to i dziś, nie wiedząc nawet o tem, po jej stronie stanie, i od siebie ją o- broni, a tak dwie będą przeciw jednemu. Marysia lada deski się czepiała...

Nareszcie i chłodniej nieco rzecz rozpatrywać po­częła. A nuż to tylko zwodnicze pozory? Childeryk wprawdzie z zachwytem zwykle o Zcfirynie jako

o tancerce mówi, z pogardą za to jako o kobiecie.

Zresztą i to nawet różnie bywa. Znać go trzeba. Wiele w nim przekory, niesmaku do świata, tęskno­ty do czegoś nieokreślonego/

Badała pilnie, zbierała poszlaki, i ostatecznie u- twierd^ila się w przekonaniu, że Childeryk więcej w to głowy wkładu! mi, serca.

Serce... jego serce... tu rozpoczęły się dla niej niejakie wątpliwości. Opierała się im, jakby złym podszeptom, nic nie pomagało—wracały. Któż wy­powie wszystkie udręczenia podobnej pokusy? Ni­by po lekarsku patrzysz na cierpienia osoby, za którą życiebyś oddał, i mówisz sobie:—w tym a nie w innym organie tkwią zarody jego śmierci. Na tej przenikliwości twojej nauka bardzo wiele zyska, ale ty wolałbyś złudzenia, nie* mające z wiedzą nic wspólnego.

Serce jego—dumała Marysia—serce to chore jest, ale co też jest jego chorobą? Brak pamięci. Tak jest. Wygląda ten człowiek, jakby w przeszło­ści nic dla niego nie zrobiono, i jakby wszystko do­piero do zrobienia było. Po dawnemu szyderski, nieprzystępny, odtrącający od siebie, i mimo nad­ludzkich z jej strony wysileó, wcale jej nie przycho­dzący z pomocą.

I przypomniała sobie, jak niedawno jeszcze mia­ła wszelką pewność, że go siłą swej woli w boju z nim Bamym wywalczy. Wtedy także mówiła so­

bie, że w tej sprawie o nią już mniejsza. Wobecnej chwili zarozumienie to jakże ją bolało!...

Bowiem Childeryk choćby i Zefiryny nie kochał, to cóż z tego? Dla Marysi on wyraźnie stracony. Z jakiego powodu? pojąć nie umiała; wiedziała tyl­ko, że z jej Btrony najmniejszej nie było winy. Któż tedy winien? Traf ślepj?—ten sam, który ich zbli­żył. Więc ich zbliżył nie wiedzieć po co, Bkoro miał rozłączyć? Ale tak tylko Childeryk twierdzi...

W tem miejscu, znowu co do jego prawości zbu­dziło się w niej podejrzenie. Chwilową było mu rozrywką to, co dla niej życia zadanieml Podobnaż pojąć lekkość serca tak złudną, samolubstwo tak chłodne, małość duszy tak szkodliwą? Ale jeżeli ona uwierzyła w człowieka, który sam w siebie nie ma wiary, to czy można takiego o zdradę obwiniać? Czyż on co kiedy przyrzekał? Nie, Marysia sama go sobie urobiła innym, niż on jest w istocie.

Tak sobie po tysiąc razy mówiła, ale raz tylko na tyBiąc w to wierzyła.

O uporczywa chorobo uczucia, tyś jak suchoty, umysłowym także obłędem! Znałem takiego, który wiedział, że już żyć nie może. I mówił o tem z ca- łem przekonaniem, a jednak przekonanie to było pozorne. Mówił za często, zanadto lubił mówić, wi­docznie dla tego jedynie, żeby mu przeczono. Bo tylko w to drugie wierzyć czół potrzebę, sobie zaś rad był nie ufać.

Marysi położenie o tyle tylko było tu gorsze, że sama sobie, równie przeciw Cfaiiderykowi jak za nim wystarczać musiała. Naprawdę bowiem nikt Childe- ryka nie lubił, nikt o nim dobrze nie mówił, bano się go tylko i z drogi mu zbiegano. Marysia jedna bez obawy sprobpwała iść z nim razem, ale oto o- becnie stanęli na rozstaju, i ona próżno czeka. Nie, niema sposobu, tu się już oni rozejdą. Ale może on jeszcze wróci? Nie, przeciwnie, nawet coraz dalej odchodzi...

Tymczasem, bywało nieraz, że bardzo ją surowo z lada powodu strofuje, niby dziecko rozpieszczone. Jakim sposobem? w imię czego? Kiedy już nawet wzrok jego, fałszu jego słowom, jak dawniej, nie zadaie.. A jednocześnie znowu, zdawałoby Bię, że wszelkiemi sposoby wyleczyć ją od siebie pragnie. Ze wszystkich szlachetnych uniesień młodzieńczych niemiłosiernie szydzi. Pożytek tylko uwielbia. Ży­cie jest walką—powiada—ale w tem znaczeniu, że niby człowiek każdy otoczony jest śmiertelnymi wrogi, dla których nie należy mieć litości. Bo tu koniecznie tylko: ty lub ja—więc raczej ja niż ty.— Marysia cierpiała milcząc... Marysia opatrując nie­dawno jeszcze tyle uśmiechniętą złudzeń swych ró- wniankę, codziennie znajdowała to kwiat z niej, to liść jaki w poniewierce na ziemi leżący; wtedy zbie­rała te poschłe pamiątki, i jeszcze dla nich w sercu miejsce miała. Bo już to w sercu nic nie ginie, tyl­

ko się przeradza; podobie jak i w tej tajemniczej rękodzielni przyrody, w której kosztem rozlicznego życia doświadczenie się gromadzi.

Nareszcie, kiedy razu jednego, spłakana i zbola­ła, zsummowawszy co straciła, obrachowała co jej jeszcze zostało, pokazało się, że tylko Pietrka bier­ne przywiązanie, i także Zosi przyjaźń ślepa, i je­szcze... jeszcze... a! prawda, Henryka uporczywe nadzieje. Człowiek ten, może i lepszego loau go­dzien. Kiedyś tam, powiedziała jej Zosia, że jej mi­niaturę u niego spostrzegła. Z pamięci ją zrobił, podobieństwo jest uderzające, za*^c ją przy sobie nosi. Usilnie go nieraz o nią prosiła, ale za nic dać jej nie chce. Marysia bardzo uic rada wiadomość tę przyjęła. Ale na jedno jej zafcąuauie, Henryk mi­niaturę natychmiast Zosi odesłał. Podobna powol­ność z jego strony... Marysia z góry pewną jej by­ła. I czy go to nic a nic nie kosztowało? pewna też była, że owszem, wcale przeciwnie. Pewność ta pochlebiała jej, ale ją oraz oburzała. Ważyła t; my­śli, jakby też Childeryk w podobnym razie postą­pił?—tenby przynajmniej przy swojej niepodległo­ści silnie stał. Miniatura przedstawiała Marysię w białej sukience, z przepaską czarną, z ową róży­czką cmentarną we włosach. Dreszcz ją przejął. Ów kwiat z mogiły, który może Henryk jako pa­miątkę od niej chowa? Ale im się sobie baczniej na owym przypatrywała obrazku, tem uporczywiej

stawało jej w pamięci to, co mówiono spotykając ją idącą owym rankiem ka Margolinej mogile:—To ta piękna panienka z pałacn!—Prawda, to ona sa­ma. A teraz pomyśleć, że w tem kunsztownem od­tworzenia jej postaci, nad niepozbytą myśl o niej, Henryk innego nie miał przewodnika 1 Podobnie wierna pamięć jej osoby, i razem niepamięć wszyst­kich przykrości, których od niej doznał, to może właśnie czego Childerykowi braknie? Nie zawio­dła się na nim, ale co z tego?—człowiek to bez­silny...

Marysia czuła się więcej niż osamotniała. I jak bywa, skoro nagle ze słońca do przyinroczonej wej­dziesz komnaty, to mniemasz zrazu, że już ciemniej być nie może; aliści zwolna nadmiaru światła ze źrzenic się pozbywszy, przekonywasz się, że jeszcze ani słońce nie zgasło, aniś wzrok utracił; tak i ona z tym cieniem, który ją zewsząd objął, oswajała się stopniowo, i po dawnemu nawykała przedmioty roz­różniać, ażeby się nie rozbić idąc omackiem. Wiele w tem dopomagały jej obowiązkowe zajęcia, któ­rych dużo było. Uczyć musiała drogich, i jeszcze sama się douczać. Skutkiem tego, nocami nawet, nie zawsze miała czas bolenizny swego serca opa­trywać.

Zresztą, ponieważ sama sobie w tem radzić i wy­starczać musiała, dawało jej to ufność we własne

siły, i jednocześnie umacniało jak należy, człowiek bowiem jak żołnierz twardnieje trudami, i bez nich do walki, przy męztwie nawet, nie zupełnie podo­bno byłby uzdolniony.

Na domiar tem większego w zapasach owych u- doskonalenia, przeciwności zdawały się coraz cia- śniejszym kręgiem zaciskać Marysię, na podobień­stwo niby surowej życia uczelni, któraby w danej chwili egzamin dojrzałości wymódz z niej zdołała. W tym zmierzchu bowiem, w którym na nowo u- czyła się rozpatrywać znane sobie przedmioty, te OBtatnie, rzecz dziwna, zarysowywały się jej coraz mniej powabnie. Mowa tu zwłaszcza o położeniu względnie do przyjętych przez nią obowiązków. Już ' sam ten wyraz: “być w obowiązku“—jak wiadomo, daje zwykle osobie, która go spełnia, pewne pod­rzędne w społeczeństwie znaczenie. Cóż dopiero, kto jak Marysia, poprzednio na równi z drugiemi niezależną będąc, obecnie płatną być zaczęła.

Więc też panna Akwilina coraz chłodniejszą dla niej się stawała, więc także coraz więcej wymaga­jącą. I przypomniało się Marysi, jak to nieraz u Cze- reśniów bywało, którzy nareszcie wmówili w siebie, że ją z łaski przygarnęli.

Ze strony koleżanek także niemało spostrzegła zmiany. Niestety! toćże dawniej, można przynaj­mniej osłaniała ją opieka, ale dziś, kiedy wyszło na

jaw, jako Marysia żadnej a żadnej nie ma rodziny, poczęły chodzić wieści, że nie wiedzieć zkąd się wzięła, aż wreszcie ktoś usłużny przywiózł z Hal- ska domysł, używający tam jak wiadomo wziętości, że bodaj czy ona nie jest nawet cyganką.

Więc jakbądź Zosia wszystkiemi siły w obronie jej walczyła, nie na wiefle się to przydało, i stosu­nek stał się drażliwy, zwłaszcza ze strony współto- warzyszek, które i tak już oddawna wyższość nad. sobą do zarzucenia Marysi miały.

Słowem, że życie w tym rozgłośuym zakładzie, coraz więcej zaczęło przedstawiać trudności. Ma­rysia czuła się tam coraz mniej pożądaną; już za­myślała innego pomieszczenia szukać, kiedy w tem na szczęście jakoś, w samą porę sprowadziła się do Wolina panna Augusta. Osoba ta coraz groźniej nerwowa, w zbawiennej o słabe swoje zdrowie tro­skliwości, mając na resztę życia przez spadkobier­ców Zagajewa byt sobie zapewniony, przedsięwzięła dalsze istnienie pod bacznem okiem lekarzy prze­pędzać. Kiedy zaś, z wysiłkiem niesłychanym na pensyę się przy wlókłszy, zadyszana i mówić nie mo­gąca Marysi w objęcia padła, to już z fłaszeczki, którą ciągle wąchała, widać było jak na dłoni, że Marysia w wysokim stopniu będzie jej potrzebną. Więc też po niejakich z panną Akwiliną układach, w czem ta ostatnia nadspodziewanie nawet miękkie

okazała usposobienie, stanęło na tem, że Marysia obowiązki swoje na pensji nadal jako przychodnia pełnić będiie, co gdy się stało, niezwłocznie do panny Augusty się przeniosła.

ROZDZIAŁ XVI

Próby dalszej w ciemnościach żeglugi. Kas je­szcze obrącik« złota, i to już ostatni. Z jej przy­czyny dowiaduje się Marysia, że mogła nie byó sa­rn* jedaa. Co się potem stało w kościele, a co na ulicy.

Przybycie panny Augusty, jakbądź bardzo w po­rę dla MaryBi, mniej Bię jednak okazało pożądanem dla lekarzy.

Miała bowiem to do siebie, że im rada rozum swój narzucała, a przecież oni nie na to medycyny się za nią uczyli, a za to igłę zaniedbali, ażeby po długoletniej praktyce pogodzić się z przekonaniem, że wydział lekarski bardzo mylnie podawał im dy­plomy. Tego jednak od nich wymagano. Tak jest, iaden nie ma pojęcia o swojej sztuce, ludzie są

wszystko lekkomyślni, zarozumiali, nie lubiący cier­pliwie wysłuchać chorego, i ztąd leczący na chybił trafił, więc zawsze Bóg wie po jakiemu! A prze­cież, godzinami calemi objaśniała ich, czy chcieli czy nie chcieli, a nawet do domu jeszcze posyłała im pamiętniki, w których szczegółowo było spisa­ne, którego dnia o jakiej godzinie, to lub owo jej się stało, a następnie pilnie badała czy zostały prze­czytane, ale cóż z tego? zawsze ona swoje, a oni swoje. Przerzucała pomiędzy nimi, kłóciła ich z so­bą—wszystko napróżno. Nareszcie, jak od moro­wego powietrza uciekać od niej poczęli. Więc zno­wu łzami ich wabiła, błaganiem, zwątpieniem, roz­paczą. Co prawda, panna Augusta nie beat pewne­go uprzedzenia wyobrażać sobie lubiła, że jest po­niekąd środkiem zdrowego planetowego układu, sa­ma jedna wśród całego tego ruchu, cierpieniem ni­komu nieznanem zgnębiona.

W takich tedy warunkach łatwo pojąć, ile to Ma­rysia przy niej zaprzątnienia mieć musiała. Być jej ile możności nieodstępną twarzyszką, wszystkie jej poglądy podzielać, a razem niejedno z głowy jej wybijać, rozrywać ją, uspokajać, i wreszcie czyty­wać jej wieczorami, bo i wzrok miała osłabły i chę­tnie umbrelkę nosiła zieloną (co zaledwie do pa- syansu wystarczało)—oto zadacie, które jeszcze mniej Marysi niż na peosyi do rozmysłu nad Bobą zostawiało czasu; zadanie jak się patrzy mozolne,

ale już przez to samo, w położeniu jej obecnem, do pewnego stopnia pożądane...

Nie można też powiedzieć, żeby i panna Augusta, mimo silnego około własnych spraw zajęcia, nie za­uważyła znacznych zmian w Marysi. Owszem, ile razy widziała ją smutną i zftmyśloną, mówiła jej nawet pocieszająco:—Moje dziecko, wiem że ta tro­ska o moje zdrowie niemal życie ci skraca. Zrai- zerniałaś, oc«y masz nieraz od płaczu czerwone, czasem nie słyszysz co do ciebie mówi$, ale wierz mi, Panu Bogu to oddać trzeba. Myślę się jeszcze poradzić owczarza. Jest tu także jakiś felczer, któ­ry leczy suchemi bułkami, myślę że z masłem, bo inaczej przełknąćby trudno. Zresztą, pigułki Cau- vaina mają być cudowae, jak słyszałam, a do tego ekstrakt Liebiga i Tapioca. Proszęż cię, nie martw się więcej, bo mi to tem gorzej nerwy rozstraja.

Coś podobnego mówiła jej i na pensyi panna Akwilina, tylko że w sposób suchy, wyniosły, a na­wet, wyznać trzeba, przekąsem zaprawny. — Mar­twisz się panno Grudnicka, że nie możesz jak nale­ży twoich obowiązków dopełniać. Jestto uznania godne uczucie, a przecięż dośćby było więcej do * brej woli w rzecz tę wkładać. Dawniej byłaś inną trochę, ale od niejakiego czasu znacznie się zmie­niłaś, i to ci nawet, powiem, nie tyle jest do twarzy.

Raz kiedy się wydało pannie Auguście, że już u- miera, Marysia zmuszona była nie przyjść nalekcyę.

11

Nazajutrz tłómaczenie przyjęto w milczeniu głębo- kiem, i tylko palcem wskazano jej stolik, przy któ­rym było jej miejsce.

Innym razem posyłana do apteki, spóźniła się trochę. Zastała pannę Akwilinę siedzącą w jej za­stępstwie w sposób uroczysty. Za jej przybyciem dama ta wstała, i ostro ją skarciwszy, majestatycz­nie odeszła. Marysia mało się nie spaliła ze wstydu. Uczennice coś sobie szeptały, trącały się łokciami, i któraś nawet dość zuchwale się odezwała.

Po skończeniu lekcyi, Marysia postanowiła sta­nowczo się o tem z panną Akwiliaą rozmówić. Za­stała u niej Childeryka, trochę jej to pomieszało szyki, ale już nie czas było się cofać.

Wiem co mi masz do powiedzenia, panno Gru- dnicka—rzekła jej z góry dostojna dama. — Jak zwykle, nie było w tem twojej winy, żadną miarą nie mogłaś postąpić inaczej, i tym podobnie. Ale mojem zdaniem, należy módz, tema kto powinien.

Nie o to tu idzie—rzekła na to Marysia—o- śmielam się tylko prosić panią, aby na przyszłość uwagi podobne mogły mi być robione na osobno­ści, nie zaś w obec uczennic, jak to dziś miało miejsce.

Tak zrobiłam jak to za stosowne uważałam. Być może, iż gdzieindziej okażą ci większą po­wolność, panno Grudnicka. Co do mnie, darujesz, ale...

O

Czy mam to uważać za grzeczną odprawę?

* — Jak sobie chcesz, kochana panno Gruduicka. W istocie, nie jeat moją myślą zagradzać ci dłużej drogę do polepszenia losu.

Marysia skłoniła się tylko i wyszła.

W przedpokoju dogonił ją Childeryk.

Mniemała źe ze słowy współczucia za nią pośpie­szył, ale on poprostu ofiarował jej tylko swoją książkę.

Jeden to z najpierwszych egzemplarzy, pro­sto z pod prassy, prawie jeszcze mokry. Jestto po­wieść, przedmiot z życia codziennego, on jednak prosi na wszystko, żeby nie szukać w niej alluzyi żadnych, bo to ludzie radzi są zaraz ukochauego bliźniego w lada wzorku dopatrzeć. Nie, on tu ni­kogo wyłącznie ua myśli nie miał. Przypadkowo mogło się tam zabłąkać coś takiego, co przy złej chęci, na szkodę czyją wyłtómaczyćby łatwo; ale nie, ou daje słowo honoru najświętsze, zresztą jak Boga kocha, prawdy tylko szukał, i za nią, jak wia­domo, poświęciłby życie. Zresztą, rzecz sama, jak zwykle, zaledwie uwagi osób życzliwych warta (a do takich ua pierwszem miejscu zalicza Marysię), na­pisał jak umiał, lepiej nie potrafi. Wie on z góry, źe krytyka nieuczciwa z błotem go zmiesza; cóż ro­bić, taka już jego smutna dola. Pracował, jak zaw­sze, dla dobra drugich, w przeczystej sprawie mo­ralności z hipokryzyą walcząc, jak żołnierz nieu-

11*

Btruszony na przebój odważnie idąc, nie obliczając nieprzyjaciela, ale tylko pytając: gdzie on?

Marysia odeszła zamyilona. O miejsce mniejsza. Znajdą si§ lekcye na mieście, już się o to do niej nieraz nawet zgłaszano. Ale podobna odprawal... Ze strony panny Akwiliny widoczną w tem była niechęć, oddawna szukająca tylko zręczności do wy­buchu: ale co ją spowodować mogło? Marysia dojść nie umiała. Coś jej jednak mówiło, że Childeryk nie był temu obcy...

Na ponsyi tymczasem, po jednym wybachu nie­bawem nastąpił drugi. Na pierwsrą wiadomość

o owem zajściu z Marysią, Zosia oświadczyła sta­nowczo, że albo Marysia wróci, albo i ona zakład opuszcza. O powrocie Marysi nie mogło być mowy. Natychmiast tedy napisała do ojca, poczem przybie­gła do Marysi, błagając na wszystko, że ją koniecz­nie chce mieć z sobą.

Ale Mi>rysia przyjąć tego nie może. Ma niejakie względem panny Augusty obowiązki. Ona niegdyś opiekunki jej wierną była towarzyszką, idnś zosta­ła sama jedna, jakże ją opuścić?

Jednak, mówiąc to wszystko, nieco się wahała. Zaprzeczyć bowiem niepodobna, żestosunek zpan- ną Augustą, zwłaszcza dla młodej osoby, dziwnie był nudny i uciążliwy; do tego o sobie ona tylko myślała. Taż dowiedziawszy Bię o przykrem zajściu Marysi, rzekła jej tylko z radością:—Ach, jak to

dobrze! Będziesz miała więcej czasu mną się zaj­mować.

Nie powiemy, żeby też przy tej sposobności, po­kusa pomsty nad Childerykiem nie zaświtała w gło­wic Marysi. W Dębowej Górze Henryka widywać można. Ale tymczasem jakże się tu z miejsc tych oddalić? Rzecz dziwna, ona już względem Childe- . ryka złudzeń żadnych nie miała, wiedziała, że jest dla niej bezpowrotnie stracony, czuła, że się jej może wrogiem nawet stawał; a jednafc, i kto wie czy nie dla tego właśnie — wyrzec go się nie u- miała.

Kiedy podarowaną przez niego książkę do przej­rzenia wzięła, zdawało jej się, że jego myśli w rę­kach swoich piastuje, że gdyby nawet i były tam niespokojne jakie, zdziczałe, burzliwe, ona je da­wnym wpływem swoim ukołysze. A może też ta­kich tam wcale niema? może to właśnie zwrot zba­wienny, którym on chce jej niespodziankę sprawić? Trochę wprawdzie zanadto skrzętnie jej pobłażli­wość sobie w tym przedmiocie zamawiał...

Powieść nosiła tytuł: Złota obrączka. Uderzyło to Marysię. Ale czyż to jedna obrączka złota na szerokim świecie?...

Na pierwszej stronnicy znajdował się własnorę­czny przypisek autora: “W dowód szacunku.“ Ma­rysia myślą w przeszłość pobiegła. Ze wszystkiego, do czego serce jej wiosennym popędem rozkwitło,

szacunek przynajmniej pozostał, czy zobopólny?— bała się nawet nad tern zastanawiać...

Przerzucała kartki zadumana.

Były to dzieje młodej kobiety z wyższego świa­ta, opowiadane z zawziętością kastową, z szyder­stwem wściekłem, z dziwnym nawet cynizmem. Przedwcześnie mądra panienka, jakbądź krótko przez macochę trzymana, ułożyła sobie wdziękami swemi asidlić bogatego bardzo krewnego, mającego także brzmiące nazwisko. Jakoż, bystrym przemy­słem skłoniła go nawet do przysięgi i zamiany o- brączek, ale okazało się niebawem jako wpadła we własne sidła. Tu następował opis wydarzenia, któ­rego Marysia zrozumieć nawet dokładnie nie umia­ła; czuła tylko, że jest w tem coś bezwstydnie na­giego. Nie doczytawszy i do połowy, zamknęła książkę zniechęcona i wstrętem przejęta. Obrazy miejsc i zdarzeń wyglądały tam bez miłosierdzia kreślone z natury. Charaktery co do jednego uje­mne, zalatywało to paszkwilem...

W dni parę rzekła jej panna Augusta:

Na mieście wszyscy mówią o jakiejś bardzo ciekawej książce, w czytelniach ani się jej dopro­sić. Nazywa się to, pierścionek złoty, czy coś po­dobnego.

Mam tę książkę.

A niceś mi o niej nie mó« iła. Któż to na­pisał?

ChiJderyk.

Jak? Childeryk? Żeby się tak doktor nazy­wał, nigdybym ma się leczyć nie dała. Cóż to za jeden?

I nie czekając odpowiedzi, dodała:

Przeczytasz mi tę książkę dziś wieczorem.

Nie da się dna czytać głośno.

A! nieskromna. Jakto? zaraz tak od pierwszej kartki?

Nie, ale dalej.

No, to mi przeczytasz choć początek. Już ja sobie z resztą sama poradzę.

Kiedy do owego czytania przyszło, panna Augu­sta słuchając, zrazu tylko pasyans kłaść przestała, następnie nerwowym ruchem zgarnęła karty i w pię­ści je zacisnęła, potem umbrelkę sobie z oczu zer­wała, nareszcie blada, drżąceraiusty zawołała gwał­townie:

To być nie może, to co ty czytasz! Pokaż.

Sprawdzała, trzęsąc się jak w febrze.

Ależ to jest niegodziwość—mówiła—to kry­minałem pachnie...

Nareszcie opamiętała się, i rzekła:

Idź do siebie, moje dziecko. Zostaw mi tę książkę, sama ją sobie dokończę.

Marysia pojąć nie mogła, co się jej stało.

Dzień następny panna Augusta zmuszona była w łóżku przepędzić, i to nie z przywidzenia, jak

zwykle bywało, ale tym razem z istotnej potrzeby. Wyglądała złamana. Widać było, że noc przepę­dziła bezsenną, że dużo przemyślała, może nawet i płakała niemało. Nietjlo była porywcza, me­tyle sobą zajęta; nie skarżyła się, nie narzekała, widocznie cod ją silniej nad własną dolę zaprząt­nęło, coś umysł do tyła jej wstrząsnęło, że chwilo­wo, szlachetniejsze jakieś ocknęły się w niej po­pędy-

Przeczytałam książkę—rzekła słabym głosem. —Ten twój Childeryk, lo człowiek okrutny.

Okrutny, prawda. Ale dla czego: twój? Bezwie­dne to wyrażenie do żywego uraziło Marysię.

Nie jest to wcale pisarz mojego wyboru—od­rzekła zapłoniona—ale na obronę jego powiedzieć- by można, że w społeczeństwie, z którego czerpa* pomysł do powieści, dzieją się istotnie rzeczy z po- wszedniem samieniem nic koniecznie zgodBe. Całą jego winą jest sąd nazbyt może namiętny — nie­mniej sąd w takich rzeczach smutną koniecznością bywa...

Panna Augusta dziwnym wzrokiem na Dią popa­trzała.

Nie wiesz sama co mówisz — odezwała się głucho. — Znałam osoby, które on przed ten tak zwany przez ciebie sąd swój wywleka; znam co do jednej wszystkie okoliczności, które je zbliżyły, a następnie rozerwały, i zaręczyć ci mogę...

Jednakże kobieta, która z zimnego wyracho­wania sama sobie zgotowała zgubę...

Marysiu, strzeż Bię powiedzieć więcej! Po- twarz to.niegodna! Ja ci przysięgam, że ona była ofiarą.

W takim razie, ten co ją zhańbił...

Panna Augusta'diwignęła się na łożu, drżały jej wargi, głos w gardle utykał.

Nieszczęśliwa! milcz!—przez zęby wyszeptała —bo możesz tego pożałować...

Na te słowa, Marysia uczuła dreszcz śmiertelny, zbladła, coś jak błyskiem głębie jej duszy rozwidni­ło.—Matka!—krzyknęła rozdzierającym głosem— i padła bez zmysłów.

Dni następnych wyglądało, jakby panna Augusta mimowolnie w uniesieniu rzacz mniej potrzebną zdradziwszy, nagle rada wróciła znowu do dawnej ulubionej sobie zasady: “lepiej o tem wszystkiem nie mówić.“ Wyraźnie powiedzieć sobie musiała:— Co mi po cudzych sprawach? Niech tam każdy ra­dzi sobie jak może i umie. Własne zdrowie przede- wszystkieml Jakoż, po dawnemu troskliwie pielę­gnować się poczęła, nie mówiąc już a pewnie i nie myśląc, jak tylko o sobie.

Marysia własnym domysłem porażona, także o nic więcej nie pytała.

I było niby pomiędzy niemi porozumienie milczą­ce; z jednej strony poszanowanie położenia, z dru­

giej wyjaśnień bliższych obawa, a raczej poprostu: z jednej chłód samolubny, z drugiej skaleczone serce...

Marysia chodziła jak senna. Tyle wrażeń różno­rodnych! jak je tu uporządkować? jak przeboleć? jak się zżyć z niemi, żeby duszy nie popchnęły w zniechęcenie?

Matka! więc to matka była! I ta matka od­rzuciła ją od siebie, dla tego że się przyznać do niej wstydziła; i kiedy Opatrzności zrządzenie opa­miętanie jej nastręczyło, ona ją powtórnie ode­pchnęła! Wprawdzie w końcu ją pokochała, ale do­piero wtedy, kiedy już znikła wszelka nadzieja od­szukania tamtej drugiej! Wprawdzie w końcu ją pokochała, ale dla tego jedynie, że jej ona jedna już została!...

I coś jej rzekło:—Utratę tamtej, karzący Bóg za­wyrokował, będzieszże ty jeszcze sprawę własnej matki rozsądzać? I przypomniała sobie wyratenie panny Augusty “o tak zwanym przez siebie sądzie“, i wzdrygnęła się, i zaniechała tej myśli.

Jednakże mógł mieć prawo ktoś obcy w sprawie jej wystąpić. Któż to taki? Childeryk, Ten zaś zro­bił to w sposób niegodny, potworny, przewrotny, i to nie dla niej wcale, tylko poprostu dla miłego gro­sza, dla rozgłosu książki, dla jej pokupu. I to o ta­kim powiedziano bez żadnej złej myśli: “ten twój* a ona czuje, że cobądź, i jakbądź zrobił, ona jest

jeszcze usposobiona mu przebaczyć... chociaż się nawet na jej matkę targnął!

Mówiąc sobie to wszystko, twardniała, i serce jflj*jej tracić poczęło przyzwoitości moralnej po­czucie...

Dobrze to powiedziała panna Augusta, Childeryk nie na lekarza stworzony.

Taki jednak leczy chętnie, z wielu rzeczy świę­tych leczy, i to skutecznie, tylko kiedy próbuje od siebie wyleczyć, bardzo mu to przychodzi z trudno­ścią, i nic dziwnego. Właściwie bowiem, w usiło­wanie to ostatnie, woli on własnej nie wkłada; tyl­ko jest przy nim demon jakiś osobliwy, który, tak jak mu wprzódy do spełnienia pokusy na zgubę cu­dzą dopomagał, tak go obecnie na własną do po­kusy popycha. Z tego wypada, źe człowiek taki,

o wiele mniej jest winny będąc szczerze sobą, niżeli było, kiedy sobie samozwańczo przyczepiał archa­nielskie skrzydła...

Ku obronie podłości Childeryka powiedziećby się godziło: że on przynajmniej na jej uwydatnienie he­roicznych nie żałował środków, ale cóż z tego?— miłość jak wiemy ślepa jest, i choćbyś jej lekarstwo gwałtem w rękę wetknął, to jeszcze ona po ciemku (jakto mówią) zamiast do ust, do ucha tylko zanieść je gotowa...

Tak więc w dni kilka, oto co się jeszcze stało. Właśnie panna Augusta w najlepsze w drugim po­

koju z lekarzami swemi radziła, kiedy oznajmiono Marysi gościa jakiegoś w salonie.

Byłto Cbilderyk.

Marysia niemal skamieniała z osłupienia.

Mówić począł, a jej się wydawało, że to tylko ja­kiś szum daleki.

Daruj pani—rzekł bynajmniej nie zmieszany —żem się ośmielił na chwilkę, wcale niedługą, spo- kojność jej zamiessać. Mam tylko kilka słów do po­wiedzenia. Z powodu mojej książki, krążą po mie­ście, jak się z góry obawiałem, rozliczne domysły... P&ni najlepiej wiedzieć możesz, czy są uzasadnione, wiedząc zaś że tak nie jest, raczysz z całą energią stanąć w mej obronie. Oto, o co błagać pokornie przyszedłem.

Marysia miała na ustach wyrazy: — Jesteś nik- csemnikl—ale odmówiły jej posłuszeństwa, zaczem w milczeniu tylko drzwi mu pokazała.

Milczenie to i ruch ręki tyle jednak wymownemi były, że ten człowiek bezczelny uczuł się znagła do ziemi przygięty, i niemal chyłkiem czemprędzej się wyniósł.

Jednakże, gdyby był jeszcze wrócił — to kto wie?...

Po jego odejściu, Marysia ochłonąwszy, przestra­szyła się własnej surowości skutków. A nuż ona tem potępieniem nieopatrznem, klamkę po za sobą na zawsze zatrzasnęła?...

Niestety! klamka ta już i tak była dla niej bez rady zapadłą. W czas jakiś potem, doręczono jfj pocztą miejską zaproszenie na 61ub Childeryka z panną Akwiliną. To jej wytłómaczyło rzecz całą. Otui, zkąd wyszły jej niedole! I przypomniała sobie głuchą zawiść ttj kobiety, jej zawziętość prześla­dowczą, w końcu bezlitosne jej wyzwanie, i wresz­cie nadużycie przewagi położenia, i rzec* dziwna, przebaczyła jej na razie wszystko— przez wzgląd aa to, że go ona kochała. Z tem wszystkiem, będsiei on z nią aby szczęśliwy?

Jak się to tam stanie?—przesądzać trudno; nie­podobna jednak zataić, że uroczysto^ ślubna tycb państwa, pod dość skandaliczną odbyła się wróżbą. Gruchnęło to po mieście calem, Jakżeby i nam o teifl nie wiedzieć?

Rzecz była taka.

W chwili, kiedy nowożeńcy z kościoła wyszedł­szy, do karety siadali, z tłumu pochyliła się ku p^- nu młodemu amazonka konna, i z ca^ei szpic­rutą twarz mu przekropiła, mów^01 Nędznik ul przyjm to odnmnir, boś nie wart nawet, żeby cię uczciwa ręka znieważyła!—Poczcm pomknęła z ko­pyta, i tyle ją widziano. Wszyscy poznali piękną Zofirynę, i nikt ani się spodziewał» równie delika­tna rączka, cios podobnie silny zadać mogła.

Childeryk, mocno pomieszany, z czerwoną aż do krwi pręgą, jak błysk wskoczył do karety, zft-

trzasnął drzwiczki, i również co tchu ruszono z ko- PJta.

Nie wiemy bliższych szczegółów małżeńskiej, za­szłej potem sceny; niemniej zapewnić możemy, że Childeryk na wszystkie świętości przysięgał, jako tej kobiety nie zna nawet, i ani wie z jakiego powo­du wstyd mu podobny zrobiła. I rzecz dziwna, tym razem prawdę mówił szczerą.

Swoją drogą tymczasem cieszył się z tego zda­rzenia, jako z nadzwyczaj pożądanej reklamy. Cie­szył się nawet ogromnie.—Taka Zefiryna! w podo- dobnej okoliczności! i to tak publiczniel—Kiedy mu

o tem drudzy wspominali, wyraźnie przykrość ma -to sprawiało, i chętnie na inny przedmiot sprowa­dzał rozmowę. Obecnie chce on rozpocząć życie Bpokojne, pogodne, przykładne, co mu tam więcej po tych wyczerpujących moc duszy stosunkach, w których najczęściej namiętność głuszy wszelkie opamiętanie! Wrażenia silne kością mu już w gar­dle uwięzły! Jednem słowem, przemilczeniami, smę­tnym aśmiechem, wypieraniem się miękkiem, zaga­dywaniem kunsztownem, rad był najwybajalsze u- twierdzić domysły.

Istotną zaś prawdą w tym razie było co następu­je. Zefiryna ani znałaChilderyka, aniby nawet dro­gę do niej znalazł. Raz tylko pokazać go sobie ka­zała, a to z tego powoda, że cały przebieg nie­szczęść Marysi ani na jotę nie był jej obcy. Kto

ją w tem objaśniał?—trudno wiedzieć, dość że tak było.

I oto stało się właśnie, że Marysia serca przeczu­ciem, jak się to wyżej rzekło, na dawnej swojej przyjaciółce nic się nie zawiodła. A przecięż, takie 8% dziwne w człowieku sprzeczności, tak w nim bez­myślne w różne kierunki potargiwania, że Marysia raczej pozorom wierzyć chętną była. Childeryk, w oczach jej duszy, w bohaterskiego urastał niego­dziwca. Jednę skrzywdził, drugą zdradził, trzeciej Bię zaprzedał. I tyleż Akwilinę nienawidziła, ile się litowała nad Zefiryną, tyleż Childeryka potę­piała, co go i podziwiała. Sama z sobą o niego walczyła, przemagałasię, gardziła nim, a zapomnieć go nie mogła. Ostatecznie, cóż chcecie? mimo to wszystko, czy też może właśnie tembardziej, ona go kochała...

Bo miłość pierwsza, to równie jak ostatnia, naj­silniejsza w życiu.

Powiecie że miłość taka jak Marysi głupstwem jest wierutnera, że poprostu, nie wiedząc co zrobić z sercem, oddała je pierwszemu lepszemu. Głupstwem ci taka miłość jest, nie ma gadania: co do Childery­ka jednak, to tego przynajmniej tuzinkowym nazwać nie można. Prawda, że on obok tego wstrętny, zły, szkodliwy; ale czy sądzicie, żeowoc wiadomości ko­niecznie był smaczny? — nie, tylko poprostu zacie­kawiający, i dla tego Bię Ewa na niego złapała...

ROZDZIAŁ XVII.

Całkowite rozbicie. Deska ratnnku, ale któryby mi­łemu bliźniemu wydrzeć wypadało. "

I płynęło dalej życie Marysi przyzwoitym, po­rządnym, całkiem zwykłym trybem, nawet można powiedzieć spokojnie i bez troski żadnej, ale jakoś nic jej z tego życia w pożytek nie szło. I zdrowa była, a jednak w oczach zdawała się niknąć. Świat w około niej wyglądał zwiędły, bezbarwny, i niczego jej się na nim nie chciało. Odrętwiała i na wszyst­ko obojętna, biernie pełniła dalej istnienia swego służbę, zgadzająca się na każde czyje zażądanie, cicha, bezsilna, bezmyślna. Uśmiechała się nawet, jeżeli i na to kolej wypadła. Słowem, nicby jej do zarzucenia nie było, gdjby nie to, że przynajmniej Biedm razy w tygodniu, blada być musiała, smutna

i milcząca. Nawet coraz bledsza i coraz smut­niejsza.

Co ci jest moje dziecko?—pytała panna Au­gusta.

Nic mi nie jest; czuję się zupełnie zdrowa.

. — Ale to być nie może, przecież widać to z twarzy.

Wtedy mówiła że głowa ją boli, lub coś podo­bnego.

Kiedy się to powtarzało, rzekła raz wcale rozsąd­nie panna Augusta: '*

Już też doprawdy przyznaj się, pieścisz się moje dziecko. Widocznie dręczą cię jakieś przywi­dzenia. Zdrowiem swojem nie należy się znowu do tego stopnia zaprzątać. Wierz mi, wyobraźnia w tych razach bodaj czy nie najgorszą jest choro­bą. Ból głowy! Jestżetu nawet gadać o czem! Zby­tecznym o siebie niepokojem, drugich tylko czło­wiek bezpotrzebnie straszy, a pożytku z tego ża­dnego. Troskliwość o siebie dobrą jest rzeczą, ale nie powinna przecie wyłączać zajęcia się drugiemi. Doprawdy, samolubstwem jest nie do darowania, ciągle tylko o sobie myśleć. Koniecznie silnej woli tu potrzeba, inaczej stać się możesz tak wymaga-

v jącą, że ja nawet, przy całej mojej cierpliwości, do­trwać ci dłużej nie zdołam.

Rada ta, jakbądź z ust podobnie jak panna Au­gusta chorej ‘pochodząca osoby, wyglądała jednak

zdrowa, i Marysia, przyznać to trzeba, usilnie do serca ją wzięła.

Jakoż postanowiła nie myśleć więcej o sobie, ale się pokazało, że tego i dotąd nie robiła.

Zbawiłoby ją wstrząśnienie jakie silnie, ona o tem nie wiedziała.

Nawet, dobrze to czasem o takich środkach nie wiedzieć. Boć ci to zawsze klin klinem —a nuż się dusza od niego bez ratunku rozłupie. — Jak Pan Bóg tak lub owak żyć komu koniecznie każe—mó­wiła Ćwiklińska stara—ha! to trudno. Ale znów jak nie każe...

Tymczasem pisała Zosia list za listem:—Przyjedź do mnie. Choćby nie na zawsze, kiedy nie chceszv choćby na krótko, ale przyjedź! Zdaje mi się, żeś jest czegoś nie swoja, coś mi taisz. O nic pytać nie będę, chcę cię tylko zmusić do tego, żebyć nie była sama.

Przebijała w tych jej słowach dziwna serca do­myślność.

Marysia się strwożyła.

Czyż już i z jej listów stan jej duszy czytać można?

Wcale nie. Toż nie na darmo Childeryk stylu ją uczył, nie darmo także w życiu sama sobie wystar­czać musiała. Ale mają to do siebie istoty kocha­jące, że choćby i nie bardzo rozumem grzeszyły,

i choć ich tego nikt nigdy nie uczył, to przecięż,

pomiędzy wierszami, istotnej prawdy doczytać się umieją...

Marysia się ociągała. Nie wiedziała już wreszcie czemu? wszystko jej było jedno.

Jedź—zachęcała ją panna Augusta, i to co­raz nawet usilniej, albowiem przywidzenia nawet Marysi drugim się już udzielać poczynały. Bywało, ile razy wezwała nowego ją kiego lekarza, ten się zawsze do Marysi zwracał.

Czyż pan nie widzisz, żeto ja jestem chora?— mówiła oburzona.

Lekarz widział tylko kwitnące pomimo matera­cyków rumieńce, jędrną tuszę, i w ogóle wszystkie jak najmocniej uspakajające objawy; tam zaś, bla­dość niezwykłą, zwiędniałe usta, oczy wpadłe i bły­szczące.

Pannę Augustę coraz bardziej to gniewało.

Jedź sobie—mówiła wreszcie kwaśno—niech nie powiedzą, że ja cię zatrzymuję. Wszak sama widzisz, żeś mi na nic nie przydatna.

A tu znowu Zosia pisała:—Słuchaj, będziesz naj- niegodziwsza pod słońcem istota, i znać cię więcej nie chcę, jeśli do mnie nie przyjedziesz. Mam wiel­kie szczęście do podzielenia z tobą, ale ci o niem nic nie powiem aż na miejscu.

Marysia pomyślała: Dobra Zosia! Szczęście ma do podzielenia, onaby mi połowę jego większą od-

12*

dać gotowa, na upartego, toby i całe, znam ją. Ale

* co to tam za szczęście takie?

Niedługo czekała na wyjaśnienie. Szczęście to było tego rodzaju, że nietylko w całości, ale w po­łowie nawet oddaćby je trudno. Zosia, jakbądź ojca swego córka, nie wytrzymała tajemnicy. Nie dalej jak w dni parę, zawiadomiła Marysię, że za Henryka idzie.

Rzecz osobliwa, boleśnie t i Marysię ździwiło.

Henryk z Zosią się żeni?

W sercu jej niewytłómaczone abudziły się uczu­cia. No, i niechże kto sędzią być raczy... Ona, ni ztąd ni zowąd, za złe to Henrykowi wzięła; ona, ni ztąd ni zowąd, pozazdrościła go Zosi!...

Wstyd ją opamiętał. "

Jakiemże prawem? w imię czego? Czy nie prawem silniejszego, w imię przyjaźni?—O Boże! jakże ona zmalała!

To ją jednak z martwoty jakoś wydobyło. Pomy­ślała:—Dobrze, pojadę tam. Zobaczę chociaż, jak to wyglądają szczęśliwi.

Ale Zosia dłużej nie czekała, tylko sama przybie­gła przemocą ją zabrać. Tymczasem kiedy ją ujrza­ła, to na widok zmiany, którą w niej spostrzegła, dusza w jej piersi niemal zamarła od żalu. Ale nic nie powiedziała, tylko jej się na szyję rzuciła ze łzami, były to niby łzy szczęścia—poczciwa Zosia!

A teraz, czy tylko panna Augusta Marysi jechać

pozwoli? Wiedziała Marysia, że nawet bardzo temu chętną będzie, wreszcie dla uspokojenia własnego zapytać poszła.

O, i owszem — tak jej tamta sucho rzekła— czyż to ty u mnie w służbie moje dziecko? Jedź so­bie z Bogiem, choćbyś i wrócić nie miała, wszystko mi jedno.

A wtem się pomiarkowała i dodała:

Zresztą wiesz dobrze, że ja ci tam przecie nie żałuję kąta...

Następnie miała szum w uszach, strzykanie w ło­patce prawej, skutkiem czego dawała do zrozumie­nia, że w takich razach nie zawsze bywa krewko­ści swojej panią. Chcąc nawet wynagrodzić to Ma­rysi, w chwili kiedy ona w powozie już siedziała, acz osłabiona niezwyczajnie, na własnych nogach zeszła jeszcze do niej, i własnemi rękami ofiarowa­ła jej flaszeczkę z wódką kolońską, zalecając, żeby sobie natarła skronie, jeżeliby ją głowa bolała.

Kiedy już Dębowej Góry blizko było, zapadła Marysia w ponure dumanie.

Dla czego ona znowu tam wraca? — po co? Czy istotnie dla tego tylko, żeby popatrzeć na szczęście cudze?... Bo czy ją ten widok uszczęś­liwi?...

Wzdrygnęła się.

Poprzednio już razy kilka na myśl jej przycho­dziło, że Zosia od niej o wiele mniej ładna, że dosyć

sobie ograniczona, że Henryk mógłby by ł rozsąd­niejszy wybór zrobić...

Czemprędzej myśleć o tern przestała.

Bożel co jej jest takiego? Śmierć duszy jej za­graża, śmierć w grzechu nie do odpuszczenia. Toć- ie ona nikogo już na świecie oprócz Zosi nie mat

I toćże to niemal jej siostra!...

Tu po raz pierwszy o siostrze swojej myśleć po­częła, o tej zaginionej, którą Bóg od matki oder­wał, za jej odrzucenie. Ona tamtej także nieszczęś­ciem się stała! Wprawdzie bezwiednie całkiem, ja­ko narzędzie karzące... ale kogo takiego? Matkę, która i bez tego już nieszczęśliwą była! Podobnem być narzędziem, i za to jeszcze sieroctwa spadek

i nieszczęścia odziedziczyć—Boże, cóż za gorzkie' szyderstwol Nie lepiejże swoim ze swojemi nigdy się nie spotkać, albo przynajmniej wzajemnie o so­bie nie wiedzieć, niżeli w taki sposób złączyć się

i rozejść?

Myśląc to wszystko, czuła Marysia, że jej dawna wrażeń powraca działalność, ale bodaj czy nie le- pBze od niej było odrętwienie poprzednie? Rady sobie dać nie mogła. Przeczucia trwożne dręczyć ją poczęły.

A nuż się Henryk po dawnemu ku niej zwróci?

Ale nie, przecięż to od niej samej zależeć będzie, a ona tego za nic nie dopuści.

Przysięgała to sobie na największe świętości,

i jednocześnie dziwiła Bię, że coś podobnego za- przysięgać nawet potrzebuje. W modlitwie szukała pociechy, ale coś jej mówiło, że modlitwa jej skrzy­deł nie ma, i przeto po nad chmury wznieść się nie potrafi. Możeż być choroba cięższa jak duszy wy­cieńczenie? Siły miałbyś, gdybyś nie zwątpił

o własnem wyzdrowieniu, nie zwątpiłbyś, .gdybyś miał siły...

W pałacu, hrabia sam je przyjął, Henryka nie było. Hrabia jak wszyscy, znalazł wielką zmianę w Marysi, ale wierny swoim zasadom, ani się ździ- wił, ani o co pytał. Tylko upatrzywszy chwilkę spo­sobną, zaprowadził Zosię w najciemniejszy kąć szpa­leru, i tam rzekł jej z cicha:

Twoja przyjaciółka zdaje się mocno cier­piąca.

Istotnie, ale to jest raczej choroba duszy.

Czekał na bliższe objaśnienie, ale Zosia tylko

dodała:

Nic jej dotąd nie pytałam. Zaufanie samo z siebie przychodzi. •

Hrabia zatarł ręce.

Tak, tak, należy szanować cudze tajemnice...

ROZDZIAŁ XVIII.

Czy dobrze było szukać kwiatu na mogile?

Całkowite przy pomocy Pietrka ocalenie.

Henryk przejechał dopiero w dni parę.

Kiedy na chwilę sami zostali:

Boże, co pani jest?—zapytał Marysi.

Mogłaby go Marysia o to samo spytać. Wyglądał

do siebie niepodobny, blady, posmutniały, zamyślo­ny. Tylko ci co z nim ciągle byli, mogli na to nie zwrócić uwagi.

Nic mi nie jest — odpowiedziała Marysia— poprostu przecborowałam trochę życia, ale już mi lepiej.

Widząc że mu usta niemem jakiemś zapytaniem drżały.

Przepraszam pana—rzekła zcicha—ale Zosia mię nawet o to nie badała...

To powiedziawszy, wstała i odeszła. W głowie jej się kołowało, gorące strumienie po członkach • jej zbiegały, serce trwożnie wyśpieszało.

Tak, tak, nie omyliło ją przeczucie. Ów głóg z mogiły, ciernie pomiędzy niemi trojgiem krzewi. Dość jej bytności w tych miejscach, ażeby ostatecz­ne nieszczęście się stało. Dłużej tu pozostawać, to niemal spełniać czyn zbrodniczy. Uciecby ztąd, u- ciec koniecznie, conajdalej, co najprędzej...

Gorączkowo chodziła po tarasie, zwieszouym po nad jeziora zwierciadlane tonie. Opływały ją wia­tru powiewy. Nie była to jesień, strącająca z we« stchnieniem pożółkłe liście. Dolatywały pieśni z pól dalekich, różne obłoki ku słońcu biegały...

Stopniowo ochłonęła i począł jej wracać sąd trze­źwiejszy.

Koniecznością jest wyjechać ztąd, choćby zaraz, choćby dziś; im wcześniej, tem zbawienniej. A*e ja­ki powód znaleźć na to? Niema żadnego. Wie

o tem Zosia, lepiej niż kto drugi. Więc cóż po­cząć? Ależ wreszcie dni kilka, tygodni parę dla za­chowania pozorów, dla niepoznaki, Bóg jej da siły, ona Henryka przez ten czas odtrącić od siebie po­trafi, a potem odjedzic, i nie wróci, aż chyba ofiara jego się spełni...

Kiedy wróciła do pałacu, Henryk w chwilę nie­długą pożegnał się i odjechał. Wydało się Marysi, jakby się skończył dla niej pańszczyzniany dzień

znojny, mający po przed sobą nie mniej ciężkie jutro...

Co to jest? czyście się z sobą zaraz na wstę­pie poróżnili?—spytała ją Zosia wieczorem.—Hen­ryk odjechał zmartwiony, i ty wyglądasz nieswoja. Zawsześ go nie bardzo lubiła, ale wierz mi: chło­pak to bardzo poczciwy i serdeczny, i ja was z sobą zbliżyć koniecznie muszę. Stworzeni jesteście na to, żebyście się pokochali.

Tu opowiedziała jej szczegóły bliższe obecnego swojego do Henryka stosunku. Życzeniem jeszcze było ich rodziców, ażeby się kiedy pobrali. Nic im jednak o tern nie mówiąc, czekano, aż się w nich skłonność obudzi wzajemna. Jak się tam wreszcie stało? Zosia nawet sprawy sobie zdać nie umie« jej się zdaje, że ona kochała Henryka, odkąd na świecie żyje. Co do niego, trochę się on ociągał, to jej swobody jeszcze trochę chcąc zostawić, to sam się niby na człowieka poważnego wyrobić, to wre­szcie z gospodarstwem się wprzódy urządzić jak potrzeba; ale ojciec nalegał, i musieli z sobą wymie­nić pierścionki. Dziś, kiedy już są narzeczeni, trwo­ga ją ogarniać zaczyna, czy go ona potrafi uszczęś­liwić, jak jest tego godzien? Z łatwością mógłby znalaźć rozumiejszą od niej, ładniejszą, lepszą, i ona sama nie wie: czy nie nazbyt pośpiesznie ku niej go skłoniono?—pewna jest tylko, że nikt go na świe­cie całym ani tak oceniać, ani tak kochać nie jest

zdolny, jak go ona jedna rozumie i kocha. Kie dy się pobiorą, Marysia i wtedy jej nie opuści. Ona jej poradą będzie, ona taka rozumna, z pewnością na­wet godniejsza Henryka od niej, ubożuchnej w du­chu! Albo jeszcze lepiej tak będzie. Zosia, sto­sownie do życzenia Henryka, odwlecze do pewnego czasu dzień ślubu, aż dopóki Marysia w gotowości także nie będzie. Bo ona już dla niej oddawna napa­trzyła męża. Jeatto przyjaciel Henryka, sąsiad

o miedzę, człowiek najprzyjemniejszy pod słońcem, jedna z najświetniejszych partyi w okolicy. O Bożel to dopiero będzie święto! Obie jednocześnie do oł­tarza pójdą, i już ich odtąd nic nie rozłączy...

To prostoduszne szczebiotanie Zosi działało na Marysię jak zawrót głowy nad otchłanią. Coś niby szepce ci w ucho: — Puść się krawędzi i powietrzu powierz; tam w głębi dna nie ma, to tylko złudze­nie. Ale złudzeniem śmierć nie będzie, a od tej, w powietrze się nie schronisz, bo gdzież tobie skrzydła?...

Noc przebyła we łzach gorzkich.

Są więc samołówki niezbadanych zrządzeń, w które raz zapadłszy, cóż pomoże wola? Okolicz­ności, jak w samotrzask ją schwytawszy, naigrawa- ją się jej jeszcze po przez kraty, a ona duma bez­silna, co lepiej, czy się głodem zamorzyć, czy się siebie wyrzec?...

%

Nazajutrz Henryk wyglądał spokojniejszy, nawet wesołym być probował, i Marysia z rozdartem ser­cem szczerze mu w tem pomagała. Widocznie ją zrozumiał. Stanęła niby pomiędzy niemi umowa milcząca, obustronne porozumienie, choć wyjaśnień żadnych nie było.

Tak trwało i dni następnych parę. Zosia jak dziecko z tego się cieszyła. Poczęła ich samych zostawiać. Niech się do siebie zbliżą, niech się po- przyjaźnią.

Rzecz dziwna, Henryk potem znów czas jakiś nie byłl

Ma zajęcia rozliczne, zwłaszcza temi czasy,

i nie należy mu mieć za złe, ieśli nie tak często przyjeżdża, jakby tego pragnął.—Tak przynajmniej na list Zosi odpisał.

Kiedy się zjawił znowu, Zosia go zburczała.

Co mi tam do twoich zajęć — mówiła tonem zepsutego dziecka.—My tu z Marysią tęskniemy do ciebie, jak do czego dobrego, a ty, zamiast jej się zasługiwać, drożysz się z sobą, mój powabny panie. Zaraz ją w rękę pocałuj i proś o przebaczenie, bo inaczej sama się postaram, że cię po dawnemu zda- leka od siebie trzymać będzie.

Henryk stał się czegoi mocno czerwony, a nastę­pnie bardzo blady, ale w chwilę potem nie było już na jego twarzy śladu wzruszenia. Owszem, o- kazał się nawet dość wesoły, nareszcie i bardzo we-

189 -

soły—gorączkowo wesoły; ale odjechawszy, znowu Big nie pokazał czas jakiś.

O! któż wypowie wszystkie męczarnie człowieka, któremu ręka kochającej osoby niechcący nóż wy­kręca w ranie?..,

Raz rzekła mu Zosia:

Nieprawdaż Henryku, koniecznie Marysię za Alfreda wydamy? Proszę cię, czemu on nie przy­jeżdża?

Dotąd jeszcze za granicą bawi.

Nieznośny jest! Napisz mu, że pożałuje, jeśli Bię nie pośpieszy.

Innym razem, kiedy Bię we troje po szpalerze przechadzali, chwyciła się ramienia Marysi i rzekła śmiejąc się jak dziecko:

Ja sobie myślę nieraz, coby to było, gdyby się Henryk w tobie zakochał?

Stopniowo, Marysia zaczęła napomykać, ie musi już do miasta wracać. Zaraz na wstępie Zosia wzięła to za żart z jej strony. Kazała ją Henrykowi u- przejmie na swoje wesele zapraszać, i on spełniał to ze śmiercią w duszy, a Marysia zmuszona była z uśmiechem przyjąć udział w tej zabawie.

Położenie stawało się nie do wytrzymania.

Powiadają, że należy bez wahania słachać w wąt­pliwych razach pierwszego popędu. Anioł Stróż go podszeptuje, dalsze przychodzą już od Bzatana. Anioł, Boga jest wysłańcem, ależ i Bóg nie jest

w możności zbawić człowieka bez jogo woli. Nale­żało Marysi od pierwszego razu, dla jakiegobądź powodu i choćby przemocą, ztąd się wyrwać. Co tomie mogła, kiedy: musiała? Dziś to jej wahanie bezsilne, położyć może trupem dwie ofiary, z któ­rych jedna jest jej szczgściem całem, druga całej tamtej szczęściem.

Postanowiła, nie dalej jak nazajutrz, za jakąbądź cenę ztąd się wydobyć. Wyrzuty sumienia, a razem żal rozpaczliwy, ani chwili nie dawały jej wytchnie­nia; czuła że sama od tego oszaleć może, bo tu je­dno tylko było wyjście możebne, to jest zerwanie na zawsze ostatniego, jaki ją jeszcze wiązał do świa­ta, stosunku. Względem Henryka zaś, położenie jej przypominało wrażenie człowieka, któryby z odle­głości, śmierci czyjejś był świadkiem. Ani go zabił, ani nawet chciał zabić—cóż z tego? Kiedy uratować go nie mógł! Takiego cień prześladować cię będzie, wprawdzie nic ci nie wyrzucając, ale tak sobie, z za­światowego jakiegoś zażyciem żalu, boś mu w chwili ostatniej mógł być jedyną ocalenia deską, a nie byłeś...

Dnia tego, nad wieczorem, Henryk przyjechał. Był pomieszany i smutny. Zosia napróźno rozbawić . go usiłowała. Wyraźnie nawet coś już takiego w po­wietrzu krążyć się zdawało, rozmowa nie szła, w po­koju czegoś duszno było.

Do szpaleru wyszli i na ławce usiedli.

W dali zachodziło słońce w blaskach czerwonych, szumiały gąszcze lekkiem drżeniem, w kościołku na Anioł Pański dzwoniono. Po chwili Zosia zmy­śliła jakiś powód, i rzekła odchodząc:

Proszę cię, rozerwij go Marysiu. Jeśli ty nie potrafisz, nikt tego nie dokaże. -

W jej sukni szeleście, zdawało się Marysi słyszeć ostatnie pożegnalne słowa. Byłaby pobiegła, klę­kła, i usty pałającemi brzeg tej sukni całowała; czuła, że za chwilę i tego nawet niegodną się już stanie. Coś jej niechybnego potępienia pewność da­wało niezachwianą. Czuła, że śmierć jej niemal za­graża niesławna, że dość pewnego wyrocznego sło­wa, a ona w okamgnieniu stanie się więcej niż kiedy­kolwiek w życiu sama jedna. Ol gdyby jeszcze choć nie dziś!...

Chciała się ratować—wstała chwiejąc się, ale ją Henryk zatrzymał. Czas jakiś chodził niespo­kojnie, czoło obcierał, nareszcie rzekł drżącym

głosem:

Przez Boga, to jest wreszcie nad moje siły, ja jej żadną miarą kochać nie mogę, krzywoprzysięzcą być nie chcę...

Znowu odejść probowała.

O, przez litość 1 — zawołał głucho — zanim mię pani potępisz, wysłuchaj!

r — Oddal się pan—rzekła nakazująco—i tak za- wiele już słyszałam.

Wtedy on padł na ławkę i zakrył sobie twarz rękami.

* — Nigdy, nigdy!—wyjęczał.

W okamgnieniu Marysia uczuła sama do siebie wstręt niepohamowany.

O, jakimże być musiał nędznikiem ten, którego ona kochała, skoro od niego idąc, skrytobójstwo z sobą się wnosi, a hańbę bierze na dalszą drogę!!

Szła śpie3znie, sama o tern nie wiedząc, bezprzy-. tomna, z biciem serca tak silnem, że je mniemała słyszeć po za sobą, niby pogoni tententy. ;Ku słoń­cu dążyła, ku zachodzącemu, jak już niegdyś raz było. W oczach od blasku jej się ćmiło, a świat wokoło wirował, a ziemia pod stopami jej się chwia­ła. Kiedy na krańcu tarasu stanęła, złorzeczyła że tam przepaści niema, że od krawędzi jego wygo­dne schody na dół wiodą. Zbiegła niemi i nad je­ziorem się znalazła. Tam na nią toń zdradna mru­gać poczęła, obiecując ukołysać jej boleści wszyst­kie. Ale wtem szumiący wiatr wśród sitowia skroń jej owionął, i to ją opamiętało.

Życia się pozbyć? dla czego? że jest trudne? nie, za nic, raczej śmierć do walki wyzwać, żeby nie

umrzeć wraz z duszą!...

Jednocześnie, tak samo jak niegdyś, na myśl jej

przyszło zapytać siebie: dokąd też ona idzie? Do­kąd? w świat szeroki, gdziekolwiek, wszystko je­dno, byle nazad ‘nie wrócić! Ku mogile Margoli

przedewszystkiem. Ta biedna życie jej podarowała, niechże teraz rady jej udzieli, co dalej zrobić z tym zgubnym darem?

Kiedy szła koło młyna, tęsknotą serce jej we­zbrało. O! gdyby dziś tych cierpień ciała, jakich jej tu nie szczędzono! Przeklęty dzień, w którym od nich uciekła, bo je pomieniała na męczarnie du­szy, od których niema już ucieczki!...

Na smugach spotykali ją ludzie z pola wracający,

i mówili jak dawniej:—To ta piękna panienka z pa­łacu—tylko że dodawali:—Bledziutka czegoś jak o- płatek, coś jej się dziwnego stać musiało, i dokąd to ona tak śpieszy?'

Zmrok zapadł, konały po nad lasem czerwoności ostatki, oto już i cmentarz cichy. — Boże! jakiż tu spokój trzeźwiący, jak tu daleko od świata!

I pomyślała Marysia:

O gdyby także, ile się da, żyć przestać? gdy­by umrzeć dla siebie, a za to dla drugich tylko roz­począć istnienie?...,

Z tą błogą w sercu otuchą, czemprędzej do krzy­ża się rzuciła, objęła go, modlić się poczęła ze łza­mi, ale jednym razem słabo jej się zrobiło, osunęła się i padła...

Kiedy się ocknęła, Pietrek przy niej klęczał. Nie ździwiło ją to; ździwiłaby się raczej, gdyby

13

tam nie był. Porwała jego rękę i do ust przycisnę­ła, a on się bronił. Byłby jej do nóg upadł, ale nie śmiał...

Wszystko już było w gotowości. Stał wózek za­przężony, Marysia odjedzie, dokąd zechce. Pietrek, ten sam Pietrek, jak już wprzódy było, powtórnie ą w świat ją wyprawiał.

Czy aby, tak samo jak wprzódy, nie uwierzy że ona występna? Tym razem, co to ona takiego ukradła? Serce, będące cudzą własnością? Nie, do­prawdy, ona i teraz niewinna, serce to przemocą jej oddawano—podobnie jak niegdyś tajemniczą o- brączkę...

Ale Pietrek o nic nie pytał, zdawał się wszystko wiedzieć. Zkąd? co? jak? — podobnaż zgadnąć.*' Miewają serca swoje czujności powściągliwe, a on zawsze chętnie milczał, ale za to niechybnie przy­bywał w porę...

Kiedy już Marysia na wózku siedziała, włożył jej w rękę przedmiot jakiś błyszczący. Obrączka to była złota, owa jedyna po jej matce pamiątka, dzie­dzictwo oraz jej osamotnienia! Na szyi ją na sznur­ku miała, kiedy ją w bruździe znaleziono. Tę samą potem Jakóbowa jej odebrała, i w karczmie prze­piła, ale Pietrek ją wykupił.

Obracała ją w palcach Marysia, obracała i du­mała: Wiele byłoby się rzeczy nie stało, gdyby nie

Pokochała człowieka, który sam jeden ze wbzv- stkich nigdy jej się z miłością swoją nie narzucał. Był to gracz, pijak, rozpustnik. Zdradzał ją, oszu- v kiwał, ona mu przebaczała. Sprzedawał ją, w karty przegrywał, ona do niego wracała. Płaciła za nie­go długi szalone; fałszował weksle, ona je za swoje przyznawała. Zmarnotrawił wszystko co miała, zni­szczył ją do ostatniej koszuli, ona mu nawet wyrzu­tów nie robiła. Nareszcie obchodził się z nią jak z ostatnią sługą, ona go po rękach całowała; bił ją, ona mu się do nóg rzucała; wypędził ją, a ona jak pies na progu się układała, czekając ze drżeniem serca, czy jej nie przebaczy. W końcu znikł gdzieś bez śladu, i odtąd śmierć w jej duszę weszła. Zkąd jej podobna cierpień żądza? Zkąd jej takie męczar­ni pragnienie? Ona nie wie, ale [czuje, że nawet koniec niedaleki o tyle tylko jest jej pożądany, o ile życie jej do dalszych udręczeń już być przydatnem nie może.

Takie to było Kraski księżniczki cygańskie ko­chanie...

Niegdyś pragnęła tylko, żeby się jej bano. O! i owszem. Czemużby się jej jeszcze i po śmierci nic bać? Taką nawet dzieci stra3zyćby można, trudniej trochę dorosłych, bo tym silue wzruszenia nad zdrowie nieraz milsze bywają. Cóż robić? Nikt nie mądrzeje cudzem, tylko własnein doświadczeniem...

Ostatecznie, i Marysia, ponieważ nie była nie­śmiertelną, w czas jakiś także umarła.

f

r

i'

Kiedy się to stało, zjawił się jakiś człowiek, pro­sząc, że chce jej koniecznie własnenai rękami zrobić trumnę. Wpuszczono go, a on stanął i długo pa­trzał w nią z załamanemi rękoma, a łzy jak groch \ duże po policzkach mu spływały. Potem brał mia- £ rę, ale bardzo drżały mu ręce, i ciągle płakał. Po­tem jeszcze ukląkł, całował brzeg jej sukni i zano­sił się od płaczu.

Jedni mówili, że to brat zakonnicy, drudzy, że krewny, ainui jeszcze że to poprostu któryś od Zje­dnoczonych stolarzy.

Stolarz ci to był, nie ma gadania, ale o zjedno- | czeniu jego z kimkolwiek nio mogło już być mowy. Owszem, człowiek ten, a był to Pielrek, sam to na-, ! wet wyznał wszem w obec i każdemu z osobna. Bowiem u stóp krzyża, który niebawem w głowach jej ujrzano, nie było innego napisu, tylko wyiyty dłutem wianek ż nieśmiertelników, a pod spodem . nie więcej jak te cztery słowa: ?

Sam/j jednej—Sam jeden!

Wiadomo zaś było, że ten krzyż, nie kto inny y tylko on zrobił, przyniósł i własnemi rękoma usta • ; wił. I stało się wreszcie, że kiedy tego wszystkiego } dopełnił, ukląkł jeszcze, modlił się długo i płakał, . a potem, w świat poszedł myślicie?—nie, poprostu wrócił do swojego hebla, i to było, wierzcie mi, wszystko co miał najlepszego do zrobienia...

koniec.

\


Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Faleński Felicjan NOWELE I UTWORY POWIEŚCIOWE
Faleński Felicjan O GŁUPIM GAWLE
Faleński Felicjan Wiersze wybrane
Faleński Felicjan Z PO NAD MOGIŁ
Faleński Felicjan PRZEKŁADY Z PISMA STAREGO ZAKONU
FALEŃSKI FELICJAN ARTYKÓŁ PRASOWY
Faleński Felicjan KOCHANOWSKI JAN JAKO AUTOR TRENÓW
Faleński Felicjan Kwiaty i kolce (m76)
Falenski Felicjan wiersze wybrane
Faleński Felicjan KWIATY I KOLCE
Felicjan Faleński Nie ma jej
Felicjan Faleński Wiersze wybrane
Felicjan Faleński Kwiaty i Kolce compressed
Jedna planeta jedna szansa
MSR 33 KOREFERAT Zysk przypadający na jedną akcje
1 sienkiewicz nowele 1id 9747 Nieznany
nowele konopnicka EFTG77H33VZH Nieznany
nowele(3)
Jak wyhodować kiełki, zrób to sama

więcej podobnych podstron