Bienek Horst WRZEŚNIOWE ŚWIATŁO

background image

Horst Bienek

Wrześniowe światło

W dniu pogrzebu Valeska Piontek wstała wcześnie rano i zanim inni, pijani snem,

wyszli słaniając się ze swoich pokoi, zdążyła już zamieść zarówno korytarz przed

po kojem zmarłego, jak i schody aż do drzwi wejściowych na dole, zmyć w kuchni

naczynia i nastawić czajnik z wodą. Poszła już do ogródka przed domem i w

zimnym, przezroczystym świetle tego wrześniowego poranka ścięła głowy dalii i

porozkładała je na parapetach, tak w korytarzu, w kuchni, jak i w pokoju z

fortepianem, małe żółte, brązowe, rudawe słoneczka, które połykały światło

przenikające przez firanki i połyskując tam w górze, na białych gzymsach,

opowiadały coś niemo o skłaniającym się ku końcowi lecie.

Od dawna było zwyczajem na Górnym Śląsku, że ciało zmarłego spoczywało przez

trzy dni na marach w domu, skąd w żałobnym kondukcie odprowadzano je na

cmentarz, gdzie miał miejsce pochówek. Do tego czasu dom powinien pozostać

surowy, prosty i pozbawiony ozdób, z przesłoniętymi lustrami, z zamkniętymi

drzwia mi i oknami, z zatrzymanymi zegarami. Valeska też nie po to rozłożyła dalie,

żeby przystroić dom, lecz dlatego, że to soczyste, nabrzmiewające, przypadkowe

porasta nie ulubionych kwiatów Leo Marii (aż do późnej jesieni albo nawet do zimy)

wydało jej się nagle, tego ponie działkowego poranka, straszliwym sprzysiężeniem

skie rowanym przeciwko żyjącym i chciała być świadkiem, jak to spienione morze

kwiatów w ciągu dnia więdło, bla dło i traciło barwy. A może też jej myśli krążyły

wokół owej kobiety, którą pewnego razu zaskoczyła przy tym, jak przy pomocy

sekatora walczyła w ogrodzie z różami.

Dalie nie pachną. Dlatego Valeska zerwała kilka gałą zek lawendy, roztarła listki w

dłoniach i porozrzucała je po daliach. Wydobyła z komody białe, od dawna nie

używane obrusy, zebrała w domu wszystkie flakony i zsunęła krzesła i stoły,

podeszła do telefonu i zadzwoniła na dwo rzec kolejowy, zanotowała sobie na

kartce, którą później gdzieś znowu zapodziała, godziny przyjazdu pociągów z

kierunku Opola i Nysy, wysłała Josela do piekarza Bie lińskiego, a Andreasa do

rzeźnika Gmyrka, w miednicy ufarbowała na czarno jeszcze dwie pary pończoch i

background image

odprasowała na mokro ciemny garnitur Andreasa. A kiedy przyszła Halina, żeby jej

pomóc, odesłała ją z powrotem. Zrobiła już tyle rzeczy i była przekonana, że musi

zrobić jeszcze więcej, tak że prawie nie myślała już o zmarłym, którego zwłoki

spoczywały na marach, tam w pokoju na górze, a który swoją niewidzialną

obecnością - bowiem od wczoraj drzwi były zamknięte na klucz i nie spowo dował

niczego innego ponad to, że głosy i dźwięki w domu stały się cichsze.

Byłaby rada, gdyby ktoś z krewnych pozostał w domu, podczas gdy reszta będzie na

pogrzebie, ale nie miała odwagi nikogo o to prosić. Rozeszła się pogłoska, że ksiądz

dziekan Pattas sam osobiście chce celebrować uro czystość, że z gramofonu ma być

odegrana muzyka i że będą tam nawet płaczki, jak w dawnych czasach, więc każdy

chciał tam być. Przypomniała sobie, jak to było w domu, kiedy umarł ojciec. Ciotka

Brillka została w domu i kiedy wrócili z cmentarza, prześcieradła były pościągane z

luster, zegary na nowo nastawione i nakręcone, okna szeroko otwarte, a na piecu w

kuchni dymił świeży podbiał - żeby w domu znowu zapachnia ło życiem.

Valeska poszła do sypialni, żeby się ubrać. Nie pozo stało już zbyt wiele czasu do

chwili, gdy ludzie przyjdą po trumnę. Otworzyła szafę i przez chwilę zatopiła się w

oglądaniu sukien; od wielu dni odsuwała decyzję, co mogłaby nosić jako wdowa w

czasie rocznej żałoby (i co dałoby się ewentualnie przefarbować), a i teraz nie czu-

ła się na siłach, żeby ją podjąć. Wydawało jej się, że już dziś wieczorem albo w

następnym tygodniu lub miesią cu przybliży się trochę do życia, od którego teraz -

jak czuła I tak bardzo się oddaliła. Dawniej dotykała rękami przedmiotów, które

kochała, aby upewnić się, że do niej należą; teraz emanował od nich paraliżujący

chłód, który - jak czuła - potęgował tylko jej bezsilność. Przysiadła na krawędzi

łóżka i w otwartej szufladzie szafy dostrze gła parę czarnych trzewików, których już

dawno nie no siła. Powoli przypominała sobie, jak kupił je Leo Maria, kiedy dostał

pierwsze honorarium ze Schlesische Monatsheften za zdjęcia, o... tak - to był zamek

w Toszku, pa miętała dokładnie. Chciał z nią pójść na tańce do "Neue Welt", a do

Jimmy’ego, który wtedy wszedł w modę, te ciasno przylegające, sznurowane

trzewiki nadawały się szczególnie. Wówczas bardzo się śmiała, bowiem potrze

bowała specjalnej spinki i kwadrans czasu, żeby zapiąć lub rozpiąć liczne guziki,

później jednak miała z nimi kło pot, gdy czasem nie mogła znaleźć spinki. Być

może dla tego włożyła wówczas trzewiki do szuflady szafy.

Wyjęła trzewiki i obejrzała je dokładniej. Miały ścięte ob casy, poza tym lśniły jak

nowe. Jutro chciała z nimi pójść do szewca Nowottnego, który usztywniłby je przy

background image

pomo cy gwoździ i skóry na cały rok. Tak długo trwał tu okres żałoby, którą

poświadczało się ustawicznie na zewnątrz przy pomocy czarnego kapelusza, czarnej

zapiętej pod szyję sukni, czarnych farbowanych pończoch i czarnych butów.

Valeska ściągnęła prześcieradło z lustra i przejrzała się w swojej czarnej halce.

Wcisnęła stopy w zapomniane, czarne trzewiki i poczuła się w nich nieswojo. Była

zde cydowana złamać niektóre z nakazów żałoby, oczywiście tylko w takim stopniu,

żeby nikt z zewnątrz tego nie za uważył. Już teraz, oglądając suknie, czuła, że ten

rok bę dzie się jej dłużył, bowiem ostatecznie już spory kawał czasu temu, zanim

umarł Leo Maria, pożegnała się z nim i nosiła czarne oznaki żałoby. Tak, gdyby

dokładnie się gnie pamięcią wstecz, zaczęło się to być może tego dnia, kiedy w

atelier odkryła osobliwe, dziwne zdjęcia jego na giego ciała i w swojej bezsilności

nie czuła wtedy nic wię cej, jak tylko to, że bardzo się od niej oddalił, tak bardzo, że

nie mogła go już prawie dostrzec. Zaczęła się do tego przyzwyczajać i nierzadko

zdarzało się, że spoglądała na gle na niego ze zdumieniem i zaskoczeniem, kiedy

pod czas kolacji siedział naprzeciwko, unosił rękę i łyżką i poruszał ustami, a jego

wzrok wędrował tam i z powro tem pod drgającymi, nerwowymi powiekami.

A teraz, kiedy wydobyła czarny kostium, który już przed trzema dniami wybrała na

cmentarz, i kiedy przy gotowywała się do kroczenia za ciemnobrązową trumną, na

którą po kazaniu proboszcza miała rzucić trzy garście ziemi, nagle ogarnęła ją

zupełnie niezrozumiała, szalona ochota, żeby znowu zobaczyć siebie w bieli.

Podeszła do drzwi i przekręciła klucz w zamku, wyszarpnęła dolne szuflady szafy i

zaczęła je przetrząsać, gdzieś musiała prze cież być jej suknia ślubna, której już od

dawna nie miała w rękach. W końcu też znalazła ją, starannie poskładaną,

roztrząsnęła i z niemałym trudem wciągnęła na nagie ciało - była już na nią za

ciasna. Z tyłu, na plecach wszystkie guziki zostawiła rozpięte, mimo to z przodu tak

obcisnę ło jej piersi, że z trudem łapała powietrze. Zaczęła szyb ciej oddychać. Na

jej policzkach pojawiły się czerwone plamy, a twarz zaczęła błyszczeć.

To było niczym krótki występ. Wiedziała o tym; przy glądała się swojemu odbiciu

w lustrze zupełnie spokoj nie przez dłuższą chwilę, nic w jej twarzy nie zdradzało, o

czym myślała. Oszczędnymi ruchami, zupełnie trzeźwo i bez żalu ściągnęła suknię.

Bardziej zaskoczona i zaszo kowana była własnym nagim ciałem, które teraz

ukazało się przed nią w lustrze, więc szybko narzuciła czarną hal kę. Valeska otarła

ręcznikiem pot z twarzy, jednak nic więcej nie mogła zrobić, jak tylko wytrzeć ją do

sucha. Po tem długo jeszcze nie pozbyła się uczucia, że można w niej odkryć ślady

background image

jej nagłego pomysłu.

Postanowiła nałożyć ów kapelusz, którego czarna, gęsta woalka sięgała aż do

podbródka, zasłaniając twarz.

Szybko założyła czarny kostium i zapięła żakiet pod szyję, nie rzucając w lustro ani

jednego spojrzenia. Na nowo przesłoniła lustro prześcieradłem i wyrównała jego

brzegi z obydwu stron. Do torebki wsadziła flakonik wody kolońskiej i dwie białe

chusteczki. Wreszcie otworzyła drzwi. Ciężko dysząc, posiedziała jednak jeszcze

przez chwilę na krawędzi łóżka, zanim zeszła na dół.

W pokoju z fortepianem Josel siedział na krześle przed otwartą werandą i wpatrywał

się w ogród. Brat Valeski, Willi, zaszył się w kącie pod obrazem Anioł Pański i

czytał książkę. Wydawało się jednakże jakby obydwaj, z róż nych miejsc,

wpatrywali się w ten sam niewidoczny punkt, i w pewnym sensie tak też było.

Odkąd Josel wrócił do domu, niewiele rozmawiał z matką; z bólem to zau ważyła i

wkrótce przestała zadawać dalsze pytania. Chcia ła mu dać czas.

Dosiadła się do nich, zajmując miejsce na taborecie przy fortepianie i złożyła ręce

na podołku. Willi rzucił ku niej krótkie, porozumiewawcze spojrzenie, jakby chciał

jej potwierdzić, że nie spuszczał Josela z oczu. Nie po wiedział jednak ani słowa.

Josel zdawał się zupełnie nie zauważać przybycia matki. W domu było cicho.

- No więc - powiedziała Valeska, przez dłuższą chwilę obracając z zakłopotaniem

dłonie w jedną i drugą stronę - jeżeli jeszcze raz chcesz zobaczyć ojca, Joselu,

musisz to zrobić teraz. Zaraz przyjdą ludzie i zabiją trumnę gwoź dziami. 1 Mówiąc

to, przyglądała się swoim dłoniom.

Nie miała odwagi spojrzeć na Josela, wzrokiem ucze piła się swojego brata. Ten

patrzył na dywan i czarną nogę fortepianu. Odebrał wczoraj Josela z Twardawy i

przywiózł go do domu, i to było wszystko, co mógł zrobić dla swojej siostry. A było

to niemało. Po drodze, w samochodzie wszy stko już zrelacjonował Joselowi, a Josel

wysłuchał tego i milczał w odpowiedzi. Milczeniem odpowiadał na wszyst ko,

nawet na to, że jego ojciec nie żyje. I że feldfebel Metzmacher latał z grubym

opatrunkiem na głowie i złożył skargę w prokuraturze przeciwko nieznanej osobie z

powo du obrażeń ciała, zanim go przeniesiono gdzie indziej. Być może Josel jednak

coś powiedział, lecz w samochodzie, w hałasie silnika, Willi Wondrak z pewnością

nic nie sły szał. Josel podniósł się bez słowa.

Także i Valeska wstała. Już wczoraj pytała Josela, czy nie chciałby raz jeszcze

zobaczyć swojego ojca, lecz on milczał i pozostał na dole w pokoju z fortepianem.

background image

Szła przodem, prowadząc Josela schodami w górę, sły szała za sobą jego kroki.

Dlatego, że to ostatnia sposobność.

Dotarła do drzwi na górze i obejrzała się.

- Zostawię cię z nim samego. Jeżeli masz na tyle odwa gi! Jeżeli nie, zostanę przy

tobie, jeśli chcesz - powie działa niepewnie.

Josel najpierw skinął głową. Potem pokręcił głową, co jeszcze bardziej zmieszało

jego matkę.

- Umierał bardzo spokojnie, już ci mówiłam - powie działa, otwierając drzwi i

wchodząc pierwsza do pokoju zmarłego. - Sam widzisz, wygląda na zupełnie

odprężo nego, niemalże szczęśliwego. Tymczasem, przecież wiesz, męczył się z tą

astmą przez pół życia...

Podeszła do okna i otwarła je, potem zatrzymała się obok białego wiklinowego

krzesła stojącego w nogach trumny i położyła dłoń na drewnie. Zrobiła to z

zadziwiająco spokojną oczywistością.

- Mój Boże, jak on łaknął powietrza, ten biedak, czasa mi całkiem posiniał na

twarzy, nigdy nie miał dość powie trza, nigdy dość tego śląskiego powietrza. Wiesz

przecież, chciałam go wysłać do Mariańskich Łaźni, do solanek, lecz on chciał do

Kudowy Zdroju, chociaż to przecież kurort dla chorych na serce, on chciał

pompować w płuca tylko to śląskie powietrze, jak zawsze mawiał. Przez całe swoje

życie nie wyjechał poza Śląsk. Cieszę się, że umarł tak spo kojnie, tak, cieszę się.

Valeska mówiła szeptem, do którego przyzwyczaiła się w ciągu ostatnich trzech,

czterech dni, tak jakby w domu zmarłego wolno było tylko szeptać. Żeby też można

było ją zrozumieć, przydała swojemu szeptowi ostrości, przez co wypuszczała słowa

niemal ze świstem. W zasadzie efekt był gorszy, niż gdyby mówiła normalnie.

Josel zatrzymał się w drzwiach. Ciężkie i stęchłe po wietrze powstrzymywało go

przed wejściem. Podczas gdy matka mówiła, nieprzerwanie patrzył na zastygłą

twarz ojca, która wystawała z trumny wyściełanej bielą, i tak się do niej przez ten

czas przyzwyczaił, że znalazł teraz siły, żeby zostać ze zmarłym sam na sam.

Valeska poczuła to i oddaliła się.

Josel zrobił krok do przodu, zanurzając się w tym opan cerzonym powietrzu, lecz

drzwi za sobą zostawił otwarte. Jeszcze nigdy nie widział nieżywego człowieka

tylko w kinie i gdzie mało go to obeszło. Ta biała, zapadła, nie ruchoma twarz była

twarzą jego ojca, bez wątpienia, lecz jednocześnie była to tylko jej kopia,

przypominająca mu maski z jasnego drewna, jakie rzeźbił stary Wilczyk w

background image

Sośnicowicach. Patrzył i tak był pod jej wrażeniem, że nie mógł przez chwilę o

niczym innym myśleć. Być może jednak patrzył na nią zafascynowany tak długo

tylko dlatego, bo wiem ciągle jeszcze wierzył, że w następnej chwili prze cież coś w

tej twarzy ulegnie zmianie. Nie żeby ojciec miał wrócić do żywych - nigdy nie

wierzył w paplaninę ciotki Lucie (Widery) o pozornie zmarłych - ale mogłaby

przecież drgnąć powieka albo skrzydełko nosa mogłoby się lekko unieść, bądź dolna

warga lekko wysunąć do przodu. jak to się działo wtedy, gdy papuś miał coś

ważnego do powiedzenia. A to, że teraz nie żyje, było przecież wy starczająco

ważne.

Przysunął się o dwa kroki do trumny i usiadł w białym wiklinowym krześle.

- Wiesz, papuś, właściwie zupełnie inaczej wyobra żałem sobie martwego ojca.

Jednak może tylko dlate go, że nigdy przedtem nie widziałem prawdziwych zwłok.

Zawsze myślałem, że ludzie, którzy umarli, muszą wyglądać inaczej niż przedtem,

może jak Bóg... albo przynajmniej trochę się do niego upodabniają. Jed nak teraz

widzę, że wyglądają dokładnie tak samo jak przedtem, tylko że są po prostu

nieruchomi, zupełnie nieruchomi, tak jak twoje fotografie, zawsze ten sam wyraz

twarzy, tak jak go utrwaliła lampa błyskowa na wieki wieków. Tylko, jak sądzę, gdy

tak na ciebie pa trzę, nikt nie powiedział do ciebie wcześniej: "Proszę o przyjemny

wyraz twarzy", nawet mamusia nie odwa żyła się na to, chociaż myślę, że wolałaby

cię mieć w trumnie właśnie takiego "z przyjemnym wyrazem". Musi ci być

niewygodnie, papuś, tak tu leżeć, nigdy nie widziałem cię tak leżącego, tak sztywno

i prosto na ple cach, ze złożonymi rękami, i na pewno nie udałoby im się ciebie tak

ułożyć gdzie indziej poza trumną, jednak cieszę się, że zdążyłem jeszcze na czas,

zanim przykryją cię wiekiem i je przyśrubują, nie mogłem przecież przewidzieć, że

wszystko tak się potoczy...

Wierz mi, papuś, nie uciekłbym, nie rozmawiając wcze śniej z tobą, gdybym to

wszystko wiedział, chyba jeszcze nie spałeś, widziałem w twoim pokoju światło,

przeni kające przez zaciemnienie, nie jest ono całkiem szczel ne, przyszedłbym do

ciebie, może nabujałbym ci coś, opo wiedziałbym jakąś historię, lecz jeszcze raz

bym na cie bie spojrzał, tak jak teraz,papuś, po prostu spojrzał. Wiesz, kiedy

siedziałem w pociągu, w wagonie towarowym i jechałem na zachód, przez Odrę, to

rozmawiałem z tobą w myślach i wszystko ci wyjaśniłem, jak do tego doszło, i

wszystko było prostsze niż teraz, nie wiem, jak mam ci to powiedzieć, nie mamy też

przecież zbyt wiele czasu i myślę, że to cię już chyba nie będzie interesować. Nie

background image

wiem już, dlaczego to zrobiłem, nie mam teraz na my śli... nieszczęścia....

I w tym miejscu Josel uniósł lekko rękę i zrobił gest, jakby chciał coś wymazać,

gdyż nie było to jego słowo, wypowiadali je inni, ustawicznie powtarzali to słowo, i

poczuł, jak gdyby to słowo, które z nim nie miało nic wspólnego, coraz bardziej go

oddalało od tego co wcze śniej i było tak, jak gdyby dawno temu zdarzyło się ja kieś

nieszczęście, które dotyczyło tylko innych, nie jego.

- Może stało się tak tylko dlatego, żebym stąd odszedł, lecz ty, papuć, z twoją

nieruchomą, drewnianą twarzą zno wu mnie dogoniłeś, wróciłem, tak, wróciłem i

czuję też, jak mnie tu trzymasz swoimi oczami, nawet gdy teraz są zamknięte,

zamknięte na zawsze, jak mówi mamusia, lecz ja to wiem i powiem ci teraz, że nie

zostanę tu już zbyt długo, muszę jeszcze tylko trochę dorosnąć, dojrzeć, żeby nie

mogli mnie znowu gdzieś złapać, przekazać policji i sprawdzać na jakichś listach,

czy jestem poszukiwany, czy nie. Odejdę, a ty będziesz wtedy leżeć w ziemi i nie

bę dziesz mnie już mógł zatrzymać, nikt nigdy...

Josel podszedł do okna, odłamał dwie gałązki mirtu i położył je na powiekach ojca;

mirt, który już tam leżał, uschnął i stracił kolor.

- Niewiele rozmawialiśmy ze sobą w życiu, może wte dy, gdy byłem bardzo mały,

ale teraz nie mogę sobie już tego przypomnieć. Zawsze byłeś zajęty swoimi fotogra

fiami i dawałeś mamusi wszystko robić i o wszystkim mówić, a gdy czasami gdzieś

wyjeżdżaliśmy, bo chciałeś fotografować jakieś wieże, w jakichś pierorisko

opuszczo nych okolicach, to byłeś zajęty wyłącznie tym fotografo

waniem i niczym innym, a nocami zostawiałeś mnie sa mego w obcych pokojach

hotelowych i wracałeś dopie ro nad ranem, z jakąś pierońską tajemnicą w sercu, z

któ rej nigdy nic mi nie zdradziłeś i nie rozumiałeś, że ja nie spałem całą noc i

czekałem na ciebie. I wtedy zawsze za czynałeś mówić o innych rzeczach, o swoich

pięciu sio strach, które ubierały cię w sukienki, o kometach Halley’a i o zeppelinie,

który latał nad Dreikaiserecke*. Tymcza sem ja tak bardzo chciałem się od ciebie

dowiedzieć, jak to było wtedy, gdy miałeś tyle lat co ja, i czy też byłeś tak pierońsko

samotny jak ja. Wiesz, to nie jest tak, że teraz tego żałuję, tak to po prostu było,

pogodziłem się z tym, a z mamusią albo z Irmą rozmawiałem jeszcze rza dziej,

pewno to moja wina i pewno nie da się też tego wszystkiego wytłumaczyć, w

każdym razie ja tego nie potrafię, tak jak nie potrafię ci wytłumaczyć, dlaczego

walnąłem feldfebla butelką w głowę i w ogóle, dlaczego ucie kłem przez most

Kłodnicki na dworzec i dlaczego po pro stu wskoczyłem do pociągu towarowego,

background image

który jechał na zachód, na zachód...

A ty przecież wystarczająco wyraźnie dałeś do zrozu mienia, że nie masz już ochoty

dawać odpowiedzi na co kolwiek na tym świecie, jak tylko twoją białą nieruchomą

twarzą.

Josel poczuł nagle, że mówił, po prostu cały czas mówił, gdyż bał się zostać sam na

sam z ciszą i z białą twarzą przed sobą. Musiał obetrzeć wnętrze dłoni o spodnie.

Powoli odszedł od trumny. Nie wiedział, czy miał się teraz pomodlić za ojca albo

przynajmniej przy wyjściu uczy nić znak krzyża. Musiał jednak coś zrobić, by

uwolnić się od tej zastygłej w bezruchu fotografii na zawsze. Powiedział: i Święta

Mario, Matko Boża, wstaw się za tym bied nym grzesznikiem teraz i w godzinie

śmierci naszej.

Stal przy drzwiach.- Amen.

Rzucił na niego ostatnie spojrzenie, lecz teraz widział jeszcze tylko biały nos i białe

kostki złożonych dłoni i przyszło mu na myśl, że chciałby teraz zapuścić długie

włosy, sięgające aż do karku, tak jak Walter i Stroschek, i inni, teraz on już nie

mógłby mu przecież tego zabro nić. Amen.

Kiedy zamknął za sobą drzwi, zawstydził się, że przy szło mu to do głowy w pokoju

zmarłego. Amen.

Na schodach zderzył się z matką. Jakby czekała tam na niego! Bez słowa wzięła go

w ramiona i mocno przy tuliła. Była tak szczęśliwa, iż odzyskała swojego syna

Josela, że zapomniała uwolnić go z ramion.

Zapach lawendy i solonych śledzi niemal zawrócił Joselowi w głowie. Uwolnił się

od niego, wymykając się na dół. Powoli schodził schodami. Nie chciał już odstą pić

od swojej wcześniejszej decyzji.

Amen.

2

Franz Ossadnik, maszynista kolejowy z Teuchertstrasse, cie szył się, że był

maszynistą Niemieckich Kolei Rzeszy- Dy rekcja Okręgowa Gliwice Górny Śląsk -

szczególnie zaś wtedy, gdy wracał z pracy do domu, zjadał talerz czeskiej

kartoflanki albo żuru czy bigosu, zamieniając przy tym kilka słów lub uścisków ze

swoją żoną, by potem poświęcić się hodowli pszczół lub przysłuchiwać się, jak Ulla

gra na pia ninie. Cieszył się także, kiedy wstawał i szedł pod prysznic własnej

roboty, gdzie pod strumieniem wody poruszał się hałaśliwie, mydło skakało w jego

dłoniach, a piana pry skała aż na korytarz. Uwielbiał czuć wodę na swojej skórze

background image

i przyglądać się, jak ciało zaczynało parować i nabiegało czerwienią, uwielbiał też

Śpiewać pod 'prysznicem, w olbrzymiej łaźni stacji rozrządowej, gdzie zawsze

pano wały przeciągi, jak też - o wiele chętniej i głośniej - u sie bie w domu na

Teucherts trafie 43, na drugim piętrze po prawej. Nie oszczędzał przy tym na mydle,

które dostawał bezpłatnie w deputacie od Niemieckich Kolei Rzeszy i cie szył się,

kiedy pieniło się ono na skórze i dopingował sa mego siebie, namydlając się ciągłe

od nowa. Lubił przy tym śpiewać: Ojczyzno, twoje gwiazdy czy też Stoi żołnierz u

brzegu Wołgi. W ogóle uwielbiał Wilhelma Strienza.

Jego żona Anna pragnęła wprawdzie od jakiegoś cza su, żeby awansował na

starszego maszynistę kolejowego i pod koniec miesiąca przynosił do domu kilka

fenigów więcej. Teraz, gdy jest wojna, chyba nie trzeba już bę dzie na to długo

czekać. W swojej głowie już dawno awansowała go na głównego maszynistę

kolejowego, który klnąc, poganiał dwóch młodych, leniwych, ciemnowłosych

palaczy, pochodzących gdzieś spod granicy i mówiących tylko łamaną niemczyzną,

żeby pociąg po spieszny Paryż - Warszawa nie miał ani minuty opóźnie nia, bowiem

podróżujący nim hrabiowie, dyrektorzy i dyplomaci przywiązują dużą wagę do

punktualności - tak to w każdym razie opowiadała sąsiadom - a on raz się temu

przysłuchiwał i musiał się głośno roześmiać. Anna dobrze wiedziała, że nigdy nie

stał na tenderze którejś z tych nowych lokomotyw, co mknęły przez róż ne kraje

wraz z międzynarodowym pociągiem ekspreso wym, lecz że swoją starą, zakopconą

lokomotywą poru szał się głównie po stacji rozrządowej między Gliwicami a

Maciejowem, lecz Anna miała wyobraźnię, pochłania ła powieści, a w każdy

czwartek wieczorem słuchała w radiu słuchowiska. Ludzie mieszkający na tej ulicy

tak bardzo byli uciemiężeni pracą, że i tak nie pojęliby sub telnych różnic między

maszynistą, starszym maszynistą i głównym maszynistą kolejowym. Dla nich ktoś

taki jak Franz Ossadnik, któremu raz w miesiącu wypłacano pen sję, był

urzędnikiem, a więc kimś lepszym. A Franz cie szył się, źe jakkolwiek by nie było,

doszedł do stanowi ska maszynisty lokomotywy manewrowej, gdyż przed Wieloma

laty zaczynał w RAW-ie* jako robotnik niewy kwalifikowany i wystarczająco długo

był w międzycza sie bezrobotny - nie lubił o tym wspominać. Franz Ossa dnik

wytarł się do sucha. Włożył jedną z koszul, tych bez kołnierzyka, które były tak

wygodne, tolerowane jednak że przez żonę tylko w domu; na ulicy, tak mówiła,

urzę dnik musi w końcu pokazać, że jest urzędnikiem, a nie niewykwalifikowanym

grubiorzem”, musi więc zakładać krawat i kołnierzyk, a najlepiej mundur. Wyjrzał

background image

przez okno. Niebo spowijały chmury, które wiatr gnał dość gwałtownie na zachód,

zbierały się ciągle na nowo, po czym rozpadały się w strzępy, a światło zmieniało

się w ciągłym niepokoju, roziskrzało kolory i zaraz znowu tępiło ich blask. Jak na

początek wojny taka właśnie po goda wydawała mu się najodpowiedniejsza.

WoM oczywiście, kiedy między dwiema zmianami na lokomotywie świeciło słońce

i go ogrzewało, zwłaszcza w takim wczesnym dniu wrześniowym jak ten. Jeżeli

będzie miał szczęście, jeszcze dzisiaj niebo się otworzy, obie cywały to szybko

umykające chmury. Nowy tydzień zaczął od nocnej zmiany, dzięki temu miał więcej

wolnego cza su i mógł załatwić wiele spraw, na które normalnie mu go brakowało.

Kiedy o szóstej rano wracał do domu (cza sami nawet jeszcze wcześniej, gdy nie

było dużo pracy), zaraz kładł się do łóżka; wtedy już o dwunastej był wy spany i

miał przed sobą długie popołudnie, z którym mógł już coś zrobić. Mógł na przykład

pojechać do Żemik, gdzie założył małą pasiekę z dziesięcioma rojami. Z drucianą

osłoną na głowie wymieniał plastry, wytrząsał miód, zbie rał pszczoły, które się

wyroiły albo po prostu przyglądał się przez szybę, jak pszczoły urządzały swój

świat.

Wszedł do kuchni i zobaczył zwykły obrazek: Anna le żąca na sofie z książką w

ręku. Obojętnie, z której zmia ny by nie wracał do domu, Anna już dawno

zakończyła prace domowe, siedziała lub leżała na sofie i czytała. Na wet wojna nie

mogła w tym nic zmienić. Dawniej pragnął czasami pożaru lasu, trzęsienia ziemi lub

przynajmniej pęknięcia rury wodociągowej, żeby raz napotkać Annę w innej

pozycji. Jednakże, w międzyczasie, zdążył się do tego przyzwyczaić. Już gdy się

pobierali, Anna powie działa: - Każdy człowiek ma swoje upodobania, ja respek tuję

twoje i oczekuję, żebyś i ty respektował moje, na wet, gdyby ci się z początku nie

podobały.-Tymczasem on nie miał w ogóle żadnych upodobań i musiał je sobie

dopiero z trudem przyswajać. Nie można powiedzieć, że Franz był pod pantoflem

żony, on ją po prostu kochał od dnia, w którym zobaczył ją po raz pierwszy i

podziwiał ją we wszystkim, co robiła, i tak było jeszcze i dziś, nie licząc kilku

wyjątków. Był synem biednego komornika z Wójtowej Wsi i gdy się poznali, był

niewykwalifikowa nym robotnikiem w RAW-ie. Ona pochodziła z tak zwa nych

lepszych kręgów, z rodziny leśniczego z Kluczborka, otrzymała "dobre

wychowanie", była na kursie gotowa nia u ubogich sióstr z Notre Dame i dwa lata w

szkole imienia Marii Montessori, praktykę w prowadzeniu go spodarstwa

domowego odbyła w rodzinie inteligenckiej, u radcy sanitarnego dra Bermanna,

background image

mieszkającego na Ratiborer Straße. Jako dwudziestolatek nie śmiał wówczas nawet

marzyć o tym, że pewnego dnia będzie mógł po ślubić Annę Mainkę i gdy później

jednak wyraziła zgo dę, było to dla niego niczym niezasłużone szczęście.

Mimo sześciorga dzieci Anna Ossadnik zawsze miała czas na lekturę. -Trzeba pracę

zorganizować, wtedy szyb ciej można się z nią uporać. Organizacja jest wszystkim

- zwykła mawiać. Tak więc, co rano zaczynała gotować kocioł pełen zupy, który stał

potem na piecu przez cały dzień i każdy mógł z niego jeść, kiedy i ile chciał. To

prawda, zupa należała raczej do prostych, a mięsa trze ba było szukać chochlą, za to

co dzień była inna. Mogło się też zdarzyć, że w środę była ta sama kartoflanka co w

poniedziałek, tylko zamiast z wędzonką - tym razem z podrobami wieprzowymi.

Anna tak bardzo zajęta była swoimi powieściami, że czasami zapominała o

rzeczywistości. Nie zdarzało się to jednak zbyt często, dzieci uważały, bowiem

każdego dnia musiało jej pomagać w przygotowaniach inne dziecko. Dzieci robiły

to zresztą z przyjemnością, gdyż Anna nie kazała im bynajmniej wy konywać

wyłącznie najgorszych prac i nie tylko objaśniała im przepisy gotowania i pieczenia,

lecz bardzo żywo i zajmująco opowiadała też treść powieści, którą właśnie czytała.

Dlatego dzieci niemal pchały się do pomocy. W końcu musiała jeszcze utrzymać w

czystości pięciopokojowe mieszkanie i zatroszczyć się o pranie i zakupy. Jak i o

wychowanie sześciorga dzieci. To przysparzało jej jednak najmniej pracy.

Postępowała według zasady, że najlepsze wychowanie jest wtedy, gdy dzieci same

się wychowują, i gdy starsze dziecko wychowuje młodsze i tak dalej, tak to już było

w jej rodzinnym domu i do tej pory dobrze na tym wychodziła. Z wyjątkiem Paulka.

- Wyspałeś się, Franzek - powiedziała Anna przyja źnie i podniosła wzrok znad

książki. - Dziś czeka na cie bie połowa rodziny, jak widzisz! - Opuściła książkę, lecz

nie chciała jej jeszcze zamykać i odłożyć na bok, dotarła właśnie do święta czarnej

bogini Bhawani, do miejsca, kiedy to demoniczny karzeł zbliża się z koszem pełnym

węży do irlandzkiego marynarza... Może uda jej się doczytać do końca przynajmniej

jeszcze tę stronę, żeby się dowiedzieć, w jaki sposób marynarz został uratowany.

Gdyż to było cudowne w tej książce, w której co prawda wielu ludzi, przede

wszystkim bezimiennych, traciło życie, większość była jednak oswobadzana ze

szponów śmierci w nadzwyczaj oryginalny sposób...

Normalnie Franz podszedłby teraz do pieca, przesunął kocioł z zupą na środek, żeby

potem, gdy zupa będzie wystarczająco gorąca, nabrać sobie pełen talerz. Dziś jed

nak podszedł najpierw do Anny, pocałował ją w czoło i powiedział do niej: - Pokaż

background image

no, co czytasz! I Anna, zaskoczona, pozwoliła sobie nawet wyjąć książkę z ręki.

- SIR JOHN RETCLIFFE NENA SAHIB POWIEŚĆ - Franz przeliterował powoli

pod nosem i opuścił książkę. Dla niego były to obce znaki. Pragnąłby, żeby Anna

czytała coś, co on też z miejsca by rozumiał, tak jak na przykład te piękne

prawdziwe opowieści, których już dawno nie przynosiła z wypożyczalni.

- A wy, chopcy- zwrócił się do dzieci - nie przy pracy, nie w szkole? Myślałem, że

wojsko już pociągnęło dalej? Czy może - zdarzyło się coś szczególnego? - Zbliżył

się do nich z przyjaznym zaciekawieniem. Tonik siedział za sto łem i wyszywał coś

na koszuli, a teraz pochylił się nad nią jeszcze głębiej. Kotik skrobał marchew przy

piecu. Andre- as, najmłodszy, którego wszyscy nazywali Zezokiem, gdyż strasznie

zezował, siedział pochylony nad zeszytem z aryt metyki; chciał się z tym szybko

uporać, gdyż po południu spotykał się ze swoją ferajną nad Bytomką.

Anna szukała w powieści miejsca, w którym Franz jej przedtem przerwał. Zadrżała

wewnętrznie: tym razem ma rynarz dostał za swoje. Węże wdarły się najpierw przez

oczy do jego głowy... Jezus-Boże, mój Panie!- wyjąkał nieszczęśnik, któremu rozum

zaczął się plątać. Zatrzasnęła książkę. Żeby móc to w pełni przeżyć, dalszą część

chciała przeczytać w zupełnym spokoju. Sir John Retcliffe: do tego potrzebna była

koncentracja, to nie było coś takiego jak Zane Grey albo te prawdziwe opowieści,

które można było czytać nawet wtedy, gdy w radiu nadawane było słu chowisko. A

Ulla chciała ją zawsze pouczać, że ten Sir jest łgarzem i nigdy nie był w Indiach...

Położyła książkę na stole.

-Tonik został powołany-powiedziała.

Tonik nie podniósł wzroku znad swojej koszuli. W ten sposób ojciec nie mógł

dostrzec, czy jego najstarszy syn cieszy się, czy nie. Nie zadał sobie też żadnego

trudu, żeby się tego dowiedzieć, bowiem dla niego było oczy wiste, że każdy syn się

cieszy, gdy może opuścić rodzin ny dom. Wtedy, w czasie wojny światowej, tak

właśnie z nim było. Przy tej okazji uświadomił sobie, że była wojna od trzech, nie,

od czterech dni. Jednakże oprócz kilku samolotów, które z pomrukiem przeleciały

nad miastem, nic nie przypominało już o tym, że tu w pobliżu zaczęła się wojna.

Może tylko wagony, które przetaczał na stacji rozrządowej i które od wielu dni,

zamiast węglem i że lazem, załadowane były czołgami, działami i moździe rzami

przeciwlotniczymi.

-Toniczek będzie żołnierzem- powiedział i przesunął kocioł z zupą na środek pieca.

Powiedział to tak, że po jego głosie nie można było poznać, co przy tym myślał.

background image

Tonik powiedział tylko: - Tak, w środę idę do woj ska. I wbił gwałtownie igłę w

kołnierz koszuli, żeby zo stawić tam ślad.

Kotik wrzucił ostatnią marchew do wiadra, odłożył nóż na bok i wytarł dłonie w

ścierkę.

- Czego to nie ma na świecie- powiedział, jakby mówił do wszystkich albo do

nikogo. - Słyszałem, że są tacy, którzy przed komisją poborową udają wariatów i

dość często odraczają im służbę wojskową, a nasz wariat To nik udawał normalnego

i nawet w to mu uwierzyli.... Ten to ma fart!

Tonik rzucił papciem w Kotika, lecz ten już się tego spodziewał i uchylił się w porę.

- Stul gębę! - powiedział Tonik.

Franz podszedł do Tonika i chwycił go za ramiona. - Cieszysz się? - Roześmiał się.

Wspominał, jak w 1914 roku zgłosił się na wojnę na ochotnika. Jak po raz pierwszy

włożyli mundury i maszerowali ulicami miasta. Jak ludzie witali ich rado śnie. A

potem, po czterech latach, powrót: tego nikt nie chciał wspominać. Pogładził syna

po włosach. Tego wkrótce nie będzie już przecież mógł robić. Zapomniał o wojnie i

zupie.

- No jasne - powiedział Tonik. Podniósł wzrok na ojca i wyszczerzył do niego

zęby. Potem odgryzł nitkę. Skoń czył. Nie miał zbyt wielu rzeczy, na których

musiałby wy szywać swój znak, dwie pary slipek, dwa podkoszulki, jedna koszula;

wszystkie inne rzeczy, jak się dowiedział, dostanie w wojsku.

- Odbierzemy Polakom to, co nam zabrali, i jeszcze spory kawałek na dokładkę,

naturalnie. - Tonik ciągle jeszcze szczerzył zęby. Energicznie odwinął kołnierz

koszuli i rzucił ją na skrzynię. Zrobił to tak, jakby chciał przez to coś udowodnić.

Tylko, co chciał przez to udowodnić, tego nie wiedział.

- Zanim cię wyszkolą i pójdziesz na front, wojna daw no już się skończy -

powiedział Kotik spod pieca z nie ukrywanym zadowoleniem.

- Miejmy nadzieję - odezwał się Franz Ossadnik. - Gdy by nowa wojna miała

potrwać tak długo jak stara, wtedy jeszcze nawet na ciebie, Kotik, przyjdzie kolej.

- Nie wiem, czy mama ci już mówiła- powiedział To nik, zdejmując buty. - Wzięli

mnie tylko do piechoty.

Tonik trzymał buty badawczo w górze. Obcasy były dokładnie ścięte, zelówki starte,

a z przodu, na czubku lewego buta, było małe rozdarcie. Jednak teraz ich już

przecież nie potrzebował, a gdy będzie wracał z wojny, wtedy przywiezie ze sobą

błyszczące oficerki.

background image

-Ja przecież chciałem do Waffen-SS i już jakiś czas temu zgłosiłem się tam na

ochotnika, nie mówiłem o tym, to jasne. Jednak tam trzeba mieć chyba niebie skie

oczy, włosy blond i dwa metry wzrostu, mniej wię cej. Wtedy powiedziałem sobie,

że chciałbym do czoł gistów! Czołgiści mają czarne bluzy, czarne wysoko

podwinięte do góry spodnie i czarne furażerki, a poza tym można tam zrobić prawo

jazdy i to nic nie kosztu je, bo przecież gliwickie przysłowie mówi: Czego raz się

nauczyłeś, nauczyłeś się na całe życie! Gdyż później, kiedy wojna się skończy,

mógłbym zostać taksówkarzem albo kimś takim...

Zamilkł.

Było napisane: piechota. Na karcie mobilizacyjnej było napisane piechota...

Najchętniej by się rozbeczał.

Franza Ossadnika - po raz kolejny - zaskoczyło, jak mało rozumiał swoje dzieci.

Oprócz Ulli, naturalnie. - No, więc jeździć samochodem - powiedział - możesz też w

piechocie, w dzisiejszych czasach wszystko jest już przecież zmotoryzowane. Dziś

już nie każą wam masze rować w błocie. Nie tak jak nam, na wielkiej wojnie.

On maszerował z Rybnika do Brześcia nad Bugiem, cały czas tylko maszerował i

maszerował, przez okrągły rok, z tornistrem i karabinem na plecach, nie otarłszy się

ani razu o wroga. To już lepiej byłoby walczyć z jakimś wrogiem, wtedy

wiedziałoby się przynajmniej, dlaczego człowiek jest na wojnie.

- Potem zawsze możesz się jeszcze zgłosić do czołgi stów, to jest jednostka

przyszłości, czytałem.

- Gdy będziesz podoficerem, będziesz mógł nosić szty let po lewej stronie u pasa,

sztylet honorowy. To jest ab solutu klasa - powiedział Zezok, który przez cały czas

rachował. Taki sztylet widział u brata swojego najlepszego przyjaciela Huberta,

kiedy ten był na urlopie i to zro biło na nim wrażenie.

- A gdzie właściwie jest Ulla?- zapytał Franz.

- No, gdzie mogłaby być -kiedy nie ma szkoły, to u tej ropuchy od fortepianu -

powiedział Tonik.

- Trochę więcej respektu! - odparł ojciec. - Mówiła kiedy wróci?- Cieszył się

zawsze, gdy był w domu, a Ulla ćwiczyła na fortepianie Bluthnera. Lubił słuchać jak

gra, nawet gdy były to ciągle te same powtórzenia. Może wy ćwiczyła jakiś nowy

taniec, teraz ciągle grała mazurki i polonezy, i te wszystkie polskie tańce.

Franz spłodził z Anną sześcioro dzieci, lecz tylko dla tego aż tyle wyszło, że

koniecznie chciał mieć córkę, nie mal zwariował na punkcie dziewki, a tu zawsze

background image

przycho dziły pierony, trzy razy z rzędu, wtedy nie mógł przecież przestać.

Czwartym dzieckiem była w końcu dziewczyn ka, Ursula Anna Fatima, którą

oczywiście od początku nazywali Ullą, i wtedy najpierw zrobił przerwę, a po trzech

latach, gdy pojechał z pielgrzymką na Górę Świę tej Anny, cieszył się już na drugą

córkę, ale znowu był pieron, którego ochrzcili Andreasem Horstem Leo, na którego

jednak nigdy nie wołali inaczej jak Andy.

A gdy ktoś odkrył, że straszliwie zezuje, bracia nazwali go Zezokiem, a później

Anna i Franz przyzwyczaili się i też go tak nazywali, w czuły sposób: Zezok.

Potem już więcej nie próbował i zadowolił się swoją jedyną dziewką, Ursulą Anną

Fatimą, nazywaną Ulla. Do swojej żony powiedział: - Stare gliwickie przysłowie

mówi: Kiedy pszenica jest naprawdę tłusta, w następnym roku uprawiaj jęczmień.

No więc dobrze, z dziećmi bę dzie teraz koniec. - A Anna najpierw się trochę

przestra szyła, ale gdy w nocy przyszedł do niej jak zwykle, uspo koiła się i bez

słowa sprzeciwu zmywała ciepłą wodą kle istą masę z brzucha.

Franz usiadł przy stole 1 z zadowoleniem patrzył na swoją Annę; ciągle jeszcze była

dla niego powabna. Przed kilko ma dniami zaledwie przyszła w niebieskiej

aksamitnej su kience, stanęła przed nim i obracała się we wszystkie stro ny,

zawiązując przy tym wokół bioder szeroką, czerwoną szarfę z szeleszczącego

atłasowego jedwabiu, a on na nią patrzył, pożerał ją oczami, całował jej rękę i nagle

coś go ścisnęło za gardło, najchętniej waliłby ¿ową w ścianę, że nie został nikim

więcej, jak tylko zwykłym maszynistą Nie mieckich Kolei Rzeszy. Ta kobieta

zasłużyła na męża, który doszedłby do pozycji posiadacza ziemskiego, właściciela

kopalni albo przynajmniej nadleśniczego, który mógłby jej kupować coraz to nowe

sukienki i pamiętać o tym, że jej ręce nie były stworzone do zwykłych prac

domowych, lecz tylko do trzymania książek.

Wystroiła się na wesele u Piontków, na które on nie mógł pójść, gdyż miał służbę na

stacji rozrządowej, ale i tak by z nią nie poszedł do hotelu "Haus Oberschlesien", do

najwytworniejszego hotelu w mieście, z niemniej wy tworną nauczycielką gry na

fortepianie i tymi wszystki mi ludźmi usiłującymi być wytwornymi, którzy tam byli

zaproszeni. Oni nie pasowali do takiego towarzystwa i byli tam też chyba tylko

dlatego zaproszeni, że Ulla już od pięciu lat pobierała u pani Piontek lekcje

fortepianu i w tym czasie niezły trzos jego pieniędzy poszedł na tę ciotkę od

fortepianu. W zasadzie nie było go na to stać, ale on po prostu bardziej kochał swoją

córkę niż wszyst kich czterech synów razem i też tylko dlatego to opłacał przeź tak

background image

długi czas, że Ulla naprawdę miała talent, wszę dzie zyskiwała uznanie i pewnego

dnia może jednak zo stanie pianistką albo przynajmniej nauczycielką gry na

fortepianie jak ta Piontek, która, jakkolwiek by nie było, dorobiła się willi położonej

w dość drogiej dzielnicy. Anna wystroiła się więc na to wesele, na które musiała

pójść już choćby ze względu na Ulłę, nie mogła naturalnie zo stawić Ulli samej na

przyjęciu.

Pokazała mu się w niebieskiej aksamitnej sukience się gające) aż do kostek, gdyż po

prostu spuściła obrąbek z tyłu więcej niż z przodu, jak to teraz było w modzie.

Wszystko to dokładnie mu objaśniła, a teraz owinęła wokół bioder czerwoną szarfę

z delikatnego atłasowego jedwabiu, która sięgała aż do ziemi i ciągnęła się jeszcze z

tyłu. Był zachwycony swoją żoną. już od dwudziestu lat żył razem z nią i nigdy w

tym cza sie nie zastanawiał się, czy Anna mogłaby być "piękną ko bietą". Piękna

kobieta: coś takiego czytało się w gazetach o aktorkach filmowych albo o kochance

rumuńskiego króla. Dla niego kobieta musiała być porządna i pracowi ta, a gdy do

tego miała jeszcze wyobraźnię, jak Anna, to tym lepiej, wtedy mogła nawet czytać

książki. Gdy miał na nią ochotę, musiała być dla niego gotowa i dopuścić go do

siebie, bo on właśnie miał ochotę, a ona byk jego żoną, pieronie, tak było pięknie i

dobrze. Rzadko przy tym na nią patrzył, po prostu to robił i nigdy też się nie zasta

nawiał, czy jej to akurat sprawiało przyjemność, czy nie.

Pracowita to ona była, ta Anna, z sześciorgiem dzieci, z mieszkaniem i gotowaniem

miała co robić, to nie mogła być do tego jeszcze porządna, to prawda. A teraz

odkrył, że była piękna, i zebrał całą swoją odwagę i chciał jej to powiedzieć, ale

wydobył z siebie tylko: - Ładnie wyglą dasz, Anno. - Bał się, że mogłaby go

wyśmiać, gdyby jej powiedział, że jest piękna. A Anna okręciła się ze śmie chem w

koło, wywijając w jedną i drugą stronę niebieską aksamitną kloszową sukienką z

czerwoną, długą, jedwabną szarfą i wyglądała w niej bardzo wytwornie. I pięknie, i

dobrze, może pasowała nawet do tego pompatycznego wesela u Piontków,

pochodziła przecież z rodziny leśni czych, czytała powieści i była zarejestrowanym

członkiem wypożyczalni Koffanka przy Germaniaplatz.

Jemu wystarczała Volksstimme, czasami zaglądał też do Ostdeutsche Morgenpost,

gdy rozdawano ją za darmo na kolei, a on miał przerwę na górze, na swoim

tenderze. Na prawdziwe książki nie miał czasu i zawsze się dziwił, jak Anna mogła

doczytać do końca te opasłe to miska, a nawet wydawało się, że im grubsze książki,

z tym większą pasją je czytała, tak jak teraz tego Nena Sahiba. Dawniej czytał wraz

background image

z nią Prawdziwe opowieści, które taszczyła do domu z wypożyczalni Koffanka

według rocz ników; od jakiegoś czasu były one zabronione na pod stawie nowej

ustawy o brudzie i tandecie, lecz stare ze szyty, mocno sfatygowane, ciągle jeszcze

wędrowały z rąk do rąk, gdyż tak były łubiane. Podobały mu się zawarte w nich

historie, były one napisane prosto i przystępnie, tak jakby on sam opowiadał, gdyby

chciał kiedyś zapi sać'"prawdziwą opowieść", i nie były też one wymyślo ne i

opisane przez jakiś pisarzy, lecz przez ludzi, którzy je przeżyli. Kiedyś także Chciał

opisać jakąś prawdziwą historię i wysłać ją; każda opowieść była bowiem hono

rowana trzydziestoma markami, za to mógłby opłacić lek cje fortepianu dla Ulli za

cały miesiąc. Była to prawdzi wa opowieść o kobiecie chorej na ospę, którą znalazł

pewnego popołudnia daleko pod Maciejowem, jak kwi ląc siedziała między torami

stacji rozrządowej, 1 którą za brał na tender. Do końca zmiany miał jeszcze godzinę,

wtedy chciał ją zawieźć pod most Hindenburga, ale ona tam Się po prostu położyła i

jęczała, a potem spomiędzy nóg wyciągnęła pomazanego krwią, pomarszczonego

no worodka.

Wtedy swoją lokomotywą pojechał po prostu na dwo rzec, na dworzec główny w

Gliwicach na Górnym Ślą sku i dał sygnał parowy, długi sygnał parowy, tak że

wszy stkie czerwone światła przeskakiwały tylko na zielone, a on swoją starą,

zakopconą lokomotywą wjechał z głoś nym sykiem pary na dworzec główny,

chociaż tylko bocz nym torem. To była jego ekscytująca opowieść i była ona

prawdziwa, i warta na pewno więcej niż trzydzieści marek. Jednak wówczas jej nie

zapisał, a teraz to czasopi smo już nie istniało.

Franz cały czas obserwował Annę i z zaskoczeniem zo baczył, jak na jej twarzy

odmalowuje się gwałtowna wal ka. - Anno - powiedział łagodnie. - Anno, mam dla

cie bie propozycję: Odłóż swojego Nena Sahiba na bok i cho dźmy na spacer do

Zameczku Leśnego, i Potrząsnął te raz jej stopą.

Anna uśmiechnęła się z roztargnieniem. Bajadere Anarkalli i Waldig uciekli z

jaskini czarnej bogini, po tym jak wcześniej Waldig, prowadząc mocny cios

yakatanem, roz płatał gardło demonicznemu karłowi, który o mało wszy stkiego nie

zdradził.

Wróciła do rzeczywistości, i Nie i powiedziała cicho i otarła gorące usta - nie

dzisiaj. Przecież wiesz, że musi my iść na pogrzeb fotografa. Już zresztą czas. I

Wstała i pozwoliła, żeby Franz poprowadził ją z tajemnej indyj skiej świątyni do

śląskiego mieszkania. Było jej żal męża, że nie może przeżywać takich rozkoszy

background image

czytania.

Całymi miesiącami, ba, latami nie było czasem żad nych uroczystości, a teraz

spiętrzyły się one nagle: we sele u Piontków, wojna, to znów pogrzeb fotografa.

I jakby wróciła pamięcią do jakiegoś obrazu, który wi działa dawno temu, dodała: -

A ty musisz włożyć mun dur, to zrobi wrażenie, tak, to zrobi! i Prawie się

rozmarzyła. - To będzie wielki pogrzeb - powiedziała. Tak jak przed kilkoma dniami

mówiła o weselu Irmy Piontek: To będzie wielka uroczystość!

Franz Ossadnik jeszcze się bronił. Nie mógł uczestni czyć w weselu, bo miał służbę,

i w gruncie rzeczy tak było dobrze. Dlaczego właśnie teraz miałby brać udział w

pogrzebie i zmarnować całe wolne popołudnie. Mógłby raczej pojechać rowerem do

Żemik, do swoich pszczół. Wybąkał bezsilnie: - No nie wiem...

Anna była zdecydowana iść na pogrzeb razem z Franzkiem i dziećmi, które akurat

byty w domu. Na wesele można było iść samemu i się bawić. Jednak w żadnym

wypadku nie na pogrzeb, wtedy trzeba zabrać swojego męża, już choćby po to, żeby

pokazać, że jeszcze się go ma. Valeska Piontek swojego już właśnie nie miała. To

był powód. - Padom*.

Kiedy Arthur Silbergleit skończył pisać list, odłożył pióro i opadł na oparcie krzesła.

Już od wielu dni odczuwał lekki ból między łopatkami. Prawą ręką potarł to miej

sce. Chociaż ostatnio nic już prawie nie pisał oprócz li stów. Minęło wiele lat od

czasu, kiedy pochylony nad biurkiem spędzał cztery, pięć godzin. Pragnął, żeby ten

czas wrócił. Nawet gdy pomyślał, że te kartki ciągle je szcze leżały gdzieś w

szufladzie i nie miał ich już odtąd w ręce. Brakowało mu już sił i odwagi, żeby raz

jeszcze zabrać się do tych prac i je przeredagować. Miał nadzie ję, że przyjdą inne

czasy, kiedy ze spokojem i koncen tracją będzie mógł do tego przystąpić.

Usłyszał przy drzwiach swoją żonę. Pospiesznie napi sał na kopercie: Hermann

Hesse, Montagnola/Szwajcaria. Potem wstał i przywitał żonę na korytarzu.

Spojrzała mężowi w twarz, jakby tam mogła zobaczyć, co chciał przed nią ukryć.

Nic nie zwróciło jej uwagi, oprócz jego bladości, lecz tę widziała już od kilku dni.

Mimo to powiedziała: - Jesteś dziś blady, nie byłeś na powietrzu?

- Poszedłem po gazetę i zrobiłem mały spacer - odrzekł.

- Coś nowego w biurze? - Starał się nie dać za bardzo poznać po sobie rutyny

swoich pytań, pomagając jej założyć fartuch. Ona myślała o tym, co dziś w biurze

opowiadał pan Winter: i Późnym latem, po zebranych żniwach, bę dzie wojna z

Polską. Tak jest zawsze. Także w 1914 roku najpierw odczekali, aż skończą się

background image

żniwa. - O tym wolała mu raczej nic nie mówić. Co dzień rozchodziły się w biu rze

nowe pogłoski.

- Nic nowego - powiedziała i poszła do kuchni przy gotować kolację.

- Właśnie napisałem list do Hermanna Hessego. Mam ci go przeczytać? - zapytał

Silbergleit.

- Tak, proszę - powiedziała. - Chętnie cię posłucham.

Wszystko czytał żonie. Swoje wiersze, swoje szkice, swo je nowele, swoje listy.

Niewiele mówiła na ich temat. Podo bało jej się niemal wszystko, co pisał. Nie

czytał jej też po to, żeby usłyszeć ocenę albo może propozycje zmian. Dla niego

było ważne, że miał słuchacza. I był uszczęśliwio ny, kiedy na jej twarzy dostrzegał

przy tym ów wyraz od dania, koncentracji i spełnienia, który widywał u niej tyl ko

wtedy, gdy słuchała muzyki. Kochała muzykę i raz po wiedziała do niego: - Bez

muzyki nie mogłabym długo istnieć, i Nigdy nie powiedziała mu: Nie mogłabym

żyć bez poezji. Jednakże widział to po jej twarzy - potrzebo wała także jego wierszy.

Czasami ją oszukiwał; z przejęciem czytał jej jakiś wiersz, o którym twierdził, że

nosił go w sobie długo, lecz spisał dopiero teraz. W rzeczywistości był to jego

wczesny wiersz, który powstał jeszcze przed wojną. Miał nadzieję, że tego nie

zauważy.

Zauważyła. Znała wszystkie jego wiersze. Jednakże uda wała, że naprawdę słyszy

ten wiersz po raz pierwszy.

Czasami myślał: Może ona wie, że to stary wiersz i bie rze tylko udział w tej grze,

żeby mnie pocieszyć. A ona czasami myślała: Może on przeczuwa, że znam ten

wiersz, a mimo to nie daję tego po sobie poznać.

Nie pytała. Nie pytała nigdy. Niewiele mówiła też na temat jego listów. Tak jak

pisał, było na pewno dobrze. Wcześnie rano szła do biura i wracała do domu dopiero

wieczorem. On przez cały dzień był sam w mieszkaniu. Mówił, że pracuje nad

nowelą; lecz mówił tak już od lat.

Niewiele ze sobą rozmawiali. Kochali się jeszcze, jed nak znali się od tak dawna, że

wszystko zdążyli już so bie powiedzieć. Teraz rozumieli się też bez słów. A ona

miała muzykę. W środy wieczorem słuchała w radiu pu blicznej transmisji koncertu

symfonicznego z rozgłośni ra diowej na Masurenallee. Miała też gramofon i ponad

trzy dzieści płyt. Przed pójściem spać lubiła nastawić jeszcze płytę. To ją

uspokajało. Wydawało jej się, że ma potem lepsze sny. Nie przeszkadzało jej, że

słuchała ciągle tych samych utworów. Opierała się wygodnie w fotelu, z

background image

zadowoleniem przymykała oczy i cała była oddana i skoncentrowana na muzyce.

Zawsze odkrywała w niej coś nowego. Czasami szła do przyjaciółki Ili i słuchała

muzyki razem z nią. Ila wielokrotnie jej już proponowa ła, że zabierze ją na koncert.

- Przecież my obie może my tam pójść, jesteśmy przecież aryjkami - mówiła. I

słowo aryjki, które z początku wypowiadała z ironią, z czasem nabrało cynicznego,

gorzkiego brzmienia.

Odmawiała. Przez wiele lat razem z Arthurem chodzi li do filharmonii na koncerty z

abonamentu. Dopóki zimą 1937 roku nie wypowiedziano im abonamentu. Od tego

czasu nigdy nie poszłaby bez niego do żadnego teatru ani na koncert, z wyjątkiem

Teatru Żydowskiego na Kommandantenstrasse.

Siostra, mieszkająca w Poczdamie, zabierała ją czasem latem na publiczne koncerty

do Parku Sansoussi; nie pyta jąc, szła z Arthurem, w ogóle nie rzucało się to w oczy.

Pew nego razu, po Nocy Kryształowej, siostra powiedziała do niej: - Czy nie byłoby

aby lepiej, gdybyś się rozwiodła i znowu przyjęła panieńskie nazwisko?- Odtąd nie

życzyła sobie dalszych odwiedzin siostry. Na Boże Narodzenie sio stra wysłała jej

płyty za pośrednictwem mm Bote und Bock, lecz ona odmówiła ich przyjęcia, gdyż

w adresie podane było jej nazwisko panieńskie. Od ślubu w 1924 roku była Ilsą

Sllbergleit i chciała nią pozostać.

Nigdy nie myśleli o wyjeździe, nawet wtedy, gdy tak wielu jego przyjaciół

opuszczało Niemcy i ich listy nad chodziły teraz z Anglii, Francji, Szwajcarii,

Norwegii. Kil ku, tak jak on, pozostało w kraju, spotykał się czasem z nimi, lecz ona

rzadko brała w tym udział, gdyż mowa była o rzeczach, z których niewiele

rozumiała. Najbardziej podobał jej się pewien pan Tau, zawsze pełen optymizmu i

nowych planów. Mówił takim samym, trochę twardym akcentem Wschodu jak jej

mąż, obydwaj pochodzili z tego samego regionu. I Arthur, zarażony jego

optymizmem, po wiedział: -Jeżeli Cassirer i Max Tau mogą tutaj w Berlinie

zakładać żydowskie wydawnictwo, to nie może być jeszcze tak źle. - Jednak potem

Max Tau więcej już nie przyszedł i Arthur powiedział jej: - Tak, teraz odeszli też

Max Tau i Cassirer. - Więc chyba i na niego czas.

Odtąd nie pozbył się już tej myśli. Pewnego dnia po wiedział: - Co o tym sądzisz, w

końcu zostanę tu zupeł nie sam. Czy ja nie powinienem też wyjechać? -

(Zaakcentował przy tym słowo ja.)

Ona odpowiedziała: - Tak, wyjedźmy stąd. - tak dla obydwojga było pewnym; że

wyjechaliby tylko razem. On zapytał: - Co sądzisz o USA? Byłem w konsulacie

background image

USA i złożyłem wniosek.

To jej odpowiadało. Wyjedzie z nim więc do Amery ki. Zgodziłaby się też, gdyby

powiedział: Jedziemy do Australii. Albo gdyby powiedział: Nie odejdę z tego kra ju,

jestem Niemcem i tu pozostanę.

- Jednak w USA nie chciałbym się nazywać Silveiglide - powiedział ze śmiechem.

Nigdy nie mówił Amery ka, zawsze mówił USA, jakby chciał przez to pokazać,

że ten kraj nie znaczy dla niego nic więcej jak tylko obcy, abstrakcyjny skrót i

prawdopodobnie przestraszyłby się niemało, gdyby rzeczywiście dostał zgodę na

wyjazd i znalazł się nagle na statku z emigrantami.

Zapakowali walizki. Na wszelki wypadek, przecież wszystko mogło się kiedyś

potoczyć bardzo szybko. Obok swoich rzeczy upchał kilka książek z odręcznymi

dedy kacjami od przyjaciół. Do torby włożył swoje własne książ ki, gazety i

rękopisy. Tę torbę mógł przewiesić na pasku przez ramię, nigdy się z nią nie

rozstanie. Walizkę i torbę schował pod łóżkiem.

W jej walizce znajdowały się ubrania, biżuteria i sztućce z prawdziwego srebra,

które odziedziczyła z domu. Poza tym przygotowała skrzynię, w której chciała

upchać pły ty, szczególnie ciężkie i łatwo tłukące się, i nie wiedzia ła, jak ma je

transportować. Zresztą, i tak jeszcze nie przy szła pora. Tymczasem nastawiła wodę

na herbatę.

Silbergleit poszedł do swojej pracowni i przyniósł list.

- Słuchaj, proszę, uważnie - powiedział. - To ważny list, nie chciałbym popełnić

jakiegoś błędu. Potrzebuję two jej opinii.^ I odczytał jej:

Berlin, W 50

Ansbacher Straße 25

Wielce szanowny Panie Hesse!

Z ciężkim, z bardzo ciężkim sercem, ze względu na Pana własne cierpienie, którego

ja, Samarytanin - ochot nik podczas wojny światowej - niestety nie jestem w stanie

uśmierzyć; przezwyciężając, co zrozumiałe, we wnętrzne opory, decyduję się raz

jeszcze wtargnąć w Pańską montagnolijską idyllę. Jednakże, jako pański

podopieczny, winien jestem Panu, mojemu ojcowskiemu dobroczyńcy, wyjaśnienia.

Oby wyjaśnienia te nie wstrzą snęły Panem, tak jak boginią ludzkości i mną!

Bowiem Kantonalna Policja ds. Obcokrajowców w Brnie najwi doczniej z zasady

odrzuciła w pierwszej instancji mój wniosek, bez zbadania moich kolejnych

referencji. Powiedziano mi tu jednakże, że druga instancja, przy odpowiednich

background image

osobistych i rzeczowych wyjaśnieniach, jest znacznie przystępniejsza, gdyż

odchodzi od schema tu, docierając do "przypadku indywidualnego". Moje pra wo do

odwołania się oczywiście niedługo upływa.

Moje starania mają odtąd na celu: i. uzyskanie możli wie kompletnego

potwierdzenia określonego mianem niepewnego "zagwarantowania dalszej

podróży", jak rów nież 2- osłabienie wymowy pojęcia "emigrant", gdyż Po licja ds.

Obcokrajowców dodała: "Szwajcaria jest bloko wana przez o wiele za wysoką

liczbę emigrantów.

Na potwierdzenie punktu

L

I. załączam fotokopię deklaracji emigracyjnej (której do

tej pory nawet nie zażądano);

n. zobowiązanie mojego przyjaciela St. Zweiga (Lon dyn) dotyczące

zagwarantowania naszej dalszej podróży do Anglii, o które stara się właśnie wraz z

innymi przyja ciółmi w office (Londyn). Ponieważ prosiłem o pozwolenie na pobyt

w Szwajcarii do ii lipca 1941 roku, a Zweig, jak powszechnie wiadomo, ma duże

wpływy, powinno mu się udać przekonać nawet sceptyków z Kantonalnęj Poli cji

ds. Obcokrajowców o powodzeniu swoich starań o po zwolenie na pobyt do 12 lipca

1941 roku, zwłaszcza że 26 maja 1941 roku kończę sześćdziesiąt lat i tym samym

usta wowo mógłbym zostać w Szwajcarii. Do 31 sierpnia bie żącego roku,.do dnia

upływu mojego prawa do odwoła nia się, nie będę niestety w stanie uzyskać

pozwolenia. Jed nakże słowo honoru Zweiga powinno wystarczyć nawet Policji ds.

Obcokrajowców, która zresztą w każdej chwili może skorzystać z prawa do

deportacji, Znacznie wcze śniej, oczywiście przed || lipca 1941 roku, będziemy

mogli prawdopodobnie odciążyć tę "blokowaną przez emigrantów" Szwajcarię;

ponieważ ostatnio wiele osób przed nami (pod względem numeru na liście), którzy

zarejestrowali się jedynie w tutejszym konsulacie amerykańskim z nadzieją

uzyskania prawa wjazdu, zostało skreślonych ze względu na niespełnienie tego

warunku, chcemy temu od powiednio wcześnie zapobiec. Poza tym, w celu

możliwie największego odciążenia szwajcarskiej gościnności, rozpo cząłem w

tutejszym konsulacie francuskim równoległą ak cję. Jednakże, pomimo równie

znaczącej protekcji, raczej nie mogę liczyć na otrzymanie decyzji przed upływem

sze ściu miesięcy, podczas gdy dzięki Pana Interwencji nie zwłocznie otrzymałem z

Brna odpowiedź.

Serdecznie prosiłbym Pana o ponowną interwencję. Byłoby to uzasadnione

obiektywnie, gdyż jako protegu jący został Pan prawdopodobnie pomylony z moim

background image

przy jacielem L. Bursteinem, Lugano, Via Tessorete 15 (w odmownej decyzji

wspomniana została Montagnola. Nie byłbym też "emigrantem blokującym"

Szwajcarię, lecz dzięki przyjacielskiej pomocy, gościem zabezpieczonym

finansowo, który ze względu na swój najżywotniejszy in teres już teraz usilnie stara

się o wyjazd do USA i w żad nym razie nie chce osiadać w Szwajcarii na stałe lub ją

"blokować". W duchowej rozterce proszę dzisiaj huma nitarną Szwajcarię o to samo

prawo do gościny, z jakie go często korzystałem z radością w beztroskich dniach w

Zurychu i Arosie. Napoleon, Emil w Asconie, jak rów nież Doktor Corrodii kilka

innych moich lirycznych te kstów publikowanych w National - Zeitung- oczywiście

było to dawno temu! - niech również stanowią moją le gitymację. Jednakże po co?

Dzięki Pańskiej interwencji uda się, bez wątpienia, przezwyciężyć schematyczne

trak towanie i rozbrzmi głos ludzkości. Proszę mi wybaczyć ponowne fatygowanie

Pańskiej dobroci, człowiekowi, któremu nic już więcej nie pozostało, jak wierzyć w

wiecz ność naszych dni!

Z serdecznymi życzeniami powrotu do zdrowia zawsze Pański

Arthur Silbergleit

Najważniejsze byłoby teraz: możliwie jak najszybciej wyjechać Gdybym otrzymał

prawo pobytu we Francji, nie "blokowałbym" Szwajcarii ani dnia dłużej niż to jest

niezbędnie konieczne. Do Szwajcarii mógłbym jednakże przybyć w możliwie

krótkim czasie, dzięki o wiele szyb szym możliwościom uzyskania zgody. Zawsze

Pański A.S.

Ilse Silbergleit uważała, że wszystko, co napisał, było słuszne. - Na końcu

dopisałabym może: Pozdrowienia tak że dla Pańskiej drogiej małżonki -

zaproponowała. Przy pomniała sobie, jak byli w Montagnoli i jak mężczyźni

rozmawiali w domu, podczas gdy one, kobiety, pozostały w ogrodzie, a gdy

wychodzili, żona Hessego ścięła w ogrodzie lilie i jej podarowała. Jednak

powiedziała to przede wszystkim dlatego, żeby uwolnić się od strachu. Upłynęło już

tyle terminów, dat i czasu, a oni ciągle tu jeszcze byli.

I gdyby wybuchła wojna, byłoby już dla nich za późno. W biurze dostali dzisiaj

wiadomość z zakładów Bata, że nie wolno już przyjmować zleceń na cywilne

obuwie, teraz produkuje się wyłącznie dla potrzeb Wehrmachtu.

Pokroiła chleb.

Arthur powiedział: - Tak, masz rację, dołączę jeszcze to zdanie. - Chciał to zrobić od

razu, żeby nie zapomnieć. Poszedł do swojej pracowni.

background image

Teraz, gdy odczytał list, poskładał go i włożył do ko perty, pozostał przy biurku

jeszcze przez chwilę i poczuł, jak wraz z upływem czasu nikły jego nadzieje.

- Wyślę ten list przez gońca - powiedział Silbergleit. Mył ręce w kuchni, - Za

dziesięć dni przepadnie moje prawo do odwołania się u Szwajcarów, do tego czasu

musimy mleć te papiery. - Po jego twarzy można było

poznać, że w to nie wierzył.

Żona wlewała herbatę do filiżanek. Posługując się tak stabilnymi przedmiotami jak

dzbanek, filiżanka, talerz, nóż, łyżka, odzyskiwała grunt pod nogami. Cieszyła się,

że herbata miała dokładnie ów miedziany kolor, jaki lubił Arthur.

- A jak to wygląda z Francją? - zapytała.

- Tam wszystko jest jeszcze bardziej zbiurokratyzowa ne, to trwa za długo. -

Zastanowił się. - Mógłbym jed nak pójść do Ambasady Norweskiej. Może tam Max

Tau pomoże nam pokonać trudności. - Wysuszył ręce kra ciastą ścierką. - Ale oni

też nie chcą Żydów. - W tym momencie poczuł się tak bardzo zbędny. Rzucił

ścierkę na krzesło w kącie.

- Coś się w końcu uda - powiedziała żona.

-Tak- odparł- musimy być tylko cierpliwi.

To były zdania, które unosiły się po powierzchni, gdyż były tak lekkie jak piana.

i Da zaprosiła mnie jutro na koncert - powiedziała żona.- Furtwängler dyryguje Pory

roku. Odmówiłam.

Silbergleit upierał się, żeby tam poszła. Szybko wymy ślił sobie spotkanie. - Mnie

też nie będzie w domu, więc musisz iść. Jutro spotykam się z Scholtisem - kłamał. -

Będziemy spacerować wzdłuż Schlofistralsse. Już nie cho dzę do jego mieszkania.

Ma nowego dozorcę i obawia się, że ten zapisuje wszystkich odwiedzających go,

może ich nawet fotografuje, gdy jest jeszcze jasno.

- To zaczekam na ciebie w domu. - Jeszcze raz nalała herbaty i energicznie

postawiła dzbanek na stole.

- Więc może ja też zostanę - westchnął Silbergleit. - Powinienem znowu

popracować nad moją nowelą.

- Tak, zostańmy w domu - powiedziała - a ty mi coś przeczytasz. Dawno nie

czytałeś mi już niczego ze swo ich prac, zawsze tylko listy. Lubię słuchać, jak

czytasz mi wiersze.

Milcząco uścisnął jej dłoń. Uśmiechnął się.

- Gdybym tylko mógł pozbyć się strachu.

background image

- Tak, gdybyśmy tylko mogli pozbyć się strachu.. | Następnego dnia, gdy

Silbergleit wrócił ze spaceru, który tym razem wydłużył do Halensee, do drzwi

zadzwo niło dwóch mężczyzn. Widział ich przez wizjer. Musieli go obserwować,

jak wracał, nie miało więc sensu uda wać, że nie ma go w domu. Silbergleit uchylił

drzwi na szerokość szpary.

- Czy pan jest Arthurem Silbergleitem? - zapytał jeden z mężczyzn. Jakiś czas

temu Ilse zdjęła wizytówkę z, drzwi mieszkania.

- Tak - odparł Silbergleit - ale mojej żony nie ma w domu, pracuje w biurze firmy

Schuh-Tack. — Tymcza sem nikt nie pytał o jego żonę. - Jesteśmy z urzędu

lokalowego - powiedział jeden. Drugi zapytał, ile osób mie szka w tym mieszkaniu,

a ile jest zameldowanych na poli cji. Kazali oprowadzić się po pomieszczeniach i za

każ dym razem prosili pana domu, żeby proszę bardzo szedł przodem. Potem wyjęli

miarkę i wymierzyli pokoje. Robi li to bardzo spokojnie. Czuło się, że obydwaj

mężczyźni wyraźnie dokładali starań, żeby zachowywać się nienagan nie. Silbergleit

nie miał odwagi zapytać, co to wszystko ma znaczyć. Nie mógł powstrzymać

drżenia podbródka, musiał przytrzymywać go ręką, żeby się nie zdradzić. Do piero

na końcu jeden z nich zapytał: - Jest pan Żydem?

A Silbergleit powiedział przez zęby: Tak.

- Trochę dużo miejsca jak na dwie osoby, niepraw daż? - powiedział jeden. -

Będzie pan chyba musiał się przeprowadzić do czegoś mniejszego. - A drugi

wyszcze rzył zęby: - Może do wspólnego baraku. Pełnego platfusów.

Wychodząc powiedzieli nawet: Dziękujemy bardzo i Proszę wybaczyć kłopot. Heil

hitler.

Silbergleit zamknął za nimi drzwi. Założył łańcuch.

Ilse zawsze mu powtarzała, żeby w ciągu dnia, kiedy jest sam, nikomu nie otwierał

drzwi i zawsze zakładał łańcuch. Spojrzał na siebie, na buty i wypolerowaną do

połysku podłogę przedpokoju.

Silbergłeit usiadł przy biurku. Zanurzył pióro i napisał:

Wielce szanowny Panie Hesse. Oni już przychodzą człowiekowi do domu i grożą,

że go zabiorą i kto wie, co mają jeszcze zamiar zrobić z człowiekiem. Teraz

obawiam się najgorszego. Widzi Pan, że musimy się wynieść z Berlina. Z Niemiec.

Przeczytał to raz jeszcze. Sprawiało mu to trudność; jego pismo było tak

rozdygotane, że ledwo sam mógł je odszyfrować. Wstał, poszedł do kuchni i wypił

najpierw szklankę wody. Odczekał chwilę. Potem podarł papier listowy.

background image

Przygotował nową kartkę.

Nie, nie chciał nic wspominać o tej wizycie, mogli otworzyć list na granicy.

Na dworze za oknami przemknął z wyciem syren sa mochód straży pożarnej i

pozostawił za sobą paraliżującą ciszę. Silbergłeit czuł się jak w czarnym,

bezdźwięcznym tunelu. Obtarł o spodnie wilgotne od potu dłonie.

Wtedy mężczyźni raz jeszcze wrócili, szarpali drzwia mi, wyłamali je i wdarli się do

mieszkania, było ich wię cej niż dwóch, przyszli go zabrać, zdążył jeszcze tylko

włożyć płaszcz i wydobyć spod łóżka torbę, w której znaj dowały się jego

manuskrypty; walizkę musiał zostawić, mężczyźni w sztylpach kopnięciem odsunęli

ją na bok.

Cały czas ktoś szarpał drzwiami i Silbergłeit usłyszał ci chy szept żony. Wróciła do

domu i nie mogła wejść do mie szkania, bo założony był łańcuch. Musiał chyba

zasnąć przy biurku.

W obydwu rękach mocno trzymał torbę, nie odda jej, nawet gdyby swoimi

sztylpami mieli zmiażdżyć jego ręce, nie odda.

Około jedenastej zadzwonili z oddziału medycyny sądo wej szpitala miejskiego:

można odebrać zwłoki radcy sądu okręgowego w stanie spoczynku Georga

Montaga. Valeska odetchnęła z ulgą, czekała na ten telefon od wielu godzin, lecz z

nikim nie mogła o tym porozmawiać. Przez pół popołudnia biegała wczoraj od

szpitala miejskiego do Prezydium Policji i z powrotem, żeby wydostać zwłoki

Montaga, kiedy, jak się dowiedziała* zakończono już obdukcję. Szpital nie miał też

nic przeciwko temu, żądał jednak urzędowego pozwolenia na wydanie zwłok od

władz policyjnych albo od sądu, lecz przecież, który sąd na świecie jest otwarty w

niedzielę? Dlatego Valeska od razu poszła do Prezydium Policji, gdzie jednak nie

mogła się dowiedzieć niczego więcej, poza tym, że odpo wiedzialny urzędnik został

przed kilkoma dniami powo łany do Wehrmachtu. Przy pomocy brata udało jej się

od szukać jego zastępcę, mieszkającego za miastem przy starym lotnisku; pojechali

w końcu do niego, a on też obie cał jej wyjaśnić tę sprawę w poniedziałek wcześnie

rano.

Wkrótce po tym na Strachwitzstrasse przyszli dwaj urzę dnicy policji w cywilu i w

obecności Valeski odpieczętowali drzwi domu w ogrodzie. Przyszła tam z kluczem

w ręku, który Montag oddał jej na przechowanie kiedy się wprowadził. Od tego

czasu korzystała z niego tylko jeden raz, wtedy przed rokiem, w listopadzie, kiedy

leżał tam chory, a ona wielokrotnie do niego chodziła; raz na wet w nocy. Stała tam

background image

milcząco i naraz zauważyła, że klucz nie jest jej do niczego potrzebny, gdyż owego

po ranka, kiedy padł strzał, żołnierze wyłamali drzwi; teraz były prowizorycznie

przytwierdzone drucianą obręczą. Valeska zaczekała, dopóki obydwaj urzędnicy nie

ode szli, pobiegła z powrotem do sypialni, wyciągnęła z szafy chustkę na głowę i

zawiązała ją mocno, nakrywając włosy znowu poszła do domu w ogrodzie. Nie

potrafiłaby powiedzieć, dlaczego narzuciła tę chustkę na głowę.

Buchnęło w nią ciepłe, gęste powietrze. Valeska za stanowiła się przez moment,

potem oddychając krótko przez usta weszła przez korytarz do pokoju pogrążone go

w przytłumionym świetle zmierzchu. Zasłony przy oknach ciągle były jeszcze

zaciągnięte. Valeska przeszła po omacku do okna, żeby rozsunąć zasłony. Ze

zdziwie niem zobaczyła, że od wewnątrz okna były zabite de skami. Cofnęła się,

podeszła do innego okna, także i tu za aksamitnymi zasłonami do ram okiennych

przybite były proste deski. Wreszcie w toalecie znalazła świetlik w suficie, który dał

się otworzyć.

Do środka wpadły promienie światła rysując srebrzy ste smugi w powietrzu, które

jakby zastygło. Valeska opar ła się o framugę drzwi 1 stała tam tak, usilnie próbując

znaleźć przyczynę, dla której Montag zabił od wewnątrz okna deskami. Musiał to

zrobić dopiero niedawno.

Żeby zabić od środka okna deskami! Jak komuś może przyjść do głowy, żeby się

barykadować deskami w swo im własnym domu, w dodatku jeszcze człowiekowi,

które go, jak sądziła, znała! Jak niewiele wiedziała jednak o rad cy sądu

okręgowego.

Jej oczy powoli przyzwyczajały się do półmroku. Prze szła na środek

pomieszczenia, które było jego salonem, pracownią, a także sypialnią. Tu w końcu

też umarł. Rozglądała się, oswajając się przy tym na nowo z meblami i

przedmiotami, które przecież znała wcześniej - oczy wiście w innym świecie.

Wydawało jej się, że niewiele się w tym pomieszczeniu zmieniło - z wyjątkiem

puste go stołu, który owego ranka zaraz opróżniła policja - a jego zawartość -

zapisane kartki papieru, wycinki z gazet, listy, teczki, notatniki - zawieziono do

Prezydium Policji w koszu na bieliznę, jako "skonfiskowany mate riał Osobisty".

Fotel był odsunięty nieco do tyłu, zazwyczaj stał bliżej stołu. Na podłodze odkryła

nagle linie narysowane białą kredą, którymi policja zaznaczyła pozy cję zwłok. Poza

tym wszystko było jak dawniej. Z tą róż nicą, naturalnie, że tego, który tu mieszkał,

już nie było. I że więcej tu już nie wróci.

background image

Jak w transie Valeska wbijała wzrok w przedmioty do okoła siebie. Przypomniała

sobie, że czasami na tym sto le stała butelka wina, czasami dwie albo trzy butelki

piwa. W tygodniu pil ciemne, zwykle piwo, w które zaopatry wał się tanio u Szopka,

robotnika z browaru, i uszlachet niał je przy pomocy drożdży pszennych i cukru. W

niedzielę pozwalał sobie czasami na butelkę wina, które sam wyszukiwał w sklepie

Troplowitza na Podwa lu. Nigdy nie mówił: piję wino, lecz zawsze: pozwalam sobie

na wino, tak jakby najpierw sam siebie musiał na nie namawiać.

Valeska pogładziła dłonią gładkie drewno stołu, tu do tknęła toczonej drewnianej

kuli od filarka przy łóżku, tam przestawiła pusty flakon, a teraz przysunęła fotel

bliżej stołu, tak jak zawsze stał w jej pamięci - miała nadzieję, że dzięki

prawidłowemu ustawieniu mebli odgadnie przy czynę, dla której Montag się

zastrzelił. Być może wystar czyłoby jej, przynajmniej w tej chwili, gdyby się dowie

działa, dlaczego, na Boga, radca sądu okręgowego zabił okna deskami.

Dopiero teraz przyszło Valesce do głowy, żeby włą czyć światło. Zrobiła to i teraz

wszystko zobaczyła wyra źniej, ale nie dokładniej.

Chciałaby wiedzieć, co należałoby zrobić, żeby od gadnąć, dlaczego człowiek zabija

deskami swoje czte ry ściany. A potem strzela do siebie. Tak, chciałaby to wiedzieć.

- W końcu to mąż nauczycielki Ulli- powiedziała Anna.

- Musimy tam pójść, nie ma gadania! - Powiedziała to dość energicznie i przez to

mężowi łatwiej było na to przy stać. Wesele czy pogrzeb, w gruncie rzeczy to to

samo.

Rozejrzała się, jakby przy tych słowach oczekiwała sprzeciwu, ale nikt się nie

odezwał. Rzuciła na stół czte ry łyżki, że aż zabrzęczało. - Tylko, że na pogrzebie

jest się bardziej potrzebnym - dodała. - Za godzinę idziemy na cmentarz!

Tonik przyszedł z miską. Z talerzem nawet się nie fa tygował. Kotik i Zezok

zatrzymali się w drzwiach. Cze kali na coś. Można to było poznać po ich twarzach,

które najwyraźniej z trudem zachowywały cierpliwość. Za to ich niespokojne dłonie

dowodziły coś wręcz przeciwne go. Zezok zezował i pokazywał wzrokiem na

zewnątrz.

- Ach tak - przypomniała sobie Anna - na to później przyjdzie kolej! Teraz bierzcie

swoje talerze i chodźcie tutaj.

-

A co ze mną? - zapytał Tonik. - Czy ja też muszę iść na to święto zmarłych? -

On miał w kieszeni kartę mobi lizacyjną. Jego już nie obowiązywały reguły rodziny.

-

Co to znaczy muszę! U nas wszystko jest dobrowol ne. Myślę jednak, że razem

background image

z Kotikiem mógłbyś nieść wią zankę. Dla Zezoka jest za ciężka - powiedziała Anna

na pełniając miskę.

-

Z Tonikiem nigdy! - zaprotestował Kotik i zbliżył się ze swoim talerzem. Zezok

wybiegł na korytarz, zaraz jed nak wrócił, gdy matka krzyknęła za nim: -

Poczekajcie z tym przecież, aż się skończy obiad. Chcecie ojcu ze psuć zupę

waszymi pogrzebowymi kwiatkami?

-

Pójdę z wami - zdecydował Tonik. - Chcę się przyj rzeć Irmie, pannie młodej w

czerni! Nie zdarza się to co dzień.

-

Ależ Toniku, proszę cię! - upomniała Anna i usiadła ze swoim talerzem zupy

obok Franza.

-

Tonika po prostu nie zabierzemy- dorzucił Kotik. - Skompromituje całą rodzinę!

- Ty, stul pysk!-Jeszcze dzisiaj będzie musiał dać bratu po gębie. Teraz podobała mu

się ta historia z pogrzebem. Dobierze się do Hanny Baron, na którą już od dawna

miał ochotę. - Może będę ją miał... jeżeli nie tę, to inną.

- Ktoś powinien tu zostać. Kiedy Bruno wróci do domu, zdziwi się, że wszyscy

wyfrunęliśmy - powiedział Franz.

-

On opłakuje swój motocykl i na pewno wróci późno I powiedział Kotik.

Tonik wyjątkowo się nie odezwał.

- Ty założysz swój piękny mundur kolejarski - powie działa Anna do Franza. -

Pokazujesz się w nim o wiele za rzadko! Przyszyję ci gałązkę mirtu do klapy

marynarki, a na lewe ramię dostaniesz żałobną opaskę, już ją wyszukałam.

Anna pokazała w ten sposób, że już o wszystkim po myślała. Ona sama włoży

niebieską aksamitną sukien kę, którą miała już na sobie na weselu Irmy Piontek, jej

kraj znowu podszyła wyżej. Oczywiście bez czer wonej jedwabnej szarfy.

- Kto mi pożyczy pięć marek? - zapytał Tonik. Podjął decyzję, która go

rozweseliła. Żeby ją zrealizować, po trzebował przynajmniej pięciu marek.

Ponieważ nikt mu nie odpowiadał, zwrócił się do ojca: - Jak będzie, stary?

Anna była zdania, że to nieprzyzwoite pytanie.

-

To naprawdę wyjątkowa sytuacja. Czy już kiedyś kogoś z was naciągnąłem? -

żebrał Tonik.

-

Bo i tak by ci się to nie udało - powiedział Kotik.

-

No więc przestań wreszcie, Kotik - odrzekł Tonik stosunkowo łagodnie.

Potrzebował tych pięciu marek, przynajmniej pięciu marek. Wtedy mógłby

rozkręcić niezłą historię.- Więc odeślę je zaraz po pierwszym żołdzie. W wojsku nic

background image

się przecież nie wydaje. Co ty na to, Kotik, przecież masz swoją skarbonkę, pożycz

mi coś. Dopłacę ci połowę z tego w odsetkach. Czy to nic nie znaczy?

- Koniec z tym, nie będziecie mówić o pieniądzach - powiedziała Anna

energicznie, i A już zwłaszcza przy sto le! - Ona już wiedziała, co zamierzał: kupić

butelkę wódki i przechwalać się przed dziewczynami, że idzie do woj ska, może

nawet chełpić się czołgami, wtedy można na wet jakąś zdobyć. Tego nie chciała

jeszcze wspierać.

-

Sam musisz sobie zarobić te pięć marek - powie działa. I żeby odwrócić od tego

uwagę, zdecydowała się jednak na zaplanowaną niespodziankę. - Więc teraz po

każemy ci naszą wiązankę dla zmarłego fotografa, Fran- zek. Widzisz, że Andy nie

może się już doczekać.

Zezok nie odchodził od drzwi, teraz pierwszy wybiegł na korytarz, w ślad za nim

Kotik.

I Dzieci spędziły przy tym całe przedpołudnie - po wiedziała. I Kotik zrobił do tego

szarfę z bibuły, na której jest napisane: OD PRZYJACIÓŁ OSSADNIKOW. To był

mój pomysł, co o tym sądzisz?

Zanim Franz zdążył coś odpowiedzieć, dzieci przytaszczyły potężną wiązankę.

Kotik stanął przed nią i rozwinął szarfę, aby można było wyraźnie odczytać na niej

niepo radny, czarny napis, tu i tam poprawił przekrzywiony kwia tek. - To jest

absoluto bomba, nieprawda, papa? - rozpro mienił się Zezok, i naprawdę trudno było

powiedzieć, w jakim kierunku teraz patrzył. To on postarał się o białe lilie, które

wieńczyły dzieło.

- Kolosalna, bombowa - wyrwało się Franzowi, który nie lubił tego nowego słowa.

Zauważył przy tym jednak że, że takie kwiaty nie rosły w jego ogrodzie.

-

Wieniec przecież dużo kosztuje w dzisiejszych cza sach - powiedziała szybko

Anna - nawet gdybyśmy go kupili w leśniczym sklepie ogrodniczym za miastem, a

przecież znowu aż tak dobrze nie znaliśmy też fotografa. - I żeby pokryć myśli

swojego Franza, zaraz mówiła dalej: - Poza tym, wiesz, we wrześniu, kiedy kwitnie

je szcze tak dużo kwiatów, wieńce będą się piętrzyć na tru mnie i naszego Wally

Piontek może nawet by nie zau ważyła, a taka wiązanka od razu przecież rzucą się w

oczy, nie sądzisz?

Chłopcy kłócili się między sobą, kto będzie niósł wią zankę. Kotik nie chciał

dopuścić, żeby Tonik wyciągnął mu ją z rąk. Raczej wolałby mu pożyczyć te pięć

marek ze swojej skarbonki, żeby tylko jemu i Zezokowi pozwolił ją nieść.

background image

Franz Ossadnik podniósł się. Pomacał kwiaty palcami i poczuł, że lilie były z

wosku, dotknął też grubych pęków kwiatowych chryzantem, były twarde i w

niektórych miej scach już przybrudzone. Pieronie! Franz Ossadnik nie miał nic

przeciwko, gdy jego dzieci kradły jesienią kartoszki, kapustę albo kłaki z dworskich

pól, nie powiedział też sło wa, kiedy z kiermaszowego straganu zabierały cukierka

mlecznego albo lukrecję, ale kiedy w swojej nocnej szafce znajdował coraz to nowe

paczki papierosów R-6, ą Anna w swojej najlepsze mydła i drogie perfumy, zagroził

temu ze swoich chłopców, który to zrobił, że będzie burza z piorunami. Jednakże

wypalił wszystkie papierosy, a Anna wszędzie, gdzie się pojawiała pozostawiała

gęste obłoki wytwornych zapachów. Aż pewnego dnia przyszła po Paulka policja,

bo włamał się do sklepu z zegarkami. Od tego czasu Paulek siedział w zakładzie

karnym dla nieletnich w Czekanowie, a Anna odwiedzała go raz na miesiąc i

przywoziła mu ciasto, kawałek kiełbasy i kawałek tego dobre go mydła, które

schowała w piwnicy.

- Jak mogłaś do tego dopuścić, Anno?! - Franz był obu rzony. - Te kwiaty są

przecież skradzione i gdzie zostały skradzione? Mój Boże!

* kłaki (reg.)- buraki pastewne

Na to pytanie wolał nawet nie znać odpowiedzi.

- To przecież nieprawda - odezwał się Zezok urażo ny. - Lilie były na cmentarzu

już na śmietniku, stamtąd je przyniosłem.

- Wszystko jedno - powiedział Franz. - One do nas nie należą. My też mamy

przecież kwiaty w ogrodzie. Po prostu to tutaj byłoby trochę mniejsze.

- Uspokój się, Franz, nie ma przecież żadnego powo du do zdenerwowania. Inni

ludzie je wyrzucili, chłopcy je przynieśli, umyli i na nowo zatknęli; nasze dzieci

mają po prostu fantazję.

Ona też nie była zbytnio zachwycona, kiedy się do wiedziała od Zezoka, skąd

pochodziły woskowe kwiaty, lecz w międzyczasie pogodziła się z tą myślą. -

Przecież wyszedł piękny bukiet, musisz przyznać, nie będzie go można nie

zauważyć na pogrzebie. - Teraz była z niego prawie dumna. Jednak chyba lepiej

było, żeby ta wią zanka zniknęła z pokoju. Wysłała z nią dzieci na dwór. - Jeszcze

jeden talerz? - zapytała Franza.

Odmówił obiema rękami. Nie mógł nawet dokończyć reszty, która była w talerzu.

Woskowe lilie nie dawały mu spokoju.

- Teraz idę - powiedział Tonik - załatwić sobie te pięć marek. Pierońsko

background image

potrzebuję pięciu marek i dopóki Ich nie będę miał, nie wrócę do domu.

- Chciałbym wiedzieć, gdzie coś takiego się załatwia! Nie chowaj tego w każdym

razie w tajemnicy, żebyśmy i my coś z tego mieli - powiedział Kotik.

- A gdy będziesz szedł na pogrzeb, włóż coś ciemne go! - zawołała za nim matka.

- A w co ja mani się ubrać?- zapytał Zezok. - Nie mam przecież nic czarnego.

- Biała koszula, czarne spodnie też mogą być - zde cydowała Anna. - Przedtem

przyjdźcie wszyscy do mnie, żebym mogła wam jeszcze przypiąć mirt.

Pomyślała, ze przydałoby się kupić nowy mirt, najpierw wesele, teraz pogrzeb, na to

nie wystarczał jej mirt na parapecie okna. Postanowiła na wszelki wypadek posa

dzić zaszczepkę.

- Ulla powinna już dawno być! - powiedział Franz.

- Dobrze, dobrze, idź się najpierw przebrać- odparła Anna i sprzątnęła talerze.

Gdyby chciała jeszcze godzinę poćwiczyć, musi być tu lada chwila. Cieszyła się, że

mo gła to powiedzieć.

Nie mogła zdradzić swojemu mężowi, że Ulla nie poja wiła się wczoraj w domu

przez cały dzień, chodziła z tym nowym gościem Piontków, z tym siostrzeńcem z

Wrocła wia, z nim chciała pojechać "tam, gdzie jest wojna" - zwa riowany pomysł.

Na szczęście odesłali ich z powrotem na granicy. Wszystko to brało się tylko z tej

zwariowanej brzdąkaniny. Na początku była też temu przeciwna. - Gra na

fortepianie - powiedziała do swojego męża, to jest coś dla bogatych ludzi, z

pięknymi, długimi, białymi, giętkimi pal cami, które oprócz cienkich papierosów

albo kieliszka szampana nic innego nie muszą trzymać. Jednak Franzek był tak

zwariowany na punkcie swojej córki, że robił wszy stko, co chciała, jeździł nawet na

dodatkowych zmianach, żeby opłacić fortepian Buthnera dla Ulli, który co prawda

mogli kupić za bezcen u Lustigów emigrujących do Ame ryki Południowej. Jednak

potem sama zobaczyła, a przede wszystkim usłyszała, że Ulla w grze na fortepianie

robi szyb kie postępy, przychodzili do niej nawet ludzie, których wcześniej nigdy

nie widziała i chwalili jej córkę. Więc coś w tym musiało chyba być. I odkąd Ulla

nie pomagała już w kuchni, a już zwłaszcza nie uprała na tarce nawet wła snej

bluzki (raczej Franzek stawał na jej miejscu i obierał kartofle), także i jej palce stały

się z czasem piękne, białe, długie i giętkie.

Gdyby to od nie) zależało, wydałaby pieniądze na uży wany fortepian - to była

naprawdę niepowtarzalna okazja- ale nie tak dużo na lekcje, albo tylko połowę z

tego. Franz oszczędzał na jedzeniu w kantynie, a i ona musia ła coś odłożyć z

background image

pieniędzy na utrzymanie; gdyby od cza su do czasu matka nie przysłała jej banknotu

dziesięciomarkowego, nie wiedziałaby wcale, za co opłacić wypo życzalnię książek.

Jednak Ulla nigdy nie miała dosyć lekcji u Wally od fortepianu i przysięgała, że pani

Piontek nie żąda od niej ani jednego ceskiego* więcej, nawet gdy te raz daje jej

podwójne lekcje.

Wolałaby, żeby Ulla robiła jeszcze coś innego, niż tyl ko ciągle siedziała przy

fortepianie, w końcu z muzyki i tak nie można wyżyć, a ona wiedziała, że wielkie

ka riery artystyczne w powieściach, które czytała, to jedna rzecz, a ciasne

mieszkania z klozetem na korytarzu i ku piony na raty fortepian - druga, i obie te

rzeczy rzadko kiedy się spotykały, w każdym razie nie w Gliwicach i nie tutajna

TeuchertstraiSe. Mogłaby może grać w Café Schnapka popołudniami, kiedy inni z

mlaskaniem jedli ciasto, wymieniali złośliwości lub roznosili plotki, więc i tak

dobrze nie słuchali albo przygrywać do tańca na jakichś przyjęciach urodzinowych

lub weselach. Daw niej istniały nawet żeńskie kapele, ale teraz wszystko to było

przecież zabronione. A więc w sumie, wolała by dla Ulli zawód sekretarki albo

higienistki. Najlepiej byłoby, żeby wyszła za kogoś za mąż. Może za leśnika.

Postanowiła pojechać z Ullą do Kluczborka. Jej ojciec był wprawdzie tylko

strażnikiem w turawskich lasach, lecz znał mnóstwo ludzi. Móźe ze swoją grą na

forte pianie Ulla wejdzie nawet do wyższych sfer. Słyszała od Elsy Petrick, że na

przykład oficerowie bardzo cenią, gdy ich żony są muzykalne. A u pani Piontek

zawsze przecież goszczą jacyś hrabiowie i baronowie. Gdy po myśli tylko o weselu

w "Haus Oberschleslen"! Kiedy

człowiek zetknie się z prawdziwą hrabiną? Najwyżej na zabawie dziecięcej w

Zameczku Leśnym-

Ona też kochała przecież dobrą muzykę, to prawda, i gdy w niedziele w południe

nadawali w radiu koncert życzeń, wtedy między zupą a kompotem lubiła posłuchać,

nie tylko Wilhelma Strienza i Rositę Serrano, kochała też dobrą muzykę operową;

arie i duety z Aidy, z Ptasznika z Tyrolu, ze Studenta żebraka (Ach, pocałowałem ją

tyl ko w ramię i zaraz zaśpiewała do wtóru) szczególnie ją oczarowały, uwielbiała

też Zaproszenie do tańca Carla Marii von Webera, znała to już wcześniej, zanim

Ulla zaczęła je ćwiczyć na fortepianie, ciągle i ciągle od nowa. Więc nie była w tym

tak całkiem niezorientowana, ale Franzek, ten to tylko się gapił, kiedy Ulla grała i

wszystko mu się podobało, co grała, gdyż w gruncie rzeczy w ogóle nic z tego nie

rozumiał, nie umiał odróżnić Schumanna od Schuberta, a przy Chopinie zaraz miał

background image

łzy w oczach. A Ulla w ostatnim czasie ćwiczyła prawie wyłącznie Cho pina, tego

Polaka, który na pewno nazywał się Szopenczyk i którego wysłali wtedy do Francji,

żeby wzbudził w Francuzach entuzjazm do Polski, i tak pewnie jest je szcze do dziś,

bo czy inaczej Francuzi wypowiedzieliby nam wojnę właśnie z powodu Polski?

Więc to jasne, że nie powinno się go już grywać, ale ta pani Piontek nie trzyma się

przecież tego zakazu.

W sumie nigdy nie szkodziło się czegoś nauczyć, na wet gdy było to coś tak

niepotrzebnego jak gra na forte pianie. Ostatecznie jej rodzice też przywiązywali

wagę do tego, żeby uczęszczała do szkoły imienia Marii Mon tessori i uczyła się na

praktyce u radcy sanitarnego dra Hermanna w Gliwicach. Tam miała pod sobą

służącą i sprzątaczkę i zarobiła jeszcze przy tym część wiana, gdyż było ich w domu

cztery dziewczęta i trzech chłopców, więc nawet w gospodarstwie leśnika nie na

wszystko star czało pieniędzy. Pragnęła tylko, żeby Ulla nie była tak

wyłącznie Skoncentrowana na grze na fortepianie i zainteresowała się też innymi

rzeczami. Nie musiała oczywiście od razu czytać powieści tak jak ona.

Ktoś zadzwonił do drzwi.

-To pewno Ulla -zawołał Zezok i poszedł do drzwi. Anna wzdrygnęła się, była

myślami zupełnie gdzie indziej.

Franz wyszedł z sypialni, •włożył spodnie od munduru, marynarkę przewiesił przez

ramię. Ulla podeszła do nie go i pocałowała go W policzek. - Salut, pa -

powiedziała. -Będzie miał piękny pogrzeb. Odegrają nawet Marsz żałob ny Chopina,

tak Chciał, mówiła pani Piontek.

- Mamy olbrzymi bukiet z prawdziwymi woskowymi liliami - powiedział dumnie

Zezok.

-Tylko, że nie da się przecież przewieźć fortepianu na cmentarz na platformie,

nieprawda? I wiesz, na jaki pomysł wpadła pani Piontek? Będzie tam ustawiony gra

mofon! Marsz żałobny będzie odegrany z płyty! Czy to nie bombowe?!

Franz Ossadnik dziwił się. Powiedział: - Nie mogę zna leźć gumek do rękawów. -

Białe manszety zwisały, za krywając mu dłonie.

- Ciągle ten Szopenczyk - powiedziała Anna. Wycią gnęła talerz dla Ulli.

-

Zostaw, mamo, nie jestem głodna. Przyszłam tylko się przebrać i może znajdę

czas, żeby poćwiczyć pół go dziny. Bo znoWu dziś nic z tego nie będzie. Nie macie

chyba nic przeciwko, jeżeli zetnę w ogrodzie ostróżki?- zapytała Ulla.

- Na pewno zrobi to wrażenie, kiedy pojawisz się z ostróżkami- powiedział jej

background image

ojciec.

Wyobrażał sobie, jak jego córka niosła w ramionach niebieskie ostróżki i później, z

ociąganiem, rzucała je na trumnę, spuszczoną już do ziemi. To musiało wywrzeć

wielkie wrażenie. Gdyby tylko wiedział, gdzie mogły być jego gumki do rękawów.

Dla Anny nadszedł czas, żeby się już przebrać. Wzięła książkę i włożyła ją do

kuchennego kredensu. Jutro, a może nawet jeszcze dziś wieczorem, rzuci się w wir

nowego rozdziału Narodu w męczarniach. Na korytarzu włożyła na próbę kapelusz,

zastanawiając się, czy nie powinna naciągnąć na niego czarnej woalki, wyszukała

jedną w komodzie pod rękawicami, szalikami i ociepla czami na kolana, woalkę z

wplecionymi grubymi punk tami, którą ostatni raz nosiła na pogrzebie ciotki Elsy.

Sta nęła przed lustrem i narzuciła woalkę na kapelusz, ścią gając ją aż do brody,

skubnęła końce z lewej i prawej stro ny, tak że gładko opinała skórę. Podobała się w

niej so bie, można by ją było nawet wziąć za wdowę.

Anna zaczęła cicho chichotać. Nie była w końcu z Piontkami spokrewniona i gdyby

się dłużej zastano wić, nie była z nimi nawet zaprzyjaźniona, nie wypa dało jej więc

iść na pogrzeb z czarną woalką na twarzy. Podciągnęła ją wyżej. I jeszcze troszkę

wyżej. I jeszcze troszeczkę, tak żeby sięgała tuż za oczy i nie zakrywała już nosa.

Franz znalazł wreszcie gumki do rękawów w pustym flakonie, gdzie Anna

przechowywała urwane guziki, wstążki, spinki do włosów i pigwę (ze względu na

za pach). Niebieski mundur kolejarski odmładzał go, a może brało się to tylko stąd,

że był już na niego po prostu za ciasny; kupił go sobie przed pięcioma laty, gdy

został na próbę mianowany urzędnikiem. Dokładnie patrząc, już z niego wyrósł.

Jednak Anna nie chciała tak dokładnie patrzeć. W kieszeni na piersi odkryła

jedwabną chustecz kę, której jeszcze nigdy u niego nie widziała, a przecież

wydawało jej się, że znała wszystko, co było jego wła snością.

Uświadomiła sobie, że to właśnie ta niebieska złożo na jedwabna chusteczka tak go

odmładzała i najchętniej by mu ją odebrała.

- Nie wiem - powiedziała - czy na pogrzebie wypada nosić jedwabną chusteczkę

przy piersi, w dodatku nawet nie czarną.

Franz spojrzał na siebie, jakby nie tylko chusteczkę, ale też siebie samego zobaczył

po raz pierwszy. - Czy ja wiem i powiedział- ona jest częścią munduru. - W zasadzie

było mu to obojętne, czego jest częścią. Była w tej kieszeni od początku i tam też

powinna pozostać, nie wiedział zupeł nie, co miałby z nią w innym razie zrobić.

- Dobrze, dobrze - powiedziała Anna tylko. Było dla niej jasne, że nie mogła iść na

background image

pogrzeb z czarną woalką na oczach, kiedy jej mąż nosił w kieszonce na piersi

niebieską jedwabną chusteczkę. Z westchnieniem zdjęła woalkę. Obejrzała się w

lustrze i tak wydawało jej się te raz stosowniej, i tak chciała też już zostać.

Mój Boże, jak on w tym wygląda - pomyślała, przy glądając się swojemu mężowi.

Marynarka jest na niego o wiele za ciasna, tak niemal pęka na nim w szwach,

nogawki są za krótkie, a włosy pod czapką tłuste. Podeszła do niego krok bliżej.

Tak, włosy były zlepione i na koń cach siwe, | skóra na szyi nad kołnierzykiem z

rozszerzo nymi porami, czerwonawa i lekko łuszcząca się. Jakby wcześniej tego nie

zauważyła.

Franz rozpiął marynarkę munduru, powoli dostawał du szności. Ulla grała w swoim

pokoju na fortepianie. Cicho otworzył drzwi i usiadł przy niej na taborecie. Siedział

tam i słuchał, zacisnął dłonie, jakby chciał w nich na za wsze zatrzymać czas.

- Franzek! Nie zasypiaj!

Anna, cała w czerni, stała w drzwiach.

Kiedy ludzie przyszli po trumnę, Halina rozkładała wła śnie na kuchennej płycie

świeżo zerwany podbiał, a Valeska była przy podlewaniu pelargonii w kuchni.

- Ach - powiedziała, gdy zauważyła mężczyzn na ko rytarzu, którzy swoimi

czarnymi bluzami połykali biel ścian wokoło - już czas. - Odgarnęła włosy z czoła i

uczyniła ruch ręką, jakby chciała poprawić węzeł (co robiła zawsze, gdy była

zakłopotana), aż zauważyła, że nie ma już warkocza. Może prędzej przyzwyczaiłaby

się do krótkich włosów, gdyby wkręciła lokówką kilka fal, jak to robiły inne, albo

gdyby na noc nakręciła włosy na wałki, lecz dopóki Leo Maria nie był jeszcze pod

ziemią, nie chciała tego robić - może jutro. W innych czasach odczekałaby z tym

sześć tygodni, lecz teraz była wojna i czas kręcił się szybciej.

-Jest już tak późno? - zapytała zmieszana.

- Prawie dwunasta - powiedział jeden z mężczyzn. - Przyszliśmy trochę wcześniej,

myśleliśmy...

Valeska nie przerywała mu, lecz spojrzała na niego tak przenikliwie, że zamilkł. -

Nic nie szkodzi. Wszystko jest tak jak powinno być - powiedziała zatopiona w

myślach.

Poszła do Haliny do kuchni i coś jej szepnęła. Przy szło jej do głowy, że mężczyźni

dlatego przyszli tak wcze śnie, żeby dostać jeszcze obiad. Miała w piwnicy

wystarczająco dużo galarety i Hackerle*; Halina mogła im coś przyrządzić.

- Pani też coś zjeść, bo się przewrócić - powiedziała Halina.

background image

Valeska odmówiła. - Nie przejdzie mi teraz przez gar dło ani kęs. Ale daj innym coś

do jedzenia.

Halina zaprotestowała. - Mój Bożej pani już nic nie jeść przez trzy dni, całkiem

biała na twarzy, prawie tak, jak pan tam na górze, i Halina powiedziała to raczej do

wchodzą cej ciotki Lucie (Widety) niż do Valeski. Lucie przyniosła koszyk

upieczonych własnoręcznie pasztecików.

- Lucie, zatroszcz się proszę, żeby dzieci się ubrały. Pójdę jeszcze na pięć minut na

górę. Żeby mi nikt nie przeszkadzał! i Rozejrzała się za swoim różańcem. Mógł być

jej potrzebny.

Josel patrzył przez okno na dom w ogrodzie. - Muszę spróbować tam wejść

pomyślał. - Chciałbym zobaczyć, jak tam teraz w środku wygląda.

Druga ciotka Lucie (Lanolin) szła ze swoim niewido mym synem przez korytarz. -

Czy przed pogrzebem bę dzie jeszcze coś do jedzenia? - zapytała i poprawiła oku

lary z grubymi szkłami. - Bo tak długo to ja nie wytrzy mam, już teraz burczy mi w

brzuchu, nie, tak długo nie wytrzymam.

Valeska uciekła po schodach na górę.

Kiedy później znowu zeszła na dół, miała nałożony kapelusz z woalką głęboko

naciągniętą na twarz. Nikt nie powinien widzieć, co się działo w jej twarzy.

-

Teraz mężczyźni mogą pójść na górę - powiedziała do ciotki Lucie (Widery).

Nie chciała być przy tym, jak nakładają wieko na trumnę i je przykręcają.

- Włożyłaś mu modlitewnik? - zapytała Lucie.

-Myślisz naprawdę, że trzeba?Sądziłam, że to będzie piękna pamiątka dla Josela, jak

kiedyś dorośnie. - Valeska zastanawiała się, co należało zrobić.

- Nie chcę znowu zaczynać o dzwonku - powiedziała Lucie (Widera)- ale wiesz

przecież, co to się nie zdarza!

-

Proszę, Lucie, przestań! - Valeska z jękiem opadła na krzesło.

- Modlitewnik powinnaś mu była jednak dać...

Lucie nie ustępowała, i U mojego ojca musieli raz je szcze otworzyć trumnę, bo

babka uparła się, żeby mu włożyć parę butów.

Valeska szukała w komodzie na korytarzu Schotla* Leo Marii.

- Ja to już zrobię - powiedziała Lucie (Widera) i po spieszyła na górę z

modlitewnikiem.

Valeska zobaczyła Josela wychylającego się przez okno. Stanęła za nim. Chciałaby

umieć patrzeć jego oczami. Może wtedy lepiej by go rozumiała. Zobaczyła jednak

background image

tylko dom w ogrodzie i starą jabłoń, która już prawie nie rodziła owo ców. - Musisz

się ubrać, Josel, już czas.

Josel obejrzał się i zobaczył matkę w czarnej woalce. - Dobrze ci w niej -

powiedział.

- Gdzie właściwie jest galareta? - zapytała głośno Lucie (Lanolin) z drugiego

końca, - Właśnie, gdzie jest galareta?

- zajazgotał za nią inny głos. Syknęła do niewidomego syna:

- No, przestań mnie szczypać, dostaniesz coś do jedzenia jeszcze przed pogrzebem,

przecież ci obiecałam.

Zaraz po śmierci Leo Marii Lucie (Lanolin) oświadczy ła, że w tych okolicznościach

zostanie oczywiście do po grzebu i Valeska myślała teraz tylko o tym, jakich

argumentów użyje później, żeby uzasadnić swoją dalszą obe cność, bowiem, że jest

na to zdecydowana, poznała po tym, że Lucie dla siebie i syna powlokła świeżą

pościel.

- Chodź, Josel i zatroszcz się też o innych! - powie działa Valeska i za rękę

odciągnęła syna od okna. Cały czas szukała okazji, żeby dotknąć Josela.

Uspokajającym uczuciem była dla niej świadomość, że jej syn tu był. Najchętniej w

ogóle nie wypuszczałaby go z ręki.

- Wieczorem, kiedy dom będzie pełen gości - myślał Josel - spróbuję się tam

dostać, wtedy nie rzuci się to w oczy. Albo wejdę przez okno z drugiej strony.

Muszę zobaczyć, jak tam w środku wygląda. Chcę wiedzieć, w jakim stanie zostawił

dom.

Josel był gotów, - Weźmiemy cię w środek, Irma i ja - powiedział do matki. - Ciotka

Lucie (Widera) już wszy stko ustaliła. Jeszcze tylko raz pójdę szybko do mojego

pokoju.

Josel pobiegł do pokoju po list do Ulli. Na cmentarzu zobaczy Ullę po raz pierwszy

po tym; wtedy chciał jej wetknąć list, nie mógł z nią teraz rozmawiać, w każdym

razie dopóki nie przeczyta jego listu. Zaczynał ten list trzy razy i trzy razy go

później darł, a i teraz nie był jeszcze z niego zadowolony. Mniej więcej wyrażał on

jednak to, co czuł:

Myślę, że wszystko to, co zrobiłem, było błędem. Kie dy jechałem w tym pustym

wagonie towarowym, patrzy łem w dal przez otwarte drzwi, w dzień i w nocy, i

wiesz, co widziałem, nie lasy, nie pola, zawsze tylko ciebie, i kiedy pod Koźlem

jechaliśmy przez most na Odrze, wte dy w wodzie widziałem twoją twarz. Kocham

background image

cię, Ulla, i muszę wiedzieć, czy ty mnie też kochasz.

Chciał jej to dać, a wieczorem, kiedy przyjdzie z rodzi cami na stypę, musi mu dać

odpowiedź. Wiedział, że do wieczora zostało jeszcze dużo czasu i rozmyślał, co

mógł by zrobić, żeby szybciej minął. Mógłby pójść do swojego baraku przy Dzikiej

Kłodnicy. Mógłby wleźć do domu pana Montaga. On już coś wymyśli, żeby z

niecierpliwości nie pękło mu serce.

-

To będzie dla nas ciężka droga - powiedziała Valeska Piontek. - Ale przecież

jesteś - powiedziała i uśmiechnęła się dzielnie pod woalką. Chciała to poka zać

Joselowi, więc odrzuciła woalkę do góry.

Willi Wondrak przybył ze swoją sekretarką, panną Heiduczek, którą zaraz zostawił

pod opieką Lucie (Widery). Miał nadzieję, że tani też pozostanie. - Miłka przyjdzie

tutaj, wyobraź sobie - powiedział - z hrabiną Hohenlohe-Langwitz na wózku

inwalidzkim, widziałem je po dro dze... Nie sądzisz, że to trochę szalone?

Można było po nim poznać, jak bardzo go zaskoczył, a może nawet przeraził widok

Wodnej Milki ze sparali żowaną hrabiną na wózku, zmierzających tutaj.

- Myślałam, że są w Mariańskich Łaźniach i piją wody lecznicze - powiedziała

ciotka Lucie (Widera).

- O tak, niech tylko przyjdą - powiedziała Valeska zde cydowanie - będą miały

piękny, długi, rozdzierający serce pogrzeb.

- Na dworze dużo ludzi czekać - odezwała się Hali na. - Też jedna człowiek z

wielką krzyż. Ja im dać jeść?

- Musimy iść - powiedziała Valeska. - Gdzież są Irma, Josel i Andreas?

Czarni ludzie zeszli schodami w dół z trumną na ramio nach.

- Czy jest gramofon i płyta? Mój Boże, o wszystko trze ba się zatroszczyć -

powiedziała Valeska, wlepiając wzrok w trumnę, którą przenoszono obok niej.

- Pieronie - zaklął jeden z mężczyzn, kiedy uderzył we framugę drzwi. Halina

przeżegnała się. Od lewej stro ny ku prawej. Zaczęła płakać.

- Pst - szepnęła Valeska i spuściła woalkę na twarz. Zdawała sobie jednak sprawę,

że tego wszystkiego nie da się już powstrzymać; nie wiedziała tylko jeszcze, co to

wszystko będzie oznaczać, ale wiedziała już, że ko niec będzie dla niej straszliwy.

Przed domem tłoczyli się pierwsi żałobnicy. Valeska Piontek pozwoliła się bratu

poprowadzić. W ręce, w czar nej rękawiczce trzymała dwanaście białych

goździków, przewiązanych czarną, żałobną wstążką. Wyglądało to bardzo

przejmująco. Obejrzała się za Joselem i Andreasem, lecz zobaczyła tylko Irmę, która

background image

- ku jej zdziwie niu -ubrana była tak samo jak na swoim weselu, miano

wicie w mundur Arbeitsdienstu*, tylko źe teraz miała na głowie czarny kapelusz z

czarną woalką na oczach, a na lewym ramieniu żałobną opaskę. Przy kołnierzu

wysy chał bukiecik mirtu, jeszcze z wesela. Woalka ledwo za słaniała Irmie nasadę

nosa. To uspokoiło Valeskę.

Nagle pojawił się obok niej Josel i energicznie wziął ją pod rękę, i prawie w tym

samym momencie z drugiej strony Irma wsunęła swoje ramię pod jej, tak bez słowa

wyprowadzili matkę poprzez tłum na ulicę. Tam na wy sokim czterokołowym

wozie, który po bokach przesło nięty był czarnymi aksamitnymi chustami,

spoczywała już trumna, a mężczyźni piętrzyli na niej wieńce i bukiety kwiatów.

Kondukt żałobny, prowadzony przez kościel nego z krzyżem powoli ruszył.

Za Valeską szedł jej brat Willi z Andreasem i ciotką Lu cie (Widerą), za nimi

postępowała Halina z ciotką Lucie (Lanolin) i jej niewidomym synem, który ciągle

jeszcze coś przeżuwał.

-Jesteś teraz zadowolony, co, jesteś zadowolony? - py tała Lucie (Lanolin), która

miała zwyczaj powtarzać wszyst ko dwa razy.

Po jakimś czasie Valeska Piontek spojrzała ostrożnie przez woalkę w prawo i lewo,

a kiedy kondukt zatrzymał się na rogu, także do tyłu, i z zadowoleniem i satysfakcją

zauważyła, że przyszli wszyscy: Stroschkowie i Podolkowie, pan Schachtner i panna

Bombonnek, Polenscy i Neumannowie z drukami Neumann, Sajczykowie i

Petrullowie, Wieczorkowie i Willutzkowie, Lasikowie i Gmyrkowie, żona piekarza

Bielińskiego. A przed niektórymi domami czekały dalsze ubrane na czarno kobiety i

milcząco przyłączały się do konduktu żałobnego.

Z tłumu odłączyła się Milka Piontek, pchająca przed sobą w wózku inwalidzkim

hrabinę Hohenlohe-Langwitz i spróbowała przybliżyć się do czoła pochodu. Miejsce

siostry zmarłego było z przodu, w pierwszym rzędzie żałobników, ale nie było to

miejsce hrabiny. Więc Willi Wondrak z prezesem wodociągów utworzyli mur,

które go nie dało się ominąć. Milka spróbowała dwa razy, po tem zrezygnowała i

wcisnęła się do rzędu między Apitta i Polenskiego. Kantor zaintonował teraz pieśń,

do której stopniowo przyłączali się pozostali:

Pośrodku uciech żyda śmierć nas obejmuje.

Kto nas do łaski wiecznej od niej uratuje?

Ty, Panie, tylko Ty.

Żałujem czynów niemiłych,

background image

Co ciebie rozsierdziły.

Święty Panie Boże, święty, mocny Boże,

Święty miłosierny Zbawicielu,

O, wieczny Boże, nie pozwól nam zginąć W gorzkim śmierci nieszczęściu. Kyńe

elejson.

Raz, na wysokości Kreuzstrasse, Valeska obejrzała się. Była zaskoczona, tak wielu

ludzi szło teraz za nimi, że nie mogła nawet ustalić, gdzie kończy się grupa

żałobników. Na ostatku dołączył jeszcze związek kombatantów ze sztandarami.

Przecież Leo Maria wcale nie należał do związku kombatantów- pomyślała Valeska.

Pocieszyła się myślą, że zawsze to był piękny widok, kiedy przy spu szczaniu

trumny uroczyście pochylano sztandary.

I w nagłym, niekontrolowanym przypływie szczęścia uścisnęła dłonie Josela i Irmy i

spojrzała obojgu w twarz, najpierw Joselowi, potem Irmie, i obydwoje spojrzeli ku

niej, a na policzkach Irmy pojawiło się coś w rodzaju lek kiego uśmiechu, czego u

niej już od dawna nie widziała, i wszyscy troje poczuli bardzo wyraźnie, ze do siebie

należą. Jeszcze mocniej przytrzymali się przy tym za ręce, i Valeska nie wiedziała,

czy to ona prowadziła Josela i Irmę, czy też sama była prowadzona przez dzieci.

7

Dla Valeski Piontek życie zaczęło się na nowo dopiero wtedy, gdy po zniknięciu

Josela w końcu, w sobotę, usłyszała jego głos przez telefon. Przedtem, nie umiałaby

powiedzieć, jak długo to trwało, ogarnęło ją coś w rodzaju lodowatego odrętwienia;

emanowała od niej nieprzystępność, chłód 1 obcość, tak że nikt nie miał odwagi się

do niej zbliżać i nikt nie chciał jej zagadywać. Kiedy trzeba było przejść obok niej,

pochylano głowy, ściszano głosy, spowalniano gesty. Nikt nie wiedział, czy w tym

czasie kładła się spać. Nieprzerwanie siedziała w wiklinowym, polakierowanym na

biało krześle, które przed laty przywiozła z kuracji ser ca z Kudowy Zdroju, i które

wszędzie, gdziekolwiek sta ło, przekazywało coś z luksusu, słońca i bezczynności.

To wiklinowe krzesło kazała przynieść z pokoju z fortepianem na górę 1 siedziała

tak w nim, z twarzą skierowaną na łóżko zmarłego, prosto, w oparciu wyłożonym

poduszkami, pra wie nieporuszenie, jakby spędziła w nim całe życie, a teraz była

zdecydowana pozostać tam też przez jego resztę. Było to tym bardziej zaskakujące

dla innych, szczególnie dla Ha liny i jej brata Willego, że nie znali Valeski inaczej

niż w ciągłym ruchu; jej ciało, jej ręce, jej nogi, coś w niej za wsze było w ruchu - a

teraz nagle ta zastygła, posągowa pozycja.

background image

Okno było zamknięte także w ciągu dnia, a roleta za ciemniająca zaciągnięta tylko

do połowy; do środka wdzierało się brudne światło i sprawiało, że przedmioty

bladły, a prześcieradło rozwieszone na lustrze poszarzało jeszcze bardziej; obydwie

świece na grubość ramienia stojące u wezgłowia zmarłego wciągały do środka roz

dygotany płomień i tylko ich drgający refleks na suficie wskazywał na to, że się

jeszcze paliły. Obraz wiszący nad łóżkiem był odwrócony i ukazywał swój pożółkły

tył z rozgniecioną i zasuszoną pluskwą w prawym dolnym rogu. Na dworze zrobiło

się spokojnie, od czasu do cza su kilka szpaków wpadało ze świergotem w koronę

drzewa w ogrodzie, czasem bliżej, czasem dalej. To był od głos, który jej się

podobał i przypominał o czymś dawno zapomnianym.

Ludzi, którzy wchodzili do tego pokoju i po chwili zno wu go opuszczali,

postrzegała tylko jak kontury, jak prze ślizgujące się cienie, jedynie Halinę

rozpoznawała po za pachu. Kilka razy wchodził jej brat Willi i spacerował przed nią

tam i z powrotem, przemawiał jej do rozsądku cichym głosem, a ona musiała go

wysłuchiwać, bo wędrując tam i z powrotem podchodził też bardzo blisko do jej

ucha i niemal muskał jej twarz, lecz docierały do niej tylko strzę py zdań. Raz

zachwalał kolor i jakość drewna na trumnę, innym razem powiadomił ją o porze

mszy żałobnej, to znów przeczytał jej tekst nekrologu.

Jednak ona zadawała zawsze tylko jedno pytanie: - Masz wieści od Josela? i I kiedy

odpowiadał jej długimi, nabrzmiewającymi, to znowu cichnącymi zdaniami, a nie

krótkim tak lub nie, nie słuchała go dłużej. Zostawiła wszystko na jego głowie,

nawet rozmowę z księdzem dziekanem o temacie mowy żałobnej nad grobem Leo

Marii. Gdy tymczasem miała zamiar zaproponować pro boszczowi psalm 23 albo

wers 12, 13-15 z Księgi Hioba i zażądać najlepszego miejsca na cmentarzu, z przodu

przy głównej alei, a nie w części wschodniej, gdzie cho wano ludzi z osiedla

górniczego. Teraz wszystko było dla niej raczej wspomnieniem tego, co kiedyś

zamierzała i wydawało jej się bardzo odległe.

Czasami, kiedy jakby za mgłą dostrzegała Halinę jak do niej podchodziła i dotykała

jej dłoni, a potem znowu oddalała się cicho, myślała o tym żeby wstać, powędro wać

przez dom i wszystko byłoby tak jak dawniej. Jed nak nic się w niej nie poruszyło,

czuła, że wszystko skuł lód - i tylko, kiedy Josel wróci, jedynie ta myśl tkwiła w niej

mocno i wyraźnie i wtedy odtaje. Leo Maria wy mknął się i pozostawił tu tylko

swoje zimne, sztywne, bia łe ciało, a i ono zostanie niedługo spuszczone do dołu

i zasypane ziemią.

background image

Jej zlodowacenie brało się stąd, że Josel odszedł i nikt nic o nim nie wiedział: ani

ona, ani Willi, ani nawet Wod na Milka i policja także nie. Zastanawiała się, jak

długo tak jeszcze wytrzyma, tutaj w tym wiklinowym krześle, czy powinna się

bronić przed tym zlodowaceniem, czy też dalej siedzieć i czekać, aż ujdzie z niej

całe życie.

W pokoju zapanował spokój, ustal nawet głuchy po głos grzmotu dział na dworze,

tylko od czasu do czasu nad domem przelatywał z hałasem samolot.

Halina przyszła z miską ciepłej wody, ściągnęła z łóżka prześcieradło i zaczęła

rozcinać nożyczkami koszulę Leo Marii, najpierw z przodu na piersi w dół aż do

kolan, po tem od szyi do lewego i prawego rękawa, wreszcie szyb kim szarpnięciem

wyciągnęła płótno. Przetarła ścierką gło wę, twarz i szyję; było tak cicho, że

Valeska mogła wyra źnie słyszeć, jak ścierka przesuwa się po skórze. Widzia ła dłoń

Haliny przesuwającą się po zapadłej jamie brzu cha, po spiczastej i kościstej klatce

piersiowej, która ster czała do góry. Potem dłoń prześlizgnęła się wzdłuż bio der i

ścierka powoli, lecz bez wahania, przesunęła się po przyrodzeniu. Valeska

zobaczyła po raz pierwszy, że jego owłosienie było zupełnie siwe. Dłoń Haliny

dotarła już do podeszew stóp, których szarość wpadała w czerń, a pod wpływem

wilgoci pociemniały one jeszcze bardziej. Potem Halina założyła mu białą weselną

koszulę, którą sama przyniosła z szafy 1 która ciągle jeszcze pachniała kulkami na

mole, i Valeska zobaczyła, jak Halina rozcię ła ją zręcznie z tyłu na plecach i

obłożyła nią zmarłego, wciskając brzegi z lewej i prawej strony pod ciało.

Powinna była wstać, żeby złożyć ręce Leo Marii i po łożyć na nich różaniec, lecz jej

stopy nie chciały się po ruszyć. Halina spróbowała zapleść pojedyncze palce, cof

nęła się potem i od krawędzi łóżka przyjrzała się zmarłe mu. Jakby jej to wszystko

nie wystarczało, podeszła do niego, jeszcze mocniej upchnęła poduszkę pod jego

głową i kilkakrotnie oplotła różańcem złożone dłonie, przesuwała je w lewo i w

prawo, aż w końcu pozostawi ła na środku klatki piersiowej. Jeszcze raz się cofnęła,

jak by chciała skontrolować swoje dzieło. W końcu wyszła po dwie gałązki mirtu,

które ostrożnie położyła na za mkniętych powiekach zmarłego. Dopiero wtedy

wyda wała się być zadowolona. Stała tam długo całkowicie za topiona w myślach.

Valeska nie widziała, kiedy Halina wyszła i nie sły szała też odgłosów przy

drzwiach. W pewnym momen cie, nie potrafiłaby powiedzieć, czy w międzyczasie

upłynęło kilka minut czy kilka dni, Halina wyciągnęła ją z wiklinowego krzesła do

telefonu i przycisnęła jej słu chawkę do ucha, a ona usłyszała z muszli głos Josela.

background image

I nagle poczuła, jak życie na nowo wraca do jej ciała z dalekiej głębi, gdzie nie

zauważone toczyło się dalej.

- Joselek, mój Joselek- szeptała do słuchawki-wracaj mój Joselku, twój ojciec będzie

pochowany i musisz przy tym być»

Nie usiadła już w wiklinowym krześle, w ogóle nie chciała już wchodzić do pokoju

zmarłego. Przez póło twarte drzwi zobaczyła, że Leo Marię włożono do trum ny, w

ogóle nie mogła sobie przypomnieć, kiedy to się stało. Poleciła Halinie zamknąć

drzwi na klucz, nie chciała tam już wracać. Chciała znowu żyć.

Poszła do kuchni, spryskała twarz i ramiona zimną wodą i sprawdziła w szafie, jakie

ma czarne sukienki. Dwie z nich przymierzyła przed lustrem i zdecydowała się na tę

drugą, od której musiała przedtem odpruć je szcze biały kołnierz i białą lamówkę

przy zapięciu.

Valeska Piontek wyszła na ulicę i poinformowała panią Gnoth, którą pierwszą

spotkała przed sklepem z pieczy wem: - W poniedziałek jest pogrzeb, wpół do

trzeciej, na nowym cmentarzu. Mój Josel też będzie, tak, on też będzie. -1 poszła

dalej. I powiedziała to też pani Podolce i panu Stroschkowi, i Polenskiemu, i

właścicielowi de likatesów Schachtnerowi, i staremu Apittowi, i obu sio strom

Nieradczyk: - Będzie mój Joselek.

Valeska przeszła przez wiele ulic, spotkała mnóstwo łudzi I wypowiedziała wiele

zdań. Wróciła jednak na czas. Chciała czekać w pokoju z fortepianem, aż Josel

wróci z Twardawy, gdzie złapała go straż kolejowa. Willi poje chał po niego do

Twardawy, która teraz nazywała się Har tenau, w tym celu wyciągnął nawet swój

sportowy samo chód ukryły w stodole.

Valeska usiadła przy fortepianie. Przetarła dłonią czar ne, błyszczące drewno; zebrał

się już na nim kurz, nie było go dużo, lecz ona od razu to zauważyła. Podniosła

pokrywę, zdjęła z klawiszy zielony filcowy materiał ochronny i owinęła go wokół

szyi jak stułę. Gdy w domu jest zmarły, wspomina się go w ciszy, mówi gliwickie

przysłowie, lecz ona zagrałaby teraz chętnie Preludium G-dur Chopina, Vivace na

powitanie, kiedy Josel poja wi się w drzwiach.

Czuła to, nie, ona to wiedziała: Josel wróci tym ra zem i tutaj zostanie, przynajmniej

przez jakiś czas, ale nie będzie go mogła zatrzymać, nie na zawsze. Odszedł ze

strachu, jak wyjaśniła jej Ulla Ossadnik, bo walnął feldfebla Metzmachera butelką w

głowę. Dla niej był to jednakże tylko pretekst Odszedł w kierunku zachodnim,

dokąd ciągnęło w zasadzie wszystkich, jego dziadka i jego ojca, i gdyby nie

background image

zatrzymała Leo Marii tutaj w Gliwicach, także i on powędrowałby dalej, do Koźla,

do Nysy, do Wrocławia, a może nawet do Berlina. Piont kowie zawsze chcieli na

zachód. Josel nie zostałby tu taj, czuła to, podczas gdy jej palce prześlizgiwały się

lek ko po klawiszach, nie dotykając ich i zrodziła się w niej bezgłośna muzyka.

Lekko przechyliła głowę na bok, tyl ko ona chciała słuchać tej muzyki, wesołego,

perliste go pasażu, ona jedna wiedziała, że nie potrafiła zatrzy mać Josela w tym

mieście. Chciała tylko, żeby tam był, na pogrzebie swojego ojca, powinien poczuć,

źe coś utracił, coś, co kiedyś bardzo głęboko i mocno należa ło do jego żyda.

Preludiom E-dur largo byłoby teraz chyba stosowniejsze.

Wymyśliła sobie, żeby przed otwartym grobem ode grać Marsz żałobny Chopina z

gramofonu; nakręciłaby go wcześniej, a Josel trzymałby go w swoich ramionach tak

długo, dopóki marsz by się nie skończył, a ona by powiedziała, że Leo Maria tak

sobie życzył, inaczej lu dzie wzięliby ją za pomyloną. Żeby przy otwartym gro bie

gramofon, tego jeszcze nie było. Ogłosiłaby po pro stu, że to ostatnia wola Leo

Marii Piontka i będą musieli jej uwierzyć.

Usłyszała odgłosy z ulicy. Szybko położyła zielony ma teriał na klawiszach i

opuściła pokrywę fortepianu; po wstał przy tym dysonans, który długo jeszcze się

utrzy mywał, kiedy Josel i jej brat Willi weszli do pokoju. Nie powiedziała nic, tylko

przygarnęła do siebie Jósela. Do piero po chwili pomacała dłońmi jego twarz i

poczuła suchą, gorącą, drgającą skórę. Cieszyła się, że nie płakał.

- Ze jesteś, że znowu jesteś... -Jej oczy błyszczały, to wszystko, cały zapas łez był

wyczerpany.

-

Papuśka.... - powiedział Josel. - Wujek Willi wszyst ko mi opowiedział. - Willi

Wondrak stał przy oknie i wyglądał na dwór. Cisza w domu stała się przytłaczają ca.

Wszyscy chcieliby najchętniej usłyszeć trochę odgło sów wojny, lecz wojna

przyszła powoli i szybko się od daliła na. wschód, tak że już jej w ogóle nie

zauważano, jedynie może w nagłówkach gazet.

Stary radca sądowy nie żyje - powiedział Josel głu cho i zgniótł przy tym japoński

kwiat z papieru, który musiał nosić przy sobie już od wielu dni, tak był przepo- cony

i zmięty, kiedy upadł na podłogę.

8

Kiedy znaleźli się w pobliżu cmentarza - kościelny mu siał ich już zobaczyć z

daleka - w małej kaplicy cmen tarnej zaczął dzwonić żałobny dzwon, cały czas w

jednostajnym pospiesznym rytmie i jednostajnym jasnym to nem, wysokim, bez

background image

rezonansu, tak że wyraźniej docierał on do świadomości ludzi w kondukcie

żałobnym, niż gdy by zaczęły dzwonić rozliczne dzwony od Piotra i Pawia. Z

przodu przy bramie cmentarnej, Valeska Piontek mo gła to zobaczyć zza trumny,

właśnie ustawiał się kler, ksiądz dziekan Pattas, dwaj wikariusze, ministranci, a na

czele ktoś z kadzielnicą, to był chyba Gregorczyk, który nosił święconą wodę także

podczas kolędy.

Mężczyźni, którzy ciągnęli i pchali trumnę zaczęli da wać sobie znaki, jeden z nich

pobiegł do tyłu i po chwili wrócił, potem dwóch poszło do tyłu; powstało zamiesza

nie. Valeska czuła przy swoim boku Josela i Irmę, nic nie mogło się jej więc stać.

Razem z innymi śpiewała:

Gdy opuszczą nas siły,

Światła rozpal nam blask,

O Boże miłościwy,

By przyjść do domu w czas.

Nagle jeden z mężczyzn krzyknął: - Uwaga! Ostroż nie, tulejo, bo wjedziesz do

przykopy*. - Wóz zapadł się przednimi kołami w rowie, trumna zaczęła przesuwać

się w przód, wieńce przekrzywiły się, jedna wiązanka kwia tów spadła na ziemię,

skądś dobiegł krzyk...

Valeska zatrzymała się. Rozejrzała się bezradnie za swo im bratem. Jednak już

nadeszli obydwaj mężczyźni z tyłu, pomagając reszcie wypchnąć wóz i ułożyć

wieńce, jeden z nich pochylił się i podniósł bukiet. Kondukt ruszył da lej, ludzie

idący dalej z tyłu w ogóle nic nie zauważyli. Zaczęli nową pieśń i po chwili

podchwyciła ją także Va- leska, która powoli się uspokajała:

Już czas mój dokonany, przez śmierć żywot przerwany.

Teraz ministranci zaczęli dzwonić dzwonkami, kościel ny otworzył obydwa

skrzydła kaplicy cmentarnej i ksiądz dziekan razem z wikariuszami, kościelnym i

kantorem wkroczył jako pierwszy do środka. Przed wejściem po obydwu stronach

drogi utworzyli szpaler liczni żałobni cy, którzy przyszli z miasta od razu na

cmentarz i przyłą czyli się teraz do śpiewu innych. Valeska widziała Kuballów i

Mainków, nauczyciela Skowronnka i redaktora naczelnego Aulicha i przynajmniej

jemu skinęła głową zza woalki, krocząc przez obłok kadzidła i odpowiadając księ

dzu dziekanowi: Wysłuchaj nas Panie.

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, bądź miłościw mnie grzesznemu.

Wysłuchaj nas Panie.

background image

Wkroczyli do kaplicy cmentarnej; nie dla wszystkich było jednak miejsce, więc

część musiała zostać na ze wnątrz. Kościelny pozostawił jedno skrzydło otwarte.

-

Dni człowieka są jak trawa, kwitnie jak kwiat na polu. Wystarczy, że wiatr go

muśnie, już znika i wszelki ślad po nim ginie. Lecz łaska Boga jest wieczna dla jego

wy znawców- śpiewał ksiądz dziekan.

Trumnę Leo Marii ustawiono na środku.

Valeska obejrzała się za inną trumną.

Ksiądz dziekan obiecał jej pochować radcę sądu okrę gowego jak wszystkie

wierzące owieczki swojej parafii i kiedy sąd dzisiaj rano wydał jego ciało, poleciła

je za raz zawieźć do kaplicy cmentarnej. Valeska rozglądała się na wszystkie strony,

nie mogła się już skoncentro wać na tym, co mówił proboszcz, widziała

podwyższoną na katafalku tylko jedną trumnę, która, co prawda, wiele dla niej

znaczyła, może nawet najwięcej, tak. Jednak po to sprzedała księdzu dziekanowi

łąki, w dodatku za śmieszną cenę, za pięćdziesiąt fenigów za metr kwadra towy i od

hrabiego Tiele-Wincklera zażądałaby za nie dziewięćdziesiąt fenigów, a od klubu

sportowego NS markę dwadzieścia - żeby proboszcz Pattas pochował go ze swoim

błogosławieństwem, radcę sądu okręgo wego i pół-Żyda Georga Montaga, który był

ochrzczo ny według rzymskokatolickiego rytuału i znał na pamięć wyznanie wiary:

Wierzę w jednego Boga Ojca wszech mogącego... Wierzę w święty Kościół

powszechny, w Świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała

zmartwychwstanie, żywot wieczny, Georga Montaga, który zastrzelił się w domu w

ogrodzie, bo był przez in nych zaszczuty.

Wchodząc na cmentarz, szybko spojrzała na witrynę, w której przypięte były

wszystkie pogrzeby, jednak nazwi ska Montaga tam nie było, a ona myślała, że

ksiądz dzie kan publicznie zapowie ten pogrzeb w swojej parafii, bo wiem

ostatecznie nie ona jedna się nim interesowała, cho ciaż w szczególnym stopniu, ale

przecież i inni chcieliby w nim uczestniczyć, była o tym przekonana i zastanawiała

się, jak mogłaby zapytać o to dziekana Pattasa.

Panie Jezu, który umarłeś na krzyżu, aby dać nam życie.

Chryste zmiłuj się nad nami.

Panie, który przygotowałeś nam mieszkanie w niebie. Chryste zmiłuj się nad nami.

Słyszała jak inni śpiewali:

Gośćmi tylko na tej ziemi Wędrujemy tak bez tchu Z troskami przeróżnymi Ku

wiecznemu zbawieniu.

background image

I śpiewała razem z nimi. Przypomniała sobie ową noc, przed rokiem, kiedy Montaga

powaliła gorączka, a ona czuwała przy jego łóżku i przygotowywała mu zimne

okłady, podczas gdy w mieście płonęła synagoga. Przy pomniała sobie, jak

obydwoje wypatrywali przez okno, wędrując wzrokiem w ślad za dymem, mocno

się przy tym trzymając.

- Chcę, żeby został pochowany w poświęconej ziemi, z litaniami Kościoła

rzymskokatolickiego, którego był wy znawcą, nawet gdyby nikt więcej nie miał stać

przy jego grobie tylko ksiądz i ja! Chcę go widzieć pochowanego wedle egzekwi

świętego Kościoła katolickiego i zaśpie wam cichym głosem pieśń Nocne

oczarowanie* Eichendorffa, którą czasem mu śpiewałam przy akompaniamen cie

fortepianu:

I słowiki w głos śpiewały,

Smutne skargi rozbrzmiewały,

Ach, śmiertelny w sercu cierń Pięknych dni, co się rozwiały- Wstąp, o wstąp już w

ciszę tę!

Valeska zanuciła pieśń, podczas gdy fisharmonia w ka plicy cmentarnej grała

całkiem inną melodię.

Dopiero znacznie później, kiedy drzwi kaplicy cmen tarnej zostały otwarte i w jej

wnętrzu wysoko i rytmicznie zadźwięczał znowu żałobny dzwoneczek, kiedy żałob-

nicy sformowali procesję do grobu, ksiądz dziekan szepnął doValeski, przechodząc

obok:

- Niech pani potem jeszcze zostanie! Zaraz oddam ostatnią posługę panu

Montagowi - obok pani małżon ka, tak jak pani chciała. Jednak proszę bez żadnego

roz głosu, tylko nieliczni powinni w tym uczestniczyć...

I głośniej do innych:

- Pan odpuszcza nam winy i ratuje nasze życie!

Złożył ręce, po czym podniósł je do góry: - Panie Jezu, który przez śmierć na krzyżu

zgładziłeś nasze grzechy.

A Valeska wyrzuciła swoje złożone ręce jeszcze wyżej i odpowiadała wraz z

innymi: - Chryste zmiłuj się nad nami.

Chryste, który przez Twoje zmartwychwstanie

przywróciłeś nam życie wieczne.

Chryste, zmiłuj się nad nami.

Była gotowa wysłać wszystkich po pogrzebie Leo Ma rii do domu, tak żeby tylko

background image

Montag został pochowany w poświęconej ziemi, a nie zagrzebany gdzieś na skraju

cmentarza w kącie dla samobójców. Zależało jej na tym, żeby później mogła

odwiedzać jego grób, składać tam kwiaty, jak też zapalić świeczkę we Wszystkich

Świętych w listopadzie i nie była przy tym przez innych wyśmianą albo nawet

przepędzoną, jak to się czasami zdarzało w kącie dla samobójców.

- Irma i Josel podchodzą i biorą mnie w środek, ale dlaczego tak mnie szarpią,

zadają mi ból, moje ręce są złożone, modlę się za nas wszystkich do Jezusa Chrystu

sa, naszego Pana, który został poczęty z Marii Dziewicy i który za nas wszystkich

umarł na krzyżu, za mnie, za ciebie, za Leo Marię, za Georga Montaga... Dlaczego

tak mnie szarpią, obchodzą się ze mną jak z nieszczęśliwą albo samotną, albo

załamaną, albo wdową niespełna ro zumu, lecz tym wszystkim ja nie jestem, ja wam

wszyst kim jeszcze pokażę...

Irma i Josel, którzy mocno trzymali matkę za ramiona, ciągnęli ją dalej.

- Chodź już, mamusia, weź się w garść - powiedział Josel. - Uważaj na nogi,

potykasz się.

Valeska schowała się za swoją czarną woalką i cicho za intonowała pieśń innych,

którą śpiewano teraz w drodze do grobu.

Niech aniołowie zawiodą clę do raju, a gdy tam przybędziesz, niech przyjmą cię

męczennicy i wprowadzą cię do krainy życia wiecznego.

Chóry anielskie niechaj się podejmą i z Chrystusem zmartwychwstałym miej radość

wieczną,

Nie podobała jej się ta pieśń, jej słowa były obce i musiała zaglądać u Irmy do

modlitewnika, żeby je śle dzić. Wolałaby zaśpiewać: Witaj gwiazdo morza, wielka

Matko Boga, znała ją na pamięć i była to pleśń, która podobałaby się Montagowi.

Witaj nadziejo nasza w smutku i żałości.

9

A teraz była wojna. To zmieniło wszystko. - Gdzież jest miejsce takiego starego

Żyda jak ja?

Teraz znal odpowiedź: - Tam skąd przyszedł.

-

Do tej pory zostawili nas w spokoju - powiedziała Ilse Silberglelt do swojego

męża-i najlepiej będzie, gdy się stąd nie ruszymy. W takich sytuacjach nie wolno

rzucać się w oczy.

Ona była po prostu bardzo praktyczna. Podlewała kwiaty na parapecie okna i nie

oznaczało to nic Innego, jak tylko podlewanie kwiatów na parapecie okna. To ich

background image

różniło od siebie. On od razu naszkicowałby przy tym przyszłość

rozlicznych roślin doniczkowych na parapecie okiennym, oświetlonym tylko

popołudniowym słońcem.

-

Zapominasz - powiedział Arthur Silbergleit- że zai stniało całkiem nowe

położenie. Teraz wszyscy będzie my potrzebni. Nawet taki stary człowiek jak ja.

Nie mówił już Żyd.

I przypomniał sobie, jak to było wówczas, w 1914 roku. Był ochotnikiem,

sanitariuszem Czerwonego Krzyża i pocią giem - lazaretem Auguste Victoria H 2 -

przebył rozległe równiny Rosji; widział żołnierzy walczących i umierających we

Flandrii. Napisał o tym wiersze i opublikował je w pacyfistycznych gazetach.

-W ostatnich latach zbyt rzadko myślałem o moich ro dzinnych stronach -

powiedział Arthur. -1 za mało je stem pobożny, żeby móc sobie wyobrazić

Jerozolimę.

Jednak Gliwice, to mogę sobie wyobrazić. I wiesz, wczoraj, kiedy czytałem w

gazetach: Napad na radiosta cję gliwicką, to jakby mnie ktoś pchnął w serce.

Pomyślałem: tam jest teraz twoje miejsce.

Ilse nakręciła gramofon. Po jej gwałtownych ruchach ręką mógł poznać, że była

całkiem odmiennego zdania.

-A kiedy się tam odnajdę, przyjedziesz do mnie. Nie zostawię cię tutaj samej, to

jasne.

Ilse szukała w kartonie z płytami muzyki, która paso wałaby do jej nastroju.

- Myślę, że będziemy tam mieć więcej szczęścia - po wiedział Arthur Silbergleit.

Jego żona znalazła odpowiednią płytę i nastawiła ją. Nie wierzyła w szczęście.

Szczęście było czymś, co ist niało dla innych ludzi. Nie była smutna z tego powodu,

tak to już po prostu było.

Już dawno odzwyczaiła się od narzekania z tego po wodu. Miała za to muzykę.

Założyła nową igłę i wsunęła ją ostrożnie do rowka, potem opadła na oparcie fotela i

zamknęła oczy. Słuchała II suity z Peer Gynta Edwarda Griega. Uwielbiała Grie ga,

a szczególnie drugą suitę Peer Gynta.

Spojrzał na jej twarz, zupełnie rozluźnioną, zupełnie spokojną i niemal nieobecną.

W czymś była od niego lep sza. Tak, to chyba było to.

Jednak i on miał swoją tajemnicę. Kiedy pisał, kiedy pracował nad wierszem lub

nowelą. Albo też kiedy tyl ko coś czytał. Mógł czytać jakiś wiersz ciągle i ciągle od

nowa, i w zależności od nastroju, od ochoty i sympatii, dowiadywał się z tych

background image

wersów czegoś cał kiem innego, czegoś całkiem nowego.

Tak, szukali schronienia w muzyce albo w słowie.

I przecież byli sobie przy tym bardzo bliscy. Kiedy drzwi były zamknięte, łańcuch

założony, można było nawet zostawić na dworze czas.

Kiedy w 1933 roku kilku kolegów pisarzy, których Silbergleit znał osobiście,

wyjechało za granicę i więcej już nie wróciło, powiedział do swojej żony: - Dokądże

miał by pójść taki stary Żyd jak ja? Zostanę tutaj, tak źle nie będzie.

Nie wiedziałby też, dokąd miałby pójść. Nie był syjo nistą. Był Żydem ochrzczonym

po katolicku. Urodził się w Niemczech, pisał w języku niemieckim. Niemal od

dwudziestu pięciu lat mieszkał w Berlinie. Tutaj pracowa ła jego żona, żyli

obydwoje z tego, gdyż on do tej pory mało co zarobił na swoich pracach literackich.

Zawsze było mu trudno wydrukować coś w czasopismach i jeszcze tru dniej znaleźć

wydawcę dla swoich prac.

Wszystkie jego książki ukazywały się w małych wydaw nictwach i nawet tam tylko

w minimalnych nakładach; sła be było również krytyczne echo, lecz bynajmniej nie

znie chęcające; przecież miasto Kolonia przyznało mu w 1924 roku literacką

nagrodę honorową. Potrzebował ponad sze ściu lat, żeby po szkicach prozatorskich

Uczta kolorów znaleźć w końcu wydawnictwo dla swojej następnej książki,

dla tomu wierszy Jesień pajaca. I tak, w ogóle do niego nie dotarło, że dla autora z

takim żydowskim nazwiskiem jak jego, od 1933 roku możliwości były jeszcze

bardziej ograniczone. Do niedawna nadal wysyłał swoje wiersze do redakcji, jak

dawniej, i dostawał je z powrotem z takimi samymi powielanymi listami

odmownym jak kiedyś; dla niego nic się nie zmieniło. W1934 roku po raz ostatni

był ze swoją żoną za granicą. W Arosie poddał się kuracji re habilitacyjnej, żeby

ostatecznie wyleczyć gruźlicę; nie przyszłoby mu do głowy, żeby tam zostawać. Z

czego też mie liby w Szwajcarii żyć? Odwiedził w Montagnoli Hermanna Hessego i

powiedział do niego: - Zostaję. Dokądże miał by pójść taki stary Żyd jak ja?

Zawsze żył dość samotnie; teraz żył w jeszcze więk szej samotności. Najważniejszą

zmianą było dla niego to, że w swoich nowych pracach oddalił się od dawnej

katolickiej religijności (z powodu legendy maryjnej Dzie wica doszło nawet do

zerwania z przyjacielem z czasu młodości Georgiem Montagiem) i coraz bardziej i

bardziej odkrywał tematykę żydowską.

Wynikiem tego była powieść Świecznik i zbiór nowo czesnych psalmów, nad

którymi jeszcze pracował. Teraz, gdy tak wielu autorów zostało zabronionych albo

background image

wyje chało za granicę, sądził, że będzie mu łatwiej znaleźć wy dawcę. Wysłał tę

powieść do S. Fischera, gdzie przeleża ła miesiącami, aż otrzymał ją z powrotem z

uprzejmym, lecz wyrażającym ubolewanie listem pisanym ręcznie przez Oskara

Loerke’go. Myślał o wydawnictwie Schockenverlag, które dopiero niedawno

wydało w Berlinie nową tanią serię książkową, sam udał się też do wydaw nictwa,

lecz mieli oni kłopoty z uzyskaniem papieru i ograniczali się do żydowskich

klasyków. Chciał więc dać powieść swojemu przyjacielowi Maxowi Tauowi dla

Cassirera. Pewnego dnia spotkał na ulicy Scholtisa, który po wiedział mu, czy on nie

wie, że teraz także Cassirer i Tau

wyemigrowali do Norwegii i zapytał go, kiedy on, Silbergleit, chce wyjechać. A on

mu odpowiedział: - Dokądźe miałby pójść taki stary Żyd jak ja?

Stary Żyd, tak mówił już wtedy, gdy był jeszcze dość młody, nie przez autoironię,

lecz dlatego; źe w wieku trzy dziestu lat rzeczywiście wyglądał już tak jak dziś; tak

jak by się pospieszył, żeby się zestarzeć i być starym bardzo długo.

- Bez mojego gramofonu i płyt nie jadę - powiedziała nagle Ilse Silbergleit wśród

dźwięków muzyki.

Arthur siedział i słuchał Tańca arabskiego. Wolałby te raz posłuchać Schuberta.

Kwartetu smyczkowego albo tria fortepianowego, w każdym razie muzyki

kameralnej.

Jednak jego żona nigdy nie słuchała Schuberta przed wieczorem; miała w tym

względzie dokładnie ustalone wy obrażenia, czego można było słuchać przed

południem, czego po południu, a czego wieczorem. Nigdy nie odgadł jej systemu.

To jednak wiedział: Schubert nigdy przed ósmą.

- Ależ to jest przecież oczywiste - powiedział, - Po szukam dla nas mieszkania, w

którym będzie wystarcza jąco dużo miejsca. Ja też nie wyjechałbym bez moich

książek, chciałem powiedzieć, bez moich własnych... W Gliwicach, będą chcieli

wiedzieć w Gliwicach, co na pisałem. Te moje książki są jak legitymacja.

Obydwoje poczuli w tym samym momencie, że nie byli tak skupieni na muzyce jak

zwykle. Taniec był teraz zwy kłym, grzmiącym tańcem, patetycznym, głośnym 1

efek townym. Czym był zapewne zawsze.

Nie miał nic, co mógłby przywieźć ze sobą do miasta, w którym się urodził i w

którym dorastał, w którym jed nak tak długo już nie był. Nic, oprócz swoich dzieł.

Milczał. Taniec z Peer Gynta zakończył się w miaro wym rytmie. Po nim cisza była

jeszcze cichsza niż zwy kle. Ilse podniosła się ze swojego krzesła. Zegar tykał,

background image

zabierając czas.

- Gdzież jest miejsce dla takiego starego człowieka jak ja? -Tam skąd przyszedł.

10

I Panie, bądź nam miłościw, spóźniliśmy się! I to tylko z powodu Ulli i jej

pończoch.

Anna Ossadnik sapała, stawiając w pośpiechu duże kro ki. Już | daleka widziała

licznych żałobników czekających przed małą kaplicą cmentarną, a ponieważ w

pobliżu nie było żadnego księdza ani ministranta, musiała przypu szczać, że

uroczystość pogrzebowa już się zaczęła

- Kotik, uważaj trochę, gubisz przecież woskowe lilie. Ach, Toniczku, pomóż no

chłopcom, te kwiaty są dla nich za ciężkie. Chodź Franzek, żebym nie musiała cię

ciągnąć! - Nie było jej łatwo utrzymać razem rodzinę. Tylko Ulla wy przedziła ich

już spory kawałek; niebieskie ostróżki koły sały się w jej dłoni. W tym tempie Anna

nie mogła za nią nadążyć, już teraz bolały ją nogi, nie była przyzwyczajona do

butów na wysokich obcasach, zresztą kiedy je mogła wkładać, tylko przy

uroczystych okazjach, a te nie zdarza ły się Annie tak często.

Byli spóźnieni tylko z powodu Ulli, która przypomniała sobie w ostatniej chwili, że

nie ma czarnych pończoch i chciała jeszcze szybko ufarbować jedną parę w

miednicy. Stanęła na dworze w słońcu i machała pończocha mi w jedną i drugą

stronę, żeby szybciej wyschły. Potem Anna dała Ulli swoje własne pończochy, a

sama ubrała czarne skarpety Franza; pod jej długą sukienką nikt tego, miejmy

nadzieję, nie zauważy. Inaczej Ulla pewno cią gle stałaby jeszcze na dziedzińcu i

machała w powietrzu pończochami.

Kiedy w końcu dotarli do oczekujących żałobników, Anna była bez tchu. Przeszła

do przodu, aż do kaplicy i zobaczyła, że jedno skrzydło drzwi było otwarte; ona

sama znalazłaby jeszcze miejsce, gdyby się po prostu wcisnęła do środka, ale z

dziećmi i wiązanką było to już trudniejsze. Może ludzie też dlatego nie wchodzili

już do kaplicy, że również się spóźnili i nie chcieli rzucać się w oczy Piontkom i

księdzu dziekanowi.

Anna też nie chciała rzucać się w oczy. W każdym razie nie tutaj. Tak więc,

zatrzymała się w odległości kil ku kroków od kaplicy, raczej z zakłopotania skinęła

przelotnie głową stojącym wkoło, nie widząc, kto to był, bo oślepiało ją słoneczne

światło. Zgromadziła pozo stałych Ossadników wokół siebie*

Unosił się słodkawo-mdły zapach gnijących kwiatów, stęchłej wody i upału, który

background image

rozkładał się w zieleni tuj.

Z kaplicy dobiegały strzępy chóralnych modlitw.

Właściwie powinna się była cieszyć tak licznie zgro madzonym gronem żałobników,

bowiem najpiękniejsze są przecież te pogrzeby, na których gromadzi się lud. A czy

stare gliwickie przysłowie nie mówi, że wielki człowiek zostawia po śmierci nie

tylko jedną wdowę. Wypuściła powietrze z ust - oczywiście, chciałaby stać obok

Piontków - wydawało jej się, że w tłoku kaplicy była najlepsza sposobność, żeby

podejść bliżej, nie na rzucając się. Jednak mogła to też zrobić przy groble. I tak

zadowoliła się swoim miejscem) gdyż stąd mogła zaraz, kiedy tylko kondukt

żałobny będzie przechodził obok, wejść do szeregu i wtedy już się postara znaleźć w

pobliżu rodziny Piontków, razem z Franzem w jego pięknym, niebieskim, chociaż

trochę przyciasnym mun durze kolejarskim i z dziećmi, z ułożoną wiązanką

kwiatów, wtedy nie będzie ich można nie zauważyć.

Dopiero teraz rozpoznała obok siebie Emę Dolezićh z Kronzprinzenstrasse, która

handlowała artykułami pa pierniczymi, powiedziała cicho -.Szczęść Boże. - Wam

też

tak samo cicho i z nietajonym zadowoleniem z cudzego nieszczęścia odpowiedziały

pozdrowieniem Ema Dolezićh, Verena Schymiczek i Jutta Wieczorek. One także się

spóźniły. W ogóle przyszły chyba tylko z ciekawości, nie trzymały w rękach

kwiatów, a Wieczorkowa nie była na wet w czerni. - Ale przecież jej córka nie

chodzi też na lekcje fortepianu do Piontkowej - pomyślała Anna z satys fakcją.

Rzuciła spojrzenie na Tonika, który bez żenady rozglądał się wokół.

-

Powołali do wojska mojego Ericha - powiedziała Ema Dolezich do obydwu

pozostałych kobiet, jednak tak wy raźnie, że mogła ją słyszeć także Anna. - już

tydzień temu, jestem całkiem sama z dziećmi, zupełnie nie wiem, jak mam sobie

poradzić z tym wszystkim w sklepie.

Nie chciała tego robić, lecz w ten sposób przypomniała pozostałym o wojnie.

-

Mojego i powiedziała Verena Schymiczek - zwol nili ze służby frontowej;

jesteśmy zakładem ważnym dla potrzeb wojennych. - Przesunęła wyżej ramię, żeby

jej nowa skórzana torebka była dobrze widoczna. W końcu była z cielęcej skóry. Jej

mąż był elektrykiem i zatrudnił ucznia do nauki zawodu.

- Chodź, Tonik, połóż wiązankę na ziemi, bo będzie ci przecież za ciężko -

powiedziała Anna, porządkując białe woskowe lillie, żeby się lepiej prezentowały.

-Jak też pani potrafi w dzisiejszych czasach utrzymać przy sobie wszystkie dzieci!-

background image

Jutta Wieczorek z podziwem patrzyła na wiązankę i dzieci Ossadnlków. - Moje

ciągle gdzieś biegają, to zbierają tkaniny, to makulaturę, to znów chodzą od domu

do domu 1 sprzedają kartki na zupę, świece dla VDA* 1 "Hilf mit'1. Żadne by ze

mną nie po szło na cmentarz.

-

Czego dzieci mają też szukać na cmentarzu, już do statecznie wcześnie uczą się,

co to znaczy umrzeć śmier cią bohaterską - powiedziała Verena Schymiczek, która

nie miała dzieci.

Anna poczuła dumę ze swoich dzieci. - Nasz Toniczek - powiedziała i przyciągnęła

starszego bliżej do siebie - ma już kartę mobilizacyjną w kieszeni. Jeszcze w tym

tygodniu musi iść do koszar. - szepnęła do innych tak, żeby nie usłyszał lecz on

oczywiście wszystko słyszał);

- Bo zgłosił się na ochotnika.

-

Mama, zostaw mnie w spokoju - powiedział Tonik niecierpliwie I oswobodził

się. - Jeszcze tak będzie, że przyjdę za późno. Wszędzie przychodzę za późno.

Nie mógł dojrzeć Hanny Baron, w ogóle żadnej uczen nicy Wally od fortepianu.

Pożałował już, i| tu przyszedł.

A i tych pięciu marek też jeszcze nie miał.

-

On w ten sposób chce tylko za darmo pojechać do Krakowa - powiedział Kotik

zza tui,

-

Albo może do Warszawy. - Ulla pomyślała o sercu Chopina. •

-

Zamknij się! - powiedział Tonik. -wychodź z tej zieleniny. Jeżeli już to raczej w

innym kierunku.

- Pst- szepnęła Anna. Z kaplicy dobiegły odgłosy.

-

Z tą wojną to jeszcze długo potrwa. Teraz, kiedy Fran cuzi wypowiedzieli nam

wojnę— - Wieczorkowa spoj rzała przy tym w dal. Wiedziała, że Francja była

daleko. Jednak ona patrzyła jeszcze dalej.

-

Nie boisz się? - zapytała Schymiczkowa Tonika, którego by się przestraszyła,

gdyby spotkała gp nocą na ulicy; był od niej wyższy o dwie głowy i wydawało jej

się, że ma kłujący wzrok.

- Pozwól iść, matko, pozwól iść, na nic zda się twój płacz i twoje łzy, bo my

idziemy bronić ojczyzny - wtrąci się Kotik. Musiał nauczyć się na pamięć wiersza

Heinricha Lerscha i dziś po raz pierwszy wyrecytował go w klasie. Nauczyciel

Müller pochwalił go za to.

background image

- Zaraz dam ci w łeb.

- Czego się bać? - zapytał Tonik i spojmł w całkiem inną stronę.-Wojsko, to

przecież trzeba, to jest przecież taki... no, po prosto obowiązek.

- No tak. - Śchymiczkowa spojrzała najpierw na swo je paznokcie, a potem

podniosła na niego wzrok. - Nasi zwyciężają szerokim frontem - powiedziała z

wahaniem, a potem szybciej: - Jednak na każdej wojnie umierają lu dzie i słyszałam,

że w mieście przynieśli już jednej rodzi nie telegram, że ich syn poległ...

Przestępowała z nogi na nogę i dopiero teraz można było zauważyć, że jedną nogę

miała krótszą. Przypo mniała sobie, że jej. ojciec straszliwie się bał, kiedy w

czternastym szedł na wojnę i zaraz potem poległ pod Grunwaldem.

Chryste zmiłuj się nad nami, rozbrzmiało echem z ka plicy.

-Ja się nie boję - powiedziała Anna - nasypię mu soli do kieszeni, kiedy będzie

musiał iść do koszar, wtedy wróci zdrowo. Już moja matka tak robiła.

Ona ma też pięcioro mężczyzn w domu - pomyślała Śchymiczkowa.- Ja tylko

jednego.

- Mamoczka, nie pleć takich głupstw, wiesz, że abso lutnie nie znoszę okruchów i

soli w kieszeniach. - Tonik wsadził ręce do kieszeni, ale tylko dlatego, że nie

wiedział, co z nimi począć. Poczuł na dnie resztki tytoniu. To były jedyne okruchy,

jakie tolerował w swoich kie szeniach. Gdyby zebrał je ze wszystkich kieszeni,

może udałoby się skręcić z tego peta. Jakby tu uwolnić się od tych bab, żeby

mamoczka nie zrobiła przedstawienia, to była jego jedyna myśl.

Tuż obok nich przeszedł mężczyzna z pochyloną głową. Jego twarz, o ile można to

było w ogóle zobaczyć,

była lekko wykrzywiona. Anna poznała go po tym, że trzymał przy policzku

chusteczkę. To mógł być tylko pan Apitt, który ciągle skarżył się na ból zębów.

- Spróbuję wcisnąć się do kaplicy - powiedziała tylko i zaraz rozproszyła nietrudne

do przewidzenia zastrzeże nia matki, dodając: - Tak, będę uważać, żebyśmy się

później nie zgubili.

- Nam wszystkim zabiorą mężczyzn- powiedziała Ema Dołezich,

Anna w milczeniu przyciągnęła swojego męża bliżej do siebie:

Milczały teraz przez chwilę i każda z nich rozważała, jakie to miało dobre i złe

strony. Po ich twarzach można było poznać, że doszły do dość różnych wniosków.

- Kobietom nadal płacą pełną pensję - powiedziała Jutta Wieczorek z powagą- a

żołnierze dostają w wojsku dodatkowo żołd. - jej mąż pracował w kopalni "Gliwi

background image

ce" i czasami przychodził do domu tylko z połową pen sji w kopercie.

-To podobno niewiele - ale oni mają tam wszystko za darmo - dodała Verena

Schymiozek.. - i żyją całkiem nieźle! - powiedziała Anna sponta nicznie.

Przypomniała sobie ciemne ciężkie chleby komiśne i gęste zupy, a w nich dużo

mięsa (w każdym ra zie ona nie mogła aż tyle włożyć do swoich zup), które dzieci w

ostatnich dniach przynosiły do domu od żołnie rzy stacjonujących przy Slegesplatz,

Nie musiała gotować przez kilka dni. . *

-To też ma swoją dobrą stronę - powiedziała Jutta Wie czorek. -Teraz kobiety nie

muszą już w każdy piątek wal czyć o kopertę z pensją. -Pomyślała o tym, jak ona

sama toczyła czasami o nią bój.

Przecież Rybek zawsze przepił połowę pensji, zanim przyszedł do domu. No i te

przedstawienia na osiedlu w każdą sobotę.

Ema Dolezich parsknęła śmiechem na samo wspo mnienie tego sama sobie

przerwała, kiedy jej przyszło na myśl, że tylko kilka metrów, tylko półotwarte drzwi

dzielą je od zmarłego, spoczywającego na marach. Do stała z tego powodu tak

głośnej czkawki, że wszyscy po patrzyli w jej stronę. Za trzecim razem zakryła usta

dło nią, mimo to ciągle jeszcze było ją słychać i nikt nie odry wał już od niej

wzroku.

- Niech pani spróbuje oddychać przez usta - szepnął pani Dolezich Franz

Ossadnik. Zrobiło mu się gorąco. Schowany za swoją żonę rozpiął marynarkę

munduru.

Z kaplicy słychać było przybierający na sile akord fis harmonii. Kobiety milczały

przez chwilę.

- Dla chłopców wojsko nie jest złe- powiedział Franz. - Czegoś się tam nauczą*

Dyscypliny i tak dalej. - Spoj rzał na Tonika, który był większy od niego. W tym

wie ku synowie nie słuchają już rodziców. Wiedział to.

- Tak - powiedziała Anna - tam chłopcy coś przeżyją, trafią do miejsc, do

których..., do których inaczej nigdy by nie trafili.

Powiedziała to tylko tak, bo nie mogła sobie dokła dnie wyobrazić, co chłopcy

mogliby tam przeżyć. Ona sama niewiele przeżyła w swoim życiu. Były to najwyżej

potańcówki w "Neue Welt" albo w Zameczku Leśnym, a i to nie zdarzało się

częściej niż dwa albo trzy razy w roku; potem wyszła za Franzka i jedyną

pasjonującą rzeczą były teraz tylko pielgrzymki na Górę Św. Anny, do Piekar

Śląskich albo do klasztoru Benedyktynów w Krzeszowie; jednak poza Śląsk nigdy

background image

nie wyjechała. To, co przeżyła, przeżyła w powieściach i wyobrażała so bie, że

gdzie indziej na świecie było tak jak w tych po wieściach, gdzie indziej-w każdym

razie nie na Górnym Śląsku który, wydawało jej się, wystarczająco dobrze znała.

Więc najchętniej czytała też powieści, które roz grywały się w dalekich, obcych

krajach, tak jak właśnie teraz Nena Sahib tego Retcliffa. Takim książkom była ra

czej skłonna wierzyć.

Chóralne Przez Chrystusa Pana naszego, słychać było teraz wyraźnie z kaplicy.

Kłęby kadzidła przedostawały się przez otwarte drzwi na zewnątrz.

- Mówią, że ojców rodzin wyślą do domów, kiedy skończą z Polską - pocieszała

Jutta Wieczorek.

- A co będzie z Rosjanami? - zapytała Verena Schymi- czek, która od pewnego

czasu zmieniła pisownię nazwi ska na Schimitschek. - Co zrobią Rosjanie?

Ema Dolezich czkała nadal.

- Tym to ja nie ufam - powiedziała Anna Ossadnik i wciągnęła nosem woń

kadzidła. - Radca sanitarny Ber- mann mawiał zawsze, że Niemcy potrzebują silnej

Pol ski; musi coś być pomiędzy Rosjanami a Niemcami...

- Pieronie — powiedział Tónik bez żenady - co ta mamoczka opowiada! Starszy

panie-zwrócił się do swojego ojca - uspokój te tu kobiety. Tu leży jeden taki, co

wykor kował 1 chce być pochowany, a wy paplacie i paplacie...

Schymiczkowa, utykając z przerażenia, zrobiła dwa kroki do tyłu.

Wszyscy spojrzeli na Franza, który szybko zapiął ma rynarkę munduru. Już Od

dawna miał wrażenie, że ko- blety tylko po to chodziły na pogrzeb, żeby się spotkać

i poplotkować. Niech to sobie robią. Jednak Anna nie po winna od niego wymagać,

żeby z nią szedł. Nic się nie odezwał.

- Zostań tu - syknęła Anna do Tonika, który chciał wła śnie zniknąć za wysoką

tują, żeby na własną rękę spene trować cmentarz, na którym był po raz pierwszy.

Zaczął dzwonić żałobny dzwon słabym, wysokim to nem bez rezonansu. A więc

procesja lada chwila mogła wyjść z kaplicy. Anna przygotowała się. Zobaczyła jak

Ema Dolezich wtykała w garść chusteczkę i na wszelki wypadek poszukała własnej,

żeby w odpowiednim momencie mieć ją pod ręką. -Jeżeli już nie można na

pogrzebie płakać, wtedy zawsze dobrze jest przynajmniej lekko dotknąć oczu

rogiem chusteczki. Znała wdowy, które na pogrzebie swoich mężów nic innego nie

robiły pod woalką.

Wyszedł kościelny 1 szeroko otworzył obydwa skrzy dła drzwi. Teraz głośno i

background image

wyraźnie słychać było fishar monię oraz śpiew.

Brak ostoi na ziemi,

Wieczność mym przeznaczeniem,

Podążam ku niej z weselem.

Najpierw wyszli ministranci. Słychać było śpiewny głos księdza dziekana:

Nie mamy stałego miejsca na ziemi, szukamy więc przyszłego w niebie. Dlatego

pozwól nam złożyć w gro bie ciało naszego brata Leo Marli Piontka, któryż ufno

ścią oczekuje zmartwychwstania.

Przy ostatnich słowach ksiądz dziekan wyszedł na ze wnątrz. Za nim szli mężczyźni

z wozem.

-Trzymajcie się mnie-szepnęła Anna do dzieci-wśli zgniemy się do procesji zaraz na

początku. Kotik, uwa żaj trochę, gdzie stajesz! Pójdziecie przodem z wiązanką,

jasne Tonik?

Przytrzymała się Franza i wcisnęła się w tuje, gdyż te raz przechodził już kondukt;

na jego czele kościelny z krzyżem, potem ministranci z kadzielnicami i miskami ze

święconą wodą, jeden niósł aksamitną poduszkę, na której leżało coś drogocennego.

Anna nie mogła dojrzeć co, może było to odznaczenie. Jej Paulek też był

ministrantem; przypomniała sobie, jak musiała go przepyty wać z łacińskich

formułek modlitewnych, których nie ro zumiał i dlatego uczył się ich na pamięć jak

melodii ję zyka. Żaden z jej synów nie chciał być ministrantem, tyl ko Paulek,

akurat on. A teraz siedział w Czekanowie.

Ksiądz dziekan trzymał odkrytą głowę wysoko uniesioną i spoglądał w dal, jakby

kroczył za innym konduk tem, który zaprowadziłby go może do Jerozolimy.

Wszyscy przeżegnali się. Tylko Erna Dolezich nie, bo ona cią gle walczyła z

czkawką.

Anna była pod wrażeniem potężnej postaci księdza i godności, z jaką kroczył powoli

przed trumną. Gdy prze chodził obok, widziała jego wzrok i ten wydał jej się nie

mal nieziemski, zupełnie nie z tego świata. Ogarnęło ją lek kie podniecenie.

Postanowiła pójść kiedyś na mszę do Św. Piotra i Pawki; kazania Pattasa były i tak

sławne; mówio no o nim, że z tego powodu miał ciągłe kłopoty z partią. W jej

kościele, w kościele Podwyższenia Św. Krzyża, cze goś takiego nie było.

Mężczyźni w czarnych bluzach pchali wóz z trumną, której istnienia oczywiście

bardziej można się było do myślać, gdyż tak była obłożona wieńcami.

Za nią szła wdowa Piontek, tak, to musiała być ona, jej twarz była zasłonięta długą,

background image

czarną woalką sięgającą poniżej brody i i lekko falującym brzegiem, do tego

spuściła jeszcze do połowy głowę. Prowadziły ją dzieci, jed nak Annie wydawało

się, jakby ją podpierały albo łago dnie popychały do przodu. Za nimi szedł jej brat

adwo kat ze służącą Piontków i z jedną z wielu ciotek, które były też na weselu.

Anna nie wiedziała dokładnie, gdzie kończyli się bliżsi krewni, a zaczynali znajomi,

do których też chciała się za liczać, a więc, w którym miejscu wypadało jej wejść do

kon duktu żałobnego, gdyż w żadnym wypadku nie chciała cze kać na sam koniec.

Zobaczyła pęk niebieskich ostróżek i pomyślała, że teraz nadeszła pora i po prostu

wsunęła się do pochodu, robiąc przed sobą miejsce dla Kotika i Zezoka z wiązanką

kwiatów. Zderzyła się przy tym z kobietą, która popychała przed sobą wózek

inwalidzki; kobieta miała na twarzy ciasno przylegającą woalkę z czar nymi

punktami, przykrywającą zaledwie nasadę nosa. Oby dwie kobiety spojrzały na

siebie i przez woalkę zmierzyły się wzrokiem. Ciekawość bardzo szybko przeszła w

nie tajoną pogardę - o ile można to było stwierdzić po ich twa rzach -kiedy się

rozpoznały. Jakby pośpiech obydwu, żeby nadążyć za trumną, połączył je we

wspólnocie, o której teraz nagle nie chciały już nic wiedzieć. Może jednak Mil ka

tylko dlatego tak się jej przypatrzyła, że Anna zapomniała przeprosić.

-

Bądźcie cicho, dzieci - powiedziała Anna z zakłopo tania i cieszyła się, że może

coś powiedzieć do dzieci, które były zupełnie cicho i mozoliły się z wiązanką.

Bo Tonik zniknął. Anna przepuściła dwa rzędy mię dzy sotią a Milką, nie chciała,

żeby ich oczy raz jeszcze skrzyżowały się przez woalkę w ten sposób.

Anna sięgnęła po ramię Franza i wzięła go pod rękę; jego szare, neutralne oczy

napełniły ją otuchą. Przetarła ręką kołnierz jego munduru, zapomniała mu tam przy

piąć bukiecik mirtu, ale może tak było dobrze. Poczuła, że zaczęła ją boleć noga.

Przed chwilą, kiedy zderzyła się z Milką, musiała źle stanąć albo może nawet noga

wy kręciła się jej w kostce. W pierwszej chwili nawet tego nie zauważyła.

-

Mamoczka - jęczał Kotik - ja już tego nie mogę udźwi gnąć, Zezok tylko się

jeszcze wiesza. Gdzie jest właści wie Tonik? Pieronie.

-

Pieronie - zaprotestował w tym momencie Zezok. -Mój Boże-jęknęła, lecz

raczej z powodu swojej nogi.

- Żeby przeklinać na cmentarzu! Franzek, pomóż im prze cież, dla małych to

rzeczywiście za ciężkie. Tonik zniknął.

Kotik i Zezok nieśli wiązankę na zmianę z Tonikiem z domu na cmentarz i nic im to

nie przeszkadzało, byli przy tym weseli i śmiali się, kiedy zgubili kilka wosko wych

background image

lilii. Teraz przeszła im jednak ochota. Z przodu kon dukt żałobny zaczął śpiewać i

stopniowo przyłączali się pozostali:

Bez ciebie tylko śmierć.

Tyś fest pokarmem mym,

Bez ciebie bezmiar nieszczęść.

Anna śpiewała tym głośniej, im bardziej bolała ją sto pa. Utykała teraz jak

Schymiczkowa. Chciała wyjść z pro cesji i obejrzeć sobie nogę, ale bała się, że

przestraszy tylko Franza i dzieci i może ją też wypchną, i w ogóle nie znajdzie się

już w pobliżu grobu. A więc szła dalej, wlokąc za sobą nogę.

- A jesteś - powiedziała, kiedy Tonik wynurzył się obok

- nie uciekaj ciągle! Pomóż chłopcom, oni już nie mogą... I śpiewała dalej.

Tyś moją miłością,

Życiem doskonałym,

Pociechą, radością,

Boże wiecznej chwały.

Tonik zaraz odesłał obydwu braci, dając im porządne kuksańce i pokazał im, że

potrafi unieść wiązankę jedną ręką. Trzymał ją tak wysoko, że zasłonił Annie widok

z przodu.

Odśpiewali trzy zwrotki tej pieśni i zaczęli kolejną, a Anna Ossadnik przestała już

wierzyć, że długo jeszcze wytrzyma ze swoją nogą, kiedy kondukt żałobny dotarł

wreszcie na miejsce. Procesja nagle się rozproszyła w środku śpiewu i jej uczestnicy

tłoczyli się wokół księ ży i ministrantów. Także wokół otwartego grobu, lecz tego

nie można było tak dokładnie zobaczyć. Wszystko poto czyło się tak szybko, że

Anna pozostałaby daleko w tyle, gdyby nagle nie pojawiła się obok niej jedna z

sióstr Nieradczyk i nie pociągnęła jej za rękę do przodu, zręcznie balansując

pomiędzy świeżo usypanymi grobami. Za nimi zaraz przepychali się łokciami

następni. Nieradczykówny znały się na pogrzebach.

Z nowego miejsca Anna miała dobry widok na księ dza dziekana i na bliskich

krewnych, a najlepsze w tym wszystkim było to, źe mogła być widziana także przez

nich, nie robiąc wrażenia, że się pcha do przodu. Osta tecznie wiedziała, co wypada,

a co nie. Już jej nie prze szkadzało, że Wcześniej, w tłoku, zgubiła Franza i dzieci.

Nagle Milka przepchnęła wózek inwalidzki ze starą, bardzo szacownie wyglądającą

damą tuż obok obydwu sióstr Nieradczyk i także obok niej, przez co Anna zosta ła

zepchnięta na gorszą pozycję: mało co się nie potknę ła i wysokimi obcasami

background image

zapadła się głęboko w piasek. Może by nawet upadła, gdyby inni jej nie

podtrzymali. Nie mogła teraz wyciągnąć butów z piasku. Anna wzięła białą

koronkową chusteczkę i otarła sobie pot z czoła.

Ksiądz dziekan zaintonował znowu swoim śpiewnym głosem:

Zasiany w marności i zmartwychwstały w chwale.

Siostry Nieradczyk spuściły woalki z kapelusza na twarz i zaczęły łkać. Nie była to

jeszcze póra ku temu.

Valeska nie lubiła cmentarzy tylko i wyłącznie z powo du ich zapachu. Leo Maria

lubił chodzić na cmentarze; na podstawie dat urodzin i śmierci na nagrobkach fabu

laryzował całe ludzkie losy. - Nigdzie nie dowiesz się wię cej o jakiejś wsi albo

parafii niż na cmentarzu - dowo dził raz w jej obecności. Kiedy sprowadzili się do

Gliwic, w pierwszej kolejności pokazał jej cmentarz zmarłych podczas epidemii

cholery, położony daleko za miastem, w pobliżu Lasu Łabędzkiego. Tam w roku

panowania za razy 1831 wywożono i chowano ciała; było ich ponoć oko ło trzystu.

Na cmentarzu Lipowym pokazywał okazały gro bowiec starosty górniczego

Schimnioka, a potem szereg prostych grobów. Na drewnianych krzyżach wszystkie

miały tę samą datę śmierci. - Ci mężczyźni zginęli pod czas katastrofy w kopalni:

trzeba na to patrzeć łącznie.

Może wtedy przeprowadziliby się nawet do Zabrza, lecz kiedy stali na tamtejszym

cmentarzu, powiedział: - Przyjrzyj się tym nagrobkom: 29 lat, 18 lat, 47 lat, 32, 15,

36,81 tutaj ludzie się nie starzeją, chodźmy stąd. Później nie chodziła już z nim na

cmentarze albo tylko z chus teczką przy ustach; to był ten zapach, którego nie mogła

znieść i który niekiedy przyprawiał ją o mdłości, a czasami wywoływał swędzenie

twarzy; tarła ją i tarła, aż skóra czerwieniała.

Cmentarze mają swój zapach, to prawda. Być może nie zimą, nie wiosną. Ale latem.

I jesienią. Cmentarze mają zapach zgnilizny. Oczywiście nie dlatego, że tam chowa

się zwłoki, wiedziała to. Mogło się zdarzyć trzęsienie ziemi i otworzyć groby, a nie

byłoby czuć ludzkiej zgnilizny. To gnicie kwiatów jej przeszkadzało. Słońce, stęchła

woda, gnijące cięte kwiaty, więdnące, wysychające wień ce; tworzyło to obrzydliwą

dla niej kombinację. Tuja, bluszcz, ligustr przypominały jej zapachem cmentarz.

Dla tego w jej ogrodzie nie mogła rosnąć żadna tuja, żaden bluszcz i żaden ligustr.

Myślała, że również ludzie mogą przejąć ten zapach, jak na przykład siostry

Nieradczyk, które zauważyła już w kaplicy i o których wiedziała, że nie zabraknie

ich na żadnym pogrzebie, czy to na cmentarzu Centralnym, Li powym, Hutniczym,

background image

czy na jakimkolwiek innym cmen tarzu w mieście; podobno widziano je nawet na

cmenta rzu w Sośnicowicach i w Łabędach - w ich ciemnych suk niach zebrał się już

zapach zgnilizny. Nieradczykówny miały dobrze prosperującą pralnię z gorącym

maglem przy Germaniaplatz, którą dzierżawiły od niepamiętnych czasów i żyły

skromnie z tych dochodów, nie zajmując się niczym innym, jak tylko

uczestniczeniem w pogrzebach. Valeska wyobraziła sobie, jak co dzień studiowały

nekrologi w gazetach, a w niedzielę w gazetkach kościel nych, gdyż tylko nieliczni

mogli sobie pozwolić na za mieszczenie nekrologu w Wanderer albo w

Volksstimme, i jak już o dziesiątej rano stały przed lustrem, poprawiały swoje

czarne sukienki i na kartce papieru zaznaczały ca łodzienną trasę, żeby przecież nie

stracić zbyt wiele cza su, gdyż niektóre pogrzeby odbywały się równocześnie

- musiały je więc dobrze rozplanować. Doszło już do tego, że na pogrzebie nie tylko

krewni, lecz również ksiądz rozglądał się za siostrami Nieradczyk, gdyż wzięto by

to chyba za zły omen, gdyby kiedyś były nieobecne.

Valeska przełożyła bukiet białych goździków z jednej ręki do drugiej. Przestały już

pachnieć. Palec prawej ręki w rękawiczce trzymała przy nosie. Tak obficie skropiła

wodą kolońską chusteczkę, szyję i palce rękawiczek, że mogła żywić nadzieję, iż

przy tej pomocy wszystko prze trzyma. Kilkoma kroplami spryskała wnętrze

torebki, tak po prostu, więc mogłaby, gdyby było źle, niepostrzeże nie otworzyć

torebkę. Jednak do tego jeszcze nie doszło. Ministrant potrząsał cierpliwie

kadzielnicą i kadzidło wy puszczało kłęby dymu.

Panie Jezu Chryste, Ty spoczywałeś trzy dni w grobie i przez swoje

zmartwychwstanie uczyniłeś grób znakiem nadziei. Składamy w tym grobie ciało

Twojego brata Leo Marii Piontka. Pokornie Cię prosimy; aby ten, który do końca

nie zszedł z drogi wiary, na wieki spoglądał w Twoje oblicze.

Amen.

Zobaczyła jak siostry Nieradczyk spuściły woalki z ka peluszy i zaczęły szlochać.

Nie była to jeszcze ku temu pora.

Valeska pomyślała: - Nie wolno mi przegapić odpo wiedniego momentu. Zanim

spuszczą trumnę, chciała odegrać Marsz żałobny, tak to ustaliła z księdzem.

Proboszcz Pattas nie był szczególnie zachwycony jej pro pozycją, tak, w pierwszej

chwili nawet się przed tym bro nił. To wydawało mu się zbyt świeckie. - Ludzie

przy chodzą teraz z najbardziej szalonymi pomysłami - powie dział-z Ave Martą

Gounoda, z La Palomą, nawet z Pleśnią Schlagetera. Raz przychodzi jakiś partyjniak

background image

i chce, żeby mu zagrali Pieśń Horsta Wessela, nie w moim kościele i nie w mojej

obecności, szanowna pani Valesko!

Proboszcz niemal się zacietrzewił. Wiedział, że tak wie le rzeczy zaczynało się

całkiem niewinnie.

Jednak Valeska obstawała przy swoim. To było ostatnie życzenie Leo, skłamała i

zawstydziła się, że w zakrystii pro boszcza musi chwytać się kłamstw, lecz było to

kłamstwo z potrzeby i ostatecznie to tylko grzech lekki. - Wersja for tepianowa -

powiedziała - naturalnie tylko wersja forte pianowa, a nie to, co zawsze grają w

radiu, wtedy po śmier ci Hindenburga albo Wilhelma Gustłoffa, nie to pom-pom-

pompom-pom-pompom-pompom-pompom (zademon strowała mu), z kotłami i

głuchym biciem bębna, nie, we rsja fortepianowa, tak jak ją skomponował Chopin i

jak gra ją Edwin Fischer. - Przyniosła ze sobą płytę, jednak na ple banii nie znaleźli

gramofonu; nawet nikt z młodych księ ży nie miał i musieli dopiero pójść do Wittka,

gdzie mogła mu odegrać ten utwór. Po tym nie był już przeciwny, jed nak cała fraza

wydawała mu się po prostu za długa. - Sie dem i pół minuty, w żadnym razie, ludzie

nie wytrzymają tak długo w ciszy- powiedział. - Ostatecznie ludzie przyjdą na

pogrzeb, a nie na koncert. - Chciał tylko pierwszą część, pełne dwie i pół minuty. -

Miałem przyjaciela też nie trwa dłużej - powiedział.

Valeska uważała wprawdzie, że w powtórzeniu roz winięcie tematu jest

najpiękniejsze i najbardziej przejmu jące, lecz była zadowolona, że proboszcz w

ogóle wyra ził na to zgodę. Ave Maria Gounoda też by się jej podo bało. Jednak to

nie pasowało do Leo Marii.

Teraz skinęła na Josela, żeby przyniósł gramofon z wo zu. Nie był on zbyt lekki,

lecz dwie i pól minuty będzie mógł go przecież potrzymać. Josel stanął trochę wyżej

na usypanej ziemi, a Valeska, która już wszystko przygotowała, nastawiła igłę. Była

przy tym tak zdenerwowana, że jej dłoń drżała 1 trafiła do złego rowka, musiała raz

jeszcze nasta wiać. Może wzięło się to stąd, że nagle zrobiło się tak ci cho, takiej

ciszy nigdy jeszcze nie czuła na cmentarzu. Wszyscy ludzie czekali tutaj na coś

niezwykłego. Jednak potem przez nieskończenie długą chwilę słychać było tyl ko

trzeszczenie igły. Wreszcie, wśród ciszy uderzyły grzmią co pierwsze takty

fortepianowe trzeciej frazy Sonaty b-moll. Josel podniósł gramofon jeszcze wyżej.

Valeska poczuła gęsią skórkę; wcale sobie nie wyo brażała, że będzie to tak

przejmujące; ta cisza i rozbrzmie wająca nagle muzyka napędziły jej łzy do oczu. A

sądziła, że po ostatnich dniach nie będzie mogła już płakać.

background image

Valeska myślała: --Muszę teraz bardzo szybko i inten sywnie o czymś pomyśleć-

lecz nie myślała o niczym. Słu chała tylko muzyki. I nie potrafiłaby powiedzieć, jak

dłu go to trwało. Kiedy muzyka się skończyła, wróciła z daleka, jak ze snu, który był

tak doskonały, że mógłby być nico ścią. Nie pozostało jej nawet wspomnienie. Było

to dla niej zupełnie nowe doświadczenie. Zadawała sobie pytanie, czy mogłaby je

przeżyć bez tego zmarłego tam w dole i co musiałoby się zdarzyć, żeby to się

powtórzyło.

Inna myślała: - Byłoby lepiej, gdybym leżała tam za miast niego, zamknięte w

trumnie, czekając tylko na to, żeby wreszcie przysypali mnie piaskiem, aby kilka

metrów ziemi dzieliło mnie od żywych, z którymi nie mam już nic wspólnego, tylko

tyle, ze wyglądam jak oni, źe poruszam się jak oni, źe mówię jak oni, to wszystko,

nie, nie mogę płakać, nie za tobą, papuś. Raczej cl zazdroszczę, że masz to już za

sobą, źe wszystko masz za sobą. Chciałabym być taka jak ty teraz, a może już taka

jestem. Chciałam ci powiedzieć, papuś, co się stało, i co mnie zabiło; siedziałam raz

przy twoim łóżku, na pewno sobie przypominasz, przy niosłam ci kwiatka,

zasuszonego, spłowiałego bławatka, którego zerwałam na jednej z naszych rzadkich

wycieczek - to było, wydaje mi się, w Hułczyńskim Kraju - i zasuszyłam w moim

albumie poezji, chciałam ci to po wiedzieć, ale potem nie miałam jednak odwagi,

bałam się, że to cię tylko zdenerwuje i rozerwie clę nowy atak ka szlu. Tymczasem

mogłam ci ją przekazać, moją nowinę, na twoją drogę prowadzącą tam, gdzie teraz

dotarłeś i gdzie może najprędzej można znieść prawdę. To był błąd, że ci tego nie

powiedziałam, będę musiała teraz poszukać kogoś, kto wysłucha tej straszliwej

prawdy, kto mi w ogóle uwie rzy, może Skrobek albo mamusia, Heiko na pewno

nie; nie, oni nie uwierzą, raczej uznają, że zwariowałam i wsadzą mnie do Toszka,

może mieliby zresztą rację, komuś innemu ja bym też nie uwierzyła, lecz ja to zrobi

łam naprawdę, ja to zrobiłam i jeszcze dziś moje ciało czuje, że to zrobiłam i żaden

czas nigdy nie zatrze tego śladu. Chciałam zapomnieć, sama nie chciałam sobie

uwierzyć, pozwoliłam, żeby mnie uczczono jako pannę młodą, sie działam, piłam i

tańczyłam jak inni, przyjmowałam wtedy ich prezenty, tak jak teraz przyjmuję ich

ból, lecz ani wte dy się nie cieszyłam ani teraz nie jest mi smutno; w gruncie rzeczy

zazdroszczę ci, papuś, że jesteś tam na dole, wola łabym być na twoim miejscu.

Jeszcze tu jestem pośród żywych i muszę słuchać tego fortepianu; matka trzyma

przy nosie uperfumowaną chusteczkę, wiesz przecież, że nie znosi zapachu

cmentarzy, a Josel chciałby prawdopodob nie wrzucić gramofon wraz z płytą do

background image

grobu, w ślad za tobą, ale przysporzył matce już tyle trosk, że nie zdobędzie się na

to, tylko stoi i trzyma to tam wysoko, żeby muzykę było słychać wystarczająco

daleko, bo mamusia tak chciała, a ja tu stoję, z woalką na oczach, pośród żywych i

wiem przy tym, że jestem martwa...

Anna myślała: -Nie powinnam była iść na ten pogrzeb, co mnie w końcu obchodzi

pan fotograf.

Była wystarczająco zajęta bolącą nogą i tym, że nie mo gła sobie tak naprawdę

wyobrazić życia wiecznego. Te raz w tłumie zgubiła dzieci, oprócz Ulli, i Franzka

też nie mogła dostrzec. A pociecha, że nie jej mąż leżał tam na dole w trumnie, tylko

inny, też nie mogła jej rozpogo dzić. Trumna przypomniała jej w każdym razie, że

do piero niedawno przynieśli Wandruszka do domu na no szach, bo przy

przetaczaniu pociągów dostał się między bufory. Nie chcieli pokazać go żonie, tak

okropnie wyglądał, że to kiedyś mogło się też przydarzyć jej Franzowi

- więc wolała o tym nie myśleć. Jedną rzeczą było, kie dy w jej powieściach ludzie

umierali albo dochodzili do szczęścia, a inną być przy tym i widzieć jak trumna

spoczywała na marach po to, żeby zaraz przyjęła ją ziemia. A ta brzdąkanina

Szopenczyka z gramofonu, to na wol nym powietrzu brzmiało dość metalicznie i jej

Ulla, była o tym przekonana, zagrałaby to o wiele lepiej; postano wiła, że poprosi ją

w domu, żeby raz jeszcze zagrała jej to w spokoju.

Andreas myślał:-Niewiele z ciebie miałem, wujku Leo, przykro mi; chciałem z tobą

porozmawiać o tylu rzeczach. Papa powiedział mi, że nie byłeś zwykłym

fotografem, lecz artystą z aparatem fotograficznym, tak jak inni z pędzlem. A ja

miałem uważać i czegoś się od ciebie nauczyć. O ile tego się można nauczyć.

Jednak na to było już za późno. Oprócz twojego kaszlu niewiele więcej od ciebie

słysza łem i teraz właściwie nie wiem, dlaczego miałbym tu zo stawać dłużej.

Jednak podoba mi się tutaj, to prawda, tego co tu już przeżyłem w ciągu paru dni,

nie przeżyłem w domu w ciągu ostatnich pięciu lat. Chciałem ci jednak opowiedzieć

o matce, jak umarła, przy czym sam niewie le wiem na ten temat; matka zawsze była

dziwna, pamię tasz, całymi dniami mogła się do człowieka nie odzywać i tylko

przejrzeć na wskroś albo siedziała i po prostu nuci ła godzinami swoim delikatnym

wysokim głosem i nie można było odgadnąć, co właściwie śpiewa, i Mamusia ma

chorą duszę - mówił wtedy papa i wysyłał ją do róż nych lekarzy i na ciągłe kuracje;

w ostatnim czasie prawie jej nie widywałem. I kiedy latem ubiegłego roku byłem na

wakacjach u wujka Paula, wtedy podobno spadła z konia. Jednak ja nigdy nie

background image

widziałem, żeby jeździła konno. Papa mówił, że w ostatnim czasie była to jej jedyna

radość. Nie mogę sobie tego tak całkiem wyobrazić, a ty, wujku Leo? Przecież

dobrze ją znałeś, w końcu była twoją siostrą. Nie zawiadomili mnie, kiedy umarła,

nie chcieli mnie dener wować, tak powiedzieli. Wyobraź sobie, jedyny syn nie mógł

być na pogrzebie, pochowali ją w Głubczycach, obok grobu siostry, a ja nawet nie

mogłem tego zobaczyć. Z tobą chętnie bym tam pojechał, wujku Leo, stąd to

przecież nie daleko. Pytałem już ciotkę Valeskę, czy nie pojedzie ze mną do

Głubczyc na grób mojej matki, a ona zrobiła tylko wielkie oczy i powiedziała: - Co

ty opowiadasz, dziecko - i to też było trochę dziwne. Co ty opowiadasz, dziecko:

mówię o śmierci mojej matki, tak jak Josel mówi o śmierci swojego ojca i tak jak

Josel zna grób swojego ojca i będzie go odwiedzał, tak ja chciałbym znać grób mojej

matki i złożyć na nim kilka kwiatów; kochała lwie paszcze, wy obraź sobie, taki

wstrętny kwiatek - lwią paszczę. Mówi ła, że w domu, w domu rodzinnym, ogród

obramowany był lwimi paszczami, pamiętasz? Położę jej na grobie wiel ki bukiet

lwich paszcz, kiedy tam przyjdę, a gdy lwie pa szcze nie będą już kwitły, wtedy

bukiet bławatków albo maków, który sam uzbieram na polu.

Ulla myślała: - Jak pięknie to jest zagrane. Chciałoby się zatrzymać serce, żeby to

całkowicie zrozumieć. Chy ba nigdy nie będę umiała tego tak zagrać.

I Ulli wyrwało się głośne westchnienie, które usłyszeli stojący wkoło.

- Będę teraz ćwiczyć tę sonatę; przeznaczę na to wy starczająco dużo czasu, ale

może rzeczywiście trzeba bo leć nad czyjąś stratą, żeby móc ją dobrze zagrać. To

musi być ból, który zrani człowieka do głębi. Śmiertelny w ser cu cierń, jak czasami

śpiewała pani Piontek, gdy sądziła, że jest sama z panem Montagiem. Jednak ja tego

nie czuję, może jestem na to jeszcze za młoda. Kiedy feldfebel leżał na ulicy, a my

myśleliśmy, że nie żyje, wtedy też nic nie czułam, myślałam tylko, żeby stamtąd jak

najprę dzej uciec, ale później, kiedy rozmyślałam o tym w domu, też mi nie było

przykro. Nawet z powodu Josela, który zwiał przecież ze strachu i nie chciał wrócić

do domu. Po tym trochę wolniej grałam mazurka, ale to wszystko. Może byłoby

inaczej, gdybym naprawdę doświadczyła prawdziwego, głębokiego bólu. Gdyby

Tonik poległ na wojnie! Jest moim bratem i chyba jestem do niego przy wiązana.

Nie jest wprawdzie moim ukochanym bratem, lecz zawsze bratem; gdyby Tonik

poległ, na pewno by to mną wstrząsnęło. Tak, może byłoby dobrze, gdyby Tonik

umarł, trafiony kulą nieprzyjaciela, jak to się za wsze mówi, a mamoczka zawyłaby

z bólu, kiedy przy- szłaby wiadomość i z krzykiem biegałaby po domu, wy

background image

machując rękami, on jest przecież jej najukochańszym synem, a ja stałabym się

przez to dojrzalsza.... Może mo głabym wtedy grać march funèbre tak dobrze i z

takim głębokim wzruszeniem jak Edwin Fischer.

Ulla rozejrzała się za Tonikiem, lecz nie mogła go doj rzeć.

Milka myślała: - Co mnie jeszcze trzyma w tym kraju, kiedy twoje zwłoki są

pochowane tam w ziemi i niedługo zaczną gnić, bracie. Gerda nie żyje, a ze Steiïi

jest jeszcze gorzej, Martha i Maria zostały po polskiej stronie jeszcze wtedy; sam

Pan Bóg wie, co się z nimi dzieje w czasie tych wojennych dni. Tak, teraz nikt ze

starych Piontków mnie tu już nie trzyma, jestem jedyną, która jeszcze została;

Jednak wydaje ml się, źe potrzebuję rzek, potrze buję potoków ł jezior, potrzebuję

wody, która płynie łąkami i dymu hut, który spiętrza czarne góry, ogników

tańczących nocą na hałdach żużlu i dziewanny, która ten czarny zakopcony kraj

pokrywa żółtym dywanem i dzikiej niebieskiej lawendy, która odurza mnie swoim

zapachem. Nie uwolnimy się od tej przeklętej ziemi, miałeś rację, Leo Mario, trzeba

tę ziemię nienawidzić i trzeba ją ko chać - i pomiędzy tymi uczuciami będziemy

rozdarci.

Tonik myślał: - Muszę znaleźć sposób, żeby zbliżyć się do Hanny Baron albo do tej

czarnej z podkręconymi pod spód włosami, nosi kolczyki jak Cyganka. Wyśmieją

mnie w koszarach, kiedy się dowiedzą, że nigdy jeszcze nie dupcyłem się z

dziewczyną, a oni już tak potrafią wy pytać człowieka, że już po chwili wiedzą, czy

się ich na biera, czy nie i moje historie wezmą wtedy w łeb. Oczy wiście, wszyscy

myślą, źe dupcyłem się z wieloma, wy starczająco długo chodziłem z Gerdą

Koschniczek, ale ta zawsze zaczynała o ślubie; powiedziała, że Święto Ma ryja tkwi

u niej między nogami, naprawdę tak powiedzia ła, i że po prostu stamtąd nie

wyjdzie, dopóki proboszcz nie pobłogosławi jej wcześniej jako panny młodej. A u

Ursel Muller nie było w środku żadnej Maryi, ta jest ewangeliczką, ale panicznie się

boi, że będzie z tego dziecko, i chciała tylko od tyłu. - Spróbuj od tyłu i mówiła 1

więk szość dziewczyn pozwala tylko od tyłu, kiedy nie są za mężne. - Ale ja jej

powiedziałem, że nie, nie za pierw szym razem, za pierwszym razem chcę, żeby to

było na prawdę, raczej pójdę za piątaka do kurwy spod mostu Kłodnickiego.

Udawałem przy dziewczynach wielkiego bohatera, ale to mi teraz tylko

przeszkadza, bo wszyst kie myślą, że to jest taki, który chce tylko raz, a tak

naprawdę nie zbliżę się już do żadnej. Muszę spróbować z Hanną, ona jest

przejrzała, ona potrzebuje teraz męż czyzny, bo już w ogóle żadnego nie złapie, ona

background image

też to wie i dlatego tak się stroi. Powiem, że się z nią ożenię podczas pierwszego

urlopu frontowego, wtedy będzie na rzeczoną żołnierza. Jednak jeszcze dziś muszę

się z nią dupcyć, jeszcze dziś muszę się z nią dupcyć, oni mnie przecież wyśmieją,

kiedy przyjdę do koszar jako niewin ny, ubiorą mi białą koszulę i posmarują

podeszwy stóp czarną pastą do butów. Żeby się przynajmniej skończyła ta

brzdąkanina; przy grobie gramofon, czegoś takiego je szcze przecież nie było.

Lepiej wyjdę na mur cmentarny, stamtąd będę mógł mieć Hannę lepiej na oku, udaje

zupełnie pogrążoną w smutku, ani na mnie nie spojrzy, żeby tak w czarnej sukience,

przecież wcale nie jest jej to po trzebne.

Josel myślał: Co za kłamstwo, co za przeklęte kłam stwo, dlaczego właściwe nikt się

nie oburza na akie kłam stwo; co dzień, co niedzielę słyszymy to kłamstwo w

kościele, klękamy i mówimy: - Tak, Panie, przyjdź wola Twoja - mówimy: - Tak,

Panie, zmiłuj się nad nami - mówimy: - Tak, wysłuchaj nas, o Panie — a on ani nas

nie Wysłuchuje, ani się nad nami nie miłuje, a jego wola niech nie przychodzi, jeżeli

zabiera nam to, czego po trzebujemy. Jeżeli papuś był już powalony tą straszliwą

chorobą 1 wypluwał sobie duszę ż kaszlem, to nie mu siał przecież już teraz

umierać, a radca sądu okręgowe go Montag nie musiał odbierać sobie życia i jeżeli

wszy stko, co czyni Bóg, jest dobre, jak ten stary człowiek śpie wa nam głosem

świętoszka, to pozwól nam mianowicie i w ogóle uskarżyć się, tak, pozwól nam to

wykrzyczeć, pozwól nam okazać, że nie możemy się z tym pogodzić.

Miałby ochotę zawyć, lecz zupełnie spokojnie trzymał gramofon w ramionach i nie

dało się po nim poznać obu rzenia.

Pewno w którejś z tych bezbożnych książeczek do mo dlenia jest napisane, że przy

grobie swojej matki albo swo jego ojca opłakuje się ich w sposób odpowiedni i

stosowny i dlatego stosujemy się do tego, tacy jesteśmy oka leczeni, 1 mamusia

wynajmuje stare, wstrętne baby, tak, muszą być stare i wstrętne, które stoją tutaj za

półtora mar ki, wykrzywiają twarze, naprężają struny głosowe, kła pią przeponą,

wyrywają sobie przyklejone sztuczne włosy walą pięściami w głowę, wszystko to

robią w naszym zastępstwie. A nas wychowali tak, że skrapiamy twarz wodą, kiedy

wchodzimy do kościoła, że trzymamy spu szczoną głowę, że klękamy, że uderzamy

się w pierś, aby śmy byli poniżeni, gdyż człowiek, który się obu rza, musi być

wyprostowany, tak już w dzieciństwie łamią nam kolana, tak jak Chińczycy

doprowadzają do tego, że ich dzieciom palce nóg zrastają się z podeszwami stóp,

żeby można je było zmusić do każdej podłej pracy i żeby nie mogły uciec. Więc

background image

teraz też robię znak krzyża i pochylam się jak inni, bo dk mnie jest już za późno...

Valeska zdjęła igłę z płyty. •

Ksiądz dziekan tylko na to czekał. Podniósł rękę: - Zło żymy dało naszego brata w

grobie- powiedział. - Chry stus zmartwychwstał jako pierwszy z umarłych, ufamy,

że wskrzesi naszego brata Leo Marię Piontka, gdy przyj dzie w chwale.

Mężczyźni w czarnych bluzach stanęli na deskach i zaczęli powoli opuszczać

trumnę na grubych, brudnych linach. Zamówiony przez Valeskę fotograf wyszedł do

przodu i pstryknął zdjęcie.

Piontkowie zaczęli płakać, jakby zmarły dopiero te raz ostatecznie się od nich

oddalił. Siostry Nieradczyk wyzbyły się już wszelkich hamulców. Ich szlochanie

było tak głośne, że ludzie spoglądali w ich stronę i kto ich nie znał, musiał

pomyśleć, że jedna z nich była chyba wdową. Tylko która, to było pytanie.

Potem zaczęły trzy płaczki, które przedtem rozerwał tłum 1 dopiero teraz się

odnalazły. Najpierw był to jazgo tliwy śpiew, jakby musiały uzgodnić, niczym w

orkiestrze, podstawowy ton, potem jedna jęczała, druga bulgotała i skrzeczała, a

trzecia wybuchnęła ochrypłym rykiem. Biły się przy tym pięściami w uda, potem w

piersi, potem w głowę, całymi kępami wyrywały sobie włosy; tupały w miejscu i

wykręcały się przy tym we wszystkich kie runkach; ich zawodzenie nasilało się i

cichło niczym dźwięk syreny.

Hrabina Hohenlohe-Langwitz przyłączyła się nagle do tego śpiewu z histerycznym

szlochem, na który nic nie mogła poradzić.

Valeska rzuciła spojrzeniem w kierunku brata. Ten szloch był dla niej żenujący. Od

początku była za tym, żeby dać płaczkom tylko markę, jej brat dał im jednak półtora

i teraz w ogóle nie miały już zamiaru przestać.

-

Wszechmogący Bóg odrodził cię z wody i Ducha świętego na życie wieczne-

proboszcz Pattas donośnym głosem próbował wprowadzić sobie posłuch - niech za

tem dopełni dzieła, które rozpoczął na chrzcie świętym. -Trzy razy pokropił grób

wodą.

- Prochem jesteś i w proch się obrócisz, ale Pan cię wskrzesi w dniu ostatecznym.

Ministrant podał księdzu dziekanowi małą szufelkę, ten wziął ją i wetknął w piasek,

trzy razy posypał trumnę zie mią. Potem uczynił nad grobem znak krzyża: - W

krzyżu naszego Pana Jezusa Chrystusa jest zmartwychwstanie i zbawienie. Pokój

niech będzie z tobą!

Płaczki uspokoiły się. Valeska otwierała 1 zatrzaskiwała torebkę. Anna Ossadnik

background image

dotknęła oczu chusteczką. Josel beczał ze złości.

Płaczki poprawiły sukienki i przecisnęły się przez żałobników. Ich praca była

skończona, nie chciały dłu żej czekać, pieniądze już dostały.

Od ulicy słychać było śpiewający oddział żołnierzy:

Spotkamy się znowu, gdzie ojczyzny śnieg,

Spotkamy się znowu tam, gdzie Odry brzeg.

Może śpiewali już od dawna, tylko Valeska dotąd tego nie słyszała.

- Módlmy się- powiedział ksiądz dziekan - za nas i za wszystkich żyjących,

szczególnie zaś za tego spośród nas, który pierwszy podąży w ślad zmarłego przed

oblicze Boga.

- Ksiądz skłonił głowę, wspólnota żałobna poszła za jego przykładem. Tylko kilka

osób, wśród nich także Anna Ossadnik, szybko spojrzało przy tym na siebie z

tłumionym prze rażeniem na twarzy. Gzy to ty, albo ty albo ty? Albo czy to

naprawdę ja? Potem pochylili głowy, może jeszcze głębiej niż pozostali.

- Wszechmogący Boże, dzięki cl składamy że przez zmartwychwstanie Swojego

Syna zapalasz światło w ciem nościach świata i śmierci. Dodaj nam sił, byśmy w

naszym żydu podążali za tym światłem, dopóki wszyscy nie spo tkamy się u Gebie.

Ksiądz dziekan odwrócił się i podszedł bardzo blisko do wdowy. Wziął jej dłoń w

obydwie dłonie i coś do niej szepnął. Potem podał jej szufelkę! podprowadził ją

ostroż nie do grobu. Valeska upuściła białe goździki.

Za pierwszym razem poprowadził jej rękę. Valeska usłyszała jak ziemia spada na

trumnę, wsłuchiwała się przez chwilę w ten odgłos, potem wrzuciła ziemię drugi i

trzeci raz - długo trzymała potem w zamyśleniu szufel kę w dłoni, dopóki brat nie

wyjął jej szufelki z ręki i nie odprowadził z powrotem na miejsce. •,..

- Wierzę w dala zmartwychwstanie - powiedział ksiądz dziekan. -1 wżycie

wieczne.

Willi Wondrak otrząsnął się. On w to nie wierzył- W tym momencie wierzył w coś

zupełnie innego.

Valeska przyglądała się bratu, jak powodowany bar dziej rytuałem niż własną wolą,

podszedł do krawędzi grobu, pochylił się, wziął w rękę trochę ziemi i wrzucił )ą do

środka, trzy razy z rzędu, bardzo szybko i zdecy dowanie, jak wszystka, co robił w

życiu.

Ciotka Lucie (Lanolin) już się za nim przepychała.

Valeska pomyślała o tym, jak mało znała swojego bra ta. Przypomniała sobie, że ten

background image

ruch ręki już kiedyś u niego widziała i to wspomnienie spadło na nią tak nagle, że z

roztargnieniem przyjęła kondolencje od ciotki Lucie i jej niewidomego syna.

Odwiedziła raz brata w internacie, kiedy był wycho wankiem dominikanów. Kilka

dni wcześniej w bocznym skrzydle wybuchł pożar i jej brata obwołano bohaterem,

gdyż wdarł się do dymiącego budynku i uratował kilka kosztownych przedmiotów,

takich jak rzeźbiona ręcznie skrzynia i stary globus. Ogień wybuchnął w kotłowni,

gdzie pedel magazynował makulaturę, która musiała się zapalić. Pedla zaraz

zawieźli do więzienia okręgowego. Kiedy Willi pokazywał jej wypalone do połowy

skrzy dło, przykucnął i bawił się piaskiem. - Co byś powiedzia ła, gdybym podpalił

papier w piwnicy? -i zrobił ten sam ruch jak właśnie przed chwilą. Okropnie się

prze straszyła, lecz on dał jej przypalony guzik swojej mary narki i zaczął się nagle

śmiać, był to zimny, przeszywają cy śmiech: - Wy naprawdę wszystkiego się po

mnie spodziewacie, mój Boże, jakże musicie mnie nienawidzić.

- Dowiadywała się później o pożar i nikt nie wątpił w to, że pedel postąpił

nierozważnie, a mimo to nigdy nie za pomni twarzy brata, który, jeżeli naprawdę nie

był sprawcą, chyba chciał nim być w owym momencie. Później, kiedy znowu

spotkała Willego we Wrocławiu, gdzie przygotowywał się do egzaminu, nie miała

odwagi przypominać mu o tym wydarzeniu. I gdyby nie ten przy palony guzik,

który razem z kilkoma innymi tajemnicami przechowywała w starym pudełku po

herbatnikach, o wszystkim by zapomniała. To było wystarczająco daw no temu.

- Niewiele o nim wiem - myślała przy czym wiem o nim zawsze więcej niż

ktokolwiek inny. - W ostatnich latach często z nim przebywała, gdyż brat coraz

bardziej wciągał ją w swoje interesy z działkami, jednak nie zbli żyli się przy tym,

gdyby się nad tym dobrze zastanowić.

Wondrak potrafił swoje prywatne życie utrzymywać w tajemnicy, nawet przed

Valeską.

Chciałaby wiedzieć, jak spędzał swoje wolne wieczory, a przede wszystkim

weekendy, i w ogóle nie zadowalała się jego wyjaśnieniami, według których

pracował cały ty dzień do późna w nocy, a w sobotę, być może, gdy tak się złożyło,

chodził z upodobaniem do Teatru Miejskiego, do hotelu "Admiralpalast" w Zabrzu

albo na gościnny wy stęp do "Neue Welt". Wyobraźnia podsuwała jej właśnie

ciemne, zamazane obrazy elitarnych klubów męskich, se ansów spirytystycznych

albo przepełnionych kasyn gry (przecież często jeździł do Polski i Czech), nawet

zdroż- ności i rozpusty, których w żadnym razie nie chciała zbyt wyraźnie

background image

przywoływać. Kilka razy towarzyszyła mu w teatrze i na variété i odkryła przy tym,

że wszędzie bawił się z taką otwartą, nie udawaną, niemal dziecięcą radością, gdy

tymczasem ona czuła raczej znudzenie. Więc coraz bardziej próbowała go wciągnąć

we własną działalność, w przygotowanie koncertów dobroczynnych, w imprezy na

rzecz WHW* albo VDA, w żywe obrazy - swoją imita cję Zarah Leander, do której

musiała go (jeżeli sobie do brze przypomina) najpierw zmuszać, potem jednak grał

przy najróżniejszych okazjach z taką brawurą i niepoha mowaną radością, że ją to

czasem, gdy mu się przy tym przyglądała, niemal przerażało. Wydawało jej się, że

od grywał tę postać po to, żeby skryć za nią jakąś inną.

W międzyczasie Valeska podała dłoń wielu osobom, nie patrząc przy tym na

nikogo, skłaniała tylko lekko gło wę. -Jak to dobrze-myślała-mieć woalkę na twarzy.

Potężne], prawie kwadratowej postaci prezesa wodo ciągów nie mogła nie

zauważyć.-Ból jest także we mnie, a moje współczucie przy pani - powiedział i

złożył swo je ręce; dłoń Valeski zniknęła w nich prawie do łokcia. - Przynajmniej

nie kapie mu z ust utarta formułka kondo lencyjna i pomyślała. Przyłączyła się jego

żona, wymam rotała coś ponurego, co miało uwidaczniać jej żal.

Podeszła do niej Zoppas, zupełnie żółta na twarzy. Jej żołnierz wyruszył na front w

nocy z czwartku na piątek. Już nigdy więcej go nie zobaczy, chociaż w ciągu tych

dwóch tygodni kwaterowania stał się jej tak bliski jak wła sny mąż. I kiedy raz dla

zabawy włożył jego garnitur, na prawdę pomyślała, źe w pokoju znowu stoi

Heinrich, taki, jakim był przed dziesięcioma laty. A teraz nie wiedziała nawet, z

jakiego miasta pochodził jej żołnierz, tak bar dzo była zawsze nim zajęta, że nie

zdążyła go o to zapy tać. Czuła się, jakby owdowiała po raz drugi. Co znaczył więc

ból Valeski Piontek w porówaniu z jej bólem? Kie dy podawała jej dłoń, łzy ciekły

po jej twarzy.

Valeska rozumiała wdowę Zoppas. Nie mogła jednak na nią patrzeć.

Inwalida Hrabinsky o jednej nodze przykuśtykał na swoich kulach, podparł się na

nich i wytarł grzbietem dło ni suche oczy. - To poruszy nawet takiego mężczyznę

jak ja - powiedział. - Leo Maria był mi dobrym przyja cielem.

Miał nadzieję, że wdowa zaprosi go na stypę. Jednak wdowa zabrała mu swoją dłoń

i zwróciła się ku nauczy cielce prac ręcznych, pannie Bombonnek. - Nic nie szko dzi

- pomyślał inwalida - to przyjdę po prostu nie pro szony. Wyciągnął z kieszeni

chusteczkę i zatrąbił w nią głośno. Kiedy pani Piontek nawet wtedy ku niemu nie

spojrzała, pokuśtykał dalej.

background image

Przyszedł nawet redaktor naczelny gazety; promieniał na całej twarzy, na próżno

usiłując ukryć to przynajmniej przed wdową. Zanim wyruszył na cmentarz,

wysłuchał po łudniowych wiadomości, w których mowa była o "plano wanym

oswobodzeniu całego wschodniego górnośląskie go regionu przemysłowego", i

właśnie wyliczył sobie wy ższy nakład i dwie dodatkowe lokalne edycje w

Tarnowskich Górach i Katowicach.

Pomysł Piontka, żeby wszystkie zamki, ruiny i wieże na Górnym Śląsku przedstawić

w gazecie w fotografii i słowie był wielkim sukcesem, będzie to nadal

kontynuowane. Poza tym, miał zamiar zrobić z tego album, o ile dostanie na niego

przydział papieru, z przedmową Han sa Christopha Kaergla.

Wszystko to zmieścił w krótkim czasie, potrząsając dłoń Valeski. Jej w każdym

razie wydawało się, jakby nigdy nie miał skończyć.

- Bez Kaergla - powiedziała gwałtownie.

- Go proszę? - Redaktor naczelny już się odwrócił i znowu myślał o żywych,

którzy wchodziliby jeszcze w grę jako abonenci.

- Chciałam powiedzieć - Valeska odparła teraz uprzejmie zza woalki - bez

przedmowy Kaergla, bo nie kupią nas pobożni katolicy. Może lepszy byłby jednak

Sćhodrok? Albo nawet 'Hauptmann? - Zakręciło jej się w głowie.

- Myślałem tylko, żeby ze względu na przydział pa pieru, - szepnął redaktor

naczelny odchodząc. Dłoń Za leski znalazła się już w dłoni hrabiego Poremby. On

rzeczywiście miał zamiar tu, na dworze, pod gołym niebem, pocałować ją w rękę.

Valeska gwałtownie mu ją wyrwa ła. W klapie jego czarnego garnituru zobaczyła

odznakę szarotki, jaką wówczas po powstaniu nosili mężczyźni z Ochotniczego

Korpusu Oberhnd, jego żona nałożyła trochę zwariowany, trójwarstwowy kapelusik,

który owi nęła po prostu czarną woalką, żeby godnie wystąpić w tej żałobnej

godzinie. Z jej ramion zwisał lekko nastroszony, srebrny lis. Wydawała się być

mniejsza niż zwykle i dopiero gdy odchodziła, Valeska zauważyła, że przy każ dym

kroku zapadała się głęboko w usypaną ziemię.

W międzyczasie przecisnął się do niej pan Apitt i to ona oplotła swoimi palcami w

rękawiczkach jego dłoń - drugą trzyma! się za policzek - o mało co nie odrzuciła

woalki w tył, żeby pokazać mu wyraźnie także oczami, jak bar dzo cieszy się Z jego

współczucia. Apitt, który tak lubił mówić, tym razem nie powiedział nić. Zachował

to sobie na później. Albo rzeczywiście był wstrząśnięty mową księ dza dziekana,

muzyką, płaczkami, Valeską Piontek-całą w czerni i zawoalowaną. Ta, której nie

background image

mógł sobie wyo brazić jako wdowy, rzeczywiście wyglądała jak prawdzi wa wdowa.

Z niedowierzaniem mrugał oczami. Ona wy czuła to we wzroku, jakim na nią

spojrzał.

Valeska otwierała i zatrzaskiwała torebkę, nie pragnęła teraz niczego goręcej, jak

tylko móc opuścić cmentarz. I zadawała sobie pytanie, jak przetrwa drugi pogrzeb,

cho ciaż skromniejszy i bez żałobników. Cieszyła się na myśl, że znowu będzie

siedzieć przy swoim fortepianie i grać; może nie dziś, nie jutro, ale na pewno

pojutrze. Miała ku temu uzasadniony powód, musiała w końcu udzielać lek cji i

wraz z grą na fortepianie coraz bardziej i bardziej bę dzie się oddalać od smutku.

Valeska lekko uniosła woalkę powyżej nosa. Rozproszyła wątpliwość Apitta, z jaką

na nią przed chwilą spoglądał. A Apitt zebrał cały swój ból, żeby jej powiedzieć: -

Chopin, niech pani gra Chopina! To panią uratuje! - Oddalił się z dłonią przyciśniętą

do policzka.

Valeska poczuła, że jest uratowana. Objęła Ułlę Ossadnik, która właśnie wrzuciła do

grobu połyskujące nie bieskie ostróżki, z gwałtownością, która niemal onieśmie liła

młodą dziewczynę. Będzie grać Chopina razem z nią.

Ulla pokazała swoją matkę i braci - Kotika i Zezoka - którzy poprawiali wiązankę i

rozgrzebywali nogami pia sek. KotJk chciał się jak najszybciej pozbyć swojej

formułki, a Zezok zezował i wolałby raczej pomówić z Joselem Piontkiem, do

którego nie mógł się jednak zbliżyć.

Valeska wyciągnęła lewą dłoń do pani Ossadnik, a prawą do Ulli i trochę się

zirytowała, kiedy w oczach obydwu kobiet dostrzegła coś błyszczącego. Ulla

cieszyła się, ze jednak poczuła w piersi coś w rodzaju pie czenia i zapragnęła, żeby

to był ból, który uczyniłby ją dojrzalszą. Trzeba doznać cierpienia, żeby stać się

wiel kim artystą, tak było napisane w przedmowie do Testa mentu

heiligenstadzkiego. Naprawdę chciała zostać wielką artystką, teraz nawet czuła, że

znajduje się na drodze do tego celu i wycisnęła pół łzy. Pani Ossadnik dała się

całkowicie ponieść, kiedy złapała dłoń wdowy i przycisnęła ją do policzka,

pomyślała o powieści, którą przerwała właśnie z powodu tego pogrzebu tutaj ł o roz

dziale, w którym faryngi torturowały w ohydny sposób biednych indyjskich

chłopów uprawiających ryż, żeby wycisnąć z nich kilka rupii: to naprawdę mogło

czło wiekowi napędzić łzy do oczu. Nie zapomniała przy tym jednak wygładzić

szarfy przy wiązance, żeby pani Pion tek mogła też wyraźnie odczytać: OD

PRZYJACIÓŁ OSSADNIKÓW.

background image

Josel wykorzystał okazję, żeby wsunąć Ulli list. Ulla spojrzała na niego z

zaskoczeniem, jednak zachowała mimo wszystko na tyle przytomności umysłu żeby

scho wać kartkę w rękawie sukienki.

- Przyjdziesz na pewno? - zapytał Josel cicho. .

- Tak, wieczorem na kolację, z mamoczką.

-Nie wcześniej?

-Nie -powiedziała Ulla -Przecież wiesz, nie wypada.

I jakby wymazując wszystko, co od owej nocy między nimi zaszło, powiedziała: - -

Dobrze, że znowu je steś, Josel.

Josel pomyślał; - Przecież nie zacznę jeszcze beczeć? Teraz, kiedy poszedł nawet

ksiądz. - Przełknął grubą kluchę. Spojrzał na nią bezradnie. Na szczęście przyszła

teraz ciotka Zoppas i także jemu ścisnęła dłoń. - Biedny chłopiec - powiedziała. I

miała na myśli raczej siebie.

Valeska spojrzała ponad usypanym wzgórkiem piasku. Trochę dalej z tyłu żałobnicy

złożyli wieńce i zobaczyła, jak Milka przewoziła na wózku obok hrabinę Hohenlo

he i jak przyłączyli się do nich Irma z jej bratem Willim. Czytali wspólnie napisy,

kiwali do siebie głowami i do pasowywali kroki do wspólnego rytmu.

Żałobnicy rozproszyli się po cmentarzu. Jeszcze nie dawno byli niczym czarny rój

pszczół, krążący wokół gro bu i wdowy; teraz wydawali się raczej czarnymi plama

mi w czarno-zielonym krajobrazie cmentarnym. Tak przy najmniej zdawało się

Tonikowi z góry, z wysokości cmen tarnego muru. Dojrzał Hannę Baron w

ożywionej rozmo wie z nauczycielką Bombonnek, zmierzające razem do głównej

alei. - Pieronie! - Spuścił się z muru. - Muszę znaleźć sposób, żeby pozbyć się panny

Bombonnek!

Siostry Nieradczyk pierwsze dotarły do głównego wyj ścia. Gdyby się pospieszyły,

mogłyby jeszcze złapać naj bliższy autobus i w ten sposób zdążyć na pogrzeb na

cmentarz Lipowy. Według ich listy był to osiemdziesięciodwuletni emeryt Wilhelm

Kowallek, więc i tak nie bę dzie tam wielu ludzi. Być może będą nawet jedynymi.

Andreas Ossadnik tak to zaaranżował, że Josel odchodząc, musiał go minąć. Bawił

się astrem, z którego powoli wyry wał płatki - Josel! Chciałem d tylko powiedzieć,

że jest mi pierońsko przykro.

Josel podniósł wzrok i dopiero teraz rozpoznał Andreasa Ossadnika.

- Ach to ty, Zezok I powiedział Josel. Dawno go nie widział. Josel należał do tych,

którym wolno było nazy wać Andreasa Zezokiem. To był zaszczyt, naturalnie.

background image

- Przyszedłem, bo lubiłem twojego ojca-powiedział.

- Nie tylko dlatego, że Ulla tak chciała.

- Twój ojciec robił mi raz zdjęcie, to trwało dosyć dłu go, nie tak jak w automacie,

pstryk i wyglądasz jak Pistułka* - musiałem się obracać w jedną i drugą stronę i

przyjmować coraz to nowe pozycje. Potem widziałem to zdjęcie w Volksstimme,

zdjęcie ml się podobało i tyl ko, że wyglądałem na nim jak ktoś inny.

- Tak, wiem - powiedział Josel - ja je też widziałem. Mnie też często fotografował,

ale nie umieszczał w gazecie, tak jak ciebie, widzisz. - Nie wiedział, czy Ze zok

teraz na niego patrzył, czy też spoglądał zupełnie gdzie indziej. Popatrzył po prostu

na ziemię.

- Josel, zostań tu - upomniała matka, która straciła z oczu Irmę i rozglądała się za

bratem. - Jeszcze nie skoń czyliśmy. - Skinęła na Willego i pozwoliła zaprowadzić

się z powrotem do kaplicy.

- Chciałem ci tylko powiedzieć - odezwał się Zezok, kiedy matka Josela odeszła -

więc, żebyś oderwał się od swoich myśli - i ukręcił przy tym astrze głowę - że mamy

dziś spotkanie naszej ferajny. Nie chcesz przyjść? Będzie my świętować,

rozwiązujemy się absoluto.

-Tak, ale nie mogę przecież tak..., muszę się naj pierw przebrać...

O ferajnie Zezoka już od dłuższego czasu krążyły naj bardziej nieprawdopodobne

pogłoski, jednak nikt dokła dnie nie wiedział, gdzie odbywała swoje spotkania: przy

kanale, w lasku miejskim czy w okolicach Zemik. Mówiło się nawet, że za każdym

razem spotykają się oni w innym miejscu, żeby nie odkryły ich inne ferajny. Josel

chciał kiedyś wziąć w tym udział, ale to było już jakiś czas temu. Teraz wydawało

mu się, że jest na to trochę za dorosły. Jednak dzięki temu szybciej by minął czas do

momentu, kiedy Ulla da mu odpowiedź na list. To by mu nawet odpowiadało. -

Gdzie się spotykacie? - chciał wiedzieć.

Zobaczył, że odległość dzieląca go od matki rosła coraz bardziej.

-Wpół do czwartej przy moście Hindenburga-odpo wiedział Zezok i spojrzał w

zupełnie innym kierunku. Rzucił łodygę astra na grób.

- O czwartej - powiedział Josel. Nie wiedział, jakie pla ny wobec niego miała

jeszcze matka. Jednak o szóstej, gdy Ulla przyjdzie na stypę, chciał znowu być z

powrotem. Może mógłby nawet w drodze do mostu Hindenburga zaj rzeć jeszcze do

swojego baraku przy Dzikiej Kłodnicy.

-Dobrze, przyjdę! O czwartej - powiedział raz jeszcze. Zobaczył, jak matka

background image

odwróciła się na głównej alei i spo glądała za nim. Zatrzymała się.

-

In porzundek - powiedział Zezok. - Czekam na cie bie przy moście Hindenburga.

Josel znał Zezoka ze szkoły i z drogi do domu i widy wał go czasami, kiedy

odprowadzał Ullę. Niewiele ze sobą rozmawiali, zamieniali się kulkami do gry i

nadzianymi na szpilkę motylami, a raz pokazał mu, że urosły mu wło sy pod

pachami i na przyrodzeniu; Zezok nie chciał mu wierzyć. Jednak on był o rok

starszy.

Ulla mówiła o nim, że to chłopak, który zawsze prze wraca kamienie i pod nie

zagląda. Wziął to dosłownie i przez jakiś czas robił tak samo i był zaskoczony,

czego to nie ma pod kamieniami: jaszczurki, mrówki, dżdżow nice, a z tyłu w

wilgotnej szopie tłuste równonogi, pła skie czarne robaki, stonogi i pająki. Jednak

wkrótce po rzucił to zajęcie. Zezok nie. Może przez to zyskał respekt u przyjaciół w

tym samym wieku; coś w nim musiało prze cież być, co zrobiło z niego przywódcę

ferajny. Nie była to w każdym razie jego siła. Może było to też tylko to, że swoimi

zezowatymi oczami mógł patrzeć równocześnie w dwóch kierunkach. Tak to

przynajmniej wyglądało.

Pójdzie tam, lecz bardziej dlatego, żeby nie rozczaro wać Zezoka. Bowiem komuś,

kto w pustym wagonie to warowym dojechał aż do Twardawy, nie mogły

imponować tajemnice dzielnicowej ferajny; to miał już za sobą.

Josel dogonił matkę.

-

Zostań tu - powiedziała do syna głosem, który po woli odzyskiwał stanowczość.

- Pochowamy teraz po ci chu pana Montaga.

Josel był zaskoczony. O tym nikt mu wcześniej nic nie powiedział.

- Chcesz chyba być przy tym, czy nie? - Vałeska obej rzała się i zobaczyła, jak

daleko w tyle mężczyźni przysypywali grób Leo Marii.

12

Kiedy wybucha wojna, miejsce człowieka jest tam, gdzie jego dom. Arthur

Silbergleit nie chciał już czekać ani dnia dłużej. Powiedział do żony: - Wierz mi, tak

będzie le piej. Pojadę tam najpierw sam i zabiorę ze sobą tylko tro chę bagażu

podręcznego. Kiedy znajdę mieszkanie, przyjedziesz do mnie. Sądzę, że nie potrwa

to długo.

Silbergleit poszedł do kuchni po szklankę wody, mimo że w ogóle nie chciało mu

się pić, nie chciał tylko w tym momencie być zmuszonym, by spojrzeć żonie w

twarz. To, co je) teraz powiedział, dokładnie sobie przemyślał i postanowił, że nie

background image

da się skłonić do zmiany tej decyzji.

- Mam tam jeszcze kilku przyjaciół z dawnych lat- za wołał do niej z kuchni- oni

mi pomogą. Więc tylko przez kilka dni, najwyżej kilka tygodni, nie będziemy

razem.

Z serwantki wyjął pustą puszkę po herbacie, w której przechowywali zaoszczędzone

pieniądze, i włożył do nie) dwa banknoty. Chciał pójść na dworzec i kupić bilet do

Gliwic na Górnym Śląsku, chciał to zrobić jeszcze dziś wieczorem. Ufał, że kiedy

wróci z tą małą brązową tek turką w ręce, wtedy wszystko będzie prostsze.

Ilse Silbergleit siedziba w sypialni przed małą toaletką, narzuciła na ramiona

szlafrok i lekko przetarła twarz ału nem. Na próżno usiłowała mu uzmysłowić, że

właśnie teraz jest najbardziej nieodpowiedni moment, żeby opu szczać Berlin; im

dłużej jednak mówiła, tym bardziej nie przekonująca wydała jej się nagle własna

argumentacja. Zaczęła bowiem przeczuwać, że teraz, kiedy wybuchła wojna, nie

będzie już możliwości wyjazdu za granicę ani do Szwajcarii, ani do Francji, a już na

pewno nie do Ame ryki i że wyprawa Arthura do Gliwic oznaczała dla niego podróż

do kryjówki dzieciństwa.

Wpatrywała się w lustro, nie widząc jednak siebie.

Tymczasem wszystko zaczęło się bardzo zwyczajnie. Żona poszła wczesnym

rankiem do biura, a on, jak już od miesięcy, a może lat, z niecierpliwością czekał na

listono sza. Kiedy ten minął drzwi jego mieszkania, zaczaił się na niego, a kiedy

wracał, poprosił, żeby raz jeszcze spraw dził w torbie, może jednak jest dla niego list

ze Szwajcarii, który przez pomyłkę trafił do innej przegródki.

Jednakże listonosz zaśmiał się tylko i powiedział, że słyszy to już od pana

Silbergleita niemal co dzień, i pan Silbergleit może być pewien, że nie przeoczyłby

takiego listu, już chociażby ze względu na ładne zagraniczne znaczki.

Wrócił więc z powrotem do kuchni i usiadł na krze śle, sądził bowiem (jak niemal

co dzień), że nie potrafi, w każdym razie nie na stojąco, przeżyć tego rozczarowa nia

i wypił kilka łyków jęczmiennej kawy, która w mię dzyczasie wystygła. Kiedy jego

drugie odwołanie nie od niosło żadnego skutku i tak żywił jedynie słabą nadzieję na

otrzymanie zgody na wjazd do Szwajcarii. Jakoś jed nak wierzył, że pewnego dnia

dostanie jeszcze list z Montagnoli, który wszystko zmieni.

Arthur Silbergleit wierzył w bajki, sam napisał kilka ba jek i opublikował je w

książce Boski róg obfitości, oczywiście, były to współczesne bajki, lecz nigdy nie

mógłby ich napisać, gdyby nie zachował wiary w nagle wkracza jące wydarzenia,

background image

które zmieniają wszystko. Coś takiego już przeżył, nie musiał tego wymyślać. W

ogóle był pisa rzem, który pisał tylko o tym, co sam przeżył i doświad czył. Trzeba

przyznać, że zewnętrznych wydarzeń nie było zbyt wiele, lecz on wolał też raczej

mówić o wewnętrznej biografii, która wydawała mu się ważniej sza, i kiedy jakiś

krytyk napisał raz w recenzji o "wizjoner skim realizmie", spodobało mu się to

określenie.

Wyszedł z mieszkania z kapeluszem naciśniętym na twarz - nigdy nie wychodził bez

kapelusza, nawet w lecie - żeby, jak (prawie) co dzień, odbyć swój spacer w górę

małych bocznych uliczek, aż do jeziora Halensee, aby później w drodze powrotnej

w kiosku przy Kurfurstendamm kupić DAZi przy okazji przebiec szyb ko nagłówki

innych gazet. Sprzedawczyni gazet już go znała, od czasu do czasu zamieniała z nim

kilka słów bez znaczenia, które najczęściej miały związek z pogodą, tak jak na

przykład: W tym roku ta pieska pogoda nigdy się nie skończy, albo: Mogłoby

znowu trochę popadać, albo też: Przemieniłam się już w prawdziwy wodorost..

Uśmie chał się na te słowa, odpowiadał jej czasami drobnym żarcikiem, najczęściej

już odchodząc, gdyż nie chciał za bardzo spoufalać się z ludźmi. Pewnego dnia

mogliby zadawać pytania, na które wolałby nie odpowiadać. .

Kiedy dzisiaj wyszedł przed dom, zobaczył łudzi prą cych ku głównej ulicy, od

której dobiegały przez głośnik jazgotliwe, niezrozumiałe głosy; przyłączył się więc

do in nych. Jakiś mijający go pieszy powiedział: - Tym to teraz wypolerujemy gęby

- i Silbergleit przestraszył się, nie miał odwagi zapytać, kogo to dotyczyło.

Wówczas, w listopa dzie, dotyczyło to Żydów.

Kiosk z gazetami, widział to już z daleka, był oblega ny przez tłum ludzi

trzymających w rękach otwarte gazety i czytających. Obok ktoś wystawił radio w

otwartym oknie i włączył je na cały regulator. Zastanawiał się, czy nie lepiej

zawrócić, jednakże po chwili nacisnął kape lusz głębiej na twarz i z zaciekawieniem

podszedł bliżej. Sprzedawczyni gazet dał odliczone 20 fenigów za DAZ, przy czym

jego wzrok padł przypadkowo na nagłówek Völkischer Beobachter; który

wywieszony był z frontu: "NA RADIOSTACJĘ W GLIWICACH NAPADU

POLSCY DYWERSANCI". Długo jeszcze trzymał wyciągniętą rękę, którą już

dawno odebrał gazetę.

-Tak, fuhrer przemawia - powiedziała do niego kio skarka wykorzystując przerwę i

wychyliła się do przodu, żeby móc lepiej słyszeć. Silbergleit odsunął się na bok

o krok i dopiero teraz zwrócił uwagę na to, co mówił głos w radiu: Dlatego

background image

zdecydowałem się rozmawiać z Polską tym samym językiem, który Polska wybrała

od miesięcy w stosunku do nas.

Z pudła rozległy się burzliwe owacje.

- Brawo - powiedział ktoś ze stojących tam pośród wy cia i oklasków. - Oni byli

już coraz bezczelniejsi.

- Kto? - zapytał inny.

- No, Polacy.

Kioskarka podkreśliła tę wypowiedź gestem ręki.

Potem owacje w radiu powoi ucichły i wszyscy słuchali dalej.

Jeżeli teraz mężowie stanu na Zachodzie oświadczają, że to godzi wich interesy, to

nad takim oświadczeniem mogę tylko ubolewać. Nie mogę się jednak ani przez se

kundę zawahać w wypełnianiu mojego obowiązku...

Silbergleit słuchał, czytając jednocześnie doniesienie w gazecie. W końcu Gliwice

były jego rodzinnym mia stem. Zaczął go oblewać pot.

"Napad Polaków na radiostację w Gliwicach. Powstań cy przekraczają granicę. W

czwartek wieczorem, około godziny 20-00 niemiecka radiostacja w Gliwicach

została zajęta przez Polaków. Polacy wdarli się silą do studia. Udało im się odczytać

odezwę częściowo po polsku, czę ściowo po niemiecku, jednakże już po kilku

minutach intruzi zostali unieszkodliwieni przez policję, którą zaa larmowali

słuchacze gliwickiego radia. Policja musiała użyć broni, przy czym po stronie

intruzów byli zabici.

Napad na radiostację gliwicką był najwidoczniej dla pol skich partyzantów

sygnałem do ataku na terytorium nie mieckie. Jak udało się do tej pory .ustalić,

mniej więcej w tym samym czasie polscy powstańcy przekroczyli w dwóch innych

miejscach niemiecką granicę. Chodziło znowu o ciężko uzbrojone oddziały,

wspierane prawdo podobnie przez regularne wojsko polskie. Oddziały poli cji

pełniące służbę przygraniczną stawiły czoło intruzom. Gwałtowne starcia trwają

jeszcze w tej chwili".

Silbergleit był zupełnie oszołomiony. Czytał, lecz nie ro zumiał ani słowa. W jego

uszach syczał metaliczny głos z radia. Opuścił gazetę i słuchał;... Po raz pierwszy

dziś w nocy Polska oddala więc strzały na naszym własnym te rytorium, strzelali

również regularni żołnierze. Od godziny 5-45 odpowiadamy strzałami na strzały. I

od teraz pła cimy bombą za bombę...

Głos załamał się. Owacje nie miały końca. Kioskarka poprzestała na energicznym

background image

geście..

Ktoś powiedział: - Teraz nine będzie zabawy* ’'

- Czy to wojna? - zapytał Silbergleit cicho. Miał nadzieję, że nikt nie usłyszał jego

pytania. Wiedział, że to była wojna. Spodziewał się jej od niedzieli, kiedy wydano

kartki na ar tykuły spożywcze. Tak to się też zaczęło wówczas, w 1914.

- Tak, od dzisiejszego rana, przecież fuhrer dopiero co powiedział, koniec z

prowokacjami Polaków - ode zwał się ktoś. A ktoś inny: - Niemieccy żołnierze

wmaszerowali już w głąb Polski.

Silbergleit oparł się jeszcze na chwilę o kiosk. Jego wzrok wdrapywał się bezsilnie

na latarnię uliczną. Niebo pokrywała cienka zasłona chmur, słońce rozpraszało nad

mia stem matowe światło, ogrzewając je. Silbergleit postano wił kupić także i inne

gazety: BZ, 12 Uhr Mittag, Völkischer Beobachter, Frankfurter Zeitung. Chciał to

wszystko prze czytać spokojnie w domu. Odchodząc słyszał cichnący głos führera;

Będę toczył tę walkę, obojętnie przeciw komu, tak długo, dopóki nie będzie

zapewnione bezpieczeństwo Rzeszy i jej prawa. Ponad sześć łat pracowałem nad

budową niemieckiego Wehrmachtu. W tym czasie na budo wę naszego Wehrmachtu

wydanych zostało ponadpo mi liardów, dziś jest ona jedną z najlepiej uzbrojonych

armii świata i nie można jej porównywać z armią roku 1914. Ufność, jaką w niej

pokładam, jest niezłomna...

Silbergleit myślał: -Jest wojna, granice są zamknięte; teraz już nikogo więcej nie

wypuszczą... Teraz będą go tu, w Niemczech, potrzebować. W czternastym zgłosił

się do wojska na ochotnika i został przydzielony do oddzia łu Czerwonego Krzyża.

Teraz znów mógłby to zrobić. Na wet gdy się w międzyczasie postarzał.

Zawrócił, chciał porozmawiać z żoną. Wsiadł do autobusu nr 19 i pojechał nim na

Tauentzien Straße. Ga zety złożył w ten sposób, że Der Völkische Beobachter

znalazł się na samym spodzie i nie było go widać. W prze ciwnym razie żona

przestraszyłaby się.

W sklepie obuwniczym Tacka rozstawiono głośniki, także tutaj transmitowane było

przemówienie führera. Sil bergleit z trudem dotarł do żony, portier nie chciał go

wpuścić do pomieszczeń biurowych. W końcu spotkał ją na korytarzu.

-Jest wojna - powiedział do niej.

-Tak, wiem... - Jej głos był bezbarwny.

- Polacy napadli na radiostację w Gliwicach. - Poka zał jej nagłówki w gazetach.

Ilse niewiele wiedziała o tym mieście i o tej prowincji dopóki nie poznała Arthura.

background image

Opowiadał jej o kopalniach węgla i hutach, o huku młota i dźwięku organów, a

przede wszystkim o białych lasach brzozowych, które nie miały końca i sięgały aż

do Pszczyny i do Tatr. Jed nak nigdy nie byli tam razem. - To straszne - powiedzia

ła tylko.

- Musimy tu teraz zostać i powiedział Arthur, i Może będą tu nas potrzebować.

Żona skinęła tylko głową. - Muszę już iść-powiedziała - inaczej ktoś zauważy, że

mnie nie ma na przemówie niu fuhrera. Wtedy będę miała kłopoty. Idź zaraz do

domu i czekaj na mnie, aż wrócę. I nie wpuszczaj nikogo do mieszkania, obojętnie

ktokolwiek by to nie był. -Jej głos nabrał niebezpiecznie wysokich tonów. Chciała

teraz ukryć strach.

- Może powinienem pojechać do Gliwic - powiedział Silbergleit poważnie.

Ilse Silbergleit zostawiła męża. Nie powinien był wi dzieć, co działo się w jej

twarzy. Zanim weszła do biu ra, do pozostałych kolegów, otarła łzy i wygładziła po

liczki. Za chwilę uda się także i jej przywołać ów opty mistyczny uśmiech, z którym

inni już się obnosili. W ostatnich latach nauczyła się niejednej gry.

Silbergleit poszedł do domu pieszo. Ciągle niósł jeszcze pod pachą gazety. Przy

Breitenbachplatz zobaczył, że w wielu mieszkaniach ludzie wystawili w oknach

radia, wokół których także i tu stały grupy ludzi. W niektórych oknach wisiały flagi

ze swastykami. Przemówienie fuhrera musiało właśnie dobiec końca, z głośników

dudnił hymn niemiecki, ludzie unieśli ramiona w hitlerowskim pozdro wieniu i

śpiewali.

Silbergleit zdjął kapelusz i schował twarz. Wolał iść do domu bocznymi ulicami.

Dawniej często śpiewał niemiec ki hymn, zrobiłby to i teraz, ale nie chciał przy tym

uno sić ramienia. Zawsze przerażało go, gdy podczas swoich demonstracji

komuniści wyrzucali w powietrze pięść czuł się równie nieswojo, kiedy narodowi

socjaliści wy ciągali w górę prawe ramię.

W domu Silbergleit przejrzał gazety. Nie dowiedział się niczego nowego. Wszystkie

zamieszczały te same donie sienia agencyjne z dnb*. Odłożył gazety. Była dopiero

pierwsza. Aż do szóstej, kiedy przyjdzie z biura jego żona, nie wytrzyma sam w

mieszkaniu - chciał jednak zaczekać przynajmniej na popołudniową pocztę. Gdy

okazało się, że nie ma w niej dla niego żadnego listu - tylko druki - pojechał

autobusem do Związku Kulturowego na Kommandantenstrasse.

Wszędzie na korytarzach spotykał podekscytowanych ludzi, którzy tu stali,

dyskutując. Silbergleit przecisnął się przez tłum do biblioteki; miał nadzieję spotkać

background image

kogoś, kogo znał. Daleko w tyle zobaczył Leo Hirscha zagłębionego w rozmowie,

pozdrowił go, lecz Hirsch nie zauważył go pośród tylu ludzi. Znali się z czasów,

kiedy Hirsch praco wał u Reinhardta w dramaturgii, chcieli wtedy wspólnie

przetłumaczyć i opracować sztukę teatralną Goldfadena, ale nic z tego nie wyszło;

nie umiałby już powiedzieć, z ja kiego powodu to się nie udało. Od 1933 roku

Hirsch pra cował razem zjuliusem Babem w dramaturgii Teatru Żydowskiego na

Kommandantenstrafie. Przez jakiś czas widywali się prawie codziennie, kiedy był

zatrudniony w bibliotece Związku Kulturowego. Później został jednak zwolniony,

bo miał "aryjską" żonę i jego posadę dostał ktoś inny, Żyd zupełnie pozbawiony

środków do życia. Dotknęło go to, że tak mało uwzględniano jego wiedzę i

doświadczenie literackie i od tego czasu bardzo rzadko chodził do Domu

Żydowskiego Związku Kulturowego na Kommandantenstrasse.

Pozostał nadal jego członkiem, chociaż niektórzy z jego żydowskich przyjaciół

radzili, żeby wystąpił; obawiali się, że pewnego dnia kartoteka członkowska

zostanie skon fiskowana przez Gestapo i to przyniesie im później tylko szkody.

Żona często usiłowała go namówić, żeby poszedł z nią do operetki albo na koncert

symfoniczny, i dawniej robił to też czasem, chociaż nigdy nie opuszczał go strach,

że mogłoby dojść do jakichś nieprzyjemności. Jednak od owego listopadowego dnia

w ubiegłym roku, gdy pło nęły synagogi, chodził do teatru lub do kina tylko na

Kommandantenstrafie. I czasem towarzyszyła mu nawet Ilse.

Silbergleit słyszał strzępy rozmów, wyliczano nazwi ska. - Tak, Max Ehrlich też

wyjechał - powiedział ktoś - przed kilkoma dniami dostał wizę od Holendrów. - Ten

to miał szczęście - odezwał się ktoś Inny,

Fritz Wisten wyszedł ze swojego biura i poprosił o chwilę ciszy. Zapowiedział, że

następnego dnia i w nie dzielę nie mogą się odbyć przedstawienia Mirandoliny

Goldonisa; co prawda do tej pory rząd Rzeszy nie wydał jeszcze powszechnego

zakazu przedstawień, woleli jed nak zaczekać na nowe perspektywy pana Hinkla. -

Sce na filmowa będzie czynna aż do odwołania, jednak z powodu zaciemnienia

wyznaczono teraz seanse na wpół do trzeciej i wpół do piątej, tak żeby ostatni goście

mogli być w domu o siódmej.

Silbergleit nie zważał na głosy protestu. Próbował zbli żyć się teraz do Leo Hirscha,

którego chciał poprosić o przyjacielską radę. Kilku innych też chciał poprosić

o radę, Scholtisa, Kessela, jak i Kleppera, o ile ten był akurat w Berlinie. Jednak

teraz chciał przede wszystkim usłyszeć odpowiedź Leo Hirscha,

background image

-

Powiedziano nam - ciągnął Wisten dalej - że my tu taj w Związku Kulturowym

żyjemy niczym na bezludnej wyspie i nic nie wiemy, co dzieje się poza nim, w

żydowskim święcie. Każdy z nas, począwszy od osób na kierowniczych

stanowiskach aż do ostatniej szatniarki, podobnie jak każdy Żyd, doświadcza dzisiaj

naszego żydowskiego losu. Praca naszej wspólnoty możliwa jest tylko wtedy, jeżeli

będziemy przy tym pamiętać, co chce my przez tę naszą pracę osiągnąć.

Silbergleit podszedł teraz do Hirscha, powitali się po ufale i wspólnie słuchali

Wistena.

-Sądzę, źe wszyscy pochwalą fakt, że Związek Kultu rowy również i zwłaszcza w

tych czasach, w ciężkich tro skach dnia codziennego, zapewni publiczności

odprężenie za pomocą środków sztuki. Nic tak wspaniale nie od wraca uwagi od

przygniatających trosk, jak artystyczne przedstawienie na wysokim poziomie. W

teatrze będzie przez jakiś czas przerwa, scena filmowa czynna jest jed nak nadal. Na

naszym następnym wieczorze kulturalnym w auli szkoły imienia Josefa Lehmanna

wysłuchamy od czytu Leo Baecka pod tytułem Prorok Jeremiasz, człowiek

żydowskiego pochodzenia na przestrzeni dziejów, w formie ram artystycznych będą

Nokturny Ernesta Blo cha i Trio fortepianowe Mendelssohna. Dokładna godzi na

zostanie jeszcze ogłoszona w Żydowskim Biuletynie Informacyjnym, jak również

wywieszona tu, na koryta rzu.

Silbergleit studiował w międzyczasie plakat wiszący na ścianie obok Hirscha. Był to

plakat do sztuki teatralnej Złoty łańcuszek Goldfadena z ostatniego sezonu, obok

wisiał inny plakat, spleśniały bochen chleba, a w poprzek napis: Do walki z

zepsuciem.

-

U nas dzisiaj ruch jak w jakiejś praskiej synagodze - powiedział Leo.Hirseh

trochę nienaturalnie optymistycz nym głosem, zagłuszając przy tym szmer, który

rozchodził się po wystąpieniu Wistena. Potem poznał Silbergleita z mężczyzną, do

którego przedtem tak gorączkowo prze mawiał: - Pan dr Levinger, kierownik

naszego Związku Kulturowego w Kolonii. To jest pan Silbergleit, poeta. My ślałem,

źe już od dawna jest pan w Ameryce, dawno już pana u nas nie widziałem -

powiedział jednym tchem do Silbergleita.

Silbergleit, który ułożył sobie wcześniej pytania, nie wiedział nagle jak zacząć. -

Dopiero niedawno byłem tu z żoną - powiedział - na Mirandollinie. Moja żona jest

aryjką. - Powiedział to tak, jakby było wyróżnieniem, mieć aryjską żonę.

- No podobało się państwu? - zapytał Leo Hirsch z ledwo powstrzymywaną

background image

ciekawością.-Ta Jenny Bern stein, nieprawdaż, to co Wisten z niej zrobił, czy to po

prostu nie wspaniałe...

Silbergleit myślał: - Ten człowiek mówi jak dziesięć lat temu, kiedy w przerwie

spotykaliśmy się jeszcze w foyer Niemieckiego Teatru albo w Café Josty. Teraz

jednak była wojna. Powiedział: - Ma pan rację, nam też się... bardzo, bardzo

podobało, to znaczy mojej żonie i mnie. Ale co mamy robić teraz, jest wojna.

Leo Hirsch machnął ręką. - Dla nas nic to nie zmienia - odpowiedział twardo. -

Jesteśmy tutaj dla naszych współ braci, a teraz, kiedy prawdopodobnie nikt nie

będzie już mógł wyjechać za granicę, będziemy tu tym bardziej ważni.

Dało się po nim poznać, że był człowiekiem mającym misję do spełnienia. Gdyby

teraz odszedł, Silbergleit nie zadałby mu swojego pytania. Tak bardzo był

przekonany o słuszności tego, co powiedział Wisten.

- Może skończą się teraz szykany skierowane przeciw nam. Mógłbym się zgłosić do

Czerwonego Krzyża, mam w tej dziedzinie doświadczenie z ostatniej wojny.

- Ma pan niemiecki paszport? - zapytał Hirsch.

-Tak, oczywiście - powiedział Silbergleit, trochę zdzi wiony.

- jest pan ożeniony z...- zawahał się... - z aryjką. To zupełnie nic nie może się panu

stać.

- Chciałem pana tylko zapytać, wie pan, nigdy nie tro szczyłem się o politykę...

mógłbym pojechać do Gliwic, panie Hirsch, tam skąd pochodzę i kiedy jest wojna,

to miejsce człowieka jest tam, gdzie się urodził, nieprawda?

Leo Hirsch był innego zdania. - Wtedy miejsce czło wieka jest w Jerozolimie. Ale

co zrobić, kiedy człowiek nie jest pobożny Żyd tak jak my.

Żart się nie udał.

- Tak, w tym rzecz - powiedział Silbergleit. - A poza tym: teraz pułapka się

zatrzasnęła. U mnie już byli, wy mierzyli mieszkanie i mówili coś o barakach

mieszkalnych dla Żydów. Sądzi pan, że coś takiego może się zdarzyć?

-Ale Gliwice, niech pan zaczeka, Gliwice... tam będzie pan w każdym razie z dala

od niebezpieczeństwa - po wiedział Hirsch. Przypomniał sobie. Z zespołem

teatralnym występowali także w Gliwicach i Bytomiu, grając Nathana Mędrca,

nawet w Teatrze Miejskim, co było czymś nadzwy czajnym, gdyż zwykle grywali

tylko w ukrytych salach żydowskich gmin. - Coś fam było takiego- powiedział

Hirsch, zastanawiając się. - Ach tak, Żydzi żyją tam pod ochroną praw mniejszości,

które obejmują także Polaków, więc tam nic złego nie może się panu przytrafić. Wie

background image

pan, teatr w Gliwicach był zresztą pełny aż do ostatniego miej sca i ludziom

napłynęły łzy do oczu.

Wspominał i z entuzjazmem opowiadał o tym Silbergleitowi.

Silbergleit próbował mu przerwać albo przynajmniej przygasić jego entuzjazm,

pukając kilkakrotnie palcem w plakat DO WALKI Z ZEPSUCIEM. - Ależ panie

Hirsch - powiedział—to już nie obowiązuje, nie, to już nie obo wiązuje od końca

1937 roku, zarówno Polacy jak i Niemcy wypowiedzieli tę ochronę praw

mniejszości. Tak to jest -dodał -ja to wiem.

Leo Hirsch nie dał się tak łatwo uspokoić. Jednak tam wszystko nie było takie

napięte, takie... nieprzyjazne.

1

Przez chwilę między obydwoma zapanowało milcze nie; rozmowy innych docierały

do nich głośniej» ;

- Myśli pan więc, że...

- Nic nie myślę - powiedział Leo Hirsch trochę znie nacka. - Każdy z nas musi

wiedzieć, co robi... Ach, niech pan wejdzie do mojego biura- powiedział

pojednawczo. W biurze Hirsch wyjął z przegródki biurka butelkę Edel- branntwdn. -

Wypijmy po jednym- powiedział, jeżeli chce pan usłyszeć moją radę: Teraz jest nam

w Niemczech potrzebny każdy Żyd, im więcej nas będzie, tym mniej mogą nam

zrobić. W Gliwicach i Bytomiu są silne gminy żydowskie, tak, niech pan jedzie,

będą tam pana potrze bować. Sądzę też, że będzie pan tam mniej zagrożony niż

tutaj. I mech pan nie zapomni przesłać nam natych miast pańskiego nowego adresu.

Będzie pan też z pewnością współdziałał z Żydowskim Związkiem Kul turowym...

Hirsch mówił bardzo szybko i okazywał cały swój opty mizm w nadziei, że inni nie

zauważą jego własnych wąt pliwości. Nie wiedział oczywiście, jak długo jeszcze

będzie brał udział w tej grze i jak długo jeszcze wytrzyma.

Silbergleit był teraz zdecydowany. Ogień zapału Leo Hir- scha przeniósł się na

niego. A gdyby jednak pewnego dnia przyszła zgoda ze Szwajcarii (właściwie cały

czas się je szcze łudził), wtedy mógłby tam pojechać także z Gliwic.

Silbergleit podziękował wylewnie. Kiedy wychodził, dla bezradnych, paplających

Żydów na korytarzach czuł jedynie litość. On w każdym razie teraz wiedział, co ma

robić. W drodze powrotnej wstąpił do Scholtsa, którego jednak nie było w domu.

Usiadł w korytarzu na schodach i napisał na kartce: Jadę do Gliwic, będę tam teraz

po trzebny. Jeżeli możesz, zatroszcz się proszę o Osę, aa po czątku będzie jej beze

background image

mnie ciężko. Jednak ona jest o tyle lat młodsza ode mnie, a ja jestem w jej źydu

tylko cięża rem. Twój A.S.

Przeczytał to raz jeszcze i wykreślił słowo zatroszcz się, wstawiając zamiast niego:

zajrzyj czasem do Osy. Wiedział, że Scholtis nie lubił słowa troszczyć się. Wrzucił

kartkę przez szparę do skrzynki pocztowej.

Kiedy Silbergleit wrócił z dworca, było już późno. Jego żona leżała właśnie w

łóżku, lecz jeszcze nie spała. Po kazał jej mały, szary bilet. - Jest ważny przez cztery

dni - powiedział- mogę wyjechać jutro, w niedzielę albo w po niedziałek.

-

Przecież ja muszę najpierw złożyć wypowiedzenie - zaprotestowała.

- Z tym się nie spieszy - powiedział. - Zrób to w spo koju. I nie bój się, kiedy mnie

nie będzie. Musisz też pójść z siostrą na koncert, obiecujesz mi?

Silbergleit usiadł w ten sposób, że jego twarz schowa na była w cieniu. I kiedy się

broniła, powiedział zdecy dowanie: - Nie, nie, ja tego chcę. Zbyt długo byłaś

zagrzebana w tym mieszkaniu razem ze mną, ja naprawdę tego chcę.

Jego głos był twardy i pełen energii, jaki nie był już od dawna. Nie będzie teraz

mógł zasnąć. Chciałby z nią porozmawiać o tym, jaki to będzie dla niego nowy

początek w Gliwicach. Może już wcześniej powinien był tam pojechać. Nawet w

ostatnich latach drukowano go prze cież kilka razy w śląskich gazetach i

czasopismach, kie dy tu w Berlinie nie było już dla niego żadnych możli wości.

Ilse była zmęczona. Zmyła twarz ałunem i wmasowała tłusty krem; skóra była

wiotka i błyszcząca. Przez cały dzień musiała udawać przed kolegami, nie tylko

podczas przemówienia fuhrera, także później. A i teraz w nocy nie był jeszcze z tym

koniec. Nie pozwoli mężowi wyjechać samemu.

- Porozmawiamy o tym jeszcze jutro – powiedziała i wyciągnęła do niego ręce.

On zdjął marynarkę i usiadł obok niej na łóżku. Przy ciągną! do siebie jej ręce i

pocałował koniuszki palców. Poznał po niej, że jeszcze nie zakończyła tego tematu.

- Musisz tu zostać, Ilso - powiedział cicho i zarazem zaklinająco. - Musisz tu czekać,

aż przyjdzie pozwolenie ze szwajcarskiej ambasady albo od Francuzów czy też z

USA, wtedy wyślesz mi telegram i wyjedziemy razem.

Mimo zmęczenia Ilse wyczula w jego głosie, że sam nie wierzył w to, co mówił.

- Teraz jestem naprawdę zmęczona Arthurze i ty tak że - powiedziała i objęła go

ostrożnie, żeby nie starł tłu szczu. - Ostatecznie nie co dzień wybucha wojna.

Porozmawiamy o tym jeszcze jutro albo w niedzielę, wtedy bę dziemy mieć więcej

czasu. Przecież zawsze możesz jeszcze pojechać w poniedziałek. Dzisiaj było tego

background image

dla nas napraw dę trochę za wiele.

Kochała swojego męża. Miała przez niego trochę kło potów, zwłaszcza w ostatnich

latach, ponieważ - no tak - ponieważ był Żydem. To były jedyne kłopoty i cieszyła

się, że żadne z nich nie było temu winne. Jej siostra z Po czdamu też miała kłopoty,

była żoną oficera, który cza sem całymi tygodniami zostawiał ją samą w domu, a raz

zaraził syfilisem. To już przecież było lepiej, myślała, mieć męża, który był tylko

Żydem i poetą; w zasadzie była za dowolona ze swojego życia.

- Nie zostawię cię samego - powiedziała. - Gdziekol wiek byś był.

Arthur Silbergleit zgasił światło. Nie powinna była wi dzieć, jak skurczyła się jego

twarz.

13

Anna Ossadnik rozglądała się za Franzkiem i dziećmi, ale żadnego z nich nie mogła

dojrzeć. Żałobnicy rozproszyli się w milczeniu po drogach i między grobami, z

opuszczonymi głowami spieszyli szybko ku wyjściu, jak gdyby poświęcili zmarłym

zbyt wiele czasu, którego im teraz brakowało albo jakby się obawiali, że zbyt długa

obe cność w pobliżu grobów trochę ich do nich przybliży. Anna utykała. Została w

końcu sama, chociaż szła mię dzy grobami, żeby skrócić drogę.

Dzieci poszły pewno do domu tyłem przez poła, to skracało ich drogę o połowę, a

poza tym przechodziły wtedy obok wysypiska śmieci, gdzie zawsze było coś do

odkrycia. Żeby tylko uważały na buty - myślała - zało żyli swoje najlepsze buty! -

W tym momencie wołała nie myśleć o tym, że były to ich jedyne buty.

Przyszło jej na myśl, że nie widziała Franza już od mo mentu, gdy z gramofonu

odgrywano ten marsz żałobny, tego Szopenczyka, który był jej serdecznie obojętny.

Jed nak ostatnio Franz przecież tak zwariował na punkcie mu zyki klasycznej. Kiedy

nie mieli jeszcze fortepianu Lustigów i Ułla mogła ćwiczyć tylko u pani Piontek, raz

w miesiącu chodził do Piontków, żeby osobiście zanieść pieniądze za lekcje -

zawsze mówił "honorarium" - sia dał wtedy w salonie, słuchał jak Ułla grała i w

ogóle nie chciało mu się wracać do domu. Wcześniej nigdy nie słu chał czegoś

takiego jak muzyka klasyczna, najwyżej ja kieś marsze lub walce, a kiedyś może

Polkę schnell Johanna Straussa, jeżeli można to uważać za utwór klasycz ny, lecz

chciał, żeby Ulla wszystko mu objaśniała, a ostatnio odważył się nawet na

stwierdzenie, że Chopin nie jest kompozytorem klasycznym, lecz romantycznym.

Brakowało jeszcze tylko, żeby pewnego dnia nauczył się czytać nuty, aby

przewracać Ulli kartki.

background image

Od czasu do czasu Franz naprawiał u Piontków kurek do wody, przekładał gniazdko

albo wbijał gwóźdź w ścia nę. Już od dawna nie było tam w domu porządnego

mężczyzny, pan Piontek - Panie świeć nad jego duszą - z dnia na dzień położył się

podobno do łóżka ze sparaliżowa nymi nogami i od tego czasu nie wyszedł już z

domu, chy ba że w wózku inwalidzkim. Josel jej się podobał. Ulla przyprowadziła

go kilka razy; zawsze nosił takie piękne śnieżnobiałe schillerowskie kołnierzyki

wykładane na ma rynarkę, czasami nawet pomponiki u szyi, potrafił siedzieć

spokojnie przy stole i trzymać filiżankę w trzech palcach, nigdy nie wpadał w słowo

i odpowiadał dopiero wtedy, gdy był pytany. Szkoda, że tak mało interesował się grą

na fortepianie, zwłaszcza że przecież jego matka była na uczycielką od fortepianu,

miałby przecież lekcje za dar mo. Tego nie mogła zrozumieć.

Gdyby ten czas nie był jeszcze tak odległy, pragnęła by, żeby Ulla wyszła może

kiedyś za niego za mąż; cho dził do gimnazjum, z niego na pewno jeszcze kiedyś

coś wyrośnie. Nie przychodził zbyt często, ponieważ nie ro zumiał się dobrze z

braćmi Ulli, z wyjątkiem małego Zezoka. Bruno zawsze mówił, że ten Josel Piontek

jest karierowiczem. Próbowali mu robić kawały przy zamianie lub czinkem i

zastawiać na niego inne pułapki. Jakby hańbą było to, że ktoś chce przeróść samego

siebie. Ona też posyłała przecież Ullę do zawodowej szkoły handlo wej i gdyby w

grze na fortepianie nadal robiła takie po stępy, to pewnego dnia mogłaby studiować

w konser watorium w Zabrzu. A jeżeli Zezok będzie się dobrze uczył, odda go

kiedyś do jezuitów na Rybnikerstrasse, to może zostanie w końcu nawet

nauczycielem albo pro boszczem.

A może też dzieci do siebie jednak nie pasowały. Jej Franz był tylko prostym

maszynistą kolejowym, nawet gdyby miał zostać głównym maszynistą kolejowym, a

pan Piontek był fotografem, który fotografował nie tylko we sela i dzieci komunijne,

lecz pisał też do gazet i publikował w nich swoje zdjęcia. A pani Piontek była

nauczycielką gry na fortepianie, co by nie mówić i po dobno udzielała lekcji

dzieciom hrabiego Ballestrema, i miała brata, który był słynnym w mieście

adwokatem, nawet ona o tym słyszała, choć przecież nigdy w swoim życiu nie

znajdzie się w takiej beznadziejnej sytuacji, żeby musiała potrzebować adwokata.

Anna nie miała złudzeń. Dla niej wszyscy ludzie byli robotnikami, z wyjątkiem

hrabiów i dziedziców. Zdecy dowanie jednak rozróżniała między tymi, którzy przy

pra cy brudzili sobie ręce jak jej Franz i tymi, którzy zacho wywali przy tym czyste

ręce. To było bardzo łatwo zro zumieć. Chciała, żeby jej dzieci należały do tych z

background image

czystymi rękami. W życiu nic człowiekowi nie spada z nieba i zwykła mawiać. Na

Tonika nie było rady, on po prostu tak źle uczył się w szkole, a Paulek, no tak, ten

klei teraz pewno torebki w Czekanowie. A to, że Bru no uczył się na mechanika w

RAW-ie wzięło się tylko stąd, że Franz jej wmówił, że z taką praktyką może potem

iść do Szkoły Budowy Maszyn i zostać inżynierem. Wtedy chodziłby w białym

fartuchu i doglądał innych przy pra cy. Tak, czegoś takiego chciałaby dla swojego

Bruna. W każdym razie chciała się postarać, żeby najmłodszy Andreas poszedł do

jezuitów. Albo do dominikanów?...

Anna Ossadnik nie miała już teraz daleko do wyjścia. Usiadła na występie muru,

żeby odpocząć. Noga dosyć jej dokuczała, bardziej niż się do tego chciała przyznać.

Podniosła sukienkę i zbadała kostkę, która zniknęła w opuchniętej górze ciała i na

której czerwonymi pręga mi zaznaczył się już wylew krwi. Miała ochotę zdjąć buty i

skarpety, bała się jednak, że potem nie założy już buta, a przecież raczej nie mogła

iść boso do domu.

Chciałaby teraz mleć tu swojego Franzka. Przez to ból nie zmalałby, ale nie

myślałaby o nim tak często. Prawdo podobnie wylądował w knajpce starej Czekalli

koło przy stanku autobusowego. Zawsze, gdy się tamtędy przecho dziło, można było

zobaczyć wystających tam mężczyzn ubranych na czarno, którzy szybko wychylali

kieliszek wód ki, dlatego że szli na pogrzeb lub że z niego wracali - czy też z

obydwu tych powodów. Jej Franzek już dawno po rzucił picie, ale od czasu do czasu

tu i tam pozwalał sobie na jednego furmanczyka z knajpki. I dopóki się na tym koń

czyło, nie miała też nic przeciwko.

Pojedzie autobusem, a w domu zaraz zrobi okłady z kwaśnej wody, dzięki temu

zwichnięcie ustąpi. Prze cież dzisiaj musiała też iść na niejeden bal. Przypomnia ła

sobie, jak tańczyła na weselu Piontków w hotelu "Haus Oberschlesien". Tak dobrze

się bawiła jeszcze niedawno i nie żałowała tego. Wczoraj był pokój, a dziś jest

wojna. Wczoraj było wesele, a dziś jest pogrzeb. Tak już to było.

Widziała przedtem hrabinę Porembę z jej srebrnym li sem. I prezesa wodociągów,

który potrafił nadgryźć zę bami kieliszek do wina, nie przecinając sobie przy tym

języka. I pannę Bombonnek, która zawsze miała takie bły szczące od tłuszczu

dłonie. Również adwokata Wondraka, który jako Zarah Leander bardziej ją

przestraszył niż zachwycił, lecz potem jako chłop w tym żywym obrazie Anioł

Puński, ach, wtedy jej się podobał. Szkoda, że feld febel nie mógł już przy tym być,

podobno zawieźli go do lazaretu z raną w głowie, tak opowiadała Ulla. W każ dym

background image

razie raz z nią zatańczył i wtedy powiedział do niej:

- Jestem pan Quück z miasteczka Osnabrück. A pani jest panną Hoppliwic z

Koplowic koło Poplowic. - Był już wtedy lekko wstawiony. Ten pan feldfebel to był

na pew no dość prostacki, ale dobrze wyglądał w mundurze i tak przyjemnie

pachniał perfumami, więc chciała wiedzieć, jakie to były perfumy, lecz on

zaprzeczył, jakoby miał używać jakichś pachnideł, tymczasem ona była pewna, że to

były jakieś francuskie perfumy, tylko że w dzi siejszych czasach nie uchodziło

przecież, żeby mężczy zna dobrze pachniał, a Bruno, który zawsze wcierał so bie we

włosy brylantynę centymetrowej grubości, robił to też tylko po to, żeby denerwować

swoich fuhrerów w Hiderjugend*. Ona sama miała w szafce nocnej różne perfumy,

które dostała od Paulka, a kilka z nich schowa ła nawet w piwnicy z węglem; mogło

się przecież zda rzyć, że policja raz jeszcze przyjdzie się rozejrzeć, już raz przecież

byli z powodu Paulka i nie cofnęli się przed ni czym, przetrząsali nawet

najintymniejsze szafki nocne. I żeby za to wysłać biednego Paulka na pół roku do

Cze kanowa, mój Boże, i gdzie tu sprawiedliwość?

Lubiła, gdy ktoś dobrze pachniał, a nie tylko śmierdział zawsze wódką i potem. I

kiedy szła gdzieś z Franzem, wtedy wodą kolońską skrapiała mu lekko podbródek i

szyję. On jednak wcale tego nie lubił. Jej przyjaciółka Elsę Bortel mówiła zawsze: -

Mężczyzna musi śmierdzieć kozłem, inaczej nie jest mężczyzną. - W końcu ona

wyszła za takiego, który pracował w lesie w oczyszczalni, lecz zdaje się zbyt długo

nie było dobrze, bo już po pię ciu latach się rozwiedli. Feldfebel nie powinien był w

każdym razie szczypać jej w pierś, tego było za wiele, miała mu to za złe. I nie

chciała już z nim tańczyć. On zresztą i tak już więcej nie przyszedł. Potem tańczył

tyl ko z tą sprzedawczynią z księgami, która wyraźnie na nie go leciała; to było

prawie bezczelne z jej strony.

Teraz na cmentarzu zrobiło się zupełnie cicho. Słoń ce przedzierało się przez

chmury. Krzyże nagrobne mie niły się przed Anną w świetle i cieniu, w powietrzu

wi siał mdły zapach zgnilizny. Tutaj znajdowały się najstar sze groby cmentarza.

Anna Ossadnik spojrzała na mar murowe i kamienne pomniki; krzyże były

wystrugane z drewna lub ukute z żelaza, w niektóre wpuszczony był brunatny

medalion z fotografią zmarłego. Zobaczyła gi psowego anioła prowadzącego przez

most dziecko, świętą Marlę w aureoli, świętego Sebastiana przeszyte

go strzałami, świętą Genowefę z łanią, świętą Barbarę pod kopulą z prawdziwego

czarnego, połyskującego, kamiennego węgla, obok niej dwóch uskrzydlonych*

background image

aniołów.

- Miała tylko pięć lat i poszła stąd prosto do nieba Heidi Konczyk- przeczytała

Anna. A obok: Bóg dał, Bóg wziął-za wcześnie, 1912-1915, Warwara Scholtyssek,

cór ka starosty kopalni Augusta Scholtysska. A z tyłu, Anna zsunęła się z krawędzi

muru i podeszła krok bliżej, żeby odszyfrować już lekko zwietrzały napis na

drewnianym krzyżu: - Oddał swoje życie za tę świętą górnośląską ziemię. Joseph

Zanecki piąty maja tysiąc dziewięćset dwu dziesty pierwszy rok. A nieco dalej: -

Gemara Christ Helene Jenczmionka.

Kiedy tak czytała, nagle zaczął dzwonić żałobny dzwon. Drzwi kaplicy cmentarnej

otworzyły się, wyszedł z niej kościelny z krzyżem, za nim w towarzystwie dwóch

mi nistrantów postępował ksiądz dziekan w czarnej sutan nie. Mężczyźni znowu

pchali wóz, na którym spoczywa ła prosta drewniana trumna, przystrojona jednym

jedy nym zielonym wieńcem. Anna od razu zwróciła uwagę, że brakowało

kolorowych plam kwiatów. Za trumną szło tylko niewielu żałobników, na Ich czele

wdowa Piontek, prowadzona przez brata. Anna przysłoniła oczy, żeby le piej

widzieć; tak, to była wdowa Piontek, bez wątpienia, z długą woalką na twarzy.

Wszystko wydało jej się przez moment przesuwającym się korowodem duchów 1

wrażenie to potęgował jeszcze dodatkowo fakt, że nikt nic nie mówił, nikt się nie

mo dlił, nikt nie śpiewał, nie dochodziły tutaj nawet odgłosy kroków i gdyby nie

skrzypienie wozu, które Anna zapa miętała już przedtem, myślałaby, że to

halucynacja. Kon trast do tamtego, jakże uroczystego pogrzebu, wydał jej się teraz

tak przytłaczający, że aż zakręciło jej się w głowie.

Przyciśnięta do muru czekała w bezruchu, dopóki kon dukt żałobny nie zniknął za

zakrętem drogi. Wtedy uty kając opuściła jednak spiesznie cmentarz przez główną

bramę.

Jeszcze zanim przeszła przez Coseler Straße, dojrzała w grupie mężczyzn

wystających wokół knajpki wdowy Czekalli Franzka i Kotika. Z radości, że znowu

obydwu wi dzi, zupełnie zapomniała, że zabroniła mężowi iść do Cze kali!. Mogli

go tam zobaczyć Piontkowie albo ktoś z ludzi uczestniczących w pogrzebie i co oni

by sobie pomyśleli o Ossadnikach. Najpierw idą na pogrzeb, a potem zaraz za

wyjściem z cmentarza wychylają kieliszek.

Bez tchu dotarła do nich. - Franzek - powiedziała ci cho - gdy ci powiem, co

widziałam, mój Boże- ukrad kiem przeżegnała się- fotografa Piontka pochowali dwa

razy! Nie uwierzysz mi, ale widziałam co na własne oczy.

background image

Anna z trudem łapała powietrze i poczuła przy tym jego alkoholowy oddech,

chociaż Franz celowo patrzył w ziemię.

- No więc, niedobrze mi się zrobiło od tego zapachu na cmentarzu i od kadzidła,

więc szybko strzeliliśmy po jednym. - Franz Ossadnik nie rozumiał, dlaczego żona

nie robi mu żadnych wymówek.

-Ty też?-Anna udała oburzoną i spojrzała na Kotika. W gruncie rzeczy było jej to

obojętne, chciała iść do domu.

- Tylko małego, zrobiło mi się niedobrze - kłamał Kotik.

-

Nie wolno mężczyzn zostawić samych ani na mi nutę - powiedziała Anna. Tak

już zawsze było. Gdy wy chodzili z domu, cała rodzina była razem; w drodze

powrotnej zawsze była sama. Więc była zadowolona, że ma teraz przynajmniej

swojego Franza i jednego z synów. Nic lepszego nie może być w takich czasach, niż

mieć przy boku mężczyznę, na którym można się wesprzeć. W końcu miała

zwichniętą nogę i trudności w chodzeniu.

Poza tym była wojna.

W dzisiejszych czasach mogli człowiekowi ukraść mpta na ulicy, tak jedni jak i

drudzy. Rzuciła Czekalli jadowite spojrzenie. Trzeba by jej zabronić podawać

wódkę żona tym mężczyznom, pomyślała. - To zapłać i chodźmy!

-To musiał być radca sądu okręgowego*- powiedział Kotik i zakrył usta ręką. .

- Ach, masz na myśli ten drugi pogrzeb? - Annie nie wychodziło to z głowy.

- Tak, chłopak może mieć rację. - Że też o tym nie pomyślała. - Miano go

pochować po cichu, słyszałam od Ulli. Obok pana Piontka.

Może powinna się była przyłączyć do konduktu żałob nego. Jednak z tą spuchniętą

nogą? Będzie zadowolona, jeżeli bez komplikacji dotrze do domu. Zastanawiała się,

czy to przynosi szczęście czy nieszczęście, kiedy w jed nym dniu widzi się dwa

pogrzeby.

Obydwaj mężczyźni szli z Anną w środku na przysta nek autobusowy. Franz beknął.

- Och—powiedział. Nie był tym zażenowany. Tylko, że przypominał tym Annie

o wódce.

- Niech ci Bóg pomoże - powiedziała Anna Ossadnik. -Trzymaj przynajmniej rękę

przy ustach, kiedy bekasz.

- Z wódką, jak mówi Czekalla, będzie niedługo ko niec - powiedział Franz. - Pędzi

się ją ze zboża i kartofli, a te są reglamentowane.

-To by było błogosławieństwo - stwierdziła Anna la konicznie.

background image

Franz już dawno się nie upił. W każdym razie dawno nie był już tak ululany, jak

kiedyś, gdy nie znał jeszcze Anny albo w pierwszych latach małżeństwa. Anna go

od tego odzwyczaiła, a gdy urodziła się Ulla, nie było też już recydywy.

Przypomniał sobie, jak dawniej chodził cza sami z jakimś kumplem od knajpy do

knajpy, aż w końcu lądowali w Maciejowie albo w Szobiszowicach, gdzie nie

mogli już zrobić ani kroku dale), tak byli ululani. Wtedy wtaczali się do tramwaju i

jechali do domu. Teuchertstraße była końcową stacją linii nr 4 i tam konduktor i tak

czło wieka wyrzucał.

Albo jak w destylaml Bujakowskiego na Ratiboreistraße wlewał w gardło czasami

pół litra razem z Sanetrą. Za wsze kawałek wędzonki i kieliszek furmanczyka,

kawałek wędzonki i furmanczyk, na zmianę, to dawało dobrą bazę, wtedy można

było bardzo dużo wypić, a potem szli do Domu Strzeleckiego "Neue Welt" i tańczyli

albo do Za meczku Leśnego na letnią zabawę. A potem rzygali, wszy stko

wyrzygali, wódkę i wędzonkę; przy jego łóżku mu siało stać wiadro z wodą.

Następnego dnia był zupełnie trzeźwy i w ogóle nie bolała go głowa, to była właśnie

ta dobra, czysta wódka Bujakowskiego z kartofli Coś takiego było piękne i dobre.

Wówczas.

Teraz już nie chlał; teraz tu i tam napił się kielisze czek, zwłaszcza wtedy, gdy był

na niego zaproszony. Jak u eleganckich ludzi. Chociaż Anna opowiadała mu, że na

weselu Piontków hrabia Poremba ululał się pierw szy i na końcu tylko bełkotał, a

jego żona w srebrnym lisie biegała po hotelu z czkawką, której nie mogła się

pozbyć,

-

Wtedy wódka będzie tylko dla wojska - rozmyślał Franz Ossadnik.

-Widzisz-powiedział Kotik do matki, kiedy obok nich przemknął żołnierz na

motocyklu - to jest BMW dwie ście pięćdziesiąt, które chciał sobie kupić Bruno.

Motocykl tak szybko minął Annę, że nie był dla niej niczym innym jak tylko

przemykającym przedmiotem. - Czy to me jest niebezpieczne, coś takiego -

powiedziała. Wolałaby raczej dla Brunona rower z silnikiem wspoma gającym.

-

Bruno powiedział, że nie wróci dzisiaj przed szóstą. Chce dłużej popracować -

powiedział Kotlk.

-

Cieszę się, że jest z nim lepiej. Chyba nie zacznie już z taką historią? Uważaj na

niego, Kotik!

Anna Ossadnik nie wierzyła, żeby rodzice mogli uwa żać jeszcze na swoje dzieci,

gdy te miały już czternaście lat. Lepiej było, kiedy starsze dziecko uważało na

background image

młodsze. Tak też wychowywała swoje dzieci. Jednak Paulek, który powinien był to

robić, już od dłuższego czasu prze bywał w Czekanowie.

-

Przychodzi taki czas, kiedy nie rozumie się swoich dzieci - powiedziała raczej

do siebie. Wewnętrznie przy znawała, że nie rozumiała już żadnego swojego

dziecka, oprócz Zezoka. A i ten miał już też swoje tajemnice.

-

Wiem tylko, że nie spocznie, dopóki nie będzie miał motocykla - powiedział

Kotik.

-

To będzie chyba musiał poczekać aż do końca woj ny - powiedział trochę

niewyraźnie ojciec, który zebrał ślinę w ustach, żeby zachować smak wódki.

-

Jak ja się zamartwiałam o Brunona - powiedziała Anna, która w rzeczywistości

wcale się nie martwiła.

-Jakimś sposobem Bruno na pewno zdobędzie swój motocykl. To nie było też

uczciwe ze strony Kraftczyka

- powiedział Kotik.

- Z czyjej strony? - zapytał Franz, który zobaczył wre szcie nadjeżdżający

autobus.

-

No, ze strony handlarza samochodów, Kraftczyka. Wziął już przecież od

Brunona zaliczkę.

-

No więc, ja tego nie rozumiałam i powiedziała Anna - że chodził nocami

murować, żeby zarobić pie niądze na motocykl. - Nie rozumiała tego, lecz w jakiś

sposób jej to jednak imponowało.

-

Kotik, opowiedz ojcu dokładniej, jak to było z Brunonem.

- Nie ma co opowiadać - powiedział Kotik. - Po pro stu zwariował na punkcie

motocykla. Tak jak ty na punk cie powieści. To wszystko.

Kotik myślał jednak: - Tego nie mogę nikomu opo wiedzieć.

Pamiętał oczywiście dokładnie, jak to było z Brunonem.

Bruno przyszedł do domu i był biały na twarzy taką bielą, jakiej nigdy nie miała

żadna ściana w Gliwicach. Poszedł zaraz do kuchni, mruknął coś na powitanie, nie

spojrzaw szy przy tym na nikogo; umył sobie ręce w kamiennym zlewie i podszedł

do kuchni. Przesunął kocioł z zupą na środek płyty kuchennej, bezpośrednio nad

ognień, który trochę rozniecił, dopiero wtedy podniósł przykrywkę i przez

zamieszanie chochlą przekonał się, jaka zupa była tego dnia: bigos, no tak, już na

korytarzu poczuł zapach kapusty. Niecierpliwie zamieszał kilka razy i nie zacze kał

nawet, aż zupa była porządnie gorąca. Nabrał sobie pełen talerz i zmęczonymi

background image

ruchami poszedł do stołu.

Powoli wsunął łyżkę do ust, powoli mełły jego szczę ki, powoli obrócił głowę ku

braciom, siedzącym nad za daniami domowymi, potem ku matce, która leżała na

sofie pod oknem i czytała książkę. Kiedy Bruno wszedł do środ ka, spojrzała tylko

przełomie i nie przerwała sobie lek tury. Nawet teraz, klepiąc zwykłe, bezmyślne

pytania, jej oczy w dalszym ciągu prześlizgiwały się z jednego wier sza na drugi: -

Jak dzisiaj poszło? Coś ciekawego? Coś nowego?- tak jak pytała wszystkie dzieci,

kiedy wracały do domu. Nie oczekiwała odpowiedzi i kiedy jednak to czy inne

dziecko zdobywało się na jakieś zdanie, w ogóle go nie słuchała. Musiałoby już

któreś przyjść z kokluszem albo prosić o trochę pieniędzy na cyrk czy też,

energiczniej, na nowy podręcznik, żeby przerwała swoją lekturę.

Bruno jeszcze podczas jedzenia powoli ściągnął pod stołem buty i skarpety, powoli

rozpiął koszulę i wyciągnął ją ze spodni; wszystko przebiegało tak powoli, że ktoś,

kto go obserwował, musiał się obawiać, że cały mecha nizm jego ciała w każdej

chwili może się zatrzymać. Jego ramiona zwisały do przodu, oczy przymykały się

czasa mi. na twarzy usadowił się dość nierzeczywisty uśmiech. Zdarzało się, że

zasypiał przy jedzeniu, siedząc prosto na krześle z łyżką w ręku i pozostali musieli

go budzić krzykami albo głośnym klaskaniem w ręce. Wtedy pod nosił się i szedł do

łóżka, jedynie gestami odpierając krzy ki innych.

Zadawałem sobie pytanie, skąd się to brało.

W ogóle byłem pierwszym, który zaczął się nad tym za stanawiać. Powiedziałem: -

Z Brunonem jest coś nie w po rządku. Czy wy tego nie widzicie? Przychodzi do

domu, jest śmiertelnie zmęczony, pada ze znużenia, chociaż prze cież zwykle

pierwszy z nas idzie do łóżka - i następnego dnia jest to samo. To trwa już ponad

tydzień, coś tu się przecież nie zgadza!

Innych mało to obchodziło. Mamoczka odłożyła książ kę na bok i wstała, lekko

zdenerwowana, gdyż, ocenia jąc to po jej twarzy, przerwałem jej chyba w dość

pasjonującym miejscu. Już od tygodni czytała teraz opasłe tomy autorstwa pewnego

Sir Johna Retcliffe’a, jednak najnowsza książka, w którą zaopatrzyła się w

wypożyczalni, Nena Sahib, wprowadzała ją prawie w trans. Tymczasem Ulla

odkryła, że ten Sir John ani nie był szlachcicem, ani Anglikiem, lecz nazywał się

Hermann Goedsche. Urodził się gdzieś w śląskim regionie i nigdy nie wyjechał poza

Karkonosze i Berlin, nie mówiąc już o tym, żeby kiedykolwiek był w Indiach. Ale

mamocz ka jej w to oczywiście nie uwierzyła i w dalszym ciągu przez tuziny stron

background image

obawiała się wraz z lady Heleną i lordem Lionelem Eglingtonem olbrzymiego

pytona ana kondy. Znała już nawet kilka indyjskich słów i tak po wiedziała teraz do

Brunona: owh zamiast chodź i stanęła przed nim na ryczce*, bo dawno już ją

przerósł, i podniosła jego powieki, aż zobaczyła białka. - Temu chłopcu brakuje

witamin, tak, witamin, on rośnie i rośnie, jest po prostu w okresie dojrzewania. Owh

- powiedziała - ugotuję ci mus z głogu. - Poza tym wy dawała się jednak nie

przywiązywać zbyt dużej wagi do jego zachowania.

Papa w ogóle nic nie zauważył. On przecież miał oczy w głowie tylko dla Ulli, a już

zwłaszcza uszy miał tylko dla niej. Godzinami mógł siedzieć obok fortepianu albo

też na korytarzu i przysłuchiwać się przez drzwi jej mo notonnej brzdąkaninie i

spojrzeć przy tym na człowieka, tak przejrzeć go na wskroś, że człowiek miał

wrażenie, że się przed nim rozpływa i albo wręcz zaczynał się go bać. Czasami

myślałem, że papuś już dawno temu zapo mniał, że oprócz swojej córki Ulli miał

jeszcze pięciu sy nów, z których czterech było jeszcze ostatecznie w domu, tak, to

musiały być dla niego odległe czasy.

Raz Zezok chciał sprowokować Brunona. Kiedy sie dzieliśmy przy stole, powiedział

do niego: - Ty ośle. A potem: - Ty tulejo. A potem: - Ty dupo. Bruno nie

zareagował. Nic też nie zrobił, gdy Ulla celowo przepieprzyła mu raz zupę; jadł

dalej nieporuszony, nie kaszlał, nie pluł, zaczął się pocić i na jego twarzy pojawiły

sie czerwone plamy.

Josel Piontek miał podobno widzieć Brunona raz późno w nocy na Niederwallstrafe.

Kiedy na niego zawołał, Bru no przebiegł szybko parę kroków i zniknął nagle w

bramie domu; drzwi były wprawdzie otwarte, ale ponieważ było tam zupełnie

ciemno, a on nie od razu mógł zna leźć kontakt, nie miał odwagi wchodzić do

środka. I w końcu stracił pewność, czy to był naprawdę Bruno, a nie jakiś złodziej

albo włamywacz. A ja zadaję sobie pytanie, czego Josel Piontek szukał tak późno w

nocy na Niederwallstrasse.

Także Tonik znał jedną historię. Raz obudziły go szme ry, poszedł do pokoju

Brunona, który spał tam teraz sam, odkąd Paulek był w Czekanowie, łóżko było

puste, łecz kołdra była jeszcze całkiem ciepła w dotyku; następne go ranka Bruno

leżał w swoim łóżku jakby nigdy nic, a on i mamoczka z trudem usiłowali go

obudzić i zaprowadzić do kuchni, gdzie matka zaparzyła mu kawę zbożową z dużą

ilością cykorii.

Myślałem: Bruno za dużo się onanizuje. W tym rzecz. Ja też to wprawdzie robiłem,

background image

lecz tylko raz dziennie. Po dwóch albo nawet trzech razach człowiek jest blady i

zmęczony. Kapitza mówił, że gdy się to robi za często, człowiek staje się nerwowy,

ma kłujący, niepewny wzrok, kręgosłup mu wiotczeje i chodzi zupełnie zgarbiony.

Ka pitza był starszy, musiał coś o tym wiedzieć i sam cho dził już przecież

straszliwie pochylony.

Nie odważyłem się oczywiście powiedzieć tego Bru nonowi prosto w oczy. A do

mamoczki nigdy bym z tym nie poszedł. Nie rozmawiałbym o tym nawet z innymi

braćmi. To i tak było coś, o czym lepiej było nie mówić. Więc zniekształconym

pismem napisałem do niego kart kę i schowałem ją po kryjomu w kieszeni jego

marynar ki: SKOŃCZ Z TYM KONIOBICIEM- napisałem - TO TO TAK CIĘ

NISZCZY.

Musiał zaraz poznać po piśmie, że to ja napisałem tę kartkę. Nie powiedział ani

słowa. Powoli podszedł do mnie i powoli dał mi w gębę, za to dosyć mocno. Nie

spodzie wałem się tego. W końcu miałem teraz piętnaście lat i nie długo miał mnie

objąć Arbeitsdienst. Nie oddałem mu, cho ciaż tęgo mnie zabolało. Nie tylko na

twarzy.

Pozostali pytali go, dość zdenerwowani, dlaczego to zrobił. A on powiedział tylko

zupełnie spokojnie: - Kotik już wie dlaczego, a wam nic do tego.

A ja ani myślałem mówić coś na ten temat.

- On ma na pewno dziewczynę - powiedziała mamoczka tak zupełnie

mimochodem, jakby to była najoczywist sza rzecz na świecie i przewróciła kartkę w

swojej powie ści. Ostatecznie w wieku szesnastu lat był na to wystarcza jąco

dorosły. Była gotowa się z tym pogodzić. Jednak nie z zakończeniem rozdziału,

który ją trochę rozczarował, bo wiem nie tylko piękna lady nie żyła, lecz także

dziecko w jej ramionach, a podporucznik dragoński Lionel Eglington sam ugodził

się śmiertelnym strzałem z pistoletu; szczę ście, że przynajmniej pyton anakonda

mógł zostać unieszkodliwiony, w dodatku w zupełnie niezwykły sposób: rzucono

mu mianowicie na pożarcie kozę, którą tak chci wie połknął, że nie mógł się już

ruszyć.

- Nie możesz nam powiedzieć, kto to jest - zwróciła się mamoczka do Brunona, i

Czy to ktoś ze szkoły tań ca? i zapytała niewinnie i zatrzasnęła książkę. Przy tym

przypomniało jej się, że w ogóle nie dała Brunonowi pieniędzy na lekcje tańca.

Może była to jakaś polska słu żąca, o której nie chciał mówić.

- Któż to jest Znamy ją? Może to bardzo wytworna damulka? Nie pokażesz nam

background image

jej kiedyś? i rzucili się pozo stali na niego. Bruno siedział nieruchomo na swoim

krze śle i nie odezwał się słowem. Może zasnął.

Mamoczka wstała i usiadła przy nim przy stole. - Pol skie dziewki są bardzo ładne,

to prawda, Bruno, ale w dzi siejszych czasach są kłopoty, kiedy ktoś zadaje się z

obcokrajowcami. - Rozłożyła szeroko ramiona na blacie sto łu i spojrzała na

Brunona od dołu. - Słyszałam - i teraz mówiła ciszej - że można zostać ukaranym,

gdy się ma coś do czynienia z polską dziewczyną, to prawie tak jak z Żydami, im też

nie wolno się żenić z chrześcijankami, tak, w dzisiejszych czasach niemieckim

służącym w ogóle nie wolno już pracować u Żydów.

Zwilżonym palcem wskazującym zebrała kilka okru chów ze stoki i zatopiła się we

wspomnieniach. Przed swo im weselem pracowała w gospodarstwie domowym u

radcy sanitarnego dra Bermanna na Ratiborerstrasse. Na dole w podwórzu

znajdowała się destylarnia wódki Buja kowskiego, tam furmanczyk był o pięć

fenigów tańszy niż gdzie indziej i było tam dość gwarno; czasami schodziła na dół i

prosiła odważnie o trochę więcej spokoju... Aż raz jakiś pijany złapał ją za sukienkę

i syknął jej w twarz: - Ishe*, dłaczego pracujesz u Żydoka?- i zrobił przy tym

nieprzy zwoity gest, który ją przeraził.

Potem wyszła za mąż za swojego Franza, jednak raz w roku nadal chodziła do

Bermannów, żeby pomóc przy letnich porządkach i za każdym razem, oprócz

wynagro dzenia, dostawała w prezencie od radcy sanitarnego coś szczególnego,

filiżankę do kolekcji, flakon, lampę do czy tania, piękny druk, który można było

oprawić w ramy i powiesić na ścianie. W1932 roku Bermannowie wypro wadzili się

do Berlina, gdzie ich syn Gottfried miał podob no poślubić córkę bogatego

wydawcy. Wkrótce po tym, słowo Żyd stało się wyzwiskiem i nie miała już odwagi

mówić, że pracowała kiedyś w rodzinie żydowskiego le karza i zarobiła sobie przy

tym na wiano.

Bruno potrząsał tylko głową, zatkał uszy rękami i jego twarz wykrzywiła się przy

tym, jakby doznał fizycznego bólu. - Zostawcie mnie wreszcie w spokoju -

powiedział głucho i poszedł do swojego pokoju.

Ulla zastanawiała się głośno: - Może Bruno jest luna tykiem. Podobno teraz jest

coraz więcej ludzi, których przyciąga księżyc, na to nic się nie poradzi.

-Bruno lunatykiem? No więc, mnie nic by nie zdziwiło!

- Podobno lunatycy wychodzą przez okno na dach jak w transie, z zamkniętymi

oczami, nie wolno ich wołać i robić hałasu, gdyż wtedy zaraz wróciliby do

background image

rzeczywistości, stracili równowagę i spadli na ziemię. Można ich co najwyżej

sprowadzić przy pomocy muzyki.-Tak, ona grałaby na fortepianie, tak długo, dopóki

Bruno by nie wrócił.

-W czasie pełni nie wolno długo wpatrywać się w księ życ, bo wtedy to się zdarza...

i Ulla była już w halce, sta ła na korytarzu przed lustrem i próbowała nakręcić wło

sy na wałki. Po jej ramionach pełzła powoli gęsia skór ka, aż do góry, do szyi. Po jej

odbiciu w lustrze można było poznać, że się przed tym broniła. Jednak tkwiła w niej

jeszcze inna osoba, która nocą chętnie wyszłaby na dach jakiegoś domu i zajrzała do

obcych rozświetlnych pokoi.

Chciałem dojść prawdy. Raz czuwałem przez całą noc. Schowałem się na korytarzu

i widziałem, jak wychodził, to było gdzieś około dwunastej, i potajemnie poszedłem

za nim. Jednak już na Huttenstrasse straciłem go z oczu. Wtedy wróciłem i czekałem

na niego w domu. Dłonie i podeszwy stóp natarłem swędzącym proszkiem, żeby nie

zasnąć, kilka razy się jednak zdrzemnąłem. Było około czwartej, kiedy wrócił. Na

dworze było już jasno i słyszałem bicie zegara na urzędzie pocztowym.

Kiedy wchodził cicho z butami w rękach, udałem, że przypadkowo byłem właśnie w

ubikacji, jednak po moich czerwonych oczach musiał poznać, że nie spałem przez

całą noc. Przyciągnął mnie do siebie za kołnierz koszuli i zapytał, dlaczego go

szpieguję i kto mi to zlecił, i obiecał za to ceskiego. Jednak ja nic nie wiedziałem o

żadnym ceskim, gdyż naprawdę robiłem to tylko dla siebie.

I oczywiście także dla niego. Ponieważ chciałem mu po móc. Chciał mi dać monetę

dziesięciofenigową, jeżeli będę trzymał język za zębami; poza tym obiecał, że

zabierze mnie ze sobą następnej nocy. Więc oczywiście z nikim o tym nie

rozmawiałem, a już zwłaszcza z mamoczką.

Zabrał mnie więc ze sobą. Szedł tam ostatni raz. I wy daje mi się, że był też już dla

niego najwyższy czas, żeby to przerwać, bo wychudł prawie na kość.

Szliśmy pustymi ulicami aż do Germanlaplatz, a potem nie wzdłuż WilhelmstralSe,

lecz z tyłu wąską Augustastrafie na NiedeiwallstraiSe. Po drugiej stronie synagogi,

która była jeszcze zupełnie zakopcona od tego pożaru, Bruno otwo rzył drzwi

jakiegoś domu i poszedł ze mną do piwnicy. Kiedy zeszliśmy na dół, zobaczyłem

mężczyznę z obna żonym torsem pracującego w świetle karbidki, który ukła dał

warstwami maltę i cegły i w środku piwnicy ciągnął w górę mur. Myślałem, że źle

widzę.

- Przyprowadziłem mojego brata Kotlka i powiedział Bruno do niego-jego pierś

background image

wygląda trochę cherlawo, ale może taszczyć kamienie, to może dziś jeszcze

skończymy.

- Przeszedł wzdłuż świeżo postawionego muru aż na dru gi koniec piwnicy, dokąd

nie docierało już światło, i kiedy wrócił, miał na sobie niebieski, spryskany maltą

dres. Mnie rzucił brudną bluzę.-Masz, załóż to, żebyś się nie pobru dził, inaczej

mamoczka dojdzie wszystkiego. - Śmierdzia ło cementem i zgniłymi owocami. Było

mi zimno, kiedy ubierałem bluzę, i dziwiłem się, że ten mężczyzna praco wał tam z

nagim torsem.

Bruno powiedział do mnie: - Będziesz trzymał gębę na kłódkę, jasne! O wszystkim,

co tu zobaczysz! - A do mężczyzny powiedział: - On będzie trzymał język za

zębami. To jest mój brat! - Ten kiwnął tylko głową i zamieszał kawałkiem drewna

gęstą masę. Zacząłem zno sić cegły. Około czwartej nad ranem skończyliśmy.

Piwnica była zamurowana, z wyjątkiem wąskiej szczeliny, przez którą mógł się

akurat przecisnąć jeszcze człowiek. Chciałem wiedzieć, co to wszystko znaczy 1

dlaczego ta praca musiała być wykonywana potajemnie w nocy, ale nie miałem

odwagi zapytać. Ci dwaj nie zamienili też ze sobą ani słowa, a zapach zgnilizny,

ciemność i przytłumione monotonne odgłosy pracy ścisnęły mnie za gar dło. Bruno i

tak by mi powiedział: Zamknij się. Ja to wiem.

Kiedy wracaliśmy do domu, niebo na wschodzie było już jasne. Bruno pokazał mi

zwitek pieniędzy. - Jutro u Kraftczyka na Kronzprinzenstrasse kupuję za to BMW

dwieście pięćdziesiątkę, połowę już zapłaciłem jako za liczkę. Jak chcesz, to możesz

tam ze mną pójść, zaraz zro bimy razem jazdę próbną, co ty na to?

W drodze do domu mówił tylko o motocyklach; znał wszystkie: DKW* i NSU”,

Standard, Victoria, Triumph i Zundapp, Rudge i Ulster (z głowicą cylindrową z

brązu), i rozmarzył się przy BMW pięćset z silnikiem w układzie bokser, całe 26

koni mechanicznych, z resorami na tylnych kołach i widełkami teleskopowymi; lecz

najpierw chciał się zadowolić dwieście pięćdziesiątką R 23, z silnikiem

jednocylindrowym o napędzie kardanowym, to też już było coś... A ja dziwiłem się,

jak dużo wiedział o motocyklach, | jeszcze bardziej się dziwiłem, że tak długo

milczał, gdyż nikt z nas nic nie wiedział o tej jego pasji.

Poszedłem z nim później do salonu samochodowego Kraftczyka na

Kronprinzenstrasse i widziałem, jak drżały mu ręce, gdy wyliczał pieniądze na stole.

I kiedy Kraftczyk mu powiedział, że może zabrać pieniądze z powro tem, łącznie z

zaliczką, gdyż wszystkie pojazdy silniko we zarekwirował teraz Wehrmacht, wtedy

background image

Bruno upadł na ziemię, po prostu upadł jak worek kartofli. W dzień warsztaty

szkoleniowe w RAW-ie, w nocy robota murar ska w piwnicy i tego było dla niego

po prostu za wiele.

Pan Kraftczyk odwiózł nas potem obydwu do domu, i na przedniej szybie jego

samochodu przyklejone już było duże W. W domu opowiedziałem wszystkim,

dlaczego Bruno w ostatnim czasie był zawsze taki przemęczony i biały na twarzy

jak świeżo pobielona ściana. O pienią dzach nie powiedziałem ani słowa.

Bruno przespał dwa dni i jedną noc pod rząd. Mamoczka poszła do warsztatów

szkoleniowych w RAW- ie i powiedziała majstrowi, że Bruno miał marszówkę

(zawsze mówiła marszówka zamiast biegunka) i przyjdzie do pracy dopiero w

piątek.

Kiedy Bruno się obudził, przeliczył najpierw swoje pie niądze; brakowało mu

całych dziewięciu marek. Jednak było mu to teraz obojętne.

15

Teraz, po pogrzebie Leo Marii Piontka, różnymi drogami zmierzali do swojego

nowego przeznaczenia. Na niebie rozciągnięty był biały welon chmur, jak w siatkę

pajęczy ny wplecione było w niego słońce, które wisiało ciężko nad miastem.

Sprawiało ono, że światło było dziwnie prze zroczyste, przez co przedmioty

występowały z własnego cienia. Ciepło dobywało się z ziemi, czyniło powietrze

cięż kim i spowalniało ruchy ludzi. Mężczyźni zatrzymywali się co chwila i

wielkimi chustkami wycierali sobie pot z szyi i karku, a kobiety manipulowały przy

torebkach, wycią gały z nich małe wytworne flakoniki i nacierały twarz pach nącą

esencją. Szukali pociechy w takich słowach jak: - Ale dziś parno. Skarbnik

nadchodzi. Albo: - Powietrze jest jak pancerz. Albo: - Piotr się poci.

Tylko dzieci były bardziej rozbawione niż zwykle; w swoich młodych ciałach

przeczuwały nigdy wcześniej nie znaną namiętność, z którą nie wiedziały co mają

po cząć, jak tylko rzucić się w trawę i rękami, i nogami ro bić orła, tak jak zwykle

tylko zimą w śniegu, tym razem jednak twarzą do ziemi, żeby bardzo głęboko

wciągnąć jej zapach. Dopóki eksplozja nie rozdarła ciszy i zaraz po niej jeszcze

jedna; po czym z dalszej odległości przyłą czyło się kilka taktów z karabinu

maszynowego. Potem zrobiło się cicho.

To były odgłosy wojny, na które czekano pierwszego dnia, drugiego i trzeciego, a

kiedy się nie zjawiły, przy zwyczajono się do odgłosów zwycięstwa, które roz

brzmiewały zazwyczaj przez radio fanfarami z Preludiów Liszta.

background image

Eksplozji nikt się nie spodziewał. I zanim jeszcze do tarło coś do ich świadomości,

znowu zapanowała owa tępa, bezwietrzna cisza, która wszystko inne czyniła nie

rzeczywistym.

Ksiądz dziekan kropił właśnie święconą wodą spu szczoną do grobu trumnę radcy

sądu okręgowego Georga Montaga. Jego dłoń nieruchomiała po każdym strzale, lecz

wargi poruszały się dalej, klepiąc zwykłe formuły, i tak do szło do tego, że tym

razem cztery razy i w większych od stępach niż zwykle pokropi! grób. i Niech

wszechmogący Bóg dopełni dzieła, które rozpoczął na chrzcie świętym.

Valeska była zdziwiona i zirytowana, zupełnie nie mo gła pogodzić eksplozji z

owymi odgłosami, które już zna ła. Przy terkocie karabinu maszynowego poszukała

ręką Josela i położyła ją na jego ramieniu; cieszyła się, że był przy niej.

Josel traktował te strzały jak salwę armatnią, godną i sto sowną na pogrzebie starego

Montaga. Czytał gdzieś, że coś takiego przysługuje zasłużonym ludziom i jeżeli nie

było jej u ojca, to przynajmniej tutaj, u pana Montaga. Czekał na trzeci wybuch i

kiedy proboszcz po chwili znowu zaczął mówić, bał się, że może nie dosłyszeć

trzeciego huku. Halina bezgłośnie zakryła twarz rękami.

Siostry Nieradczyk wysiadły z autobusu i czerwoną, wal cowaną drogą pomykały na

cmentarz Lipowy. -Jessas - powiedziała jedna, przytrzymując siostrę za ramię - teraz

to się już zacznie z wojną. - Uczyła się, że należy włożyć do torebki świadectwa i

dokumenty i udać się z tym do schronu przeciwlotniczego najkrótszą drogą; jednak

teraz wszystko było inaczej, nie były w domu, lecz na Linden- stralSe, a ich metryki

urodzenia i chrztu, ich książeczki oszczędnościowe i weksle hipoteczne leżały

schowane w czarnej torbie w najniższej szufladzie komody na kory tarzu, gdzie

może się już spaliły, i Mój Boże kochany - powiedziała druga i Boże, zmiłuj się nad

nami biednymi grzesznikami. - Zbliżyły do siebie głowy i narzuciły na nie czarne

chusty z ramion, żeby skryć się przed światem. Tak zamierzały czekać, dopóki

wszystko nie minie.

Kiedy zabrzęczały szyby, Anna złapała rękę męża. Podróżni wyskoczyli ze swoich

miejsc, konduktor cze piając się uchwytów przeszedł do przodu, podczas gdy

kierowca autobusu zwiększył prędkość.

Kotik przycisnął twarz do szyby, lecz nie mógł dostrzec ani ognia, ani dymu. Kiedy

szyby zabrzęczały po raz dru gi, Anna oderwała Kotika od okna i schowała jego

głowę na swoim podołku. - Chłopcze - powiedziała - zawsze z daleka od szkła, bo

potnie ci twarz. - Ona sama ukryła się za plecami męża.

background image

Podczas pierwszej eksplozji panna Bombonnek zupeł nie pobladła. Przy drugiej

złapała się tłustymi rękami za serce i zatoczyła się. Tonik i Hanna Baron musieli ją

pod trzymać. Nie odezwali się ani słowem. Dopiero po chwi li, kiedy się uspokoiło,

panna Bombonnek powiedziała ochrypłym głosem: - Mój Boże, jak ja mogłam się

aż tak przestraszyć! Czuję się jednak tak - odgarnęła włosy z twarzy i jakbym

czekała już od wielu dni na to, że się zacznie. Nie powiedziała, co miało się zacząć,

bo sama nie wiedziała tego tak dokładnie. Jednak tak mogło się zacząć, krzykiem, a

może nawet burzą. Albo eksplozją. - Muszę do ubikacji - powiedziała panna

Bombonnek- czuję coś w żołądku. - Dała wdowie Czekalli monetę pięciofenigową i

otrzymała za nią klucz do toalety. - Ale po czekacie tu na mnie-żebrała u Hanny i

Tonika.

- Ależ oczywiście, ależ oczywiście - pospieszyli oby dwoje z zapewnieniem,

mimo że Tonik pragnął czegoś wręcz przeciwnego. A nawet Hanna wolałaby pójść

dalej sama z Tonikiem. Podobał jej się teraz, był taki poważny, wcześniej go takim

nie znała. Poczucie, że będzie żołnie rzem i musi iść na wojnę chyba go zmieniło,

pomyślała.

Oparli się o mur, milczeli i czekali. - Muszę coś wy myślić, żeby pozbyć się panny

Bombonnek muszę szyb ko coś wymyślić - myślał Tonik, któremu jednak nic nie

przychodziło do głowy.

Milka pchała hrabinę na wózku inwalidzkim pod wi śniami na Coseler Straße.

Tworzyły one czoło grupy żałob ników, podążających do domu żałobnego na

Strachwitzstraße. Podczas pierwszej eksplozji cala grupa zatrzymała się. Irma

spostrzegła z zaskoczeniem, jak pan Apitt pobladł; był kiedyś żołnierzem, może te

odgłosy bardziej do niego przemawiały. Wdowa Zoppas zaplotła różaniec wokół

rąk, jej wargi drżały. Milka zatrzymała wózek i obejrzała się.

Za drugim razem Hrabinsky, który na pogrzeb włożył czarny fantazyjny mundur,

krzyknął: - Dalej, ludzie, do rowu! To jest wróg! i I pierwszy wskoczył na swojej

jed nej nodze do wyschniętego przydrożnego rowu. Kilka osób poszło w jego ślad,

ciotka Lucie wepchnęła się ze swoim niewidomym synem pomiędzy Hrabinskiego a

hrabiego Porembę. - Swinto Maryjo, Matko Bosko, módl się za nami grzesznymi,

Amen, Amen, Amen - powie działa wdowa Zoppas, bawiąc się różańcem.

Powtarzała to tak długo, dopóki nie zaczęła się strzelanina z karabinu maszynowego.

Inaczej powtórzyłaby to jeszcze kilka razy.

Kobiety zatrzymały się, zbiły w ciasny krąg, z hrabiną na wózku inwalidzkim

background image

pośrodku, tak ze się nawzajem dotykały.

- Oni do nas strzelali jak do zajęcy - krzyczał Hrabinsky, zbierając swoje kule,

kiedy przez chwilę było cicho. - tak samo, z karabinów maszynowych, wtedy na

Górze Świętej Anny, ja to znam... ale potem pouciekali, te Po laczki! Wyczyścił

mundur z brudu i trzymał swoje ciało w pogotowiu, żeby móc szybko reagować,

gdyby znowu miały paść strzały.

-Trzeba uważać, tam na froncie, jeżeli chce się prze żyć - powiedział hrabia

Poremba, pomagając niewido memu chłopcu wyjść z rowu.

- Nigdy nie być tarczą do celu, to jasne! - powiedział Hrabinsky. - Jak to mówi stare

gliwickie przysłowie: Odwaga to w pierwszym rzędzie ostrożność. Więc chodźmy,

to był chyba niewypał. - przez koronę drze wa spojrzał na niebo.

Niepewnie posuwali się dalej. Jakby czekali na coś, przy każdym setnym kroku, na

każdym skrzyżowaniu, w następnej godzinie. To był tylko hałas dwóch eksplo zji i

krótkiej serii z karabinu maszynowego w oddali, a - także później - nie można się

było nawet dowiedzieć, czy był to zabłąkany nieprzyjacielski samolot, czy też

przymusowy zrzut z własnej maszyny - jednak od tego mo mentu coś zasadniczego

uległo zmianie. Wojna nie była jeszcze tak daleko od nich jakby tego pragnęli i

mogła w każdej chwili wrócić.

16

Kiedy Josel zbliżał się do mostu Hindenburga, już z da leka widział Zezoka

opartego o balustradę i wpatrującego się w słońce. Jego ręka niczym parasol

przysłaniała oczy. Spóźnił się, bo szedł okrężną drogą obok swojego bara ku przy

Dzikiej Kłodnicy. W ciągu całego dnia spotkał w mieście tylu żołnierzy, że

poważnie się zastanawiał, czy nie rozwinąć na nowo dochodowego interesu z

barakiem. Kiedy jednak dotarł nad rzekę, drzwi i okiennice były wyrwane i odkrył je

później na brzegu rzeki - a wnętrze splądrowane. Meble były zdemolowa ne,

materace rozprute, trawa morska razem z odłamkami butelek po piwie pokrywały

podłogę centymetrową war stwą. Nawet nie wchodził do środka. Raz tylko zajrzał

przez dziurę, którą przed kilkoma dniami wywiercił w tylnej ścianie, i obejrzał to

spustoszenie. Przypomniał sobie bicie serca, które zawładnęło nim za pierwszym

razem i zadawał sobie pytanie, czy tak samo odczuwałby jeszcze dziś. Odkąd w

pustym wagonie towarowym prze jechał przez Odrę, w jego życiu coś uległo

zmianie. Nig dy już nie będzie odczuwał takiego strachu, jak w weselną noc Irmy,

kiedy zobaczył feldfebla leżącego na placu z karuzelą, i nigdy więcej takiego

background image

drżącego podniecenia, jak wówczas, gdy wywiercił w baraku dziurę i zobaczył nagą

kobietę ujeżdżającą uda żołnierza. Dziwił się w ogóle, skąd nabrał tyle odwagi, żeby

ten opuszczony barak podawać za swój i wynajmować go za jedną sre brną markę.

Dzisiaj już nie zdobyłby się prawdopodob nie na coś takiego.

Dotarł teraz na most, który łagodnym łukiem opasy wał teren stacji rozrządowej.

Zezok powiedział:-Myśla łem, że już nie przyjdziesz. - Powiedział to bez wyrzutu,

lecz w jego głosie można było wyczuć, że jak najbardziej zarejestrował spóźnienie,

nawet jeśli nie miał zegarka.

Josel spojrzał ponad mostem w kierunku wscho dnim. Pod nim rozpościerało się

olbrzymie pole ma newrowe, było tak duże, że stadion piłki nożnej dru żyny

Vorwärts Rasensport albo Beuthen 09 zmieściłby się w nim dziesięć razy. Wstęgi

szyn tworzyły oszała miający połyskujący żelazny splot, który w oddali zra stał się

ze sobą, gubiąc się w jednolitym metalicznym migocie. W obydwie strony toczyły

się wagony kole jowe. w różnorodnym tempie, raz szybciej, raz wol niej, tu

pojedyncza węglarka, którą właśnie przetacza no. tam lokomotywa, pchająca przed

sobą niemal nie kończący się sznur pustych wagonów. Dzieci pędziły po moście tam

i z powrotem i wbiegały prosto w parę lokomotyw'. Kiedy palacz pod mostem

rozniecał ogień, tak że tylko wkoło latała sadza i iskry, dzieci znikały w dymie, i

gdy ze śmiechem znowu się odnajdywały, były czarne niczym prawdziwi grubiorze.

Zamiast się usprawiedliwić, Josel przyglądał się temu.

-

Paf - powiedział Zezok i surowo spojrzał zezem na Josela. - Ty masz buty na

nogach! - Sam Zezok był boso. Miał na sobie brązowe krótkie spodnie, które na

udach podwinął wyżej, żeby wyglądały na jeszcze krótsze i wzorzystą kolorową

koszulę, na mej szelki z czerwonymi brzegami. Zezok wolał nosić szelki zamiast

paska, moż na z nich było, na przykład, zrobić procę.

Josel był gotów zdjąć buty. Nie przeszkadzało mu cho dzenie boso. Kiedy Zezok

przekonał się o jego oczywi stej gotowości do tego, poradził mu, żeby je jednak za

chował. Mógł je zdjąć bezpośrednio przed placem zbiór ki ferajny.

Przeszli na drugi koniec mostu. Zezok przewinął się elegancko przez barierkę i

zjechał po nasypie w dół, Josel za nim

- Znasz Bytomkę? - zapytał Zezok, przytrzymując się darni.

Josel znał tę wąską rzeczkę, która brała się nie wiado mo skąd i za terenem stacji

rozrządowej uchodziła do Kłodnicy. Już dawno tam nie był. Nie było w mej nic

szcze gólnego, poza tym, że na tamtejszych łąkach rosła najtłu ściejsza dziewanna,

background image

którą zbierał z niektórymi kolegami ze szkoły, żeby sprzedać jej kwiaty w aptece na

lekarstwo - pomagała podobno na kaszel. Jego ojciec na pewno nie napiłby się takiej

herbaty.

- Nasz rewir - powiedział Zezok.

-Tak to nazywacie? - zapytał Josel. Ześlizgiwał się za nim.

-

Wszystko jedno, jak to się zwie - powiedział Zezok.

- Nad Bytomką jesteśmy w każdym razie absoluto sami. Tam nikt nie przychodzi.

W tym rzecz.

Dotarłszy do pola manewrowego stacji rozrządowej, szli najpierw po tłuczniowych

kamieniach, które zostały ubite pod nowy tor, potem wzdłuż torów, cały czas po

drewnianych belkach. Trzeba było wykonywać małe sko ki, żeby nie wylądować w

tłuczniu z ostrymi kantami. Kil ka torów dalej przejeżdżał z klekotem pociąg

towarowy. Josel słyszał rytmiczny stukot kół kolejowych, który w ogóle nie chciał

ucichnąć. Jakaś lokomotywa wypu ściła parę. Co będzie, gdy przyjdzie straż

kolejowa? Josel poczuł się nieswojo.

Już teraz zauważył, jak dobrze było mieć na nogach buty.

Zezok skakał z jednej belki na drugą. - Wcześniej już wszystko spenetrowałem, to

przecież jasne. Dzisiaj nie ma żadnej straży. Zwykle stoją na moście i uważają, tak

że nie można nawet zejść na dół. Kiedy jesteśmy na dole, już nas nie dostaną. Raz

mnie złapali, ale co mieli zrobić, musieli mnie puścić, ostatecznie niczego nie

ukradłem, a oni dlatego właśnie pilnują. Dawniej przy przetaczaniu kantowali tu

podobno na całych wagonach towarowych, które szły do Polski z podrobionymi

papierami i tak da lej... Jednak dali mi kilka razy soczyście po łbie.

Pociąg towarowy mijał ich teraz tak powoli, że Zezok dał Joselowi znak; obydwaj

wskoczyli na stopień wago nu i jechali tak przez chwilę. Ze szpar wagonu sączył się

cienką strużką miałki czarny pyl węglowy. Z drugiej stro ny jakaś lokomotywa

wypuściła parę z wysokim sykiem. Jeden pojedynczy wagon wyprzedził ich przy

manewro waniu prawie bezgłośnie po torze, którym szli przed

chwilą, 1 trzasnął głucho o bufor obok. Josel spojrzał prze straszony na Zezoka. Ten

jednak zezował beztrosko, jakby znał tu każdy odgłos. Potem zeskoczyli i brnęli na

prze łaj przez tory.

- Na stacji rozrządowej zrobiło się teraz ciszej, nie są dzisz? W ostatnie noce

trzaskanie buforów nie miało w ogóle końca, to brzmiało niemal jak wojna. A nocą

było słychać aż do nas. Ojciec mówił, że na nocną zmianę po jechali z

background image

dwudziestoma lokomotywami, czegoś takiego jeszcze nigdy nie było!

- Dlatego tak dobrze się tu orientujesz i powiedział Josel z ulgą.

Zezok z dumą skinął głową. Przetarł dłonią twarz, roz mazując przy tym miałki pył

węglowy, który osiadł na skórze. Dwa razy musieli wdrapywać się między

wagonami na stopnie i balansując po buforach przechodzić na drugą stronę. Pociągi

były tam tak długie, że sięgały aż dó mostu Hindenburga. Josel zauważył to ze

zdumieniem.

- Nigdy nie wolno wchodzić pod pociąg - powiedział Zezok - nawet gdybyś miał

wrażenie, że ten tu jeszcze postoi. Ojciec zawsze mówi: Nigdy między bufory i

nigdy pod wagon, tak najczęściej dochodzi do wypadków. - Tłuczeń uwierał Josela

w podeszwy. Szli na przełaj przez tory. - Co roku wyciągają tu kogoś z

rozmiażdżoną klatką piersiową - powiedział Zezok mimochodem, jakby cho dziło o

najnaturalniejszą rzecz na świecie.

Teren manewrowy stacji rozrządowej skończył się. Za nim ciągnęły się ogródki

działkowe. Zezok musiał do brze znać okolicę, szedł przodem wąską ścieżką po łące

z pewnością, której Josel mu niemal zazdrościł. Spicza sty tłuczeń o ostrych kantach

podrażniał podeszwy stóp Zezoka- teraz z zadowoleniem poczuł pod stopami

miękką trawę. Pochylił się, zerwał dmuchawca i dmuchnął tak, że mikroskopijne

spadochrony poszybowały we wszyst kich kierunkach.

W ogródkach działkowych dojrzewały jarzyny, zie lony groszek i biała kapusta,

kalarepa i pomidory. Na kwiaty kolejarze, do których te ogródki należały, nie mieli

miejsca albo czasu, Tylko rzadko można było zo baczyć Wilka żółtych dalii,

niebieskie ostróżki, płomienne lilie albo słoneczniki. Zezok przeskoczył przez niski

drewniany płot i wyciągnął z ziemi główkę kapusty; idąc dalej, odrywał w milczeniu

liść za liściem, tak jak wy rywa się płatki róży, aż pozostała tylko mak bida kul ka.

Wgryzł się w nią tak, że białe liście tylko trzeszcza ły między zębami. -Tutaj

powinniśmy zaopatrzyć się W kapustę na zimę!

Zezok roześmiał się, a sok z kapusty osiadł białą pianą na jego wargach. Podał

główkę kapusty Joselowi, który z zamkniętymi oczami wbił w nią zęby, jakby to

była część sprawdzianu, który Zezok dla niego obmyślił.

- Myślałem - powiedział Zezok przeżuwając - źe odzyskasz równowagę, to

znaczy, gdy zabiorę cię na naszą zabawę... bo rozwiązujemy rewir i dziś będzie

absoluto bombowa zabawa.

Wyjął Joselowi z ręki to, co jeszcze zostało z główki kapusty, i odtzucił wielkim

background image

łukiem.

-Jesteś głodny?- zapytał Zezok.

- A jeżeli tak? - O to teraz chyba nie chodziło. Josel nie wiedział, co ma

odpowiedzieć.

- Zaraz będzie coś do jedzenia, bo moi chopcy już gotują. Widzisz ten dym?

Pokazał w kierunku zagajnika.

Jednak Josel nie widział żadnego dymu, tylko parę lo komotyw.

- Będzie też coś do przepłukania gardła - powiedział Zezok i wyszczerzył zęby. -

To znaczy żadna stadka oran żada, to nie u nas! My mamy prawdziwą gliwicką

wodę ściekową.

- Czy macie też fajki?- zapytał Josel.

- No jasne - pospieszył Zezok z odpowiedzią. - Chłop cy mają karbid, zapałki,

tytoń, papier, nóż, kostki maggi.

Tym samym mieli właściwie wszystko.

- Bo dziś się rozwiązujemy- powiedział Zezok.

Josel pospieszył zapytać o powód. Cieszył się na pa pierosa.

- Ostatnio kręcił się tu jeden typ z hałastry z Waldschule i lepiej zwiewać, zanim

przyjdzie cała ferajna i nas splądruje.

Zezok zerwał z krzaka dwa czerwone pomidoryi rzucił jednego Joselowi. Pomidor

był bardzo nagrzany słońcem.

- No więc dzisiaj będzie się niejedno dziać! - powiedział Zezok.- Ktoś

zorganizował karbid, więc będzie niezła strze lanina. -Już się na to cieszył, można to

było po nim po znać.

Z niegaszonym karbidem można: było robić przeróż ne rzeczy. Na przykład włożyć

do pustych puszek po farbie, polać go wodą, szczelnie zamknąć przykryw kę, a

potem odrzucić. To nieźle strzelało, kiedy gazy tworzące się w środku rozrywały

przykrywkę. Jeszcze lepiej wychodziło to z butelkami. Najbardziej ekscy tująco

było wtedy, gdy nasikało się do butelki, szybko ją zamknęło 1 odrzuciło. Odłamki

szkła latały tylko po okolicy. Jednak odważali się na to tylko najstarsi, gdyż to było

niebezpieczne - jeżeli butelka eksplodowała za wcześnie, mogło się zdarzyć

nieszczęście.

- Nie wiem, czy będę mógł długo zostać - powiedział Josel. Pomyślał o domu w

ogrodzie. Przelotnie pomyślał też o tym, że jego matka znowu mogłaby zacząć się

nie pokoić, gdyby zniknął na tak długo.

background image

- To będzie absoluto wielka przygoda! - powiedział Zezok.-Jest karbidka i

szwenkem, a przedtem czinkem.

-

Zmierzył Josela wzrokiem od stóp do głów. - Możesz zagrać o twoją koszulę

albo o czytadło Rolfa Torringa, albo o twoje szelki. Możesz mi je potem dać, jak

przegrasz, i Powiedział to tak, jakby to było z góry ustalone; wygrywał niemal

zawsze.

- Możemy też zagrać o pieniądze!

Josel zawsze miał w kieszeni trochę pieniędzy; czasem mogło się coś zdarzyć, jak

zawsze mawiała jego matka. Zebrałby ze czterdzieści fenigów.

- Tym można świetnie czinkem - powiedział Zezok ze znawstwem.

On miał w kieszeni tylko ceskiego.

Josel myślał o tym, ze w domu też będzie dziś wieczo rem na stypie porządne

jedzenie, a i sznapsika też by się dostało, jednak zapalić matka by mu nie pozwoliła.

Mógł by to jednakże zrobić po kryjomu, w ogrodzie albo w swoim pokoju. Lecz tam

nie było znowu karbidki szwenkem ani też czinkem - to była różnica!

Szli teraz wzdłuż strumyka. Był jednak na tyle szeroki, że nie można go było po

prostu przeskoczyć tak jak rowu, lecz w niektórych miejscach, gdy się podciągnęło

spo dnie do góry, dało się przez niego przejść boso.

- Czy to jest Bytomka? - zapytał Josel, który miał nadzieję, że niedługo będzie już

na miejscu.

- Tak, to jest to. I teraz radziłbym ci zdjąć buty. Musi my przejść przez strumyk.

Tam z tyłu, w zagajniku, gdzie unosi się cienki dym, jest nasz rewir. A tam po

drugiej stronie - Zezok pokazał dalej na prawo - za skarpą jest Kłodnica, której

wody są tu spiętrzone.

Josel usiadł i zdjął buty. Było zupełnie cicho. Soczysta żółta dziewanna kwitła tu

dookoła, a na dole przy rzece plenił się janowiec. Chętnie by tu został, żeby

porozma wiać z Zezokiem o paru ważnych sprawach, gdyż nagle był pewien, że

Zezok by go zrozumiał. Zezok nie był sil ny, ale rozmyślał o wielu rzeczach tak jak

on i szedł do przodu, to mu się podobało. Poczuł nagle, że ten jeden jedyny rok,

który ich dzielił, nie był już cald ważny. Także 1 zezowanie już mu nie

przeszkadzało.

Znalazł płyciznę i przeszli przez wodę w bród na drugą stronę. - Idziesz w środę na

manifestację?- zapytał Zezok.

- Go tam ma być?- Josel zawiązał buty za sznurówki, tak mógł je łatwiej nieść.

background image

- Wielka manifestacja na Placu SA, muszą się tam sta wić wszyscy z HJ na

ślubowanie Niemcom. Cała chorą giew wiem to od Koschmidera.

-Ja nic o tym nie słyszałem. Ale przecież mnie teraz też nie było. - Przypomniało mi

się jeszcze w porę.

- Kto nie przyjdzie - powiedział Zezok z przekona niem - będzie miał kłopoty.

On sam nie miał na to ochoty. Myślał, że wojna wszy stko zmieni. Wojna

powoływała mężczyzn do wojska, wojna dawała każdemu taką samą rację mięsa,

wojna kła dła kres tej pierońskłej szkole, w każdym razie na jakiś czas; nie mógł

sobie tak całkiem wyobrazić, że na przy kład w każdą środę i sobotę po południu

miałaby być nadal służba w HJ, jakby nic innego się nie stało.

-Ja i tak tam pójdę - powiedział Josel - jestem teraz rottenfuhrerem.

-Ach - powiedział Zezok z zainteresowaniem- to coś w rodzaju podporucznika.

- Nie mów bzdur- powiedział Josel- to jest drużyno wy albo nawet plutonowy.

Tymczasem Zezok chciał zapytać Josela o coś zupeł nie innego. Był o rok starszy i

musiał to wiedzieć: Czy u niego też to tak jest, że rano, przy przebudzeniu, jego

pulok* jest bardzo twardy i ma ochotę się mm pobawić. Teraz nie był chyba jednak

ku temu odpowiedni moment. Poza tym musieli się pospieszyć. Może będzie mógł

go o to zapytać w drodze powrotnej. Wtedy lepiej by się też poznali. Zezok

zatrzymał się.

-

Popatrz tam! - Na kamieniu siedziała w słońcu jaszczurka, poruszając głową w

jedną i drugą stronę. - Wszędzie jest pełno jaszczurek, teraz we wrześniowym

świetle wychodzą z zarośli i opalają się, zanim zagrzebią się w ziemi na zimę.

Josel zrobił krok do przodu l jaszczurka zniknęła w tra wie. - Szkoda - powiedział

Zezok, chociaż wiedział, że była pora iść dalej. -To był okaz, miała ze trzy albo

cztery lata - widziałeś - zwisały jej bardzo grube skórzane po liczki. A oko było jak

z kamienia.

- Hm - powiedział Josel. On tego nie widział. W jego mniemaniu na wiosnę

występowały młode zielone ja szczurki, które gubiły swoje ogony, gdy się je

przytrzy mało, jesienią wszystkie były jednakowo szare i jednako wo stare.

Dwudziesto albo trzydziestoletnie jaszczurki żyły tylko w ZOO. - Ty tu przecież

bywasz częściej, ciągle widujesz jaszczurki - powiedział.

- Każda jaszczurka jest inna - powiedział Zezok. Po szedł dalej.-Poza tym to była

salamandra.

Dotarli teraz do zagajnika i Zezok zagwizdał umiejęt nie. Josel zadarł głowę do góry

background image

i dopiero teraz zobaczył, że ponad nimi, w gałęziach buku, schowany był dom.

Zezok zagwizdał raz jeszcze, lecz nic się nie poruszyło.

- Co to znaczy, nie ma tam na górze nikogo, kto by uważał? - zapytał Zezok i jego

głos stał się ostrzejszy.

To był czas domów w drzewach. To był czas, kiedy każ dy chłopiec przy pomocy

dwóch, trzech desek i kilku sznu rów budował sobie dom na ogrodowej jabłoni albo,

gdy rodzice na to nie pozwalali lub też nie mieli ogrodu, na drzewie lasku

miejskiego lub w lesie żemickim... Ta moda zrodziła się w Polsce, a teraz

naśladowały ją dzieci niemiec kiego pogranicza i wkrótce takie domy w drzewie

można było zobaczyć także po lewej stronie Odry. Były małe, pry mitywne,

chybotliwe; domy, w których mieścił się tylko jeden chłopiec, jak i komfortowe,

przestronne z desek, uszczelnione mchem przed deszczem i wiatrem, w których

byki miejsce dla całej ferajny. O domy na drzewach toczono regularne bitwy, przy

czym zazwyczaj nie obywało się bez skaleczeń; ą nawet złamań nóg. Skończyło się

to wtedy, gdy młody Kapemik poniósł śmierć, spadając z drzewa. Złamał sobie

potylicę. Całe miasto mówiło wówczas o tym z przerażeniem i leśnicy zaczęli

burzyć w lesie domy w drzewach. Czasami w niedostępnych miejscach ciągle je

szcze można było jednak odkryć opuszczony dom w drzewie.

Zezok szedł pewnie przez las, chociaż nie było widać żadnej drogi ani ścieżki.

Joselowi wydawało się, jakby kierowa! się tajemnymi znakami ukrytymi w

drzewach, które dla niego były niedostrzegalne. I nagle przez białą korę brzozowych

pni zobaczyli grupę dzieci: ferajna.

W środku stał chłopiec oparty o pień brzozy, ręce miał związane na plecach

konopnym sznurkiem, głowa chłop ca opadała w dół, nie można było dostrzec jego

twarzy, jedynie mokrą, sklejoną czuprynę, poniżej chude ciało, na którym wisiała

brązowa lniana koszula w paski bez kołnierza, jakie w tej okolicy często nosiły

dzieci górni ków, w kilku miejscach zaznaczały się na niej ciemne przepocone

plamy. - He, co to ma znaczyć? - zapytał Zezok, niespokojnie zezując we wszystkie

strony.

17

Silbergleit błąkał się po ulicach tego miasta, które kiedyś, dawno temu było jego

domem. Wiele tu się działo od tego czasu, to prawda, miały tu również miejsce

wielkie histo ryczne wydarzenia, które dosięgły go nawet w Berlinie. Była tam

wojna, a on pociągiem - lazaretem jechał przez swoje rodzinne strony, mijając huty i

background image

kopalnie, przez Pol skę aż do Rosji, byk tam kapitulacja 1 tworzenie rad

robotniczych i żołnierskich, powstania i okupacja Komisji Alianckiej z włoskimi,

francuskimi i brytyjskimi żołnierzami; był tam plebiscyt narodowy i trzecie

powstanie, a w końcu, na podstawie decyzji genewskiej, podział prowincji. Tak że i

on przyjechał wtedy specjalnym pociągiem z Berlina na plebiscyt do Gliwic, do

miasta swojego dzieciństwa, gdzie wraz z wieloma innymi nocował w zupełnie

prze pełnionym mieszkaniu radcy sądowego Kochmanna, gdyż hotele nie mogły

pomieścić tylu tysięcy osób. To było po ruszające święto jedności - Silbergleit lubił

o tym wspomi nać, gdyż czegoś takiego rzadko doświadczał w swoim życiu i nie

zdawali sobie wcale sprawy, że tak wielu ich było w mieście, wzięli się za ręce,

popatrzyli na siebie i przez chwilę nie liczyło się, czy ktoś przyjechał w codziennym

garniturze albo w kaftanie, w kunbasie albo chałacie, z gołą głową czy w jarmułce.

Następnego dnia po ogłoszeniu wyników zgromadzili się dumnie na

Reichsprasidentenplatz i brali się w ramio na, płacząc z radości i modląc się, obcy i

przyjaciele, ka tolicy i Żydzi, a nawet ewangelicy. A w ciągu niespełna dwudziestu

lat zmieniły się nie tylko serca i umysły, lecz także ulice i kamienie, i już kiedy

wysiadł na nowym dwor cu kolejowym, który przeraził go swoją zimną,

geometryczną brzydotą, i przemierzył plac przed dworcem, tak wiele rzeczy

wydawało mu się nowych, innych, ale też i obcych. Nie był tym jednak zaskoczony,

jakże mogłoby być inaczej, upłynęło tyle czasu i życia. Silbergleit był zde cydowany

przyswoić sobie to miasto wszystkimi zmysła mi i odzyskać je na nowo, i zaczął od

najprostszego ćwi czenia: patrzył i patrzył, i patrzył, i patrzył. W twarze ludzi

mijających go spiesznie, na fasady domów, obok których przechodził, zaglądał także

do sklepów i biur, i wiedział, że nowe wrażenia mieszają się ze starymi i w końcu

po zostaną jako jedno jedyne trwałe wspomnienie, wspomnie nie miasta, które

mitycznie i realistycznie opisał w tomie swoich wierszy pod tytułem Miasto.

Silbergleit błąkał się po głównej ulicy miasta, która cią gle jeszcze nazywała się

Kaiser-Wilhelm-Straße, co nie było oczywiste, zauważył bowiem po tabliczkach, że

wie le ulic otrzymało nowe nazwy; słuchał opowieści fasad znajomych domów o

starych, doświadczonych przez sie bie zdarzeniach: narożnego domu Nowacka z

licznymi neogotyckimi wieżyczkami, w którego osłoniętych od wiatru niszach palił

będąc chłopcem swojego pierwsze go papierosa, łukowatych okien wystawowych w

domu towarowym Barrascha, który teraz nazywał się Rebenstorf i ciągle jeszcze

zapraszał do kupowania straszliwie spię trzonymi towarami, kamiennych balustrad

background image

mostu Kłodnickiego, o które stłukł sobie raz kolano...

Minął schody prowadzące do Teatru Miejskiego, na których jakże często czekał z

uzbieranym własnoręcznie bukietem kwiatów, dopóki aktorzy nie zaczęli wracać z

próby, żeby wręczyć go jakiejś pannie, w której zako chał się na jakimś

przedstawieniu teatralnym; nigdy jed nak nie zdobył się na to, ani w tym dniu, ani w

żadnym innym. Zwiędłe kwiaty wrzucał do Kłodnicy i z wysoko ści' mostu patrzył

w ich ślad, jak kołysały się na wodzie, kolorowe, rozsypane, płynąc z miasta ku

Odrze, aż do dalekiego morza. A kiedy dorósł i większa była także jego odwaga,

pewnego dnia wręczył jednak jednej pannie (¡już od dawna była to Inna aktorka)

bukiet kwiatów, kupio nych tym razem w kwiaciarni Haniczka przy dworcu, jed

nakże towarzysz panny bez namysłu wrzucił bukiet kwia tów do Kłodnicy, tak jakby

przeznaczeniem wszystkich jego kwiatów było płynąć w dół Kłodnicy ku Odrze.

Więc teraz raz jeszcze usiadł na tych stopniach,

0których w Berlinie twierdził, że są z marmuru, teraz jed nak zauważył, że były

odlane ze zwykłego cementu i odsłaniały głębokie, zielone, porośnięte mchem

pęknię cia. W ten sposób wspomnienie przemieniło beton w mar mur, żelazo w

złoto, a świergot ptaków w muzykę i spoglądał na potężne kasztanowce i zielone

wierzby, których gałęzie sięgały aż do wody już nie dzikiej, teraz ujarz mionej

Kłodnicy. I obserwował jak tramwaj, ciągle jeszcze piszcząc na zakrętach, podążał

starą drogą po szynach, chociaż jego wagony były bardziej przestronne, kancia ste i

pomalowane na jednakowy żółty kolor, a przez most maszerowała właśnie

kompania żołnierzy w stalowych hełmach na głowie i z karabinami przewieszonymi

przez ramię, Śpiewając Była raz szaroootka, mała szaroootka, hołahldlholala

holahidiho, a ich podkute buty z cholewa mi wprawiały most w wibrację.

W oknach redakcji Oberschlesischer Wanderer wisiała mapa Polski dużego formatu

z przygranicznym terenem niemieckiej Rzeszy i młody stażysta ze starannie zacze

sanym przedziałkiem przesuwał właśnie małe chorągiew ki ze swastyką trochę dalej

w głąb Polski; ludzie tłoczyli się tam, trącając się nawzajem w bok, a w ich twarzach

migotało światło.

-Tarnowskie Góry, oni już są w Tarnowskich Górach, nasi żołnierze - wyjąkała

jakaś kobieta i oddaliła się, jakby tę wiadomość szybko musiała wszędzie rozgłosić.

- Ależ skąd, oni już są w Radomsku i Wieluniu - po wiedział starszy pan w

wytartych spodniach jeździeckich i drżącym palcem pokazał nowo zatkniętą

chorągiewkę.

background image

- A co z Częstochową, z Częstochową? - dopytywała się zdenerwowanym głosem

stara kobiecina w czarne) chustce na głowie, która zsunęła je) się przy tym głęboko

na twarz. Odpowiedział je) przychylny pomruk stojących wkoło. Jednak to zdawało

się jej nie wystarczać, gdyż po wtórzyła i głębi chustki: - Co z Częstochową, z

Czarną Madonną, czy ją spalili? Mój Boże kochany.

Starszy pan z czerwonymi policzkami, który na kawał ku papieru robił sobie notatki,

powiedział drwiąco: - Nie długo będzie pani znowu mogła modlić się w

Częstochowie—w dodatku po niemiecku.

Kobiecina poszła dalej i nie próbowała nawet ściągnąć chustki z twarzy. Kiedy ktoś

w ten sposób mówił, w dzi siejszych czasach lepiej było nie pokazywać tak otwar

cie swojej twarzy.

- A co się stało z Królewską Hutą? - zapytała kobieta, stojąca zupełnie z tyłu, której

górną część ciała przycią gały do ziemi dwie pękające w szwach siatki z zakupa mi.

I kiedy nikt jej nie odpowiedział, dodała: - Bo mam siostrę, co tam mieszka i w

końcu, takie straszne rzeczy słyszy się przez propagandę, nieprawda... Kobieta

miała na brodzie grubą brodawkę, w której drżał jeden jedyny czarny włos.

Człowiek się martwi- powiedziała. I było po niej poznać, że się martwi.

Kościsty mężczyzna, który podkreślił jeszcze swoją chu dość, mocno ściskając

paskiem wiatrówkę, powiedział zło śliwie: - Francja i Anglia wypowiedziały nam

wojnę.

-

Tak - odparł pan z papierem w ręku. - To było już wczoraj. -1 niewzruszony

zapisywał coś dalej. To, co było wczoraj, już dawno odłożył w akta. Teraz pisał o

nowych sprawach, cokolwiek by to nie było.

Silbergleit raz jeszcze spojrzał na adres w swoim note sie: Kochmann, Ratiborer

Straße i i niewyraźnie przypo mniał sobie, że dawniej chodził tam przez

Niederwallstraße, jednak nie był już tego pewien. Zapytał jakiegoś przechodnia,

potem jeszcze jednego, w końcu zakonni cę, która przechodziła w białym,

przybrudzonym już na rogach welonie ze skrzydłami. Kiedy wreszcie stanął przed

domem, na wizytówkach odczytał same nieznane nazwiska. Wyszła kobieta z balią

parującej bielizny.

-

Chciałbym do Kochmannów - powiedział Silbergleit nieśmiało.

Kobieta z hałasem odstawiła balię na kamiennej po sadzce i odwróciła się do

Silbergleita. Jej ramiona były wilgotne i czerwone. Odgarnęła z twarzy kosmyki

wło sów i bezceremonialnie zlustrowała obcego przybysza.

background image

- Kto pana tu przysłał? 1 zapytała podejrzliwie.

Ten czas zasiał strach i podejrzliwość nawet w sercach prostych ludzi i pomyślał

Silbergleit i spojrzał na kobie tę, która wydała mu się tak naturalna i oczywista jak

ko rytarz domu, schody i mokra bielizna parująca z balii. Za późno przyszło mu do

głowy, że dzisiaj można było py tać ludzi o ulicę, kino, kościół, może nawet o Boga,

ale nie o Żyda.

- Proszę mi wybaczyć - powiedział i chciał się wy mknąć.

- Niech pan wejdzie - odezwała się kobieta - o tym lepiej rozmawiać za jakimiś

drzwiami. - Zostawiła ba lię z parującą bielizną i zeszła pół stopnia niżej do

mieszkania w suterenie.

Silbergleit poszedł za nią. Wystarczająco długo chodził po ulicach. Pragnął spotkać

w tym kiedyś dobrze znanym, a teraz już obcym mieście człowieka, z którym

mógłby porozmawiać, kogoś, kto zaprosiłby go do swojego mie szkania, kto

zaproponowałby mu może filiżankę herba ty albo przynajmniej krzesło, żeby usiadł.

- Pan jest spokrewniony z Kochmannami, nieprawda, poznałam to przecież po

czubku pańskiego nosa - powie działa kobieta przyjaźnie, bez podtekstu. - Proszę

niech pan wejdzie i usiądzie. Widziała zmięty garnitur Silbergleita, rozpoznała

jednak owym spojrzeniem, którego można się nauczyć patrząc przez okna sutereny,

że musiał być kiedyś dobrej jakości i na pewno byt drogi. Otworzyły się jakieś drzwi

i w chmurze pary pokazała się dziecięca twarz. -Zaraz przyjdę - zawołała matka -

zamknij drzwi, widzisz przecież, że mam ważnego gościa.

-Jestem przyjacielem - powiedział Silbergleit - jeste śmy, to znaczy byliśmy

przyjaciółmi w czasach młodo ści. Wychowałem się w tym mieście.

- Przecież od razu wiedziałam - powiedziała kobieta już prawie wesoło i spuściła

rękawy sukienki. -Jakoś pana twarz od razu wydała mi się znajoma, niech zgad nę.

Nie mieszkał pan na podwalu na Niederwallstrage, Kreuzstrasse, przy nowej

poczcie? —Jej czerwone dłonie ciągle jeszcze błyszczały. Wskazała nimi krzesło z

tapicerką, w którym stalowa sprężyna tworzyła garb.

- Ach, proszę bardzo - powiedział Silbergleit i spojrzał na swoje ręce, które w tym

świetle wydały się mu jak ze starego pergaminu - przyjechałem do tego miasta z

wizytą i pomyślałem, że mógłbym przy tej okazji zobaczyć Kochmannów. - Usiadł i

potarł dłonie, które pragnąłby mieć w tej chwili tak czerwone jak ręce kobiety.

- To dobrze - powiedziała kobieta - ja . też najbar dziej lubię odwiedzać starych

przyjaciół, których daw no nie widziałam. Wydawało się, jakby tylko czekała na to,

background image

żeby gość zajął miejsce, aby sama mogła oprzeć się wygodnie w wiklinowym

krześle.

- Pan radca sądowy już nie mieszka w tym domu. Żeby pan nie myślał! - Zrobiła

przerwę i podrapała wnętrze dłoni o wystający kawałek wikliny z poręczy krzesła. -

Żeby pan nie myślał! - powtórzyła. - Pan radca sądowy już wcze śniej wyprowadził

się na Miethe-Allee. Tutejsi ludzie wpro wadzili się całkowicie zgodnie z prawem,

to trzeba przy znać. No tak, w partii to już chyba trzeba być, ale wie pan, taką grubą

rybą to on nie jest, tego nie mogę powiedzieć, piorę im bieliznę i przy napiwku nie

są dusigroszami, to są... ach, pan chce już iść?

Silbergleit podniósł się. Chętnie słuchał kobiety. Jed nak otrzymał już swoją

informację, a kobieta miała wy starczająco dużo do roboty. I obok słyszał

sprzeczające się dzieci.

- Powinnam była zaproponować panu filiżankę her baty, ale widzę, że me ma pan

tak dużo czasu. Ale prze cież na kieliszeczek wystarczy, nieprawda? Mam tu likier

malinowy domowej roboty, musi pan spróbować...—Po szukała w fartuchu klucza,

otworzyła nim szafeczkę i wyciągnęła z niej butelkę i dwa kieliszki. - Jeżeli nie był

pan tak długo w mieście, musimy za to wypić po jednym!

- Może będę tu mieszkać - powiedział Silbergleit i wziął kieliszek.

-Broń Panie Jezu! - powiedziała kobieta ze strachem. -To znaczy, my jesteśmy

przecież tylko prostymi ludź mi... Wielu waszych wyjechało za granicę. A syn radcy

sądowego Kochmanna- stanęła bardzo blisko Silbergleita i jeszcze bliżej przysunęła

swoją twarz do jego - za strzelił się Za miastem w parku nad Kłodnicą.

- Ale dlaczego? - zapytał Silbergleit i postawił kieli szek na małym chybotliwym

stole. - To znaczy, dlacze go się zastrzelił? - Przypomniał sobie, że ciągle jeszcze

miał na głowie kapelusz, teraz wziął go do ręki i raz je szcze usiadł.

- To będzie już ze cztery, pięć lat temu - powie działa kobieta, przeciągając słowa,

jakby chciała tym samym przesunąć to zdarzenie w odległą przeszłość - to było już

tak dawno.

- Miethe-Allee dwanaście - powiedziała niespodzie wanie i zakorkowała butelkę. -

Pan Kochmann mieszka teraz w tym domu zupełnie sam, oni przecież nie odważą

się do niego zbliżyć.

- Czy Kochmannowie mieli...więc czy były kłopoty?

-Wtedy jeszcze tutaj nie mieszkaliśmy – powiedziała kobieta. - Musi pan długo

dzwonić albo może wołać, pan Kochmann mieszka zupełnie samotnie i czasami nie

background image

otwiera. Wszyscy mu radzili, żeby też wyjechał za grani cę, ale on przecież nie chce,

ten pan doktor. Mówi za wsze: Tu jest moja ojczyzna, tu chcę być pochowany.

-Zna go pani dobrze? - dowiadywał się Silbergleit.

—Czy ja wiem- powiedziała kobieta, odkorkowała bu telkę na nowo i raz jeszcze

napełniła kieliszki. - Już od lat nie byłam w tym domu. Ale zawsze ich ceniłam, tych

Kochmannów, to nie to, co przyszło ze Wschodu, z Polakei, ci Żydzi śmierdzący

czosnkiem I niech pan wybaczy-pan też jest przecież wytwornym człowiekiem.

- Upiła odrobinę z kieliszka. - Więc wielkoduszni ludzie, ci Kochmannowie, czegoś

takiego dzisiaj już nie ma.

Kobieta mlasnęła. Poszła śladem wzroku obcego przy bysza i zauważyła, że patrzył

na kolorowego porcelano wego buta z utrąconym czubkiem. Kiedyś wkładała do

niego czasem kwiaty, lecz było to już dawno temu. Czego dzieci nie zniszczyły, mąż

rozbił po pijanemu. Na stare lata, kiedy to wszystko będzie już mieć za sobą, kupi

sobie no wego porcelanowego buta, piękniejszego i większego i napełni go wodą i

kwiatami.

Silbergleit milczał. Wyjął z kieszeni chusteczkę i prze tarł nią twarz. Nie był jednak

spocony. Wpatrywał się w sfatygowane meble, wpatrywał się w ścianę, z której w

niektórych miejscach odłupywał się tynk. Próbował so bie przypomnieć, czy był już

kiedyś w tym mieszkaniu. Światło wpadało z góry przez małe zakratowane okna i

rysowało na nagiej podłodze wąski złoty dywan.

- Bo on jest pod ochroną najwyższych władz, pan rad ca sądowy - powiedziała

kobieta szeptem, upajając się zdumieniem mężczyzny. - Wie pan chyba, że jego

córka wyszła za mąż za włoskiego pułkownika, który wte dy, w czasie okupacji był

tutaj szefem włoskich oddzia łów, ona jest teraz przecież siniorą Renzetti. Tak, pan

puł kownik nie poślubił żadnej Ballestrem, żadnej Schaffgotsch ani żadnej Henckel-

Donnersmark, chociaż panowie oficerowie byli wtedy częstymi gośćmi na zamkach

i w ma jątkach. On ożenił się z Kochmannówną, a teraz jest attaché ds. militarnych

pana Duce w Berlinie. Pewnego dnia, niech pan sobie wyobrazi - kobieta wzięła

kieliszek i przepiła do Silbergleita-Suse Kochmann weszła do mojego nędz nego

mieszkania w suterenie, no więc madamka Renzetti, ja, nic nie przeczuwając,

otwieram drzwi, i mówię, mój Boże, prawdziwa Kochmannówna w moim

mieszkaniu, mówię do dzieci, dalej umyjcie sobie szybko ręce, Kochmannówna w

naszym mieszkaniu, piękna kobieta, muszę panu powiedzieć, w Elegante Welt było

jej zdjęcie, jak Hitler całował ją w rękę, może pan sobie wyobrazić, zdjęcie

background image

wędrowało w całym mieście z rąk do rąk, ale mi serce biło, więc ona mówi do mnie,

że chciałaby w naszej suterenie zostawić kilka przedmiotów na przechowanie i że

zapłaci mi za to dziesięć marek, w ogóle nie wiem, co tam jest w środku, klucz do

skrzyni zabrała ze sobą i powiedziała, że pan radca sądowy jest pod ochroną rządu

Rzeszy i gdyby kiedyś coś mu się miało przydarzyć, to zostawiła mi tutaj swój

adres...

Kobieta znowu podeszła do szafki, wyciągnęła z niej kopertę i pokazała ją obcemu

przybyszowi. Silbergleit nie chciał jednak czytać. Teraz chciał już iść, obawiał się

bo wiem, że kobieta mogłaby mu powiedzieć za dużo.

Złapał jej rękę i przytrzymał ją przez chwilę mocno, czuł niemal twarde,

zrogowaciałe odciski na jej dłoniach.

-Już sobie pójdę - powiedział Silbergleit. - Bardzo pani dziękuję. Myślę, że mi pani

bardzo pomogła.

- Czy ja wiem - powiedziała kobieta, popadając na gle w zadumę. - Nie

przeszłabym się ulicą z panem radcą sądowym. Gdyby mnie ludzie zobaczyli z

Żydem u boku, mogłabym mieć kłopoty, jesteśmy prostymi ludźmi, nieprawda? Co

mam robić z siedmiorgiem dzieci w tym mieszkaniu, będę zadowolona, gdy państwo

mi kilka zabierze.

-

Żegnam panią - powiedział Silbergleit, akcentując powoli każde słowo. Podniósł

się i wyszedł z pomie szczenia, potem schodami w górę na ulicę. Do Miethe- Allee

było tylko kilka kroków. Zaraz też odnalazł willę Kochmanna. Stała za wysokim

drewnianym płotem obra mowanym wysokim bukszpanem, jakby opuszczona. Na

bramie ogrodu nie widać było żadnej wizytówki. Silber gleit minął ją ani razu nie

spowalniając kroku, rzucił kilka trwożliwych spojrzeń na dom, nic więcej;

wydawało mu się, jakby ktoś siedział za oknami i obserwował ulicę. Po tem

zawrócił. Zdecydowanie nacisnął dzwonek. Odszedł krok do tyłu, żeby pokazać się

ukrytemu obserwatorowi za oknem. Potem zadzwonił raz jeszcze. Jednak w domu

nikt się nie poruszył. Sllbergleit napisał coś w swoim no tesie, wyrwał kartkę i

wrzucił ją do skrzynki na listy. Nie dziwił się, że nikt nie otwierał. Tak było raczej w

porządku. Za godzinę chciał spróbować jeszcze raz.

18

- Dalej, Polaku, tańcz! Ruszaj się, kręć się wkoło, kręć się wkoło, cały czas wokół

drzewa!

Poprzez gwar dało się to wyraźnie słyszeć.

background image

Chodzi słoń dokoła Kręci się leniwie Tak źe nikt nic nie wie

Ktoś wystąpił z kręgu, podchodząc bardzo blisko do związanego chłopca.-Dalej,

śpiewaj: Jeszcze Polska nie zginęła. Czy się może wstydzisz, że jesteś Polaczkiem?-

Upadł przed chłopcem, złożył jego ręce i zaczął krzyczeć niemal załamującym się

głosem: - Śpiewaj to, Polaczku: Jeszcze Polska nie zginęła... i tak dali, i tak dali...

Chłopiec, który był przywiązany dó brzozy, powoli prze suwał się wokół pnia, po

omacku stawiając w trawie małe kroki w bok, jego białe ramiona ocierały się o korę.

Szedł w powolnym rytmie, który wydawał się należeć wyłącz nie do niego i *nie dał

się przez innych popędzać, nawet wtedy, gdy ktoś go opluł, ktoś inny dźgnął

konarem w brzuch, a trzeci kopnął. Jeden z nich z krostowatą twarzą rozpiął spodnie

i wśród dopingujących okrzyków i śmiechu pozostałych zaczął szczać wysokim

lukiem, coraz bliżej kie rując strumień ku chłopcu, bał się jednak w niego trafić.

Josel chciał się rzucić na sikającego chłopca, coś go jednak powstrzymywało. Chciał

zaczekać, aż chłopiec na prawdę obsika ofiarę, żeby naładować się tym większym

oburzeniem i wściekłością.

- Hej, co wy tam robicie z tym chopkiem? - wrzasnął nagłe Zezok. Jego głos

nabrał ostrości, której Josel jeszcze nigdy u niego nie zauważył.

Dzieci umilkły, krąg został przerwany, ale się nie rozpro szył. Wszyscy ze

zdziwieniem patrzyli na Zezoka i Josela.

Chłopiec podniósł głowę. Pokazał im twarz mokrą od potu i dość wystraszoną. Usta

były wpółotwarte, jakby z trudem łapał powietrze do oddychania. Kiedy jego oczy

natrafiły na skrzyżowane spojrzenie Zezoka, znowu opu ścił głowę.

Josel podszedł do niego i podniósł brodę chłopca do góry, żeby dokładnie zobaczyć

jego twarz. Starał się to zrobić delikatnie, co mu się udało tylko w połowie.

- Skąd jesteś? - Nie przypominał sobie, żeby już kie dyś widział chłopca. Pot i

smark na twarzy odpychały go i czyniły jego głos ostrzejszym niż zamierzał. -

Powiedz, skąd jesteś? - Dajcie tu nóż - zawołał Zezok. - Nikt nie ma scyzoryka? -

Rozejrzał się wkoło.

Wonzak pierwszy oderwał się od grupy i przyniósł nóż. Miał na sobie brązową

koszulę i czarne spodnie, lecz ko szula była szeroko rozpięta pod szyją, nie można

więc było powiedzieć, że chodził w mundurze pimpfa*. Wszy scy, którzy go znali,

nigdy nie widzieli go w innym stro ju. Kiedy była służba w HJ, wokół szyi

zawiązywał tylko czarną chustkę. I wtedy mył sobie przedtem ręce.

Zezok wziął nóż i rozciął chłopcu więzy.

background image

—Z osiedla - powiedział cicho chłopiec przy drzewie.

•' — Skąd? - Zezok właściwie nie był głuchy.

- Jestem z osiedla Huldschinskiego! | Mówił z twardym akcentem. Wysunął białe

ramiona do przodu i czerwonymi dłortml rozcierał ściśnięte sznurem miejsca. Potem

osunął się plecami po pniu drzewa i wyczerpany opadł na trawę.

- Obetrzyj twarz! -Josel chciał mu dać chusteczkę, ale żadnej nie znalazł.

Chłopiec przetarł twarz rękawem koszuli-i przez to wszystko jeszcze tylko

pogorszył.

Mógłby teraz spokojnie okazać trochę wdzięczności - pomyślał Zezok, który się nad

nim pochylał - jednak jego twarz była równie przestraszona jak wcześniej.

-Jak się nazywasz?- zapytał Josel z góry.

- Hottek. Tak wszyscy na mnie wołają.

- A jak się tu znalazłeś? - zapytał Zezok od dołu.

- Szedłem do domu i na górze, na moście Hindenburga, tam mnie złapali.

Tymczasem ja im nic nie zrobiłem, przysięgam na świętą Barbarę. A oni mnie tu po

prostu przywlekli, dając mi smary...

Podwinął wysoko rękawy i rozsunął koszulę u szyi aż do ramion, żeby pokazać, jak

go popychali i bili. Zezok nie mógł niczego dostrzec. Widział tylko białą dziecięcą

skórę z siwawym odcieniem.

Chłopcy z kręgu przysunęli się teraz bliżej.

-Bo on jest przecież Polaczkiem- powiedział ten z kro stowatą twarzą. - Tak, on tam

na moście gwizdał hymn Polaczków- powiedział Karl z pyzatymi policzkami,

którego nazywali Cherubinem.

- Dlatego go tu przywlekliśmy - powiedział Wonzak w swojej koszuli pimpfa.

- Ale ja wcale nie jestem żadnym Polaczkiem - po wiedział Hottek w trawie.

- Nagle zaczął uciekać. A dlaczego ktoś ucieka? Bo jest winny. I wtedy wzięliśmy

go właśnie w obroty—powie dział najmłodszy, którego nazywano Chopklem.

Najmłod szy zawsze był chopklem.

-Pomyśleliśmy - powiedział powoli ten z krostowatą twarzą - niech Zezok

zdecyduje, co z nim zrobimy. Zezok jest naszym wodzem.

Zezok wstał. Zezował jeszcze bardziej niż zwykle. Zawsze gdy był szczęśliwy albo

podniecony, zezował szczególnie mocno. Nie był pewien, jak powinien się

zachować, bowiem jego ferajna w nienawiści do tego obcego chłopca stworzy ła

wspólnotę, z której on czuł się wykluczony. On to wy czuwał. Teraz jednak znowu

background image

do nich należał.

- Wspólnie o tym zdecydujemy - powiedział. Spoj rzał przy tym jednak tylko na

Josek. O ile był w stanie spojrzeć.

Josel powiedział do chłopca w trawie: - Postaraj się stąd zmyć, jeszcze zanim się

ściemni, bo oni cię jeszcze zmasakrują. - Myślał tak naprawdę, powiedział to jed

nak jak żart. Zaśmiał się i podszedł do ognia.

Wojna, czarnych jest na Kubie

Rozdzierają strzały noc

- śpiewał Josel. Zwrócił się do Zezoka, który poszedł za nim. - Znasz to?

A Zezok podchwycił:

Kanibale ruszają w bój

Strzeżcie się biali wpaść w ich moc

I obydwaj ze śmiechem wybijali rytm na udach: umba umbarassa, umba umbarassa

umba bum.

Wonzak uwiesił się Zezoka. - Myślę, ze on jest raczej ewangelikiem - powiedział i

pokazał do tyłu. - Często bywam na osiedlu Huldschinskiego i nigdy go tam nie

widziałem.

No więc w to, że Wonzak był choćby raz w swoim nie kompletnym mundurze

pimpfa na osiedlu Huldschinskie go, nigdy by mu nie uwierzył. Na osiedlu

Huldschinskie go mieszkali najbiedniejsi hutnicy i tamtejsze dzieci nie tolerowały

żadnego obcego chłopaka.

- Teraz chciałbym zakurzyć jednego - powiedział Josel do Zezoka. - Obiecałeś mi

przecież!

Zezok dał znak Wonzakowi, który z kieszeni na sie dzeniu wyciągnął paczkę

papierosów. Zezok wyciągnął sobie jednego i podał dalej Joselowi całą paczkę.

Won- zak podsunął mu rozżarzoną drewnianą szczapę.

- Najpierw gościowi, to jest Josel Piontek, on jest w porzundku! - powiedział teraz

do pozostałych, którzy go nie znali. Jednak znali go wszyscy, przynajmniej z

opowiadania. To, że w pustym wagonie towarowym poje chał do Twardawy,

wszędzie się rozniosło.

Salem - najlepszy papieros ze snu!

Lepszy niż naga kobieta w łóżku!

- Co w ogóle mieliście zamiar z nim zrobić? - zapytał Zezok cicho i lekko odrzucił

głowę do tyłu. Myślał o tym, że chłopiec z osiedla Huldschinskiego mógłby się

background image

kiedyś pojawić w tym trójkącie utworzonym przez zagajnik, Bytomkę i rzekę

Kłodnicę wraz ze swoją ferajną 1 straszliwie się zemścić za takie potraktowanie.

- Czy ja wiem - powiedział Wonzak, który chętnie przejmował funkcję Zezoka,

kiedy tego nie było. Jak na swój wiek był silnej budowy ciała 1 przerasta! Zezoka

o głowę. Jego ręce były jak placki. Wszystko co robił było trochę powolne. Także

jego mowa.

- Przywlekliśmy go aż tutaj i nagle po prostu tu był, więc nie mogliśmy go tak

zaraz wypuścić - Wyszczerzył zęby, a po chwili dodał:—Ktoś powiedział, że

powinni śmy go związać, żeby w żadnym wypadku nie zwiał. To wszystko.

On już by wiedział, co można zrobić z obcym chłop cem, ale nie miał odwagi

powiedzieć. Po prostu we pchnąć do Kłodnicy! Wtedy musiałby przepłynąć

na,drugą stronę, do osiedla Huldschinskiego. Wtedy by się go po zbyli. Teraz już

jednak przepadło. Zezok przyprowadził Josela, który nigdy by na to nie pozwolił.

Tak, on byłby nawet w stanie popłynąć za chłopcem i wyciągnąć go z wody.

i Zupa gotowa- zawołał chłopiec przy palenisku 1 po pchnął kocioł, aż ten się

zakołysał.

Obcy chłopiec siedział w trawie i od czasu do czasu przecierał twarz ręką. Nie mógł

jeszcze całkiem pojąć, że ci, którzy go od godziny pędzili, popychali, bili,

poszturchiwali, wiązali i otaczali kołem, teraz w ogóle się nim nie zajmowali. Z

nieufnością właściwą dla jego wie ku myślał o pułapce. Stoczył się trochę w bok, z

dala od brzozy, za paproć. Kiedy i teraz nikt nie spojrzał w jego kierunku, wstał.

Kiedy jednak poczuł, że drżą mu kola na, usiadł z powrotem. Przyglądał się

pozostałym, jak nalewano im przy ogniu zupę do słoików. Pewnego dnia powiedział

do siebie - zemszczę się.

Zezok podszedł do ognia. Podstawił pusty słoik po dże mie. - Dla dwóch do biksy* -

powiedział - dla Josela i dla mnie- i głową pokazał w stronę Josela, podczas gdy

jego wzrok powędrował w zupełnie innym kierunku. Chłopiec przy ogniu napełnił

słoik aż po brzegi. Był tak gorący, że w drodze powrotnej musiał go wielokrotnie

odstawiać. - Masz, zaczynaj - powiedział do Josela i postawił słoik na ziemi. Spod

szdki wyciągnął łyżkę.

Zezok dwa razy w tygodniu spotykał się w tym zagaj niku ze swoją ferajną z

Teuchertstrafie. Tutaj byli sami, tu bawili się w swoje zabawy, o których inni nie

mogli się nic dowiedzieć, tutaj chowali to, co znaleźli, a może nawet zwędzili w

ciągu tygodnia i zawsze było tu coś do jedzenia: kartofle pieczone w żarze węgla

background image

drzewne go, zupy przygotowane z proszku, a czasem kawałek chleba komiśnego z

margaryną. Potem była lemoniada, którą robili sobie sami z proszku i czystej wody z

rzeki, czasami też piwo i - odkąd on został przywódcą tej ferajny - nawet sznapsik,

w który zaopatrywał się u dzi kiego mnicha albo u swojego najstarszego brata Toni-

ka. Może też tylko dlatego został przywódcą bandy z Teuchertstrasse. W każdym

razie uważał, by nikt się tym nie upił i wtedy może nie trafił już do domu albo nawet

zdradził ich kryjówkę.

Josel wyłowił z zupy gruby kęs mięsa. Długo go gryzł, a potem paznokciem

wydłubywał włókna mięsa z zębów.

- Czy ten chłopak nie powinien też dostać coś do je dzenia? - zapytał niewinnie

siedzących w kręgu. Pozo stali byli całkowicie pochłonięci jedzeniem, a może już

tym, co miało nastąpić później. Wiatr przyniósł odgłosy ze stacji rozrządowej. Jakaś

lokomotywa z sykiem wypu szczała parę coraz głośniej w krótkich odstępach czasu.

-

No jasne - powiedział Zezok po chwili - chłopak też powinien coś dostać, on

absolto nie wygląda na ta kiego, u którego w domu mięso jest częściej niż raz w

tygodniu.-Zezok z wysiłkiem pracował łyżką. W zupie były kluski, które ciągle

ześlizgiwały się z łyżki.

-Polaczku! - zawołał. - Jak się nazywasz? Ach tak, Hottek ci na imię. Chodź no

tutaj, Hottek. Też coś dosta niesz z zupy. I jeżeli w domu absoluto nic nie powiesz

o tym, co tu widziałeś, to potem dostaniesz jeszcze łyk sznapsika.

Hottek przybliżył się powoli. Ręce trzymał na plecach, jakby już nie chciał innym

przypominać o tym» co się zdarzyło.

- Przynieś sobie tam od chłopca przy ogniu coś do je dzenia - zachęcał go Josel,

grzbietem dłoni ocierając so bie usta.

Hottek w milczeniu podszedł powoli do ognia, mija jąc Zezoka i Josela, tam odebrał

w słoiku po dżemie pełną chochlę zupy, nieufnie, z wahaniem, jakby jeszcze nie

mógł uwierzyć w zmianę uczuć, 1 tak samo powoli i w milczeniu wrócił do swojej

brzozy, gdzie usiadł tak,

żeby cały czas mleć innych na oku.

- Pewnie jesteś czymś lepszym - krzyknął za nim Wonzak, który skończył jeść

zupę. Przesunął się trochę na bok, żeby zrobić Hottkowi miejsce, lecz ten, prze

chodząc w ogóle tego nie zauważył. - Nakrywa swój własny stół - powiedział

Wonzak szyderczo, trochę obrażony. - Polaczek!

- Kiedy on nie jest przecież żadnym Polaczkiem - odparł Josel łagodnie. Pomyślał

background image

o tym, co chłopiec po wiedział przedtem.

- Dajcie mu najpierw zjeść - odezwał się Zezok. Nie chciał niczego ryzykować.

Ani wobec Josela, ani wo bec swojej ferajny. Na dnie słoika osiadła gęsta papka z

klusek, kartofli i kawałków mięsa. Odchylił głowę do tyłu, przystawił słoik do ust i

stukał w niego, dopóki papka nie zaczęła się przesuwać. Przeżuwał z zadowole niem

i z zadowoleniem powiedział potem: - Czytałem w gazetach (on naprawdę czytał

gazetę, wszyscy to wie dzieli), co Polaczki robią z biednymi volksdeutschaml.

Zabijają ich po prostu na śmierć... na ulicy, 1 twierdzą, że to niemieccy szpiedzy...

-

Tak, to prawda gj powiedział Cherubin – słyszałem o tym w radiu, wyganiają

Niemców z domów i pędzą ich na bagna albo do rzek, aż się utopią.

- No więc, gdzie drwa rąbią, tam iskry lecą - powie dział chłopiec przy ogniu

niemal wesoło i pogrzebał w żarze.

- Nasi się za to zabierają i wcale się nie patyczkują - powiedział Wonzak.

—Mój brat - powiedział Chopek - jest w pierwszej li nii w walczącym oddziale;

możecie sobie wyobrazić, co on robi z takimi Polaczkami.

Nikt nie mógł sobie tak całkiem wyobrazić, co też duży brat małego Chopka robi z

Polakami. Jednak wszyscy z wysiłkiem coś sobie wymyślili.

- Polaczek to Polaczek - powiedział Wonzak z uporem, kończąc rozmowę.

Jedli swoją zupę albo już ją skończyli jeść i czekali na coś nowego, może na

sznapslka, który później dostaną, a może tez na to, źe coś się wydarzy.

Była wojna, dla nich nic się jednak nie zmieniło, oprócz tego, że przez kilka dni nie

musieli chodzić do szkoły, gdyż ich klasy były zajęte przez żołnierzy, którzy

przybyli skądś, z bardzo daleka z Rzeszy. Teraz jednak żołnie rze pociągnęli dalej,

w głąb Polski, przekraczając grani cę. Nazajutrz chłopcy znowu będą siedzieć w

swych sta rych salach lekcyjnych, które nie będą już pachnieć mchem i kredą jak

zwykle, lecz skórą, męskim potem i sprośnościami, przynajmniej przez pierwsze

dni, i znowu będą musieli recytować prawo i lewobrzeżne dopływy Odry, tworzyć

zdania względne albo wyciągać pierwia stki i wszystko będzie tak jak dawniej.

Wojna była czymś, co dotyczyło dorosłych, może trze ba będzie poczekać, aż

samemu się dorośnie, i kto wie, przy odrobinie szczęścia, potrwa ona jakiś czas i

zdąży się jeszcze w porę. Najpierw jednak, kiedy się ściemni, odejdą stąd, pójdą

wzdłuż Bytomki, mijając ogródki działkowe, do Sośnicy albo idąc na przełaj przez

tory do mostu Hindenburga, a za kilka dni spotkają się gdzie indziej, i tak będzie

jeszcze przez jakiś czas, dopóki pew nego dnia nie przyjdą inne dzieci, młodsze i

background image

wtedy one rozpalą ognisko i będą gotować jakąś zupę z ukradzio nych kostek maggi,

z ukradzionych klusek i kartofli albo może piec w ognisku kartofle w mundurkach, a

może też, w ciemności, doprowadzać do eksplozji butelki po piwie czy blaszane

puszki z karbidem albo też wyrzu cać w powietrze żar z ogniska. I czekać, aż będą

wię ksi i doroślejsi Tak to tu było,

-To już lepiej było pogonić Polaczka.

-Kiedy on nie jest przecież żadnym Polaczkiem.

-No to jest ewangelikiem.

-To tak samo źle.

Zeszli do rzeki ł wypłukali w wodzie swoje blaszane puszki albo słoiki po dżemie.

- Przyniosę teraz butelkę sznapsika - powiedział Ze- zok i wszedł w gęstwinę, skąd

w jemu tylko znanym miej scu wykopał z ziemi butelkę. Wrócił, trzymając ją

wysoko w obydwu rękach niczym trofeum.

- Czy to nie jest coś, czy tó nie jest coś- zawołał i potrzą snął butelką - czy to nie

absoluto bomba! - Wytarł szyjkę butelki do czysta. - Ale nie pluć przy tym do

środka! - Przyłożył butelkę do wargi, pociągnął mały łyk i otrząsnął się przy tym.

Podał butelkę dalej do Josela. - Masz - po wiedział- to nieźle piecze w gardle. Ale to

odurza.

I ze szczęścia zezował we wszystkie strony.

Josd przetarł powierzchnią dłoni szyjkę butelki, tak jak to widział u innych, potem

przystąpił do picia, wysunął język do przodu, przygotowując się na długi łyk. Kiedy

opuścił butelkę, wstrząsnął nim kaszel, I jego gardło pa liło jak lawa. - Barrdzo

dobite - powiedział ciężko dy sząc; w ten mniej więcej sposób wyraził odwrotność

tego, co czuł. Podał butelkę dalej do Wonzaka, który stał już obok niego. Pozostali

ustawili się w międzyczasie w rzędzie, żeby wódka też ich nie ominęła.

- Należysz do nas - powiedział Zezok do Josela, kiedy ten się uspokoił. Josel

uśmiechnął się z zakłopotaniem. Nie był zbyt wiele starszy od tych chłopców tutaj,

ale jest taki czas, kiedy przez rok albo dwa lata różnicy człowiek od dala się od

Innych na kilometr. W tym momencie czuł się W stosunku do tych chłopców

dorosłym i nagle wszystko tutaj wydało mu się dziecinne.

- Nie wiem - powiedział, wyciągając z kieszeni no wego papierosa - czy mam dla

was dość czasu... - Czuł, źe musi stąd teraz odejść, z pewnością jeszcze zanim się

ściemni. Zjadł pół słoika zupy, wyłudził paczkę papiero sów, a teraz pociągnął

nawet porządny łyk sznapsika. Nie można się już było spodziewać wielu nowych

background image

rzeczy. Spojrzał na słońce, które znajdowało się na zachodzie i właśnie nadziało się

na tyczki grochowe w przylega jących ogródkach działkowych.

- Zostałbym jeszcze chętnie i popatrzył, jak robicie wa sze karbidczyki, ale muszę

spadać - powiedział.

Zezok nie dał się zwieść. - Należysz do nas i wrócisz, jasne! - Kiedy inna ferajna

miałaby kiedyś zakwestionować jakieś ich miejsce, wtedy dobrze było mieć kogoś,

kto był trochę starszy.

- Zostawcie Polaczka w spokoju - powiedział Josel.

I był zły, że on sam powiedział teraz Polaczek.

Obydwaj spojrzeli w kierunku brzozy, gdzie siedział chłopiec, spokojnie, niemal w

bezruchu, jakby był czę ścią tego krajobrazu.

- Nikt mu nic nie robi - powiedział Zezok dumnie - przecież widzisz!

-Puść go – nalegał Josel. Wiedział, że nie będzie mógł stąd odejść, dopóki chłopiec

nie zniknie.

Zezok obejrzał się na innych. Rzucał głową w różnych kierunkach. Nie chciał pytać

wszystkich, ale kilku chciał jednak zapytać. Więc zapytał ich: - Mamy go puścić?

-Tak, tak, niech zwiewa, mech zwiewa - powiedział wesoło Chopek, do którego

dotarła właśnie butelka. Czekający go łyk wódki bardzo go podniecał.

- Znikaj jak kiełbasa na wietrze! Zwijaj manatki, zgiń przepadnij! Abtrimoo* z

mm! Wynoś się! - wołali pozo stali jeden przez drugiego.

-Jednak musi trzymać mordę na kłódkę - powiedział Wonzak poważnie.

Obserwował butelkę i liczył w myś lach, czy aby dostanie mu się jeszcze łyk, kiedy

butelka zacznie krążyć po raz drugi. Sądząc po jego twarzy, mu siał sobie chyba

robić nadzieję.

-

Możesz iść - powiedział Zezok do obcego chłopca

- nikt ci już nic nie zrobi. Radzę ci jednak, zapomnij co tutaj... najlepiej będzie, jak

w ogóle zapomnisz, że tutaj byłeś! - powiedział. Zabrzmiało to jak żądanie, a

jednocześnie jak sprawa, która tym samym została zamknięta.

Josel podciągnął chłopca za rękę do góry, ostrożnie, żeby go nie przestraszyć. »-

Chodź, Hottku, wstań i zmykaj! Przejdź przez strumień i przez tory, a za wielką

szopą dla lokomotyw w górę nasypu, wtedy znajdziesz się mniej więcej w swoich

stronach.

Usiłował być łagodnym, ale nie za bardzo przyjaznym. Popchnął chłopca lekko,

zachęcająco, prawie czule.

background image

- Dziękuję - powiedział tamten - znikam. - Jego głos jeszcze trochę drżał. Spojrzał

w stronę pozostałych, którzy stali teraz raczej zakłopotani: butelka przeszła raz w

kolo i znowu dotarła do Wonzaka, który trzymał ją przed sobą w wyciągniętej ręce i

czekał, aż Zezok i ten drugi tam wrócą, żeby rozpocząć nową kolejkę.

Hottek odszedł. Parę pierwszych kroków przeszedł bokiem, żeby widzieć, czy

naprawdę nikt za nim me idzie, potem wydłużył krok; kiedy przeszedł strumień,

który tu nie sięgał nawet do kolan, tylko od czasu do czasu oglądał się jeszcze za

siebie.

-Ja też już pójdę - powiedział Josel i w zadumie popa trzył za chłopcem, który

zniknął za nadbrzeżnymi zarośla mi. Prawie mu zazdrościł: jeszcze przed chwilą

związane mu i wydanemu na pastwę samowoli hordy hałasujących chłopców. To

musiało być niesamowite uczucie móc te raz biec wolno, samotnie, bez przeszkód

nadbrzeżną łąką w zmierzchu. Josel przeciągnął się. Uwielbiał wielkie uczu cia.

Chętnie poszedłby za Hottkiem, objąłby go ramieniem i jeszcze przez chwilę

odgrywałby tak rolę jego obrońcy. Musiał jednak brać pod uwagę Zezoka, który

odczułby to jako zdradę. Był zły, że nie znalazł odwagi, żeby przynaj mniej

przeprosić Hottka za innych. W końcu bili go i przy wiązali do drzewa, i kto wie,

gdyby nie przyszedł, co by z nim jeszcze zrobili. Zezok przyłączyłby się do innych,

nie wątpił w to ani przez chwilę. Spojrzał na niego kątem oka. I chociaż teraz znał

go już przecież dość dobrze, nie wiedział w tym momencie, czy Zezok odpowiedział

mu wzrokiem czy też popatrzył zupełnie gdzie indziej.

- Zanim się zmyjesz, dostaniesz jeszcze jednego so czystego łyka sznapsika -

powiedział Zezok. Wiedział, że Josel wolał przebywać z takimi, którzy byli od niego

starsi, a więc już prawie dorośli. Jednak sznapsika nie mogli mu dziś wieczorem

zaoferować, w każdym razie nie tyle co on. Bo on zakopał w piasku jeszcze dwie

bu telki, które przed kilkoma dniami buchnął żołnierzom na szkolnym placu. Skinął

na Wonzaka, który przyniósł mu butelkę i chdał ją zaraz podać dalej Joselowi,

potem za wahał się jednak: nie chodziło teraz jedynie o kolejność, chodziło o

prestiż, a on tu był przywódcą, do niego na leżał pierwszy łyk drugiej kolejki, tego

oczekiwali od nie go pozostali, przede wszystkim Wonzak, który chętnie zająłby

jego miejsce. Był więc do tego zobowiązany, wo bec tego pociągnął spiesznie mały

łyk i tak samo spie sznie podał butelkę dalej do Josela.

Josel przystawił butelkę do ust i skrzywił twarz, zanim jeszcze poczuł wódkę w

gardle. Dlaczego to musiało być takie obrzydliwe i jeszcze tak strasznie palić w

background image

gardle! Na szczęście to szybko ustępowało, a to/co'było potem, bez wątpienia warte

było początkowej męki. Bowiem teraz z żołądka podnosiło się przyjemne ciepło i

rozchodziło się po całym ciele, przenikając aż do koniuszków palców, u rąk i u nóg,

aż do przyrodzenia, tak, nawet do głowy; czuł, jakby jego krew szybciej krążyła i

porywała przy tym ze sobą trochę ociężałe ciało tak, że zaczynało się ono unosić.

Czuł w każdym razie lekkie kołysanie. Podał butelkę dalej do Wonzaka i usiadł na

darni spoglądając ponad Bytomką na ciemny las. Tylko kilka kilometrów dalej

znajdowała się polska granica. Żeby tam dojść pieszo potrze ba było niewiele więcej

niż pół godziny. Teraz, kiedy żołnierze wdarli się już w głąb Polski, może nie będzie

już granicznych zapór, szlabanów i zasieków z kolczastego drutu 1 można będzie

wejść daleko w głąb kraju, do Ma koszów, Bielszowic albo do Halemby, może

nawet do Mi kołowa, Katowic albo Królewskiej Huty.

Zezok przełamał papierosa, zapalił obydwie połówki i podał jedną Joselowi. Wódka

i dym: Josel miał uczucie, jakby właśnie zbliżał się do czarnego lasu. Już nie myślał

o tym, żeby dogonić Hottka. Pójdzie w innym kierunku.

Zezok usiadł naprzeciw Josela. Ze wszystkiego był zadowolony. Był piękny smutny

pogrzeb, mieli dobrą zupę z maggi, w końcu porządny łyk sznapsika i nawet

papierosa marki Salem. Spojrzał na rzekę. Nie chciał stąd odchodzić. - Wojna~

powiedział - to jest wojna. - Miał nadzieję, że ten stan rzeczy trochę jeszcze potrwa.

Mo gliby skombinować u żołnierzy jeszcze więcej zapasów i ukryć je. Mogliby się

zabawić jeszcze kilka razy. A pewnego dnia złapią być może raz jeszcze

prawdziwego Polaczka. Może jednak nie powinien był wypu szczać chłopca.

Zezok i Josel spojrzeli na siebie porozumiewawczo, przy czym każdy z nich myślał

o czymś innym.

- Mam jeszcze różne plany - powiedział Josel - mu szę już iść. - Myślał o domu w

ogrodzie i że jeszcze nie znalazł okazji, żeby tam wejść, aby wyjawić tajemnicę,

która może nie była już żadną tajemnicą. Gdyby teraz poszedł, może zdążyłby

jeszcze na czas.

Zezok odczytał z twarzy Josela, że teraz nie mógł go już dłużej zatrzymać. - No to

dajcie tu jeszcze raz butel kę. Chłopcy - zawołał do pozostałych. - Josel chce iść,

jeszcze jeden pożegnalny łyk dla Josela Piontka!

I żeby inni nie szemrali, zaraz dodał: Mam jeszcze jedną flaszkę. Zaśmiał się przy

tym.

Chopek podszedł z butelką, w której pieniła się jedy nie resztka. Potrząsał butelką z

background image

rozczarowania, że nic mu się już nie dostanie.

Josel odmówił. - Nie wysyłaj za mną nikogo - powie dział - bo zrobię z nim to, co

wy chcieliście zarobić z Polaczkiem... - Zaśmiał się. Minął Zezoka, dotykając przy

tym przyjaźnie jego ramienia i wdrapał się na górę skarpy nad Kłodnicą, szedł

wzdłuż rzeki w kierunku mo stu Hindenburga.

Słońce zaczynało, jak to często bywa w pogodne wrze śniowe wieczory, rozpalać

rozległy horyzont na zachodzie, jeszcze godzina i będzie ciemno. Zezok skrzyżował

ramio na pod głową i odchylił się do tyłu. Pozostali zaczęli upy chać do kartonu

wypłukane puszki i słoiki po dżemie albo gwoździem wybijać dziury w dnie puszki

po konserwie albo zbierać suche drewno i łamać je na małe kawałki, co dawało

osobliwą muzykę albo napełniać karbidem puste butelki po piwie, aby później, gdy

się ściemni, szczać do środka, odrzucać je wysokim łukiem i słuchać, jak z głu chym

trzaskiem eksplodowały w powietrzu. Hannes z kro stowatą twarzą zaczął czinkem

monetami o pień drzewa, lecz nie mógł nikogo namówić do wspólnej gry, więc

czinkerował dalej sam przeciw sobie. ‘

Z zaskoczeniem podnieśli wzrok, kiedy usłyszeli nad sobą krzyk. Górą po

nadbrzeżnej skarpie Kłodnicy Wonzak gnał przed sobą Hottka. Prawe ramię

wykręcił mu do tyłu, tak że chłopiec posuwał się w przód pochylony. Ucichło

walenie młotkiem w blachę i trzaskanie gałęzi; Zezok, który źdźbłem trawy czyścił

sobie ucho, odrzucił je i wstał.

- Przyłapałem go - wołał Wonzak - przyłapałem go, jak schował się po drugiej

stronie w ogródkach działko wych i żarł zwędzone pomidory. - Mocniej wykręcił

jego ramię i przypędził Hottka bliżej. - Wtedy chciał zwiewać, wyobraźcie sobie -

krzyczał z góry. Po jego głosie moż na było poznać zdumienie, że ktoś, kogo uważał

za Po laczka, odważył się przed nim uciekać.

Hannes przerwał czinkem, zebrał monety. Wysunął swoją krostowatą twarz do

przodu i pobiegł na górę nadrzecznej skarpy, “-ja przecież mówiłem, że nie trze ba

było puszczać Polaczka.

Zezok wygładził Spodnie i potarł przy tym ręką po przyrodzeniu. Przechylony wpół

wspiął się na wzniesie nie. Po Joselu jak okiem sięgnąć nie było śladu. Powie dział:

- Myślałem, że już dawno jest w domu... Nie bę dzie nas chciał absoluto zdradzić... -

Powiedział to po woli, wyraźnie ironizując, żeby też inni zrozumieli, co przez to

chciał powiedzieć.

- To był błąd, że go wypuściliśmy - powiedział ten z krostowatą twarzą - on za

background image

dużo widział, w tym rzecz.

Wonzak, jakby na potwierdzenie tych słów, silniej wy kręcił jego ramię, a Hottek

krzyknął. Zezok podszedł do niego bardzo blisko, zobaczył, jak chłopak się podł.

Wła ściwie było mu go żal, bo wiedział, że bez Josela już go nie uwolni od innych.

Spróbował między nim a sobą stworzyć dystans i powiedział: - No coś takiego, coś

ta kiego. - Nie wiedział, co innego miałby powiedzieć.

Hottek podniósł głowę: - Przecież wiesz, że nie zwia łem... - Wydusił to z siebie

urywanym głosem, gdyż Won zak wykręcał mu ramię i z bólu musiał się zgiąć

jeszcze bardziej.

- Zamknij gębę - krzyknął Wonzak głośno - zwędzi łeś pomidory z ogródków

działkowych biednych koleja rzy i za to trzeba odpokutować.

- Puść go - powiedział Zezok ostro do Wonzaka. Za uważył, jak Wonzak i

krostowata twarz porozumieli się ze sobą. On chciał do nich należeć.

-Jeżeli zwędził pomidory, trzeba go ukarać, to jasne - powiedział. - Ale tylko za to!

Bo on nie zwiał, puściliśmy go przedtem wolno, kiedy tu ciebie nie było, Wonzak.

Zgadza się, Hannes?

Ten z krostowatą twarzą przytaknął niechętnie. - Czy nie podeptał też kwiatów? On

byłby zdolny podeptać kwiaty, ten dulik.

- Tak, tak, on to zrobił, leciał na przełaj przez ogród ki, kiedy go dopadłem -

powiedział Wonzak pospiesznie, jakby się bał, że znowu można będzie wypuścić

chłopca i wszystko byłoby na próżno.

Zezok wmówił sobie, ze za to trzeba było ukarać Hott- ka; w ten sposób mógł

szybciej zapomnieć, że rzeczywi ście odesłał chłopaka. Zrobił to razem z Joselem, i

Josela już tu me było. - Więc zwędził pomidory - Zezok utwier dził się w swoim

oburzeniu - kiedy my przecież nakar miliśmy go tutaj... - Wsunął trzy palce pod

brodę Hottka

i szybkim ruchem podniósł ją do góry; kiedy jednak chło piec spojrzał na mego

wylfiownie, szybko zaczął zezo wać w innym kierunku.

- Brakowało tylko, żeby dostała mu się jeszcze porcja sznapsika - powiedziała

krostowata twarz z pogardą.

Wonzak pochylił się, podniósł kilka kamieni i włożył je Hottkowi do kieszeni. -

Żeby znowu me uciekł - po wiedział.

Zezok poczuł, że Wonzak i krostowata twarz zbratali się przeciw niemu. Właściwie

nie on, tylko Josel wypuścił Hott ka, więc nic go to już nie obchodziło. Chciał być

background image

razem z innymi, dlatego zgarnął rękami piasek i upchał go Hott kowi w kieszeniach.

- Tak - powtórzył mały Chopek podniecony - żeby znowu me uciekł! - Uklęknął i

Chopek wsypał Hottkowi piasek do drugiej kieszeni spodni, który jednak znowu

wyciekł dołem, gdyż była w mej dziura, jednak w podnie ceniu Chopek w ogóle

tego nie zauważył; był zachwy cony, że ciągle na nowo może wsypywać piasek.

Ten z krostowatą twarzą odpiął górny guzik koszuli Hottka i wepchał mu do środka

kamienie wielkości pię ści.- Odfrunąć to on teraz nie może, nigdy! - powiedział.

Dwóch inych chłopców szarpało Hottka i powoli okrę cało go w koło. Zaczęli

śpiewać:

Chodzi słoń dokoła.

Kręci się leniwie Tak że nikt nic nie wie

Jeszcze więcej kamieni wepchnęli mu za koszulę. Nad spodniami powstało już

znaczne zgrubienie. Wonzak wy ciągnął z kieszeni czarną chustę na szyję od

munduru plmpfa i zawiązał nią Hottkowi oczy.

Chłopiec nie bronił się. Powoli i ociężale człapał w koło. Ręce trzymał wyciągnięte

do przodu, żeby utrzy mać równowagę i nie upaść.

Kto się odwróci lub zaśmieje temu tyłek zaraz zsinieje.

Pozostali bardziej wydzierali się niż śpiewali. Okręcali Hottka wkoło, szybko

wsunęli mu za koszulę jeszcze kil ka kamieni, podtrzymując go, gdy się zachwiał

lub potknął.

Zezok miał obie ręce pełne piasku, kiedy usłyszał za sobą plusk wody. Podniósł się i

zobaczył, jak czarna woda Kłodnicy zamknęła się nad ¿ową Hottka. Ciężar piasku

i kamieni gwałtownie wciągnął chłopca w głębinę. W krótkich odstępach

wydobywały się z głębi pojedyn cze okrągłe, spienione fale, tysiące małych

pęcherzyków wody podeszło do góry jak białe perły i zmarszczyło gładką

powierzchnię. Zezok przytrzymał się ramienia Karla, Cherubina. Czuł, jak jego

własny puls wali tak gło śno, że mógłby go pomylić z trzaskaniem buforów na sta

cji rozrządowej.

podświadomie zaczął liczyć. Wpatrywał się w wodę, jakby wzrokiem chciał

wyciągnąć z niej całą czerń, jed nak woda nie pojaśniała, nie stała się jaśniejsza.

Kiedy przy pięćdziesięciu, chłopiec ciągle się jeszcze nie wynurzał, poczuł, jak oblał

go pot, włosy zaczęły go swę dzieć, w oczy gryzła sól, a pod koszulą gorąca woda

cie kła mu po skórze. Poczuł strach, który przygniótł go do ziemi; ale może tylko

dlatego położył się na ziemi, bo stracił równowagę i bał się, że wpadnie do rzeki.

background image

Przy trzymał sie kurczowo kępy sitowia.

Wonzak, który stał skamieniały, bez słowa zbiegł skarpą do Bytomki. Pozostali

rzucili się w jego ślad, nie mal bezgłośnie, jakby się bali, że zdradzą ich odgłosy.

Zezok chciał pójść za ich przykładem, lecz nie miał odwagi wstać. Sturlał się w dół

po skarpie i leżał na dole. Rękawem otarł z twarzy pot, ziemię i trawę. Zezował

teraz tak, jak jeszcze nigdy w swoim życiu, tak, że aż bola ły go oczy.

19

Nauczycielka Bombonnek wróciła z toalety publicznej z twarzą cementowego

koloru. Jej pobródek opadał w dół, a dolna warga była napięta; można było

dosłownie poznać po niej obrzydzenie.Przy ustach trzymała chu steczkę. To

obrzydliwe - powiedziała i przełknęła ślinę. W dwóch palcach podała Tonikowi

klucz. To, co przed chwilą zobaczyła, musiało ją bardziej przerazić niż wcze

śniejsza eksplozja.

- Pan Ossadnik uważa, że jeżeli nie czuje się pani do brze, może trzeba wziąć

taksówkę—powiedziała Hanna Baron, trochę bezradnie.

- Hm, myślałem, żeby zawieźć panią do domu - po wiedział Tonik. Przy czym była

to ostatnia rzecz, którą zamierzał.

Nauczycielka ostrożnie wąchała swoje ręce. Był na nich jeszcze ślad kremu do rąk,

obawiała się jednak, że także i one przeszły smrodem ubikacji.

- I za to żądają pięć fenigów, trzeba by się poskarżyć u władz miejskich -

powiedziała oburzona. - W Rzeszy coś takiego byłoby zabronione, człowiek

naprawdę zna lazł się już prawie w Rosji. Podobno są tu ludzie, którzy trzymają

nawet kury w kuchni! - Otrząsnęła się i strząsnęła przy tym z sukienki zapach

chloru, ekskrementów i wymiotów.

-W dzisiejszych czasach nie złapie się już taksówki -po wiedziała nauczycielka prac

ręcznych, odgarniając z czoła lok."

-Jest pani zupełnie blada- powiedziała Hanna, zastana wiając się, czy nie powinno

się przypadkiem podeprzeć na uczycielki- Usiądźmy przecież - powiedział Tonik i

rozej rzał się wkoło. Jednak nie było niczego, na czym można by było usiąść.

-

Niech pan nie szuka - powiedziała panna Bombonnek- pojadę następnym

autobusem. Oparła się o słupek przystanku autobusowego. - Kiedy ja przecież tak

nie nawidzę pogrzebów - powiedziała. Od cmentarza wiatr przyniósł zapach

zgnilizny. Ponownie powąchała końce palców. Teraz rozumiała, dlaczego tak wiele

background image

kobiet na cierało sobie czoło i skronie Eau de Cologne. Ona nigdy tego nie robiła, od

czasu do czasu dawała najwyżej kro plę perfum za ucho, kiedy szła na wykład albo

do teatru. Eau de Cologne nacierały twarz głównie starsze kobiety, które zawsze

nosiły takie nieforemne torebki. Nie chcia ła do nich należeć. Wolała już więc

chodzić bez torebki. To ją odmładzało.

- Chciałbym tylko wiedzieć, co to przedtem było - po wiedział Tonik. To brzmiało

jak eksplodująca bomba. Albo granat.

Już niedługo nauczy się w wojsku rozpoznawać róż nice po odgłosie.

- Zawsze mówiłam - powiedziała nauczycielka - że wojna się jeszcze nie

skończyła. - W Bytomiu, na Kattowitzer Straße, Polacy podpalili podobno dom.

Ludzie zjeż dżają się tam ze wszystkich stron, żeby go obejrzeć - po wiedział Tonik.

- Moja siostra Ulla też tam już była.

Wyszedł na środek ulicy, żeby rozejrzeć się zą auto busem.

Jeden z mężczyzn z knajpki Czekalli zmierzał chwiej nym krokiem w kierunku

obydwu kobiet. Tonik wrócił, może będą potrzebowały jego opieki. Jednak

mężczyzna minął je w drodze do męskiego pisuaru.

- Słońce dosłownie kłuje - powiedziała Hanna Baron,- rozstawiła palce i spojrzała

przez nie na niebo. Nad nimi wisiał pas chmur niczym podziurawiona chusta, słońce

przebijało się co chwilę, raz mocniej, raz słabiej.

- To jest to wrześniowe światło-* powiedziała panna Bombonnek – ono

przyprawia mnie o gorączkę. Nie lu bię go; lato już się skończyło, a jesień jeszcze

się nie za częła.

- Czy ja wiem - powiedział Tonik - ono usposabia mnie melancholijnie. - Podrapał

się wszyję, na której zebrało się kilka kropel potu.

- Chciałabym tylko wiedzieć, gdzie utknęli inni - zdzi wiła się nauczycielka.

Zlustrowała mężczyzn, oblegają cych knajpkę; nie znała nikogo* Musieli zostać z

wcze śniejszego pogrzebu,

- Wydaje mi się, że jesteśmy spóźnieni - powiedział Tonik, który poprowadził

obydwie kobiety wokół ogro du cmentarnego w nadziei, że przy sposobności

pozbędzie się nauczycielki Bombonnek. Kiedy później znik nęła w publicznej

toalecie, chciał namówić Hannę, żeby z nim po prostu poszła, jednak Hanna uparła

się, żeby czekać.

- Zwłaszcza w takiej sytuacji- oburzyła się - nie mo żemy przecież zostawić panny

Bombonnek samej. - zaczął się już obawiać, że weźmie mu za złe jego pro pozycję.

background image

Tymczasem ona myślała tylko o tym, że może nie wypadało odchodzić sam na sam

z takim młodym mężczyzną jak Anton Ossadnik. To nie wypadało, w każdym razie

na oczach nauczycielki!

- Trzeba przyznać, że to był piękny pogrzeb - powie działa Hanna. Niezbyt często

chodziła na pogrzeby i dlatego nie miała pewno zbyt dużego doświadczenia, żeby

wyda wać sprawiedliwy osąd. Jej w każdym razie, nawet przez minutę nie wydawał

się smutny, a kiedy płaczki zaczęły zawodzić i wyć, o mało co nie roześmiała się w

głos, tak groteskowe jej się to wydało. Może wiązało się to też z tym, że nie znała

pana Piontka. Odkąd brała u pani Piontek lek cje fortepianu, nie wstawał już z łóżka.

Kiedy autobus zahamował przed nimi, wydawało się być ustaloną rzeczą, że

pozwolą by nauczycielka odje chała sama. Panna Bombonnek też nie myślała

inaczej. W przeciwnym razie musiałaby zapłacić za bilety oby dwojga. W tym

momencie od razu poczuła się dużo le piej. Jej twarz nie była już tak szara jak

wcześniej, a korkociągowe loczki nie przyklejały się do twarzy.

Tonik był zadowolony, że pozbyli się nauczycielki w nienaganny sposób. Teraz od

razu chciał się ulotnić, żeby ktoś znowu go nie zatrzymał. Zebrał wszystko do kupy,

co wpojono mu z dobrego wychowania, a nie było tego wiele, i powiedział: - Czy

wolno mi zaprosić panią na kawę i ciastko. Do Café Schnapka? Albo na lody do

Włocha na Wilhdmstraße?

Tymczasem w kieszeni miał wszystkiego dwadzieścia fenigów. Jednak zanim się

znajdą w mieście, jeszcze mu coś przyjdzie do głowy. I w końcu nie zaczął tego

wszy stkiego po to, żeby iść z Hanną Baron na lody.

Panna Baron preferowała Café Schnapka. U Włocha próżnowało teraz tylu

żołnierzy, którzy gwizdali na dziewczyny.

Szli pod wiśniami wzdłuż Coseler Straße w kierunku miasta i obsypywało ich

światło i cień, mówili coś, śmiali się, lecz już w następnej chwili obydwoje

zapomnieli, co mówili i z czego się śmiali.

Tonik opowiadał o tym, jak nauczycielka Bombonnek chciała go wprowadzić do

chóru kościelnego, musiałby jednak nauczyć się nut, a jemu robiło się już niedobrze,

kiedy widział swoją siostrę brzdąkającą na fortepianie, z książką z samymi

zagmatwanymi nutami, w niezrozu miały sposób skaczącymi w górę i w dół. Miał

przy tym piękny głos. Lirycznie-dramatyczny tenor tak nazwała to panna

Bombonnek, co by nie mówić. Zresztą w Ameryce są podobno śpiewacy

murzyńscy, którzy w swoim życiu nie widzieli ani jednej jedynej nuty, ale są

background image

przecież tak sławni, że prezydent wysłał im podob no telegram. Tak było w każdym

razie napisane w Oberschlesischer Wanderer. Jednak on nie jest, nie stety,

Murzynem.

Przez te historie i śmiech Tonik o mało nie zapomniał, co postanowił.

Jednak Hanna musiała często o tym myśleć. Kobiety w pewnym wieku wyczuwają

to u mężczyzn. Wiedziała od swojej matki - a i już z pierwszego doświadczenia - że

trzeba udaremnić złego początek: więc kiedy tylko ob jąłby ramieniem jej biodra,

chciała go przywołać do po rządku. Ach, wszyscy mężczyźni tak zaczynają.

I zapragnęła, żeby to zrobił wkrótce, aby mogła się bronić. Tonik miał problem.

Zebrał w kieszeniach resztki ty toniu i skręcił papierosa. Tylko jak wytłumaczyć

Hannie, że musi przedtem zajrzeć jeszcze do domu. Od brata Kotika chciał

pożyczyć pięć marek, nawet gdyby pewnego dnia miał za to oddać pięć razy więcej.

Zaproszenie na filiżankę kawy i kawałek strucli z makiem, do tego kilka wódeczek i

już będzie miał Hannę w garści. Spojrzał na nią, jak w czarnej sukience, z wesołą,

niemal nic nie prze czuwającą twarzą szła obok niego i naprawdę mu się podobała.

Pokazywał jej coraz to coś nowego. Ptaka, który uleciał nad nimi z korony wiśni,

żałobnika, który zygzakiem prze leciał przed nimi tak blisko, że można go było

złapać, chłopca jadącego na damce, której tylne koło powleczone było kolorową

siatką, żółtego kwiatka, który rósł w rynsztoku i nie był niczym innym jak tylko

żółtym kwiat kiem. Wiele rzeczy odkrywał na nowo i cieszył się z tego.

A i Hanna też się cieszyła. Ręką zmiotła mu z kołnierza koszuli nasiono

dmuchawca. To był jej sposób okazywa nia, że ktoś wydawał się jej sympatyczny.

Kiedy wreszcie skręcili na Teuchertstrasse, nikomu nie przyszłoby do głowy, że

obydwoje wracali właśnie z po grzebu. A już najmniej im samym.

- Pójdę tylko szybko na górę, żeby powiedzieć coś bratu. Może pani spokojnie ze

mną iść - powiedział Tonik na pozór obojętnie, jakby chodziło o najoczywistszą

rzecz na świecie; miał przy tym nadzieję, że tego nie zrobi.

Hanna wolała raczej poczekać na dole na ulicy. Pomy ślała znowu o tym, że miała

na sobie czarną sukienkę i czarne pończochy: o tym zupełnie zapomniała.-Ja też

powinnam iść do domu, żeby się przebrać- powiedziała. - Jak ja wy glądam! - Na

szczęście Hanna Baron mieszkała na drugim końcu miasta. I gdyby w domu był

ojciec, już by jej dzisiaj nie wypuścił. To już wolała chodzić w czarnej sukience i w

czarnych pończochach.

Tonik był zadowolony. Mamoczka zadawałaby tylko pytania, a Kotik przez swoje

background image

dzielenie włosa na czworo mógłby go w końcu nawet skompromitować. - Za pięć

minut będę z powrotem! - Pognał schodami na górę.

Matka leżała na sofie i czytała. Spiętrzyła wszystkie poduszki jedną na drugiej i

ułożyła na nich swoją zwich niętą nogę, w jednej ręce trzymała książkę, drugą

zmieniała okłady, nie przerywając sobie lektury. W pokoju obok Ulla brzdąkała na

fortepianie. Powietrze było kwa śne i stęchłe.

-

Mamoczka, nie widziałaś Kotika? - Tonik niemal ukląkł przed nią na sofie.

- Kotika? - Dotaría właśnie w powieści do momentu, kiedy to podporucznik

Sanders wraz z Bajdere Anarkalli szukali schronienia w jaskini fakira.

- Na co ci Kotik?

- Mamoczka, potrzebny mi jest Kotik, potrzebuję pię ciu marek, mówiłem to już

przecież przez cały dzień! Umrę, jeżeli nie zdobędę pięciu marek!

-

Matko święta, Maryjo - powiedziała Anna Ossadnik - co ty mówisz, mój

chłopcze? Wszyscy wyfrunęli, a ojciec śpi. Nie budź go, bo jeszcze dostaniesz od

niego lanie zanim przeprowadzisz się do koszar. Dziś wieczorem chcę go zabrać na

stypę do Piontków i żebym nie musiała mu podpierać powiek zapałkami;; .

- Mamoczka, to wszystko mnie nic nie obchodzi, po trzebuję teraz pięciu marek

albo trochę wódki.

-No, chłopcze - powiedziała Anna, która nigdy nie dała się wyprowadzić z

równowagi ani Ulłi, ani któremukolwiek ze swoich synów. - Nie udawaj głupiego...

Wódka w biały dzień- Tonik pobiegł do pokoju siostry. Kiedy wpadł do środ ka,

przerwała ćwiczenie na fortepianie, - Zaczesz sobie przynajmniej włosy -

powiedziała. - Jak ty wyglądasz!

- Ulła, musisz mi pomóc, Nie mogę ci teraz niczego zdradzić, ale od tego zależy

pierońsko wiele, czy możesz ml teraz pożyczyć pięć marek czy me. - Spojrzał na nią

niemal błagalnie.,

Ulła podeszła do szafy z bielizną. -Jedną markę mogę cl dać, więcej nie. I tę możesz

zatrzymać. ,

- Ulla, proszę, pięć marek, dostaniesz je z powrotem! -Jedną markę - powiedziała

energicznie i wyciągnęła pieniądze spod koszuli nocnej. Ona już znała swojego

Tonika. - Mój brat dostaniesz z powrotem siedzi blady i wy chudzony w piwnicy -

powiedziała ironicznie. Usiadła przy fortepianie i nucąc podjęła ćwiczenie.

W pokoju Kotika Tonik szukał bezradnie miejsca, w którym ten mógł schować

swoją skarbonkę, otworzył szu fladę szafki nocnej, która pełna była kamieni,

background image

kolorowych odłamków szkła, gałek do gry; leżała tam jedna para no życzek do

papieru tylko z jednym ostrzem, zardzewiała waga sprężynowa. Zamknął ją z

powrotem i poszedł do kuchni. - Gdzie jest Kotik? - jęknął.

i No, chłopcze I powiedziała matka - u ciebie zdaje się rzeczywiście Się pali,

powiedz mi gdzie? - Zaśmiała się. - Kotika nie będzie w domu przed ósmą,

wcześniej raczej go nie znajdziesz. Jednak wieczorem na pewno będzie w domu,

dzisiaj przecież jest w radiu Paul i Paulina z Runxandorfu, tego zawsze tak lubi

słuchać.

- Ja go potrzebuję teraz, mamoczka, potrzebuję teraz pięciu marek.

Dawno już nie widziała swojego najstarszego syna żeby był tak uparty i

podenerwowany. - No więc dwie marki mogę cl dać, jeżeli się pali. Zajrzyj do

cukierniczki w kre densie, tam są drobne. Policz, ile się zbierze.

Anna Osadnik przechowywała pieniądze na dom w co raz to innych schowkach i

zawsze tylko niewielkie sumy. Nie dlatego, żeby nie ufała swoim dzieciom, jednak:

oka zja czyni złodzieja! I wydawało jej się to po prostu zbyt uciążliwe, żeby wśród

czworga lub pięciorga dzieci pro wadzić dochodzenie, kto tym razem zabrał

pieniądze. Tonik przeliczył pieniądze z cukierniczki.

- Jednak nie idź do kurew przy Dzikiej Kłodnicy! - ostrzegła.-Tam nabawisz się

tylko chorób wenerycznych.

- Marka dziewięćdziesiąt pięć- powiedział Tonik. Przy okazji zaraz sprawdził

jeszcze w innych puszkach i po jemnikach, ale oprócz znaczka pocztowego za sześć

fenigów, który zaraz schował, kilku spinek do włosów, dzie cięcej wstążki i

ułamanego mlecznego zęba, nie mógł ni czego znaleźć.

- Dziękuję ci, mamoczka.

Na Gafé Schnapka wystarczy. Pocałował matkę w czoło, czego skutkiem było

jednak tylko to, że pogubiła wiersze i nie wiedziała teraz, czy podporucznik i

tancerka napraw dę byli bezpieczni w jaskini fakira. - Ach proszę cię, Toniku -

powiedziała. - Zamocz ścierkę w kwaśnej wodzie i połóż ją na nodze.

Tonik był już w drzwiach. Tego nie mógł jednak odmówić matce. Wrócił raz

jeszcze.

- Twoja noga sterczy z poduszek niczym krzywa wieża w Pizie- powiedział i z

pluskiem rzucił ścierkę do wody. - Więc wcale was nie będzie, kiedy przyjdę do

domu - przy gotował matkę na to, że dzisiejszej nocy mógł bardzo późno wrócić.

-

Co to znaczy? Już widzę, że masz robaki w tyłku, ale o dziesiątej mógłbyś

background image

przecież być w domu, nie sądzisz? - powiedziała ugodowo.

- Hm - mruknął Tonik. Kiedy wychodził z kuchni, zabrał ze sobą klucz do

piwnicy. Tonik wyjrzał na ko rytarzu przez okno i zobaczył, jak Hanna zbierała na

uli cy klonowe nosy. Pomachał jej obiema rękami. W ogóle nie myślał już o tym, że

chciał się "dobrać" do Hanny. Był po prostu szczęśliwy, że czekała. Czekała na

niego.

W piwnicy zapalił świeczkę, zdecydowanym ruchem odgarnął szuflą rząd brykietów

i wyciągnął, nie szuka jąc długo, butelkę Eau de Cologne. A z regału, na którym

stały weki z przetworami, wyłowił butelkę soku z czar nego bzu. Pół butelki wylał

na węgiel i wlał do środka Eau de Cologne. Potem zakorkował butelkę i potrząsnął

nią, najpierw prawą ręką, aż go zabolała, potem lewą. A potem zawinął butelkę w

starą gazetę.

Przywitał Hannę z promiennym uśmiechem. Jeszcze dziesięć minut temu był

zrozpaczony; teraz miał trzy marki piętnaście na Café Schnapka i butelkę wódki z

czarnego bzu. Niech no ktoś powie, że to nic!

Hanna przykleiła dziecku w wieku szkolnym, które przechodziło obok, klonowy nos

i sama też biegała z klo nowym nosem. A i Tonikowi dostał się zielony nos, co mu

nawet nie przeszkadzało.

Hanna wychowała się w Katowicach, gdzie jej ojciec był górnikiem- inżynierem,

jeszcze po podziale, dopóki przed rokiem nie został wydalony przez Polaków.

Właśnie po wtarzała ostatnią klasę w gliwickim liceum. Dopiero od roku nazywali

się Blron (z akcentem na pierwszej syla bie), a nie Borowczyk. Tonik wziął Hannę

za rękę. A Hanna nawet nie zauważyła, że jego gorąca dłoń sięgnęła po jej dłoń.

Poczuła tylko ciepło.

Tonik zakołysał butelką. - Mam tu likier z czarnego bzu, który moja mamoczka

sama zrobiła. likiery mojej mamoczki są sławne - zapalił się - chce pani spróbować?

Hanna potrząsnęła głową.

Jednak teraz on sam chciał spróbować. Na wszelki wy padek pociągnął tylko mały

łyk. Jego ręka, szyjka butel ki i papier wokół niej, tak mocno pachniały wodą

kolońską, że nie mógł doszukać się prawdziwego smaku. Było to po prostu słodkie i

na perfumowane. Jednak li kiery zawsze tak smakują. Likiery były czymś dla kobiet.

Oprócz zapachu nic nie przypominało o tym, że sporzą dził ten likier z wody

kolońskiej i soku z czarnego bzu. Cholonek opowiadał mu, że wówczas, w czasie

wojny z Francją zarekwirowali całą ciężarówkę pełną Eau de Cologne i pół

background image

kompanii w końcu się ululało.

Dotarli do bardziej ożywionych ulic i Tonik zauważył, źe Hanna była coraz cichsza.

Mówił dalej, tak dobierając zdania, żeby nie musiał się do niej zwracać ani na ty, ani

na pani. Pani nie przeszłoby mu już teraz przez gardło, gdy ściskał właśnie jej dłoń.

Jednak gdyby mówił do niej na ty, mogłaby się może przestraszyć.

Hanna zatrzymała się. Już przez dłuższą chwilę zasta nawiała się, jak mu to

wytłumaczyć, żeby go nie urazić:

- Wolałabym raczej nie iść do Café Schanpka - powie działa. - W taki ładny dzień

siedzieć teraz w środku... I Przypomniała sobie, że ostatnio gimnazjaliści spotykali

się popołudniami w Café Schnapka. Ale by nazajutrz w szkole plotkowali, gdyby ją

zobaczyli z Tonikiem Ossadnikiem. Nie, nie chciała się tam nawet zbliżać.

-

No to chodźmy na lody?! Tonikowi było wszystko jedno. Żeby tylko mógł być

jeszcze przez chwilę razem z Hanną, tylko na nią patrzeć i z nią rozmawiać. Od

pew nego czasu uciekała przed nim wzrokiem.

- Tam też nie - powiedziała niejasno.

- No to chodźmy do Zameczku Leśnego! Tak, jedźmy tam tramwajem.

Był bardzo szczęśliwy ze swojego pomysłu z Zamecz kiem Leśnym. A jeszcze

bardziej dlatego, że z miejsca przystała na jego propozycję. Właściwie chciała mu

po wiedzieć, że teraz musi już wracać do domu, kiedy jed nak zobaczyła jego oczy,

nie mogła mu niczego odmówić.

- To wspaniały pomysł! i powiedziała. I żeby jej też uwierzył, teraz spróbowała

jednak łyka.

Nie wiedziała, że likier może działać jak porażenie prą dem. Oczy napłynęły jej

łzami, a na policzkach utworzy ły się dwie czerwone plamy.

- Dobre? - zapytał Tonik i zakorkował z powrotem bu telkę.

Hanna skinęła tylko głową.-Jednak dla mnie za mocne

- powiedziała.

- Musisz jednak przyznać, że moja mamoczka zna się na tym - powiedział. Dla

niego ważne było to, że oby dwoje pili i tej samej butelki. Teraz mógł jej też mówić

na ty.

- Właśnie nadjeżdża nasz tramwaj - powiedział. I pomógł jej przy wsiadaniu,

obejmując jej biodra ramie niem. To był uprzejmy, dżentelmeński gest, nie mogła

się nawet bronić.

W tramwaju siedzieli naprzeciw siebie i milczeli. Oby dwoje udawali, że wyglądają

background image

przez okno wagonu, nie przerwanie patrzyli jednak na swoje odbicia w szybie.

Hanna czuła, że nie udaremniła złego początku i teraz nie wiedziała już, w którym

momencie raz jeszcze mo głaby zacząć się bronić.

Tonik schował butelkę pod pachę. Prawy but posta wił przed lewym, żeby dziura z

wierzchu nie była wi doczna. Spojrzał na jej kolana, które w czarnych pończo chach

wydawały się grube i kanciaste, jakby zbyt często wygniatały kościelne ławki.

Zapłacił za bilety, teraz wi dział jednak tylko jej kolana. 1 pod jego wzrokiem sta

wały się one miękkie, okrągłe i różowe.

Hanna naciągnęła na nie sukienkę i jakby chciała od czegoś odwrócić uwagę,

zapytała niespodziewanie: - Wierzy pan w Boga?

I nagle to pytanie, z którego kiedy indziej roześmiał by się w głos, nie wydało mu

się wcale dziwaczne. Po myślał o tym, jak będą siedzieć razem w koszarach, śmiać

się i każdy z nich będzie opowiadać historię, jak to było wtedy, gdy dupcył się

pierwszy raz z dziewczyną i co to będzie, gdy on zacznie tak: Tak, już prawie byłem

goto wy i wtedy zobaczyłem jej kolana, i nie były to tylko jej kolana, lecz dwa

śnieżne szczyty albo ołtarz albo dwa gołębie, i niemal pomyślałem, teraz postradasz

zmysły, chłopcze, zwariujesz z pożądania, to się bierze stąd, że tak długo z tym

zwlekałeś, pieronie, i wtedy ona mnie zapytała: Wierzysz w Boga? 1 wtedy

zrozumiałem, że jej kolana były Bogiem. I powiedziałem: Tak, wierzę.

- Co jest? - zapytała Hanna.

- Nic. Myślałem tylko o czymś.

- To było głupie pytanie z mojej strony - powiedziała Hanna. - Jednak miał pan w

oczach coś takiego!

Valeska Piontek patrzyła z satysfakcją, jak jej goście się gali po talerze 1 piętrzyli na

nich wieprzową galaretę oraz sałatkę śledziową, 1 jak z wiklinowego koszyka, z

którym zwykle posyłała Halinę na zakupy, wyławiali kromki chleba. Nie była zbyt

obfita ta stypa, a mimo to cieszyła się jednak, że w ogóle zgromadziła tak dużo.

Osobiście po szła do rzeźnika Gmyrka, ale on tylko wielce żałował, rozkładając

ręce, że już nic, nawet pięćdziesięciu gramów kiełbasy nie może odstąpić bez kartek

na mięso. - Spod lady- powiedział - to jest już teraz niemożliwe. Jednak to Gmyrek

wpadł później na pomysł z nóżkami wieprzo wymi i galaretą i to już zawsze było

coś.

Była też u właściciela delikatesów Szachtnyczka (z tru dem przyzwyczajała się do

tego, że teraz nazywał się Schachtner) i zastała go dość wzburzonego. Trochę

background image

wcześniej byli bowiem u niego ludzie z jakiegoś urzędu, którzy skontrolowali sklep

i mieszkanie. Każdy, kto w dzisiej szych czasach chomikuje towary, powiedzieli,

jest szko dnikiem narodowym i trzeba go wytępić, więc ze stra chu pokazał im w

obydwu piwnicach liczne zapasy. Wszystko zostało zarejestrowane. Nie zapisali

tylko solonych śledzi w drewnianej beczce na górze w sklepie. Mógł je wszystkie

sprzedać nauczycielce gry na fortepia nie. Kto wie, może celowo pominęli śledzie 1

następnym razem wypomną mu je jako chomikowanie i przypną mu może nawet

etykietkę szkodnika narodowego. Nie mógł zapomnieć słowa szkodnik narodowy,

tak często o tym mówił, aż Valeska również przekonała się o groźbie tego słowa.

Tak więc Valeska miała wystarczająco dużo solonych śledzi na sałatkę, ale zbyt

mało czasu, żeby je odpowie dnio namoczyć. Halina, a nawet Andreas musieli w

piw nicy wpuszczać wężem co chwila świeżą wodę do beczki i drewnianą szczapą

obracać śledzie w jedną i drugą stro nę. Przez trzy godziny patroszyli później śledzie

ostrymi nożami, krajali je na drobne kawałki i mieszali z jajami na twardo,

zmiękczonymi starymi bułkami, dużą ilością ce buli i wszelkiego rodzaju

przyprawami oraz ziołami. Ona sama pomagała przy tym i jej ręce dość długo

śmierdziały jeszcze potem śledziami, chociaż czyściła je szczotką ry żową, a później

ciągle nacierała wodą kolońską, żeby za pach me przypominał jej bez przerwy śledzi

Kiedy teraz zobaczyła, jak jej goście niewzruszenie i gorliwie pochłaniają potrawy,

te obydwa proste dania wy dały jej się i tak stosowne do okoliczności. Zamówiła

wy starczająco dużo piwa, zdobyła też trochę samogonu, a jej brat Willi przyniósł

nawet kilka butelek wódki i Nordhausera; od razu wzięła go na bok 1 poprosiła,

żeby rozle wał wódkę dopiero później i by robił to osobiście, aby w ten sposób

kontrolować spożycie alkoholu. Ze zgrozą myślała o pijatyce na weselu Inny w

hotelu "Haus Oberschlesien". W końcu dzisiaj była stypa.

Willi opowiedział jej, że wszędzie w mieście mówio no o weselu I zwłaszcza ci,

którzy na nim me byli, popa dali w najbujniejszą przesadę. Na szczęście wszystko

przy tłumiła później wiadomość o wybuchu wojny.

Valesce było wszystko jedno. Dla niej ważnym było tyl ko.to, że nikt, oprócz Ulli i

jej brata Willego, nie wiedział nic o historii z feldfeblem Metzmacherem, że z raną

w głowie został odwieziony do szpitala potowego i podał w protokole, że napadł na

niego podburzony Polak (może, myślała Valeska, rzeczywiście był tak pijany, że nic

już nie pamiętał), całą tę historię zaczęła w trochę gwałtowny, go rączkowy sposób

spychać w niepamięć. Nawet wtedy, gdy Josel wrócił z Twardawy nie pytała go o

background image

szczegóły. Zado woliła się swoją małą prawdą, innej nie chciała słyszeć. Przez całe

życie zadawalała się małymi prawdami i dobrze na tym wychodziła. Całe, wielkie

prawdy o mało jej nie zabiły. Ona chciała żyć, chciała żyć dalej z małymi praw dami

i była gotowa urządzić się w nich i poradzić sobie z nimi tak, jak z wieloma małymi

kłamstwami, wiedziała bowiem, że nawet wiele małych prawd nigdy nie będzie

stanowić jednej, wielkiej, niszczącej prawdy.

W domu pachniało świeżym podbiałem. Kolory dalii na gzymsach okiennych

zaczęły matowieć, słońce już się w nich nie odbijało.

-Jesteś wreszcie, Josel - powiedziała Valeska. Zoba czyła, jak Ulli Ossadnik

przyniósł talerz z galaretą i sałatką śledziową, jak Andreas zrobił to też w tym

samym cza sie, i jak Ulla, która właśnie chciała coś wyjaśnić ojcu przed

fortepianem, nie wiedziała, jak ma zareagować.

Ulla patrzyła na przemian to na Josela, to na Andreasa i jej twarz pokrył lekki

rumieniec. W końcu rozwiązała ten problem, podając jeden talerz ojcu. Była

wyraźnie za dowolona z tego dobrego pomysłu.

Valeska podbiegała do nich. Cieszyła się, źe Josel już tu był i jednocześnie bała się,

że ojciec Ulli odstawi ta lerz na fortepian. Jedną ręką przysunęła więc mały

marmurowy stolik, a drugą przytrzymała Josela.

- Mamoczka, chodźże do nas - zawołała Ulla głośno do swojej matki.

Valeska odwróciła wzrok. Słowo mamoczka, którego nie słyszała już tak dawno,

przestraszyło ją. Tak nazywa ła swoją matkę, w owym miasteczku przygranicznym,

w którym dorastała 1 było to już dawno temu. Ojciec przy prowadzi! do domu inną

kobietę, o której powiedział do dzieci: Ona będzie dla was kimś w rodzaju nowej

ma- moczkJ.Jeónak nigdy nią nie została! nikt na nią tak nie wołał ani ona, ani jej

młodszy brat Willi, i nawet słowo ciotka, na które się później zgodzili, rzadko

przechodzi ło im przez gardło. Zresztą i tak nie trwało to długo. Pew nego dnia

ojciec przepędził ją z domu, a oni, nigdy się nie dowiedzieli, dlaczego . Chodziły

pogłoski, że obdarowywała swoje siostry, gdy te przyszły do sklepu, cały mi

metrami najdelikatniejszego jedwabiu i barchanu.

- Ładnie tu u pani- powiedziała Anna Ossadnik do Valeski Piontek.-Wydaje mi

się, źe nigdy jeszcze nie byłam w pani domu. I ten piękny ogród, który wychodzi

bezpo średnio na pola lawendowe! Muszę go sobie obejrzeć w spokoju, gdy moja

noga znowu będzie w porządku.

- Lubił wszystko, co kwitło na niebiesko - powiedzia ła Valeska, usiłując przydać

background image

słowom trochę więcej smut ku. Poprosiła Josela, żeby przyniósł jej talerz z sałatką

śle dziową. - Galarety nie, tylko trochę sałatki śledziowej. Ach widzą państwo, ja tak

lubię sałatkę śledziową.

Anna zaraz pospieszyła skosztować odrobinę z talerza męża. Żuła, nic nie mówiąc.

—Śledzie są jeszcze bez kartek - powiedziała Valeska Piontek.

- Po tym człowiek ma pragnienie, jekuszniej!* - po wiedziała pani Ossadnik,

nakładając sałatkę śledziową na chleb.

Josel zabrał ze sobą do kuchni Ullę. Musiał to teraz wiedzieć. Odkąd wrócił znad

Bytomki, nie spuszczał Ulli z oczu, aby w jej twarzy wyczytać odpowiedź na swój

list. Jednak Ulla była jak zawsze, może nawet odrobinę bar dziej swobodna. Jeszcze

na korytarzu szepnął do niej ci cho, lekko zdenerwowany: - Przeczytałaś mój list?

- Ależ oczywiście - powiedziała Ulla spokojnym gło sem. - Musisz mi obiecać, że

nie dasz nic po sobie po znać!

Josel nic nie odpowiedział. Nie wiedział, czy potrafi dotrzymać takiej obietnicy.

- Tylko wtedy dostaniesz mój list. - Wcisnęła mu ta lerz do ręki i wyciągnęła z

rękawa kawałek papieru. - I czytaj go tak, żeby nikt cię przy tym nie widział.

Odebrała mu talerz i wróciła korytarzem z powrotem do pokoju z fortepianem, jakby

nigdy nic.

-

Tak się cieszę, że Josel wrócił - powiedziała Valeska Piontek - i ze nic się już

więcej nie stało...

-

Tak - odparła pani Ossadnik, przełykając - my też martwiliśmy się o Ullę.

A pan Ossadnik uzupełnił: -1 w ogóle wyrzucaliśmy sobie, ze pozwoliliśmy jej

pójść na wesele, ale nie moż na jej było utrzymać.

-

Naprawdę? - zapytała Valeska Piontek z niedowierza niem. Nie mogła pojąć, jak

można się było martwić o Ullę. Pragnęłaby, żeby choć jedno z jej dzieci było takie

jak Ulla.

-Jest moją najzdolniejszą uczennicą, z niej będzie je szcze ktoś wielki. Zgłosiłam

teraz Ullę na konkurs. Jeżeli tam dobrze wypadnie, powinna pójść do

konserwatorium do Zabrza albo do Wrocławia. U mnie nie może się już zbyt wiele

nauczyć-powiedziała

-

Ulla do Wrocławia! - Anna Ossadnik zapomniała o swojej chorej nodze i wstała.

- To by było naprawdę coś! - powiedziała i z cichym jękiem usiadła z powrotem.

- Zabrze nie byłoby najgorsze- powiedział Franz, który wolał mleć Ullę w pobliżu.

Jednak po chwili zastanowie nia powiedział: - No więc, jeżeli pani tak uważa, to

background image

może też do Wrocławia albo do Berlina.

Nabrał śmiałości. - Ale jak mamy to sfinansować?

-

Wtedy musisz wstąpić do partii, Franzek, to dosta nie może stypendium-

odezwała się Anna.

-Już my się o to zatroszczymy - powiedziała Valeska energicznie. - Pani ma przecież

Krzyż Macierzyństwa, nie prawda?

- Tak, nawet srebrny! - powiedziała Anna Ossadnik 1 pożałowała, że go nie

przypięła.

- To na razie wystarczy- zdecydowała Valeska.

Josel od razu poszedł do klozetu, zamknął się w nim i zdenerwowany rozwinął

wiadomość od Ulli.

Wiem to od dawna. Jeżeli traktujesz to poważnie, nie wolno ci nikomu nic mówić.

Inaczej strasznie się ośmie szymy. To musi być wielka tajemnica i wiesz, jeżeli ktoś

zdradzi tajemnicę, zdradzi też miłość. Pewnego dnia po- jedziemy przecież do

Warszawy, do serca Chopina! Ulla.

I w rogu drobnymi literkami: Proszę zniszcz tę kartkę.

Josel raz jeszcze przeczytał list, potem dożył go w małą kostkę i skrył w kieszeni

spodni. Nigdy nie zdobyłby się na to, żeby zniszczyć ten papier.

Pokrył wszystkie ślady zmieszania, kiedy znowu wrócił do stołu. Chciałby wiedzieć,

jak ścisła miała być ich taje mnica. I czy prawdziwa miłość dopiero wtedy jest

prawdziwą miłością, gdy nikt obcy o niej nie wie. Z mamusią na pewno nie mógłby

się nią podzielić i z limą też nie. Jednak Andreasa można by było przecież

wtajemniczyć. Z kimś wolno mu chyba będzie porozmawiać o swoim szczęściu,

inaczej byłoby ono tylko połowiczne.

- Dom w ogrodzie jest zachwycający, cały porośnięty dzikimi różami jak w bajce,

co pani z nim teraz zrobi? - zapytała Anna Ossadnik niewinnie.

- Każę wstawić do domu w ogrodzie fortepian i będę tam dawać lekcje i

powiedziała Valeska powoli, jakby nie od powiadała tym samym na pytanie, lecz

wypowiadała coś, co przemyślała i zdecydowała już dawno temu. I tak też było.

-Jestem taka szczęśliwa, Josel, że znowu jesteś! - Pogła dziła syna ręką po włosach,

kiedy on rozdrabniał galaretę na talerzu.

Josel odłożył widelec i odsunął rękę matki. - Skończ z tym teraz proszę, nie jestem

już dzieckiem! - powie dział energicznie.

- No już dobrze, dobrze mój chłopcze - udobruchała go. Otworzyła torebkę i

background image

wtarła wodę kolońską w końce palców i w skronie. To jej uświadomiło, że

patroszyła i kroiła drobno Śledzie, odnalazła syna i pochowała męża oraz radcę sądu

okręgowego z domu w ogrodzie.

Od drugiego stołu dobiegł głośny śmiech.

Obok przemaszerował hrabia Poremba w poszukiwa niu wódki.

Halina przyniosła w szklankach dymiącą herbatę.

- Szklankę herbaty, panie hrabio? - zapytała Valeska.

Hrabia Poremba skrzywił twarz, jakby ugryzł cytrynę.

-Z odrobiną rumu, naturalnie - powiedziała Valeska.

Hrabia chciał przynajmniej spróbować.

Prezes wodociągów przypłynął do nich i tuż przed sto łem zatrzymał swoje

masywne ciało. - Łaskawa pani, czy zaszczyci pani swoją obecnością także nasz

stół? - zapy tał i obydwoma rękami wskazał w tamtym kierunku.

-

Przepraszam - powiedziała Valeska i wstała. Nie było jej nieprzyjemnie, że

prezes wziął ją pod ramię.

Prezes chętnie zatańczyłby z panią Piontek, jak to zrobił przed kilkoma dniami na

przyjęciu weselnym. Jednak na przyjęciu żałobnym chyba nie wypadało tańczyć. Do

tego jeszcze z wdową. Odkąd był jednakże w Gliwicach, prze żył już najdziwniejsze

rzeczy i nic by go już nie zdziwiło.

-

Najprawdziwsza wojna błyskawiczna... i codziennie te specjalne doniesienia o

naszych sukcesach - powie dział prezes wodociągów i pokazał wyszczerzonymi

zębami, jak dumny był z tego, że jest po stronie zwycięz ców.

-

Szczęście, że tak to się potoczyło - powiedziała Va- leska, lekko onieśmielona

postacią prezesa u swojego boku. Wolała kiedy siedział.

-

Polacy nie mają żadnych szans - powiedział prezes wyniośle. - Myślę, że

przeniosę się do Katowic, kusi mnie, żeby po tej polskiej gospodarce znowu

wprowadzić tam pruski dryl i porządek.

- Ach pani Valesko, przyjdzie pani do nas?!

Skinął na nią inny stół, którego centrum stanowiła hra bina Hohenlohe-Langwitz na

swoim wózku inwalidzkim. Milka przysunęła puste krzesło.

i Pomysły to ona ma - powiedziała panna Bombonnek. - Na weselu żywe obrazy,

czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałam, to robiło wrażenie, naprawdę. Ten

Anioł Pański Milleta... i Burłacy na Wołdze... powinno się to robić częściej, przede

wszystkim dla młodych lu dzi. To kształci.

background image

- Tak, Valeska zawsze coś wymyśli - włączyła się Lu cie (Widera), która chciała

przez to pokazać, że była starą przyjaciółką pani Piontek.

-

Dzisiaj przy grobie Marsz żałobny Chopina z gramo fonu, przynajmniej bardzo

oryginalnie, nieprawda pani hra bino - powiedziała, oglądając swoje zielone

paznokcie.

Hrabina Hohenlohe-Langwitz nic nie wiedziała o żywych obrazach, nie było jej na

weselu, lecz ta historia z gramofonem przed otwartym grobem, to jej się podoba ło.

Ona znała się na pogrzebach, jednak czegoś takiego z gramofonem jeszcze nigdy nie

przeżyła. A i płaczki nie stety powoli już wymierają.

Powiedziała:- Une grande impression- z nadzieją, że większość i tak tego nie

zrozumie.

Vałeska zajęła miejsce.

-

Pani pasztet śledziowy jest naprawdę wyśmienity - zawołała hrabina z drugiego

końca stołu, bawiąc się po łyskującym różowo sznurem pereł u szyi.

- Jak ty to wszystko umiesz zorganizować! Przy tych kilku gramach, które teraz

można dostać na kartki... - Mil ka naprawdę się dziwiła.

-I tak niedługo będzie koniec z przyjęciami - powie działa Lucie (Widera).

Valeska Piontek siedziała milcząco i patrzyła na białe dłonie hrabiny. Zatęskniła za

swoim kapeluszem z czarną woalką na twarzy.

Teraz przysunął się też z krzesłem prezes wodociągów. Bezceremonialnie zaczął w

miejscu, w którym wcześniej przerwał: - Mnie interesuje teraz tylko reakcja

mocarstw zachodnich. Na wojnę na dwóch frontach nie możemy sobie pozwolić -

powiedział.

-

Widać jednak jak nas okrążają - odezwała się Lucie (Lanolin), trzymająca w

rękach żurnal.

-

Z tego można wywnioskować - wyjaśnił nauczy ciel Skowronnek - jak są

przeciwko wszystkiemu, co niemieckie.

Panna Bombonnek wyciągnęła fałszywy wniosek. Po wiedziała: My po prostu nie

jesteśmy łubiani.

Prezes wodociągów przysunął się bliżej, My nie je steśmy w świecie łubiani? A

dlaczego? Ponieważ jesteśmy tacy zaradni! - zabeczał.

-

Polaczki tylko blefowali- powiedział nauczyciel Skow ronnek. - Podobno z

kawalerią wyruszyli na nasze czołgi, z wyciągniętymi szablami, to nie żart,

słyszałem o tym w radiu. Oni czegoś takiego jeszcze nie widzieli, czołgi i sztukasy.

background image

-

Tego pana Rydza-Śmigłego, tego to teraz swędzi ty łek, to jasne - powiedział

właściciel delikatesów Schachtner, który swoje córki zostawił w domu, ostatecznie

tutaj była stypa.

Ciotka Lucie (Lanolin) wstała. - Polaczki są niebez pieczni. Oni pędzą

volksdeutschów na trzęsawiska. - Ręką zastukała w żurnal. Wzięła za rękę

niewidomego syna i zaciągnęła go do innego stołu. Może tam też nie dostanie

wódki, ale może prędzej jej uwierzą.

Pan Apitt natychmiast zajął krzesło, które się zwolni ło. Prawą ręką przytrzymywał

przy policzku złożoną chu steczkę, w drugiej ręce miał szklankę z piwem.

-

Więc cały Śląsk będzie niemiecki? - zapytała hrabi na Hohenlohe.

-

Aż do Mysłowic! - powiedział nauczyciel Skowronnek.

-

Zawsze myślałam, że chodzi o Gdańsk i korytarz - powiedziała Valeska Piontek.

-

Już się cieszę na zakupy na ulicy Trzeciego Maja w Katowicach - powiedziała

hrabina i zabrzęczała swoi mi złotymi bransoletkami - tam zawsze były najelegant

sze sklepy, najwytworniejsze ubrania, najnowsza moda, o tak. Hrabina obróciła się

w wózku inwalidzkim, żeby zobaczyć wyraz twarzy Milki. Nie potrzeba już jechać

do Paryża, na ulicy Trzeciego Maja jest wszystko.

Chciała przez to pokazać, że dawniej jeździła na zakupy nie tylko do Wrocławia i

Katowic, lecz także do Paryża.

Hrabina od dwudziestu lat miała sparaliżowane nogi i mogła się poruszać tylko na

wózku inwalidzkim, poza tym cieszyła się jednak jak najlepszym zdrowiem i nie

stra ciła zainteresowania dla ładnych bluzek, biżuterii i futer. Swojej damie do

towarzystwa kazała się nawet wozić do teatru, zwłaszcza do operetki, tak, ona

szczególnie lu biła operetkę i później całymi dniami nuciła jeszcze pio senki.

Pogodziła się z paraliżem; jedyną rzeczą, z powodu której cierpiała przy swojej

niezdolności do chodzenia było to, że jej trawienie nie było już tak całkiem w

porządku i że ustawicznie musiała puszczać wiatry. Oczywiście tak się do tego

przyzwyczaiła, że już sama nie zwracała na to uwagi.

Rodzina Hohenlohe-Langwitz, linia śląska, nie była tak bogata jak rodzina

Hohenlohe-Langwitz, linia pomorska albo nawet rodzina Hohenlohe-Langwitz, linia

branden burska. Po odłączeniu w 1922 roku wschodniej części Gór nego Śląska

prawie połowa ich posiadłości leśnych przy padła Polsce. Dzięki umowom,

kombinacjom, odszkodo waniom, hipotekom rodzina nie uświadomiła sobie tak

naprawdę tej straty w jej pełnych rozmiarach - a już ona zwła szcza. Teraz jednak

background image

były widoki na to, że odzyskają część dawnych posiadłości. Co prawda, po

tragicznej śmierci męża została spłacona przez Langwitzów, być może jed nak coś

jej się jeszcze dostanie z masy spadkowej.

- Możemy więc bez przekraczania granicy jechać do Tarnowskich Gór i

Częstochowy? - Valeska pomyślała o ugorze, który kupiła w Ligocie Zabrskiej za

komorą celną. Może powinna tam była nabyć jeszcze więcej, bo wiem gdy nie

będzie już granicy, ceny działek wkrótce pójdą tam w górę. Zostało jej teraz trochę

pieniędzy za łąki przycmentarne. Może był tam nawet węgiel i opłaciłoby się

wykopać teraz szyb.

Willi Wondrak zbliżył się i szeptał ze swoją siostrą Valeską.

-

Czy nie sądzisz, że powinniśmy jeszcze poczekać z wódką pół godziny? -

powiedziała do mego głośno. Wondrak skinął głową. Przez ten czas chciał innych

zwo dzić obietnicami. Rozeszła się pogłoska, że trzymał wód kę zamkniętą w

serwantce i kilku gości już go nagaby wało z tego powodu. Jednak on nalał po

kryjomu pełną szklankę tylko dla pana Apitta, żeby mógł on tym znie czulić chory

ząb.

Valeska powiedziała głośno: - To możemy iść na piel grzymkę do Piekar. Albo do

Pschowa.

- I do Częstochowy, do Czarnej Madonny - powie działa jedna z sióstr

Nieradczyk, przewracając oczami. Właściwie marzyła o Lourdes. Jednak

Częstochowa była bliżej. A nawet katedra kijowska.

Milka zapaliłaby teraz najchętniej cygaro i wydmuch nęła dym Nleradczykównie

prosto w twarz. Jednak hra bina Hohenlohe nie lubiła, kiedy w jej obecności paliła

cygara, więc robiła to tylko wtedy, gdy była sama.

- Częstochowa jest przecież polska, była polska i zawsze polską zostanie. To jest

przecież coś zupełnie innego - powiedziała.

- Zachód jest od nas daleko - powiedział prezes wo dociągów.- Ale Rosjanie?

- Pamiętam - powiedziała Lucie (Widera) cichym gło sem - przed rokiem

czternastym pojechaliśmy do Dreikaiserecke do Mysłowic i my dzieci zawsze

baliśmy się mundurów carskich żołnierzy. A kiedy wybuchła wojna, Rosjanie nie

byli dalej od nas niż o pięćdziesiąt kilometrów. Jednak feldmarszałek Hindenburg

zaraz ich pobił i w ten sposób nazwaliśmy nasze Zabrze jego imieniem.

Lucie (Widera) musiała to wiedzieć, pochodziła z Zabrza - Maciejowa.

- Polacy walczyli wtedy razem z nami - powiedział pan Apitt przez chusteczkę. - i

background image

byli niemało odważni. - Zabrzmiało to, mimo wszystko, z uznaniem.

- Powinni nam byli dać korytarz, to by do tego w ogóle nie doszło - powiedział

właściciel delikatesów Schachtner.

- I Gdańsk- dodała hrabina Hohenlohe niemal przekor nie. Zauważyła, że pani

Piontek ciągle jeszcze patrzyła na jej ręce.

- Francuzi tym razem im nie pomogą - powiedziała Milka.

- Nie rozumiem tylko - rozmyślał pan Apitt głucho za swoją chusteczką - że wdali

się w wojnę, po tym jak fuhrer podpisał ze Stalinem pakt o nieagresji. Oni są

przecież między młotem a kowadłem, z tego już nie wyjdą.

Wszyscy teraz zamilkli.

Ktoś powiedział: - Z Polakami zawsze sami się upo raliśmy. Ale z Rosjanami? Co

oni zrobią?

Polska była małym krajem. Już czwartego dnia po wy buchu wojny niemieccy

żołnierze wdarli się daleko w głąb kraju. Było już chyba tylko kwestią czasu, kiedy

znajdą się w stolicy Polski. Oni wszyscy w ciągu ostatnich tygo dni i miesięcy ciągle

myśleli o Polsce, z troską, z gniewem, z wściekłością, nawet ze strachem. Bowiem

wielu z nich przeżyło po ostatniej wojnie trzy powstania. Kilku z nich uciekało

wtedy przed Polakami. Wiedzieli, że tutaj na ich granicy wszystko się zacznie.

Fuhrer po wiedział co prawda, że żaden wrogi żołnierz nigdy wię cej nie stanie na

niemieckiej ziemi, lecz oni w ciągu ostat nich trzydziestu lat przeżyli tu niejednego

fuhrera i niejedną obietnicę, nie przywiązywali do tego wielkiej wagi; ludzie

pogranicza wychowywani są na sceptyków. Byli tacy, którzy na wszelki wypadek

podciągali ze stry chów stare polskie podręczniki i gazety z okresu walki

plebiscytowej, dobrze było coś mieć pod ręką. Inni po wyciągali zardzewiałą broń,

oliwili ją i chowali się z nią w piwnicach.

Jednak teraz, czwartego września, nikt już nie myślał o Polsce. Wszyscy myśleli o

innym kraju, o innej grani cy, o innych ludziach, o których nie wiedzieli nic albo

tylko bardzo mało. Większość z nich zachowała gazety z 25 sierpnia, w których

opublikowano pakt o nieagresji ze Związkiem Radzieckim, wielu nie mogło tego

pojąć, kilku wierzyło w sztuczkę, inni w socjalizm, który na wie lu płaszczyznach

jednoczył się przeciwko plutokracji, nie którzy wierzyli po prostu w fuhrera. Oni

wszyscy spo glądali codziennie na mapę, śledząc pochód niemieckich oddziałów,

przy pomocy kciuka i palca wskazującego mierzyli odległości z Gliwic do Katowic,

z Gliwic do War szawy, z Gliwic do Brześcia nad Bugiem, do Kijowa i do Moskwy

background image

i ogarniał ich strach.

- Czym to się kiedyś skończy? - zapytała Valeska wśród ciszy.

Kobieta z koroną włosów, która cały czas robiła coś na drutach, żeby zająć nerwowe

ręce, powiedziała: - W tysiąc dziewięćset dwudziestym drugim, wtedy wszy scy

zostaliśmy Polaczkami, mój mąż, Adalbert, został Wojciechem i podpisał

obywatelstwo, bo chciał zatrzy mać pracę, a nie wylecieć z kopalni, która też stała

się polska, a potem przyszły na świat nasze dzieci i uczyły się w szkole tylko po

polsku. Zaczęła szlochać: - znowu mogę szyć nowe flagi, już nie biało-czerwone,

tylko czerwone z czarną swastyką.

I powiedziała po polsku: - Mojy dzieci, kaj wy sie roz dostaniecie- tygo dzisiej

jeszcze żoden nie wiy. Niech się Pón Bóg zlituje nad waszymi biydnymi

duszyczkoma.

Rozejrzała sie wkoło i przestraszyła się, że wszyscy jej słuchali. Pochyliła twarz

niżej nad robótką.

- Przecież ludzie nie mogą zmieniać swojej narodo wości jak koszuli!

Prezes wodociągów spojrzał ze zdziwieniem na kobietę z koroną włosów.

- Tutaj w końcu nikogo się nie pytają o zgodę - powie działa Valeska gorzko. -

Tutaj z góry decydują, kim pan jest: raz Niemcem, raz Polakiem. Prostych ludzi nie

pyta się o zdanie.

Valeska wstała i wyszła na powitanie nowo przybyłych gości. - Jak dobrze, że

przyszliście - powiedziała i pozwo liła, żeby objęli ją Hupkowie, zapomniała, że już

dzisiaj rano była obejmowana przez Hupków, od wesela byli w mieście i nie zbierali

się do powrotu do Raciborza.

- Mój szwagier w Katowicach - powiedziała panna Bombonnek i błysnęła tłustymi

dłońmi - ten do dwudziestego drugiego był Niemcem albo ściślej mówiąc

Prusakiem, on umiał śpiewać wszystkie pieśni patriotyczne i śpiewał je chęt nie. Po

podziale został Polakiem i w chórze Concordia mu siał śpiewać Jeszcze Polska nie

zginęła. A teraz znowu robią z niego Niemca.

Wzruszyła ramionami, bo nie wiedziała, jak to będzie dalej.

-

Nie jest dobrze - powiedział Apitt cicho do siebie - żyć tak blisko granicy, w

dodatku jeszcze w prowincji, która jest tak bogata jak Gómy Śląsk. To będzie

odwieczna kość niezgody... -i głośniej: - Gómy Śląsk musi być wol nym państwem,

w tym rzecz, wtedy raz na zawsze skoń czy się to kupczenie nami. Nie powinniśmy

się dawać szykanować ani Warszawie ani Berlinowi, oni i tak nami gardzą, dla

background image

jednych jesteśmy Wasserpolacken, a dla drugich Wasserpreussen!

W pokoju z fortepianem zrobiło się zupełnie cicho. Przez otwarte drzwi werandy

słychać było kłócące się

w ogrodzie szpaki. Z drugiego pokoju dochodziły głosy. Valeska stanęła przy

drzwiach i rozejrzała się bojaźliwie. Nie przyszedł jeszcze pan zellenleiter Thonk.

To ją tro chę uspokoiło.

Pan Hupka dosłyszał tylko ostatnie zdania. - Zwario waliście - powiedział. -

Wszyscy zwariowaliście. - Na prawdę tak sądził i dlatego podniósł głos. - Jesteśmy

Niemcami i Niemcami chcemy zostać. Zwłaszcza teraz, kiedy wygrywamy wojnę! -

Rzucił karcące spojrzenie na starego pana, który znowu przycisnął do policzka

chusteczkę.

- Jekusznej - powiedziała wdowa Dobrewollny, która przyszła właściwie tylko po

to, żeby uścisnąć dłoń wdo wie Piontek, która jednak nie mogła się oderwać od

sałatki śledziowej.

- Czy my wszyscy tutaj nie mówimy po niemiecku, natu ralnie, że mówimy po

niemiecku, więc jesteśmy Niemcami.

Pani Dobrewollny grała na altówce i od czasu do czasu spotykała się z Valeską na

domowych koncertach. W1920 roku wyjechała z Łodzi, gdzie miała tkalnię przędzy

cze sankowej. Było to dziewiętnaście łat temu, lecz ona pa miętała wszystko, jakby

zdarzyło się to dopiero wczoraj.

- Teraz, gdy nam się lepiej wiedzie, zostańmy przy Niemcach - powiedział Franz

Ossadnik. Nie można było w jego głosie wyczuć, czy mówił to z ironią czy nie.

Żona dała mu porządnego kuksańca pod żebra.

Wszyscy odwrócili wzrok od pana Apitta, jakby się za wstydzili, że go wcześniej

słuchali.

Dziecko zaczęło kaszleć. Kobieta z koroną włosów po wiedziała do niego po polsku:

- Nie kucej!- Ciesz się, iże żyjesz!

- Dlaczego przypatruje się pani cały czas moim rę kom? - zapytała hrabina

Hohenlohe panią Piontek.

- O, przepraszam- powiedziała Valeska- w ogóle tego nie zauważyłam. Zawsze

patrzę na ręce, wie pani, już po rękach można poznać, czy ktoś ma zdolności do gry

na fortepianie, czy nie.

- Wyjdźmy może do ogrodu-powiedziała hrabina Hohenlohe i uczyniła ręką ruch,

zamykający dyskusję. Pier ścionki błyszczały na jej dłoni.

background image

- Ach tak, pani Milko, niech pani ze mną pospaceruje w ogrodzie i niech mi pani

coś poczyta, coś niepolitycz nego proszę! - powiedziała.

21

Wszyscy obserwowali ze zdziwieniem jak Valeska z bukietem białych goździków w

ręku obchodziła się z panem Thonkiem z wyszukaną grzecznością, prowa dząc go

przez poszczególne pomieszczenia i przedsta wiając nowym gościom, później

nakładając mu nawet własnoręcznie na talerz górę sałatki śledziowej i galarety, i

podając mu na małym marmurowym stoliku w pokoju z fortepianem. Wydawało się,

że prowadzi z nim oży wioną rozmowę, kiedy jednak później zajęła się innymi

gośćmi, siedział sam, ze szklanką piwa w ręce i patrzył milcząco przed siebie.

W oczach większości pan Thonk był partyjniakiem, grubą rybą, był - co gorsza

-zellenleiterem* w tych stro nach, a więc najprawdopodobniej również szpiclem,

przed którym trzeba się było mieć na baczności, nie wia domo było tylko dokładnie

jak. Najchętniej wszyscy scho dziliby mu z drogi i w ogóle nie wpuszczali do

mieszkań, wtedy mógłby jednak stwierdzić, że ktoś jest wrogo nasta wiony do partii

i można było mieć przez to kłopoty. Tak więc pozdrawiano go na ulicy z uprzejmą

rezerwą, a gdy zadzwonił do drzwi mieszkania, wpuszczano go najwyżej do kuchni,

niecierpliwie przestępując z nogi na nogę, żeby nie został zbyt długo, jak też w

obawie, żeby nie powie dzieć czegoś nie tak, czegoś, co mogłoby człowiekowi

zaszkodzić-dzieci i tak lepiej było schować w pokoju obok. Niektórzy portret

fuhrera trzymali za bufetem; szybko go wyciągali i wymieniali z obrazem Matki

Boleściwej Maryi, inni wieszali portret fuhrera na korytarzu, w miejscu, gdzie nie

dochodziło światło i można go było właściwie zoba czyć tylko wtedy, gdy otwarte

były drzwi na korytarz. Bo wiem portrety fuhrera gospodarstwa domowe otrzymały

dopiero niedawno w prezencie od partii, przekazane oso biście przez pana Thonka,

który przy tej okazji mówił, że miejscem takiego portretu fuhrera już od dawna jest

każdy niemiecki dom. A kto chciał dać sobie wmówić, że nie jest niemieckim

domem, nawet gdy starsi ciągle jeszcze mówili między sobą po polsku?

Tutaj w każdym razie można było panu Thonkowi zejść z drogi i ludzie robili to w

uprzejmy sposób. Thonk był do tego przyzwyczajony, siedział na swoim krześle,

przy glądając się żałobnikom, respektował niewidoczny mur, którzy inni wznosili

między sobą a nim. Wiedział, że w tych stronach był nie łubiany, a może nawet

zniena widzony, chociaż mieszkał tu już prawie trzydzieści lat, bowiem dla nich od

samego początku był przedstawicie lem pewnej partii, przed którą biskupi ostrzegali

background image

w liście pasterskim; było to co prawda jeszcze zimą 1931 roku, ale tutejsi ludzie o

tym nie zapomnieli.

On sam, wkrótce po przejęciu władzy przez swoją par tię, zaniechał przekonywania

ludzi do Narodowosocjalistycznej Partii Robotniczej. Robił tylko to, co partia

nałożyła na niego jako obowiązek, próbując wyjaśnić ludziom, że będzie dla nich

lepiej, gdy mu tego nie będą utrudniać. Oni bardzo szybko to pojęli i doszło do tego,

że w pod koniec każdego roku był w czołówce owych zellenleiterów, którzy

pozyskali najwyższą liczbę nowych członków. Nie robił tego przy pomocy

wystąpień i materiału pro pagandowego, lecz załatwiając kilku ludziom pracę,

otwierając innym widoki na awans - dopiero wczoraj ma szyniście kolejowemu

Ossadnikowi zaniósł do domu wniosek o przyjęcie, który ten sprytny pieron chciał

pod pisać oczywiście dopiero wtedy, gdy zostanie awanso wany na starszego

maszynistę kolejowego - ale to była przecież tylko kwestia czasu.

Thonk wstąpił do NSDAP już pod koniec 1926 roku, otrzymując numer

członkowski 49 523 i w 1932 roku oso biście brał udział w przygotowaniu trzeciej

podróży Hide- ra samolotem po Niemczech, podczas której Hider wygło sił

przemówienie także w Gliwicach. Wkrótce po tym wy stąpił z partii z powodu

osobistych różnic w poglądach z kreisleiterem*. W 1936 po raz drugi ubiegał się

o członkostwo i wkrótce po tym został zellenleiterem. Kie dy nie otrzymał złotej

odznaki partyjnej, która jego zda niem mu się należała, wszczął proces i w końcu go

wy grał, co relacjonowała cała prasa partyjna.

Thonk był dawniej zaprzyjaźniony z Leo Marią; w ostat nich latach widywali się,

oczywiście, już rzadko. Tym bar dziej Valeska była zaskoczona, kiedy zellenleiter w

czar nym garniturze - nie, tym razem nie miał na sobie partyj nego munduru -

przyszedł do jej domu. Thonk wręczył jej siedem białych goździków, które kupił w

kwiaciarni Hanlczka na BahnhofstraKe i szepnął jej kilka słów kon dolencyjnych, iS

które Valeska w zmieszaniu nie wiedzia ła, co ma odpowiedzieć.

Zellenleiter powoli zgniótł papier od kwiatów w kulkę.

- Pani Valesko - szepnął w dziwny jak na niego sposób - byliśmy przyjaciółmi, Leo

Maria i ja, przez wiele lat. - powiedział to tak, jakby chciał tym samym przywołać

kilka starych wspomnień, w których ona też by występowała.

Valeska jednak milczała nadal. Udawała, że w szeleście papieru nie dosłyszała jego

pytania. Wtedy pan Thonk powiedział coś, czego właściwie nie chciał powiedzieć:

- Wiedziałem, że on... stemplował te ulotki.

background image

Valeska stała z wytrzeszczonymi oczami, kwiaty wy sunęły jej się z rąk. - Proszę -

powiedziała, przepuszczając go przez drzwi.

Pan Thonk pochylił się i podniósł kwiaty. Włożył jej do ręki najpierw jednego

goździka, potem pozostałe. W zasadzie jeden biały goździk lepiej do niej pasował

niż cały bukiet. Jeden jedyny goździk wieńczył ją, bukiet czy nił z niej bolejącą

wdowę.

Valeska powiedziała przerywanym głosem: -1 pan to wszystko wiedział? Przecież

pan jest w partii...

W życiu było wiele rzeczy, których nie pojmowała - to znowu było !coś takiego.

Valeska pomyślała: — Powinnam go wysłuchać. A Thonk myślał: - Powinienem jej

o tym opowiedzieć. A ponieważ obydwoje niemo wyrażali to oczekiwanie, nie

pozostało im nic innego, jak usiąść.

- Wie pani- powiedział Thonk- będzie już ze dwadzie ścia lat odkąd znam Leo.

Byliście już wtedy po ślubie i mie szkaliście w Bytomiu, Leo pracował u

Ballestremów w la boratorium Po raz pierwszy spotkaliśmy się podczas kata strofy

w kopalni w Rozbarku. Nigdy tego nie zapomnę.

Zbliżył się adwokat Wondrak, lecz Vałeska poprosiła, żeby jej teraz nie

przeszkadzał. Myślała o tym, jak czasa mi, w ogrodzie albo na ulicy, znajdowała

ulotkę, którą zaraz niszczyła, żeby Leo Maria nic się o tym nie dowie dział, i jak na

krótko przed jego śmiercią znalazła w szufladzie jego nocnej szafki pieczęcie i

papier.

- Mógł go pan kazać aresztować - powiedziała trochę roztargniona - tak, mógł pan

to zrobić.

Podeszła Halina ze szklankami dymiące) herbaty. Zno wu wsunęła do ust szklane

kulki i uśmiechała się szero ko przez całą twarz.

- Leo był moim przyjacielem- dorzucił Thonk. - Tego dnia 31 stycznia 1923 roku,

nigdy nie zapomnę. Było zim ne, bezchmurne, zimowe popołudnie, kiedy nagle

zawyła syrena i zaraz zaczęły też wyć pozostałe syreny w okolicy, aż do Bytomia i

nie chciały już zamilknąć. Ze wszystkich stron zjeżdżali się strażacy i karetki

pogotowia, jednak nikt nie wiedział, co się stało. Eksplozja miała miejsce na dole,

czterysta metrów pod ziemią, eksplozja gazów, nikt nic nie słyszał, żadne trzęsienie

ziemi, żaden huk, żaden słup powietrza nie przedostał się na górę, tylko nie cichnące

syreny zdradzały, że zdarzyła się katastrofa.

I nagle zebrali się ludzie z kopalni w Rozbarku, setki, tysiące ludzi, stłoczyli się pod

background image

ogrodzeniem i bramą za kładu, lecz byli bardzo cicho, stali, czekali i wsłuchiwali się

w wycie syren, i czekali tak długo, dopóki z szybu nie wyciągnięto zmarłych.

Tak staliśmy tam i widzieliśmy, jak po drugiej stronie ogrodzenia przenoszono ich

na zakrytych noszach. Było sto czterdziestu pięciu zabitych i nie było końca z

nosza mi. Przez ogrodzenie mogliśmy zobaczyć kilku zabitych, kiedy worki, które

na nich narzucili, zsunęły się na zie mię; leżeli tam oni, ci górnicy, spokojni i

nietknięci, tak, jak mam to Inaczej nazwać - tylko ich płuca pękły od gazów, które

pojawiły się tak nagle.

Byłem wówczas praktykantem w kopalni węgla w Roz barku, a Leo Marla Piontek

przyjechał z Bytomia, z grupą laborantów, którzy mieli badać przyczyny katastrofy i

od kryli, że winne temu były niewystarczające środki zabez pieczające, lecz

właściciel kopalni stanął przed kobieta mi 1 powiedział: - Sprawiła to siła wyższa - a

proboszcz powiedział im, że Bóg tak chciał w swoich niezbadanych wyrokach.

A kobiety uwierzyły w to i nie pytały, kto naprawdę był mordercą.

Nie byłem komunistą, Leo też nie. Powiedział ml wte dy, że środki zabezpieczające

były zaniedbywane, bo ina czej wydobyto by mniej węgla, jednak tego nie wolno

było podawać do publicznej wiadomości. Więc z obu rzenia postanowiliśmy

obydwaj powielić po kryjomu ulot ki i rozdać je. Pogrzeb był bardzo uroczysty.

Przybył ka tolicki sufragan z Wrocławia, ewangelicki z Kłodzka, a żydowski rabin z

Bytomia śpiewał nawet chorały, gdyż stracił tam życie również żydowski praktykant

- i nikt nie zapytał o winnych. Jednak później, na samym końcu, gdy znaleziono

ulotki, które pozostawiliśmy przy wyjściu z cmentarza, doszło do okrzyków

protestu, a nawet do bijatyki.

Thonk oparł się o poręcz krzesła. Mówił z coraz więk szym przejęciem i na jego

policzkach wystąpiły małe czer wone plamy. W trakcie mówienia zaczął sobie coraz

bar dziej przypominać o czymś, co dawno zepchnął w nie pamięć.

Kiedy Valeska założyła nogę na nogę i lekko uniosła lewą rękę, przestraszył się, że

chce mu przerwać; on na tomiast chciał się od tego najpierw uwolnić. Więc zaraz

zaczął mówić dalej. - Wiem, że Leo Maria to wszystko przed panią zataił. Wtedy

pojechaliśmy razem na Wro cławski Kongres śląskich robotników, w marcu 1924

roku. Potem wstąpiłem do NSDAP, bo to była jedyna partia, która obiecywała

robotnikom prawdziwą rewolucję: współudział w zysku, współudział we własności,

współ udział w wydajności, i to ona w końcu zlikwidowała bez robocie, które

prawie zniszczyło nasz Górny Śląsk... Mie liśmy tu przecież najwyższy wskaźnik.

background image

Valeska myślała o tym czasie, który był już tak odle gły. Przypominała sobie tylko

syreny, a później pogrzeb, dzwony kościelne, które nie chciały zamilknąć i pyszne

stroje proboszczów, księży, rabinów i ministrantów, którzy pochodem przeciągnęli z

miasta na cmentarz - o śmierci przy tym nie myślała.

- Leo Maria też wstąpiłby do partii, niech mi pani wie rzy, ale był po prostu za

bardzo katolicki, przeszkadzało mu, że partia ciągle zwalczała Kościół katolicki,

lecz poza tym... niech mi pani wierzy, on był po naszej stronie.

Pan Thonk siorbał swoją herbatę, która w między czasie wystygła. Cieszył się, że

zaszedł tak daleko bez przerywania.

Valeska nie wiedziała, co powiedzieć. Wolałaby teraz być z innymi. Przechyliła się

w przód i dwoma palcami tarła blat stołu. Zaczęła wierzyć w to, co powiedział pan

Thonk.

- Takich katastrof górniczych dzisiaj już nie ma - dodał Thonk trochę ciszej. -

Mamy inny rząd, socjalistów, praw dziwie narodowych socjalistów... - Powiedział to

głośniej i jego twarz rozluźniła się przy tym.

Valeska chciałaby się dowiedzieć, jak to było wtedy z ulotkami, kto je drukował, a

kto rozdawał.

Teraz pan Thonk z zakłopotaniem też wycierał stół po wierzchnią dłoni, i Chcemy

przecież tylko tego, co do nas kiedyś należało - powiedział trzeźwo. - No więc, tak

że wschodniego Górnego Śląska. Francuzi też odebrali sobie po wojnie Alzację i

Lotaryngię.

Valeska ciągle jeszcze milczała. Jednak tylko dlatego, że nic jej w tej kwestii nie

przychodziło do głowy. Co ją obchodziła Francja? Była tak daleko stąd.

- I nawet Rosjanie są teraz po naszej stronie! Ja zawsze przecież mówiłem - zawołał

przenikliwie - dwa kraje so cjalistyczne i ten cały plutokratyczny Zachód może

pakować manatki!

Valeska przestraszyła się. Wzięła do ręki goździk i ob skubywała go. Już nie

rozumiała tego wszystkiego: woj na, wesele, śmierć. Bez Leo Marii wszystko było

po prostu znacznie trudniejsze. Skubała tak długo, dopóki w jej dłoni nie została

tylko zielona łodyga.

22

- No więc, jeżeli to prawda, co Polacy robią z naszymi biednymi rodakami, to jest to

straszne, nieprawda? Pójdę do Popolskich, plunę im w twarz i powiem, żeby się

wsty dzili za swoich ludzi, tak, ja to zrobię.

background image

Panna Bombonnek uniosła się. Nie była szczupła, nie była chuda, była raczej cienka

jak kreska, albo, jak mówił o niej bez szacunku Willi Wondrak: z przodu deska, z

tyłu Brett*. Mogła jeść, ile chciała i nie przytyła. Pogodziła się z tym. - Jestem

nerwowym typem - zwykła mawiać - wypalam się od środka, u mnie każdy

węglowodan roz pada się zaraz w popiół, ja w ogóle nie mogę więc przy tyć. -Tylko

że jej piersi się nie rozwinęły; cierpiała z tego powodu. Mężczyźni chcą już trzymać

coś w garści. To była jej wymówka, dlaczego nie znalazła jeszcze męża. Wyglą dała

zresztą na młodszą, niź była w rzeczywistości za sprawą tego, że szminkowała się

dyskretnie, jak też za sprawą krótkich bluzek wiązanych pod szyją, które

preferowała, a zwłaszcza za sprawą jej korkociągowych locz ków. Odkąd filmy z

Shirley Temple dotarły do Gliwic, nie mal każda nosiła korkociągowe loczki,

począwszy od dziec ka w wieku szkolnym, na babci Hanke skończywszy.

- To są Polacy z Kongresówki - powiedziała. Valeska.

- Oni nas zawsze nienawidzili. Ja to przeżyłam. W tysiąc dziewięćset dwudziestym

drugim, jak oni traktowali swo ich polskich Górnoślązaków! A śmiali się z

wasserpolnisch, jakby to był dialekt hotentocki!

- To była polityka Warszawy - powiedział właściciel delikatesów Schachtner. -

Zwabili Górnoślązaków kre dytami do Lwowa, wiem to od szwagra, a Katowice

obsadzili Polaczkami z Kongresówki, z czasem stałyby się czysto polskie. Człowiek

przecież nie śmiał Już niemal mówić po niemiecku, kiedy był w Katowicach z

wizytą.

Adwokat Wondrak zbliżył się, Idąc zapalił fajkę.

- Żebym nie pękła ze śmiechu - powiedziała Valeska. - Nigdy nie paliłeś, a teraz,

kiedy są kartki na tytoń, ty zaczynasz palić. - Nie śmiała się jednak.

- A u nas nie wolno mówić po polsku, tak to prze cież jest? - powiedział Willi

Wondrak wyjaśniająco. I dodał: - Co też uważam za słuszne. To przecież głów nie

ze względu na młode pokolenie. - Przypomniał so bie, że złożył wniosek o przyjęcie

do partii. Gwałtow nie wypuścił dym z fajki.

-Jak palić; to tylko fajkę! - powiedział hrabia Poremba. - Ma pan rację, od

papierosów człowiek robi się tyl ko nerwowy. - Przestępował z nogi na nogę, a ręce

mu trzepotały. Powiedziano mu, że alkohol zamknięty jest w kuchni i pani Valeska

wydała ścisłe dyspozycje, żeby przed ósmą nie dawać ani kropli wódki. Pociągnął

łyk tego obrzydliwego zwykłego piwa, zastanawiając się, jak on tu wytrzyma do

ósmej.

background image

- W ratuszu uciekinierzy koczują na podłodze, po pro stu na materacach, w ogóle

nikt nie może się do nich zbli żyć, tylko ludzie z prasy i fotografowie. Ci, którzy ich

wi dzieli, mówią, że z ich twarzy można wyczytać, co prze szli w ciągu ostatnich

dni. - Panna Bombonnek mówiąc patrzyła na adwokata, który cały czas

manipulował jeszcze przy swojej fajce. Ona też chciałaby mieć coś, co uspokoi łoby

jej nerwowe ręce.

- No więc, to naprawdę niesamowite, jak nasze od działy szturmują, słuchaliście

państwo ostatnich wiado mości? Stoją już pod Radomiem! - powiedział hrabia Po-

remba z respektem w głosie.

- Wraz z końmi i wozami na drogach, pobici przez Pana Boga - zacytowała panna

Bombonnek z radia.

-

No, no, pod Radomskiem. Słuchałem wiadomości o piątej, pod Radomskiem!

Tak szybko to się znowu się nie da.

- Ależ panie mecenasie! Pan to jest zrzędą, pan zawsze wszystko widzi tak

negatywnie! - Nie to, żeby panna Bom bonnek nie znosiła adwokata. Tylko, że

wierzyła w to, co mówiła.

Wondrak poczuł w głowie gorące uderzenie. Zrzucił to na palenie fajki. Nie był

jeszcze przyzwyczajony. Jed nak dziś rano panna Heiduczek powiedziała o nim coś

podobnego. Musiał bardziej uważać. Teraz, kiedy złożył przecież wniosek o

przyjęcie do partii. Uśmiechnął się.

- Ależ skąd - powiedział- w żadnym wypadku. Nikt się bardziej nie cieszy z

sukcesów naszych dzielnych oddzia łów... Jednak Radom jest miastem leżącym sto

kilome trów dalej, to jest różnica!

- To jest drobiazgowość - odezwał się właściciel deli katesów Schachtner.

- Ależ proszę pana... - Wondrak chciał zaprotestować

- Sto kilometrów to sto kilometrów, nawet przy niewiel kim oporze potrzeba na ich

przebycie od trzech do pię ciu dni.-Jednak skapitulował. Wszyscy, oprócz Valeski,

patrzyli na mego nieprzyjaźnie. Powiedział: - Z Radomia można już ostrzelać

Warszawę. Wtedy nie potrwa to już długo...

- Może wtedy będzie spokój na Górnym Śląsku - do rzuciła Vałeska. - To wieczne

tam i z powrotem, raz pol ski, raz niemiecki, dla tutejszych ludzi me może to być

dobre.

W czasie gdy mówiła, zobaczyła Augusta Prohaskę, wy chodzącego z pokoju obok;

robił wrażenie, jakby czegoś szukał. - Chodź do nas, wujku Auguścię - zachęciła go,

background image

żeby podszedł bliżej. - Opowiedz nam, jakie są nastroje na Zachodzie! Bo wujek

August mieszka teraz w Nadrenii... - zwrócona do niego: - Jak się no, nazywa to

miasto, w którym mieszkasz?

- W Kamen - powiedział August Prohaska zmieszany. -Do Renu jest stamtąd

jeszcze kilka kilometrów.

August Prohaska przyjechał dopiero przed godziną. Za późno dostał zaproszenie na

wesele Irmy Piontek. Po nieważ jednak od wyjazdu do Zagłębia Ruhry w czasie

kryzysu gospodarczego w 1929 roku nie był już na Gór nym Śląsku, wykorzystał tę

okazję na podróż. Kiedy zo baczył w domu zgromadzonych gości, pomyślał w

pierwszej chwili, że ciągle jeszcze świętują wesele, przez cztery dni, jak przystało na

porządne górnośląskie wesele; i kiedy dowiedział się o pogrzebie Leo Piontka, też

specjalnie nie posmutniał. Wesele czy pogrzeb, on nie widział różnicy, tak bardzo

cieszył się, że znowu jest w Gliwicach, że wszystkim raz jeszcze uścisnął dłoń.

Panna Bombonnek wyciągnęła do niego tylko mały palec, dopiero co natłuściła

kremem swoje suche ręce.

Panna Bombonnek była nauczycielką prac ręcznych, która we wszystkich klasach

Szkoły Powszechnej Nr 6 uczyła dziewczynki cerowania, robienia na drutach, szy

dełkowania, haftowania i prasowania. W zasadzie czuła się rzemieślnikiem-artystą i

w ten sposób dwa razy zo stała wybrana na skarbnika w Związku Niemieckich

Rzemieślników Artystów w Gliwicach i tylko z konieczności zajmowała się tak

przyziemnymi zadaniami, robiła to zresztą tylko w niższych klasach. Starsze dzieci

uczyła haftów, z głowy i według wzoru, richelieu, tkania ręcz nego i prac z emalią.

Jej własne hafty były wysoko ce nione; córka dyrektora kopalni Wieczorka nosiła na

swo im weselu diadem panny Bombonnek, który później wy chwalali wszyscy,

którzy tam byli. Od pewnego czasu panna Bombonnek zajmowała się ceramiką; na

dziedziń cu przy Obeiwallstrasse kazała sobie nawet wybudować

piec do wypalania. Przy pracy i wodą, gliną, glinką i piaskiem ucierpiały jej ręce,

sądziła więc, źe musi je usta wicznie natłuszczać.

Stali w półkolu wokół fortepianu. Wondrak bawił się w zamyśleniu pokrywą, która

była jednak nieporuszona, Valeska zamknęła fortepian. Obawiała się już, że pod

czas wieczoru komuś mogłoby przyjść do głowy na nim grać - i to na stypie!

- FOhrer powiedział, że na wschodzie jest nasza prze strzeń życiowa. Teraz

zagarnie wschód, aż po Rosję - po wiedział Schachtner energicznie.

- Muszę usiąść- westchnęła Valeska. - Cały dzień na nogach, to nawet dla mnie za

background image

wiele. Kiedy pomyślę, że już czwarty dzień bez lekcji fortepianu!

-

Teraz chcemy jeszcze tylko odzyskać nasze kolonie - powiedział hrabia

Poremba. Także i on rozglądał się za krzesłem. A ponieważ nie znalazł żadnego,

oddalił się.

-

Zaprosiłaś wielu ludzi — powiedział August Proha- ska i ze zdumieniem objął

wzrokiem pokój aż po otwar ty korytarz, którym posuwał się właśnie po omacku

niewidomy syn Lucie (Widery). - Jesteś łubiana, cały dom jest pełny.

- Musiałby pan przyjechać ńa wesele limy - dorzucił Schachtner. - Sala Htinzera w

hotelu "Haus Oberschle- sien", no więc bezsprzecznie najpiękniejsza sala w

Gliwicach, nieprawdaż, pękała w szwach!

- Na pogrzeb przychodzą zawsze tylko ci, którzy chcą coś odziedziczyć -

powiedziała panna Bombonek. Wol no jej było tak powiedzieć, nie była

spokrewniona z Piontkami.

- No więc, ja wolę wesela, tam można przynajmniej potańczyć- powiedział August

Prohaska i spojrzał na pan nę Bombonnek. Wydała mu się przeraźliwie chuda.

- Ze względu na powagę wojny- dorzuciła- tańce są teraz zabronione.

- Ach tak? I zapytała Valeska ze zdziwieniem. - Po tym poznaję, że już od trzech

dni nie czytałam gazet. Oczywiście oprócz ostatniej strony z nekrologami. No tak,

na pewno nie mamy powodu do tańczenia.

-Jak to jest właściwie na święcie zwycięstwa? To zna czy, gdy padnie Warszawa,

wtedy przecież nie można ludziom zabronić tańczenia? Jak to wygląda prawnie? - Z

tym pytaniem Schachtner zwrócił się bezpośrednio do adwokata. Ten w

międzyczasie zrezygnował z fajki. Objął ręką główkę fajki, przyjemnie było poczuć

ciepło we wnętrzu dłoni.

-

Myślę, że tak - powiedział Wondrak. - To rozpo rządzenie ma przecież moc

ustawy. Jednak do tego cza su będą na pewno nowe rozporządzenia, przecież co

dzień wychodzą nowe ustawy, człowiek już w ogóle nie nadąża. - Pomyślał o tym,

że teraz było zabronione tak że słuchanie obcych radiostacji i w niektórych przypad

kach mogło to być ukarane nawet karą śmierci.

Teraz chciał już stąd po prostu zniknąć. Akurat właści ciel delikatesów, który

jeszcze przed kilkoma tygodnia mi nazywał się Szachniczek, chciał go

sprowokować. To mógłby od razu porozmawiać z panem zellenleiterem.

Prohaska odsunął się na bok o krok i pogładził komo dę z drewna orzechowego.

Potem wziął do ręki kryszta łowy flakon i przytrzymał go pod światło. - Jakie ty

background image

masz piękne rzeczy, Valesko - powiedział. - W ostatnich dzie sięciu latach musiało

wam się nieźle powodzić. - Jego w każdym razie nigdy nie byłoby stać na fortepian.

Ani nawet na taki dywan, na którym fortepian stał.

- Zawsze bardzo dużo pracowaliśmy, wiesz, nawet gdy Leo Maria nie mógł już

tyle w ostatnim czasie z powodu swojej astmy. - Była dumna, że mogła sobie

pozwolić też na rzeczy, które nie były koniecznie potrzebne, tak jak ten czeski

kryształowy flakon z delikatnym szlifem. W końcu kryształ zachowywał swoją

wartość.

-Jak się wiedzie twojej żonie? Ciągle jeszcze nie ma dzieci?

Przypomniała sobie, źe widziała kiedyś u Leo Marii fo tografię, na której August

Prohaska i jego żona widoczni byli przed wieżą Eiffla. Jej się ta kobieta nie

podobała, miała w twarzy coś lekkomyślnego. Nic dziwnego, że nie stać ich na

dzieci, skoro jeżdżą do Paryża i fotografują się przed wieżą Eiffla. Jej najdłuższa

podróż wiodła do Turynu i pojechała tam bardzo tanio z kongregacją ko biet, w tym

roku, kiedy po raz ostatni pokazywano płót na z grobu Chrystusa.

- Ach, całkiem nieźle- powiedział August zmieszany. -Już od jakiegoś czasu

żyjemy w separacji - ale po do broci. Właściwie mógłbym tu znowu wrócić –

rozmyślał - widzę przecież, że wam wszystkim dość dobrze się tu taj wiedzie. - Gdy

tak porównywał swój znoszony garni tur z garniturami i ubraniami innych, nie

wypadał najle piej. Może mógłby dostać kilka rzeczy po Leo Marli, trzeba by było

tylko trochę przedłużyć rękawy.

- Nie podoba się panu na Zachodzie? - zapytała pan na Bombonnek z

zainteresowaniem, potrząsając swoimi korkociągowymi loczkami.

- Zarabia się tam nieźle, ale tam jest - zawahał się i wziął do ręki książkę

oprawioną w skórę, czego to d Piontkowie nie mieli! - po prostu zupełnie inny styl

życia.

- To znaczy, my Ślązacy jesteśmy trochę głębsi. - Pomy ślał o swojej żonie, która

przed rokiem uciekła od niego z agentem handlowym i odtąd już nie wróciła.

- Tak, powinien pan tu przyjechać, na Górnym Śląsku będzie teraz potrzebny

każdy rodak - powiedział pan Schaćhtner. Oparł się o fortepian. Podobało mu się to

miejsce i był też bardzo zadowolony; że pani Valeska zna lazła czas na rozmowę z

nim.

- Sądzę, że gdy człowiek się starzeje, jego miejsce jest w rodzinnych stronach-

powiedziała panna Bombonnek, chciała przez to wyrazić, że ona jak najbardziej

background image

czułaby się jeszcze na siłach, żeby jakiś czas pożyć w Zagłębiu Ruhry albo nad

Renem.

Valeska nie powiedziała nic; trzymała się z boku. Wprawdzie miała teraz w domu

wystarczająco dużo miej sca, me chciała jednak zachęcać kogoś ze strony Piont

ków, żeby tu zostawał. Ciągle jeszcze miała nadzieję, że pewnego dnia razem z

bratem wprowadzą się do którejś z willi na Miethe-Alee albo przy

Reichsprasidentenpłatz.

August Prohaska poczuł, że go rozumieją. W czasach, kiedy na widok młodego

mężczyzny od razu myślało się o wojsku, dobrze było być "trochę starszym". Zanim

jego rocznik stanie przed komisją poborową, wojna z pewnością już się skończy.

- Tak, może powinienem się tu kiedyś rozejrzeć za pracą - powiedział nieśmiało.

Nie mógł się przecież przy znać, że w drodze tutaj nie myślał o niczym innym.

Panna Bombonnek stała się bardzo macierzyńska. Pan Prohaska podobał się jej,

nawet gdy wydawał jej się odro binę chudy. Może powinna się nim trochę zająć.

-Jutro po południu, po lekcjach, mogłabym panu po kazać trochę miasto,

wybudowano tyle nowych rzeczy i jeżeli me było tu pana już od dziesięciu łat,

będzie się pan dziwił.

- O tak i powiedziała Vałeska do nauczycielki - niech pani to zrobi. Jutro znowu

muszę zacząć lekcje fortepia- nu, obawiam się, że nie będę mieć na to czasu.

'To była dobra sposobność na pozbycie się wujka Au gusta. Właściwie tych dwoje

nieźle do siebie pasowało. Tylko, że August był znacznie wyższy.

- Dom w ogrodzie jest teraz przecież wolny, czy też wynajęła go już pani na

nowo? - zapytała panna Bom bonnek niewinnie.

- Może tam usiądziemy, właśnie zwolniły się dwa krzesła - powiedziała Valeska i

szybko pociągnęła ze sobą właściciela delikatesów. Udała, że nie dosłyszała już

ostatniego zdania panny Bombonek. Tymczasem niemal przyprawiło ją ono o poty.

Jak ktoś może być tak nietaktowny, ciało radcy sądu okręgowego ledwo co było pod

ziemią. Tych dwoje naprawdę do siebie pasowało, wrażliwość była dla nich obcym

słowem.

- O, przepraszam - odezwała się do Schachtnera, który coś powiedział. Tak bardzo

była zajęta swoimi myślami, że nie słuchała co mówił.

- Podobno on był Żydem, ten radca sądu okręgowe go, ludzie tak mówią, to

prawda?

- Skądże to panu przyszło do głowy, panie Szachni- czek? - Valeska była

background image

oburzona. - Pan Montag został dzi siaj poświęcony przez księdza dziekana Pattasa

na cmen tarzu Centralnym przy Coseler Straße. Tym samym to chy ba zupełnie

jasne, że pan Montag nie był Żydem, i Przy brała surowy ton: - Proszę to powiedzieć

ludziom, którzy opowiadają panu coś innego. W moim domu w ogrodzie nie

mieszkał żaden Żyd! Pan wie, że nie mam nic prze ciwko Żydom, ale tak to już po

prostu było.

Nie mogła wstać, tak drżały jej kolana.

- Proszę, niech pani wybaczy, ale nie miałem nic ta kiego na myśli, pani Valesko,

na pewno nie. - Schacht- ner zdenerwował się.

Valeska parsknęła znienacka, zaczęła się śmiać jakby z ulgą. - Że też dałam się tak

wyprowadzić z równowagi! - Zawsze byli ludzie, którzy lubili obgadywać i

wymyślać gorszące historie. To nie była jej rzecz. Radca sądu okrę gowego Montag

został pochowany na katolickim cmenta rzu. Tylko to się liczyło.

Chciała teraz koniecznie wyjść na dwór na świeże po wietrze. Rozejrzała się za

torebką. - Już cały dzień boli mnie głowa - powiedziała.

- To jest to wrześniowe światło - powiedział pan Schachtner.

Hrabina Hohenlohe-Langwitz złapała za szprychy kół i przetoczyła się obok nich. -

Wrzesień przyprawia mnie o gorączkę - wmieszała się do rozmowy. - To jest takie

połyskujące, kłujące światło; lato już minęło, a jesień się jeszcze nie zaczęła. -

Uśmiechnęła się trochę z udręką.

- Oh - powiedziała Milka Piontek, idąca za nią - ja je lubię, to światło wrześniowe,

światło umierającego lata.

Valeska wyszła przez taras na dwór, wyszukała sobie miejsce przed frontem domu,

gdzie nikt tak prędko nie będzie się jej spodziewał. Zerwała kilka listków lawen dy,

ochraniającej na ścianie domu powojnik i roztarła je w dłoniach, potem wciągnęła

wraz z powietrzem zapach, bardzo głęboko i to ją odświeżyło i przywróciło siły,

które jak się zdawało, opuściły ją już zupełnie.

Słońce chyliło się właśnie ku zachodowi i wisiało w koronie orzecha; wieczorne

słońce wrześniowe nada wało przedmiotom na dworze miękki, matowy blask.

- Może to dobrze, że raz jestem z panią sam na sam, pani Valesko - powiedział

Schachtner - chciałbym coś omówić, próbowałem już wprawdzie z pani bratem, ale

on nie chce się tak naprawdę za to zabrać, mam wraże nie, chodzi bowiem o pewną

rzecz na wschodnim Gór nym Śląsku. Nie rozumiem, taki wykształcony człowiek,

który wszędzie ma ulokowane swoje pieniądze, musi przecież więcej wiedzieć niż

background image

ktoś taki jak my.

Popadł prawie w zadumę, co już zupełnie do niego nie pasowało.

- No więc powiem prosto z mostu: Czy Piontkowie nie chcą mieć udziałów w

Delikatesach Schachtnera w Ka towicach, a może i w Królewskiej Hucie? - Uważał,

że jest to sensacyjna wiadomość, zrobił więc przerwę, żeby zaczekać na reakcję

Valeski Piontek.

Ta najwyraźniej przemogła słabość i słuchała z zainte resowaniem. W dzisiejszych

czasach wszędzie można się było pozbyć pieniędzy, dlaczego by nie w delikatesach

Schachtnera, dlaczego by nie w Katowicach. Pochyliła twarz do dalii. Jednak dalie

nie pachną.

- To zależy - powiedziała neutralnie. - Trzeba by tro chę więcej wiedzieć.

-

Ależ, oczywiście. - Schachtner stanął naprzeciw niej.

- Myślę, że wszędzie zdobędę na to pieniądze, ale dla czego nie mielibyśmy kiedyś

zrobić czegoś razem.

Valeska przeszła dalej, po części spoglądała na niego z zainteresowaniem, po części

poświęcała uwagę daliom.

- No więc z tym wschodnim Górnym Śląskiem, tam jest teraz wielka szansa,

której nie wolno nam przegapić, to jasne. Mam szwagra w Katowicach, pracował on

wprawdzie w polskiej administracji komunalnej, lecz, jak powiedział, tylko po to,

żeby kontrolować Polaków, bo sam dobrze zna polski. W zasadzie jest Niemcem

oczy wiście, jest ożeniony z niemiecką kobietą. Napisałem więc do niego, żeby

dobrze uważał, gdzie zwalnia się jakiś sklep, najlepiej przy głównej ulicy, na

Trzeciego Maju, pożydowskie można dostać taniej. I tam otworzę delika tesy, to

jasne, jak się da to i w Królewskiej Hucie. Wie pani, na delikatesach można zarobić

znacznie więcej; zaj muję się tym już jakiś czas i wiele się nauczyłem przez

doświadczenie. Wie pani, że zaczynałem od gospody w Pyskowicach, wtedy

odziedziczyłem coś po ojcu, nie zbyt dużo, pomyślałem jednak, kopalnia i pylica

płuc to nie dla ciebie, kupiłem więc knajpę w Pyskowicach, nie szło z nią dobrze 1

w kryzysie musiałem ją sprzedać Żydo wi za śmieszną cenę, ale co miałem robić. Za

to kupiłem potem w Szoblszowicach sklep spożywczy, w końcu lu dzie muszą jeść,

nawet gdy im się niezbyt dobrze wie dzie, a piją dopiero wtedy, gdy mają coś w

brzuchu. No tak, trwało to jakiś czas, zanim mogłem zrobić skok do centrum 1

wtedy delikatesy!

Obydwoje chodzili tam i z powrotem wzdłuż klombu z daliami. Zapach estragonu

background image

walczył z dziką lawendą.

- To jest tak, to chyba było słuszne, że fuhrer napę dził Żydom trochę strachu. Pan

Gottesmann, tak się na zywał, przyszedł do mnie z powrotem w roku trzydzie stym

piątym I chciał odsprzedać knajpę, bo chciał wy jechać do Palestyny, ten to robił w

portki, ale tym ra zem to ja dyktowałem cenę. Powiedziałem bez ogródek: Dam

panu połowę tego, co pan żąda, to jest przecież taki wasz sposób, nieprawda? - i w

końcu na to przy stał. Nie przyniosła mi ona jednak szczęścia, gdyż nie mogłem się

przecież o nią zatroszczyć, kiedy w Szobiszowicach miałem co robić, a potem na

Kronprinzenstrasse otworzyłem nowy sklep, a dziewczęta były na to jeszcze za małe

i ja przecież zawsze chciałem, żeby kie dyś były kimś lepszym, a nie stały całymi

dniami za ladą

- kiedy już je teraz posyłam do pani Piontek na lekcje fortepianu - no więc za to

ojciec wystarczajaco się na- tyrał, nieprawda? Napisałem więc do kuzyna, który

cho dził gdzieś do kopalni na Szarleju, lecz kto już raz za cznie chodzić do kopalni,

ten już przy tym zostanie, ten to miał w głowie tylko baby i ciągle zapraszał je na

piwo i na wódkę i nic nie zarabiał, więc go przepędziłem i wszystko

wydzierżawiłem za śmieszną cenę.

Knajpa w Pyskowicach nie przyniosła ml szczęścia, ale mimo wszystko powiem, że

nie zaszkodzi napędzić Żydom troszeczkę strachu. Noc Kryształowa, no więc, to na

pewno nie było w porządku, żeby podpalać synago gę i rozwiać wystawy, no więc

tu jestem przeciwny, to nie całkiem w porządku, co zrobili z Kochmannami, je den

syn odebrał sobie życie... kiedy ta rodzina napraw dę dużo zrobiła dla Gliwic, on

wystarczająco długo był przecież radnym miejskim. Tylko że, jak sądzę, artykuły

spożywcze i knajpy, i wszystko, co wiąże się z higieną, tego Żydom nie powinno

być wolno robić. Tak w banku, może przy pieniądzach, to jest przecież zawsze

brudna robota.

Valeska niecierpliwie podniosła wzrok. - Ile pan potrze buje*

Schachtner przestąpił klomb. - Nie chodzi wyłącznie o pieniądze. Chodzi o to, że

chciałbym mieć panią w tym interesie, tak jak i pani brata, w takich wypadkach

zawsze dobrze jest mieć przy tym dobrego adwokata. Fiihrer po wiedział, że

Wschód jest naszą przestrzenią życiową. Te raz tu napłyną pieniądze, a nie do

Zagłębia Ruhry, w którym wszystkie swoje pieniądze mają belgijscy ba ronowie, to

jest przecież znane. Teraz będą odbudowy wać Wschód, teraz przyjdzie nasz czas i

gdy będziemy pilnować interesu, zostaniemy milionerami.

background image

- No, no! i Valeska uszczknęła dalię paznokciami. - Niech pan nie przesadza! -

Zasłoniła dalią oczy. i Poza tym nie chcę zostać milionerką, to niepoważne. Chcę

tro chę zarobić, to tak. - Pomyślała, że za łąki przycmentarne dostanie dwadzieścia

tysięcy w gotówce. Kościół za wsze płacił gotówką. To było zaletą Kościoła. Z tymi

pie niędzmi można było coś zrobić. Połowę dla Schachtnera we wschodnim Górnym

Śląsku, ćwierć w węgiel, ćwierć w żelazo tutaj. To była pierwsza rzecz, jakiej

nauczyła się od brata: nigdy nie stawiać na jedną, lecz na wiele kart!

- Mówię pani, pani Valesko, że pieniądze leżą w deli katesach! Ja zajmuję się

tylko delikatesami. Ludzie są prze cież coraz bardziej rozkapryszeni. Już nie kwaśne

ogór ki, oni chcą teraz słodko-kwaśne. Wie pani, ile kosztuje banan? No więc, ile

kosztuje pół kilo kartofli albo masła, to wie każdy, w końcu każde dziecko może

zasadzić w ogrodzie kartofle albo pójść do dworu kupić mleko i zrobić w misce

masło. Jednak banany nie rosną na na szych brzozach albo jarzębinach i kiedy pani

Krulik sprze daje za rogiem jednego banana za dwadzieścia fenigów, to jest on żółty

i mazisty i można go rozgnieść widelcem na papkę. Moje są z Togo albo z

Kamerunu, a nie z takiego państwa Karfów jak u Krulikowej, moje są świeżutkie,

białe, tylko rozpływają się w ustach i mają smak masła. Kto mi udowodni, skąd

pochodzą moje banany, że z tej samej hurtowni, to tylko kwestia prawidłowego

przechowywania. Banan musi być w ciemnym miejscu, to jest cała tajemnica. Ta

Krulikowa może sprzedawać mąkę i budyń, ale jak się przechowuje banany, tego

trze ba się nauczyć. Więc mogę też żądać o jednego ceskiego więcej. Najważniejsze,

żeby sklep był w dobrym miej scu, w centrum, tam gdzie mieszkają bogaci ludzie,

oni mają pieniądze na coś specjalnego, oni wysyłają służą ce na zakupy albo

zamawiają na piśmie, wtedy na raz idzie trzydzieści, pięćdziesiąt marek. Wtedy, wie

pani, mogę sobie nawet pozwolić, żeby zamknąć sklep w południe na poobiednią

drzemkę. Ludzie chcą coraz to coś lepszego, to prawda. A teraz przecież napłynie tu

trochę pieniędzy. Wschód, to będzie wielki Klondi ke. Polensky otwiera z

Michałkiem firmę budowy dróg, w Polsce są przecież tylko gliniaste drogi, Kapczik

swoją fabrykę papieru toaletowego, Waroschek tkalnię po ńczoch, fabryka

czekolady Trumpf filię, bo tu są niższe płace, o Schaffgotschach, Ballestremach i

Henckel-Donnersmarckach nawet nie wspomnę, słyszałem, że ich przedstawiciele

wmaszerowali do Królewskiej Huty z pierwszymi niemieckimi oddziałami. Tym i

tak nie do trzymamy kroku.

- Ale ile pan potrzebuje? Konkretnie! I jakie pan daje gwarancje? - Valeska

background image

potrzebowała dokładnych liczb, żeby mogła się czegoś uchwycić.

Schachtner z dobrze prosperującym sklepem delika tesowym w centrum, z

wydzierżawioną wiejską gospodą w Pyskowicach i małym pakietem akcji VOH*

był spryt nym przedsiębiorcą. Wiedział, że konkretne liczby wykłada się na stół

dopiero wtedy, gdy umowa jest już nie mal zawarta. Nie chciał jednak przekonywać

Valeski, lecz adwokata, a z tym trzeba by chyba raz jeszcze popertraktować.

-

Około dziesięciu tysięcy, na poły. Tylko mój sklep w centrum jest wart około

trzydziestu tysięcy - powie dział pełen dumy. Czego by nie powiedzieć, zaczynał z

mniej niż trzema tysiącami srebrnych marek. A teraz był już - prawie - bez długów,

mógł posyłać swoje córki do Liceum Maryjnego i na lekcje fortepianu do pani

Piontek, i może najstarsza, Gerda wyjdzie nawet za mąż za jednego z von

Krappitzów. Nie był co prawda Godullą, ale mimo wszystko!

- To proszę przyjść- powiedziała Valeska- porozma wiam z bratem. Czuje pan ten

zapach?! - Valeska pochy liła się, potarła dłonie o krzew lawendy i podstawiła je

Schachtnerowi pod nos. - To pachnie jak natura, to pach nie jak naturalne życie.

Widział pan, za domem w ogrodzie jest całe pole dzikiej lawendy.

Valeska zatęskniła do prostych rzeczy. Był taki czas, kie dy trzeba było po prostu

obejść kawałek ziemi, od wscho du do zachodu słońca i co człowiek w tym czasie

zdążył obejść, należało do niego. Teraz liczyło się za pomocą pro centów i promili,

akcji i udziałów, kursów i dywidend, emi sji i zamrożeń. - Chodźmy do domu-

powiedziała. - Słońce niedługo zajdzie. Tak, we wrześniu, aż nie chce się wie rzyć,

wieczory są już chłodniejsze.

23

Adwokat Wondrak zamienił komodę w salonie z forte pianem w barek i zaczął

rozlewać wódkę. Zaraz goście wstali od stołów, żeby przynieść sobie kieliszeczek,

w końcu wystarczająco długo na to czekali. Hrabina Hohenlohe została przy stole

zupełnie sama. Obserwowa ła, jak Miłka przepiła uprzejmie do mężczyzny, który

przy jechał z Zagłębia Ruhry i do tej chudej panny z korkocią gowymi loczkami, i

nie uszło też jej uwadze, że pan Wondrak nalał jej ponownie. Otrząsnęła się.

Alkohol przypo minał jej grubiaństwo i przemoc. Ona nie piła alkoholu albo tylko

bardzo rzadko, gdy czuła się niezdrowo lub nie mogła wieczorem zasnąć; wtedy

brała bawarską gen cjanę, którą przechowywała w kryształowej karafce i która

wystarczała jej na długie lata.

Dopóki nie wyszła za mąż za hrabiego Hohenlohe Langwitz, ze śląskiej linii, jako

background image

jedyny napój alkoholo wy znała tylko poncz. Czerwone wino było podawane w

niedzielę do pieczeni, lecz tylko mężczyznom. Ona pochodziła z okolic Tölz i była z

domu von Hüttig. Na swoim weselu w majątku langwitzkim po raz pierwszy piła

prawdziwą wódkę z kartofli, to znaczy, jej mąż do słownie ją do tego zmusił. I paliło

ją przy tym w gardle i straciła oddech. Z czasem przyzwyczaiła się do tego, że w

majątku langwitzkim dużo się pije. Do dzisiaj gar dziła jednak tym, że kobiety piły,

w dodatku tak jak tu taj publicznie! Spojrzała z dezaprobatą na Milkę. Potem złapała

za szprychy wózka inwalidzkiego i podjechała do niej, mijając ludzi, którzy trzymali

w górze kieliszki z wódką i rozmawiali ze sobą głośno, coraz głośniej. - Proszę, pani

Milko - powiedziała lekko urażona - niech mnie pani zawiezie do domu.

Przy czym w ogóle me chciała jechać do domu. Chciała tylko pokazać, że może

Milką rozporządzać.

- Już teraz? - zapytała Milka zdziwiona. Właśnie za częło się robić weselej,

podczas gdy pierwsza część była jednak dość smutna. Przecież na stypie musiało

być i jedno, i drugie.

- Nie czuje się pani dobrze? - Milka pochyliła się z za troskaniem nad hrabiną. W

zasadzie hrabina nie miała ochoty wracać do swojego cichego mieszkania. Po tym

jak cała gałąź rodziny Hohenlohe-Langwltz, linia śląska, po śmierci jej męża

stopniowo wyrugowała ją z langwitzkiego majątku, ciągle była żądna poznawania

nowych ludzi, którzy nic o niej nie wiedzieli albo wiedzieli tylko niewiele i którym

mogła opowiadać swoją historię.

- Może pojeździ pani ze mną trochę po ogrodzie, żebym mogła zaczerpnąć

świeżego powietrza - powiedziała do Milki; w ten sposób mogła unieważnić swoje

życzenie i jednocześnie odciągnąć Milkę od sklepu monopolowego.

- Ach, daj mi jeszcze jedną wódeczkę - zawołała roz ochocona Milka do Willego

Wondraka, przejeżdżając obok. Wiedziała, że hrabinie nie podobało się, gdy ko

biety paliły cygara albo piły wódkę. Hrabina mogła jej wprawdzie rozkazać, żeby ją

zawiozła do ogrodu, ale nie mogła jej zabronić picia wódki. Tymczasem nie za

leżało jej szczególnie na wódce, w każdym razie nie dziś wieczorem, w końcu umarł

jej brat.

Hrabina słyszała za sobą mlaskanie Milki. Jej mąż też zawsze wlewał w siebie tę

czystą, ostrą, kartoflaną wód kę bez żadnego smaku; gdyby to był przynajmniej

francuski koniak, ale ta polska kartoflana wódka! Upił się nią nawet w dniu śmierci

swojego ojca i wykrzyczał całą nie nawiść, która się w nim nagromadziła, tak że

background image

starsi bra cia musieli go zamknąć w komórce na strychu, żeby po zostali goście nie

byli świadkami tych rodzinnych kłótni. Jakby nie było, oskarżał swojego ojca o

takie przestęp stwa kryminalne jak defraudacja, krzywoprzysięstwo i fałszowanie

testamentu. Nawet jeśli nie była to prawda, to jednak imponowało jej, jak jej mąż

buntował się prze ciw ojcu, który gnębił go przez całe życie. Wkrótce po tym strzelił

sobie podczas polowania w podbródek. Jego twarz była w odrażający sposób

okaleczona, w ogóle nie mogła na niego patrzeć, kiedy go przywieźli. Jeszcze czte

ry tygodnie leżał w majątku łangwitzkim i całymi nocami krzyczał z bólu, aż w

końcu umarł - a ich wszystkich wybawił od siebie. Jeszcze do dziś nie mogła się

pozbyć podejrzenia, że wtedy, na polowaniu, też był pijany.

To było już prawie trzydzieści lat temu, Matko Boska, jeszcze przed wojną. Jego

starsi bracia stopniowo wyru gowali ją potem z langwitzkiego majątku, co przyszło

im łatwo, bo nie miała dzieci i wypchnęli do miasta; tylko latem tolerowano ją jako

wczasowiczkę - jednak już od lat tam nie jeździła. Wiele jej nie zostało. Dożywotnia

ren ta, która coraz bardziej traciła na wartości, wydrukowa ne na kolorowym

papierze jakieś świadectwa i udziały w dobrach, które w 1922 roku przypadły

Polsce; nie były one warte nawet papieru, na którym zostały wydruko wane, kilka

akcji Huty Godulla i Kopalni Królowej Luizy na Szarleju, i to było wszystko.

Może jednak powinna kazać się zawieźć do domu. Wy glądało na to, że większość

gości niedługo się upije, a ona nienawidziła pijanych, zwłaszcza wtedy, gdy

występowali tak jak tutaj w większej liczbie - na Górnym Śląsku nie było, zdaje się,

uroczystości, która na końcu nie przemieniłaby się w dziką pijacką orgię, nawet

przyzwoita stypa nie mo gła się przed tym ustrzec. Jednak może to właśnie było

tym, co ją do dzisiaj w ciągle jeszcze nie całkiem wytłumaczalny dla niej sposób

odpychało, a jednocześnie fascy nowało, i przez co, takie uroczystości jak wesela,

chrzciny czy pogrzeb wywierały na niej szczególne wrażenie: że tutejsi ludzie tak

szybko popadali w skrajne nastroje. Może była to świadomość granicy, w pobliżu

której żyli, i że przez całe stulecia zawsze to możni tego świata decydowali, do kogo

należą i kim są: Prusakami, Austriakami, Niemcami, Polakami, Ślązakami,

Morawianami, i że tylko ten mógł się utrzymać na powierzchni, kto nie podskakiwał

i umiał się przystosować. To chyba właśnie wyciskało piętno na tu tejszych

ludziach, niezależnie od czasów i systemów. Prze bywała tu już wystarczająco

długo, żeby to zrozumieć.

-

Niech mnie pani powozi po ogrodzie, pani Milko, chcę wdychać zapach

background image

kwiatów i niech mi pani coś prze czyta!-Wyciągnęła obydwa ramiona w bok.

Milka wiozła hrabinę twardo ubitą ścieżką do domu w ogrodzie. Z tyłu domu

połyskiwały z kratki pnące róże i czerwony głóg. Pomiędzy nimi wisiały trzy

wypchane i już dość wystrzępione ptaki, owinięte szmatami i drutem.

Milka zatrzymała się. - Ach, to są te ptaki! - zawołała zaskoczona. I pochylona nad

hrabiną rzekła: - Kiedy żył jeszcze mój brat, wchodziłam do tego domu tylko wte

dy, kiedy Valeska dawała lekcje gdzieś w mieście. Valeska była czasem trudna i

powiedziała jakby mimocho dem, w nadziei, że hrabina nie będzie zadawać

dalszych pytań.

- No więc te ptaki... Pewnego razu przyszłam i przy łapałam dzieci na tym, jak

bawiły się w ptasie wesele, znalazły gdzieś na śmietniku wypchane ptaki czy je na

wet buchnęły i jednemu ptakowi nałożyły białą sukien kę i welon, a drugiemu

czarny kartonowy cylinder, a potem śpiewały razem piosenki weselne.

Milka zaśmiała się. Dotarły do skraju ogrodu. To był tylko mały ogród. Robił

wrażenie większego, ponieważ z tyłu bez żadnej granicy przechodził w pola,

najpierw w dziką lawendę, potem w łąki pełne kwitnącej żółto dziewanny, wreszcie

pojawiały się sprzątnięte pola psze niczne. A za nimi las.

- Czy to wszystko? - zapytała hrabina. Dość wyraźnie dała do zrozumienia, że była

rozczarowana. Kiedy po raz pierwszy zobaczyła Valeskę, wydała się jej być kobietą,

która umiała pielęgnować kwiaty, i właśnie z tego powo du wmówiła sobie, że

ogród Valeski Piontek musi być jedną kwiatową rabatą. Czasami miała o ludziach

wyobrażenia, które nie pokrywały się z rzeczywistością. I z trudem przy chodziło jej

skierowywać ludzi w odpowiednią stronę, żeby przynajmniej odrobinę zbliżyli się

do jej wyobrażeń.

- Mój brat był w ostatnich latach zbyt chory, żeby tro szczyć się jeszcze o ogród 1

powiedziała Milka, niemal się usprawiedliwiając.

Minęła ich Ilse Spinczyk z głuchoniemym synem szkla rza Bertholda z

Bahnhofstrasse pod rękę. Już z daleka można było po niej poznać, że była w ciąży,

nie tylko dlatego, że jej brzuch uwypuklał się pod sukienką, to też, lecz bardziej

można to było poznać po jej uśmiechu, który od jakiegoś czasu przywołała na twarz

i którego odtąd już się nie pozbyła. Berthold położył rękę na jej wypu kłym brzuchu,

spojrzał na nią i zatopił swój wzrok w jej oczach. Potem powoli poszli dalej, jakby

byli sami na ca łym świecie.

Już dawno ożeniłby się z Ilsą Spinczyk, gdyby urzędy zdrowia nie odmawiały mu

background image

wydania zaświadczenia, że nie choruje na chorobę dziedziczną i co chwila nie wzy

wały go na nowe badania. Przy tym wszyscy wiedzieli, że starzy Bertholdowie byli

zupełnie normalnymi ludź mi, a on po jakiejś chorobie został głuchoniemym.

- Ach tak, niech mi pani coś przeczyta. - Hrabina szu kała po omacku w poduszkach

za plecami.

- Dziś niczego nie zabrałyśmy ze sobą - powiedziała Milka. Na wszelki wypadek

sprawdziła sama, lecz nicze go nie mogła znaleźć.

- Pani zna przecież na pamięć takie piękne wiersze, proszę niech mi pani coś

wyrecytuje, jakiś...jakiś wiersz o naturze.

Milka powoli popychała wózek między domem w ogrodzie a ulicą, w jej głowie

ułożył się wiersz z małych, szybkich jak mgnienie oka obrazów.

Przyjdź, cicha nocy, ma pociecho!

Gdy z góry zstępujesz stopą lekką.

Powietrze tak spokojne,

I tylko utrudzony żeglarz.

Swą pieśń wieczorną morzu śpiewa Su chwałę Boga w porcie.

Mijają lata jak obłoki,

Ja trwam niezmiennie w samotności,

Świat już zapomniał o mnie,

Nie poskąpiłaś mi swej krasy,

Gdy ja słuchając szumu lasu Siedziałem zamyślony.

O, cicha nocy, ma pociecho!

Dotkliwych trosk już milknie echo,

Ciemnieje w dali morze,

Daj wytchnąć mi od trudów dnia,

Aż znowu uciszony las Rozświetlą ranne zorze. *

Hrabina zobaczyła nauczycielkę gry na fortepianie nadchodzącą od strony rabaty z

daliami. Jednak dopie ro gdy Milka zakończyła wiersz, wyciągnęła ręce

i zawołała: - Pani Valesko, niech pani posłucha tego, co Milka właśnie recytuje,

wiersz o samotności. Ona to robi zachwycająco! Dawniej zawsze kazałam sobie

czy tać powieści, ale pani szwagierka woli wiersze.

- Tak - powiedziała Valeska Piontek z uznaniem I na sza Milka ma poetycką żyłkę,

to prawda. Zna na pamięć wiele wierszy! Ja znam tylko takie wiersze, które można

też śpiewać.

background image

-

Uważam, że wiersze są piękne, przejmujące, pate tyczne. Jednak niektórych po

prostu nie rozumiem i po wiedziała hrabina. - Najpierw czytałam wiersze w szkole,

a potem to już tylko jakiś czasem na Wielkanoc albo na Boże Narodzenie. Milka

codziennie czyta mi wiersze. Czasami jest to niemal męczące. - Nie chciała

przyznać, że cierpiała z tego powodu, jednak w przypadku więcej niż trzech wierszy

na dzień.

Teraz podszedł też właściciel delikatesów.-Jestem za chwycony, że pani hrabina

interesuje się wierszami - po wiedział. - Dawniej też dużo czytałem, nowele,

powieści... ale teraz nie mam już czasu, mam czas jedynie na krótkie rzeczy, właśnie

na poezję.

Schachtner wysunął się do przodu. Tak bardzo był za absorbowany tym, żeby przed

hrabiną wyrażać się wyszu kanie, że nie dostrzegł jej zniecierpliwionego,

rozdrażnio nego wzroku. W całym swoim życiu przeczytał tylko jedną jedyną

powieść i akurat teraz nie pamiętał jej tytułu.

-

Ludzie muszą tutaj tak dużo i ciężko pracować, że nie mają już czasu i

cierpliwości do długich powieści, dla tego poezja jest tu tak popularna- powiedziała

Milka.

- Tak, to prawda - odezwała się hrabina. - Odkąd je stem w tym kraju, stwierdzam

na każdym kroku, że czy ta się tu dużo wierszy, robią to nawet prości ludzie.

To był celny strzał. Schachtner szybko odwrócił wzrok. Zastanawiał się, czy

powinien teraz pójść do domu czy po prostu udać, że nie wziął tego do siebie. W

końcu cho dził do szkoły średniej, nawet jeśli jej nie ukończył, i był szanowanym w

mieście właścicielem delikatesów.

Wyraźnie mu ulżyło, kiedy hrabina, nie zważając na mego, powiedziała: - Ach, pani

Milko, niech pani raz je szcze powie nam ten wiersz.

-

Czy ja wiem - powiedziała Milka - teraz przed tylo ma słuchaczami? Jeszcze

nigdy tego nie robiłam, i Przy pomniała sobie przy tym, że kiedyś w Gdańsku

deklamowała wiersze przed trzydziestoma słuchaczami, ale wszyscy byli obcy.

Czego nie mogła powiedzieć o panu Schachtnerze.

-

Proszę, niech pani recytuje, inaczej zbierze się je szcze więcej słuchaczy -

powiedziała hrabina. Poprawiła się w swoim wózku i podsunęła trochę wyżej

poduszki pod plecy, jakby do recytacji wiersza musiała zająć szczególnie wygodną

pozycję.

Schachtner cofnął się pół kroku do tyłu, w tej pozycji będzie mógł może zobaczyć, z

background image

jakiej książki Milka czyta ła. Był zaskoczony, źe nie miała żadnej książki.

Przypomniał mu się właśnie bohater powieści, nazywał się An ton Wohlfahrt, tak;

teraz brakowało mu jeszcze tylko ty tułu.

-

Powiem lepiej inny wiersz. On też się państwu spodoba. Jest krótszy i mam go

dokładniej w pamięci- powiedziała Milka.

Wesele ciągnęło wśród górskich dróg,

Słyszałem, ptaki śpiewały,

Wtem jeźdźcy przemknęli i zabrzmiał róg W gonitwie radosnej, zuchwałej!

Lecz ledwiem pomyślał, w krąg cisza już,

Noc ściele się na rozłogi,

I tylko dobiega z gór lasu szum,

I serce łomocze mi z trwogi. *

Valeska wpatrywała się w czubki swoich butów i słu chała z koncentracją. Już po

pierwszym wersie wiedzia ła, czyj to był wiersz, a przy drugiej zwrotce zaczęła ci

cho nucić do wtóru, a w jej głowie wirowały nuty do tego. Często grała tę pieśń na

fortepianie, Schumann, Cykl pie śni, op. 39. Te wersy trzeba by śpiewać. Kiedy się

je śpie wało, były o wiele piękniejsze.

Schachtner wepchnął ręce do kieszeni marynarki. Wy chwycił pierwsze wersy,

potem recytacja Milki była dla niego jedynie tylko ciągiem głosek i dźwięków, tyle

in nych spraw chodziło mu po głowie. Jeszcze dzisiaj chciał

porozmawiać z adwokatem, z hrabią Porembą i zellenleiterem Thonkiem. W końcu

przecież nie przyszedł na ten pogrzeb dla własnej przyjemności, lecz żeby

przygotować interesy. Przynajmniej przypomniał mu się teraz tytuł powieści, którą

wtedy tak długo czytał: Winien ima*. Chciał o tym w każdym razie powiedzieć

damom, kiedy Milka skończy swój wiersz. To znaczy, pierwsze słowo należało

oczywiście do hrabiny. W końcu on wiedział, co wypadało, a co nie.

Hrabina odetchnęła głęboko i powiedziała: - Piękny wiersz, nieprawda, on tak

dokładnie pasuje do krajo brazu naszych dusz. Mam nadzieję jednak, że nie jest to

znowu tego Eichendorffa?

24

Wiem, że umarłam.

Irma w milczeniu przecisnęła się przez zebranych i za jęła miejsce w najdalszej

części pokoju z fortepianem, bez pośrednio pod obrazem Anioł Pański Milleta.

Siedziała tam sama, wyprostowana w krześle, niemal w bezruchu, obejmowała

background image

wzrokiem cały pokój i przez otwarte drzwi jeszcze część werandy aż do ogrodu.

Całe popołudnie spędziła w swoim pokoju. I tylko dlatego zeszła teraz na dół, że

czekała na Skrobka, który mial przyjść o tej po rze. Rozejrzała się wokół mrużąc

oczy. Kaprzika nie było. To ją uspokoiło.

Głupi Kaprzik zadzwonił do drzwi, ledwo wrócili z po grzebu do domu, a ona, nic

nie przeczuwając, podeszła i zobaczyła go, jak tam stał i szczerzył do niej zęby, z

bu kietem kwiatów w ręce. Wydal z siebie kilka piskliwych dźwięków, bo przecież

nie umiał mówić i ślina ciekła mu z ust. Z krzykiem zatrzasnęła drzwi i popędziła do

swo jego pokoju, a matka zapukała do niej i zapytała, co się właściwie stało, lecz

ona nie otworzyła drzwi, tylko wy jąkała, że nie chce teraz nic innego, jak tylko być

sama. Nie mogła nikomu pokazać, jak bardzo przeraził ją wi dok głupiego Kaprzika.

Siedziała na krześle odpychająco i ciągle jeszcze miała na sobie mundur

Arbeitsdienstu i nie nosiła go po prostu tak, jak dzisiaj nosi się czarną sukienkę, a

nazajutrz brązową z białym, wykładanym kołnierzykiem, lecz tak, jakby już w

całym swoim życiu nigdy nie miała nosić niczego innego jak tylko ten mundur.

Był u niej raz pan Apitt i wujek Willi, ale obydwaj nie zabawili długo, gdyż na ich

pytania odpowiadała tylko gestami i zwięzłymi zdaniami. Tylko raz, kiedy Valeska

zajrzała do niej, żeby jej przynieść szklankę herbaty z cy tryną czy z rumem,

zapytała: I Zaprosiłaś Skrobka? Na prawdę go zaprosiłaś i on przyjdzie?

Valeska zaprosiła Skrobka, chociaż dziwiło ją życze nie Irmy. Bowiem to Irma

uparła się, że Skrobek w żadnym wypadku nie powinien uczestniczyć w jej we selu,

chociaż przecież od wielu lat byli przyjaciółmi z młodości i ona to respektowała,

nawet gdy, trzeba przyznać, chętnie widziałaby Skrobka, może w żywym obrazie

Burłacy na Wołdze. A teraz Irma chciała go zo baczyć, nie na weselu, lecz na stypie,

na Boga w niebie, kto się już wyzna na tych młodych ludziach.

- Skrobek prosił przekazać, że przyjdzie, chociaż nie na długo, bo dziś po południu

ma służbę, ale przyjdzie - odpowiedziała Valeska. Raz krążyły pogłoski, że mię dzy

Skrobkiem a Irmą coś jest, to było wtedy, gdy jeździł z nią często taksówką, kiedy

miał wolne, do Ujazdu, do Strzelnik, a raz nawet aż do nowego jeziora przy zapo rze

w Otmuchowie, i nawet gdy była przekonana

o niewinności tych wycieczek, to jednak poprosiła Skrob

ka, żeby ich zaprzestał. Bo ludzie już o tym mówili. Skro bek w dalszym ciągu

przychodził, ale odtąd nigdy wię cej nie zaprosił już Irmy na wycieczkę. Aż Irma

odkryła przyczynę. Z krzykiem biegała po domu i wzburzyła bied nego chorego

background image

ojca, którego o mało nie udusił straszliwy atak kaszlu i w końcu musiała sprowadzić

lekarza - gdy tymczasem ona chciała tylko dobra Irmy. Bowiem taksów karz nie był

chyba odpowiednią partią dla prawdziwe] Piontkównyi wspomniała o tym raz raczej

mimochodem, także w obecności Irmy. A Irma oświadczyła z całą do bitnością, że

między nią a Skrobkiem nie zaszło jeszcze nic, co by pozwalało na zrobienie dobrej

"partii", a więc na wesele, i jak wobec tego ma wyglądać i zachowywać się

"prawdziwa Piontkówna", i co to jest w ogóle za mon strum "prawdziwa

Piontkówna"? Była straszliwa awantu ra, bowiem ona nawet nie wiedziała przecież

tego tak dokładnie, po prostu tego nie dało się tak łatwo wytłu maczyć.

Potem Irma latała za tym żołnierzem, który, chociaż pod chorąży, nie był nawet

katolikiem i dlaczego musiała za niego zaraz wychodzić za mąż bez zapowiedzi,

według tej nowej ustawy, sam Pan Bóg wie, co w nią wstąpiło.

-Jaki ja zrobiłam błąd, przecież zawsze byłam dobra dla moich dzieci, Bóg mi

świadkiem, chciałam tylko ich dobra. Może powinnam je była więcej bić, wtedy nie

do szłoby do tego, mówi się, że trzeba udaremnić złego po czątki, Boże, nie

zasłużyłam na to, żebyś mnie karał ta kimi dziećmi, ale nie chcę grzeszyć, jestem w

końcu ich matką, i gdy będzie im źle, wtedy jeszcze do mnie przyjdą, a ja będę dla

nich, przecież w końcu są moimi dziećmi.

To wszystko jest bardzo bardzo smutne, nieprawda? Valeska nie wiedziała, nad kim

ma się bardziej litować, nad córką, której męża jeszcze w noc poślubną posłano na

front czy nad samą sobą, bowiem w końcu owej nocy została wdową.

linia nie czuła litości, nawet dla samej siebie. Nie miała też zamiana szukać dla

matki krzesła, wolała, żeby zatro szczyła się o Innych gości, a nie przychodziło jej

nawet do głowy wikłać ją w jedną z tych drążących, męczących, krą żących ciągle

wokół tego samego tematu rozmów. Nie był chyba też ku temu odpowiedni

moment, lecz mamusia wykorzytywała każdą sposobność i torturowała papusia

takimi rozmowami aż do ostatnich dni.

- Jednak to nie ze mną - pomyślała - pod wszystkimi pytaniami i odpowiedziami

znajdziesz tylko zimną, za stygłą materię, bo tam wszystko jest martwe, martwe,

martwe, nie jestem już żadną Piontkówną, ja już do was nie należę, sama siebie

odepchnęłam, na zawsze, wi dzę cię, jak krzywisz twarz, nie mogę tego powiedzieć,

nie, cokolwiek miałoby się zdarzyć, chociaż najchętniej zerwałabym z was

wszystkich tę zasłonę, tę maskę faryzejską, także i moją własną, i zadaję sobie

pytanie, jak długo będę tu jeszcze siedzieć tak prosto i nieruchomo, długo to nie

background image

potrwa, o nie, wtedy będę leżeć tam w dole, na podłodze, w brudzie, tylko niczym

cuchnąca kału ża, nic więcej.

- Gdybym tylko wiedziała - westchnęła Valeska - jak to wszystko się zaczęło,

także i ja ponoszę swoją winę, droga Irmo, o tak, pełny bagaż - powiedziała szybko

i prześlizgnęła się tym samym przez jakąkolwiek własną winę - musimy naprawdę

znaleźć czas, żeby o tym po rozmawiać, droga Irmo.

Może nie była ku temu najodpowiedniejsza chwila, lecz w ostatnich dniach, a nawet

tygodniach, wielokrotnie próbo wała rozmawiać, jednak Inna ciągle jej się

wymykała.

Ach, gdyby tylko nie mówiła ciągle droga Irmo, droga Irmo, i żeby mówić przy tym

o winie, cóż ona o tym wie, tylko tyle, że raz oddala się w Beskidach temu

wiedeńskiemu lekarzowi i potem spowiadała się z tego papusiowi dwa razy w roku,

wśród łez i wezwań do święte)

Maryl, on już tego nie mógł słuchać, lecz ona nie prze stawała się tarzać w poczuciu

winy, tak tarzać, bo klęka ła przy tym, biła się pięściami w czoło, brakowało jeszcze

tylko, żeby się przeklinała, nie, tego nie robiła, ale nie przestawała pytać siebie i

wszystkich innych, jak mogło do tego dojść, i jak to się zaczęło, ona zawsze szukała

przyczyn, to chyba przejęła od swojego lekarza, że wszy stko jest już gdzieś w nas

zakodowane, złoi dobro, przede wszystkim zło, i tylko zadając pytania i

kontrpytania moż na było dotrzeć do tych duchowych obnażeń, i tylko tak można

uwolnić się od winy, i ona sama w czasie tej ka talizy (mamusia upierała się przy

słowie kataliza, chociaż to nie całkiem się zgadzało, sprawdzała raz w Dudenie),

przyznawała się gorliwie do tylu win i uchybień, że czło wiek nie chciał jej uwierzyć

nawet w tę jedną jedyną; prze raziło mnie to tylko za pierwszym razem, potem to

było właściwie tylko żenujące i papuś zatykał sobie przy tym uszy, a ja uważałam,

żebyJosela trzymać z dała od tych historii, wystarczyło już, że mnie w to wciągnęli.

Irma przeczuwała, jak to się zaczęło. Powiedziała: - Przecież nie tutaj, mamusia,

twoi goście czekają na cie bie. W końcu zostałaś wdową.

- Tak, zatroszczę się o gości, masz rację. - Valeska ode szła. Później raz jeszcze

chciała spróbować z Inną, jeszcze dzisiaj.

Dokąd Irma sięgała pamięcią wstecz, mamusia zajęta była lekcjami fortepianu, a

papuś, jeżeli nie pracował w swoim atelier, to wędrował z aparatem fotograficznym,

żeby gdzieś po wsiach fotografować jakieś rozsypujące się w gruzy twierdze.

Czasami zabierał ze sobą Josela, nigdy jednak nie brał swojej żony, jak i nigdy

background image

córki, chociaż chęt nie by z nim pojechała, taszcząc za nim nie tylko statyw

i płyty fotograficzne, lecz także całą chęć przeżywania przy gód. Kiedy go w końcu

raz o to poprosiła, odmówił z za kłopotanym uśmiechem: - Fotografowanie, to jest

coś dla mężczyzn, do lego potrzebny jest bystry wzrok. - A ona patrzyła w lustro i

ćwiczyła bystre spojrzenie, ale chyba jej się to nie całkiem udawało, bo mimo to nie

zabrał jej ze sobą. Siedziała w swoim małym pokoju, na górze, na pierw szym

piętrze i musiała wysłuchiwać przez ściany brzdąkaniny młodych uczniów mamusi,

którzy niemiłosiernie mę czyli się z gamą, z początkiem walca File Dunaju, a w po

rywach z etiudą Chopina. Pierwsze takty coraz to na nowo odbijały się echem w jej

pokoju i czasem wtykała watę do uszu, żeby ujść tym mękom. Ona sama przestała

brać lek cje fortepianu u matki, gdy miała piętnaście lat. W czasie lekcji matka tylko

na nią krzyczała, a raz straciła nawet pa nowanie i uderzyła ją w palce, tak, zbiła jej

palce do krwi z rozczarowania -wtedy położyła się do łóżka, dostała go rączki i

skurczów nerwowych i wyzdrowiała dopiero wte dy, kiedy mamusia uroczyście, to

znaczy w obecności pa pusia, zrezygnowała z chęci zrobienia z niej pianistki.

Znacznie bardziej chciała zostać tancerką, żeby poruszać ciałem i opanowywać je,

żeby naciągać czarny trykot gim nastyczny, a potem występować, może kiedyś w

Teatrze Miejskim, w białym tutu, to w każdym razie bardziej by ją interesowało, niż

beznamiętne uderzanie palcami w kilka białych i czarnych klawiszy, i kiedy

wyznała to matce, ta tylko pokazała na jej ciało i narysowała palcem w powietrzu

słonia, śmiejąc się przy tym i ten śmiech jeszcze brzmiał w jej uszach. Zacisnęła

zęby i poszła na kurs gimnastycz ny w BDM*, gdzie wypadła całkiem nieźle, ale na

balet była już za stara. Wtedy zgłosiła się do stowarzyszenia "Wia ra i Uroda" i dużo

podróżowała, uczestnicząc w świętach okręgowych i regionalnych; pojechała z

grupą aż do Kłodz ka, Wrocławia i Zgorzelca, a nawet do Wiednia i Pragi, dokąd je)

matka nigdy nie dotarła, nawet w czasie swoich konkursów pianistycznych, i po raz

pierwszy w żydu miała uczucie, że jest naprawdę potrzebna. Może kiedyś

opowiadała już o tym Skrobkowi. Tak, był taki czas, kiedy dużo Skrobkowi

opowiadała. To był inny czas, kiedy jeszcze żyła, lecz od kilku dni zadawała sobie

pytanie, czy nie umarła już, zanim jeszcze w ogóle zaczęła żyć.

Przez moment w salonie z fortepianem zapanowała cisza. Ulla powiedziała: -

Skrobek przyszedł. - Zobaczyła przez okno czarną taksówkę, zatrzymującą się przed

do mem, to mógł być tylko Skrobek. Irma wstała i podeszła do drugiego okna,

zobaczyła go, jak z bukietem kwia tów przeskakiwał przez ogródek przed domem.

background image

W zasa dzie była zadowolona z tego, jak w ostatnim czasie nau czyła się maskować,

ale to ciągle jeszcze nie wystarcza ło- teraz była zła, że w ogóle wstała i podeszła do

okna i pomyślała, żeby wyjść z pokoju z fortepianem i wycofać się do swojego

pokoju, ale to by jeszcze tylko wszystko pogorszyło. Tak więc usiadła z powrotem

na swoim krze śle. Jednak teraz już nie tak sztywno i odpychająco, mia ła raczej

uczucie, że skurczyła się żałośnie w sobie.

Valeska wcisnęła komuś, kto właśnie przechodził obok, stos talerzy do rąk i

wybiegła na dwór i trochę później po jawiła się w drzwiach werandy razem ze

Skrobkiem, trzy mając w ręku potężny bukiet płomiennych lilii. Roztacza ła we

wszystkie strony promienny uśmiech i nikt by jej w tym momende nie uwierzył, że

właśnie została wdową.

Skrobek nadaremnie usiłował stłumić uśmiech, który już po urodzeniu musiał na

dobre ulokować się na jego twa rzy. Patrzył więc po prostu w ziemię, ukazując gęste

ruda we włosy, które z tyłu głowy sterczały w zadziornym czu bie, nadając mu

wesoły wygląd. Jednakże wszystko razem, twarz i czub, to byłoby chyba mimo

wszystko za wiele.

Skrobek był, jak mawiał Leo Maria, dzieckiem szczę ścia. Swoimi lekko

groteskowymi mchami (jakby je usta wicznie spowalniał), swoim uśmiechem na

twarzy i czubem, którego nie dało się gładko rozczesać, roztaczał nie mal zaraźliwie

coś w rodzaju "dobrego humoru". Nikt tak naprawdę nie wiedział, skąd przyszedł, 1

Szobiszowic mówili jedni, z okolic Kluczborka inni, pewne było tyl ko tyle, że

mówił owym trzeszczącym, naszpikowanym polonizmami językiem zapadłej

niemieckiej prowincji. Pewnego dnia wprowadził się do Krulików jako sublo kator i

opowiadał w okolicy, że jest poetą, prawdziwym poetą, i dość często widywano go,

jak gdzieś przesiady wał i coś bazgrał, czego jednak nikt nie oglądał (nawet Irma).

Twierdził też, że jest muzykiem i rzeczywiście cał kiem przyzwoicie grał na

skrzypcach, a na fortepianie Valeski Piontek brzdąkał płynnie, z pewną ujmującą

lek kością, wesołe piosenki ludowe i chwytliwe szlagiery, a ona wyręczała się nim,

kiedy miała na przykład zagrać do tańca w Café Schnapka czy też w "Neue Welt".

Żeby zarobić pieniądze pracował u Wagroschka (który teraz nazywał się Wagner)

jako taksówkarz i jeździł czasami przez dziesięć, dwanaście, czternaście godzin bez

prze rwy, potem znowu brał dwa albo trzy dni wolnego, żeby mieć czas na swoje

wiersze.

Nikt nigdy nie czytał żadnej z jego strof, ale kiedy opo wiadał, jak je pisał i jakie

background image

dręczyły i miotały nim przy tym uczucia, wtedy wszyscy słuchali go z zapartym

tchem i z podnieceniem, i takie na nich robiły wrażenie już same tytuły, które

szczodrze cytował, jak: Pokonani, Nocne słońce, Czar piekieł, Czarny anioł, W

głębinach, Uciecz ka w dół, Zmierzch bogów, że nikt już nie chciał słuchać samych

strof. Wszyscy w domu Piontków byli nim za chwyceni, nawet Leo Maria, który

jednakże mniej wie rzył w strofy i muzykę Skrobka niż w to, że zbyt dokła dnie i

zbyt często czytał Nicponia*.

Pójdę tam i usiądę przed domem w ogrodzie, będę obserwować gołębie, czy już nie

wróciły; odkąd spłoszył je strzał radcy sądu okręgowego, więcej już nie wróciły;

będę siedzieć w świetle i patrzeć jak gaśnie. Może po winnam była jednak wyjść za

niego za mąż.

Valeska wciągnęła Skrobka do pokoju i przedstawiła go. Z innych pomieszczeń

tłoczyło się do środka jeszcze kilku gości, kiedy jednak zobaczyli, że to był ktoś z

nie całkiem dla nich obcą twarzą, odeszli z powrotem.

Halina przyniosła sałatkę śledziową i piwo, galareta właśnie się skończyła. I podczas

jedzenia Skrobek opo wiadał, że dziś przed południem wiózł bogatego czło wieka, a

dla mego wszyscy, którzy jeździli taksówką, byli bogatymi ludźmi, do granicy pod

chebziem. - Niech mnie pan zawiezie tam, gdzie jest wojna, chcę zobaczyć woj nę 1

powiedział, i był tak elegancko ubrany, że mu uwie rzyłem, że jeszcze nigdy nie

widział wojny. Dotarliśmy jednak tylko do Chebzia, granice ciągle są jeszcze za

mknięte, i już kilka kilometrów przed nią zaczynają się pierwsze kontrole. Jednak

widzieliśmy samoloty, sztukasy, w niskim locie nad lasem...

Przerwał w środku opowiadania i zapytał o Irmę. - Tak, chodźmy do Irmy. - Valeska

obciągnęła żakiet i odsunęła na bok pana Apitta. Skrobek pozdrawiał na prawo i

lewo i potrząsnął dłonią, która się do niego wy ciągnęła. Miał na sobie ciemny

garnitur z ciemnym kra watem, który - zgodnie z modą - zawiązał w cienki węzeł

pod wąskim białym kołnierzykiem koszuli, stosownie do żałobnego towarzystwa.

Tymczasem było to jego ubra nie służbowe; poważnie traktował szoferkę.

Valeska mogłaby sobie wyobrazić Skrobka niemal w każdej sytuacji, tylko nie jako

swojego zięcia. Jego "nieustanna wesołość" (jak to nazywała), tak jej się wy dawało,

miała też coś wspólnego z naiwnością, a nawet głupot* Wiedziała, że nie zostanie

on nikim więcej, jak tylko taksówkarzem; może pewnego dnia dorobiłby się własnej

taksówki, gdyby żona do tego dążyła, a to było dla niej za mało; w jego wiersze nie

wierzyla.Valeska wierzyła w pieśni, które mogła śpiewać przy akompa niamencie

background image

fortepianu. A znała ich całą masę.

-

Tu jest Skrobek | powiedziała z ulgą, gdy w końcu dotarła do Irmy, lecz Skrobek

utknął gdzieś po drodze, roz mawiał z panną Heiduczek i wydawało się, że całuje ją

w rękę.

- Proszę zostaw mnie z nim sam na sam i powiedzia ła Irma. - Muszę z nim o

czymś pomówić. Sprawiała wra żenie odpychającej i niecierpliwej, tymczasem

Skrobka wcale tu jeszcze nie było.

- Tak, toć* i powiedziała Vałeska. Nie miała zamiaru zostawać i była urażona, że

Irma tak przypuszczała.

| Cześć Irma i powiedział Skrobek - kopę lat, dobrze ci się wiodło, wyszłaś za mąż...

jak to w życiu. - Gorącz kowo szukał krzesła, bo nie chciał jej spojrzeć w oczy.

- Masz tu poduszkę i usiądź na ziemi - powiedziała Irma. Lubiła, kiedy siedział u

jej stóp. W ogóle lubiła, gdy mogła na kogoś patrzeć z góry.

Skrobek wziął poduszkę. - W zasadzie to wszystko jest dość okropne - powiedział

mimochodem.

- Co? - zapytała z przestrachem.

Miał na myśli życie, tak w ogóle. W mniejszym stopniu samego siebie. Jednak ona

chciała dokładnie wiedzieć.

- Wesele - powiedział - a potem umiera fotograf, wcale nie był przecież jeszcze

taki stary. A potem... twój... za raz na front, trochę za dużo jak na jeden raz.

Usadowił się wygodnie na poduszce. No więc, jak to w życiu.

- Cześć Skrobek - powiedziała, jakby nie miał imie nia. Nie miał też żadnego, w

każdym razie nikt nie znał jego imienia i gdyby zwołać całe miasto, nikt by tego nie

wiedział, z wyjątkiem niego. On go jednak nie wy jawiał. i Cieszę się, że cię widzę.

- Cześć - powtórzył Skrobek trochę zmieszany, nawet gdy sobie wmawiał, że

naprawdę nie miał powodu, żeby być zmieszanym, w końcu dowiedział się od pani

Pion tek, że Irma obstawała przy tym, żeby przyszedł na sty pę. - Tak, Irma, dobrze

wyglądasz w swoim mundurze, no więc, gdy teraz tak na ciebie patrzę, pasuje jak

ulał, mogę sobie wyobrazić, jakbyś wyglądała na scenie.

To jej się w nim zawsze podobało, kiedy tak niedbale mówił cześć. Zawsze mówił

cześć, rano czy wieczorem cześć.

- Skąd wziąłeś to głupie zdanie?

-Jak to w życiu? - Był zły, że go użył. - Tak, to teraz taka moda, czy ja wiem, to nic

więcej jak tylko wytarty slogan, no właśnie.

background image

-Jak to więc jest w tym życiu? - Irma naprawdę chcia łaby to wiedzieć.

- To tylko przecież takie powiedzenie, i Ona mogła człowieka naprawdę

wprowadzić w zakłopotanie. Skro bek przycisnął ręką czub, nawilżył palce śliną i

przygładził go. On chciał wiedzieć zupełnie coś innego:-Jesteś szczę śliwa, to

znaczy z twoim żołnierzem?

Zauważył, że nie potrafi wypowiedzieć słowa mąż. Po wiedziała: - Co za pytanie?

Czy po to wychodzi się za mąż, żeby być szczęśliwym?

Tak, może jednak tak, jeszcze o tym nie myślała. Na wet dla niej wszystko

potoczyło się trochę za szybko.

- Myślę o naszej przejażdżce do Otmuchowa - powie działa - i jak wtedy padało.

- Ach, masz na myśli wtedy?

Dla niego ten czas wydawał się o wiele odleglejszy, bo wiem on przeżywał też

więcej różnych rzeczy, jeżdżąc swoją taksówką. Wtedy ją pocałował, lecz dalej się

nie posunął.

Padało i padało, lało jak z cebra i nie chciało przestać, było już prawie tak, że

człowiek się do tego przyzwyczaił. Szli przez łąki podbiału, czując na skórze deszcz,

który był bar dzo ciepły, położyli się, przytulili do siebie i objęli się. Jed nak więcej

nic nie było.

- Gdybyś wtedy coś ze mną zrobił, może wszystko po toczyłoby się inaczej!

Skrobek nie liczył się z tym, że powie coś takiego. Może z niego drwiła? Spojrzał na

nią od dołu, jej twarz zdra dzała mu, że mówiła poważnie. Jednak wtedy - pamię tał

jak to było.

Naraz zaczęła się bronić, zupełnie niespodziewanie, i odepchnęła go pięściami,

kolanami i nogami, w drodze do samochodu przewracała się co kilka kroków, jakby

stra ciła równowagę, ale nie pozwoliła się dotknąć, w samo chodzie beczała aż do

Koźla i nie powiedziała ani słowa. Wszystko było takie dziwne, takie niepojęte, a

nawet ta kie absurdalne, że nawet później nigdy o tym nie mówili.

- Porozmawiajmy o czymś innym - powiedział. - Mówiłem ci już, że nie chcą mnie

wziąć do wojska? By łem w okręgowej komendanturze Wehrmachtu, odroczyli mi

służbę wojskową z powodu wady serca, do dziś nic nie wiedziałem, że mam jakąś

wadę serca. Czego to le karze nie znajdą u człowieka zdrowego jak ryba!

Sposób, w jaki to powiedział, sprawił, że zabrzmiało to trochę sztucznie, lecz nie

potrafił mówić obojętnie o tej sprawie.

- Kilku mężczyzn musi zostać w domu przy kobietach

background image

- powiedziała Irma.

Zamilkli.

W ogóle robili między zdaniami coraz większe prze rwy, aby w milczeniu wyrazić

coś, czego by sobie nigdy nie powiedzieli.

- Może powinnam była za ciebie wyjść, Skrobek, co mi po mężu, którego nie ma,

wiem, teraz jest już za późno,

lecz mimo to musisz wysłuchać, co mam ci do powie dzenia, powiem ci wszystko i

proszę cię tylko, nie ucie kaj już 1 nie bądź taki oniemiały jak wtedy na polu z

podbiałem i uderz mnie, uderz mnie, jeżeli będziesz to uważał za słuszne.

- Dzisiaj znów będę miał długą noc - powiedział Skro bek znienacka. - Teraz wożę

przecież tylko panów ofi cerów z jednych koszar do drugich, jakby nie mieli wła

snych samochodów. Cywilne życie nie jest już możliwe, czytałaś przecież: od

wczoraj zakazane są potańcówki.

Irma nie odpowiadała. Myślała o czymś zupełnie in nym. Głos Skrobka dochodził

do niej z oddali.

- To piwo smakuje jak dziecięce siki. Co ty pijesz? Her batę? Jesteś chora? Ja

herbatę piję tylko wtedy, gdy mnie boli brzuch, kiedy indziej nie. Przyniosę sobie od

Vale- ski wódkę... Pón Boczku, muszę przecież iść...

Wstałeś, chcesz iść, nie chcesz wysłuchać, co mam ci do powiedzenia, wiedziałam,

wszyscy jesteście przecież zajęci samymi sobą, wujek, mamusia, już nawetJosel, a

ty nie jesteś inny, ja wiem, idź już, idź, ty i tak byś mnie nie zrozumiali wziąłbyś

mnie za szaloną, jesteś tak samo nud ny, głupi, podły i żałosny jak wszyscy

pozostali tutaj którzy kleją się do domu, może tylko jeszcze tchórzliwszy od nich,

tak, idź już, idź, pragnę tylko, żeby to tutaj we mnie urosło na kretyna, tak samo

idiotycznego jak ten idiota, który to zrobił, żeby całe miasto skretyniało, kiedy to się

pojawi, niech przyjdą i mnie zabiją, ja już przecież jestem martwa, wiem, że jestem

martwa.

Cytrynek trzepocząc poleciał zygzakiem przez pokój z fortepianem ponad głowami

ludzi. Drżał zupełnie bli sko przy twarzy Irmy, tak że mogła go złapać. Potem

wspiął się wysoko pod sufit, jego zygzak stał się szybszy i zaprowadził cytrynka

okrężną drogą przez werandę z powrotem na zewnątrz. Irma patrzyła za nim jak na

cud, który się wydarzył, i chociaż wiedziała, że musiałaby tylko wejść do ogrodu

albo na sprzątnięte pola pszeniczne, żeby zobaczyć całe tuziny motyli drżących w

świetle wrześniowym, to jednak nie pamiętała, żeby w tym roku widziała tak

background image

świetlistego żółtego cytrynka.

Irma podciągnęła kolana pod brodę i zupełnie skur czyła się na krześle.

25

- Dla dzieci tylko zwykłe piwo! - zarządziła ciotka Lucie (Widera), przechodząc ze

stosem brudnych talerzy do kuchni.

- Tak, tak - powiedział Josel wesoło, pokazując jedną ręką prawie puste szklanki

na piwo, drugą wymachując pod stołem brzuchatą butelką, którą teraz wydobył:

etykietka była zdrapana. Pociągnął łyk i słodka kleista ciecz ściągnęła mu

podniebienie.

Otarł palcami wargi i palce zlepiły się ze sobą. - Praw dziwy likier jeżynowy z

Thienelt- powiedział przeciąga jąc e i y. - Ciepnąłem się* - Josel zaśmiał się po raz

pierw szy od dłuższego czasu. I miał teraz ku temu nie byle jaki powód. W kieszeni

czul list od Ulli. A przedtem, kiedy mijał ich ksiądz dziekan, przytrzymał pod

stołem jej rękę i Ulla na to pozwoliła. Podał brzuchatą butelkę dalej do Ulli.

Ulla najpierw powąchała, potem pociągnęła mały łyczek, a potem jeszcze jeden,

większy. - To smakuje na prawdę bombowo! - powiedziała. Oparła się przy tym

o poręcz krzesła. - Już raz skosztowałam tego likieru, to nie pierwszy raz, ten

jeżynowy smak, to zaraz się wy czuwa. Mama zamawia sobie czasem kieliszek

likieru w Café Schnapka albo w "Haus Oberschlesien", wtedy wolno mi też

spróbować, lecz często to się nie zdarza, naprawdę, dwa razy w roku. Tymczasem

pomału sama bym mogła zamówić sobie kieliszek.

Gdyby to od niej zależało, to co najmniej raz w tygodniu chodziłaby z matką na

taras kawiarni hotelu "Haus Oberschlesien", przynajmniej latem, kiedy obok

spacerowali tam ludzie, a młodzi mężczyźni 1 żołnierze tak na człowieka patrzyli, a

nie mieli odwagi wejść do kawiarni, bo ze swoimi marmurowymi stolikami i

bambusowymi krzesełkami wyglądała tak drogo.

- Mama zawsze mówi - i podała butelkę pod stołem dalej do Andreasa i że jeżyny z

Thieneltu są najlepsze!

Andreas pociągnął łyk, w jego mniemaniu likier był po prostu tylko słodki i kleisty.

Wilgotną chusteczką przy cisnął miejsce pod lewym okiem, miał bowiem uczucie,

jakby zebrało się tam gorąco z całej twarzy. Mogliby mu zaoferować nawet

najlepszy tokaj (który papa pił tylko raz w roku, na Boże Narodzenie), a on i tak by

mu nie smakował. Po pogrzebie wdał się w sprzeczkę z jakimś typem i wrócił do

domu ze spuchniętym okiem. Więcej na ten temat nie można było z niego wydobyć.

background image

i Robisz minę jak utopiec - powiedziała Ulla. - Daj, mech jeszcze pociągnę łyczek.

Podniosła obrus, żeby się pod nim schować i przyłożyła butelkę do ust. Josel też

chciał jeszcze szybko pociągnąć łyk pod obrusem. Spoj rzał w kierunku gości przy

innych stołach, lecz om byli zajęci swoimi wspomnieniami albo zębami. - Musimy

tyl ko uważać, żeby wujek Willi nie pojawił się znowu jak grom z jasnego nieba i

nas nie skontrolował i powiedział.

- No więc, ja na pewno zostanę kiedyś gwiazdą plani styki - powiedziała Ulla i

umyślnie beknęła, i To zna czy, jeżeli wcześniej nie zniszczy mnie ochlaj. -

Mrugnęła do Andreasa, posłała mu całusa i poczuła się w ogóle niczym Martha

Eggerth w swojej piątej roli filmowej.

W drzwiach pojawiła się ciotka Lucie (Widera), popra wiając biały turban. (Na

szczęście butelka była właśnie pod stołem.) Pilotowała młodego Przygodę, który

cho dził po korytarzu tam i z powrotem, czekając na rozmo wę z księdzem

dziekanem. Ksiądz dziekan Pattas przy szedł późno, zatrzymał się krótko we

wszystkich pomie szczeniach, potem Valeska zamknęła się z nim w pokoju, później

sprowadziła tam również Irmę. Więc to pewno jeszcze chwilę potrwa. Lucie

(Widera) zaprosiła Przygo dę, żeby w tym czasie zaczekał jednak w pokoju, gdzie

dawali mocną wódkę.

- Nie jestem przecież... bezpośrednio zaproszony - po wiedział ten nieśmiało. -

Słyszałem tylko, że ksiądz proboszcz Pattas tu jest i chciałbym z nim omówić coś

pilnego.

Zobaczył ludzi siedzących przy stołach, jak rozma wiali ze sobą głośno, podnosili

kieliszki do góry, a nie którzy nawet się śmiali. Tam, skąd pochodził, ludzie ca

łowali się w policzek, kiedy ktoś umarł, i rozchodzili się płacząc.

Lucie (Widera) poznała po jego oczach, że nie mógł sobie z czymś poradzić. - No

więc, dziś już dość się na robiłam, teraz chcę wypić w spokoju kieliszek wódki,

chodź, tam są jeszcze dwa wolne miejsca - powiedziała. Chciałaby bardzo wiedzieć,

z czym młody Przygoda nie mógł sobie poradzić, nie chciała go jednak

bezpośrednio o to pytać.

- Uwaga - syknęła Ulla ponad stołem. - Będziemy mieć przyzwoitki.

- Tu jest jeszcze wolne? - zapytała Lucie (Widera) i pod sunęła Przygodzie krzesło.

Ona sama usiadła trochę dalej z przodu, skąd mogła obserwować drzwi, jak i mieć

widok na korytarz, aż w głąb pokoju z fortepianem, gdyby Vale- ska miała jej

szukać.

background image

- Ależ tak, ciociu Lucie, to dla nas przyjemność i po wiedział Josel. - Czekaliśmy

na ciebie przez cały wieczór.

- To jest przecież Janosch Przygoda! - zawołała Ulla na całe gardło. - A co on tu

robi?

i-Tak, lepiej zaczekam na korytarzu i powiedział Przy goda i chciał już wstawać.

Jednak Lucie (Widera) wcisnęła go z powrotem na krzesło. Odsunęła się jeszcze

trochę od pozostałych. - Zostawcie nas w spokoju, musimy porozmawiać o waż

nych sprawach. Nie macie już nic do picia? Idźcie do kuch ni! Halina ma napój

cytrynowy.

Nawet Andreas musiał sie roześmiać, chociaż piekła go jeszcze lewa strona twarzy.

Lucie (Widera) przepięła brylantową szpilkę w turbanie.

- Czekam teraz, aż ktoś przyniesie nam coś do picia I powiedziała do Przygody.

-Ja już nie wstanę. Zasłuży łam sobie na mały odpoczynek. Przez całe popołudnie

jestem na nogach. Nie bój się, widzę stąd korytarz, jak ksiądz dziekan wyjdzie, zaraz

ci powiem.

Janosch Przygoda jeszcze nigdy nie był na stypie. Może powinien iść do kuchni i

coś przynieść. Nie znał jednak domu. I To straszne - szepnął - pan Piontek i pan

radca sądu okręgowego na raz...

-

Nie byłeś na pogrzebie? - zapytała Lucie (Widera), chociaż wiedziała, że nie był.

Pamiętała jeszcze wszyst kich, którzy tam byli. Skinęła na Wiłlego Wondraka, który

balansował z dwoma kieliszkami w rękach: - Więc, je żeli dla pana mecenasa to nie

fatyga, to też chcielibyśmy kieliszeczek bimbru... Poważnie, Willi, jeszcze trzy mi

nuty temu biegałam po domu i sprzątałam...

Filcową podstawką pod piwo wwachlowywała sobie powietrze pod pachy, najpierw

z lewej strony, potem, zmieniając rękę, z prawej, i robiła to z taką umiejętnością,

jakby ćwiczyła od lat.

- Nie - odpowiedział Przygoda. - Słyszałem tylko, cała tutejsza okolica o tym

przecież mówi.

- A teraz matka wysłała cię do księdza dziekana? - po wiedziała i spojrzała na

zielert swoich paznokci, która

w niektórych miejscach już się odłupywała. No więc bez niej Valeska nie uporałaby

się dzisiaj ze stypą.

- Nie, nikt mnie nie wysłał! i zaprzeczył Janosch.

-

Oh, dziękuję, Willi! - powiedziała Lucie (Widera) i wzięła w dwa palce

background image

kieliszek wódki, i Masz, spróbuj, to ci dobrze zrobi, jesteś przecież taki blady!

Uzbroiła się w cierpliwość. Ona już się dowie, dlacze go Janosch tu przyszedł.

- Wierzysz w pozornie zmarłych?

- Co proszę?- Janosch nigdy o tym nie myślał.

-

Ciągle jeszcze jest strasznie dużo pozornie zmarłych, naprawdę. Czytałam w

książce, że co roku...

Janosch powiedział: Co mam zrobić, jak mnie po wołają do wojska?

-

Musisz mówić głośniej, w ogóle cię nie można zro zumieć! - powiedziała Lucie

(Widera).

- Powiedziałem, że nie mogę walczyć przeciw Polaczkom.

I Wielkie nieba - Lucie odstawiła swój kieliszek, i Kto

tu mówi, że masz walczyć przeciw Polaczkom.

-

Dostałem wezwanie od komisji poborowej! - W pewnym sensie był dumny z

tego, że zostanie żołnie rzem.

-

A jesteś już właściwie w tym wieku? - Lucie dałaby Janoschowi dopiero

szesnaście, siedemnaście lat. Może powinna się do niego zwracać na "pan".

Janosch skinął tylko głową. O tym nie warto było mówić.

- To jeszcze przecież nie znaczy, że ciebie też po wołają - powiedziała Lucie. - Oni

teraz sprawdzają każ dego, żeby wiedzieli, iloma żołnierzami dysponują w

krytycznym momencie.

Krytycznym momentem była dla niej wojna z Francją. Podczas trzeciego powstania

śląskiego była w Jastrzębiu i widziała, jak Francuzi przyglądali się tylko, kiedy po

wstańcy zajmowali ratusz i palili akta. Od tego czasu była wściekła na Francuzów.

Lucie powiedziała: i To wszystko na krytyczny mo ment, na wypadek wojny

przeciw Francji. - Ona jej w każdym razie pragnęła.

- Przeciw Francuzom chcę walczyć. Jednak co zrobię, jeśli mnie poślą na front do

Polski?

- Cierpliwości, mój chłopcze.

Nie rozumiała, co to może mieć wspólnego z księdzem dziekanem.

W każdym razie przedtem chciała jeszcze porozma wiać z Janoschem o pozornie

zmarłych. Wiedziała, że Kościół nie lubił, kiedy uświadamiała ludzi o istnieniu

pozornie zmarłych. Ksiądz dziekan raz ją nawet upo mniał.

- Ludzie nic nie chcą wiedzieć o pozornie zmarłych, tym czasem ciągle się to

zdarza. Do każdej trumny powinno się wkładać dzwonek! Musisz to dalej wszędzie

background image

rozpowiedzieć, tak, tak! Kiedy umarł mój ojciec, kazałam mu wło żyć do trumny

dzwonek z baterią, tak, kazałam.

Janosch powiedział: - Mam w Polsce tylu krewnych, połowa naszego pakaża* jest

po tamtej stronie, Józef, Ka rol, Szymon, Witold, oni też są żołnierzami, nie mogę

przecież do nich strzelać. Dlatego, rozumie pani, muszę porozmawiać z

proboszczem Pattasem...

Lucie powiedziała: - Valeska też nie chciała o tym sły szeć. Nic nie zrobiła dla Leo

Marii, chociaż z nią o tym mówiłam. Ja jednak coś zrobiłam! Bo oni raz jeszcze

otwo rzyli trumnę, gdyż Valeska zapomniała włożyć do środ ka jego modlitewnik,

wtedy przy okazji wsunęłam tam po kryjomu srebrny dzwonek ze stołu. Ty mnie w

ogóle nie słuchasz, Janosch?

Większość ludzi śmiała się, kiedy schodziła na temat pozornie zmarłych. Jednak

młody Przygoda nawet jej nie słuchał. W tym wieku nie myśli się po prostu o

umieraniu, o tym, że pewnego dnia człowiek będzie leżeć w trumnie i przysypią go

piaskiem.

Powiedziała teraz dobitnym głosem: - Jest jednak woj na, panie Przygoda i pana

obowiązkiem jest walczyć, obo jętnie na jakim froncie.

Kiedy zwracała się do niego na "pan", od razu za brzmiało to bardziej

przekonywająco.

- Tak, tak, tak- jąkał się Janosch. Wychylił resztę wódki.

- Górny Śląsk oczekuje, źe spełni pan swój obowią zek -nie mówiąc już o

Niemieckiej Rzeszy!

Nie wiedziała tak dokładnie, czym właściwie była Nie miecka Rzesza, ale zwłaszcza

w ostatnim czasie tak czę sto się o niej mówiło, że dobrze było powołać się na całą

Rzeszę Niemiecką. Poczuła się lepiej, kiedy jej to przy szło do głowy.

Janosch skinął głową. Ta kobieta miała może rację. Mimo to wolałby to usłyszeć od

księdza dziekana.

Andreas patrzył przed siebie. Myślał o tym, że źle zaczął. Przez cały dzień nic mu

nie wychodziło, jakby wstał z łóżka lewą nogą. Nie powinien się był zadawać z tym

typem z rudą czupryną.

-

O czym myślisz? - zapytała Ulla, która obserwowała go przez chwilę.

-

Co? - powiedział Andreas. Myślał o tym, że mógł przywołać Josela na pomoc,

ale lepsze fioletowe oko niż taka kompromitacja.

-

Wierzysz w Boga? - zapytała Ulla. Rozmazała pal cem bordowy likier na

background image

wargach i stuliła usta w kleisty ciup.

Popatrzył na Ullę z zaskoczeniem. Na takie pytanie trzeba było być przygotowanym.

W tym dziwnym kraju coraz to ktoś pytał, czy się wierzy w Boga.

- Dlaczego pytasz właśnie teraz?

1 Miałeś coś takiego w oczach - powiedziała Ulla.

- Nie żartuj sobie ze mnie - powiedział Andreas i znowu zakrył ręką napuchnięte

oko.

Paul Hrabinsky tupotał swoją jedyną nogą idąc przez po mieszczenie. Drugą stracił

podobno na Górze Św. Anny w 1921 roku. Starsi ludzie, którzy znali go już długo,

twier dzili, że nogę urwało mu w czasie katastrofy w kopalni Con cordia. On jednak

opowiadał wszystkim ludziom o bitwie na Górze Św. Anny: - Na wysokości 130

metrów, kiedy wła śnie zaczęliśmy szturmować z korpusem ochotniczym Obe rland,

trafił mnie jednak szrapnel polskiego powstańca, pie ronie, i wyrwało mi nogę, po

prostu wyrwało, ale jeszcze do niego strzeliłem, i patrzcie jak go trafia i wyskakuje

w powietrze, zanim pada i więcej się już nie msza.

Na Boże Narodzenie Hrabinsky dostawał w każdym ra zie od wszystkich

stowarzyszeń ojczyźnianych jakie Istnia ły w Gliwicach, prezenty, żywność, także i

pieniądze, a na wet wódkę. Czy dostałby to jako inwalida po wypadku?

Paul Hrabinsky przykładał wagę do dokładności. Mówił: Było wpół do siódmej na

zegarze wczesnym rankiem, było szaro i szaro, niebo zaciągnięte parą jak w dzień

prania, ale nagle niebo się rozwarło 1 ujrzeliśmy promieniejącą kla- rę*, i dalej na

wroga, na wysokości 130 metrów.

Nie przestawał wymyślać w coraz to nowych opowie ściach bitwę, w której w ogóle

nie brał udziału.

- Dom do Rzeszy, zawsze to mówił fuhrer- zachicho tał. - Teraz wszyscy wrócą do

domu. Nawet ci, którzy nie chcą.

Ulla trzymała butelkę schowaną pod stołem. Pomyślała o niebieskich świecach

VDA, które musieli kupować w szkole w czasie adwentu na rzecz Związku

Niemców za Granicą. Na to były przeznaczone te pieniądze. Tak im powiedziano.

- Pytanie tylko - powiedział Hrabinsky, skacząc dalej na swojej jednej nodze -

gdzie oni wytyczą nowe granice. Może Polski w ogóle już nie będzie. To może być,

no nie. Tak raz już było, no nie.

Ciotka Lucie (Widera) kazała wstać młodemu Przygo dzie i podsunęła krzesło

Hrabinskiemu o jednej nodze.

background image

- Tak wcale by nie było dobrze - powiedziała. - Pewne go dnia Polaczki znowu

urządzą powstanie i znowu odbiorą nam nasz kraj... tego mamy już przecież dosyć.

Wtedy wojna między nami nigdy się nie skończy. - Lu cie była naprawdę

zatroskana.

1 Tak to już jednak jest: Polaczki nie chcą nas, a my nie chcemy Polaczków -

zawołał ktoś od drugiego stołu. -To oni mają przecież przysłowie: Jak świat światem

nie będzie Niemiec Polakowi bratem!

- Tak, tak, tak to jest - rozgorączkował się Hrabinsky z jedną nogą; wzgardził

krzesłem Przygody, sadząc susami tam i z powrotem, i Trzeba ich pobić, trzeba ich

pobić, wraz z końmi i wozami na drogach, jak wtedy na Górze Św. Anny! - z

zadowoleniem wsłuchiwał się w echo swoich własnych słów.

26

- Proszę, niech pan weźmie tabletkę - sięgając do toreb ki powiedziała hrabina, która

przez chwilę przyglądała się cierpiącemu Apittowi obok fortepianu. - Nie można już

patrzeć, jak pan cierpi! Bezwiednie poszukała języ kiem w ustach chorego zęba. Nie

miała takiego.

- Nie, dziękuję, żadnych tabletek- powiedział pan Apitt.

- Ja już sobie z tym dam radę. Proszę, niech pani się nie trudzi.

Pan Apitt kłaniał się na wszystkie strony, przyciskając przy tym ręką chusteczkę do

lewego policzka.

- Mały, niezbyt silny ból - przywołał uśmiech - musi być, inaczej nie

wiedzielibyśmy wcale, że żyjemy. Oczywiście ja też mógłbym pójść do dentysty,

ten by mi go zaplombował albo wyrwał, najlepiej wyrwał, ale co mi wtedy

pozostanie, co mi pozostanie? - Podniósł głos - banalność.

Powiedział to tak, że pozostali, stojący wkoło, z zasko czeniem pochylili się do

przodu, jakby użył słowa, które go me słyszeli jeszcze nigdy albo przynajmniej me

w tym kontekście. Goście spod okna podeszli bliżej, podczas gdy Apitt mówił dalej

swoim ochrypłym głosem: - Człowiek bez bólu, a cóż to takiego: zupełne zero! On

nic o sobie me wie. Czym jest nasze ciało, jakimś grubym, ociężałym, nieczułym,

zmysłowym czymś, co ponosza się ciężko na dwóch nogach w jedną i drugą stronę,

zagadką, którą znie czulamy lekarstwami, tabletkami i zastrzykami, żeby nie

domagało się od nas odpowiedzi. Tymczasem ból jest po to, żebyśmy sobie w ogóle

uświadomili istnienie ciała, żebyśmy je obserwowali, kontrolowali, podglądali i

odkrywali jego tajemnice, przynajmniej kilka z nich.

background image

Pan Apitt opuścił rękę z chusteczką. Possał trochę ząb, żeby uświadomić sobie na

nowo ból, o którym prawie zapomniał. Na jego twarzy ból usamodzielnił się z

czasem i był tam też obecny nawet wtedy, kiedy on nie odczu wał bólu zębów.

-

Ból zęba nie ma nawet w najmniejszym stopniu nic wspólnego ze zwykłym

bólem, jak chociażby z lumbago albo z rozdarciem mięśnia czy też z kolką w

żołądku, - powiedział pan Apitt. i To jest ból wyższego rzędu, który się pojawia

wtedy, gdy chce do państwa prze mówić dusza. Proszę bardzo - uśmiechnął się do

zebra nych - jak inaczej ma dusza w naszych głośnych cza sach zwrócić na siebie

uwagę? Jednak większość ludzi zabija w sobie duszę idąc do dentysty.

-

Ten pan Apitt, tak, on ma rację - szepnęła wdowa Zoppas ze skamieniałą twarzą.

Od kilku dni czuła lekko rwący ból w prawym zębie trzonowym, który do niej przy

szedł, odkąd opuścił ją jej żołnierz. Gdyby się dobrze za stanowić, to zawsze czuła

ból zęba, kiedy była sama; wca le nie umiałaby powiedzieć, co był dla niej gorsze.

-

Ból zęba skłoni państwa do tego, żebyście zastano wili się nad sobą - ciągnął

Apitt uroczyście - wsłuchali się w swój własny głos, nasłuchiwali własnych cichych,

podświadomych odruchów, życzeń i rozkazów, zaprowa dzi państwo do centrum

bólu i bytu, on odsłoni coś dawno zepchniętego w niepamięć. Czy rozmyślali

państwo kie dyś przy bólu zęba o miłości? Będziecie musieli być pań stwo silni,

żeby znieść tę bezlitosną prawdę. Czy wiedzie liście państwo - niemal się

rozgorączkował - że Rodion Raskolnikow zabił właścicielkę lombardu Alonę Iwa-

nowną siekierą, kiedy dręczył go wściekły ból zęba, a Schumann napisał swój

koncert wiolonczelowy, żeby zagłuszyć straszliwy ból zęba? A Bakunin obmyślał

rewo lucję, kiedy powali go ból zęba.

Possał korzeń zęba w lewej górnej szczęce i splunął do chusteczki. Zabarwiła się

krwią.

- Niech żyje ból zęba - dodał cicho.

Może tylko dlatego powiedział to tak cicho, bowiem przez werandę przyszedł

właśnie z ogrodu ksiądz dzie kan z Valeską Piontek. Zatrzymali się przy drzwiach,

przy nosząc ze sobą zapach dzikiej lawendy i kadzidła. Vale- ska powoli przetarła

ręką twarz, jakby chciała zetrzeć złe wspomnienie.

Była z nim w pokoju Irmy, kiedy jej córka na wszyst ko, co mówił do niej ksiądz

dziekan, milczała tylko w od powiedzi.

Tam, gdzie u innych ludzi wisi krucyfiks, jej córka przy biła szpadel. Pokazała to

księdzu dziekanowi i wybuchnęła płaczem bez łez. Oskarżała samą siebie: - Cóż ja

background image

zrobiłam, że z mojego dziecka wyrosło coś takiego? - Te raz to proboszcz musiał ją

pocieszać. Chodzili razem w zmierzchu po ogrodzie, dopóki się nie uspokoiła.

Wiedziała, że i z tym się upora, ale ciężko było jednej kobie cie stracić najpierw

męża, a potem córkę.

Dopiero teraz Lucie (Widera) zauważyła księdza dzie kana. Młody Przygoda już

wstał. Wytarł wierzchem dłoni wilgotne usta i wysunął się powoli dwa kroki do

przodu, potem zatrzymał się. Nagle już nie wiedział, o co chciał zapytać księdza

dziekana, w ogóle już nie wiedział, dla czego przebywał tu w domu wdowy Piontek.

Wolałby te raz być u siebie.

Valeska usiadła z księdzem dziekanem w kącie, żeby inni mogli kontynuować swoje

zajęcia. W szczególny spo sób ceniła pana Apitta i była szczęśliwa, że Leo Maria

zaprzyjaźnił się z nim w ciągu ostatnich tygodni, nawet gdy ona była z tego

wykluczona.

W zasadzie niewiele o nim wiedziała, oprócz tego, że nazywano go "panem

Apittem" albo też "starym Apittem", a on sam mawiał czasami, tak, tak, stary Apitt

starzeje się coraz bardziej. Tymczasem nie dałaby mu więcej niż sześć dziesiąt lat.

Wszyscy znali go tylko pod takim nazwiskiem, chociaż na drzwiach jego

mieszkania wisiała wizytówka: E. Schröder. Odkąd mieszkał na Strachwitzstraße

był eme rytem, a nie mieszkał tam jeszcze zbyt długo, i nikt tak na prawdę nie

wiedział, co robił wcześniej. Opowiadano o nim przeróżne historie, najuporczywiej

utrzymywała się wersja, że był dawniej socjaldemokratycznym burmistrzem w

małym mieście nad Odrą i narodowi socjaliści wysłali go na przymusową emeryturę

i że pod pseudonimem pisał artykuły do czasopisma Der Deutsche in Polen.

Czasami całymi dniami i tygodniami nie wychodził ze swojego mie szkania, a kiedy

ktoś dzwonił do jego drzwi (na przykład zellenleiter Thonk, żeby mu zanieść portret

fiihrera albo objaśnić nowe zarządzenia obrony przeciwlotniczej, nie otwierał, trzeba

mu było wsuwać pod drzwi kartkę, i po chwili i chociaż tam w środku pozornie nic

nie drgnęło - na zewnątrz wysunięta została inna kartka z odpowiedzią.

Najwięcej jeszcze wiedziała o nim bibliotekarka z bi blioteki miejskiej, bo chodził

tam regularnie i za każdym razem wypożyczał pełną aktówkę książek, najczęściej

opisy podróży po obcych krajach, niedawno, tak mówi ła, zażądał przede wszystkim

książek o wykopaliskach. Kontakty utrzymywał jedynie z Piontkami i raz w

miesiącu prosił Valeskę, żeby mu ugotowała Schlesisches Himmelreich*. Przynosił

jej wcześniej dokładnie odważone skła dniki i zabierał potrawę w niedzielę

background image

punktualnie o godzinie dwunastej. Niewiele przy tym mówił, chociaż wielokrotnie

próbowała go wciągnąć w rozmowę. Albo mówił "niedorzecznie", jak to określała i

ona nic z tego nie rozumiała albo odpowiadał wymijająco.

Kiedy raz spotkała go w drodze do jej chorego męża, zapytała niewinnie: - Jak się

pan czuje, panie Apitt? - A on jej odpowiedział: - Jak ja się czuję w tym wypadku

nie ma przecież takiego znaczenia, szanowna, łaskawa pani, teraz jest ważne, jak się

czuje pani mąż, który już od dawna leży w łóżku i rozmyśla o związku pomiędzy

bólem zęba a metafizyką i jest na najlepszej drodze, żeby poznać świat w jego

demoniczności. Może w tym kon tekście warto byłoby jeszcze wiedzieć, jak głęboka

po wstała w pani samej sprzeczność między duchem a ciałem i w jakich

antynomiach on zaniknął, i byłoby mi przyje mnie, gdyby była pani uprzejma mi o

tym powiedzieć...

-Tak ją to zbiło z tropu, że potrzebowała trochę czasu, żeby się z tym uporać, a w

tym czasie on już dawno się oddalił i poszedł do Leo Marii piętro wyżej.

Śledziły go czasami dzieci; kiedy wchodził do mieszka nia, próbowały rzucić okiem

do środka, lecz on otwierał drzwi tylko na szerokość szpary i znikał za nimi, i

oprócz ciemnej tapety, plików gazet na korytarzu i zatęchłego, nieokreślonego

smrodu nie było nic, o czym mogliby opo wiedzieć swoim ciekawskim rodzicom. W

ten sposób ro dziły się różne plotki, a jedna z nich utrzymywała się naj dłużej: że w

swoim mieszkaniu magazynuje artykuły żyw nościowe ze strachu, że kiedyś

zachoruje i nie będzie już mógł opuścić mieszkania, które teraz powoli się psuły,

roztaczając smród.

Valeska była zaskoczona, że pan Apitt przyszedł na po grzeb, jak i na stypę. Lubiła

go słuchać, nawet gdy nie wszystko rozumiała.

-

Dlaczego, jak państwo sądzicie - ciągnął pan Apitt 1 podtrzymuję ból moich

chorych zębów? Bowiem daje mi on ciągle poczucie przemijania, ułomności. Ludzie

za padli w półsen, jakby nigdy nie miał przyjść na nich ko niec i kiedy wraz z

jakimiś chorobami zbliża się śmierć, każą sobie dawać zastrzyki albo tabletki, żeby

nic nie po czuli. Dlaczego umierający dzisiaj już nie krzyczą, dla czego tak jak

dawniej nie wykrzyczą z siebie życia... dzi siaj kończą żywot w klinikach za

grubymi kamiennymi ścianami. Bo ból zęba nie jest zwykłym bólem. Mały ko rzeń

w ustach, malutki nerw, który może powalić najsil niejszego mężczyznę i

najpobożniejszą kobietę, który nam przypomina, jak człowiek jest przemijający.

Pan Apitt spojrzał przy tym na księdza dziekana.

background image

- Byłem świadkiem - powiedział prezes wodociągów I jak jedna kobieta oszalała z

bólu zębów i od tego cza su rozmawia z aniołami. Może myślał o swojej żonie i o

czym rozmawiała z nim czasem nocną porą.

- Ból zębów to jest piekło - powiedziała hrabina, uda jąc, że sobie to przypomina.

Puściła wiatry.

Milka powiedziała: - Czuję w zębach, kiedy jest zmia na pogody i od Beskidów

przychodzi wiatr z deszczem, i przyznaję, że kiedy w niektóre dni siedziałam tak z

moimi deseczkami, skręcałam cygara i układałam je do wysuszenia, wtedy

naprawdę czułam się pierońsko samotnie... a kiedy jeszcze bolały mnie do tego

zęby, wte dy zaczynałam ze sobą mówić, tak, tak to się zaczynało, jednak z tą...

metafizyką nie miało to nic a nic wspólne go, ja po prostu lubię czasem ze sobą

pogadać.

Hrabina próbowała to rozwikłać.

Ulla była rozczarowana. - Kto mówi o zębach - po wiedziała - będzie miał złe sny.

-

Teraz zakończcie rozmowę jak w rosyjskich powie ściach i powiedział

adwokat Wondrak i przyniósł Apit- towi szklankę z wódką.

-

Mój Boże, Paulek - wykrzyknęła Anna Ossadnik. Jęk nęła. Stanęła

bowiem na zwichniętej nodze i rzeczywiście spostrzegła w drzwiach swojego syna

Paulka. Wtedy krzyk nęła także Ulla: - Paulek! - i popędziła mu naprzeciw.

Dopiero teraz odwrócił się Franz Ossadnik. Rozpiął nie tylko marynarkę munduru,

lecz również górne gu ziki u spodni i potrwało to chwilę, zanim znowu wy glądał

tak, jak zawsze pragnęła go widzieć Anna i mógł wstać od stołu.

- Paulek! - powiedział słabym głosem, jakby w ogóle nie mógł w to uwierzyć. A

może też nie chciał uwierzyć. Nastawił się, że jego syn Paulek zostanie zwolniony w

li stopadzie z więzienia dla nieletnich w Czekanowie. Dla ojca nie była łatwą myśl,

że syn jest w Czekanowie. Jed nak to obowiązywało, oczywiście, tylko w czasie

poko ju. W dzisiejszych czasach lepiej było być w Czekanowie niż na wojnie, na

froncie. Objął swojego syna.

Ulla uwiesiła się Paulka, ciągnąc go do matki. Anna Ossadnik nie musiała już teraz

myśleć o powieści, i bez tego łzy napłynęły jej do oczu. Tego najmniej się

spodziewała, że zobaczy tu Paulka we własnej osobie, jak wcho dzi do środka. Teraz

jednak podniosła się na jednej no dze, utrzymując równowagę przy pomocy blatu

stołu; kiedy przyciągnęła Paulka do siebie, celując wargami, jej pocałunek trafił w

końcu w jego ucho.

background image

Panna Bombonnek zostawiła nawet pana Augusta Prohaskę. W oczekiwaniu na coś

nieokreślonego wytarła ręce do sucha. Więc to był ten Paulek Ossadnik, który w

dro gerii Weidnera ukradł podobno drogie mydła i perfumy, u Kodrona herbatę i

likiery, u zegarmistrza WeiŚa łańcu szek na szyję i pierścionki ze szczerego złota - o

czym wiedziała oczywiście tylko ze słyszenia. W każdym razie nie był on zwykłym

złodziejem, podobno wszystko to zro bił tylko dla swojej matki. Nie wiedziała, kogo

w tym mo mencie powinna bardziej podziwiać, matkę czy syna. Chciała jednak,

żeby ktoś, kto wracał z Czekanowa, uścisnął jej przynajmniej dłoń. A kiedy Paulek

to zrobił, była chyba bardziej zmieszana niż on.

Paulek przyjechał do domu dopiero przed godziną i zastał tam tyiko Kotika i kiedy

ten powiedział, że "pół rodziny" jest na stypie u Piontków na StrachwitzstraiSe,

wyruszył w drogę, zanim się ściemniło, żeby ich stam tąd zabrać. Tak dużego

towarzystwa jednak się nie spodziewał. Nawet ksiądz dziekan potrząsał mu dłoń i

wydawał się cieszyć, że Paul Ossadnik znowu jest w domu. To co zrobił, nie było

też ostatecznie grzechem przeciwko Kościołowi. Willi Wondrak przyniósł wódkę w

szklankach na herbatę i nawet jego wielebność po ciągnął mały łyk.

Jedynie Franz Ossadnik nie pozbył się złego przeczu cia, próbując przy najbliższej

okazji wyjąć synowi z ręki opróżnioną do połowy szklankę.

-Jest mi bardzo nieprzyjemnie - powiedział Paulek pra wie bez akcentu, i Naprawdę

nie chciałem przeszkadzać

- i zwrócił się przy tym do pani Piontek - przyszedłem tylko zabrać moją mamę (i

naprawdę zaakcentował słowo mama na drugiej sylabie). Bardzo proszę o

wybaczenie-powie dział, wziął rękę Valeski i podniósł ją do ust.

Mój Boże! Anna nie mogła wyjść z podziwu. Czyżby tego wszystkiego jej syn

nauczył się w Czekanowie? Przyjrzała mu się dokładniej, dopiero teraz zauważyła,

że nad górną wargą nosił mały wąsik, co jego twarzy nadawało zuchwały, jak też

lekko elegancki wyraz. Był trochę bla dy. to prawda, ale to pasowało do jego

starannie zacze sanych, błyszczących brylantyną włosów, w których po prawej

stronie zrobiona była jedna jedyna fala. Jeszcze raz przyciągnęła do siebie syna,

żeby dać wyraz swojej radości, lecz głównie po to, żeby powąchać jego policz ki,

które naprawdę pachniały tymi dobrymi perfumami, które jej wtedy przyniósł.

- Ależ my się cieszymy - powiedziała zaskoczona Va- leska. Prawie nie pamiętała

braci Ulli. A już zwłaszcza tego. Rozejrzała się za Eau de Cologne, ale zapodziała

gdzieś torebkę. Chciałaby mieć taki szeroki rękaw, jak proboszcz, który cały czas z

background image

mego wyciągał chusteczkę i upychał ją tam z powrotem w zupełnie oczywisty

sposób.

- Nie spodziewaliśmy się ciebie jeszcze i powiedział Franz Ossadnik

usprawiedliwiająco do syna. Nie podo bało mu się ani jak jego syn mówił, ani jak

się poruszał.

- To przyszło znienacka - powiedział Paulek. i Wraz z początkiem wojny

ogłoszono amnestię. Sam byłem za skoczony, właśnie robiłem korespondencyjny

kurs z księgowości! - Powiedział to niemal z żalem, jakby am nestia pokrzyżowała

wszystkie jego plany.

Ojciec, odetchnąwszy z ulgą, oddał mu szklankę z wódką. Jego złe przeczucia

zniknęły. Znowu mógł roz piąć marynarkę munduru, przynajmniej marynarkę.

- Zaczniesz nowe życie - powiedział proboszcz z na maszczeniem, jakby bardziej

interesowali go grzesznicy niż pobożni.

- Na Boga, zacznie i zapewniła Anna Ossadnik w imieniu syna, który wcale nie

myślał zaczynać nowe go życia. Jemu podobało się stare. W ciągu tych kilku

miesięcy w Czekanowie więcej się nauczył niż w ciągu roku w domu.

-

Właściwie powinniśmy ci odegrać marsz triumfalny - powiedziała Ulla.

Zamiast tego manipulowała przy spin ce od manszetu swojego brata. Trupia czaszka

ze srebra. Czegoś takiego jeszcze u niego nigdy nie widziała! I manszety koszuli

były wykrochmalone i wyprasowane! A ona myślała, że jej brat wraca prosto z

więzienia.

- Dobrze wyglądasz - powiedziała. - Można by sądzić, że byłeś na wypoczynku.

Anna zakaszlała. Wolała, żeby nie zaczynać teraz o tym, skąd jej syn wracał. W

każdym razie nie przed innymi. - Jesteś zdrowy, to najważniejsze!

I żeby zupełnie zatuszować skąd wraca, Paulek po wiedział: I Każdemu z was też

coś przywiozłem. Mamoczce kawałek mydła, a tobie, Ulla, jedwabną koronkową

chustkę.

- Tak, może powinniśmy teraz pójść do domu - po wiedział ojciec. Był w ogóle

zażenowany, że inni nasłu chiwali każdego słowa, co Ossadnikowie mieli sobie

prywatnie do powiedzenia. A to, co opowiadał Paulek, już zupełnie nie powinno

było nikogo obchodzić. Ulla wzięła Paulka pod rękę. Wydawało jej się, że jest

jeszcze za wcze śnie, żeby wracać do domu. Chciała go namówić, żeby jeszcze

został, przynajmniej pół godziny.

Paulek jeszcze się wahał. Jednak sałatka śledziowa, którą przyniosła Halina,

background image

zwolniła go na jakiś czas od podejmowania decyzji.

Nawet hrabina podjechała teraz swoim wózkiem in walidzkim, żeby przyjrzeć się

temu "miłemu, dobrze wy chowanemu młodzieńcowi", jak go nazwała nauczyciel

ka Bombonnek.

- Co ja słyszę, przyjechał Paulek z Czekanowa? - Hrabinsky z jedną nogą wpadł

na swoich kulach do pokoju z fortepianem. -Jezusieńku, czy to możliwe, nasz

Paulek!

- Cieszę się, że pana widzę, panie Hrabinsky - po wiedział Paulek oficjalnie.

Hrabinsky udał, że tego nie słyszał. Zażądał szklanki piwa, oglądając w

międzyczasie z podziwem Paulka Ossa- dnika od stóp do głów. - Zwiałeś! 1

powiedział cicho. - Z Czekanowa? Bardzo dobrze. Prawdziwy Ślązak - po wiedział

z uznaniem. - Zrobiłeś im kawał. Dzielnie! Pie ron jesteś!

Kiedy Josel przyniósł mu piwo, wytarł najpierw usta grzbietem dłoni, co robił

często, nawet kiedy nikt mu nie dawał piwa, potem przepił do Paulka.

- Jest okazja do świętowania, no nie, Paulek! Złe cię traktowali i im uciekłeś,

prawidłowo, Paulek! Do pierona!

Cieszył się i pociągnął porządny łyk.

- Zostałem zwolniony przepisowo, panie Hrabinsky. Na podstawie amnestii.

-

Przecież mówię, kto jest prawdziwym Górnoślązakiem, tego nie można więzić

wbrew jego woli. Ty za wsze miałeś głowę na karku, Paulek. Chciałbym wiedzieć,

jak ich wykiwałeś. - Hrabinsky dał Paulkowi sójkę w bok. Wyszczerzył zęby.

Franz Ossadnik próbował przegonić Hrabinskiego od stołu przy pomocy kul.

- Niech pan już przestanie, panie Hrabinsky - powie dział Paulek prawie zły. -

Zostałem zwolniony przepiso wo. - Postawił talerz. - Tu są moje papiery. -

Wyciągnął je z bocznej kieszeni. Jednak jego matka zasłoniła je rę kami, żeby inni

ich nie widzieli.

- Pojedziemy gdzieś razem z Paulkiem - powiedziała Anna głośno, żeby odejść od

tematu i od ułomnego Hrabinskiego. - Do klasztoru w Rudach Śląskich. Albo nad

nowe jezioro na zaporze w Otmuchowie, tam nigdy jeszcze nie byłam.

- Podrobiłeś papiery, bardzo dobrze! - powiedział Hra binsky, nie dając się w

ogóle zbić z tropu. - Ja cały czas mówię, że najwięcej człowiek nauczy się w

więzieniu.

Uważałeś tam, Paulek, tak, prawdziwy Górnoślązak! Je stem z ciebie dumny! Do

pierona!

background image

Hrabinsky nie był pijany. W tym rzecz.

Franz Ossadnik odsunął teraz energicznie inwalidę, a pan Wondrak przyszedł mu z

pomocą. Wypędzili go po prostu do drugiego pokoju, w którym prezes wodo ciągów

opowiadał o swojej podróży do Afryki, a hrabina Poremba skubała swojego

srebrnego lisa.

- Zawsze miałem wysokie mniemanie o Paulku! To po prostu prawdziwy pieron! -

krzyczał Hrabinsky triumfal nie. Kule wlokły się za nim szurgocząc.

Paulek trzymał widelec w trzech palcach i za każdym razem wkładał do ust tylko

pół widelca sałatki śledziowej i najpierw porządnie przełknął, zanim zaczął mówić.

W więzieniu dla nieletnich musiał wyplatać wycieraczki ze słomy, jego ręce były

jeszcze od tego zupełnie pokłute i nie zdążył zrobić więcej niż dwanaście

wycieraczek dziennie. Byli chłopcy, którzy oddawali dwadzieścia, trzy dzieści

sztuk, wtedy to się nawet opłacało. W końcu zwrócił na niego uwagę klawisz, który

załatwił mu pracę w kuchni. Tam nie było dużo roboty i miał dość czasu, żeby

wypożyczać książki z biblioteki; czytał niemal tak dużo jak jego matka. Jedyne, co

klawisz za to od niego żądał w zamian, były pocałunki. Klawisz był synem

nauczyciela gimnazjalnego ze Strzelec Opolskich i znał wie le obcych słów, które

objaśniał Paulkowi. W ogóle moż na było się dużo od niego nauczyć. A Paulek

umiał się dostosować.

Lucie (Widerze) udało się wreszcie podejść do księdza dziekana. Opowiedziała mu

o młodym Przygodzie, który czekał na niego od pół godziny, bo miał do księdza

dzie kana pytania, które jego zdaniem nie cierpiały zwłoki do jutrzejszego dnia.

Ksiądz dziekan wziął młodego Przygo dę za ramię i poprosił Valeskę, żeby pokazała

mu pusty pokój, w którym mógłby być z chłopcem sam na sam. Lu cie (Widera)

chętnie by tam z nimi weszła. Chociaż bar dzo krótko siedziała obok przyzwyczaiła

się do niego. I te raz poczuła się nagle bardzo samotna.

27

- Moglibyśmy trochę pomuzykować- powiedziała Ulla. - Oczywiście, coś

poważnego.

-

Czy ja wiem - odparł Josel i rozejrzał się za matką, której nie mógł dostrzec.

Mamusia zamknęła fortepian na klucz, żeby nikt nie zaczął grać.

-

Więc coś poważnego to chyba wolno, teraz o tej po rze- powiedział Andreas.

Było mu obojętne, czy będzie muzyka czy nie. Tak pięknie jak na przyjęciu

weselnym w "Haus Oberschlesien" i tak już nigdy więcej nie będzie. A Ulla była

background image

teraz taka rzeczowa i na dystans do niego, jakby nigdy nie byli w lesie żernickim.

- Nie wiem, Ulla, czy to wypada? - powiedział Paulek.

-

Sądzę, że o tej porze tak, jeżeli to coś klasycznego - powiedziała Milka,

popychając wózek inwalidzki hrabi ny do innego stołu.

-

No tak, Marsz żałobny mieliśmy już przecież dzisiaj rano - mruknęła Ulla. -

Wyszukaj no coś w płytach 1 za żądała od Josela. Sama przyniosła z korytarza

gramofon.

Willi Wondrak zobaczył Ullę idącą przez pokój z gra mofonem na brzuchu.

-

Co chcecie zrobić z tym gramofonem? Nie chcecie chyba na tym grać? O tej

porze?

-

Dlaczego nie? - Ulla odstawiła przede wszystkim gra mofon. - Puścimy tylko

coś poważnego, tyle chyba je szcze wolno? - Nie była przy tym pewna, czy to na

sty pie naprawdę wolno, nawet gdy było już dość późno. Jednak Josel przyszedł jej z

pomocą.

-

Ach proszę, pozwól nam, wujku Willi. Puścimy Czajkowskiego... Mamusia na

pewno nie będzie mieć nic przeciwko.

Wondrak nic nie powiedział. W końcu nie mógł tego Joselowi zabronić. To nie był

jego dom. Jeżeli koniecznie chcieli puścić Czajkowskiego, to niech puszczają,

Valeska już sama usłyszy i się tym zajmie. Usiadł przy stole z przodu przy

werandzie, gdzie hrabia Poremba spierał się z prezesem wodociągów.

-Ja lepiej znam prostych ludzi - powiedział hrabia. - Sam zjeżdżałem do mojej

kopalni węgla w Szopienicach i rozmawiałem z grubiorzami. U mnie to nie było tak

jak u Wilczków, którzy nie schodzili z wyżyn swojego przedzamcza. Wiem, że

tutejsi ludzie są najlepszymi robotnikami, jakich może pan znaleźć. Kopalnia,

knajpa, kościół i łóżko, to są cztery filary górnośląskiego króle stwa niebieskiego

albo mówiąc drastyczniej: pracować, chlać, modlić się i dupcyć. Oczywiście, chłop

chciałby zarobić więcej pieniędzy, żeby mógł chlać więcej wódki i chciałby się

więcej dupcyć, żeby miał się z czego spowiadać u swojego proboszcza.

-

Tak, tak to tu jest i kiwnął głową Wondrak.

- Jutro moglibyśmy pójść do Muzeum Miejskiego - po wiedziała panna Bombonnek

do Augusta Prohaski, który z czystej nudy oglądał na ścianie reprodukcję Burłaków

na Wołdze. - Jest tam też wystawionych kilka moich ce ramik, mogłabym je panu

pokazać.

-

Kilka czego...? - odpowiedział Prohaska pytaniem, przenosząc ciężar ciała na

background image

drugą nogę.

-Półmiski i garnki z gliny, które... wymodelowałam. I Podniosła ręce, których skóra

była zupełnie sucha i w kilku miejscach się łuszczyła. Za jej plecami przeszła przez

korytarz Ulla z gramofonem.

-

Będziecie grać? - zapytała Ullę. - To chciałabym, to chcielibyśmy przy tym być.

- Pociągnęła Prohaskę za sobą. - Muzyka jest czymś podniosłym - rozmarzyła się.

| Puścimy Czajkowskiego - powiedział Josel z plikiem płyt w rękach.

Ulla postawiła gramofon na stole. - Akurat mnie każe cie dźwigać gramofon! - Była

zupełnie bez tchu. Popro siła Andreasa, żeby go nakręcił i zatknął nową igłę.

-

Uwielbiam Walc kwiatów- powiedziała panna Bombonnek z rozrzewnieniem. -

Macie Walc kwiatowy

-

Sądzę, że on jest za mało smutny - powiedział Josel.

- Mamusia mogłaby mieć coś przeciwko.

-

Tak, to prawda - powiedziała Ulla. - Macie jednak przecież Poloneza As-dur

Chopina?

- Mamusia zamknęła go, nie dostanę się do niego. Co byście powiedzieli na

uwerturę do Damy Pikowej? Co byście powiedzieli? - Szukał pomiędzy płytami.

-

Nie jest tak piękna jak Walc kwiatów- powiedziała panna Bombonnek z

rozczarowaniem. Stanęła z Augustem przy drzwiach.

|- Tak, w niebie dziura do Damy Pikowej- krzyknęła Ulla; pociągnęła za obrus, że aż

przewróciły się szklanki. I ciszej: - Poszło mi do głowy! - Naciągnęła na twarz

obrus, w którym likier wyhaftował czerwone kwiaty.

Kiedy rozbrzmiały pierwsze takty, panna Bombonnek oparła się o ciało Augusta

Prohaski, udając, że nuci do wtóru, tymczasem w ogóle nie znała tej muzyki.

-

Co to za rzępolenie? - zapytał Paulek przez stół. Czaj kowskiego nie grali w

więzieniu.

Josel poczuł nagle, że teraz, kiedy wszyscy ucichli i za milkli, pękła jego sztuczna

wesołość. Nagle muzyka wydała mu się natrętna i zbyt głośna. Chciał ją ściszyć, nie

ruszył się jednak z miejsca. W zasadzie to wszystko tutaj nic go już nie obchodziło.

Kiedy owego wieczoru odszedł z miasta, oddalił się od wszystkiego, od swojego

ojca, od swojej matki, od radcy sądu okręgowego - już wtedy. Coś się odtąd

zmieniło. I mimo że tak bardzo starał się nie dać tego po sobie poznać to znowu

powróciło w ciszy. Był bezsilny.

Poczuł to, kiedy wrócił i w tym domu mimo ciepłego wrześniowego dnia owiał go

background image

tylko lodowaty chłód. Chciał o tym zapomnieć, chciał udawać, że nic się nie stało.

Roz mawiał z Andreasem jak dawniej, złapał Ullę za ramię jak dawniej, wdał się w

sekrety jak dawniej, nawet wymienił coś za butelkę likieru jeżynowego i pił go wraz

z innymi. Chciał być takim jak oni, chciał podejmować próby ciągle na nowo,

jednak wiedział, że długo to już me potrwa.

- Zawsze zapominasz nakręcić to pudło - zawołała Ulla, która pierwsza zauważyła,

jak melodia się lekko zniekształca. Josel nie poruszył się. Spod przymrużonych

powiek patrzył, jak Andreas ostrożnie kręcił korbką.

Pan Apitt przeszedł obok, trzymając chusteczkę przy policzku, w drugiej ręce

trzymał szklankę wódki, którą od czasu do czasu znieczulał korzeń zęba.

1 Nie widzieliście państwo pani Piontek?1 szepnął. - Tam na dworze jest jakiś pan,

chciałby z nią mówić, ale nie chce wejść do środka.

Valeska szła do Irmy, która wycofała się do swoje go pokoju, kiedy usłyszała

Apitta, pytającego o nią. Była tak zajęta i wszędzie jej potrzebowali, że znowu

powoli dochodziła do ładu sama z sobą. Nawet Josel śmiał się przedtem, po raz

pierwszy odkąd wrócił, i z zadowoleniem patrzyła, jak z butelką likieru jeżyno wego

pod stołem zaczął od nowa ze swoimi starymi sekretami przed nią. Tylko gdy

pomyślała o Irmie, ogarniał ją strach, nie chciała jednak ustawać, mimo wszystkich

uchybień i rozczarowań, w swojej walce o Irmę. I Boże wspieraj mnie i mawiała

dawniej, kie dy jednak nawet ksiądz dziekan nie potrafił nic wskórać, wiedziała, że

tę walkę musi stoczyć bez wsparcia, zupełnie sama. - Już idę i powiedziała i

ucieszyła się, że musiała zrobić jeszcze coś innego.

Na dworze stał w mroku Silbergleit. Valeska me doj rzała go w pierwszej chwili, jej

oczy bardzo powoli przyzwyczajały się do ciemności. Zobaczyła rękę z kapelu

szem. - Czego pan sobie życzy?- powiedziała.

Silbergleit przeprosił, że przeszkadza o tak późnej po rze, ale szedł z miasta aż tutaj

pieszo i wtedy zaskoczył go zmrok. I nie chciał już zawracać bez wcześniejszej

rozmowy z panią Piontek, tym bardziej, że nie wie, czy je szcze raz przyjedzie do

tego miasta.

-

Proszę dalej i powiedziała Valeska Piontek. I była zaskoczona, że do środka

wszedł mężczyzna. Kontrast między mrokiem a światłem powiększył go.

Zastanawia ła się, na ile ma wpuścić mężczyznę do domu i na wszelki wypadek

najpierw się zatrzymała.

Silbergleit trzymał przed sobą kapelusz jak jakąś tar czę. Jednak była to bardziej

background image

bariera.

- Jestem tu tylko przejazdem; w ogóle mieszkam w Berlinie - powiedział.

- Tak, proszę - powiedziała Valeska, nie ruszając się z miejsca. Była czymś

zaniepokojona, lecz nie wiedziała jeszcze czym. Poprosiła pana Apitta, żeby nie

odchodził.

-Jestem przyjacielem... to znaczy, jak to powiedzieć, byłem przyjacielem Georga

Montaga - wyjąkał te sło wa niezdarnie.

Valeska widziała teraz Silbergleita dokładnie w nie bieskim świetle korytarza. Miała

wrażenie, że tę twarz już gdzieś kiedyś widziała. Gorączkowo zastanawiała się

gdzie, jednak nic jej nie przychodziło do głowy. - Czy mogę dać panu może

filiżankę gorącej herbaty...? Nie będzie panu, mam nadzieję, przeszkadzać, jeżeli

zapro szę pana do kuchni, wszędzie mam gości...

Nie wiedziała, jak ma mu dać do zrozumienia, że Montag został dzisiaj pochowany.

Szła przodem i była wła ściwie zadowolona, że ktoś przyszedł na uroczystości

pogrzebowe Montaga.

-Jakie było pańskie nazwisko? - zapytała, gdyż droga do kuchni wydała jej się zbyt

długa.

- Silbergleit -powiedział. - Arthur Silbergleit. Urodzi łem się w tym mieście. Pana

Montaga poznałem we Wro cławiu. To był wspaniały człowiek...

Halina chciała wymknąć się z kuchni. - Zrób przecież temu panu herbatę -

powiedziała Valeska - a potem pomóż mojemu bratu, może powinien powoli

kończyć rozlewać alkohol do kieliszków. Nie zdziwiłoby mnie - powiedziała teraz

zwracając się do Apitta - gdyby nie długo zaczęli śpiewać!

Pan Apitt pokazał swoją chusteczką, że on w każdym razie nie będzie śpiewać.

- To był człowiek oddany muzom - powiedział Sil bergleit.

I wspominał. To było dawno temu. Montag studio wał we Wrocławiu prawo, a on

Silbergleit, pracował w banku Heimanna. Spotykali się i rozmawiali

o literaturze, przede wszystkim o Mallarmem i Balmoncie. Obydwaj pisali wiersze,

pokazywali je sobie nawza jem i krytykowali jeden drugiego bez litości. Pogardza li

wszystkim, co w tym czasie drukowano w czasopis mach, które nazywali

"magazynami mody". Od nich mia ła się zacząć nowa literatura.

Potem z jakiegoś powodu ich drogi się rozeszły, praw dopodobnie dlatego, że coraz

bardziej spierali się o swoje wiersze, a może też wybuchła wojna, co znaczyło pra

wie to samo. Kiedy w Der Osten, Aktion i Sturm opubli kowano jego pierwsze

background image

wiersze, Montag napisał do nie go, że teraz i jego uważa za "poetę aktualnej mody".

To go dotknęło, pomimo to wysłał mu swoją legendę ma ryjną Dziewica z

przyjacielską, napisaną ręcznie dedy kacją. Spotkali się dopiero po wielu latach i nie

mówili już ze sobą o literaturze.

- Tak - powiedziała Valeska nieuinie i taki był?

Sądziła, że dobrze znała Georga Montaga. Ten męż czyzna pozbawiał ją właśnie po

części tej pewności.

- Wie pan więc... - powiedziała.

- Tak, powiedziano ml o tym. Jednak nie wiem, dla czego to zrobił.

Valeska odzyskała pewność. Zapytała: - Cukier? Tro chę rumu? -1 zamieszała

herbatę. Powiedziała: - Go czło wieka do tego może skłonić, tego drugi człowiek

nigdy się dokładnie nie dowie. - Podała mu herbatę i zamilkła. Pozostali także

milczeli.

Sądziła, ze to wie, ale rozmyślając teraz o tym, na prawdę nie była już taka pewna.

To, że zabił od środka okna deskami, było w każdym razie dla niej o wiele bar dziej

zagadkowe.

- Nastały złe czasy - powiedział Silbergleit. - Uro dziłem się tutaj w tym mieście i

jestem tu teraz, bowiem w takich czasach miejsce człowieka jest tam, skąd

pochodzi.

W rzeczywistości nie wiedział, gdzie było jego miej sce, tak, gdy się dobrze nad tym

zastanowił, nie wiedział nawet, skąd pochodził. Ostatecznie Gliwice nie były dla

niego niczym więcej niż tylko przypadkiem. Jego przod kowie wędrowali zawsze

trochę dalej w kierunku zacho dnim. On dotarł aż do Berlina i Kolonii. Kto wie,

gdyby pewnego dnia dostał wizę, dotarłby być może do USA. Tak daleko nie

zaszedł jeszcze żaden Silbergleit.

- Pan Montag miał córkę w Paryżu - powiedziała Va- leska. - Wiedział pan o tym?

- Tak. Jednak nie o tym, że mieszka w Paryżu - od powiedział Silbergleit.

- Wysłaliśmy jej telegram, ale...nie przyszła żadna od powiedź.

Pomyśleli o wojnie i zamilkli.

- Chciałbym odwiedzić jego grób - powiedział Sil bergleit.

- Tak - odparła Valeska. - Jeżeli pan sobie życzy, mo żemy tam pójść jutro razem.

- Znam cmentarz żydowski na Leipzigerstrasse - po wiedział Silbergleit.

Valeska drgnęła. - Skąd panu to przyszło do głowy? Pan Montag leży pochowany

obok mojego męża na cmen tarzu Centralnym przy Cosełerstrasse- powiedziała

background image

surowo. Halina zniknęła z kuchni. Pan Apitt pociągnął mały łyk wódki i też chciał

iść. - Pan tu zostanie! - powiedzia ła Valeska.

- Przepraszam .= powiedział Silbergleit - ja tylko po myślałem.

- Co pan myślał? - zapytała Valeska.

Silbergleit spojrzał na mężczyznę, którego zdawało się męczył ból zębów i

najwyraźniej był zajęty tylko własnym policzkiem. - Niech mi wolno to będzie

powiedzieć: oby dwaj byliśmy ochrzczonymi Żydami. Ja opublikowałem nawet cykl

wierszy maryjnych i posłałem mu tomik, ale... jak sadzę, nie cenił ich wysoko.

Myślałem tylko, że w obli czu śmierci...

- W pokoju Montaga wisiał krucyfiks - powiedziała Valeska zamykając dyskusję.

Silbergleit milczał przez chwilę. Bo pomyślał o tym, gdzie jego w końcu pochowają.

Pewnego dnia. Nad jego łóżkiem w Berlinie wisiał obraz, na którym serce Matki

Boskiej Maryi przeszyte było siedmioma mieczmi. Poda rował mu go Werfel, zanim

wyjechał za granicę.

- No więc, jest pan poetą - powiedziała Valeska, pa trząc na parapet okna. Dalie w

międzyczasie już zwię dły. W jakiś sposób ją to zadawalało.

~ To musi panu chyba dodawać sił, pisanie wierszy - powiedziała. Wstała i wzięła

jedną dalię z okna.

Silbergleit myślał o tym, jakie miotały nim we wszyst kie strony burze, kiedy pisał

wiersz. A to, że potrzebne były do tego siły i że się z tego czerpało siły, to prawda.

Ta kobieta mogłaby to może zrozumieć.

- Prawdziwy poeta - powiedziała Valeska. Nie mo gła w to w ogóle uwierzyć. - To

musi nam pan coś przedstawić.

- Ależ, łaskawa pani, ja nie piszę wierszy, które moż na tak po prostu deklamować

- powiedział Silbergleit tro chę zakłopotany. Tymczasem chętnie recytował swoje

wiersze. Tylko tutaj, w domu zmarłego?

- Na pewno ma pan jednak swoje wiersze w głowie? Ja znam kilka wierszy na

pamięć, głównie Eichendorffa, ponieważ je śpiewam. Gram je na fortepianie i

śpiewam do akompaniamentu; to są najpiękniejsze wiersze, jakie można śpiewać,

nie sądzi pan? - Pomyślała o tym, jak śpiewała Georgowi Montagowi pieśni

Schumanna.

- Chciałbym pani podarować tom moich wierszy, jeżeli pani pozwoli - powiedział

Silbergleit.

- Będę się bardzo cieszyć - odparła Valeska z roztargnieniem. Spojrzała na swój

background image

podołek, w którym leżała da lia rozerwana na tysiąc strzępów. Oddychała ciężko;

nie mal tak ciężko jak dawniej Leo Maria. Przez ścianę usłyszała muzykę.

- Dziękuję pani - powiedział Silbergleit.

-

To ja panu dziękuję, że pan przyszedł. Będę myśleć

o tym, co pan powiedział. I gdyby mógł się pan jutro jeszcze raz tu pofatygować,

pokażę panu dom w ogrodzie, w którym mieszkał pan Montag. Jak również jego

grób na katolickim cmentarzu.

- Jest pani dla mnie bardzo uprzejma - powiedział Silbergleit już wychodząc.

- Pan Apitt odprowadzi pana do drzwi - powiedziała Valeska, nasłuchując ze

zdziwieniem muzyki, która prze nikała do nich przez ścianę.

Nikt nic nie mówił w salonie z fortepianem, wszyscy słu chali teraz muzyki i było

tak, jakby ta muzyka ostatecznie oddaliła ich od tego, co zdarzyło się dzisiaj po

południu na cmentarzu.

-

Może rzeczywiście powinniśmy jutro pójść do muzeum - szepnął August

Prohaska do panny Bombonnek. Powiedział to tak, że w jego głosie można było

wyczuć, że jeszcze nigdy nie był w muzeum. I że nie mogło tam być nudniej niż

tutaj na stypie, gdzie grano Czajkowskiego.

- Pssst- szepnęła tylko panna Bombonnek. Słuchała z zamkniętymi oczami; August

chciał raczej przejść do innego pokoju, gdzie można było przynajmniej rozmawiać. -

Właściwie przyjechałem na wesele - powiedział wśród dźwięków muzyki.

Panna Bombonnek zajmowała się nim przez pół po południa, czuła się za niego

niemal odpowiedzialna. Wsta ła i wyciągnęła go na korytarz za drzwi. Tutaj całkiem

nieźle słyszeli muzykę i nikomu nie przeszkadzało, gdy rozmawiali.

- Walc kwiatów też by się panu spodobał - powiedziała niemal z wyrzutem.

IU nas w domu pogrzeb był świętem dla pozostałych, że właśnie nadal żyją, a nie

wpadli do dołu... Nie było tak uroczyście jak tutaj. Poza tym nie mamy przecież po

wodu, żeby się smucić, nieprawda, przecież my żyjemy!

Niebieskie Światło, ciasnota korytarza i szept stworzy ły atmosferę, w której August

uważał za rzecz całkiem na turalną to, że otoczył ramieniem szczupłą talię panny

Bombonnek.

-

Tak, ma pan chyba rację - szepnęła i przegięła się trochę do tyłu, żeby jeszcze

wyraźniej poczuł jej ciało, - Co nas to obchodzi? - Przestraszyła się swojej własnej

śmiałości. Poczuła, jak August objął ją też drugim ramie niem i górna warga zaczęła

jej potnieć. - Chodźmy skombinować sobie wódkę, nie uważa pan? 1 Uwolniła się z

background image

jego objęcia i była zadowolona, że August Prohaska poszedł za nią. Lekko mieniło

jej się w oczach.

Nawet nie zauważyła, że August popychał ją w innym kierunku, otworzył gdzieś

jakieś drzwi i wsunął ją do środka, zaledwie zdążyła rozpoznać ścianę z wysokimi

regałami, a już drzwi się zamknęły i w ciemności poczuła jego usta które

prześlizgiwały się po jej twarzy, mocno przywierając do warg. Czuła jego łojową

skórę, zioła i solone śledzie. Jego szybki, gwałtowny oddech, który wydmuchiwał

przez nos na jej policzek otrzeźwił ją tak samo jak myśl, że znajdowała się w

spiżami nauczycielki gry na fortepianie.

August w ciemności przesuwał po omacku ręką po jej ramionach i w końcu

zatrzymał ją na wzburzonych pier siach. Panna Bombonnek rozwiązała kokardę

bluzki, cał kowicie zapominając, że jeszcze przed chwilą się bała.

Kiedy August Prohaska w mą wszedł, wyrzuciła ramio na do góry i wetknęła pięść

w usta, inaczej musiałaby krzyknąć. Nie wiedziała, czy zadawał jej ból, była tak

bardzo zajęta wychwytywaniem jego pchnięć, że me mogła ani myśleć, ani czuć.

Dwa razy się wyślizgnął i zaraz po jawiły się też obawy. Słyszała, jak August

splunął w garść i potarł nią swój członek, potem znowu oblało ją w środku gorąco,

naśladowała teraz swoim ciałem jego ruchy, żeby me stracić go raz jeszcze. Tyle

nieznanych uczuć nią zawładnęło, że była całkowicie oszołomiona, pomimo to w

określonych odstępach czuła drewniane deski w plecach, a w swoim ciele ból, który

przechodził w roz kosz albo rozkosz, która przechodziła w ból. Poruszała się w

jedną i dmgą stronę i myślała, że to jest pewno na miętność. Trzymała ręce w górze i

wczepiła się tam w coś mocno, w regałach, gdzie przechowywane były zapasy 1 jej

palce wpiły się w torebki, i coś zaczęło wysypywać się drobną strużką, sączyło się

po je) włosach, po jej twa rzy, coś bardzo miałkiego, bardzo suchego sączyło się po

jej szyi, sączyło się po jej piersiach, sączyło się też po jego twarzy, sączyło się po

jego szyi, sączyło się też po jego pocące) się, mokrej skórze. I poczuli coś słodkiego

między zębami, poczuli cukier, który sączył się i sączył, powoli rozpuszczał się w

ich pocie.

Traute Bombonnek usłyszała przez ścianę Walc kwiatów.

August Prohaska zaczął nagle jęczeć, jeszcze mocniej przycisnął jej ciało do regału,

wyciągnął ręce do góry i wczepił się palcami w jej ręce, w drewno, w papier. Jego

oddech stał się najpierw świszczący, potem jękliwy, potem chrapliwy. I nagle

między nimi wszystko ucichło. Ona położyła głowę na jego ramieniu i opuściła

background image

ramiona, które wydały jej się jak obumarłe. Powolne sączenie się cukru z torebek

nie ustawało. Nie ustawało przez dłuższą chwilę.

28

Były takie dni, kiedy Bruno sam dla siebie stanowił za gadkę. Były dni, kiedy nie

wiedział, co z samym sobą począć. Była w nim niejasność i niepokój, które gnały go

z jednego miejsca na drugie, od jednej myśli do drugiej, z jednego nastroju w drugi.

Wtedy nie mógł wytrzymać z samym sobą. Ręce mu ciążyły, włosy uciskały głowę,

czuł na zębach kożuch i kiedy przypadkowo spojrzał w lustro, miał wrażenie, że

widzi swoją twarz, wyrasta jącą z innej twarzy i tę znowu z jeszcze innej.

Czynił kilka prób, żeby to przezwyciężyć, jednak prawie zawsze były one chybione.

Tak na przykład, parę razy uchlał się do nieprzytomności, potem jego ciało było

wycieńczone i czuł się jak po przebytych męczarniach. Był za mało religijny, żeby

się przy tym lepiej czuć. Szedł do kina i oglądał dwa filmy pod rząd. Błądził po

prostu po dzielnicach, do których kiedy indziej nigdy nie przy chodził i lubił

przyglądać się ludziom przez okna przy nieprzyzwoitych albo zakazanych

czynnościach. Także i innymi środkami udało mu się kilka razy z tego wyłgać.

Takie dni przychodziły na niego bez przyczyny. Nie mógł się w tym doszukać

żadnych prawidłowości. Co prawda, nigdy też ich nie szukał, bowiem przypominał

sobie o tym, kiedy go to już ogarniało i brakowało mu wtedy spokoju, opanowania,

energii, żeby systematycznie je wydobyć. Nie było też tak, żeby mógł powiedzieć:

teraz znowu dopadł mnie ten niepokój, wtedy mógłby może się na to odpowiednio

wcześnie przygotować, a może nawet uzbroić w przeróżne środki zaradcze.

Jednakże uświadamiał to sobie dopiero wtedy, gdy rzeczy wiście było już po

wszystkim albo raczej, kiedy coś się stało, bowiem zazwyczaj zdarzało się coś

niezwykłego.

Często wszystko zaczynało się niewinnie: ogarniała go na przykład do czegoś

nieprzeparta ochota albo też w ogóle na nic nie miał ochoty. Godzinami mógł

szukać dziury w dętce rowerowej i jej nie znaleźć albo zaklejał ciągle nie to miejsce,

co trzeba. Albo gdy ktoś nazwał jego małego brata Zezokiem, mógł się z tego

powodu straszliwie unieść, chociaż przecież wszyscy nazywali go Zezokiem, nawet

rodzice. I kiedy mamoczka raz dodała do żuru wyjątkowo dużo wytopionej

wędzonki, wtedy stwierdził z całym przekonaniem, że było jej wybitnie mało.

Nie czuł się zresztą tym szczególnie dotknięty, odkrył bowiem, że innych spotykało

to samo i że w podobny sposób próbowali się z tym uporać. Niektórzy mówili

background image

wtedy: dzisiaj wieje wiatr od Beskidów. Albo: dzisiaj jest stra sznie duszno, albo: to

jest górnośląskie powietrze. I godzili się z tym. Jednak lepiej się nie czuli. Może

tylko tyle, że ich tęsknoty były mniej buntownicze.

Bruno nie miał zamiaru być dzisiaj wcześnie w domu, wiedział, że połowa rodziny

będzie u Piontków na stypie.

Najpierw musiał się pozbyć swojej torby z termosem i blaszaną puszką na chleb.

Torba przeszkadzała mu, bo lubił mieć wolne ręce kiedy szedł ulicami miasta, a

poza tym przypominała mu o tym, skąd wracał i dokąd będzie musiał jutro znowu

pójść. O tym chciał teraz zapomnieć. Za szkołą hutniczą znał rozwalający się mur,

który odgraniczał stary franciszkański klasztor. W jednym miejscu można było

wyjąć kilka cegieł i schować pod nimi tor bę; robił to już kilka razy. Kiedy w ten

sposób pozbył się torby, przyspieszał kroku. Czuł się lżej, czuł się niemal kimś

innym, jakby torba go ciemiężyła.

Te trochę wytarte, miękkie, brązowe torby ze skóry mogły go doprowadzić do szału.

Kiedy rano o wpół do szóstej widział robotników zmierzających do RAW-u, albo do

kopalni "Gliwice", wszystkich z takimi samymi brązo wymi, wytartymi, skórzanymi

torbami pod pachą, wtedy ogarniała go prawdziwa wściekłość.

Bruno poczuł w kieszeni spodni monetę pięciomarkową. Nie miał zamiaru jej dzisiaj

wydawać, nawet jednej dziesiątej z tego; dawało mu to jednak poczucie pewności,

że na samym dnie kieszeni czuł pod palcami metal.

Z naprzeciwka zbliżali się mężczyźni, zmierzający ze swoich biur do domu, także i

oni nieśli pod pachą aktówki, nie takie podniszczone i może z lepszej, twardszej

skóry, jednakże przymus wypełniania obowiązku tkwił w nich tak samo, jak w

teczkach robotników z RAW-u. Mieli na sobie być może lepsze i dobrze leżące

garnitu ry, niektórzy zawiązywali na szarych szyjach nawet kra waty, ale on nie

zazdrościł im tego, codzienna praca w inny sposób ich tłamsiła.

Bruno czuł w takich momentach przewagę nad wszystkimi, nie miał obowiązków,

nie musiał nawet nosić brązowej torby, śmiał się, cała jego twarz była jednym

uśmiechem, który przenikał jego mięśnie i przerażał ludzi, nad chodzących z

przeciwka.

W kinie Germania obejrzał wywieszone zdjęcia. Grali Trwcęz Łajaną i Rudim

Goddenem. Jemu bardziej podobały się włoskie filmy historyczne: Hanibal i Upadek

Cesarstwa Rzymskie A później Robert Koch.

Kiedyś wzięło go tak, że po prostu siedział w kinie dalej po zakończeniu seansu i

background image

bileterka musiała sprowadzić właściciela, który go wyrzucił. Oni pewno myśleli, że

za te same pieniądze chciał od razu obejrzeć ten film drugi raz. Tymczasem on nie

był takim, co mógł oglądać ten sam film kilka razy pod rząd, nawet Roberta Kocha.

Ko- tik widział go siedem razy, z tego pięć razy bez biletu, on znał sztuczki, których

nie zdradził nawet Brunonowi. Może obejrzy Truxę, chociaż nie za bardzo przepadał

za filmami cyrkowymi, ale Rudi Godden grał zawsze tak niedbale i nigdy nie zbliżył

się tak naprawdę do swojej dziewczyny-człowiekowi było go po prostu żal. Chciał

zaczekać, dopóki nie będą pokazywać tego filmu w podmiejskim kinie w jego

okolicy, tam płaciło się tyl ko połowę. Do "Areny" przychodził każdy film, chociaż

z półrocznym opóźnieniem. To mu nie przeszkadzało. Do "CT-Lichtspiele" albo do

"Capitolu" chodzili przecież tyl ko tacy ważniacy jak Josel Piontek albo Michaeł

Heidi.

Na WilhelmstraBe zaglądał na wystawy, bo robili to wszyscy ludzie przechadzający

się główną ulicą. W rzeczywistości nie interesowało go to, co było wystawione za

szybami, lecz to, co odbijało się w szybach. O wiele bardziej wolał zaglądać w

ludzkie twarze niż patrzeć na kapelusze albo spiętrzone naczynia czy też garnitury

męskie albo ułożone rzędem buty, a jeszcze chętniej oglądał samochody i

motocykle. Znał wszystkie modele, na wet zagraniczne, które w tym mieście nigdy

albo bardzo rzadko można było zobaczyć, kiedyś zbierał obrazki z opakowań

papierosów Reemtsma. Przed sklepem spo rtowym Lachmanna zaparkowany był

Horch, wokół które go utworzył się krąg ludzi. Dwóch chłopców już przez chwilę

krążyło wokół samochodu, potem jeden z nich wdrapał się na stopień i przycisnął

twarz do szyby. -140 km na godzinę. 42 337 km na liczniku. Ojej, nawet zegar jest

w środku. Siedzenia ze skóry. - Lakonicznie relacjonował drugiemu, co widział.

Drugi nie spuszczał z oka ulicy, żeby zaraz mógł zawiadomić przyjaciela, gdyby

nadchodził właściciel.

Słońce zniknęło za dachami, coraz to wyłaniało się jed nak pomiędzy domami,

rzucając na ulicę żółte światło. Na murach widniały tłuste, namalowane wapnem

napisy, takie jak: LSR 150 metrów w prawo ze strzałką albo Niech Polska zdechnie

albo Do walki z zepsuciem, a przed piwnicznymi oknami widać było spiętrzone

worki z piaskiem. Niedługo ulica pogrąży się w ciemności i tak już pozostanie, a z

przemalowanych na niebiesko latarni ulicznych tylko co druga będzie sączyć skąpe

niebieskie światło. Ulica szybko wtedy opustoszeje i gdyby gdzieś jakieś okno

rozbłysnęło jasno, bowiem ludzie bardzo po woli przyzwyczajają się do nowych

background image

warunków, zaraz ktoś zacząłby krzyczeć, a inni przyłączyliby się z głośnymi

przekleństwami, dopóki ten człowiek nie zgasiłby świa tła, a ulica nie pogrążyłaby

się ostatecznie w ciemności.

I kiedy Bruno tak patrzył, jedna z tych twarzy w oknie wystawowym przybrała

znajomą postać. Odwrócił się i spojrzał w twarz Petera Konjetznego.

-Jeżeli to nie jest Bruno Ossadnik? - powiedział tam ten wesoło.

- Ach, myślałem, że jesteś w Nysie? 1 odparł Bruno w odpowiedzi.

- Nie pojechałem. Tutaj wszystko było o wiele ciekaw sze niż w Nysie, czy nie

tak?

- Tak sądzisz?

- Tak, nikt u was nie kwaterował - zapytał Konjetzny z niedowierzaniem.

-

Gdzie mielibyśmy kogoś umieścić, w spiżarni? A może w skrzyni na węgiel?

- Jekuszniej, my mieliśmy dwóch. Jeden miał ochotę na moją siostrę, mówię ci,

ten co wieczór urządzał bankiet, tylko dlatego, że chciał z nią potańczyć, ale tam się

działy rzeczy!

Bruno powiedział chłodno: - Do mnie niewiele co do tarło. Słyszałem tylko, ze

szkoły były pełne żołnierzy i że rozdawali oni chleb komiśny, wiem, bo u nas w

domu jest teraz bez przerwy komiśny chleb.

- Jeden z nich, mówię ci, był łącznikiem albo czymś takim. Codziennie musiał

jechać do Sośnicowic na BMW 500, no więc mówię ci, rozpłynąłbyś się jak masło

w słońcu: Raz mnie zabrał ze sobą, do kosza. No więc, to było bombowe!

- Dobrze, a co ty teraz robisz? - zapytał Bruno nie za interesowany w zasadzie

odpowiedzią.

- Idę na trening piłki nożnej. A ty?

Bruno nie przepadał za piłką nożną. Wolał raczej grać w palanta. Zawsze był w tym

dobry, jeszcze w szkole. Był dobrym biegaczem i miał mocne ramiona. Grał teraz w

drużynie palantowej RAW-u, ale to było dość senne towarzystwo, więc chciał z

niego wystąpić.

Zamiast odpowiedzi Bruno przyłączył sie do Konjetznego. Nie miał szczególnych

planów. Po prostu poszedł razem z nim.

- Bo stadion znowu jest wolny i wiesz, kto tam będzie grał w niedzielę? Vorwärts

Rasensport przeciw Beuthen 09- - Konjetzny powiedział to tak, jakby miał do

przekazania niesłychaną sensację.

background image

- Dlaczego, co się działo ze stadionem?

- No, to przecież wszyscy wiedzą. To był przecież plac ćwiczeń dla żołnierzy,

wtedy nie wszedł tam żaden z nas. Ale oni tam gospodarowali, ojej - powiedział.

Bruno nic o tym nie wiedział i gdyby mu ktoś o tym opowiedział, prawdopodobnie

zaraz by zapomniał, w ostatnim czasie zajęty był swoim BMW 250 i murarką na

Niederwallstraße.

Teraz Konjetzny zatrzymał się przed wystawą. - Ale lala! - powiedział z uznaniem i

gwizdnął przez zęby. Mu siał zobaczyć coś, czego Bruno nie widział. - Co my ślisz

o naszych? - zapytał Konietzny, przyspieszając te raz kroku.

- Nie rozumiem i powiedział Bruno zirytowany. Pomału działało mu to na nerwy,

że Konjetzny z każdego zdania robił pytanie.

- No, że nasi tak prą naprzód? Czy to nie bombowe? - Konjetzny zupełnie nie

mógł pojąć, że ktoś przy słowie "nasi" mógł myśleć o czymś innym. - Wszyscy

mówią, że nasi zwyciężą, i Nasze wojska posuwają się naprzód, co? Oni robią

porządek, co? Polaczki tylko biegają w popłochu. Zakład, że za tydzień padnie

Warszawa?

Przechodzili teraz mostem nad kanałem.

- No to trzymaj się - powiedział Bruno i skręcił w Au-gustastrasse.

- Przyjdziesz w niedzielę?

Bruno nie wiedział, dokąd miałby przychodzić w nie dzielę, ale musiało chyba

chodzić o coś, o czym każdy wiedział. Tylko nie on. Na wszelki wypadek potrząsnął

głową.

Kiedy Bruno, powłócząc nogami, mijał zaparkowane BMW 500 z koszem, wiedział,

dlaczego przedtem, na rogu, skręcił nagle w AugustastraiSe. Od wielu dni cią gnęło

go na tę wąską, cichą, boczną ulicę, na którą nor malnie nigdy nie trafił i od wielu

dni widział tu przed tym domem zaparkowane BMW. Jakby było ono częścią tej

ulicy, tak jak chodnik, wiązy, plot ogrodu. Bruno nie tyl ko obejrzał maszynę, nie

tylko obszedł ją wkoło, i nie tylko dotknął kierownicy i siodełka. Przyglądając się jej

długo, zapamiętał jej obraz, jej kształt, jej połyskujące, chromowane części i

wiedział ile kilometrów przejechała między jednym a drugim dniem: raz 72, raz 58,

a raz 132. Pewnego razu wspiął się nawet na tę maszynę, przytuli się mocno do

skóry i metalu i przez moment marzył, że mknie na niej w nieskończoność.

Później postanowił, że już nigdy więcej nie pójdzie na tę ulicę. Co ma tam do

szukania? A potem przyłapywał się ciągle na tym, jak z KreidelstrafSe skręcał w

background image

Augustastrasse, żeby niby przypadkiem przejść obok BMW 500, które z pewnością

było tam zaparkowane.

Miał nadzieję, że pewnego dnia, kiedy znowu przyjdzie mu iść wzdłuż tej ulicy, ta

maszyna nie będzie tam już stała. W rzeczywistości bał się tego. Spojrzał na liczbę

kilo metrów. Od wczoraj maszyna przejechała 112 kilometrów. On by już nią

przejechał dalszy kawałek drogi. Na godzi nę wyciągała 140 kilometrów, a on już w

siebie wierzył, że potrafiłby pojechać na niej z dużą prędkością i jakże szybko

pożarłoby wtedy sto kilometrów.

Pokusa tak paliła w kieszeni marynarki Bruna, że aż wyciągnął rękę. Wytarł do

sucha pot o spodnie. Jednak obydwa niewinne zimne miedziane druty w kieszeni

płonęły nadal. Bruno odwrócił się i zdecydowanie ru szył w powrotną drogę. Nie

miał do siebie zbyt dużo zaufania i wiedział, że były takie chwile, gdy robił coś, co

dla niego stanowiło zagadkę. Lepiej było wtedy za jąć się innymi rzeczmi. Albo

kupić sobie loda.

Sklepy były już nieczynne, ale włoska lodziarnia była jeszcze otwarta, czasami

nawet do dziesiątej albo do wpół do jedenastej, ona miała inne godziny otwarcia

albo sprzedawała lody tak długo, dopóki jej się to opłacało.

- Raz zielone pistacchio- powiedział z prawidłowym akcentem; nauczył się tego

od ciotki Leoni, która wtedy chodziła z Włochem, ona musiała to wiedzieć. To było

wówczas, w czasie powstań, kiedy kraj okupowany był przez Anglików, Francuzów

i Włochów. Ten Włoch z łodziami był podobno tu w Gliwicach żołnierzem

okupacyjnym i teraz przyjeżdżał co lato i sprzedawał lody, miał najlepsze lody w

całym mieście i jego interes szedł tak dobrze, że przez zimę mógł spuścić nogi do

Wezuwiusza. Mamoczka powiedziała raz, kiedy byli razem w łodziami: - Czy to nie

jest ten Giuseppe od Leonii Ossowskiej? - Minęło już ponad piętnaście lat, lecz dla

niej jeden Włoch był podobny do drugiego.

Bruno stanął przed sklepem i przesuwał językiem po zielonych lodach. Niedaleko

od niego stali dwaj żołnie rze z waflowymi rożkami, którzy żartowali z każdej

przechodzącej dziewczyny śmiejąc się przy tym w obsceniczny sposób, tak że

dziewczyny, nic nie rozumiejąc, oblewały się rumieńcem. Na to śmiali się jeszcze

ohydniej. Bruno spojrzał na nich i pozazdrościł im ich beztroski i wulgarności.

Pragnął być kiedyś taki jak oni. Nie śmiał się, lecz spróbował patrzeć na dziewczęta

tak jak oni.

W poskręcanym klonie, którego liście zaczynały umie rać pod grubą warstwą kurzu,

background image

sprzeczała się chmara szpaków.

Brunonowi lody o mało nie wypadły z ręki.

- Zezok, co ty tu robisz? - Swojego własnego brata naj mniej by się tu spodziewał o

tej porze. Tymczasem Zezok już przez dłuższą chwilę plątał się po Wilhelmstrasse.

Miał w kieszeni pięć fenigów i próbował się dowiedzieć, czy za pięć fenigów można

dostać loda. Nie miał odwagi wejść do łodziami, może by go wyśmiali. Więc

zapytał starą kobiecinę, która siedziała na ławce i z waflowym rożkiem w ręce

zapomniała o całym świecie. Kazała so bie trzy razy powtarzać pytanie, potem

zrezygnowała.

Zezok przestraszył się tylko oczami, za to tak gwał townie, że przez sekundę myślał,

żeby uciec, po prostu umknąć. Potem jednak pomyślał, że to, co zdarzyło się nad

Kłodnicą będzie na zawsze mu towarzyszyć, a przed samym sobą nie można chyba

umknąć.

- Widzisz przecież - powiedział i jestem w drodze do domu. 1 Powiedział to

asekuracyjnie, żeby starszy brat nie namówił go na swoje plany.

I Ale tutaj o tej porze?

- No więc rozwiązaliśmy naszą ferajnę, tam nad Bytomką. Uważał, że w ten

sposób dość wyczerpująco odpowiedział na pytanie. Mógł teraz oczekiwać od

swojego brata, że zrezygnuje z dalszych pytań. - Zafundujesz mi loda?

-

No jasne, mały - powiedział Bruno radośnie. Nie na leżał do takich, co wypytują

innych ludzi. Poszedł kupić bratu loda, dwa razy większego, niż ten, na jakiego on

sam sobie pozwolił, z orzechami, cytryną, ananasem, ko kosem. -Czy też lubisz coś

szczególnie?

Zezok nic nie lubił szczególnie. Po prostu lody. On nie był jeszcze na tyle dorosły

albo rozkapryszony, żeby mógł sobie już pozwalać na upodobania. Zezok nie ssał,

gryzł lody i czuł zimno między zębami. Dopiero potem zlizywał je zlodowaciałym

językiem.

Tak można było niemal zapomnieć o Kłodnicy.

Kiedy wychodzili z łodziami, Bruno zobaczył, jak oby dwaj żołnierze szli za jakąś

dziewczyną, mówili do niej i mówili. Jednak dziewczyna lizała tylko swojego loda i

nic się nie odzywała. Wydawalo się jednak, że nie było jej nieprzyjemnie, że

towarzyszą jej żołnierze.

- Idziemy do domu? - zapytał Bruno.

Zezok nie odpowiedział. Był zajęty swoimi lodami próbując odgadnąć, co w nich

background image

ma smak orzechów, co kokosów, co cytryny, a co tego jak to się nazywa i obracał

przy tym waflowym rożkiem we wszystkie strony. Do póki jest jeszcze jasno, nie

musimy być w domu, no nie? 1 powiedział.

- Masz konkretne plany? - zapytał Bruno.

- Zawsze ma się jakieś plany - powiedział Zezok, zezując dogłębnie za swoim

waflowym rożkiem. I zastana wiając się, jakie też plany mógłby mieć dziś

wieczorem. W każdym razie: wrócić do domu późno, kiedy już będzie ciemno.

- To chodźmy kawałek - zaproponował Bruno. Wafla chrupnęła w jego zębach.

Wsunął rękę do kieszeni i ze zdziwieniem poczuł tam dwa druty. Druty wyginały się

w muszli dłoni w dwóch przeciwnych kierunkach.

- Nie byłeś jeszcze w domu? - zapytał Zezok, oblizując wargi.

- Wiesz, lubię chodzić po mieście, po prostu tak, przyglądam się ludziom,

zaglądam do okien, tam zawsze jest co oglądać. Najbardziej zwariowane rzeczy.

Raz widział przez okno, jak mąż bił swoją żonę wieszakiem i jak wieszak się

złamał, a on wziął nowy i jak ten się również złamał, i jak on wziął trzeci i odkrył

przy tym Brunona jako widza i jak z wściekłością zamknął okno i dalej okładał żonę

i na pewno złamał przy tym jeszcze niejeden wieszak. Innym razem obserwował

przez okno, jak dwóch mężczyzn obejmowało się i całowało za parawanem, nie

mogli się już od siebie oderwać.

Szli przez WilhełmstraBe i Zezok lizał i lizał swoje lody, prawie je już skończył, ale

jakby chciał lizać je przez całe życie, żeby tylko nie był zmuszony mówić. Kiedyś

mu siał przecież o tym komuś opowiedzieć. Dlaczego by nie swojemu bratu. Lepiej

przecież jemu, niż jakiemuś granatowemu na komisariacie policji. Może Bruno był

na wet jedynym, któremu mógłby o tym opowiedzieć. W tej chwili był jeszcze za

bardzo oszołomiony, nie wiedział, jak miałby zacząć. Dziwił się tylko, że Bruno o

nic go nie pytał, musiał po nim to przecież poznać.

Uwielbiam lody nad życie - powiedział Zezok. Otarł kleiste palce o łydki.

Byłeś tam już kiedyś w środku? - Pokazał na Teatr Miejski, który właśnie mijali.

-

Tak, ze szkołą, dwa razy, zdaje mi się 1 powie dział Bruno. Przypominał sobie

jednak tylko jedną sztu kę teatralną i więcej niż tytułu też z tego nie zapamię tał.

Don Carlos Schillera.

- Mamoczka chce mnie w tym roku zabrać na bajkę bożonarodzeniową, tak

powiedziała - odezwał się Zezok. -Jednak ja wolałbym raczej obejrzeć prawdziwą

background image

sztukę teatralną. W wieku dwunastu lat jestem już trochę za duży na bajkę, nie

sądzisz? Ulla chodzi nawet do opery.

-

Ulla do opery? - Bruno zdziwił się. O tym wcale nie wiedział. - No, a ma w

ogóle sukienkę na to? To, że dostawało się w prezencie bilet do opery, to się już

zdarzało, także i on od ciotki Leoni dostawał od czasu do czasu w prezencie bilet do

kina. Jednak do opery potrzebna była przecież sukienka i to elegancka. No tak,

spodziewał się po Ulli, że z pomocą swojego ojca ku piła sobie drogą jedwabną

szmatkę i zawiesiła ją na swoich chudych ramionach, i może chodziła z jakimś

chłopakiem z sąsiedztwa, który kupował jej w przerwie ko cie języczki w

czekoladzie, a może nawet lampkę słodkiego likieru.

- Z kim ona tam chodzi? - zdenerwował się nagle.

- Raz była z panią Piontek, a raz z adwokatem Wondraschkiem - powiedział Zezok.

- Adwokat ma przecież taki abonemąk, to musi iść albo bilety przepadają, było by

przecież szkoda! Jak Ulla kiedyś nie będzie mogła, po wiedziała, to zapyta adwokata

albo panią Piontek, czy by mnie nie zabrali. Jednak on tego oczywiście nigdy nie

zrobi - powiedział Zezok, użalając się nad samym sobą.

- Od kiedy jesteś taki spragniony teatru? Takiego cię jeszcze nie znam -

powiedział Bruno. - W przypadku Ulli, to co innego, ona przecież przez cały dzień

gra na fortepianie.

- To szczęście w każdym razie, że nie wzięła też jeszcze lekcji śpiewu. Biedny

papa, zrujnowałby się jeszcze dla Ulli.

Szli dalej w milczeniu. Tuż przed nimi zatrzymał się tramwaj, gromada ludzi

wysiadła i przepłynęła obok nich w kierunku dworca. Wielu niosło pod pachą

brązowe, wytarte, skórzane torby i spieszyło się.

- Teatr to nie dla mnie i podjął Bruno ten wątek na nowo. - Ale wyścigi

samochodowe, to jest fascynujące.

- wyścigi motocyklowe. Zabiorę cię kiedyś do wesołe go miasteczka, kiedy znowu

będą Piekielni aniołowie, jeden wyjeżdża na motocyklu na pochyłość, robi salto w

powietrzu i naprawdę ląduje oponami na ziemi. To jest klasa, mówię ci. - Bruno

jeszcze teraz był rozentuzjazmowany.

- Widziałem drużynę Camilla Mayera - powiedział Zezok - tam człowiek jedzie na

motocyklu po linie aż na wieżę ratusza. To jest absoluto świetne! - No więc czymś

takim też się interesował.

Skręcili w boczną ulicę i szli wzdłuż niej w milczeniu pod wiązami. Ptaki

background image

wyczuwały zanikanie światła, szybo wały w cieniu domów, zataczając piękne łuki,

mury promieniowały ciepło, które zgromadziły w ciągu dnia.

Rozmawiali i milczeli. Zbliżyli się do motocykla zapar kowanego na chodniku,

BMW 500 z koszem.

Zezok powiedział: - Ojej, to jest coś! - Potem obszedł maszynę dookoła,

podziwiając ją jak przedmiot z przyszłych epok. Bruno zatrzymał się, on nie musiał

na nią patrzeć, tak, on mógłby nawet zamknąć oczy: znał ją na pamięć. Druty w jego

kieszeni znowu zaczęły się żarzyć. Z kosza zdjęty był pokrowiec, na siodełku leżało

kilka zwiędłych listków.

- Ile koni mechanicznych? - zapytał Zezok, bo niewiele się na tym znał, był po

prostu olśniony chromem i metalem.

- Dwadzieścia sześć i odparł Bruno zupełnie spokojnie. - Wyciąga 140 na godzinę.

Spojrzał wzdłuż ulicy, a potem w górę na fasadę domu przez wszystkie okna. Cały

niepokój i niejasność nagle zniknęły.

i Zezok - powiedział Bruno głosem, jakiego Zezok jeszcze nigdy u niego nie słyszał

- chcesz ze mną pojechać do Raciborza?

-Jak? Teraz? I dlaczego właśnie do Raciborza?- pytał Zezok zaskoczony.

- Tak, teraz, na tym pieronie, na tym dioboku, jedziemy do Raciborza albo do

Głogówka albo do Kluczborka, dokąd chcesz! - Wyciągnął z kieszeni druty, w jego

ręce odchyliły się jak różdżki, które napotkały masy wody.

Zezok pojął od razu. - Tak, tak - powiedział i poczuł, jak oblała go gorąca fala. I

zobaczył, jak Bruno włożył druty do stacyjki i nacisnął nogą pedał, ze stacyjki

wyskoczyły iskry i silnik ryknął, a Bruno dodał gazu, żeby zawył jeszcze głośniej,

rzucił się na siodełko, w tym samym momencie także i Zezok wskoczył do kosza i

zanim mógł się jeszcze czegoś porządnie złapać, ten pieron po mknął w zielone

światło ulicy. A Bruno siedział na motocyklu, jakby był do niego przykuty albo

jakby on też był z metalu, z którego zrobiony był motocykl. Zezok trzy mał się

obydwiema rękami uchwytu, a na zakręcie zapierał się nogami o przednią ścianę.

Spojrzał na Bruna, w którym nie drgnął żaden muskuł

Dopiero za miastem, na Richtersdorferstrasse, gdzie domy nie stały już tak gęsto

przy drodze, a w oddali wy łonił się czarny wysoki las, twarz Brunona zelżała i

rozluźniła się, po raz pierwszy spojrzał na Zezoka obok siebie i zaśmiał się. W

napięciu musiał zagryźć mocno wargi, gdyż cienka nitka krwi biegła po jego

brodzie.

background image

Zezok odpowiedział uśmiechem. Wiatr smagał go po twarzy pomimo przedniej

szyby. - To jest absoluto świet ne! - krzyczał. - To jest absoluto świetne!

Bruno dodał gazu i zwiększył prędkość na 90, na 100, na no kilometrów na godzinę

i zawołał do Zezoka: - Sto, sto dziesięć, sto dwadzieścia! I głęboko odetchnął, jakby

chciał napompować się prędkością. Potem jednak zdjął nogę z gazu i jechał dalej

osiemdziesiątką. Jechali tak przez Wójtową Wieś, przez Sośnicowice, przez

Bargłówkę. I nie myśleli o niczym innym jak tylko o tym, że co raz bardziej i

bardziej oddalali się od Gliwic.

Aż nagle silnik zgasł. Bruno kręcił uchwytami, przyci skał udami srebrzysty metal,

jednak silnik zamilkł prychając. Niedaleko Rud Śląskich koła zatrzymały się na

szosie.

- Pieronie - powiedział Bruno i pochylił się do przodu. - Skończyła się benzyna. -

Powiedział to zupełnie spokojnie, bez złości i rozczarowania. Wiedział od początku,

że w jakiś niejasny sposób ta podróż dobiegnie końca. I teraz tak się stało; może był

to najuczciwszy sposób.

Zezok szukał w koszu zapasowego kanistra, nic nie mógł jednak znaleźć.

- Tak jest dobrze - powiedział Bruno łagodnie, zupeł nie wyczerpany.

Dla Zezoka wszystko potoczyło się tak szybko, że oprócz cudownej,

uszczęśliwiającej, oszałamiającej pręd kości, która unosiła ich drogami, nie

odczuwał nic inne go. A i teraz jeszcze nie ochłonął.

- Biegnijmy do domu. Za trzy albo cztery godziny możemy być na miejscu,

wybierzemy jednak inną drogę, żebyśmy im nie wpadli w ręce, wydaje mi się, że już

robią na nas polowanie, i Bruno powiedział to niemal wesoło, z wyniosłym

rozbawieniem, jakie charakteryzuje zwycięzcę. I pobrzmiewała w tym nutka

triumfu. Położył Ze- zokowi rękę na ramieniu. - Było klawo, nieprawda?

- Absoluto świetne! - powiedział Zezok. 1 Absoluto świetne! -1 ze szczęścia

zezował ponad miarę.

Skręcili w polną drogę. Słabnące światło zbierało się w metalu motocykla i jeszcze

przez chwilę rzucało refleksy.

Zezok pomyślał, że mógłby teraz spokojnie opowie dzieć wszystko Brunonowi.

29

W ogrodzie Zameczku Leśnego wszystkie stoły były za jęte. Hanna i Tonik

przysiedli się do starszego drzemią cego mężczyzny i zamówili Weiße mit Schuß*.

Musieli długo czekać, zanim kelner przyniósł napoje. Dzieci ska kały na łące w

background image

workach. Klown z wielką czerwoną krezą w szpiczastym czerwonym kapeluszu

chodził w kolo i ogromnym pędzlem do golenia namydlał człowieka, który siedział

spokojnie przy stole przy szklance piwa, na końcu wytrząsnął mu na głowę całe

wiadro pełne my dlin i mężczyzna, człapiąc w o wiele za dużych butach, z wiadrem

na głowie, biegał między stolikami, a dzieci piszczały z radości i zadowolenia.

Hanna i Tonik śmiali się i każde z nich pociągnęło po łyku likieru z czarnego bzu.

-

Macie państwo rację 1 powiedział mężczyzna przy ich stole - w dzisiejszych

czasach samemu trzeba sobie robić sznapsik, wojna się jeszcze nie zaczęła, a oni już

podnieśli cenę alkoholu i tytoniu o dwadzieścia procent.

- Wojna toczy się dalej - powiedział Tonik - a ja muszę w środę do koszar.

Bezceremonialnie położył teraz swoją rękę na ręce Hanny.

-A oni ciągle wymyślali innym od hien wojennych - powiedział stary i pokazał ręką

do góry. 1 Może można by spróbować odrobinkę tego bimbru- powiedział,

wskazując na butelkę zawiniętą w gazetę; wytrząsnął ze swojej szklanki resztkę

zwietrzałego piwa.

Tonik nalał mu ostrożnie łyka.

- Bardzo pan uprzejmy - podziękował stary grzecznie i napił się. Dostał ataku

kaszlu. - Diobok - powiedział wśród łez - co to ma pan za świństwo, to może

człowie ka zwalić z nóg. Ja też mieszam sobie czasami taki z 96 procentowego, ale

to tutaj smakuje niczym diobok - splunął pod stół.

Tonik poczerwieniał. - Moja matka sama zrobiła - po wiedział po części

zakłopotany, po części przepraszają co. Poczuł przy tym, jak jemu samemu zrobiło

się niedobrze w żołądku.

- Panna narzeczona nosi chyba żałobę - powiedział stary, przyglądając się Hannie

przez chwilę.

- Nie jest tak źle I zaprzeczyła i znajomy umarł. Bo my właśnie wracamy z

cmentarza.

-

Ach, już myślałem, że może poległ pana brat. Dzisiaj w gazecie jest już

pierwszy nekrolog żołnierza, wi dzieliście państwo?

Lepiej było już iść. Tonik objął Hannę ramieniem w talii. Nikt nie patrzył za nimi.

Tylko stary, który ciągle je szcze spluwał pod stół. Stąd wielu zakochanych szło

trzy mając się mocno w objęciach do lasu. Tych, którzy robili to częściej można

było poznać po tym, że nieśli pod pachą koc. Za nimi skradały się czasem podrostki.

Zatrzymali się na leśnej drodze. Tonik wpatrywał się w zwietrzały, czarny, odcięty

background image

pień drzewa. Czerwona mrówka leśna popychała przed sobą olbrzymie białe jajo,

posuwała się do przodu tylko bardzo powoli, z trudem przeprawiając się przez

wysuszone igły jodłowe, cienkie gałązki i rowki, które deszcz i słońce wyżłobiły w

drewnie.

- To jest to wrześniowe słońce i powiedziała Hanna, - Ono kłuje w skórę.

Tonik beknął. Zakrył usta ręką.

Usiedli w mchu, zważając jednak na to, żeby się zbytnio do siebie nie zbliżyć.

Hanna odwinęła spódnicę i usiadła na majtkach; nie chciała zmiąć sukienki.

-

Właściwie nie lubię dziewczyn i powiedział Tonik

- które chodzą do wyższych szkół. Z nich nigdy nic nie będzie, tak są

rozkapryszone.

- Czy ja wiem - powiedziała Hanna. - Ja nie jestem rozkapryszona. Pomagam mamie

w gospodarstwie domowym.

- Phh - prychnął Tonik.

-

Czasami czyszczę nawet bratu buty - powiedziała Hanna z nadzieją, że tym

samym zademonstrowała w wy starczający sposób, do jakich poniżeń była zdolna.

i A potem brzdąkanina na fortepianie! Takie to chcą tylko męża, który by dla nich

pracował i przynosił do domu dużo pieniędzy.

-Ja nie jestem taka 1 powiedziała Hanna z pewnością siebie - nie jestem od kuchni i

rodzenia dzieci. Później też chcę pracować i zarabiać pieniądze. Chciałabym z moim

mężem dużo podróżować.

- Ach, to zaraz możemy dać sobie spokój - powiedział Tonik i pociągnął jeszcze

jeden łyk wódki z czarnego bzu.

- Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć - powie działa Hanna, która nie

rozumiała naprawdę. Wygładziła spódnicę, żeby Tonik nie mógł zaglądać jej

między nogi.

- Mamoczka mówi, że czego człowiek raz się nauczy, może mu się zawsze w

życiu przydać, ona też była w szkole imienia Marii Montessori. A co robi teraz?

Cały dzień leży na kanapie i czyta powieści. A papa bierze dodatkowe zmiany, żeby

mogła opłacić swoją wypożyczalnię.

- Przecież twoja siostra - powiedziała Hanna wystawiajac twarz do słońca - też uczy

się u pani Piontek gry na fortepianie.

- Ona tego nie robi, żeby złapać męża. Ona będzie pewnego dnia występować w sali

koncertowej - powie dział Tonik dumnie. -I zarabiać na tym pieniądze!

background image

- A jeżeli ja też tak chcę? - Hanna zerknęła spod przy mrużonych powiek chcąc

zobaczyć, co Tonik robił w tej chwili.

On jednak nie robił nic innego, jak tylko spoglądał w chmury. - Czy słyszałaś już

kiedyś o jakiejś sławnej pianistce? Bo ja nie - powiedział Tonik.

- Ależ oczywiście - odparła Hanna. - Elly Ney.

- Ach tak, zgadza się. - O niej słyszał. Ona grywała czasem w radiu na rzecz

WHW.

- A jeżeli powiem, że nie lubię chłopców, o których się mówi, że podrywają każdą

dziewczynę! - Głos Han ny drżał odrobinę. Zauważyła, że posunęła się może za

daleko.

- W tym właśnie rzecz - powiedział Tonik z jękiem. - One wszystkie tak twierdzą. -

Rzucił jej źdźbło trawy w twarz. - Tymczasem to nieprawda! - Przyturlał się do niej

bliżej. Pociągnął z butelki jeszcze jeden łyk.

Milczeli teraz obydwoje.

Wpatrywał się w jej kolano. A Hanna podciągnęła spódnicę wyżej. Tonik położył

rękę na jej kolanie i powoli je gładził, nie patrząc przy tym na nią. Ona nie broniła

się. Wtedy rzucił się na nią. To nie światło oślepiało ich w tym momencie, a mimo

to obydwoje zamknęli oczy, ich dłonie obmacywały się nawzajem, a ich wargi

szukały się. Walczyli ze sobą.

Tonik opadł w tył. - Pieronie - jęczał. - Pieronie. - Hanna uczepiła się go, próbując

zdusić ustami jego jęki i wczepiła się w niego nogami. Jednak Tonik odsunął ją.

- Gówno-powiedział. - Nie stanie mi. Pitka*- jęczał. -To ten pieroński likier.

Niemal z rozpaczą rzucił się raz jeszcze na Hannę i przywołał w pamięci wszystkie

swoje młodzieńcze sny, w których ukazywał się sam sobie z białym olbrzymim

członkiem i wepchnął kobiecie język w usta, bardzo głęboko, a potem spróbował raz

jeszcze. - Pieronie! - Łzy napłynęły mu do oczu. - Ta pierońska odekolon

Potrwało to chwilę zanim zobaczyli nad sobą zieleń drzew i odnaleźli się z

powrotem w zielonym mchu leśnej polany. Leżeli tam cicho. To słońce ich męczyło.

Albo marzenie. Albo wspomnienie. Inaczej może by na siebie spojrzeli. Podnieśli

się, przestraszyli się własnej białej, na giej skóry i szybko przykryli ją swoimi

ubraniami.

Tonikowi odbiło się. - Pieronie, że to mnie musiało się przytrafić - powiedział.

Najchętniej by się rozbeczał. Kopnął butelkę, która nie była jeszcze całkiem pusta,

aż wyleciała jej zawartość. Potem wracał z Hanną leśną ścieżką. Teraz już jej nie

background image

dotykał. Zagrzebał ręce w kieszeniach. Obydwoje nic nie mówili.

Minęli stoły w Zameczku Leśnym, dzieci ciągle jeszcze skakały w workach, Jecz

teraz nie było ich już tak dużo, a gdzieś wśród tłumu klown namydlał olbrzymim

pędzlem do golenia mężczyznę, który siedział spokojnie przy szklance piwa.

- Pojedziemy tramwajem? - zapytała Hanna. Zgarnia ła ze spódnicy resztki

suchego mchu i igły jodłowe, a robiła to tak gruntownie, jakby tym samym chciała

strząsnąć coś więcej.

- Tak - powiedział Tonik. Znowu mu się odbiło. Przydałaby mu się teraz łyżeczka

natronu, to poczułby się le piej. Popatrzył w dół i ujrzał dziurę w swoim lewym

bucie. Teraz już nie starał się jej ukryć. Powiedział: - Musisz zaczesać sobie włosy!

30

Dom był pogrążony w ciemności, światło nie przebłyskiwało ani przez jedną szparę

w oknach. Ukryty za czar nym bukszpanowym żywopłotem, obramowany trzema

strzelistymi brzozami, wydał się Silbergleitowi zupełnie zaklęty. Było dopiero parę

minut po dziewiątej, jednak on nie znal zwyczajów radcy sądowego, może chodził

wcześnie do łóżka. Kilka razy przeszedł przed bramą ogrodu tam i z powrotem,

wreszcie zdecydował się za dzwonić; i tak by nie wiedział, dokąd miałby pójść.

Zaraz otworzyły się drzwi, jakby Kochmann czekał tyl ko na ten znak dzwonka.

- Tak, proszę wejść - powiedział Kochmann grzecz nie. - Jest pan na pewno

zmęczony. Jestem jednak cie kaw pańskich wrażeń.

- Bardzo uprzejmie z pana strony - powiedział Silbergleit- że pan na mnie czekał.

Myślałem już, że przyszedłem zbyt późno.

Ich kroki skrzypiały na piaszczystej drodze. W ciszy wy dawały się Silbergłeitowi

tak głośne, że mimo woli stąpał trochę ciszej.

- Dawniej - powiedział Kochmann i zawsze się cie szyłem, kiedy słyszałem kroki,

dochodzące z piaszczystej drogi aż na górę do mojej pracowni. Teraz stały się one

rzadkością, więc się boję; tak, właściwie mogę je znieść tylko razem z moimi

własnymi. Już same kroki nie wróżą mi nic dobrego.

Silbergleit milczał.

- Wezmę pana za rękę - powiedział Kochmann - i po prowadzę przez korytarz. -

Zamknął za sobą drzwi na klucz, założył rygiel i łańcuch. Potem szedł przez

ciemność. Szedł zupełnie pewnie, jakby do tego przywykł od dawna.

Silbergleit wsłuchiwał się w kroki i postępował za nim pełen ufności. Dopóki czuł

rękę Kochmanna i słyszał jego kroki, nie lękał się niczego. Kiedy zapaliło się

background image

światło, poczuł jednak, jakby mu coś ulżyło.

- Nie chciałbym, żeby jakakolwiek smuga światła pa dała na ulicę - powiedział

Kochmann. - Bo oni teraz szczególnie na nas uważają. I nie chciałbym im

dostarczyć żadnego pretekstu.

Silbergleit był już w tym domu po południu, przyniósł swoje rzeczy z dworca i

umieścił je w pokoju na pierwszym piętrze; potem raz jeszcze powędrował ulicami

miasta, żeby się z nimi bardziej zaznajomić. Teraz, w kręgu światła słabej,

częściowo przyciemnionej lampy, ściany, meble i przedmioty tutaj wydały mu się

całkiem odmienione. Patrzył na rzeczy wokół siebie, jakby były nowe. Floks we

flakonie na stole płonął purpurowo jak gasnący ogień. Położył kapelusz na krześle.

- Zatrzymano mnie u pani Piontek - powiedział Silbergleit usprawiedliwiająco.

- Pan przecież jeszcze nie jadł? - zapytał Kochmann. - Czekałem na pana!

Silbergleit zauważył w najdalszym kącie pokoju, zanurzonym trochę w ciemności,

mały stół nakryty na dwie oso by. Przez cały dzień był w drodze, ale nie czuł głodu.

-

Wie pan - powiedział stary radca sądowy - przyzwyczaiłem się do tego, że

jestem sam. Tylko czasami jest mi trudno jeść w samotności.

Przyniósł chleb, masło, ser, puszkę sardynek w oleju.

- Dawniej na posiłkach był u nas zawsze pełny dom. - Zamyślił się, trzymając chleb

w ręce. To było dawno temu, ale słyszał jeszcze głosy gości, odbijające się od ścian

i do biegające z korytarza, i poczuł, jakby ten obcy przybysz swoim głosem

udźwięcznił coś z tamtych czasów.

- Dlatego sławię radość, że człowiek nie zna nic lepszego pod słońcem, jak

jedzenie i picie, i weselenie się, mówi kaznodzieja Salomon, czy może jest to stare

gliwickie przysłowie? Nie wiem dokładnie. Nie jestem pobożnym Żydem, ale lubię

czytać psalmy. Napije się pan czerwonego wina? Mam tu jeszcze butelkę reserve

aquitaine.

Słowa tego mężczyzny ogrzewały Silbergleita. Jeżeli stary samotny Żyd może

spojrzeć z wdzięcznością na innego starego samotnego Żyda, to Silbergleit zrobił to

w tej chwili. Przybył tu jako obcy, a teraz miał uczucie, że tu jest jego miejsce.

- Może mógłbym panu pomóc? - dorzucił Silbergleit zakłopotany.

- Nie, proszę, niech się pan nie trudzi. Jest pan moim gościem! Woda na herbatę

już się gotuje. Jednak może chce pan umyć ręce, proszę, niech pan weźmie ręcznik.

- Kochmann poruszał się spokojnie po tym pomieszczeniu, wszystkie czynności

wykonywał z taką oczywistością, jakby robił je przez cale życie, można było po nim

background image

po znać, że sprawiało mu to pewne zadowolenie, że te prace wykonywał nie tylko

dla siebie, lecz także jeszcze dla kogoś innego.

Silbergleit pomyślał o tym, co obca kobieta powiedziała mu o synu Kochmanna. To

stworzyło między nimi dystans, którego nie potrafił usunąć. Powiedział: - To miasto

jest mi bardziej obce niż sądziłem. To jest miasto mojego dzieciństwa i może już

nigdy więcej nie można powrócić do swojego dzieciństwa.

Usiedli. Kochmann zapalił świecę. Lubił, kiedy przy jedzeniu na stole paliła się

świeca. Zwłaszcza wtedy, gdy nie tylko on sam przyglądał się blaskowi świecy.

Będąc sam, nigdy nie zapaliłby świecy, to byłoby w jego oczach niemal

marnotrawstwem.

- Po kolacji pójdziemy do Domu Gminy - powiedział Kochmann. - Zaprosiłem kilku

kolegów, chcielibyśmy, żeby nam pan coś przeczytał.

Silbergleit był zaskoczony. Pomyślał o swojej torbie z książkami i manuskryptami,

którą oddał do przechowania temu staremu Żydowi. - Czy ja wiem - powiedział -

jestem tu jeszcze zbyt świeży. - Wpatrywał się w złocony brzeg filiżanki, w

czerwony floks we flakonie, w kieliszek do wina, który iskrzył się w blasku świecy,

w półokrągłe wzory na obrusie. Jakby chciał nawiązać bliższy kontakt między sobą

a tymi przedmiotami.

-

Właśnie dlatego - powiedział Kochmann przyjaźnie i nalał mu herbaty. - Tym

prędzej będzie pan do nas na leżał. - Podał mu chleb. - W ostatnich latach naszej

gminie nie przybyli żadni nowi Żydzi. Może pan sobie wyobrazić, że ludzie są po

prostu ciekawi.

-

Być może- powiedział Silbergleit z wahaniem - pójdziemy tam tylko na

rozmowę. Także i ja chciałbym po znać innych. W pierwszym rzędzie jestem

Żydem, dopiero później poetą. - Spoglądał długo na dymiącą herbatę. - Tak to w

każdym razie wygląda dziś z mojej strony - po wiedział cicho. - Kiedyś było inaczej.

Milczeli przez chwilę. Świeca rzucała żółte światło na ich dłonie.

- Jak pan sobie życzy - powiedział Kochmann. - Myślałem tylko, że skoro już

mamy poetę w mieście... Ra bin Ochs powiedział mi, że zna kilka pańskich wierszy

z Judischer Almanach. On zresztą też tam będzie.

- Tak - powiedział Silbergleit. Ucieszył się, że ktoś go sobie przypominał. - To

może jednak coś przeczytam. Jeżeli pan sobie tego życzy! i Przypomniał sobie, jak

tu w Gliwicach obchodzili szabat. Kiedyś to spisał. Może to mógłby przeczytać, i

Czy jednak nie jest już za późno? - zapytał.

background image

Kochmann uspokoił go: zbiorą się tam Żydzi, bo w każ dy poniedziałek zbierali się

w Domu Gminy. - Pewnego dnia - powiedział Kochmann - ja też się tam

przeprowadzę, na Niederwallstrasse 17. Ten dom należy do naszej gminy. Tutaj na

dłuższą metę nie jestem bezpieczny. Zbyt wielu chciałoby mieszkać tu, w tej willi,

ja to wiem - po wiedział Kochmann chłodno.

Silbergleit przypomniał sobie, co powiedziała mu kobieta.

- Sądzę, że jest pan pod opieką wielkich osobistości - powiedział cicho.

- Pewnego dnia i powiedział Kochmann, nakładając starannie sardynkę na chleb -

może nic mi to już nie po może. Pewnego dnia może nie będę też chciał żadnej

szczególnej opieki. Może nadejść taki czas, kiedy nie chciałbym być nikim więcej,

jak panem Gniostko, naszym szamesem. - Zrobił przerwę. - Pewnego dnia - dodał -

będę może znaczył mniej niż on.

Silbergleit pomyślał o swojej torbie i jakby ją mógł zabezpieczyć. - Naprawdę pan

sądzi - powiedział Silbergleit- że mogliby pewnego dnia przyjść i...skonfiskować ten

dom? - Przypomniał sobie, co powiedział mu mężczyzna z urzędu w jego berlińskim

mieszkaniu: Barak dla platfusów. Szybko wypił herbatę, żeby skryć gorącą falę,

która oblała jego twarz.

- Nie wiem- powiedział Kochmann.- Może pan tutaj mieszkać, jeżeli pan chce,

razem z pańską żoną. Wtedy będzie nas więcej.

Silbergleit uścisnął dłoń Kochmanna, nie wiedział, jak ma mu dziękować. Słowa

wydały mu się teraz niewystarczające. - Tak, przeczytam coś - powiedział po

przerwie. Jego manuskrypty byty niemal wszystkim, co dawało mu ufność, a to nie

było dużo, wiedział o tym. Była to jed nak ufność trzymająca go przy życiu. Jeszcze

dziś wieczór chciał napisać list do swojej żony lisy. Do tej pory wysłał jej tylko

telegram, że szczęśliwie zajechał, to było wszystko. W międzyczasie przeżył ważne

doświadczenia, o tym chciał powiadomić Ilsę.

- Sympatyczna osoba, ta pani Piontek - powiedział Silbergleit.. 1 Zaprosiła mnie

na jutro, żeby odwiedzić grób Montaga. Może tam pójdę. - Zna ją pan?

- Tak, powierzchownie - powiedział Kochmann. - To przede wszystkim zaradna

osoba. Może zbyt zaradna.

- Troszczyła się o Montaga i powiedział Silbergleit. - Ukrywała go w domu w

ogrodzie.

-

Nie wiem - powiedział Kochmann i odchylił się w krześle do tyłu. - Ona jest, jak

sadzę, bardzo dobrą nauczycielką gry na fortepianie. Od jakiegoś czasu wykupuje

background image

razem ze swoim bratem, adwokatem Wondraschkiem, działki także od naszych

łudzi.

Kochmann przetarł chustką szyjkę butelki czerwone go wina i rozlał wino do

kieliszków. - Napijmy się.

Podnieśli kieliszki i spojrzeli przy tym na siebie.

Spotkałem raz pana Montaga w mieście i powiedział Kochmann - i zaprosiłem go

na wykład, ale on tylko po wiedział:

Ja nie mam z wami nic wspólnego. - Montag nie należał do nas. - Powiedział to

tak gwałtownie, jak by go to już nic nie obchodziło.

- On był pół-Żydem - powiedział Silbergleit. - Byli śmy przyjaciółmi, wówczas,

we Wrocławiu. Dla mnie to się liczy.

Obaj walczyli o spuściznę po człowieku, którego nie znali zbyt dobrze. Często robili

długie przerwy i wpatrywali się w blask świecy.

- Stałem przed domem, w którym dorastałem - powie dział Silbergleit, żeby

zmienić temat. - Pytałem ludzi o dawnych mieszkańców i otrzymałem odpowiedź,

że oni już od zawsze tam mieszkają. Wydawało się ich w ogóle nie interesować, co

było dawniej. A kiedy ich zapytałem, czy pamiętają rodzinę Silbergleit, wie pan, co

wtedy zrobili? Zagrozili mi policją, jeżeli zaraz nie zniknę!

Silbergleit pomógł zebrać naczynia. - Zadaję sobie py tanie, czy to było słuszne,

żeby wracać do tego miasta.

Wiedział, że będzie potrzebował dużo cierpliwości, żeby znaleźć na to pytanie

ostateczną odpowiedź.

- Wie pan - powiedział teraz głośniej- dla mnie żydostwo nie było dawniej żadnym

tematem, dopiero w ostatnich latach zacząłem się ram interesować, zagłębiałem się

w nie coraz intensywniej, aż mnie już nie opuściło. Dzisiaj w ogóle nie mógłbym już

pisać o czymś innym. Dziwne, im mniej ten temat był pożądany, tym bardziej mnie

prześladował. A to miasto, w którym się urodziłem, gdzie w dzieciństwie razem z

rodzicami obchodziłem szabat, a szofar wzywał mnie na nabożeństwa do synagogi i

wstrząsał moim sumieniem - zapomniałem o nim w ciągu trzydziestu lat i nagle

teraz, na starość, mnie ono dosięgnęło.

Powiedział to mocnym, pewnym głosem, z ufnością człowieka wierzącego nie tylko

w nieodwracalność prze znaczenia, lecz także w jego niezbadaną słuszność.

Silbergleit wstał.

background image

- Tymczasem o mało nie wyjechałem do USA - po wiedział.

- dlaczego pan tego nie zrobił? - zapytał Kochmann po chwili, raczej od niechcenia.

- Do tej pory nie widziałem powodu, żeby wyjeżdżać z Niemiec. Piszę w języku

niemieckim, jestem niemieckim poetą. Dopiero po Nocy Kryształowej zacząłem się

starać o wyjazd. Widziałem ludzi ogarniętych fanatyzmem -to było straszne. Miszna

mówi: Módl się za pomyślność rządu, bowiem gdyby nie strach przed nim, wtedy

jeden drugiego pochłonąłby żywcem... Za ten kraj nie potrafię się już modlić.

Kochmann wstawił naczynia do kamiennego zlewu. - Ja się nie modlę i powiedział -

i rzadko zaglądam do Siduru. Nie jestem pobożnym Żydem. Jednak częściej niż

dawniej czytam Biblię. I lubię ją czytać, nie wiedziałem wcale, że jest tak

interesująca.

- Dlaczego pan nie wyjechał za granicę? - zapytał Silbergleit. I kiedy nie było

odpowiedzi, dodał: - Niech mi pan wybaczy moje pytanie.

- Ja tu zostanę- powiedział Kochmann. - Tutaj chcę być pochowany. Niech pan

pomyśli, zbliżam sie do siedemdziesiątki, dokąd miałbym jeszcze jechać? Mąż

mojej córki jest włoskim attaché wojskowym w Berlinie, podobno jest na tyle

wpływowy, żeby mnie sprowadzić do Włoch, do Francji albo do Szwajcarii. Jednak

co ja miał bym tam robić? Oprócz Gliwic istnieje dla mnie jeszcze tylko Jerozolima.

Jednak na to jestem za stary. Tutaj na nowym cmentarzu Żydowskim na

Lindenstrasse chciałbym zostać pochowany, to będzie moja Jerozolima. -

Powiedział to ze zdecydowaniem człowieka, który potrzebował dużo czasu na

powzięcie tego postanowienia, dla które go było ono jednak teraz nieodwracalne.

- Zazdroszczę panu siły - powiedział Silbergleit.

-Ja już nie należę do siebie - powiedział Kochmann trzeźwo. - Należę do gminy.

Może w tym rzecz. - Zbierał serwetki ze stołu i zbytnio zbliżył przy tym rękę do

płomienia świecy. Być może, gwałtownym szarpnięciem przewracając świecę,

mógłby go może uniknąć, ale tego nie zrobił. Przyjął ból jak coś, do czego trzeba się

było przyzwyczaić.

Silbergleit zerwał się. W pokoju pachniało przypaloną skórą.

- Niech pan da spokój - powiedział Kochmann do Sil bergleita. - Obtoczę rękę w

mące, to pomaga. - Uśmiechnął się przy tym.

Zabrali kapelusze i przeszli pieszo tych parę kroków do Domu Gminy Żydowskiej

na Niederwallstrasse. W pro stym, gołym, otynkowanym na biało pomieszczeniu,

którego jedyną ozdobę stanowił siedmioramienny świecznik przy frontowej ścianie,

background image

czekało na nich około dwu dziestu Żydów.

Kochmann przedstawił im Silbergleita. Rabin gminy po jawił się w czymś w rodzaju

togi, z odkrytą głową, dwóch mężczyzn nałożyło haftowane jarmułkl, pozostali

przy byli w niepozornych codziennych garniturach. Większość z nich mieszkała w

tym samym rzędzie domów. Silbergleit zauważył, że radca sądowy Kochmann był

przez wszystkich traktowany ze szczególnym szacunkiem Dopiero później

dowiedział się, że kilka dni wcześniej Koch mann został wybrany do "Wielkiej

Rady Żydowskich Przedstawicieli Rzeszy w Niemczech

Rozmowa nie kleiła się. Przyszli, żeby posłuchać poety Arthura Silbergleita.

Silbergleit wyciągnął wreszcie z kieszeni swój manu skrypt. Zastanawiał się przez

chwilę, potem zdecydował się przeczytać wspomnienia z szabatu w dzieciństwie

dopiero na końcu. Zaczął od wiersza.

Pokój pogrąża mrok, chrząszcze wieczorne grają; na ścianie i ziemi drgają

trwożliwe cienie w krąg.

Skrada się pająk cieni z czujkami olbrzyma,

w czarnych łapach trzyma słoneczną moc w agonii.

Lustro wyszczerza kły, wkrótce i ono zniknie, i razem z nami przeniknie magii splot

tajemny.

Silbergieit mówił tak, jakby to był wiersz kogoś inne go. I takie miał niemal

wrażenie; upłynęło dużo czasu, odkąd napisał ten wiersz. Wertował swój

manuskrypt. Po tem przeczytał coś nowego:

Siedmioramienny świecznik w świątyni

Za aksamitną zasłoną, przetykaną złotem i szafirem, przez której szpary tylko raz do

roku przenika dokodesh hakdashim* szelest odświętnych szat arcykapłana,

rozpościera on w dal na jedwabistym dywanie siedem swoich srebrnych palców,

jakby pod baldachimem dachu wspólnej świątyni znowu chciał zebrać wszystkie

rozsiane po świecie dzieci Izraela i wziąć je znowu ojcowsko w swo je ramiona.

Trzymając w dłoniach iskrzące się świece, pło nie on jak promieniste drzewo, które

poprzez różnobarwne szklane gwiazdy okien świątyni posyła do dalekich lasów

cedrowych i świerkowych swoje światło niczym posłańców, żeby odszukać

zagubionych synów i córki Jehowy. Kiedy jego płonący heraldowie nie mogą jednak

owych odnaleźć, wyszlochują gorące łzy i te woskowe łzy białym kroplistym wałem

przyozdabiają jego kraj. Czasami śni on w wieczornym cieniu, że wszystkie

plemiona Izraela przykucnęły u jego srebrnego pnia; wtedy jego oblicze rozbłyskuje

background image

siedmiokrotną szczęśliwością, a jego srebrne ramiona oplatają wszystkich synów i

cór ki Jahwe, którzy w jego śnie powrócili do domu, w sied miokrotnych obręczach.

Mistrz

Pewien król w Izraelu chciał zbudować świątynię. Rozesłał więc lawendę do

wszystkich mistrzów w swoim kra ju, prosząc ich o szkice i plany. Pewien oddany

sztuce człowiek z ludu posłyszał tę wieść i zamiast projektu wy słał królowi psalm

Dawida, w którym zaznaczył, że jego świątynia będzie mogła konkurować z

pięknem tej pie śni nad pieśniami. Wtedy król wezwał do siebie tego, do tej pory

nieznanego mu człowieka, a ponieważ w jego rękach dostrzegł wielką siłę i

zręczność, a z jego ust po słyszał wzniosłe, dobrze dobrane słowa, świadczące o

jego zmyśle artystycznym, powierzył obcemu przybyszowi to dzieło. A ten

rzeczywiście stworzył dom Boży, które go szlachetna linia łuku zdawała się

wypływać z pleśni harfy Dawida i którego kolumny podobne były kamiennym

śpiewom.

Silbergleit zrobił przerwę. Na twarzach słuchaczy wi dział skupienie, oddanie i

przejęcie. I czytał dalej, my śląc o swojej żonie, która miała na twarzy ten sam wy

raz, kiedy słuchała muzyki. Jego słowa były dla innych muzyką.

- Tutaj, w tym mieście - powiedział - przeżywałem w dzieciństwie święta

szabasowe, o których coś napisałem, chciałbym to panom teraz na koniec przeczytać

Tutaj - jak sądzę - odnalazłem samego siebie,.moje korzenie. Marzę o żydowskiej

epopei i o żydowskim dramacie. Marzę o mesjańskich godzinach, kiedy

archaniołowie dru kować będą gwiezdnymi czcionkami żydowską poezję

na stronicach chmur i tak zapraszać mnogość czytelni ków do zagłębiania się w te

niebiańskie pisma.

Kochmann uśmiechnął się do niego zachęcająco ze swojego rzędu. I Silbergleit

powoli, niemal uroczyście czytał ostatni fragment prozy.

Szabat

Mama zawsze mówi, że powinniśmy się cieszyć gdy zbliża się szabat i zdjąć ciemne

szaty, w których czyhają troski. Stroimy się więc w białe ubrania, siedzimy przy

świątecznych stołach i słuchamy pieśni ojca, który sławi szabat - narzeczonego

Judy. Kiedy on śpiewa o narzeczonym i raduje się, wszystkie świece płaczą, a my

nie wiemy dlaczego i wypytujemy ojca, czy ze swoich łez chcą one utkać szabatowi

białą suknię ślubną. A on wskazuje z powagą na płomienie i mówi: "To jest los

wszyst kiego, co się błyszczy na ziemi; musi umrzeć w ciemności. Wiedzą o tym

background image

również świece; dlatego płaczą z całej ich gorącej, płonącej duszy, lecz ich łzy

marzną i tak stają się powoli śmiertelnymi koszulkami świateł". Takich słów nie

potrafimy zrozumieć. I milkniemy. Jakże dziwnie jest dzisiaj! Nawet głośna uliczka

staje się uroczysta. Jedynie zaspana studnia mówi jeszcze przez sen i nawołuje

szabat Już księżyc ociera się z dobrotliwym uśmiechem o pogrążone w żałobie

szczyty domów. Teraz zatrzymuje się nad naszym domem i zaziera przez szparę w

drzwiach. Przejmuje go obraz naszego cichego szczęścia. Inie do tknąwszy nawet

klamki, wkrada się do izdebki, dotyka posiwiałych włosów mateczki, że wydają się

one jeszcze bardziej spłowiałe i drżącymi starczymi rękami wkłada srebrną zakładkę

do modlitewnika ojca. Od czasu do cza su przyłącza się też do modlitwy, kiedy w

jakiejś tajem nej niszy spotyka się ze swoim bratem szabatem. Ale dla czego oni są

rodzeństwem? W księżycu, mówi ojciec, rozkwita szczęście niebiańskie ze snu, a w

szabacie pokój. Czasami mam wrażenie, jakby szabat całował mnie tymi samymi

świętymi wargami, które dopiero co drżały jeszcze w modlitwie. Wtedy moja dusza

staje się piękna pokojem i czysta. Kusi mnie tęsknota, żeby wodować mój pokój w

świat, w święte kielichy kwiatów i w jeszcze świętsze dusz, w ciemne uliczki, w

których mieszka ból i w trwożliwe szczyty domów, wokół których krążą wie czory

jak dziwne upierzone, granatowe ptaki. Wtedy sam jestem szabatem, narzeczonym

szczęścia ze snu i cały świat przytula się do mej duszy jak narzeczona.

Kiedy Silbergelit skończył, wszyscy milczeli. Milczeli długo. Potem się rozeszli.

Przechodząc Silbergleit usłyszał jak jeden z nich mówił do drugiego: - On należy do

nas. Tak, naprawdę - ode zwał się drugi-on należy do nas.

Wtedy Silbergelit postanowił zostać w tym mieście. Zrobiło się późno. Razem z

Arthurem Kochmannem wyszli w noc. W drodze powrotnej nie zamienili ze sobą

ani sło wa. Kiedy byli w domu i paliło się światło, Kochmann wyciągnął Sidur,

wertował go przez dobrą chwilę, do póki nie znalazł odpowiedniego miejsca i

odczytał pół głosem:

Usłysz głos kłótni w naszym kraju. Niech nadejdzie wy pełnienie proroczych

obietnic: nie dopuść wojny aż do końca ziemi, żeby każdy mógł wznieść swoje

domostwo w spokoju winnej latorośli i w cieniu drzewa figowego. Niechaj w Judzie

zaczną wkrótce rządzić moce zbawienia, które są źródłem chwały Izraela. Niechaj

nadejdzie Syjon wybawiciel. Wyzwól ze wszystkich twórczych głę bin siły

zbawienia Izraela i całej ludzkości. Niech to będzie twoją świętą wolą. I mówimy:

Amen.

background image

Większość gości już poszła, ale światło paliło się jeszcze we wszystkich pokojach,

można je było zobaczyć z zewnątrz przez szpary W zaciemnieniu do Valeski, która

wycofała się na górę do swojej sypialni, docierały z salonu z fortepianem słabnące

już dźwięki. Przycisnęła opuszkami palców skronie, w których czuła pulsujący ból.

Rozglądała się za różańcem i znalazła go w końcu w szufladzie między starymi

listami i Pfaffenspieglem. Przeciągnęła go przez dłonie i to dało jej pewną pociechę.

Postanowiła przed zaśnięciem odmówić tajemnice bolesne. - Który za nas krwią się

pocił. Który za nas był ubiczowany. Który za nas został cierniem ukoronowany.

Który za nas ciężki krzyż dźwigał. Który za nas był ukrzyżowany.

Przedtem chciała jednak raz jeszcze pójść do pokoju limy, której od wizyty księdza

dziekana Pattasa już więcej nie widziała. Spojrzała na kapelusz, który przedtem,

wchodząc do pokoju, rzuciła po prostu na podłogę, leżał tam jeszcze, z

przekrzywioną woalką. Ten kapelusz powinien by być czapką-niewidką. Był jednak

tylko zwykłym czarnym kapeluszem żałobnym. Przeszła obok nie podnosząc go.

Zastukała do drzwi Irmy.

Irma otworzyła od razu drzwi; kiedy zobaczyła mat kę, bez słowa odwróciła się i

podeszła do stołu, na którym piętrzyły się listy z powinszowaniami z okazji jej

wesela. Valeska nie widziała nawet jej twarzy, czy zaznaczyło się na niej zdziwienie

czy rozczarowanie, tak szybko się to rozegrało.

- Byłaś z proboszczem Pattasem w moim pokoju - po wiedziała Irma twardym

głosem.

-

Przepraszam - odparła matka, nie myślała już o tym.

- Szukaliśmy ciebie.

- Nie lubię tego - powiedziała Irma. - Pod moją nie obecność. Chciałabym, żeby

nikt nie wchodził do moje go pokoju, kiedy mnie tu nie ma, nikt!

Valeska zatrzymała się w drzwiach. Była onieśmielona, lecz głównie dlatego, że

Irma mówiła do okna, a do niej odwróciła się plecami. - Wyszliśmy od razu, kiedy

zobaczyliśmy, że ciebie tu nie ma - powiedziała.

- W mojej sytuacji, teraz, proboszcz jest ostatnią rzeczą, której mi potrzeba -

powiedziała Irma. Zebrała listy.

- Szpadel na ścianie - powiedziała matka. Próbowała nadać głosowi oburzenie; nie

udało jej się to całkowicie, gdyż widziała tam szpadel już od wielu dni. Jednak

nawet teraz nie .mogła od niego oderwać wzroku. - No więc, Pattas robił wielkie

oczy! I co - powiedziała. - Myślisz może, że modlę się do tego, co wisi na ścianie? -

background image

Irma wstała. Spojrzała teraz także na szpadel na ścianie. Uśmiechnęła się przy tym.

Zdawało jej się sprawiać pewną radość to, że ten szpadel na ścianie wywoływał u

innych wstrząs. - Ja nie należę do ludzi, którzy wieszają sobie na ścianie Anioła

Pańskiego albo stawiają na fortepianie zdjęcie Giesekinga, żeby każdy widział, w co

się wierzy.

Irma spojrzała na matkę tak surowo, że ta musiała uciec wzrokiem. - Nie chcesz

wejść? Stoisz tak w progu jak ucieleśniony wyrzut.

Irma usiadła na łóżku.

Matka weszła do pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Po kój wyglądał teraz zupełnie

inaczej. Sprawiał to nie tylko szpadel na ścianie, lecz również prezenty ślubne, które

przypadkowo i bezładnie leżały spiętrzone jedne na drugich w jednym kącie pokoju,

jak śmieci albo odpadki czekające na to, żeby je ktoś wyniósł. Kiedy była tu

przedtem z księdzem dziekanem, nie zwróciła na to uwagi. Na wierzchu leżała

rozciągnięta harmonia, jakich używają w cyrku klowni, na niej rozsypany był

komplet sztućców, widelce, noże, łyżki. Obok kilka butelek wina, szczoteczka do

okruchów, elektryczne żelazko, dwa wyrzeźbione z drewna lwy jako podpórki do

książki. Valeska w ogóle nie mogła na to patrzeć.

- Nie, po to nie przyszłam - powiedziała, - Chciałam cię zobaczyć, Irmo. Po tym

męczącym dniu chciałam cię zobaczyć. To wszystko, więcej nic.

Nie patrzyła przy tym na córkę, lecz z westchnieniem spojrzała na ziemię. Z dołu

dochodziły głosy, kroki, trzaskanie drzwiami. - Chciałabym wiedzieć, kto tam teraz

jeszcze jest? - powiedziała Valeska po przerwie. - Że tak ciężko pozbyć się z domu

gości!

Valeska Piontek usiadła na krześle, którego siedzenie było jeszcze ciepłe po Irmie. -

Jestem zmęczona, już nie mogę. Chciałabym, żebyśmy kiedyś nareszcie byli w

domu sami.

Irma milczała.

Nie zauważyła, że to my nie za bardzo pasuje. Josel oddalił się, nawet gdy raz

jeszcze wrócił, w zasadzie już go tu nie ma. I mnie nie ma, bo jestem martwa. Co się

stanie, kiedy ona to kiedyś pojmie? Ona jednak zastawi się tyloma złudzeniami,

kłamstwami i lustrami, że może nigdy tego nie zauważy.

- Człowiek sam jest tylko ze sobą - powiedziała Irma bezbarwnie.

Już tak często o tym rozmyślała, że to zdanie wydało jej się pustym bezsensownym

powtórzeniem.

background image

Milczały teraz obydwie.

- Wiem, że jestem martwa - powiedziała Irma po chwili.

Valeska podniosła z przestrachem wzrok. Wpatrywała się w swoją córkę. - Co ty

mówisz?

-Jestem martwa. Tak jak ojciec, którego dziś pochowaliśmy. Jednak nikt mi w to nie

uwierzy, bo jeszcze od dycham, bo tutaj stoję albo leżę na łóżku, mam rumiane

policzki i rozmawiam - ale to wszystko jest złudzeniem.

Tu w środku wszystko obumarło, wszystko jest martwe, ja żywcem gniję. Właściwie

to jeszcze gorsze.

Dla Irmy było zupełnie jasne: to, co czuła, miało tylko w ułamku coś wspólnego z

tym, co wyraziła w prostacki, może nawet nie całkiem pojmowalny sposób.

-

Nigdy nie będę mogła nikomu powiedzieć albo objaśnić, co się stało i

powiedziała w zamyśleniu, jakby była zupełnie sama w pokoju, a resztę tylko

pomyślała: nawet samej sobie, już teraz widzę, jak sama siebie oszukuję. Czytam

listy, które dostałam na wesele i milczę przy tym, a powinnam się przecież

roześmiać, krzyknąć, ryczeć jak oszalała. Zamiast tego, czytam spokojnie takie

zdania jak: Niech Boże błogosławieństwo spoczywa na was obojgu albo: Niech Bóg

błogosławi twoje łono, Górny Śląsk potrzebuje niemieckich dzieci; albo: Pamiętasz,

jak bawiłyśmy się nad rzeką w praczki, a ty już wtedy powiedziałaś, wyjdę za mąż

za oficera albo za hrabiego i będę mieć dziewkę, która będzie za mnie prać

bieliznę...W końcu ludzie będą się do mnie zwracać per pani Birkner, po nazwisku,

które w tych okolicach zawsze pozostanie obce, a ja będę stać i nie śmiejąc się ani

nie płacząc, będę im podawać rękę, ale wtedy, naprawdę, tylko w czarnych

rękawiczkach, w czarnej sukience, w czarnym kapeluszu i czarnej woalce na oczach.

Jako wdowa mogłabym się sobie jeszcze podobać.

Valeska wyprostowała się, nie wiedziała, co ma po wiedzieć. To powietrze tutaj.

Można się było udusić. Nie miała sił, żeby się podnieść i pod roletą zaciemniającą

otworzyć jedno skrzydło okna.

- Mój Boże, dziecko, mówisz jak w gorączce. - Valeska powoli podeszła do córki,

chciała jej położyć rękę na włosach albo na ramionach, jak to robiła tysiąc razy,

kiedy ona była jeszcze dzieckiem. Jednak Irma zabroniła jej tego z gwałtownością,

która ją przeraziła.

- Dlaczego... dlaczego tak się przede mną bronisz?- zapytała Valeska. Cofnęła się.

Mater dolorosa, jeszcze jeden miecz przebił jej serce; zadawała sobie przy tym

background image

pytanie, ile ciosów mieczem człowiek może wytrzymać i czy może wierzyć w to,

czego nauczyła się w kongregacji maryjnej.

- Jak może się bronić ktoś, kto jest martwy... nie chcę tylko, żebyś dotykała to

gnijące, przeklęte, pierońskie ciało.

- Irma - krzyknęła nagle Valeska - co się z tobą dzieje, dziecko?

Rzuciła się na córkę. Obydwie kobiety zmagały się ze sobą. Irma odepchnęła matkę

od siebie.

- Posłuchaj mnie proszę, mamusia. Wszystko ci wy tłumaczę. Proszę, usiądź z

powrotem, tam na krześle, ale nie przeglądaj się bez przerwy w lustrze.

Zaczekała, aż matka usiadła naprzeciwko niej.

- Oddałam się Kaprzikowi - powiedziała Irma cicho. I gdy matka popatrzyła na nią

nie rozumiejącymi wielki mi oczami, powiedziała głośniej: - Czy ty tego nie

rozumiesz, dałam się dupcyć głupiemu Kaprzikowi! - Wpatrywała się przy tym w

szpadel na ścianie. - Nie wiem, dlaczego to zrobiłam - mówiła dalej, jakby sama do

siebie. - Chciałam wiedzieć, jak to jest. I chciałam to zrobić z kimś, kto o tym nie

powie, kto nigdy o tym nie będzie mówił i wyszukałam sobie tego głupiego i

niemego Kaprzika. Naturalnie, że mogłam mieć niejednego, ale ty zawsze byłaś

przeciw, jak przy Skrobku... No to poszłam z Kaprzikiem do Lasu Łabędzkiego,

myślałam, że z nim to nie będzie mieć żadnych skutków, o tym nikt się nie dowie i

tak to zrobiłam...

Jej matka patrzyła w ziemię, tam nie było dla niej te raz nic innego, poza głęboką,

ziejącą czeluścią czernią. Sposób, w jaki Irma to powiedziała, nie pozwalał jej ani

przez minutę wątpić w to, że mówiła prawdę.

- Głupi Kaprzik - powiedziała bezbarwnie - głupi Kaprzik... - Gdyby nie

przytrzymała się krzesła, może by upadła, tak słabo' się nagle poczuła. Zaparła się

nogami o podłogę i stanęła na harmonii, która wydała z siebie przeraźliwy, piskliwy

dźwięk. - Który za nas był ubiczowany- pomyślała.

Irma powoli podniosła się z łóżka. Zatoczyła się. Valeska wstała i podeszła do niej,

milcząco objęła ramie niem ciało córki, Irma nie protestowała: jej walka dobiegła

końca. Kobiety stały tak przez chwilę bez żadnego ruchu, spokojne i wyczerpane.

Valeska tęskniła za tym objęciem od wielu dni, tygodni, miesięcy (może nawet lat).

Teraz nie czuła wiele więcej poza zapachem potu córki; przyprawiał ją niemal o

zawrót głowy. Zrobiło jej się ciemno przed oczami. Sądziła, że to szczęście.

- Mój Boże, co ty przeszłaś, moje dziecko!- powie działa Valeska. I nagle

background image

krzyknęła: - Ona jest świętą!

Pognała do swojej sypialni i przyniosła różaniec. Owi nęła go wokół lewej dłoni

drugą robiąc znak krzyża od lewej strony do prawej.

- Święta Mario, Matko Magdaleno, ona jest świętą!

Uklękła przed cudownym obrazem i zaczęła odmawiać

tajemnice bolesne.

- Który za nas był cierniem ukoronowany. Który za nas ciężki krzyż nosił.

Horst Bienek

Ar'

S

L

Hberlicht

Wrześi, X światło

Julian

Przełożył BRONISLAW ZIELIŃSKI

PAŃSTWOWY INSTYTUT WYDAWNICZY

Robert Graves, publikując ciąg dalszy dzieła Ja, Klau diusz, oświadczył w nieco

gniewnej przedmowie, iż wielu recenzentów najwyraźniej uważało, że po prostu

zbudował sobie powieść z plotek Swetaniusza, co wydawało im się rzeczą bardzo

łatwą. W Klaudiuszu i Messalinie Graves odparował to długą bibliografią,

zawierającą nieomal wszy stkie odnośne teksty, jakie ocalały ze świata starożytnego.

Ja niestety tyle nie przeczytałem. Ażeby jednak uprze dzić tych, którzy mogą sądzić,

że jedynym źródłem była tu historia Ammianusa Marcellinusa (czy wręcz Edwarda

Gib- bona), zamieściłem na końcu książki częściową bibliografię.

Życie cesarza Juliana jest szczególnie dobrze udokumen towane. Zachowały się trzy

tomy jego listów i esejów, a tacy jego znajomi, jak Libaniusz i święty Grzegorz z

Na- zjanzu, napisali o nim żywe relacje. Chociaż pisałem po wieść, nie dzieło

historyczne, usiłowałem trzymać się fa któw, tylko czasem zmieniając pewne

rzeczy. Na przykład, jest mało prawdopodobne, ażeby Priskus spotkał się z Julia

nem w Galii, ale dla opowieści było dogodne umieścić go tam.

Julian zawsze był w Europie poniekąd bohaterem pod-1 ziemnym. Jego próba

zahamowania chrześcijaństwa i przy- J wrócenia religii helleńskiej nadal ma pewien

romantyczny i powab, on sam zaś pojawia się w najróżniejszych miejscach,

zwłaszcza w okresie Odrodzenia, później zaś w dziewiętnas- / tym wieku. Dwaj

autorzy, po których trudno było się tego ' spodziewać, Lorenzo de’ Medici i Henryk

Ibsen, napisali

background image

s

o nim sztuki. Jednakże niezależnie od jedynej w swoim ro dzaju przygody, jaką

było życie Juliana, fascynujące jest nadal samo czwarte stulecie. W ciągu

pięćdziesięciu lat, między wstąpieniem na tron stryja Juliana, Konstantyna

Wielkiego, a śmiercią Juliana w wieku lat trzydziestu dwóch, ugruntowało się

chrześcijaństwo. Na złe czy na do bre, jesteśmy dziś w dużej mierze wynikiem tego,

czym chrześcijanie byli naówczas.

Wymieniając miasta, podaję ich nazwy współczesne, a nie starożytne (Mediolan, nie

Mediolanum), z wyjątkiem przy padków, kiedy nazwa pierwotna jest nam lepiej

znana (Efez, nie Seldżuk). Daty określam według naszego zwy czaju: n.e. i p.n.e.

Skomplikowaną sprawą jest waluta. Nikt nie ma całkowitej pewności, jaka

dokładnie była siła nabywcza pieniądza w czwartym wieku, ale złoty solidus

odpowiadał zapewne mniej więcej pięciu dolarom. Julian, Priskus i Libaniusz, trzej

narratorzy niniejszej opowieści, pisali po grecku. Łacina ich była dosyć niepewna, o

czym nam sami przypominają, ale od czasu do czasu używają określeń łacińskich,

bardzo podobnie jak my. Do wiado mości tych czytelników, którzy będą na próżno

szukali słynnych ostatnich słów Juliana: „Zwyciężyłeś, Galilejczy ku!”, podaję, że

nigdy ich nie powiedział. Tę piękną retory kę, skomponowaną w sto lat po śmierci

Juliana, zapisać trzeba na konto Teodoreta.

Pragnę podziękować Akademii Amerykańskiej w Rzymie oraz Amerykańskiej

Szkole Studiów Klasycznych w Ate nach za to, że zezwoliły mi korzystać ze swoich

bibliotek.

G

. v.


Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Swiatla wrzesnia
!Carlos Ruiz Zafón Światła września
Swiatla wrzesnia Ruiz ZafAln Carlos
Światłolecznictwo
16 Metody fotodetekcji Detektory światła systematyka
Polaryzacja światła
Zastosowanie światła w medycynie i kosmetologii
ŚWIATŁOLECZNICTWO 1
23 Pddzialywanie swiatla z materia
automatyczne swiatla
Michaels Fern Światła Las Vegas 03 Żar Vegas
Ćwiczenie 1 Badania strumienia świetlnego różnych źródeł światła
45Załamania światła na powierzchni sferycznej
CZUJKI DYMU WYKORZYSTUJĄCE ŚWIATŁO ROZPROSZONE DO POMIARU GĘSTOŚCI OPTYCZNEJ DYMU
Liturgia Uczty, Ruch Światło-Życie (oaza), Materiały formacyjne, Diakonia Liturgiczna (DL)
Opis programu komputerowego Twierdzenie Pitagorasa-dowód i z, wrzut na chomika listopad, Informatyka

więcej podobnych podstron