background image

B O H U M I L   H R A B A L  

 

Zbyt głośna 

samotność 

 

Tytuł oryginału: Príliš blučná samota 

© 1980, Bohumil Hrabal Estate, Zürich, Switzerland 

© Copyright for the Polish translation by Piotr Godlewski, 1978, 2003 

© Copyright for the Polish edition by Świat Literacki, 

Izabelin 2003 

Wydanie porównane z edycją Sebrané spisy Bohumila Hrabala, t. IX, Pražská 

imaginace, Praha 1994 

Projekt okładki: Grzegorz Laszuk 

Na okładce wykorzystano archiwalną fotografię autora 

 

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jedynie Sło

ń

ce ma prawo do swoich plam  

Johann Wolfgang Goethe 

background image

 

Trzydzieści  pięć  lat  pracuję  przy  starym  papierze  i  to  jest  moja  love  story. 

Trzydzieści  pięć  lat  prasuję  stary  papier  i  książki,  trzydzieści  pięć  lat  tytłam  się  w 
literach,  wskutek  czego  upodobniłem  się  do  leksykonów,  których  przez  ten  czas 
sprasowałem pewnie ze trzydzieści kwintali, jestem dzbanem pełnym żywej i martwej 
wody,  starczy,  bym  się  lekko  nachylił,  a  cieką  ze  mnie  same  piękne  myśli,  jestem 
wbrew własnej woli wykształcony, tak więc właściwie nawet nie wiem, które myśli są 
moje  i  ze  mnie,  a  które  wyczytałem,  tak  więc  w  ciągu  tych  trzydziestu  pięciu  lat 
zjednoczyłem się z samym sobą i światem wokół mnie, bo ja gdy czytam, to właściwie 
nie  czytam,  biorę  piękne  zdanie  do  buzi  i  ssę  je  jak  cukierek,  jakbym  sączył 
kieliszeczek likieru, tak długo, aż w końcu ta myśl rozpływa się we mnie jak alkohol, 
tak  długo  we  mnie  wsiąka,  aż  w  końcu  nie  tylko  jest  w  moim  mózgu  i  sercu,  lecz 
pulsuje w mych żyłach aż po krańce naczyniek włoskowatych. Tak oto w jeden miesiąc 
prasuję przeciętnie dwadzieścia kwintali książek, ale by nabrać sił do tej mej zbożnej 
pracy, w ciągu tych trzydziestu pięciu lat wypiłem tyle piwa, że z tego zleżakowanego 
trunku  byłby  pięćdziesięciometrowy  basen  pływacki,  byłyby  całe  zestawy  sadzów  na 
wigilijne karpie. Tak oto wbrew własnej woli zmądrzałem i teraz stwierdzam, że mój 
mózg  to  sprasowane  w  hydraulicznej  prasie  myśli,  paczki  pomysłów,  tajną  skrytką 
Kopciuszka jest moja głowa, na której wygorzały włosy, i wiem, że jeszcze piękniejsze 
musiały być czasy, kiedy wszelka myśl zapisana była tylko w ludzkiej pamięci, wtedy, 
gdyby ktoś chciał sprasować książki, musiałby prasować ludzkie głowy, ale i to na nic 
by  się  nie  zdało,  bo  autentyczne  myśli  przychodzą  z  zewnątrz,  są  poza  człowiekiem 
niczym  makaron  w  bańce,  toteż  Koniášowie

1

  całego  świata  daremnie  palą  książki  i, 

jeżeli  w  tych  książkach  odnotowano  coś  ważnego,  słychać  jedynie  cichy  chichot 
palonych  książek,  bowiem  solidna  książka  zawsze  wskazuje  w  inną  stronę  i  poza 
siebie.  Kupiłem  sobie  taki  malutki  kalkulator,  co  to  i  mnoży,  i  pierwiastkuje,  taką 
małą  maszynkę,  nie  większą  od  portfela  i,  gdy  zebrałem  się  na  odwagę,  wyłamałem 
śrubokrętem  tylną  ściankę  i  ogarnął  mnie  radosny  lęk,  bo  ku  memu  zadowoleniu 
wewnątrz  kalkulatora  znalazłem  maleńką  płytkę,  mniejszą  od  znaczka  pocztowego, 
nie  grubszą  od  dziesięciu  stron  książki,  a  poza  tym  już  nic  innego,  tylko  powietrze, 
powietrze  naładowane  wariacjami  matematyki.  Kiedy  dobieram  się  oczami  do 
solidnej  książki,  gdy  usunę  wydrukowane  słowa,  to  z  tekstu  także  nie  pozostanie 
więcej  niż niematerialne  myśli,  które  polatują  w  powietrzu,  unoszą  się  w  powietrzu, 
żywią się powietrzem i w powietrze znowu się obracają, ponieważ wszystko jest koniec 
końców  powietrzem,  tak  jak  krew  jednocześnie  jest  i  zarazem  nie  jest  w 
konsekrowanej  hostii.  Trzydzieści  pięć  lat  paczkuję  stary  papier  i  książki,  a  żyję  w 
kraju, który od piętnastu pokoleń umie czytać i pisać, mieszkam w byłym królestwie, 
gdzie było i jest zwyczajem oraz manią cierpliwe wprasowywać sobie w głowę myśli i 
obrazy,  które  budzą  nieopisaną  radość  i  jeszcze  większy  żal,  żyję  wśród  ludzi,  którzy 
za  paczkę  sprasowanych  myśli  zdolni  są  oddać  nawet  życie.  I  teraz  wszystko  to 
powtarza  się  we  mnie,  trzydzieści  pięć  lat  wciskam  zielony  i  czerwony  guzik  mej 
prasy,  ale  trzydzieści  pięć  lat  piję  również  te  dzbany  piwa,  nie  byle  pić,  ja  boję  się 
pijaków,  piję,  by  wspomagać  myślenie,  by  lepiej  wgryzać  się  w  samo  serce  tekstów, 
ponieważ to, co czytam, nie służy ani rozrywce, ani temu, by czas płynął mi szybciej, 
czy wreszcie bym łatwiej zasnął, ja który żyję w kraju od piętnastu pokoleń umiejącym 
czytać  i  pisać,  piję,  by  od  czytania  już  nigdy  nie  móc  spać,  by  od  czytania  dostać 
dreszczy,  bowiem  podzielam  pogląd  Hegla,  że  człowiek  szlachetny  nie  musi  być 
                                                   

1

 Antonin Koniáš (1691-1760) – jezuita czeski szczególnie wsławiony zwalczaniem literatury uznanej za 

kacerską; przypisuje mu się spalenie około 30 000 książek.

 

background image

 

szlachcicem, a złoczyńca - mordercą. Gdybym ja umiał pisać, to napisałbym książkę o 
większym szczęściu i o większym nieszczęściu człowieka. Dzięki książkom i z książek 
dowiedziałem  się,  że  niebiosa  wcale  nie  są  humanitarne  i  że  człowiek  myślący  także 
humanitarny  nie  jest,  nie  żeby  nie  chciał,  lecz  dlatego  że  byłoby  to  sprzeczne  z 
poprawnym  myśleniem.  Z  moich  rąk  i  w  mojej  hydraulicznej  prasie  giną  cenne 
książki, a ja temu prądowi i przepływowi nie potrafię przeszkodzić. Nie jestem niczym 
więcej  niż  subtelnym  rzeźnikiem.  Książki  nauczyły  mnie  gustować  w  spustoszeniu, 
cieszyć  się  nim,  kocham  oberwania  chmur  i  brygady  rozbiórkowe,  wystaję  całymi 
godzinami,  żeby  widzieć,  jak  pirotechnicy  energicznym  ruchem,  jakby  pompowali 
gigantyczne  dętki,  wysadzają  w  powietrze  całe  bloki  domów,  całą  ulicę,  do  ostatniej 
chwili  nie  mogę  się  napatrzeć  na  tę  pierwszą  sekundę,  która  unosi  wszystkie  cegły  i 
kamienie, i belki, by potem nastąpiła chwila, kiedy domy osuną się cicho jak suknia, 
jak  transatlantyk,  po  wybuchu  kotłów  szybko  opadający  na  dno  morza.  No  i  stoję 
potem w chmurze pyłu i w muzyce łoskotu i myślę o swej pracy w głębokiej piwnicy, 
gdzie stoi moja prasa, przy której trzydzieści pięć lat pracuję w świetle żarówek, nad 
sobą słyszę kroki na podwórzu, a przez otwór w suficie mej piwnicy jak z nieba sypią 
się  rogi  obfitości,  zawartość  worków  i  skrzyń,  i  pudeł,  w  otwór  pośrodku  podwórza 
wysypujących  stary  papier,  zwiędłe  łodygi  z  kwiaciarni,  papiery  z  hurtowni, 
przedawnione  programy  i  bilety,  i  opakowania  od  lodów  oraz  lodowych  tortów, 
zachlapane arkusze po pokojowych malarzach, sterty mokrego i krwawego papieru z 
Centrali Mięsnej, ostre ścinki z pracowni fotograficznych, zawartość koszy z biur wraz 
ze  szpulkami  taśmy  do  maszyn,  bukiety  z  minionych  już  urodzin  i  imienin,  czasem 
wpadnie  mi  do  piwnicy  zawinięty  w  gazetę  brukowiec,  by  papier  więcej  ważył,  i 
omyłkowo  wyrzucone  noże  do  krajania  tektury,  i  nożyczki,  młotki  i  rympały  do 
wyciągania gwoździ, rzeźnickie tasaki i filiżanki z zaskorupiałą czarną kawą, niekiedy 
również zeschła wiązanka ślubna i świeży wieniec pogrzebowy ze sztucznych kwiatów. 
I  ja  trzydzieści  pięć  lat  prasuję  to  wszystko  w  mej  hydraulicznej  prasie,  trzy  razy  na 
tydzień te moje paczki jadą ciężarówkami na dworzec, do wagonów, a potem dalej, do 
papierni,  aby  tam  robotnicy  przecięli  druty  i  zwalili  mą  pracę  w  ługi  i  kwasy, 
rozpuszczające nawet żyletki, którymi co chwila kaleczę sobie ręce. Lecz tak samo jak 
w nurcie mętnej rzeki, zbrukanej ściekami z fabryk, zabłyśnie śliczna rybka, tak też w 
nurcie starego papieru błyśnie grzbiet cennej książki, olśniony patrzę przez chwilę w 
inną stronę, po czym wyławiam ją, wycieram w fartuch, otwieram i niucham tekst, a 
następnie  zdając  się  na  wróżbę  homerycką  odczytuję  pierwsze  zdanie,  na  którym 
spocznie  mój  wzrok,  i  dopiero  wtedy  odkładam  książkę  między  inne  wspaniałe 
znaleziska,  do  skrzyneczki  wyścielonej  świętymi  obrazkami,  które  ktoś  przez  omyłkę 
wysypał  mi  do  piwnicy  wraz  z  modlitewnikami.  Jest  potem  moją  mszą,  mym 
rytuałem,  by  każdą  taką  książkę  nie  tylko  przeczytać,  ale  po  przeczytaniu  włożyć  do 
każdej  paczki,  bowiem  ja  każdą  paczkę  muszę  pięknie  przystroić,  muszę  nadać  jej 
swój  charakter,  złożyć  na  niej  swój  podpis.  Troszczę  się  o  to,  by  każda  paczka  była 
inna, każdego dnia roboczego muszę zostać w piwnicy o dwie godziny dłużej, muszę 
przychodzić do pracy o godzinę wcześniej, muszę pracować czasem również w sobotę, 
żeby  sprasować  tę  nie  kończącą  się  nigdy  górę  starego  papieru.  W  zeszłym  miesiącu 
przywieźli  i  zrzucili  mi  do  piwnicy  sześć  kwintali  reprodukcji  sławnych  mistrzów, 
sześć  kwintali  przemoczonych  Rembrandtów  i  Halsów,  i  Monetów,  i  Manetów,  i 
Klimtów, i Cezanne'ów, i innych grubych ryb europejskiego malarstwa, tak więc każdą 
paczkę  obramowuję  teraz  z  boków  reprodukcjami  i  wieczorem,  gdy  paczki  stoją 
rzędem  przed  windą,  nie  mogę  nasycić  się  tym  pięknem,  ozdobionym  po  bokach  tu 
Strażą  nocną,  tu  Saskią,  tu  Śniadaniem  na  trawie,  tutaj  Domem  wisielca,  tu 
Guerniką.  I  ja  jeden  na  świecie  wiem  ponadto,  że  w  sercu  każdej  paczki  spoczywa 
tutaj  otwarty  Faust,  tu  Don  Carlos,  tu  otoczony  obrzydliwym  papierem 

background image

 

zakrwawionych  dekli  leży  Hyperion,  a  tutaj  wewnątrz  paczki  z  worków  po  cemencie 
odpoczywa  Tako  rzecze  Zaratustra.  Tak  oto  ja  jedyny  na  świecie  wiem,  w  której 
paczce  leży  jak  w  grobowcu  Goethe  i  Schiller,  a  gdzie  Hölderlin,  a  gdzie  Nietzsche. 
Tak  oto  jedynie  sam  dla  siebie  jestem  w  pewnym  sensie  jednocześnie  artystą  oraz 
widzem  i  dlatego  jestem  co  dzień  zmaltretowany  i  śmiertelnie  znużony,  i  rozdarty,  i 
zszokowany,  i  by  zmniejszyć  i  umniejszyć  to  wielkie  wyczerpanie,  piję  jeden  dzban 
piwa za drugim, a w drodze po piwo do Husenskich mam pod dostatkiem czasu, aby 
móc  medytować  i  marzyć  o  tym,  jak  będzie  wyglądała  moja  następna  paczka. 
Wyłącznie po to piję tak wiele piwa, by lepiej widzieć przyszłość, bo w każdej paczce 
grzebię cenną relikwię, otwartą trumienkę genialnego dziecięcia, zasypaną zwiędłym 
kwieciem,  frędzlami  staniolu,  anielskimi  włosami,  żeby  zrobić  przyjemne  gniazdko 
dla książek, które pojawiły się w mej piwnicy równie niespodziewanie, jak pojawiłem 
się w tej piwnicy ja. Dlatego stale mam w pracy zaległości, dlatego stary papier piętrzy 
się  na  podwórzu  pod  sam  strop,  tak  samo  jak  góra  papieru  w  mej  piwnicy  przez 
zasypany  otwór  w  suficie  wznosi  się  aż  pod  strop  nad  podwórzem.  Dlatego  mój 
kierownik  przebija  się  niekiedy  bosakiem  przez  stary  papier  i  przez  otwór  woła  do 
mnie w dół z twarzą purpurową ze złości: Haňtio, gdzie jesteś? Na Boga, nie wgapiaj 
się  w  książki,  tylko  zasuwaj!  Podwórze  zasypane,  a  ty  tam  na  dole  śnisz  sobie  i 
cymbalisz  się  do  kwadratu!  Ja  zaś  kulę  się  u  podnóża  góry  papieru  jak  Adam  w 
krzakach,  z  książką  w  palcach  otwieram  zalęknione  oczy  na  inny  świat  niż  ten,  w 
którym  akurat  przebywałem,  bo  ja,  gdy  się  zaczytam,  jestem  całkiem  gdzie  indziej, 
jestem  w  tekście,  samego  mnie  to  dziwi  i  muszę  z  poczuciem  winy  przyznać,  że 
naprawdę znajdowałem się we śnie, w świecie piękniejszym, że byłem w samym sercu 
prawdy. Codziennie z dziesięć razy zdumiewa mnie, że mogłem sam od siebie tak się 
oddalić.  Taki  wyobcowany  i  wyodrębniony  wracam  również  z  roboty,  cicho  i 
pogrążony  w  głębokiej  medytacji  wędruję  ulicami,  mijam  tramwaje  i  samochody,  i 
przechodniów,  w  obłoku  książek,  które  dzisiaj  znalazłem  i  niosę  w  teczce  do  domu, 
tak  oto  zatopiony  w  marzeniach  przechodzę  na  zielonym  świetle,  nawet  o  tym  nie 
wiedząc, nie wpadam na słupy latarń ani na ludzi, tylko idę i cuchnę piwem i brudem, 
lecz  uśmiecham  się,  bo  w  teczce  niosę  książki,  po  których  się  spodziewam,  że 
wieczorem dowiem się z nich o samym sobie czegoś, czego jeszcze nie wiem. Idę tak 
gwarnymi  ulicami,  nigdy  nie  na  czerwonym,  umiem  chodzić  w  podświadomej 
nieświadomości  i  w  półśnie,  inspirowany  bodźcem  podprogowym,  każda  paczka, 
którą  tego  dnia  sprasowałem,  dobrzmiewa  we  mnie  cichutko  i  spokojnie,  i  czuję 
wprost fizycznie, że ja też jestem sprasowaną paczką książek, że we mnie również tli 
się mały kontrolny płomyczek termy, ten mały kontrolny ogieniek gazowego piecyka, 
maleńka wieczna lampka, którą co dzień podsycam olejem myśli wyczytanych przeze 
mnie w pracy wbrew własnej woli z książek, które teraz niosę w teczce do domu. Tak 
oto  wracam  niczym  płonący  dom,  niczym  płonąca  stajnia,  światło  życia  wychodzi  z 
ognia,  a  znów  ogień  ze  śmierci  drewna,  wraży  żal  został  na  dnie  popiołu,  ja  zaś 
trzydzieści pięć lat prasuję w hydraulicznej prasie stary papier, pięć lat dzieli mnie od 
emerytury,  i  ta  moja  maszyna  pójdzie  ze  mną,  nie  porzucę  jej,  oszczędzam,  mam 
specjalną  książeczkę  oszczędnościową,  i  na  emeryturę  pójdziemy  obydwoje,  bo  ja  tę 
maszynę od przedsiębiorstwa kupię, zabiorę ją do siebie, ustawię ją gdzieś w ogrodzie 
mego wuja  wśród drzew i dopiero wtedy, tam w ogródku, będę robić zaledwie jedną 
jedyną  paczkę  dziennie,  ale  będzie  to  paczka  spotęgowana,  paczka  jak  posąg,  jak 
artefakt,  w  takiej  paczce  zawrę  wszystkie  me  młodzieńcze  złudzenia,  wszystko,  co 
umiem, czego nauczyłem się w ciągu tych trzydziestu pięciu lat w pracy i dzięki pracy, 
tak  oto  dopiero  na  emeryturze  będę  robić,  pod  wrażeniem  chwili  i  inspiracji,  jedną 
jedyną paczkę dziennie z książek, których mam w domu więcej niźli trzy tony, będzie 
to paczka, której nie będę musiał się wstydzić, będzie to paczka zawczasu wymarzona, 

background image

 

wymedytowana, a nadto jeszcze, gdy do koryta prasy będę kłaść książki i stary papier, 
jeszcze  podczas  tej  pracy,  która  będzie  twórczością  w  pięknie,  jeszcze  przed 
ostatecznym  dociśnięciem  sypnę  konfetti  i  cekinów,  codziennie  jedna  sprasowana 
paczka i po roku urządzę w ogrodzie jedną wystawę paczek, wystawę, na której każdy 
zwiedzający będzie mógł sam, ale pod mym nadzorem, sam wykonać swą paczkę, gdy 
płyta prasy po wciśnięciu zielonego guzika będzie spychać przed sobą i z gigantyczną 
siłą  miażdżyć  i  ściskać  stary  papier  ozdobiony  książkami  i  kwiatami,  i  takimi 
odpadkami,  jakie  kto  sobie  przyniesie,  wrażliwy  widz  będzie  mógł  zaznać  przeżycia, 
jakby  w  mej  hydraulicznej  prasie  był  prasowany  on  sam.  Siedzę  już  w  domu  w 
półmroku, siedzę na stołku, głowa opada mi i dotykam w końcu wilgotnymi wargami 
kolana,  i  jedynie  w  ten  sposób  zapadam  w  drzemkę.  Niekiedy  śpię  tak  w  pozycji 
thonetowskiego krzesła aż do północy, a obudziwszy się unoszę głowę i nogawkę mam 
na kolanie przemoczoną od śliny, gdy zwinąłem się tak w kłębuszek i skuliłem niczym 
kotek  na  mrozie,  niczym  drewno  fotela  na  biegunach,  bo  ja  mogę  pozwolić  sobie  na 
ten luksus, żeby być opuszczony, choć ja nigdy opuszczony nie jestem, ja jestem tylko 
sam, by móc żyć w zaludnionej myślami samotności, bo ja po trosze jestem entuzjastą 
nieskończoności  i  wieczności,  a  Nieskończoność  i  Wieczność  chyba  gustują  w  takich 
ludziach jak ja. 

Trzydzieści pięć lat prasuję stary papier i w ciągu tego czasu zbieracze wrzucili 

mi  do  piwnicy  tyle  pięknych  książek,  że  gdybym  miał  trzy  stodoły,  toby  były  pełne. 
Gdy  skończyła  się  ta  druga  wojna  światowa,  ktoś  wsypał  mi  pod  mą  hydrauliczną 
prasę  koszyk  książek  i  gdy  uspokoiłem  się,  i  otworzyłem  jedno  z  tych  cymeliów, 
zobaczyłem pieczątkę Pruskiej Biblioteki Królewskiej, i gdy dzień później spod sufitu 
sypały  się  do  piwnicy  takie  oprawne  w  skórę  książki  i  powietrze  pobłyskiwało 
złoconymi  brzegami  i  tytułami,  wybiegłem  na  górę,  a  tam  stali  dwaj  chłopcy  i 
wydusiłem z nich, że gdzieś pod Nowym Straszeciem stoi stodoła i tam w słomie jest 
tyle  książek,  że  można  dostać  oczopląsu.  No  to  poszedłem  do  wojskowego 
bibliotekarza i wybraliśmy się do Straszecia, i tam pośród pól znaleźliśmy nie  jedną, 
lecz trzy stodoły pełne Pruskiej Biblioteki Królewskiej, tak więc gdy nazachwycaliśmy 
się, załatwiliśmy, że potem wojskowe samochody jeden za drugim cały tydzień zwoziły 
te  książki  do  Pragi,  do  bocznego  skrzydła  Ministerstwa  Spraw  Zagranicznych,  żeby 
kiedy  czasy  się  uspokoją,  biblioteka  wróciła  znowu  tam,  skąd  była  przywieziona,  ale 
ktoś tę bezpieczną kryjówkę zdradził i Pruska Biblioteka Królewska została uznana za 
zdobycz  wojenną,  tak  wiec  znów  ciężarowe  samochody  woziły  oprawne  w  skórę 
książki ze złoconymi brzegami i tytułami na dworzec i tam ładowano je do odkrytych 
wagonów,  a  padał  deszcz,  lało  przez  cały  tydzień,  i  gdy  ostatni  ciężarowy  samochód 
przywiózł  ostatnie  książki,  pociąg  ruszył  w  ulewę,  a  z  odkrytych  wagonów  kapała 
złocista  woda  zmieszana  z  sadzą  i  farbą  drukarską,  ja  zaś  stałem  oparty  o  kolejową 
pompę i dziwiłem się, czego to byłem świadkiem, kiedy ostatni wagon rozpłynął się w 
deszczowym dniu, deszcz mieszał się na mej twarzy ze łzami i jak wyszedłem z dworca 
i  zobaczyłem  policjanta  w  mundurze,  to  skrzyżowałem  ręce  i  prosiłem  go  całkiem 
szczerze, żeby mi założył kajdanki, obrączki, bransoletki, jak mówi się na Libni, żeby 
mnie zabrał, bo popełniłem zbrodnię, bo zawiadamiam o zbrodni przeciw ludzkości. A 
jak  mnie  zabrał,  to  na  komisariacie  w  końcu  nie  tylko  mnie  wyśmiali,  ale  grozili,  że 
mnie przymkną. A w kilka lat później zacząłem się już przyzwyczajać, ładowałem całe 
biblioteki  z  pałaców  i  mieszczańskich  kamienic,  piękne  książki,  oprawne  w  skórę  i 
safian,  ładowałem  ich  pełne  wagony  i  jak  wagonów  było  trzydzieści,  cały  pociąg 
wywoził te książki w towarowych wagonach do Szwajcarii i Austrii, kilogram pięknych 

background image

 

książek za jedną dewizową koronę i nikt się temu nie dziwił, i nikt z tego powodu nie 
zapłakał,  nawet  ja  nie  uroniłem  łzy,  stałem  tylko,  uśmiechałem  się  i  patrzyłem  na 
ostatni wagon pociągu, który wywoził przepiękne biblioteki do Szwajcarii i Austrii, za 
jedną  koronę  dewizową  kilogram.  Wtedy  znalazłem  już  w  sobie  siłę,  dzięki  której 
potrafiłem  z  zimną  krwią  przyglądać  się  nieszczęściu,  potrafiłem  tłumić  swoje 
wzruszenie,  wtedy  zaczynałem  pojmować,  jaki  piękny  jest  widok  spustoszenia  i 
nieszczęścia,  ładowałem  kolejne  wagony  i  kolejne  pociągi  odjeżdżały  z  dworca  w 
kierunku  na  zachód,  jeden  kilogram  za  dewizową  koronę,  patrzyłem  i  patrzyłem  na 
czerwoną latarnię na haku ostatniego wagonu, oparty o słup stałem jak Leonardo da 
Vinci, który także oparty o kolumnę stał i patrzył, jak francuscy żołnierze zrobili sobie 
z jego konnego posągu tarczę strzelniczą i kawałek po kawałku rozstrzeliwali konia i 
jeźdźca, a Leonardo podówczas tak jak ja stał i patrzył uważnie i z satysfakcją, jakiej to 
okropności jest świadkiem, ponieważ Leonardo już wtedy wiedział, że niebiosa nie są 
humanitarne  i  człowiek,  który  się  para  myśleniem,  także  humanitarny  nie  jest.  W 
owym czasie otrzymałem wiadomość, że moja mamusia jest umierająca, przyjechałem 
do  domu  na  rowerze,  a  że  miałem  pragnienie,  zbiegłem  do  piwnicy  i  wziąłem  z 
chłodnej podłogi zimny garniec zsiadłego mleka, trzymałem oburącz ten kamionkowy 
garnek i łapczywie piłem i piłem, i nagle widzę, jak naprzeciw mym oczom płynie po 
powierzchni  para  oczu,  lecz  pragnienie  było  silniejsze,  więc  piłem  dalej  i  tych  dwoje 
oczu  pojawiło  się  koło  moich  tak  niebezpiecznie  blisko  jak  światła  lokomotywy 
wjeżdżającej nocą do tunelu, a potem te oczy znikły, ja zaś miałem usta pełne czegoś 
żywego i za łapkę wyciągnąłem z ust trzepoczącą się żabę, wyniosłem ją do ogródka, a 
następnie  wróciłem,  żeby  dopić  to  mleko  z  całkowitym  spokojem,  jak  Leonardo  da 
Vinci.  Gdy  mamusia  umarła,  płakałem  tak  jakoś  do  wewnątrz,  ale  nie  uroniłem  ni 
jednej  łzy.  Kiedy  wyszedłem  z  krematorium,  widziałem,  jak  dym  z  komina  unosi  się 
do  nieba,  moja  mamusia  pięknie  wstępowała  do  nieba  i  ja,  który  już  dziesięć  lat 
pracowałem  w  piwnicy  punktu  skupu  starego  papieru,  zszedłem  też  do  piwnicy 
krematorium, przedstawiłem się, że ja również robię to samo z książkami, i czekałem, 
i  jak  obrzęd  się  skończył,  widziałem,  że  spaliły  się  jednocześnie  cztery  ciała,  a  moja 
mamusia  była  w  trzeciej  przegródce,  nieporuszony  patrzyłem  na  ostateczne  rzeczy 
człowieka  i  widziałem,  jak  pracownik  wybierał  kości,  a  potem  mełł  je  w  ręcznym 
młynku, w ręcznym młynku ześrutował również moją mamusię i dopiero wtedy włożył 
doczesne szczątki mamusi do blaszanki, a ja nic, tylko stałem i patrzyłem, całkiem tak 
samo jak wtedy, gdy oddalał się pociąg wiozący przepiękne biblioteki do Szwajcarii i 
Austrii,  kilogram  za  jedną  dewizową  koronę.  Myślałem  jedynie  o  urywkach  wierszy 
Sandburga, że z człowieka pozostanie na koniec ździebko fosforu, którego starczyłoby 
na  pudełko  zapałek,  i  nie  więcej  żelaza  niż  tyle,  by  wykuć  hak,  na  którym  mógłby 
dorosły osobnik się powiesić. W miesiąc później, gdy za pokwitowaniem otrzymałem 
urnę  z  prochami  mamusi,  przyniosłem  ją  wujowi  i  kiedy  wchodziłem z  urną  do  tego 
jego  ogrodu,  a  następnie  do  nastawni,  wuj  zawołał:  Siostrzyczko,  jakżeż  ty  do  mnie 
wracasz! I dałem mu tę urnę, a wuj, gdy oszacował w dłoni jej ciężar, orzekł, że jego 
siostry jest coś przymało, bo za życia ważyła siedemdziesiąt pięć kilogramów, i usiadł, 
i  obliczył,  gdy  urnę  zważył,  że  mamusi  powinno  być  o  pięć  dekagramów  więcej.  I 
postawił  urnę  na  szafie,  i  raz  w  lecie,  gdy  okopywał  kalarepę,  przypomniał  sobie  o 
swojej siostrze, mej mamusi, że okropnie lubiła kalarepę, więc wziął urnę i otworzył ją 
nożem  do  konserw,  i  mamusinymi  prochami  posypał  zagon  kalarepy,  którą  później 
zjedliśmy. W owym czasie prasując w mej hydraulicznej prasie piękne książki, kiedy 
prasa  w  ostatniej  fazie  dzwoniła  i  miażdżyła  książki  z  siłą  dwudziestu  atmosfer, 
słyszałem  miażdżenie  ludzkich  kości,  jakbym  śrutował  w  ręcznym  młynku  czaszki  i 
kości  miażdżonych  w  prasie  klasyków,  jakbym  prasował  zdania  Talmudu:  Jesteśmy 
jako  oliwki,  dopiero  kiedy  nas  miażdżą,  wydajemy  z  siebie  to,  co  najlepsze.  Dopiero 

background image

 

8

potem przewlekam druty i w stanie takiego stresu krępuję kombinerkami paczkę, by 
następnie  nacisnąć  czerwony  guzik  biegu  wstecznego,  prasowane  książki  usiłują 
rozerwać druty, ale stalowe pęta są silniejsze, widzę napięty tors jarmarcznego atlety, 
jeszcze  więcej  powietrza  w  płuca  i  łańcuch  pęka,  ale  paczka  pozostaje  w  mocnym 
uścisku  drutów,  wszystko  w  niej  cichnie  jak  w  urnie  i  następnie  odwożę  pokorną 
paczkę  pomiędzy  inne,  odwracam  jej  boki  tak,  ażeby  reprodukcje  były  frontem  do 
moich  oczu.  W  tym  tygodniu  rozpocząłem  setkę  reprodukcji  Rembrandta  van  Rijn, 
sto takich samych portretów starego artysty z gąbczastą twarzą, podobizny człowieka, 
który dzięki sztuce oraz opilstwu doszedł na sam próg wieczności i widzi, jak klamka 
się  porusza  i  ktoś  nieznany  otwiera  ją  już  po  drugiej  stronie  ostatnich  drzwi. 
Zaczynam  już  mieć  taką  samą  twarz  ze  spleśniałego  francuskiego  ciasta,  moja  twarz 
przypomina  już  odrapaną  i  obsikaną  ścianę,  też  zaczynam  się  już  tak  głupawo 
uśmiechać i zaczynam patrzeć na świat z drugiej strony ludzkich zdarzeń i spraw. Tak 
więc  każda  paczka  jest  dziś  obramowana  portretem  starego  pana  Rembrandta  van 
Rijn,  ja  zaś  ładuję  do  koryta  stary  papier  i  potem  otwarte  książki,  dziś  pierwszy  raz 
spostrzegłem, że już nawet nie zwracam uwagi na to, że ładuję i prasuję myszki, całe 
gniazda mysich rodzin, kiedy wrzucam do prasy ślepe myszki, ich mamusia skacze za 
nimi i nie odstępuje ich, więc dzieli los starego papieru i dzieł klasyków. Nikt by nie 
uwierzył, ile w takiej piwnicy jest myszy, może dwieście, może pięćset, większość tych 
zwierzątek,  które  chcą  się  przyjaźnić,  urodziła  się  na  wpół  ślepa,  ale  wszystkie  te 
myszki  mają  wspólne  ze  mną  to,  że  żywią  się  literami,  z  największym  apetytem 
pałaszują  Goethego  i  Schillera  oprawnych  w  safian.  Toteż  moja  piwnica  wciąż  pełna 
jest mrugania i chrupania książek, w wolnym czasie myszki są swawolne jak kocięta, 
łażą  mi  po  krawędzi  koryta  i  po  poziomym  wale,  właśnie  gdy  suwak  po  wciśnięciu 
zielonego  guzika  nieubłaganie  wpycha  cały  papier  wraz  z  myszkami  w  stan  stresu, 
kiedy  pisk  myszek  słabnie,  to  myszki  w  mej  piwnicy  nagle  poważnieją,  stają  na 
tylnych  łapkach,  dają  słupka  i  nasłuchują,  co  to  za  dźwięki,  ale  ponieważ  te  myszki 
tracą pamięć z chwilą, gdy teraźniejszość mija, więc wnet wracają do swoich zabaw i 
nadal chrupią teksty książek, im starszych, tym bardziej im smakuje ten stary papier, 
jak  dobrze  uleżały  ser,  jak  dobrze  leżakowane  wina.  Moje  życie  tak  jakoś  splotło  się 
już  z  tymi  myszkami,  że  choć  wieczorem  skrapiam  wężem  całą  stertę  papieru, 
skrapiam  starannie,  wskutek  czego  co  dzień  myszy  są  mokre,  jakbym  całą  piwnicę 
zanurzył na chwilę w basenie, mimo to, choć je skrapiam i prąd wody zbija je z nóg, 
wciąż  są  w  dobrym  humorze  i  nawet  na  tę  kąpiel  czekają,  ponieważ  potem  całymi 
godzinami  wylizują  się  i  grzeją  w  swych  papierowych  kryjówkach.  Czasem  tracę 
kontrolę  nad  myszkami,  zatopiony  w  głębokiej  medytacji  idę  na  piwo,  marzę  przy 
szynkwasie i kiedy zadumany rozepnę kurtkę, by zapłacić, wyskakuje na kontuar pod 
pipy  myszka,  czasem  z  moich  nogawek  wybiegną  myszki  dwie  i  kelnerki  omal  nie 
oszaleją, wskakują na krzesła i zatykają sobie uszy, i wrzeszczą pod sufit jak opętane. 
Ja zaś uśmiecham się i machnę tylko wilgotną dłonią, i odchodzę, wyobrażając sobie, 
jak  będzie  wyglądała  moja  następna  paczka.  Tak  oto  trzydzieści  pięć  lat  wpędzam 
każdą  paczkę  w  stan  stresu,  wykreślam  sobie  każdy  rok  i  każdy  miesiąc,  a  w  ciągu 
miesiąca każdy dzień dzielący mnie od chwili, gdy obydwoje pójdziemy na emeryturę, 
moja  prasa  i  ja,  co  dzień  pod  wieczór  noszę  do  domu  w  teczce  książki  i  moje 
mieszkanie  na  drugim  piętrze  na  Holeszovicach  wypełnione  jest  tylko  i  jedynie 
książkami, pełna jest ich piwnica i komórki już nie starczyło, moja kuchnia jest pełna, 
spiżarka  i  klozet  także,  tylko  przejścia  do  okna  i  kuchennego  pieca  są  wolne,  w 
klozecie  jest  tylko  tyle  miejsca,  żebym  mógł  usiąść,  nad  klozetową  muszlą  na 
wysokości półtora metra są już belki i dyle, a na nich pod sam sufit piętrzą się książki, 
pięć kwintali książek, starczy jeden nieopatrzny ruch przy siadaniu, starczy podnieść 
się  nieostrożnie,  bym  zawadził  o  nośną  belkę  i  pół  tony  książek  zleci  na  mnie,  i 

background image

 

rozgniecie  mnie  ze  spuszczonymi  spodniami.  Ale  i  tu  niepodobna  już  wcisnąć  ani 
jednej  książki,  więc  w  pokoju  nad  dwoma  zestawionymi  razem  łóżkami  kazałem 
ustawić belki i nośne dyle, i w ten sposób uzyskałem baldachim i łóżkowy pawlacz, na 
którym  do  sufitu  ustawione  są  w  rzędach  książki,  dwie  tony  książek  naznosiłem  do 
domu  w  ciągu  tych  trzydziestu  pięciu  lat  i  gdy  zasypiam,  dwie  tony  książek  jako 
dwudziestokwintalowa  zmora  dławią  mnie  we  śnie,  czasem,  gdy  się  nieuważnie 
obrócę lub przez sen krzyknę i zrobię jakiś ruch, nasłuchuję w przerażeniu, jak książki 
się  zsuwają,  że  wystarczy  tylko  lekkie  dotknięcie  kolanem,  chociażby  tylko  okrzyk,  a 
wszystko zwali się na mnie z pawlacza jak lawina, róg obfitości pełen cennych książek 
wysypie  na  mnie  swoją  zawartość  i  rozgniecie  mnie  jak  wesz,  czasem  myślę,  że  te 
książki spiskują przeciwko mnie i tak jak ja codziennie sprasowuję setkę niewinnych 
myszy,  tak  te  książki  nade  mną  gotują  mi  sprawiedliwą  odpłatę,  ponieważ  każda 
krzywda  lubi  powrócić  echem.  Leżę  na  wznak,  rozwalony  pod  baldachimem 
kilometrów  tekstów  i  podchmielony  boję  się  myśleć  o  pewnych  wydarzeniach,  o 
faktach okropnie nieprzyjemnych, czasem staje mi przed oczami nasz gajowy, który w 
wywróconą podszewkę rękawa złapał pod belką gajówki kunę i, zamiast sprawiedliwie 
zabić ją, karząc za to, że zżarła kurczęta, wziął gwóźdź i wbił go zwierzęciu w głowę, i 
puścił  je,  i  kuna  labidziła  i  biegała  tak  długo  po  podwórku,  aż  umarła,  kiedy  indziej 
przychodzi  mi  na  myśl,  że  w  rok  po  tym  zdarzeniu  syn  gajowego  został  śmiertelnie 
porażony  w  głowę  prądem,  gdy  obsługiwał  betoniarkę,  wczoraj  ni z  tego,  ni  z owego 
ukazała mi się pod baldachimem postać myśliwego, który jak dopadł u nas zwiniętego 
w  kłębek  jeża,  zastrugał  kij  i,  ponieważ  strzał  z  fuzji  drogo  by  go  kosztował,  wbił 
jeżowi ten zaostrzony kij w brzuch i likwidował w taki sposób każdego jeża tak długo, 
aż  położył  się  z  rakiem  wątroby  i  za  wszystkie  te  jeże  umierał  powoli  trzy  miesiące, 
zwinięty  w  kłębek,  z  guzem  w  brzuchu  i  przerażeniem  w  mózgu,  aż  skonał...  Takich 
myśli  lękam  się  teraz,  nasłuchując,  jak  książki  nade  mną  knują  zemstę,  i  te 
okoliczności  zagrażają  spokojowi  mojego  ducha  do  tego  stopnia,  że  wolę  spać  na 
siedząco  na  stołku  pod  oknem,  gruntownie  wystraszony  wizją,  jak  zwalone  książki 
najpierw  rozmażą  mnie  w  łóżku,  a  potem  przebiją  podłogę  i  przelecą  na  pierwsze 
piętro,  a  następnie  na  parter  i  wreszcie  do  piwnicy,  niczym  zerwana  winda.  I 
uzmysławiam sobie, jak bardzo mój los  jest zintegrowany, że  w pracy przez otwór  w 
suficie  lecą  na  mnie  i  sypią  się  nie  tylko  książki,  ale  również  butelki  i  kałamarze,  i 
zszywacze, całkiem tak samo jak co wieczór książki nade mną odgrażają się, że mnie 
swoim  upadkiem  ukatrupią,  w  najlepszym  razie  ciężko zranią.  Tak  mieszkam,  miecz 
Damoklesa,  który  sam  przywiązałem  sobie  do  sufitu  w  klozecie  i  sypialni,  zmusza 
mnie, bym jak w pracy, tak i w domu chodził z dzbanem po piwo, dla ochrony przed 
pięknym  nieszczęściem.  Raz  na  tydzień  odwiedzam  wuja,  żeby  w  jego  wielkim 
ogrodzie  upatrzyć  miejsce  na  tę  moją  prasę,  gdy  pójdziemy  na  emeryturę.  Pomysł, 
żebym  oszczędzał  i  na  emeryturę  kupił  sobie  swą  hydrauliczną  prasę,  nie  był  moim 
pomysłem.  Wymyślił  to  mój  wuj,  który  czterdzieści  lat  był  zatrudniony  na  kolei, 
opuszczał  i  podnosił  szlabany,  a  później  przerzucał  wajchy  na  bloku,  czterdzieści  lat 
pracował  jako  nastawniczy  i  przez  czterdzieści  lat,  tak  jak  ja,  nie  cieszył  się  na  nic 
innego,  niż  tylko  na  to,  że  pójdzie  do  pracy,  więc  na  emeryturze  nie  mógł  bez  bloku 
żyć,  toteż  w  składnicy  złomu  kupił  sobie  stary  blok  ze  zlikwidowanej  stacji  na 
pograniczu, przywiózł go do swojego ogrodu i sklecił sobie budę, i umieścił w niej taki 
sam blok jak ten, który obsługiwał, a że miał kumpli maszynistów, też na emeryturze, 
więc  kupili  na  złomowisku  maleńką  lokomotywę,  która  w  hucie  ciągnęła  koryta 
wsadowe  i  lory,  lokomotywkę  marki  Ohrenstein  i  Koppel,  kupili  na  złomowisku 
również kawałki szyn i trzy lory, i w starym ogrodzie ułożyli tory między drzewami, i 
w każdą sobotę i niedzielę rozpalali pod kotłem lokomotywy, i następnie jeździli tym 
parowozem  marki  Ohrenstein  i  Koppel,  i  po  południu  wozili  dzieci,  a  później,  pod 

background image

 

10

wieczór, pili piwo i śpiewali, i podchmieleni sami wozili się na lorach lub stali wszyscy 
na lokomotywie, wyglądała ta lokomotywa z nimi jak posąg bóstwa rzeki Nilu, leżąca 
figura  nagiego  przystojniaka,  którą  poobsiadały  mniejsze  figurki...  Tak  więc 
przychodziłem czasem do wuja i upatrywałem miejsce, gdzie ja również ustawiłbym tę 
moją prasę. A tymczasem już się ściemniało i parowozik już ze światłami brał zakręty 
między  starymi  jabłoniami  i  gruszami,  mój  wuj  siedział  w  nastawni  i  przestawiał 
zwrotnice, widziałem, że jest pełen zapału i, jak parowozik Ohrenstein i Koppel, mój 
wuj  też  jest  na  wysokich  obrotach,  tu  i  tam  błysnął  dwulitrowy  kufel  z  aluminiowej 
blachy,  a  ja  przechadzałem  się  pośród  krzyków  i  wiwatów  dzieci  i  emerytów,  i  nikt 
mnie nie zapraszał, bym się przyłączył, i nikt mnie nie zapytał, czy nie chciałbym się 
napić, tak wszyscy pochłonięci byli swoimi zabawami, nie będącymi niczym innym niż 
przedłużeniem  pracy,  którą  całe  życie  lubili,  i  szedłem  tak,  jak  Kain  niosłem  swoje 
znamię  na  czole,  mniej  więcej  po  godzince  niepostrzeżenie  znikałem,  oglądałem  się, 
czy  nikt  mnie  nie  zawoła,  bym  się  przyłączył,  lecz  nikt  mnie  nie  zapraszał,  gdy 
minąłem  furtkę,  obejrzałem  się  jeszcze  raz  i  w  świetle  latarń  oraz  rozjarzonej 
nastawni  widziałem  rozbiegane  sylwetki  emerytów  i  dzieci,  słyszałem  gwizd 
parowozika  i  potem  znów  stukot  lor  na  ułożonych  w  koślawą  elipsę  szynach,  jakby 
orkiestrion  grał  tę  samą  piosenkę,  piosenkę  chyba  tak  piękną,  że  nikt  do  samej 
śmierci nie chciałby słyszeć innej, niż właśnie ta. A przecież tam w furtce widziałem, 
choć  mnie  z  tej  odległości  nikt  widzieć  nie  mógł,  że  mój  wuj  widzi  mnie,  że  widział 
mnie stale, kiedy snułem się pośród drzew, uniósł rękę z dźwigni bloku i tak dziwnie 
trzepotał  do  mnie  palcami,  tak  ondulowal  tylko  palcami  powietrze  i  ja  też 
odmachiwałem  mu  z  mroku  w  taki  sam  sposób,  jakbyśmy  machali  do  siebie  z 
pociągów  ruszających  w  przeciwne  strony.  Kędy  doszedłem  na  skraj  Pragi,  kupiłem 
sobie parówkę i jedząc tę parówkę zląkłem się, bo nawet nie musiałem unosić jej do 
ust, skłoniłem tylko brodę i parówka dotknęła moich gorących warg, a gdy trzymałem 
parówkę  na  wysokości  pasa,  patrzyłem  z  lękiem  w  dół  i  widziałem,  że  połówka 
parówki  niemal  dotyka  moich  butów.  A  gdy  ująłem  parówkę  w  obie  ręce, 
stwierdziłem,  że  jest  normalna,  że  więc  to  ja  w  ciągu  ostatnich  dziesięciu  lat  tak  się 
jakoś  skurczyłem,  zmalałem.  I  gdy  wróciłem  do  domu,  odsunąłem  w  kuchni  setki 
książek  od  futryny  drzwi  do  pokoju  i  znalazłem  tam  znaki  zrobione  kopiowym 
ołówkiem i kreski z datami, ile mierzyłem tego a tego dnia. Wziąłem książkę, oparłem 
się  plecami  o  futrynę,  przycisnąłem  książkę  od  góry  do  ciemienia,  następnie 
wykonałem zwrot w miejscu, zrobiłem kreskę i już gołym okiem widziałem, że przez te 
osiem  lat,  kiedy  mierzyłem  się  ostatnio,  skurczyłem  się  o  dziewięć  centymetrów. 
Spojrzałem  w  górę  na  baldachim  z  książek  nad  moim  łóżkiem  i  doszedłem  do 
wniosku,  że  przygarbiłem  się  wskutek  tego,  że  stale  jakbym  dźwigał  na grzbiecie  ten 
dwutonowy pawlacz pełen książek i ksiąg. 

Trzydzieści  pięć  lat  prasowałem  stary  papier  i  gdybym  miał  jeszcze  raz 

wybierać,  to  znów  nie  chciałbym  robić  nic  innego  niż  to,  co  robiłem  przez  te 
trzydzieści  pięć  lat.  A  przecież  raz  na  kwartał  to  moje  zajęcie  oceniałem  całkiem 
odwrotnie,  nagle  ta  piwnica  mi  brzydła,  uwagi  i  biadolenia,  i  wymysły  mojego  szefa 
jakby przez jakiś wzmacniacz robiły w moich uszach i w głowie taki hałas, że ta moja 
piwnica  zaczynała  śmierdzieć  mi  jak  piekło,  ten  stary  papier  piętrzący  się  od  dna 
piwnicy  aż  pod  sam  strop  podwórza,  ten  przemoczony  i  stęchły  papier  zaczynał  tak 
fermentować,  że  gnój  w  porównaniu  z  butwiejącym  papierem  pachniał,  takie 
grzęzawisko  rozkładające  się  na  dnie  mego  podziemia  butwiało  i  pęcherzyki  unosiły 
się  w  górę  niczym  błędne  ogniki  z  wykrotu  butwiejącego  w  obrzydliwej  topieli  i 

background image

 

11 

bagnie.  I  musiałem  wyjść na  powietrze,  musiałem  uciec  od  hydraulicznej prasy,  lecz 
nie  szedłem  na  świeże  powietrze,  ja  czystego  powietrza  już  znieść  nie  mogłem,  na 
dworze zachłystywałem się i krztusiłem, i charczałem, jakbym zaciągał się hawańskim 
cygarem.  I  podczas  gdy  szef  krzyczał  i  załamywał  ręce,  i  groził  mi,  wychodziłem  z 
mojej piwnicy i szedłem dokąd oczy poniosą, do innych piwnic i do innych podziemi. 
Najbardziej  lubiłem  chodzić  do  chłopaków  z  piwnicy  z  centralnym  ogrzewaniem, 
gdzie  niczym  psy  do  budy  uwiązani  byli  robotą  ludzie  z  uniwersyteckim 
wykształceniem,  którzy  w  trakcie  swej  pracy  pisali  historię  naszych  czasów,  takie 
badania  socjologiczne,  tutaj  w  piwnicach  dowiedziałem  się,  jak  stan  czwarty  się 
przerzedził, jak robotnicy z nizin szli do nadbudowy, a znów osoby z wykształceniem 
uniwersyteckim  pracują  jako  robotnicy.  Najchętniej  jednak  przestawałem  z 
kanalarzami,  pracowali  tam  dwaj  członkowie  Akademii  Nauk,  a  przy  tym  pisali 
książkę  o  ściekach  i  kanałach,  które  przechodzą  i  krzyżują  się  pod  całą  Pragą,  tu 
dowiedziałem  się,  że  zupełnie  inne  fekalia  spływają  do  oczyszczalni  na  Podbabie  w 
niedzielę,  a  inne  w  poniedziałek,  każdy  dzień  powszedni  ma  swoją  charakterystykę, 
tak  więc  można  sporządzić  grafik  przepływu  fekaliów,  według  napływu  prezerwatyw 
można później ustalić, w których praskich dzielnicach spółkuje się więcej, a w których 
mniej,  ja  jednak  najbardziej  przejąłem  się  raportem  akademików  o  tym,  że  szczury 
śniade i wędrowne toczyły taką samą totalną wojnę jak ludzie, że jedna taka wojna już 
skończyła się pełnym zwycięstwem śniadych, które jednak natychmiast rozdzieliły się 
na  dwa  ugrupowania,  na  dwa  szczurze  klany,  na  dwa  zorganizowane  szczurze 
społeczeństwa  i  właśnie  teraz  pod  Pragą  we  wszystkich  kanałach,  we  wszystkich 
ściekach  wre  walka  na  śmierć  i  życie,  wielka  szczurza  wojna  o  to,  kto  zostanie 
zwycięzcą  i  kto  zatem  będzie  miał  prawo  do  wszystkich  odpadków  i  fekaliów, 
spływających  kolektorami  na  Podbabę,  dowiedziałem  się  od  tych  kanalarzy  z 
uniwersyteckim  wykształceniem,  że  jednak  kiedy  tylko  ta  wojna  się  zakończy,  wtedy 
zwycięska  siła  znów  rozszczepi  się  dialektycznie na  dwa  obozy,  tak  jak  rozszczepiają 
się gazy i metale, i wszystko, co na świecie jest żywe, ażeby poprzez walkę życie mogło 
nadal  się  toczyć  i  by  dążenie  do  jedności  przeciwieństw  z  minuty  na  minutę  znów 
przywracało  równowagę,  dzięki  czemu  świat  jako  całość  ani  przez  sekundę  nie 
chroma. Tak więc pojąłem, jak trafny jest wiersz Rimbauda, że walka, która toczy się 
w duszy, jest równie straszna jak którakolwiek wojna, przemyślałem do końca surowe 
zdanie Chrystusa, nie przyszedłem przynieść pokoju,  ale miecz. I zawsze te  wizyty w 
piwnicach  i  kanałach,  i  ściekach,  i  oczyszczalniach  na  Podbabie  uspokajały  mnie,  a 
ponieważ byłem wbrew własnej woli wykształcony, wpadłem w osłupienie i zdumienie 
nad Heglem, który uczył mnie, że jedynym na świecie, przed czym można czuć strach, 
jest  to,  co  zwapniałe,  strach  przed  skostniałymi,  obumierającymi  formami,  że 
jedynym, czym można się radować, jest sytuacja, gdy nie tylko jednostka, lecz również 
społeczeństwo  ludzkie  potrafi  odmłodzić  się  przez  walkę,  przybrawszy  nowe  formy 
wywalczyć sobie prawo do nowego życia. Gdy wracałem praskimi ulicami do mojego 
podziemia, miałem wzrok rentgenowski i przez przejrzysty chodnik widziałem, jak w 
kanałach  i  ściekach  sztaby  generalne  szczurów  porozumiewają  się  ze  swoimi 
walczącymi  szczurzymi  wojskami,  jak  bezprzewodowymi  nadajnikami  dowódcy 
wysyłają rozkazy, na którym froncie trzeba nasilić działania bojowe, tak oto szedłem, 
a pod mymi butami szczękały ostre ząbki szczurów, szedłem i myślałem o melancholii 
odwiecznej  budowli  świata,  brodziłem  w  ściekach,  a  jednocześnie  załzawionymi 
oczami  patrzyłem  w  górę,  żeby  nagle  zobaczyć  to,  czego  nigdy  nie  widziałem,  czego 
nigdy  nie  zauważyłem,  że  na  fasadach  i  elewacjach  czynszówek  oraz  gmachów 
publicznych,  gdzie  tylko  spojrzałem,  aż  po  rynny  dachowe,  wszędzie  widziałem  to,  z 
czym się utożsamiali i do czego tęsknili Hegel i Goethe, tę Grecję w nas, ten czarowny 
hellenizm  jako  wzór  i  cel,  widziałem  porządek  dorycki,  tryglify  i  listwy  greckich 

background image

 

12 

okapów,  widziałem  wieńcowe  gzymsy  i  porządki  jońskie  z  trzonami  i  wolutami, 
porządek  koryncki  z  falującymi  liśćmi,  widziałem  przedsionki  świątyń,  kariatydy  i 
greckie  balustrady  nawet  hen  na  dachach  czynszówek,  w  których  cieniu  szedłem,  a 
przy tym uzmysłowiłem sobie, że ta sama Grecja jest również na praskich peryferiach, 
na  fasadach  zwykłych  czynszowych  domów,  które  na  portalach  bram  i  wokół  okien 
ozdobione są nagimi kobietami i obnażonymi mężczyznami, i kwiatami, i latoroślami 
egzotycznej  flory.  Szedłem  tak  i  przypomniałem  sobie,  co  powiedział  mi  palacz  z 
uniwersyteckim  wykształceniem,  że  Europa  Wschodnia  nie  zaczyna  się  za  Bramą 
Porzeczną, ale dopiero tam, gdzie kończą się stare austriackie dworce w stylu empire, 
gdzieś  tam  w  Galicji,  dokąd  dotarł  grecki  tympanon,  i  że  Praga  jest  taka  pełna 
greckiego  ducha  nie  tylko  na  fasadach  swoich  czynszówek,  ale  również  w  głowach 
mieszkańców,  jedynie  dlatego,  że  klasyczne  gimnazja  i  humanistyczne  uniwersytety 
namaściły  Grecją  i  Rzymem  miliony  czeskich  głów.  I  podczas  gdy  w  ściekach  i 
kanałach miasta stołecznego Pragi dwa szczurze klany wypierają się w nonsensownej 
na pozór wojnie, w piwnicach pracują strąceni aniołowie, mężczyźni z uniwersyteckim 
wykształceniem,  co  przegrali  swą  bitwę,  której  nigdy  nie  toczyli,  a  mimo  to  nadal 
trudzą  się  nad  precyzyjniejszym  obrazem  świata.  Tak  więc  wróciłem  do  swojego 
podziemia i gdy widziałem te moje myszki, jak hopsają i swawolą, i wybiegają mi na 
spotkanie,  przypomniałem  sobie,  że  na  dnie  windy  znajduje  się  pokrywa,  która 
zamyka  kanał.  Zszedłem  po  drabince  na  dno  szybu  i  gdy  zebrałem  się  na  odwagę, 
zerwałem  pokrywę,  klęknąłem  i  nasłuchiwałem,  jak  pluszcza  i  szumią  tam  ścieki, 
słyszałem  kląskanie  wody  spuszczanej  w  ubikacjach,  wsłuchiwałem  się  w  melodyjny 
wypływ z umywalek i wypuszczanie wód z mydlinami z wanny, jakbym wsłuchiwał się 
w miniaturowy przybój fal morskich i wód słonych, gdy jednak wytężyłem słuch, nad 
wszystkimi  wodami  słychać  było  całkiem  wyraźne  piski  walczących  szczurów, 
wgryzanie  się  w  żywe  mięso,  lament  i  okrzyki  triumfu,  plusk  i  chlupot  walczących 
szczurzych  ciał,  dźwięki  dobiegające  z  nieokreślonej  dali,  lecz  ja  wiedziałem,  że  na 
wszystkich  peryferiach,  jeżeli  zerwę  pokrywę  albo  kratę  i  zejdę  na  dół,  wszędzie  wre 
teraz ten szczurzy bój ostatni, ta rzekomo ostatnia wojna szczurów, która skończy się 
wielką radością, trwającą tak długo, aż znajdzie się powód, żeby wszystko zaczęło się 
od  nowa.  Zasunąłem  pokrywę  i  kiedy  potem  stałem  przy  swojej  prasie,  byłem 
bogatszy  o  kolejny  okruch  wiedzy,  że  pod  mymi  nogami  toczy  się  we  wszystkich 
kanałach zażarta bitwa, a więc również szczurze niebiosa nie są humanitarne, a więc 
humanitarny  nie  mogę  być  także  ja,  który  trzydzieści  pięć  lat  pakuję  stary  papier  i 
poniekąd  podobny  jestem  do  szczurów,  trzydzieści  pięć  lat  żyję  tylko  w  piwnicach  i 
nie  lubię  się  kąpać,  choć  łazienkę  mamy  tuż  za  kantorem  szefa.  Gdybym  ja  się 
wykąpał,  to  zaraz  bym  się  od  tego  rozchorował,  do  higieny  muszę  podchodzić 
ostrożnie  i  powoli,  ponieważ  pracuję  jedynie  gołymi  rękami,  więc  wieczorem  myję 
sobie ręce, wiem, gdybym mył ręce kilka razy dziennie, to popękałyby mi dłonie, ale 
czasem,  gdy  opanuje  mnie  tęsknota  za  greckim  ideałem  piękna,  myję  sobie  jedną 
nogę, a czasem również szyję, innego znów tygodnia myję drugą nogę i jedno ramię, 
lecz gdy nadejdą wielkie chrześcijańskie święta, to myję  także pierś i nogi, ale wtedy 
zawczasu  już  wiem  o  tym  i  łykam  aspirynę,  bo  dostanę  siennego  kataru,  chociaż  na 
dworze pada śnieg, znam to. Więc teraz prasuję w tej mojej hydraulicznej prasie stary 
papier,  do  serca  każdej  paczki  wkładam  otwartą  książkę  klasyka  filozofii,  tak  jakoś 
uspokoiła  mnie  przechadzka  po  przedpołudniowej  Pradze,  ukoiła  mą  myśl 
świadomość  faktu,  że  nie  ja  jeden,  ale  również  tysiące  podobnych  do  mnie  ludzi 
pracują  w  podziemnej  Pradze,  w  katakumbach  i  piwnicach,  i  przez  ich  głowy 
przepływają żywe i żyjące, i ożywcze myśli, tak jakoś uspokoiłem się, że pracuje mi się 
lżej niż wczoraj, pracuję nawet mechanicznie, a przy tym mogę wrócić na łono czasu, 
gdy byłem młody, kiedy w każdą sobotę prasowałem sobie spodnie i pastowałem buty 

background image

 

13 

również na podeszwach, bo kto jest młody, kocha czystość oraz własne wyobrażenie o 
sobie,  wyobrażenie,  które  może  być  jeszcze  lepsze,  żelazkiem  pełnym  rozżarzonych 
węgli  macham  w  powietrzu,  aż  iskry  lecą,  potem  układam  spodnie  na  desce,  aby 
najpierw  sprasować  powypychane  kanty,  i  dopiero  wtedy  rozciągam  spodnie  i 
wyrównuję kanty, i kładę na spodniach mokre płótno, uprzednio spryskane rozpyloną 
wodą,  której  nabrałem  pełne  usta,  następnie  starannie  prasuję  przede  wszystkim 
prawą  nogawkę,  która  zawsze  była  troszkę  przetarta  wskutek  tego,  że  przy  kręglach, 
kiedy rzucałem kulę, zawsze dotykałem kolanem ubitej ziemi kręgielni, zawsze byłem 
przejęty, gdy ostrożnie zdejmowałem gorące i dymiące płótno, czy kant na spodniach 
będzie  równy?  I  dopiero  potem  wkładałem  spodnie,  tak  jak  każdej  soboty,  teraz 
wychodzę  na  środek  wsi,  zawsze,  zanim  doszedłem  do  kłód  przed  Dolną  Gospodą, 
musiałem obejrzeć się za siebie, oglądam się i jak zawsze widzę, że moja mama patrzy 
za  mną,  czy  mam  wszystko  w  porządku  i  czy  dobrze  się  w  tym  prezentuję.  Jest 
wieczór, jestem na zabawie tanecznej, ta, na którą czekałem, nadchodzi, to Maniusia, 
a za nią powiewają wplecione we włosy wstążki i wstążeczki, muzyka gra, a ja tańczę 
tylko i jedynie z Maniusia, tańczymy, a świat kręci się wokół mnie jak karuzela, ja zaś 
przesuniętym  w  bok  okiem  szukam  miejsca  pośród  tancerzy,  aby  wpaść  w  nie  z 
Maniusia  w  rytmie  polki,  widzę,  jak  dokoła  mnie  i  Maniusi  płyną  wyprostowane 
wstążki i wstążeczki, jak wir tańca wznosi je i unosi, że układają się niemal poziomo, 
gdy  muszę  w  tańcu  zwolnić,  wstążeczki  pomału  opadają,  ale  oto  znowu  zataczam 
pełne kręgi i widzę, jak wstążki i wstążeczki znów się unoszą, raz i drugi dotykają mej 
ręki,  moich  palców  trzymających  rączkę  Maniusi,  która  ponadto  mocno  trzyma  się 
białej  haftowanej  chusteczki,  pierwszy  raz  powiedziałem  Maniusi,  że  ją  kocham,  a 
Maniusia mi szepcze, że ona kocha mnie już od czasów szkolnych, i tak przycisnęła się 
do  mnie,  i  tak  się  do  mnie  przytula,  i  tak  oto  nagle  jesteśmy  sobie  bliscy,  jak  nigdy 
przedtem, i następnie Maniusia mnie prosiła, żebym kiedy zaczną się białe tańce, był 
jej pierwszym partnerem, a ja zawołałem: Świetnie!, ale ledwie zaczął się biały taniec, 
Maniusia zbladła i przeprosiła mnie, że musi na moment odejść, tylko na małą chwilę. 
I  gdy  wróciła,  ręce  miała  chłodne  i  tańczyliśmy  dalej,  rozkręciłem  ją,  żeby  wszyscy 
widzieli,  jak  umiem  tańczyć,  jak  świetnie się  z  Maniusia  prezentujemy,  jaka  to  z  nas 
dobrana  para,  i  kiedy  polka  nabrała  zawrotnego  tempa,  a  Maniusine  wstążki  i 
wstążeczki uniosły się i powiewały w powietrzu wraz z jej płowym warkoczem, nagle 
spostrzegłem, że tancerze przestają tańczyć, że ze wstrętem odsuwają się od nas, że w 
końcu nikt inny oprócz mnie i Maniusi nie tańczy, a wszyscy pozostali tancerze tworzą 
krąg,  lecz  nie  krąg  pełen  podziwu,  tylko  krąg,  na  którego  obwód  wystrzeliło  ich  siłą 
odśrodkową coś okropnego, czego nie domyśliłem się w porę ani ja, ani Mamusia, aż 
tu  jej  mama  przyskoczyła  i  złapała  Maniusię  za  rękę,  i  z  przerażeniem  i  zgrozą 
wybiegła z sali tanecznej w Dolnej Gospodzie, aby już nigdy nie przyjść, żebym nigdy 
Maniusi  nie  zobaczył,  aż  dopiero  po  paru  latach,  bo  Maniusię  zaczęto  od  tej  pory 
nazywać Posraną Mańką, bo Maniusia, tak podniecona tym białym tańcem, Maniusia 
przejęta  tym,  że  jej  powiedziałem,  że  ją  kocham,  wybiegła  do  wiejskiego  wychodka 
przy gospodzie, z piramidą fekaliów niemal po sam otwór w desce, zamoczyła sobie te 
swoje  wstążki  i  wstążeczki  w  zawartości  tej  wiejskiej  latryny  i  znów  wbiegła  z 
ciemności  do  rozświetlonej  sali,  aby  ruch  odśrodkowy  jej  wstążeczek  i  wstążek 
opryskał  i  ochlapał  tancerzy,  wszystkich  tancerzy,  którzy  znaleźli  się  w  zasięgu 
wstążek i wstążeczek... Prasuję stary papier i zielony guzik to ruch suwaka do przodu, 
a  guzik  czerwony  to  ruch  powrotny,  tak  oto  moja  maszyna  wykonuje  podstawowy 
ruch świata, jak miech akordeonu, jak obwód koła, który w jakim punkcie się zaczął, 
tam  też  musi  się  skończyć.  Maniusia,  nie  mogąc  utrzymać  swojej  sławy,  musiała 
dźwigać  tylko  swą  hańbę,  za  którą  nie  ponosiła  winy,  gdyż  to,  co  ją  spotkało,  było 
ludzkie,  arcyludzkie,  Goethe  wybaczyłby  to  Ulryce  von  Lewetzow,  Schelling  z 

background image

 

14 

pewnością  swej  Karolinie.  Jedyny  Leibniz  tego  zdarzenia  ze  wstążkami  i 
wstążeczkami  chyba  nie  darowałby  swej  królewskiej  kochance  Zofii  Charlotcie, 
podobnie jak uczuciowy Hölderlin pani Gontard... Kiedy po pięciu latach odnalazłem 
Maniusię,  cała  rodzina  przeniosła  się  aż  hen  na  Morawy  z  powodu  tych  wstążek  i 
wstążeczek,  poprosiłem  ją,  by  mi  to  wszystko  wybaczyła,  bo  ja  czułem  się  winny 
wszystkiemu,  cokolwiek  się  gdzieś stało,  o  czym  czytałem  kiedykolwiek  w  gazecie,  ja 
wszystkiemu  czułem się  winien, no i  Maniusia  wybaczyła  mi  to,  ja zaś zaprosiłem  ją 
na  wycieczkę,  wygrałem  na  loterii  klasowej  pięć  tysięcy  koron,  a  że  pieniędzy  nie 
kochałem,  więc  chciałem  je  szybko  przepuścić,  żeby  nie  męczyć  się  z  książeczką 
oszczędnościową.  Tak  więc  pojechaliśmy  z  Maniusia  w  góry,  na  Złoty  Wierch,  do 
hotelu  Renner,  drogiego  hotelu,  ażebym  co  prędzej  pozbył  się  kłopotu  i  pieniędzy, 
wszyscy mężczyźni zazdrościli mi Maniusi, wszyscy co wieczór prześcigali się, by mi ją 
odbić, najbardziej pożądał Maniusi sam pan fabrykant Jína, a ja byłem szczęśliwy, bo 
wydawałem  pieniądze,  co  tylko  nam  się  z  Maniusia  zamarzyło,  wszystko  mieliśmy,  i 
Maniusia  jeździła  co  dzień  na  nartach,  a  słońce  świeciło,  był  późny  luty,  więc  była 
opalona  i  jeździła  jak  inni  na  skrzących  się  stokach  w  samej  tylko  bluzeczce  bez 
rękawów i z wielkim dekoltem, i wciąż otoczona panami, podczas gdy ja siedziałem i 
popijałem  koniak,  lecz  przed  południem  wszyscy  panowie  siedzieli  już  na  tarasiku 
przed  hotelem,  opalali  się  w  fotelach  i  na  leżakach,  pięćdziesiąt  leżaków  i  krzeseł  w 
jednym rzędzie przy trzydziestu stolikach, na których stawiano pokrzepiające likiery i 
aperitify, podczas gdy Maniusia zawsze jeździła aż do ostatniej chwili, kiedy zjeżdżała 
do hotelu na obiad. Tak więc ostatniego, przedostatniego dnia, dnia piątego, kiedy już 
pozostało mi tylko pięćset koron, siedzę w rzędzie innych hotelowych gości, widzę, jak 
Maniusia  nadjeżdża,  opalona  i  piękna,  ze  stoku  Złotego  Wierchu,  siedzę  z  panem 
fabrykantem Jíną i trącamy się kieliszkami, ponieważ wydałem cztery tysiące w pięć 
dni, fabrykant Jína myślał, że także jestem fabrykantem, i widzę, że Maniusia znikła 
między sosnami i karłowatymi świerczkami, ale potem ukazała się i szybkimi ruchami 
podjechała pod sam hotel, i jak zawsze jechała koło hotelowych gości, lecz że dziś było 
tak pięknie, słońce tak świeciło, wszystkie fotele, wszystkie leżaki były pozajmowane, 
że służba musiała wynieść z hotelu więcej krzeseł, a moja Maniusia jechała, defilowała 
jak  co  dzień  koło  tych  rzędów  opalających  się  gości  i  doprawdy,  miał  rację  pan 
fabrykant Jína, że Maniusia wygląda dziś prześlicznie, ale kiedy Maniusia przejechała 
koło pierwszych czcicieli słońca, zobaczyłem, że kobiety oglądają się za nią i następnie 
śmieją się w kułak, i im bardziej przybliżała się do mnie, tym wyraźniej widziałem, że 
kobiety  duszą  się  za  Maniusią  ze  śmiechu,  podczas  gdy  mężczyźni  osuwają  się  z 
powrotem na oparcia, że zasłaniają sobie twarze gazetami, wolą udawać, że zemdleli 
albo że opalają się ze spuszczonymi powiekami, no i Maniusia dojeżdża do mnie, mija 
mnie  i  widzę,  że  na  jednej  narcie  za  jej  butem  leży  ogromne  łajno,  łajno  wielkie  jak 
przycisk,  jak  napisał  o  tym  piękny  wiersz  Jarosław  Vrchlický

2

,  i  od razu  wiedziałem, 

że  to  jest  drugi  rozdział  w  życiu  mojej  Maniusi,  której  było  sądzone,  żeby  nadal 
dźwigała swą sromotę, miast zaznać chwały. I kiedy pan fabrykant Jína spojrzał na to, 
co Maniusia zrobiła na tylnej części narty, załatwiając naturalną potrzebę gdzieś tam 
za  karłowatą  sosną  u  podnóża  Złotego  Wierchu,  pan  fabrykant  Jína  zemdlał, 
doszczętnie załamany był nawet jeszcze po południu, podczas gdy Maniusi rumieniec 
oblał  całą  twarz  aż  po  korzonki  włosów...  Niebiosa  nie  są  humanitarne  i  człowiek 
myślący  także  humanitarny  nawet  nie  może  być,  prasuję  paczkę  za  paczką,  w  serce 
każdej  wkładam  otwartą  książkę  z  najpiękniejszym  tekstem,  prasuję  w  prasie,  a 
myślami jestem przy Maniusi, z którą tego wieczoru utopiliśmy wszystkie pieniądze w 
szampanie, lecz nawet koniak nie pomógł spełnić naszego pragnienia, żeby Maniusia 

                                                   

2

 Jaroslav Vrchlický (1853-1912), Balada o hovnĕ. 

background image

 

15 

zapomniała  o  owej  chwili,  kiedy  defilowała  z  własnym  łajnem  przed  towarzystwem, 
żeby  Maniusia  stała  się  obrazem,  który  oddalił  się  sam  z  siebie.  Jednak  nazajutrz 
rano,  gdy  całą  resztę  nocy  prosiłem  ją,  żeby  mi  wybaczyła  to,  co  się  stało,  nie 
wybaczywszy odjechała z hotelu Renner dumna i z uniesionym czołem, by wypełnić w 
ten  sposób  słowa  Lao-cy,  znać  swoją  hańbę,  a  zachować  swą  chwałę,  taki  człowiek 
stanowi wzór niebiański... Otworzyłem Księgę drogi i cnoty, znalazłem odpowiednią 
stronę i jak kapłan złożyłem rozwartą książeczkę na ofiarnym ołtarzu, w samym sercu 
koryta, na wyściółce ze wstrętnego papieru z wytwórni wafli i z worków po cemencie. 
Nacisnąłem zielony guzik, który sprawiał, że suwak zgarniał przed sobą tę makulaturę 
przemieszaną  z  odpadkami  włókienniczymi,  i  patrzyłem,  jak  -  niczym  ręce,  które  w 
rozpaczliwej modlitwie dociskają się jedna do drugiej i splatają palcami - suwak prasy 
ścisnął Księgę drogi i cnoty, z której w następstwie odległego skojarzenia wyłonił się 
przede  mną  portret  pewnego  wycinka  z  życia  pięknej  dziewczyny  mej  młodości, 
Maniusi. W tymże czasie jako głęboki podtekst w głębinach rur i kanałów szumiały w 
tunelach ściekowe wody, w których dwa szczurze klany toczą wojnę na śmierć i życie. 
Dzisiaj był piękny dzień. 

Pewnego  przedpołudnia  rzeźnicy  z  Centrali  Mięsnej  przywieźli  mi  ciężarowy 

samochód  pełny  krwawych  papierów  i  zakrwawionych  kartonów,  całe  pojemniki 
papieru,  którego  nie  znosiłem,  bo  ten  papier  wydzielał  słodkawy  zapach  i  zawsze 
byłem  cały  pochlapany  krwią  niczym  rzeźnicki  fartuch.  Dla  obrony  włożyłem  do 
pierwszej paczki rozwartą Pochwałę głupoty Erazma z Rotterdamu, w drugiej paczce 
z  pietyzmem  złożyłem  Don  Carlosa  Fryderyka  Schillera,  a  w  trzeciej  paczce,  ażeby 
również  słowo  krwawym  ciałem  się  stało,  rozwarłem  Fryderyka  Nietzschego  Ecce 
homo.  I  pracowałem  nieustannie  w  roju  i  chmurze  ścierwic,  tych  strasznych  much, 
które  rzeźnicy  przywieźli  ze  sobą  z  rzeźni,  i  tumany  ścierwic  wirowały  z  szaleńczym 
bzykotem i tłukły mnie po twarzy niczym gradowe krupy. A gdy piłem czwarty dzban 
piwa, ukazał mi się koło mej prasy ujmujący młodzieniec i natychmiast poznałem, że 
to nie jest nikt inny, tylko sam Jezus. A obok Niego stał starzec z pobrużdżoną twarzą 
i  natychmiast  stwierdziłem,  że  to  nie  może  być  nikt  inny  niż  sam  Lao-cy.  I  stali  tak 
tam  obaj,  ażebym  mógł  porównać  starego  pana  i  młodego  mężczyznę,  stali  tak  tam 
obaj, a tysiące ścierwic i kobaltowych much po tysiącznych trajektoriach przelatywały 
jak szalone tam i z powrotem, i metaliczny dźwięk ich skrzydeł i tułowi pobrzmiewał 
wysokimi tonami, wyszywały w powietrzu piwnicy olbrzymi żywy obraz, utworzony z 
poruszających się nieustannie krzywizn i bryzgów, całkiem tak, jak lejąc farby tworzył 
swe  gigantyczne  obrazy  Jackson  Pollock.  I  nie  dziwiłem  się  tym  dwóm  postaciom, 
bowiem moi dziadkowie i pradziadkowie wskutek picia gorzałki też miewali widzenia, 
ukazywały  im  się  istoty  z  bajek,  dziadek  podczas  czeladniczej  wędrówki  spotykał 
rusałki  i  wodników,  pradziad,  ten  znów  wierzył  w  istoty,  które  ukazywały  mu  się  w 
słodowni  litowelskiego  browaru,  płanetników  i  skrzaty,  i  dziwożony,  a  ja,  ponieważ 
byłem  wbrew  własnej  woli  wykształcony,  więc  kiedy  zasypiałem  pod  baldachimem 
mego  dwudziestokwintalowego  łóżka,  to  na  belkach  ukazywali  mi  się  Schelling  i 
Hegel,  którzy  narodzili  się  w  jednym  i  tym  samym  roku,  raz  do  mojego  łóżka 
podjechał na koniu sam Erazm z Rotterdamu i pytał mnie o drogę nad morze. Toteż 
nie  zdziwiłem  się,  gdy  dziś  odwiedzili  mnie  w  piwnicy  dwaj  mężowie,  których 
kochałem,  i  gdy  stali  tak  obok  siebie,  po  raz  pierwszy  uświadomiłem  sobie,  jak 
doniosłe  znaczenie  dla  poznania  ich  umysłowości  ma  to,  w  jakim  który  jest  wieku.  I 
podczas  gdy  muchy  wzmagały  swe  szaleńcze  tany  i  bzykot,  a  ma  robocza  bluza 
nasiąkała  wilgotną  krwią,  naciskałem  na  przemian  zielony  i  czerwony  guzik,  i 

background image

 

16 

widziałem,  że  Jezus  idzie  nieustannie  pod  górę,  podczas  gdy  Lao-cy  już  stoi  na 
wierzchołku,  widziałem  żarliwego  młodego  człowieka,  który  chce  zmienić  świat, 
podczas gdy stary pan rozglądał się z rezygnacją i podszywał swą wieczność nawrotem 
do  początku.  Widziałem,  że  Jezus  modlitwą  zaklina  rzeczywistość,  która  zmierza  do 
cudu, podczas gdy Lao-cy Drogą do nieba śledzi prawa natury i jedynie w ten sposób 
dochodzi  do  uczonej  niewiedzy.  I  ładowałem  pełne  naręcza  krwawego,  czerwonego, 
mokrego  papieru,  twarz  miałem  całą  w  plamach  krwi  i  kiedy  naciskałem  zielony 
guzik, suwak mej prasy razem z tym okropnym papierem prasował również te muchy, 
które  nie  potrafiły  oderwać  się  od  resztek  mięsa,  ścierwice,  które  -  oszalałe  od  tego 
zapachu  mięsa  -  goniły  się  i  gziły,  a  potem  z  jeszcze  większą  namiętnością  w 
szarpanych  piruetach  tworzyły  wokół  wypełnionego  papierem  koryta  gęste  zarośla 
obłędu,  wirując  jak  w  atomie  wirują  neutrony  i  protony.  Piłem  z  dzbana  piwo  i  nie 
spuszczałem oczu z młodego Jezusa, który jest pełen zapału, wciąż otoczony gromadą 
młodych mężczyzn i pięknych panien, podczas gdy Lao-cy, całkowicie samotny, szuka 
godnego siebie grobu. I kiedy prasa ścisnęła krwawy papier aż do ostatniej fazy, tak że 
kapały  i  tryskały  z  niego  krople  krwi  sprasowane  razem  ze  ścierwicami,  widziałem 
nadal  Jezusa,  wciąż  pełnego  ujmującej  ekstazy,  podczas  gdy  Lao-cy  w  głębokiej 
melancholii  opierał  się  o  krawędź  mego  koryta  z  pogardą  i  bez  zainteresowania, 
widziałem  następnie  Jezusa,  jak  pełen  wiary  wydaje  rozkazy  i  góra  przenosi  się  o 
kawałek  dalej,  podczas  gdy  Lao-cy  przykrywał  mą  piwnicę  siecią  uplecioną  z 
nieuchwytnego  intelektu,  widziałem  Jezusa  jako  optymistyczną  spiralę,  Lao-cy  jako 
okrąg  bez  wyjścia,  Jezusa  pełnego  sytuacji  konfliktowych  i  dramatycznych,  podczas 
gdy  Lao-cy  w  cichej  zadumie  zastanawiał  się  nad  nierozwiązalnością  dylematów 
moralnych.  I  na  czerwony  guzik  zmoczony  krwią  suwak  prasy  znów  wracał,  a  ja  w 
wolną  przestrzeń  koryta  wciąż  na  nowo  oburącz  rzucałem  zakrwawione  pudła  i 
pudełka oraz nasiąkłe krwią i oparami mięsa opakowania, znalazłem jeszcze  w sobie 
silę, by w książce Fryderyka Nietzschego odszukać strony o tym, jak zawarł gwiezdną 
przyjaźń z Ryszardem Wagnerem, i zanurzyłem tę książkę w korycie niczym dziecko w 
wanience,  a  potem  szybko  obydwiema  rękami  odganiałem  od  twarzy  roje 
granatowych  i  zielonych  much,  które  smagały  mnie  po  policzkach  jak  gałązki 
płaczących  wierzb  w  czas  wichury.  I  kiedy  wcisnąłem  zielony  guzik,  po  piwnicznych 
schodach  drobniutkimi  kroczkami  zbiegały  dwie  spódnice,  turkusowozielona  i 
atłasowoczerwona  spódnica  Cyganek,  które  odwiedzały  mnie  zawsze  niby  zjawy, 
nagle,  gdy  się  już  ich  nie  spodziewałem,  gdy  już  myślałem,  że  umarły,  że  zarżnęli  je 
gdzieś  rzeźnickim  nożem  ci  ich  amanci,  Cyganki,  dwie  zbieraczki  starego  papieru, 
który  nosiły  w  płachtach  na  plecach,  takie  ogromne  toboły,  jak  w  dawnych  czasach 
kobiety nosiły trawę z lasu, tak się te dwie Cyganki kolebały na ruchliwych ulicach, aż 
przechodnie  musieli  ustępować  do  wnęk  i  bram,  a  kiedy  te  Cyganki  weszły  z  tym 
ładunkiem  papieru  w  naszą  bramę,  to  całkiem  blokowały  wjazd,  by  następnie 
pochylone  do  przodu  odwrócić się  przy  wadze  i  paść na  stertę  papieru na  grzbiety, i 
gdy  rozwiązały  popręgi,  uwolniły  się  od  tego  ogromnego  chomąta  i  odciągnęły  ten 
tobół na wagę, zlane potem i zasapane ocierały czoła i patrzyły na skalę, która zawsze 
wskazywała  trzydzieści,  czterdzieści,  czasem  nawet  pięćdziesiąt  kilo  pudeł  i  tektur,  i 
papierowych odpadków ze sklepów i hurtowni. A kiedy stęskniły się albo były już zbyt 
zmordowane  tym  wysiłkiem  -  te  Cyganki  miały  tyle  siły  i  werwy,  że  gdy  wlokły  swe 
płachty,  z  daleka  wyglądały,  jakby  na  grzbietach  niosły  mały  wagon  lub  tramwaj  - 
więc  kiedy  miały  już  tego  dosyć,  wtedy  przybiegły  do  mnie  na  dół,  odrzuciły  tę 
olbrzymią  płachtę  i  zwaliły  się  na  stertę  suchego  papieru,  zadarły  spódnice  aż  po 
pępek, wyłowiły skądś papierosy i zapałki i tak, leżąc na plecach, paliły, zaciągały się 
tak, jakby odgryzały z papierosów czekoladę. Ja zaś, cały w tumanie much, zawołałem 
coś  na  powitanie,  Cyganka  turkusowa  ze  spódnicą  podkasaną  aż  po  pas  leżała  na 

background image

 

17 

plecach,  a  miała  piękne  nagie  nogi  i  piękny  nagi  brzuch,  i  piękny  kosmyk  kudełków 
unosił się jej z podbrzusza jak płomyk, i jedną rękę założyła za chustkę, ściągniętą na 
tył  czarnych  i  tłustych  włosów,  a  w  drugiej  trzymała  papierosa,  którym  się  mocno 
zaciągała, 

tak 

prostodusznie 

leżała 

turkusowa 

Cyganka, 

podczas 

gdy 

atłasowoczerwona  leżała  jak  porzucony  ręcznik,  tak  jak  padła,  zmaltretowana  i 
sterana  tymi  nieludzkimi  ładunkami  papieru.  I  wskazałem  łokciem  teczkę, 
kupowałem  sobie  kiełbasę  i  chleb,  lecz  kiedy  piłem  te  dzbany  piwa,  wtedy  to  drugie 
śniadanie, które sobie przyniosłem, znów odnosiłem do domu, nie mogłem jeść, taki 
bywałem w  pracy  wzruszony  i  rozstrojony,  i  roztrzęsiony,  i  wreszcie  zawsze  przepity 
piwem,  a  Cyganki  wychynęły  z  papieru  jak  dwa  fotele  na  biegunach  i  z  papierosami 
wetkniętymi  w  usta  każda  obydwiema  rękami  wdzierała  się  do  teczki,  i  wypakowały 
kiełbasę,  i  podzieliły  się  sprawiedliwie,  a  następnie  teatralnie  zadeptały  pety, 
starannie, obcasem, jakby miażdżyły łeb żmii, zgasiły niedopałki papierosów i siadły, i 
wpierw zjadły kiełbasę, a dopiero potem jadły chleb, lubiłem patrzeć, jak jadły chleb, 
nigdy nie odgryzały, ale łamały chleb palcami i tak jakoś przy tym chlebie poważniały, 
palcami  wkładały  sobie  kęsy  do  ust,  kiwały  głowami,  jedna  dotykała  drugiej 
ramieniem, jak dwa konie skazane na to, by wspólnie ciągnąć wóz aż do czasu, kiedy 
je  zaprowadzą  do  rzeźni,  gdy  spotykałem  te  dwie  Cyganki  na  ulicy,  jak  z 
przerzuconymi płachtami szły do sklepowych magazynów, zawsze jedna obejmowała 
drugą  w  pasie,  paliły  i  szły  takim  krokiem,  jakby  tańczyły  polkę.  A  te  Cyganki  wcale 
nie  miały  lekko,  ze  zbierania  starego  papieru  utrzymywały  nie  tylko  siebie  i  dwoje 
swoich  dzieci,  ale  również  swego  alfonsa,  Cygana,  który  zawsze  po  południu 
inkasował  część  utargu,  rosnącego  w  miarę  tego,  jak  Cyganki  nosiły  te  ogromne 
toboły.  Ten  Cygan  był  szczególnym  człowiekiem,  miał  okulary  w  złotych  oprawkach, 
wąsik i włosy rozdzielone pośrodku przedziałkiem, i zawsze przewieszony na rzemyku 
przez  ramię  aparat  fotograficzny.  Co  dzień  te  Cyganki  fotografował,  te  dwie 
poczciwinki  zawsze  przybierały  przed  obiektywem  najlepsze  miny,  na  jakie  było  je 
stać,  Cygan  korygował  im  nawet  wyraz  twarzy  i  dopiero  wtedy  cofał  się,  by  je 
sfotografować,  lecz  nigdy  nie  miał  ze  sobą  filmu  i  Cyganki  nigdy  nie  dostały  nawet 
jednej jedynej fotografii, ale co dzień fotografowały się nadal i cieszyły się na te swoje 
zdjęcia jak chrześcijanie na niebo i raj. Raz spotkałem moje Cyganki tam, gdzie most 
Libeński  przeskakuje  z  Holeszovic  na  drugą  stronę  Wełtawy,  tam  na  zakręcie  przy 
barze U Schollerów, regulował tam ruch posterunkowy narodowości cygańskiej, miał 
białe mankiety i prążkowaną pałkę, i dając znak do przejazdu obracał się tanecznym, 
półkowym  krokiem  tak  pięknie  i  z  takim  dostojeństwem,  że  ja  również  zatrzymałem 
się i patrzyłem, z jaką dumą  ten Cygan pełni swój półgodzinny dyżur, zanim nastąpi 
zmiana,  i  nagle  wpadł  mi  w  oko  kolor  turkusowy  i  atłasowoczerwony,  a  to  tam,  po 
drugiej  stronie  barierki,  tak  samo  jak  ja  stały  te  moje  dwie  Cyganki  i  nie  mogły 
oderwać oczu od tego Cygana na środku skrzyżowania, dokoła zaś tych Cyganek stały 
cygańskie dzieciaki i trochę starszych Cyganów i Cyganek, i wszyscy zdumiewali się, i 
oczy wychodziły im z orbit, i na twarzach wszystkich Cyganów malowała się duma, do 
czego to dane było dojść Cyganowi. I gdy potem nadeszła chwila, że Cygan przekazał 
służbę na skrzyżowaniu innemu funkcjonariuszowi, to stał pośród swoich Cyganów i 
przyjmował  gratulacje  i  hołdy,  a  te  moje  dwie  Cyganki  padły  nagle  na  kolana  i 
widziałem,  jak  padły  na  ziemię  turkusowa  i  atłasowoczerwona  spódnica,  i  Cyganki 
tymi  spódnicami  glansowały  zakurzone  służbowe  buty,  a  Cygan  uśmiechał  się  i  w 
końcu  nie  potrafił  już  ukryć  tej  radości  z  samego  siebie,  i  śmiał  się  także,  i  nie 
wzbraniał  się,  i  ucałował  się  ceremonialnie  z  wszystkimi  Cyganami,  podczas  gdy 
turkusowozielona  i  atłasowoczerwona  spódnica  glansowały  mu  służbowe  trzewiki. 
Teraz  Cyganki  dojadły  i  pozbierały  ze  spódnic  okruszki,  i  zjadły  je  także,  turkusowa 
spódnica  położyła  się  na  papierze  i  podkasała  się  po  sam  pas,  tak  prostodusznie 

background image

 

18 

nadstawiła  mi  swój  brzuch  i  spytała  mnie  z  powagą...  No  to  jak,  panie  starszy, 
będziemy  ruchać?  Pokazałem  jej  moje  zakrwawione  dłonie  i  zrobiłem  ręką  gest  jak 
przy  ściąganiu  rolety,  i  powiedziałem...  Nie  będziemy,  boli  mnie  kolano.  A  Cyganka 
wzruszyła  ramionami,  obciągnęła  turkusową  spódnicę,  wciąż  jednak  wpatrywała  się 
we  mnie  niemrugającymi  oczami,  tak  samo  jak  Cyganka  atłasowoczerwona,  która 
siedziała  już  na  schodku.  Potem  podniosły  się  i,  trochę  pokrzepione  i  odświeżone, 
ujęły  rogi  płacht  i  ruszyły  na  schody,  ażeby  zanim  znikną,  przysiąść  w  kucki  i  z 
głowami  pomiędzy  kolanami,  jak  złożone  calówki,  krzyknąć  coś  do  mnie  altem  na 
pożegnanie,  i  wybiegły  wprost  na  korytarz,  i  po  chwili  słyszałem  płask  ich  bosych 
stopek na podwórku, słyszałem ich niepowtarzalny chód krokiem polki, gdy wyruszały 
po stary papier tam, dokąd posłał je ten ich Cygan, który z aparatem fotograficznym 
przez ramię, z rozczesanymi wąsikami i przedziałkiem pośrodku głowy, i w okularach, 
z  góry  ustalał  im  geszefty.  A  ja  pracowałem  dalej,  sięgnąłem  bosakiem  i  spod  sufitu 
zwaliły  się  do  koryta  prasy  przesiąknięte  krwią  pudła  i  pudełka,  i  opakowania,  i 
przemoczony  papier,  i  oto  teraz,  kiedy  dziura  na  środku  podwórza  była  już  wolna, 
słyszałem  wszystkie  dźwięki  i  wszystkie  głosy  jakby  nadawane  przez  megafon,  kilku 
zbieraczy zbliżyło się do otworu, patrzyłem na nich z dołu, jakbym patrzył na posągi 
na  portalu  kościoła,  tak  głęboko  pod  podwórzem  stała  ma  prasa,  podobna  do 
katafalku lub nagrobka Ojca Ojczyzny, Karola Czwartego, i nagle pojawił się tam mój 
szef, i znów ten jego głos, bombardujący mnie z góry, pełen był nienawiści i złości, i 
darł  się  na  mnie,  i  wyłamywał  sobie  z  żalu  ręce...  Haňtio,  a  co  tam  znów  robiły  te 
wróżbiarki, te dwie wiedźmy? Ja zaś jak zawsze zląkłem się, upadłem na jedno kolano 
i  trzymałem  się  ręką  koryta  prasy,  i  spoglądałem  w  górę,  i  nigdy  nie  mogłem  pojąć, 
dlaczego  ten  mój  szef  tak  mnie  nie  lubi,  dlaczego  dla  mnie  zawsze  przybiera 
najgroźniejszą ze swoich min, jakby długo gdzieś się na mnie szykował, tyle było na tej 
jego twarzy niezasłużonego oburzenia, tak wiele cierpienia, które zgotowałem mu ja, 
że  za  każdym  razem,  tak  samo  jak  i  teraz,  raz  jeszcze  uświadamiałem  sobie,  jakim 
wrednym  jestem  człowiekiem  i  strasznym  pracownikiem,  jak  okropnych  kłopotów 
przysparzam  tak  szlachetnemu  szefowi...  Podniosłem  się  z  podłogi,  jak  podnieśli  się 
wylęknieni  żołnierze,  kiedy  wyleciała  w  powietrze  płyta  grobu,  z  którego  wyszedł 
następnie Chrystus, podniosłem się, otrzepywałem sobie kolana i pracowałem nadal, 
już  nie  miałem  w  sobie  tej  pewności,  co  przedtem,  ale  ścierwice  natężyły  teraz 
wszystkie swoje siły i głosy, może szalały dlatego, że sprasowałem im już niemal cały 
krwawy  papier,  może  dostały  obłędu  od  przewiewu,  który  powstał,  ponieważ 
podkopałem stertę, której czubek, wierzchołek zatykał przedtem otwór na podwórze, 
tworzyły  teraz  wokół  mnie  i  mych  rąk,  i  papieru  w  korycie  prasy  gęste  zarośla,  tak 
gęste  jak  krzaki  malin,  jak  pędy  jeżyn,  że  odganiając  je  rękami  miałem  uczucie, 
jakbym  walczył  ze  stalowymi  drutami  i  długimi  szponami.  Tak  oto  pracowałem 
zroszony  krwawym  potem,  przez  cały  zaś  czas,  gdy  w  piwnicy  były  Cyganki,  Jezus  i 
Lao-cy  stali  u  koryta  mej  hydraulicznej  prasy,  i  teraz,  kiedy  znów  byłem  sam  i 
samotnością  przykuty  jedynie  do  rytmu  pracy,  a  przy  tym  nieustannie  opływany  i 
biczowany  sznurami  ścierwie,  widziałem,  że  Jezus  jest  czempionem  tenisa,  który 
właśnie  wygrał  Wimbledon,  podczas  gdy  Lao-cy,  doszczętnie  zmaltretowany, 
przypominał  kupca,  który  posiadając  obfite  zapasy  wygląda,  jakby  nic  nie  miał, 
widziałem krwawą cielesność wszystkich szyfrów i symboli Jezusa, podczas gdy Lao-
cy stał w śmiertelnym gieźle i wskazywał na nieociosany dyl, widziałem, że Jezus jest 
playboyem,  podczas  gdy  Lao-cy  jest  starym  kawalerem  o  wyschłych  już  gruczołach, 
widziałem,  że  Jezus  unosi  imperatywnie  rękę  i  władczym  gestem  skazuje  swoich 
wrogów na potępienie, podczas gdy Lao-cy z rezygnacją opuszcza ręce jak przetrącone 
skrzydła,  widziałem,  że  Jezus  jest  romantykiem,  podczas  gdy  Lao-cy  jest  klasykiem. 
Jezus jako przypływ, Lao-cy jako odpływ, Jezus jako wiosna, Lao-cy jako zima, Jezus 

background image

 

19 

jako  owocna  miłość  bliźniego,  Lao-cy  jako  szczyt  pustki,  Jezus  jako  progressus  ad 
futurum,  Lao-cy  jako  regressus  ad  originem...  I  wciskałem  na  przemian  zielony  i 
czerwony  guzik,  i  odrzuciłem  ostatnie  naręcze  ohydnego  krwawego  papieru,  który 
przywieźli mi rzeźnicy i zawalili mi nim całą piwnicę, lecz jednocześnie przywiedli mi 
za  rękę  Jezusa  i  Lao-cy.  Toteż  do  ostatniej  paczki  włożyłem  Metafizykę  moralności 
Immanuela Kanta i niemal wszystkim ścierwicom pomieszało  się w głowach do tego 
stopnia, że wszystkie siadły na krwawych resztkach i ssały zaschłą i schnącą krew tak 
łapczywie,  że  nawet  nie  spostrzegły,  że  suwak  ściska  je  i  następnie  prasuje,  i 
rozmazuje  na  błony  i  krople.  Gdy  skrępowałem  i  przewiązałem  drutami  ten 
sprasowany  sześcian  obrzydlistwa  i  odwoziłem  paczkę  do  piętnastu  poprzednich, 
odwoziłem z nią również cały pozostały rój oszalałych much, każda paczka usiana była 
ścierwicami,  na  każdej  wyciśniętej  z  paczki  kropli  świeciła  w  czarniawej  czerwieni 
zielona  lub  metalicznie  niebieska  mucha,  jakby  każda  z  tych  paczek  była  ogromnym 
udźcem wołowym, wiszącym na haku w wiejskiej jatce w upalne letnie południe. I gdy 
uniosłem  oczy,  widziałem,  że  Jezus  i  Lao-cy  odeszli  po  białych,  pomalowanych 
wapnem schodach, tak jak ta turkusowa i atłasowoczerwona spódnica mych Cyganek, 
a  dzban  był  pusty.  Tak  więc  gramoliłem  się  po  schodach  na  górę,  chwilę  szedłem 
podpierając  się  ręką,  jakoś  zakręciło  mi  się  w  głowie  od  tej  mojej  zbyt  głośnej 
samotności, dopiero na świeżym powietrzu zaułka wyprostowałem się i silnie ująłem 
w rękę pusty dzban. Powietrze migotało i mrugałem oczami, jakby każdy promyczek 
słońca  był  posolony,  szedłem  uliczką  wzdłuż  muru  plebanii  kościoła  Świętej  Trójcy, 
kopacze rozryli bruk i zobaczyłem tu te moje Cyganki, turkusowa i czerwona spódnica 
siedziały na desce i paliły, i gwarzyły z Cyganami, tu przy robotach ziemnych pracują 
grupy Cyganów, robią  na akord,  więc pracują z ochotą, bo świadomość wytyczonego 
celu zmniejsza ich zmęczenie, ja zawsze lubię na nich patrzeć, gdy rozebrani do pasa 
motykami i kilofami zmagają się z twardą gliną i brukowymi kostkami, lubię oglądać 
ich,  kiedy  tkwią  po  pas  w  ziemi,  jakby  kopali  sobie  grób,  lubię  ich,  tych  Cyganów, 
ponieważ nagle ogarnia ich tęsknota, a że ich żony i dzieci zawsze są blisko miejsca, w 
którym pracują, więc często widzę, jak Cyganka w podkasanej spódnicy połyskującym 
kilofem drąży rów, a młody Cygan trzyma na kolanach maleńkie dziecko i bawi się z 
nim, tak jakoś dziwnie się z nim pieści, właściwie dzięki temu, że bawi się z dzieckiem, 
odzyskuje  jakowąś  siłę,  nie  siłę  mięśni,  lecz  siłę  duszy,  okropnie  uczuciowi  są  ci 
Cyganie, są jak piękne południowoczeskie Madonny igrające z Jezuskiem, czasem tak 
spojrzą  na  człowieka,  że  aż  krew  się  ścina,  ci  Cyganie  mają  oczy,  takie  wielkie  oczy, 
takie  mądre  oczy  jakiejś  dawno  zapomnianej  kultury,  słyszałem,  że  gdy  my  jeszcze 
biegaliśmy  z  siekierkami  i  przepasywaliśmy  się  skórami,  Cyganie  mieli  gdzieś 
państwo  i  ustrój,  które  przeżyły  już  drugi  upadek,  tak  sobie  myślę  i  patrzę,  jak 
kelnerka  u  Husenskich  nalewa  mi  po  brzegu  dzbana  cztery  halby  piwa,  a  resztę  w 
kuflu  poślizgiem  podsunęła  mi  po  cynowym  szynkwasie  pod  rękę,  żebym  tę  resztkę 
dopił,  ponieważ  z  dzbana  już  przelewała  się  piana.  I  odwróciła  się  ta  kelnerka  ode 
mnie,  bo  wczoraj,  jak  płaciłem,  to  z  rękawa  wyskoczyła  mi  myszka.  Wiec  dopiłem, 
możliwe, że kelnerka odwróciła się do mnie tyłem, bo miałem zakrwawione ręce, ręce 
pokryte  zaschłą  krwią,  a  kiedy  przeciągnąłem  dłonią  po  całej  twarzy,  ja  zawsze  tak 
ocieram  sobie  całą  twarz  otwartą  dłonią,  czułem,  że  moje  czoło  pełne  jest  zaschłych 
ścierwie,  które  porozgniatałem,  silnymi  pacnięciami  dłoni  broniąc  się  przed  tymi 
szalonymi  muchami.  Więc  w  zadumie  wracałem  rozkopaną  uliczką,  turkusowa  i 
czerwona spódnica stały już w słońcu pod murem kościoła Świętej  Trójcy, a Cygan z 
aparatem  fotograficznym  w  palcach  naprostowywał  im  brody,  cofnął  się  i  spoglądał 
przez wizjer, i jeszcze raz namówił te dwie oleodrukowe twarzyczki na błogi uśmiech, 
po czym przytknął wizjer do oka i dał znak ręką, następnie pstryknął i o kawałek dalej 
przesuwał  ten  nieistniejący  film,  a  Cyganki  klaskały  i  cieszyły  się  jak  małe  dzieci,  i 

background image

 

20

tylko truchlały, czy dobrze wyjdą na tych fotkach. Nasunąłem kapelusz na oczy i, gdy 
przeszedłem  z  prawej  strony  na  lewą,  naprzeciw  mnie  stał  całkiem  skołowany 
profesor  estetyki,  silne  szkła  wycelował  we  mnie  niczym  lufy  myśliwskiej  fuzji, 
okulary  niczym  dwie  popielniczki,  grzebał  chwilę  w  kieszeni,  potem  jak  zawsze 
wyciągnął dziesięciokoronówkę i dał mi ją do ręki, i spytał... Jest tam ten młody? Jest, 
mówię.  A  następnie  jak  zawsze  zaszeptał  mi  do  ucha...  Niech  pan  będzie  dobry  dla 
tego  młodego,  dobrze?  A  ja  powiedziałem,  że  będę.  I  widziałem,  że  profesor  ruszył 
przez dziedziniec na ulicę Spaloną, toteż szybko przeszedłem zaułek i zszedłem od tyłu 
do  piwnicy,  zdjąłem  kapelusz  i  z  gołą  głową  nasłuchiwałem,  jak  profesor  nieśmiało 
przeszedł podwórze i następnie jak cicho schodził do piwnicy, żeby gdy nasze oczy się 
spotkały,  odetchnąć  z  ulgą  i  rzec...  Gdzie  jest  ten  stary?  Powiadam,  jak  zawsze, 
poszedł gdzieś na piwo. A profesor pytał  mnie dalej... I wciąż jest na pana taki pies? 
Powiadam, jak zawsze, on mi zazdrości, że jestem młodszy niż on. I profesor estetyki 
podał  mi  wytłamszoną  dziesięciokoronówkę,  i  wcisnął  mi  ją  w  dłoń,  i  głos  drżał  mu, 
gdy szeptał do mnie... Ma pan tu, żeby się panu lepiej szukało, znalazł pan coś? A ja 
podszedłem  do  skrzynki  i  wyciągnąłem  stare  „Polityki  Narodow”  i  „Gazety 
Narodowe”,  i  jak  zawsze  były  w  nich  recenzje  sztuk  teatralnych,  artykuły  napisane 
przez  Mirosława  Ruttego  i  Karola  Engelmüllera,  i  podałem  je  profesorowi,  który 
pracował  w  „Gazecie  Teatralnej”  i  choć  wylali  go  z  niej  już  pięć  lat  temu,  wciąż 
strasznie interesował się recenzjami teatralnymi z lat trzydziestych. Gdy się nacieszył, 
ułożył  te  gazety  w  swej  teczce  i  pożegnał  się  ze  mną,  jak  zawsze  obdarowując  mnie 
kolejną dziesięciokoronówką. Na schodach obejrzał się i powiedział... Niech pan dalej 
pilnie  szuka,  teraz  grunt,  żebym  nie  natknął  się  na  tego  starego.  I  wyszedł  na 
podwórze, a ja jak zawsze włożyłem kapelusz, wybiegłem tylnym wejściem w zaułek i 
przeszedłem  przez  dziedziniec  plebanii,  i  stałem  pod  figurą  świętego  Tadeuszka  w 
kapeluszu nasuniętym na oczy, zasępiony i zadziwiony, patrzyłem, jak profesor kroczy 
pod samym murem, i kiedy mnie zobaczył widziałem, jak zawsze, że zląkł się, lecz gdy 
się opamiętał, podszedł do mnie i tak samo jak zawsze dał mi dziesięciokoronówkę, i 
żałosnym głosem powiedział... Niech pan nie będzie dla tego młodego taki zły, czemu 
go pan nie lubi? Niech pan będzie dla niego dobry, dobrze? A ja jak zawsze kiwałem 
głową, krytyk z „Gazety Teatralnej” oddalał się, wiedziałem, że powinien iść prosto na 
plac Karola, ale on, tak jak zawsze, wolał skręcić na dziedziniec, tak jakoś wpadł tam 
za  róg,  widziałem,  jak  ciągnięta  ręką  teczka  leciała  na  dziedziniec,  żeby  prędzej 
skończyło  się  zadziwiające  spotkanie  ze  mną,  ze  starym  pakowaczem,  który  na  tego 
młodszego  pakowacza  jest  zły  jak  pies.  Widziałem,  jak  na  nasze  podwórze  wjeżdża 
tyłem ciężarowy samochód, tylnym wejściem wróciłem do piwnicy i gdy stałem tak z 
wózkiem  koło  windy  i  patrzyłem  na  piętnaście  paczek,  które  dziś  spakowałem, 
widziałem, że boczne ściany paczek ozdobiłem przemoczonymi reprodukcjami Paula 
Gauguina  Dzień  dobry,  panie  Gauguin  i  wszystkie  te  paczki  tak  jakoś  lśniły  i 
wypiękniały, żałowałem, że przyjechali po nie tak prędko, tak bym chciał patrzeć na te 
same  obrazy,  które  jak  kulisy  wyłaniały się  jedne  zza  drugich,  tworząc  razem  piękny 
fantasmagoryczny  widok,  na  którego  tle  bzyczały  chóry  utrudzonych  już  ścierwic...  I 
znad  windy wychyliła się twarz szofera, tak  więc woziłem na wózku jedną paczkę po 
drugiej,  napatrzyłem  się  do  syta  na  ten  Dzień  dobry,  żałowałem,  że  te  paczki  muszą 
opuścić  mą  piwnicę,  ale  co  tam,  powiadam,  jak  będę  na  emeryturze  i  kupię  sobie  tę 
moją  prasę,  to  wszystkie  paczki,  które  zrobię,  zostawię  dla  siebie,  nie  będę  urządzać 
wystaw,  jeszcze  by  mi  ktoś  tę  podpisaną  przeze  mnie  paczkę  kupił,  może  jakiś 
cudzoziemiec, a przy moim pechu ja, żeby nikt tej paczki nie kupił, wyznaczyłbym tam 
cenę tysiąc marek, i przy moim pechu ten cudzoziemiec zapłaciłby mi tysiąc marek i 
zabrałby mi paczkę, i nie wiedziałbym, gdzie jest i dokąd miałbym jechać, by ucieszyć 
się  nią  raz  jeszcze...  Tak  więc  paczka  za  paczką  unosiła  się  windą  do  góry  na 

background image

 

21 

podwórze, słyszałem, jak tragarz paczek przeklina, ile to ścierwic jest dookoła paczki i 
na niej, i kiedy wyjechała ostatnia paczka, wyjechały z nią również wszystkie ścierwice 
i  piwnica  bez  tych  szalonych  much  stała  się  nagle  smutna  i  opuszczona,  tak  jak 
bywam  opuszczony  i  smutny  także  ja.  Wygramoliłem  się  na  czworakach,  gdy  wypiję 
piąty  dzban  piwa,  to  po  schodach  muszę  iść  jak  po  drabinie,  na  czworakach,  i  gdy 
patrzyłem,  jak  tragarz  niesie  ostatnią  paczkę,  i  gdy  szofer  w  rękawicach  odebrał  od 
niego tę paczkę i kolanem podsadzał ją na ustawione już  paczki, widziałem, że plecy 
kombinezonu  tragarza  pokryte  są  zaschniętą  krwią,  takim  krwawym  batikiem, 
widziałem, jak  szofer  z  obrzydzeniem  ściągnął  zakrwawione  rękawice  i  odrzucił  je,  a 
potem  tragarz  usiadł  koło  szofera  i  paczki  wyjeżdżały  z  podwórza,  i  byłem 
zadowolony,  że  nad  burtami  lśniły  jedynie  same  ściany,  jedynie  same  Dzień  dobry, 
panie  Gauguin,  niech  ucieszy  się  tymi  obrazami  ten,  kto  będzie  przechodzić  koło 
jadącej  ciężarówki,  niech  ucieszy  się  ten,  koło  kogo  przejedzie  tak  ozdobiona 
ciężarówka,  i  wraz  z  tymi  paczkami  wyjechały  również  z  podwórza  te  szalone 
ścierwice,  w  słońcu  ulicy  Spalonej  widziałem,  jak  ożywają,  jak  polatują  obłędnie 
dokoła  całego  ciężarowego  samochodu,  te  granatowe  i  zielone  oraz  złociste 
zwariowane  muchy,  które  z  pewnością  dadzą  się  załadować  z  Paulem  Gauguinem, 
Dzień  dobry,  panie  Gauguin,  do  towarowych  wagonów,  aby  w  końcu  pozwolić  się 
wysypać  w  kwasy  i  ługi  w  papierniach,  bo  szalona  ścierwica  nie  może  wyzbyć  się 
przekonania,  że  nigdzie  indziej  nie  mogłaby  żyć  piękniej  niż  w  pięknie  zakrzepłej  i 
rozkładającej się krwi. Gdy chciałem iść do piwnicy, nagle mój szef z męczeńską miną 
ukląkł  przede  mną  i  składając  ręce  zaklinał mnie  i  prosił... Haňtio,  na  miłość  boską, 
błagam  cię,  oto  na  kolanach  cię  proszę,  opamiętaj  się  póki  czas  i  nie  żłop  tych 
dzbanów  piwa,  i  zasuwaj,  i  nie  dręcz  mnie,  bo  jak  tak  dalej  pójdzie  to  mnie 
zadręczysz... Wylękniony schyliłem się i ująłem klęczącego szefa delikatnie za łokcie i 
prosiłem  go...  Niech  się  pan  opamięta,  dobry  człowieku,  mówię,  to  poniżej  pańskiej 
godności, tak klęczeć... i podniosłem mojego szefa, czułem, że cały drży, toteż znów go 
prosiłem,  by  mi  wybaczył,  nie  wiedziałem,  co  ma  mi  wybaczyć,  ale  to  było  w  moim 
stylu, wciąż prosić kogoś o wybaczenie, bo ja prosiłem nawet samego siebie, bym sam 
sobie  wybaczył  to,  czym  byłem,  co  tkwiło  w  mej  naturze...  Tak  oto  kompletnie 
zmaltretowany  wróciłem  do  piwnicy,  obarczony  na  dobitkę  poczuciem  winy  wobec 
mojego  szefa,  ległem  na  plecach  w  dołku,  jeszcze  ciepłym  dołku  po  Cygance  w 
turkusowej  spódnicy,  leżałem  i  wsłuchiwałem  się  w  odgłosy  z  ulicy,  w  tę  piękną 
muzykę  konkretną,  nasłuchiwałem,  jak  przez  pięciopiętrową  czynszówkę,  w  której 
mieści  się  ta  nasza  zbiornica  starego  papieru,  nieustannie  płynie  gdzieś  i  pluszcze 
spuszczana woda, słyszałem pociąganie za klozetowe łańcuszki, a gdy wsłuchałem się 
w głąb ziemi, słyszałem całkiem wyraźnie, choć nie głośno, jak tam gdzieś przez rury i 
kanały  przelewają  się  wody  ściekowe  i  fekalia,  i  podczas  kiedy  wszystkie  legiony 
ścierwic  wyniosły  się,  pod  betonem  słyszałem  kwik  i  tęskny  pisk  szczurów,  bo  we 
wszystkich  kanałach  miasta  stołecznego  Pragi  wciąż  jeszcze  wrzały  bitwy  między 
dwoma  szczurzymi  klanami  o  to,  kto  będzie  panem  wszystkich  ścieków  i  kanałów 
stolicy.  Niebiosa  nie  są  humanitarne  i życie  nade  mną,  i  pode  mną,  i  we  mnie  także 
humanitarne nie jest. Dzień dobry, panie Gauguin! 

Tak  więc  wszystko,  na  co  na  tym  świecie  spojrzałem,  wszystko  zmierza 

jednocześnie do przodu i wszystko jednocześnie powraca, jak miech kowalski, jak na 
rozkaz  zielonych  i  czerwonych  guzików  tej  mojej  prasy  wszystko  przechodzi  w  swe 
przeciwieństwo i jedynie dzięki temu na świecie nic nie chroma, ja zaś już trzydzieści 
pięć  lat  pakuję  stary  papier,  a  do  tej  mojej  pracy  to  by  człowiek  powinien  mieć  nie 

background image

 

22 

tylko  uniwersyteckie  wykształcenie  czy  gimnazjum  klasyczne,  ale  też  seminarium 
teologiczne.  Tak  oto  spirala  pokrywa  się  w  moim  fachu  z  okręgiem  i  progressus  ad 
futurum  zlewa  się  regressem  ad  originem,  a  ja  w  dodatku  przeżywam  to  wszystko 
zmysłem  dotyku  i,  będąc  wbrew  własnej  woli  wykształcony,  jestem  nieszczęśliwie 
szczęśliwy  i  zacząłem  teraz  śnić  o  tym,  że  progressus  ad  originem  pokrywa  się  z 
regressem ad futurum. Taką mam teraz rozrywkę, podobnie jak inny obywatel czyta 
sobie  przy  kolacji  „Wieczorną  Pragę”.  Wczoraj  pochowaliśmy  mojego  wuja,  tego 
barda,  który  wskazał  mi  drogę  tym,  że  w  ogrodzie na  Chabrach  ustawił  sobie  tę  swą 
nastawnię  i  ułożył  między  drzewami  szyny,  i  naprawił  tam  ze  swoimi  przyjaciółmi 
parowozik  marki  Ohrenstein  i  Koppel,  i  w  sobotę  oraz  niedzielę  jeździli  trzema 
lorami, i  wozili  po  południu  dzieci,  a  wieczorem  wozili samych  siebie  i  pili  przy  tym 
piwo  z  dwulitrowych  kufli.  Wczoraj  pochowaliśmy  wuja,  raziła  go  apopleksja  tam  w 
jego  nastawni,  były  wakacje,  toteż  jego  kumple  rozjechali  się  do  lasów  i  nad  wodę, 
toteż  nikt  nie  przyszedł  w  te  lipcowe  upały  i  wuj  leżał  piętnaście  dni  nieżywy  na 
podłodze nastawni, aż znalazł go maszynista  już w muchach i robakach, i ciało wuja 
rozpłynęło  się  po  linoleum  jak  camembert.  Jak  przyjechali  pracownicy  zakładu 
pogrzebowego,  to  wzięli  z  wuja  to  tylko,  co  się  trzymało  w  ubraniu,  a  następnie 
przybiegli  po  mnie  i  ja,  nawykły  w  tej  mojej  piwnicy,  ja  musiałem  łopatą,  a  potem 
kielnią  zeskrobać  z  linoleum  zapiekłe  w  podłodze  szczątki,  dali  mi  butelkę  rumu  i 
cichy i skupiony zeskrobywałem wszystko doczesne, co z wuja zostało, najwięcej pracy 
kosztowało  mnie  wydobycie  z  linoleum  jego  rudych  włosów,  które  wrosły  w  nie  tak, 
jak kiedy ciężarowy samochód przejedzie na szosie jeża, musiałem wziąć na to mesel, i 
gdy byłem gotowy, to upchnąłem te szczątki pod ubranie leżącego w trumnie wuja, na 
głowę  wsadziłem  mu  tę  jego  kolejarską  czapkę,  która  wisiała  w  nastawni,  i 
przyniosłem  Immanuela  Kanta,  i  włożyłem  mu  w  ręce,  otwartego  na  tym  pięknym 
tekście, który mnie zawsze wzruszał... Dwie rzeczy napełniają umysł coraz to nowym i 
wzmagającym  się  podziwem...  niebo  gwiaździste  nade  mną  i  prawo  moralne  we 
mnie... Potem rozmyśliłem się jednak i znalazłem zdanie jeszcze ładniejsze... młodego 
Kanta...  gdy  migotliwe  światło  gwiazd  przebłyskuje  w  brunatnych  cieniach  nocy,  a 
samotny  księżyc  wschodzi  w  pełni,  spokój  cichego  letniego  wieczoru  budzi  z  wolna 
uczucia  przyjaźni,  pogardy  dla  świata,  wieczności...  I  kiedy  otworzyłem  szafkę,  tak, 
właśnie tu była ta kolekcja, którą wuj często mi pokazywał, lecz ja nie miałem dla niej 
zrozumienia,  kolekcja  takich  blaszek  we  wszystkich  kolorach,  były  tego  pełne  pudła, 
wuj  jeszcze  na  służbie  bawił  się  w  taki  sposób,  że  kładł  na  szynach  kawałki  miedzi i 
mosiądzu,  i  cyny,  i  żelaza,  i  innych  kolorowych  metali,  i  gdy  przejechał  pociąg, 
podnosił  te  kawałki,  które  rozgniecione  przybrały  niezwykłe  kształty,  i  każdego 
wieczora wuj zestawiał je w cykle, i każda z tych blaszek miała swą nazwę zależnie od 
skojarzenia,  jakie  budziła,  wyglądały  te  pudła  i  skrzynki  jak  gablotki  z  azjatyckimi 
motylami,  jak  opróżnione  bombonierki  pełne  zmiętych  kolorowych  sreberek  po 
czekoladowych  pralinach.  Tak  więc  jedno  pudło  za  drugim  wsypałem  do  trumny,  na 
wuja,  zasypałem  go  tymi  cennymi  blaszkami  i  dopiero  wtedy  pracownicy założyli na 
trumnę  wieko,  i  wuj  leżał  tam  zasypany  odznaczeniami  i  orderami,  i  medalami,  jak 
wysokiej  rangi  dygnitarz,  tak  uroczyście  prezentował  się  wuj  w  trumnie,  bo 
wysztafirowałem wuja  do trumny, jakbym  wykonywał i prasował przepiękną paczkę. 
A potem wróciłem do mojej piwnicy, po schodach musiałem iść tyłem na czworakach, 
jakbym schodził po drabinie z jakiegoś strychu, w cichości dopijałem butelkę rumu i 
zapijałem  ją  piwem,  i  kilofem  szarpałem  ten  zapieczony  i  zetlały  od  wilgoci  papier, 
wyglądający  już  jak  ementaler,  w  którego  dziurach  mieszkały  myszy,  piłem  piwo  i 
szarpałem spieczony  jak  azbest  stary papier,  i  ładowałem  to  paskudztwo widłami  do 
koryta,  szarpałem  mysie  ścieżki  i  burzyłem  mysie  miasteczko,  musiałem  załadować 
całe  gniazda,  bo  nasza  zbiornica  była  na  dwa  dni  zamknięta,  żebym  miał  czas 

background image

 

23 

zlikwidować  całą  piwnicę  z  powodu  remanentu.  Nawet  nie  przypuszczałem,  gdy 
codziennie  pod  wieczór  skrapiałem  tę  hałdę  starego  papieru,  że  tam  u  spodu  to 
wszystko się zespoli, niemal zapiecze w sobie kwiatki i książki, i sprasowany wskutek 
ciśnienia papier ze ścinków, na dole i na spodzie góry papieru było to tak sprasowane, 
niemal  bardziej  niż  każda  moja  paczka  prasowana  w  mej  hydraulicznej  prasie. 
Doprawdy,  do  tej  pracy  powinienem  być  teologiem,  w  tym  podnóżu  i  u  podstaw 
sterty, gdzie przez pół roku od ostatniego remanentu nigdy nie dotarłem, stary papier 
butwiał jak sędziwe wykroty w bagnie i wydzielał słodkawą woń domowego sera, który 
zapomniany  przestał  w  garnku  pół  roku,  ten  przemoczony  i  sprasowany  wskutek 
nacisku z góry papier utracił też swój kolor i był szary i lekko beżowy, i tak zbity jak 
stary  chleb.  Pracowałem  do  nocy  i  żeby  się  odświeżyć,  wychodziłem  do  szybu 
wentylacyjnego  i  przez  studnię  pięciu  pięter  patrzyłem  na  skrawek  gwiaździstego 
nieba  jak  młody  Kant,  a  następnie  na  czworakach,  dzierżąc  ucho  pustego  dzbana, 
wytaczałem się do tylnego wyjścia i zataczając się szedłem po piwo, aby potem znów 
podpierając  się  ręką  zejść  tyłem  ze  schodów  do  piwnicy,  jakbym  schodził  z  góry  po 
drabinie, i na stoliku pod świecącą żarówką miałem otwartą Teorię nieba, paczki stały 
przy  windzie  na  baczność,  a  dziś  napocząłem  setkę  mokrych  i  przemoczonych 
wielkich  reprodukcji  Słoneczników  Vincenta  van  Gogha,  więc  boki  każdej  paczki 
jaśniały  złocistym  i  pomarańczowym  słonecznikiem  na  błękitnym  tle,  tak  więc 
zmniejszał się smród sprasowanych myszek i ich gniazd, i starego, rozpadającego się 
papieru,  suwak  prasy  poruszał  się  tam  i  z  powrotem,  gdy  wciskałem  to  zielony,  to 
czerwony guzik, w przerwach piłem piwo i do tego czytałem Teorię nieba Immanuela 
Kanta,  o  tym,  że  w  ciszy,  w  powszechnej  ciszy  nocy  oraz  w  spokoju  zmysłów  duch 
nieśmiertelny  mówi  nienazwanym  językiem  o  pojęciach,  które  można  wprawdzie 
zrozumieć, lecz nie opisać... I te zdania szokowały mnie tak, że wybiegałem do szybu 
wentylacyjnego  i  patrzyłem  w  górę  na  gwiaździsty  wycinek  nieba,  a  następnie  nadal 
ciskałem  widłami  do  koryta  ohydny  papier  z  mysimi  rodzinami  owiniętymi  w  taką 
ligninkę, taką watkę, lecz ten, kto pakuje stary papier, nie jest humanitarny, podobnie 
jak niebiosa, w gruncie rzeczy to, co robiłem, ktoś tę pracę musiał wykonać, ta praca 
była  rzezią  niewiniątek,  tak  jak  to  namalował  Pieter  Breughel,  w  tę  reprodukcję 
owijałem  wszystkie  paczki  w  zeszłym  tygodniu,  ale  dzisiaj  jaśniały  mi  kręgi  i  tarcze 
złotej i żółtej barwy, Słoneczniki van Gogha, które  wzmagały tylko  poczucie tragedii. 
Tak więc pracowałem i ozdabiałem grobeczki myszek, a przy tym odbiegałem na bok i 
czytałem  z  Teorii  nieba,  jedno  tylko  zdanko  brałem  zawsze  do  ust  jak  ślazowy 
cukierek, tak więc byłem przy pracy napełniony niezmierną wielkością i nieskończoną 
mnogością, i pięknem, które tryskało na mnie ze wszystkich stron, gwiaździste niebo 
dziurawego szybu wentylacyjnego nade mną, wojna i bitwy dwóch szczurzych klanów 
we  wszystkich  kanałach  i  ściekach  miasta  stołecznego  Pragi  pode  mną,  dwadzieścia 
paczek  ustawionych  równo  jak  pociąg  o  dwudziestu  wagonach  zwrócony  w  stronę 
windy,  a  wszystkie  obrócone  ku  mnie  ściany  paczek  były  rozświetlone  lampami 
słoneczników,  pełne  koryto  prasy,  ściskane  siłą  poziomej  śruby,  zgniatało  ciche 
myszki,  które  nie  wydały  nawet  głosiku,  tak  samo  jak  gdy  myszkę  złapie  i  igra  z  nią 
okrutny  kocur,  tak  oto  miłosierna  natura  wynalazła  zgrozę,  w  której  wyłączają  się 
bezpieczniki i zgroza silniejsza niż ból ogarnia tego, kogo nawiedzi w minucie prawdy. 
Wszystko  to  wprawiało  mnie  w  osłupienie,  nagle  mnie  uświęciło  i  wypiękniałem  we 
własnych  oczach,  bowiem  miałem  odwagę  nie  oszaleć  od  tego  wszystkiego,  co  w  tej 
mojej  zbyt  głośnej  samotności  widziałem  i  ciałem  oraz  duszą  osobiście  zaznałem  i 
przeżyłem, nabywałem pełnej zdumienia wiedzy, poprzez tę pracę rzucającej mnie w 
nieskończony  obszar wszechmocy.  A nade  mną  świeciła  żarówka,  czerwone i zielone 
guziki  poruszały  suwakiem  prasy  tam  i  na  powrót,  wreszcie  dobrałem  się  łopatą  do 
dna piwnicy i jak kopacze, gdy wyrzucają ziemię z wykopu, ja też musiałem pomagać 

background image

 

24 

sobie  kolanem,  by  stylisko  łopaty  utrzymało  ten  papier,  który  przetworzył  się  już  w 
jakiś  margiel,  w  opokę.  Tak  więc  wrzuciłem  ostatnią  łopatę  mokrej  i  kleistej 
substancji, jakbym był kanalarzem i czyścił dno opuszczonego ścieku w podziemiach 
praskiej  kanalizacji.  Do  ostatniej  paczki  włożyłem  otwartą  Teorię  nieba  i  kiedy 
podwiązałem paczkę drutami, i czerwony guzik zwolnił nacisk, i wytoczyłem tę paczkę 
na  wózek,  i  odwiozłem  ją  do  tych  dwudziestu  pozostałych,  siadłem  na  stopniu,  ręce 
zwisały  mi  przez  kolana  na  zimną  cementową  podłogę.  Dwadzieścia  jeden 
Słoneczników świeciło w ciemnej szarzyźnie piwnicy i kilka myszek, które trzęsły się z 
zimna,  bo  nigdzie  nie  było  już  papieru,  jedna  z  tych  myszek  podeszła  blisko  i 
zaatakowała mnie, maleńka myszka doskakiwała do mnie na tylnych łapkach i chciała 
ugryźć mnie albo może przewrócić, możliwe, że chciała mnie jedynie zranić, całą siłą 
swego  mysiego  ciałka  skakała  i  kąsała  moją  mokrą  podeszwę,  za  każdym  razem 
odsuwałem  ją  delikatnie,  ale  myszka  wciąż  od  nowa  rzucała  się  na  moją  podeszwę, 
aby wreszcie całkiem bez tchu przysiąść w kątku i patrzeć na mnie, patrzeć mi w oczy, 
i zacząłem dygotać, widziałem, że w tych mysich oczach jest w tej chwili coś więcej niż 
gwiaździste niebo nade mną, więcej niż prawo moralne we mnie. Uderzeniem pioruna 
oznajmił  mi  Artur  Schopenhauer,  że  najwyższym  prawem  jest  miłość,  a  ta  miłość  to 
współczucie,  pojąłem,  dlaczego  Artur  tak  nienawidził  głoszącego  kult  siły  Hegla, 
byłem  jednak  zadowolony,  że  ani  Hegel,  ani  Schopenhauer  nie  byli  dowódcami 
wrogich  armii,  bo  ci  dwaj  toczyliby  wojnę  dokładnie  taką,  jaką  wiodą  dwa  szczurze 
klany  we  wszystkich  kanałach  i  ściekach  praskich  podziemi.  Dziś  w  nocy  byłem  taki 
zbiedzony,  leżałem  w  poprzek  łóżka  pod  baldachimem,  nad  którym  belki 
podtrzymywały  dwie  tony  książek,  patrzyłem  w  półmrok  wdzierający  się  ze  skąpo 
oświetlonej  ulicy  i  przez  szpary  między  deskami  widziałem  grzbiety  książek,  a  kiedy 
było  cicho,  nagle  usłyszałem  chrobot  mysich  ząbków,  słyszałem,  jak  pracują  na 
baldachimie  nad  moim  łóżkiem,  i  z  kilku  książek  dochodził  mnie  ten  dźwięk,  który 
napędzał mi strachu, jakby cykał tam stoper, a gdzie są myszki, tam gdzieś nade mną 
będzie też mysie gniazdo, a gdzie są gniazda, tam za kilka miesięcy powstanie mysia 
osada, a za pół roku wioski myszek, które w postępie geometrycznym, nim minie rok, 
utworzą  miasteczko,  zdolne  podgryzać  również  tramy  i  belki  tak  przemyślnie,  że 
pewnego  razu  -  i  to  już  wkrótce  -  trącę  je  tylko  głosem,  tylko  nieznacznym  ruchem 
ręki i zleci na mnie tych dwadzieścia kwintali książek, i tak myszki zgotują mi odpłatę 
za  wszystkie  paczki,  w  których  je  kiedykolwiek  sprasowałem.  Tak  oto  leżałem  w 
półśnie, całkowicie zmożony chrupaniem książek tam gdzieś nade mną i jak zawsze w 
tym chwiejnym śnie przyszła do mnie w postaci Mlecznej Drogi maleńka Cyganka, ta 
miłość mej młodości, Cyganka cicha i prostoduszna, ta, która czekając na mnie przed 
restauracją  jedną  nogę  miała  wysuniętą  do  przodu  i  w  bok,  jak  baletnice  w 
podstawowej  pozycji,  urocza  piękność  mojej  młodości,  o  której  dawno  już 
zapomniałem.  Całe  jej  ciało  pokryte  było  potem  i  tłuszczem  woniejącym  piżmem  i 
pomadą,  ile  razy  ją  pogłaskałem,  miałem  palce  w  świeżym  maśle,  pachniała  jelenim 
łojem, chodziła w jednej i tej samej konfekcyjnej sukience, całej utytłanej w sosach i 
zupach, na plecach ta sukienka pełna była plam od wapna i spróchniałego drewna, od 
tego,  że  mi  przynosiła z  rozbiórek  zbutwiałe  belki  i  deski,  pamiętam,  jak  tę  Cygankę 
spotkałem  po  raz  pierwszy,  to  było  pod  koniec  wojny,  kiedy  wracałem  z  knajpy, 
przyłączyła się do mnie i wciąż szła za mną, rozmawiałem z nią przez ramię, trzymała 
się  wciąż  za  moimi  plecami  i  nie  dawała  nigdy  na  siebie  czekać  ani  mnie  nie 
wyprzedzała, dreptała za mną w bezgłośnych trzewikach, tak, wyszedłem od Horkich i 
na rozdrożu mówię, no to żegnam, muszę już iść, lecz ona powiedziała, że musi iść w 
tę  samą  stronę,  w  którą  ruszyłem,  tak  więc  wszedłem  w  ulicę  Ludmiły  i  na  końcu 
powiadam, no to żegnam, ja muszę iść do domu, a ona powiedziała, że także idzie w tę 
samą stronę, więc umyślnie doszedłem aż na Zertwy i podałem jej rękę, że muszę iść 

background image

 

25 

na dół, a ona powiedziała, że idzie w tę samą stronę co ja, tak więc szliśmy, a tam na 
dole, Na Grobli Wieczności, powiedziałem, że już jestem na mojej ulicy i że się z nią 
rozstaję, a ona powiedziała, że  idzie w tę samą stronę co ja, tak  więc doszedłem pod 
gazową  latarnię  przy  naszej  czynszówce  i  mówię,  no  to  żegnam,  ja  już  stoję  przed 
moją chałupą, a ona powiedziała, że także tutaj mieszka, więc otworzyłem i puściłem 
ją  przodem,  ale  ona  nie  chciała,  niech  pierwszy  wejdę  w  ciemny  korytarz,  tak  więc 
wszedłem, mieszkało tam jeszcze trzech lokatorów, tak więc wyszedłem po schodach 
na podwórko i szedłem do moich drzwi, a kiedy otwierałem, odwróciłem się i mówię, 
no  to  żegnam,  ja  już  jestem  u  siebie,  a  ona  mi  powiedziała,  że  też  jest  już  u  siebie  i 
weszła  do  mnie,  i  spała  ze  mną  w  jedynym  łóżku,  a  kiedy  się  obudziłem,  już  jej  nie 
było,  tylko  łóżko  przy  brzegu  było  po  niej  ciepłe.  Tak  więc  umyślnie  wracałem  do 
domu dopiero w nocy, lecz gdy tylko wszedłem na schody, widziałem ją, jak siedzi na 
stopniu  przed  drzwiami,  widziałem,  że  pod  oknem  leżą  białe  deski  i  pocięte  belki  z 
rozbiórek,  i  kiedy  otworzyłem,  podniosła  się  jak  kotka  i  wsunęła  się  do  pokoiku,  a 
potem  nic,  tylko  milczeliśmy,  ja  szedłem  do  wielkiego  dzbana  po  piwo,  przynosiłem 
pięć litrów piwa, a tymczasem Cyganka rozpaliła pod blachą, w żeliwnym piecyku, w 
którym ogień huczał, choć drzwiczki były otwarte, bo w tym pokoiku był wielki komin, 
kiedyś  mieścił  się  tu  warsztat  kowalski  ze  sklepikiem,  Cyganka  gotowała  stale  to 
samo,  ziemniaczany  gulasz  z  końską  kiełbasą,  potem  siedziała  przy  otwartych 
drzwiczkach,  dokładała  i  podołek  miała  pełen  żółtego  światła,  a  dokoła  jej  ramion  i 
szyi, i nieustannie zmieniającego się profilu ciągnęła się złocista krecha potu, jak było 
jej  gorąco,  ja  zaś  wyciągnąłem  się  w  ubraniu  na  łóżku,  wstawałem,  żeby  napić  się  z 
dzbana  i  gdy  upiłem,  podawałem  dzban  Cygance,  obydwiema  rękami  trzymała  ten 
gigantyczny dzban i gdy piła, słyszałem, jak pulsuje jej szyja i jak postękuje cichutko, 
niczym jakaś pompa w oddali, początkowo myślałem, że dokłada do pieca i wciąż pali 
w nim tylko po to, by mnie sobie pozyskać, ale to tkwiło w niej, ten ogień był w niej, 
bez ognia chyba nie potrafiła żyć. Więc żyłem z tą Cyganeczką i właściwie to nawet nie 
wiedziałem,  jak  się  nazywa,  a  ona  nie  wiedziała  i  nie  chciała,  i  nie  potrzebowała 
wiedzieć, jak nazywam się ja, tak cicho i bez słowa spotykaliśmy się wieczorem, nigdy 
nie dałem jej kluczy, zawsze czekała na mnie, czasem umyślnie, żeby ją wypróbować, 
przychodziłem  dopiero  po  północy,  gdy  otworzyłem,  nagle  mignął  koło  mnie  cień  i 
wiedziałem, że Cyganka jest już w pokoiku i za chwilę potrze zapałkę, zapali papier i 
ogień w piecu zacznie płonąć i huczeć, i nieustannie pożerać drewno, którego Cyganka 
naściągała  pod  okna  na  cały  miesiąc.  A  także  kiedy  cicho  jedliśmy  i  rozświeciliśmy 
żarówkę,  widziałem,  jak  Cyganka  łamała  chleb,  tak  jakoś,  jakby  przyjmowała  świętą 
Eucharystię, łamała, a następnie zbierała okruszki ze spódnicy i wrzucała je sakralnie 
w ogień. A potem leżeliśmy na plecach i patrzyliśmy w sufit, na którym poruszała się 
mora przytłumionych cieni i półświateł, żarówkę dawno już zgasiliśmy, kiedy szedłem 
po  dzban  na  stole,  to  jakbym  szedł  przez  akwarium  pełne  morszczynów  i  wodnej 
rzęsy, jakbym szedł przez gęsty las jasną nocą, tak migały cienie, a gdy piłem, zawsze 
odwracałem  się  i  patrzyłem  na  nagą  Cygankę,  jak  leży  i  patrzy  na  mnie,  jej  oczy 
świeciły  białkami,  widzieliśmy  się  znacznie  lepiej  niż  w  ostrym  świetle,  ja  w  ogóle 
kochałem zmrok, to była jedyna chwila, kiedy miałem wrażenie, że może się stać coś 
wielkiego, że po zmierzchu, o zmroku wszystkie rzeczy są piękniejsze, wszystkie ulice, 
wszystkie  place,  że  wszyscy  ludzie  wieczorem,  gdy  tak  idą,  są  piękni  niczym  bratki, 
miałem nawet wrażenie, że ja również jestem pięknym młodym mężczyzną, o zmroku 
lubiłem  przeglądać  się  w  lustrze,  lubiłem  widzieć  swoje  odbicie  w  szybach  wystaw 
sklepowych,  nawet  kiedy  po  zmierzchu  dotykałem  palcami  twarzy,  stwierdzałem,  że 
nie mam ani jednej zmarszczki, ani koło ust, ani na czole, że z nadejściem zmroku w 
codziennym życiu nastąpiła ta pora, której na imię piękno. W otwartych drzwiczkach 
pieca płonął rozżarzony węgiel, naga Cyganka znów wstała i kiedy szła, widziałem, jak 

background image

 

26 

z całego jej ciała, obwiedzionego żółtą krechą, promieniuje aureola, zupełnie tak jak z 
całego  Ignacego  Loyoli  przycementowanego  na  fasadzie  kościoła  na  placu  Karola.  I 
gdy  dołożyła  do  pieca,  znowu  szła,  i  położyła  się  na  mnie,  odwróciła  głowę  tak,  że 
patrzyła na mój profil i wodziła palcem po mym nosie i ustach, i w ogóle niemal mnie 
nie całowała i ja nie całowałem jej także, wszystko mówiliśmy sobie rękami, a potem 
tylko  leżeliśmy  i  patrzyliśmy  na  odblaski  i  odbicia  pękniętego  w  połowie  żeliwnego 
piecyka,  który  ze  swego  wnętrza  emanował  kędzierzawe  światło,  powstające  ze 
śmierci  drewna.  Nie  pragnęliśmy  już  nic  innego,  jak  tylko  żyć  tak  wiecznie  i  bez 
końca, jakbyśmy dawno już wszystko sobie powiedzieli, jakbyśmy się razem narodzili 
i nigdy się nie rozstawali. Kiedy nadeszła jesień tego przedostatniego roku tej drugiej 
wojny,  kupiłem  niebieski  papier  pakowy,  nici,  kłębki  grubych  nici,  klej  i  przez  całą 
niedzielę, podczas gdy Cyganka chodziła po piwo, na podłodze lepiłem i montowałem 
latawiec,  wyrównałem  nitki  tak,  by  latawiec  wznosił  się  prosto  w  górę,  do  nieba,  a 
potem  szybko  wykonaliśmy  długi  ogon,  Cyganka,  jak  ją  tego  nauczyłem,  wiązała 
papierowe  kokardki,  no  i  wybraliśmy  się  razem  na  Okrąglak,  i  kiedy  wypuściłem 
latawiec w niebo i zluzowałem nitkę, i potem trzymałem chwilę grubą nić w palcach i 
ciągnąłem,  żeby  latawiec  wzbił  się  i  stał  nieruchomo  na  niebie,  tylko  ogon  falował, 
tworząc literkę S, Cyganka zasłaniała całą twarz dłońmi i nad palcami widziałem te jej 
rozwarte,  zdumione  oczy...  A  potem  siedzieliśmy  i  popuszczałem  grubą  nić,  i  dałem 
Cygance potrzymać latawiec na niebie, a Cyganka krzyczała, że latawiec wyciągnie ją 
na niebiosa, że czuje, że wznosi się w górę do nieba jak Maryja Panna, trzymałem ją za 
ramiona, że jeśli już, to wzlecimy razem oboje, lecz Cyganka zwróciła mi kłębek nici, 
tak  więc  siedzieliśmy  i  Cyganka  oparła  głowę  na  mym  ramieniu,  a  ja  umyśliłem 
raptem, że poślę latawcowi liścik i dałem Cygance nitkę do potrzymania, lecz Cyganka 
znów  była  przerażona,  że  latawiec  weźmie  ją  na  niebiosa  i  że  nigdy  już  mnie  nie 
zobaczy, więc wbiłem w ziemię kołek, na którym nawinięta była gruba nić, wyrwałem 
z notesika kartkę, naderwałem ją, nanizałem na nitkę i gdy ponownie ująłem kłębek w 
palce, Cyganka krzyczała, wyciągała ręce do liściku, który szarpanymi ruchami unosił 
się  po  nitce  w  górę,  czułem  w  palcach,  jak  latawiec  ciągnie,  każdy  podmuch  wiatru 
tam w górze wchodził mi przez palce w całe ciało i kiedy liścik dotarł do skrzyżowania 
nici  pod  latawcem,  poczułem  to  dotknięcie  i  zadrżałem,  i  nagle  ten  latawiec  był 
Bogiem,  a  ja  byłem  Synem  Bożym,  a  ta  nić  była  Duchem  Świętym,  za  którego 
pośrednictwem  człowiek  wchodzi  w  styczność,  w  intymny  kontakt  i  dialog  z  samym 
Bogiem. Więc puszczaliśmy jeszcze kilka razy latawiec na niebo, Cyganka ośmieliła się 
i  trzymała  nitkę,  i  cała  dygotała  jak  ja,  dygotała,  kiedy  również  latawiec  drgał  pod 
naporem wiatru, trzymała nitkę na paluszku i krzyczała w uniesieniu... Pewnego razu 
przyszedłem  wieczorem  do  domu,  Cyganka  na  mnie  nie  czekała,  zaświeciłem,  do 
białego  rana  wychodziłem  przed  dom,  lecz  Cyganka  nie  przyszła  i  nie  przyszła  także 
nazajutrz,  nie  przyszła  już  nigdy.  Szukałem  jej,  ale  nigdy  już  jej  nie  zobaczyłem, 
maleńkiej, dziecinnej Cyganki, prostej jak nieociosane drewno, Cyganki jak tchnienie 
Ducha Bożego, Cyganki, która nie chciała nic więcej, niż tylko palić w piecu drewnem, 
które  przynosiła  na  grzbiecie,  te  ciężkie  belki  i  deski  z  rozbiórek,  kloce  wielkie  jak 
krzyż,  naprawdę  nie  chciała  nic  więcej,  niż  gotować  ziemniaczany  gulasz  z  końską 
kiełbasą, dokładać do pieca, a jesienią puszczać latawiec na niebiosa. Dopiero później 
dowiedziałem się, że zabrało ją gestapo z innymi Cyganami i że wywieźli ją do kacetu, 
skąd  już  nie  wróciła,  spalili  ją  gdzieś  na  Majdanku  lub  w  Oświęcimiu  w 
krematoryjnych  piecach.  Niebiosa  nie  są  humanitarne,  ja  jednak  wtedy  jeszcze 
humanitarny  byłem.  Po  wojnie,  kiedy  nie  przyszła,  spaliłem  na  podwórzu  latawiec 
razem z nićmi, długi ogon, którego kokardki robiła maleńka Cyganka, której imienia 
już  zapomniałem.  Gdy  wojna  się  skończyła,  jeszcze  w  latach  pięćdziesiątych 
miewałem  piwnicę  pełną  nazistowskiej  literatury,  z  ogromną  chęcią  w  świetle 

background image

 

27 

wdzięcznej sonaty mej małej Cyganki prasowałem kwintale tych broszur i książek na 
ten sam temat, prasowałem setki tysięcy stron z fotografiami wiwatujących mężczyzn 
i  kobiet,  i  dzieci,  wiwatujących  starców,  wiwatujących  robotników,  wiwatujących 
chłopów,  wiwatujących  esesmanów,  wiwatujących  wojskowych,  w  koryto  mej 
hydraulicznej  prasy  ochoczo  wrzucałem  Hitlera  i  jego  świtę,  wkraczających  do 
wyzwolonego  Danzigu,  Hitlera  wkraczającego  do  wyzwolonej  Warszawy,  Hitlera 
wkraczającego do wyzwolonej Pragi, Hitlera wkraczającego do wyzwolonego Wiednia, 
Hitlera  wkraczającego  do  wyzwolonego  Paryża,  Hitlera  w  jego  prywatnym 
mieszkaniu,  Hitlera  na  uroczystościach  dożynkowych,  Hitlera  z  jego  wiernym 
wilczurem,  Hitlera  pośród  jego  frontowych  żołnierzy,  Hitlera  podczas  podróży 
inspekcyjnej oglądającego Wał Atlantycki, Hitlera wjeżdżającego do zdobytych miast 
na  Wschodzie  i  na  Zachodzie,  Hitlera  pochylonego  nad  sztabowymi  mapami,  a  im 
więcej  prasowałem  Hitlera  oraz  wiwatujące  kobiety  i  mężczyzn,  i  dzieci,  tym  więcej 
myślałem o mojej Cygance, która nigdy nie wiwatowała, która nie chciała nic innego, 
niż dokładać do pieca i gotować ziemniaczany gulasz z końską kiełbasą, i chodzić do 
wielkiego  dzbana  po  piwo,  nie  chciała  więcej,  niż  łamać  chleb  jak  świętą  hostię  i 
potem  przez  otwarte  drzwiczki  pieca  patrzeć  na  płomienie  i  żar,  na  melodyjny  huk 
ognia,  śpiew  ognia,  który  znała  od  czasu  swojego  dzieciństwa  i  który  był  sakralnie 
związany  z  jej  plemieniem,  ognia,  którego  światło  zostawia  pod  sobą  wszelki  żal  i 
przywołuje na twarz melancholijny uśmiech, będący odbiciem wyobrażenia Cyganki o 
szczęściu doskonałym... Leżę teraz na plecach w poprzek mojego łóżka, a z pawlacza 
spadła  mi  na  piersi  maleńka  myszka,  ześliznęła  się  i  wbiegła  pod  łóżko,  musiałem 
przynieść trochę myszek w teczce albo w kieszeni kurtki, z podwórza unosi się zapach 
klozetów,  wnet  będzie  padać,  myślę  sobie,  leżąc  na  plecach  nie  mogę  ruszyć  ani 
jednym  z  mych  członków,  taki  jestem  zniszczony  piwem  i  pracą,  gdy  w  dwa  dni 
wyczyściłem całą piwnicę na zgubę setek myszy, potulnych zwierzątek, które także nie 
chciały  nic  innego,  niż  chrupać  teksty  książek  i  mieszkać  w  dziurach  w  starym 
papierze, rodzić kolejne myszki i dawać im ssać w takim gniazdku, myszki zwinięte w 
kłębek,  tak  jak  ta  moja  Cyganeczka  zwijała  się  w  kłębek  koło  mnie  w  chłodną  noc. 
Niebiosa nie są humanitarne, lecz jest chyba coś więcej niż te niebiosa, współczucie i 
miłość, o której już zapomniałem i której już nie pamiętam. 

Trzydzieści pięć lat robiłem paczki ze starego papieru na hydraulicznej prasie, 

trzydzieści  pięć  lat  myślałem,  że  makulatury  i  odpadków  szmacianych  niepodobna 
prasować inaczej niż tak, jak robiłem to ja, ale teraz dowiedziałem się, że na Bubnach 
ustawiono gigantyczną prasę, która zastąpi dwadzieścia takich pras jak ta, na której ja 
pracuję. I gdy naoczni świadkowie powiedzieli mi, że ten gigant robi paczki o wadze 
trzech i czterech kwintali i wozi się te paczki do wagonów podnośnikowymi wózkami, 
powiadam  sobie,  na  to,  Haňtio,  musisz  popatrzeć,  to  musisz  zobaczyć,  złożysz 
kurtuazyjną  wizytę.  I  gdy  stałem  na  Bubnach  i  widziałem  tę  ogromną  przeszkloną 
halę,  wielką  niemal  jak  mały  Dworzec  Wilsona,  i  słyszałem  dudnienie  tej  ogromnej 
prasy,  dostałem  dreszczy  i  nie  mogłem  spojrzeć  na  tę  maszynę,  chwilę  stałem  i 
patrzyłem  gdzie  indziej,  potem  zawiązywałem  sznurowadło  u  buta  i  nie  mogłem 
spojrzeć tej maszynie w oczy. Ze mną zawsze tak było, kiedy w stercie starego papieru 
dostrzegłem  grzbiet  i okładki  jakiejś  cennej  książki, nie  sięgałem  po  nią  od  razu,  ale 
brałem pakuły i czyściłem wał mojej prasy, dopiero potem rzucałem okiem na stertę 
papieru  i  obliczałem,  czy  mam  dość  siły,  żeby  tę  książkę  wziąć  i  otworzyć,  i  dopiero 
kiedy uznałem, że tak, wtedy podnosiłem książkę i ta książka drżała w mych palcach 
jak ślubna wiązanka panny młodej przed ołtarzem. Taki byłem również, kiedy jeszcze 

background image

 

28

grywałem  w  futbol  w  naszym  wiejskim  klubie,  wiedziałem,  że  skład  w  gablotce  koło 
Dolnej  Gospody  wywieszają  dopiero  w  czwartek,  ale  ja  przyjeżdżałem  z  bijącym 
sercem już w środę, stałem rozkraczony nad ramą roweru i nigdy nie mogłem spojrzeć 
na  gablotkę  od  razu,  oglądałem  zameczek  i  listwy  skrzynki,  a  potem  długo  czytałem 
nazwę naszego klubu i dopiero później patrzyłem na skład, ale w środę był tam zawsze 
skład  jeszcze  z  poprzedniego  tygodnia,  toteż  odjeżdżałem,  żeby  w  czwartek  stać 
rozkraczony  przy  gablotce  i  długo  patrzeć  na  wszystko,  tylko  nie  na  skład,  i  dopiero 
gdy się uspokoiłem, dopiero wtedy powoli i długo czytałem skład pierwszej drużyny, a 
następnie skład rezerwy i na koniec skład juniorów, i dopiero widząc swoje nazwisko 
jako rezerwowego, byłem szczęśliwy. Teraz tak samo stałem przy gigantycznej prasie 
na Bubnach i gdy moje zmieszanie zmalało, zebrałem się na odwagę i spojrzałem na tę 
maszynę, która wznosiła się pod szklany strop hali niczym olbrzymi ołtarz w kościele 
Świętego  Mikołaja  na  Małej  Stranie.  Ta  prasa  była  jeszcze  większa,  niż  się 
spodziewałem,  wielka  taśma  była  taka  szeroka  i  długa,  jak  taśma  w  elektrowni  na 
Holeszovicach,  powolutku  sypiąca  węgiel  pod  ruszty,  na  tej  taśmie  przesuwał  się 
powolutku  biały  papier  i  książki,  ładowali  te  książki  młodzi  robotnicy  i  robotnice, 
ubrani całkiem inaczej, niż byłem ubrany w pracy ja i inni pakowacze starego papieru, 
mieli  pomarańczowe  i  jasnoniebieskie  rękawice,  i  żółte  amerykańskie  czapki  z 
daszkami,  na  sobie  takie  kombinezony  po  piersi,  a  wyżej  szeleczki  przez  ramiona  i 
skrzyżowane  na  plecach.  Takie  owerole,  podkreślające  elegancję  kolorowych 
sweterków  i  golfów,  i  nigdzie  nie  widziałem  zapalonej  żarówki,  przez  ściany  i 
przeszklony  strop  wlewało  się  światło  i  słońce,  a  pod  sufitem  były  wentylatory,  te 
kolorowe  rękawice  zwiększały  moje  upokorzenie,  bo  ja  zawsze  pracowałem  gołymi 
rękami, żeby czuć w palcach smak papieru, ale tu nikt nie pragnął dotykiem chłonąć 
tego niepowtarzalnego uroku starego papieru, a taśma unosiła książki i białe ścinki w 
górę,  jak  ruchome  schody  wynoszą  przechodniów  z  podziemnego  przejścia  pod 
placem  Wacława  na  ulice,  i  ten  papier  trafiał  prosto  do  ogromnego  kotła,  wielkiego 
jak  gigantyczny  kocioł  w  browarze  na  Smichovie,  w  którym  warzy  się  piwo,  gdy  ten 
kocioł  był  pełny,  taśma  zatrzymała  się,  a  spod  stropu  zjechała  ustawiona  pionowo 
śruba, która z ogromną siłą sprasowała papier i tak pięknie parsknęła, aby ponownie 
unieść  się  pod  strop  hali,  i  taśma  znów  szarpanymi  ruchami  niosła  papier,  i  sypała 
surowiec  prosto  do  owalnego  koryta,  wielkiego  jak  basen  na  placu  Karola.  I  teraz 
uspokoiłem  się  na  tyle,  by  zauważyć,  że  ta  prasa  paczkuje  i  prasuje  całe  nakłady 
książek, przez szklaną ścianę widziałem ciężarowe samochody, jak przywoziły paczki z 
książkami,  ułożone  równo,  aż  ponad  burty,  całe  nakłady  książek,  idące  prosto  na 
przemiał,  zanim  choćby  jedna  stroniczka  zatruje  ludzkie  oczy  i  ludzki  mózg,  i  serce. 
Dopiero  teraz  widziałem,  że  robotnicy  i  robotnice  u  podnóża  taśmy  rozrywają 
opakowania  paczek  i  wyjmują  z  nich  świeże  książki,  i  zrywają  okładki,  i  rzucają  na 
taśmę same tylko  wnętrza książek, rzucali te książki, które zanim upadły, rozwierały 
kartki, i nikt na te kartki nie spojrzał, właściwie to nawet spojrzeć nie mógł, bo taśma 
musiała  być  wciąż  pełna,  nie  pozwalała,  żeby  się  nad  nią  zatrzymywać,  jak  nad  mą 
prasą zatrzymywałem się ja, taka nieludzka była praca tutaj, na Bubnach, całkiem jak 
na statku  wielorybniczym,  gdy  wyciągnie się sieci na  rufę  i  żeglarze wybierają  ryby  i 
rybki,  i  sortują  je  rzucając  na  taśmy  biegnące  do  wytwórni  konserw  we  wnętrzu 
statku, ryby jak ryby, książki jak książki. Tak więc zebrałem się na odwagę i wszedłem 
po  schodkach na platformę biegnącą dookoła owalnego koryta, doprawdy chodziłem 
po  tej  platformie  jak  w  warzelni  smichowskiego  browaru  wokół  kotłów,  w  których 
warzy  się  pięćset  hektolitrów  piwa  naraz, oparty  o  barierę  patrzyłem na  dół,  jakbym 
stał na rusztowaniu na budowie jednopiętrowego domku, tablica rozdzielcza świeciła 
dziesiątkami guzików we wszystkich kolorach, jak w jakiejś elektrowni, a śruba znowu 
gniotła i prasowała zawartość wnętrza z taką siłą, jak kiedy w zamyśleniu gniecie się w 

background image

 

29 

palcach  bilet  tramwajowy,  ja  zaś  bezgranicznie  przerażony  rozglądałem  się  wokół 
siebie  i  patrzyłem  na  dół,  na  pracujących  robotników  i  robotnice,  na  których  przez 
boczną  ścianę  świeciło  słońce,  i  barwy  ubrań  i  sweterków,  i  czapek  mieniły  się  w 
oczach i pyszniły się kolorami, jak jakieś egzotyczne ptaki wyglądali ci robotnicy, jak 
zimorodki, norweskie gile, jak papugi, lecz nie to było przyczyną mojego przerażenia, 
zląkłem się, ponieważ nagle jasno pojąłem, że ta gigantyczna prasa to śmiertelny cios 
zadany wszystkim małym prasom, pojąłem nagle, że to, co widzę, to jest nowa epoka 
w  mojej  branży,  że  to  już  inni  ludzie  i  inny  sposób  pracy.  Uświadomiłem  sobie,  że 
nadszedł  kres  drobnych  radości,  które  w  małej  zbiornicy  przychodziły  w  postaci 
znalezionych,  omyłkowo  wyrzuconych  na  makulaturę  ksiąg  i  książek,  że  to,  co  tutaj 
widzę,  to  również  inna  mentalność,  bo  możliwe,  że  każdy  robotnik  weźmie  sobie  do 
domu jako deputat jedną książkę z każdego nakładu, że ją sobie nawet przeczyta, ale 
to już koniec wszystkich tych moich kolegów pakowaczy i również mój koniec, bo my 
wszyscy, starzy pakowacze, byliśmy wbrew własnej woli wykształceni, wbrew własnej 
woli  każdy  miał  w  domu  pokaźną  bibliotekę  z  książek  znalezionych  pośród 
makulatury  i  każdy  z  nas  czytywał  te  książki  w  naiwnej  nadziei,  że  pewnego  razu 
przeczytamy coś, co zmieni nas jakościowo. A największym ciosem było dla mnie, gdy 
zobaczyłem, że ci młodzi robotnicy bez cienia wstydu pili mleko i płynny owoc, stali w 
rozkroku,  wsparci  jedną  ręką  pod  bok,  i  ze  smakiem  pili  prosto  z  butelki,  i 
wiedziałem,  że  oto  nadszedł  definitywny  koniec  starych  czasów,  że  skończyła  się 
epoka,  w  której  robotnik  na  kolanach  i  palcami,  i  dłońmi  zmagał  się  z  materiałem, 
jakby  z  nim  walczył,  kładł  go  na  łopatki,  toteż  każdy  robotnik  starego  typu  był  od 
pracy sterany i usmolony, ponieważ musiał mierzyć się z pracą własnym ciałem. Ale 
tutaj  zaczęła  się  nowa  epoka  z  nowymi  ludźmi  i  nowymi  metodami  pracy,  nowa 
epoka,  która  przy  pracy  pije  mleko,  choć  każdemu  wiadomo,  że  taka  krowa  raczej 
zdechnie  z  pragnienia,  niż  napije  się  mleka.  Nie  mogłem  na  to  patrzeć,  obszedłem 
prasę  i  tam  widziałem  rezultat  jej  hydrauliki,  ogromną  paczkę,  która  osiadła  wprost 
na  platformie  wózka  podnośnikowego,  takiej  jaszczurki,  która  szarpanymi  ruchami 
wykonała  zwrot  i  wyjechała  na  rampę,  i  naprawdę  stamtąd  prosto  do  wagonu,  z 
paczkami  ogromnymi  jak  pomniki  zamożnych  rodzin  na  Cmentarzu  Olszańskim,  z 
paczkami wielkimi jak kasy ogniotrwałe marki Wertheim. Uniosłem do oczu te moje 
ręce,  brudne  ludzkie  ręce  o  palcach  poobcieranych  od  pracy  jak  pieńki  winorośli, 
patrzyłem na nie i następnie z pogardą je odrzuciłem, zakołysały mi się te moje ręce w 
ramionach  i  w  tejże  chwili  zaczęła  się  przedpołudniowa  przerwa,  taśma  stanęła  i 
widziałem,  jak  robotnicy  i  robotnice  usiedli  pod  wielką  tablicą,  taką  planszą  pełną 
pluskiewek  i  zawiadomień,  i  ogłoszeń,  i  pisemek,  każdy  postawił  przed  sobą  butelkę 
mleka i rozwinął drugie śniadanie, które przyniosła w skrzynce śniadaniarka, i wolno 
jedli kiełbasy i sery, i bułki z masłem, i zapijali płynnym owocem i mlekiem, i śmiali 
się,  i  rozmawiali,  a  ja  słysząc  urywki  rozmów  musiałem  przytrzymać  się  bariery,  bo 
dowiedziałem  się,  że  ci  młodzi  ludzie  są  brygadą  pracy  socjalistycznej,  że  co  piątek 
wyjeżdżają  zakładowym  autokarem  do  zakładowego  domu  wypoczynkowego  w 
Karkonosze. Kiedy skończyli jeść, zapalili papierosy i dowiedziałem się, że w zeszłym 
roku byli na wycieczce we Włoszech i Francji, a w tym roku wybierają się na wycieczkę 
do  Bułgarii  i  Grecji,  i  widząc,  jak  spokojnie  robią  listę  i  następnie  namawiają  jeden 
drugiego, żeby wszyscy jechali do tej Grecji, już wcale się nie dziwiłem, że gdy słońce 
wzniosło  się  wyżej  na  niebie,  ci  młodzi  ludzie  rozebrali  się  do  pasa  i  opalali  się  na 
słońcu, a przy tym naradzali się, czy po południu lepiej będzie pojechać kąpać się na 
Żółtą Pływalnię, czy raczej na Modrzany, pograć w lawn-futbol i w futbol. Ten urlop w 
Grecji  to  był  dla  mnie  wstrząs,  ja  przenosiłem  się  do  starożytnej  Grecji  tylko  dzięki 
lekturze  Herdera  i  Hegla,  i  dzięki  dionizyjskiej  postawie  wobec  świata  Fryderyka 
Nietzschego,  ja  właściwie  na  urlopie  nigdy  nie  byłem,  niemal  cały  urlop  traciłem  na 

background image

 

30 

odrabianie  zaległych  dniówek,  gdy  szef  za  jeden  dzień  nieusprawiedliwionej 
nieobecności potrącał mi dwa dni, a jeżeli jakiś dzień mi pozostał, to brałem za niego 
ekwiwalent  pieniężny  i  pracowałem,  bo  wciąż  byłem  z  tą  moją  pracą  do  tyłu,  pod 
podwórzem  i  na  podwórzu  stale  było  tyle  papieru,  więcej  papieru,  niż  byłem  zdolny 
spakować,  wskutek  czego  przez  trzydzieści  pięć  lat  co  dzień  przeżywałem  kompleks 
Syzyfa, jak mi o tym pięknie napisał pan Sartre, a jeszcze lepiej pan Camus, im więcej 
paczek  wywieziono  mi  z  podwórza,  tym  więcej  starego  papieru  nawpadało  mi  do 
piwnicy,  i  tak  w  nieskończoność,  podczas  gdy  brygada  pracy  socjalistycznej  tu  na 
Bubnach jest każdego dnia na bieżąco, teraz wszyscy pracują, są opaleni i przy pracy 
słońce zwiększa śniadość ich greckich ciał, ani trochę nie są przejęci tym, że podczas 
urlopu pojadą do Hellady, nie mając najmniejszego pojęcia o Arystotelesie i Platonie, 
i  Goethem,  przedłużonej  ręce  antycznej  Grecji,  spokojnie  pracują  i  nadal  wyrywają 
książki z okładek i ciskają przerażone i zjeżone ze zgrozy kartki na taśmę produkcyjną, 
tak  obojętnie  i  spokojnie,  wcale  nie  przejmując  się  wszystkim,  co  taka  książka 
oznacza,  ktoś  przecież  musiał  tę  książkę  napisać,  ktoś  musiał  ją  popoprawiać,  ktoś 
musiał ją przeczytać, ktoś musiał ją zilustrować, ktoś musiał ją składać, ktoś musiał ją 
korygować  i  ktoś  musiał  ją  znów  przeskładać,  i  ktoś  musiał  przeprowadzić  drugą 
korektę, ktoś ją musiał przeskładać ostatecznie, i ktoś musiał dać ją na maszynę, i ktoś 
musiał znów ją przeczytać, ostatni już raz w odbitkach, i ktoś musiał jeszcze raz dać ją 
na maszynę i arkusz za arkuszem wkładać w inną maszynę, która książkę oprawiła, i 
ktoś musiał odbierać te książki i zrobić z nich paczkę, i ktoś musiał wypisać rachunek 
za  książkę  i  za  całą  pracę  nad  książką,  i  ktoś  musiał  o  książce  zadecydować,  że  nie 
nadaje się do czytania, i ktoś musiał książkę potępić i wydać polecenie, żeby poszła na 
przemiał,  i  ktoś  musiał  złożyć  książki  w  magazynie,  i  ktoś  musiał  znów  załadować 
książki na ciężarówkę, i ktoś musiał przywieźć paczki książek aż tutaj, gdzie robotnicy 
i  robotnice  w  czerwonych  i  niebieskich,  i  żółtych,  i  pomarańczowych  rękawicach 
wyrywają  z  książek  wnętrzności i  rzucają  je na  taśmę  produkcyjną, która głucho, ale 
miarowo, szarpanymi ruchami niesie zjeżone kartki pod gigantyczną prasę, prasującą 
je  w  paczki,  paczki  zaś  idą  do  papierni,  gdzie  zrobi  się  z  nich  niewinny,  biały, 
nieskalany literami papier, aby wydrukowano na nim kolejne, nowe książki... Tak oto 
oparty  o  barierę  patrzyłem  w  dół  na  ludzką  pracę,  widziałem,  jak  na  słońce  wyszła 
nauczycielka,  która  przyprowadziła  gromadkę  uczniów,  początkowo  myślałem,  że 
nauczycielka jest tu z wycieczką, by dzieci zobaczyły, jak się prasuje stary papier, lecz 
widziałem,  że  nauczycielka  wzięła  książkę,  kazała  dzieciom  uważać,  a  następnie 
zademonstrowała proces darcia tak, żeby dzieci zrozumiały, i dzieci, jedno za drugim, 
brały książkę i gdy ściągnęły obwolutę i okładki, ujęły ją paluszkami za kartki i starały 
się  książkę  podrzeć  i  rozszarpać,  ale  książka  broniła  się,  w  końcu  jednak  siła 
dziecięcych rączek była większa, toteż czółka dzieci rozchmurzyły się i praca paliła się 
im  w  rękach,  jak  robotnikom  i  robotnicom,  które  przytakiwaniem  zachęcały  dziatwę 
do  pracy...  Tak  jakoś  wyglądało  to  tu  na  Bubnach,  jak  kiedy  byłem  na  wycieczce  w 
drobiarni w Libuszu, jak dzieci wyrywały wnętrzności z książek, tak młode robotnice 
w Libuszu zręcznymi ruchami wyrywały z żywcem zawieszonych na przesuwającej się 
taśmie  kurcząt  wątróbki  i  płuca,  i  serca,  i  wrzucały  te  podroby  do  przygotowanych 
skrzynek,  podczas  gdy  taśma  produkcyjna  szarpanym  ruchem  odnosiła  kurczęta  do 
dalszych  operacji,  a  ja  patrzyłem  na  to  i  widziałem,  że  wszystkie  te  dziewczęta  w 
Libuszu  są  przy  pracy  wesołe  i  pełne  humoru,  podczas  gdy  na  rampach  w  tysiącu 
klatek  znajdują  się  żywe  i  na  pól  martwe  kurczaki,  niektóre  wydostały  się  z 
zadrutowanych klatek i siedzą na burtach ciężarówek, niektóre kurczęta dziobią i nie 
przyjdzie  im  na  myśl,  by  ulecieć  od  haczyków  przesuwającej  się  taśmy,  na  której 
młode dziewczęta zawieszają za szyjki kurczaki, które po dziesięć siedzą w klatkach... 
Patrzę  w  dół  na  to,  jak  dzieci  uczą się  drzeć książki,  widzę, że  już  idzie  im  to  tak,  że 

background image

 

31 

musiały  pozdejmować  bluzeczki  i  sweterki,  ale  widzę,  że  kilka  książek  się  zmówiło  i 
broniły  się  tak,  że  jeden  chłopczyk  i  jedna  dziewczynka  nadwerężyli  sobie  paluszki, 
utytłali  sobie  palce  na  twardych  okładkach  krnąbrnej  książki,  lecz  robotnice  wzięły 
niedokończone  krnąbrne  książki  i  jednym  szarpnięciem  wyrwały  wnętrzności,  i 
rzuciły nastroszone kartki na taśmę produkcyjną, podczas gdy nauczycielka zakładała 
opatrunek na nadwerężony dziecięcy palec. Niebiosa nie są humanitarne i ja mam już 
tego dosyć. Odwróciłem się i zszedłem na dół, a kiedy wychodziłem, ktoś zawołał do 
mnie... Haňtio ty stary borsuku, co na to powiesz? Obejrzałem się, a tam przy barierze 
stał  w  słońcu  młodzik  w  pomarańczowej  amerykańskiej  czapce,  teatralnie  unosił 
butelkę  pełną  mleka,  stał  tam  jak  Statua  Wolności  z  pochodnią,  ustawiona  przed 
Nowym  Jorkiem,  śmiał  się  i  potrząsał  tą  flaszką,  i  widziałem,  że  wszyscy  pozostali 
robotnicy i robotnice śmieją się, że mnie chyba lubią, że znają mnie, że przez cały ten 
czas, gdy się tu obijałem i byłem bliski załamania, obserwowali mnie, że cieszyli się z 
tego,  że  widok  tej  gigantycznej  prasy  oraz  ich  był  dla  mnie  takim  wstrząsem...  teraz 
śmiali się i machali w powietrzu żółtymi i pomarańczowymi rękawicami, złapałem się 
za  głowę  i  odchodziłem  korytarzem,  za  mną  dźwięczał  we  wszystkich  tonacjach 
śmiech, od którego  uciekałem długim  korytarzem obramowanym tysiącami paczek z 
książkami, cały nakład książek defilował i pędził w przeciwną stronę, kiedy uciekałem 
tak  korytarzem.  Dopiero  na  końcu  tego  długiego  korytarza  zatrzymałem  się  i  nie 
mogłem się pohamować, rozerwałem opakowanie książek i zobaczyłem, że te książki, 
które dzieci rozszarpywały i dwoje z nich utytłało sobie na ich kartkach paluszki, że to 
jest Kája Mařík, wyciągnąłem książkę i zajrzałem na ostatnią stronę, i dowiedziałem 
się z niej, że nakład wynosi osiemdziesiąt pięć tysięcy, a całość ma trzy tomy, tak więc 
ponad  ćwierć  miliona  Kájów  Maříków  na  próżno  walczy  również  z  dziecięcymi 
paluszkami...  Tak  więc  uspokojony  szedłem  następnymi  korytarzami,  obok  mnie 
defilowały  tysiące  książek  w  paczkach,  bezbronnych  i  cichych,  całkiem  tak,  jak  gdy 
byłem na wycieczce w Libuszu, w kurzej rzeźni, kurczęta, które wydostały się z klatek, 
chodziły i dziobały wokół taśmy produkcyjnej tak długo, aż w końcu dziewczęca ręka 
złapała  je,  nadziała  żywcem  na  haczyk  taśmy  i  podcięła  kurze  gardziołko,  kurczęta, 
które nie rozwinęły się, ledwie weszły na orbitę swojego losu całkiem tak jak książki w 
tym  magazynie muszą przedwcześnie  iść  na śmierć.  Gdybym  tak  ja  jechał  do  Grecji, 
mówię  sobie,  pojechałbym  pokłonić  się  do  Stagiry,  gdzie  urodził  się  Arystoteles, 
gdybym jechał do Grecji, to z pewnością, chociażby w kalesonach, obiegłbym stadion 
w  Olimpii,  w  długich  kalesonach  i  z  troczkami  dookoła  kostek,  przebiegłbym  rundę 
honorową  na  cześć  wszystkich  zwycięzców  wszystkich  olimpiad,  gdybym  jechał  do 
Grecji. Gdybym tak ja jechał z tą brygadą pracy socjalistycznej do Grecji, wygłosiłbym 
im  wykład  nie  tylko  o  filozofii  i  wszystkich  budowlach,  ja  wygłosiłbym  wykład  o 
wszystkich  samobójstwach,  o  Demostenesie,  o  Platonie,  o  Sokratesie,  gdybym  tak 
mógł jechać z brygadą pracy socjalistycznej na wycieczkę do Grecji... Ale żyjemy już w 
innej  epoce,  w  nowym  świecie,  ci  młodzi  ludzie  pokazują,  co  potrafią,  chyba  na 
świecie  wszystko  jest  już  inne  i  inaczej.  Tak  medytowałem  i  tylnym  wejściem 
schodziłem  do  swej  piwnicy,  w  półmrok  i  światło  żarówek,  i  smród,  pogłaskałem 
wypolerowane  ranty  koryta  mojej  prasy,  drewno,  na  którym  znać  jego  lata,  tak  więc 
stałem  i  nagle  rozległ  się  krzyk  i  żałosny  wrzask,  odwróciłem  się,  a  przede  mną  stał 
mój  szef  z  oczami  nabiegłymi  krwią  i  wołał,  i  trąbił  pod  sufit  swój  żal,  że  mnie  tak 
długo nie było i że znowu podwórze, tak samo jak piwnica, pełne jest starego papieru 
aż po strop, nie rozumiałem, co ten mój szef do mnie jojczy, ale wyczułem, że jestem 
okropnym  człowiekiem  i  że  szef  ma  już  tego  dosyć,  i  kilka  razy  powtarzał  słowo, 
którego  nikt  nigdy  mi  jeszcze  nie  powiedział,  że  jestem  niezguła,  niezguła,  niezguła. 
Gigantyczna  prasa  na  Bubnach  i  młoda  brygada  pracy  socjalistycznej,  i  ja,  pośród 
dylematów  moralnych,  więc  ja  jestem  niezguła,  ja  jeszcze  mniejszy  niż  ta  moja 

background image

 

32 

maleńka  prasa,  letnia  wycieczka  brygady  do  Hellady,  a  ja  jestem  niezguła.  Tak  więc 
całe  popołudnie  pracowałem  bez  wytchnienia,  ładowałem  stary  papier  widłami  tak, 
jakbym  pracował  na  Bubnach,  lśniące  grzbiety  książek  kokietowały  mnie,  lecz  ja 
oparłem  się  i  powtarzałem  w  kółko,  nie  wolno  ci,  nie  wolno  zajrzeć  nawet  do  jednej 
jedynej  książki,  musisz  być  zimny  jak  koreański  kat.  Więc  pracowałem,  jakbym 
ładował  łopatą  kopiec  martwej  gliny,  maszyna  pracowała  jak  szalona,  krztusiła  się  i 
podrygiwała, motor grzał się, nie nawykła do tego tempa, tak jakoś od tej piwnicy była 
przeziębiona  i  zreumatyzowana,  kiedy  poczułem  pragnienie,  wybiegłem  i  niosłem 
przez  podwórze  litrową  butelkę  mleka,  gdy  się  napiłem,  to  jakbym  połknął  drut 
kolczasty,  ale  nie  dałem  się  i  piłem  po  odrobinie,  tak  jak  wtedy,  gdy  byłem  mały  i 
łykałem łyżkami tran, takie wstrętne było to mleko, po dwóch godzinach udało mi się 
zwalić  papier  spod  sufitu  i  znów  dziura  w  podłodze  podwórza  była  wolna,  mieliśmy 
czwartek,  tak  więc  stało  się  to,  co  każdego  czwartku,  na  który  czekałem  zawsze  w 
wielkim  podnieceniu,  że  bibliotekarz  z  Biblioteki  Komenskiego

3

  przywoził  kosz 

wycofanych książek, stał nad otworem do piwnicy i z góry wysypał mi pod nogi cały 
ten kosz książek filozoficznych, ale ja załadowałem  te  książki do koryta, zauważyłem 
tylko,  omal  serce  mi  od  tego  nie  pękło,  Metafizykę  moralności,  lecz  wrzuciłem  ją 
widłami do koryta, jakby to były odpadki z blaszanych koszy wiszących na ulicznych 
latarniach,  i  pracowałem  dalej  i  dalej,  paczka  za  paczką,  bez  reprodukcji  starych  i 
nowych mistrzów, paczka jak paczka, wykonywałem tę tylko pracę, za którą mi płacili, 
żadnej  sztuki  ani  twórczości,  ani  płodzenia  piękna,  odwalałem  tylko  swoją  robotę,  a 
przy  tym  zaczynałem  pojmować,  że  gdybym  tak  pracował,  to  sam  ze  sobą  mógłbym 
założyć  brygadę  pracy  socjalistycznej,  sam  wobec  siebie  podjąć  zobowiązanie,  że 
zwiększę  wydajność  o  pięćdziesiąt  procent,  i  za  to  mógłbym  z  pewnością  jechać  nie 
tylko  do  zakładowego  domu  wypoczynkowego,  ale  także  na  urlop  do  pięknej  Grecji, 
gdzie  w  długich  kalesonach  zrobiłbym  rundę  na  stadionie  w  Olimpii  i  pokłonił  się 
miejscu  urodzenia  Arystotelesa  w  Stagirze.  Więc  dudliłem  mleko  prosto  z  butelki  i 
pracowałem w podświadomości, że nie jestem jeszcze niezgułą, pracowałem nieczule i 
nieludzko, jak przy gigantycznej prasie na Bubnach, a pod wieczór, kiedy skończyłem 
i  gdy  dowiodłem,  że  nie  jestem  niezgułą,  szef,  który  brał  prysznic  w  pomieszczeniu 
socjalnym za kantorem, spod szumiącego tuszu powiedział mi, że już nie będzie się ze 
mną  cackać,  że  powiadomił  o  mnie  dyrekcję  i  że  oddaje  mnie  do  dyspozycji,  żebym 
poszedł pakować stary papier gdzieś indziej. Więc siedziałem chwilę nasłuchując, jak 
szef wyciera się ręcznikiem frotte, słyszałem, jak chroboczą te jego siwe kłaki i nagle 
zatęskniłem  za  Maniusią,  która  pisała  do  mnie  już  tyle  razy,  że  mieszka  teraz  w 
Klanovicach  i  że  zaprasza.  mnie,  ażebym  do  niej  zajrzał.  Tak  więc  na  brudne  nogi 
naciągnąłem skarpetki i wyszedłem na ulicę, śpieszyłem na autobus i już zmierzchało 
się, kiedy w głębokiej melancholii wysiadłem w leśnym miasteczku, rozpytałem się o 
adres  Maniusi  i  w  końcu  o  zmroku  stałem  przed  małą  willą  w  lesie,  za  którym 
zachodziło słońce, otworzyłem furtkę i nikogo nie było ani na korytarzu, ani w sionce, 
ani  w  kuchni,  ani  w  pokojach,  wyszedłem  przez  otwarte  drzwi  do  ogrodu  i  tam 
zląkłem się jeszcze bardziej niż przed południem na Bubnach. Na tle wielkich sosen i 
bursztynowego nieba, na którym słońce zanurzało się z wolna za horyzont, wznosił się 
tam wielki posąg anioła, posąg tak wielki jak pomnik Čecha

4

 w parku jego imienia na 

Vinohradach

5

,  o  ten  posąg  oparta  była  drabina,  a  na  niej  stał  starzec  w 

jasnoniebieskim  kitlu  i  białych  spodniach,  i  białych  pantoflach,  i  młoteczkiem 
modelował  w  kamieniu  piękną  kobiecą  głowę,  już  ani  żeńską,  ani  męską,  ale  twarz 
                                                   

3

 Państwowa Biblioteka Pedagogiczna im. Komenskiego. 

4

 Svatopluk Čech (1846-1908), poeta i prozaik czeski. 

5

 Tak we wszystkich wydaniach; jedynie Sebrané spisy świadomie powtarzają błąd z pierwotnego 

maszynopisu autorskiego: Čechův pomník na Olšanech. 

background image

 

33 

androginicznego  anioła  z  nieba,  w  którym  już  nie  ma  płci,  a  więc  także  związków 
małżeńskich, widziałem, że ten starszy pan co chwila spogląda na dół, a tam siedziała 
w fotelu moja Maniusia, trzymała różę i wąchała ją, a stary człowiek podpatrywał jej 
rysy  i  zgrabnie  przenosił  je  na  kamień  dłutem  oraz  lekkimi  uderzeniami  młoteczka, 
Maniusia  miała  już  siwe  włosy,  lecz  była  ostrzyżona  jak  dziewczyny  z  poprawczaka, 
taka  chłopięca  fryzura,  niby  jakaś  sportsmenka,  atletka,  która  uduchowiła  się,  jedno 
oko  miała  niżej  i  to  jej  dodawało  wzniosłości,  wydawało  się  nawet,  że  Maniusia 
jednym okiem lekko zezuje, ja jednakże widziałem, że to nie wada oka, ale że jest to 
tylko  oko  przesunięte,  które  naprawdę  zajrzało  za  próg  nieskończoności  i  teraz  stale 
patrzy  w  sam  środek  równobocznego  trójkąta,  w  samo  serce  istnienia,  że  to  jej 
zezujące oko jest przesłaniem wiecznej skazy diamentu, jak to pięknie napisał pewien 
katolicki egzystencjalista. I stałem jak rażony gromem, najbardziej jednak zadziwiały 
mnie w rzeźbie dwa wielkie białe skrzydła, wielkie jak dwie białe szafy, te skrzydła i te 
lotki  zdawały  się  być  w  ruchu,  jakby  Maniusia  leciutko  nimi  poruszała,  jak  gdyby 
chciała wzlecieć lub przed sekundą wylądowała po locie przez niebiosa, i widziałem na 
własne  oczy,  że  Maniusia,  która  bała  się  czytać,  która  nie  przeczytała  ani  jednej 
porządnej  książki,  a  jeżeli,  to  tylko  po  to,  by  zasnąć,  teraz,  pod  koniec  swojej  drogi 
życiowej, dopracowała się świętości... Gdy zapadł zmierzch i nastała noc, stary artysta 
wciąż  stał  na  białej  drabinie,  gdzie  jaśniały  jego  białe  spodnie  i  białe  pantofle,  jak 
gdyby  zwisał  z  nieba,  Maniusia  podała  mi  wilgotną  rękę  i  ujęła  mnie  pod  ramię,  i 
powiedziała mi, że ten oto stary pan jest jej ostatnim kochankiem, ostatnim ogniwem 
łańcucha  mężczyzn,  z  którymi  coś  ją  kiedykolwiek  łączyło,  że  to  kochanek,  który 
kocha ją już tylko i jedynie duchowo, toteż zastępczo ciosa jej pomnik, którym za życia 
będzie  się  cieszyła  w  ogrodzie,  a  po  jej  śmierci  ten  anioł  stanie  na  jej  grobie,  jako 
przycisk na trumnie. I podczas gdy stary artysta stał na drabinie i w świetle księżyca, 
który  wypłynął  i  oświetlał  mu  drogę  dłuta,  trudził  się  nad  wyrazem  twarzy  posągu, 
Maniusia  oprowadzała  mnie  po  swej  willi  od  piwnicy  aż  po  strych  i  tłumaczyła  mi 
cichym głosem, jak objawił się jej anioł i ona usłuchała go, i namotała sobie kopacza, i 
za  ostatnie  pieniądze  kupiła  parcelę  w  lesie,  a  ten  kopacz  zrobił  wykopy  pod 
fundamenty  i  sypiał  z  nią  w  namiocie,  potem  puściła  go  kantem  i  namotała  sobie 
murarza, a ten murarz sypiał z nią i kochał ją w namiocie i wzniósł wszystkie ściany, i 
następnie  Maniusia  namotała  sobie  cieślę,  a  ten  wykonał  na  jej  budowie  wszystkie 
roboty  ciesielskie,  w  nocy  zaś  sypiał  z  nią  już  w  pokoju  na  jedynym  łóżku,  jego 
również puściła kantem i namotała sobie blacharza, który sypiał z nią na tym samym 
łóżku co cieśla, ale wykonał wszystkie roboty blacharskie, żeby i jego po zakończeniu 
robót blacharskich puściła kantem, i namotała sobie dekarza, który kochał ją w łóżku, 
a  przy  tym  pokrył  dach  płytkami  z  eternitu,  żeby  i  jego  puściła  kantem,  i  namotała 
sobie tynkarza, który jej otynkował wszystkie ściany i wszystkie sufity, i za to w nocy 
sypiał z nią w łóżku, żeby i jego puściła kantem, i namotała sobie stolarza, który zrobił 
jej  meble,  tak  więc  kochając  się  w  łóżku  i  dążąc  do  wytyczonego  celu  Maniusia 
zbudowała sobie tę willę, a w dodatku namotała sobie artystę, który ją darzy miłością 
platoniczną  i  w  dodatku  w  zastępstwie  Boga  rzeźbi  Maniusię  jako  anioła.  Tak  więc 
wróciliśmy  tam,  skąd  wyszliśmy,  zakreśliliśmy  krąg  Maniusinym  żywotem,  a  z 
drabiny  zstępowały  białe  pantofle  i  białe  spodnie,  podczas  gdy  jasnoniebieski  kitel 
zlewał się z księżycową nocą, biały pantofel, jakby zstępował z nieba, dotknął ziemi i 
siwowłosy starzec podał mi rękę, i mówił mi... że Maniusia opowiadała mu wszystko o 
mnie  i  o  sobie,  że  Maniusia  jest  jego  Muzą,  że  Maniusia  zainspirowała  go  tak,  że 
zdolny  jest  w  zastępstwie  sił  wyższych  ciosać  posąg  Maniusi  jako  gigantycznego 
subtelnego anioła... Więc ostatnim pociągiem wracałem z Klanovic, kompletnie pijany 
zwaliłem się w ubraniu na łóżko, pod baldachim, nad którym piętrzyły się dwie tony 
książek, leżałem i widziałem, że Maniusia, wcale tego nie pragnąc, stała się tą, o której 

background image

 

34 

nigdy się jej nawet nie śniło, że Maniusia zaszła najdalej ze wszystkich ludzi, których 
w życiu spotkałem, podczas gdy ja, który nieustannie czytałem i w książkach szukałem 
znaku,  otóż  książki  sprzysięgły  się  przeciw  mnie  i  nie  otrzymałem  ani  jednego 
przesłania  z  nieba,  podczas  gdy  Maniusia  nienawidziła  książek,  a  stała  się  tą,  którą 
była, stała się tą jedyną, o której się pisze, a nawet jeszcze więcej, wzbiła się na swych 
skrzydłach  z  kamienia,  skrzydłach,  które,  gdy  odjeżdżałem,  jaśniały  tam  w  świetle 
księżyca jak dwa rozświetlone okna empirowego pałacu w głębinach nocy, tak oto na 
tych skrzydłach Maniusia daleko odwiała od siebie naszą love story ze wstążeczkami i 
wstążkami  oraz  swe  łajno,  które  przywiozła  za  sobą  na  nartach  przed  towarzystwo  z 
hotelu Renner u podnóża Złotego Wierchu. 

Trzydzieści pięć lat prasowałem stary papier w hydraulicznej prasie, trzydzieści 

pięć lat myślałem, że tak jak pracuję, będę pracował stale, że ta prasa pójdzie ze mną 
na emeryturę, jednakże już na trzeci dzień po tym, jak zobaczyłem gigantyczną prasę 
na Bubnach, odwrotność wszystkich moich marzeń stała się faktem. Przyszedłem do 
roboty,  a  tam  stało  dwóch  młodzików,  poznałem,  że  to  członkowie  brygady  pracy 
socjalistycznej,  ubrani  byli  jak  do  gry  w  baseball,  w  pomarańczowe  rękawice  i 
pomarańczowe  amerykańskie  czapki  z  daszkiem,  i  niebieskie  kombinezony  aż  po 
sutki, a pod szeleczkami mieli zielone golfy.  Zwycięski szef zaprowadził ich do mojej 
piwnicy, pokazał im moją prasę i te młodziki od razu były tam jak u siebie, rozłożyły 
na  stole  czysty  papier  i  postawiły  butelki  mleka,  a  ja  stałem  upokorzony  i  urażony, 
stałem  zestresowany  i  raptem  ciałem  i  duszą  pojąłem,  że  już  nigdy  nie  będę  zdolny 
zaadaptować  się,  że  jestem  w  takiej  samej  sytuacji,  w  jakiej  byli  mnisi  w  iluś  tam 
klasztorach, którzy kiedy się dowiedzieli, że Kopernik odkrył inne prawa kosmosu, niż 
obowiązywały  dotychczas,  że  Ziemia  nie  jest  centrum  świata,  lecz  przeciwnie,  to  ci 
mnisi masowo popełniali samobójstwa, ponieważ nie potrafili wyobrazić sobie innego 
świata  niż  ten,  w  którym  żyli  do  tego  czasu.  I  następnie  szef  mi  powiedział,  żebym 
zamiatał  podwórze  lub  pomagał,  albo  żebym  w  ogóle  nic  nie  robił,  bo  w  przyszłym 
tygodniu mam iść pakować czysty papier do piwnicy pod drukarnią Melantrich, że nie 
będę  pakować  nic  innego,  jedynie  czysty  papier.  A  mnie  zrobiło  się  ciemno  przed 
oczami,  to  ja,  który  przez  trzydzieści  pięć  lat  pakowałem  odpadki  tekstylne  i 
makulaturę,  ja,  który  nie  mogłem  żyć  bez  niespodzianek,  że  w  każdej  chwili  z 
obrzydliwego  papieru  wyłowię  jako  premię  piękną  książkę,  to  ja  mam  iść  pakować 
nieskalany, nieludzko czysty papier. I ta wiadomość zwaliła mnie na pierwszy stopień 
piwnicznych  schodów,  tak  więc  siedziałem  tam  jak  trusia,  kompletnie  porażony  tą 
wiadomością, ręce zwisały mi z kolan, z nadpękniętym uśmiechem patrzyłem na tych 
dwóch  młodzików,  którzy  nie  byli  niczemu  winni,  bo  powiedziano  im,  żeby  szli 
prasować  papier  na  ulicę  Spaloną,  no  to  poszli,  ponieważ  z  tego  żyli,  dostali  takie 
zadanie, widziałem, jak widłami wrzucali stary papier do koryta, a następnie wciskali 
zielony  i  czerwony  guzik,  i  pocieszałem  się  naiwną  nadzieją,  że  ta  moja  maszyna 
ogłosi  strajk,  że  ucieknie  w  chorobę,  że  będzie  udawała,  że  zacięły  się  trybiki  i 
przekładnie,  ale  również  ta  moja  hydraulika  zdradziła  mnie,  pracowała  całkiem 
inaczej,  jak  za  młodych  lat,  grzmiała  na  pełnych  obrotach  i  nawet,  kiedy  doszła  do 
punktu  zwrotnego,  to  sobie  zadzwoniła  i  od  pierwszej  paczki  dzwoniła  stale,  jakby 
naśmiewając  się  ze  mnie,  jak  gdyby  pokazując,  że  dopiero  w  rękach  brygady  pracy 
socjalistycznej  rozwinęła  wszystkie  swoje  zdolności  i  możliwości.  I  musiałem 
przyznać, że tych dwóch młodzików po dwóch godzinach czuło się już tutaj w piwnicy, 
jakby spędzili tu lata, podzielili się pracą i jeden z nich wylazł na stertę piętrzącą się 
pod sam sufit, bosakiem ściągał stary papier wprost do koryta i w godzinkę zrobili ci 

background image

 

35 

dwaj młodzi robotnicy pięć kolejnych paczek, a szef co chwila podchodził do otworu w 
podłodze podwórza, nachylał się i klaskał teatralnie w te swoje pulchne łapki, i wołał... 
Bravo, bravissimo, mołodcy!, a przy tym spoglądał na mnie. A ja przymykałem oczy i 
chciałem  odejść,  ale  nogi  odmówiły  mi  posłuszeństwa,  sparaliżowało  mnie  od  tej 
hańby,  kompletnie  poraziła  mnie  ta  moja  maszyna  tym  swoim  wstrętnym 
podzwanianiem,  które  sygnalizowało,  że  za  sekundę  nacisk  suwaka  osiągnie  szczyt  i 
czoło prasy  się  zatrzyma.  I  widziałem,  jak  widły błysnęły  w  powietrzu,  jak  do  koryta 
poleciała  książka,  i  wstałem,  i  wyciągnąłem  tę  książkę,  wytarłem  ją  o  bluzę,  chwilę 
tuliłem książkę do piersi, grzała mnie, choć była chłodna, przyciskałem tę książkę do 
siebie  jak  matka  dziecko,  jak  w  Kolinie  na  rynku  ten  posąg  Mistrza  Jana  Husa,  co 
przyciska  do  siebie  Biblię  tak,  że  ta  Biblia  jest  do  połowy  wgnieciona  w  jego  ciało, 
patrzyłem  na  tych  dwóch  młodzików,  ale  oni  na  mnie  nie  patrzyli,  wysunąłem  tę 
książkę przed siebie, by ją zauważyli, ale oni popatrzyli na nią jakby nic się nie stało, i 
znalazłem  w  sobie  siłę,  i  popatrzyłem  na  okładkę,  i  proszę,  była  to  piękna  książka, 
Charles Lindbergh napisał ją o tym, jak jako pierwszy człowiek przeleciał przez ocean. 
I  jak  zawsze,  natychmiast  pomyślałem  o  Franku  Šturmie,  kościelnym  od  Świętej 
Trójcy,  który  zbierał  wszystkie  książki  i  czasopisma  o  lotnictwie,  ponieważ  był 
przekonany,  że  poprzednikiem  Jezusa  był  Ikar,  z  tą  właśnie  różnicą,  że  Ikar  został 
strącony  z  nieba  w  morze,  podczas  gdy  Jezus  rakietą  Atlas  o  sile  ciągu  stu 
osiemdziesięciu  ton  wyniesiony  był  na  orbitę  okołoziemską,  gdzie  króluje  po  dziś 
dzień.  Mówię  sobie,  dzisiaj  ostatni  raz  zaniosę  Frankowi  do  jego  pracowni 
mikrobiotycznej  książkę  o  tym,  jak  Lindbergh  pokonał  ocean.  I  potem  koniec 
drobnych  radości.  Wytoczyłem  się  na  podwórze,  szef  promieniał  i  ważył  młodziutką 
sprzedawczynię  Jadwisię,  tak  jak  zawsze,  najpierw  z  paczką  zebranego  papieru,  a 
potem  Jadwisię  samą,  to  było  pasją  szefa,  jak  ja  lubiłem  książki,  tak  szef  młode 
dziewczęta,  wszystkie  zawsze  tak  samo  jak  Jadwisię,  wszystkie  ważył  z  paczką,  a 
potem  bez  niej,  dla  każdego  dziewczątka  szef  prowadził  notatniczek  i  zapisywał  tam 
ich  wagę,  figlował  z  tymi  dziewczętami  i  zupełnie  nie  zważał  na  otoczenie,  łapał  te 
dziewczyny w talii i ustawiał na wadze, jakby chciał je fotografować, za każdym razem 
każdą z tych dziewuch pouczał o mechanizmie wagi marki Berkel, a przy tym chwytał 
je  w  pasie  i  za  piersi,  i  za  każdym  razem,  gdy  pokazywał  skalę,  stał  tak  jak  teraz  z 
Jadwisią,  stał  za  dziewczęciem,  trzymał  je  za  biodra,  a  głowę  zanurzał  od  tyłu  w 
dziewczęcych włosach, które z lubością wąchał, brodę trzymał na ramieniu dziewuchy 
i  następnie  wskazywał  na  skalę,  by  potem  wesolutko  odskoczyć  i  przerzucić  rączkę 
wagi,  i  cieszył  się,  i  gratulował,  gdy  stwierdził,  że  Jadwisią  nie  przytyła,  i  zapisywał 
wagę jej ciała w notesiku, i następnie obydwiema rękami pomagał dziewczęciu zejść z 
wagi,  i  znów  trzymał  je  w  talii,  i  wołał...  Hopla,  zdejmował  dziewuchę  jak  z  jakiego 
wozu drabiniastego, a przy tym obwąchiwał jej piersi i jak zawsze poprosił, żeby teraz 
w  rewanżu  Jadwisią  zważyła  szefa,  i  podczas  tego  ważenia  szef  ryczał  pod  strop 
podwórza  i  trąbił  entuzjastycznie  jak  stary  jeleń,  kiedy  widzi  młodziutką  łanię,  i  z 
kolei  Jadwisią  musiała  zapisać  wagę  szefa  na  futrynie  drzwi,  które  nigdzie  nie 
prowadziły. Szedłem przez podwórze i bramę na dwór, na słońce, ale dla mnie dzisiaj 
wszędzie  panował  mrok,  kiedy  doszedłem  do  kościoła,  Franek  Šturm  pakułami 
pucował boczny ołtarz niby jakąś maszynę, bynajmniej nie ukrywał, że myślami bawi 
gdzie  indziej,  także  miał  zafajdany  los,  hobby  Franka  Šturma  były  gazety,  pisywał  w 
dziale  miejskim  o  złamanych  nogach,  a  jego  specjalność  stanowiły  poniedziałkowe 
notatki  o  bójkach  i  drakach,  które  kończyły  się  atakiem  delirium  i  odwiezieniem 
awanturników  do  szpitala  albo  policyjnym  furgonem  na  komisariat,  pisywał  do 
„Czeskiego  Słowa”,  do  popołudniówek  i  nie  chciał  robić  nic  innego,  niż  pisać  o  tych 
bijatykach,  lecz  jego  tatuś  był  kościelnym i  umarł,  tak  więc  Franek  przejął  to  zajęcie 
po nim, był kościelnym, ale w duchu wciąż pisywał o wszystkich pijackich burdach na 

background image

 

36 

Starym  i  Nowym  Mieście,  a  jak  miał  troszkę  czasu,  biegł  do  swojego  pokoiku  na 
plebanii,  siadał  na  rzeźbionym  biskupim  tronie  i  wyciągał  książkę  o  lotnictwie,  i  ze 
wzruszeniem  czytał  o  nowych  płatowcach  i  konstruktorach  samolotów.  Franek  z 
pewnością  miał tych książek ponad dwie setki, tak  więc gdy podałem mu znalezioną 
książkę  z  mojej  piwnicy,  wytarł  ręce  i  po  tym,  jak  się  uśmiechał,  zaraz  poznałem,  że 
takiej książki jeszcze w swej biblioteczce mikrobiotycznej nie ma, spoglądał na mnie i 
widziałem,  jak  jego  wzrok  całego  mnie  ogarnął,  nawet  oczy  zwilgotniały  mu  ze 
wzruszenia i widziałem, że ten piękny okres małych i drobnych radości mojej piwnicy 
skończył się i już nigdy nie przyniosę Frankowi Šturmowi nic, co mogłoby go ucieszyć. 
Staliśmy  więc  pod  skrzydłami  dwóch  ogromnych  aniołów  wiszących  na  łańcuchach 
nad bocznym ołtarzem, ale drzwi otworzyły się bezszelestnie i cichym krokiem wszedł 
proboszcz, i rzekł sucho, że Franek Šturm ma włożyć ministrancką komżę i że pójdą z 
ostatnim  namaszczeniem.  Tak  więc  wyszedłem  na  słoneczne  przedpołudnie, 
zatrzymałem  się  przy  klęczniku  pod  świętym  Tadeuszkiem,  stałem  tak  chwilę  i 
widziałem  samego  siebie,  jak  modliłem  się  tutaj,  jak  prosiłem  Tadeuszka,  żeby 
wstawił się za mną w niebie, by te okropne samochody, co woziły mi na podwórze ten 
obrzydliwy  papier  z  rzeźni  i  z  Centrali  Mięsnej,  by  powpadały  z  tym  ładunkiem  do 
Wełtawy,  przypomniałem  sobie,  jak  wtedy,  kiedy  jeszcze  lubiłem  płatać  figle, 
przylepiłem  sobie  do  kapelusza  znalezione  w  zbiornicy  gwiazdy  i  klęczałem  tak,  i 
słyszałem,  jak  przechodzą  koło  mnie  dawni  kamienicznicy  i  mówią  głośno...  Dobra 
nasza,  robole  już  biją  się  w  piersi...  Stałem  tak,  w  kapeluszu  nasuniętym  na  oczy,  i 
nagle  przyszło  mi na myśl,  by  uklęknąć, by spróbować  ostatni  raz,  by  pomodlić  się i 
poprosić Tadeuszka, żeby uczynił jakiś cud, jedynie cud pomógłby mi wrócić do mojej 
prasy, do mej piwnicy, do mych książek, bez których żyć nie mogę, już - już chciałem 
uklęknąć, gdy wpadł na mnie profesor estetyki, jego okulary lśniły w słońcu jak dwie 
szklane popielniczki, stał przede mną zupełnie skołowany, jak zawsze, trzymał teczkę i 
jak  zawsze,  gdy  byłem  w  kapeluszu,  mówił  do  mnie...  Jest  tam  ten  młody?  A  ja 
zastanowiłem się i powiedziałem, że nie ma. Na Boga, chyba mi się nie rozchorował?, 
zląkł się profesor. Nie zachorował, powiadam, ale wyłożę panu kawę na ławę, koniec z 
artykułami  Ruttego,  koniec  z  recenzjami  Engelmüllera...  powiedziałem  i  zdjąłem 
kapelusz,  a  profesor  estetyki  zląkł  się,  że  aż  kolana  ugięły  się  pod  nim  i  wskazał  na 
mnie  palcem,  i  zawołał...  To  pan  jest  tym  młodym  i  jest  pan  również  tym  starym? 
Włożyłem  kapelusz  i  nasunąłem  go  na  czoło,  i  powiedziałem  z  goryczą...  Jestem, 
koniec  ze  starą  „Polityką  Narodową”,  koniec  z  „Gazetą  Narodową”,  wylali  mnie  z 
piwnicy,  rozumie  pan?  I  przeszedłem  o  numer  dalej,  do  bramy  na  nasze  podwórze, 
gdzie chodziłem przez trzydzieści pięć lat. Profesor hopsał dokoła mnie, obiegał mnie, 
chwytał za rękaw, wsuwał mi w dłoń dziesięciokoronówkę, a następnie jeszcze jedną 
piątkę, patrzyłem na te pieniądze i mówiłem z goryczą... Żeby mi się lepiej szukało? A 
profesor  ujął  mnie  za  ramię,  od  tych  dziesięciu  dioptrii  oczy  miał  takie  wielkie  jak 
koń,  kiwał  okularami  i  bełkotał...  Właśnie,  żeby  się  panu  lepiej  szukało.  Szukało, 
powiadam,  ale  czego?  A  on  rzekł,  do  reszty  już  skołowany...  Jakiegoś  innego 
szczęścia...  Przestał  szeptać  i  ukłonił  się,  i  najpierw  szedł  tyłem,  a  dopiero  potem 
zrobił zwrot i oddalał się, niczym z miejsca, w którym zdarzyło się nieszczęście. A gdy 
skręciłem  w  naszą  bramę  i  usłyszałem,  jak  ta  moja  hydrauliczna  prasa  wesoło  sobie 
podzwania, tak wesoło jak sanie wiozące pijanych weselników, nie mogłem iść dalej, 
nie  mogłem  już  nawet  spojrzeć  na  tę  moją  prasę,  odwróciłem  się  i  wyszedłem  na 
chodnik,  słońce  oślepiło  mnie  i  stałem,  nie  wiedząc,  dokąd  iść,  w  czas  burzy  nie 
przyszedł mi z pomocą ani jeden tekst z książek, którym bezgranicznie ufałem, stałem 
więc  i  powlokłem  się  pod  świętego  Tadeuszka,  zwaliłem  się  na  klęcznik,  oparłem 
głowę  na  dłoniach  i  chyba  zasnąłem,  i  chyba  drzemałem,  i  chyba  śniłem  na  jawie,  i 
chyba  już  sfiksowałem  od  tej  niesprawiedliwości,  której  dane  mi  było  zaznać, 

background image

 

37

przyciskałem  dłonie  do  oczu  i  widziałem,  że  moja  hydrauliczna  prasa  stała  się 
gigantem nad wszystkie gigantyczne prasy, widziałem, że jest tak wielka, że jej cztery 
ściany  stoją  i  otaczają  całą  Wielką  Pragę,  widziałem,  jak  nacisnąłem  zielony  guzik  i 
boczne ściany ruszyły z miejsca, ściany wielkie jak zapory w dolinach, widziałem, jak 
walą  się  pierwsze  wielkopłytowe  domy,  a  ściany  z  łatwością  suną  dalej  i  dalej,  wciąż 
zgarniając  przed  sobą  ze  wszystkich  stron  wszystko,  co  stało  im  na  drodze,  niczym 
myszki w mej prasie, widziałem patrząc z góry, że podczas gdy w centrum Pragi życie 
toczy  się  nadal  normalnym  trybem,  suwaki  mojej  gigantycznej  prasy  zgarniają  i 
pustoszą całe peryferie i symultanicznym ruchem swych ścian pchają teraz wszystko 
ku centrum, widzę stadiony i kościoły, i gmachy publiczne, widzę, że wszystkie ulice i 
uliczki,  że  wszystko  wali  się,  a  ściany  mej  apokaliptycznej  prasy  nie  pozwalają  ujść 
nawet jednej jedynej myszce, teraz widzę, jak pada Zamek, na drugim zaś brzegu wali 
się  złota  kopuła  Muzeum  Narodowego,  jak  woda  w  Wełtawie  się  podnosi,  lecz  siła 
hydrauliki mej prasy jest tak straszliwa, że nic, nic nie stawia jej większego oporu niż 
stary papier w piwnicy pod moim podwórzem, widzę, że teraz ściany giganta szybciej 
pchają przed sobą wszystko, co już porozwalały, widzę samego siebie, jak wali się na 
mnie kościół Świętej Trójcy, widzę, że już nie widzę, że jestem sprasowany i spojony z 
cegłami i belkowaniem, i klęcznikiem, a potem słyszę już tylko, jak pękają tramwaje i 
samochody,  a  ściany  zbliżają  się  do  siebie  coraz  to  bardziej,  wciąż  jeszcze  pośród 
gruzów jest dość wolnej przestrzeni, wciąż jeszcze w mroku ruin jest dość powietrza, 
które teraz z czterech stron, pod czterema ścianami gigantycznej prasy syczy i tryska 
w  górę,  gruntownie  przemieszane  z  lamentem  ludzi,  otwieram  oczy  i  widzę  pośród 
pustej równiny ogromną paczkę, sprasowany sześcian o krawędzi pięćsetmetrowej, a 
może  większej,  widzę  całą  Pragę  sprasowaną  wraz  ze  mną,  ze  wszystkimi  mymi 
myślami,  ze  wszystkimi  tekstami,  które  kiedykolwiek  przeczytałem,  z  całym  mym 
życiem,  nie  więcej  niż  maleńka  myszka,  którą  z  papierem  tam  na  dole  w  mojej 
piwnicy  prasują  dwaj  członkowie  brygady  pracy  socjalistycznej...  Otworzyłem  ze 
zdumieniem  oczy,  wciąż  klęczałem  na  klęczniku  pod  świętym  Tadeuszkiem,  chwilę 
wpatrywałem się tępo w szparę w pulpicie, następnie wstałem, patrzyłem na czerwone 
smugi  tramwajów,  patrzyłem  na  samochody,  na  strumienie  przechodniów,  na  ulicy 
Spalonej ludzie się nigdy nie zatrzymują, wszyscy pędzą z Narodowej

6

 na plac Karola i 

w  odwrotnym  kierunku,  chodniki  są  wąskie  i  dlatego  ludzie  nie  zatrzymują  się, 
wpadają  na  mnie,  śpieszą się,  tak  oto  oparty  o  mur  plebanii  patrzę  tępo,  widzę,  że  z 
drzwi plebanii wyszedł Franek Šturm, jak zawsze ubrany w odświętny garnitur, nawet 
krawat założył, ceremonialnie zszedł ze schodów, chyba idzie jak zwykle do nas, lecz 
teraz  mnie  zobaczył,  jak  zawsze  podszedł  do  mnie,  ukłonił  mi  się  i  spytał...  Czy  pan 
jest  panem  Hańtią?  Odparłem  jak  zawsze  przedtem  na  podwórzu  albo  w  piwnicy... 
Jam  jest.  A  Franek  Šturm  podał mi  kopertę,  ukłonił  mi się  i  odszedł  z  powrotem  do 
pokoiku  na  plebanii,  żeby  się  przebrać,  bo  Franek  Šturm,  jak  zawsze,  gdy  znalazłem 
mu  jakąś  książkę,  wartościową  dla  jego  biblioteczki,  również  dziś  przebrał  się  był  w 
redingot  i  włożył  kauczukowy  kołnierzyk,  i  krawat  w  kształcie  liścia  kapusty,  by  jak 
zawsze  ceremonialnie  wręczyć  mi  list,  który  jak  zawsze  natychmiast  otworzyłem,  a 
tam,  na  białym  arkusiku  z  ozdobnym  nagłówkiem,  w  którym  było  wydrukowane... 
Pracownia mikrobiotyczna Franka Šturma... tam było napisane... Szanowny Panie, w 
imieniu pracowni mikrobiotycznej dziękujemy Panu za książkę Charlesa Lindbergha 
Mój  lot  przez  ocean.  Książka  ta  wzbogaci  nasz  księgozbiór.  Mamy  nadzieję,  że 
również  na  przyszłość  będzie  Pan  naszym  dobroczyńcą.  W  imieniu  pracowni 
mikrobiotycznej...  Franek  Šturm...  i  okrągła  pieczątka,  ułożone  w  krąg  literki... 
Pracownia  mikrobiotyczna  Franka  Šturma... Szedłem  w  zadumie  na  plac  Karola,  jak 

                                                   

6

 Sebrané spisy świadomie powtarzają przejęzyczenie autora: z Příkopů 

background image

 

38 

zawsze podarłem ten list, to podziękowanie, o którym wiedziałem, że jest ostatnie, bo 
drobnym bagatelkom, drobnym radościom oddzwoniła w mej piwnicy moja maszyna, 
moja  sławetna  prasa,  która  zdradziła  mnie.  Stałem  bezradnie  na  placu  Karola  i 
patrzyłem  na  lśniący  posąg  przycementowany  na  fasadzie,  posąg  Ignacego  Loyoli, 
któremu  aureola  wychodziła  z  całego  ciała,  stał  tam  na  fasadzie  kościoła  pod  swym 
wezwaniem i cała jego postać okolona była świecącym jak trąby złotem... ja jednak w 
miejsce  aureoli  widziałem  ustawioną  pionowo  złotą  wannę,  w  której  na  stojąco  leżał 
Seneka,  gdy  już  nożem  otworzył  sobie  żyły  na  nadgarstkach,  aby  dowieść  sobie 
samemu,  że  myśli  słusznie,  że  nienadaremnie  napisał  książkę,  którą  lubiłem...  O 
pokoju duszy. 

Oparty  o  kontuar  otwartej  szklanej  ściany  baru  w  Czarnym  Browarze  piję 

popowickie  piwko,  powiadam  sam  do  siebie,  od  tej  chwili,  kolego,  ze  wszystkim 
musisz  już  radzić  sobie  sam,  sam  siebie  musisz  zmusić,  żeby  iść  między  ludzi,  sam 
siebie musisz bawić, sam przed sobą udawać, do czasu, aż sam siebie porzucisz, bo od 
teraz  krążą  już  same  tylko  melancholijne  kręgi,  toteż  idąc  do  przodu  jednocześnie 
powracasz, właśnie, progressus ad originem jest regressem ad futurum, twój mózg nie 
jest  niczym  więcej,  niż  tylko  sprasowanymi  w  hydraulicznej  prasie  myślami. 
Ciągnąłem piwko w słońcu, patrzyłem, jak przez plac Karola płyną ludzie, sami ludzie 
młodzi, studenci, każdy młody człowiek niósł na czole młodą gwiazdę jako znak tego, 
że  człowiek  młody  jest  zarodkiem  geniuszu,  widziałem,  że  z  ich  oczu  tryska  siła,  ta 
sama siła, która tryskała ze mnie aż do chwili, gdy mój szef mi powiedział, że jestem 
niezguła.  Opieram  się  o  barierę,  a  tramwaje  przejeżdżają  tam  i  z  powrotem,  i 
czerwone  smugi  dobrze  na  mnie  działają,  czasu  mam  pod  dostatkiem,  mógłbym 
zajrzeć  do  szpitala  Na  Franciszku,  jak  słyszałem,  są  tam  schody  na  pierwsze  piętro, 
schody  zbudowane  z  belek  i  tramów,  kiedy  po  egzekucji  czeskich  panów  na  rynku 
Starego  Miasta

7

  franciszkanie  kupili  cały  ten  szafot,  raczej  jednak  zajrzałbym  gdzieś 

na  Smichov,  tam  w  szlacheckim  ogrodzie  jest  pawilon,  gdzie  w  podłodze  jest  guzik  i 
jak  ktoś  go  nadepnie,  to  ściana  się  rozsunie  i  wyjedzie  woskowa  kukła,  całkiem 
podobna  do  tej  z  Kunstkamery  w  Petersburgu,  gdzie  jak  sześciopalczaste  monstrum 
księżycową  nocą  nastąpiło  niechcący  na  guzik,  to  wyjechał  siedzący  woskowy  car  i 
pogroził  mu,  jak  to  pięknie  napisał  Jurij  Tynianow  w  Woskowej  personie,  ale  chyba 
nie  pójdę  nigdzie,  starczy  mi,  bym  zamknął  oczy,  a  wszystko  wyobrażę  sobie  jeszcze 
dokładniej, niż jest w rzeczywistości, wolę patrzeć na przepływających przechodniów z 
twarzami niczym rabaty bratków, ja, kiedy byłem młody, też miewałem o sobie piękne 
mniemanie,  swego  czasu  myślałem,  że  stanę  się  piękniejszy,  jak  kupię  sobie  rzymki, 
modne  wtedy  sandały  tylko  z  pasków  i  sprzączek,  że  do  tych  sandałów  muszę  mieć 
fioletowe skarpetki, mamusia zrobiła mi je na drutach i gdy pierwszy raz wyszedłem w 
tych  rzymkach  i  umówiłem  się  na  randkę  koło  Dolnej  Gospody,  choć  był  wtorek, 
przyszło  mi  na  myśl,  czy  w  gablotce  naszego  klubu  futbolowego  nie  ma  już  składu? 
Tak więc stałem przed gablotką, przyglądałem się okuciu dziurki od klucza i dopiero 
potem  podszedłem  bliżej,  ale  czytałem  listę  z  poprzedniego  tygodnia,  następnie 
czytałem tę listę jeszcze raz, ponieważ czułem, że tą fioletową skarpetką i tym prawym 
sandałem  wdepnąłem  w  coś  wielkiego  i  mokrego,  przeczytałem  listę  z  moim 
nazwiskiem  na  końcu  jeszcze  raz,  by  znaleźć  w  sobie  siłę  i  spojrzeć  w  dół,  i  gdy 
spojrzałem, stałem w wielkim psim gównie, które mi oblewało i uwięziło cały sandał 
złożony tylko z pasków i sprzączki, tak więc znów powoli czytałem jedno nazwisko za 
                                                   

7

 Egzekucja 27 przywódców czeskiego powstania stanowego z lat 1618-1620 odbyła się na rynku 

Starego Miasta w Pradze 21 czerwca 1621 r. 

background image

 

39 

drugim,  przeczytałem  całą  jedenastkę  naszych  juniorów,  również  własne  nazwisko 
jako  rezerwowego,  lecz  gdy  spojrzałem  na  dół,  wciąż  stałem  w  tym  okropnym  psim 
gównie,  a  kiedy  popatrzyłem  na  środek  wsi,  wyszła  z  furtki  moja  dziewczyna,  i 
rozpiąłem sprzączkę, i ściągnąłem fioletową skarpetkę, i zostawiłem wszystko  wraz z 
bukiecikiem tam pod gablotką naszego klubu futbolowego, i uciekłem za wieś, w pola, 
i  tam  medytowałem,  czy  los  mnie  nie  przestrzega,  bo  już  wtedy  chciałem  zostać 
pakowaczem  starego  papieru  i  tym  sposobem  dobrać  się  do  książek.  Więc 
przyniosłem sobie z bufetu kolejce kufle piwa i oparty o barierę stoję przy uniesionej 
ścianie baru, słońce przymyka mi oczy, mówię sobie, a gdybyś tak zajrzał na Klarov, 
tam  w  kościele  jest  piękna  marmurowa  statua  archanioła  Gabriela,  a  przy  okazji 
obejrzysz sobie wspaniały konfesjonał, który proboszcz kazał zrobić z tych piniowych 
desek  i  listew,  z  których  zbita  była  skrzynia,  w  której  z  Włoch  przywieziono  tę 
marmurową  statuę  archanioła  Gabriela,  zamknąłem  słodko  oczy  i  nie  poszedłem 
nigdzie,  piłem  piwo i widziałem samego  siebie,  jak  w  dwadzieścia  lat  po  tej  przykrej 
przygodzie  z  fioletową  skarpetką  i  sandałem  idę  przez  przedmieście  Szczecina, 
doszedłem  aż  na  pchli  targ  i  gdy  dotarłem  na  sam  koniec  szpaleru  tych  ubogich 
sprzedawców,  widzę  człowieka,  który  oferuje  prawy  sandał  i  prawą  fioletową 
skarpetkę, przysiągłbym, że to była ta rzymka i ta moja fioletowa skarpeta, nawet na 
oko  oceniłem,  że  to  jest  ten  sam  numer,  czterdzieści  jeden,  stałem  więc 
skonsternowany  i  patrzyłem  jak  na  zjawę,  zadziwiła  mnie  wiara  tego  sprzedawcy,  że 
jednonogi przyjdzie kupić sobie sandał z fioletową skarpetką, sprzedawca wierzył, że 
gdzieś  istnieje  kaleka  z  prawą  nogą  i  numerem  czterdzieści  jeden,  ożywiony 
pragnieniem  przybycia  do  Szczecina,  żeby  kupić  sobie  sandał  i  skarpetkę,  która 
zwiększy jego powab. Obok tego fantastycznego sprzedawcy stała staruszka oferująca 
dwa listki bobkowe, które trzymała w palcach, odchodziłem pełen zdumienia, jak koło 
się zamknęło, jak ten mój sandał i fioletowa skarpetka obiegły kawał świata, by stanąć 
na  mej  drodze  jako  wyrzut.  Zwróciłem  pusty  kufel  i  przeszedłem  przez  tory,  piasek 
parku chrzęścił i skrzypiał jak zamarznięty śnieg, w gałęziach ćwierkały wróble i zięby, 
patrzyłem  na  dziecinne  wózeczki i na  mamusie,  jak  siedzą  w  słońcu  na  ławeczkach i 
odchylając  głowy  wystawiają  twarze  na  lecznicze  promienie,  długo  stałem  przed 
owalnym  basenem,  w  którym  kąpały  się  nagie  dzieci,  widzę,  że  brzuszki  tych 
dzieciaków  naznaczone  są  prążkiem  od  gimnastycznych  spodenek  i  majteczek, 
galicyjscy żydzi, chasydzi, nosili pasy jako dostrzegalne i wyraźne pręgi, które dzieliły 
ciało na dwie części, tę piękniejszą z sercem i płucami, i wątrobą, i głową, oraz tę część 
ludzkiego ciała z kiszkami i organami płciowymi, jako część ledwo tolerowaną, a więc 
nieistotną,  widzę,  że  księża  katoliccy  przesunęli  tę  pręgę  jeszcze  wyżej,  koloratką 
uczynili  sobie  na  szyi  widoczny  znak,  akcentujący  jedynie  głowę  jako  misę,  w  której 
macza palce sam Bóg, patrzę na te kąpiące się dzieci i widoczne na ich nagich ciałach 
pręgi od majteczek i gimnastycznych spodenek, i widzę, że siostry zakonne bezlitosną 
pręgą  wykroiły  z  głowy  jedynie  twarz,  oblicze  okolone  pancerzem  nakrochmalonych 
kornetów,  tak  jak  to  mają  zawodnicy  na  wyścigach  samochodowych  formuły  jeden, 
patrzę  na  te  bryzgające  i  poruszające  się nagie  dzieci i  widzę, że  te dzieci nie  wiedzą 
nic  o  życiu  płciowym,  a  przecież  ich  genitalia  są  już  w  stanie  utajonej  doskonałości, 
jak pouczył mnie o tym Lao-cy, patrzę na te pręgi księży i sióstr zakonnych, i na pasy 
chasydów, i myślę sobie, że ciało ludzkie to klepsydra, co jest na dole, to jest również 
na górze, a co jest na górze, to jest również na dole, dwa stykające się ze sobą trójkąty, 
znak z pieczęci króla Salomona, proporcja między księgą jego młodości, Pieśnią nad 
pieśniami,  a  rezultatem  jego  spojrzenia  okiem  starszego  pana,  marność  nad 
marnościami, Księgą Koheleta, czyli Eklezjastesa. Uniosłem oczy na kościół Ignacego 
Loyoli,  zalśniła  złota  jak  trąby  aureola,  to  szczególne,  że  niemal  wszystkie  posągi 
koryfeuszy naszej literatury siedzą jak paralitycy w fotelach na kółkach, Jungmann i 

background image

 

40 

Safařík,  i  Palacký  siedzący  nieruchomo  w  fotelu,  również  ten  Mácha  na  Petrzynie 
musi opierać się lekko o kolumnę, podczas gdy posągi katolickie pełne są ruchu, jak 
atleci,  jakby  stale  ścinały  piłkę  nad  siatką,  jakby  właśnie  przebiegły  setkę  albo 
kolistym ruchem odrzuciły daleko od siebie dysk, zawsze ze wzrokiem zwróconym w 
górę,  jakby  oburącz  przyjmowały  smecz  samego  Boga,  chrześcijańskie  rzeźby  w 
piaskowcu,  z  wyrazem  futbolisty,  który  z  uniesionymi  rękami  i  radosnym  okrzykiem 
właśnie strzelił zwycięskiego gola, podczas gdy posągi Jarosława Vrchlickiego zwalone 
są na fotel na kółkach. Przeszedłem przez asfalt jezdni i ze słońca wszedłem w cień, do 
Čižków,  w  lokalu  panował  cień  tak  głęboki,  że  twarze  gości  świeciły  niczym  maski, 
podczas gdy ciała tonęły w mroku, zszedłem po schodach do restauracji i tam ponad 
ramieniem  jakiegoś  człowieka  przeczytałem  napis  na  ścianie,  że  tu  stał  niegdyś 
domek, w którym Karol Hynek Mácha napisał swój Maj, siadłem, ale gdy spojrzałem 
na  sufit,  zląkłem  się,  bo  siedziałem  pod  żarówkami  tak,  jakbym  był  w  swej  piwnicy, 
wstałem  i  znów  wyszedłem  przed  restaurację,  i  od  razu  wpadłem  na  mojego  kolegę, 
który  był  podpity  i  zaraz  wyciągnął  portfel,  i  tak  długo  grzebał  w  dokumentach,  aż 
znalazł i podał mi jeden z nich. Czytałem zaświadczenie z izby wytrzeźwień, że wyżej 
wymieniony dziś rano nie miał we krwi ani promila alkoholu, co potwierdza niniejsze 
zaświadczenie. Zwróciłem mu złożony dokument, a ten mój kolega, którego nazwiska 
już zapomniałem, klarował mi, że chciał rozpocząć nowe życie, więc przez dwa dni pił 
mleko  i  dziś  rano  tak  się  wskutek  tego  zataczał,  że  jego  szef  odesłał  go  z  powodu 
nietrzeźwości  do  domu  i  potrącił  mu  dwa  dni  z  urlopu,  ale  on  poszedł  prosto  do 
żłobka, a tam, kiedy stwierdzili to, co napisali potem na urzędowym blankiecie, że nie 
ma ani krzty alkoholu we krwi, to jeszcze zatelefonowali i zwymyślali szefa, że depcze 
moralnie robotnika, tak więc z tej radości, że ma urzędowe świadectwo, że nie ma we 
krwi  ni  śladu  alkoholu,  pije  od  samego  rana  i  zaprasza  mnie,  abym  pił  z  nim,  że 
moglibyśmy podjąć próbę zaliczenia Slalomu Giganta, który przed laty niemal zawsze 
przegrywaliśmy,  raz  tylko  przejechaliśmy  przez  wszystkie  bramki.  Ja  już  jednak  o 
Slalomie  Gigancie  zapomniałem,  już  nie  mogłem  sobie  przypomnieć  ani  jednej 
bramki,  tak  więc  ten  mój  kolega,  którego  nazwiska  też  zapomniałem,  opowiadał  mi 
entuzjastycznie, by pozyskać mnie dla tego slalomu, że zaczniemy od jednego piwa u 
Hofmanów,  a  potem  przejedziemy  przez  bramkę  Na  Vlachovce,  a  potem  Na  Rożku, 
potem elegancko w dół na Stracony Posterunek, a potem przejedziemy przez bramkę 
u Milerów, potem pod Herb i wszędzie strzelimy sobie tylko po jednym dużym piwie, 
żeby mieć dosyć czasu na przejazd przez bramkę u Jarolímków, a potem jedno piwo u 
Ládi  i  zaraz  skręt  do  Karola  Czwartego,  a  potem  szusem  na  dół  do  baru  Świat,  a 
potem już w wolniejszym tempie przejechać bramkę u Hausmanów i Pod Browarem, 
potem przez tory do Króla Wacława, a potem przejechać bramkę u Pudilów czy też u 
Kroftów,  a  potem  możemy  jeszcze  przejechać  bramkę  u  Doudów  i  Pod  Merkurym  i 
dojechać  do  mety  na  równi  na  Palmovce  albo  w  barze  u  Schollerów  i  ewentualnie, 
jeżeli  starczy  czasu,  cały  ten  slalom  zakończyć  albo  u  Horkich,  albo  Pod  Miastem 
Rokycany... I ten pijany człowiek opisując tę trasę wieszał się na mnie, a mnie mierził 
jego entuzjazm, zostawiłem pijaczka koło Čižków i przeszedłem do ogrodu bratków z 
ludzkimi  twarzami  na  placu  Karola,  czciciele  słońca  przenieśli  się  z  ławeczek  już  w 
cieniu  na  ławeczki  w  zachodzącym  słońcu,  już  znów  jestem  w  Czarnym  Browarze, 
zamówiłem  kieliszek  wermutu,  a  potem  piwo  i  znów  ten  wermut,  dopiero  kiedy  nas 
miażdżą,  wydajemy  z  siebie  to,  co  najlepsze,  poprzez  gałęzie  świeci  już  na  ciemnym 
niebie  neonowy  zegar  na  wieży  nowomiejskiego  ratusza,  kiedy  byłem  chłopcem, 
marzyłem, że gdybym był milionerem, to wszystkim miastom kupiłbym fosforyzujące 
wskazówki i cyferblaty, zgniecione książki ostatni raz usiłują rozerwać paczkę, portret 
człowieka  z  gąbczastą  twarzą,  przez  plac  Karola  ciągnie  powiew  od  Wełtawy  i  ja  to 
lubię,  lubiłem  chodzić  pod  wieczór  główną  ulicą  Letnej,  od  rzeki  dolatuje  zapach 

background image

 

41 

wody,  a  ze  Stromovki  zapach  łąki  i  liści,  teraz  zapachy  Wełtawy  płyną  ulicą,  a  ja 
wchodzę  do  Bubeníčków,  siadłem  i  machinalnie  zamówiłem  piwo,  nad  moją  śpiącą 
głową  piętrzą  się  pod  sam  sufit  dwie  tony  książek,  codziennie  czeka  na  mnie  miecz 
Damoklesa,  który  sobie  sam  zawiesiłem,  jestem  chłopcem,  który  niesie  do  domu  złą 
cenzurkę,  pęcherzyki  unoszą  się  w  górę  niczym  błędne  ogniki,  trzech  młodych  ludzi 
gra  w  kącie  na  gitarze  i  cicho  śpiewa,  wszystko,  co  żyje,  musi  mieć  swego  wroga, 
melancholię  odwiecznej  budowli,  ten  czarowny  hellenizm  jako  wzór  i  cel,  klasyczne 
gimnazja  i  humanistyczne  uniwersytety,  podczas  gdy  w  ściekach  i  kanałach  miasta 
stołecznego Pragi wrą bitwy dwóch szczurzych klanów, prawa nogawka jest na kolanie 
troszkę przetarta, turkusowozielona i atłasowoczerwona spódnica, bezwładne ręce jak 
przetrącone skrzydła, ogromny udziec wiszący w wiejskiej jatce, i wsłuchiwałem się w 
chlupot  ściekowych  wód.  Z  ulicy  otworzył  drzwi  i  wszedł  olbrzym  przesycony  wonią 
nadrzecznego  powietrza,  nim  się  kto  spostrzegł,  uniósł  krzesło  i  rozerwał  je,  i  tymi 
maczugami zaganiał przestraszonych gości w kąt, trzej młodzi ludzie stali i cisnęli się 
w  przerażeniu  do  ściany  niczym  bratki  na  deszczu,  kiedy  w  ostatniej  chwili  ów 
olbrzym  uniósł  te  dwie  maczugi  i  kiedy  już-już  zanosiło  się  na  to,  że  zabije,  zaczął 
dyrygować  sobie  tymi  szczątkami  krzesła  i  zaśpiewał  cichutko...  Siwa  gołąbeczko, 
gdzieś  była?  Tak  cicho  śpiewał  i  dyrygował  sobie,  gdy  skończył,  odrzucił  resztki 
krzesła,  zapłacił  kelnerowi  za  to  krzesło,  a  w  drzwiach  odwrócił  się  i  powiedział  do 
wystraszonych  gości...  Panowie,  jestem  pomocnikiem  kata...  i  odszedł  nieszczęśliwy, 
zatopiony  w  marzeniach,  możliwe,  że  to  był  ten  sam  człowiek,  który  przed  rokiem 
koło holeszowickiej rzeźni dobył na mnie w nocy fińskiego noża, a gdy zapędził mnie 
w  kąt,  wyciągnął  kartkę  i  odczytał  mi  wierszyk  o  przepięknym  krajobrazie  pod 
Rziczanami,  a  potem  mnie  przeprosił,  że  innego  sposobu  zmuszenia  ludzi,  by 
wysłuchali jego wiersza, na razie nie zna. Zapłaciłem za piwo i trzy rumy, i wyszedłem 
w  przewiew  ulicy,  no  i  znów  doszedłem  na  plac  Karola,  oświetlony  zegar  na 
nowomiejskiej wieży wskazywał zbędny czas, nigdzie się nie spieszyłem, wisiałem już 
w  przestrzeni,  przeszedłem  ulicę  Łazarską  i  skręciłem  w  zaułek,  i  zadumany 
otworzyłem  tylne  drzwi  naszej  zbiornicy,  sunąłem  dłonią  po  ścianie,  aż  namacałem 
wyłącznik,  i  kiedy  zaświeciłem,  byłem  w  mojej  piwnicy,  gdzie  trzydzieści  pięć  lat 
prasowałem w hydraulicznej prasie stary papier, góra świeżego papieru wznosiła się i 
przez kwadratowy otwór w suficie wychodziła aż na podwórze, dlaczego Lao-cy mówi, 
że  narodzić  się  to  wyjść,  a  umrzeć  to  wejść?  Dwie  rzeczy  napełniają  umysł  coraz  to 
nowym  i  wzmagającym  się  podziwem,  migotliwe  światło  gwiazd  w  brunatnych 
cieniach nocy, doprawdy, do tej pracy zdałoby się seminarium teologiczne, wszystko 
to  wprawia  mnie  w  zdumienie,  nacisnąłem  zielony  guzik  i  zaraz  zatrzymałem, 
zacząłem  nabierać  pełne  naręcza  starego  papieru  i  wyściełać  koryto  prasy,  na  dnie 
mysich oczek dostrzegłem coś, co było więcej niż gwiaździstym niebem nade mną, w 
półśnie przyszła do mnie mała Cyganka, podczas gdy prasa sunęła cicho jak akordeon 
w  palcach  harmonisty,  usunąłem  ze  skrzynki  reprodukcję  Hieronima  Boscha  i 
wybierałem  tam  w  gniazdku  wyścielonym  świętymi  obrazkami  książki,  wybrałem 
stronę, gdzie królowa  pruska Zofia Charlotta mówi do swojej pokojowej... Nie płacz, 
by  zaspokoić  swą  ciekawość,  udam  się  teraz  tam,  abym  ujrzała  rzeczy,  o  których  nie 
mógł  pouczyć  mnie  nawet  sam  Leibniz,  idę  poza  granice  bytu  i  nicości...  prasa 
dzwoniła  i  po  naciśnięciu  czerwonego  guzika  suwak  wrócił,  odrzuciłem  książkę  i 
nawrzucałem pełne koryto, jej ciało powleczone było masłem, była przejrzysta jak lód, 
kiedy zaczyna tajać, gigantyczna prasa na Bubnach zastąpi dziesięć takich pras jak ta, 
na  której  pracuję  ja,  jak  o  tym  pięknie  pisze pan  Sartre,  a  jeszcze  lepiej  pan  Camus, 
lśniące grzbiety książek kokietują mnie, na drabinie stoi starzec w niebieskim kitlu i 
białych  pantoflach,  gwałtowny  ruch  skrzydeł  wzniecił  tuman  kurzu,  Lindbergh 
przeleciał  przez  ocean.  Zatrzymałem  zielony  guzik  i  wymościłem  sobie  w  korycie 

background image

 

42 

wśród  starego  papieru  takie  gniazdko,  wciąż  jestem  galant,  wciąż  mogę  być  z  siebie 
dumny,  nie  mam  się  czego  wstydzić,  jak  Seneka,  kiedy  wchodził  do  wanny,  tak 
przerzuciłem  nogę  i  zaczekałem,  a  potem  przerzuciłem  też  ciężko  drugą  nogę  i 
zwinąłem  się  w  kłębek,  tylko  na  próbę,  następnie  zaś  ukląkłem,  nacisnąłem  zielony 
guzik i skuliłem się w gniazdku w korycie, pośród starego papieru i iluś tam książek, w 
ręku  mocno  ściskałem  mojego  Novalisa,  a  palec  miałem  położony  na  jego  zdaniu, 
które  mnie  zawsze  wprawiało  w  zachwyt,  uśmiechałem  się  słodko,  bo  zacząłem  być 
podobny  do  Maniusi  i  jej  anioła,  i  zacząłem  wstępować  w  świat,  w  którym  jeszcze 
nigdy  nie  byłem,  trzymałem  się  książki,  na  której  stronicy  było  napisane...  Każdy 
miłowany  przedmiot  jest  środkiem  Rajskiego  Ogrodu,  i  ja,  zamiast  pakować  czysty 
papier pod Melantrichem, otóż ja jak Seneka, jak Sokrates, ja w mojej prasie, w mej 
piwnicy  wybieram  swój  upadek,  który  jest  wyniesieniem,  choć  suwak  prasy  wgniata 
mi  już  nogi  pod  brodę  i  jeszcze  bardziej,  lecz  ja  się  nie  dam  wygnać  z  mojego  Raju, 
jestem w swojej piwnicy, z której nikt mnie już wygnać nie może, nikt nie może mnie 
przenieść,  rożek  książki  wbił  mi  się  pod  żebro,  jęknąłem,  jakbym  na  własnym 
narzędziu  tortur  miał  dowiedzieć  się  prawdy  ostatecznej,  kiedy  już  pod  naporem 
suwaka zamykałem się w sobie jak dziecinny scyzoryk, w tej chwili prawdy ukazała mi 
się  maleńka  Cyganka,  stoję  z  nią  na  Okrąglaku,  a  na  niebie  polatuje  nasz  latawiec, 
mocno trzymam nitkę, a moja Cyganka bierze teraz ode mnie ten kłębek grubych nici, 
jest  sama,  stojąc  w  rozkroku  trzyma  się  mocno  ziemi,  by  nie  ulecieć  na  niebiosa,  a 
następnie  po  nitce  posyła  liścik  latawcowi  na  niebie,  ja  zaś  w  ostatnich  sekundach 
spostrzegłem,  że na  tym  liściku  jest moja  twarz.  Krzyknąłem...  Ilonko!  I  otworzyłam 
oczy,  patrzyłem na swój  podołek,  obydwiema  rękami  trzymałem  naręcze  wyrwanych 
wraz z korzonkami bratków, podołek miałem pełny ziemi, patrzyłem tępo na piasek, a 
gdy  uniosłem  oczy,  przede  mną  w  świetle  jarzeniówki  stały  turkusowozielona  i 
atłasowoczerwona spódnica, gdy odchyliłem głowę, widziałem te moje dwie Cyganki, 
wyelegantowane,  za  nimi  przeświecały  przez  drzewa  neonowe  wskazówki  i  tarcza 
zegarowa na nowomiejskiej wieży, turkusowozielona potrząsała mną i wołała... Panie 
starszy,  rany  boskie,  serce  Jezusa,  co  też  pan  tutaj  robi?  Siedziałem  na  ławeczce, 
uśmiechałem  się  prostodusznie,  niczego  nie  pamiętałem,  niczego  nie  widziałem, 
niczego nie słyszałem, ponieważ byłem już chyba w sercu Rajskiego Ogrodu. Toteż nie 
mogłem  ani  widzieć,  ani  słyszeć,  jak  te  moje  dwie  Cyganki,  uwieszone  u  ramion 
dwóch  Cyganów,  krokiem  polki  przecwałowały  przez  park  na  placu  Karola  z  lewej 
strony na prawą i znikły na zakręcie wysypanej piaskiem ścieżynki, gdzieś za gęstymi 
zaroślami. 

 

Lipiec 1976 r. 

 

background image

 

43 

OD TŁUMACZA 

Tekst Zbyt głośnej samotności z lipca 1976 r., przez autora i literaturoznawców 

uznany za wersję kanoniczną, jest już trzecią wersją tej opowieści.  

Wersji  pierwszej,  zatytułowanej  Głośna  samotność,  z  wiosny  1976  r. 

(aczkolwiek  wiele  zdaje  się  wskazywać,  że  jej  zamysł  zrodził  się  w  latach  1973-74), 
nadał autor postać poematu, w kilku tylko miejscach przechodzącego w prozę. Wersja 
druga  była  już  cała  pisana  prozą,  przy  czym  narrator  posługiwał  się  dialektem 
praskim.  Ale  i  ona  nie  zadowoliła  Hrabala,  wkrótce  więc  powstał  wariant  trzeci, 
napisany już językiem literackim, a zarazem utrzymany w charakterystycznym rytmie, 
osiągniętym dzięki odpowiednim zabiegom stylistycznym i interpunkcyjnym. 

W  latach  siedemdziesiątych  i  osiemdziesiątych  za  wiele  fragmentów  Zbyt 

głośnej  samotności  -  ba,  nawet  poszczególnych  słów  -  budziło  zastrzeżenia  natury 
politycznej  lub  ideologicznej,  bądź  nasuwało  niepożądane  skojarzenia  z  dobrze 
znanymi  realiami  czechosłowackiego  życia,  by  książka  mogła  ukazać  się  w 
którymkolwiek z czeskich wydawnictw oficjalnych. Krążyła w postaci maszynopisów, 
publikowanych przez oficyny „samizdatowe” i przepisywanych w ograniczonej liczbie 
kopii  przez  kolejnych  czytelników.  Taka  właśnie  kopia  stanowiła  podstawę  wydania 
emigracyjnego, ogłoszonego w 1980 r. przez działający wówczas w Kolonii „Index”. 

Z  kolei  w  1981  r.  praska  „Mladá  fronta”  wydała  zatytułowany  Kluby  poezji 

„kolaż  literacki”,  złożony  z  wybranych  fragmentów  dwóch  odrębnych  utworów 
Hrabala:  Czułego  barbarzyńcy  i  Zbyt  głośnej  samotności.  Fragmenty  te  były 
odpowiednio  spreparowane,  a  zarazem  uzupełnione  zdaniami,  których  w  tekstach 
pierwotnych  nie  było  (rozszerzony  został  np.  epizod  szczeciński).  Choć  wszystkie 
zmiany,  dopiski  i  skreślenia  zyskały  aprobatę  autora,  przynajmniej  znaczna  część  z 
nich nie  jest  jego  dziełem,  lecz  powstała  w  trakcie obróbki  redakcyjnej. Toteż  czescy 
wydawcy  Zbyt  głośnej  samotności  z  roku  1989,  jak  i  z  lat  późniejszych,  wrócili  do 
wersji  pierwotnej,  „samizdatowej”,  odrzucając  zmiany  i  uzupełnienia  dokonane  w 
Klubach poezji. 

Polski  przekład  Zbyt  głośnej  samotności,  wydany  w  1978  r.  przez  Niezależną 

Oficynę 

Wydawniczą, 

sporządziłem 

korzystając 

dwóch 

czeskich 

kopii 

maszynopisowych  (pozwoliło  mi  to  skorygować  błędy  maszynowe  i  opuszczenia,  w 
każdym egzemplarzu inne). Przygotowując wznowienie, wydane przez „Krąg” w 1982 
r., dysponowałem już zarówno edycją kolońską, jak i Klubami poezji. Nie znając kulis 
powstania  Klubów,  przejąłem  z  nich  i  włączyłem  do  przekładu  te  dodatkowe 
fragmenty,  które  nie  wypaczały  treści  i  wymowy  utworu  -  choć  zakłócały  pierwotny 
rytm  Hrabalowej  narracji;  tę  wersję  powtarzały  także  późniejsze  wydania 
drugoobiegowe. 

W  pierwszym  wydaniu  oficjalnym  (Wydawnictwo  Literackie,  Kraków  1993), 

opartym na pierwszym oficjalnym wydaniu czeskim („Odeon”, Praga 1989), wróciłem 
do  wersji  podstawowej.  Podobnie  było  również  z  wydaniem  następnym 
(Wydawnictwo  Dolnośląskie,  Wrocław  1996).  Podstawą  wydania  obecnego  jest  tekst 
ogłoszony  w  Dziełach  Zebranych  Bohumila  Hrabala  (Sebrané  spisy  Bohumila 
Hrabala,  t.  9,  „Pražská  imaginace”,  Praga  1994).  Prascy  wydawcy  tych  Dzieł, 
dysponując rozmaitymi wariantami trzeciej wersji książki (tom zawiera wszystkie trzy 
jej  wersje),  w  miejscach  wątpliwych  -  np.  czy  prasa,  którą  obsługiwał  Haňt'a,  była 
mechaniczna,  czy  hydrauliczna,  który  gatunek  szczurów  odniósł  ostateczne 
zwycięstwo  itp.  różnice,  występujące  w  różnych  edycjach  -  dokonali  wyboru 

background image

 

44 

wyciągając  wnioski  z  dostępnej  im  dokumentacji  autorskiej.  Zachowali  też  w 
opublikowanym  tekście  przejęzyczenia  i  pomyłki  autora;  dotyczy  to  np.  wielkości 
płytki  w  kalkulatorze  (nie  mniejsza  czy  mniejsza),  „kontrolnego  ogieńka  gazowej 
lodówki”  (ta  lodówka  -  lednička,  raz  nawet  chladnička  -  występuje  we  wszystkich 
znanych  mi  wydaniach  czeskich),  danych  topograficznych  (o  tych  ostatnich  jest 
zresztą  wzmianka  w  czeskich  uwagach  edytorskich)  itd.  W  wydaniu  polskim, 
podobnie jak  w przekładach na inne języki, z tak daleko posuniętej wierności wobec 
oryginału należało, rzecz jasna, zrezygnować. 

Do  jednego  z  maszynopisów,  z  których  korzystałem  tłumacząc  Zbyt  głośną 

samotność,  jak  i  do  wydania  kolońskiego  z  1980  r.,  dołączony  był  poemat  Adagio 
lamentoso.  Nie  wiązał  się  on  logicznie z  opowieścią  Haňti,  toteż  nie  został  włączony 
do przekładu. Gdy jednak znalazł się również w legalnym wydaniu czeskim z 1989 r., 
przetłumaczyłem  go:  wchodzi  w  skład  obu  dotychczasowych  legalnych  wydań 
polskich.  W  Dziełach  Zebranych  został  potraktowany  jako  utwór  samodzielny  i 
zamieszczony  w  innym  tomie  -  nie  widzę  więc  potrzeby  dalszego  publikowania  go 
wraz  ze  Zbyt  głośną  samotnością,  tym  bardziej  że  ukazał  się  już  w  kilku  zbiorkach 
tekstów Bohumila Hrabala w przekładach innych tłumaczy. 

Piotr Godlewski