background image
background image

H I S T O R Y C Z N E  B I T W Y 

GRZEGORZ SWOBODA 

BATOCHE 1885 

Dom Wydawniczy Bellona 

Warszawa 2003 

background image

OD AUTORA 

Czynniki oficjalne Kanady ... chwalą sią, że nie miały tyle kłopotów 

z tuziemczą ludnością co Stany Zjednoczone, i że obejmowanie kraju szło 
gładko, bez sprzeciwu Indian i Mety sów, jak w sielance. Gdzież ta sielanka?! 

Wypadki nad Red River i nad Saskatchewan zadają temu kłam. W obronie 
wolności krwią spłynęły rzeki kanadyjskie... 

Arkady Fiedler, „Kanada pachnąca żywicą" 

Cała sprawa dotyczyła jakichś biurokratycznych przepisów co do pomiarów 

40 czy 50 tysiący akrów. Kosztowała Kanadą życie dwustu ludzi, ranienie 
wielu, wydatek 6 milionów dolarów, a straty czasu i zakłócenia interesów nie 
dadzą sią ocenić. Kiedy to sią skończyło, rząd zaoferował za darmo 1.800.000 
akrów ziemi wszystkim, którzy zechcieliby sią tam osiedlić. Niecząsto jakiś 

kraj cierpi tak dotkliwie i tak niepotrzebnie. 

George T. Denison, „Soldiering in Canada" 

Największym zagrożeniem dla przetrwania Kanadyjczyków nie jest brak 

narodowej tożsamości, lecz ignorancja wobec kanadyjskiej historii. 

Brian Stock, „The Vicissitudes of Nationalism" 

Kanada została ukształtowana w epoce lodowcowej, a potem wydarzenia 

znacznie zwolniły tempa. 

Erie Nicol, Dave Morę 

16 listopada 1999 roku w Ottawie pani Adrienne Clarkson, 

nowa gubernatorka generalna Kanady, wygłosiła inauguracyjne 

przemówienie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, 

że na datę tego aktu politycznego wybrała Dzień Louisa Riela. 

background image

— Dopiero niedawno zaczęliśmy składać hołd Rielowi, 

który budował ten kraj, i ludowi Metysów, którzy nauczyli się 
żyć razem w dwujęzycznym, multikulturowym społeczeństwie 

— i czerpać inspirację z tej różnorodności. Ten człowiek, 
Louis Riel, był założycielem Manitoby — mówiła do grupy 
Metysów, zgromadzonych w stołecznym Parku Konfederacji 

— i odegrał kluczową, życiową rolę w otwarciu kanadyjskiego 
Zachodu. Historia uznała go za pierwszego przywódcę ruchów 
reformatorskich Zachodu. Działając na rzecz praw Zachodu 
i praw swego ludu, pomógł położyć fundamenty dla praw 
mniejszości — i w rezultacie dla współpracy kultur — w tym 
kraju. Poczyniliśmy wiele kroków od czasu Louisa Riela, aby 

zapewnić, by każdy w tym kraju — Metys, Rdzenny Miesz­
kaniec (Native), Anglik, Francuz, Chińczyk, Niemiec, Polak 

— mogłabym kontynuować — był traktowany sprawiedliwie 

i równo. Ale — i to jest sens czczenia Dnia Louisa Riela 
i samego Louisa Riela —jeszcze nie w pełni osiągnęliśmy ten 

cel. Spoczywa na nas wielka odpowiedzialność — pamiętając 
o spuściźnie Louisa Riela, musimy nadal budować naród, 
oparty na tolerancji, sprawiedliwości, kooperacji, dzieleniu się 
i wspaniałomyślności wobec wszystkich ludów. 

Dotąd można byłoby przyjąć, że pani gubernator „tego 

kraju" (z pochodzenia Chinka) wykonuje obowiązkowe ćwi­
czenia z politpoprawności. Ale padły mocniejsze słowa — to, 
że były cytatem z mowy dziewiętnastowiecznego polityka 
z Quebecu, Wilfrida Lauriera, nie zmniejszało ich wagi, 
wprost przeciwnie. 

— To, co jest godne nienawiści, to nie rebelia, lecz 

despotyzm, który powoduje rebelię — mówiła pani Clarkson. 

— Nasze więzienia są pełne ludzi, którzy nie mogąc dobić się 

sprawiedliwości pokojowymi środkami, zrozpaczeni poszuki­
wali jej przez wojnę. Ludzi, którzy rozpaczliwie pragnąc być 

traktowani jak ludzie wolni, wzięli swój żywot we własne 
ręce, aby nie być traktowani jak niewolnicy... 

Prasa przyjęła wystąpienie nowej pani gubernator chłodno. 

„Clarkson na swój pierwszy polityczny gest wybrała jedną 

z najbardziej kontrowersyjnych spraw tego kraju. Życie Riela 
i je^o śmierć na szubienicy dzielą ten kraj z powodu aspektów 
religijnych, rasowych i językowych", pisały gazety. „Obecni 
przy uroczystości Metysi przyjęli mowę Clarkson z unie­
sieniem". 

Miejscowość Batoche (czyt. Batosz) można znaleźć tylko 

na dokładnych mapach, lecz w historii Kanady zajmuje ona 
szczególne miejsce. W 126 lat po starciu Wolfe'a i Montcalma 
na Równinie Abrahama, stoczona u tej osady bitwa uczyniła 
ostateczny rozłam między francuską a angielską ludnością 
Kanady i zadecydowała o obecnym obliczu tego państwa. Zaś 
sprawa człowieka, którego pop-artowa twarz — „namalowany 
sprayem, triumfujący, nasz własny Che Guevara", pisze lokalna 
poetka Kim Morrissey ' — patronowała z trybuny wystąpieniu 
pani gubernator, po dziś dzień nie została zakończona. 

Louis Riel! „Dość wymienić jego imię, by odkryły się 

animozje religijne i rasowe

2

 leżące pod powierzchnią ka­

nadyjskiej polityki — pisze wybitny historyk. — Kontro­
wersje rasowe, które wynikły z jego działań, i polityczne 
zamieszanie, które wznieciły jego proces i egzekucja, jeszcze 
dzisiaj utrudniają bezstronną ocenę działań tego dziwnego 
i raczej nieszczęsnego człowieka"

3

. Według innego, „ku­

muluje on w sobie napięcie bycia Kanadyjczykiem: Anglicy 
kontra Francuzi, tubylcy kontra biali, Wschód kontra Zachód, 
Kanada kontra Ameryka"

4

. Trochę to dziwne, że taka postać 

przez wiele lat nie była bohaterem masowej wyobraźni, 
lecz co najwyżej przedmiotem sporów historyków. Aż nagle 

' K.  M o r r i s s e y , Pas Fou, w: Batoche, Regina 1989. 

2

 W kanadyjskiej nomenklaturze historycznej i socjologicznej określenie 

..rasy" i „rasowe" odnosi się do ludności Kanady pochodzenia anglosaskiego 
i francuskiego. 

1

 G. S t a n 1 e y, Louis Riel, Patriot or Rebel?, Ottawa 1967, s. 3. 

4

 T.  F l a n a g a n , Riel and the Rebellion. 1885 Reconsidered, wyd. I, 

Saskatoon 1983. 

background image

w pamiętnym roku 1968 Louis Riel ożył jako idol zbun­

towanej młodzieży oraz postępowych polityków, i został wnet 
okrzyknięty „prekursorem obecnych powstań na świecie, 

zwłaszcza w tak zwanym Trzecim Świecie". Zapomniany 
Metys z prerii wszedł do obiegu życia społecznego i politycz­
nego. Na gruncie jego dokonań wyrosło pojęcie „Czwartego 
Świata", na który mają się składać uciśnione mniejszości 

w krajach zdominowanych przez ludność pochodzenia euro­
pejskiego \ W pięciu tomach wydano jego „Dzieła zebrane" 

— pisma religijne, filozoficzne, społeczne, a także poezje

6

Jego imię noszą budynki publiczne i organizacje społeczne. 
Jest bohaterem opery, oratorium, czterech sztuk teatralnych, 
kilku filmów, płyt i kaset dźwiękowych, i oczywiście książek. 

Jego twarz spogląda ze znaczka pocztowego, pomniki stoją 
w stolicach prowincji w Reginie i Winnipegu, a jego nazwisko 
zna każdy. I tylko rozgoryczony szef policji wyrzucał, że 

nazwisk policjantów, poległych podczas rebelii, nie uczy się 
w szkołach, o pomnikach nawet nie wspominając

7

Kim był Louis Riel? Odpowiedzi pada tyle, ilu bywa 

indagowanych. Premier Pierre Trudeau porównywał go do 

Gandhiego, jakkolwiek jego działania nie przypominały „bier­
nego oporu". Komunistyczna Partia Kanady zwoływała wiece 

przy grobie Riela, chociaż był twórcą reżimu wyznaniowego. 
Uważa się go za postępowca, choć twierdził, że „kobiety 
powinny zostać przywrócone do właściwego im stanu pod­
porządkowania mężczyznom"

8

. Jest nazywany pionierem 

multikulturowości, mimo że uważał Metysów za naród wy­
brany. Francuzi z Quebecu widzą w nim symbol swoich 

5

 G. M a n u e 1, M. P o s 1 u m s, The Fourth World, Don Mills 1974. 

6

 T. Flanagan, G. Martel, O. Stanley ed., The Collected Writings of Louis 

Riel/Us Ecrits Complets de Louis Riel,

 Edmonton 1985. 

7

 A. L. H a y d o n, The Riders of rhe Plains. A record of the Royal 

North-West Mounted Police of Cunada 1873-1910,

 Edmonton 1910, repr. 

1971, s. xx. 

8

 T.  F l a n a g a n , Louis „David" Riel: „Prophet of the New World", 

Halifax 1983, s. 87. 

aspiracji, choć demonstrował odrębność Metysów od narodu 
francuskiego. Jest ogłaszany wyzwolicielem Metysów, tym­

czasem więcej jego ziomków walczyło przeciw niemu niż po 

jego stronie. Mianuje się go Tomaszem Miintzerem, choć losy 
jego sekty każą raczej myśleć o Vernonie Howellu

9

. Toteż 

niektórzy utrzymują, że „nie ma prawdy o Rielu; jest tylko 
zestaw faktów, które można interpretować na różne sposoby"

 10

a postmoderniści twierdzą zgoła, że nie ma i faktów — istnieją 
tylko interpretacje ". Niniejsza praca nie rozstrzyga, kim był 
Louis Riel; wydaje się zresztą, że człowiek ten raczej „bywał" 
niż „był". Autor przedstawia wydarzenia, które nadały Kana­

dzie jej dzisiejszy kształt, i pragnie, aby bohaterowie dramatu 
przemawiali za siebie

 12

Ze sprawą Riela splatają się dzieje kanadyjskich Indian. 

Długo przedstawiano ich jako sojuszników Metysów, którzy 
wkroczyli na wojenną ścieżkę w obronie ich sprawy; w zależ­
ności od sympatii piszącego, czyniło to Indian bohaterami 
pozytywnymi lub negatywnymi. Louis Riel był zaś ukazywany 

jako bojownik o prawa Indian (mimo że miał ich za dzikusów 

i chciał siłą zapędzić do pracy). Obecnie podkreśla się brak 
poparcia Indian dla Metysów, ich lojalność wobec królowej 
i wolę dochowania wierności zawartym z białymi traktatom 
(warto wskazać, że od naświetlenia tej kwestii zależą realne 
interesy — zarzut popełnienia wraz z Rielem zdrady stanu 

9

 Sekta dawidian Vernona W. Howella, lepiej znanego jako Dawid Cyrus 

(Koresz), zginęła w 1993 r. w walce z FBI w Waco (Teksas). Warto 
zauważyć, że zarówno Riel jak Howell przybrali sobie imię Dawid i podawali 
się za potomków króla Dawida. 

10

 P. D r i b e n, The Rise and Fali of Louis Riel and the Metis Nation: An 

Anthropological Account,

 w: F. L. Barron and J. B. Waldram, ed., 1885 and 

After. Native Society in Transition.

 Regina 1986, s. 75. 

" J. W.  F r i e s e n , The Riel/Real Story. Ottawa 1996, s. xiii. 

12

 Wszystkie wypowiedzi są podawane na podstawie źródeł lub rekon­

struowane z parafraz. 

13

 B.  S t o n e c h i l d , B. W a i s e r. Loyal till Death. Indians and the 

North-West Rebellion,

 Calgary 1997. 

background image

jeszcze w sto lat później utrudniał Indianom „załatwienie 

zażaleń plemiennych", czyli uzyskiwanie świadczeń od pań­
stwa). Rzeczywistość jest prosta — Indianie mieli własne 
sprawy, ich pokaz dynamiki grupowej w Battlefordzie był 
skutkiem rywalizacji dwóch wodzów o rząd dusz, a „zderzenie 

kultur" w osadzie Frog Lakę zapoczątkował psychopata. 
Część Indian skorzystała z tego, iż władza była zajęta czym 
innym gdzie indziej, w wyniku czego wielu ludzi straciło 

życie albo dorobek. I jak zwykle w masową świadomość 
zapadły imiona tych, którzy łamali prawo, a nie tych, którzy 
pomagali ofiarom. 

Postscriptum stanowi — niekiedy łączona z bitwą pod 

Batoche — opowieść o Mocnym Głosie, celowo pozbawiona 
sentymentalizmu i paternalizmu, zwykle biorących udział 
w maskaradzie jako Zrozumienie i Tolerancja. Bohaterowie 

tamtych lat zasługują, by traktować ich jak dorosłych. Jak 
powiedział pewien Indianin z plemienia Czoktawów: „Jestem 
zadowolony, że jestem Czoktawem, i to wszystko. To, że nie 

chcę być białym, wcale nie znaczy, że chcę być jakimś 
mistycznym Indianinem. Po prostu prawdziwym człowiekiem". 

DRAMATIS PERSONAE 

24 marca 1884 roku w domu Abrahama Montoura w miej­
scowości Batoche, nad rzeką Saskatchewan, zebrało się ze 30 
mężczyzn. Byli to silni, twardzi ludzie — drwale, woźnice, 
myśliwi, zwiadowcy... Brodaci, ciemnowłosi i ciemnoocy, 

smagli, ubrani byli w niebieskie kurtki przepasane czerwonymi 
szarfami, hajdawery z nogawkami wpuszczonymi w wysokie 
buty, na głowach mieli wełniane czapki. W pomieszczeniu 
było gęsto od dymu z fajek nabitych tytoniem z domieszką 
hart rouge

', a rum demerara podnosił nastroje. 

Rej wodził Gabriel Dumont, przewoźnik na rzece. Jego 

masywna postać i silny głos przykuwały uwagę. Michel 
Dumas protokołował. 

— Już dosyć długo znosiliśmy niesprawiedliwość rządu 

— mówił Dumont. — Minęło sześć lat, odkąd przedstawiliśmy 
nasze skargi w petycji samemu generalnemu gubernatorowi. 
A on obiecał, że dopilnuje, aby rząd wszystko załatwił. I co? 
Ile jeszcze skarg mamy wysyłać do Ottawy? Kradną naszą 
ziemię i śmieją nam się w nos. Dlaczego nie dostaliśmy ziemi, 

jak nasi bracia z Manitoby? A przecież my, mieszkańcy 

Północnego Zachodu, mamy takie same prawa, jak oni, 

Kora krzewu dogwood (cornus nutralii). 

background image

10 

a nawet większe — ziemia należy nam się nie tylko z tytułu 
pochodzenia, jako potomkom Indian, ale i z tytułu zasiedzenia. 
Niektórzy z nas są już tu piętnaście lat. Dlaczego nie dają nam 

na to papierów? Rzekłem, przyjaciele, nic od nich nie 
dostaniemy, jeśli nie weźmiemy spraw w swoje ręce. 

Gabriel Dumont rozejrzał się po twarzach. 

— No, dobrze. Może i sami nie damy rady, ale jeśli 

dogadamy się z angielskimi osadnikami i razem naciśniemy 
na rząd... Związek Osadników od dawna domaga się reformy 
rolnej. Oni mają wpływy i powiązania polityczne. Musimy 
tylko dołączyć się z naszymi żądaniami do nich. 

Podniósł się gwar. 

— Nie można wierzyć Anglikom, wszystko jedno, czy są 

ze związku, czy nie! — krzyknął ktoś. 

— Na co jeszcze jedna petycja! — zawołał Abraham 

Belanger. — Trzeba wziąć broń do ręki! 

— Spokój! — Maxime Lepine uderzył w stół. — Trzeba 

napisać Ustawę Praw! 

— A kto ją napisze, może Gabriel? — odezwał się ktoś 

z tyłu. Zebrani zarechotali. 

— Ja wiem, kto to może zrobić — rzekł Napoleon Nault. 

— Tylko Louis Riel potrafi tak spisać nasze żądania, że rząd 
będzie musiał je przyjąć. Już raz to przecież zrobił, w Mani-
tobie. Wiem, co mówię — mój ojciec Andre był dowódcą 

jego straży przybocznej. 

— I ja też znam Riela, i inni także — mruknął kwaśno 

Charles Nolin. — On jest w Montanie, w misji św. Piotra nad 
Missouri. Ale może to i racja. Teraz jesteśmy jak dwukołowy 
wóz znad Red River, tyle że z jednym kołem. Gabriel Dumont to 

jedno koło, ale żeby ruszyć z miejsca, potrzebne nam drugie. 

„Zebranie było udane", ocenił najmłodszy, Louis Goulet. 

„Wszyscy najrozsądniejsi ludzie w okręgu wypowiedzieli 
się"

2

. Byli zgodni — człowiekiem, który nadawałby się na ich 

2

 G.  C h a  r e t te, Vanishing Spaces. Memoirs of Louis Goulet, Winnipeg 

1976, s. 113. 

11 

doradcę albo i przywódcę, był Louis Riel. Trzeba będzie 
pojechać do niego i porozmawiać o tym... 

Debatujący ludzie o francusko brzmiących nazwiskach 

i mało europejskim wyglądzie byli Metysami. Władze, do 
których mieli zastrzeżenia, był to rząd 

DOMINIUM KANADY, 

państwa utworzonego w 1867 roku z posiadłości imperium 
brytyjskiego w Ameryce Północnej. Było ono związane unią 
personalną z Koroną Brytyjską (reprezentowaną przez general­
nego gubernatora), i miało nosić nazwę „Królestwo Kanady", 
ale zrezygnowano z niej. Taka nazwa byłaby szokująca 
zwłaszcza dla mieszkańców Stanów Zjednoczonych, którzy 
i tak nazywali sąsiednie państwo „Europą". Bo też Kanada 

była oazą europejskości, z jej zaletami i wadami. 

Na wzór europejski Kanada cechowała się przewagą rządu 

centralnego, o dużych prerogatywach i decydujących upraw­
nieniach, miała też scentralizowane prawodawstwo i sądow­
nictwo. Cechy systemu odzwierciedlały się także w jej 
społeczeństwie, mniej dynamicznym i bardziej zależnym od 
rządu niż społeczeństwo Stanów Zjednoczonych. Rząd był 
głównym motorem budowy państwa kanadyjskiego, a jego 
znaczenie rosło w miarę zaawansowania tego dzieła. 

Na oblicze Kanady największy wpływ wywarł handel 

futrami. Słynne skórki bobrów były początkowo niemal 
wyłączną podstawą gospodarki, więc kiedy w połowie XIX 
wieku cylindry z bobrowego filcu zostały wyparte przez 

jedwabne, wszechwładnym kompaniom futrzarskim zajrzał 

w oczy kryzys. W sukurs kanadyjskiej gospodarce przyszedł 
dynamiczny rozwój Stanów Zjednoczonych; w połowie stulecia 
zaczęła się ona szybko rozwijać, głównie dzięki handlowi 

z sąsiadem. Ułatwiał go Traktat o Wzajemności, zawarty 
z USA w 1854 roku, który na 10 lat zniósł cła na kanadyjskie 
drewno, ryby i pszenicę. Stany Zjednoczone szybko zastąpiły 

background image

12 

Wielką Brytanię w roli głównego partnera gospodarczego 

Kanady. Koła gospodarcze przemysłowej metropolii, Mont­

realu, miały wizję nowego kanadyjskiego imperium, zależnego 
nie od bobrów ani od surowców, lecz opartego na usługach: 
transporcie, żegludze i finansach dla całego kontynentu. 
Zaczęły się rozwijać banki, giełda, stocznie i linie kolejowe. 
Zapóźnienie w rozwoju gospodarczym Kanady było jednak 
zbyt duże, by je szybko nadrobić. W przemyśle i usługach 
Kanada nie była zdolna do konkurowania z USA. Miała 
mniejsze zasoby kapitału, mniejszy przyrost siły roboczej 

z imigracji (w 1860 roku na każdego przyjeżdżającego do 
Montrealu imigranta przypadało 7 lądujących w Nowym 

Jorku), a na domiar złego tysiące Kanadyjczyków emigrowały 
do Stanów Zjednoczonych. Kiedy w 1866 roku ostatecznie 
stracił ważność Traktat o Wzajemności, niedostatki kanadyj­
skiej gospodarki stały się dotkliwe. 

Kręgi polityczne Kanady dzieliły się zasadniczo na konser­

watystów i liberałów. Odróżniało ich głównie podejście do 
gospodarki: konserwatyści faktycznie byli etatystami, a libe­
rałowie byli bardziej przychylni wolnemu rynkowi. Niemal 
nieprzerwanie rządziła partia konserwatywna, na której czele 
stał sir John Macdonald. Był on sprawnym manipulatorem, 
a przy tym — mimo pociągu do whisky, niezwykłego nawet 

na tle epoki, w której nikt nie wylewał za kołnierz — mężem 
stanu i niekwestionowanym autorytetem, bez którego nie 
wyobrażano sobie kanadyjskiej sceny politycznej. 

Na przeszkodzie rozwojowi gospodarki stał etatystyczny, 

sztywny, „europejski" system. Jednak powiązany ze światem 
polityki wielki biznes dobrze prosperował dzięki państwowym 
zamówieniom, subwencjom i koncesjom. Zasilał więc w fundu­
sze wyborcze partię konserwatywną, i nie cofał się nawet przed 

przekupywaniem elektorów. Początkowo korupcja budziła obu­
rzenie „opinii publicznej", które spowodowało nawet przejścio­
we odejście partii premiera Macdonalda od władzy, ale recesja 

szybko sprawiła, że oswojono się ze sterowaną demokracją. 

13 

— Nigdy nie zaprzeczałem, że jestem złodziejem — mawiał 

sir John Macdonald — ponieważ nigdy mnie nie oskarżono, 
że nim jestem. 

W 1878 r. partia konserwatywna, dzięki obietnicom państ­

wowej protekcji dla gospodarki, wróciła do władzy; wyglądało, 
że na zawsze. Trzeba było wywiązać się z obietnic i od­
wdzięczyć za wsparcie. 

— Nie mogę wiedzieć, jakiej protekcji potrzebujecie 

— oświadczył premier Macdonald. — Niech każdy producent 
powie nam, czego chce, a my postaramy się mu to dać \ 

Producenci potrzebowali subwencji, dotacji, a także ochrony 

przed konkurencją amerykańską. Kanadyjską recesję tłuma­
czono importem tańszych wyrobów przemysłowych z USA, 
mimo że były objęte taryfą celną (kanadyjskim producentom 

bardzo odpowiadał Traktat o Wzajemności, tworzący kom­
binację wolnego handlu ich surowcami z protekcjonizmem 
w handlu wyrobami przemysłowymi). Rząd podniósł więc cła, 
ku aplauzowi sfer gospodarczych. 

W tym systemie protekcjonizmu, atrakcyjnie nazwanym 

„Polityką Narodową" lub „Polityką Kanadyjską", inaczej 
„Kanada dla Kanadyjczyków", szczególne miejsce zajmował 
zachód, czyli Terytoria Północno-Zachodnie, zwane także 

Ziemią Księcia Ruperta. Był to olbrzymi teren, rozciągający 
się od Wielkich Jezior do Gór Skalistych, który rząd zakupił 
w 1870 roku od Kompanii Zatoki Hudsona. Według rządowych 
planów wschodnia Kanada miała stać się centrum przemy­
słowym, zaś zachód z miejsca łowów na zwierzynę futerkową 
zamienić się w zaplecze rolnicze. Jako wzór stosunków 
wschód-zachód przyjęto europejski model „metropolia-kolo-

nia". Inaczej niż prowincje wschodu, mające własne rządy, 
zachód miał status terytoriów, co znaczyło, że podlegał 
władzy centralnej. Na zachodzie powstawały monopole 

w transporcie i nieruchomościach, prywatne, lecz finansowane 

3

  D r i b e n , on. c/7., s. 98. 

background image

14 

przez państwo. Koszty „Polityki Kanadyjskiej" ponosili więc 
przede wszystkim zachodni farmerzy, którzy z powodu protek­

cyjnej taryfy celnej płacili drożej za wyroby przemysłowe, 
zarówno importowane, jak i krajowe. Z drugiej strony mono­
polistyczny przewoźnik kolejowy narzucał im stawki za 
przewóz produkowanych przez nich płodów rolnych, co 
zmniejszało opłacalność ich sprzedaży na rynkach wschodniej 

Kanady. W ten sposób Zachód miał dostarczyć kapitału na 

spóźnioną kanadyjską rewolucję przemysłową. 

Słabym punktem tego programu gospodarczego było to, że 

w 1875 roku zachód liczył tylko 50 tysięcy mieszkańców 
(wschód miał ich 2,5 miliona). Było to mało, zarówno jeśli 
chodziło o produkcję rolniczą, jak i o rynek zbytu na wyroby 

produkowane w ramach „Polityki Narodowej". Rząd zakładał 
prowadzenie planowego osadnictwa rolniczego na północnym 
krańcu prerii, który uznano za „pas urodzajny"; południowe 

prerie oceniono jako zbyt pustynne. Sprowadzano potencjal­
nych farmerów z Europy, nadając im za darmo po 160 akrów 
(64 ha) ziemi, obiecywano też pomoc państwową dla kolonis­
tów. Mimo to, inaczej niż w USA, gdzie od dziesięcioleci 
stałym widokiem były ciągnące na zachód karawany wozów, 

zachód Kanady pozostawał dziki i pusty. Rząd musiał dowieźć 
tam imigrantów. Jedynym środkiem, który to umożliwiał, była 
kolej żelazna, rozpoczęto więc budowę kolei transkontynen-
talnej — Canadian Pacific Railway, CPR. 

CPR była sztandarowym przykładem „Polityki Kanadyj­

skiej" w działaniu. Było to przedsięwzięcie prywatne, lecz 

finansowane z budżetu państwa. Członkowie rządu, a i czołowi 
politycy wszystkich partii, jednocześnie pełnili różne funkcje 
w CPR i powiązanych z nią przedsiębiorstwach. Zarząd kolei 
rewanżował się politykom opłacaniem kampanii wyborczych. 

Mimo tych powiązań i pompowania w nią pieniędzy z budżetu, 

Canadian Pacific

 permanentnie tkwiła w kłopotach finan­

sowych. Oprócz złego zarządzania i przeznaczania środków 
na cele pozagospodarcze, były jeszcze ich dwie przyczyny. 

15 

Jedną było słabe zaludnienie zachodu. Zaludnić go miała 

właśnie kolej, ale na razie nie uzyskiwała wystarczających 
dochodów z przewozów ani z otrzymanych od rządu 10 milio­

nów hektarów ziemi. Pod względem osadnictwa Kanada 
pozostawała za Stanami Zjednoczonymi. W latach 1881-1885 
na całym zachodzie Kanady osiedliło się 166 tysięcy imigran­
tów, podczas gdy tylko graniczący z prowincją Manitoba stan 
Minnesota już w 1870 roku miał pół miliona mieszkańców. 

Drugą przyczyną była zmiana planów budowy. Linia kolei 

miała przebiegać na ukos przez prerie na północny zachód; 
było to logiczne, jeśli pamiętać o koncepcji „pasa urodzaj­

nego". Jednak w 1881 roku zapadła decyzja, że kolej zostanie 
poprowadzona przez prerie południowe, uprzednio uznawane 
za nieprzydatne dla osadnictwa. Oznaczało to nie tylko 
bankructwo tych, którzy zainwestowali w nieruchomości na 

północnym zachodzie, i nie tylko to, że osiedleni już tam 
farmerzy nie będą mieli transportu dla swych produktów. 
Kolej została obciążona dodatkowymi kosztami, a były one 
kolosalne; droga przez Góry Skaliste wymagała poszukiwania 

przejść przez przełęcze, budowy mostów i tuneli. Na niegoś­
cinnych południowych preriach wymuszono osadnictwo; 
w 1883 roku kolej dotarła do założonego tam miasta Calgary 
(zaraz nazwanego „kanadyjskim Denver" — nieco na wyrost, 

jeśli zważyć, że liczyło 107 domów, gdy prawdziwe amerykań­

skie Denver miało już 100 000 mieszkańców). Do leżącego na 
północy Edmonton uruchomiono linię dyliżansu. Powinna to 
być boczna linia kolejowa, ale na to nie było pieniędzy. CPR 
stanęła na progu bankructwa. 

Powodem budowy kolei donikąd i nie przynoszącej zysków, 

była jej rola strategiczna. Na prostej jak strzała linii transkon-
tynentalnej zależało Wielkiej Brytanii, dla której miała to być 
alternatywna droga do Indii i Chin, ważna na wypadek 

zablokowania Kanału Sueskiego. Jak obliczano, przejazd koleją 
przez południową Kanadę miał umożliwić podróż do Chin 
o 2 dni krótszą w porównaniu z drogą przez Kanał Sueski, 

background image

16 

albo o 16 dni, gdyby Kanał został zamknięty. W każdym 
wypadku Brytyjczycy wyprzedzaliby na tej trasie europejskich 
rywali, a nawet Rosjan. 

Chodziło jednak nie tylko o imperialne interesy Wielkiej 

Brytanii, lecz o sprawy Kanadyjczykom znacznie bliższe. 
Canadian Pacific

 była drogą rokadową na wypadek agresji 

ze strony 

STANÓW ZJEDNOCZONYCH, 

które były chętne do przyłączenia jeśli nie całej Kanady, to 
chociaż jej części. Myśl ta była starsza niż same Stany 

Zjednoczone (pojawiła się już na Kongresie Kontynentalnym 
w 1775 r.), i choć Kanada nie wzięła udziału w amerykańskiej 
rewolucji, to od czasu Tomasza Jeffersona zjednoczenie było 
trwałym elementem polityki USA. W 1811 r. prezydent John 
Quincy Adams stwierdził: „Cały kontynent Ameryki Północnej 

wydaje się przeznaczony przez Boską Opatrzność do zamiesz­
kania przez jeden naród, mówiący jednym językiem, wyznający 

jeden system religii i zasad politycznych". Idea ta miała 

wyznawców także w Kanadzie; zwłaszcza w sferach mont­
realskiego biznesu żywa była myśl o „pokojowej i przyjaznej 
separacji od Brytanii, i związku na równych prawach ze 
Stanami Zjednoczonymi", jak głosił ich Manifest Aneksji 

z 1849 roku

4

. Sekretarz stanu William Seward twierdził więc 

po prostu, że „jest planem Natury, aby cały ten kontynent 
prędzej czy później znalazł się w magicznym kręgu amerykań­
skiej Unii". W tym kręgu były już faktycznie zachodnie 

terytoria Kanady: odległe od metropolii i nie mające z nią 
połączeń komunikacyjnych (z Toronto na zachód podróżowano 

4

 Według nacjonalistycznego ruchu Canada First w takim związku 

przewagę miałaby Kanada, dzięki wyższości rasowej, wynikającej z północ­
nego klimatu. „Jeśli klimat nie miałby wpływu na kształtowanie ras 

— dowodził ideolog ruchu R. G. Haliburton — to dlaczego narody południowe 
zawsze stoją niżej i są podbijane przez ludzi z północy?" 

17 

koleją przez USA), powiązane gospodarczo z bliższymi i lepiej 
rozwiniętymi Stanami Zjednoczonymi. James Wickes Taylor, 
przedstawiciel Departamentu Skarbu na zachodzie Kanady, 
który na zlecenie Sewarda miał w 1861 roku ocenić możliwość 
przyłączenia go do USA, podsumował krótko: „Wystarczy 
nadstawić koszyk, a dojrzały owoc sam do niego wpadnie". 
Oceniał, że „z 30 000 Europejczyków, którzy mieszkają na 

zachód od Wielkich Jezior, 90 procent pragnie przyłączenia 
do USA", a gdyby ktoś miał obiekcje, to sama milicja stanu 
Minnesota wystarczy, aby „zdobyć, okupować i zająć" teryto­

rium Kanady aż po jezioro Winnipeg. Z poparciem dla jego 
tez pospieszyli mieszkańcy leżącej na zachodnim wybrzeżu 

Kanady Kolumbii Brytyjskiej, którzy zwrócili się z petycją do 

prezydenta Lincolna o przyjęcie ich kraju do Unii. Granica 
nad Pacyfikiem była już w 1859 roku widownią zbrojnej 

konfrontacji między USA a Anglią z powodu spornych wysp 
San Juan

3

. W 1861 r. wojna Unii z Konfederacją i konieczność 

niezadrażniania stosunków z Anglią nie pozwalała Lincolnowi 
na zbyt śmiałe kroki, więc nie skorzystał z nowej okazji. Jego 
sekretarz stanu Seward jednak na zapas opracował plan 

zagospodarowania północnego zachodu Ameryki jako całości 
— włączając kanadyjskie ośrodki osadnictwa nad rzekami 
Red River i Saskatchewan, a z centrum politycznym i ad­
ministracyjnym w St. Paul w stanie Minnesota. 

Przyłączenie terytoriów brytyjskich dałoby ogromny impuls 

rozwojowy zachodowi USA, więc nie tracono go z oczu. 
W 1866 roku na porządku obrad Kongresu USA stanęła 
uchwała o przyjęciu Kanady do Unii. Nie było to realne 
wobec całej Kanady („Globe" z Toronto pisała całkiem 

proroczo, że „Amerykanie może kiedyś zechcą zaanektować 
Księżyc"), ale jeśli chodzi o jej części, nie było niemożliwe. 

W 1867 r. USA nabyły od Rosji Alaskę za 7,2 miliona 

Dowódcą amerykańskiego garnizonu na wyspach San Juan był wtedy 

kpt. George E. Pickett. który zdobył sławę jako dowódca „ataku Picketta" 
3 lipca 1863 roku pod Gettysburgiem. 

- — Baloche 1885 

background image

18 

dolarów. Między Alaską a USA leżała tylko niepewna 
swej kanadyjskości Kolumbia Brytyjska, która zgodziła 
się przyłączyć do Kanady w 1871 r. pod warunkiem, 
że otrzyma z nią połączenie kolejowe, a ponieważ budowa 
się przewlekała, groziła secesją. W dodatku napływali 

do niej amerykańscy poszukiwacze złota i osadnicy. Gdyby 
prowincja ta stała się stanem USA, poszedłby za nią cały 
zachód Kanady. Wprawdzie gwarantem integralności Kanady 
była Wielka Brytania, ale Kanadyjczycy odnosili się do 
niej nieufnie, podejrzewając, że w imię imperialnych in­
teresów może ich sprzedać Stanom Zjednoczonym. Precedens 

już był — dzięki swojej pokojowej penetracji oraz ustę­

pliwości Wielkiej Brytanii, USA uzyskały Oregon

6

Realność zagrożenia ze strony USA uzasadniały w oczach 

Kanadyjczyków działania 

BRACTWA FENIAN, 

Fianna Eirionn

 — Żołnierzy Erinu. Pod tą nazwą krył się 

utworzony w 1859 r. amerykański oddział Irlandzkiego 
Bractwa Rewolucyjnego (Irish Revolutionary Brotherhood), 
działającego w konspiracji na terenie Wielkiej Brytanii. 
Organizacja ta miała charakter militarny i w USA działała 

jawnie. Irlandzcy patrioci przynieśli ze sobą do USA (jak 

głosiła ich rota przysięgi) „głęboką i nieśmiertelną nienawiść 
do monarchii i oligarchii Wielkiej Brytanii" oraz zapiekłą 
wrogość do wszystkiego, co brytyjskie. Najbardziej brytyjska 

zaś na kontynencie północnoamerykańskim była Kanada. 

Kiedy wojna secesyjna wywołała napięcia między Stanami 

Zjednoczonymi a Anglią (która sprzyjała Konfederacji), po­
spieszyli je wykorzystać. Irlandczycy zaciągali się przede 
wszystkim do armii Unii. Było ich w niej 150 000, niektóre 

6

 Według anegdoty odpowiedzialny za zachód brytyjski komisarz orzekł, 

iż Oregon nie jest wart zatrzymania, ponieważ łososi z jego rzeki Columbia 
w odróżnieniu od pstrągów nie można było łowić na muchę. 

19 

jednostki były całkowicie irlandzkie, a o wsławionej w bitwach 

nad Antietam i pod Gettysburgiem Brygadzie Irlandzkiej 
mówiono, że „była co do człeka feniańska"

7

. Oficerowie 

irlandzcy pełnili jednocześnie funkcje wśród Żołnierzy Erinu. 
Liczyli na zdobycie doświadczenia wojskowego, a także na 

zaskarbienie sobie życzliwości rządu USA dla swych planów. 

Kiedy wojna się skończyła, szeregi Bractwa liczyły 10 000 

zahartowanych w bojach żołnierzy. 

W 1865 r. Irlandzkie Bractwo Rewolucyjne poniosło na 

Szmaragdowej Wyspie dotkliwą klęskę; zostało spenetrowane 
przez brytyjską agenturę i rozbite. Jedynym aktywnym og­
niwem pozostali Fianna Eirionn. Dominującą pozycję wśród 
nich uzyskał William Randall Roberts, biznesmen z Nowego 

Jorku, przywódca skrzydła „jastrzębi". Na jego zlecenie gen. 
Thomas W. Sweeny, zawodowy oficer amerykański, opracował 
plan inwazji Kanady, opanowania jej i użycia jako bazy 
wypadowej do morskich ataków korsarskich na flotę brytyjską. 

Miało to doprowadzić do wzrostu napięcia w stosunkach 
brytyjsko-amerykańskich i w końcu skłonić Wielką Brytanię 
do negocjacji na temat niepodległości Irlandii. Zamiary te 
rozpoznały zarówno kanadyjska Secret Service kierowana 
przez Gilberta McMickena, jak brytyjski wywiad, i ostrzegały 

o nich rząd. Generalny gubernator Kanady zarzucił Stanom 
Zjednoczonym, że „Fenianie, którzy są obywatelami USA, 
korzystają z instytucji tego kraju, aby nie kryjąc się, przemiesz­

czać wielkie liczby ludzi i materiałów wojennych ku granicom, 
w celu prowadzenia wojny z pokojowo usposobioną społecz­
nością [kanadyjską]"

8

. Także poseł brytyjski w Waszyngtonie 

przekazał Amerykanom „wyrazy wielkiego niezadowolenia 

Jej Królewskiej Mości". Sekretarz stanu Seward w odpowiedzi 
oświadczył, że „uważa sprawę feniańska za mocno przesadzo­
ną". W rzeczywistości utrzymywał z Fenianami od dawna 

W. S.  N e i d h a r d t . Fenianism in Nonh America, University Park 

i Londyn 1975, s. 138. 

Tamie,

 s. 124. 

background image

20 

kontakty, i doceniał możliwość wykorzystania ich jako środka 
nacisku na Wielką Brytanię. Nie jest pewne, co rzeczywiście 
obiecał irlandzkim patriotom; prawdopodobnie faktycznie nie 
zobowiązał się do niczego. W każdym razie gen. Sweeny 

oczekiwał co najmniej życzliwej neutralności USA, a także 
uznania dla rządu, jaki Fenianie mieli utworzyć na zajętym 
obszarze Kanady. 

William Roberts zakupił z demobilu 10 000 karabinów 

i 2,5 miliona naboi oraz wyposażenie, a także zaczarterował 
5 holowników i 30 barek do forsowania granicznych rzek 

i jezior. Na próbę dokonano kilku udanych wypadów na teren 
kanadyjskiej prowincji Nowy Brunszwik. Wreszcie 31 maja 

1866 r. płk John 0'Neill na czele czterech pułków Fenian 

(1200 ludzi) przekroczył graniczną rzekę Niagara i ruszył na 

Toronto. Fenianie maszerowali bez przeszkód, aż 2 czerwca 
pod wsią Ridgeway napotkali 900-osobowy oddział kanadyj­
skiej milicji. Nastąpiła wymiana strzałów, w której zginęło 
9 milicjantów, a 31 zostało rannych. Po pewnym czasie 
w pobliżu ukazało się kilku ludzi na koniach. Byli to farmerzy, 
którzy chcieli popatrzeć na bitwę, lecz Kanadyjczycy wpadli 

w popłoch i wśród krzyków „Kawaleria atakuje!" rzucili się 
do ucieczki. Tak skończyła się bitwa pod Ridgeway. Inny 
oddział kanadyjskiej milicji został pobity w okolicy Fortu Erie 

i w całości wzięty do niewoli. Irlandczycy byli na fali 

— niestety, amerykańskie kanonierki pojawiły się na rzece 

i uniemożliwiły im przeprawę zaopatrzenia, a nazajutrz płk 
0'Neill otrzymał wiadomość, że wojska USA dowodzone 

przez zwycięzcę spod Gettysburga, gen. George'a G. Meade'a, 
zatrzymały nadchodzące kolejne oddziały Fenian i skonfis­
kowały czasowo ich broń. 0'Neill wydał więc rozkaz do 
powrotu. Inne oddziały irlandzkie, które zdążyły przekroczyć 

granicę Kanady, także cofnęły się. Irlandczycy stracili w kam­
panii 8 zabitych i 15 rannych. 

Zawiedziony gen. Sweeny wypomniał, że „to nie Anglia, 

lecz Stany Zjednoczone powstrzymały nasz marsz ku wolno-

21 

ści". Inny oficer, który (jak większość irlandzkich żołnierzy) 
znał gen. Meade'a, rzucił mu w twarz z goryczą: 

— Dostaliśmy broń z waszych magazynów. Dawali nam 

do zrozumienia, że nie będziecie interweniować. Zostaliśmy 
oszukani przez rząd, użyci przez [sekretarza stanu] pana 
Sewarda do jego celów. 

William Roberts wyciągnął z tego wnioski i zapowiedział, 

że odtąd „organizacja będzie mniej otwarta, ale o wiele 
bardziej zdeterminowana, niż dawniej". 

W Londynie sama inwazja Fenian nie zrobiła wrażenia 

(w Europie właśnie toczyła się sporo większa od niej wojna 
prusko-austriacka), ale wiadomość, że pomoc wojskowa z tej 
okazji dla Kanady kosztowała brytyjskiego podatnika 622 000 
funtów, i owszem. Wielka Brytania po tych doświadczeniach 

była zdecydowana wymusić na Kanadzie jej własny wkład 
w obronę. Polityk kanadyjski Joseph Howe oceniał, że „rząd Jej 
Królewskiej Mości doszedł do wniosku, iż Prowincje [kanadyj­
skie] są źródłem niebezpieczeństw i wydatków... przewagę ma 

pomysł, aby zostawić je, by się same broniły, jeśli potrafią". 
Potwierdzał to artykuł redakcyjny „Timesa" z 1 marca 1867 r.: 
„Uważamy Konfederację za sposób uwolnienia tego kraju od 
wielkich wydatków i wielkich kłopotów... Cenimy sobie pragnie­
nie Kanadyjczyków, by utrzymać stosunki z Koroną Brytyjską. 

Ale czteromilionowy naród powinien umieć sam się bronić"

9

Pomysł polegał na połączeniu brytyjskich posiadłości w Amery­
ce Północnej w jedno państwo, które byłoby na tyle silne, by 
zapobiec wchłonięciu poszczególnych jego prowincji przez 
Stany Zjednoczone. Liczono także, że takie posunięcie złagodzi­

łoby ujemne skutki zniesienia wolnego handlu z USA. 29 marca 

1867 r. mocą ustawy British North America Act prowincje 

kanadyjskie zostały złączone w konfederację i otrzymały 
odrębność państwową, na wieść o czym Kongres USA wyraził 
swoje „głębokie zaniepokojenie". 

Tamże,

 s. 110. 

background image

22 

Tak irlandzcy rewolujoniści stali się „ojcami założycielami" 

Kanady. Brytyjczycy mieli nadzieję, że teraz obroni się ona 
sama, lecz 

KANADYJSKIE SIŁY ZBROJNE 

były bardzo szczególne. Kanadyjczycy byli bowiem zawsze 
zdania, że Anglia sama powinna dbać o swoje zamorskie 
interesy. Pierwsza próba utworzenia kanadyjskich sił zbrojnych, 
podjęta po zatrzymaniu w 1861 r. przez okręt Stanów 
Zjednoczonych brytyjskiego statku „Trent" i uprowadzeniu 
płynących nim dyplomatów Stanów Skonfederowanych, zakoń­
czyła się klapą. Wielka Brytania skierowała do Kanady 

11 tysięcy żołnierzy, a parlament kanadyjski odmówił wsparcia 

ich własną milicją. Dopiero kiedy w 1864 r., reagując na 
wykorzystywanie Kanady jako bazy przez wywiad Kon­
federacji, a nawet jej oddziały wojskowe, prezydent Lincoln 
wypowiedział Traktat o Wzajemności i zagroził wprowadze­
niem wiz w ruchu podróżnych, Kanada przełamała niechęć do 
wojska i utworzyła straż graniczną w sile 2000 ludzi. 

„Opinia publiczna" była przeciwna „stałej armii", więc 

kiedy w 1870 r. wojska brytyjskie zaczęły wracać do domu, 
nie zamierzano ich nikim zastąpić. Kontentowano się milicją, 
czyli rodzajem gwardii narodowej, której zasadniczą częścią 
była ochotnicza „milicja czynna". Oprócz niej istniała „rezerwa 
milicji", pochodząca z poboru, któremu na wypadek wojny 
podlegali mężczyźni w wieku od 16 do 60 lat. „Milicja 

czynna" była zorganizowana w systemie terytorialnym i dzie­
liła się na bataliony. Naczelnym dowódcą milicji był zawodo­
wy oficer brytyjski w randze pułkownika, w milicji mający 
stopień generała majora. Oprócz niego w naczelnym dowódz­
twie było trzech zawodowców: adiutant, adiutant generalny 
(tę funkcję pełnił Kanadyjczyk) i inspektor artylerii. Cywilną 
kontrolę nad nimi sprawował minister milicji i obrony. 
Ponieważ okazało się, że istnienie jakiejś armii zawodowej 

23 

jest konieczne, choćby dla zapewnienia poziomu szkolenia, 

dyskretnie utworzono dwie „szkolne" baterie artylerii w Que-
becu i Ontario (na krótko także trzecią w Kolumbii Brytyj­
skiej), i takież trzy kompanie piechoty i kompanię kawalerii. 

Ta „stała siła" liczyła 750 ludzi. 

Swoje istnienie milicja zawdzięczała dwóm czynnikom. 

Jednym z nich było uzależnienie przez Wielką Brytanię 
pomocy wojskowej dla Kanady od jej udziału własnego, na 
skutek czego parlament co roku uchwalał jakiś budżet na 
obronę. Drugi powód wynikał z pierwszego; skoro był budżet, 
to trzeba go było wydać. Posłowie walczyli jak lwy o to, by 
w ich okręgach była jednostka milicji (dotyczyło to zwłaszcza 

okręgów wiejskich). Taka jednostka oznaczała bowiem jakieś 
pieniądze dla okręgu, które przekładały się na głosy w wybo­
rach. Toteż lobby „parlamentarnych pułkowników", czyli 

posłów związanych z milicją, pilnowało, by skąpych środków 
nie przeznaczono (jak chcieli dowódca milicji i jego sztab) na 
utworzenie mniejszej siły, ale lepiej uzbrojonej i wyszkolonej. 
Szło im to tym łatwiej, że ministerstwo milicji i obrony 

uważane było za synekurę bez realnego znaczenia. W 1885 r. 
kierował nim minister Adolphe Caron, który nie znał się na 
wojsku, ale był wytrawnym politykiem, toteż z reguły brał 
stronę „parlamentarnych pułkowników". 

Milicja była dość liczna —jej listy mobilizacyjne liczyły 

36 000 ludzi. Uzbrojona była z początku w amerykańskie 

karabiny Peabody i powtarzalne Spencery, które w 1867 r. 
zastąpiono brytyjskim karabinem Snider-Enfield. Był to 
bardzo dobry, sprawdzony na wojnie secesyjnej przez armię 
Stanów Skonfederowanych, brytyjski karabin Enfield kal. 577 

(14,65 mm), który w 1864 r. został przerobiony na odtylcowy, 
na nabój scalony, przy zastosowaniu zamka konstrukcji Jacoba 

Snidera. Pomimo osobliwego wyglądu (zamek otwierał się na 
bok na zawiasach), a także nieco kłopotliwej obsługi (nie było 
wyrzutnika, a po wystrzale i otwarciu zamka należało karabin 

odwrócić i wytrząsnąć z niego łuskę), broń ta miała wiele 

background image

24 

zalet. Snider-Enfield był o 30 procent celniejszy niż od-
przodowy Enfield, miał przeciętną szybkostrzelność 10 strza­

łów na minutę (Enfield oddawał 10 strzałów w 4 minuty) i był 

trudny do popsucia nawet przez zielonego rekruta. 

Bataliony piechoty były uzbrojone w karabiny Snider-Enfield 

w wersji „długiej" {Long Rifle — o lufie długości 95 cm) 
i trójkątne bagnety nasadkowe. Bataliony strzelców oraz 
sierżanci batalionów piechoty używały wersji „krótkiej" (Short 

Rifle

 — 80 cm), nadrabiając różnicę w długości 60-centymet-

rowym bagnetem typu „jatagan". Istniał także karabinek 
kawaleryjski Snider-Enfield. 

Oprócz milicji pieszej (piechoty liniowej i strzelców) oraz 

kawalerii, Kanada miała 16 baterii polowej artylerii milicji, 
i kilkadziesiąt baterii garnizonowych, głównie na wybrzeżu 
atlantyckim. Podstawowym uzbrojeniem artylerii polowej była 
angielska trzycalowa, gwintowana, ładowana od przodu armata 
9-funtowa, strzelająca tylko ogniem na wprost. Pocisk do tej 
armaty miał kształt cylindryczny i zaopatrzony był w bolce, 

które wchodziły w gwint, nadając mu ruch obrotowy. W 1872 r. 
Kanada zakupiła 60 takich armat. Na uzbrojeniu były także 
gładkolufowe 7-funtowe haubice górskie. Artyleria garnizono­
wa używała cięższych armat i haubic, głównie 24- i 32-
-funtowych. 

Permanentnie zły stan finansów kanadyjskich odzwierciedlał 

się w wyposażeniu armii. Ponieważ nie było wojskowej 
stadniny koni ani środków na ich zakup na rynku, kawaleria, 

choć przydatna w geograficznych warunkach Kanady, była 
słaba liczebnie. Także polowe baterie artylerii (nawet zawo­
dowe), teoretycznie liczące po cztery działa, z powodu braku 
koni miały tylko po dwa. Nie miały też na wyposażeniu 

wozów amunicyjnych, kuźni polowych etc. Dla oszczędności 
w połowie lat 1870-tych zlikwidowano większość jednostek 
artylerii garnizonowej, ale niewiele to pomogło. Nadal artyleria 
polowa nie otrzymywała nowego wyposażenia, a nawet siodeł, 
uprzęży ani zapasowych kół. Nie wytwarzano uzbrojenia, 

25 

dopiero w 1882 r. rozpoczęto produkcję w Quebecu amunicji 
strzeleckiej, a artyleryjskiej nie produkowano do końca stulecia. 

W 1871 r. armia brytyjska zaczęła przezbrajać się w kara­

biny Martini-Henry kal. 577/450 o zamku z klinem pionowym. 
Nabój z łuską posiadającą kryzę pozwalał na zastosowanie do 
nich pocisku popularnego kalibru 45 (11,43 mm) z silniejszym 

ładunkiem prochowym kalibru 577. W 1874 r. Kanada zakupiła 
2100 sztuk tej broni — na więcej nie było pieniędzy, a poza 
tym uznano, że amatorom z milicji wystarczy Snider-Enfield. 

Oprócz broni rząd dostarczał milicjantom tylko mundury 

(bataliony piechoty nosiły barwę czerwoną, strzelców — zie­
loną, a artylerzyści — niebieską) — za inne części wyposaże­
nia, jak hełmy, musieli płacić. Oficerowie sami kupowali broń 

boczną i konie (rząd płacił tylko za paszę dla nich). Ćwiczenia 
zajmowały tylko dwa tygodnie w roku, ale i tak czasem 
pracodawcy nie godzili się dawać na nie pracownikom urlopu. 
Na te wydatki żołd nie starczał ani też nie kompensował 
utraconej podczas ćwiczeń płacy. Służba była więc raczej 

zabawą — albo sprawą prestiżu — dla ludzi w miarę 
zamożnych i niezależnych finansowo. Dlatego, jak tłumaczono, 
więcej batalionów pochodziło z dostatniej anglojęzycznej 

prowincji Ontario, niż z uboższego francuskiego Quebecu. 

Milicjanci byli przepełnieni dumą i godnością, jak oceniali 

niektórzy, nieco ponad miarę. „Nie jest to kwiat armii, jak się 

łudzą — stwierdził pewien angielski żołnierz fortuny. — Wi­
dywałem Prusaków w pikielhaubach, byczących się w miastach 

Vaterlandu;

 śmieszyli mnie chłopięcy holenderscy poborowi 

w Amsterdamie. Podziwiałem zdumiewające piruety musztry 

belgijskich wartowników w Brukseli. Studiowałem manewry 
całej francuskiej armii w Bayonne. Dzieliłem los karlistów 
w dzikich przełęczach Pirenejów. Widziałem w Stambule, jak 

regiment żylastych Turków, weteranów spod Plewny, prezen­
tował broń przed sułtanem. Tommy Atkins objawiał mi się 
w wielu krajach w pełnej glorii szkarłatu i bieli, budząc 
w sercu dumę: Civis Romanus sum! „Chłopcy" Wuja Sama 

background image

26 

także nieraz paradowali przede mną. Ukoronowaniem zaś 
tego była wizyta u kanadyjskich milicjantów w obozie 
w Gananoąue; i wyznaję, że jeśli chodzi o brud, ogólne 
niechlujstwo i demoralizację, to zwłaszcza wiejskie bataliony 
— mówiąc ich własnym eleganckim językiem — biją 

wszystkich na łeb"

 10

Kanada miała więc zamiast armii, jak określił to jeden 

z dowódców, „zbiór jednostek wojskowych, nie powiązanych 
ze sobą, bez sztabu i bez służb, które zapewniają transport, 
wyżywienie i opiekę zdrowotną". Były one zgromadzone na 
wschodzie, a ochronę zachodu zapewniać miała 

PÓŁNOCNO-ZACHODNIA POLICJA KONNA (NWMP), 

formacja porządkowa o charakterze paramilitarnym. Wyglądem 
zbliżona była do lansjerów, a jej wyżsi oficerowie zamiast 

policyjnych tytułów superintendenta i komisarza nieoficjalnie 
zażywali wojskowych rang majora i pułkownika. Wojskowe 
było także jej uzbrojenie, którym najpierw był siedmio-
strzałowy karabinek Spencer, a po nim kawaleryjski Snider-
-Enfield. W 1882 r. przezbrojono NWMP w dziewięcio-
strzałowe Winchestery model 1876 kal. 45-75 na wojskową 
amunicję, większe i cięższe od popularnych modeli. Policjanci 

nosili także rewolwery (najpierw typu Adams, później angiel­
skie Enfieldy) i szable oraz lance. 

Od zwykłej policji różniło NWMP także to, że do jej 

uzbrojenia należała artyleria. Na początku były to dwie armaty 
9-funtowe, jakich używała polowa artyleria kanadyjska. 
W 1876 r., na skutek poczucia zagrożenia po przegranej przez 
Amerykanów bitwie z Indianami nad Little Big Horn, do 
arsenału NWMP dodano cztery amerykańskie gładkolufowe 
7-funtowe haubice górskie z brązu. 

10

 J. D o n k i n, Trooper in the Far North-West. Recollections of Life in the 

North-West Mounted Police, Canada, 1884-1888,

 Saskatoon 1987, s. 150. 

Tommy Atkins — symbol żołnierza brytyjskiego. 

27 

Umundurowanie policjanta składało się ze szkarłatnej kurtki, 

oranatowych spodni z żółtym lampasem, butów z cholewami 
i białych skórzanych rękawic. Ubioru dopełniał biały pas 

bandolier, który mieścił 20 naboi do Winchestera i 12 do 

Enfielda, oraz biały hełm typu pikiełhauba albo okrągła 
furażerka typu „pudełeczko na pigułki". Hełm był niewygodny, 
furażerka bez daszka nie chroniła twarzy przed palącym 
słońcem, a cały strój był niezbyt praktyczny, ale jego europej­
skość miała wzbudzać respekt. Konstable utrzymywali mun­
dury i wyposażenie w nienagannej czystości, i codziennie 
czyścili pasy glinką oraz polerowali nie tylko szable i pochwy, 
ale nawet łuski naboi. Nie dopuszczano również dowolności 
w umundurowaniu — charakterystycznej dla obytej z za­
chodem US Cavalry. 

O to, by NWMP nawet z daleka odróżniała się od kawalerii 

amerykańskiej, w gruncie rzeczy chodziło. Miało ją jednak 
odróżniać przede wszystkim nastawienie; powszechna opinia 
w Kanadzie głosiła, że Amerykanie to prymitywni rzeźnicy, 
zawsze gotowi strzelać bez opamiętania „do wszystkiego, co 
mówi". Morale NWMP budowano w znacznym stopniu na 

poczuciu wyższości wobec nich. Ilustruje je anegdota, w której 
na plemię Indian, eskortowane do granicy kanadyjskiej przez 
dwie kompanie kawalerii USA, czeka po drugiej stronie tylko 
sierżant z dwoma konstablami. 

— Czy jest was tylko tylu? — pyta z niedowierzaniem 

amerykański dowódca. — Nas są dwie kompanie i mieliśmy 
z tymi Indianami wiele trudności. Czy jesteście pewni, że was 
trzech wystarczy? 

— Tak, sir — odpowiada sierżant — widzi pan, my 

nosimy szkarłat królowej. 

Pensja konstabla wynosiła od 9 do 15 dolarów miesięcznie, 

lecz chętnych do niej było wielu, bowiem wśród poszukiwaczy 
przygód powstała moda na poznawanie zachodu Kanady 
w czerwonej kurtce. Wkrótce zrodził się szczególny esprit de 
corps

 NWMP, styl arystokratycznej legii cudzoziemskiej. Jak 

background image

28 

wspomina jeden z konstabli, w jego kompanii byli synowie 
gubernatora brytyjskiej kolonii, generała majora, baroneta, 
ministra rządu Quebecu, było kilku członków dobrych rodzin 
kanadyjskich, eks-oficer marynarki, absolwent Oxfordu, student 
medycyny i klown cyrkowy. Nikogo też nie zdziwiło, że 
pewnego poranka na tyłach koszar dwaj policjanci (pruski 

junkier i francuski hrabia) rozstrzygali różnicę zdań na temat 

wojny francusko-pruskiej w klasycznym pojedynku na szable. 

Potrzeba utworzenia jakiejś siły zbrojnej na Terytoriach 

Północno-Zachodnich wynikała z faktu, że choć od 1870 r. 

były one częścią Kanady, to osiedlali się na nich Amerykanie. 
Początek zrobili kupcy-ryzykanci z Montany, którzy otwierali 
po kanadyjskiej stronie placówki handlowe, nastawione na 
Indian i dostosowane do ich popytu, oferujące głównie whisky, 
broń i amunicję. Była to piorunująca mieszanka. Indianie byli 
najgorszymi konsumentami — tymi, którzy nie umieją pić, 
a piją (ich sposób polegał na wlewaniu w siebie duszkiem 

całych baniek whisky). A nie był to napitek dla mięczaków ze 
wschodu: tradycyjna receptura na ,.indiańską whisky" jako 
składniki podawała spirytus, wodę z Missouri, pieprz cayenne 
(dla smaku), sok tytoniowy (dla koloru), nieco strychniny (aby 
konsument poczuł się „lekko szalony") oraz trochę szarego 
mydła, aby się pochorował; doświadczenie głosiło bowiem, że 
„jeśli Indianin porządnie się nie porzyga, to nie uważa, że się 

dobrze bawił". Główna faktoria szybko uzyskała nazwę Fort 
Whoop-Up (Fort Rozróba), a liczba Indian, którzy w „lekkim 
szale" pozabijali się między sobą, szła w dziesiątki

11

. Pijani 

lub rozzłoszczeni na kupców Indianie atakowali także ich 
— w zimie 1872 r. cztery faktorie poszły z dymem, a siedmiu 
białych zapłaciło życiem za swoje futra. Mimo to na kanadyj­
ską „ziemią niczyją" przybywało coraz więcej Amerykanów, 
i zanosiło się, że pokojowo zajmą kraj, zanim nie istniejąca 

jeszcze kolej przywiezie kanadyjskich osadników. Rząd nie 

" Ocenia się, że w r. 1871 w plemieniu Czarnych Stóp było 88 takich 

przypadków, a w 1872 — 70. 

29 

mód pozostawać bezczynny, lecz nie chciał również inter­
wencji zbrojnej, aby uniknąć konfrontacji z USA. Pretekst 

nasunął się w 1873 r. Na pograniczu w Cypress Hills grupa 
Amerykanów i Kanadyjczyków, w wyniku pijackiej awantury 
o skradzionego przez Indian konia, zabiła ponad 20 „kanadyj­
skich" Assiniboinów, tracąc jednego zabitego. Wśród klangoru 

o „masakrze w Cypress Hills", pod pozorem ochrony Indian 
przed barbarzyńcami z USA, w 1874 r. 300 policjantów 
(w tym 174 eks-wojskowych) przybyło na zachód i objęło go 

de facto

 jurysdykcją kanadyjską. Amerykanie odeszli nie 

stawiając oporu, zaś udręczeni przez nich 

INDIANIE 

przywitali wyzwolicieli z mieszanymi uczuciami. Chemogimt-

suk

 (policjanci) otrzymali na kredyt olbrzymi autorytet, jako 

wybawiciele Indian od amerykańskiej whisky. Faktycznie, 
wobec Indian przestrzegali prohibicji, choć sami przemycali 
na własny użytek „ładunki żyta lub burbona", a „polowanie na 
przemytników whisky nie było [w NWMP] popularne, zaś 

jeśli ktoś się upierał przy ich ściganiu, był otaczany pogardą"

 12

Jednak co najważniejsze, policja odnosiła się do Indian 
przyjaźnie i nie kryła, że w razie jakiegoś ich konfliktu 
z białymi stanie po stronie Indian. Część wodzów wydawała 
się to doceniać, zwłaszcza ci, którzy na dobrych układach 

z NWMP opierali wpływy w swoim plemieniu. Szczególnie 
wódz Czarnych Stóp Wronia Stopa zasłynął z rzewnych 

tekstów: „zanim przyszliście, Indianin musiał pełzać, a teraz 
nie boi się chodzić z podniesioną głową"; „policja chroni nas, 

jak pióra ptaka chronią go w zimie przed mrozem". Policjanci 

brali to za dobrą monetę, więc na zewnątrz powstał obraz 
idylli, jakże różnej od amerykańskiego „dark and bloody 

ground".

 Jednak nie wszystkim Indianom podobały się nowe 

on  k i n , op. cii., s. 14-15, 90. 

background image

30 

porządki; w 1876 r. kilka tysięcy ich zebrało się w Cypress 
Hills i zażądało wycofania „policyjnego prawa". Super-
intendent NWMP James M. Walsh przez trzy dni tłumaczył 
im, że ich plemienne prawo „jest tyrańskie i pozbawia 

wolności tak osobę, jak rodzinę", zaś prawo kanadyjskie 
chroni ich wolność, ale Indianie nie byli przekonani. Ustąpili 
dopiero wtedy, gdy zagroził, że rząd kanadyjski potraktuje 
ich jak „wrogich Indian"

 13

Było to pusta groźba, bowiem w kanadyjskiej doktrynie 

pojęcie „wrogich Indian" nie istniało. Inaczej niż Amerykanie, 
którzy plemiona indiańskie traktowali jak quasi-suwerenne 
państwa, które mogły zostać uznane za „wrogie" i przekazane 
do kompetencji Departamentu Wojny, Kanadyjczycy uważali 

Indian w Kanadzie za poddanych Jej Królewskiej Mości 
(zajmowały się nimi dwa departamenty — spraw wewnętrz­
nych oraz Indian, a na czele obydwóch stał sam premier 
Macdonald). Pociągało to za sobą istotne rozróżnienie w po­
dejściu do egzekwowania prawa. Według doktryny amerykań­

skiej przestępstwa dokonane przez Indian wobec białych 
(zabójstwa, rabunki etc.) były aktem wojny ze strony całego 
plemienia, i zajmowało się nimi wojsko. Doktryna kanadyjska 
zakładała, że przestępstwa, niezależnie od tego, czy zostały 
popełnione przez Indian, czy przez białych, są sprawą krymi­
nalną, ściganie ich sprawców leży w gestii policji, a od­

powiedzialność za nie jest indywidualna. 

Na 700 000 km kwadratowych kanadyjskiego zachodu było 

20 000 Indian. Na prerii były to plemiona koczownicze 
— Assiniboinowie (w Kanadzie zwani „Kamieniarzami" 

z powodu zamiłowania do łaźni, w których uzyskiwali parę 
lejąc wodę na gorące kamienie), Równinni Kri, Równinni 
Odżibwejowie (inaczej Saulteaux — „Skaczący") i Czarne 
Stopy (w tym Siksika, czyli Czarne Stopy właściwe, Krew 
i Piegan — „Malowane Twarze"), a na obszarze zalesionym 

"  C . P . M u h a n e y , The History of the North-West Rebellion of 1885, 

etc.

 Toronto 1885, s. 86. 

31 

- semi-osiadłe plemiona Kri (Leśnych, Wierzbowych i Ba­

giennych), Sarcee i Odżibwejów-Czippewajów („Zakręceni" 

n

j

e

 chodziło tu o charakter, lecz o charakterystycznie 

wygięte noski ich mokasynów). Dominującą pozycję zajmowali 
Czarne Stopy, dzięki odwadze i sprawności wojennej połączo­
nej z niezwykłym okrucieństwem. Jedynym liczącym się 
przeciwnikiem dla nich byli Równinni Kri, którzy choć mniej 

waleczni, przewyższali jednak Czarne Stopy chytrością. Oba 
plemiona toczyły nieustanne walki, w których mimo bez­
względności, zabijania kobiet i dzieci i niszczenia całych 

obozów, żadne nie uzyskiwało przewagi. 

Inaczej niż w USA, konfliktu cywilizacyj na zachodzie 

w okresie prekanadyjskim zasadniczo nie było; cywilizację 
białych reprezentowali kupcy Kompanii Zatoki Hudsona, 

którzy żyli w symbiozie z Indianami, dostarczającymi im futer 
i kupującymi ich towary. Symbioza ta szła bardzo daleko; 
w ocenie znawcy zachodu, Jamesa W. Taylora, głównym 
powodem spokoju na kanadyjskich kresach były liczne mał­

żeństwa między białymi (pracownikami Kompanii) a Indian­
kami, dzięki którym „kraj nasycił się populacją o krwi 
mieszanej, równą liczebnie Indianom, która w pewnym stopniu 
sprawuje nad nimi kontrolę moralną i fizyczną, co dla 
Dominium Kanady jest zrządzeniem Opatrzności"

 14

Po nabyciu Terytoriów Północno-Zachodnich rząd kanadyj­

ski kontynuował wobec Indian brytyjską politykę, zgodnie 
z którą osadnictwo na zamieszkanych przez Indian terenach 
dokonywało się tylko po zawarciu z nimi traktatów. Korona 
Brytyjska chciała mieć w Indianach sojusznika przeciwko 
Stanom Zjednoczonym; rządowi Kanady chodziło o to, by 

indiańskie pretensje terytorialne nie zakłócały budowy infra­
struktury, a zwłaszcza kolei. Przede wszystkim zaś chciał 
uniknąć kosztownej wojny, która, jak się obawiano, nastąpiła­
by, gdyby niekontrolowany napływ osadników natrafił na 

G. F. G. S t a n I e y, Louis Riel, Toronto i Montreal 1972, s. 255. 

background image

32 

opór Indian. Mimo nazwy, traktaty były w istocie umowami 
kupna-sprzedaży. Ich zasadą było przekazywanie Indianom 
świadczeń pieniężnych i innych w zamian za zrzeczenie się 
przez nich praw do ziemi na rzecz państwa (rząd uważał, że 
mają te prawa jako pierwotni mieszkańcy). 

Obok groźby wojny, problemem były bizony. Liczba tych 

zwierząt w Kanadzie malała już na długo zanim na preriach 
pojawili się biali ludzie. Kiedy przybyli, zdumieli się marno­
trawstwem, z jakim Indianie obchodzili się z bizonami. 
Wprawdzie nie było takiej części bizona, którą uważaliby za 
niejadalną, ale w praktyce jadali tylko garby, a czasem z kilku 
setek upolowanych zwierząt wycinali tylko ozory. Ich naj­

częstszym sposobem polowania było zaganianie bizonów do 
zagród (naturalnych, jak wąwozy, lub sztucznych) albo wpę­
dzanie ich w przepaść. Antropomorfizujący Indianie polowali 
tak, jak wojowali — w zagrodach maczugami rozłupywali 
uwięzionym zwierzętom czaszki bez wyboru płci, wieku 
i przydatności do spożycia — aby nie uszedł ani jeden 
świadek klęski, który mógłby ostrzec innych. Z urwisk stada 
bizonów spadały w przepaść, pierwsze spychane przez następne 
i grzebane pod stosem ciał, aż Indianie mogli ruszyć na nie 

z nożami i siekierami. Jak wyglądało to „polowanie", którego 
ofiarą padało czasem ponad tysiąc bizonów naraz, wskazuje 
obrazowa nazwa takiego urwiska — piskim, „głęboki kocioł 
krwi"

 L

\ Tylko część zwierzyny była zużywana — z reguły 

13

 Jedno z takich urwisk w prowincji Alberta, zwane Head-Smashed-In 

Buffalo Jump, ma obecnie wysokość 12 m, a u jego podnóża zalega warstwa 
kości gruba na 10 m. Miejsce to zostało zaliczone przez UNESCO do 

obiektów dziedzictwa światowego i jest przeciwstawiane marnotrawstwu 
białych jako przykład „zrozumienia równowagi ekologicznej oraz ekonomicz­
nego użytkowania zasobów". Tysiąc zabitych bizonów to na raz ok. 200 ton 
mięsa. Warto porównać, że William F. Cody (..Buffalo Bill"), kiedy 
zaopatrywał armię budowniczych kolei Kansas Pacific, upolował 4280 bizonów 
w ciągu 18 miesięcy, co czyni 8 bizonów (średnio razem 1500 kg mięsa) 
dziennie (dzienna norma żywieniowa pracowników Kompanii Zatoki Hudsona 
wynosiła 1,2 kg mięsa). 

33 

ponad jedna czwarta bizonów, leżących na samym spodzie, 
pozostawała nie ruszona. Ponieważ krowy ze względu na swe 
mięso, skóry i futra były cenniejsze od byków, często 

w zagrodach i piskunach sprawiano tylko je, gardząc zabitymi 

bykami. Na dodatek wiosną, „gdy cielęta w łonie są już 
dobrze pokryte futrem", jak napisał świadek tego procederu, 
Indianie polowali na krowy dla nienarodzonych cieląt, które 

były ich przysmakiem

16

. Metysi byli zdania, że było to 

„główną przyczyną zdziesiątkowania bizonów; pokolenia 

przestały istnieć, zanim się narodziły, umarły z zabitymi 
matkami"

 17

. Indianie uważali to za nonsens, bowiem wiedzieli, 

iż bizony nie rodzą się zwyczajnie, lecz odradzają przez 

reinkarnację — a więc im więcej ich wytłuką, tym więcej się 
znów pojawi. 

Na spadek liczby bizonów wpłynęła także susza, która 

nawiedzała równiny cyklicznie od lat 1840-tych do 1870-tych. 
Susza sprawiała ponadto, że praktykowane przez Indian 

wypalanie traw zamieniało prerię w inferno, które gorzało po 

kilka tygodni i pochłaniało po kilkaset tysięcy kilometrów 
kwadratowych, zabijając i okaleczając tysiące bizonów. W po­
łowie XIX wieku populacja bizonów na kanadyjskich preriach 
bardzo ucierpiała również od chorób. 

Indianie uważali, że Wielki Duch przeznaczył bizony 

specjalnie dla nich jako niewyczerpalne źródło pożywienia, 
więc nigdy nie da się ich eksterminować. Mieli poniekąd 

słuszność, bowiem w pojedynkę żaden ze szkodliwych czyn­
ników nie zagrażał egzystencji zwierząt. Niebezpieczne stały 
się one dopiero wszystkie razem, przy czym decydujący 

wpływ miała komercjalizacja bizonów. Od połowy lat 1860-
-tych wzrost popytu ludności na mięso oraz zapotrzebowanie 

na futra i skóry ze strony przemysłu (jako surowiec i na pasy 
transmisyjne), w połączeniu z możliwością nabycia za nie 

S.  K r e c h III, The Ecological Indian. M\th and History, Nowy Jork 

i Londyn 1999, s. 135. 

'

7

  C h a r ę  t t e , op. cit., s. 50. 

background image

34 

towarów, sprawiły, że Indianie zaczęli masowo zabijać bizony 
na handel, pozostawiając na prerii tysiące odartych ze skór 
karkasów (później, w gorszych czasach, zbierali i sprzedawali 
ich kości). 

Rząd traktował bizony jako jeden z zasobów naturalnych, 

niezbędny dla utrzymania Indian, kalkulował, na jak długo ich 
wystarczy, i starał się prowadzić racjonalną gospodarkę nimi. 
Było jednak jasne, że kiedy osadnicy zaczną przerabiać prerie 
na pola i pastwiska, bizony będą musiały ustąpić. 

Traktaty z Indianami (w latach 1871-1877 było ich siedem) 

rząd uważał za humanitarne i sensowne gospodarczo roz­
wiązanie problemu. Dzięki —jak pisał ich główny negocjator 
Alexander Morris — „mądremu i paternalistycznemu rządowi, 
który zrobi wszystko, aby dopomóc i podnieść na wyższy 
poziom indiańską populację, która została poddana naszej 
opiece"

 18

, Indianie mieli bezboleśnie przejść od łowiectwa 

i zbieractwa do życia osiadłego i gospodarki rolniczej. Nie 
wydawało się to niemożliwe; na południu Ameryki, po tym, 

jak w XVIII wieku wytępiono jelenie dla ich zamszowych 

skór, łowieckie plemiona Czoktawów, Czirokezów, Krików, 
Czikasawów i innych zajęły się rolnictwem, zyskując sobie 
miano „Plemion Cywilizowanych". 

Dla Indian traktaty nie były niczym osobliwym; plemiona 

indiańskie wciąż zawierały ze sobą jakieś układy, po czym ze 
spokojem je łamały. Nie obawiali się białych; jak pisze 
znawca zachodu, „przeciętny biały był dla Indianina uosobie­
niem prostoduszności"

 19

. Poza tym Indianie kanadyjscy słyszeli 

już o amerykańskich traktatach, i kojarzyli je z wszelakimi 

dobrami. Toteż sami nalegali na zawarcie takich z rządem 
Kanady. Mieli całkiem sprecyzowane wyobrażenia. 

— Słyszeliśmy, że sprzedaliście ten kraj Kanadyjczykom 

za mnóstwo pieniędzy — zwrócił się podczas negocjacji wódz 

18

 A. M o r r i s, The Treaties of Canadu with the Indians of Mani tobą and 

the North-Wesr Territories,

 Saskatoon 1991. s. 296-297. 

19

 S.  S t e e l e, Forty Years in Cunuda, Toronto 1915. repr. 1972, s. 71. 

35 

Kri do urzędnika Kompanii Zatoki Hudsona — za 300 000 

funtów. Chcemy tych pieniędzy. 

Wiemy, że rząd buduje pewabisko meskano, żelazną 

dro°ę, aby w wielkich wozach przywozić biednym Indianom 
jedzenie i ubranie — powiedział przy innej okazji wódz 
Mała Topola. — Chcę, żeby w tych wozach wieźli także 

pieniądze i rozrzucali je po obu stronach drogi, aby każdy 
miał ich mnóstwo. 

Pierwszy traktat z Indianami na Terytoriach, a szósty 

kolejny, rząd podpisał w 1876 r. w Forcie Carlton z plemieniem 

Kri. Alexander Morris rozpoczął negocjacje, w natchnieniu 

używając sławetnych słów „to, co obiecam, i co, jak wierzę 
i mam nadzieję, przyjmiecie, ma trwać tak długo, jak to słońce 

świeci i płynie owa rzeka"

2 0

. Niespodziewanie jego godnym 

partnerem okazał się niejaki Budowniczy Zagród. Nie był on 
wodzem, nie był nawet Kri, lecz synem Assiniboina i Metyski, 
ale miał dużo do powiedzenia, był bowiem przybranym 
synem Wroniej Stopy, wielkiego wodza Czarnych Stóp

2 1

któremu zawdzięczał wiedzę i majątek. Podczas rozmów tak 
narzekał na utratę przez Kri godności łowców i wojowników, 
wyrażał brak wiary w rolnictwo i wnosił coraz nowe za­
strzeżenia, że zmęczył nie tylko białych, lecz nawet własnych 
negocjatorów

22

. Sekundował mu niejaki Peter Erasmus, który 

formalnie był tylko zatrudnionym przez Indian tłumaczem, ale 

ponieważ tłumaczył wypowiedzi obu stron, a oprócz niego 

nikt z białych nie znał języka Kri, miał wpływy bardzo duże. 
W końcu Indianie traktat podpisali, „cedując, zwalniając, 
oddając i przekazując Rządowi Dominium Kanady dla Jej 

Królewskiej Mości i jej następców na zawsze" 121 tysięcy mil 

^°  M o r r i s , op. c/7., s. 202. 
"' H.  D e m p s e y , Crowfoot, Chief of the Blackfeet, Halifax 1988, s. 72. 

udowniczy Zagród odziedziczył imię po ojcu, szamanie i myśliwym, 
znaczało specjalistę od polowania na bizony przy pomocy zagród. Wśród 

Czarnych Stóp nosił imię Wilk o Cienkich Nogach. 

P. E r a s m u s, Buffalo Days and Nights, Calgary 1974. s. 247-250. 

background image

36 

kwadratowych terytorium od ujścia Saskatchewanu do Gór 

Skalistych. W zamian za to otrzymywali rezerwat, czyli 
rezerwę ziemi na cele rolnicze. Traktat głosił, że „Jej Królew­
ska Mość niniejszym zgadza się i podejmuje wydzielenia 
rezerwy ziemi uprawnej, [...] która będzie administrowana 

i zarządzana dla nich przez Rząd Jej Królewskiej Mości 
Dominium Kanady, pod warunkiem, że takie rezerwy nie będą 
przekraczać jednej mili kwadratowej na każdą pięcioosobową 

rodzinę. [...] Zostaną one określone i wyznaczone dla każdego 
szczepu po konsultacji z Indianami co do tego, jaką lokalizację 

znajdują jako najbardziej dla nich odpowiednią". Inaczej niż 
w Stanach Zjednoczonych, gdzie starano się osiedlać Indian 

w wielkich rezerwatach, w których mogliby bez kontaktu 
z białymi kultywować swój sposób życia, w Kanadzie celem 

była ich asymilacja. Indianie mieli sami sobie wybrać niewiel­
kie tereny rolnicze w pobliżu osad. Po osiedleniu się mieli 
otrzymać pługi i brony (po jednej sztuce na trzy rodziny), a na 
każdą rodzinę cztery motyki, dwa szpadle, po dwie kosy, 

widły i grabie, siekiery, piły, pilniki, świder, osełki i toczysko, 
a dla wodza „skrzynię zwykłych narzędzi ciesielskich". Mieli 
też dostać „tyle pszenicy, jęczmienia, ziemniaków i owsa, ile 
trzeba dla obsiania faktycznie zaoranej ziemi", a także na 

każdy szczep cztery woły, byka i sześć krów oraz wieprza 
i dwie świnie. „Do użytku i wykorzystania przez Indian" 
miała być przeznaczona apteczka. Ponadto „każda indiańska 
osoba" — mężczyźni, kobiety i dzieci — miała otrzymywać 

rocznie po 5 dolarów, wódz dodatkowo rocznie 25 dolarów, 
a jego doradcy po 15. Indianie zachowywali poza tym prawo 
do polowania i łowienia ryb na całym scedowanym obszarze 
— na zakup amunicji i sieci dla nich rząd przeznaczał 1500 

dolarów rocznie. Mieli też otrzymać prezenty — jednorazowo 
po 12 dolarów dla mężczyzn, kobiet i dzieci, a dla każdego 

wodza uniform, medal, flagę, konia, uprząż i duży wóz (albo, 

jeśli będzie wolał, dwa małe wozy z żelaznymi piastami 

i obręczami). Jej Królewska Mość zgadzała się ponadto na 

37 

utrzymywanie szkół, jeśli Indianie będą sobie ich życzyć. Oni 

7

aś ze swej strony zobowiązywali się do lojalności wobec 

królowej i do przestrzegania prawa. 

Rząd Kanady nie miał zamiaru wobec Indian naśladować 

nraktyki USA (wyrażającej się w słowach „karmić ich 
i

u

b z nimi walczyć"), lecz Budowniczy Zagród zmusił 

Morrisa, by w traktacie znalazły się klauzule, które nie 
były przewidziane. Na ustępliwość Morrisa mógł wpłynąć 
fakt, że w USA właśnie toczyła się wojna z plemionami 
Siuksów i Szejenów, u której źródeł leżał traktat z 1868 r., 

fetowany wówczas jako początek „polityki pokojowej" 
prezydenta Granta. Toteż rząd poszedł na takie ustępstwa, 

jakie wydały mu się znośne. Indianie, którzy uprawiają 

ziemię, mieli przez trzy lata otrzymywać żywność za 1000 
dolarów rocznie „aby im dopomóc w tej uprawie". Waż­
niejsza była — feralna, jak się miało okazać — klauzula, 
że „w przypadku zarazy albo powszechnego głodu Królowa 
zapewni Indianom pomoc [...] konieczną i wystarczającą 
dla uwolnienia Indian od tej klęski"

23

— Z tego nie wydaje mi się, abym mógł przyodziewać 

moje dzieci i karmić je tak długo, jak słońce świeci i woda 
płynie — stwierdził Budowniczy Zagród. Słowami tymi 
wyraził zasadniczą rozbieżność między intencjami „wysokich 

umawiających się stron". 

W zamyśle rządu rezerwaty (nieco anachronicznie można je 

nazwać kołchozami) miały być etapem przejściowym na 
drodze do uzyskania przez Indian samowystarczalności. In­
dianie mieli w nich wspólnie uprawiać ziemię i hodować 
bydło, ucząc się przy tym gospodarowania. Póki się nie 
nauczą, mieli korzystać z socjalu. Po trzech latach (nie bacząc 

na doświadczenia Amerykanów rząd przyjmował, że tyle 
wystarczy) rezerwaty miały zostać rozparcelowane na farmy, 
na których Indianie mieli gospodarzyć samodzielnie. W ten 

" Morris, op. dr., s. 351-356. 

background image

38 

sposób „system plemienny, czyli komunistyczny", jak pisał 
komisarz do spraw Indian Hayter Reed, miał zostać zastąpiony 
przez „ducha indywidualnej odpowiedzialności". Wizja Indian 
była znacznie prostsza — postrzegali rezerwaty jako miejsce 
odbioru świadczeń socjalnych, i oczekiwali, że rząd będzie 
utrzymywał ich i następne pokolenia. Konfrontacja wizji była 
kwestią czasu. 

Budowniczy Zagród zaczął robić karierę: traktat zapewnił 

mu pozycję wodza szczepu liczącego 170 Indian, rezerwat 
w pobliżu miasta Battleford, a także rozgłos i wielki prestiż 
wśród białych. Inne plemiona zaczęły zazdrośnie spoglądać na 
Kri. Czarne Stopy złożyli nawet petycję, zarzucając rządowi 
faworyzowanie ich wrogów i również żądając traktatu. Wódz 
Czarnych Stóp, wspomniany Wronia Stopa

24

, cieszył się 

wśród białych wielką renomą od 1866 r., kiedy to jego plemię 
napadło i obrabowało karawanę Kompanii Zatoki Hudsona, 
a on nie pozwolił pozabijać woźniców, co spotkało się z jej 
wielkim uznaniem i wdzięcznością. Był uważany za stratega 
i dyplomatę, i rzeczywiście dawał dowody zręczności w po­
stępowaniu. 

Wronia Stopa wykorzystał nastrój defetyzmu wśród białych 

po zwycięstwie Sjuksów nad 7 pułkiem kawalerii ppłk. Custera 

nad Little Big Horn. Poinformował insp. Denny'ego z Fortu 
Calgary, że szaman Sjuksów Siedzący Byk proponował mu, 
by wspólnie najpierw pobili Amerykanów, a potem rozprawili 
się z Kanadyjczykami. On ten pomysł z oburzeniem odrzucił, 
lecz na to Siedzący Byk zagroził, że gdy Sjuksowie przyjdą 
do Kanady, potraktują Czarne Stopy jak wrogów (którymi 
skądinąd dla Sjuksów zawsze byli). Wronia Stopa prosił 
o gwarancje, że biali ich obronią, a w zamian zapewniał, że 
przyśle im w sukurs 2000 wojowników (których zresztą nie 
miał; całe plemię Czarnych Stóp liczyło ich 1000). Najważ­
niejsze zostawił na koniec. „Kri i biali ludzie wchodzą do 

24

 Dokładnie jego imię brzmiało hapo-omux-okut lub Isapo-muxika 

— Wielka Stopa Indianina Wrony. 

39 

naszego kraju i pozostawiają nas bez środków do życia; mimo 
to nie przyłączymy się do Sjuksów, ale liczymy na waszą 
pomoc. Zobaczycie, jak biedne Czarne Stopy głodują. Serce 

białego żołnierza ogarnie żal, i powie o tym wielkiej matce, 
która nie pozwoli swoim dzieciom głodować". Denny połknął 
wszystko, spisał mowę Wroniej Stopy i wysłał ją do królowej 

Wiktorii. W odpowiedzi polecono mu „poinformować Wodzów 
plemienia, że Jej Królewska Mość przyjęła z wielką satysfakcją 
ich dowodzące wierności zachowanie, wyrażające się w od­
mowie podniesienia broni wraz ze Sjuksami, i była bardzo 

zadowolona z tego dowodu lojalności i przywiązania"

 2

Wronia Stopa uzgodnił z gubernatorem tekst Traktatu numer 7 
(podobnego do traktatu z Kri, ale z większym naciskiem na 
hodowlę bydła niż na uprawę ziemi) i przekonał innych 
wodzów, by go podpisali („dotknęli pióra"), dzięki czemu 

wyrósł w oczach białych na wymarzonego „króla Indian". 
Sam na wszelki wypadek tylko wykonał ruch ręką nad 
piórem, nie dotykając go. 

W 1877 r. Sjuksowie rzeczywiście przybyli do Kanady. 

Siedzący Byk ani myślał zadzierać z Wronią Stopą, o którego 
wpływie na shaglashapi (czerwone kurtki) dobrze wiedział. 

Zawarł z wodzem Czarnych Stóp układ o przyjaźni, a swego 
syna nazwał jego imieniem. Wyglądało to tak poważnie, 
że amerykańskie gazety pisały o sojuszu Indian dla dokonania 
inwazji USA. W ten sposób Siedzący Byk dodatkowo 

umocnił prestiż Wroniej Stopy, stawiając go w pozycji 
gwaranta pokoju

26

NWMP uważnie przyglądała się nowo przybyłym. Pamię­

tano, że gdy w 1854 r. Amerykanie po raz pierwszy spotkali 

Sjuksów, banalna kradzież krowy przez nich spowodowała 

D e m  p s e y , op. cir., s. 90. 

Układ ten był kilkakrotnie łamany i wznawiany. Gdy w 1880 r., w kilka 

_ '

 po

 kolejnym uroczystym odnowieniu go, Sjuksowie znowu napadli na 

z

Jme Stopy i uprowadzili ich konie, Wronia Stopa nazwał Siedzącego Byka 

gjrzem o podwójnym języku i więcej z nim nie rozmawiał. 

background image

40 

walkę, w której został wybity oddział dragonów USA. 
Jednak kiedy dwaj kanadyjscy policjanci aresztowali za 
kradzież koni jednego ze Sjuksów Siedzącego Byka, nie 
spotkali się z oporem. Kanadyjczykom wydało się, że 
Sjuksowie, sławni pogromcy armii amerykańskiej, poczuli 
przed nimi respekt — szkarłatna barwa królowej okazała 
się lepsza niż niebieska Wuja Sama. Uznali także, iż 
ich doktryna jest bezwzględnie słuszna, i akcentowali prze­
wagę podejścia „policyjnego" nad „wojskowym" — aby 

uniknąć wojny, wystarczy delikwenta aresztować i przekazać 

„niezawisłemu sądowi". Nie całkiem mieli rację; Indianie, 
którzy walczyli z mila hańska (długimi nożami), ustępowali 

shaglashapi

 nie dlatego, że uważali ich za groźniejszych, 

czy też ponieważ szanowali prawo, lecz dlatego, że obawiali 
się, iż wszczynając wojnę, utracą w Kanadzie bezpieczny 
azyl. Kiedy zorientowali się, że to im nie grozi, stali 
się bardziej pewni siebie

27

. Co gorsza, miało się okazać, 

że mieli duży wpływ na Indian kanadyjskich. Konsekwencje 
tego miały ujawnić się później. 

Tymczasem na wschodzie Kanady tlił się, a czasami 

wybuchał konflikt między białymi ludźmi. Był to odwieczny 
antagonizm między Anglikami a 

FRANCUZAMI, 

przeniesiony z Europy, a utrwalony walką między nimi 
o panowanie nad Kanadą. Po utracie Cjuebecu na rzecz Anglii 
w 1760 roku i upadku francuskiego imperium w Ameryce, 
w trzy lata później, ludność francuska znalazła się pod presją. 

Oparcie, które pozwoliło jej przetrwać jako narodowi, miała 
w Kościele katolickim — jedynej instytucji, która nie została 
przejęta przez Anglików. Po próbach wyeliminowania go 
przez kościół anglikański, władze pogodziły się z nim na tyle, 

27

 Por. G.  S w o b o d a , Little Big Horn 1876, Warszawa 1998. 

41 

że zaprzestały otwartej walki. W 1774 r. Quebec otrzymał 
samorząd, Kościół uzyskał osobowość prawną, a katolicy 
zostali dopuszczeni do pełnienia urzędów. Mimo to Francuzi 

byli nieufni i zaniepokojeni o swą narodową tożsamość. 
Główną siłą, broniącą ich przed asymilacją, pozostawał 
Kościół, który w Quebecu miał charakter narodowy — w tym 
sensie, że strzegł mowy, ideałów i tradycji francuskich. 

W krzewieniu kultury francuskiej szczególna rola przypadała 
proboszczom, na których barkach spoczywała także edukacja 
wiernych, również i w arkanach polityki. „To silna organizacja 

katolickiej parafii uratowała francuskiego Kanadyjczyka po 

1760 roku i zachowała go po dziś dzień"

2 8

Przywódcą obrońców francuskości był biskup lgnące Bour-

get, równie żarliwy patriota francuski, jak szermierz wiary 
katolickiej. Jak twierdził, „nie można rozdzielić rasy i religii 

— gdyby francuskich Kanadyjczyków pozbawić ojczystej 
mowy, straciliby także wiarę". Jego siedziba, Montreal, była 
widownią licznych napięć na tle „rasowym" i religijnym, 
których kulminacją była zbrojna rebelia patriotes w r. 1837. 
Późniejsze konflikty były mniej drastyczne, ale równie zapiek­
łe. Quebec był niechętny połączeniu się w Konfederację 

z trzema angielskimi koloniami, i wyraził na to zgodę dopiero 
po uzyskaniu prawnych gwarancji dla języka francuskiego, 
kultury i religii. Mimo tych gwarancji wybuchały w Quebecu 
rozruchy, przy których dochodziło nawet do użycia artylerii. 

Quebec był bastionem konserwatyzmu. Liberałowie, oce­

niani jako antyreligijni i antynarodowi, nie mieli tam szans. 
Toteż biskup Bourget miał w nich zaciekłych wrogów. 

Zwalczali go również „czerwoni" (rouges), socjaliści 
i wolnomyśliciele, a także zwolennicy „otwartości" Kościoła, 
dla których był zbyt fundamentalistyczny. Wojujący biskup, 
który w 1837 r. otwarcie popierał rebelię, a w 1867 r. 
wysłał kanadyjskich Żuawów Papieskich do obrony Państwa 

G. S t a n 1 e y, The Biali of Western Canada, Toronto 1963, s. 61. 

background image

42 

Kościelnego przed Garibaldim, nie był łatwym przeciw­
nikiem. Dowiódł tego spektakularnie, kiedy w 1869 r. nie 
zgodził się na katolicki pogrzeb znanego wolnomyśliciela 
Josepha Guiborda. Po pięciu latach procesów brytyjski sąd 
najwyższy orzekł na niekorzyść Kościoła. Zwłoki Guiborda 

pod ochroną tysiąca milicjantów przeniesiono na katolicki 
cmentarz, a mogiłę zalano utwardzonym betonem. Biskup 
Bourget mimo to postawił na swoim — po prostu odkonsek-
rował teren grobu. 

Quebecka specyfika nie podobała się nacjonalistom z ruchu 

„Kanada Przede Wszystkim" (Canoda First), którzy widzieli 
zagrożenie w zacofaniu kulturowym, klerykalizmie i obsku­
rantyzmie Francuzów, lecz nie tylko im. Odrębność fran-
kofonów stwarzała również problem dla rządu centralnego, 
którego długofalowym celem była konsolidacja państwa 
narodowego, o obliczu anglosaskim. Działająca w Quebecu 
partia konserwatywna była filarem rządu i grała rolę „partii 

ludzi rozsądnych", z jednej strony pretendując do reprezen­
towania interesów frankofonów, z drugiej zaś uczestnicząc 
w realizacji „Polityki Narodowej", która zmierzała do ich 
ograniczania. Ponieważ ąuebeccy konserwatyści byli bardzo 
przywiązani do rządowych posad, premier John Macdonald 
uważał ich poparcie za pewne. 

Na skutek rozczarowania społeczeństwa tą dialektyką, 

w Quebecu zaczęli zdobywać wpływy „skrajni" nacjonaliści 
francuscy. Również pozycja tamtejszych liberałów polepszyła 
się; sprawił to młody polityk, umiarkowany rouge Wilfrid 
Laurier, głoszący tolerancję i rozdział religii od polityki. 

Doprowadził on w 1877 r. do przyjazdu wysłannika Watykanu, 

który zezwolił katolikom na członkostwo w partii liberalnej 
i polecił, aby proboszczowie zaprzestali bezpośredniego infor­
mowania wyborców. Mimo opinii, że jest to początek kapitu­
lacji Kościoła przed modernizmem, odtąd księża co najwyżej 

pozwalali sobie na aluzje, iż czerwień to kolor ognia piekiel­
nego, zaś niebo jest błękitne jak narodowa flaga Quebecu. 

43 

Strefa francuska była faktem. Nie miała jednak rozszerzać 

sie na zachód — Terytoria Północno-Zachodnie miały być 

kanadyjskie", anglojęzyczne i protestanckie. Rząd jakby nie 

zauważył, iż na zachodzie Kanady istniała już grupa ludnoś­
ciowa, związana z kulturą francuską. Byli to 

METYSI, 

od których narady w domu Abrahama Montoura w Batoche 
zaczyna się ta opowieść. Metysi byli potomkami Francuzów 
i Indianek. Grupa ta datowała się od najwcześniejszych 
wypraw francuskich, była na wyższym poziomie cywilizacyj­
nym niż ich pobratymcy w USA, i inaczej niż oni stanowiła 

samodzielną jakość. Miano Metysów (Metif) nosili ludzie 
o części krwi francuskiej, mówiący dialektem metchif, odmianą 

języka francuskiego; oprócz neologizmów i zapożyczeń z ję­

zyków indiańskich istniały w nim słowa i zwroty starofrancus­
kie, które we Francji już zanikły. Mniej liczni od Metysów 
anglojęzyczni potomkowie Indianek i Szkotów lub Orkadyj-
czyków byli nazywani mieszańcami (halfbreed)

29

 — słowem, 

którym generalnie określano ludzi o krwi mieszanej. Metysi 
mieli świadomość swojej odrębności i byli z niej dumni — nie 
uważali się ani za Indian, ani za Kanadyjczyków, ani Amery­
kanów, nie poczuwali się również do więzi z Francuzami 
z Quebecu. Decydującym czynnikiem odróżniającym była nie 

krew, lecz kultura. Ludzie o podobnych proporcjach krwi 
europejskiej i indiańskiej określali się jako Metysi, mieszańcy 

29

 T 

J a k wiedzą wszyscy zajmujący się północnoamerykańskimi ludami 

o krwi mieszanej, na konferencjach na temat ich historii zawsze wynikają 
kłótnie o terminologię. [...] Słowo „mieszaniec"' {half-breecl} w tamtych 
czasach było dominującym terminem w języku angielskim, choć zdaję sobie 
sprawę, że obecnie to słowo jest dla wielu obraźliwe, zwłaszcza dla białych 

iberałów. którzy sympatyzują z aspiracjami tubylców. (Co ciekawe, współ­

cześni rzecznicy Metysów często są dumni z nazywania się mieszańcami). 

0

 lat temu był to bardziej neutralny termin i mam nadzieję, że będzie mi 

ozwolone używać go w tym kontekście"  ( F l a n a g a n , Riel..., s. viii—ix). 

background image

44 

lub Indianie, zależnie od tego, z którą kulturą czuli się 
związani. 1 tak, wódz Kri Jedna Strzała oraz większość jego 
szczepu byli mieszańcami (dziećmi Szkota George'a Sufher-
landa i jego indiańskich żon), lecz będąc wychowani w in­

diańskim środowisku, nazywali siebie Kri i kultywowali 
indiański sposób życia. 

Metysi grupowali się w kilku koloniach, z których najwięk­

sza, licząca 10 000 osób, istniała od początku XIX wieku 
wzdłuż rzek Assiniboine i Red River, w kraju zwanym 
Assiniboia lub — od założonej tam przez Kompanię Zatoki 
Hudsona kolonii — Red River Settlement (jej centrum 

znajdowało się tam, gdzie obecnie leży Winnipeg). Kompania 
mianowała instytucje władzy w kolonii, w osobach guber­
natora, Rady Assiniboi oraz sądu. Prawo było zawarte w Sta­
łych Zasadach Handlu Futrami, będących „kodeksem" Kom­
panii. Metysi cenili jej autorytet i podobało im się, że nie 
ingerowała ona w ich obyczaje, a zwłaszcza że pozwalała im 

zajmować farmy bez innego tytułu prawnego, niż prawo 
zasiedzenia. 

Porządek społeczny w kolonii oparty był na tradycji 

francuskiego ancien regime 'u (do Metysów nie dotarły wpływy 
rewolucji francuskiej ani Napoleona), a jego fundamentem 
była religia katolicka. Proboszczowie dbali również o kulturę 
oraz zapewniali oświatę. Społeczeństwo było patriarchalne, 
a oprócz mężczyzn wielkim autorytetem cieszyły się w nim 
stare kobiety. Metyski słynęły z urody, zaś jako gospodynie 

znane były z niezbyt przesadnego zamiłowania do porządku. 
Porządek natomiast panował w dziedzinie obyczajów; dziew­
częta były pod kontrolą przyzwoitek. Księża czuwali również 
nad „opieką społeczną" — oprócz silnych więzów rodzinnych, 
dzięki którym nikt nie pozostawał bez pomocy i opieki, sierot, 

chorych i inwalidów strzegło miłosierdzie gminy. 

Metysi nosili się zawadiacko — po myśliwsku i trapersku, 

z wyróżniającymi ich niebieskimi płaszczami {capote) i czer­
wonymi pasami, Metyski zaś ubierały się na modłę wiktoriań-

45 

^ą — skromnie i elegancko. Krew francuska sprawiała, że 
byli ludem wesołym i pogodnym, a domieszka krwi indiańskiej 
przydawała im beztroski i pewnej lekkomyślności. Lubili się 

bawić z byle okazji albo i bez, urządzali bale i zabawy, 

tańcząc do upadłego skoczny Red River Jig przy wtórze 
skrzypiec i drumli. Nawet w podróży na każdym wozie wieźli 
z sobą drewniane drzwi, które służyły za podłogę do tańca. 

Lubili także dużo i dobrze zjeść; gustowali we wszelakiej 
dziczyźnie (potrafili smacznie przyrządzić nawet skunksa), 

a ich kuchnia słynęła z deserów, ciast z owocami i puddingów 
ze śmietaną. Od Anglików przejęli upodobanie do herbaty 
i pili jej bardzo dużo. Z tęższych napojów preferowali własne 

owocowe wino piąuette, piwo albo rum; nie uznawali whisky. 
Wino sprzyjało śpiewom — wiele francuskich tradycyjnych 
i ludowych pieśni przechowało się w metyskim folklorze. Gdy 

pogoda dopisywała, spotykali się na piknikach, często połą­
czonych z zawodami sportowymi i turniejami strzeleckimi. 
Popularnymi rozrywkami była gra w bilard albo w karty; 
mężczyźni grywali w pokera i euchre, a kobiety w bardziej 
niewinne gry. Zamiłowanie do hazardu znajdowało także 

ujście w wyścigach konnych. Księża ganili ich za to, jak też 
za próżność i popisywanie się pięknymi końmi i powozami. 

Głównym zajęciem Metysów obok rolnictwa był transport 

towarów dla Kompanii Zatoki Hudsona. Patentem Metysów 
był słynny Red River cart — wóz dwukołowy, zbudowany 
wyłącznie z drewna, bez kawałka metalu. Można było jego 

pudło osadzić na płozach, tworząc towarowe sanie. Zbliżanie 
się karawany takich wozów na prerii zapowiadał z daleka 
przeraźliwy skrzyp drewnianych osi. Na rzekach zaś częstym 

widokiem były konwoje ładownych łodzi i statków rzecznych 

• metyskimi załogami — brygady voyageurs, uznanych 

fachowców od żeglugi śródlądowej. Metysi słynęli także 
z hodowli koni różnych ras. Ich cayuse, większe i cięższe niż 
broncho

 (używana przez NWMP krzyżówka mustanga z ko­

niem angielskim pełnej krwi), nadawały się i do jazdy 

background image

46 

wierzchem, i do ciągnięcia wozów. Do swoich ulubionych 
wyścigów Metysi hodowali szybkie konie. 

Atawistycznym elementem życia Metysów było doroczne 

polowanie na bizony. W czerwcu i we wrześniu ustawała 
praca na farmach, a Metysi opuszczali farmy i całymi 
rodzinami, w karawanach wozów ruszali na prerie. Inaczej niż 

Indianie, którzy najczęściej wpędzali bizony do zagród albo 

w przepaść, Metysi organizowali się w paramilitarne oddziałki 
i polowali na bizony goniąc je konno lub strzelając do nich 
z daleka. Skóry bizonów dawały niezły dochód, a mięso 
bardzo się przydawało, bowiem farmerzy miewali nieudane 
zbiory z powodu mrozów, suszy czy szarańczy. Na swych 
wozach przywozili do kolonii nieraz po 500 ton mięsa, zanim 
z początkiem drugiej połowy stulecia bizony stały się w As-
siniboi tylko wspomnieniem. 

Stosunki Metysów z Indianami bywały różne. Indianie nie 

patrzyli przychylnie na metyskich łowców bizonów (których 
z powodu upodobania do szpiku nazywali shlota, zapusz­
czonymi), a Metysom nie podobało się, że Indianie kradną im 
konie. Mimo niesnasek, do walk między nimi dochodziło 
rzadko; można powiedzieć, jak to w rodzinie. 

Metysi uchodzili za lud wojowniczy, znakomitych strzelców 

i jeźdźców, lecz rząd Dominium i osobiście premier Macdonald 
lekceważyli ich, uważając za jeszcze jednych dzikusów, przy 
tym mniej niebezpiecznych od Indian. Był to błąd. Ignorowali 
dwie istotne sprawy: po pierwsze, Metysi zamieszkiwali zwartą 
grupą pewne terytorium, w dodatku będące kluczem do 
panowania nad całym zachodem Kanady, a po drugie — choć 
sami twierdzili, że są „ludem na poły cywilizowanym" 

— osiągnęli ten poziom cywilizacji, na którym nie tylko 
dostrzega się odrębność własnych obyczajów, lecz odczuwa 

potrzebę posiadania państwa, jako ochrony przed narzuceniem 
obyczajów cudzych. Brakowało im tylko suwerennej władzy. 
Kanada miała jeszcze o nich usłyszeć. 

SYMBOL JEZUICKIEGO FENIANIZMU 

Louis Riel urodził się 22 października 1844 r. w St. Boniface, 

jednej z osad w kolonii Red River. Miał w sobie jedną ósmą 

krwi indiańskiej — po matce ojca, Indiance z plemienia 
Czippewajów. Jego matka, Julie Lagimodiere, była Francuzką, 
córką pierwszej białej kobiety, która zamieszkała na kanadyj­
skim zachodzie. Ojciec Jean-Baptiste, młynarz, był nie tylko 
prosperującym przedsiębiorcą, lecz angażował się w politykę. 

W 1849 r. stanął na czele buntu Metysów, którzy pod hasłem 
„Riel i wolny handel!" przełamali monopol Kompanii Zatoki 
Hudsona i wywalczyli sobie prawo sprzedawania futer do 
USA bez jej pośrednictwa. W tej rodzinie o wyraźnym obliczu 

patriotycznym, konserwatywnym i religijnym, Louis był 
najstarszym z jedenaściorga dzieci. Jego siostra została pierw­
szą Metyską-zakonnicą, a on miał zostać pierwszym Metysem-
-misjonarzem. Taką nadzieję żywił biskup Alexandre Tache, 

dzięki którego wsparciu Louis Riel w wieku 14 lat wyjechał 
na studia do Montrealu, do renomowanego Kolegium Ojców 
Sulpicjan, kształcącego elitę frankofońską. Program obejmował 

literaturę, filozofię, teologię, matematykę, łacinę i grekę. 
Koledzy zapamiętali, że Louis Riel miał wielkie ambicje 

i bardzo przeżywał, kiedy coś mu się nie powiodło. Drażniło 
•eh tylko czasem, że „nie rozumiał, jak ktoś może się z nim 

background image

48 

nie zgadzać, tak był pewien swojej nieomylności"'. Praw­
dopodobnie była to jednak tylko poza chłopca z prowincji, 

którą maskował kompleksy. 

Dzięki intensywnej pracy Louis Riel stał się jednym z najlep­

szych studentów, lecz jego kompleksy zamiast znikać, zaczęły 
przyjmować niepokojące formy. W 1865 roku dosięgną! go 

kryzys psychiczny. Łączono go z wiadomością o zgonie jego 
ojca, ale Riel nie miał z nim kontaktu od lat — może więc 
załamanie było skutkiem ciężaru nadmiernych ambicji i oczeki­
wań wobec niego? W każdym razie opuścił się w studiach, 
zaczął naruszać dyscyplinę, aż przed ukończeniem uczelni został 

z niej wydalony. Wyznał wtedy jednemu z przyjaciół, że jego 
problem leży w tym, iż jest kim innym, niż ludzie sądzą 

— prawdziwy Louis Riel jako dziecko utopił się w Missisipi, zaś 
on w rzeczywistości jest Dawidem Mordechajem, Żydem 
z Marsylii i nowym Mesjaszem. Mimo takiej proweniencji po 
usunięciu z uczelni miał problemy finansowe. Szukał posady 
rządowej i usilnie zabiegał o względy czołowego polityka 

francusko-kanadyjskiego, drugiej osoby w państwie po premierze 
Macdonaldzie, George'a-Etienne'a Cartiera. Z jakim skutkiem, 
różnie mówiono — niektórzy twierdzą, że choć Cartier oficjalnie 
pracy mu nie załatwił, to Riel wykonywał dla niego pewne 
poufne zadania. Louis Riel bowiem znalazł się w firmie 

prawniczej Rodolphe'a Laflamme'a, prominentnego socjalisty, 
który zdobył rozgłos wytoczeniem procesu biskupowi Bourgeto-
wi o odmowę pogrzebu Guiborda

2

. Trudno powiedzieć, dlaczego 

wybrał takiego pracodawcę — może dlatego, że z jakiegoś 
względu winił Kościół za swe niepowodzenia, a może wiązało 

się to ze współpracą z Cartierem. Działalność Riela w tym 
okresie okrywa mgła tajemnicy. Po roku Louis Riel opuścił 
Montreal, co niektórzy tłumaczą przeżytym zawodem miłosnym. 
Nie wiadomo również, co robił później. Jest tylko pewne, że od 

' F1 a n a g a n, Louis „David" Riel, s. 8. 

2

 Laflamme sam uniknął kłopotów Guiborda, bowiem na łożu śmierci 

pojednał się z Kościołem. 

49 

roku 1866 był w Stanach Zjednoczonych — widywano go 

w

 Chicago, bywał również w St. Paul i na terytorium Dakoty. 

W tym okresie stosunki USA z Wielką Brytanią przeżywały 

napięcia, a to zawsze sprawiało, że administracja amerykańska 
przypominała sobie o Kanadzie. Przyczyną napięć były trudne 
rozmowy na temat odszkodowania za straty floty Unii w wy­
niku działań konfederackiego krążownika „Alabama", zbudo­
wanego w stoczni brytyjskiej. Wielka Brytania nie była 

skłonna do płacenia, więc Amerykanie sięgnęli po sprawdzony 
sposób regulowania zobowiązań kosztem strony trzeciej. Na 

początku 1869 r. James W. Taylor poinformował Kompanię 

Zatoki Hudsona, że prezydent Ulysses S. Grant jest „bardzo 
zainteresowany zawarciem traktatu z Anglią, na mocy którego 
dokonałby się transfer kraju pomiędzy Minnesotą a Alaską, 

jako rozliczenie kontrowersji co do „Alabamy" i jako warunek 

wstępny pełnej liberalizacji handlu z Kanadą"

3

. Chodziło 

o Ziemię Księcia Ruperta, czyli tereny, które rząd Dominium 
spodziewał się nabyć od Kompanii. 

Jednocześnie od początku roku pogarszały się stosunki 

kanadyjsko-amerykańskie — z powodu Fenian, o których 
długo było cicho. W marcu 1869 r. konsul w Nowym Jorku 
informował gubernatora Kanady, że Fenianie „podejmą na 
wiosnę wrogie działania na wielką skalę". 7 kwietnia został 
zastrzelony w Ottawie deputowany Thomas D'Arcy McGee, 

główny w parlamencie przeciwnik fenianizmu; czy było to już 
„działanie na wielką skalę", czy należało spodziewać się 

jeszcze czegoś? Wielka Brytania ostrzegała Stany Zjednoczone, 

że ich subwersyjna działalność może zagrozić wzajemnym 
stosunkom, i jednocześnie naciskała na Kompanię Zatoki 
Hudsona. Ostatecznie Kompania zrzekła się swych posiadłości 
na rzecz Kanady za 300 tysięcy funtów (1,5 miliona dolarów), 

choć Amerykanie proponowali jej 10 milionów dolarów 
(więcej, niż zapłacili Rosji za Alaskę). Za rok na zachodzie 

3

  S t a n l e y . The Birth.... s. 37. 

4

 — Baloche 1885 

background image

50 

miała pojawić się administracja kanadyjska. Ten emocjonujący 
czas wybrał Louis Riel, aby niespodzianie przybyć do kolonii 
Metysów nad Red River. Oznajmił, że wrócił do rodziny, ale 
ma także zamiar zająć się sprawami publicznymi. 

Kto chciał zajmować się sprawami publicznymi, ten miał 

nad Red River pole do popisu. Interesy ścierały się tam 
z impetem. Metysi, którzy stanowili 80 procent ludności, byli 
ogólnie zadowoleni z życia pod rządami Kompanii i bynaj­
mniej nie cieszyła ich perspektywa zmiany, o której nikt 
nawet nie powiadomił oficjalnie ich rady okręgu. Przyłączenie 
do Kanady natomiast mile widzieli ludzie, którzy przyjechali 
z Ontario i grupowali się w popieranej przez masonerię „Partii 

Kanadyjskiej". Jej aktywiści werbowali kolejnych Ontaryj-

czyków do osiedlania się w kolonii Red River, przedstawiając 

ją w gazetach jako kraj nieograniczonych możliwości, którego 

niedorozwój gospodarczy wynika z przestarzałych, paternalis­
tycznych instytucji oraz zacofania klerykalnych i konser­
watywnych Metysów. Najbezczelniejszy pismak został wik­
toriańskim obyczajem wychłostany szpicrutą przez pewną 
metyską damę, ale proimigracyjna agitacja trwała ku obawom 
Metysów, widzących w napływie anglojęzycznych protestan­
tów zagrożenie nie tylko dla swojej ziemi, lecz także mowy, 

idei i religii. Potwierdzały to głosy przywódców „Partii 
Kanadyjskiej", którzy w swym zatroskaniu o demokrację 
proponowali, aby po przyłączeniu terytorium do Kanady nie 
nadawać jego mieszkańcom praw wyborczych, dopóki propor­
cje ludnościowe nie zmienią się na tyle, by zapewnić zwycięs­
two wyborcom o słusznych poglądach

4

. Wielu Metysów 

*

  S t a n l e y . Louis Riel, s. 54-55. 23 kwietnia 1869 r. przywódca „Partii 

Kanadyjskiej" John Schultz pisał do gubernatora nowej prowincji in spe: 
„Największym niebezpieczeństwem [...] byłoby nadanie ludziom od razu 
praw wyborczych. Teoretycznie fair, w praktyce byłoby brzemienne w za­
grożenia, jak długo nie nastąpi tu imigracja Kanadyjczyków o zasadach 
kanadyjskich". 7 września jego gazeta pytała dramatycznie: „Czy jesteśmy 
gotowi na prawo wyborcze? Kim są nasi wyborcy?" 

51 

c z

y

n

ało sądzić, że aby obronić swoją tożsamość, muszą 

stworzyć jakąś własną organizację państwową, a przynajmniej 
uzyskać autonomię. Pokaźna grupa była zaś zdania, że byłoby 

lepiej zamiast do etatystycznej, zbiurokratyzowanej Kanady 
dołączyć do wolnorynkowych i dynamicznie się rozwijających 
Stanów Zjednoczonych. Kolonia Red River i tak pod względem 
ekonomicznym była północną wypustką Minnesoty, a James 
W. Taylor, amerykański przedstawiciel gospodarczy, od dawna 

zachęcał ją do unii ekonomicznej z USA. 

Konsul USA w Winnipegu Oscar Malmros 11 września 

powiadamiał Departament Stanu, że „masa osadników jest 
bardzo skłonna..., by wszcząć rozruchy i wypędzić nowego 
gubernatora, kiedy przyjedzie tu około 15 października. 
Konwersując na temat przyczyn sukcesów lub klęsk rewolucji 
w innych krajach, pośrednio próbowałem zapobiec błędom 

lub nieprzemyślanym posunięciom tych ludzi. W wypadku 
powstania, gdyby osadnicy sformowali mały, regularnie uzbro­

jony oddział, powiedzmy 1000 żołnierzy, utworzyłby on 
jądro, wokół którego mogliby się zebrać ochotnicy ze Stanów". 

Ze swej strony Secret Service Gilberta McMickena infor­
mowała premiera Macdonalda, że „w St. Paul była dostępna 
na ten cel wielka suma pieniędzy — wymienia się aż do 
miliona dolarów"

5

. Meldunek nie precyzował, kto w St. Paul 

był tak hojny, ale miasto to, stanowiące wrota na zachód 
Ameryki, było siedzibą nie tylko wielkiego biznesu, lecz 
i dowództwa departamentu wojskowego Dakoty. 

Jeśli Louis Riel (jak zapowiadał) zajmował się sprawami 

publicznymi, to czynił to bardzo dyskretnie, bowiem przez 
cały rok nikt go nie zauważał. Według niektórych źródeł 
w lecie jeździł z karawanami wozów między Winnipegiem 

a

 wspomnianym St. Paul; może to coś oznaczać, a może i nie. 

W każdym razie jesienią 1869 r. Riel zaczął być widoczny 

wszędzie tam nad Red River, gdzie wyrażano niezadowolenie. 

S t a n l e y , The Birth.... s. 58-59. Należy sądzić, że Malmros „konwer-

at

 z osadnikami amerykańskimi i miał na myśli jakąś ich irredentę. 

background image

52 

Wreszcie 11 października zdarzyło się, że Metysi przegonili 
rządowych geodetów, którzy próbowali wytyczać na ich łąkach 

miejsce na publiczną drogę. Wtedy Louis Riel po raz pierwszy 
wystąpił publicznie, dobitnie oznajmiając, że kolonia Red 
River należy do Metysów, a rząd kanadyjski nie ma w niej 

czego szukać. 16 października (jak trafnie przepowiedział 
Malmros) zaczęła się rewolucja. Ignorując Radę Assiniboi, 
wciąż formalnie sprawującą władzę z ramienia Kompanii 
Zatoki Hudsona, Metysi utworzyli Komitet Narodowy pod 
przewodnictwem Johna Bruce'a. Jeśli ktoś miał wątpliwości, 
że prawdziwym szefem jest Louis Riel (nominalnie sekretarz 

Bruce'a), to stracił je, gdy Riel ze swymi zwolennikami zajął 
Fort Garry, zdobył 20 armat, spacyfikował „Partię Kanadyjską" 
groźbą ich użycia, skonfiskował broń, prokanadyjskich ak­
tywistów uwięził w forcie, zamknął redakcję gazety, a także 

zarekwirował kasę Kompanii Zatoki Hudsona. Przywódca 
Metysów lojalnych wobec Kompanii Charles Nolin usłyszał 
od niego, że „jest skończony", i zrobi najlepiej, jeśli się 
wyniesie. Stronnicy Riela ustawili szlaban na granicy kolonii, 
pobierali myto, kontrolowali i cenzurowali pocztę, rewidowali 

podróżnych, konfiskowali broń i towary. Nie wpuścili także 
przysłanego przez Ottawę gubernatora terytorium, i chcąc nie 
chcąc musiał się on zatrzymać po amerykańskiej stronie 
(spowodowało to błyskawiczną reakcję Senatu, który zażądał 
od prezydenta wyjaśnienia, w jakim charakterze kanadyjski 
oficjel przebywa w USA). Gdy 8 grudnia Komitet Narodowy 
przekształcił się w rząd tymczasowy, Louis Riel otrzymał 

w nim fotel premiera. Kluczową tekę skarbnika dostał niejaki 
William 0'Donoghue, Irlandczyk i Fenianin. O dobrym 
współdziałaniu świadczyła powiewająca nad siedzibą rządu 
w Forcie Garry biała flaga z francuskim fleur-de-lys i irlandz­

kim listkiem koniczyny, razem tworzącymi „symbol jezuic­
kiego fenianizmu", jak z niesmakiem skonstatowali anglosascy 
protestanci. Louis Riel ogłosił, że władzę nad Red River 
sprawuje on i rząd tymczasowy, a jeśli kolonia miałaby wejść 

53 

bliższe stosunki z Kanadą, to tylko na warunkach, które 

sama wynegocjuje z Ottawą

6

Sir John Macdonald przyglądał się temu niechętnie, ale 

bezradnie. Wprawdzie Kompania Zatoki Hudsona zrzekła się 
swych posiadłości, ale generalny gubernator Kanady zdecydo­
wał, że „Kanada nie może zaakceptować transferu, jeśli 
przekazanie własności nie może odbyć się spokojnie". De 
facto

 jedyną działającą administracją na terytorium był rząd 

Riela. Premier Kanady nie dysponował żadną realną siłą, 
która mogłaby zaprowadzić na nowo nabytym terenie władzę 

Dominium, a oddziały milicji nie mogły dotrzeć tam wcześniej, 
niż w lecie następnego roku. Amerykanie mieli bliżej; niepokój 
Macdonalda budziły nie tylko raporty o inicjatywach feniań-
skich, lecz zwłaszcza działania konsula Malmrosa, który 

zabiegał o fundusze dla rządu tymczasowego i nalegał na 
uznanie go przez Stany Zjednoczone, dodając: „Jeśli rewolucja 
się powiedzie, to najdalej za dwa lata wszystkie brytyjskie 

kolonie na tym kontynencie poproszą o przyjęcie ich do Unii". 

Istnieją przypuszczenia, iż cały rząd tymczasowy został 
utworzony według wskazań szarej eminencji z USA, prawnika 
Enosa Stutsmana, który był nieoficjalnym reprezentantem 

Riela w St. Paul, a miał także biuro adwokackie w Winnipegu. 
Działania mniej i bardziej dyplomatyczne szły wielotorowo; 
ambasador USA w Londynie sondował nastawienie kierow­
nictwa Kompanii Zatoki Hudsona wobec amerykańskich 
interesów. Sam szef Kompanii ostrzegał zaś Kanadę, że „rząd 
w Waszyngtonie jest znacznie bardziej zainteresowany sprawą 

Red River niż ktokolwiek przypuszcza, i kolonia może zwrócić 
się w zupełnie innym kierunku"

7

Na stronników Kanady nad Red River nie można było 

liczyć. Wprawdzie rozeszły się pogłoski, że ludzi Riela 
zaatakują Sjuksowie Santee (uchodźcy z Minnesoty po 

S t a n l e y , Louis Riel, s. 106. 
D. G. C r e i g h t o n. John A. Macdonald, the Old Chieftain, Toronto 

'955,

  s

. 54. 

background image

54 

masakrze białych w 1862 r.), którzy byli lojalni wobec 
Kompanii i tradycyjnie nieprzyjaźni Metysom, ale ich wódz 
Mały Lis ogłosił neutralność. Zaś podjęta przez „Partię 
Kanadyjską" próba rewolty skończyła się tym, że jeden z jej 

uczestników został zabity, a pozostali uwięzieni. Pewien 
więzień, 25-letni Thomas Scott, działacz robotniczy i anglo­
saski nacjonalista, naraził się, wzywając więźniów, by nie szli 

na żadną współpracę z rządem Riela. Toteż kiedy w dodatku 
posprzeczał się ze strażnikami, Louis Riel zajął się nim 
osobiście. Już raz po kilkuminutowym „procesie" skazał na 
śmierć brytyjskiego majora Charlesa Boultona, ale został 

przekonany, by go ułaskawić. Teraz postanowił zademon­
strować suwerenność swojego rządu wymierzeniem za „obra­

zę strażników oraz jego, pana Riela" kary głównej. 

— Musimy nauczyć Kanadę szacunku dla nas — po­

wiedział. 

3 marca 1870 r. Thomas Scott stanął przed „trybunałem 

prerii"; nie miał obrońcy, nic nie rozumiał, bo nie znał 

francuskiego, i nazajutrz został rozstrzelany. Metysi wyznaczeni 
do plutonu egzekucyjnego nie wykazali się sprawnością i nie byli 
pewni słuszności tego, co robią, więc Scotta trzeba było dobić. 
Pojawiły się makabryczne relacje na ten temat, a wydawał się 
potwierdzać je fakt, że Riel odmówił wydania zwłok, i nigdy ich 

nie odnaleziono. W Ontario nasiliła się agitacja antyfrancuska 
i antykatolicka, a w Quebecu wybuchły rozruchy antyangielskie 
i antyprotestanckie. Tymczasem Louisowi Rielowi złożył wizytę J 

były gubernator Minnesoty William Marshall, aby przedyskuto- j 
wać z nim sprawę przyłączenia kolonii do USA. Odwiedził go 
także wysłannik cesarza Napoleona III kpt. Norbert Gay, który 

przekonywał, że Metysi powinni utworzyć niepodległe państwo 
pod egidą Francji. 

W kwietniu delegacja Metysów przybyła do Ottawy na 

rozmowy z rządem, pod czujnym okiem Secret Sernice 
McMickena z jednej, a dyplomaty USA Jamesa Taylora j 

z drugiej strony. 26 kwietnia premier Macdonald rozpoczął 

55 

nimi negocjacje. Zaraz w dwa dni później płk John 0'Neill, 

wycięzca spod Ridgeway, szef Bractwa Fenian w Stanach 

Zjednoczonych (jego poprzednik William Roberts zajął się 
karierą w Kongresie USA), wydał rozkaz mobilizacyjny do 
ataku na Kanadę. Głównym kierunkiem natarcia miały być 
prowincje wschodnie — po związaniu tam wojsk kanadyjskich, 

Fenianie ze stanów zachodnich mieli wkroczyć nad Red 
River

8

. Premier Macdonald na tę wieść wyłączył się z działa­

nia, rozpoczynając tygodniowe pijaństwo. 

Brytyjski poseł w Waszyngtonie zażądał zatrzymania Fenian 

i skonfiskowania ich broni, lecz sekretarz stanu USA wyjaśnił, 
że nie ma dowodów, iż broń ta zostanie niewłaściwie użyta. 

Brytyjczycy nie zatrzymali ani nie skonfiskowali „Ala­

bamy" — dodał prezydent Grant. Ostatecznie pod naciskiem 
Wielkiej Brytanii wydał deklarację neutralności. 

Parlament obradował szybko i 12 maja 1870 r. uchwalił 

wynegocjowaną z Metysami ustawę o nazwie Manitoba Act. 
Na jej kształt miał wielki wpływ biskup Tache, niegdysiejszy 
protektor Louisa Riela. Tache zapewne był rozczarowany, że 

jego pupil nie ukończył uczelni, a zamiast tego wziął się za 

podejrzane interesy; kiedy spotkał go w 1867 r„ radził mu, 
aby „spróbował prowadzić życie godne szacunku". Mimo to 
przyjechał z Rzymu, prosto z posiedzenia Rady Ekumenicznej, 
odwiedził Riela w Forcie Garry i starał się mu dopomóc, choć 
ten boczył się i ogólnie zachowywał niezbyt uprzejmie. To 
ochłodzenie wzajemnych stosunków nie zmieniło poparcia 
biskupa dla Metysów — Tache pragnął uzyskać dla nich taki 
status, jaki mieli mieszkańcy Quebecu. Na wzór Quebecu 

zostały więc powołane instytucje nowej prowincji Kanady, 
której nazwa miała brzmieć Manitoba. Zamieszkujący ją 
Metysi otrzymali pełnię praw politycznych, prawo własności 
zajmowanej ziemi, a ponadto gwarancje dla języka francuskiego 

30 kwietnia 1870 r. „St. Paul Press" pisała, że „jeśli Fenianie chcą zadać 

naprawdę skuteczny cios potędze brytyjskiej na tym kontynencie, miejscem, 

w

 którym powinni uderzyć, jest Zachodnia Ameryka Brytyjska". 

background image

56 

i religii katolickiej. Aby nie było zbyt pięknie, parlament 
zdecydował, iż do Manitoby wyruszy ekspedycja wojskowa 
płk. Gameta Wolseleya, „z misją pokojową" i aby „zapewnić 

jej mieszkańcom i plemionom Indian ochronę brytyjskiego 

berła". Mieli w niej uczestniczyć kanadyjscy milicjanci, a także 
pewna liczba brytyjskich żołnierzy regularnych, aby przypo­
mnieć Amerykanom, że Kanada może liczyć na pomoc im­
perium. Prezydent Grant zaraz zapowiedział, że nie przepuści 

obcych wojsk ani zaopatrzenia dla nich koleją przez terytorium 
USA; będą musiały przedzierać się przez bezdroża, skały 
i lasy północnego Ontario. Louis Riel dostał jeszcze trochę czasu. 

Tymczasem Fenianie maszerowali. Dzięki staraniom McMic-

kena Kanadyjczycy byli poinformowani o ich planach i zmo­
bilizowali 13 000 milicjantów. Gdy 25 maja 0'Neill z 200 
ludźmi przekroczył granicę w pobliżu Montrealu, milicja 

czekała na niego. Ostrzelani znienacka Irlandczycy stracili 
czterech zabitych oraz kilkunastu rannych i cofnęli się. Zanim 
nadeszły posiłki, 0'Neill został aresztowany przez władze 
amerykańskie, a pozbawieni dowódcy Fenianie odeszli. Inny 

200-osobowy oddział napotkał na swojej drodze 1000 kanadyj­
skich milicjantów i po krótkiej walce zawrócił. Nad Red River 
Irlandczycy w ogóle nie dotarli. Kanadyjczycy po raz pierwszy 

pokonali Fenian. Już po walkach w 1866 roku na cześć milicji 
uchwalono specjalne święto (chociaż świętować raczej nie 
było czego), ale teraz Kanadę ogarnęła euforia. Posypały się 
ordery, gratulacje i listy pochwalne. 

Rząd tymczasowy uczcił uchwalenie Manitoba Act salwami 

armatnimi z bastionów Fortu Garry oraz libacją w gospodzie, 
a potem nastąpił niemiły marazm. Na razie nie było władz 
prowincji, rządził premier Riel, ale co miało nastąpić potem, 
nie było jasne. Rząd Kanady dał ustne przyrzeczenie, że 

nikogo za nic nie pociągnie do odpowiedzialności, ale oficjal­
nej amnestii — mimo nalegań biskupa Tache — nie ogłosił, j 
Za to zbliżała się „z misją pokojową" ekspedycja Wolseleya, 

której trzon stanowiła ontaryjska milicja, a jej członkowie 

57 

zapowiadali, że „policzą się z Rielem, który zamordował 
Analika, pana Scotta". Wokół Riela zaczęło robić się pusto. 

Zorał się i nie ma już przyjaciół — informował 9 lipca jeden 

z agentów Stutsmana. — Skończył się jego czas i jeśli teraz 
czegoś spróbuje, to będzie musiał polegać tylko na sobie"

9

24 sierpnia, kiedy Wolseley stanął przed Fortem Garry, 
premier Riel opuścił swój gabinet i wraz ze skarbnikiem 
0'Donoghue przepadł w badlands Dakoty. 

Wkroczenie Wolseleya Metysi uznali za okupację, tym 

bardziej że zaczęli się na nich odgrywać ich sąsiedzi. Członek 
plutonu egzekucyjnego, który zadał Scottowi coitp de grace, 
został zabity, członek sądu, który go skazał, utopił się w rzece 
podczas ucieczki, było kilku pobitych i sporo ciężko prze­

straszonych. Louis Riel był zorientowany w nastrojach; 
utrzymywał stały kontakt z biskupem Tache, a także z fran-

cusko-kanadyjskimi politykami G.-E. Cartierem i Josephem 
Royalem. We wrześniu wrócił do Manitoby, odbył w Win-
nipegu naradę z Metysami, po czym skierował do prezydenta 
Granta petycję, w której domagał się interwencji USA w obro­
nie ich praw. Z petycją pojechał William 0'Donoghue. Grant 
przyjął go uprzejmie, ale otwarcie zaangażować się nie chciał. 

Za to Bractwo Fenian przekazało mu 400 karabinów odtyl-
cowych na realizację projektu przekształcenia Manitoby 
w niepodległą „Republikę Ziemi Ruperta". Wieści o tym tak 
zaniepokoiły gubernatora Manitoby, że poprosił o ratunek 
Louisa Riela. Publicznie ściskał jego dłoń i obiecywał, że jeśli 

Metysi dochowają lojalności wobec Kanady, „będą mieli 
prawo do jak najkorzystniejszych względów"

 10

5 października 1871 r. John 0'Neill na czele kilkudzie­

sięciu Fenian przekroczył granicę nad Red River, zajął 
faktorię Kompanii Zatoki Hudsona i uwięził kilkunastu 

pracowników. Grupa „prokanadyjskich" Metysów Louisa 
Riela wyruszyła na pomoc, ale ubiegła ją kompania kawalerii 

9

  S t a n l e y . Louis Riel, s. 153. 

lamze,

 s. 174. 

background image

58 

USA, która wkroczyła na teren Kanady, tyleż dbając o za­
proszenie, co Fenianie. Na widok Amerykanów 0'Neill 
wycofał się. Nie osiągnął żadnego celu militarnego, ale 
umocnił pozycję Riela, demonstrując, że cieszy się on mirem 
wśród Metysów, i że uznają go także władze prowincji. 

Riel po tych przejściach zapadł na zdrowiu. Już raz będąc 

premierem dostał „febry mózgowej". W dodatku „opinia 
publiczna" w Ontario ciągle burzyła się, a rząd tej prowincji 
wyznaczył 5000 dolarów nagrody za głowę Riela jako mor­
dercy Thomasa Scotta. Także premier Macdonald był w kło­

pocie. Opozycja oskarżała go, że bierze w ochronę zbrodniarza, 
zaś frankofoni grozili, że gdyby dopuścił do jego aresztowania, 
będą o tym pamiętać przy wyborach. Zaproponował więc 
Rielowi roczne stypendium zagraniczne. Po krótkim namyśle 
Riel przyjął dość skromną sumę 1600 dolarów i znowu 

wyjechał do USA. W St. Paul, jak zauważył jeden z przyjaciół, 
szybko przybrał na wadze. Odzyskał także wigor: zgłosił 
swoją kandydaturę w wyborach do parlamentu kanadyjskiego, 
wygrał i w 1874 r. został członkiem Izby Gmin". Pojechał 

nawet do Ottawy, jednak przed samym gmachem parlamentu 
stracił odwagę i nie wszedł, lecz skierował kroki do Montrealu. 
Niestety, politycy francuskiej Kanady, którym Riel kiedyś 
wyświadczał przysługi i na których liczył, nie zrewanżowali 
się załatwieniem mu amnestii. Młody liberał Wilfrid Laurier 

odbył z nim rozmowę; zauważył, że Riel był zaskakująco 
dobrze obyty w arkanach polityki amerykańskiej i europejskiej, 
lecz mimo to uznał go za „irracjonalnego" i „monomaniaka"

 12

Oparcie znajdował Riel tylko w Kościele; walczył o niego 
arcybiskup (od niedawna) Tache, a także biskup lgnące 

" Louis Riel w 1872 r. uzyskał nominację do wyborów, ale odstąpił ją 

G.-E. Cartierowi. Wygrał w wyborach po śmierci Cartiera w 1873 r. 

12

 W ówczesnej terminologii psychiatrycznej monomanią nazywano „szaleń­

stwo skupione na jednym obszarze percepcji lub działania, któremu niekiedy 
towarzyszą długie okresy przytomności" (R.  S m i t h , Trial by Medicine: 
Insanity and Responsibility in Victorian Trials.

 Edynburg 1981, s. 30). 

59 

Bourget (od nieudanego pogrzebu), mimo że wiedział o jego 
konszachtach z socjalistą Laflammem. Ale i oni nie uzyskali 
amnestii, i pomimo ich działań Izba Gmin przegłosowała 

usunięcie Riela z parlamentu. 

Louis Riel wyjechał do USA, zamieszkał u przyjaciół 

w Waszyngtonie. Tam 18 grudnia 1874 r. zaczął się nowy 
etap jego życia. „Kiedy siedziałem na szczycie góry w pobliżu 
Waszyngtonu — wyznał później — ten sam duch, który 

ukazał się Mojżeszowi wskroś płonącej chmury, objawił się 
mnie w ten sam sposób. Powstań, Louisie Dawidzie Rielu, 
masz misję do spełnienia" — rzekł. Wyciągając ręce i skła­

niając głowę, przyjąłem tę niebiańską wieść" ''. Nie wiedział 

jeszcze tylko, co było tą misją. 

W 1875 r. rząd udzielił Rielowi amnestii, skazując jedno­

cześnie na pięcioletnią banicję. Na pocieszenie Riel otrzymał 
list od biskupa Bourgeta, w którym między innymi były 
słowa: „Bóg cię nie opuści w najciemniejszej godzinie życia, 

albowiem dał ci misję do spełnienia". Nosił ten list zawsze 
przy sobie jak relikwię. 

Louis Riel podjął eksperyment z transcendencją: odwiedził 

wpływowego senatora 01ivera Mortona i próbował go zainte­
resować sprawą „wyzwolenia" Manitoby. Ponieważ Morton 
był sceptyczny, Riel oświadczył, że dokona cudu — uzdrowi 

jedną z jego sparaliżowanych nóg (drugą miał uzdrowić po 

tym, jak senator udzieli mu poparcia). Niestety, cud się nie 
udał. Zdesperowany Riel uzyskał spotkanie z samym prezyden­
tem U. S. Grantem i zaprezentował mu swój projekt, podając 
więcej szczegółów: Metysi i Irlandczycy mieli dokonać inwazji 

Manitoby z terenu USA, zaś wspierać ją mieli „awanturnicy 
z północnego zachodu", mieszańcy, Indianie, a także Quebec. 
Riel stanąłby na czele rządu w Manitobie. Dla Irlandczyków 
zamierzał utworzyć oddzielną prowincję na zachodzie Kanady. 
Koszty tej operacji miały zostać sfinansowane sprzedażą 

3

  S t a n l e y , Louis Riel, s. 217. 

background image

60 

obligacji przyszłego państwa na rynku amerykańskim

14

Pechowo dla Riela, w 1871 r. USA podpisały z Wielką 
Brytanią Traktat Waszyngtoński i w stosunkach kanadyjsko-

-amerykańskich zaczęło się odprężenie. Grant nie wyraził 
więc zainteresowania. 

Wydawało się, że Louis Riel wyczerpał już wszystkie 

możliwości, kiedy 8 grudnia 1875 r., w 6 rocznicę utworzenia 
swojego rządu, doznał w kościele nowej iluminacji. „Nagle 

poczułem radość w sercu, która mnie ogarnęła całego... 
Radowałem się około dwóch minut, gdy znów zostałem 
uderzony przeogromnym smutkiem ducha. Ból był tak samo 

wielki, jak moja radość... Bóg namaścił mnie Swymi darami 
i owocami Jego Ducha, jako proroka Nowego Świata"

 15

14

 H. Bowsfield, ed., Louis Riel. Selected Readings, Toronto 1988, 

s. 94-101. 

13

 F 1 a n a g a n, Louis „David" Riel, s. 50. 

CUDOWNE SUKCESY 

Rząd Kanady z niepokojem oczekiwał chwili, gdy zabraknie 
bizonów. W 1876 i 1877 roku parlament podjął decyzje o ich 
ochronie, a Rada Terytorium wydała zakaz polowania przy 
pomocy zagród i wpędzania w przepaść, zakaz zabijania 
bizonów dla zabawy lub tylko dla zdobycia ozorów, zakaz 
zabijania cieląt, oraz wyznaczyła okres ochronny od listopada 

do sierpnia. Metysi poczuli się pokrzywdzeni, bowiem In­
dianom pozostawiono prawo do „ograniczonego" polowania 
w zimie. Ale Indianie i tak podnieśli protest. Sam Siedzący 
Byk, szaman Sjuksów, zabrał głos w tej sprawie. 

— Kiedy to Wielki Manitou dal rządowi kanadyjskiemu 

prawo zabraniać Indianom zabijania bizonów? — zapytał. 

Biali, którzy wiązali spadek liczebności bizonów z ich 

masowym zabijaniem, inaczej niż żyjący w symbiozie z naturą 
Indianie nie znali zasad funkcjonowania ekosystemu. Indianom 
było wiadome, że zasadnicze stada bizonów żyją na podziem­

nych preriach pod wielkimi jeziorami, i tylko ich nadwyżki 
wychodzą na powierzchnię przez jaskinie i źródła rzek. 
Niektórzy sami to widzieli albo znali takich, którzy widzieli. 

Ostatnio bizonów było faktycznie jakby mniej, ale należało 
tylko wywabić je na zewnątrz odpowiednimi szamańskimi 
rytuałami. Przepisy białych ludzi nigdy więc nie weszły 

background image

62 

w życie. Jednak mimo starań szamanów, w 1878 r. bizony 
zniknęły z północnych prerii (biali ignoranci twierdzili, że ich 

resztki zostały wypłoszone wypalaniem traw albo spłonęły 
w pożarach). W poszukiwaniu bizonów plemiona Indian 
ruszyły na południe, do Cypress Hills, wydzierając sobie 
wzajemnie tereny łowieckie. Policja szybko im ten sport 

uniemożliwiła; Kri i Czarne Stopy stoczyli ostatnią walkę 
w 1879 roku. 

Koniec wojen plemiennych przyspieszył zagładę bizonów 

— teraz wszyscy Indianie mogli na nie polować bez obawy 

napotkania wroga. Decydujące było jednak, że przez likwidację 
odrębnych plemiennych terenów łowieckich znikła rozdziela­

jąca je „ziemia niczyja", na której przedtem bizony znajdowały 

bezpieczne schronienie i mogły się rozmnażać. Jeszcze w lutym 

1879 r. rząd oceniał, że bizonów wystarczy na pięć lat, ale ich 

populacja poniosła takie straty, że w ciągu trzech lat znikła, 

jakby ją ziemia pochłonęła. Czarne Stopy wytępili bizony 

w Cypress Hills, a potem zabrali się za inne zwierzęta. „Po 
raz pierwszy zaczęli polować na antylopy i prawie wszystkie 
wybili", głosił raport jednego z agentów'. Po tym fakcie 

NWMP zaczęła dostarczać Indianom żywności, zaś rząd 
wyłożył 10 tysięcy dolarów na zaopatrzenie „klęskowe", ale 
wystarczyło ono na dwa miesiące. Wronia Stopa oficjalnie 
zażądał od komisarza do spraw Indian Edgara Dewdneya, by 
wypędzono Sjuksów z Kanady, a z rąk „nieznanych sprawców" 
zginął w Cypress Hills pierwszy policjant, 19-letni konstabl 
Marmaduke Graburn

2

. Wyglądało, że może być jeszcze gorzej, 

więc komisarz Dewdney doradził swym podopiecznym, aby 

poszli szukać bizonów w Stanach Zjednoczonych, i nawet dał 
im zapasy na drogę. Za „magiczną linią" zaroiło się od 
Czarnych Stóp, Sarcee, Assiniboinów, Kri, Pieganów i Gros 

1

 N. D y c k, An Opporhmity Lost: Tlw lnitiative ofthe Resewe Agricultural 

Programme in the Prairie West,

 w: Barron, Waldram, ed., op. cit., s. 124. 

2

 W 1881 r. niejaki Gwiezdne Dziecko przyznał się do zamordowania 

Graburna, lecz mimo to został uniewinniony przez sąd przysięgłych. 

63 

Ventres. „Przez ich pozostawanie [w USA] zaoszczędziłem 
rządowi co najmniej 100 000 dolarów" pochwalił się premierowi 

Dewdney

3

, ale pogorszyło to stosunki kanadyjsko-amerykańskie. 

Indianie wprawdzie bizonów w USA nie znaleźli, lecz stada 
bydła na pastwiskach też były nie do pogardzenia — w okolicy 
Fortu Benton w zimie 1880 r. zabili 3000 sztuk. Dalej na 

południe Czarne Stopy natrafili na ostatnie stado bizonów 
w Montanie, wytłukli je, a kilkadziesiąt tysięcy skór sprzedali 

handlarzom za whisky. Zima minęła na wzajemnych napadach, 
pijackich hulankach i bijatykach. W następnym roku bizony 
w Montanie się skończyły, więc mimo ostrzeżeń Dewdneya, iż 
„nie ma środków, by ich karmić", głodni i obdarci Indianie 

powrócili do Kanady. Niestety, tam również bizonów już nie 

było. W 1881 r. Indianie zabili ostatnie — Czarne Stopy 50, 
Krew 35, Pieganowie 40, a Sarcee 15. Teraz byli zdani na łaskę 
rządu. „Jeśli kiedykolwiek bezmyślni ludzie zostali ukarani za 
swoją skrajną nieprzezorność, to Indianie i mieszańcy z Teryto­
riów Północno-Zachodnich płacą teraz karę za marnotrawną rzeź 

bizonów sprzed zaledwie kilku lat. Bizon stał się swym własnym 
mścicielem, w takim stopniu, jak się nawet nie śniło jego 

bezlitosnym zabójcom", skomentował współczesny uczony

4

W 1881 r. już 11 000 Indian mieszkało w rezerwatach. 

Indianie z plemion semi-osiadłych radzili sobie nieźle; pobu­
dowali domy i zaczęli uprawiać pszenicę, owies, jęczmień, 

ziemniaki, rzepę, buraki i marchew. Choć daleko im było do 
samowystarczalności, mieli się lepiej od Indian koczowniczych. 
Ci ani nie umieli, ani nie mieli chęci grzebać w ziemi, byli 
więc nieprzychylni stanowisku władz, iż świadczenia należą 

się tylko tym Indianom, którzy pracują — zwłaszcza że, jak 

rozumieli traktaty, to wielka matka miała im pomagać, a nie 
oni jej. Komisarz Dewdney wyliczył, iż 80 procent Indian jest 
>.w beznadziejnej sytuacji" i musi polegać wyłącznie na 

D e m p s e y, op. cit., s. 115. 
William T. Hornaday, członek rady naukowej Muzeum Narodowego 

USA  ( K r e c h , op. cit., s. 127). 

background image

64 

zaopatrzeniu rządowym. Minister finansów oświadczył, że 
sytuacja budżetowa także jest beznadziejna i zaproponował, 
aby Indian zatrudnić przy budowie kolei (kpił czy o drogę 
pytał?). Ostatecznie obciął im racje żywnościowe do trzech 
czwartych funta mięsa i takiejż ilości mąki na głowę dziennie, 
podkreślając, że „system pomocy dla Indian jest skalkulowany 

tak, aby przyzwyczaić ich do gospodarności i nauczyć pole­
gania na własnych siłach". Dla Indian był to szok — kiedy 

jeszcze bizony były w obfitości, jedli bardzo dużo (na jednym 

posiedzeniu Indianin potrafił zjeść nawet 20 funtów mięsa)

5

więc uznali, że nie chodzi tu o żadną gospodarność, lecz 
o morzenie ich głodem. Mimo tych oszczędności koszty 
utrzymania Indian ciągle rosły, ponieważ coraz więcej ich 
porzucało koczowanie i przechodziło na garnuszek rządowy. 
Rząd zdecydował o przyspieszeniu wdrażania programu rol­

niczego, chcąc przynajmniej uniknąć wydatków „klęskowych", 
lecz Departament Indian sobie nie radził; był niekompetentny 
w sprawach rolnictwa, nie zorientowany co do warunków 
naturalnych zachodu, a w dodatku biurokratyczny i nieudolny. 
Dużo energii wkładał za to w tłumaczenie, dlaczego, skoro 
prawie cały budżet wydaje na potrzeby Indian z Terytoriów 
Północno-Zachodnich, efektów tego nie widać. 

Premier Macdonald nigdy nie był na zachodzie. Nie 

przeszkodziło mu to jednak w ogłoszeniu w 1882 roku, że 
Indianie dokonali w rolnictwie „ważnych i godnych uwagi 
postępów" i odnieśli „cudowne sukcesy". Tego samego nie 
dało się powiedzieć o gospodarce Kanady, która była dotknięta 
recesją. Jednak parlament nie przyjął słów premiera za żart, 
i — skoro było tak dobrze — zmniejszył pomoc dla Kri 
i Czarnych Stóp o dalsze 15 procent

6

. Spotkało się to z ich 

głośnym niezadowoleniem. 

5

 S t  e e 1 e, op. cit., s. 127. 

6

 Tamże,

 1882, s. 10-12. Ogólnie wydatki na Indian zmniejszono z 1107 

tysięcy dolarów w 1882 r. do miliona w 1884 r., mimo że liczba mieszkańców 
rezerwatów wzrosła. 

65 

Ich sąsiedzi, biali farmerzy, nie uważali go za uzasadnione. 

„Indianie nie mają na co się skarżyć — pisała jedna z miesz­

kanek zachodu. — Traktowani są jak najlepiej i najbardziej 
wspaniałomyślnie. [...] Kiedy angielski, szkocki czy irlandzki 
farmer przyjeżdża do Kanady biedny, uważałby, że zdobył 
fortunę, gdyby miał choć połowę tych przywilejów, które rząd 

gwarantuje Indianom. Im nigdy nie brak jedzenia. Regularnie 
dostają przydziały, i płaci im się za to, że uprawiają własną 

ziemię. Pracują dla siebie, a w dodatku płaci im się za to 

— a jeśli zbiory się nie udadzą, to i tak mają zapewnione 
pożywienie. Czy rozsądny człowiek może żądać więcej?"

7

Szumnie ogłaszana rządowa pomoc dla farmerów miała 

charakter pożyczki pszenicy siewnej, ze zwrotem jesienią na 
warunkach 1,5 buszla za buszel. Ale za to cła, dzięki którym 
maszyny rolnicze importowane z USA były droższe, w 1883 r. 

podniesiono z 25 do 35 procent (rząd musiał skądś brać 
pieniądze na tę pomoc), to zaś zwiększyło liczbę gospodarstw, 

których nie było stać na mechanizację. 

Oprócz rządu, ludziom z zachodu życie uprzykrzała natura. 

Zimą 1882/1883 w Edmonton i Battlefordzie nie było zaopat­
rzenia, ponieważ nie dało się tam dojechać nawet saniami. 
Zabrakło nafty i świec, więc między zmierzchem a świtem 

życie zamierało. We wrześniu 1883 r. mróz zniszczył zboże 
ozime. W 1884 r. nastąpiła susza, potem powódź, a po niej 
znowu ciężka zima. Farmerzy nie głodowali, bowiem nie 
mogąc „polegać na zaopatrzeniu rządowym", sami robili 

zapasy, lecz i tak z zazdrością spoglądali na rezerwaty i ich 
przydziały żywności. Nawet indiańskie bydło przenoszono na 

zimę do rządowych obór w Battlefordzie. „Trzeba wprawdzie 
dla niego kupować siano, ale za to oszczędza się biednemu 
Indianinowi kłopotu troszczenia się o własne bydło", pisał 

zgryźliwie „Saskatchewan Herald". Nic dziwnego, że Metysi 

T. G o w a n 1 o c k, T. D e 1 a n e y, Two Months in the Camp ofBig Bear. 

•ne Life and Aihentures ofTheresa Cowanlock and Theresa Delanew

 Regina 

'999, s. 62. 

Batoche 1885 

background image

66 

zaczęli składać wnioski, aby rząd im także wyznaczył rezer­
waty, przydzielał ziarno, zwolnił od podatków, zapewnił 
szkoły oraz naukę zawodów

8

. Arcybiskup Tache popierał ten 

pomysł, ale zastrzegał, że pomoc socjalna w takim rezerwacie 
może być oferowana, lecz nikomu nie powinna być narzucana. 
Nie czekając na to, wielu Metysów deklarowało status 
Indianina i przenosiło się do rezerwatów Kri (Metysem był 
nawet wódz Kri Brodacz, który swoje imię zawdzięczał 
demaskującemu go zarostowi). 

Jakby tego było mało, zmorą farmerów były wizyty 

indiańskich sąsiadów. Wyglądało to tak: „Drzwi otwierały 
się gwałtownie i jeden za drugim wchodziło kilku agresywnie 
wyglądających facetów. Siadali z karabinami między ko­
lanami i czekali, aż zostaną nakarmieni. Gdy zjedli, od 
razu wychodzili, ale zanim postawiono przed nimi jedzenie, 
mogli tak siedzieć przez kilka godzin"

9

. Farmerzy próbowali 

„zaszczepić im doktrynę gospodarności i ambicji", ale 

bez widocznego efektu. 

Oprócz Indian i farmerów, do niezadowolonych należeli 

administratorzy rezerwatów, potocznie znani jako agenci 
indiańscy. Inaczej niż w USA, gdzie funkcje agentów pełnili 
głównie duchowni, kanadyjskie rezerwaty były obsadzane 
urzędnikami. Nie była to ciepła posadka. Płace były takie 

same, jak na wschodzie, więc ani nie kompensowały uciąż­
liwości życia w dziczy, ani nie były adekwatne do od­
powiedzialności. Nie nęciły pracowników o wysokich kwali­
fikacjach, a przy tym żonatych (od żon oczekiwano, że będą 
szkolić sąuaws w prowadzeniu gospodarstwa domowego). 
Często na zachód jechali młodzi i niedoświadczeni albo tacy, 
którzy liczyli na spokojną pracę z dala od centrali. Bywały 

więc i nadużycia — najczęściej zawyżanie kosztów albo 
liczby Indian pobierających świadczenia. Trzeba dodać, że nie 
zawsze wynikało to ze złej woli agentów. Liczbę beneficjantów 

8

 B o w s f i e 1 d, op. cit.. s. 104. 

' R. J e f f e r s o n, Fifty Years on the Saskatchewan, Battleford 1929, s. 35. 

67 

socjalu było trudno ustalić; z początku Indianie sami ją 

określali, z reguły mnożąc swoje plemię bez opamiętania. 
Kiedy zauważono to i zaczęto ich liczyć, pożyczali sobie 
dzieci i innych członków rodziny. Czasem domagali się 
wypłaty na dzieci, które miały się jeszcze urodzić, a niekiedy 

„dla niewidomych braci, którzy nie mogli przyjść". Prak­
tykowali także pobieranie wypłat w kilku rezerwatach po kolei. 

Agentów czekało wiele niespodzianek. Zaskakiwały ich 

nawyki i obyczaje Indian — na przykład, że nie lubili 
wieprzowiny, a osobliwie bekonu, który rząd obok wołowiny 
uczynił drugim zasadniczym składnikiem racji żywnościowych. 
O hodowli świń w rezerwatach nie było mowy, te sympatyczne 

zwierzęta w ogóle się Indianom nie spodobały. Skądinąd nie 

podobało im się niemal nic nowego. Wronia Stopa nie zgodził 
się na budowę misji anglikańskiej, oświadczając, że na skutek 
wybudowania misji katolickiej umarli wszyscy starcy i dzieci, 
zaś jeśli zbuduje się jeszcze anglikańską, umrze reszta 

plemienia — „na nadmiar kościoła". Nie pozwalał na żadne 
budowy, czy to płotu przy torze, bocznicy kolejowej do 
kopalni, czy rurociągu. Może chodziło mu o to, by łopatami 
nie ranić matki Ziemi. Innym źródłem sporów były szkoły. 

Rząd przewidywał powszechne i przymusowe nauczanie, ale 
Indianie nie docenili jego troski; agent raportował, że z powodu 
szkół Czarne Stopy byli „w ciągłym stanie stłumionego 
podniecenia". Jak mu wyjaśnili, jeśli dzieci przesiąkną naukami 

białych, po śmierci nie spotkają się z rodzicami w krainie 
szczęśliwych łowów. 

Centrala w Ottawie za wszelkie niepokoje w rezerwatach 

obarczała winą agentów. Tymczasem to sam Departament 
Indian, przez swój brak wiedzy o terenie i ręczne sterowanie 
na odległość kilku tysięcy kilometrów, wprowadzał zamęt. 

Przyjmując każde zażalenie i nakazując spełnianie wszelkich 
indiańskich żądań, jego urzędnicy mogli czuć się dobroczyń­

cami, ale takie działania dezawuowały agentów i odbierały im 
autorytet. Mała Topola, wódz Kri, który wędrował z obozem 

background image

68 

to po amerykańskiej, to po kanadyjskiej stronie, ciągnąc 

zasiłki od obu rządów, czuł się tak mocny, że potrafił 
publicznie oznajmić agentowi, iż wystarczy, aby uderzył 
pejczem w druty telegrafu, a w ciągu jednego księżyca 
Departament przyśle nowego agenta na jego miejsce. Nic 
dziwnego, że chętnych do takiej pracy było mało, a w dodatku 
niejeden zniechęcony wracał na wschód. Wytrzymywali od­

porni i konsekwentni, którzy jednak z powodu tych cech nie 
byli wśród Indian zbyt popularni. 

Co bardziej lękliwi agenci podkreślali, że Indianie wyrażali 

swoje pretensje ze „zdumiewającą powściągliwością", sugeru­

jąc, że gdyby chcieli, mogliby rozpętać wojnę. Pod wpływem 

opowieści o masakrach osadników w USA, przeceniali zarów­
no potęgę, jak wojowniczość Indian. Plemiona Kanady były 
stosunkowo nieliczne i słabo uzbrojone. Broń powtarzalna 

dawała przewagę w sile ognia nad żołnierzami uzbrojonymi 

w karabiny jednostrzałowe, ale Indianie mieli jej niewiele. 
Była mniej dostępna niż w USA, a poza tym kłopotliwa, 
ponieważ wymagała specjalnej amunicji, konserwacji i facho­

wych napraw. Poza tym, odkąd znikły bizony, bardziej 
przydatne do polowania były strzelby, więc wielu Indian 

posprzedawało farmerom swoje Winchestery i Sharpsy, a sami 
zaopatrzyli się w tańsze, dostarczane przez Kompanię Zatoki 
Hudsona strzelby kapiszonowe typu I. Hollis and Sons 
North-West-Gun, Barnett oraz Parker-Fields. Te gładkolufowe 
strzelby uniwersalne, na kule i śrut, najczęściej dużego kalibru, 
miały sporo zalet (niewielki ciężar, prosta konstrukcja, odpor­

ność na uszkodzenia), lecz była to broń myśliwska, skuteczna 
na małą odległość. Oprócz tego Indianie posiadali łuki 
i różnoraką broń białą. 

Ale osadnicy nie byli uzbrojeni lepiej. Większość farmerów 

nie miała broni ani nie umiała strzelać, a nawet miejscowi 
kowboje najczęściej nie nosili rewolwerów. Inaczej niż 
Amerykanie, nie liczyli na siebie, lecz na opiekę policji. 
NWMP zapewniała, że pod jej skrzydłami są bezpieczni. 

69 

Faktycznie, ścigała przestępców nieustępliwie, co zyskało jej 
dewizę „ We get our man"

10

. Ponieważ tropy kradzionych 

krów i koni zwykle prowadziły prosto do jakiegoś tipi, 
„wykrywalność" była wysoka. Policjanci bardzo starali się 
odróżniać od „bezwzględnej i okrutnej" kawalerii USA, toteż 

obchodzili się z Indianami jak z jajkiem; konstabl Wilson, 
któremu uciekli czterej aresztowani, zameldował, że mógł 
użyć broni, ale „nie ma takich rozkazów, które usprawied­

liwiałyby zabicie uciekającego więźnia" ". NWMP nie stoso­
wała siły, jej specjalnością był blef. O ile więc z „wykrywal­
nością" było nieźle, to „nieuchronność" kary była prob­
lematyczna, a ojej „surowości" nie było mowy. Indianin mógł 

być pewien, że sędzia wymierzy mu wyrok dużo łagodniejszy 
od tego, jaki za takie samo przestępstwo otrzymałby biały. 
Z reguły jednak zapadał wyrok, dający się streścić słowami: 
„Jesteś niewinny, i nie rób tego więcej". Jeszcze częściej niż 
sędziowie uniewinniały Indian sądy przysięgłych; insp. Sam 
Steele uważał, iż dlatego, że przysięgli „bali się, że wyrok 

skazujący spowoduje wojnę indiańską albo że Indianie z ze­

msty wybiją ich bydło"

 12

. Pewien brytyjski generał major 

w stanie spoczynku, Thomas Bland Strange, który miał ranczo 

koło Calgary, ponosił szkody na skutek podpalania przez 

Indian prerii (czasem powodowało to śmierć setek krów), i był 

nękany przez bydło- i koniokradów, krytykował takie po­
stępowanie: „Dla wszystkich dzikich łagodność oznacza tylko 
tchórzostwo i spotyka się z pogardą". Wątpił także w skutecz­

ność resocjalizacji. Szczególnie źle wspominał to, że kiedy 
raz sam wytropił skradzione konie, a policjant („spokojny 
sierżant o niestosownym nazwisku Fury") aresztował złodzieja 

— niejakiego Wiszące Suszone Mięso — sąd umorzył sprawę 

„Złapiemy, kto nasz". Dewiza ta została wymyślona przez gazetę z Fort 

Benton — oficjalna brzmiała „Strzec prawa". 

R. A t k i n, Maintain the Right. The Early History of the North West 

Moimred Police, 1873-1900,

 Toronto 1973, s. 146. 

S  t e e 1 e, op. ci!., s. 152. 

background image

70 

ze względu na tak zwaną „znikomość". Oburzonemu genera­
łowi sędzia oświadczył jowialnie, że sprawca jest gotów na 

znak ugody dać mu pocałunek pokoju, co też Wiszące Suszone 
Mięso niezwłocznie uczynił. „Był to pocałunek Judasza; 
wkrótce znowu kradł moje krowy. Po drugiej stronie granicy 
Sędzia Lincz zrobiłby z niego wiszące mięso — wściekał się 
Strange. — Nie pamiętam, aby sąd kiedykolwiek ukarał 
Indianina za cokolwiek, a policja nie pozwala osadnikom 

wziąć prawa w swoje ręce"

l 3

. Nawet komisarz Acheson 

Gosford Irvine pisał, że kanadyjska strona jest przyjazna dla 
złodziei, ponieważ dzięki staraniom policji „nie muszą liczyć 
się z ewentualnością kuli albo stryczka, która towarzyszy 

uprawianiu tego zajęcia w USA". Paradoksalności swego 
stwierdzenia chyba nie dostrzegał. 

Tak dokonywała się erozja autorytetu policji i powagi 

prawa. W pewnym rezerwacie pracownik zdenerwował się na 

jakiegoś Kri, który oparty o płot drwił z jego pracy w ogródku, 

i uderzył go w twarz. Indianin wezwał policję, a sąd skazał 
gwałtownika na 3 dolary grzywny. Tyle wynosiła tygodniowa 
pensja, ale Indianina to nie zadowoliło, więc przyszedł 

z gromadą kolegów i stratowali ogródek. Policja nie reagowała, 
a komisarz Irvine raportował z zadowoleniem, że „nie było 
o wiele poważniejszych konsekwencji"

 14

. Spokojnie, panie 

komisarzu, to tylko kwestia czasu... 

W grudniu 1881 r. w rezerwacie przyjaznego i rozsądnego 

Wroniej Stopy z powodu śniegów zaczęły się opóźniać dostawy 
bydła rzeźnego z Montany. Indianie zażądali dostaw szybszych 

i większych, w przeciwnym razie grożąc agentowi zastrzele­
niem. Agent nie miał wiele do powiedzenia, a kiedy wojownicy 
wpakowali kilka kul w ścianę obok niego, uciekł do Fortu 

Macleod. Policja przywróciła spokój, nikt nie został za­
trzymany, a 2 stycznia 1882 r. znów niejaki Byk Łoś jako 

T. B.  S t r a n g e . Gitnner Jingo's Jubilee, Londyn i Sydney 1893, 

s. 388-389. 

14

  H a y d o n , op. cit., s. 88. 

71 

ar

aumentu w kłótni z pracownikiem agencji o cenę wołowej 

ojowizny użył dubeltówki. Nie trafił, ale tym razem inspektor 

Francis J. Dickens postanowił go ukarać. 

Francis J. Dickens był synem Karola Dickensa i nazywano go 

Małym Karolkiem", zaś jego sławny ojciec (który najwidocz­

niej nie miał o nim wysokiego mniemania) przezywał go 
Kurokradem. Być może dlatego syn szukał potwierdzenia swej 

wartości w kanadyjskiej dziczy. Jak zwykle przyjechał z dwoma 
konstablami i aresztował Byka Łosia. Jednak tłuszcza była 

agresywna bardziej niż zwykle. Dickens nie mógł uspokoić 
Indian, stracił nerwy i popełnił błąd — wezwał na pomoc 
Wronią Stopę, przez co postawił autorytet wodza ponad swoim. 
Skończyły się dusery o „piórach chroniących ptaka". Indianie 

powalili inspektora na ziemię, uwolnili aresztowanego, a Wronia 
Stopa oświadczył, że ponieważ policja traktuje Indian gorzej niż 
psy, Byk Łoś zostanie poddany jurysdykcji plemiennej. Czarne 
Stopy zareagowali na to aplauzem: „Takiego wycia i strzelania 

jeszcze nigdy nie słyszałem", napisał agent '\ Dickens odszedł 

w niesławie. Minął tydzień, a do rezerwatu przybył z 20 ludźmi 
superintendent Leif Crozier i znów aresztował Byka Łosia, czym 

zaszokował Wronią Stopę, który sądził, że sprawa jest skończo­
na. Indianie przyjęli groźną postawę, lecz policjanci zamiast 
interweniować, zamknęli się w magazynie i zaczęli wycinać 
w ścianach otwory strzelnicze. 

— Macie zamiar się bić? — zapytał Wronia Stopa. 
— Nie, jeśli wy nie zaczniecie — odrzekł Crozier. 

Indianie ustąpili, i Byk Łoś został odstawiony do Fortu 

Macleod. Ponieważ sąd uznał, że nie chciał pracownikowi 
agencji zrobić krzywdy, lecz tylko go przestraszyć, dostał dwa 
tygodnie aresztu. Insp. Dickens zaś został przeniesiony na 

drugi koniec Terytoriów — do dystryktu Saskatchewan. 

Tam wcale nie działo się lepiej. Departament Indian 

doprowadził w końcu do tego, że do Saskatchewanu powróciły 

3

  S t a n l e y , The Birth..., s. 278. 

background image

72 

szczepy Kri Dużego Niedźwiedzia, Piapota i Małej Sosny, 
które obozowały w Cypress Hills. Departament, kusząc Indian 
socjalem, namawiał wodzów, by wybrali sobie rezerwaty, ale 

w paradę wchodziła mu policja z Fortu Walsh, która bez 
żadnych warunków zaopatrywała Indian w żywność, herbatę, 
cukier i tytoń. Mało tego, kiedy w roku 1882 pod naciskiem 
USA Departament wprowadził dla Indian przepustki, bez 

których nie mogli przekraczać granicy, komisarz Irvine orzekł, 
iż jest to „złamanie lojalności wobec Indian", a policja nie 
dokonywała ich kontroli. NWMP czuła się stanowczo zbyt 
niezależna, więc ostatecznie rząd zlikwidował Fort Walsh, 
a Indianom wskazał jako miejsce odbioru świadczeń istniejące 

rezerwaty w Saskatchewanie. 

Sukces Departamentu był pozorny. Liczba odbiorców 

świadczeń raptownie wzrosła, lecz środki na socjal nie 
zostały zwiększone. W rezerwatach zapanował chaos. Zasada, 
że przydziały otrzymują tylko pracujący, stała się fikcją 

— otrzymywał je ten, kto potrafił je wymusić na agencie, 
choćby groźbą użycia broni. Indianie zaczęli nie tylko 
żebrać na farmach, lecz bez skrupułów zarzynać bydło. 
Łatwym łupem było bydło „kołchozowe"; zabijanie przez 
Indian krów ich własnego szczepu nie było wobec prawa 
przestępstwem, więc w rezerwatach stada zaczęły topnieć. 
Indianie zasiedzieli zaczęli niechętnie patrzeć na nowych 

przybyszów. Rząd nakazał nie wydawać żywności Indianom 
zabijającym kolektywne bydło, ale to tylko zamykało błędne 
koło. Agenci, komisarze, przedstawiciele miejscowych elit 
błagali rząd, by zwiększył świadczenia. Tymczasem premier 
Macdonald stwierdził w parlamencie, że „jeśli został po­

pełniony jakiś błąd, to jest nim dostarczanie Indianom 
zbyt dużych ilości zaopatrzenia". 

Poniekąd tak to wyglądało; kontrola za rok fiskalny 1883 

stwierdziła, że na karmienie Indian w rezerwatach wydano pół 

miliona dolarów, czyli dwie trzecie wszystkich wydatków na 
sprawy indiańskie w Manitobie i na Terytoriach, i dwa razy 

73 

więcej, niż na to przeznaczono w reszcie Kanady. Istotne było 

n

ie tylko obciążenie dla budżetu. Takie proporcje wydatków 

dowodziły fiaska koncepcji rezerwatów rolnych. Miały być 
szkołą gospodarowania, przygotowującą mieszkańców do 
samodzielnego życia w cywilizacji, a zamieniły się w getta, 
zamieszkane przez odbiorców zasiłków. Widzieli to agenci, 
ale przeważnie godzili się z tym jako faktem obiektywnym 

(jak John Rae z Battlefordu, kuzyn premiera, który pisał do 
niego, że „mówienie Indianom, że muszą pracować albo 

głodować, to nonsens")

1 6

. Kanada jednak nie doszła jeszcze 

do poziomu państwa opiekuńczego. „Trzeba pamiętać 

— oprzytomniał komisarz Dewdney — że ciężko pracujący 
podatnik płaci na to, by Indianie mogli żyć w próżniactwie". 
Edgar Dewdney obok funkcji komisarza do spraw Indian był 
od 1881 r. również gubernatorem Terytoriów Północno-
-Zachodnich, co zmieniło mu nieco punkt widzenia. Depar­
tament Indian, który za panaceum uważał zwiększenie cen­

tralizacji, wydał zarządzenie, aby wszystkie, nawet najmniejsze 
wydatki rezerwatów były zatwierdzane przez Ottawę. Można 

się domyślać, jak poprawiło to efektywność ich działania. 

Nadszedł kolejny przednówek. Indianie zjadali ziarno siewne 

i sadzeniaki. Wielu było głodnych — najczęściej starców, 

kobiet i dzieci. Wojownicy radzili sobie jakoś. W styczniu 

1884 r. komisarz Hayter Reed w sprawozdaniu o stanie 

rezerwatów wymienił Crooked Lakę jako jeden z tych, 
w których nie powinno być głodu, między innymi dlatego, że 
Indianie mieli „duże możliwości łowienia ryb i polowania na 
drobną zwierzynę". Chyba nie wiedział, że Indianie nie lubili 

polować na nic, co nie było bizonem lub w najgorszym razie 

jeleniem, a do ryb czuli osobliwe obrzydzenie. Crooked Lakę 

nie zostało więc zaliczone do obszarów klęski i tamtejszy 
instruktor wydawał żywność tylko uprawnionym. W lutym 
przyszła do niego grupa Indian pod wodzą Żółtego Cielęcia. 

S t o n e c h i 1 d, W a i s e r, op. eh., s. 61. 

background image

74 

Na propozycję instruktora, że zamiast żywności da im amunicję 
do polowania, wojownicy potraktowali go nożami i kop­
niakami, otworzyli magazyn i obsłużyli się sami. Wezwany 
insp. Deane z 10 konstablami zastał Indian w budynku. „Było 

tam pełno Indian; niektórzy mieli strzelby, inni Winchestery, 
ale każdy miał jakąś broń palną — wspomina. — Kiedy 
przekroczyłem próg, wpadłem do wykopanego dołka i o mało 
się nie wywaliłem jak długi, na co rozległ się ogólny rechot"

  i 7

Daleko zaszła policja w ciągu kilku lat... Niezrażony tym 
inspektor zaczął łagodnie perswadować, iż „Wielka Biała 

Matka bardzo się zmartwiła słysząc, że jej indiańskie dzieci 
zrobiły tak brzydką rzecz... Jest pewna, że jej indiańskie 
dzieci nie ukradłyby towarów, gdyby jacyś źli ludzie nie 
włożyli złych myśli w ich serca, i spodziewa się, że ci 
Indianie, którzy namówili innych do tego złego uczynku, 

oddadzą się w ręce sądu". 

— Bierzemy, co nasze — wyjaśnił mu Żółte Cielę. — Po 

co są te zapasy, jeśli nie po to, żebyśmy je zjedli? 

Deane odszedł jak niepyszny i poprosił na pomoc superin-

tendenta Herchmera. Herchmer wziął 40 ludzi i spróbował 
starym sposobem wejść w środek obozu Indian i wyciągnąć 

z niego winowajcę w kajdankach. Zapomniał tylko, że nie 
miał sądowego nakazu. „Nie wiem, co Herchmer chciał zrobić 

— pisze Deane. — Nie mieliśmy nakazu aresztowania. Sami 
prowokowaliśmy Indian do popełnienia morderstwa, grożąc 

wdarciem się na ich teren, na który nie mieliśmy prawa 
wchodzić siłą. Z kryminalistycznego punktu widzenia nie 
mieliśmy locus standi". Dokładnie tak uważał Żółte Cielę. 
Herchmer podszedł do drzwi magazynu, spojrzał z bliska 

w wyloty luf indiańskiej dubeltówki i stwierdził, że „jeszcze 
krok dalej, a otworzyliby ogień, i nie sądzę, że komuś z nas 
udałoby się uciec"

1 8

. Policjanci oddalili się. Z Indianami 

spotkał się następnie komisarz Reed. „Iżby byli bliscy za-

17

  A t  k i n ,

 op. cii., s. 206. 

18

  S t a n l e y , The Birth..., s. 279. 

75 

ułodzenia, nie mogę przyznać, ich wygląd zadawał kłam 
takiemu przypuszczeniu — napisał w raporcie — a jeśli 

nie wygląd, to Winchestery i pełne pasy naboi sugerowały, 
że mają pewne sposoby zaopatrywania się"

i 9

.

 Nastąpił 

dwudniowy dialog, w którym komisarz osiągnął z Indianami 
porozumienie, na mocy którego ktoś tam został o coś 
oskarżony i od razu uniewinniony. Reed dowodził, że 
gdyby nie jego rozsądek, jak amen w pacierzu wybuchłaby 
wojna, ale nie dało się ukryć, że NWMP nieodwołalnie 

straciła prestiż. Indianie przekonali się, że jej stanowczość 
to blef bez pokrycia. Największą trzeźwość osądu wykazał 
pokłuty i skopany instruktor, który napisał do Dewdneya: 
„Obawiam się, że jeśli nic nie zostanie zrobione, aby 

ukarać winowajców, to spróbują tej zabawy znowu". Wieść 
się rozeszła, w kilku innych rezerwatach Indianie także 

zechcieli zająć się rozdzielaniem dóbr, i trzeba było wystawić 
posterunki policji przy magazynach. 

Tymczasem stawało się głośne imię Dużego Niedźwiedzia. 

Onże Duży Niedźwiedź szczycił się, że nikt w jego szczepie 
Równinnych Kri nie zabił więcej Czarnych Stóp niż on (nie 
był to jednak zbyt liczny szczep, wszystkiego 12 tipi). Wódz 

ten w swoim czasie nie podpisał Traktatu numer 6, ponieważ 
Morris nie chciał mu dać gwarancji, której się domagał: iż 
w zamian za to, że dotknie pióra, nie zostanie powieszony (nie 

było jasne, czy chodziło mu o jakieś sprawki przeszłe, czy 
ewentualne przyszłe). Duży Niedźwiedź podpisał traktat 
w 1882 r., lecz dalej wałęsał się, zaopatrując to w tym, to 
w innym rezerwacie. Przyłączali się do niego różni niezado­
woleni, i obóz Dużego Niedźwiedzia rozrósł się do dwustu 

osób. Pierwsze skrzypce grał w nim wódz wojenny Wędrujący 
Duch, który nie lubił kraść koni, ale lubił się bić, a pod 
względem zabijania Czarnych Stóp ustępował tylko Dużemu 
Niedźwiedziowi. Wkrótce wędrowny obóz zaczęła otaczać 

" B. B e a I, R. M a c 1 e o d, Prairie Fire. The 1885 North-West Rebellion, 

Edmonton 1984, s. 84. 

background image

76 

legenda. Kri pozowali na ostatnich wojowników, starając się 
naśladować Sjuksów, od których w Cypress Hills nasłuchali 
się o przewagach nad wasichun, a zwłaszcza o zwycięstwie 
nad 7 pułkiem kawalerii ppłk. Custera. W Kanadzie zafał­
szowany obraz bitwy nad Little Big Horn budził zgrozę 
i podziw dla Indian

 20

, toteż mogli sądzić, że jeśli upodobnią 

się do hotamitaniu — żołnierzy-psów (w języku Kri atim-

eenawuk),

 wzbudzą wśród białych większy respekt, niż gdyby 

zostali nawet przodującymi rolnikami. Wodzowie Indian 
z rezerwatów patrzyli na Dużego Niedźwiedzia najczęściej 
z niechęcią. Był dowodem, że nieposłuszeństwo popłaca 

— Indianie w rezerwacie musieli pracować, by otrzymać 
żywność, a oporni dostawali ją za nic. Atim-eenawuk szaro­
gęsili się po rezerwatach, zastraszając jednych kołchoźników, 
a imponując innym, i podważając autorytet wodzów. Duży 
Niedźwiedź zaś otwarcie sięgał po rząd dusz nad plemieniem 
Kri, wzywając do stworzenia wspólnego frontu odmowy 
(w którym siłą rzeczy odgrywałby główną rolę). 

Jego jedynym konkurentem był Budowniczy Zagród. Wpraw­

dzie nigdy nie zabił ani jednej Czarnej Stopy, ani nawet 
marnego Brzuchacza — Gros Ventre, nie należał do wpływo­
wego w jego szczepie Stowarzyszenia Grzechotników, ale 
i tak cieszył się prestiżem: był zamożny, dzięki przybranemu 
ojcu Wroniej Stopie miał oparcie w plemieniu Czarnych Stóp, 

i był szanowany przez białych. Z pełną godności postawą, 
tubylczą elegancją i kwiecistą elokwencją odpowiadał wyo­
brażeniu o „szlachetnym dzikim". Robert Jefferson, instruktor 
rolnictwa, pisze, że „jego mowa była tak odpowiednia, iż na 

20

 Przykładowo: „Z zuchwałą pogardą dla nieprzyjaciela Custer ruszył 

prosto na Indian z siłą około 1200 ludzi. Niefortunny generał i wszyscy ludzie 
z jego oddziału zostali zabici; ani jeden nie uszedł furii Sjuksów. [...] 
Siedzący Byk, pobiwszy śmietankę kawalerii USA, wkroczył do Kanady 
z 4000-6000 wojowników"  ( H a y d o n , op. cit., s. xvi, 73). Taki styl 

obowiązuje zresztą do dziś. W rzeczywistości ppłk Custer miał około 650 
ludzi, z których zginęło 263. indiańskich wojowników zaś było około 2000, 
a do Kanady z Siedzącym Bykiem przeniosło się ich kilkuset. 

77 

każdym słuchaczu robił wrażenie; w rzeczy samej sądzę, że 
na sobie samym też robił wrażenie"

2 1

. Budowniczy Zagród 

miał obycie w towarzystwie; w 1881 roku towarzyszył 
generalnemu gubernatorowi Kanady, markizowi Lorne, i jego 

małżonce, księżnej Luizie, podczas ich wizyty na Terytoriach. 

Jakiś dziennikarz zauważył potem z przekąsem, że wódz 
„tak się przejął okazywaną mu atencją, że nie jest już 
pewien, czy jest Indianinem, czy też komisarzem (mimo że 
pozbył się portek i znowu chodzi w kocu)". Budowniczy 

Zagród istotnie ambicje miał nie byle jakie — w 1883 roku 
doprowadził do strajku Indian i zażądał powierzenia mu 
kierownictwa rezerwatu. Było kwestią czasu, kiedy jego 
talent polityczny zmierzy się ze sprytem i przebiegłością 

Dużego Niedźwiedzia. 

Chwila prawdy nadeszła w czerwcu 1884 roku. Agent John 

Rae spróbował groźbą wstrzymania dostaw żywności zmusić 
Dużego Niedźwiedzia, żeby wybrał sobie własny rezerwat 
i przestał dawać zły przykład. Poskarżył się też komisarzowi 

Reedowi, że policja zakłóca mu pracę wychowawczą, ponieważ 
„wielu najgorszych typów, którym on odmówi [wydania 
żywności], idzie do koszar i napycha sobie brzuchy". Duży 

Niedźwiedź tak się zbiesił, że zaprosił wszystkie szczepy Kri 
do spotkania... w rezerwacie Budowniczego Zagród koło 
Battlefordu. Mieli tam odtańczyć taniec pragnienia

22

. Ten 

taniec wychodził już z mody; coraz mniej młodych mężczyzn 

chciało poddawać się rytualnym torturom. Wystarczającą 
udręką było grzebanie w ziemi... Nie wszyscy wodzowie byli 
zachwyceni perspektywą takiej imprezy i skorzystali z dono­
sów; jak raportował Hayter Reed, „mówią mi, że Duży 

Niedźwiedź zaleca drastyczne środki; mówią mi, że nawet 
posunął się do zasugerowania zabicia agentów i wyższych 

Jefferson,op. cii., s. 103. 

Taniec pragnienia (w języku Kri dosłownie „powstrzymywanie się od 

picia wody", czyli rodzaj rytualnego postu) był odpowiednikiem tańca słońca 
uprawianego przez Indian prerii w USA. 

background image

78 

urzędników"

 n

.

 Reed napomknął, że można by go prewencyj-

nie aresztować, ale kiedy inspektor W. D. Antrobus tylko 
spróbował zabronić Dużemu Niedźwiedziowi wejścia do 

rezerwatu, Indianie przestraszyli jego konia, gwałtownie 
otwierając przed nim parasol. Koń Antrobusa poniósł, inspektor 
zgubił pikielhaubę, a Indianie mieli wiele uciechy. 

Większość wodzów nie skorzystała z zaproszenia, lecz i tak 

u Budowniczego Zagród zebrali się Kri z siedmiu rezerwatów. 
Mistyczno-wojowniczy taniec pragnienia stwarzał atmosferę, 
w której można było sądzić, że Duży Niedźwiedź w porów­

naniu z mało walecznym konkurentem wypadnie lepiej i zo­
stanie liderem wszystkich Kri. Jednak kiedy Indianie łomotem 
bębnów, samookaleczeniami i nieprzerwanym tańcem wpędzali 

się w amok, wydarzył się incydent, który miał przynieść 
nieoczekiwane konsekwencje. 

Zaczęło się jak zwykle: niejaki Człowiek Mówiący Po 

Naszemu zażądał żywności, a młody służbista, instruktor 
Craig odmówił z uzasadnieniem, że zgodnie z przepisami 
przydziały są tylko dla pracujących albo dla starych i chorych, 
a on nie zalicza się do żadnej z tych grup. 

— Myślę, że prędzej dałbyś jeść psu, niż mnie — obraził 

się Człowiek Mówiący Po Naszemu. 

Świadkowie byli zgodni, że Craig wykazał niezrozumienie 

Indian, brak umiejętności postępowania z nimi oraz złe 
wyczucie sytuacji. Spróbował mianowicie wyrzucić Człowieka 
Mówiącego Po Naszemu z magazynu, przez co ten obraził się 

jeszcze bardziej. Kolejnym błędem Craiga było, że poskarżył 

się policji, chociaż nie było o co, bo aczkolwiek Człowiek 
Mówiący Po Naszemu przywalił mu parę razy trzonkiem od 
siekiery, to przecież Craig zasłonił głowę i dostał tylko po 

ramieniu. Nic dziwnego, że Człowiekowi Mówiącemu Po 
Naszemu ani było w głowie dać się aresztować wezwanemu 
przez agenta patrolowi. Kapral Ralph Sleigh zameldował | 

2 3

 B e a 1, M a c 1 e o d, op. cit., s. 56. 

79 

0

 tym superintendentowi Crozierowi w Battlefordzie, ale i ten ze 

swoimi 25 konstablami nie zrobił wrażenia na Indianach, czemu 

dali wyraz. „Nie strzelali do nas — meldował wciąż optymisty­
czny Crozier. — Kule przelatywały nam nad głowami". Tak jak 

kiedyś u Wroniej Stopy, zamknął się w magazynie i siedział tam 
przez całą noc, podczas gdy Indianie tańczyli. Nazajutrz 

dołączyło jeszcze 30 konstabli, w Battlefordzie zaś zmobilizowa­
no milicję, a ludność ewakuowała się do fortu. Człowiek 

Mówiący Po Naszemu nadal nie chciał iść, a policja z minuty na 
minutę wyglądała mniej poważnie. Crozier wyjaśnił potem 

w raporcie, że nade wszystko chciał uniknąć „wojny z całą jej 
nieodłączną grozą... Niezadowolenie obejmowałoby plemię po 

plemieniu, aż cała ludność indiańska zwróciłaby się przeciw 
białym". Jednak po kilku godzinach handryczenia się Crozier 

zaryzykował wzbudzenie niezadowolenia Indian; konstabl „Sli-
go" Kerr chwycił Człowieka Mówiącego Po Naszemu za 
warkocze i wciągnął za kordon policjantów. Wtedy wydarzyło 

się coś nieoczekiwanego — na środek wyskoczył nie kto inny, 
lecz kulturalny i dostojny Budowniczy Zagród, wymalowany 

i odziany w przepaskę biodrową. 

— Teraz cię zabiję! — zaczął wrzeszczeć i rzucił się... nie 

na Croziera, lecz na inspektora Antrobusa. Wywijał przy tym 
złowrogo wyglądającą maczugą z trzema ostrzami. 

Budowniczy Zagród dotąd nie dał się poznać z tej strony

24

Można sądzić, że był to pokaz na użytek Indian, a chodziło 
o zabranie wiatru z żagli Dużemu Niedźwiedziowi. Przemyśl­

nie został dobrany ubiór wodza (tradycyjny bojowy strój 
Sjuksów), broń (nie palna, którą mógłby komuś — bodaj 

przypadkiem — zrobić krzywdę, tylko zapożyczony od 

Jeden z uczestników podróży gubernatora opisuje Budowniczego Zagród 

polującego na kaczki: „Obserwowałem go, mając nadzieję, że jego wojenny 
Pony, kierowany lekkim uciskiem kolan, ruszy lotem błyskawicy, a on da 

fura pod jego brzuch i stamtąd strzeli kaczorowi w lewe oko. Zamiast tego 
dostojnie zsiadł, długo celował, wypalił do stada siedzących kaczek i spudłował 

jak cywilizowany londyńczyk" (A tk i n, op. cit., s. 161). 

background image

80 

Sjuksów przerażający pukamakin)

25

 i cel ataku — inspektor, 

którego uważał za bojaźliwego. Nie ryzykował wiele. Gdyby 
na miejscu policjantów stali żołnierze, mogłoby się zdarzyć, 

że w następnej chwili padłby trupem, a z nim może i kilkunastu 
wojowników. W historii obok Wounded Knee znalazłaby się 
„masakra w Battlefordzie", a Budowniczy Zagród nie odegrał­
by już roli w wydarzeniach, które miały jeszcze nastąpić. 

Policjanci zaś tylko zasłonili Antrobusa i zaczęli się cofać do 

magazynu. Rozentuzjazmowani Indianie schwytali tłumacza, 
Metysa Laronde'a, ale i to nie skłoniło policji do nierozsądnych 

czynów: nie dali się sprowokować, choć Indianie rzucili 
Laronde'a na ziemię i spuścili mu łomot. Konstable zamknęli 
się w magazynie, otoczeni przez wyjących Indian, i wyrzucali 
im przez okna jedzenie, póki wycie nie ucichło. 

Budowniczy Zagród odniósł sukces. Chociaż machając 

piikamakinem

 sam się skaleczył w nogę, okazał się większym 

chojrakiem niż Duży Niedźwiedź (ten podczas szamotaniny 
zaczął krzyczeć „Pokój! Pokój!", co miało się okazać jego 
stałym zwyczajem) i utrzymał dominującą pozycję w plemieniu 
Kri. Człowiek Mówiący Po Naszemu został zatrzymany później, 
a sędzia Charles Rouleau z Battlefordu za obrazę królowej 
w osobie jej urzędnika skazał go na tydzień aresztu. Przyszłość 

miała pokazać, że chyba czuł się tym wyrokiem skrzywdzony. 
W lecie sędzia Rouleau napisał do premiera Macdonalda 

o zwiększenie dostaw żywności i liberalizację ich wydawania, 
ale bez żadnych efektów. Sędziego skłoniły zresztą do tego inne 
wydarzenia, dotyczące nie bezpośrednio Indian, lecz Metysów. 

23

 Po raz pierwszy zobaczył tę broń superintendent Walsh u Sjuksów 

Siedzącego Byka. „Był to największy i najbardziej złowrogi tomahawk, jaki 
widziałem w życiu — napisał — trzy długie, szpiczaste, stalowe ostrza, 

osadzone w nabijanej ćwiekami drewnianej rękojeści... Pewnie niejeden 
nieszczęśnik nad Little Big Horn poczuł, jak rozszarpują jego ciało, zanim 
wyzionął ducha" (F. C.  T u r n e r , Across the Medicine Linę, Toronto 1973, 
s. 82). 

Louis Riel 

Louis Riel jako premier Manitoby, w otoczeniu rządu 

background image

Thomas Scott — nemezis Riela William Donohue, irlandzki patriota 

James W. Taylor, człowiek za Arcybiskup Antoine A. Tache 
kulisami 

Budowniczy Zagród — arche­

typ szlachetnego dzikiego 

Francois-Xavier Letendre, zwa­
ny Batoche, założyciel osady 
Metysów, w 1884 r. 

background image
background image

Superintendent Leif N. F. Crozier 

V, « 

Brodacz, wódz Wierzbowych Kri 

Policyjna haubica 

Gen. mjr Frederick Dobson 
Middleton w 1885 r. 

Komisarz Acheson Gosford lrvine 

Superintendent William Macauley 
Herchmer 

background image

Otwarty zamek Snidera-Enfielda 

Martini-Henry 

Winchester model 1876, używany przez NWMP 

GŁOS LUDU WŚRÓD LUDZI WOLNYCH 

Po obiecującym początku w 1870 roku, wydarzenia w Mani-
tobie rozwijały się, jak określił jeden ze współczesnych, 
„w duchu bismarckowskim". Ta aluzja do Kidturkampfu ' 

dotyczyła stosunków między władzą a Metysami i Kościołem. 
„Polityka Kanadyjska" zakładała, że zachód będzie stanowił 
przeciwwagę dla francuskojęzycznej prowincji Quebec, toteż 

był kolonizowany jako anglojęzyczny i neutralny światopo­
glądowo, co w praktyce oznaczało dominację protestantów. 
W Manitobie wkrótce zaczęto likwidować prywatne szkoły 

katolickie, w których językiem nauczania był francuski. 
W 1879 r. podjęto próbę wycofania francuskiego jako języka 
oficjalnego w tej prowincji, a w ciągu 20 lat okazało się, że 

zawarte w Manitoba Act gwarancje dla frankofonów nie były 
warte funta kłaków; ze szkół publicznych wycofano nie tylko 
religię, ale i nauczanie w języku francuskim. Uzupełnieniem 
tej polityki była miejscowa hakata, choć „rugi" Metysów 
przebiegały w sposób wysoce cywilizowany. Rząd uznał ich 
..tubylcze prawo" do ziemi i w celu zaspokojenia roszczeń 

wydał im skrypty — papiery wartościowe na okaziciela, które 

Kulturkampf

— walka ideologiczna i polityczna rządu O. von Bismarcka 

przeciw opozycji katolickiej i Kościołowi; na ziemiach zaboru pruskiego 
cechowała się powiązaniem polityki antykościelnej z antypolską. 

6

 — Baloche 1885 

background image

82 

każdy mógł zamienić na farmę (160 akrów — 64 ha — na 
głowę rodziny i po 240 akrów, czyli 96 ha, na każde dziecko) 
albo je spieniężyć. Był to dobry pomysł na skoncentrowanie 
ziemi w rękach banków i agencji nieruchomości, którym rząd 
powierzył zadanie nasycania zachodu imigracyjną siłą roboczą. 

W dodatku takie same skrypty na ziemię w Mani tobie 
otrzymali ontaryjscy milicjanci, w nagrodę za udział w eks­
pedycji Wolseleya. Nic więc dziwnego, że Metysi najczęściej 

swoje skrypty sprzedawali i wyjeżdżali na zachód. Tam była 
ziemia do wzięcia za darmo i panowały milsze stosunki. 

Oba elementy tej polityki wzajemnie się uzupełniały. 

W ciągu 10 lat w Manitobie liczba Metysów spadła prawie 
o połowę, co w połączeniu z napływem nowych osadników 
sprawiało, że przegrywali w wyborach. Umożliwiało to 

demokratycznie wybranej większości dalsze ograniczanie praw 
frankofonów, a to znów kolejnych Metysów zachęcało do 
wyjazdu na zachód. Można było mieć nadzieję, że się w końcu 

rozproszą po bezkresnej prerii i więcej nie dadzą znać o sobie. 

Tymczasem w 1871 roku w głębi Terytoriów Północno-i 

-Zachodnich, w pobliżu faktorii Kompanii Zatoki Hudsona 
o nazwie Fort Carlton, zakon oblatów założył misję Św. 

Wawrzyńca. Wokół niej powstała osada Metysów o nazwie 
St. Laurent. Niedaleko, koło misji św. Antoniego nad rzeką 
Saskatchewan Południowy, Xavier Letendre zwany Batoche 
zbudował dom i sklep. Obok niego otworzył sklep Georges 
Fisher, a Baptiste Boyer — saloon i restaurację. Kiedy jeszcze 

Salomon Venne założył salon bilardowy, można było uznać, ! 
że powstała miejscowość. Od nazwiska pioniera nazwano ją 
Batoche. W ciągu 10 lat dokoła osiedliło się 2000 Metysów, 

głównie przybyłych z Manitoby. Tak, jak mieli w zwyczaju, 
zajmowali działki z dostępem do rzeki i zakładali na nich 
farmy. Przybywali także inteligenci-politycy, jak dawny 

oponent Riela, były minister prowincji Manitoba Charles i 
Nolin, i dawny towarzysz Riela Maxime Lepine, oraz profe­
sjonaliści, jak nauczyciele Jean Letendre i Philippe Garnot. 

83 

Proboszcz Alexis Andre, Bretończyk, oprócz gorącej wiary 

rz

ywiózł nad Saskatchewan zdrowy rozsądek i poglądy 
Wandei. Dzięki niemu powstało kilka szkół katolickich 

i francuskojęzycznych. Troszczył się nie tylko o swoją trzódkę 
(potrafił w środku zimy jechać po sto kilometrów z sakramenta­
mi), lecz także o bizony (od 1877 roku kilkakrotnie pisał do 
NWMP memoriały, aby je objąć okresem ochronnym). W Bato­

che kwitło życie — Letendre i Venne prowadzili sieć faktorii 
(ich działalność sięgała po Winnipeg, Montreal i Montanę), 
a oprócz tego mieli rancza. Nauczyciel Garnot był także 
hotelarzem. Nolin był biznesmenem, w czym bardzo pomagał 
mu mandat posła do parlamentu w Ottawie. Fisher i Venne 
liczyli się w społeczności jako poczmistrzowie i sędziowie 

pokoju. Kolega szkolny Louisa Riela i sekretarz jego rządu 
tymczasowego Louis Schmidt pełnił urząd ziemski w Prince 
Albert, centrum administracyjnym Dystryktu Saskatchewan 
i mateczniku anglojęzycznych mieszańców. Gabriel Dumont, 

popularny i lubiany myśliwy i właściciel promu, pochodził 
z Edmonton i był jednym z niewielu Metysów miejscowych. 

Batoche stanowiło ośrodek les gens libres, „ludzi wolnych". 

Nazwa ta określała ich charakter oraz styl życia. Nie mieli 
tytułów prawnych do zajmowanej ziemi, ale niezbyt się tym 
przejmowali; uważali, że będąc potomkami Indian, jako pierwot­
ni mieszkańcy mają prawo do całej ziemi na zachodzie oraz do 

jej zasobów naturalnych. Mieli własny kodeks — prawo prerii, 

spisane jako Prawa St. Laurent, i nawet w 1875 roku próbowali 
utworzyć samorząd z Gabrielem Dumontem na czele. Władze, 
poparte oddziałem NWMP nie zgodziły się wprawdzie na to, ale 
i tak Metysom wydawało się, że siedzą jak u Pana Boga za 
piecem. Niestety, rząd szybko dał im znać o sobie. W wyniku 

transakcji z Kompanią Zatoki Hudsona cała ziemia na zachodzie 
stała się jego własnością, i robił z nią, co uważał — zaczynając 
°d pomiarów geodezyjnych. 

„Polityka Kanadyjska" wobec zachodu — centralne za­

rządzanie imigracją, osadnictwem, budową infrastruktury 

background image

84 

— zakładała jednolity podział administracyjny. Cały obszar 
od Wielkich Jezior do Gór Skalistych geodeci dzielili 
z maniacką symetrią na kwadratowe parcele, dzięki której to 
metodzie miasta uzyskiwały piękny w swej prostocie układ 
rusztu. Podział ten był wzorowany na przyjętym w USA, ale 
przewyższał go precyzją i systematycznością. Był nie tylko 
powiązany ze współrzędnymi astronomicznymi, lecz aby 
uniknąć amerykańskiej bezplanowości, każdej parceli było 

z góry przyporządkowane jej przeznaczenie, zanim jeszcze 
sprowadzono osadników. Ignorowano przy tym fakt, że 
osadnicy już tam byli — Metysi, którzy wcześniej osiedlili 
się na przyczepionych do rzeki, wąskich pasach ziemi 

o szerokości 240 m i długości około 3 km. Wymierzyli je 
własnymi metodami: długość działki Metysa wyznaczała 

odległość, na jaką było widać horyzont spod brzucha konia. 
Jak zauważył jeden z geodetów, w tym systemie najwięcej 
zależało od konia. 

Ponieważ podział był zarządzany centralnie, wszystkie 

spory musiały się rozstrzygać w Ottawie. Metysi zwrócili się 
do rządu o uznanie ich „tubylczego prawa" do ziemi oraz 
zmianę metody pomiarów, ale okazało się, że Ottawa słyszeć 

nie chce o innych działkach niż kwadratowe, o dostępie do 
rzeki nawet nie wspominając. Po części był to opór biurokracji 

przed problemami, jakie wynikłyby ze specjalnego potrak- j 
towania Metysów: trzeba byłoby oddzielnie pomierzyć działki 
nadrzeczne, odrębnie je zarejestrować... Ogłoszono więc, że 
według przepisów Metysi nie mogą być uznani za rolników 
(chociaż nie o to prosili), ponieważ uprawiany przez nich 
areał jest za mały, i kontynuowano pomiar działek. Ottawa 

według swoich koncepcji wykorzystania ziemi przydzielała ją 
władzom kolei oraz kompaniom kolonizacyjnym (powiązanym 

z nią tak samo, jak kolej). Ci, którzy się wcześniej osiedlili, 
mieli pecha — jak 24 rodziny Metysów spod Batoche, które 
dowiedziały się, że ziemia, na której stoją ich domy, kościół 

i szkoła, w odgórnych planach została przeznaczona na cele 

85 

rolnicze i przydzielona kompanii kolonizacyjnej. Część nie 
czekając na eksmisję sama się wyniosła. 

gyło jasne, że polityczne podłoże całej sprawy jest rasowe 

(w sensie kanadyjskim); władza nie po to ograniczała żywioł 
francuski w Manitobie, aby pozwolić na jego odrodzenie na 

zachodzie. Potwierdzał to fakt, że wszystkie dokumenty 
dotyczące ziemi były w języku angielskim, i w tym języku 
musiały być składane wnioski. Metysi protestowali więc 
i pisali petycje; w 1878 roku zebranie w St. Laurent podjęło 
uchwałę, w której Metysi domagali się udziału w administracji, 

mianowania przez rząd francuskiego sędziego oraz metyskiego 
członka Rady Terytorialnej, a także subsydiowania francus­

kojęzycznych szkół. Poza tym chcieli uznania „tubylczego 
prawa" do ziemi oraz takiej pomocy dla farmerów metyskich, 

jak dla Indian. Gabriel Dumont poinformował o uchwale 

generalnego gubernatora. Potem Metysi pisali jeszcze kilka 
razy... Premier Macdonald nie brał tego zbyt serio. 

— Metysi są zawsze ze wszystkiego niezadowoleni — po­

wiedział, gdy sprawa „tubylczego niezadowolenia" stanęła 
w parlamencie. — Na to, aby mieszaniec albo Indianin byli 
zadowoleni, moglibyście czekać aż do milenium. 

Przez kilka lat geodeci mierzyli ziemię nie zważając na 

Metysów, Metysi osiedlali się, nie zważając na geodetów, 
a premier zgodnie ze swym przydomkiem „Old Tomorrow" 
(„Stary Jutro") zwlekał i czekał, z nadzieją, że ich przetrzyma. 
Gdyby Metysi przestali się upierać przy „prawach tubylczych" 
i wystąpili o nadanie ziemi na zasadach ogólnych, otrzymaliby 

takie działki, jak wszyscy. Byłby to początek niwelowania 
odrębności kulturowej Metysów i osłabiania więzi społecznych, 
co zapewne skończyłoby się rozpadem kolonii nad Saskat-
chewanem. 

Jakby mało mieli Metysi problemów, to Indianie też nie 

liczyli się z nimi. Jedna Strzała miał pretensje, że chociaż 
Traktat numer 6 nie dawał praw do ziemi Metysom, tylko 
Indianom, to nie pozwolono mu wyrzucić Metysów z miejsca, 

background image

86 

które sobie upatrzył na rezerwat. Również Brodacz, wódz 
Wierzbowych Kri, najpierw chciał usunąć Metysów z osady 
Duck Lakę, potem zażądał, by oddawali mu połowę plonów, 

a wreszcie ustawił na drodze rogatki i pobierał od osadników 
myto. 

W Dystrykcie Saskatchewan wszyscy mieli jakieś zmartwie­

nia: Metysi, farmerzy, Indianie... Nawet inwestorzy, którzy za 
namową kompanii kolonizacyjnych zainwestowali w nierucho­
mości, rozczarowali się, ponieważ ceny ziemi spadły, gdy 
ogłoszono, że przez Prince Albert nie będzie (jak miało być) 

przebiegać linia kolei transkontynentalnej. Spowodowało to 

lokalną depresję gospodarczą, nakładającą się na skutki ogólno­

krajowej recesji. Brak linii kolejowej godził dodatkowo w farme­
rów — i tak cierpieli z powodu nieurodzajów, szarańczy, 
wysokich kosztów produkcji, rozwierających się nożyc ceno­

wych, a teraz stracili szansę na dostęp swoich produktów do 
rynków zbytu. Wszyscy skarżyli się na drogi kredyt, wysokie cła 
i chroniczny brak gotówki. Wszyscy więc pisali skargi i petycje. 

Lokalny układ polityczny obejmował Partię Konserwatywną, 

reprezentującą mieszczan z Prince Albert i farmerów, oraz jej 
antagonistę — Liberalny Ruch Reform, utworzony przez 
grupkę inteligentów z Europy i mający oparcie w ubogich 
osadnikach („ignoranckich analfabetach", jak ich między sobą 
nazywali)

2

, którym podobała się ich wrażliwość społeczna. 

Liberałowie występowali o przekształcenie Terytoriów w pro­
wincję (Manitoba Act przewidywał dokonanie tego już w 1871 j 
roku), co dałoby im możliwość rozwinięcia skrzydeł w nowej 

biurokracji. Konserwatystom nie przeszkadzał przedłużający 
się status tymczasowości, dominowali bowiem w Radzie 

Terytorialnej. Wprawdzie ten naczelny organ administracyjny 
był instytucją fasadową, pozbawioną wpływu na przykład na 
geodezję lub szkolnictwo, ale miał możliwości w dziedzinie 
zamówień publicznych, koncesji i innych konfitur. 

2

 D. M c L e a n. 1885: Metis Rebellion or Government Conspiracy?,\ 

Reaina 1985, s. 131-132. 

87 

pojęcie o różnicach ideologicznych między konserwatystami 

liberałami dają wydarzenia, związane z budową linii 

te

j

e

araficznej do Prince Albert. W 1883 roku z powodu 

dysputy, gdzie ma być stacja telegrafu (to znaczy, ceny 
których działek pójdą w górę, i czy zarobią na tym aktywiści 
partii konserwatywnej, czy liberalnej), wybuchły tak gwałtow­
ne rozruchy, że do miasta ściągnięto oddział policji z Bat-
tlefordu i aresztowano 150 osób. 

Metysi byli kluczowym elementem układu, ponieważ tylko 

dzięki ich głosom trzymali się u władzy konserwatyści. 
Liberałowie starali się ich pozyskać obietnicą załatwienia 
spraw własnościowych, lecz bez powodzenia. Propagowana 
przez nich gospodarka wolnorynkowa przyniosłaby z pewnoś­

cią korzyści wszystkim, ale Metysi obawiali się, że w nowej 
prowincji stracą jako siła polityczna — tak jak w Manitobie 
zostaną stopniowo demokratycznie zdominowani przez ludność 
napływową. Poza tym do liberałów odnosili się z rezerwą, 

jako do protestantów lub masonów. Partia liberalna ponosiła 

więc kolejne porażki wyborcze. Na tym tle wyłoniło się jej 
radykalne skrzydło — Ruch Ludowy. Rej wodził w nim 
młody William Henry Jackson, przybysz z Ontario, humanista 

z dyplomem uniwersytetu w Toronto, szermierz spółdzielczo­
ści, a ponadto wydawca bezkompromisowego, nie przebiera­

jącego w słowach pisma „The Voice of the People" („Głos 

Ludu"). Ruch Ludowy startował oddzielnie w wyborach 
w 1883 roku, lecz poniósł klęskę. 

William Jackson wyciągnął z tego wnioski i zaczął myśleć 

o utworzeniu z farmerów, mieszańców, a zwłaszcza Metysów, 
szerokiego frontu ludowego, niezależnie od dzielących te 
grupy różnic. Zaczął od zdobycia kontroli nad miejscowym 
oddziałem Związku Ochronnego Farmerów Manitoby i Tery­
toriów Północno-Zachodnich. Była to organizacja typu związku 
zawodowego, więc nadawała się na „pas transmisyjny" do 

mas. Aby nadać jej wyraziste klasowe oblicze, Jackson starał 
się oczyścić ją z młynarzy, kupców i podobnych bogaczy 

background image

88 

wiejskich. „Kułactwo" jednak wzięło górę i to jego wyrzucono 

ze Związku. Jackson w odpowiedzi założył bardziej radykalny, 

oparty na „biedniakach" Związek Osadników. Nowa organiza­

cja za cel stawiała sobie przeprowadzenie reformy rolnej oraz 

„uchwalenie praw, które służyłyby ludowi Północnego Za­

chodu, a nie bogatym korporacjom i ubogim politykom"

3

Jackson wprowadzał do programu element walki klas, otwarcie 

zapowiadając, że „kiedy się zacznie, pierwsi pójdą pod nóż 

kupcy i prawnicy". 

William Jackson pamiętał, że jego Związek Osadników bez 

poparcia wyborczego Metysów daleko nie zajedzie. Pozyskanie 

ich było koniecznością dziejową, lecz pozostawał jeden 

problem: Jackson miał wizję „nowego społeczeństwa, w któ­

rym nie byłoby miejsca dla starożytnych przesądów i po­

działów klasowych"

4

, a Metysi hołdowali „starożytnym prze­

sądom" religijnym, a także nie przepadali za biedniakami, 

którzy zbyt często „po bratersku" dzielili się z Metysami ich 

ziemią (jeden taki osiedlił się nawet na działce ojca Andre). 

No i oczywiście nie ufali anglofonom. 

William Jackson nawiązał kontakt z elitą Metysów — Char-

lesem Nolinem, Maximem Lepinem i Michelem Dumasem. 

Udało mu się ich przekonać do podjęcia współpracy z jego 

organizacją, ale oni z kolei musieli tę ideę sprzedać mniej 

uświadomionym Metysom. W tym właśnie celu zwołali 

— opisaną na początku — naradę w domu Abrahama 

Montoura, na której (czego jej organizatorzy raczej nie 

oczekiwali) Metysi postanowili nawiązać kontakt z Louisem 

Rielem. 

1

 Stanley, The Birth..., s. 269. 

4

 M c L e a n, op. cit., s. 67. 

POD SZTANDAREM PROROKA 

Po pierwszej naradzie 24 marca 1884 roku odbyły się 

jeszcze dwie. Uchwalono teksty petycji, takich samych, jak 

zwykle — Charles Nolin i Gabriel Dumont mieli zawieźć 

je do Ottawy, a po drodze odwiedzić Louisa Riela w Mon-

tanie i przekonsultować je z nim. Ponieważ koszty takiej 

podróży uznano za zbyt wysokie, w maju wspólny komitet 

Metysów i mieszańców podjął ostateczną uchwałę. „My, 

angielscy i francuscy tubylcy z Północnego Zachodu, 

wiedząc, że Louis Riel zawarł umowę z rządem Kanady, 

która to umowa jest zawarta głównie w dokumencie znanym 

jako Manitoba Act, uważamy za wskazane, aby delegacja 

została wysłana do wspomnianego Louisa Riela i uzyskała 

jego pomoc w przedstawieniu wszystkich kwestii, do których 

odnoszą się powyższe rezolucje, we właściwej formie 

i kształcie, rządowi Kanady, aby zaspokoił on nasze 

żądania". Uchwalono także, że „społeczność jest proszona 

o pokrycie kosztów delegacji", ale podobno pokryła je nie 

społeczność, lecz lokalny oddział partii konserwatywnej

1

W skład delegacji weszli Gabriel Dumont, Moise Ouelette, 

Michel Dumas i James Isbister ze Związku Osadników. 

Jefferson, op. cit., s. 122. 

background image

90 

19 maja wyruszyli w drogę i 4 czerwca przybyli do odległej 

o 700 mil Misji św. Piotra nad Missouri. 

„Była dokładnie 8.00, kiedy weszliśmy na podwórze misji"! 

wspomina Dumont. „Właśnie zaczęła się msza. Spytaliśmy, 

gdzie jest Riel, i powiedziano nam, że służy do mszy, jak cd 

dzień"

2

. Louis Riel wyszedł do nich po mszy. Gdy usłyszał, 

z czym przychodzą, jego odpowiedź była nieco dziwna. 

— Bóg pomógł mi zrozumieć, dlaczego odbyliście tak' 

długą podróż, i pragnie On, abyście i wy pojęli, że słuszna 

jest wasza droga. Albowiem jest was czterech, którzy 

przybyliście dnia czwartego. A skoro pragniecie wyjechać 

piątego, nie mogę wam odpowiedzieć dziś. Musicie zaczekać 

do dnia piątego. 

Metysi nie wiedzieli, że w życiu Louisa Riela nastąpiło 

wiele ważnych wydarzeń. Po iluminacji na górze kolo Waszyng­

tonu zaczął otrzymywać różne wieści od aniołów i świętych, 

a także bezpośrednio od Pana Boga i Matki Boskiej. Zapocząt­

kował swoją misję 8 grudnia 1875 roku, podczas mszy 

w waszyngtońskim kościele — wybuchem ekstatycznego 

uniesienia, spowodowanego objawieniem, że Adam i Ewa 

zostali zwolnieni z czyśćca

3

. Niestety, nie został zrozumiany, 

a zmiany w jego zachowaniu — wybuchy płaczu, śmiechu 

i ekstazy, dzikie okrzyki, bieganie nago, niszczenie sprzętów 

domowych — zaniepokoiły jego przyjaciół na tyle, że wysłali 

go do szpitala psychiatrycznego. 

Louis Riel przebywał w zakładach w Montrealu i w Quebecu j 

prawie dwa lata. Dyskretnie opiekowali się nim politycy 

francusko-kanadyjscy, a także arcybiskup Tache i biskup 

Bourget, toteż nie był traktowany jak pacjent, lecz raczej j 

cieszył się statusem gościa. Mimo to Riel atakował personel, 

zdemolował swój pokój i kaplicę szpitalną, podarł odzież 

2

 G. D u m o n t, Gabriel Dumont Speaks, Vancouver 1993, s. 43. 

3

 The Diaries of Louis Riel,

 ed. by T. Flanagan, Edmonton 1976, s. 166. 

Zbiegiem okoliczności (?) 8 grudnia przypadała 6 rocznica utworzenia rządu j 
narodowego Riela w Manitobie. 

91 

• paradował nago przed siostrami zakonnymi, i ogólnie 

zachowywał się jak na pensjonariusza przystało. O tych 

wyczynach informował biskupa Bourgeta, wyjaśniając, że 

realizuje jego duchowe nakazy — ubóstwa, czystości (chodze­

nie nago miało oznaczać, że jest niewinny jak Adam przed 

orzechem pierworodnym) etc. W końcu zaczął zachowywać 

się spokojniej, a nawet wrócił do zarzuconego od młodości 

pisania wierszy. 

Był to tylko spokój zewnętrzny. Obraz przemian ducho­

wych Riela wyłania się z listów do biskupów Bourgeta 

i Tachego, a także z jego notatek. Louis Riel przedstawia się 

w nich jako Prorok, Król-Kapłan i Nieomylny Papież, 

o imieniu Louis „Dawid" Riel (imię to zawsze ujmował 

w cudzysłów, by uwypuklić jego mistyczny sens)

4

. W tym 

charakterze stworzył Katolicki, Apostolski i Witalny Kościół 

Błyszczących Gór, który miał zastąpić przestarzały Kościół 

rzymskokatolicki, i stanął na jego czele. Przejściowo użyczał 

swojej godności papieża biskupowi Bourgetowi, który zasia­

dał na prawdziwym Tronie Piotrowym, według Riela znaj­

dującym się w Montrealu. Był to wstęp do apokaliptycznych 

wizji. Stary świat miał ulec zniszczeniu, poczynając od 

zburzenia Rzymu. „Strzaskane będą wszystkie posiadłości 

brytyjskie — pisał Riel — a z całego morskiego imperium 

Anglii pozostanie jeden tylko żagiel w porcie Londynu"

3

Edynburg i Liverpool pochłoną wody oceanu. Podobny los 

czekał imperium Hiszpanii, a i Stany Zjednoczone czekała 

zagłada. Nad oczyszczeniem świata czuwać miał sam Riel, 

jako „duchowy i doczesny król wszystkich bez wyjątku 

narodów". Warto nadmienić, że jako „Mesjasz — król 

Louis Riel wyjaśniał swoją więź z królem Dawidem tym. że Dawid był 

w

 siedmiu ósmych Żydem, a w jednej ósmej Moabitą, on zaś był w siedmiu 

ósmych francuskim Kanadyjczykiem, a w jednej ósmej Indianinem. Ponieważ 
Indianie byli potomkami jednego z plemion Izraela, pokrewieństwo było 
wyraźne. 

5

  F l a n a g a n , Louis „David" Riel, s. 92-93. 

background image

92 

żydowski" Riel zapowiadał, że z pomocą Francji „na nowo 
ustanowi lud, który jest drogi Panu, [...] odda Polskę domowi 

Jakuba, aby na jej ziemi Pan znowu mógł spoglądać na Tron 

Dawidowy"

6

 (Polaków chciał umieścić na preriach Kanady). 

Metysi mieli przetrwać wszystkie te kataklizmy i stać się 

narodem wybranym Nowego Świata. Do nich, do St. Vital 
nad Red River, miała w roku 2333 przenieść się Stolica 

Apostolska, i tam pozostać, dopóki ostatni papież w roku 

4209 nie powita w Manitobie powtórnie przychodzącego 
Chrystusa. 

Po tych rewelacjach arcybiskup Tache odwiedził Riela, lecz 

po rozmowie z nim stracił resztę nadziei i określił go jako 
„mentalnie martwego". Na początku 1878 roku lekarze uznali, 
że Riel został „mniej więcej wyleczony" i zwolnili z przestrogą, 
aby unikał spraw, które zbytnio go ekscytują: religii i polityki. 

Louis Riel podziękował doktorom, ale zakończył dającymi do 
myślenia słowami: 

— Tak, wyjadę do Stanów Zjednoczonych, aby tam upra-j 

wiać ziemię, nieznany, z dala od spraw kanadyjskich, z dala 

od całego podniecenia. A jeśli w przyszłości święta sprawa 
Metysów zażąda moich służb, to czy mógłbym odmówić 
mojego życia, mojej krwi? 

Louis Riel nie powiedział im, że znów miał proroczą wizję 

— ujrzał amerykańskiego herbowego orła, jak uśmiecha się 
do niego, wskazując w stronę Północnego Zachodu. 

MONTANA 

We wrześniu 1878 roku Louis Riel przybył do Nowego 

Jorku. Oficjalnie pragnął tylko powitać zwolnionych z angiel­
skiego więzienia dwóch Fenian o dźwięcznych nazwiskach 
(pseudonimach?) Melody i Condon, ale przy okazji odnowił 

znajomości z towarzyszami Williama 0'Donoghue. Jak później 

6

 Tamże,

 s. 78. 

93 

ujawnił rzecznik Bractwa Fenian, Riel („ubrany jak dandys 
; sypiący pieniędzmi") przedstawił im plan „wyzwolenia 
dwóch ras — Metysów i Irlandczyków", czyli następnej 

inwazji Kanady. Tym razem celem miała być nie Manitoba, 
lecz Terytoria Północno-Zachodnie. Riel podejmował się 
zorganizować tam bunt Metysów i Indian, jeśli Fenianie dadzą 

m

u fundusze i pomoc wojskową. Rzecznik twierdził, że Riel 

otrzymał odmowę. Istotnie, sytuacja była już inna — po 
niepowodzeniach inwazji 1870 roku Irlandczycy zarzucili 
myśl o otwartej wojnie, a infiltrowane przez agenturę Bractwo 
Fenian przekształcili w tajną organizację Clan-na-Gael. Od­

niosła ona kilka sukcesów, z których najbardziej spektakular­
nym było uwolnienie statkiem więźniów z kolonii karnej 
w Australii. Zachęceni tym Irlandczycy zaangażowali się 
w budowę okrętu podwodnego „Fenian Ram"

7

, i nie chcieli 

czy nie mogli finansować Riela. Jednak oczywiście nadal 
interesowali się zachodem, uchodzącym za miękkie podbrzusze 
imperium brytyjskiego w Ameryce. Fenianie mieli mocne 

oparcie w St. Paul, byli obecni w Bismarck w Dakocie, 
a w 1872 roku próbowali utworzyć bazę w Czarnych Górach, 
na terenie wielkiego rezerwatu Sjuksów. Taki człowiek, jak 
Louis Riel, bywały na zachodzie, a przy tym jako Metys 

mogący działać pomiędzy światami białych i Indian, był dla 
nich cennym współpracownikiem. Dowodów na to nie ma, ale 
zachowana korespondencja pozwala sądzić, że Riel podjął 
działalność konspiracyjną lub agenturalną

8

. Jego nazwisko 

znów zaczęło pojawiać się w amerykańskich gazetach, a także 
w raportach agentów McMickena i wywiadowców NWMP. 

Louis Riel zajął się sprawą aliansu feniańsko-indiańskiego. 

Pojechał do Minnesoty, spotkał się tam z Maximem Lepinem 

Okrętu tego nie otrzymali, ponieważ jego konstruktor John Holland 

został zatrudniony przez rząd USA i zerwa! z Clan-na-Gael. Według projektu 
Hollanda zbudowano pierwsze okręty podwodne o nowoczesnym kadłubie 

w

 kształcie morświna. 

8

 Tamże,

 s. 100. 

background image

94 

i dawnymi towarzyszami walki z Manitoby, nawiązywał 
różne kontakty — nawet z biskupem w St. Paul (który jednak 

był wobec niego ostrożny). W lecie 1879 roku nadarzyła się 
korzystna okoliczność — 5 tysięcy Sjuksów Siedzącego 

Byka, w tym 2 tysiące wojowników, przybyło z Kanady 

i grasowało po Montanie. Riel wyjechał w tamte strony, ale 
spóźnił się; 17 lipca płk Nelson Miles pobił Siedzącego Byka 
(przy okazji aresztował 829 handlujących z nim Metysów) 
i zmusił go do powrotu pod opiekę shaglashapi. Ile Riel sobie 

obiecywał po szamanie Sjuksów, świadczy, że pojechał za 
nim, mimo że miał zakaz wstępu do Kanady. Superintendent 
NWMP James Walsh właśnie akurat zachorował i wyjechał, 
więc Siedzący Byk i Riel mogli w sąsiedztwie Fortu Walsh 

odbyć palawer. Siedzący Byk twierdził potem, że Riel 
namawiał go do podjęcia wojny przeciwko władzom kanadyj­
skim. Oczywiście Sjuksowie nie mieli żadnego interesu 
w tym, by narażać się NWMP i wystawiać na szwank swój 

azyl, więc poinformowali o tym Walsha, tak jak i o innych 
kontaktach Riela. Jednak Walsh meldunku nie przekazał 
wyżej; potem wyjaśniał, że sądził, iż uda mu się samemu 

załatwić sprawę. Polegało to na tym, że zanim zezwolił 
Sjuksom na kolejny wymarsz na zimę do Montany, uzyskał 
od Siedzącego Byka przyrzeczenie, że nie będzie tam 
naruszał prawa (warto przypomnieć, że bliski znajomy 
Siedzącego Byka Wronia Stopa nazwał go łgarzem o podwój-j 
nym języku). 

Louis Riel pozostał w Montanie jako pracownik w firmie 

niejakiego Thomasa 0'Hanlona. Chociaż nigdy nie zdradzał 
zainteresowania handlem, zatrudnił się jako wędrowny kupiec 

— „pedlar". W ten sposób mógł krążyć po kraju i spotykać 
się z kim zechciał. Dotąd nie miewał kontaktów z kanadyj­
skimi Indianami, ale zimą zaczął ich odwiedzać, gdy przyby­
wali do USA, przynosząc oszczędności rządowi Kanady. To 
nie budziło podejrzeń; wokół obozów Indian zawsze kręcili 
się Metysi, wymieniając amunicję i whisky na skóry i kradzio-

95 

ne

 konie. Riel spotkał się z Wronią Stopą, Małą Sosną, 

Dużym Niedźwiedziem i innymi wodzami, a także znowu 

i

 Siedzącym Bykiem. Informował, że w czerwcu ruszy na 

Kanadę z USA inwazja. Zamiar ten popierali „ważni ludzie 

i

 Ottawy i z USA". Gotowy był już plan zdobywania 

kanadyjskich fortów. Na opanowanych Terytoriach miał 
powstać rząd tymczasowy z Rielem jako premierem, ich 
crubernatorem zostałby Joseph Royal (wydawca pisma „Me-
tis" i poseł partu konserwatywnej, z którym Riel współ­

pracował w Manitobie), a pod tą władzą Indianie byliby 
dopiero szczęśliwi. Na znak tego Louis Riel wziął z rąk 
Małej Sosny jego kopię Traktatu numer 6, cisnął ją na 

ziemię i podeptał. Riel namawiał Indian do współdziałania 
i zapraszał ich na wspólną naradę wojenną na wiosnę. 
Niektórym Indianom to się spodobało; wódz Assiniboinów 

Czerwony Kamień zawarł z Rielem w tej sprawie pakt na 
piśmie. Tłumaczył te rozmowy żyjący wśród Indian łże-
-ksiądz Jean L'Heureux

9

, a wkrótce raport o nich znalazł się 

na biurku premiera Macdonalda. Premier nawet się prze­
straszył i wysłał oficjalnego delegata do amerykańskich 
władz wojskowych, ale został uspokojony. Amerykanie mieli 
własnych „pedlarów" (najczęściej także Metysów), co naj­

mniej tak dobrych, jak L'Heureux. Wprawdzie tolerowali 
zimowe przyklejanie się „brytyjskich" Indian do swoich 

rezerwatów, lecz na wiosnę przepędzili ich z powrotem do 

Kanady. Narada wszystkich plemion nie doszła do skutku, za 

to superintendent NWMP James Walsh wyleciał z posady 
(jakby czując, komu to zawdzięcza, na pożegnanie dał 
Siedzącemu Bykowi kopniaka w tyłek). Riel rozmawiał 

z Indianami jeszcze kilka razy, ale był już oszczędniejszy 
w szczegółach. 

Jean L'Heureux, wyrzucony z seminarium duchownego za pospolite 

Przestępstwa, udawał księdza najpierw w Montanie w misji jezuitów, a potem 

w

 misji oblatów w St. Albert. Po zdemaskowaniu zamieszkał jako „misjonarz" 

z

 Czarnymi Stopami. 

background image

96 

Louis Riel miał jeszcze jeden pomysł. W 1880 roku odwiedził 

płk. Nelsona Milesa, który w Forcie Keogh utrzymywał 
nieoficjalną agencję Szejenów wodza Dwa Księżyce. Zapropo­
nował mu dołączenie do niej rezerwatu dla Metysów z Manito-
by. Rząd USA miałby zaopatrzyć ich w narzędzia rolnicze, 

ziarno, bydło, owce etc, lecz inaczej niż Indianom, nie 
dostarczałby im żywności i odzieży. W zamian za to Metysi 
mieli „starać się żyć jak ludzie przestrzegający prawa" i dawać 

tym dobry przykład Indianom

l0

. Pod względem politycznym był 

to projekt porównywalny z planem utworzenia feniańskiej 
kolonii w Czarnych Górach. Amerykanie rozważali go długo, 
zanim odrzucili, tłumacząc, że Metysi są poddanymi brytyjskimi 
(co było wiadomo od początku), więc powinien zajmować się 

nimi rząd Kanady. Riel nadal nie miał szczęśliwej ręki; nie tylko 
nie powstał jego rezerwat, ale w następnym roku agencja 
w Forcie Keogh została zlikwidowana, a Szejenowie przeniesieni 

do Standing Rock, daleko od „magicznej linii". 

Po wyborczym zwycięstwie prezydenta Jamesa A. Garfielda, 

Louis Riel zapragnął zwrócić na siebie jego uwagę, w 1881 
roku dedykując mu swą pracę z dziedziny kosmologii. 
Wyjaśniał w niej pochodzenie Księżyca, który według niego 
miał oderwać się od Ziemi w wyniku działań wulkanicznych. 
Na skutek ruchu wirowego uformował się „ten ładny, okrągły 

kształt, który uśmiecha się do nas raz w miesiącu w pełni 
swego światła — pisał. — Oto jest Księżyc! Oto Satelita 
Ziemi". Niepokojące było w tym przewidywanie Riela, że 
powierzchnia Ziemi znowu pęknie z tych samych powodów, 
i „odłączy się [lecąc] na wielką odległość, w głębiny niebios, 

jako drugi satelita"". Niestety, pech wydawał się kroczyć 

w ślad za Rielem: zaledwie w kilka dni później prezydent 
Garfield poniósł śmierć z ręki zamachowca. 

Louis Riel wypłynął znowu w 1882 roku, zaangażowany 

w politykę. Organizował Metysów do głosowania w amerykań-

10

 The Collected Wrilings of Louis Riel,

 vol. 2, s. 223-226. 

11

 Tamże,

 s. 237-239. 

97 

kich wyborach, nie licząc się z faktem, że ani on, ani 

zwerbowani przez niego „wyborcy" nie mieli obywatelstwa 
rjsA. Riel został aresztowany pod zarzutem fałszerstw wybor­
czych, ale wywinął się z niego. Można sądzić, że poprzez tę 

akcję R'

e

'

  s t a r a

ł

 s

iC uzyskać możliwość wywierania wpływu na 

politykę USA wobec Kanady. „Francuscy Kanadyjczycy w USA 
nie mają tylu funkcji publicznych, ile im się należy, biorąc pod 

u w a

a ę wpływ, jaki wywierają podczas wyborów — narzekał 

w

 swoim dzienniku. — O, Metysi! [...] Jak to może być, że 

jeszcze nie odzyskaliście swoich ziem? Macie w rękach 
wszystkie atuty, jesteście dość silni"

 12

. Wkrótce uzyskał obywa­

telstwo amerykańskie i zamieszkał w jezuickim centrum misyj­

nym St. Peter, gdzie zatrudnił się jako nauczyciel. Ożenił się 
i miał dwoje dzieci. 

Kiedy skończył się okres banicji, w 1883 roku Louis Riel 

odwiedził Winnipeg. Spotkał się tam między innymi z Maxi-
mem Lepinem i z Napoleonem Naultem

 u

, który przyjechał 

z Batoche. Nie wiadomo, o czym rozmawiali, lecz Riel wrócił 
do szkółki kościelnej w Montanie zadowolony. Pomimo 
skromnego statusu i takichże wyników swych dotychczaso­
wych działań, oceniał się nieźle. „Bóg dał mi geniusz większy 

niż Mahometa — twierdził — i mogę stworzyć religię 
i imperia sławniejsze niż jego" '

4

. Jednak nie wiadomo 

dlaczego optymizm Riela wkrótce ustąpił przed przygnębie­
niem, niejasnym poczuciem winy i stanami lękowymi. 
„Lepine! Wiem, co potrafisz. Ludzie w Winnipegu mnie nie 

chcą. Dlaczego się przechwalałem? Czemu mówić, że dobrze 
wybrałem moment powrotu do Manitoby? W jednej chwili 

12

 The Diaries...,

 s. 53-54. 

Napoleon Nault był Francuzem, synem Andre Nauka, na którego łące 

n

M Red River w październiku 1869 roku Louis Riel wystąpieniem przeciw 

geodetom rozpoczął bunt. Andre Nault komenderował plutonem egzekucyj­
nym, który rozstrzelał Thomasa Scotta, w następstwie czego został później 
pobity przez sąsiadów i zbiegł do USA. 

P1 a n a g a n. Louis „Dcnid" Riel, s. 115. 

Batoehe 1885 

background image

98 

zdrajca mógł pozbawić mnie życia" — pisał. Na wiosnę 1884 
roku miał już ciężką depresję. „Koniec z radością życia 
— eleganckimi ubraniami, pięknymi powozami, laskami, 
fajkami... Po co komu wygodny dom? Nie chcę nawet 
siedzieć wygodnie — pisał. — Chcę się ukarać, umartwić się 
we wszystkim". Louis Riel żegnał się z marzeniami... 

I oto 2 czerwca 1884 roku Riel obudził się, „czując w sobie 

moc Boga". „Jestem zbawiony!" — zapisał w dzienniku

 15

Czyżby dlatego, że otrzymał list z Saskatchewanu? „Co do 
ludzi z północnego zachodu, jak i Indian, to trzeba tylko iskry 
na tę baryłkę prochu. Nie myśl, że gdy przyjedziesz, będziesz 

rozpoczynał pracę; jest już wykonana, wszystko zdecydowane, 
trzeba tylko twojej obecności. Nawet nie wiesz, jaki masz 
wielki wpływ, nawet na Indian. Wiem, że niezbyt ich lubisz, 
ale będzie to największa ze wszystkich demonstracji... Mamy 

dobrych generałów, którzy ją poprowadzą" — pisał ktoś 
podpisujący się N.C.W. List nosił datę 18 maja

16

. 4 czerwca 

na podwórzu misji stanęła delegacja z Batoche. 

Nazajutrz Riel dał Gabrielowi Dumontowi odpowiedź na 

piśmie. Oświadczał, że ponieważ nie dostał skryptu na 160 
akrów ziemi, który należał mu się w Manitobie (nie dostał go, 
bowiem był na banicji w USA), pojedzie nad Saskatchewan 

i wniesie o to sprawę do władz, a przy okazji pomoże Metysom 
w ich staraniach. Potem wróci do Montany. Nie potrwa to dłużej 
niż do września... W tydzień później wozy ruszyły, wioząc go 
wraz z rodziną na północ. Po drodze spotkali ojca Eberschweile-

ra, z którym Riel nieraz rozmawiał o swojej życiowej misji. 

Ksiądz miał złe przeczucia i odradzał mu wyjazd do Kanady, 

ostrzegając, że skończy się on rozlewem krwi. 

— Jesteś dobrym człowiekiem, ojcze — odrzekł Riel — ale 

nie musiałeś znosić tylu niesprawiedliwości co ja... Zamierzam 
przeprowadzić rewoltę. 

15

 The Diaries...,

 s. 24. 

16

  S t a n l e y , The Birth..., s. 296-297. Delegacja do Riela wyjechała 19 

maja. 

99 

7 uchwały Metysów z Batoche wynikało, że chcą od Riela 

omocy

 w

 sformułowaniu postulatów wobec rządu. Nikt 

nich nie żądał rewolty. Riel najwyraźniej miał spełnić 

oczekiwania kogoś innego — tych, którzy według N.C.W. 

wykonali pracę", a zwłaszcza „zdecydowali". 

BATOCHE 

1 lipca delegacja stanęła nad potokiem Fish Creek, gdzie 

czekał komitet powitalny. Wszyscy razem triumfalnie wjecha­
li do Batoche. Louis Riel rozgościł się, a po kilku dniach 
rozpoczął spotkania — najpierw z Metysami w domu 
Charlesa Nolina, potem na zebraniu mieszańców-anglofonów, 
a wreszcie na zebraniu białych mieszczan w Prince Albert. 

Tym ostatnim był zdenerwowany, ale niepotrzebnie — wy­
glądało na to, że N.C.W. nie przesadzał, pisząc, że jego 
przyjazd został dobrze przygotowany. Jedynym, który sprze­

ciwiał się Rielowi, był kpt. Richard Deacon, dawny uczestnik 
ekspedycji Wolseleya, a obstawa ze Związku Osadników 
szybko wyrzuciła go za drzwi. Swoją charyzmą Louis Riel 
wywoływał entuzjazm. Podczas wesela, na które został 
zaproszony, Riel zaproponował, by honorowe miejsce przy 
stole pozostawić puste, na pamiątkę wizyty Chrystusa w Ka­

nie Galilejskiej. Metysi uznali, że jest znacznie pobożniejszy 
niż księża, „z których żaden nie wpadł na tak świetny 
pomysł". „Oto czarujący, oddany wierze człowiek!" — za­
chwycał się nawet proboszcz Vital Fourmond z osady St. 

Laurent. Tylko proboszcz Alexis Andre z Prince Albert, który 
od początku miał obiekcje, był zdania, że z zaproszenia Riela 
mc dobrego nie wyniknie. Prasa relacjonowała wszystkie 
wypowiedzi Louisa Riela. Kto był żądny sensacji, mógł się 

rozczarować. Gabriel Dumont zapamiętał tylko, że Riel 
..mówił o prawach, traktatach i innych sprawach"

 17

. Konkret-

17 r-

u u mon t, op. cit., s. 45. 

background image

100 

nie chodziło o nadanie praw własności osadnikom, ułatwieni! 

dla rozwoju osadnictwa i uzyskanie przez Terytoria Północna 
-Zachodnie statusu prowincji. Riel mówił bardzo ostrożniej 
wielokrotnie podkreślając, że wszystkie cele należy osiągać 

drogą pokojową, konstytucyjną, i że on sam ma jak najbar­
dziej pokojowe zamiary. 

Ta obfitość pokojowych deklaracji zaniepokoiła superinten-j 

denta Croziera. „Nic nie zapobiegnie bardzo poważnym 
kłopotom, jeśli szybko nie ujrzymy tu dużej siły policyjnej", 
zadepeszował 13 lipca do dowództwa NWMP ". 

Premier Macdonald 28 lipca dokonał analizy zagrożeń dla 

porządku na Terytoriach. „Na Północnym Zachodzie mamy 
pewne niepokojące elementy, jako to: 1. agitatorzy Związku 
Farmerów, 2. francuscy mieszańcy, którym doradza Riel, 
3. element indiański, kierowany przez takich nygusów jak 
Duży Niedźwiedź, Piapot etc. Indiańskiego elementu nie 

należy się obawiać, jak długo nie będzie powstania białych 
lub mieszańców. Gdyby to się stało, Indianie byliby skłonni 
przyłączyć się do insurgentów" — pisał, dodając, iż z prze­

chwyconej korespondencji wynika, że agitatorzy Związku 
Osadników szykują zbrojną rewoltę. „Nie przywiązuję wiele 

znaczenia do tych spisków, ale moje doświadczenia z Fenia­
nami nauczyły mnie, że nigdy nie wolno odrzucać informacji 
o spiskach czy zamierzonych rajdach tylko dlatego, że są one 
głupie i skazane na fiasko" — zastrzegał

19

Podejrzenia wzmacniało to, że u boku Louisa Riela coraz] 

częściej widywany był sekretarz Związku Osadników William 
Jackson. Wkrótce został sekretarzem Riela i był uważany za 

jego przyjaciela. Nie pasowali do siebie: biały, anglofon, 

ontaryjczyk, lewicowiec — i bogobojny Metys, syn młynarza. 
Jackson jednak pragnął przede wszystkim wykorzystać popu­
larność Riela dla celów swojej rewolucji. Uczynił zeń galion 

18

 D. J. K I a n c h e r, North West Mounted Police and the North West 

Rebcllion,

 Kamioops 1997. s. 17. 

" P. C h a r 1 e b o i s, The Life of Louis Riel, Toronto 1978, s. 130. 

101 

7wiazku Osadników i wydał manifest, mówiący, że „Louis 

B e

i wsławiony w Manitobie, trwale zjednoczył żywioł 

mieszańców na naszą korzyść". Wprawdzie trudno byłoby 
wykazać, że Metysi rzeczywiście poparli w czymkolwiek 

Związek Osadników — przeciwnie, prywatna własność ziemi, 
którą Jackson uważał za źródło wszelkiego zła, była dla nich 
święta — ale tworząc takie wrażenie, mógł być on uznany za 
większą siłę polityczną, niż był. Jackson kursował więc 
między komórkami Związku, mobilizując je do podejmowania 
rezolucji dla poparcia Metysów. „Dziś kończę robotę w mieś­

cie, a jutro zaczynam w Lower Fiat etc. — pisał do Riela 23 
lipca. — Proszę, pracuj nad petycją, to będziemy ją mieli 
w zgrabnej formie, zanim się zbierze Komitet. [...] Grupa 
oportunistów czeka, czy obecny trend na twoją korzyść się 
utrzyma. Kiedy się zorientują, będzie już za późno, by nam 
mogli zaszkodzić"

20

Niektórzy przejrzeli intencje Jacksona. „Czy zawodowi 

agitatorzy, kierujący «wydziałem skarg i zażaleń», zapomnieli 

już, jak sami wypowiadali się przeciwko Rielowi? — pisał 

w prasie kpt. Deacon. — Dlaczego teraz biorą go pod rękę? 

Czyżby bali się stracić okazję wywołania wrażenia, że 

jesteśmy w przededniu rebelii?" Mimo to Jackson zdobył 

poparcie lewego skrzydła partii liberalnej, uniemożliwił 
przechwycenie Riela przez konserwatystów, a wreszcie 
doprowadził do powołania Centralnego Komitetu Wykonaw­
czego, w skład którego wchodzili przedstawiciele Metysów 
i Związku Osadników, a on został jego generalnym sekre­
tarzem. 

Premier Macdonald z myślą o ograniczeniu bazy działania 

agitatorów zainteresował się Metysami. „Myślę, że słuszną 
polityką jest zachęcanie ich, by wyszczególniali swe zażalenia 
w memoriałach, i kierowanie ich do Ottawy, z delegacjami 
albo i bez — pisał 12 sierpnia do gubernatora generalnego 

S t a n l e y , Louis Riel, s. 280. 

background image

102 

lorda Lansdowne'a. — Da to czas, aby obecny ferment opad} 
a z nadejściem zimy klimat uciszy wszystko do wiosny"* 

Polecił, aby „skargi, które będą miały choćby pozór uzasad­
nienia, były traktowane liberalnie", a „najbardziej liberalnie" 
miały być dokonywane pomiary nadrzecznych działek Mety-

sów. Niestety, choć do Prince Albert przyjechał urzędnik 
i szybko pozałatwiał zaległe sprawy białych i mieszańców, to 
spraw Metysów nie ruszył — nie mówił po francusku, 

a w budżecie nie miał środków na tłumacza. Metysi wiązali 
duże nadzieje z ministrem robót publicznych sir Hectorem 
Langevinem, który przy okazji wizyty w Reginie miał od­

wiedzić Prince Albert. Jego resort nie miał nic wspólnego ani 
z geodezją, ani z rolnictwem, ale zajmował się rozdzielaniem 
zamówień publicznych... Toteż minister był tak uwielbiany, iż 
nawet kościół w St. Laurent nazwano imieniem Św. Ludwika 

de Langevin. Metysi przez tydzień czekali przy drodze 
z Reginy, lecz sir Hector nie przyjechał. 

Tymczasem Louis Riel był chyba zaskoczony sytuacją. 

„Jeszcze niedawno byłem skromnym nauczycielem nad Mis­
souri — pisał do rodziny — a dziś jestem w rzędzie 

najpopularniejszych polityków w Saskatchewanie. Bankierzy 
zapraszają mnie na obiady... Pan uczynił dla mnie wielkie 

rzeczy. A co ja mam w zamian ofiarować Panu?". Dogodnie 
zapominał o wkładzie, jaki w jego sukces wnieśli wspomniani 
w liście N.C.W. skryci organizatorzy. Wolno myśleć, że oni 
o nim nie zapominali. 

Louis Riel wiedział, co ofiarować Panu. Nie da się powie-

dzieć, jak dalece jego zamiary były zbieżne z intencjami ludzi, 

którzy kryli się za kulisami wydarzeń, i w jakim stopniu był 
przez nich manipulowany. Na pewno nie dał się manipulować 

Jacksonowi, a z dużą dozą prawdopodobieństwa można sądzić, 
że wymknął się spod kontroli również większych niż on figur, j 
Wskazuje na to dalszy rozwój wydarzeń; na razie Riel był 

21

 C h a r 1 e b o i s, op. cii., s. 132. 

103 

, g£

  o s

trożny. Pierwsze zarysy planu przedstawił nąjważniej-

vm przywódcom Metysów — Charlesowi Nolinowi i Maxi-

e

'

0

wi Lepine'owi. Poinformował ich, że wkrótce wybuchnie 

wojna, a w jej wyniku Terytoria Północno-Zachodnie zostaną 
odłączone od Kanady. Na ich terenie zostanie utworzone odrębne 
narodowe państwo Metysów. Będzie w nim także miejsce dla 
imigrantów: Irlandczyków, Bawarów, Polaków, Włochów, 
Skandynawów. Nolin utrzymuje, że nie potraktował tego zbyt 
poważnie, mimo iż Riel pokazał mu list biskupa Bourgeta. 

W strukturze etnicznej przyszłego państwa Metysów rzucał się 

w oczy brak Indian. Nie wiadomo, jak miał być rozwiązany ich 
problem. Gabriel Dumont uprzednio już protestował przeciw 
temu, iż na Metysów „spada brzemię karmienia Indian; Indianie 
są naszymi krewnymi i kiedy są głodni, przychodzą do nas i my 
musimy ich karmić". Oświadczał wobec Rady Terytorium, że 
Metysi „chcą, aby Indianie byli karmieni" przez kanadyjskich 
podatników. Louis Riel natomiast twierdził, że Metysi popełniają 

błąd — zamiast Indian dokarmiać, powinni „pokazać im, jak się 

zarabia na życie", a gdyby nie byli tym zainteresowani, wtedy 
rząd powinien „zmusić Indian do pracy jak faraon Żydów". 
Chyba, jak podejrzewał N.C.W., istotnie nie bardzo ich lubił. 

Martwiło to Williama Jacksona, który chciał Indian włączyć 

do swego frontu ludowego. Bywał w tym celu na zgromadze­
niach plemiennych, gdzie krytykował traktaty i agitował. Była 
to z jego strony spora naiwność, Indianie bowiem ani nie byli 
zainteresowani państwem Metysów, ani nie widzieli się w roli 
sojusznika białych farmerów. Jeśli mieli jakąś koncepcję co 
do przyszłości Terytoriów, to była nią ich sprzedaż Stanom 
Zjednoczonym, przy czym pieniądze mieli zainkasować oczy­
wiście oni. Toteż kiedy Louis Riel spotkał się w końcu 
z Dużym Niedźwiedziem i kilkoma innymi wodzami, obie 
strony dokonały tylko wymiany wyrazów sympatii. Niezrażony 
tym Jackson doprowadził jednak w sierpniu do spotkania 
Riela z Dużym Niedźwiedziem w domu swojego brata, 
aptekarza z Prince Albert. Nie wiadomo, co uradzili, ale 

background image

104 

wkrótce potem Duży Niedźwiedź zaaranżował spotkani* 
wodzów, na którym przedstawił szereg żądań, w tym tali 

nowatorskie, jak powołanie rzecznika praw Indian. 

Tym razem Jackson przedobrzył. Mieszkańcy zachodu mogli 

nie przejmować się nadmiernie aliansem lewicowych agrarystów 
z metyskimi nacjonalistami, ale zadrżeli przed wizją krwawych 
tomahawków. Gubernator Dewdney poinformował premiera, iż 

„obawia się, że białe łotry przekonują mieszańców, że będzie 

dobra zabawa, jeśli rozpoczną rozruchy", dodając, że „gdyby 
mieszańcom chodziło [tylko] o załatwienie ich spraw, nie 
wciągaliby do tego Indian". Komisarz Hayter Reed, który lepiej 

znał stosunki na zachodzie, był świadomy, że Indianie nie mają 
z Metysami żadnych wspólnych interesów. Sądził, że to Duży 
Niedźwiedź, który „zawsze był agitatorem [...], korzysta z okazji, 

by podburzać Indian do stawiania nowych i wygórowanych 
żądań"

2 2

. Jednak fakt, że „okazję" tę stworzył Louis Riel, oraz 

podejrzenia, że udziela Indianom „moralnego wsparcia", spodo-

wały przesunięcie się nastrojów na jego niekorzyść. Wykorzysta­
li to urażeni konserwatyści i prawicowi liberałowie. Gazety, 
dotąd przychylne Rielowi i pełne lewicowych sympatii, od 
sierpnia zaczęły pisać coraz krytyczniej. 

Premier Macdonald, zaniepokojony sprawdzaniem się jego 

prognoz, bardziej zainteresował się Rielem. 5 sierpnia napisał 
o nim do generalnego gubernatora lorda Lansdowne'a, kon­

kludując: „Myślę, że powinniśmy postępować [z Rielem] 
liberalnie i uczynić go na powrót dobrym poddanym"

2 3

. Za 

pośrednictwem Dewdneya zaproponował Rielowi miejsce 
w Radzie Terytorialnej z roczną pensją 1000 dolarów. Riel 

odpowiedział, że byłoby dla niego dyshonorem, gdyby przyjął 

coś poniżej teki ministra w Ottawie albo fotela gubernatora 
prowincji. Obiady z bankierami chyba nie poszły mu na 
zdrowie... Maxime Lepine i Charles Nolin byli z niego 
niezadowoleni; Lepine sam chciał dostać się do Rady, a Nolin 

22

  S t a n l e y . The Birth..., s. 293. 

"  C r e i g h t o n , op. cit., s. 388. 

105 

iczył.

  ż e

 ^*

e

'

  z a

'

a t w

'

  m u

 posadę agenta do spraw Indian. 

Kolega Riela Louis Schmidt był zdegustowany. „Oto jak nasz 

niekny ruch narodowy zmierza na wysypisko śmieci! Posady 
Hla aaitatorów i nic więcej. Co za farsa!"

24

Tym, co postrzegano jako spisek Metysów z Indianami, 

zaniepokoiło się także duchowieństwo. Ojciec Andre uważał, że 
Louis Riel postępuje nieodpowiedzialnie, starając się obrócić 
niezadowolenie Indian w środek nacisku na rząd. Kościół zawsze 
sprzyjał Metysom, z oddalenia czuwał nad nimi arcybiskup 

Tache, a biskup Vital Grandin z St. Albert pisał do rządu 
memoriały, wskazując, że „Metysi mają swoją dumę narodową" 
i popierając ich żądania. Ale nie mógł już ich popierać w taki 
sposób, w jaki Kościół czynił to w Manitobie w 1870 roku. 
Inaczej niż Ziemia Księcia Ruperta, Terytoria Północno-Zachod-
nie były integralną częścią Dominium, istniały na nich organa 
władzy państwa kanadyjskiego, a występowanie przeciwko 

legalnemu rządowi było jakościowo inną sprawą niż działanie 
w faktycznej próżni prawnej. Biskup Grandin pisał więc w liście 
pasterskim: „Nasi biedni Metysi popełnili straszny błąd. Skom­
promitują wszystkich, sami zyskają sobie złą opinię, i w przy­
szłości nic nie będą mogli uzyskać od rządu". Można sądzić, że 
wiedział o aktywności Riela w Montanie, a być może także, iż 
po przyjeździe do Batoche pisał on do Jamesa W. Taylora, 

konsula USA w Winnipegu. Zwrócił bowiem Rielowi uwagę, że 
choć były ku temu okazje, jak dotąd nie poinformował go, „jaki 
kierunek działania mają zamiar przyjąć [Metysi]", i zapowiedział 
mu, że Kościół nadal będzie dopomagał sprawie Metysów, ale 
„nie aprobuje żadnej tajnej agitacji"

 2

F1 a n a g a n, Riel..., s. 106. 

25

  S t a n l e y , Louis Riel, s. 273, 288. Louis Riel informował konsula 

między innymi, że jako obywatel amerykański nie angażuje się w politykę 
kanadyjską, lecz załatwia swoje prywatne sprawy. Mimo że angażował się jak 
najbardziej, władze kanadyjskie nie odmawiały mu tego prawa, ponieważ 
uważały go nie za cudzoziemca, lecz za poddanego królowej {The CoUected 
Writings of Louis Riel,

 vol. 3, s. 36-39). 

background image

106 

Louis Riel na krytykę ze strony Kościoła zareagował 

nerwowo. Oznajmił ojcu Andre, że „stracił wiarę w księży" 
a „ich słowa nie muszą być słuszne ani w polityce, ani 
w religii". 

— Klnę się, że Bóg usunie z mojej drogi wszystkich] 

księży, którzy sprawiają mi kłopoty i nie chcą uznać mej 
specjalnej i boskiej misji! — wykrzyknął. — Jeśli mnie nie 
usłuchacie, kościoły będą stały, ale będą stały puste! 

Ojciec Andre zaczął podejrzewać, że Riel jest przesiąk­

nięty „heretyckimi i rewolucyjnymi ideami"

2 6

. Mimo to był 

nadal lojalny, i kiedy Hayter Reed i sędzia Rouleau brali go 
na spytki, oświadczył, że Riel jest umiarkowany i nie ma 

żadnych złych intencji. 

Jednak Riel mówił coraz więcej. Ojcowie Andre i Valentin 

Vegreville, a wreszcie biskup Grandin, który we wrześniu 
przybył z wizytą do Batoche, usłyszeli, że ponieważ „księża, 

biskupi i arcybiskupi są niewolniczymi narzędziami rządu", 
a w dodatku faworyzują francuskich Kanadyjczyków, Metysi 
będą im okazywać tylko „oświecone posłuszeństwo". Wszyscy 
duchowni „powinni maszerować z nimi; [Metysi] będą umieli 
ich ustawić w szeregu...". Poza tym Kościół katolicki nie 

powinien uważać się za coś szczególnego, bowiem jest tylko 
„jedną z gałęzi chrześcijańskiego pnia"

2 1

Biskupowi wydało się, że Riela „zżera pycha i próżność". 

Nie chciał jednak, by konflikt zaszkodził sprawie Metysów. 

Toteż kiedy Riel wystąpił do niego o uczynienie świętego 
Józefa ich patronem, chętnie zezwolił na obchodzenie w dniu 
24 lipca święta Metysów, na podobieństwo święta francuskich 
Kanadyjczyków, obchodzonego w dzień świętego Jana 

Chrzciciela. 

Tymczasem posunięcie Louisa Riela miało głębsze intencje. 

Ponieważ w jego teologii święty Józef był ważniejszy niż 

święty Jan Chrzciciel, uczynienie go patronem Metysów 

26

 Flanagan, Louis „David" Riel,

 s. 127. 

27

 Tamie,

 s. 129, 135. 

107 

miało uwidaczniać, że Metysi są ważniejsi od francuskich 

Kanadyjczyków — są narodem wybranym. Riel nie utożsamiał 

interesów Metysów z interesami francuskimi. Politykom 
auebeckim pamiętał, że wykorzystywali go do swoich inte­

resów, nie dając nic w zamian, a francusko-kanadyjskim 
osadnikom, że w 1870 roku nad Red River nie poparli jego 
rządu. Teraz więc żądał, by przybywając na zachód, wyrzekali 
się francuskiej tożsamości i „zmetysieli". Zachód nie miał być 
nowym Quebekiem, lecz czystym państwem Metysów. 

24 września zainaugurował działalność Związek Metysów 

św. Józefa. Mszę w jego intencji koncelebrowali wszyscy 
księża. Największy zapaleniec ojciec Fourmond odśpiewał 
okolicznościową kantyczkę — solo, bo sam ją napisał i nie 
zdążył zapoznać wiernych z tekstem. Niestety, stremowany 

zaczął o oktawę za wysoko i tracił oddech na końcu każdego 
wiersza. Tremę miał również proboszcz ojciec Julien Moulin; 
przejęzyczył się w kazaniu i zamiast św. Józefa wymienił św. 
Jana. Tremy nie miał tylko Louis Riel. 

— Teraz jesteśmy ustanowieni jako naród! — wykrzyknął. 
Jego homilia trwała trzy kwadranse. Tak do Metysów nie 

mówił jeszcze nikt — patrzyli na Riela „jak na Jozuego, 
proroka, nawet na świętego", pisał ojciec Fourmond; „powie­
działbym, że jak na rodzaj Boga", sądził biskup Grandin. 

Czymże w obliczu takich wydarzeń była jakaś petycja? 

Nietaktownie przypomniał o niej James Isbister, pisząc 
do Riela: „Jesteśmy zdania, że jest pan zbyt powolny, 
czy może przyczyną opóźnień jest W. Jackson i jego 
ludzie?" Jackson był tym, który dostarczał Rielowi ma­
teriałów statystycznych, mających dowieść wyzyskiwania 

Metysów przez klasy posiadające, i udzielał instrukcji 
(„to ma być jasna, zwięzła, logiczna petycja, same fakty 
i liczby; partactwem zyskamy tylko pogardę fachowców"). 
To raczej Centralny Komitet Wykonawczy nie był zgodny, 
czy należy sporządzić petycję, czy też inny dokument 

— Ustawę Praw. Ich projekty konsultowano z arcybiskupem 

background image

108 

Tachem (który zwięźle poradził, aby Riel „dał pokój bezuży­
tecznej agitacji"), a także z konsulem USA Taylorem. 
Wreszcie na początku grudnia Jackson przedłożył Komitetowi 
dokument nazwany kompromisowo Petycją Praw. 

Była to głównie lista znanych zażaleń. W 17 punktach i 10 

podpunktach zostały wyliczone wszystkie krzywdy osadników 
— od zmuszania ich do żywienia Indian („częściowo aby nie 
umierali im pod drzwiami, a częściowo dla utrzymania 
pokoju'") po przeciągający się tymczasowy status administracji 

Terytoriów Północno-Zachodnich. Osiem punktów poświęcono 
sprawom własnościowym Metysów (nienadanie im ziemi jak 
w Manitobie; brak tytułów własności zajmowanej ziemi; 
sztywne zasady pomiarów; wysokie opłaty urzędowe etc), 
pozostałe dotyczyły podatków, ceł, małego udziału lokalnego 

biznesu w zamówieniach publicznych, wadliwej ordynacji 
wyborczej, braku „bezpośredniego połączenia z rynkami 

europejskimi via Zatoka Hudsona", a nawet „częstego wznosze­
nia budynków publicznych w miejscach mało sprzyjających 
ekonomicznemu prowadzeniu spraw publicznych" (?). Inaczej 
niż w poprzednich petycjach, nie było mowy o gwarancjach dla 

języka francuskiego, religii katolickiej i szkolnictwa — albo 

sprawy te przestały należeć do bolączek Metysów, albo tylko nie 
interesowały Jacksona. „W konkluzji, wnoszący petycję stwier­

dzali z szacunkiem, że nie mogą się rozwijać ani być szczęśliwi" 
i „wyrażali opinię, że najszybszym i najskuteczniejszym sposo­
bem usunięcia tych krzywd byłoby nadanie Terytoriom Północ-

no-Zachodnim odpowiedzialnego rządu, z kontrolą nad zasobami 
naturalnymi i słuszną reprezentacją w parlamencie federalnym 
i gabinecie". Domagali się, by na najbliższej sesji parlamentu 

rozpoczęto „organizację Dystryktu Saskatchewan jako prowincji, 
i jak w 1870 roku zezwolono na wysłanie delegatów z Ustawą 
Praw do Ottawy, w celu uzyskania porozumienia co do jego 
wejścia do konfederacji jako wolnej prowincji"

28

. Do tego 

28

 The Collected Writings of Louis Riel.

 vol. 3. s. 41-45. 

109 

j„

c z o

ne było ostrzegawcze memento — skarga na złe 

ootraktowanie Louisa Riela w Manitobie. 

Petycję wysłano do Ottawy z listem podpisanym przez 

Jacksona jako „Generalnego Sekretarza", w którym „zu­
chwale", jak sam mówił, podkreślał, iż Terytoria nie są 
jeszcze częścią Kanady. Louis Riel zaś wysłał jej kopię 
do konsula USA Taylora. „Ludzie z Północnego Zachodu 
nie są szczęśliwi pod władzą kanadyjską — pisał w liście 
przewodnim. — Nie tylko dlatego, że ich sprawy publiczne 
są niewłaściwie zarządzane przez rząd federalny, ale po­

nieważ rząd ten praktycznie odmawia im korzystania z praw 
narodu"

29

. Było to więcej, niż wyrażała petycja — użyte 

przez Louisa Riela wobec przedstawiciela obcego mocarstwa 
sformułowanie mogło przekazywać myśl o odrębnym pań­
stwie narodu Metysów. 

Nadszedł Nowy Rok 1885. Metysi uczcili go bankietem, na 

którym ofiarowali Rielowi dom, ozdobny dyplom, a także 60 
dolarów w gotówce (Lepine i Nolin umotywowali Metysów 
do zrzucenia się obietnicą, że wkrótce otrzymają upragnione 
skrypty). Nie wydaje się, by zaspokoili tym jego apetyt. Louis 
Riel bowiem za pośrednictwem ojca Andre poinformował 
Radę Terytorialną, że rząd jest mu winien 100 000 dolarów za 
mienie utracone w Manitobie, ale gdyby wypłacono mu od 
ręki 35 000, mógłby wyjechać do USA i tam czekać na resztę 

należności. Rada Terytorialna ochoczo poparła ten pomysł; 
policja również. Sprawa oparła się o gubernatora Dewdneya, 
który powiadomił o niej premiera, dodając, że Riel po­
wstrzymuje imigrację i szkodzi „Polityce Kanadyjskiej", 
a zadowoliłby się może i trzema tysiącami. Macdonald kiedyś 

pozbył się Riela, ofiarowując mu 1600 dolarów, ale teraz 
sytuacja była inna. Odpisał więc: „Nie mamy [w budżecie] 
pieniędzy na dawanie ich Rielowi i musielibyśmy prosić 
parlament o uchwałę w tej sprawie. Jak by to wyglądało, 

F1 a n a g a n, Riel..., s. 93. 

background image

110 

gdybyśmy musieli przyznać, że nie możemy rządzić krajem 
i musimy przekupić człowieka, żeby odszedł? Ma prawo być 
w Kanadzie, a jeśli będzie konspirował, musimy go ukarać. 

To wszystko"

30

. Skonfrontowany z wizją parlamentarnej 

opozycji premier zademonstrował stanowczość... 

Louis Riel był zestresowany. Gdy dowiedział się, że 

Charles Nolin otrzymał sugestię, aby złożył rządowi ofertę 
na dostawy drewna, tak się rozzłościł, że nie tylko nie 
pozwolił na to, ale nakazał, by Nolin i Lepine wycofali już 
złożone przez nich oferty na dostawę słupów telegraficz­
nych. Wyładowywał się w scysjach z księżmi; czyżby miał 

poczucie, że ojciec Andre go zawiódł w sprawie odszkodo­
wania? Misjonarze usłyszeli od niego, iż „widzą tylko 
pieniądze i wygody", a powinni „żyć z pracy rąk jak 

apostołowie". Poinformował ich, że jest prorokiem i „ma 
powołanie Boskie do wielkich zadań". Księża zastanawiali 
się, czy Riel nie jest heretykiem, ale doszli do wniosku, jak 

napisał ojciec Fourmond, że na skutek „ciężkich duchowych 
przeżyć w przeszłości jego umysł jest w stanie bliskim 
szaleństwu, i nie odpowiada za to, co mówi"

3 1

. Części 

Metysów jednak taka mowa przypadła do gustu. „Ostatnio 
Riel występuje w roli reformatora religijnego — informował 
superintendent Crozier 7 stycznia. — Wpłynął nawet na 
ludzi, których wzgląd na nauczanie Kościoła jest przy­

słowiowy, dowodząc swojego wpływu, którego może uży­
wać z kłopotliwymi rezultatami"

 32

28 stycznia premier Macdonald po zapoznaniu się z petycją 

zdecydował o utworzeniu komisji rządowej, która miała 
dokonać spisu Metysów, aby wyliczyć tych, którzy nie 

otrzymali skryptów na ziemię na podstawie Manitoba Act. 
Zdawał sobie sprawę, że większość Metysów dostała w Ma-
nitobie skrypty, sprzedała je, a teraz żądała nowych. Ale to nie 

10

 Tamże,

 s. 114. 

31

  F l a n a g a n , Louis „David" Riel, s. 129. 

12

  S t a n l e y , Louis Riel, s. 300. 

111 

był problem; ziemi było dość, a poza tym można było sądzić, 
że po otrzymaniu nowych skryptów Metysi znów je sprzedadzą 
i historia się powtórzy. „Stary Jutro" nie chciał się na razie 

zobowiązywać, więc polecił poinformować oględnie, że „rząd 
zdecydował o sprawiedliwym zaspokojeniu roszczeń mieszań­
ców i mając to na względzie zarządził spis tych, którzy nie 
uczestniczyli w nadaniach na podstawie Manitoba Act". Guber­
nator Dewdney przekazał tę wiadomość na ręce Charlesa Nolina; 
był on posłem, można było go uważać za odpowiedzialnego, zaś 
pozycja Louisa Riela była nazbyt dwuznaczna, aby rząd mógł go 

uznać za partnera. 8 lutego po mszy Nolin poinformował 
o decyzji rządu. Choć mało konkretna, przecież zapowiadała 
załatwienie zasadniczej sprawy, więc Metysi byli najczęściej 

zadowoleni i uważali, że dzięki Rielowi po raz pierwszy ich 
petycja odniosła sukces. Lecz Louis Riel zamiast się ucieszyć, 
bardzo się zirytował. Nolin sądził, że chodziło o preferowanie 

jego, a ojciec Fourmond — iż Riel był urażony, że rząd nie 

ustosunkował się do jego osobistych skarg. Riel jednak raczej 
przejrzał, że manewr premiera Macdonalda zagrażał jego misji. 

— Za czterdzieści dni Ottawa dostanie moją odpowiedź! 

— wykrzyknął. 

Generalny sekretarz William Jackson chciał utrzymać 

inicjatywę. Planował, że zorganizuje wszystkie osady na 
Terytoriach i za dwa miesiące zwoła centralny kongres. 
„W międzyczasie — pisał w dokumencie o nazwie «Pod-
sumowanie» — wyślemy miękko sformułowaną petycję, 
która da im wrażenie, że jeśli załatwią kilka obecnych 
skarg, przestaniemy agitować za [zdobyciem] władzy. Zatem 

złagodzą obecną sytuację dając nam większy udział w kon­
traktach na zboże, i kredyty gotówkowe dla nas, i wtedy 
będziemy mieli machinę wojenną, aby poczynić silniejsze 
kroki". Kapitaliści mieli dostarczyć sznur, na którym się 
>ch powiesi? W dokumencie „Platforma" Jackson precyzował: 
>,Odnośnie [naszego] rządu: petycja do rządu brytyjskiego, 

aby dał nominację Komitetowi i przekazał władzę radzie. 

background image

112 

W razie odmowy ogłosić niepodległość, mianować Radę 
i objąć kontrolę"

33

Wydawało się, że Riel i Jackson są zgodni co do strategii, 

a zwłaszcza postulowanego przez Jacksona „naturalnego prawa 

do samostanowienia". Jednak Petycja Praw uwydatniła roz­
bieżność między nimi co do tego, czy Terytoria mają zostać 
„wolną prowincją", której zasobami zarządzałby rząd wyło­
niony z Centralnego Komitetu, czy też — jak chciał Louis 
Riel — mają być państwem narodowym Metysów, którzy do 
tych zasobów rościli pretensje z „tytułu tubylczego". William 

Jackson chciał „pogrzebać wszystkie różnice rasowe i religijne" 
i uczynić z Terytoriów kraj, gdzie biali, Indianie i Metysi 
„zajmą swoje miejsca jako producenci dóbr", „odwrócą się od 
pomysłu, by być właścicielami ziemskimi" i „będą gardzić 
rentą gruntową", a raczej zajmą się obaleniem „zachłannych 

kompanii" i monopoli

34

. Spór zaostrzał się; William Jackson 

stwierdzał, że „czynione są wysiłki", aby poróżnić go z Rielem, 
a Louis Riel dawał do zrozumienia, iż Jackson (dosłownie) 
próbuje go otruć. 14 lutego nastąpiła ich konfrontacja — Riel 

odrzucił przygotowany przez Jacksona projekt nowej petycji. 
Chodziło o tubylcze prawo do ziemi: Riel twierdził, iż cała 
ziemia na Zachodzie należy do Metysów, jako do tubylców 

oraz jako do narodu wybranego, zaś Jackson uznawał koncept 
własności ziemskiej za po prostu sprzeczny z naturą. Z cało­
nocnej kłótni Louis Riel musiał wyciągnąć wniosek, że z białą 
lewicą mu nie po drodze, bo odtąd ignorował Związek 

Osadników i osobiście Williama Jacksona. 

Pozostało tylko jasno określić fronty. 24 lutego Louis Riel 

wezwał Metysów na zebranie w kościele w Batoche. Byli 
obecni ojcowie Fourmond, Moulin i Vegreville; chciał też 
przyjechać komendant NWMP w Prince Albert insp. Ferdinand 

Gagnon, ale dano mu do zrozumienia, iż nie jest mile 
widziany. Riel ostro skrytykował rząd za to, że lekceważy 

93

 FI a  n a g a n , Riel..., s. 96-97. 

34

 Tamże,

 s. 99. 

113 

Metysów, po czym oświadczył, że wraca do Montany. W za­
sadzie nic nie stało na przeszkodzie — petycja, którą miał 
sporządzić, była już przez rząd rozpatrywana. Mimo to rozległy 
się okrzyki „Nie! Nie!". Wśród najgłośniej krzyczących byli 

Charles Nolin i ojciec Fourmond. 

A konsekwencje? — spytał Riel. 
Poniesiemy je! — odpowiedziały okrzyki. Riel oznajmił, 

że nie wyjedzie. Dobry ojciec Fourmond „z niezrozumiałym 
entuzjazmem", jak zapisał Louis Schmidt, zaczął wychwalać 

jego patriotyzm. 

„[Niedawno temu] wydawało się już, że podniecenie umarło 

śmiercią naturalną — napisał komisarz Irvine. — Najwyraźniej 
było to potrzebne, aby znów rozniecić przygasający pło­
mień"

3

'

1

. Louis Riel nabrał wigoru. „O, jak dobrze się czuję! 

Widzę, mój Boże, że jestem oblubienicą Twoją, świętym 
Kościołem. Piękno moje sięga daleko jak światło wschodzą­

cego słońca na morskich falach. Chwała moja obejmuje cały 
świat" — napisał w dzienniku, dodając, że jest „niezwykle 
mądry i dalekowzroczny", o inteligencji „daleko przewyż­
szającej inne"

3 6

 (czyje?). 1 marca po mszy przemówił ze 

schodów kościoła. Interpretując odpowiedź rządu na petycję 

jako odmowę, zakonkludował, że skoro pokojowe działania 

nie odniosły skutku, „trzeba pokazać zęby". 

— Wystarczy, bym podniósł palec, a zobaczycie, jak pędzi 

tu wielka mnogość narodów, które tylko czekają na mój znak! 

— zawołał. 

Nazajutrz Riel oświadczył księżom, że zamierza utworzyć 

rząd tymczasowy Metysów, i zażądał od nich, by ten pomysł 
poparli. Ojciec Andre nie zgodził się i w końcu go wyprosił. 

4 marca ojciec Andre poinformował Riela, że otrzymał 

telegram, iż rząd spełni całość własnościowych postulatów 

Metysów — wyda im wszystkim skrypty na ziemię, a nie­
zależnie pozwoli zatrzymać zajmowane działki z dostępem 

K 1 a n c h e r, op. cit., s. 19. 
Tlie Diaries...,

 s. 46-47. 

— Baloche 1885 

background image

114 

do rzeki. Louis Riel zrobił kolejną awanturę, zapowiadając, ±Ą 

jeśli ojciec Andre nie poprze rządu tymczasowego, sprowadzi 

ze Stanów Zjednoczonych tysiące ludzi, a przelana krew 
spadnie na jego sumienie. O co chodziło — czy o prawo 
Metysów do samostanowienia „aż do oderwania się" od 
Kanady, czy o utworzenie „Królestwa Bożego Nowego 

Świata"? Na pewno o więcej, niż oczekiwali od Riela Metysi. 

5 marca Riel spotkał się z Gabrielem Dumontem i dziewiąt­

ką wybranych Metysów. Polecił im złożyć podpisy pod 

przysięgą, że „uczynią wszystko co mogą, aby żyć świątobliwie 
i aby ocalić nasz kraj od niegodziwego rządu, nawet z bronią 
w ręku"

3 7

. Dowiedziawszy się o tym Charles Nolin za­

proponował, aby odbyć nowennę — dziewięć dni modlitw 
w intencji podjęcia właściwej decyzji. Może liczył, że do tego 

czasu wróci z delegacji do Ottawy członek Rady Terytorialnej 
Lawrence Ciarkę, i potwierdzi osobiście telegraficzną infor­
mację ojca Andre. Louis Riel się zgodził pod warunkiem, że 
nowenna zakończy się w dniu św. Józefa, patrona Metysów 

— 19 marca, czterdzieści dni od 8 lutego... 

8 marca Louis Riel zwołał wiec w St. Laurent. Wobec 

zebranych ogłosił zamiar utworzenia rządu tymczasowego 
i stwierdził, że chwila jest sprzyjająca — Wielka Brytania 
wkrótce rozpocznie wojnę z Rosją z powodu Afganistanu, 

więc milicja kanadyjska zostanie powołana do służby Imperium 
i nie będzie mogła interweniować. Przedstawił też zestaw 

zwykłych postulatów, który nazwał Rewolucyjną Ustawą Praw 
(czyżby chciał odebrać klientelę Jacksonowi?). Ta frazeologia 
pobudziła NWMP do działania. W Prince Albert zwiększono 
garnizon policji do 21 ludzi, a w Battlefordzie do 103, plus 

dwie haubice, przysłane z Reginy. 

10 marca zaczęła się nowenna. Kongregacja zebrała się | 

licznie, więc misjonarze byli zadowoleni i uważali, że zagrożenie 
minęło. Tego samego dnia insp. Gagnon zatelegrafował do 

Tamże,

 s. 54. 

115 

Troziera, że Metysi w Batoche są podnieceni, przygotowują broń 

• zapowiedzieli od 16 marca odcięcie mu dostaw zaopatrzenia, 

frozier zawiadomił o tym komisarza Irvine'a w Reginie, 
dodając, że według jego informacji Metysi spodziewają się 
otrzymać broń z USA. Nazajutrz z 50 ludźmi i haubicą przeniósł 
się z Battlefordu do Fortu Carlton, bliżej Batoche. 13 marca 
wysłał wiadomość o możliwości wybuchu w każdej chwili 
rebelii Metysów, do których mieli przyłączyć się Indianie. Było 
to o tyle prawdopodobne, że nadszedł przednówek, Kri domagali 
się „klęskowego" zaopatrzenia, a na skutek cięć budżetowych nie 

tylko nie zwiększono przydziałów, lecz je zmniejszono, w dodat­
ku surowo zakazując agentom wydawania ich nieuprawnionym. 

Toteż od tygodnia obowiązywał zakaz sprzedawania lub dawania 
Indianom w prezencie amunicji scalonej. 

Policję niepokoiło zwłaszcza to, że Louis Riel i Gabriel 

Dumont wezwali Metysów do przybycia 19 marca do St. 
Laurent. Okazją miały być obchody dnia św. Józefa, a także... 

uroczystość chrztu Williama Jacksona (który z tego powodu 
zrezygnował ze stanowiska generalnego sekretarza Komitetu). 
Dlatego Metysi mieli przynieść broń, aby oddać salwę 
honorową. Huk zapowiadał się donośny, bowiem każdy miał 

jakąś broń palną — Winchestery model 1866, 1873 i 1876, 

wielkokalibrowe karabiny Sharps na bizony, i oczywiście 
myśliwskie strzelby i dubeltówki. 

Co do Williama Jacksona, to nie wiadomo, dlaczego związał 

się „starożytnymi przesądami". Może kierując się „mądrością 
etapu" uznał, że mistycyzm Riela lepiej od jego agitacji 

przysłuży się pozyskaniu Metysów dla frontu ludowego. Przyj­
mując naukę Proroka Metysi wyrwaliby się spod wpływów 
reakcyjnego kleru, przez co może byliby podatniejsi na zbliżenie 
z anglosaskimi protestantami. Przy tym nowa religia była bardzo 
postępowa: reformy, jakie zamierzał wprowadzić Riel, obejmo­
wały między innymi przyzwolenie na poligamię i kazirodztwo. 

Jackson wyrzeźbił popiersie Riela z podpisem „Dawid"; może 
chciał go ułagodzić — a może ujrzał światło prawdy... 

background image

116 

Louis Riel nie bral udziału w nowennie. Zjawił się na mszy 

w niedzielę 15 marca, a usłyszawszy, że ojciec FourmoncJ. 
ostrzega przed agitatorami i zapowiada, że gdyby ktoś dopuście 
się buntu, odmówi mu sakramentów, nie wytrzymał. 

— Zamieniłeś ambonę prawdy w ambonę fałszu i poli-

tykowania! — wykrzyknął. Ksiądz jednak oceniał, że zachował 
posłuch u swoich wiernych i 17 marca uspokajał biskupa 
Grandina: „Nie martwię się o ludzi z St. Laurent". Także 
superintendent Crozier, do którego dołączyło 20 milicjantów 

z Battlefordu, którzy przywieźli broń dla jeszcze 150 ludzi, 
zawiadomił Irvine'a, że w Prince Albert nie ma powodu do 
niepokoju. Tylko w Batoche sytuacja nie była pewna. 

18 marca Louis Riel był na farmie Touronda. Od rana był 

podekscytowany, „odstawiał proroka" (jak zapisał niedowiarek 
Philippe Garnot) i zapowiadał, że Metysi z pomocą Stanów 

Zjednoczonych „zadadzą cios w obronie swoich praw", zetrą 
policję z powierzchni ziemi, będą rządzić krajem, otworzą 
zachód dla ludzi wielu ras... W tej niezbyt odpowiedniej 
chwili ktoś przyniósł wiadomość, że wrócił z Ottawy Lawrence-
Ciarkę. Jakoby zapytany na drodze przez kogoś o komisję 

rządową, miał odpowiedzieć, że zamiast komisji rząd wysyła 
500 policjantów, aby aresztowali Louisa Riela

3 8

Rzeczywiście, komisarz Irvine tego dnia wyruszył z Reginy 

z całą siłą, jaką dysponował — 92 policjantami i 66 końmi. 
Ale komisja rządowa już się tworzyła, a policjanci szli do 
Battlefordu; nikt nie postawił Rielowi żadnych zarzutów, więc 

o aresztowaniu nie było mowy. Poza tym żaden informator ani 
aktywista Związku Osadników nie donosił, by zbliżali się 

jacyś policjanci. Rozsądek podpowiadał, aby porozmawiać 

z Clarke'em... Jednak Riel zareagował bardzo emocjonalnie. 

38

 Według niektórych źródeł Lawrence Ciarkę był tajnym współpracow­

nikiem NWMP, a pewni historycy (por. M c L e a n, op. cir.) wywodzą z tego 
wniosek, że swoją informacją celowo sprowokował wybuch rebelii. Jednak 

jego słowa nie są pewne, a Riel już wcześniej przygotował rozpoczęcie 

działań na 19 marca. 

117 

___ Aux armes! Aux armes! — wykrzyknął. Zapanowało 
dniecenie. Francusko-indiańska krew, w której gorący tempe­

rament połączył się z pierwotną dzikością, była piorunującą 
mieszanką. Wokół Riela zebrało się kilkudziesięciu Metysów, 
dosiedli koni i pojechali do Batoche. Po drodze zatrzymali się 
w sklepie braci Kerr, zarekwirowali broń i amunicję oraz 
uwięzili agenta indiańskiego Johna Lasha i kilku jego pracowni­

ków. W sklepie Waltersa Riel oświadczył właścicielowi, że 

zaczęło się", a Metysi zarekwirowali 6 angielskich dubeltówek 

i baryłkę prochu. Ponieważ Walters domagał się zapłaty, uwięzili 
go. Po przybyciu do Batoche Metysi poszli do kościoła, by 
odbyć zebranie. Ojciec Moulin oświadczył, że protestuje. 

— Widzicie protestanta! — rzekł Riel, odsuwając probosz­

cza na bok. — Zabierzcie go stąd! Rzym upadł! — po czym 
wszedł i stanął przy ołtarzu. 

— Kościół św. Antoniego przejdzie do historii jako kolebka 

emancypacji Północnego Zachodu! — zawołał. — Bóg mnie 
tu sprowadził i przemawia przez moje usta! Papież nie jest już 
waszym panem! Prawdziwa religia nie potrzebuje ksiąg, 
potrzebują ich tylko księża! Oto moja księga (pokazując swój 
dziennik) — innej nam nie potrzeba! 

Ciągnął w tym duchu przez jakiś czas, zachęcając zebranych, 

by tańczyli i śpiewali „Hosanna". Następnie, choć był wieczór, 
udali się do St. Laurent, by nie czekając ochrzcić Williama 
Jacksona. 

Ojciec Fourmond był zaskoczony, gdy Riel powiadomił go, 

że „stary Rzymianin został odsunięty", a Metysi mają nowego 
papieża w osobie biskupa Bourgeta. Nie ucieszył się, gdy Riel 
mianował go „pierwszym księdzem nowej religii" i nakazał 

mu osobiste posłuszeństwo, jednak zgodził się ochrzcić 
Jacksona (który przybrał sobie „metyskie" imię i nazwisko 
Henri Jaxon). 

19 marca w Ottawie rząd przedstawił parlamentowi projekt 

Ustawy o prawach wyborczych, bardzo postępowy — nadawał 
te prawa wszystkim dorosłym Indianom płci męskiej oraz 

background image

118 

białym niezamężnym kobietom. W Batoche tego dnia także 
działy się wielkie rzeczy. Zebrało się tam ponad stu uzbrojo-
nych Metysów, którzy zostali zaproszeni na chrzciny. Zamiast 
tego Riel poinformował ich o utworzeniu rządu tymczasowego, 

czyli „Eksowedatu Metysów Francusko-Kanadyjskich". Nazwę 
„Eksowedat" ukuł z łacińskiego „ex ovide", co miało oznaczać 
„[wybrani] ze stada owiec". Brzmiało to lepiej niż Centralny 
Komitet Wykonawczy, a zresztą Związek Osadników, czy to 

zrażony religianctwem, czy nacjonalizmem Metysów, w więk­
szości wycofał się. Riel i Dumont „wybrali ze stada" 15 

eksowedów. Zostali nimi mianowani sygnatariusze bojowej 
deklaracji z 5 marca, a także dwóch anglofonów. Przewod­
niczącym został Pierre Parenteau, a sekretarzem, mimo jego 
sceptycyzmu, najbardziej piśmienny Philippe Garnot. Gabriel 

Dumont był adiutantem generalnym, czyli dowódcą armii, 

którą zorganizował na modłę polowania na bizony; podlegało 
mu 18 kapitanów kompanii, z których każda miała liczyć po 

10 ludzi. Riel nie przyjął żadnej funkcji, ciesząc się pozycją 

duchowego przywódcy. 

Metysi zostali zaskoczeni tempem rozwoju sytuacji, lecz 

Louis Riel wiedział, iż zorganizowana mniejszość może kiero­
wać niepewną większością tylko wtedy, jeśli utrzyma inicjatywę. 
Pierwszą więc sprawą, jaką zajął się Eksowedat, było osądzenie 

Charlesa Nolina, któremu zarzucano znoszenie się z ojcem 
Andre. Jak zapisał Garnot, Riel „wygłosił długą mowę, oskarża­

jąc Ch. Nolina o zdradę, twierdząc, że należy go ukarać dla 

przykładu, i że jest sprawą zasadniczej wagi, aby został skazany 
na śmierć"

3 9

. Louis Riel nie czekał z demonstracją suwerennoś­

ci... Nolin jednak uniknął losu Thomasa Scotta, ponieważ pokajał 
się i przyrzekł być posłuszny. Następni byli dwaj Metysi, 
William Boyer i Louis Marion, którzy odmówili noszenia broni 

przeciw rządowi. „Trybunał prerii" odstąpił od wymierzenia 
kary, ale przykład podziałał i nikt więcej nie sprzeciwiał się. 

*  B e a l ,  M a c l e o d , op. cit., s. 143. 

119 

g

u

p

er

intendent Crozier poinformował Irvine'a o tych wy­

darzeniach, dodając: „Liczbę rebeliantów ocenia się na 200 do 
400 Będzie się ona szybko powiększać. Cały szczep Kri 

lednej Strzały przyłączył się do rebelii po południu. Wszyscy 

[Kri] Brodacza prawdopodobnie pójdą w ich ślady jutro". 

Brzmiało to groźnie, jeśli ktoś nie wiedział, że „cały szczep" 
Jednej Strzały liczył 16 mężczyzn, a Brodacza 29. Crozier 
ostrzegał, że „rebelianci planują marsz na Carlton, a potem na 
Prince

C

Albert"

40

Taki ruch Metysów łatwo było przewidzieć. Riel zresztą 

mówił, że gdyby udało mu się wziąć jako zakładników 
Croziera albo komisarza Reeda, „rzuciłby Macdonalda na 

kolana" (na razie chwytał kogo popadło, listonoszy, urzęd­
ników itp.). Fort Carlton mimo groźnej nazwy był tylko 
faktorią Kompanii Zatoki Hudsona, nie budowaną dla celów 
wojennych. Jak większość tych placówek, które powstały 
w czasach, gdy cały transport odbywał się łodziami, leżała 
nad rzeką, u stóp wysokich brzegów, z których można ją było 
łatwo ostrzeliwać. W Forcie Carlton mówiono, że Riel ma pod 
bronią 1100 ludzi (faktycznie nie było ich nawet 300). 
20 marca Crozier sprowadził z Prince Albert oddział 80 
„specjalnych konstabli" — ochotników pod dowództwem 
„kapitana" H. S. Moore'a, młynarza i siostrzeńca ministra 

finansów. Wszyscy byli szacownymi obywatelami; był wśród 
nich nawet członek Rady Terytorialnej Lawrence Ciarkę, 
którego uwaga o 500 policjantach zaczęła sprawę. Dostali 
„krótkie" karabiny Snider-Enfield z szablowymi bagnetami 
i byli pełni zapału. 

21 marca była sobota. Crozier zgodził się, aby jeden 

z ochotników, mieszaniec Thomas McKay, udał się do 
Batoche, aby porozmawiać z Rielem. Wysłannik trafił 
na posiedzenie Eksowedatu. Riel był zdenerwowany; rano 

rozmawiał z delegacją mieszańców z Prince Albert, która 

D. W.  L i g h t , Footprints in the Dust, North Battleford 1987, s. 141. 

background image

120 

poinformowała go, że nie przyłączą się do żadnych akcji 
zbrojnych. Kiedy McKay zaczął mu perswadować, aby nid 
uciekał się do użycia broni, Riel początkowo odpowiadaj 

spokojnie, ale w końcu zarzucił mu zdradę, bowiem choć jesl 
mieszańcem, nie stoi po stronie Metysów. 

— Nie wiesz, czego chcemy? Krwi! Krwi! Chcemy. 

krwi! — zaczął unosić się Riel. — Będzie wojna na 

eksterminację. Dwa są przekleństwa tego kraju — rząd 
i Kompania Zatoki Hudsona. 

Riel już zagroził postawieniem McKaya przed „trybunałem 

prerii", gdy nagle uspokoił się, przeprosił go i zapowiedział 
wysłanie listu do Croziera. 

Wieczorem przed Fortem Carlton stanęli Nolin i Lepine, 

przynosząc ultimatum. „Członkowie rządu tymczasowego 
Saskatchewanu mieli zaszczyt zakomunikować majorowi 
Crozierowi następujące warunki kapitulacji": wydanie Fortu 

Carlton w zamian za obietnicę odejścia wolno na parol. 
W razie odrzucenia ultimatum zapowiadali „zaatakowanie 

jutro, gdy skończy się Dzień Pański

4 1

, a następnie podjęcie 

wojny w celu eksterminacji wszystkich wrogów naszych 
praw". „Majorze, szanujemy pana — kończyli. — Niech 

sprawa humanitaryzmu będzie pocieszeniem dla pana w nie­
szczęściu, jakie ściągnęło na pana złe kierownictwo rządu". 
Nolin i Lepine mieli przyjąć kapitulację tylko wtedy, jeśli 

Crozier podpisze następującą formułę: „Ponieważ kocham 
bliźniego jak siebie samego, w imię Boga, i aby uniknąć 

rozlewu krwi, a głównie grożącej krajowi wojny na ekster­
minację, zgadzam się na powyższe warunki kapitulacji". 

Crozier nie podpisał, ale atak nie nastąpił. Ujawnił się 

główny problem rebelii — ograniczenie jej bazy do Metysów. 
Sprawą zasadniczej wagi było przekonanie mieszańców, by 
się przyłączyli. Eksowedat wysłał do nich manifest, którego 

przydługi wstęp, typowy dla stylu Riela, naświetlał ideo-

41

 Zgodnie z religią Riela Dniem Pańskim była sobota. 

121 

losiczne podłoże konfliktu („Bóg Wszechmogący zawsze 
troszczył się o Mieszańców. Prowadził ich długo przez dzicz. 
Boska Opatrzność powiększała stada bizonów pasące się na 
naszych preriach, których obfitość była jak manna z nieba. 
Lecz my zawiedliśmy niewdzięcznie naszego Boga Ojca 
Wszechmogącego i z tej przyczyny wpadliśmy w ręce rządu, 
którego jedynym celem jest ograbianie nas. [...] 15 lat cierpień, 
nędzy i złośliwych prześladowań otworzyło nam oczy, a prze­
paść demoralizacji, w którą Dominium wpycha nas co dzień 

coraz głębiej, z łaski Boga napełniła nas grozą, i bardziej 
przeraziło nas to piekło, w które otwarcie próbują nas wtrącić 
rząd i policja, niż ich broń palna, która w końcu tylko nasze 
ciała zabić może"). Potem następowała część istotna: „Bądźcie 
gotowi na każdą okoliczność. Weźcie ze sobą wszystkich 
Indian, zbierzcie ich zewsząd. Szemrajcie, warczcie i wy­
grażajcie, podnieście Indian. Ogłoście, że policja w Forcie Pitt 
i w Forcie Bataille [Battleford] jest bezsilna. Pomożemy wam 
zdobyć Fort Bataille i Fort Pitt"

4 2

. Fragment innego manifestu 

brzmiał: „Nie będzie przyjemniejszego dla Niebios głosu niż 
wrzaski policji konnej, gdy weźmiemy Reginę"

4 3

Te zapowiedzi zamiast entuzjazmu wzbudziły w Prince 

Albert niepokój. Szczególnie nie podobał się zamiar „pod­
niesienia Indian". Na zebraniu „Anglicy, mieszańcy i osadnicy 
kanadyjscy" uchwalili, że choć są krytyczni wobec rządu, 

którego „niesprawiedliwe postępowanie doprowadziło do 
obecnych zaburzeń", oraz wobec „wpływowych obywateli 
Prince Albert, którzy podburzali rząd przeciwko ludowi", to 
swoich interesów będą dochodzić tylko w sposób zgodny 
z prawem. Anglofoni ogłaszali neutralność (z wyjątkiem 
obrony przed Indianami) i stwierdzali: „Jakkolwiek sym­
patyzujemy z Francuzami w ich staraniach o załatwienie skarg 
w sposób zgodny z konstytucją, to nie możemy zaaprobować 
ich obecnego zachowania, które wyraża się w chwyceniu za 

Li ght, op. cit., s. 149. 
K 1 a n c h e r, op. cit., s. 10. 

background image

122 

broń, i niniejszym prosimy ich, by nie przelewali krwi". Louis 
Riel odwoływał się do solidarności i do wspólnoty interesów. 
„Dżentelmeni, proszę, nie bądźcie neutralni. Na miłość Boską, 

pomóżcie nam ocalić Saskatchewan. Nasz związek sprawi, że 
policja wyjdzie z Fortu Carlton tak, jak ciepło kury sprawia, 

że kurczęta wychodzą ze skorupek" — pisał

4 4

. Sięgał także 

po argument religijny, zachęcając protestantów, by przyłączyli 
się do „przedsięwzięcia przeciwko Rzymowi". 

Crozier ostrzegł komisarza Irvine'a, że 400 Metysów szykuje 

się, by zaatakować po drodze jego oddział i znieść go. Irvine 

powtórzył to w depeszy do szefostwa NWMP, i poinformował, 
że wobec tego ominie z dala Batoche i zamiast do Battlefordu 
pójdzie przez Prince Albert do Fortu Carlton. 

Szef (Comptroller) NWMP wydał polecenie skoncentrowania 

całej reszty sił policyjnych w Reginie. W Winnipegu pozostało 
tylko dwóch konstabli i inspektor. Z Calgary i okolic przerzuco­

no do Reginy wszystkich policjantów i obie haubice. Ucieszyło 
to Indian („Policja sobie poszła, jest mnóstwo whisky", mówili 
agentowi), ale spowodowało niezadowolenie białych. „Dziwne, 
że póki jest spokój, utrzymuje się tu pełne siły, a w chwili 

zagrożenia wycofuje się je" — pisała gazeta. Gubernator 
Dewdney zadepeszował do premiera Macdonalda: „Sytuacja 
wygląda na poważną. Uważam za konieczne, aby kompetentni 
wojskowi zostali przydzieleni do sztabu na wypadek skierowania 

milicji na północ". Premier skontaktował się z ministrem 
Adolphem Caronem. Zapadły pierwsze decyzje. 

„23 marca o 14.00 zostałem poinformowany przez ministra 

milicji i obrony p. Carona, iż francuscy mieszańcy pod wodzą 
Riela, znanego rebelianta, stwarzają takie problemy na Tery­
toriach Północno-Zachodnich, że będą prawdopodobnie ko­

nieczne działania wojskowe, i że premier, sir J. Macdonald, 

życzy sobie, abym jak najszybciej wyruszył do Winnipegu 
— wspomina naczelny dowódca milicji, generał Frederick 

44

  S t a n l e y , Louis Riel, s. 313. 

123 

Dobson Middleton. — Pan Caron nie dał mi szczegółowych 
wytycznych, lecz rozumiałem, że po przybyciu do Manitoby 
miałem postępować zależnie od okoliczności, i jeśli to będzie 
konieczne, wyruszyć w pole przeciwko insurgentom"

 4

-\ Wy­

daje się, że i gubernator, i komisarz Irvine oczekiwali, iż 
wiodącą siłą w kampanii będzie NWMP. Jednak premier 
poinstruował komisarza, że „we wszystkich operacjach woj­
skowych, współdziałając z milicją, ma on wykonywać rozkazy 
aen. Middletona"

46

. Mimo potwierdzenia przez szefa NWMP, 

iż „oficerowie NWMP mają podlegać rozkazom generała 
majora, dowódcy milicji", dowódcy policji konsekwentnie 
zwracali się w każdej sprawie do niego, ignorując Middletona. 
Nie rokowało to dobrze współpracy obu sił. 

24 marca 455 mieszkańców Prince Albert podpisało apel do 

rządu, z deklaracją poparcia dla żądań Metysów. Rząd już 
zaczął sprawy te załatwiać (przewodniczący komisji właśnie 
pojechał do Ottawy po instrukcje), a poza tym Rielowi nie 
chodziło o jeszcze jedną petycję — gdyby te pól tysiąca 
chłopa zaciągnęło się pod jego sztandar... 

Wieczorem do Prince Albert dotarł oddział komisarza 

Irvine'a; mimo silnych mrozów przeszedł 480 km przez 7 dni. 
„Stałem na warcie przed koszarami — wspomina konstabl 
Donkin — gdy usłyszałem z dala cichy poryk, jaki wydają 

płozy sań na zamarzniętym szlaku. Dźwięk narastał, zbliżał 
się coraz bardziej; nadjeżdżał długi sznur sań transportowych. 
Potem dały się słyszeć radosne okrzyki, które rosły w siłę 

w miarę jak kolumna się zbliżała. Ludność ogarnął szał 
entuzjazmu; zaroiło się od wrzeszczących gromad. Teraz 
wszystko się skończy, wyobrażali sobie ludzie. Riel zostanie 
aresztowany, a nurt życia popłynie gładko dalej"

4 7

45

 F.  M i d d l e t o n , Suppression of the Rebellion in the North West 

Territories of Canada, 1885,

 Toronto 1948, s. 3-4. 

46

 D. Morton, R. Roy, ed., Telegrams of the North-West Campaign 1885, 

Toronto 1972, s. 5. 

D o n k i n , op. cit.. s. 112. 

background image

124 

„Ludzie w Prince Albert wydają się bardzo podekscytowani 

rebelią, lecz bardziej od Metysów boją się Indian" — stwierdził 

Irvine. Następnego dnia zaczęto przygotowania do wymarszu 

do Fortu Carlton. Odzież policjantów w drodze mocno 
ucierpiała, a zapasowej nie mieli, gdyż plecaki pozostawili p

drodze w Humboldt, aby zmniejszyć obciążenie sań. Kupowali 
więc co popadło, bieliznę, skarpety. Aby zapobiec ślepocie 
śnieżnej, wszystkich zaopatrzono w woalki z zielonej gazy. Po 

południu Irvine zarządził wypoczynek, ale podniecenie nie 
pozwalało nikomu na sen. „Dokoła fruwały różnokolorowe 

canards

 — również taka, iż Francuzi są tuż za miastem, za 

wzgórzem!"

4 8 

T a m że, s. 114. 

MAŁA WOJNA 

DUCK LAKĘ, 26 MARCA 

Nad Eksowedatem wisiał miecz Damoklesa w postaci spo­

dziewanych 500 policjantów. Gabriel Dumont zaproponował, by 
czekać na nich w Duck Lakę, miejscowości leżącej o 10 km od 
Batoche, pomiędzy szlakami z Fortu Carlton i z Prince Albert, 
którymi mogli nadejść. Znajdował się tam też sklep, w którym 
spodziewał się znaleźć amunicję i prowiant. Eksowedowie długo 

dyskutowali ten plan, aż głos Riela przeważył. 

25 marca oddział Metysów przybył do Duck Lakę. Kupiec 

został ostrzeżony i uciekł, a w sklepie prowiant wprawdzie był, 
ale nie było amunicji (ukrył ją jeden z mieszańców, który był po 
stronie Metysów, ale nie do końca). Rozczarowany Dumont 
wystawił czujki na drodze do Fortu Carlton, a sam poszedł na 

herbatę do wodza Brodacza w rezerwacie Wierzbowych Kri. 

O 23.00 oddział Irvine'a wyruszył z Prince Albert do Fortu 

Carlton. O tej samej porze Crozier, który o tym nie wiedział 
i niepokoił się, wysłał na zwiady geodetę Johna Astleya 
i zastępcę szeryfa Harolda Rossa. Wolał nie wysyłać policjan­
tów, bowiem Brodacz mówił, iż denerwuje go, kiedy chemo-

ginusuk

 kręcą się po rezerwacie. 

Do świtu 26 marca zwiadowcy nie wrócili (wpadli na 

Dumonta z grupą Metysów i znaleźli się w niewoli). Crozier 

background image

126 

postanowił jednak wysłać do Duck Lakę policjantów. Sierż. 
Stewart wziął 18 ludzi i 8 sań — mając na względzie dobrjj 

humor Brodacza, miał tłumaczyć, że nie szuka zwady, chce 
tylko kupić w sklepie żywność. Na wszelki wypadek wysłaj 
przodem czterech konstabli i Thomasa McKaya, który znał 
i rozmawiał już z samym Rielem. 

Metysi zasiadali do śniadania, gdy ktoś krzyknął: 

— Policja nadchodzi! 
Przez chwilę nie wiedzieli, co robić. Patrick Fleury wskoczył 

na konia i pogalopował ku policjantom. 

— Zatrzymaj się, bo strzelamy! — zaczęli na jego widok 

wołać konstable. 

— Chcę tylko pogadać z McKayem! — krzyczał Fleury. 

Widząc, że za nim zbliża się więcej Metysów, policjanci 
i McKay zawrócili do sań. Fleury podjechał, oświadczył, że 
policja nie jest w Duck Lakę mile widziana i zasugerował 
powrót do fortu. Sierż. Stewart usłuchał i zaczęto już zawracać 
sanie, gdy nadjechał Gabriel Dumont. Zsiadł z konia i ruszył 

ku policjantom. Nie wyglądał zbyt przyjaźnie („na szpetnej 
twarzy miał wyraz dzikiego okrucieństwa, a piana wściekłości 
spływała mu po splątanej brodzie" — pisze konstabl Donkin), 
toteż jeden z nich ostrzegł: 

— Zatrzymaj się, bo strzelam. 
— Ja ciebie zabiję pierwszy! — odrzekł Dumont i podniósł 

karabin do strzału. Policjant odłożył swój, a Dumont wskoczył 
na sanie i uderzeniem lufą w głowę zrzucił go z nich. 

Wełniana rękawica zaczepiła przy tym o spust i karabin 
wypalił. 

— Uważaj, Gabriel! — krzyknął McKay. 
— Sam uważaj, bo ci łeb rozwalę — odparł Dumont. 

„Rzuciłem się na niego — wspomina. — Zawrócił koniem, 
który zarył tylnymi nogami w śniegu i stanął dęba. Popchnąłem 

McKaya w plecy karabinem. Ciągle mówił «Uważaj, GabrieK 
a ja też powtarzałem «Lepiej sam uważaj, bo cię zarżnę* 
i goniłem go z karabinem. Dał koniowi ostrogę, skoczył do 

127 

rzodu i uciekł". Za nim poszli wszyscy policjanci. Metysi 

rhcieli ich ścigać, ale Dumont kazał zawrócić do Duck Lakę. 

Jeden z konstabli pojechał przodem, toteż zanim konwój 

wrócił do fortu, Crozier dowiedział się o incydencie. Dowie­
dzieli się o nim też ochotnicy z Prince Albert, a także, iż dwaj 
ich koledzy są w rękach Metysów, i zaczęli domagać się 
działania. Crozier nie chciał dawać się prowokować. Ochotnicy 

zaczęli z niego szydzić i nazwali tchórzem. Superintendent 
ustąpił; w raporcie podał, że ugiął się przed argumentem, iż 
„jeśli Metysi bezkarnie przejmą własność rządową, zdobędą 
sojusznika w postaci dotąd wahających się Indian". O 10.00 
wyjechał z fortu na czele 56 policjantów i 43 ochotników, 

zabierając haubicę. Po drodze dołączył do niego sierż. Stewart 
z konwojem. Oddział zatrzymał się w rezerwacie, Crozier 
poszedł porozmawiać z Brodaczem, a kilku pojechało dalej 

drogą na zwiady. 

Metysi, do których dołączyło kilkunastu Kri z rezerwatu, 

wciąż jedli śniadanie, gdy znów zakłócił je okrzyk „Policja 
nadchodzi!". Po krótkim zamieszaniu ponad 20 wyjechało na 
spotkanie. Pierwszy zobaczył ich ochotnik Alex Stewart. 

— Nieprzyjaciel! —zawołał i zawrócił. „Nieprzyjaciel wydał 

wycie wojenne, od którego zadrżało powietrze, i puścił się za 
mną całym pędem. Było ich co najmniej 200. Jeden Francuz 

dogonił mnie i chciał złapać za uzdę mojego konia. Wymierzy­
łem do niego z rewolweru (sześciostrzałowca NWMP, samonapi-
nającego, kaliber 44) i kazałem mu wracać albo mu łeb rozwalę, 

i zniknął jak błyskawica. Nikt inny się do mnie nie zbliżył. 
Widziałem ich, jak się roili na wzgórzach jak pszczoły, 
• wszyscy krzyczeli. Indianie byli wymalowani jak demony, tak 

s

amo, jak niektórzy francuscy mieszańcy" — wspomina '. 

Tymczasem Brodacz zapewniał Croziera, że o niczym nie 

w

'e i z Metysami nie ma nic wspólnego. Dalsze dociekania 

przerwał powrót rekonesansu. Crozier rozkazał przygotować 

B e a 1, M a c 1 e o d, op. cit., s. 156. 

background image

128 

się do obrony. Sanie ustawiono w poprzek drogi, a policjanci 
i ochotnicy ukryli się za nimi i wśród drzew. 

Rozochoconych Metysów dogonił Gabriel Dumont z resztą 

oddziału, zatrzymał ich i zabronił strzelać. Postanowił wysłać do 
Croziera parlamentariuszy, aby go poinformowali, że idąc dalej, 
naruszy granice państwa Metysów. Z białą flagą poszli jego brat 
Isidore oraz Gwiaździsty Koc vel Karolek Kri, niegdyś słynny 
wódz, który miał pudełko pełne skalpów Czarnych Stóp. 

Naprzeciw nim wyszli Crozier i tłumacz mieszaniec, policyjny 

zwiadowca Joseph „Dżentelmen Joe" McKay. 

Dotąd padały groźne słowa o rozwalaniu łbów i zarzynaniu, 

straszono się nawzajem policjantami i Indianami, nawet 
popychano się i szturchano, ale na widok broni wszyscy się 

cofali. Przy całej demonstracyjnej wojowniczości każda ze 
stron liczyła, że wszystko się jakoś rozejdzie po kościach. 
Teraz jednak włączył się przedstawiciel grupy, która już 

dawno straciła respekt wobec policji i szacunek dla prawa. 

— Kim jesteście? — spytał Crozier, tak jakby nie wiedział. 
— Kri i mieszańcy — odpowiedział mu Gwiaździsty Koc. 

— A ty czego tu szukasz? 

— Niczego — odrzekł Crozier — chcę tylko zobaczyć, czy 

nie dzieje się nic złego. 

— A czego chce ten tutaj? Dlaczego ten Anglik tak się 

uzbroił, jeśli nie po to, by się z nami bić? 

Z tymi słowy Gwiaździsty Koc złapał za karabin McKaya. 

„Dżentelmen Joe" nie wypuścił broni i zaczął się z nim 
szamotać. Crozier demonstracyjnie odwrócił się i ruszył z powro­

tem. Grupa Metysów w tym czasie przeszła przez drogę 
i umieściła się w małym blokhauzie naprzeciw policjantów. 

— Otaczają nas! — krzyknął ktoś z jego ludzi. 
— Strzelają! — krzyknął inny. Crozier przyspieszył. Za 

jego plecami Isidore Dumont przyklęknął i podniósł karabin 

do ramienia. „Dżentelmen Joe" puścił karabin, wyciągnął 
rewolwer i celnym strzałem zabił Dumonta, a potem śmiertel­

nie ranił Indianina. 

129 

p

0

 drugiej stronie Louis Riel uniósł w górę figurę Chrystusa, 

którą zdjął z krucyfiksu w kaplicy. 

W imię Boga Ojca Wszechmogącego — ognia! — za­

wołał- —

 w

 imię Syna Bożego — ognia! W imię Ducha 

Świętego — ognia! 

Zeskoczyłem z konia koło sań z amunicją — wspomina 

Ąlex Stewart. — Był tam młody facet, Kanadyjczyk (miał 20 
albo 21 lat), który powoził. Podnosił się, aby zsiąść, gdy 
wyrzucił w górę ręce, westchnął i upadł na bok, uderzając 
mnie w nogi. Podniosłem go i odciągnąłem. Rozpiąłem mu 

kurtkę i zobaczyłem, że dostał w serce. Wziąłem jego karabin 
(miałem tylko rewolwer) i zacząłem strzelać znad siedzenia 
sań. Tom McKay podszedł i poprosił, żebym potrzymał jego 
konia, a on postrzela. Podniosłem się i wtedy dostałem kulę 
z boku, trochę poniżej szyi, u góry klatki piersiowej. Wywa­
liłem się i nakryłem nogami"

2

. Wśród nieprzygotowanych 

ochotników kule Metysów urządziły jatkę. Sprawdziła się 
przepowiednia Jacksona, że pierwsi zginą prawnicy i kupcy. 
Padł martwy adwokat Skeffington Elliott, siostrzeniec przy­
wódcy partii liberalnej Edwarda Blake'a. Obok niego aplikant 
William Napier, bratanek sławnego brytyjskiego generała sir 
Charlesa Napiera, ranny w pierś i w udo osunął się na kolana. 

— Powiedzcie matce, że poległem jak mężczyzna, na polu 

chwały — powiedział. W chwilę potem upadł, śmiertelnie 
trafiony w szyję. Zaraz po nim zostali zabici Robert Middleton, 
właściciel bilardu, i kupiec towarów żelaznych Dan McPhail. 

— Strzelajcie, chłopcy! — krzyknął Crozier, biegnąc ku 

policjantom. 

Policjanci znaleźli się w niezwykłej sytuacji — po raz 

pierwszy oczekiwano, że będą strzelać. Były kawalerzysta 
USA konstabl George Arnold zaklął, i choć ranny w prawe 
płuco, wstał i zaczął strzelać raz po raz z Winchestera, aż 
upadł trafiony w nogę i brzuch. 

Tamże,

 s. 158 

9

 — Batoche 1885 

background image

130 

— Powiedzcie moim kolegom, że zginąłem dzielnie —• po. 

wiedział. Kpr. Davidson wskoczył na sanie i wzniósł „trzy 

brytyjskie hip-hip-hurra". 

Policjanci-artylerzyści szarpali się z haubicą, która po 

wystrzale skakała i ryła w kopnym śniegu. Udało im się dwa 

razy wystrzelić szrapnelem i dwa razy kulą, lecz nie trafili 
w nic. Odsłonięci na drodze, ściągali ogień na siebie. Za 
piątym podejściem konstabl Thomas Gibson zginął, podając 
nabój, ładowniczy konstabl George Garrett dostał kulę w płuco, 
a zdenerwowany konstabl Louis Fontaine wsunął do lufy 

najpierw kulę, potem proch. Ponieważ nie zabrano przyborów, 
w tym służącego do wyciągania naboju „robaka", haubica 
stała się bezużyteczna. Policjanci podnieśli ją i chcieli 

wytrząsnąć nabój z lufy, ale bez powodzenia. 

Ochotnicy spróbowali ataku na blokhauz, ale kiedy ich 

dowódca, „kapitan" Moore, został ranny w nogę, cofnęli się. 
Metysi wyskoczyli zza ukrycia. 

„Miałem ochotę kropnąć parę czerwonych kurtek, więc nie 

zamierzałem się kryć — mówi Gabriel Dumont. — Kula 
przejechała mi po czubku głowy. Spadłem z konia, a koń, 

który także został ranny, chciał uciec i nadepnął mnie. 
Chciałem wstać, ale nie mogłem, za silne było to uderzenie". 

— Gabriel nie żyje! — krzyknął z przerażeniem Joseph 

Delorme. 

 Courage — odpowiedział Dumont. — Jak długo nie 

stracisz głowy, będziesz żył. 

Obok Dumonta padł jego kuzyn Augustę Laframboise. 

„Próbował uklęknąć i przeżegnać się, ale znowu upadł na bok. 
Powiedziałem: «Nie bój się, wszystko będzie dobrze». Ale on 

już nie żył"

3

. Zaraz potem ranny został jego brat Edouard. 

Metysi skryli się znów. 

Mimo tego sukcesu policjanci zaczęli tracić ducha. „[Metysi] 

byli po naszej prawej stronie, po lewej i z przodu — napisał 

3

 D u m o n t, op. cit., s. 58. 

131 

konstabl John Kummerfield. — Byliśmy tak samo fatalnie 
otoczeni, jak sześciuset dzielnych. Nikt z nas nie spodziewał 

s i

ę wyjść żywy"

4

, Doktora! — krzyczał ranny w udo kpr. Gilchrist. 

__ Crozier, powiedz temu durnemu doktorowi, że wykrwawię 

s

ję na śmierć! 

Doktor Miller stwierdził, że kula przebiła torbę z narzędzia­

mi, którą miał w kieszeni. Superintendent Crozier, ranny 

w

 policzek, zarządził odwrót. 

Nie zostawiajcie mnie tym czarnym diabłom — krzyczał 

Gilchrist — oskalpują mnie! 

Na widok cofających się przeciwników Metysi znów rzucili 

się, by ich ścigać. 

— Nie, w imię Boga, nie — zawołał Louis Riel — dość 

już przelewu krwi! 

Policjanci odeszli, pozostawiając kilka sań, 15 karabinów 

i 500 naboi, a także zabitych i dwóch rannych. Ranny w nogę 
ochotnik Charlie Newitt wciąż się ostrzeliwał. Otoczony, 
przebił jednego z Metysów bagnetem, ale został rozbrojony. 
Indianie zaczęli go okładać kijami, łamiąc palce rąk, którymi 

osłaniał głowę. Dumont zlitował się nad nim. „Chciałem go 
wykończyć — pisze. — Powiedziałem mu, że zrobię to 
szybko i bezboleśnie. Sięgnąłem po rewolwer, ale był zatknięty 

za pasek za plecami i nie mogłem go dosięgnąć. Wtedy 
przyszedł Riel i zabronił mi go zabić". Coup de grace 
otrzymał tylko ochotnik John Morton, który ranny w plecy 
„krzyczał i tak cierpiał, że Guillaume Mackay pomyślał, że 
mu się przysłuży strzelając mu w głowę"

3

„Sześciuset dzielnych" to odniesienie do poematu lorda Tennysona 

o szarży Lekkiej Brygady pod Batakławą („Cannon to right of them, cannon 

!o

 left of them, cannon in front of them volleyed and thundered; boldly they 

rode and well, into the jaws of Death, into the mouth of Heli rode the six 

hundred"). 

D u m o n t , op. cit.. s. 58. Według innych źródeł Newitta uratował nie 

Kieł, lecz Emmanuel Champagne, który go znał. 

background image

132 

Walka trwała pół godziny. Zabitych zostało 9 ochotników 

i 1 policjant (15 było rannych, w tym siostrzeniec Josepha 

Howe, czołowego polityka z Nowej Szkocji, oraz kuzyn 

byłego premiera Alexandra Mackenziego). Po stronie Me-

tysów zginęło czterech i Gwiaździsty Koc, a trzech odniosło 

rany. Gabriel Dumont stwierdził, że wszyscy zabici należeli 

do jego rodziny. Po powrocie wyprowadził więźniów na 

podwórze i z Indianami zabrał się do egzekucji, ale znowu 

powstrzymał go Riel. 

O 16.00 oddział Croziera wrócił do Fortu Carlton. W pół 

godziny później przybył komisarz Irvine z oddziałem. Irvine 

był wściekły. W raporcie „wyraził żal", iż Crozier nie zaczekał, 

lecz „wymaszerował, tak jak to zrobił", co przypisywał temu, 

iż „jego rozsądek ugiął się przed zapalczywością policjantów 

i ochotników". Zapanowała atmosfera defetyzmu, którą po­

głębił zgon konstabli Garretta i Arnolda oraz amputacja nogi 

Moore'a

6

. Irvine nadał depeszę do gubernatora, wzywając 

pomocy milicji i ostrzegając, że „powinno jej być pięć razy 

więcej, niż zakładano — 1500 należy wysłać zaraz". Następ­

nego dnia czekano na atak Metysów. Zamiast nich pojawił się 

jeden z więźniów Riela z listem do Croziera. Riel obciążał 

superintendenta odpowiedzialnością za rozpętanie walki („Pań­

scy ludzie nie mogą twierdzić, że ich intencje były pokojowe, 

skoro przyprowadzili z sobą armaty" — pisał) i zapraszał go 

do zabrania ciał zabitych. Irvine nie przyjął tej propozycji 

w obawie przed zasadzką, a wysłannika kazał aresztować jako 

szpiega. W końcu zdecydował się opuścić Fort Carlton, 

bowiem, jak napisał w raporcie, „będąc powiadomiony o licz­

bie Indian, którzy przyłączyli się do rebeliantów" uznał, że 

„element indiański dokona rajdu na Prince Albert, jeśli 

pozostanie ono bez obrony". W nocy zaczęto ładować zapasy 

na sanie. Co się nie zmieściło — worki mąki i sucharów, paki 

bekonu — polewano naftą. Korzystając z okazji, policjanci 

6

 Kpr. Gilchrist zmarł na skutek komplikacji po ranieniu 10 grudnia 1885 

roku. 

133 

rządzili ucztę ze smakołyków z magazynu Kompanii Zatoki 

Hudsona. Oprócz homarów, sardynek, biszkoptów i innych 

cnecjałów zabierali bieliznę, koce, tytoń, fajki, nawet perfumy. 

Faktor Kompanii Lawrence Ciarkę nie protestował, lecz 

skrzętnie robił inwentaryzację. Wreszcie ktoś zaprószył ogień 

w

 jednym z baraków. Płomienie szybko ogarnęły budynki, 

zapaliła się także brama. Irvine kazał usunąć barykady i uciekać 

do Prince Albert. 

Metysi nie mieli zamiaru ścigać policjantów. Przyszli, gdy 

0

cneń już dogasał. Magazyn Kompanii nie spłonął i nawet 

sporo w nim zostało. Zabrali, co się dało, także okna i drzwi 

z ocalałych budynków, a potem podpalili wszystko na nowo. 

PRINCE ALBERT 

W Prince Albert 27 marca miejscowa drużyna na lodowisku 

grała w curling z klubem z niedalekiego Goshen, gdy 

dowiedziano się o „masakrze pod Duck Lakę". „Mieszkańcy 

oszaleli ze strachu — zapisał ojciec Andre. — Oczekują, że 

Riel z bandą Metysów, a za nimi Indianie, runą na nas i utopią 

wszystko w ogniu i krwi. [...] Mój Boże! Co teraz będzie 

z naszymi biednymi, nieszczęsnymi Metysami? Musieli ciężko 

obrazić Boga, że ściągają na siebie groźbę straszliwej kary!" 

Z Metysów pojawił się tylko jeden, za to nie byle jaki 

— Charles Nolin, który korzystając z zamieszania uciekł 

z Batoche (przeleciał konno przez ulicę główną, wrzeszcząc: 

„Najświętszy Sakrament! Cyborium! Najświętszy Sakrament!", 

myślano więc, że pędzi na pomoc Rielowi). Został umiesz­

czony pod strażą, ale strażnicy sami nie byli pewni swego 

losu. Wokół murowanego kościoła i plebanii ułożono trzymet­

rową barykadę z sągów drewna opałowego. Na dachu kościoła 

usadowiło się kilku strzelców. „Na szczycie wałów obronnych 

chodziło czterech cywilnych wartowników o wyniosłej po­

stawie i z bagnetami na broni, jak średniowieczni strażnicy, 

oczekujący, że zza fosy zabrzmią trąby wyzwania. Na dachu 

background image

134 

człowiek z lornetką przeczesywał każdy cal horyzontu" 4 
W tym grodziszczu schronili się w nocy mieszczanie i ucie­

kinierzy z farm, w liczbie 1800. Ojciec Andre zabrał do 
kościoła zakonnice z pobliskiego klasztoru. Nie sądził, bri 
miały się obawiać Metysów, ale że po Indianach można się 

było wszystkiego spodziewać, udzielił im wiatyku w obliczu 
niechybnej śmierci. 

28 marca do Prince Albert wrócił oddział Irvine'a. Ludzie 

ze zgrozą wspominali nocny marsz, kiedy w każdej chwili 
oczekiwali, że „upiorne wojenne wycie dzikusów zabrzmi 

wśród nieprzeniknionego mroku". Nie zrobili dobrego wraże­
nia, a reputacja komisarza upadła doszczętnie, gdy dowiedziano 
się, że pozostawił zabitych na pobojowisku. W złych nastrojach 

wszyscy rozeszli się do domów, ale nie był to koniec wrażeń. 

— Chodźcie! Nadchodzą! Francuzi i Indianie! — w nocy 

rozległy się krzyki, a z nimi dźwięk dzwonu na trwogę. Na 
pół ubrani ludzie wybiegali z domów i biegli do kościoła. 
W ciemności grupy odmawiały chórem modlitwy. Pobladli 
mężczyźni nabijali broń. Na plebanii przypadkowy wystrzał 

spowodował panikę — kobiety mdlały, dzieci krzyczały 

i płakały, jedna z kobiet poroniła. Rozgardiasz trwał ponad 
godzinę, zanim okazało się, że był to fałszywy alarm. 

Nazajutrz Irvine wziął się w garść. Miał 180 policjantów 

i 90 ochotników, w rezerwie zaś 200 cywilów, częściowo 
uzbrojonych. Amunicji strzeleckiej było dość, lecz tylko 
8 granatów do haubicy. Zapasy mąki mogły wystarczyć na 
miesiąc, a wołowiny na znacznie dłużej. Irvine nabrał na tyle 

optymizmu, że pozwolił zwolnionym przez Metysów więźniom 
pojechać po ciała poległych pod Duck Lakę. Riel wydał ciała 
(nie były pocięte na modłę indiańską, miały tylko zmiażdżone 

twarze), a przy tym uwolnił Charlesa Newitta i przesłał list do 
mieszkańców Prince Albert. W odpowiedzi na ich deklarację 
neutralności wyjaśniał, że Metysi toczą walkę nie z nimi, lecz 

7

 D o n k i n, op. cit., s. 124. 

135 

Kompanią Zatoki Hudsona i NWMP. „Przyłączcie się do 

aS

 nawet jeśli nie aprobujecie podjęcia przez nas walki 

zbrojnej, i sami czujecie do niej wstręt. Gdyby można było 
odizolować policjantów od mieszkańców Prince Albert, łatwo 
zmusilibyśmy ich do poddania się i trzymalibyśmy jako 

zakładników, dopóki nie zostałby zawarty uczciwy traktat 

z

 Dominium", pisał, dodając na koniec: „Jeżeli nam nie 

pomożecie, Indianie nadciągną ze wszystkich stron, a wczesną 
wiosną wielu ludzi przekroczy granicę i może nasze problemy 
skończą się amerykańskim [świętem niepodległości] 4 lipca". 

OTTAWA 

Od 25 marca William Street, znany prawnik z Ontario, 

przewodniczący komisji, która miała rozpatrzyć postulaty 
własnościowe Metysów, konferował w Departamencie Spraw 
Wewnętrznych na temat instrukcji. Oprócz niego w skład 
komisji wchodzili Roger Goulet, geodeta z rodzinnej miej­
scowości Louisa Riela St. Boniface, i A.-E. Forget, sekretarz 
Rady Terytorialnej. 27 marca nadeszły wiadomości o Duck 

Lakę. Zdecydowano, że komisja niezwłocznie pojedzie na 
zachód i bez sporządzania spisu uprawnionych zacznie wszy­
stkim Metysom wydawać skrypty na ziemię. 

OTTAWA-WINNIPEG-QU'APPELLE 

27 marca, po trzech dobach podróży z Ottawy (incognito 

koleją przez Chicago i St. Paul) dotarli do Winnipegu gen. 
Frederick Dobson Middleton i jego adiutant kpt. Wise. 
Oficjalnie, aby nie płoszyć osadników i inwestorów, była to 

rutynowa inspekcja. 

Zasadę powierzania naczelnego dowództwa kanadyjskich 

sił zbrojnych generałom regularnej armii brytyjskiej kanadyjscy 
patrioci kwestionowali jako „relikt kolonializmu", była ona 

jednak w pełni uzasadniona. Kanada nie miała nie tylko armii, 

background image

136 

lecz również doktryny wojennej, ani opracowanej strategii 
i taktyki walki z przeciwnikiem wewnętrznym, wywodzącym 
się z ludności tubylczej. Stany Zjednoczone wprawdzie 
nie stworzyły teorii wojny indiańskiej, ale miały bogatą 

praktykę, jednak względy ideologiczne nie pozwalały sko­
rzystać z ich doświadczeń; w Kanadzie podawano je za 

przykład okrucieństwa wobec Indian. Jedynym źródłem 
inspiracji była armia brytyjska, która na całym obszarze 
imperium natrafiała na nieprzyjaźnie usposobione ludy. 

Na podstawie doświadczeń z wojen kolonialnych brytyjska 
praktyka wyodrębniła zasady prowadzenia „małych wojen", 

które definiowano jako obejmujące wszelkie kampanie inne 
niż te, w których obie strony składają się z żołnierzy 

regularnych, i przez to bardzo zróżnicowane co do skali 
i warunków działań. Zaliczano do nich „ekspedycje zdy­
scyplinowanych żołnierzy przeciwko dzikim lub rasom 

na poły cywilizowanym, oraz kampanie podejmowane w celu 
stłumienia rebelii lub guerrilli we wszystkich częściach 

świata, gdzie armie zorganizowane walczą z przeciwnikami, 
którzy nie stawią im czoła otwarcie w polu"

8

Gen. Frederick Middleton ukończył renomowaną akademię 

wojskową w Sandhurst, a ostatnio był jej komendantem. Jako 
artylerzysta należał do intelektualnej elity armii (artyleria 

ustępowała pod tym względem tylko wojskom inżynieryjnym). 
Znał imperium brytyjskie od kolonii karnej na wyspie Norfolk 

przez Australię po Maltę i Gibraltar. „Małe wojny" były jego 
domeną — w latach 1845-1846 brał udział w walkach 

z Maorysami w Nowej Zelandii; uczestniczył w szturmie na 
silnie umocniony pali w Wauganui i za odwagę został 

dwukrotnie wymieniony w rozkazie. W roku 1855 walczył 
z rebeliantami w Indiach jako dowódca jazdy nababa Moor-
shedabadu, a w latach 1857-58 jako kapitan uczestniczył 

w walkach podczas buntu sipajów (pięciokrotnie wymieniony 

8

 C. E. C a 11 w e 11, Smali Wars. Their Principles and Practice, Londyn 

1896, s. 1. 

137 

rozkazie i „za dwa akty odwagi" przedstawiony do od-

naczenia Krzyżem Wiktorii, którego nie otrzymał, ponieważ 

hvł oficerem sztabowym)

9

. Poznał także tubylców w Burmie. 

Kanada nie była mu obca — w 1861 roku przybył tam jako 

major ze swoim pułkiem po sprawie „Trenta". Teraz był 
pułkownikiem armii brytyjskiej i od roku naczelnym dowódcą 
milicji kanadyjskiej, w której miał stopień generała majora. 

Mimo 10-letniej służby w kanadyjskim środowisku i osobis­

tych związków z nim (dzięki żonie, pochodzącej z Quebecu), 
Middleton nie był popularny. Nie lubili go „parlamentarni 
pułkownicy", którym dawał odczuć swoje zawodowstwo. 
Ponieważ otaczał się brytyjskimi „regularnymi", kanadyjscy 
podkomendni czuli się lekceważeni i wytykali mu snobizm. 
Kpili też z jego tęgiej — nieco zbyt tęgiej — postury, choć 
mimo swych 60 lat generał imponował sprawnością i siłą. 

W Winnipegu czekała na Middletona wieść o walce pod 

Duck Lakę. Generał stwierdził z niepokojem, że straty NWMP, 
choć niewielkie, były porównywalne z tymi, jakie ponosiła 
armia brytyjska w walkach z mahdystami w Egipcie i Sudanie. 
Prysł mit o rutynowej inspekcji; należało sprawę potraktować 
poważnie. Middleton wysłał depeszę do ministra Carona, 
z prośbą o zmobilizowanie lepszych batalionów milicji z du­

żych miast. Od razu także zawarł z Kompanią Zatoki Hudsona 
umowę na dostawy zaopatrzenia dla nich. Sam wziął pod 
komendę jedyne oddziały, które były do dyspozycji od 
Wielkich Jezior do Pacyfiku, zmobilizowane jako pierwsze 23 
marca — 90 batalion Strzelców z Winnipegu (290 ludzi i 24 

oficerów), Baterię Polową z Winnipegu

l 0

 (dwie armaty 

9

 Jednym z czynów kpt. Middletona był pojedynek z sipajem, w którym 

Middleton wystąpił uzbrojony w artyleryjską lontownicę. Sipaj odciął jej grot, 
przecinając bambusowe drzewce cięciem krzywej szabli — Odwaru, a Mid­

dleton przebił go drzewcem, które sipaj przyciął w ostry szpic. 

Bateria Polowa z Winnipegu, jedyna jednostka artylerii na zachodzie, 

została utworzona w reakcji na rajd Fenian nad Red River w 1871 roku. 
Początkowo uzbrojona w dwie haubice 7-funtowe, 9-funtówki otrzymała 

w

 1877 roku. 

background image

138 

9-funtowe, ale bez koni pociągowych) i kompanię kawalerii 
(35 ludzi). Tego samego dnia z 90 batalionem wyjechał 

pociągiem do Qu'Appelle. Artyleria miała dołączyć, gdy 
zaopatrzy się w konie. Kawaleria zrobiła na generale marne 
wrażenie i zostawił ją w Winnipegu. Zamiast niej jego 

przyjaciel z armii brytyjskiej, mjr Charles Boulton (ten 
którego Riel w 1870 roku skazał na śmierć), zwerbował 
oddział 60 konnych zwiadowców. Kompania Zatoki Hudsona 

dostarczyła im wyposażenie, konie i Winchestery. 

28 marca w Qu'Appelle Middleton zakwaterował Strzelców 

w „szopach dla emigrantów" (na namioty było za zimno), 
a sam założył kwaterę „w tak zwanym hotelu, niezbyt 
luksusowym lokalu" i wziął się do pracy. Pisał i otrzymywał 
wiele depesz, „najczęściej szyfrowanych, co czyniło tę pracę 

nużącą", bowiem niekiedy nie wiedzieć czemu nie dawały się 
odszyfrować. Łączność telegraficzna z Battlefordem działała, 
ale linia do Prince Albert była zerwana, a wiadomości stamtąd 

przekazywano via Humboldt. Mimo to gubernator Terytoriów 
Dewdney oświadczył Middletonowi, że chociaż Prince Albert 
znajduje się w pobliżu ośrodka rebelii — Batoche — to jest 

bezpieczne, ponieważ jest w nim komisarz Irvine z oddziałem 
i haubicą; bardziej zagrożony jest Battleford, bowiem leży 
„w niebezpiecznej bliskości wielkiej bandy Indian pod ponie­

kąd sławnym wodzem Budowniczym Zagród", jak z lekką 
ironią pisze Middleton. Zagrożony jest także Fort Pitt, który 
„jest bardzo blisko wielkiej grupy nieprzyjaznych Indian pod 
wodzem znanym jako Duży Niedźwiedź". „Ogólnie pan 

Dewdney był zdania, że sprawy są w stanie bardzo krytycznym, 
i gdybyśmy zostali pokonani, to konsekwencje dla kraju 

byłyby jak najbardziej katastrofalne, bowiem prawdopodobnie 
wybuchłoby ogólne powstanie Indian"". Middleton praw­

dopodobnie przyjął tezę Dewdneya o współdziałaniu Indian 
z Metysami, ale nie wziął jego obaw zbyt poważnie. Uznał, 

" M i d d 1 e t o n, op. cit., s. 7. 

139 

. ;

e

śli wiodącą siłą są Metysi, to właśnie im, a nie Indianom, 

ależy najpierw poświęcić uwagę, i postanowił jak najszybciej 

ruszyć na Batoche. Dewdney powtórzył opinię Irvine'a, iż 
hedzie mu do tego potrzeba co najmniej 1500 ludzi. Middleton 
jednak oceniał, że zgromadzenie takiej liczby zajęłoby mu 

kilka tygodni, a jedną z podstaw „małych wojen" była 
szybkość. „Jest kardynalną zasadą, aby utrzymywana była 
inicjatywa. Armia regularna musi prowadzić, zostawiając 
przeciwnika w tyle, aby zmuszać nieprzyjaciela do odczuwania 
przez cały czas moralnej niższości. Nie może być wątpliwości 

co do tego, kto kontroluje przebieg wojny. Na rasy niższe 
silnie oddziałuje śmiała postawa i zdecydowane działanie. 
Obraz zorganizowanego oddziału wojska sunącego powoli, 
lecz pewnie, na ich terytorium, odbiera im odwagę. Nie może 
być opóźnień, bowiem powodują one, że nieprzyjaciel nabiera 
odwagi; każda przerwa jest interpretowana jako słabość, 

każde zatrzymanie się pobudza wroga do nowego życia"

 12

Aby przyjąć inicjatywę, należało pokonać szereg trudności 

typowych dla wojen kolonialnych — brak znajomości terenu, 
warunki naturalne, klimat oraz brak dróg komunikacyjnych, 
a także konieczność transportowania wojsk i zaopatrzenia na 

dużą odległość. Dochodził do tego specyficznie kanadyjski 
problem szybkiego zmobilizowania milicji. Do dyspozycji 
była kolej, ale linia CPR nie dochodziła na teren działań. 
Middleton dowiedział się, że w Medicine Hat jest kilka 
parowców, zaczarterował je i zaciągnął załogi (miały być 

przywiezione specjalnym pociągiem). Głównymi drogami 
komunikacyjnymi jednak były szlaki. Dlatego tym bardziej 
nie można było czekać, lecz należało korzystać z zimy, zanim 
wiosną zamienią się w błota. 

Jako miejsce koncentracji Middleton wyznaczył miej­

scowość Ciarkę's Crossing, leżącą o 65 km od Batoche, nad 
rzeką Saskatchewan Południowy. Oddziały ze wschodu miały 

C a 11 w e ] 1, op. cit., s. 51. 

background image

140 

przyjeżdżać koleją do Swift Current i dalej być transportowane 

do Ciarkę's Crossing parowcami. Stamtąd generał zamierzał 
skierować się w dół rzeki na Batoche. 

Middleton nie sądził, by Metysi mogli zagrozić liniom 

komunikacyjnym, toteż nie wydzielił żadnych oddziałów 
piechoty do ich ochrony. Tylko w Humboldt i Touchwood 
Hills, gdzie w okolicy było „kilka małych band Indian 
i mieszańców o wątpliwym charakterze", umieścił dwa od­

działy konnej milicji — Straż Przyboczną Gubernatora Gene­
ralnego z Toronto (70 ludzi) i Korpus Szkoły Kawalerii 
w Cjuebecu (40 ludzi). Dowódca Straży Przybocznej, ppłk 
George T. Denison, który za swoją „Historię kawalerii" 

zdobył nagrodę w konkursie ogłoszonym przez cara Rosji, był 
wściekły i twierdził, że Middleton odsunął go przez zazdrość 

o przyszłe laury. Generał jednak nie miał zaufania do 
umiejętności konnej milicji oraz wątpił, czy jej przywiezione 
ze wschodu konie przeżyją na prerii. Zamiast tego postarał się 
o „najbardziej pierwszorzędny oddział 30 ludzi na dobrych 
wierzchowcach, uzbrojonych w Winchestery", złożony z miej­
scowych osadników i dowodzony przez swego znajomego, 

kpt. Jacka Frencha. Ten przykład nepotyzmu znowu rozeźlił 
podkomendnych Middletona. Demokratycznie usposobionych 
Kanadyjczyków drażniło także, iż nie dość, że szefem sztabu 

został Gilbert John Elliot Murray Kynynmound, lord Melgund, 
a adiutantem — szwagier Middletona Arthur Doucet (nie 
można im było zarzucić niefachowości; pierwszy był obser­
watorem wojny rosyjsko-tureckiej w 1877 r. i uczestnikiem 

walk w Afganistanie w 1882 r., a drugi inżynierem i absol­
wentem szkoły wojskowej), to wśród ludzi Frencha znalazło 
się kilkunastu „dobrze urodzonych", których w dodatku (jak 

twierdzili) Middleton faworyzował, wyznaczając do ryzykow­
nych zadań, dzięki czemu mieli szansę się wyróżnić. 

Jedyną infrastrukturę na Terytoriach tworzyła Kompania 

Zatoki Hudsona, i do jej pomocy musiał odwołać się Mid­
dleton. 29 marca za jej pośrednictwem wynajął 200 farmerów 

141 

wozami jako taborytów. Kampania zaczynała się przed 

n

;

er

wszą trawą i połowa wozów musiała wieźć paszę dla 

ciągnących je koni. Middleton był zadowolony z dwukonnych 
wozów o ładowności 1,5 tony, które uznał za dobrze do-

s t o s

owane do terenu, ale zżymał się na opłaty (10 dolarów 

dziennie od wozu) i na wzrost cen. Dla farmerów zaczynała 
się „bonanza" — cena siana skoczyła z 10 do 50 dolarów za 
tonę, a cena koni z 50 do 130 dolarów. Generał stwierdził, że 
najważniejsze będą nie taktyka ani logistyka, lecz koszty. 
Ottawa zaczęła mu stawiać zarzuty, że przepłaca, na co 

odpowiadał, iż „ostatecznie rząd płaci niewiele więcej, niż jest 
to dla niego w tej chwili warte". 

Tymczasem min. Caron wydał rozkaz mobilizacji 10 ba­

talionu Grenadierów Królewskich, 2 batalionu Queen's Own 
Rifles

 z Toronto, 65 batalionu Karabinierów z Mont Royal 

(z Montrealu), 9 batalionu Woltyżerów z Quebecu i Gwardii 
Pieszej Generalnego Gubernatora z Ottawy. Ponadto kilkanaś­

cie wiejskich jednostek milicji z Ontario połączono w Batalion 
Midland. Dla policji Caron skierował do Reginy 82 pilnie 
potrzebne konie, a dla lokalnej milicji wysłał do Winnipegu 
4000 karabinów Snider-Enfield i milion naboi — po dwa 
tysiące kul na głowę każdego zbuntowanego Metysa i In­

dianina. Zamówił także w Anglii 10 000 nowoczesnych 
karabinów Martini-Henry z bagnetami. Pospiesznie organizo­
wał służbę medyczną, werbował studentów medycyny jako 
sanitariuszy i zamawiał sprzęt — w ciągu 10 dni utworzył 
pierwszy szpital polowy. Zmobilizował rządowych i prywat­

nych telegrafistów do służby łączności, a kobiety wezwał do 
zbierania ciepłej bielizny dla wojska. 

W Toronto pierwszy rzut został zmobilizowany w niezwyk­

łym tempie; pomocny był w tym nowy wynalazek — telefon. 
29 marca do Queen 's Own zameldowało się więcej chętnych, 

n

>ż przewidywał etat bojowy (23 nadliczbowym udało się 

Później przemycić do pociągu). Wszyscy płonęli entuzjazmem. 
Uwóch żydowskich milicjantów uroczyście żegnał rabin, a jego 

background image

orację przedrukowały wszystkie gazety — mimo że był

niedziela, ukazały się specjalne wojenne wydania. Kompania 
złożona ze studentów uniwersytetu, śpiewała bojowe pieśni pa 

łacinie; rektor zawiesił dla nich zajęcia w semestrze letnim. 
Konkurencyjny 10 batalion Grenadierów Królewskich, którzy 
sami nazywali się „Torontońskimi Twardzielami", spoglądał 
na nich z góry. „My jesteśmy kimś — powiedział jego 
adiutant reporterowi. — Queen's Own nadają się do teatru 
amatorskiego, ale jeśli trzeba się będzie bić, to my jesteśmy 

tymi, którzy nauczą mieszańców moresu"

 13

Zmobilizowane oddziały trzeba było dostarczyć na teren 

działań, odległy o 3500 km. Można byłoby, jak kiedyś jadący 
na zachód pierwszy oddział NWMP, przewieźć wojsko koleją 
przez USA, ale była to delikatna sprawa, która wymagałaby 

trudnych dyplomatycznych uzgodnień. W dodatku nie licowa­
łoby to z potrzebą zademonstrowania przez Kanadę suwerennej 
władzy nad Terytoriami. Tymczasem linia kolei wciąż nie 
była gotowa, a CPR, mimo wchłonięcia ogromnych kwot 

z budżetu państwa (jeszcze w 1884 roku premier wymógł na 

parlamencie udzielenie jej 20 milionów dolarów kredytu), 
była na skraju bankructwa. W marcu robotnicy kolejowi nie 
dostali wypłaty i strajkowali, doszło do rozruchów, policja 
użyła broni, a dyrektor generalny pisał do prezesa CPR: „Nie 

ma środków na wypłatę — jeśli nie będzie natychmiastowej 
pomocy, musimy wstrzymać roboty. Proszę poinformować 
premiera i ministra finansów. Proszę nie być zaskoczonym ani 
nie winić mnie, jeśli nastąpi bardzo poważna katastrofa"

 14

Nie było szans, aby parlament zgodził się na dalsze wydatki. 
26 marca główny finansista CPR George Stephen zrezyg­

nowany pisał do premiera: „W wyniku dzisiejszej rozmowy 

[z ministrem finansów] jestem przekonany, że rząd nie będzie 

w stanie udzielić CPR niezbędnej pomocy finansowej. Przykro 
mi, że tak skończą się nasze wysiłki, aby dać Kanadzie kolej 

" B e a I, M a c 1 e o d, op. cii., s. 174. 

14

 C r e i g h t o n, op. cit., s. 405. 

143 

, Oceanu Spokojnego". Nie wiedział jeszcze, że pod Duck 

r ake właśnie padały strzały. Teraz zarząd CPR skorzystał 

okazji i oświadczył, że podejmie się przewiezienia wojska, 

ieśli z góry dostanie za to pieniądze. Rząd niezwłocznie 
udzielił mu kredytu. Plajta oddaliła się. 

30 marca premier Macdonald podpisał nominacje członkom 

komisji rządowej, która miała nadawać Metysom skrypty, tak 
jakby się nic nie działo. Powinien był Metysów błogosławić; 
dzięki ich rebelii uratował kolej, swoją posadę i „Politykę 
Kanadyjską". Gdyby CPR zbankrutowała, to konsekwencje 
oospodarcze i polityczne byłyby niewyobrażalne. Upadek 

te°o największego pracodawcy pociągnąłby za sobą załamanie 
gospodarcze, krach partii konserwatywnej, dymisję rządu 
i poważne konsekwencje międzynarodowe. Kolumbia Brytyj­
ska dokonałaby secesji. Kto wie, czy Kanada rzeczywiście nie 

wpadłaby do amerykańskiego koszyka... Jednak zamiast wy­
razów wdzięczności dla Riela, tego samego dnia na zachód 
wyjechały z Toronto dwa pociągi —jeden z 500 żołnierzami 
Grenadierów i Queen's Own Rifles, kompanią C Korpusu 
Szkoły Piechoty, a drugi z bateriami szkolnymi (A i B) 
Królewskiej Artylerii Kanadyjskiej (każda liczyła dwa działa 

9-funtowe, 18 koni i 120 ludzi). 

Mobilizacja Batalionu Midland, którego członkowie byli 

rozrzuceni po wsiach, odległych od siebie nieraz po sto 
kilometrów, zajęła więcej czasu, w końcu jednak milicjanci 
zaczęli formować się w zwarty oddział. „Koszary przypominały 
więzienie — pisze szer. Joseph Crowe. — Spaliśmy na 
twardej podłodze z gliny. Było to bardzo niewygodne dla 
większości z nas, która przywykła do miękkiego łóżka. Ludzi 
było trudno kontrolować, ponieważ wielu nigdy nie było pod 
wojskową komendą, i nigdy nie wykonywano rozkazu bez 

dyskusji. Pewien oficer robił obchód po capstrzyku i otrzymał 

S]

lny cios butem, którym ktoś w niego rzucił po ciemku"

  l 5

B e a 1, M a c 1 e o d, op. cit., s. 175. 

background image

144 

Problemy z organizacją i dyscypliną sprawiły, że batalia 

wyjechał z Toronto dopiero w tydzień później. 

W północnym Ontario temperatura w nocy spadała do 

30 stopni poniżej zera. Przez pierwsze dwa dni nie byM 
to zbyt groźne — ludzie jechali w wagonach osobowych 

i musieli wysiadać tylko na posiłki. Jednak i tak jeden 
z Midlandczyków zmienił zdanie, wyskoczył z jadącego 

pociągu szczupakiem przez zamknięte okno i wrócił do 
domu. Wracać także chciał jeden, który przypomniał sobie, 
że nie zgasił gazu, inny, który zapomniał zwrócić książkę 
w bibliotece, i teraz naliczano mu 3 centy kary dziennie... 

Na trzeci dzień dojechano do Jeziora Górnego, wzdłuż 
którego tor budowany był w odcinkach. Pociąg zwolnił 

do 10 km na godzinę i przez 200 km jechał po prowizorycznie 
ułożonych szynach, aż natrafił na lukę szeroką na 60 km. 
Żołnierze przesiedli się na sanie i po 16 godzinach dojechali 
do miejsca, gdzie znowu zaczynał się tor. Tam już nie 
było wagonów osobowych, lecz platformy. Nie było na 

nich ochrony przed wiatrem i mrozem ani przed słońcem, 
które powodowało oparzenia twarzy i ślepotę śnieżną. Po 

10 godzinach takiej jazdy w zorganizowanym przez CPR 

szpitalu zajęto się ludźmi z odmrożeniami i chorymi. Zdrowi 
(którymi zajęli się robotnicy, sprzedając im whisky po 

25 centów za szklankę) ruszyli dalej pieszo, 30 km po 
śniegu. Ppłk Charles Montizambert, dowódca artylerii, ze 

zgrozą wspominał „nieustanne ładowanie i wyładowywanie 
dział i zaopatrzenia z platform na sanie i vice versa" 
przy 50 stopniach mrozu. Potem było znów 60 km pociągiem 

do portu Fish Bay, gdzie nocowano w magazynie, w ładowni 
na wpół zatopionego szkunera, albo na śniegu przy ogniskach. 

Jeden z Grenadierów oszalał, rozebrał się i gdyby go nie 
powstrzymano, wskoczyłby do ognia. 

Nazajutrz maszerowano 40 km po zamarzniętej zatoce do 

kolejnego odcinka toru, dodając sobie ducha śpiewaniem 
kupletów z antraktów operowych. Potem przez 80 km jechano 

Działo 9-funtowe, używane przez NWMP 

Zwiadowcy Boultona. Kpt. J. A. Johnston w mundurze piechoty, szere­

gowcy w ubraniach roboczych, nabytych od Kompanii Zatoki Hudsona 

Kpt. John French na czele zwiadowców 

background image

W drodze do Qu'Appelle — żołnierze śpią w pulmanie 

Kolumna zaopatrzeniowa

 Oueens Own, złożona z wozów metyskich 

typu „Red River", w okolicy Swift Current 

Parowiec „Northcote" 

Główna ulica „nowego miasta" Battlefordu jesienią 1884 r. 

Magazyn Kompanii Zatoki Hudsona w Battlefordzie 

background image

Sklep Clinskilla w Battlefordzie 

Indiańska Szkoła Gospodarstwa w Battlefordzie 

Sędzia Charles B. Rouleau 

Sierżant NWMP Frederick Bag-

ley, w Battlefordzie w 1884 r. 

Handel w Forcie Pitt jesienią 1884 r. Od lewej: Grzmot Czterech 

Niebios, Król Ptak, Zła Strzała (Robak), Żelazne Ciało, Duży Nie­

dźwiedź, Angus McKay, Dufresne, Louis Goulet, Stanley Simpson 

(z rejestrem). Na wozie siedzi konstabl Ralph Sleigh 

background image

William Cameron w 1885 r. Jego posturę można ocenić przez 

porównanie z długością Winchestera i ze stojącym obok 

dwunastoletnim Końskim Dzieckiem 

Pukamakin Wędrującego Ducha 

Theresa Delaney 

William Delaney 

Agent Thomas Quinn 

background image

William Gilchrist 

George Diii 

Ojciec Adelard Fafard 

Ojciec Consłantine Scollen 

145 

platformach, aż wreszcie po przejściu pieszo jeszcze 

'edne°o odcinka ludzie mogli zasiąść w pulmanach i w luk­

susie pojechać dalej. 10 batalion Grenadierów Królewskich, 

40 ludzi z kompanii C korpusu Szkoły Piechoty i bateria 

A wyładowały się w Qu'Appelle i podążyły śladem oddziału 

]Vliddletona w stronę Humboldt, a batalion Queen's Own 
Rifles,

 reszta kompanii C i bateria B pojechały dalej do 

Swift Current. 

Ppłk Denison, historyk, był zdania, że w porównaniu z tą 

podróżą przeprawa Napoleona przez Alpy była małym spacer­
kiem. Bywalcy interioru Kanady twierdzili, że warunki te nie 

były niczym ekstremalnym — budowniczowie kolei znosili je 
bez wydziwiania i tylko torontońskie mieszczuchy mogli 
uważać, że dokonali jakiegoś wyczynu. W każdym razie 
w ciągu dwóch tygodni od Duck Lakę gen. Middleton miał do 

dyspozycji siłę, z którą mógł prowadzić kampanię. 

FORT QU'APPELLE-SŁONE RÓWNINY 

Było zimno, na ziemi leżał śnieg. Część Strzelców z Win-

nipegu wybrała się na wojnę tylko w swych ciemnozielonych 
mundurach i w półbutach, a większość nigdy w życiu nie 
nocowała pod gołym niebem — nawet w lecie. Middleton 

polecił wydać każdemu wysokie, ciepłe buty, futrzane rękawice 
i czapę, szalik, trzy koce i płachtę nieprzemakalną. Przeniósł 
się z nimi do Fortu Qu'Appelle, który miał posłużyć za 

poligon. „[3 kwietnia] wcześnie rano wyprowadziłem moją 
«armię» na strzelanie ślepymi nabojami, aby zobaczyć, jak 
przyjmą to nasze rumaki. Prawie wszystkie zniosły huk 
strzelaniny dobrze, zarówno wierzchowce, jak konie pociągowe 

•— pisze. — Potem spróbowałem lekkiej musztry, którą ludzie 
przeszli bardzo dobrze, jeśli wziąć pod uwagę, że mieli bardzo 
mało jakiegokolwiek szkolenia. Po ćwiczeniach przeszedłem 
się wśród szeregów i wypytałem każdego. Dowiedziałem się, 

z

e wielu nigdy nie strzelało z karabinu, a niektórzy w ogóle 

— Batoche 1885 

background image

146 

nie strzelali z żadnej broni. Nie były to wesołe widoki 
zwłaszcza że otrzymałem telegram, w którym Irvine rozwodzi} 
się, jakimi to znakomitymi strzelcami są mieszańcy. [ i 

Rozkazałem przygotować się do ostrego strzelania po południu 
i ludzie sami zajęli się przygotowaniem i ustawieniem rucho­
mych celów. Odkryłem, że jako rzemieślnicy, kanadyjscy 
milicjanci zdolnościami i umiejętnościami przewyższają na­

szych regularnych żołnierzy. Ćwiczenia w strzelaniu kon­
tynuowano przez cały następny dzień. Przynajmniej ludzie 

oswoili się z odrzutem broni..." "'. 

Middleton utwierdził się w przekonaniu, iż słusznie odmówił 

przezbrojenia się ze Sniderów w karabiny Martini-Henry. „Nie 
było celowe dawanie ludziom zaczynającym kampanię nowej 
broni, zwłaszcza takiej, która ma o wiele silniejszy odrzut. 
Snidery nadawały się wystarczająco dobrze, jeśli tylko były 

trzymane prosto". Karabiny Martini-Henry dostało 20 najlep­
szych strzelców, „ale nigdy nie było z nich za wiele pożytku". 

6 kwietnia oddział Middletona wyruszył w drogę. Towarzy­

szyli mu korespondenci gazet z Montrealu, Toronto, Win-
nipegu, Londynu i St. Paul. Aby oswajać ludzi z regułami 

wojny, generał rozkazał marsz w szyku ubezpieczonym. 
Specjalnie dla niego przygotowano ambulans, lecz swoim 

zwyczajem jechał na czele na wielkim karym wałachu 
imieniem Sam. Było zimno, zrywały się burze śnieżne, 
temperatura w nocy spadała do minus 23 stopni. „Położyłem 
się spać w ubraniu, na dwóch kocach, i przykryłem się dwoma 
kocami i kożuchem z bizona, ale nie mogłem się rozgrzać 

i spałem niewiele" — wspomina Middleton. Ludzie przejęli 
się pogotowiem bojowym i nocą każdy krzak koło obozu 
został przez warty co najmniej raz obwołany groźnym „Stój, 

kto idzie?" Następnego ranka wymarsz opóźnił się, ponieważ 
kołki namiotów wmarzły w ziemię i trzeba je było wyrąbywać. 

Mściwi wartownicy zrąbali przy okazji także złośliwe krzewy. 

M i d d l e t o n . op. cit., s. 15-16. 

147 

j i kwietnia bateria A i kompania C Korpusu Szkoły 

Piechoty dogoniły Middletona u wrót Słonych Równin. 
Według dziennikarza były one „jak szeroka, posępna zatoka 

dczas odpływu morza. Na ich ponurej przestrzeni jak 

okiem sięgnąć nie było nic prócz bagiennych traw, kosaćca, 
;

 0

d czasu do czasu szarych karłowatych wierzb". Ludzie szli 

wśród śnieżnych zamieci, w błocie sięgającym powyżej 

kostek, to znów w kałużach wody. Middleton obawiał się 
chorób, ale jeszcze bardziej lękał się, że Kanadyjczycy, 
sławni z upodobania do napojów wyskokowych, pod preteks­
tem rozgrzewki będą ich nadużywać. Zabronił więc zabiera­
nia spirytualiów; na wozach wieziono opał i codziennie 
warzono herbatę. Z powodu alkalicznej wody „nie miała 
bardzo miłego smaku", ale generał stwierdził, że „gorąca 
herbata okazała się o wiele lepszym środkiem przeciw 

przeziębieniu niż alkohol. Niektórzy ludzie cierpieli na ból 
kończyn od spania na mokrej ziemi, i były przypadki 
odmrożenia, przeziębienia i kaszlu, ale wkrótce im to 
przeszło. Prawie nie było chorób, zaś ludzie, którzy uważali, 
że ani chybi umrą na skutek pozbawienia ich ulubionych 
środków pobudzających, na końcu kampanii mieli lepsze 
zdrowie, niż na początku. [...] To, że deszcz i zimno nie miały 

dla nas szkodliwych efektów, przypisuję również nieograni­
czonemu i powszechnemu paleniu tytoniu"

 n

Kolumna szła wzdłuż linii telegrafu, do której można 

było się podłączyć. Middleton przechwycił depeszę Irvine'a 
do gubernatora Dewdneya, w której wiecznie zdenerwowany 
komisarz pisał: „Sprawy w stadium krytycznym wszyscy 
Indianie przyłączą się do rebeliantów jeśli nie zostaną 
podjęte natychmiastowe działania 1500 ludzi wystarczy 

jeśli zostaną przysłani natychmiast inaczej potrzeba będzie 

kilkunastu tysięcy. Sjuksowie Teton krążą po kraju na 
wojennej ścieżce". Przynosiła efekty własna propaganda, 

17

 Tamie,

 s. 18-19. 

background image

148 

wysławiająca pogromców Custera. Teraz nawet w leżącym 

daleko na wschód Moose Jaw kobiety i dzieci przesiadywały na 
stacji kolejowej, gdzie lokomotywa stała wciąż pod parą, gotowa 
wywieźć je z miasta, gdyby zaatakowali je Sjuksowie. Także 

inspektor Morris z Battlefordu wciąż nadawał „niezadowalające 
telegramy" o zagrożeniu miasta, pełne „wezwań na ratunek 

kobietom i dzieciom". Middleton stwierdził, że „wielka liczba 
tych alarmistycznych doniesień, połączonych z żałosnymi 

prośbami o żołnierzy, była całkowicie bezpodstawna, a reszta 
bardzo przesadzona". Uznał je za „osobliwość prerii" i przezwał 
imieniem wiatru od Gór Skalistych — nor'wester. Wkrótce 

jednak „łamiące serce błagania" Morrisa trafiły do gazet, a te 

zaczęły domagać się likwidacji „oblężenia Battlefordu" i piętno­
wać bezczynność wojska. Minister Caron musiał się wykazać 
i wezwał Middletona do udzielenia pomocy Morrisowi. Generał 

powiadomił go, że „już to zrobił, rozkazawszy [29 marca] ppłk. 
Herchmerowi, aby z 50 ludźmi i haubicą wyruszył z Reginy do 
Battlefordu"

 18

. Tymczasem Herchmer (ten, który miał niedobre 

doświadczenia z Żółtym Cielęciem) dojechał pociągiem do Swift 
Current i tam się zatrzymał. Tłumaczył potem, że nie mógł 
przejść przez rzekę Saskatchewan, a nawet gdyby mu się udało, 
to w dalszej drodze niechybnie zostałby zmasakrowany przez 
Indian. Middleton na razie zrezygnował więc z odsieczy 

Battlefordu i wysłał Herchmera pociągiem do Medicine Hat, 
skąd donoszono, że jakiś obóz Kri zagraża ludności. Generał 

obawiał się raczej o stojące tam parowce, ale na widok 
wysiadających z pociągu policjantów Indianie zwinęli tipi 
i poszli sobie. 

W końcu jednak Middleton ugiął się przed Caronem. Mimo 

że planował szybką i skoncentrowaną ofensywę na Batoche, 
wydzielił część sił, znajdujących się w Swift Current, do 

udzielenia pomocy załodze Battlefordu. Pocieszał się, że 
w „małej wojnie" rozdzielenie sił „bywa naturalną konsek-

18

 Tamże,

 s. 19. 

149 

nC

ją warunków kampanii, ponieważ w tego rodzaju walkach 

często jest więcej niż jeden cel"

 19

Trzecim celem kampanii okazała się Alberta. 7 kwietnia 

nadszedł dramatyczny telegram z Edmonton. „Indianie na 
wojennej ścieżce — pisał główny faktor Kompanii Zatoki 
Hudsona. — Przyślijcie natychmiast broń i ludzi. Czy nie 
może pan przyjść zaraz?" Dla większego efektu dodawał, że 

zawiadomił również sir Johna". Także z Calgary donosiła 

policja, że „ludność jest zaniepokojona i do pewnego stopnia 
zdemoralizowana". Było to niedopowiedzenie — w Calgary 
hałaśliwie domagano się ochrony przed Czarnymi Stopami 
oraz koczującym na skraju miasta plemieniem Sarcee. Wronia 
Stopa miał w obozie 35 mężczyzn w wieku od 16 do 90 lat, 

a wszystkich Sarcee płci męskiej było 53, podczas gdy 
w Calgary mieszkało 1000 osób, w tym większość mężczyzn, 
ale jak ocenił Middleton, „ze strachu wszyscy potracili rozum". 
Kobiety i dzieci pociągami ewakuowały się na wschód. 
„Ludzie w Calgary są w stanie paniki — pisał miejscowy 

agent — i robią właśnie to, co na pewno spowoduje zamieszki, 
to znaczy pokazują Indianom, że czują się zagrożeni"

20

. Nie 

tylko osadnicy, ale nawet kowboje i ranczerzy, którzy mieli 
broń, tak się przyzwyczaili liczyć na policję, że kiedy jej 
opieki zabrakło, nie wiedzieli, co począć. Middleton przyglądał 
się temu z niesmakiem. „Gdzieś tu jest straszne mnóstwo 
złego zarządzania" — pisał. Zdecydował, że bataliony z Qu-

ebecu, które jeszcze były w pociągach, pojadą dalej do 
Calgary, by „onieśmielić" tamtejszych Indian, a następnie 
wyruszą na Edmonton. Takie działanie było także zgodne 

z teorią: „Widok kilku dobrze wyekwipowanych kolumn 
wojska, wlewających się na ich terytorium, bardziej niepokoi 
dzikich i rasy na poły cywilizowane niż pojedyncza armia, 
i często z tego względu rozdzielenie sił bywa wskazane"

21

19

 C a 11 w c 11, op. cit.. s. 88. 

D e m p s e y, op. cit., s. 168. 

21

 Cali we 11, op. cit, s. 89. 

background image

150 

Middleton uważał, że siły, którymi dysponował, wystarczą 

do pokonania Metysów. Premier Macdonald i minister Caron 

sugerowali mu zaciągnięcie zwiadowców indiańskich, ale 

generał nie zgodził się; miał złe doświadczenia z Maorysami 

a ponadto teoria „małych wojen" ostrzegała, iż „ludy orientalne 

lubują się w podstępach i oszustwach, czerwonoskórzy zaś 

Indianie zdobyli złą sławę dzięki dwulicowości i przebiegło­

ści"

22

. Zamiast nich polecił sformować oddziały konnych 

zwiadowców, złożone z białych i Metysów. Jeden oddział 

zorganizował Jean-Louis Legare, kupiec z Wood Mountain, 

któremu rząd wciąż jeszcze nie zwrócił kosztów, jakie poniósł, 

karmiąc i ekspediując do USA Sjuksów Siedzącego Byka

23

Zadaniem ich było patrolowanie pogranicza wokół Cypress 

Hills, pomiędzy granicą USA a linią kolejową CPR, na 

wypadek inwazji — jak pisze generał — „Indian lub Fenian" 

ze Stanów Zjednoczonych. 

Ale co właściwie działo się na zachodzie? 

22

 Tamże,

 s. 196. 

23

  S w o b o d a , op. cit.. s. 349. 

COS SŁODKIEGO 

BATTLEFORD 

Mieszkańcy Battlefordu dowiedzieli się o walce pod Duck 

Lakę na drugi dzień od pewnego Kri, który doniósł także, iż 

do rezerwatu przybyli wysłannicy Riela, a Indianie zbierają 

się u Budowniczego Zagród, skąd pomaszerują na ich miasto. 

Miejscowy przywódca intelektualny, sędzia Charles Rouleau, 

powątpiewał w to, ale wydawca gazety „Saskatchewan Herald" 

P. G. Laurie uwierzył (w 1870 roku Riel wyznaczył za jego 

głowę 200 funtów nagrody). Dowódca liczącego 140 policjan­

tów garnizonu, inspektor William Morris, nie miał żadnych 

informacji. Nie umiał też doradzić, co robić w wypadku ataku 

Indian; dopiero niedawno przyjechał z Nowego Brunszwiku 

i raczej się ich obawiał. A Indian nie brakowało: z miastem 

graniczyły rezerwaty Kri Budowniczego Zagród i Małej Sosny, 

a o 30 km dalej leżał rezerwat Assiniboinów wodzów Moskita 

i Niedźwiedziej Głowy. 

Battleford był dużym miastem jak na Terytoria — był 

nawet ich stolicą, zanim nie zastąpiła go osada Kupa Kości 

(miała tę przewagę, że leżała na linii kolei), której z tej okazji 

nadano godniejszą nazwę Regina. Świadectwem dawnych 

dobrych czasów był okazały „budynek rządowy"; teraz była 

background image

152 

to Indiańska Szkoła Gospodarstwa, w której synowie wojow­
ników wkraczali w świat białych, i często zniechęceni dezer-

terowali z powrotem. „Stare miasto" leżało na prawym brzegu 

rzeki Battle, a na lewym, wyższym i mniej zagrożonym 
wylewami rzeki, rosło „nowe miasto". Obie części były 
połączone mostem, który na zimę demontowano, by nie 

zniszczyły go kry. Na wzgórzu nieopodal znajdował się fort 
NWMP. Od tygodnia policjanci umacniali workami z piaskiem 
palisadę — był to raczej płot, i mówiono, że między jego 
sztachetami mógłby łatwo przejść chudy Indianin. Oprócz 

broni strzeleckiej do dyspozycji była jedna haubica — drugą 
Crozier zabrał do Fortu Carlton. Mieszczanie reaktywowali 

40-osobowy oddział milicji zwany Strzelcami Battlefordzkimi' 
i zaczęli formować oddział obrony terytorialnej {Home Guard), 
ale okazało się, że nie starcza ludzi umiejących strzelać. 

Zasypali więc gubernatora Dewdneya wołaniami o pomoc. 
Agent John Rae ze swej strony informował, że miasto jest 
zagrożone nie tylko przez miejscowych Indian, ale i przez Kri 
Dużego Niedźwiedzia (którzy byli o 200 km od niego). 

Gubernator polecił mu postraszyć Indian, iż „setki żołnierzy 
z ciężką artylerią już są w drodze"

2

. Insp. Dickens z Fortu Pitt 

zaś pocieszył go, że „Indianie [Dużego Niedźwiedzia] są 
spokojni. Nie ma mowy, by poszli do Battlefordu. Niektórzy 
mówią, że słyszeli, że coś ważnego ma się wydarzyć po 

Wielkiej Nocy"

3

28 marca agent Rae udał się do rezerwatu Assiniboinów. 

„Dałem Assiniboinom herbatę i tytoń — zaraportował. — Wy­
dawali się zadowoleni i nie mieli zażaleń. Ich instruktor [rolny 

James Payne] mówi: «Kri szykują coś niedobrego, ale gdybyś-

1

 Jednym z żołnierzy był Patrice Ouelette, brat Moise'a Ouelette'a, członka 

Eksowedatu i delegata do Riela w Montanie w 1884 r. 

2

 B e a 1, M a c 1 e o d, op. cit., s. 182. 

3

 W. L. C I i n k, Battleford Beleaguered: 1885. The story of the Riel 

Uprising from the columns of the Saskatchewan Herald,

 Willowdale 1985, 

s. 19. 

153 

:

e

 potrzebowali pomocy, Assiniboinowie będą walczyć po 

tronie białych. Tak mi powiedzieli»". Rae nie pojechał już 

, £

r

j — czyżby nie interesowało go, co też niedobrego 

szykują? Szkoda, że tego nie zrobił. Skoro insp. Dickens 
słyszał, że po Wielkiej Nocy coś ważnego ma się wydarzyć 
w

 rezerwacie Dużego Niedźwiedzia, to wiedział o tym 

i Budowniczy Zagród. Duży Niedźwiedź znowu wymuszał 
j

e 2

o ruch; jeśli Budowniczy Zagród chciał utrzymać swoją 

pozycję przywódcy, musiał uprzedzić konkurenta, i również 
dokonać czegoś spektakularnego. 

29 marca do Battlefordu dotarły wiadomości, że do 

miasta zbliżają się Kri umalowani w żółte barwy wojenne. 
Zaczął się popłoch. „Kobiety i dzieci w panicznym strachu 
śpieszyły znaleźć schronienie za palisadą fortu" — zapisał 

jeden z mieszczan. Wszyscy zaczęli opuszczać „stare miasto" 

łodziami albo skacząc po lodzie. „Konie wysłałem do 
Swift Current po towar", wspomina kupiec, „został tylko 
mały pony, którym jeździła moja żona. Kto miał zaprzęg, 
sam z niego korzystał, by ratować dobytek, więc choć 
spakowaliśmy kufry, nie mogliśmy ich zabrać. Żona chwyciła 
w jedną rękę pudełko z biżuterią, a w drugą rodzinną 
Biblię, a poza tym zabraliśmy ubrania, które mieliśmy 
na sobie"

4

. Laurie uratował prasę drukarską, ale pozostawił 

cały dobytek, w tym cenną maszynę do szycia. W roz­
gardiaszu porzucano nawet broń i amunicję. Sędzia Rouleau 
nie był zainteresowany obroną swego domu — załadował 
rodzinę na wóz i ruszył do Swift Current; jak powiedział, 
dopilnować, by szybko przysłano pomoc. Rae chciał także 

tego dopilnować, ale jako odpowiedzialnemu za Indian 
nie pozwolono mu opuścić podopiecznych; razem z sędzią 
wyjechała tylko jego żona. 

Insp. Morris alarmował komisarza Irvine'a: „Pan Rae 

informuje mnie, że zamiarem Indian jest odwiedzenie miasta. 

B ea 1.  M a c i  e o d , op. cit., s. 183. 

background image

154 

Nasza pozycja absolutnie nie jest bezpieczna, w istocie jest 

jak najbardziej krytyczna". Nawet nie pomyślał, by zamiast 

opierać się na informacjach pana Rae, samemu wysłać patrole 
i rozpoznać siły i zamiary Jndian. Może dlatego, że nie 
uczono go radzić sobie w sytuacji o charakterze wojennym. 
Mimo to pozostaje zagadką, czego tak się bał; jego 14fj 

policjantów wystarczyłoby, aby powstrzymać Indian przed 
„odwiedzeniem miasta". Możliwe, że przestraszył się ewen­
tualnej konieczności użycia broni. Borykał się więc tylko 

z ulokowaniem w forcie uciekinierów — 200 mężczyzn i 300 
kobiet i dzieci. 

Sędzia Rouleau zatrzymał się na nocleg w rezerwacie 

Assiniboinów wodza Moskita, w domu instruktora rolnego 
Payne'a. Był on żonaty z córką Niedźwiedziej Głowy i uważał, 
że jest w dobrej komitywie z Indianami. Z zewnątrz dochodziły 

hałasy, a Assiniboinowie malowali się. Payne uspokoił sędzie­
go, że „Indianie mówili mu o swej lojalności wobec białych 
i żądzy zachowania pokoju", i wyjaśnił, że na drugi dzień były 
przewidziane tańce. Rouleau nie był ciekawy folkloru i wyje­

chał o świcie. Zrobił mądrze — rano przyszli Indianie. 

Assiniboinowie, nazywani przez Sjuksów Ho he, byli 

niegdyś postrachem tego plemienia. Sjuksowie złamali ich 
potęgę, ale wciąż pragnęli być groźnymi wojownikami. 

Mimo to Payne nie bał się ich. Gdy zapukali do drzwi, 
nie chciał im wydać żywności i amunicji. W dodatku 
„zirytował się", mimo że wojownik imieniem Itka, zwany 

też Odwraca Koc Na Drugą Stronę vel Krzywe Nogi, 
„mówił mu, żeby się nie irytował". „Moje serce zrobiło 
się złe — ciągnie Itka — poszedłem i wziąłem karabin; 

instruktor złapał mnie za ręce; powiedziałem, żeby mnie 
puścił, bo go zabiję; uwolniłem ręce i zastrzeliłem go". 
Zabita została także żona Payne'a i ich dziecko. 

Rano 30 marca siedzący w forcie mieszkańcy Battlefordu 

ujrzeli w mieście gromady Indian. Było ich „200, wszystkich 
uzbrojonych", ocenił Rae. Nadciągnął Budowniczy Zagród. 

155 

Wódz wezwał agenta na rozmowę, wyjaśniając, że przyszli 

rvlko poprosić o dodatkowy prowiant, herbatę i tytoń. Rae 
zaproponował, by spotkali się u niego, na lewym brzegu rzeki. 
Wódz odmówił — to byłoby w zasięgu karabinów z fortu. 
Ącent nie mógł odmówić, by nie urazić Indian brakiem 
zaufania. Wraz z faktorem Kompanii Zatoki Hudsona Wil­

liamem McKayem i urzędnikiem mieszańcem Peterem Bal-
lendinem zaczął rozglądać się za łodzią, kiedy jakaś Metyska 
zawołała z drugiego brzegu: 

Nie przeprawiajcie się! Indianie was zabiją! 

Rae uznał, że wykazał już wystarczające zaufanie, i wrócił 

do fortu. McKay i Ballendine jednak przeprawili się przez 
rzekę. W mieście przyjął ich Budowniczy Zagród w towarzy­
stwie kilku wodzów i doradców. 

Można sądzić, że wódz chciał tylko wykorzystać panikę 

białych po Duck Lakę, aby wydębić od nich obfite podarki 
i znowu zaimponować swoim zwolennikom. I oto spostrzegł, 
że biali wystraszyli się znacznie bardziej, niż oczekiwał. Nie 
byłby politykiem, gdyby tego nie wykorzystał. 

— Dlaczego tu tak pusto? — spytał naiwnie. — Wydaje 

się, że wszystkie domy są opuszczone. Przyszedłem, żeby się 
dowiedzieć, co się właściwie stało pod Duck Lakę. Powiedz, 
dlaczego nie przyszedł nasz agent? Dlaczego nigdy go nie ma, 

kiedy jest potrzebny? 

„Indianie zawsze lepiej rozumieli białych, niż biali rozumieli 

ich — pisze McKay. — W negocjacjach umieli ustawić nas 
w defensywie — udawali niewiedzę, niewinność, słabość, 
i zmuszali nas do wyjaśniania, tłumaczenia się i składania 
propozycji. A sami cały czas byli w pozycji siły i wiedzy...". 
Spróbował starej śpiewki („Metysom mogło się udać zabicie 

kilku białych, ale przyjdzie ich więcej, za każdego zabitego 
przyjdą setki innych..."), lecz Indianie odpowiedzieli śmiechem 
i przedrzeźnianiem. Ostatecznie faktor zgodził się wydać 
Indianom żywność z magazynu Kompanii, ale sprzeciwił się 
żądaniu koców, broni i amunicji. Na tym rozmowa się skończyła. 

background image

156 

Po powrocie McKaya, agent Rae zadepeszował do guber­

natora: „Indianie są gotowi wrócić jutro do rezerwatu, jeśli 
spełnimy ich żądania odzieży i cukru, tytoniu, prochu i kul 
Ponieważ nie jesteśmy w stanie rozpocząć z nimi wojny 

usilnie nalegam na udzielenie mi nieograniczonego pełnomoc­
nictwa do negocjacji". Dewdney udzielił go, dodając: „Niech 

pan zaprosi Budowniczego Zagród do spotkania ze mną 
w Swift Current. Jego wydatki będą zapłacone i gwarantuję 
mu bezpieczeństwo". Oczywiście nawet gdyby Rae przekazał 

zaproszenie, to Budowniczemu Zagród ani by nie postało 
w głowie, by z niego skorzystać. Dewdney jednak tak ucieszył 
się perspektywą dialogu, że zaraz pochwalił się premierowi, 

gen. Middletonowi i każdemu, kto się liczył: „Negocjuję 
telegraficznie z Indianami w Battlefordzie. Myślę, że osiąg­
niemy porozumienie zadowalające obie strony". 

Na razie gubernator „negocjował" z siedzącym w forcie 

agentem Rae, a niewątpliwie zadowoleni byli tylko Indianie. 

Jedyny pozostały w mieście biały, kucharz Arthur Dobbs, 
urządził im ucztę w Indiańskiej Szkole Gospodarstwa. 
Na jej zakończenie Indianie podpalili szkołę. Potem zabrali 
się do ładowania na wozy towarów z magazynów i sklepów. 
Szabrowali i demolowali również domy prywatne. Wy­

sypywali mąkę z worków (worki mogły się przydać) i w jej 
kopce wrzucali zabite psy, kury i świnie. Ulicę główną 
wyłożyli dywanami z magazynu. Pracowali tak całą noc. 
Przyświecały im ogniska, na których płonęły meble i pościel, 

polane naftą. Policja nie reagowała, a właściciele byli 

jak sparaliżowani. „Patrzyliśmy na nich bardzo ciężkim 

wzrokiem — pisze Laurie. — Ogólnie bawili się świetnie. 
Diabelska przemyślność w niszczeniu wszystkiego, co im 
się nie przydało, zawstydziłaby miejski motłoch, który 

dotąd uważaliśmy za najgorszy symbol obłędu i bezmy­
ślności"

5

5

 C 1 i n k. op. cit., s. 18. 

157 

Assiniboinowie pozazdrościli Budowniczemu Zagród zdo-

hvczy i nazajutrz też wybrali się do miasta, ale Kri nie 
chcieli ich wpuścić do domów i sklepów. W złych humorach 

Assiniboinowie obeszli okoliczne farmy, zabierali, co chcieli, 

demolowali domy, niszczyli żywność, paszę i ziarno siewne. 
Łącznie koło Battlefordu Indianie złupili 63 farmy. „Oce­
niając szkody należy pamiętać, że «złupienie» to synonim 
prawie totalnej destrukcji, ponieważ to, co nie zostało 
zabrane, zostało zniszczone — pisał później «Saskatchewan 
Herald». — Powszechne było tłuczenie okien, zarówno 

szkła, jak framug, jak również niszczenie narzędzi rol­
niczych". Indianie uprowadzili 500 koni i 1200 sztuk bydła, 
zaś świnie i drób, które nie odpowiadały ich podniebieniom, 
zabijali i porzucali. Lżyli przy tym i straszyli farmerów, 
ale pozostawiali ich w zdrowiu, choć bez dobytku. Pecha 

miał tylko Barney Tremont

6

. Pochodził z Belgii, był kow­

bojem w USA, ale po tym, jak jego brat został zabity 
przez Indian, przeniósł się w spokojniejsze, jak sądził, 
miejsce. Przez 10 lat pracował jako telegrafista, a przed 
rokiem postanowił przejść na swoje — kupił małe ranczo 
i szykował się, by w lecie zapełnić je krowami i owcami. 

Grupa Assiniboinów, która zawitała u niego, miała inne 
plany. „Spotkaliśmy białego na drodze koło domu — wspo­
mina Człowiek Bez Krwi. — Człowiek w Czarnym Kocu 

powiedział, żebym go zabił; powiedziałem, że zrobię to. 
Było tam czterech Indian. Spytali mnie, kim jest ten biały; 
powiedziałem, że nie wiem. Mój brat spytał: «Dlaczego 
go nie zabijasz?» Wziąłem strzelbę, nabiłem ją, podszedłem 
i zabiłem białego"

7

. Nie było to trudne — Tremont był 

tak zajęty smarowaniem osi wozu, że nie zauważył, iż 

2

 tyłu skrada się wojownik. Inni dopełnili rytuału, zaliczając 

Tremont, znany wtedy jako Barney Freeman, służył podczas wojny 

secesyjnej w Trzeciej Dywizji Kawalerii gen. G. A. Custera i był obecny przy 
kapitulacji gen. R. E. Lee pod Appomattox. 

Tamże,

 s. 19. 

background image

158 

ciosy

8

 na zwłokach — jeden wpakował martwemu kulę 

w głowę, drugi rozłupał ją maczugą, a trzeci wbił mu strzałę 

w serce. Próbowali go oskalpować, ale brakło im umiejętno­

ści; nie udało im się zedrzeć skóry z włosami, pozostawili 

tylko cięcia powyżej ucha. Przeszukali kieszenie, zabrali 

zegarek i pieniądze, na progu domu zabili broniącego go psa 

a potem przetrząsnęli dom. 

Na skrzydłach zwycięstwa Assiniboinowie wpadli do 

sąsiedniej „osady Gopsilla", ale była pusta; farmerzy uciekli. 

Jedni zaczęli buszować po domach i podpalać je, a inni 

pognali za uciekającymi. Dogonili Gopsilla, który jechał 

wozem z rodziną i mieszańcem Hodgsonem. Obaj byli kiedyś 

policjantami, ale (a może właśnie dlatego) Hodgson bez oporu 

oddał konia, a Gopsill zawartość wozu. Apetyt rósł w miarę 

jedzenia — jadącemu za nimi farmerowi Price'owi Indianie 

zabrali cały wóz razem z końmi. Nie napotykając oporu 

testowali, na ile jeszcze można sobie pozwolić: niejaki Jack 

Nez Perce

9

 spróbował rozebrać panią Price. Na to eks-

-policjanci ocknęli się i choć nie mieli broni, wyrazili 

sprzeciw. Napastnicy jakby uświadomili sobie, że przeholo­

wali; zostawili ich w spokoju i uciekli do Budowniczego 

Zagród. Również Kri zabrali resztę łupów i opuścili Bat-

tleford, udając się do rezerwatu. 

Stwierdziwszy, że w mieście nie widać Indian, Rae, McKay, 

Ballendine i kupiec Clinskill uzbroili się po zęby i wyszli 

z fortu. Gdy doszli do rzeki, padło kilka strzałów. „Byliśmy 

obciążeni grubymi płaszczami, nieśliśmy ciężkie karabiny 

Snider i pasy pełne nabojów z kulami ważącymi uncję 

— wspomina kupiec. — Pierzchaliśmy jak szaleni, rozbryz-

8

 Według zasad wojowania Indian prerii „zaliczenie ciosu" oznaczało 

dotknięcie wroga ręką lub specjalną laską, i świadczyło o osobistej odwadze. 
Reguły określały wartość ciosu, zależnie od tego, czy wróg był żywy. czy 
martwy, i czy Indianin dotknął go jako pierwszy, czy w następnej kolejności. 

9

 Był on jednym z Nez Perce wodza Józefa, którzy w 1877 roku uzyskali 

azyl w Kanadzie. Od 1882 r. dorywczo pracował w saloonie w Battlefordzie. 

159 

:„

c

 kałuże wody i topniejącego śniegu. Nie zapomnę widoku 

moich towarzyszy, przewracających się bez tchu w wodę. 

Przyznaję, i ja także wysilałem się w biegu. Był to niezmiernie 

komiczny widok, gdy tak uciekaliśmy, każdy przerażony, że 

wziął go na cel krwiożerczy Indianin". Wprawdzie okazało 

się że to tylko dwóch Irlandczyków spłatało im takiego figla, 

ale nikt więcej już nie wystawił nosa z fortu. „Jestem dobrze 

ufortyfikowany, mam 200 zdeterminowanych ludzi. Mogę być 

zaatakowany dziś w nocy, ale nie sądzę. Indianie niezmiernie 

dzicy"

10

 zadepeszował insp. Morris 1 kwietnia. Atak nie 

nastąpił- Nazajutrz policjanci trzykrotnie wystrzelili z haubicy 

w stronę Metysów, którzy wynosili ze sklepu jakieś towary 

i ładowali je na wóz. Pociski wystraszyły rabusiów. Podniosło 

to obrońców na tyle na duchu, że przeprawili się przez rzekę 

i skonfiskowali wóz. 

Indianie nie zerwali linii telegrafu, więc z fortu nieustannie 

płynęły wołania o ratunek. Gen. Middleton się nimi nie 

przejął. „Otrzymałem dosyć alarmistyczne nowiny z Bat-

tlefordu, którego dowódca najwyraźniej był pesymistą— pisze. 

— Nie sądziłem, by Battleford był w takim niebezpieczeństwie, 

jak on przedstawiał" ". Zbliżała się Wielkanoc... 

FROG LAKĘ, WIELKI CZWARTEK, 2 KWIETNIA 

W marcu Duży Niedźwiedź wybrał miejsce na rezerwat dla 

swojego szczepu. Jego Równinni Kri rozbili obóz w pobliżu 

dwóch rezerwatów Leśnych Kri — mniej wojowniczego, 

semi-osiadłego plemienia, które zimowało w domach, a w le­

cie przenosiło się do tipi. Leśni Kri nie byli z tego zadowole­

ni, ale nikt ich o zdanie nie pytał. Później mówili, że 

wszystkiemu, co nastąpiło potem, zawinił rząd, który nie 

wiadomo po co sprowadził w spokojną okolicę Dużego 

Niedźwiedzia. 

M o r t o n, R o y. op. cii, s. 64. 
M i d d l e t o n , op. cit., s. 15. 

background image

160 

Niedaleko rezerwatu znajdowała się osada, zamieszkana 

przez białych i Metysów. Miała nazwę Żabie Jezioro 
bowiem jej mieszkańcy pomimo ambicji i starań nie wymyś. 
liii lepszej. Nawet jak na standardy Północnego Zachodu nie 

było to nic wielkiego: magazyn Kompanii Zatoki Hudsona 
którym kierował 22-letni William Cameron, kościół 
a w nim młody misjonarz Leon-Adelard Fafard, szkółka 

kościelna, posterunek NWMP i 5 ludzi pod komendą kpr. 
Ralpha Sleigha (tego, który kiedyś nie dał rady aresztować 

Człowieka Mówiącego Po Naszemu), kuźnia, sklepy Johna 
Gowanlocka i George'a Dilla, stajnie i kilka domów. Był też 
instruktor rolny Delaney. Dwie Teresy — panie Delaney 
i Gowanlock — pełniły funkcję instruktorek gospodarstwa 

domowego, ucząc Indianki obchodzenia się z bydłem, robie­
nia masła, szycia itp. Mimo obaw, że malkontenci Dużego 
Niedźwiedzia będą mieli demoralizujący wpływ na Leśnych 
Kri, rząd zaakceptował jego wybór. Przyznał nawet Gowan-

lockowi dotację na budowę młyna, licząc, że w połączeniu 
z terenami nadającymi się pod uprawę zbóż, pozwoli to 
Indianom na szybkie uzyskanie samowystarczalności. Agent 

Thomas Quinn, zwany Mówiący Językiem Sjuksów, próbo­
wał skłonić Równinnych do osiedlenia się i pracy przy 

budowie młyna. Jednak nie była to dla nich dość ponętna 
perspektywa, i zamiast tego domagali się od Quinna bydła 

na mięso. Agent miał przykre doświadczenia z Indianami; 

jego ojciec został zabity przez Sjuksów w Minnesocie 

w 1862 roku, a on ocalał, chowając się pod beczką, gdy 

plądrowali sklep. Choć w żyłach Quinna płynęła krew 
Dakotów i miał za żonę Indiankę Kri, jego stosunki z Du­

żym Niedźwiedziem były kiepskie. Agent stał bowiem na 
stanowisku, że żywność należy się tylko osiadłym i pracują­

cym Indianom, Duży Niedźwiedź zaś twierdził, że guber­
nator Dewdney obiecał mu, iż w rezerwacie będą mieli 
mnóstwo wołowiny i nigdy nie będą głodni, a o pracy mowy 

nie było. Rozsierdzeni „podwójnymi językami białych" Kri 

161 

hodzili po domach, przyjmowani z mieszaniną niechęci, 

współczucia i strachu (z przewagą tego ostatniego). 

Zajął się nimi instrukor rolny Delaney. W 1884 roku, kiedy 

Dużego Niedźwiedzia jeszcze nie było, nawiedził go przybysz 

USA, Mała Topola. W eleganckim zielonym kocu i wy­

mywanych legginsach, z orlimi piórami zatkniętymi za 
miedzianą opaskę stetsona, mosiężnymi bransoletami i kol­
czykami oraz wielkim nożem i Coltem przy pasie robił 
wrażenie. Mimo to kiedy zażądał 30 worków mąki, 10 
worków bekonu, 10 funtów herbaty i 50 funtów cukru, 
instruktor stwierdził, że obcym Indianom nie należą się 

przydziały. 

— Dlaczego Wielka Matka nie przyśle tu kogoś, kto 

potrafi coś zrobić? — zapytał Mała Topola tak głośno, by 
słyszeli go inni Indianie. — To przez takich jak ty są 
problemy między Indianami a policją! 

Następnie wyciągnął spod koca asygnatę na żywność, którą 

wycyganił od inspektora Departamentu Indian. Cokolwiek 
sądził Delaney o takim podważaniu przez Departament jego 
własnych ustaleń, musiał wydać produkty. Mała Topola 
odjechał z pełnymi wozami, a Delaney wkrótce oberwał 
pejczem od jakiegoś Indianina, który zapamiętał tę lekcję. 

Teraz więc bez skrupułów dokarmiał Indian ze swojego 
funduszu i nie przejmował się sprzeciwem gubernatora wobec 
łamania dyscypliny budżetowej. 

31 marca do Frog Lakę przybył konstabl z Fortu Pitt 

z wieścią o walce pod Duck Lakę i listem, w którym insp. 
Dickens proponował mieszkańcom przeniesienie się do Fortu 

Pitt albo wzmocnienie miejscowego posterunku. Quinn sądził, 
że najlepiej byłoby ewakuować się, ale Delaney miał opory 
przed porzuceniem rządowych koni, bydła i towarów. Poza 
tym tydzień wcześniej Duży Niedźwiedź dał mu fajkę pokoju 
i zapewniał, że cały szczep darzy go miłością. Ojciec Fafard 

uważał, że należy okazać Indianom zaufanie. Jego zdanie 
Przeważyło. Mieszkańcy zdecydowali ponadto, że ponieważ 

— Batoche 1885 

background image

162 

obecność policji może denerwować Indian, kpr. Sleigh i j

e

p

5 ludzi mają opuścić posterunek. Policjanci wyjechali w nocv 
do Fortu Pitt, zabierając amunicję z magazynu Kompanii 

Cameron nie oddał im wszystkiej; trochę pozostawił na 
wypadek, gdyby jednak przyszli Indianie. 

1 kwietnia Quinn zaprosił przedstawicieli Kri na rozmowę 

Przyszli wódz wojenny Wędrujący Duch, syn Dużego Niedźwie­

dzia Mały Zły Człowiek, Grzmot Czterech Niebios i Nędzny 
Człowiek. Wędrujący Duch był w świetnym humorze. 

— Dziś Wielki Dzień Kłamstw! — zawołał. Indianie roze­

śmieli się. Quinn i Cameron zawtórowali im. „Było tu więcej 

naiwniaków niż jeden, i nie byli to Indianie", stwierdził 
poniewczasie Cameron. Mały Zły Człowiek na wstępie powie­
dział, że jeśli Quinn zaprosił ich, aby poinformować o klęsce 

białych pod Duck Lakę, to wiedzieli o niej wcześniej od niego. 

— Nie przyłączymy się do mieszańców — mówił — ale 

boimy się wojska. Chcemy tu zostać, bo jesteśmy waszymi 
przyjaciółmi. Mówcie nam o wszystkim, co wiecie, a my też 

powtórzymy wam to, co usłyszymy. Chcemy, byście za to nas 

chronili, kiedy przyjdzie tu wojsko. 

Cjuinn podziękował mu i oświadczył, że jak długo pozostaną 

w rezerwacie, nie mają się czego obawiać. Kri zażądali 

dodatkowego przydziału żywności. Agent odmówił, dodając, 
że o tym może rozmawiać tylko z Dużym Niedźwiedziem. 

— Skoro mowa o jedzeniu — rzekł Wędrujący Duch — to 

kiedyś lubiłem zabijać ludzi. Lubiłem, bo miało to słodki 
smak, tak jakbym jadł coś słodkiego... Odkąd mamy prawa, 

dałem temu pokój. Ale nasi młodzi są niesforni. Może się coś 
przydarzyć. 

— Cieszę się, że Wędrujący Duch jest taki przyjazny 

— zauważył Cjuinn, kiedy Indianie wyszli. „Czerwonoskóry 
doktor Jekyll i pan Hyde", pomyślał Cameron, ale nic nie 

powiedział '

2

12

 W. B.  C a m e r o n , Blood Red the Sun. Edmonton 1977. s. 33-34, 

S t o n e c h i 1 d, W a i s e r. op. cit.. s. 113-114 (relacja Fredzia Konia). 

163 

Przez cały dzień Indianie nawiedzali instruktora Delaneya, 

'rv wydawał im ziemniaki. Wieczorem do Quinna przyszedł 

nU

2v Niedźwiedź, ale nie wymógł dodatkowego przydziału. 

__ Dlaczego agent-pies chciał się ze mną spotkać, jeśli nie 

dla mnie jedzenia? — rozgniewał się. — Podobno coś 

niedobrego stało się na południe od nas? 

Przecież słyszeliście o tym wcześniej od nas — burknął 

Ouinn. Jednak wódz zmusił go w imię przyjaźni, by prze­
czytał na głos list od insp. Dickensa i przyznał, że Metysi 
pobili białych. 

Najlepiej by było, gdyby biali posłuchali wodza Czer­

wonych Kurtek i odeszli — powiedział Wędrujący Duch. 

Ale zapasy w magazynie rządowym niech agent-pies 

zostawi... 

Quinn nie dał się przekonać. Duży Niedźwiedź wychodząc 

rzekł: 

— Kiedy byłem w kraju wasichun, spotkałem Riela. Miałem 

wtedy sen. Śniło mi się bijące z ziemi przez moje palce 
źródło. Było to źródło krwi... 

Po ich wyjściu Quinn rzekł do Camerona: 
— No i dobrze, mogą mnie zabić, ale nie dam się zastraszyć. 
Tymczasem przyjechało trzech Metysów — Louis Goulet, 

Dolphis Nolin i Andre Nault. Twierdzili, że są drwalami 

i w Frog Lakę znaleźli się przypadkiem

n

.

 Przed osadą 

13

 Dolphis (Adolphus) Nolin był synem antagonisty Riela, Charlesa Nolina. 

Andre Nault (brat Napoleona Naulta) rozpowszechniał manifest Riela i został 
25 marca aresztowany, przesłuchany przez insp. Dickensa i zwolniony. On 
i Louis Goulet byli obecni na zebraniu w Batoche, na którym postanowiono 
nawiązać kontakt z Louisem Rielem. Goulet kiedyś pracował dla wywiadu 

wojskowego USA; jak mówi: „Dla nas Metysów poruszanie się wśród Indian 
byto łatwe, jeśli znało się języki i umiało trochę odgrywać rolę. Osobiście, ja 
radziłem sobie z jednym i drugim bardzo dobrze"  ( C h a r ę t te, op. cit., 

s

- 96). Miał być jednym z członków delegacji do Riela w Montanie, ale 

odmówił, bo „obawiał się, że jego obecność mogła bardziej zaszkodzić 
sprawie Metysów niż pomóc". Charakterystyczne, iż jako jedyny z trzech 
został uwięziony i przebywał do końca w obozie Dużego Niedźwiedzia. 

background image

164 

zatrzymał ich Mały Zły Człowiek. Miał w ręku list od ins

Dickensa do Quinna, który ukradł agentowi, ale nie potrafił 

przeczytać. „Powiedzieliśmy mu, że nie rozumiemy tego listy 
ponieważ jest po angielsku", pisze Goulet

l 4

. Wśród mieszkań­

ców dawała się wyczuć nerwowość. Ojciec Fafard ucieszył sie 
na widok uzbrojonych młodych ludzi i zapytał, czy się nie 
boją Dużego Niedźwiedzia. Goulet był zdania, że Indianie nie 

skrzywdzą cywilów. 

W nocy grupa Równinnych Kri zawitała do Leśnych 

Kri, aby porozmawiać z ich wodzem Isidorem Mondionem. 

Ponieważ rozmowa nie przebiegła po ich myśli, uznali 
Mondiona za lojalnego wobec białych i uwięzili go. Mały 

Zły Człowiek i kilku wojowników wybili okno w domu 
Quinna i weszli do środka. W domu byli brat żony Quinna 
Siedzący Koń i jej wuj Samotny Człowiek. W obliczu 

ich karabinów napastnicy wyszli. 

— Wędrujący Duch się z wami policzy! — rzucił na 

odchodnym Mały Zły Człowiek. 

2 kwietnia przed świtem Indianie wyłamali drzwi domu 

Quinna, a Wędrujący Duch wezwał go, by wyszedł. Indiańscy 
krewni chcieli go bronić, ale agent powstrzymał ich. 

— Nikt nie powie, że Mówiący Językiem Sjuksów bał się 

stawić im czoła — rzekł, odchodząc z Wędrującym Duchem. 

Goulet i Nauk, subiekt Gilchrist i dwaj robotnicy Metysi 

spali w tartaku koło osady. Obudził ich Nolin, który nocował 
w obozie Indian. 

— Słuchaj, mon gars — zawołał, zeskakując z konia 

— jeden Indianin powiedział mi, że mamy zwiewać! Szykują 
się na białych. Wszystko przygotowali, trzeba ratować skórę. 

Jednak zamiast od razu uciekać, zasiedli do śniadania. Był 

to błąd. „Trzech Indian weszło, gdy jedliśmy. Mieli twarze 

pomalowane na czerwono i czarne pasy pod oczami. Byli 
uzbrojeni po zęby i widać było, że to poważna sprawa. Byłem 

14

  C h a r e t t e , op. cii., s. 115. 

165 

Hziwiony, że nas tak przyłapali. Mój koń nie dał mi znać, że 

kręcą

  s

'?

 tu ODC

y- Usiedli tak, że odgrodzili nas od naszych 

karabinów pod ścianą. Patrzyli, jak jemy, i nie podobał mi się 

oosób, w jaki milczeli. Żartowaliśmy w języku Kri, próbując 

n

j

e

 okazać zmartwienia tą wizytą", pisze Goulet '\ Wreszcie 

Mały Zły Człowiek wszedł z tomahawkiem w dłoni, chwycił 

Gouleta, mówiąc, że potrzebuje go jako tłumacza, i wyciągnął 

n

a dwór. Potem rozkazał Gilchristowi otworzyć magazyn. 

Indianie spustoszyli go w mgnieniu oka. 

Trzymaj, przyjacielu, to twoja działka — jeden z nich 

podał Gouletowi pudło koszul. Mimo tego przyjaznego gestu 
Metysi zostali rozbrojeni i wraz z Gilchristem pod strażą 
wyruszyli do Frog Lakę. Wschodziło słońce, wielkie i czer­
wone. „To może ostatni wschód słońca, jaki widzę. Dlatego 

jest taki piękny", pomyślał Goulet. Indianie zawyli i za­

intonowali pieśń wojenną. 

W osadzie Mały Zły Człowiek poszedł do domu Delane-

ya. Zastał tam także Gowanlocków. 21-letnia Theresa Go-
wanlock pół roku temu wyszła za 24-letniego kupca i opuś­
ciła rodzinne Ontario. Teraz poznawała ciemną stronę życia 
na zachodzie. Indianie zażądali, by oddali im broń; jak 
wyjaśnili, aby mogli ich bronić przed Metysami. „Nie 
mogliśmy odmówić", pisze pani Delaney. Przyszedł też 
Duży Niedźwiedź i kazał sobie i Indianom podać obfite 

śniadanie. 

 Meewasin — dobre. Jedzcie mnóstwo — zachęcał 

gospodarzy. — Pewnie trochę postrzelamy, ale nic wam się 
nie stanie. 

Mały Zły Człowiek obudził Camerona i kazał prowadzić się 

do sklepu. Kupiec patrząc na ogromne, krwawoczerwone 
słońce, miał złe przeczucia. Pogratulował sobie przezorności, 
która kazała mu zostawić trochę amunicji. Indianie zabrali 
P

r

och i naboje, a także rzeźnicze noże, które zaraz zaczęli 

Tamże,

 s. 119. 

background image

166 

ostrzyć. Cameron wypatrzył starego wojownika Żółtego Nj^ 
dźwiedzia, który wydał mu się przyjaźniejszy. 

— Weź co chcesz — powiedział — tylko pomóż mi 

w razie czego... 

Po chwili Indianie zabrali Camerona do Wędrującego Ducha 

który właśnie przesłuchiwał Quinna. 

— Kto jest szefem białych w całym kraju — pytał, grożąc 

mu pięścią — gubernator, Kompania, czy kto? 

— Jest taki jeden w Ottawie, nazywa się sir John Macdonald 

— odparł Quinn z wymuszonym śmiechem; Cameron sądził, 
że z powodu „subtelnej ironii" swojej sytuacji. 

Wędrujący Duch zażądał od Quinna wydania bydła, a Ca­

meronowi kazał wracać do sklepu i rozdawać towary. „Wszy­

stko, co zabierali, zapisywałem na rachunek rządu — wspo­
mina Cameron. — Indianie się z tego śmieli, ale ja chciałem 

zachować pozory autorytetu. Władze nie były bez winy za tę 
sytuację. Quinn powinien był mieć za sobą duży oddział 

policji, skoro wysłali go, by zajmował się najbardziej oporną 
bandą Indian w całym kraju"

  l 6

Po osadzie kręcili się wojownicy i squaws. Wchodzili do 

domów i wychodzili, wynosząc różne rzeczy. Na majdanie 
przed posterunkiem NWMP zaczynały się tańce. „Indianie 
byli coraz bardziej pijani, coraz bardziej prowokujący", 

stwierdził Goulet. Metysi nie byli pewni, czy mają się bronić, 
czy uciekać. Goulet zobaczył cieślę Gouina, który wracał ze 
śniadania u sąsiada. 

— Gdzie masz karabin? — spytał. 
— W domu, pod materacem — odrzekł Gouin. Razem poszli 

do jego mieszkania, ale było splądrowane i broni już nie znaleźli. 

— Wszystko przez to, że policja uciekła — odezwał się 

Goulet. — Gdyby zorganizowali Metysów i białych, mielibyś­
my Indian pod kontrolą. Indianie są odważni tylko wtedy, gdy 

widzą, że się ich boisz. 

16

 C a  m e r o n, op. cit., s. 45. 

167 

Przeklęci Anglais — rzucił kowal Henry Quinn. — Gdy­

śmy

 w

 porcji mieli Canadiens, byłoby inaczej. 

gyj Wielki Czwartek. W kościele zaczęła się msza wiel­

kanocna. Ojciec Fafard na wstępie poradził wiernym, by 

olecili dusze Bogu. W ławkach zasiadło także kilku Indian, 

w

 tym Duży Niedźwiedź, który rozsiadł się wygodnie 

i wsparty na dubeltówce przyglądał się kapłanowi. Z ze­
wnątrz dochodził „przerażający miarowy rytm mauchawahaw-

mn

igamawn

 — pieśni wojennej" i wrzaski Indian, raczących 

się spirytualiami. Powodzeniem cieszył się także painkiller, 
mikstura przeciwbólowa, której głównymi składnikami były 
spirytus i opium '

7

. Po chwili do kościoła wszedł Wędrujący 

Duch, z twarzą wymalowaną ochrą na żółto, z orlimi 

piórami na kołpaku z rysiej skóry, ubrany w bobrowe futro 
Delaneya. „Patrzyłem w ogłupiałym zdumieniu. To był 
demon, dziki zwierz, bezwzględny, krwiożerczy dzikus", 
pisze Cameron. Wódz zaczął chodzić między ławkami, 
strzelając z Winchestera do okien i w sufit. Dołączali do 
niego inni, poubierani w damską bieliznę, suknie i gar­
nitury, wchodzili i wychodzili, wrzeszczeli, śpiewali i walili 
w bęben. Ojciec Marchand zamknął drzwi, ale Wędrujący 
Duch znów je otworzył na oścież. Indianie zaczęli wypędzać 

wszystkich na dwór. Ojciec Fafard zatrzymał się, by zamknąć 
kościół. Mały Niedźwiedź rozkazał mu dołączyć, i na zachętę 
uderzył kolbą strzelby w twarz, rozcinając policzek. Goulet 
poderwał się w stronę Indianina, lecz ksiądz zasłonił go 
i kazał Metysowi przestać. Goulet szturchnął Małego Nie­
dźwiedzia i warknął jakąś groźbę, ale szybko stracił animusz. 

Towarzystwo na majdanie rozkręcało się coraz bardziej. 
„Upiorny widok Indian przypomniał mi demony ognia 
piekielnego. Chciałem się pomodlić, ale powtarzałem tylko 
w kółko Je vous salue, Marie...". 

— Coś ty taki spokojny? — zapytał w końcu Gouina. 

Efekty działania tego specyfiku przedstawia obrazowo Mark Twain 

w

 "Przygodach Tomka Sawyera" (rozdział „Kot i morderca cierpień''). 

background image

— Wyspowiadałem się ojcu Marchandowi — odrzekł Gouin 

— teraz mi wszystko jedno. 

Wędrujący Duch przyprowadził Gilchrista i kazał Gouletowi 

spytać go, czy subiekt jest po stronie Indian, czy rząd

Gilchrist odpowiedział, że jest po stronie rządu, a Goulet 
dosyć bezmyślnie przetłumaczył to. 

— Tylko to chciałem wiedzieć — rzekł Wędrujący Duch 

i obrócił się na pięcie. 

Król Ptak, syn Dużego Niedźwiedzia, zapytał Camerona 

czy jest po stronie Riela, czy policji. 

— Kuzynie, mieszańcy biją się daleko stąd — odpowiedział 

Cameron, siląc się na dyplomację. — Niech się sami biją. Tu 
wszyscy jesteśmy przyjaciółmi. 

— Jeśli wyjdziemy żywi — mruknął do niego Quinn — to 

popamiętamy to do końca naszych dni. 

Wędrujący Duch kazał mieszkańcom zebrać się na majdanie. 

— Hej, ty! — zawołał Żółty Niedźwiedź do Camerona. 

— Idź do sklepu i przynieś mi kapelusz. 

Był to dobry pretekst, by uciec, ale Cameron bał się, więc 

poprosił go, aby mu towarzyszył. Żółty Niedźwiedź wybrał 
sobie kapelusz, potem Nędzny Człowiek zapragnął koca, 

okazało się, że Indianie już zabrali wszystkie, Nędzny Czło­
wiek zażądał czegoś podobnego do koca, potem tytoniu 
i herbaty... Cameron krzątał się po sklepie. 

Tymczasem Wędrujący Duch zebrał wszystkich i oświad­

czył, że mają iść z nim do obozu. Kri ustawili ich w szereg, 
który otwierał ojciec Fafard. Korowód ruszył, ale agent Quinn 
miał już tego dość. 

— Ja nigdzie nie pójdę — rzekł. 
— Uparty jesteś — stwierdził Wędrujący Duch. — Chwalisz 

się, że kiedy mówisz nie, to znaczy to, że nie. Ale dzisiaj zrobisz 
to, co ci każę, jeśli ci życie miłe. Pójdziesz z nami do obozu. 

— Nie — powtórzył Quinn i odwrócił się. 

— Nie wiem, co masz za głowę, jakbyś nie rozumiał, co 

mówię. Równie dobrze mogę cię zabić. 

169 

Wędrujący Duch uniósł lufę Winchestera i nacisnął spust. 

i

a

 weszła powyżej biodra i wyszła przez klatkę piersiową. 

"dv Quinn drgał na ziemi, Kri zwany Borsukiem podbiegł 

j

 st

rzelił mu w głowę. 

Zabić ich! Zabić białych! — krzyknął Wędrujący Duch. 

Nolin chwycił ośmioletnią córkę Quinna, która biegła w stronę 
oica, i wpadł z nią do domu, a za nim inni Metysi. Gouin nie 
zdążył — Zła Strzała (znany także jako Robak) wypalił do 
nieao, cieśla upadł i próbował się podnieść. Nędzny Człowiek 
zapomniał o kocu i podbiegł do rannego. „Strzelił mu w pierś; 
[Gouin] upadł, przez chwilę się trząsł, a potem przestał się 

ruszać i umarł", wspomina Toussaint Ryczący Byk

 1S

Atim-eenawuk!

 — wybuchnął z podziwem i szacunkiem 

Chodzący Koń. — Żołnierze-psy! 

Cameron wybiegł ze sklepu. „Kurz i dym wypełniały 

powietrze, wycia, wrzaski i tętent kopyt mieszały się w piekiel­
ną symfonię. Ponad wszystko wzbijała się mordercza wojenna 
pieśń Równinnych Kri, a wystrzał za wystrzałem wybijały 
podzwonne dla moich przyjaciół". 

— Jeśli się odezwiesz, to jesteś trup! — krzyknął jakiś 

Indianin, potrząsając mu przed nosem karabinem. Cameron 
uznał to za „przyjacielskie ostrzeżenie". Zobaczył, jak Goulet 
biegnie „z twarzą białą jak papier", a za nim dwaj Indianie 

— jeden w wyraźnie złych zamiarach, a drugi jakby próbował 
go powstrzymać. Nie wiedział, że Goulet biegł do corralu, 
ponieważ Indianin zażądał jego konia w zamian za życie. 

 Tesąua! Stójcie! — krzyczał Duży Niedźwiedź. Niedo­

szły młynarz Gowanlock uspokajał żonę, wtem zachwiał się 

ugodzony w plecy, wyciągnął ręce w jej stronę, ona go 
chwyciła i upadli razem. 

Idący z przodu nie od razu zorientowali się, co się dzieje 

za nimi; pani Delaney sądziła, że Indianie strzelają w powie­
trze

 19

. Wtem przebiegł obok niej 75-letni John Williscraft, 

C 1 i n k, op. cit., s. 60. 
G o w a n l o c k ,  D e l a n e y , op. cir., s. 15, 70. 

background image

170 

mechanik i zakrystian. Za nim gonił konno Człowiek Mówią

Cv 

Po Naszemu (ten, który dostał tydzień aresztu za pobicie 
instruktora Craiga). Pani Delaney odwróciła się i zobaczyła 

że Kri dobijają Gowanlocka, a jakiś Indianin ciągnie jeg

płaczącą żonę. Chwyciła męża mocniej za rękę i poczuła, że 

jego uchwyt słabnie. 

— Mnie też zastrzelili — powiedział Delaney i osunął się 

na ziemię. Z tyłu wyłonił się „przerażający obiekt, ohydnie 
wymalowany Indianin" — niejaki Goła Szyja. Delaney jeszcze 
żył. Ojciec Fafard uklęknął nad nim, a wtedy Goła Szyja także 

jemu strzelił w plecy. Fafard upadł. 

— Jeszcze oddycha — stwierdził Zła Strzała. — Zabijcie 

go. 

Chodzi Po Niebie podszedł i strzelił księdzu z rewolweru 

w tył głowy. Inny dobił Dełaneya. 

Zła Strzała chwycił panią Delaney i zaczął ją wlec. Ojciec 

Marchand stanął w jej obronie. Wędrujący Duch strzelił mu 
w gardło — 26-letni misjonarz z Francji, który przyjechał do 
Frog Lakę w wielkanocne odwiedziny, miał się długo wy­

krwawiać. Samotny Człowiek wyciągnął mu z kieszeni fajkę 
z morskiej pianki, którą sobie upatrzył. Kupiec Diii, subiekt 
Gilchrist i Henry Quinn rzucili się do ucieczki. Tymczasem 

Człowiek Mówiący Po Naszemu dogonił Williscrafta i strącił 
mu z głowy kapelusz. Zakrystian zatrzymał się i odwrócił. 

— Nie strzelaj! — powiedział. Kilku Indian dało ognia 

i Williscraft z krzykiem upadł do rowu. Człowiek Mówiący 

Po Naszemu puścił się za Gilchristem i z bliska strzelił mu 
w plecy. Pies Gilchrista, duży collie, rzucił się na Indianina, 
który chciał zabrać zabitemu zegarek, zerwał mu przepaskę 

biodrową, lecz zaraz padł martwy obok pana. Diii zatrzymał 
się i odwrócił ku prześladowcom. „Chyba stracił nadzieję", 

przypuszczał Grzmot. „Stał i patrzył w stronę Indian"

2 0

. Mały 

Niedźwiedź, Żelazne Ciało i Czerwona Skóra zaczęli do niego 

Tamże,

 s. 65. 

171 

rrzelać. Za którymś razem trafili i kupiec padł. W tym czasie 

Henry Quinn zdołał się wymknąć. 

Wszystko trwało tylko tak długo, ile trzeba na wypalenie 

faiki". mówili potem Kri. Tak kiedyś podsumowali Sjuksowie 
ostatnią walkę Custera. Tutaj jednak z rąk Indian zginęło tylko 
dziewięciu bezbronnych cywilów i jeden pies. 

Ściągnięci odgłosem wystrzałów przybyli do Frog Lakę 

wódz Leśnych Kri Onepohayo i jego syn Mesunekwepan. 
Młodzieniec przyglądał się zabitym i zatrzymał przy ojcu 
Marchandzie. „Leżał na ziemi, a krew płynęła mu z gardła. 

Wciąż żył i oddychał powoli. «Żal mi cię, ale taka musiała 
być wola Boża» — powiedziałem. Wziąłem trochę trawy, 
żeby obetrzeć krew. To nie pomogło, więc zdjąłem moją 

czarną jedwabną chustę i obwiązałem mu szyję. Miał oczy 
zamknięte, ale wciąż oddychał, a krew z przerwami sączyła 
mu się z gardła. Z wielkim trudem chwytał powietrze"

21

Misjonarz wkrótce wyzionął ducha, a Mesunekwepan zajrzał 
do kościoła. W środku wszystko było porozbijane, a Indianie 
opróżniali dwie baryłki wina mszalnego, rozlewając przy tym 
sporo. Kilku ubrało się w szaty liturgiczne. Mesunekwepan 

przyłączył się do nich, ponieważ „wydawało mu się, że się 
dobrze bawią". Jego ojciec był innego zdania i kazał mu iść 
z sobą. W domu urzędnika Kompanii Jamesa Simpsona 
Indianie tańczyli i łamali meble. Mesunekwepan miał wielką 

chęć coś sobie przywłaszczyć, ale ojciec mocno trzymał go za 
rękę. Onepohayo „zaczął okazywać gniew" i odszukał Dużego 
Niedźwiedzia. 

— Czy wyście wszyscy poszaleli, czy co jest z wami? 

— spytał nieuprzejmie. — Masz z pewnością źle w głowie. 

Gdybym wiedział, co szykujecie, dałbym wam dwadzieścia 
pięć krów, żebyście je sobie pozabijali zamiast tych białych 

ludzi. Wynoście się stąd! 

Duży Niedźwiedź nie przyjął dobrze tych słów. 

G. S t a n 1 e y (Mesunekwepan), An Account ofThe Frog Lakę Massacre, 

W:

 S. Hughes, ed., The Frog Lakę „Massacre", Toronto 1976. s. 162. 

background image

172 

— Jeśli ci się nie podoba to co mówię, to może i mnie 

zastrzelisz? — zaperzył się Onepohayo. Po chwili Duży 
Niedźwiedź odwrócił się i z częścią swoich poszedł rabować 
magazyn Kompanii. Inni zebrali łupy, konie oraz jeńców 

— panie Gowanlock i Delaney, dzieci, Metysów i mieszańców 
— i ruszyli do obozu. Po drodze wzięli jako zakładniczkę 
żonę Onepohayo, a Magiczną Fajkę wodza, która zawsze była 
bezpieczna pośrodku jego tipi, teraz położyli przed tipi na 

znak, że Leśni Kri są ich jeńcami. 

— Wszystkich nas dziś zabiją... — płakała matka i Mesu-

nekwepan też się rozpłakał. 

Cameron zawdzięczał życie pani Simpson, siostrze Gabriela 

Dumonta. Ta „duża, tłusta kobieta, silna jak mężczyzna" (jak 

ją określa Goulet) owinęła go chustą, by go nie rozpoznano, 

chwyciła pod pachę i zaniosła do obozu, bo strach pozbawił 
go władzy w nogach. W obozie Leśni Kri zaopiekowali się 
kobietami, które mdlały na skutek przeżyć i zmęczenia 
marszem przez las i lodowaty potok Frog Creek. Cameron 
został zdemaskowany i uwięziony w innym tipi. Chodzi Po 

Niebie pokazał mu zegarek ojca Fafarda i spytał, która 
godzina. Była jedenasta. 

Gouletowi się upiekło; wprawdzie w corralu okazało się, że 

konia już ktoś zabrał, ale jego znajomy Kurka Wodna 
udobruchał rozeźlonego Indianina, zabrał Gouleta do siebie 
i uraczył kubkiem gorącej herbaty. Dodało mu to ducha 
i zaczął rozglądać się za białymi kobietami, aż w jednym 

z tipi znalazł panią Gowanlock. 

— Czy to nie było straszne? — spytała go przez łzy. 
— Tak, to była bardzo poważna sprawa — zgodził się 

Goulet. Pani Gowanlock poprosiła go, by poszedł i ukrył 
gdzieś ciało jej męża, zanim Indianie je zmasakrują. Duży 

Niedźwiedź się zgodził i trzej Metysi wrócili do osady. 

W domu Gowanlocka tapety były pozrywane, a wokół 

walały się książki i listy. Ani jeden mebel ani przedmiot nie 

173 

rostały całe. Przed domem Delaneya leżało nagie ciało 
Ouinna. Indianie wetknęli w nie kij. Obok leżała głowa jego 

biało-brązowego spaniela, z którego sztuczek Quinn był 
dumny. Na majdanie wojownicy tańczyli wokół zabitych, 
jjwagę Gouleta przyciągnął Indianin ubrany w przepaskę 
biodrową ze stuły —jeden krzyż zwisał z przodu, drugi z tyłu 

i w cylinder przyozdobiony długą czerwoną wstęgą. 

Tańczył przekrzywiając głowę i zezując w górę. Drugi miał na 

diowie biret, a do przepaski przyczepił zegarek z dewizką. 

Goulet spóźnił się — Gowanlock miał odrąbane ręce i nogi. 
Gdy podniósł zwłoki ojca Marchanda, z rozłupanej czaszki 
wypłynął mózg i spłynął mu do buta. „Pozbieraliśmy ojca 

Marchanda, ojca Fafarda, Gowanlocka i Delaneya. Ależ to 
była robota. Cali byliśmy we krwi. Jeszcze dziś robi mi się 
niedobrze". Indianie nie pozwolili zabrać innych ciał. 

— Wynoście się, bo zaraz ktoś będzie zbierał wasze trupy! 

— ostrzegł któryś. Metysi złożyli zabitych w piwnicy kościoła. 
Był pusty, zabawa się skończyła. Z tabernakulum skradziono 
naczynia liturgiczne, hostie walały się po podłodze. Metysi 
pozbierali je z szacunkiem i spalili w piecu. 

Wieczorem Goulet dowiedział się, że Indianie, którzy 

pojmali białe kobiety, wystawili je na sprzedaż. Ponieważ 
zostały uznane za stare i niezbyt atrakcyjne, cena była 
przystępna — po dwa konie za każdą. Pani Gowanlock prosiła 
Gouleta, by je wykupił, ale on nie miał już nawet swojego 

jednego konia. Udało mu się wyciągnąć od pewnego Metysa 

dwie klacze, za które kupił panią Gowanlock, a dwaj inni 
Metysi złożyli się i do spółki kupili panią Delaney. 

Nazajutrz Duży Niedźwiedź kazał więźniom przysiąc, że 

nie uciekną, dodając, że gdyby ktoś uciekł, pozostali zostaną 
zabici. Nie musiał ich długo namawiać — Wędrujący Duch 
stał obok z Winchesterem. Później zaczęła się narada. Węd­

rujący Duch znowu przesłuchiwał Camerona. Chciał się 
dowiedzieć, za jaką sumę Kompania Zatoki Hudsona sprzedała 

Terytoria rządowi Kanady. 

background image

174 

— Ten kraj należy do nas — wyjaśnił. — Odebraliśmy p« 

sobie. Widziałeś, jak Kri wojują — mnóstwo krwi płynie' 
Kiedy oddałem pierwszy strzał, przysiągłem sobie, że tak 
będzie, aż nie zostanie tu ani jeden Kanadyjczyk. Wtedy 

sprzedamy ten kraj Amerykanom. Teraz pieniądze weźmiemy 
my, a nie Kompania. Będziemy wszyscy bogaci, będziemy 
handlować z Amerykanami

22

Naradę zakłóciło przybycie Uciętej Ręki, wodza Kri 

z Onion Lakę. Został zaproszony do udziału w niej, ale 
nie usiadł. 

— Chciałem tylko zobaczyć, czy to, co słyszałem, to 

prawda — rzekł. — Przykro mi z powodu tego, coście zrobili. 
Mamy u nas zbór i pastora, i nie chciałbym, żeby go tak 
zabito. Lepiej na tym poprzestańcie. 

Duży Niedźwiedź milczał, ale Wędrujący Duch zerwał się 

i wymierzył do Uciętej Ręki z Winchestera. 

— Rozwalę ci łeb! — warknął. Ten wyciągnął zza pasa 

długi rzeźniczy nóż. 

— Mam tylko jedną rękę, ale i tak cię potnę na kawałki 

— rzekł. — Ja miałbym się bać ciebie? Ja zawsze byłem 
z przodu, kiedy biliśmy Czarne Stopy, a ty się chowałeś 
z tyłu. Wstyd, jak pozabijałeś tych białych, a teraz chcesz 
mnie straszyć? Ja nie jestem pijany. 

Onepohayo próbował łagodzić sytuację, obiecując, że jeśli 

obaj się uspokoją, da im krowy, piękny pasiasty koc Kompanii 
Zatoki Hudsona i swoją czapkę ze srebrnego lisa. Duży 
Niedźwiedź zakończył spór i zaprosił całe plemię Kri z Onion 

Lakę na naradę za dwa dni. 

W Wielką Niedzielę Grzmot Czterech Niebios zaczął 

dzwonić w dzwon kościelny i wołać: 

 How motemitiek pe aspanibak! Bracia, chodźcie się 

modlić! 

2 2

 C a m e r o n, op. cit., s. 74. 

175 

Kiedy Si? znudził, podpalił kościół. Dym wzniósł się 

soko i przybrał kształt krzyża, a potem jeźdźca, który 

l

aC

łal na rozgniewanego. Byli tacy, którzy uznali to za 

,

  w r

óżbę, ale niewielu się tym przejęło. Duży Niedźwiedź 

korzystał bowiem z oferty Onepohayo, a nawet więcej 

__ jeso plemię zabrało całe bydło Leśnych Kri, 400 sztuk. 
Dykj i krowy były zalążkiem stada, które miało zostać 
rozdysponowane między poszczególnych Indian, kiedy 
nauczą się obchodzić z bydłem. Teraz co dzień Indianie 

zabijali po kilkanaście, bawiąc się w polowanie na bizony. 
Gonili krowy konno, strzelając na oślep, niekiedy wpędzając 
je do obozu i dziurawiąc tipi kulami. Czasem dochodziło do 
bijatyk, kiedy jakiś Leśny Kri wyrażał sprzeciw wobec 

takiego traktowania ich własności, ale ogólnie nastroje były 

dobre. Zajadano się jak za dawnych dobrych czasów, 
wymiotowano z przejedzenia, pito i tańczono. Zabawę 
popsuła nagle stara squaw imieniem Ona Wygrywa, która 

oświadczyła, że zamieni się w wendigo. „Nie wiecie, co to 
wendigo?

 To nie żarty", pisze Goulet. Wendigo wydaje 

wrzask, który wszystkich paraliżuje, a potem tak unie­

ruchomionych pożera. Może zjeść nawet cały obóz, „choćby 
to miało zająć i miesiąc!"

2 3

. Na dobrze odkarmionych Kri 

padł blady strach. Aby nie skończyć w żołądku potwora, 
należało go uśmiercić, i to szybko — dojrzałego wendigo 
trudno ubić, bo ma serce z lodu, a w dodatku jego ciało 

zrasta się, jeśli je pociąć. Mądrość szamanów głosiła, że do 
zabijania takich dobrze nadają się katolicy, osobliwie, gdy 
nabiją broń czymś poświęconym. Duży Niedźwiedź wy­
znaczył więc Andre Naulta. Goulet zastał go w namiocie, 
nabijającego starą flintę. „Ależ miał przy tym minę!" 

— Nie bądź głupi — ostrzegł. — Jeśli to się wyda, 

zadyndasz jak ropucha. 

C h a  r e 11 e, op. cit., s. 136. 

background image

176 

— Jasne, a jeśli jej nie zabiję, to mi rozłupią czaszj 

— odparł Nault, przybijając kulę szkaplerzem jednej z \|

e

tysek. 

Gouletowi udało się przekonać Dużego Niedźwiedzia, £» 

Nault w zdenerwowaniu spudłuje potwora, co może mieć 
fatalne skutki. Ostatecznie zadania podjęło się trzech najmęż-

niejszych Kri — stary Charlebois vel Leśny Karokk

: 4

, młody 

Błyszczące Oczy i jednooki Ten, Którego Odzienie Dźwięczy 

Gdy Idzie (w skrócie Wytworniś)

2S

.

 Przywiązaną do stołka 

squaw wyniesiono poza obóz. Charlebois zaszedł ją od tyłu 
„przyczaił się, gotów w razie czego do ucieczki, i buch! 

zdzielił ją maczugą w skroń. Stara upadła na bok, nie wydając 
głosu, i tylko kończyny jej dygotały". Błyszczące Oczy 
wpakował jej trzy kule z Winchestera. Wytworniś odrąbał 

głowę siekierą i odrzucił ją, by zapobiec zrośnięciu się 
z ciałem, ale „warkocze zaplątały się w gałęzie wierzby 
i głowa zawisła, z okropną twarzą huśtającą się w powietrzu. 
Indianie uciekli tak szybko, jak ich nogi niosły, nie ryzykując 

nawet obejrzenia się"

2 6

Incydent z wendigo zwarzył humory. Wieczorem odbyła się 

narada wojenna. Indianie byli zgodni, że następnym celem 
powinien być Fort Pitt. Duży Niedźwiedź uważał, że nie warto 

ryzykować walki, ale należy skłonić białych do opuszczenia 
fortu i pozostawienia zapasów. Wędrujący Duch zgadzał się, 
że dobrze byłoby, gdyby biali dali się namówić do wyjścia 

24

 Źródła nie są zgodne, czy by) on Kri. Według niektórych był Metysem, 

który ..nie wierzył w żadnego Boga". 

23

 „Bardzo lubili dekorować się sznurami dzwonków od sań. które dzwoniły 

przy każdym kroku. Był to wesoły dźwięk, gdy szli na tańce wieczorem, ale 
nie lubiłem być budzony nim o trzeciej czy czwartej rano. gdy wracali do 

domu" (W. M.  G r a h a m , Treaty Days. Reflections of cm Indian Commis-

sioner,

 Calgary 1991, s. 16). Wytworniś tym się wyróżniał, że nosił cylinder 

z pękami kolorowych wstążek, a dzwonki miał przyszyte do ogonów 
czarnego fraka (który wywrócił na drugą stronę, by widać było połyskująca, 

jedwabną podszewkę). 

26

  C h a r e t t e , op. cii., s. 138. 

177 

fortu; można by ich wtedy otoczyć i wybić do nogi. 

Planowano, że któryś z jeńców mógłby napisać do policjantów 
•j

st

 by ich zwabić w zasadzkę. 

13 kwietnia większość Kri, w tym 250 wojowników, wyruszy-

l pod Fort Pitt. Goulet i Nault powozili faetonem i landem 

anrzężonymi w woły. „Nie było komiczniejszej parady cyrko-

w e

; pisze Goulet. — Kobiety z gromadami małych dzikusów 

dumnie usadowiły się na ładnych powozach, a ich mężczyźni 
poubierali się zgodnie z najlepszą modą tubylczą. Niektórzy 
nosili buty z cholewami do przepasek biodrowych, inni mieli 
futrzane płaszcze, garnitury wieczorowe, bobrowe czapy, melo­
niki i inne rzeczy. Było to zabawne, ale nie ośmieliliśmy się 

śmiać; Indianie biorą siebie bardzo serio". Biali więźniowie 
zostali w obozie. Duży Niedźwiedź zapowiedział, że jeśli któryś 
Indianin zginie, zapłacą za to życiem. 

EDMONTON, 30 MARCA-12 KWIETNIA 

Edmonton, centrum handlu i największe miasto pomiędzy 

Battlefordem a Górami Skalistymi, leżało daleko od wszy­

stkich większych osiedli. Toteż gdy 30 marca telegraf wy­
stukał wiadomość o Duck Lakę, a potem zamilkł na dobre, 

jego mieszkańcy zaniepokoili się. Metysów raczej nie na­

leżało się obawiać; biali byli tak samo jak oni niezadowoleni 
z rządu i w sporach z Ottawą zawsze występowali po 
ich stronie. Nie wiadomo było tylko, czego się spodziewać 

po Indianach. Kri na pozór byli spokojni — z drugiej 
strony, pamiętano, jak niedawno pod miastem raz po raz 
wyrzynali się z Czarnymi Stopami, przy okazji napadając 
i rabując białych, a kiedy oba plemiona pojawiały się w Ed­
monton na targu, zawsze kończyło się to walką i ucieczką 

mieszkańców do fortu. 1 kwietnia edmontończycy zebrali 
się w saloonie, powołali Komitet Obrony i zaczęli formować 
milicję nazwaną Zwiadowcami Edmontońskimi. W mieście 
doliczono się 100 sztuk prywatnej broni długiej i krótkiej, 

12

 — Baioche 1885 

background image

178 

policja miała 21 karabinów, a w arsenale Kompanii znalezio­
no 57 strzelb „różnego wieku, typu i rodzaju"

l l

.

 Potencjalny 

ośrodek obrony, Fort Edmonton, miał imponujące bastiony 
ale i zasadniczą wadę — można było ostrzeliwać jego wnętrze 

z leżących naprzeciwko wysokich brzegów rzeki. Doprowa­
dzono w nim do użytku kilka starych armat, lecz obronę 
przewidywano raczej w pobliskim Forcie Saskatchewan, gdzie 

pod kierunkiem insp. Arthura Griesbacha dobudowano palisa­
dę, zgromadzono zapas żywności, opału i siana, a różdżkarz 
mieszaniec znalazł miejsce, w którym wykopano studnię. 

7 kwietnia kurier pocztowy z Calgary przywiózł wiadomości 

o mordzie w Frog Lakę, a także, iż Kri pod wodzą Małeoo 
Łowcy i Niebieskiej Dutki obrabowali magazyn w Saddle 
Lakę, zaledwie o 130 km od Edmonton. Przerażeni mieszkańcy 

sporządzili wezwania o pomoc do wszystkich znanych osobis­
tości, włącznie z ulubieńcem — ministrem robót publicznych 
Langevinem. Ponieważ nie byli pewni, czy poczta dojdzie, 

uradzili, by wysłać do Calgary gońca z wezwaniem o pomoc. 
Nikt nie chciał złożyć się na zapłatę dla takiego śmiałka, więc 
targowano się do północy, aż James Mowat zadeklarował się 
nie brać zapłaty, jeśli ktoś pożyczy mu konia. Rano pomknął 

co koń wyskoczy do Calgary. Po przejechaniu 100 km wpadł 
na teren rezerwatu Kri wodza Krótkiego Ogona, szerząc 

panikę. Agent dał przykład, uciekając do Edmonton. „Szczytem 
wszystkiego było zobaczyć, jak biali uciekają — stwierdził 
misjonarz Constantine Scollen. — Indianie byli zdumieni. 

Myśleli, że Louis Riel nadchodzi z armią, zmiatając wszystko 

przed sobą, i dni białego człowieka są policzone". Ksiądz 
starał się ich uspokoić, ale nazajutrz wojownicy odtańczyli 
taniec wojenny i „doszli do wniosku, że muszą coś zrobić dla 
sprawy narodowej, a najlepsze, co mogą zrobić, to rabować 

i plądrować"

28

. 11 kwietnia wódz Dźwięczące Niebo po­

prowadził ich na magazyn Kompanii Zatoki Hudsona, nie 

27

 J. D u n n, The Alberta Field Forte of 1885, Calgary 1994. s. 101. 

2 8

  B e a l ,  M a c l e o d , op. cit., s. 210-211. 

179 

dząc też leżącą po drodze farmą. Napadli również na misję 

°

 testancką, przepędzili wielebnego Glassa i zdemolowali 

J

 m

 Pani Glass z goryczą nazwała Indian „niewdzięcznikami", 

ojciec Scollen sądził, że pastor był sam sobie winien: 

advby „okazał trochę odwagi, stawił czoło Indianom i pozostał 

w

 domu, ocaliłby go". 

jvlovvat bez przeszkód dojechał do Calgary (był to wyczyn 

__ w 36 godzin przejechał 350 km)

2 9

 i spotkał się z gu­

bernatorem. Dewdney ocenił, iż najbardziej odpowiedzialną 
osobą w okolicy był ojciec Scollen, i do niego zwrócił 
się z prośbą, by ratował sytuację. 12 kwietnia misjonarz 
odwiedził Indian, którzy urządzali radosne tańce. Próbował 

przemawiać, ale upojeni zwycięstwami Dźwięczącego Nieba, 
ubrani w garnitury z magazynu Kompanii wojownicy za­
głuszali go waleniem w bębny. 

— Nie poddamy się! Riel! Riel! — krzyczeli, strzelając 

misjonarzowi nad głową. 

W końcu wódz Krótki Ogon miał tego dość. Zerwał się, 

powywracał bębny i uspokoił gawiedź. Ojciec Scollen prze­
czytał Indianom list od gubernatora i wygłosił dwugodzinne 
kazanie. Trudno powiedzieć, czy bardziej wzruszył kongregację 

wizją nagrody w niebie, przestraszył mękami piekielnymi, czy 
też podziałała perspektywa doczesnych represji — w każdym 
razie zabawa się skończyła, a wraz z nią działania Indian 
w okolicy Edmonton. Kri nawet zwrócili to, co im pozostało 

ze zdobyczy. 

FORT PITT, 3-17 KWIETNIA 

3 kwietnia przed świtem w Forcie Pitt zjawił się instruktor 

rolny z Onion Lakę George Mann. Ostrzeżony przez Kri, iż 
biali w Frog Lakę już nie żyją, zapakował rodzinę i psa na 

29

 W dwa dni później zwiadowca Kri imieniem Jasio Ptak pobit ten rekord, 

Pokonując trasę w 30 godzin. Po drodze zdąży) nawet ukraść konia (jak 
mówił, „w imieniu Królowej"). 

background image

180 

wóz i ruszył przez las, słysząc za sobą wrzaski „dobroczyńców" 

łupiących jego dom. Potem wódz Ucięta Ręka przyprowadzi) 
do fortu pastora Charlesa Quinneya z żoną (obudzili ick 
zabierając pościel, Indianie, dla których nie starczyło zdobyczy 
w domu Manna). Wódz opowiedział insp. Dickensowi,

 Co 

widział w Frog Lakę i w obozie Dużego Niedźwiedzia. p

południu przywlókł się Henry Quinn, który przeszedł lasem 

ponad 50 kilometrów. Mówił z trudem, bo miał opuchnięty 

język, ale potwierdził relację Uciętej Ręki. 23 policjantów i 44 

cywilów zaczęło przygotowywać się do obrony. Próbowali 
kopać doły strzeleckie, ale ziemia była zmarznięta, zbudowali 
więc barykady z worków owsa. 

Nazajutrz westman Johnnie „Saskatchewan" Longmore 

przywiózł list od insp. Morrisa z wezwaniem, aby insp. 
Dickens ewakuował Fort Pitt i dołączył do Fortu Battleford. 
Dickens wyjaśnił, że jest to niemożliwe (choć policja z nazwy 

była konna, to w Forcie Pitt było tylko 6 koni) i poprosił 
Morrisa, aby przysłał mu na pomoc 50 ludzi, lecz nie otrzymał 

odpowiedzi. Przez następne dni policjanci kontynuowali 
rozbudowę fortu, „pracując jak konie", wznosząc palisadę 
i dwa bastiony z belek z domów na przedpolu, które rozebrali, 

by nie dawały osłony nieprzyjacielowi. Pozostała zasadnicza 
wada, że Fort Pitt nie miał studni i po wodę trzeba byto 

chodzić 400 jardów do rzeki. 7 kwietnia na drugim brzegu 
rozbił obóz wódz Kri z USA Mała Topola (ten, który 
odwoływał agentów telegraficznie). Insp. Dickens nie pozwolił 
Indianom się zbliżyć, ale dostarczył im żywności. Próbował 

też znęcić wodza nagrodą, by odszukał więzione białe kobiety. 

14 kwietnia inspektor wysłał na zwiad patrol złożony z kon-

stabli Davida Cowana i Larry'ego Loasby'ego oraz Henry'ego 
Quinna. Faktor Kompanii, William McLean, ostrzegał, iż 

w ten sposób tylko robi Indianom prezent z trzech koni i tyluż 
karabinów i rewolwerów... 

Tego samego dnia po południu przed Fortem Pitt rozłożyli się 

obozem Kri Dużego Niedźwiedzia. Wódz wysłał trzech Mety-

181 

'w do McLeana, z żądaniem, aby stawił się przed jego 

hliczern. McLean przybył nie mieszkając. 

__ Mam zamiar zająć fort i chcę, abyś mi wydał wszystko, 

;

e s

t w magazynie — wyjaśnił mu Duży Niedźwiedź. 

' p

r z

ede wszystkim koce i tytoń dla mnie i broń z amunicją 

dla moich wojowników. Jeśli to zrobisz, pozwolę policjantom 
odejść, ale jeśli będziecie się bronić, zginiecie wszyscy. 
Mamy 40 baniek nafty — to wystarczy, żeby spalić palisadę 
; te wasze domy razem z wami. 

McLean przekazał ultimatum Dickensowi, który odmówił 

kapitulacji, wysłał tylko Indianom herbatę, czajniki, tytoń 
i odzież, oraz koc dla Dużego Niedźwiedzia. Przez całą noc 

oczekiwano ataku („Nie ma odsieczy, sprawy wyglądają 
mamie. Wszyscy dobrego ducha. Otacza nas 250 Indian na 
wojennej ścieżce. Wielki taniec wojenny na wzgórzu. In­
dianie skradają się przez las ze wszystkich stron. Panny 
McLean okazują wielką odwagę i ze strzelbami stoją przy 
strzelnicach", zanotował w dzienniku kpr. Sleigh z Frog 

Lakę). Wokół fortu przemykały się ciemne sylwetki. „Byłam 
śpiąca, ale podnosiłam karabin, aby zaznaczyć muszkę 

— wspomina 16-letnia Eliza McLean — to znaczy, poślinić 
palec, potem muszkę, a potem potrzeć muszkę główką 
zapałki, żeby świeciła w ciemności". Jednak Indianie tylko 
uprowadzili stado bydła z zagrody i spędzili noc na śpiewach 
i ucztowaniu. 

15 kwietnia Duży Niedźwiedź podyktował jednemu z jeńców 

list do sierż. Martina w forcie. 

„Mój drogi przyjacielu — pisał wódz. — Zawsze byliśmy 

dobrymi przyjaciółmi. Z tego powodu chcę mówić do ciebie 
uprzejmie: proszę, uciekaj z Fortu Pitt jak najszybciej. Powiedz 
swemu kapitanowi, że mam go w dobrej pamięci, bowiem 

kiedy rząd kanadyjski zaczął mnie morzyć głodem, on czasami 
dawał mi jedzenie. Nie zapomniałem również, że dał mi dobry 
koc. Dlatego chcę, żebyście odeszli bez rozlewu krwi. Roz­
bawialiśmy o tym, ja i moi ludzie, zanim opuściliśmy Frog 

background image

182 

Lakę. Odejdźcie jeszcze przed wieczorem, bo młodzi ludzie 
są bardzo dzicy i trudno ich utrzymać w garści". 

Duży Niedźwiedź może nie był aż tak zręcznym dyplomata 

jak Budowniczy Zagród, ale znał grę „dobry Indianin-

2

fy 

Indianin". 

Do obozu znowu przyszedł McLean. Wysłuchał od wodzów 

„długiej i mętnej listy zażaleń w zwykłym indiańskim stylu" 
oraz dowiedział się, że mają zamiar zabić wszystkie Czerwone 
Kurtki, obalić rząd i wypędzić białych. Duży Niedźwiedź 

zapowiadał, że wkrótce nadejdzie z pomocą armia amerykań­
ska — 10 000 ludzi i 20 kolumn wozów z bronią i amunicją

30

„Dyskutowałem z nimi o szaleństwie tego pomysłu", twierdzi 
McLean. Dyskusję uciął Wędrujący Duch. 

— Wystarczy — rzekł, przeładowując Winchestera. — Do­

syć już powiedziałeś. Nie chcemy więcej słyszeć o rządzie. 
Mamy ci wierzyć, że rząd ma mnóstwo żołnierzy? Popatrz, ile 

masz Czerwonych Kurtek w tym twoim forcie — czy to jest 
mnóstwo? Po co w ogóle ich tam trzymasz? Ten fort Kompania 

zbudowała dla nas. Wykończymy ich przed zachodem słońca, 
a ty, jeśli ci życie miłe, rób, co ci każę. Nie bądź uparty, 
zastrzeliłem już za to jednego agenta. 

Było południe. Indianie rozsiedli się wokół ognisk, przy 

parujących czajnikach herbaty doprawionej painkillerem i ty­
toniem do żucia. Sjestę przerwał okrzyk: 

 Chemoginusuk! Policja zachodzi nas od tyłu! 
Indianie zerwali się zaskoczeni. Ale jeszcze bardziej zdu­

mieni byli ci, którzy ich zaskoczyli — dwaj policjanci i Henry 
Quinn. W nocy doszli do obozu Dużego Niedźwiedzia koło 

Frog Lakę i widząc, że tipi stoją, uznali, że Indianie są nadal 
w obozie. W drodze powrotnej natrafili na trop. Były to ślady 
podkutych koni, toteż dowódca patrolu, 18-letni konstabl 

,0

 W. J. M c L e a n, Tragic Events al Frog Lakę and Fort Pin During The 

Norlli West Rebellion,

 w:  H u g h e s , op. cit., s. 244-247. Informacje o tym, 

że Riel będzie miał pod bronią 10 000 ludzi, pojawiały się także w amerykań­
skiej prasie. 

183 

r

 wan uznał, że nie mogli to być Indianie. Henry Quinn 

viaśnił, że podkute konie zostały zabrane mieszkańcom Frog 

I ake Poznał nawet odciski podków konia swego wuja, ale 

fowan nie chciał uwierzyć. Poszli więc tym tropem, i nie-

nodzianie wpadli na Dużego Niedźwiedzia. Było za późno, 

a

by zawrócić, więc rzucili się galopem w stronę fortu. Posypały 

się na nich kule. Indianie strzelali niecelnie, ale koń Cowana 
spłoszył się i zaczął wierzgać. Cowan zeskoczył z siodła 

i próbował uciekać pieszo, lecz został trafiony i upadł. Koń 
konstabla Loasby'ego został ranny i stanął dęba. Goniący za 
nim konno Samotny Człowiek zderzył się z nim i wszyscy 
upadli. Loasby podniósł się i zaczął biec do fortu. Samotny 
Człowiek przyklęknął i z karabinu trafił konstabla najpierw 
w nogę, a potem w plecy. Loasby padł. Indianin podpełzł 

i zabrał mu rewolwer i pas z nabojami. „Myślałem, że nie żyje 
— wyjaśnił potem Cameronowi — bo bym go dokończył". 
Jednak kiedy się oddalił, Loasby poczołgał się do fortu. Gdy 
się zbliżył, policjanci wybiegli, wnieśli go do środka i oddali 
pod opiekę pani McLean

3 1

Louison Mongrain podszedł do Cowana i widząc, że żyje, 

uniósł strzelbę. Cowan podniósł ręce do góry. 

— Nie rób tego, bracie — powiedział. Mongrain dobił go 

dwoma wystrzałami w głowę. 

Specjalnego konstabla Quinna nie opuszczało szczęście 

— znowu udało mu się uciec w las. 

Wokół ciała Cowana zebrała się grupa Indian. Zaciekawieni 

Goulet i Gladu podeszli bliżej. Na ich widok wojownicy 
wybuchnęli śmiechem, a jeden podniósł wycięte z piersi 
konstabla serce. 

— Popatrzcie — zawołał. — Indianin może zjeść serce 

białego, ale biały nie może zjeść serca Indianina! 

— Masz zupełną słuszność — odparł Goulet („Cóż można 

powiedzieć wobec takiego obyczaju", pomyślał). Indianom 

Jedną z kul wydobytych z ciała Loasby'ego, oprawioną w pierścionek, 

•nożna zobaczyć w muzeum policji konnej (RCMP) w Reginie. 

background image

184 

jednak apetyt nie dopisał i niedojedzone resztki serca 

nadziali na gałąź

3 2

Do obozu przyszły panny Amelia i Eliza McLean, abv 

dowiedzieć się, co się dzieje z ojcem. 

— Dlaczego miałybyśmy się bać? Nie nauczono nas bać 

się Indian — odpowiedziała na zaczepki 14-letnia Amelia 
„To było dobre wejście", uznała Eliza. Niestety, w przeci­
wieństwie do córek McLean stracił nerwy i na polecenie 

Dużego Niedźwiedzia napisał list do żony. „O biada, dlaczego 
w ogóle przyszedłem do tego obozu, Bóg jeden wie, co teraz 

będzie — pisał. — Nie godzą się na nic innego, jak tylko, że 
policja musi natychmiast odejść. Chcą, żebyś z dziećmi 
przyszła do obozu, i może byłoby najlepiej, gdybyś to zrobiła. 

Jeśli policja nie odejdzie, Indianie na pewno w nocy zaatakują, 
tak mówią, i spalą fort. Stanley także musi przyjść i wszyscy 
pracownicy Kompanii. Chcą także Malcolma i Hodsona. 
Szczerze uważam, że najlepiej będzie, jeśli wyjdziecie, bo 
Indianie są zdecydowani spalić fort, jeśli policja nie odejdzie. 
Przywieźli naftę i boję się, że uda im się podpalić obiekty. 

Indianie obiecują, że jeśli wyjdziecie, cofną się i dadzą policji 
czas na odejście, zanim zrobią jakiś ruch. Chcą, żebyś 
przyniosła swoje rzeczy natychmiast. Musimy zrobić wszystko, 

by wyruszyć przed nocą, aby dać kapitanowi Dickensowi 
i jego ludziom szansę odejścia". 

Panikarski list wywarł pożądany przez Indian skutek 

— wszyscy cywile wyszli i zdali się na ich łaskę. Obrona 
fortu była w tej sytuacji bezcelowa. Przebijanie się do 
Battlefordu nie wchodziło w grę. Insp. Dickens zdecydował 
więc „z wdziękiem oddalić się za rzekę", jak zapisał kpr. 
Sleigh. Policjanci porzucili swoje rzeczy (inspektor zostawił 

szablę, lornetkę, a nawet złoty zegarek, który należał do jego 
sławnego ojca), załadowali Loasby'ego, sztandar, amunicję 

32

 Możliwe, że chcieli nawiązać do legendy łączonej z bitwą nad Little Big 

Horn, według której wódz Sjuksów Hunkpapa Deszcz w Twarz pożarł serce 
ppłk. Custera. 

185 

• 7

V

vvność na barkę i zaczęli spychać ją na rzekę. Wyglądało, 

.

  n

j

e

 zdążą przed upływem dwóch godzin, które Duży 

Niedźwiedź dał im na odejście. Pastor Quinney wybłagał 

wodza jeszcze jedną godzinę. Wreszcie łódź spłynęła na 

wodę. Rozpętała się burza śnieżna, na rwącej rzece zderzały 
sie kry, barka zaczęła przeciekać. „O mało nie zatonęliśmy", 
zanotował Sleigh. W końcu policjantom udało się przepłynąć 

na

 drugi brzeg, skąd mogli się przyglądać, jak Kri biorą 

w

 posiadanie ich fort. 

Pierwszym celem zdobywców był magazyn Kompanii 

Zatoki Hudsona. „Wyłamali drzwi i runęli do środka — wspo­
mina Louis Patenaude. — Każdy łapał pierwszą rzecz, która 
mu wpadła w ręce. Mogła to być beczułka cukru, skrzynka 
herbaty, królewskie futro, sztuka perkalu, pudło tytoniu, 
baryłka gwoździ — wszystko jedno. Wybiegał, zostawiał ją 
na zewnątrz i pędził po więcej. Kiedy wracał, jego pierwszej 

zdobyczy już nie było; inny, słabszy brat, przywłaszczył ją 
sobie. Był harmider i wojna o łupy, ciosy i wrzaski. Puszki 
wędzonych piklingów firmy Crosse & Blackwell, słoiki 
marynowanych orzechów włoskich i pasztety z gęsich wąt­
róbek, importowane aż z Londynu, były rozcinane nożami, 
wąchane i rzucane na ziemię"

3 3

. „Niektórzy wychodzili 

z magazynu tak obładowani, że gubili połowę jeszcze zanim 
wyszli", zauważył Goulet. Następny był skład leków. W po­
szukiwaniu painkillera Indianie degustowali różne mikstury, 
aż się pochorowali. 

Nad ranem 16 kwietnia przed fortem pokazał się Henry 

Quinn. Wędrujący Duch wybiegł za nim w pogoń, ale stwierdzi­
wszy, że Quinn ma karabin, zawrócił do fortu. Ostatecznie wódz 
Leśnych Kri Isidore Mondion nakłonił Quinna do poddania się 
i wziął go w obronę przed Wędrującym Duchem. 

— Może być twoim jeńcem — zgodził się w końcu wódz 

wojenny. — Ale jego karabin musi być mój! 

C a m e r o n, op. cit., s. 99. 

background image

186 

McLean i jego córki poszli do fortu. Ich dom był zdernolo 

wany. Amelia uratowała Biblię i „Robinsona Crusoe";

  0

bi

książki miały służyć rodzinie za pociechę duchową w niewoli 
Zagrała na fisharmonii, ale był to błąd; Indianie najpierw 
przerazili się dźwięków, a potem rozzłoszczeni porąbali 

instrument na kawałki. W rewanżu Amelia zerwała Samotnemu 
Człowiekowi z głowy i cisnęła w ogień swój „piękny 

czarny koronkowy kapelusz, z delikatną woalką, wyszywany 

czarnymi dżetami" (z żalem wspomina Eliza)

34

. Amelia 

podsumowała: „Nigdy nie pozwalałam tym Indianom sądzić 

że się załamaliśmy". 

17 kwietnia Indianie podpalili fort i ruszyli z powrotem do 

Frog Lakę. Prowadzili 27 białych jeńców i 60 Metysów. 

GREEN LAKE-LAC LA BICHE, 17-30 KWIETNIA 

W połowie kwietnia nowiny o rebelii dotarły do leżącej 

wśród jezior i lasów o 180 km na północ od Battlefordu osady 
Green Lakę, budząc zaniepokojenie o magazyn Kompanii 

Zatoki Hudsona. Był to łakomy kąsek — oprócz żywności 
i towarów za 40 tysięcy dolarów zawierał 200 strzelb, proch, 
kule, śrut i amunicję scaloną. Główny faktor Kompanii 

Lawrence Ciarkę, który był wciąż w Prince Albert, domagał 
się od komisarza Irvine'a, by wysłał policjantów i przynajmniej 

zabezpieczył broń, ale ten odmówił. Wobec tego miejscowy 
pracownik Kompanii ukrył broń i amunicję, a 26 kwietnia 
wszyscy mieszkańcy osady załadowali się na łodzie. Kiedy 

ostatni zajmowali miejsca, nadeszli Indianie, zapewne zwabieni 
widokiem uciekających białych. Łodzie zaczęły w popłochu 
odbijać od brzegu, ale Indianie złapali tylko subiekta i zmusili 

go do otworzenia magazynu. Kiedy zaczęli go plądrować, 
subiekt uciekł i zdołał jeszcze dogonić łodzie. Uciekinierzy 

znaleźli schronienie w odległym o 200 km Ile la Crosse. 

34

  E . M c L e a n , The Siege of Fort Pin. w:  H u g h e s , op. cit., s. 285. 

187 

u/ kilk

a

 dni potem wyprawili się do Green Lakę, ale gdy 

baczyli tam Indian, roztropnie zawrócili. Zaniepokojony 

flarke wysłał na zwiady grupę Metysów z Prince Albert. 
Metysi dotarli do Green Lakę i stwierdzili, że w magazynie 

j

c

 nie zostało, a czego nie zabrano, to gruntownie znisz­

czono. Nawet uprząż została pocięta na kawałki. W dodatku 
napotkani Indianie zabrali im konie i Metysi jak niepyszni 
wrócili do domu pieszo. Jedyną pociechą Clarke'a było, że 
Indianie broni nie znaleźli. 

W znajdującej się na podobnym odludziu osadzie Lac 

la Biche 17 kwietnia pojawili się Kri. Jak zwykle domagali 
się żywności, lecz ponieważ byli „bardziej niż zwykle 

bezczelni", a do osady dochodziły niedobre pogłoski, mie­
szkańcy zaczęli się bać. Pośpiesznie zwołano zebranie 
białych i Metysów. Przyszedł nawet Peter Erasmus, jeden 
z głównych autorów Traktatu numer 6. „Wszyscy ci panowie 
byli przerażeni — skonstatował misjonarz ojciec Faraud. 

— Twarze mieli wykrzywione strachem". Pracownik Kom­
panii, niejaki Young, postraszył ich dodatkowo opowieściami 
o Dużym Niedźwiedziu, którego niosące śmierć hordy 

„stoją już u drzwi". Uchwalono, że Metysi, których było 
trzydziestu i jako jedyni umieli posługiwać się bronią, 

zajmą się ochroną faktorii, a Young pojedzie do Edmonton 
i załatwi prezenty dla Indian. „Powierzyłem się w opiekę 
Bogu, bo ci ludzie [Metysi] budzili bardzo mało zaufania 
— pisze ojciec Faraud. — Na szczęście braciszkowie 
byli spokojni, pełni energii, wszyscy wzięli karabiny, i ich 

kule w obronie misji by nie chybiły. Ale siostry, niestety, 
są dziewczętami i kobietami. Szary habit nie robi różnicy, 
były ogarnięte dzikim strachem. Co chwilę przychodziły 
i mówiły, że chcą uciekać, a nie wiedziały, dokąd. Zawinił 
temu pan Young, który naopowiadał im, że Indianie zrobią 

je swoimi żonami"

3 5

Mgr. H. Faraud, OMA., of Lac la Biche to Fr. Joseph Fabre, O.M.I., 

Superior General,

 w:  H u g h e s , op. cit., s. 329-332. 

background image

188 

Young bez przeszkód dotarł do Edmonton, gdzie w uznaniu 

jego straceńczej odwagi został mianowany zastępcą agenta 

Już miał z kilkoma wozami przeróżnych dóbr ruszyć w dropp. 
powrotną, gdy do miasta doszły wieści o Frog Lakę i upadku 
Fortu Pitt, i nikt już nawet nie pomyślał o tym, by choćby 
wysunąć nos poza Fort Saskatchewan. 

Pod nieobecność Younga Kri zainteresowali się maga­

zynem. 27 kwietnia dobrodusznie zaoferowali się zabrać 
towary na przechowanie, aby nie dostały się Dużemu Nie­

dźwiedziowi, a gdy subiekt nie wyraził na to ochoty, 
łagodnie odsunęli go na bok. „Mężczyźni, kobiety i dzieci 
wdarli się do magazynu, zalali dom — opisuje ojciec 
Faraud. — Po kwadransie nie została ani szpilka. Towary, 

żywność, futra, wszystko zniknęło. Potem, jak to rewo­
lucjoniści, rozbili okna, framugi, drzwi, połamali stoły. 
Krzesła fruwały w drzazgach pod ciosami siekier. Książki 

podarli na strzępy i puścili z wiatrem. Kobiety bawiły 
się zrywaniem tapet i dzieliły między siebie suknie pani 
Young, tnąc je nożyczkami". Wieczorem Indianie rozpalili 
dwa wielkie ogniska z mebli i sprzętów, i spędzili noc 

na wesołej zabawie. 

Mieszkańcy przyglądali się temu z budynku misji. Jakby 

mało było wrażeń, nazajutrz przed misją pojawił się Indianin 
w wojennym stroju, i oznajmił, że przychodzi od Dużego 

Niedźwiedzia. Zażądał od Metysów, by przyłączyli się do 
Indian, lecz odmówili. 

— Za tydzień przyjdzie po was Duży Niedźwiedź! — krzyk­

nął Indianin i odszedł. 

Tego było za wiele. Mieszkańcy „stracili zmysły ze strachu", 

jak stwierdził ojciec Faraud, i rzucili się do ucieczki w las. 

„Biegli, nie wiedząc dokąd, bez prowiantu, bez żadnych 
zapasów, porzucali domy na pastwę złodziei, całkiem bez­

myślnie". Nie udało mu się powstrzymać nawet sióstr, które 
uciekły i ukryły się na wyspie na jeziorze. „Tyle skorzystałem, 

że nie musiałem już słuchać ich histerycznych krzyków, które 

189 

powałem szczególnie irytującymi". Zostali tylko bracia, 

decydowani walczyć w imię Zbawiciela i gotowi raczej 

" elać swoją krew, niż oddać Kri naszą misję". 30 kwietnia 

 óc

j{ Young, z pustymi rękami, ale z krzepiącą informacją, 

• Edmonton jeszcze stoi. Po jakimś czasie Indianie, zapewne 

lepiej poinformowani, zaczęli przychodzić do misji i prze-

raszać, ale i tak wszyscy w Lac la Biche siedzieli z duszą na 

[amieniu, oglądając się, czy z lasu aby nie wyłania się Duży 
Niedźwiedź. 

background image

RÓŻAŃCE I KULE 

PRINCE ALBERT 

Komisarz Irvine z policjantami siedział w Prince Albert. 

„Każdy nędzny dzień był pełen nudnej monotonii — pisze 

konstabl Donkin — ołowiane niebo i sypiący śnieg albo 
bezlitosne słońce prażące z bezchmurnego firmamentu; 
stopniowe umieranie zimy i oporne narodziny wiosny; 
niespokojna tęsknota za wieściami z domu; wieczne prag­
nienie, aby wreszcie coś zrobić; codzienne kłamstwa wpro­

wadzane w obieg; dręczące patrole". Od czasu utraty Fortu 
Carlton nie zdarzył się żaden alarm, ale panowała atmosfera 
oblężenia. Prince Albert było objęte prawem wojennym, 
z godziną policyjną o 20.00 i obwieszczeniami rozplakato­
wanymi na domach. Choć broni nie starczało, wszyscy 

mężczyźni zostali powołani do pospolitego ruszenia, pod 
groźbą pozbawienia rodzin racji żywnościowych. „Ochot­
ników podzielono na cztery kompanie. Całością dowodził 

płk Sproat, dżentelmen, którego marsowy zapał był jak 
najsroższego pokroju. Promieniał zadowoleniem, gdy ktoś 
mu salutował. 4 kompania piechoty dzielnego pułkownika 

była uzbrojona w broń wielce heterogeniczną — od strzelb 
antycznego i nieokreślonego typu, po użyteczne, acz mało 
ozdobne maczugi". Jakiś Metys przyniósł wieść o spus-

szeniu Battlefordu, o Kri „nurzających się w dzikich 

r2

iach i tańcach wokół płomieni", a w dodatku barwnie 

DO

vviadał, jak przedzierał się przez linie wroga otaczające 

Prince Albert. Odtąd nikt nie mógł opuścić miasta bez 
przepustki. Nocą na warcie stało 120 ludzi, a policjanci 
zamienili szkarłat królowej na barwy ochronne — „czarny 
kapelusz

 z

 P°ł°

w

ą ronda podwiniętą i z czerwoną muślinową 

woalką, brązowa drelichowa kurtka z paskiem, moleskinowe 
bryczesy, brązowy płócienny bandolier z 40 sztukami dodat­

kowej amunicji i brązowy chlebak" — w których wyglądali 
jak „skrzyżowanie desperado z Montany z sardyńskim 

chasseurem"

 — i wieczorem wyjeżdżali na patrol. „Nie było 

to przyjemne — pisze Donkin. — Objeżdżaliśmy osadę 
dokoła niezależnie od pogody, w gęstym mroku, gdy w każ­
dym krzaku na przedmieściu mógł czyhać czerwonoskóry. 
Spędzaliśmy w siodle po 16 godzin, zanim nas zwalniano na 

śniadanie" '. 

Mijały dni. Mówiono, że komisarz lrvine nawiązał łączność 

z gen. Middletonem, ale szczegóły były trzymane w tajemnicy. 
Komisarz zarządzał parady i ćwiczenia, a gdy śnieg stopniał, 

rozpoczęto manewry za miastem, ćwicząc się w formowaniu 
wozów w „walczący corral". 19 kwietnia Irvine bez zapowie­
dzi rozkazał wymarsz, który wszyscy przyjęli z radością. 

W słoneczne niedzielne popołudnie 150 policjantów z długim 
taborem wozów przeszło 12 mil i zatrzymało się na położonej 
na wzgórzu farmie — „charakterystycznej dla tego regionu 

— niski dom z bali, niechlujnie ogacony słomą, ściany 
otynkowane biotem, byle jaka zagroda z żerdzi, mały stóg 
siana, duża kupa gnoju, kilka prymitywnych szop dla bydła. 
Miejsce było opuszczone, z wyjątkiem pary małych nie­

dźwiadków, które wałęsały się wokół i wyczyniały akrobacje 
na słupach telegraficznych i pniach sosen. Chytrze udawały, 

2

e nie słyszą, jak się im przymilamy. Wieczór był uroczy, 

D o n k i n . op. cit., s. 134-136. 

background image

192 

i z naszej wyniosłości widzieliśmy słońce zachodzące w

wspaniałym blasku pryzmatycznego światła. Dziewiczy l

a

,, 

rozciągał się wzdłuż skraju ciemnej doliny, którą płynęła 
rzeka, samotna i majestatyczna. Błękitny dym unosił sie 
z naszych ognisk obozowych w ciche powietrze. Leżeliśmy 
w naszym „walczącym corralu", oddając się paleniu fajek 

Byliśmy pewni, że ruszymy na Batoche, ale o 1.00 dosiedliśmy 
koni i — wykonaliśmy kontrmarsz! Pełni gorzkiego roz­

czarowania znów weszliśmy do śpiącego miasta. Zagadka 
tego poronionego manewru strategicznego czeka na roz­
wiązanie" — zapisał Donkin. Później komisarz Irvine tłuma­

czył, że miał informacje, iż gen. Middleton zaatakuje Batoche 
najpóźniej 19 kwietnia, więc wyruszył, by z nim współdziałać, 
ale gdy doniesiono mu, że przed Batoche panuje spokój. 
zawrócił. 

23 kwietnia znów ożyły nadzieje, ponieważ Irvine zarządził 

naradę i wydzielił oddział, który miał „pełnić służbę frontową, 

gdyby zaistniała konieczność współdziałania z kolumną idącą 
na odsiecz". Na drugi dzień jednak zaczęto wokół Prince 
Albert kopać doły strzeleckie... 

HUMBOLDT-CLARKE'S CROSSING, 13-17 KWIETNIA 

13 kwietnia kolumna gen. Middletona po 8 dniach i 200 km 

marszu przez Słone Równiny dotarła do Humboldt, osady 

złożonej z kilku domów i stacji telegrafu. „Idę do Clarke's 
Crossing, aby jak najszybciej zaatakować Riela — zadepeszo­
wał Middleton do komisarza Irvine'a. — Może mi pan 

dopomóc, jeśli moglibyśmy się tam skonsolidować". Irvine 
w odpowiedzi zalecił mu, aby skierował się nie do Clarke's 

Crossing, lecz do niego do Prince Albert, omijając Batoche 
z daleka. Generał nie miał zamiaru korzystać z rad komisarza, 

i postanowił mu przypomnieć, że jest jego zwierzchnikiem-
Nie przejmując się, że „kurierzy z Prince Albert miewali do 
opowiedzenia wstrząsające historie, jak to o włos udawało im 

193 

.

  u c

iec przed dzikimi i przebiegłymi Indianami"

 2

 wysłał do 

Prince Albert dwóch ochotników z oddziału Frencha. Mieli 

oinformować Irvine'a, że przede wszystkim Middleton uważa, 

.. przecenia on siły Riela, a poza tym żąda, aby kiedy on 

aatakuje Batoche, policjanci wyszli z Prince Albert i odcięli 

.

roCT

ę Metysom, gdyby chcieli uciekać przez Saskatchewan. 

15 kwietnia kolumna wyruszyła, by pokonać ostatnie 90 km 

do Clarke's Crossing

3

. Middleton jechał przodem ze zwiadow­

cami, kompanią C na wozach i jednym działem. Marsz po 
pozbawionej drzew i krzewów równinie był męczący. Co 
pewien czas ludzie zsiadali z koni i wozów i szli, aby 
polepszyć krążenie krwi, a blizzard siekł im w twarze ostrym 
śniegiem i gradem. Na domiar złego z braku opału musieli 

obywać się bez herbaty. Po dwóch dniach tej udręki Middleton 
osiągnął Clarke's Crossing i stwierdził, że ta miejscowość 
(dom przewoźnika Ciarkę'a i stacja telegrafu) „nie była 
niepokojona przez rebeliantów". 17 kwietnia dołączyła reszta 

jego oddziału, po drodze powiększona o zwiadowców, których 

doprowadził z Winnipegu mjr Charles Boulton. 

OTTAWA, 18 KWIETNIA 

Biurokracja działała ze zdumiewającą szybkością. Zaledwie 

w ciągu dwóch tygodni został przygotowany projekt za­
spokojenia żądań Metysów, który wychodził nawet dalej, niż 

ich postulaty. 18 kwietnia rząd wydał uchwałę o przyznaniu 
Metysom prawa własności do zajmowanych przez nich działek 
z dostępem do rzeki. Oprócz tego wszyscy zachowywali 

prawo do 160 akrów, nadawanych przez rząd na ogólnych 
zasadach, a na dodatek jeszcze ci, którzy nie dostali skryptów 

n

a podstawie Manitoba Act, mieli je otrzymać. Komisja 

M i d d 1 e t o n, op. cit., s. 24. 
W związku z tym byłoby niemożliwe zaatakowanie przez Middletona 

Batoche „18 kwietnia, albo wcześniej, a najpóźniej 19 kwietnia", jak rzekomo 
Poinformowali Irvine'a gońcy. 

background image

194 

rządowa była już w Winnipegu i jechała dalej na zachód. Sam 
premier potwierdził jej telegraficznie, że „może nadawać 
osadnikom tytuły własności przez zasiedzenie, kiedy tylko oni 

zechcą". Macdonald miał ważniejsze sprawy na głowi

— wbrew stanowisku części swej partii forsował no\vv 

wielomilionowy kredyt dla kolei CPR. 

CLARKE'S CROSSING, 18-23 KWIETNIA 

18 kwietnia do Ciarkę's Crossing przybył 10 batalion 

Grenadierów Królewskich, powiększając liczebność kolumny 
Middletona do 800 ludzi. Tego samego dnia przypadł pierwszy 
sukces — młody lord Melgund (który choć „dobrze urodzony", 

zyskał sobie sympatię Kanadyjczyków) z rekonesansu trium­
falnie przywiózł na wozie trzech schwytanych Indian. „Indianie 
byli w barwach wojennych i wyglądali na raczej przestraszo­
nych — pisze Middleton. — Był to komiczny widok, kiedy 
tak chwiali się i podskakiwali na chybotliwym rydwanie 

— przypominali przebierańców w dzień Guya Fawkesa. [...] 
Jeden miał Winchestera, dwaj strzelby nabite kulami. Okazało 
się, że są to dwaj synowie i szwagier Białej Czapki, wodza 
Sjuksów, który przyłączył się do Riela, jak mówili, pod 
przymusem". Pierwsi prawdziwi Indianie wzbudzili ogromne 
zainteresowanie oficerów, którzy wykupili od nich po lich­

wiarskich cenach wszystko, co nadawało się na pamiątki: 
noże, kapciuchy, naszyjniki, bransoletki... Kpt. Haig z Królew­
skich Wojsk Inżynieryjnych narysował ich portrety dla lon­

dyńskiego magazynu. Middleton wysłał jednego z nich do 
Batoche z proklamacjami głoszącymi, że „każdy Metys, 

francuski mieszaniec lub Indianin, który opuści Riela, znajdzie 
się pod ochroną i otrzyma przebaczenie, bowiem wojujemy 
tylko przeciw Rielowi, jego radzie i głównym wspólnikom. 
Dzikus miał je rozrzucić, a gdyby wrócił z wiadomością 

o białych więźniach, których Riel trzymał w Batoche, miał 
otrzymać nagrodę. Nie spodziewałem się za wiele po tej 

195 

edurze,

  a

[

e  w a

r t o było spróbować". Wieczorem nadszedł 

i

eg

ram. ,,[Irvine] oświadczał, że oddział 300 wrogich Indian, 

szyscy konni, zbliża się do mnie z północy; ponadto ostrzegał 

n

j

g )

 z jakimi to dobrymi strzelcami i wojownikami będę się 

musiał zmierzyć; i dodawał, że to nie wszystko — Indianie 

ws

tają wszędzie wokół nas i są bardzo dobrze uzbrojeni. 

Powtórzył też opinię, że mój oddział jest za mały, by działać 
samodzielnie"

4

. Middleton, który coraz mniej liczył się z jego 

opinią, uznał, że jest to „tylko kolejny nor'wester" i udał się 
na spoczynek, „którego mu nikt nie zakłócił". 

Wkrótce wrócili gońcy, których Middleton wysłał do Prince 

Albert. Nie spotkało ich nic emocjonującego, co potwierdziło 
przypuszczenia generała, że „nie kręciło się wokół aż tylu 
Indian, jak wydawał się myśleć Irvine". Mimo to komisarz, 
który najwyraźniej nie uważał się za jego podkomendnego, 
informował go, iż wyjście policji z Prince Albert byłoby 

niemądre, albowiem Sjuksowie Teton tylko czekają, by 
napaść na miasto. „Słyszałem już przedtem od niego o tych 
Sjuksach Teton, ale jakoś dotąd nikomu nie zrobili szkody"

— zauważył Middleton. Ostatecznie wyłączył NWMP ze 
swych strategicznych kalkulacji, a Irvine'owi zaś miał to 
zapamiętać... 

Ponieważ Middleton pod naciskiem ministra wojny Carona 

wydzielił część sił do udzielenia odsieczy Battlefordowi, 
zmniejszając liczebność wojska, pozostałego do marszu na 

Batoche, wydał rozkaz, by rychlej dowieźć do Swift Current 
Batalion Midland. Miał nadzieję, że po roztopach wody 
Saskatchewanu podniosą się na tyle, by załadowane wojskiem 

parowce mogły stamtąd dopłynąć do Clarke's Crossing. 
Tymczasem zima przedłużała się, roztopy nie nadchodziły 

1

 Middleton postanowił w końcu wyruszyć bez Batalionu 

Midland. Ponieważ wciąż myślał o odcięciu Metysom drogi 

4

 Tamże,

 s. 26-27. 

Faktycznie jedynymi Sjuksami, którzy podówczas przebywali w Kanadzie, 

b

yli Santee. 

background image

196 

ucieczki za Saskatchewan, a nie mógł w tym celu liczyć 
na policjantów Irvine'a, podzielił swój oddział na dwie 

kolumny — miały iść po obu brzegach rzeki, aby wziąń 
Batoche w kleszcze. Wydobyto z rzeki na wpół zatopiony 
prom, a utworzony z milicjantów-rzemieślników oddział 

inżynieryjny wyremontował go, naprawił sploty stalowej 
liny, która służyła do jego poruszania, zamocował ją n

obu brzegach, zbudował kołowrót i platformę, nabrzeże 
i drogę do niego po stromym zboczu. Prom był umocowany 
do liny wielokrążkami i przesuwał się po niej w poprzek 

rzeki wykorzystując siłę prądu w jej nurcie. „Miałem jeszcze 

jeden dowód wielkich zdolności i umiejętności moich mi­

licjantów. Wszystko zostało zrobione przy bardzo zimnej 
pogodzie, i to bez narzędzi, z wyjątkiem siekier i świdrów" 

— pisze Middleton. 

21 kwietnia na drugim brzegu znalazła się „lewa kolumna", 

czyli 10 batalion Grenadierów Królewskich, zwiadowcy Fren-
cha, 30 zwiadowców Boultona i Bateria Polowa z Winnipegu 

— razem 373 ludzi z 2 armatami pod dowództwem ppłk. 
Montizamberta i szefa sztabu lorda Melgunda. Pod bezpośred­
nią komendą gen. Middletona pozostała „prawa kolumna" 
— 90 batalion Strzelców z Winnipegu, kompania C Korpusu 
Szkoły Piechoty, 50 zwiadowców Boultona i bateria A Królew­
skiej Artylerii Kanadyjskiej — łącznie 440 ludzi i 2 armaty. 

22 kwietnia karawana wozów dostarczyła oczekiwaną, nie­
zbędną paszę dla 550 koni. Następnego dnia oddział wyruszył 
w drogę. Na czele „prawej kolumny" jechał gen. Middleton, 

za nim reszta zwiadowców, piechota, artyleria i tabory. Przed 
kolumną patrol Boultona rozpoznawał teren na szerokości 

kilometra. Tylnej straży nie było; taboryci byli uzbrojeni 
i mieli bronić się w razie potrzeby. Podobny szyk przyjęła 
„lewa kolumna". Łączność między nimi miały zapewniać 
sygnały na trąbkach (opracowane przez dowódców Baterii 

Polowej mjr. Jan/isa i baterii A kpt. Petersa), a także barka, 
która miała płynąć z prądem między obu kolumnami. Oddział 

197 

„potykał tu i ówdzie opuszczone farmy, ale po rebeliantach 
;

e

 było ani śladu. Cały dzień minął bez wydarzeń

6

. Wieczo­

rem Middleton osobiście rozstawił pikiety wokół obozu, 

potem „znowu wyjaśnił szczegółowo każdemu, jak ma 

wykonywać swoje obowiązki, co zajęło dwie do trzech 
godzin". 

F

ISH CREEK, 24 KWIETNIA 

31 marca, kiedy pierwszy eszelon milicji z Toronto jechał 

na zachód, a gen. Middleton szykował się do wymarszu 
z Qu'Appelle, Eksowedat zdecydował „na wniosek Eksoweda 
Gabriela Dumonta, poparty przez Eksoweda Maxime'a Lepi-

ne'a, abyśmy czasowo opuścili Duck Lakę i zajęli znowu 
pozycję w Saint-Antoine, aby tam nieustępliwie oczekiwać 
nadejścia 315 policjantów, którzy są w drodze"

7

. W Batoche 

zebrało się ponad 200 Metysów, a także 15 Kri z rezerwatu 
Jednej Strzały, których zmobilizował instruktor rolnictwa 
Michel Dumas, zwany Małym Szczurem. Dołączyło do nich 

20 Sjuksów wodza Białej Czapki

8

Po wojnie powstała kontrowersja na temat tego, czy Metysi 

powinni byli nastawiać się na obronę Batoche, czy też 
atakować, podjąć walkę partyzancką, zakłócać nieprzyjacielski 
transport i łączność telegraficzną. Gen. Middleton — słusznie, 

jak się okazało — przewidywał, że jego linie komunikacyjne 

nie będą zagrożone przez Metysów, ale i tak przed kursującymi 

Według legendy tego dnia Middleton, aby dokładnie obliczyć drogę do 

Batoche, wysłał na zwiady tłumacza Toma Hourie z uwiązanym do nogi 
odometrem. Hourie odwiedził Batoche, przetańczył tam całą noc, a kiedy 
wrócił, generał stwierdził ku swemu zdumieniu, że odometr wykazywał 114 
mil. 

Li gh t, op. cit., s. 193. 
Sjuksowie Białej Czapki należeli do Santee, którzy zbiegli do Kanady po 

masakrze białych w Minnesocie. Ponieważ byli Indianami „cudzoziemskimi", 
rcąd Kanady nie zawarł z nimi żadnego traktatu, lecz otrzymali rezerwat jako 

s

°jusznicy Korony Brytyjskiej z czasów rewolucji amerykańskiej. 

background image

198 

przez południowe prerie pociągami do Calgary puszczan 
przodem lokomotywy i wagony z piaskiem, na wypad-

zasadzki lub zaminowania torów. Nic takiego się nie zdarzyj

choć po wojnie Gabriel Dumont wiele mówił o swych 
zamiarach wysadzania w powietrze mostów i torów kolejowych 
oraz podejmowania nocnych ataków na obozy wroga. Twier­
dził, że powstrzymał go przed tym Riel, który uznawał 

guerrillę za niegodny, „indiański sposób wojowania". Jest to 

jednak wątpliwe i prawdopodobnie zostało wymyślone przez 

Dumonta, który w ten sposób budował swoją legendę. W proto­
kołach Eksowedatu, który dyskutował nad każdą decyzją, nie 
ma śladu, aby Dumont przedkładał jakieś projekty prowadzenia 

guerrilli (przeciwnie, to on złożył wspomniany wniosek, by 
„nieustępliwie oczekiwać policjantów" w Batoche). Także 
i pod Duck Lakę i później nad Fish Creek Dumont nie 

wykazał się inicjatywą, lecz tylko reagował na rozwój wyda­

rzeń. Co do Indian, to właśnie Louis Riel w manifestach 
zachęcał do „podniesienia ich" i sam kilkakrotnie wzywał ich 
na pomoc, więc nie wydaje się, by gardził indiańskim 

sposobem wojowania. 

Ironią losu jest, że Louis Riel współtworzył legendę Gabriela 

Dumonta, przedstawiając go jako swego genialnego generała, 
zaś Dumont udzielał wypowiedzi, z których wyłaniał się 

obraz Riela, który stroni od walki, powstrzymuje od niej 
Metysów, nie liczy na zwycięstwo w polu, lecz na to, że rząd 
nie wiadomo dlaczego ustąpi. Takiemu portretowi Louisa 
Riela zaprzecza pisany przez niego samego dziennik. Zawiera 

on liczne klątwy rzucane na głowy nieprzyjaciół i ani krzty 
pojednawczości. To przecież Riel deklarował „Chcemy krwi!" 
i wołał „W imię Boga Wszechmogącego — ognia!" 

Louis Riel na pewno wiedział więcej, niż Gabriel Dumont. 

Był wykształcony w elitarnej uczelni, znał Kanadę i Stany 

Zjednoczone, był premierem w Manitobie, posłem do par­
lamentu w Ottawie, spotykał się z prezydentem USA. Miał 
szerokie znajomości w kręgach politycznych i innych, był 

199 

. brze

 ZO

rientowany w układach. Z pewnością wiedział, jaki 

 s

t militarny potencjał Kanady i jakie są jej możliwości 

logistyczne. Nie wydaje się, by oczekiwał, że rząd ugnie się 
orzed groźbą buntu kilkuset Metysów — wiedział natomiast, 

c z e

oo faktycznie rząd może się obawiać i kto może Kanadzie 

realnie zagrozić. Jeśli Riel decydował się na zbrojną konfron­
tację z Dominium, to z pewnością nie liczył tylko na własne 

s

jły. Musiał być przekonany, że jeśli wywoła rebelię, to 

otrzyma skądś pomoc. I pomoc ta nadejdzie wcześniej, niż 
Kanada zmobilizuje wojsko i dostarczy je na teren działań. 

Obrona Batoche (niezależnie od tego, kto złożył wniosek 

przed Eksowedatem) z punktu widzenia Louisa Riela była 
decyzją racjonalną. Po pierwsze, na atakowanie nieprzyjaciela 

Metysi mieli zbyt małe siły, niedostateczne umiejętności 
militarne i za mało motywacji. Większość była rolnikami, 
których cechowała troska o gospodarstwo, gotowość do jego 
obrony, ale także niechęć do wychodzenia poza opłotki. Po 
drugie, odchodzić nie było dokąd. Partyzantka nie może 

działać bez zaplecza w terenie, a Riel go nie miał (na Indian 
lepiej było nie liczyć). 1 co najważniejsze — jeśli Riel 
spodziewał się pomocy, to musiał na nią czekać w ustalonym 
miejscu. Batoche, strategicznie położone jako centrum osad­
nictwa Metysów i klucz do Północnego Zachodu, nadawało 
się do tego. 

Batoche od zachodu i południa chroniła rzeka Saskatchewan 

Południowy, a na wyżynie od wschodu było osłonięte lasem. 
Tylko od północy znajdował się otwarty teren, zwany Ładną 
Łąką (Jolie Prairie). Te naturalne walory obronne Metysi 
uzupełnili dołami strzeleckimi. Znali się na tym. W 1851 roku 
pod Grand Coteau w Dakocie przez dwa dni bronili się przed 
Sjuksami w corralu z wozów, wokół którego wykopali szereg 

dołów strzeleckich. Zza tej osłony zadali Indianom duże 
straty, a sami nie stracili ani jednego zabitego. Bitwa ta była 
żywa w tradycji Metysów. Jako chłopiec brał w niej udział 
także Gabriel Dumont, ale nie znaczy to, że on był autorem 

background image

200 

planu obrony Batoche. Mógł nim być sam Louis Riel. Podczas 
pobytu w USA na pewno zapoznał się on z wypowiedziami 
teoretyków wojskowości, a także Fenian — weteranów Armii 
Potomaku — którzy na podstawie doświadczeń wojny secesyj. 

nej dowodzili, że strona broniąca się ma z zasady nad 
atakującymi przewagę. Umocnienia ją zwielokrotniają, dając 

osłonę nawet przed ogniem artylerii polowej z większej 
odległości. 

Doły strzeleckie powstały na całym terenie wokół Batoche 

a także wewnątrz miejscowości — najwięcej na drodze 
nieprzyjaciela, w lesie, między rzeką a Ładną Łąką. Przeważnie 

były to dziury w ziemi, w których mogło się skryć 2-3 ludzi, 
ale były i większe, z wejściami i przedpiersiami. Oprócz 

zwykłych dołów wykonano kilka dużych wykopów, o kształcie 
prostokątnym. Z boków chroniły je wały z ziemi, a z przodu 
grube kłody ze strzelnicą. Przed dolami przygotowano pole 
ostrzału, usuwając niektóre krzewy. Łącznie doły strzeleckie 

pokryły 300 hektarów terenu. Było ich o wiele za dużo, by 
mogły wszystkie zostać obsadzone. Tak, jakby kopano je 

z myślą o nadejściu posiłków. 

Riel i eksowedowie byli dobrze zorientowani w planach 

Middletona; mieli informatorów i sympatyków, a poza tym 

czytali gazety, w których generał szeroko wypowiadał się 
o planach ofensywy na Batoche. Nie przejmowali się tym. Po 
zwycięstwie pod Duck Lakę prestiż Riela oraz wiara Metysów 
w jego nadprzyrodzone cechy sięgnęły zenitu. Sekretarz 

Eksowedatu, Philippe Garnot, zgryźliwie zauważył, że „wsko­

czyliby do wody, gdyby Duch Święty tak powiedział Rielowi". 
Eksowedat uchwalił, iż „uznaje Louisa «Dawida» Riela za 
proroka"

9

. Kwiecista rezolucja została przyjęta przy jednym 

głosie wstrzymującym się — Moise Ouelette oświadczył, że 
podpisze ją, jeśli czas potwierdzi, że Louis Riel prorokuje jak 

należy. To, że wśród „wybranych ze stada owiec" znalazł się 

9

  F l a n a g a n , Louis „David" Riel, s. 139. 

201 

iewierny Tomasz, zmartwiło Riela, który modlił się, aby 

Ouelette „dobrowolnie przyznał, że dopuszczalne jest opusz­
czenie kościoła rzymskiego... i poświęcił się bez reszty 
reformie liturgii i przełamywaniu wszystkich niedostatków 

re

ligii, które Rzym wpoił narodom Ziemi"

 10

Eksowedat miał z tym przełamywaniem mnóstwo pracy. 

Protokoły posiedzeń zapełniały się dysputami nad „nowym 
papiestwem" (zatwierdzono jako papieża biskupa Bourgeta, 
a „bezpośrednie kierownictwo" nad duchownymi objął Riel), 
doktryną uniwersalizmu (ustalono, że piekła nie ma, gdyż 

kolidowałoby ono z Bożym miłosierdziem), reformą liturgii 
(uznano, że Eucharystia ma tylko znaczenie symboliczne), 
a także odpowiednią zmianą nazw znaków Zodiaku i dni 
tygodnia". Określono też nowy sens Trójcy Świętej (istnieje, 
ale „nie w zwykłym sensie"), a Najświętszej Marii Pannie 
odebrano status Matki Boskiej. Zdecydowano także, iż 

jako Dzień Pański będzie obchodzony szabas, „jak nakazał 

Mojżesz". 

Sceptyk Garnot powierzył słowa niezadowolenia swemu 

dziennikowi: „Rada wciąż zajmowała się sprawami religijnymi, 
choć nieprzyjaciel gromadził siły wokół nas. Doprawdy budzi 

obrzydzenie widzieć kogoś o takim potencjale jak Riel, jak 
używa swoich wpływów, by oszukiwać ignorantów". Mówienie 
tego głośno było ryzykowne; Louis Riel ekskomunikował 
wszystkich, którzy wyrazili sprzeciw wobec świętowania 
szabasu. Osobiście zajął się pacyfikacją duchownych. Nie 

potrzebował ich już — eksowedowie byli jego kapłanami, 
miał swoją kaplicę i rozważał udzielanie własnych sakramen­
tów (w których wino zastąpił mlekiem). Najbardziej zatwar­
działy konserwatysta ojciec Vegreville został postawiony przed 

The Diaries...,

 s. 61-62. 

" Nowe nazwy dni brzmiały (od poniedziałku): Christ Aurorę, Vierge 

Aurorę, Joseph Aube, Dieu Aurorę, Deuil Aurorę, Calme Durore i Vive 
Aurorę. Zodiak miał się nazywać „Brylanty Jego diademu", a pierwszy 
brylant nosił nazwę Oxford. 

background image

202 

sądem. Skończyło się na podpisaniu lojalki („przyrzekam, z

pozostanę neutralny i nie wyjadę") i na areszcie domowym 

z ojcem Moulinem na plebanii. Takiej samej procedurze 
Eksowedat poddał ojca Fourmonda. Wkrótce dołączyło do 
nich 6 zakonnic i brat Piquet ze szkoły w St. Laurent, którzy 

próbowali zbiec do Prince Albert. 

Okazało się jednak, że Metysi byli bardziej przywiązani do 

Kościoła i tradycji, niż Riel sądził. Nie bojąc się jeo

ekskomuniki chodzili w niedziele na msze do internowanych 
księży. Nie chcieli się publicznie spowiadać eksowedom, choć 
Riel zachęcał ich do tego własnym przykładem, wyznając 
(chyba z pewną przesadą) grzech obżarstwa. Nawiasem 

mówiąc, sam propagował zdrowe odżywianie się i opracował 
nawet dobroczynną dietę, której podstawą było mleko i prze­
tworzona krew różnych zwierząt. Metysi byli coraz bardziej 

rozczarowani. 

— Przyjechałeś z powodu naszych praw, a mówisz tylko 

o religii — wyraził ich uczucia Gilbert Breland. — Jeśli 
będziemy walczyć, to nie o twoją religię, lecz o nasze prawa. 

Początkowy entuzjazm dość szybko osłabł. Garnot oceniał, 

że wystarczyły dwa tygodnie, aby połowa Metysów zniechęciła 
się i pozostawała w Batoche wbrew przekonaniu. Niejeden 
porzucał Riela; wśród dysydentów znalazł się nawet eksowed 
Baptiste Boyer. Również stary towarzysz, eksowed Maxime 

Lepine był w opozycji, co Riel boleśnie przeżywał. Na 

dodatek nadchodziła wiosna i gospodarstwa wzywały. Zdając 
sobie sprawę, że gdyby Metysi rozeszli się na farmy, raczej 

już by nie wrócili, Eksowedat wydał zarządzenie o wstrzyma­

niu prac na roli. Sporządził także regulamin wojskowy 
(Reglements cjue les Soldats doivent obsewer a la lettre),

 aby 

nadać im nieco dyscypliny. 

W tych wydarzeniach nie brał udziału William Jackson, 

mimo że specjalnie się ochrzcił, aby poświęcić się nauce 
Louisa Riela. Nie jest jasne, co właściwie między nimi zaszło. 

Jackson mówił później, że słuchając nauk Riela w pewnej 

203 

hwili dostał konwulsji i paraliżu, porozumiał się z nim 

te

]epatycznie, a potem przeszedł trzy mile boso po zmarzniętej 
iemi, w cudowny sposób nie odmrażając stóp. Jackson 

istotnie mógł poczuć się gorzej, bowiem jego koncepcja 

(ewolucji upadła. Nie docenił siły uczuć narodowych i religij­
nych (to, że przed nim ten błąd popełnił Karol Marks, a po 
nim mieli popełnić go inni, było słabą pociechą). Metysów 
bardziej od walki klasowej pociągały nacjonalizm i transcen­

dencja. Louis Riel spalił opracowaną przez Jacksona Ustawę 
Praw, nie chciał torować drogi przemianom społecznym, lecz 
swoją charyzmą skierował ruch w niesłusznym kierunku. 
Indianie okazali się odporni na solidarnościową agitację, a na 

domiar złego kontakty z nimi zraziły potencjalnych sojusz­
ników. Związek Osadników przeżywał kryzys, o współdziała­
niu z mieszańcami nie było mowy; nawet James Isbister 
opuścił Batoche, wybierając areszt w Prince Albert. Mogła 
rozboleć głowa... W końcu Jackson doznał objawienia, na 
skutek którego chciał odejść z Batoche, zamieszkać wśród 
Indian na północy i zacząć żyć w zgodzie z naturą. Wtedy 

jednak Metysi uwięzili go. Musiał zdecydować o tym Louis 

Riel; wskazuje na to fakt, iż inaczej niż innym, nie poświęcał 
Jacksonowi żadnych modlitw, a kiedy do Batoche przybył 

dowiadywać się o niego jego brat Thomas, aptekarz z Prince 
Albert, kazał go aresztować. Uwięził także eksoweda Alberta 

Monkmana, który skłaniał się ku ekonomicznym teoriom 
Jacksona. Wyglądało na to, że frakcja socjalnych rewolu­
cjonistów przegrała... 

Eksowedat, jako się rzekło, był zajęty. 16 kwietnia, gdy 

gen. Middleton dotarł do Ciarkę's Crossing, po całodziennej 
debacie podjął szereg uchwał w kwestii przewożenia promem 
krów Napoleona Naulta, pożyczenia konia Indianinowi na­
zwiskiem Kitewayo vel Alex Cayen, a także udzielił nagany 

kilku eksowedom za opuszczanie posiedzeń. 19 kwietnia do 
Batoche wrócił zwolniony z niewoli syn Białej Czapki, 
przywożąc otrzymane od Middletona proklamacje. Louis Riel 

background image

204 

został raptownie sprowadzony na ziemię. Zaniepokoił sie 
bliskością nieprzyjaciela i — jak można wnioskować — bra­
kiem oczekiwanej pomocy. „[Boże], otwórz mi drogę, której 

potrzebuję, by wysłać posłańców do Stanów Zjednoczonych 
— zapisał tego dnia modlitwę. — Daj nam poznać drogę 
którą muszą podążać, a jeśli nie ma wolnych dróg, otwórz 

nam jakąś. Jest już późno. Nie mamy już środków ludzkich 
które mieliśmy"

 n

.

 Jakich „środków ludzkich" już nie miał? 

Czy chodziło mu tylko o dysydentów? Kogo w Stanach 

Zjednoczonych miał odwiedzić posłaniec? Wiadomo jedynie, 
że nazajutrz w dzienniku Riela pojawiła się modlitwa za 
skądinąd nieznanego Norberta Turcotte'a, który narażał się na 

jakieś wielkie niebezpieczeństwo; można przypuszczać, że 

pojechał z tajną misją. 

21 kwietnia, gdy oddział Middletona przeprawił się przez 

Saskatchewan i zaczął marsz ku Batoche, w dzienniku Riela 

pojawiły się inne niż dotąd prorocze wizje. „Widziałem 
olbrzyma; nadchodzi, jest ohydny. To Goliat. Nie dostanie się 
do miejsca, które zamierza okupować — pisał. — Ponieważ 

nie ukorzy się, jego głowa będzie odcięta". Któż miałby ją 
odciąć, jeśli nie „Dawid"? „Boże! Błagam — modlił się Riel 

— zerwij łączność naszym nieprzyjaciołom. Nie pozwól, by 
się wzajemnie zrozumieli; niech się poruszają w konfuzji! 
O Boże! Daj nam łaskę spotkania ich w taki sposób, abyśmy 
mogli ich pokonać jednego po drugim. W Twym miłosierdziu, 

pozwól nam otworzyć ogień w czasie i miejscu, które 
dobroczynność Ducha Świętego określi w naszym najlepszym 
interesie. Jeśli taka jest Twoja wola, ześlij nam Irvine'a na 24 

godziny przed Middletonem, a Middletona w 24 godziny po 
Irvine'em. [...] Spraw, by wzrósł w nich niepokój i straszliwy 
lęk przed śmiercią, po tym, jak odbierzesz im ostatnią deskę 

ratunku. Uderz ich ogłupieniem, aby przybyli na pole bitwy 
nie jak żołnierze, ale jak ludzie skazani na śmierć, jak 

12

 The Diaries...,

 s. 67-68. 

205 

zbrodniarze skazani za ogromne winy, jak rabusie i mordercy, 
wórych przeraża sprawiedliwość Boga, których miażdży ciężar 
j

e

cro gniewu... Spraw, by sami na siebie ściągnęli upadek. 

Sprowadź ich na manowce, rozprosz ich, nie daj się prze-
arupować. Niech się pogubią w lesie jak króliki i zające"

 13

23 kwietnia Louis Riel zapisał tylko krótkie zdanie: „Obu­

dziłem się raptownie". Można to rozumieć dosłownie, można 
i przenośnie — Middleton był już o krok od Batoche. 
Eksowedat tym razem zajął się sprawami wojny. Riel chciał 
czekać na nieprzyjaciela w Batoche, ale Dumont zmienił 
zdanie i postanowił wyjść mu naprzeciw, aby zastąpić gdzieś 

żołnierzom drogę i „wyrżnąć ich". Riel ustąpił i Dumont 
poprowadził 200 konnych i pieszych Metysów i Indian ku 
granicy ich siedzib. Na czele jechał młody Ladouceur, który 

unosił sztandar z Marią Panną, a obok niego Maxime Lepine 
z krucyfiksem. Towarzyszył im Riel — po drodze zatrzymywał 
oddział kilkakrotnie, aby odmawiać różaniec. Dumont twierdził 
potem, że to mu najbardziej przeszkadzało. „Moim planem 
było zaskoczyć nieprzyjaciela w nocy, skierować na niego 

pożar prerii, wykorzystać zamieszanie i zmasakrować go 
— pisał. — Gdybyśmy znaleźli obóz Anglików tej nocy, 
żołnierze Middletona mieliby szczęście, gdyby uszli z ży­
ciem"

 14

. Nie miało to wiele wspólnego z rzeczywistością. 

Metysi nie spieszyli się, by zaskoczyć przeciwnika. Do północy 
przeszli zaledwie 6 km, zgłodnieli, a ponieważ nie zabrali ze 
sobą prowiantu, urządzili postój na farmie Gouleta. „Za­

trzymaliśmy się, żeby coś zjeść. Zabiliśmy i zjedliśmy dwie 
krowy", wyjaśnia Dumont. Kiedy skończyli, nadjechał goniec 
z wiadomością, że policja zbliża się od strony Prince Albert. 
Czyżby istotnie zbliżał się Irvine, na 24 godziny przed 

Middletonem? Miało się okazać, że to fałszywy alarm, ale 50 

11

 Tamże,

 s. 68-73. Jak widać, Riel był przekonany, że dojdzie do 

współdziałania Irvine'a z Middletonem. a o decyzji Middletona o samodziel­
nym atakowaniu Batoche jeszcze nie wiedział. 

D u m o n t , op. cit., s. 61. 

background image

206 

Metysów zawróciło. Poszedł z nimi Riel, „choć nikt go o to 
nie prosił", zauważa z przekąsem Dumont. Był jednak z tesn 
raczej zadowolony. 

— Teraz nie będziemy już odmawiać różańca — rzekł 

— Będziemy szli o wiele szybciej. 

Metysi ruszyli w drogę, ale bardzo nie przyspieszyli. Trudno 

sądzić, że zabłądzili, lecz mimo to snuli się wśród gospodarstw 
aż zastał ich świt. Usiedli przy ogniskach, by się ogrzać, 

a Sjuksowie oświadczyli, że nie myślą atakować „rządowych 
żołnierzy" w dzień. Było to niezwykłe, bowiem potoczna 
mądrość głosiła, iż to w nocy Indianie nie walczą, w obawie, 
że jeśli zginą, po ciemku nie trafią do krainy szczęśliwych 

łowów (wiedział to nawet gen. Middleton od jakiegoś starego 
myśliwego). Jednak Sjuksowie widocznie tego myśliwego nie 

znali, gdyż mimo pogróżek Dumonta chcieli wracać do 
Batoche. W końcu i Dumont zaczął myśleć o powrocie. 
Ostatecznie jednak oddział udał się na farmę Touronda, gdzie 
wszyscy zasiedli do śniadania („Tourondowie dali nam kro­
wę"). Południowy skraj farmy leżał nad wąwozem, którym 

wśród wierzbowych zarośli płynął potok Fish Creek. Szlak 

z południa prowadził przez prerię, po czym pomiędzy topolo­

wymi zagajnikami schodził w dół wąwozu. 

Dumont i Napoleon Nault pojechali na zwiady. Dumont 

myślał, że „spotka zwiadowców, zajdzie ich od tyłu, zabije ich 
i zabierze im broń". „Byliśmy o pół mili od angielskiego 

obozu — twierdzi. — Zbadaliśmy prerię wokół ich obozu, nie 
spotykając żadnego zwiadowcy, więc wróciliśmy". 

Nie wiadomo, skąd Dumont wiedział, że był o pół mili od 

obozu Middletona, skoro go nie widział. Sam również nie był 
widziany. Potem „stale wysyłał zwiadowców", aż wreszcie 

„kiedy już skończyliśmy śniadanie, Gabriel Bertrand przyniósł 
wieść, że nieprzyjaciel się zbliża". 

Oddział Middletona od rana był w drodze. Generał dowie­

dział się, że gdzieś przed nim jest „paskudny wąwóz", więc 
wysłał zwiadowców Boultona, aby go znaleźli i zbadali. Sam 

207 

ak zwykle zajął miejsce na czele kolumny. Było słonecznie 

• Strzelcy wesoło gwizdali chórem (Middleton zabronił im 

śpiewać). Padały zakłady, że wrócą do Winnipegu nie wy­
strzeliwszy ani razu — chyba że do gęsi. Jednak po przejściu 
kilku kilometrów zwiadowcy dali znać, że natrafili na wygasłe 

0

aniska i inne ślady bytności około 200 ludzi. „Od razu 

p

02

alopowaliśmy do przodu, ale przebyliśmy zaledwie 400 

albo 500 jardów, gdy padły dwa strzały, i zobaczyliśmy grupę 
około 50 jeźdźców o 500 jardów w lewo, którzy wystrzelili 

do nas salwę, ale szczęśliwie mierzyli za wysoko i kule 
zagrzechotały po gałęziach nad naszymi głowami" — pisze 
Middleton

 15

„Wyjechałem naprzód z 20 jeźdźcami — mówi Dumont. 

— Kazałem ludziom przepuścić pierwszych nieprzyjaciół 
do potoku, a potem ostrzelać ich z góry ze zbocza, kiedy 
będą rozciągnięci na szlaku na dole. Chciałem ich odciąć, 
wyrżnąć i zabrać broń. Ale w końcu Anglicy nas znaleźli. 
[...] Grupa [naszych] jeźdźców szarżowała na zwiadowców. 
Konie były wszędzie, a ja coraz to byłem odcinany, ale 

w końcu dogoniłem zwiadowców. Byłem już blisko zwia­
dowców, gdy ktoś za mną wrzasnął «Idzie policja!» Wy­
strzeliłem dwa razy, ale nikt nie padł. Dostrzegłem an­

gielskich żołnierzy między drzewami..." '

6

. Wśród zamętu 

Dumont i jego ludzie zawrócili do wąwozu. 

Za nimi pognali zwiadowcy, ale widząc, że nieprzyjaciel 

kryje się i otwiera ogień zza osłony, mjr Boulton „zaśpiewał 
rozkaz, ludzie zsiedli i utworzyli linię — pisze Middleton. 

— Konie bez jeźdźców galopowały jak dzikie, a kilka rannych 
leżało i wierzgało. Wśród grzechotu karabinów i świstu kul 
słyszeliśmy przekleństwa i krzyki podnieconych Metysów, 
mieszające się z wojennym wyciem Indian, a śmiali zwiadowcy 

Przemawiali tylko z Winchesterów"

 17

. Nie było to zgodne 

15

 M i d d I e t o n, op. cit., s. 31-32. 

D u m o n t , op. cit., s. 62-63. 
M i d d l e t o n , op. cit., s. 32. 

background image

208 

z prawdą; Metysi słyszeli, jak ze strony przeciwnika padało 
„wiele choler". 

Gen. Middleton wysłał adiutanta kpt. Wise'a, aby p

rZ

y. 

spieszył marsz sił głównych. Tymczasem zwiadowcy zaczęli 
ponosić straty. Pierwszy został ranny kpt. Gardiner, potem 

dwóch innych, a po nich padł pierwszy zabity w kampanii 
szer. D'Arcy Baker. 

— Leżcie i strzelajcie — rozkazał mjr Boulton — nieważne 

że nic nie widzicie, strzelajcie! 

„Nieprzyjaciel nie ucierpiał, więc zaczął zachowywać się 

zuchwałej — wspomina. — Jakiś wojownik wyszedł z wąwozu 
i na jego skraju zaczął tańczyć taniec wojenny, ale został 
zlikwidowany kulą z karabinu sierż. Stewarta. Nie było już 

więcej takiego głupiego pokazywania się, a mieszańcy kryli 
się pod osłoną wąwozu"

 18

Dumont był pewien, że strącił jednego zwiadowcę z konia. 

„Strzelaliśmy w kierunku Anglików, płaszcząc się na ziemi. Nie 
wiedzieli, skąd padły strzały, więc wystrzeliliśmy jeszcze raz. 

Tym razem zobaczyli dym i odpowiedzieli ogniem. Wycofaliś­
my się do wąwozu. Tam spotkaliśmy Sjuksa, który powiedział, 
że jeden z jego plemienia został zabity, a większość Metysów 
uciekła". Dumont dogonił uciekających i zawrócił ich. Zaczął 
zbierać oddział wokół sztandaru z Marią Panną, ale doliczył się 

tylko 62. Reszta była nie wiadomo, gdzie — może uciekła', 
a może została gdzieś w zaroślach w wąwozie. 

Tymczasem nadszedł 90 batalion

2 0

 i rozwinął się w linię po 

obu stronach zwiadowców, przy czym zostali ranni kpt. 

18

 C. B o u i t o n, / Foitght Riel. A Military Memoir, Toronto 1985, s. 114. 

19

 Wśród dezerterów, którzy uciekli i nie pojawili się więcej na polu walki, 

był Napoleon Nault. „Tłumaczył mi, że odeszli, zanim wydałem rozkaz. 
i o nim nie wiedzieli"  ( D u m o n t , op. cit., s. 68). 

20

 Jednym z jego żołnierzy był Richard C. Laurie, syn P. G. Lauriego. 

wydawcy z Battlefordu. Mieszkał w Frog Lakę, gdzie wraz z Gowanlockiem 
budował młyn. 4 marca wyjechał do Winnipegu po maszynerię dla młyna, 

dzięki czemu prawdopodobnie ocalił życie. Oficerem w jego kompanii by' 
por. Zachary Taylor Wood. wnuk prezydenta USA Zacharego Taylora. 

background image

Konstabl David L. Co

Wa 

Rodzina McLeanów w 1895 r. W środkowym rzędzie trzecia od lewej 

Eliza (za nią Kitty), piąta Amelia 

Artyleria wchodzi do akcji nad Fish Creek 

background image

Ranni nad Fish Creek. Obok rannego płk Van Straubenzie, na pierw 

szym planie gen. Middleton 

Polegli nad Fish Creek zaszywani w koce 

Po bitwie nad Fish Creek — ćwiczenia artylerii 

Podpułkownik William Dillon Otter 

Gwardia Piesza Generalnego Gubernatora (po lewej sierż. Charles 

W|

nter, ranny pod Cut Knife Hill) 

background image

Szeregowcy Gwardii Pieszej. Pośrodku William Osgoode, poległy pod 
Cut Knife Hill 

Arthur Dobbs, 
kucharz z Battlefordu 

Piękny Dzień, 

wódz wojenny 

Strzelba typu Barnett, prochownica i worek na kule, oraz używana przez 
Piękny Dzień strzelba I. Hollis & Sons North-West Gun 

background image

Szeregowcy 90 batalionu Strzel­

ców z Winnipegu, uzbrojeni w ka­

rabiny Snider-Enfield 

Zwycięstwo Indian pod Cut Knife Hill upamiętnia największy w świecie 

tomahawk. Jego stylisko, o długości 16,5 m, jest wykonane z pnia jodły 

z Kolumbii Brytyjskiej, a głownia z włókna szklanego waży 1250 kg 

209 

Ciarkę i kilku Strzelców, a kpt. Wise stracił konia. Wydaje 

s

?

 że Middleton nie miał planu na wypadek napotkania 

oporu podczas marszu, a w każdym razie dał się ponieść 
rozwojowi wydarzeń. Zamiast dokonać rozpoznania pozycji 
i liczebności przeciwnika, a potem rozpocząć skoordynowane 
i celowe działania, dopuścił do zaangażowania od razu 

wszystkich sił i związania ich walką przez kilkakrotnie mniej 
licznego nieprzyjaciela. Milicjanci byli zdezorientowani. 

— Hej, koleś — zwrócił się jeden z nich do dwukrotnie 

rannego i odchodzącego na tyły kpt. Gardinera — gdzie oni 
są? Nikogo nie widzę! Jeszcze takiej roboty nie miałem. 

Podciągnięto do przodu baterię A. Artylerzyści odprzod-

kowali ze spokojem, jakby to były ćwiczenia; może dlatego, 
że dowódca baterii, kpt. Peters, fotografował ich. Działa 
oddały kilka strzałów litymi kulami, nie wyrządzając żadnej 
szkody. Baterię cofnięto i zaczęto przygotowywać granaty. 

W regularnej armii angielskiej leżałyby w przodkach gotowe 
do wystrzelenia, z lontami przyciętymi na różną odległość, 
i oznaczone odpowiednimi naklejkami. Tu jednak dla bez­
pieczeństwa granaty transportowano nie napełnione prochem. 

Teraz gdzieś zgubił się śrubokręt do otwierania baryłek 
z prochem, potem trzeba było z gazety zaimprowizować lejek 
do napełniania... 

Gen. Middleton miał przekonać się, że podkomendni będą 

mu sprawiać nieoczekiwane trudności. 

— Pokażcie nam rebeliantów! — rozległy się okrzyki. 

Ludzie całą linią bez rozkazu ruszyli naprzód i dobiegli na 
skraj wąwozu. Rebeliantów jednak nie zobaczyli. „Ponieśliśmy 
spore straty, ponieważ ludzie niepotrzebnie odsłaniali się, 
strzelając do nieprzyjaciela, którego miejsce pobytu można 

było tylko zgadywać z dymu wystrzałów, a on nigdy się nie 
pokazywał" — pisze Middleton. Kule Strzelców przechodziły 

nad ukrytymi w dole Metysami, obsypując ich gałązkami 
drzew. Middleton skierował tam dwudziestkę strzelców wybo­
rowych z 90 batalionu, z karabinami Martini-Henry, ale i oni 

— Baloche 1885 

background image

210 

nie radzili sobie lepiej. „Widzieliście, jak na zawodach ludzie 

strzelają do indyków, częściowo zakopanych w ziemi, a kto 

trafi, ten dostaje ptaka — pisał korespondent. — Nie mam 

lepszego porównania dla tej walki. Jeśli kto miał szczęście 

widział głowę i nawet ramiona przeciwnika, ale w dziewięciu 

na dziesięć musiał celować do błysku z lufy i chmurki 

dymu"

21

. Por. Ogilvie z kanonierami zatoczył działo na skraj 

wąwozu, obniżył lufę, jak było można, i posłał kilka pocisków 

w zarośla, lecz bez efektów. Co gorsza, artylerzyści byli 

widoczni na tle nieba i kilku zostało rannych, a kanonier 

hrabia de Manouilly padł trafiony loftkami, które oderwały 

mu wierzch głowy. Wstrząśnięci żołnierze stwierdzili, że 

używane przez Metysów miękkie ołowiane kule i loftki 

powodują „jak najbrzydszy rodzaj ran, poszarpane i straszne". 

Wbrew powszechnej opinii, nie wszyscy Metysi byli zna­

komitymi strzelcami, wielu było farmerami, którzy czasem 

tylko strzelali śrutem do królików. „Pokazywałem im, jak 

strzelać, żeby trafić w cel" — pisze Dumont. Na dodatek 

Metysi wybrali się na wyprawę nie tylko bez prowiantu, lecz 

i amunicji. Niektórzy nie zabrali więcej naboi, niż mieli 

w magazynkach Winchesterów, wkrótce zaczęło ich więc 

brakować. Gorsi strzelcy oddawali swoje karabiny lepszym. 

Kiedy i Dumontowi prawie skończyły się naboje, polecił 

podpalić prerię na lewym krańcu wąwozu. 

— Rzucimy się na nich znienacka, z wyciem i wrzaskiem 

— powiedział. — Idźcie tuż za płomieniami! I nie bać się kul, 

to nie boli! 

„Usłyszałem kanonadę i zobaczyłem, jak wznoszą się 

wielkie kłęby dymu — pisze Middleton. — Podpalili prerię 

i nacierali strzelając pod osłoną dymu, który toczył się ku nam 

gęstą chmurą. Pożar zbliżał się szybko, dochodząc już do 

skraju zagajnika, w którym był koniec naszej linii, a żar nie 

pozwalał naszym na kontratakowanie". Ranny został adiutant 

21

 C. P. M u 1 v a n e y, The History of the North-West Rebellion of 1885, 

etc,

 Toronto 1885, s. 143. 

211 

lUjddletona kpt. Doucet (nie odzyskał już nigdy władzy 

prawej ręce) oraz kilku ludzi. Generał nie pozostawił sobie 

radnego odwodu, więc ściągnął na pomoc grupę taborytów. 

Wszyscy strzelali gęsto i na oślep. Dodawał im ducha 15-letni 

trębacz Billy Buchanan, który spokojnie nosił na linię skrzynki 

z

 amunicją, wołając: 

__ Chłopaki, kto chce jeszcze nabojów? 

Taboryci „uzbroili się w długie kije, wysunęli się naprzód 

i ze spokojną odwagą zaczęli tłumić płomienie". Middleton 

twierdzi, że potem jego linia zaatakowała i odrzuciła Metysów. 

Według Dumonta, ogień sam zgasł na skraju wilgotnego 

zagajnika, a „policja" uciekła, ponosząc znaczne straty, więc 

Metysi z własnej woli zawrócili. „Poszliśmy do domu Touron-

de'a, żeby coś zjeść — wspomina. — Zarżnęliśmy trochę kur 

i upiekliśmy je". W wąwozie pozostało kilkudziesięciu Mety­

sów, o których inni jakoś zapomnieli. Ponieważ nie było dla 

nich kur, palili fajki, aby zagłuszyć uczucie głodu (dochodziło 

południe i śniadanie było już odległym wspomnieniem). Na 

zmianę modlili się wokół krucyfiksu i śpiewali patriotyczne 

pieśni. Nie byli zbyt dobrej myśli, jednak kiedy nawinął się 

znany im tłumacz Middletona, Tom Hourie, i próbował 

namówić ich, by się poddali, przepędzili go. W końcu nadeszło 

wsparcie — z Batoche przyjechał bryczką Philippe Gardupuy, 

przywożąc dwóch Sjuksów i pół baryłki prochu. Potem 

dołączyło jeszcze dwóch Sjuksów. Było to niewiele, ale 

dodało obrońcom ducha. 

„Nieprzyjaciel ciągle strzelał — pisze Middleton. — Spo­

strzegłem, że wiele głów kiwa się w rytm świstu kul, 

wyjaśniłem więc, że takie kiwanie się jest pozbawione 

godności i całkowicie bezużyteczne, ponieważ «ping» słychać 

dopiero wtedy, kiedy kula już przeleciała". W chwilę potem 

kula przeszyła jego karakułową czapkę

22

Przed bitwą Riel modlił się, aby „zostat ranny jeden z moich wrogów, 

Mory arogancko nosi laskę lub ma zloty pierścień na palcu. Niech kula go 
"raśnie, lecz oszczędzi jego życie" (The Diaries..., s. 63). 

background image

212 

— To miało być dla was, panowie — zauważył chłodno 

Middleton. Zaraz potem kula drasnęła jego konia Sama, który 
„był tym wielce zaskoczony i zdegustowany", a nowy koń 
kpt. Wise'a został ranny i zrzucił go. „Nie trzeba mówić, że 

nie pozostawaliśmy długo w tym miejscu". 

Middleton pozwolił, aby kpt. Peters z grupą ochotników 

(kanonierów i Strzelców) spróbował zajść Metysów z boku 
i wykurzyć z wąwozu. Zgodził się także, by towarzyszył im 

kpt. Wise, który najwyraźniej jeszcze nie miał dość. Oddzialek 
wdarł się do wąwozu i utknął, ostrzelany przez Metysów. 

Tymczasem w niewyjaśniony sposób sam Middleton z kon­
nymi Boultona oraz kpt. Drury z drugim działem baterii A 
przedostali się na drugą stronę wąwozu. Drury miał stamtąd 
w zasięgu zarośla, gdzie kryli się Metysi, lecz ponieważ 
kanonierzy nie potrafili odpowiednio przyciąć lontów szrapneli, 

pociski przenosiły. Zginęło od nich tylko wiele koni, które 
były uwiązane w pobliskim zagajniku. Artylerzyści użyli 
kartaczy, ale okazało się, że w jaszczach było ich tylko kilka. 
Spróbowano improwizacji, ładując do lufy szrapnel odwrócony, 

przodem do ładunku prochowego, ale bez większych sukcesów. 

— Szkoda, że nie mamy Gatlinga — żałowali niektórzy 

— prześwietlilibyśmy te krzaki. 

W tym czasie na polu bitwy pojawił się lord Melgund 

z kompanią Grenadierów Królewskich. Na drugim brzegu 
rzeki jego kolumna słyszała strzały, lecz nic nie było widać, 
a na sygnały trąbki nikt nie odpowiadał (rozumiejący je kpt. 
Peters był zajęty przy baterii, a trębacz Billy Buchanan nosił 

naboje). Wreszcie na brzegu pokazał się ktoś krzykiem 
i gestami wzywający pomocy

23

. Ściągnięto barkę, która wiozła 

paszę dla koni, rozładowano ją i 60 ludzi zajęło w niej 
miejsca. Pracując drągami, omijając kry i głazy, przeprawiono 

po kolei 250 ludzi i dwa działa z przodkami i zaprzęgami-
„Dobra robota — oddział regularnych nie sprawiłby się 

23

 Ziściły się więc modty Riela. by „została zerwana łączność nieprzyjaciół, 

by się wzajemnie nie rozumieli i poruszali w konfuzji". 

213 

, piej" — pochwalił Middleton, ale nie wiadomo dlaczego nie 
wykorzystał tej poprawy sytuacji. Jeśli przez wąwóz, na tyły 
przeciwnika, mogła przedostać się bateria i sztab z nim 

arr)

ym, to nic nie stało na przeszkodzie, aby w ich ślady 

poszli Grenadierzy Królewscy, nieco zmęczeni wiosłowaniem, 

a

le eotowi do walki. Nawet jeśli Middleton, jak podał 

w raporcie, oceniał liczbę Metysów na 300 (w rzeczywistości 
było ich najwyżej 80), to miał do dyspozycji 600 ludzi 
j 4 armaty. Teraz był odpowiedni moment, aby manewrem 

oskrzydlającym zakończyć walkę, a może i całą kampanię 

odyby milicjanci na karkach Metysów wpadli do Batoche... 

Stało się jednak inaczej. 

Kiedy po kolejnej pół godzinie strzelania na ślepo jeden 

z kanonierów został ranny, a mjr Boulton stracił konia, 
Middleton zarządził odwrót. Milicjanci wycofali się z wąwozu, 
tracąc trzech zabitych, śmiertelnie rannego por. Swinforda 
i pięciu rannych. Wśród tych ostatnich był kpt. Wise, którego 
wystrzelona z daleka kula z Winchestera trafiła w kostkę 
i rozpłaszczyła się na niej. Podczas odwrotu por. Hugh John 
Macdonald upadł, co wzbudziło ogólne poruszenie, jako że 

był synem premiera. Okazało się jednak, że nie odniósł rany, 
lecz tylko oberwał w plecy loftkami, które podobnie wytraciły 
prędkość i nie przebiły kurtki. Lord Melgund o mało nie 
dostał kuli z dalekonośnego Sharpsa na bizony. Po chwili 

ogień Metysów osłabł i milicjanci chcieli jeszcze raz spróbo­
wać ataku, ale generał im nie pozwolił. „Straciłem już zbyt 
wielu moich obywateli-żołnierzy, i z wielu powodów nie 

uważałem za celowe ryzykowanie utraty większej liczby" 
— wyjaśnił Middleton. Potem dodawał, że nie miał zaufania 
do kanadyjskich oficerów, a sam nie mógł być naraz wszędzie. 
0 15.00 oddział opuścił pole walki. 

W Batoche słychać było strzały i wybuchy, ale pod 

nieobecność Gabriela Dumonta nikt nie wiedział, co robić. 
Louis Riel robił to, co potrafił — stanął przed kościołem 

1

 zaczął się modlić, rozłożywszy ręce na kształt krzyża. Kiedy 

background image

214 

osłabł, dwaj Metysi podtrzymywali mu ręce, jak Izraelici 
Mojżeszowi podczas bitwy z Amalekitami. Długo natomiast 

nie pomyślano o tym, że walczącym może się przydać pomoc 
i zaopatrzenie. 

Gabriel Dumont był wciąż na farmie Touronda, gdy pojawili 

się Edouard Dumont i Baptiste Boucher. Powiadomili go, że 

jechało z nimi 80 Metysów, ale wpadli w śnieg i zamoczyli 

broń, więc zatrzymali się na farmie Lafontaine'a i przyjadą, 
gdy ją wysuszą. Dumontowie i Boucher pojechali do wąwozu 
i stwierdzili, że „Anglicy uciekli". Gabriel znalazł torbę 
z lekarstwami i dwiema butelkami koniaku. „Wypiliśmy je za 

ich zdrowie. Nie strzelaliśmy do wycofujących się Anglików; 
otworzyła mi się rana na głowie i byłem zbyt zmęczony, by 
ich ścigać"

2 4

Metysi, którzy cały czas pozostawali w wąwozie, nie 

przyjęli Gabriela Dumonta przyjaźnie. 

— Dlaczego uciekłeś? — krzyknął na powitanie Gilbert 

Breland, kierując strzelbę w jego stronę. Dumont ze swej 
strony zaczął poszukiwać dezerterów. Awanturę załagodził 
Riel. Było to już drugie zwycięstwo Metysów, a przy tym 
stracili tylko czterech zabitych (w tym dwóch Sjuksów) 

i dwóch rannych (jeden z nich zmarł po trzech dniach). Jednak 
zamiast świętowania Riel zarządził cztery dni postu i pokuty. 

— Bóg gniewa się na was — oznajmił. — Jesteście 

niedbali, nie dość czujni i nieposłuszni. Zaczęliście rebelię, 

a nie rozumiecie woli Bożej. Wielkie jest przywiązanie wasze 
do rzeczy ziemskich, do koni i do wyścigów obmierzłych 

— słusznie was Bóg ukarał, rękami Anglików zabijając 55 
waszych koni. Post podniesie was moralnie, z narodu karłów 
uczyni narodem olbrzymów. 

Przed wieczorem zerwała się burza i zaczął padać deszcz 

ze śniegiem. Kiedy Metysi wozami wygodnie wracali do 
Batoche, Middleton rozbijał obóz o kilometr od pola walki. 

Dumont, op. c/7., s. 67. 

215 

Stracił 11 zabitych i 40 rannych. „Osobiście byłem za­

dowolony — oceniał mimo to. — Moi ludzie przeszli 
chrzest bojowy dobrze. Choć nie przejawiali dziarskości 
i szybkości żołnierzy regularnych, to okazywali stałość 

w

 obronie i upartą odwagę. Nie było to pełne zwycięstwo, 

ale na pewno nie klęska. Jestem niemalże skłonny pomyśleć, 
że daliśmy rebeliantom lekcję"

25

Innego zdania byli dziennikarze. „Klęska!" krzyczał tytuł 

Timesa" z Winnipegu, a jego kolumny otaczały czarne 

obwódki. Dało to do myślenia Middletonowi, który i tak starał 
się jak najmniej narażać kanadyjskich podkomendnych. Jeśli 
chciał uniknąć gniewu „opinii publicznej", musiał być jeszcze 
ostrożniejszy... Tymczasem prasa doniosła o wydarzeniach 
w Green Lakę i Lac la Biche, łącząc je z faktem, iż koło 
Humboldt Kri ukradli kilka koni, a w Waterhen Lakę ktoś 

okradł dwa sklepy (te trywialne wydarzenia miały służyć jako 
dowód rozprzestrzeniania się rebelii na cały zachód). Middleton 
zaczął z niepokojem myśleć o oddziale, który wysłał w oko 
cyklonu — do Battlefordu. 

M i d d 1 e t o n, op. cit., s. 38. 

background image

BATTLEFORD — CIEŃ CUSTERA 

Ppłk William Dillon Otter, komendant Szkoły Piechoty 
w Toronto, aczkolwiek był jednym z nielicznych kanadyjskich 

zawodowych wojskowych, nie miał wielkiego doświadczenia 
praktycznego. Ostatnio wąchał proch podczas bitwy pod 
Ridgeway w 1866 r., w której jako kapitan wraz ze swym 

batalionem Queen's Own pierzchnął przed Fenianami. Teraz 
miało się to zmienić — został mianowany dowódcą sił, które 
miały pójść na odsiecz oblężonej załodze Battlefordu. 

W depeszy, wysłanej do niego 11 kwietnia ze Słonych 

Równin, gen. Middleton pisał: „Jeśli parowce będą gotowe 
w Swift Current za dwa dni i będą mogły pana przetranspor­

tować, niech pan się nimi uda do Ciarkę's Crossing i maszeruje 
stamtąd dalej na Battleford, zachowując znaczną czujność 
zwłaszcza co do prawej flanki, a następnie zaczeka tam'. Po 

przybyciu do Clarke's Crossing niech pan spróbuje skomuni­
kować się ze mną, ale niech pan idzie dalej, a jeśli nie będzie 

szansy, by parowce ruszyły na czas, albo jeśli nie będą mogły 
zabrać pana oddziału, niech pan niezwłocznie wyrusza lądem. 
Oddałem Herchmera pod pańskie rozkazy i znajdzie go pan 

nieocenionym. Zatelegrafowałem po transport etc. Niech pan 

' Middleton wyjaśnia (op. cit., s. 22), że miai na myśli, iż Otter miał 

czekać w Battlefordzie na przybycie jego kolumny. 

217 

sie nie obawia podejmowania odpowiedzialności przy wyko­
nywaniu tych dyrektyw". Nazajutrz ppłk Otter wziął pod 

komendę 274 ludzi z Qaeen 's Own, 49 z kompanii C Korpusu 
Szkoły Piechoty, 51 z Gwardii Pieszej Generalnego Guber­
natora z Ottawy, 50 policjantów Herchmera (częściowo na 
koniach) z haubicą oraz baterię B Królewskiej Artylerii 
Kanadyjskiej. Ponadto do dyspozycji były dwa Gatlingi. 

Ta broń maszynowa była produkowana w różnych wersjach 

od ponad 20 lat, ale nie użyto jej w żadnych większych 
bitwach, więc na temat jej skuteczności tylko spekulowano. 
Ponieważ mimo ciągłych ulepszeń były ciężkie i musiały być 
wyposażone w lawety artyleryjskie, Gatlingi nie sprawdziły 
się w walkach manewrowych (także indiańskich). Uznano 

więc, że nadają się raczej do walki stacjonarnej — obrony 
pozycji lub obiektów, osłony skrzydeł albo do uciszania 
baterii polowych. W 1881 roku zastosowano w Gatlingu 

podajnik naboi Luciena Bruce'a, złożony z dwóch pionowych 
prowadnic, zamontowanych na osi nad otworem zamka. Po 
opróżnieniu jednej, pod ciężarem naboi prowadnice przechylały 
się, ustawiając drugą do podawania naboi. Amunicję można 
było wsypywać do prowadnic prosto ze skrzynki, co przy­

spieszało ładowanie i umożliwiało niemal ciągłe strzelanie. 
Podajnik umożliwiał strzelanie przy dużym kącie podniesienia 
bez zacinania się, co podsunęło myśl o wykorzystaniu Gatlinga 

do ostrzału polowych umocnień. Armia USA przeprowadziła 
próby, które wykazały, że przy kącie podniesienia do 77 
stopni kule kalibru 45 wystrzelone z Gatlinga na odległość do 

2500 m spadając przebijają 5-centymetrową deskę świerkową 
lub zagłębiają się w grunt na 10 cm. Ten ogień pośredni miał 
razić okopanego przeciwnika skuteczniej niż artyleria polowa 
lub nawet moździerze. 

Kanadyjskich sił zbrojnych nie było stać na taką broń, więc 

minister Caron przebiegle złożył zapytanie fabryce Colta 
w Hartford. Bez zwłoki przyjechał komiwojażer, Arthur L. 
Howard, kapitan gwardii narodowej z Connecticut. Wraz 

background image

218 

z ofertą przywiózł wzory swojego towaru — Gatlingi model 

1881 i 1883, i gotów był je zademonstrować. Oba miały 

kaliber 45/70 i po 10 luf. Różniły się wyglądem (model 1881 

miał odsłonięte lufy, a w modelu 1883 były one okryte osłoną 

z brązu) oraz kilkoma szczegółami technicznymi. Model 1881 

miał podajnik Bruce'a, a model 1883 magazyn bębnowy 

Jamesa Acclesa, teoretycznie bardzo nowoczesny, jednak 

często ulegający awariom. Górował nad modelem 188] 

szybkostrzelnością, która w zależności od użytej przekładni 

wynosiła 800 albo 1500 wystrzałów na minutę. Miał także 

ulepszone mechanizmy do prowadzenia ognia poszerzanego 

i pogłębianego. 

Por. Cassels z Queen's Own stwierdził, że kpt. Howard, 

choć Jankes, okazał się przyzwoitym facetem, a jego Gatlingi 

wzbudziły powszechne zainteresowanie. „Oglądamy te dziwne 

narzędzia zniszczenia i niecierpliwie czekamy na próbę. Seria 

pocisków zostaje wystrzelona do kaczek na stawie — nie 

dokonuje egzekucji, ale szybkostrzelność tej broni pokazuje 

nam, jak zabójcza może być ona przy właściwej okazji. Teraz 

czekamy na próbę na Indianach", napisał

2

15 kwietnia nadeszła wiadomość, że statki, które miały 

przypłynąć z Medicine Hat, utknęły na mieliznach, i do 

dyspozycji był tylko parowiec „Northcote" — „bardzo osob­

liwy pojazd, faktycznie olbrzymia płaskodenna barka o zanu­

rzeniu wynoszącym dwie stopy, z niewielką maszyną i kilkoma 

kabinami, mająca na rufie wielkie koło jako instrument 

napędowy". Otter postanowił, że nie będzie tracić czasu, przy 

pomocy „Northcote" dostanie się przez 300-metrową rzekę na 

drugi brzeg i pomaszeruje prosto na północ. Jednak silny wiatr 

utrudniał przeprawę, tak że dopiero 18 kwietnia oddział ruszył 

przez prerię. Do Battlefordu było 220 km. „Nudny, mokry, 

nieprzyjemny marsz przez morze błota", zapisał Cassels. 

2

 R. S. C a s s e 1 s, The Diary of Lieutenant R. S. Cassels, Northwest Field 

Force, w: Reminiscences of a Bungie, by one ofthe Bunglers, and Two Other 

Northwest Rehellion Diaries.

 ed. by R. C. Macleod, Edmonton 1983, s. 126. 

219 

Żadnej roślinności, kraj wydaje się bardzo nędzny". Wieczo­

rem żołnierze zaczęli zdawać sobie sprawę, że są „w kraju 

nieprzyjaciela", ponieważ po raz pierwszy sformowano „la-
ager"

 z wozów ustawionych w kwadrat, wewnątrz którego 

umieszczono konie i muły. „Świetna pozycja, dziki nie­

przyjaciel od frontu, a z tyłu jeszcze niebezpieczniejsze 

rozszalałe muły i konie", podsumował Cassels. Marsz dawał 

s

ię we znaki. W dodatku podany na kolację comed beef 

w połączeniu z miejscową wodą spowodował masowe niedys­

pozycje żołądkowe. Rozeszły się pogłoski, że produkowane 

w Chicago konserwy zostały zatrute przez Fenian. „Trudno 

uwierzyć, że dziś była niedziela — jakże inna niż spokojny 

dzień wypoczynku w drogim starym Toronto". Nazajutrz po 

„nędznym zimnym śniadaniu" maszerowano do obiadu 

— „lecz cóż to za obiad: suchary, owsianka i woda. [...] Bóg 

jeden wie, jak ten kraj mógłby kiedykolwiek się na coś 

przydać. Nic nadającego się na opał nie ma w promieniu 

wielu mil". Wieczorem „rozległy się donośne przekleństwa, 

gdy stwierdzono, że znowu nie można nic ugotować. Ludzie 

szybko wpadają w buntowniczy nastrój". Sytuację uratowało 

nadejście kilku wozów drewna i obietnica dobrego śniadania. 

Humory poprawiły się, gdy dołączyło więcej wozów, i w miarę 

konsumowania paszy i żywności coraz więcej ludzi mogło 

nimi jechać. 

22 kwietnia szpica Herchmera dostrzegła pierwszą grupkę 

Indian, którzy właśnie ćwiartowali krowę. Policjanci chcieli 

z nimi porozmawiać, ale Indianie oddali ku nim kilka strzałów 

i uciekli. Nazajutrz po południu kolumna dotarła do rezerwatu 

Assiniboinów Moskita. W chatach i tipi nie było śladu Indian. 

Znaleziono tylko duże ilości mąki, ziemniaków i bekonu, 

które załadowano na wozy. Poszukiwano instruktora Payne'a, 

ale bez skutku. W jednej ze skrzyń po żywności natomiast 

odkryto zwłoki jego indiańskiej żony, która umarła od postrzału 

w lewy policzek, i ich dwuletniego dziecka, zabitego uderze­

niem obucha siekiery w tył głowy. 

background image

220 

Wieczorem Cassels zanotował: „Ze wzgórza w odległości 

8 mil widzimy Battleford i jesteśmy zdegustowani widokiem 

kłębów dymu, wznoszących się z osady". Widok ten dodał 
żołnierzom energii, lecz Otter zatrzymał oddział, ponieważ 
zapadała noc, a w ciemnym lesie otaczającym fort „oddział 

znalazłby się na łasce Indian". 

BATTLEFORD, 2-24 KWIETNIA 

Choć już 2 kwietnia Indianie odeszli do rezerwatu, miesz­

kańcy Battlefordu i okolic wciąż siedzieli w forcie. W barakach 
brakowało nie tylko prycz, ale nawet miejsca na podłodze. 

Wiele kobiet z dziećmi schroniło się więc w magazynie 
kwatermistrza, poza obrębem palisady, i podczas częstych 

nocnych alarmów biegły pod osłonę fortu, wspinały jedna 
przez drugą po drabinach do środka, a czasem przerzucały 

dzieci nad palisadą. Ostatecznie część kobiet i dzieci insp. 
Morris umieścił w swoim domu, a reszta zamieszkała w wiel­
kim namiocie na placu. Było zimno, ludzie chorowali, jedno 

z dzieci umarło. W poszukiwaniu żywności odważono się na 
wyprawę do miasta, skąd przywieziono porzucone przez 
Indian mąkę i bekon. „Zapasy złożono pośrodku placu, 

przykryto plandeką i postawiono silną straż. Na widok dużej 
ilości jedzenia od razu poczuliśmy się lepiej. Mąka była 
w porządku, ale bekon mienił się wszystkimi kolorami tęczy 
i czuć go było stęchlizną, lecz można go było zjeść, jeśli ktoś 

miał silny apetyt i dobre trawienie", pisze kupiec Clinskill 

(czy raczej eks-kupiec; jego sklep był już stertą popiołu)

3

Wśród uciekinierów było wielu Metysów i mieszańców. 

Insp. Morris podejrzewał, że są wśród nich stronnicy Riela, 

którzy dostali się do fortu podstępem, aby wydać go Indianom. 
Toteż kiedy 3 kwietnia do bramy zaczął kołatać Alex Bremner 

z pobliskiej osady Bresaylor, przynosząc wiadomość o mordzie 

5

 B e a 1, M a c 1 e o d, op. cit., s. 205. 

221 

w Frog Lakę i błagając o pomoc, Morris aresztował go jako 

sZ

piega. Zamożni szkocko-indiańscy farmerzy z Bresaylor 

mieli nawet kolektywną młockarnię z 12-konnym silnikiem, 
mimo suszy zebrali dobre plony zboża i warzyw, a poza tym 
dorabiali sobie traperstwem i wożeniem towarów. Wieś była 
więc łakomym kąskiem, a ich przeczucia się sprawdziły — po 
kilku dniach przyszedł eksowed Norbert Delorme w towarzy­
stwie grupy wojowników Budowniczego Zagród. „Włamali 
się do stajni i zabrali wszystkie moje konie — wspomina 
Charles Bremner. — Poszli do prowadzonego przeze mnie 
sklepu i zabrali towary. Poprzewracali półki, wywrócili 
pojemniki i rozbili beczki. Porozbijali okna, piece, meble, 
wyrwali podłogi, zerwali sufity. Wystrzelali wszystkie psy, 
świnie i kury. Zaprzęgli nasze wozy i zabrali nas. Pędzili ze 
sobą około 300 krów, w tym moje. Po drodze do obozu 
zastrzelili kilka naszych krów. Było nas jakieś 15 rodzin 
i wszystkich wzięli do rezerwatu"

4

. Sąsiad Taylor ze łzami 

w oczach patrzył, jak jego dorodne, pulchne owce, które 
dobrze przetrwały ciężką zimę, i o które martwił się tylko, by 
za bardzo nie utyły, padają ofiarą bezmyślnej rzezi. Przez 
wiele dni więźniowie mieli przyglądać się melancholijnie, jak 
Indianie zabijają ich krowy, każąc sobie w dodatku płacić za 
mięso. Jednak jako mieszańcy zostali potraktowani nieźle: 
Indianie nie tylko pozostawili ich przy życiu, lecz pozwolili 

zachować trochę rzeczy. Charles Bremner zabrał wóz pełen 
futer, jego żona — maszynę do szycia i materac, a misjonarz 
ojciec Louis Cochin ze zdemolowanej kaplicy ocalił fishar­
monię. Przy jej wtórze wieczorami śpiewali hymny, po 
francusku, angielsku i w języku Kri. 

2 kwietnia Indianie zerwali linię telegrafu do Prince Albert. 

Pogłębiło to przekonanie insp. Morrisa, że nad fortem ciągle 
wisi niebezpieczeństwo. „Jesteśmy dosłownie więźniami — pi­
sał do Irvine'a. — Osiem plemion powstało i otoczyło nas ze 

S t o b i e, op. cit., s. 182. 

background image

222 

wszystkich stron. Programem Budowniczego Zagród  j

e s f 

wzięcie Fortu Pitt, skonsolidowanie sił i zdobycie Battlefordu 
Myślę, że ich zamiarem jest eksterminowanie białych w tym 

okręgu. Usilnie proszę, aby ruszył pan w tym kierunku jak 
najszybciej. Oczekiwałem Herchmera z 50 ludźmi i działem 
ale obawiam się, że musiał się przebijać przez Assiniboinow 
i został pokonany". Takie listy Morris wysyłał przez gońców 

— mieszańców, którzy w razie spotkania Indian nie ryzykowali 

wiele; odbierano im tylko pocztę i broń. 

Mijały dni. Gdzieniegdzie unosiły się dymy z płonących 

domów, ale nikt nie atakował fortu. Czasem Indianie zza rzeki 
strzelali do nosiwodów, którzy chodzili do odległej o kilometr 
studni. Strzelcy Battlefordzcy rewanżowali się im. Podczas 
takiej wymiany strzałów milicjant Harry Nash ubił wspo­
mnianego już Jacka Nez Perce. Małe grupki wojowników 

przychodziły niekiedy szperać po domach, zabijać psy i koty 
i podpalać budynki, a w nocy najmężniejsi zapuszczali się do 
„nowego miasta". Obrońcy próbowali odstraszać rabusiów, 

lecz nocne patrole były dla nich mocnym przeżyciem. 
„W półmroku każdy chwast wydawał się wielki jak człowiek", 

wspomina Clinskill. „Rozglądasz się, pełen strachu przed 
skradającym się Indianinem, i naturalnie wyobraźnia pracuje. 

Bardzo nam dokuczały włóczące się psy i świnie. Pewnej 
nocy zawołałem «stój, kto idzie, hasło», a w odpowiedzi 
usłyszałem chrząknięcie i okazało się, że był to wieprz". 

19 kwietnia zwiadowcy donieśli, że Fort Pitt jest w rękach 

Indian, a po policjantach nie ma śladu. „Obawiam się, że 

wszyscy zostali zabici. Indianie powiedzieli kurierowi, że 
wkrótce zdobędą Battleford" — depeszował Morris do szefa 

NWMP (via Edmonton). Strach wzmógł się, kiedy nazajutrz 
Indianie podpalili magazyn Kompanii. „Tańczyli dokoła 

z diabelską radością. Wtem wielki płomień wzbił się w górę, 
a potem rozległ się huk, jakby krótki odgłos gromu, i po­

czuliśmy, jak ziemia zadrżała. Budynek wyleciał w powietrze, 
nie wiadomo, czy od wybuchu prochu, czy nafty", pisze 

223 

flinskill. Morris wysłał do Ottawy zwięzłą depeszę: „Czy 
dostaniemy pomoc? Nie utrzymamy się". 22 kwietnia ku 
powszechnej radości do brzegu przybiła barka, a w niej insp. 
njckens i jego oddział. „Garnizon wyszedł i prezentował broń. 
Przy dźwiękach orkiestry policyjnej weszliśmy do fortu. Entuzja­
styczne powitanie. Damy podjęły nas obiadem" — zapisał kpr. 

Sleioh. Insp. Morris z ulgą przekazał starszemu od siebie 
Dickensowi dowodzenie. Chyba na skutek tego czujność osłabła, 

c

o Indianie wykorzystali — udało im się zastrzelić z ukrycia 

specjalnego konstabla" Franka Smarta, popularnego właściciela 

dwóch dużych sklepów. Nazajutrz do Battlefordu przybył 
konstabl z grupy Herchmera, z wieścią, że odsiecz jest tuż-tuż. 
Wybuchła euforia, której nie zakłócił już nawet widok Indian, na 
odchodnym podpalających wielki dom sędziego Rouleau. 

24 kwietnia rano kolumna ppłk. Ottera wkroczyła do 

Battlefordu. Wygląd miasta na wszystkich robił silne wrażenie. 
„Cztery czy pięć domów całkiem spalonych, inne porozwalane 
i splądrowane, a sklepy kompletnie wypatroszone", pisze 
Cassels. „Czego nie można było zabrać, to zostało zniszczone. 
Dokoła leży porozrzucane pierze z poduszek, fotografie, 

książki, naczynia, meble". „Wyglądało to tak, jakby ktoś 
wziął ogromny kufer starszej pani, spakowany do podróży, 
i rozerwał go w powietrzu", porównał inny. „Widziałem 
dosyć, aby na zawsze wymazać wszystkie przyjazne uczucia, 

jakie żywiłem dla Szlachetnego Czerwonego Człowieka — pi­

sał korespondent gazety ze wschodu. — Zawstydziliby nawet 
najczarniejszego nihilistę. Odpal dynamit w salonie, a jest 
szansa, że coś ocaleje. Wypuść zgraję Kri i Assiniboinow na 
ten salon, a zdziałają dwa razy więcej niż dynamit". „Aż żółć 

mnie zalewa, że tak głupio zatrzymaliśmy się i daliśmy im 
uciec" — napisał kpt. artylerii Robert Rutherford. „Nikt, kto 
żywił w duszy współczucie, nie mógł patrzeć na spustoszone 

domy i zrujnowane domostwa, na ludzi stłoczonych w forcie 
bez domów i bez grosza, i nie złożyć przy tym niebiosom 
Przysięgi wiecznej zemsty — podsumował kapelan Queen's 

background image

224 

Own,

 student teologii E. C. Acheson

3

. — Widok to zaiste 

smutny i łamiący serce, toteż niech nikt się nie zdziwi, jeśi; 
nasi ludzie w akcji okażą się twardzi i bezlitośni". 

Agent John Rae oświadczył reporterowi, iż „przepowiada 

powszechne powstanie Indian i uważa, że krwawa wojna jest 
nieunikniona. Indianie są dobrze uzbrojeni i wyszkoleni 
Sądzi, że cały kraj powstanie w mgnieniu oka i wszystkie 

plemiona wejdą na ścieżkę wojenną"

b

.

 Nie miał ochoty tet>o 

oglądać ani w ogóle dalej zajmować się Indianami, więc 
opuścił Battleford i zatrzymał się dopiero w Winnipegu. 

CUT KNIFE HILL, 2 MAJA 

Tymczasem Budowniczy Zagród siedział spokojnie w rezer­

wacie. Był zadowolony i swojemu szwagrowi Robertowi 

Jeffersonowi (który był instruktorem rolnym i przebywał 

w obozie nie wiadomo, w charakterze gościa czy więźnia) 

opowiadał, że dopiero teraz Indianie żyją, jak im Pan Bóg 
przykazał. Sielankę zakłócały różne listy i manifesty od 

Louisa Riela, ale wódz przyjmował je obojętnie. Nigdy nie 
spotkał się z Rielem i nie były mu w głowie nowe awantury. 
Splądrowaniem Battlefordu udowodnił, że jest większym 
wodzem niż Duży Niedźwiedź, i to mu wystarczało. Jednak 

Metysom wydawał się bardzo pożądanym sojusznikiem, toteż 
w jego obozie znaleźli się eksowed Norbert Delorme (który 
poprowadził rajd na Bresaylor), Joseph Jobin (brat eksoweda 

Ambroise'a, nauczyciel, który zbiegiem okoliczności kilka 
miesięcy wcześniej przeprowadził się z Prince Albert do 
Bresaylor), a nawet Andre Nault i Dolphis Nolin, którzy nie 

wiadomo jakim cudem przenieśli się do niego z obozu (z nie­

woli?) Dużego Niedźwiedzia. 

Ostatni list od Louisa Riela był niepokojąco natarczywy. 

„Powstańcie, stawcie czoła nieprzyjacielowi — wzywał Riel 

5

 Jego synem byt późniejszy sekretarz stanu USA Dean Acheson. 

6

 B e a 1, M a c 1 e o d, op. cit., s. 255. 

225 

____ zdobądźcie Battleford, zniszczcie go, zabierzcie wszystkie 
towary i prowiant, i przychodźcie do nas". Battleford 
hvł przecież zdobyty, miasto zniszczone, towary zabrane, 

j atak na fort nie obiecywał żadnych korzyści. I niby 

dlaczego Indianie mieliby przywozić swoją zdobycz Me­
tysom? To przecież Metysi mieli pobić białych. Kitewayo 

v

el

 Alex Cayen, który przyjechał z Batoche na pożyczonym 

m

u przez Eksowedat koniu, niedawno objaśniał Indianom 

strategiczne plany. 

Najpierw zniszczymy kolej żelazną, aby nie mogła nadejść 

pomoc ze wschodu. Wtedy będziemy mieli policjantów jak ryby 
w saku. Kiedy ich wykończymy, i zetrzemy wszystkie ślady 
rządu, wezwiemy Amerykanów na naradę na równinie nad 
Saskatchewanem. Tam uzgodnimy warunki, na jakich sprzeda­
my im ten kraj. Wszyscy, Indianie i Metysi, będą ukontentowani. 

— Ładne bajki — odezwał się Robert Jefferson — ale nic 

z tego nie będzie. 

Kitewayo zmierzył go wzrokiem. 

— A więc to takim ludziom Indianie uratowali życie 

i trzymają ich w obozie — rzekł. — Jutro zwołam naradę, 
powiem, coś ty za jeden, i zobaczymy, co się z tobą zrobi. 

„Następne 48 godzin było najbardziej denerwującymi, jakie 

dotąd przeżyłem — pisze Jefferson. — Od początku tych 
kłopotów bałem się wiele razy, ale teraz byłem jak spara­
liżowany, spodziewając się pewnej śmierci. Ale nic się nie 
stało i po kilku dniach mój strach ustąpił"

7

. Doszedł do 

wniosku, że „powiedział tylko to, co większość i tak myślała", 
i nabrał na tyle otuchy, że kiedy teraz Budowniczy Zagród 
pokazał mu list od Riela, orzekł: 

— Wygląda na to, że w Batoche tracą grunt pod nogami 

i chcą pomocy. 

Budowniczy Zagród nic nie powiedział, ale widać było, że 

„ten pomysł nie przypadł mu do gustu". Jego odpowiedź 

J e f f e r s o n , op. cit., s. 139. 

5

 — Batoche 1885 

background image

226 

Rielowi była godna męża stanu. „Duży Niedźwiedź skończył 
swoją robotę — pisał między innymi. — Wziął Fort Pj

t

Zabili 11 ludzi, w tym agenta, dwóch księży i sześciu białych 
My tu też zabiliśmy sześciu białych [zełgał, choć z umiarem 
ale nie mógł wypaść dużo gorzej — G. S.]. Zabraliśmy 

wszystkie bydło i konie w okolicy. Jeszcze nie zdobyliśmy 
koszar, ale to jedyny budynek, jaki pozostał w Battlefordzie 

cały. Pisałeś, że przyjedziesz do Battlefordu, kiedy skończysz 
dzieło w Duck Lakę. Czekamy na ciebie, bo nie możemy 

zdobyć fortu bez pomocy. Mamy strzelby i karabiny wszelkich 
typów, ale amunicji do nich brakuje. Chcemy, żebyś nam 
przysłał amunicję. Jesteśmy słabi tylko z tego powodu. Podaj 

mi datę, kiedy Amerykanie dojdą do linii kolei Canadian 
Pacific"

8

. Lepiej niech Duży Niedźwiedź wyciąga kasztany 

z ognia, przecież skończył już swoją robotę; a jemu niech Riel 
przyśle amunicję... I to przypomnienie (złośliwe?) o Amery­
kanach — majstersztyk! Z listem do Batoche pojechał 29 

kwietnia Joseph Jobin. 

Także i ppłk Otter skończył swoją robotę. Zlikwidował 

oblężenie Battlefordu bez wystrzału. Otoczył szańcami budy­
nek rządowy, zamieniając go w „Fort Otter", i teraz zgodnie 

z rozkazem powinien był czekać, aż nadejdzie gen. Middleton. 
Nie tak jednak wyobrażał sobie swoją pierwszą akcję — bar­

dziej odpowiadałaby mu bitwa i spektakularne zwycięstwo. 
Także wśród ludzi pojawiło się zniecierpliwienie. Pochowano 
Franka Smarta, w końcu znaleziono zmasakrowane zwłoki 

Payne'a, przywalone kupą gnoju, a jednocześnie nadeszły 
wiadomości, iż Middleton stoczył bitwę z Metysami. Rozeszły 

się pogłoski, że oddział Ottera wkrótce wyruszy, aby policzyć 
się z Budowniczym Zagród, a potem uwolnić jeńców Dużego 
Niedźwiedzia. Pogłoski te były odzwierciedleniem życzeń 

mieszkańców Battlefordu, którzy marzyli o ukaraniu Indian, 
oraz żołnierzy, którzy chcieli wreszcie postrzelać. Otter 

C 1 i n k, op. cit., s. 54. 

227 

nodzielał ich uczucia, ale nie miał żadnego racjonalnego 

o0

wodu, dla którego miałby złamać rozkaz. Indianie nie 

stanowili zagrożenia dla Battlefordu. Nie było również obawy, 
że uciekną i unikną odpowiedzialności. Co najważniejsze, nie 
mieli zamiaru dołączać do Metysów — gdyby chcieli, już by 
to zrobili; plądrowanie było jednak atrakcyjniejsze od nad­
stawiania głowy dla czyichś politycznych celów. Toteż Otter 
wahał się. Wprawdzie Middleton zachęcał go do „brania na 
siebie odpowiedzialności przy wykonywaniu zadań", ale nie 

był pewien, czy może pod to podciągnąć rozpoczęcie działań 
zaczepnych. Wyraźnego zakazu nie miał... 

Zatelegrafował do Middletona, prosząc o instrukcje. „Niech 

pan przy obronie Battlefordu kieruje się własnym osądem. Pan 

jest dowódcą" — odpowiedział generał. Nadal nie było to 

pozwolenie na działanie zaczepne. Otter postanowił więc 
Middletona przechytrzyć. 26 kwietnia poinformował guber­
natora Dewdneya, że „uważa za konieczną niezwłoczną, 
zdecydowaną akcję w celu ukarania Budowniczego Zagród za 
popełnione przestępstwa", i prosił o aprobatę. Dewdney dał 
mu ją bez wahania. Kiedy więc tego samego dnia dostał od 
Middletona depeszę z poleceniem, aby „pozostał w Battlefor­
dzie, dopóki nie rozpozna terenu i sił Budowniczego Zagród", 

zinterpretował ją jako przypomnienie, by nie zaniedbywał 
zwiadu. 30 kwietnia powiadomił generała o zamiarze zaatako­
wania Indian. „Czy mam atakować? Proszę o wyraźne instruk­
cje", zakończył. W odpowiedzi przeczytał: „Walka z tymi 
ludźmi pociąga za sobą wielką odpowiedzialność. Sześciu 

dobrze rozmieszczonych ludzi może wystrzelać połowę pań­
skich sił. Lepiej niech się pan zadowoli trzymaniem Battlefordu 
i patrolowaniem okolicy". 

Middleton był w kłopotliwej sytuacji. Aby uniknąć zarzutu, 

że dyskryminuje kanadyjskich wojskowych, pozwolił ppłk. 
Otterowi na samodzielność, ale obawiał się dać mu zbyt wiele 
możliwości korzystania z niej. Na użytek publiczności pod­
kreślał zalety milicji, „z której część odbyła zwykle ćwiczenia 

background image

228 

obrony terytorialnej, a część nie miała za sobą nawet 

i tego. Ci ludzie zostali oderwani od biurek, kontuarów 
pługów, aby podnieść broń przeciw nieprzyjacielowi, którv 

był znany jako przebiegły, dzielny, znakomity wojownik 
leśny i dobry strzelec"

9

. Walka nad Fish Creek utwierdziła 

go jednak w przekonaniu, że milicja nie może takiemu 
przeciwnikowi stawić czoła. Dowiedział się też, jak reaguje 

prasa na straty w ludziach, i dalej planował kampanię 
tak, aby je zminimalizować. Sądził, że gdy pokona Metysów 
Indianie sami złożą broń, i nie miał chęci ryzykować 
życia milicjantów w niepotrzebnych starciach z nimi. Z dru­

giej strony, gdyby przypadkiem Otterowi się powiodło, 
do Middletona mogłoby przylgnąć piętno „zabójcy biednych 

Indian". Był więc zadowolony, że kampania na zachodzie 
toczy się bezkrwawo, i chciał, aby tak było dalej. Jednak 
Otter był uparty i 1 maja zadepeszował do niego: „Bu­
downiczy Zagród waha się między pokojem a wojną — dzi­

siaj wyruszam, by spróbować załatwić z nim sprawę". 
„Nie rozumiem pańskiego telegramu — odpisał generał. 

— Budowniczego Zagród należy ukarać, a nie paktować 
z nim. Lepiej niech się pan ograniczy do patrolowania". 
Jego depesza przyszła do Battlefordu, gdy Otter już z niego 
wymaszerował, zabierając 325 ludzi (batalion Queen's Own, 
kompania C Korpusu Szkoły Piechoty, Gwardia Piesza 
Generalnego Gubernatora, Strzelcy Battlefordzcy i pluton 

policjantów), dwie haubice i Gatling model 1881 (kpt. 
Howard został z modelem 1883 przy oddziale Middletona). 

„To wbrew moim rozkazom. Jestem zaniepokojony; on 

jest tak samo niedoświadczony, jak jego ludzie", telegrafował 

Middleton do Carona. 

Do wieczora oddział przeszedł 30 km — połowę drogi do 

rezerwatu. Po kolacji podjęto marsz na nowo, bowiem Otter 
chciał zgodnie z ortodoksyjną taktyką walki z Indianami 

' M i d d 1 e t o n, op. cir., s. 1. 

229 

zaatakować Budowniczego Zagród o świcie. „Oczywiście nie 

m

a szansy na zaskoczenie — zapisał por. Cassels. — Jego 

zwiadowcy prawdopodobnie już dawno nas zauważyli, bo 

oenie sygnałowe paliły się przez całe popołudnie na odległych 

wz

oórzach, ale chcemy go dopaść, zanim zdąży odejść". 

O 4.00 2 maja oddział natrafił na opuszczone obozowisko. 
Żołnierze na widok nieporządku i porzuconych utensylii 
uznali, że Indianie porzucili obóz i uciekają. Nie wiedzieli, 
że obozowisko indiańskie zawsze tak wygląda, a kiedy 
bałagan staje się nie do zniesienia, Indianie przenoszą 
się o kawałek dalej. 

Otter postanowił dać odpocząć ludziom i koniom, ale 

wygląd terenu nie zachęcał do postoju. Dalej natomiast widać 
było wysokie wzgórze o nazwie Cut Knife Hill, u którego stóp 
płynął potok. Wzgórze było porośnięte lasem, ale od potoku 
aż do jego wierzchołka rozciągała się szeroka polana. Otter 
uznał, że szczyt wzgórza byłby dobrym miejscem na od­
poczynek i śniadanie. Choć wykładał w szkole piechoty, nie 

pomyślał, że po stwierdzeniu bliskości nieprzyjaciela należało­
by wysłać zwiadowców, aby ze wzgórza rozejrzeli się po 
okolicy, a także spenetrowali las po obu stronach polany. 

Gdyby ponadto zainteresował się głębiej terenem operacji, 
wiedziałby, że nazwa wzgórza była groźnym memento — upa­
miętniała wodza Sarcee imieniem Krótki Nóż, którego obóz 

40 lat temu został tam otoczony przez Kri i Assiniboinów 
i wybity do nogi. 

Kolumna przekroczyła potok i ruszyła pod górę. Kiedy 

idący na czele policjanci byli blisko szczytu, na którym 

obiecywali sobie piknik, jak pisze konstabl Rumball, „rozpad­
liny po obu stronach ożyły wyciem wojennym i mrożącym 
krew w żyłach wrzaskiem, a potem kanonadą ze wszystkich 
stron"

 10

. Za wzgórzem dały się widzieć szczyty tipi. „Byliśmy 

w

 pułapce" — stwierdził Cassels. 

K1

 a n c h e r, op. cit., s. 47. 

background image

230 

Cassels, jak większość białych, przeceniał Indian. Wpraw­

dzie Budowniczy Zagród twierdził, że widzi żołnierzy

 na 

większą odległość, niż oni mogą widzieć jego (od gubernatora 

Dewdneya dostał bowiem w prezencie lornetkę), jednak żadni 
indiańscy tropiciele nie wykryli Ottera, a wokół obozu nawet 
nie było straży. Indian ocalił magiczny kamień, zwany Starcem 
Kamieniem, który nosił w sakwie pewien Kri imieniem Jakub 

o Długich Splątanych Włosach. Kamień wyczuł zbliżające<>o 
się wroga, obudził Jakuba, a on zbudził kilkunastu śpiących 
na uboczu Assiniboinów. 

Od ich pierwszych kul zginął kpr. Ralph Sleigh z Frog 

Lakę, a sierż. Ward został ciężko ranny w brzuch. Policjanci 
padli na ziemię i zaczęli się ostrzeliwać. Za nimi artylerzyści 

otworzyli ogień na ślepo, a operator Gatlinga zawzięcie kręcił 
korbą. Pociski padały za wzgórzem nie czyniąc żadnej szkody, 
mimo to Kri w popłochu rzucili się do ucieczki. Jefferson 

zajrzał do tipi Budowniczego Zagród. „Ubierał się w coś, co 
wyglądało jak derka ze szmat. W mej ignorancji zapytałem 
go, co to takiego, bowiem odzież ta — jeśli ją zwać odzieżą 

— miała tak nędzny wygląd, że nigdy nie zaliczyłbym jej do 
ubiorów wojennych. Pióropusze mogły być krzykliwe i niegus-
towne, ale były barbarzyńskie, i przede wszystkim były 
indiańskie. [...] Z wielką godnością poinformował mnie, iż 

jest to peleryna wojenna, która czyni go niewidzialnym dla 

wroga. Potem wstał i wyszedł bez słowa"

1 1

. Nie rzucił się 

jednak w wir walki, lecz wraz z uciekającymi zniknął 

w wąwozie. „Zatrzymał się z kobietami o milę od pola walki, 

gdzie jego wiara w moc peleryny nie została poddana próbie". 

Tymczasem Assiniboinowie widząc, że hałaśliwa bateria 

nie jest zbyt groźna, zaatakowali ją. Wyskoczyli z rozpadlin, 
„wyjąc, skacząc i machając nad głową kocami, na prawo 
i lewo, aby zmylić naszą celność" — pisze kpt. Rutherford. 

„Strasznie wyglądający faceci z tych Indian, długie włosy 

11

  J e f f e r s o n , op. cit., s. 144. 

231 

plecione w warkocze, twarze i ciała pomalowane, dziko 

vV

y

2

lądające łotry — stwierdził Cassels. — Francusko-kanadyj-

scy artylerzyści okazali nędznego, tchórzliwego ducha" i za-

cZ

ęli uciekać. Dowódca baterii, mjr Short, zatrzymał ich. 

Kto pójdzie ze mną? — zawołał, wskazując porzucone 

haubice. Nikt się nie ruszył. 

Pójdziecie ze mną? — krzyknął rozpaczliwie major 

w stronę policjantów. Milczenie przerwał st. sierż. Waltham, 
weteran wojny w Afganistanie: 

, No to prowadź, stary grzeszniku, a my pójdziemy za tobą! 
Na widok kontratakujących Indianie skryli się, pozo­

stawiając dwóch zabitych

 n

.

 Kula zerwała złote szamerowanie 

z furażerki Shorta. 

— A na dodatek była całkiem nowa — rzekł chłodno 

major, trzymając wiktoriański fason. 

Gdyby płk Otter poszedł za ciosem, mógłby szybko zakończyć 

walkę, ale uszła z niego energia. Czyżby zamajaczył mu cień 
ppłk. Custera? Tak jak to rzekomo zrobił Custer, Otter naprawdę 
złamał rozkaz. Miał czekać na przybycie głównych sił, a zamiast 
tego wyruszył na niepotrzebną wyprawę. Teraz, tak jak Custer, 

był otoczony przez Indian. Czy Cut Knife Creek miał stać się 
nowym Little Big Horn? Otter przygotował się do obrony 
— z artylerią i policjantami w centrum, Szkołą Piechoty na 
prawym skrzydle, Queen's Own i Gwardią Pieszą na lewym, 
Strzelcy Battlefordzcy zabezpieczali tyły, a wozy i rannych 
umieszczono pośrodku polany. Inicjatywę zaś oddał Indianom. 

Piękny Dzień, wódz stowarzyszenia Grzechotników, który 

dotąd pozostawał w cieniu Budowniczego Zagród, oburącz 
chwycił sposobność. Z magiczną wypchaną łasicą na głowie, 
przepasany na ukos skórą grzechotnika naszywaną paciorkami, 
zgromadził wokół siebie co odważniej szych Kri i ruszył do 
boju. Kobiety, dzieci i starcy zajęli miejsca na niedalekim 
wzgórzu i śpiewem dodawali ducha wojownikom. A ci 

12

 Jednym z nich był Dziura w Nosie. Nez Perce, dawny wojownik wodza 

Józefa. 

background image

232 

zachowywali się jak prawdziwi żołnierze-psy. Wyskakiwali 
w górę i kwitowali niecelne strzały przeciwnika wesołymi 
i ironicznymi okrzykami. Demonstrowali lekceważenie wro­

ga; ojciec Cochin, który siedział z nimi w rozpadlinie (chciał 
się dostać do żołnierzy, lecz ci strzelali bez wyboru, nie 
bacząc na sutannę), zauważył, że ładują broń nawet nie 

wyjmując fajek z ust. Choć było ich nie więcej niż 50, zdobyli 
przewagę psychologiczną. Mnożyli się żołnierzom w oczach, 
a śpiewy i wycie działały im na nerwy. „Każdy krzak, kamień, 

drzewo wydawały się buchać ogniem, a kule sypały się jak 
grad. Sytuacja była rozpaczliwa. Nieprzyjaciel miał znaczną 

przewagę liczebną. Nie ma wątpliwości, że gdyby przełamał 
naszą pozycję, cały oddział zostałby unicestwiony" — wspo­
mina Rumball. „Kule buczały i gwizdały wokół nas. Z przodu 

i z tyłu zarośla płonęły ogniem wystrzałów, a i ze szczytu 
wzgórza Indianie strzelali do nas. To cud, że nie zostaliśmy 

wszyscy zabici" — pisze szer. Watts z Queen's Own. Por. 
Cassels znowu pomyślał, że wolałby teraz być w Toronto. 

Kanonada była gorąca, ale obie strony strzelały mniej 

więcej tak samo — w ciągu czterech godzin nikt więcej nie 
ucierpiał. Zawiodły tylko haubice, które Otter zabrał zamiast 

9-funtówek, licząc na ich łatwiejszy transport. Te uniwersalne 
działa, które sprawdziły się w wielu bitwach zachodu Ameryki, 
w Kanadzie ulegały ciągłym awariom. Przyczyną było prze­

robienie lawet górskich na niższe i szersze, które miały być 
lepiej dostosowane do warunków prerii. Okazało się, że nie 
mogą one sprostać przeciążeniu przy odrzucie haubicy, zwłasz­

cza przy strzelaniu stromym torem. Laweta jednej haubicy 
rozsypała się, a drugiej pękła wzdłuż. Artylerzyści powiązali 

ją sznurami, ale przy każdym wystrzale czopy wypadały 

z obejm i lufa spadała na ziemię, turlając się po stoku ku 
wielkiej uciesze Indian

  l 3

13

 25 kwietnia Louis Riel modlił się: „W Twej niezmierzonej dobroci, 

Boże, proszę, rozdziel lawetę i lufę armaty Middletona tak kompletnie, jak to 
możliwe. Rozdziel je na zawsze, o Boże!" (The Diarie.s.... s. 71-72). 

233 

Indianie zaczęli zachodzić oddział od strony potoku. Strzelcy 

Battlefordzcy starali się ich usunąć, a kpt. Rutherford obrócił 
haubicę do tyłu, by im dać wsparcie, ale o mało nie trafił 
swoich. Milicjanci zaatakowali z okrzykiem „Pamiętajcie 
Smarta!", wyrzucili Indian znad potoku, lecz widząc, że 
oddalili się od sił głównych, zawrócili, a za nimi wrócili 
Indianie. Akcja ta kosztowała battlefordczyków jednego 
zabitego (był nim kucharz Dobbs, który podejmował Indian 
ucztą w Battlefordzie) i czterech rannych. Poza tym noszowy 
George Lloyd (tak jak Acheson student teologii)

14

 został 

ranny, kiedy wraz z Achesonem wynosił ciało Dobbsa, i musiał 
sam zostać wyniesiony. 

Na linii zaczęła się kończyć amunicja. Wystrzelano kilka­

naście tysięcy naboi do niewidocznego przeciwnika i Otter 
musiał się przekonać, że nic to nie daje, a powoduje straty 

— Indianie strzelali kiepsko, lecz w końcu kogoś trafiali. 
Zginęli kpr. Talbot Lowry

 15

 i trębacz Patrick Burkę z NWMP. 

Szer. John Rogers z Gwardii Pieszej leżał przy ziemi, gdy 
wydało mu się, że ktoś go o coś zapytał. 

— Co takiego? — nie dosłyszał Rogers i uniósł głowę. 

— O co... 

Urwał — kula trafiła go w czoło. Szer. Herbert Foulkes ze 

Szkoły Piechoty wstał, żeby lepiej wycelować, i szybko został 
trafiony trzema kulami, w tym jedną śmiertelnie. 

W południe Indianie znużyli się walką. Strzelali coraz 

mniej, a ci, którzy nie poszli na obiad, siedzieli w rozpadlinach 
i zastanawiali się, co teraz zrobią chemoginusuk. Ze zdziwie­
niem stwierdzili, że przeciwnik się wycofuje. Jak zwykle 
w takiej sytuacji ożywili się i nawet ustrzelili taborytę Charlesa 
Windera, „młodego angielskiego dżentelmena", który od-

Lloyd został później biskupem Saskatchewanu. 
Lowry, były oficer irlandzkiej milicji, byt synem brytyjskiego generała, 

który dowodził w wojnie krymskiej i podczas inwazji Fenian. On i Sleigh 

w

 Anglii byli kolegami z tej samej klasy, a spotkali się w Battlefordzie po 

faz pierwszy od czasów szkolnych. 

background image

234 

chodząc zatrzymał się na brzegu potoku, aby „wygarnąć do 
żebraków". Oddział Ottera stracił 8 zabitych i 14 rannych 
„To, że nie zostaliśmy wszyscy wybici, tak jak oddział 
Custera, trzeba przypisać odwadze i męstwu naszych chłop­

ców" — napisał szer. Watts. 

— Jak tylko wrócimy do Toronto, wypisuję się z wojska 

— podsumował głośno jeden z „chłopców". 

Indianie nie ścigali nieprzyjaciela, komentując się pozo­

stawioną amunicją i innymi drobiazgami. Budowniczy Zagród 

zdjął wojenną pelerynę i był w świetnym humorze. Kiedy 
Jefferson przypomniał mu, że uciekł, „roześmiał się i powie­

dział, że wielu innych też uciekło, a niektórzy ze strachu 
dotąd nie wrócili". Wieczorem Indianie urządzili ucztę i przy 
ogniskach odtwarzali swoje mężne czyny. 

Ppłk Otter w raporcie dla gen. Middletona podał, że „jego 

rekonesans osiągnął zamierzony cel, albowiem [Budowniczy 

Zagród] zadeklarował swoje intencje". W depeszy, którą 
wysłał do min. Carona, był mniej skromny — stoczył bitwę 
z 500 Indianami Budowniczego Zagród i Dużego Niedźwie­

dzia, i zabił 50. W relacjach dla gazet było to już 800 Indian 
i ponad stu zabitych, nie licząc tych, którzy zginęli od ostrzału 
artyleryjskiego. Widziano, jak Gatling kosił całe grupy ataku­

jących... 

„Kanadyjscy milicjanci psuli całą swoją dobrą robotę 

nieustającymi przechwałkami. W czystym samochwalstwie 
i niefałszowanej bladze Kanadol nie ma sobie równych. 

Jankes jest naiwnym gołąbkiem w porównaniu ze swym 
północnym sąsiadem" — stwierdził konstabl Donkin

 16

Gazety przedstawiały Cut Knife Hill jako walne zwycięstwo 

ppłk. Ottera, które uniemożliwiło Indianom połączenie się 
z Rielem i „złamało kręgosłup rebelii". W istocie Indianie 
stracili 5 zabitych i 3 rannych i pozostali na polu walki. Otter 

stracił działo, szer. Williama Osgoode'a z Gwardii Pieszej 

16

  D o n k i n , op. cir., s. 148. „Kanadol" — or. Canuck. Nazwa ta może 

być obraźliwa lub nie. zależnie od intencji mówiącego. 

235 

D

ozostawił na polu bitwy

 n

 i zamiast na laury zasługiwał na 

sad wojenny za niewykonanie rozkazu, zaniedbanie rozpo­
znania i nieudolne dowodzenie. Jednak Middleton ograniczył 

s

ię tylko do wytknięcia mu, iż nie powinien był się zwracać 

w tej czysto wojskowej sprawie" o aprobatę do gubernatora 

Dewdneya, lecz do niego. Co generał sądził o wyczynie 

pierwszego kanadyjskiego zawodowca", przebija z jego 

raportu, utrzymanego w ściśle brytyjskim niedopowiedzeniu: 

Siły Ottera liczyły 325 ludzi z dwiema 7-funtówkami i jednym 

Gatlingiem, siły nieprzyjaciela ocenia się na 200. Po sześciu 
oodzinach walki [...], znajdując swoją pozycję jako nie do 
utrzymania w nocy, [Otter] zdecydował wracać do Battlefordu, 
na wypadek, gdyby miał nastąpić kontratak [Indian] na tę 
miejscowość. [...] Choć sprawy tej nie można uważać za 
sukces, świadczy ona bardzo dobrze o niedoświadczonych 
oficerach i ludziach. Jak się wydaje, szczególnie dobrze został 
przez ppłk. Ottera wykonany odwrót"

  l 8

17

 W depeszy do min. Carona ppłk Otter podał, że stracił 7 zabitych, nie 

wymieniając szer. Osgoode'a. Ojciec Cochin znalazł nagie, zmasakrowane 
i podziurawione kulami zwłoki Osgoode'a i pogrzebał je. Pochował także 
Dziurę w Nosie, którym nikt się nie zajął, bowiem nie miał on krewnych 

w

 obozie. 

18

 M i d d 1 e t o n, op. cit., s. 43-44. 

background image

UPADEK ŚWIĄTYNI 

OTTAWA 

Rząd był bardzo zajęty, parlament obradował. Na porządku 

dziennym była ekscytująca kwestia prawa wyborczego dla 

kobiet. 27 kwietnia premier Macdonald zaprezentował swój 
projekt ustawy. 

— Mam nadzieję, że my w Kanadzie będziemy mieli 

wielki zaszczyt przewodzenia sprawie emancypacji kobiet 
i zrównania ich z mężczyznami — zakończył. Poparła go 

opozycja liberalna, a jej rzecznik wyraził nadzieję, że nadanie 
prawa głosu kobietom „stworzy wielki elektorat, który będzie 

po stronie reform moralnych, społecznych i religijnych". 

Takich właśnie perspektyw konserwatyści raczej się obawiali. 

— Premier chyba zapomniał, że jest premierem konser­

watywnym — zareplikował Joseph Royal, Metys z Winnipegu. 

— Teorii sufrażystek, które są skrajnie radykalne, nie może 
przyjąć żaden konserwatysta. Kobieta została stworzona do 

innego królestwa, niż polityka. Jej królestwo jest wystarczająco 
potężne... Jak mówią, były bardzo oświecone kobiety, które 
zapisały się w historii. Chciałbym zobaczyć, który z czcigod­

nych panów posłów wstanie i powie, że chciałby być mężem 
takiej oświeconej kobiety. 

237 

W kociej muzyce utonęły wszystkie inne kwestie, z rebelią 

na Terytoriach włącznie. 

SASKATCHEWAN 

Było zimno, lał deszcz, a w obozie Middletona panował 

nastrój „lekko posępny, głównie dzięki nagłej utracie nie­
których towarzyszy. Ten uboczny skutek wojny został nieco 
nieoczekiwanie uświadomiony obywatelom-żołnierzom". Stali 
się oni także bardziej nerwowi; wystrzał wartownika, który 
w nocy wziął kilku taborytów za nieprzyjaciela, zapoczątkował 

ogólną kanonadę, na skutek której taboryci uciekli i przesie­
dzieli do rana w jakiejś rozpadlinie. 

Gdyby sądzić po sumach wydawanych przez rząd na 

zaopatrzenie, na zachód wysyłano kolosalne ilości prowiantu, 
ale do żołnierzy docierało niewiele, i to głównie suchary, 
które — jak się domyślali — nie zostały dojedzone przez 
ekspedycję Wolseleya w 1870 roku. Wypuszczano się więc na 
patrole, które były pretekstem do zdobywania pożywienia. 
„Łupienie było na porządku dziennym — wspomina szer. 

Rusden z oddziału Boultona. — Nareszcie oddział kulinarny 
był bogato zaopatrzony w utensylia, garnki i patelnie. Talerzy 
było w bród, a każdy mógł się pysznić własną łyżką, nie 
mówiąc o widelcu i nożu, podczas gdy przedtem dwie trzecie 

kompanii musiało jeść palcami. Jadło się nam wspaniale, 
ziemniaki, wieprzowinę, cielęcinę, wołowinę, wszystko świeże. 
Zwłaszcza naszej kompanii wiodło się bardzo dobrze, ponieważ 

jako zwiadowcy penetrowaliśmy osady rebeliantów i zdoby­

waliśmy drób i jajka" '. „Wszystko, co się dało zabrać, było 

zabierane, przynosiliśmy różności, nawet krzesła" — dodaje. 
Middleton przymykał na to oczy, tym bardziej że zwiadowcy 
sprezentowali mu miękki fotel, którym zastąpił używane 
dotąd metalowe siedzisko od grabiarki do siana. 

' H. P. R u s d e n, Notes on the Suppression of the Northwest Insurrection. 

w: M a c 1 e o d. op. c/r., s. 267-269. 

background image

238 

3 maja do obozu dotarły wiadomości o walce pod Cut Knifp 

Hill. Wyglądało na to, że Otter przejął inicjatywę dzięki ternu 

że udało mu się wydostać spod kurateli Middletona. Zwłaszcza 
młodzi oficerowie skupieni wokół lorda Melgunda byli nieza­
dowoleni. W samą porę więc 5 maja przypłynął parowiec 
„Northcote", a za nim na holu dwie barki z zaopatrzeniem. Na 

brzeg wyładowały się kompanie A i C Batalionu Midland 

— 100 ludzi z ppłk. Van Straubenziem (weteranem buntu 
sipajów i oficerem sławnej Lekkiej Brygady kawalerii brytyj­
skiej), personel medyczny, w tym grupa pielęgniarek ze szpitala 
w Winnipegu, a także kpt. Howard z Gatlingiem model 1883. 

Teraz Middleton miał pod komendą 886 ludzi, wszystkich 

„znakomitego ducha". Z 10 batalionu Grenadierów Kró­
lewskich, Strzelców z Winnipegu i Batalionu Midland 
utworzył brygadę, której dowódcą (i swoim zastępcą) mia­
nował ppłk. Van Straubenziego. Zrezygnował z ataku na 

Batoche dwiema kolumnami po obu brzegach rzeki („ten 
plan, chociaż dobry, lepiej pasował do żołnierzy regularnych, 
niż do kompletnie niedoświadczonej i prawie niewyszkolonej 
milicji")

2

, a zamiast tego (jako że do kardynalnych wymogów 

„małych wojen" należą elastyczność i twórcze podejście) 
postanowił wykorzystać parowiec „Northcote". W koor­

dynacji z natarciem na Batoche miał on wysadzić na 
tyłach przeciwnika desant kompanii C Korpusu Szkoły 
Piechoty pod komendą mjr. Smitha i adiutanta kpt. Wise'a, 
któremu stłuczona kostka nie pozwalała chodzić ani jeździć. 

Zabrał się z nimi także por. Hugh Macdonald, który za­
chorował na różę w twarzy. 

7 maja oddział pomaszerował prawym brzegiem Saskat-

chewanu. Gen. Middleton ze zwiadowcami jak zwykle pojechał 
przodem. Na farmach nie napotkali nikogo, tylko w jednym 
z domów gotujący się gulasz pozwalał sądzić, że Metysi 

opuścili go w pośpiechu. „Ich obiad z kawałków niedogoto-

2

 Tamże.

 s. 39. 

239 

wanej wołowiny posłużył do zaspokojenia apetytów zwiadow­
ców, głodnych, a niezbyt wybrednych" — pisze Middleton. 

Według Rusdena natomiast to właśnie generał pierwszy chciał 
zabrać się do jedzenia, ale zwiadowcy zniechęcili go do tego 
rzuconą od niechcenia uwagą o upodobaniu Metysów do 
koniny. O dwa kilometry od Batoche zwiadowcy napotkali 
pikiety i zawrócili. Wieczorem oddział stanął w Dumonfs 
Crossing, przy stacji promu Gabriela Dumonta. Jego dom, 
sklep i salon bilardowy wzbudziły duże zainteresowanie. 
„Generał rozkazał, że mamy niczego nie ruszać, i wyrzucił 

wszystkich z budynku, ale już przedtem zostały zabezpieczone 
pewne pamiątki", pisze Boulton. „Znaleźliśmy pudełko cygar, 
trochę monet, rękawiczki i dużo towarów mieszanych" — pre­

cyzuje Rusden. 

„Noc była niespokojna — wspomina Boulton. — Obozowa­

liśmy o 6 mil od twierdzy Riela, który wiedział o naszej 
obecności, a było dokoła dosyć osłony, by wykonać nocny 
atak bez ostrzeżenia". Nic się jednak nie wydarzyło. Nazajutrz 
Middleton, nie chcąc maszerować przez nadrzeczne zarośla, 
skierował się w głąb lądu, na szlak z Humboldt. „Northcote" 
pozostał w Dumont's Crossing; Middleton polecił uczynić go 
„kuloodpornym", więc milicjanci rozebrali stajnie, a z drewna 

zrobili osłony układając na górnym pokładzie wzdłuż burt trzy 
warstwy trzycalowych desek. Uzupełnili je workami paszy, 
skrzynkami konserw i plecakami, które policjanci Irvine'a 

kiedyś zostawili w Humboldt, a statek miał dostarczyć do 
Prince Albert. Potem załoga zabrała z domu Dumonta stół 
bilardowy i pralkę mechaniczną, i podpaliła zabudowania. 

Po południu Middleton ze zwiadowcami znów znalazł się 

o dwa kilometry do Batoche. Na ich widok pikiety Metysów 
cofnęły się. „Wieczorem zebrałem dowódców i powiedziałem 
im, co zamierzam zrobić" — pisze Middleton. Dopiero wtedy 
poinformował ich o zamiarze zaatakowania Batoche od strony 
lądu i rzeki jednocześnie. 

background image

240 

BATOCHE 

Batoche czekało na wroga, skryte za siecią dołów strzelec­

kich; nie było tylko dość ludzi, by je obsadzić. Na wypadek 
oblężenia żywność była; Indianie przyprowadzili bydło, zra­

bowane „angielskim Metysom". Niestety, brakowało broni 
i amunicji. Eksowedat postanowił „wysłać dwóch ludzi do 
Fortu Battle, i jeśli to będzie możliwe, zagarnąć zapasy 
i amunicję" \ ale nawet gdyby Indianie zdobyli tam uzbrojenie 
nie pozwoliliby nikomu go zagarnąć. Może zgodziliby się je 

sprzedać, ale nie wiadomo ani o działaniach Metysów dla 
zdobycia na ten cel funduszów (tylko William Jackson myślał 
kiedyś o tym), ani o ich kontaktach z handlarzami bronią. 
Pewien ślad wskazuje na USA — „Pioneer Press" w St. Paul 

doniosła o zakupieniu i wysłaniu Metysom przez „feniański 
łącznik" trzech Gatlingów. Kapitan Bractwa Fenian James 
Kennedy wyraził zdziwienie, że Metysi nie użyli tej broni nad 

Fish Creek, i przekonanie, że Riel umieścił ją na umocnionych 
pozycjach pod Batoche, aby wykorzystać podczas „prawdziwej 
bitwy". Czy kilka solidniejszych stanowisk strzeleckich szy­
kowano dla Gatlingów? Czy w tej sprawie pojechał przez 
„magiczną linię" Norbert Turcotte? Nie wiadomo, jakie były 

losy tej transakcji, jednak do Riela broń nie dotarła. 

Można sądzić, że w każdym razie Louis Riel otrzymał 

z USA niedobre wieści. Jeszcze 26 kwietnia marzył, by mieć 
„dobrą armatę, jedną albo dwie, dwie albo trzy, moje własne, 
z taką ilością amunicji, jakiej trzeba". 28 kwietnia „przez 

zamknięte oczy widział światło jaśniejsze niż słońce" i był 

pewien pomocy Ducha Świętego. I oto 29 kwietnia ton 
zapisków w jego dzienniku zmienił się radykalnie. Pojawiło 
się otwarte odniesienie do Stanów Zjednoczonych — jako 

gwałtowna, pełna goryczy tyrada. „O, to niebezpieczny krok, 
prosić Amerykanów o pomoc! — pisał. — Zapewniam. 

3

 Li gh t, op. c/7., s. 217. 

241 

należy ich się bać. Nie mają moralności ani wiary, ani serca. 

T

0

 brudne psy, nędzne szakale, wściekłe wilki, szalejące 

n/CTrysy. [•••] Żyłem w USA nędznie wśród węży, wśród 
jadowitych żmij. O Boże! Oszczędź mi nieszczęścia wdawania 

s

ję w układy ze Stanami Zjednoczonymi". 

Zmienił się jednocześnie nastrój Riela. Skończyły się 

mrzonki o pobiciu Irvine'a i Middletona. Nie prosił więcej 
Bo

CT

a, by spuścił na nich plagi. Zaklinał za to Jego i wszystkich 

świętych, aby „zesłali mu łaskę szybkiego osiągnięcia dobrego 
porozumienia z Dominium Kanady". „Uczyń wszystko, aby tak 

było! — modlił się. — Pomóż mi zapewnić dla Metysów 
i Indian wszelkie korzyści, jakie można teraz uzyskać przez 
negocjacje. Daj nam łaskę zawarcia dobrego traktatu. Spraw, aby 
Kanada zgodziła się na zapłacenie mi wynagrodzenia, które mi 
się należy, nie małego wynagrodzenia, lecz wynagrodzenia, które 

byłoby godne i sprawiedliwe"

4

. Za co spodziewał się nagrody od 

rządu Kanady? Co miał mu w zamian do zaoferowania? 

Louis Riel podjął również ostatnią próbę przekonania księży, 

że powinni go poprzeć. 30 kwietnia wezwał ich przed 
Eksowedat. Przez sześć godzin trwało posiedzenie, podczas 

którego Riel starał się ich nawrócić; nazwał się Duchem 
Świętym — Parakletem i oświadczył, że jest reformatorem 
Kościoła jak Chrystus i Mojżesz. Misjonarze nie docenili 
tego, a nawet przeciwnie. „Musimy z ojcami Moulinem 
i Vegrevillem bronić naszej obrażanej wiary — zapisał ojciec 

Fourmond. — Ściąga to na nas potop obelg i groźby, że jeśli 
nie ugniemy się przed tyranem, wystawią nas na ogień 
nieprzyjaciela"

5

. Nie jest pewne, czy księża istotnie mieli 

posłużyć za żywe tarcze, ale miejsce ich aresztu — plebania 

— było na pierwszej linii obrony. 

1 maja przyjechał nauczyciel Joseph Jobin, przynosząc list 

od Budowniczego Zagród. Riel zaraz wysłał go z powrotem 

2

 listem oraz zadaniem nakłonienia wodza do przyjścia 

4

 The Diaries...,

 s. 77-78. 

F1 a n a g a n. Louis „Darid" Riel, s. 146. 

— Batoche 1885 

background image

242 

z trzystoma wojownikami do Batoche, żeby „załatwić ostate 
nie sprawę z Middletonem"

6

. Była to czysta despera ' 

— wódz nawet nie znał Riela i trudno było sądzić, że usłuch-

jego wezwań, skoro dotąd tego nie zrobił. 

Louis Riel zwrócił się także o pomoc listem otwartym d 

narodu amerykańskiego (podobny wysłał do feniańskiej ga

Ze

t

„The Irish World"). Chyba tylko po to, by nie zarzucać sobie 

jakiegoś zaniedbania; w świetle niedawnych enuncjacji o Ame 

rykanach trzeba wątpić, że czegoś się po tym spodziewał 

Jego dziennik to potwierdza. „Otom jest, stawiłem się na cz

as 

obrany przez Boga, aby się dopełniło — napisał 6 maja 
— Oczami memi widziałem znaki czasu, odkrywane nam 
przedtem. Nie chciałem uwierzyć, że były zaiste znakami 

czasu, lecz w końcu musiałem uznać je za to, czym były. 

Zaprawdę, oto leży przede mną czas na wiele sposobów 
określony, czas ogłoszony wszelkimi znaki, które miały się 

objawić, jak oznajmia Pismo. [...] Wróg nadchodzi w górę 
rzeki, będzie bombardować miasto. Jak ma się ono obronić? 
Nikt nie bierze sobie do serca jego interesów. Wpadnie w ręce 

zdobywcy, albowiem porzuciło Boga. Bóg także je porzuca. 
Dopełniło się". 

Zdradzonemu prorokowi pozostała tylko ostatnia ucieczka. 

„Duch Boży objawił mi, jak arogancka jest Anglia — zapisał 
8 maja. — O mój Boże, nie pozwól Anglii zdobyć przewagi 

nade mną, albowiem ona mnie zniszczy wraz z moim narodem. 
Uchroń mnie przed jej potęgą... O mój Boże, śpiesz mi na 

pomoc, nie zwlekaj"

7

SOBOTA, 9 MAJA 1885 — DZIEŃ PIERWSZY 

9 maja o 4.00 w obozie Middletona zagrała pobudka, 

a o 5.00 kolumna wymaszerowała. Na czele jak zwykle 

jechali zwiadowcy Boultona, z ubezpieczeniami bocznymi, 

6

 S t a n l e y, The Birth..., s. 365-366. 

7

 The Diaries...,

 s. 82-83, 86. 

243 

otem Gatling, za nim Grenadierzy Królewscy, a dalej Strzelcy 

Winnipegu, bateria A Królewskiej Artylerii Kanadyjskiej, 

Batalion Midland, Bateria Polowa z Winnipegu, wozy z amuni-

•„ j ambulanse. Pochód zamykali zwiadowcy Frencha. Ran­

kiem do obozu dojechało 10 000 hawańskich cygar, prezent 

0

d hurtownika z Montrealu. Nastroje były więc doskonałe, 

a nad maszerującą kolumną unosiły się kłęby dymu. 

Tymczasem „Northcote", ciągnąc na holu dwie barki 

z zaopatrzeniem, sunął w dół rzeki. O 8.00 był już blisko 
Batoche. Na skraju miejscowości ludzie z parowca ze zgrozą 

ujrzeli wisielca dyndającego na gałęzi drzewa — czyżby miał 
to być dla nich omen? Nie było czasu na rozmyślanie, bo 
z urwistych brzegów Saskatchewanu padły strzały. W miarę 

jak „Northcote" posuwał się w dół rzeki, ogień się nasilał; 

Metysi zbiegali się z całego Batoche, by postrzelać do 
niezwykłego celu. Z początku odpowiadali im tylko kpt. Wise 
i por. Macdonald; mjr Smith zabronił swoim ludziom strzelać. 

Jednak widząc, jak kule trafiają poszycie statku i bębnią 
w drewniane osłony, pozwolił otworzyć ogień — dla pod­
trzymania morale, bo ukrytych nieprzyjaciół nie było widać. 
„Kule sypały się na nas z obu brzegów od dziobu i od rufy 

jak dzika burza — wspomina jeden z żołnierzy. — Niemal 

z każdego krzaka unosiły się chmurki dymu, a z każdego 
domu i drzewa na szczycie urwisk nadlatywały z brzęczeniem 

kule. Odpowiadaliśmy spokojnie, strzelając salwę za salwą, 
i widziano, jak kilku zaczajonych nieprzyjaciół spadło z urwis­
ka głową w dół"

s

. Działała tu wyobraźnia — żaden z Metysów 

nie poniósł szwanku. 

Koordynacja natarcia zawiodła: siły lądowe były jeszcze 

daleko. „Ku mej wielkiej irytacji dał się słyszeć grzechot 
wystrzałów i gwizdek parowca, co znaczyło, że już się 

zaangażował — pisze Middleton. — Wystrzeliliśmy z armaty, 

a

by wiedzieli, że jesteśmy w pobliżu, i parliśmy dalej. 

M u 1 v a n e y, op. cit., s. 225. 

background image

244 

Słyszeliśmy ciągły gwizd i nieustanną kanonadę, i ufaliśmy 

że jest z nim wszystko w porządku"

9

W Batoche usłyszano huk armaty. 

— To grom Boży! — zawołał Riel. — Pan ześle piorun 

i porazi wroga! 

Kapitan Streets i pilot Seager, obaj doświadczeni w żegludze 

na Missisipi, byli w kłopotach. Sterówka okazała się niewy­

starczająco osłonięta; kule rozbijały świetliki, przechodziły 

przez cieńsze ścianki, jedna przeszyła rękaw kurtki pilota 

W pośpiechu sprokurowano osłony z odbijaczy i materaców 

Tymczasem zaś na „Northcote" czyhała pułapka — przewoźnik 

Alex Fisher zagrodził mu drogę poprzeczną stalową liną, 

wzdłuż której poruszał się prom. Zanim ktoś się zorientował, 

o linę zaczepiły dziobowe bomy, a potem maszt i kominy, 

łamiąc się po kolei i z trzaskiem padając na pokład. Utrata 

kominów sprawiła, że w paleniskach zabrakło ciągu, ciśnienie 

pary spadło i zmalała prędkość, dodatkowo pogarszając 

sterowność. Okaleczony „Northcote" pociągnięty przez barki 

obrócił się rufą do przodu i ścigany przez Metysów dryfował 

przez pięć kilometrów, aż zatrzymał się na mieliźnie. Wszyscy 

na pokładzie byli cali, maszyny nie ucierpiały, więc mjr Smith 

rozkazał zawrócić ku Batoche. Jednak kule wciąż padały, 

cieśla, który chciał zbadać uszkodzenia, został ranny w piętę, 

a opatrujący go sanitariusz w ramię, toteż kapitan Streets 

skierował statek w dół rzeki do Prince Albert

l0

O 9.00, kiedy „Northcote" już się oddalał, zwiadowcy 

Boultona podeszli na skraj Batoche. Na ich powitanie z domu 

Jeana Carona padły strzały; to jacyś Metysi, którzy nie zdążyli 

9

 Middleton, op. cit., s. 45. 

10

 20 kwietnia Riel pisat w dzienniku: „Boże. użyj naszej liny od promu, 

by wywrócić parowiec", a nazajutrz: „Ześlij nam parowiec, kiedy będziemy 
mogli się z nim spokojnie rozprawić. [...] Niech gdy usłyszą grom, wiedzą, 
że Wszechmogący przygotowuje się. by wymierzyć im karę i wziąć odwet'. 

W marcu miał wizję „lodzi, płynącej w dół Saskatchewanu" i „liny od promu. 
która wyglądała, jakby była zerwana". „Northcote" był 20 kwietnia w Swift 
Current, a dołączył do Middletona dopiero 5 maja (The Diaries.... s. 62, 68-69). 

245 

ziać udziału w strzelaninie nad rzeką, zademonstrowali 

0

ją obecność. Middleton od razu pokazał, że nie ma 

nim żartów — podciągnął artylerię; cztery działa baterii 

A i Artylerii Polowej otworzyły ogień. Wkrótce dom Carona 

stanął w płomieniach, a kolumna ruszyła dalej, zachowując 

s

zyk marszowy — tylko bateria A znalazła się na czele, 

obok Gatlinga. Następnymi budynkami przy szlaku były 

kościół i plebania. Zza węgła plebanii ktoś zaczął strzelać 

i Middleton postanowił dla odmiany wypróbować Gatlinga. 

Kpt. Howard zakręcił korbą i oddał długą serię mierząc 

w dach, po chwili poprawił drugą. „Dostrzegliśmy białą 

fl

ag

ę, którą ktoś machał z okna. Kazałem wstrzymać ogień 

i podjechałem do domu, który okazał się pełen ludzi; 

trzech czy czterech księży rzymskokatolickich, kilka sióstr 

miłosierdzia i sporo kobiet i dzieci, te ostatnie będące 

wszystkie mieszańcami. Uspokoiliśmy ich i kontynuowaliśmy 

natarcie" — pisze Middleton. Jednak według ojca Fourmonda 

generał sam był niespokojny. „Wygląda na bardzo zmart­

wionego, rozgląda się na prawo i lewo za nieprzyjacielem, 

który nigdzie nie zdradzał swej obecności. Dziwny sposób 

prowadzenia wojny. Idzie w paszcze karabinów Metysów, 

nie wiedząc, gdzie są. Mówimy mu: Niech się pan strzeże, 

jest pan w Batoche, czekają tu na pana..." ". 

Istotnie, prócz ogólnikowych, Middleton nie miał żadnych 

informacji o sile i pozycjach przeciwnika. Nie rozpoznał także 

terenu, mimo że miał na to dosyć czasu, i nawet z grupą 

Boultona bywał w pobliżu. Prawdopodobnie liczył na zaskocze­

nie i przewagę liczebną na wybranym odcinku, i dlatego zamiast 

utworzyć szyk bojowy, pchnął kolumnę marszową najkrótszą 

drogą ku Batoche. Otwarty teren między kościołem a cmenta­

rzem zachęcał do tego. To, że po obu stronach był obramowany 

lasem, a od strony cmentarza dodatkowo jeszcze rozpadliną, 

powinno było wzbudzić podejrzenia, ale ponieważ nic się nie 

W.  H i l d e b r a n d t , The Battle of Batoche. British Smali Warfare and 

the Entrenched Metis.

 Ottawa 1986, s. 44. 

background image

246 

działo, kolumna ruszyła dalej. Żołnierze spokojnie przeszl' 
pół kilometra i znaleźli się na skraju wyżyny. Dalej stok 
wzgórza dość stromo opadał ku rzece. Z wysokości widać 

było domy Batoche, prom, rozrzucone farmy, tipi w obozie 
indiańskich sojuszników Riela, a za rzeką jego kwaterę,

  n a d 

którą powiewał sztandar z Marią Panną. Bateria A zaczęła 
strzelać. Widać było, jak ludzie w Batoche biegają bezładnie 

Była 9.45. 

Metysom sprzyjało szczęście. Gdyby „Northcote" zatrzymał 

się na przeszkodzie i zająłby ich na dłużej, Middleton zastałby 
ich nieprzygotowanych. Lecz teraz Metysi, którzy na od«łos 

wystrzałów przerwali pogoń za parowcem, zaczęli gromadzić 
się w lesie. 

„Już zaczęliśmy myśleć, że rebelianci sobie poszli — pisze 

Rusden — gdy bez najmniejszego ostrzeżenia usłyszeliśmy 

mrożące krew w żyłach wycie wojenne, a po nim salwę 
z rebelianckich karabinów". „Z gwałtownością pioruna z bez­

chmurnego nieba trzask kanonady przeleciał przez zalesiony 
stok po prawej i z przodu. Krzaczasty stok, który wydawał się 

bezludny, nagle zaroił się od dzikusów, wyjących jak kojoty. 
Gardłowe «ki-ji-ki-ji» i omiatający nas ostrzał sprawiły, że 
sytuacja stała się męcząca dla nerwów" — dodaje jeden 

z Grenadierów

 12

. Najpierw znalazła się pod ogniem bateria A, 

a zaraz potem cały oddział zaległ, przygwożdżony z obu stron 
ogniem z lasu oraz z kilkunastu dołów strzeleckich i spara­

liżowany zaskoczeniem. Metysów było nie więcej niż 80, lecz 
gęsty ogień ich Winchesterów sprawiał wrażenie, że są 

znacznie liczniejsi. 

Gen. Middleton popełnił taki sam błąd, za jaki niedawno 

krytykował ppłk. Ottera — wysłał oddział bez rozpoznania 
w miejsce, gdzie był odsłonięty i ostrzeliwany z dwóch stron 

przez ukrytego przeciwnika. Przegrupował się do kontrataku: 
dwie kompanie Grenadierów, Midlandczycy i spieszeni zwia-

12

 Tamże,

 s. 49. 

247 

rlowcy mieli zaatakować las od strony kościoła, a Strzelcy 

Winnipegu i dwie pozostałe kompanie Grenadierów — roz-

dlinę j zarośla od strony cmentarza. Poszło to nie najlepiej. 

Nie tego się spodziewaliśmy — stwierdził Rusden. — Leżeliś­

my, strzelając na ślepo nie wiadomo do kogo, słuchając świstu 
rebelianckich kul i ich nieustannego klekotu, kiedy uderzały 
o drzewa. Taki sposób wojowania jest bardzo niedobry dla 
młodego żołnierza. Nie ma tu podniecenia ani gorączki 
bitewnej, które by go podtrzymały, krew stygnie mu na myśl, że 
walczy w niekorzystnym położeniu, że wróg zna jego pozycję, 

a

 on nie wie, gdzie jest wróg"

 B

. Middleton stwierdził, że 

milicjanci zalegli, „obsługi dział i konie ucierpiały", a jedna 
armata jest nie do użytku, bo w panewce utkwił złamany 
zapłonnik. Rozkazał cofnąć się w stronę kościoła. Grenadierzy 
zaczęli wstawać, ściągając na siebie jeszcze gęstszy ogień. 
„Rebelianci mieli dużo więcej amunicji, niż myśleliśmy" 

— stwierdził z zawodem któryś. Jedno z dział zaczepiło o pień 
drzewa. Artylerzyści zaczęli się z nim szamotać, lecz nie mogli 
go uwolnić. „Na ten widok ludzi ogarnęła niemal panika 
i popędzili do tyłu, do najbliższej rozpadliny". Wtedy grupa 
Metysów wyskoczyła z krzaków i rzuciła się w stronę armat, 
strzelając w biegu. Na ich drodze stanął kpt. Howard ze swoim 
Gatlingiem. Elie Dumont opisuje to tak: „Widzimy, że są bliżej 

kościoła; atakujemy z tej strony. Byłem z Philippem i Bouche-
rem, nas trzech z przodu. Inni z boku i trochę z tyłu. Z przodu 
był Gatling, my byliśmy wśród małych topól. Nagle Philippe 
mówi: «Tam na pagórku jest policja». Philippe strzela, Boucher 
także. Ludzie przy Gatlingu zaczynają go obracać. Kiedy Gatling 
strzela, my rzucamy się na ziemię. Gatling strzela do nas. Kiedy 

kończy strzelać, biegniemy z powrotem..."

 14

. Jeden z ludzi 

z obsługi Gatlinga został ranny, a jeden koń zabity. Kpt. Howard 
chciał zademonstrować zalety swojego towaru, ale do Metysów 

nic nie miał, więc strzelał ponad ich głowami albo w ziemię. 

R u s d e n, op. c/7., s. 275-276. 
H i 1 d e b r a n d t, op. cit., s. 48. 

background image

248 

Mimo to moralne oddziaływanie serii wystrzałów sprawiło ± 
Metysi skryli się i pozwolili żołnierzom się wycofać. „T

incydent został wyolbrzymiony w gazetach w «uratowanie 
dział przez Gatlinga» — pisze urażony Boulton. — R™ 
Howard nie zrobił nic więcej, niż stale robili nasi artyłerzyści 

i gdyby nie to, że był oficerem amerykańskim, jego nazwisko 
w ogóle nie zostałoby wymienione" '

5

Do 11.00 oddział ugrupował się w okolicy kościoła w po­

przek szlaku, z Grenadierami na prawym skrzydle, Strzelcami 
z Winnipegu na lewym, baterią A w centrum, Baterią Polową 

z tyłu i Batalionem Midland w odwodzie. Gen. Middleton 
przekazał dowodzenie lordowi Melgundowi (co robił brygadier 
Van Straubenzie, nie wiadomo) i zbadał teren wokół kościoła. 
„Był zimny jak ogórek — stwierdził z podziwem szer. Clapp 

z Batalionu Midland. — Kiedy tak jeździł po polu, pod 
ogniem zdeterminowanego i okopanego nieprzyjaciela, paląc 
hawańskie cygaro, można by pomyśleć, że nadzoruje brygadę 

na manewrach". Generał stwierdził, że najsilniejszy ostrzał 

jest kierowany z zalesionego wzgórza po prawej stronie. 

Spróbował oskrzydlić Metysów w tym miejscu, ale atak 
Batalionu Midland spełzł na niczym, mimo że na czele był 

kpt. Howard i jego Gatling, osłaniany przez grupę strzelców 
wyborowych. Middleton wrócił na lewe skrzydło i stwierdził, 
że pod jego nieobecność Melgund kontratakował. Wsparcia 

udzielała mu wysunięta do przodu bateria A. Tłukła po 

krzakach po obu stronach drogi, lecz bez większego skutku; 

Melgund został odparty, a co gorsza, zostawił rannego 

kanoniera Phillipsa. 

Minęła 13.00. Middleton przegrupował oddział (teraz w cen­

trum umieścił Batalion Midland), kontratakował, ale znów musiał 
się cofnąć. Słychać było, jak Phillips woła z jakiejś rozpadliny: 

— Na miłość Boską, nie zostawiajcie mnie! Mam złamaną 

nogę! 

15

 B o u 1  t o n , op. cir., s. 137. 

249 

Po sodzinie kanonierzy Coyne i Beaudry wyciągnęli Phil­

lipsa. lecz był już martwy

 16

. Pierwsza śmierć bardzo zde­

prymowała Middletona. Wkrótce potem padł 18-letni Grenadier 
Thomas Moore, syn znanego malarza z Toronto. Zabitych 
i rannych lokowano w kościele, gdzie księża i siostry urządzili 
szpital. Wkrótce jednak niedaleko kościoła Metysi podpalili 
prerię. Wiatr wzbijał płomienie i dym, i budziła się obawa, że 
pod ich osłoną Metysi zaatakują i odetną drogę zaopatrzenia 
i odwrotu. Niespodzianie, spontanicznie zaczął się odwrót. 
Rannych wyniesiono z kościoła i umieszczono w ambulansach, 

które zaczęły się wycofywać. Za nimi poszły wozy z amunicją 
— chirurg brygady dr Orton twierdził, że taki był rozkaz 
Middletona. Pojawił się lord Melgund, uspokoił sytuację, 
zatrzymał wozy, które odjechały już dość daleko, a ogień 
wkrótce zgasł. Incydent ten upewnił Middletona, że błys­
kawicznego sukcesu nie odniesie. 

Generał brał pod uwagę taką możliwość. Poprzedniego dnia 

wieczorem w rozmowie z szefem sztabu Melgundem stwier­
dził, że „jeśli nie uda mu się wejść prosto z marszu do 
Batoche, zrobi z tego rekonesans i zawróci". Dlatego też 
obozu nie zwinięto; pozostały w nim namioty, wozy, zwierzę­
ta i 200 taborytów. Teraz jednak, mimo że Melgund i Van 
Straubenzie chcieli wracać, Middleton postanowił zostać. 
„Robiło się późno — wyjaśnia — i choć nie dawaliśmy się, 
nie było wskazane ryzykowanie ataku przez okalające wieś 

gęste chaszcze, które roiły się od nieprzyjaciół. [...] Więk­
szość, jeśli nie wszyscy moi oficerowie, byli zdania, że nie 
byliśmy dość silni i powinniśmy wrócić do obozu i tam 
czekać na posiłki. Chociaż cieszyłbym się, gdybym dostał 
trochę więcej ludzi, to uważałem, że byliśmy wystarczająco 
silni, a kilka dni zwłoki przed szturmem uczyni tylko naszych 
ludzi sprawniejszymi i bardziej chętnymi do walki. Stać nas 
też było bardziej niż nieprzyjaciela na to, by zużywać 

16

 Za ten czyn zostali rekomendowani do Krzyży Wiktorii — jedynych za 

bitwę pod Batoche. 

background image

250 

amunicję. Ponadto, gdyby posiłki miały okazać się niezbędne 
to korzystniej było czekać na nie tu, gdzie byliśmy. Gdybyś­
my się zaczęli cofać, bylibyśmy ścigani, a wtedy nasz odwrót 

mógłby zamienić się w klęskę. Postanowiłem więc trzymać 
się tutaj za wszelką cenę, nawet za cenę pozostawienia wraz 

z nami rannych, chociaż przez pewien czas miałem zamiar ich 

odesłać"

  n

Pozostanie w bezpośredniej bliskości nieprzyjaciela było 

możliwe tylko pod warunkiem uzupełnienia ofensywnej strategii 
defensywną taktyką. Od czasu amerykańskiej wojny secesyjnej 

takie działanie było uznawane przez europejskich teoretyków 
i praktykowane zwłaszcza w wojnach kolonialnych. Kpt. Haio, 
zawodowy żołnierz Królewskich Wojsk Inżynieryjnych, wyzna­

czył w pobliżu rzeki „miejsce wystarczająco otwarte, by 
pomieścić obóz. Było to zaorane pole, na którym szczęśliwie 
były dwa stawy. Wziąłem dwa konie artyleryjskie, zaprzągłem je 

do pługa i wyorałem dwie bruzdy dokoła, jako zarys tego, co 
miało być naszym obozem"

 l8

. O 15.00 oddział rozpoczął 

wycofywanie się na upatrzoną pozycję. Gen. Middleton wysłał 
oddział Boultona, aby sprowadził wozy taborowe. Tymczasem 
milicjanci kopali rowy, posługując się bagnetami i blaszanymi 

talerzami, i budowali wały z torfu i żerdzi wyrwanych z płotów. 
Naprzykrzali im się Metysi, ostrzeliwując ich gęsto, choć bez 

efektów. Ich aktywność nasiliła się o 18.30, kiedy ostatni 
milicjanci opuścili okolice kościoła — grupa Metysów próbowa­

ła ich ścigać od strony rzeki, pod osłoną urwistych brzegów, ale 
cofnęła się po krótkiej walce ogniowej, w której jeden żołnierz 

został ranny, a dwa konie zabite. 

O 19.00 nadjechały tabory i Haig rozpoczął budowę 

warowni, którą na modłę wojny sudańskiej nazywano zeribą. 
Wewnątrz usypanych wałów ustawiono 160 wozów, połączono 

17

 M i d d 1 e t o n, op. cit., s. 47. Słowa o zamiarze odesłania rannych mogą 

wyjaśniać późniejszą kontrowersję z dr. Ortonem, który twierdził, że Middleton 
miał zamiar wracać do obozu, i to on go powstrzymał. 

18

 H i 1 d e b r a n d t, op. cii., s. 55. 

251 

;

e

 ze sobą dyszlami i umocniono czym się dało — belami 

siana, workami owsa... Pośrodku, wewnątrz dodatkowych 
wałów rozbito namioty szpitalne. Na zachodnim skraju zeriby, 
który dochodził na odległość 400 metrów do pozycji Metysów 
niedaleko kościoła, Haig ustawił wozy w trzech rzędach. Od 

północy, gdzie w odległości 150 m zaczynał się las, usypano 
redany, w których umieszczono armaty tak, by mogły strzelać 
w kierunku północnym i wschodnim. Od strony południowej, 
zwróconej ku rzece, czuwał kpt. Howard z Gatlingiem. Do 
22.00 praca była skończona. Zeriba zajęła powierzchnię 
5 hektarów i pomieściła 1100 ludzi, 600 koni i 80 sztuk bydła. 
Wokół w wozach stanęły warty, a ludzie ułożyli się do snu na 
ziemi. Taboryci wykopali doły pod wozami i schowali się 
w nich, jak pisze Boulton, „raczej ryzykując reumatyzmem 

niż wystawianiem się na kule". 

„W końcu nadeszła noc, ale chociaż byliśmy zmęczeni, nie 

cieszyliśmy się — wspomina jeden z żołnierzy. — Byliśmy 
stłoczeni i niezmiernie radzi z tego, że stanowimy dobry cel 
nawet dla kogoś, kto strzelałby na chybił trafił. Ludzie uwijali się 
przy budowie umocnień, woźnice, zdenerwowani i przestraszeni, 
wrzeszczeli na równie nerwowe zwierzęta. Kule gwizdały 
i świstały nad nami, a czasem trafiały w coś w środku. Miłe 
widoki na noc, zwłaszcza jeśli się pamięta, że ulubioną sztuczką 

czerwonoskórych jest płoszenie bydła i koni przeciwnika. 
Kopyta zadają gorsze rany niż kule, a nie mieliśmy żadnej 
ochrony przed przestraszonymi zwierzętami..."

 19

Wieczorem gen. Middleton rozważał sytuację. Straty nie były 

wielkie — dwóch zabitych i 9 rannych — ale nie udało mu się 
ani demonstracją siły skłonić Metysów do kapitulacji, ani zdobyć 
Batoche z marszu. Wprawdzie wszystko wskazywało na to, że 

Metysi nie mają Gatlingów ani armat, ale zachowanie jego 
własnego oddziału utwierdziło generała w przekonaniu, iż 
bezpośredni szturm i tak nie jest wykonalny i należy nastawić się 

M u 1 v a n e y, op. cit., s. 60. 

background image

252 

na dłuższe działanie. Wysłał dwie depesze, w których doma»ał 

się posiłków. Wysłał też lorda Melgunda na wschód, oficjalnie 
z listem do ministra Carona. O nastrojach w obozie świadczy 
panujące powszechnie podejrzenie, że Melgund miał zapewnić 
przysłanie z Anglii brytyjskich wojsk regularnych, na wypadek 

gdyby siły kanadyjskie ugrzęzły pod Batoche na dobre

20

Tymczasem w Batoche wieczór upływał przyjemnie. Metysi 

i Indianie cieszyli się zwycięstwem — odparli żołnierzy bez 

strat. Armaty były mało skuteczne, a hałaśliwy Gatling okazał 
się niegroźny, toteż Metysi nazwali go lekceważąco „rababou" 

— grzechotką. Przypuszczali, że zabili wielu żołnierzy, i przy 

fajkach zastanawiali się, co robić dalej. „Kreśliliśmy plany na 
wieczór — wspomina Elie Dumont. — Indianie mówili: 

powinniśmy bić się z nimi w nocy w ich obozie, przez całą 

noc; wy, Metysi, możecie pracować w dzień. Metysi mówią: 
dobrze. O zmierzchu Indianie zaczęli strzelać do obozu, co 
parę minut wystrzał, i tak całą noc do świtu"

21

. „Indianie 

lubili do nich strzelać" — dodaje Gabriel Dumont. 

NIEDZIELA, 10 MAJA 1885— DZIEŃ DRUGI 

„Choć uniknęliśmy słampede, przeczucie paskudnej nocy 

w znacznym stopniu się sprawdziło — ciągnie wspomniany 

żołnierz. — Strzelanina trwała prawie przez całą noc, i mało 
kto przespał całe pięć godzin, jeśli spał w ogóle". Ranek za to 
wstał piękny. Chociaż w nocy mróz ściął kałuże i ludzie byli 
„zesztywniali od reumatyzmu", to było słonecznie i bezwietrz­

nie, i szybko zrobiło się ciepło. „O świcie stanęliśmy pod 
bronią, ale był spokój. Po wczesnym śniadaniu z sucharów, 

bekonu i herbaty wyprowadziłem część piechoty — pisze 

20

 Bitwa skończyła się, zanim lord Melgund dojechał do Qu'Appelle. 

Middleton o tym nie wspomina, ale najbliższa prawdy może być wersja, że 
odesłał Melgunda, ponieważ jego żona zawiadomiła go, iż spodziewa się 

dziecka. 

21

 Hi 1  d e b r a n d t, op. cii., s. 61. 

253 

jvtiddleton. — Nie mogliśmy jednak zająć wczorajszych 
pozycji, bowiem nieprzyjaciel zwiększył siły, i teraz trzymał 
wyżynę wokół cmentarza i teren przed kościołem. Niektórzy, 
sądząc z ich krzyków byli to Indianie, zajęli stanowiska na 
samym skraju poniżej cmentarza"

2 2

. Metysi obsadzili wszyst­

kie doły strzeleckie i nie mieli zamiaru pozwolić „policji" się 
zbliżyć. Milicjanci zatrzymali się w połowie drogi do skraju 
lasu i także zaczęli kopać doły. „Kilofami i łopatami bierzemy 
się do pracy, ale nie pozwalają nam jej kontynuować — pisze 
szer. Clapp. — Często dostajemy salwę od frontu, a czasem 
z prawej flanki, co sprawia, że musimy porzucić nasze 
instrumenty i sięgnąć po broń palną. Padamy za na wpół 
gotowymi umocnieniami i kierujemy gęsty ogień na desperac­

kich i zuchwałych rebeliantów"

23

. Nikomu nic się nie stało 

i wkrótce przed zeribą rozciągał się szereg dołów. Kpt. Haig, 
zmartwiony bliskością lasu od strony północnej, nie spoczął, 
dopóki taboryci zgodnie z regułami sztuki fortyfikacyjnej nie 
wznieśli tam „potężnych szańców". Wycięto krzaki na przed­

polu, wykopano głęboki okop z kaponierami, wydobytą ziemią 
podwyższono wał przed wozami, a wewnątrz zeriby usypano 

jeszcze trzy „wielkie kurtyny", wysokie na 1,5 m. 

Grenadierzy, Midlandczycy i zwiadowcy Frencha roz­

lokowali się w dołach od frontu, a za nimi stanęły obie 
baterie armat. Strzelcy z Winnipegu siedzieli od strony rzeki. 
Kpt. Howard i „katarynka", jak nazwali jego machinę 
żołnierze, ze zwiadowcami Boultona strzegli północnego 
skraju. Rozglądano się za policjantami Irvine'a (rozeszły się 

plotki, że są w drodze) i wypatrywano parowca „North-
cote". Działa ostrzeliwały las ogniem nękającym, nie zadając 
Metysom żadnych strat. „Gdybyśmy mieli moździerze, mog­
libyśmy ich wykurzyć z tych dołów — ocenił jeden z mili­
cjantów — ale 9-funtówki tylko rozwalały drzewa naokoło". 
Nie skorzystano z możliwości ostrzeliwania dołów ogniem 

22

 M i d d 1 e t o n, op. cit., s. 48. 

H i l d e b r a n d t , op. cit., s. 63. 

background image

254 

pośrednim Gatlinga; prawdopodobnie dlatego, iż kpt. Ho­
ward nie chciał zabijać Metysów. Bateria A zniszczyła 

kilka szałasów po drugiej stronie rzeki i wykurzyła z

Z a 

nich nieprzyjacielskich strzelców. Podbudowani tym Gre­
nadierzy wyszli z dołów i idąc brzegiem rzeki pod osłoną 

urwiska spróbowali oskrzydlić Metysów na cmentarzu 
ale ci z drugiego brzegu wzięli ich pod ogień. Grenadierzy 

cofnęli się, unosząc siedmiu rannych. Przyglądał się temu 
z niesmakiem ojciec Fourmond. „Żołnierze Middletona 
strzelali oszczędnie, tylko w odpowiedzi — zanotował. 

— I tak uważaliśmy, że profanują wypoczynek niedzielny. 
Za to ludzie Riela aż się palili, by okazać żarliwość 
dla nowej religii przez nieuznawanie świętości tego dnia. 
Nie zauważyłem, aby ktoś z nich został ranny...". Ojciec 

Moulin nawoływał, by Metysi rzucili broń i przyszli 
raczej na mszę niedzielną, ale bez skutku. 

Tak minęło południe. Middleton dowiedział się, że o 2 km 

na północ jest kawał prerii, i wysłał kpt. Frencha, by się 
zorientował, czy można tamtędy poprowadzić atak. Właściwie 

powinien był to już wiedzieć wcześniej, lecz choć jeździł sam 
na zwiady, nie zbadał wszystkich podejść do Batoche. 

Przed wieczorem oddziały zaczęły wracać do zeriby pod 

najgęstszym ogniem w ciągu całego dnia. Middleton umieścił 
strzelców uzbrojonych w karabiny Martini-Henry w dołach na 

prawym skrzydle, aby osłaniali opuszczających linię. Wieleb­
ny Gordon Pitblado, który przyjechał aż z Winnipegu 

z pociechą duchową, odprawiał niedzielne nabożeństwo przy 
akompaniamencie wystrzałów. „Jego kazanie robiło tym 
większe wrażenie, że musiał podnosić głos ponad hałas 

strzelaniny"

24

W ciągu dnia Middleton z zadowoleniem powitał „bardzo 

użyteczny, sprawny oddział na dobrych koniach, prawie 
wszyscy z zawodu mierniczy". Była to nieregularna grupa 50 

B o u 11 o n, op. cii., s. 142. 

255 

ludzi, o nazwie Korpus Zwiadowczy Geodetów Dominium. 
Można powiedzieć, że przestępcy wrócili na miejsce zbrodni; 
odyby nie ich zamiłowanie do symetrycznych pomiarów 
działek, Metysi nie mieliby głównego powodu do rebelii. 

,Słońce zachodziło i ogień karabinowy prawie ustał, więc nie 

chowaliśmy się za bardzo — wspomina Geodeta Ord. — Whee-
ler z jakąś czerwoną kurtką siedzieli w dołku, a trzeci leżał 
z tyłu, i wszyscy sobie miło gawędzili, gdy usłyszeliśmy ostre 
«pac» i «bzzing», kula przeleciała mi koło ucha i rozległ się 
trzask karabinu. «Na Boga — powiedział chłodno Wheeler 

— jednak trafił», obrócił się i pokazał, jak kula wybiła dziurę 
w ramieniu poniżej barku, szczęśliwie nie tykając kości. 
Skądinąd znakomity strzał, bo strzelec musiał być co najmniej 
o 500 jardów od nas"

2 5

Wieczór mijał przy akompaniamencie nękających wystrza­

łów. Kule co pewien czas padały w zeribie, zabijały konie, 
a jedna utkwiła obok zawieszonego na wozie lusterka, przed 
którym Middleton właśnie się golił. Mjr Boulton z uznaniem 
zauważył, że generał nawet się nie skaleczył i kontynuował 
golenie. Wrócił kpt. French i potwierdził, że od północy jest 
preria. „Zdecydowałem, że nazajutrz wyślę w tamtym kierunku 
silny konny rekonesans, w celu przygotowania ostatecznego 

ataku, do którego ludzie już prawie się nadawali — wycofywali 
się dziś o wiele spokojniej, i strat mieliśmy mniej"

2 6

. Zabity 

został jeden ze Strzelców z Winnipegu, Richard Hardisty 
(który dopiero co wrócił z ekspedycji do Egiptu)

2 7

, a rannych 

2S

 L. R.  O r d , Reminiscences of a Bungie, by One of the Bunglers, w: 

M a c 1 e o d, op. cit., s. 27. 

:c

'  M i d d l e t o n , op. cit., s. 49. 

27

 W styczniu 1885 roku brytyjska ekspedycja pod dowództwem sir 

Garneta Wolseleya (znanego z wyprawy do Manitoby w 1870 r.) wyruszyła 
na odsiecz oblężonego przez mahdystów Chartumu. Premier Macdonald 
odmówił włączenia do niej kontyngentu kanadyjskiego. „Dlaczego mielibyśmy 
tracić pieniądze i ludzi w tej beznadziejnej sprawie? — spytał. — Po­

święcalibyśmy nasze pieniądze i ludzi, aby wyciągać rząd brytyjski z dziury, 
w którą wpadł przez własny kretynizm". Zapewne był to rewanż za stanowisko 

background image

256 

było pięciu. Było to o połowę mniej, niż poprzedniego dnia 

ale nastroje żołnierzy były podłe. „Walczyliśmy cały dzień 

straciliśmy kilku naszych i nic nam to nie dało. Dostawaliśmy 

ogień z trzech stron, i wyglądało, że nas otaczają — pisze 

Rusden. — Myśleliśmy tylko, jak nam się uda wyjść poza 

okopy. Byliśmy w depresji i upadaliśmy na duchu". Krycie się 

w zeribie negatywnie wpływało na ich morale, sugerując, że 

przeciwnik jest zbyt silny, by można go było pokonać 

w bezpośredniej konfrontacji. W dodatku Middleton nie robił 

wrażenia dowódcy, który ma wyraźne plany. 

— Chyba chce wziąć rebeliantów głodem — komentowali 

niektórzy. 

PONIEDZIAŁEK, 11 MAJA 1885 — DZIEŃ TRZECI 

Rano gen. Middleton wysłał kolejną depeszę do min. 

Carona. „Noc była spokojna, bez ataku — zaatakuję znowu 

rano i będę do nich grzał, mamy dużo amunicji, a wyobrażam 

sobie, że nieprzyjaciel nie ma. Jestem w raczej drażliwym 

położeniu. Oddział może utrzymać pozycję, ale nie więcej 

— chcę mieć więcej ludzi. Zostaję tu. Niech pan się postara 

nie zdenerwować mojej żony"

28

. Brygadier Van Straubenzie 

wyprowadził piechotę do dołów strzeleckich. Zanim „otworzył 

bal", od strony Batoche nadeszła grupka ludzi, z ojcem 

Moulinem na noszach. Ksiądz wyjaśnił, że został przypadkowo 

ranny w udo, i jak stwierdził Middleton, „znosił ból z wielką 

odwagą i cierpliwością". O 10.00 generał ze zwiadowcami 

Boultona, Geodetami oraz kpt. Howardem z „katarynką" 

i pełnym wozem amunicji do niej wyjechał na rekonesans. 

brytyjskie w kwestii obrony Kanady. Wolseley mimo to zwerbował 386 
kanadyjskich voyageurs do obsługi płaskodennych kanadyjskich bateawc na 

Nilu, płacąc im z funduszów brytyjskich. 

28

  M o r  t o n , R o y, op. cit., s. 268. W reakcji na tę depeszę Caron 

zmobilizował kolejne bataliony z Nowego Brunszwiku, Montrealu i Ontario, 
o łącznej liczebności 1 100 ludzi. 

257 

Omijając z dala pozycje Metysów, podążali szerokim łukiem 

przez pola i podmokłe lasy. Kiedy dostali się na Ładną 

Łąkę, stwierdzili, że ma długość 4 km, szerokość 1 km, 

pośrodku niewielkie wzniesienie, a na jej skraju od strony 

Batoche widać Metysów. Przez lornetkę widać było doły 

strzeleckie i ludzi, którzy wyskakiwali z lasu i chowali 

się w nich. Zwiadowcy zatrzymali się i stali, niepewni, 

czy pójście dalej byłoby rozsądne, aż podszedł do nich 

zirytowany tym Middleton. 

— Dlaczego, do diabła, nie poszliście na ten pagórek? 

— zapytał. 

— Jeśli pan chce, możemy pójść i zatańczyć na nim 

— odrzekł kpt. John Dennis, dowódca Geodetów. Ord przy­

puszczał, że chciał tym odezwaniem okazać Middletonowi 

„niezależność urodzonego w wolności Kanadola". 

Zwiadowcy z Gatlingiem ustawili się więc na wzniesieniu. 

Middleton napisał, że „ściągnęli tym żywy ogień na siebie", 

ale Ord zauważył tylko, że jeden z Geodetów wystrzelił do 

swego kolegi, którego z powodu mocno ogorzałej twarzy 

wziął za skradającego się Metysa (na szczęście jak zwykle 

chybił). Powtórzyło się przedstawienie. Kpt. Howard polewał 

łąkę ołowiem, a Metysi przyglądali się temu z bezpiecznego 

miejsca. Był wśród nich sam Gabriel Dumont. „Anglicy raz 

wystrzelili do mnie i do mojego konia [z Gatlinga] z odległości 

mili, ale kule upadły przede mną", wspomina. Twierdzi, że 

kilkakrotnie przymierzał się do wystrzelania obsługi Gatlinga 

i zdobycia tej niezwykłej broni, lecz za każdym razem coś mu 

wchodziło w paradę

29

. Middleton z Boultonem tymczasem 

puścili się w pogoń za jakimiś dwoma jeźdźcami, którzy ich 

obserwowali z boku. Jeźdźcy uciekli, ale zwiadowcom udało 

się złapać kogoś innego, kto akurat wyszedł z zagajnika. „Nie 

Gabriel Dumont spotkał w rok później w Nowym Jorku kpt. Howarda, 

który poinformował go, że był strzelcem Gatlinga. dodając: „Nigdy nie 
strzelałem do was, tylko w powietrze, żeby was przestraszyć. Po to mnie 

zatrudniono". ,.A ja bardzo starałem się pana zabić" — odrzekł Dumont. 

7

 — Batoche 1885 

background image

258 

miał broni i oświadczył, że jest człowiekiem księdza, a choć 

był Indianinem, miał europejski ubiór. Odesłany do obozu 
okazał się rebeliantem całą gębą"

  3 0

W tym czasie brygadier Van Straubenzie zgodnie z roz­

kazem trzymał pozycje i oczekiwał na instrukcje, mimo że 
widać było, jak naprzeciw zeriby Metysi zaczynają opuszczać 
stanowiska (można się było domyślać, że przenosili się na 
skraj Ładnej Łąki), co zapraszało do wymierzenia im ciosu. 
Middleton widział, że na Łąkę nadchodzą coraz to nowi 

Metysi, lecz nie dał Van Straubenziemu rozkazu do ataku. Nie 
wiadomo, czy przypuszczał, że przeciwnik skierował na Ładną 
Łąkę jakieś odwody, nie osłabiając odcinka kościół-cmentarz, 
czy też po prostu nie chciał pozwolić na działanie pod swoją 
nieobecność. 

Tymczasem wiejscy milicjanci z Batalionu Midland za­

czynali tracić swoją zwykłą cierpliwość. Tak się złożyło, że 
dokładnie naprzeciw nich w kilku dołach przed cmentarzem 
siedzieli Indianie. W dodatku demonstrowali pełną indiańską 

wojowniczość: wyli, wrzeszczeli, i prowokowali przeciwników 
do strzelania, wystawiając naprzeciw nich kukły. Wieśniacy 
rozumieli problemy Metysów i ich niechęć wobec rządu, ale 
Indianie — szczególnie „amerykańscy" Sjuksowie — budzili 
w nich zdecydowaną antypatię. W końcu miarka się przebrała. 

Midlandczycy bez konsultacji z Van Straubenziem powstali 
z okopów. Byli wściekli. „Nie atakujemy naszych współpod-
danych, a na pewno nie naszych bliźnich. Atakujemy zgraję 
łajdackich Sjuksów. O ile mieszańcy mogą mieć jakieś 
zażalenia, to Sjuksowie nie mają żadnych, a do obozu Riela 
sprowadziło ich tylko zamiłowanie do krwi i rabunku. Ci 
Sjuksowie to uchodźcy z Minnesoty, gdzie nie tylko biali 

mężczyźni, lecz także kobiety i dzieci padały ich ofiarą, 
zanim my wzięliśmy ich w opiekę"

3 1

. Batalion Midland 

zajmował lewy skraj linii, bliżej rzeki, skąd widać było, że jej 

, 0

 M i d d 1 e t o n, op. cit., s. 50. 

"  O r d , op. ar., s. 40-41. 

259 

brzegiem można wyjść na tyły cmentarza. Milicjanci biegiem 
ruszyli ku rzece, po zboczach dostali się na cmentarz i od tyłu 
rzucili się ku dołom. Indianie nie czekali na spotkanie, lecz 
oddalili się pospiesznie. Zwycięzcy „zdobyli i przynieśli 
wśród wiwatów do obozu kilofy, łopaty, garnki, kociołki, 

koce — i podziurawiony kulami manekin, którego Indianie 
używali, by ściągać nasz ogień" — pisze szer. Clapp. Nie 
wiadomo, czy milicjanci przedtem tak celnie strzelali do 
manekina; można przypuszczać, że wyładowali na nim zapał 
bitewny, gdy innych wrogów nie stało. Odwrót przeciwnika 
odbył się bowiem bez większych strat — tylko Sjuks imieniem 
Ładny Kruk uciekając złamał nogę. 

Udana akcja bardzo wzmocniła pozycję dowódcy Batalionu 

Midland, którym był ppłk Arthur Trefusis Heneage Williams, 
syn oficera Royal Navy, burmistrz z Ontario, „dziedzic na 
Penyrn" (tak nazywał się jego majątek ziemski), „parlamen­
tarny pułkownik" z Partii Konserwatywnej, znany jako „dandys 

z Izby Gmin". Złośliwi kpili z jego umiejętności strzeleckich, 
a także z tego, iż mimo jego starań premier Macdonald nie 
zgodził się na wyjazd jego batalionu na wojnę do Sudanu. 
„Dziedzic" jednak nie był byle kim — używając swoich 

politycznych wpływów wysadził z siodła poprzedniego naczel-...... 
nego dowódcę milicji, gen. mjr. Luarda. Nie liczył się 

i z Middletonem, ogłaszając publicznie, że jest on nie tylko 
opieszały, ale złośliwie dyskryminuje Kanadyjczyków. Teraz 
miał na to dowód. 

Za Batalionem Midland także Grenadierzy i Strzelcy 

z Winnipegu przesunęli się do przodu i zajęli cały cmentarz, 
po czym zatrzymali się. Van Straubenzie nadal zwlekał 

i czekał na rozkazy Middletona. Ten tymczasem nie spieszył 
się; po drodze nawet pozbierał z pastwisk krowy i ponieś. Gdy 
generał dotarł na cmentarz, stwierdził z zadowoleniem, że 
..odzyskaliśmy więcej niż utracony przedwczoraj teren", 

i rozkazał sprowadzić artylerię. Dwa działa Baterii Polowej 
z Winnipegu otoczył krąg gapiów. 

background image

260 

— Granat! Zapalnik uderzeniowy! Ładuj! — uwijali się 

artylerzyści w niebieskich mundurach i hełmach, których biel 
na potrzeby kampanii przemalowano na brązowo. Bateria 

zaczęła ostrzeliwać rzucający się w oczy dom z flagą Riela za 
rzeką. Jak pisze Boulton, „granaty spowodowały wielką 

konsternację wśród rebeliantów, zmuszając ich do rozproszenia 
się i ucieczki dobrze poza zasięg, a także uciszając dalekonośne 
karabiny, które były powodem naszej ciągłej irytacji"

32

. Inaczej 

zapamiętał to Ord. „Artylerzyści głosili, że strzelanie było 
niezwykle celne; może i tak, wszystko zależy od tego, jaki 
standard doskonałości się przyjmie. [...] Bystry wzrok oficera 

dostrzegł na drugim brzegu karawanę wozów, więc wy­
strzelono pocisk w tym kierunku. Nie powiem, że wystrzelono 

go w nią, bo trudno powiedzieć nawet, że poleciał na teren tej 
miejscowości, a ponieważ przez lornetki zobaczyliśmy, że 

było to spokojnie pasące się stado krów, to i dobrze, że nie 
trafił. Zawsze wyobrażałem sobie, że artylerzystom łatwiej 

jest trafić w cel niż nam, bo wylot lufy armatniej nie kręci 

takich figur w powietrzu, jak nasze karabiny. Ale z tego, co 
widziałem, sądzę, że my bylibyśmy lepsi". 

Trwało to tak, aż Metysi zaczęli wracać z Ładnej Łąki do 

dołów w lesie za kościołem. 

— Nie patrzcie na armatę, ludzie! — zawołał generał 

widząc, że za drogą pojawia się nieprzyjaciel. — Uważajcie 
na drogę! Do cholery, ludzie! Nie patrzcie na armatę! 

„Gdyby [Metysi] wystrzelili do nas, zanim ich zobaczyliś­

my, na pewno upolowaliby kogoś — pisze Ord — ale trudny 
manewr «padnij» wykonaliśmy tak szybko, że kule przeszyły 

nad nami powietrze". Piechurzy rozpoczęli wymianę strzałów 

z Metysami, a bateria „A" starała się trafić w doły strzeleckie. 
„Generał chodził nonszalancko tu i tam, pokazując swą 
zaokrągloną i raczej korpulentną postać, i nie dbał o to, czy 

go przedziurkują, czy nie; ale grupa oficerów próbowała 

33

  B o u l t o n , op. cit., s. 144. 

261 

godność ich rangi pogodzić z ostrożnością, i był to grotes­
kowy widok, gdy stali w szeregu jeden za drugim, chowając 

s

ię za paroma małymi topolami, trochę grubszymi od 

ramienia". Przez kilka godzin trwała bezładna strzelanina, 
w której lekko rannych zostało trzech milicjantów i kpt. 
Manly z Grenadierów Królewskich. Middleton nie podjął 
żadnych agresywnych działań, a o zmierzchu rozkazał odwrót 
do zeriby. 

Metysi mimo to nie byli już w tak dobrych nastrojach. Nie 

ucierpieli zanadto — Boucher senior został ranny w siedzenie, 
a Armielowi Gariepy'emu kula przebiła nadgarstek i raniła 
w pierś — lecz pojawiały się objawy znużenia i pesymizmu. 

Zaczął ich męczyć upór nieprzyjaciela, który ani nie od­
chodził, ani nie proponował rozmów, lecz atakował wciąż 

jakby na niby. Gabriel Dumont podejrzewał zgoła, że 

kunktatorstwo Middletona było skutkiem perfidnych rad ojca 
Vegreville'a, by czekał z atakiem, aż Metysi zużyją naboje. 
A brak amunicji dawał się już we znaki. Metysi zaczynali 
kręcić ładunki z hufnali i gwoździ, wydłubywali ołów z pni 
drzew i rozbrajali niewybuchy artyleryjskie. Poszukiwali też 
amunicji na pobojowisku, bowiem milicjanci gubili jej dużo. 

Najłatwiej było znaleźć rozsypane naboje pod drzewami, za 
którymi się kryli. 

Louis Riel próbował dodawać Metysom otuchy. 
— Duch Boży powiedział mi coś pocieszającego — oznaj­

mił. — Nie pamiętam dokładnie słów, ale mogę wam objawić 
dobrą nowinę; albowiem nadchodzi dla nas pomoc. 

Ci, którzy pomyśleli, że chodzi o Amerykanów, mogli się 

rozczarować, słysząc: 

— Duch Dobrego Pana nawet zniżył się do objawienia mi, 

że On sam śpieszy nam z pomocą. 

W oddziale Middletona tymczasem „ludzie byli wściekli 

z powodu tego impasu, coraz bardziej niezadowoleni i znie­
cierpliwieni tym zimnokrwistym sposobem wojowania — pi­
sze Rusden. — Nie mieli dowodu, że zabili choćby jednego 

background image

262 

rebelianta, a żołnierz, jak każdy, lubi widzieć owoce 
swojej pracy"

3 3

. Middleton musiał to dostrzec. „Na3 

ludzie zaczynali okazywać więcej werwy — stwierdził 

— Wieczorem doszedłem do wniosku, że nadszedł czas 
na decydujący atak"

3 4

. Jeśli tak, to oddanie przeciwnikowi 

dopiero co zdobytego terenu cmentarza, który byłby lepszą 
podstawą wyjściową do ataku niż zeriba, było tym bardziej 

pozbawione sensu. 

WTOREK, 12 MAJA 1885 — DZIEŃ OSTATNI 

„Znowu minęła spokojna noc, a o poranku byliśmy w tym 

samym miejscu, nie zyskawszy ani cala przez cztery dni" 

— pisze Rusden. Rankiem gen. Middleton wyruszył na Ładną 
Łąkę na czele oddziału złożonego ze zwiadowców Boultona 
i Frencha, Korpusu Geodetów, kpt. Howarda z Gatlingiem i kpt. 
Drury'ego z jednym działem baterii A. Zgodnie z jego planem 

bitwy „Van Straubenzie miał ruszyć, gdy tylko usłyszy, że 
zaczęliśmy bój, a po zajęciu wczorajszych pozycji miał atakować 
w kierunku wsi. Ja zaś, gdy tylko wyciągnę nieprzyjaciela 

z dołów strzeleckich, miałem pogalopować z powrotem i przyłą­
czyć się do jego ataku"

 3

\ Znaną sobie drogą doszli na Łąkę. 

Działo i Gatling osłaniane przez ludzi Boultona zajęły pozycję na 

lewym skrzydle, a na prawym spieszeni Geodeci i zwiadowcy 

Frencha sformowali się w tyralierę. Middleton podjechał na 400 m 
do zarośli na skraju łąki, w których już pojawiali się Metysi, 
i wydał rozkaz. Huknęła 9-funtówka, zaterkotał Gatling, Metysi 

odpowiedzieli. „Być może jest jakaś elektryczna łączność 

"  R u s d e n . op. cit.. s. 283. 

34

  M i d d l e t o n , op. cit., s. 50. 

13

 T a m ż e, s. 51. Gen. Middleton po bitwie sugerował, że Van Straubenzie 

już poprzedniego dnia miał rozkaz atakować, gdy on stworzy dywersję od 

strony północnej. Jednak fakt, że brygadier nie poniósł żadnych konsekwencji 
niewykonania tego rozkazu, pozwala sądzić, iż myśl tę generał powziął 

dopiero później. 

263 

między uchem a mięśniami kolan, które dzięki niej na odgłos 
wystrzału się kurczą, bo od razu upadłem i zacząłem się czołgać" 

L. pisze Geodeta Ord. 

— Redman! Kippen dostał! — zawołał Geodeta „Celuloid". 
— Ciężko ranny? — spytał Ord. 
— Nie wiem, jest zaraz za tobą — odrzekł „Celuloid". 
„Popełzłem do tyłu i jedno spojrzenie wystarczyło mi, bym 

stwierdził, że wszelka wiedza medyczna jest tu bezużyteczna. 
Nasz biedny towarzysz leżał na boku w starym rowie geodezyj­
nym, z ręką zaciśniętą na karabinie, którego nie zdążył użyć. 

Jego szerokoskrzydły kapelusz wciąż był zawadiacko prze­
krzywiony, a twarz tak spokojna, że gdyby nie strumyczek 
krwi płynący z górnej wargi, można by sądzić, że śpi. Kula 
trafiła go tuż poniżej nosa i przeszła przez mózg, powodując 
natychmiastową śmierć"

3 6

Por. Kippen, młody inżynier z Ottawy o przezwisku 

„Historyk", był bardzo popularny wśród Geodetów, którzy 
spodziewali się, że spisze historię ich czynów podczas wojny 
z rebelią. Jego nagła i niespodziewana śmierć wstrząsnęła 
przyjaciółmi. Nie podnosząc się z ziemi, strzelali na oślep, 

przy akompaniamencie armaty i Gatlinga. Trwało to godzinę, 
aż wśród zarośli ktoś zaczął machać białą flagą i Middleton 
rozkazał wstrzymać ogień. Po chwili „wściekłym galopem" 
nadjechał jeździec. Był to geodeta John Astley, który od bitwy 

pod Duck Lakę siedział w niewoli. Podał Middletonowi list. 

„Jeśli będziesz masakrował nasze rodziny, my zmasakrujemy 

agenta indiańskiego i innych więźniów. Louis «Dawid» Riel, 
Eksowed" — przeczytał generał. „Najwyraźniej Riel był 
w stanie wielkiego podniecenia" — domyślił się. Przypuszcza­

jąc, że chodzi o padające pociski armatnie, zaproponował, aby 

kobiety i dzieci schroniły się w domu, który zostałby dla 
bezpieczeństwa oznaczony białą flagą. Podczas tych deliberacji 
zjawił się brat Williama Jacksona, aptekarz Thomas, z duplika-

O r d , op. cit., s. 36. 

background image

264 

tern listu. W końcu Astley zgodził się zanieść Rielowi od­
powiedź Middletona; aptekarz ani myślał wracać do Batoche 

Middleton stwierdził, że jest 11.30 i pora wracać do sił 

głównych, które, jak sądził, powinny już być zaawansowane 
w walce. Nie wiadomo, dlaczego przez cały ten czas nie 
utrzymywał łączności z Van Straubenziem. Czekało go więc 

„dotkliwe zaskoczenie i irytacja", bowiem brygadier nie ruszy} 
się z miejsca. Grenadierzy i Midlandczycy siedzieli w swoich 

dołkach i żuli „kuloodporne" suchary. Van Straubenzie oznaj­
mił, że dają mu się we znaki rany, jakie odniósł podczas buntu 
sipajów, a ponadto nie słyszał żadnych wystrzałów, które 
miały być dla niego sygnałem do ataku. Nie pomyślał 

o wysłaniu gońca, by sprawę tej ciszy wyjaśnić, mimo że dla 
utrzymania łączności Middleton dał mu do dyspozycji dwóch 

jeźdźców Boultona. „Obawiam się, że straciłem przy [tej 

rozmowie] zarówno opanowanie, jak i głowę" — pisze 

Middleton. Musiało to znów być typowe dla niego brytyjskie 
niedopowiedzenie, bo zrobił w tył zwrot i wyszedł z zeriby. 
Brygadier Van Straubenzie, ppłk Williams i mjr Boulton 

wyszli za nim i w napięciu przyglądali się, jak generał mija 

linię dołów strzeleckich, wychodzi na przedpole i szybkim 

krokiem idzie w stronę kościoła. Middleton później tłumaczył, 
że chciał „zobaczyć, co szykuje nieprzyjaciel". Jeśli tak było, 
to zaraz się przekonał. „Gdy się zbliżyłem, ostrzelano mnie 

z rozpadliny, co mnie otrzeźwiło. Zobaczyłem, że jestem 
w tarapatach, odwróciłem się, by odejść, ale ogień stał się tak 

gorący, że musiałem uciekać biegiem, a kule w wielkim stylu 
świstały nade mną. Na szczęście udało mi się dobiec do 

jednego z dołów strzeleckich i wpadłem do niego z wdzięcz­

nością"

 31

.

 Po raz pierwszy od początku kampanii Middleton 

się skrył... 

Kiedy generał wrócił do zeriby, miał dosyć aktywności 

i zasiadł do obiadu. 

M i d d l e t o n , op. cit., s. 52. 

265 

— Co mam teraz zrobić z ludźmi? — spytał Van Strau­

benzie, którego brygada już się posiliła. 

— A niech ich pan zabierze, gdzie się panu podoba 

odrzekł niezbyt uprzejmie Middleton. Zabrał się do jedzenia, 

zaś Van Straubenzie zaczął wyprowadzać ludzi z zeriby. 

W tym czasie Louis Riel i eksowedowie zastanawiali się nad 

listem od Middletona przywiezionym przez Astleya. Ponieważ 
przez cztery dni nikt w Batoche, ani w ogóle żaden Metys, nie 
ucierpiał od ostrzału armatniego

38

, troska Riela o ludność cywilną 

była tylko pretekstem. Riel starał się nawiązać negocjacje i dla 
wzmocnienia swej pozycji sięgnął po groźby wobec zakładników. 
To, że gen. Middleton w ogóle odpowiedział, mogło oznaczać, 
iż byłby skłonny do rokowań. Wkrótce po otrzymaniu listu 
Middleton wycofał się z Ładnej Łąki — mogło to być rozumiane 

jako propozycja zawieszenia broni, tym bardziej że na drugim 

odcinku frontu nic się nie działo. Uspokojeni Metysi powychodzili 
z dołów strzeleckich, a część poszła do domów na obiad. 
Emmanuel Champagne przybiegł do Batoche, wołając: „Jest 

pokój!" Louis Riel chyba nie uwierzył w zakończenie walki, ale 
kontynuował grę. Sporządził drugi list, w którym dziękował 
Middletonowi za szybką odpowiedź i humanitarną postawę. 
Zakleił kopertę i jakby po namyśle dopisał na niej: „Nie lubię 
wojny i jeśli pan nie wycofa się i odmówi rozmowy ze mną, 
sprawa więźniów pozostaje bez zmian". 

Astley znowu pojechał do Middletona. Tymczasem ludzie 

Van Straubenziego doszli do swoich dołów przed zeribą 

— i nie zatrzymali się. Nie wiadomo, czy Van Straubenzie 
zinterpretował słowa Middletona jako zgodę na atak na pozycje 
Metysów, czy też było to działanie spontaniczne, nad którym 
nie miał kontroli. Wypadki potoczyły się tak szybko, że nie 
można dokładnie określić ich przebiegu. Większość świadków 
twierdzi, że główną rolę odegrał ppłk Arthur Williams 

z Batalionu Midland. Po odniesionym poprzedniego dnia 

Według niektórych źródeł od wybuchu granatu zginęło jedno dziecko. 

background image

266 

zwycięstwie nad Indianami „dziedzic na Penyrn" od rana 
odgrażał się, że „Batoche będzie dziś wzięte, choćby nie było 
rozkazu". Wyrażał także opinię, że gdyby jego batalion 

zaatakował, nawet bez rozkazu naczelnego dowództwa, to 
pozostałe udzielą mu wsparcia. Być może również widząc 
z jaką „irytacją" Middleton zareagował na bezczynność Van 

Straubenziego, ppłk Williams liczył, że zaaprobuje je»o 
agresywne działanie. W każdym razie Batalion Midland nie 
zatrzymał się na linii dołów, które zajmował rano, lecz szedł 
dalej sprawdzoną poprzedniego dnia drogą blisko rzeki w stro­

nę cmentarza. 

Pierwsi zauważyli go i zaczęli strzelać Metysi z drugiego 

brzegu rzeki. Zaalarmowani Metysi z cmentarza także otwo­
rzyli ogień. Milicjanci padli na ziemię i ostrzeliwali się przez 

chwilę, po czym ppłk Williams rozkazał atak. Niektórzy 
twierdzili, że Midlandczycy rzucili się do ataku sami, roz­
wścieczeni, iż Metysi nie pozwalają noszowym znieść z pola 

jakiegoś rannego, a Williams tylko ich nie powstrzymał. 

Zerwali się z okrzykiem, a na ten widok również Grenadierzy 
po ich prawej stronie zaatakowali w kierunku kościoła. Strzelcy 
z Winnipegu spóźnili się trochę, ale deptali im po piętach. Nie 
napotykali większego oporu, nabierali rozpędu i zyskiwali 

pewność siebie. Wkrótce cała linia ruszyła biegiem. „Nie było 
strzelania salwami. Każdy sam sobie regulował strzelanie 

— pisze sierż. Stewart z Batalionu Midland. — Runęli na 
nieprzyjaciela z dzikością baszybuzuków, z impetem i rados­
nym okrzykiem. Były to okrzyki ludzi zadowolonych i ukon­

tentowanych, a ich entuzjazm był wielki. Nikt nie mógł stawić 
czoła szybkości, sile i upartej determinacji naszych ludzi". 

„Zmywaliśmy naczynia, aż tu przybiega Gabriel, żeby nas 

znowu wysłać do dołów wzdłuż starego szlaku — idziemy 
tam, a tu głośne hałasy w obozie i wystrzały — w 10 minut 
później walna bitwa" — wspomina Baptiste Vandale. Ojciec 

Fourmond z miejsca odosobnienia na plebanii ujrzał apokalip­
tyczną wizję: „Ze wszystkich stron nadchodzi armia w szyku 

267 

bojowym. Piechota, artyleria, kawaleria, wszyscy naraz. Na 
pierwszy rzut oka zrozumieliśmy, że nadeszła decydująca 
chwila, że to koniec Batoche"'

9

W tym czasie do Middletona przybył Astley z listem od Riela. 

Generał przeczytał go tylko pobieżnie. Chyba nie zrozumiał 
ałębszych intencji swego antagonisty (uznał po prostu, że ma 

niezłego pietra"). Ponieważ jednocześnie słyszał nasilający się 

huk wystrzałów i krzyki, dosiadł konia i wyjechał z zeriby. 

— Na miłość Boską! — wykrzyknął na widok sytuacji. 

Przecież ich wszystkich pozabijają! 

Odzyskawszy równowagę, wysłał do ataku resztę — spie­

szonych zwiadowców Boultona, Geodetów, działo z Baterii 
A i Baterię Polową z Winnipegu (kpt. Howard z „katarynką" 
wyjechał wcześniej), a za nimi wozy z amunicją. Kpt. French 
na odgłos walki wybiegł sam z zeriby, więc Middleton kazał 

jego zwiadowcom zostać, ale i tak wymykali się pojedynczo. 

Tymczasem przed cmentarzem Metysi zaczęli uciekać 

z dołów. Widok ten dodał milicjantom energii. 

,Jsfaprzód! —jak sygnał startera pada jedyna komenda, jakiej 

nam trzeba — pisze Ord. — Gdzie do licha podział się nasz 
dowódca, nie wiemy i nie obchodzi nas to. Radzimy sobie bez 
niego, w luźnym szyku, po prostu jeden obok drugiego, dołączamy 
do gonitwy. Ludzie Boultona tak samo dbają o taktykę jak my. Oba 

koipusy bezładnie pomieszane zaczynają zmiatać przed sobą 
nieprzyjaciela. Krzycząc, śmiejąc się, klnąc, strzelając w krzaki, 
i biegnąc naprzód, atakujemy — jeśli taką gonitwę bandy 
niezdyscyplinowanych obdartusów można nazwać atakiem. [...] 

Żałujemy, że nie mamy czerwonych kurtek, bo gorączka walki tak 
ogarnęła mundurowych po lewej, że niektórzy strzelają do nas. 
Użycie wyrazów zniecierpliwienia w wyrazistej angielszczyźnie, 
w połączeniu z groźbą, że odwzajemnimy ogień, przekonuje ich, iż 

jesteśmy przyjaciółmi". Milicjanci obiegli cmentarz z obu stron, 

a Metysi znów cofnęli się, aby nie zostać odcięci. Zatrzymali się na 

H i 1 d e b r a n d t, op. cit., s. 74. 

background image

268 

skraju wyżyny, i na jej stoku po raz pierwszy stawili opór 
„Trach-trach karabinów powtarzalnych brzmi gęsto i szybko 

a gwizd kul mówi nam, że nieprzyjaciel nie próżnuje; czasem 
rozlega się głuchy huk połówki, echo wybuchającego granatu 
i straszliwe skr-r-r-r Gatlinga" — ciągnie Ord. „Walili w nas 

żywym ogniem. Dopiero tutaj wielu ludzi oberwało — pj

s z e 

Grenadier Cook. — Przepychaliśmy się przez krzaki i prze­
skakiwaliśmy przez doły strzeleckie, kiedy [por.] Fitch dostał 
w pierś i w kącik oka. Upadł z jękiem i skonał, nie wypowiedziaw­
szy ani słowa... Serce skoczyło mi do gardła na ten widok. 
Wtedy zostałem trafiony w prawe ramię, ale nie przewróciłem 

się. Byłem wyłączony z wałki, więc padłem na ziemię, bowiem 

kule gęsto latały, i pozostałem tam, aż wszyscy poszli naprzód"

40

— Nie stać! — krzyknął mjr Boulton. — Biegnijcie na dól! 
Biegnący obok Boultona kpt. Brown z jego oddziału padł 

martwy, zdążywszy tylko powiedzieć „Trafili mnie, chłopcy". 
Śmiertelnie ranny został woźnica z Baterii A, Napoleon 

Charpentier. Oddział szybko przebył niebezpieczną odkrytą 
przestrzeń za cmentarzem i znowu —jak przed trzema dniami 

— znalazł się na skraju wyżyny, skąd widać było zabudowania 
Batoche. Metysi cofnęli się. Oficerowie rzucili się naprzód, 
a za nimi żołnierze. Przemieszane bataliony pchały się na 
biegnącą w zagłębieniu drogę, na skutek czego atak był 
kontynuowany w kolumnie o wąskim froncie, z oficerami 
„dobrze wysuniętymi do przodu". Zwiększyła się szybkość 

natarcia, gdyż teraz biegli po stoku. Jako cel narzucał się 
piętrowy budynek o wielu oknach, pomalowany na kolor 

jasnozielony, stojący na skraju miejscowości — dom jej 

założyciela, Xaviera Letendre'a, przezwiskiem Batoche. Mili­
cjanci nie wiedzieli, że kwaterowali w nim Metysi z samym 
Gabrielem Dumontem. 

„Anglicy nacierali wielkimi batalionami, nie zatrzymując 

się — mówi Dumont. — Sypali gradem kul na doły strzeleckie; 

M u 1 v a n e y, op. cit., s. 292. 

269 

dobrze, że Metysi nie podnosili głów, żeby wystrzelić. Kiedy 
Analicy podeszli tak blisko, że już nie było nadziei, Metysi 
próbowali strzelać, lecz byli zaraz zabijani. Wdzierali się ze 
wszystkich stron naraz, kiedy przebili się przez naszą pierwszą 
linię, doszli aż do domu [Batoche'a] nie przystając po drodze. 
Byliśmy pod domem Batoche'a. Byli ze mną starszy [75-letniJ 

Joseph Vandal, jego bratanek Joseph Vandal, starszy [93-letni 
Joseph] Ouelette, Pierre Sansregret, David Tourond i jakiś 
młody Sjuks. [63-letni] Daniel Ross był między domem 
Batoche'a a magazynem Fishera". 

-— Pamiętajcie, chłopcy, kto was tu prowadził! — zawołał 

kpt. French, który znalazł się na czele ataku. Milicjanci 
wyłamali drzwi i wdarli się do domu Batoche'a z takim 
impetem, że Metysi zaledwie mieli czas go opuścić. French 
pognał na górę po schodach, a za nim Tom Hourie. 

„Anglicy zajęli dom Batoche'a — ciągnie Dumont. — W ok­

nie na górze była czerwona zasłona. Strzelałem do tej zasłony, 
aby przestraszyć Anglików, żeby nie mieli czasu strzelać"

41

Kpt. French wpadł do sypialni. Legenda mówi, że wychylił się 

z okna z brytyjską flagą i zawołał „Na pohybel wszystkim 
rebeliantom!", lecz prawdopodobnie dostał kulę zaraz gdy 
zbliżył się do okna. Cofnął się i „stoczył po schodach, 
zostawiając krwawe plamy. Znaleziono go u stóp schodów". 

Gabriel Dumont sądził, że Frencha trafił Daniel Ross. 

Rozległo się „demoniczne wycie" — zapewne okrzyki 

śmierci, wznoszone przez Indian — które nadbiegających 
milicjantów przejęło dreszczem. Atak zachwiał się. „Żołnierze 
ukryli się za domami, stajniami i szopami, i tu po raz pierwszy 

kolumna wydała się przejawić pragnienie pozostania tam, 
gdzie była — pisze Rusden. — Kiedy człowiek tak się schowa 
i trochę ochłonie, trzeba później czegoś, by go pobudzić". 
Czas dłużył się niemiłosiernie, aż wreszcie pojawiła się 
Bateria Polowa z Winnipegu, a za nią Gatling. „Znowu 

D u m o n t , op. cit., s. 71. 

background image

270 

wprawiło to wszystko w ruch, i znów bezlitosny prysznic 
ołowiu polał rebeliantów. Pośród gruchotu i trzasku broni 
strzeleckiej, nieustającego terkotu Gatlinga oraz gwizdu i sko­
wytu granatów, rebelianci porzucili ostatnią pozycję". 

Metysi zaczęli się cofać. Daniel Ross został trafiony i upadł 

— Jesteś martwy czy żyjesz? — zawołał do niego Dumont 
— Nie pociągnę już długo — odrzekł Ross. 

— To w takim razie dobrze, że chcesz dalej walczyć. Może 

uda ci się zaliczyć dwa trupy, a nie jednego. 

Starszy Vandal został śmiertelnie ranny, upadł i złamał obie 

ręce. Dumont próbował go podnieść. 

— Nie — rzekł Vandal — wolę teraz umrzeć. 
Kolo magazynu Fishera śmiertelna kula trafiła patriarchę 

Ouelette'a, a reszta Metysów rozpierzchła się. „Uciekałem 
dalej. Byłem teraz sam" — mówi Dumont. 

W Batoche narastała panika. Ostatnią nadzieją był Louis 

Riel. 

— Uczyń teraz cud, już nadszedł czas — zwrócił się do 

niego Patrice Tourond. 

— Boże, zatrzymaj tych ludzi, zmiażdż ich! — zawołał 

Riel. Młodszy Joseph Ouelette stwierdził z rozczarowaniem, 
że „cud się nie stał". Riel upadł na kolana i rozkrzyżował ręce. 

— Powtarzajmy wszyscy bardzo głośno: Boże, zmiłuj się 

nad nami! — zaintonował. 

— Boże, zmiłuj się nad nami! — powtórzyli eksowedowie. 

„Riel się modli, a kule żołnierzy padają coraz gęściej i niebez­
pieczniej — ciągnie Ouelette. — Riel znika w czeluści 

rozpadliny; słychać, jak lamentuje do Boga"

4 2

Tymczasem milicjanci wpadli do magazynu Fishera. Uwagę 

ich zwróciła kłoda drewna, zatknięta między sufitem a klapą 
w podłodze. Gdy ją usunęli, odkrył się właz do piwnicy. Było 

w niej 25 więźniów — białych i mieszańców, kilku pracow­
ników rządowych oraz Metysów, którzy popadli w spór 

42

 H i I d e b r a n d t, op. cit., s. 74-75. Kuzyn Ouelette'a walczył w szere­

gach milicji — Strzelców Battlefordzkich. 

271 

i

 Rielem. Siedział w niej także więzień stanu — Thomas 

Jackson, brat Williama (William Jackson i eksowed Albert 
Monkman byli trzymani gdzie indziej). „Wszyscy noszą piętno 
utrapień, jakie były ich udziałem podczas długiego uwięzienia. 
Ich blade, wynędzniałe twarze i wychudzone ciała dają 
niewątpliwy dowód przebytych cierpień, zarówno cielesnych, 

jak duchowych. Jeden jest tak uszczęśliwiony wyzwoleniem, 

że ściska ręce każdemu, kogo napotka" — pisze jeden 
z Grenadierów. W domu Fishera znaleziono archiwum Eks-
owedatu — protokoły, księgi finansowe, korespondencję, 
a także gazety ze wschodu z informacjami o działaniach 
i planach Middletona — ostatnia miała datę 4 maja. 

Nieoczekiwanie na rzece pojawił się parowiec „Northcote", 

z oddziałem 25 policjantów z Prince Albert na pokładzie 
i drugim uszkodzonym parowcem „Marąuis" na holu

4 3

. Desant 

był już zbędny — strzelanina cichła i wszelki opór ustawał. 
Metysi rozbiegli się po okolicy. 

Milicjanci zaczęli buszować po Batoche. Chociaż Middleton 

rozkazem zabronił grabieży i wystawiono warty przy sklepach, 
„towary mieszane w taki czy inny sposób znikały. Jedni ludzie 
potrzebowali bielizny, inni czernidła, grzebieni etc, i pośpiesznie 
te rzeczy łapali. Przetrząsali kufry i zbierali wojenne trofea". 
Cenione były zwłaszcza rzeczy indiańskie (w obozie Indian 

znaleziono amerykański karabinek Springfield, którego znalazca 

był pewny, że został przez nich zdobyty w bitwie nad Little Big 
Horn). Nie gardzono także i gotówką, kilka Metysek straciło 
biżuterię, a z kościoła zniknęły wota. Milicjanci chwytali konie 
Metysów i galopowali dokoła, inni jeździli tam i z powrotem 
powozami. O zmroku przybył gen. Middleton i zapędził ich do 

budowy nowej zeriby na łące koło domu Batoche'a. Nie było to 
potrzebne ze względu na bezpieczeństwo, ale pomagało utrzy­
mać rozhukanych zwycięzców pod kontrolą. 

43

 „Northcote" miał przybyć wcześniej, ale mimo zwiększenia stawki 

czarteru do 250 dolarów za dzień, oficer mechanik odmówił służby, a za nim 
poszła część załogi, co opóźniło wyruszenie w rejs. 

background image

272 

Geodeci Dominium nie brali udziału w ostatnim szturmie 

Zatrzymali się na cmentarzu. Mieli dość. „Czy ktoś z was 

kiedyś biegał w wysokich butach z ostrogami, pasem z amuni­

cją i ciężkim rewolwerem, w obcisłej skórzanej kurtce 

i wąskich bryczesach, a wszystko to w upalny dzień?" wyjaśnia 

Ord. Nie ponieśli większych strat: „Garden dostał w lewe 

ramię, Fawcett miał loftkę w mięśniach klatki piersiowej, 

i było wiele ciężko rannych kapeluszy i podartych spodni"

44

Należał im się odpoczynek. „Nasi towarzysze w czerwonych 

kurtkach machają łopatami, a my, nieregularni, po zabiciu 

kilku kurczaków spokojnie idziemy do obozu, bo jednak 

uważamy, że corned beef i chwała to mniej niż kurczak 

i chwała" — podsumowuje Ord. 

Ord,

 op. cit., s. 40-42. 

Sierżanci i szeregowiec Batalionu 

Midland 

Sierżant Strzelców z Winnipegu, 
z karabinem Martini-Henry i od­

znakami za sprawność strzelecką 

• 

-Jaw&#$& .*'%',,.. ,. . TT„-

Działo Baterii Polowej z Winnipegu 

background image

Kpt. A. L. Howard i Gatling model 1881, użyty pod Cut Knife Hill 

Geodeci Dominium 

Początek bitwy pod Batoche — pali się dom Carona 

background image

9 maja 1885 r. — gen. Middleton przed plebanią w Batoche 

Gatling model 
1883 użyty pod 
Batoche 

Po tym wystrzale grupa Metysów próbowała zdobyć działo i została 

odpędzona przez ogień Gatlinga 

Wypoczynek wewnątrz zeriby 

background image

Widok 

brzegu 

Saskat-

chewanu 

koło 

cmenta­

rza 

Dół strzelecki Metysów po bitwie 

Dom 

Batoche'a 

Martwy 

Donald 

Ross 

Louis Riel wkrótce po wzięciu do niewoli 

background image

DOPEŁNIŁO SIĘ 

W nocy Gabriel Dumont wrócił do Batoche. Panowała cisza. 
Milicjanci zamknęli się w zeribie. Dumont zbierał pogubione 
naboje. Koło domu Emmanuela Champagne leżało kilku 

zabitych Metysów. Tipi w obozie Indian były opuszczone, 
tylko w jednym pozostał umierający syn Ładnego Kruka. Po 
pewnym czasie wokół Dumonta zebrało się kilku Metysów, 

niepewnych, co czynić. 

— Skończyło się — rzekł Dumont. — Ale przynajmniej 

zatrzymaliśmy Anglików na tyle, że wszyscy nasi zdążyli uciec. 

Metysi rozeszli się. Dumont poczuł głód. „Przypomniałem 

sobie, że w jednym tipi Sjuksowie mieli mnóstwo mięsa. 
Poszedłem tam i zabrałem suszony udziec cielęcy. Potem 

poszedłem do zagrody Edouarda Dumonta, gdzie zebrały się 
kobiety. Dałem udziec mojej żonie i powiedziałem, żeby się 
podzieliła z innymi. Była tam żona Riela i był też Riel. 
Usłyszałem, jak powiedział do Madame Riel: «Mam nadzieję, 
że Bóg chce, żebym żył*. Każdy im mówił, żeby uciekali" '. 

Dumont odszedł, by poszukać konia dla Riela. W stajni 

Champagne'a byli milicjanci. „Poszedłem sobie, nie wy­
strzeliwszy do nich. Chciałem, ale chciałem również wrócić 

'  D u r a o n l , o/), cit., s. 73. Pamięć płata Dumontowi figle; w wywiadzie 

dla Metyskiego Towarzystwa Historycznego w 1903 r. twierdzi, iż Riel 
mówit do żony: „Myślę, że Bóg chce, abym umart". 

18 — Batoche 1885 

background image

2 7 4 

do żony". Po powrocie nie zastał już Riela. Poszukał więc 
koni dla siebie i żony, zabrał też napotkaną kozę. Wyposaży} 
się w garnki, talerze, noże i widelce. Na drodze znalazł pół 
worka mąki i ciasto, które chyba milicjanci zabrali z czyjejś 
kuchni i zgubili. Tak zaopatrzeni wyruszyli w drogę, ale nie 

zaszli daleko — przenocowali na skraju Ładnej Łąki. 

Rano Dumont zaczął „bardzo głośno" nawoływać Riela. 

Odzywali się różni Metysi, chowający się po krzakach, ale 
Riela wśród nich nie było. Za to pojawiło się trzech milicjan­

tów w towarzystwie kilku Indian. Indianie zapewne rozpoznali 
Dumonta, bo wskazali go milicjantom, a jeden Indianin zaczął 
się do niego zbliżać. Dumont ostrzegł go, by nie podchodził. 

— Boisz się mnie? — spytał Indianin. 
— Jasne — odparł Dumont. — Jak to jest, że wczoraj 

walczyłeś z policją, a dzisiaj pomagasz im mnie szukać? Nie 

podchodź, bo cię zastrzelę! 

Milicjanci trzymali się z daleka. Dumont kontynuował: 

— Nie złożę broni — będę walczył po wsze czasy. I zabiję 

pierwszego, który po mnie przyjdzie. 

Nieprzyjaciele odeszli. Dumont sądził, że poszli po posiłki. 

Nie czekał więc, lecz udał się do swego ojca lsidore'a, który 

nie uczestniczył w żadnych wydarzeniach. Oznajmił mu, że 
ma zamiar walczyć dalej, a może nawet zorganizować oddział 

partyzancki. 

— Jestem z ciebie dumny — pochwalił go ojciec — ale 

jeśli zostaniesz tutaj tylko po to, żeby zabijać ludzi, to 

wszyscy pomyślą, że jesteś zwykłym idiotą. 

Na takie dictum acerbum Gabriel Dumont stracił ochotę 

do wojaczki. Zostawił żonę w domu ojca, a sam z „Małym 
Szczurem" Michelem Dumasem ruszył w kierunku „ma­
gicznej linii". 

Tymczasem gen. Middleton, który powysyłał triumfalne 

depesze (podał, że zdobył Batoche, pokonał 500 rebeliantów, 
zabił 51 i ranił 173), cieszył się gratulacjami od ministra 

Carona, generalnego gubernatora Kanady lorda Lansdowne, 

275 

a nawet od sir Gameta Wolseleya z dalekiego Egiptu. „Potwier­
dziła się słuszność mojego zdania, że ci wielcy myśliwi, tak jak 
Burowie z Południowej Afryki, są groźni tylko wtedy, gdy gra 
się według ich reguł. Przyzwyczajeni są do walki w buszu, ale 
nie stawią czoła zdeterminowanemu atakowi" — stwierdził. 
Upewniła go w tym wysokość jego strat. Podczas decydującego 
ataku oddział stracił 7 zabitych, w tym 3 oficerów, i 25 rannych, 
w tym 2 oficerów (w ciągu całej bitwy zabitych zostało 11, 
w tym 4 oficerów, a rannych 46, w tym 4 oficerów). Okazało się, 

że pomimo przewagi, jaką dawały im doły strzeleckie i obycie 
z bronią, metyscy myśliwi pudłowali; może peszyło ich, że 
w przeciwieństwie do zwierzyny milicjanci rewanżowali im się 
wystrzałami. Doświadczenie wojenne tych ostatnich ograniczało 
się jednak do zapoznania się z kopnięciem Snidera-Enfielda, stąd 
też w całej bitwie po stronie Metysów padło 13 zabitych, w tym 

dwóch Indian. Niemal całość strat Metysi ponieśli w ucieczce 
w ostatniej fazie bitwy. Można powiedzieć, iż dobrze się stało, że 
Middleton nie miał do dyspozycji swych wytęsknionych „regular­
nych". Wprawdzie bitwa trwałaby krócej, ale i straty Metysów 

byłyby o wiele wyższe. 

Z kryjówek, zza urwistego brzegu rzeki powychodziły 

kobiety i dzieci, przychodziły też grupy Metysów z białymi 
flagami. „Miałem listę najgorszych rebeliantów i kogo na niej 
nie było, tego zwalniałem" — pisze Middleton. Rzucał się 
w oczy brak wśród zabitych i jeńców Louisa Riela i Gabriela 
Dumonta. „Od kobiet dowiedziałem się, że Dumont i Riel 
uciekli, gdy tylko zobaczyli, że szala zwycięstwa przechyla 

się na naszą stronę. Komentarze niektórych pań były, łagodnie 
mówiąc, odwrotnością komplementów"

2

— Riel jest babą — żołądkowała się jakaś Metyska. 

— Siedział z kobietami i dziećmi i mówił innym, żeby 
walczyli. Nas nazwał kobietami, ponieważ nie umiemy się 
bić, a sam jest kobietą. 

1

 M i d d I e t o n, op. ci!., s. 54. 

background image

276 

Rozczarowanie nagłym i mało efektownym końcem epopei 

Batoche, tak kontrastującym z szerzonymi przez Riela 

iluzjami, sprawiło, że wielu stronników odwracało się od 
niego. Milicjanci byli informowani o jego proroctwach 
a także o tym, że do ostatniej chwili oczekiwano nadejścia 

z odsieczą armii amerykańskiej. „Wszyscy mieli dosyć 
«kłopotów»; wszyscy denuncjowali Riela i Dumonta; wszyscy 
pragnęli pokoju i chcieli iść do domu — pisze jeden 

z Grenadierów. — Było to nawet ciekawe, jak jednogłośnie 
oświadczali, że zostali siłą wcieleni do służby. Z ponad 

dwudziestu, z którymi rozmawiałem, ani jeden nie przyłączył 
się do Riela dobrowolnie. Temu groził aresztem, tamtemu 
śmiercią, innemu zmasakrowaniem żony i dzieci... Jeśli 
mówią prawdę, oznacza to, że zorganizowana mniejszość 

terroryzowała większość. Ale niewątpliwie niektórzy kła­
mią..."

3

. Także wódz Sjuksów Biała Czapka twierdził, 

że znalazł się w Batoche pod przymusem. Przynajmniej 

jeden z jego wojowników zadał temu kłam — Middleton 

rozpoznał wśród zabitych syna wodza, którego wysłał do 
Batoche z proklamacjami, wzywającymi do kapitulacji. 

Dochodzono, kim był wisielec, który powitał parowiec 

„Northcote". Metysi zaprzeczali, jakoby ktoś został powieszo­

ny, i sugerowali, że mógł to być indiański żart lub podstęp 
wojenny, ale ponad dwudziestu ludzi było gotowych przysiąc, 

że widziało powieszonego człowieka. Inną ponurą sprawą 
było odkrycie w obozie Indian szczątków psa „Pułkownika", 
maskotki 90 batalionu Grenadierów. Nieszczęsny „Pułkownik" 
podczas któregoś z ataków dostał się do indiańskiej niewoli 

i jak z żalem pisze jeden z Grenadierów, „został przerobiony 
na steki". 

14 maja ranni zostali odesłani parowcem „Marąuis" do 

Saskatoonu, ale gen. Middleton pozostał w obozie koło 
Batoche. Ponieważ niektórzy Metysi informowali go, że Riel 

1

 M u I v a n e y. op. cir., s. 295. 

277 

jest nadal w pobliżu, napisał do niego list, wzywając go do 

ujawnienia się oraz gwarantując życie i uczciwy proces. 
Niezawodny Astley miał sprawić, by list dotarł do adresata. 

Nazajutrz zwiadowcy NWMP, Diehl i Armstrong, oraz 

tłumacz Tom Hourie napotkali na drodze koło Batoche czterech 
Metysów stojących przy płocie. Trzech miało karabiny, 
czwarty nie. Mimo że było chłodno, nie miał płaszcza ani 
czapki. Hourie poznał go. 

— Jesteś Louis Riel? — zapytał Armstrong. 
— Tak, to ja — potwierdził zapytany. — Chcę się poddać. 
Ponieważ Riel okazał list od Middłetona, Armstrong za­

proponował, że na koniu zawiezie go do kwatery generała. 
Riel zgodził się. 

— Może będzie lepiej, jeśli pan to weźmie — dodał, 

wyciągając z kieszeni rewolwer kalibru 22. 

Gen. Middleton stwierdził, że Riel był „człowiekiem łagodne­

go wyglądu i łagodnej mowy, z krótką brązową brodą i niespo­
kojnych oczach o przestraszonym wyrazie, który znikał stopnio­
wo, w miarę, jak do niego mówiłem. Nie miał płaszcza 
i wyglądał na zziębniętego, a ponieważ w cieniu wciąż było 
chłodno, rozpocząłem od tego, że dałem mu mój wojskowy 
płaszcz. Mówił doskonale po angielsku. [...] Po tym, jak 

rozmawiałem dużo z Rielem przez dwa dni, doszedłem do 
wniosku, że był wystarczająco zdrowy na umyśle, ale przepojony 
silnym, chorobliwym uczuciem religijnym, zmieszanym z inten­
sywną osobistą próżnością"

4

. Generał podjął Riela obiadem, 

a następnie umieścił w otoczonym strażą namiocie. Riel był 
z tego zadowolony i prosił, aby warty nie wpuszczały do niego 
nikogo. Middleton przydzielił mu więc „opiekuna", kpt. Younga, 

który zamieszkał z jeńcem w namiocie

5

Louis Riel nie poszedł w ślady Dumonta, Dumasa i innych. 

Czyżby sądził, że w rękach Middłetona będzie bezpieczniejszy 

4

 M i d d 1 e t o n, op. cit., s. 56-57. 

3

 Young byt synem pastora, który w 1870 r. bezskutecznie zabiegał u Riela 

o wydanie ciała Thomasa Scotta. 

background image

278 

niż w Stanach Zjednoczonych? Kogo się obawiał, skoro mieli 
go chronić odwieczni wrogowie — milicjanci z Ontario? 

18 maja „Northcote" odpłynął do Swift Current, unosząc na 

pokładzie Louisa Riela i 24 Metysów z „listy Middletona" 

zaś oddział, powiększony o nowo przybyłe dodatkowe cztery 
kompanie Batalionu Midland, w strugach deszczu wyruszył 
do Prince Albert. 

PRINCE ALBERT 

„9 maja miały miejsce częste konsultacje oficerów i było 

wiele galopowania zwiadowców tam i z powrotem" — za­

uważył konstabl Donkin. Na wiadomości o toczącej się pod 
Batoche bitwie komisarz Irvine zareagował podwojeniem 
wart, wystawieniem dodatkowych pikiet i częstszymi inspek­

cjami. 10 maja załoga Prince Albert została zaalarmowana 
przybyciem parowca „Northcote". Nad rzekę wysłano kilka 
wozów i ambulans. Gdy wróciły, trzej ranni (w tym kpt. Wise 

z potłuczoną kostką) byli przedmiotem ogólnego zaintereso­
wania i podziwu, ale prawdziwa radość zapanowała, gdy 
rozdano listy, które były w drodze przez dwa miesiące. 

Plecaki, które policjanci Irvine'a zostawili w Humboldt, 
a załoga „Northcote" użyła jako kulochwytów, były za to 

w opłakanym stanie, całe podziurawione. 

— Nie martwcie się, chłopaki, rząd będzie musiał za to 

beknąć — pocieszano się. 

20 maja do Prince Albert wkroczyła kolumna gen. Mid­

dletona. Ord żałował, że nie mieli kobzy albo chociaż drumli, 
aby sobie akompaniować, ale i tak wypadli efektownie. 
Policjanci spoglądali na weteranów spod Batoche z podziwem. 

„Ich sterane wojną twarze były ogorzałe od wiatru i słońca, 
a kurz na szlaku pokrył je powłoką czerni. Ich mundury były 
przestarzałe, chyba z czasów wojny krymskiej. W starych 

furażerkach i ze śniadymi twarzami przypominali sipajów". 
Komisarz Irvine kazał policjantom na powitanie założyć 

279 

(jałowe mundury, ale — mówiąc słowami Donkina — „nasz 
wspaniały szkarłat wywarł na generała taki sam efekt, jak 

płachta tego koloru na byka". 

— Niech pan spojrzy na moich ludzi, sir! — wybuchnął 

Middleton. — Niech pan spojrzy na kolor ich mundurów, sir! 

Rzeczywiście, po marszu, walce i spaniu na ziemi w zeribie 

nie wyglądały one najlepiej. Gen. Middleton orzekł, że Prince 
Albert „przez cały czas było nie narażone na atak nieprzyjaciela 

[...] i w istocie nie próbował on ataku, a nawet biskup 

Saskatchewanu, który mieszkał przy szkole w pewnej odleg­
łości od miasta, nie był molestowany". W związku z tym 
określił policjantów mianem „susłów". „Jest to zwierzątko, 
które kopie nory na prerii, i na pierwszy znak niebezpieczeń­
stwa ucieka do dziury. Ten wspaniały popis intelektualnej 

błyskotliwości ich dowódcy został znakomicie przyjęty przez 
wiejskich Kanadyjczyków, którzy tylko wtedy pojmują prze­
nośnię, jeśli ma ona związek z glebą. Zwłaszcza dżentelmeńscy 
i pełni ogłady członkowie Batalionu Midland uważali go za 

przedni dowcip" — pisze Donkin. 

Gen. Middleton pozostał w obozie za miastem. Wieczorem 

mieszkańcy Prince Albert zebrali się dokoła generalskiego 
namiotu, odgrodzeni od niego liną. „Jakiż był to luksus dla 
nas, biednych wygnańców, posłuchać orkiestry, grającej naj­
nowsze melodie, gdy sztab główny obiadował"

6

. Nazajutrz 

generał odbył pow-wow z wodzami Indian. Lojalność została 
nagrodzona herbatą i tytoniem; uznany za nielojalnego Brodacz 
musiał pożegnać się z tytułem wodza, a na dodatek odebrano 
mu jego piękny medal z konterfektem królowej. 

22 maja oddział Middletona załadował się na statki „North­

cote", „North-West" i „Marąuis". Generał, w białym hełmie, 
szarym tweedowym garniturze do polowania na kaczki i wy­
sokich butach z ostrogami, wkroczył na pokład największego, 
65-metrowego „Marąuisa" (miał on na pokładzie takie luksusy, 

6

  D o n k i n . op. cii., s. 148-151. 

background image

280 

jak dywany, lustra i pianino). Przy dźwiękach tradycyjnie 

towarzyszącej wojnom indiańskim melodii The girl 1 l

e

ft 

behind me,

 wśród wiwatów i ryku syren, w gali flagowej 

flotylla wyruszyła do Battlefordu. Komisarz Irvine pozostał 
w Prince Albert; Middleton szorstko odrzucił ofertę dołączenia 
do oddziału jego policjantów. „Może Pan sobie wyobrazić 
moje zdumienie — poskarżył się komisarz szefowi NWMP. 

— Zarówno ja, jak i każdy z funkcjonariuszy bardzo pragnął 
być wykorzystany do działań, których natura była nam znana 
w każdym szczególe — taką pracę wykonywaliśmy od lat 
z pełnym powodzeniem. Nie tylko znamy kraj i obyczaje 
Indian, ale ludzie w szeregach nawet znają i mogliby rozpoznać 

wodzów, przeciw którym prowadzona jest operacja"

7

. „Ludzie 

w szeregach", nazwani susłami, byli jeszcze bardziej roz­

goryczeni. „Gdyby nam pozwolono, i gdyby nastąpiła bitwa, 
ani jeden z nas nie wyszedłby z niej żywy. Wszyscy cier­
pieliśmy dotkliwie w poczuciu takiej niesprawiedliwości" 

— pisze konstabl Donkin. 

BATTLEFORD 

W dwa dni po bitwie pod Cut Hill, 4 maja do obozu 

Budowniczego Zagród wrócił Joseph Jobin, przynosząc list od 

Riela. Louis Riel entuzjastycznie informował o zwycięstwie 
nad Fish Creek i wzywał wodza, by z 300 wojownikami 

przybył do Batoche i wraz z nim „ostatecznie załatwił sprawę 
z Middletonem". Budowniczy Zagród nawet gdyby miał tylu 
wojowników, nie miał chęci na żadne załatwianie cudzych 
spraw. Bliskość chemoginusuk coraz bardziej go niepokoiła, 

a na dodatek okazało się, że przez swoje niezbyt mężne 
zachowanie podczas bitwy stracił pozycję na rzecz wodza 
wojennego Pięknego Dnia. Okazało się to dobitnie, kiedy 

7 maja do rezerwatu przyszli Metysi, których ppłk Otter 

7

 A tk i n. op. ci!., s. 242. 

281 

wysłał do Budowniczego Zagród z propozycją rozmów. Piękny 
Dzień i jego Grzechotniki nie dopuścili ich do wodza, lecz 

przepędzili, jednego przy tym raniąc. Budowniczy Zagród 
spróbował ulotnić się w nocy z rodziną i grupą zwolenników, 
by szukać schronienia u Wroniej Stopy, ale Piękny Dzień 
wyperswadował mu to. Wódz został odsunięty, a nauczyciel 
Joseph Jobin sam mianował się „przewodniczącym obozu", 
cokolwiek ten tytuł miał dla Indian znaczyć. Pod jego 
naciskiem zdecydowano, że cały obóz uda się do Louisa Riela 

do Batoche. 12 maja karawana wyruszyła w drogę. Marsz 

przez prerię był zwykłą rzeczą dla koczowników, ale nie dla 
ich więźniów. Z determinacją ciągnęli ze sobą swoje skarby: 

Charles Bremner futra, a ojciec Cochin fisharmonię. Matka 
Bremnera nie wytrzymała trudów i umarła. 

Po dwóch dniach Indianom poszczęściło się. Rankiem 14 

maja wpadła na nich karawana wozów, które wiozły z Swift 
Current żywność do Battlefordu. Nie było eskorty; farmerzy, 

którzy chcieli zarobić po 10 dolarów za dzień wynajęcia się 
z wozem i zaprzęgiem, dostali Snidery i po 12 nabojów. 
Dziewięciu zabrało konie i uciekło, a 20 poddało się. Na 
wstępie Indianie ograbili ich ze wszystkiego. „Odbyli naradę, 
co z nami zrobić — wspomina Neil Brodie. — Wódz, mniejsi 
wodzowie i doradcy usiedli w kolo i każdy wstawał, aby 
wyrazić opinię. Mimo że nie znaliśmy ich języka, nie było 

trudno ich zrozumieć. Jeśli ktoś chciał nas zabić, to skakał 
wokół z karabinem i mówił szybko i głośno. Jeśli chciał nas 
oszczędzić, to zostawiał karabin na ziemi i chodził dokoła, 
mówiąc spokojnie"

8

. Ostatecznie Budowniczy Zagród powie­

dział, że będą żyć, jeśli jednak któryś ucieknie, pozostali 
zostaną zabici, i doradził im, aby podziękowali swojemu 
Bogu. Brodie odtąd powoził zaprzęgiem „mniejszego wodza", 

który siedział za nim z kiścieniem zrobionym z brzeszczotu 
od kosiarki mechanicznej. Robert Jefferson zaś, stęskniony 

S t ob i e, op. cit.. s. 57. 

background image

282 

w niewoli za strawą białych ludzi, delektował się zdobytymi 
sucharami i comed beefem. 

Tego samego dnia na Indian natknął się patrol ośmiu 

policjantów z Battlefordu. Z niejasnych relacji policjantów 
wynika, że wydało im się, iż są otaczani, rzucili się więc do 

ucieczki, a Indianie zaczęli ich ścigać. Konstabl Spencer 
został ranny w plecy, ale utrzymał się w siodle, a konstabl 
Elliott spadł z konia. „Zatrzymać się i próbować pomóc 
naszemu nieszczęsnemu koledze byłoby zwykłym samobójst­
wem — wspomina konstabl Racey. — Po półtorej godzinie 
Indianie przerwali pościg, na szczęście zanim ponieśliśmy 

dalsze ofiary"

9

. Elliotta znaleziono nazajutrz martwego, 

zakopanego po szyję w ziemię. Ogłoszona wersja wydarzeń 
podała, że konstabl Elliott został zrzucony przez konia, 

zabłądził, został wykryty przez Indian, bronił się uparcie, lecz 
został otoczony i zabity wieloma kulami. 

Indianie zatrzymali się niedaleko na popas. Pozostawali tam 

do 19 maja, kiedy jacyś dwaj Metysi poinformowali ich 
o zakończeniu walk pod Batoche i doradzili, aby postarali się 
dogadać z białymi. 

— Co teraz z nami będzie? — spytał bezradnie Budowniczy 

Zagród. „Chyba myśleli, że zostaną wszyscy zmasakrowani" 

— stwierdził Jefferson. 

— Sądzę, że powieszą tylko tych Assiniboinów, którzy 

mordowali białych — pocieszył wodza — ale ty pewnie 
będziesz musiał swoje odsiedzieć... 

Budowniczy Zagród sporządził więc list do Middletona. 

Jefferson pojechał z nim i 23 maja dogonił parowiec generała 
w okolicy Fortu Carlton. 

„Sir — przeczytał Middleton. — Dosięgły mnie wieści 

o poddaniu się Riela. [...] Chciałbym dowiedzieć się prawdy 
i warunków zawarcia pokoju, i mam nadzieję, że potraktuje 

nas pan łagodnie. Ja i mój lud życzymy sobie, aby przesłał 

K 1 a n c h e r, op. cit., s. 53. 

283 

nam pan warunki pokoju na piśmie, by nie było nieporozumień, 
z których powstaje wiele kłopotów. Mamy 21 jeńców, których 
staraliśmy się traktować dobrze. Łączę pozdrowienia, Budow­
niczy Zagród". 

Jefferson dodał od siebie, że wódz tylko straszy; wszyscy 

więźniowie zostali już wypuszczeni i byli w drodze do 
Battlefordu. „Generał zapytał, czy mógłby coś dla mnie 
zrobić, ale kiedy powiedziałem, że potrzebuję pary butów 
— byłem praktycznie bosy — odrzekł, że nie jest w stanie mi 
pomóc"

l 0

. Middleton bez zwłoki wysłał go z powrotem 

z odpowiedzią (jak przyznaje, niezbyt gramatyczną): 

„Budowniczy Zagród — Całkowicie pokonałem mieszańców 

i Indian pod Batoche, a Riela i większość jego rady uczyniłem 

jeńcami. Nie uzgadniałem z nimi warunków i nie będę tego 

robił z tobą. Mam dość ludzi, aby zniszczyć ciebie i twój lud, 
albo przynajmniej wypędzić was tam, gdzie będziecie głodo­
wać, i zrobię to, chyba że przyprowadzisz zaprzęgi, które 
zabrałeś, siebie i doradców, z bronią, aby mnie spotkać 
w Battlefordzie, w poniedziałek 26-go"". 

24 maja rozradowane gromady na brzegach rzeki witały 

statki Middletona już na milę przed Battlefordem. Generał był 
mimo to niezadowolony. Skrytykował fort Battleford jako 
„pospiesznie i niedoskonale umocniony" i stwierdził, że 
podobnie jak Prince Albert, nie był on w niebezpieczeństwie. 

W dodatku Indianie dopuszczali się ekscesów tylko w tej 
części miasta, którą policjanci sami wydali im na łup — część 
leżąca bliżej fortu uniknęła zniszczeń i grabieży. 

25 maja działo z baterii B oddało salut 21 wystrzałów, 

a potem odbyła się parada z okazji urodzin królowej. Punktem 
kulminacyjnym by\ feu dejoie — żołnierze oddawali wystrzały 
po kolei, aby ogień sunął wzdłuż szeregu. Nie szło im to tak 

gładko, jak „regularnym", ale wszyscy byli pewni, że jeśli 
Budowniczy Zagród patrzy skądś z ukrycia, to jest pod 

10

 Je ff  e r s o n , op. cit., s. 151. 

" M i d d 1 e t o n, op. cit., s. 59-60. 26 maja przypadał we wtorek. 

background image

284 

głębokim wrażeniem. Nazajutrz odbył się pow-wow. Goście 
dopisali — przed generałem, który zasiadł w fotelu, usiadło 
półkolem 70 Indian w barwach wojennych. Nie był obecny 
tylko Piękny Dzień, który udał się do Stanów Zjednoczonych 
Indianie nie wyglądali na pokonanych — stwierdził Jefferson 

— „wydawali się całkiem beztroscy, a niektórzy mieli 
nawet wyzywający wygląd". Artylerzysta kpt. Rutherford 
robił szkice; potem uwiecznił tę scenę na płótnie (w owych 
czasach od oficerów artylerii oczekiwano takich umiejęt­

ności). Pierwszy zabrał głos Budowniczy Zagród. Middleton 
słuchał w tłumaczeniu Toma Hourie jego „długiej oracji, 

ozdobionej alegoriami i zwyczajową indiańską kwiecistością. 
Sensem jej było, że niewiele wiedział, co się działo, robił, 
co mógł, by utrzymać spokój wśród młodych wojowników, 
a teraz przybył, by czynić pokój, co wydawał się uważać 

za szczególnie godne pochwały"

n

.

 Generał nie obdarzył 

go rewerencją — nie podał mu nawet ręki, na co oburzał 
się ojciec Cochin, którego zdaniem „Budowniczy Zagród 

jako wódz, który narażał życie, aby powstrzymać rozlew 

krwi i przywrócić pokój, zasłużył na nagrodę za swoją 
wspaniałomyślność i heroizm" '

3

. Po wodzu przemawiało 

kilku Indian. Middleton słuchał, choć niezbyt uważnie, 
ale gdy chciała zabrać głos jedna ze stojących z tyłu 

sąuaws, „brudnych i nędznych jak zwykle", sprzeciwił się. 

— Nie będę jej słuchał — zaprotestował. — Podobnie jak 

wy, Indianie, my biali również nie dopuszczamy kobiet do 

rady wojennej. 

— Przecież rządzi wami kobieta — zauważyła squaw. 
— W rzeczy samej — chrząknął generał, w duchu po­

dziwiając „bystrość tej chytrej, choć brudnej kobiety". 

— Wszelako Jej Królewska Mość w swej łaskawości zabiera 
głos w sprawach wojny tylko poprzez doradców, wśród 
których nie ma kobiet. 

12

 Tamże,

 s. 61 

' S t ob i e, op. cit., s. 65. 

285 

Sąuaw chciała dyskutować, ale kilku Indian wyciągnęło 

ją z kręgu. 

— Niewdzięczni jesteście — przeszedł do ataku generał 

— tym oto odpłacaliście dobre traktowanie przez białych 
ludzi, a teraz, gdy wiecie, żem pobił mieszańców-rebeliantów, 
przychodzicie żebrać o pokój, a usta wasze pełne są kłamstw! 

Po tym, jak uważał, stylowym wstępie Middleton oświad­

czył, że aresztuje Budowniczego Zagród, zaś reszta będzie 

mogła powrócić do rezerwatu, jeśli zgłoszą się mordercy 

Payne'a i Tremonta. Budowniczy Zagród odrzekł, że poddaje 
się, choć nikogo nie zamordował, a prosi tylko, by Middleton 
oszczędził życie indiańskich kobiet i dzieci. Itka, w damskim 
czarnym słomianym kapeluszu z zielonymi piórami, i półnagi 
Człowiek Bez Krwi, wystąpili naprzód i wyznali swoją winę. 
Policjanci poprowadzili ich wraz z Budowniczym Zagród do 
aresztu. Pow-wow był skończony. 

27 maja w Battlefordzie pojawiło się 20 policjantów, którzy 

oświadczyli, że należą do kolumny z Alberty, dowodzonej 
przez gen. mjr. Thomasa Strange'a, i poszukują Dużego 
Niedźwiedzia. Dowódca, kpt. Perry poinformował, że gen. 
Strange jest w Forcie Pitt. Gen. Middleton odesłał go z po­
wrotem parowcem, wraz z kompanią Strzelców z Winnipegu 
i zaopatrzeniem. 

Tego samego dnia przypłynęło kanu, a w nim sierż. NWMP 

Borrowdaile z listem od gen. Strange'a. Gen. Middleton 
zirytował się tymi niespodziankami. Kiedy sierżant, który na 
rzece zgubił rewolwer, poprosił o nowy, odrzekł: 

— Phi, niepotrzebny wam rewolwer, sierżancie — przez 

ten kraj, gdzie jest generał Strange, można chodzić z kijem. 

Skąd właściwie ten Strange wziął się przed nim w Forcie 

Pitt? 

background image

OSTATNIA BITWA NA ZIEMI KANADYJSKIEJ 

Gen. mjr Thomas Bland Strange, zawodowy oficer brytyjski, 
były Inspektor Artylerii Kanadyjskiej i dowódca artylerii 
w twierdzy Quebec, miał 54 lata i od czterech lat hodował 

konie w dystrykcie Alberta (gdyby w wieku 50 lat nie 
przeszedł w stan spoczynku, straciłby emeryturę). 29 marca 
min. Caron powierzył mu obronę całej Alberty i mianował 

dowódcą „korpusu obrony terytorialnej", a on zgodził się bez 
wahania. Strange był kompetentnym oficerem, znał zachód, 
wiedział, na czym polega tak zwane „zderzenie kultur" 
(hodowców koni z koniokradami), a nawet poznał osobiście 

niejakiego Wiszące Suszone Mięso. Przyjął więc nominację, 

chociaż obawiał się, że zagrozi ona jego emeryturze. 

Strange jako artylerzysta należał do intelektualnej elity 

armii, a jako artylerzysta konny do jej części obdarzonej 
kawalerską fantazją. Jako porucznik dowodził baterią podczas 

buntu sipajów, a specjalnością jego baterii był „brawurowy 
pęd, typowy dla Artylerii Indyjskiej". Z kilkoma ludźmi 

błyskotliwą szarżą zdobył dwa działa sławnej sipajskiej Baterii 
Karych Koni (generał obiecał mu za to pochwałę w rozkazie, 
ale —jak pisze Strange — nie dostał jej, bowiem „laury rosną 

na drzewach przed Whitehall"). Podczas szturmu na Lucknow 
walczył ramię w ramię z irlandzką piechotą i uczestniczył 
w niejednej walce wręcz, na noże i gołe pięści. Wtedy poznał 

287 

kpt. Fredericka Middletona — we dwóch podkładali ładunek 
wybuchowy pod bramę fortu Moonshee Gunj. 

Alberta została ogołocona z policji, i „w opinii wielu, 

szykowała się sprawa Custera"'. Znajomy oficer armii 
USA przysłał Strange'owi książkę o Custerze i bitwie 
nad Little Big Horn, co ten uznał za „zdrowe ostrzeżenie". 
Strange zawsze był pełen uznania dla metod, jakimi na 
zachodzie zaprowadzali porządek Amerykanie, i zazdrościł, 

że nie może tak jak oni postępować z konio- i bydłokradami, 
zaczął więc zabezpieczanie Alberty od własnego podwórka. 
Ewakuował z rancza kobiety i przygotował kowbojów 
do obrony. Podczas najbliższego napadu na ranczo jeden 

Indianin został zabity, a reszta uciekła, porzucając skradzione 
konie. Oburzony inspektor Denny donosił gubernatorowi, 
że Strange rozkazał strzelać do Indian na swoim terenie 
bez ostrzeżenia, i kwestionował powierzenie dystryktu tak 

nieodpowiedzialnemu osobnikowi. Strange nie przejął się 
i do pierwszych oddziałów swoich sił zbrojnych (Rangersów 
z Gór Skalistych, którymi dowodził legendarny kanadyjski 
westman Kutenaj Brown, i Albertańskich Strzelców Konnych) 
na przekór zwerbował grupę kowbojów zza „magicznej 

linii". Jak pisze, wszyscy Amerykanie „bez mrugnięcia 
okiem złożyli przysięgę wiernej służby królowej". Także 
insp. Samuel Steele wyrażał się o nich z uznaniem: 
„W całym świecie nie ma nikogo ponad kowboja, a choć 
żyje wolny, podporządkowuje się doświadczeniu wojsko­
wemu, jakby się do niego urodził"

2

. Jego własny oddział, 

Zwiadowców Steele'a, składał się z 25 policjantów, 100 
kowbojów i 4 Assiniboinów. Konstable przebrali się w bru­
natne drelichy i założyli kowbojskie kapelusze, praktycz-
niejsze od okrągłych „pudełeczek na pigułki". Tylko sam 

insp. Steele, „wspaniale wyglądający facet, nie potrafił 
zrezygnować z buńczucznej szkarłatnej kurtki, i nie prosiłem 

' S t r a n g e. op. cit., s. 415. 

2

 S t e e I e, op. cit., s. 213. 

background image

288 

go o tę ofiarę, choć obawiałem się, że w pierwszej potyczce 
będzie go kosztować życie" — pisze Strange. 

Miejscowi Czarne Stopy, Krew i Pieganowie, których tak 

się z początku obawiano, nie stwarzali problemów. Louis 
Riel dość wysoko oceniał Kri, ponieważ uważał ich za 
ucywilizowanych przez Metysów, ale Czarne Stopy miał za 

„zwykłych dzikusów", czyli „Indian w dosłownym znaczeniu 
tego słowa"

3

. Nie spotkał się więc nawet ze znanym mu 

z Montany Wronią Stopą. Tylko wysłannik Riela, Metys 
zwany Głowa Niedźwiedzia, od kilku miesięcy odwiedzał 

Czarne Stopy i przekonywał, że cały kraj należy do nich, 
zatem wolno im zabijać chodzące po prerii bydło, a jeśli biali 
tego poglądu nie podzielają, trzeba ich przepędzić. NWMP 

kilkakrotnie aresztowała go, lecz albo był zwalniany, albo 
uciekał. Wreszcie gdy Czarne Stopy urządzili taniec słońca 
i zaczęli wpędzać się w amok, insp. Steele wyciągnął 
wizytującego ich Głowę Niedźwiedzia za kołnierz z honoro­

wego miejsca po lewym boku Wroniej Stopy. Wodzowi zaś 
ofiarował darmowy bilet kolejowy do Calgary, aby mógł być 

widzem na jego procesie. 

Wronia Stopa zrobił to i z satysfakcją wysłuchał, jak 

„niezawisły sąd" uniewinnia Metysa. A więc miał on słusz­
ność... Zaniepokojony gubernator Dewdney skorzystał z do­

świadczeń amerykańskich i zaprosił Wronią Stopę z paroma 
innymi wodzami do Winnipegu. Nie był to Waszyngton ani 
Nowy Jork, ale i tak miał tylu mieszkańców, ilu było 

wszystkich Indian na Terytoriach, gubernator sądził więc, że 
też zrobi wrażenie. Trudno powiedzieć, by Winnipeg wodzów 

oszołomił — po powrocie jeden z nich cisnął agentowi 
w twarz nielubiany bekon, żołnierze-psy zabronili go pobierać, 
a Wronia Stopa napisał protest, twierdząc, że jedzenie wiep­

rzowiny grozi Indianom śmiercią. Niepokoje zażegnał starym 
sposobem przyjaciel Wroniej Stopy, insp. Denny: załatwił 

The Collected Writings of Louis Riel,

 vol. 2, op. cit., s. 240. 

289 

Czarnym Stopom dodatkowe dostawy mięsa wołowego i mąki. 
Oprócz tego Wronia Stopa otrzymał od Rady Terytorium 50 
dolarów jako „wyraz estymy, którą Rada darzy jego naród". 
Wzruszony napisał do premiera Macdonalda, że Czarne Stopy 
„są zgodni i zdeterminowani w swej lojalności wobec Królo­

wej, cokolwiek by się nie stało"

4

. Jego list został przez 

premiera odczytany na posiedzeniu rządu, przyjęty owacją, 
i przekazany na dwór królewski. Wódz otrzymał od premiera 
wylewne podziękowanie na piśmie i obietnice pomocy, czym 

rozochocony zaproponował udział Czarnych Stóp jako zwia­
dowców w korpusie Strange'a i zażądał dostarczenia mu 
amunicji. Gubernator Dewdney poparł ten pomysł, ale gen. 
Strange nie chciał o nim słyszeć — jak powiedział, zbyt 

dobrze już poznał zwiadowcze możliwości Czarnych Stóp na 
odcinku kradzieży bydła i koni. W dodatku wbrew woli 
gubernatora zarekwirował przeznaczoną dla nich amunicję. 
Czarne Stopy byli oburzeni, ale poprzestali na narzekaniach 
na podwójne języki białych. 

Nieoczekiwanie większym niebezpieczeństwem od Indian 

okazali się biali, zrzeszeni w Związku Farmerów i od 
dawna będący w konflikcie z ranczerami. Radykalni przy­
wódcy Związku skorzystali z okazji i urządzili wiec, do­

magając się uznania ich praw zasiedzenia i w przypadku 
odmowy grożąc zbrojnym oporem na sposób Metysów. 
W odpowiedzi Strange zażądał wprowadzenia w Albercie 
stanu wojennego. Nie otrzymał na to zgody, ale radykałowie 

uspokoili się i tak. 

11 kwietnia nadszedł telegram od gen. Middletona, który 

rozkazywał, aby gen. Strange „natychmiast ruszał na Edmon-
ton". Strange uważał, że nie ma dosyć sił — jak mówił, „nie 
miał zamiaru popełnić Custera", więc Middleton przysłał mu 

koleją dwa bataliony milicji frankofońskiej — 65 batalion 

Karabinierów z Mont Royal i złożony głównie ze studentów 

4

 D e m p s e y. op. cit.. s. 172. 

19 _ Batochc 1885 

background image

290 

uniwersytetu 9 batalion Woltyżerów z Quebecu — oraz 92 
batal ion Lekkiej Piechoty z Winnipegu. „Uzna mnie pan za 

samoluba, ponieważ przysyłam panu wszystkie francuskie 
bataliony — krygował się Middleton, dodając — jeśli ktoś 

sobie z nimi poradzi, to tylko pan". Gen. Strange nabrał trochę 
otuchy po tym, jak wygłosił powitalną mowę po francusku 
i została ona przyjęta z „acclamations enthusiastes"', ale nie 

obyło się bez scysji. Dowódca Karabinierów z Mont Royal, 
ppłk J. Alderic Ouimet, nie zdradzał zapału do służby i Strange 

odesłał go z powrotem. Ich wzajemna niechęć mogła wynikać 
z tego, że Ouimet był posłem konserwatywnym, „parlamen­
tarnym pułkownikiem", a w 1870 roku popierał Louisa Riela. 
Prasa anglojęzyczna zaczęła całą sprawę przedstawiać jako 

dowód przewrotnej i tchórzliwej natury Francuzów, toteż 
Ouimet wrócił na zachód, lecz wciąż skarżył się na żołądek 
i wiele czasu spędzał u lekarza \ 

Większość milicjantów jak zwykle nie umiała strzelać, 

a Francuzi na dodatek nie znali regulaminów ani instrukcji, 
bowiem takowych w języku francuskim nie było. Poza tym, 
mimo demonstrowanej przyjaźni, Strange nie był pewien 

frankofonów, zwłaszcza uniwersyteckich Woltyżerów, więc 
rozparcelował ich po garnizonach w okolicy. Studenci nie mieli 
zobaczyć żadnej akcji, więc poświęcali się obserwacjom Gór 
Skalistych (byli zachwyceni) oraz Indian (nie byli). Opisywali 

ich jako szpetnych, leniwych (z wyjątkiem kobiet; te „wykonują 
wszystkie prace, podczas gdy panowie i władcy siedząc, pykając 

fajki"), chciwych („im więcej im dawać za pamiątki, tym więcej 
żądają") i chętnych do kradzieży. Nie docenili również ich 

obyczajów, określając słynny „danse du soleil" jako „cirąue 
satanicjue"

6

.

 Na prośbę mieszkańców Calgary, aby zrobić 

5

 Louis Riel polecał Bogu „Alderica Ouimeta i wszystkich francuskich 

Kanadyjczyków, którzy są z Middletonem". aby „skłonił ich serca i dusze na 

jego korzyść" i by „pośród bitwy natchnął ich ... aby rzucili broń, albo zawarli 

z nami pokój" (The Diaries.... s. 66). 

' bu nu, op. cii., s. 70-71. 

291 

wrażenie na plemieniu Sarcee, zafundowali im pokaz walki na 
bagnety, aż, jak napisał dziennikarz, „Indianom oczy tak wylazły 
na wierzch, że można ich było użyć za kołki do wieszania 
kapeluszy". Mimo to Indianie nie darzyli „małych Kanadyjczy­

ków" szacunkiem, bowiem nosili zielone mundury, które nie 
kojarzyły im się z władzą, a w dodatku mówili po francusku jak 
lekceważeni przez nich Metysi. Strange więc odtąd wobec Indian 
eksponował raczej czerwone tuniki piechurów anglojęzycznych 
z Winnipegu. 

Middleton obiecywał Strange'owi przysłanie jednej ze 

swoich armat, ale dopiero wtedy, gdy zlikwiduje oblężenie 
Battlefordu. Strange sprowadził więc z Fortu Macleod policyj­
ną 9-funtówkę z zapasem 150 pocisków, którą powierzył 
swojemu synowi, także zawodowemu artylerzyście. Tak wzmoc­

niony oddział z korpusu obrony terytorialnej przepoczwarzył 
się w Siły Polne Alberty {Alberta Field Force). 20 kwietnia 

jego 1000 ludzi, przy nieśmiertelnych dźwiękach The girl 

I left behind me

 ruszyło w trzech eszelonach ku Edmonton. 

Podobnie jak Middleton, Strange odczuł boleśnie wzrost 

kosztów transportu. „Ze wszystkich tchórzliwych łotrów, 
z jakimi miałem do czynienia, ludzie z Calgary są najgorsi 
— pisał. — Żadnego patriotyzmu, nic, tylko chciwość, 
i wymuszanie bajońskich sum za transport". Mimo to widząc 
niepokój żegnających oddział mieszkańców, dla ich uspokoje­
nia Strange wygłosił krótką mowę do Indianina, którego 
wypatrzył wśród zgromadzonych. 

— Idź do Wroniej Stopy i powiedz mu, że jeśli nie będzie 

się zachowywał przyzwoicie, to gdy wrócę, rozprawię się 

z nim i z całą jego bandą, i wtedy ani sir John, ani Dewdney 
mu nie pomogą. 

Teren, przez który trzeba było iść, według Strange'a 

„dokładnie przypominał stepy Syberii". Tabory z zaopa­
trzeniem były więc wielkie i rozciągnięte — na 220 bagnetów 

w jednym eszelonie przypadało 175 wozów. Marsz przebiegał 
bez większych wydarzeń. Tak samo, jak w kolumnach 

background image

292 

Middletona i Ottera, narzekano na monotonne jedzenie 
i brak opału (po drodze w Red Deer osadnicy zrobili 
kokosy sprzedając chleb po dolarze bochenek, a jeden 
zainkasował 22 dolary za 11 desek, które milicjanci wyrwali 
mu z płotu na ognisko). Sprawdzała się za to teoria 

że „obraz zorganizowanego oddziału wojska sunącego na­
przód powoli, lecz pewnie, odbiera rasom niższym odwagę"

7

Największe wrażenie na Indianach wywierał sam Strange 

jego generalski strój (marynarska kurtka ozdobiona po­

licyjnymi guzikami i złotymi epoletami, bryczesy i wysokie 

buty), wielka czarna broda oraz monokl, dzięki któremu 
zyskał u Indian imię „Biały Wódz z Jednym Okiem Ot­
wartym". Na całym szlaku Siły Polne witały flagi brytyjskie, 
powiewające nad indiańskimi tipi. W jednym z rezerwatów 
Indianie wystawili łuk triumfalny z portretem królowej 

Wiktorii, a wódz uparł się uścisnąć dłoń każdemu mi­
licjantowi, wyrażając nadzieję, że „pozabijają wszystkich 
Indian, którzy przyłączyli się do rebelii". „Pragnienie Indian, 

by znów zająć się rolnictwem, to istny cud" — zauważył 

jakiś dziennikarz. Także spacyfikowany przez ojca Scollena 

wódz Krótki Ogon zapewnił Strange'a o swej lojalności. 
Generał nie podał mu ręki, ale obiecał, że zrobi to wracając, 

jeśli wódz nadal będzie grzeczny, a jeśli nie... („zostawiłem 

tu pole dla jego wyobraźni"). 

1 maja Siły Polowe po przejściu 320 kilometrów osiągnęły 

Edmonton. Na ich cześć mieszczanie oddali salut z armaty, 
ale zapomnieli wyjąć z lufy stempel, który po wystrzale 
poszybował jak włócznia i upadł wśród maszerującej kolumny, 

szczęśliwie nie trafiając nikogo. Wszyscy fetowali gen. 
Strange'a, czym dowódca NWMP w Edmonton insp. Griesbach 

był urażony. Podkreślał w raporcie, że „ogólne powstanie 
Indian i innych nie nastąpiło dzięki ufortyfikowaniu i utrzy­
maniu przez niego Fortu Saskatchewan oraz nieustępliwej 

7

 Cali well, op. cit., s. 51. 

293 

postawie policji". Gen. Middleton w swoim raporcie spre­
cyzował: „Griesbach i jego ludzie mieli niewielu rebeliantów, 
z którymi mogliby walczyć, ale patrolowali teren i wy­
konywali długie i trudne jazdy za domniemanymi konio­

kradami". Jak tam nie było, „rebelia" w Albercie skończyła 
się bez wystrzału, jeśli nie liczyć kanonady, rozpętanej 
w Forcie Saskatchewan przez Karabinierów z Mont Royal, 
którzy za nieprzyjaciela wzięli kota insp. Griesbacha. W do­
datku zgodnie z oczekiwaniami wojna ożywiła miejscową 
gospodarkę. Strange w szybkim tempie wydawał tysiące 
dolarów na zakup żywności. Trzeba było zorganizować 
transport i łączność z Calgary, więc osadnicy zarabiali 
po 8 dolarów dziennie za wynajęcie zaprzęgu, a robotnicy 

przy linii telegrafu po 5 (jeszcze niedawno dniówka wynosiła 
50 centów). Ceny siana skoczyły z 15 do 75 dolarów 
za tonę, zdrożały też delikatesy, masowo wykupywane 
przez wygłodniałych milicjantów. „Chyba myślą, że jesteśmy 
ruchomymi kopalniami złota" — stwierdził jeden. Wkrótce 
w mieście i forcie znowu pojawili się Indianie. Byli mile 
widziani — ich obecność, w przeciwieństwie do ich braku, 

oznaczała pokój — ale magistrat na wszelki wypadek 
zakazał sprzedawania im lub dawania w prezencie amunicji 
scalonej. 

Inaczej niż Middleton, gen. Strange ukrywał swoje zamiary 

przed „przekleństwem współczesnych armii", czyli prasą, 
i częstował natrętnych dziennikarzy takimi tekstami, że pisali 

o nim „szaleniec" i „lekko pomylony", co zresztą wydawało 
się go bawić. „Ja wiedziałem, co robię, ale wolałem, by inni 
tego nie wiedzieli" — komentował. Po doświadczeniach 

pieszego marszu postanowił teraz wykorzystać transport 
rzeczny. Według jego projektu cieśle niezastąpionej Kompanii 
Zatoki Hudsona zbudowali pięć barek do transportu ludzi 
i zaopatrzenia, barkę do transportu koni oraz barkę artyleryjską 
z platformą dla 9-funtówki. Strange opancerzył je workami 

mąki, beczkami wieprzowiny i belami siana, i był pełen 

background image

294 

entuzjazmu, ale nikt go nie podzielał. Ppłk Osborne Smith 
dowódca Lekkiej Piechoty, najpierw protestował na piśmie 
potem zażądał próby odporności na ostrzał karabinowy, a choć 
okazało się, że osłony zdają egzamin, zdyskwalifikował przy 

tej okazji połowę amunicji (która miała 11 lat) jako nie 
nadającą się do użytku. Strange uciszył malkontentów, roz­
kazując, aby każdy, kto nie jest pewny jakości swojej amunicji, 
strzelał dopiero wtedy, gdy będzie widział białka oczu 

przeciwnika. 

15 maja Siły Polne w liczbie 700 ludzi (Strange po-

rozmieszczał część frankofonów wzdłuż drogi zaopatrzenia 
z Calgary, a przy okazji pozbył się ppłk. Ouimeta, po­
zostawiając go w Edmonton) załadowały się na barki i ruszyły 
w dół Saskatchewanu Północnego. Ppłk Smith miał trochę 

racji; barki przeciekały i trzeba było nieustannie wypom­
powywać z nich wodę. Po 30 km barka dla koni poszła 
na dno, lecz podniesiono ją. Na szczęście zaopatrzenie 

bardzo nie ucierpiało; jak zaobserwował Strange, mąka 
w worku robi się mokra na grubość cala, a dalej woda 
nie przesiąka. Oprócz tego podróż mijała bez emocji. 

Tylko raz ktoś z krzaków strzelił do jednej z barek, 
ale nie trafił. Karabinierzy otworzyli gęsty ogień, lecz 
gdy nazajutrz przeszukano brzeg, „nie znaleziono żadnych 

dobrych Indian, tzn. martwych", jak zapisał Strange. Wy­
darzenie to tak pobudziło Karabinierów, że kiedy w nocy 
wartownik zaalarmował obóz, w mgnieniu oka zaatakowali 
z krzykiem i zasypali prerię gradem kul tak, że o mało 
nie wystrzelali patrolu Steele'a. Rano jak zwykle okazało 
się, że wartownik wziął za Indian kilka młodych topól, 

chwiejących się na wietrze. 

Ekspedycja zatrzymała się na wypoczynek i szkolenie 

bojowe w Forcie Victoria, faktorii Kompanii Zatoki Hudsona. 

Tam 21 maja dotarł do Strange'a (via Calgary i Edmonton) 
list wysłany przed miesiącem przez Middletona, z informa­
cjami o bitwie nad Fish Creek. Mając świadomość, że od tego 

295 

czasu musiało się wiele zdarzyć, i Middleton mógł być już 
blisko, generał wysłał sierż. Borrowdaile'a w kanu w dół rzeki 
na jego poszukiwanie. 

23 maja Strange zostawił połowę Karabinierów jako 

garnizon Fortu Victoria, drugą połowę wysłał na łodziach 
do Fortu Pitt, a sam z Lekką Piechotą, konnicą i armatą 
ruszył do Frog Lakę. Strange podczas buntu sipajów widział 
niejedno, ale nieszczęsna osada zrobiła na nim wrażenie. 
Na jej skraju powitał oddział trup — siedział, oparty 
o drzewo, z fajką w zębach. Woń kwiatów w ogródkach 
przy ruinach domów mieszała się z odorem rozkładu. 

Znaleziono kilka zwłok „okaleczonych na wszystkie niegod­
ne sposoby", w tym Gilchrista i Dilla — nie było pewne, 
który jest który, ponieważ nie mieli głów. Z piwnicy 
spalonego kościoła dwaj ludzie w „maskach gazowych" 
z gąbki nasączonej rumem wyciągnęło szczątki księży 
(rozpoznano ich po różańcach), Delaneya i Gowanlocka. 
„Podawali ich po kawałku na górę — pisze szer. Hicks. 

— Dotąd oddziały ze wschodu wyrażały współczucie dla 

«biednych Indian» i wielu wątpiło, czy zwłaszcza 65 
batalion będzie chciał z nimi walczyć. Sceny z Frog Lakę 

zmieniły ich nastawienie". Pochowano zwłoki i oddział 
poszedł dalej. 24 maja wieczorem Siły Polne doszły do 
Fortu Pitt, gdzie czekały je nowe wrażenia. Wśród zgliszcz 
fortu stał jeden magazyn, a wokół walały się połamane 
meble, książki, różne przedmioty, „jakby rozrzuciła je trąba 
powietrzna". Niedaleko leżało ciało konstabla Cowana, 
skutego kajdankami, okaleczonego, oskalpowanego i z wy­

ciętym sercem, a obok szczątki jego konia. „Nie poprawiło 
to uczuć wobec Szlachetnego Czerwonego Człowieka" 

— stwierdził Hicks. Nabożeństwo pogrzebowe odprawił 
kanonik George McKay, mieszaniec, brat Thomasa McKaya 
z Prince Albert (tego, któremu Riel mówił, że „chce krwi"). 
Jak pisze Steele, był to „znakomity jeździec, dobry strzelec, 
dzielny jak lew, w sam raz do kawalerii". Nic dziwnego, że 

background image

296 

gdy skończył się modlić, „choć bronią kanony księdzu bić 
się", krzyknął do jednego z milicjantów: 

— Teraz ty weź Biblię, a mnie daj karabin! 

Koszmarne obrazy pobudziły wyobraźnię. „Mam nadzieję, 

że będziemy walczyć, aby ocalić rodzinę McLeanów — pisa} 
w liście do domu kpt. LaTouche Tupper. — Lekka Piechota 
z Winnipegu uratuje kobiety albo zginie próbując. Pani 
Delaney nie żyje. Była gwałcona przez wojowników, aż 
umarła. Squaws pocięły ją na kawałki. Dałby Bóg, abyśmy 
uratowali panny McLean. Jeżeli zrobili z nimi to, co z panią 

Delaney i panią Gowanlock — która należy do jednego 
wojownika i żyje — to byłoby lepiej, gdyby nie żyły, ale 

niedobrze nam się robi na tę myśl. Módl się, żebyśmy tych 
bydlaków dostali w zasięg naszych Sniderów. Nie prosimy 

o nic więcej"

8

Nazajutrz, 25 maja, przypadały urodziny królowej. W kwiet­

niu w Calgary był upał, teraz ludzie w ulewnym i zimnym 

deszczu słuchali przemówienia dowódcy, które według dzien­
nikarza brzmiało jak seria wystrzałów z Winchestera. 

— Maszerowaliście dobrze — mówił Strange. — Będzie­

my iść za Dużym Niedźwiedziem, jak długo wystarczy żarcia, 

a i potem się nie zatrzymamy. To są urodziny królowej! Nie 
mamy czasu świętować, nie będzie fajerwerków, ale wkrótce 
spotkamy nieprzyjaciela, wtedy fajerwerki będą. Chłopcy, 
trzy razy hip-hip-hura dla królowej! Niech Bóg ją błogosławi! 

Gen. Strange wysłał patrole na poszukiwanie Indian; patrol 

kpt. Perry'ego zamiast Dużego Niedźwiedzia znalazł kolumnę 
Middletona, który w ten sposób dowiedział się o obecności 

Strange'a. Na ślady Indian natrafili 26 maja zwiadowcy 
Steele'a. Nie był to zresztą wielki wyczyn. „Może zaskoczy 
to ludzi cywilizowanych, których wiedza o szlachetnym 

czerwonym człowieku pochodzi głównie z dzieł Fenimore'a 
Coopera, ale od czasów Pontiaka Indianin żałośnie się zdege-

Li gh t. op. cit., s. 440. 

297 

nerował, i szlak Dużego Niedźwiedzia nie był słabym i nie­
wyraźnym tropem, pozostawionym przez szereg idących 
gęsiego stóp obutych w mokasyny, czy temu podobną bzdurą, 
lecz była to szeroka droga, udeptana przez kilkuset ludzi, 

konie i koła blisko setki wozów"

9

. Zwiadowcy poszli tą 

drogą, zbierając rozsypane ziemniaki i zboże. Insp. Steele 
znalazł list, który Amelia McLean pisała do matki ze szkoły 
dla panien w Winnipegu. O zmierzchu zwiadowca Czippewaj 
imieniem Beatty rzekł: 

— Beatty czuje nosem Indian i ma stracha! 
Steele postanowił zatrzymać się, lecz w wąwozie, który 

sobie upatrzył na biwak, zwiadowcy napotkali grupę wojow­
ników Kri. Wywiązała się strzelanina, ale zanim zaalar­
mowany Strange przybył z Lekką Piechotą i armatą, In­

dianie znikli wśród drzew, pozostawiając jednego zabitego. 
Strange stwierdził, że Indianin był potężnie zbudowany, 
„odziany w posępny uśmiech i przepaskę biodrową — zwy­

kły letni uniform czerwonego", a na piersi miał „medal 
z litego srebra z królową, wielki jak te, które na wystawie 
rolniczej dostaje się za rekordową świnię. Stracił swój medal 
i swój skalp"

 10

. Skalp wojownika miał ozdobić salon bilar­

dowy w Calgary, a jakiś zwiadowca zabrał na pamiątkę jego 
ucho. „Wygląda to nieapetycznie — przyznał Ord — ale 
myślimy o Frog Lakę i robi się nam lepiej; widzicie, jest już 
dobrym Indianinem". Ogólnie, jak stwierdził ppor. MacBeth 
z Lekkiej Piechoty, „panowało zadowolenie, że rutyna 
marszu została urozmaicona". Trop był ciepły — nazajutrz 

odkryto obozowisko ze śladami 187 tipi, a wieczorem 
dostrzeżono konnych Indian na szczycie wzgórza o nazwie 
Frenchman's Butte. Byli za daleko, aby ich dosięgnąć, ale 
armata oddała kilka wystrzałów szrapnelami, na skutek 

czego Indianie się schowali. Strange postanowił kontynuo­

wać pościg nazajutrz. 

9

 Ord, op. cii., s. 65. 

10

  S t r a n g e , op. cit., s. 481. 

background image

298 

— Gdyby nas w nocy zaatakowali, uważajcie, jak strzelacie 

— ostrzegł. — Nocne strzelanie jest nieskuteczne, chyba że 
do swoich. 

FRENCHMANTS BUTTE, 28 MAJA 

Obóz Dużego Niedźwiedzia nie zabawił długo w Frog Lakę. 

Zdewastowana miejscowość nie zachęcała do pozostawania, 
a nawet Leśni Kri nie mieli już tam swojego majątku, więc 
Indianie na początku maja wrócili do Fortu Pitt. Wraz z nimi 

przenieśli się biali jeńcy oraz Metysi. Ci ostatni byli traktowani 
łagodniej niż biali, części pozwolono odejść, a niektórzy nawet 
współpracowali z Indianami i korzystali z okazji, by także ukraść 
to i owo. Sytuacja białych była niezwykła, toteż zaowocowała 
epigońskimi utworami popularnego w XVIII wieku gatunku 
literackiego — wspomnieniami z indiańskiej niewoli. Jak z nich 

wynika, los jeńców nie był najgorszy. Indianie byli brutalni 
(„Tak jest, płacz mnóstwo — mówili pani Gowanlock — zabiliś­
my twojego męża i was też zabijemy"), straszyli (wyli i wygra­

żali kobietom pukamakinem, a pewien dowcipniś imieniem Sum 
udawał, że uderza więźniów siekierą w nogi), często wyrażali 
opinię, że należałoby ich pozabijać, ale nie robili tego. Drwili 
tylko z sytuacji, w której znalazły się monais sąuaws (białe 
kobiety). „Śmiałyśmy się, choć serce mi pękało" — wspomina 

pani Gowanlock. Biali znajdowali schronienie u Leśnych Kri, 
którzy opiekowali się nimi, jakby na złość Równinnym. Jednak 

dręczył ich brud, wszy i odór. Zwłaszcza kobiety upokarzał brak 
możliwości umycia się i konieczność załatwiania potrzeb na 

łonie natury. Panią Delaney męczył stres, jakiemu podlegała, 
będąc nieustannie obserwowana. „Wyobraźcie sobie, że siedzicie 
nocą w cichym pokoju, a ilekroć spojrzycie na lekko uchylone 
drzwi, dostrzegacie utkwione w was oko" — skarżyła się • 
Pożywienie nie odpowiadało cywilizowanym nawykom; pani 

"  G o w a n l o c k ,  D e l a n e y . op. cif., s. 71. 

299 

Gowanlock nie chciała jeść z brudnych naczyń i robiło jej się 
niedobrze na widok królika wrzucanego do garnka „z głową, 
oczami, nogami i wszystkim", a James Simpson zwymiotował 
rosół, kiedy się dowiedział, że była to zupa z psa. Do­
skwierała bezsilność, z jaką pani Gowanlock patrzyła na 
indiańskie dzieci, niszczące dla zabawy jej fotografie i pamią­

tki, a pani McLean — na Indianina ubranego w suknię, którą 
kupiła na bal u gubernatora. Kobiety nie nawykły do takiej 
pracy, do jakiej Kri zmuszali je na równi ze sąuaws. Pani 
Simpson czuła się „jak rodzaj niewolnicy", a pani Gowanlock 
sądziła, iż „chcą nas zapracować na śmierć" i oburzała się, że 
„sąuaws wykonują całą pracę fizyczną, a wielki, leniwy 

indiański nicpoń wałkoni się". Z tego, że były zmuszane do 
udziału w tańcach, zresztą również nie były zadowolone. 
„Ustawiają się w koło, a dwóch siada i gra na tam-tamie, 

najbardziej niemelodyjnym instrumencie, jaki znam — opisu­

je pani Gowanlock. — Walą w niego kijami z całą mocą, 

czyniąc wprost nieziemski raban, a inni chodzą w kółko, 
krzycząc i wierzgając, i zachowują się jak klowni, tylko nie 
tak śmiesznie. Razem daje to pojęcie, co się dzieje w świecie 
duchów nieczystych"

n

.

 Ojciec Legoff (który dobrowolnie 

przyszedł do obozu wraz ze swymi parafianami, Czip-
pewajami zastraszonymi przez Kri) dodawał, że „trzeba być 
tak ogłuszanym przez cały miesiąc, aby mieć wyobrażenie 

o tej diabolicznej kakofonii". „Co jeszcze powiększało zgrozę 
tych tańców i nadawało im szatański charakter — pisze — to 
profanacje, z których ci barbarzyńcy urządzali sobie zabawę. 
Proszę sobie wyobrazić piętnastu demonów, z głowami 

ozdobionymi piórami, twarzami ohydnie wymalowanymi, 
tańczących sarabandę w ornatach i albach zamordowanych 
księży"

 13

. „Ciekawe, że Indianie mogą wędrować cały dzień, 

a potem tańczyć całą noc — zastanawiał się bardziej 

'" Tamże, s. 27. 
'" Fr. Laurent Legoff, O.M.I., to Bishop Grandin, w:  H u g h e s , op. cit., 

s. 313-314. 

background image

300 

przyziemny Simpson — a na próżniaczym chlebie nie mieli 
siły podnieść motyki". 

Mała Topola, który miał sześć squaws, zechciał dołączyć 

do nich Amelię i Elizę McLean, zachęcając ich ojca rewol­
werem do wyrażenia zgody. W końcu dał się odwieść od tego 
innym Indianom. Leśne sąuaws czasem chowały Elizę w tipi 
przed zakusami napędzanych painkillerem jurnych motojców. 
Nazywali oni Elizę „Tą Spokojną" i woleli ją od Amelii 

— Amelia bowiem nosiła nóż i pewien wojownik, który po 
nią sięgnął, cofnął rozciętą rękę. 

Przeważnie jednak jeśli Indianie czegoś chcieli, dostawali 

to. Jednooki Wytworniś zapragnął szklanego oka Simpsona. 
Dostał je, ale rozczarował się, gdyż nadal widział tylko 

jednym. Simpson wyjaśnił mu, że szklane niebieskie oko nie 

może współdziałać z jego brązowym. Mimo to Wytworniś 

zatrzymał oko i z dumą wyjmował je i wkładał na powrót, 
ku zazdrości innych. Natomiast okulary kucharza Roberta 
Hodsona wyraźnie się wojownikom nie podobały. „Patrzyli 
na niego z dziwnym zainteresowaniem, jakby był jakimś 
nowym rodzajem żarcia, i pewnie chętnie by go zabili ze 

zwykłej ciekawości — żeby zobaczyć, jak się wije" — są­
dził Cameron. 

Niektórzy biali nawet w niewoli imponowali Indianom 

— pani McLean wiedzą medyczną, Amelia i Kitty odwagą, 
a wszystkie dziewięcioro dzieci McLeanów — znajomością 

języków nie tylko Kri, ale i Saulteaux, którym większość Kri 

nie umiała się posługiwać. Dzieci zresztą dostosowały się do 
warunków życia w obozie i szybko zbliżyły do indiańskich 
rówieśników. Amelia śpiewała stare sentymentalne piosenki, 
które przetłumaczyła na język indiański. Cameron grał na 
skrzypcach i robił notatki na temat obyczajów Indian. Ojciec 
Legoff codziennie odprawiał mszę. Słuchali jej nawet zabójcy 

mieszkańców Frog Lakę. Ksiądz był zaskoczony, że „nie są 
ateistami", lecz wyjaśnili mu, że uznają Boga w niebiosach, 

ale „ten, który pochodzi ze środka ziemi, jest równie potężny". 

301 

„Myślę, że chcieli nabyć siły do zabijania żołnierzy — podej­
rzewał ksiądz — ale ja zmodyfikowałem ich intencję i mod­
liłem się, aby Bóg miał nad nimi miłosierdzie. Biedni Kri! 
Biedni ślepcy! Czy kiedyś zrozumieją, że pozabijali swoich 

najlepszych przyjaciół?". 

Tak minął miesiąc. Do Dużego Niedźwiedzia docierały 

wieści i wezwania od Louisa Riela, ale Indianie puszczali je 

mimo uszu. Zapasy zaczęły się kończyć, więc przeszukiwali 

spalone budynki i wybierali worki mąki i ziemniaków spośród 
tych, które przedtem w ferworze zwycięstwa oblali naftą 

i oliwą maszynową. Nadal bawili się, tańcząc dzień i noc, 
aż wreszcie otrzymali wiadomość o przybyciu wojska do 
Battlefordu i o walce stoczonej przez Budowniczego Zagród. 
Indianie zaniepokoili się, a Duży Niedźwiedź całkiem stracił 
humor. 

— Spieszyło się wam, by wszczynać burdy, to teraz macie! 

— wygarnął Wędrującemu Duchowi i jego poplecznikom, po 
czym skrył się w tipi i nie wychodził nawet na radę plemienną. 
Faktyczne kierownictwo objęli Wędrujący Duch i Mały Zły 
Człowiek. Wszyscy zastanawiali się, co będzie, gdy nadejdą 
biali. Wędrujący Duch, który nigdy nie widział nic większego 

od Fortu Pitt, był zdania, że nie może ich być wielu, więc 
„wytłucze się ich jak młode kaczki". Jednak zwiadowcy 
oświadczyli, że „w Battlefordzie aż ziemia drży od żołnierzy 
i koni", toteż Indianie oddalili się w las. „Nasi przyjaciele się 
zbliżali — triumfowała w duchu pani Gowanlock. — Byli za 
blisko dla «szlachetnego czerwonego człowieka», mordercy 

bezbronnych osadników, burzyciela szczęśliwych domostw, 
dręczyciela biednych kobiet i dzieci. Może to brzmieć melo­
dyjnie w uszach poety, ale uważam to za perwersję faktów. 
Nic w nich nie widziałam szlachetnego"

 14

Leśni Kri zaczęli się demonstracyjnie bratać z więźniami. 

Byli coraz bardziej oporni wobec Równinnych, a nawet do 

14

 Tamże,

 s. 28. 

background image

302 

udziału w tańcach trzeba było ich nakłaniać niszczeniem tipi 
i dobytku. Kto tańczył mało radośnie, tego Mała Topola 

zachęcał batem po grzbiecie. W końcu nawet najcierpliwsi 
mieli tego dość, więc dla pojednania 25 maja Wędrujący 
Duch zarządził taniec pragnienia. Rozpoczął go Wytworniś 
przedstawiając pantomimą, jak zabija we śnie i skalpuje 
Czarne Stopy; „jedna z najoryginalniejszych sztuk, jakie 
widziałem — Nowy Jork i Londyn nie mają niczego podob­

nego" — zachwycał się Cameron. Sprowadzona siłą pani 
Gowanlock z mniejszym zachwytem patrzyła na „sąuaws 
w moich sukniach, Indianina w ubraniu mojego męża, 
i moje obrusy wiszące na slupach". Wszystko zaczęło już 
się dobrze rozwijać, wojownicy przypięci do słupa rzemie­

niami przeciągniętymi przez skórę tańczyli w rytm bębnów 
i piszczałek z kości gęsi, gdy ktoś przyniósł wieść, że 
nadchodzą chemoginusuk. „Gdyby piorun strzelił w ich 
święte drzewo, nie byłoby większej konsternacji", stwierdził 
ojciec Legoff. Poprzedniego dnia z Czippewajami zaczął 
nowennę do Ducha Świętego, aby „jak się da, przeciw­

działać kultowi Księcia Ciemności". Teraz miał satysfakcję. 
„Zapomnieli o bębnach i piszczałkach. Moi Czippewajowie 
ryczeli ze śmiechu. Cóż zabawniejszego, niż widzieć tych 

hałaburdów, jeszcze wymalowanych, jak w pośpiechu zry­
wają dekoracje ze swojego straszliwego magicznego tipi. 
I to na oczach katolików, którzy śmieli się jeszcze głoś­
niej"

 15

. Choć tańce planowano na trzy dni i trzy noce, 

a nieukończenie ich przynosiło pecha, Indianie oddalili się 
ku Frenchman's Butte. 

27 maja obóz został ostrzeżony przez Indian, którzy 

napotkali zwiadowców Steele'a. Równinni zaczęli malować 
się i śpiewać pieśni wojenne. Wędrujący Duch w przepasce 
biodrowej, przepasany na krzyż pasami z amunicją, wyma­

chując Winchesterem i wznosząc bojowe okrzyki galopował 

15

  L e g o f f ,

 op. cit., s. 320. 

303 

dokoła na malowanej klaczy, w której grzywę i ogon wplótł 
orle pióra. Mała Topola, ubrany w kamizelkę i cylinder 
z piórem, wymalowany na czerwono i żółto, szydził z tchó­

rzostwa Leśnych. Nawet Duży Niedźwiedź zapowiedział, że 
„poucina białym głowy jak prymki tytoniu do żucia, a ich 
mięsem nakarmi więźniów"

  l 6

. Samotny Człowiek zapropono­

wał Cameronowi w imię przyjaźni, że da mu karabin, aby 
walczył wraz z Indianami. Kupcowi było wprawdzie żal 
wojownika, zabitego przez zwiadowców (był to niejaki 
Miminuk, którego znal i uważał za przyzwoitego), ale 
wymówił się tłumacząc, że woli przygrywać Indianom na 

skrzypcach, aby chemoginusuk zobaczyli, że nie tylko oni 
mogą mieć orkiestry wojskowe. Wojownicy wspinali się na 
szczyt Frenchman's Butte, a kobiety, niekombatanci i więź­

niowie oddalili się wąwozem. Przed wieczorem usłyszeli huk 
wystrzałów. 

— O, cóż zrobili biedni Indianie, że biali żołnierze 

przyszli, aby ich zabijać swoimi wielkimi strzelbami! — za­
częła lamentować jakaś squaw. W przeciwieństwie do niej 

pani Gowanlock zachwycała się „pięknym dźwiękiem ar­
maty" i „oddychała echem każdej eksplozji granatu". Także 
w uszach Camerona „ryk 9-funtowego polowego działa 

brzmiał jak muzyka". W nocy skorzystał z okazji i uciekł, 
lecz oddziału nie znalazł, i dopiero po tygodniu błąkania 
się dotarł do Fortu Pitt. 

Do świtu następnego dnia Kri przenieśli się na inne wzgórze. 

Tymczasem 350 ludzi gen. Strange'a zbliżało się ich śladem. 
Liczbę indiańskich wojowników oceniano na 800-900

 n

, ale 

milicjanci byli głodni i źli (od kilku dni byli na zmniejszonych 

racjach, a Karabinierzy z Mont Royal w pośpiechu w ogóle 
nie zabrali prowiantu), toteż niewiele sobie z tego robili. 
Minęli miejsce nieudanego tańca pragnienia i wkrótce stanęli 

'

b

  D u n n ,

 op. cit., s. 163. 

17

 W rzeczywistości w obozie Dużego Niedźwiedzia nie byto nigdy więcej 

niż 250-300 wojowników, a pod Frenchman's Butte było ich najwyżej 150. 

background image

304 

na skraju doliny. Była szeroka na 300 metrów, wyglądało, że 

jest bagnista, zaś porastające ją zarośla olszyny i wierzb nie 

budziły zaufania. Po drugiej stronie doliny wznosił się grzbiet 
wzgórz, a drzewa na nim były udrapowane sztukami białego 
i czerwonego perkalu. 

Był to tak niezwykły widok, że gen. Strange rozkazał 

zatrzymać się. Ze zwiadowcą wjechał w dolinę, aż zatrzymało 
ich bagno. W ciszy wydało im się, że słyszą gdzieś rżenie 
konia. Była 6.10. Strange zawrócił i kazał posłać kilka 

pocisków z działa na wzgórze. Odpowiedziały mu strzały; 
wzdłuż grzbietu Indianie wykopali doły strzeleckie. Kule 
„zatrzepotały jak ptaki po liściach nad naszymi głowami", 
zapisał jeden z milicjantów. Konstabl Algernon Dyre wspomi­
na: „Kula przeleciała tak blisko dłoni, którą trzymałem 

karabin, że prawie mnie oparzyła, a inne uderzały w ziemię 
między moimi nogami i gwizdały wokół głowy jak diabły 
spuszczone z uwięzi. W domu nie opowiadałem nawet połowy 
tego, w jakim byłem niebezpieczeństwie, bo nie chciałem 

denerwować mamy"

  l 8

. Konstabl McRae został ranny w nogę, 

ale pozwolił się odnieść na tyły dopiero, gdy wystrzelał całą 
amunicję. Woltyżer Marcotte odniósł ranę w ramię; jego 

rodzina w Montrealu miała dowiedzieć się z gazety, że został 
zabity. Oprócz chmurek dymu na wzgórzu nic nie było widać. 

— Tyle dołów — mamrotał jakiś wiejski milicjant. — Gdy­

by tym Indianom tak się chciało kopać grządki, jak te doły, 
mieliby lepsze zbiory niż my. 

Milicjanci zsunęli się w dolinę, próbując, czy nie da się 

zaatakować, i zapadli się w błoto. Strange zatrzymał ich 
i sformował rodzaj linii strzeleckiej. 

— Mówią, że dobrze strzelasz — rzekł do szer. Weldona. 

— Widzisz tego na koniu koło krzaka? Ustaw celownik na 
450 jardów. Jeśli w coś trafisz, dostaniesz prezent. 

A t k i n, op. cit., s. 247. 

305 

Weldon trafił konia. Strange podarował mu swój kapelusz. 

Strzelaniem na dużą odległość jego ludzie mu nie zaimpono­
wali, włączył więc do akcji działo. 

„Por. Strange namierzył odległość do dołów — 600 jardów 

— kilkoma granatami — pisze generał. — Potem spróbował 
szrapnela, najwyraźniej bez powodzenia, gdyż ogień z dołów 
nie słabł. Ich lokatorzy z dalekonośnymi karabinami Sharpsa 
ze swej strony namierzyli połówkę i złośliwy świst kul 
sprawił, że obsługa położyła się, a ładowniczy używał gąbki 
i stempla klęcząc. Tylko oficer stał i obserwował efekty ognia. 
Po niepowodzeniu szrapnela spróbował kilku specjalnych 

kartaczy z ołowianymi kulami, z nie lepszym skutkiem, więc 
powrócił do granatów z zapalnikiem uderzeniowym. Te 
przebijały miękką ziemię przedpiersi i wybuchały w dołach" '

9

Od jednego z nich zginął Człowiek Mówiący Po Naszemu, 
zabójca Williscrafta i Dilla, śmiertelnie ranny odłamkiem 
w udo. Jednak granaty najczęściej nie robiły nikomu szkody. 
Niejaki Oskatask po każdym wybuchu podskakiwał i szyderczo 

krzyczał „Pocz — nii!" (zapamiętał tę komendę z czasów, 
kiedy obijał się koło fortów), aż w końcu rana w przedramię 
odebrała mu chęć do żartów. Aktywny był także Wędrujący 
Duch; Mała Topola, tak dzielny poprzedniego dnia, teraz 
pozostał ze swymi squaws. Wielu Indian uciekło. Inni dali 
Metysom karabiny i włączyli ich do walki. „Strzelałem tylko 

tak, żeby robić dobre wrażenie — pisze Goulet. — Uważałem, 
że to wstyd zabijać ludzi". Wreszcie zainteresował się nim 

Mały Wielki Brzuch. 

— Hej, ty, słuchaj no — rzekł — wiem, że dobrze strzelasz. 

Patrzę już długo i nie widzę, żebyś kogoś zabił. Widzisz tego 
tam? Masz go kropnąć, albo ja cię zabiję, tu na miejscu. 

Goulet kropnął wskazanego. „Skoro mnie zmuszał, a chcia­

łem sam zostać żywy... Na szczęście nie był to nikt... tylko 

jakiś Anglaisl

20

". 

"  S t r a n g e , op. cit., s. 486-487. 

20

  C h a r e t t e , op. cit., s. 139-141. 

20 — Batoche 1885 

background image

306 

Pech chciał, że prawdopodobnie trafił frankofona — Wol-

tyżer Lemai nazbyt się wysunął, i teraz leżał w ryzykownej 
bliskości Indian. Strange rozkazał dowódcy jego kompanii, by 
go przyniósł. 

— Nie warto, on i tak umrze — usłyszał w odpowiedzi. 
— Czy uważa pan, że ja mam po niego pójść? — zapytał 

Strange. 

— Generale, strzelali do mnie już wystarczająco dużo. 

Niech mnie diabli, jeśli tam pójdę — odparł oficer i odwrócił 
się na pięcie. 

„Musiałem zaakceptować rolę, którą tak niegrzecznie mi 

pozostawiono" — pisze Strange. Wziął dwóch noszowych 
i poszedł sam. „Rozkazałem synowi, aby osłonił nas szybkim 
ogniem kartaczami". Za nimi pobiegł kapelan Woltyżerów 

ojciec Prevost, z krucyfiksem w dłoni. „Znaleźliśmy rannego 
daleko z przodu, na odsłoniętym miejscu, i przyznam się, że 
ogarnęła mnie pewna niecierpliwość, której poczciwy ksiądz 

jakby nie podzielał, bo zabrał się do spowiadania. Zasugero­

wałem więc dzielnemu padre, iż byłoby pożądane pominięcie 
szczegółów..."

21

. Jego grupa powróciła bez strat, ale gen. 

Strange zaczął się zastanawiać. Mimo że nie popełnił takich 

błędów, jak ppłk Otter, ugrzązł tak samo jak on pod Cut Knife 
Hill. „Stwierdziłem, że moi ludzie są w bardzo niekorzystnej 
sytuacji, będąc dobrze widziani przez nieprzyjaciela, gdy tak 
leżeli, podczas gdy oni mogli tylko po dymie z ich karabinów 

domyślać się, gdzie są Indianie, i zadawali im niewiele szkód, 
strzelając pod górę do ludzi siedzących w dołach". Pomyślał 
o możliwości oskrzydlenia Indian przez konnicę Steele'a, lecz 
inspektor stwierdził, że front przeciwnika jest zbyt długi, by 
mógł go zwinąć. W dodatku zameldowano, że Indianie 

zachodzą oddział od tyłu i próbują uprowadzić konie i wozy. 
Była to gruba przesada (Hicks zanotował, że „choć Indianie 
są lepsi w kradzieży koni niż w wojowaniu, to nawet tego nie 

21

  S t r a n g e , op. cii., s. 492. 

307 

udało im się zrobić"). Jednak działo wystrzelało wszystkie 

pociski, a i amunicja karabinowa zaczęła się kończyć. Strange 
dał więc rozkaz do odwrotu, usprawiedliwiając się przed sobą, 
że „było niewskazane poświęcanie ludzi, kiedy z każdą 
godziną spodziewałem się nadejścia posiłków z Battlefordu, 

z którymi można było odnieść całkowite zwycięstwo". Nie 
wiadomo, skąd miał tę pewność — od gen. Middletona nie 
było żadnych nowych wieści. O 9.40 Siły Polne zerwały 
kontakt z nieprzyjacielem i ku rozpaczy białych więźniów 

zawróciły do Fortu Pitt. 

Indianie stracili tylko pięciu rannych, w tym jednego 

śmiertelnie, ale byli zdemoralizowani przez „strzelbę, która 
strzela dwa razy", jak nazywali armatę. Wieczorem zwinęli 

obóz i odeszli. Zostawili 65 wozów, a w nich sporo żywności 
oraz futra, meble, piece, ozdoby, srebra, pościel... „General 

Strange wygrał bitwę, choć o tym nie wiedział. Gdyby 
przycisnął Indian, poddaliby się" — oceniał McLean. Pani 
Gowanlock była załamana. Jak do matki tuliła się do starszej 

od niej pani Delaney. „Gdyby nie pani Delaney, dałabym za 
wygraną i umarła". 

LOON LAKĘ, 3 CZERWCA 

Kpt. Bedson, dowodzący parowcem, który Middleton 27 

maja wysłał do gen. Strange'a do Fortu Pitt, 29 maja otrzymał 
wiadomość o walce pod Frenchman's Butte i zawrócił do 

Battlefordu. Middleton załadował cały oddział i 31 maja 
„wyruszył w trzy parowce". 2 czerwca wysiadł na ląd w Forcie 
Pitt. Jego spotkanie z gen. Strange'em nie wypadło dobrze. 
Strange stwierdził, że „Middleton był nadęty z powodu Riela... 

Powiedział, że zrobiłem źle, zostawiając ludzi do ochrony 
szlaków komunikacyjnych. Co za zuchwała bezczelność! Nie 

przeszedł nawet 100 mil, a ja 600, nie spotkał po drodze 
żadnego nieprzyjaciela. Ja po drodze miałem wielkie rezerwaty 

i tylko dzięki sprawności, z jaką ich onieśmieliłem, 2300 

background image

308 

mieszańców i Indian było spokojnych od Fortu Macleod p

Edmonton". 

Wściekłość Middletona wywołała informacja, że nie czeka­

jąc na niego, „major" Steele od dwóch dni ściga Indian. 

W dodatku Strange zaproponował, aby w ślad za nim wysłać 

jeszcze 300 ludzi. 

— Ani jednego! — wybuchnął Middleton. — Kto to ten 

major Steele? Nie powinno się tego robić! 

— Dobry Boże, człowieku! — nie wytrzymał Strange. 

— Po co tu jesteśmy, jeśli nie po to, by walczyć z Indianami? 

Middleton ucichł, pozwolił, aby Strange posłał tabory 

i piechotę w ślad za Steel'em, ale poskarżył się Caronowi. 

Jednak choć minister napisał do niego, że skoro „Strange robi 
majorów z oficerów policji, którzy w wyniku tego obejmują 
dowództwo zamiast naszych ludzi, to będę zadowolony, jeśli 
go pan zwolni"

2 2

, nie odważył się na taki krok. 

Tymczasem insp. Steele z oddziałem 62 policjantów i kowbo­

jów ścigał Dużego Niedźwiedzia. Za Frenchman's Butte napot­

kał grupę Leśnych Kri, którzy z kilkoma więźniami czekali, by 
się poddać. Indianie marudzili trochę, że do jedzenia dostali tylko 

suchary i słoninę, ale Steele wyjaśnił im, że dostają to samo, co 

jego ludzie. Inspektor znalazł też pozostawioną przez McLeana 

kartkę: „Wszystko w porządku, idziemy na pn.-zach." Przez 
następne 31 godzin oddział Steele'a przejechał 85 km i 2 czerw­

ca dogonił tylną straż Indian, która zaczęła uciekać. Kanonik 
McKay rzucił się w pogoń, wznosząc okrzyki wojenne; „potrafił 
tak wyć, że sam Siedzący Byk zzieleniałby z zazdrości", 
stwierdził Steele. McKay wypalił i trafił; Indianin wywinął 

kozła, ale podniósł się i pobiegł za innymi. McKay wystrzelił nad 

jego głową, „aby zobaczyć, czy przyspieszy". „Oczywiście, że 

mogłem go zabić — wspomina — ale w końcu jestem 

duchownym i nie chciałem zabijać, jeśli wystarczyło postra­
szyć"

 23

. Steele szedł przez całą noc i rano znalazł obóz Indian 

22

 M o r t o n, R o y, op. cii., s. 318. 

23

 D u n n, op. cit.. s. 177. 

309 

nad jeziorem Loon Lakę. Kanonik McKay wezwał Kri w ich 

języku do poddania się, ale bez skutku — kula przedziurawiła 

mu sweter. Policjanci odpowiedzieli. W krótkiej walce zostało 
zabitych trzech Indian, czwartego, który został ranny, dobił przez 
pomyłkę (lub nie) Mała Topola, a dwaj zwiadowcy odnieśli rany. 
Indianie cofnęli się do obozu. Ludzie Steele'a otoczyli go 

półkolem i strzelali tak gorliwie, że musieli odkładać karabiny, 
by ostygły. Niefortunnym przypadkiem zginął przyjazny wódz 
Kri z Onion Lakę Ucięta Ręka („miał pecha — kara za złe 

towarzystwo" — skomentował Cameron). Lekko ranna została 
panna Kitty McLean, inna kuła przebiła jej szal. Udało się 
paniom Delaney i Gowanlock; na odgłos wystrzałów jedna 
rzuciła szycie w kąt tipi, druga przerwała ugniatanie ciasta na 
podpłomyk, i wołając, by squaws dokończyły same, wybiegły 
naprzeciw wybawcom. Z radością spotkały wśród nich znajo­
mych — Williama McKaya i Petera Ballendine'a z Battlefordu. 

Tymczasem ludziom Steele'a zaczęło brakować amunicji. 

Kiedy ponadto sierż. William Fury (ten, który kiedyś aresztował 

Wiszące Suszone Mięso) dostał w płuco kulę z Sharpsa, 
inspektor rozkazał oderwanie się od nieprzyjaciela. Za wcześnie 

— Indianie mieli już dość i myśleli o poddaniu się, a odwrót 
policji im to uniemożliwił. Wieczorem wysłali McLeana, aby 
wstawił się za nimi u chemoginusuk. McLean uwiązał białą 
chustkę na kiju i poszedł. Po kilku kilometrach wpadł na tylną 
straż Steele'a. „Zacząłem machać chustką — wspomina. 

— Krzyczałem jak najgłośniej po angielsku i po francusku, ale 
nie zwracali na to uwagi. Jedyną odpowiedzią była salwa 
z karabinów. Krzyczałem i machałem, dopóki kuła nie uderzyła 
w ziemię przede mną i nie cisnęła mi w twarz piachu i liści. [...] 
Wróciłem do obozu jako bardzo zmartwiony człowiek"

2 4

Tak skończył się incydent, który przeszedł do historii jako 

„ostatnia bitwa stoczona na ziemi kanadyjskiej". Sierż Fury 

zaś stał się ostatnią ofiarą ostatniej stoczonej na niej wojny. 

M c L e a n . op. cit.. s. 261. 

background image

310 

Niektórzy Indianie mieli chęć zrobić więźniom „kęsim-

-kęsim", ale obronił ich Louison Mongrain. Indianie ciągnęli 
ich więc dalej przez bezdroża. Pierwsi zaryzykowali Czip-

pewajowie z ojcem Legoffem — ulotnili się nocą, a w ich 
ślady poszedł Louis Goulet. Wozy z zapasami porzucono 
i zaczynał się głód. Iść było coraz trudniej, zwłaszcza 

nienawykłym do lasów Równinnym Kri. Stara squaw Siedzi 
w Drzwiach zaczęła opóźniać marsz, więc — jak głosi 
oficjalna wersja — powiesiła się siedząc oparta o drzewo. 

Amelia, która także osłabła, uniknęła tego losu — teraz jej 
siostra Kitty podtrzymywała ją w marszu i odpędzała Indian 
nożem. Mała Topola zabrał swoje sąuaws i wrócił do Montany 
(po drodze zdążył jeszcze zabić mieszańca George'a Mclvera, 

przewoźnika na rzece Saskatchewan). W ślad za nim poszedł 
Mały Zły Człowiek. Po dwóch tygodniach także Leśni Kri 
dyskretnie odłączyli się i uciekli, zabierając więźniów. Co 

dziwne, poszedł z nimi Wędrujący Duch, który zaczął szukać 
towarzystwa białych i wydawało się, że ma depresję. 

18 czerwca „uprzejmie i ze znacznym szacunkiem" wodzowie 

poprosili McLeana, aby napisał list w ich sprawie do Wielkiej 
Matki, dodając, że nie będą rozmawiać z rządem, bowiem to 

rząd zawinił ich wspólnym — Kri i białych — kłopotom. 
McLean odrzekł, że stanowisko agenta nie daje prawa do 
bezpośredniego korespondowania z królową. 

— Znasz jej zięcia — nastawał wódz. — Napisz do niego, 

a on załatwi sprawę z teściową. 

Zdziwionemu agentowi pokazał srebrne puzderko z dedyka­

cją, prezent od gubernatora, markiza Lorne'a, z czasu jego 
podróży z księżną Luizą po Kanadzie w 1881 roku. 

— Zgubiłeś je, a my je znaleźliśmy i teraz ci oddamy 

— zakończył. 

McLean obiecał, że w razie potrzeby będzie interweniował na 

ich rzecz u gubernatora i napisał dla wodzów listy z prośbą o ich 
dobre traktowanie. Kri wypuścili więźniów, dając im na drogę 
mokasyny dla dzieci, 2 funty bekonu i 8 funtów mąki, oraz fajkę 

311 

pokoju — dla gen. Middletona. 24 czerwca po przejściu 200 km 
27 głodnych i obdartych ludzi dowlokło się do Fortu Pitt. Panie 
Mann, McLean i ich córki zaczekały w krzakach koło fortu, aż 
dostarczono im odzież, którą zastąpiły strzępy sukien. 

W celu poszukiwania Dużego Niedźwiedzia gen. Middleton 

utworzył trzy kolumny, pod dowództwem własnym, gen. 
Strange'a i ppłk. Ottera (okazał Otterowi swoje niezadowolenie 
w ten sposób, że nie włączył do jego kolumny oddziałów, 
które brały udział w bitwie pod Cut Knife Hill). Ruszyły one 
z Fortu Pitt na północ równolegle do siebie. Nadszedł czas 
przedzierania się przez lasy, w których ostępach rozpadały się 

buty, darły w strzępy mundury (nawet koszule trzeba było 
zastępować workami po mące), a moskity, gzy i inne 
owady obrzydzały życie. Natrafiano na liczne ślady Indian, 
więc Middleton wszędzie zostawiał listy do Dużego Nie­
dźwiedzia, każąc mu się poddać i zapowiadając konse­
kwencje, gdyby skrzywdził więźniów. Kazał też przetrząsać 

obozowiska w poszukiwaniu śladów — „zwłaszcza dobrze 
poszukiwano grobów". Mimo obaw, jedyny znaleziony 
świeży grób „zawierał Indiańskiego Wodza, który najwy­
raźniej został ciężko ranny przez jeden z granatów Strange'a. 
Ciało było częściowo ubrane i miało niesamowity wygląd, 
z powodu pomalowanych na czerwono policzków"

2S

. Jednak 

prawdziwą grozę budziły w milicjantach tylko rzucające 
się na nich w obozowiskach chmary głodnych wszy i pcheł. 
„Pozbawieni zasad" studenci medycyny rozgrzebywali stare 
groby i zabierali z nich czaszki, a pewien namiętny palacz 
szukał przy zwłokach Indian tytoniu. Wszyscy z zapałem 

polowali na trofea — ogólny podziw wzbudziło nakrycie 
głowy ze skóry skunksa, przybrane piórami, które, jak 
sądzono, należało do Dużego Niedźwiedzia. Ktoś znalazł 
pęk skór rysia, wartych 150 dolarów. Ktoś znalazł tomahawk, 
ktoś inny róg prochowy... Nawet min. Caron telegrafował 

25

 M  i d d 1 e to n, op. cit., s. 64. Byto to ciało Człowieka Mówiącego Po 

Naszemu. 

background image

312 

do Middletona: „Chciałbym, aby przywiózł pan pamiątki 
z kampanii dla sir Johna [Macdonalda], sir Hectora Langevina 
i dla mnie". „Zrobię, co będę mógł — depeszował generał 

— ale trudno dostać cokolwiek, bo wszyscy w obozie próbują 
zdobyć pamiątki". Chyba z myślą o tym wydał policji rozkaz, 
aby „wszelka własność mieszańców, których lojalność jako 
całości jest wątpliwa, była rekwirowana do czasu udowod­
nienia przez nich niewinności"

26

W miarę pościgu kolumna Middletona natrafiała na coraz 

więcej porzuconych wozów z łupami i kolejne obozowiska, 
a w nich na listy, pisane na kartkach z „Robinsona Crusoe". 

Znaleziono srebrny kubek z inskrypcją „Od gen. Rossera dla 

Katie McLean"

2 7

. Oprócz tego z krzaków wyszedł oswojony 

lis, który, jak przypuszczano, mógł należeć do McLeanów. 

— Nareszcie mamy coś namacalnego! — ucieszył się 

jeden z oficerów sztabowych. Pobudzało to oddział do wysiłku, 

ale w końcu trop Dużego Niedźwiedzia znikł wśród bagien. 
Middleton stwierdził, że są one „nie do przebycia" i zawrócił 

(te „nieprzebyte bagna" długo były na zachodzie przedmiotem 
dowcipów, a policjanci nawet wymyślili koktajl o nazwie 
„bagno Middletona"). Potem krążył między Fortem Pitt a Frog 
Lakę, gdzie Indian na pewno nie było, a następnie dogonił 

kolumnę gen. Strange'a. Po pewnym czasie ludzie zaczęli się 
burzyć. Z domu dochodziły milicjantów wieści o kłopotach 
finansowych, w jakich pod ich nieobecność znalazło się wiele 

rodzin, więc denerwowali się, że cywilni taboryci pobierają 
wysokie place. Napięcie wyładowywało się w bijatykach 
między całymi oddziałami. Na znak protestu przeciwko 
monotonnemu wyżywieniu wybuchł strajk głodowy, który 

zakończył wojskowy lekarz, aplikując strajkującym środki na 
przeczyszczenie. W odpowiedzi na to zwiadowcy Steele'a 
opróżnili wóz prowiantowy gen. Middletona; „generalska 

2 6

 Li gh t, op. cit., s. 505. 

27

 Gen. Thomas Rosser. dawny dowódca kawalerii Stanów Skonfederowa-

nych. byt głównym inżynierem kolei CPR. 

313 

szynka była tym smaczniejsza, że wiedzieliśmy, iż popierają 
nas oficerowie włącznie z gen. Strange'em" — pisze Hicks. 

Narastała demoralizacja. Luźne grupy wałęsały się po okolicy, 
grabiąc, co popadło, i niszcząc domy Indian i Metysów. 
Oburzony ojciec Legoff pisał do biskupa Grandina, że nie 
tylko okradli kościół, ale i nie oszczędzili jego katolickich 
Czippewajów. „Michel Montagnais miał niedaleko nowy dom, 
czysty i wygodny. Czy Eminencja wie, co z niego zrobili 
żołnierze? Latrynę! I to z czystej złośliwości. Jego dom stoi 

daleko od drogi, podczas gdy tuż obok jest las, na tyle gęsty, 
że można dyskretnie rozpiąć spodnie i dokonać operacji, i jest 
w nim dość miejsca, by przyjął, cokolwiek w nim zostawią"

28

Sytuację szczęśliwie rozwiązał powrót zwolnionych przez 
Indian więźniów. Gen. Middleton rozkazał zakończenie dzia­

łań, oznajmiając: „Uznałem, że moja praca została prawie 
wykonana". 

Większość oddziałów wróciła do Prince Albert. W Forcie 

Pitt pozostał ppłk Smith z Lekką Piechotą, na wypadek, gdyby 
Duży Niedźwiedź chciał się komuś poddać. Zameldował się 
u niego obóz Leśnych z Wędrującym Duchem, inni przy­
chodzili do Battlefordu, ale Duży Niedźwiedź nie dawał znać 

o sobie. Wreszcie 2 lipca sierżant Smart — według gen. 
Strange'a „jedyny, kto nie szukał Dużego Niedźwiedzia", lecz 
pilnował promu koło Fortu Carlton — znalazł go leżącego 
przy ognisku, zmęczonego i głodnego, a z nim 12-letniego 
syna Końskie Dziecko i doradcę imieniem Wszystko I Pół. 

W Prince Albert wódz wzbudził sensację. „Otoczyła go zgraja 

podnieconego żołnierstwa — pisze Donkin. — Duży Niedźwiedź 
wydawał się raczej przestraszony tym zainteresowaniem, kiedy 
wlókł za sobą nogi w kajdanach przez długą aleję ożywionych, 

ogorzałych twarzy. Był małym, pomarszczonym okazem czło­
wieczeństwa, o chytrej twarzy całej w zmarszczkach jak zmięty 
pergamin. Był żałośnie brudny i głodny. Jego przepaska 

L e g o f f , op. cit.. s. 324. 

background image

314 

biodrowa służyła mu chyba przez dziesięciolecie, i była 
czarna jak as pik, którego zresztą przypominała. W koszarach 

dobrze go wyszorowano w cebrze, choć nie sprawiło mu to 
przyjemności. Komiczne było, jaką grozę wzbudził w nim 
proces czyszczenia"

29

. Insp. Gagnon wysłał radosną wieść do 

gen. Middletona; wojna się skończyła. 3 lipca oddziały milicji 
załadowały się na parowce, barki z rannymi i chorymi wzięto 
na hol. Czekała je długa podróż w dół Saskatchewanu do 

jeziora Winnipeg. Gazety otrąbiły zwycięstwo — i nawet 

w dalekim Lac la Biche nieszczęśni Metysi, którzy jeszcze 

17 maja na hasło „Duży Niedźwiedź" znowu uciekali w las, 

mogli odetchnąć z ulgą. 

D o n k i n , op. cit., s. 156-159, 211. 

KAPELUSZ KRÓLOWEJ 

FORT PITT-BATTLEFORD 

W Forcie Pitt Indianie skończyli kolację. Wędrujący Duch 

wyszedł przed tipi. 

— Jeśli ktoś chce na mnie jeszcze raz popatrzeć, to niech 

przyjdzie! — zawołał. Usiadł na kocu i zapatrzył się w ogień. 
Musiał mieć niewesołe myśli. Jego zwycięstwo nad mieszkań­

cami Frog Lakę poszło na marne; biali wracali, by podnieść 
domy ze zgliszcz. Panny Amelia i Kitty, „ładne i ubrane 
w jasne kostiumy, jakby wybierały się na letnisko", odwiedziły 

prześladowców i „w ich własnym języku powiedziały im do 
słuchu, grożąc gniewem Bożym, jakby odprawiały nabożeń-
stwo w Środę Popielcową" . Sympatyczniejszy był Cameron, 

który też wrócił, mimo że „gdy wyrwał się ze szponów 
dzikusów, przysięgał sobie, że nie chce już nigdy więcej 
widzieć Indianina". Przekonał sam siebie, że „czerwony 
człowiek, ze swymi farbami, piórami, prostotą, tubylczą 
elokwencją, nieodpowiedzialnością — nawet brudem — ma 
wiele uroku". Ale przede wszystkim „Indianie, którzy poddali 

się w Forcie Pitt, mieli dolary i futra, wyroby z paciorków, 

1

 D o n k i n, op. cii., , s. 158. 

background image

316 

jedwabiu i piór. Poza tym był jeszcze żołd ludzi, którzy 

stacjonowali w forcie". Przyjechał więc z pełnym wozem. 
„Były tam koce, drukowane tkaniny, syrop, tytoń, cynober 
w małych skórzanych woreczkach, masło, owoce w puszkach, 

i wiele innych artykułów drogich sercom i żołądkom tubylców, 
nawet lemoniada imbirowa i cygara"

2

. Wędrującego Ducha 

jednak nie cieszyły dobrodziejstwa cywilizacji. Trwał w zamyś­

leniu przez pół godziny, po czym wstał, wyciągnął nóż i wbił 

go sobie w pierś. Nie uszkodził żadnego wrażliwego organu 
i znalazł się w lazarecie, lecz jego przyszłość nie zapowiadała 
się wesoło. Cameron przynosił mu przysmaki, a zamiast 
zapłaty zabrał na pamiątkę zakrwawiony nóż. 

Po kilku dniach ppłk Smith wezwał wszystkich Indian, by 

stawili się z bronią przed fortem. Indianie zasiedli na ziemi, 
a naprzeciw nich stanął szereg Lekkiej Piechoty z Winnipegu. 

— Wielce zawiniliście, podnosząc broń przeciwko Wielkiej 

Matce — oznajmił Smith — lecz serce Wielkiej Matki jest 

dobre i większości z was będzie to wybaczone. Tych jednak, 

którzy zabijali bezbronnych, podpalali budynki i popełniali 
podobne zbrodnie, zabiorę do Battlefordu, gdzie poczekają, 
aż Wielka Matka zdecyduje o ich losie. 

Tłumacz zaczął wywołać: Chodzi Po Niebie, Zła Strzała, 

Żelazne Ciało... Mały Niedźwiedź po usłyszeniu swojego 
imienia wstał i dołączył do aresztowanych „z upiornym 
uśmiechem" — zauważył Cameron. Pozostałym ppłk Smith 
odebrał broń i pozwolił odejść do rezerwatów. 

Do Battlefordu prawo powróciło w osobie sędziego Rouleau. 

Fakt, że wymierzał sprawiedliwość w pobliżu zgliszcz swego 
domu i spopielonej wspaniałej biblioteki, u obserwujących 
proces misjonarzy budził wątpliwości co do jego obiektywiz­

mu. Zwłaszcza ojciec Andre martwił się o 30 Indian, oskar­
żonych o rabunek i posiadanie skradzionych rzeczy. Rouleau 
„to człek mściwy, a także niewolnicze narzędzie w rękach 

2

 Cameron, op. cit..

 s. 188. 

317 

rządu" — pisał do arcybiskupa Tache. Przewidując najgorsze, 
walczyli o dusze zabójców i odnosili sukcesy — Wędrujący 
Duch dał się ochrzcić (otrzymał imię Józef), a za jego 
przykładem poszli Nędzny Człowiek, Itka i Człowiek Bez Krwi. 

Niektórzy oskarżeni, obyci już z sądami, żądali procesu 

z udziałem ławy przysięgłych i brali świadków w krzyżowy 
ogień pytań. Rouleau uniewinnił tylko sześciu, a pozostałych 
skazał na kary więzienia — dziewięciu dostało nawet po 6 lat. 
Grzmot Czterech Niebios za podpalenie kościoła w Frog Lakę 
dostał 14 lat, a dwaj inni po 10 lat za podpalanie innych 

budynków

3

. Wyroki te, choć nie odbiegały od takich, jakie 

za podobne przestępstwa dostałby biały, misjonarze uznali za 
bardzo surowe. 

Przed obliczem sędziego Rouleau stanęli także Indianie 

oskarżeni o zabójstwa. Wędrujący Duch bez oporu przyznał 
się do zabicia Thomasa Quinna. Rouleau mówił krótko 
i wychowawczo. 

— Nie mogłeś spodziewać się niczego dobrego po swoich 

czynach — oświadczył. — Byliście za słabi, aby stawić czoło 
białym, a nawet gdybyście wszystkich ich zabili, nie bylibyście 
w stanie sami się utrzymać. Gdyby rząd nie objął was opieką, 
umarlibyście z głodu. Gdyby biali postępowali tak, jak wy, 

pozabijaliby Indian, ale oni tylko uwięzili najbardziej winnych, 
a resztę karmią. Rząd nie chce zniszczyć Indian. Chce pomóc 
im, aby żyli tak, jak biali, ale dla morderców nie ma litości. 
Jeśli biały zabije Indianina, musi wisieć, i musi też wisieć 
Indianin, jeśli zabije białego. 

Wyrokiem tego sądu, ty, Wędrujący Duch, zostaniesz 

zabrany do aresztu w koszarach policji, a stamtąd na miejsce 
egzekucji, i zostaniesz powieszony za szyję, aż będziesz 
martwy, i niech Bóg zmiłuje się nad twoją duszą. 

Pozostali nie przyznali się, lecz obciążały ich zeznania 

białych oraz Indian — świadków koronnych. Na tej podstawie 

3

 Grzmot Czterech Niebios odsiedział 5 lat. Także kary innych Indian 

zostały znacznie zmniejszone. 

background image

318 

Zła Strzała i Nędzny Człowiek zostali skazani na karę śmierci 
za zabójstwo Charlesa Gouina, Chodzi Po Niebie — za ojca 
Fafarda, a Mały Niedźwiedź i Żelazne Ciało — za George'a 
Dilla. Zarzutów zabójstw innych osób nie dało się udowodnić. 

 Aąuisee, mahga (No, coś takiego)! — wykrzyknął 

szyderczo Nędzny Człowiek. 

Najwyższy wymiar kary dostali również Assiniboinowie Itka 

— za instruktora Payne'a, i Człowiek Bez Krwi — za Barneya 
Tremonta. Louisona Mongraina na jego żądanie sądził sąd 
przysięgłych, ale sympatia przysięgłych do Indian znacznie 
zmalała — za to, że dobił rannego konstabla Cowana, zapadł na 
niego wyrok śmierci. Ława przysięgłych osądziła także zabójców 
squaw Ona Wygrywa. Charlebois i Wytworniś zostali skazani na 
dożywocie, a Błyszczące Oczy na 20 lat, a w dwa miesiące 
później ułaskawieni. O ile uwolnienie od kary pogromców 
wendigo

 było zrozumiałe, jako że postąpili w zgodzie z indiań­

skim obyczajem, to ze zdziwieniem zwłaszcza policjantów 
spotkał się fakt, iż ułaskawiono również Mongraina

4

Akta zostały przejrzane przez ministra sprawiedliwości, 

a następnie przekazane do generalnego gubernatora lorda 
Lansdowne'a, który zatwierdził wykonanie wyroków. Choć 
gazety na wschodzie protestowały, potępiając karę śmierci 

jako nieludzką i „niegodną XIX wieku", listopadowym świtem 

ośmiu Indian stanęło na szafocie. Wokół zgromadziło się 

kilkunastu białych oraz grupa Kri i Assiniboinów; komisarz 
Hayter Reed sądził bowiem, że „ponieważ Indianom nie 
spuszczono porządnego lania, taki widok przyda im się 
i sprawi, że będą mieli nad czym pomedytować". Skazańcy 
trzymali się dzielnie — wznosili okrzyki i śpiewali pieśni 
wojenne. Tylko Wędrujący Duch nie odzywał się ani słowem. 

— Patrzcie, co robią z nami biali! — krzyknął Itka. — Nie 

może być z nimi pokoju! 

4

 Louisona Mongraina odciążyła Amelia Maclean, która zeznała, że 

Mongrain uratował więźniów przed zemstą Indian po walce nad Loon Lakę, 
oraz że słyszała, jakoby Cowana dobił nie on, lecz ktoś inny. 

319 

Kucharz Kompanii Hodson odegrał się za strach, którego 

zaznał w indiańskiej niewoli. Zgłosił się na ochotnika do 
obsługi dźwigni, otwierającej zapadnię... Belka ugięła się 
lekko pod nagłym ciężarem. Sześć ciał zawisło nieruchomo, 

dwa drgały przez kilka sekund. 

— Tak się chwyta króliki w sidła — zauważył z zaintere­

sowaniem jeden z przyglądających się Indian

5

REGINA — ODSŁONA PIERWSZA 

Do Reginy sprowadzono na procesy 46 Metysów i 51 

Indian. W koszarach NWMP dobudowano specjalnie dla nich 

baraki otoczone palisadą. Większość Indian oskarżana była 
o kradzież, podpalenia, niszczenie mienia, a także posiadanie 

kradzionych rzeczy. Podobne zarzuty stawiano tym Metysom, 
co do których były wątpliwości, czy byli więźniami Indian, 
czy też ich wspólnikami. Niektórych jednak, w tym cały 
Eksowedat, oskarżano także o udział w rebelii. Stwarzało to 
problem prawny — rebelia była zdradą, a w takim przypadku 

musieliby być sądzeni na podstawie angielskiego Statutu 

Zdrad z 1352 roku, który przewidywał za to tylko jedną karę: 
śmierć. Toteż prokurator nie postawił członkom Eksowedatu 
zarzutu zdrady (jak wyjaśniał, „gdyby zostali skazani, to nie 
do pomyślenia byłoby wykonanie egzekucji"

6

), lecz oskarżał 

ich o „przestępstwo ze zdrady", delikt specjalnie wprowadzony 
w 1868 roku w celu sądzenia Fenian. 

Proces Eksowedatu trwał krótko. Wszyscy oskarżeni przy­

znali się do popełnienia „przestępstwa ze zdrady". Obrona 
dowodziła, że do udziału w rebelii zostali zmuszeni lub 
skłonieni podstępem. Charles Nolin, który występował jako 

świadek oskarżenia, zrzucał winę na Louisa Riela. Także 

"  S t o n e c h i l d , W a i s e r, op. cit., s. 226. Straceni Indianie zostali 

pochowani w bezimiennym zbiorowym grobie nad brzegiem Saskatchewanu 
koło Fortu Battleford. 

6

 B e a 1, M a c 1 e o d, op. cit., s. 307. 

background image

320 

ojciec Andre przedstawiał „biednych Metysów" jako ofiary 
Riela, „diabolicznego węża". Nawet ich byli więźniowie 
świadczyli na ich korzyść i złożyli pod przysięgą oświadczenia, 
że byli dobrze traktowani. Toteż 10 członków Eksowedatu 
zostało skazanych na 7 lat więzienia, trzech na 3 lata, trzech 
na rok. Siedmiu zostało uniewinnionych, a sprawy czterech 

umorzono. Ze skazanych zaś nikt nie odsiedział nawet roku 

— w listopadzie 1885 r. nastąpiła amnestia. 

Metysi nie będący członkami kierowniczych gremiów 

uniknęli kary. Umorzono sprawy Andre Naulta (emisariusza 
Riela do Indian w Frog Lakę) i Abrahama Montoura 
(w którego domu zdecydowano o sprowadzeniu Riela do 
Kanady), a kilkunastu, w tym Louisa Gouleta, któremu 

wypominano udział w naradzie u Montoura (nie wiedziano 
o strzelaniu do Anglais pod Frenchman's Butte), oraz 
Charlesa Bremnera, u którego znaleziono wojskowy karabin, 

zwolniono za kaucją i więcej nie niepokojono. Joseph 
Jobin, „przewodniczący obozu" Budowniczego Zagród, 
w ogóle nie stawał przed sądem. 

Wodzom Indian także postawiono zarzut nie zdrady, lecz 

„przestępstwa ze zdrady". Wprawdzie traktaty zobowiązywały 
ich do lojalności wobec królowej, ale prokuratorzy stwierdzili, 

że „ponieważ Indianie mają nieokreślone pojęcie lojalności, 

jaką są winni suwerenowi, właściwiej jest ich oskarżać 

o przestępstwo mniejszej wagi"

7

. Pierwszy stanął przed sądem 

wódz Kri Jedna Strzała, który z kilkunastoma wojownikami 

brał udział w bitwie pod Batoche. Prokurator wygłaszał, 
a tłumacz przekładał na język Kri akt oskarżenia, mówiący, iż 
Jedna Strzała „wraz z różnymi wrogo usposobionymi osobami, 
uszykowani i uzbrojeni na modłę wojenną, jako to w karabiny, 
strzelby, pistolety, bagnety i inną broń, będąc więc niegodziwie 
i przestępczo zgromadzeni i zebrani wspólnie przeciwko 

naszej Pani Królowej, najniegodziwiej i w sposób przestępczy 

7

 Tamże,

 s. 310. 

321 

wyruszyli i rozpętali wojnę przeciwko naszej wspomnianej 
Pani Królowej i przeciwko pokojowi naszej wspomnianej Pani 
Królowej, Jej Koronie i godności". W języku Kri zabrzmiało 
to jędrnie: 

— Jedna Strzało, jesteś oskarżony, że strąciłeś wielkiej 

matce z głowy czepek i dźgnąłeś ją szablą w siedzenie. 

— Kto, ja? — zdumiał się wódz. — Czy jesteś pijany? 
Chciał dalej mówić, ale nie pozwolono mu; musiał zostawić 

to obrońcy. Był nim zdolny prawnik Beverly Robertson, 
wynajęty przez Departament Indian. Obrona była zabójczo 
logiczna: każdy Indianin zawsze nosi broń, więc noszenie 

przezeń broni nie dowodzi, że brał udział w rebelii, zaś sama 
tylko obecność wśród rebeliantów nie jest przestępstwem. 
Robertson wniósł więc o uniewinnienie. 

— Wiemy, że każdy Indianin chętnie idzie tam, gdzie się 

dzieje coś ekscytującego — argumentował. — To przecież nie 

jest zdradą. Nie jest też przestępstwem ze zdrady, gdy banda 

Indian idzie i rabuje sklep. Nie jest także zdradą podpalanie 
farm i uprowadzanie bydła i koni — ciągnął. Jest to zwykły 
indiański obyczaj — tak zawsze zachowywali się Kri wobec 

Czarnych Stóp i vice versa. 

Po długiej dyskusji między prokuratorem a obrońcą na 

temat istoty i odmian zdrady, sędzia uznał, że proces ma 
charakter poszlakowy, ale przysięgli po dziesięciu minutach 

uznali Jedną Strzałę za winnego. Ten w ostatnim słowie 
oświadczył, że w Batoche był jako więzień Gabriela Dumonta, 
i prosił o niewymierzanie mu kary. Sędzia jednak wlepił mu 

trzy lata, dodając w uzasadnieniu, że „będąc stary i siwy, 
musiał wiedzieć, że czynił źle", a wyrok sprawi, iż „inni 
Indianie dowiedzą się, co ich czeka, gdyby brali z niego 

przykład". Ojciec Cochin był niemile zaskoczony. „Przysięgli 
nic nie rozumieją — napisał do arcybiskupa Tache. — [Skazali 

go, chociaż] niczego nie można było biedakowi udowodnić". 

Przeciwko Budowniczemu Zagród były dowody. Nie było 

wątpliwości, iż jego szczep „uzbroił się i rozpętał wojnę". 

21 — Batoche 1885 

background image

322 

Tłumacz starał się jak mógł, ale i w jego wersji wyszło, że wódz 
rzucał w królową patykami, starając się trafić w nakrycie głowy. 
Obrońca Robertson wykazywał, że Budowniczy Zagród nie 
zawinił, bowiem przestępstwa były dziełem młodych wojowni­
ków, na których nie miał wpływu. Wodza obciążał jednak list do 
Riela, w którym przechwalał się sukcesami w oblężeniu 
Battlefordu. Obrońca twierdził, że list napisał Jefferson, a Bu­
downiczy Zagród nawet nie wiedział, co podpisuje. Jefferson był 
brany w krzyżowy ogień pytań, ale obstawał, iż wódz podykto­
wał mu list i podpisał go świadomie. Co do bitwy pod Cut Knife 
Hill, Budowniczy Zagród oświadczył, że gdy spokojnie spał, 
został bez powodu ostrzelany z armat i tylko się bronił. Nie dało 
się udowodnić, kto pierwszy otworzył ogień; obrona wskazywa­

ła, że nie ma to znaczenia — agresorem było wojsko, ponieważ 
Indianie byli w swoim rezerwacie. Świadkowie — kupiec 
Ballendine, instruktor McKay, ojciec Cochin, a nawet instruktor 
Craig (ten, który oberwał styliskiem od Człowieka Mówiącego 
Po Naszemu) — wypowiadali się o Budowniczym Zagród 

pozytywnie, podkreślając jego koncyliacyjną rolę. Mimo to 
przysięgli uznali go za winnego. Budowniczy Zagród w krótkim 

jak na niego ostatnim słowie oświadczył, że jest niewinny; 

przeciwnie, „wszystko robił dla Wielkiej Matki", na przykład 
„uratował jej ludzi od zagłady" pod Cut Knife Hill. 

— Sam się poddałem — zaznaczył. — Gdybym chciał 

wojny, to nie byłbym teraz tu, lecz na prerii. 

Sędzia wymierzył mu również trzy lata. Redaktor Laurie 

z Battlefordu nazwał ten wyrok „czynieniem farsy z wymiaru 
sprawiedliwości", a i ojciec Andre był oburzony, choć z innego 
powodu. „Północny Zachód jest w okowach despotyzmu 

— informował arcybiskupa Tache. — Jak widać po sprawach 
Jednej Strzały i Budowniczego Zagród, nie możemy oczekiwać 
bezstronnych wyroków. Jeśli na świecie kiedykolwiek byli 
dwaj niewinni ludzie, to są nimi ci dwaj Indianie". 

Wyglądało, że sprawa Dużego Niedźwiedzia będzie najprost­

sza — Frog Lakę, Fort Pitt i Frenchman's Butte mówiły za 

323 

siebie. Tymczasem powtórzyła się historia z aktem oskarżenia 
— wódz usłyszał, że zarzuca mu się, iż chciał ukraść królowej 

kapelusz. 

— Przecież ona mieszka za wielką wodą! — wykrzyknął. 

— Nawet nie wiedziałem, że ma kapelusz! 

Obrońca przyjął tę samą linię, co w sprawie Budow­

niczego Zagród — dowodził, że wódz nie miał wpływu 
na młodych wojowników. Duży Niedźwiedź twierdził, że 

jego szczep „ignorował go i pogardzał nim, ponieważ 

zawsze był przyjacielem białych". Jego dawni więźniowie, 
teraz świadkowie obrony (w tym gwiazda procesu, William 

Cameron), jak jeden mąż zeznali, iż był przeciwny rebelii 
i należy mu dziękować za ocalenie im życia. Uniewinnienie 
wisiało w powietrzu. Niestety, sąd znowu wdał się w teo­

retyzowanie nad istotą zdrady i tak skonfudował przy­
sięgłych, że uznali Dużego Niedźwiedzia za winnego, je­

dnocześnie zalecając ułaskawienie. Mimo to sędzia jemu 
także wymierzył trzy lata. 

Przysięgli uznali za winnych jeszcze 14 Indian, i choć 

proponowali, by ich ułaskawić, zapadły wyroki od pół roku 
do dwóch lat. Obrońca Robertson był sfrustrowany swą 

nieskutecznością. Toteż kiedy przed sądem stanął Biała 
Czapka, sięgnął po broń ostateczną — zarzut rasizmu. 

— Widzę, że w Reginie sprawiedliwe osądzenie Indianina 

jest niemożliwe — rozpoczął swoją mowę. — W tym mieście 

trzeba tylko powiedzieć przysięgłym, że jest tu jakiś Indianin, 
a zaraz go wsadzą... 

Na sali powiało grozą. 

— Nic podobnego — zaczął się sumitować sędzia. — Może 

pan uważa, że postępowałem niewłaściwie, ale ja tylko, 
ogólnie mówiąc, jestem zdania, że rebelia jest rzeczą złą... 

Po kwadransie Biała Czapka uścisnął dłonie przysięgłym 

i opuścił sąd jako wolny człowiek. Sprawy pozostałych Indian 

oskarżonych o „przestępstwo ze zdrady" zostały zaś z punktu 
umorzone. 

background image

322 

Tłumacz starał się jak mógł, ale i w jego wersji wyszło, że wódz 
rzucał w królową patykami, starając się trafić w nakrycie głowy. 
Obrońca Robertson wykazywał, że Budowniczy Zagród nie 
zawinił, bowiem przestępstwa były dziełem młodych wojowni­

ków, na których nie miał wpływu. Wodza obciążał jednak list do 

Riela, w którym przechwalał się sukcesami w oblężeniu 
Battlefordu. Obrońca twierdził, że list napisał Jefferson, a Bu­

downiczy Zagród nawet nie wiedział, co podpisuje. Jefferson był 
brany w krzyżowy ogień pytań, ale obstawał, iż wódz podykto­
wał mu list i podpisał go świadomie. Co do bitwy pod Cut Knife 
Hill, Budowniczy Zagród oświadczył, że gdy spokojnie spał, 
został bez powodu ostrzelany z armat i tylko się bronił. Nie dało 
się udowodnić, kto pierwszy otworzył ogień; obrona wskazywa­

ła, że nie ma to znaczenia — agresorem było wojsko, ponieważ 
Indianie byli w swoim rezerwacie. Świadkowie — kupiec 
Ballendine, instruktor McKay, ojciec Cochin, a nawet instruktor 
Craig (ten, który oberwał styliskiem od Człowieka Mówiącego 
Po Naszemu) — wypowiadali się o Budowniczym Zagród 

pozytywnie, podkreślając jego koncyliacyjną rolę. Mimo to 
przysięgli uznali go za winnego. Budowniczy Zagród w krótkim 

jak na niego ostatnim słowie oświadczył, że jest niewinny; 

przeciwnie, „wszystko robił dla Wielkiej Matki", na przykład 
„uratował jej ludzi od zagłady" pod Cut Knife Hill. 

— Sam się poddałem — zaznaczył. — Gdybym chciał 

wojny, to nie byłbym teraz tu, lecz na prerii. 

Sędzia wymierzył mu również trzy lata. Redaktor Laurie 

z Battlefordu nazwał ten wyrok „czynieniem farsy z wymiaru 
sprawiedliwości", a i ojciec Andre był oburzony, choć z innego 
powodu. „Północny Zachód jest w okowach despotyzmu 

— informował arcybiskupa Tache. — Jak widać po sprawach 
Jednej Strzały i Budowniczego Zagród, nie możemy oczekiwać 
bezstronnych wyroków. Jeśli na świecie kiedykolwiek byli 
dwaj niewinni ludzie, to są nimi ci dwaj Indianie". 

Wyglądało, że sprawa Dużego Niedźwiedzia będzie najprost­

sza — Frog Lakę, Fort Pitt i Frenchman's Butte mówiły za 

323 

siebie. Tymczasem powtórzyła się historia z aktem oskarżenia 

— wódz usłyszał, że zarzuca mu się, iż chciał ukraść królowej 
kapelusz. 

— Przecież ona mieszka za wielką wodą! — wykrzyknął. 

— Nawet nie wiedziałem, że ma kapelusz! 

Obrońca przyjął tę samą linię, co w sprawie Budow­

niczego Zagród — dowodził, że wódz nie miał wpływu 
na młodych wojowników. Duży Niedźwiedź twierdził, że 

jego szczep „ignorował go i pogardzał nim, ponieważ 

zawsze był przyjacielem białych". Jego dawni więźniowie, 
teraz świadkowie obrony (w tym gwiazda procesu, William 
Cameron), jak jeden mąż zeznali, iż był przeciwny rebelii 
i należy mu dziękować za ocalenie im życia. Uniewinnienie 

wisiało w powietrzu. Niestety, sąd znowu wdał się w teo­
retyzowanie nad istotą zdrady i tak skonfudował przy­
sięgłych, że uznali Dużego Niedźwiedzia za winnego, je­

dnocześnie zalecając ułaskawienie. Mimo to sędzia jemu 
także wymierzył trzy lata. 

Przysięgli uznali za winnych jeszcze 14 Indian, i choć 

proponowali, by ich ułaskawić, zapadły wyroki od pół roku 
do dwóch lat. Obrońca Robertson był sfrustrowany swą 
nieskutecznością. Toteż kiedy przed sądem stanął Biała 

Czapka, sięgnął po broń ostateczną — zarzut rasizmu. 

— Widzę, że w Reginie sprawiedliwe osądzenie Indianina 

jest niemożliwe — rozpoczął swoją mowę. — W tym mieście 

trzeba tylko powiedzieć przysięgłym, że jest tu jakiś Indianin, 
a zaraz go wsadzą... 

Na sali powiało grozą. 

— Nic podobnego — zaczął się sumitować sędzia. — Może 

pan uważa, że postępowałem niewłaściwie, ale ja tylko, 
ogólnie mówiąc, jestem zdania, że rebelia jest rzeczą złą... 

Po kwadransie Biała Czapka uścisnął dłonie przysięgłym 

i opuścił sąd jako wolny człowiek. Sprawy pozostałych Indian 

oskarżonych o „przestępstwo ze zdrady" zostały zaś z punktu 
umorzone. 

background image

324 

REGINA — ODSŁONA DRUGA 

Od 23 maja w areszcie NWMP przebywał także Louis Riel. 

Zastanawiające, że uważano, iż przywódcy rebelii nic nie 
grozi; dawano do zrozumienia, że rząd nie ośmieli się zadrzeć 
z jego domniemanymi protektorami. „Panowało powszechne 
przekonanie, że Riel zostanie ułaskawiony i otrzyma emery­
turę" — pisze konstabl Donkin, który był jednym z jego 
strażników. Gazety potwierdzały to albo przepowiadały, że 
w najgorszym razie rząd zaaranżuje jego ucieczkę. Jednak 
wkrótce okazało się, że premier Macdonald ma wobec Riela 

inne plany. Śledztwo przeciwko niemu powierzono Alexand-
rowi Stewartowi z Ontario, który uchodził za najlepszego 
policjanta Kanady, a ponadto był szwagrem ppłk. Ottera. 
Stewart nie owijał w bawełnę. 

— Myślę, że chodzi o to, żeby go powiesić — powiedział 

reporterowi w drodze na zachód, gdzie, jak dodał, zamierzał 
„zgromadzić wszelkimi sposobami tyle dowodów przeciwko 
Rielowi, ile się da". 

Po takim oświadczeniu frankofoni uznali, że przygotowuje się 

pokazówka — zemsta Ontario za egzekucję Thomasa Scotta. 
W Quebecu niezwłocznie utworzono Narodowe Stowarzyszenie 
dla Obrony Więźniów Metysów. Louisa Riela poparła lewicowa 
prasa — ,,L'Independent", „Le Travailleur"... Powstał ogólnokra­

jowy Komitet Obrony Riela, w którym działali między innymi 
jego dawny pracodawca, prawnik-socjalista Rodolphe Laflamme, 

a także liberalny polityk Wilfrid Laurier (który jakby zapomniał, 
że kiedyś nazwał Riela maniakiem). 

— Gdybym urodził się nad brzegami Saskatchewanu — wo­

łał teraz na wiecu w Montrealu — sam ująłbym w ręce 
karabin, by walczyć z indolencją rządu i bezwstydną chciwoś­
cią spekulantów! 

Louis Riel sądził w związku z tym, że jego szansą byłby 

publiczny proces we wschodniej Kanadzie, gdzie mógłby 
liczyć na przychylność wszechwładnej opinii publicznej 

325 

i „niezawisłego sądu". Napisał w tej sprawie kilka listów do 
gubernatora Dewdneya i premiera Macdonalda, żądając, aby 

jego proces toczył się przed Sądem Najwyższym i obejmował 

całą działalność polityczną od 1870 roku. Przewidywał, że sąd 
uniewinniłby go, a wtedy mógłby znowu objąć funkcję 
premiera Manitoby. Dzięki tej pozycji i swoim wpływom 

doprowadziłby następnie do połączenia Anglii i Stanów 
Zjednoczonych w „Unię Imperialną". Unia ta „zapewniłaby 
opiekę małym narodom, jak Irlandczycy, Francuzi kanadyjscy 
i Metysi". Louis Riel zaś, jako „osoba znana z głębokiej 

mądrości, cnót, wiedzy i ogromnej inteligencji", otrzymałby 
w jej rządzie jedną z kluczowych tek — ministra spraw 

religijnych. Groził przy tym, że jeśli jego pokojowy plan nie 
zostałby zrealizowany, dokona się spontaniczna kolonizacja 
zachodniej Kanady przez amerykańskie grupy etniczne — Ir­
landczyków, Polaków, Niemców — inspirowana przez znaj­

dującego się w USA Gabriela Dumonta. Gdyby zaś władze 

kanadyjskie stawiły opór, Stany Zjednoczone interweniowały­
by militarnie i dokonały aneksji tych terytoriów

8

Riel pisał również do konsula Taylora, jako obywatel 

amerykański domagając się jego opieki i pomocy w uzyskaniu 

pożądanego procesu. Nie doczekał się jej; będąc jednocześnie 
poddanym brytyjskim nie miał prawa do amerykańskiej opieki 

konsularnej na terenie Kanady. 

Najgorsze było, że Louis Riel nie miał już otwartego 

poparcia Kościoła. Biskup Bourget zmarł 8 czerwca. Riel 
starał się odzyskać sympatię arcybiskupa Tache, proponując 
mu stanowisko papieża, z siedzibą w St. Boniface. Zapraszał 
nawet do Kanady papieża Leona XIII, aby wspólnie uzgodnić 

tę sprawę. Arcybiskup Tache działał zakulisowo na rzecz 
oskarżonych Metysów i Indian, był też w stałym kontakcie 

z opiekującym się Rielem ojcem Andre, ale otwarcie w jego 
obronę się nie angażował. 

8

  F l a n a g a n , Louis „David" Riel, s. 153-157. 

background image

326 

Ostatecznie zdecydowano, że proces Louisa Riela, tak jak 

innych Metysów, odbędzie się w Reginie. Na wyrost porów­
nywano go z historycznymi procesami o zdradę stanu — Ka­

rola I, Strafforda, Monmoutha — więc do liczącego 1500 
mieszkańców miasta przybyło 5000 publiczności, której nie 
odstraszyła nawet perspektywa mieszkania w namiotach. Mimo 
politycznych obciążeń proces miał być uczciwy. Oskarżyciele 
w liczbie pięciu byli kompetentni (trzej byli wybitnymi 

znawcami i kodyfikatorami prawa karnego), nie budzili też 
podejrzeń o uprzedzenia (jeden był przedstawicielem opozycyj­
nej partii liberalnej, jeden frankofonem, a jeden pochodził 
z Saskatchewanu). Sojusznicy Riela sfinansowali czterech 

równie znamienitych obrońców (był wśród nich przyszły 
prezes Sądu Najwyższego w Quebecu i przyszły prezes Sądu 
Najwyższego Kanady). 

28 lipca zaczął się proces „Królowa versus Louis Riel". 

Wobec Riela jako jedynego zastosowano w pełni Statut Zdrad, 
czyniąc go w ten sposób jednoosobowo odpowiedzialnym za 
wybuch i przebieg rebelii. Niezależnie od tego, co wykryło 
śledztwo Alexandra Stewarta i działania Secret Service, podczas 

procesu nie zagłębiano się w kwestie ewentualnych powiązań 
zewnętrznych, inspiracji ani nawet kontaktów ze Związkiem 
Osadników. Było to niezwykłe, choćby w świetle tego, iż 
podczas walk z kręgów Fenian dało się słyszeć, że „istnieją tajne 

działania w St. Paul i Minneapolis [...], lecz wydanie rządowi 
kanadyjskiemu sekretu, w jaki sposób Riel porozumiewa się 
z tymi, którzy mu pomagają, byłoby niemądre", a wywiad 
kanadyjski informował min. Carona, że Gatlingi miały być 
dostarczone Rielowi „przez Balwierza o inklinacjach feniań-
skich" (zapewne jest to kryptonim). Można sądzić, że niektórzy 
na wszelki wypadek woleli usunąć się z oczu; kongresman 

amerykański William Randall Roberts, były przywódca Bractwa 
Fenian i twórca jego „kanadyjskiej koncepcji", zbiegiem 
okoliczności w 1885 roku znalazł się jako poseł USA na 

najdalszym krańcu kontynentu — w Chile. 

327 

Oskarżenie głosiło, że oskarżony Louis Riel z premedytacją 

dopuścił się rebelii, a zwłaszcza, że zamierzał rozpętać wojnę 
indiańską, i jako dowody przedstawiało znane manifesty, listy 
do Indian, a także list do superintendenta Croziera z żądaniem 
poddania Fortu Carlton. Zeznawali także obciążający Riela 

świadkowie, wśród których wyróżnił się Charles Nolin. 
Obrońcy nie zaprzeczali temu, lecz podkreślali „polityczno-
-religijne halucynacje" Riela, starając się o uznanie go za 
niepoczytalnego. 

— Nie można mówić, że każdy reformator religijny jest 

niepoczytalny — sprzeciwił się oskarżyciel. — Niektórzy 

utrzymali się i mieli nawet wielu zwolenników. Weźmy na 
przykład takiego Mahometa... 

Mimo to proces zawieszono, aby o stanie psychicznym 

oskarżonego wypowiedzieli się eksperci. Jako świadka we­
zwano nawet jednego z lekarzy ze szpitala psychiatrycznego 
w Montrealu, w którym kiedyś przebywał Riel. Sprowadzono 
też Williama Jacksona, po którym spodziewano się, że jako 

wybitny polityk i działacz będzie miał wiele do powiedzenia. 

Jednak Jackson albo milczał, albo udzielał odpowiedzi, które 

jeden z doktorów określił jako „mentalne halucynacje i osob­

liwe idee w sprawach religijnych w powiązaniu z jego 
problemem i w powiązaniu z nową religią, której twórcą 
według niego jest Riel". W dodatku, jak relacjonował jeden 

ze strażników, Jackson „lał i walił w bieliznę. Zapaskudził się 
tak, że nawet inni więźniowie protestowali. [...] Nosił kalesony 
z nogawkami w pasy żółte, niebieskie i czerwone, jak jakiś 
strój do hokeja. Mocz rozpuścił barwnik i miał nogi w pasy, 

a Indianie mówili, że to jego barwy wojenne"

9

. Wszystko 

razem spowodowało, że William Jackson został uznany za 
niepoczytalnego. 

Louis Riel zaprzeczył, jakoby był szaleńcem, i wyraził się 

pozytywnie o tych ekspertach, którzy dowodzili, że jest on 

9

 B e a 1, M a c I e o d. op. ci!., s. 307. 

background image

328 

zdolny odróżniać dobro od zła i może odpowiadać za swoje 
czyny. Riel nie chciał kryć się za zasłoną niepoczytalności, 
lecz pozyskać sympatię polityków i ludności Quebecu. Pisał 
listy do gazet i wypowiadał się, prezentując jako kanadyjski 

polityk francuskojęzyczny, związany z francuską kulturą 
i tradycją, bojownik o prawa narodu Metysów. 

Kluczowym momentem procesu stała się mowa Louisa Riela. 

Jego zamiarem było przedstawienie wszystkich swoich politycz­

nych dokonań oraz samego siebie, jako samodzielnego, prag­
matycznego przywódcy. W efekcie przemowa ta przeszła do 

historii kanadyjskiego sądownictwa jako najdłuższa — niestety, 
przy tym skomplikowana, wielowątkowa, a przez to trudna 
w odbiorze, tym bardziej że Riel mówił po angielsku, który nie 

był jego ojczystym językiem. Dokonał przeglądu swej działalno­
ści, poczynając od Manitoby, i określając się jako jej twórca-
-założyciel. Uzasadniał wydarzenia w Saskatchewanie prawem 

Metysów do obrony własnej oraz wykładał swoją teorię ich 

pierwotnych praw do ziemi. Krytykował panujące na zachodzie 
stosunki — niereprezentatywność Rady Terytorium, nieudolność 
i skorumpowanie władz, stronniczość rządu federalnego. Mówił 

o swojej „misji" ich uzdrowienia i wykazywał, że została mu ona 

powierzona przez Kościół (powoływał się na list biskupa 
Bourgeta, a nawet na to, że spotkany w drodze do Kanady ojciec 
Eberschweiler pobłogosławił go). Nie wspominał o swych 

powiązaniach zewnętrznych, choć mówił o planie skolonizowania 
zachodniej Kanady przy udziale Stanów Zjednoczonych. Nie 
mówił o swojej religii (stwierdził tylko, że „chciał odsunąć 

Rzym, jako przyczynę rozdźwięku między katolikami a protes­
tantami"), a swoją rolę jako proroka sprowadzał do prostej 
umiejętności przewidywania rozwoju wydarzeń (wyparł się nawet 

imienia „Dawid", twierdząc, że był to tylko pseudonim bez 

głębszego znaczenia)

10

10

  B o w f i e l d , op. cit., s. 153-179. Riel sporządził manifest, wzywający 

USA do interwencji, ale nie wygłosił go podczas procesu (F1 a n a g a n, Louis 
„Daru!" Riel,

 s. 168). 

329 

— Jeśli przyjmiecie, że nie jestem odpowiedzialny za moje 

czyny, to musicie mnie uniewinnić, gdyż wadziłem się 
z obłąkanym i nieodpowiedzialnym rządem. Jeżeli stwierdzicie, 
że jestem za nie odpowiedzialny, to także mnie uniewinnijcie, 
bowiem ja rozumnie działałem w obronie własnej, zaś rząd, 
nieodpowiedzialny i obłąkany, postępował źle, a jeśli ktoś 
dopuścił się zdrady stanu, to rząd, a nie ja — zakonkludował. 

Obrona była zdruzgotana — Louis Riel pogrzebał swoje 

szanse. Przysięgli naradzali się przez godzinę. Uznali Riela za 
winnego, zalecając jednocześnie jego ułaskawienie. 

— Przypuszczam, że teraz, kiedy zostałem skazany, prze­

stanę być nazywany głupcem — przemówił w ostatnim 
słowie Riel. — Uważam, że jest to korzystne. Nie mogę 
wykonywać mojej misji, jak długo uważa się mnie za 
szaleńca. Jeśli miałbym zostać stracony, nie będę stracony 

jako szaleniec. Będzie to wielką pociechą dla mojej matki... 

i dla moich rodaków. 

Zapadł wyrok. Statut Zdrad przewidywał tylko karę śmierci. 

18 września Riel miał „zawisnąć za szyję, póki nie umrze". 

— Inni ludzie żyją w nieświadomości godziny swej śmierci 

— rzekł Riel, jednak prorok — a ja ją znam. Bóg mnie o niej 

poinformował. 

Wyrok na Louisa Riela oburzył i wstrząsnął francuską 

Kanadą. 1200 mieszkańców Montrealu wysłało telegramy do 

premiera, domagając się ułaskawienia Riela. 15 000 podpisało 
petycje do generalnego gubernatora. Politycy konserwatywni 
w Quebecu zaczęli ostrzegać premiera Macdonalda, że eg­
zekucja Riela będzie oznaczała upadek ich partii w tej 
prowincji. Politycy anglosascy grozili zaś, że łaska okazana 
Rielowi będzie kosztować partię konserwatywną utratę głosów 
w Ontario. 

Tymczasem Macdonald poniewczasie zastanawiał się, czy 

nie dałoby się ukręcić głowy całej sprawie. 28 sierpnia 
w liście do generalnego gubernatora Lansdowne'a stwierdził 
zgoła, że „zamieszki na północnym zachodzie miały charakter 

background image

330 

lokalny i nie powinny być podnoszone do rangi rebelii". 

„Obawiam się, że sami zrobiliśmy, cośmy mogli, aby j

podnieść do rangi rebelii, i to z takim powodzeniem, że nie 
zdołamy już ich sprowadzić do poziomu pospolitej ruchawki" 

— odpisał Lansdowne. 3 września Macdonald odpowiedział: 
„Z pewnością sprawiliśmy, że w oczach opinii publicznej 

zamieszki te przybrały wielkie rozmiary. Uczyniliśmy to dla 

naszych celów, i uważam, że zrobiliśmy mądrze. Mimo 
wszystko jednak były to niepokoje na ograniczonym obszarze 
i objęły małą liczbę ludzi. Nigdy nie zagroziły bezpieczeństwu 
państwa ani nie pociągnęły za sobą komplikacji między­

narodowych"". Cele polityczne i gospodarcze zostały zreali­
zowane, budowa kolei CPR zbliżała się do końca (ostatni 
gwóźdź miano wbić w podkłady w Górach Skalistych 7 lis­
topada), udało się wyeliminować Amerykanów. O, gdyby tak 

jeszcze ustalić, że nie było żadnej rebelii, nie było także 

zdrady, nie było w ogóle Louisa Riela! Niestety, wysyłając 
przeciw Metysom wojsko rząd pokazał, że traktuje rebelię 
z całą powagą, musiał więc teraz poważnie potraktować jej 

przywódcę. Skoro nie dało się uznać sprawy za niebyłą, 
Macdonald zaczął szukać innego rozwiązania — powołał 
nową komisję lekarską, która miała w jego zamyśle uznać 
Riela za na tyle niepoczytalnego, aby można było nie wykonać 

na nim wyroku śmierci. Komisja jednak dwoma głosami 

Anglosasów przeciwko trzeciemu (Francuzowi) uznała Riela 
za „ekscentrycznego, lecz zdrowego na umyśle". Premier dał 
za wygraną i postanowił wyciągnąć ze złej sytuacji tyle 
politycznych korzyści, ile się da. W 1870 roku Riel do­
prowadził do skazania na śmierć Thomasa Scotta, aby wymie­

rzeniem kary głównej unaocznić suwerenność Manitoby. Teraz 
premier Macdonald w ten sam sposób miał zademonstrować 
suwerenną władzę Kanady nad Terytoriami. Można przypusz­

czać, że dodał sobie kurażu swym ulubionym trunkiem, 

C h a r I e b o i s, op. eh., s. 147. 

331 

bowiem jego historyczne oświadczenie było tyleż nieoczeki­
wane, co niekonwencjonalne. 

— Riel będzie wisiał, choćby wszystkie psy w Quebecu 

szczekały w jego obronie — oznajmił. 

Adwokaci złożyli apelację. Sąd drugiej instancji odrzucił ją. 

Adwokaci odwołali się do najwyższego sądu Imperium Brytyj­
skiego, ale i on zdecydował, że nie ma powodów do uznania 
apelacji. Uzyskano tylko odroczenie egzekucji najpierw do 22 
października, potem do 10 listopada. 

Louis Riel rozglądał się za pomocą. Wysłał kolejny list do 

konsula Taylora, przedstawiając mu swoją sprawę. „Zapom­
niałem, że zostałem skazany na śmierć" — napisał na końcu. 
Czy miał to być wyrzut? Skierował także petycję do prezydenta 
USA Grovera Clevelanda z otwartą prośbą o interwencję 

i aneksję Terytoriów. Argumentując, że „rząd brytyjski jest 
winien zbrodni przeciw ludzkości [i] z tej przyczyny utracił 
wszelki tytuł i prawo do rządzenia Północnym Zachodem", 

prosił, aby „granica między Stanami Zjednoczonymi a Pół­
nocnym Zachodem została wymazana od Jeziora Górnego do 

Pacyfiku" '

2

. Gubernatorem Terytoriów miał zostać Taylor, 

sobie Riel pozostawiał fotel ich premiera. 

Pomoc nie nadeszła. Louis Riel postanowił więc przyjąć 

palmę męczeństwa — projektował nawet święte obrazki ze 
swoją podobizną oraz ułożył modlitwę do „świętego Ludwika 
Dawida, Metysa". Czasem wyrażał oczekiwanie, że po jego 

egzekucji nastąpi trzęsienie ziemi, a trzeciego dnia powstanie 
z martwych. 15 listopada ojciec Andre zawiadomił go, że 
nazajutrz definitywnie pożegna się z tym światem. Louis Riel 
przyjął to ze spokojem. 

— Raduję się, idę do domu Pana — rzekł. Całą noc obaj 

spędzili na modlitwie. Riel złożył oświadczenie, w którym 

odwołał swoje herezje. „Odrzucam wszystko, co było wyrazem 
mojej pychy i zarozumialstwa — pisał. — Podporządkowuję 

12

  B o w s f i e l d , op. cir., s. 111-116. 

background image

332 

się woli Boga, nauce Kościoła i nieomylnym decyzjom 

najwyższego Kapłana. Umieram jako katolik, w jedynej 

prawdziwej wierze". 

Rankiem 16 listopada oszroniona preria lśniła w blasku 

słońca. Pełniący straż przy szafocie konstabl Donkin po­

ważnie się przeziębił. Riel, trzymając w dłoni mały srebrny 

krucyfiks, pożyczony od pani Forget, żony szeryfa, spo­

kojnym krokiem wstąpił na rusztowanie. Za namową ojca 

Andre zrezygnował z wygłoszenia ostatniej mowy, lecz 

tylko odmówił „Ojcze nasz". 

 Remerciez Madame Forget — powiedział. Założono mu 

biały kaptur. Jack Henderson, który był jego więźniem w Forcie 

Garry w 1870 roku, otworzył zapadnię. 

Trzęsienie ziemi nie nastąpiło. 

POLKA „BATOCHE" 

Kanada szalała z radości, powracające oddziały paradowały 

ulicami przy dźwiękach okolicznościowego „Marsza pułkow­

nika Ottera", a w lokalach królował najnowszy przebój 

— polka „Batoche". Do Toronto przyjechała na występy 

— „po raz pierwszy i ostatni w Kanadzie!" — rewia Buffalo 

Billa, z gwiazdami Siedzącym Bykiem i Annie Oakley, jako 

główny punkt programu przedstawiając „wielkie sceny bitew, 

podobne do Fish Creek, Cut Knife i Batoche". Do końca lipca 

wszyscy milicjanci wrócili do domów, a władze obmyślały 

dla nich nagrody. 

Na początek każdy milicjant otrzymał skrypt na 320 akrów 

ziemi, z zamianą na 80 dolarów. Dostali go wszyscy, choćby 

nie zbliżyli się i na tysiąc kilometrów do strefy walk. 

Policjanci, którym nagroda ta nie przysługiwała, byli sceptycz­

ni. „W Kanadzie założono Towarzystwo Wzajemnej Adoracji 

— pisał konstabl Donkin. — Artyleria Garnizonowa z Mont­

realu obozowała w Reginie, a żmudna służba tych wiarusów 

składała się z pikników i oglądania tańca słońca w wykonaniu 

wojowników wodza Piapota. Oni także dostali tę nagrodę, 

a później ich męskie piersi ozdobił srebrny symbol nadany 

przez Jej Królewską Mość"

1

. Miał na myśli wybity we 

wrześniu „North West Canada Medal". 

'  D o n k i n , op. cit., s. 160. 

background image

334 

Aby spośród odznaczonych nim wyróżnić uczestników 

bitew, za zdobycie Batoche do medalu przewidziano klamrę 
„Batoche", a za Fish Creek, Cut Knife Hill i Frenchman's 

Butte — klamrę „Saskatchewan". Ponieważ brytyjskie mini­

sterstwo wojny miało wątpliwości co do „sensowności doda­
wania klamer za małe walki podczas rebelii wewnętrznej" 
(chociaż dodano klamry do medali, które w 1899 roku 

otrzymali wszyscy pełniący służbę podczas inwazji Fenian)

2

w drodze kompromisu dodano jednolitą klamrę „Saska­
tchewan". Medal nie miał być nadawany policjantom, ale po 
wielu protestach przyznano go także im. W Battlefordzie 

rozgoryczenie wzbudziło, że choć dostali go milicjanci (Strzel­
cy Battłefordzcy), to z powodów formalnych nie nadano go 
członkom Home Guard — a do nich należał poległy Frank 
Smart. Rozpatrywanie odwołań ciągnęło się dość długo: ostatni 
battlefordczyk dostał swój medal pod koniec innej wojny, 
w kwietniu 1945 roku. Specjalnymi medalami uhonorowano 
ponadto wodzów tych Indian, którzy nie popełnili żadnych 

przestępstw. 

Jeśli premier Macdonald sądził, że z rozdaniem nagród 

nastąpi koniec kłopotów, to się mylił. Opozycja przystąpiła do 
ataku, dowodząc, że rebelie nie wybuchają bez powodu, 
a winien jest rząd, który zaniedbywał rozwiązania problemów, 
z jego korupcją i nadużyciami. Konserwatyści i premier nawet 
„w zasadzie" zgadzali się z zarzutami, ale obarczali od­

powiedzialnością lokalną administrację albo co bardziej skom­
promitowanych urzędników (na pożarcie rzucony został mini­
ster robót publicznych Hector Langevin). Jednak nad konser­
watystami wisiało fatum podziałów francusko-angielskich. 

Z początku wydawało się, że wspólna walka przypieczętuje 

jedność Kanady i umocni „Politykę Narodową". Francuzi 

z Quebecu bez rozróżniania nazywali „naszymi" wszystkie 
bataliony, a Ontario rewanżowało im się tym samym. Wol-

2

 Był to General Service Medal, z klamrami „Inwazja Fenian 1866' 

i „Inwazja Fenian 1870". 

335 

tyżerowie z Quebecu doznali tak entuzjastycznego przyjęcia 

w

 Toronto, że dowódca tego batalionu był pewien, że „choć 

różnimy się rasą i religią, jesteśmy mimo to jednym naro­

dem"

3

- Entuzjazm nie trwał długo. Ontaryjska prasa zarzuciła 

Karabinierom z Mount Royal nieudolność i pijaństwo, 
a sprawa odesłania przez gen. Strange'a płk. Ouimeta 

pogorszyła atmosferę. Doszło do kilku procesów o znie­
sławienie, a pewien redaktor z Toronto starym zwyczajem 

oberwałby szpicrutą, gdyby się nie obronił parasolem. W Qu-
ebecu politycy narodowi wyrażali sympatię dla Metysów 
i zwracali uwagę ministrowi Caronowi, że postępuje nie­
stosownie, wysyłając Francuzów, swych rodaków, by walczyli 

przeciwko compatriots. Jeden nawet wyraził nadzieję, że 
„Riel zrobi siekaninę z batalionów ontaryjskich". Anglofoni 
zaś oskarżyli polityków francuskich, że posłużyli się Metysa-
mi, aby „na preriach budować drugi Quebec". Zarzuty te dały 

frankofonom asumpt do podejrzeń, iż rządowi nie chodziło 
o stłumienie buntu Metysów, lecz o ograniczenie praw 
ludności francuskiej i katolickiej. 

Proces Louisa Riela utwierdził Quebec w tym przekonaniu. 

Stracenie Riela, podczas gdy William Jackson i inni anglofoni 
uniknęli kary, została zinterpretowana jako demonstracja 
wyższości rasowej Anglosasów i pogardy dla religii katolickiej. 

Kanada francuska poczuła się zagrożona. „Chcieliby, aby to 

cały żywioł francusko-kanadyjski zatańczył na stryczku!" 

— podsumowała gazeta w Quebecu. Politycy anglosascy 

zaprzeczali, twierdząc, że egzekucja Riela jest dowodem 

jedności Kanady, której podstawą jest równość wszystkich 

— Anglików i Francuzów — wobec prawa. Wina Riela nie 
ulegała dla nich wątpliwości (jako największą jego zbrodnię 
podawali zresztą nie zdradę stanu, lecz wywołanie wojny 
indiańskiej), i próby jego obrony uznawali właśnie za przejaw 
nagannej solidarności rasowej. 

A. I. S i 1 v e r, The Impact on Easlern Canada ofErents in Saskatchewan 

in 1885,

 w: Barron and Waldram ed„ op. cit., s. 39^t0. 

background image

336 

Premier Macdonald omylił się sądząc, że niezależnie od 

demonstrowanego niezadowolenia, Quebec będzie trwał przy 
konserwatystach. Na wielkim wiecu w Montrealu liberał Wilfrjd 
Laurier uroczyście potępił egzekucję Riela. Konserwatyści przy­
łączyli się do niego, ale im to nie pomogło, ani to, że własnych 

ministrów w rządzie Macdonalda nazwali tchórzami i zdrajcami. 
Quebecka partia konserwatywna, już wcześniej obwiniana 
o współudział w centralizowaniu Kanady i anglizowaniu państwa, 
stanęła pod pręgierzem zarzutu wyprzedaży interesów francuskich 
na zachodzie. Mogłoby ją może uratować zerwanie z sir Johnem 

Macdonaldem i zawarcie sojuszu wyborczego z nową Partią 
Narodową {Pani National). Nie zdobyła się na to i w 1886 roku 
przegrała z narodowcami i sprzymierzoną z nimi partią liberalną. 
Dla Wilfrida Lauriera był to pierwszy krok w stronę zastąpienia 

sir Johna Macdonalda na fotelu premiera Kanady. 

Uczestnikom wydarzeń 1885 roku dalej wiodło się różnie. 

Gen. Frederick Middleton początkowo pławił się w glorii. Od 
królowej otrzymał tytuł szlachecki, a od parlamentu nagrodę 
20 000 dolarów. Nie wszystkim się to podobało, toteż czekano 
na pretekst, by dobrać mu się do skóry. Dostarczył go Charles 

Bremner, więzień Budowniczego Zagród, który podczas swojej 
poniewierki uchronił jedyny pozostały mu majątek: wóz wyłado­

wany futrami. Po kapitulacji został aresztowany jako podejrzany 
o udział w rebelii, jego wóz skonfiskowano, a kiedy został 
zwolniony, okazało się, że futra zniknęły. O ich przywłaszczenie 
oskarżono gen. Middletona. Nad zniszczeniem reputacji zwycięz­

cy spod Batoche pracowano długo i uparcie — atakowano go 
w parlamencie, powołano specjalną komisję, wreszcie wytoczono 
proces o odszkodowanie w wysokości 19 859 dolarów. Middleton 
proponował ugodę, ale jego wrogom nie o to chodziło. W 1890 
roku generał podał się do dymisji i wyjechał z Kanady. 

— Wydają się zapominać, że ryzykowałem za nich życiem 

— powiedział na pożegnanie reporterowi. — Traktują mnie tak 
z powodów politycznych. Robią to, bo jestem brytyjskim żoł­
nierzem. Poświęcono mnie dla francuskich głosów w wyborach... 

background image

Joseph Jobin, przewodniczący 
obozu Kri 

Generał major Thomas Bland 
Strange 

Inspektor Sam Steele 

Lekka Piechota z Winnipegu w Edmonton, maj 1885 r. 

Budowniczy Zagród w niewoli w forcie Battleford. Po lewej płk Charles 

Montizambert 

background image

Wódz Czarnych Stóp Wronia Sto­
pa w Ottawie 

Gen. mjr sir Frederick Dobson 

Middleton w 1886 r., w mundurze 

brytyjskim, z Orderem Świętego 

Michała i Świętego Jerzego, Or­

derem Łaźni, medalami za kam­

panię w Nowej Zelandii, bunt si-

pajów oraz najnowszym medalem 

za kampanię północno-zachodnią 

Grób Metysów poległych pod Batoche 

Grób Louisa Riela 

w Winnipegu 

Mocny Głos 

background image

337 

Zbyt wielu nienawidziło Middletona, aby pozwolić mu 

przynajmniej na spokojne pożegnanie. Na dworcu w Ottawie 
zakłócili je faktor, który domagał się prowizji 36 dolarów i 30 
centów za sprzedanie jego mebli, i detektyw, wymachujący 
nakazem aresztowania. Specjalnie sprowadzony dyrektor Ban­

ku Montrealu indosował czek Middletona, aresztowanie nie 
doszło do skutku i generał wrócił do Anglii. Królowa powie­
rzyła mu stanowisko Strażnika Klejnotów Koronnych w Tower 

— niezwykłe jak na kogoś oskarżanego o kradzież futer 

i wystawianie czeków bez pokrycia. Zmarł w 1898 roku, nie 

doczekawszy zakończenia sprawy, która nagle przestała być 
ważna i wlokła się przez posiedzenia parlamentów i rządów, 
aż w 1899 r. Bremner otrzyma! 5364 dolary i 50 centów. 

Pech ścigał także gen. Thomasa B. Strange'a — tak jak się 

obawiał, w nagrodę za obronę Alberty i dowodzenie jej Siłami 
Polnymi rząd wstrzymał mu emeryturę. Jesienią, kiedy jak 
zwykle Indianie podpalili prerię, ranczo generała spłonęło, a na 
domiar złego podczas akcji ratunkowej koń kopnięciem złamał 

mu nogę. Zrujnowany Strange wrócił do Anglii. Zabrał z sobą 

jedyne nagrody, jakie otrzymał — laskę ze złotą gałką, prezent 

od jego zwiadowców, i posrebrzany serwis od taborytów. 

W Anglii nie był nikomu znany i kiedy spotkał tam Buffalo 
Billa, z pewną urazą stwierdził, że jest on przedmiotem 
powszechnego podziwu — a jego, mimo że ubiera się tak samo, 
nie podziwia nikt. Poratował generała Hiram Maxim, który 
zatrudnił go, by jeździł po świecie i sprzedawał karabiny 
maszynowe. W wolnych chwilach Strange zaś pisał pamiętniki 
pod znaczącym tytułem „Jubileusz artylerzysty — Jingo"

 4

Kiedy Kanada pozbyła się obu brytyjskich generałów, 

trzeba było znaleźć własnego zwycięzcę. Próby postawienia 
na piedestale ppłk. Williama D. Ottera, nie powiodły się; 

Wbrew utartej definicji Jingo, jako „szowinista" lub „wojujący nac­

jonalista", Macdermotfs War Song, z której słowo to pochodzi, ma jedno­

znaczną wymowę patriotyczną, a pewność zwycięstwa opiera oprócz siły na 
słuszności moralnej. 

22 — Batoche 1885 

background image

338 

jego niedołęstwo pod Cut Knife Hill było zbyt oczywiste. 

Otter pozostał w sztabie milicji, aż w 1899 roku wojna burska 

dała mu drugą szansę dowodzenia batalionem, jednak i tam 

był krytykowany za pasywność i nieudolność. Doczekał się 

awansu na generała majora w 1909 r., a szlachectwa wraz 

z emeryturą w 1912 r. 

Oficjalnym zwycięzcą pod Batoche mianowano w końcu 

ppłk. Arthura T. H. Williamsa, „dziedzica na Penyrn", 

„dandysa z Izby Gmin", dowódcę Batalionu Midland, który 

dwukrotnie bez rozkazu szturmował „fortyfikacje" Metysów 

(na tę okoliczność nazwane „prawdziwym Sewastopolem"). 

Na bohatera nadawał się tym lepiej, że niekontrowersyjnie już 

nie żył — zmarł bowiem na tyfus 4 lipca 1885 r. w drodze 

powrotnej na pokładzie parowca. 

Kanadyjczycy uznali, że są przygotowani do wojny, nabrali 

optymizmu i pewności siebie. Strategiczna kolej transkon-

tynentalna była gotowa. Przećwiczono mobilizację i zdolność 

przetransportowania armii na zachód. W pole wysłano 5 tysięcy 

ludzi wraz z niezbędną logistyką. Chociaż większość nie 

wzięła udziału w walkach, powstała z nich własna, kanadyjska 

siła zbrojna, po raz pierwszy bez udziału brytyjskiego. 

Zakupiona podczas rebelii broń zwiększyła i unowocześniła 

kanadyjskie zasoby; w innych warunkach parlament nie 

przyznałby na ten cel środków. Jedna trzecia sił zbrojnych 

dostała nowoczesne karabiny Martini-Henry. Zakupiono także 

cztery Gatlingi model 1883, mimo że podnosiły się głosy, iż 

ich przydatność nie została w pełni udowodniona. 

Kanadyjscy sztabowcy ostatecznie sformułowali swą doktrynę 

wojenną, w której przeciwnikiem były Stany Zjednoczone. 

Z wydarzeń 1885 r. wyciągnęli wniosek o kluczowym charakterze 

zachodu i w sytuacji kryzysowej zamierzali sami rozpocząć 

działania zaczepne na dwóch kierunkach: Seattle (stan Waszyng-

ton)-Portland (Oregon) oraz Fargo (Dakota Północna)-Min-

neapolis/St. Paul (Minnesota). Plan ten obowiązywał aż do lat 

trzydziestych XX wieku... Tymczasem Amerykanie zarzucili 

339 

plan aneksji Kanady; stali się i tak właścicielami ponad połowy 

jej gospodarki. Był to skutek kanadyjskiej protekcyjnej taryfy 

celnej — Amerykanie nie mogąc do Kanady eksportować 

towarów, inwestowali w niej. Zwolennicy wzajemnego wolnego 

handlu doczekali się go wreszcie w roku 1988, w epoce Ronalda 

Reagana, sto lat z okładem po rebelii. 

NWMP poniosła konsekwencje swej wyrozumiałości wobec 

Indian. Jeszcze podczas kampanii gen. Middleton pisał do min. 

Carona, że „policja kompletnie straciła prestiż" i powinni ją 

zastąpić „typowi strzelcy konni, umundurowani odpowiednio do 

potrzeb — nie czerwone kurtki, koronki, wysokie buty, lecz 

mundur w kolorze khaki, Winchestery i bagnety szablowe"

3

Dodawał, że w jednostkach tych „nie powinno być miejsca dla 

ludzi pokroju insp. Morrisa" — a więc miała to być także zmiana 

zasad postępowania; zerwanie z „podejściem policyjnym" na 

rzecz „wojskowego". Po wojnie płace policjantów obniżono 

o połowę. Poszkodowane były nawet wdowy po zabitych 

policjantach; inaczej niż wdowom po żołnierzach milicji, nie 

przyznano im renty, każąc się zadowolić sumami, otrzymanymi 

z licytacji osobistych rzeczy zabitych mężów (w przypadku 

poległego pod Cut Knife Hill trębacza Burke'a było to 7,25 doi.). 

Protesty sprawiły, że po dwóch latach otrzymały rentę. 

Komisarz Irvine, insp. Crozier i insp. Dickens odeszli ze 

służby. Irvine wylądował w tym samym więzieniu, w którym 

odsiadywali karę Budowniczy Zagród i Duży Niedźwiedź; 

wprawdzie jako jego naczelnik, ale i tak była to złośliwość. 

Jako ciekawostkę można dodać, że w więzieniu tym znalazł 

się też sławetny stół bilardowy Gabriela Dumonta... Dickens 

borykał się z biedą, ratował się wygłaszaniem odczytów na 

temat rebelii, a w pół roku później w trakcie jednego z nich 

zmarł, prawdopodobnie na udar serca. 

Mimo że zapowiadano zlikwidowanie policji konnej, prze­

trwała, ale nie była już sobą. Fala krytyki zwiastowała koniec 

3

 M o r t o n, R o y, op. cit., s. 230. 

background image

340 

mitu NWMP. Odeszli arystokraci; ich miejsce, jak pisze 

Donkin, zajęli rekruci zebrani w slumsach Ontario. Symbolem 
upadku było odezwanie się nowego konstabla w reakcji na 
żale starego kaprala, iż „nie ma już esprit de corps" — „To 
trzeba to zamówić u kwatermistrza!" 

Indianom też wiodło się różnie. Budowniczy Zagród, dzięki 

wstawiennictwu arcybiskupa Tache, wyszedł z więzienia 

4 marca 1886 r. Wrócił do Battlefordu, pojął jeszcze jedną 
żonę, młodszą od pozostałych, i wraz z nią pojechał odwiedzić 
Wronią Stopę. Tam 4 lipca podczas uczty śmiertelnie zakrztusił 
się zupą z jagód saskatoon. Niektórzy mówili, że złamał tabu, 

zakazujące mu spożywania tych jagód, inni, że był to skutek 
klątwy rozgoryczonych członków jego szczepu, którzy byli 
zdania, że Budowniczy Zagród jednak powinien był zostać 
powieszony

6

. Jeszcze inni, że zupę doprawiono zbyt dużą 

ilością painkillera. A może to tylko pozostawione w tipi 
małżonki posłały za nim życzenie „a bodajś się udławił...". 
Duży Niedźwiedź zaś wyszedł z więzienia w lutym 1887 

i zmarł bez legend w okolicy Battlefordu w 1888 roku. 

Po drugiej stronie „magicznej linii" kawaleria USA za­

trzymywała czasem kanadyjskich Indian, którzy mieli przy 
sobie damską odzież, srebrne zastawy i podobne przedmioty. 
Amerykanie rozważali zawrócenie ich do Kanady, ale w końcu 

przeważył pogląd, że powinni odwdzięczyć się Kanadyjczykom 
za azyl, jakiego ci udzielali Sjuksom i Nez Perce. Pozwolili 
więc kanadyjskim Assiniboinom zamieszkać w rezerwacie ich 
amerykańskich współplemieńców, a Kri zaopatrywali w żyw­

ność, choć nie mieli w USA rezerwatu. Liczba Indian, 
szukających azylu w USA, szybko więc doszła do kilkuset

7

Mały Zły Człowiek, syn Dużego Niedźwiedzia, grasował 

w Montanie, kradnąc konie i bydło. Wreszcie tak się uprzykrzył 
mieszkańcom tego stanu, że w roku 1896 wypędzili go z powrotem. 

6

  D e m p s e y , op. cit., s. 200 (relacja Jasia Wroniej Stopy). 

7

 Kongres USA w 1916 roku przydzielił im osobny rezerwat koło Fortu 

Assiniboine. 

341 

W Kanadzie nikt mu już nie wypominał roli, jaką odegrał 
w wydarzeniach w Frog Lakę. Mały Zły Człowiek mimo to zmienił 
imię na (lepiej kojarzące się) Mały Niedźwiedź. W charakterze 
wielkiego wodza Kri odbył reklamową podróż na wschód. Zyskał 

dużą popularność w prasie, ale ponieważ władze nie zgodziły się 
wypłacić mu „zaległych pieniędzy traktatowych" za cały okres od 

1885 roku, obraził się i powrócił do Montany, gdzie odtąd mieszkał 

spokojnie. Gorzej skończył wódz Mała Topola — kręcił się po 
różnych rezerwatach i swoim zwyczajem wyciągał korzyści, skąd 
się dało, aż się doigrał i w 1886 roku został zabity koło Fortu 
Benton przez pewnego mieszańca, z którym pokłócił się o konie. 

Piękny Dzień, szef Stowarzyszenia Grzechotników i wojenny 

wódz spod Cut Knife Hill, wrócił do Kanady w 1892 roku. Ożenił 
się z córką Budowniczego Zagród i przez następne 50 lat mieszkał 
kolo Battlefordu. Był znany jako hodowca koni i postępowy 

farmer (miał nawet wirówki do mleka), a także jako wielki 
szaman, który jeszcze w 1936 roku odprawiał taniec pragnienia. 

Największą sławę zdobył Wronia Stopa — jako wielki wódz, 

który w swej dobroci zrezygnował z podboju zachodniej Kanady. 
Gazety straszyły jeszcze w rok po rebelii, że montuje on wojenny 
sojusz Czarnych Stóp, Kutenajów, Assiniboinów i amerykań­
skich Gros Ventres, więc na wszelki wypadek zaproszono 

Wronią Stopę już nie tylko do Winnipegu, lecz do Montrealu 
i Ottawy. Spotkał się tam z premierem Macdonaldem, 

którego przyjacielsko nazywał „szwagrem". Widać spodobało 
się to egalitarnym Kanadyjczykom, bowiem zastanawiali 
się, czy by nie wysłać Wroniej Stopy do Londynu i przed­
stawić królowej. Do tego nie doszło, co zapewne zubożyło 
historię o kilka anegdot

8

8

 Możemy zgadywać, jak przebiegłaby ta wizyta. Kiedy córka królowej 

Wiktorii księżna Luiza odwiedziła Ottawę, pewien senator objął ją po 
przyjacielsku i wyraził aprobatę dla jej pełnych kształtów. Księżna, która 
oprócz figury odziedziczyła po matce usposobienie, „nie była ubawiona". 
Również kanadyjski prekursor ochrony środowiska Archie Bellaney (alias Grey 

Owi) króla Jerzego V poklepywał po ramieniu, wyprzedzał w drzwiach etc. 

background image

342 

Ogólnie Indianie zostali podwójnie poszkodowani: po 

pierwsze, okresowo wprowadzono dla nich przepustki, bez 

których nie mogli opuszczać rezerwatów. Po drugie, stracili 

szansę na głosowanie w wyborach. Akt o Prawach Wybor­

czych, który nadawał je wszystkim dorosłym Indianom płci 

męskiej oraz białym wdowom i niezamężnym kobietom, był 

dyskutowany przez cały czas rebelii. Kiedy konserwatywni 

przeciwnicy prawa głosu dla kobiet wzięli górę, postępowcy 

oświadczyli, że byłoby niestosowne odmawiać prawa głosu 

inteligentnym białym kobietom, a jednocześnie nadawać je 

indiańskim mordercom z Frog Lakę. Skutek był taki, że prawa 

głosu nie uzyskały ani kobiety (musiały na nie czekać aż do 

roku 1917), ani Indianie z Terytoriów; otrzymali je tylko 

Indianie ze wschodu, osiadli i z cenzusem majątkowym. 

Różnie toczyły się także losy Metysów. Gabriel Dumont po 

dotarciu do Montany został wraz z Michelem Dumasem 

zatrzymany przez patrol kawalerii. Gen. Alfred Terry, dowódca 

departamentu wojskowego Dakoty, był najwyraźniej dobrze 

poinformowany, kto zacz Gabriel Dumont, bowiem odesłał 

sprawę do gen. Philipa Sheridana, dowódcy dywizji Missouri, 

i do dowódcy armii Williama T. Shermana. Oni także nie chcieli 

(nie mogli?) się angażować, więc decyzja oparła się o prezydenta 

Clevelanda, który wydał polecenie zwolnienia obu ważnych 

Metysów. Dumont pozostał w USA i w 1886 roku wstąpił do 

rewii Buffalo Billa. Podobno był z nią nawet w Paryżu. 

Kanadyjska rebelia jednak wkrótce przestała być hitem, i Du­

mont spadł do roli statysty. Zrezygnował więc, przeniósł się do 

Montany, a w 1890 wrócił do Batoche. Czekała tam na niego 

jego działka z frontem do rzeki, otrzymał także skrypt na drugą 

działkę na podstawie Manitoba Act. Na farmie doczekał końca 

swoich dni i w 1906 r. spoczął na cmentarzu w Batoche. 

Charles Nolin, główny antagonista Louisa Riela, borykał się 

z wrogością Metysów. Pod jej ciężarem zrezygnował w końcu 

z kariery politycznej i odszedł z parlamentu. Jak zapowiedział 

mu Riel jeszcze w 1869 roku, był skończony. 

343 

Przyszłość uśmiechała się za to do Williama Jacksona. Były 

lider Związku Osadników, inspirator sprowadzenia Louisa 

Riela nad Saskatchewan, uznany za obłąkanego, szybko uciekł 

z domu wariatów, przeniósł się do USA i osiadł w Chicago. 

Dalsze życie poświęcił działalności w partii socjalistycznej, 

związkach zawodowych oraz sekcie bahaitów. Zmarł w 1951 

roku w wieku 90 lat. 

Na Terytoriach Północno-Zachodnich nastąpiły pewne zmia­

ny. W 1888 r. ich gubernatorem został Joseph Royal, wydawca 

pisma „Le Metis", dla którego Louis Riel przewidywał tę 

funkcję jeszcze w 1879 roku (choć trudno sądzić, że stało się 

to dzięki niemu). Wszyscy Metysi otrzymali prawa własności 

do zajmowanych przez siebie działek z dostępem do rzeki, 

a oprócz nich skrypty na nowe działki na podstawie Manitoba 

Act.

 To nie rozwiązywało jednak problemów ludności. Wpraw­

dzie dzięki dostawom dla wojska koniunktura się polepszyła, 

ale niewiele to pomogło tym, których Indianie pozbawili 

dobytku. Nie tylko nie dostali żadnej pomocy, ale na dodatek 

rząd zaostrzył im warunki zwrotu pożyczonego ziarna siew­

nego — teraz miały to być już nie półtora, lecz dwa buszle za 

buszel. Wśród ludności znowu narastało oburzenie. „Indianie 

wrócili do rezerwatów, dostają żywność, pozwolono im 

zatrzymać łupy, a obrabowani przez nich ludzie mogą dostać 

ziarno na warunkach, jakie mógłby postawić Szajlok, albo 

mogą pójść na drzewo" — dawała upust jej uczuciom gazeta 

z Edmonton. Metysi prosili o kredyty, narzędzia, bydło i ziarno 

siewne na takich warunkach, jak rezerwaty, ale ponieważ 

— mimo powoływania się na „prawa tubylcze" — nie mieli 

urzędowego statusu Indian, otrzymywali odmowy. Powtórzyła 

się więc sytuacja z Manitoby. Tylko 12 procent Metysów 

przyjęło ziemię; reszta spieniężyła skrypty — bardziej niż 

dodatkowej ziemi potrzebowali gotówki. 

Farmerzy znów zabrali się do pisania skarg: „wyrażali 

niezadowolenie z łagodności, z jaką przyjęto kapitulację 

mieszańców i Indian", protestowali przeciw warunkom 

background image

344 

pożyczek i domagali się wyceny swoich strat. W końcu 
rząd powołał komisję, która uznała 1308 wniosków o od­

szkodowania za straty wojenne na łączną kwotę 3 milionów 
dolarów, z czego lwią część dostała Kompania Zatoki 
Hudsona. Mieszkańcy Saskatchewanu zostali potraktowani 

rozmaicie. Xavier Letendre zwany Batoche, którego dom 
i sklep zostały zniszczone przez milicjantów, otrzymał 
20 000 dolarów. Rodzina McLeanów z Fortu Pitt, której 

dom i dobytek zniszczyli Indianie, musiała zadowolić się 
sumą 3358 dolarów. McLean mógł tylko chlubić się, że 

jego przeżycia zyskały mu przydomek „Duży Niedźwiedź 

McLean". Niedoszły farmer Barney Tremont, któremu już 
żadne odszkodowanie nie mogło dać satysfakcji, został 

przez kolegów — telegrafistów uhonorowany marmurową 
tablicą w anglikańskim kościele w Battlefordzie. Przetrwała 

tam ona do końca lat 1960-tych, kiedy usunął ją młody 
pastor, którego raziło niepoprawne politycznie stwierdzenie, 

że Tremont został „zamordowany przez Indian podczas 
rebelii". 

Rebelia kosztowała po obu stronach życie 113 ludzi: 67 

milicjantów poległych, zmarłych od ran, na skutek wypadków 
i chorób, a także zamordowanych cywilów, oraz 46 buntow­
ników: 20 Metysów — wśród nich Louisa Riela — i 26 
Indian, w tym straconych w Battlefordzie. Co do sensu 

i pożytku z niej, zdania mogły być podzielone. Gdyby w rebelii 
chodziło tylko o postulaty własnościowe Metysów, można by 
stwierdzić, że była niepotrzebna, bowiem zostałyby one 

zrealizowane i tak (choć działalność Louisa Riela z pewnością 
to przyspieszyła). Trzeba byłoby się tylko zdziwić, że ktoś był 

gotów przelewać krew za dostęp do rzeki. W istocie, chodziło 
nie o możliwość łowienia ryb. Działki z frontem ku rzece były 
symbolem tradycji Metysów, ich kultury i tożsamości; ujed­

nolicone, kwadratowe działki uosabiały ich zagrożenie. Była 
to walka o przetrwanie narodu, przeciw narzucaniu cudzych 

obyczajów. Mówiąc „walczymy o nasze prawa", Metysi mieli 

345 

na myśli nie przepisy o podziale gruntów, lecz naturalne 
prawo do wolności, czyli swojego sposobu życia. 

Czy wobec tego zaproszenie Louisa Riela było ich tragiczną 

pomyłką, w wyniku której powstała w Batoche sekta, nie mająca 
wiele wspólnego ani z obyczajami Metysów, ani ich aspiracjami 
do samodzielnego rozwoju? Co chciał osiągnąć Louis Riel, 
trudno powiedzieć (abstrahując od tego, jak dalece był w swych 
działaniach samodzielny). Można dyskutować, czyjego religia 
miała służyć przede wszystkim do zreformowania Kościoła, czy 
też (jako czynnik państwotwórczy) do budowy państwa Mety­
sów. Prawdopodobnie zdawał sobie sprawę, że nie powtórzy 
sukcesu Manitoby, zwłaszcza że w tym czasie było już wątpliwe, 

czy Manitoba Act to pełny sukces. Dlatego Riel oczekiwał, że 
frankofoni „zmetysieją", a Metysów odciął od Francuzów 
z Quebecu przy pomocy swojej religii. Spodziewał się, że religia 
ta wzmocni świadomość narodową Metysów. Metysi mieli już 

jednak swój narodowy charakter, określony między innymi przez 

religię katolicką i Kościół. Sekta Riela nie zdobyła nawet stu 
wyznawców, i jak wskazuje przypadek Jacksona, zaszkodziła 
tylko mniej zrównoważonym. 

Zasługą Louisa Riela jest to, że dał Metysom inne niezbędne 

dla życia narodu czynniki duchowe: historię, legendę i mit. 
Rebelia, zbędna z utylitarnego punktu widzenia, była koniecz­
na, by czynniki te powstały. Metysi przetrwali jako społeczność 
(w 1999 roku było ich 200 tysięcy), zachowując obyczaje 
i adaptując się do nowych warunków. Przyczyniła się do tego 
decydująco tradycja Batoche. 

Louis Riel rzucił długi cień na całą Kanadę. W 1870 roku 

o mało nie spowodował rozpadu dopiero co powstałego 
państwa. W 1885 roku zza grobu zapoczątkował upadek 
„Polityki Narodowej". Stłumienie rebelii, zamiast umocnić 

jedność państwa i służyć tworzeniu narodu kanadyjskiego, 

przypieczętowało podział Kanady na angielską i francuską. 
W Quebecu konserwatyści nigdy już nie mieli objąć rządów, 
a nacjonalistyczno-liberalna koalicja przetrwała u władzy do 

background image

346 

lat 1950. Wzajemne resentymenty doprowadziły w końcu 

parlament i rząd federalny do przewartościowania narodowej 

polityki. W obawie przed rywalizacją dwóch narodowości 

zrezygnowano ze starań o budowę narodu o jednolitej kulturze, 

za oficjalną doktrynę państwową przyjmując wieloetniczność 

i wielokulturowość. W powstałej mozaice narodów, religii 

i kultur wszelkie narodowe aspiracje i antagonizmy miały stać 

się nieistotne. To się udało, ale nie do końca; w 1992 roku 

został odrzucony w referendum projekt zmian w konstytucji 

Kanady, uznających Quebec za „odrębną społeczność" i dają­

cych Indianom prawo do samorządu. Metysów projekt ten 

w ogóle nie obejmował. 

Podobnie dzieje się z podnoszoną od ćwierć wieku sprawą 

rehabilitacji Louisa Riela. Ogłoszono go wprawdzie ojcem-

-założycielem prowincji Manitoba, lecz gdy podniosły się 

głosy, by zaliczyć go także w poczet ojców-założycieli Kanady, 

władze zdecydowały położyć temu kres. W 1978 roku Stowa­

rzyszenie Metysów i Niestatusowych Indian

9

 Saskatchewanu 

złożyło petycję do Ottawy o rehabilitację Louisa Riela 

— i spotkało się z odmową. Nie odniosły skutku petycje 

w latach 1985 i 1995 ani wniosek o ułaskawienie złożony 

w 1992 roku przez prokuratora generalnego prowincji Alberta. 

Sprawa Riela trafiła do parlamentu, lecz i ten w 1996 roku 

odrzucił wniosek stosunkiem głosów 112 do 103. Rząd zgodził 

się tylko na wydanie w 1992 roku uchwały o uznaniu wkładu 

Louisa Riela w rozwój Kanady, oraz w 1998 roku włączenie 

do białej księgi „Rosnąć w siłę" (która dotyczy głównie 

Indian) przyrzeczenia „poszukiwania dróg odzwierciedlenia 

właściwego miejsca Louisa Riela w historii Kanady". Mimo 

cytowanej na wstępie mowy pani gubernator Clarkson, a także 

apeli, aby rehabilitacją Riela uczcić koniec XX wieku, sprawa 

przesunęła się na kolejne stulecie i nic nie wskazuje na to, by 

miała się szybko zakończyć. 

9

 Indianie niestatusowi — Indianie, którzy nie zarejestrowali się jako 

Indianie i z urzędowego punktu widzenia nie będący nimi. 

347 

Z Rielem dzieli los Budowniczy Zagród. W 1994 roku 

Kri zebrali się na wzgórzu Cut Knife i podpisali petycję 

w sprawie wodza do ministra sprawiedliwości. Jak dotąd 

ich nadzieje okazują się płonne, mimo że napisy na tablicach 

upamiętniających wydarzenia 1885 roku dostosowano do 

wymogów politycznej poprawności, a Indian przemianowano 

na Pierwsze Narody. 

Niechęć władz do zajmowania się sprawą Louisa Riela 

może wynikać z faktu, iż spuścizną jego czynów i ducha 

okazał się separatyzm, który nie tylko utrwalił się w Quebecu, 

lecz zakorzenił się w prowincjach zachodnich. Mimo ich 

zasobności w surowce i zboże, mieszkańcy nadal skarżą się, 

podkreślają, iż nie mają więzi ze wschodem (poza tym, że są 

eksploatowani przez Ottawę), oraz co pewien czas grożą 

secesją. Współczesny socjohistoryk twierdzi, że „Kanada 

została stworzona przez menadżerów i jest zarządzana przez 

menadżerów. To, czym nie można zarządzać, zagraża naszej 

egzystencji. Nie jesteśmy pewni, że mamy przyszłość. Boimy 

się, że nasz kraj ulegnie dezintegracji; mamy powody, by się 

tego bać"

 10

. Czy świat menadżerów mogą niepokoić mistyczne 

wizje Louisa Riela? Może to tylko typowa dla bezkresnej 

prerii chandra — cabin feverl A może ma rację mieszkaniec 

zachodu z kanadyjskiej karykatury, który na przechwałki 

mieszkańca Quebecu: „Quebec nie jest społecznością, lecz 

nacją!", odpowiada: „Ha! My na zachodzie zaszliśmy już 

dalej; jesteśmy alienacją". 

10

 D. S w a i n s o n, Rieliana and the structure of Canadian history, w: 

B o w s f i e l d , op. cit., s. 32. 

background image

POSTSCRIPTUM — BALLADA O MOCNYM GŁOSIE 

Nie ulega wątpliwości, że agent rezerwatu, przełożony Indian, miał na 

Mocnego Glosa chrapką od czasu jego powrotu z lasów saskatchewariskich. 
Czekał sposobności, ażeby zalać mu sadła i wywrzeć na nim zemstą. 
Poduszczał przeciw niemu także policją konną. [...] Chociaż Mocny Glos był 

mążnego serca, przeraził sią do głąbi. Widział na własne oczy, co działo sią 

po stłumieniu powstania nad Saskatchewanem i jak okrutnie zwyciązcy 
postępowali z przywódcami buntu... 

Arkady Fiedler, „Mały Bizon" 

Wiąkszość cywilizowanych przyjaciół Indian kocha ich za szlachetne 

występki, wspaniale wykroczenia, olśniewające przestępstwa. Dla sentv-
mentalistów genialna zbrodnia zawsze jest godna podziwu, pospolita praca 

zasługuje tylko na pogardą. 

R. I. Dodge, „Our Wild Indians" 

Minęło 10 lat. Kanada wydobywała się z recesji dzięki 

ożywieniu na rynkach światowych i popytowi na surowce 
i pszenicę. Dzięki handlowi skryptami powstał rynek ziemi, 
stanowiąc korzystną alternatywę dla jej rządowego przydziału. 

Cena ziemi od razu ruszyła w górę: kupiec Jean-Louis Legare 
z Wood Mountain kupił od Metysów 45 skryptów za 140 

dolarów każdy. W roku 1900 były one warte po 1000 dolarów. 
Liberalizacja taryfy celnej umożliwiła wzrost obrotów między 
zachodem a wschodem. Wielu Kri w rezerwacie Brodacza 

349 

uprawiało własne pola, a nawet Sjuksowie Białej Czapki 
przemogali niechęć do gmerania w ziemi. Plony były coraz 
lepsze — nikt nie głodował, a niektórzy indiańscy farmerzy 
dorównywali dochodami białym. Indianie Budowniczego 
Zagród hodowali bydło, sprzedawali mięso Departamentowi 
Indian i dostawali nawet po 700 i 800 dolarów. Inni robili 

interesy, dostarczając siana i węgla drzewnego. Assiniboinowie 
w rezerwacie zbierali się w kościele na poranne i wieczorne 
modlitwy, a pasiasty koc Kompanii Zatoki Hudsona ustępował 
przed ubiorem europejskim. 

Powrócił respekt wobec policji, zwłaszcza odkąd minister 

sprawiedliwości dał jej prawo dokonywania aresztowań na 
terenie rezerwatów. Dzięki temu komisarz Herchmer (który objął 
tę funkcję po Irvine'em) nie narażał się już na takie nieprzyjem­

ności, jak kiedyś z Żółtym Cielęciem, i mógł z zadowoleniem 
stwierdzić, że „aresztowani za pijaństwo, chuligaństwo i szulerst-
wo Indianie płacą grzywny o wiele sumienniej od białych. 
Rozumieją swoją odpowiedzialność i ponoszą karę z o wiele 
większą godnością niż osadnicy" '. W 1889 roku meldował, że 
„kradzież koni wśród Indian niemal całkowicie znikła z listy 
przestępstw". Wódz Czerwona Wrona, którego dom, dywany, 

biała pościel i lśniące piece zrobiły wrażenie na insp. Steele 
(„wygląda korzystnie na tle rezydencji przeciętnego osadnika") 
nawet przekazał mu własnego syna, kiedy przyprowadził stado 
koni skradzionych Indianom z Montany. „Indianie to lud, który 
bardzo przestrzega prawa, i myślę, że popełniano wśród nich 

o wiele mniej przestępstw, niż byłoby ich wśród takiej samej 
liczby białych, żyjących w podobnych warunkach" — oceniał 

jeden z agentów

2

Jean Baptiste, którego indiańskie imię brzmiało Mocny 

Głos

3

, był w tym obrazie przykrym dysonansem. Mieszkał 

1

  A t k i n , op. cit., s. 290. 

'  G r a h a m , op. cit., s. 96. 

3

 Autor zachowuje upowszechnione przez Arkadego Fiedlera tłumaczenie 

imienia Kaki-manitou-wayo. które dosłownie znaczy Wszechmocny Głos. 

background image

350 

w rezerwacie Kri w pobliżu Duck Lakę. Byl wnukiem Jednej 

Strzały, ale czy brał udział w walkach po stronie Riela, nie 

wiadomo. W roku 1885 miał 11 lat i jeśli nawet był pod 

Batoche, to nikt go nie zapamiętał. Na tle młodzieży z rezer­

watu nie wyróżniał się zbytnio; chyba tylko tym, że miał 

zwyczaj pojmować za żony coraz to nowe sąuaws. Było to 

w zgodzie z indiańskim obyczajem, lecz fakt, że się ich 

szybko pozbywał, powodował złą krew w rodzinach jego 

wybranek (na co wielokrotnie zwracał mu uwagę agent 

McKenzie). Sierż. Charles Colebrook, który aresztował go 22 

października 1895 roku, również nie miał żadnych wspomnień 

związanych z rebelią. Była to rutynowa sprawa. Mocny Głos 

i jego kumpel Lecący Dźwięk zarżnęli krowę, która nie była 

ich własnością

4

. Pewnie nikt by się o tym nie dowiedział, 

gdyby jakiś krewny jednej z eks-flam Mocnego Glosa nie 

podkablował go policji. Obaj przyjaciele stanęli przed agentem 

McKenziem, który sprawował także funkcję sędziego. Lecący 

Dźwięk wykręcił się sianem, ponieważ okazał skruchę i oświad­

czył, że namówił go kolega. McKenzie cztery dni wcześniej 

wsadził do paki ojca Mocnego Glosa za kradzież kurtki 

i pieniędzy, a całą rodzinę określił kiedyś w raporcie jako „złą 

i degenerującą się". Musiał być do Mocnego Głosa uprzedzony, 

bo wlepił mu miesiąc aresztu, choć Indianin nigdy nie dostawał 

za kradzież więcej niż dzień, góra dwa — ot tak, dla 

zaznaczenia, że się tego nie pochwala. Po tygodniu Mocny 

Głos uciekł. Legenda głosi, że przestraszył się, iż zostanie 

powieszony, co jest oczywistym nonsensem. Bliższa prawdy 

może być wersja, że kazano mu obrządzać policyjne konie, 

a tego dumny wojownik żadną miarą znieść nie mógł. Zabrał 

więc aktualną żonę, trzynastolatkę o imieniu Blada Twarz, 

i zmył się. Po dwóch dniach sierż. Colebrook i zwiadowca 

Francois Dumont wytropili go na prerii. 

4

 Wbrew niektórym opracowaniom, krowa nie była państwowa (to znaczy 

niczyja), ani Mocny Głos nie mógł sądzić, że należała do jego ojca; była 
własnością pewnego osadnika z okolic Batoche. 

351 

•— Hej, ty! — zawołał Mocny Głos do Dumonta. — Po­

wiedz mu, żeby się nie zbliżał, bo go zabiję! 

Trudno było oczekiwać, że policjant odejdzie, a jego 

szefowie przyjmą wyjaśnienie, iż przestraszył się Indianina 

z dubeltówką. Sierżant wezwał Mocnego Głosa, by nie stawiał 

oporu, po czym ruszył ku niemu z wyciągniętą ręką, mówiąc 

uspokajająco „Chodź, chłopcze, no chodź". 

— Stój, nie podchodź! — zawołał Mocny Głos. Colebrook 

musiał wiedzieć, że ryzykuje, ale zbliżał się nadal. Gdy był 

o kilka metrów od Mocnego Głosa, ten wystrzelił. Trafiony 

w szyję policjant zginął na miejscu. Dumont nie czekał na 

drugi wystrzał, lecz rzucił się do ucieczki

J

Za schwytanie Mocnego Głosa wyznaczono nagrodę, 

ale poszukiwania nie dały efektów. Urażony krytykami 

komisarz Herchmer wskazywał, że policja australijska mimo 

bardziej sprzyjającego klimatu i otoczenia również nie 

może schwytać osławionego Neda Kelly'ego. O sprawie 

już cichło, gdy w maju 1897 roku na posterunek w Duck 

Lakę przygalopował ranczer Napoleon Venne, z przestrze­

lonym kapeluszem i krwawiącym ramieniem. Poszukując 

złodziejaszków, którzy zarżnęli jego byka, natknął się w lesie 

na Mocnego Głosa. Na miejsce przybył patrol NWMP 

z insp. Johnem Allanem. Allan miał 60 lat, był synem 

żołnierza spod Waterloo oraz weteranem wojny secesyjnej 

i ekspedycji przeciw mahdystom w Sudanie. Był też Czer­

woną Kurtką ze starej szkoły, więc gdy wreszcie dostrzeżono 

trzech Indian, wierny hasłu „We get our mcm" pogonił 

za nimi. Indianie skryli się w topolowym lasku. Zza drzew 

padły strzały — koń insp. Allana padł trafiony kulą, a on 

sam został ranny w ramię. Obok niego spadł z konia 

ranny w udo sierż. Raven. 

5

 Dumont twierdził, że Mocny Głos miał jednostrzałową strzelbę, bowiem 

gdyby miał jeszcze jeden strzał, zabiłby go niechybnie. Inne źródła podają, 
że była to dubeltówka. Być może Mocny Głos nie nabił jednej lufy ponownie 
po tym, jak niedługo przedtem upolował kuropatwę. 

background image

352 

„Przez minutę czy dwie, z nieużytecznym prawym ramie­

niem, nie mogłem przyjąć wyprostowanej pozycji — wspomina 
Allan. — Podciągając się za gałązki drzewa zdołałem stanąć 

na nogi, tylko po to, by stwierdzić, że patrzę w wylot lufy 
Winchestera. Mocny Głos mierzył do mnie. Prawdopodobnie 

brakowało mu amunicji, bo zażądał mojego pasa, wskazując 
na niego gestami. Wykonałem gest odmowny i oczekiwałem 
walki, której koniec — biorąc pod uwagę moją rękę — był 

wątpliwy". Na szczęście któryś z policjantów wystrzelił, 
a Mocny Głos wystraszył się i cofnął. Allan i Raven zostali 

odniesieni na pobliską farmę. „Trzymałem ramię inspektora 
przez prawie godzinę — mówi konstabl Parker — podczas 

gdy dr Bain wyciągał z niego kopiasty spodek odłamków 
kości. Doktor chciał mu dać koniaku, ale odmówił i tylko 

zgrzytał zębami"

6

Tymczasem do policjantów dołączyła grupa cywilów z Duck 

Lakę. Kpr. Hockin, który przejął dowodzenie, zdecydował się 

zaatakować. Z ośmioma konstablami i poczmistrzem Grundym 
wbiegł do lasku. W chwilę potem padł śmiertelnie ranny. 

Zginęli także Grandy i konstabl Kerr. Konstabl O'Kelly 
odniósł sukces — trafił w głowę jednego z Indian, który wstał, 
aby lepiej wycelować. 

Wieczorem nadeszły posiłki — z Prince Albert 8 policjantów 

z haubicą, która 10 lat przedtem służyła Crozierowi pod Duck 
Lakę, a z Reginy pociągiem 24 policjantów z 9-funtówką. 
Około północy usłyszeli Mocnego Glosa: 

— Bracia, mieliśmy dziś dobrą walkę. Ciężko pracowałem 

i jestem głodny. Macie dużo żarcia — przyślijcie mi trochę! 

Policjanci nie mieli zamiaru traktować poszukiwanego 

przestępcy aż tak sportowo. O 6.00 30 maja 1897 roku 
wezwali go do wyjścia, a kiedy odpowiedziały im szyderstwa, 

zrezygnowali z naczelnej zasady NWMP — „lepiej przywozić 

6

  A t k i n , op. cit., s. 296. W dwa lata później insp. Allan wziął udział 

w wojnie burskiej. Po wybuchu I wojny światowej zgłosił się na ochotnika, 
lecz nie został przyjęty. Zmarł w 1927 roku w wieku 90 lat. 

353 

więźniów niż trupy" — i zaczęli ostrzeliwać las. Przyglądały 
się temu gromady Indian, Metysów i osadników. Była wśród 
nich matka Mocnego Głosa, która śpiewała pieśń śmierci. 
Haubica zachowała się zgodnie z tradycją — po kilku 
wystrzałach czopy wypadły z obejm i lufa wyfrunęła w powie­
trze — ale 9-funtowe granaty wyrywały drzewka, a szrapnele 
zasypywały teren gradem kul. Po godzinnym ostrzeliwaniu 
policjanci weszli do lasu. Znaleźli w nim zwłoki trzech 
Indian. Mocny Głos, ranny poprzedniego dnia w nogę, i niejaki 
Mały Salteaux zginęli od szrapneli, trzeci, o imieniu Tupean 
(znany też pod ksywką „Dublin"), wcześniej od kuli konstabla 
0'Kelly'ego. 

Tak skończył Mocny Głos, który nie chciał odsiedzieć 

miesiąca aresztu za kradzież krowy. Z sześciu policjantów, 
którzy zginęli z rąk Indian w dziejach kanadyjskiej policji 
konnej, na jego konto przypada trzech (nie licząc poczmistrza). 
Przeszedł do historii jako ostatni indiański wojownik. W innym 
kręgu kulturowym zostałby bohaterem ballady — jak Felek 
Zdankiewicz. 

23 — Batoche 1885 

background image

BIBLIOGRAFIA 

Materiały źródłowe, pamiętniki i wspomnienia 

B o u 11 o n Charles A., 7 Fought Riel. A Military Memoir, Toronto 

1985. 

C a m e r o n William Bleasdell, Blood Red the Sun, Edmonton 1977. 

C h a r e 11 e Guillaume, Vanishing Spaces. Memoirs of Louis Goulet, 

Winnipeg 1976. 

C 1 i n k William L., Battleford Beleaguered: 1885. The story of the 

Riel Uprising from the columns of the Saskatchewan Herald, 
Willowdale 1985. 

D e 1 a n e y Theresa,  G o w a n l o c k Theresa, Two Months in the 

Camp of Big Bear. The Life and Adventures of Theresa Gowanlock 

and Theresa Delaney,

 Regina 1999. 

D o n k i n John G., Trooper in the Far North-West. Recollections of 

life in the North-West Mounted Police, Canada, 1884-1888, 
Londyn 1889, repr. Saskatoon 1987. 

D u m o n t Gabriel, Gabriel Dutnont Speaks, Vancouver 1993. 

E r a s m u s Peter, Buffalo Days and Nights, Calgary 1974. 
G r a h a m William M., Treaty Days. Reflections of an Indian 

Commissioner,

 Calgary 1991. 

H u g h e s Stuart, ed., 77?e Frog Lakę „Massacre". Persona! Per-

specthes on Ethnic Conflict,

 Toronto 1976. 

J e f f e r s o n Robert, Fifty Years on the Saskatchewan, Battleford 

1929. 

355 

M a c 1 e o d R. C, ed., Reminiscences of a Bungie by one of 

the Bunglers, and Two Other Northwest Rebellion Diaries, 
Edmonton 1983. 

M i d d 1 e t o n, Sir Frederick, Suppression of the Rebellion in the 

North West Territories of Canada,

 Toronto 1948. 

M o r r i s Alexander, The Treaties of Canada with the Indians of 

Manitoba and the North-West Territories,

 Saskatoon 1991. 

M  o r t on Desmond,  R o y R., ed., Telegrams of the North-West 

Campaign 1885,

 Toronto 1972. 

M u l v a n e y Charles Pelham, The History of the North-West 

Rebellion of 1885, etc,

 Toronto 1885. 

S te e 1 e Samuel B., Forty Years in Canada, Toronto 1915, repr. 1972. 
S t r a n g e Thomas Bland, Gunner Jingo 's Jubilee, Londyn i Sydney 

1893.^ 

The Collected Writings of Louis Riel/Les Ecrits Cornplets de Louis 

Riel,

 ed. by Thomas FI a  n a g a n , Gilles  M a r t e l , George 

S t a n l e y , Edmonton 1985. 

The Diaries of Louis Riel,

 ed. by Thomas F1 a n a g a n, Edmonton 

1976. 

Opracowania 

A t k i n Ronald, Maintain the Right. The Early History of the North 

West Mounted Police, 1873-1900,

 Toronto 1973. 

B a r r o n F. Laurie, W al  d r a m James B., ed., 1885 and After. 

Native Society in Transition,

 Regina 1986. 

B e a l Bob,  M a c l e o d Rod, Prairie Fire. The 1885 North-West 

Rebellion,

 Edmonton 1984. 

B o w s f i e 1 d Hartwell, ed., Louis Riel. Selected Readings, Toronto 

1988. 

C a 11 w e 11 Sir Charles Edward, Smali Wars. Their Principles and 

Practice,

 Londyn 1896. 

C h a r l e b o i s Peter, The Life of Louis Riel, Toronto 1975. 
C o l l i n s Edmund, The Story of Louis Riel the Rebel Chief, Toronto 

i Whitby 1885, repr. Toronto 1970. 

C r e i g h t o n Donald G., John A. Macdonald: the Old Chieftain, 

Toronto 1955. 

D e m p s e y Hugh, Crowfoot, Chief of the Blackfeet, Halifax 1988. 

background image

356 

D u n n Jack, The Alberta Field Force of 1885, Calgary 1994. 
FI a  n a g a n Thomas, Louis „David" Riel: „Prophet of the New 

World",

 Halifax 1983. 

FI a  n a g a n Thomas, Riel and the Rebellion. 1885 Reconsidered, 

wyd. I Saskatoon 1983, wyd. II Toronto 2000. 

Fr i e s e n John W., The Riel/Real Story, Ottawa 1996. 

H a y d o n A. L., The Riders of the Plains. A record of the Royal 

North-West Mounted Police of Canada 1873-1910,

 Edmonton 

1910, repr. 1971. 

H i l d e b r a n d t Walter, The Battle ofBatoche. British Smali Warfare 

and the Entrenched Metis,

 Ottawa 1986. 

K1 a n c h e r Donald J., North West Mounted Police and the North 

West Rebellion,

 Kamloops 1997. 

K r e c h Shepard III, The Ecological Indian: Myth and History, 

Nowy Jork i Londyn 1999. 

L i g h t Douglas W., Footprints in the Dust, North Battleford 1987. 
M c L e a n Don, 1885: Metis Rebellion or Government Conspiracy?, 

Regina 1985. 

N e i d h a r d t W. S., Fenianism in North America. University Park 

i Londyn, 1975. 

N i c h o 1 s o n G. W. L., 77;<? Gunners of Canada, Toronto i Montreal 

1967. 

S m i t h Roger, Trial by Medicine: lnsanity and Responsibility in 

Victorian Trials,

 Edynburg 1981. 

S t a n l e y George F., Louis Riel, Toronto etc. 1972. 
S t a n l e y George F., Louis Riel, Patriot or Rebel?, Ottawa 1967. 

S t a n l e y George F., The Birth of Western Canada. A History ofthe 

Riel Rebellion,

 Toronto 1960. 

S t o b i e Margaret R., The Other Side of Rebellion. The Remarkable 

Story of Charles Brenner and his Furs,

 Edmonton 1986. 

S t o n e c h i 1 d Blair, W a i s e r Bill, Loyal till Death. Indians and 

the North-West Rebellion,

 Calgary 1997. 

T u r n e r Frank C, Across the Medicine Linę, Toronto 1973. 
W o o d c o c k George, Gabriel Dumont, Edmonton 1974. 

background image
background image
background image

WYKAZ ILUSTRACJI 

Louis Riel 

Sir John A. Macdonald, premier Kanady 

Louis Riel jako premier Manitoby, w otoczeniu rządu 

Thomas Scott — nemezis Riela 

William Donohue, irlandzki patriota 

James W. Taylor, człowiek za kulisami 

Arcybiskup Antoine A. Tache 

Budowniczy Zagród — archetyp szlachetnego dzikiego 

Gubernator Edgar Dewdney 

Francois-Xavier Letendre, zwany Batoche, założyciel osady Me-

tysów, w 1884 r. 

William Henry Jackson, przewodniczący Związku Osadników 

Gabriel Dumont z małżonką Madeline 

Batoche — ulica główna. Od prawej: sklep Letendre'a, zajazd 

Garnota, saloon Boyera i sklep Fishera 

Ojciec Julien Moulin, O.M.I., w 1890 r. 

Ojciec Vital Fourmond, O.M.I., w 1885 r. 

Kościół i plebania w Batoche 

Superintendent Leif N. F. Crozier 

Brodacz, wódz Wierzbowych Kri 

Policyjna haubica 

Gen. mjr Frederick Dobson Middleton w 1885 r. 

Komisarz Acheson Gosford Irvine 

Superintendent William Macauley Herchmer 

Snider-Enfield w wersji „długiej" i „krótkiej" 

Otwarty zamek Snidera-Enfielda 

background image

364 

Martini-Henry 
Winchester model 1876, używany przez NWMP 
Działo 9-funtowe, używane przez NWMP 

Zwiadowcy Boultona. Kpt. J. A. Johnston w mundurze piechoty, 

szeregowcy w ubraniach roboczych, nabytych od Kompanii 

Zatoki Hudsona 

Kpt. John French na czele zwiadowców 
W drodze do Qu'Appelle — żołnierze śpią w pulmanie 
Kolumna zaopatrzeniowa Queen's Own, złożona z wozów metyskich 

typu „Red River", w okolicy Swift Current 

Parowiec ,,Northcote" 
Główna ulica „nowego miasta" Battlefordu jesienią 1884 r. 
Magazyn Kompanii Zatoki Hudsona w Battlefordzie 

Sklep Clinskilla w Battlefordzie 
Indiańska Szkoła Gospodarstwa w Battlefordzie 

Sędzia Charles B. Rouleau 

Sierżant NWMP Frederick Bagley, w Battlefordzie w 1884 r. 
Handel w Forcie Pitt jesienią 1884 r. Od lewej: Grzmot Czterech 

Niebios, Król Ptak, Zła Strzała (Robak), Żelazne Ciało, Duży 
Niedźwiedź, Angus McKay, Dufresne, Louis Goulet, Stanley 

Simpson (z rejestrem). Na wozie siedzi konstabl Ralph Sleigh 

William Cameron w 1885 r. Jego posturę można ocenić przez 

porównanie z długością Winchestera i ze stojącym obok dwunas­
toletnim Końskim Dzieckiem 

Pukamakin Wędrującego Ducha 
Theresa Delaney 

William Delaney 

Agent Thomas Quinn 
John i Theresa Gowanlockowie 

George Diii 
William Gilchrist 

Ojciec Adelard Fafard 

Ojciec Constantine Scollen 
Fort Pitt w 1884 r. 
Konna policja, bez koni, w Forcie Pitt. Na skrzydle inspektor Francis 

J. Dickens 

Konstabl David L. Cowan 
Rodzina McLeanów w 1895 r. W środkowym rzędzie trzecia od 

lewej Eliza (za nią Kitty), piąta Amelia 

365 

Major Peters z kamerą 
Artyleria wchodzi do akcji nad Fish Creek 
Ranni nad Fish Creek. Obok rannego płk Van Straubenzie, na 

pierwszym planie gen. Middleton 

Polegli nad Fish Creek zaszywani w koce 
Po bitwie nad Fish Creek — ćwiczenia artylerii 

Podpułkownik William Dillon Otter 
Gwardia Piesza Generalnego Gubernatora (po lewej sierż. Charles 

Winter, ranny pod Cut Knife Hill. 

Szeregowcy Gwardii Pieszej. Pośrodku William Osgoode, poległy 

pod Cut Knife Hill 

Arthur Dobbs, kucharz z Battlefordu 
Piękny Dzień, wódz wojenny 
Strzelba typu Barnett, prochownica i worek na kule, oraz używana 

przez Piękny Dzień strzelba I. Hollis & Sons North-West Gun 

Szeregowcy 90 batalionu Strzelców z Winnipegu, uzbrojeni w kara­

biny Snider-Enfield 

Zwycięstwo Indian pod Cut Knife Hill upamiętnia największy 

w świecie tomahawk. Jego stylisko, o długości 16,5 m, jest 
wykonane z pnia jodły z Kolumbii Brytyjskiej, a głownia z włókna 
szklanego waży 1250 kg 

Sierżant Strzelców z Winnipegu, z karabinem Martini-Henry i od­

znakami za sprawność strzelecką 

Sierżanci i szeregowiec Batalionu Midland 
Działo Baterii Polowej z Winnipegu 
Kpt. A. L. Howard i Gatling model 1881, użyty pod Cut Knife Hill 
Geodeci Dominium 
Początek bitwy pod Batoche — pali się dom Carona 
9 maja 1885 r. — gen. Middleton przed plebanią w Batoche 
Gatling model 1883 
Po tym wystrzale grupa Metysów próbowała zdobyć działo i została 

odpędzona przez ogień Gatlinga 

Wypoczynek wewnątrz zeriby 
Widok brzegu Saskatchewanu koło cmentarza 
Dom Batoche'a 
Martwy Donald Ross 
Dół strzelecki Metysów po bitwie 
Louis Riel wkrótce po wzięciu do niewoli 

background image

366 

Biała Czapka z córką, po bitwie, w towarzystwie milicjantów 

Biała Czapka z rodziną w lecie 1885 r. w rezerwacie 

Michel Dumas, zwany Małym Szczurem, instruktor rolnictwa 

Robert Jefferson, instruktor rolnictwa, szwagier Budowniczego Zagród 

Joseph Jobin, przewodniczący obozu Kri 

Generał major Thomas Bland Strange 

Inspektor Sam Steele 
Lekka Piechota z Winnipegu w Edmonton, maj 1885 r. 
Budowniczy Zagród w niewoli w forcie Battleford. Po lewej płk 

Charles Montizambert 

Nóż, którym Wędrujący Duch próbował popełnić samobójstwo 

Budynek sądu w Reginie podczas procesu 

Członkowie Eksowedatu, przed budynkiem sądu w Reginie 

Na procesie w Reginie. Od lewej: Końskie Dziecko, konstabl Louis 

Blachę (tłumacz), Duży Niedźwiedź, ojciec Louis Cochin, superin-

tendent Richard Deane, inspektor policji z Ontario Alexander 

Stewart, ojciec Alexis Andre, Budowniczy Zagród, obrońca 

F. Beverly Robertson 

Louis Riel przemawia — gestykulując zasłonił twarz 

Budowniczy Zagród w więzieniu, z grupą francuskich dziennikarzy 

Mały Zły Człowiek jako wódz Mały Niedźwiedź 

Wódz Czarnych Stóp Wronia Stopa w Ottawie 

Gen. mjr sir Frederick Dobson Middleton w 1886 r., w mundurze 

brytyjskim, z Orderem Świętego Michała i Świętego Jerzego, 

Orderem Łaźni, medalami za kampanię w Nowej Zelandii, 

bunt sipajów oraz najnowszym medalem za kampanię północno-

-zachodnią 

Grób Metysów poległych pod Batoche 

Grób Louisa Riela w Winnipegu 

Mocny Głos 
Pierwszym aktem politycznym nowej generalnej gubernator Kanady, 

pani Adrienne Clarkson, było oddanie hołdu Louisowi Rielowi 

w 114 rocznicę jego egzekucji 

SPIS TREŚCI 

Od Autora 3 
Dramatis personae 9 
Symbol jezuickiego fenianizmu 47 
Cudowne sukcesy 61 
Głos ludu wśród ludzi wolnych 81 

Pod sztandarem proroka 89 
Mała wojna 125 
Coś słodkiego 151 
Różańce i kule 190 

Battleford — cień Custera 216 
Upadek świątyni 236 
Dopełniło się 273 
Ostatnia bitwa na ziemi kanadyjskiej 286 
Kapelusz królowej 315 
Polka „Batoche" 333 
Postscriptum — ballada o Mocnym Głosie 348 
Bibliografia 354 
Mapy 357 

Wykaz ilustracji 363