Droga ku wolności


Nieznana rzeczywistość pochłonęła go niczym ciemna pustka kosmosu. Był przerażony, a jednocześnie czuł, że tam, dokąd zmierza czeka na niego szczęście i harmonia. Wierzył, że zostanie tu na zawsze i nikt nie odbierze mu radości z nowego życia. Mylił się...

Wizja wiecznej radości oddalała się coraz dalej i dalej. Pozostał sam. Otoczony przez nicość próbował zrozumieć gdzie jest i dlaczego się tu znalazł. Nie dopuszczał do siebie myśli, że może to być miejsce potępienia. Miejsce, z którego nie ma ucieczki i gdzie każdy cierpi za swoje winy.

Nagły wstrząs przeszedł przez całe jego ciało. Upadł na kolana. Czuł, że to koniec, koniec jego duszy. Zaraz umrze tak samo jak jego ciało. W agonii opadł bezwładnie na ziemię, a jego pierś poruszała się jeszcze przez kilka sekund, po czym zamarła.

****

Obudziła go czyjaś ręka, która nerwowo szarpała za jego ubranie. Leżał na czymś, co szeleściło przy najmniejszym nawet ruchu. Powoli zaczynał rozróżniać dochodzące do niego dźwięki. Ktoś wołał jego imię, jakby w rozpaczy. Chciał się odezwać, ale nie miał dość siły, aby otworzyć usta. Ostrożnie otworzył oczy. Cały obraz zlał mu się w jedną szarą plamę, która zaczęła znikać dopiero po dłuższej chwili. Najpierw zauważył kontury postaci klęczącej przy nim, a dopiero potem dostrzegł jej oblicze.

Osoba ta miała radosny wyraz twarzy, lecz przepełniał ją niepokój i zdenerwowanie. Przestała już potrząsać za ramię leżącego i rzekła cicho:

Wstał i oparł się o znajdującą się za nim ścianę. Cały czas wpatrywał się w

swojego przyjaciela jakby miał ochotę zaraz go zabić. Ten dźwignął się na łokciach i rozejrzał dookoła. Znajdowali się prawdopodobnie w jakiejś stodole, na co wskazywały stosy słomy i siana za nimi.

Gdzie się znajdują i jak tu trafili? Takie pytania kłębiły się w ich głowach odkąd się obudził. Po krótkiej chwili Paweł podszedł do kolegi, który zaczął niezdarnie wstawać i rzekł:

****

Przy stodole stały jedynie 2 małe domki, w których prawdopodobnie mieszkali ludzie,

choć po stylu tychże domostw można było w to wątpić. Za budynkami, jak okiem sięgnąć, ciągnęły się pola uprawne oraz sady ogrodnicze.

Przy jednym z domków stał zaparkowany staroświecki model Mercedesa, podobny do

tego jaki Krzysiek widział w filmie na temat pierwszej wojny światowej.

Oboje podbiegli w kierunku większego z budynków. Architektura domu sprawiała

wrażenie jakby pochodziła z poprzedniej epoki. Jedynie samotne okno i małe drewniane drzwi zdobiły frontową ścianę. Stanęli w progu i zawahali się. W końcu Krzysiek podszedł bliżej i zapukał lekko, ale nic się nie stało. Spróbował jeszcze raz, tym razem znacznie silniej. Po dłuższej chwili Paweł zauważył, że ktoś im się przygląda z okna po prawej stronie. Nie mógł jednak dojrzeć kto to jest, gdyż utrudniały mu w tym zawieszone zasłony.

Ktoś otworzył drzwi. „Nareszcie” - pomyślał Krzysiek niecierpliwiąc się. Przed nimi stanęła niska kobieta, około czterdziestki z chustką na głowie i mokrą ścierką w ręce. Miała na sobie pobrudzony fartuch kuchenny. Milczała spoglądając to na jednego to na drugiego z przyjaciół.

Droga nie była utwardzana. Widać było dziury i nierówności. Nie dziwiło ich to, gdyż

uważali, że znajdują się gdzieś na wsi, albo co gorsza na jakimś odludziu.

Nastała długa chwila ciszy, po czym Paweł zwrócił się do kolegi:

Po kilku minutach czarny, połyskujący samochód podobny do garbusa podjechał do

dwójki, która stanęła na krawędzi drogi. Wyszedł z niego człowiek w ciemno-brązowym płaszczu z rewolwerem w ręce. Dopiero teraz Paweł zauważył mały, niebieski napis na lewej burcie samochodu:„Policja”.

Stróż prawa powoli podszedł do nich i rzekł miłym, ale wyzywającym głosem:

Oboje podnieśli ręce do góry i uważnie obserwowali policjanta. On także

odwzajemniał te spojrzenia przyglądając się ubraniom przyjaciół.

Nie dokończył, gdyż policjant podszedł do niego i przystawił mu lufę do skroni.

Oboje wsiedli na tylne siedzenie do małego samochodu, a stróż nie spuszczając z nich

oczu usiadł za kierownicą i dopiero po chwili, powoli ruszył w stronę z której przyjechał.

Czuli, ze podróż będzie trwała dość długo, głownie z powodu osiąganej przez pojazd prędkości. Paweł spojrzał na swój zegarek. Dochodziła jedenasta. Przybliżył się do brudnego okna, ale nie zobaczył słońca. Całe niebo, pokryte było szarymi chmurami, które lada moment mogły spuścić na ziemię deszcz.

Kierowca raz na czas wykonywał dziwne gesty, których przyjaciele nie mogli zidentyfikować i przeczuwali, że coś jest nie tak.

Po kilku minutach jazdy dojechali wreszcie na miejsce. Gdy wysiadali z pojazdu, przy asekuracyjnym spojrzeniu policjanta zauważyli, że znajdują się w jakimś bliżej nie określonym mieście. Nawet nie zauważyli jak zmieniał się krajobraz z wiejskiego na zurbanizowany. Czyżby spali? Paweł spojrzał ponownie na zegarek i zaniemówił. Była prawie trzynasta!

Nie przestając się śmiać wskazał rewolwerem na mały prostokątny budynek, przy

którym zaparkował. Nie był on wysoki, lecz nadawał się na mały posterunek „Policji Państwowej” - tak brzmiał napis tuż nad drzwiami.

Weszli do środka i od razu uderzył w nich zapach, świeżo nałożonej na ściany farby. Szli wąskim korytarzem, po prawej stronie zobaczyli szybę sięgającą od pasa w gore, przez która widać było sąsiedni pokój. Siedział w nim sędziwy policjant, który zachłannie zaciągał się swoim papierosem. Na ścianie wisiał portret jakiegoś wąsatego mężczyzny. Pod zdjęciem było napisane:„Ku pamięci Generała Piłsudskiego”. Co jest kurwa? - pomyślał Paweł. Stróż kazał im wkroczyć do niego, po czym odezwał się do swojego kolegi:

Mężczyzna zamknął drzwi od celi i wyszedł z pokoju. Przez pierwsze

kilkanaście minut stary bacznie obserwował nowych więźniów, po czym gdy mu się to znudziło zaczytał się w gazecie, która leżała na biurku.

W celi nie było najwygodniej, gdyż była ciasna i prawdopodobnie przystosowana dla jednej osoby. Po jednej stronie na całej szerokości znajdowało się łóżko. Oboje spoczęli na nim i milcząc wpatrywali się w przeciwległą ścianę. Paweł usiadł po turecku i oparł głowę o swoją pięść. Prawdopodobnie nad czymś myślał, ale Krzysiek nie potrafił odgadnąć nad czym. Nic nie szło po ich myśli. Cały czas zdarzało się coś co wymykało im się spod kontroli.

****

Do pokoju wszedł chudy, lecz wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu z

przyciemnianymi okularami. Ubrany był w niebieskie jeansy i białą koszulę schowaną pod wierzchnim nakryciem. Podszedł do starego i wyłożył na jego biurko swoją brązową teczkę, którą trzymał schowaną pod płaszczem.

Minęło kilka chwil zanim tajemniczy gość podszedł do więźniów. Zachowywał się

tak, jakby nie wierzył temu co widzi. Jednocześnie sprawiał wrażenie jakby coś sprawdzał. Coś co nie zgadzało się z jego wiedzą bądź przekonaniami. Przykucnął przy drzwiach do celi i rzekł:

To jakiś koszmar - pomyślał Paweł. Przenieśli się w czasie. Niewiarygodne. Zawsze

marzyli o tego typu podróży, ale nie w taki sposób i nie akurat do tego momentu, gdy za parę dni rozpocznie się najkrwawsza i najbardziej destruktywna wojna w dziejach ludzkości. Nie wiedzieli nawet, gdzie się konkretnie znajdują, a już tym bardziej jak się stąd wydostać. Nie łatwo było zrozumieć to wszystko. Zwłaszcza, że znajdywali się w więzieniu, z którego wyjście było obstawione przez strażników. Ale przecież musieli stąd uciec. Za kilka dni rozpęta się tu piekło jakiego jeszcze nigdy nie widzieli.

Jacek odszedł od drzwi celi i otworzył swoją teczkę. Nikt jednak oprócz niego nie widział, co znajduje się w środku.

Znajdowali się w idiotycznej sytuacji bez wyjścia. Osadzeni w areszcie za coś czego nie zrobili, otoczeni przez uzbrojonych w rewolwery strażników czekali na zbliżający się kataklizm. Nie można było lepiej zaplanować sobie najbliższych dni.

Po chwili Krzysiek odezwał się do podróżnika:

Dwójka niedoszłych zbiegów usłyszała po chwili wystrzały z broni maszynowej

rozlegające się z przedniej części budynku.

Szybko podbiegł do celi nerwowo próbując włożyć klucz do zamka. Otworzył

drzwi, po czym wrócił do swojej walizki wyciągając z niej dwa pistolety i rzucił je do zdezorientowanych więźniów. Ci w ostatniej chwili pochwycili je, lecz dalej nie wiedzieli o co w tym wszystkim chodzi. Sam wyjął swoją broń zza paska i podszedł do drzwi od pokoju. Przywarł do ściany plecami i przykucnął trzymając broń w pogotowiu.

Drzwi do pomieszczenia otworzyły się i do środka wszedł mężczyzna w

ciemnoszarym płaszczu. W lewej ręce trzymał karabin skierowany na Krzyśka.

Powoli podchodził do znieruchomiałych nastolatków, jednocześnie sprawdzał, czy nikogo innego nie ma w pokoju. Broń była ciężka i przyjaciele potrzebowali obydwu rąk do jej trzymania. W dodatku nigdy nie strzelali z pistoletów z prawdziwego zdarzenia. Inną sprawą jest odbieranie w ten sposób życia. Nigdy nie odważyliby się na coś takiego. Splamiłoby to ich sumienie, a wyrzuty sumienia nie dawałyby im spokoju przez resztę życia. Nie. Stanowczo nigdy nie zrobiliby czegoś takiego.

Komandos zatrzymał się w miejscu i wypowiedział jakieś niezrozumiałe dla Pawła

i Krzyśka słowa, po czym uśmiechnął się. Jakaś iskierka nadziei obudziła się w Pawle, pomyślał, ze może to nie ten, który strzelał przed chwilą kilkanaście metrów stąd, może on go zabił lub pomógł to zrobić. Nie chciał dopuścić myśli, że zaraz ich rozstrzela.

Faktycznie, nie zamierzał używać swojego karabinu na jakieś tam dzieci. Zrobił wielki krok do przodu, jednocześnie wyjmując z kieszeni w płaszczu niemiecki pistolet. Przyłożył go Krzyśkowi do czoła. Uśmiech znikł z jego twarzy. Wymówił jeszcze kilka słów, obserwując reakcję chłopca na jego czyny. Ten cały się trząsł. Strach przejął nad nim kontrolę, sparaliżował odruchy. A więc to już. Ma zginąć z ręki jakiegoś szwaba, znajdując się w przeszłości i będąc jednocześnie więźniem na jakimś komisariacie.

Zimny pot wystąpił mu na twarz, podczas gdy Jacek wyszedł z ukrycia i przyłożył lufę swojej broni do głowy żołnierza.

Komandos po chwili wahania powoli spuścił broń z głowy Krzyśka i rzucił ją na

ziemię. Tak samo uczynił z karabinem. Nastolatek odetchnął z ulgą. Spojrzał w twarz Niemcowi i bardzo się zdziwił. Na jego twarzy zobaczył uśmiech.

Wszystko nastąpiło w ułamku sekundy. Żołnierz odwrócił się do Jacka i wytrącił mu broń z ręki. Nastąpiła szamotanina. Niemiec dostał kilka razy z kolana w brzuch, lecz nie przejął się tym za bardzo. Był szkolony, aby przezwyciężać taki ból. Obaj upadli, komandos zaczął dusić swoją ofiarę, która nie mogła uwolnić się z jego uścisku.

Niemiec spojrzał na stojących kilka kroków dalej chłopców. Wymierzyli oni broń

w jego stronę, ale nie oddawali strzału. Bali się zrobić cokolwiek. Tamten wypowiedział jakieś niezrozumiałe słowa w swoim języku i wyciągnął niemały nóż, który miał schowany w pochwie przy kostce. Próbował nim ugodzić Jacka w klatkę piersiową, lecz tamten ostatkami sił powstrzymywał go.

Obaj koledzy nie wiedzieli co robić. Stali przed wyborem, od którego zależało życie. Nie mogli popełnić pomyłki. Ale odebrać życie, nawet takiemu komuś jakim był ten Niemiec wydawało się niegodne człowieka...

Pierwszy z tego paraliżu wyrwał się Paweł. Wycelował broń i nacisnął oporny spust. Pistolet wystrzelił, ale jego właściciel nie patrzył gdzie uderzyła kula. Odrzut jaki spowodował Desert Eagle sprawił, że nastolatek upadł na podłogę upuszczając broń.

Krzysiek zaskoczony i zdezorientowany hukiem spojrzał na żołnierza, który zaczął nieznośnie wrzeszczeć z bólu, jaki mu zadano. Jego lewa noga krwawiła, tworząc na podłodze czerwoną plamę. Upuścił nóż i upadł na plecy, wykrzykując niemieckie przekleństwa. Jacek wyswobodził się z jego uścisku i raptownie zaczerpnął powietrza. Przysiągłby, że jeszcze chwila i ten Niemiec udusiłby go. Po omacku próbował znaleźć swoją broń, lecz utrudniały mu to latające przed oczami kolorowe kropki.

Nagle szwab podniósł się i usiadł tak, aby jeszcze bardziej nie zranić swojej nogi. Spojrzał na leżącego Pawła z wściekłością w oczach. W tej samej chwili Krzysiek zobaczył w jego prawej ręce pistolet, który powoli zmierzał w kierunku leżącego na ziemi nastolatka. Ten tak jak on przedtem poczuł paraliż ciała wywołany strachem. Czuł, że zbliża się koniec...

Paweł był już prawie na linii strzału. Lada moment. Niemiec już prawie nacisnął

spust. Krzysiek wiedział, co robić, ale nie mógł zdobyć się na odwagę. Wycelował, ale zamknął oczy i po ułamku sekundy jednym ruchem nacisnął spust. Stał bardzo blisko ściany. Odrzut sprawił, że uderzył w nią głową i upadając na podłogę stracił przytomność.

****

Otaczała go ciemność. Ciemność tak głęboka i przerażająca, że nie chciał w niej zostawać ani sekundy dłużej. Otworzył oczy. Niebo tańczyło mu przed oczami niczym wielka barwna baletnica.

Leżał na czymś miękkim, jakby na stosie gąbek, które amortyzowały małe wstrząsy, które pojawiały się co jakiś czas. Po swojej prawej stronie słyszał jakieś dziwne, rytmiczne warczenie. Bał się spojrzeć w tamtą stronę, obawiając się zobaczenia jakiegoś wściekłego psa, który zaraz skoczyłby mu do gardła.

Jechali samochodem. Tylko gdzie? Powoli wracała mu pamięć. Przypomniał sobie rozmowę z Jackiem. Potem było jakieś zamieszanie, wszedł ten Niemiec i zaczął strzelać. Pamiętał wystrzał z pistoletu, następnie drugi i na tym wszystko się urywało.

Dalej znajdowali się w przeszłości. Musieli się stąd wydostać jak najprędzej, bo dalsza zwłoka mogła ich kosztować życie.

Nastąpiła chwila milczenia, w której Jacek czuł na sobie natarczywe spojrzenia

obu kolegów. W końcu ustąpił.

****

Oparcia krzeseł skrzypiały, gdy napierało się na nie choćby najmniejszą siłą. Po chwili

milczenia Paweł wstał i oznajmił lakonicznie, że idzie coś przegryźć do spiżarni. Krzysiek również wstał, podszedł do okna. Obserwował przez pewien czas najbliższą okolicę, w której dominującym elementem były jak dotychczas pogorzeliska i rozwalone ściany budynków, z których gruz walał się po całym terenie. Dom znajdujący się po drugiej stronie ulicy, jeszcze kilka tygodni temu był zamieszkały. Nasilone bombardowania niemieckie w pierwszych dniach wojny nie upiększyły dostatecznie dobrze tego miejsca, aby można było mówić o pacyfikacji całej wsi. Jednak rany zadane temu miejscu jeszcze długo się nie zagoją. Przynajmniej nie do końca wojny.

Cichy, metaliczny dźwięk doszedł do jego uszu. Do głowy przyszło mu tysiąc myśli. W ostatnim czasie jego zmysły zostały wyczulone na każdy podejrzany odgłos, na każdą dziwną sytuację. Rozglądnął się po okolicy na ile pozwalała mu wąska futryna. Nie zobaczył jednak nic co by mogło wydawać ten niejednoznaczny dźwięk. Wzdrygnął się na samą myśl co to mogło być. Odruchowo sięgnął po wsadzony za spodnie Desert Eagle. Uważał, że to co robi jest głupie i przypuszczał, że nie będzie musiał go używać, ale wolał być przygotowany jeśli okaże się, że zajdzie taka konieczność. Kilkanaście dni temu obserwowali z ukrycia przemarsz wojsk polskich przez to odludzie. Przejechało paręnaście czołgów i chyba trzy działa artyleryjskie ciągnięte przez sporej wielkości ciężarówki.Pewnie cały ciężki sprzęt jaki posiadali Polacy plus do tego jeszcze działo pożyczone od Rumunów, pomyślał Krzysiek. Za ciężkim sprzętem maszerowało kilka pułków piechoty. Być może oddziały wycofywały się na wschód, gdzie jeszcze mogli dołączyć do głównej armii i walczyć o wolność, która już została zatracona. Nawet wtedy nie byli bezpieczni. Z ukrycia obserwowali ten wymarsz obawiając się, że mogliby zostać schwytani nawet przez własne wojska i uznani za szpiegów tak jak na początku ich przygody.

W oddali, na drodze, która przechodziła obok ich domu zauważył czarny, migotliwy kształt. Prawdopodobnie z tamtej strony dobiegał ów dziwny odgłos. Wraz z upływem czasu, migocząca czarna masa stawała się coraz większa, a odgłosy były coraz silniejsze. Zza kilku wysokich drzew rosnących kilkadziesiąt metrów od nich wyleciały dwa ogromne obiekty przypominające swoim kształtem ptaki w fazie szybowania. Zanurkowały, a następnie przeleciały nad dachami okolicznych domów wydając przy tym ostre dźwięki, które sprawiały, że ciarki przeszły Krzyśkowi po całym ciele.

Ze spiżarni przybiegł Paweł trzymając jabłko w jednej ręce, a Deserta w drugiej. Popatrzył dziwnie na Krzyśka, który przywarł do ściany i wpatrywał się w jakieś miejsce za oknem.

Paweł milczał. Nie patrzył w kierunku wskazywanym przez kolegę, lecz

wpatrywał się w bliżej nieznane miejsce za oknem. Sprawiał wrażenie jakby nie rozumiał tego co widzi.

Kilka metrów od ich domu, pośrodku drogi stała młoda dziewczyna. Miała na oko

tyle samo lat co oni. Długie, brązowozłote, falowane włosy sięgały jej do ramion, a blask słońca odbity od ich koloru utożsamiał ją z niebiańskimi istotami. Smukła sylwetka dodawała jej wdzięku pomimo ubrania jakie miała na sobie. Stąpała ostrożnie, jakby obawiając się nadepnięcia na minę pozostawioną tu przez polskich żołnierzy. Jej ruchy były nerwowe, zachowywała się jakby zaraz miała pobiec przed siebie, nie patrząc gdzie, wrzeszcząc ile sił w płucach. Krzysiek oddał lornetkę koledze, a po chwili położył swoją broń na stole.

To co zobaczył na zewnątrz wyprowadziło go całkowicie z równowagi. Do

stojącej pośrodku drogi dziewczyny podbiegła jakaś postać. Szybkim ruchem przełożyła rękę pod jej kolanami i podniosła do góry, o drugą oparła jej głowę. Dziewczyna wrzasnęła piskliwie próbując wydostać się z uścisku. Nadaremnie. Paweł jeszcze długo po tym nie mógł uwierzyć w to co robił jego kolega.

Krzysiek uniósł dziewczynę, mobilizując do tego niemało siły. Po pierwszym szoku dziewczyna przestała piszczeć. Skuliła się na ile mogła w uścisku jakim została obdarzona zasłaniając twarz rękoma. Krzysiek zrobił kilka kroków w stronę na wpół rozwalonego domu po czym zamarł. Kilkadziesiąt metrów od wsi maszerowali w ich kierunku żołnierze niemieccy, na czele których jechał opancerzony wóz.

Jedyną jego nadzieją było to, że go jeszcze nie zauważyli. Ku jego wielkiemu zdziwieniu dziewczyna objęła go rękami za szyję i przytuliła na ile mogła wciąż nie pokazując swojej twarzy. Tak szybko jak tylko mógł, chwiejnymi krokami dotarł budynku. Naparł całym ciałem na rozwalone drzwi, które wydały z siebie nieprzyjemny trzask, po czym rozleciały się na małe kawałki. Oboje wpadli do środka. Poleciały na nich kawałki drzewa, lecz nie wyrządziło im to żadnej szkody. Dziewczyna krzyknęła.

Po krótkiej chwili Krzysiek zdołał pozbierać myśli jak również skarcić się za to, jaki był bezmyślny. Postąpił niewiarygodnie głupio. Zaraz tu przyjdą. To będzie koniec wycieczki do przeszłości. Musiał szybko znaleźć jakieś wyjście. Teraz musi działać, lub stać i czekać na śmierć. Wybrał to pierwsze.

Uspokoił się na tyle na ile potrafił. Wstał. Odgłos jadącego czołgu nasilał się. Miał mało czasu. Chwycił dziewczynę pod ramionami, uniósł ją i omijając drzwi znajdujące się naprzeciw wejścia poszedł w kierunku domniemanego pokoju gościnnego. Mało brakowało, a potknąłby się na walającym się po całym pomieszczeniu gruzie. Przystanął za ścianą. Dalej nie było już wyjścia, co najwyżej mógł uciec przez dziurę w dachu, ale to wymagałoby o wiele większych umiejętności od tych, które w tej chwili posiadał. Posadził dziewczynę pod ścianą, a sam przysiadł obok niej bliżej wejścia, które przed chwilą razem staranowali.

Spojrzeli na siebie. Ona, z wyrazem trwogi na twarzy, którą zdobiły dwa ślady po niedawno płynących łzach. Z bliska wydawała się jeszcze piękniejsza niż przedtem, pomyślał Krzysiek. Ale co z tego skoro zaraz nas zabiją. Pociągnęła nosem i skuliła się ciągle patrząc swoimi błękitnymi, przestraszonymi oczami na swojego wybawcę.

Dziewczyna milczała.

Krzysiek powoli zbliżył rękę do jej policzka. Dziewczyna w szybkim odruchu

cofnęła głowę. On jednak nie dał za wygraną. Tym razem nie poruszyła się. Krzysiek wytarł łzę z policzka, po czym odgarnął jej pofalowane włosy. Dziewczyna obserwowała go w milczeniu. Jej serce zabiło mocniej. Krzysiek również to odczuł. Dziękuję, że pomogłaś mi oswoić się ze śmiercią, pomyślał Krzysiek.

****

Krzysiek, co ty robisz, pomyślał Paweł. Przywarł do ściany tuż przy oknie i wychylił się na tyle, aby nie zostać zauważonym przez Niemców. Przeklinał w duchu całą tą sytuację i swojego kolegę, którego brawura zapędzi ich wszystkich do grobu. Ale trzeba ci to przyznać, to był odważny ruch.

Czołg wjeżdżając do wsi minął już pierwsze zabudowania. Maszerujący za nim żołnierze bacznie rozglądali się po okolicy. Jeden z nich trzymający w ręku coś podobnego do długiej rurki z uchwytem podchodził po kolei do każdego domu i, co sprawiło, że serce podeszło Pawłowi pod gardło, podpalał je. Fuck, skomentował to jednym słowem. Krzysiek ciągle jest w tamtym domu. Jeśli podejdą do niego, spłonie razem z tą dziewczyną. Serce mocniej mu zabiło. Myśl, myśl, ponaglał się Paweł. Spojrzał na stół. Leżał tam Desert jego kolegi. Przekalkulował wszystko, ocenił swoje szanse i podjął decyzję.

****

Zapadła dziura, pomyślał jeden z żołnierzy. Czemu my mamy chodzić na patrole do takich miejsc, zupełnie jakbyśmy nie mogli strzec jakiejś dzielnicy we Wrocławiu czy Poznaniu. Tam przynajmniej mielibyśmy jak wezwać posiłki w razie ataku partyzantów, a tu? Ponadto ich oddział liczył tylko pięciu ludzi, z czego dwóch nie wychodziło w ogóle z czołgu. Gdzie tu sprawiedliwość? Zawsze muszą nas przydzielić do gównianej roboty.

Oddział odsunął się znacznie od podpalanego budynku. Żołnierz podszedł do

rozwalonych drzwi i rozglądnął się po pomieszczeniu. Nie zauważył niczego podejrzanego poza gruzem rozrzuconym po całej podłodze. Jeśli tu jesteście, pomyślał, zaraz przekonacie się jak to jest zadzierać z Rzeszą!

Trzask pękającego szkła. Usłyszał zimny, metaliczny odgłos wystrzału. Kula uderzyła w niego z niewyobrażalną siłą. Jego bark pchnięty przez pocisk pociągnął za sobą całe ciało, uderzając w futrynę. Nikt nie wiedział skąd prowadzony jest ostrzał. Zdezorientowani żołnierze padali jak muchy pod wpływem sypiących się na nich jak grad pocisków.

Lufa czołgu przekręciła się o kilkadziesiąt stopni w prawo celując do jedynego

nietkniętego przez bombardowanie Luftwaffe budynku. Heinz pchnął dźwignię.

****

Krzysiek obserwował wszystko z ukrycia. Nie mógł nic zrobić bez swojej broni. Czuł się bezradny. Dziewczyna za jego plecami zasłoniła uszy rękoma, gdy Paweł rozpoczął ostrzał. Jednak, gdy usłyszała wystrzał z czołgu, nie wytrzymała i wydała z siebie cichy dźwięk podobny do pisku. Krzysiek zasłonił swoim ciałem trzęsącą się dziewczynę chroniąc tym samym przed spadającymi przez dach małymi odłamkami gruzu. Gdy odwrócił się nie mógł uwierzyć własnym oczom.

Nigdy nie mógł wyjaśnić tego co wydarzyło się potem. Fala wściekłości, która go nawiedziła przyćmiła wszystkie jego zmysły. Stracił panowanie nad swoim ciałem. Nic już się dla niego nie liczyło, jedyne co pozostało to zemsta. Skumulował swoją złość w jednym punkcie. Uderzył natychmiast.

Stojący przy drzwiach żołnierz dumnie uniósł swój miotacz ognia. Potężna siła uderzyła go w ramię, wyzwalając przy tym głuchy dźwięk roztrzaskującego się drewna. Krzysiek upuścił złamana belkę, po czym rzucił się na wstającego z trudem Niemca. Mimo iż Krzysiek był kilka centymetrów niższy i znacznie lżejszy od swojego przeciwnika, szybko wykorzystał swoją przewagę jaką był przestrzelony bark Niemca. Ten, pchnięty przez nastolatka, uderzył o czołg potęgując ból pochodzący z rany. To jednak nie był koniec jego cierpień. Krzysiek nie zaprzestał atakować. Chwycił wroga za stalowy hełm po czym silnymi ruchami uderzał nim o opancerzony wóz. Metaliczny dźwięk, który wydawały uderzenia stali sprawiał mu wielka satysfakcję. Wściekłość wrzała w nim nie mogąc znaleźć ujścia. Żołnierz już po kilku razach stracił przytomność i upadł bezwładnie na ziemię tuż przy gąsienicach. Krzysiek wciąż nie mogąc pozbyć się nienawiści uderzył kilka razy butem w leżącego wroga. Za ostatnim razem natarł na twarz Niemca. Gdy wykonał ostatni atak, usłyszał odgłos łamiących się kości.

Lufa czołgu obróciła się tym razem w stronę domu, z którego rzucił się na Niemca. Krzysiek nie myślał w tej chwili, wydawało mu się, że ktoś inny wykonuje ruchy jego ciałem. Szybko chwycił miotacz płomieni leżący przy gąsienicy i pewnym ruchem włożył go, na ile mógł, do lufy. Odpalił. Początkowo wydawało mu się, że ogień odbije się od zamknięcia i sparzy mu dłoń, lecz później doszedł do wniosku, ze miał niewiarygodne szczęście. W tym samym czasie w czołgu prawdopodobnie otwarto komorę by móc załadować pocisk, gdy uderzyła w czołgistów fala płonącego paliwa.

Po kilku sekundach właz otworzył się i wyskoczyło z niego dwóch gorejących Niemców. Wypadli oni z kabiny i uderzając o stalowe zakończenia w czołgu osunęli się na ziemię, krzycząc i rzucając się we wszystkich kierunkach. Skonali po chwili. Krzysiek przyglądał się cmentarzowi jaki tu powstał. Oczywistym było, że to co przed chwila zrobił zmieni całe jego życie, poczynając od tego, że Niemcy zabili jego przyjaciela, a skończywszy na tym, że on sam zabił tylu ludzi.

Podbiegł do dziewczyny, która siedziała skulona przy ścianie i zatrwożonym wzrokiem wpatrywała się w nadchodzącego mordercę. Gdy podszedł do niej, ona odsunęła się od niego na ile pozwalała jej ciasna przestrzeń pomieszczenia.

Nie dokończył, gdyż w powietrzu rozległ się kolejny huk. Oboje upadli na podłogę

pod natężeniem dźwięku. Powietrze wibrowało. Znów usłyszeli odgłos wprawianych w ruch gąsienic. O nie, pomyślał Krzysiek, tylko nie to! Tym razem nie będę walczył! Już mi wszystko jedno.

Zobaczył kątem oka podjeżdżający do niemieckiego czołgu drugi wóz. Tym razem nie usłyszał jednak żadnej niemieckiej paplaniny, lecz coś innego, coś czego nie mógł nawet zidentyfikować jako język. Mówił to wysoki i umięśniony żołnierz, który wyskoczył nagle z czołgu i podszedł do zabitych Niemców. Krzysiek sądził, że tę serię nieartykułowanych dźwięków słyszał przez kilkadziesiąt sekund. Z tego samego czołgu wyszedł kolejny żołnierz. Ten jednak był nieco niższy choć równie umięśniony jak poprzedni.

Po chwili milczenia, w której żołnierze rozglądnęli się po polu bitwy i ocenili sytuację

zebrali się ponownie przy czołgu.

Po tej wymianie zdań obaj wskoczyli do czołgu i po chwili odjechali z

pobojowiska. Odgłos gąsienic był jeszcze długo słyszalny w ciszy jaka zapanowała po odjeździe polskich żołnierzy. Krzysiek myślał, że już nic nie może go zdziwić. Uważał, że limit cudów na ten dzień został już wyczerpany. Znów się pomylił.

Ostrożnie wychylił się i sprawdził czy nie zostały jakieś niedobitki po oddziale

niemieckim. Nic jednak nie dostrzegł. Omijając rozwalony czołg, szybko przebiegł na drugą stronę drogi i przywarł do ściany. Znów rozglądnął się. Tym razem pobiegł bezpośrednio do zawalonego domu. Stąpał ostrożnie i starał się nie stać na gruzie, choć było to niemożliwe. Dziewczyna stała w miejscu i obserwowała nastolatka.

Cisza. Usłyszał odpadającą z dachu cegłówkę, która spadła na gruzowisko tuż

obok niego. Dziewczyna odrzucała kamień po kamieniu, próbując pomóc Krzyśkowi. Ten patrzył na nią z goryczą w sercu. Tam niczego nie znajdziesz kobieto, pomyślał.

Wciąż odpowiadała mu cisza. Stracił już całą nadzieję. Zaprzestał odrzucania

fragmentów gruzu. Przysiadł pod stojącą jeszcze ścianą, przetarł twarz ręką i zaczął wpatrywać się w jakieś miejsce. Głowę zapełniły mu najróżniejsze myśli począwszy od wyobrażenia sobie śmierci kolegi po jego własna śmierć, którą chciałby teraz popełnić. Nie miał nic do stracenia. Pistolet leżał przy zabitych Niemcach. Mógł to szybko skończyć, ale nie zrobił tego.

Dziewczyna wciąż odrzucała pojedyncze fragmenty gruzu. Po kilku chwilach przywołała Krzyśka do siebie. Zrobił to z ociąganiem i frustracją. Zaniemówił. Nie na skutek braku słów, lecz przez ich nadmiar, który w jednej chwili chciał być wypowiedziany. Pod warstwą gruzu znajdowały się drewniane drzwi. Natomiast pod nimi była wolna przestrzeń. Tam również leżała jakaś postać. Krzyśkowi mocniej serce zabiło. Szybko odrzucał fragmenty cegieł oraz cały gruz, który przykrywał ową postać. Na końcu wytężył wszystkie siły i przechylił drzwi, które były wtedy jedyną ochroną dla leżącego na ziemi nastolatka.

Krzysiek nie mógł uwierzyć.

****

Odszedł od stołu i podszedł do okna. Znajdowali się w centrum Krakowa. Jeżeli wierzyć temu co mówił Jacek, zostali zakwaterowani przy ulicy Długiej, blisko rynku. Mieszkanie było na trzecim piętrze w odrestaurowanej kamienicy. Ulica nie wyróżniała się niczym szczególnym jak inne typowe miejskie promenady okresu międzywojennego. Obok drogi wznosiły się kilkupiętrowe kamienice, w większości liczące już sobie dobrych kilkanaście lat. Od rogu ulicy Długiej i Basztowej rozpoczynał się cały ciąg sklepików spożywczych, kwiaciarni, gdzieniegdzie można było znaleźć samotny kiosk ze świeżą, jeszcze polską, prasą. Latarnie rozświetlające mrok na tej alei rozmieszczone było co kilkanaście metrów na chodniku. Sięgały one prawie do połowy ich kamienicy. Nie widział tłumu ludzi, który zwykle tędy maszerował w kierunku rynku. Teraz zrobiło się naprawdę spokojnie. Co jakiś czas widział przechodnia, który zdenerwowanym i drętwym krokiem zmierzał w kierunku plantów.

Oderwał wzrok od okna i postanowił dalej podpatrywać Jacka, gdy ten konstruował swoją „sondę czasową”, jak powiedział na początku pracy. Natrafił wzrokiem na otwierające się drzwi do sąsiedniego pokoju. Pokój był niewielkich rozmiarów zważając na ograniczoną przestrzeń w mieszkaniu, służył głównie jako sypialnia. Dziewczyna wyszła pierwsza, za nią zrobił to Krzysiek, cicho zamykając drzwi.

Dziewczyna szlochając otworzyła drzwi i wbiegła do tego samego pokoju, z

którego właśnie wyszła. Zatrzasnęła za sobą drzwi.

****

****

****

****

Jacek dokręcał już ostatnie śruby. Sonda wyglądała już całkiem przyzwoicie. Musiała wytrzymać ponad pięćdziesiąt lat zakopana w ziemi do momentu aż odkopią ją jego znajomi z lat dziewięćdziesiątych. Zwykłe żelazo mogłoby nie wytrzymać upływu czasu, dlatego musiał już wcześniej przygotować się na ewentualność użycia sondy, zabierając z przyszłości specjalną obudowę z nierdzewnej stali, chroniącą przed korozją i niszczeniem. Jeszcze tylko dwie śruby, pomyślał Jacek z ulgą. Za chwilę włożę do środka list oraz moje wyniki badań i zamykam to przeklęte pudło.

Krzysiek siedział razem z Pawłem i Klaudią przy stole, który znajdował się w rogu pokoju. Na blacie leżała talia kart. Klaudia jedynie przypatrywała się grze, w której była niezbyt zorientowana. Gra pochłonęła ich po tym jak przestali rozmawiać na temat Klaudii oraz całego tego bajzlu, który się nagle wytworzył. Czekali tylko na to, aż Jacek skończy pracę i razem z nim pojadą zakopać sondę w niewielkiej odległości od granicy Krakowa, tuż obok wsi Zielonki. Klaudia przestała już wylewać łzy, choć dalej była smutna i niezbyt skora do rozmów, to po rozmowie z Krzyśkiem poczuła się lepiej. Było jej lżej na sercu, że ktoś chce się nią zaopiekować i okazuje jej jakiekolwiek zainteresowanie.

Cichą atmosferę panującą w pokoju zmącił głośny pisk opon dochodzący z ulicy. Krzysiek podniósł głowę znad kart i spojrzał po kolei na Pawła i Jacka. Ci odwzajemnili to spojrzenie pełne zdziwienia, z nutką strachu. Po kilku sekundach usłyszeli ponowny pisk, a następnie jakieś nieokreślone okrzyki. Wszyscy rzucili się do wąskiego okna, które ukazywało widok na ulicę Długą. Ujrzeli interesujące zdarzenie, które jak wiele innych utkwiło im dobrze w pamięci. Do stojącego na krawężniku po przeciwnej stronie ulicy niemieckiego pojazdu ciężarowego podjechały dwa inne, które były prawie identyczne jak ten należący do sił niemieckich. Pojazd, który jechał pierwszy zastawił tył ciężarówki, a drugi podjechał od przodu. Zanim siedzący w środku żołnierze zdołali zorientować się o co chodzi, z dwóch polskich pojazdów wyskoczyli partyzanci i zaatakowali Niemców. Jeden z nich zdołał wyskoczyć z samochodu, lecz padł pod gradem pocisków, drugi zginął próbując wyjść z ciężarówki. Zaalarmowany wystrzałami dochodzącymi z zewnątrz, z budynku, do którego podjechał niemiecki pojazd wybiegł jeszcze jeden żołnierz Wehrmachtu. Ten zdążył oddać kilka wystrzałów z karabinu zanim padł z kulą w piersi. W chwilę później jeden z Polaków podbiegł do niemieckiej ciężarówki i zasiadł za kierownicą wyciągając martwego Niemca. Reszta jego kompanów z powrotem załadowała się na ciężarówki i po chwili polska partyzantka odjechała wzbogacona o kolejny pojazd nieprzyjaciela.

Gdy uciszyło się na tyle że nie słychać już było odgłosów wydawanych przez pojazdy Paweł usłyszał głośne jęki. Tuż na rogu ulicy Długiej z jakaś inną, mniej znaną zebranym leżało ciało człowieka ubranego w niebieski mundur. W niedalekiej odległości leżała również niebieska czapka, oraz brązowa torba, z której wysypały się białe kartki papieru. W niedalekiej odległości od leżącego, blisko latarni stał mężczyzna. Ubrany w czarny garnitur i ciemno-niebieski krawat wyglądał trochę podejrzanie, nie wspominając o tym, że wszyscy, którzy jeszcze przed chwilą szli tą ulicą, uciekli. On sam został i co dziwniejsze, obserwował budynek, w którym znajdowali się podróżnicy w czasie. Jacek wyszedł powoli z mieszkania mówiąc przy tym, że pójdzie sprawdzić czy ten listonosz jeszcze żyje. Wszyscy odprowadzali go wzrokiem, gdy przechodził przez pokój i zamykał za sobą drzwi. Natychmiast po tym znów obserwowali co działo się na ulicy. O dziwo nie znaleźli już podejrzanego mężczyzny. Znikł. Schował się. Nie wiedzieli co się stało. Nie było już nikogo kto by przechodził tą drogą.

Po kilku chwilach zauważyli Jacka biegnącego ostrożnie przez ulicę. Rozglądał się bacznie na boki obawiając się dostrzeżenia jakiegoś niebezpieczeństwa. Ostatni kawałek pokonał wolnym krokiem, uważając na każdy swój ruch. Pochylił się nad leżącym i podniósł mu głowę. Trwał tak przez kilkadziesiąt sekund, po czym położył mężczyznę w pozycji w jakiej go zastał i podszedł do jego torby. Wyciągnął z niej czerwoną kopertę. Następnie szybko podbiegł pod swoją kamienicę i wszedł do mieszkania. Wszyscy niecierpliwie czekali na jego powrót. Gdy wszedł do środka spojrzał po wszystkich po kolei, wskazał na trzymaną w ręce kopertę i rzekł z bezsilnością w głosie:

Na kopercie nie było żadnego adresu, znaczka, nic. Była czysta z

zewnątrz. Wewnątrz znajdował się list zapisany na białym papierze w kratkę. Gdy Jacek czytał w ciszy treść listu wszyscy z napięciem i niepokojem oczekiwali jego reakcji. Gdy skończył popatrzył dziwnie na wszystkich, po czym wręczył list Pawłowi i odszedł bez słowa do swojego stolika kończyć pracę, zupełnie jakby nigdy nic się nie stało.

Gdy Paweł skończył czytać list opierając się jednocześnie o ścianę, wręczył go Krzyśkowi mówiąc przy tym, że nic z tego nie rozumie. Klaudia zapytała się go co było w liście, lecz jej nie odpowiedział. Gdy Krzysiek studiował kartkę papieru dziewczyna podeszła do niego bliżej i próbowała coś przeczytać zaglądając mu przez ramię.

Gdy skończył czytać zamilkł na dłuższą chwilę. Kto mógł wysłać ten list. Albo

nawet ważniejsze pytanie: Skąd ten ktoś tyle wie? Z treści listu wynika, że wie kim jesteśmy i co robimy, pomyślał. W takim razie kto to może być? Ciekawe czy ma to jakiś związek z tym podjazdem partyzanckim.

****

Przywykli do takiego krajobrazu. Kilka domów, zagrody i pola. Duże połacie pól. Mała wioska wyglądała na odludną. Do tej pory nie spotkali jeszcze nikogo na swej drodze. Nawet głośny warkot silnika ich samochodu nie przyciągnął niczyjej uwagi. Być może...odstraszył.

Wysiedli z auta i przeszli przez na wpół rozwalony drewniany płot, który nachylony był do ziemi pod dziwnym kątem. Przeszli za gospodarstwo gdzie zauważyli w pewnej odległości budynek ze spiczastym dachem, w którym prawdopodobnie rolnicy przechowywali swoje zbiory. Ogromne wrota prowadzące do środka były zamknięte. Tuż przy stodole stał drugi budynek, dużo mniejszy od poprzedniego wykonany w całości z drewna posmarowanego czarną substancją. Drzwi do niego były otwarte, a w środku znajdował się wóz, który mógł być ciągnięty przez konie. Całe to gospodarstwo wyglądało jakby właściciele opuścili je w pewnym momencie zostawiając wszystko tak jak było.

Jacek niósł sondę czasową trzymając ją w dwóch rękach. Z kieszeni w jego płaszczu wystawała mapa okolicy. Zatrzymali się przy miejscu gdzie znajdował się wóz. Jacek położył sondę na ziemi i wyjął mapę, aby sprawdzić miejsce, w którym musiał zakopać owe urządzenie. Krzysiek odłożył saperkę, którą zabrał z samochodu, po czym rozglądnął się. Kilka drzew wyznaczających granicę pól znajdowało się w najbliższej okolicy. Tuż przy ziemi rosły zielone krzewy agrestowe, na których już dawno nie było widać żadnych owoców. Klaudia nie znała celu ich przedsięwzięcia więc trzymała się na uboczu nie chcąc przeszkadzać w pracy.

Po pewnej chwili Jacek odłożył mapę i zabrał saperkę, która stała wbita w ziemię przez Krzyśka. Stanął na rogu budynku i prostopadle do jego ściany odszedł kilka kroków. Stanął na chwilę namyślając się gdzie powinien zrobić kolejny ruch. Odwrócił się o 90 stopni w lewo i kierując się na pobliskie drzewo podszedł kolejne kilka kroków. Na koniec przysiadł i wbił saperkę w ziemię. Wszyscy przyglądali się mu z zaciekawieniem, gdyż ta sytuacja wyglądała jak scena z filmu o poszukiwaczach skarbu. Nikt jednak się nie śmiał, wszyscy byli zmartwieni otrzymanym listem oraz dalszymi perspektywami na przyszłość.

Z początku praca szła nieskładnie i powoli, lecz z czasem szło coraz lepiej. Tak jak

mówił zmieniali się co jakiś czas, dzięki czemu pracowali bez przerwy. Dół powiększał się z każdą chwilą, aż osiągnął upragnioną głębokość.

Jacek stanął możliwie blisko dołu jaki udało im się wykopać i powoli włożył sondę

do środka. Gdy nie mógł już dalej jej opuścić, w jednym ruchu cofnął ręce i żelazna kula spadła na samo dno. Głuchy dźwięk wydany w czasie zetknięcia z ziemią został szybko stłumiony.

Zakopanie dziury poszło już dużo szybciej i nie wymagało prowadzenia zmian na

stanowiskach. Po zakopaniu wszyscy usiedli na trawie poza Jackiem, który nerwowo wyczekiwał na pojawienie się pomocy co jakiś czas patrząc na swój zegarek kieszonkowy. W ten sposób czekali pięć minut, dziesięć, dwadzieścia, lecz nic się nie pojawiło. Jedynie łagodny powiew wiatru i świergot ptaków mąciły ciszę jaka panowała między podróżnikami. Jacek coraz bardziej zdenerwowany zaczął chodzić tam i z powrotem bez określonego celu. Dlaczego się spóźniają? Może coś pokręciłem z datą, lub godziną? Cholera jasna nie chce mi się tego znowu odkopywać...

Usłyszeli dziwny dźwięk w oddali, który z każdą chwilą przybierał na sile. Śpiew ptaków przycichł, wiatr również ustał na moment jakby informując podróżników o tym co może się niedługo wydarzyć. Po krótkiej chwili Krzysiek rozpoznał ten dźwięk, a jego ciało przeszyły dreszcze. Nie znowu!

Rzeczywiście, dźwięk przybrał na sile. Niezaprzeczalnym był fakt iż Niemcy

szykowali jakąś akcję, bądź kierowali się do punktu, gdzie połączą się z innym oddziałem, gdyż przemarsz wojska słyszeli jeszcze przez dobrych paręnaście minut. Gdy Jacek wyjrzał na podwórze zobaczył kilkanaście lekkich czołgów, które posuwały się po wiejskiej drodze na czele kompani. Za nimi jechały ciężarówki załadowane sprzętem, prawdopodobnie bronią, bądź materiałami wybuchowymi. Wymarsz zamykały oddziały piechoty. Na oko szacował iż było ich prawie 500. Gdzieniegdzie widział niemieckie motocykle z charakterystycznymi siedzeniami dla kilku osób, które prawdopodobnie służyły dowódcom dla szybkiego przenoszenia rozkazów.

Po kilkunastu minutach odgłosy ucichły, lecz nikt nie odważył wychylić się z

ukrycia. Zapanowała chwila ciszy. Nikt nic nie mówił, lecz wszyscy patrzyli na siebie próbując wytypować osobę, która wyjdzie i sprawdzi teren. W końcu Jacek nie mogąc wytrzymać tej bezczynności wychylił się zza wrót. Wyszedł krok przed budynek zachowując wszelką ostrożność i po upewnieniu się, że nie ma zagrożenia, gdyż oddziały niemieckie opuściły już wioskę, chciał zawołać swoich towarzyszy.

Poczuł, że coś jest nie tak, choć nie umiał tego wytłumaczyć. Było już jednak za późno. Kamień, który dostrzegł kątem oka uderzył go wprost w brzuch z wystarczającą siłą, by sprawić, że Jacek zgiął się wpół z zadanego mu bólu. W tej samej sekundzie poczuł drugie ognisko bólu, tym razem w okolicy prawej łopatki. Kula przecięła ubranie i skórę, by następnie wbić się w ziemię za nim wydając przy tym piskliwy dźwięk. Jacek stęknął. Zalała go fala strachu i adrenaliny. Upadł na cztery litery i nerwowymi ruchami próbował zejść z widoku cofając się do wnętrza budynku. Jego starania zmobilizował widok kolejnej kuli, która tym razem wbiła się w ziemię między nogami tuż przy kolanie. Przeczołgał się w bok wchodząc za osłonę drewnianych wrót i natychmiast krzyknął:

W tej samej chwili na budynek posypał się grad pocisków, które z łatwością

przebijały drewniane ściany. W akompaniamencie świszczących kul oraz latających wkoło kawałków drewna wszyscy padli na ziemię chroniąc swoją głowę rękoma. Ostrzał trwał niespełna kilka sekund, lecz to wystarczyło, żeby podziurawić wrota stodoły, które wyglądały teraz jak sito. Jednakże szczęście zaczęło im w końcu sprzyjać, gdyż żadna kula nie trafiła w cel, choć czasami mało brakowało. Kto do nich strzelał? Wszyscy zadawali sobie to pytanie. Niemcy musieli zostawić tutaj wartę.

Podczołgał się do niego Paweł ze swoim pistoletem w dłoni. Jacek spojrzał na

niego i w krótkim kontakcie wzrokowym wytłumaczył mu wszystko co planował. Wyszeptał przy tym: „Okno... na trzy”, po czym wyciągnął swojego Desert Eagle'a z kieszeni w płaszczu i odbezpieczył go. Paweł przytaknął i zrobił to samo ze swoim.

„Raz, dwa...TRZY!” Obaj wyskoczyli zza wrót i oddali strzały w okno domu, obok którego przechodzili po wyjściu z samochodu. Szyba pękła z głośnym hukiem rozwalając się na wiele małych kawałków. Strzelali niemal równocześnie. Pod wpływem kul tynk odpryskiwał ze ścian, a na jego miejscu pojawiały się małe dziury z pociskami w środku. Jackowi pierwszemu skończyła się amunicja. Niedługo po nim zaprzestał ostrzału również Paweł. Obaj ponownie schowali się za wrotami.

Krzysiek, który zdezorientowany leżał na ziemi obok Klaudii usłyszał słowa wypowiedziane przez Jacka: „Szlag... nie trafiliśmy”. Wszyscy zamarli w bezruchu.

Wszyscy wykonali dokładnie polecenia podróżnika. Czekali. Krzysiek drżał. A jeśli się spóźni? Wtedy wszystko może szlag trafić. Jeśli coś się nie uda, będzie się obwiniał za czyjąś śmierć do końca życia. Jeśli przeżyje. Nie chciał, aby spadła na niego ta odpowiedzialność. Miał nadzieję, że Jacek będzie szybszy. Wycelował w wejście. Czekali.

Zapanowała tak głęboka cisza, że mogli usłyszeć powolne kroki zbliżającego się człowieka. Wszyscy się przerazili. Krzysiek słyszał bicie własnego serca. Drżał. Napiął wszystkie mięśnie i czekał. Chwila ta przedłużała się w nieskończoność. Nikt nie przypuszczał co może się stać, gdy ów człowiek stanie do nich twarzą w twarz. Zabiję go! Dlaczego on ma mnie zabić pierwszy? Nie będę miał litości, powtarzał sobie Krzysiek.

Nagle usłyszeli strzał i piskliwy dźwięk uderzenia metalu o metal. W następnej chwili usłyszeli kolejny wystrzał. Tym razem zawtórował mu wrzask mężczyzny, który otrzymał dotkliwą ranę. Wszyscy myśleli, że kule lecą w ich stronę dlatego znów padli na ziemię. Za tymi dwoma strzałami posypały się następne, było ich tak wiele, że nie mogli ich zliczyć, choć wystrzeliwane były po kolei. Gdy podnieśli się z ziemi usłyszeli warkot zapalanego samochodu. W następnej chwili dźwięk zaczął słabnąć do momentu aż całkowicie przestali go słyszeć.

Po raz kolejny czuli się zagrożeni. Nie wiedzieli co się dzieje wokół nich. O tym co wydarzyło się na podwórzu nie mieli pojęcia poza tym, że rozegrała się jakaś strzelanina. Nikt nie miał zamiaru wychodzić na zewnątrz, aby sprawdzić co się stało. Przygotowali się znowu na najgorsze. Usłyszeli odgłos kroków. Nasilający się z każdą chwilą, tak jakby ktoś biegł w ich stronę. W pewnym momencie ustał. Nie słyszeli już nic. Jacek obawiał się teraz, że wrzucą im granat do środka i to będzie ich koniec. Boże tylko nie to, błagał w duchu. Po kilku chwilach odezwał się dziwnie znajomy, męski głos:

Jacek z wahaniem przygotował się do wyjścia. Z bronią przed sobą zrobił krok na

przód i wycelował pistolet w stojącą naprzeciw niego osobę. Był to mężczyzna średniego wzrostu, miał krótkie włosy koloru jasno brązowego postawione do góry. Ubrany był w czarną, skórzana kurtkę oraz ciemne dżinsowe spodnie. W obu dłoniach trzymał dwa pistolety. Jacek podszedł do niego, spojrzał mu w twarz i rzekł:

****

Krzysiek spojrzał na ścienny zegar. Dochodziła już godzina 17.00. To już ponad dwie godziny odkąd tamci zamknęli się w pokoju i prowadzą swoje dysputy. Jeśli miałby być szczery to nie obchodziło go, co tam robią, chciał teraz jak najszybciej wrócić do swojego czasu. Tutaj jest jakoś dziwnie, stwierdził w myślach. Czuł się jakby każdy wdech paraliżował go od środka i wysysał mu przy tym resztki energii. Coś było nie tak, ale nie potrafił tego określić. Do tego wszystkiego dochodziła ta dziewczyna. To jakiś nieprawdopodobny przypadek, że właśnie oni ją spotkali. A może tak miało się stać, gdyż było im to przeznaczone? Ich drogi skrzyżowały się w niefortunnym czasie, jakim jest właśnie ta wojna. Zbyt wiele okrucieństwa i zła. Tego nie można doświadczyć na lekcji historii. Nigdy nie będzie się świadomym tego, czym jest wojna dopóki się jej nie skosztuje.

Jestem zmęczony tym wszystkim, pomyślał. Niech ten koszmar się już skończy!

Aargh - wystękał, gdy skaleczył się nożem w palec próbując posmarować sobie kromkę chleba czymś, co powinno przypominać masło. Na początku myślał, że wezmą ich do wspólnej rozmowy, lecz po przyjeździe zamknęli się w pokoju i nie wyściubili nosa nawet żeby wyjść do toalety. O czym oni rozmawiają?

Usiadł przy małym stoliku ze swoim dzisiejszym obiadem, który de facto powinien zrobić Jacek, gdyż to on obiecał, że będzie zajmował się tymi sprawami. Do kuchni weszła Klaudia. Rozglądnęła się powoli i rzekła swoim słodkim głosem:

Zaczął swoją opowieść od niefortunnego wypadku, dzięki, któremu przenieśli się w

czasie. Próbował wyjaśniać wszystko jak najprostszymi słowami wiedząc, że dziewczyna może tego nie zrozumieć. Nie wyolbrzymiał żadnej z postaci, nie wymyślał nic nowego. Powiedział to, co się zdarzyło. Z każdą sekundą jej twarz zmieniała wyraz. Gdy skończył swoje krótkie opowiadanie poczuł się lepiej, choć teraz zaczął zamartwiać się tym, że złamał przysięgę daną Jackowi. Zobowiązał się nie ingerować w teraźniejszość, aby nie zmienić tym samym przyszłości. Jednak nie mógł przewidzieć jej reakcji. Nagle wstała, wymierzyła w niego palec i rzekła drżącym od wściekłości i oburzenia głosem:

Jedli w milczeniu wzajemnie się obserwując. Krzysiek poczuł się nieco raźniej po

tym jak zrzucił z siebie ciężar tajemnicy, która spoczywała na nim od pewnego czasu. Nie mógł jednak powiedzieć tego o Klaudii, która wyraźnie zdezorientowana próbowała sobie to wszystko poukładać w głowie. Zastanawiał się, czy zwykła dziewczyna pochodząca ze wsi w tamtych czasach potrafi pojąc to, co jej przekazał na temat podróży w czasie.

Co jakiś czas pociągała nosem chcąc powstrzymać się od ponownego płaczu. Włosy, choć potargane i nie pielęgnowane od dwóch dni nie utraciły swojej pięknej barwy ciemnego złota. Jej oczy biły niesamowitym blaskiem. Spoglądając w nie widział coś niezwykłego, czego nie mógł nawet opisać, lecz podobało mu się to. Teraz nie potrafię, pomyślał, ale ciekawe czy kiedyś się odważę jej to powiedzieć... Ponowny wstrząs zakłócił spokój panujący w kuchni. Podobnie jak poprzednio po chwili wszystko się uspokoiło, lecz pozostał niepokój dotyczący przyczyny wystąpienia tych dwóch wybuchów.

Przeszli razem do sąsiedniego pokoju, w którym na kanapie siedział Paweł. Obracał w dłoniach swój pistolet. Gdy ich spostrzegł wstał i podszedł do Krzyśka, Klaudia tymczasem usiadła na jego miejscu. Popchnął kolegę do progu kuchni i szepnął mu na ucho.

Pierwszy wychylił się Jacek. Wciąż był pochłonięty rozmową z Piotrkiem, więc

nie zauważył, gdy Paweł podbiegł szybko do drzwi, chwycił je oburącz i z całej siły pchnął na niego. Otrzymał cios prosto w czoło i uderzył, w tym samym momencie, plecami o futrynę. Przed oczy wystąpiły mu różnokolorowe plamy, a siła uderzenia zamroczyła go na krótką chwilę. Nie zdążył zareagować, gdy Paweł sięgnął ręką za jego pasek i wyrwał zza niego małą, brązową saszetkę. Gdy Jacek zorientował się, z czym ma doczynienia, chciał przeszkodzić Pawłowi w ucieczce, lecz nie zauważył w tym momencie prawego sierpowego, który wylądował na jego twarzy. Podróżnik poleciał na Piotrka, który próbował przedostać się przez wąskie wejście i wystrzelić z wyciągniętego już pistoletu.

Paweł mając już Stronta puścił się biegiem do drzwi wyjściowych. Krzysiek kątem oka spojrzał na wystraszoną Klaudię, która ciągle siedziała na kanapie. Nie. Przykro mi, pomyślał. Nie mogę odejść. Paweł spojrzał jeszcze ostatni raz w stronę, gdzie stał Krzysiek, ten nie poruszył się z miejsca. Przez ułamek sekundy, był zły na kolegę, lecz po chwili zaakceptował jego decyzję.

W tym momencie Piotrek wyskoczył z pokoju popychając przy tym Jacka, który wpadł na ścianę. Podniósł swojego Colta, wycelował i bez wahania nacisnął spust. W ostatniej chwili Jacek podbił mu broń do góry zmieniając tym samym tor lotu pocisku, który trafił w ścianę kilka centymetrów od głowy Pawła. Ten jednym ruchem otworzył drzwi wyjściowe i wpadł na korytarz. Drzwi zatrzasnęły się za nim.

Wszyscy to poczuli. Jakby falę energii rozchodzącą się z potężną siłą. Filiżanki znowu zadrżały, Krzyśkowi zrobiło się sucho w gardle, pojawił się niemiły ucisk w żołądku. Piotrek ostrożnie podszedł do drzwi z bronią w gotowości. Rozchylił je delikatnie, a następnie otworzył całkowicie celując Coltem w jakieś miejsce na ścianie. Na korytarzu nikogo nie było. Westchnął ciężko. Zamknął drzwi i podszedł do siedzącego pod ścianą Jacka, który trzymał się za głowę i mruczał coś pod nosem. Kucnął przy nim, kręcąc głową na boki, rzekł z politowaniem:

Obrócił się w stronę Krzyśka, który niemy ze strachu nie mógł zdobyć się na

żaden ruch. Zszokowała go postawa kolegi, który sam, w ten sposób, zapragnął zdecydować o swoim losie. Z jednej strony imponowało mu to, z drugiej przerażało jeszcze bardziej. Podróżnik rozejrzał się ostrożnie po pokoju, a następnie podszedł do Krzyśka, który trząsł się ze zdenerwowania.

****

Silnik samochodu nieznośnie warczał. Jechali dość szybko, zważając na model samochodu i to, że znajdowali się niemalże w centrum miasta. Wiatr, który smagał go po twarzy, sprawiał mu przyjemność. Mógłby pozostać w tym stanie już zawsze, cały czas jechać, lecieć...

Krzysiek był przerażony. To, czego dowiedział się od podróżników, nie dało się

objąć umysłem. Trudno było mu w tym wszystkim się odnaleźć, zwłaszcza po tym jak odszedł Paweł. Teraz jednak zdał sobie sprawę z tego, iż pomysł jego kolegi był zupełnym niewypałem, nie pod względem technicznym, lecz skutków, jakie za sobą niósł. Gdyby tego nie zrobił, kto wie, może byliby już teraz w domu? Ach. Po jaką cholerę wsiadłem wtedy do samochodu ojca i podjechałem do skarpy. Gdyby nie to, nic by się nie wydarzyło. Nie byłoby tych wszystkich problemów, tej zasranej wojny i nie musiałby trząść się każdej nocy, gdy słyszał dziwne odgłosy dobiegające z ulicy.

Zamknął oczy i próbował sobie wszystko poukładać. Co oni mówili? Na początku robili mi uwagi, że przeze mnie i mojego kumpla diabli wzięli ich plan, przypomniał sobie. Później dowiedział się, że przy użyciu jednego ze Strontów Piotrek miał wysłać jego i Pawła do ich własnego czasu. Później mieli już bez nich wymyślić jakiś sposób, aby zapobiec zniszczeniu centrum. To jest nierealne, pomyślał.

Piotrek opowiedział swoją historię, która zdaniem Krzyśka była niezwykle chaotyczna i ciężko było z niej ulepić jakiś konkretny ciąg zdarzeń. Jednak to, co się dowiedział wprawiło go w osłupienie. Kilka dni po wyruszeniu Jacka w przeszłość w celu zdobycia informacji do ich projektu centrum zostało zaatakowane przez nieznanych osobników. Ubrani w ciemnozielone mundury, dysponowali rzeczami będącymi zwykle na wyposażeniu wojskowych sił specjalnych. Jak mówił Piotrek, posługiwali się językiem podobnym do rosyjskiego, lecz trudno było wtedy stwierdzić, z jakiego kraju pochodzą. W ośrodku wybuchła panika.

Skręcili w jedną głównych ulic okalających centrum Krakowa. Podróżnicy rozmawiali o czymś, lecz Krzysiek ich nie słuchał. Umysł zapełniły mu najrozmaitsze myśli, niektóre nawet tak absurdalne, że sam w pewnej chwili przeraził się, że coś takiego przychodziło mu do głowy.

Piotrek wspomniał też o powołaniu Sojuszu, układu militarnego kilku najpotężniejszych wówczas państw zachodnich, który był odpowiedzią na zawarty wcześniej pakt zwany Ligą Syberyjską, w skład, której wchodziły m.in. Rosja, Pakistan, Chiny i Korea. Władze rosyjskie napomniały, iż ich układ miał za zadanie integrację gospodarczą między ich członkami, a nie wywołanie zbrojnego konfliktu, w co nie wierzyły kraje zachodnie. Między Sojuszem i Ligą istniały napięte stosunki, głównie ze względu na konflikty między ich przedstawicielami oraz niemożność w dojściu do porozumienia w sprawie konfliktu izraelsko-syryjskiego będącego wojną na tle religijnym.

Klaudia siedziała obok niego. Nie powiedzieli jej nic, co miałoby związek z podróżami w czasie, gdyż nie mieli pojęcia, że Krzysiek zrobił to za nich. Siedziała, więc wtedy w zamknięciu, aby przez przypadek nie usłyszała, o czym mówią podróżnicy.

Wiadomość o szturmie na centrum dostali od patrolujących teren strażników, którzy ostrzegli personel kilka minut przed atakiem. Niestety było za mało czasu na ewakuację. Pracownicy próbowali się bronić, lecz ich wysiłki spełzły na niczym po dywersji wroga polegającej na wysadzeniu z rakietnic dwóch skrzydeł budynku. Nieprzyjaciel wtargnął do środka i zabił każdego, kto stanął na jego drodze. Zginął cały personel ośrodka. W ostatnich minutach dzięki pomocy tych, którzy pozostali przy życiu, Piotrek został wysłany w przeszłość, aby ostrzec tym samym nieświadomego Jacka. A ten... rusek, który do nich strzelał? Jaką on pełni rolę? Według domysłów Piotrka został on wysłany, aby przeszkodzić w wykonaniu projektu i zlikwidować, teraz, jedynych polskich podróżników. Ktoś bardzo chciał puścić w niepamięć polskie eksperymenty z czasem.

Absurdem był dla Krzyśka cały, wymyślony naprędce, plan ewakuacji z tego czasu i ratowania przyszłości zagrożonej trzecią wojną światową. Nastolatek pamiętał ciągle słowa Jacka, które usłyszał przy ich pierwszym spotkaniu

****

Na końcu ulicy, znajdowały się cztery samochody. Wokół biegali ludzie z walizkami oraz nieliczni żołnierze posiadający karabiny maszynowe. Niektórzy siłą byli wpychani do ciężarówek inni brutalnie pobici leżeli na ziemi bez ruchu.

Usłyszeli pisk opon, gdy Piotrek gwałtownie skręcił kierownicę przy tak dużej

prędkości, jaką jechali. W tej chwili usłyszeli huk wystrzału, który, mimo iż przytłumiony, wyraźnie odróżniał się od dźwięków, które dochodziły do nich z głębi ulicy. Piotrek stracił panowanie nad samochodem i pomimo jego wysiłków maszyna wpadła w poślizg i obróciła się bokiem do uliczki, w którą zamierzali wjechać.. W tej samej sekundzie coś z impetem uderzyło w bok samochodu. Siła była tak duża, iż prawa strona auta została dosłownie uniesiona w powietrze. Wrzaski i przekleństwa podróżników na nic się zdały, gdy samochód runął na przeciwległy bok. Wszyscy znajdujący się w środku wypadli na drogę. Przestraszony kierowca, który w nich uderzył wybiegł pospiesznie z samochodu z zamiarem udzielenia pomocy poszkodowanym. Gdy spostrzegł podróżników i Piotrka leżącego na wznak z pistoletem nieopodal wykrzyknął kilka niezrozumiałych słów po niemiecku, po czym wyjął własną broń. Nie zdążył jednak oddać strzału, gdy padł na ziemię w dziurą w klatce piersiowej. Jacek zabezpieczył broń, po czym szturchnął Piotrka, który był oszołomiony.

Krzysiek potłuczony wstał o własnych siłach, pomógł podnieść się Klaudii, po czym

widząc, że podróżnicy biegną w kierunku ciasnej uliczki podążył szybko za nimi.

Jednym kopnięciem wysadził rozpadające się drzwi. Wbiegli do nieużywanej klatki

schodowej. Droga na wyższe piętra zagrodzona była kratami zamocowanymi na zawiasach i zablokowanymi kłódką. Piotrek nerwowo rozglądał się na boki, lecz nie mógł dojrzeć żadnego wyjścia z tej sytuacji.

Słyszeli za sobą krzyki niemieckich żołnierzy. Dostali się na ostatnie piętro. Nikt nie

był w stanie powiedzieć które. Piotrek wskoczył na poręcz i próbował otworzyć klapę w suficie. Bez skutku.

Przebiegli przez przedpokój i niewielki salon mijając przestraszonych domowników.

Pobiegli wzdłuż ściany omijając pierwsze dwa mieszkania. Wchodząc do

kolejnego zdziwili się niezmiernie widząc rozłożone na podłodze niemieckie swastyki i kilku żołnierzy niemieckich w mundurach wehrmachtu stąpających po czerwonawym dywanie. Na widok podróżników zesztywnieli, lecz w następnej sekundzie już trzymali załadowane karabiny wycelowane w ich stronę. Podróżnicy mimowolnie musieli poddać się swojemu przeciwnikowi. Nigdy jednak nie pomyśleliby, że zostaną pochwyceni przez swoich. Jeden z nich ruchem karabinu wskazywał, aby weszli do środka.

Jacek był już na dole, gdy zauważył przed drzwiami prowadzącymi na ulicę jakiegoś

człowieka. Gdy zorientował się kim jest, było już za późno. Usłyszał wypowiedziane z niemiecki akcentem: „Was ist los? Hande hoch!” Nie zdążył wypalić z karabinu, gdyż Jacek rzucił się na niego przygniatając do ściany. Krzysiek podbiegł do walczących i wyrwał przeciwnikowi karabin maszynowy, po czym jednym uderzeniem kolby pozbawił go przytomności. Nadbiegł Piotrek, cały blady i wystraszony. Na jego twarzy malowała się nuta zaniepokojenia. W tej chwili usłyszeli dziwny dźwięk, który przywodził na myśl upadający z wysoka kamień. Zobaczyli pod nogami mały przedmiot w kształcie przypominającym jajko.

Wszyscy rzucili się do ucieczki przez ciasne drzwi wyjściowe. Jako ostatni na ulicę

wybiegł Jacek, tuż za Klaudią. W tej chwili nastąpił wybuch. Pomimo, iż nastąpił w klatce schodowej, uderzenie było dostatecznie silne, aby ogłuszyć wszystkich znajdujących się na ulicy. Szyby w okolicznych domach z trzaskiem rozleciały się na kawałki rozsypując się po ulicy. Wszyscy upadli na ziemię.

Wybuch zaalarmował posterunek niemieckich żołnierzy znajdujący się kilkaset metrów od miejsca zdarzenia. Krzysiek leżał nieprzytomny, lecz gdy ktoś szarpnął go za ramię, a następnie zaczął ciągnąć po asfalcie odzyskał przytomność i chciał się wyrwać. Nieznajomy wprowadził go do klatki schodowej. Nastolatek ocknął się, po czym odetchnął z ulgą, gdy zauważył, że wciąż jest pośród swoich. Po chwili z przerażeniem stwierdził, że jednej osoby brakuje. Do miejsca wybuchu podjechał patrol niemiecki. Krzysiek spojrzał przez szybę w drzwiach. Jeden z Niemców podszedł do leżącej na drodze dziewczyny, po czym stwierdzając, że ciągle żyje, podniósł ją bez zbędnej delikatności. Klaudia była półprzytomna, dlatego nie protestowała zbytnio, gdy tamci wpychali ja do samochodu.

Klaudia siedziała już wtedy w samochodzie. Po tym jak ostatni z Niemców wszedł do

środka kierowca odjechał zostawiając zrozpaczonego Krzyśka i dwóch podróżników, którzy wyraźnie odetchnęli z ulgą.

****

****

Krzysiek powoli wychylił się zza rogu kamienicy i odetchnął. Na szczęście przejeżdżający patrol skręcił w przeciwną uliczkę, inaczej byłoby już po nim. Broń trzymał w gotowości, na wszelki wypadek. Podszedł powoli do olbrzymich wrót wiodących ku portierni posterunku gestapo. Drzwi były nieco uchylone do tego stopnia, iż bez problemu zajrzał do środka. W przestronnym pokoju znajdowało się jedno długie biurko, przy którym siedział jeden z Niemców. Poza nim nie był nikogo. W pokoju znajdowało się troje drzwi. Jedno z nich na pewno musi prowadzić do Klaudii, pomyślał Krzysiek i nie zastanawiając się dłużej porwał się na swój szalony plan.

Niemiec nie zauważył nastolatka nawet gdy ten ostrożnie wtargnął na portiernię trzymając jedną rękę za plecami. Dopiero gdy stanął naprzeciw niego zauważył, iż nie jest sam, lecz widząc z kim ma doczynienia mimowolnie uśmiechnął się wymawiając przy tym kilka niezrozumiałych zdań po niemiecku. Niemiec pomyślał w jaki sposób ukarać małego polaczka, który nie stosuje się do przepisów wydanych przez jego przełożonych.

Jego wyraz twarzy uległ diametralnej zmianie, gdy chłopiec podniósł swojego Desert Eagle'a i wycelował prosto w niego. Na początku wyglądał jakby nie mógł się czemuś nadziwić i uważał, że to jakiś ponury dowcip zgotowali mu koledzy z posterunku chcąc zobaczyć jak się zachowa w tej sytuacji. Tymczasem Krzysiek widząc, że pierwszy szok mija przeładował szybko broń i ruchem lufy wskazał Niemcowi, aby wyszedł zza biurka z rękami w górze. Położył też palec na ustach, aby tamten mógł zrozumieć jego intencje.

Kazał mu podejść powoli do wrót i odwrócić się twarzą w ich stronę. Wciąż niedowierzając własnym oczom spełnił posłusznie rozkaz. Gdy stał już na miejscu, otrzymał najsilniejszy cios w kark kolbą pistoletu na jaki było Krzyśka stać. Niemiec pomrukując osunął się na ziemię. Nastolatek z uczuciem satysfakcji uśmiechnął się do leżącego bez przytomności przeciwnika.

Podszedł do pierwszych z brzegu drzwi. Serce waliło mu w piersi niczym oszalałe. Wciąż zadawał sobie pytanie czy jego postępowanie jest słuszne w tej sytuacji. Tak, do cholery, jest!

Przekręcił klamkę i popchnął drzwi, które otworzyły się z dźwiękiem skrzypiących zawiasów. W środku było ciemno jak w jaskini, nie docierało tam żadne światło. Rozejrzał się po wnętrzu i dopiero wtedy zrozumiał, że to nie ten pokój, w którym przetrzymują Klaudię, ale coś na wzór... magazynu. Wychodząc katem oka dostrzegł jakiś błyszczący przedmiot. Włączył światło rozjaśniając ponure pomieszczeni wypełnione niemal po brzegi kartonowymi pudłami. Na jednym z takich szczelnie zabezpieczonych pakunków leżał karabin. Nie posiadał magazynka, lecz po kilku chwilach poszukiwań Krzysiek odnalazł zgubę i z niemałą trudnością połączył oba przedmioty i przeładował. Stwierdził, że strzelając seriami, będzie miał większe szanse na przeżycie jeśli spotka się z nasilonym oporem wobec planu jaki przedsięwziął.

Przeszedł do kolejnych drzwi i tym razem uchylił je nieznacznie zaglądając do środka. Ujrzał tonący w mroku korytarz z dużą ilością pokoi, do których dostęp był całkowicie wolny, lub zablokowany przez zamknięte od wewnątrz drzwi. Do jego uszu dobiegł gruby, męski głos, po chwili następny i następny. W końcu wszystkie wybuchły razem w zbiorowym chichocie. Zaraz po nich usłyszał krzyk niepodobny do pozostałych. Dochodził z końca korytarza. Wyglądało to na wrzask bólu, lub coś do niego zbliżonego. W każdym razie głos ten należał bez wątpienia do kobiety. Krzyśkowi serce zabiło mocniej. A więc nie przyszedłem tu nadaremno, pomyślał.

Szedł wzdłuż ściany, aż napotkał wejście do jednego z obszerniejszych pomieszczeń. Zajrzał dyskretnie do wnętrza. Zauważył tam czterech niemieckich policjantów siedzących przy okrągłym stole, na którym stały dwie puste butelki po jakimś mocniejszym napoju oraz mała kupka kart. Niemcy wykrzykiwali co jakiś czas niezrozumiałe dla nastolatka zdania. Ten przywarł do ściany i zaczął zastanawiać się co powinien dalej zrobić. Sprawdził czy karabin jest odbezpieczony oraz czy dobrze włożył magazynek. Każda sekunda była na wagę złota. Musi jak najszybciej dostać się na drugi koniec, lecz nie może tak po prostu przebiec bo zostanie zauważony i nici z zaskoczenia. Co robić, co robić?! Myślał gorączkowo, choć miał w głowie niesamowity mętlik. Wzajemnie sprzeczne myśli pojawiały się i natychmiast znikały pozostawiając wrażenie chaosu i niezdecydowania. Nie wiedział w tej chwili co wybrać: wrócić się i spróbować innej drogi, czy może przebiec licząc na złudne szczęście. Albo też...

Jeden z Niemców sięgnął do kart, które trzymał w ręce i rzucił króla na stół co wywołało okrzyk zażenowania wśród grających. W tym momencie do pokoju wkroczył Krzysiek z wycelowanym w ich stronę karabinem mówiąc dziarskim tonem: „Hande hoch łajzy!”. Natychmiast wszyscy poderwali się do góry, lecz nie wiedząc co czynić zastygli w bezruchu z niemymi uśmiechami na ustach i niedowierzaniem malującym się na twarzy. Jeden z nich próbował dyskretnie wyciągnąć jakiś przedmiot schowany za paskiem, lecz został uprzedzony przez Krzyśka, który celując w niego dał mu do zrozumienia, że jego bohaterski czyn na nic się zda w tym momencie. Do chłopca podszedł jeden z policjantów wymawiając niezrozumiałe formułki po niemiecku wykonując przy tym dziwne gesty rękami, prawdopodobnie chcąc załagodzić sytuację jaka zapanowała. Ty mnie zagadasz, a tamten wyciągnie pistolet, pomyślał Krzysiek. I wtedy się zaczęło.

Szybkim uderzeniem kolby w twarz powalił przeciwnika na ziemię. Naraz wszyscy rzucili się na chłopca próbując go obezwładnić. Krzysiek uchylił się przed sierpowym tęgiego mężczyzny, po czym natychmiast wypalił z karabinu. Niemiec padł nieżywy na podłogę znacząc miejsce powiększającą się plamą krwi. Drugi przeciwnik popchnął go na ścianę ograniczając tym samym jego ruchy. Krzyczał coś do stojącego za stołem kolegi, który machinalnie wyjął z kabury Parabellum. Krzysiek poczuł duży przypływ adrenaliny do krwi. Od śmierci dzieliło go raptem kilka sekund, które potrzebne są Niemcowi na przeładowanie pistoletu. Serce zabiło mu mocniej. Jego przeciwnik wciąż trzymał za lufę karabinu, dzięki czemu odsłonił się na bezpośrednie uderzenie. Cios kolanem w żebra osłabił nieco jego zapał. Kaszląc rozluźnił uchwyt i pozwolił Krzyśkowi wycelować i oddać kilka ostatnich strzałów. Trzeci z Niemców padł. W tym momencie chłopiec dostał ripostę w okolice żołądka, co sprawiło, że zgiął się wpół i upadł na ziemię. Niemiec wyrwał mu karabin i próbował złapać oddech. Krzysiek leżał teraz na podłodze mając nakierowany na siebie karabin, z którego jeszcze przed chwilą uśmiercił dwóch kolegów stojącego ponad nim Niemca. Ten rozglądał się po pokoju z przerażeniem i frustracją w oczach. Jak to mogło się stać, że jakiś przypadkowy dzieciak zabił trzy osoby będące po szkoleniu wojskowym, rozmyślał. Nagle tknęła go pewna myśl, aby zakończyć to jak najszybciej, nawet jeśli ten chłopiec należy do polskiego podziemia i ewentualnie można by coś z niego wyciągnąć.

Krzysiek poczuł jak przechodzą go ciarki. A jeśli się pomylił? Teraz nie zdąży tego zrobić. Choć z zewnątrz próbował wyglądać na spokojnego, wewnątrz czuł przerażenie. Chciał nawet w ostatniej chwili swojego życia pomodlić się za swoją duszę, lecz nie miał już niestety okazji. Niemiec wypowiedział jakieś słowo po niemiecku, po czym nacisnął spust. Krzysiek zamknął oczy i napiął wszystkie mięśnie czekając na najgorsze. Rozległo się ciche stuknięcie, a potem drugie i trzecie. Magazynek był pusty. Niemiec z niedowierzaniem przeklął po niemiecku. W tym momencie Krzysiek wyjął szybko zza paska swój pistolet i celując w oniemiałego ze zdziwienia Niemca powiedział jedynie: „Pierdol się skurwysynu!”, po czym strzelił prosto w pierś przeciwnika, który pod wpływem pocisku uderzył o ścianę i padł martwy na podłogę.

Cały drżąc powoli podniósł się z ziemi, lecz nie mógł ustać o własnych siłach. Próbował uspokoić się po tym, co tu zaszło. Sam nie mógł uwierzyć temu co zrobił. Jak wrócę do swojego czasu, to napiszę książkę, postanowił. Podpierając się o ścianę wstał, po chwili uspokoił się i wyszedł z pomieszczenia. Po tym co się stało, zaczęło mu być już wszystko jedno. Widząc śmierć z bliska, co więcej zadając ją własnoręcznie i bez litości zmianie uległo podejście Krzyśka do otoczenia. Odczuwał dziwny spokój, choć nie był w tym miejscu w ogóle bezpieczny. Na każdym kroku mogło czaić się niebezpieczeństwo i szczęście nie zawsze będzie mu dopisywać tak jak chwilę temu, ale teraz jest mu już wszystko jedno.

****

Podwładny zasalutował, po czym otworzył drzwi i wyszedł na korytarz. Choć stał

bokiem do siedzącej w głębi pokoju Klaudii, ta zauważyła malujące się na jego twarzy przerażenie i niemrawe ruchy, którymi próbował załadować broń. W tej samej sekundzie jego głowa odchyliła się do tyłu, a pocisk, który to spowodował przebił czaszkę i wyleciał z drugiej strony. Ciało asystenta osunęło się na ścianę znacząc ją czerwonymi smugami.

Przerażenie ogarnęło komendanta, który nieświadomy z czającego się niebezpieczeństwa poczuł lęk, gdy zobaczył stojącego w progu chłopca z pistoletem kalibru Magnum, którego oczywiście nie mógł rozpoznać. Krzysiek wycelował i bez ogródek nacisnął spust. Niestety na jego nieszczęście, jeden z Niemców, którego uderzył wcześniej kolbą od karabinu oprzytomniał i rzucił się na niego dokładnie w tym momencie gdy oddawał strzał. Kula trafiła w ścianę, kilkanaście centymetrów od głowy komendanta. Nastąpiła szamotanina.

Przełożony posterunku, na który napadł Krzysiek z przerażeniem podbiegł do drzwi i zamknął je na klucz. Następnie podbiegł do stojącej naprzeciw biurka szafy i próbował znaleźć w niej karabin, którego sam kiedyś tam umieścił na wszelki wypadek. Wyciągnął broń, lecz okazało się, że nie było magazynka. Zrozpaczony wyrzucił na podłogę wszystko co było w szafie. W tej chwili ucichły odgłosy szamotaniny. Chwilę po tym rozległy się dwa potężne huknięcia. Pociski przeszły na wylot przez drzwi uszkadzając poważnie zamek i klamkę. Przy trzecim drzwi otworzyły się na oścież o mało nie wylatując z zawiasów. Do pomieszczeni wpadł Krzysiek z wściekłością w oczach. Komendant stał jak wryty nie rozumiejąc co się wokół niego dzieje. Strzał w głowę poprzedziły wypowiedziane z nienawiścią słowa: „To, za Klaudię jebańcu!”. Kula rozerwała czaszkę wylatując z drugiej strony i pozostawiając duży otwór na czole, z którego zaczęła sączyć się krew. Ciało komendanta wpadło do szafy, a ręka opadła kilka centymetrów od leżącego na podłodze magazynka.

Krzysiek westchnął ciężko, po czym spojrzał smutno na Klaudię. Przez chwilę wydawało się, że zamiast ja uwolnić zrobi z nią to samo co z leżącym na ziemi Niemcem. Jednak tylko przez chwilę. Odwiązał jej spętane ręce i powiedział cicho:

Zupełnym zaskoczeniem dla niego był fakt, ze w drzwiach stanął uzbrojony w

Parabellum portier. Krzysiek nie zdążył zareagować, pistolet tamtego był już nabity i gotowy do strzału.

W tym momencie on również poległ. Zupełnie jakby jakaś tajemnicza siła uśmiercała wszystkich, którzy znajdowali się w otoczeniu nastolatka. Po chwili usłyszeli tupot nóg i do pokoju wkroczył Piotrek z niemieckim pistoletem w ręku, a tuż za nim jego kolega. Krzysiek odetchnął z ulgą.

W Krzyśka wstąpiła wściekłość. Romans? Chcą ją zabić? To jest ta idea ochrony

ludzkiego życia za wszelką cenę? To, co oni powiedzieli brzmiało jak wyrok godny nazistowskiego generała, przemknęło mu przez myśl. Niedoczekanie wasze, za bardzo przyzwyczaiłem się do tego pistoletu, żebyście mi go zabierali. W tej chwili przestał myśleć racjonalnie. Nigdy wcześniej nie zdawał sobie sprawy z tego, że byłby zdolny do czegoś takiego.

Piotrek nie zwracając większej uwagi na nieszkodliwego nastolatka nie zauważył jak jednym ruchem wytrącił mu z dłoni Parabellum i natychmiast namierzył go ze swojej broni. Piotrek zdezorientowany cofnął się machinalnie podnosząc ręce do góry. Wśród podróżników zapadło dziwne milczenie. Nie byli w stanie powiedzieć cokolwiek w tej sytuacji. Czuli się nieswojo mając świadomość wycelowanego w siebie Deserta oraz stojącego przed nimi chłopca, który ośmielał się zbuntować.

Po tych słowach chwycił ją za rękę wybiegł z pomieszczenia zabierając

Perabellum, które leżało na ziemi, gdyż świadom był tego, iż Piotrek był nie lada strzelcem i teraz bez wahania mógłby pozbawić go życia, choćby ze starego, niemieckiego pistoletu. Wybiegli z budynku i natychmiast skręcili w boczną uliczkę. Nie interesowało go, dokąd zmierzają, oby znaleźli się jak najdalej od tamtych. Na pewno nas będą szukać, pomyślał, nie jestem stąd, za dużo wiem i będą myśleli, że zmienię dzięki tej wiedzy przyszłość. Tak naprawdę czuł, że to co zrobił było niewyobrażalnym błędem. Nie zastanowił się nawet przez chwilę jakie konsekwencje spowodowała jego decyzja. Za jednym zamachem stracił możliwość powrotu do własnego czasu oraz zyskał miano uciekiniera, burzyciela porządku, który nie potrafi się przystosować. Pewnym było, że działał pod wpływem impulsu, a w tym stanie nie zwraca się uwagi na konsekwencje działań, lecz stawia na doraźne rozwiązania. Co ja teraz zrobię, myślał nie zwalniając kroku. Mam dopiero szesnaście lat, jak ja sobie poradzę w tym świecie?

Wbiegł na dziedziniec jednej z wielu wolnostojących kamienic, które zapewniły mu niejaką ochronę przed ścigającymi go podróżnikami, których teraz powinien nazwać „strażnikami czasu”. Byli już bezpieczni.

Oparł się o mur, lecz nie chcąc używać gwałtownych ruchów osunął się powoli do pozycji siedzącej. Zakrył twarz dłońmi i siedział tak w milczeniu. Co jakiś czas wydawał z siebie cichy odgłos podobny do przytłumionego skomlenia. Dziewczyna przypatrywała mu się z uwagą i widząc nastolatka w takim stanie dopiero teraz zdała sobie sprawę, że mówił prawdę. Pomyliła się w stosunku do niego i na samą myśl o tym zrobiło jej się głupio. Podeszła bliżej i kucnęła przy nim, lecz nie zwrócił na nią uwagi. Podniósł głowę dopiero wtedy, gdy poczuł, że usiadła obok niego i położyła głowę na jego ramieniu. W pierwszej chwili chciał jej wygarnąć, powiedzieć co w tej sytuacji o niej myśli. Nawet był skłonny napomnieć, że ta cały ten bałagan zrodził się z jej winy, a on w każdej chwili może ją tu zostawić i uciec. Po chwili zastanowił się. Tylko dokąd uciec? Tak naprawdę nie miał nic przeciwko temu, że siedziała obok. Posiedzi, znudzi jej się i pójdzie. A może... Może ona... Nie. Stanowczo mało prawdopodobne, żeby się w nim bujnęła. Co tu się dzieje, pomyślał.

Trwało to minutę, dwie, dziesięć. Po jakimś czasie poukładał sobie różne sprawy, lecz mimo wszystko nie znalazł wyjścia z tej podbramkowej sytuacji. Co teraz? Tymczasowo są bezpieczni, ale co powinni teraz zrobić? Krzysiek czytał dużo literatury science-fiction, w której opisane jest multum przypadków podróży bohaterów w czasie, którzy mają różne niesamowite przygody, lecz nijak się to ma do ich teraźniejszej sytuacji. Jedna z ważniejszych rzeczy, które sobie w tej chwili przypominał był fakt, iż bohaterowie takich książek zwykle starali się nie zmieniać rzeczywistości w przeszłości, aby ich przyszłość na tym nie ucierpiała, zupełnie tak jak on na początku... A może by tak? Zresztą, co mu zależy? Tak czy owak nie wróci już do swojego czasu więc może zmieniać rzeczywistość jak tylko mu się podoba. W dodatku ma informacje, które być może jakoś mu w tym pomogą. Teraz książka z historii byłaby jak najbardziej na miejscu. Ech, wystarczy to co wiem, pomyślał.

Sprawdził stan amunicji do Desert Eagle'a i z przykrością musiał stwierdzić, iż w pistolecie zostały praktycznie tylko cztery naboje. Przykrą sprawą był również fakt zgubienia zapasowego magazynka, który jakimś cudem wypadł mu z kieszeni w spodniach. Wojny nie będę mógł prowadzić, pomyślał z ironią.

Spojrzał na Klaudię, która wciąż opierała na nim głowę. Ale co z nią zrobić? Teraz porzucenie jej byłoby zbrodnią. Zresztą za daleko to zaszło. Nawet jeśli się nie bujnęła, to fakt, iż pomógł jej w tej zapadłej wsi, nie był bez znaczenia. W pewnym momencie z jego strony też chyba coś było. Objął ją ramieniem co wyraźnie wykorzystała przysuwając się bliżej. Ich oczy spotkały się na dłuższą chwilę. Zobaczył w jej oczach ten sam blask co wtedy, na wsi. Właśnie to po części zniewoliło go w tym świecie. W przyszłości nikt na niego nie czekał, a tu mógł odnaleźć coś czego tam nie udało mu się doświadczyć. Zresztą niewiele osób obchodził jego los. Mógł teraz zacząć wszystko od nowa.

****

****

Odgłos kroków nasilał się z każdą sekundą. Było ich sześciu może więcej, tego nie był pewny, gdyż wpadli do mieszkania partyzantów niemalże w jednej chwili. Po krótkiej konsternacji Polaków usłyszał strzały. Nie było ich mało, wyglądało to raczej na cała serię. Partyzanci nie mieli większych szans, choć będąc świadomym bitności narodu polskiego mógł przypuszczać, że bronili się dzielnie. Obserwacja przez judasza dawała niejakie poczucie bezpieczeństwa, choć ciągle jeszcze mogła wystąpić sytuacja, w której Niemcy dokonają rewizji w sąsiednich mieszkaniach, a wtedy natrafią również na niego - zbuntowanego podróżnika w czasie.

Nastała chwila milczenia. Klaudia była przy nim przez cały czas. Słysząc jęki dochodzące z mieszkania Polaków mocniej wtuliła się w jego ramię. Musiał przyznać, że los podkładał mu kłody pod nogi, gdyż skąd mógł przypuszczać, że akurat w tym dniu, gdy chciał porozumieć się z partyzantami Gestapo zrobi nalot na ich dom. Ktoś zakapował, to pewne.

Po kilkunastu minutach funkcjonariusze w asyście czarnych płaszczów wyszli ze zdewastowanego mieszkania prowadząc na uwięzi dwóch pozostałych przy życiu Polaków. Jakie to szczęście, że drzwi do mieszkania obok były otwarte, a jego właścicielka nie protestowała, gdy zobaczyła pistolet w ręce Krzyśka. Konwój zamykało dwóch policjantów uzbrojonych w karabiny maszynowe. Nie mam szans im pomóc, pomyślał.

Odczekał jeszcze kilka chwil dopóki Niemcy nie odjechali spod kamienicy i dopiero wtedy zdecydował się opuścić kryjówkę. Wiedział, że nie ma wiele czasu zanim przyjedzie tu ktoś, kto posprząta po ich kolegach. Przekroczył wyrwane z zawiasów drzwi do mieszkania partyzantów. Od razu uderzył w niego zapach siarki i czegoś, czego nie wyczuwał dotąd w takim natężeniu. Spojrzał na ścianę naprzeciw - wielka plama krwi. Skrzywił się na sam widok.

Przeszedł przez coś, co można by nazwać przedpokojem, lecz walające się wszędzie części umeblowania oraz podziurawione ściany utrudniały identyfikację. Roztrzaskane okna, powywracane szafy, pościel na podłodze, fruwające w powietrzu kartki papieru. Rozbite lustro, siedem lat nieszczęścia, pomyślał. Jego uwagę przykuły trzy ciała leżące w dużym pokoju. Poczuł się nieswojo, choć nie mógł powiedzieć dlaczego. Śmierć Niemców nie wywoływała u niego takiej reakcji jak widok zabitych Polaków. Westchnął ciężko. W tym momencie jego wzrok wychwycił minimalny ruch. Natychmiast poczuł przypływ adrenaliny. Doskoczył do leżącego na podłodze partyzanta i najwolniej jak tylko w tym momencie potrafił przewrócił go na plecy. Twarz rannego wykrzywił grymas bólu. Spróbował coś powiedzieć, lecz tylko zbryzgał brodę czerwoną posoką. Popatrzył na Krzyśka nieobecnym wzrokiem. Wydawało mu się, że partyzant go rozpoznał. Nastolatek zobaczył wielką czerwoną plamę na jego koszuli w okolicy brzucha. Podniósł mu głowę i oparł na poskładanej pościeli, którą podała mu Klaudia.

Nastolatka zemdliło. Nigdy do tej pory nie widział jeszcze takiej śmierci. Zadrżał

pod wpływem spoglądającego w jego kierunku zmarłego. Ktoś dotknął jego ramienia. Wrzasnął i odwrócił się do sprawcy z zamiarem uderzenia go pięścią. Klaudia zasłoniła twarz rękoma obawiając się lecącego w jej kierunku ciosu. Krzysiek natychmiast się opanował.

Co on miał na myśli? Szafa, podłoga. Szafa leży na podłodze. Spróbował zobaczyć

co znajduje się pod nią, lecz dostrzegł tylko potrzaskane zestawy porcelany, jakieś książki oraz rozbitą butelkę po winie. Spróbował podnieść i przewrócić szafę na bok, lecz nie miał na tyle siły. Do głowy przyszła mu myśl, że lada chwila ktoś może tu wejść i go nakryć na plądrowaniu mieszkania. Serce waliło mu jak oszalałe. Obszedł szafę dookoła, spróbował zanurkować pod nią. Nic. Niczego nie znalazł. Może to były zwykłe majaki umierającego? Spojrzał na Klaudię, która kucnęła w miejscu, gdzie wcześniej stał owy mebel. Przez umysł przeleciała mu błyskotliwa myśl. Szafa... pod... pod szafą. Tam jeszcze nie zaglądał. Klaudia zrobiła miejsce Krzyśkowi ciągle przypatrując się jego działaniom.

Pod szafą, pod szafą, powtarzał nastolatek. Ujrzał mały prostokąt budujący parkiet, który wyróżniał się nieco innym odcieniem niż reszta podłogi. Od razu zrozumiał, o co chodzi. Podwadził płytkę jednym ruchem, po czym uśmiechnął się z własnej domyślności. Pod nią znajdowała się mała skrytka, w której o dziwo leżały dwa Desert Eagle, które wcześniej zostały odebrane Jackowi i jego kompanowi. To się nazywa fart, pomyślał. Skoro są pistolety, to muszą mieć też magazynki. Po chwili miał już dwa zapasowe, które schował tak by ich przypadkowo nie zgubić. Teraz można bawić się w ratowanie tamtych dwóch, pomyślał. Na wojnę!

W tej samej chwili usłyszał odgłosy rozmowy dochodzące z ulicy. Serce znów zaczęło mu bić szybciej. Ostrożnie podszedł do okna i przeklął w duchu życie za to, że jest takie niesprawiedliwe. Do kamienicy wchodziło dwóch niemieckich funkcjonariuszy, którzy najwyraźniej zapomnieli czegoś zabrać ze zrujnowanego mieszkania. Po chwili byli już na klatce schodowej. Powrót do mieszkania tamtej kobiety mijał się w tej chwili z celem. Więc co robić? Położyć się i udawać martwego? W sumie dobry pomysł, nie biorąc pod uwagę, że Klaudia była razem z nim. Zakrył pospiesznie schowek z Desertami i przeładował swój pistolet.

****

Niemieccy funkcjonariusze przeszli przez próg i udali się do pokoju. Obaj posiadali odbezpieczone karabiny. Krzysiek z łatwością słyszał ich rozmowę, i gdyby choć trochę znał język mógłby cokolwiek zrozumieć z tego nazistowskiego bełkotu. Jeden z tamtych miał basowy głos, trochę przepity i dość natarczywy, niemalże krzyczał na swojego towarzysza. Zwykła menda, pomyślał Krzysiek. Drugi był mniej wygadany i jakoby bardziej skupiał się na wykonanej pracy niż na zabawianiu rozmową swojego kompana. Nastolatek ostrożnie uchylił drzwi toalety modląc się w duchu, aby nie zaskrzypiały. Na jego szczęście nic takiego nie nastąpiło. Dodatkowo miał taką przewagę, iż słowotok Niemca-mendy zdawał się nie mieć końca, co niejako tłumiło odgłosy stąpania po podłodze.

Przeszedł ostrożnie przez przedpokój omijając wszystko, co mogłoby przy nastąpnięciu wywołać niechciany dźwięk alarmujący Niemców o jego obecności. Klaudia stąpała tuż za nim. Obawiał się również, że dziewczyna mogłaby popełnić jakikolwiek mały błąd, który zdradziłby ich obecność, choć on sam nic by nie zawinił. Niezauważeni przeszli przez próg i znaleźli się na klatce. Krzysiek odetchnął z ulgą. Złapał dziewczynę natychmiast za ramię widząc, iż próbuje zejść schodami.

Krzysiek zauważył drzwi na dach w postaci odchylających się krat zamkniętych na

Kłódkę. Przypatrzył się bliżej i stwierdził w duchu, iż szczęście ciągle mu dopisuje. Ostrożnie zdjął niedomkniętą kłódkę, po czym błagał w duchu, aby dozorca naoliwił wcześniej zawiasy. Nadzieja matką głupich! Drzwi zaskrzypiały na tyle przeciągle i głośno, aby zbudzić nieboszczyków, a na pewno na tyle, aby zaalarmować znajdujących się w mieszkaniu Niemców. Krzysiek zaklął głośno, po czym otwierając drzwi szarpnął Klaudię za rękę zmuszając do biegu na dach.

Jeden z Niemców stanął w progu i oddał kilka strzałów z karabinu. Kule minęły ich dosłownie o centymetry. Krzysiek nie chciał być dłużny. Po wyjęciu swojej broni strzelił kilkakrotnie zmuszając przeciwników do ukrycia się i wstrzymania chwilowo pogoni. Kurwa, wiedziałem, że tak będzie, pomyślał Krzysiek. Dobiegł do miejsca gdzie na dach prowadziła już tylko drabina kończąca się masywnym włazem. Wskoczył po poręczy na drabinkę, wspiął się do góry i z całych sił naparł na żelazną pokrywę. Ta dopiero po chwili, która zdawała się być dla nastolatka wiecznością, ustąpiła. Pracując nad otwarciem przejścia nie zdążył chwycić się drabinki, przez co po otwarciu włazu spadł z powrotem na klatkę schodową. Nie zdążył nawet pomyśleć o bólu, który poczuł, gdyż widząc niebezpieczeństwo natychmiast krzyknął:

Pociski wystrzelone przez Niemców wbiły się w ścianę w miejscu, gdzie tuż przed chwilą znajdowała się głowa dziewczyny. Wystrzał z Deserta, który nastąpił zaraz po tym zdziwił nieco napastników, którzy wyraźnie nie spodziewali się tak szybkiego kontrataku. Jeden z nich został trafiony w bark z taką siłą, iż pod wpływem wystrzału uderzył plecami o ścianę. Drugi cofnął się mimowolnie, co dało Krzyśkowi odrobinę czasu.

Będąc już we względnie bezpiecznym miejscu nieoczekiwanie upadł na przykryty papą dach i zakrywając twarz dłońmi zaczął się śmiać. Bezstronny obserwator mógłby teraz przypuścić, iż nastolatek ten oszalał, lub był bliski temu stanowi, lecz nie taka była przyczyna tego śmiechu. Te wszystkie zdarzenia i sytuacje, w których brali udział były prawie absurdalne. Nigdy do końca nie był pewien swoich decyzji, co więcej, częściej wątpił, że uda mu się przetrwać, choćby chwilę temu, gdy te przeklęte drzwi zdradziły ich obecność. A jednak się udało. To niesamowite, pomyślał. Udaje mu się przeżyć w sposób, w jaki nie powstydziłby się nawet Rambo czy Mc Gyver. Gdy z tego wyjdę, pomyślał, koniecznie będę musiał napisać książkę.

Najwidoczniej wizja postrzelenia przez zuchwałego nastolatka nie spodobała się jednemu z Niemców, gdyż chwilę potem usłyszeli odgłos wystrzałów, a na płaskiej powierzchni włazu pojawiło się w jednym momencie kilkanaście uwypukleń po pociskach. Krzysiek poderwał się na równe nogi. Spostrzegł Klaudię siedzącą na dachu z podkurczonymi nogami, wyglądała jakby życie przestało ją już interesować i była gotowa przyjąć to, co nastąpi, ale nie Krzysiek. To nie w jego stylu. Rozejrzał się dookoła. Do dalszego działania dopingowały go okrzyki Niemców, którzy najwyraźniej nie zaprzestali pościgu. Na dachu dużo niższego budynku przystającego do ich kamienicy znajdował się kolejny właz, do którego musieli zejść po drabince przymocowanej do ściany.

Czas spojrzeć przyszłości w twarz, pomyślał. Koniec podchodów!

****

Tymczasem nieznajomy wyjął w ułamku sekundy pistolet wielkości ich własnego. Wyglądał nieco futurystycznie, lecz jeśli wierzyć słowom Przemysława miał do tego całkowite prawo. Jacek był zdumiony szybkością ruchów tego niepozornego z wyglądu człowieka, który teraz popchnął ich ręką zmuszając do ustąpienia z drogi. Szybko wycelował i bez wahania nacisnął spust.

****

Właz prowadził do olbrzymiej hali całkowicie zagraconej przez maszyny, których zastosowanie było Krzyśkowi zupełnie nieznane. Ostrożnie zeskoczył z drabinki na galeryjkę znajdującą się dobrych kilka metrów nad podłogą. Pomógł zejść Klaudii, która miała z tym, nie wiedzieć dlaczego, wyraźny problem. Aura półmroku panująca wewnątrz sprawiła, iż wchodząc na halę musiał odczekać krótką chwilę, gdyż w pierwszej momencie nie mógł nawet dostrzec podłogi. Z czasem było coraz lepiej.

Przechodząc powoli galeryjką starali się iść jak najciszej jednocześnie uważnie nasłuchując jakichkolwiek podejrzanych dźwięków. Mimo, iż z początku nic nie słyszeli, przechodząc jednak przez wąski korytarzyk wiodący do drugiej hali, równie wielkiej, co poprzednia, zaczął dochodzić do nich odgłos czyjejś rozmowy.

Przystanęli na chwilę zastanawiając się czy kontynuować swoją podróż, czy też zawrócić i wybrać inną drogę. Krzysiek podszedł do końca korytarza. Zauważył, iż galeryjka zakręcała pod kątem prostym i dalej biegła tuż przy ścianie. Dlaczego tu nie ma okien, ani lamp, czemu tu jest tak ciemno, pomyślał Krzysiek. Lampy owszem, były, lecz nie warto było się łudzić, iż były sprawne, a jeśli nawet to włączenie światła w tym momencie zdradziłoby nieproszonych gości, których obecność dla tych z dołu na pewno nie byłaby tym, czego w tej chwili pragnęli.

Krzysiek podszedł ostrożnie do końca korytarza i przywarł do ściany próbując nasłuchiwać odgłosów prowadzonej rozmowy. Niestety słowa były dla niego trudne do rozpoznania, mimo, iż konwersacja odbywała się w jego języku ojczystym. Nie mogąc już dłużej powstrzymywać ciekawości wychylił się nieznacznie i rozejrzał po hali. Wyglądała dokładnie tak samo jak ta, z której przed sekundą wyszli. Z jednym wyjątkiem. Na dole po prawej, tuż przy filarze, znajdowało się trzech mężczyzn. Dwóch z nich Krzysiek rozpoznał natychmiast. Zaklął pod nosem na ich widok. To się nazywa mieć szczęście, pomyślał. Zgubić ich, to jest sztuka. Musiałbym chyba wyjechać z kraju, albo w ogóle wylecieć w kosmos. Zainteresowała go jednak postać tajemniczego mężczyzny wyglądającego dokładnie jak Jacek w chwili ich pierwszego spotkania.

W momencie, gdy Krzysiek obserwował sytuację nieznajomy roztrącił podróżników wyjmując w tym samym momencie jakiś przedmiot z płaszcza, po czym skierował go z kąt hali na wyciągniętej ręce. Następnie zdarzyło się coś, co przeszło najśmielsze oczekiwania wszystkich obecnych. Koniec przedmiotu, podobny do lufy pistoletu zaświecił się słabym, białym światłem. Po ułamku sekundy światło, przy akompaniamencie wzrastającego pisku, a następnie krótkiego syknięcia, wystrzeliło z niesamowitą prędkością zmieniając się w podłużny błysk, który uderzył w jednego z wchodzących na halę żołnierzy niemieckich. Za nim natychmiast poleciał kolejny pocisk. Trafił on drugiego Niemca, który nie zdążył nawet dostrzec skąd nadchodzi to niesamowite „światło”. Obaj padli natychmiast z małymi otworami przechodzącymi na wylot przez ich ciała i rozległymi poparzeniami w okolicach ran postrzałowych.

Jacek wraz ze swoim towarzyszem otworzyli usta ze zdziwienia bezmyślnie gapiąc się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stało dwóch niemieckich żołnierzy. Nie mogli wykrztusić z siebie żadnego słowa po tym, czego byli świadkami. Ich broń wydawała się niczym w porównaniu z pistoletem nieznajomego. Krzysiek przygryzł sobie język widząc pokaz technologii człowieka z przyszłości, sam nie był w stanie myśleć w tej chwili racjonalnie, do głowy przychodziły mu najrozmaitsze myśli począwszy od tego, co sam mógłby zdziałać przy pomocy takiego oręża, po obraz jego samego zastrzelonego przy pomocy tej broni. Klaudia mocno przytuliła się do Krzyśka, gdy tylko zobaczyła dziwny błysk, a później śmierć tamtych żołnierzy.

Do uszu nastolatka doleciały urwane z kontekstu fragmenty zdań. Potrafił zrozumieć jedynie część z nich, gdyż nieznajomy mówił szybko oraz dość cicho jakby zdradzał właśnie jakąś ważną tajemnicę.

Podróżnicy nadal byli w szoku, obserwowali niezwykły pistolet, lecz nieznajomy

nie pozwolił im go wziąć do ręki, widocznie miał swoje powody.

Wyglądało na to, że jego dawni towarzysze znaleźli sobie nowego kolegę, który

Pochodził najwidoczniej z przyszłości. Ba, może nawet on nie był człowiekiem? A jeśli stanie z nim twarzą w twarz? Nie będzie miał najmniejszych szans w walce z tym... kimś

Obserwując dłużej niższą kondygnację hali Krzysiek zauważył coś dziwnego. Podróżnicy stali odwróceni w kierunku ciał żołnierzy rozmawiając przy tym, prawdopodobnie tak, aby nieznajomy nie mógł ich usłyszeć. Do uszu nastolatka doszedł ten sam przybierający na sile pisk, który usłyszał poprzednio. Jednak zaaferowani tą całą sytuacją podróżnicy zdawali się go w ogóle nie słyszeć. Krzysiek przełknął ślinę jak zwykły czynić przestraszone postaci występujące w kreskówkach, lecz wcale nie miał zamiaru, aby tak to wyglądało. Zauważył nieznajomego stojącego za podróżnikami. Trzymał on w ręku ten sam pistolet, z którego zabił tamtych Niemców, lecz co sprawiło, że serce podeszło nastolatkowi do gardła, celował w Jacka i jego przyjaciela. Pisk się urwał i broń była prawdopodobnie gotowa do strzału.

Krzysiek czuł się bezradny w tej sytuacji. Nie rozumiał, co dzieje się wokół niego, czemu sprawy przybierają taki a nie inny obrót? Powinien się cieszyć z tego, co chciał zrobić nieznajomy. Pozbywał się w ten sposób jedynych przeciwników, którzy znali jego prawdziwą tożsamość oraz mieli za zadanie go za wszelką cenę powstrzymać. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to dziwne uczucie, że to, co robi nie jest właściwe. Nigdy nie był pewny swoich wyborów, nawet teraz, dlatego, gdy podnosił broń by wycelować, w swoim sercu walczył z niepewnością i gorączkowo myślał nad tym, co ten ruch może wywołać. W końcu oni nie byli złymi ludźmi, przynajmniej na początku nie byli. Choćby dlatego, że uratowali mu kilkakrotnie jego nędzne życie należało im się odrobinę szacunku z jego strony. Nawet nie zdawał sobie sprawy jak spust od pistoletu chodził niesamowicie lekko. Dwie kule, jedna za drugą, pognały natychmiast do swojego celu niosąc ze sobą cierpienie i śmierć. Pierwsza z nich uderzyła w bark z siła, która sprawiła, że mężczyzna mimowolnie odwrócił się w kierunku napastnika. Następny pocisk trafił w okolice brzucha znacząc miejsce czerwonym śladem. Nieznajomy upadł na posadzkę.

Podróżnicy, zdezorientowani zaistniałą sytuacją, stali wryci rozglądając się błyskawicznie we wszystkie strony próbując dociec, skąd nadeszły strzały. W mroku hali nie zdołali jednak dostrzec wychylającego się zza rogu na galeryjce nastolatka.

W tym momencie usłyszał przeraźliwy ryk. Podobny był on do wrzasku jakiegoś zwierzęcia palonego na żywym ogniu. Dźwięk dochodził z głębi korytarza. Był przerażony, nogi odmówiły mu posłuszeństwa, a serce biło tak szybko jak nigdy dotąd. Nie zdążył jednak pojąć, z czym ma doczynienia, gdy wylądował na ścianie pod ciosem z prawego sierpowego. Następne uderzenia otrzymał w brzuch i mostek, co na kilka chwil zupełnie odebrało mu możliwość oddychania. Zakaszlnął z trudem powstrzymując się od wymiotów. Otrzymał jeszcze jeden, niewiarygodnie silny cios pięścią w twarz, co sprawiło, że runął na poręcz galeryjki. Z ciemności korytarza wyłonił się niski mężczyzna w czarnym płaszczu bez kapelusza na głowie. Wyglądał identycznie jak ten, którego przed sekundą postrzelił, lecz ta twarz! Oczy nieznajomego płonęły żywą nienawiścią. Usta, wykrzywione w grymasie euforii, zdawały się krzyczeć to, czego nie sposób było ubrać w słowa. Krzysiek zauważył Klaudię padającą na podłogę pod ciosem napastnika. Jak on śmiał! Mała strużka krwi wypłynęła mu z ust znacząc swój tor czerwoną kreską.

Nieznajomy nie wyglądał na kogoś, kto patyczkował się ze swoją ofiarą. Nie używał broni w stosunku do nastolatka, widocznie nie miał na celu jego szybką śmierć, co było dla niego podwójną przyczyną do obaw. Chwycił go mocno za ubranie, a następnie z całej siły wypchnął za barierkę. Krzysiek z wrzaskiem na ustach przeleciał przez niską poręcz uderzając się przy tym w łokieć, co sprawiło, że na dłuższą chwilę zdrętwiała mu cała ręka. Wypuścił w tym samym momencie swój pistolet, który z hukiem uderzył o posadzkę. W ostatniej chwili natrafił ręką na ostatni szczebel barierki, przez którą właśnie został wypchnięty. Chwycił się kurczowo zimnej rurki, dzięki czemu nie dopuścił do swojego upadku z wysokości dobrych ośmiu metrów. Zdrętwiała ręka odmówiła mu posłuszeństwa, przez co musiał polegać jedynie na pojedynczej kończynie, która utrzymywała go wciąż przy życiu. Ciężar jego ciała sprawił, iż siła, która ciągnęła go ku ziemi była tak duża, że nie potrafił się utrzymać dłużej w tej pozycji. Gdy już miał puścić poręcz pomógł sobie drugą ręką, choć nie mógł napiąć mięśni z powodu jej odrętwienia.

Serce podeszło Klaudii do gardła, wszystkie mięśnie napięły się w tym samym

momencie, a umysł zaćmił się na widok lufy pistoletu skierowanej wprost na nią. Mówiąc, iż się bała byłoby sporym niedomówieniem. Dziewczyna była przerażona, trzęsła się od stóp do głów. Do oczu naszły jej łzy. Krzysiek widząc to był przerażony tak samo jak ona.

W tym momencie wszystko ustało. Ciało dziewczyny aż podskoczyło od

uderzenia kul wystrzelonych z takiego bliska. Otworzyła usta, lecz nie wypowiedziała żadnego słowa.

Klaudia osunęła się po ścianie znacząc ją czerwoną posoką. Upadła na podłogę

niczym szmaciana lalka. Jej ręka bezwładnie spadła na twardą posadzkę.

Nieznajomy upuścił broń tuż przy ciele dziewczyny, po czym wyjął drugi pistolet. Był podobny do poprzedniego, lecz wyglądał na zmodyfikowaną lub też ulepszoną w jakiś sposób wersję Desert Eagle, posiadał też nieco inną obudowę i kolor. Nastolatek usłyszał znajomy pisk.

Krzyśkowi łzy same naszły do oczu, gdy spostrzegł wycelowany w siebie pistolet.

Ten człowiek pozbawił go tego, co wydawało mu się jedynym szczęściem na tym świecie. Zabrał mu ją, a teraz chce pozbawić życia i jego samego. Życie jest niesprawiedliwe! Stracił już wszelką nadzieję.

W tym czasie usłyszał jakiś wrzask dochodzący z dołu. Ktoś wydawałoby się wykrzykiwał jego imię. Któż to mógł być? Może sam diabeł go wzywa? Za zabicie tylu ludzi na pewno nie czeka go wieczna chwała czy też wstęp do raju. Już nigdy nie spotka Klaudii. Nie chciał się odwracać w tamtą stronę. Nieznajomy naciskał za spust.

Ciszę, jaka zapanowała w ułamku sekundy, zmącił odgłos wystrzału. O dziwo nie poczuł jakiejkolwiek ingerencji z zewnątrz na integralność swojego ciała, tym niemniej nie rozumiał, co stało się tym razem. Może zabili go tak szybko, że nie zdążył nawet poczuć? Witaj niebycie, pomyślał gorzko.

Stało się jednak zgoła inaczej niż mógł nawet przypuszczać. Nieznajomy upadł na kolana. Krzysiek zdołał dostrzec pod płaszczem powiększającą się czerwoną plamę w okolicy serca. Mężczyzna przewrócił się na bok. Krzysiek spojrzał w dół i zobaczył kogoś, kogo by się tam nigdy nie spodziewał. Piotrek trzymał broń wycelowaną w jego kierunku jeszcze przez chwilę po wystrzale, po chwili opuścił ją. Niewiarygodne. Po prostu niewiarygodne.

Jeszcze chwilę temu Krzysiek gotów był umrzeć, zostawić to wszystko i odejść, lecz los znów zakpił sobie z niego wybierając dla nastolatka inną ścieżkę. Być może dostał kolejną szansę? Kto wie...

O nie! Klaudia, błagam... Zmobilizował wszystkie siły, na jakie go było stać, aby

się podciągnąć. Teraz był to dla niego nieludzki wręcz wysiłek, lecz mimo wszystko, krok po kroczku, znalazł się po drugiej stronie barierki.

****

W tym samym momencie jedne z wielkich wrót, które oddzielały ulicę od hali

wyleciały w powietrze przy akompaniamencie niesamowicie głośnego huku. Pył, jaki się przy tym podniósł, przesłonił częściowo wtargnięcie niemieckich żołnierzy.

Z wielkim wysiłkiem przenieśli ledwo przytomnego z bólu strażnika do wnęki w

ścianie, która prawdopodobnie służyła jako magazyn lub czort wie co. Oparli go o ścianę. Piotrek zrobił użytek ze znaleziska, na jakie natrafił oddając kilka celnych strzałów z Krzyśkowego Desert Eagle'a w nacierających Niemców. Ci jednak z każdą sekundą przybliżali się do ich pozycji nic sobie nie robiąc z tego, iż ich koledzy padają pod ostrzałem prowadzonym z amunicji magnum.

Jego słowa zagłuszył wybuch dochodzący z ulicy. Ogień na moment oświetlił

wnętrze hali, dzięki czemu Piotrek dostrzegł nadchodzących od strony ściany żołnierzy, których natychmiast powstrzymał przy pomocy Parabellum.

Usłyszeli krzyki niemieckich żołnierzy, znacznie odmienne od tych, które

dochodziły do nich dotychczas. Te wydawały się jakby przesycone strachem, może niepewnością. Do odgłosów wystrzałów niemieckich karabinów doszły nowe, które łatwo można było odróżnić od reszty. Żołnierze znajdujący się wewnątrz raz po raz obracali się do tyłu próbując zrozumieć, co się dzieje. Do ich uszu doszły jakieś krzyki, lecz, o dziwo, w języku polskim! Piotrek spojrzał na swojego towarzysza.

W tym momencie go dostrzegł. Rusek zaczaił się w opuszczonej dyżurce

znajdującej się na wysokości galeryjki po drugiej stronie hali. Było jednak już za późno. Strzał, oddany z tego samego karabinu snajperskiego, którego oni zapomnieli zabrać z mieszkania trafił Jacka z olbrzymią siłą. Na jego szczęście tylko o milimetry ominął serce i tętnicę. Jacek upadł na podłogę wrzeszcząc niemiłosiernie.

Wszystko działo się niesamowicie szybko. Później wspominając tę akcję nie mógł zrozumieć, dlaczego Rusek nie odpalił drugi raz, tym razem w niego. Może broń mu się zacięła, lub coś innego się stało. Tego się już nigdy nie dowie. Jednak wtedy zyskał dość czasu. Zobaczył tylko przed oczami kręcący się w powietrzu pistolet strażnika, który w ostatniej chwili zdołał mu podrzucić zdejmując uprzednio blokadę. Piotrek chwycił broń prawą ręką, o dziwo tak się ustawiła, że od razu był gotowy do strzału, palec zacisnął się na spuście. Dwa białe, podłużne promienie uderzyły w dyżurkę z głośnym trzaśnięciem. Dało się słyszeć jęki konającego w agonii Rosjanina. Strażnik wychwycił mu natychmiast broń z ręki.

****

Dziewczyna powoli zawiesiła głowę na jego ręce, nieobecnym wzrokiem

wpatrywała się w niedostrzegalną dal. Tak umarła Klaudia, dla której Krzysiek chciał zrobić wszystko, nawet wrócić jej życie, gdyby tylko miał taką możliwość.

Coś się skończyło w jego życiu. Razem z dziewczyną zginęła część jego samego. Ta część, która podpowiadała mu, iż mimo wszystko, życie jest czymś pięknym i można być szczęśliwym pomimo przeciwności losu. Ten rozdział został jednak zakończony.

Nie mógł powstrzymać łez, które lały się niczym potok. Oparł głowę na jej piersi i płakał. Co jakiś czas wymawiał jakieś słowa, które w żaden sposób nie można było zrozumieć. Pustka po stracie Klaudii dotknęła go prawie tak silnie jak ją samą. W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że życie na takim świecie pozbawione jest sensu. Chwycił Desert Eagle'a, który leżał na podłodze, po czym przyłożył go sobie do skroni. Drgający ze zdenerwowania palec trzymał na spuście. Nie mógł się jednak zmusić, aby za niego pociągnąć. Powoli zaczęło do niego dochodzić, że zabijać innych ludzi, szczególnie tych złych to jedno, a pozbawić życia samego siebie to zupełnie, co innego. Na taki krok nie był dość odważny.

Nagły błysk oślepił na chwilę wszystkich szturmujących Niemców i rozlał się po całej hali. Gdy wzrok im powrócił, podróżników już nie było. Nie mogąc zrozumieć, co się stało trwoga opanowała ich serca. Nie byli zdolni pojąć, że w jednej chwili strzelają do człowieka, w drugiej jego już nie ma, znika w niewyjaśnionych okolicznościach podczas tajemniczego błysku światła. Niektórym broń sama wypadała z rąk, inni drżąc na całym ciele spoglądali w swoich kamratów, którzy ginęli w obronie przed nacierającymi partyzantami.

W jego umyśle narodził się jeden z najgorszych pomysłów w życiu. Nie potrafił odebrać, życia sobie, ale... mógł sprawić, że inni zrobią to za niego.

****

Krzysiek schodził właśnie schodami prowadzącymi na galeryjkę. W ręku ściskał pistolet, który był jego nieodłącznym towarzyszem od samego początku. To już jest koniec. W duchu żegnał się ze wszystkimi, z rodziną, z Pawłem, nawet z podróżnikami. Dopięliście swego, mruknął do siebie.

Drzwi prowadzące do korytarza, w którym się znajdował otworzyły się z hukiem. Do środka wpadł uzbrojony w karabin maszynowy żołnierz niemiecki. Po spostrzeżeniu Krzyśka krzyknął:

Wszedł na halę. W głębi przy wyjściu zakotłowało się od żołnierskich mundurów.

Dochodziły do niego odgłosy walki niemieckich sił porządkowych z polską partyzantką. Trudno było określić, kto w tej chwili wygrywał.

Krzysiek schował się pospiesznie za masywną kolumnę. Sprawdził stan magazynka, po czym z grymasem na twarzy sięgnął po ostatni magazynek, którego o dziwo nie zgubił w całym tym zamieszaniu. Uśmiechnął się lekko do siebie i pomyślał w duchu, że nadszedł czas, aby zacząć ten makabryczny taniec śmierci.

Szybkim krokiem wyskoczył zza kolumny. Od razu dostrzegł sześciu żołnierzy uzbrojonych w karabiny maszynowe. Teraz doszło do niego, że nie ma szans w starciu z taką siłą. Uświadomił sobie, że jego plan legł w gruzach, gdy drżącymi rękoma celował w najbliższego Niemca. Serce zaczęło mu bić jak oszalałe. Poczuł przypływ adrenaliny i jakiś zastrzyk energii, choć był przerażony. Powinien był wymyślić coś innego zamiast wspaniałomyślnie oddawać swoje życie na pastwę nazistów. Teraz jednak było już za późno, karcił się w myślach.

Strzał. Kula przeleciała tuż przed oczami jednego z żołnierzy. Gdy ten zorientował się o co chodzi leżał już na ziemi z drugim pociskiem w klatce piersiowej. Jego towarzysze zaalarmowani padającym kompanem odwrócili się w stronę nadchodzącego nastolatka. Krzysiek zdążył oddać jeszcze trzy strzały. Jednakże tylko jeden trafił do celu uderzając w bark przeciwnika, który wyjąc z bólu upadł na podłogę. Pozostali przy życiu otworzyli ogień.

Przez ułamek sekundy z całych sił miał ochotę schować się za kolumnę, która stała tuż obok niego. Nie wiedział, czemu tego nie zrobił. Szedł odkryty, bez żadnych zabezpieczeń. Był idealnym celem.

Pierwsze kilka pocisków przeleciało tuż obok niego, w tym samym czasie on sam oddał jeszcze jeden strzał, który jednak w ogóle nie trafił w cel. Poczuł nagle silny, piekący ból w prawym ramieniu. Kątem oka dostrzegł powiększającą się czerwoną plamę na ubraniu. Skurcz mięśni w prawym przedramieniu zadał mu ból, jakiego nigdy jeszcze nie doświadczył. Prawa ręka opadła mu bezwładnie, gdyż poruszanie poranioną kończyną zadawało mu coraz większe cierpienie.

Następnych pocisków nie sposób było nawet policzyć. Jeden z nich otarł się o klatkę piersiową. Krzysiek zasyczał z bólu. Zamglonym wzrokiem spojrzał przed siebie. Nagle upadł na posadzkę, gdy lewa noga odmówiła mu posłuszeństwa, czując rwanie w łydce. To już był koniec. Nie miał szans. Leżał na ziemi będąc niemalże nieprzytomnym z bólu. Nie mógł nawet jęknąć, gdyż nie miał na tyle siły, aby wykrztusić z siebie choćby jedno słowo.

Prawie pogodził się z porażką, gdy nagle doświadczył czegoś... odmiennego. Poczuł jak naraz opuszczają go wszystkie troski, problemy, zmartwienia. A więc tak wygląda śmierć, zapytał sam siebie. Nie zdążył jednak nacieszyć się tym stanem, gdy nadeszła kolejna fala bólu, a zaraz za nią przypływ woli walki. Teraz niemalże krzyknął w myślach, że się nie podda i że nie odda swojego życia bez walki. Dało mu to wystarczająco dużo siły do podniesienia lewej ręki, w której ciągle trzymał swoją broń. Podniósł głowę i spojrzał na zbliżającego się Niemca, który wyraźnie zdziwiony stanął nagle kilka metrów od niego. Krzysiek nacisnął spust.

Nie mógł się wtedy zmusić do myślenia, działał pod wpływem impulsu. Gdyby miał, choć trochę rozwagi i pamiętał przestrogi Jacka, dwa razy zastanowiłby się nad swoim postępowaniem. Pocisk trafił żołnierza centralnie w brzuch z taką siłą, iż uszkodził mu większość organów wewnętrznych znajdujących się w tym miejscu, po czym zagnieździł się w żołądku. Niemiec upadł na podłogę z grymasem niesamowitego cierpienia na twarzy.

Z Krzyśkiem wcale nie było lepiej. Pod wpływem silnego odrzutu, jakim charakteryzowała się jego broń, podbiło mu rękę do góry i z cichym chrupnięciem jego bark został wybity ze stawu. Nastolatek wrzasnął przeciągle upuszczając broń. W tej samej chwili stracił przytomność upadając bezwładnie na podłogę. Uczucie wszechogarniającego spokoju owładnęło jego umysłem.

Niemcy zdezorientowani całą tą sytuacją nie potrafili myśleć racjonalnie. Od strony ulicy partyzanci rozpoczęli silne natarcie na ich barykadę złożoną z kilku samochodów ułożonych w poprzek drogi. Jeden z żołnierzy przezwyciężając otumanienie podszedł powoli do leżącego napastnika z zamiarem dobicia go. Widząc jednak, że nastolatek nie daje jakiegokolwiek znaku życia, szturchnął go nogą w bok, po czym z żałosnym uśmiechem pognał na pomoc swoim kamratom.

EPILOG

Dookoła niego była ciemność. Choć nic w tej chwili nie czuł, był przekonany, że coś jest nie tak. To nie była śmierć, on jeszcze nie umarł. Spróbował wstać, lecz nie mógł poruszyć jakimkolwiek mięśniem. Czuł się jak roślinka. Sparaliżowany i bezsilny. Nagle wszystko zwaliło mu się na głowę. Ból uderzył w niego z niesamowitą siłą, lecz zaraz po tym nieco zelżał. Obudził się w tym samym miejscu, w którym rzekomo został zastrzelony. Dookoła walały się ciała zastrzelonych żołnierzy niemieckich. Na ulicy zaś płonął jeden z samochodów stanowiących barykadę. Partyzanci zwyciężyli. Podniósł powoli głowę i otworzył oczy. Widział jakby przez mgłę, lecz zdołał dostrzec zarysy postaci stojącej tuż nad nim. Całość zlewała mu się w jedną czarną plamę. Przeraził się tego widoku, gdyż natychmiast w wyobraźni stanął przed nim nieznajomy trzymający martwe ciało Klaudii wymawiając te same, gorzkie słowa: „Cierpienie, jakiego nigdy nie zaznałeś”. Przeszyły go dreszcze. Gdy ponownie otworzył oczy nieznajomego już nie było. Tylko pustka i odgłos dogasającego płomienia.

W tym momencie usłyszał cichy jęk dochodzący gdzieś z góry. Gdyby był w stanie, poderwałby się na nogi i nasłuchiwał. Jednakże nie mogąc uczynić tego pierwszego pozostał jedynie przy nasłuchiwaniu. Znów doszedł do niego jęk konającego człowieka. Kto to może być, zapytał się w duchu. Czyżby jakiś Niemiec trafiony partyzancką kulą? A może... nieznajomy, morderca Klaudii dogorywa? Niemożliwe, dostał dwie kule, w tym jedną w serce, nie mógł przeżyć. I dobrze mu tak. Splunął na podłogę, lecz opluł sobie przy tym brodę. Albo... Jacek lub Piotrek? Gdzie oni są? A jeśli Niemcy ich zabili? Musi tam pójść i się tego dowiedzieć.

Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Lewa ręka była nieczynna i przy najmniejszym ruchu sprawiała niesamowity ból. Prawa zaś była przestrzelona, lecz funkcjonowała jako tako, choć nie można było powiedzieć, że była w pełni sprawna. Rozrywający ból w ramieniu ograniczał znacząco ruchowość tej kończyny. Nogi też były sprawne poza lewą, która również została przestrzelona i nieznośnie krwawiła, lecz w tej chwili nie mógł nic z tym zrobić. Wyciągnął powoli rękę przed siebie i spróbował przyciągnąć się. Jego ciało ani drgnęło, a on sam musiał zacisnąć mocno zęby oraz powieki z wszechogarniającego bólu. Ciągnął, lecz nie widać było efektów, a ból się wzmagał. Nie poddawał się jednak i po chwili odpoczynku znów spróbował. Tym razem jego wysiłki zostały nagrodzone. Skomląc i jęcząc przesunął się kilka centymetrów do przodu. Łzy spływały mu po policzkach strumieniami. Jednak w głębi był zadowolony, że udało mu się coś osiągnąć. Choćby to coś miało tylko kilka centymetrów. Musiał się spieszyć, gdyż temu, kto tam umiera może zabraknąć czasu na ratunek, ktokolwiek by to nie był.

Ponowił wysiłki. Znów przesunął się kilka centymetrów do przodu i dał sobie sekundę na odpoczynek. Takimi „kroczkami” dopełznął do najbliższej ściany. Tam zastanawiając się czy dobrze robi przewrócił się na bok. Zajęczał z bólu, gdyż uderzył się w lewą rękę. Wspierając się na ścianie uklęknął na zdrowe kolano, po czym z całej siły spróbował powstać. Niestety, upadł na plecy dodatkowo przygryzając sobie język. Nie poddał się. Spróbował jeszcze raz i gdy tym razem również się nie udało rozpłakał się. Ze łzami w oczach chwycił się ściany i z całych sił podnosił ciężar swojego ciała aż stanął na dwóch nogach. Pociągnął nosem niczym płaczące dziecko, po czym zadowolony ze swojego sukcesu uśmiechnął się lekko.

Kuśtykając szedł wzdłuż ściany aż dotarł do drzwi prowadzących na galeryjkę. Tu dosłownie wyrosły przed nim schody. Na jego nieszczęście musiał podpierać się gołej ściany, gdyż nie było żadnej barierki, która by mu pomogła. Zrobił pierwszy krok, potem drugi. Próbując postawić ciężar na poranionej nodze zawył z bólu i o mało się nie przewrócił. Sukcesywnie parł naprzód dochodząc po dłuższej chwili na galeryjkę. Tu ze zmęczenia padł na metalową podłogę. Dalszą drogę czołgał się tak jak poprzednio aż dotarł do opuszczonej dyżurki. Wewnątrz dostrzegł leżącego na wznak mężczyznę z niespotykanymi ranami na brzuchu i nodze. Prawdopodobnie to on wydawał te jęki, lecz zdążył już wyzionąć ducha zanim Krzysiek doczołgał się na to miejsce.

Uwagę nastolatka zwróciła dziwny przedmiot. Tuż obok ciała leżał karabin snajperski wyróżniający się dość futurystyczną budową jak na połowę dwudziestego wieku. Nie było wątpliwości, iż został tu sprowadzony z przyszłości. To by oznaczało, myślał gorączkowo nastolatek, że ten mężczyzna przybył z przyszłości. Krzysiek przyjrzał się ciału. Nie należało ono do Jacka ani Piotrka, więc mógł przypuszczać, że równolegle do ich przybycia zjawił się jeszcze ktoś. Za dużo tych podróżników, pomyślał niepokojąc się odrobinę.

Skoro on przybył z przyszłości musiał jakoś tam wrócić. A więc to oznaczało, że... Zabrał się do przeszukiwania umarlaka, choć miał ograniczone pole manewru mogąc posługiwać się tylko jedną, poranioną ręką. Po kilku chwilach poszukiwań znalazł to, czego oczekiwał. Jego radość zdawała się nie mieć końca. Odnalezienie Stronta było dla niego czymś niesamowitym. Niemalże zapomniał o swoich ambitnych planach zmiany przyszłości na lepszą oraz o rozpoczęciu nowego życia w tym czasie. Zatrzymał się na chwilę w swoim postępowaniu, aby się zastanowić nad tym, lecz doszedł do wniosku, że bez Klaudii ta rzeczywistość straciła swoje piękno i nie warto tu zostawać choćby na minutę dłużej.

Wyjął z dziwnej, brązowej saszetki małą popielato-żółtą kulkę z obrysowanym okręgiem na niej. Wcisnął energicznie w tym miejscu i odrzucił kulkę pod ścianę. W tej chwili powietrze tuż nad nią zamigotało i nieco się rozmyło. Krzyśkowi zdawało się, że ściana zaczęła „pływać” i rozchodzić się na boki. Nagle poczuł silny podmuch energii, która sprawiła, że serce zaczęło mu bić szybciej, a oddech stał się krótki i przerywany. Tuż nad kulką pojawiła się niebieska poświata, która z każdą chwilą kurczyła się. Ignorując wzrastający ból na całym ciele chwycił karabin, po czym odepchnął się od leżącego mężczyzny i z wrzaskiem rzucił się na ścianę...

*

Nagły huk rozległ się nad urwiskiem i rozproszył natychmiast po okolicznej dolinie. Potężnemu dźwiękowi towarzyszył oślepiający błysk, a zaraz za nim krzyk upadającego człowieka.

Paweł podniósł się z ziemi dopiero o chwili przezwyciężając dzwonienie w uszach oraz ogólną niemoc po odbytym skoku czasowym. Czuł się jakby przebiegł właśnie spory dystans na pełnym biegu. Nieopodal jego upadku palił się zniszczony doszczętnie samochód, którego wybuch sprawił te wszystkie dziwne wypadki, które spotkały Pawła i jego kolegę. Jednak Krzysiek postanowił zostać. Wiedział dlaczego, ale nie mógł uwierzyć, że już nigdy go nie spotka i że tamci rzekomo uczciwi „podróżnicy” zabili go z zimną krwią. Teraz zrozumiał, że będzie mu go brak.

Rozległ się kolejny huk połączony z błyskiem. Czyżby zbierało się na burzę, pomyślał Paweł. Na ziemi, dookoła której trawa uległa całkowitemu spaleniu, leżała pokrwawiona osoba wydająca z siebie niemożliwe do zrozumienia jęki. W ręce trzymała karabin snajperski. Paweł podskoczył natychmiast, aby pomóc rannemu koledze. Widząc jednak ból, jaki sprawiał mu każdy ruch zaniechał tymczasowo działań.

Krzysiek popatrzył na niego zmęczonym wzrokiem, lecz nic nie odpowiedział. Był

zbyt zmęczony, aby móc cokolwiek powiedzieć w tej chwili.

Nastolatek powoli otworzył usta, po czym cicho wyszeptał:

KONIEC



Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Szyszkowska Maria W opozycji do przeciętności, czyli własna droga ku wolności
Ku wolności essej
Droga ku prawdzie
Moja droga do wolności, Światkowie Jehowy, swiadectwa
CZAS WOLNY - DROGA KU PEŁNI ŻYCIA, Duchowość chrześcijanina
DROGA KU WOJNIE POLSKA WOBEC PRESJI NIEMIEC
Ashe Martine Szaman naszych czasów Szamańska droga ku oświeceniu
Droga do wolności, Testy, sprawdziany, konspekty z historii
Grün Anselm OSB Jezus droga do Wolności
Ku wolności essej
Jarosław Kaczyński po wyroku ws Kamińskiego W Polsce to nie korupcja jest przestępstwem, ale walka
Matuszewski, Jana Adamusa droga ku naukowemu niebytowi
May Karol Droga do wolności
Seks jako droga do wolności

więcej podobnych podstron