Brenner Mayer Alan Zaklecie katastrofy (SCAN dal 727)

Mayer Alan Brenner




Zaklęcie katastrofy


(Przekład Cezary Frąc)


Dla Sandy


Rozdział l

MAKS W DRODZE


Karczma mieściła się w naturalnym wyżłobieniu w skale. Za dach robiły ciężkie płótna rozpięte na słupach i naciągnięte linami przywiązanymi do żelaznych haków wbitych w skałę. Wraz z Maksem do oazy przybyła jeszcze jedna karawana, ale więk­szości poganiaczy nie było nigdzie widać. Z pewnością już ode­szli. Przygarbione postacie pozostałych kiwały się na stołkach, pochrapywały na stołach, a nawet piętrzyły się w zwałach na podłodze. Pod ścianą dwaj mężczyźni siłowali się na ręce, ską­pani w ruchliwym, zielonkawym świetle pół tuzina kapiących świec. Karczmarz wynurzył się z cieni za szynkwasem i pchnął kubek w stronę Maksa.

- Znasz gdzieś w okolicy jakieś porządne ruiny? - zapytał go Maks.

Gromkie powarkiwanie z drugiego końca sali zagłuszyło odpo­wiedź. Autor tego warknięcia, jak stwierdził Maks spoglądając przez ramię, mierzył siedem stóp wzrostu. W jednej ręce bez wysiłku trzy­mał stół.

- Napijesz się? - zapytał Maks. - Ja stawiam. Osiłek warknął i mocniej potrząsnął stołem.

- W porządku, nie to nie - mruknął Maks.

Karczmarz na wszelki wypadek usunął się z widoku. Za szynk­wasem znajdowało się wejście do jaskini kryjącej stosy wielkich beczek. Wyżej natura uformowała wąską półkę, z której zwieszały się mniejsze beczułki. Związane po trzy, wisiały na sznurach prze­prowadzonych przez rolki. Sznury biegły w dół do rzędu haków wbitych w skałę, naprzeciwko Maksa. Olbrzym znowu wywinął stołem i zamierzył się na Maksa.

- Nie bądź śmieszny, jest za gorąco na takie bzdury - zauważył Maks.

Mężczyzna zamierzył się do ciosu.

- Dobra - zgodził się Maks - załatwimy to na twój sposób - pochylił się nad szynkwasem, wybrał jeden ze sznurów i gwa­łtownym ruchem zgiął rękę w nadgarstku. Z rękawa wyskoczy­ło ostrze przecinając sznur. Maks błyskawicznie wzniósł się w powietrze, zaś na drugim końcu szynkwasu trzy beczki rów­nie szybko opadły na dół. Uderzyły w stół i wytrąciły go z ręki zadziornego wielkoluda. Z jednym głośnym łup! i trzema cich­szymi trzaskami stół rąbnął w głowę olbrzyma, a rozkołysane beczułki ponownie w stół. Po chwili wszystko razem z hukiem runęło na podłogę, wznosząc obłoczek kurzu. Gdy na podłogę upadły dwie ostatnie klepki, przez chwilę panowała cisza, a potem spod sterty dobiegło głośne chrapanie.

Maks usadowił się wygodnie przy szynkwasie. Wychylił kubek, który przez cały czas trzymał w lewej dłoni, i wsunął nóż do sprę­żynowej pochwy.

- Masz szczęście - zwrócił się do stosu desek na ziemi - że jest zbyt gorąco na coś poważniejszego.

W przyszłym tygodniu, pomyślał, karawana opuści pustynię, a wtedy droga poprowadzi go prosto jak strzelił przez rzekę i rów­ninę do Drest Klaaver, gdzie zgodnie z najnowszymi doniesienia­mi zaszywał się Shaa. Maks z utęsknieniem wyglądał spotkania z przyjacielem.

Karczmarz wyłonił się z kryjówki.

- I co z tymi ruinami? - zawołał Maks.

- Ruiny? - jęknął mężczyzna, rozglądając się po sali. - Po co ci ruiny, nie wystarczy to, co zrobiłeś tutaj?

Tym razem, dla odmiany Maks nie uciekał, a raczej nie sądził, by ktoś go ścigał. Oczywiście jego zdanie nie wpływało na sytu­ację. Był ścigany i tropiciel zrównał się z nim w noc po opuszcze­niu karczmy.

Po niebie, w towarzystwie mniejszych i szybszych satelitów, że­glował olbrzymi księżyc. Maks siedział ze zwieszonymi nogami na tyle ostatniego wozu, obserwując ziemię przesuwającą się w bla­dej poświacie. W pewnej chwili zza furgonu wyskoczyła wielka, kudłata postać.

- Wciąż ci powtarzam, że powinieneś porąbać go na drobne ka­wałeczki - zagaił przybysz siadając obok Maksa - gdybyś tylko na mnie poczekał, sam posiekałbym go na plasterki.

- Z tobą, Svin, ciągle to samo: rąbać, siekać, tłuc, walić i tak w kółko - odrzekł Maks. - Nie chcę przez to powiedzieć, że ta filozofia nie sprawdza się na dłuższą metę, i z pewnością cechuje ją cnota prostoty, lecz na tej samej zasadzie...

- Droga honoru to jedyna droga urodzonego wojownika - stwierdził Svin tonem wykluczającym jakąkolwiek dyskusję.

- Może i racja, tylko że nie wszyscy jesteśmy urodzonymi wojownikami. Niektórzy z nas podpisują się pod ideami starego wieku.

Svin przemyślał słowa towarzysza. Cień przemknął przez tar­czę wielkiego księżyca. Były to trzy myszołowy. Srebrzysta po­świata zamigotała na ich skrzydłach. Najmniejszy zanurkował, by przyjrzeć się karawanie. Skrzydła o rozpiętości dziesięciu stóp rozcięły czerń nieba nad skałami.

- Popatrz na niego - odezwał się Maks - taki kolos potrzebuje mnóstwo żarcia, a jednak radzi sobie bez ciągłej bijatyki i rąbani­ny. Nie wiem, jaki przyświeca mu cel, lecz chyba nie zmierza ku niemu po trupach. Jak sadzę, odpowiada mu spokojniejszy styl ży­cia.

- ... Jak myślisz, skąd bierze tyle żarcia? - z powodu metaboli­zmu ukształtowanego przez lodowe pustkowia północy, Svin był wiecznie głodny.

- Tutaj zawsze znajdziesz padlinę, o ile wiesz, gdzie szukać. Wojownik potrząsnął głową.

- Padlina, Maks, jest dla istot pośledniejszego gatunku. My pomrzemy w bitwie, jak przystało na prawdziwych mężczyzn, i triumfalnie ruszymy na spotkanie bogów.

Maks, który miał już za sobą spotkanie z niektórymi bogami uśmiechnął się sceptycznie.

- Wystrzegaj się takich uwag, Svin, nigdy nie wiadomo, kto słucha.

- Ha! Jakie to ma znaczenie, skoro...

Maks usłyszał stłumiony stukot. Svin zaczął unosić rękę, potem runął na plecy w głąb wozu. Na kolana upadła mu strzała o obfi­tych lotkach i płaskim tępym grocie. Maks odepchnął się od wozu i wylądował bezgłośnie za skałą. Furgony, poskrzypując i brzęcząc, zaczęły oddalać się szlakiem.

Z tego samego kierunku, co strzała, dobiegł bulgocący głos:

- Czy mam honor zwracać się do Maksymilliana, Szlachetne­go Obwiesia?

Maks podniósł się lekko i zerknął nad skałą. W mroku dostrzegł dwie rozjarzone pomarańczowe iskry oddalone od siebie na od­ległość oczu.

- Jesteś Haddo.

- Haddo jestem. Służę ja Wielkiemu Karliniemu. Idziesz?

- Karlini? Tak, idę. Oczywiście. Tylko zabiorę swoje rzeczy - Maks wstał i rzucił się za wozami.

Svin oddychał, na jego czole tuż nad nosem wyrastał wielki guz. Maks potrząsnął bezwładną postacią, bez rezultatu, potem prze­turlał ją w wygodniejsze miejsce. Z dezaprobatą kręcąc głową, zna­lazł swoje tobołki, większy zarzucił na plecy, drugi wziął pod pa­chę i zeskoczył na ziemię. Karawana szybko się oddalała, w prze­ciwieństwie do pary pomarańczowych oczu.

- Byłeś brutalny w stosunku do biednego Svina - powiedział Maks, podając Haddo jego strzałę.

- Natury sytuacji nie byłem ja pewny.

- Tak, ale moim zdaniem nie należy traktować barbarzyńców w sposób, do jakiego są przyzwyczajeni.

- Rozważny jesteś - Haddo wziął strzałę, która następnie zni­kła w jego rękawie. Rozjarzone, pomarańczowe plamy, które Maks z braku lepszego określenia nazywał oczami poruszały się w głębi kaptura czarnej opończy. Światło księżyca nie wnikało pod kaptur i wydawało się, że sam płaszcz opiera się jego bla­skowi. - Dziękuję tobie. - Haddo skierował się w głąb pustym na zachód. Maks podążył za nim.

- Niezły pokaz strzelecki, Haddo. - Trenuję ja wiele.

- A poza tym co ciekawego, Haddo?

- Problemy. Zawsze problemy.

- Powiesz mi, o co chodzi, czy sam mam pociągnąć za język?

- Aby ciągnąć, najpierw musisz znaleźć - poinformował głos spod czarnego kaptura. - Karlini powie.

- Gdzie jest Karlini?

- Dni marszu. Rozległe są bezdroża.

Maks westchnął. Czekała go dalsza wędrówka przez pustynię.

- W dawnych czasach mieli maszyny, Haddo, maszyny, które mogły...

- Stare dni odeszły. Nieważne. Teraz też źle nie jest.

- Nie użyłbym tego określenia w stosunku do wielodniowej włóczęgi po bezdrożach.

Haddo roześmiał się z zadowoleniem.

- Mówiłem ja tylko o marszu. Nie że pójdziemy. Przywiodłem ptaka.

Do ptaka dotarli przed świtem. W zwodniczym świetle Maks i Haddo pokonali wzniesienie, wystrzegając się licznych kol­czastych kaktusów, które zdążyły już poszarpać rzemienie ba­gażu Maksa. U stóp wzgórza, jeszcze spowita w mroku, skry­wała się zaokrąglona wydma. Haddo zbiegł na dół i zagwizdał naśladując ptasie trele. Wydma poruszyła się i podniosła. Był to myszołów.

Na utrzymanie wielkich ptaków stać było jedynie najwięk­sze miasta oraz najbogatszych i najsprytniejszych kombinato­rów, co mogło oznaczać, że Karlini wzbogacił się od czasu, gdy Maks widział go po raz ostatni. Myszołowy potrzebowały ogromnych ilości pokarmu, lecz nie były zbyt wymagające i mogły spełniać rolę urządzenia do likwidowania odpadków. Zali­czały się do ptaków największych i najgłupszych zarazem. Nikt oczywiście nie wymagał od nich wielkiej inteligencji, ale do­brze było, gdy ptak potrafił zapamiętać zlecone zadanie. My­szołowy słynęły przede wszystkim z zaników pamięci, jakie przytrafiały im się w czasie oficjalnych wizyt państwowych czy wielkich pokazów, i niespodziewanych odlotów do miejsc lę­gowych, zwykle z kilkoma zdumionych dygnitarzami na grzbie­cie. Przykładowo, Farthrax Hojny został koronowany na cesa­rza dopiero po powrocie z trwającej pół roku przymusowej wy­cieczki w góry, w których rozmnażały się myszołowy. Cesarz zawsze starannie unikał rozmowy na ten temat, choć przygoda dobrze mu się przysłużyła. Niespodziewany powrót wywołał powszechne zdumienie poddanych i ugruntował jego reputację jako faworyta bogów.

- Czy to bezpieczne? - zapytał Maks.

- Przez bezdroża raczej wolisz iść? - odpowiedział pytaniem Haddo i wrócił do swego zajęcia, które w tej chwili polegało na szeptaniu ptakowi czegoś do ucha. Maks chwycił zwisający rze­mień i wspiął się na grzbiet myszołowa. Haddo poklepał ptaka po głowie, następnie Maks pomógł mu skoczyć na siodło umiesz­czone między skrzydłami. Ptak wstał, podskoczył parę razy jakby na próbę, nastroszył pióra na karku i z powrotem przysiadł na ziemi.

- Nic ty nie mów - wymruczał Haddo i zaskrzeczał do ptaka, ten odpowiedział tym samym, po czym stanął na nogi. Maks sprawdził pas, który przytrzymywał go w siodle. Myszołów roz­postarł skrzydła, rozpędził się i wzbił w powietrze.

Zaczął zataczać kręgi, stopniowo nabierając wysokości. Słońce już wstało, nad pustynię w chmurach wirującego pyłu wzniosły się prądy termiczne. Ptak wykorzystywał je, precyzyjnie sterując lotka­mi i zwiększając prędkość. Wznosił się spiralnie w jednym kominie cieplnym, potem szybował nad pustynią do następnego.

Około południa na północnym zachodzie ukazała się poszarpana linia skalistych wzgórz, a przed wieczorem znaleźli się nad nimi. Wzgórza były równie jałowe jak pustynia, ale cieszyły oczy zmę­czone monotonią piasku. Nagie warstwy skał mieniły się czerwie­nią, purpurą i jasną żółcią. Niskie słońce wydłużyło cienie i nadało głębi kolorom. Maksowi wydało się, że czuje zapach wilgotnej soli.

- Haddo - zagadnął.

- Nie przeszkadzaj - usłyszał w odpowiedzi. - Skomplikowana jest procedura lądowania.

Pod nimi, wciśnięte między faliste wzgórza, ukazało się słone jezioro: spokojna i gładka tafla w nieruchomym powietrzu. My­szołów okrążył szczyt i skierował ku wyspie. Stały tam budyn­ki... Nie, był to zamek.

Maks przyjrzał się dokładniej. Zamek nie stał na wyspie, ale był wyspą. Ściany i wieże wyrastały bezpośrednio z toni jeziora, wy­ższa część jednego pierścienia blanków przypominała postrzępio­ną rafę, czubki prostokątnych zębów ledwo wystawały nad wodę. Ptak okrążył centralną grupę baszt, oceniając siłę prądów powietrz­nych, a potem zanurkował gwałtownie. Przemknął tuż nad masz­tem flagowym, poszybował tuż nad otoczonym murami dziedziń­cem, przebiegł kilka kroków i przysiadł na ziemi.

Maks pomógł Haddowi zsunąć się z siodła i podeszli do głowy ptaka. Miał wrażenie, że płyty dziedzińca falują mu pod nogami. Haddo zagwizdał coś do myszołowa, pozwalając Maksowi podra­pać go po karku. Po chwili Maks ostrożnie rozprostował plecy.

- W porządku Haddo. Dzięki za przejażdżkę. Gdzie Karlini? Haddo zagwizdał do ptaka po raz ostatni.

- Tutaj czekaj - powiedział i chwiejnym krokiem ruszył do wie­ży. Ktoś minął go w drzwiach, grymaśnie marszcząc nos.

- Wrocław! - wykrzyknął Maks. - Miło znów cię widzieć.

- Twój widok napawa mnie radością, panie.

Wrocław był chudy jak szczapa, miał zieloną skórę w odcie­niu oliwkowo- szarym i nie całkiem ludzkie proporcje ciała. Jego przodkowie w taki czy w inny sposób musieli zostać zaczarowa­ni, ale tego tematu nie porusza się w dobrze wychowanym towa­rzystwie.

- Jesteś gotów, panie?

- To się okaże. Podejrzewam, że zależy to od tego, czego chce ode mnie Karlini.

Wrocław kaszlnął dyskretnie.

- Doskonale, panie. Zobaczysz się teraz z moim panem?

- Mam nadzieję, Wrocławie.

- Zatem czy zechcesz mi towarzyszyć, panie? Proszę.

Wchodząc do budynku Maks usłyszał trzask wyładowań sta­tycznych, jakie objęły jego czuprynę, i poczuł zapach ozonu. Na korytarzu powietrze było dużo chłodniejsze, a posmak soli mniej wyraźny, niż na zewnątrz.

- Wrocławie, nie wiesz, co ja tu robię?

Wrocław skręcił za róg i zatrzymał się u stóp spiralnych schodów.

- Każda odpowiedź, jaka może mi przyjść do głowy, niewąt­pliwie będzie daleka od prawdy. Mój pan, jak zawsze, jest naj­właściwszą osobą do zasięgania informacji.

Gdzieś w zamku kruk zakrakał sześć razy.

- Och, bogowie - jęknął Wrocław - czas na kolację. Proszę, poczekaj tutaj, panie, mój pan wkrótce nadejdzie. Ja muszę zajrzeć do kuchni.

- Dobrze, Wrocławie - Maks oparł się o kamienny parapet naprzeciw schodów i obserwował cienie pełznące po wzgórzach. Jeden z nich zdążył skryć się w mroku, nim na schodach poja­wiła się postać przegarniająca ręką włosy.

- Wielki Karlini, jak sądzę - rzekł Maks. - Jeśli natychmiast nie wyjaśnisz mi, o co chodzi, zamienię cię w karpia i zjem na surowo.

- Och, co za szczęście, Maks, to ty! - zawołał Wielki Karlini. - Haddo z pewnością jest godzien zaufania, jednak wzrok go zawo­dzi i nigdy nie możemy być pewni, kogo nam sprowadzi.

- Tej szacie przydałoby się pranie.

Karlini spojrzał w dół i drgnął, najwyraźniej po raz pierwszy do­strzegając kolekcję świeżych plam.

- Dobry, stary Maks. Co ja bym zrobił bez ciebie?

- To zależy, w co tym razem się wpakowałeś. Karlini objął Maksa i poprowadził go w dół schodów.

- I co porabiasz, Maks? Maks zatrzymał się.

- Starczy. Odchodzę.

- Maks, nie...

Maks skrzyżował ręce na piersiach.

- Słuchaj, Karlini, ciągniesz mnie szmat drogi, psujesz wspa­niałą wycieczkę karawaną, a nawet nie raczysz mi powiedzieć, dlaczego. Haddo nic nie mówi, Wrocław nic nie mówi, ty nic nie mówisz. Wiesz, co mi to mówi? Że chcesz, abym zrobił coś, co prawdopodobnie wiąże się z narażaniem życia, i obaj doskonale wiemy, czyjego.

Karlini przysiadł na stopniu.

- Nie patrz na mnie tak groźnie, Maks. Nie jest tak źle, ale to długa historia. W gruncie rzeczy, nie tyle długa, ile...

- Karlini.

- No dobra, dobra. Widziałeś zamek?

- Tak. Śliczny.

- Cóż... jest niezły.

- Co więc jest z nim nie tak? Szczury? Duchy?

- Problem nie w tym, co w nim jest - odrzekł Karlini - a co on robi. Porusza się.

- Porusza?

- To znaczy, nie jak w trakcie trzęsienia ziemi czy osiadania. Chodzi o to, że budzisz się rano, a cały zamek stoi gdzieś indziej. Tutaj stoi prawie od dwóch tygodni, ale wcześniej nic, tylko skakał. Ledwo zdążyliśmy się zorientować, gdzie jesteśmy, a tu znowu hop! i druga półkula. Spędziliśmy sześć dni w okolicach bieguna północnego; przemarzliśmy tam do szpiku kości. Cie­kaw jestem, kiedy zamek wyląduje na otwartym oceanie.

- Zakładam, że dojdziemy do sedna, gdy mi powiesz, dlacze­go nie możesz wynieść się z tego miejsca.

Karlini zerknął na Maksa podejrzliwie.

- Na pewno nie słyszałeś wcześniej o tym zamku? Maks pokręcił głową. Karlini westchnął.

- Na tym polega kłopot. Zamek nie chce mnie wypuścić, nie mogę zrobić kroku poza bramę.


Rozdział II

PODSTĘPNY MIECZ


W czasie, kiedy Haddo leciał z Maksem w kierunku zamku Karliniego, ja siedziałem przy swoim biurku i rozmyślałem o własnych sprawach. Przede wszystkim o tym, czy pojutrze będę miał co do gęby włożyć. Oczywiście, nie mogłem wiedzieć o poczynaniach Maksa, Haddo czy Karliniego, ale nawet gdyby było inaczej, niewiele bym się przejmował, gdyż żadnego z nich nie znałem osobiście. Najważniejsze było jedzenie. Minęło już południe, a w tym tygodniu jeszcze nie miałem klienta. Zastana­wiałem się, na ile przyjdzie mi zgłodnieć, by w końcu wyjść na ulicę w poszukiwaniu jakiegoś dziwnego zajęcia polegającego na pracy fizycznej. I wtedy ktoś zapukał do drzwi. Schowałem na wpół opróżnioną flaszkę do szuflady i powiedziałem:

- Proszę.

Weszła kobieta.

- Mój mąż został porwany - oznajmiła na wstępie, po czym wyjaśniła, że jej mąż jest właścicielem wielkiego magazynu w do­kach i floty barek na rzece. Nie wrócił do domu zeszłej nocy. Zgodnie z jej słowami, coś takiego nigdy wcześniej nie miało miejsca. Rankiem pod drzwiami znalazła list. Podała mi go.

Suma 20000 złotych żerliwców zagwarantuje powrót Edrika Skargoola. Na razie nie stała mu się krzywda, lecz poszukiwania zaowocują jego śmiercią. Dalsze instrukcje później.

Podstępny Miecz

- Ho-ho - mruknąłem. Styl był trochę sztuczny; ktoś posiadają­cy poważne braki w edukacji próbował uchodzić za wykształcone­go. Z drugiej strony, słowa wypisano bezbłędnie, a charakter pi­sma był staranny. Jednakże nie musiałem przyglądać się zbyt uważnie, by dostrzec naprawdę niezwykły szczegół. List wypalono ogniem na arkuszu wypolerowanej miedzi.

- Czy domyśla się pani, kim jest Podstępny Miecz?

- Oczywiście, że nie - odparła. - To pańska praca, nieprawdaż? Chrząknąłem wymijająco i znów pozwoliłem jej mówić. Poszła na policję, choć mogła sobie nie robić zachodu. W obecnej sytuacji poli­tycznej policja zajmowała się jedynie sprawami zleconymi przez Straż. Ta zaś miała zbyt dużo zabawy z wprowadzaniem w życie stanu wo­jennego, aby przejmować się kolejnym porwaniem. Jedynymi przy­padkami porwań, jakimi się interesowała, były te zorganizowane przez nią samą. Żywiłem nadzieję, że to nie oni uprowadzili Skargoola. Nie miałem zamiaru walczyć ze Strażą, nawet gdyby żona Skargoola za­płaciła mi krocie, i nie sądzę, by ktokolwiek był gotów to zrobić.

- Znajdzie go pan? - zapytała.

- Zrobię, co tylko możliwe. To moja praca.

Spojrzała na mnie z nieszczęśliwą miną. Czasami to dobra takty­ka; jestem mężczyzną i jak każdy mężczyzna w odpowiednich oko­licznościach robię się sentymentalny, ale tym razem było to z góry skazane na niepowodzenie. Ta kobieta nie przypadła mi do gustu.

- Jeśli panu zapłacę i obdarzę zaufaniem - powiedziała - zakła­dam, że będzie pan co najmniej skłonny zagwarantować...

Do tej pory siedziałem na odchylonym w tył krześle. Teraz pozwoliłem, aby sprzęt przyjął normalną pozycję, i przednie nogi głośno stuknęły w podłogę. Wyciągnąłem palec, żeby podkreślić wagę wypowiadanych słów.

- Słuchaj, paniusiu, Roosing Oolvaya to wielkie miasto. Mieszka tu jakieś pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Codziennie kilku znika i nigdy nie zostaje odnalezionych. Stary Czcigodny nie żyje, najprawdopo­dobniej załatwiony przez syna, który objął władzę, a po ulicach szwendają się najemnicy kontrolujący resztę normalnej Straży. My­śli pani, że to nie pogarsza sytuacji? Pogarsza, bardzo. Ludzie są wyłapywani, skazywani na śmierć i traceni tylko dlatego, że przy­padkiem znaleźli się w niewłaściwym miejscu. Nie tylko przestęp­cy, nie tylko politykierzy, ale po prostu ludzie, rozumie pani? W ta­kiej sytuacji do głosu dochodzą zadawnione urazy, mnóstwo bru­dów wypływa na światło dzienne. Naprawdę nastały ciężkie czasy.

- Ale - zaczęła nadąsana - co w takim razie mam zrobić?

- Jeśli pani mnie wynajmie, znajdę pani męża. O ile to możli­we. Wynajmuje mnie pani?

- Tak, oczywiście, nawet jeśli...

- Zatem niech się pani przygotuje na zapłacenie okupu.

- Ale dwadzieścia tysięcy żerliwców! Skąd...

- W miarę możliwości dostanie pani te pieniądze z powrotem.

- Ale nie może pan targować się z...

- Może zastanowi się pani nad faktem, że pieniądze mogą znieść dużo więcej, niż mężowie.

Zamknęła się. Zadałem jej parę pytań, lecz odpowiedzi nie wnio­sły niczego nowego. Zemsta niezadowolonych pracowników nie wchodziła w rachubę. Lista wrogów w interesach była krótka; pani Skargool powiedziała, że jej mąż cieszył się reputacją uczci­wego kontrahenta. Nie mieli dzieci.

- Kto otrzyma majątek po jego śmierci?

- Och, nie jestem pewna. Nie wiem, naprawdę nie wiem. Wcześniej wysłałem gońca, który teraz wrócił z Turbotem.

Turbot zajmował się mniej więcej tym, czym ja, cokolwiek to było, i zwykliśmy sobie pomagać. Był zadowolony, że wpadnie mu trochę grosza. Tak jak i ja. Pod jego opieką obieta ruszyła do wyjścia, lecz przy drzwiach zatrzymała się i obejrzała.

- Znajdzie go pan? - powtórzyła.

- Tak, znajdę - przypasałem miecz i skierowałem się do maga­zynu Skargoola.

Skład Towarowy Skargoola - przysadzisty piętrowy budynek z ciężkich belek, stał na nabrzeżu portowym. Zarządca, równie przysadzisty, niejaki Kardu Chog, nosił na palcu pierścień z ka­mieniem wielkości łodzi wiosłowej.

- Rany, byłem matem na jego pierwszej barce - zaczął wy­lewnie, zagryzając w zębach cuchnące cygaro. Liście tytoniu stanowiły jeden z artykułów sprowadzanych przez Skargoola z południa. - Matem, tak, i załogą. Byliśmy jak bracia - machnął w stronę pudełka stojącego na biurku, zaproponował mi cygaro. Pokręciłem głową. Wzruszył ramionami i zaciągnął się porząd­nie. Wałeczek popiołu stopniowo zbliżał się do jego ust. - Znamy się ze Skargoolem kupę czasu.

- A żona?

- Co masz na myśli? - rzekł z wolna.

- Jego żonę. Jak długo ona go zna?

Chog odchylił się na oparcie krzesła i spojrzał zezem przez chmu­rę dymu.

- Nie znam jej osobiście, ale wiem, że ma ją od jakichś pięciu czy sześciu lat. Czemu to cię ciekawi?

- Po prostu zadaję pytania. To część mojej roboty.

Pokręciłem się trochę po okolicy, wypytując robotników. Zgod­nie z ich słowami, Edrik Skargool rzeczywiście był rzadkością - bogatym chlebodawcą lubianym przez pracowników. Wypłynął rów­nież inny znaczący fakt: Skargool codziennie wracał do domu tą samą trasą.

Wyszedłem z magazynu i udałem się do knajpy po drugiej stro­nie ulicy. W dzielnicy portowej bary stoją dosłownie co krok. Kiedy podano mi napitek, położyłem obok szklaneczki oola.

- Magazyn Skargoola - powiedziałem.

- Ha? - mruknął pytająco barman.

- Czy ktoś się nim interesował? - podrzuciłem następną monetę.

Barman oblizał wargi i popadł w zadumę. Po chwili ze smut­kiem pokręcił głową, nie spuszczając oczu z oola. Pchnąłem monetę w jego stronę.

- Daj mi znać, jak będziesz coś wiedział. - Wyjaśniłem mu, jak mnie znaleźć.

Ruszyłem dalej. Sądząc z listu, porwanie zostało zaplanowane. Podstępny Miecz, kimkolwiek czy czymkolwiek był, musiał się plątać w pobliżu, żeby znać nawyki Skargoola. Być może nadal miał oko na okolicę. Może ktoś coś zauważył. Chociaż z drugiej strony, szansę były znikome. Po nabrzeżach zawsze kręciło się pełno przejezdnych. No, ale jeśli ja go nie znajdę, to może on usłyszy, że o niego pytam i sam do mnie przyjdzie. Gdy wychodziłem z czwar­tego baru, ktoś zderzył się ze mną i poczułem szarpnięcie. Złapa­łem rękę niedużego chłopaczka. Znałem go.

- Jak interesy, Glinko?

Glinko popatrzył mi w twarz i pobladł.

- To ty... - wydusił.

Oderwałem go od ziemi i potrząsnąłem nim parę razy.

- Tak, Glinko, to ja. Tracisz wprawę. A poza tym robisz z siebie idiotę.

- Nie wiedziałem, że to ty - poskarżył się płaczliwie.

- Daruj sobie. Może będziesz mógł coś dla mnie zrobić.

Na jego twarzy pojawiło się wyrachowanie. Potrząsnąłem nim jeszcze raz, potem otworzyłem dłoń i puściłem go. Ulica była błot­nista, jak zawsze.

- Nie musiałeś tego robić - powiedział.

- Ty też nie musiałeś sięgać do mojej sakiewki. Na twoje szczę­ście, z zasady myślę perspektywicznie - pokazałem mu oola.

Glinko zatrzymał się, aby oczyścić ubranie z błota. Moneta wzbudziła jego zainteresowanie. Monety wzbudzają zaintereso­wanie większości z nas.

- A zresztą, kogo obchodzi błoto - mruknął. - Czego chcesz?

- Podstępny Miecz. - Kto?

- Właśnie to chcę wiedzieć. Ten Miecz porwał mojego klienta.

- Skargoola?

- W samej rzeczy. Opowiedz mi o tym.

- A dasz mi to? - zapytał wskazując monetę.

- A będę miał za co?

Rozejrzał się po ulicy, potem skręcił w wąski zaułek przy ba­rze. Ulica była tylko trzy razy szersza, ale za to w zaułku prócz nas nie było żywej duszy.

- Znam Skargoola - zaczął szeptem. - Znam większość miejsco­wych. Zawsze mam oczy szeroko otwarte, taki mój fach - Glinko był “okiem" jednego z gangów złodziejskich. - Skargool to porząd­ny facet, płaci przyzwoicie, jest dobry dla robotników, wiesz? Poło­wa tutejszych chce dla niego pracować. Ale parę tygodni temu za­częły się plotki. Jego statek miał opóźnienie, kapujesz, i nagle za­częto gadać, że Skargool sprzedał załogę handlarzom niewolników. Taki był początek. Ostami raz widziałem go dwa dni temu. Szedł do domu. Nie wyglądał dobrze. Sprawiał wrażenie przygnębionego. A dzisiaj go nie ma, wszyscy o tym mówią.

- W porządku - rzuciłem mu oola. Powiedział, że powęszy dla mnie i później da mi znać. Wrócił na ulicę, a ja wymknąłem się z drugiej strony.

Zajrzałem jeszcze do paru barów, bez szczęścia, i zakończy­łem Pod Gderliwą Jadaczką. Sytuacja w mieście przedstawiała się nieciekawie; tu rozruchy, tam zamieszki, ale Slipron był nie­zawodny. Zastałem go przy tym samym stoliku, co zwykle. Po­kazałem list porywacza. Slipron wkręcił w oko łupkę - oolvajskie szkło w oprawce z ko­ści - i uważnie przyjrzał się miedzianej płytce. Potarł ją między palcami, potem postukał paznokciem i popatrzył na mnie. - To guzik warte, oczywiście z wyjątkiem samego metalu. Slipron był najlepszym paserem w Roosing Oolvaya. Jego ko­mentarz oznaczał, że mógłby pchnąć ten drobiazg dla zysku i był skłonny się targować, ale w tej chwili nie interesowała mnie sprze­daż złomu. Powiedziałem mu to.

- Aha - westchnął Slipron. - Dobra. To rycie nie jest dziełem profesjonalisty - wsparł palec na wypisanych słowach i zamknął oczy. Litery wokół jego palców rozmyły się na chwilę. Podniósł płytkę pod nos i powąchał. - Pióro ogniste. Zdecydowanie.

Zbliżyła się dziewczyna z tacą pełną spienionych kufli. Po­rwałem jeden dla Sliprona. On oddał mi list.

- Znam Edrika Skargoola i uważam go za porządnego człowie­ka. Zwróciłem także uwagę na fragment listu, który brzmi: “Po­szukiwania zaowocują śmiercią."

- Chodzi o poszukiwanie za pomocą czarów - powiedziałem. Zapewne na Skargoola został rzucony czar antyposzukiwawczy i ja­kakolwiek próba poszukiwań spowoduje sprzężenie zwrotne w polu ochronnym, wystarczające, aby go usmażyć. Inna sprawa, czy Pod­stępny Miecz posiada możliwości albo pieniądze potrzebne do zdo­bycia takiego czaru. Pomyślałem, że blefuje. Ale nawet jeśli był to blef i czarnoksięskie poszukiwania mogłyby doprowadzić do zna­lezienia Skargoola, wynajęcie maga kosztowałoby fortunę i dużo więcej czasu niż ja mogłem poświęcić. Jeśli zaś nie był to blef, a mag nie okazałby się dość dobry, z punktu widzenia Skargoola wynik byłby jednakowy.

Oczywiście, nie wynająłbym maga. Nie zbliżyłbym się do magii ani na krok, chyba że sama złapałaby mnie za kark i siłą wcisnęła mój nos w swoje sprawki. Magia przynosi więcej kłopotów niż korzyści. Każdemu potrafi namieszać w życiu. Mnie namieszała w przeszłości wystarczająco, zyskałem edukację większą, niż mogłem sobie życzyć. Nie, ta sprawa wymagała jedynie żmud­nej roboty i zdzierania obcasów na bruku, a na tym się znałem.

- A jeśli wiadomość nie nawiązuje do czarów? - dumał Sli­pron. - Jeśli porywaczy nie obchodzi rodzaj poszukiwań, a po­szukiwania jako takie? Co będzie, jeśli zauważą, że go szukasz?

- Więcej zaufania, Slipronie. To moja robota, a ja znam się na tym, co robię. Potrafię zachować ostrożność.

Slipron spojrzał na mnie z powątpiewaniem. Przy stoliku za­trzeszczało krzesło, a woń czosnku oznajmiła przybycie Gaga Bez­włosego. Przydomek pochodził z czasów wypadku, gdy pęcherz z gazem, którego Gag używał do otwarcia sejfu na pokładzie ja­kiejś barki, wybuchł mu w ręku. Włosy odrosły wokół wypalonych blizn, ale ksywka pozostała.

- Chodzą słuchy, że szukasz porywacza - zagadnął.

- Jasne - przyznałem - czemu nie? Masz jakiegoś?

- Kto wie? W tym mieście jest tak tłoczno, że mało kto mieści się na drodze uczciwości.

Rzuciłem mu oola. Na moje szczęście, żona Skargoola pokry­wała wydatki. Gag skinął na dziewczynę, żeby przyniosła mu butelkę. Podniósł flaszkę do ust, po czym starł z wąsów zieloną pianę. Beknął, wspierając się na łokciu.

- Dobra, słyszy się różne rzeczy. Nie zawsze wiadomo, co myśleć, rozumiesz, o co mi chodzi? Weźmy tego Skargoola, jed­nego dnia obija ci się o uszy jedno, a następnego coś zupełnie innego. Wczoraj wszyscy chcieli dla niego pracować, a dzisiaj słyszysz, że facet chłoszcze swoje załogi.

Slipron, który od dłuższej chwili koncentrował uwagę na innej części pomieszczenia, skierował ją z powrotem na Gaga.

- Chłoszcze?

- Tak, chłoszcze. Batami. Przez całe lata wozi ziarno, owies i inne takie, a potem ni stąd, ni zowąd mówią, że pod spodem zawsze przemy­cał łupy. Skarby, rozumie się, złoto, klejnoty, prawdziwe łupy. Zagrze­bane pod owsem, przez wszystkie te lata. Się wie, nie mam nic przeciw­ko owsiance, też muszę jeść, ale owies to nie to samo, co skarby.

- Interesująca historyjka, Gag - rzekłem. - Teraz wpasuj w nią Podstępnego Miecza.

- A co to takiego?

- Sam chciałbym wiedzieć. Jak się dowiesz, to skapnie ci trochę grosza.

- A co z tym, no, jak to nazywasz, honorarium?

- Zapłacę, kiedy będę miał za co. Nie kuś losu. Słyszysz mnóstwo rzeczy, Gag, to dobrze. Dowiedz się, kto zaczął gadać o Skargoolu.

Gag zerknął na mnie spode łba i wysuszył butelkę. Miałem oko na resztę sali, czekając na kogoś innego i właśnie się doczekałem. Przybysz skierował się w kąt na tyłach, do stolika skrytego prawie całkiem w cieniu. Podszedłem do niego. Na stole już stał parujący rondel. Siedzący grzebał w nim nożem.

Wysunąłem krzesło.

- Chcę pogadać z twoim szefem.

Nie trudził się podnoszeniem głowy, byłem pewien, że obser­wował mnie, gdy podchodziłem.

- Pracujesz nad sprawą - wymamrotał, przełykając kęs z noża - czy tylko szukasz jakiegoś zajęcia?

- Mam sprawę.

Chrząknął, wyciągnął z rondelka kawałek ryby, skrzywił się na jego widok i cisnął za siebie. Ryba przykleiła się do ściany.

- My być może też mamy robotę. Interesuje cię dla odmiany jakieś uczciwe zajęcie? - zaśmiał się chrapliwie.

- Zależy od rodzaju.

- Jasne. Ktoś do ciebie zajrzy.

- W porządku - stolik, który dzieliłem z Gagiem i Slipronem był pusty, ruszyłem więc do drzwi. Byłem tuż przy nich, gdy otworzyły się z hukiem, pchnięte przez parę włóczni i zgraję twardzieli z oznakami Straży.

- Słuchajcie, półgłówki - krzyknął kapral, wywijając pałką - ten lokal jest zamknięty! Wynocha na ulicę i...

Rozpętało się piekło. Zrobiłem unik, gdy nad moim ramieniem przeleciał stolik mknący prościutko w kierunku kaprala. Walnąłem pięścią w czyjeś oko i wyszarpnąłem nogę spomiędzy czyichś zę­bów. Gdy odepchnąłem rękę z nożem, coś trzasnęło mnie w plecy i zwaliło na podłogę pod ścianą. Trzymając się blisko ściany, prze­czołgałem się do okna i wydostałem na zewnątrz. Po lewej z drzwi wypadł kłąb walczących facetów. Trzej najemnicy Straży, którzy obserwowali front budynku, odwrócili się w ich stronę, a ja po­kuśtykałem spiesznie za pierwszy róg. W plecach mi strzykało, lecz wmówiłem sobie, że to część roboty. Może naciągnę żonę Skargoola na jakieś dodatkowe koszta, kiedy przedstawię jej osta­teczny rachunek. Przemyłem twarz i odszedłem w stronę miasta.

Moje biuro mieściło się nad pralnią w dzielnicy Ghoula niedaleko południowego muru. Szyld z otwartym okiem poskrzypywał cicho w ciągnącej od rzeki bryzie. Przed drzwiami czekał jakiś człowiek.

- Pracuje pan nad sprawą zniknięcia Edrika Skargoola?

- A jeśli tak, to kto pyta? - zaciekawiłem się, otwierając drzwi. Facet wszedł za mną do biura.

- Reprezentuję Oolvańskie Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajem­nych Przewoźników. O! Nie, pomyślałem.

- Ubezpieczenia?

- Tak, w rzeczy samej. Pan Skargool posiada pokaźną polisę, opiewającą na sumę stu czterdziestu tysięcy żerliwców.

Opadłem ostrożnie na krzesło.

- Ubezpieczenie zabezpieczone walorami lub poręczeniem?

- Oczywiście, zabezpieczone. Jak najbardziej.

Ubezpieczenie, do licha, ubezpieczenie! To był prawdziwy kło­pot. Nigdy wcześniej nie pracowałem nad sprawą powiązaną z ubezpieczeniami i nie miałem najmniejszej ochoty zaczynać. Dla­czego? Prawnik, z którym kiedyś obaliłem butelczynę, wyjaśnił mi, o co w tym biega. Łatwo tam znaleźć się w miejscu, gdzie obo­wiązują zupełnie inne prawa i gdzie istnieje całkowicie odmienny wymiar sprawiedliwości, kiedy ludzie na okrągło znikają bez śla­du, albo dlatego, że są martwi albo po prostu dlatego, że chcą znik­nąć. Człowiek sprzedający polisę w jednym mieście musi posia­dać jedną rzecz, aby mieć pewność, iż będzie ona honorowana gdzieś indziej. Mianowicie: musi dysponować rozległą władzą, której nikt nie będzie śmiał zakwestionować.

Ubezpieczenie było kontraktem zawieranym z jednym z bogów.

Mężczyzna w pelerynie założył nogę na nogę.

- Tak się nieszczęśliwie składa, że nasza organizacja cierpi na niedobór personelu i... - zakaszlał delikatnie - ...chroniczny nad­miar pracy, więc ilekroć to możliwe, w trakcie dochodzenia sta­ramy się szukać pomocy na miejscu.

- Chwileczkę. Wyjaśnijmy sobie parę rzeczy. Jestem...

- Przepraszam, jeśli nie wyraziłem się jasno. - W spłowiałym tweedowym paltocie i z obwisłą bladą twarzą mógłby być bezi­miennym urzędnikiem zawikłanym w biurokratyczne układy. Jed­nakże w jego głosie pobrzmiewała bezkompromisowość kogoś, kto zawsze kroczy własną ścieżką i nieodmiennie kieruje się wła­snymi regułami. Nawet jeśli sam nie był niebezpieczny, posiadał potężnych przyjaciół.

- Ilekroć dochodzi do śledztwa - wyjaśnił - wykorzystujemy jego wyniki.

- Co pan rozumie przez “wykorzystujemy"? W tym interesie jak się korzysta, to trzeba płacić.

- To nie jest pański, ale nasz interes - błysnął ku mnie uśmie­chem, a przynajmniej jemu musiało się wydawać, że to uśmiech. - Proszę potraktować konieczność współpracy jako formę podatku, jaki nasza firma ściąga z pańskiej firmy. Może pan również pod­ciągnąć to pod wymogi związane z posiadaniem licencji. Oczeku­jemy, że każdy detektyw zastosuje się do naszych kryteriów.

- Kryteriów?! - powtórzyłem. - Co pan rozumie przez kryteria? Znam swoją robotę jak...

- Zatem nie będzie pan miał problemów, prawda? Należy zade­monstrować wyjaśnienie w formie związku przyczynowo-skutkowego bądź zalegalizowanego poświadczenia. Próby oszustwa bądź zmowy na rzecz trzeciej strony podlegają karze, przy czym ukara­ny zostaje albo beneficjent polisy, albo prowadzący dochodzenie. Nigdy nie widziałem żadnej z tych polis, ale nie było to żadnym usprawiedliwieniem. Słyszałem, że jak już człowiek wpadnie w oko bogom, to najlepiej jest trzymać język za zębami i robić, co sobie życzą. I mieć nadzieję, że o nim zapomną po zakończeniu sprawy. Ale czego będzie wymagało ode mnie zakończenie?

- A jeśli ten, hmm... “prowadzący dochodzenie" nie rozwiąże zagadki? - spytałem. - Czasami nikt nie potrafi rozwiązać łami­główki, niezależnie od tego, jak dobre ma elementy.

- Cóż, przypadki nieokreślone nie są mile widziane. Poddane sto­sownej ocenie i w specjalnych okolicznościach mogą zostać, hurrumf... niechętnie zaakceptowane. Zdecydowanie niechętnie.

- W porządku, nie mam wyboru. Rozumiem, nie jestem idio­tą. Jakiego rodzaju ubezpieczenie posiada Skargool?

- Na życie, oczywiście.

- A nie mógłby się pan dowiedzieć, czy on nadal żyje? Wykrzywił kącik ust, co być może było kolejną próbą uśmie­chu, a może tylko nerwowym tikiem.

- Wszechmoc nie jest jedną z cech naszego patrona. Te rze­czy wymagają czasu, energii i uwagi - podniósł się.

- Jeszcze tylko jedno pytanie - zatrzymałem go. - Tak?

- Kto i kiedy wykupił ubezpieczenie? Ponownie zaprezentował mi swój tik.

- Żona, oczywiście. Miesiąc temu.

- Aha - powiedziałem. - Jak mam się z panem skontaktować?

- To ja będę w kontakcie. Do widzenia - drzwi zamknęły się za jego plecami. Otworzyłem szufladę biurka i wyjąłem flaszkę, by strzelić so­bie kapkę czegoś mocniejszego. Znów dobiegło mnie skrzypnięcie drzwi.

- Co jeszcze? - zapytałem, ale tym razem zobaczyłem innego faceta. Gruby, w bezkształtnej czapce naciągniętej tak głęboko, że opierała się na nosie, przypominał ogromną ropuchę.

- Czas na spotkanie z szefem - oznajmił.

- Cóż... - schowałem butelkę i poszedłem za nim. Krążyliśmy wąskimi ulicami, generalnie kierując się w stronę doków, i w końcu dotarliśmy do domu o zamkniętych okienni­cach. Zeszliśmy do piwnicy. Pod wyleniałym dywanikiem kryła się żelazna krata. Facet odwinął brzeg, ostrożnie, żeby nie szarpnąć cienkiej nici, która biegła od wystrzępionego rogu gdzieś w ciemność. Potem odwrócił się do mnie plecami, pomajstrował coś w mroku i czekał. Pod kratą zaczęła gulgotać woda. Szum ci­chł stopniowo. Wreszcie krata otworzyła się z łoskotem i poskrzypywaniem. Ukazała się drabina wiodąca do ścieku.

Gdy dotarliśmy do stóp drabiny, ukryty mechanizm rozprawiał się z ostatnimi wirami wody. W kamiennej ścianie studzienki czernił się wylot niskiego tunelu. Schyliłem się głęboko i pobrnąłem za facetem przez szlam i algi. Po pokonaniu paru pełnych śmiecia zakrętów zna­leźliśmy się w salce oświetlonej pochodniami. W podłodze i w ścia­nach niewielkiego pomieszczenia widniały trzy otwory przejść po­dobnych do tego, jakim przyszliśmy. Czterej mężczyźni wstali od sto­łu i pchnęli mnie pod ścianę. Jeden zabrał mi miecz i zrewidował fa­chowo. Dwaj stali wyczekująco, muskając palcami rękojeści mieczy, a ostatni nerwowo postukiwał potężną pałą o wnętrze dłoni. Nie zna­leźli przy mnie niczego; nie byłem taki głupi. Odsunęli się ode mnie. Jeden z opryszków chrząknął, ruchem głowy wskazując wiszący na ścianie gobelin. Odsunąłem go i otworzyłem ukryte za nim drzwi.

Pokój o ścianach wyłożonych boazerią z orzecha zawierał regał pełen oprawionych w skórę tomów oraz wielkie biurko z siedzą­cym obok mężczyzną. Mężczyzna był ubrany w szlafrok haftowa­ny w smoki tudzież inne zoologiczne dziwa. Na nosie miał okula­ry, przez które studiował potężną księgę rachunkową. W zasadzie wyglądał na faceta o łagodnym usposobieniu i mógłby taki być, ale nie był. Nie było to nasze pierwsze spotkanie. Popatrzył na mnie znad okularów.

- Siadaj. O co chodzi?

- Nie o co - odparłem, sadowiąc się na stołku - a o kogo. O Edrika Skargoola. Ktoś go porwał, jednak nie wygląda mi to na twoją robotę.

- Ha, ten szczeniak ma tupet - przekartkował księgę, przenosząc spojrzenie z jej stronic na moją osobę. - Skargool. Jest. - Na chwilę zagłębił się w lekturze. - Jest bogaty, tak, ale głównie w towary, go­tówki ma niewiele. Za ochronę płaci regularnie, z tym żadnych kło­potów. Wskaźnik opłacalności uprowadzenia niski, więc niby masz rację, po co miałbym go porywać? Głupi. Ktokolwiek to zrobił, jest głupi. Niektórzy nie mają smykałki do interesów - wbił we mnie oczy. - Chciałbyś wiedzieć, jaki jest twój wskaźnik?

- Jestem pewien, że kosztowałoby mnie to więcej, niż mam od­zyskać. Jestem pewien, że ty też o tym wiesz.

- Ha - mruknął wymijająco.

- Poza tym to nie ma nic do rzeczy. Zależy mi tylko na jed­nym. Znasz kogoś zwanego Podstępnym Mieczem?

- Co? Podstępny Miecz? Chyba żartujesz. Co to za idiotyczne imię? Podałem mu list porywacza.

- Drobny łotrzyk - powiedział, studiując list. - Jakiś pętak. Peł­no ich wszędzie. Całe przeklęte miasto roi się od pętaków - odrzu­cił mi list, a na dokładkę złapał księgę i cisnął j ą przez pokój. Wiel­kie i ciężkie tomiszcze z głośnym hukiem uderzyło w kamienną ścia­nę. Strażnicy wpadli do pokoju i zaczęli ściągać mnie z krzesła.

- Wojny domowe! - ryknął szef, piorunując wzrokiem swoich podkomendnych. - Nienawidzę ich. Szkodzą interesom. Paskudne dla każdego. Czego tu?

Charczałem w jego stronę w nadziei, że przypomni sobie o mnie, zanim jego chłopcy rozbiorą mnie na części. Szef przez chwilę wlepiał we mnie oczy, potem powiedział:

- Dajcie spokój, chłopcy, on jest w porządku. Połóżcie go. Rzucili mnie na krzesło i wymaszerowali rządkiem. Usiadłem, potarłem nadwerężone ramię i spróbowałem uspokoić oddech.

- Dzięki - wydusiłem.

- Taa. Mam robotę, która może ci dopomóc. Znasz Kriglaga?

- Słyszałem o nim, nigdy nie miałem okazji go poznać - Kriglag kierował gangami na nabrzeżu.

- To frajer. Myśli, że się ułoży z nowym Czcigodnym, że bę­dzie współpracował z tymi wszystkimi zagranicznymi najemni­kami i skupywał ich łupy, nie wiem, co tam jeszcze. Być może jest wystarczająco wielkim idiotą, aby zadawać się z kimś zwa­nym Podstępnym Mieczem.

- Zamieniam się w słuch.

- Mam zamiar go załatwić - oznajmił szef. - Mam zamiar załatwić go dzisiejszej nocy. Chcesz się przyłączyć?

- Jasne. Dzięki.

- Będziesz z Netoo - skinął głową w stronę gobelinu.

Wyszedłem i powiedziałem chłopcom, że mam być z Netoo. Poszedłem za tym z pałką za kolejny gobelin i korytarzem do punktu zbornego.

Było nas mniej więcej trzydziestu, podzielonych na cztery zespoły. Spacerowałem po sali, gawędząc o niczym, dopóki nie wyruszyliśmy.

Zapadła noc, nim pierwsze dwie grupy wyłoniły się ze ścieków. Czasami dochodzę do przekonania, że w Roosing Oolvaya większy ruch i handel ma miejsce nie na ulicach, lecz w kanałach. Ban­da pod przewodem Netoo wyszła na ulice z czarodziejką. Czaro­dziejka szła z przodu, spirale delikatnych błękitnych linii tworzyły rękawiczki wokół jej ruchliwych dłoni. Błękitne aureole pozosta­wiały w powietrzu powoli płowiejący szlak.

Dotarła do nas wrzawa jakichś zamieszek w sąsiedztwie. Jednak nie było ani śladu Straży i zastanowiłem się, czy przypadkiem szef nie nakłonił kogoś do skoncentrowania się na innym terenie. Pasmo rzecznej mgły okręciło się wokół budowli przed nami. Weszliśmy w opary i Netoo zatrzymał zespół, aby naradzić się z czarodziejką. Ta parę razy machnęła rękami, prawie ginąc mi z oczu we mgle, i wsłuchała się w ciszę. Pokiwała głową. Netoo skinął na nas. Przepełzliśmy jedną przecznicę i skręciliśmy w zaułek. Netoo dotknął ramienia łucznika. Łucznik napiął łuk i wypuścił strzałę. Strzała prze­mieniła się w cień i zniknęła we mgle. Pół sekundy później rozległ się cichy łomot i grzechot, a potem łoskot upadającego ciała. Czaro­dziejka pokiwała głową i szepnęła coś do Netoo.

- Za następnym rogiem - rzekł Netoo. - Dom obrośnięty pną­czami. Wszyscy gotowi? W porządku, idziemy.

Szybko przemknęliśmy za róg. Po kalenicach wspinały się ja­kieś cienie, ciemne na tle lekkiej mgiełki. Gdy my dotarliśmy przed dom, one znalazły się na jego dachu.

Nagle zadźwięczała stal. Zatrzymałem się, pozwalając moim kompanom zająć się walką, a potem przebiłem przez tłum i stara­nowałem drzwi. Zobaczyłem dziedziniec, na którym już mocowa­ły się inne postacie. Przez nie też się przedarłem, zmierzając do wewnętrznego wejścia. Krzyki: “Bez miłosierdzia dla zdrajców!" i “Śmierć uzurpatorowi!" pełniły rolę kamuflażu; miały sugero­wać, że napastnikami są buntownicy. Dobiegały z tyłu, z góry i z dołu, świadcząc, że grupy przybyłe ze ścieków zaatakowały razem z oddziałem z dachu. Uderzyłem w wewnętrzne drzwi, które otwo­rzyły się gwałtownie. Obok mnie próbował przemknąć odziany w długą szatę urzędnik. Jego rozbiegane oczy szaleńczo przepatrywały dziedziniec. Złapałem go za kołnierz i warknąłem:

- Podstępny Miecz!

- Ja nic nie wiem - wydukał. Usilnie starał się zemdleć. Po­mogłem mu, waląc w łeb płazem miecza.

Przez pewien czas nie działo się nic ciekawego. Potem znala­złem Kriglaga. Kompletnie zaskoczony, z odciętymi wszystkimi drogami ucieczki, Kriglag próbował z pożytkiem wykorzystać beznadziejną sytuację. Był już pijany w sztok. Wlazłem do komórki i poderwałem go na nogi. Dzbany stoczyły się z jego piersi i za­grzechotały na podłodze.

- Kriglag! - warknąłem.

- Hwazigah? - wybełkotał. Powieki opadały mu sennie.

- Podstępny Miecz, Kriglag! Podstępny Miecz! - ryknąłem mu do ucha.

- To zły, bardzo zły facet - wymamrotał i zaczął pochrapy­wać.

Potrząsnąłem nim, potem zbiłem szyjkę dzbana, który najwi­doczniej w zamieszaniu uszedł jego uwagi i wylałem mu zawar­tość na głowę. Kriglag otworzył oczy.

- Czego?

Umieściłem czubek miecza tam, gdzie skupiało się jego spoj­rzenie.

- Podstępny Miecz, Kriglag.

- Zabierz mnie stąd.

- Opowiedz mi o Podstępnym Mieczu.

- Najpierw mnie zabierz. Trzasnąłem go w szczękę.

- A niby czemu miałbym robić sobie kłopot? Chyba mu pojaśniało w głowie.

- Podstępny Miecz to facet z góry rzeki. To on wpadł na ten po­mysł. Za jednym zamachem zarobiłby kupę forsy i zyskał sławę obrońcy uciśnionych. Poprzez oskubywanie tłustych szczurów.

Pojaśniało mu nie za bardzo.

- Oskubywanie tłustych szczurów?

- Bogatych drani - Kriglag przerwał, aby hałaśliwie zaczerpnąć powietrza. - Facetów z mnóstwem szmalu zdobytego dzięki draństwom. Ludzi, których nikomu by nie brakowało, których zniknię­cie powitano by z zadowoleniem.

- Przyszedł więc do ciebie. Co mu powiedziałeś?

- Nie jestem głupi. Powiedziałem, żeby spróbował. Gdyby za­działało, może wziąłbym go do siebie.

- Dokąd poszedł?

- Nie mam pojęcia. Zamierzał wrócić z wynikami.

- Kto jeszcze o tym wiedział?

Kriglag uśmiechnął się głupawo i zionął mi w twarz cuchną­cym oddechem.

- Mój wspólnik.

Przyłożyłem ostrze miecza do jego gardła.

- Kto?

Kriglag wykrzywił się w uśmiechu.

- Zabierz mnie stąd, to ci powiem.

Zawahałem się. Wtedy, z chóralnym okrzykiem: “Koniec kola­boracji!" do pokoju wpadła gromada moich nowych przyjaciół. Kriglag spojrzał na nich, zerknął na mnie i skoczył na klingę mie­cza. Mało prawdopodobne, by taki asekurant jak on mógł posunąć się do samobójstwa, ale na wszelki wypadek zabrałem ostrze spo­za jego zasięgu.

- Jesteś durniem! - zawył, gdy wyciągali go ze schowka.

Spędziłem parę minut nad księgami. Kriglag dokumentację pro­wadził parszywie. Mimo to doszedłem, że jego interesy w więk­szej części polegały na obracaniu towarami kradzionymi z maga­zynów na nabrzeżu. Z jakich magazynów, nie wiedziałem, ale spo­rządziłem sobie listę towarów. Jeden z ludzi Netoo przybył zająć się księgami, schowałem więc miecz i udałem do domu.

W środku nocy przebudził mnie posłaniec z listem od Turbota:

Przyszła nowa wiadomość. Okup dziś wieczorem.

Turbot, zawsze maniakalnie oszczędny w słowach, najwyraź­niej miał wszystko pod kontrolą. Wróciłem do łóżka.

Rano zabrałem się za sprawdzanie kontrahentów Skargoola z listy, jaką dostarczyła mi jego żona. Ani jeden nie powiedział o nim złego słowa i chyba żaden nie miał nic do ukrycia. I niko­mu nie brakowało towarów, jakie Kriglag spisał w swoich księ­gach. Zmądrzałem dopiero wtedy, gdy kończyłem rozmowę z czwartym facetem z rzędu. Zapytałem go o rywali Skargoola.

Tych nazwisk nie było na mojej liście. Informacje zaś okazały się bardziej interesujące. Ci ludzie lepiej znali Skargoola. Znali go na tyle dobrze by wiedzieć, że ostatnio coś mu doskwierało. Zrobił się nerwowy. Odkrył, że ktoś go okrada. I powziął podej­rzenia odnośnie wierności małżonki. Nie mogli też zrozumieć, skąd się wzięły plotki o chłoście, handlu niewolnikami i general­nie o tyranii Skargoola. Wszyscy go lubili, choć w interesach rywalizowali z nim bezlitośnie. Ich zdaniem Skargool był uczci­wy do przesady i jeśli można mu było coś zarzucić, to tylko to, że raczej nie przemęczał swoich pracowników. Potem spędziłem parę godzin na rozmowach ze sprzedawcami piór ognistych.

Pióra ogniste były szaleństwem parę sezonów temu. Jednak po początkowym entuzjazmie ludzie spostrzegli, że pióra zużywają się zbyt szybko, aby był z nich jakiś pożytek, i że nie na­dają się praktycznie do niczego poza bazgraniem graffiti. Fak­tycznie, można było pisać nimi po murach, po metalu, po chod­nikach - wszystkim prócz papieru i pergaminu; bo te w kontak­cie z piórem stawały w płomieniach. Zabawka może efektow­na, ale niepraktyczna i niekiedy niebezpieczna. Ot, drobiazg, który tylko kmiotek z góry rzeki mógłby uznać za krzyk mody.

Jeden z pośledniejszych czarnoksiężników nadal wyrabiał te za­bawki. Część sprzedawał na straganie przed własnym domem, a resztę odstępował miejscowym handlarzom. Zapotrzebowanie spadło do paru tuzinów na miesiąc, był więc w stanie powie­dzieć mi, dokąd one trafiają. Wizyta u drugiej z wymienionych przez niego osób okazała się strzałem w dziesiątkę.

- Taki gamoniowaty szczeniak z pryszczami i wielkim, zardze­wiałym mieczem - powiedziała handlarka. Na jej kramie leżał schludnie ułożony rządek ryb, obok stały koszyki pełne błyszczą­cego badziewia. - Uważał się za dar niebios. Może i był nim u sie­bie, dla wiejskich dziewek - łypnęła szyderczo okiem i spróbowa­ła wcisnąć mi rybę.

Szczeniak kupił pióro parę dni wcześniej, co pasowało. Wróci­łem na nabrzeże, aby rozejrzeć się za Glinkiem. Kiedy go znala­złem, pożałowałem, że go widzę. Wyłowiono go w czasie odpływu zza pala pod nabrzeżem. Ktoś mocno zacisnął palce na jego gardle, o czym świadczyły ślady. Poza tym coś ostrego rozdarło mu tętnicę.

Gdy gapiłem się na Glinka, zdałem sobie sprawę, że obok mnie gapi się druga osoba. Był to reprezentant Oolvańskiego Towarzy­stwa Ubezpieczeń Wzajemnych.

- Robi pan postępy? - zapytał.

- Jak najbardziej - rzekłem do Glinka. - Mnóstwo.

- Czy będziemy musieli wypłacić ubezpieczenie?

- Nie znając dokładnych warunków polisy Skargoola, nie wiem. Pan to oceni.

- Kiedy będę miał okazję?

- Dziś wieczorem - odparłem - wydaje mi się, że to dobry termin.

Skinął głową i odszedł, a ja, skoro już byłem w tym rejonie, po­stanowiłem wstąpić do Choga, szefa magazynu Skargoola. Do czło­wieka z pierścieniem, z dużym ostrym kamieniem.

- Miałeś kłopoty, jak widzę - powiedziałem po wejściu. Oko miał podbite i tak podpuchnięte, że chyba nic na nie nie widział, a kłykcie odarte ze skóry.

- Ze Strażą - rzekł Chog. - Polowali na mnie, najemnicy.

- Słyszałeś, że pani Skargool dziś rano dostała drugi list.

- Dobre wieści, to na pewno oznacza dobre wieści. Powrót mo­jego przyjaciela musi być bliski. My dwaj, Skargool i ja, jak bracia.

- Już to mówiłeś. Dziś wieczorem mam zamiar wypłacić okup.

- Muszę jak najszybciej znać wynik tej sprawy.

- Skoro o tym wspomniałeś, możesz posłuchać relacji z pierw­szej ręki. Wstąp do domu Skargoola dziś koło północy.

- Koło północy? Nie omieszkam - zapewnił Chog z uśmiechem. Sam poszedłem do domu Skargoolów i zaprezentowałem żonie rachunek. Mimo zdenerwowania trzymała się zastanawiająco do­brze, znów próbowała ze mną flirtować i tak dalej. Zabrałem Turbota na stronę i omówiłem z nim parę rzeczy. Turbot przypasał miecz i wyszedł.

Do tej pory nie miałem w rękach porannego listu, więc obejrzałem go sobie dla zabicia czasu. Też był napisany piórem ognistym na arku­szu miedzi. Kiedy porównałem go z pierwszym, charakter pisma wy­dał mi się odmienny. Zwróciłem na to uwagę pani Skargool.

- Widziała pani kiedyś ten charakter pisma?

Podniosła list do światła i przyjrzała mu się uważnie, potem popatrzyła na mnie. Z jej błękitnych, szeroko otwartych oczu wyzierała niewinność.

- Nie, jestem pewna, że nigdy wcześniej go nie widziałam. Czy to ważne?

- Niezbyt.

O zmroku przybył posłaniec z ostatnim listem. Niczego nie wie­dział. Po prostu na rogu ulicy podano mu list wraz z monetą. Wia­domość brzmiała następująco:

Zapakuj pieniądze w dwa worki. O ósmej detektyw zabierze je i pójdzie na róg bulwaru Piątej Wielkiej Powodzi przy ulicy Bro­warnej. Będzie sam.

Skrzyżowanie to mieściło się w podupadłej części dzielnicy por­towej. Przygotowaliśmy okup i o ósmej opuściłem dom.

Przy Piątej i Browarnej znalazłem przypięty do muru kawałek złożonego materiału. W środku była następna miedziana płytka z instrukcją, zgodnie z którą udałem się na nabrzeże Kupców Haalseńskich oddalone o jakieś trzy minuty drogi. Na miejscu znala­złem kolejny list z instrukcjami. Miałem zejść po drabinie i wrzu­cić worki do łódki zacumowanej u podstawy. Pomyślałem, że wielki czas; dwadzieścia tysięcy żerliwców to niezły ciężar. List również sugerował, żebym przez pół godziny czekał przy drabinie na dole. Włożyłem worki do łodzi. Wtedy lina przywiązana do dziobu naprężyła się i pociągnęła łódź pod sąsiednie nabrzeże, a ja przez pewien czas siedziałem bezczynnie. Kiedy doszedłem do wnio­sku, że odpocząłem wystarczająco, wspiąłem się po drabinie i wró­ciłem do domu Skargooli.

Gdy tylko pojawiłem się w drzwiach, rzuciła się na mnie żona. Przez dwa dni miałem kłopot z wydobyciem z niej choć słowa, a teraz paplała jak najęta.

- Dał im pan pieniądze? Gdzie są, nie przyniósł ich pan? Gdzie jest mój mąż? Co...

- Cicho! - warknąłem. - Powiem wszystko tylko raz, nie mam zamiaru powtarzać każdemu po kolei.

- Gdzie jest mój mąż?

- Nie sądzę, żeby przyszedł.

Zaczęła miotać się i pomstować, ale w tej chwili o to nie dba­łem. Znałem ją już dość dobrze, co nie znaczy, że było wiele do poznania. Kardu Chog przybył pierwszy, niedługo później poja­wił się Turbot. Skinął do mnie nieznacznie i usadowił się przy drzwiach.

- Teraz niech pan opowie... - zaczęła żona.

- Jeszcze nie - przerwałem jej. - To nie wszyscy. Żona i Chog drgnęli.

- O czym gadasz? - zapytał Chog.

- Czekamy na jeszcze jedną osobę.

Pani Skargool nerwowo omiotła wzrokiem wszystko i wszystkich z wyjątkiem Choga.

Dokładnie o północy rozległo się pukanie do drzwi. Był to facet z towarzystwa ubezpieczeniowego.

Podniosłem się i zacząłem mowę:

- Skargool nie żyje - oznajmiłem, zwracając się głównie do jego żony. - Nie żył zapewne już przed pani wizytą w moim biurze. Porwał go Podstępny Miecz, ale ze wszystkich rzeczy, jakie miałem okazję od kogokolwiek usłyszeć, tylko ten fakt jest mniej więcej zgodny z prawdą. Obecny tutaj Chog był cichym wspólnikiem Kriglaga...

Chog zaniósł się gwałtownym kaszlem.

- Nie ruszaj się - rzekł agent ubezpieczeniowy.

Chog zamarł. Jego prawa ręka znieruchomiała w drodze do lewego rękawa, noga zawisła nad podłogą. Skinąłem na Turbota, który zbliżył się i wyciągnął z rękawa Choda długi nóż, jego samego zaś pchnął na kanapę. Chog dyszał ciężko, jego oczy śmigały po pokoju, lecz poza tym nawet nie drgnął. Turbot usiadł obok niego.

- Kriglag rządzi nabrzeżami - podjąłem - między innymi han­dluje kradzionymi towarami. Dużą ich część stanowiły dobra skra­dzione przez Choga z własnego magazynu. Ściśle mówiąc, z maga­zynu Skargoola. Skoro Chog prowadził księgi i cieszył się zaufa­niem pryncypała, odkrycie prawdy zajęło Skargoolowi trochę cza­su. Zanim się to stało, Chog opracował następny plan. Kriglag opo­wiedział mu o Podstępnym Mieczu. Ten, żółtodziób- idiota skądś z góry rzeki, wpadł na idiotyczny pomysł. Postanowił uprowadzić kupca, bogatego i zarazem wrednego dla swoich pracowników, ale wrednego nie na tyle, by nikt nie chciał zapłacić okupu. Przypusz­czam, że Miecz marzył o zostaniu kimś w rodzaju ludowego boha­tera, porywającego tylko tych, którzy na to zasłużyli. W przypadku, gdyby ofiara już się nie pokazała, nikt nie byłby zbytnio wstrząśnię­ty. Ostatecznie chodziło o drania, nieprawdaż?

Chog musiał tylko rozpuścić pogłoski o tym, jaki to Skargool jest bogaty i podły, a potem czekać na posunięcie Miecza. Nie wiem dokładnie, ile czasu to zabrało, ale Chog miał pod tym względem rację. Miecz uderzył. Rzecz w tym, że Chog również śledził Skargoola, i kiedy Miecz go porwał, Chog podążył za Mie­czem. Gdy Miecz napisał pierwszy list zawiadamiający o porwa­niu, Chog wkroczył do akcji i pozbył się ich obu. I na tym koń­czy się historia udziału Podstępnego Miecza i Skargoola. I cała sprawa - zamilkłem, czekając, aż na twarzy żony Skargoola od­maluje się wyraz ulgi. Aż do tego stopnia jej nie lubiłem.

- Z wyjątkiem jednej rzeczy - zwróciłem się do niej. - Ubez­pieczenia. Osobiste wykupywanie polisy było głupim posunię­ciem, naprawdę głupim. Nie wiem, czy kochasz Choga albo czy on kocha ciebie, ani czy on zwiódł ciebie czy też ty go omamiłaś, i nie obchodzi mnie to ani trochę. Nie dbam nawet o to, czy świadomie ustawiłaś mnie tak, żebym odkrył udział Choga i Mie­cza i uwierzył, że to wszystko. Obchodzi mnie twój bezpośredni udział w przestępstwie. Kręciłaś z Chogiem za plecami męża i roz­praszałaś jego uwagę, uniemożliwiając mu odkrycie kradzieży. Winny jest nie tylko Chog, ale i ty. Razem postanowiliście zabić Skargoola oraz pobrać jego ubezpieczenie i przejąć interes.

Zamarła jak Chog, w chwili gdy wspomniałem o polisie. Czło­wiek od ubezpieczeń nawet mi nie przerwał, po prostu wskazał na nią palcem.

- Zadowolony? - Zwróciłem się do niego.

- Jak najbardziej - odparł. Wskazał palcem na Choga, a potem na żonę Skargoola, W pokoju zmaterializowała się kula ognia, która pochłonęła ich oboje. Nagły błysk rozświetlił postać agenta ubezpieczeniowego, a gdy zgasł, mężczyznę spowił słup kłębią­cego się dymu. Kiedy parę sekund później dym się rozwiał, jego już nie było. Zniknął, pozornie za sprawą czarów. Myślę jednak, że zauważyłem ruch zamykanych drzwi i powiew zimnego po­wietrza. Moim zdaniem to w porządku; uważam, że każda pro­fesja ma prawo do odrobiny tajemniczości.

- Kto to był? - zapytał Turbot.

- Albo czarnoksiężnik pracujący dla towarzystwa ubezpiecze­niowego - odparłem - albo jakiś bóg, zabawiający się wędrów­kami po dzielnicach nędzy. - Miałem nadzieję, że nie był to bóg, a jeśli już, to że sprawiłem się dość dobrze, by zostawił mnie w spokoju. Jak się później okazało, sprawiłem się aż nazbyt do­brze, lecz chyba nie miałem innego wyboru. Z Turbotem, który śledził Choga od miejsca przejęcia okupu, a następnie zabrał worki z kryjówki, podzieliliśmy się pieniędzmi, po czym poszedłem do domu.

Była to wszawa sprawa. Trochę lubiłem Glinka. Sądzę, że polubiłbym również Skargoola.


Rozdział III

PROBLEM WIELKIEGO KARLINIEGO


Wrocław zaczął zbierać naczynia. - Thundatenchon wstąpił do nas jakiś rok temu - powie­działa Ronibet, żona Karliniego. - Objadał nas przez miesiąc, ale udało się nam przymusić go do roboty. “Rozmaitość Przekszta­łceń w Stabilizacji Macierzy Trzeciego Rzędu", czyż nie tak to nazwaliśmy, kochanie?

- Co? - mruknął Karlini. Przez cały posiłek na przemian to mam­rotał do siebie, to gapił się ponuro na ściany. Zachowywał się zdecy­dowanie nietypowo, jak na największego znanego Maksowi gadułę. Spojrzenie Karliniego znów powędrowało w przestrzeń.

- Od lat nie byłem na konferencji - powiedział Maks, wycie­rając resztki owocu z gładko wygolonej górnej wargi. Jego tuni­ka, którą poluzował dla wygody, była rozpięta pod szyją. W wy­cięciu widniał mały amulet zdobiony klejnotami i filigranowym wzorem mikroskopijnych znaków runicznych. - Szkoda czasu. Tam nikt nigdy nie mówi nic ważnego. Rzeczy godne uwagi za­wsze chcą zachować dla siebie. Co nie znaczy, że ich obwiniam.

Wrocław pojawił się z pudełkiem cygar. Karlini wyciągnął rękę, ale ostre spojrzenie Ronibet sprawiło, że opadł zgarbiony na krze­sło. Maks poczęstował się i nie korzystając z podsuniętej przez Wroclawa długiej zapałki, strzelił palcami. Koniuszek cygara roz­żarzył się, wzniosła smużka dymu.

- Zawsze musisz się popisywać - powiedziała Ronibet. Maks otworzył dłoń, ukazując miniaturową tarkę i krzemyczek przymocowane do kciuka i trzeciego palca. Wyszczerzył zęby do Ronibet, i schował przyrządzik do kieszeni. - I jak wam idą prace nad mikroorganizmami?

- Całkiem nieźle - odparła Ronibet. - Pamiętasz moją teorię ko­mórek, zgodnie z którą w każdym organizmie żywym można wy­odrębnić inne mikroskopijne żyjące jednostki? Stało się jasne, że teoria ta wspiera się na uzasadnionych podstawach. Mało tego, myślę, że zidentyfikowałam organelle przemiany pokarmu w magię.

Maks z zadumą palił cygaro.

- To dobra praca, lepiej niż dobra - stwierdził. - Być może przełomowa. Jeśli zdołasz dokładnie określić, w jaki sposób we­wnątrz tych twoich komórek powstaje magiczna esencja, wtedy Wielki Plan stanie się czymś więcej niż rojeniem szaleńca.

- Ty i twój Wielki Plan - mruknął Karlini. - Od kiedy cię znam, wciąż mówisz o Wielkim Planie. I co z tego masz? Co dobrego ma ktokolwiek z nas? Stek bzdurnych mrzonek, to wszystko. Nigdy nie pozbędziemy się bogów, nie ma sensu o tym gadać.

- Co gryzie Wielkiego? - zapytał Maks. - Myślałem, że jak każ­de z nas nie godził się ze zwierzchnictwem bogów. A może nie pamiętam, jak ciągle gadał na temat odzyskania wolnej woli?

- Zmieniłem zdanie - powiedział Karlini. - Nie ma czegoś takie­go jak wolna wola. Jak nie będzie bogów, pojawi się coś innego. Polityka, przymus ekonomiczny, zła pogoda, nawet nauka, którą tak bardzo kochasz, Maks. Zawsze jakaś siła będzie kierowała twoim życiem.

- Ach świetnie! W tej chwili siłą, która kieruje moim życiem, jesteś ty, idiota. Kropka. Powiesz mi, co ja tu robię i dlaczego je­steś w takim parszywym nastroju, czy mam to wyciągać z ciebie kawałek po kawałku?

- On ma rację, kochanie - poparła go Roni. - Znając Maksa, myślę, że i tak jest ogromnie cierpliwy.

- Tak, to cały ja - powiedział Maks - kwintesencja cierpliwo­ści. Zaczynaj więc o tej klątwie, ale już. Powiedziałeś, że nie możesz opuścić zamku. Czy to oznacza niewidzialną ścianę me­lasy, nieskończony labirynt...

- Serce mu się zatrzymało - poinformowała Ronibet. Maks popatrzył na nią, na Karliniego, rozprostował ręce i po­chylił się, a potem opadł na oparcie krzesła.

- Hmmm - nieobecnym wzrokiem zlustrował cygaro i wetknął je z powrotem w usta. Spowiła go wielka chmura dymu - Serce, powiadasz. Wyszedłeś za drzwi i runąłeś jak długi?

- Mniej więcej, jeśli chodzi o formę, Maks - przyznał Karlini. Maks śledził wzrokiem kłąb dymu toczący się pod powałą.

- To naprawdę bardzo interesujące. Czar albo klątwa. Zakła­dam, że miałeś włączone ochraniacze życia?

- Oczywiście.

- Czy to coś mogło je wyłączyć?

- Zastanawiałem się nad tym. Myślisz, że siedziałem tutaj z za­łożonymi rękami? Wysunąłem mnóstwo hipotez, lecz żadna nie okazała się pomocna.

- Nie zaperzaj się, Karlini, po prostu głośno myślę. Sprowa­dziłeś mnie, żebym wymyślił sposób wyciągnięcia cię z kłopotu. Nie musisz być uszczypliwy. Dlaczego nie opowiesz mi całej historii od początku?

Karlini przeganiał ręką włosy i zmierzwił je z roztargnieniem. Ronibet popatrzyła na niego i westchnęła.

- W porządku, Maks - rzekł gospodarz, patrząc na sznur jaskra­wych proporczyków zwieszających się z balkonu na półpiętrze. - Zaczęło się następująco. Siedzieliśmy w domu, nad brzegiem oce­anu, pamiętasz. Poranek był śliczny, niebo czyste, żadnych znaków, absolutnie nic. Jedliśmy śniadanie na tarasie, kiedy nagle zerwał się wiatr, jakby trąba powietrzna. Sięgnąłem po serwetki...

- Trzymaj się faktów - upomniał Maks. - Co?

- Nigdy w życiu nie używałeś serwetek. Karlini popatrzył z wyrzutem na Ronibet.

- I to ma być przyjaciel?

- Tak, kochanie i to nie byle jaki, a jeden z najlepszych. Wła­śnie dlatego zamierzasz go poprosić, aby narażał dla ciebie życie i właśnie dlatego on to zrobi.

Maks wyrwał cygaro z ust.

- Jeszcze chwila, a...

- Wysłuchaj najpierw całej historii, Maks - zmitygowała go Roni.

- Dobra - mruknął po chwili Maks. - W porządku. Karlini?

- Roni złapała serwetki, i... na czym stanąłem?

- Gong - podpowiedziała Ronibet.

- Racja. Patrzymy więc z tarasu na tę trąbę, oddaloną jakieś pół mili od domu i szalejącą na środku nabrzeżnej równiny. Wiatr hula ostro po tarasie; fruwają gałęzie, kurz, trawa, zaczyna tworzyć się lej. Potem znienacka zadzwoniło niebo.

- Niebo? - powtórzył Maks.

- Tak, właśnie, jakby było kopułą z metalu uderzoną przez ko­goś długim na dziesięć mil prętem. Niskie metaliczne dudnienie, potężne: niebo dygoce, dom, ziemia, my - wszystko. Jak w czasie trzęsienia ziemi, tylko z dźwiękiem. Naczynia spadają ze stołu. Sam ledwo mogę utrzymać się na nogach, moje wnętrzności dygocą jak jajo w mikserze. Raptem, dokładnie w środku wiru, zaczyna materializować się zamek.

- Ten zamek - podkreśliła Roni.

- Potężne błyskawice przebiegły w górę i w dół leja. Każda roz­świetlała kontury zamku. Początkowo wyglądało to jak miraż czy inny dziwny efekt optyczny, ponieważ zamek był przeźroczysty i jak­by niekompletny. Błyskawice szalały nadal, i gdy zamek stał się bardziej wyraźny, dostrzegliśmy, że obraca się powoli w tym samym kierunku co wir, wisząc w powietrzu kilkaset stóp nad ziemią. Po­tem uderzyła szczególnie ostra błyskawica i nim błysk spłowiał, za­mek zaczął tężeć i jednocześnie opadać ku ziemi. Wichura osłabła. Zamek opadał coraz szybciej, nadal obracając się wokół osi, i ude­rzył o ziemię. W wieżę trafiła ostatnia błyskawica. Zamek wkręcił się w grunt jak korkociąg i znieruchomiał. Lej wzniósł się w chmu­ry, i nagle zapada cisza. Zrobiło się tak spokojnie jak trzydzieści se­kund wcześniej. Jedyna różnica, że teraz na środku równiny stał za­mek, wokół piętrzyły się zwały ziemi, z boku wystawały resztki za­gajnika, a mała wirująca chmura powoli rozpraszała się na niebie. Doszliśmy do wniosku, że należałoby to sprawdzić. Wykonałem w domu parę pomiarów i na ile mogłem ocenić, zamek był obojęt­ny. Zważywszy naturę manifestacji jakiej byliśmy świadkami, wy­nik z pewnością był zaskakujący, ale nie zmieniał faktu. Wszystkie analizy wykazywały, że to tylko wielka sterta kamieni i zaprawy. Roni chciała na tym poprzestać, mnie jednak nie dawała spokoju, absolutnie niewytłumaczalna obecność zamku. Nasuwała się oczy­wista myśl, że właściciel przybył w celu podbicia okolicy albo że ktoś ukradł zamek i najprawdopodobniej ścigany przez właściciela porzucił dowód w trakcie ucieczki. Pomyślałem, że najbezpieczniej­sze będzie przeprowadzenie dochodzenia i przynajmniej podjęcie próby określenia, z czym mamy do czynienia.

Zabrałem trochę sprzętu...

- Opróżnił połowę laboratorium i załadował wszystko na bied­nego Hadda - wtrąciła Roni.

- Trochę sprzętu - powtórzył z naciskiem - tylko te rzeczy, które moim zdaniem mogły się przydać, i wyruszyliśmy.

W tej chwili duża część zamku kryje się pod wodą, więc po dro­dze, Maks, nie mogłeś w pełni ocenić jego ogromu, ale zapewniam cię, że jest wielki. Widziany z bliska, spod samych murów, dosłow­nie piął się w niebo, masywny i urwisty, zwieńczony wieżami i blan­kami, wsparty na ciężkich przyporach. Imponujący i groźny, kryją­cy w sobie licho wie jakie paskudztwa. Mury z czarnego i szarego kamienia, gdzieniegdzie upstrzone mchem i porostami. W zamku panowała absolutna cisza. Ani jednego dźwięku. Cisza taka, jaka zapada w lesie, gdy drapieżnik dopiero co przepędził większość stwo­rzeń, a te, co pozostały, wstrzymują oddech i starają się trwać w be­zruchu w nadziei, że intruz odejdzie. Ale wszystkie testy, przepro­wadzane nawet pod samym zamkiem, wypadły negatywnie. Na ile mogłem się zorientować, zamek nigdy w czasie swojego istnienia nie zetknął się z czarami.

Wewnątrz panował chłód tak silny, że szron osiadł na murach, a wokół oziębiło się powietrze. Kiedy przybył, nie było na nim śniegu czy lodu, wysunąłem więc hipotezę, że to proces lądowania wyssał z niego ciepło. Teraz nie jestem pewien, czy moja teoria jest do końca prawdziwa, lecz nie ma to żadnego znaczenia.

Postanowiliśmy obejść zamek i zobaczyć, czy po drugiej stro­nie nie znajdziemy jakiejś różnicy. Rozumiesz, od naszej strony nie było żadnego wejścia, a ja, o ile nie okazałoby się to koniecz­ne, nie miałem zamiaru pokonywać wysokiej na sześćdziesiąt stóp stromizny. Gdyby grunt był płaski, szybki marsz naokoło zamku zająłby dwadzieścia minut, może pół godziny. Oczywiście, jak po­wiedziałem, zamek wkręcając się w ziemię zrył dokumentnie podło­że. Zaraz przy murze grunt opadł na dziesięć do dwudziestu stóp, tworząc jakby wąwóz lub fosę. Wokół biegły szczeliny, doły i krę­te rozpadliny, a między nimi piętrzyły się kopce i pagórki. Powie­trze przesycała woń skopanej ziemi.

Jak się zaraz okazało, zamek wcale nie był taki cichy. Gdy brnęli­śmy wokół jego podstawy, często słyszeliśmy trzaski, zgrzyty albo pojękiwania towarzyszące osiadaniu, a ziemia drżała lekko. Bardziej niż wszystko inne zaczynała martwić mnie myśl, że zamek po prostu postanowił wpaść z wizytą i gotuje się do startu, prawdopodobnie z ta­kim samym wichrem, burzą i zniszczeniem, z jakim przybył. Później wyszło na jaw, że miałem rację, lecz na razie to nam nie groziło.

Wreszcie po przejściu na drugą stronę znaleźliśmy coś pomocnego. Skalista podstawa, na której spoczywał zamek, wyglądała jak odcięty szczyt góry. Została ona częściowo wypełniona i nadbudowana, ale fragment, na który patrzyliśmy, stano wił jednolite urwisko. Jakieś trzy­dzieści stóp nad ziemią, gdzie kończyła się lita skała i zaczynał mur z kamienia, była brama. Od bramy odchodziła droga. Z dołu widzieli­śmy potężne filary wyrastające z urwiska i podtrzymujące drogę. W miejscu, gdzie kończyły się filary, jakieś dziesięć stóp od muru, tam również urywała się droga. Skraj był poszarpany, reszta przęsła najwyraźniej została oddarta. Cofnąwszy się dla lepszego widoku, zo­baczyliśmy w bramie częściowo uniesioną kratę. Wyglądało to na wejście, ale znajdowało się trzydzieści stóp nad ziemią.

Nie chciałem w pobliżu zamku posługiwać się jakąkolwiek for­mą magii aktywnej, przynajmniej dopóki lepiej nie zorientuję się, o co chodzi, wykluczyłem więc takie dramatyczne rozwiązania jak na przykład lewitacja. Poza tym wszyscy wiemy, ile energii wymaga lewitacja. Nie chciałem wyzuwać się z sił na tydzień tylko po to, by dotrzeć do miejsca, w którym mogły zacząć się prawdziwe kłopoty. Haddowi udało się przewlec strzałę z przy­wiązaną linką między prętami kraty w bramie. Przeciągnęliśmy grubszy sznur i wspiąłem się na urwisko.

Widziany sprzed bramy zamek nadal sprawiał wrażenie wylud­nionego. Za metalowymi prętami kraty droga skręcała w prawo i szybko pięła się w górę, zatem miałem ograniczony widok. Wi­działem parę wypalonych pochodni w gniazdach na murach i ni­szę dla wartownika, ale to wszystko. Roni doszła do wniosku, że to doskonałe miejsce na zasadzkę, i szczerze mówiąc ja też tak pomyślałem. Przeprowadziłem jeszcze kilka prób. I znowu nic. Sprawdziłem kratę i samą bramę. Nic. Nawet wsunąłem w wej­ście lusterko, żeby obejrzeć wewnętrzną powierzchnię muru. Nic, nic i nic. No to wszedłem. I, oczywiście... - Karlini złapał się za głowę i zrobił rozgoryczoną minę - coś tam było i mnie złapało.

Napił się wody.

- Gdy tylko minąłem wejście, znikąd wyskoczyło i chwyciło mnie najpotężniejsze pole czaru, jakie kiedykolwiek czułem. Nadal nie wiem, skąd się wzięło, ale ktokolwiek je założył, musiał posiadać kolosalną moc, która każdego z nas mogłaby uśpić na rok. Roni po­wiedziała mi, że zobaczyła błysk, światło czerwone i purpurowe. Ja wiedziałem tylko to, że nagle uwidoczniła się moja aura. Ilekroć wcześniej na nią patrzyłem, zawsze objawiała się jako solidna sko­rupa oddalona o stopę od mojego ciała. Skorupa ta ma lekko rozmy­te brzegi, a przestrzeń pod nią wypełniają bryły zmieniających się barw. Ponieważ przed wyruszeniem odświeżyłem swoje osobiste siły obronne, powinienem był zobaczyć ciągłą powierzchnię o metalicz­nym, lekko matowym połysku. Kiedy pole czasu uderzyło w aurę, ta pomarszczyła się, na jej powierzchni pojawiły nieregularne łaty. Łaty zżółkły i zaczęły się jarzyć, a potem łuszczyć jak skóra węża. Wy­glądało to tak, jakbym się topił, jeśli potrafisz w to uwierzyć. Przez szczeliny pod łuskami przemykały cienkie wici. Było ich coraz wię­cej, śmigały jak latające dżdżownice, nurkując między unoszącymi się swobodnie bryłami aury do skóry. Poczułem, że moja świado­mość została skatalogowana - Karlini zadygotał. - To wcale nie było zabawne. Jakby wszystkie elementy mojego umysłu przemieniły się w paznokcie i z przeraźliwym zgrzytem przesuwały się powoli po pokrytej łupkiem ścianie.

Czy wspominałem, że nie mogłem się ruszyć? Otóż to, nie mo­głem. Próbowałem z tym walczyć, oczywiście, ale bez skutku; wszelkie myśli o obronie, przeciwczarze czy neutralizatorze były tłumione zanim zdążyłem je sformułować. Mogłem myśleć jedy­nie o tym czymś, co mnie pochwyciło. Moje opowiadanie trwa dość długo, choć w rzeczywistości nie upłynęło dużo czasu. Minę­ła może sekunda lub co najwyżej dwie, ale wiesz, jakie sztuczki wyczynia czas, kiedy się jest w opałach.

Jednak w tym wszystkim było coś dziwnego, to znaczy, jesz­cze bardziej dziwnego. Uprzytomniłem sobie, że czegoś tu bra­kuje; nie mnie, a napastnikowi. Wiesz, że nawet w czasie najbar­dziej zajadłego ataku zawsze można wyczuć świadomość ataku­jącego, prawda? Coś jakby rozpraszanie wsteczne, czyja wiem? A więc tym razem czegoś takiego nie było. Zgodnie z moim od­czuciem pole powstało samoistnie, bez niczyjego udziału.

Zatem, ktoś zastawił pułapkę kontrolną - świetnie, człowiek na­tyka się na nie na okrągło. Ale wszyscy wiemy, że im pułapki są większe, tym trudniej je ukryć. Im są silniejsze, tym więcej energii wymaga ich stworzenie. Ogólnie mówiąc, im potężniejsza pułap­ka, tym potężniejszym trzeba być, żeby ją naładować. A ja wpa­dłem w najpotężniejszą pułapkę w życiu i zastanawiałem się, kto mógłby ją zbudować. I nie mogłem opędzić się od przykrego wra­żenia, że ten ktoś ruszył w drogę, aby zobaczyć, co ją uruchomiło.

Ale nikt nie przybył - Karlini znów napił się wody. - Zamiast tego wici zaczęły pobłyskiwać, wpadać na siebie i znikać, a żó­łte łaty pola - przygasać. Zachwiałem się, potem po prostu upa­dłem. Wici, te które pozostały, ześliznęły się na bruk. Poczułem, jak reszta pola odlatuje i rozprasza się. W tym czasie moja aura była najnędzniejszą rzeczą, jakąś w życiu widział. Istny łachman, same dziury i strzępy. Nie miałem energii, aby pokusić się o jej naprawę. Aura może nie jest osobą, jak twierdzi Iskendarian, ale zdecydowanie odzwierciedla stan danej osoby. Czułem się tak, jak wyglądała moja aura. Mogłem tylko leżeć i dyszeć.

Po chwili usłyszałem hałas. Roni, zlekceważywszy moje wy­raźne instrukcje, wspięła się za mną po linie. Otworzyłem usta, aby powiedzieć, żeby trzymała się z daleka, lecz nim zdążyłem wydusić słowo, ona stanęła na skraju urwiska i skierowała się do wejścia. Oczywiście, nie musiałem się martwić, Roni należy do najsprytniejszych znanych mi osób. Zatrzymała się przed bramą.

- Cóż, nie wyglądał na człowieka gotującego się na śmierć - powiedziała Roni - przynajmniej nie w tej chwili. Nie chciałam więc ryzykować, żeby to, co wyzwolił, przypuściło atak na mnie.

- Pozbierałem się na nogi i ruszyłem do wyjścia - podjął Karli- ni. - W chwili, gdy przeciąłem płaszczyznę będącą przedłużeniem wzniesionej kraty, poczułem okropny ból, jakby gigantyczna stopa zmiażdżyła mi piersi. Zacząłem tracić przytomność. Roni chwyci­ła mnie, gdy się przewracałem...

- Poza tym zrobił się niebieski - dodała.

- Bezwładny jak balast, pociągnąłem nas oboje i razem wpa­dliśmy za bramę. I wtedy stały się dwie rzeczy, po pierwsze, ból w moich piersiach ustąpił. A po drugie, Roni nic się nie stało. Nic jej nie zaatakowało.

- To nie był stały strażnik - powiedział Maks - tylko jednorazowy.

- Właśnie - przyznał Karlini - i ja go wyzwoliłem. Siedzieliśmy w bramie przez pewien czas. Kiedy znów mogłem stanąć na nogi, zaczęliśmy badać zamek, aby się przekonać, czy jest jakieś inne wyjście. Nie znaleźliśmy żadnego. O ile nam wia­domo, czar, który mnie powalił, był pułapką jedyną, ale wystar­czającą. Zmusił mnie do przebywania w obrębie murów zamku. Moje serce przestawało bić, ilekroć próbowałem się wydostać. Nie tylko przez bramę, ale przelecieć nad murami, zsuwać się po mu­rze, teleportować - wypróbowałem wszelkie sposoby, jakie byłem w stanie wymyślić. Najwyraźniej dostałem zakaz wychodzenia, który obowiązuje mnie nadal.

- Niezależnie od sposobu, w jaki wszedłbyś do zamku - po­wiedział Maks - podejrzewam, że miałeś uaktywnić czar. Nie­ważne, którędy, ważne, że ktoś wszedł.

- Chyba masz rację, Maks, pomyślałem o tym samym. Uważam też, że pole czekało na odpowiednią osobę, na kogoś o właściwym poziomie magicznego doświadczenia. To było przyczyną tego intensywnego skanowania i sondowania, przez jakie przeszedłem; to coś sprawdzało mnie, aby się przekonać, czy jestem odpowiedni. Żywię te podejrzenia zwłaszcza z powodu tego, co wydarzyło się później.

- Czułem, że to nie wszystko, - Karlini zerknął na niego koso.

- Oczywiście, jest coś więcej. Roni i inni mogli wchodzić i wy­chodzić do woli, ale ja byłem tu uwięziony. Przywieźli mi całe wyposażenie laboratorium i większą część biblioteki, i cały stos innych rzeczy. Tutaj jest mnóstwo jedzenia, więc głód nam nie grozi. Zamek miał również własnych mieszkańców, jak ten wiel­ki ptak, na którym przyleciałeś. Brakowało w nim tylko jednego: wiedzy, o co w tym wszystkim chodzi.

Trzeciego dnia poszedłem do jednej z baszt, aby sprawdzić teren dotychczas nie zbadany. Wspinałem się po kręconych schodach, które wiły się wokół osi wieży. Na każdym podeście były drzwi wiodące do pokoi, w większości zamknięte. Jeszcze nie natknąłem się na żadne klucze, więc moje badania ograniczały się do powolnej wspinaczki i rozglądania za tajemnymi przejściami i tym podobnymi rzeczami. Wreszcie znalazłem się na następnym podeście, wysoko w wieży. Tutaj drzwi stały otworem. Właściwie wisiały, przekrzywione na górnym zawiasie, osmalone, pożłobione i porządnie powyginane. Wszystkie powierzchnie w pobliżu też były okopcone - mur, sufity i podłoga. Łata sadzy na ścianie zachowała kształt gobelinu, który musiał spłonąć w mgnieniu oka.

- Czułeś coś? - zapytał Maks.

- Tak, swąd spalenizny, ale nie był świeży; powiedziałbym, że miał co najmniej tydzień lub dwa. W każdym razie, za wyłamany­mi drzwiami zobaczyłem gabinet. Gdy znalazłem się w środku, nagle ogarnęła mnie senność. Do tego stopnia, że powieki mi opa­dły i zacząłem pochrapywać. Nie zdając sobie z tego sprawy, mu­siałem osunąć się na podłogę. Zacząłem śnić...

Siedziałem w tym samym gabinecie, pracując nad... nad czymś, nie wiem, o co chodziło. Przez szerokie okno po prawej stronie wi­działem dolne zabudowania zamku i góry. Mimo że dobrze się im nie przyjrzałem, wiedziałem, że szczyty są dużo wyższe od wieży. Ich wyższe partie pokrywały czapy śniegu. Coś chodziło mi po gło­wie, znów nie jestem pewien, co, i postanowiłem pójść na spacer, aby to przemyśleć. Odsunąłem krzesło i ruszyłem do wyjścia.

Drzwi były zamknięte, bez śladu zamka, klamki, gałki czy zasuwy. Podniosłem prawą dłoń i dotknąłem ich powierzchnię.

Wokół mojej ręki pojawiły się typowe dla aury barwy, które fa­lami zaczęły rozprzestrzeniać się po drzwiach. Zdawało się, że drzwi falują, ale nie samo ich tworzywo. Przypominało to efekt, jaki następuje po wrzuceniu kamienia do stawu. Obserwator ma wrażenie, że dno stawu się porusza, lecz ten pozorny ruch jest wynikiem załamania fal na powierzchni. W tym przypadku wy­glądało to tak, jakbym zaburzył dłonią grubą warstwę przejrzy­stego płynu. Falowanie szybko objęło całą powierzchnię drzwi. Kiedy dotarło do ściany, drzwi się otworzyły.

Wyszedłem na podest. Był to ten sam osmalony podest, który widziałem na jawie. Różnica polegała na tym, że teraz, w śnie, po­dest był nietknięty - bez sadzy, ognia, żadnych zniszczeń. Na ścia­nie, w miejscu, gdzie chwilę wcześniej widziałem tylko okopcony zarys, wisiał gobelin przedstawiający jakieś polityczne zgromadze­nie. Po wyjściu za próg moją uwagę przyciągnął błysk na podłodze. Pochyliłem się z zaciekawieniem. Był to szlifowany klejnot osadzony w złotym pierścieniu. Moje myśli nadal błądziły wokół wcześniej­szego problemu, więc zanim w pełni zdałem sobie sprawę, co robię, sięgnąłem po pierścień. Nagle zaskoczyłem. Zrozumiałem, że pier­ścień nie ma prawa tu być i że lepiej go nie dotykać, jednak moja ręka nadal posuwała się w jego stronę. Pierścień ją przyciągał.

Stałem jak sparaliżowany, pochylony nad podłogą, walcząc z własną ręką. Ręka zwolniła, lecz było już za późno. Palec wska­zujący dotknął pierścienia.

Z pierścienia wystrzeliły błyskawice, które zatańczyły po moim ciele. Klejnot rozjarzył się niczym okruch wycięty ze słońca. Po­czułem - jak to opisać? - poczułem, jak moja aura spływa po palcu do pierścienia. Pojawiły się kolejne błyskawice, a za nimi kule ognia. Moje zmysły oszalały: byłem rozciągany, ściskany i skręcany, świat stawał się niewyraźny i coraz bardziej odległy, a potem - trach! - świat zniknął. A ja się przebudziłem.

Karlini napił się wody. Odchylił głowę na oparcie krzesła, wle­pił oczy w sufit. Maks, z roztargnionym wyrazem twarzy, ze ścią­gniętymi ustami, zapatrzył się w jakiś punkt nad głową Karliniego. Wypuścił parę ostatnich obłoczków dymu z cygara. Roni bębniła palcami po stole.

- Pozwól, że przedstawię swoją analizę - rzekł wreszcie Maks - a ty mi powiesz, czy pasuje. Prawdziwy pan tego zamku, kimkol­wiek jest, założył całkiem skomplikowany system antywłamaniowy, którego część uruchomiłeś. Zakładam, że ta... cóż, nazwijmy go osobą, choć prawdopodobnie nią nie jest... że ta osoba spodzie­wała się, iż może zostać zaatakowana albo porwana, nawet we wła­snym zamku. I tak się stało. Twój sen nie był snem, tylko powtórką rzeczywistych wydarzeń. Pierścień był pułapką zastawioną przez wroga. Wessał siły wiążące aurę, jakie by one nie były, i jej świa­domość. Kiedy się zastanowić, to całkiem interesujący pierścio­nek... zwłaszcza skoro obecnie tutaj go nie majak mniemam. Ten, kto zastawił pułapkę, przeniósł pierścień do wieży z jakiegoś inne­go miejsca i ściągnął go z powrotem po wykonaniu zadania.

- Dlaczego nie podrzucił pierścienia osobiście? - zapytała Roni. - Po co tracić energię na przenoszenie?

- Przede wszystkim, nawet gdybyś zdołała dostać się do zam­ku, czy chciałabyś plątać się po nim i zastawiać pułapkę wprost pod nosem ofiary? Nie. Gdyby chodziło o mnie, poświęciłbym trochę energii. Wolałbym nie pokazywać się w okolicy. W każ­dym razie, pierścień zniknął, ale jakimś sposobem panu zamku udało się zarejestrować wydarzenia, jakie rozegrały się w wieży. Obmyślił to tak, żeby zapis został uruchomiony przez pierwszą osobę, która znajdzie się w wieży. I idę o zakład, że nie przez byle kogo, lecz tego, kto uruchomił alarm.

Sen, pułapka i cały latający zamek są częścią systemu alarmo­wego. W przypadku pomyślnego ataku zamek miał wzbić się w po­wietrze i lecieć, dopóki nie znajdzie właściwej osoby, która uwol­ni właściciela albo wyegzekwuje zemstę, jeśli na ratunek będzie za późno. System ten ponadto miał zagwarantować, że wybrana oso­ba nie opuści zamku przed udzieleniem pomocy.

- Tak, ale, Maks - powiedziała Roni - osoba uwięziona przez system alarmowy nie może pospieszyć na ratunek.

Maks wsunął w zęby niedopałek cygara i jął go przeżuwać z za­dumą.

- Cóż, Roni, to zasadniczy szczegół, który mi się nie podoba. Pan zamku zadaje sobie kłopot, żeby znaleźć kogoś, kto ma go uratować, a jednocześnie robi wszystko, żeby potencjalny wybaw­ca nie mógł opuścić zamku. Nasuwa się parę możliwości. Po pierw­sze, właściciel doszedł do wniosku, że ratunek można zorganizo­wać bez konieczności opuszczania zamku przez wybawcę. Zakła­dam, że gdyby było to możliwe, Karlini już by coś wymyślił. Mam rację?

- Jak najbardziej - rzekł Karlini. - A jeśli jest inaczej, to ja jeszcze na to nie wpadłem.

- Właśnie. Druga możliwość polega na tym, że osoba uwięziona w zamku ma ściągnąć kogoś innego, kto zajmie się ratunkiem.

Karlini westchnął.

- Właśnie, Maks. Tak też pomyśleliśmy. Osoba w zamku jest zakładnikiem. To ja. I ja mam zdać się na czyjąś łaskę, zastawić się albo sprzedać jakiś skarb, żeby ten facet został uratowany.

- Albo - dodał Maks - wezwać przyjaciół.

- Ilu znasz magów, którzy mają przyjaciół? - zapytała Roni z sarkazmem.

- Aha - mruknął Maks - dochodzimy do punktu, który niepokoi mnie najbardziej. - Wstał i zaczął krążyć wokół stołu. - Gdybym myślał o grupach użytkowników magii, cóż, oczywiście, istnieją rozmaite konfederacje i cechy. Wszystkim wiadomo, że ich człon­kowie nie darzą się zbytnią sympatią i obrzucają kalumniami. Gil­die magów to raczej kumoterskie kliki. Istnieje oprócz nich parę małych zespołów i spółek, na które człowiek natyka się od czasu do czasu, ale... Właściwie dlaczego zamek pojawił się najpierw przed progiem twojego domu?

Karlini niespokojnie poruszył się na krześle.

- Cóż, to nie był chyba pierwszy postój...

- Inne przystanki się nie liczą, jeśli nikt nie uruchomił pułapki. Wygląda to na z góry zaplanowaną akcję. Akcję, której celem było wplątanie naszej paczki i rozgryzienie nas, a potem...

- Maks, od kiedy cię znam, we wszystkim doszukujesz się spisków...

- Tak i nadal żyję, a...

- Ale nigdy nie było spisku...

- A co z...

- Maks, zamknij się! - przerwała mu Roni. - Ty też, kochanie - odczekała chwilę, przenosząc spojrzenie z jednego na drugie­go. - Tak lepiej. Maks, Karlini jest tutaj uwięziony. Wiesz, że zdołaliśmy wymyślić jeden jedyny sposób, aby go uwolnić: trze­ba uratować właściciela zamku. Karlini wytropił pierścień. Jest w Roosing Oolvaya. Ktoś musi go zdobyć, a ty spośród wszyst­kich naszych przyjaciół masz największe szansę. Zrobisz to?

Maks zatrzymał się odwrócony ryłem do stołu, z rękoma sple­cionymi za plecami.

- Ja najlepszy? Nie Haalsen Groot? Nie Krinkly Louise? Nie Boorgonga? Do licha, a co z Shaa? Miałem się z nim spotkać, właśnie byłem w drodze. Wiem, gdzie jest.

- Widzisz, Maks - zaczął Karlini, też na niego nie patrząc - Groot ustatkował się i prowadzi przedsiębiorstwo importowe. Louise jest gdzieś na południu. Z tego, co mi wiadomo, Boor­gonga może być w stanie hibernacji. A ty mi nie powiesz, że chciałbyś wciągnąć Shaa.

- Wiesz, że ten facet w pierścieniu jest prawdopodobnie bo­giem. Wiesz, co ten fakt mówi o tym, kto go uwięził.

- Wiemy, Maks - przyznała Roni.

- Wiecie, co myślą o mnie bogowie.

- Maks - wtrącił Karlini - zaproponuj inny plan, jakikolwiek plan. Powiedz mi, kogo wynająć. Opracujmy jakiś naprawdę szalony czar, zbierzmy armię, do licha, nie wiem, co jeszcze, wymyślmy coś innego, cokolwiek.

Zapadła przedłużająca się cisza. Maks wrócił do stołu.

- Jedna próba. To wszystko, co mamy. I wszyscy cholernie do­brze wiemy, kto się najlepiej nadaje. Ja. Oczywiście, zrobię to, co nie znaczy, że to mi się spodoba - wyjął z ust niedopałek cygara, popatrzył nań spod ściągniętych brwi. Wygasły koniuszek zami­gotał i zaczął się żarzyć. Żar zbielał, rażąc w oczy, i eksplodował. Zagrzechotały naczynia. Z cygara sypnęły się iskry i drobiny pło­nącego tytoniu. Maks wsunął ręce do kieszeni, ponuro obserwując gasnące iskierki. - Argh! - jęknął z oburzeniem. - Przez całe życie pracowałem nad pogłębianiem wiedzy, opanowaniem nowych sztu­czek, zdobyciem wyższych kwalifikacji. I wszystko po to, żeby lą­dować jak nie w jednym, to w następnym bagnie.

- Wszystko po to, żebyś mógł pomóc przyjacielowi w opałach - poprawiła Roni. - Cóż innego miałbyś zrobić z takimi zdolno­ściami?

- Tak, racja. Przypuszczam, że za późno na skargi. Mam tyl­ko nadzieję, że ta sprawa nie będzie powiązana z niemartwymi. Nienawidzę niemartwych.

Roni i Karlini popatrzyli na siebie.

- To jak będzie, Maks? - zapytał Karlini.


Rozdział IV

BEZROBOTNY SHAA


Zalzyn Shaa uciekał na zachód, opuściwszy Drest Klaaver tuż przed przybyciem oddziału niosącego nakaz aresztowania go pod zarzutem uprawiania praktyki lekarskiej bez zezwolenia. Nikt nie kwestionował jego zawodowych umiejętności, jednakże ze­zwolenie uległo przedawnieniu. Zostało ono wydane przez po­przedni rząd, który utracił władzę nagle i bez uprzedzenia. Shaa odpoczywał w swoim mieszkaniu za izbą przyjęć, z nogami na oparciu otomany i wertował najnowszy biuletyn Cesarskiego Ce­chu Lekarzy, gdy z prośbą o pomoc zjawił się były komendant po­licji, co uczynił to w sposób nieskomplikowany, wpadając przez okno prosto z ulicy. Po drodze zdemolował wieszak na płaszcze i legł ciężko na dywanie, krwawiąc obficie i w sposób zdecydowa­nie nie do powstrzymania. Shaa, oceniwszy konsekwencje zadania się - nawet w sposób tak przypadkowy - ze stroną przegraną w wal­ce o władzę, szybko zlikwidował praktykę oraz spakował narzę­dzia i lżejszy dobytek. Załadował pakunki na konia, którego przy­właszczył sobie w ramach zapłaty za wcześniejsze usługi wyświad­czone byłemu komendantowi policji. Przejechał spiesznie przez Bramę Nowożeńca w zachodniej części miasta, zrobił szeroki ob­jazd przez północny okręg rolniczy i skierował się na wschód w stro­nę rzeki.

Pościg, jak się Shaa spodziewał, nie był uciążliwy. Nowy rząd bez wątpienia posiadał lepsze sposoby wydawania pieniędzy niż trwonienie ich na ściganie drobnych pionków, zwłaszcza tych, któ­rzy nie stawiając się w więzieniu z własnej woli okazali duży brak taktu. Shaa nie był zbytnio wytrącony z równowagi swym nagłym wyjazdem. Dość wcześnie odkrył, że medycyna praktykowana z całkowitym oddaniem i bez domieszki szaleństwa jest wręcz nudna. W rezultacie takiego podejścia do zawodu jego historia dzie­liła się na okresy pracy lekarskiej przerywane nagłymi zmianami zajęcia. W Drest Klaaver pracował spokojnie przez prawie dwa lata, co dla niego równało się stagnacji. Nadszedł czas zmian, pomy­ślał, i poznanie smaku szerokiej drogi.

Droga faktycznie była szeroka, teren lekko falisty i zajęty pod uprawy, a na dodatek zaczęła się wiosna. Powietrze przesycała woń młodej trawy, zoranej ziemi i od czasu do czasu krowiego nawozu. Shaa cierpliwie mijał miasteczka i wioski. Jechał nie­spiesznie, co rano robił gimnastykę, a w południe udzielał sobie lekcji fechtunku. Nim na horyzoncie pojawiła się nadrzeczna mgła i Roosing Oolvaya, Shaa był gotowy na ich spotkanie.

Niektórzy z zagadywanych wieśniaków i mieszczan powtarzali mu plotki o politycznych niepokojach. Shaa nie przejmował się zbytnio. W Roosing Oolvaya rzadko panował spokój, a niestabilność była tu lokalnym obyczajem. Gdy podjechał bliżej, stało się jasne, że wokół murów utworzono punkty kontrolne, a drogę przemierzają patrole. Nad miastem wisiały oleiste dymy pożarów. Jednak wzdłuż głównej drogi jak zwykle ciągnęły się bazary: szereg namiotów, kramów i tanich stajni dla karawan, nic jednak nie tarasowało samego gościń­ca. Ruch odbywał się bez przeszkód w obu kierunkach. Dominowali rolnicy na wózkach, ale uwagę zwracał również ciągnący w przeciw­ną stronę sznur uciekinierów. Shaa obserwował ich twarze. Wśród ogorzałych, obojętnych wieśniaków i szczwanych, kutych na cztery nogi mieszczuchów dostrzegał mieszankę odcieni, rysów i sylwetek przybyszów z odległych miejsc. Wszyscy byli ludźmi, lecz cechowa­ło ich typowe dla tej rasy zróżnicowanie. Kosmopolityczne towarzy­stwo nie było niczym dziwnym w mieście otwartym na obieżyświa­tów i kupców, na szybkie interesy i równie szybkie bójki, jednakże brakowało tu dawnej buńczuczności. Wszystkie twarze były napięt­nowane zmęczeniem.

No cóż, pomyślał Shaa, mnie to odpowiada. Ilekroć coś się wali, jedni idą na dno, inni zaś mają okazję wypłynąć. On w swoim ży­ciu należał to do jednej, to do drugiej kategorii. W tej chwili czuł, że potrafi sobie poradzić. Oczywiście, bez konieczności powrotu do zawodu, którego tutaj uprawiać nie mógł.

Gdy dotarł do bramy, strażnicy odprawili go ruchem rąk. Kawa­łek dalej Shaa znalazł stajnię i zostawił konia. Zarzucił na ramię sakwy i wyszedł na ulicę. Rozejrzał się i z zadowoleniem doszedł do wniosku, że nadal potrafi obracać się w tym mieście. Ostatnia powódź nawiedziła je dość dawno, a więc prawdopodobieństwo przeprowadzenia prac, które mogły spowodować jakieś poważniej­sze zmiany, było niewielkie. Skręcił w znajomy zaułek. Uliczka, już na początku ledwo dość szeroka dla osobnika o pokaźnej tu­szy, po paru krokach zwęziła się jeszcze bardziej. Wystające bal­kony na piętrach schodziły tak nisko, że można było zahaczyć o nie głową. Uliczka skręciła parę razy, a potem nagle zakończyła się ślepo, wysokimi na dwa piętra ścianami. Z suchej jak pieprz ziemi wyrastało parę paproci. Shaa rozsunął liście i odsłonił kratę. Od­ciągnął ją na bok i sięgnął w głąb szybu, macając obmurówkę. Pierwszy kamień tkwił nieruchomo, drugi także, ale trzeci drgnął pod jego palcami i zakolebał pod naciskiem dłoni. Doskonale, kry­jówka nadal nadawała się do użytku. Shaa wyjął obluzowany ka­mień, odsłaniając wnękę. No, pomyślał. Całkiem nieźle.

Pogmerał w sakwach, wybrał worek z zapasami i stos przybo­rów, które musiał schować, aby nie zdradziły o nim więcej, niż potrzeba. Sakwy doskonale pasowały do wnęki w studzience. Wsu­nął kamień i kratę na miejsce i ruszył z powrotem. Dwa zakręty przed wyjściem na ulicę usłyszał głuchy huk, jakby czyjaś głowa spotkała się z niskim balkonem, a następnie wypowiedziane szep­tem siarczyste przekleństwo. Shaa odrzucił w tył poły płaszcza i za­cisnął dłoń na rękojeści rapiera. Zza rogu wyłonił się młody czło­wiek w czerwono-żółtej tunice. Jedną ręką pocierał stłuczone czo­ło, w drugiej trzymał długi miecz.

- Słucham? - powiedział Shaa.

Nieznajomy poderwał głowę, drgnął i zatrzymał spojrzenie na ramieniu, na którym Shaa dźwigał sakwy. Oczy mu się zwęziły, a na twarz wypełzła chciwość. Skierował czubek miecza w stronę leka­rza. Shaa przygotował się do zadania sztychu. Przez chwilę wyobra­żał sobie, jak jego rapier przeszywa prawą komorę serca i tnie aortę, ale postanowił okazać wyrozumiałość. Ostatecznie był lekarzem, a ta profesja wiązała się z pewnymi przysięgami i filozofią. Nagły atak rabusia spełzł na niczym. Ostrze Shaa gładko przebiło jego prawy biceps i cofnęło. Młodzieniec zatoczył się na mur, broń wypadła mu ze zdrętwiałej ręki. Zacisnął ranę palcami i powoli osunął się na zie­mię. Otworzył usta, układając je w kółko bezgranicznego zdumie­nia. Shaa przestąpił nad jego nogami i ruszył dalej.

Gdy wyszedł na ulicę, minęła go skręcająca w zaułek wataha psów.

- Aha - mruknął Shaa, kiwając im uprzejmie głową. - Moje pozdrowienia.

Ostatni pies pomerdał mu ogonem i Shaa ruszył w miasto.

Kamieniczki w starej części Roosing Oolvaya tłoczyły się bez­ładnie, ograniczone murami miasta i meandrami wąskich ulic. Shaa zwrócił uwagę, że nawet na bazarach w dzielnicach han­dlowych tłumy są przerzedzone. Ludzie oglądali się przez ramię i niemal stąpali na palcach, wypatrując najemników i Straży. Jedne sklepy były nieczynne, z zamkniętymi na głucho okiennicami i drzwiami zabitymi deskami - inne, wraz z niektórymi domami, zostały splądrowane i spalone. Na bruku poniewierały się strato­wane towary.

Parę razy Shaa napotkał chodzące swobodnie ulicami bandy zbrojnych. Nosili opaski ze znakiem, który wyglądał jak stojący w płomieniach purpurowy precel. Nikt go nie zaczepił, chociaż niektórzy żołnierze wyczekująco mierzyli go wzrokiem i gładzili rękojeści mieczy. Dopiero niedawno minęło południe, dzień był przyjemny, a nastroje umiarkowane, wydawało się, że nikt jesz­cze nie rwie się do kłopotów.

Shaa wędrował mniej więcej w kierunku wschodnim, po drodze nasłuchując wieści. Wreszcie znalazł się na ulicy, która skręcała ostro i niespodziewanie wychodziła na bulwar Piątej Wielkiej Po­wodzi. Bulwar był szerszy i dużo bardziej ożywiony w porówna­niu z innymi ulicami, stanowił centrum nabrzeżnej dzielnicy roz­rywki. Parne podmuchy od doków i nabrzeży oddalonych o pięć przecznic na wschód toczyły się leniwie w głąb miasta. Shaa omi­nął trzech marynarzy chrapiących na środku skrzyżowania i ruszył dalej.

Ladacznice jeszcze nie wyszły, choć wiele wychylało się z okien na piętrach, przyglądając się przechodniom i rzucając im propozy­cje. Shaa szacował je doświadczonym okiem. Spędził tu trochę czasu, pracując na pół etatu jako Inspektor Zdrowia Nabrzeża i celnik. Na drugie pół etatu dorabiał sobie jako przemytnik, co było zajęciem ogromnie lukratywnym. Shaa przebiegł w myślach miej­scowe gospody. Garkuchnia Wyverna była w Roosing Oolvaya jego ulubioną, ale leżała przy północnym murze, co najmniej pół go­dziny marszu dalej. Hmm... kiedyś spędził przyjemnie czas w... co to był za lokal?

Gospoda Pod Złośliwym Gnomem, usytuowana zaledwie dwie prze­cznice na północ. Zajmowała parter dwupiętrowej kamienicy wzniesionej w klasycznym stylu Roosing Oolvaya. Dwa dolne piętra zdobiły belki, przecinające się pod kątami prostymi i wspierające bie­loną fasadę. Na najwyższym piętrze wystające belki tworzyły orgię najwymyślniejszych wzorów. Generalnie całość przypominała most wzniesiony na kozłach, w którym wolne przestrzenie wypełniono tyn­kiem oraz owalnymi i prostokątnymi oknami wszelkich rozmiarów. Z powodu przypadkowego układu belek okna znajdowały się na róż­nych poziomach. Wydawało się, że umieszczono je w ścianach na chybił trafił. Chociaż przez niektóre z okien na piętrach można było podziwiać widoki jedynie z pozycji leżącej, i na odwrót, ciekawski przechodzień z ulicy mógł widzieć tylko nogi przebywających we­wnątrz ludzi, Shaa uważał to za ciekawy efekt artystyczny.

Jak na obowiązujące w Roosing Oolvaya kryteria, kamienica ze Złośliwym Gnomem, na parterze nie wyróżniała się niczym szcze­gólnym. Nad bulwarem wisiał łuszczący się szyld z portretem po­żółkłego gnoma z oklapłymi szpiczastymi uszami. Shaa skinął mu głową i wszedł do karczmy.

Przywitały go drżące na ścianach kręgi wpadającego z ulicy świa­tła. Shaa upatrzył sobie kąt z widokiem na drzwi, siadł na długiej ławie i wsparł łokcie na drewnianym stole. Za szynkwasem karcz­marz nalewał piwo z beczułek. Po drugiej stronie sali w górę pięły się schody. Pół tuzina wczesnych klientów piło lub gawędziło po cichu, a w kominie na wolnym ogniu bulgotał kociołek.

Karczmarz przyniósł kufel. Shaa wbił oczy w krążki wilgoci na stole, zastanawiając się, kiedy świat poda mu dłoń i podrzuci coś pożytecznego. Tak bywało wcześniej; miał reputację szczęściarza. Wyjrzał na ulicę. Żółtawe smugi i skupisko wielkich bąbli w szkle zniekształcały dysk zachodzącego słońca. Wytop szkła był w Ro­osing Oolvaya zajęciem dochodowym, choć wcale nie dlatego, że szklarze byli bardzo dobrzy w swoim fachu. Proces wyrabiania szkła zastygł na niezbyt wysokim poziomie, lecz jakimś sposobem tutejszym szklarzom udało się wynieść skazy, bąble, dzioby i nie­regularne kolory niemal do rangi sztuki. Zdaniem Shaa i tak było to jedno z największych osiągnięć, jakie zdołano wypracować w obrębie narzuconych przez bogów ograniczeń technologicznych. Tak się złożyło, że swoją karierę w Nabrzeżnej Służbie Zdrowia Shaa zakończył jako współwłaściciel kramu z wyrobami szklany­mi. Próbował sobie przypomnieć, co się stało ze sklepem. Być może w czasie tej wizyty odnajdzie swojego byłego zarządcę i dowie się, jaka część tego miasta stała się jego własnością.

Po drugiej stronie bulwaru, na czystym miejscu pod murem skle­pu korzennego, usadowiło się trio wędrownych muzyków. Skoń­czyli rozpakowywanie instrumentów ze skór rozpiętych na obrę­czach z drewna i kości i zabrali się do rytmicznego uderzenia w nie kościanymi pałeczkami. Z powodu hałasu ruchu ulicznego, we wnętrzu Złośliwego Gnoma, Shaa nie słyszał ani jednej nuty. To mu odpowiadało; nie był fanem tutejszej muzyki, ale z jakiegoś powodu jego spojrzenie często wędrowało w tę stronę.

Nagle z wąskiej uliczki, zaraz na lewo od muzykantów wybiegł zasapany młodzieniec, właściwie chłopiec. Włosy miał rozczochra­ne, zachowywał się jak oszalały. Zawahał się i potknął, tracąc pęd. Szyba zniekształcała widok, lecz mimo to Shaa wyraźnie zobaczył na jego twarzy wyraz beznadziejnej rozpaczy, jak gdyby nagle chło­pak stanął oko w oko z nieuniknionym przeznaczeniem. Chłopak szarpnął się konwulsyjnie. Gdy pałeczki opadły i zaczęły bębnić, zatrzymał się gwałtownie w pół obrotu. Twarz chłopca straciła wy­raz, oczy wywróciły się w górę, ukazując półksiężyce białek.

Shaa wyprostował się. Twarz mu pojaśniała.

- Aha! - zawołał, skoczył na nogi, pobiegł do drzwi i wypadł na ulicę, odtrącając łokciem powabnie odzianą młodą kobietę i ma­rynarza o krzaczastych bokobrodach, władczo trzymającego rękę na biodrze towarzyszki. Dotarł do chłopca stojącego w wylocie uliczki w chwili, gdy ten zaczął padać na ziemię. Uszczypał go w nos, całkiem mocno. Chłopak nie zareagował.

- Aha - powtórzył Shaa. Objął chłopca ramieniem, na wpół pod­nosząc go z ziemi i zawrócił w stronę Złośliwego Gnoma.

Czyjaś ręka chwyciła połę jego płaszcza.

- Nie tak szybko, dobra? - syknął marynarz. - Co ty wypra­wiasz? Popchnąłeś mnie i moją przyjaciółkę!

- Bardzo przepraszam - rzekł Shaa. - Mój przyjaciel nie czuje się dobrze.

Marynarz zerknął na nich podejrzliwie.

- Chyba nie zaraza, co?

- Tutaj jest wiele plag. Któż może wiedzieć?

Marynarz popatrzył na kobietę, wyprostował się i wojowniczo wysunął szczękę.

- Zaraza czy nie, powinienem złapać cię za pysk i...

Shaa spojrzał na kobietę i sugestywnie podniósł brew. Kobieta usłużnie wysunęła biodro i trąciła nim marynarza. Zatrzepotała rzę­sami... Ręka trzymająca płaszcz cofnęła się i opadła. Ciągnąc bezwładnego towarzysza, Shaa wrócił szybko do Złośliwego Gno­ma. Opuścił swoje brzemię na ławę, wsparł głowę chłopca na stole i siadł naprzeciwko.

Ocenił wiek nieprzytomnego na około czternaście lat. Chłopiec poruszył się, przekręcił i poderwał głowę. Rozejrzał się, mrugając powiekami.

- Nazywam się Shaa. Jestem lekarzem.

Spojrzenie chłopca skoncentrowało się na nim i powędrowało w bok.

- Gdzie jesteśmy? Lepiej nie próbuj puszczać mi krwi. Shaa podniósł brew.

- Oczywiście, że nie. Uważasz mnie za barbarzyńcę?

- Powiedziałeś, że jesteś lekarzem - potrząsnął głową, próbu­jąc dojść do siebie.

- Dobrze powiedziane. Chociaż praktykuję medycynę, robię to dyskretnie.

- Ulica... - dzieciak rzucił okiem przez okno. - Czego chcesz? - zapytał z rozpaczą.

Shaa, który tymczasem pozwolił opaść brwi, wzniósł ją z po­wrotem.

- Wzbudzasz ciekawość i stanowisz interesujący przypadek z zawodowego punktu widzenia. Tak przy okazji, jak myślisz, jak daleko w tyle zostali twoi prześladowcy?

- Zatrzymałeś mnie, żeby oddać w ręce Straży, prawda? - Chłopak miał zamiar warknąć groźnie, lecz wypadło to raczej płaczliwie.

Shaa rozłożył ręce.

- Rozumiem potrzebę zachowania ostrożności, szczególnie w twoim stanie, ale nie bądźmy śmieszni. Gdybym chciał wydać cię Straży, nadal bylibyśmy na ulicy.

- Nie znam cię i nie potrzebuję. Spływam stąd.

- Bądź moim gościem. Może naprawdę ich zgubiłeś. Dzieciak zawahał się, po czym wstał od stołu.

- Z drugiej strony, może i nie - Shaa skarcił go wzrokiem. Dzieciak ciężko klapnął na ławę. Po namyśle pochylił się nad stołem i syknął:

- W porządku, człowieku. Potrzebny mi czarnoksiężnik. Jesteś czarnoksiężnikiem?

- Nie - odparł Shaa, aczkolwiek stwierdzenie: “nie w tej chwili" byłoby bliższe prawdzie. - Tak czy owak, wątpię, czy naprawdę tego ci trzeba; magowie bywają przeceniani. Posiadam inne zdol­ności. Jak się nazywasz?

- Jurtan. Jurtan Mont - jego głos nagle zdradził wyczerpanie, jednak chłopak miał dość hartu ducha, aby nie ulec. - Jest pan tutejszy, panie Shaa?

- Shaa wystarczy. Przejeżdżam tędy od czasu do czasu - ski­nął na właściciela, podniósł dwa palce. - Napijesz się? - zapytał poniewczasie. Oberżysta potruchtał do swoich beczułek i zaczął nalewać piwo.

- Uff... pewnie.

- Powinieneś spróbować, to moje pierwsze zalecenie. Być może zmniejszy to częstotliwość ataków.

- Ataków? O czym ty mówisz? Co wiesz o...

- Alkohol zmienia poziom drażliwości systemu nerwowego - wyjaśnił Shaa. Właściciel karczmy postawił kufle na stół tak ener­gicznie, że piana z jednego przelała się nad krawędzią.

- Wypij - rzekł Shaa.

Jurtan Mont podniósł kufel, podejrzliwie zerknął na jego za­wartość.

- Jesteś pewien, że to zdrowe?

Shaa zerknął nań znad krawędzi kufla i parsknął.

- Masz rację. Ale, skoro uciekasz, potrzebujesz chyba każdej możliwej przewagi.

Twarz Monta zaczęła robić się biała.

- Wiem, co robię, nie musisz mnie obrażać.

Shaa skierował oczy na sufit, milcząco zapytując świat, czy wie, co tym razem czyni.

- Słuchaj, przyjacielu, mam wiele dobra do zaoferowania i daję je, tymczasowo, za darmo, bądź więc uprzejmy przestać...

Jurtan Mont zamachnął się swoim kuflem i chlusnął zawar­tość w twarz Shaa. Demonstrując zwinność, która zadawała kłam jego krępej budowie, lekarz zerwał się z ławy, wykonał salto w tył i zaklinował się pod szynkwasem. Lądowanie było twarde, lecz zdołał uniknąć głównej strugi piwa.

- Nie potrzebuję cię i nie chcę - powtórzył Mont i pomaszero­wał w stronę drzwi. Otworzył je kopniakiem, zrobił dwa kroki i na­gle ramiona mu opadły. Trio nadal bębniło po drugiej stronie ulicy.

Z lewej strony dobiegł chór okrzyków i tupot biegnących stóp. Shaa chwiejnie pozbierał się na nogi. W oknie zobaczył grupę szarżujących dziko mężczyzn. Klnąc pod nosem, rzucił się ku tracącemu przytomność chłopcu. Dowódca oddziału Straży wska­zał na Monta i krzyknął:

- Tutaj, jest tutaj. To on!

Nie zatrzymując się, Shaa porwał kufel z najbliższego stołu i cisnął go roztrzaskując na nosie pierwszego żołnierza. Shaa wy­hamował, gdy reszta oddziału rzuciła się do wejścia. Złapał Mon­ta za kołnierz i poderwał w górę, chłopak dosłownie pofrunął do Złośliwego Gnoma. Shaa zatrzasnął drzwi i zabarykadował je przewróconym stołem.

Posypały się odłamki szkła. Shaa odwrócił się i zobaczył Straż­nika przeciskającego się przez owalne okno. Drzwi zatrzęsły się i zaskrzypiały pod naporem czterech silnych mężczyzn. Shaa ro­zejrzał się i pchnął stopą ciężką ławę. Ława pojechała po podło­dze pod okno i wyrżnęła w kolano Strażnika, który właśnie zesko­czył na podłogę. Jego nogi rozjechały się na boki i mężczyzna osu­nął się pod ścianę. Shaa złapał półprzytomnego Monta za koszulę i ruszył ku schodom.

- Moje okno! - zawył karczmarz. A po chwili: - Moje drugie okno, o bogowie, co dalej?

- Właśnie, co? - mruknął Shaa.

Mont stanął o własnych siłach i chwiejnie ruszył po schodach, gdy trzy okna plunęły Strażnikami. Shaa pobiegł za chłopakiem, słysząc trzask rozsypujących się na kawałki drzwi. Na szczycie schodów Mont zatrzymał się i obejrzał. Szczęka mu opadła. Shaa pchnął go łokciem w drzwi na podeście, drugą ręką wyjął spod płaszcza mały, błoniasty pęcherz. Pęcherz wybrzuszał się i pul­sował, a jego lśniąca srebrzysta powierzchnia mieniła się bar­wami tęczy niczym rybie łuski. Shaa zatrzymał się w drzwiach, popatrzył z góry na pięciu żołnierzy, którzy rzucili się w pościg po schodach, i wyszczerzył do nich zęby. Rozwiązał pęcherz i ostrożnie siknął strużką płynu na dwie belki mocujące schody do ściany. Płyn spienił się, zasyczał i w zdumiewającym tempie przeżarł drewno. Schody pochyliły się z okropnym skrzypie­niem, pękły z jeszcze głośniejszym trzaskiem i runęły na podłogą z hukiem, który wstrząsnął budynkiem, nie wspominając o żo­łnierzach, którzy się po nich wspinali. W powietrzu zawisła chmurka niezdrowych wyziewów. Shaa ukłonił się, nastąpił na palce żołnierza, który desperacko trzymał się krawędzi pode­stu, posłuchał uważnie łomotu upadającego ciała i zamknął drzwi.

- Na szczęście nie ma z nimi łuczników - powiedział, poklepu­jąc oszołomionego Monta po ramieniu i ruszając biegiem wzdłuż korytarza.

Mont podreptał za nim.

- Co to za substancja? - zapytał.

Za zakrętem korytarza znaleźli schody wiodące na drugie piętro.

- Ta substancja - odparł Shaa, pędząc po stopniach - została wielkim kosztem i z niemałym ryzykiem uzyskana z niewielkie­go ziemnowodnego mieszkańca pewnych południowych mocza­rów.

- Uzyskana? Przez ciebie?

- Prawdę mówiąc, nie - Shaa zobaczył klapę w suficie. Bloko­wała ją belka osadzona w żelaznych klamrach. Shaa ukląkł, splótł dłonie w koszyczek, uchwycił weń stopę Monta i uniósł go w po­wietrze.

- Czego?! - wrzasnął Mont.

- Belka, mój młody znajomku. Wypchnij belkę.

- Aha - Mont natężył się i wysunął belkę, która uderzyła koń­cem o podłogę, o włos mijając stopę Shaa. Mont chwycił klapę, Shaa pchnął Monta i klapa wzniosła się na zawodzących jękliwie zawiasach. Usłyszeli dudnienie stóp i krzyki, dobiegające z piętra pod nimi.

- Trzymaj się! - krzyknął Shaa wpychając Monta na dach. Po­chylił się i podniósł ciężką belkę. Grupa żołnierzy pokonała zakręt korytarza i wpadła na schody. Shaa stęknął i pchnął kloc, który po­szybował w dół. Przez pół sekundy panowała cisza, a potem po­wietrze przepełniły jęki, trzask i łomot.

Shaa skoczył, chwycił dłoń chłopca i wydźwignął się na dach.

- Co teraz? - wysapał Mont.

Shaa zamknął klapę i zlustrował otoczenie. Dach kamienicy nad Złośliwym Gnomem był płaski, opadający stromo na skrajach i wznoszący tu i ówdzie nad pokojami. Okoliczne dachy wygląda­ły podobnie.

- Tędy - zadecydował Shaa. Rozpędził się i skoczył. Po jeszcze jednym skoku stwierdził, że dach wznoszącego się po drugiej stro­nie trzypiętrowego budynku znajduje się poza zasięgiem. Był za daleko i za wysoko.

Mont stanął u jego boku.

- Jak nie przestaniesz dzwonić zębami - powiedział mu Shaa - szczęka ci zdrętwieje i będziesz miał kłopoty z mówieniem - wyjął z sakwy linę i niewielką kotwiczkę. Zawirował nią nad gło­wą i rzucił na drugą stronę zaułka.

- Nie... - wyjąkał Mont, stając się jeszcze bledszy.

- Wybór należy do ciebie - warknął z irytacją Shaa. Za nimi klapa otworzyła się z trzaskiem. Znów usłyszeli gwar głosów, które wcale nie brzmiały przyjaźnie. Mont wypróbował sznur. Shaa złapał luźny koniec i nagląco machnął ręką. Mont zaczerp­nął głęboko powietrza i chwytając linę oburącz skoczył.

Strażnicy wypadli na dach. Mont był w połowie drogi. Shaa oce­niał odległość, gdy przed żołnierzy wypadł mężczyzna z łukiem.

- Trzymaj się! - wrzasnął Shaa. Owiązał się liną w pasie, pod­biegł na skraj dachu i skoczył. Strzała przemknęła nad jego głową, muskając napinającą się linę. Shaa przeleciał nad zaułkiem i ude­rzył nogami o mur trzypiętrowej kamienicy. W zaułku na dole gro­madzili się żołnierze. Zrzuciwszy wielką donicę z wygodnego występu na drugim piętrze, Shaa błyskawicznie wspiął się po linie i zniknął za okapem na chwilę przed gradem wypuszczonych z do­łu strzał. Dach był płaski i pusty. Mont zniknął.

- Tutaj! - zawołał chłopak. Shaa zobaczył machającą rękę na sąsiednim dachu. W biegu wyszarpnął kotwiczkę i wybił się w po­wietrze. Mont złapał go.

- Dlaczego to robisz? - zapytał.

Shaa odzyskał równowagę i rozejrzał. Następne dachy przy­pominały rzędy pił o kanciastych zębach. Różnica w ich wyso­kości wynosiła średnio pół piętra.

- Potrzebuję przygód - odparł, szykując się do skoku na na­stępną kamienicę.

- Co?

- To klątwa - rzekł z roztargnieniem Shaa. - Chodź.


Rozdział V

NAUKOWE DYWAGACJE


Maks spał okropnie. Karlini nie raczył wspomnieć, że nawet kiedy zamek nie przenosi się z miejsca na miejsce, to nie jest całkowicie spokojny. Zamek w nocy przypominał cierpiące­go na niestrawność człowieka, który po obfitej kolacji zawierają­cej mnóstwo cebuli i zbyt wiele fasoli wierci się niespokojnie i od czasu do czasu puszcza bąka. O wpół do siódmej Maks poddał się i wyszedł do kuchni. Ronibet i Karlini już tam byli. Wyglądali na równie wyczerpanych.

- Miłe tu macie sąsiedztwo - rzekł Maks. Zerknął zezem na stół i sięgnął po bułeczkę, którą następnie posmarował masłem.

- Niektóre noce są gorsze od innych - powiedziała Ronibet wąchając kawę, jej nos balansował tuż nad krawędzią kubka.

Ze ściany, blisko sufitu, dobiegł huk i trzask. Podnieśli głowy. Kula zielonego światła wystrzeliła z muru, zostawiając po sobie okopcony ślad, przemknęła łukiem przez kuchnię i jak umierająca kometa, wpadła do kociołka, wzbijając roziskrzone zielone bry­zgi. Woda w kociołku rozjarzyła się jaskrawą leśną zielenią. Kiedy zaczęła płowieć, wszyscy z powrotem skierowali uwagę na stół. Zaczęli jeść.

- W porządku - powiedział Maks. - Noc pełna jarzących się zielono kul, upiornych głosów i zimnych miejsc w łóżku. - Ten zamek może doprowadzić człowieka do obłędu. Rozumiem, cze­mu chcesz się stąd wyrwać.

- Nie wiem, skąd to wszystko się bierze - wymamrotał Karlini. Pił już drugą filiżankę kawy i zaczynał się ożywiać. - Wszystkie te manifestacje po prostu śmierdzą energią, lecz strawiłem tygodnie na poszukiwaniach i niech mnie licho, jeśli znalazłem jej źródło.

- To miejsce zostało stworzone przez boga - wymamrotał Maks z pełnymi ustami - a bogowie operują w drugim stanie kwantowym. Właśnie dlatego są bogami. Na drugim poziomie kwantowym tworzenie stabilnych rezerwuarów mocy jest ła­twiejsze i z tego powodu bogowie mają mnóstwo energii do zu­życia.

Karlini przestał jeść i wlepił oczy w Maksa. Szczęka opadła mu powoli.

- Maks - zaczął z wolna - skąd ty to wiesz? W ciągu paru se­kund powiedziałeś o bogach więcej, niż ktokolwiek był w stanie dowiedzieć się przez pięćdziesiąt lat.

- Smaczne jaja - pochwalił Maks. - Mogę prosić jeszcze o bułkę? Roni podała mu koszyczek.

- Dziękuję - starannie wybrał puszystą maślaną bułeczkę z chrupiącą skórką.

Karlini nadal wytrzeszczał oczy.

- Maks - zaczęła Roni - obawiam się, że mój mąż przechodzi jakiś atak.

- Shaa nigdy nie ma w pobliżu kiedy trzeba, prawda? - sko­mentował Maks. - Te bułeczki są wyborne.

- Przynajmniej Shaa odpowiada na proste pytania.

- Cóż - przyznał Maks - ale jego odpowiedzi zwykle pasują do całkiem innych pytań.

- Wiem, że już wcześniej miałeś zatargi z bogami - Karlini wreszcie odzyskał głos. - Oni cię nie lubią, a ty nadal żyjesz. Tego też nigdy nie potrafiłem zrozumieć.

Maks popatrzył na Karliniego z namysłem.

- Nie wszyscy bogowie mnie nie lubią- rzekł w końcu. - W więk­szości nie cierpią się wzajemnie. - Znów na dłuższą chwilę pogrążył się w zadumie. - Co nie znaczy, że w danej sytuacji przynosi to jakiś pożytek.

- Ale skąd...

- Chyba będzie lepiej, jak nie dowiesz się zbyt wiele na ten temat. Nie sądzisz? - Maks wgryzł się w świeżą bułeczkę.

- To ty napomknąłeś o kwantowych stanach energetycznych, nie ja - zauważył Karlini. - Skoro sądzisz, że nie powinniśmy posiadać informacji na ten temat, dlaczego w ogóle go poruszy­łeś? Chyba nie po to, żeby się popisać, prawda?

Maks otworzył usta, potem je zamknął i powrócił do przeżuwa­nia bułeczki.

- Dobrze to ująłeś. Jak wiesz, mam pewne skłonności, i próbuję się im oprzeć, nie zawsze skutecznie - skończył jeść i otarł usta serwetką. - Tak się składa, że przeprowadziłem mnóstwo badań i okazało się, i że niektóre dotyczyły bogów. Wyniki pokażę ci póź­niej, o ile będziesz chciał je poznać. Przynajmniej w ten sposób nie przepadną i ktoś będzie mógł je wykorzystać. To zabezpiecze­nie na wypadek, gdyby moje cholernie głupie zadanie okazało się tak paskudne, na jakie się zanosi. Zadowolony?

Karlini smętnie popatrzył na kucharza. Po chwili przez pokój przebiegło drżenie, wprawiając w ruch stół i kładąc kres ciszy. Maks westchnął i rozejrzał się za deserem.

- Wesoło tu. Ukoronowaniem zeszłej nocy była mewa. Przysią­głbym, że latała za moim oknem i darła się jak szalona. Czy wie­cie, w jakiej odległości od wybrzeża leży to miejsce? Żadna mewa nie przeżyłaby takiej podróży. Ta, która poważyłaby się zaryzyko­wać, doczekałaby się wnuków.

Mewa opadła spod sufitu i przysiadła na wyciągniętej ręce Kar­liniego. Zaskrzeczała przeraźliwie.

- Rano siedziała na łóżku - wyjaśniła Roni. - Nie sądzę, że to ktoś, kogo znamy.

Maks wstał od stołu.

- Chyba przestanę zgadywać, co wydarzy się w następnej ko­lejności. Cóż, lepiej bierzmy się do pracy... - klapnął ciężko na dywan. - Za każdym razem... zapominam... jak wyczerpujące... są te bzdury - wysapał. Wokół niego w powietrzu płowiały sym­bole.

- I co? - zapytał Karlini.

- Nie widziałeś? Chodźmy do twojej pracowni.

- Coś widziałem, ale nie jestem pewien, co to naprawdę było. Wyglądało jak...

Maks wsparł się na łokciu i przyjął od Ronibet kubek kawy. Wydawało się, że stracił na wadze kilka kilogramów.

- Widziałeś matrycę obrysowującą zamek, prawda?

- Tak, chyba to widziałem.

- Pole czaru na murach zamku. To właśnie uruchomiłeś. Ono w czasie przeskoków utrzymuje zamek w kupie.

- Ale dlaczego geometria była taka zniekształcona? - zapytała Ronibet.

- Cóż... - mruknął Maks, rozgryzając twardy cukierek, który wziął z wielkiej czary na stole - tak wygląda drugi poziom kwantowy. Na nim wszystko jest dziwne. Widzieliście tę wielką rozżarzoną masę u podstawy matrycy zamku?

- To coś, co wyglądało jak klejnot z wiciami? - zapytała Roni.

- Tak. To rezerwuar mocy. Przenika on skalistą podstawę zamku.

- Zaglądałem w skałę - powiedział Karlini - i nie znalazłem niczego.

- Potrzebowałbyś innej techniki. - Maks wybrał następny cu­kierek, niebieski, wrzucił go do ust i zaczął ssać. - W tym rezer­wuarze zachodzi mnóstwo procesów, większości nie jestem w stanie pojąć. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem, było to, że los zamku wisi na włosku. Skała jest niestabilna i tylko pole zapobie­ga jej rozpadowi. Jeśli rezerwuar mocy się wyczerpie, skała rozsy­pie się na kawałki.

- A gdy rozpadnie się skała...

- Rozleci się i zamek - dokończył Maks. Mewa zbliżyła się do niego, wsunęła łebek do czary z cukierkami, wybrała zielony, wyrzuciła go w powietrze i zwinnie schwytała w locie. Cukierek zachrzęścił w jej dziobie.

- O rany, Maks - powiedział Karlini - kiedy zbiornik znajdzie się w stanie krytycznym?

- Nie mam pojęcia. Stać mnie zaledwie na stwierdzenie, że on tam jest. Nikt nie może przewidzieć, ile jeszcze skoków może wykonać zamek bez rozpadania się na części. Widziałeś tę małą pulsującą cętkę na wysokości jakichś trzech czwartych zamku?

- Zastanawiałem się nad tym. Co to takiego? - Ty.

Karlini schował twarz w dłoniach i wymruczał pod nosem coś niecenzuralnego.

- Jednego nie rozumiem - zaczęła Roni. - Skoro operowanie na drugim poziomie kwantowym jest takie trudne, to jak bogowie so­bie z tym radzą? Słyszałam, że niektórzy nie są zbyt rozgarnięci.

Maks z uwagą obserwował wzorki, które tworzyły się ł rozpły­wały w jego kubku.

- Myślę, że wiąże się to z ich aurami. W jakiś sposób aury im pomagają, może filtrują ich percepcję. Musi istnieć jakiś czynnik stabilizujący, który umożliwia bogom łatwy dostęp do drugiego poziomu, ale niech mnie licho, jeśli wiem, co to jest i jak działa.

- Czy ma to coś wspólnego z problemem sprzężenia?

- Być może, trudno powiedzieć. Istnieje wiele sposobów roz­prawienia się ze sprzężeniem...

Karlini parsknął drwiąco.

- Oczywiście, niejeden sposób, i o to... Roni popatrzyła na niego ciężkim wzrokiem.

- Maks nie o tym mówi. Znam go. Chodzi mu o nowe podej­ście do sprzężenia. Myśli, że odkrył pewien proces, który może okazać się przełomem. Mam rację, Maks?

- Tak, pomyślałem o czymś nowym, ale nie wszystko jeszcze zostało sprawdzone - podniósł się z dywanu i utkwił wzrok w Karlinim. - A może opowiesz mi o tej akcji w Roosing Oolvaya?

Mewa zaskrzeczała.

- Dobrze, Maks - odparł Karlini. - Wygląda to tak... - pod­szedł do regału. Upchnięte na półkach książki tkwiły pod wszel­kimi kątami, podpierając się wzajemnie. Karlini przebiegł palcami po grzbietach paru tomów notatek. - Może ten... - wyszarpnął wielkie tomisko spod sterty dziesięciu innych i patrzył, jak reszta opada w zwolnione miejsce. Sąsiednie stosy przekrzywiły się ry­zykownie. - Nie, to nie ten - stwierdził Karlini po przewertowaniu księgi.

- Pamiętasz, jak zostawił kapelusz na stole w restauracji? - po­wiedział Maks do Roni. - To wielkie sombrero z frędzlami wokół ronda, na dobitkę jaskraworóżowe? Leżał pod jego nosem, a mi­mo wszystko o nim zapomniał.

- To była nasza rocznica - rzekła Roni z uśmiechem. - Chyba mu się pogorszyło, o ile to w ogóle możliwe. Sprawdź na pulpi­cie, kochanie.

- Co? - burknął Karlini. - Och, dobra... tak, to na pewno ta. Jak ty to robisz, Roni?

- Ta magia znana jest jako “porządek" - zadrwił Maks.

- Tak, ty zawsze lubiłeś takie rzeczy, prawda, Maks? - odpo­wiedział Karlini z roztargnieniem, przeglądając księgę. Zatrzymał się, wrócił dwie kartki, po czym odłożył księgę na pulpit i zaczął pisać w powietrzu. Pojawiły się szeregi symbolicznych równań, wijących się wokół siebie.

Maks zerknął na nie koso.

- Czy widziałem to wcześniej?

Karlini przerwał pisanie i wykonał oszczędny, acz zawiły gest. Równania znieruchomiały. Sięgnął ostrożnie wokół nich i wskazał jeden człon.

- Widzisz to wyrażenie, Maks? To podstawa. Wniosek do two­jego parszywego Twierdzenia Nieciągłości.

Maks ściągnął usta i przekrzywił głowę.

- Hmmm - złapał tabliczkę i zaczął coś gryzmolić.

- Wiesz, Maks - odezwała się Roni - Karlini nigdy nie wyba­czy ci tej pracy o Nieciągłości. Ledwie doszedł do ładu z Dok­trynami" Konwersacji, ty wyskoczyłeś ze stwierdzeniem, że szu­kanie w nich dziur to prawdziwa rozkosz.

Równania Karliniego znów zaczęły falować, a po chwili przy­brały inną strukturę.

- Nie są sprzeczne nielogiczne - odparł Maks, nie odrywając się od swoich gryzmołów. - Ale konwersacja działa niezależnie od twojej ingerencji. Ustanowienie nieciągłości wymaga wkładu energii i narzucenia pewnego stopnia kontroli, kontrola zaś ko­rzysta z terminów chaosu. Gdybyś...

Z dzieła Karliniego dobiegi trzask. Unoszące się w powietrzu szeregi symboli zmieniły się w siatkowatą sferę, po powierzchni której dryfowały wycięcia i dziury. Siatka jarzyła się pulsującym pomarańczowo- żółtym światłem, jaśniejsze skry płonęły na prze­cięciu linii. Twór z cichym szmerem obracał się powoli wokół osi. Na półkuli północnej z towarzyszeniem synchronicznych trza­sków wyskakiwał i znikał wydatny garb. Maks popatrzył na swoją tabliczkę, z roztargnieniem pokiwał głową, szybko nabazgrał na dole jeszcze jedną linijkę, zamknął oczy i wypisał na niej palcem skomplikowany zakrętas. Ostatnia linia równania rozjarzyła się błękitem i oderwała od papieru. Nałożyła się na wirujący w po­wietrzu glob, wplatając w jego powierzchnię. Garb zniknął.

- Nigdy o tym nie pomyślałem - stwierdził zaskoczony Karlini.

- Śmiało, wypróbuj.

Karlini skoncentrował się i machnął rękoma. Równik kuli wy­brzuszył się i jął tworzyć szpic.

- Nie - powiedział Maks - to modulator. - Naszkicował parę cyfr w powietrzu. - To jest ciąg sterujący, a to jest modyfikator, który ma dziewięć członów macierzy i... - równik opadł na swoje miejsce. - Proszę, gotowe.

Karlini wygładził inne nierówności.

- Dzięki, Maks, zastanawiałem się, co z tym zrobić. Teraz zaj­miemy się namierzeniem celu...

W równo oddalonych miejscach pojawiło się sześć zagłębień: na biegunach kuli i w czterech punktach na równiku. Zagłębienia trwa­ły nieruchomo, podczas gdy powierzchnia przesuwała się pod nimi.

- Doskonale.

Wklęsłości przekrzywiły się, obróciły powoli, sięgnęły do środ­ka sfery. Struktura zadrżała, zapadła się w siebie i znikła. W jej miejscu powietrze było zgęstniałe, jakby lekko ścięte. Maks kla­snął w dłonie za plecami i powoli obszedł zaburzoną strefę prze­strzeni. Przyjrzał się jej bacznie, znowu machnął rękami. Zgęst­niałe powietrze wzburzyło się i wygładziło. Po tworze Karliniego nie został ślad.

- Ślicznie - powiedział Maks. - Ani śladu fizycznej manifesta­cji. Dobre na szpiegowską sondę.

- Wspaniały pomysł.

W powietrzu nagle rozjarzył się żółty punkcik. Karlini okrążył go tanecznym krokiem. Punkt rozciągnął się w linię, która zawirowała i przemieniła się w okrąg. Stojąca za nim szafka pełna szklanych naczyń zniknęła z pola widzenia. W obrębie kręgu ukazał się widok miasta z lotu ptaka. Karlini opadł na krzesło i wyciągnął nogi.

- To Roosing Oolvaya z wysokości około półtorej mili. Widzi­my przede wszystkim starą część leżącą w obrębie murów.

Same mury nie były widoczne, ale wyraźne proste granice oddzielały zatłoczony galimatias miasta od pól i przedmieść.

- Może najpierw widok z góry - zaproponował Maks.

- Roosing Oolvaya leży na zachodnim brzegu rzeki Oolvaan - oznajmiła Roni. - Na wschód od tego obszaru rzeka zakręca, a po­tem ponownie odbija na zachód. Miasto leży dokładnie przy wy­suniętym najdalej na zachód skraju tego zakola. Piętnaście mil na południe do rzeki wpadają trzy główne dopływy: Oolvaan Więk­szy, Mniejszy i Kapryśny.

- To ten ostatni bywa przyczyną powodzi, prawda?

- Zgadza się.

- Chcesz zobaczyć, jak to wygląda, Maks? - zapytał Karlini.

- Nie, nie, słowa mi wystarczą. - Maks uważnie wpatrywał się w widok miasta.

Roni podjęła wyjaśnienia:

- Na wschodnim brzegu Oolvaanu zaczynają się góry: Wznie­sienie Rondingiańskie i Urwiska Rondingiańskie. My jesteśmy te­raz po drugiej stronie Urwisk, na tej pustyni. Te wzgórza są w rze­czywistości podgórzem. Na brzegu zachodnim teren jest dużo bar­dziej płaski i wznosi się powoli. Takie ukształtowanie sprawia, że do Oolvaanu woda spływa ze znacznej powierzchni; z gór na wscho­dzie oraz z równin i terenów rolniczych na zachodzie. W miarę prze­suwania się na północ teren stopniowo staje się coraz bardziej urozmaicony, aż wreszcie przechodzi w Góry Rondingiańskie. Gdzieś tutaj Oolvaan zaczyna swój bieg. Ale wróćmy do samego Roosing Oolvaya. To miasto leży, jak powiedziałam, na zachod­nim brzegu Oolvaanu przy wschodnim krańcu jednego z zakoli. W tym miejscu rzeka rozszerza się i nieco zwalnia. Miasto posia­da naturalny port osłonięty od głównego nurtu przez niewielki cy­pel na północy i łańcuch wysp na środku rzeki. Powstało w dosko­nałym miejscu umożliwiającym kontrolę ruchu na rzece. Z pięciu głównych wysp jedna posiada własny port i magazyny, na jednej znajdują się wille, dwie są własnością prywatną, a na ostatniej mie­ści się stary fort, który niegdyś pełnił rolę pałacu Czcigodnego.

- Czcigodnego? - powtórzył Maks.

- To niedawno przypomniany tradycyjny tytuł. Do tego, kto go nosi, należy się zwracać per “Wasza Czcigodność" albo “Czcigod­ny Panie".

- Cudownie. Będę musiał się z nim spotkać?

- Sytuacja jest zagmatwana. Nie można tego wykluczyć. Ko­chanie, pozwól Maksowi przyjrzeć się z bliska.

Karlini zwiększył powiększenie. Ukazała się nieregularna siatka ulic, potem w obrębie kwartałów można było odróżnić pojedyncze budynki. Nagle obraz zamigotał, jego powierzchnię zaćmiła chmara kolorowych cętek, a skraje płaskiego dysku zaczęły dymić.

- Co... - zaczął Maks.

- Nie wiem! - odkrzyknął Karlini. Plamki nabrzmiały, obraz miasta wokół nich napiął się i zniekształcił jak malowidło na je­dwabiu. Rozległo się przeraźliwe wycie. Wydęte miejsca zaczęły pękać niczym przekłute balony, widok wokół każdego rozpadł się na kalejdoskopowe odłamki, a przez dziury trysnęły pulsujące pro­mienie oślepiającego srebrzystego światła. W kierunku Karliniego strzeliły serpentyny błyskawic. Jego palce rozmyły się w powie­trzu, buchnął z nich dym i iskry.

- Maks! - wrzasnął - nie mogę go utrzymać!

Obraz w pierścieniu zniknął, a w jego miejscu z siłą słońca roz­błysnął dysk srebrnego światła. Maks, który też wymachiwał rękami, wypisał w powietrzu ciąg cyfr. Symbole zawirowały, skupiły się i śmignęły ku pierścieniowi. Powierzchnia srebrnej płyty wzdęła się, środek nabrzmiał, a potem wyskoczyła z niego pier­wotna siatkowa kula Karliniego ciągnąc za sobą nici płonącego srebra. Twór Karliniego nie był już kulą, lecz wirującym, ameboidalnym bąblem. Regularna przed chwilą siatka linii miotała się w dzikich, hiperbolicznych gejzerach, nieregularne fragmenty zwi­jały się, przeszywały strukturę na wylot i wydymały ściany. Drżenie przebiegło przez bąbel, gdy na jego powierzchni zatańczył dru­gi ciąg wypisanych przez Maksa symboli. Wycie przybrało na sile. Amulet, który drżał na piersiach Maksa, wyskoczył spod koszuli; maleńkie szafiry i większe kamienie zapłonęły migotliwym świa­tłem. Macka błyskawicy musnęła mewę i zapaliła jej pióro w ogo­nie. Roni, która wraz z nimi odpierała błyskawice zachwiała się wyczerpana. Nagle środek srebrnego dysku otworzył się i cofnął. Ukazało się olbrzymie oko.

- Dość tych bzdur! - zadecydował Maks. Wepchnął rękę do czary z cukierkami, zamknął oczy, i skoncentrował. Nad czarą pojawiło się coś jakby niewielki talerz. Wklęsłą powierzchnię pokrywał puch, ze spodniej strony zwieszały się festony barwnych bryłek, rurek i dziwnych falujących wyrostków. W mgnieniu oka talerz rozpadł się na cztery mniejsze, identyczne kopie, każda z nich podzieliła się na cztery dalsze, te znów uległy podziałowi - proces zachodził tak szybko, że oko nie potrafiło go zarejestrować. W końcu chmu­ra wirujących cętek spłynęła w dół ręki Maksa do jego dłoni.

Czara z cukierkami uniosła się i rozpadła na kawałki. Fragmenty naczynia i słodycze rozprysły się po pokoju jak maleńkie, jaskrawe pociski. Wokół dłoni, w której Maks nadal trzymał garść cukierków, pojawiła się wirująca mgiełka. Spomiędzy palców zaczęło wyciekać silne czerwone światło. Lśniące wstęgi ruszyły w górę ramienia Mak­sa niczym stado maleńkich zwierzątek po boa dusicielu. Maks pod­niósł zaciśniętą pięść nad głowę, wygiął rękę do tyłu, a potem jednym konwulsyjnym ruchem wyrzucił ramię do przodu. Z dłoni wyrwała się kula syczącej plazmy, a za nią pomknęła wiązka światła, zaczyna­jąca się przy barku i przypominająca falujący sztylet. Kula plazmy trafiła w dociekliwe oko. Z dysku trysnęły srebrne odłamki, po czym eksplodował, siejąc kroplami syczącego srebra. Nagle zapadła cisza, przerywana tylko skwierczeniem i pacnięciami płynnego metalu.

Karlini i Roni podnieśli się z podłogi. Mewa wyjrzała czujnie spod wywróconego fotela. Maks usiadł ciężko i wsparł się plecami o ścianę, pod którą rzucił go wybuch.

- Chcieliście wiedzieć coś na temat sprzężenia? - zapytał przez zaciśnięte zęby. - To było sprzężenie.

- Nie jest zbyt przyjemne... - Karlini rozejrzał się po pokoju. Powietrze było gęste od dymu, z kałuż wrzącego srebra wznosiły się gryzące opary. Meble leżały rozrzucone pod ścianami.

Lewy rękaw Maksa wisiał w strzępach, ręka była zaczerwienio­na. Maks uniósł ją ostrożnie, obrócił powoli, zacisnął i rozprosto­wał dłoń. Drugą schował za koszulę amulet, który miał niepokoją­cy nawyk wyskakiwania w niespodziewanych okolicznościach. Maks nie wiedział, na czym dokładnie polega jego moc, ale skoro zadał sobie tyle trudu, żeby go ukraść, amulet musiał robić coś pożytecznego.

- Mówiłem wam, że nie do końca rozgryzłem tę nową meto­dę sprzęgania - powiedział. - Przed chwilą spróbowałem wyko­rzystać ją po raz pierwszy. Nie macie przypadkiem czegoś takiego jak podręczna apteczka?

Karlini pogmerał pod regałem i wyciągnął osmaloną torbę. Wyjął zwój płótna i przystąpił do opatrywania oparzeń Maksa.

- Auu! - jęknął Maks. - Czuję się jak po tygodniowej kąpieli słonecznej.

- Na czym dokładnie polegała ta sztuka? - zaciekawiła się Roni.

- Nic wyszukanego. Wyzwoliłem energię z tych cukierków i skierowałem ją w oko. Na nieszczęście jeszcze nie całkiem opa­nowałem kontrolę. Dzięki, Karlini, tak jest dużo lepiej.

- Chcesz się położyć na chwilę? - zapytał Karlini.

- Wolałbym zabrać się do roboty. Ale może ty chcesz się po­łożyć? Dostałeś niezłe lanie od tych błyskawic.

Karlini skrzyżował ręce na piersiach.

- Jeśli ty możesz kontynuować, ja również mogę. Wiesz, Maks, coś takiego nie miało miejsca, gdy ostatni raz patrzyłem na Roosing Oolvaya.

- Nie winię cię. Jestem pewien, że nic takiego się nie wydarzyło.

- Oskin Yahlei najwidoczniej nie chce, by ktoś go podglądał - powiedziała Roni.

- Oskin Yahlei? - zapytał Maks.

- Ten, kto ma pierścień. Ten, kogo masz odnaleźć. Myślę, że to jego oko ukazało się w dysku.

- Nigdy o nim nie słyszałem. Skąd wiecie, że to on?

- Ten sen, o którym ci mówiłem - rzekł Karlini. - Ten, który śniłem na górze w wieży. On mnie uwrażliwił na pierścień i dzięki temu znalazłem jego posiadacza.

- Hmm. To, brzmi sensownie. Mam nadzieję, że nie przyjrzał mi się zbyt dobrze.

- Zadałeś mu bobu - powiedziała Roni. - Prawdopodobnie przez jakiś czas nie będzie w stanie z nikim walczyć.

Maks popatrzył na nią filuternie.

- Możliwe. To antyszpiegowskie pole miało ogromną moc, a poza tym było zabezpieczone przed przeciwczarem. Nie wiem, jaka część mojej wiązki się przez nie przedarła. Poniekąd żałuję, że musiałem wypróbować tę sztuczkę z mocą, ale tylko to potrafiłem wymyślić.

- Myślisz, że teraz będzie się miał na baczności? - zapytał Karlini. Maks podniósł brew.

- Gdybym był na jego miejscu, uznałbym to za ostrzeżenie. Ale nie na tym polega prawdziwy problem; sprzężenie jest nową techniką, a ja wolałbym jeszcze jej nie wprowadzać. Może po­myśli, że był to inny bóg i będzie miał dość taktu, aby okazać zdumienie, gdy zamiast boga pojawię się ja - Maks westchnął. - Na razie nie ma nic innego do roboty, równie dobrze możesz opowiedzieć mi resztę historii. Chciałbym wiedzieć, w co jeszcze się pakuję.

- Nie chcesz wykonać jeszcze jednej próby? Z promieniem cienkim jak igła? - kusił Karlini.

Maks wytrzeszczył nań oczy, potem ostentacyjnie splótł ręce na piersiach, kładąc zranioną na zdrowej.

- Aha - mruknął Karlini. - W takim razie najlepsze będzie opo­wiadanie - podniósł fotel i klapnął ciężko. - Szczerze mówiąc, Maks, pora na złożenie wizyty w Roosing Oolvaya nie jest najlep­sza. Zobaczysz żołnierzy na ulicach. Były Czcigodny zmarł w po­dejrzanych okolicznościach. Jego syn wstąpił na tron i powołał pod broń miejscowe oddziały, to znaczy Straż, a poza tym jeszcze hor­dę najemników, którzy dziwnym trafem byli w pobliżu.

Maks zaczął ćwiczyć oparzone ramię. Zadecydował, że musi to robić, bo inaczej ręka mu zesztywnieje.

- Wiesz coś o tym synalku?

- Wcześniej udało mi się ustalić, że to fircyk i kobieciarz. Doskonały materiał na marionetkę.

- Czyją?

- Ty mi powiedz. Wielkiego potężnego maga, który chce prze­jąć władzę nad miastem...

- Przeczuwałem, że to powiesz. Tak więc na domiar złego w grę może wchodzić polityka... - z piersi Maksa wyrwało się kolejne westchnienie. - A co z członkami starego rządu i innymi ludźmi wiernymi staremu Czcigodnemu?

- Wygląda na to, że pod pałacem są duże lochy. Znika tam mnó­stwo ludzi.

- Godzina policyjna?

- Od zachodu do wschodu słońca. Ale nie sądzę, by był z te­go jakiś pożytek.

- Też tak uważam. Będę zadowolony, gdy nocą uda mi się nie wpadać w korki na dachach. Co z tym Oskinem Yahlei?

- Ma pałac blisko północnego muru, pokażę ci na planie. Po­daje się za nekromantę.

- Masz zamiar zrobić wszystko, co w twojej mocy, aby to przedsięwzięcie nie okazało się ani trochę zabawne, prawda? - jęknął Maks.

- Już cię ostrzegałem. Gdy wcześniej poruszyłeś ten temat wspomniałem, że w grę mogą wchodzić niemartwi.

- Miałem nadzieję, że żartujesz.

- Może nie jest prawdziwym nekromantą, może to tylko przy­krywka - dumał Karlini. - Nie powinieneś wpadać w takie...

Maks zerwał się na nogi i rozdrażniony jął krążyć po pokoju.

- Przykrywka czy nie, wiesz równie dobrze jak ja, że zabawa z mar­twymi to paskudna sprawa. Jak już coś zostało złożone do ziemi, to człowiek nie chce widzieć tego z powrotem na niej. Nie wiem, czy byłeś kiedy ścigany przez bandę zombie. Nie? - Maks zgrzytnął zębami. - Wiedz zatem, że zanim uda im się wygrzebać z ziemi, zo­staje z nich jedynie sterta oślizgłej pleśni i wijących się robali, a gdy tylko się ruszą, gubią grudy cuchnącej substancji. Poza tym mają niesamowity nawyk ustawiania się od nawietrznej - zatrzymał się przed Karlinim i spiorunował go wzrokiem. - Myślisz, że to obrzy­dliwe? Jeszcze nie zaczęliśmy mówić o prawdziwych niemartwych. Jak mówi magiczna estetyka, niewiele rzeczy może być gorszych od nekromancji. Przykrywka, ha! Każdy, kto podaje się za nekromantę, musi być bardzo mało sympatyczny. Co gorsza, ten facet prawdopo­dobnie jest nekromantą.

- Chyba się nie wycofasz, co? - zapytała Roni. Karlini poczerwieniał.

- Jasne, że się wycofuje - wybuchnął. - Boi się, że zawali.

- Kochanie - zmitygowała go Roni.

- Dobra, dobra, Maks, przepraszam. Wiem, że nie lubisz zom­bie, powinienem był wyłożyć to inaczej. Od lat nie zawaliłeś ni­czego ważnego, wiem, i dlatego musisz szczególnie uważać.

- Maks? - nacisnęła Roni.

- Oczywiście, zrobię to - odparł Maks. - Już mówiłem, a te­raz przestańmy wałkować ten temat. Chyba mnie znacie. Czasami muszę pomarudzić. Odpowiedzcie mi jeszcze na jedno pytanie, a potem rozpoczniemy prawdziwe przygotowania. Kim on napraw­dę jest?

- Kto? - zapytał Karlini.

- Nie wygłupiaj się. Siedzisz w tym zamku od tygodni i nie ro­bisz nic innego prócz zastanawiania się nad tą kabałą. Musiałeś wysnuć już prawdopodobne domysły. Kim jest właściciel zam­ku? Kogo mam uratować? I skoro jesteśmy przy tym, kim do­kładnie jest ten Oskin Yahlei?

- Uff - sapnął Karlini - no, naprawdę nie wiem. Chciałbym wiedzieć, ale...

- To najważniejsze zagadnienie, jakiego unikasz od chwili, gdy się pojawiłem. Mów, bo inaczej koniec z umową.

- Uff... nie jestem pewien.

- Jestem pewien, że nie jesteś. Chcę usłyszeć przypuszczenia.

- W tej chwili już sam musisz się domyślać, Maks - powiedzia­ła Roni. Nie patrzyła mu w oczy.

- Tak - przyznał Maks. - Domyślam się. Jasne. I właśnie dlatego chcę wysłuchać twojego męża - przeszył Karliniego swoim najbardziej jadowitym spojrzeniem. - I? Kto to jest? Czy to ktoś, kogo znam?

Karlini powoli wypuścił powietrze.

- Śmierć. To jeden ze Śmierci.

Twarz Maksa spochmurniała, ponure cienie spłynęły z oczodo­łów na nos i szczękę. Amulet na jego piersi zamigotał. - Który jest Śmiercią, Oskin Yahlei czy pan zamku?

- Obaj. Myślę, że obaj są Śmiercią.


RozdziVI

PODSTĘPNY MIECZ ZNÓW SIĘ PODKRADA


Pieniędzy z okupu za Skargoola było tyle, że mógłbym żyć beztrosko przez całe lata, ale następnego ranka znów siedziałem w swoim biurze. Nie jestem pewien, czy potrafiłbym wyjaśnić, dla­czego. Człowiek pracuje i pracuje, dopóki nie dochodzi do punktu, w którym przez pewien czas nie musi pracować, lecz i tak wraca do pracy. Niech mnie licho, jeśli to rozumiem. Nie przypuszczam, aby było we mnie coś z wolnego strzelca-filantropa, nie przypuszczam, żebym był facetem, który za frajer robi to, za co powinien otrzymać zapłatę. Oczywiście, jak się okazało, miałem gorzko pożałować, że nie zmyłem się z miasta, póki miałem okazję.

Siedziałem z nogami na biurku, odchylony na krześle i pogrą­żony w błogim lenistwie, gdy usłyszałem pukanie do drzwi. Było to tak zaskakujące, że nie zdołałem powstrzymać ciekawości. Nie chodziło o fakt, że było wpół do siódmej rano, kiedy tylko rzeźnicy i rolnicy od paru godzin uwijają się przy pracy, a wszyscy inni dopiero zwlekają się z łóżek. W moim fachu trzeba liczyć się z tym, że klienci będą człowieka nachodzić o każdej porze. Po nocach odchodziły wszelkie wyobrażalne kanty, zatem wczesny gość nie wzruszyłby mnie ani trochę. Nie byłem zaskoczony wizytą. Zdu­miało mnie to, że usłyszałem pukanie do drzwi i nic poza tym.

Moje biuro mieści się na piętrze starego budynku nie bez koze­ry. Schody trzeszczą. Sam poluzowałem deski, żeby skrzypiały jesz­cze głośniej. Lubię wiedzieć, że ktoś do mnie idzie, zanim stanie w drzwiach. Sąsiedzi nienawidzą tych odgłosów, ale jeszcze bar­dziej nie cierpią bijatyk w moim biurze. Nie sądziłem, by cokol­wiek większego od kota zdołało przemknąć po tych schodach bez skrzypienia.

A tu raptem pukanie do drzwi.

To było najdziwniejsze. Jeśli ktoś zadał sobie trud bezszelestne­go pokonania schodów, choć nie wiem jakim cudem, to uczynił to w celu zaskoczenia. W takim razie, po co pukał? Mogłem zrobić tylko jedno. Wsparłem dłoń na rękojeści miecza, spróbowałem so­bie przypomnieć, czy zapłaciłem ostatnią ratę Philinn Arolowi, Bogu Łowców Przygód, po czym powiedziałem:

- Proszę.

Kiedy wszedł, wiedziałem, że wszystkie moje nadzieje wzięły w łeb. Poniewczasie przypomniałem sobie, że umowa zawarta z Philinn Arolem wygasła tydzień temu. Typowe, pomyślałem. W drzwiach stał facet ze sprawy Skargoola, ten z towarzystwa ubezpieczeniowego, który moim zdaniem najprawdopodobniej był bo­giem.

- Witam - rzuciłem zdawkowo. - Proszę siadać.

- Dziękuję - oparł laskę o ścianę przy drzwiach, zdjął brązowo-szarą tweedową pelerynę i przewiesił ją przez oparcie krze­sła. Potem omiótł spojrzeniem siedzenie i najwyraźniej zadecy­dował, że brązowe packi są naturalnymi skazami drewna, a nie śladami niedawnego rozlewu krwi, i wspierając dłonie na porę­czach usadowił się ostrożnie. Włosy zaczesywał na łysinę i był odrobinę zbyt krępy, aby stawiać na niego w krótkodystansowym sprincie. Usta miał ściągnięte, co nadawało jego twarzy ponury wyraz. Oczy, poruszające się w bladych otoczkach powiek, zaha­czyły o wszystkie znaczące elementy wnętrza - omiotły biurko, okno, regał z niedobitkami książek i dwiema rozłożystymi pną­cymi roślinami, powyginaną tarczę vultubiańską, mnie - i to mi uświadomiło, że być może, ten facet czymś się martwi. Starałem się przybrać cierpliwą minę i jak najusilniej trzymać myśli z da­leka od forsy z okupu, po prostu na wypadek, gdyby interesowa­ły go właśnie takie zbłąkane myśli.

Jego spojrzenie zatrzymało się na mnie, potem znów uciekło gdzieś w bok.

- Znalazłem się w nietypowym położeniu - zaczął. - Potrzebu­ję pańskiej pomocy. Ktoś próbuje mnie zabić.

Próbowałem to powstrzymać, ale i tak szczęka mi opadła. - Jest pan bogiem. Jak ktoś może próbować pana zabić?

- Och - mruknął bezbarwnie. - Bogiem... Zwrócił pan uwagę na ten numer z żoną i kulami ognia.

- Tak. Zauważanie takich drobiazgów to podstawa mojej profesji.

- Jest pan niezłym obserwatorem; polecę pana innym. Spostrze­gawczość owa jest jednym z powodów, który skłonił mnie do sko­rzystania z pańskiej pomocy.

Żałowałem, że nie oślepłem, kiedy miałem okazją. Dzięki temu przestałbym zauważać szkodliwe dla zdrowia rzeczy, jak na przy­kład fakt, że ten facet jest bogiem. Na dłuższą metę taki uszczer­bek byłby dużo lepszy od tego, co zapewne dla mnie szykował. I skoro o tym mowa, żałowałem, że nie straciłem języka, co po­wstrzymałoby mnie od rzucania durnych uwag, takich jak przykła­dowo mówienie mu, co naprawdę widziałem. Ale gdybym nie widział nowych kłopotów, w jakie się pakowałem i nie mógł otwo­rzyć gęby, aby je pogorszyć, nie byłbym sobą, prawda?

- Naprawdę jest pan bogiem? - zapytałem. - Nie spróbuje pan zaprzeczyć?

- Jaki miałbym w tym cel? Czy traktowałby mnie pan inaczej, uważając za zwyczajnego czarnoksiężnika?

- Tak, z pewnością. Mam bogate doświadczenia w kontaktach z ludźmi. Czuję się wśród nich dobrze, nawet gdy usiłują mnie zabić.

- Tym lepiej. Nie ma powodu, żebyś czuł się dobrze w moim towarzystwie. Będziesz dla mnie pracował, ale ja nie będę twoim klientem. Będę twoim panem.

Facet najzwyczajniej w świecie mnie wkurzył. Strach spłowiał, groźba nagłej i bolesnej śmierci też straciła znaczenie. Za takie sło­wa należało mu się po pysku, kimkolwiek był.

- Nie brakuje ci tupetu! - warknąłem. - Pracuję dla tego, dla kogo chcę i kiedy chcę. Wysłucham cię i jak będę miał ochotę, zajmę się twoim problemikiem, ale nie możesz przychodzić tu i przejmować władzy nad moim życiem. Dałem sobie spokój z ca­łym tym wasalstwem kupę lat temu.

- Nie zamierzam się z tobą targować. Ta sprawa jest pilna. Zostałem odcięty od mojego głównego źródła mocy.

- Magia! To co innego. Nienawidzę magii. Nienawidzę spraw związanych z magią. Nienawidzę pojęcia magia. Prawdę mówiąc, ciebie też chyba zaczynam nienawidzić. Nie sądzę, aby twój pro­blem mnie zainteresował. Słuchaj, czemu nie zabierzesz swojej peleryny i laseczki i nie wyniesiesz się w taki sam sposób, w jaki wszedłeś?

Wydawało się, że facet cieszy się niepomiernie rozwojem sytu­acji - przypominał chłopczyka z owadem i rosnącą kolekcją ode­rwanych odnóży, to powinno było mnie ostrzec.

- Domyśliłem się, że przyjmiesz taką postawę - powiedział. - Dlatego przedsięwziąłem pewne środki ostrożności.

- Jakie środki?

- Twój metabolizm jest już powiązany z moim.

- O czym ty mówisz?

- Pokażę ci. Uderz mnie. Śmiało.

Coś takiego chodziło mi po głowie od pewnego czasu. Pomy­ślałem, że nie jest to dobry pomysł, lecz takie myśli nigdy wcze­śniej mnie nie powstrzymały. Trafiłem go lewym prostym w szczękę. Poczułem ból w zwyczajnym miejscu, w pięści, ale to nie wszystko. Płomienie przeszywającego bólu wybuchły w mojej brodzie i objęły całą głowę.

On pozbierał się pierwszy, ja zaś nadal spoczywałem na podło­dze, próbując skupić wzrok.

- Metabolizm - powiedział. - Powiązany. Wszystko, co wywie­ra wpływ na mnie, wywiera wpływ na ciebie. Jeśli wyczerpie się moja moc, prawdopodobnie umrzesz.

Zastanawiałem się, jak też się wpakowałem w tę kabałę. Może zrobił coś, co zaćmiło mi zdrowy rozsądek. Głowę z całą pew­nością miałem zaćmioną, a była dopiero siódma rano. Wyglądało na to, że mój lewy miał tyle pary, ile zawsze po nim oczekiwa­łem. Czepiłem się pierwszej lepszej myśli.

- Ta moc - zacząłem. - Myślałem że wy, faceci, którzy macie tyle mocy, możecie robić wszystko. Po co ja jestem ci potrzebny?

- A po co zadajesz tyle pytań? Wystarczy, jak będziesz wykony­wał moje rozkazy. Masz tylko jeden rozsądny wybór.

Popatrzyłem na nich zezem, nadal dwoiło mi się w oczach i zaczerpnąłem głęboko powietrza.

- Jak powiedziałem, nie cierpię magii. Zawsze nienawidziłem magii. Mało prawdopodobne, aby ta sytuacja skłoniła mnie do zmiany poglądów, lecz wygląda na to, że muszę się z nią pogo­dzić. Być może jestem upartym twardzielem, ale nie idiotą. Po­trafię poznać, kiedy zostałem przechytrzony. Myślę, że najważ­niejsze jest przeżycie, nienawiść może zaczekać. Jeśli mam wykaraskać się z tych opałów, będę musiał zrobić to, czego sobie ży­czysz, i zrobię to porządnie. Jestem profesjonalistą; przypuszczam, że dlatego tu jesteś. A skoro mam wykonać profesjonalną robotę, muszę wiedzieć, co jest grane.

Rozparł się na moim fotelu za moim biurkiem, sięgnął do mojej szuflady, wyciągnął móją butelkę.

- Minęło sporo czasu, kiedy ostatni raz zostałem w ten sposób potraktowany przez kogoś twego rodzaju - powiedział, wlewając do gardła pokaźną miarkę trunku. Oblizał usta i ja też poczułem to, gdzieś głęboko w piersiach. - Jakaś część mojej osoby pragnie ro­zebrać cię członek po członku i organ po organie, a po tym, co zo­stanie, przepędzić stado bydła. - Coś trzasnęło w jego dłoniach, i nie była to butelka. Oderwałem szczękę od podłogi i spróbowa­łem nadać sobie wygląd upartego twardziela, o którym napomkną­łem. Nie jest to łatwe, gdy człowiek leży rozciągnięty jak długi.

- Ale nie zrobię tego - podjął po minucie. - Nie zrobię tego, bo przypadkiem masz rację. Gdybym mógł wykonać twoją robotę, to bym ją wykonał. Skoro nie mogę, potrzebuję twojej pomocy. Ale ostrzegam. Znam się na swojej robocie. Lepiej nie pozwalaj sobie zbyt wiele, bo zaznajomię cię z paroma jej nieprzyjemnymi aspektami... - wbił we mnie oczy. Nagle odniosłem wrażenie, że coś wielkiego i okropnego czai się za moimi plecami, i nie może się doczekać, by rozerwać mnie na strzępy. Opanowałem od­ruch, który nakazywał mi przełknąć ślinę, i odpowiedziałem mu równie świdrującym spojrzeniem.

- W porządku. Mam parę pytań. Pociągnął następny łyk z butelki.

- Doskonale.

Ostrożnie podniosłem się z podłogi i opadłem na krzesło dla gości.

- Zacznijmy od tego, kto próbuje cię zabić.

- Nie wiem.

- Aha. A jak wyglądały zamachy na twoje, uch, życie?

- Żadne bezpośrednie próby mające na celu zneutralizowanie mnie nie miały miejsca.

- W porządku. Skąd zatem pomysł, że ktoś chce cię zabić?

- Kiedy dziś wczesnym rankiem usiłowałem opuścić miasto, odkryłem otaczającą je barierę.

- Opowiedz mi o niej. Popatrzył na mnie lekceważąco.

- Wyjaśnienie jest skomplikowane pod względem technicznym.

- Jestem zawodowcem, nieprawdaż? Zaryzykuj, może skapuję. Miał rację, było techniczne. Ale nie wiedział, a ja nie chciałem wspominać, że przez lata zgromadziłem solidną porcję teorii ma­gii, oczywiście wyłącznie w celu samoobrony. Fakt, że nie lubię magii, wcale nie musi oznaczać, że nie wolno mi wiedzieć nic na jej temat. Już wcześniej miałem do czynienia z magami, a oriento­wanie się w ich umiejętnościach zawsze było dobrym pomysłem. Zauważyłem, że zawsze ilekroć uda im się wprowadzić w czyn swoje pogróżki, są ogromnie zadowoleni. Kiedy więc mój dziwny gość zaczął od stwierdzenia, że chodzi o pewien rodzaj sprzężenia i popatrzył na mnie, aby sprawdzić, czy mam choć blade pojęcie, mogłem wznieść brew i pokiwać głową z dostateczną pewnością siebie.

Sprzężenie zawsze ogromnie zaprzątało uwagę magów, po­dobnie jak poganiacze karawan wędrujących przez pustynię mają obsesję na punkcie położenia następnego wodopoju. Magia wy­maga mnóstwa mocy, a większa jej część pochodzi ze skóry maga, z jego energii życiowej, z aury czy jak to teraz nazywają. Wymiana mocy na magię zazwyczaj odbywa się kosztem utraty ciężaru ciała, jednak nie zawsze. Bycie magiem polega nie tylko na tworzeniu czarów, ale również na radzeniu sobie z następ­stwami.

No cóż, chodzenie też wymaga energii. Problem w przypadku magii polegał na ilości. W trakcie tworzenia porządnych czarów, na przykład, w pojedynku, człowiek może w ciągu paru minut stra­cić na wadze ze dwadzieścia kilo i na całe tygodnie zostać wyłą­czony z obiegu, oczywiście w przypadku, gdy zwyciężył. Można tworzyć czary z wyprzedzeniem i magazynować je, ale jest to do­bre tylko wówczas, gdy z wyprzedzeniem wiadomo, co będzie potrzebne. W tym przypadku produkowanie czaru także osłabia, ale przynajmniej można wypocząć przed decydującą próbą. Nie było to jednak rozwiązanie idealne i z tego powodu magowie za­wsze szukali sposobów magazynowania mocy w innych formach, a przede wszystkim nowych sposobów zdobywania samej mocy.

I tutaj pojawia się kwestia sprzężenia. Większość rzeczy w świe­cie to potencjalne źródła energii. Organizmy żywe są najlepsze, ale teoretycznie można by wykorzystać skały, wiatr, wodę cokol­wiek. Suma energii uzyskanej z danego obiektu winna być równa sumie energii przez tenże obiekt posiadanej, przynajmniej tak mówiły źródła pisane. Niestety, istniał pewien techniczny haczyk. Wszędzie było mnóstwo energii, lecz nikt nie potrafił w pełni jej wykorzystać.

Aby wydobyć energię ze skały, należy sprzęgnąć własne pole energetyczne ze skałą, zrobić skale coś, co wyzwoli jej energię, a następnie wessać ją we własne pole albo bezpośrednio wprowadzić w czar. W praktyce okazało się., że wydajność takiego transferu jest bardzo niska. Wyssanie całej energii z danego obiek­tu dawało do dyspozycji może jeden procent energii, jaką zgodnie z obliczeniami posiadał. Co najwyżej jeden procent, jeśli czło­wiek miał szczęście i naprawdę wiedział, co robi. Istnieją różne rodzaje sztuczek oraz różne klasy obiektów dające różne typy energii, dlatego - magowie wyspecjalizowali się w celu opanowa­nia przynajmniej jednego zestawu technik na naprawdę przyzwo­itym poziomie. Nekromanci, na przykład, czerpią swoją energię z trupów; poza tym nauczyli się manipulować zmarłymi na inne sposoby, lecz nie to było najważniejsze. Zasadniczy problem po­legał na tym, że wokół było mnóstwo energii, a nikt nie potrafił jej w pełni wykorzystać.

Tyle mówiła wiedza powszechna w kręgach magów. Nie wie­działem jednego i wątpię, żeby wiedział to ktoś, kto nie był bo­giem. Mianowicie: bogowie także mieli problemy ze sprzęganiem, ale oni nie lubią dyskutować o ekonomice, gdyż to psuje ich wize­runek. Jednakże zgodnie ze słowami mojego gościa, utrzymanie stylu życia na przyzwoitym boskim poziomie wymaga mnóstwa energii. Oto dlaczego bogowie próbowali się zabezpieczać poprzez magazynowanie energii pochodzącej z jak największej liczby źró­deł, ale tak samo jak ludzie napotykali problem równowagi. Z ja­kiegoś powodu w ich przypadku prawa działały inaczej. Bogowie mogą korzystać ze źródeł niedostępnych dla zwyczajnych ludzi, ale to nie zmieniało faktu, że prawa istniały.

Z powyższym wiązał się problem pokrewny. Magowie chcieli zmagazynować jak najwięcej mocy, ale okazało się, że istnieje pew­ne ograniczenie. Jedna osoba albo aura może wchłonąć jednorazo­wo określoną dawkę energii - i ten sam problem dotyczy bogów. Bogowie mogą zatrzymać dużo więcej energii, ale też zużywają ją w większym tempie. W odróżnieniu od śmiertelników potrafią ma­gazynować nadwyżki, czego wynikiem jest sieć potężnych zbiorni­ków mocy, z którymi mogą się sprzęgać i ładować, nawet na odle­głość. To coś na kształt banków energii. I tak samo jak banki, te magazyny energii są narażone na kradzieże. Bóg poświęca mnóstwo czasu na ukrywanie rezerwuaru, pilnowanie go, zakładanie pułapek, a nade wszystko na uniemożliwienie komukolwiek poznania jego lokalizacji.

- Sprawdźmy, czy dobrze zrozumiałem - powiedziałem, prze­rywając wykład. - Przybywasz do Roosing Oolvaya, aby wykonać pewne zadanie, i jesteś z dala od swoich rezerw mocy. Kiedy pró­bujesz opuścić miasto, napotykasz barierę. Uniemożliwia ci ona wydostanie się z miasta, ale to nie wszystko. Gdybyś próbował połączyć się przez nią ze swoim rezerwuarem, to zdradziłbyś jego położenie.

Z zadumą zmierzył mnie wzrokiem.

- Tak.

- Czy ta bariera jest standardowa?

- Widziałem już różne bariery. Ta nie jest typowa. Wydaje się, że jest nastawiona na neutralizację inwigilacji i kwarantannę.

- Chodzi ci o to, że ma trzymać użytkowników magii z dala od miasta i uniemożliwić im zajrzenie w jego obręb?

- Owszem.

- Dlaczego więc myślisz, że chodzi o ciebie?

- To nie jest zbyt duże miasto. O kogóż innego mogłoby chodzić?

Może ten facet dysponował wielką mocą, ale poza tym miał pro­blemy z ego. Roosing Oolvaya nie jest największym miastem w okolicy, lecz mimo wszystko dzieje się w nim wiele ciekawych rze­czy. Któż mógł powiedzieć, co jeszcze się w nim dzisiaj działo? Poza tym mojego boga cechowała pewna ułomność w logicznym rozumowaniu.

- Może ten ktoś nie ma pojęcia, że tu jesteś - powiedziałem. - Może nie wie, że to pole wywiera wpływ na ciebie. Wydaje się, że ta bariera jest wymierzona w śmiertelników, w zwyczajnych magów. Absolutnie nie w bogów. Być może jesteś ofiarą efektu ubocznego.

Milczał przez chwilę.

- To mogłoby wyjaśnić pewną rzecz. Ta bariera wygląda mi na pole pierwszego poziomu.

- Pierwszego poziomu? - Tego terminu nigdy wcześniej nie sły­szałem.

- Ludzcy magowie operują na pierwszym poziomie kwantowym. Bogowie z zasady nie.

- Wierzę na słowo. Może więc jakiś śmiertelny partacz wzniósł tę barierę z własnych powodów i przypadkowo złapał ciebie.

- To... to możliwe.

- A zatem mógłbyś po prostu zniszczyć to pole, zgnieść faceta i ruszyć w swoją drogę.

Popatrzył na mnie. Pomyślałem, że zaczynam być dobry w wy­czuwaniu jego nastrojów. Tym razem był troszeczkę rozbawiony.

- To był dobry sprawdzian - powiedział. - Jeszcze nie przete­stowałem bariery, zaledwie ją obejrzałem. Chciałbym wiedzieć, o co dokładnie chodzi, zanim się zaangażuję. Prawdopodobnie mógłbym zrobić to, co sugerujesz, lecz być może nie. Coś takie­go z pewnością osłabiłoby mnie jeszcze bardziej.

- Ale, jak mówiłeś, nawet gdy czekasz bezczynnie, twoja moc szybko się wyczerpuje.

- To prawda. Z tego powodu musisz nastawić się na szybkie działanie.

Do diabła z człowieczeństwem. Byłem w potrzasku, a kto pierw­szy, ten lepszy.

- Skoro tymczasem musisz się podładować, dlaczego nie po­święcisz paru tuzinów ludzi i nie przeżujesz ich duszyczek?

- Niestety, takie rozwiązanie nie wchodzi w rachubę.

- Co? - zdumiałem się. - Myślałem, że wszyscy bogowie...

- Źle myślałeś - rzekł tym razem z odrobiną rozdrażnienia. - Ta energia byłaby zanieczyszczona, zdestabilizowałaby strukturę mo­jej matrycy. - Popatrzył na moje rośliny. - Nie jestem Śmiercią.

Nagłe znalazłem się nie tylko na głębokiej wodzie, ale za burtą statku z niewielkim blokiem skalnym przytroczonym do nóg.

- Uch, kim ty jesteś? - wykrztusiłem. - Czym jesteś? Powoli odwrócił głowę w moją stronę, jego oczy wwierciły się w głąb mojej czaszki.

- Nie musisz wiedzieć, czym jestem. A co do tego, kim je­stem... możesz nazywać mnie Gashanatantra.

Tam do licha! Ciekaw byłem, jak daleko mogę się posunąć.

- W porządku, jasne. To świetne imię, o ile nie trzeba wyma­wiać go w pośpiechu. Skoro mówisz, że ta sprawa jest taka pilna, wolałbym zwracać się do ciebie w sposób nie wymagający za każ­dym razem namysłu, jak wymawia się twoje imię. Co myślisz o skrócie? Może być Gash?

- Gash, rzeczywiście. - Zamilkł, a ja przygotowałem się na śmierć. Gash jednak zamiast rozedrzeć mnie na strzępy, łyknął następną kolejkę z mojej flaszki i powiedział: - Doskonale. Jesteś gotów zacząć?

- Tak, chyba tak. Jak mam się z tobą skontaktować?

- Będę w pobliżu.

- Już raz tak mówiłeś.

- Jak w przypadku dochodzenia związanego z ubezpieczeniem, życzyłbym sobie, aby mój udział był ograniczony do minimum.

- Chcesz powiedzieć, że ja mam być przynętą. Chcesz, żebym plątał się po okolicy i żeby twórca bariery wziął mnie na cel.

- Skoro tak chcesz to widzieć.

- Kapitalnie - podsumowałem. - Rozumiem sytuację, a to moja robota. Jeszcze tylko jeden szczegół, który być może zechcia­łbyś mieć na względzie. Spełnienie twoich oczekiwań będzie dla mnie dużo trudniejsze, gdy będę martwy. To oznacza, że mój dobrobyt leży w twoim własnym interesie.

- Nie kuś losu. Skoro wybrałem ciebie, to znaczy, że możesz wypełnić zadanie na własną rękę, bez mojej pomocy - przerwał, a jego oczy przeniosły się na tarczę wiszącą nad biurkiem. W środ­ku tarczy widniała wystrzępiona dziura - pamiątka po ciosie oszczepem. Oszczep nadal tkwił za nią w ścianie. - Myślisz, że potrafisz sobie z tym poradzić?

Każdy mój klient zawsze o to pyta, prędzej czy później. Jesz­cze ani razu nie odpowiedziałem uczciwie; zwykle zależy mi na klientach.

- Nie jestem na tyle głupi, żeby zaprzeczyć albo żeby przytak­nąć - odparłem wymijająco. - Jesteś zawodnikiem wagi ciężkiej. Tak samo jak twórca bariery, nawet jeśli nie jest bogiem. Prawdo­podobnie okaże się twardym orzechem do zgryzienia. To oznacza, że jeśli wpadnę w kłopoty, będę musiał liczyć na twoje wsparcie.

Nie skomentował; po prostu jeszcze raz zmierzył mnie wzro­kiem, potem podniósł się i wyszedł. Miałem paskudne uczucie, że być może uświadomił sobie, iż nie jestem człowiekiem nieza­stąpionym. Z drugiej strony zwróciłem uwagę na fakt następują­cy: Gash pominął milczeniem potencjalny haczyk w numerze z po­łączeniem metabolizmów. Ja o tym nie wspomniałem, bo nie chcia­łem, aby wiedział, że coś takiego wpadło mi do głowy. Powiedział, że umrę, jeśli on umrze, ale być może działało to w obie strony. Możliwe, że w pewnym momencie będzie musiał mnie uwolnić, dla dobra własnej skóry, czyli po prostu odczepi się ode mnie. Nie miałem zamiaru umierać, tylko wyplątać się z tej sprawy bez nie­potrzebnych komplikacji; nie chciałem, żeby mnie prześladował do końca życia. To zadanie miało być trudniejsze od wszystkich poprzednich, ale z jakiegoś powodu pomyślałem, że może faktycz­nie zdołam się wykaraskać.

Nie pytajcie mnie, skąd ten optymizm. Było jasne, że tego ran­ka nie wydarzyło się nic, co mogłoby usprawiedliwić to przeko­nanie. I oczywiście, jak wszystko inne, mój nastrój miał się pogorszyć. Jak powiedziałem wcześniej, nienawidzę magii; ma­gia sprawia, że robię się nerwowy. Jestem pewien, że takie uczu­cie ma swoją starą historię. Jestem pewien, że tysiące lat temu, kiedy światem rządziła technika, niektórzy ludzie też jej niena­widzili. Gdy kontrolę przejęli bogowie, nastąpiła zmiana warto­ści. Technika praktycznie przestała istnieć; ci nieliczni, którzy coś o niej wiedzieli, przydali jej otoczkę mistycyzmu i wspomi­nali z nostalgią, którą i ja dzieliłem. Nostalgia była wszystkim, co nam pozostało. Za każdym razem, gdy jakiś geniusz próbował wprowadzić nowy wynalazek czy przypomnieć stary, wykopany z mroków przeszłości, bogowie natychmiast go unicestwiali. Mieli oko na tego typu sprawy i niewiele umykało ich uwadze.

Ale do rzeczy. Fakt, że nie lubiłem magii, nie znaczył, że nie mogłem czegoś na jej temat wiedzieć albo znać ludzi, którzy wiedzieli. W moim biznesie każdy przyjaciel jest błogosławień­stwem, a każdy kontakt cennym źródłem wiedzy. Kiedy wzią­łem się w garść - zadecydowawszy, że nie dokończę butelki - ruszyłem na spotkanie ze znajomym. Facet zdecydowanie nie był błogosławieństwem, ale w przeszłości okazał się pomocny. Miałem nadzieję, że tym razem też zdołam czegoś się dowie­dzieć.

Gdy lokaj wprowadził mnie do komfortowego solarium nad skle­pem rzemieślnika pracującego w srebrze na modnej ulicy Świeżej Bryzy, Carl Lake rzucił na mnie okiem i zapytał:

- Co ci się stało?

Usadowiłem się w przepastnym fotelu w cieniu młodej palmy. Co prawda Gash nie zakazał mi wtajemniczania osób postronnych, ale sam zadecydowałem, że lepiej zachować dyskrecję.

- Miałem klienta.

Przesunął jakieś zwoje na biurku, błysnęła wypolerowana po­wierzchnia cennego gatunku drewna i pochylił się, aby przyjrzeć mi dokładniej.

- A poza tym podłapałeś klątwę... - stwierdził i drobiazgowo zlustrował otaczające mnie powietrze. - Nigdy nie widziałem ta­kiej klątwy - Piękna robota, naprawdę piękna. Nie zarejestrowa­na, hmm, tak.

- Nie zarejestrowana? Co to znaczy, u licha? I co z tą klą­twą?

- Czyżbyś nie słyszał o rejestrze klątw? - powiedział splatając palce. - Klątwy często są rejestrowane w agencji bogów. Coś jak asekuracja, rozumiesz? Bóg zobowiązuje się do kontroli stoso­wania zaklęcia. Boski nadzór to cenna rzecz, tak, ale dość droga - klasnął językiem o podniebienie i potarł brwi, które zapewne z powodu koncentracji sterczały dziko w górę i w dół jak postrzę­pione szczotki do czyszczenia butelek. - Ta klątwa jest wplecio­na w twoją aurę, o, w ten sposób... - Jego ręka wykonała zama­szyste zygzakowate ruchy wokół ciała. - Na temat szczegółów i celu nie potrafię nic powiedzieć bez głębszych badań.

Chyba mógłbym mu powiedzieć, co to za klątwa, ale tego nie zrobiłem. Poznaliśmy się po wyprawie Carla na piknik w górę rzeki. Trzech bandziorów zrzuciło go z półki skalnej, pozosta­wiając na łasce losu, i ukradło zwoje, które zabrał z sobą, aby poczytać na słońcu. Wytropiłem łobuzów i odzyskałem jego wła­sność. Carl już nigdy nie mógł normalnie chodzić, gdyż półka była naprawdę wysoko, lecz nadal miał swoje solarium i docho­dową magiczną firmę consultingową pobierającą tantiemy od cza­ru, więc szło mu nieźle. Czasami pozwalał sobie na odczuwanie jakichś zobowiązań wobec mojej osoby.

- Aha - mruknąłem - mam więc klątwę. Przypuszczam, że po prostu będę musiał z nią żyć. Co się dzieje w mieście?

- Czy stan wojenny, godzina policyjna i patrole to według cie­bie za mało?

- Chodzi mi o coś poza tym. Słyszałeś może o jakiejś dziwnej magii?

- Aha, wiem. Chcesz mnie wypróbować. Coś konkretnego cho­dzi ci po głowie i próbujesz pociągnąć mnie za język. Mam rację?

- Tak.

- Coś magicznego, mówisz. Hmm... - zadzwonił po herbatę, a ja przypomniałem sobie, która godzina. Carl nadal był w szlafroku, lecz oczywiście magowie muszą dbać o reputację: czary po pół­nocy i tak dalej. Herbata była gorąca, jej smak ożywiała szczypta egzotycznych korzeni, co było jedną z korzyści mieszkania w głów­nym śródlądowym porcie handlowym.

- Smaczna herbata - pochwaliłem.

- Tak, dziękuję. Nie jesteś zainteresowany zwyczajną poga­wędką, ale z drugiej strony czasy też nie są zwyczajne, niepraw­daż? Jak wiesz, nieczęsto zajmuję się polityką, lecz może zależy ci na spekulacjach na temat trendów politycznych?

Postanowiłem przerwać tę zabawę licząc, że on też przestanie się droczyć.

- Słuchaj, Carl, może ta sprawa ma związek z polityką, a może i nie. Nie byłbym zaskoczony, gdyby miała. Ktoś wzniósł barierą wokół miasta, i wcale nie mam na myśli szeregu żołnierzy. Kwa­rantanna i neutralizacja inwigilacji.

- Hmm. To ci nowina. Bariera czarów, rzeczywiście coś no­wego. Skąd o tym wiesz?

- Jestem otrzaskany.

- Faktycznie, pytanie nic nie kosztuje - ściągnął brwi. - Barie­ra. Sam muszę to sprawdzić.

- Zasadnicze pytanie, “kto".

- Kto? Stworzenie porządnej bariery wymaga wielkiej mocy i dużych umiejętności. To porządna bariera?

- Z tego, co słyszałem, naprawdę dobra.

Wstał i zaczął kuśtykać po pokoju, jedną ręką pocierając czo­ło, a drugą wspierając się o sprzęty.

- Polityka, to na pewno polityka. Musi mieć to związek z...

- Jesteś najlepszym magiem w mieście. Mógłbyś ją wznieść?

- Ja? - Patrzył na mnie przez sekundę, walcząc z własnym ego i uczciwością. - Nie, ja nie, zdecydowanie. Taka bariera wymaga zbyt dużo mocy. Poza tym to nie moja specjalność. I czy ja jestem najpotężniejszy w Roosing Oolvaya? Może kie­dyś tak było. Obecnie na pewno nie - zatrzymał się raptownie, patrząc przez mleczną powierzchnię pęcherza jakiegoś rzecz­nego stwora, który pokrywał kopułę solarium. - Taką barierę wznosi jeden czarnoksiężnik przeciwko innym czarnoksiężni­kom. To znak, który mówi: “Uwaga! Wchodzisz na ten teren na własne ryzyko! Trwają sekretne prace!"

- Według mnie wygląda to bardziej na zaproszenie dla każdego, kto jest na tyle ciekawy, aby zajrzeć.

- Nie rozumiesz. To poważna afera. Taka bariera zwykle jest wstępem, kiedy ktoś spodziewa się ataku. Albo pojedynku. Uprze­dza: “Gapie, trzymać się z daleka!"

Chyba coś zaczęło mi świtać.

- Jeśli to nie ty, to kto? Znam lokalne talenty i powiedziałbym, że skoro ty nie mógłbyś jej stworzyć, to tym bardziej żaden z nich.

- Może to Rounga, ale mało prawdopodobne. Muszę zadać parę pytań, porozmawiać z miejskimi magami. Zwołam zebranie. Może będziemy musieli przedsięwziąć wspólną akcję. To jest poważne ostrzeżenie.

- Daj mi znać - ruszyłem do drzwi. - Chcę tam być.

- Oczywiście.

Drzwi były wielkie, mosiężne, polerowane na wysoki połysk. Naparłem na nie i powiedziałem:

- A nieznajomi? Czy w mieście jest ktoś nowy? - Jego odbi­cie w wypolerowanym metalu jakby zesztywniało, tylko odrobi­nę.

- Jeśli tak, musimy się dowiedzieć - odparł.

Przeszedłem kawałek Świeżą Bryzą, skręciłem za róg, a potem szybko przemknąłem uliczką biegnącą przez środek kwartału. Zdą­żyłem na czas. Zobaczyłem, jak Carl Lake, ubrany do wyjścia i wspierający się na lasce z wielkim prostym kłem wilka- pogromcy łosi, wykuśtykał z drzwi swojego domu i ruszył na północ. Za­raz za nim pojawił się lokaj. Zamknął drzwi na klucz i pośpieszył w przeciwnym kierunku. Podjąłem szybko decyzję i udałem się za Carlem.

Carl zatrzymywał się mniej więcej co minutę albo dwie i oglą­dał się, lecz po drodze było mnóstwo bram i kramów, w które mogłem się wślizgiwać. Jak na kogoś z chromą nogą, poruszał się z godną podziwu żwawością. Wąskie uliczki były zatłoczo­ne, ludzie przepychali się ze sprawunkami, targowali z kupcami handlującymi na wolnym powietrzu, a ja musiałem trzymać się z tyłu, żeby mnie nie zobaczył. Robiłem co mogłem, aby nie stra­cić go z oczu. Dwa razy w ciągu dziesięciu minut pomyślałem, że go zgubiłem. Nie miałbym żadnego usprawiedliwienia; śledze­nie było częścią mojej roboty. Kiedy naprawdę go zgubiłem, stało się to nie z mojej winy.

Minęło nie więcej niż piętnaście minut, od kiedy Carl wyszedł z domu. Nie zaszliśmy daleko. Szedłem w ślad za nim na północ na Pole Moska, gdzie ulica przez ćwierć mili biegnie prosto i roz­szerza się na tyle, że mogą się na niej minąć dwa wózki. W naszą stronę, na południe, parł jeden z wszędobylskich oddziałów Stra­ży, złożony z dziesięciu drabów. Carl rzucił na nich okiem, a po­tem skręcił, aby wyminąć ich od prawej strony. Po tej stronie ulicy biegł kamienny mur mniej więcej dwa razy wyższy ode mnie, u j ego stóp w rynsztoku wałkoniło się paru bystrookich żebra­ków. Carl szedł pod samym murem, ocierając się o niego ramie­niem i laską przeganiając żebraków z drogi.

Ulica i rynsztok były wybrukowane kocimi łbami, a rynsztok na dodatek pokrywała normalna warstwa śmieci i błota. Carl mi­nął już żebraków, aleja nadal musiałem jedno oko kierować pod nogi, a drugie na Carla. W pewnej chwili skupiłem oba na oparciu dla nóg - nie cierpią walać się w takiej brei. Wtedy zbliżający się oddział Straży przyparł mnie do muru, moja stopa trafiła w śliskie miejsce. Zacząłem tracić równowagę. Musiałem podnieść prawą rękę, by wesprzeć się o ścianę. Jestem praworęczny i tą ręką po­sługuję się mieczem. W tej samej sekundzie żołnierz z oddziału Straży stanął przede mną z mieczem wymierzonym w moją stro­nę. Jednocześnie drugi zrobił to samo za moimi plecami, a jeszcze inni wypełnili przestrzeń między tą parą, wszyscy z dobytą bronią. Za nimi najeżyły się miecze drugiej linii. Traf chciał, że dokładnie w chwili, gdy to się stało, moja prawa ręka była wykręcona w stro­nę wysokiego kamiennego muru, a reszta mojej osoby wspierała się na niej. Od wydobycia i skorzystania z miecza dzieliły mnie dwa kroki i przeniesienie ciężaru ciała.

Parę szpiców dźgnęło mnie w plecy, dodatkowy szturchnął w bok. Za nim sięgnęła ręka, która sprawnie zajęła się moim mie­czem. Było to niemal zabawne, nim jeden z żołnierzy nie powie­dział:

- Jesteś aresztowany. Pogwałcenie godziny policyjnej i lekce­ważenie praw stanu wojennego.

- To jedna z najzgrabniejszych akcji, jakie w życiu widziałem - powiedziałem.

- Zamknij się - poradził mi kapral.

Wszystko potrwało może z sześć sekund. W dali Carl Lake zni­kał za następnym rogiem. W chwili, gdy to zrobił, pomyślałem, że byłem świadkiem czegoś nieprawdopodobnego. Odłożyłem to do przemyślenia na później. Na nieszczęście przymusowy urlop, któ­ry mnie czekał, nie należał do tych obiecujących wypoczynek i re­konwalescencję. Szedłem prosto do lochów.


Rozdział VII

SHAA PROWADZI ROZMOWĘ


Popołudnie powoli przechodziło w wieczór. W Roosing Oolvaya wkrótce miał rozbrzmieć stłumiony tupot ukradkowo przemy­kających postaci i szept haseł. Błysną noże i ludzie będą ginąć, podczas gdy przyzwoici obywatele pozamykają się w domach. Ogólnie rzecz biorąc, zanosiło się na typową noc.

Jednak w rzeczywistości mogło być inaczej, przynajmniej o ile Zalzyn Shaa miał coś do powiedzenia, a coraz bardziej wyglądało na to, że ma. Shaa uważał się za osobę przyzwoitą (odkrył, że po­dobnie myśli o sobie większość ludzi), lecz tym niemniej miał spę­dzić noc na ulicach. To znaczy, spędzić na ulicy początek nocy. Shaa złożył lunetkę, schował ją pod płaszczem i odwrócił się do Jurtana Monta. Mont był ledwo widoczny. Siedział w gęstym cie­niu za ciemnym kominem, kryjąc się przed niepowołanym wzro­kiem z dołu i z okolicznych dachów, niższych od tego, na którym siedzieli.

- Spróbuję to powtórzyć - rzekł Shaa. - Cztery dni temu Czci­godny łapie się za gardło i pada trupem. Ten głupek Kaar ogłasza się Czcigodnym, profilaktycznie zamyka rząd swojego ojca i pod płaszczykiem stanu wojennego zaczyna zgarniać pod klucz każde­go, kogo miał na oku. Tak sytuacja wygląda w zarysie, i z pewno­ścią nie jest ona niczym wyjątkowym.

Mont drgnął i powiedział rozdrażniony:

- Więc nie jest wyjątkowa. Kto by się przejmował, skoro to nic nadzwyczajnego? Ale sytuacja nie musi być wyjątkowa, żeby była zła.

- Dobrze powiedziane. W dzisiejszych czasach nieliczne sytu­acje są naprawdę wyjątkowe, o ile kiedykolwiek było inaczej. Tym, co nadaje danej sytuacji charakter indywidualny; są zamieszane persony i natura własnego ryzyka. W ten oto sposób doszliśmy do bezpośrednio interesującej nas kwestii, której sednem jest twoje osobiste ryzyko. Mam rację?

- Chyba tak. Musi chodzić o mnie, gdyż tylko ja zostałem. Poj­mali całą moją rodzinę. Nie mogę ich zostawić, by zgnili w lo­chach - Jurtan dodał coś niezrozumiałym szeptem.

- Co mówisz?

Za drugim razem głos Monta był niewiele głośniejszy:

- ...powiedziałem, że chciałbym mieć w sobie więcej cech wy­bawcy.

- Może cierpisz na niedostatek tego, o czym wspomniałeś, czym­kolwiek by to było, ale za to posiadasz inną, bardziej przydatną cechę.

- Jaką?

- Inteligencję. Można by rzec, że jesteś dość bystry, aby wie­dzieć, kiedy zwrócić się o pomoc.

- Nie wiem. Mam wrażenie, że powinienem zrobić to samo­dzielnie, a nie...

- Szukanie pomocy u konsultanta to nie hańba - zapewnił go Shaa. - Masz skłonności do rozsądnego zachowania, przynaj­mniej od czasu do czasu, i podjąłeś rozsądną decyzję. Mamy kon­tynuować?

Mont patrzył na Shaa przez dłuższą chwilę, potem spuścił oczy. Skinął głową bez przekonania.

- Mówiłeś, że twój ojciec został aresztowany jako jeden z pierwszych, wraz z resztą najbliższej rodziny Kaara oraz inny­mi potencjalnymi pretendentami do tronu, członkami Gabinetu i tymi, którzy mogli stanowić zagrożenie. Twój ojciec jest za­możnym kupcem handlującym zbożem, lecz bynajmniej nie dla­tego znalazł się w lochach. Siedzi w ciupie, ponieważ był woj­skowym doradcą byłego Czcigodnego.

- Ja ująłem to inaczej.

- Doradcą, który specjalizuje się w wyciąganiu ludzi z pa­skudnych opałów, co? Siłą własnego miecza, jeśli trzeba? Dzię­ki tego rodzaju stosunkom łączących go z byłym Czcigodnym został uznany za człowieka niebezpiecznego. Z drugiej stro­ny, gdyby Kaar zdołał przeciągnąć twojego ojca do swojego obozu, byłoby to przydatne ze względu na opinię publiczną, nieprawdaż?

- Mój ojciec nienawidzi Kaara.

- Tak, a tortury? Mont parsknął cicho.

- Nie znasz mojego ojca. Myślę, że on lubi tortury.

- Wysnułem takie przypuszczenie, lecz nie całkiem o to mi cho­dzi. Nie o niego, a o innych członków twojej rodziny. Masz ro­dzeństwo?

- Mam siostrę.

- Jak wam się układało?

- Dobrze, tak myślę.

- Ja też mam siostrę. Niestety, nasze stosunki napotykają pew­ne problemy.

- Och, przykro mi to słyszeć.

- Mnie również. Ale wracając do twojej sytuacji. Chcę powie­dzieć, że są inni, których cierpienia mogą być wykorzystane do wpłynięcia na lojalność twojego ojca. Można by nawet zaryzy­kować stwierdzenie, że ty mógłbyś być użyty jako przedmiot przetargu.

- Najpierw musieliby mnie złapać.

- Tak, rzeczywiście - przyznał Shaa. - Stąd ta scena w dzisiej­sze popołudnie. Chciałbyś wydostać swoją rodzinę, zanim Straż dopadnie ciebie. Nie jest to proste zadanie.

- Mówisz, że mi się nie uda? Myślałem, że dopiero co...

- Zachowaj zimną krew. Zadanie nie jest łatwe, prawda, ale też nie wygląda na niemożliwe. Do takich starych lochów zwykle wie­dzie jakaś chytra droga.

Jurtan Mont popatrzył w dół, na zwieszone stopy i ściany wiel­kiego magazynu oraz czarną powierzchnię rzeki, która chlupotała o pale nabrzeża.

- Chyba będę musiał ci zaufać - powiedział.

Może w końcu przestanie o tym gadać, a zacznie to robić, pomyślał Shaa, po czym zaproponował:

- Odłóżmy na razie twoją własną stawkę w tej grze i przejdź­my do kwestii zaangażowanych osobistości. Konkretnie, do kwestii samego Kaara. Jak trafnie zauważyłeś, całe miasto zna Kaara. To część problemu. Jest to człowiek z rodzaju tych, na sam widok których spluwasz, a potem rzucasz się do ucieczki, żeby nie zachłostał cię na śmierć.

Mont splunął nad skrajem dachu.

- Kaar jest pijakiem, hazardzistą...

- Typem zdecydowanie odrażającym i zasługującym na potę­pienie - podsumował Shaa - zwłaszcza w świetle faktu, że obecnie stoi u władzy. W innych okolicznościach, może nie byłby to taki zły facet, pomijając przypuszczalne okrucieństwo. Zważywszy na podejrzaną przeszłość i fakt, że Kaar stał raczej nisko na każdej liście kompetentnych kandydatów do władzy, przypuszczam, iż w grę wchodzi nie tylko on.

- Tak, masz rację. Jest parę rzeczy, których nie rozumiem.

- Ja też nie rozumiem paru rzeczy, jednak zaryzykuję wysu­nięcie pewnego opartego na solidnych podstawach przypusz­czenia. Jeśli Kaar faktycznie jest cudownym i wszechstronnie wspaniałym facetem jakiego opisałeś, to skąd się bierze jego po­parcie? Wszak nie tylko udało mu się zainicjować zamach stanu, ale również utrzymać się przy władzy, przynajmniej dotychczas. Samo zamykanie ludzi pod kluczem nie wystarczy, aby nie stra­cić zdobytej pozycji.

- A co myślisz o tych najemnikach? Ich wynajęcie musiało kosztować kupę forsy.

- Aha, rzeczywiście. Wielce znacząca uwaga. Tłum żołdaków maszerujących jak jedno ciało w takt melodii wygrywanej przez Kaara Wspaniałego.

- Kaara Wspaniałego? O czym ty mówisz?

- Na tym etapie to niewielka przesada, swoista reklamowa hi­perbola, ale zauważ, że tyrani małego kalibru mają tendencje do szybkiego przechodzenia w górnolotne sfery. W ciągu miesiąca nasz Kaar obwoła się “Wspaniałym", “Nieprześcignionym" albo jakoś tak, jeśli nadal będzie u władzy.

- Lepiej, żeby nie. Modlę się do bogów, by nie pozwolili na takie straszne...

Shaa wzniósł brew i skarcił Monta wzrokiem.

- Bogowie to całkowicie inny temat. Obecne stado bogów nie zasługuje na twoje modlitwy.

Mont rozdziawił usta. Wyglądał na zbulwersowanego.

- Ale... jeśli będziemy modlić się dość usilnie, może uzyska­my błogosławieństwo, może nawet jakiś bóg nam pomoże.

- Obawiam się, że w najlepszym wypadku boską pomoc moż­na nazwać wątpliwym błogosławieństwem. Zwłaszcza gdy cho­dzi o tych drobnych bogów, którzy zadają się z ludźmi. Oni ra­czej lubią takie kreatury jak Kaar. Nieskomplikowany, podatny na wpływy, okrutny, niezbyt bystry - on nie mógłby być lepszym narzędziem, nawet gdyby został stworzony od podstaw. Ostatnią rzeczą, jakiej chcę, jest to, by jakiś bóg zwrócił uwagę na tę sytu­ację i zadecydował, że mogłaby ona dopomóc jego planom. Proszę, anuluj swoje modły i miej nadzieję, że bogowie w tej chwili są zbyt zajęci. Tak będzie dużo bezpieczniej. Wracajmy do kwe­stii Straży.

Mont zamknął usta, ale wyraz moralnego cierpienia nie zniknął z jego oblicza.

- Straż. Racja. Tak?

- Tak. Wokół jest więcej żołnierzy Straży, niż można by spo­dziewać się po mieście takiej wielkości. Nie pochodzą z poboru, a jednak ich twarze nie są znajome. Mam rację?

- Uff, nie wiem. Nie spędzam dużo czasu na ulicach. Wcale nie spędzam czasu na ulicach - poprawił się szybko.

Shaa posłał mu sardoniczny uśmiech.

- Racja. Twarze nie są znajome; Kaar od jakiegoś czasu spro­wadzał pomoc z zewnątrz. Co w tym podejrzanego?

- Mnie pytasz?

- Oczywiście, że ciebie. Próbuję ożywić dyskusję, wyostrzyć twoją uwagę na niuanse. Traktuj to jako pożyteczną formę nauki - stosunkowo bezbolesną, ale wysoce skuteczną. Zajmijmy się elementem podejrzanym.

Podczas gdy Mont się zastanawiał, Shaa odwrócił głowę i omiótł wzrokiem płaski dach. Miasto na tle zachodzącego słońca wyglą­dało niczym wycinanka, w oknach zaczynał migotać blask zapala­nych świec.

- Skąd Kaar mógł wiedzieć, że będą mu potrzebni żołnierze? - zapytał Mont. - Jego ojciec zmarł nagle i niespodziewanie. Po­wiedzieli, że z przyczyn naturalnych, jak więc Kaar mógł to prze­widzieć?

- Bardzo dobrze - pochwalił Shaa. - To cel, do jakiego zmie­rzałem. Powinieneś pamiętać, że zawsze mówi się o przyczy­nach naturalnych, lecz w rzeczywistości są one takie niezwykle rzadko. Ilekroć człowiek słyszy, że ktoś umiera w niejasnych okolicznościach, takich jak te, natychmiast nasuwają mu się na myśl pewne rzeczy. Przyczyny naturalne przemykają jak błyska­wica i bywają odkładane na później. Bierze sieje pod uwagę do­piero wtedy, kiedy zostaną wykluczone absolutnie wszystkie inne, a i wtedy traktowane są nad wyraz ostrożnie.

- Skąd możesz być tego pewien?

- Nikt nigdy nie może być pewien. Najważniejsze jest analizo­wanie różnych możliwości.

- Morderstwo?

- Nieuchronnie. Istnieje mnóstwo sposobów odbierania ludziom życia, ale zasadniczo można podzielić je na trzy kategorie. Mamy morderstwo dokonane z pomocą środków fizycznych, morderstwo poprzez bezpośrednią magię i takie, które można nazwać morderstwem-fortelem.

- Chyba rozumiem dwa pierwsze, ale co z ostatnim?

- Mam tu na myśli udział niezwyczajnej iluzji albo podstępu - Shaa wsparł łokcie na kolanach i pochylił się. Daleko na wodzie, za cumami łodzi łagodnie kołyszących się na falach, na trzech głównych wyspach mrugały światła. Zębate blanki pałacu wy­raźnie rysowały się na tle ciemniejącego nieba. Mury i brzeg wyspy, które Shaa wcześniej dokładnie obejrzał przez lunetę, te­raz były pogrążone w głębokim cieniu.

- Załóżmy, że Czcigodny naprawdę wyzionął ducha jakiś czas przed obecnymi wypadkami. Nie jest to niemożliwe, na przykład do czasu zakończenia przygotowań, można tymczasowo oży­wić trupa. Inna możliwość - przypuśćmy, że osobą, która zma­rła, wcale nie był Czcigodny. Mogła to być projekcja, widmo, metamorfant...

- Co takiego?

- Ktoś inny upodobniony do niego z pomocą czarodziejskiej sztuczki. Rozumiesz?

- Hmm, tak. Ale w takim razie skąd wiadomo, kto jest kim? Skąd wiadomo, że to, co się widzi, naprawdę jest prawdą? Komu można zaufać?

- Te pytania są sednem niepokojących implikacji magii. Ma­gia jest narzędziem jak miecz, motyka, statek czy książka, i jako takie może być wykorzystywana w dobrym bądź w złym celu. Podobnie jak większość narzędzi, magia komplikuje życie, spra­wia, że wielu ludzi żałuje, iż kiedykolwiek została wynaleziona. Na poziomie mniej filozoficznym, postawione przez ciebie pyta­nia są głównym powodem tłumaczącym istnienie nadwornych magów i oraz ludzi, którzy zawodowo zajmują się odczytywa­niem aury. Ich zadaniem jest przejrzenie takich pozorów. Tak czy owak - mówił Shaa, przeciągając się - te rzeczy zwykle nie sta­nowią problemu. Magię można zdestabilizować, a poza tym jest ona droga, szczególnie wymyślne sztuczki.

Mont zagryzł dolną wargę.

- Chyba coś wpadło mi do głowy. A jeśli Kaar miał kogoś, kto zajrzał w przyszłość i poinformował go o rychłej śmierci ojca?

- Coś mi się widzi, że zacząłeś nabierać właściwej perspekty­wy - rzekł z aprobatą Shaa. - Czas przejść do następnego tematu.

- Jakiego?

Shaa wzniósł kącik ust, przez co jego twarz skrzywiła się w sar­donicznym grymasie.

- Myślałem, że chcesz działać. Sprawiałeś takie wrażenie.

- Jasne, chcę działać.

- A zatem jaki masz plan?

- Myślałem, że to ty zajmiesz się planami - odparł Mont. Shaa uniósł brew.

- Och, mam plan, jak najbardziej. Musimy przypuścić szturm na lochy, uwolnić więźniów i obalić Kaara. Mniej więcej coś takiego.

- Nie musisz drwić. Masz lepszy plan? No powiedz.

- Nie szydzę z ciebie, przynajmniej nie bardziej niż zwykle. Tak się składa, że twój plan jest jedynym, na jaki sam wpadłem. Ostatecznie to klasyka, a tak czy owak, przygoda to przygoda.

- Jesteś dziwnym facetem, wiesz?

- Tak mi mówiono. Mimo wszystko, nie jestem odosobniony w swoim dziwactwie.

Mont zerknął na niego koso. Shaa przybrał nieprzenikniony wyraz twarzy.

- Masz zamiar zapytać mnie o coś, co mi się nie spodoba - powiedział Mont. - Poznaję.

Shaa wydał odgłos pośredni między parsknięciem a warknię­ciem. Jedną z rzeczy, których nie cierpiał, było odgadywanie jego zamiarów, zwłaszcza wtedy, gdy odstawiał swój numer z nieprzenikliwością.

- Tak, to prawda. Muszę wiedzieć coś więcej o twoich ata­kach.

Mont popatrzył w dal, na drugą stronę rzeki.

- Nie lubię o tym mówić.

- Niemniej musisz.

- Ty też nie lubisz mówić o sobie. Zróbmy zamianę. Ty zadasz mi parę pytań, ale najpierw ja wypytam ciebie. Dlaczego to ro­bisz?

Fakt, dlaczego? pomyślał Shaa. Nie muszę tego tolerować; zno­szę tylko to, co sam wybiorę. Wstał.

- Po namyśle, Mont, uznałem, że nie masz monopolu na przy­gody w tym mieście.

- Zostań tu! - warknął Mont. W jego dłoni błysnął metal, ostre krawędzie zamigotały pomarańczowo w ostatnich promieniach słońca.

Shaa wytrzeszczył oczy.

- Masz możliwości, lecz nadal jesteś idiotą.

- Robisz problem z paru pytań? - powiedział Mont, wyma­chując nożem. - Tego wymaga uczciwość, to wszystko. Zgoda, potrzebuję twojej pomocy, ale przecież ty też musisz chcieć cze­goś ode mnie. Moim zdaniem lepiej wiedzieć, czego.

- To śmieszne - tym razem kpił na całego. - Zgodnie z takim rozumowaniem, będziesz musiał zdobyć licencję z Izby Handlo­wej, żeby móc przeprowadzić staruszkę na drugą stronę ulicy. A poza tym, co spodziewasz się zrobić tym kozikiem?

- Mam zamiar uzyskać parę odpowiedzi.

Shaa westchnął, a potem zagwizdał parę taktów żwawej popu­larnej melodii. Mont oklapł. Pomarańczowe refleksy sypnęły się z jego dłoni i ściemniały znikając za skrajem dachu. Ożyły po raz ostatni, gdy nóż wpadał do wody. Shaa rozłożył się wygodnie i zakończył melodyjkę ptasim trelem.

Mont poruszył się po chwili.

- To był cios poniżej pasa.

- Dziękuję. Uznaj to za uzupełnienie edukacji - Shaa splótł ręce pod głową i jął wymachiwać nogą w powietrzu. - Muszę przyznać, że dotychczas nasze stosunki nie układały się wzoro­wo. Proponuję, żebyśmy zaczęli od początku, powodowani wza­jemną troską o nasz zdrowy rozsądek.

- Od początku? - powtórzył ze zmęczeniem Mont. Naprawdę schodzę poniżej własnego poziomu, pomyślał Shaa, zniżając się do targowania z czupurnym szczeniakiem.

- Skoro twoja ciekawość wydaje się głównym punktem spor­nym, odpowiem na twoje pytania, rzecz jasna w pewnych grani­cach.

- Zrobisz to? Poważnie?

- Tak powiedziałem. Ty w zamian spróbujesz pamiętać, że w niebezpieczeństwie jest twoje miasto i twoja rodzina, nie moja, że proponuję ci za darmo specjalistyczną radę i pomoc, jakiej nie uzyskałbyś na wolnym rynku za żadne pieniądze, i że, na koniec, mogę rzeczywiście mieć jakieś pojęcie o tym, o czym mówię oraz jakiś powód do tego, co robię. Poza tym będziesz robił, co każę i wykłócał się później. Zgoda?

- Tak, zgadzam się. Ale będę cię miał na oku, lepiej się staraj!

- Mam zamiar - rzucił oschle Shaa - stąd całe to przydługie kazanie. W dowód moich dobrych intencji możesz zadać pierw­sze pytanie. Na początek niech będzie łatwiejsze.

Mont był zbity z pantałyku, ale nie stracił języka w gębie.

- W porządku, będzie łatwe. Nosisz miecz. Potrafisz się nim posługiwać?

- Chociaż w takim przypadku czyny mówią lepiej niż słowa, odpowiem jednym słowem: tak. Niegdyś uczestniczyłem w ob­szernym kursie dla zaawansowanych pod okiem jednego z lep­szych fechmistrzów, jakich miałem szczęście spotkać. - Kto to był?

- Maksymilian - odparł Shaa. - Szlachetny Obwieś.

- Nigdy o nim nie słyszałem.

- Zasadniczo Maksowi nie zależy na rozgłosie. Kolekcjonu­jesz informacje na temat znawców sztuki wywijania mieczem czy też masz aspiracje znaleźć się w ich szeregach?

Mont popatrzył w bok.

- Nie ja, tylko mój ojciec. Ci faceci byli w naszym domu na okrągło i miałem okazję przysłuchiwać się, o kim mówią, znam więc wiele słynnych nazwisk - westchnął, ramiona mu opadły. - Mój ojciec był Lwem Oolvańskiej Równiny. Przypuszczam, że jego zdaniem jestem zakałą rodu. Nie chcę być wojownikiem, a według niego to jedyne chlubne zajęcie.

- Śmiem domniemywać, iż zdanie twojego ojca o tobie, w na­stępstwie tej przygody może ulec znaczącej przemianie.

Mont zaczął wiercić się nerwowo. Chrząknął.

- Hmm, ja, uch... dlaczego przez cały czas mówisz w ten sposób?! - wybuchnął.

Shaa miał wrażenie, że słowa Monta nie były dokładnie tymi, jakie naprawdę chciał wypowiedzieć. Jednakże to, o co mu cho­dziło, bez wątpienia wypłynie w trakcie dalszej rozmowy.

- Skłonność do nieco karkołomnego konstruowania zdań po­kutuje w mojej rodzinie od dawna. A teraz, jeśli jesteś zadowo­lony z odpowiedzi na swoje pierwsze pytanie, moja kolej. Two­je ataki są powiązane z muzyką, tak? - Shaa skierował wzrok na pogłębiający się fiolet nieba. Brakuje odrobiny tego różowe­go fosforyzującego deszczu, pomyślał, jaki mają tam na bagnach, jak nazywało się to miejsce? Powinienem wynaleźć sposób na eksportowanie tego deszczu; z pewnością by się podobał.

- Moim problemem jest nie tylko muzyka, a wszystko rytmicz­ne - powiedział Mont. - Turkot wózków jadących przez most, tę­tent koni, rzeczy tego typu. Te przypadki są łatwe; zwykle zwal­czam je koncentrując się, ale myśli mi się ciężko i czasami nic nie widzę. Muzyka jest gorsza. Wszystko, co ma rytm. Jeśli muzyka brzmi nieharmonijnie, może też mógłbym się skoncentrować, jed­nak w większości przypadków to na nic. Jaka bądź rytmiczna mu­zyka wprawia mnie w... Mój umysł zaczyna pulsować razem z nią i zamyka się na wszystko inne. Następną rzeczą, z jakiej zwykle zdaję sobie sprawę, jest to, że leżę gdzieś na ziemi... - chociaż miał odwróconą głowę, Shaa miał wrażenie, że zaciska szczęki i zgrzyta zębami. - Nie, ech, nie uważasz mnie za... za wybryk natury, prawda?

- Oczywiście, że nie. Twoja przypadłość jest może niezwy­kła, ale nie nazwałbym jej wynaturzeniem.. To może być klątwa; jednak w to wątpię. Chcesz znać natychmiastową diagnozę? Uwa­żam, że to jakaś interesująca osobliwość twojego systemu nerwo­wego. Oczywiście, nie jest ona twoją winą, ale stanowi znaczące upośledzenie. Hmm... Muszę pomyśleć. Być może można zrobić coś z twoim stanem.

- Wiesz, leczyło mnie wielu doktorów.

- Ta rewelacja mną nie wstrząsnęła.

- Żaden nie potrafił mi pomóc. Puszczali mi krew albo wyma­chiwali wokół mnie rękami i dawali okropne mikstury do picia. Poza tym żaden nigdy nie powiedział czegoś, co mógłbym zro­zumieć.

- No cóż, kondycja profesji medycznej jest daleka od dosko­nałości - stwierdził lekceważącym tonem Shaa.

- Jesteś pewien, że naprawdę jesteś lekarzem? Nie przypomi­nasz znanych mi medyków.

- Niewielu jest podobnych do mnie. Smutne, ale metody na­ukowe obecnie nie cieszą się poważaniem.

- Jakie metody?

- O właśnie - Shaa myślał intensywnie. Coraz mocniej intrygo­wał go ten przypadek. - Muzyka, mówisz...

- Muzyka - jąknął Mont. - Tak, muzyka. Czasami odbieram to tak, jakby muzyka rządziła moim życiem. Och, nie dbam, czy uznasz mnie za wariata. Równie dobrze to też mogę ci powiedzieć. Te, uff, ataki to nie wszystko. Ja... słyszę muzykę przez cały czas.

- Proszę, podaj więcej szczegółów - Shaa, z palcami spleciony­mi na piersiach, z zamkniętymi oczami, posłał w niebo uszczęśli­wiony uśmiech. Nareszcie, myślał, przyzwoite diagnostyczne wy­zwanie. - To fascynujące - dodał.

|- Cokolwiek robię, zawsze gdzieś w głębi mojej czaszki roz­brzmiewa cichutka muzyka. Pasuje do mojego nastroju, mniej więcej do tego, co robię. Kiedy indziej współgra z tym, co dzieje się wokół mnie, przybiera na sile, gdy dzieje się coś ekscytujące­go. Są to wszelkie możliwe rodzaje dźwięków, wszystkie rodza­je instrumentów, znane mi i nieznane. Rozróżniam przy tym tyl­ko ten instrument, który fałszuje albo jest rozstrojony. Trąbki, piszczałki, bębny, co tylko zechcesz.

- Prywatna orkiestra - mruknął Shaa. - Nabrzmiewająca cre­scendami życia. Grająca marsze weselne, skoczne polki w cza­sie świąt. Urokliwe melodie instrumentów smyczkowych pod­czas kolacji przy świecach, gromki sygnał rogów w momencie zagrożenia... To prawdziwe utrapienie, przyjacielu. Czy próbowa­łeś kiedy grać na jakimś instrumencie? Próbowałeś zapisywać tę muzykę?

- Nie, nigdy. Nie wiedziałem, co może się stać. Sprzężenie zwrotne? zastanowił się Shaa. Efekty rezonanso­we?

- Zobaczymy. Stanowisz ciekawy obiekt obserwacji. Jesteś wyjątkowy, tak, ale na pewno nie nazwałbym cię odmieńcem - westchnął. - Bardzo chciałbym przystąpić do badań, lecz mamy inne sprawy nie cierpiące zwłoki. Czas zaplanować naszą akcję.

- Chwileczkę. Zadałeś mi poważne pytanie, chciałbym się zre­wanżować.

Jak większość ludzi, pomyślał Shaa, Mont jest najbardziej by­stry tam, gdzie chodzi o własny interes.

- W trakcie wędrówek po świecie staram się omijać bagna, lecz, niestety, nie zawsze jest to możliwe - filozoficznie wzru­szył ramionami. - To zło konieczne, pytaj.

- Znasz moje pytanie. Dlaczego mi pomagasz?

- Znowu to samo? Z powodu proroctwa.

- Co to znaczy? To żadna odpowiedź.

- Ale pasuje do pytania - oczy Shaa wpatrzyły się w przestrzeń. - Proroctwo mówi, że podczas jakiejś przygody poznam miłość swojego życia. Nie sądzę, abym już ją spotkał, jestem więc zmu­szony do ciągłego wdawania się w nowe perypetie. W grę wcho­dzą również pewne klauzule o karze umownej. Mówią one, że wyrzeczenie się idei miłości i odejście na emeryturę byłoby nie­opłacalne.

- A co z tą klątwą, o której wspomniałeś?

- Czyż takie proroctwo nie jest przekleństwem? Nie gwaran­tuje niczego odnośnie stanu, w jakim będę w chwili jego spełnie­nia. Myśl, że mógłbym zakochać się w kimś zaraz po tym, jak zostanę przeszyty oszczepem, jest raczej mało podniecająca.

- Cóż - podjął tęsknie chłopak - wiesz przynajmniej, że czeka na ciebie jakaś śliczna dziewczyna...

- Na nieszczęście proroctwo nie wspomina o szczegółach po­wierzchowności. Nie wspomina również o takich drobiazgach, jak płeć.

- Uch... chcesz powiedzieć...

- Kto wie? - rzekł ponuro Shaa. - Mogę tylko mieć nadzieję, że klauzula umożliwiająca mi zrzucenie odpowiedzialności nie będzie zbyt rygorystyczna - popatrzył na Monta. - Stąd mam skłon­ność do zastanowienia się dwa razy, zanim się komuś przedstawię.

Nawet w mroku Shaa dostrzegł, że twarz rozmówcy zbielała. Mont głośno przełknął ślinę.

- Nie możesz z tym walczyć? Może proroctwo się myli.

- Okoliczności jego powstania wykluczają taką opcję. Jesteś zadowolony?

- Uch, tak, chyba tak...

- Zatem możemy zaczynać. Mam wprawę w obchodzeniu się z łodziami.

- Co? Przecież nie mamy łodzi.

- Ich zdobywanie jest jednym z moich talentów - Shaa zebrał się do odejścia.


Rozdział VIII

NAUKOWE INTERLUDJUM


To wszystko - powiedział Maks, zamykając klapę plecaka i za­ciągając rzemienie. - Czy teraz, zanim ruszę tam, gdzie być może ktoś odgryzie mi głowę, będę mógł wreszcie zobaczyć cudowne wyniki badań Roni?

Karlini grzbietem dłoni przetarł oczy, przez co stały się jeszcze czerwieńsze.

- Maks, jestem wykończony. Zróbmy to później.

- Później wyruszam.

- Racja - Karlini spróbował zdusić ziewnięcie, poddał się i roz­dziawił usta. - Gdzie jest Roni?

- Pewnie w laboratorium, gdzieżby indziej?

- Ale jest późno, zapewne parę godzin temu położyła się spać.

- Tak, poszła do łóżka, gdy było późno, lecz teraz już nie jest późno - Maks rozsunął kotary. - Patrz, słońce.

Karlini znowu ziewnął.

- W porządku, dręczycielu, niech ci będzie. Tędy.

Maks zostawił ekwipunek na podłodze i podążył za Karlinim korytarzem i po kręconych schodach. Potem Karlini otworzył drzwi na najwyższym podeście.

- Roni? Kochanie? Pokój był pusty.

- Zapewne jeszcze śpi - domyślił się Maks. - Może pomyszkuję tu sam, a ty pójdziesz się przespać? Jestem pewien, że sobie poradzę.

- Jasne - stęknął Karlini. - Przecież większa część tych badań to twój pomysł - wycofał się za drzwi i ociężale ruszył w dół.

Pokój zajmował prawie cały szczyt jednej z niższych wież, przez liczne okna wpadał blask wschodzącego słońca. Roni i Karlini zgromadzili tutaj sporo sprzętu. Pod ścianami stały schludne rzędy zlewek, butelek, miseczek i retort, otoczonych polami czarów ochronnych. Obok drzwi stały dwie sterty książek. Na nich leżały trzy jednakowe tomiska oprawne w skórę pokrytą różnokolorowy­mi plamami i kleksami. Czwarta księga spoczywała na stole zajmującym środek pokoju. Była otwarta mniej więcej w połowie. Na lewo od niej stała płaska drewniana skrzynka zamykana na za­trzask. Ze szczelin wydobywały się cienkie smużki pary. Przed pudełkiem stał mikroskop.

Maks usadowił się na zydlu przy stole i miłośnie przesunął dło­nią po starożytnym przyrządzie. Ostrożnie obrócił zespół socze­wek obiektywu, przesunął okular w górę i na dół, poprawił usta­wienie lusterka odbijającego światło, potem wsparł łokcie na sto­le, a podbródek na splecionych dłoniach.

Roni utrzymywała przyrząd w nieskazitelnym stanie. Mikroskop ten był swego czasu najwspanialszą rzeczą, jaką Maks w życiu po­siadał, i niejeden raz z jego powodu śmierć zaglądała mu w oczy. Jednak mikroskop został stworzony do tego, by z niego korzystać, a on zbyt często był w drodze, aby poświęcać mu należną uwagę. W ten sposób przyrząd stał się prezentem ślubnym.

A teraz, o ile Roni miała rację, pomógł jej w dokonaniu ważne­go odkrycia.

Maks, co leżało w jego naturze, spędził sporo czasu na rozmy­ślaniu. Jedną z rzeczy, o których lubił myśleć, była magia i sposób jej działania. Gdy rok czy dwa wcześniej Roni opowiedziała mu o swoich badaniach nad drobnoustrojami i o będącej ich wynikiem teorii komórek jako elementów budujących większe stworzenia, zaczął dopatrywać się pewnego związku z magią. Spoglądał przez mikroskop na nabrzmiewającą białawą kulę ruchliwych wici i nibynóżek, widoczną przez cienką błonkę wody.

- Skąd się bierze magia? - zapytał wtedy znienacka.

- Nie wiem - odparła Roni. - Skąd?

- Stąd - powiedział Maks, nie odrywając wzroku od ameby. - Gdzieś stąd. - Ameba przesunęła się nad mniejszym wirującym owalem, otoczyła go i wessała. - To żyjątko pochłania pokarm i przemienia go w energię. My też spożywamy jedzenie i prze­mieniamy je w energię, tylko że możemy również przemieniać je w magię. - Popatrzył na Roni. - Gdzieś w jednej z twoich komó­rek coś przemienia pokarm w energię magiczną. Chcesz nowy te­mat badań? Znajdź to połączenie. Spróbuj je zrozumieć.

Maks podniósł głowę i przysunął księgę. Był to dziennik labora­toryjny Roni. Jego uwagę przyciągnął ostatni akapit opatrzony na­główkiem “MAKS". Był to krótki paragraf zawierający zestaw in­strukcji i słów uaktywniających czar filtrujący. Maks przeczytał go dwa razy, aby mieć pewność, że wszystko rozumie, potem otworzył zatrzask drewnianej skrzynki, podniósł wieczko i wyjął okrągłe szklane naczynie z płaską przykrywką. Pipetką znalezioną we flakonie z wodą, nabrał niewielką ilość płynu z naczynia, umie­ścił kroplę na środku szkiełka mikroskopowego, dodał odrobinę barwnika z fiolki z zakraplaczem i położył preparat na stoliku mi­kroskopu. Obok mikroskopu, w wygiętym statywie, stała wpół wypalona gruba świeczka. Maks zapalił ją. Światło, skupione i wzmocnione przez zwierciadło statywu, padło na lusterko mikro­skopu i podświetliło preparat. Maks przyłożył oko do okularu.

Parę ruchów karbowaną gałką na rabusie pozwoliło uzyskać wy­raźny widok: kilka ciemnych cętek unoszących się na pomarań­czowym tle, mrugających w kapryśnym świetle. Maks wybrał so­czewkę zapewniającą największe powiększenie. Na krawędzi pola widzenia dostrzegł drgnienie ruchu i przesunął stolik w odpowied­nią stronę. W polu widzenia pojawił się owalny kształt o lekko roz­mytych brzegach. W jego wnętrzu widniały zabarwione formy ta­jemniczych struktur - największa była okrągła, inne były rurkowa­te, koliste, spiralne i proste, wszystkie mrugały na granicy widocz­ności w niepewnym świetle ogarka.

A teraz najbardziej interesujący etap, pomyślał Maks. Zajrzał do księgi, znalazł potrzebne zdanie i wypowiedział trzy uaktywniające słowa. U podstawy mikroskopu utworzyła się srebrzysta aureola, krą­żąca wokół stolika ze szkiełkiem i dolnych partii tubusa. Maks popa­trzył przez okular i przesunął szkiełko, tak by mikroorganizm znów znalazł się w polu widzenia. Zobaczył iskierki miniaturowych wyła­dowań, każdy błysk coraz mocniej oświetlał obserwowaną scenę. Jed­nakże w cytoplazmie mikroorganizmu zachodziło coś jeszcze innego.

Z boku większej okrągłej plamy, w obszarze nakładających się na siebie spiralek tak maleńkich, że Maks ledwo je widział, poja­wiła się nagle skra zieleni. Maks skoncentrował się na niej. Tak, wzrok go nie mylił, były to mrugające, nieskończenie małe rozbły­ski, każdy w najdelikatniejszym odcieniu zieleni.

Maks wyprostował się i wrócił do dziennika Roni. Ona również widziała ten fenomen - nazwała go mikroskopijną konstelacją. Po dostrojeniu czaru filtrującego i wyeliminowaniu wszelkich znaczących czynników zewnętrznych, doszła do wniosku, że efekt był prawdziwy. Każdy z tych zielonych rozbłysków oznaczał wy­zwolenie energii magicznej.

Maks ściągnął usta, jeszcze raz spojrzał w okular, wyprostował się. Otworzył kałamarz, zanurzył w nim pióro i poniżej ostatniej linijki w księdze Roni napisał: Niewiarygodne! Odkryłaś to! Fan­tastyczna praca! Oczywiście, teraz zaczyna się prawdziwa zabawa - najpierw trzeba dokładnie zrozumieć, na czym polega ta prze­miana, potem jak ją wykorzystać, opanować.

Poprawił się na stołku i spojrzał przez okno na pejzaż zalany promieniami wstającego słońca. Plany, pomyślał, więcej planów, wiecznie plany. Ale ten jest inny. Jeśli opanujemy źródło mocy, będziemy mogli wreszcie dobrać się do bogów...

- Nad czym tak rozmyślasz?

Maks poderwał się, wyrwany z zadumy. W drzwiach stała Roni. Jej ciało otulał szlafrok, włosy kryły się pod kapturem.

- Nie słyszałem, kiedy weszłaś.

- Byłeś skoncentrowany, nie chciałam ci przeszkadzać. Zawsze lubię przyglądać się, jak rozmyślasz. Masz wówczas cudowną minę marzyciela.

- Ha, daj spokój. To nie ma nic do rzeczy - odwrócił głowę i spojrzał przez okno na barwy wschodzącego słońca. - O czym myślałem? Dokonałaś przełomowego odkrycia, oto o czym. Warto było przy wlec się tutaj, aby zobaczyć twoje osiągnięcia.

- Dziękuję, Maks. Chciałam ci tylko powiedzieć, że przykro mi w związku z zaistniałą sytuacją, z tym, o co cię prosimy.

- To nie wasza wina. Co nie znaczy, że wyglądam tej przygo­dy z utęsknieniem, co to, to nie. Może się ona okazać diabelnie nieprzyjemna.

- Mówiłam, że jest mi przykro, Maks, naprawdę. Maks odchylił się na stołku i wbił oczy w sufit.

- Czasami myślę, że z przyjaciół jest większe utrapienie niż pożytek. Mam wrażenie, że od paru lat nie robię nic prócz wy­ciągania ich z opresji. Bo oni nie chcą umrzeć. No cóż, ja też nie chcę, ale zawsze jakimś sposobem to ja muszę nadstawiać karku.

- Robisz to, ponieważ lubisz.

- Prawda, ale do pewnych granic. Po ich przekroczeniu robię to, ponieważ nie mam wyboru.

- Sam postanowiłeś nie mieć wyboru. Postanowiłeś żyć zgod­nie ze swoimi ideałami. To ty chciałeś dobrać się do bogów. Nie musiałeś tego robić. Mnóstwo ludzi od dawna żyje z bogami. Ty postanowiłeś uczynić z tego swój problem.

- Problem już był, ja tylko go odziedziczyłem. Dlaczego tak się ekscytujesz?

- Ponieważ jestem zmęczona twoim narzekaniem. Sam posta­nowiłeś odziedziczyć ten problem. Teraz stał się on twoją obsesją. Chciałeś okazać wolną wolę? W porządku, okazałeś. Dokonałeś wyboru. Dlaczego dla odmiany nie wykorzystasz wolnej woli dla siebie? Dlaczego nie znajdziesz sobie kogoś i nie zakochasz się? Dobrze by ci to zrobiło, stajesz się zbyt zgorzkniały.

Maks podniósł brew i zerknął na nią koso. Czyżby dlatego była taka wzburzona? Daj mi spokój, pomyślał.

- Byłem zakochany. Roni zarumieniła się lekko.

- Wiesz, że nic by z tego nie wyszło.

- A ty wiesz, że mogło. Ale wszystko w porządku. Wybrałaś Karliniego, tak czy owak, zapewne był to lepszy wybór, z Karlinim łatwiej jest żyć niż ze mną i to byłoby na tyle. Uważam cię za do­brą przyjaciółkę, lubię cię, ale nie kocham.

- Maks, ja...

- Nie chcę o tym mówić. W każdym razie, nie był to jedyny raz, kiedy byłem zakochany. W innych przypadkach też nic nie wyszło.

- Mimo wszystko powinieneś sobie kogoś znaleźć.

- Nie jestem w nastroju! - warknął Maks.

- Maks, to...

- Myślisz, że powinienem okazać wolną wolę? Myślisz, że powinienem się ustatkować? Nie mogę się ustatkować. Chcia­łbym dla odmiany zmienić zdanie, ale nie mogę. Ostatnim ra­zem, kiedy próbowałem, kula ognista spadła z nieba i uderzyła w mój dom. Udało mi się wydostać. Problem w tym, że nie by­łem tam sam. A ty mi mówisz, że powinienem się zakochać? Wolne żarty. To mrzonka. Trzymam się tej drogi, bo nie mam innej do wyboru. I nie będę miał, dopóki nie zdołam odwrócić się i odpowiedzieć ciosem na cios - wskazał palcem mikroskop. - A dzięki temu, co robisz ty i co ja sam gromadzę, wreszcie uda mi się osiągnąć cel.


Rozdział IX

CZEGO NIE WIEDZIAŁEM


Nawet po wrzuceniu do najciaśniejszego więzienia w Roosing Oolvaya nadal o tym rozmyślałem. Moje aresztowanie przy­pominało wręcz lekcję treningową Straży. Nie przychodził mi na myśl nikt, kto zadałby sobie trud poznania moich nawyków do stop­nia umożliwiającego tak bezbłędne przeprowadzenie akcji - nie byłem w stanie dobyć miecza, nie wspominając o walce czy uciecz­ce. - Zatem albo Strażnikom dopisało szczęście, albo ja miałem pecha. Tak czy owak, zajście nie napawało mnie optymizmem od­nośnie wyciągnięcia jakichkolwiek korzyści z metabolicznego po­wiązania z Gashanatantrą. Nawet jeśli on miał szczęście, to na mnie ono nie spłynęło.

Nie była to jednak jedyna rzecz w całej operacji, która nie da­wała mi spokoju. Strażnicy zostali wysłani specjalnie po mnie. Wie­dzieli, że o mnie chodzi, rozpoznali mnie od razu i przystąpili do akcji bez wahania i z pełną precyzją. Gdy przeanalizowałem swo­je poczynania z okresu paru ostatnich tygodni, nie przyszedł mi do głowy żaden powód, który mógłby uczynić mnie tak ważnym ce­lem. Akcja była zbyt perfekcyjna; moja twarz raczej się nie wyróż­nia, ale oni nawet nie myśleli o porównaniu jej z rysopisem. Po prostu rzucili się na mnie bez namysłu.

Nasuwało się parę możliwości. Pomyłkę wykluczyłem. Biorąc pod uwagę całe to wariactwo, w jakie ostatnio się wmieszałem, wydarzenie finałowe nie było dla mnie niczym zaskakującym. Oczywiście, aresztowanie mogło być wynikiem mojej znajomości czy kontaktów z kimś podejrzanym, ale to już byłaby przesada. Chyba nie musiałem posuwać się tak daleko w swoich rozważa­niach. Nie, miałem wrażenie, że zostałem namierzony. Ktoś w tym mieście chciał wyłączyć mnie z obiegu i udało mu się osiągnąć cel bez wzbudzania podejrzeń. Jedną z cech stanu wojennego jest możliwość aresztowania każdego, kto znajdzie się pod ręką. Zada­wanie pytań odkłada się na później. Wmieście panował okropny chaos, z ulic znikały dziesiątki ludzi, więc i ja mogłem po prostu przepaść w ogólnym zamęcie na tydzień czy dwa i nikt nie byłby się nad tym zastanawiał. Sęk w tym, że z Gashem i połączonym metabolizmem na karku, przechowalnia nie była dokładnie tym miejscem, w którym powinienem się znajdować.

Nie musiałem zastanawiać się zbyt głęboko nad listą ludzi pra­gnących mojego zniknięcia, aby wytypować głównego kandydata. Na myśl nasuwał się twórca bariery. Ponadto ktoś, kto żywił do mnie starą urazę, mógł wybrać akurat tę porę na wyrównanie rachunków, lecz jak na jeden poranek spotkało mnie już dość zbie­gów okoliczności. Z drugiej strony niepodobna było przyjąć, że autor bariery już się dowiedział, że go szukam. Jedynym powo­dem, który skłonił mnie do takich spekulacji, był fakt mojego uwię­zienia. Poza tym nie miałem podstaw sądzić, że twórca bariery wie, kim jestem. Nie wiedziałem kim on jest, jednak miałem kan­dydata. Wszak lista ludzi, z którymi rozmawiałem od chwili roz­poczęcia tej kabały, była naprawdę krótka. Carl Lake. Stale wraca­łem myślami do Carla Lake.

Można powiedzieć, że Carl naprowadził mnie prosto na oddział Straży. Mógł wyjść z domu kierowany przypuszczeniem, że będę go śledził, i wysłać lokaja, aby ten załatwił wszystko ze Strażą. W zasa­dzie nawet nie musiał niczego aranżować. Z tego, co było mi wiado­me, mógł po prostu przejąć kontrolę nad umysłami żołnierzy i naka­zać im wykonanie zadania. Zresztą śledzenie maga zawsze jest trud­ne, a ja jak ostatni frajer pozwoliłem sobie o tym zapomnieć. Kiedy w pobliżu są magowie, nigdy nie wiadomo, co dzieje się samo z siebie, a co jest ich dziełem. Weźmy na przykład ten ostami, fatalny krok, który uniemożliwił mi sięgnięcie po miecz. Pośliznąłem się przypadkiem czy za sprawą magii? Albo perfekcyjna koordynacja Strażników; była wynikiem musztry i szczęścia, czy też ktoś nimi kierował? Oto dlaczego nienawidzę magii. Konieczność zastanawia­nia się, czy dane wydarzenie było przypadkowe czy też niewidzial­ny lalkarz pociągał za sznurki w sposób nigdy przeze mnie nie do­strzeżony, albo czy znaleziony dowód był prawdziwy, czy zmateria­lizował się z kłębu kolorowego dymu dodatkowo komplikuje życie, które samo w sobie jest wystarczająco skomplikowane.

Swoją drogą, już w czasie naszej rozmowy Carl zachowywał się trochę dziwnie. Przyjął moje rewelacje ciut za spokojnie, jakby istnienie bariery nie było dlań żadną niespodzianką. A gdy wycho­dziłem, drgnął po usłyszeniu pytania o kogoś nowego w mieście. Widziałem dość, by myśleć, że nawet jeśli osobiście nie stworzył bariery, to całkiem dobrze się orientował, kto to zrobił. Musiałem założyć, że skoro Carl mi tego nie powiedział, to nie chciał, żebym wiedział. A skoro nie chciał, żebym wiedział, co jest grane, jego następny krok musiał polegać na zadbaniu, bym nie odkrył prawdy na własną rękę.

W przeszłości łączyły nas przyjazne stosunki, ale jak to często bywa, w przypadku poważnych spraw serdeczność schodzi na dal­szy plan. Z drugiej zaś strony, jeśli Carl wiedział, że depcę mu po piętach, w imię dawnej znajomości mógł wybrać raczej bezbolesne usunięcie mnie ze sceny niż załatwienie mnie na dobre. Ponadto takie rozwiązanie mogło nawet przynieść mu pewne korzyści. Bez specjalnego wysiłku można wyobrazić sobie, że zrobił ze mnie swo­ją polisę ubezpieczeniową na wypadek, gdyby to, w co się zaanga­żował, okazało się skrajnie niebezpieczne. Gdyby sytuacja zrobiła się groźna, mógłby wyciągnąć mnie z więzienia. Jeśli o to idzie, za­wsze uważał mnie za faceta znającego się na rzeczy. Mógł pomy­śleć, że nie pozwolę sobie na zbyt długi pobyt w pudle i że po wydo­staniu się zacznę zadawać pytania, oczywiście najpierw jemu. Gdy­by był w kłopotach, ja pomógłbym mu z nich wybrnąć. Taka kon­cepcja połechtała moje ego, aczkolwiek, gdy rozejrzałem się po wię­zieniu, ogarnęło mnie nieprzyjemne uczucie, że być może realizacja tego pomysłu odrobinę wykracza poza moje możliwości.

Więzienie było małe. Główna cela była może wielkości mojego biura, a dyżurka, w której siedział facet z kluczami - miejsce na krzesło, drzwi i nic poza tym - zmieściłaby się na podeście przed moim biurem. Pomyślałem, że źle to zaplanowano. Jeśli czło­wiek ma zamiar utrzymać się przy władzy po zamachu stanu, powinien z wyprzedzeniem zadbać o przestrzeń dla lojalistów, któ­rych planuje zgarnąć z ulic. Prawdopodobnie wykorzystywano miejskie więzienia jako areszty tymczasowe i gdy tylko czas po­zwalał, przerzucano więźniów do lochów pod pałacem na wyspie. Miałem nadzieję, że tutaj nastąpi to dość szybko. Więzienie było niewielkie i niewyobrażalnie zatłoczone.

Celę tworzyła klatka z grubych żelaznych prętów, przylegająca do bocznej ściany budynku. Poziome i pionowe pręty były połączone na skrzyżowaniach mocnymi metalowymi taśmami i gdzieniegdzie nie­chlujnym spawem. Ten, kto zbudował tę klatkę, nie chciał, aby kto­kolwiek się z niej wydostał - strop klatki i podłogę tworzyła taka sama krata. Nadal miałem w bucie swój nożyk, ale nie zamierzałem piło­wać nim krat. O sforsowaniu zamka też mogłem zapomnieć. Nie był wielki i nie był ciężki, lecz jego kontury rozmywały się leciutko w spo­sób, jaki wywołuje jedynie magia. Uznałem, że to wręcz skandaliczny przykład nadgorliwości, choć zapewne skuteczny. Zamek można było otworzyć jedynie rym kluczem, który tkwił w dziurce podczas rzuca­nia czaru. Wytrychy nie wchodziły w rachubę.

Miałem okazję przyjrzeć się tym szczegółom tak dokładnie z pro­stej przyczyny. Kiedy znalazłem się w klatce, nie mogłem zrobić ani kroku w głąb. Prawdę mówiąc, Strażnicy musieli oprzeć się na drzwiach, żeby je domknąć - przypominało to zatrzaskiwanie wieka kufra zapakowanego na trzyletnie wakacje. Cela nie była pełna, była zapchana. Musiało w niej siedzieć ze czterdzieści osób. Nigdy nie próbowałem upchać tylu klientów w swoim biurze, ale myślę, że ryba ściana ustąpiłaby grubo przed trzydziestką. Żołnierze wepchnęli mnie na siłę i pierwszą rzeczą, jaką usłyszałem, były warknięcia i sap­nięcia moich najbliższych sąsiadów. Gdzieś z tyłu mogłaby przeby­wać moja rodzona matka, a ja nigdy bym się o tym nie dowiedział.

Gdy skończyłem oglądanie krat tuż przed moim nosem i powoli przekręciłem się, aby zmienić pole obserwacji, jakoś nie byłem zdziwiony, gdy rozpoznałem twarz za moimi plecami.

- Gag - powiedziałem - nie wyglądasz zdrowo. Potrzeba ci po­wietrza?

Oblicze Gaga Bezwłosego promieniało błogim spokojem. Była to twarz człowieka, któremu właśnie ziściły się najskrytsze ma­rzenia i dla którego uwięzienie w żelaznej klatce jest drobiazgiem pozbawionym najmniejszego znaczenia. Gdy mnie zauważył, jego mina nie uległa zmianie.

- Nie - wymruczał uszczęśliwiony. Nawet jego wąsy zwisały pokojowo.

- Hej, Gag, pogadaj ze mną. Czegoś ty się napalił?

W celi panował gwar. Gaga słyszałem tylko dzięki temu, że jego usta tkwiły w moim uchu. - Żołd - powiedział. - Żołd Czarnego Legionu.

- Paliłeś żołd? - zapytałem. Podziałało. Jego brwi nastroszyły się, oczy oprzytomniały.

- Ech, co?

- Żołd Czarnego Legionu.

Usta Gaga rozciągnęły się w uśmiechu miejskiego cwaniacz­ka, brwi wróciły na swoje miejsce.

- Nigdy byś nie uwierzył. To najbardziej zdumiewająca rzecz, jaką w życiu widziałeś. Istny raj. Czarny Legion, wiesz, jedna z tych band najemników, które sprowadził Kaar? Chcieli scho­wać swoje łupy. Dwumiesięczny żołd, wyobraź sobie - sejf pe­łen czystego złota... - Gag zachichotał.

- Mówiłeś mi, żebym nie kusił losu. Nigdy w życiu nie miałem takiego szczęścia. Wszyscy chcą mieć jakąś kryjówkę, prawda? Miałem taką, kapitalną knajpkę w wąziutkiej uliczce, na uboczu. Nikt by nie pomyślał, żeby w takim miejscu szukać gospody. Była świetna. Wracałem tam po robocie, odpoczywałem, odprężałem się, pierwszorzędne miejsce - jego uśmiech poszerzył się, choć wydawało się to niepodobieństwem. - Nie byłem jedynym, który je kochał. Czarny Legion też się na nie natknął i zadecydował, że się nadaje. Do ukrycia łupu - Gag zachichotał. - Jasne, wywalili mnie na zbity pysk, ale w tym samym czasie, gdy mnie wlekli po schodach na dół, w górę wciągali kasę.

- Zgarnąłeś całą kasę?

- Żałuj, że cię nie było. Wszyscy powinni tam być. To było kapitalne. Izba mieści się od podwórza, więc po prostu zwiesi­łem się z dachu, przebiłem się przez ścianę i wysadziłem w po­wietrze tył sejfu. Tak między nami, nie był to porządny sejf - dodał ciszej.

- Skoro nie byli dość sprytni, aby upilnować własną forsę, za­służyli na ten numer - powiedziałem.

- Też tak sądzę. Ale skoro jestem tutaj, a więc jakąś ochronę mieli.

- Aha. Odzyskali swój towar?

- Nii. Jak myślisz, czemu jestem tutaj, a nie pływam w jakimś ścieku?

- Masz świętą rację. Zamiast Czarnego Legionu znalazła cię Straż?

- Skąd wiesz?

- Zwędziłeś Legionowi dwumiesięczny żołd. Gdyby mieli w rę­kach ciebie, ale nie mieli kasy, w tej chwili usiłowaliby cię przeko­nać, żebyś oddał im złoto. Dysponują mnóstwem sposobów na­kłaniania ludzi do mówienia. W większości są one twarde i tępe albo gorące i ostre.

Po raz pierwszy Gag rozejrzał się nerwowo.

- Tak, ale wiesz co? Strażnicy usłyszeli, że Czarny Legion mnie szuka. Pierwsi zobaczyli mnie i capnęli, lecz chyba nie wiedzą, co zrobiłem. Gdyby wiedzieli, to pewnie nie byłoby mnie tutaj, no nie?

- Myślę, że trafiłeś w samo sedno - powiedziałem. - I teraz po prostu siedzisz i czekasz, aż ktoś sobie o tobie przypomni i odkry­je, co zrobiłeś? Kto wie, może Czarny Legion postanowi osobiście sprawdzić więzienia. Najemnicy mogą stanąć w drzwiach w każ­dej chwili.

- Nie mów - mruknął Gag z nutą rezygnacji. - Jesteś porząd­nym facetem, nie rób mi tego. Muszę się stąd wydostać, wiem, że muszę, ale to niemożliwe. Nie mam swoich materiałów. Bez nich nie mogę niczego wysadzić.

- Czemu nie zastanowisz się przez chwilę? Jesteś cwanym facetem, Gag, może coś wykombinujesz.

- Dobra, spróbuję. - Nie mówił ze zbyt wielkim przekonaniem, co znaczyło, że jest realistą. Realista czy nie, musieliśmy coś wy­myślić. Jeśli nic innego, to groziła nam śmierć z uduszenia. Staną­łem na palcach i omiotłem wzrokiem tłum. Gag był jedyną znaną mi osobą.

Odwróciłem się i znowu obejrzałem zamek. Pewien szczegół był dziwny, lecz nie potrafiłem tego sprecyzować. Normalny, okrągły zamek, pomalowany na czarno, o średnicy jakichś sześciu cali. Krawędzie trochę niewyraźne i jakby płynne...

Zaraz, zaraz. Nigdy wcześniej nic nie rozpływało mi się przed oczami, no, może tylko po porządnej hulance. A puszyste kontury miały tylko koty. Wzrok nadal mi dopisywał, więc chyba oczy mnie nie myliły. Przecież ja tylko słyszałem, że czarnoksiężnicy rozpo­znają zaczarowane przedmioty dzięki tej puszystej radiacji. Nie­którzy z nich opisywali ją jako mglistą otoczkę. Ja tylko o niej sły­szałem, nigdy nie byłem w stanie jej zobaczyć - a tu raptem ten zamek, co było dość oczywiste, rozmywał się jak szalony. Może, pomyślałem z nagłym przypływem nadziei, otrzymałem jednak ja­kąś pomoc od Gasha i sprzężonego metabolizmu.

Wlepiłem oczy w zamek. Co tu zrobić? Ludowi gawędziarze lubią ujmować to następująco: sięgasz umysłem i wtedy dzieje się coś wstrząsającego. Byłem mądrzejszy. Magia to praca, cięż­ka praca, a najtrudniejsza jest teoria. Nie lubiłem magii między innymi dlatego, że nigdy nie radziłem sobie z matematyką.

Z drugiej strony, co miałem do stracenia? Może dla bogów rzu­canie czarów jest łatwiejsze niż dla zwyczajnych magów? Spró­bowałem sięgnąć umysłem. Czy kiedykolwiek próbowaliście sięgnąć umysłem? Musiałem jedynie pomyśleć o tym, jak to zrobić, i uświadomiłem sobie, że nie mam zielonego pojęcia, co to oznacza.

Spojrzałem groźnie na zamek. Chcę, żebyś się otworzył, pomy­ślałem. Zamek tkwił w drzwiach, lekceważąc mnie totalnie. Za­cząłem walczyć z narastającą frustracją. Przy innej okazji słysza­łem, że frustracja jest najszybszym środkiem prowadzącym do ma­gicznego paraliżu. Nawet jeśli czujesz, że nie możesz czegoś zro­bić, lepiej nie poświęcaj zbytniej uwagi temu uczuciu, bo w prze­ciwnym wypadku ono cię zdominuje, a sprzężenie zwrotne spra­wi, że faktycznie nie będziesz w stanie niczego zrobić. Mogę to zrobić, powtarzałem sobie, naprawdę mogę.

Zamek tkwił nieporuszony. Postanowiłem spróbować innego podejścia. Skoncentrowałem się na zamku, wyobraziłem sobie za­mek, próbowałem wypełnić umysł zamkiem, zamkiem i tylko zam­kiem. Niczym innym jak otwartym zamkiem. Otoczyłem zamek dłonią, nakazując mocy spłynąć po palcach i otworzyć go. Pomy­ślałem nawet, żeby go polizać.

Uparty sukinsyn nawet nie drgnął.

Wbrew usilnym próbom zachowania spokoju i tak ogarnęła mnie frustracja, a przede wszystkim wściekłość. Walnąłem w zamek kra­wędzią dłoni. Wszystkie myśli o zamku zniknęły. Auuu! Sykną­łem, tuląc obolałą rękę i zastanawiając się, czy byłem dość durny, aby ją złamać.

Nagle usłyszeliśmy tupot licznych stóp. Przed klatką stanął porucznik Straży, za nim stłoczyło się z pół tuzina naprawdę wiel­kich żołnierzy z dobytymi mieczami. Widziałem posiłki za ich plecami, a przez okno dalszych Strażników zajmujących pozy­cje wokół budynku.

- W porządku, ludzie - zagaił porucznik - zabierać się z tej szczu­rzej nory.

Nikt się nie odezwał. Wszyscy wiedzieliśmy, że to nie koniec przemowy. Zamknąłem oczy i pomyślałem: “Otwórz się!"

Usłyszałem grzechot łańcuchów i dudnienie kroków. Uchyli­łem jedno oko. Kolejna szóstka żołnierzy wlokła ciężkie łańcuchy urozmaicone okowami; na zewnątrz klatki robiło się równie cia­sno, co w środku.

- Czas przenieść się do pałacu - powiedział porucznik. Byłem przestraszony, sfrustrowany i wściekły, a ręka bolała mnie tak samo jak wtedy, gdy rubinowooka marmowora próbowała od­gryźć mi palec. Ostatnią rzeczą, jaką chciałem dodać do swego nastroju, była przyjemność wynikająca z zakucia w kajdany i rzu­cenia do lochu. Dlatego zacisnąłem szczelnie powieki i z całą determinacją pomyślałem: “OTWÓRZ SIĘ!", próbując zawrzeć w tych słowach cały swój gniew i tłumioną frustrację, wymiata­jąc z umysłu wszystko inne, póki nie zostało tylko samo OTWÓRZ SIĘ. Ta myśl stała się moim całym światem, poczułem, jak na do­kładkę tłukę ręką w zamek, żyły nabrzmiały mi na czole, a potem nagle w głowie mi się zakręciło, straciłem równowagę i upadłem na kraty. Na dobitkę, pomyślałem mgliście, przyprawiłem się o udar. Ale coś się stało, choć nie całkiem wiedziałem, co.

Mój nos rozpłaszczał się obok upartego kawałka metalu. Spoj­rzałem na zamek z ukosa. Nadal był zamknięty, zamknięty na mur.

- Ty cholerna... - zacząłem.

Zatrzęsła się podłoga. Otworzyłem szeroko oczy i rozejrzałem wokoło. Wszyscy inni, nie wyłączając Strażników, robili dokład­nie to samo. Deski w podłodze zatrzeszczały i wygięły się. Jeden z żołnierzy stracił równowagę i przewrócił się, pociągając za sobą sąsiada. Inny wypadł tyłem za próg.

- Trzęsienie... - krzyknął ktoś, a wtedy dudnienie ucichło. W więzieniu zapadła niesamowita cisza. Strażnicy podnieśli się, zerkając nerwowo na podłogę. Wszyscy zrobili się nerwowi.

- Dobra! - zawołał porucznik. - Teraz macie...

I znów się zaczęło. Deski zajęczały, zazgrzytał metal, Strażnicy runęli na ziemię, a klatka przechyliła się w tył i zapadła o stopę. Drewniana podłoga pod kratą wygięła się, potem pękła. Powstał poszerzający się z trzaskiem otwór. Spód klatki na środku, gdzie nacisk spowodowany ciężarem ludzi był największy, powoli jął wyginać się nad dziurą. Mimo dudnienia, skrzypów i zgrzytu sły­szałem trzask i brzęk puszczających taśm i spawów. Nagle jakiś człowiek na środku klatki zniknął z wrzaskiem, jakby w zapadni. Cela przechyliła się jeszcze bardziej.

Pręty zaczęły rozłazić na dobre. Ludzie hurmem ześlizgiwali się i znikali w otworze. Nielicznym udało 'się podskoczyć i zawisnąć na górnej kracie; było ich widać coraz lepiej, gdyż szeregi pozostałych szybko się przerzedzały. Ja jedną ręką trzymałem Gaga za kołnierz, drugą zaciskałem na kracie drzwi.

- Ruszamy kiedy ta lawina się skończy! - wrzasnąłem do niego, gdy sam złapał się pręta.

- Ale ta dziura! - odkrzyknął. - Jest głęboka! Wpadniemy i będziemy spadać bez końca!

- Nie jest tak źle - podniosłem go na duchu. - Posłuchaj wrza­sków. Nie giną stopniowo z zasięgu słuchu, ale trwają chwilecz­kę i urywają się. Słychać nawet, jak ci faceci kłębią się tam na dole.

Gag wytężył słuch. Po drugiej stronie drzwi porucznik usiło­wał wsunąć klucz do zamka. Inni żołnierze i dozorcy wybału­szali oczy na rozgrywającą się przed nimi scenę. Sięgnąłem przez kratę, złapałem porucznika za tunikę i szarpnąłem ku sobie. Jego głowa poleciała do przodu i zderzyła się z dwoma prętami. Klucz wypadł porucznikowi z dłoni, podskoczył raz za kratami i raz w celi, a potem okręcił się w powietrzu, błysnął na pożegnanie i zniknął w dole.

- Śliczne posunięcie - pochwalił Gag.

- Dzięki. Czas ruszać. - Cela przechylona pod ostrym kątem wspierała się częściowo o drewnianą tylną ścianę budynku wię­zienia. Ściana wybrzuszyła się pod jej ciężarem i trzeszczała zło­wieszczo. Garstka pozostałych więźniów przywierała desperac­ko do krat jak najdalej od środka celi. Jeden z wiszących na rę­kach, rzucił okiem na dół, rozhuśtał się i skoczył do jamy. Chwi­lę później mimo krzyków i zgrzytów usłyszeliśmy głuchy łomot i“uff!"

Ostrożnie przesunęliśmy się z Gagiem w kierunku dziury i po­patrzyliśmy w ciemność. Spodnia krata celi wychodziła poza krawędź wyrwy, po czym odginała się i urywała. Część środkowa była wydarta, ale inne powyginane fragmenty nadal trzymały się reszty konstrukcji. Dwa poskręcane pręty schodziły na półtora metra poniżej poziomu podłogi. Przymocowane do nich poprzeczki two­rzyły toporną drabinę wiodącą w ciemność. Może trzy lub pięć metrów poniżej najniższego szczebla zobaczyliśmy płaskie dno pokryte stosem złożonym z ziemi, kamieni i byłych więźniów. - Pokój - zdumiał się Gag. - Tam jest pokój. - Założę się, że czyjaś piwnica.

Z rumowiska wystawały drewniane belki i słupy, które dotąd podtrzymywały strop. Nadeszła pora na wielkie wyjście. Coś zafurczało mi we włosach i zagrzechotało o pobliski pręt. Strzała! Minęło mniej niż pół minuty od pierwszego wstrząsu, ale Strażnicy już oprzytomnieli. Odepchnąłem się, ześliznąłem po improwi­zowanej drabinie, złapałem oburącz w locie ostatni szczebel, za­wisłem na nim, zakołysałem się w tył i w przód, wypatrzyłem wolne miejsce i skoczyłem.

Więźniowie w piwnicy też dochodzili do siebie, wielu było już na nogach. Inni leżeli, albo nieprzytomni, albo próbując spraw­dzić, czy ich kończyny są połamane, czy tylko poobijane i wy­wichnięte. Gag wylądował obok mnie, rozejrzał i zapytał:

- Gdzie jest wyjście?

- Za tym - poinformował go barczysty mężczyzna napierający na płytę, którą w dwóch trzecich przykrywał najeżony poszarpa­nymi belkami zwał ziemi. Dwaj inni kawałkami prętów odgarniali rumosz na boki. Z trzaskiem pękła następna belka i na płytę osy­pało się więcej ziemi.

- Dajcie spokój - rzekł Gag tonem znawcy.

Z góry dobiegło głośne dzwonienie, które świadczyło, że ktoś zabrał się za otwieranie klatki. Gag posłuchał uważnie i stwierdził:

- Straż poradzi sobie z tymi kratami w dziesięć minut. Przez chwilę ustalałem położenie dziury; w stosunku do ulicy.

Potem złapałem Gaga za ramiona i odwróciłem go w stronę ścia­ny. Przeszliśmy nad pojękującym facetem.

- Tam biegnie ulica - powiedziałem.

- I co z tego?

- Jak mnie tu ciągnęli, zauważyłem po drodze właz. Pod tą ulicą jest kanał.

Ledwo widziałem Gaga w ciemności, ale uchwyciłem błysk zębów, gdy uśmiechnął się szeroko. Przystąpiliśmy do obmacy­wania ściany. U dołu wyczułem skałę.

- Tutaj! Drugie wyjście!

Ludzie natychmiast otoczyli nas zwartym kręgiem. Odciągali kraty, które utrudniały dostęp do muru, na kolanach skrobali, po­pychali i szarpali kamienie.

- Tutaj! - krzyknął któryś. - Pchajcie!

Zaparliśmy się nogami, zaczerpnęliśmy powietrza i pchnęliśmy. Kamień z przeraźliwym zgrzytem przesunął się w głąb muru na dwa palce - i znieruchomiał.

Za nami z rumorem i trzaskiem, w gradzie kamieni i kawałków desek, spadły następne fragmenty celi.

- Jeszcze raz! - rozkazał mężczyzna i wszyscy znów naparli­śmy na skalny blok. Kamień przesunął się, zatrzymał, nagle ruszył z niskim basowym jękiem, a potem już nie mieliśmy czego pchać. Głaz wyskoczył jak korek z beczki, my zaś z rozpędu wpadliśmy na mur. Usłyszeliśmy głośny huk, chlupot i plusk. Przez wybitą dziurę w nasze twarze trysnęła fontanna wody.

Z otworu dobiegał szum. Jeden z uciekinierów wsunął się głową naprzód w dziurę i wpadł z pluskiem do wody. Za nim podążył drugi i nagle przy otworze zrobił się ścisk.

- Po kolei, bo inaczej wcale się nie wydostaniemy! - wrza­snąłem. Tłum odstąpił, a ja wykorzystałem powstałą lukę i wsu­nąłem nogi do otworu. Przytrzymując się kamieni po obu stro­nach, opuściłem ostrożnie.

Kanał nie był cylindryczny, jak zwykle to bywa, lecz prostokąt­ny, i na tyle wysoki, by można było stanąć. Wypchnięty przez nas kamień był fragmentem górnej części bocznej ściany tuż nad po­wierzchnią wody. Teraz spoczywał na dnie, powodując załamanie nurtu. Pierwszy mężczyzna leżał na nim bezwładnie, stracił przy­tomność w wyniku zbyt twardego lądowania. Wyciągnąłem mu gło­wę z wody i ruszyłem z prądem.

Przez szczeliny włazów wychodzących na ulicę i do domów wpadało nikłe światło, lecz jego obecność nie poprawiała mi sa­mopoczucia. Nie musiałem widzieć swojego otoczenia, aby pra­gnąć jak najszybciej je opuścić. Człapanie niemal na czworakach w odrażającej cieczy, oraz oddychanie cuchnącym powietrzem, zdecydowanie nie należało do moich ulubionych zajęć. Prawdą mówiąc, niedostatek światła był pozytywem. Wolałem nie wi­dzieć, w czym dokładnie brodzę i co się o mnie ociera. Wiado­mo, lepiej, żeby cała ta breja płynęła pod ulicami, a nie po nich, lecz przekonanie to nieco blednie, kiedy człowiek musi przemy­kać kanałami jak szczur.

Za mną rozlegał się chlupot pozostałych uciekinierów. Nagle usłyszałem krzyki i trzaski. Domyśliłem się, że Strażnicy po­szli po rozum do głowy i otworzyli właz. Dotarłem do skrzyżo­wania i skręciłem w większy kanał. Odgłosy za moimi plecami ucichły.

Miałem nadzieję, że Gagowi udało się uciec, nie wspominając o reszcie biedaków, których Strażnicy właśnie zgarniali w sak, ale nie zamierzałem martwić się o nich do końca życia. Miałem na głowie co innego: Carla Lake, Gashanatantrę, zagadkę czy to małe trzęsienie ziemi wiązało się z moją osobą, i parę innych rzeczy tego typu. Podskoczyłem do drabinki zwisającej w pierwszym napotkanym włazie. Odrobinę uchyliłem ciężką drewnianą kratę i wyjrza­łem. Nie rozpoznałem ulicy, lecz nie miało to znaczenia. Najważ­niejsze, że była pusta.

Wyciągnąłem się na zewnątrz i opuściłem kratę. Zaułek był wą­ski, krótki i ponury, i z tego względu doskonały na moje wielkie wyjście. Za rogiem skręciłem w lewo, na następnym tak samo i wreszcie zorientowałem się, gdzie jestem; jakieś dziesięć prze­cznic od nabrzeża i parę kwartałów na północ od południowego muru.

Po długości cieni poznałem, że jest późne popołudnie. Od chwili pierwszego spotkania ze Strażą mogło wydarzyć się mnóstwo rze­czy, pomyślałem więc, że muszę jak najszybciej zorientować się w sytuacji. Z drugiej strony, pobyt w kanałach raczej uniemożliwiał mi nawiązanie kontaktu z przyzwoitymi ludźmi. Na ulicy stało co prawda koryto do pojenia koni, lecz doprowadzenie się do porządku mogło wymagać czegoś więcej. A może by tak skoczyć do rzeki? Cóż, wyszedłbym mokry, jednak niekoniecznie czysty. Ścieki mu­siały przecież dokądś spływać. Pozostawała łaźnia publiczna. Już miałem zamiar ruszyć na poszukiwania najbliższej, kiedy nagle wpa­dłem na trzeci i chyba najlepszy pomysł.

Ruszyłem truchcikiem. Ludzie krzywili nosy i obrzucali mnie zgnilizną, a nieliczni szczęśliwcy, którzy mieli możność spostrzec mnie z daleka, szybko usuwali się poza zasięg roztaczanej przeze mnie woni. Nie miałem do nich żalu. Zgubiłem stadko psów, które przyplątały się do mnie po drodze, skręciłem za ostatni róg i zabębniłem do owalnych drzwi obok kramu szklarza. Na dru­gim piętrze, wysoko nad moją głową, otworzyło się okno. Usły­szałem kobiecy głos.

- Kto tam?

Cofnąłem się i zadarłem głowę.

- Hej, a któż to taki? - zapytała kobieta.

- Zajrzyj pod brudy.

- Oczom nie wierzę!

- Mam kłopot - powiedziałem. - Może zejdziesz i mnie wpu­ścisz?

- Zwariowałeś? Wpuścić cię? Myślisz, że otworzę ci drzwi po tym, co się stało ostatnim razem?

Może to wcale nie był taki dobry pomysł.

- Floro, bądź rozsądna. Rzucono na mnie przeklęty czar, wiesz o tym. Byłem bardziej zakłopotany niż ty.

- Może i prawda - parsknęła pogardliwie. - Nie dbam o to. Nawet jeśli mówisz prawdę, nie powinieneś przebywać w mo­im sąsiedztwie, a tym bardziej nie w domu. Wyglądasz i cuch­niesz jak...

- Jeśli nie zejdziesz, zacznę rozsmarowywać to paskudztwo po murze. Wtedy dopiero będziesz miała do czynienia z sąsiadami.

- A jak cię wpuszczę, to co?

- Co masz na myśli?

- Później będziesz mi wmawiał, że działałeś pod wpływem ko­lejnego czaru?

Zastanowiłem się, czy nie przyznać, iż faktycznie rzucono na mnie czar, tylko nie taki, o jakim myślała. Ale obawiam się, że w obecnych okolicznościach nie zostałbym dobrze zrozumiany.

- Nie masz się czego bać, Floro. Obiecuję, że będę grzeczny.

- Zobaczymy. Gdzie twój miecz? Nigdy nie widziałam cię bez miecza.

- Straż go zabrała. Opowiem ci o tym, gdy tylko się umyję.

- Nie jestem ciekawa - rzuciła wyniośle. - Ale zgoda, przypu­śćmy, że tym razem nie łżesz. Co będę z tego miała?

- Moja opowieść dotyczy nie tylko miecza. Powiem ci coś pożytecznego.

- Pożytecznego? Ha! Czy z twoich słów kiedykolwiek był ja­kiś pożytek?

- Moje informacje mogą zapobiec twojej śmierci. Wystarczy?

Głowa zniknęła, trzasnęło zamykane okno. Chwilę później usły­szałem kroki na schodach i drzwi stanęły otworem. Flora cofnę­ła się i założyła ręce na piersiach,

- W porządku, drzwi otwarte, wielki detektywie. Czego chcesz?

- Przede wszystkim, umyć się.

Położyła rękę na klamce. Drzwi zaczęły się zamykać.

- Był tu ostatnio Carl Lake? - zapytałem szybko.

- A czemu pytasz? - Drzwi znieruchomiały.

- Wezwał cię na zebranie, prawda?

- Skąd wiesz? - Drzwi otworzyły się powoli. - I co ci do tego?

- Najpierw mycie.

Pociągnęła nosem, i lekko pozieleniała.

- Skoro chcę stać na tyle blisko, żeby słyszeć co mówisz, faktycznie musisz się umyć. Wejdź od tyłu.

Drzwi zamknęły się, a ja przeszedłem na tyły budynku do drzwi zbitych z krzyżujących się belek. Flora przesunęła skrzypiącą zasuwę i jedno skrzydło uchyliło się ze zgrzytem. Wsunąłem się do pracowni. W wysokiej na dwa piętra sali z antresolą stało kilka ciężkich beczek i kadzi, dwa regały z książkami, stół do pracy i ta­blica. Światło wpadało przez okna na piętrze.

- Stań na tej kracie - nakazała Flora, wskazując kwadratową siatkę wpuszczoną w podłogę. Pod spodem była wolna prze­strzeń. Gdy wykonałem polecenie, Flora przesunęła jakąś dźwi­gnię i zakręciła korbą wystającą ze ściany. Pasy, które odcho­dziły od korby, wznosiły się pod sufit i biegły przez skompliko­wany labirynt bloczków i przekładni. Mechanizm wprawił ;w ruch rurę przymocowaną do jednej z kadzi. Zakończona ry­nienką rura przesunęła się i zatrzymała nad moją głową. Flora wyrysowała w powietrzu jakąś figurę, która najpierw niczym błękitny dym snuła się za jej palcem, a potem przepłynęła przez pracownię i powoli zawirowała nade mną. Przez lekką mgiełkę roztańczonych niebieskich cętek zobaczyłem, jak Flora naciska drugą dźwignię. Zapiszczał zawór u góry zbiornika, a potem z rury chlusnęła struga wody, która po drodze porwała błękitne okruchy wiszącego w powietrzu pierścienia i lunęła w postaci błyszczącego deszczu, który z podziwu godną skutecznością zmywał szlam i nieczystości.

- Jestem pewna, że nie usłyszę pochlebnej odpowiedzi - Flora podniosła głos, żebym mógł ją usłyszeć w szumie prysznica - lecz mimo to zapytam, dlaczego postanowiłeś przyjść do mnie?

Przepłukałem usta.

- Jesteś magiem, twoją specjalnością jest woda i nie miałem do ciebie daleko. Musiałem porozmawiać z magiem, musiałem się umyć, i musiałem zrobić jedno i drugie jak najszybciej. Może to nie komplement, ale niestety prawda.

Przesunęła dźwignię i struga wody skurczyła się w strumyk i przestała płynąć.

- A więc taka jest prawda. W twym wyjaśnieniu nie było słowa o przyjaźni.

- W dzisiejszych czasach nie wiadomo, kto jest przyjacielem, a kto nie - odparłem, otrząsając włosy z wody. - Poza tym, gdy­bym powiedział, że przyszedłem do ciebie, bo cię lubię, mogłabyś źle to zrozumieć. Świadczy o tym druga część pogawędki, jaką od­byliśmy na zewnątrz.

Poderwała głowę i wybuchnęła śmiechem.

- Co cię tak rozbawiło? - zapytałem.

- Ty! - wykrzyknęła. - Twoja nieśmiałość jest głęboka jak Oolvaan!

- Ja nazywam to taktem. Rzuć mi ręcznik. Zrobiła to ze śmiechem. Flora liczyła sobie ponad pięćdzie­siąt lat i trzymała się całkiem nieźle. Magowie musieli dbać o kondycję, aby sprostać wymogom stawianym przez swój fach. Jednakże miała parę funtów nadwagi, co zapewne świadczyło o pewnym zastoju w interesach. Flora zajmowała się umocnie­niami przeciwpowodziowymi i zapobieganiem wylewom, za co Czcigodny płacił jej z góry, lecz od dłuższego czasu panowała ładna pogoda, chyba więc nie miała wiele do roboty. Pamięta­cie sprzężenie? Kiedy mag rzuca dużo czarów, ma kłopoty z utrzymaniem wagi. Skutkiem ubocznym wyzwalania mocy jest przyspieszone spalanie tkanki tłuszczowej. Między zajęciami przewidujący mag stara się nabrać nieco ciała, żeby mieć zapas na przyszłość.

Flora nie była całkiem w moim typie, co nie znaczy, że kiedy­kolwiek potrafiłem dokładnie ów typ sprecyzować, ale los ze­tknął nas parę razy i odkryliśmy, że może nam być przyjemnie. Nie było to mechaniczne, przyjemna atmosfera nie powstaje sa­moczynnie, jednak zdarzało się to od czasu do czasu, i tak samo często byliśmy przyjaciółmi. Ale jak miało być tym razem, miało się dopiero okazać.

- W porządku, wielki detektywie, już jesteś czysty. Teraz ko­lej na twoje usta.

Postanowiłem przez jakiś czas nie ruszać się z miejsca i ocie­kać nad kratką. W tych okolicznościach nie chciałem zdejmo­wać i wyżymać ubrania.

- Dziś rano miałem klienta. Był nim nie znany mi mag, który przybył do miasta w interesach i teraz ma problemy z wyjazdem. Według niego nie chodzi o Straż. Miasto otacza jakaś magiczna ba­riera, której wcześniej nie było. Chciał, żebym się dowiedział, kto ją stworzył, i zmusił tego kogoś do jej zlikwidowania.

- Nie jesteś magiem. Nienawidzisz magii. Czemuś się w to wplątał?

- Ten facet ma zdumiewający dar przekonywania. Nie spodobał mi się pomysł przemienienia mnie w ropuchę. Przyjąłem tę robotę i poszedłem do Carla. Kiedy zapytałem go o barierę, okazał zdu­mienie, ale chyba nie była to dla niego żadna nowina.

- Jaka to bariera?

- Magiczna kwarantanna, przypuszczalnie, a poza tym uniemoż­liwia ludziom zajrzenie przez nią do miasta. To znaczy, magom, nie zwyczajnym ludziom.

- Carl nie mógłby wznieść takiej bariery. Nikt w Roosing Oolvaya. Może z wyjątkiem tego nowego.

- Nowego? Jakiego nowego?

Usiadła na krześle przy biurku. Podążyłem za jej przykładem i przycupnąłem obok kraty.

- Doszły mnie tylko pogłoski - mówiła Flora. - O jakimś no­wym facecie, który wynajął dom blisko północnego muru. Ponoć jest bardzo potężny.

- Hmm, prawdziwa gruba ryba... To interesujące. Ja też nie sądzę, że Carl sam wzniósł tę barierę, ale pomyślałem, że może wiedzieć, kto to zrobił. Zachowywał się w taki sposób, jakby wie­dział więcej, niż mówi. To dla niego normalne, jednak tym razem było trochę inaczej. Odniosłem wrażenie, że coś się szykuje. W każdym razie, powiedział, że zwoła zebranie magów i sam wszystko sprawdzi. Może tak, pomyślałem, a może nie. Wysze­dłem, okrążyłem kwartał i wróciłem na czas, aby zobaczyć, jak Carl wychodzi. Ruszył na północ. Śledziłem go i wpadłem w za­sadzkę Straży.

- Ty? W zasadzkę?

- Tak, ja. Sytuacja była dziwna, aleja też sfuszerowałem. Wrzu­cili mnie do celi, udało mi się wydostać i przyszedłem do ciebie.

Wcześniejsza uszczypliwość Flory zniknęła bez śladu.

- A więc - zaczęła z zadumą,- co myślisz?

- Dysponuję faktami i domysłami, a to zupełnie różne rzeczy. Odniosłem wrażenie, że Carl angażuje się w coś, co nie jest do­bre dla zdrowia. Zwołał zebranie, fakt, lecz poza tym zachowuje się podejrzanie. Chyba mu nie ufam. Nie podoba mi się czym się naprawdę zajmuje. Może Carl ma jakichś nowych przyjaciół, jak na przykład ten facet spod północnego muru, i może ten facet mówi mu, co ma robić; i może to, co mówi Carlowi, nie jest dla nas ko­rzystne. Nie wiem, czy to ma coś wspólnego z ogólną sytuacją w Roosing Oolvaya, ale nie byłbym zbytnio zaskoczony, gdyby tak było. Czemu więc przyszedłem do ciebie? Mam mnóstwo po­dejrzeń i naprawdę niewiele faktów. I jestem na tyle mądry, by wiedzieć, że nim zbierze się niezbite dowody, zwykle bywa za póź­no. Pomyślałem, że będziesz zainteresowana podejrzeniami i chcia­łem ostrzec cię przed tym zebraniem.

- Masz rację, to interesujące - rzekła Flora. - Muszę wiedzieć, do czego zmierza Carl. Sama się tym zajmę. Udam się na zebranie i... lepiej wyjdę przed końcem.

- Nie radziłem, że masz tam iść. Chciałem tylko, żebyś była równie nieufna jak ja. Muszę też wiedzieć, kiedy i gdzie ma od­być się zebranie.

- W porządku, ostrzegłeś mnie, więc ci powiem. Spotkanie od­będzie się u Carla, mniej więcej za godzinę, o siódmej. Lokaj Carla powiedział, że będą tam obecne wszystkie miejskie osobistości parające się magią- wyszła zza biurka. - Nie zapytam, co masz zamiar zrobić - rzekła uszczypliwie - gdyż nie chcę wiedzieć, a zresztą i tak byś mi nie powiedział. Ale tym razem mógłbyś na siebie uważać.

Podniosłem się i strzepałem resztki wody ze spodni. Wizyta u Flory dała mi przynajmniej jedną niezaprzeczalną korzyść: nie musiałem wyrzucać ubrania.

- Chcesz, żebym popsuł sobie reputację? Zrobię, co będę mu­siał, podobnie jak ty. Wszyscy zrobimy, co będzie trzeba. Tak działa świat, nieprawdaż? - Miałem nadzieję, że wszyscy będzie­my robili to, co robimy, jeszcze przez długi czas. Nie mieliśmy sobie nic więcej do powiedzenia, więc Flora wypuściła mnie tyl­nymi drzwiami i wyszedłem na ulicę. Flora nie miała zapasowe­go miecza, więc po drodze na zebranie u Carla musiałem zdobyć broń.

Minąłem wylot wąskiej uliczki. Nie wyróżniała się ona niczym szczególnym, lecz z jakiegoś powodu zatrzymałem się sześć kro­ków dalej i zawróciłem, aby jej się przyjrzeć. Uliczka biegła mię­dzy dwoma przechylonymi budynkami. Jedynym rzucającym się w oczy elementem jej wystroju były stosy odpadków. Ruszyłem nią ostrożnie. Coś, co kazało mi się cofnąć, teraz nakazywało mi podążać dalej. Zobaczyłem tylko śmieci. Potem, gdy wydawało mi się, że dotarłem do końca, uliczka zakręciła za jedno z pochy­łych domostw. Dostrzegłem postać siedzącą w cieniu pod murem.

- Cześć - przywitałem się. - Ciekaw byłem, kiedy się pokażesz. Gashanatantra wyprostował się, wsparł na laseczce i otrzepał tył tweedowej peleryny.

- Nie zdobyłeś potrzebnych mi informacji! - warknął złowiesz­czo.

- A niby co robię? Jak chcesz, to mnie wylej i zabierz swoją zaliczkę. Dowiedziałem się mnóstwa rzeczy. Z twojego powodu zaliczyłem odsiadkę w więzieniu, Straż skonfiskowała mi dosko­nały miecz, a jeśli w tej chwili nikt nie próbuje wdeptać mnie w ziemię, to tylko dlatego, że wszyscy zainteresowani kłócą się o to, kto ma być pierwszy.

- Nie interesują mnie wybuchy oburzenia z powodu kwestiono­wania twojej zawodowej kompetencji - rzekł oschłe Gash. - Inte­resują mnie wyniki.

- Wiem, wiem. Już to mówiłeś. Daj mi więcej czasu. Wpadłem na dobry trop.

- Związany z niejakim Carlem Lake?

- Tak. Może jest, a może i nie jest poszukiwaną przez ciebie osobą, ale tak czy owak, wie, kto ponosi odpowiedzialność za wzniesienie bariery. Jeżeli naprawdę chcesz służyć pomocą, mógłbyś sam to z niego wyciągnąć.

- “Pierwszoliniowy", chyba tak to się u was nazywa? - za­chichotał. - To ty.

- To też już mówiłeś. Porozmawiajmy poważnie. Wytropienie faceta od bariery nie będzie trudne. Problem polega na tym, co mam zrobić, gdy go znajdę. Czego się po mnie spodziewasz? Mam go pojmać? Zabić? Odbyć z nim miłą pogawędkę i nakłonić do zlikwidowania bariery, bo nie podoba się ona mojemu kliento­wi?

- Nie wiem, jakiej rady ci udzielić - odparł z zadumą. - Ty tam będziesz, więc musisz zawierzyć własnym instynktom.

- Cudownie. Instynkt mówi mi, żebym tam nie chodził. Ale przypuśćmy, że pójdę, przypuśćmy, że zrobię to, co uznam za słuszne, a potem ty stwierdzisz, iż nie tego chciałeś. Następne po­dejście będzie dużo trudniejsze.

- Chcę zniesienia bariery. Chcę wiedzieć, kto ją stworzył i dla­czego. Chcę wiedzieć, czy twórca jest świadom mojej obecności i czy jest to atak wymierzony we mnie. Jeśli tak, sprawca musi umrzeć. To wszystko. Szczegóły to twój biznes. No, teraz ruszaj, bo inaczej spóźnisz się na zebranie.

- Dzięki za pomoc - odwróciłem się do odejścia.

- Jeszcze jedno.

Poczułem, że za mną dzieje się coś dziwnego. Coś pociągnęło mnie za plecy i próbowało obrócić w paru kierunkach na raz, jak bezgłośne maleńkie tornado. Zerknąłem ostrożnie przez ramię.

Z ręki Gasha, z tej, w której trzymał laseczkę, wystrzelił roz­iskrzony wir długości laski. Gdy blask zaczął płowieć, dostrzegłem długi i ostry kształt o barwie świeżo wykutego metalu. Wzdłuż niego połyskiwały faliste linie skomplikowanych rytów i tajemni­czych znaków runicznych.

- Chyba wspomniałeś, że potrzeba ci czegoś takiego - powie­dział Gash.

Szczęka opadła mi na piersi, ale nie zawracałem sobie nią gło­wy. Powoli odwróciłem się w stronę miecza. Nie miałem zamia­ru po niego sięgać. Ta broń była urzeczywistnieniem najbardziej fantastycznych marzeń, najpiękniejszą rzeczą świata. Był solid­ny, materialny i jak najbardziej prawdziwy. Klejnoty lśniły na rę­kojeści, refleksy światła przemywały powierzchnię czegoś, co wyglądało jak stal, ale stalą zapewne nie było. Żadna stal nie może być tak doskonała.

- Weź go - rzekł Gash. - Szukasz miecza, a nie możesz spóźnić się na zebranie.

Jakimś cudem udało mi się wyciągnąć rękę.

- Chwyć tutaj, w ten sposób... - podpowiedział Gash, prze­suwając dłoń na rękojeści i robiąc miejsce dla moich palców. Gdy moja ręka zbliżyła się do miecza, iskry skoczyły między nią a rękojeścią. Jakaś siła złapała moją dłoń i odwróciła ją, próbując odepchnąć. Zagryzłem zęby i zacisnąłem palce na rękojeści. Miecz z trzaskiem wpasował się w moją dłoń.

- Pozna cię dzięki dopasowaniu mojej i twojej aury. - Gash puścił rękojeść. Miecz ożył w moim ręku, usiłując mnie prze­wrócić. Rozstawiłem stopy i skoncentrowałem się na utrzyma­niu równowagi.

- Dzięki - wysapałem, przynajmniej raz szczerze. W tej chwili pobyt w więzieniu, zadanie przydzielone mi przez Gasha i fakt, że najprawdopodobniej jeszcze przed wieczorem zostanę zabity w ja­kiś wyrafinowany sposób, odeszły na dalszy plan. Jednakże w trak­cie zmagań z tym oszałamiającym mieczem zdałem sobie sprawę, że być może nie będę w stanie trzymać go i chodzić, nie mówiąc o bardziej skomplikowanych rzeczach. - Czy istnieje jakiś prosty sposób uspokojenia tego cuda?

- Zapamiętaj to słowo - rzekł Gash i dodał coś w jakimś staro­żytnym języku. Miecz zaczął wić się w mojej dłoni, fale mocy pró­bowały rozbić moją dłoń w drobny mak, a potem znów przeisto­czył się w laskę. Emanacja zniknęła.

Wypowiedziałem słowo, na którym można było połamać sobie język. Nic się nie stało. Gash powtórzył je, powoli, wyraźnie wymawiając każdą sylabę. Spróbowałem jeszcze raz, i tym razem zostałem nagrodzony ostrym wstrząsem, od którego ręka zdrętwiała mi po łokieć.

- Nie obrażaj go - powiedział Gash. - Monoch jest całkiem inte­ligentny jak na miecz.

- Przepraszam - bąknąłem. Zamknąłem oczy i skoncentrowa­łem się, potem wypowiedziałem słowo. Moja ręka zawibrowała. Miałem wrażenie, że dłoń została odarta ze skóry po nadgarstek. Kontur laski spłynął jak stopione żelazo do formy w kształcie mie­cza. Szybko powtórzyłem słowo. Proces tężenia ustał. Miecz z me­talicznym westchnieniem powrócił do swej postaci podróżnej.

- Wypowiadanie słowa na głos nie jest konieczne - poinformo­wał mnie Gash. - Możesz wyrzec je bezgłośnie, Monoch usłyszy. No, ruszaj już.

Zostawiłem Gasha i ruszyłem do domu Carla Lake. Prawdo­podobnie będę musiał zdać sprawozdanie z tego, co działo się z lasko-mieczem, więc obchodziłem się z nim jak z jajkiem. No, ale z takim mieczem mógłbym wyjść obronną ręką z nielichych tarapatów. Oczywiście, należy zaznaczyć, że z takim mieczem moje skłonności do wpadania w tarapaty znacznie wzrosły. Mia­łem nadzieję, że jeśli sytuacja do tego dojrzeje, będę w stanie utrzymać się na nogach i zarazem wymachiwać Monochem. W chwili obecnej każdy przyzwoity bukmacher przez kwadrans tarzałby się ze śmiechu, zanim by przyjął na mnie zakłady.

Zbliżałem się do domu Carla od tyłu, próbując postawić wszyst­kie zmysły w stan gotowości. Z każdym krokiem w moim żołądku narastała twarda piguła. Może tylko dlatego, że przez cały dzień nic nie jadłem? Im bliżej podchodziłem, tym uczucie to stawało się silniejsze, jakby żołądek obracał się w potężnym wirze. Co ty knujesz, Carl?, pomyślałem.

Z muru dwupiętrowego budynku, stojącego tuż za kamienicą Carla wystawały końce belek. Wsunąłem laskę pod tunikę na plecach i wspiąłem się na dach. Dach był stromy, kryty łupkiem - rzecz niezwykła w Roosing Oolvaya, ale znalazłem rynnę i udało mi się przeleźć na drugą stronę. W polu widzenia pojawiło się mieszkanie Carla. Przez przejrzyste błony, rozpięte nad solarium od ulicy, wyraźnie prześwitywał blask lamp. Za nimi poruszały się postacie. Miałem doskonały widok w góry, uznałem jednak, że to za mało. Opuściłem się ostrożnie na dach domu Carla i zbli­żyłem się w kucki do solarium. Drzwi, z których korzystałem dziś rano, wychodziły na ulicę Świeżej Bryzy. Właśnie stamtąd dobiegł hałas czyniony przez nadchodzące towarzystwo. Cień w so­larium przesunął się i zniknął. Skryłem się za szerokim, baryłkowatymi kominem i wyciągnąłem nóż z cholewy. Wyciąłem niewiel­ką dziurkę w dachu solarium w miejscu przysłoniętym z dołu przez cień palmy. Rozciągnąłem się na brzuchu i przysunąłem oko do otworka.

Mogłem teraz patrzeć z góry na każdego, kto pojawi się w po­mieszczeniu. Pod otworkiem rozpościerały się liście palmy, jed­nak nie przysłaniały mi pola widzenia. Miałem doskonały widok nawet na najdalsze zakątki pokoju. Wyjąłem laskę spod koszuli i położyłem ją na podorędziu. Usłyszałem kroki na schodach, a po­tem do solarium weszło parę osób.

Carl Lake wiódł grupę złożoną z kilku magów. Florę znałem, od czasu do czasu miałem do czynienia z Roungą i Italio Ignachi, inni również nie byli mi obcy. Gdy usadowili się na kana­pach, służący Carla przyniósł tacę z herbatą i przekąskami. Sam chętnie bym skosztował. Kazałem żołądkowi się zamknąć. Od strony ulicy dobiegło pukanie, służący zszedł na dół i wrócił z na­stępną grupką. Nowi uczestnicy zebrania poczęstowali się her­batą i ciastkami. Carl wstał od stołu i zabrał głos:

- Zastanawiacie się zapewne nad celem tego zebrania. Z pew­nością w naszym małym, spokojnym Roosing Oolvaya nie mo­gło wydarzyć się nic na tyle znaczącego, co usprawiedliwiałoby tak niespodziewane wezwanie, prawda? Ze smutkiem informuję, że jest inaczej. - Klasnął w dłonie za plecami i zaczął krążyć po solarium. Zaszło coś dziwnego, lecz początkowo nie potrafiłem tego określić. - Wszyscy jesteście świadomi nowej pozycji Kaara i, hmm, powiązanych z nią wydarzeń politycznych. Być może już się nad nimi zastanawialiście i snuliście różne domysły. Mimo to może być dla was nowiną, że manipulacjom politycznym towa­rzyszy podobna działalność w naszej dziedzinie. Możliwe, że wy­darzenia w sferze magii w rzeczywistości były pierwsze, a sam Kaar jest jedynie ich wynikiem. Mam sprecyzować? Czy ktoś z was pró­bował ostatnio opuścić miasto? Nie? W takim razie, nie wiecie. Obecnie miasto otacza bariera.

W solarium narósł gwar, który szybko ucichł na znak Carla. Mój żołądek znów zaczął fikać koziołki, ale jakoś wcale nie czu­łem się głodny. Wróciła wcześniejsza, przyprawiająca o mdłości sensacja, tyle że stokroć silniejsza.

- Bariera owa - kontynuował Carl - reprezentuje nadzwyczajną moc; zbadałem ją osobiście. Przypomina bariery chroniące przed intruzami, które opisał Iskandrian; zapewne znacie jego pisma. Prócz niej zaistniały inne niezwykłe emanacje, skupione wokół północnego muru miasta. Wygląda na to, że wśród nas pojawiła się nowa moc.

Zamrugałem. Ciemna mgła, niezmiernie delikatna i ledwie wi­doczna, pełzła wzdłuż ścian pomieszczenia. Kiedy na nią patrzy­łem, w moim żołądku rozdzwonił się alarm. Mgiełka była niemal doskonale przejrzysta, nadawała wszystkiemu, co przysłaniała, najdelikatniejszy z możliwych odcień czerni, ale na pewno jej sobie nie wymyśliłem. Naprawdę tam była i rozprzestrzeniała się, ota­czając wszystkich obecnych...

- Co powinniśmy zrobić w obliczu nowego ładu? Stawić opór, hmm? Może uciec? A może zachować bierność, cierpliwie cze­kając na rozwój wypadków i uważając na wszystko, co może okazać się dla nas korzystne? A może... - Carl omiótł wzrokiem twarze obecnych. - A może zrozumieć następstwa i oddać hołd?

Tym razem nikt się nie odezwał. Prawdę mówiąc, Carl był jedy­ną poruszającą się osobą. Wszystkich, co do jednego - z wyjąt­kiem Carla i jego sługi - spowijała groźna czarna mgła. Zacisną­łem palce na rączce laski.

- Poprosiłbym o powstanie, lecz jak już pewnie zauważyli­ście, utraciliście zdolność ruchu. Tym samym, ze smutkiem, je­steśmy zmuszeni do ominięcia formalności - wyprężył się jak sier­żant na mustrze, jego niedawno chroma noga była teraz prosta jak strzała. Więc to mnie zaskoczyło, gdy go śledziłem. Wcześniej, z powodu aresztowania nie miałem czasu się nad tym zastanowić. Carl już nie kulał.

- Te manifestacje, powiązane są z konkretną osobą. Koleżanki i koledzy, mam zaszczyt przedstawić wam nowego, prawdziwego pana Roosing Oolvaya.

Wprost pod moim punktem obserwacyjnym otworzyły się drzwi. Do pokoju weszła postać odziana w czarny płaszcz. Widziałem tyl­ko czubek głowy i ramiona okryte czarnym płaszczem, lecz to wy­starczyło, by mój żołądek wpadł w środek wiru, a serce stanęło w gardle. Ciemna mgła krążyła wokół nowoprzybyłego w rado­snych porywach. Nagle uświadomiłem sobie, że to jego aura. Nie wiem, skąd to wiedziałem, ale miałem nadzieję, że będę miał oka­zję zastanowić się nad tym później. Aura karmiła się magami obecnymi w pokoju, prawdopodobnie mną również. To nie wszystko. Poszerzona percepcja, umożliwiająca mi widzenie i rozumienie ta­kich rzeczy, przynajmniej częściowo, podsunęła mi następny strasz­liwy fakt.

Stare przysłowie mówi: “Nieznane nie może zrobić krzywdy". Cóż, uważałem je za wyssaną z palca bzdurę, lecz miałem paskud­ny nawyk pakowania się w sytuacje, które dobitnie tę mądrość po­twierdzały. Jednak aż do tej chwili nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo może być źle. Nieuświadamianie sobie istnienia czegoś nie gwarantuje najmniejszej ochrony przed tym czymś. Nie wiedzia­łem, czemu będę musiał stawić czoło, nie wiedziałem nawet, czy jest to fizycznie możliwe, lecz teraz było za późno na spekulacje. Nie wystarczy powiedzieć, że tam na dole był mag. Czarna postać w solarium była Śmiercią.

- Jestem Oskin Yahlei - przedstawił się przybysz.


Rozdział X

SHAA l MONT PRZEPRAWIAJĄ SIĘ ŁODZIĄ


Nie znam się na tym - powiedział Mont. - Przygotowania są wprost proporcjonalne do długości po­trzebnej łodzi.

- Do długości łodzi?

- Tak - potwierdził Shaa - na linii wodnej. A teraz, cicho. Nasze zadanie jest zupełnie łatwe.

Jurtan Mont popatrzył na nowy nóż we własnej dłoni i na że­lazny łom w ręce Shaa. Ilekroć się ruszył, strzała bólu przeszy­wała mu mięśnie karku aż po uszy. Od pół godziny kulili się za wielką paką na spokojnej ulicy nabrzeża. Czekali na Straż. Ten facet to wariat, myślał Mont.

Shaa zaś, który większą część życia spędził w podobnych oko­licznościach, był w swoim żywiole. W tego typu operacji wola­łby runąć na swoje ofiary z góry, jednak ze względu na skromne doświadczenie swojego nowego kolegi zdecydował się na roz­wiązanie mniej widowiskowe. Nagle dostał sójkę w bok. Mont, ledwo widoczny w plamie nikłego światła rzucanego przez latar­nię kołyszącą się na ścianie pobliskiego magazynu, wskazał na nabrzeże. Shaa podniósł dwa palce i potrząsnął nimi pytająco. Mont przytaknął ruchem głowy. Wtedy Shaa wyjął z kieszeni trzy kamy­ki, wymierzył i rzucił. Kamyki wylądowały parę jardów od końca nabrzeża, jeden- dwa- trzy, z odgłosem przypominającym trzy spieszne, nieco ukradkowe kroki.

Mont ostrożnie złapał nóż za jelec i odwrócił go rękojeścią do przodu. Ponad chlupot fal wzbił się grzechot pancerzy i tu­pot biegnących ludzi. Przy pace pojawili się dwaj Strażnicy. Za­trzymali się, patrząc w kierunku źródła domniemanych kroków.

Shaa wywinął łomem. Drugi Strażnik usłyszał łomot, odwrócił się. i zobaczył rozmazany błysk, gdy nóż Monta przemknął tuż przed jego nosem, zamrugał, otworzył usta i sięgnął po miecz. Shaa odepchnął na bok przewracającego się pierwszego żołnie­rza, rzucił łom i trzasnął pięścią w pierś niedoszłą ofiarę Jurtana. Mężczyźnie powietrze uciekło z płuc. Runął ciężko na na­brzeże, zadygotał i znieruchomiał. Shaa na wszelki wypadek uderzył jego głową o deski, następnie otrzepał ręce i podniósł łom.

- Niezłe narzędzie - powiedział. - Pamiętaj, nigdy nie wolno przechodzić obojętnie obok zwałów śmieci. Nie uwierzyłbyś, ile pożytecznych rzeczy ludzie wyrzucają.

- Dlaczego to robimy? - zapytał Mont. - Przecież mogliśmy po prostu ich ominąć.

- Kiedy uderzymy na pałac - odparł Shaa, skrupulatnie czysz­cząc poręczny kawał metalu - będzie nam potrzebne przebranie.

- Tak, ale po co teraz tracić czas? Już byśmy byli w pałacu. Jestem pewien, że tam jest mnóstwo Strażników.

- Rzeczywiście. - Shaa podniósł brew. - Jednak kiedy tam się znajdziemy, będziemy bardzo zajęci. Pomóż mi. Pancerz zapina się na ramieniu i pod pachą.

- Czego nam potrzeba? - zapytał Mont, po omacku rozpinając rzemienie.

- Weźmiemy pancerz, pas do miecza i kolczugę. Reszta stroju nie jest standardowa. Te rzeczy mieli na sobie, gdy się zaciągali. Ty masz takie same spodnie.

Przez chwilę przebierali się w milczeniu.

- To coś nie pasuje - poskarżył się chłopak.

- Normalka, zawsze tak jest - odparł Shaa, który jednak, kie­rowany wcześniejszym doświadczeniem, przezornie wybrał so­bie Strażnika o podobnej budowie.

Jeden z ogłuszonych poruszył się i jęknął.

- Zostawimy ich tutaj? - zapytał Mont, rozglądając się czujnie.

- Jeśli chcesz, możesz ich sturlać do rzeki - rzekł Shaa. Jego głos dobiegał z pewnej odległości. - Ja z racji tego, że w świecie, w którym żyjemy, jest już o wiele za dużo przypadkowej przemo­cy, postanowiłem kroczyć ścieżką tolerancji. Każdy powinien pa­miętać, że ci ludzie nie są złem koniecznym, a tylko Strażnikami. Aha, tutaj jest! - pojawił się u boku Monta. Chłopak podskoczył, aż jego nowy pancerz zagrzechotał.

- To, jak sądzę, należy do ciebie? - Coś błysnęło metalicznie. Okazało się, że to nóż, którym Shaa balansował zgrabnie na dłoni.

- Dzięki - Mont złapał nóż i wsunął go za pas. - Jeśli nie wrzu­cimy ich do wody, to co?

Odpowiedziały mu dwa głuche łupnięcia, po czym Shaa scho­wał łom za pas.

- Nim się przebudzą, my będziemy na wyspie. Chodź! Nabrzeża zajmowały większą część długiego, zwróconego ku wschodowi zakola, nad którym leżało Roosing Oolvaya. Leniwy prąd omywał brzegi basenów i sztucznych zatoczek. Na cumach przy nabrzeżu albo na kotwicach kołysały się setki jednostek pływających, od małych łódek po masywne barki do przewozu towarów. Tu i tam mrugały światła latarni zapalonych w kabinach albo zawieszonych w pajęczynie olinowania. Na nabrzeżu pano­wała niezwyczajna cisza. Nikt nie wygrywał rzecznych melodii, nikt nie śpiewał chrapliwym głosem żeglarskich pieśni.

- To ta - oznajmił Shaa, patrząc na wybraną łódź.

- Dlaczego ta?

- Znów masz zamiar utrudniać?

- Ale... to maleństwo!

- A może spodziewałeś się jachtu Czcigodnego? Nie chcemy zwracać uwagi. Z drugiej strony, nie chcemy się zamoczyć. Za­uważ stosunkowo wysokie burty. - Prawdę mówiąc, Shaa brał pod uwagę kradzież jachtu Czcigodnego, ale zabrałoby to więcej czasu.

Opodal mierzyły w niebo bliźniacze drążki drabiny. Mont zsze­dł pierwszy. Musieli uważać, gdyż dolne szczeble pokrywał szlam. Drabina wiodła na małą platformę unoszącą się na wodzie. Przy platformie cumowała wybrana łódź.

- Śmiało - rzekł Shaa. - Wsiadaj.

Rzeczona łódź najwyraźniej służyła do łowienia ryb i skoru­piaków. Miała pięć kroków długości, może trochę mniej, ale była dość wąska, by wiosłami mogła zajmować się jedna osoba.

- Shaa, na dnie stoi mulista woda.

- To się nazywa “zęza" - wyjaśnił Shaa, zrzucając cumę i prze­chodząc na dziób. - Wszystko ma swoją nazwę. - Odwiązał cumę na dziobie, wrzucił ją do łodzi i ostrożnie wszedł na pokład. - W gruncie rzeczy to dobry znak. Szlam w zęzie świadczy, że woda stoi tu od długiego czasu.

- No i co z tego?

- Nie tutaj, usiądź na dziobie. Z przodu - Shaa usadowił się mię­dzy wiosłami, twarzą do rufy. Łódź zakołysała się, gdy Mont gra­molił się na dziób. - Skoro woda stoi tu od tygodni, to znaczy, że łódź nie przecieka.

- Aha.

- W rzeczy samej. Słuchaj, ja będę wiosłował, a ty będziesz mnie prowadził. Odbijamy.

Mont przechylił się nad burtą i odepchnął od najbliższego słu­pa, Shaa wykręcił głowę, ocenił odległość od nabrzeża i zaczął wio­słować. Łódź skręciła i ruszyła w poprzek rzecznego nurtu.

- Chyba przed nami jest coś wielkiego - powiedział Mont. Shaa znów się obejrzał.

- Widzę. Teraz po cichu. - Pociągnął silniej prawym wiosłem, po­tem delikatnie zanurzył oba pióra w wodzie. Łódź przesunęła się wzdłuż wysokiej burty obrośniętej festonami słodkowodnych skoru­piaków, ominęła ginący w mroku łańcuch kotwiczny i wróciła na kurs.

- Teraz droga wolna.

- Doskonale - Shaa sprawdził na wszelki wypadek; Mont miał rację. - Widzisz pałac? Druga wyspa od lewej.

- Tak, widzę.

- Będziemy sterować trzydzieści stopni na lewą burtę, aby skompensować wpływ prądu. W lewo.

Shaa wiosłował, postękując od czasu do czasu. Spienione grzy­wacze i silny prąd sprawiały, że przeprawa była naprawdę trudna. Zapewne gdzieś w górze rzeki szaleje burza, pomyślał Shaa. Może być gorzej.

Mont popatrzył w stronę miasta. Teren wznosił się łagodnie od brzegu rzeki w głąb lądu, toteż w pomarańczowym blasku pochodni widać było kolejne szeregi dachów i najwyższych pięter. Na pierw­szym planie kołysały się niespokojnie ciemne sylwetki barek. Łódź też się kołysała, nie tylko z boku na bok, ale również wzdłuż. Mont usłyszał ciche, nosowe trąbienie dalekiego rogu mgielnego.

- Shaa, nie czuję się dobrze.

- Choroba morska, czy...

- Słyszysz róg mgielny?

- Nie. Zaczynam się synchronizować. Myślę, że to przez fale, które uderzają rytmicznie o łódź... - oczy mu zmętniały.

- Tylko nie zemdlej - powiedział Shaa. - Słuchaj, teraz ty powiosłujesz przez pewien czas. Musisz skoncentrować się na czymś innym.

- Gdybyśmy mieli czarnoksiężnika - wyszeptał słabym głosem Mont - nie musielibyśmy wiosłować.

- Gdybyśmy mieli czarnoksiężnika, miałbyś o wiele większe zmartwienia - Shaa podniósł wiosła i przeniósł się na dziób. Mont niechętnie zajął zwolnione miejsce.

- Wiosłuj - nakazał Shaa.

Nauka była ciężka. Żeby z powrotem wejść na kurs, przez kilka minut płynęli w górę rzeki. Wyspa z pałacem Czcigodnego zbliża­ła się powoli. Wokoło szumiała rzeka.

- Co... zrobimy... - wysapał Mont - kiedy... się tam... dostaniemy?

- To co dotychczas - będziemy improwizować. Silniej prawym wiosłem, jeśli łaska. Widzisz, nie lepiej? Niedługo cię zmienię. Dobrze znasz pałac? I wyspę, skoro o rym mowa?

- Wiem... jak się dostać... do lochów... o ile zacznę... we wła­ściwym... miejscu.

- A sekretne przejścia?

- Sekretne przejścia?

- W każdym pałacu są takie przejścia. Zwłaszcza w tych z lo­chami.

- Myślałem... że mówiłeś... że je znajdziesz.

- Myślałem, że ty mi pomożesz.

- Jak je znajdziesz... z przyjemnością... z nich skorzystam - Mont zamilkł dysząc ciężko.

- Może zmienię cię od razu - Shaa spiorunował go wzrokiem. - Nie cierpię odwoływać akcji z powodu ataku serca swojego adiu­tanta.

Mont z wdzięcznością puścił wiosła i runął na dno łodzi. Łódź okręciła się w prądzie i ruszyła na południe. Shaa przełazi nad leżącym na ławeczkę wioślarza, zaczerpnął ręką wody i spryskał nią twarz chłopaka. Mont prychnął, a Shaa chwycił za wiosła.

Po pewnym czasie Mont wyrównał oddech i przeczołgał się na dziób. Popatrzył na zbliżającą się wyspę.

- Gdzie wylądujemy? Od tej strony są doki i plaże, ale zapew­ne także posterunki.

- Celna uwaga - pochwalił go Shaa. - Zaczynasz dostrzegać szczegóły. Skoro ta najwygodniejsza strona jest niezdatna do lądo­wania, co z innymi?

- Cóż, są tam skały, urwiska, mury...

- Można się na nie wspiąć?

- Uważa się, że to niemożliwe.

- Hmm - Shaa rozmyślał, płynąc pod prąd na północ od wyspy. Wreszcie podjął decyzje. - Rzućmy okiem na mur północny.

Zaczęli mijać wyspę od lewej. Nad skałami i murami płonęły pochodnie i ogniska rozpalone przez wartowników. Ogień rzucał czerwone i żółte bryzgi na wieże i blanki. Budowlę zwano pała­cem głównie z przyzwyczajenia. Wzniesiono ją stulecia wcześniej, za czasów wielkiego cesarstwa, jako siedzibę imperialnego garni­zonu. Potężne fortyfikacje zaprojektowano tak, by wytrzymały dłu­gotrwałe oblężenie, i w ciągu lat niejeden raz z powodzeniem spe­łniały swoje zadanie. Jednakże, rozmyślał Mont, kilku doborowych, doskonale wyszkolonych i zdeterminowanych ludzi mogłoby... Przywołał się do porządku. Traktowanie tego przedsięwzięcia jako kolejnej powieści przygodowej nie przyniesie wielkiej pomocy.

Podczas gdy Mont śnił na jawie, Shaa zastanawiał się nad logi­styką. Po pierwsze, będą musieli wylądować. Po drugie, wspiąć się na mur i dostać w obręb kompleksu pałacowego. Po trzecie, nie zdradzając się dotrzeć do lochów. Po czwarte, uwolnić więźniów. Właściwych więźniów, poprawił się kwaśno Shaa, rozpamiętując wstydliwy wyczyn sprzed paru lat, który polegał na uwolnieniu notorycznego mordercy rozprawiającego się ze swoimi ofiarami za pomocą siekiery. Po piąte i następne, pokonać żołnierzy, obalić Kaara i wyrwać społeczeństwo z nieuniknionej apatii. Operacja po­winna zakończyć się w porze śniadania.

- Już bliziutko - poinformował Mont.

Shaa zerknął na wznoszące się wprost przed dziobem długie, pogrążone w mroku urwisko. Wieńczyły je mrugające pochod­nie i przesuwające się na ich tle sylwetki ludzi. Linię świateł prze­rywały ciemne zarysy katapult i kadzi na wrzący olej. U stóp skały spieniona woda jaśniała fosforyzującym błękitem.

- Popatrz tam - rzekł Shaa.

Tuż przed nimi był cypel otoczony wałem naniesionych przez wodę osadów.

- Tam? - pisnął Mont. - Ty chyba...

- Ucisz się, proszę.

Pas piasku pomieściłby łódź, pod warunkiem że zdołaliby do niego przybić. Shaa ustawił się odpowiednio i prąd pchnął ich mniej więcej we właściwym kierunku. Szum wody przybrał na sile; grzywacze wściekle tłukły o skały. Łódź poderwała się, pod­skoczyła. Coś zgrzytnęło pod stopami Monta, drewno zawibro­wało. Dziób wzniósł się nad wodę i opadł na skałę, poszycie rozlazło się z trzaskiem. Potem kolejna fala podniosła łódź i osa­dziła ją na plaży. Mont wypadł za burtę i rozpaczliwie uczepił się nadwątlonego dziobu. Dziób został mu w rękach.

- Auu- poskarżył się piskliwie. - Ty... ty... jak myślisz, ile szczę­ścia...

- To talent - rzucił z roztargnieniem Shaa. Stał na kłodzie wy­stającej z ubitego żwiru i przyglądał się skałom i murom.

- Ale ta łódź... już nigdy nie będzie pływać. Jak wrócimy?

- Planowałeś uwolnić więźniów, prawda? A może nawet roz­prawić się z Kaarem? Oczywiście, będziemy wracać inną trasą.

- Aha, masz rację. Co teraz? - Mont zadarł głowę i spojrzał na pnące się prawie pionowo skały. Woda omywała mu kostki.

Shaa zmrużył oczy.

- Popatrz tam, gdzieś w połowie wysokości, trochę na prawo. Na tle jednolitej czerni Mont zobaczył nikłą, pomarańczową plamę.

- Okno - oznajmił Shaa. Odpiął rzemień pancerza na ramieniu i wyjął spod płaszcza skórzany worek. Rozwiązał sznurek i wy­ciągnął drewniany cylinder z metalowymi taśmami oraz kilka mniejszych części. Gdy rozłożył dwa ramiona z boków cylindra, Mont domyślił się, co to za urządzenie.

- Kusza?

- W rzeczy samej. - Shaa oparł kolbę kuszy na kłodzie i nacią­gnął zapierając się stopą o wystające złoża strzemię. Potem pogmerał w skórzanym worku. Tym razem wydobył gruby bełt i kłę­bek cienkiego sznurka. - Patrz i podziwiaj! - przymocował sznu­rek za lotkami, złapał strzałę za drzewce i uderzył tępym czub­kiem w resztki łodzi. Z ostrym “spriiing" wokół czubka rozłożyło się sześć sterczących promieniście prętów. Shaa pokazawszy chłop­cu kotwiczkę złożył jej ramiona i zabezpieczył mechanizm zamy­kający.

- To najbardziej nieprawdopodobna rzecz, jaką w życiu widzia­łem - rzekł oczarowany Mont - ale nie ma mowy, żeby utrzymała nasz ciężar. Obaj niechybnie zginiemy.

- Przygotuj się na niespodziankę - odparł oschle Shaa. - Produ­cent specjalizuje się w takich wynalazkach. Ma fioła na punkcie mechaniki.

- To twój przyjaciel?

- Maks - odparł Shaa - ten sam Maks.

- Ten Maks musi być oblatanym facetem.

- O, tak - Shaa wsunął szpulką sznura do gniazda na kolbie ku­szy i ostrożnie umieścił bełt w bruździe. Cofnął się, podniósł ku­szę, wycelował w najjaśniejsze miejsce na klifie i nacisnął spust. Strzała śmignęła i zniknęła w ciemności, sznur zaczął rozwijać się ze szmerem. Shaa nasłuchiwał pilnie. Po chwili z satysfakcją po­kiwał głową.

- Idę pierwszy.

- Dokąd? Skąd wiesz, co tam jest? Skąd wiesz, czy to coś cię utrzyma?

- Proszę jedynie o odrobinę zaufania, to wszystko - poprosił z kąśliwą uprzejmością Shaa. Złożył kuszę i schował ją do wor­ka, chwilę później zawisł na sznurze.

Sznur wytrzymał. W mroku jeżyły się poszarpane krawędzie skał. Shaa z obawy, że ostre końce mogą postrzępić linę, odsu­wał ją jak najdalej od skał. Kilka kroków od ziemi naturalne urwi­sko przeszło w mur z wielkich wygładzonych głazów i wspi­naczka stała się łatwiejsza. Początkowo z powodu ciemności trud­no mu było określić położenie i odległość nikłego blasku, lecz szybko znalazł się tuż przy nim.

Strzała wpadła za krzyżujące się żelazne pręty zamykające kwa­dratowy wylot szybu wentylacyjnego. Kotwiczka rozłożyła się po uderzeniu w mur we wnętrzu szybu. W głębi mrugało świa­tło pochodni. Shaa zajrzał przez kraty, zobaczył, że szyb schodzi na spotkanie z korytarzem. Był ciasny, ale do przejścia. Wyjął spod płaszcza pęcherz niewielkiego ziemnowodnego stworzenia z południa i tak jak w czasie ucieczki ze Złośliwego Gnoma, siknął na żelazne pręty. Wstrzymał oddech, gdy spieniony płyn prze­żerał metal. Krata zachwiała się i przekrzywiła.

Shaa opuścił kratę do szybu i sam podążył za nią. Przejście było ciasne, ale mogło być gorzej. Spadek na szczęście nie był stromy.

W kwadratowym otworze pojawiła się twarz Monta. Chłopak wsunął głowę do szybu.

- Robisz takie rzeczy dla zabawy? - zapytał szeptem.

- A co nie podoba ci się? - odparł z roztargnieniem Shaa. - Cicho! - przepchnął się do wylotu szybu. W korytarzu panowa­ła cisza. Shaa wysunął głowę i rozejrzał się szybko.

Wąski korytarz biegł równolegle do północnej ściany, potem skręcał w głąb zamku. Na podłodze zalegała gruba warstwa ku­rzu. Światło, jakie ujrzeli z dołu, tutaj nie było dużo jaśniejsze.

Pochodnia znajdowała się. po lewej, za zakrętem. Shaa zeskoczył na podłogę i zastygł w bojowej postawie, z dłonią na rękojeści rapiera. Nic się nie poruszyło.

- Ty znasz ten pałac - wyszeptał w głąb szybu. - W którą stro­nę?

Mont, pojawił się w otworze. Zatrzymał się na skraju, zachwiał się i stracił równowagę. Shaa złapał go w locie i bezszelestnie po­stawił na podłodze. Mont potrząsnął głową i zamknął oczy, jakby nasłuchiwał. Shaa pomyślał, że brak zajęcia zdekoncentrował go i sprawił, że chłopak przestał nad sobą panować. Jednak całkiem możliwe, że słyszana przezeń melodia warta była popadania w trans. Mont zagryzł wargi i otworzył oczy. Jego spojrzenie było na wpół przytomne.

- Myślę, że lepiej w prawo, z dala od światła - powiedział. Shaa poluzował łom za pasem i ruszył korytarzem w prawo.


Rozdział XI

PRZEKLEŃSTWO PODSTĘPNEGO MIECZA


Jestem Oskin Yahlei - powiedział. Mroczna postać w ciemnym płaszczu, z kapturem odrzuconym na ramiona, rozejrzała się po pokoju powoli i z namysłem, przeszywając wzrokiem wszystkich obecnych. W powietrzu, jak kłęby dymu, pulsowały i przeplatały się prądy czarnej aury. Yahlei nie popatrzył między liśćmi palmy na mnie, aleja trwałem nieruchomo, żałując, że nie mogę przestać od­dychać. Na środkowym palcu jego lewej dłoni błyszczał ciężki, zło­ty pierścień. Klejnot przywodził na myśl oko cyklonu: wokół niego koncentrowały się wzburzone pasma mgły. Aura wydawała się zwią­zana bardziej z pierścieniem, niż z samym Oskinem Yahlei.

Nie zastanawiałem się, jak ta informacja dostała się do mojego umysłu, może za sprawą połączenia metabolizmów przejąłem pewne umiejętności Gasha, a może chodziło o coś innego. Prze­cież nie zobaczyłbym aury nawet gdyby walnęła mnie w nos, a gdybym przypadkiem zobaczył, to i tak bym nie wiedział, na co patrzę. Byłem najzwyczajniejszym w świecie, w miarę uczci­wym facetem, lecz skoro Gash wpakował mnie w to szambo, nie miałem żadnych skrupułów odnośnie wykorzystywania jego wiedzy w celu wydostania się z opresji.

Nawet w czasach gdy bogowie zstępują na ziemię w cielesnych powłokach i sprawiają ludziom kłopoty bez uciekania się do po­średników, trzeba dostrzegać różnicę między faktami a mitem. Nie wszystko, o czym się myśli, jest prawdziwe, nawet jeśli prawdzi­we okazuje się mnóstwo naprawdę niesamowitych rzeczy. Zawsze uważałem śmierć za koncepcję i stan, nie zaś za niezależne istnie­nie. Niestety, w oparciu o obecne fakty doszedłem do przekona­nia, że poważnie się myliłem.

Jak już nadmieniłem, ludzcy magowie nie są jednakowi. Różnią się specjalizacją, sposobem kierowania energią, orientacją etyczną związaną z używaniem magii i tak dalej. Bogowie również są wy­specjalizowani. Domyślałem się tego wcześniej, lecz nie zdawałem sobie sprawy z wielkości występujących wśród nich różnic. A były kolosalne, szczególnie dobrze widoczne na przykładzie Śmierci.

Śmierć jest naturalnym następstwem życia, występuje na porząd­ku dziennym i nigdy nie można mówić o jej deficycie. I tu jest pies pogrzebany. Nikt nie lubi marnować gotowego źródła mocy. Kiedy ktoś umiera, przejście w stan śmierci i rozkład wyzwalają energię. Bogowie będący Śmiercią, potrafią ją absorbować. Ból, cierpienie, zgon powolny czy szybki - wszystko to dostarczało energii i zwykle w pobliżu czaiła się Śmierć, aby ją wykorzystać.

Gdyby w grę wchodziła jedynie absorpcja pasywna, nikt by się tym nie przejmował, istnieje mnóstwo rzeczy o wiele bardziej upior­nych. Niestety, to nie wszystko. Tylko niewielki krok dzieli korzy­stanie ze śmierci od jej powodowania, a malutki kawałeczek dalej znajduje się przejęcie nad nią kontroli. A skoro można kontrolo­wać śmierć, to można również kontrolować kawał życia. Efekt był taki, że nawet bogowie traktowali Śmierć z respektem, a jeśli nie z respektem, to co najmniej z ostrożnością.

Nikt nie wiedział dokładnie, ilu jest bogów. Szacunki wahały się od dwudziestu- trzydziestu do kilkuset. Dla mnie istotna była liczba Śmierci, a było ich może z tuzin. Śmierci nie były sobie równe. Gash nie znał ich hierarchii, wiedział tylko, że mają nad sobą jednego wielkiego szefa.

Wątpiłem, czy Oskin Yahlei jest Najwyższą Śmiercią. Jakoś nie potrafiłem sobie wyobrazić, by Śmierć Śmierci we własnej oso­bie zadawała się z bandą śmiertelnego motłochu. W gruncie rze­czy nie miało znaczenia, czy tam na dole jest sam Szef, czy tylko jego podwładny. Kłopoty były poważne niezależnie od tego. A ja leżałem na dachu nad głową Yahlei nie mając najbledszego poję­cia, co począć.

Tymczasem Oskin Yahlei wbił spojrzenie w Carla Lake.

- Ci są najlepsi w twoim mieście? - zapytał.

- Ci są jedyni - odparł z naciskiem Carl. - Powiedziałeś, że...

- Wiem, co mówiłem - Yahlei stanął na środku pokoju i dzięki zmianie kąta zobaczyłem, że ma czarną łatkę na lewym oku. W pew­nej chwili musnął ją palcami dłoni z pierścieniem. Kiedy pierścień przesuwał się obok łatki, stała się ona przejrzysta. Zobaczyłem skórę o upiornym odcieniu, zapadnięty oczodół i obrzmiałą tkankę. Gdy opuścił rękę, oko zniknęło.

Moja własna dłoń zadrżała.. Spojrzałem na nią. Laska Gasha za­częła wibrować, a gdy się wsłuchałem, dotarło do mnie ciche za­wodzenie. Poczułem kolejny wstrząs.

- Zamknij się - syknąłem możliwie bezgłośnie - bo nas zdra­dzisz. - Wokół laski kotłował się mglisty wizerunek miecza. - Powiem ci, kiedy będziesz potrzebny - dodałem. Kształt miecza spłowiał jakby z niechęcią i zawodzenie ucichło, ale nadal miałem wrażenie, że trzymam coś żywego, jakby ogon wielkiego, niecier­pliwego drapieżnika.

Carl Lake przesunął się za Śmiercią. Oskin Yahlei przypatrzył mu się uważnie.

- Wasz przyjaciel, Lake, zapewnił mnie, że jesteście rozsądni i inteligentni - Yahlei nie odrywał wzroku od Carla, ale zwracał się teraz do unieruchomionych czarnoksiężników. - Jeśli to praw­da, rozumiecie, że opór mógłby okazać się niepraktyczny. Nie uszło też waszej uwagi, że aktywna współpraca ze mną może zaowocować znaczącymi korzyściami. Popatrzcie na Carla, który obecnie zastanawia się, czy zająć się robieniem kariery w dzie­dzinie gimnastyki, czy nastawiania zwichnięć.

- Tak, mistrzu - wtrącił Carl Lake - moja noga. - Podniósł kończynę do piersi, zgiął ją w kolanie.

Oskin Yahlei ściągnął brwi.

- Pokaz jest stosowny, tytuł nie. Mówiłem ci, że szukam od­powiedzialnych asystentów, nie pochlebców.

- Jak sobie życzysz - Carl skłonił się głęboko, zapewne by ukryć nagle pobladłą twarz.

- Tak. Jak pewnie podejrzewacie, Roosing Oolvaya jest pierw­szym z serii kroków, jakie zamierzam uczynić. Będę potrzebował pomocników obdarzonych mocą i wiedzą. Ich moc wzrośnie, a oni sami zostaną adiutantami wicekrólów, gubernatorów. Może... - przerwał, odwrócił się i omiótł wzrokiem twarze obecnych. - A może nawet staną się kimś więcej...

Co takiego!?, pomyślałem. Cały świat słyszał legendy o ludziach, którzy zostali bogami, dawno temu i na jakimś innym kontynencie, ale coś takiego nigdy nie przytrafiło się nikomu, kogo zna się osobi­ście. Jeśli sugestie Oskina Yahlei były prawdziwe, deifikacja była możliwa, i on mógł ją załatwić. Nawet gdyby zebrani nie wiedzieli, że on jest bogiem, to mogli uznać, iż jest wystarczająco potężny, aby dokonać tej sztuki. Z drugiej strony, Yahlei mógł tylko rzucać im przynętę. Jednak znałem jego widownię i wiedziałem, że niejeden - z magów dał się złapać na tak kuszącą propozycję.

Moje możliwości kurczyły się z każdą chwilą, co nie znaczy, że zaczynałem od ilości wprawiającej w zachwyt. Mogłem wpaść przez dach z niesfornym mieczem w dłoni i spróbować zabić Oskina Yah­lei zanim będzie miał okazję zrobić to samo ze mną. Gdybym zde­cydował się na taki ruch, musiałbym liczyć na pomoc magów, a w tej chwili uważałem, że część z nich raczej nie opowiedziałaby się po mojej stronie. Najlepsze, na co mogłem liczyć było to, że zaczną walczyć między sobą. Było też możliwe, że nawet zdekoncentrowa­ny Oskin Yahlei nie uwolni ich spod swego czaru, a może nawet zdecyduje się wycisnąć jednego czy dwóch w celu szybkiego uzu­pełnienia zasobów energii. Mogłem rzucić z góry miecz i może uda­łoby mi się go przebić. Mogłem również poprzestać na obserwowa­niu. W takim wypadku po wyjściu Oskina Yahlei mógłbym śledzić go do domu i tam wziąć przez zaskoczenie, z dala od potencjalnych sprzymierzeńców.

- Nie martw się - powiedziałem do miecza, który znów stał się niespokojny. - Dam ci papu. Cierpliwości.

- Z drugiej strony - ciągnął Oskin Yahlei - istnieje inne roz­wiązanie. Mogę was zmiażdżyć i wchłonąć. Każdego z was. - Jego zdrowe oko zatrzymało się na niewielkim człowieczku, który przycupnął na kozetce. Nie znałem go. - Może ty.

Czarna aura zgęstniała wokół faceta, wydawało się, że wgry­za się w jego skórę. Nieszczęśnik otworzył szeroko oczy, bły­snęły białka, gdy źrenice uciekły do góry. Ścięgna wystąpiły mu na szyi i mag bez jednego dźwięku zaczął się kurczyć jak opróż­niany bukłak. Przewrócił się na bok i zsunął na podłogę. Mięśnie mu zwiotczały i zaczęły zanikać. Zobaczyłem jego aurę, odpada­jącą od skóry jak kawałki zbitego szkła. Jej kolory migotały i ga­sły, pochłaniane przez czerń.

Kątem oka dostrzegłem jakiś ruch za liściem palmy. Jeden z ma­gów podnosił rękę za plecami Oskina Yahlei. Nie widziałem, kto to jest, widziałem tylko powoli podnoszącą się dłoń. Nagle stwier­dziłem, że osłona mglistej czerni w tej części pokoju rzednie, zapewne dlatego, że Oskin Yahlei koncentrował swoje wysiłki na wysysanej ofierze. Laska znów zaczęła brzęczeć. Nie!, pomyśla­łem, a potem wpadł mi do głowy pewien pomysł. Spróbujmy cze­goś takiego, Monochu.

Jak powtórzyć to, co zrobiłem wcześniej, kiedy zamiast drzwi więzienia otworzyłem jego podłogę? ZARWIJ SIĘ, pomyślałem, koncentrując się na podłodze solarium. Facet leżący obok kozetki przypominał zgniłą dynię, z której wyssano miąższ. ZARWIJ SIĘ!

- No, dalej - mruknąłem do miecza - pomóż mi!

Ręka maga skrytego za palmą stopniowo ustawiała się dokładnie za plecami Oskina Yahlei. Nie wiedziałem, czy miecz zrozumiał, do czego zmierzam i miałem wątpliwości, czy mi pomoże, ale z jakiegoś powodu skupiałem się coraz głębiej i silniej. ZARWIJ SIĘ! - pomy­ślałem, wyobrażając sobie deski rozstępujące się pod nogami Yahlei i jego samego osuwającego się w głąb ziemi. Czarna aura Oskina Yahlei zgęstniała po nowym zastrzyku energii, jego pierścień promieniał ża­rem. Yahlei oblizał usta, potem kopnął leżącą na podłodze mumię.

- Taka jest alternatywa - rzekł lekkim tonem. - Daję wam wol­ny wybór. Albo się do mnie przyłączycie, albo...

Wokół wyciągniętej ręki maga za plecami Oskina Yahlei for­mowały się zielone linie. Oskin Yahlei, nie przestając mówić, za­czął się odwracać. Nagle zamarł i zmarszczył czoło. Zadarł gło­wę i jego spojrzenie pomknęło w kierunku mojej dziurki za pal­mą. Smugi zieleni wokół ręki maga zbiegły się, a ja jak najusilniej pomyślałem: ZARWIJ SIĘ, CHOLERA! I...

Budynek zadygotał. Lampa oliwna stojąca na ozdobnym postu­mencie przewróciła się i struga płonącej oliwy chlusnęła na pobli­ską ścianę. Oskin Yahlei zrobił jeden krok i w tym momencie podło­ga wybrzuszyła się i uderzyła w opadającą stopę. Yahlei osunął się na kolano. Zaraz za miejscem, gdzie leżałem, z hukiem zarwała się część dachu. Ze wzniesionej dłoni maga, wystrzelił ognisty zie­lony twór, który z grubsza przypominał połączone haki do mięsa. Haki zakręciły młynka nad głową Oskina Yahlei, o włos minęły ścianę i zawróciły, aby wykonać następny obrót. Budynek dygotał, z głośnym trzaskiem pękały belki i rozpadały się wiązania, ale tłum w solarium trwał w milczeniu. Wtem dach podskoczył, jakby ktoś rąbnął w dom solidnym kawałkiem góry, a ja szybko obejrzałem się przez ramię. Zdążyłem zobaczyć, jak tylna ściana stojącego za mną budynku, o jeden poziom wyższego do kamienicy Carla, od­dziela się od reszty konstrukcji, na chwilę zastyga w powietrzu, a potem chyli się i wali w dom, na dachu którego leżałem.

Komin fiknął koziołka nad moją głową i runął na dach solarium. Błony pękły, płótna, którymi była obita ściana, zajęły się od płoną­cej oliwy i oderwały się od ściany, a cały budynek zaczął zataczać się jak pijany. Rozpłaszczyłem się na brzuchu i wczepiłem palce, w co mogłem. Z rumowiska solarium dobiegł krzyk, a potem roz­pętało się istne piekło. Oskin Yahlei wreszcie został zdekoncentro­wany na tyle, by uwolnić unieruchomionych magów. Zielony hak rzeźniczy wyskoczył z poszarpanej wyrwy w dachu, zawisł w po­wietrzu i zanurkował do solarium. Nagle zmienił zdanie, odwrócił się i ruszył prosto na mnie. Przetoczyłem się na bok, podniosłem laskę, próbując we właściwy sposób wymówić magiczne słowo Gasha i zamierzyłem się na pikujący twór. Laska, która tym razem nie paliła się do przemiany, minęła haki nie czyniąc im szkody. Rzuciłem się na plecy, a zielone diabelstwo, zgrzytając ze złości, przemknęło tuż nad moim brzuchem.

Dach zaraz za moimi stopami runął na dół. Zacząłem zsuwać się w stronę dziury, gdy zielony hak wyszedł z zakrętu i znów wziął mnie na cel. Wywarczałem hasło i tym razem miecz posłuchał. Laska sto­piła się i wybuchła płomieniem. Przekręciłem się niezdarnie w le­wo, szarpnięty przez miecz. Dosłownie w ostatnim ułamku sekundy ostrze zatańczyło i trzasnęło prościutko w bliźniacze zielone haki. Odcięte szpice uleciały z pola widzenia niczym miniaturowe oszcze­py, tylna cz^÷eaść, wlokąc smugę jadowicie żółtego dymu, przemknęła nad moją głową i zaryła w stercie połamanych desek, miecz zaś, szu­kający dalszych kłopotów, pociągnął mnie w kierunku solarium.

Dom Carla Lake znów podskoczył i chwiejnie przesunął się w stro­nę ulicy. Jedyna cała ściana stała w płomieniach. Ryki, syki, wybu­chy i fajerwerki wielobarwnych świateł w zdemolowanym solarium wskazywały, że miejscowi magowie walczą z kimś i najprawdopodobniej między sobą. Kiedy już-już miałem runąć z dachu i do nich dołączyć - zmagając się z krnąbrnym mieczem i próbując wypowie­dzieć słowo przemieniające go w laskę - ujrzałem strugi deszczu skupiające się nad ogniem. Znaczy Florze nic się nie stało.

- Ki 'tonk 'ta- ah! - wysapałem. Miecz, bardziej narowisty niż kie­dykolwiek, zaczął się wreszcie uspokajać, a ja wyhamowałem prze­wieszony przez krawędź dachu. Szaleńczo zatrzepotałem rękami. Moje ramiona, głowa i piersi wisiały nad zrujnowanym solarium. Patrząc z góry na przekrzywioną palmę, która teraz wspierała się o ścianę, na oślep sięgnąłem wolną ręką, a następnie zahaczyłem o coś laską. W chwili, gdy zdołałem odzyskać równowagę, zauwa­żyłem pod drzewem skuloną postać, zakrywającą głowę rękami.

Szybko rozejrzałem się po pokoju. Pomarszczone i suche jak wiór ciało maga, którego Oskin Yahlei użył do zademonstrowania swojej mocy, przetoczyło się pod płonącą ścianę i zaczynało zwęglać. Fron­towa ściana w większej części przestała istnieć. Magowie ewaku­owali się przez wyszarpane dziury i osuwali po kupie gruzu na ulicę. Zauważyłem Florę pomagającą mężczyźnie z zakrwawioną głową i wykręconą ręką. Postanowiłem jej nie przeszkadzać. Ostrożnie prze­sunąłem resztę ciała poza skraj dachu i zeskoczyłem na podłogę obok palmy. Pochyliłem się, aby obejrzeć skuloną postać.

Jak się spodziewałem, nie odniosła poważniejszego uszczerb­ku, a tylko się ukrywała.

- Cześć, Carl - powiedziałem. Carl podniósł ręce i otworzył oko.

- To ty? - wyszeptał. - Zapewne zastanawiasz się, czemu to zrobiłem.

- Nie, wcale nie - złapałem go za kołnierz i postawiłem na nogi. - Myślę, że naprawdę dobrze rozumiem, dlaczego zrobiłeś to, co zrobiłeś. Zadbałeś o własną skórę, nogę jak widzę masz wyleczo­ną, a każdy wszak winien mieć na względzie przede wszystkim własne dobro, nieprawdaż? Skąd wiadomo, czy nie dane by ci było rządzić całym miastem? Poza tym, nie kazałeś mnie zabić, mimo że wówczas miałem jeszcze doskonały miecz.

- Nie nienawidzisz mnie?

- Miałbym cię nienawidzić tylko dlatego, że znalazłeś się po przeciwnej stronie? Nie. Jak mógłbym cię nienawidzić, skoro chcesz mi pomóc?

Potarł nastroszone brwi.

- Hmm, faktycznie. Tak.

Budynek ponownie zadygotał. Podłoga, która już chyliła się w stronę ulicy pod kątem jakichś piętnastu stopni, przekrzywiła się jeszcze bardziej.

- Gdzie twój przyjaciel Yahlei?

- Odszedł.

- Tego się domyśliłem. Chcę wiedzieć, dokąd.

Staliśmy obok drzwi, w których po raz pierwszy ukazał się Oskin Yahlei, pod moim byłym punktem obserwacyjnym. Kopnąłem klamkę obcasem buta. Za drugim razem klamka puściła, drzwi wy­skoczyły z zawiasów i z hukiem runęły do sąsiedniego pokoju.

Nadal trzymając Carla za kark, pociągnąłem go za sobą. Wgramoliliśmy się na stertę rumoszu, w którą zamienił się fragment da­chu. Zaraz po naszym przejściu sufit zaskrzypiał, skrzypienie prze­szło w trzask i rumowisko powiększyło się o resztę dachu. Wyłamane przeze mnie drzwi musiały być jedynym elementem, który go podtrzymywał. W drugim końcu pokoju brakowało ściany - wy­padła na ulicę. Czubek najwyższej sterty gruzu był nie więcej niż parę stóp niżej, kiedy więc bez ceregeli wypchnąłem Carla z poko­ju. Miałem nadzieję, że zbytnio się nie uszkodzi, zwłaszcza dyspo­nując nową nogą i całą resztą.

Zgrzytając zębami z bólu powodowanego przez dziesiątki si­niaków, zszedłem na dół szybciej od niego. Stąd miałem mnó­stwo czasu, aby złapać go ponownie za kark, zanim zdecyduje się czmychnąć. Może go nie nienawidziłem, ale na pewno nie darzyłem zaufaniem. Wyobrażałem sobie, że nie będzie uszczę­śliwiony, prowadząc mnie do kryjówki Oskina Yahlei. O rany, trudno mi było uwierzyć w to, co zamierzałem zrobić. Jednak póki Gashanatantra się nie pojawi, wszystko było na mojej gło­wie i jedyny sposób wywikłania się z opresji polegał na pójściu za ciosem.

Było tak ciemno, że nie widziałem twarzy Carla, ale nie musiałem.

- Chyba zwariowałeś - wydukał, kiedy powiedziałem mu, co ma zrobić. - Iść na poszukiwania Oskina Yahlei? To czysty obłęd, bez dwóch zdań.

- Prawdopodobnie masz rację - przyznałem. - Ale skoro mu­sisz się martwić, to pomyśl lepiej o okropieństwach, do jakich zdolni są szaleńcy.

- Co, zabijesz mnie? Co może być gorsze od gniewu Oskina Yahlei?

- Oskin Yahlei musiałby wpierw cię złapać. Ja już cię mam.

- A czym to mnie zabijesz? Mówiłeś, że nie masz miecza.

- Jak będzie trzeba, zrobię to gołymi rękami, ale mam coś lep­szego. Widzisz to? - pomachałem mu laską przed nosem.

- Laska - Carl nie był pod wrażeniem, lecz jego chichot trwał nie dłużej niż pół sekundy.

Laska zaczęła zwodzić. Gdy Carl rozejrzał się w poszukiwaniu źródła dźwięku, do zawodzenia dołączył pulsujący żar, który ufor­mował się na kształt jelca. Nadal nie miałem pojęcia, na ile bystry jest ten miecz, ale na pewno nie brakowało mu instynktu nakazują­cego stawianie się tam, gdzie czekało jedzenie.

- Ahaaa - mruknął przeciągle Carl.

- Powinieneś go zobaczyć, gdy nie jest w przebraniu. Oczywi­ście, zrobił się bardzo głodny - iskra z laski trafiła Carla w nos. - I co, jesteś gotowy?

- Chyba tak. Możesz uspokoić to coś?

- Jasne, żaden problem. Idziemy.

Na ulicy Świeżej Bryzy przed rozpadającym się budynkiem i są­siednimi domami, które były w nie lepszym stanie, zgromadził się hałaśliwy tłum. Miałem wrażenie, że tłuszcza nie powita nas ser­decznie, poprowadziłem więc Carla zaułkami. Przez cały czas odczuwaliśmy drżenie i słyszeliśmy trzaski. Wyszliśmy na ulicę i Carl poprowadził mnie na północ.

- Co tam się stało? - zapytałem. Wreszcie miałem okazję wy­równać oddech. Minione minuty były ogromnie wyczerpujące.

- Jak długo patrzyłeś?

- Od początku zebrania. Wszak powiedziałeś, że jestem za­proszony.

- Hmm, tak. A zatem byłeś świadkiem ataku na Oskina Yahlei.

- W wykonaniu tego faceta z zielonym hakiem do mięsa, tak.

- Nie tylko jego - Carl potarł brwi. - Trzęsienie ziemi i zde­molowanie mojego domu, to również było atakiem. Ale czyim?

- Chcesz powiedzieć, że nie wiesz? Myślałem, że znasz wszystkich zaproszonych.

- Żaden z obecnych nie posiada umiejętności tej klasy. To cie­kawe... Nie imałeś się ostatnio magii?

- Ja?! - miałem nadzieję, że nie widać po mnie poczucia winy. - Też pomysł!

- Hmm, faktycznie, emanacje były... bardzo szczególne, niepo­dobne do niczego, z czym się wcześniej spotkałem.

Nadal szliśmy na północ. Już była godzina policyjna, więc porozu­miewaliśmy się szeptem i trzymaliśmy się cieni, choć nic nie zapo­wiadało kłopotów. Może Straż zgarnęła Oskina Yahlei w drodze do domu, cha cha. Miałem oko na ręce Carla, ale tylko dla zasady. Walka z ludźmi nie wchodziła w zakres jego magicznych talentów, o czym świadczyło zajście z opryszkami na początku naszej znajomości.

- Daleko jeszcze? - zapytałem.

Skądś z przodu, może z odległości dziesięciu przecznic, do­biegł cichy skrzek. Urwał się nagle. Carl nastawił ucha.

- To stamtąd - powiedział.

Dzielnica, którą szliśmy, nie zaliczała się do eleganckich. Domy chyliły się nad ulicami, bruk był nierówny, o ile całkiem nie pokrywało go błoto, a ulice stały się wąskie i kręte. Nie była to okoli­ca, w której lubią osiedlać się mocarni magowie.

- Co więc jest takiego wspaniałego w tym Yahlei? - zagadnąłem.

- Jest nekromantą. To chyba coś ci mówi, prawda?

- Jasne. Nekromanci uchodzą za wyjątkowych.

- W rzeczy samej. Nawet wśród nekromantów Oskin Yahlei jest bardzo, bardzo potężny.

- Dobra, jest więc bardzo, bardzo potężny. Co dalej?

- To ci nie wystarcza? Daruj sobie głupie pytania.

- Mam klienta, który jest bardziej uparty od twojego Oskina Yahlei. Dlatego nie mogę sobie darować.

Od jakiegoś czasu Carl zostawał w tyle, a teraz całkiem się za­trzymał.

- Ale dlaczego? Dlaczego?! - wybuchnął. - Co znaczy dla ciebie jeden klient więcej? Czy ten klient zabije cię, hmm, wyssie z ciebie aurę i zetrze cię na miazgę? Ale Oskin Yahlei... Czeka nas Śmierć. Pomyśli, że zaatakowano go z mojej winy, że go okłamałem i będziemy mieli szczęście, gdy nie spotka nas nic gorszego od śmierci...

Postanowiłem nie mówić Carlowi, przynajmniej na razie, że Oskin Yahlei nie jest zwyczajnym ludzkim nekromantą. Był już chyba wystarczająco zdenerwowany.

- Nie zrobi ci krzywdy, przekonasz go, że to nie twoja wina. Chodź już, bo inaczej będziesz musiał dyskutować z laską.

Popatrzył na laseczkę, oceniając jej możliwości i ruszył w dal­szą drogę. Chwilę później dotarliśmy do następnego zakrętu i Carl kazał mi się zatrzymać.

- Uważaj - szepnął. - Popatrz tam.

Przesunąłem się przed niego i łypnąłem zza węgła. Uliczka, na której się przyczailiśmy, miała ledwie dwa kroki szerokości. Wy­chodziła na dużo szerszą, którą mógł jechać wóz. Parę lamp w za­kratowanych oknach toczyło nierówną i bezcelową walkę z nocą.

Naprzeciwko rozciągała się wielka parcela porośnięta drzewami i krzakami. Otaczał ją kamienny mur, nadgryziony zębem czasu i sko­łatany przez pogodę. Carl wskazał w prawo, popatrzyłem więc w tam­tą stronę. Nad parcelą górował piętrowy budynek, wzniesiony z tego samego materiału, co mur, na którego szczycie pobłyskiwały kawa­łki tłuczonego szkła i żelazne szpice. Budynek zdobiły kolumny i wy­myślne gzymsy. Jasne, że nie został pomyślany jako dom mieszkal­ny, miał na to za grube ściany. Bardziej przypominał fortecę.

- Była świątynia - wyszeptał Carl za moimi plecami. - Bóg, do którego należała, spadł ze świecznika parę lat temu.

A teraz była to kwatera główna Oskina Yahlei. Przejście przez mur i wdarcie się do środka przez okno na piętrze, będące jedną z moich ulubionych metod, w tym przypadku nie rokowało wiel­kich nadziei. Byłem zmuszony podjąć decyzję, której zwykle wolałem unikać.

Cichy brzęk z prawej strony oznajmił przybycie niewielkiego oddziału Straży. Żołnierze zbliżyli się do świątyni. Rozglądali się nerwowo i podskakiwali bez powodu. Miałem wrażenie, że sąsiedz­two nie przypada im do gustu. Otworzyły się drzwi, a z nich spły­nął na ulicę wachlarz światła. Jakiś mężczyzna wychylił się i za­mienił parę słów z dowódcą Straży. Widziałem go tylko z profilu, ale w świetle wyraźnie odcinał się herb na jego tunice. Był to skrę­cony purpurowy bąbel stojący w płomieniach. Rozmowa dobiegła końca i oddział wszedł do świątyni. Żołnierze przyprowadzili dwie osoby ze skrępowanymi rękami.

Coś zaniepokoiło mnie w związku z tą pustą parcelą. Najwy­raźniej był to teren świątynny, świadczył o tym mur, lecz nawet w ciemności parcela nie wyglądała na zapuszczony ogród. Za­pytałem Carla.

- Nie domyślasz się? To cmentarz.

Jasne. Źródło surowca dla nekromanty. Zapragnąłem się zna­leźć gdzieś indziej. Niestety, byłem tutaj.

- Carl, opowiedz mi o nim.

- O Oskinie Yahlei? - westchnął ciężko. - Jest bardzo potężny, ale to już wiesz. Naszedł mnie trzy dni temu, żądając posłuszeń­stwa. Niewiele o nim wiedziałem, potrafiłem rozpoznać jedynie jego moc, dopóki nie odwiedziłeś mnie dziś rano. Opowiedziałem mu o tej barierze. Był zaskoczony, nie spodziewał się, że jego dzieło tak szybko wyjdzie na jaw. Skoro stało się jasne, że coś się dzieje, postanowił uderzyć w tych, którzy mogli rozpuścić wieści.

- Nie chce rozgłosu.

- Najwyraźniej. W rzeczywistości... Dobrze, to też powiem. Yahlei jest potężny, ale często niezdecydowany, niepewny, pełen wątpliwości. Zachowuje się tak, jak gdyby ta moc była dla niego czymś nowym. Jak na przykład w moim nieszczęsnym mieszka­niu. Ma na swoje usługi niewyobrażalną energię, z jej pomocą mógłby zrównać z ziemią cały kwartał, a jednak w krytycznym momencie postanowił zrejterować. Jest niebezpiecznym przeciwnikiem, zwłaszcza z powodu niemożności przewidzenia jego po­sunięć.

Wyjrzałem zza rogu. Stara świątynia stała na swoim miejscu, a w zasięgu wzroku nie było śladu Gasha. Nie miał zamiaru mnie wyręczyć. Cofnąłem się do Carla.

- W porządku. Dzięki. To bardzo...

Zaplanowałem to wcześniej. Musiałem. Carl odwracał głowę, gdy przyłożyłem mu laską w potylicę. Osunął się na ziemię. Po­rwałem jego koszulę na pasy i związałem go, a następnie przetur­lałem pod jedną ze stert odpadków. Wyprostowałem się, poprawi­łem ubranie, zmusiłem się do zademonstrowania pewności, jakiej wcale nie czułem, po czym wyszedłem na ulicę.

W mur otaczający siedzibę Yahlei wmurowano nowe drzwi, grube jak sam mur i okute żelazem. Zbliżyłem się, patrząc prosto przed siebie, podniosłem rękę i uderzyłem łaskaw wierzeje. Drzwi zadudniły głucho. Po chwili w ich górnej części uchyliła się klap­ka, a w niej ukazało się oko.

- Przybyłem na spotkanie z Oskinem Yahlei - powiedziałem. Starałem się sprawiać wrażenie faceta, który codziennie ma do czynienia z typami podobnymi do Oskina Yahlei, ale nie mam pojęcia, czy wypadłem przekonująco. Czułem się tak, jakbym ro­bił najgłupszą rzecz w życiu.

Oko zmierzyło mnie od stóp do głów i z powrotem.

- A kto prosi? - zapytał odźwierny.

To było to. Spojrzałem w niebo z nadzieją na odroczenie. Nie­stety, na próżno. Nie było wyjścia. Opanowałem głos, który chyba chciał zadrżeć i oznajmiłem:

- To ja, Gashanatantra.


Rozdział XII

SHAA l MONT IDĄ DO WIĘZIENIA


Shaa i Mont odpadli bezszelestnie od tyłu oddziału Straży i po­zwolili żołnierzom odejść w mrok. - Nie podoba mi się to - wyjąkał Mont.

- To tak zwane barwy ochronne - powiedział Shaa. - Z tego sposobu korzysta większość inteligentnych stworzeń.

Posuwali się w kierunku środka wyspy. Byli już głęboko w pod­ziemiach. Shaa rozejrzał się i lekko ściągnął brwi.

- Gdzieś tutaj muszą być lochy. Miejsce, które jeży człowieko­wi włos na karku, nie może być niczym innym.

Z układu pokonywanych korytarzy Mont zorientował się, gdzie są lochy, ale zadecydował, że najpierw musi uzyskać wy­jaśnienia.

- Kiedy znajdziemy lochy... - Tak?

- Kiedy znajdziemy lochy, z pewnością będzie tam jakaś war­townia...

- Niewątpliwie.

- ...najprawdopodobniej pełna wartowników.

- Bez wątpienia.

- Właśnie, co z nimi zrobimy?

- A jak myślisz, co powinniśmy zrobić?

- Och, przestań wreszcie. Ty jesteś ekspertem, udziel stosownej rady.

Shaa zastanowił się, czy nie przypomnieć mu, że jego podsta­wowy plan był oparty na improwizacji. Odrzucił ten pomysł.

- Najpierw odbędziemy rekonesans. Potem spróbujemy wejść bez powodowania alarmu, korzystając z naszego... - zagrzechotał kolczugą - przebrania. Kiedy będziemy na miejscu, zastawimy za­sadzkę.

- Masz pojęcie, w ilu miejscach ten plan może zawieść?

- Tak - przyznał Shaa - zdaję sobie sprawę. No, gdzie są lochy?

- Ach, hmm...

- Czego słuchasz?

Mont powoli pokręcił głową. Podniósł rękę. Po chwili otworzył oczy i wskazał kierunek, w którym oddalili się żołnierze.

- Muzyka dochodzi najwyraźniej z tej strony, jest niska i przy­prawia o ciarki. To brzmienie lochów.

- Doskonale.

Ruszyli cicho w kierunku wskazanym przez Monta.

- Pomyślałem... - zaczął chłopiec.

- Tak?

- Kiedy dotrzemy do lochów, może powiemy, że jesteś śled­czym, który przybył poddać więźniów torturom? W tym płasz­czu i z całym swoim bagażem wypadłbyś naturalnie.

Shaa przystanął na moment.

- To, mój przyjacielu, pierwszorzędny pomysł. Dokładnie tak postąpimy.

Fakt, że Shaa potrafi powiedzieć mu coś miłego, zbiła Jurtana z tropu. Korytarz rozdwoił się. Mont wciągnął powietrze i popro­wadził w lewo. Po paru krokach wybrana odnoga też się rozwidli­ła. Stanęli u szczytu spiralnych schodów. Z dołu sączyło się świa­tło i gwar rozmowy.

- Ulp... - zachłysnął się Mont. Shaa pociągnął go w tył.

- Boisz się? - zapytał. - Uch, ja...

- Odczuwanie strachu to rzecz ludzka i naturalna. O sile cha­rakteru można mówić wtedy, gdy człowiek czuje strach, a mimo to idzie dalej.

- A ty się boisz?

- Oczywiście. Zawsze strach mnie oblatuje w takich sytuacjach.

- Ale nie wyglądasz...

- To całkiem inna sprawa, nazywana stylem. Każdy musi wy­pracować go samodzielnie. A teraz słuchaj... - Shaa wyszeptał parę dodatkowych instrukcji, Mont pokiwał głową i ruszyli po scho­dach. U ich stóp zobaczyli łukowate wejście, a za nim prostokątne pomieszczenie.

Naprzeciwko wejścia znajdowały się. ciężkie drzwi z belek, osa­dzone w żelaznej futrynie i wyposażone w potężne zawiasy i za­suwy. Drzwi po lewej i prawej stronie stały otworem, ale za nimi widniały tylko korytarze. Poza pękiem dymiących pochodni, sto­łem z desek i dwoma ławami, paleniskiem, kilkoma mieczami i ma­czugami, antyczną klatką do tortur rdzewiejącą pod ścianą, na wy­posażenie pomieszczenia składali się czterej strażnicy. Słysząc kro­ki, złapali za miecze i odwrócili się do wejścia.

Mont zadarł brodę i wmaszerował do komnaty.

- Oto śledczy - oznajmił, wskazując Shaa.

Medyk zastygł na progu w dramatycznej pozie, z szeroko rozstawio­nymi nogami i ręką wspartą dumnie na biodrze. Po chwili wyjął zza pasa żelazny łom. Znacząco ściągnął brwi i machnął nim jak batutą.

- Wielki czas - odezwał się jeden z wartowników. - Mamy ich przyprowadzić czy wy wejdziecie?

- Śledczy wejdzie - powiedział Mont.

Kapral rozejrzał się, przywołał jednego z żołnierzy.

- Ty! Pójdziesz ze mną! - podszedł do zaryglowanych drzwi i zajął się otwieraniem zamka. - Lepiej, jak my pójdziemy pierwsi - rzucił przez ramię do Monta. Shaa gapił się niewinnie w sufit. Drzwi zaskrzypiały, otwierając się pod naporem dwóch wartowni­ków. Shaa i Mont weszli za nimi na mroczny tunel, skąpo oświe­tlony nielicznymi pochodniami. Korytarz wycięty w litej skale uroz­maicały żelazne kraty i gustowne łaty mchu.

- Domyślam się, że chcecie przesłuchać owoc łapanki z pierw­szego dnia - powiedział kapral, przystając przy pierwszej celi.

Shaa wsparł się o drewniane odrzwia wiodące na oddział wię­zienny, przymknął je, potem skinął do Monta. Chłopak, który stał zaraz za kapralem, spuścił ciężką rękojeść noża na jego głowę. Shaa zrobił dwa szybkie kroki i zamachnął się łomem. Obaj strażnicy razem osunęli się na posadzkę. Shaa z zadowoleniem pokiwał gło­wą. Całkiem znośnie naśladując głos kaprala, zawołał:

- Hej, chłopcy, możecie nam pomóc?

Zaskrzypiały ciężkie drzwi. Skryty za nimi Shaa znów wziął za­mach, słysząc świst noża Monta. Drugi rzut chłopaka był o niebo lep­szy od pierwszego, na nabrzeżu. Strażnicy stęknęli i upadli w duecie.

Shaa zostawił ich i ruszył truchcikiem do Monta, który już wsu­nął do zamka właściwy klucz. Krata otworzyła się ze zgrzytem. Mont wszedł do celi i rozejrzał się niespokojnie. Shaa wyciągnął miecz i wsunął za chłopcem.

Cela była wąska i dość długa. Jedynego oświetlenia użyczały jej pochodnie płonące na korytarzu. Pomarańczowy blask pełgał nieśmiało przy drzwiach, w głębi celi panowały kompletne ciem­ności. W mroku poruszyły się cienie. Na ludzi stojących najbliżej drzwi padało dość światła, by zobaczyć, że są w cywilnych ubra­niach, teraz zabrudzonych i zszarganych. Jeden z więźniów ga­pił się ponuro na Monta, inni zaś ostentacyjnie odwrócili się pleca­mi. Mont przyjrzał im się, zrobił niepewny krok.

- Ojcze?

Mężczyzna stojący w środku grupy odwrócił się gwałtownie i wybałuszył oczy. Miał zapadnięte policzki i przeszywające spojrzenie. Posrebrzone włosy zapłonęły rdzawo w świetle po­chodni.

- Jurtan! Co ty tu robisz, u licha?

- Spieszę ci na ratunek. Na ratunek wam wszystkim. Ojciec Jurtana zamachnął się i strzelił chłopaka w twarz.

- Ty cymbale! Nie potrafiłbyś uratować pchły! Też cię poj­mali, a ty śmiesz przychodzić tu i łgać...

- Ojcze, pozwól mi...

- Ty miałbyś mnie uratować? - mężczyzna ruszył groźnie w stro­ną syna. Jurtan zaciskał ręce na kracie, próbując pozbierać się na nogi. - To najśmieszniejsza...

- Panie - przerwał mu Shaa - z prawdziwą przyjemnością pozwolimy panu tu zostać, zabierając wszystkich innych.

- A za kogo ty się uważasz?

- Opinie nie mają tu nic do rzeczy. Jestem Zalzyn Shaa - Shaa balansując łomem wykonał elegancki ukłon. - Chyba widać, że jestem na pańskie usługi.

- Co ty tu robisz?

- Jak trafnie ujął mój szacowny towarzysz, przybyliśmy na ratunek. Albo i nie, co wolisz?

Były Lew Oolvańskiej Równiny wytrzeszczył oczy i zamilkł.

- Nie jesteśmy tu mile widziani - rzekł ze smutkiem Shaa. - Jurtanie, jeśli łaska, proszę o klucz. Pozostawimy tych panów, aby dalej oddawali się medytacjom.

- Nie ośmielisz się! - ryknął ojciec Monta.

- A właśnie, że się ośmielę.

- Ty szczurze! Ty pluskwo! Ty niewypowiedziana kupo...

- Tato - zabrzmiał dziewczęcy głos - zamknij się! - z mroku wyłoniła się następna postać.

- Ach - ten głos, drżący, wysoki, należał do starszej osoby. - Uważaj!

- Ogromnie przepraszam, wasza miłość - zawołała dziewczyna i przysunęła się bliżej kraty. Miała oczy równie ostre jak ojciec i de­monstrowała podobną pewność siebie. - Jurtan, jaki masz plan?

- Na korytarz, szybko! - rozkazał Shaa. - Wszyscy! - już biegł, Mont za nim, dziewczyna trzecia. Shaa przestąpił nad nie­przytomnym strażnikiem, wsunął stopę pod rękojeść jego miecza, wyrzucił broń w powietrze i pobiegł dalej, nie gubiąc kroku. Miecz dwa razy okręcił się w powietrzu i wpadł w rękę Monta. Mont od­ruchowo chwycił broń. Siostra minęła go i wypadła do wartowni.

Shaa przemknął przez komnatę, dopadł schodów i zamarł. Z góry dobiegały wyraźne, coraz głośniejsze kroki schodzących żołnierzy.

- Shaa? - mruknął Jurtan, stając za jego plecami. - Co?

- Nie wspominałem ci, że niekiedy muzyka ostrzega mnie, kiedy coś ma się wydarzyć?

- To świetnie - skwitował z sarkazmem Shaa.

- Tutaj, wszyscy! - krzyknęła siostra Monta z drzwi po dru­giej stronie pomieszczenia. Jej ojciec, z wyrazem obrzydzenia na twarzy i z mieczem w ręku, przecisnął się obok niej.

- Ja pójdę pierwszy! - warknął i zniknął w korytarzu.

Kroki rozbrzmiewały coraz głośniej. Shaa z przyjemnością za­barykadowałby wejście, lecz na nieszczęście jako jedyne w kom­nacie nie posiadało ono drzwi. Razem z Montem przesunęli stół po posadzce. Postawiony na sztorc mógł zatarasować... Pierw­szy żołnierz pokonał zakręt schodów i zobaczył ich. Shaa wsko­czył na stół i obnażył rapier. Strażnik rzucił się ku niemu, po dwa stopnie na raz, w biegu wyciągając miecz. Głownie zderzyły się ze szczękiem. Shaa sięgnął drugą ręką trafiając przeciwnika ło­mem. Gdy żołnierz potoczył się bezwładnie pod stół, na scho­dach zadudniły kroki następnego. Mont, z mieczem w dłoni, za­czął wdrapywać się na stół.

- Nie! - sprzeciwił się Shaa. - Ja ich powstrzymam. Ty musisz ochraniać więźniów.

- Ale...

- Walczyć będziesz później. Idź! Zza ramienia Shaa dobiegł nowy głos:

- Nie utrzymasz tej pozycji w pojedynkę - powiedziała siostra Monta. - Jest tu zbyt wiele wejść.

- Jestem wdzięczny za słowa otuchy - rzucił oschle Shaa pa­trząc na nią z wysokości stołu.

- Uważaj!

Z sardonicznym grymasem Shaa pochylił się i niemal na oślep uderzył sztychem drugiego żołnierza. Rapier wniknął w pierś, a medyk skłonił się siostrze Monta.

- Jak ci na imię?

- Tildamira... - dziewczyna zarumieniła się. Podobnie jak jej brat, dość szybko zaznajomiła się z wybitnym talentem Shaa do wprawiania rozmówców w zakłopotanie. - Idzie następny!

- Jeśli zamierzasz tu zostać, mogłabyś przynajmniej pozamykać drzwi - Shaa poświęcił schodom baczniejszą uwagę. Oddziały, któ­re widywał do tej pory, liczyły nie więcej niż dziesięciu żołnierzy. Dwaj już leżeli pod stołem. Trzej, poprawił się grzmocąc łomem następną ofiarę. Czwarty i piąty zaatakowali razem, ramię w ramię, przy czym jeden wysunął się ciut do przodu. Shaa podniósł rapier i ustawił się bokiem, niemal w ich zasięgu. Przesunął się w stronę bliższego żołnierza i ciął jego ociągającego się towarzysza. Mężczy­zna stracił równowagę na krawędzi stopnia, upadł na miecz partnera i obaj walnęli głowami o brzeg ciężkiego stołu.

Dwie pary nóg rozpostarły się na najniższych stopniach. Shaa przy­kląkł, odkładając łom, sięgnął po omacku pod stół i wyjął miecz. Na schodach rozległ się tupot trzech następnych żołnierzy. Shaa zamach­nął się zdobycznym mieczem i cisnął go rękojeścią do przodu nad głowami dwóch pierwszych strażników. Rękojeść trafiła trzeciego żołnierza w ramię, a siła uderzenia obróciła go lekko. Żołnierz za­trzepotał rękami, bezskutecznie próbując zachować równowagę, po czym kolejny wieloosobowy kłąb runął z trzaskiem po schodach. Shaa dopieścił szczegóły łomem.

Stół skrzypnął za jego plecami.

- Udało mi się zamknąć tylko jedne, które i tak nie wytrzyma­ją zbyt długo - zameldowała Tildamira.

- Cicho - powiedział Shaa. Kroki na schodach ucichły. Shaa zeskoczył ze stołu, wylądował bezgłośnie i cofnął się, wysuwając do przodu rapier. Na szczycie kręconych schodów zajaśniał czer­wonawy żar.

- Co to? - wyszeptała dziewczyna.

Żar nasilił się, gdy coś ruszyło po schodach.

- Sugeruję ucieczkę - podsunął Shaa. - A ty?

- Ja to zatrzymam, mam nadzieją.

Blask stał się oślepiająco jaskrawy i rzucił na posadzkę., stół i sufit wachlarz jadowitego różu. Shaa przekręcił niewielki ćwieczek na rękojeści rapiera, zrywając czar, maskujący magiczną naturę bro­ni. Wzdłuż klingi zatańczyły błękitne wstęgi zakończone poszar­panymi szpicami. Shaa popatrzył na Tildamirę.

- Dzięki za troskę. Jednakże nie jestem typem samobójcy. Idź już.

Rzuciła mu ostatnie spojrzenie, jej usta rozchyliły się odrobinę i uciekła za innymi więźniami. Shaa zatrzasnął drzwi za jej plecami. Intruz pokonywał ostatni zakręt schodów. Zwykła pewność siebie Shaa zbladła nieco pod wpływem zaistniałych okoliczności.

Światło wybuchło w komorze, omiatając ostatnie stopnie i blat stołu. Shaa zmrużył oczy w obronie przez oślepiającym blaskiem. Magiczny twór był wysoki, mniej więcej jak medyk. Była to wi­rująca kolumna splecionych spirali, po których spływała powoli mieszanina przenikających się wzorów. Z nieregularnych węzłów na powierzchni wystawały podobne do macek wyrostki. Twór pochylił się, wykonując skręt, i z przeraźliwym wizgiem pomknął w stronę Shaa. Ten ciął najbliższą mackę, poczuł krótkie szarp­nięcie i zobaczył, jak odcięty koniec macki zwija się po podłodze w pęku strzelających iskier. Pozwolił, by rapier z rozpędu odciął następny wyrostek, po czym zaatakował korpus tworu.

Wstęgi błękitu wgryzły się w dziwo niczym ostra piła. Potem rapier zadygotał i obrócił się w garści Shaa walczącego teraz o za­chowanie nad nim kontroli. Przed sobą na podłodze spostrzegł własny cień. W chwili, gdy zwrócił na niego uwagę, uświadomił sobie, że jedna z rozżarzonych macek sięga do niego od tyłu. Pło­mienie smagnęły go po plecach i uderzyły w piersi. Shaa uderzył na oślep w mackę za plecami, musnął ją i upadł na kolano, gdy następna wysunęła się nad jego głowę. Wirujące cielsko przysunę­ło się bliżej. Wcześniejszy cios Shaa trafił je w bok i teraz korpus zataczał się dziwacznie, lecz nie opadał z sił. Macki znów wysunę­ły się w stronę Shaa. Pot spłynął mu po twarzy, dostał się do ust. Poczuł ból w krzyżach, gdy rzucił się, by zadać ostateczne pchnię­cie. Kaskada iskier sypnęła mu w twarz, błyskawica spłynęła po ostrzu i ręce do ramienia.


Rozdział XIII

MAKS W MIEŚCIE


Nad górami wpadli w burzę. W normalnych warunkach powin­ni wylądować, lecz nie mieli wyboru. Grzmoty dudniły ze wszystkich stron, błyskawice rozświetlały wielkie i ciężkie chmu­ry, a prądy powietrzne groziły, że urwą ptakowi skrzydła i cisną wszystkich razem na ziemię. Jednak wrodzona przekora myszoło­wa i zręczność Hadda sprawiały, że wciąż byli w powietrzu. Maks nie angażował się, oszczędzając siły na później. Gdy dotarli nad rzekę, niebo było już tylko lekko zachmurzone. Ptak skręcił na po­łudnie. Pod nimi w mroku mrugały światełka statków. Dziesięć mil dalej weszli w długi ślizg. Maks założył maskę na twarz, sprawdził rzemienie plecaka i gdy znaleźli się nad falami zsunął się do rzeki. Haddo i ptak skręcili na wschód i roztopili się w ciemnościach. Maks przewrócił się na plecy. Prąd pochwycił go i poniósł.

Roosing Oolvaya zbliżyło się. Jak dopisze mi szczęście, pomy­ślał Maks, załatwię co trzeba i szybko wrócę. Rękę nadal miał obo­lałą, ale nie wzruszało go to zbytnio. Zawsze, gdy wkraczał do ak­cji, coś musiało mu doskwierać. Dobrze, że nie szczędził gojącego mazidła, bo inaczej Karlini kazałby mu siedzieć w zamku albo wca­le nie mógłby ruszyć ręką. Boczny prąd zmył go bliżej zachodnie­go brzegu. Księżyc właśnie wstawał, na szczęście wisiał nisko, był chudy i przysłonięty chmurami. Światła miasta kryły się za wyso­kimi murami. Maks wypatrzył drugorzędne punkty orientacyjne widoczne w blasku latarni na północnym cyplu i skierował się w stronę północno- wschodniej wieży narożnej. Gdy zbliżył się do muru, pochwyciły go kapryśne prądy i wiry. Ich też się spodziewał i uwzględnił je planując przeprawę. Zawlokły go na południe od wieży. Maks przytrzymał się nabrzeżnego słupa, aby przez chwilę odsapnąć. Skórzany kostium, który Karlini wygrzebał z jakiegoś lamusa, rzekomo miał być wodoszczelny. Niestety, po karku Mak- są spływał zimny strumyczek, a w butach gromadziła się woda wni­kająca przez kilka innych szczelinek. Wystarczyło, żeby pogorszyć samopoczucie. Maks podrapał się między łopatkami, a potem ru­szył w lewo. Wkrótce dotarł do końca nabrzeża, zobaczył szeroką na dwadzieścia stóp lukę oddzielającą je od następnego, wyłowił wzrokiem wieżyczkę wznoszącą się zaraz za murem i z ponurą sa­tysfakcją pokiwał głową. Trzy stopy od nabrzeża w kamiennym murze znajdował się łukowaty wylot kanału. Woda chlupotała o ka­mienie i żelazną kratę. Maks zaczerpnął powietrza i zanurkował. Krata tkwiła głęboko w skale, ale jej środkowa część była rucho­ma, zaopatrzona w zawiasy i zamek, który cudem nie zardzewiał. Maks zamknął za sobą kratę i zabezpieczył ją kawałkiem sznura. Jak się spodziewał, płynąca woda powodowała zwarcie w magicz­nej barierze wokół miasta. Poczuł jedynie łaskotanie, jakby delikat­ny grzebień musnął jego aurę. Przepust przechodził na drugą stronę muru i zakręcał w górę. Strop był na wysokości umożliwiającej przy­jęcie wyprostowanej postawy. Maks ruszył dalej. Prawdziwym po­wodem, który skłonił go do założenia wodoszczelnego kostiumu, było to, że chronił on również przed tym, co unosiło się w wodzie. Ani na chwilę nie zdjął maski ze skóry i kości, i starał się jak najrza­dziej wciągać powietrze. Kombinezon chronił przed drobnymi przy­krościami natury fizycznej, ale poza nimi Maks był narażony na wy­krycie przez czarnoksięskie moce. Trudno było stać się całkowicie niewidzialnym z powodu charakterystycznego promieniowania aury. Dużo większe powodzenie rokował mniej skomplikowany kamu­flaż, przeistoczenie aury w taki sposób, aby wyglądała tak jakby na­leżała do kogoś bądź czegoś innego. Tak więc dla czaru sondującego Maks jawił się jako wielki i przemoczony piżmoszczur.

Maks przystanął, aby określić swoje położenie. W kierunku zachod­nim odchodził okrągły tunel, wypełniony wodą do połowy uda. W je­go stropie znajdowały się studzienki wiodące do włazów na ulicy. Bardziej po bokach tkwiły wyloty rur kanalizacyjnych. Z niektórych sączyły się strumyczki ciemnego płynu. Tu i tam na powierzchni wody połyskiwały plamy światła, które wpadało przez kraty studzienek. Maks brnął dalej, mijając jeden, potem drugi wylot bocznych kanałów. Na­gle ktoś podniósł pokrywę jednego z włazów i do tunelu wpadł wyraźniejszy snop światła. Na ścianie zatańczyły wykręcone cienie. Maks usłyszał urywany krzyk, potem jeden cień odłączył się od pozostałych i spłynął w dół. Za nim poszybowało ciało. Leniwy prąd przeniósł je obok Maksa. Był to mężczyzna z poderżniętym gardłem. Maks przy­kucnął, wsunął się do bocznego tunelu i podjął wędrówkę podziem­nym labiryntem. Wreszcie tunel, którym podążał, zakończył się na masywnym kamiennym bloku. Maks zatrzymał się i zastanowił. We­dług jego obliczeń ten wielki blok stanowił część fundamentów pó­łnocnego muru. Dom Oskina Yahlei powinien stać kilkaset kroków dalej na zachód. W czasie odbudowy po wielkiej powodzi, jaka na­wiedziła miasto przed ponad pół wiekiem otoczono murami liczne cmentarze Roosing Oolvaya. Biorąc pod uwagę powodzie, zabezpie­czenie grobów wydawało się dobrym pomysłem. Gdy chodzi o zdro­wie publiczne, plan sprawdzał się doskonale. Wody powodziowe po­zostawiały ciała zmarłych w spokoju. Ale ciałami interesowała się nie tylko woda.

Pierwsze zajęcie, jakiemu oddawał się każdy nekromanta po przy­byciu do nowego miasta, polegało na sporządzeniu planu wszyst­kich lokalnych cmentarzy. Trupy stanowiły wszak podstawowy to­war w handlu wymiennym nekromanty oraz jego surowiec. Wyma­rzony dom nekromanty musiał stać obok prywatnych rezerw. Oskinowi Yahlei udało się zrealizować to marzenie. Maksa nurtowało wiele pytań w związku z sytuacją, ale co do jednego jej aspektu nie miał najmniejszych wątpliwości. Oskin Yahlei posiadał potencjał wystarczający, aby okazać się kimś wyjątkowo niebezpiecznym.

Maks postanowił, że przez jakiś czas będzie się trzymać podziem­nej trasy. Wrócił po własnych śladach do najbliższego skrzyżowania i skręcił w prawo. Przepust wznosił się łagodnie, zgodnie z profilem wzgórza. Nurt przyspieszył i przybrał na sile. Maks musiał się schylić, żeby stawić mu czoła. Przechodząc pod następnym pionowym szy­bem, usłyszał chrzęst zbroi oddziału patrolującego ulice. Odgłosy ścichły stopniowo. Z prawej strony pojawił się wylot kolejnego kanału. Maks zbliżył się ostrożnie. Woda burzyła się na skrzyżowaniu, two­rząc niewielki wir opalizujący nikłym, błękitnym światłem. W głębi bocznego korytarza niebieskawy blask był dużo silniejszy. Maks zaj­rzał pod łukowate sklepienie. Za skrzyżowaniem kanał poszerzał się, robił wyższy i wznosił się pod niewielkim kątem. Trzydzieści stóp z przodu i pięć stóp nad linią wody widniała wykuta w skale przystań. Błękitne światło emanowało z głębi niszy. Po platformie przesuwały się postacie o mniej więcej ludzkich kształtach. Było ich dwóch, nie, trzech, dosłownie ociekających nekromancką magią, niewątpliwie byli to niemartwi. Maks wykrzywił usta w ponurym uśmiechu. Sięgnął przez ramię i wyjął coś, co leżało w pogotowiu na wierzchu plecaka. Zanurzył się po szyję, rozpakował dwie ołowiane kule połączone gru­bym sznurem o długości dwóch kroków. Drugim elementem w pa­kunku była niezbyt długa pałeczka. Maks wyjrzał zza rogu i spraw­dził, ile ma miejsca. Uznał, że plan się powiedzie bez potrzeby posłu­giwania się zranioną ręką. Dmuchnął w pałeczkę. Żałobne brzęczenie odbiło się jękliwym echem. Odczekał chwilę, potem powtórzył pró­bę. Tym razem usłyszał chlupot dochodzący od strony przystani.

Nadchodzą, pomyślał Maks, czemu miałoby być inaczej? Osta­tecznie, który szanujący się niemartwy oparłby się zewowi godo­wemu zombie? Maks wyrzekł zaklęcie i sznur zaczął się jarzyć. Wsunął świstawkę w usta, zanurzył się i zamarł w oczekiwaniu. Za­brzmiał kolejny chlupot, już bardzo blisko. Błękitny blask przybrał na sile, a potem zza rogu wyłoniła się ręka. Pajęczyna delikatnych iskier wiązała zielonkawą tkankę, spod której wyłaziły ścięgna i białe kości. Ręka zaciskała się na zaśniedziałym mosiężnym uchwycie, z którego zwisała kulista plątanina wijących się spiralek, emanują­cych błękitne światło.

Powoli w polu widzenia pojawiła się reszta ciała. Narządy wewnętrzne przesuwały się swobodnie w jamie brzusznej, za nogą wlokło się jelito. Niemartwy rozejrzał się gorączkowo, szukając źródła zewu. Zza niego wychylił się drugi, potem trzeci. Smród zdecydowanie przewyższył normalny odór ścieku, przenikając do nosa Maksa mimo maski. Poderwał się, dwa razy zakręcił nad gło­wą obciążonym sznurem i rzucił. Sznur okręcił się wokół tułowia pierwszego zombie, odrywając spróchniałą kość ramieniową. Nie­martwy stracił równowagę i zatoczył się na towarzysza. Sypiąc bia­łymi skrami, sznur nadal rozdzierał kości i mięso. Ołowiana kula przebiła żebra drugiego. Potem sznur napiął się i ciasno oplatał obydwie kreatury. Korpus jednej zapadł się pod naciskiem sznura. Strzępy tkanki bryznęły na ściany kanału. Trzeci zombie potknął się i przewrócił, podmyty przez silny nurt. Histerycznie trzepocąc kończynami, splątana masa przegniłych ciał minęła Maksa i po­płynęła szybko w dół kanału. Prąd porwał również lampę, jej blask malał stopniowo, a w końcu zniknął za zakrętem. Maks pozwolił sobie na krzywy uśmiech. Wsunął się do bocznego tunelu i wspiął po drabince na przystań. Tu schował do plecaka maskę i rozejrzał się. Otaczały go niemal kompletne ciemności, rozpraszane jedynie przez wijącą się niebieską nitkę, która zaczepiła o cumę niewielkiej łodzi. Druga drabina wiodła do klapy w stropie niszy.

Maks obejrzał ją uważnie, wspiął się ostrożnie i delikatnie uchy­lił klapę. Otwór prowadził do piwnicy pełnej skrzyń. Przy drzwiach migało żółto-czerwone światło świecy. Wokół panowała cisza i spo­kój. Maks wygramolił się, opuścił klapę i znieruchomiał ze stopą wzniesioną nad pierwszym stopniem. Schody wydały mu się jakieś dziwne. Wyciągnął rękę i wykonał płynny gest. Skoncentrował się, rozszerzając swą zdolność operacji. Otworzył oczy. Spowijała go falująca mglista otoczka, w której wirowały małe owale przypomi­nające kolibrze skrzydełka. Skupił uwagę na klatce schodowej. Nad stopniami unosiła się różowa mgiełka.

Maks nie wiedział, co to dokładnie było, ale nie zamierzał w tej chwili zajmować się badaniami. Jego filozofia życiowa opierała się między innymi na nieugiętej zasadzie unikania ataku frontal­nego. Nie zawsze było to możliwe, jednakże w tym przypadku ist­niały inne rozwiązania. Skupił uwagę na belce podtrzymującej strop nad drzwiami u szczytu schodów. Wspiął się na skrzynię, jak naj­bliżej belki i podniósł lewą rękę. Rękaw opadł, odsłaniając zamo­cowane na nadgarstku urządzenie, które wcześniej przysłużyło mu się w karczmie na pustyni. Sprężynowy mechanizm, w którym zwykle trzymał nóż, nadawał się też do wystrzeliwania innych rze­czy. Maks wycelował urządzenie i nacisnął spust. Strzałka śmignęła w górę, ciągnąc za sobą cienką linkę i z głuchym odgłosem wbiła się w belkę. Maks zawiesił się na sznurze sprawdzając wytrzyma­łość zakotwiczenia, po czym wspiął się ręka za ręką, odbijając od ścian nogami i zważając, aby nie tknąć schodów.

Szybko znalazł się na wysokości drzwi. Przysunął oko do szcze­liny przy futrynie. Zobaczył dalszy ciąg schodów, które prowadzi­ły do komórki wyglądającej na spiżarnię. Drzwi spiżarni były otwar­te, wpuszczając światło z następnego pomieszczenia. Niestety te, przed którymi wisiał, były zamknięte na klucz. Maks wyjął kom­plet wytrychów. Dziesięć sekund później zamek ustąpił ze szczę­kiem. Maks otworzył drzwi, rozhuśtał się i przeskoczył nad balu­stradą i progiem. Postawił stopę na poręczy, a wolną ręką złapał się nadproża. Ta część klatki schodowej wyglądała bezpiecznie, lecz nie zamierzał jej zaufać. Schody biegły stromo do drewnianej klapy; w tej chwili podniesionej i wspartej na podpórce. Na podło­dze spiżarni piętrzyły się skrzynie i worki pełne suszonej żywno­ści. Za drzwiami widniały białe ściany korytarza. W pobliżu nie było żywego ducha. Maks podciągnął się do klapy w podłodze i szybko wyjrzał na korytarz. Był pusty. Przykucnął, puścił sznur, wsunął nóż do urządzenia na nadgarstku i napiął sprężynę. Przez chwilę ćwiczył zranioną rękę, która spisywała się nadzwyczaj do­brze, zważywszy na miniony wysiłek. Wyszedł na korytarz.

Po drugiej strome znajdowało się wejście do pogrążonej w mro­ku kuchni. Obok drzwi w drewnianym uchwycie płonęła gruba świe­ca. Na prawo od kuchni korytarz łączył się z drugim, szerszym i o znacznie bogatszym wystroju. Maks zbliżył się, zdmuchnął świecę, a następnie wyjrzał na szerszy korytarz. Był on zagracony lustrami w złoconych ramach, pod ścianami stały liczne stoliki. Ta część, w której przyczaił się Maks, pozostawała w głębokim cieniu, prze­ciwną zalewało światło wpadające z lewej strony. Tam ściana ustę­powała miejsca kolumnadzie, a strop przechodził w szereg łuków. Za kolumnami otwierało się przestronne, dobrze oświetlone pomiesz­czenie. Po prawej znajdowały się dwuskrzydłowe drzwi. Na końcu korytarza był przedsionek, za nim drzwi wyjściowe. Niestety, na tym nie koniec. W miejscu, gdzie korytarz łączył się z wielką salą stało dwóch zbrojnych. Jeszcze jedna para pilnowała wyjścia na ulicę. Wszyscy nosili dziwne herby: purpurowe wstęgi ze wznoszącymi się płomieniami. A więc Oskin Yahlei posiadał prywatną milicję. Był to szczegół o którym Karlini zaniedbał wspomnieć.

Maks cofnął się bezszelestnie. W mrocznym końcu szerokiego korytarza zaczynały się schody, lecz problem polegał na tym, że war­townik stojący przy drzwiach przedsionka patrzył prosto w ich kie­runku. Przewaga Maksa sprowadzała się do tego, że nikt nie wie­dział o jego obecności. Próba odwrócenia uwagi strażnika mogłaby zaalarmować innego wartownika albo uruchomić pułapkę. Schody nie były tego warte.

Maks wrócił do kuchni. Dwie jej ściany kuchni były zarazem ze­wnętrznymi ścianami budynku, w jednej umieszczono niewielkie okno. Maks wdrapał się na stojącą do góry dnem balię i wyjrzał na zewnątrz. W nikłym świetle dostrzegł jakieś poletko, na krańcu którego wznosił się mur, zapewne miejski. Wprost za oknem stało uschnięte drzewo. Maks zamknął oczy i skoncentrował się. W oknie nie było żadnej pu­łapki, ale nie podobało mu się drzewo ani cały ten teren. Okno - cztery szybki osadzone w owakiej ramie - otwierało się na zewnątrz, lecz kiedy Maks pchnął ani drgnęło. Zardzewiały zawiasy. Na szczęście puszka ze smalcem umożliwiła bezgłośne uchylenie okienka.

Maks wytknął głowę na zewnątrz. U góry, parę stóp z boku było drugie okno. Gdyby stanął na parapecie, mógłby go dosięgnąć. Maks przykucnął, wybił się, chwycił parapet górnego okna i podciągnął.

Wewnątrz była sypialnia, ciemna i cicha. Okno otworzyło się pod dotknięciem. Maks po cichu opuścił się na podłogę. Za parawa­nem stało łóżko, na którym spała dziewczyna okryta skąpym kilimkiem. Maks podniósł brew, zastanawiając się przelotnie nad upodobaniami bogów. Pewne rzeczy w historii o Oskinie Yahlei, wędrującym zamku i jego porwanym właścicielu, na pierwszy rzut oka kompletnie nie miały sensu. Ale miejmy nadzieję, pomyślał Maks, ruszając do drzwi, że chwila rozwiązania się zbliża.

Korytarz za drzwiami był pusty. Biegł dokładnie nad kuchen­nym korytarzem na dole, w tym samym kierunku.

Naprzeciwko sypialni zobaczył drugie drzwi, lekko uchylone. W po­koju za nimi nie było nikogo. W ścianie, na lewo od wejścia trzy wiel­kie nieoszklone okna wychodziły na główną salę świątyni. W lewym kącie zaczynały się spiralne schody wiodące na parter. Pozostałe ścia­ny były obstawione pustymi półkami na książki. O regał za schodami wspierała się tablica na trójnogu. Środek pokoju zajmowało wielkie biurko z fotelem i stojący obok rzeźbiony pulpit. Na jednym i drugim leżały papiery, szklane naczynia, świece i kreda oraz zestaw szczelnie zamkniętych puszek. Najwyraźniej była to pracownia Oskina Yahlei. Musiał się w niej pojawić, prędzej czy później.

Ale po co bogu pracownia? - było to kolejne pytanie wymaga­jące odpowiedzi. Maks podpełzł do spiralnych schodów i zamarł. Z dołu dochodziły głosy, lecz niepodobna było ich zrozumieć. Maks podszedł do najbliższego okna, aby obejrzeć wnętrze świątyni. Na dole dymiły liczne świece i kilka pochodni. Niegdyś w sali musia­ły znajdować się ołtarze i inne elementy sakralne, lecz obecnie zostały po nich tylko gołe ściany i długie ślady sadzy. W półmroku Maks dostrzegł sześciu ludzi z purpurowymi opaskami i jeszcze jedną grupę, złożoną z ośmiu bądź dziesięciu osób, które kuliły się do siebie pod ścianą. Domyślił się, że żołnierze Straży pilnują więźniów. Z powodu słabego oświetlenia trudno było powiedzieć, co się naprawdę tam dzieje. Nikt nie okazywał posłuchu i szacunku, jaki niewątpliwie musiał wzbudzać Oskin Yahlei. Z tego względu Maks założył, że jeśli Yahlei przebywa w tym budynku, to naj­prawdopodobniej jest w pokoju pod pracownią. Wrócił i rozejrzał się po wnętrzu pracowni. Jedyne miejsce niewidoczne od strony drzwi i schodów znajdowało się za biurkiem. Maks skwapliwie sko­rzystał z kryjówki i rozsiadł się na podłodze.

Głosy na dole nadal prowadziły rozmowę. Maks pogrzebał w ple­caku, wyjął płaską szkatułkę. Wewnątrz kryła się dmuchawka i kilka strzałek. Na ich ostrych jak igła czubkach lśniła lepka ciemnobrą­zowa substancja. Lekkie zadrapanie powodowało natychmiastowe kilkugodzinne odrętwienie u większości stworzeń mniejszych od myszołowa Hadda. Większa dawka, z dwóch strzałek uniemożliwiała oddychanie. Maks wsunął strzałkę do dmuchawki i położył broń na podłodze. Poluzował także sztylet w skórzanej pochwie przytroczo­nej do cholewy buta, a potem zajął się innymi przygotowaniami.

Nie wiedział dokładnie, co będzie musiał zrobić. Poza tym, że musi zdobyć pierścień, który więził właściciela zamku Karlinie go. Z tego, co było mu wiadome, pierścień został zaprojektowa­ny w taki sposób, aby utrzymać w nim właściciela zamku oraz umożliwić posiadaczowi pierścienia wykorzystywanie mocy więźnia. I tego więźnia Maks musiał uwolnić. Każdy zdrowy na umyśle mag przystąpiłby do wykonania tego zadania w warun­kach umożliwiających zachowanie cierpliwości i pełnego spoko­ju. W innej sytuacji mnóstwo rzeczy mogło pójść źle i spowodo­wać przykre następstwa. Przede wszystkim, powtórne zespolenie odcieleśnionej istoty zwykle przebiega w kilku etapach. A kiedy tym kimś jest Śmierć, nikt z ręką na sercu nie może zagwaranto­wać, że wyłoni się ona w stanie przyjaznym i nie przysparzają­cym kłopotów.

Maks nie posiadał luksusu swobodnego wyboru czasu i miej­sca. Mógł tylko przygotować się jak najrzetelniej. Wraz z Karlinim zaprojektowali serię czarów, które Maks miał teraz przy so­bie. Plan polegał na ubezwłasnowolnieniu Oskina Yahlei, a na­stępnie zamknięciu go w wielkim polu ograniczającym. Sam pier­ścień miał zostać obłożony innymi czarami hamującymi i za­mknięty w obrębie większej klatki matrycy. Maks miał nadzieję, że klatka owa zapewni mu wystarczającą ochronę, gdy przystąpi do badania natury systemów obronnych pierścienia. Cała sekwen­cja czarów była powiązana i zaprogramowana. Ostatni czar typu “cisza i spokój" miał wprowadzić mieszkańca pierścienia w stan głębokiego uśpienia. Gdyby zaszła taka potrzeba, Maks spróbo­wałby uwolnić więźnia już na tym etapie, ale miał nadzieję, że nie będzie to konieczne. Przy odrobinie szczęścia ustabilizuje pier­ścień w stopniu umożliwiającym zdjęcie go Oskinowi Yahlei i za­branie bez zbędnego zamętu.

Maks położył rapier na podłodze. Pomyślał, że miecze stanowią zbyt wygodne i pozbawione finezji rozwiązanie wielu problemów, ale z pewnością mają swoje dobre strony. Oczywiście, żaden zwyczajny miecz nie mógłby zrobić krzywdy Oskinowi Yahlei, jednak biorąc pod uwagę licznych żołnierzy, broń mogła okazać się przy­datna.

Z pokoju na dole dobiegł tupot butów i szczęk zbroi. Na scho­dach rozbrzmiały ciężkie kroki. Za nimi dały się słyszeć lżejsze, niepewne - j eden- dwa, jeden- dwa- trzy - jakby wchodzący nie do końca wiedział, co robi. Męski głos, już nie tłumiony przez ściany, wydudnił: ...jest moc pierścienia?

Maks podniósł dmuchawkę do ust. Na poręczy schodów poja­wiła się męska dłoń, na której środkowym palcu migotał złoty pier­ścień.

Do pokoju wchodził Oskin Yahlei, człowiek, który mógł być Śmiercią.


Rozdział XIV

SOLÓWKA MONTA


Jurtan Mont przeskakiwał nad ciałem Strażnika powalonego przez ojca, gdy dopędziła go chyżonoga siostra.

- Kim jest ten facet? - wysapała, zerkając przez ramię. - Nazywa się Shaa, mówi, że jest lekarzem.

Od czoła kolumny dobiegł zduszony krzyk. Więźniowie rozcią­gnęli się w długi szereg, najsłabsi fizycznie już zaczęli tracić dech w piersiach. Jurtan szedł w straży tylnej. Ludzie uwolnieni z pierw­szej celi otwierali inne. W rezultacie umykający tłum składał się z kupców, członków rodziny królewskiej, rządowych doradców i urzędników, kapłanów i duchownych oraz reprezentantów innych warstw społeczeństwa. Po pierwszym wrzasku rozległ się łoskot ciała padającego na podłogę i dziki okrzyk bojowy.

Rozbrzmiewający w głowie Jurtana motyw na instrumenty smycz­kowe, akcentowany szybkimi pasażami i naglącym rytmem, znie­nacka przemienił się w barbarzyńskie jodłowanie o ledwie zazna­czonej linii melodycznej. Mont zamrugał, zmusił umysł do powrotu do uspokajającego brzmienia instrumentów strunowych, odzyskał panowanie i pobiegł dalej po trwającym ułamek sekundy wahaniu.

- A gdzie jest Shaa? - zapytał.

- Został. Pokazał się jakiś mag. Sytuacja nie wyglądała dobrze.

- Został, żeby walczyć z magiem? - zdumiał się Jurtan. To nie mia­ło sensu. Shaa powiedział, że nie para się magią i jeśli była to prawda, nie miał wielkich szans. - Mam nadzieję, że nic mu się nie stanie.

- Martwisz się o niego.

- Tak. To dziwny facet, ale byłoby po mnie, gdyby się nie poja­wił.

- A co z tobą? Nigdy bym nie pomyślała, że ty się pojawisz.

- Ja też tak nie myślałem - Jurtan nadal był śmiertelnie przera­żony, ale pod strachem skrywało się uczucie spełnienia. Niezależ­nie od słów ojca, jak na razie spisywał się całkiem dobrze. - Tata nie wygląda na uszczęśliwionego. To jego normalne zachowanie, czy też tym razem chodzi o jakiś dodatkowy problem?

- Och, znasz tatę - kolejny powalony żołnierz przetoczył się pod ich stopami. - Złapali go w zasadzkę, jeden przyłożył mu miecz do gardła, drugi walnął go w głowę. Tata wścieka się, że nie poległ w walce, zabierając z sobą dziesięciu czy dwudziestu wrogów.

- Chyba próbuje osiągnąć to teraz.

- Cóż, znasz tatę - powtórzyła z westchnieniem Tildy.

Korytarz rozwidlił się, prawa odnoga była szersza. Sznur poty­kających się uciekinierów wszedł w zakręt jak gigantyczna dżdżow­nica. Jurtan i Tildy mknęli w ogonie.

- Znasz to miejsce - powiedziała dziewczyna. - Dokąd idzie­my?

- Jeśli tata zachował choć cień rozsądku, to kieruje się do zbro­jowni. Przypuszczam, że ogołoci ją do szczętu, zarzuci sobie na plecy jakiś tuzin mieczy i maczug, a następnie uderzy na koszary, doki lub podobne miejsce. Chyba mu całkiem odbiło. Jaki jest obec­nie jego stosunek do Kaara?

- Mówił, że najpierw powyrywa mu ręce, a potem każe mu je zeżreć. I tak dalej w tym stylu.

- Tak myślałem. Przypuszczam, że właśnie idzie prosto do Ka­ara, nie bacząc, kto mu stanie na drodze.

- Ma zamiar dopaść Kaara tutaj?

- Chyba sobie przypominam to miejsce... - instrumenty w gło­wie Jurtana nagle zabrzmiały ochryple zapowiadając niebezpie­czeństwo. - Uwaga! - ryknął Mont. - Coś się... uff! - Tęga kobieta galopująca tuż przed nim stanęła jak wryta i wyciągnęła szyję, żeby zobaczyć, co dzieje się z przodu. Mont staranował ją z pełną pręd­kością, odbił od niej i runął jak długi.

Na przedzie zaszczekała stal. Sznur uciekinierów wyhamował. Z tyłu dobiegł tupot ciężkich butów. Tildy odwróciła się, Jurtan wstał. Zza zakrętu wyłoniło się czoło pościgu. Żołnierze z rykiem pędzili w kierunku zbiegów.

Rozbiegnijcie się! - krzyknęła Tildy, łapiąc Jurtana za rękę i ciągnąc go w stronę najbliższych drzwi. Były przymknięte, gdy Tildy rąbnęła w nie ramieniem, a Jurtan górną partią tułowia, otwa­rły się na oścież. Rodzeństwo wpadło do ciemnej komórki.

Jurtan odbił się od ściany i w ostatniej chwili zatrzasnął drzwi. Szukał po omacku zamka, rygla. Ciemność rozpraszały jedynie strużki światła sączące się. przez szczeliny przy framudze. Z ze­wnątrz dobiegały krzyki, odgłosy uderzeń i tupot stóp.

- Tilda? Nic ci nie jest?

- Ja... Jurtan, uważaj!

Jurtan obrócił się. W mroku dostrzegł jakiś ruch, sunął ku nie­mu wielki, niezdarny kształt. Chłopak rzucił się w bok. Masywny kształt przeciął wąski pasek światła. Okazało się, że to regał, który potrącił zaraz po wejściu. Jurtan przytulił głowę do ściany, a me­bel grzmotnął w drzwi.

- Tildy?

- Jurtan?

Łup! Drzwi zadygotały, uderzone potężnie z drugiej strony. Re­gał zaskrzypiał i osunął się niżej. Jurtan leżał w stercie połama­nych półek i mniejszych delikatnych przedmiotów. Na szczęście masa osypującej się zawartości półek nie wyrządziła mu większej szkody, miał tylko parę siniaków i zadrapań.

- Musimy stąd wyjść - powiedział.

Rozległ się grzechot i kolejny łomot. Nadwątlone drzwi zaję­czały, smugi światła trochę się poszerzyły.

- Moim zdaniem wyjście nie stanowi problemu - powiedziała Tildy - ale ja wolałabym zostać tutaj.

- Nic ci się nie stało? - Jurtan na oślep szukał zawieszonej u pasa sakiewki.

Tildy zaśmiała się bez przekonania.

- Jasne, nic mi nie jest. Tylko, że siedzimy tutaj jak gołębie w klatce, czekając, aż lisy przedrą się przez...

Jurtan znalazł sakiewkę i to, o co mu chodziło, czyli krzesiwko. W krótkotrwałym błysku ukazało się zdewastowane wnętrze niewielkiego schowka, okryta kurzem siostra i zawartość poła­manych półek. Lutnie, skrzypce, poskręcana harfa. Gdzieś w głę­bi stosu z przeciągłym jękiem pękła struna. Pod ścianami na oca­lałych półkach spoczywały inne instrumenty.

Jak powiedziałby Shaa we wszystkim jest pewna nieuchronność. Drzwi znów zatrzęsły się pod ciężarem rozpędzonych ciał, jedna z desek w górnej części zaczęła ustępować. Na przeciwległą ścia­nę padła nowa, postrzępiona smuga światła. Przez szczelinę widać już było ramiona żołnierzy.

- Masz jakieś pomysły? - zapytał Jurtan.

- Szukam miecza, przyzwoitej pałki albo czegoś w tym stylu. Lepiej zajmij się tym samym.

- Więc ty też nie masz pomysłów, które przyczyniłyby się do po­prawy naszej sytuacji. W takim razie chciałbym coś wypróbować. - Zdjął wieko z jednej ze skrzyń i zaczął grzebać w jej wnętrzu.

- A to pomoże?

Deska w drzwiach pękła z trzaskiem i poszybowała przez scho­wek. Do środka wsunęła się potężnie umięśniona ręka, bez więk­szych efektów młócąc powietrze.

- Możliwe - Jurtan wyjął flet i popatrzył na niego podejrzliwie.

- Odwrotnie - podpowiedziała Tildy. - Co?

- Złap odwrotnie.

- Aha - Jurtan odwrócił instrument i przyłożył go do ust. Żo­łnierze szaleńczo rozrywali drzwi. Ich wyłamanie było też kwestią sekund.

- Mam nadzieję, że to dobry pomysł - powiedziała Tildy.

- Ja też - wymamrotał Jurtan. W melodię w jego głowie, która zastygła w pełnym oczekiwania drżeniu, nagle wdarł się ryk trąb i dudnienie werbli. Jurtan nakrył palcami dziurki fletu, dmuchnął i zamarł. Jego ciało znieruchomiało, a w powietrzu zawibrował wysoki, czysty dźwięk. Uszy Monta pochłonęły go, zamknięte na wszystkie inne odgłosy, umysł skupił się na jednej jedynej myśli o dźwięku, a oddech wydobywał z płuc prawie samoistnie. I gdy powietrze przemykało przez flet, Jurtan powoli, bardzo powoli uświadamiał sobie, że to naprawdę działa, że nie otępiał, że myśli co prawda formują się ociężale i pełzną jak ołowiane ślimaki, jed­nak są żywe, że on sam jest przytomny, a muzyka rozbrzmiewa nie tylko w jego głowie, lecz również, po raz pierwszy, na zewnątrz.

Jurtan Mont znów zaczerpnął powietrza i dmuchnął, i tym ra­zem jego palce zaczęły tańczyć po flecie. Wybuchła muzyka, praw­dziwa muzyka, dopasowująca się do tej brzmiącej w jego głowie, płynna melodia na tle upartych smyczków i triumfalnego ryku trąb. Zastanowił się, jak to brzmi dla słuchaczy, zapewne dziwacznie, gdyż większość instrumentów grała wyłącznie w jego głowie. Flet musiał brzmieć denerwująco niekompletnie. Skoncentrował się na oczach. Zaczął przesuwać jeż wahaniem, z wyrachowaną powol­nością. Palce, nie przejmując się oderwanymi reakcjami innych części ciała, śmigały po dziurkach fletu. Wreszcie Jurtan zobaczył górną część drzwi, wielką poszarpaną dziurę w miejscu, gdzie wydarto deski i dwóch Strażników w połowie wepchniętych do schowka... Wisieli w otworze. Ich twarze były pozbawione wyra­zu, ręce zwisały bezwładnie, głowy kolebały się nieprzytomnie.

Podejrzenia Jurtana przybrały na sile. Udało mu się lekko prze­kręcić głowę i zerknąć na siostrę. Tilda też leżała zemdlona, z wy­razem oszołomienia na twarzy. Jej palce obejmowały kawałek drew­na. Jurtan powoli zamknął oczy i zamienił się w słuch. Nie usły­szał niczego poza magnetycznym pędem muzyki, poza wirem dźwięku nadal próbującym go wessać. Ani tupotu stóp, ani szczę­ku mieczy, ani krzyków, ani jęków - niczego!

O rany!, pomyślał. Całkiem nieźle! Wyglądało na to, że wszy­scy znajdujący się w zasięgu melodii fletu zostali sparaliżowani, ogłuszeni, wyłączeni - zareagowali na muzykę dokładnie tak samo, jak zazwyczaj on reagował. Zaraz za tą myślą napłynęła następna, która spodobała mu się znacznie mniej niż pierwsza - zaczynały go boleć palce. A flet się rozgrzewał.

Niezależnie od tego, na czym polegała ta umiejętność, jej moc zaczynała zbierać swoje żniwo. Jurtan nie miał pojęcia, jak długo jeszcze będzie mógł grać. Jeżeli muzyka wywierała na wszystkich efekt taki sam, jak niegdyś na niego, to ludzie zaczną dochodzić do siebie, gdy tylko zapadnie cisza. Na szczęście strażnicy nadal będą niezdolni do racjonalnego działania. To da trochę czasu. A może nawet trochę więcej.

Jurtan skupił się na grze, pragnąc przyśpieszyć melodię. Jego palce w zawrotnym tempie, zaczęły śmigać nad fletem. Powta­rzający się motyw instrumentów smyczkowych zabrzmiał wyżej o jeden ton, po chwili o drugi. Jurtan przeczuwał, że zbliża się crescendo. Z fletu wzniosła się smużka dymu. W nagłym i nie­pohamowanym paroksyzmie spod naprężonych palców wystrze­liła burza dźwięków. Muzyczna nawałnica przetoczyła się przez komórkę i uleciała korytarzem. Flet rozsypał się na kawałki. Za­padła głucha cisza.

Przerwał ją rumor spowodowany przez Jurtana, który zatoczył się na półkę pełną mandolin. Był wykończony. Palce mu opuchły; w świetle wpadającym z korytarza widział na opuszkach czerwo­ne i purpurowe plamy - zapowiedzi siniaków. Spróbował wesprzeć się na ręce i cofnął ją, gdy tylko zetknęła się z podłogą. Skrzywił się i jęknął, zdumiony wrażliwością obolałych palców. Dodatko­wym utrapieniem były drzazgi z fletu, które wbiły mu się w palce i wokół ust.

Jurtan zakończył inwentaryzowanie obrażeń, gdy od drzwi do­biegł cichy jęk. Jeden Strażnik poruszał się niemrawo. Jurtan zaci­snął zęby, wyszarpnął z dłoni parę drzazg i podniósł się chwiejnie. Tildy oddychała, lecz była nieprzytomna. Jurtan, zagryzając w za­dumie dolną wargę, popatrzył na jej pałkę. Była to drewniana pod­pórka, ale jeden koniec miała okuty żelazem. Przykląkł i ostrożnie złapał narzędzie.

Auuu! Jakby przytknął palce do rozgrzanej patelni. Cofnął rękę, potem usłyszał kolejny jęk żołnierza. Zmusił się do powtórzenia próby, ujął pałkę w dłoń, jak najdalej od czubków palców, i wzniósł ją w powietrze.

Dam radę to zrobić, pomyślał, naprawdę. Żołnierze w drzwiach poruszali się, lecz na szczęście ich ruchom brakowało koordynacji. Jurtan patrzył na nich przez chwilę, po czym zacisnął szczęki i mach­nął pałką, raz, drugi. Uznał, że za drugim razem już nie było tak źle.

Drzwi były nadwątlone do tego stopnia, że wykopał je z zawia­sów i wypchnął na korytarz bez pomocy rąk. Przez następną minu­tę walił po głowach pozostałych żołnierzy w korytarzu. Potem wró­cił do magazynu instrumentów, delikatnie wyjął ze skrzyni nowy flet i wsunął go za pas.

Najbardziej w świecie pragnął popędzić teraz na poszukiwanie Kaara. Wśród rozpostartych na podłodze oszołomionych ludzi nie znalazł ojca. Niewątpliwie był tam, gdzie Kaar, i kto wie, w jakie kłopoty się wpakował. Jurtan doszedł do wniosku, że nawet jeśli jego nowo odkryty talent nie przysporzy mu większych korzyści, to sam udowodni tacie, że potrafi być przydatny. Może nawet tata pogodzi się z faktem, że niekoniecznie trzeba wiedzieć, jak rąbać ludzi mieczem, aby być mężczyzną.

Ale nie mógł iść, nie teraz, jeszcze nie. Wyglądało na to, że mi­nie co najmniej dziesięć czy piętnaście minut, zanim Tildy i inni byli więźniowie dojdą do siebie. Jurtan wiedział, że w tym samym czasie oprzytomnieją żołnierze. Nie chciał zabijać Strażników, a z powodu stanu własnych rąk nie mógł pokusić się o ich skrępowa­nie. Miał tylko jeden wybór. Musiał zaczekać i osobiście wszyst­kiego dopilnować. Z westchnieniem zrobił sobie wolne miejsce na podłodze i usadowił się pod ścianą.

Nie tylko myśl o Kaarze nie dawała mu spokoju. Gdzie był Shaa?


Rozdział XV

WIELKI KŁOPOT


Shaa ocknął się. Podłoga pod nim wznosiła się i opadała. Znów była na łodzi. Skutymi rękami obejmował gruby słup, który prze­chodził przez niski sufit pokładu nad jego głową. Za niewielkim okien­kiem po prawej ukazywały się spienione bryzgi, jarzące się łagodnie na tle nocnego nieba. Shaa przeszył ciemność groźnym spojrzeniem i spróbował ocenić swój stan. Kiedy oddychał głębiej, coś kłuło go w piersiach. Odczuwał też bolesne tętnienie w innych częściach cia­ła. Jego płaszcz zniknął wraz z resztą ekwipunku.

Tuż przed słupem, do którego był przykuty, stała stroma drabina prowadząca do luku. Nagle pokrywa luku odskoczyła i w otworze pojawiła się twarz oraz ręka z latarnią. Shaa spojrzał z wściekłością na żołnierza. Mężczyzna odwzajemnił się grymasem i powiedział:

- Czas odmówić modlitwy, szpiegu. Shaa wzniósł brwi.

- Faktycznie. Dokąd płyniemy?

Wydawało się, że na twarzy Strażnika osiadła ciemna chmura.

- Do Oskina Yahlei - zatrzasnął właz.

- Aha - mruknął Shaa. Może to jakaś dzielnica, pomyślał.

- Uuuch... - jęk, który dobiegł zza jego pleców, brzmiał raczej chrapliwie. Shaa wykręcił szyję. Przy burcie leżał mężczyzna przy­kuty do pierścienia. Właśnie podnosił głowę.

- Dobry wieczór - powitał go Shaa.

- Wesołek, co? - zadrwił nieznajomy i znów jęknął. - Nie słysza­łeś, do kogo nas zabierają?

- Słyszałem. Być może nie jestem zorientowany. Zakładam, że imię Oskina Yahlei ma wzbudzić lęk w sercach tych, którzy je znają?

- To jakiś czarnoksiężnik, jeden z tych, no... jak oni się zwą? Ci, co zajmują się martwymi?

- Nekromanta?

- Tak, to Oskin Yahlei - mężczyzna wsparł się o burtę. Ręce miał wykręcone do tyłu i skrępowane za plecami. W nikłym świetle wpa­dającym przez otwarte bulaje było widać, że jego policzek pokrywa skorupa zaschniętej krwi. Był ubrany w coś, co zasługiwało jedynie na miano łachmanów i chyba nigdy niczym więcej nie było. - Znam tylko nazwisko, nigdy nie poznałem go osobiście, jeszcze nie. Ale codziennie przychodzą do celi, wybierają jakiegoś faceta i wiodą go do Oskina Yahlei. I ten facet już nigdy nie wraca...

- Do celi? Jakiej celi? Zakładam, że nie jesteś więźniem politycznym?

- Ja, polityczny? Hę, hę, ja trzymam się z daleka od polityki. Za kogo mnie bierzesz?

- Za złodzieja. Mam nadzieję.

- To nie dla mnie. Ja podpalam domy. A czemu pytasz? Nie ma nadziei, pomyślał Shaa.

- Gdybyś był złodziejem, mógłbyś otworzyć kajdany i wyprowa­dzić nas stąd.

- Aha. Słuchaj, to niezły pomysł! Hmm... nie jesteś przypadkiem...

- Nie - po raz kolejny rozwiązanie problemu spada na moje barki, pomyślał Shaa. Nic nowego.

- Słuchaj - zaczął podpalacz - więc jak ci mówiłem, codziennie biorą kogoś do Oskina Yahlei i facet znika. Tym razem kolej na mnie i na ciebie.

Surowiec dla nekromanty, cóż za rozkoszne podsumowanie dnia. Niech to będzie dla mnie nauczką, pomyślał Shaa. Gdy następnym razem zaproponują mi wcześniejsze przejście na emeryturę, skorzy­stam bez namysłu. Starczy tych beznadziejnych awantur.

Rytm fal zmienił się, gdy statek przybił do mola. Pokład podskakiwał teraz chaotycznie, kolebiąc się na wszystkie strony, uderzany przez fale odbite od filarów. Shaa i jego towarzysz zostali wywleczeni na pokład, a stamtąd po kilku drabinach na ulicę. Strażnicy ani na chwilę nie spusz­czali więźniów z oka. Na nabrzeżu przekazali ich w ręce czekającej eskor­ty. W skład nowej grupy wchodziło dwunastu ludzi. Dowodził nimi mężczyzna w długim płaszczu. Gdy poły rozchyliły się, Shaa ujrzał ten sam nieznany herb, który widział wcześniej: purpurowy precel. Być może był to znak osobistej służby Oskina Yahlei. Shaa zdołał zauważyć, że idą na północny zachód, w stronę wzgórz przy północnym murze.

Shaa nadal odczuwał w piersiach głęboki, tępy ból, promieniu­jący ostro ku mostkowi i to zaczynało go martwić. Wstrząs elektryczny, jakim poraził go ten mackowaty twór, mógł spowodować trwałe uszkodzenie serca. Z powodu natury swojej klątwy - jednej z klątw - Shaa zmuszony był do otaczania swej klatki piersiowej wyjątkową troską. Wypoczynek i rekonwalescencja, które na pew­no wyszłyby mu na dobre, pozostawały jednak w sferze nieosią­galnych marzeń. Będzie musiał zachować szczególną ostrożność. I mieć nadzieję, że najbliższa przyszłość oszczędzi mu kontaktów ze zbyt dużą ilością magii.

Eskorta skręciła w lewo w wyludnioną ulicę, biegnącą równolegle do pomocnego muru. Za chaszczami porastającymi pustą parcelę Shaa zobaczył masywne bloki murów miejskich. Przy placu stała podnisz­czona budowla, a dalej kamienny mur zwieńczony szpicami. Zbliżyli się do bramy w murze.

Mężczyzna z preclem na piersiach załomotał w wierzeje. W ich gór­nej części otworzyło się i pojawiła się twarz odźwiernego. Mężczyźni zamienili parę słów, po czym wrota stanęły otworem. Eskorta weszła na niewielki dziedziniec, krótką ścieżką dotarła przed ozdobny fron­ton budowli i zatrzymała się przed wielkimi dwuskrzydłymi drzwia­mi. Gdy brama wiodąca na ulicę została zamknięta, drzwi rozwarły się na oścież. Żołnierze i więźniowie znaleźli się w przedsionku.

Gdy tylko Shaa przekroczył próg kolejnego pomieszczenia, na­tychmiast zrozumiał, jakim celom służyła ta budowla. Sala rozciąga­jąca się na wprost i na prawo od wejścia, sklepiona na wysokości drugiego piętra, niegdyś była miejscem zgromadzeń wiernych. W pierwszej chwili nie wyglądała na świątynię, ale o takiej funkcji świadczyły jaśniejsze zarysy ołtarza i innych charakterystycznych elementów wystroju, które odcinały się wyraźnie na tle okopconych ścian. Lewa część sali, dawniejsza nawa, tworzyła obecnie korytarz prowadzący na tyły budynku. W głębi widniały mniejsze, lecz rów­nie bogato zdobione dwuskrzydłowe drzwi. Były zamknięte, po obu stronach stali strażnicy ze znakiem precla na piersiach. Sześciu in­nych zajmowało pozycje w różnych miejscach świątyni. Człowiek, który towarzyszył eskorcie od samego nadbrzeża, powiedział coś do sierżanta. Sierżant nie wyglądał na zadowolonego.

- Zostaniesz tutaj, z więźniami. - Mężczyzna mówił podniesio­nym głosem. - Zrozumiano?

Sierżant spiorunował go wzrokiem potem otworzył usta, by odpo­wiedzieć, ale ugryzł się w język. Odwrócił się i odezwał do swoich podwładnych:

- W porządku, idziemy. Zabieramy ich do wielkiej sali.

Miecz szturchnął Shaa w plecy, zmuszając go do przyspieszenia kroku. Oddział skręcił w prawo w stronę ściany byłej świątyni. Płasz­czyznę kamiennego muru urozmaicały żelazne pierścienie wmuro­wane na wysokości głowy. - Przykujcie więźniów - warknął sierżant.

Nie zdążono wykonać rozkazu. Nagle rozległo się zbiorowe westchnienie. Skrzydła wysokich drzwi w korytarzu rozchyliły się z trza­skiem. Strażnicy z eskorty zrobili w tył zwrot, oczy wszystkich obec­nych zwróciły się w stronę drzwi. Stała w nich postać w płaszczu tak czarnym, że zdawał się pochłaniać światło. Dramatyczny efekt pod­kreślał ogień płonący w żelaznym kominie za jej plecami. Kaptur płaszcza był odrzucony. Lewe oko przybysza przysłaniała skórzana łatka, czarna jak smoła w porównaniu z bladą szarością skóry. Pra­we oko było błękitne i twarde jak lód.

Dowódca ze znakiem precla zbliżył się i szepnął coś pełnym uniżenia tonem, a wówczas jednooki klasnął w dłonie za plecami. W sa­li zaległa martwa cisza, jedynym burzącym ją dźwiękiem był cichy szum ognia. Mężczyzna z preclem skinął na grupę Strażników, a po­tem wskazał palcem Shaa. Błyszczące oko mrocznej postaci skon­centrowało się na lekarzu. Przejęty nagłym chłodem Shaa miał wra­żenie, że jego wola wsiąka w podłogę świątyni. Uświadomił sobie, że nie jest to gra wyobraźni. Z czarnej postaci emanowała ssąca zachłanność krwiopijczych pijawek. Mężczyzna ze znakiem prec­la, dodał jeszcze parę słów. Jednooki pokiwał głową i obaj zbliżyli się do więźniów.

Członkowie Straży chyłkiem usuwali im się z drogi. Oficer sunący za plecami swego pana, warknął:

- Zostać na miejscach! Baczyć na więź... - urwał w pół słowa, gdy mroczna postać uniosła dłoń. Jednooki przemówił. Jego głos przypo­minał głuche dudnienie gongu:

- Ty jesteś Shaa? Doktor Shaa? Sławetny Zalzyn Shaa?

Shaa ledwo panował nad własnym umysłem. Sala pływała mu przed oczami. Kierowany instynktem, odpowiedział:

- W rzeczy samej. Czy my się znamy?

W sali rozbrzmiało kolejne zbiorowe sapnięcie. Oficer odepchnął łokciem zawadzającego mu Strażnika i z całej siły zdzielił Shaa pię­ścią w twarz. Lekarz zachwiał się, ale zdołał utrzymać na nogach. Ból był głęboki i ostry, jednakże pomógł mu odzyskać jasność my­śli. Oficer zamierzył się do następnego ciosu.

- Wstrzymaj się - rzekła postać w czerni.

- Tak, panie - cofnął się, obrzuciwszy Shaa złowróżbnym spoj­rzeniem.

- Ach, ci pochlebcy - podjął jednooki, tym razem tonem towarzy­skiej pogawędki. - Potrzebuję odpowiedzialnych asystentów, zastęp­ców, pomocników, a znajduję jedynie lizusów.

- Niestety, podlizywanie się jest powszechną plagą - zgodził się Shaa. Nareszcie przemógł otępienie. - Mniemam, iż jesteś Oskinem Yahlei?

- Masz rację - słowa te zabrzmiały jak wyrok.

Człowiek, który podpalał domy, zaniósł się przenikliwym szlochem, padł na kolana, zastygł na chwilę w tej pozie, a potem runął na twarz. Oskin Yahlei obrócił się w jego stronę. Shaa dostrzegł cień rozba­wienia na jego obliczu.

- Zakładam również - kontynuował z typowym dla siebie sarka­zmem - że ty tutaj wszystkim rządzisz, co obejmuje poczynania Kaara, Bałwana Mniej Niż Kompetentnego.

- Trafnie ujęte - powiedział Oskin Yahlei. - Dziękuję.

Oficer już nie mógł się powstrzymać. Runął na Shaa z dzikim wrza­skiem.

- Zamknij się, zamknij swój parszywy pysk! Nikt nie śmie mówić do Oskina Yahlei takim tonem... AUUU!

- Przepraszam - Shaa zdjął nogę z brzucha leżącego na podłodze oficera i uprzejmie skłonił się Oskinowi Yahlei. Łańcuch krępujący mu ręce nieco utrudnił ten pokaz kurtuazji. - Zechce mi pan wyba­czyć, panie Yahlei. Przerwano nam na pochlebcach.

- Słyszałem relacje dotyczące twoich poczynań w przeszłości. Być może mijają się one z prawdą. Czyżbyś był ledwie trefnisiem, który igra z dobrą wolą potężniejszych od siebie?

- Moim zdaniem to kwestia podejścia. Ostatecznie, śmierć to śmierć, a życie to życie. Żywy musi przyjąć pewną postawę w stosunku do otoczenia. Ja preferuję taką, jaką masz przyjemność oglądać.

Oskin Yahlei zmierzył wzrokiem swojego rozmówcę.

- Jak widzę, potrafisz być nieznośny. Jednak, o ile pogłoski na twój temat są zgodne z prawdą, nie brakuje ci również pewnych zdolności. To nieszczęsne zamieszanie w pałacu Kaara, którym najprawdopodob­niej sam będę musiał się zająć, jest twoim dziełem, prawda?

- Odmawiam obarczania mnie brzemieniem całkowitej odpowie­dzialności - odrzekł Shaa. - Aczkolwiek, gwoli prawdzie, muszą przypisać sobie pewien udział.

l Shaa zastanawiał się nad reakcją Oskina Yahlei, a raczej brakiem tejże. Fakt, że nie pognał z miejsca do pałacu, implikował parę moż­liwości. Albo bunt nie był poważny i już został stłumiony, albo Oskin Yahlei nie przejmował się zbytnio losem Kaara. Być może doszedł do wniosku, że jego marionetka już spełniła swoją rolę. Być może czuł, że nadszedł czas przejęcia władzy nad Roosing Oolvaya w for­mie bardziej osobistej i widocznej. Z drugiej strony, może w tej chwili nękały go inne, bardziej palące problemy.

- Hmm - mruknął z zadumą Oskin Yahlei. - Wobec tego nie możesz być człowiekiem Carla Lake - popatrzył w sufit.

Faktycznie, ten człowiek miał kupę rzeczy na głowie, między in­nymi problemy stwarzane przez samego siebie. Shaa gotów był pójść o zakład, że Oskin Yahlei nie jest zwyczajnym nekromantą, ale kim innym mógłby być? Promieniował jak bóg, jednak nie posiadał typo­wej dla bogów osobowości. Ci zazwyczaj są bardziej stanowczy, gwa­łtowniejsi, ich arogancka pewność siebie wywiera większe wrażenie.

I kto to jest Lake? Wygląda na to, że jak zwykle wplątałem się w intry­gę uknutą przez kogoś innego, zakpił w myślach Shaa.

Oskin Yahlei spojrzał w dół.

- Po coś tu przybył, Shaa? Co zainteresowało cię w Roosing Oolvaya akurat w tym momencie?

- Okoliczności zmusiły mnie do spiesznego wyjazdu z Drest Klaaver i postanowiłem skierować się na wschód - odparł Shaa. - Znala­złem się w Roosing Oolvaya głównie z powodu klątwy i własnych skłonności do teatralnych zachowań.

- Jakie jest prawdopodobieństwo, że ktoś tobą manipulował? Shaa sam stawiał sobie takie pytanie. Zamach stanu w Drest Klaaver został przeprowadzony praktycznie bez powodu. Być może szczęśliwy splot wydarzeń, jakie dopomogły mu w ucieczce, też był ukartowany.

- Próbuję opierać się koncepcji przeznaczenia - rzekł Shaa - jed­nakże, jak wszyscy inni, jestem otwarty na taką możliwość. Nawia­sem mówiąc, zapewne zdajesz sobie sprawę, jak trudno się do tego przyznać.

- Całkowicie. Masz towarzyszy?

- Tak, mam. Ale czy są obecnie w pobliżu... Przykro mi, tego będziesz musiał dowiedzieć się na własną rękę.

- Spokój! - rzekł Oskin Yahlei do zaniepokojonych Strażników. Shaa pomyślał, że z ich twarzy mógłby odczytać długą listę rzeczy, jakie woleliby robić zamiast sterczenia w świątyni i jeszcze dłuższą listę miejsc, w których woleliby się znajdować. - On jest mój i zrobię z nim, co zechcę - wskazał na Shaa środkowym palcem, na któ­rym nosił złoty pierścień. Klejnot migotał drobnymi światełkami i ciemnymi spiralami energii. Moc, która wcześniej stłumiła świado­mość Shaa, znowu zaczęła narastać.

- Shaa! - zagrzmiał Yahlei. - Moja cierpliwość się kończy! Dam ci wybór! Wiesz, jaki! Albo się do mnie przyłączysz, albo spotka cię coś okropnego!

A więc potrzebujemy bystrego sprzymierzeńca, co?, pomyślał ocię­żale Shaa, przytłoczony siłą wznowionego ataku.

- Być może moi przyjaciele są w pobliżu, być może nie - zaczął złowieszczym, imponującym tonem, choć czuł się kiepsko. - Nie­ważne. Jeśli przytrafi mi się coś złego, przyjdą po ciebie. Zapłacisz za wyrządzone mi krzywdy! Zgotują ci los, jakiego nie jest w stanie wyobrazić sobie nikt przy zdrowych zmysłach!

Ich spojrzenia zwarły się: dwoje oczu Shaa z pałającym okiem Oskina Yahlei. Nekromanta wskazał ręką skulonego na podłodze człowieka, który podpalał domy.

- Zobacz najłagodniejszą wersję swojego przeznaczenia. Mężczyzna na podłodze zamarł w bezruchu. Wyglądało to tak, jakby między jednym a drugim oddechem został wypatroszony i wypchany. Zdawało się, że jego ciało spowił jakby czarny muślin. Potem...

Z zewnątrz, od strony zewnętrznej bramy, dobiegł łomot, niosący się głuchym echem po sali. Oskin Yahlei z rozdrażnieniem oderwał wzrok od podpalacza i spojrzał na leżącego plackiem oficera. Ten po­derwał się i śmignął do wyjścia. Shaa ze złośliwą satysfakcją zauważył, że sługus trzyma się za bok i porusza raczej niezdarnie. Żołdak zniknął za drzwiami.

- Och, panie - wymamrotał po powrocie, załamując ręce ze strachu - przed bramą czeka człowiek z laską. Chce się z tobą zobaczyć.

- Ktoś od Kaara? - zapytał Oskin Yahlei.

- Nie, hmmm, ech, mówi, że nazywa się Gasha- coś tam, Gashalarahra, Gashana...

- Gashanatantra.

- Tak panie, dokładnie.

Oskin Yahlei zacisnął usta, zmarszczył czoło i na chwilę pogrążył się w zadumie.

- A więc przyszedł. Zobaczę się z nim - oznajmił.

Oficer skoczył z powrotem do drzwi. Oskin Yahlei ruszył za nim, przy­stanął, zerknął przez ramię najpierw na Shaa, potem na sierżanta Straży.

- Przykujcie ich do ściany - rozkazał. - Niedługo wrócę. - Znik­nął za dwuskrzydłowymi drzwiami. Oficer wrócił z czarnowłosym mężczyzną średniego wzrostu, parę cali niższym od Shaa. Przybysz dźwigał laskę podróżną z wypolerowanego drewna. Strażnicy za­mknęli drzwi za jego plecami.

Shaa bez sprzeciwu pozwolił, by żołnierze zaciągnęli go z powro­tem pod ścianę i zakuli w łańcuchy. Rozmyślał gorączkowo. Ten czło­wiek był Gashanatantra? Ale chyba nie Gashanatantra Przebiegłym, z pewnością nie tym szalonym intrygantem we własnej osobie... Z dru­giej strony, ilu mogło istnieć Gashanatantrów? A nikt przy zdrowych zmysłach nie podszywałby się pod Gashanatantrę, mając do wyboru jakąkolwiek inną możliwość. Na bogów, rozwiązywanie takich zaga­dek było bardziej w stylu Maksa. Gdyby był gdzieś w pobliżu, z pewnością by zrozumiał, o co chodzi.

Przez długi czas nic się nie działo. Shaa uważnie obserwował salę. Nad nawę z dwuskrzydłowymi drzwiami wysuwała się wsparta na trzech kolumnach komnata z trzema wielkimi oknami. Gdy Shaa spoj­rzał w górę, w oknie mignęła jakaś postać, w samym rogu, jakby ktoś ukradkiem zerkał na świątynię. Nowa komplikacja? Cóż, w tym mo­mencie już nie mogło być gorzej.

Shaa nie dostrzegł nic interesującego i zatopił się w rozmyślaniach. Najlepszym wyjściem z sytuacji byłaby ucieczka, lecz biorąc pod uwagę wszystkich tych strażników i łańcuchy przykuwające go do ściany, takie rozwiązanie wydawało się dość karkołomne. Miał co prawda asa w rękawie, jednak prześladująca go klątwa nie pozwala­ła mu z niego skorzystać. Poza tym, z powodu niedawnych przejść zagranie owym asem pogorszyłoby jego stan bardziej, niż bierne pod­danie się biegowi wypadków. Rozejrzał się jeszcze raz w nadziei, że dostrzeże coś istotnego.

- Co to? - zapytał jeden ze Strażników.

Niewyraźny krzyk, stukot - szybki, urywany dźwięk, jakby cyk - cyk - cyk, a po nim oślepiający błysk białego światła na antresoli!

- Moje oczy! - poskarżył się ktoś w pobliżu.

Poblask zbladł, otoczenie odzyskało normalne kolory po wybu­chu bieli, a chwilę potem z okien wystrzeliły snopy różnobarwnego światła, następnie kolejna błyskawica. Budowla zadrżała w posadach. Potężne zawodzenie, głuche, jakby spod ziemi, zaczęło przeradzać się w ogłuszający ryk schodzącej lawiny. Na salę spłynęła fala arktycznego mrozu, pozostawiając na ścianach płachty szronu. W po­koju na piętrze, ociężale, jakby z wysiłkiem, zaczęło formować się coś, z czego emanowała nieokiełznana złość. Budynek zadygotał niczym podrażniony, odsłonięty nerw. Okna na antresoli zaczęły pul­sować czerwienią, ściany wokół nich rozpadły się na kawałki, ko­lumny wygięły, sufit nawy bocznej pękł na całej długości i zaczął walić. Kilku żołnierzy zostało przywalonych kamieniami.

Shaa zmrużył oczy. Strażnicy kulili się pod ścianami, osłaniając głowy i wodząc po sali oszalałym wzrokiem. Z góry posypała się ka­skada poszarpanych belek i fragmentów podłogi. Shaa, zerknąwszy spod przymrużonych powiek na lawinę kamieni, drewna i płonących głowni niespodziewanie dostrzegł lecącą postać. Wyglądała znajomo, bardzo znajomo. Z resztek antresoli dobiegł potężny ryk, potężniejszy od poprzedniego, gdyż już nie tłumiła go ściana. Postać wylądowała na prawo od grupy żołnierzy Oskina Yahlei, którzy skoczyli ku intru­zowi dobywając miecze. Shaa wciąż był otoczony przez Strażników, jedni leżeli nieruchomo na podłodze, drudzy wili się konwulsyjne, inni zaś desperacko szukali drogi ucieczki. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Shaa podstawił nogę mijającemu go Strażnikowi. Mężczyzna potknął się, wypuścił broń z ręki i runął na podłogę. Shaa wsunął nogę pod klingę i wierzgnął. Miecz poszybował w powietrzu.

- Maks! - wrzasnął Shaa, próbując przekrzyczeć zgiełk.

Maks zniknął z widoku, przysłonięty ciałami pięciu napastników i ich ostrzami, aczkolwiek wydawało się, że żołnierze mają problem z dobraniem mu się do skóry. Gdy kopnięty przez Shaa miecz przelaty­wał w pobliżu, z kłębowiska ciał wysunęła się ręka, zręcznie chwyciła rękojeść i przemieniła bezładny ruch oręża w spiralne cięcie. Shaa usłyszał wysokie “huu- huu- huu" z metalicznym pogłosem, odcinają­ce się od reszty zgiełku. Strażnicy znieruchomieli na chwilę, a po­tem, kolejno runęli pokotem na ziemię.

Shaa przyzwyczajony do podobnych wielkich wejść swoich przy­jaciół z lekkim zdziwieniem zareagował na pojawienie się Maksymilia­na, Szlachetnego Obwiesia. Kiedy Maks przeskakiwał nad powalo­nymi strażnikami, w dziurze pod sufitem zmaterializowała się ogrom­na kula pomarańczowych płomieni. Sypnęła iskrami, a następnie na tle pomarańczowych i żółtych jęzorów ognia pojawił się czerwony zarys twarzy oraz rozżarzone ślepia i wykrzywione paskudnie usta. Usta otworzyły się. Maks zdążył zwinąć się w kłębek, gdy spomię­dzy warg wystrzeliła fala gorącego powietrza. Podłoga świątyni za­padła się z hukiem. Martwi i ranni strażnicy oraz Maks runęli w dół w nawałnicy wielkich kamieni i płonących belek. Ściana, pod którą stali więźniowie, też zaczęła się rozstępować. Świątynia zawirowała Shaa przed oczami, a potem medyk stwierdził, że leży na stosie tlą­cych się szczątków. Nadgarstki miał otarte do żywego ciała, ramiona na wpół wyrwane ze stawów. Ale łańcuch kajdanów zwisał luźno.

Unoszące się w kłębach płomieni stworzenie jakby zebrało się w sobie, cofnęło się i zanurkowało w kierunku dziury wyszarpanej w podłodze. Powietrze, przenikane falami rozpętanej mocy, pulso­wało niczym wzburzona powierzchnia stawu. Czas na rozmyślania minął. Shaa dźwignął się na kolano i podniósł ręce.


Rozdział XVI

KRYJÓWKA OSKINA YAHLEI


To ja, Gashanatantra - powiedziałem. Oko w okienku patrzyło bezmyślnie. - A kto to taki? - dociekał odźwierny.

- Gashanatantra - powtórzyłem, udając rozdrażnienie.

- Chwileczkę, - okienko zatrzasnęło się z hukiem. Rozejrzałem się po ulicy. Gasha nadal nie było widać, a strumień informacji, jaki wciekał mi do głowy, chyba wysechł. Wyglądało na to, że jestem sam.

Brama zagrzechotała i stanęła otworem.

- Tędy - powiedział lokaj.

Nosił te same insygnia, jakie widziałem wcześniej: skręcony sznur na tle płomieni. Podążyłem za nim przez mały dziedziniec. Po na­szym przejściu drzwi zamknęli faceci z purpurowym znakiem na ubra­niach. Po mojej prawej otwierała się wielka sala dawnej świątyni. Żołnierze Oskina Yahlei i członkowie regularnej Straży, rozstawieni po całym wnętrzu, jak jeden mąż wlepili we mnie zdumione oczy. Strażnicy miejscy pilnowali dwóch zakutych w łańcuchy więźniów. Widziałem, jak niedawno wprowadzali ich do budynku. Więźniowie nadal żyli i byli z grubsza w dobrej kondycji. Być może oznaczało to, że Oskin Yahlei otrząsnął się z krwiożerczego nastroju, w jakim widziałem go wcześniej u Karla, kiedy wysysał do sucha tego bied­nego maga. Jeśli tak, nie powinienem narzekać. Lokaj wskazał w le­wo, gdzie otworzyły się skrzydła następnych drzwi. Niespiesznie przekroczyłem próg i drzwi zamknęły się za moimi plecami.

Pod przeciwległą ścianą w palenisku tak wielkim, że pomieściło­by stojącego człowieka, płonął ogień. Na lewo ode mnie, w kącie komnaty, wznosiła się spirala kręconych schodów. Na dywaniku przed kominkiem stało kilka obitych skórą foteli z wysokimi oparciami i żło­bionymi poręczami. Między sprzętami, plecami do ognia, z rękami skrzyżowanymi na piersiach, stał Oskin Yahlei.

- Gashanatantra - przemówił. W jego głosie pobrzmiewało już mi znajome, mrożące krew w żyłach dudnienie, ale na szczęście nie spróbował swej sztuczki z czarną aurą.

- Oskin Yahlei - powiedziałem. Patrzyłem na niego przez chwi­lę, potem podniosłem brew i ruszyłem w jego stronę. Yahlei cofnął się o krok. Obserwując, jak tonę w najwygodniejszym z wyglądu fotelu, lekko rozchylił usta i zajął miejsce naprzeciwko. Umieści­łem okuty żelazem czubek laski na podłodze pomiędzy stopami, wsparłem łokcie na poręczach i splotłem palce. Przez chwilę przy­glądaliśmy się sobie badawczo.

- Wreszcie się spotkaliśmy - zagaił.

- Rzeczywiście.

- Twoja aura jest aurą mocy, jednak nie przybrałeś zbyt ciekawej postaci, jeśli mogę pozwolić sobie na czelność.

- Możesz - przyzwoliłem łaskawie - na razie. Później zoba­czymy.

W życiu bym nie uwierzył, gdybym nie zobaczył tego na własne oczy: Oskin Yahlei nerwowo przełknął ślinę. Może ostatecznie mój pomysł nie był taki głupi; może rzeczywiście Gashanatantra był rybą grubszą od niego. A on myślał, że jestem Gashanatantra. Jeden z mo­ich pierwszych mentorów rzekł ongiś: “Kiedy myślisz, że już nie masz żadnego wyjścia, wprowadź w czyn najbardziej zuchwały po­mysł, jaki wpadnie ci do głowy. A potem idź za ciosem. Nie uwie­rzysz, z iloma rzeczami można sobie poradzić, kiedy już się wykona pierwszy ruch."

Faktycznie, jeden z moich największych lęków należał do prze­szłości. Gdy tutaj szedłem, przyszło mi na myśl, że po przekroczeniu progu komnaty mogę zastać Gasha pogrążonego w uprzejmej kon­wersacji z Oskinem Yahlei.

- A zatem - kontynuowałem - próbujesz samodzielnie przeprowa­dzić małą operację.

- Jak widzisz. Wszyscy mamy swoje małe operacje.

- Tak się mówi. A jednak taka operacja może okazać się rzeczą nad wyraz delikatną. Należy wziąć pod uwagę wiele czynników. Przede wszystkim kwestię wchodzenia na cudze podwórko. Innymi słowy, przeprowadzanie własnej operacji na terytorium należącym do kogoś innego.

- Nie potrzeba mi lekcji etykiety - parsknął Oskin Yahlei. Starał się zawrzeć w tych słowach nutą brawury, lecz moim zdaniem wypa­dło to niezbyt przekonująco.

- A może potrzeba - powiedziałem - zważywszy twoją sytuacją. - Sam próbowałem mówić w taki sposób, w jaki, wedle moich wy­obrażeń, wypowiadałby się Gash. Nie wyszło mi tak twardo, jak się spodziewałem i to mnie zmartwiło. Podejrzewam, że metaboliczne połączenie z Gashem skaziło moją osobowość. - Należy wystrzegać się denerwowania innych - ciągnąłem - chyba, że szuka się zwady.

- To miasto nie leży na niczyim terenie. Nikogo nie zdenerwowa­łem.

- Nie? Masz ogromną ambicję i dalekosiężne plany, lecz zapomi­nasz o szczegółach. Nie masz zielonego pojęcia, z kogo uczyniłeś sobie wroga. Improwizujesz - powiedziałem, kierując się przeczu­ciem - nie wiedząc dokładnie, co naprawdę robisz.

- Nie jestem ci winien wyjaśnień.

- Najlepszym wyjaśnieniem jest zawsze powodzenie operacji. Nie­stety, w twoim przypadku nie wchodzi ono w rachubę. Zajmujesz bar­dzo niepewną pozycję. Szakale idą twoim tropem, nie słyszysz ich?

Jego już ziemista twarz stała się o ton bardziej szara. Wyglądało na to, że trafiłem w dziesiątkę, choć nie bardzo wiedziałem, o czym mó­wię.

- A jednak wytłumaczenie istnieje - rzekł Oskin Yahlei. - Głupota Kaara. Bóg musi posiadać władzę. - Bóg?

- Tak, bóg. Ty, Gashanatantra, z pewnością jesteś bogiem, ale ja, Oskin Yahlei, jestem równy bogu.

Pomyślałem, że ujął to całkiem interesująco, jakby dopiero niedaw­no zaczął się utożsamiać z bogami. To zgadzało się z teorią, którą za­cząłem rozwijać. Nadszedł czas na następną porcję domysłów i dwie porcje blefu.

- Zgadza się. Jednak ciekawi mnie, dlaczego na swoją kwaterę główną wybrałeś świątynię poświęconą niegdyś innemu bogu. To interesujące. Choć nie, niepokojące będzie lepszym słowem. Przy­właszczanie sobie owoców pracy kogoś lepszego od siebie sugeruje brak smaku. Zwłaszcza... - był to kolejny strzał w ciemno - gdy czy­ni to ktoś taki jak ty, jeszcze nie znany członkom związku,

Oskin Yahlei zmarszczył czoło.

- Mówi się, że ci, którzy są godni sięgnięcia po władzę, zasługują na jej utrzymanie. Każdy ma władzę taką, jakiej pożąda...

Rozparłem się w fotelu i nonszalancko założyłem nogę na nogę. Dał się złapać, pomyślałem.

- Czy wiesz, kogo skrzywdziłeś, zajmując tę świątynię? Nie sama wartość uzurpatora decyduje o posiadaniu przezeń władzy, lecz rów­nież tolerancja, z jaką traktują go inni. Nie należy budzić gniewu wśród równych sobie.

- Do kogo należy świątynia? - zapytał Oskin Yahlei. - I kto pała gniewem?

- Świątynia i gniew to jedno. I ciała w podręcznym magazynku, na przyświątynnym cmentarzu, które masz nadzieję wykorzystać do re­alizacji swych dalszych żałosnych planów, one też są tym samym. Należą do tego samego kogoś. Stanowią rezerwę materiału dla ta­kich jak ty, lecz nie dla ciebie. Jesteś... - ciągnąłem, doskonale wczuwając się w rolę - jesteś szczwanym parweniuszem, sprytnym, ale nie mądrym. Brakuje ci mądrości i wiedzy, jaką dają tylko lata do­świadczeń. - Spróbowałem wyrazić głosem dudnienie mrocznego grzmotu. - Chcesz wiedzieć, do kogo należy to miejsce? Wiedz za­tem, że należy do mnie!

Szczęka mu opadła, naprawdę opadła.

- Ale ty... ale to...

- Do mnie. A ty korzystasz z niego dzięki mojej tolerancji, a zważ, iż w obecnych czasach cecha ta jest coraz rzadziej spotykana. - Prze­szyłem go spojrzeniem. Kątem oka ujrzałem coś, co przyciągnęło moją uwagę- złoty pierścień na środkowym palcu jego lewej dłoni. Czarna aura, która niczym delikatna mgiełka spowijała postać Oskina Yahlei, zdawała się wysnuwać z pierścienia. Miałem wrażenie, że Oskin Yah­lei nosi aurę tak, jak pierścień. Nosi, nie tworzy. Pierścień błysnął w ogniu, gdy zacząłem odwracać od niego wzrok. Błysnął - zaraz, zaraz. To nie wszystko. Pierścień poruszał się. Przekręcał się, sam, raz w jedną stronę, potem w drugą, próbując pokonać zgrubienie stawu i ześliznąć się z palca.

Oskin Yahlei machinalnie poprawił pierścień. Uniosłem brwi, a on zorientował się, na co patrzyłem. Zamknął oko, skóra wokół niego zmarszczyła się w grymasie bólu.

- Pierścień - powiedział.

- Tak, pierścień. Właśnie, pierścień. Opowiedz mi o pierścieniu.

- Czemu się ze mną bawisz? - zapytał Oskin Yahlei. Oko miał nadal zamknięte. - Wydaj swój wyrok i skończmy z tym.

- Zabawa z tobą sprawia mi przyjemność. Opowiedz mi o pier­ścieniu.

Oskin Yahlei zwilżył usta. Jeżeli naprawdę nie orientował się w sy­tuacji, jak przypuszczałem, zatem udając kozaka mogłem go zastra­szyć i załatwić na cacy. Byłem stuprocentowo pewien, że Oskin nie jest prawdziwym bogiem, a tylko szarlatanem. Nie był bogiem, był nekromantą, ludzkim nekromantą - nie wiadomo, na ile zręcznym - ale na pewno za cienkim, by być grubą rybą. Gra, jaką toczył, była dla niego zbyt nowa i teraz po prostu ustępował pola. Zaszedł tak wyso­ko dzięki swemu tupetowi i popisywaniu się mocą, przy czym należy zaznaczyć, że robił to tylko wtedy, gdy w okolicy nie było nikogo, kto mógłby mu dokopać. Osiągnął swą pozycję dzięki zastraszaniu ludzi i zmuszaniu ich do współpracy. A teraz mnie udało się zastraszyć jego. Zepchnąłem go do obrony i tak długo, jak długo nie pozwolę mu przejść do kontrofensywy, będę miał szansę na wydostanie się stąd w jednym kawałku.

- Ten pierścień - rzekł wolno Oskin Yahlei - jest mój.

- Możesz go nosić, ale to wcale nie znaczy, że należy do ciebie. I tylko mi nie mów, że dostałeś go w prezencie na urodziny. Słyszałem już takie teksty.

Oskin zamyślił się. Ja też myślałem, czy nadal mam naciskać. Jeśli nie był bogiem, to najważniejsze w tej chwili pytanie brzmiało, skąd zyskał boską moc. Wyglądało mi na to, że kluczem do tej zagadki jest pierścień. Jeśli moc zawiera się w aurze, a ta związana była z pierście­niem, to jedyną logiczną konkluzją było założenie, że pierścień jest źródłem tej mocy. Problem w tym, że miałem blade pojęcie na temat możliwości samego pierścienia, a niewiele lepsze na temat zdolności noszącego go Oskina Yahlei. Wiedziałem, że w końcu czeka mnie konfrontacja i że będę mógł liczyć tylko na kapryśny miecz Gashanatantry oraz na własne zdolności, dlatego chciałem lepiej się zorientować, czemu przyjdzie mi stawić czoła.

- Ten pierścień mam od niedawna - wyznał niechętnie Oskin Yah­lei. - Wszedł w moje ręce na drodze pewnego interesu i teraz należy do mnie. Dopasowuje się do palca pierwszego posiadacza, a jego moc staje się mocą właściciela. Moc pierścienia jest teraz moją mocą. Należy się ze mną liczyć.

- Nie ty będziesz o tym decydował. Chciałbyś może porównać moją moc z mocą tej błyskotki? Głupi to za mało, chybaś do cna utracił rozum!

- To nie była prowokacja. Błagam o wybaczenie.

- Tym też się zajmiemy, gdy usłyszę prawdę. Wspominałeś o in­teresie. Wbrew twoim intencjom podejrzewam, że chodzi tu o coś więcej. Takiego klejnotu nie zdobyłbyś własnym przemysłem. Mu­siał być przeznaczony dla kogoś innego, nieprawdaż?

- O czym ty mówisz?

- Dokładnie wiesz, o czym - przynajmniej taką miałem nadzieję. W dalszym ciągu bazowałem na przeczuciach i blefie, ale coś zaczy­nało mi świtać.

Oskin Yahlei wymruczał coś pod nosem, a głośno powiedział:

- Nie mogę o tym mówić.

- Chcesz powiedzieć, że nie chcesz o tym mówić. Nie chcesz mó­wić, ponieważ gdybyś zaczął, musiałbyś powiedzieć o swojej zdra­dzie, o swojej podwójnej grze przeciwko temu, komu służysz.

Popatrzył na mnie, niemal widziałem trybiki obracające się pod jego czaszką i nagle twarz mu pobielała, oko rozwarło się szeroko, a czoło zrosiły krople potu.

- T.. .ty - wydukał - to ty, od samego początku. Jesteś tym, kogo nigdy nie mogłem zobaczyć.

- Pierścień nie jest twój - rzekłem tonem, który miał wstrząsnąć nim do głębi. - Pierścień jest mój. Stąd cię znam. Dlatego jestem tutaj, w Roosing Oolvaya, przyglądam się twoim planom, rejestru­ję twoje błędy, gotuję twoje przeznaczenie - ogarnął mnie wewnętrz­ny chłód. Reagowałem w zależności od jego oczekiwań, improwi­zując na poczekaniu, podążając tropem, jaki sam mi wskazywał, ale to, na co się natknąłem, miało posmak prawdy. Nawet jeśli nie było prawdą, Oskin Yahlei w to wierzył. Kant z pierścieniem ob­myślił prawdziwy bóg, a Oskin Yahlei, nekromantą, dla tegoż boga pracował. Pracował, ale go nie znał. Niezależnie od tego, na czym polegał plan, bóg miał wejść w posiadanie pierścienia, bez wątpie­nia po to, aby za jego sprawą powiększyć własną moc, tylko że Oskin Yahlei okazał się szybszy i zatrzymał pierścień dla siebie. Tyle wiedziałem. Oświadczenie Oskinowi, że jego szefem jest Gashanatantra, było naprawdę dalekim strzałem.

Ale miało sens. Yahlei wykiwał Gasha, a on wykorzystał mnie do wytropienia złodzieja. Być może pojawi się po załatwieniu Oski­na Yahlei i spokojnie zapakuje pierścień do kieszeni. Szkoda, że moim zdaniem miało to być bardziej skomplikowane. Jakoś nie mogłem sobie wyobrazić, by ktoś pokroju Gasha zrezygnował ze słodkiej zemsty na takim parweniuszowskim sługusie jak Oskin. A na dodatek nie sądziłem, by był zadowolony dowiedziawszy się, że podszywałem się pod niego i że śmiałem na własną rękę odkryć, o co chodzi.

Gdybym nie miał racji co do roli Gasha, to tym gorzej. Być może Oskin Yahlei pracował dla kogoś innego, a Gash tylko przy­padkiem natknął się na ten spisek. W takim wypadku bóg wyki­wany przez Oskina nadal szwendał się gdzieś tutaj, a ja w konse­kwencji miałbym do czynienia nie tylko z jednym bardzo wred­nym klientem, a z dwoma.

Rzeczą, która wydawała się najpewniejsza, był pierścień. Ktokol­wiek wchodził w grę, chciał mieć pierścień. Oskin Yahlei powiedział, że pierścień pracuje tylko dla pierwszego właściciela, ale takie ogra­niczenie nie stanowiło przeszkody dla sprytnego maga. Dobra, chcieli mieć pierścień. Wszyscy. W tej chwili jednak miał go Oskin Yahlei, a Oskina Yahlei miałem ja.

Ale nie chciałem wzbudzać w nim paniki. Gdyby zaryzykował i wykonał jakiś desperacki ruch, istniały przeogromne szansę, że sobie z tym nie poradzę. Przygwoździłem go groźnym spojrzeniem.

- A jednak nadal możesz się przydać - warknąłem. - Twoje prze­znaczenie nie zostało przypieczętowane. Mogę zmienić surowy wy­rok.

- Nadal się ze mną bawisz.

- Nie. Dam ci szansę. Skorzystasz z niej, jeśli masz choć trochę rozsądku.

- Co mam zrobić?

- A jak myślisz? Po pierwsze, pierścień. Westchnął.

- Tak. Dobrze... - zacisnął dłonie na poręczach fotela i podniósł się ociężale. - Mam go po prostu zdjąć czy też pozwolisz mi podjąć pewne środki ostrożności?

- Obaj jesteśmy rozluźnieni, uważam więc, że wskazane jest zacho­wanie pewnej ostrożności. Ale nie wysnuwaj pochopnych wniosków, znam twoją perfidię. Jesteś zwolniony warunkowo, będę czujny.

Oskin Yahlei spojrzał na mnie, rozbłysk nadziei w jego oku za­ćmiła chmura strachu. Skinął sztywno głową.

- Moja pracownia jest na górze.

Podniosłem się z fotela, ująłem rączkę laski w prawą dłoń. Oskin Yahlei ruszył w stronę spiralnych schodów w kącie pokoju. Ja ode­tchnąłem głęboko i podążyłem za nim.

Postawiłem stopę na pierwszym stopniu i już zacząłem składać sobie nieśmiałe gratulacje, gdy poczułem ciarki pod kołnierzem. Mia­łem wrażenie, że postrzegam jakąś większą, odrębną przestrzeń, na dodatek z pomocą zmysłów, które różniły się od moich własnych.

Gdzieś w głębi mojego umysłu wierciła się obca świadomość. Czu­łem się mniej więcej tak, jak kiedyś w dżungli, gdy coś, co mnie obserwowało, odwróciło wzrok, a potem raptownie spojrzało zno­wu. Może moje zmysły stały się ostrzejsze niż za dnia albo może spodziewałem się czegoś takiego - nieważne, bałem się. Nie wie­działem, jakie mam szansę wyjaśnić Gashowi, dlaczego się pod nie­go podszywam, ale nie postawiłbym na siebie złamanego oola. Obca obecność krążyła gdzieś pod moją czaszką, obserwowała, słuchała, wyczekiwała. Odrobina świadomości, jaką udało mi się zinterpreto­wać, okazywała ogromne zaskoczenie. Nie mogła uwierzyć w to, co wyczuwała. Nie mogła uwierzyć w to, co zamierzałem zrobić.

Koło zdarzeń toczyło się coraz bliżej. Ogarnęło mnie nieprzyjem­ne uczucie. Chyba wiedziałem, kto zostanie przez nie zmiażdżony. Może i miałem w garści Oskina Yahlei, ale wyglądało na to, że Gashanatantra ma mnie. Rączka laski zawibrowała mi w dłoni.

Ciało nadal należało do mnie, ale kto wie, jak długo. Odczuwałem już pewien opór stawiany przez kończyny. Przyspieszyłem. Oskin Yahlei był kilkanaście stopni nade mną. Zbliżał się do pokoju na pię­trze.

- Chciałeś, żebym go załatwił, to go załatwię - mruknąłem z rozpa­czą.

- Masz pojęcie, jak wielka jest moc pierścienia? - zapytał Oskin Yahlei.

Wymamrotałem coś w odpowiedzi. Oskin Yahlei zatrzymał się i odwrócił. Na szczęście zdążyłem ściągnąć rysy w maskę surowo­ści. Laska szamotała się histerycznie, ale była przysłonięta moim ciałem. Yahlei popatrzył na mnie z góry, ja popatrzyłem na niego z dołu, a potem ruszyliśmy dalej. Byłem pięć czy sześć stopni za nim, kiedy miecz postanowił wybuchnąć płomieniem.

Iskry strzeliły na stopnie, gdy Monoch skondensował się, szarp­nął mi rękę i pociągnął mnie po schodach. Puściłbym go, lecz moje palce kurczowo zaciskały się na rękojeści. Oskin Yahlei był za blisko, aby mieć jakieś szansę. Usłyszał niespodziewane zawodzenie miecza, zaczął się odwracać i pochylać w moją stronę. W tej samej chwili miecz rozpłatał mu ramię i wbił się w bok w fontannie strzelającego na wszystkie strony ognia. Oskin Yahlei walnął głową o drewnianą poręcz, okręcił się i upadł. Miecz z obleśnym mlaśnięciem wysunął się z jego ciała.

Kątem oka uchwyciłem ruch tuż nad głową i usłyszałem świst, ale byłem zajęty innymi rzeczami. Miecz znów był w ruchu. Oskin Yahlei leżał górną połową ciała na podłodze, dolną na schodach, a ja szamota­łem się niżej. Złapałem lewą ręką przedramię prawej, próbując zmienić trajektorię miecza i wbić go w podłogę, lecz Monoch nie zwracał uwagi na moje zachcianki. Widziałem mrugającą powiekę Oskina Yahlei. Oko niemrawo skupiło się na mnie. Miecz pełzł po deskach podłogi. - Ty nie jesteś Gashanatantra - wychrypiał Oskin Yahlei.

- Nie - wydusiłem przez zaciśnięte zęby - a ty nie jesteś Śmiercią, więc to czyni nas równymi.

Pierścień na jego dłoni wirował teraz jak szalony, z palca wzniosła się smużka dymu, a w powietrzu nad nami tworzyły się niewyraźne niebieskie figury. Czarna aura migotała drobnymi rozbłyskami i trza­skającymi iskrami. Wyglądało to tak, jakby owijała się wokół mie­cza i przyciągała go bliżej ciała. Nagle, jak się obawiałem, miecz wyrwał się z podłogi, przekręcił mnie na bok i wbił się głęboko w tors Oskina Yahlei. Nekromanta zacharczał okropnie i zesztywniał.

- Przykro mi - zacząłem. W pokoju coś się poruszyło i ktoś wrza­snął:

- Nie dotykaj tego pierścienia!

Moje myśli zlały się z czynami. Pomyślałem: “Gashanatantra! Jest tutaj!" Bez namysłu złapałem złoty pierścień i ściągnąłem go z palca Oskina Yahlei.


Rozdział XVII

KONTRSPISKI l KONTRCZARY


Maks domyślał się że coś pójdzie źle, zastanawiał się tylko, co to będzie. Przypuszczał, że odpowiedź nie każe na siebie długo cze­kać, ale mimo to zaskoczyło go tempo rozwoju wypadków. Z dmu­chawką w pogotowiu przyglądał się, jak głowa Oskina Yahlei wyłania się zza poręczy. Wymierzył w szyję. Wtem za plecami nekromanty zadudniły szybkie kroki drugiej osoby. W pracowni, bez ostrzeżenia, wybuchło zawodzenie energii magicznych. Oskin Yahlei zaczął się odwracać. Że schodów w jego stronę bluznął snop iskier. Fontanna różowego światła przeleciała nad jego głową i łukiem wpadła do po­koju. Płomień uderzył Yahlei w bark i pchnął go do pracowni. Maks zawahał się, potem wycelował w przewracającą się postać i wydmuch­nął pocisk. W chwili, gdy strzałka opuszcza dmuchawkę, głowa Oski­na Yahlei odbiła się od balustrady i odskoczyła w bok. Strzałka minę­ła cel i ugrzęzła w belce.

Człowiek, który zaatakował Yahlei, też pojawił się w pracowni. Z je­go miecza emanował nie dający się z niczym pomylić blask mocy. Maks włożył do dmuchawki następną strzałkę. Zastanawiał się, czy strzelić do Yahlei, czy zająć się nową komplikacją w postaci nieznajomego, gdy nagle stało się jasne, że nowy facet i jego miecz nie mogą dojść do porozumienia. Miecz ciągnął go ku Oskinowi Yahlei, podczas gdy męż­czyzna z całych sił próbował zwrócić go w stronę podłogi. W deszczu iskier Maks widział, jak mięśnie węźlą się na jego karku. Zęby miał zaciśnięte, twarz zaczerwienioną z wysiłku, lecz mimo jego starań miecz zyskiwał przewagę.

Był to jeden z tych wrednych, niewyżytych mieczy, obdarzonych własną wolą, przy czym cała ta wola ukierunkowała była na chłepta­nie krwi i rozkoszowanie się smakiem ciała. Jeśli dojdzie co do czego, pomyślał z odrazą Maks, to żegnaj, Oskinie Yahlei. I nie tylko. Maks był pewien, że właśnie czymś takim rozkoszowała się Śmierć w pierścieniu: walką, bólem, zniszczeniem. Jednak dopóki pierścień był na palcu Yahlei, dopóty Śmierć nie mogła się wydostać, a Maks mógł liczyć, że zdoła ją uśpić z pomocą przygotowanych czarów ograniczających. Maks rzucił dmuchawkę i wykonał magiczny gest. Nad głową Oskina Yahlei uformowały się błękitne spirale pierwsze­go czaru.

Yahlei przemówił. Jego głos brzmiał jak cichutki grzechot:

- Ty nie jesteś Gashanatantra.

Odpowiedź była jeszcze cichsza, ale rozmówca Yahlei był zwróco­ny w stronę pokoju, więc Maks wyraźnie usłyszał jego słowa.

- Nie, a ty nie jesteś Śmiercią, więc to czyni nas równymi.

O nie, pomyślał Maks, tylko nie Gashanatantra! Czy on też jest w pobliżu? Jeśli ten facet był z nim powiązany, to nie wiadomo, co będzie dalej. Nagle uświadomił sobie,- że niestety, ale wiadomo. Miecz wyrwał się z deski w podłodze i wbił siew Oskina Yahlei. Ten zesztywniał, a czarna aura wzniosła się nad nim jak twardniejący całun. Drugi mężczyzna pochylił się nad ciałem.

Maks zerwał się i wyskoczył zza biurka.

- Nie dotykaj tego pierścienia! - ryknął rozpaczliwie, szaleńczo wymachując rękami. Ku podłodze opadła błękitna struktura ograni­czająca. Facet nie zawahał się. Skoczył do przodu, złapał palec Yahlei i ściągnął zeń pierścień.

Z palca Yahlei w stronę pierścienia wystrzeliła żółta błyskawica. Z palca i z pierścienia buchnęły kłęby dymu. Palec zadygotał i drże­nie objęło całe ciało Yahlei. Czarna aura zatrzepotała, jakby pragnęła jak najszybciej uwolnić się od ciała. Wokół Oskina Yahlei zamknęła się błękitna klatka ograniczająca, złożona z niewielkich czworokąt­nych płaszczyzn. Po każdej płaskiej powierzchni krążyły spiralne wiry. Jedna fasetka wybrzuszyła się, a po jej wnętrzu skakały maleń­kie puszyste kulki, jarzące się błękitem i zielenią.

Mężczyzna nadal trzymał miecz w jednej dłoni, a pierścień w dru­giej. Żaden z tych przedmiotów nie zachowywał się spokojnie. Sieć srebrzystej energii otoczyła pierścień i spowiła lewą rękę faceta, po każdym jej rozbłysku ukazywały się kości. Miecz, kompletnie ignoru­jąc trzymającą go drugą rękę, łapczywie karmił się ciałem Yahlei. Maks wyhamował przy schodach i próbując ustabilizować klatkę zaczął za­silać ją mocą, seriami uwalniając kolejne czary. Wystający fragment matrycy zetknął się ze skórą mężczyzny. Rozległ się ogłuszający trzask, z miejsca kontaktu wystrzelił potężny błysk oślepiającego błękitu. Matryca zatrzęsła się, siła odrzutu pchnęła Maksa na biurko. Skraj pola ograniczającego przy nadgarstku faceta nabrzmiał, zbielał i roz­sypał się na kawałki. Białe odłamki spłynęły kaskadą na podłogę.

Maks odzyskał równowagę i znów machnął rękami. Nie wiedział, co tu się dzieje?! Posłał szybki czar sondujący w aurę faceta. Aura była... Co? Była zwielokrotniona! Aura nieznajomego splatała się z elementami należącymi do aury kogoś innego, tym razem znajo­mego. A więc to tutaj jest Gashanatantra, pomyślał Maks. W jego głowie zaczęły tłoczyć się nowe możliwości.

Fragment matrycy był nadal otwarty i czarna aura zamierzała coś z tym zrobić. Charakter aury faceta wskazywał, że matryca nie będzie w stanie ustabilizować się w swojej najsilniejszej konfigu­racji. Linie aury były zbyt silne. Maks wyrysował ciąg modyfikato­ra. Miał nadzieję, że matryca wytrzyma i zdoła uwięzić Oskina Yahlei, pierścień i drugiego faceta. Czarna aura, widziana przez powierzchnię błękitnego rombu, przypominała łuszczący się arkusz dymiącego welinu. Najwyraźniej sprężała się do wykonania następ­nego ruchu. Z palca Yahlei w stronę pierścienia wystrzeliła nowa błyskawica, a wtedy całun czarnej aury spłynął z ciała i pomknął w postaci gładkiej fali. Błyskawica ściemniała, aura skondensowa­ła się i stała bardziej solidna. Wygięta w łuk, wpadła w prześwit obrączki złotego pierścienia.

ŁUBUDU!! Pierścień zamigotał oślepiającym białym światłem. Podłoga zatrzęsła się, przedmioty pospadały z półek, nawet ciężkie biurko podskoczyło. Maks zobaczył, jak facet wyrzuca rękę przed siebie i spada na łeb po schodach. Jego ciało wydawało się odbar­wione, z przodu widniała plama wrzącej bieli. Miecz wyszarpnął się z piersi Oskina Yahlei i kręcąc młynka poleciał za nim, ale pierścień wisiał spokojnie w powietrzu. Nawet oślepiony przeraźliwym blaskiem, Maks widział jego wirujący żar. Zatoczył się na biurko i targany falami uderzeniowymi, które z głuchym dudnieniem przewalały się przez pracownię, walczył o zachowanie równowagi. Matryca ogra­niczająca była w strzępach. Jej drugo i trzeciorzędne czary zacisko­we przedzierały się jeszcze w stronę pierścienia, lecz już traciły siłę.

Czarny wir wystrzelił z drugiej strony pierścienia. Była to czarna aura, która po wyjściu z obrączki pierścienia rozszerzała się w lej. W stronę ścian skoczyły igły mocy. Z ich wnętrza wydobywały się pul­sujące na czerwono, żółto i zielono chmury, a po ich powierzchni, niby obręcze beczek, przesuwały się linie światła. Maks uzyskał kontrolę nad trzecim czarem wiążącym, zasilił go zastrzykiem mocy ze swych rezerw metabolicznych i rzucił. Czar zajaśniał błękitem i zamknął się na pierścieniu. Rura przepływającej przez środek czerni zaczęła się zwężać. Maks zgrzytnął zębami i ponownie sięgnął do rezerw mocy. Rozbłysł błękit i jął wgryzać się w rurę, płaty czerni łuszczyły się jak bryzgi piany z oceanicznego grzywacza. Lej urósł już na wysokość pokoju, otoczony przez rozszerzające się srebrne, pomarańczowe i nie­bieskie bąble. Wśród wiru czerni i barwnych sfer materializowało się coś fizycznego. Maks miał niewielkie wątpliwości odnośnie tego, co to było, a raczej, kto. Wyłaniała się postać uwięzionej Śmierci.

Maks ustabilizował pole ograniczające i zaczął się koncentrować na ogniwach zaklęć, które miały wyzwolić nowy czar sprzęgający, podobny do tego użytego do walki z okiem Oskina Yahlei w zamku Karliniego. Taki hiperenergetyczny pocisk powinien ogłuszyć nawet Śmierć. W powietrzu nad biurkiem uformował się pośrednik sprzę­gający, przypominający wklęsły talerz barwy czerwonego burgunda z ruchliwymi wyrostkami na spodniej stronie. Talerz podzielił się na cztery niniejsze repliki i...

W głębi wrzącej chmury rozbłysła błyskawica. Płomień szalejący w jej centrum przybierał mniej więcej ludzki kształt. Oprócz stałego drżenia, którego źródło zdawało się mieścić głęboko w ziemi, w świą­tyni narastał jęk, stopniowo przeradzający się w grzmot. Pod sufitem pękła belka, wpadła w wir i stanęła w płomieniach. Ściany pokrywa­ły się lodem, jeden zwisający ze stropu sopel, narastający z niewia­rygodną szybkością, eksplodował w tumanie mgły. Nawet powietrze zostało ścięte przerażeniem.

W jądrze ognia zaczęła formować się Obecność. Maks doszedł do wniosku, że lepiej zmienić taktykę. Nie miał już szans zapędzić Śmierci z powrotem do pierścienia. Jedyna rzecz, jaką mógł zrobić, polegała na ograniczeniu zniszczeń. Śmierć manifestowała się w stanie skrajnego rozdrażnienia, co było naprawdę, ale to naprawdę niebezpiecznym stanem. Czar sprzęgający rozpadł się na rój maleńkich modułów i opadał ku ozdobnej czaszce na biurku, gdy Maks sięgnął do swego zaprogramowanego zestawu zaklęć po sekwencję uspokajającą. Może Śmierć trochę ochłonie, ukaże się w normalnym stanie, a nie...

W wirze nabrzmiała ognista kula, zewnętrzne warstwy chmury i lód na ścianach wyparowały, spowijając wszystko kłębami ciem­nych oparów, fragmenty dachu wystrzeliły w noc. Maks, uchwycony przez wir, raz jeszcze wzniósł się w powietrze, uderzył w ścianę, odbił się, walnął w następną i upadł na podłogę. Coś płonęło na jego piersiach - amulet! Srebrne światełka pomykały po jego powierzchni. Maleńkie szafiry, parę większych kamieni i wielki rubin rozjarzyły się i słały splecione promienie energii. Interesujące, pomyślał Maks. A potem Obecność zauważyła, go.

Maks poczuł jej uwagę niczym uderzenie cepem. Śmierć ukazywa­ła się jako esencja szalonej wściekłości powściąganej jedynie przez minimalny ślad czucia. Gdy Maks otworzył usta, by wyrzucić z siebie ostatnie słowo mocy, Obecność smagnęła go ogniem. Płomień zderzył się ze snopem energii z amuletu. Nastąpiły ogłuszający huk i potężny błysk czerwieni! Płomień rozprysnął się na boki, a siła zderzenia pól rzuciła Maksa na rozsypującą się ścianę. Niewiarygodne, ale Maks wyszedł bez szwanku, był okopcony, lecz żywy. Przekręcił się w lo­cie, zobaczył kątem oka wznoszącą się podłogę i kulących się ze stra­chu Strażników. Podłoga opadła na swoje miejsce. Maks wylądował w przysiadzie, potrząsnął głową i zmusił się do powstania. Z jego ple­ców osypały się kawałki dymiącego drewna. Szczątki ściany runęły także na pobliskich Strażników, lecz nie wyrządziły im większej szkody. Żołnierze zauważyli intruza i skoczyli na niego z mieczami. Tym­czasem rapier Maksa leżał pogrzebany gdzieś na górze w zdewasto­wanym gabinecie.

- Maks! - był to głos Zalzyna Shaa.

Maks poderwał głowę i zobaczył miecz szybujący nad głowami żołnierzy. Zrobił unik, aby uniknąć ciosu pierwszego Strażnika, wy­prostował się, wbijając lewe ramię w jego brzuch, oderwał go od podłogi i rzucił na następnego, trzasnął łokciem w mostek żołnierza za plecami, wsparł lewą rękę na głowie czwartego i wybił się w po­wietrze. Nadlatujący miecz wpadł w prawą dłoń wyciągniętą nad splątanymi ciałami.

Nie odrywając ręki od głowy żołnierza, Maks wykonał salto z ob­rotem. Gdy opadał, jego nowy miecz zakreślał spiralę, klucząc z gra­cją między ostrzami Strażników i pozostawiając na ich tułowiach równy szlaczek czerwieni. Żołnierze upadli, Maks wybił się do ko­lejnego skoku w stronę Shaa i...

Z pracowni na antresoli wystrzeliła wielka kula ognia. Pędziła jak kometa, ciągnąc za sobą ogon pomarańczowych iskier. W pewnym momencie zatrzymała się, a wokół buchnęły fale gorącego powie­trza. Belki, ściany i sufit stanęły w płomieniach. W błysku plazmy pojawiły się toporne rysy, para zmrużonych oczu i dzikie czerwone usta. Maks schował głowę w ramiona i zwinął się w kłębek, gdy wargi rozchyliły w drwiącym grymasie.

Palący wicher uderzył w Maksa z siłą ołowianego młota i cisnął g0 na podłogę, która właśnie ustąpiła pod naporem ogromnego ciśnienia i runęła do piwnic. Maks zahaczył o coś ubraniem, lecz bębniący po jego plecach grad szczątków uwolnił go z zaczepu. Chwilę leciał zwi­nięty w kłębek, obejmując przytuloną do piersi głowę, uderzył o twar­de podłoże, przejechał dwie stopy wzdłuż spadu, przetoczył się za poszarpaną kamienną krawędź i wpadł w strumień parujących ście­ków - wybuch otworzył drogę do kanałów pod świątynią. Płonące kawałki podłogi wzbijały fontanny wszędzie dookoła. Maks wysunął nos nad powierzchnię, żeby zaczerpnąć tchu. Próbował ocenić swój stan i pozbierać myśli, ale przeszkodził mu potężny łoskot. Zobaczył masę kamieni i belek walących się z hukiem do odsłoniętego kanału. Osobiste pole ochronne Maksa jak na razie spisywało się całkiem dobrze. Nie mogło odeprzeć wszystkiego, lecz dzięki niemu był tyl­ko posiniaczony, zakrwawiony i umiarkowanie obolały, a nie rozbi­ty na miazgę. Jednak czy pole poradzi sobie z całą lawiną? Maks jak najszybciej wypowiedział zaklęcie zarezerwowane dla sytuacji wy­jątkowych. Energia wyciekła z jego ciała i zasiliła tarczę ochronną, gdy płonąca lawina wgniotła go w kamienie. Gruz pociągnął go w dół, pod wodę, na dno ścieku, w szlam, wycisnął powietrze z płuc i przyszpilił do skały bez możliwości wykonania ruchu. Niewyraźnie, przez szum rozbrzmiewający w głowie, Maks usłyszał ryk szalejącej na górze Śmierci. Świadomość zaczęła go opuszczać.

Próbował się skoncentrować, jednak jego myśli krążyły wokół ba­łaganu, jaki zostawił na górze. Proces reintegracji Śmierci nie mógł przebiegać gorzej. Wszystkie składowe osobowości powinny poja­wić się w harmonii, ale zamiast tego kontrolę nad innymi przejął ele­ment gniewu i wściekłości, mający do dyspozycji całą moc Śmierci. Żadna, nawet śladowa inteligencja nie powstrzymywała żądzy pu­stoszenia- jedynego pragnienia, jakie obecnie kierowało Śmiercią. Takie przypadki były wspominane w magicznych księgach; przypusz­czalnie wynikiem amoku boga były Zmrożone Wydmy o powierzch­ni stu mil kwadratowych na kontynencie Zinartyka, na południowej półkuli - pamiątka po tętniącym życiem mieście. Sytuacja była zła, bardzo, bardzo zła. Mieli do czynienia z oszalałym bogiem. A czło­wiekiem, który został na jego łasce, był Shaa.

Shaa podniósł ręce. Siedział po szyję w bagnie, od którego zawsze starał się trzymać z daleka. Teraz miał za to zapłacić, co do tego nie było żadnych wątpliwości, pytanie tylko, ile. Wszystko przez tę klą­twę, pomyślał, przez tę przeklętą klątwę.

Ale nie miał wyjścia. Na dole był Maks.

Łańcuchy, którymi był przykuty do ściany, rozsypały się na kawa­łki, jednak zostały okowy na nadgarstkach. Shaa ściągnął nieco ener­gii wtórnej z ogromu mocy szalejącej po świątyni, wprowadził odpo­wiednią funkcję i mrucząc zaklęcie dodał modyfikator odpowiedni dla żelaza. W powietrzu nad jego głową utworzyły się linie pola, jarzące się błękitno-zielonym światłem. Linie stały się wyraźniejsze i jak woda spłynęły po rękach w okowy. Shaa poczuł, jak parzy go gwałtownie oziębiony metal. Po chwili żelazne kajdany z trzeszczeniem rozsypały się na kawałki i spadły mu pod nogi. Proces ten zabrał cenną sekundę, ale Shaa miał nadzieję, że było warto. Wiedział, że lepiej zmitrężyć trochę czasu na rozkuwanie, niż narażać się na efekty sprzężenia zwrot­nego wynikającego z kontaktu żelaza z jego aurą.

Świątynia stała w płomieniach, na ulicy potykali się umykający w popłochu Strażnicy i ludzie z czerwonymi preclami. Podpalacz przy­prowadzony razem z Shaa, leżał z rękami nadal skutymi za plecami. Przez dziurę w murze, za ścianą ognia Shaa zobaczył wzburzoną masę wiszących w powietrzu płomieni, zmrużone drwiąco oczy, poszar­pane usta i ciemne szpony. Albo wyzwoliła się prawdziwa postać Oskina Yahlei, pomyślał Shaa, albo coś potężnego, co go nie lubiło. Aura tworu wrzała, podobnie jak jego umysł. W obłędnych prądach kłębiły się różne obrazy, strzępy osobowości plątały z pamięcią i in­telektem, a wszystko to zalewała istna powódź ognia.

To znaczyło, że stwór może reagować na poziomie instynktu. Shaa sięgnął umysłem, wyrysowując dłonią precyzyjną figurę. Aura bestii wirowała szaleńczo w płomieniach. Nie przypominała starannie utkanej matrycy, żadnego rodzaju; pełna była pętli, wirów i smug, które strzela­ły na wszystkie strony i zwisały luźno w powietrzu jak wyszarpane witki z popsutego koszyka. Shaa wybrał nastroszony pęk smug, pchnął je le­ciutko w kierunku głównej masy, wyczuł ich wspólną częstotliwość. Wykonał skomplikowany gest drugą ręką. Wydłużona na kształt cygara chmura symboli matrycy, ogarnęła kępkę smug. Chmura i smugi zaczę­ły rezonować. Z oscylującej powierzchni wystrzeliły spirale wirujących zawrotnie płomieni. Shaa zagryzł zęby, pchnął z całej siły i smugi wraz z otaczającą je chmurą trzasnęły w główną masę aury tworu.

Odrzut cisnął go przez ulicę na ścianę domu stojącego naprzeciw­ko świątyni. Nawet bez bezpośredniego kontaktu Shaa wyczuł, że Obecność zauważyła irytującą obecność pola matrycy i że próbuje się jej pozbyć, i wyczuł jej tytaniczny ryk, gdy w pełni rezonujące pole rozszerzyło się na resztę aury. Przypadł do ziemi u stóp muru. Owiał go żar, liście drzewa nad jego głową stanęły w płomieniach. Resztki domu Oskina Yahlei wyleciały w powietrze, siejąc po mie­ście płonącymi szczątkami. Shaa zobaczył, jak ciemny, kotłujący się kształt wystrzelił w górę, okręcił wokół osi i skierował ku rzece.

Miał szczęście. Zasada oszczędnego gospodarowania mocą zdała egzamin. Gdyby Obecność, zapewne oszalały bóg, nie operowała na poziomie instynktu, Shaa nie miałby szans. Stworzenia o nienaruszo­nej inteligencji zwykle były zdolne do omijania takich obmyślonych naprędce klątw. Co więcej, jeśli szczęście go nie opuści, twór po ochło­nięciu nie będzie nic pamiętał.

Z drugiej strony, on sam oddychał z trudem, o wiele za ciężko, a piersi rozrywał mu ból - miał wrażenie, że słoń przygniata je nogą. Zakasłał i zobaczył kropelki różowej piany. Czyjaś ręka pomogła mu się podnieść.

- O rany, człowieku, to było naprawdę coś - rzekł z zawodowym szacunkiem człowiek, który podpalał domy.

Shaa potrząsnął głową i zrobił chwiejny krok w stronę świątyni. Żar palił nawet po tej stronie ulicy.

- Tam jest mój przyjaciel - wysapał.

Ruiny wzniosły się w płomieniach i osiadły z głuchym jękiem.

- Słuchaj, człowieku, jestem ekspertem - rzekł podpalacz. - Tam już nie ma nikogo. Znam się na tym.

- Nie znasz mojego przyjaciela- Shaa spróbował podnieść rękę, udało mu się podciągnąć ją do wysokości brody. Ręka była dużo cięższa niż powinna. Kłujący ból w piersiach przesunął się w górę i objął również ramię. Pole hamujące ogień, tego mi potrzeba, pomyślał. Spróbował przejść przez pierwszy etap, czyli równanie matrycy odnoszące się do ognia... Oddech uwiązł mu w gardle. Osunął się w ramiona podpalacza.

- Nie wyglądasz zdrowo - powiedział mężczyzna. - Jesteś cały biały i lepki.

- Połóż mnie - poprosił słabo Shaa. Było gorzej, niż myślał. Tym razem nie skończyło się na zwykłej niewydolności serca. Używanie magii, powiązane za sprawą klątwy z jego systemem sercowo-naczyniowym, przyprawiło go o pełnowymiarowy atak serca.

Wyglądało na to, że spaprałem. Zszarpnąłem pierścień i w tej sa­mej chwili odniosłem wrażenie, że liczne noże przebijają mi skórę.

Pierścień wtopił się w moje palce. Miecz Monoch rządził móją pra­wą ręką, pierścień zawładnął lewą, a wprost przed moim nosem za­częła się magiczna walka na ogień, jakiej w życiu nie widziałem. Nie mogłem nadążyć za rozwojem wypadków, wszystko działo się zbyt szybko. Światła wybuchały, wicher dął w tę i nazad, czarna aura oderwała się od Oskina Yahlei i jak żywe stworzenie przedzierała się przez opadające na nią dziwne niebieskie klatki, a potem jedna z tych klatek otoczyła moją rękę z pierścieniem. Gash! pomyślałem, jesteś tu?

Nie uzyskałem odpowiedzi. Miecz też nie chciał mi pomóc, był zbyt zajęty chłeptaniem krwi Oskina Yahlei. Niebieska klatka zamknęła się na moim nadgarstku i elektryczny wstrząs poraził mnie aż do szpi­ku, po czym znieruchomiała i nagle rozpadła na kawałki. Człowiek, którego miałem za Gasha, przewrócił się, wstał i przypuścił następny atak. Nie wziąłem tego do siebie, byłem raczej zadowolony z uwagi, jaką mi poświęcał. W ciągu paru minionych sekund uświadomiłem sobie parę ważnych rzeczy. Po pierwsze, czarna aura była związana z pierścieniem, dopóki go nie zdjąłem. Po drugie, sprawi wszystkim mnóstwo kłopotów, o ile ktoś jej nie okiełzna. Niezależnie od tego, skąd się wziął ten obcy facet, najwyraźniej próbował powstrzymać aurę. Prawdopodobnie nawet wiedział, co się tu dzieje. Kołatała we mnie nieśmiała nadzieja, że przeżyję i będę miał okazję omówić z nim szczegóły. Na razie jednak miałem nieodparte wrażenie, że aura z pier­ścienia ma zamiar rozprawić się najpierw ze mną. Sam próbowałem walczyć, ale pierścień mnie ignorował, miecz mnie ignorował, a Gash schował się gdzieś pod jakimś kamieniem. Niestety, jedyną rzeczą, jaka zdawała się mnie zauważać, była czarna aura, która właśnie rzucała się przez pierścień prosto ku mojej twarzy. Jakieś siły próbowały powyrywać mi palce. Raptem świat zbielał, uderzyła we mnie fala potężnego wybuchu, pierścień wyszarpnął się z mojej ręki wraz z ka­wałkami skóry, a ja potoczyłem się po schodach, ciągnąc za sobą smugę kwaśnego, białego dymu. Zderzyłem się z poręczą i wyleciałem w po­wietrze. Coś trzasnęło mnie w kark, coś zaskakująco miękkiego i nagle stwierdziłem, że leżę do góry nogami na przepastnym fotelu Oskina Yahlei. Monoch zakręcił młynka w powietrzu, zadzwonił o kamienny okap kominka i spadł gdzieś za moimi plecami. Udało mi się pozbierać. Żeby to zrobić, najpierw musiałem zsu­nąć się na podłogę, a potem wyplątać z kapy, jaka nakrywała fotel. Spirale, płonące kule i ostre błyski wyzwolonej energii nadal stacza­ły się po schodach. Czułem, jak krew spływa mi po lewej ręce, a na piersiach i brzuchu tworzy się piekąca kolekcja oparzeń, lecz nie miałem zamiaru pozwolić, aby powstrzymały mnie takie drobiazgi. Ten człowiek walczący na górze był uosobieniem moich nadziei na uwolnienie się od Gashanatantry. Ale skoro miałem go do tego na­kłonić, najpierw musiał zakończyć sprawę z aurą, którą uwolniłem z pierścienia. Podniosłem Monocha. Miecz stał się ociężały. Próbo­wał wykonać swój numer z przenicowaniem mojej ręki, ale jakoś bez przekonania. Teraz zależało mu wyłącznie na tym, by wyciągnąć się jak długi i oddać rozkoszom trawienia.

- Zamknij się i współpracuj! - warknąłem. Gdy ruszyłem ku scho­dom, runęła ściana świątyni wraz z przyległym kawałem sufitu.

Rzuciłem się na podłogę i zakryłem głowę. Ocalała część stropu stanęła w płomieniach. Do świątyni sypał się grad odłamków. W środ­ku potwornego zamętu zobaczyłem maga z pokoju na górze. Stał teraz w wielkiej sali i rozprawiał się z grupą żołnierzy. Znów się pozbierałem i śmignąłem po wznoszącej się podłodze do sali. Zrobiłem dwa kro­ki, trzeci, i nagle miecz szarpnął mnie w kierunku schodów.

- Co ty! - wrzasnąłem, ale gdy moje spojrzenie przebiegło wzdłuż głowni, padło na przedmiot, który w zielonym obłoku tlił się u podnó­ża schodów. Był to pierścień.

Podłoga pod moimi nogami miotała się jak obłąkana. Całe fragmen­ty wyrywały się i znikały gdzieś w dole.

- Dobra - rzekłem do Monocha - to pierścień. Co niby mam z nim zrobić?

Fotel Oskina przesunął się po falującej podłodze i wyhamował na belce wydartej z sufitu. Delikatnie złapałem nadszarpnięty kawałek satyny, zacisnąłem zęby, gdy materiał dotknął moje otarte ze skóry palce, oderwałem skrawek do końca, dałem susa nad rozszerzającą się szczeliną i wylądowałem przy schodach. Rzuciłem szmatkę na pierścień, wstrzymałem oddech i podniosłem zawiniątko.

Pierścień był gorący i ruchliwy, ale nie agresywny. Zawiązałem szmatkę na supeł i schowałem zawiniątko do kieszeni, a potem za­wróciłem do świątyni.

W czasie potrzebnym na zapakowanie pierścienia, zniknęły wiel­kie fragmenty murów świątyni i niemal cała podłoga - wyrwy sięga­ły pod moje nogi. Mag też zniknął, podobnie jak Strażnicy, z który­mi walczył i wyglądało na to, że reszta świątyni wali się za nimi w pod­ziemia. Na środku wisiała ogromna kula płomieni, siejąca iskrami we wszystkie strony. Jak okiem sięgnąć tańczyły jęzory ognia. Ło­skot gromów głuszył trzask szalejących płomieni.

Z powodu dymu i żaru trudno było oddychać, a wszystkie możli­we wyjścia blokował ogień. Wszystkie, poza jednym; piwnice, jakie widziałem przez dziury w podłodze, nadal spowijała ciemność. Wy­glądało na to, że tam na dole pożar jeszcze się nie rozszalał. Zawi­słem na legarze, odartym do czysta z desek, które podtrzymywał i opu­ściłem się na dół.

Padający z góry blask pożogi i światło rzucane przez Monocha wystarczało, abym mógł się zorientować, gdzie jestem. Przelazłem przez długą, pochyłą platformę z desek, które wylądowały w nie zaburzo­nym porządku i popędziłem przed siebie. Pragnąłem jak najszybciej wymknąć się z zasięgu żaru, ale miałem również wzgląd na płonącą kulę. Czułem, że zwrócenie na siebie jej uwagi byłoby gorsze od spo­pielenia. Rozprzestrzeniający się pożar oświetlił zasieki ze strzaska­nych belek po lewej stronie, skręciłem więc w prawo. Przypadłem do posadzki i przecisnąłem się pod pojękującym złowieszczo fragmen­tem ściany. Postawiłem nogę na pozornie solidnym kawałku kamie­nia, przeniosłem ciężar ciała i... kamień ustąpił. Pośliznąłem się, prze­leciałem w powietrzu odległość równą własnej wysokości i wylądo­wałem po biodra w płynącej wodzie.

W górze wybuchło ogłuszające wycie. Poderwałem głowę i zoba­czyłem, jak płomieniste stworzenie wypada przez dach i łukiem wzno­si się w niebo. Wnętrze świątyni przysłoniły kurtyny ognia. Nadeszła pora na wydostanie się z tego piekła, a ściek, w którym wylądowa­łem, wydawał się najlepszą trasą. Nie widziałem ani śladu maga, który walczył z Oskinem, jednak on musiał być gdzieś tutaj. Miałem nadzieję, że nie tylko tu jest, ale że nadal żyje. Zaraz przede mną wystawała z wody wielka sterta rumoszu, po której pełgały niewiel­kie płomyczki. Ruszyłem w jej stronę.


Rozdział XVIII

REPERKUSJE


Nareszcie miecze ociekają krwią, myślał Lew Oolvańskiej Równi­ny, pokonując padem schody i pozostawiając za sobą kolejną trój­kę konających strażników. Wszystko zaczęło się mało interesująco, ale teraz zabawa nabierała rumieńców. Lew nie bawił się tak wybornie od czasu, gdy rozwalał łby w knajpianej bijatyce podczas wyprawy handlowej do Drest Klaaver. Po namyśle musiał przyznać, że jego syn Jurtan poradził sobie całkiem nieźle. Oczywiście, dobry humor Lwa został okupiony krwią tuzina czy dwóch tuzinów strażników Kaara, lecz czyż nie do tego właśnie służyli strażnicy? Lew wyszczerzył ra­dośnie zęby na widok drzwi wiodących do prywatnych komnat Kaara. Ojciec Jurtana pędził, pokonując po dwa albo i trzy stopnie na raz, wymachując poszczerbionym mieczem. Dotarł do szczytu schodów i wylądował obunóż z potężnym BUM!, które wstrząsnęło podestem. Przed sobą miał drzwi. Z drugiej strony podestu, przezornie tuląc się do ściany, zamarli czterej strażnicy. Wystarczyło, że Lew obnażył zęby i warknął. Jeden ze strażników uśmiechnął się nieśmiało, po czym ci­snął coś na podłogę. Był to klucz do drzwi komnaty Kaara. Lew poka­zał całe uzębienie w szyderczym uśmiechu. Energicznym krokiem podszedł do drzwi, pogardliwie odkopnął klucz z drogi. Mięśnie miał trochę zesztywniałe po wielu dniach bezczynności, lecz tym niemniej potężne. Naprężył całe ciało i walnął podeszwą w drzwi. Zamek wy­łamał się z trzaskiem, część kamiennej framugi zniknęła w chmurze pyłu i drzwi rozwarły się na oścież. Lew skoczył do środka.

Była to sala audiencyjna Czcigodnego. Naprzeciwko drzwi poło­wę ściany zajmowało szerokie okno, za którym roztaczał się widok na rzekę i miasto. Za biurkiem, plecami do wejścia, z głową wspartą na rękach, siedział drobny i raczej wymizerowany Kaar.

- To Oskin Yahlei - rzekł cicho. - On zmusił mnie do tego.

- A zatem jest już trupem - warknął ojciec Jurtana. - Kimże on jest, u licha?

- Myślę, że trochę się spóźniłeś.

Lew popatrzył w tę samą stronę, co Kaar. Trwała już godzina po­licyjna, a poza tym było późno, więc w Roosing Oolvaya panował względny spokój. Mrok urozmaicały płonące gdzieniegdzie latarnie uliczne. Jednakże blisko pomocnego muru było inaczej - widno jak za dnia. Z niewysokiego wzgórza strzelała fontanna jęzorów czerwieni.

- Tam mieszkał Yahlei - wyjaśnił Kaar. - Nie wiem, czym on jest, ale wiem, że wprost ocieka mocą. Świadczy o tym sposób, w jaki zabił mego ojca. Zaś ten, kto potrafił tak mu dołożyć... - Kaar skinął w stro­nę pożogi - zapewne jest dużo gorszy.

Kula ognia wyprysła z płomieni i ruszyła szerokim łukiem ponad miastem. Pozostawiając za sobą gasnącą, pozwijaną w pętle smugę, leciała prosto: w kierunku rzeki, w kierunku Pałacu Czcigodnego, Lwa i Kaara. Kula rosła w oczach, można już było rozróżnić szczegóły.

- Czary, cholera! - warknął Lew. - Zawsze czary. Nienawidzę...

- Słuchaj - przerwał mu Kaar - jeśli jest ci wszystko jedno, to zabij mnie zanim to coś tu przyleci. Wolę zginąć od miecza.

Ojciec Jurtana spojrzał nań wilkiem. Kaar nawet W połowie nie przy­pominał pyszałka, jakiego pamiętał. Jeśli mówił prawdę, to minione przeżycia dały mu porządną nauczkę. Stary Czcigodny odszedł, a mia­sto potrzebowało władcy. Może odmieniony Kaar nie byłby taki zły.

Z drugiej strony, miał czelność trzymać Lwa przez wiele dni w lo­chu. Lew podniósł miecz.

- To dziwne - powiedział Kaar. - Chyba się zatrzymuje.

Lew wyjrzał przez okno. Kaar miał rację. Kula płomieni zwolniła nad rzecznym kanałem oddzielającym doki od wyspy, obniżyła lot i za­toczyła krąg nisko nad powierzchnią wody. Rzuciła posępne czerwo­ne światło na rzeczne fale. Szyby w oknie zadygotały. Zerwał się wiatr.

- Słuchaj, stary - rzekł człowiek, który palił domy - musimy się stąd zbierać. Cała okolica może wylecieć w powietrze.

Shaa, wyciągnięty na ziemi, z ręką przyciśniętą do piersi, z głową wspartą o podstawę muru, z trudem chwytał powietrze przez otwar­te usta. Otworzył jedno oko, popatrzył na podpalacza i skinął twier­dząco. Wyciągnął rękę i podpalacz pomógł mu wstać. Kawałek da­lej otwierał się wylot zaułka. Ruszyli chwiejnie ku niemu.

- Co ci jest? - zaciekawił się podpalacz.

- Często znamy własne przeznaczenie - odparł cierpko Shaa. Nogi mu ciążyły, miał wrażenie, że brnie po kolana w bagnie.

- Jakie przeznaczenie? O czym ty mówisz?

- Kiedy rzucam czary... - trzy słowa, pomyślał Shaa, a już brakuje mi tchu. Zaczął od nowa: - Kiedy rzucam czary, jestem narażony... na sprzężenie zwrotne. Proporcjonalne do... wielkości... pracy - oparł się o mur u wylotu zaułka, pochylił się i dyszał. - Niestety- wysapał - to nie jest... cała klątwa.

- Co masz na myśli? - zaniepokoił się podpalacz.

- Inna część... dotyczy... mojej siostry.

- ZALZYN SHAA!! - głos dobiegł z powietrza nad głową podpa­lacza i poniósł się głuchym echem. Piroman złapał się za głowę i runął na stertę śmieci. Z dachu zerwało się stado gołębi. A niech to, pomy­ślał Shaa. Akurat teraz, cudownie!

- Co to jest? - wyjęczał podpalacz.

Shaa osunął się na ziemię, wsparł głowę o narożnik budynku.

- Eden. Moja siostra.

- ZALZYN SHA!! - kawał gzymsu spadł na kocie łby i rozbił się w drobny mak.

- Dziękuję za wydostanie z pożogi i za wszystko inne - wymamro­tał człowiek, który podpalał domy. - Ale lepiej już pójdę - rzucił się biegiem i zniknął w głębi uliczki.

- TO TWÓJ PRZYJACIEL?

- To tylko kwestia... okoliczności - wysapał Shaa. - Jak rodzina?

- PYTAJĄ O CIEBIE - odparła Eden - KIEDY CHCĄ MNIE ZDENERWOWAĆ. - Szyby w oknach na piętrze rozprysły siew ch­murę migocących okruchów.

Shaa odczekał, aż ucichnie trzask i dzwonienie szkła na bruku. Zaczerpnął haust powietrza, wypuścił je powoli, żeby nie poruszyć gigantycznej dłoni ściskającej mu piersi.

- Jak nie przestaniesz wrzeszczeć... Roosing Oolvaya obciąży cię... kosztami renowacji.

NIECH TYLKO SPRÓBUJĄ. SĄDZĄC Z WYGLĄDU, SAM TEŻ NIEŹLE NAROZRABIAŁEŚ.

- Nie ma potrzeby... zachowywać się tak bezkompromisowo. Cze­mu nie usiądziesz... nie napijesz się... nie zjesz miski gorącej zupy... albo czegoś innego - zerwał się nagły podmuch, tuman liści i popiołu przetoczył się obok Shaa i zniknął w zaułku. - To ciekawe - mruknął Shaa widząc, że liście zmierzały w niewłaściwą stronę. Potem uświadomił sobie, że ten podmuch nie został spowodowany przez Eden, że był to nowy wiatr niewiadomego pochodzenia.

- CZUJESZ SIĘ RACZEJ MARNIE, PRAWDA? - Znasz klątwę.

- TAK, OCZYWIŚCIE - głos dudnił w wąskiej ograniczonej prze­strzeni. Domy po obu stronach uliczki zataczały się, siejąc odłamkami popękanych tynków. Ściana szarpnęła się za plecami Shaa i pchnęła go na ulicę. Jęk wichru przeradzał się w wycie.

- To nie jest twój wiatr, prawda? Eden zastanowiła się.

- NIE. NIE MÓJ. A CO TU SIĘ DZIEJE?

- Szalony bóg. Chyba zaraz zobaczymy... jego następny ruch - Shaa odetchnął ostrożnie. - Słuchaj, Eden, lepiej spasuj... jeśli chcesz mieć kogo atakować w przyszłości. - Z klątwą, która nadszarpywała mu zdrowie ilekroć użył magii, wiązał się dodatkowy haczyk. Za jego sprawą Shaa i Eden stali się wrogami i byli zmuszeni atakować się, kiedy tylko było to możliwe. Zazwyczaj nie było. Eden mogła wy­kryć Shaa wyłącznie wtedy, gdy ten uaktywniał swoją moc w trakcie rzucania czarów. Z drugiej strony, taka zależność oznaczała, że Eden może uderzyć wówczas, gdy jest on najsłabszy. A Shaa nigdy wcze­śniej nie był tak osłabiony, jak w chwili obecnej.

Układ tego typu był spełnieniem marzeń rodów, które lubowały się w rozlewie krwi. W przypadku Eden i Zalzyn Shaa sprawę kom­plikował jeden problem. Oni się zawsze lubili.

- TRACĘ KONTAKT. CRZKGRZZKNKKZGRZTWEŹTHSTZZ!

Co ta Eden knuła? Wcześniej też znajdywali furtki umożliwiające im bezbolesne wyplątanie się z sytuacji, ale zasadniczo Administra­tor Klątwy nie lubił, gdy stronom przez nią związanym uchodziło na sucho, on sam miał charakter zdecydowanie nieprzejednany.

Błyskawica strzeliła w kierunku rzeki. Mewa wyłoniła się z ciemno­ści nad głową Shaa, zaskrzeczała i wylądowała obok niego. Kołysząc się na boki, zbliżyła się do jego twarzy i przyjrzała mu ciekawie. Shaa odpowiedział jej spojrzeniem. Głos Eden bełkotał coś niezrozumiale. Niespodziewanie w punkcie kontaktu pojawiła się mlecznobiała kropla, która poszybowała w stronę Shaa i wybuchła nad jego ciałem.


- A cóż to? - zapytał Jurtan.

- Co takiego?- zapytała Tildy. Puściła ramiona ostatniego Strażnika, którego z pomocą brata wciągała do magazynu i wyprostowała się. Głowa żołnierza zadudniła na kamiennej posadzce. Jurtan opierał się o framu­gę i pustym wzrokiem gapił się w przestrzeń. Usta miał rozchylone.

- To muzyka, zaczyna się melodią skoczną i pełną nadziei, a potem znikąd pojawiają się głębokie, przyprawiające o ciarki akordy orga­nowe, um, um, um, um uum, coraz niższe i wolniejsze. Chcę powie­dzieć... Chcę powiedzieć, że ta muzyka budzi przerażenie, jest tak ni­ska, że prawie niesłyszalna, bardziej przypomina rytm trzęsienia zie­mi, niż melodię graną z nut. Czuję, że zdarzy się coś strasznego.


W głowie Maksa narastał ryk. Ciężar ściany wgniatał go w skałę, a woda zalewała twarz. Próbował wykonać gest mocy, lecz rękę unie­ruchamiał gruz. Nagle z szumem i bulgotaniem woda opadła. Maks zaniósł się suchym kaszlem. Pokonał ciężar rumoszu przyciskające­go piersi i wciągnął do płuc pełne pyłu powietrze. Uderzenie gruzu wybiło dziurę w ścianie kanału, pozwalając wodzie i szlamowi spły­nąć gdzieś niżej. W samą porę. Maksowi zaczęło przejaśniać się w głowie.

Wyczuł, że ponad nim, w świątyni, straszliwa obecność wznosi się coraz wyżej. Widocznie Shaa coś wykombinował. Odlot Śmierci dał chwilę wytchnienia Maksowi i całej okolicy, lecz nie zapowiadał ni­czego dobrego odnośnie prawdopodobnego stanu Shaa. Śmierć nadal była gdzieś w pobliżu. Maks czuł, jak promieniuje swym szalonym gniewem i wiedział, że ktoś będzie musiał ją unieszkodliwić. O ile nie pojawi się niespodziewana pomoc, zadanie to spadnie na barki Mak­sa. Przynajmniej będzie musiał spróbować. Oczywiście, najpierw mu­siał wydostać się z tego budynku, i to jak najszybciej, bo zwłoka ozna­czała zmiażdżenie przez gruz albo usmażenie w zbliżającym się ogniu. Mógłby odepchnąć kamienie z pomocą magii, lecz gdyby to zrobił, zużyłby do reszty już nadszarpnięte rezerwy. A perspektywa stawienia czoła Śmierci bez odpowiedniej mocy była mało pociągająca.

Wtem Maks usłyszał jakiś hałas w kanale. Mógł to być Strażnik, lecz Maks doszedł do wniosku, że warto zaryzykować.

- Hej! - zawołał. - Jest tam kto?

Po stercie gruzu przesunął się cień postaci podświetlonej przez roztańczone płomienie.

- Wyciągnij mnie stąd! - Oprócz płomieni, Maks zobaczył światło innego rodzaju. Jego źródło było wydłużone i miało kształt miecza.

Rumowisko osiadło z jękiem, który zagłuszył odpowiedź. Męż­czyzna zaczął je rozgrzebywać. Chyba o coś zapytał.

- Co?! - ryknął Maks. - Powtórz!

- To ty jesteś facetem, który był na górze?

- Tak, byłem na górze! To ty wciągnąłeś w zasadzkę Oskina Yahlei?

- Tak - przyznał niechętnie nieznajomy. Głos dobiegał teraz bar­dziej wyraźnie. Kupa gruzów osypała się z grzechotem. Na kolanie Maksa oparła się ciężka belka.

- Szybciej, noga mi pęka! - ponaglił Maks.

- Staram się jak mogę.

- Wcale nie! Posłuż się mieczem, idioto!

- Mieczem?

- Tak, mieczem, który trzymasz w ręce. Taki miecz przetnie litą skałę.

- Aha - światło zatańczyło dziko w takt basowego zawodzenia, które następnie zastąpił trzask pękającego drewna.

A więc ten facet nawet nie wiedział, co potrafi jego własny miecz. Cóż, biorąc pod uwagę kłopoty, jakie miał z nim wcześniej, nie było to wcale dziwne.

- No, prędzej!

- Daj mi się skupić, dobra? Ogień pali mnie w kark!

- Mnie też - stos drzazg poruszył się nad głową Maksa i opadł mu na twarz. Maks zamknął oczy i otrząsnął się. Kiedy uchylił powieki, zobaczył w gruzie dziurę, a w dziurze rękę. - Dobrze. Tak jest dużo lepiej. Miło cię widzieć. Podnieś jeszcze tę wielką belkę z lewej strony i spróbuję się wygrzebać.

- Nie tak szybko - rzekł facet. - Jeśli ja cię wypuszczę, to ty w zamian będziesz musiał mi pomóc.

- O co ci chodzi?

- Mam poważny kłopot z Gashanatantrą...

- Nie wierzę własnym uszom - zadrwił Maks. - Tylko mi nie mów o swoim poważnym kłopocie! Jaki by nie był, nie jest wart na­wet jednej myśli po tym, co narobiłeś.

- Po tym, co ja narobiłem..., chcesz stąd wyleźć czy nie?

- Słuchaj, idioto, to wszystko twoja wina.

- O czym ty gadasz? To bogowie. A kiedy bogowie zaczną mieszać...

- Daruj sobie! Ludzie zawsze mają tendencję do zwalania winy na bogów, ilekroć sami coś spaskudzą. To najwygodniejsze uspra­wiedliwienie.

- Pewnie. Ja też mam wolną wolę i wolny wybór. Ha! Albo będę współpracował z Gashem i prawdopodobnie spotka mnie śmierć, albo spróbuję mu się urwać i spotka mnie śmierć pewna.

Ściana ognia przysuwała się coraz bliżej, a belka coraz mocniej naciskała na nogę Maksa. Pole nie mogło chronić go w nieskończo­ność. Maks spojrzał wściekle na faceta w wygrzebanej dziurze. Jego sylwetka rysowała się wyraźnie na tle pożogi. Maks odetchnął głęboko i zmusił się do zachowania zimnej krwi.

- Ty go wypuściłeś. Wiesz, o kim mówię, o Śmierci w pierścieniu o szalonym bogu. Wypuściłeś go. Dlatego pierwsza rzecz, jaką zro­bisz po wyciągnięciu mnie z tej nory, będzie polegała na udzieleniu mi pomocy. Musimy go pohamować, zanim obróci całe twoje miasto w perzynę. Potem ja pomogę ci rozwiązać twój problem. Kapujesz?

- Zgoda - rzekł skwapliwie facet - dobiliśmy targu. Podniosę tę belkę. - Sięgnął do nogi Maksa, wsunął rękę pod kloc i zaczął go cią­gnąć. Nacisk na kolano zmalał. W trakcie dyskusji Maks wyswobo­dził lewą rękę, teraz udało mu się wsunąć ją w wąski otwór i zacisnąć na kamieniach. Podciągnął i spróbował wyciągnąć nogi. Zahaczył sto­pą o belkę.

- Dźwignij jeszcze raz - powiedział. Jego wybawca wytężył siły, a z góry dobiegło ostrzegawcze dudnienie, Maks wyszarpnął nogę, przekręcił się na brzuch, przeczołgał obok faceta i wylazł na otwartą przestrzeń. Rumowisko osiadało. Maks złapał faceta za nogi i szarp­nął. Ten z jękiem wyskoczył z dziury jak korek. Maks postawił go na nogi. Nad ich głowami szalały płomienie.

- Tędy - powiedział facet - w dół ścieku.

Poziom wody powoli się podnosił, już sięgał Maksowi do łydek.

- W dół - powtórzył Maks. - Popatrz tutaj - wgramolił się na kupę gruzu. Przy ścianie kanału sterta była niższa. Maks brnął po­woli, oszczędzając prawą nogę i wspierając się o ścianę prawą ręką. Kawałek dalej sklepienie kanału było nienaruszone. Maks zaczerp­nął powietrza i ruszył szybko w tamtą stronę. Płomienie muskały mu lewy bok, drewno i kamienie usuwały się spod nóg, ale wreszcie przedarł się do kanału. Na dnie zalegała gruba warstwa błota i mułu. Z rozgrzanych przez pożar murów kanału wznosiły się kłęby pary. Maks z zadowoleniem stwierdził, że w zasięgu wzroku nie ma śladu nieumarłych. Tunel obniżał się łagodnie, zgodnie z nachyleniem zbo­cza opadającego w stronę rzeki. Mniej więcej sto stóp dalej w stro­pie znajdował się szyb. Maks zatrzymał się pod włazem.

Facet przystanął obok niego.

- Kim jesteś? - zapytał.

- Na imię mam Maks - Maks zamarł ze wzrokiem skierowanym w górę szybu. W tym facecie było coś dziwnego. Skoncentrował się, zamknął oczy i nagle zrozumiał. Podniósł rękę, przyłożył palec do jego skroni.

- Co ty...

- A jak ty się nazywasz? - przemówił Maks głębokim i dźwięcz­nym Głosem Rozkazu.

Facet zadygotał i zacharczał. - Ja... – wyjąkał - ja, ech, ja... auuu! - jego głowa przekrzywiła się na bok i zaczęła podrygiwać.

- W porządku, zapomnij, odpręż się - rzekł Maks normalnym to­nem. - I tak nie ma czasu. Ktoś rzucił na ciebie czar bezimienności.

Facet nadal był oszołomiony, ale czuł się już chyba dużo lepiej. Przecząco pokręcił głową.

- Jaki czar?

- Przecież mówię. Czar, który nie pozwala ci poznać własnego imienia, który sprawia, że nikt nie zauważa, iż go nie posiadasz i nigdy cię o nie nie pyta. Podsadź mnie do tej klapy.

Facet splótł dłonie, Maks wsparł na nich stopę, złapał najbliższy uchwyt i ruszył po szczeblach wyciętych w ścianie szybu.

- Co mi zrobiłeś? - indagował facet.

- Nie ma czasu na wyjaśnienia. Musimy znaleźć mojego przyja­ciela, Shaa.

- A kto to taki?

- Zalzyn Shaa, który uratował ci skórę tam na górze i który, czego jestem pewien, obecnie jest w kiepskim stanie. Musimy zająć się Śmiercią, którą uwolniłeś i musimy zrobić to zanim Śmierć pozbiera się do kupy - Maks dotarł pod pokrywę i pchnął ją. Była ciężka, jak zwykle, ale w przeciwieństwie do zwyczajnych pokryw wibrowała, niemal miotała się w ramie. Przez szczeliny wpadał pył i ogłuszają­cy świst.

- Będę potrzebował czarnoksiężnika, zanim to się skończy - mru­czał facet, wdrapując się za Maksem. - Słuchaj Maks, czemu nie mia­łbyś zwać mnie, hmmm, Podstępnym Mieczem, przynajmniej przez...

Pokrywa zakolebała się, podniosła ociężale i raptem zniknęła zdmuchnięta z pola widzenia. Na głowę Maksa sypnął się kłąb liści gnanych wyjącą wichurą. Gdzieś nad rzeką zamigotała błyskawica. W nagłym rozbłysku Maks zobaczył chmury kotłujące się na niebie, tworzące ogromny wir, którego centrum znajdowało się nad nabrze­żami. Podniósł się z trudem, walcząc z wichrem. W wylocie szybu pojawiła się głowa Podstępnego Miecza, Maks pochylił się, złapał go za tunikę i wyciągnął na ulicę.

- Musisz sam znaleźć Shaa! - ryknął, przekrzykując wycie wiatru.

- A co z naszą umową? - odwrzasnął Podstępny Miecz, stając ' własnych siłach.

- Nieaktualna, cholera! - Wielka gałąź z szumem przemknęła ulicą, za nią pomknęły drzwi. - Tego się obawiałem! - Maks mru­żył oczy i wyciągał rękę jak ślepiec szukający oparcia. Wokół jego palców tańczyły purpurowe zawijasy. Przecznicę czy dwie za nimi, zaraz za grzbietem wzgórza, wznosiła się potężna kolumna ognia, który trawił resztki siedziby Oskina Yahlei. Wichura darła płomie­nie na strzępy i roznosiła je po okolicy. Jeden z płomienistych pro­porców wygiął się w stronę domostw stojących na południe od by­łej świątyni. W snopie pomarańczowych iskier z dachu pierwsze­go domu wyleciała spirala płomieni, ale główny jęzor wyprostował się i odgiął w drugą stronę. Maks na ten widok wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

- Eden, kocham cię! - wrzasnął na wiatr.

- Co? - krzyknął Podstępny Miecz wprost w jego ucho.

- Znajdź Shaa! Nie możesz go nie poznać! Jest na ulicy niedaleko świątyni!

- Chwileczkę! Dokąd idziesz i...

- Tam, gdzie jest środek tego czegoś! - Błyskawica rozświetliła niebo nad rzeką. Maks odwrócił się do odejścia.

Podstępny Miecz złapał go za ramię.

- Skoro ten Shaa jest twoim dobrym kumplem, czemu sam go nie poszukasz?

Maks strącił dłoń faceta, złapał go za kark i wykręcił rękę zaciśniętą na mieczu. Poderwał go w powietrze i wrzasnął mu w twarz:

- Masz zamiar pomagać, czy jesteś dobry tylko w przeszkadza­niu? Chcesz, żeby z twojego miasta nie został kamień na kamieniu? Chcesz mi powiedzieć, że ciebie ten bałagan nie dotyczy? - Grom strzelił za plecami Maksa. Oczy Miecza, wlepione w błyskawicę, roz­warły się szeroko. Maks puścił go i obrócił się spiesznie.

W blasku bijących jeden za drugim piorunów, między wyspą Pa­łacu Czcigodnego, nad rzeką, wirowała powoli widmowa sylwetka strzelistego zamczyska.

Maks zgrzytnął zębami, pochylił się nad Mieczem, poderwał go na nogi i oskarżycielsko potrząsnął mu palcem przed nosem.

- Znajdziesz Shaa i pomożesz mu, słyszysz? A jak schrzanisz, to w porównaniu ze mną Gashanatantra wyda ci się najlepszym przyja­cielem! Nawarzę ci takiego piwa, że zapamiętasz mnie do grobowej deski. I pamiętaj, znajdę cię wszędzie, dokąd byś się nie udał, rozu­miesz? - Maks nie czekał na odpowiedź. Chyląc się w przybierającej na sile wichurze, popędził w kierunku rzeki.

Nie chciał zostawiać, Shaa. Ale nie miał wyboru. Śmierć po do­braniu się do zamkowych rezerw mocy miała stać się niepokonana. Jedyną osobą, która mogła temu zapobiec, był on, Maks. Los najlep­szego przyjaciela przeciwko cholernemu poczuciu odpowiedzialno­ści, myślał z goryczą. Nie mówiąc o tym, że prawdopodobnie ta spra­wa i tak jest przegrana...

Z osi wirującego koliska chmur poczęła wyłaniać się trąba po­wietrzna. Błyskawice tańczyły po niej w górę i w dół, gdy wyciągała pysk w kierunku rzeki. Maks zatrzymał się na skrzyżowaniu, dając pierwszeństwo plątaninie drewnianych pak i wielkiemu krzakowi, po­tem pobrnął dalej. Gdy znalazł się na środku ulicy, wiatr zawył jesz­cze głośniej, oderwał go od ziemi i przeniósł na odległość kilku kro­ków. Gdy Maks z powrotem dotknął bruku, nad światem zadudniło głuche dzwonienie, przeciągłe BUUUM! gongu o średnicy dwudzie­stu mil. Karlini nie przesadzał, stwierdził Maks, gdy z góry runęły przytłaczające fale dźwięku, a z dołu odpowiedziało wprawione w re­zonans podłoże. Niebo faktycznie dzwoniło jak metalowa kopuła trącona długim na dziesięć mil prętem. Może dzięki temu Roosing Oolvaya wreszcie zauważy, że coś się dzieje.

Potężny gong rezonował echem, które cichło stopniowo, lecz mimo to przyprawiało o ból głowy. Maks zastanawiał się, czy nie wyko­rzystać resztek mocy, by zawiadomić mieszkańców, że wskazane jest poszukanie solidnej kryjówki. Doszedł jednak do przekonania, że nie­wiele mógłby dodać do głosu gongu. Ponadto, gong był przewrotną odpowiedzią na pytanie, jak zapobiec całkowitej materializacji zam­ku. Otóż w tej chwili było to niemożliwe. Maks się spóźnił, do rzeki miał jeszcze kawał drogi, a proces materializacji zaszedł już za dale­ko. Nie można było go powstrzymać.

Wokół wybuchły wrzaski i krzyki, jedni zapalali pochodnie, dru­dzy otwierali okna, jeszcze inni biegali szaleńczo po ulicach. Maks wyminął człowieka owiniętego w samo prześcieradło, który z roz­dziawionymi ustami gapił się w stronę rzeki, i przebiegł ku nabrzeżom. Najwyższa wieża krążącego zamku zestalała się szybko, barwy i substancja nasycały jej kontur. Wyglądało to tak, jakby ktoś wype­łniał farbą szkic namalowany na szybie. Zamek przyspieszył obroty zgodnie z ruchem wskazówek zegara i zaczął opuszczać się ku wo­dzie. Wielki poszarpany pęk błyskawic uderzył w kolejną wieżę, błękitno-białe wstęgi przywarły do kamieni i spłynęły po nich w dół. Czerwony żar oświetlił od spodu skalistą podstawę zamku.

Ulicą przebiegła kobieta z dziko rozwianym włosem.

- Na dachy! Na dachy! - wrzeszczała.

Gdy ukazały się solidne mury, a fala krystalizacji objęła skałę, Maks doszedł do wniosku, że nie ma ani chwili do stracenia. Na wprost niego stał trzypiętrowy budynek. Na parterze mieścił się sklep, wyższe piętra zajmowały mieszkania. W oknach na najwyższym pię­trze płonęły świece, na dachu migotała pochodnia. Nad zrębem da­chu widać było centrum wirujących chmur i opadający zamek.

Wichura zaczęła cichnąć. Maks dopadł kamienicy, wskoczył na wykruszony parapet, sięgnął do wystającej belki i wspiął się na dach. To naprawdę zdumiewające, myślał, jak w chwili zagrożenia człowiek przestaje zwracać uwagę na nękające go dolegliwości. Rozpoczął wieczór od nadwerężonej ręki; w miarę rozwoju wypadków dorobił się mnóstwa zadrapań, oparzeń i siniaków, ponadto naciągniętej nogi, a być może nawet paru pękniętych żeber oraz naderwanych mięśni, jednak nie poddawał się i gramolił po wysokim murze. Rób, co trze­ba, myślał, a przynajmniej próbuj.

Ulice, które przed chwilą pełne były ludzi, teraz równie gwałtow­nie opustoszały. Maks dotarł do końca ściany i przewinął się nad okapem. Dach był stromy, zwieńczony platformą otoczoną barierką z belek. Maks zgubił miecz, lecz nadal miał sprzęt do wspinaczek. Wyjął nóż ze sprężynowej wyrzutni na nadgarstku, umieścił w niej strzałkę i uruchomił mechanizm. Za moment Maks naprężył sznur i ruszył, pokonując stromiznę dachu.

W blasku latarni stojącej obok podniesionej klapy, zobaczył troje dorosłych w nocnych strojach i małe dziecko. Porywisty wiatr tar­mosił ich przyodziewkiem. Wszyscy skupiali uwagę na rzece. Mię­dzy stojącymi niżej budynkami Maks widział migocącą fioletową mgiełkę nad falochronami i nabrzeżami - ktoś uaktywnił powodzio­we pole ochronne. Na niebie chmury zaczynały się rozstępować. Ostatnie rozbłyski omyły blanki wirującego zamku, a jego podstawa zetknęła się z powierzchnią wody. Gdy ociekająca wodą skała obró­ciła się w stronę miasta, Roosing Oolvaya wydało zbiorowe wes­tchnienie grozy. Plusk fal o spodnią stronę podstawy przerodził się w dudnienie, wokół zamku wzniosła się obła ściana wody. Ściana rosła, ogromniała, sięgnęła ponad skałę, ponad mur osłonowy, po­nad dolne fortyfikacje i dopiero wtedy spieniony czub wodnej góry załamał się i podwinął. Z ogłuszającym ŁUBUDU! i BUM! zamek wkręcił się w łożysko rzeki. Potworna fala uderzyła w brzegi.


Rozdział XIX

ZAMEK ŚMIERCI


Budynek zatrząsł się. Dach wibrował pod nogami coraz szybciej, coraz mocniej i coraz głośniej. Maks przywarł kurczowo do po­ręczy. Spodziewał się wstrząsu, a nie chciał, by cokolwiek przeszko­dziło mu w obserwacji wydarzeń, którym i tak nie mógł zapobiec. Być może czekała go śmierć; pogodził się z tym, lecz nie miał za­miaru rezygnować z niezłego widowiska. Fala, szybsza od galopują­cego rumaka, uderzyła w nabrzeża z ogromną siłą. Ciemny garb, kolosalny, rozjaśniony fosforyzującą bielą piany i refleksami świateł miasta, wzniósł się wysoko nad brzeg rzeki, wyżej, niż punkt obser­wacyjny Maksa, wyżej niż wszystko inne w Roosing Oolvaya, na wysokość ośmiu a może nawet dziesięciu pięter. Rycząca ściana wody wpadła na stłoczone przy brzegu statki i bez wahania wdarła się na nabrzeża, porywając barki, szkunery o wysokich masztach i fragmenty portowych konstrukcji. Na szczycie fali utworzył się spływający ka­skadą grzebień piany. Spieniony czub przeskoczył nad nabrzeżami i wpadł w pasmo fioletu na szczycie wału.

Bariera przeciwpowodziowa Roosing Oolvaya jawiła się jako gę­sta fioletowa siatka rozpięta wzdłuż nabrzeża niczym ciąg sieci ry­backich. Kable napinające, przeplecione przez matrycę, mocowały sieć do pali o głębszej purpurowej barwie, które wystawały z wału co pięć kroków. Cała konstrukcja przypominała nieco przekręcony na bok most wiszący. Pale wspierały się na długich i grubych podpo­rach, zakotwiczonych solidnie w kamiennych fundamentach. Oczy­wiście, wody powodziowe z zasady przybierały powoli, nie w jed­nej miażdżącej fali, a poza tym najwyższy odnotowany w Roosing Oolvaya stan wód sięgnął pierwszego piętra, toteż uznano, że bariera o wysokości dwóch pięter zupełnie wystarczy.

Wał wody uderzył w barierę, spiętrzył się i wystrzelił wieżą piany. Maks wyczuł skok mocy, gdy bariera przyjęła na siebie niewiarygodną masę wody. Sieć zesztywniała, naprężyła i rozciągnęła się, próbując prze­ciwstawić się niszczycielskiej sile. Poszczególne elementy zaczęły ustę­pować pod naporem wody. Przeciążona sieć pękła na odcinku dwudzie­stu przecznic z jednej strony i następnych pięciu z drugiej. Fala wdarła się w wystrzępione wyrwy. Wysoki grzebień przelał się nad czubkiem bariery i pomknął po ulicach. Ale największą masę i największą siłę fala posiadała u podstawy i bariera spełniła swoje zadanie - wyhamowała częściowo pęd wody i odrzuciła ją w stronę rzeki. Woda zakotłowała się, szczyt fali oderwał od głównej masy, a potężny wał rozciągnął się w mniej stromy garb - nadal jednak wysoki, potężny i szybki, choć po­zbawiony większej części niszczycielskiej energii.

Budynek podskoczył, gdy przeszły pod nimi rozchodzące się w głę­bi ziemi fale uderzeniowe. Drewniana grzęda na dachu zaczęła koły­sać się spazmatycznie. Kamienica stojąca parę przecznic w stronę rzeki zderzyła się z sąsiednim budynkiem i oba domy zniknęły z po­la widzenia. Z boku zwaliły się inne kamienice, gdy uderzyła w nie masa nadciągającej wody. Powtarzający się tajemniczy dźwięk, szszsz- BUM!, szszsz- BUM!, wyjaśnił się nagle, gdy pokrywa pobli­skiej studzienki kanalizacyjnej wystrzeliła w górę na czubku gejzera. Szszsz - woda pędziła kanałem, BUM! - pokrywa wyskakiwała w powietrze. Potem, co wydawało się niemożliwe, rozrywający bę­benki huk przybrał na sile i zza zakrętu ulicy wyłoniło się czoło fali. Wysoka na dwa piętra, zwieńczona czapą połyskującej piany, nio­sąca kawały drewna, kamienie i kadłub sporej łodzi, fala pędziła z grzmotem wzdłuż ulicy. Jej spieniony ze złości czub znajdował się tuż poniżej linii wzroku Maksa. Uderzyła w budynek z potwornym hukiem i w bryzgach gęstych niczym ulewa w czasie oberwania chmury. Wstrząs rzucił Maksa na barierkę i powalił na kolana. Potem, o cudzie, fala pomknęła dalej. W zamienionej w kanał ulicy kotło­wały się porwane szczątki. Za wzburzonym czołem, na wydłużonym i coraz niższym grzbiecie, piana rysowała abstrakcyjne wzory.


W wyjącym wichrze gnałem z powrotem na wzgórze, rozglądając się po drodze za tym Shaa. Mając do czynienia z Gashem, Oskinem Yahlei, a teraz z Maksem, gorzko żałowałem, że za młodu nie poprze­stałem na czymś bezpieczniejszym i prostszym, jak na przykład dmu­chanie szkła. Dobrze, że przynajmniej Maks zniknął na jakiś czas, Oskin Yahlei chyba na zawsze, a Gash siedział cicho, gdziekolwiek był. Potęż­ny wstrząs zbił mnie z nóg. Przetoczyłem się, poderwałem, skoczyłem za róg i znalazłem się przecznicę od płonącej siedziby Oskina Yahlei.

Wszyscy Strażnicy, którzy mogli się poruszać o własnych siłach, już dawno rozbiegli się w popłochu. Na ulicy pozostało kilka nieru­chomych sylwetek. Niesione przez wiatr płomienie przeskoczyły na budynek po drugiej stronie ulicy, a z niego jeszcze dalej. W tej chwili nie przejmowałem się pożarem, domyślałem się, że opadający zamek wzbije falę, która wystarczy do zduszenia wybuchającego wulkanu. Truchtałem ulicą, rozglądając się bacznie dokoła.

Budynki przy uliczce, w której zostawiłem Carla Lake, były częścio­wo zburzone. Carla nie znalazłem, za to przy wylocie zaułka dostrzegłem leżącego na ziemi mężczyznę, otoczonego aureolą biało-żółtego blasku. Podobnie świeciła wisząca w powietrzu kopuła, która zaczynała się od głowy i urywała się tuż za stopami. Rozciągnięty pod nią człowiek miał zamknięte oczy i z trudnością chwytał powietrze. Poznałem go. Był to ten sam facet, którego przyprowadzili strażnicy Oskina Yahlei, gdy ja udając Gashanatantrę improwizowałem na całego.

- Ty jesteś Shaa? - zapytałem.

Jedna powieka uniosła się ociężale, a oko zatrzymało się na mojej osobie.

- Zalzyn Shaa - potwierdził cichym głosem, przerywanym pokasływaniem. - Do usług - udało mu się dodać - aczkolwiek tylko częściowo.

- Przysłał mnie twój przyjaciel, Maks.

- Aha. W takim razie pomóż mi oprzeć się o ścianę.

- A co z tą świecącą kopułką? - Nie chciałem jej dotykać. Miałem już dość kontaktów z magią, zwłaszcza z taką, o której nic nie wiedziałem.

- Nie przejmuj się tym polem, nie ugryzie cię. To swego rodzaju podarunek.

- Skoro tak mówisz - mruknąłem.

Odłożyłem Monocha na bok, bez protestów z jego strony i wsuną­łem rękę pod plecy Shaa - dotykając kopuły odczułem tylko łagodne ciarki - i przeciągnąłem go pod mur. Kiedy się wyprostowałem, mro­wienie nie zniknęło, ale moja ręka, która przez parę zeszłych godzin narażona była na wiele przykrości sprawiała się o niebo lepiej.

- Czy to jakiś uzdrawiacz? - zapytałem, masując przedramię.

- Niestety, mój organizm jest odporny na czary lecznicze - rzekł Shaa. Chyba mu się poprawiło, gdy usiadł. - To pole jest przekaźni­kiem energii, tylko że przy okazji ściąga uwagę wielu zbędnych osób - zakaszlał i splunął flegmą. - Co dzieje się tam, skąd przy chodzisz?

Wiatr ucichł w trakcie naszej rozmowy. Z tego miejsca nie widzia­łem latającego zamku, ale na podstawie ryku i ogólnego harmidru do­chodzącego od rzeki mogłem sobie wyobrazić, co tam się dzieje.

- Ten wielki zamek, który pojawił się nad rzeką, wpadł do wody. Myślę, że teraz słyszymy huk idącej na nas fali.

- Hmmm. Na szczęście jesteśmy na wzgórzu. Przypuszczam, że szalony bóg wezwał swój zamek.

- Szalony bóg, Śmierć. To samo mówił Maks. - I miał zamiar rozprawić się z nim sam?

- Tak mi się wydaje. Był trochę rozdrażniony, kiedy się spotkali­śmy, w przeciwnym wypadku dowiedziałbym się więcej.

- Rzeczywiście. Mniemam, iż nie jesteś Gashanatantrą?

- Gashem? - Och, racja, widział moje wejście u Oskina Yahlei. - To długa historia.

- Proponuję, żeby opowieść odłożyć na czas po przejściu fali - rzekł Shaa i miał rację, ponieważ fala właśnie nadciągała. Dobiegł nas łoskot, jakby ulicą galopowało stado byków, z domu Yahlei buch­nęła chmura dymu, a ogień zamienił się w parę. Ze studzienek kana­lizacyjnych strzeliły fontanny wody, a potem zza rogu wyłoniła się sama fala. Wyglądało na to, że straciła część impetu w niżej położo­nych dzielnicach miasta, ale nadal miała dość siły, by wspiąć się na wzgórze. Omyła nas, siedzących na szczycie i złożyła na ulicy nie­sione szczątki. Podniosłem Shaa, gdy woda sięgnęła mi do kolan.

- Na dole musi być paskudnie - powiedziałem.

- Cóż za wnikliwa uwaga - mruknął Shaa.

Miałem zamiar coś dodać, kiedy z uliczki za naszymi plecami do­biegł gwałtowny kaszel i chlupot.

- O rany! Carl! - Poziom wody opadał. Posadziłem Shaa pod mu­rem i skoczyłem w głąb uliczki. Dziesięć stóp dalej jakaś postać miota­ła się niczym karp. Pobrnąłem ku niej i wyciągnąłem ją z plątaniny różnych śmieci. Faktycznie był to Carl.

Kiedy Carl wykasłał tyle wody, że w końcu z powrotem mógł od­dychać i popatrzył na mnie.

- Dziękuję - powiedział - chyba że wróciłeś tylko po to, aby do­kończyć robotę?

- Zrobiłem, co musiałem, wiesz o tym.

Carl kaszlnął, piorunując mnie spojrzeniem i zwrócił się do Shaa.

- Mogę się przysiąść?

- To długa ściana - odparł Shaa. Carl klapnął obok niego.

- Okropnie boli mnie głowa - rzucił oskarżycielsko w moją stronę.

- Zatem być może jesteśmy sobie równi.

- Hmmm - Carl spojrzał na zrujnowaną świątynię. Na ulicy po wodzie została głównie piana. - Przyczyna naszego konfliktu przemi­nęła wraz z Oskinem Yahlei, prawda?

- Tak - przyznałem. - Chyba tak. Ale...

- Przepraszam, jednakże muszę wam przerwać - wtrącił Shaa. - Ubolewam nad własną bezczynnością, kiedy ważne rzeczy nie cierpią zwłoki, lecz przecież ty, który nie jesteś Gashanatantrą, nie masz takie­go usprawiedliwienia.

- Co takiego? Shaa podniósł brew.

- Primus, podając się za Gashanatantrę zdołałeś oszukać Oskina Yahlei, wnioskuję tedy, że dysponujesz wysokim poziomem efektyw­nej mocy. Secundus, roztaczasz całkiem interesującą aurę, co stano­wi poparcie mojej tezy. Tertius i tak dalej, na ile orientuję się w sytu­acji, prawdopodobnie posiadasz przyzwoitą ilość informacji, aby po­radzić sobie z rzeczoną sytuacją. Doskonale wiesz, dokąd udał się Maks i co próbuje zrobić, i jak się domyślasz, będzie potrzebował wszelkiej możliwej pomocy. Zatem, jesteś człowiekiem czynu, na jakiego wyglądasz, czy tylko nic nie wartym oszustem?

- Maks kazał mi z tobą zostać. Powiedział, że jak coś ci się stanie, to...

- Twoja troska raduje me serce - rzekł drwiąco Shaa. - Na szczę­ście jestem w lepszym stanie, niż Maks się obawiał, a przynajmniej nie umieram. Nie musisz się martwić, twój przyjaciel Carl i ja damy sobie radę, przez jakiś czas. - Carl pokiwał głową. - Zważywszy, że Roosing Oolvaya zostało wydane na pastwę szalonego boga i niedłu­go może przestać istnieć.

Nie lubię być niczyim pionkiem, ale z drugiej strony w obecnej chwili ich spisek był ważniejszy od mojego.

- Zgoda. Idę. Ale jeśli twój przyjaciel Maks spróbuje zrobić ze mnie mokrą plamę, to ktoś za to zapłaci.

- Nie martw się - Shaa zamknął oczy. - Co by się nie działo, to zawsze ktoś płaci.

Zamek wyrastał stromo z ciemnych głębi rzeki w samym środku nurtu. Fale nadal miotały się od zrujnowanego nabrzeża do skalistej podstawy. Wciąż były wysokie, lecz już nie ogromne. Podstawę zam­ku skuwał lód, rozbryzgujące się na nim grzywacze zamarzały, po­krywając mury płatami lodu. Zamek wstrząsnął się i osiadł głębiej w mule. Wielka bryła lodu oderwała się od północnej ściany i poszybowała ku wodzie. Wzbite przez nią bryzgi natychmiast zama­rzły na lodowatych kamieniach. Każda lawina sopli obrzucała wieże widmowym blaskiem, zimnym, zielonkawoniebieskim, a trzask pę­kającego lodu, dudnienie niespokojnej rzeki, huk osiadającego za­mczyska i krzyki dochodzące z miasta tworzyły potężną kakofonię. Zamek przestał się obracać i na dobre rozsiadł się w korycie rzeki. Był lekko przechylony w stronę nabrzeży. Za murami i w wieżach bły­skały światła niewiadomego pochodzenia, czerwone, niebieskie i pur­purowe, oświetlające różne szczegóły: tu postrzępione blanki, tam krzy­wiznę cylindrycznej baszty, ówdzie przęsło łukowatej przypory wysoko przy wieży. Jak gdyby sama obecność zamku nie była wystarczająco dziwna, część budowli nadal była w ruchu. Z boku większej baszty wy­rastała mała okrągła wieżyczka zwieńczona spiczastym dachem. Wie­życzka wystawała poza najniższy krąg murów. Zamiast jednak tkwić nieruchomo, wierciła się jak nakręcona. Kołysała się do góry, na dół i na boki, jakby mocował ją do muru obrotowy przegub. Raz opadała w dół pod oszałamiającym kątem, a zaraz po tym muskała czubkiem bok du­żej wieży. Zataczała się we wszystkie strony bez chwili przerwy.

Patrząc na dwa oświetlone od wewnątrz okna, Maks zdał sobie sprawę, że to nie wszystko. Wieżyczka miała jeszcze jedną dziwną cechę; światło z jej okien rzucało nieruchomy wzór na powierzchnię dużej baszty. Skoro już ktoś zdołał pogodzić się z faktem, że wieżyczka się porusza - bez śladu jakiegokolwiek mechanizmu - to oczekiwał, że oświetlone okna i koronkowe wzory na murze będą poruszały się razem z nią. Zamiast tego okna zachowywały stałą orientację, pionową w stosunku do większej baszty. Tylko ściany wieżyczki rozciągały się i płynnie przesuwały.

W najwyższej baszcie zamku, o ile Maks dobrze pamiętał, Karlini natknął się na gabinet Śmierci i doświadczył wizji ataku. Tuż poniżej spiczastego dachu basztę otaczał rozżarzony pierścień czerwonego dymu. W pierścieniu niespiesznie krążyła emanująca silniejszym bla­skiem czerwona kula. Ciągnęła za sobą trzaskającą czerwoną smugę, która wisiała w powietrzu i wygasała powoli, prawie niknąc, zanim znów doganiała ją ognista kula i rozpalała na nowo. Kula po prostu krążyła i to było bardziej niepokojące, niż wszystko inne. Mogło ozna­czać, że Śmierć bierze się w garść i uspokaja, albo że gromadzi siły do następnego wybuchu szaleńczej złości. Roztrząsanie teoretycznych aspektów problemu można było odłożyć na później; obecnie najważ­niejsze było jego rozwiązanie. Najbezpieczniejsze polegało na uniesz­kodliwieniu Śmierci, lecz żeby to zrobić, należało najpierw wyczer­pać jej rezerwy mocy. A to wymagało zbliżenia się do zamku.

Wody powodzi opadły poniżej pierwszego piętra i nadal cofały się ku rzece. W kępie splątanych krzaków przepłynęło jakieś ciało zwróco­ne twarzą w niebo. Na szczęście fala nie zebrała obfitego żniwa. Dzięki ostrzeżeniu, jakim był gong towarzyszący materializacji latającego zam­ku, ludzie mieli czas wdrapać się na najwyższe piętra i dachy. Oczywi­ście, niektóre domy zawaliły się, nie wspominając o zniszczeniu stat­ków i łodzi. Szkody były duże, ale jeszcze nie katastrofalne. Jeśli zamek zostanie tam, gdzie wylądował, uniemożliwi transport towarów drogą wodną, a wówczas podupadnie całe miasto. Maks musiał ingerować.

Najwygodniejsza trasa wiodła przez wodę. Zostawiwszy na dachu innych, nadal gapiących się z rozdziawionymi ustami na rozgrywają­cy się wokół spektakl, Maks zsunął się po sznurze. Na chwilę przysta­nął na wystającej z muru belce. Wezbrane wody miały utrudniony od­pływ - hamowały je tamy z połamanych belek i meble wszelkiego asor­tymentu. Maksowi udało się zachować plecak, a w nim maskę i rurkę do oddychania. Ze stroju wodoodpornego zostały strzępy, lecz obec­nie nie miało to znaczenia. Maks założył maskę, zwinął linkę i opuścił się do wody. Zaczął płynąć ostrożnie w kierunku rzeki.

Płynął z prądem. Miał kłopoty z wyszukiwaniem znaków orienta­cyjnych, ale najważniejszymi była sama rzeka i zamek. W okolicz­nych domach ludzie zaczynali dochodzić do siebie - zapalali lampy, wyciągali innych z wody. Maks skręcił za róg. Na wodzie, wirując i zderzając się ze sobą, unosiły się zwały drewna, od kawałków wiel­kości zapałek po belki i nienaruszone fragmenty podłóg. Z przekrzy­wionej ściany zwalonego domu wystawała szeroka na pięć stóp po­szarpana platforma. Na platformie zebrało się parę osób, które świe­ciły latarniami w głąb wody. Za murem i splątanymi kawałkami drew­na, niczym garb olbrzyma z rozlewiska wyłaniał się magazyn zmyty z nabrzeża. Fala wyrwała go z fundamentów i poniosła niczym taran na odległość kilku przecznic. Maks wyminął strzaskaną fasadę i za­chowaną w niemal nienaruszonym stanie ścianę boczną. Za magazy­nem zaczynała się oczyszczona ulica biegnąca prosto do rzeki.

Tutaj prąd spływającej wody był silniejszy. Maks płynął ostrożnie. Po prawej dostrzegł migocące światło. Gdy wzniósł się na grzbiecie silniejszej fali, zobaczył skrzący się słup koronkowego fioletu, który chylił się nad wodą i zataczał bezwładnie, miotany przez prądy i fale. Był to fragment bariery przeciwpowodziowej. Maks wyminął szero­kim hakiem postrzępione resztki sieci, potem wypłynął poza zniszczo­ne nabrzeże. Przed nim na środku rzeki czerniła się, podświetlona bla­skiem wschodzącego księżyca, ponura sylwetka zamku Śmierci.

Skalna podstawa i większa część murów zewnętrznych kryły się pod wodą, oczywiście wraz z głównym wejściem. Zamek nadal na­chylał się w stronę Roosing Oolvaya, zębaty szczyt zewnętrznego muru wznosił się tuż nad wodą - większe fale z łatwością nad nim przeska­kiwały. Maks wyciągnął rękę w powietrze i naszkicował zwarty ciąg znaków. Nigdy wcześniej tego nie robił, ale reguła była dobrze spraw­dzona. Znaki zbiły się, przemieszały i stopiły, tworząc otwarty krąg miękkiego srebra, z którego zwieszał się mniejszy dysk. Maks opuścił krąg nad głowę, wsparł go na czole i ustawił dysk przed lewym okiem. Mimo że dysk wydawał się solidny, był pozbawiony masy i nie­materialny, więc przeniknął gładko pod maskę, która przysłaniała również oczy. Widziany przezeń zamek wydawał się jaśniejszy, woda zaś mniej wyraźna. Maks zobaczył fundament skalny i zatopione mury, a w ich jądrze ciemne bajoro energii, splecione z matrycą ska­ły. Od bajora odchodziły niezliczone delikatne czarne wici, które oplatały zamek oraz przenikały ściany niczym nerwy albo naczynia krwionośne. Cały zamek pulsował w rytm bicia serca, płynnie zmie­niając proporcje i perspektywę. Strona zwrócona ku Maksowi zda­wała się odginać w przestrzeni - boczne i frontowe budowle nakła­dały się na siebie, tłocząc bezładnie - przesunięcie, zmiana - prze­sunięcie, zmiana. Niestety, nie takich informacji Maks potrzebował. W tej chwili najbardziej interesowały go pułapki, a poza tym patrze­nie z perspektywy drugiego poziomu kwantowego szybko przypra­wiało o ból głowy. Najbliższa część zamku była oddalona zaledwie o piętnaście metrów, lecz najwidoczniej odległość była zbyt duża, żeby rozróżnić punkty węzłowe pułapek. Jednakże Maks dostrzegł jeden ważny szczegół w czerwonym dymnym pierścieniu otaczają­cym najwyższą wieżę. Kula ognia widziana przez soczewkę kwanto­wą składała się z amorficznych kształtów i obłędnie poskręcanych linii pola. Maks nie wiedział, czy Śmierć się uspokaja, czy też przy­gotowuje do następnego napadu morderczego szału, ale nie miało to znaczenia. Widok kuli nie napawał otuchą. Poza tym wszystkim Maksa niepokoiło go to, że nie może znaleźć Roni, Karliniego i reszty. Maks podniósł soczewkę na srebrny diadem i zanurkował. Fala nadeszła z tyłu i uniosła go z sobą. Czy będzie dość wysoka? Była. Złamała się na murze zamczyska, ale Maks zdołał dosięgnąć szczy­tu. Przeleciał wraz ze spienionym grzebieniem między dwoma zęba­mi blanków i wpadł na zalany dziedziniec. Podpłynął do wewnętrz­nej ściany, tuż pod oknem. Podciągnął się na parapet i nie zobaczyw­szy niczego podejrzanego wskoczył do środka.

W pokoju była tylko głęboka do kostek kałuża wody. Maks starając się nie pluskać, zbliżył się do drzwi i założył dysk optyczny. Wyjrzał na pła­ski podest spiralnych schodów. Dolna część klatki schodowej była zato­piona, wielkie bąble wyskakiwały na powierzchnię wody. Z jakiegoś nie­widocznego źródła na dole sączył się nikły pomarańczowy blask. W ską­pym świetle prawe oko Maksa widziało nieruchomy, solidny zarys scho­dów i ścian. Lewe oko przez soczewkę widziało dokładniej, lecz też nie dostrzegało śladów większej aktywności. Maks ruszył po schodach.

Widziane przez dysk schody falowały i obracały się. Niekiedy Maks, idący przecież w górę, miał wrażenie, że schodzi na dół - oddalały się na odległość wielu mil, a potem przybliżały się tuż do jego nosa. Minął pokój; który jego prawe oko zobaczyło jako zwyczajną komnatę, ale lewe dodało wiszący na wysokości szyi kłębiący się dysk. Minął inne pomieszczenia po lewej. Schody stawały się coraz bardziej strome i skrę­cały wokół coraz mniejszego promienia. Wreszcie natknął się na kory­tarz. Zrobił krok w jego stronę i zamarł. Jakieś trzy kroki dalej ściany, i podłoga i strop korytarza schodziły się ze wszystkich stron niczym miękka rura ściśnięta palcami. Oba oczy widziały ten fenomen. W centrum stre­fy kontaktu wisiał niewielki wielobarwny wir. Maks zawrócił na schody i stanął jak wryty. Coś szybko wspinało się jego tropem.

Maks ostrożnie ruszył do góry. Och, daj mi spokój, myślał, nie mam czasu na takie bzdury, muszę znaleźć Karliniego. Pomarańczo­wy żar rozlał się po stopniach, pulsując w rytm tętnienia zamku. Podłogą wstrząsnęło drżenie. Maks rozejrzał się, popatrzył za siebie, na dół. Natychmiast rzucił się w tył, popędził wyżej, gdy przez podłogę przebiła się poskręcana masa obwieszona szczypcami i po­łyskująca przyprawiającym o mdłości pomarańczowym blaskiem. Maks posłał w jej stronę destabilizator, a potem dysk barierowy, który złożył się we dwoje na cielsku potwora i spłynął stopiony na podło­gę, zaś strzałka destabilizatora rozpadła się na rój maleńkich skraw­ków, które zawirowały w powietrzu. Pomarańczowa bestia skurczy­ła się i rozkurczyła, zyskując dodatkowo kilkoro oczu na długich słupkach, z licznymi źrenicami, i zestaw ruchliwych szczęk. Maks odwrócił się i ruszył sprintem po schodach. Półtora skrętu wyżej scho­dy kończyły się ślepą ścianą. Z boku podestu były drzwi.

Potwór gnał zaraz zanim, wyposażony już w długi ogon i płetwy brzuszne. Ściany widziane przez soczewkę roiły się życiem, w żyłach czarnej energii tętniły srebrne bąble. Pół tuzina żył wychodziło ze ścian i łączyło się z pomarańczową bestią, zasilając ją kroplami srebra. Wi­dok ten podsunął Maksowi pewien pomysł. Skręcił do pokoju, wolał stracić trochę czasu, a w zamian zyskać pole manewru. Znalazł się w okrągłej komnacie o średnicy sześciu kroków, ze sklepionym sufi­tem i paroma oknami - była to wieżyczka obserwacyjna tkwiąca przy większej baszcie. Pomarańczowe stworzenie skoczyło za nim, kleko­cąc szczypcami, ale nie trafiło w drzwi i worało się w ścianę. Ściana nie powstrzymała go, fragment framugi rozpadł się z hukiem na żwir i pył. Twór wepchnął się do pokoju. Pół tuzina ślepi zwróciło się w stro­nę Maksa.

Minęło sporo czasu, kiedy Maks ostatni raz stosował akurat ten rodzaj transformacji. Proces był na dokładkę skomplikowany, lecz na szczęście szybko przypomniał sobie kolejne etapy. Sprawnie wpompował potencjał uaktywniający w most transmutacyjny. Powie­trze ścięło się za plecami stworzenia. Długie fragmenty zwisających rur zasilających zrobiły się złote, potem żółte, a na koniec szare. Twór zatrzymał się i obrócił trzy ślepia, żeby sprawdzić, co się dzieje. Rury przewodzące energię opadały ku podłodze niczym pasma dymu, który znienacka przybrał na wadze. I było to bliskie prawdy. Maks zaata­kował przewody mostem zestalającym, który przydawał masy ich niematerialnej strukturze matrycowej. Dwie żyły pękły i luźno spa­dły na podłogę. Stworzenie jęło wymachiwać szczypcami, które prze­chodząc przez własne pola ochronne i kontrpola strzeliły snopami iskier. Miotało się jak szalone, ale most był silny, więc nie potrafiło go strząsnąć. Jego energia malała z każdą chwilą. Pomarańczowy kolor płowiał i przechodził w przejrzysty żółty. Oczy przekręciły się i zerknęły na Maksa, a jeden z obwisłych pysków rozdziawił się pa­skudnie. Twór złapał wstęgi zestalające, odwrócił własną polaryza­cję i szarpnął. Fala akrecji materii wdarła się w żyły zasilające i za­lała twór potokiem szarości.

Posąg, który jeszcze przed chwilą był ruchliwą bestią, jął sztywno chylić się ku podłodze, nadal w przyspieszonym tempie nabierając masy. Maks skoczył w stronę drzwi. Ważący tonę posąg z hukiem rąbnął w kamienną posadzkę. Sieć pęknięć błyskawicznie rozprze­strzeniła się ku ścianom. Podłoga przekrzywiła się i cały pokój z ru­morem oderwał się od muru macierzystej wieży. Maks już - już miał złapać się futryny, gdy drzwi uciekły poza zasięg jego wyciągnię­tych palców. Odwrócił się, wybił w powietrze, upadł, znów skoczył, wyleciał głową naprzód przez okno i łagodnym łukiem poszybował w kierunku dalekiej rzeki.


Rozdział XX

TANIEC ŚMIERCI


Oderwana wieżyczka wpadła do rzeki opodal Maksa i sekundę wcześniej od niego. Zderzenie z powierzchnią wody wycisnęło mu powietrze z płuc. Maks pozwolił, by pęd poniósł go głębiej, po­tem zawrócił, wypłynął na powierzchnię, otarł oczy z wody, ode­tchnął głęboko i rozejrzał się. W czasie lotu musiał zrzucić plecak i teraz nie mógł go odnaleźć. Kącikiem oka dostrzegł jakiś błysk. W górze rzeki, wysoko na tle gwiazd przesuwał się jakiś punkcik, nie, coś więcej, raczej dysk z trzepoczącymi liniami po obu stro­nach. Nagle dysk przemienił się w wielkiego ptaka z wysuniętymi szponami. Migocąc białawo w poświacie księżyca, ptak zszedł po­wierzchnią wody. Jeszcze raz machnął skrzydłami, Maks wyciągnął ręce, szpony zacisnęły się i Maks wyskoczył z wody jak korek. Ptak załopotał skrzydłami, nabrał wysokości i zakręcił w stronę zamku. Rzeka przekrzywiła się pod obłędnym kątem. Maks wolał patrzeć w górę.

Znad szyi ptaka wyłonił się kaptur z dwoma jasnymi iskrami w miejscu oczu.

- Szczęście masz, że w pobliżu czekałem - oznajmił Haddo.

Skrzydła zatrzepotały gwałtownie i ptak minął mur zamku.

- Dzięki, Haddo, równy z ciebie gość! - krzyknął Maks.

- Jak wygląda sytuacja?

- Karlini, trzeba pomóc. Ewakuacja w toku... - Haddo urwał i za­skrzeczał gniewnie do ptaka. Ten skręcił ostro w prawo, machnął skrzy­dłami, przemknął nad kalenicą krytego łupkiem dachu, poderwał skrzy­dła i skulił je. Na chwilę cała trójka zawisła w powietrzu, potem za­częła spadać. Lądowisko pędziło im na spotkanie. Tuż nad ziemią ptak otworzył szpony; Maks, który się tego spodziewał, przekoziołkował po trawie. Ptak przemknął nad nimi lotem koszącym, złapał w szpony sieć pełną książek i innych pakunków, machnął lewym skrzydłem i skrę­cił w prawo. Wzbił się wyżej, niknąc za murem i szeregiem kominów. Maks pozbierał się i ruszył truchcikiem przez murawę. Z drzwi wieży wyszedł człowiek objuczony workami.

- Och, jak dobrze - wysapał Karlini, rzucając worki na ziemię - żeś się pokazał.

- Możesz podziękować Haddowi - powiedział Maks - ale kiedy indziej. Tam na dole robi się gorąco. Nie mam pojęcia, ile czasu za­brałoby mi dostanie się tutaj na własną rękę. Jak wygląda sytuacja?

Karlini zaczął wpychać worki i pojedyncze książki do następnej sieci.

- Jak radziłeś, przygotowaliśmy się do ewakuacji, więc teraz pra­wie kończymy. To reszta naszych rzeczy. Wrocław przyprowadził łódź. Są z nim Roni i kucharz.

Dudniące drżenie przetoczyło się przez zamek, następnie rozległ się stukot oderwanego skądś kamienia.

- To dobrze - mruknął Maks - a co z tobą? Karlini przełknął ślinę i przygryzł wargę.

- Nadal nie mogę odejść. To, co mnie pochwyciło, nie wyłączy­ło się.

- Tego się obawiałem - mruknął Maks. - Być może istnieje ręcz­ny wyłącznik, ale zapewne Śmierć go kontroluje. Oznacza to, że musimy uwolnić cię własnym przemysłem, chyba że wymyślimy ja­kiś sposób uspokojenia Śmierci i nastawienia jej przyjaźnie.

- Na to wygląda. Masz jakieś pomysły?

Maks opuścił soczewkę na oko i przyjrzał się Karliniemu. Jego postać przenikał niewyraźny szkielet włóknistej czerni, ale w prze­ciwieństwie do tworu, z którym wcześniej walczył Maks, włókna w Karlinim były niezależne, bez widocznego powiązania z resztą energetycznej matrycy zamku.

- Myślę, że między tobą i zamkiem zachodzi efekt rezonansowy - oznajmił Maks. - Być może, gdyby nam się udało zdestabilizować pole zamku, moglibyśmy cię uwolnić. Poza tym przy okazji będzie­my mogli upuścić Śmierci trochę energii. Być może to uczyni ją bar­dziej uległą, gdy użyjemy powłoki ograniczającej.

- Dobra. Jak?

- Czego dowiedziałeś się z czarów sondujących po moim odejściu?

- Nie mogłem przedrzeć się przez osłony rezerwuaru mocy, ale udało mi się wsunąć szperacz w system przekazu energii. Chyba zdołam ją przetoczyć, gdy będzie trzeba. Aha! Odkryłem również me­chanizm napędowy zamku i zrozumiałem działanie urządzenia, któ­re go uaktywnia. Mechanizm pobiera mnóstwo mocy. Na nieszczę­ście, teraz wszystkie urządzenia znajdują się głęboko w podstawie, pod warstwą wody grubą na trzydzieści stóp.

- To będzie problem - potwierdził Maks. - Nie sądzę, byśmy mieli czas na stworzenie bąbla do nurkowania, więc przyjdzie nam pracować na odległość. Moim zdaniem, musimy zająć się wszystkim jednocześnie: przejąć kontrolę nad Śmiercią, uwolnić ciebie i prze­stawić zamek.

Nad murawą pojawił się rosnący w oczach ciemny kształt. Haddo i ptak obniżyli się nad dziedzińcem, porwali ostatni tobół i rozpłynęli w ciemności.

- To była ostatnia partia - rzekł Karlini - to znaczy, że czas się zabrać do pracy.

- Racja. Gdzie jest wieża z naszym, szalonym bogiem?

- Tędy - Karlini zniknął w drzwiach. Maks podążył za nim. - Znam trasę, która pozwoli nam uniknąć największych kłopotów.

- Sam bóg wyczerpie mnóstwo mocy - powiedział Maks. - My spróbujemy upuścić trochę tej energii, aby zasilić falę rezonansową i przeciążyć węzły stabilizatorów. Zamek będzie musiał podładować stabilizatory, a to sprawi, że wyróżnią się na tle matrycy. Wtedy zgra­my spust mocy ze szczytem fali rezonansowej, skierujemy ją do cen­trum stabilizującego, zmienimy rytm częstotliwości i być może uda nam się rozwalić stabilizatory. W efekcie naszych poczynań bóg po­winien zostać osłabiony na tyle, by zadziałała powłoka ograniczająca.

- Przyniosłeś pierścień? - zapytał Karlini, ruszając po długich schodach. Ta część zamku była spokojniejsza. Efekty zakrzywienia przestrzeni i nieustanne iluzje, z jakimi Maks borykał się na dole, tutaj były mniej wyraźne. Co prawda ściana falowała i zmieniała tek­sturę, ale schody wydawały się solidne.

- Nie, u licha! Zniknął w bałaganie, jaki zapanował po wydosta­niu się Śmierci. Na szczęście była tylko jedna Śmierć, nie dwie. Śmierć z zamku; Oskin Yahlei tylko korzystał z jej mocy.

- Ale nie masz pierścienia.

- Robiłem, co mogłem. Brak pierścienia utrudni nam zniewolenie boga, ale jakoś przez to przebrniemy. Podczas gdy ja zajmę się jego pojmaniem, ty nastawisz mechanizm napędowy na start z opóźnie­niem...

- Dokąd poślemy zamek?

- Nie chcemy, żeby spadł w zamieszkane okolice. Wystarczy to, co już stało się w Roosing Oolvaya. Jestem pewien, że ma za mało mocy, aby wystrzelić go w kosmos... Najbezpieczniejszym miejscem będzie środek oceanu.

- Wysłanie go tam, skąd przybył, może okazać się znacznie prost­sze - powiedział Karlini. Dotarł na szczyt schodów i skręcił w prawo na korytarz. Sufit korytarza zmieniał się, raz był to szary kamień, p0 chwili przejrzysta, podobna do muślinu żółta substancja. - Mecha­nizm ma wprowadzone współrzędne.

- Świetnie. Nastawisz go tak, by uaktywnił się na twoje żądanie. Musimy mieć czas, aby się stąd wydostać. W trakcie ucieczki ja zdezaktywuję wiążące ciebie pole. Przepływ mocy powinien być już na tyle niski, by nie sprawiło mi to większych problemów. Jak myślisz, uda się?

Karlini zatrzymał się u stóp następnych spiralnych schodów wio­dących do wieży. Zerknął przez ramię na Maksa.

- Ty jesteś ekspertem od bogów, nie ja.

- Nie wiem. Jeszcze nie do końca rozumiem funkcjonowanie drugie­go poziomu, a porywamy się na rzecz naprawdę skomplikowaną. Nie wiem też, czy starczy nam mocy, aby nadrobić brak doświadczenia.

- Mamy inny wybór?

- Mam pewien pomysł, ale nie pokuszę się o jego realizację, póki nie będzie to absolutnie konieczne.

- Jeden z tych.

- Tak, to jeden z tych.

Karlini zadarł głowę i zmrużył oczy, najwyraźniej wsłuchując się w coś dalekiego. Po chwili uchylił powieki, z ulgą wyprostował ra­miona.

- Roni i Wrocław już odbili - poinformował. - Zaczynamy. Maks już kreślił palcami w powietrzu. Na czoło Karliniego opadł zestaw z dyskiem optycznym. Przez soczewki widzieli grube sznury wijącej się czerni, które dochodziły tutaj z różnych części zamku i pięły się w ścianach wieży. Kable splatały się i stapiały w miarę zbliżania do szczytu wieży i szalonej Śmierci. Maks przyciągnął krze­sło z korytarza, ustawił je przy schodach i zaczął wodzić nad nim rękami. Nad poduszką utworzył się jeden z jego dysków pośredni­czących w sprzężeniu.

Trzasnęły wyładowania statyczne. Długa fala zaburzyła strukturę kamiennych ścian. Korytarz, którym niedawno przechodzili, złożył się w chmurze pyłu.

- To było nasze wyjście! - ryknął Karlini.

- Jak będzie trzeba, przebijemy się przez zewnętrzną ścianę i sko­czymy! - odkrzyknął Maks.

Odpowiedź Karliniego zagłuszył następny huk. Podłoga zachybotała się i wpadła w stałe drżenie. Cały zamek przechylił się jeszcze o parę stopni. Krzesło otoczył rój śmigających błękitnych drobin, gdy dysk zaczął się dzielić. Maks czuł, jak przez sprzężenie transfor­matorowe energia przepływa do jego ciała. Zajrzał do wnętrza wieży; przez soczewkę widział spływające z góry czerwone fale pulsującego światła. Wydawało się, że klatka schodowa wierci się i dygoce jak szarpnięta struna. Delikatnie posłał w górę pasywny czar sondujący. Tak, szalony bóg nadal tam był, ciągle czerpiąc moc przez czarne kable. Chyba nie zdawał sobie sprawy z obecności intruzów. Maks wykonał skomplikowany gest nad krzesłem i zaczął tworzyć szkielet pierwszej powłoki ograniczającej.

Karlini przyłożył dłoń do kamieni muru, zacisnął zęby, koncentru­jąc się usilnie. Drugą ręką starannie rysował figury w powietrzu, któ­re ociekały srebrem i rozpadały na mniejsze fragmenty w kształcie łusek. Te odpłynęły od Karliniego w postaci miniaturowego tornada i wniknęły w wiszącą w pobliżu wielką kroplę. Kropla zadrżała i za­częła wibrować. Pulsowała płynnie, jak kałuża rtęci, zmieniając kształt z długiej i cienkiej na krótką i opasłą. Jej kolory zmieniały się ryt­micznie. Nagle kropla ruszyła w stronę ściany. Wniknęła w mur i ro­zbiła się w obłok mniejszych kropelek. Poszczególne kropelki śmi­gnęły ku spiralnym czarnym kablom, wsączyły się w nie i spłynęły w kierunku serca zamku.

- Jesteś gotów, Maks?

Nad resztkami krzesła wisiały obracające się w przeciwnych kie­runkach siatkowate sfery.

- Tak, prawie - odparł Maks - ale nadal jestem poza zasięgiem. Muszę podejść bliżej.

- To ruszaj. Za niecałą minutę stan punktów stabilizujących powi­nien nam wyjaśnić... a co to?

Sferyczna konstrukcja ruszyła w górę schodów. Wokół ręki Mak­sa skondensowała się skłębiona błękitna chmura. Maks machnął nad nią drugą ręką, chmura dźwignęła się i wystartowała, pozostawiając za sobą smugę powęźlonego błękitu, który snuł się jak żyłka na ryby. Chmura zakręciła nad Karlinim, a potem zanurkowała prosto w jego piersi. Z torsu buchnęły kłęby błękitnego dymu. Niebieska linia roz­ciągała się, coraz cieńsza i prawie niewidoczna na tle kamieni, ale stała się znów wyraźniejsza, gdy otoczyła nadgarstek Maksa i zastygła w postaci solidnej bransolety.

- Gdybyśmy musieli zmykać stąd osobno, będę mógł uwolnić cię zdalnie - krzyknął z góry Maks, pędząc za oddalającą się sferą.

- Dobra! - głos Karliniego rezonował wzdłuż błękitnej linii. - Uwa­żaj na siebie!

- Jasne - mruknął Maks. Ciało mrowiło go od energii, jaką wchło­nął z krzesła. Musiał ją szybko zużytkować albo uwolnić, bo inaczej energia go zdestabilizuje. Pełen obrót schodów wyżej żar, który spły­wał potokiem ze szczytu, stał się oślepiający. Wokół niego, w ścia­nach wieży pięły się czarne spirale mocy. Maks sięgnął umysłem... Tak, Śmierć nadal orbitowała wokół wieży i zasysała moc z zamku. Maks szarpnął sferę ograniczającą, wprowadził parametry kontrolne. Sfera pękła, rozkładając się promieniście segment po segmencie i war­stwa po warstwie. Fragmenty skoczyły ku ścianom, zanurkowały w nie i zlały się z czarnym prądem. Popłynęły w górę, w kierunku szalonej Śmierci.

Maks usłyszał głos Karliniego.

- Dobrze idzie!

W tej samej chwili schody podskoczyły mu pod nogami. Kamie­nie zawibrowały, wprawione w ruch rozdzierającym jękiem tak ni­skim, że Maks wyczuwał go raczej niż słyszał. Jęk niósł z sobą za­wodzenie, pulsujące nierytmicznie na tle pulsowania serca zamku. Fala przebiegła czarnymi spiralami. Prąd energii nabrał tempa, zwol­nił, zawrócił, skoczył do przodu, zatrzymał się i przeszedł w szybkie szarpnięcia w przód i w tył. Maks znów sięgnął umysłem. Śmierć razem z zasysaną mocą połknęła część matrycy ograniczającej, lecz za mało, aby doprowadzić do pełnego uaktywnienia. Pchnął moc w konstrukcję ograniczającą, próbując posłać Śmierci czarnymi prze­wodami więcej elementów matrycy. Zablokowany prąd ruszył leni­wie. Śmierć znów zassała, jak człowiek, który próbuje zaczerpnąć powietrze przez zapchaną rurkę, prąd przyspieszył...

Poprzez połączenie kontrolne z matrycą Maks poczuł KLIK i TRZASK. Śmierć wessała kawałki matrycy! Sfery połączyły się! Zakotwiczone w tworzywie szalonego boga, rozpościerały się wo­kół niego i w jego wnętrzu, wiążąc go spiralami mocy ograniczają­cej! Czarnymi przewodami zasilającymi przebiegły teraz czary ze­stalające, wyzwalając krystalizację. Z boku zewnętrznej sfery utwo­rzyła się kipiel, która następnie nabrzmiała i pękła, wystrzeliwując wstęgę błękitu. Był to łańcuch kotwiczny matrycy, który głęboko wniknął w kamienie zamku. Pole ograniczające, ciągle nabierając siły, zaczęło się zaciskać. Naraz z jeszcze nie zamkniętych szczelin w nakładających się sferach matrycy wybuchła fontanna żaru, pło­mieni i surowej mocy. Śmierć zrozumiała, że wpadła w pułapkę.

Maks pchnął następną porcję mocy w klatkę matrycy, w łańcuch kotwiczny, w wyłączniki przewodów zasilających. Szalony bóg był zdecydowanie słabszy niż przed chwilą, i zdezorientowany ruchem obrotowym wewnętrznych mechanizmów zamku, które próbowały skompensować działanie obcej siły. Dzięki zestykowi energii i po­ziomowi przygotowania Maks był silniejszy niż wcześniej, u Oskina Yahlei, lecz nie znaczyło to ani, że Śmierć jest na tyle słaba, by się poddać, ani że on jest na tyle silny, by ją do tego zmusić. Fragment muru wieży skruszył się i runął na dół. Stopnie zawirowały mu pod nogami. Maks nie chciał, żeby rozproszyły go fanaberie schodów, wciąż koncentrował się na wykorzystaniu resztek mocy. Dopiero gdy część schodów wygięła się sprężyście i okręciła dwa razy wo­kół jego ciała, zauważył że cała wieża wiruje, odrywa się od zam­ku i obsuwa ku rzece.

Tylko nie to, pomyślał Maks, gdy przyspieszenie zacisnęło mu żołądek w ciasny supeł. Zdołał uwolnić lewą rękę. Jeden z wirują­cych kamieni walnął go w głowę. Z ogłuszającym hukiem wieża ude­rzyła o niższe umocnienia i zaczęła odchylać na zewnątrz. Przekrę­ciła się na bok i z pluskiem, jaki można by porównać jedynie do odgłosu spowodowanego przez wielkiego na milę bobra plaskające- go ogonem o powierzchnię sadzawki, wpadła do rzeki.

Myśli Maksa pełzły w żółwim tempie, płuca pełne były wody, a w głowie tętniły mu fale bólu, lecz podstawowa zasada, jaką wszczepił w głębi swej osobowości, brzmiała: Nie Umieraj Pókiś Nie Gotowy! Maks postarał się, żeby ból zadziałał na jego korzyść. Przekręcił się, złapał, ścisnął, ostatkiem mocy rozbił w pył kamienny blok. Odepchnął następny kawał ściany, który nieco wolniej opadał na dno rzeki i wresz­cie zobaczył nad sobą tylko wodę. Tylko gdzie była powierzchnia...?

Potem coś złapało go za kołnierz i szarpnęło do góry. Powietrze! Przez niską burtę z surowych desek Maks runął na zwój liny. Zwymio­tował wodę i rozpaczliwie wciągnął powietrze. Oczy nadal miał za­mknięte, a umysł trząsł się pod czaszką jak galareta.

- Roni? - wychrypiał.

- O czym ty gadasz? - nie był to głos Roni, nie był to nawet głos kobiety, ale brzmiał znajomo. Umysł Maksa pozbierał się i wziął w garść.- Jestem...

- Podstępny Miecz - sapnął Maks, wycharkując resztki wody za burtę.

- Zgadza się, znalazłem twojego przyjaciela, Shaa jest bezpieczny tam, w mieście i...

Maks splunął raz jeszcze, potem odwrócił się, aby popatrzeć w górę. Nadal łapczywie chwytał powietrze, lecz spróbował przemóc słabość i skupić wzrok. Przewracająca się wieża zabrała z sobą szeroki frag­ment niższego muru, nad którym wisiały teraz kłęby dymu i pary. Z jej podstawy strzelały wielobarwne gejzery i fajerwerki, oświetlające skłę­bione chmury pyłu. Oznaczało to, że Karlini żyje i nadal pracuje w ru­mach. Nad zamkiem, między iglicami, niczym pozbawiony ogona lata­wiec, miotało się na błękitnej kotwicy czerwone słońce. Kamienie pły­nęły jak kit w jego stronę; prawdę mówiąc, cała górna część zamku za­częła się topić. Puls zamku wyraźnie przyspieszył. Kolejna wieża prze­krzywiła się i poczęła osuwać ku wodzie, nagle zmieniła zdanie i poder­wała się w niebo. Czerwona kula ognia spłynęła w dół, na tyle blisko, że Maks zdołał szybko ocenić stan pola ograniczającego. Trzymało się, ale najbardziej krytyczne punkty węzłowe zaczynały trzeszczeć.

- Ale bajzel - mruknął, pokonując opór stawiany przez spierzch­nięty język. - Gdybym tylko miał ten przeklęty pierścień...

- Jaki pierścień? - zapytał Podstępny Miecz, przerywając w pół słowa własny potoczysty komentarz. - Chodzi ci o pierścień Oskina Yahlei? Mam go.

Maks gwałtownie obrócił głowę. To był błąd. Nieomal zemdlał, ale...

- CO TAKIEGO?!

- Mam go tutaj, znalazłem...

- Gdzie on jest? Szybko! Daj... nie, chwileczkę, ty go trzymaj. - Czemu...

- Zamknij się i zachowaj spokój. Właśnie przeszedłeś z odwodu na pierwszą linię.

- Czekaj no...

- Popatrz tam i dopiero wtedy sil się na cięte riposty - warknął Maks przez zaciśnięte zęby. Wymachiwał szaleńczo rękami, przeko­pując dno swego rezerwuaru energii w poszukiwaniu jej resztek. Przed klatką piersiową Podstępnego Miecza niechętnie zmaterializował się błękitny dysk sprzęgający, potem zakolebał się i na wklęsłej po­wierzchni zwróconej w stronę Miecza pojawiła się czerwono-żółta szachownica. W labiryncie delikatnych wyrostków na drugiej stro­nie tworzyły się nowe połączenia.

Coś wielkiego wpadło opodal do wody, zasypując łódź deszczem gorących kropel. Podstępny Miecz otworzył usta.

- Chcesz się uwolnić od Gashanatantry, prawda? - warknął Maks. - To da się zrobić. - Dysk opadł na piersi Miecza, delikatne czułki sięgnęły w jego ciało. - Zamierzam sprzęgnąć moc Gashanatantry z polem ograniczającym w pierścieniu. Wyjmij pierścień, podnieś go i trzymaj krótko swój miecz.

Laska zaczęła zawodzić.

- Zamknij się - mruknął do niej Miecz macając przy pasie.

Z czerwonej kuli wystrzelił słup oślepiającego szkarłatu i w postaci skupionego promienia pomknął łukiem po niebie - matryca ograni­czająca stawała się coraz słabsza. Dysk na piersi Podstępnego Mie­cza zawibrował życiem. Detektyw podniósł pierścień. Z dysku wyło­nił się rząd soczewek i srebrnych siatkowych przewodników. Poszcze­gólne elementy przenikały się, zajmując określone pozycje. Maks pognał je zaklęciem.

W czerwonym blasku, który zalewał zamek i rzekę oraz rzucał snopy światła na miasto i Pałac Czcigodnego, tworzyło się coś no­wego - wał chmur. Najpierw obłoki rozchodziły się promieniście z miejsca znajdującego się prosto nad zamkiem. Potem zaczęły wi­rować zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Zza fortyfikacji wystrze­liła srebrzysta spirala, która łukiem opadła w stronę wody.

- Mam cię - wymruczał Maks, wykonując ostatni gest. Złączył palce czubkami i podwinął je ku wnętrzom dłoni. Z grzbietów dłoni, w pierś Podstępnego Miecza, wystrzeliła smuga pyłu, który zawiro­wał i zlał się z dyskiem sprzęgającym.

Dysk rozbłysnął zimnym, błękitnym światłem, przeniknął klatkę pier­siową Miecza i sięgnął poza nią, tworząc zygzakowaty tunel. Podstępny Miecz popatrzył na dół, z niepewnym wyrazem twarzy i zaczął mówić:

- Nie sądzę, aby Gashowi przypadło to... - kiedy z głośnym ŁU- UUEEEUUU! coś pojawiło się w głębi tunelu. Była to struga płynne­go błękitu o barwie tak intensywnej, że raziła oczy. Błękit wypadł z dysku w postaci grubej falistej kolumny o ostrym szpicu i skiero­wał się do pierścienia. Pierścień rozjarzył się blaskiem płynnego złota, gdy błękitny wąż przesmyknął się przez obrączkę i popędził w niebo. Kilkadziesiąt metrów wyżej błękit zniknął, pochłonięty przez czerń nocy.

Maks zmrużył oczy i obserwował zataczającą się czerwoną kulę ognia. Jedna sekunda, dwie - i nic! Nie zadziałało! Ach, nieważne, teraz już wszyscy byli skazani, a...

Na boku czerwonej kuli pojawiła się okrągła, niebieska plama. Szkielet pola ograniczającego zarysował się wyraźnie, jak wielkie litery wypisane błękitną błyskawicą. Plama zatętniła i jakby rozkwi­tła. BUUUM! - Wszystko zalał oślepiający blask wybuchającego słońca. Świat utracił naturalne barwy. Górna część zamku, zwrócona w jego stronę fasada pałacu oraz szczyty rzecznych fal stały się ośle­piająco srebrne, cienie zaś i niżej położone miejsca, czarne jak dno otchłani. Po niebie przetoczył się dudniący grzmot. A potem...

Powietrze nagle znieruchomiało. Grzmot ucichł, jeszcze tylko po­wracały echa odbite od wzgórz, blask spłowiał do serii nikłych rozbły­sków. Maks usłyszał ciche ssanie, potem przeciągłe siorbnięcie - SZSZLLURP! Wnętrze pierścienia rozbłysło czerwienią, ta przeszła w błękit, barwy zawirowały i opadły na powierzchnię metalu. Aureola zimnego błękitu przepłynęła przez pierścień i powoli rozpuściła się w powietrzu.

- I co, dobrze? - zapytał Podstępny Miecz.

- Można by to tak ująć - rzekł Maks. Miał kłopoty z formułowa­niem myśli i zdań, poza tym ćmiło mu się w oczach. - Nie próbuj... nie zakładaj pierścienia, bo będziemy musieli przejść przez to wszyst­ko jeszcze raz.

- A zatem udało się?

- Tak, mieliśmy szczęście. - A co z Gashem?

- Nie wiem, nie wiem... - znów zrywał się wiatr. Wysoki grzy­wacz uderzył w łódź i przelał się nad burtą. - Teraz trzeba skontak­tować się z Karlinim. - Na niebie gęstniało ogromne koło chmur. Górne partie zamczyska jarzyły się posępną czerwienią, płynne ka­mienie układały się w dziwne kształty. Maks pomacał swą bransole­tę. - Karlini! Karlini, jesteś tam?

- Maks? - głos Karliniego dobiegał z daleka, był bardzo słaby. - Cieszę się, że wróciłeś. Zamek gotuje się do odlotu.

Maks widział coraz gorzej, ciemność spowijała jego głowę ni­czym czarna opaska. Słyszał tylko dudnienie, jakie rozbrzmiewało mu pod czaszką. Głos Podstępnego Miecza dobiegał z równie dale­ka, co głos Karliniego.

- Maks? Maks!

Kolebał się na rufie łodzi, patrząc na zamek i mówiąc do kogoś, kogo tu nie było. Potem pochylił się i osunął na zwój liny w zęzie. Znieruchomiał z głową wytkniętą za burtę. Od czasu, gdy widziałem go po raz ostatni, ogromnie stracił na wadze. Wyglądał jak ofiara długotrwałego głodu; ubranie wisiało na nim jak na kiju, a skóra na­wet w tym paskudnym czerwonym blasku wydawała się okropnie ziemista.

- Maks? - powtórzyłem, ale na próżno. Maks zemdlał. I zostawił cały kłopot na mojej głowie.

Gash był gdzieś tutaj, czułem go. Sztuczka Maksa kompletnie go zaskoczyła, był osłabiony, więc chyba na razie nie musiałem się go obawiać. Prawdziwym problemem był teraz nie on, a Maks, który dał mi niezłą szkołę i potraktował w sposób, na jaki nie pozwoliłbym nikomu innemu. Bolały mnie piersi, gdzie uderzył mnie tym swoim niebieskim czarem. Gash też był obolały, czułem to poprzez więź metaboliczną. Nie byłem pewien, czy sam zdołam się pozbierać, ale udało się. Musiałem jak najszybciej podjąć parę ważnych decyzji. Byłem w kropce.

Najprostsze wyjście z sytuacji polegało na tym, żeby zapomnieć o Shaa, zapomnieć o drugim przyjacielu Maksa z zamku, dać sobie spokój z jego problemem, jaki by nie był, i z tym, co Maks zamierzał zrobić, aby go ocalić, i po prostu wyrzucić Maksa za burtę. Gdyby Shaa mnie wypytywał, mógłbym powiedzieć, że nie zdążyłem na czas, a w razie potrzeby zwinąć się z miasta albo przyczaić gdzieś na parę miesięcy. Tak, na pewno ktoś by mnie szukał, ale takie pro­blemy nie były mi obce. Najprawdopodobniej w tej chwili też byłem na czyjejś liście - takie były ciemne strony mojego fachu. Najważ­niejsze, że pozbyłbym się Maksa raz na zawsze, taka okazja mogła się nie powtórzyć. To rozwiązanie byłoby błogosławieństwem nie tylko dla mnie, wydawało się korzystne również z punktu widzenia zdrowego rozsądku i dobra publicznego.

Nienawidzę magii, a jedną z przyczyn jest bałagan, jaki powodu­je. Magia jest siłą bardziej niszczącą od wszystkich innych, ludzkich czy naturalnych. Dodaj odrobinę magii do tego, co robisz, a wkrótce wszystko wyśliźnie ci się z rąk. Nie wiedziałem, jaki był udział Maksa i jego przyjaciół w spowodowaniu obecnej katastrofy ani w jakim stop­niu zdołali ją opanować, ale wiedziałem jedno: moje ulubione mia­sto leżało w gruzach, kto wie, ile osób straciło życie, handel rzeczny mógł podupaść na całe lata, a jakie były korzyści? Wojnę rozpętała niewielka grupa, zaś skutki uderzyły w ludzi, którzy starali się żyć w spokoju i trzymać od wszystkiego z daleka. Wyglądało na to, że pozbywając się Maksa uwolniłbym świat od jednego uczestnika gry, której chyba nikt nie lubił.

Niemal zdołałem przekonać samego siebie, mało brakowało, a na­prawdę bym to zrobił, ale nagle zadrżałem przejęty do głębi. Przecież już dawno obiecałem sobie, że nigdy w życiu nie zrobię niczego po­dobnego. Zamęt, jaki ogarnął Roosing Oolvaya, przebudził we mnie uczucia, z którymi zmagałem się od lat. Powtarzają ci, że się nauczysz. Mówią ci: rób, co musisz, po pewnym czasie przywykniesz. Przed laty, kiedy byłem durnym, nieopierzonym szczeniakiem z mieczem do wynajęcia, robiłem takie rzeczy, że nadal ich wspomnienie ciąży mi nad głową niczym gradowa chmura. Sama myśl o nich przyprawia mnie o ciarki i wygania na ulicę, bym zrobić coś miłego dla jakiegoś innego biednego, tępego idioty. Może byłem odporny na naukę.

Z innej beczki: albo wszyscy zostaniemy barbarzyńcami, albo mu­simy nauczyć się hamować własne instynkty, powściągać je, gdy tylko zaczną przekraczać wyznaczoną linię, i robić to, co uważamy za prawe, nawet jeśli nie przynosi nam bezpośrednich korzyści, nawet jeśli czasami może zagrażać naszemu życiu. Ja chciałem tak postępo­wać i tak próbowałem żyć.

Kim jest przyzwoity facet? Kimś, kto ma zasady i ich przestrze­ga? Kimś, kto postępuje właściwie, kiedy ma wybór? Może. Ale co jest właściwe? Powstrzymywanie silniejszych od przejęcia władzy nad światem? Czasami. Darowanie życia, kiedy można zabić? Nie­którzy zasługują na śmierć, i co wtedy? Pomaganie przyjaciołom? Zazwyczaj. Jak brzmi prawdziwa odpowiedź? Niech mnie licho, je­śli wiedziałem. Przywołałem się do porządku. Ta sytuacja nie wy­magała napisania całej książki. Mieściła się całkiem nisko na skali możliwych sytuacji krytycznych. Cała sprawa niewiele znaczyła dla kogoś, kto w tej chwili nie przebywał w Roosing Oolvaya. Nieważ­ne. Nie miałem pojęcia, jaki powinien być przyzwoity facet, ale za­wsze się za takiego uważałem. Wiedziałem też, że Maks myśli po­dobnie o sobie. Obaj staraliśmy się postępować właściwie, nawet gdy nie było to wskazane dla nas samych. Gdybym wrzucił Maksa do wody, nie mógłbym myśleć o sobie jako o kimś, kim chciałbym być. To było dla mnie ważniejsze od uniknięcia kłopotów, jakie z pewno­ścią spadną na mnie z powodu zachowania go przy życiu.

Tak więc Maks leżał na rufie, a ja musiałem domyślić się, czego zażądałby ode mnie w następnej kolejności.

Najpilniejszym problemem był ten Karlini. Woda wokół zatopionej podstawy zamku burzyła się i pieniła, na powierzchnię wyskakiwały sznury ogromnych bąbli, a orgia świateł tańczących na murach i wciąż obniżająca się powała wirujących chmur zdawały się sugerować, że zamek znów szykuje się do zrobienia czegoś głupiego. Maks w jakiś sposób kontaktował się z Karlinim, tam w zamku, i Karlini będzie czekał, aż Maks pomoże mu wydostać się z jakichś tarapatów. Założy­łem, że Karlini musi wydostać się z samego zamku.

Widziałem delikatną jasnoniebieską nitkę, która zaczynała się od lewej ręki Maksa i odchodziła w stronę zamku. Ukląkłem obok nie­go i wetknąłem rękę w promień. Co zrobił Maks? Wyglądało na to, że tylko mówił.

- Halo? Jest tam kto? Karlini?

W odpowiedzi usłyszałem cichy głos. - Kim jesteś? Gdzie jest Maks?

- Maks stracił przytomność. Jak ci pomóc? Chyba usłyszałem ciche “auuu!" A potem:

- Gdybyś chciał wiedzieć, to jestem ugotowany.

- Karlini! Spróbuję przesłać ci trochę mocy. Może ci się przyda.

- Nie wiem, co on zamierzał- mruknął Karlini - a ten zamek lada chwila wystartuje.

Nadal w zaciśniętej dłoni miałem pierścień - mrowiące fale żaru rozprzestrzeniały się od niego w górę ramienia. Nadal byłem połą­czony więzią metaboliczną z Gashem. I pierścień i Gash, musieli się na coś przydać. Wsunąłem w promień rękę z pierścieniem i zaczą­łem się koncentrować. Pomóż Karliniemu, myślałem. Pomóż K a r l i n i e m u. Robiłem to wcześniej dwa razy i nawet jeśli nie wyszło całkiem po mojej myśli, zyskałem pewną wprawę. Tym ra­zem szło łatwiej. Błękitny promień zafalował.

- Co tam się dzieje? - zapytał Karlini.

Dysk chmur na niebie opuścił się, a gdy tylko dotknął iglicy naj­wyższej wieży, cały zamek zamigotał i zaczął się rozmywać. Maks na­dal był nieprzytomny, ale może zaczynał kontaktować - zakaszlał, poruszył głową, spróbował unieść rękę. Ręka? Przyłożyłem do niej pierścień. W powietrzu zagotował się obłoczek pełen krętych linii, zagmatwanych niczym gąszcz ciernistego krzaka. Z obłoczka w stronę Karliniego wystrzelił promień. Usłyszałem:

- Maks! Jestem wolny! - a potem z nieba, jak pęknięty sznurek latawca, spadła na łódź długa błękitna nitka.

Wysoko na zamku, u poszarpanej podstawy wieży, z którą Maks zleciał do rzeki, pojawił się jakiś cień. Gdy zaczął opadać, pozna­łem, że to człowiek. Sytuacja była nieciekawa: facet leciał w dół sze­rokim łukiem, lecz od wody odgradzał go kamienny mur i niższe zabudowania zamku. Tylko że...

Tylko że on miał lepsze wyczucie czasu niż ja, a poza tym był lepiej zorientowany. Kiedy sekundę później uderzył w stojący mu na drodze dach, zamek był już tylko widmowym zarysem na tle miasta, niematerialnym jak chmura i stale płowiejącym. Facet bez przeszkód przeleciał przez dach i poszybował ku wodzie. Woda... WODA!

Zamek zniknął, a w miejscu, gdzie chwilę wcześniej była skała, teraz ziała ogromna dziura. Masy wody chlusnęły w nią jak wodo­spad. Nie było nadziei, ani ratunku dla żadnego z nas, lecz mimo wszystko złapałem wiosła. Karlini zniknął mi z oczu. Naraz w środ­ku tumanu wodnego pyłu zamajaczył biały kształt. Zbliżał się szyb­ko, rósł, wreszcie rozpoznałem sylwetkę olbrzymiego ptaka, który zapikował za Karlinim, łódź się zakołysała, szarpnięta zasysaną wodą. Myślałem: POMOCY! RATUNKU! i inne takie, ale nic się nie działo. Łódź niepowstrzymanie osuwała się w wodny lej. Jeszcze najwyżej parę sekund i będzie po wszystkim. Dostrze­głem ruch gdzieś z boku, nisko ponad falami. Znowu ptak! Z wysi­łkiem bił skrzydłami, lotki niemal muskały powierzchnię wody. Karlini już nie musiał się martwić, wisiał bezpiecznie w pazurach ptaka. Niestety, ptak nie udźwignąłby jeszcze jednego pasażera, nie wspominając o dwóch. Rzuciłem wiosła, wyszarpnąłem linę spod Maksa i cisnąłem ją w powietrze. Lina rozprostowała się, za­częła opadać, ptak przemknął mi nad głową, łódź okręciła się w rwą­cym prądzie... Lina się naprężyła! Pierścień na dziobie, do którego była przywiązana, zaskrzypiał i jął wyrywać się z drewna. Chwy­ciłem linę i napiąłem mięśnie...

Minęła długa chwila i kółko wytrzymało, a dziura w rzece wype­łniła się wodą. Na powierzchni zakotłowały się bałwany. Zmordo­wany ptak wypuścił linę z dzioba i odfrunął, ja zaś złapałem wiosła.

Z dna łodzi dobiegł mnie głośny jęk. Maks uchylił jedno oko i chwyciwszy burtę spróbował się podnieść.

- Karlini? - wyskrzeczał.

- Uratowany.

- Zamek?

- Zniknął.

Powieka opadła i Maks osunął się w kałużę na dnie łodzi. - Cóż - wymruczał cichutko - myślę, że poszło dość łatwo.


Rozdział XXI

Z POWROTEM POD ZŁOŚLIWYM GNOMEM


Nastał wreszcie Dzień Bogów. W mieście takim jak Roosing Oolvaya, wolnym od władzy konkretnego boga, do święta pod­chodzono raczej liberalnie. Sklepy zazwyczaj były otwarte i część mieszkańców robiła zakupy oraz zajmowała się codziennymi sprawa­mi. Inni ganiali od jednej świątyni do drugiej, przypochlebiając się wszelkim możliwym bogom. Jednakże tego roku obchody Dnia Bo­gów odbiegały od normy, a poczynania mieszkańców można było po­dzielić na trzy główne kategorie: czyszczenie i suszenie, szukanie po­ciechy u bogów oraz poprawianie samopoczucia. To ostatnie ozna­czało, że wszystkie ocalałe gospody były zapchane do granic możli­wości. Sprzątanie miasta mogło trwać tygodniami, odbudowa jeszcze dłużej, właściciele dwóch zachowanych w nienaruszonym stanie stoczni mieli zbić majątek, lecz na razie nikt nie zaprzątał sobie tym głowy. Nawet z czekającym ich nawałem pracy, wielu spośród szczęśliwszych mieszkańców Roosing Oolvaya, a każdy, kto przeżył, uważał się za szczęściarza, doszło do wniosku, że szczęście należy uczcić.

Sala Główna Pod Złośliwym Gnomem mogłaby zostać omyłkowo wzięta za szpital, z tego względu, że przeważali w niej klienci posinia­czeni, pokaleczeni, połamani i obandażowani. Jednakże niewielu szpi­talnych pacjentów mogłoby rozrywać żebra świeżo upieczonego wołu z wigorem dorównującym temu, jaki demonstrował Maksymilian, Szla­chetny Obwieś. Maks oplatany obfitymi zwojami bandaży wyglądał jak człowiek, który przez trzy miesiące z głębokim samozaparciem odda­wał się ścisłej diecie. Tym, kto próbował konkurować z nim w dyscypli­nie obżarstwa i kto coraz bardziej zostawał z tyłu, był Wielki Karlini.

- Uważaj na sos, kochanie - powiedziała Ronibet wycierając z rę­kawa brązową kropelkę.

- To wszystko wina Maksa - Karlini miał pełne usta i słowa z tru­dem wydobywały się ich kącikiem.

- Nie zapominaj, kto bez zaproszenia wtarabanił się do cudzego zamku - Maks wycelował w niego nożem.

Karlini wybełkotał coś kompletnie niezrozumiale.

- Lepiej nie powtarzaj - zastrzegł Maks.

Wrocław przyniósł wilgotną ściereczkę i skierował swą zawodo­wą uwagę na plamę z sosu na rękawie Ronibet. Pochylił się i zbliżył usta do ucha Roni:

- Wzburzenie Mistrza Maksymiliana nadal znajduje się na niepo­spolicie wysokim poziomie - wyszeptał.

- To przez Shaa - odmruczała Roni. - Martwi się o niego. Wrocław z pozorną niedbałością zerknął na drugi koniec stołu.

- Wygląda na to, że nie bez powodu.

Shaa leżał w wielkim zabłoconym fotelu przykrytym dość czystą narzutą. Na poręczy fotela stał kufel.

- Dziękuję, nie - rzekł do Jurtana Monta, który wyciągnął ku nie­mu dzban z dolewką. - Ten napój wzbudza we mnie pewne podej­rzenia. - Shaa ostentacyjnie powąchał zawartość kubka i zaniósł się wilgotnym kaszlem.

Maks ostro poderwał głowę, popatrzył na Shaa z troską w oczach. Lekarz wskazał kufel.

- Niezdrowe wyziewy. Możliwe, że woda nieodwracalnie zastą­piła zamówione piwo. Czy byłbyś zainteresowany zweryfikowaniem smaku?

- W ciągu paru dni miałem tyle wody, że starczy mi na pięć lat - odparł Maks. - Wypróbuj tę ciecz swoim wykrywaczem trucizn.

Jurtan Mont, którego Maks miał na myśli, już otworzył usta, lecz siostra Tildy kopnęła go pod stołem.

- Mądra kobieta - pochwalił Shaa. - Odpowiadanie Maksowi czę­sto prowadzi do dalszych komplikacji. Czy mogłabyś podać szparagi?

Wycieńczenie spowodowane używaniem magii sprawiało, że pod­czas rekonwalescencji część umysłu Maksa funkcjonowała jak wa­rzywo, a raczej pęczek warzyw, wśród których dominowała cebula, czosnek i inne korzenie znane ze swego zjadliwego smaku, co w kon­sekwencji nastawiało go złośliwie do całego świata. Wyłączając Shaa, o którego naprawdę się martwił. Medyk uparł się, że przybędzie do gospody o własnych siłach, ale wysiłek pozbawił go tchu. Nawet teraz, prawie dwie godziny później, był zlany potem, twarz miał bladą, a oddech urywany. Wcześniej zapewnił Maksa, że jego stan nie jest krytyczny. Wypowiadał się jako lekarz, lecz biorąc pod uwagę nie­precyzyjność nauk medycznych, mógł się poważnie mylić. Ze wzglę­du na odporność na leki magiczne, doprowadzenie go do porządku mogło okazać się dużym problemem. Pora uwolnić go od tych prze­klętych klątw, pomyślał Maks.

W tej chwili jednak jedynymi dźwiękami, jakie rozlegały się w go­spodzie, było mlaskanie i siorbanie. Człowiek nazywający się Pod­stępnym Mieczem właśnie skończył opowiadać swoją historię i wszy­scy trawili ją wraz z jedzeniem. Karlini wytarł talerz pajdą chleba.

- Jednego nie rozumiem - rzekł, gryząc w zadumie chrupiącą skór­kę. - Nadal nie mam pojęcia, jak uwolniłem się od zamku. Maks miał jakiś pomysł, ale nie wiedział dokładnie, jak go zrealizuje. I wtedy był przytomny. Kiedy doszło co do czego, przytomny nie był.

- To czemu skoczyłeś? - zapytał Podstępny Miecz. Karlini wzruszył ramionami.

- Nagle coś poczułem w całym ciele... coś jakby atak niestrawno­ści - Karlini zerknął na pustą miskę po ziemniakach. Lubił ziemnia­ki i w znacznym stopniu przyczynił się do ich zniknięcia. - Pomyśla­łem, że to Maks mnie uwalnia, i tak było, a poza tym nie miałem innego wyboru. Nie chciałem lecieć z zamkiem i nie miałem poję­cia, czy przeżyłbym jeszcze jedną podróż. Nawiasem mówiąc, wąt­pię. Pomyślałem, że sam zdestabilizowałem pola zamku na tyle, by wypuściły mnie bez unieruchamiania mi serca, a kiedy już skoczy­łem, byłem pewien, że Haddo mnie złapie.

- Znów wierny sługa na ratunek spieszy - powiedział Haddo. Marchewka zniknęła w ciemnej pustce pod jego kapturem.

- Tak, jeszcze raz ci dziękuję, Haddo.

- Nie tylko ty jesteś mu wdzięczny - wtrącił Podstępny Miecz. - Ja też ci dziękuję, Haddo, za wyciągnięcie z tego wiru.

- Dobre są podziękowania - rzekł Haddo - również dla wiernego ptaka. Zadowolony ptak, zadowolony ja. Ale podziękowania nie wszystko. Kiedy skrajne jest niebezpieczeństwo, ujawnia się war­tość wiernego sługi, może więc zasługuje sługa na wyraz szczegól­nego uznania.

- Jaki wyraz? - zapytał Karlini. - O czym ty mówisz, Haddo? Wszyscy wiedzą, co zrobiłeś, i wszyscy ci podziękowali.

- Mówię ja o premii - odparł Haddo. Wrocław nastawił uszu.

- Czego chcesz?

- Proste jest słowo. Również obejmuje kontraktu przenegocjowa­nie, statusu podniesienie.

Karlini wbił oczy w talerz, po chwili przeniósł je na dramatycznie skurczoną pieczeń na środku stołu.

- Roni, jak idzie ten stary przepis na zgagę?

- Uspokój się, kochanie. Haddo, porozmawiamy później.

- Mądra jest pani - rzekł Haddo, poważnie chyląc kaptur. - Za­wsze posłuszny jest wierny sługa.

Karlini beknął potężnie.

- Ucisz się - powiedziała Roni. - Może wtedy usłyszymy odpo­wiedź na twoje pytanie. Maks?

- Jak wiecie - rozpoczął zagadnięty - magia nie zawsze jest ściśle deterministyczna. Jak mówi Miecz, coś się dzieje, kiedy próbuje rzucić czar. Nie wiem dokładnie, co, może to jakiś efekt rezonanso­wy związany z jego więzią metaboliczną. Miecz mówi, czego chce od czaru i wcale nie musi przechodzić przez kolejne etapy projekto­wania i montowania. Po prostu mówi: “Zrób to", a pole magiczne próbuje wykombinować coś, co byłoby bliskie jego życzeniu. Czy moja interpretacja jest możliwa do przyjęcia, Mieczu?

- Może i tak. Nie dbam o to. Mam zamiar jak najszybciej pozbyć się tej więzi. Nie chcę rzucać czarów. Próbowałem trzy razy i tylko raz zadziałało właściwie.

- Ale za każdym razem osiągnąłeś pożądane rezultaty, prawda? Moim zdaniem to naprawdę niezły wynik. Ale wracając do tematu, w tym przypadku czar Miecza zadecydował, że najlepszym sposobem spełnienia żądania “Pomóż Karliniemu" jest sprawienie, abym to ja udzielił pomocy, choć byłem nieprzytomny. Wtedy czar wniknął w mój umysł i coś z niego wykopał. Chciałbym pamiętać, co to było.

- Nie jest to odpowiedź zbyt wyczerpująca - wtrącił Jurtan Mont. - Co z...

- Biorąc pod uwagę rozmiar bałaganu, powinieneś się cieszyć, że uzyskałeś choć jedną odpowiedź. A poza tym, zazwyczaj wyniki są ważniejsze od odpowiedzi.

Shaa popatrzył na Maksa. Roni i Karlini najpierw zrobili to samo, potem popatrzyli po sobie.

- Czy powiedział to ten sam Maks, którego znamy? - wyszeptał Karlini. - że odpowiedzi nie są ważne?

- Chyba...

Wyniki, pomyślał Jurtan Mont. Dowiedziałem się paru nowych rzeczy o sobie, przy czym nawet w połowie nie są to rzeczy złe, Tildy jest wolna, tata godzi się z Kaarem, Kaar godzi się z miastem, i coś mi się widzi, że być może tata zechce jeszcze raz mi się przyj­rzeć. Przypuszczam, że jeśli spojrzeć na wszystko w taki sposób, to naprawdę nie jest źle. Jest całkiem dobrze.

Maks zerkał przez ramię na drzwi, w których jakiś człowiek zary­czał:

- Ty! Hej, Ty!

- O co chodzi? - zapytał Maks. - Zapłaciliśmy za miejsca, chcemy zjeść obiad w przyjemnej atmosferze. - Shaa mówił, że Złośliwy Gnom jest jedynym w miarę nietkniętym lokalem w okolicy i zapewniał, że nikt nie będzie go ścigał za ostatnie wyskoki.

- Maksymilianie - rzucił Shaa przez stół. Człowiek w drzwiach był mu znajomy. - To on był za szynkwasem, gdy wraz z Jurtanem zmykaliśmy przed Strażą.

Twarz mężczyzny mieniła się odcieniami czerwieni.

- TY! - ryknął wskazując palcem medyka. - Wynocha z mojej karczmy!

- Jesteś właścicielem? - zaciekawił się Shaa.

- Tylko ze mną nie zaczynaj! Powiedziałem “wynocha", to wy...

- Tak się składa, że jest mi tu raczej wygodnie, a na dodatek je­stem trochę osłabiony, co łącznie napawa mnie niechęcią do opusz­czenia... - wskazał błoto pod nogami i prowizoryczną drabinę, która tymczasowo zastępowała schody wiodące na piętro. - Tego przybyt­ku. Jeśli zależy ci na rozwinięciu tematu, pozwól nam przedyskuto­wać sprawę z właścicielem.

Z pokoju na zapleczu, wycierając ręce w szarą ścierkę, wyłonił się nowy osobnik.

- Ty jesteś właścicielem? - zapytał Shaa.

- Ja się tym zajmę.

- Zajmiesz się, o ile jesteś właścicielem. Nowo przybyły spojrzał na niego zezem.

- Zwariowałeś? Nikt nie widział właściciela od lat. Ja tylko kieruję tą knajpą i trzymam część rachunków na wypadek, gdyby facet się pokazał. W życiu go nie widziałem, ale mówią, że lepiej z nim nie za­dzierać. Dał to jasno do zrozumienia, kiedy kupował tę knajpę.

- A jak go rozpoznasz, kiedy się pojawi? - wycedził Shaa. Maks popatrzył na niego uważnie, rozpoznając w głosie przyjaciela nutę narastającego podejrzenia.

- Kiedy parę lat temu kupił Gnoma, przysłał taką małą kryształo­wą kostkę.

Na twarzy Shaa odbiło się zakłopotanie - fenomen występujący raz na siedem lat.

- Przynieś ją.

Zarządca popatrzył na niego, otworzył usta, zamknął je bez słowa i wyszedł na zaplecze. Po chwili wrócił ze spłowiałą purpurową sa­kiewką. Shaa poluzował rzemyczek i wywrócił woreczek do góry dnem. Po otwartej dłoni potoczyła się przejrzysta kryształowa kostka o bo­ku równym długości kciuka. Shaa z zadumą przyjrzał się kryształo­wi, następnie przycisnął opuszek kciuka do wgłębienia w wypolero­wanej ściance.

Kostka rozbłysła silnym purpurowym żarem.

- Natychmiast przyniosę panu pieniądze - zawołał zarządca i po­galopował na zaplecze. Shaa odsunął kciuk od kostki i żar wygasł. Wszyscy obecni przy stole, którzy dotychczas wlepiali oczy w kost­kę, przenieśli spojrzenia na twarz Shaa. Medyk odchylił głowę na oparcie fotela i zaczął badać wzrokiem sufit.

- Masz coś interesującego do powiedzenia? - zapytał Maks. Shaa chrząknął.

- Tak, czy pamiętacie okres, kiedy byłem Nabrzeżnym Inspekto­rem Służby Zdrowia w Roosing Oolvaya? Hmmm, część swoich do­chodów ulokowałem w pewnym przedsięwzięciu, tu, na miejscu. Prawdę mówiąc, rozumiecie, zatrudniłem doradcę podatkowego i sam trochę przestałem nadążać. Potem, no cóż, stanowisko Inspektora Zdrowia przejął ktoś inny, a ja opuściłem Roosing Oolvaya w nieja­kim pośpiechu.

Kierownik wrócił z okutą żelazem pokaźną skrzynią. Rzucił ją na stół przed Shaa.

- Moja karczma... - Shaa powiódł smutnym wzrokiem po wytłu­czonych oknach, strzaskanych schodach, dziurach w ścianach i po­łamanych stołach. Na efekty jego wcześniejszej wizyty nałożyły się zniszczenia spowodowane przez powódź. - Przyjacielu - zwrócił się do zarządcy - zapamiętaj sobie raz na zawsze: od dzisiaj macie zaskarbiać sobie względy klientów z klas wyższych.


Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Brenner Mayer Alan Taniec bogów 01 Zaklęcie katastrofy
Brenner Mayer Alan Taniec bogów 02 Zaklęcie intrygi
Brenner Mayer Alan Taniec bogów 03 Zalęcie losu
Alan Mayer Brenner Zaklecie katastrofy
Brenner Alan Zaklęcie intrygi
McGinnis Alan Loy Sztuka motywacji (SCAN dal 1006)
Brenner Alan Zaklęcie losu
Salvatore R A Star Wars czesc 2 Atak Klonow (SCAN dal 1063)
suworow wiktor kontrola (scan dal 880)
Asimov Isaac Koniec Wiecznosci (SCAN dal 729)
Asimov Isaac Nagie slonce (SCAN dal 1013)
Van Vogt A E Ksiega Ptaha (SCAN dal 1019)
Lumley Brian Nekroskop II (SCAN dal 981)
May Karol Walka o Meksyk (SCAN dal 787)
Lofting Hugh Ogrod zoologiczny doktora Dolittle (SCAN dal 748)
Breskiewicz Zbigniew W Superumysl (SCAN dal 888)
Llosa Mario Vargas Pochwala macochy (SCAN dal 791)
Koontz Dean R Maska (SCAN dal 1050)
pagaczewski stanislaw porwanie profesora gabki (scan dal 711)

więcej podobnych podstron