background image

William S. Burroughs 

 

 

 

Pedał 

(Przełożył Paweł Lipszyc) 

background image

 

WSTĘP 

 

Kiedy pod koniec lat czterdziestych mieszkałem w Mexico City, było to milionowe miasto oddychające 

czystym,  przepojonym  blaskiem  słońca  powietrzem,  upiększone  niebem  o  tym  niezwykłym,  zupełnie 

wyjątkowym odcieniu, który stanowi tak znakomite tło dla krążących sępów, dla krwi i piasku. Surowy, groźny, 

bezlitosny błękit meksykański. Mexico City spodobało mi się już podczas pierwszej wizyty. W roku 1949 żyło się 

tam tanio - duża kolonia cudzoziemców, wspaniałe burdele i restauracje, walki kogutów, walki byków, słowem 

wszelkie rozrywki, jakie tylko  można sobie wyobrazić. Człowiek samotny mógł tu zupełnie dobrze żyć za dwa 

dolary  dziennie.  Sprawa  sądowa,  którą  wytoczono  mi  w  Nowym  Orleanie  za  posiadanie  heroiny  i  marihuany, 

przedstawiała  się  niezbyt  ciekawie,  więc  postanowiłem  nie  stawiać  się  w  sądzie  w  wyznaczonym  terminie. 

Wynająłem mieszkanie w Mexico City, w cichej dzielnicy zamieszkanej przez klasę średnią. 

Wiedziałem, że zgodnie z obowiązującym prawem przedawnienia nie mogę wrócić do Stanów w ciągu 

najbliższych pięciu lat. Złożyłem więc podanie o obywatelstwo meksykańskie i zapisałem się na kilka kursów z 

archeologii Majów i Meksyku w Mexico City College. Fundusz G.I. Bill pokrywał koszty moich książek i opłaty 

za  studia,  a  ponadto  otrzymywałem  siedemdziesiąt  pięć  dolarów  miesięcznie  na  osobiste  wydatki.  Myślałem  o 

zajęciu się rolnictwem albo otworzeniu baru przy granicy ze Stanami. 

Miasto podobało mi się. Dzielnice biedoty pod względem brudu i nędzy z powodzeniem konkurowały z 

azjatyckimi.  Ludzie  srali  na  ulicy,  potem  kładli  się  w  kale  i  spali.  Muchy  spacerowały  po  twarzach  śpiących 

nędzarzy.  Ci  bardziej  przedsiębiorczy  (nierzadko  byli  to  trędowaci)  rozpalali  ogniska  na  rogach  ulic,  a  potem 

gotowali  ohydne,  śmierdzące,  rozpaćkane  potrawy,  które  rozprowadzali  wśród  przechodniów.  Gliniarze  nie 

czepiali się pijaków śpiących na  głównej  ulicy. Odnosiłem  wrażenie, że wszyscy  Meksykanie  doprowadzili do 

perfekcji sztukę pilnowania własnego nosa. Kiedy ktoś miał ochotę nosić monokl czy chodzić z laską, nie wahał 

się  tego  robić.  Nikt  się  za  nim  z  tego  powodu  nie  oglądał.  Chłopcy  spacerowali  ulicami  pod  rękę  z  młodymi 

mężczyznami i nikt nie zwracał na nich uwagi. Nie chodziło o to, że ludzie nie interesowali się innymi, po prostu 

Meksykaninowi nie  przyszłoby nigdy do  głowy spodziewać się słów krytyki ze strony  obcego czy krytykować 

zachowanie innych. 

 

Meksyk  w gruncie rzeczy  należał  do świata kultury orientalnej, odzwierciedlał dwa tysiące lat chorób, 

nędzy, degradacji i głupoty, niewolnictwa i brutalności, fizycznego i psychicznego terroru. Był groźny, ponury i 

chaotyczny tym szczególnym chaosem snu. Żaden Meksykanin nie znał naprawdę drugiego Meksykanina. Kiedy 

natomiast  jakiś  Meksykanin  kogoś  zabijał  (co  zdarzało  się  często),  zazwyczaj  był  to  jego  najlepszy  przyjaciel. 

Każdy, kto miał na to ochotę, nosił broń palną. Czytałem o kilku wypadkach, kiedy pijani gliniarze strzelali do 

stałych  bywalców  baru,  a  następnie  sami  padali  od  strzałów  uzbrojonych  cywilów.  Pod  względem  autorytetu 

meksykańscy gliniarze stali na równi z kontrolerami biletów w tramwajach. 

 

 

Wszyscy  urzędnicy  państwowi  byli  przekupni,  podatek  dochodowy  bardzo  niski,  a  system  opieki 

zdrowotnej  wyjątkowo  sprytnie  pomyślany;  lekarze  reklamowali  swoje  usługi  i  obniżali  ceny.  Mogłeś  sobie 

wyleczyć  syfa  za  dwa  dolary  i  czterdzieści  centów  albo  kupić  penicylinę  i  wstrzyknąć  samemu.  Nie  istniały 

background image

przepisy ograniczające leczenie we własnym zakresie. Igły i strzykawki można było dostać wszędzie. Był to czas 

Alemana,  kiedy  królowała  mordida

*

.  Piramida  łapówek  wznosiła  się  od  zwykłego  gliniarza  aż  do  samego 

Presidente. Pod względem morderstw Mexico City było stolicą świata; posiadało najwyższy wskaźnik zabójstw na 

głowę. Pamiętam codzienne doniesienia prasowe, takie jak to, na przykład: 

 

 

Pewien  campesino

*

  przyjechał  ze  wsi  do  miasta  i  czekał  na  autobus.  Płócienne  spodnie, 

sandały z opony, szerokie sombrero, maczeta za pasem. Obok niego czekał drugi człowiek, ubrany 

w  garnitur,  zerkający  na  zegarek  i  pomrukujący  ze  złością.  Campesino  wyciągnął  maczetę  i 

równiutko ściął tamtemu głowę. Później powiedział policji: - Posyłał mi spojrzenia muy feo

*

, tak że 

w końcu nie mogłem się powstrzymać. 

 

 

Najwyraźniej tamten człowiek był zirytowany, ponieważ autobus się spóźniał. Wyglądał więc na szosę, 

wypatrując autobusu, a campesino błędnie zinterpretował jego zachowanie i oto rynsztokiem potoczyła się głowa, 

strojąc potworne miny i szczerząc złote zęby. 

 

Dwóch  niezadowolonych  campesino  siedziało  na  skraju  drogi.  Nie  mieli  pieniędzy  na 

śniadanie. Jakiś chłopiec przechodził tamtędy, prowadząc kilka kóz. Campesino podniósł kamień i 

zmiażdżył chłopcu  głowę. Zabrali kozy do najbliższej wioski i sprzedali je. Kiedy zatrzymała ich 

policja, jedli właśnie śniadanie. 

 

 

W małym domku mieszkał człowiek. Pewien obcy  zapytał go o drogę do 

Ayahuasca. “A to tędy, señor.” Prowadził tamtego krętą ścieżką, ciągle powracając 

w  to  samo  miejsce.  “Ta  droga  jest  tutaj.”  Nagle  uświadomił  sobie,  że  nie  ma 

pojęcia,  gdzie  jest  droga  do  Ayahuasca,  a  w  ogóle  z  jakiej  racji  zawracają  mu 

głowę? Wziął kamień i zabił dręczyciela.  

 

Campesino  zbierali  żniwo  kamieniami  i  maczetami.  Politycy  i  emerytowani  gliniarze  ze  swoimi 

automatycznymi  spluwami  kaliber  45  byli  jeszcze  bardziej  krwiożerczy.  Trzeba  było  nauczyć  się  spylać.  Oto 

jeszcze jedna prawdziwa historia: 

 

Pewien uzbrojony politico dowiaduje  się, że jego dziewczyna go zdradza i spotyka się z 

kimś w holu. Zupełnie przypadkiem pojawia się tam młody Amerykanin, który siada obok niej. W 

tym momencie wpada macho: - CHINGOA! – Wyciąga swoją czterdziestkę piątkę i zwala chłopaka 

ze  stołka  barowego.  Wyciągają  ciało  na  ulicę  i  zabierają  w  siną  dal.  Kiedy  przyjeżdżają  gliny, 

                                             

*

 Mordida - (hiszp.) łapówka. 

*

 Campesino - (hiszp.) wieśniak. 

background image

barman  wzrusza  ramionami,  wycierając  swój  zakurzony  bar.  -  Malos,  esos  muchachos!

*

  -  to 

wszystko, co mówi. 

 

 

Każdy kraj  ma swoje męty, takich gnojków, jak na przykład szeryf z Południa, liczący karby na kolbie 

swojego  rewolweru  po  sprzątnięciu  kolejnego  Murzyna.  Pod  względem  zwykłego  draństwa  szyderczy 

meksykański macho na pewno do takich mętów należy. Wielu ludzi należących do meksykańskiej klasy średniej 

jest równie paskudnych jak każdy burżuj na świecie. Przypominam sobie, że w Meksyku recepty na narkotyki były 

jasnożółte  jak  banknot  tysiącdolarowy  albo  jak  zawiadomienie  o  karnym  zwolnieniu  z  wojska.  Pewnego  dnia 

Stary  Dave  i  ja  próbowaliśmy  zrealizować  taką  receptę,  którą  Dave  otrzymał  zupełnie  legalnie  od  rządu 

meksykańskiego. Pierwszy aptekarz, do którego się zwróciliśmy, cofnął się gwałtownie, szczerząc zęby na widok 

naszej recepty: - No prestamos servicio a los viciosos.

*

 

Chodziliśmy od apteki do apteki, z każdym krokiem czując się coraz gorzej. Wszędzie 

nam odpowiadano: - Nie, señor... - Musieliśmy przejść kilka dobrych mil. 

- Jeszcze nigdy nie byłem w tej okolicy. 

- No, spróbujmy jeszcze raz. 

Weszliśmy  w końcu do maleńkiej farmacia,  mieszczącej się we  wnęce muru. Wyjąłem receta

*

, a siwa 

pani uśmiechnęła się do mnie. Spojrzała na receptę i powiedziała: 

- Dwie minuty, señor

Usiedliśmy,  żeby  poczekać.  Na  parapecie  okna  stało  geranium.  Mały  chłopiec  przyniósł  mi  szklankę 

wody, kot otarł się o moją nogę. Po chwili aptekarka wróciła z naszą morfiną. 

Gracias, señor

Wyszliśmy  i  okolica  wydała  nam  się  zaczarowana:  małe  farmacias  na  rynku,  stragany,  skrzynki  do 

przewożenia  towarów,  pulqueria

*

  na  rogu.  W  małych  budkach  sprzedawano  smażone  pasikoniki  i  cukierki 

miętowe czarne od much. Wiejscy chłopcy w nieskazitelnie białych lnianych ubrankach, w sandałach ze sznurka, 

z  twarzami  jak  z  polerowanego  brązu  i  o  dzikich,  niewinnych,  czarnych  oczach.  Przypominali  egzotyczne 

zwierzęta o oślepiającej urodzie, ale całkowicie pozbawione seksu. Oto chłopiec o ostrych rysach i czarnej skórze; 

pachnie  wanilią,  za  uchem  ma  zatkniętą  gardenię.  Tak,  znalazłeś  Johnsona,  ale  po  to,  by  go  znaleźć,  musiałeś 

przebrnąć  przez  cały  Gównogród.  Zawsze  tak  jest.  Właśnie  wtedy,  kiedy  myślisz,  że  Ziemia  jest  zamieszkała 

wyłącznie przez różnych gnojków, spotykasz Johnsona. 

 

 

Pewnego  dnia  o  ósmej  rano  ktoś  zapukał  do  moich  drzwi.  Byłem  jeszcze  w  piżamie,  otworzyłem  i 

stanąłem przed inspektorem Urzędu Imigracyjnego. 

- Ubieraj się. Jesteś aresztowany. 

Wyglądało  na  to,  że  kobieta  z  naprzeciwka  napisała  długi  donos  o  moim  pijaństwie  i  niechlujnym 

                                                                                                                                          

*

 Muy feo - (hiszp.) bardzo nieładne. 

*

 Malos, esos muchachos! - (hiszp.) Ach, ci niedobrzy chłopcy! 

*

 No prestamos servicio a los viciosos - (hiszp.) Nie obsługujemy narkomanów. 

*

 Receta - (hiszp.) recepta. 

*

 Pulqueria - (hiszp.) stragan. 

background image

wyglądzie. Poza tym coś było nie w porządku z moimi papierami, a w ogóle gdzie moja meksykańska żona, którą 

jakoby mam? Urzędnicy imigracyjni byli gotowi zamknąć mnie w więzieniu, żebym oczekiwał tam na deportację 

jako niepożądany obcy element. 

Wszystko  można  było  oczywiście  załatwić  przy  pomocy  pieniędzy,  ale  mój  rozmówca  był  szefem 

wydziału deportacji i byle czego nie brał. Skończyło się na dwustu dolarach. Wracając z Urzędu Imigracyjnego do 

domu, wyobrażałem sobie sumę, którą musiałbym zapłacić, gdybym  faktycznie  prowadził w Mexico City jakiś 

interes. 

Myślałem  o  ciągłych  problemach,  na  jakie  natykali  się  trzej  amerykańscy  właściciele  “Ship  Ahoy”. 

Gliniarze  bez  przerwy  przychodzili  po  mordida,  a  oprócz  nich  byli  inspektorzy  sanitarni,  a  także  jeszcze  inni 

gliniarze, którzy próbowali znaleźć na tę knajpę jakiegoś haka i w ten sposób dostać w łapę kupę forsy. Zabrali 

kelnera do komisariatu i skopali go  niemiłosiernie. Chcieli się dowiedzieć, gdzie schowano ciało Kelly'ego.  Ile 

kobiet zgwałcono w knajpie? Kto przynosił trawkę? I tak dalej. Kelly był amerykańskim poszukiwaczem przygód, 

którego  postrzelono  w  “Ship  Ahoy”  sześć  miesięcy  wcześniej;  wylizał  się  i  teraz  służy  w  Armii  Stanów 

Zjednoczonych. Nigdy nie zgwałcono tam żadnej kobiety ani nie palono trawki. Porzuciłem więc plan otwierania 

baru w Meksyku. 

 
 

Człowiek uzależniony nie dba o swój wygląd. Nosi najbrudniejsze, najbardziej zniszczone ubrania i nie 

czuje  potrzeby  zwracania  na  siebie  uwagi.  W  czasie,  kiedy  ćpałem,  byłem  znany  w  Tangerze  jako  El  Hombre 

Invisible  -  Niewidzialny  Człowiek.  Zaniedbanie  wyglądu  zewnętrznego  wywołuje  często  niewybredny  głód 

obrazów.  Billie  Holliday  powiedziała,  że  dopiero  wtedy  była  pewna  przezwyciężenia  nałogu,  kiedy  przestała 

oglądać  telewizję.  W  mojej  pierwszej  powieści,  Ćpun,  Lee  przechodzi  przez  karty  książki  zintegrowany, 

opanowany,  pewien,  że  wie,  dokąd  idzie.  W  Pedale  Lee  rozpaczliwie  potrzebuje  kontaktu,  jest  rozbity 

wewnętrznie, całkowicie niepewny siebie i celu, do którego dąży. 

Różnica  jest  oczywiście  prosta:  naćpany  Lee  jest  osłonięty,  chroniony,  a  także  boleśnie  ograniczony. 

Narkotyki nie  tylko  powodują przyhamowanie popędu płciowego, ale  także  stępiają reakcje emocjonalne  aż do 

zupełnego zaniku, w zależności od wielkości dawki. Kiedy ponownie przyjrzymy się akcji Ćpuna, zobaczymy, jak 

pełen  halucynacji  miesiąc  ostrego  odstawienia  mieni  się  piekielnym  blaskiem  groźby  i  zła,  wypływającym  z 

barów rozświetlonych światłem neonów. Pełno tam ponurej przemocy,  czterdziestka piątka jest  zawsze  tuż pod 

ręką.  Kiedy  ćpałem,  byłem  odizolowany.  Nie  piłem,  niezbyt  często  wychodziłem  z  domu,  ładowałem  tylko  w 

kanał i czekałem na kolejny strzał. 

Kiedy zdejmuje się pokrywkę, wszystko, co dotąd trzymane było w ryzach przez narkotyk, wylewa się na 

zewnątrz.  Narkoman  w  okresie  odstawienia  łatwo  popada  w  skrajne  stany  emocjonalne,  właściwe  dla  wieku 

dziecięcego  lub  młodzieńczego,  niezależnie  od  tego,  ile  faktycznie  ma  lat.  Mężczyźni  sześćdziesięcioletni 

miewają polucje i spontaniczne orgazmy (niezwykle przykre doświadczenie; jak mówią Francuzi - agaçant

*

). Jeśli 

czytelnik  nie  będzie  o  tym  pamiętał,  metamorfoza  charakteru  Lee  wyda  mu  się  niewytłumaczalna  albo 

psychotyczna. Pamiętajcie też, że zespół odstawienia  jest samoograniczający i nie trwa  dłużej  niż miesiąc.  Lee 

przechodzi  też  okres  nadmiernego  picia,  które  zaostrza  najniebezpieczniejsze  aspekty  choroby  odstawienia: 

niespokojne,  nieprzyzwoite,  skandaliczne,  płaczliwe  -  słowem,  odpychające  -  zachowanie.  Po  odstawieniu 

organizm na powrót przystosowuje się i stabilizuje na poziomie przednarkotycznym. W narracji stabilizacja ta jest 

background image

wreszcie  osiągnięta  podczas  podróży  południowoamerykańskiej.  Po  panamskim  znieczuleniu  nie  było  już  ani 

heroiny, ani żadnych innych narkotyków. Lee ogranicza picie do kilku głębszych o zachodzie słońca. Wyjąwszy 

fantasmagoryczną obecność Allertona, przypomina w pewnym stopniu Lee z późniejszych Yage Letters

 

 

Napisałem  więc  Ćpuna,  a  moja  motywacja  była  względnie  prosta:  w  najdokładniejszy  i  najprostszy 

sposób spisać doświadczenia narkomana. Liczyłem na wydanie, pieniądze, uznanie. Kiedy zacząłem pisać Ćpuna

Kerouac opublikował The Town and the City. Pamiętam, że kiedy jego książka ukazała się, napisałem do niego, że 

pieniądze i sławę ma już zapewnione. Jak widzicie, w tamtym czasie nie miałem pojęcia o zawodzie pisarza. 

Moje  motywacje  do  napisania  Pedała  były  bardziej  złożone  i  nawet  obecnie  nie  są  dla  mnie  jasne. 

Dlaczego  miałbym  chcieć  spisywać  z  taką  dokładnością  te  niezwykle  bolesne  i  rozdzierające  wspomnienia? 

Podczas gdy ja napisałem Ćpuna, czuję, że to Pedał pisał mnie. Zadawałem sobie sporo trudu, by zapewnić sobie 

przyszłe uznanie, a także wyrzucić z siebie własne przeżycia: pisanie jako szczepionka. W momencie kiedy coś 

zostaje  napisane  -  traci  moc  zdumiewania  nas,  podobnie  jak  wirus  traci  przewagę,  kiedy  osłabiony  spowoduje 

powstanie  przeciwciał.  Przez  spisanie  swoich  przeżyć  osiągnąłem  więc  pewną  odporność  na  dalsze  tego  typu 

ryzykowne przedsięwzięcia. 

W  początkowym  fragmencie  rękopisu  Pedała,  Lee,  powróciwszy  z  narkotycznej  izolacji  do  krainy 

żywych  -  niczym  rozgorączkowany,  niedorzeczny  Łazarz  -  wydaje  się  zdecydowany  osiągać  sukcesy  w 

seksualnym sensie tego słowa. Jest coś dziwnie systematycznego i aseksualnego w jego pogoni za odpowiednimi 

obiektami podbojów. Skreśla ze swojej listy jedną okazję za drugą, zresztą, zdaje się, ułożył ten spis, spodziewając 

się  ostatecznej  klęski.  Podświadomie  Lee  nie  pragnie  sukcesu,  ale  robi  wszystko,  by  nikt  nie  zauważył,  że  w 

rzeczywistości wcale nie szuka kontaktu seksualnego. 

Jednak Allerton był na pewno j aki mś  rodzajem kontaktu. A jakiego kontaktu szukał Lee? Pisząc teraz, 

myślę,  że  chodziło  o  realizację  jakiegoś  bardzo  zagmatwanego  zamysłu,  nie  mającego  nic  wspólnego  z  osobą 

Allertona.  Podczas  gdy  narkomanowi  jest  obojętne,  jakie  wrażenie  wywiera  na  innych,  w  okresie  odstawienia 

może odczuwać nieodpartą potrzebę publiczności. Najwyraźniej tego właśnie szuka Lee w Allertonie: widowni, 

uznania dla swoich gier i gierek, które są oczywiście maską osłaniającą daleko posuniętą dezintegrację. Wynajduje 

więc gorączkowy, przykuwający uwagę styl bycia, który nazywa “rutyną”: szokującą, śmieszną, zapierającą dech. 

“Jednego zatrzymuje z trzech, sędziwy dziad-marynarz...”

*

 

Przedstawienie  przybiera  formę  czynności  rutynowych:  fantazje  na  temat  szachistów,  teksańskiego 

nafciarza, Targu Używanych Niewolników Corn  Hole  Gusa... W Pedale  Lee kieruje te  rutynowe czynności  ku 

rzeczywistej publiczności. Później, kiedy rozwija się jako pisarz, odnajduje publiczność w sobie. Jednak ten sam 

mechanizm, dzięki któremu powstał A. J. i doktor Benway, ten sam twórczy impuls stworzył Allertona. Zmusza 

go do przyjęcia roli wychwalającej muzy, w której to roli czuje się on ze zrozumiałych względów nieswojo. 

To,  czego  szuka  Lee,  to  kontakt  i  uznanie.  Jest  jak  foton,  który  wyłania  się  z  mgły  nieistotności,  by 

zostawić niezatarty ślad w świadomości Allertona. Jeśli nie znajdzie odpowiedniego obserwatora, grozi  mu, jak 

nie obserwowanemu fotonowi, bolesne rozproszenie. Lee nie wie, że jest już oddany pisarstwu, które jest dla niego 

jedyną drogą, by zostawić niezatarty ślad, niezależnie od tego, czy Allerton jest skłonny obserwować, czy nie. Lee 

                                                                                                                                          

*

 Agaçant - (fr.) irytujące. 

*

 “Rymy o sędziwym marynarzu”, Samuel Taylor Coleridge, przekład Stanisława Kryńskiego. 

background image

zostaje nieubłaganie wepchnięty w świat fikcji. Dokonał już wyboru pomiędzy swoim życiem a pracą. 

 

 

Rękopis  urywa  się  w  Puyo,  mieście  na  Końcu  Drogi...  Poszukiwania  yage  zakończyły  się 

niepowodzeniem. Tajemniczy doktor Cotter pragnie tylko pozbyć się swoich nieproszonych gości. Podejrzewa, że 

mogą być agentami jego zdradzieckiego wspólnika, Gilla, który pragnie wykraść genialne dzieło doktora - sposób 

uzyskiwania kurary z wieloskładnikowej trucizny do strzał. Słyszałem później, że zakłady chemiczne postanowiły 

po prostu wykupić hurtem ową truciznę i wyodrębniać kurarę w swoich amerykańskich laboratoriach. Lek udało 

się wkrótce uzyskać syntetycznie i obecnie jest on standardowym składnikiem wielu preparatów rozkurczowych. 

Wydaje  się  więc,  że  Cotter  nie  miał  w  rzeczywistości  nic  do  stracenia:  jego  wysiłki  zostały  uprzedzone  przez 

konkurencję. 

Ślepy zaułek. Puyo może stanowić model Miejsca przy Ślepych Drogach: martwe, bezładne zbiorowisko 

domów  krytych  cynowymi  dachami,  stojących  w  strugach  nieustannego,  ulewnego  deszczu.  Shell  wyniósł  się, 

zostawiając bungalowy z prefabrykatów i rdzewiejące maszyny. Lee dotarł natomiast do kresu drogi, kresu, który 

był  oczywisty  już  na  początku.  Pozostaje  mu  bezmiar  przestrzeni  nie  do  przekroczenia,  klęska  i  zmęczenie  po 

długiej, bolesnej podróży, odbytej na próżno. Niewłaściwe wybory dróg, zgubiony ślad, autobus, który czeka w 

deszczu... z powrotem do Ambato, Quito, Panamy, Mexico City. 

 

 

Kiedy zacząłem pisać ten komentarz do Pedała, odczułem głęboką odrazę, pisarski paraliż krępujący jak 

kaftan  bezpieczeństwa:  “Patrzę  na  rękopis  Pedała  i  czuję,  że  po  prostu  nie  jestem  w  stanie  tego  czytać.  Moja 

przeszłość była zatrutą rzeką. Miało się szczęście, że się z niej uciekło. Wiele lat po spisaniu tych zdarzeń człowiek 

czuje się przez tę rzekę bezpośrednio zagrożony. Bolesne do tego stopnia, że trudno jest mi to czytać, a co dopiero 

pisać o tym. Irytuje mnie każde słowo i gest.” 

Przyczyna  mojej  niechęci  staje  się  jaśniejsza,  kiedy  zmuszam  się  do  oglądania  wstecz:  motywacją  do 

stworzenia tej książki było wydarzenie, o którym tu się nie wspomina, a nawet się go unika. Była to absurdalna, 

przypadkowa śmierć mojej żony, Joan, zastrzelonej w sierpniu 1951 roku. 

W trakcie pisania The Place of Dead Roads czułem duchowy związek z nieżyjącym pisarzem angielskim 

Dentonem Welchem. Bohater mojej powieści, Kim Carson, został stworzony bezpośrednio na wzór Dentona. Całe 

fragmenty zostały mi niejako podyktowane, przypłynęły do mnie jak odgłos bębnienia palcami po stole. Pisałem o 

tym fatalnym poranku w dniu wypadku, w wyniku którego Denton pozostał inwalidą do końca swojego krótkiego 

życia.  Gdyby  zatrzymał  się  trochę  dłużej  tu,  a  trochę  krócej  tam,  uniknąłby  spotkania  z  motocyklistką,  która 

wpadła na jego rower bez żadnego widocznego powodu. W którymś momencie Denton zatrzymał się na kawę i 

patrząc  na  mosiężne  zawiasy  w  oknach  kafejki,  niektóre  pęknięte,  poczuł  nagły  przypływ  uczucia  totalnego 

opuszczenia i straty. Każde wydarzenie tego poranka naładowane jest wyjątkowym znaczeniem, jak gdyby było 

podkreślone. Pisarstwo Welcha przeniknięte jest podobnym podtekstem: trójkątny placuszek, filiżanka herbaty, 

kałamarz  kupiony  za  kilka  szylingów,  wszystkie  te  przedmioty  stają  się  naładowane  wyjątkowym,  często 

złowieszczym znaczeniem. 

Odnoszę  dokładnie  to  samo  wrażenie  -  w  stopniu  wręcz  nie  do  wytrzymania  -  kiedy  czytam  rękopis 

Pedała.  Wydarzeniem,  które  owładnęło  uczuciami  Lee,  była  spowodowana  przez  niego,  śmierć  żony. 

background image

Świadomość obsesji, martwa dłoń zsuwająca się jak rękawiczka z jego własnej ręki. Z tych stronic unoszą się więc 

opary grozy i zła. Lee - świadomie lub nieświadomie - stara się uciec od zła za pomocą gorączkowych wzlotów 

fantazji. Usiłuje zasłaniać się codziennymi, rutynowymi czynnościami, a mimo to poczucie zagrożenia jest wciąż 

obecne, choć nieuchwytne jak mgła. 

Brion Gysin powiedział mi kiedyś w Paryżu: - Zły duch zastrzelił Joan, aby być... - Fragment przekazu 

mediumistycznego, który nie został zakończony; a może został? Nie ma potrzeby go kończyć, jeśli odczytacie to 

tak:  “Zfy  duch  zastrzelił  Joan,  aby  być   -  czyli  aby  podtrzymać  swoją  nienawistną,  pasożytniczą  działalność. 

Moja  koncepcja  opętania  bliższa  jest  wizji  średniowiecznej  niż  wyjaśnieniom  współczesnej  psychologii,  które 

dogmatycznie  upierają  się,  że  tego  rodzaju  zjawiska,  muszą  pochodzić  z  wewnątrz,  a  nigdy,  nigdy,  nigdy  z 

zewnątrz. (Tak jakby istniała jakaś wyraźna granica między wnętrzem a tym, co się dzieje na zewnątrz.) Mam tu 

na  myśli  określony  byt  opętujący.  W  istocie  ta  koncepcja  psychologiczna  mogła  zostać  z  powodzeniem 

wymyślona właśnie przez owe byty opętujące. Dla opętującego nie ma bowiem nic bardziej niebezpiecznego niż 

być postrzeganym przez ofiarę jako odrębna istota, która napada. Z tego powodu ten, który napada, ukazuje się 

tylko wtedy, kiedy jest to absolutnie niezbędne. 

W roku 1939 zacząłem się interesować hieroglifami egipskimi i poszedłem spotkać się z kimś z Wydziału 

Egiptologii na Uniwersytecie w Chicago. Coś wrzeszczało mi do ucha: - NIE JESTEŚ STĄD!  - Tak, hieroglify 

dostarczały  jedynego  klucza  do  mechanizmu  opętania.  Byt  opętujący,  podobnie  jak  wirus,  musi  sobie  znaleźć 

wejście. 

Podczas tego wydarzenia po raz pierwszy wyraźnie zrozumiałem, że jest we mnie coś, co nie jest mną i 

nad czym nie panuję. Pamiętam sen z tamtego okresu: w latach trzydziestych pracowałem w Chicago jako tępiciel 

robactwa.  Wynajmowałem  pokój  przy  North  Side.  We  śnie  unoszę  się  pod  sufitem  w  poczuciu  całkowitej 

martwoty i rozpaczy. Patrzę w dół i widzę, że moje ciało wychodzi drzwiami, i wiem, że ma zbrodnicze zamiary. 

 

 

Można  się  zastanawiać,  czy  yage  mogła  uratować  całą  sprawę  przez  oślepiające 

objawienie. Przypominam sobie zdanie, które napisałem w Paryżu wiele lat później: “Surowe, 

złuszczone wiatry nienawiści i nieszczęścia wystrzeliły”. Przez długi czas sądziłem, że słowa te 

dotyczą zastrzyku, kiedy narkotyk tryska z drugiej strony zatkanej strzykawki lub zakraplacza. 

Brion Gysin wskazał na faktyczne znaczenie napisanych przeze mnie słów: strzał, który zabił 

Joan. 

 

W Quito kupiłem nóż fiński. Miał metalową rękojeść i dziwny, spatynowany “antyczny” wygląd, jakby 

pochodził  ze  sklepu  ze  starzyzną  z  początku  wieku.  Widzę  go  na  tacy,  na  której  leżą  stare  noże  i  pierścionki; 

cienka  warstewka  srebra  odchodzi  płatami.  Było  około  trzeciej  po  południu,  kilka  dni  po  moim  powrocie  do 

Mexico City. Postanowiłem naostrzyć ten nóż. Domokrążca ostrzący noże gwizdał zawsze tę samą melodyjkę i 

zawsze chodził tą samą trasą. Kiedy szedłem ulicą w kierunku jego wózka, uczucie smutku i straty przygniatające 

mnie przez cały dzień stało się tak przemożne, że łzy pociekły mi po twarzy, - Co jest źle, na Boga? - pytałem sam 

siebie.  Ta  ciężka  depresja  i  uczucie  zagubienia  powracają  w  tekście.  Lee  wiąże  je  zazwyczaj  ze  swymi 

niepowodzeniami z Allertonem: “Coś, jak kotwica, hamowało ruchy i myśli. Twarz Lee była zesztywniała, jego 

background image

głos brzmiał głucho”. Allerton właśnie odrzucił zaproszenie na obiad i nagle odszedł: “Lee wbijał wzrok w stół, 

jego myśli były powolne, zupełnie jakby było mu bardzo zimno”. (Kiedy to czytam, j est  mi bardzo zimno i mam 

depresję.)  Oto  i  uprzedzający  wydarzenia  sen  z  chaty  Cottera  w  Ekwadorze:  “Stał  przed  wejściem  do  »Ship 

Ahoy«.  Knajpa  wyglądała  na  opustoszałą.  Słyszał  czyjś  płacz.  Zobaczył  swojego  małego  synka,  ukląkł  i  wziął 

dziecko w ramiona. Płacz stał się wyraźniejszy, napłynęła  fala  smutku... Mocno  przytulił małego Willy'ego  do 

piersi. Stała tam grupa ludzi w więziennych ubiorach. Lee zastanawiał się, co tam robili i dlaczego on sam płakał”. 

Powstrzymywałem  się  od  sięgania  pamięcią  do  dnia  śmierci  Joan,  do  wszechogarniającego  poczucia 

straty i dopełnienia się losu...  idąc  ulicą, poczułem nagle  łzy  płynące po twarzy. Co  mi jest? Mały nóż  fiński z 

metalową rękojeścią, srebro odchodzące płatami, zapach starych monet, gwizd ostrzyciela noży. Co się stało z tym 

nożem, którego nigdy nie doprowadziłem do porządku? 

Jestem zmuszony do wyciągnięcia kompromitującego mnie wniosku, że gdyby nie śmierć Joan, nigdy nie 

zostałbym pisarzem. Nie mogę też uniknąć docenienia stopnia, w jakim wydarzenie to motywowało i kształtowało 

moje pisarstwo. Żyję w ciągłym zagrożeniu opętaniem i z ciągłą potrzebą ucieczki przed nim, przed kontrolą. W 

ten sposób śmierć Joan sprawiła, że wszedłem w kontakt z napastnikiem, ze Złym Duchem. Wmanewrowała mnie 

też w trwającą całe życie walkę, z której jedynym wyjściem było dla mnie pisanie. 

 

Zmusiłem się do tego, by umknąć śmierci. Denton Welch to prawie moja twarz. Zapach starych monet. 

Cokolwiek  się  stało  z  tym  nożem  o  imieniu  Allerton,  miej  pretensje  do  przerażającej  Margaras  Inc.  Czyżby 

rozumienie było fundamentalną formą działania? Dzień utraty Joan i dopełnienia się jej losu. Okazuje się, że łzy 

spływające z Allertona obnażają, kogoś podobnego zabijace z westernów. Co przepisujesz? Trwająca całe życie 

troska o Wirusa i Kontrolę. Dostawszy się do środka, wirus zużywa energię, krew, ciało i kości gospodarza po to, 

by powielać samego siebie. Natarczywa dogmatyczna wizja nigdy nigdy nie pochodząca z wnętrza krzyczy mi do 

ucha: NIE JESTEŚ STĄD! 

Komentarz  skrępowany kaftanem bezpieczeństwa i dokładnie  sparaliżowany głęboką odrazą. Ucieczka 

od  wersów  szkicu  nakreślonego  lata  temu  przez  wydarzenia.  Z  dala  od  pisarskiego  paraliżu,  spowodowanego 

śmiercią Joan. Denton Welch to głos Kima Carsona dochodzący zza chmury i wyartykułowany poprzez bębnienie 

palcami po pękniętym stole. 

 

William S. Burroughs 

luty 1985 

background image

 

Rozdział l 

 

Lee zwrócił uwagę na młodego Żyda, Carla Steinberga, którego znał niezobowiązująco od około roku. 

Kiedy po raz  pierwszy zobaczył Carla, pomyślał: Mógłbym go wykorzystać, gdyby rodzinne klejnoty nie były 

zastawione w lombardzie Wuja Śmiecia. 

Chłopiec miał blond włosy, wąską, ostrą twarz upstrzoną kilkoma piegami, zawsze trochę zaróżowioną 

wokół uszu i nosa, tak jakby dopiero co się umył. Lee nigdy jeszcze nie znał kogoś tak czystego jak Carl. Ze swymi 

małymi, okrągłymi oczyma i zmierzwionymi jasnymi włosami przywodził mu na myśl małego ptaka. Carl urodził 

się w Monachium, a wychował  w Baltimore.  Miał europejski wygląd i zachowanie. Kiedy ściskał  komuś dłoń, 

delikatnie trzaskał obcasami. 

Ogólnie  rzecz  biorąc,  Lee  łatwiej  przychodziła  rozmowa  z  młodymi  ludźmi  z  Europy  niż  z 

Amerykanami. Grubiaństwo wielu Amerykanów psuło mu humor, grubiaństwo oparte na wyraźnej pogardzie dla 

jakichkolwiek  sformalizowanych  zachowań  oraz  na  założeniu,  że  dla  dobra  społeczeństwa  należy  przyjąć,  że 

wszyscy ludzie są mniej lub bardziej równi i porównywalni. 

Tym,  czego  Lee  szukał  we  wszystkich  związkach,  było  poczucie  wspólnoty.  Czuł  pewien  kontakt  z 

Carlem. Chłopiec słuchał grzecznie i wydawał się rozumieć, co mówi Lee. Po pewnych początkowych wahaniach 

zaakceptował fakt, że Lee jest seksualnie zainteresowany jego osobą. 

-  Ponieważ  nie  jestem  w  stanie  zmienić  o  tobie  zdania,  będę  musiał  zmienić  zdanie  na  temat  innych 

rzeczy - powiedział do Lee. 

Jednak  Lee  przekonał  się  szybko,  że  sprawa  nie  postępuje  naprzód.  Skoro  zaszedłem  tak  daleko  z 

amerykańskim chłopakiem, rozumował, równie dobrze mógłbym pójść na całość. No dobra, nie jest pedałem, lecz 

czasem ludzie potrafią być uczynni. Co stoi na przeszkodzie? Wreszcie Lee odgadł: 

- Nasz romans jest niemożliwy, ponieważ nie spodobałby się jego matce. 

Wiedział, że czas się rozstać. Przypomniał sobie  przyjaciela-homoseksualistę, Żyda,  który  mieszkał w 

Oklahoma City. 

- Czemu tkwisz tutaj? - spytał go Lee. - Masz dosyć pieniędzy, żeby zamieszkać gdziekolwiek zechcesz. 

- Gdybym się stąd wyprowadził, to zabiłoby moją matkę - brzmiała odpowiedź. 

Lee zaniemówił. 

Pewnego popołudnia spacerował z Carlem wzdłuż parku przy Amsterdam Avenue. Nagle Carl lekko się 

ukłonił i uścisnął dłoń Lee. 

- Powodzenia - powiedział i pobiegł do tramwaju. 

Lee  stał,  patrząc  za  nim,  a  potem  wszedł  do  parku  i  usiadł  na  betonowej  ławce,  mającej  imitować 

drewnianą. Niebieskie płatki spadały z kwitnącego drzewa. Siedział i patrzył, jak ciepły wiosenny wiatr porusza 

kwiatami  leżącymi  na  ścieżce.  Niebo  chmurzyło  się  przed  popołudniową  ulewą.  Lee  czuł  się  osamotniony  i 

pokonany. Będę musiał poszukać kogoś innego, pomyślał. Zakrył twarz dłońmi. Był bardzo zmęczony. 

Ujrzał  widmowy  szereg  chłopców.  Każdy  z  nich,  kiedy  dochodził  do  czoła  szeregu,  mówił: 

“Powodzenia” - i biegł do tramwaju. 

“Przepraszam... znowu pomyłka... proszę spróbować jeszcze raz... gdzieś indziej... nie tutaj... nie ja... nie 

mogę z tego skorzystać, nie potrzebuję tego, nie chcę. Dlaczego wybrałeś mnie?” 

background image

Ostatnia twarz była tak rzeczywista i tak brzydka, że Lee powiedział na głos: 

- A kto ciebie pytał, ty wstrętny skurwysynu? 

Otworzył  oczy  i  rozejrzał  się  dokoła.  Obok  niego  przeszli  dwaj  przytuleni  do  siebie  meksykańscy 

młodzieńcy. Popatrzył za nimi, oblizując suche, spękane wargi. 

Po tym wydarzeniu Lee nadal widywał Carla, aż w końcu chłopiec powiedział mu po raz ostatni: 

- Wszystkiego dobrego. 

I odszedł. Lee słyszał później, że wyjechał ze swoją rodziną do Urugwaju. 

 

 

Lee siedział z Winstonem Moorem w Rathskeller, pijąc podwójną tequilę. Zegar z kukułką i nadgryzione 

przez  mole  głowy  jeleni  nadawały  restauracji  wygląd  ponurego  tyrolskiego  zajazdu.  Smród  rozlanego  piwa, 

zapchanych  klozetów  i  sfermentowanych  śmieci  unosił  się w  knajpie  jak  gęsta  mgła  i  wypełzał  na  ulicę  przez 

wąskie,  niewygodne  drzwi  wahadłowe.  Telewizor,  który  albo  nie  działał,  albo  wydawał  potworny,  chrapliwy 

skrzek, decydował ostatecznie o tym, że lokal był w sumie dosyć nieprzyjemny. 

- Byłem tutaj zeszłej nocy - powiedział Lee do Moora. - Rozmawiałem z pewnym lekarzem-pedałem i z 

jego chłopakiem. Lekarz był  majorem w Korpusie Medycznym. Jego chłopak to jakiś taki niewyraźny inżynier, 

okropnie wyglądający, mały kurwiszon. No więc ten lekarz zaprosił mnie, żebym z nim wypił, chłopak zrobił się 

zazdrosny, a poza tym nie miałem  ochoty na piwo. Lekarz  odebrał to  jako zarzut  pod adresem Meksyku i jego 

osoby.  Zaczął  rutynowo:  “Czy  lubisz  Meksyk?”  Powiedziałem  mu,  że  Meksyk  jest  w  porządku,  ale  on  sam 

przyprawia  mnie  o ból dupy. Rozumiesz, powiedziałem  mu  to grzecznie. A poza tym napomknąłem, że  muszę 

wracać  do  żony.  Na  to  on:  “Nie  masz  żadnej  żony,  jesteś  takim  samym  pedałem  jak  ja.”  -  “Nie  wiem,  jakim 

pedałem  jesteś,  doktorku  -  odpowiedziałem  -  i  nie  mam  zamiaru  się  dowiadywać.  Co  innego,  gdybyś  był 

przystojnym Meksykaninem, ale jesteś przeklętym, starym, brzydkim Meksykaninem, a twój paskudny, napoczęty 

przez  robale  chłopak  jest  jeszcze  gorszy”.  Miałem  oczywiście  nadzieję,  że  sprawa  nie  zakończy  się  w  żaden 

drastyczny sposób... 

- Nigdy nie  poznałeś  Hatflelda? - spytał  Moor. - No pewnie, że nie. Jesteś za  młody.  Hatfleld zabił w 

pulqueria pewnego cargador

*

. Kosztowało go to pięćset dolarów. Przyjmując teraz, że cargador jest na samym 

dole drabiny społecznej, pomyśl, ile by mnie kosztowało zastrzelenie majora Armii Meksykańskiej. 

Moor przywołał kelnera. 

Yo quiero un sandwich - oświadczył, uśmiechając się do kelnera. - Quel sandwiches tiene?

*

 

- Co chcesz jeść? - spytał Lee zirytowany przerwą w rozmowie. 

-  Nie  wiem  dokładnie  -  odparł  Moor,  przeglądając  menu.  -  Ciekawe,  czy  mogliby  zrobić  kanapkę  z 

pełnoziarnistego chleba ze stopionym żółtym serem? - Moor odwrócił się do kelnera z uśmiechem, który miał być 

chłopięcy. 

Lee zamknął oczy, podczas gdy Moor przystąpił do przekazywania koncepcji topionego żółtego sera na 

grzance z chleba pełnoziarnistego. Moor był uroczo bezradny ze swoją niepoprawną hiszpańszczyzną. Odgrywał 

scenkę  pod  tytułem  “Mały  chłopiec  w  obcym  kraju”.  Uśmiechnął  się  uśmiechem  bez  śladu  ciepła,  ale  też  nie 

zimnym. Był to pozbawiony znaczenia uśmiech starczego rozkładu; uśmiech, do którego pasuje sztuczna szczęka; 

                                             

*

 Cargador - (hiszp.) tragarz. 

*

 Yo quiero un sandwich. Quel sandwiches tiene? - (hiszp.) Chcę kanapkę. Jakie macie kanapki? 

background image

uśmiech człowieka, który w samotności samouwielbienia zrobił się stary i sentymentalny. 

Moor był młodym, chudym człowiekiem o blond włosach, które zazwyczaj były trochę 

za długie. Miał jasnobłękitne oczy i bardzo białą skórę, pod oczyma ciemne plamy, a wokół ust 

dwie  głębokie  bruzdy.  Wyglądał  jak  dziecko,  a  jednocześnie  jak  człowiek  przedwcześnie 

postarzały.  Na  jego  twarzy  widoczne  było  spustoszenie  dokonane  przez  proces  umierania; 

inwazja  rozkładu  na  ciało  odcięte  od  żywego  kontaktu.  Motywacją  działań  Moora,  rzeczą, 

która dosłownie trzymała go przy życiu i na nogach, była nienawiść. Nienawiść Moora była jak 

powolny,  miarowy  nacisk,  słaby,  ale  zawsze  obecny,  czekający  na  wykorzystanie  każdej 

słabości  w  drugim  człowieku.  Powolne  sączenie  się  nienawiści  wyryło  na  twarzy  Moora 

bruzdy rozkładu. Zestarzał się, nie doświadczywszy życia, jak kawał mięsa gnijący na półce w 

spiżarni. 

Moor  nauczył  się  przerywać  opowiadanie  tuż  przed  puentą.  Często  zaczynał  wtedy  długą  rozmowę  z 

kelnerem albo  z kimkolwiek, kto  był  pod ręką, lub stawał się  nieuchwytny i odległy, ziewał i  pytał: - Co  to ja 

mówiłem? - jakby przywołany z powrotem do nudnej rzeczywistości z krainy obrazów, o których inni nie mogli 

mieć pojęcia. 

Moor zaczął mówić o swojej żonie. 

- Na początku Bill była tak ode mnę uzależniona, że dosłownie dostawała histerii, kiedy musiałem iść do 

muzeum, gdzie pracuję. Udało mi się rozbudzić jej ego do takiego stopnia, że przestała mnie już potrzebować, a 

wtedy nie pozostało mi nic innego, tylko odejść. Nic więcej nie mogłem dla niej zrobić. 

Moor odgrywał tę scenę szczerze, z przekonaniem. Mój Boże, pomyślał Lee, on naprawdę w to wierzy. 

Lee zamówił kolejną podwójną tequilę. Moor wstał. 

- No, muszę się zbierać - powiedział. - Mam mnóstwo rzeczy do zrobienia. 

- Słuchaj - powiedział Lee - co powiesz na kolację dziś wieczorem? 

- No, dobra - odparł Moor. 

- O szóstej w K.C. Steak House. 

- W porządku. - Moor odszedł. 

Lee wypił pół tequili, którą kelner przed nim postawił. Jego znajomość z Moorem była przelotna. Poznał 

go  kilka  lat  wcześniej  w  Nowym  Jorku  i  nigdy  go  nie  lubił.  Moor  też  nie  lubił  Lee,  ale  on  nikogo  nie  lubił. 

Musiałeś zwariować, żeby podrywać kogoś takiego, powiedział do siebie Lee. Wiesz przecież, jaka z niego kurwa. 

Te jednostki z pogranicza potrafią być większymi kurwami niż jakakolwiek ciota. 

 

 

Kiedy  Lee zjawił się  w K.C. Steak House, Moor już tam  był. Przyszedł z  Tomem Williamsem, innym 

chłopakiem z Salt Lake City. Przyprowadził przyzwoitkę, pomyślał Lee. 

- ...Lubię tego faceta, Tom, ale nie mogę znieść, kiedy jestem z nim sam na sam. Próbuje mnie zaciągnąć 

do łóżka. Tego właśnie nie lubię w pedałach, nie możesz się z nimi po prostu przyjaźnić... 

Tak, Lee usłyszał tę rozmowę. 

Podczas kolacji Moor i Williams rozmawiali o łodzi, którą zamierzali zbudować nad Ziuhuatenejo. Lee 

background image

sądził, że to głupi pomysł. 

- Czy nie uważasz, że budowa łodzi to zajęcie dla fachowca? 

Moor udał, że nie słyszy. 

Po kolacji Lee wrócił z Moorem i Williamsem do domu, w którym Moor wynajmował mieszkanie. Kiedy 

stanęli pod drzwiami, zapytał: 

- Czy mielibyście panowie ochotę się napić? Przyniosę butelkę... - Patrzył to na jednego, to na drugiego. 

- Wiesz, chyba nie - odparł Moor. - Widzisz, chcemy popracować nad planami łodzi, którą zamierzamy 

zbudować. 

- Aha, no dobrze, to do jutra - powiedział Lee. - Co byś powiedział na drinka w Rathskeller? Powiedzmy 

o piątej? 

- Myślę, że jutro będę zajęty. 

- No dobrze, ale musisz przecież jeść i pić. 

- Widzisz, ta łódź jest dla mnie ważniejsza niż cokolwiek innego. Będę teraz bardzo zajęty. 

- Jak sobie życzysz - powiedział Lee i odszedł. 

Był dotknięty do żywego. Usłyszał, jak Moor mówi: 

- Dzięki, że się w to wmieszałeś, Tom. Mam nadzieję, że zrozumiał. Lee jest oczywiście interesującym 

facetem i tak dalej... ale ta pedalska sytuacja przekracza moje siły. 

Był więc tolerancyjny, rozważał różne strony tego zagadnienia, współczuł do pewnych granic; w końcu 

jednak zmuszony był przyjąć taktowną, ale zdecydowaną linię. 

I  on  naprawdę  w  to  wierzy,  pomyślał  Lee,  tak  jak  w  ten  bełkot  o  rozbudowywaniu  ego  swojej  żony. 

Potrafi  upajać  się  urokami  rozpasanego  kurewstwa,  a  jednocześnie  widzieć  siebie  w  roli  świętego.  Niezła 

sztuczka. 

W istocie, kiedy Moor odtrącił Lee, liczył na to, że zada mu ogromny ból, że uderzy go tak mocno, jak 

tylko  to  było  możliwe  w  tamtych  okolicznościach.  Stawiało  to  Lee  w  roli  obmierzłego,  namolnego  pedała, 

niewrażliwego  i  zbyt  głupiego,  by  mógł  zdać  sobie  sprawę  z  tego,  że  jego  zaloty  są  niepożądane.  To  z  kolei 

narzucało Moorowi przykrą konieczność wytyczenia granicy. 

Lee przez kilka minut stał oparty o latarnię. Wstrząs otrzeźwił go, wygnał z niego pijacką euforię. Poczuł, 

jak bardzo jest zmęczony, jaki słaby. Jednak nie chciał jeszcze wracać do domu. 

background image

 

Rozdział 2 

 

Wszystko,  co  wyprodukowano  w  tym  kraju,  rozpada  się,  pomyślał  Lee.  Badał  ostrze  kieszonkowego 

noża  z  nierdzewnej  stali.  Chrom  odchodził  płatami  jak  sreberko  z  opakowania  czekolady.  Nie  zdziwiłbym  się, 

gdybym poderwał chłopaka w Alameda, a jego... O, idzie szczery Joe. 

Joe Guidry dosiadł się do  stolika Lee, rzucając swoje tobołki na stół i wolne krzesło. Wytarł rękawem 

szyjkę butelki z piwem i wypił dużym haustem połowę. Był mocno zbudowanym mężczyzną o czerwonej twarzy 

irlandzkiego polityka. 

- Co u ciebie słychać? - spytał Lee. 

-  Niewiele,  Lee.  Oprócz  tego,  że  ktoś  ukradł  mi  maszynę  do  pisania.  Wiem,  kto  to  zrobił.  To  ten 

Brazylijczyk, czy kim on tam jest. Maurice. 

- Maurice? To ten, którego miałeś w zeszłym tygodniu? Ten zapaśnik? 

- Masz na myśli Louie'ego, instruktora gimnastyki. Nie, to ktoś inny. Louie postanowił, że cała ta sprawa 

jest z gruntu zła i że pójdę do piekła, ale on idzie do nieba. 

- Poważnie? 

- O tak. No, Maurice jest takim samym pedałem jak ja. - Joe głośno beknął. - Jeżeli nie większym. Tylko 

on nie chce tego zaakceptować. Myślę, że kradnąc mi maszynę do pisania, pragnie pokazać mnie i sobie samemu, 

że  chce  z  całej  sprawy  wycisnąć,  ile  tylko  się  da.  W  rzeczywistości  jest  takim  pedałem,  że  już  przestał  mnie 

interesować.  Chociaż  niezupełnie.  Kiedy  zobaczę  tego  małego  drania,  prawdopodobnie  zaproszę  go  znów  do 

siebie. Zamiast go sprać, tak jak powinienem. 

Lee  odchylił  się  na  krześle,  aż  oparcie  dotknęło  ściany,  i  rozejrzał  po  pomieszczeniu.  Przy  sąsiednim 

stoliku ktoś pisał list. Jeśli nawet słyszał ich rozmowę, nie dawał tego po sobie poznać. Właściciel knajpy rozłożył 

przed  sobą  na  kontuarze  gazetę  i  czytał  sprawozdanie  z  corridy.  W  pomieszczeniu  zapanowała  specyficzna 

meksykańska cisza, owo wibrujące, bezdźwięczne brzęczenie. 

Joe dopił piwo, wytarł usta wierzchem dłoni i gapił się w ścianę wodnistymi, przekrwionymi, niebieskimi 

oczyma.  Cisza  wpełzła  do  wnętrza  Lee,  jego  twarz  zrobiła  się  zwiotczała  i  pusta.  W  zaskakujący  sposób 

przypominał ducha, można było teraz przejrzeć jego oblicze na wylot: zniszczone, złe i stare, ale czyste zielone 

oczy pozostały rozmarzone i niewinne. Jasnobrązowe włosy były długie, gęste i niesforne. Zazwyczaj opadały mu 

na czoło, a czasem nawet dotykały talerza z jedzeniem lub wpadały do tego, co pił. 

- No, muszę się zbierać - oznajmił Joe. Zgarnął swoje tobołki, skinął głową Lee, obdarzając go jednym ze 

swoich słodkich uśmiechów polityka, i wyszedł. Jego zmierzwiona, łysiejąca czupryna rysowała się przez chwilę 

w blasku słońca, zanim zniknął z pola widzenia. 

Lee ziewnął i wziął z sąsiedniego stolika gazetę z komiksem. Była sprzed dwóch dni. Odłożył ją i znowu 

ziewnął. Wstał, zapłacił za drinka i  wyszedł  na ulicę zalaną  późnym  popołudniowym  słońcem. Nie miał dokąd 

pójść, podszedł więc do stolika z czasopismami u Searsa i przeczytał nowe numery za darmo. 

Wrócił do K.C. Steak House. Moor przywołał go do środka skinieniem ręki. Lee wszedł i usiadł przy jego 

stoliku. 

- Wyglądasz okropnie - powiedział. 

Wiedział, że Moor to właśnie chce usłyszeć. Faktycznie wyglądał gorzej niż zwykle. Zawsze był blady, a 

background image

teraz wręcz żółtawy. 

Projekt budowy łodzi upadł. Moor, Williams i żona Williamsa, Lil, wrócili właśnie znad Ziuhuatenejo. 

Moor przestał rozmawiać z Williamsami. 

Lee zamówił dzbanek herbaty. Moor zaczął mówić o Lil. 

-  Wiesz,  ona  znosiła  tam  wszystko.  Jadła  wszystko  i  nigdy  jej  nie  zaszkodziło.  Za  żadne  skarby  nie 

poszłaby  do  lekarza.  Kiedyś  obudziła  się  rano  ślepa  na  jedno  oko,  drugim  ledwo  widziała.  Nie  chciała  iść  do 

lekarza. Po kilku dniach znowu widziała tak dobrze jak zawsze. Miałem nadzieję, że oślepnie. 

Lee zrozumiał, że Moor mówił poważnie. On oszalał, pomyślał. 

Moor dalej gadał o Lil. Oczywiście dobierała się do niego. Płacił za mieszkanie i jedzenie więcej niż się 

należało. Była okropną kucharką. Zostawiła go, kiedy był chory. Zaczął mówić o swoim zdrowiu. 

- Pokażę ci tylko wynik badania moczu - powiedział Moor z chłopięcym entuzjazmem. Położył kartkę na 

stole. Lee spojrzał na nią bez zainteresowania. - Spójrz tutaj - wskazał Moor - mocznik trzynaście. Normalnie jest 

piętnaście do dwudziestu dwóch. Jak myślisz, czy to coś poważnego? 

- Nie mam pojęcia. 

-  I  ślady  cukru.  Co  to  wszystko  znaczy?  -  Najwidoczniej  ta  kwestia  była  dla  Moora  niezwykle 

interesująca. 

- Dlaczego nie zaniesiesz tego do lekarza? 

- Zaniosłem. Powiedział, że musiałby zrobić całodobowy test, to znaczy wziąć próbki moczu z całej doby 

i dopiero wtedy mógłby wyrazić jakakolwiek opinię... Wiesz, mam taki tępy ból w piersi, o tu. Czy to może być 

gruźlica? 

- Zrób prześwietlenie. 

-  Zrobiłem.  Teraz  lekarz  ma  mi  zrobić  próbę  skórną.  Och,  jeszcze  coś:  myślę,  że  mam  skaczącą 

gorączkę... Czy myślisz, że teraz mam gorączkę? - Nadstawił czoło, żeby Lee mógł go dotknąć. Lee dotknął płatka 

jego ucha. 

- Nie sądzę - odparł. 

Moor mówił teraz bez przerwy, drążąc temat jak prawdziwy hipochondryk; powrócił do sprawy gruźlicy 

i badania moczu. Lee pomyślał, że nigdy jeszcze nie słyszał czegoś równie męczącego i przygnębiającego. Moor 

nie  miał  gruźlicy  ani  kłopotów  z  nerkami,  ani  skaczącej  gorączki.  Cierpiał  na  chorobę  śmierci.  Śmierć  była  w 

każdej komórce jego ciała. Otaczał go lekki, zielonkawy obłok rozkładu. Lee wyobrażał sobie, że Moor świeci w 

ciemności. 

Moor mówił dalej z chłopięcym zapałem: 

- Wiem, że konieczna jest operacja. 

Lee powiedział, że naprawdę musi już iść. 

 

 

Skręcił w Coahuila. Szedł, pedantycznie stawiając jedną stopę przed drugą, szybko zmierzając do celu, 

zupełnie  jakby  opuszczał  miejsce  zbrodni.  Minął  grupę  brodatych  mężczyzn,  ubranych  w  czerwone  kraciaste 

koszule  wpuszczane  w  dżinsy.  Potem  spotkał  następną  grupę,  byli  to  ludzie  ubrani  w  wytarte,  niczym  nie 

wyróżniające  się  ubrania.  Wśród  nich  Lee  rozpoznał  chłopaka,  który  nazywał  się  Eugene  Allerton.  Wysoki  i 

bardzo  chudy,  miał  wystające  kości  policzkowe,  małe  jasnoczerwone  usta  oraz  bursztynowe  oczy,  które 

background image

przybierały lekki fioletowy odcień, kiedy był pijany. Jego złotobrązowe włosy nierównomiernie wypłowiały na 

słońcu i wyglądały jak źle ufarbowany materiał. Miał proste, czarne brwi i czarne rzęsy. Niezdecydowana, bardzo 

młoda, jasna i chłopięca twarz sprawiała wrażenie pokrytej delikatnym, egzotycznym,  orientalnym  makijażem. 

Allerton nigdy nie był schludny ani czysty, ale też nie robił wrażenia brudnego. Był po prostu niedbały i leniwy do 

tego stopnia, że czasem wydawał się być tylko na pół przebudzony. Często nie słyszał, co ktoś mówił mu tuż nad 

uchem. Sądzę, że to pelagra, myślał Lee kwaśno. Pozdrowił Allertona skinieniem głowy i uśmiechnął się. Tamten 

w odpowiedzi też skinął głową, jakby zdziwiony, ale nie odwzajemnił uśmiechu. 

Lee szedł dalej, trochę przygnębiony. Może mógłbym czegoś dokonać, działając w tym kierunku. No, 

ver...  Zastygł  przed  restauracją  jak  pies  myśliwski.  Był  głodny...  łatwiej  będzie  zjeść  tutaj,  niż  kupować  coś  i 

gotować. Kiedy Lee był głodny, kiedy miał ochotę na drinka albo na strzał z morfiny, nie mógł znieść najmniejszej 

zwłoki. 

Wszedł,  zamówił  stek  a  la  Mexicana,  szklankę  mleka  i  czekał,  a  ślina  napływała  mu  do  ust  w 

oczekiwaniu na jedzenie. Do restauracji wszedł młody człowiek z okrągłą twarzą i obwisłymi wargami. 

- Cześć, Horace - przywitał go Lee donośnie. 

Horace skinął  głową nie odzywając się i usiadł tak daleko  od  Lee, jak  to tylko było  możliwe w  małej 

restauracji. Lee uśmiechnął się. Przyniesiono mu jedzenie, zaczął jeść szybko jak zwierzę, wpychając do ust chleb 

i stek, popijając mlekiem. Potem rozparł się na krześle i zapalił papierosa. 

Un café sólo - zawołał do kelnerki, kiedy przechodziła obok, niosąc gazowany napój ananasowy dwóm 

młodym  Meksykanom  w  dwurzędowych  prążkowanych  marynarkach.  Jeden  z  nich  miał  wilgotne,  brązowe, 

wyłupiaste oczy i rzadki, tłusty wąsik. Popatrzył niedwuznacznie na Lee i ten odwrócił wzrok. Uwaga, pomyślał, 

on zaraz tu będzie, pytając, jak mi się podoba Meksyk. Wrzucił do połowy wypalonego papierosa do pozostałej w 

filiżance resztki zimnej kawy, podszedł do kontuaru, zapłacił i wyszedł z restauracji, zanim Meksykanin zdążył go 

zagadnąć. Kiedy Lee postanawiał opuścić jakieś miejsce, jego odejście było natychmiastowe. 

 

 

W  “Ship  Ahoy”  wisiało  kilka  sztormówek,  co  miało  stworzyć  “żeglarską”  atmosferę.  Dwie  sale  ze 

stolikami, w jednej z nich bar i cztery wysokie, chwiejne stołki. Knajpa była słabo oświetlona, wnętrze wyglądało 

groźnie.  Właściciele  byli  tolerancyjni,  ale  w  najmniejszym  stopniu  nie  należeli  do  bohemy.  Faceci  z  brodami 

nigdy nie przychodzili do “Ship Ahoy”. Knajpa funkcjonowała na okresowej licencji, bez pozwolenia na alkohol; 

często  zmieniała  właścicieli.  W  tym  czasie  prowadzili  ją  Amerykanin  Tom  Weston  oraz  pewien  Meksykanin 

urodzony w Stanach. 

Lee skierował się prosto do baru i zamówił drinka. Wypił, zamówił drugiego i dopiero potem rozejrzał się 

po sali w poszukiwaniu Allertona. Siedział sam przy stoliku, z nogą założoną na nogę, trzymając butelkę piwa na 

kolanie.  Skinął  głową  Lee.  Lee  usiłował  nadać  swemu  powitaniu  charakter  przyjacielski  i  zarazem 

niezobowiązujący. Miało ono wyrażać zainteresowanie bez jednoczesnego wywierania zbytniego nacisku. Znali 

się przecież krótko. Efekt był fatalny. 

Lee  stanął  obok,  żeby  popisać  się  swoim  godnym,  staroświeckim  ukłonem,  zamiast  tego  pojawiło  się 

jednak  coś  nieoczekiwanego  -  nagie,  pożądliwe  łypnięcie  okiem  i  jakiś  dziwny  skręt  przepojonego  bólem  i 

nienawiścią zdeprawowanego ciała. W tym jednoczesnym podwójnym obnażeniu wypłynął na jego twarz słodki, 

dziecięcy  uśmiech  współczucia  i  ufności.  Uśmiech  szokujący,  nie  na  miejscu,  nie  na  czasie,  zniekształcony  i 

background image

beznadziejny. 

Allerton  był  przerażony.  Może  to  jakiś tik,  pomyślał.  Postanowił,  że  wycofa  się  ze  znajomości  z  Lee, 

zanim ten zrobi coś jeszcze bardziej niesmacznego. Rezultat przypominał przerwanie połączenia. Allerton nie był 

ani chłodny, ani wrogi; Lee po prostu dla niego nie istniał. Lee przez chwilę patrzył na niego bezradnie, potem 

wrócił do baru pokonany i wstrząśnięty. 

Skończył  drugiego  drinka.  Kiedy  ponownie  rozejrzał  się  dookoła,  Allerton  grał  w  szachy  z  Mary, 

Amerykanką  o  farbowanych  na  rudo  włosach,  starannie  umalowaną,  która  przed  kwadransem  weszła  do  baru. 

Tylko  marnują  tu czas, powiedział  Lee sam do  siebie. Zapłacił za dwa drinki i wyszedł. Pojechał taksówką  do 

“Chimu Bar” uczęszczanego przez meksykańskie cioty i spędził noc z poznanym tam chłopakiem. 

 

 

W  tym  czasie  studenci  z  funduszu  G.I.  Bill  przesiadywali  w  dzień  u  Lola,  a  w  nocy  w  “Ship  Ahoy”. 

Knajpa Lola nie była barem w znaczeniu dosłownym. Była to mała spelunka z piwem i wodą sodową. Na lewo od 

wejścia stała skrzynia po coca-coli wypełniona lodem, butelkami z piwem, wodą sodową. Po jednej stronie sali aż 

do szafy grającej biegł kontuar ze stołkami z metalowych rur i gładkiej żółtej skóry. Stoliki stały rzędem wzdłuż 

ściany  naprzeciwko  kontuaru;  dawno  straciły  gumowe  podkładki  i  ilekroć  sprzątaczka  przesuwała  je,  żeby 

pozamiatać,  wydawały  okropny  zgrzyt.  Z  tyłu,  za  salą,  mieściła  się  kuchnia,  gdzie  niechlujny  kucharz  smażył 

wszystko na tym samym  zjełczałym tłuszczu. U  Lola nie było przeszłości ani przyszłości. Była to  poczekalnia, 

gdzie pewni ludzie marnowali pewien czas. 

W  kilka  dni  po  tym,  jak  poderwał  chłopaka  w  “Chimu”,  Lee  siedział  u  Lola  i  czytał  na  głos  Últimas 

Notícias  Jimowi  Cochanowi.  Była  tam  historia  o  człowieku,  który  zamordował  żonę  i  dzieci.  Cochan  szukał 

okazji, żeby się wymknąć, ale ilekroć zbierał się do wyjścia, Lee mówił: 

- Słuchaj  tego... “Kiedy  jego żona wróciła do domu z targu, mąż wywijał swoją czterdziestką  piątką”. 

Dlaczego oni zawsze muszą tym wywijać? 

Lee czytał przez chwilę po cichu. Cochan wiercił się niespokojny i zakłopotany. 

- Jezus Maria - zdumiał się Lee, podnosząc wzrok. - Po tym, jak zabił żonę i trójkę dzieci, wziął brzytwę 

i  chciał  popełnić  samobójstwo.  -  Przeczytał  zdanie  z  gazety:  -  “Jednak  efektem  były  tylko  zadrapania  nie 

wymagające interwencji lekarskiej.” Co za partackie przedstawienie! - Przerwał na chwilę, po czym zaczął czytać 

półgłosem  nagłówki:  -”Dodają  wazeliny  do  masła”.  Bardzo  dobrze.  “Homar  z  żelem  nawilżającym...”  O, tutaj 

dopadli faceta z budy  z tortillą i takiego  przerażonego psa... wielki,  chudy, długi pies. Jest zdjęcie. Facet  przed 

budą i pies... Pewien obywatel poprosił drugiego o ogień. Tamten nie miał zapałek, więc ten pierwszy wyciągnął 

szpikulec do kruszenia lodu i zabił go. Morderstwo jest meksykańską nerwicą narodową. 

Cochan wstał. Lee poderwał się na nogi. 

- Siadaj na dupie, albo raczej na tym, co z niej zostało po czterech latach w Marynarce - rozkazał. 

- Muszę iść. 

- Kim ty jesteś, pantoflarzem? 

- Poważnie. Ostatnio za dużo wychodziłem. Moja stara... 

Lee nie słuchał. Właśnie zauważył Allertona, który  przechodził  na zewnątrz  obok wejścia  i zajrzał  do 

środka. Nie pozdrowił Lee, po krótkiej chwili poszedł dalej. Byłem w cieniu, pomyślał Lee, nie mógł mnie stamtąd 

zobaczyć. Nie zauważył odejścia Cochana. 

background image

Powodowany  nagłym  impulsem,  wybiegł  z  knajpy.  Allerton  znajdował  się  jakieś  dwadzieścia  metrów 

przed nim. Lee dogonił go. Allerton odwrócił się, unosząc proste i czarne jak narysowana piórkiem kreska brwi. 

Wyglądał na zdziwionego i trochę zmartwionego, ponieważ - jak powiedział - niepokoił się o zdrowie Lee. Lee 

improwizował rozpaczliwie. 

- Chciałem ci tylko powiedzieć, że Mary  była niedawno u Lola. Prosiła  mnie, żebym  ci powtórzył, że 

będzie później w “Ship Ahoy”, koło piątej. - Było to częściowo prawdą, Mary była u Lola i pytała Lee, czy nie 

widział Allertona. 

Allerton uspokoił się. 

- Och, dziękuję ci - powiedział serdecznie. - Czy przyjdziesz dziś wieczorem? 

- Myślę, że tak - przytaknął Lee, uśmiechnął się i szybko odszedł. 

 

 

Lee wyszedł ze swojego  mieszkania do “Ship Ahoy” tuż przed piątą. Allerton był już przy  barze. Lee 

usiadł,  zamówił  drinka  i  powitał  Allertona  swobodnie  i  niedbale,  zupełnie  jakby  byli  bliskimi  przyjaciółmi. 

Allerton  odpowiedział  automatycznie,  po  czym  spostrzegł,  że  Lee  nawiązał  z  nim  jakimś  sposobem  poufały 

kontakt,  choć  przecież  postanowił  mieć  z  nim  tak  mało  do  czynienia,  jak  to  tylko  będzie  możliwe  -  posiadał 

bowiem umiejętność ignorowania otoczenia, ale nie potrafił wypchnąć kogoś z raz już zajętej pozycji. 

Lee zaczął mówić swobodnie, bezpretensjonalnie, inteligentnie, z humorem. Powoli rozwiewał wrażenie 

Allertona, który dotychczas uważał go za postać dziwną, wręcz niepożądaną. Kiedy nadeszła Mary, Lee powitał ją 

ze staroświecką, trochę przesadną galanterią i po chwili, przepraszając, zostawił ich nad szachownicą. 

- Kto to jest? - spytała Mary, kiedy Lee wyszedł na zewnątrz. 

-  Nie  mam  pojęcia  -  odparł  Allerton.  Nie  był  pewien,  czy  kiedykolwiek  spotkał  Lee.  Formalne 

przedstawianie się nie leżało w zwyczaju studentów G.I. Czy Lee był studentem? Allerton nigdy nie widział go na 

uczelni. Nie było nic niezwykłego w rozmowie z kimś obcym, jednak w obecności Lee Allerton stawał się czujny. 

Ten człowiek był mu w pewien sposób znajomy. Kiedy Lee mówił, wydawało się, że ma na myśli coś więcej niż 

tylko  to,  co  znaczyły  same  słowa.  Czasami  kładł  szczególny  nacisk  na  jakiś  wyraz,  jakby  odwołując  się  do 

znajomości w innym miejscu i w innym czasie. Tak jakby Lee mówił: 

- Wi e s z, o co mi chodzi. P ami ęt as z . 

Allerton wzruszył z irytacją ramionami i zaczął ustawiać figury na szachownicy. Wyglądał jak markotne 

dziecko, które nie jest w stanie znaleźć źródła złego nastroju. Po kilku minutach gry powrócił mu dobry humor. 

Zaczął nawet podśpiewywać pod nosem. 

Kiedy Lee wrócił do “Ship Ahoy”, było już po północy. Pijacy krążyli wokół baru, rozmawiając głośno, 

przekrzykując  się  nawzajem,  jakby  cała  reszta  gości  w  knajpie  była  zupełnie  głucha.  Allerton  stał  z  brzegu  tej 

grupy, najwyraźniej nie mogąc się do nikogo dokrzyczeć. Ciepło powitał Lee, przepchał się do baru i wychynął z 

tłumu z dwiema colami z rumem. 

- Siądźmy tutaj - powiedział. 

Był  pijany.  Jego  oczy  mieniły  się  fioletowawym  blaskiem,  miał  rozszerzone  źrenice.  Mówił  bardzo 

szybko wysokim, cienkim, niesamowitym, nie pasującym do niego głosem małego dziecka. Lee nigdy przedtem 

nie słyszał, żeby Allerton tak mówił. Jego sposób mówienia przypominał teraz głos medium. Ten chłopiec miał w 

sobie niezwykłą radość i niewinność. 

background image

Allerton opowiadał o swoich przygodach w Kontrwywiadzie w Niemczech, o tym jak pewien człowiek 

dostarczał ich wydziałowi lipnych informacji. 

- Jak to sprawdzaliście? - spytał Lee. - Skąd wiedzieliście, że dziewięćdziesiąt procent tego, co mówili 

wam wasi informatorzy, nie było zmyślone? 

-  Faktycznie,  nie  wiedzieliśmy.  Wielokrotnie  wpuszczano  nas  w  kanał.  Oczywiście,  porównywaliśmy 

zeznania różnych informatorów, a poza tym mieliśmy również własnych agentów w terenie. Większość naszych 

informatorów  dostarczała  trochę  nieprawdziwych  informacji,  ale  ten  jeden  zmyślał  dokładnie  wszystko.  Przez 

niego  nasi  agenci  przez  dłuższy  czas  uganiali  się  za  fikcyjną  rosyjską  siatką  szpiegowską.  W  końcu  przyszedł 

raport z Frankfurtu i okazało się, że to wszystko brednie. Ale on, zamiast wynieść się z miasta, przyszedł do nas z 

kolejną porcją rewelacji. Wtedy już naprawdę mieliśmy dosyć tych bzdur. Zamknęliśmy go w piwnicy. Było tam 

wprawdzie zimno i nieprzyjemnie, ale nic więcej nie mogliśmy zrobić. Musieliśmy bardzo ostrożnie obchodzić się 

z więźniami. Siedział i pisał zeznania na maszynie. To były zupełnie niezwykłe historie... 

Allerton był najwyraźniej zachwycony, śmiał się, kiedy to wszystko opowiadał. Lee był pod wrażeniem 

tego  połączenia  inteligencji  i  dziecięcego  wdzięku.  Chłopiec  zachowywał  się  teraz  przyjaźnie,  bez  rezerwy, 

bezbronny jak dziecko, które nigdy nie zostało skarcone. Zaczął opowiadać następną historyjkę. 

Lee  przyglądał  się  jego  smukłym  dłoniom,  pięknym  fioletowym  oczom,  rumieńcom  podniecenia.  W 

wyobraźni jego ręka wysunęła  się z taką siłą, że zdawało się, iż Allerton musi czuć dotyk  ektoplazmatycznych 

palców pieszczących jego ucho, widmowych kciuków gładzących brwi, odgarniających mu włosy z twarzy; ręce 

Lee  przesuwały  się  w  dół  po  ciele  chłopca,  po  żebrach,  po  brzuchu;  oddychał  z  trudem,  poczuł  w  płucach  ból 

pożądania. Lekko rozwarte usta odsłaniały zęby, przypominał podrażnione, warczące zwierzę. Oblizał wargi. 

Był sfrustrowany i wcale mu się to nie podobało. Ograniczenie pragnień było jak pręty klatki, łańcuch i 

obręcz  na  szyi.  Nauczył  się  ukrywać  i  hamować  swoje  pożądanie,  tak  jak  zwierzę  uczy  się  w  ciągu  wielu  dni 

poznawać łańcuch i nieustępliwość krat. Nigdy się nie poddał. Jego oczy wyglądały przez niewidzialne pręty, były 

czujne, uważne, czekały, aż strażnik zapomni o drzwiach, aż obręcz się przetrze, aż coś się obluzuje... cierpiał, nie 

wpadając w rozpacz i nie godząc się... 

- Podszedłem do drzwi, a on tam stał z gałęzią w ustach - mówił Allerton. 

Lee nie słuchał. 

- Z gałęzią w ustach - powtórzył i spytał bezmyślnie: - Z dużą gałęzią? 

- Miała ponad pół metra długości. Powiedziałem mu, żeby się powiesił, a on po kilku minutach pojawił 

się w oknie. Rzuciłem w niego krzesłem i wtedy  zeskoczył z balkonu na podwórze.  Prawie sześć  metrów.  Był 

nieprawdopodobnie zwinny. To wszystko było trochę niesamowite i dlatego rzuciłem w niego krzesłem. Bałem 

się. Wszyscy rozumieliśmy, że robi przedstawienie, żeby wymigać się od wojska. 

- Jak wyglądał? - spytał Lee. 

- Jak wyglądał? Nie pamiętam  dokładnie. Miał około osiemnastu lat. Wyglądał jak grzeczny  chłopiec. 

Wylaliśmy na niego wiadro zimnej wody i zostawiliśmy na łóżku na dole. Zaczął się trząść, ale nic nie powiedział. 

Zdecydowaliśmy, że to dostateczna kara. Następnego dnia zabrali go do szpitala. 

- Zapalenie płuc? 

- Nie wiem. Może nie powinniśmy go byli oblewać wodą... 

Lee zostawił Allertona pod drzwiami jego domu. 

- Wchodzisz tu? - spytał Lee. 

background image

- Tak, mam tu plecak. 

Lee powiedział dobranoc i poszedł do siebie. 

 

 

Od  tamtego  czasu  Lee  spotykał  się  z  Allertonem  codziennie  o  piątej  w  “Ship  Ahoy”.  Allerton  miał 

zwyczaj wybierać przyjaciół spośród ludzi starszych od siebie i bardzo się cieszył na spotkania z Lee, który znał 

słowa i zwroty, jakich Allerton nigdy przedtem nie słyszał. Z czasem jednak czuł się przytłoczony, jakby obecność 

Lee zamykała drzwi umożliwiające dostęp do świata zewnętrznego. Sądził, że za często się z nim widuje. 

Allerton  nie  lubił  się  angażować,  nigdy  nie  był  zakochany,  nie  miał  bliskiego  przyjaciela.  Teraz  był 

zmuszony  zadać  sobie  pytanie:  -  Czego  on  chce  ode  mnie?  -  Nie  przyszło  mu  na  myśl,  że  Lee  jest  pedałem, 

ponieważ  pedalstwo  kojarzyło  mu  się,  przynajmniej  częściowo,  ze  zniewieścieniem.  W  końcu  zdecydował,  że 

widocznie Lee ceni go jako słuchacza. 

background image

 

Rozdział 3 

 

Było piękne, jasne, kwietniowe popołudnie. Lee wszedł do “Ship Ahoy” punktualnie o piątej. Allerton 

stał  przy  barze  z  Alem  Hymanem,  okresowym  alkoholikiem  i  jednym  z  najwstrętniejszych,  najgłupszych, 

najnudniejszych pijaków, jakich znał Lee. Trzeba jednak przyznać, że kiedy Al był trzeźwy,  zachowywał się w 

sposób naturalny, miły i inteligentny. Teraz był trzeźwy. 

Lee miał owinięty wokół szyi żółty szalik, nosił okulary słoneczne za dwa peso. Zdjął szalik i okulary, po 

czym rzucił je na kontuar. 

-  Ciężki  dzień  w  studiu  -  oznajmił  afektowanym,  teatralnym  głosem.  Zamówił  rum  z  colą.  -  Wiecie, 

wygląda na to, że może się dokopiemy do ropy. Wiercą teraz w kwadracie czwartym, a przez tamtą dziurę można 

plunąć prawie do Tex-Mex, gdzie mam farmę i swoje sto akrów bawełny. 

- Zawsze chciałem być nafciarzem - oświadczył Hyman. 

Lee zmierzył go wzrokiem i pokręcił głową. 

-  Obawiam  się,  że  nic  z tego.  Widzisz, to  nie  jest tak,  po  prostu  nie  wszyscy  się  nadają.  Po  pierwsze, 

musisz wyglądać jak nafciarz. Nie ma młodych nafciarzy. Nafciarz musi mieć około pięćdziesiątki. Jego skóra jest 

spękana i pomarszczona jak błoto, które wyschło na słońcu. Zwłaszcza kark musi być pomarszczony, a zmarszczki 

są  zazwyczaj  pełne  pyłu,  który  dostał  się  tam  w  czasie  przeglądania  bloków  i  kwadratów.  Nosi  gabardynowe 

spodnie  i  białą  sportową  koszulę  z  krótkimi  rękawami.  Jego  buty  są  pokryte  delikatnym,  miałkim  pyłem,  a 

wszędzie, dokąd się udaje, towarzyszy mu mały obłok pyłu, wyglądający jak prywatna burza piaskowa. 

Kiedy  masz  już  powołanie  i  odpowiedni  wygląd,  musisz  się  trochę  pokręcić,  żeby 

wydzierżawić ziemię. Zbierasz pięciu czy sześciu ludzi gotowych odstąpić ci swoje tereny pod 

wiercenia. Idziesz do banku i rozmawiasz z dyrektorem. Mówisz mu mniej więcej tak: “Clem 

Farris,  jeden  z  najlepszych  i  najmądrzejszych  ludzi  w  tej  dolinie,  wchodzi  w  ten  interes  na 

całość. Podobnie Old Man Scranton, Fred Crockly, Roy Spigot i Ted Bane: sami starzy, dobrzy 

kumple. Niech mi będzie wolno przedstawić kilka faktów. Mógłbym tutaj siedzieć i nadawać 

przez całe przedpołudnie, zabierając panu czas, ale wiem, że ma pan zwyczaj operować faktami 

i liczbami. To właśnie chcę panu pokazać”. 

Wychodzisz  do  samochodu.  Kabriolet  albo  wóz  sportowy.  Nigdy  nie  widziałem,  żeby  nafciarz  jeździł 

sedanem. Sięgasz do tyłu i wyciągasz mapy, olbrzymi plik map ogromnych jak dywany. Rozkładasz je na biurku 

dyrektora, a wtedy wielkie chmury pyłu wzbijają się i wypełniają bank. Mówisz teraz do dyrektora: “Widzi pan ten 

kwadrat? To jest Tex-Mex. Otóż tędy biegnie uskok przechodzący przez ziemię Jeda Marvina. Wczoraj, kiedy tam 

byłem, widziałem się też z Jedem, to dobry, stary kumpel. Nie ma w tej dolinie lepszego człowieka niż Jed Marvin. 

No więc... Socony wiercił tutaj”. 

Rozkładasz  teraz,  następne  mapy.  Przysuwasz  drugie  biurko  i  przygniatasz  mapy  spluwaczkami.  “No 

więc, zrobili suchą dziurę, a ta mapa... - Rozwijasz następną. - Gdyby mógł pan z łaski swojej usiąść na drugim 

końcu,  żeby  się  nie  zwijała,  pokażę  panu  dokładnie,  dlaczego  to  była  sucha  dziura  i  dlaczego  od  początku  nie 

powinni byli tu wiercić. Tu może pan zobaczyć, jak uskok biegnie między studnią artezyjską Jeda a linią Tex-Mex, 

background image

aż do kwadratu numer cztery. Ten fragment terenu został zbadany po raz ostatni w roku 1922. Sądzę, że zna pan 

starego kumpla, który przeprowadzał badania. To był Earl Hoot, dobry, stary kumpel. Miał dom w Nacogdoches, 

ale jego zięć kupił tu ziemię, stare miejsce Brooksów na północ od Tex-Mex, tuż przy granicy z...” 

W tym momencie dyrektor jest już cały spuchnięty z nudów, pył gromadzi mu się w płucach (nafciarze są 

naturalnie uodpornieni na pył), więc mówi: “No, skoro to jest dobre dla tych facetów, to myślę, że jest też dobre i 

dla mnie. Wchodzę w to”. 

W tej sytuacji prawdziwy  nafciarz  wraca i odgrywa tę samą scenę przed swymi  przyszłymi  klientami. 

Potem bierze jakiegoś geologa z Dallas albo z jakiegoś innego miejsca, ten nawija trochę o uskokach, przeciekach, 

intruzjach, łupkach ilastych i piasku. Potem wybiera miejsce, mniej więcej na ślepo, i zaczynają wiercić. 

Teraz sprawa wiertacza. Musi to być naprawdę głośna postać. Szuka się go w Boy's Town, w dzielnicach 

kurew w miastach przygranicznych; znajduje z trzema dziwkami w pokoju pełnym pustych butelek. Twoi kumple 

rozbijają mu butelkę na głowie, wyciągają na ulicę i otrzeźwiają. On patrzy na plac wiertniczy, spluwa i mówi: 

“No, to twoja dziura”. 

Kiedy szyb okazuje się suchy, nafciarz mówi: “Tak to już jest. Niektóre dziury są wilgotne, a inne suche 

jak pizda kurwy w niedzielę”. 

Był taki nafciarz, nazywali go Sucha Dziura Dutton. Dobrze, Allerton, żadnych dowcipów o wazelinie. 

Sucha Dziura Dutton wywiercił dwadzieścia suchych dziur, zanim się wyleczył. W pikantnym żargonie naftowego 

bractwa “wyleczyć się” oznacza nieźle zarobić... 

Wszedł Joe Guidry i  Lee zsunął się ze stołka, żeby  się  przywitać.  Miał nadzieję, że Joe poruszy  temat 

pedalstwa, a on będzie mógł zobaczyć reakcję Allertona. Uznał, że nadszedł czas, by Allerton dowiedział się, o co 

toczy się gra. Dłużej nie można już było rozgrywać tego tak spokojnie. 

Usiedli do stołu. Ktoś ukradł Guidry'emu radio, buty do konnej jazdy i zegarek. 

- Mój problem - oświadczył Guidry - polega na tym, że ja lubię ten typ. Lubię tych, którzy mnie okradają. 

- A twój błąd polega na tym, że sprowadzasz ich do siebie do domu - zaoponował Lee. - Od tego są hotele. 

- Tu masz rację. Ale zazwyczaj nie stać mnie na hotel. Poza tym, lubię mieć kogoś, kto mi zrobi śniadanie 

i zamiecie mieszkanie. 

- Chcesz powiedzieć “wyczyści” mieszkanie. 

-  Nie  szkoda  mi  zegarka  ani  radia,  ale  strata  butów  naprawdę  mnie  boli.  Były  symbolem  wiecznego 

piękna i radości. - Guidry pochylił się do przodu i spojrzał na Allertona. - Nie wiem, czy powinienem mówić takie 

rzeczy w obecności tego juniora. Bez obrazy, mały. 

- Mów dalej - powiedział Allerton. 

- Czy mówiłem ci, jak poderwałem gliniarza na służbie? Jest vigilante

*

, odpowiada za dzielnicę, w której 

mieszkam. Zawsze kiedy widzi światło w moim oknie, zachodzi na kieliszek rumu. Jakieś pięć nocy temu zastał 

mnie pijanego i napalonego. Od słowa do słowa, pokazałem mu, jak krowa jadła kapustę... 

W  noc  po  tym,  jak  go  miałem,  przechodzę  obok  piwiarni  na  rogu,  a  on  wychodzi  borracho

*

  i  mówi: 

“Napij  się”.  -  “Nie  chcę  pić”  -  odpowiadam.  Na  to  on  wyciąga  pistola  i  mówi:  -  “Napij  się”.  -  Odebrałem  mu 

pistola, a on wszedł do knajpy, żeby zadzwonić po posiłki. Musiałem wejść i wyrwać telefon ze ściany. Każą mi 

teraz za to płacić.  Po powrocie do mieszkania, które mieści się na parterze,  zobaczyłem, że napisał mydłem na 

                                             

*

 Vigilante - (hiszp.) strażnik. 

*

 Borracho - (hiszp.) pijany. 

background image

szybie El Puto Gringo

*

. Zamiast to zetrzeć, zostawiłem. Reklama się opłaca. 

Pojawiały się kolejne drinki. Allerton poszedł do toalety, a w drodze powrotnej wdał się w rozmowę przy 

barze. Guidry oskarżał Hymana o to, że będąc pedałem, udaje, że nim nie jest. Lee próbował wyjaśnić Guidry'emu, 

że Hyman naprawdę nie jest pedałem. 

- On jest pedałem, a ty nie, Lee. Ty tylko chodzisz i udajesz, że jesteś pedałem, żeby móc się podłączyć do 

interesu - odparł Guidry. 

- Komu by zależało na podłączeniu się do twojego starego, zmęczonego interesu? - spytał Lee. Zobaczył, 

że  Allerton  rozmawia  przy  barze  z  Johnem  Dume'em.  Dume  należał  do  małej  kliki  pedałów  rezydujących  na 

Campeche w piwiarni “Zielona Latarnia”. On sam nie był jawnym pedałem, ale pozostali chłopcy byli głośnymi 

ciotami i niechętnie widywano ich w “Ship Ahoy”. 

Lee  podszedł  do  baru  i  zaczął  rozmowę  z  barmanem.  Mam  nadzieję,  że  Dume  powie  mu  o  mnie, 

pomyślał. Lee czuł się zawsze niezręcznie, wygłaszając dramatyczną kwestię: “muszę-ci-coś-powie-dzieć”. Znał 

też  z  krępującego  doświadczenia  trudności  wynikające  z  niedbałego  wyznania:  “Wiesz,  a  tak  a  propos,  jestem 

pedałem”. Czasami nie słyszą dobrze i krzyczą: “Co?” Zdarza się też, że w rozmowie wtrącasz: “Gdybyś był takim 

pedałem jak ja”. A ten drugi ziewa i zmienia temat, a ty nie wiesz, czy zrozumiał, czy nie. 

Barman mówił: 

- Więc ona mnie pyta, dlaczego piję. Co jej mogę powiedzieć? Nie wiem dlaczego. Dlaczego waliłeś w 

kanał?  Wiesz  dlaczego?  Nie  ma  żadnego  wytłumaczenia,  ale  spróbuj  to  powiedzieć  komuś  takiemu  jak  Jerri. 

Spróbuj to wyjaśnić jakiejkolwiek kobiecie. - Lee kiwnął głową ze współczuciem. - Ona mnie pyta, dlaczego nie 

śpisz  więcej  i  nie  odżywiasz  się  lepiej?  Nie rozumie,  a  ja  nie  potrafię  tego  wytłumaczyć.  Nikt  nie  potrafi  tego 

wytłumaczyć. 

Barman odszedł obsłużyć klientów. Dume podszedł do Lee. 

- Jak ci się podoba? - spytał, wskazując na Allertona butelką z piwem. Allerton stał po przeciwnej stronie 

sali. Rozmawiał z Mary i szachistą z Peru. - Więc on podszedł do mnie i powiedział: “Myślałem, że jesteś jednym 

z chłopców z »Zielonej Latarni«”. A ja na to: “No bo jestem”. Chce, żebym mu pokazał kilka knajp dla ciot. 

 

 

Lee i Allerton poszli obejrzeć Orfeusza Cocteau. W ciemnym kinie Lee poczuł, jak jego ciało wyciąga się 

ku Allertonowi; ameboidalna, protoplazmatyczna projekcja, napinająca się ślepym pragnieniem, by wejść w ciało 

drugiego.  Pragnieniem  oddychania  jego  płucami,  patrzenia  jego  oczyma,  poznania  dotyku  jego  wnętrza  i 

genitaliów. Allerton poruszył się w fotelu. Lee poczuł ostre ukłucie nadwerężenia lub zwichnięcia ducha. Bolały 

go oczy. Zdjął okulary i przesunął dłonią po przymkniętych powiekach. 

Kiedy  wyszli  z  kina,  Lee  był  wyczerpany.  Szedł  wolno,  z  trudem,  i  ciągle  na  coś  wpadał.  Napięcie 

sprawiło,  że  jego  głos  stał  się  głuchy.  Co  pewien  czas  przykładał  dłoń  do  czoła  niezgrabnym,  mimowolnym 

gestem, krzywiąc się z bólu. 

- Muszę się napić - powiedział. - Tam. - Wskazał bar po drugiej stronie ulicy. 

Usiedli przy stoliku  osłoniętym  przepierzeniem; Lee zamówił podwójną tequilę. Allerton chciał rum z 

colą. Lee natychmiast wychylił tequilę i wsłuchał się w siebie w oczekiwaniu na efekt. Zamówił następną. 

- Co myślisz o filmie? - spytał Lee. 

                                             

*

 El Puto Gringo - (hiszp.) Biała Kurwa. 

background image

- Niektóre kawałki podobały mi się. 

- Tak -  przytaknął Lee, ściągając usta i wpatrując się w pusty kieliszek.  - Mnie też. - Wypowiedział te 

słowa bardzo wyraźnie, zupełnie jak nauczyciel wymowy. 

-  Cocteau  zawsze  osiąga  niezwykłe,  niecodzienne  efekty  -  zaśmiał  się  Lee.  Wpadał  w  euforię.  Wypił 

połowę drugiej tequili. - Frapująca jest jego zdolność przekazywania mitu w kategoriach współczesnych. 

- A czy to nieprawda? - spytał Allerton. 

Poszli na kolację do rosyjskiej restauracji. 

 

 

-  À  propos  -  powiedział  Lee,  przeglądając  menu  -  prawo  znowu  przyczepiło  się  do  “Ship  Ahoy”. 

Obyczajówka.  Dwieście  pesos.  Widziałem  ich  w  komisariacie  po  ciężkim  dniu  wymuszania  forsy  od 

mieszkańców  Okręgu  Federalnego.  Jeden  z  gliniarzy  powiedział: “O,  Gonzales,  powinieneś  widzieć,  co  mi  się 

dzisiaj trafiło. O la la, taki kąsek!” A ja mu na to: - “Tak, naciąłeś jakiegoś puto na dwieście pesetas w kiblu na 

dworcu autobusowym. Znam cię, Hernandez, ciebie i twoje tanie numery. Jesteś najtańszym gliniarzem w Okręgu 

Federalnym”. - I zwrócił się do kelnera: - Hej, Jack. Dos

*

 Martini. Bardzo wytrawne. Seco. l dos porcje szyszki 

baby. Sabe

*

Kelner przytaknął: 

- To znaczy dwa razy martini i dwie porcje shish kebab. Tak, panowie? 

- Super, tatusiu... Jak się udał twój wieczór z Dume'em? 

- Byliśmy w kilku barach pełnych pedałów. W jednym z nich pewien facet poprosił mnie do tańca i złożył 

mi propozycję. 

- Poszedłeś z nim? 

- Nie. 

- Dume do miły facet. 

Allerton uśmiechnął się. 

- Tak, ale to nie jest człowiek, któremu bym się zwierzał z czegoś, co chciałbym zachować dla siebie. 

- Czy masz na myśli jakąś szczególną niedyskrecję z jego strony? 

- Szczerze mówiąc - tak. 

- Rozumiem - powiedział Lee i pomyślał, że Dume zawsze strzela celnie. 

Kelner  postawił  na  stole  dwa  kieliszki  martini.  Lee  uniósł  swój  do  świecy,  przyglądając  mu  się  z 

niesmakiem. 

- Nieuchronnie wodniste martini z rozkładającą się oliwką - stwierdził. 

Lee  kupił  los na  loterii  od  dziesięcioletniego  chłopca,  który  wbiegł  do  środka,  kiedy  kelner  zniknął  w 

kuchni. Chłopiec  miał widocznie stałą  rolę w jednoaktówce pod tytułem  “Ostatni kupon”.  Lee zapłacił mu bez 

wahania, jak pijany Amerykanin. 

- Idź i kup sobie trochę marihuany, synku - powiedział. Chłopiec uśmiechnął się i skierował do wyjścia. - 

Wróć tu za pięć lat zarobić łatwe pięć pesos - zawołał za nim Lee. 

Allerton  uśmiechnął  się.  Dzięki  Bogu,  pomyślał  Lee,  nie  będę  musiał  walczyć  z  drobnomieszczańską 

                                             

*

 Dos - (hiszp.) dwa. 

*

 Sabe? - (hiszp.) tu: Rozumiesz? 

background image

moralnością. 

- Proszę bardzo - powiedział kelner, stawiając kebab na stole. 

Lee zamówił dwa kieliszki czerwonego wina. 

- A więc Dume powiedział ci o moich... hmm... skłonnościach? - spytał gwałtownie. 

- Tak - odparł Allerton z pełnymi ustami. 

- To przekleństwo. Pokutuje w naszej rodzinie od wielu pokoleń. Wszyscy Lee zawsze byli zboczeńcami. 

Nigdy  nie  zapomnę  uczucia  nieopisanego  przerażenia,  które  zmroziło  mi  limfę  w  gruczołach,  to  znaczy, 

oczywiście,  limfę  w  gruczołach  limfatycznych,  kiedy  mój  mózg  poraziły  te  fatalne  słowa:  jestem 

homoseksualistą. Pomyślałem o umalowanych, wdzięczących się odtwórcach kobiecych ról, o facetach, których 

widziałem w pewnym nocnym klubie w Baltimore. Czyżby to było możliwe, żebym był jedną z tych podludzkich 

istot? Chodziłem ulicami otumaniony, jak człowiek z lekkim wstrząsem mózgu. Chwileczkę, doktorze Kildare, to 

nie  pańska  rola,  pomyślałem.  Równie  dobrze  mógłbym  unicestwić  sam  siebie,  kładąc  kres  istnieniu,  które 

wydawało  się  nie  oferować  niczego  poza  groteskową  nędzą  i  poniżeniem.  Myślałem,  że  szlachetniej  będzie 

umrzeć jako człowiek,  niż żyć jako  potwór seksualny. Ale  stara, mądra ciota, nazywaliśmy  go Bobo, nauczyła 

mnie,  że  moim  obowiązkiem  jest  żyć  i  dumnie  dźwigać  swój  ciężar,  aby  wszyscy  mogli  go  zobaczyć.  Trzeba 

pokonać  uprzedzenia,  ignorancję  i  nienawiść  za  pomocą  wiedzy,  szczerości  i  miłości.  Ilekroć  jesteś  zagrożony 

czyjąś wrogą obecnością, wypuszczasz gęstą chmurę miłości, tak jak mątwa wytryskuje atrament... 

Biednego Bobo spotkał marny koniec. Jechał hispano-suizą Duca de Ventre, kiedy pękły mu hemoroidy; 

krew chlusnęła z samochodu i obryzgała tylne koła. Po Bobo została pusta powłoka siedząca na obiciu z żyrafiej 

skóry. Z potwornym chlupotem poleciały nawet oczy i mózg. Duc powiedział, że zabierze ze sobą ten chlupot do 

grobu... 

Poznałem  wtedy  sens  samotności.  Słowa  Bobo  dotarły  do  mnie  z  zaświatów.  Głoski  szczelinowe 

trzeszczały delikatnie, kiedy mówił: “Nikt nie jest naprawdę sam. Jesteś częścią wszystkiego, co żyje”. Trudność 

polega na tym, żeby przekonać kogoś, że naprawdę jest częścią ciebie, więc skoro tak, to co jest, do cholery? My, 

części, powinniśmy współpracować. Racja? 

Lee  przerwał  i  spojrzał  w  zadumie  na  Allertona.  Do  czego  właściwie  doszedłem  z  tym  dzieciakiem, 

pomyślał. Allerton słuchał go grzecznie, uśmiechając się w przerwach. 

- Allerton, chodzi mi o to, że obaj jesteśmy częściami ogromnej całości. Nie ma sensu z tym walczyć. 

Lee zaczynał być zmęczony swoją rolą. Rozejrzał się niespokojnie w poszukiwaniu jakiegoś miejsca, na 

które mógłby ją odłożyć. 

- Czy ciebie te speluny dla ciot nie przygnębiają? Tutejsze bary dla pedałów nie mogą 

się oczywiście równać z pedalskimi knajpami w Stanach. 

- Nic o tym nie wiem - odparł Allerton. - Nigdy nie byłem w żadnych knajpach dla pedałów oprócz tych, 

do których zabrał mnie Dume. Myślę, że jedne i drugie mają swoje dobre strony. 

- Naprawdę nie byłeś? 

- Nie, nigdy. 

Lee  zapłacił  i  wyszli  na  ulicę.  Noc  była  zimna.  Sierp  księżyca  świecił  na  niebie  jasną  zielenią. 

Spacerowali bez celu. 

- Może pójdziemy do mnie napić się czegoś. Mam trochę brandy. 

- Dobra - zgodził się Allerton. 

background image

- Napijmy się napoleona. To taka całkiem bezpretensjonalna, mała brandy, rozumiesz. 

Nic z tych turystycznych syropów z efektami aromatycznymi, odwołującymi się do masowych 

upodobań.  Moja  brandy  nie  potrzebuje  tandetnych  chwytów,  żeby  zaszokować  i  zniewolić 

podniebienie. Chodź. - Lee przywołał taksówkę. 

- Trzy pesos do Insurgentes i Monterrey - powiedział Lee kierowcy swoim okropnym hiszpańskim. 

Kierowca  odparł,  że  chce  cztery.  Lee  machnął  ręką  na  znak,  że  rezygnuje.  Kierowca  zamruczał  coś  i 

otworzył drzwi. 

Kiedy siedzieli w środku, Lee zwrócił się do Allertona: 

- Ten człowiek najwyraźniej ma jakieś wywrotowe myśli. Wiesz, kiedy byłem w Princeton, największym 

krzykiem  mody  był  komunizm.  Jeśli  opowiadałeś  się  za  własnością  prywatną  i  społeczeństwem  klasowym, 

oznaczało to, że albo jesteś głupim chamem, albo wysoko postawionym episkopalnym pederastą. Ustrzegłem się 

jednak przed tą zarazą, to znaczy, oczywiście, przed komunizmem. 

Aquí

*

. - Lee dał trzy pesos kierowcy, który pomruczał jeszcze trochę, po czym ruszył ostro. 

- Czasami mam wrażenie, że oni nas nie lubią - powiedział Allerton. 

-  Nie  mam  nic  przeciwko  temu,  że  ludzie  mnie  nie  lubią  -  odparł  Lee.  -  Pytanie  brzmi:  Co  mogą  w 

związku z tym zrobić? W chwili obecnej - najwyraźniej nic. Nie mają zielonego światła. Na przykład ten kierowca 

nienawidzi  gringo.  Ale  jeśli  kogoś  zabije,  a  jest  to  bardzo  możliwe,  nie  będzie  to  Amerykanin.  Będzie  to  inny 

Meksykanin. Być może jego bliski przyjaciel. Przyjaciele są mniej przerażający niż obcy. 

Lee otworzył drzwi mieszkania i zapalił światło. Wewnątrz panował beznadziejny bałagan. Tu i ówdzie 

widać  było  ślady  podejmowania  prób  ułożenia  rzeczy  w  sterty.  Nie  wyglądało  na  to,  że  ktoś  tu  mieszka.  Na 

ścianach nie było obrazów, nigdzie żadnych ozdób. Najwyraźniej żaden mebel nie należał do Lee. A jednak jego 

obecność przenikała wszystko. W przewieszonym przez oparcie krzesła płaszczu, w kapeluszu leżącym na stole 

można było natychmiast rozpoznać przedmioty należące do niego. 

-  Zrobię  ci  drinka.  -  Lee  przyniósł  z  kuchni  dwa  kieliszki  i  nalał  do  każdego  po  pięć  centymetrów 

meksykańskiej brandy. Allerton spróbował. 

- Dobry Boże! Napoleon musiał chyba do tego naszczać. 

-  Tego  się  obawiałem.  Niewykształcone  podniebienie.  Twoje  pokolenie  nigdy  nie  zaznało  tych 

przyjemności, jakie są udziałem nielicznych dzięki zdyscyplinowanemu podniebieniu. 

Lee pociągnął długi łyk. Podjął próbę ekstatycznego “aach”, powąchał brandy i zaczął kaszleć. 

- To jest paskudne - przyznał, kiedy odzyskał mowę. - Ale i tak lepsze niż brandy kalifornijska. Ten smak 

przypomina koniak. 

Zapadła  długotrwała  cisza.  Allerton  siedział  na  kanapie  z  głową  przechyloną  do  tyłu.  Oczy  miał 

przymknięte. 

- Czy mogę ci pokazać mieszkanie? - spytał Lee wstając. - Tutaj jest sypialnia. 

Allerton podniósł się powoli. Weszli do sypialni, Allerton położył się na łóżku i zapalił papierosa. Lee 

usiadł na jedynym krześle, jakie się tu znajdowało. 

- Jeszcze brandy? - spytał. Allerton skinął głową. Lee usiadł na brzegu łóżka, napełnił szklankę i podał 

mu. Dotknął jego swetra. - Ładna rzecz, kochany - powiedział. - To nie jest meksykańskie. 

                                             

*

 Aquí - (hiszp.) tutaj. 

background image

- Kupiłem w Szkocji - odpowiedział Allerton. Nieoczekiwanie odbiło mu się, wstał i popędził do łazienki. 

Lee stanął w drzwiach. 

-  Niedobrze  -  rzekł.  -  Co  się  mogło  stać?  Nie  piłeś  przecież  dużo...  -  Nalał  wody  do  szklanki  i  dał 

Allertonowi. - Teraz już lepiej? - zapytał. 

-  Tak  sądzę.  -  Allerton  znowu  położył  się  na  łóżku.  Lee  wyciągnął  rękę,  dotknął  ucha  Allertona  i 

pogłaskał po policzku. Allerton uniósł się, przykrył dłonią rękę Lee i uścisnął. 

- Zdejmijmy ten sweter. 

- Dobra  - odparł Allerton. Zdjął sweter i znowu się położył. Lee zdjął buty i koszulę. Rozpiął  koszulę 

Allertona i przesunął dłonią w dół, wzdłuż żeber i brzucha, który skurczył się pod jego palcami. 

- Boże, ale jesteś chudy - powiedział. 

- No nie jestem zbyt potężny. 

Lee zdjął mu buty i skarpetki, rozluźnił pasek i rozpiął guziki. Allerton uniósł biodra, a Lee zsunął mu 

spodnie i kalesony. Rozebrał się i położył. Allerton zareagował bez wrogości czy obrzydzenia, ale Lee ujrzał w 

jego oczach dziwną rezerwę, bezosobowy spokój zwierzęcia czy dziecka. 

Później, kiedy leżeli obok siebie, paląc papierosy, Lee powiedział: 

- Powiedziałeś, że zastawiłeś w lombardzie aparat fotograficzny i możesz go wkrótce stracić? - Pomyślał, 

że może to nietakt poruszać ów temat w takiej chwili, ale zdecydował, że Allerton nie jest typem człowieka, który 

się może obrazić. 

- Tak. Jest zastawiony za czterysta pesos. Termin upływa w najbliższą środę. 

- Dobra, pójdziemy tam jutro i wykupimy. Allerton uniósł znad prześcieradła gołe ramię i powiedział: 

- W porządku. 

background image

 

Rozdział 4 

 

W  piątkową  noc  Allerton  poszedł  do  pracy.  Zastępował  chłopaka,  z  którym 

wynajmował pokój. Był korektorem w angielskiej gazecie. 

 

W sobotę wieczorem Lee spotkał się z Allertonem w barze “Cuba”. Wnętrze przypominało scenografię 

do  surrealistycznego  baletu.  Ściany  pokryte  były  freskami  przedstawiającymi  podwodną  scenerię.  Rusałki  i 

trytony  w  wyszukanych  układach  ze  złotymi  rybkami  gapiły  się  martwo  na  klientów,  z  wyrazem  konsternacji 

biernego  homoseksualisty.  Nawet  ryby  wyglądały  na  przeniknięte  trwogą  i  apatią.  Rezultat  był  niepokojący. 

Odnosiło się wrażenie, że te androgyniczne stworzenia są przestraszone czymś, co zaczajone jest za klientami lub 

tuż obok nich. Goście czuli się zazwyczaj niezręcznie z powodu tej sugestii i większość wynosiła się gdzie indziej. 

Allerton był jakby trochę markotny i Lee denerwował się, zanim nie postawił na stole dwóch kieliszków 

martini. 

- Wiesz, Allerton... - odezwał się po długiej chwili milczenia. 

Allerton mruczał coś pod nosem, bębniąc palcami po stole i niespokojnie rozglądając się wkoło. 

 

 

Ten mały cwaniak robi się trochę za mądry, pomyślał Lee. Wie, że w żaden sposób nie jestem w stanie 

ukarać go za obojętność i bezczelność. 

- W Meksyku są najbardziej niefachowi krawcy, z jakimi zetknąłem się w trakcie swoich podróży. Czy 

zamawiałeś coś u nich? - Lee spojrzał z dezaprobatą na zniszczone ubranie Allertona. Jeśli chodzi o ubiór, Allerton 

był  równie  niedbały  jak  Lee.  -  Najwyraźniej  nie.  Pójdź  do  tego  krawca,  z  którym  ja  się  męczę.  Prosta  robota. 

Kupiłem parę gotowych spodni. Nigdy nie tracę czasu na branie miary. Obaj zmieścilibyśmy się w te spodnie. 

- To wyglądałoby nieprzyzwoicie - odparł Allerton. 

- Ludzie myśleliby, że jesteśmy syjamskimi braćmi. Czy opowiadałem ci o tym bracie syjamskim, który 

wydał brata policji, żeby wyciągnąć go z ćpania? Ale wracając do krawca. Oprócz tych spodni zamówiłem jeszcze 

drugą  parę.  Powiedziałem  mu,  że  te  spodnie  są  za  duże  i  że  chcę,  żeby  zostały  zwężone  do  odpowiednich 

rozmiarów. Obiecał  to zrobić w ciągu dwóch dni. To  było ponad dwa miesiące  temu. Za każdym razem,  kiedy 

przychodzę po spodnie, słyszę: Mañana. Más tarde. Ahora. Ahorita. Todavía no

*

 Jeszcze nie. Wczoraj straciłem 

cierpliwość do tego ahora. Powiedziałem mu: “Dawaj moje spodnie, niezależnie od tego, czy są gotowe, czy nie”. 

Były rozcięte wzdłuż szwów. “Przez dwa miesiące zdążyłeś je tylko wypatroszyć?” - zapytałem go. Wziąłem je do 

innego krawca i poleciłem: “Zaszyj je”. - Lee zwrócił się do Allertona: - Jesteś głodny? 

- Wiesz, tak. 

- Co powiesz na domowy stek Pata? 

- Dobry pomysł. 

 

 

                                             

*

 Mañana. Más tarde. Ahora. Ahorita. Todavía no. - (hiszp.) Jutro. Później. Już zaraz. Za chwilę. Jeszcze nie. 

background image

Pat  robił  doskonałe  steki.  Lee  lubił  to  miejsce,  bo  nigdy  nie  było  tam  tłoku.  Kiedy  przyszli,  zamówił 

podwójne wytrawne martini. Allerton pił rum z colą. Lee zaczął mówić o telepatii. 

- Wiem, że telepatia jest faktem, bo sam jej doświadczyłem. Nie  mam  ochoty tego udowadniać,  ani w 

ogóle udowadniać czegokolwiek komukolwiek. Interesuje mnie tylko, jak mógłbym to wykorzystać. W Ameryce 

Południowej,  u  źródeł  Amazonki,  występuje  roślina  o  nazwie  yage,  która  podobno  zwiększa  wrażliwość 

telepatyczną.  Czarownicy  używają  jej  do  swojej  pracy.  Pewien  kolumbijski  naukowiec,  którego  nazwisko 

wyleciało  mi  z  głowy,  wyodrębnił  z  yage  narkotyk,  który  nazwał  telepatyną.  Czytałem  o  tym  w  pewnym 

czasopiśmie. 

Później  czytałem  inny  artykuł.  Rosjanie  używają  yage  w  doświadczeniach  przeprowadzanych  na 

więźniach w obozach pracy. Wygląda na to, że chcą wywołać w ludziach stan automatycznego posłuszeństwa, a 

docelowo,  oczywiście,  osiągnąć  kontrolę  myśli.  Najprostsze  sterowanie.  Żadnej  machiny  wojskowej,  żadnych 

przemówień, żadnej gry; poruszasz się po prostu wewnątrz czyjejś psychiki i wydajesz rozkazy. Mam teorię, że 

kapłani Majów wypracowali rodzaj jednostronnej telepatii, by nakłonić chłopów do pracy. Taki interes zawsze w 

końcu  upada,  ponieważ  telepatia  nie  jest  z  natury  rzeczy  układem  jednostronnym,  ani  w  ogóle  układem 

zawierającym nadawcę i odbiorcę. 

Obecnie  Amerykanie  eksperymentują  z  yage,  chyba  że  są  jeszcze  głupsi,  niż  myślę.  Yage  może  być 

środkiem do pogłębienia wiedzy o telepatii. Wszystko, co można osiągnąć drogą chemiczną, można też osiągnąć 

innymi  drogami.  -  Lee  spostrzegł,  że  Allerton  nie  okazuje  zbytniego  zainteresowania  i  zmienił  temat.  -  Czy 

czytałeś o starym Żydzie, który usiłował przemycić dziesięć funtów złota zaszytych w płaszczu? 

- Nie. I co się stało? 

-  Złapali  go  na  lotnisku,  kiedy  wybierał  się  na  Kubę.  Słyszałem,  że  na  lotniskach  mają  rodzaj 

wykrywacza,  który  dzwoni,  kiedy  ktoś  ma  przy  sobie  dużą  ilość  metalu.  Czytałem  więc  w  gazecie,  że  kiedy 

przeszukali  tego  Żyda  i  znaleźli  złoto,  wielu  cudzoziemców  o  żydowskim  wyglądzie  zajrzało  do  środka  przez 

okno.  Byli  w  stanie  wielkiego  podniecenia  -”Oj,  gefilte  fisz!  Złapali  Abiego!”  -  W  czasach  rzymskich  Żydzi 

powstali, zdaje się, że to było w Jerozolimie, i zabili pięćdziesiąt tysięcy Rzymian. Żydowskie samice, to znaczy 

młode  żydowskie  damy  -  muszę  uważać,  żebym  nie  został  oskarżony  o  antysemityzm  -  wykonały  striptiz, 

owinąwszy się uprzednio w jelita Rzymian. 

A skoro mowa o jelitach, to czy opowiadałem ci o moim przyjacielu, Reggie'em? To bohater brytyjskiego 

wywiadu,  choć  nie  sławiono  go  w  pieśniach.  Stracił  na  służbie  dupę  i  trzy  metry  jelit.  Przez  wiele  lat  żył  w 

przebraniu  arabskiego  chłopca,  znanego  w  centrali  jako  “Numer  69”.  To  były  jednak  pobożne  życzenia,  bo 

Arabowie ładują wyłącznie w jedną stronę. No i przyplątała  mu się rzadka  choroba  orientalna i  biedny Reggie 

stracił  dużą  część  flaczków.  Za  Boga  i  Ojczyznę,  co?  Nie  chciał  żadnych  przemówień,  żadnych  medali. 

Wystarczyło mu, że wie, za jaką sprawę służył. Pomyśl o tych latach cierpliwych oczekiwań, aż kolejny fragment 

układanki wpasuje się w swoje miejsce. 

Nigdy nie mówi się o agentach w rodzaju Reggie'ego, ale to ich informacje, zdobywane w bólu i wśród 

niebezpieczeństw,  pozwalają  jakiemuś  generałowi  z  linii  frontu  ułożyć  plan  błyskotliwej  kontrofensywy  i 

udekorować  pierś  medalami.  Na  przykład  to  właśnie  Reggie  pierwszy  odgadł,  że  wrogowi  kończy  się  paliwo, 

kiedy  wyczerpał  im  się  zapas  żelu  nawilżającego.  To  było  tylko  jedno  z  jego  mistrzowskich  posunięć.  Co  byś 

powiedział na stek T-bone na dwóch? 

- Dobra. 

background image

- Niedosmażony? 

- Na pół niedosmażony. 

Lee przeglądał menu. 

- Jest tu “pieczona Alaska” - oznajmił. - Jadłeś to kiedyś? 

- Nie. 

- Naprawdę dobre. Na zewnątrz gorące, w środku zimne. 

- Pewnie dlatego nazywają to “pieczoną Alaską”. 

- Mam pomysł  na nową potrawę. Bierze się żywą świnię  i wrzuca do bardzo gorącego pieca, tak  żeby 

upiekła  się  na  zewnątrz,  a  kiedy  się  ją  przetnie,  w  środku  będzie  żywa  i  drgająca.  Albo,  jeśli  organizujemy 

dramatyczną knajpę, to kwicząca świnia oblana płonącą brandy wybiega z kuchni i zdycha tuż przy twoim krześle. 

Możesz sięgnąć, oderwać chrupiące, trzeszczące uszy i pogryzać je do koktailu... 

 

 

Na zewnątrz rozciągało się miasto spowite w fioletową mgłę. Wiał ciepły, wiosenny wiatr. Wracali przez 

park do mieszkania Lee, zatrzymując się czasem, przytulając się i śmiejąc. 

Jakiś Meksykanin rzucił: 

Cambrones

*

Chinga  tu madre

*

 - zawołał  za  nim  Lee i dodał po  angielsku: - Przyjeżdżam  tu, do twojego  małego, 

zaszczanego kraju, wydaję swoje gitne amerykańskie dolary i co? Obraża się mnie w publicznym miejscu! 

Meksykanin odwrócił się i zawahał. Lee rozpiął płaszcz i wetknął kciuk pod rewolwer wetknięty za pas. 

Meksykanin poszedł dalej. 

- Któregoś dnia nie odejdą - powiedział Lee. 

W mieszkaniu wypili trochę brandy. Lee objął Allertona ramieniem. 

- No, skoro nalegasz - powiedział Allerton. 

 

 

W niedzielę Allerton był na kolacji u Lee. Lee przygotował kurze wątróbki, ponieważ Allerton zawsze 

chciał  zamówić  w  restauracji  kurze  wątróbki,  a  zazwyczaj  są  tam  nieświeże.  Potem  Lee  chciał  się  kochać  z 

Allertonem, ale ten odtrącił go i powiedział, że chce teraz iść do “Ship Ahoy” na rum z colą. Lee zgasił światło i 

zanim wyszli, objął kochanka. Allerton był sztywny z wściekłości. 

Po przyjściu do “Ship Ahoy” Lee poszedł do baru i zamówił dwa rumy z colą. 

- Zrób ekstramocne - polecił barmanowi. Allerton siedział przy stoliku z Mary. Lee przyniósł mu koktail, 

potem dosiadł się do Joego Guidry'ego. Guidry był z młodym mężczyzną, który właśnie opowiadał, jak leczył go 

wojskowy psychiatra. 

- No i czego dowiedziałeś się od swego psychiatry? - spytał Guidry kłótliwie, agresywnym tonem. 

- Dowiedziałem się, że mam kompleks Edypa. Dowiedziałem się, że kocham swoją matkę. 

- Przecież każdy człowiek kocha swoją matkę, synu - odparł Guidry. 

- Chodzi o to, że kocham moją matkę fizycznie. 

                                             

*

 Cambrones - (hiszp.) rogacze. 

*

 Chinga tu madre - (hiszp.) Twoja matka to śmierdziel. 

background image

- Nie wierzę w to, synu - rzekł Guidry. 

Lee wydało się to zabawne i wybuchnął śmiechem. 

- Słyszałem, że Jim Cochan wrócił do Stanów - oznajmił Guidry. - Ma zamiar pracować na Alasce. 

- Dzięki Bogu, że jestem dżentelmenem niezależnym  finansowo i nie  muszę się narażać na  bezlitosne 

warunki podbiegunowe - oświadczył Lee. - A propos, czy poznałeś żonę Jima, Alice? Mój Boże, to amerykańska 

kurwa,  która  nie  popuści.  Nigdy  jeszcze  nie  spotkałem  kogoś,  kto  by  się  z  nią  równał.  Jim  nie  ma  żadnego 

przyjaciela,  którego  mógłby  przyprowadzić  do  domu.  Nie  trzeba  dodawać,  że  moja  chata  to  dla  Jima  teren 

zakazany i zawsze, kiedy do  mnie przychodzi, ma wzrok ściganego dezertera. Nie wiem, dlaczego Amerykanie 

tolerują takie gówno ze strony kobiet. Nie jestem oczywiście specjalistą od ciała kobiecego, ale Alice ma wypisane 

na całej swojej kościstej, nieapetycznej powłoce: “Beznadziejna w łóżku”. 

- Wiesz, Lee, jesteś bardzo nieprzyjemny dzisiejszego wieczora - powiedział Guidry. 

- Nie bez powodu. Czy opowiadałem ci o facecie imieniem Wigg? To amerykański cwaniak, ćpun, który 

podobno gra na skrzypcach. Regularny oszust; pomimo że ma złoto, zawsze ściąga herę i mówi: “Nie, nie chcę 

ku p ow a ć. Chcę tylko pół działki”. Ten koleś wyczerpał już u mnie swój kredyt. Jeździ nowym chryslerem za trzy 

tysiące  dolarów  i  jest  zbyt  skąpy,  żeby  kupić  sobie  towar.  Kim  ja  jestem,  na  miłość  boską,  Ćpuńskim 

Towarzystwem Dobroczynnym? Ten Wigg to szczyt ohydy. 

- To twój fagas? - spytał Guidry, co najwyraźniej zaszokowało jego młodego przyjaciela. 

-  Nawet  nie.  Mam  większą  rybę  do  usmażenia  -  odparł  Lee.  Spojrzał  na  Allertona,  który  śmiał  się  z 

czegoś, co powiedziała Mary. 

- Rzeczywiście ryba - zażartował Guidry. - Zimna, śliska i trudna do złapania. 

background image

 

Rozdział 5 

 

Lee umówił się z Allertonem w poniedziałek na jedenastą. Mieli pójść do lombardu i wykupić aparat. Lee 

przyszedł do Allertona i obudził go punktualnie o jedenastej. Allerton był ponury. Przez moment wyglądało na to, 

że znowu chce zasnąć. 

- Wstajesz wreszcie, czy... - zniecierpliwił się w końcu Lee. 

Allerton otworzył oczy i zamrugał nimi. 

- Wstaję - odparł. 

Lee  usiadł  i  zaczął  czytać  gazetę,  zwracając  uwagę  na  to,  żeby  nie  patrzeć,  jak  Allerton  się  ubiera. 

Usiłował  kontrolować  swój  gniew  i  złość,  a  ten  wysiłek  go  wyczerpywał.  Coś,  jak  gdyby  ciężka  kotwica, 

zwalniało  ruch  i  myśli.  Jego  twarz  była  sztywna,  głos  głuchy.  Napięcie  utrzymywało  się  przez  całe  śniadanie. 

Allerton pił w milczeniu sok pomidorowy. 

Wykupienie aparatu zajęło im cały dzień. Allerton zgubił kwit. Urzędnicy kręcili głowami i czekając, aż 

znajdzie,  bębnili palcami po stole.  Lee wyciągnął dodatkowe dwieście pesos. W  sumie zapłacił czterysta  pesos 

plus odsetki i rozmaite opłaty. Wręczył aparat Allertonowi, który wziął go bez słowa. 

W milczeniu wrócili do “Ship Ahoy”. Lee wszedł i zamówił drinka. Allerton zniknął. Wrócił po godzinie 

i usiadł obok Lee. 

- Co powiesz na kolację? - spytał Lee. 

-  Nie.  Myślę,  że  dziś  w  nocy  będę  pracował  -  odparł  Allerton.  Lee  był  zgnębiony  i  rozbity.  Ciepło  i 

wesołość  sobotniej  nocy  przepadły,  a  on  nie  wiedział  dlaczego.  W  każdym  związku,  czy  to  była  miłość,  czy 

przyjaźń, Lee starał się ustawić kontakt na intuicyjnym, niewerbalnym poziomie; cicha wymiana myśli i uczuć. 

Teraz Allerton raptownie zerwał tę nić i Lee odczuwał fizyczny ból, jakby część jego ciała, wysunięta na próbę w 

kierunku drugiego człowieka, została odrąbana, a on patrzy zszokowany, nie dowierzając, na krwawiący kikut. 

- Podobnie jak administracja Wallace'a, będę subsydiował brak produkcji. Zapłacę ci dwadzieścia pesos 

za  to,  żebyś  dziś  w  nocy  nie  pracował  -  zaproponował  Lee.  Już  miał  zacząć  rozbudowywać  ten  pomysł,  kiedy 

powstrzymał go chłód ze strony Allertona. Umilkł zaszokowany, patrząc na chłopca oczyma pełnymi bólu. 

Allerton był nerwowy i zirytowany, bębnił palcami po stole i rozglądał się dokoła. Nie rozumiał, dlaczego 

Lee go denerwuje. 

- Co powiesz na drinka? - zaproponował Lee. 

- Nie, nie teraz. Poza tym muszę już iść. 

Lee wstał gwałtownie. 

- No to na razie. Do jutra. 

- Tak. Dobranoc. 

Allerton zostawił Lee, który stał nieruchomo, próbując ułożyć jakiś plan, powstrzymać go od odejścia, 

umówić się na następny dzień, żeby choć trochę złagodzić ból. 

Allerton odszedł. Lee wyciągnął rękę i dotknął oparcia krzesła. Oparł się na nim jak człowiek osłabiony 

chorobą. Wbił wzrok w stół, jego myśli były powolne, jak gdyby było mu zimno. 

Barman postawił przed nim kanapkę. 

- Co? - spytał Lee. - Co to jest? 

background image

- Kanapka, którą zamówiłeś. 

- A, tak. - Lee zjadł kilka kęsów i popił wodą. - Dopisz do mojego rachunku, Joe - krzyknął do barmana. 

Wstał i wyszedł. Szedł powoli. Kilkakrotnie opierał się o drzewa, wpatrując się w ziemię, jakby bolał go 

brzuch. W domu zdjął płaszcz, buty i usiadł na łóżku. Rozbolało go gardło, oczy mu zwilgotniały i padł na łóżko, 

szlochając spazmatycznie. Podciągnął kolana i zakrył twarz dłońmi. Z nadejściem świtu odwrócił się na plecy i 

wyprostował. Przestał szlochać, a jego twarz wypogodziła się w świetle poranka. 

Lee  obudził  się  koło  południa  i  długo  siedział  na  krawędzi łóżka,  trzymając  but  w  dłoni.  Potem  umył 

twarz, założył płaszcz i wyszedł. 

Skierował  się  do  Zocalo  i  spacerował  przez  kilka  godzin.  Miał  wyschnięte  usta.  Wszedł  do  chińskiej 

restauracji, usiadł przy stoliku w zacisznym miejscu i zamówił colę. Teraz, kiedy siedział i nic go nie rozpraszało, 

ogarnął go smutek i rozgoryczenie. Myślał o tym, co się właściwie stało. 

Musiał  spojrzeć  prawdzie  w  oczy.  Allerton  nie  był  pedałem  na  tyle,  żeby  wejść  w  związek  oparty  na 

wzajemnych zależnościach. Uczucie, jakim darzył go Lee, irytowało go. Podobnie jak wielu ludzi nie mających 

nic do roboty, nie mógł ścierpieć, gdy ktoś rościł sobie prawo do jego czasu. Nie miał bliskich przyjaciół. Nie lubił 

umawiać się konkretnie. Nie lubił odczuwać, że ktokolwiek czegoś po nim oczekuje. Chciał, w miarę możliwości, 

żyć bez nacisków z zewnątrz. Poczuł się dotknięty tym, że Lee zapłacił za jego aparat, że został “wciągnięty w 

lewy interes” i zobowiązany do wdzięczności wbrew własnej woli. 

Allerton nie uznawał przyjaciół dających prezenty za sześćset pesos i nie czuł się dobrze, wykorzystując 

Lee. Ale nie zrobił nic, żeby wyjaśnić sytuację. Nie chciał dostrzec sprzeczności w tym, że równocześnie przyjął 

przysługę i był nią urażony. Lee  zrozumiał, że jest w stanie  dostroić się do punktu widzenia Allertona, chociaż 

sprawiłoby mu to ból. Musiał zdać sobie sprawę z bezmiaru jego obojętności. 

Lubiłem go i pragnąłem, żeby on mnie lubił, myślał Lee, nie chciałem niczego kupować. Muszę wyjechać 

z miasta, postanowił. Pojechać gdzieś. Na przykład do Panamy albo Ameryki Południowej. 

Poszedł na dworzec sprawdzić, kiedy odjeżdża najbliższy pociąg od Veracruz. Odjeżdżał w nocy, ale Lee 

nie  kupił  biletu.  Na  myśl  o  samotnej  podróży  do  obcego  kraju,  gdzie  będzie  z  dala  od  Allertona,  ogarnęło  go 

uczucie zimna i opuszczenia. 

Pojechał taksówką do “Ship Ahoy”. Allertona tam nie było; Lee siedział przez trzy godziny przy barze i 

pił.  Wreszcie  Allerton  zajrzał  przez  drzwi,  zamachał  niezdecydowanie  do  Lee  i  poszedł  z  Mary  na  górę.  Lee 

wiedział, że prawdopodobnie poszli do właściciela “Ship Ahoy”, gdzie często jadali obiady. Poszedł na górę do 

Toma Westona.  Zastał tam Mary i Allertona. Lee usiadł i starał się zrozumieć, o co chodzi Allertonowi, ale był 

zbyt  pijany,  żeby  wymyślić  coś  sensownego.  Jego  próby  prowadzenia  zwykłej,  żartobliwej  konwersacji  były 

żałosne. 

 

 

Musiał widocznie zasnąć. Mary i Allerton odeszli. Tom Weston przyniósł mu trochę gorącej kawy. Lee 

wypił, po czym wstał i potykając się wyszedł. 

Był zupełnie wyczerpany. Spał do rana. 

Sceny tego chaotycznego, pijanego miesiąca przesuwały się przed jego oczyma. Była tam twarz, której 

Lee  nie  poznawał.  Ładny  chłopiec  o  bursztynowych  oczach  i  pięknych,  prostych,  czarnych  brwiach.  Widział 

siebie, jak prosi kogoś, kogo ledwo zna, żeby postawił mu piwo w barze na Insurgentes. Tamten odmówił mu w 

background image

paskudny sposób.  Zobaczył siebie, jak wyjmuje rewolwer, żeby  obronić się przed napastnikiem, który szedł za 

nim  od  baru  zdzierusów  na  Coahuila  i  próbował  go  obrobić.  Czuł  przyjazne,  uspokajające  dłonie  ludzi,  którzy 

pomogli mu dojść do domu. - Spokojnie, Bill. - Stał tam jego przyjaciel z dzieciństwa, Rollins, ze swoim psem 

myśliwskim,  mocny  i  męski.  Carl  biegnący  do  tramwaju.  Moor  ze  swoim  ohydnym,  złośliwym  uśmiechem. 

Twarze  zlały  się  w  jedno  w  tym  koszmarze,  dziwne  postaci  mówiły  do  niego  rzeczy,  których  nie  rozumiał, 

wreszcie wszystko znikło. 

 

 

Lee wstał, ogolił się i poczuł się lepiej. Okazało się, że jest w stanie zjeść grzankę i wypić trochę kawy. 

Zapalił papierosa. Przeczytał gazetę, próbując nie myśleć o Allertonie. Potem poszedł do miasta i przejrzał sklepy 

z bronią.  Za dwieście pesos kupił 32-20  w doskonałym stanie, z numerem seryjnym  poniżej trzystu tysięcy. W 

Stanach kosztowałby co najmniej sto dolarów. 

Wszedł  do  amerykańskiej  księgarni  i  kupił  książkę  o  szachach.  Wziął  ją  do 

Chapultepec, usiadł w kawiarni przy lagunie i zaczął czytać. Dokładnie na wprost niego była 

wyspa, na której rósł ogromny cyprys. Na gałęziach siedziały setki sępów. Lee zastanawiał się, 

co jedzą. Rzucił w tamtą stronę kawałek chleba: sępy nie zareagowały. 

Lee  interesował  się  teorią  gier  i  strategią  zachowań  przypadkowych.  Tak  jak  przypuszczał,  szachy 

wykluczają  element  szczęścia  i  usiłują  wyeliminować  nieprzewidywalny  czynnik  ludzki.  Gdyby  można  było 

całkowicie zrozumieć  mechanizm tej gry, wynik byłby znany już po pierwszym posunięciu. Gra dla  myślących 

maszyn, pomyślał Lee. Czytał dalej, uśmiechając się od czasu do czasu. Wreszcie wstał, wrzucił książkę do laguny 

i odszedł. 

Lee  od  początku  wiedział,  że  związek  z  Allertonem  nie  przyniesie  mu  tego,  czego  pragnął.  Wymowa 

faktów była bezlitosna. Jednak nie mógł się poddać. A może uda mi się coś zmienić, pomyślał. Był gotów podjąć 

każde ryzyko, każde, nawet radykalne działanie. Lee - jak święty albo jak ścigany przestępca, nie mający nic do 

stracenia - przezwyciężył pragnienia nieznośnego, starzejącego się, przerażonego ciała. 

Wziął taksówkę i pojechał do “Ship Ahoy”. Allerton stał w słońcu przed knajpą, mrugając powiekami. 

Lee spojrzał na niego i uśmiechnął się. Allerton odwzajemnił uśmiech. 

- Jak się masz? 

- Jestem śpiący. Dopiero wstałem. - Ziewnął i ruszył w stronę “Ship Ahoy”. Machnął ręką. - Na razie. - 

Usiadł przy  barze  i zamówił  sok  pomidorowy.  Lee  wszedł, usiadł obok niego i zamówił podwójny  rum z colą. 

Allerton wstał i  dosiadł  się do stolika Toma Westona.  Zawołał  do barmana: -  Przynieś tu ten  sok pomidorowy, 

dobrze, Joe? 

Lee usiadł obok Allertona. Tom Weston zbierał się do wyjścia. Allerton wyszedł za nim, po czym wrócił, 

usiadł w drugiej sali i zabrał się do czytania gazet. Weszła Mary i usiadła obok niego. Rozmawiali parę minut, a 

potem rozstawili figury szachowe. 

Lee  wypił  trzy  drinki.  Podszedł  i  przysunął  krzesło  do  stolika,  przy  którym  Mary  i  Allerton  grali  w 

szachy. 

- Sie macie - powiedział. - Mogę pokibicować? 

Mary  podniosła  rozdrażniony  wzrok,  ale  uśmiechnęła  się,  napotkawszy  mocne  i  zuchwałe  spojrzenie 

Lee. 

background image

- Czytałem o szachach. Wymyślili je Arabowie - i wcale się temu nie dziwię. Nikt nie potrafi siedzieć tak 

jak Arab. Klasyczna arabska partia szachów  była po prostu konkursem siedzenia. Kiedy  obaj gracze umierali z 

głodu, partia kończyła się patem. - Lee przerwał i pociągnął długi łyk. - W okresie baroku powszechnie przyjęła się 

praktyka nękania przeciwnika za pomocą rozmaitych irytujących czynności. Niektórzy gracze korzystali z nitki do 

czyszczenia zębów, inni wyłamywali palce i puszczali bańki ze śliny. Stosowano coraz to nowe techniki. W roku 

1917  podczas  meczu  w  Bagdadzie  Arab  Arachnid  Khayam  pokonał  niemieckiego  mistrza  Kurta  Schlemiela

*

 

mrucząc: “Ja Zostanę, Kiedy Ciebie Zabraknie” - czterdzieści tysięcy razy, za każdym razem wyciągając rękę do 

szachownicy,  jakby  miał  zamiar  zrobić  ruch.  W  końcu  Schlemiel  dostał  ataku  konwulsji.  Czy  mieliście  okazję 

widzieć  spektakl  włoskiego  mistrza  Tetrazziniego?  -  Lee  podał  Mary  ogień.  -  Celowo  mówię  “spektakl”, 

ponieważ był to wielki showman i, jak wszyscy showmani, uciekał się nie tylko do hochsztaplerki, lecz także do 

zwykłych oszustw. Czasami puszczał zasłony dymne, żeby ukryć swoje manewry przed wzrokiem przeciwnika; 

chodzi  mi  oczywiście  o  prawdziwe  zasłony  dymne.  Miał  oddział  tresowanych  kretynów,  którzy  na  dany  znak 

wbiegali i zjadali figury. Kiedy klęska zaglądała mu w oczy, a działo się to często, ponieważ nie miał pojęcia o 

szachach, poza samymi regułami, a nawet tych nie był pewien - skakał do góry, wrzeszcząc: “Ty tani sukinsynu! 

Widziałem, jak schowałeś królową!” i  walił pękniętą  filiżanką w twarz przeciwnika. W 1922 wywieziono  go  z 

Pragi  na  wozie  drabiniastym.  Później  widziałem  Tetrazziniego  w  Górnej  Ubandze.  Zupełny  wrak.  Handlował 

lewymi kondomami. Był to rok zarazy bydlęcej i wszystko padało, nawet hieny. 

Lee  przerwał.  Gadał  teraz  jak  nakręcony.  Wprawdzie  sam  nie  był  pewien,  co  powie  za  chwilę,  ale  z 

doświadczenia  wiedział,  że  lada  moment  monolog  zacznie  się  robić  wulgarny.  Spojrzał  na  Mary.  Wymienili  z 

Allertonem znaczące spojrzenia. 

To jakiś kod, miłosny, zdecydował Lee, mówi mu teraz, że zaraz muszą wyjść. 

Allerton wstał,  oznajmiając, że  musi się ostrzyc  przed pracą. Oboje  wyszli,  a  Lee został w barze  sam, 

ciągnąc dalej swój monolog. 

- Pracowałem jako adiutant generała von Klutcha. Był bardzo wymagający. Trudno go było zadowolić. 

Zrezygnowałem  po  pierwszym  tygodniu.  Mieliśmy  w  koszarach  powiedzonko:  “Nigdy  nie  oddawaj  staremu 

Klutchowi  flanki”.  Nie  mogłem  już  znieść  kolejnej  nocy  z  Klutchem,  więc  zorganizowałem  małą  karawanę  i 

wyruszyłem razem z  Abdulem, miejscowym adonisem. Dziesięć  mil za Tanhajaro Abdul zachorował na zarazę 

bydlęcą  i  musiałem  zostawić  go  śmierci.  Nienawidziłem  siebie  za  to,  co  robię,  ale  nie  było  innego  wyjścia. 

Zupełnie stracił wygląd, rozumiecie. 

U  źródeł  Zambezi  natknąłem  się  na  starego  holenderskiego  handlarza.  Po  długich  targach  dałem  mu 

puszkę  środków  uśmierzających  za  chłopca  -  pół-Effendi,  pół-Lulu.  Liczyłem  na  to,  że  wystarczy  mi  aż  do 

Timbuktu,  może  nawet  do  Dakaru.  Ale  Lulu-Effendi  wyglądał  na  zniszczonego  jeszcze  przed  Dakarem,  więc 

postanowiłem  wymienić  go  na  czysty  model  beduiński.  Krzyżówki  dają  ładny  wygląd,  ale  nie  są  trwałe.  W 

Timbuktu poszedłem na Targ Używanych Niewolników Corn Hole Gusa, zobaczyć, co można z nim utargować. 

Gus wybiega i zaczyna nawijać: 

-  A,  sahib  Lee.  Allach  pana  zsyła!  Mam  coś  w  sam  raz  dla  pana.  Proszę  wejść.  Ten  tutaj  miał  tylko 

jednego właściciela i to lekarza. To taki typ “po jednym razie, lekko, dwa razy w tygodniu”. Jest młody i delikatny. 

Właściwie jeszcze gaworzy...oto on! 

-  To starcze  ślinienie nazywasz  gaworzeniem? Mój dziadek  złapał od niego syfa. Spróbuj jeszcze  raz, 

                                             

*

 Schlemiel - (jidysz) głupek, nieudacznik. 

background image

Gussie. 

-  Nie  podoba  się  panu?  Szkoda.  No,  są  gusta  i  guściki,  jak  to  się  mówi.  Tutaj  mam  stuprocentowego 

Beduina rasy pustynnej, z rodowodem. W prostej linii pochodzi od Proroka. Proszę zobaczyć jaka postawa. Jaka 

duma! Jaki ogień! 

- Dobra robota charakteryzatorska, Gus, ale nie doskonała. To mongolski kretyn-albinos. Słuchaj, Gussie, 

masz do czynienia z najstarszą ciotą w  Górnej Ubandze, więc przestań się  wygłupiać. Sięgnij do swojej nory  i 

wyciągnij najlepiej wyglądającego chłopczyka, jakiego masz na tym zjedzonym przez mole bazarze. 

- Dobrze, sahib Lee. Chodzi panu o klasę, tak? Proszę za mną. Tutaj. Czy jeszcze muszę mówić? Klasa 

mówi sama za siebie. Miewam tu wielu skąpych klientów, którzy najpierw chcą widzieć klasę, a potem krzyczą, 

słysząc cenę. Ale i pan, i ja wiemy, że klasa kosztuje. W gruncie rzeczy, przysięgam na fiuta Proroka, tracę na tej 

transakcji. 

- Mhm. Kilka mil na nim zrobiono, ale może być. Co powiesz na próbny kurs? 

- Panie Lee, na miłość boską, ja tu nie prowadzę lokalu. U mnie jest tylko na wynos, bez konsumpcji na 

miejscu. Mogliby mi odebrać licencję. 

- Nie chcę się znaleźć w  odległości stu mil  od najbliższego suku z  jednym z twoich arcydzieł z taśmy 

klejącej i gipsu. A oprócz tego, jaką mam pewność, że to nie Liz? 

- Sahib Lee! To jest uczciwy targ! 

- Nabrano mnie tak raz w Marakeszu. Ktoś wcisnął mi żydowską transwestytkę Lizzie jako abisyńskiego 

księcia. 

- Ha, ha, ha! Zna pan mnóstwo śmiesznych dowcipów, prawda? Co pan na to: zatrzyma się pan na noc w 

mieście i wypróbuje go. Jeśli rano nie będzie go pan chciał, zwracam wszystko co do piastra. Zgoda? 

- O.K. Co mi dasz za tego Lulu-Effendi? Jest w doskonałym stanie. Tuż po remoncie. Nie je dużo i nic nie 

mówi. 

- Jezu, panie Lee! Pan wie, że dałbym sobie dla pana obciąć prawe jajo, ale przysięgam na pizdę mojej 

matki, niech padnę, niech mnie sparaliżuje, niech mi kutas odpadnie, jeśli tych mieszańców nie jest trudniej ruszyć 

niż kiszki ćpuna. 

- Daj sobie spokój. Ile? 

Gus staje przed Lulu-Effendi, podejmując się pod boki. Uśmiecha się i kręci głową. Obchodzi chłopaka 

dookoła. Wyciąga rękę i wskazuje na mały żylak za kolanem. 

- Spójrz na to - mówi, ciągle się uśmiechając i kręcąc głową. Znowu obchodzi chłopaka... – Poza tym ma 

hemoroidy. - Kręci głową. - Nie wiem. Naprawdę nie wiem, co powiedzieć. Otwórz gębę, mały... Brakuje dwóch 

zębów. - Gus przestaje się uśmiechać. Mówi niskim, poważnym głosem, jak grabarz. - Będę z panem szczery, Lee. 

Mam teraz u siebie pełno tego towaru. Wolałbym raczej zapomnieć o tym i pomówić o gotówce za mojego. 

- A co ja mam z nim zrobić? Sprzedać na ulicy? 

- Mógłby go pan wziąć ze sobą jako zapasowego. Ha, ha... 

- Ha. Co mi za niego dasz? 

- No, niech pan się nie wścieka... Dwieście piastrów. - Gus ucieka figlarnie, niby przed moim gniewem i 

wyrzuca w górę garść pyłu... 

Opowieść  urwała  się  nagle.  Lee  rozejrzał  się  dokoła,  w  barze  było  prawie  pusto.  Zapłacił  za  drinki  i 

wyszedł w noc. 

background image

 

Rozdział 6 

 

Za  namową  Toma  Westona  Lee  poszedł  w  czwartek  na  wyścigi.  Weston  był  astrologiem-amatorem  i 

zapewniał  Lee,  że  gwiazdy  są  we  wręcz  idealnym  położeniu,  więc  wygrana  jest  murowana.  Lee  przegrał  pięć 

gonitw i wrócił taksówką do “Ship Ahoy”. 

Mary  i  Allerton  siedzieli  przy  stole  z  peruwiańskim  szachistą.  Allerton  poprosił  Lee,  żeby  podszedł  i 

przysiadł się do nich. 

- Gdzie jest ta kurwa od horoskopów? - spytał Lee, rozglądając się wokoło. 

- Czy Tom wpuścił cię w kanał? - spytał Allerton. 

- Owszem. 

Mary wyszła z Peruwiańczykiem. Lee skończył trzeciego drinka i zwrócił się do Allertona. 

- Mam zamiar pojechać niedługo do Ameryki Południowej. Może zabrałbyś się ze mną? Nie będzie cię to 

kosztować ani centa. 

- Ale przecież nie chodzi o pieniądze. 

- Nie jestem trudnym człowiekiem. Moglibyśmy dojść do porozumienia. Co masz do stracenia? 

- Niezależność. 

-  Kto  ogranicza  twoją  niezależność?  Jeśli  chcesz,  możesz  spać  ze  wszystkimi  kobietami  w  Ameryce 

Południowej. Wszystko, o co proszę, to żebyś był miły dla taty, powiedzmy - dwa razy w tygodniu. To nie jest zbyt 

dużo, prawda? Poza tym kupię ci bilet powrotny, więc będziesz mógł wrócić, kiedy ci się spodoba. 

Allerton wzruszył ramionami: 

- Przemyślę to. Pracuję jeszcze przez dziesięć dni. Dam ci ostateczną odpowiedź, kiedy to się skończy. 

- Twoja praca... - Lee chciał już powiedzieć, że mu zapłaci za te dziesięć dni, powiedział jednak: - Dobra. 

Praca Allertona w gazecie była tymczasowa, a on i tak był zbyt leniwy, żeby ją utrzymać. Dlatego jego 

odpowiedź znaczyła “nie”. Lee miał zamiar porozmawiać z nim po dziesięciu dniach. Pomyślał, że teraz lepiej nie 

nalegać. 

 

 

Allerton planował trzydniową wycieczkę do Morelii ze swymi kolegami z pracy. W noc poprzedzającą 

jego  wyjazd  Lee  znajdował  się  w  stanie  maniakalnego  podniecenia.  Zebrał  wokół  swojego  stolika  sporo 

hałaśliwych osób. Allerton grał w szachy z Mary, a Lee robił największy harmider, jaki tylko potrafił. Wodził rej 

przy stoliku, ale wszyscy jego znajomi byli trochę skrępowani, tak jakby pragnęli znaleźć się teraz gdzieś indziej. 

Myśleli, że Lee jest pewnie trochę stuknięty. Jednak w momentach, kiedy wydawało się, że lada chwila dopuści się 

jakiegoś  skandalicznego  ekscesu,  opanowywał  się  i  mówił  coś  zupełnie  banalnego.  Lee  rzucił  się,  by  objąć 

nowego gościa: 

- Ricardo! Amigo mío! - krzyknął. - Nie widziałem cię lata całe. Gdzie bywałeś? Masz dziecko? Siadaj na 

dupie, czy na tym,  co  z niej zostało po czterech latach w Marynarce. Co cię  gryzie,  Richard?  Kobiety? Jestem 

szczęśliwy, że przyszedłeś do mnie, a nie do tych trajkotek na najwyższym piętrze. 

W tym momencie Allerton i Mary wymienili po cichu parę słów i wyszli. 

Lee popatrzył za nimi w milczeniu. Teraz gram dla pustej widowni, pomyślał. Zamówił jeszcze jeden rum 

background image

i  połknął  cztery  tabletki  benzedryny.  Potem  poszedł  do  sieni  i  wypalił  działkę  trawki.  Teraz  porwę  moją 

publiczność, pomyślał. 

Stojący  obok  kierowca  autobusu  złapał  mysz  i  trzymał  ją  za  ogon.  Lee  wyjął  staroświecki  rewolwer 

kaliber 22, który czasem nosił przy sobie. 

- Wystaw tego skurwysyna, to go rozwalę - oświadczył, przyjmując postawę Napoleona. 

Chłopak przywiązał sznurek do ogona myszy i wyciągnął ramię. Lee wystrzelił z odległości metra. Kula 

oderwała myszy głowę. 

- Gdybyś podszedł bliżej, mysz zatkałaby lufę - powiedział Richard. 

Pojawił się Tom Weston. 

- Oto nadchodzi stara kurwa od horoskopów - oznajmił Lee. - Czy to cofający się Saturn wlecze cię za 

dupę, człowieku? 

- Moja dupa się wlecze, bo potrzebuję piwa - odparł Weston. 

- No to przyszedłeś we właściwe miejsce. Piwo dla mojego przyjaciela-astrologa... Co takiego? Przykro 

mi, stary - powiedział Lee, zwracając się do Westona - ale barman mówi, że znaki nie sprzyjają podaniu ci piwa. 

Widzisz, Wenus znajduje się w domu sześćdziesiątym dziewiątym razem z lubieżnym Neptunem, który nie chce 

pozwolić na to, żebyś pił piwo pod takimi auspicjami. - Lee popił opium czarną kawą. 

Wszedł Horace i na powitanie chłodno skinął głową. Lee popędził, żeby go objąć. 

- To jest silniejsze od nas obu, Horace, po co mamy skrywać naszą miłość? 

Horace sztywno wyciągnął rękę. 

- Daj spokój - powiedział. - Daj spokój. 

- To tylko meksykański abrazo

*

, Horace, to tutejszy zwyczaj. Tu wszyscy tak robią. 

- Nie obchodzi mnie, czyj to zwyczaj. Trzymaj się po prostu z daleka ode mnie. 

- Horace! Czemu jesteś taki chłodny? 

- Trzymaj się z daleka, dobrze? - powtórzył Horace i wyszedł. Trochę później wrócił i stanął przy barze, 

popijając piwo. 

Weston, Al i Richard podeszli i stanęli obok Lee. 

- Jesteśmy z tobą, Lee - zapewnił Weston. - Jeśli on tknie cię palcem, rozbiję mu butelkę na głowie. 

Lee nie chciał jednak przekraczać pewnych granic. Postanowił wszystko obrócić w żart: 

- Och, Horace jest w porządku, jak sądzę. Chociaż wszystko ma swoje granice. Od dwóch lat posyła mi to 

swoje oficjalne skinienie. Od dwóch lat wchodzi do Lola, rozgląda się i mówi: “Nie ma tu niczego oprócz ciot”, a 

potem wychodzi na ulicę wypić swoje piwo. Jak powiedziałem, wszystko ma swoje granice. 

 

 

Allerton  wrócił  z  podróży  do  Morelii  ponury  i  drażliwy.  Kiedy  Lee  zapytał,  czy  podróż  się  udała, 

wymamrotał:  “W  porządku”  -  i  poszedł  do  drugiej  sali  grać  z  Mary  w  szachy.  Lee  poczuł,  że  ogarnia  go  fala 

gniewu. 

- W jakiś sposób go zmuszę... Zapłaci mi za to - powiedział sobie. 

Lee rozważał  możliwość  kupna  połowy udziału w “Ship Ahoy”.  Allerton pił tu na kredyt i był winny 

czterysta  pesos.  Gdyby  Lee  został  współwłaścicielem  knajpy,  Allerton  nie  mógłby  go  lekceważyć.  W  istocie 

                                             

*

 Abrazo - (hiszp.) uścisk. 

background image

jednak Lee nie pragnął odwetu. Czuł rozpaczliwą potrzebę utrzymania z Allertonem jakiejś wyjątkowej relacji. 

Udało  mu  się  odnowić  kontakt.  Pewnego  popołudnia  Lee  i  Allerton  poszli  do  szpitala  odwiedzić  Ala 

Hymana, który był chory na żółtaczkę. W drodze powrotnej zatrzymali się w “Bottoms Up” na koktail. 

- Co z tą podróżą do Ameryki Południowej? - spytał gwałtownie Lee. 

- Zawsze jest miło zwiedzać nowe miejsca - odparł Allerton. 

- Możesz wyjechać w każdej chwili? 

- W każdej chwili. 

 

 

Następnego dnia Lee zaczął kompletować potrzebne wizy i bilety. 

-  Lepiej  kupić trochę sprzętu turystycznego tutaj - oświadczył. - Może  będziemy  musieli pójść w głąb 

dżungli w poszukiwaniu yage. Kiedy będziemy na miejscu, spytamy jakiegoś tubylca, gdzie możemy toto znaleźć. 

- Skąd będziesz wiedział, gdzie szukać? 

-  Mam  zamiar  dowiedzieć  się  tego  w  Bogocie.  Mieszka  tam  pewien  kolumbijski  naukowiec,  który 

wyodrębnił z yage telepatynę. Musimy go odszukać. 

- Załóżmy, że nie powie. 

- Wszyscy mówią, kiedy Borys nad nimi popracuje. 

- Borys to ty? 

-  Oczywiście,  że  nie.  Borysa  zabierzemy  w  Panamie.  Miał  świetne  wyniki  w  pracy  z  czerwonymi  w 

Barcelonie  i  z  gestapo  w  Polsce.  Utalentowany  człowiek.  Wszystko,  co  robi,  jest  wyjątkowo  oryginalne.  Jest 

delikatny, ale przekonywający. Łagodny, mały człowiek w okularach. Wygląda jak księgarz. Poznałem go w łaźni 

tureckiej w Budapeszcie. 

Minął ich jasnowłosy meksykański chłopiec pchający wózek. 

- Jezus Maria! - krzyknął Lee, rozdziawiając usta. - Jeden z tych blond Meksykanów! Nie ma to jak być 

pedałem, Allerton. Chociaż to tylko Meksykanie. Chodźmy się napić. 

 

 

Parę dni później wyjechali autobusem. Już w Panama City Allerton skarżył się, że Lee 

jest zbyt wymagający. Poza tym dogadywali się doskonale. Teraz, kiedy Lee mógł być dzień i 

noc blisko obiektu swoich pożądań, czuł, że uwolnił się od gryzącej pustki i strachu. Allerton 

był dobrym towarzyszem podróży, rozsądnym i spokojnym. 

background image

 

Rozdział 7 

 

Z  Panamy  polecieli  do  Quito  małym  samolotem,  który  z  trudem  wzbijał  się  ponad  chmury.  Steward 

włączył tlen. Lee powąchał rurę tlenową. 

- Jest przerwana! - skrzywił się z obrzydzeniem. 

Kiedy  znaleźli  się  w  Quito,  wiał  zimny  wiatr,  a  zmrok  dawno  zapadł.  Hotel  wyglądał  tak,  jakby  miał 

dwieście lat. Pokój był wysoki, miał czarny strop i białe otynkowane ściany. Siedzieli na łóżkach dygocząc. Lee 

był na lekkim głodzie. 

Przeszli się wokół głównego rynku. Lee znalazł aptekę, ale środki uśmierzające można było dostać tylko 

na  receptę.  Zimny  wiatr  spadał  z  wysokich  gór  i  roznosił  śmieci  główną  ulicą.  Ludzie  chodzili  w  ponurym 

milczeniu. Wielu miało twarze owinięte kocami. Wzdłuż muru kościoła stał rząd ohydnych, starych prostytutek 

opatulonych w brudne, stare koce, wyglądające jak płócienne worki. 

-  Słuchaj,  synu,  chcę,  żebyś  wiedział,  że  różnię  się  od  wielu  obywateli,  których  spotkałeś  w  życiu. 

Niektórzy ciągle powtarzają, że kobiety są do niczego. Ja taki nie jestem. Wybierz sobie którąś z tych señoritas i 

zabieraj ją do hotelu. 

Allerton spojrzał na niego. 

- Myślę, że przelecę coś tej nocy - powiedział. 

- Jasne - zgodził się Lee. - Nie krępuj się. Nie mają w tym chlewie zbyt wiele piękna, ale to nie powinno 

odstraszać nas - młodych. Czy to Frank Harris powiedział, że przed trzydziestką nie spotkał ani jednej brzydkiej 

kobiety? Tak, to on... Chodźmy z powrotem do hotelu i napijmy się. 

 

 

Bar wyglądał przeciętnie. Dębowe krzesła obite czarną skórą. Zamówili martini. Przy stoliku obok jakiś 

Amerykanin  z  czerwoną  twarzą,  ubrany  w  brązowy  gabardynowy  garnitur,  opowiadał  o  transakcji  dotyczącej 

zakupu dwudziestu tysięcy akrów ziemi. Naprzeciwko Lee siedział Ekwadorczyk z długim nosem i czerwonymi 

plamkami na policzkach, ubrany w czarny europejski garnitur. Pił kawę i jadł ciastka z kremem. 

Lee wypił kilka drinków. Z każdą chwilą robiło mu się coraz bardziej niedobrze. 

- Chcesz trawkę? - zaproponował Allerton. - Może to ci pomoże? 

- Dobry pomysł. Chodźmy na górę. 

Lee wypalił na balkonie skręta. 

- Mój Boże, ależ na tym balkonie jest zimno - powiedział, wchodząc do pokoju. 

-  “...A  kiedy  zmrok  spowija  piękne,  kolonialne  miasto  Quito  i  chłodne  podmuchy  spływają  z  Andów, 

wyjdź na świeżość wieczoru i przyjrzyj się  pięknym  señoritas, siedzącym w kolorowych strojach wzdłuż muru 

szesnastowiecznego  kościoła  naprzeciwko  głównego  rynku...  “  Człowiek,  który  to  napisał,  został  wyrzucony  z 

pracy. Są granice, nawet w przewodniku turystycznym... 

Tak  mniej  więcej  musi  wyglądać  Tybet.  Wysoki,  zimny,  pełen  brzydkich  ludzi,  lamów  i  jaków.  Na 

śniadanie mleko jaka, na obiad ser z mleka jaka, na kolację jak ugotowany w maśle z własnego mleka, jeśli chcesz 

znać moje zdanie, jest to kara, na którą jak zasługuje. 

Każdego ze świętych mężów czuć na piętnaście mil od nawietrznej w pogodny dzień. Siedzi taki i kręci 

background image

swoim paskudnym młynkiem modlitewnym. Owinięty w brudny, płócienny worek; w miejscu, gdzie szyja wystaje 

mu z worka, kłębią się pluskwy. Nos zgnił mu doszczętnie, a on wypluwa betel przez nozdrza jak plująca kobra... 

Odgrywa sztukę zatytułowaną “Mądrość Wschodu”. 

Spotykamy więc takiego  lamę, a jakiś reporter przeprowadza z nim wywiad. Święty siedzi i  żuje  swój 

betel. Po chwili odzywa się do jednego z akolitów: “Zejdź na dół do Świętej Studni i przynieś mi czerpak środka 

uśmierzającego. Zaraz przemówię Mądrością  Wschodu. I strząśnij ołów ze swojej przepaski!” - Wypija środek 

uśmierzający, po czym wchodzi w lekki trans i kontakt z energią kosmiczną. W naszym fachu nazywamy to akcją 

na kredyt. Reporter pyta: “Czy będzie wojna z Rosją, Mahatmo? Czy komunizm zniszczy cywilizację? Czy dusza 

jest nieśmiertelna? Czy Bóg istnieje?” 

Mahatma otwiera oczy, ściąga wargi i wypluwa nozdrzami dwie długie smugi śliny betelowej. Spływają 

mu  po  brodzie,  a  on  zlizuje  je długim,  obłożonym  językiem  i  mówi:  “Skąd  mam  wiedzieć,  do  kurwy  nędzy?” 

Akolita  mówi:  “Słyszeliście,  co  powiedział.  Teraz  wynocha.  Swami  chce  zostać  sam  na  sam  ze  swymi 

lekarstwami”. Jeśli się nad tym zastanowić, to jest właśnie mądrość Wschodu. Człowiek Zachodu myśli, że jest w 

tym jakaś tajemnica, którą można odkryć. A Wschód mówi: “Skąd mam wiedzieć, do kurwy nędzy?” 

 

 

Tej nocy Lee śniło się, że został zesłany do kolonii karnej. Wszędzie dookoła wznosiły się wysokie, nagie 

szczyty. Mieszkał w pensjonacie, w którym zawsze było zimno. Wyszedł na spacer. Kiedy  minął róg budynku i 

stanął  na  brudnej,  brukowanej  ulicy,  uderzył  w  niego  podmuch  zimnego  górskiego  wiatru.  Ściągnął  pas 

skórzanego płaszcza i poczuł chłód najgłębszej rozpaczy. 

Obudził się i zawołał do Allertona: 

- Śpisz, Gene? 

- Nie. 

- Zimno? 

- Tak. 

- Czy mogę do ciebie przyjść? 

- Noo, dobra. 

Lee wszedł do łóżka Allertona. Trząsł się z zimna i głodu narkotycznego. 

- Jezu święty, ale masz zimne ręce. 

Potem Allerton przekręcił się na bok, położył kolano na ciele Lee i zasnął. Lee leżał nieruchomo, żeby 

Allerton się nie zbudził i nie odsunął. 

 

 

Następnego  dnia  Lee  był  naprawdę  chory.  Chodzili  po  Quito.  Im  bardziej  poznawał  to  miasto,  tym 

bardziej  go  przygnębiało.  Leżało  na  terenie  mocno  pofałdowanym,  ulice  były  wąskie.  Gdy  Allerton  zszedł  z 

wysokiego krawężnika, jakiś samochód dosłownie otarł się o niego. 

- Dzięki Bogu, że nic ci się nie stało - powiedział Lee. - Byłoby okropnie, gdybyśmy musieli tu zostać 

dłużej. 

Usiedli w małej kafejce, gdzie spotykali się niemieccy uchodźcy, rozmawiający o wizach, przedłużeniach 

i  pozwoleniach  na  pracę.  Wdali  się  w  rozmowę  z  człowiekiem  siedzącym  przy  sąsiednim  stoliku.  Był  chudy, 

background image

jasnowłosy. Lee widział, jak błękitne żyły pulsują na jego wklęśniętych skroniach. Zimne, wysokogórskie słońce 

spływało na mizerną, zniszczoną twarz mężczyzny, na porysowany dębowy stół, na wytartą drewnianą podłogę. 

Lee spytał, czy podoba mu się Quito. 

- Być albo nie być, oto jest pytanie. Musi mi się podobać. 

Wyszli z kafejki i prowadzącą pod górę ulicą poszli do parku. Rosły tam drzewa skarłowaciałe od wiatru 

i zimna. Kilku chłopców wiosłowało w kółko po niewielkim stawie. Lee przyglądał się im, dręczony pożądaniem 

i ciekawością. Ujrzał siebie, jak rozpaczliwie przetrząsa ciała, pokoje i szafy w oszalałym poszukiwaniu; to był ten 

wciąż powracający koszmar. Na końcu owej upiornej wędrówki znajdował się zawsze pusty pokój. Lee wzdrygnął 

się, owiał go zimny wiatr. 

- Dlaczego nie spytasz w kafejce o adres jakiegoś lekarza? - zapytał Allerton. 

- Dobry pomysł. 

 

Lekarz mieszkał w cichej bocznej uliczce, w żółtej willi ozdobionej stiukami. Był Żydem, miał gładko 

wygoloną  czerwoną  twarz  i  mówił  dobrze  po  angielsku.  Tym  razem  Lee  postanowił  odegrać  rolę  chorego  na 

dezynterię. Lekarz zadał mu kilka pytań, po czym zaczął wypisywać receptę. 

- Najlepsze lekarstwo to środek uśmierzający z bizmutem - powiedział Lee. 

Lekarz roześmiał się i zaczął mu się uważnie przyglądać. 

-  Teraz  proszę  mi  powiedzieć  prawdę  -  powiedział  w  końcu.  Podniósł  palec  wskazujący  i  znów  się 

uśmiechnął.  -  Czy  jest  pan  uzależniony  od  opiatów?  Proszę  mi  szczerze  powiedzieć,  tak  będzie  lepiej,  w 

przeciwnym razie nie będę w stanie panu pomóc. 

- Tak - przyznał Lee. 

- Aha - powiedział lekarz, zmiął  wypisywaną receptę i wrzucił do kosza na  śmieci.  Spytał Lee, od jak 

dawna  jest  uzależniony.  Potrząsnął  głową,  patrząc  na  niego.  -  Ach  -  westchnął  -  jest  pan  jeszcze  młodym 

człowiekiem.  Musi  pan  z  tym  skończyć,  bo  inaczej  straci  pan  życie.  Lepiej,  żeby  cierpiał  pan  teraz,  niż  żeby 

kontynuował to przyzwyczajenie - patrzył na Lee życzliwie. 

Mój Boże, pomyślał Lee, człowieku, co ty musisz znosić w tej swojej pracy. Skinął głową i powiedział: 

- Oczywiście, doktorze, chcę przestać. Ale teraz muszę zasnąć. Jutro lecę na wybrzeże, do Manty. 

Lekarz  wyprostował  się  z  uśmiechem  na  krześle  i  powiedział  to,  co  Lee  słyszał  już  dziesiątki  razy  w 

podobnych sytuacjach: 

- Musi pan z tym skończyć... 

Lee  pokiwał  z  roztargnieniem  głową.  Wreszcie  lekarz  sięgnął  po  bloczek  z  receptami:  trzy  mililitry 

tinktury. 

W aptece zamiast tinktury dano Lee środek uśmierzający. Trzy mililitry, czyli niecała łyżeczka. Tyle co 

nic. Lee kupił butelkę tabletek przeciwhistaminowych i połknął całą garść. Chyba trochę pomogły. 

Następnego dnia rano odlecieli do Manty. 

Hotel Continental w Mancie był zbudowany z bambusa i nie heblowanych desek. Lee znalazł w ścianie 

ich pokoju kilka dziur po sękach i zatkał je papierem. 

- Nie chcę, żeby nas deportowano - wyjaśnił Allertonowi. - Kiedy jestem na głodzie, tak jak teraz, robię 

się baaardzo seksy. Sąsiedzi mogliby podejrzeć jakieś fascynujące sceny. 

- Pragnę wnieść skargę. Łamiesz umowę - powiedział Allerton. - Powiedziałeś, że dwa razy w tygodniu. 

background image

- Tak jest. Można oczywiście powiedzieć, że umowa jest mniej więcej elastyczna. Ale masz rację. Dwa 

razy w tygodniu, drogi panie. Oczywiście, jeśli oprócz tego poczujesz, że robi ci się gorąco w gaciach, daj mi znać. 

- Przedzwonię do ciebie. 

 

 

Woda była w sam raz dla Lee, nie znosił zimnej. Kiedy wskoczył, nie poczuł szoku termicznego. Pływali 

przez godzinę, potem wyszli, usiedli na brzegu i wpatrzyli się w morze. Allerton potrafił tak siedzieć godzinami, 

nie robiąc absolutnie nic. 

- Tamta łódź rozgrzewa się już godzinę - zauważył. 

-  Idę  do  miasta  zbadać  tutejsze  bodegas

*

  i  kupić  butelkę  koniaku  -  oznajmił  Lee.  Miasto  było  stare, 

wzdłuż  ulic  wyłożonych  piaskowcem  znajdowały  się  brudne  bary  pełne  marynarzy  i  dokerów.  Mały  pucybut 

spytał Lee, czy chciałby mieć “ładną dziewczynkę”. Lee spojrzał na chłopca. 

- Nie. I ciebie też nie chcę - powiedział po angielsku. 

Kupił butelkę koniaku od tureckiego handlarza, który miał w sklepie wszystko: wyposażenie do statków, 

wyroby metalowe, broń, artykuły spożywcze, alkohol. Lee przyjrzał się cenom broni: trzysta dolarów za karabin 

Winchester 30-30, który w Stanach kosztował siedemdziesiąt dwa dolary. Turek powiedział, że broń jest obłożona 

wysokim cłem i dlatego ma takie ceny. 

Lee  wrócił  na  plażę.  Wszystkie  tutejsze  domy  były  zbudowane  z  bambusa  i  drewna.  Najprostsza 

konstrukcja: wbijasz cztery ciężkie pale głęboko w ziemię i przybijasz do nich resztę. Prawie wszystkie tutejsze 

domy wznosiły się na palach, jakieś dwa metry nad ziemią. Ulice były zabłocone. Na dachach siedziało tysiące 

sępów, setki ptaków spacerowało ulicami, dziobiąc odpadki. Lee kopnął sępa, a ten odskoczył na bok, skrzecząc z 

oburzenia. 

Lee znalazł się obok baru, dużego budynku postawionego bezpośrednio na ziemi, i postanowił wejść na 

drinka. Ściany z bambusa trzęsły się od zgiełku. Dwóch chudych, niskich mężczyzn w średnim wieku tańczyło 

obsceniczny taniec mambo; twarze prostaków marszczyły się w bezzębnych uśmiechach. Podszedł kelner i Lee 

zamówił koniak. 

Szesnastoletni chłopiec podszedł do ławki Lee i uśmiechnął się przyjaźnie. Lee odwzajemnił uśmiech i 

zamówił dla niego refresco

*

. Chłopiec położył dłoń na udzie Lee i uścisnął go, dziękując za napój. Miał nierówne, 

zachodzące  na  siebie  zęby,  ale  był  młody  i  był  chłopcem.  Lee  przyglądał  mu  się  uważnie;  nie  mógł  się 

zorientować, czy naprawdę ma szansę. Czy on robi mu propozycję, czy jest po prostu przyjazny? Lee wiedział, że 

mieszkańcy  Ameryki  Południowej  nie  czują  się  skrępowani  kontaktem  fizycznym.  Młodzi  chłopcy  spacerują, 

obejmując się za szyje. Lee postanowił rozstrzygnąć ten dylemat na zimno. Skończył drinka, uścisnął chłopcu dłoń 

i wrócił do hotelu. 

Allerton  ciągle  siedział  na  werandzie  w  kąpielówkach  i  w  żółtej  koszulce  z  krótkimi  rękawami.  Lee 

poszedł do kuchni i zamówił lód, wodę i kieliszki. Opowiedział Allertonowi o Turku, mieście i chłopcu. 

- Po obiedzie możemy pójść do tego baru - zaproponował. 

- I poekscytujemy się młodymi chłopcami? - spytał Allerton. - Wolałbym nie. 

Lee  roześmiał  się.  Czuł  się  nadspodziewanie  dotrze.  Tabletki  przeciwhistaminowe  osłabiły  głód 

                                             

*

  

*

 Refresco - (hiszp.) napój orzeźwiający. 

background image

narkotyczny do rangi drobnej dolegliwości, na którą nawet nie zwróciłby uwagi, gdyby o niej nie wiedział. Patrzył 

na czerwieniejącą w zachodzącym słońcu zatokę. Pomyślał, że mógłby kupić łódź i popłynąć wzdłuż wybrzeża. 

Allertonowi spodobał się ten plan. 

- Musimy zdobyć yage, dopóki jesteśmy w Ekwadorze - oświadczył Lee. - Pomyśl tylko: kontrola myśli. 

Można by było rozebrać każdego człowieka na części i złożyć według własnego upodobania. Jeśli coś cię w kimś 

denerwuje, mówisz po prostu: “Yage! Chcę, żeby ten człowiek pozbył się tego przykrego przyzwyczajenia”. I już. 

Przychodzi mi na  myśl kilka zmian,  jakie bym w tobie  przeprowadził, moja laleczko. - Spojrzał na Allertona i 

oblizał wargi. - Po pewnych przeróbkach byłbyś znacznie mi l s zy. Teraz, oczywiście, też jesteś miły, ale masz te 

drobne, irytujące przyzwyczajenia. Chodzi mi o to, że nie zawsze robisz to, czego chcę. 

- Czy sądzisz, że to naprawdę działa? - spytał Allerton. 

-  Rosjanie  najwyraźniej  tak  myślą.  O  ile  rozumiem,  yage  jest  najbardziej  efektywnym  narkotykiem 

zmuszającym do zeznań. Używali też peyotlu. Próbowałeś tego kiedyś? 

- Nie. 

-  Okropne.  Czułem  się  tak,  jakbym  miał  umrzeć.  Chciałem  rzygać  i  nie  mogłem.  W  końcu  peyotl 

podszedł  do góry, twardy  jak  kula  włosów, i zatkał  mi  gardło. Najpaskudniejsze  przeżycie, jakie  miałem. Faza 

halucynacji jest interesująca, ale nie warta tego, co się przeżywa później. Twarz puchnie ci wokół oczu, puchną ci 

usta;  wyglądasz  i  czujesz  się  jak  Indianin  albo  tak,  jak  myślisz,  że  musi  się  czuć  Indianin.  Kolory  są 

intensywniejsze, ale w  jakiś sposób płaskie  i dwuwymiarowe.  Wszystko wygląda  jak kaktus, z którego  robi się 

peyotl. Wszystko jest podszyte koszmarem. 

Za każdym razem, kiedy brałem peyotl, zasypiałem i miałem potworne sny. Raz śniło mi się, że choruję 

na wściekliznę; spojrzałem w lustro i zobaczyłem, że zmieniła mi się twarz. Zacząłem wyć. W innym śnie byłem 

uzależniony  od  chlorofilu.  Ja  i  pięciu  chlorofilowych  ćpunów  czekaliśmy  na  towar.  Robiliśmy  się  zieloni  i nie 

mogliśmy się od tego uwolnić. Jeden strzał i jesteś uzależniony na całe życie. Zamieniasz się w roślinę. Czy wiesz 

coś o psychiatrii? O schizofrenii? 

- Niewiele. 

-  W  pewnych  przypadkach  schizofrenii  zachodzi  zjawisko  o  nazwie  “automatyczne  posłuszeństwo”. 

Mówię: “Wysuń język” - a ty nie jesteś w stanie powstrzymać się od spełnienia polecenia. Musisz robić wszystko, 

co  rozkażą  ci  inni.  Wyobrażasz  sobie?  Ładny  obrazek,  dopóki  ty  wydajesz  rozkazy,  które  są  wykonywane. 

Automatyczne  posłuszeństwo,  syntetyczna  schizofrenia,  masowa  produkcja  na  zawołanie.  To  jest  marzenie 

Rosjan. Amerykanie też nie są daleko w tyle. Biurokraci w obu krajach pragną tego samego; kontroli. Superego, 

agencja  kontrolująca,  zrakowaciałe  i  szalone.  Tak  się  składa,  że  zachodzi  związek  pomiędzy  schizofrenią  a 

telepatią. Chorzy na schizofrenię są telepatycznie bardzo wrażliwi, ale wyłącznie jako od bi or cy. Łapiesz? 

- Ale nie poznałbyś yage, gdybyś ją zobaczył? 

Lee pomyślał chwilę. 

- Chociaż bardzo nie podoba mi się ten pomysł, będę musiał wrócić do Quito i porozmawiać z pewnym 

facetem z Instytutu Botaniki. 

- Nie mam ochoty wracać do Quito - oświadczył Allerton. 

- Przecież nie jadę w tej chwili. Muszę wypocząć i wykurować się. Nie ma potrzeby, żebyś jechał. Zostań 

na plaży. Tata sam pojedzie po cynk. 

background image

 

Rozdział 8 

 

Z Manty polecieli do Guayaquil. Z powodu podmytej drogi można było się tam dostać tylko samolotem 

lub łodzią. 

Miasto leżało nad rzeką, wiele w nim było parków, skwerków i dziedzińców. W parkach rosły tropikalne 

drzewa,  krzewy  i  pnącza.  Kamienne  ławki  stały  w  cieniu  rozłożystych,  wysokich  drzew,  rozpostartych  jak 

parasole. 

Pewnego  dnia Lee wstał wcześnie i poszedł na  targ. Było  tam bardzo tłoczno.  Niezwykła  mieszanina: 

Murzyni, Chińczycy, Hindusi, Europejczycy, Arabowie, postaci  trudne do sklasyfikowania. Lee zobaczył kilku 

pięknych chłopców, smukłych, pełnych wdzięku, z cudnymi białymi zębami. 

Garbus z uschniętymi nogami grał na bambusowej fletni pełną nostalgii żałobną muzykę orientalną. W 

głębokim smutku nie ma miejsca na sentymentalizm. Głęboki smutek jest równie niewzruszony i nieodwołalny jak 

góry. Po prostu jest. Kiedy zdasz sobie z tego sprawę, nie jesteś w stanie się skarżyć. 

Ludzie  gromadzili  się  wokół  muzyka,  słuchali  przez  kilka  chwil  i  szli  dalej.  Lee  zauważył  młodego 

mężczyznę z twarzą o niezwykle napiętej skórze; wyglądał tak, jakby miał zmniejszoną głowę. Nie mógł ważyć 

więcej niż trzydzieści kilo. 

Muzyk  co  pewien  czas  kaszlał.  W  pewnym  momencie,  kiedy  ktoś  dotknął  jego  garbu,  wykrzywił  się, 

szczerząc czarne, przegniłe zęby. Lee dał mu kilka monet. Poszedł dalej, przyglądając się każdej mijanej twarzy, 

zaglądając przez drzwi i okna do wnętrza tanich hoteli. Żelazna rama łóżka pomalowana na jasnoróżowo, koszula 

susząca się na wietrze... strzępy życia. Patrząc na to, Lee szczękał i kłapał zębami jak wygłodniała, drapieżna ryba 

odgrodzona  od  łupu  szklaną  taflą.  Nie  mógł  się  powstrzymać  przed  rozpłaszczaniem  nosa  o  szyby  w  tym 

koszmarnym poszukiwaniu swojego snu. 

Późnym popołudniem znalazł się w zakurzonym pokoju ze starym butem w dłoni. 

To miasto, podobnie jak cały Ekwador, wywoływało dziwnie wstrząsające wrażenie. Lee czuł, że coś się 

tutaj  działo,  że  płynie  tędy  ukryty,  niewidoczny  dla  niego  strumień  życia.  Był  to  rejon  słynący  z  tradycyjnych 

wyrobów garncarskich  Chimu. Solniczki i  czerpaki do wody  przedstawiały sprośne sceny:  dwóch mężczyzn na 

czworakach oddających się pederastii tworzyło uchwyt pokrywki do garnka. 

Co  się  dzieje,  kiedy  znikają  granice?  Jaki  jest  los  Krainy  Gdzie  Wszystko  Jest  Możliwe?  Mężczyźni 

zmieniający  się  w  ogromne  stonogi...  stonogi  oblegające  domy...  człowiek  przywiązany  do  kanapy;  stonoga 

zwiesza  się  nad  nim.  Czy  to  dosłowne?  Czy  nastąpiła  jakaś  ohydna  metamorfoza?  Jakie  jest  znaczenie  tego 

symbolu? Czego symbolem jest stonoga? 

Lee  wsiadł  do  autobusu.  Dojechał  do  pętli.  Tam  przesiadł  się  do  innego  i  pojechał  nad  rzekę.  Wypił 

szklankę  wody  sodowej,  patrząc  na  chłopców  kąpiących  się  w  brudnej  rzece.  Wyglądała  tak,  jakby  z  jej 

zielonobrązowej  toni  mogły  się  wynurzyć  nieznane  potwory.  Lee  ujrzał  półmetrową  jaszczurkę  biegnącą 

przeciwległym brzegiem. 

Poszedł znów w stronę miasta. Na rogu minął grupę chłopców. Jeden z nich był tak piękny, że jego uroda 

boleśnie  ukłuła  zmysły  Lee.  Jęk  cierpienia  wydarł  mu  się  z  ust.  Odwrócił  się,  jak  gdyby  chciał  przeczytać  na 

tabliczce nazwę ulicy. Chłopiec śmiał się z jakiegoś dowcipu wysokim, szczęśliwym i radosnym śmiechem. Lee 

szedł dalej. 

background image

Sześciu czy siedmiu chłopców w wieku  od  dwunastu do czternastu lat bawiło się na stercie śmieci na 

nabrzeżu. Jeden z nich oddawał mocz na słup, śmiejąc się do pozostałych. Ujrzeli Lee. Teraz ich zabawa stała się 

jawnie  seksualna  i  skrycie  drwiąca.  Patrzyli  na  Lee,  szeptali  między  sobą  i  śmiali  się.  Lee  przyglądał  się  im 

otwarcie  zimnym,  twardym  spojrzeniem  przepełnionym  pożądaniem.  Czuł  rozdzierający  ból  bezgranicznego 

pragnienia. Skupił uwagę na jednym chłopcu. Obraz był ostry i wyraźny, zupełnie jakby patrzył przez teleskop; 

pozostali chłopcy stojący na brzegu stanowili jednolite tło. Wybraniec Lee był pełen życia jak młode zwierzę. W 

szerokim uśmiechu ukazał ostre białe zęby. Pod podartą koszulą Lee dostrzegł chude ciało. 

Czuł siebie w ciele chłopca. Fragmentaryczne wspomnienia... zapach ziarna kakaowego suszącego się na 

słońcu,  domy  z  bambusa,  ciepła,  brudna  rzeka,  bagna  i  sterty  śmieci  na  skraju  miasta.  Był  razem  z  innymi 

chłopcami;  siedzieli  na  kamiennej  podłodze  opuszczonego  domu.  Dachu  nie  było.  Chwasty  i  pnącza  porastały 

walące się ściany, opadały na podłogę. 

Chłopcy  zdejmowali  podarte  spodnie.  Lee  uniósł  chude  pośladki,  żeby  zsunąć  swoje.  Czuł  dotyk 

kamiennej podłogi. Opuścił spodnie do kostek. Kolana miał ściśnięte, a pozostali próbowali je rozewrzeć. Poddał 

się. Spojrzał na nich, uśmiechnął się i położył sobie rękę na brzuchu. Chłopiec stojący obok zrzucił spodnie i stał 

tak, z rękami na biodrach, patrząc na swój członek w erekcji. 

Inny  chłopiec  usiadł  obok  Lee  i  sięgnął  między  jego  nogi.  Lee  poczuł  w  gorącym  słońcu  zaćmienie 

orgazmu. Wyciągnął się i zasłonił oczy ramionami. Inny chłopiec położył mu głowę na brzuchu. Lee czuł ciepło 

jego głowy, szorstkie włosy dotykały brzucha. 

Znajdował  się  teraz  w  domu.  Lampa  naftowa  oświetlała  ciało  kobiety.  Lee  pożądał  jej  poprzez  ciało 

chłopca. Nie jestem pedałem, pomyślał, pozbyłem się ciała. 

Szedł  dalej  rozmyślając.  Co  mogę  zrobić?  Wziąć  ich  do  hotelu?  Są  chętni.  Za  parę  sucres...  Czuł 

morderczą nienawiść do głupich, zwykłych, potępiających go ludzi, którzy nie pozwalali mu robić tego, na co miał 

ochotę. Pewnego dnia będzie tak, jak ja chcę, powiedział sobie. A jeśli jakiś moralizujący skurwysyn będzie chciał 

mnie powstrzymać, to w końcu wyłowią go z rzeki. 

Mógł  zamieszkać  nad  rzeką  i  robić  wszystko,  żeby  żyć  przyjemnie  -  hodować  własną  trawkę,  mak  i 

kokainę.  Mieć  młodego  tubylca  jako  służącego.  Przy  brzegu  stały  przycumowane  łodzie.  Nurtem  przepływały 

ławice śmieci i lilii wodnych. Rzeka miała ponad pół kilometra szerokości. 

Lee wszedł do parku. Stał tam pomnik podającego komuś rękę Bolivara, “Głupca-Wyzwoliciela”, jak go 

nazywał  Lee.  Obie  postaci  wyglądały  na  zmęczone,  zniesmaczone  i  pedalskie,  tak  pedalskie,  że  było  to  wręcz 

uderzające.  Lee  stał  przez  chwilę,  przyglądając  się  pomnikowi.  Kiedy  usiadł  na  kamiennej  ławce  przed 

pomnikiem,  siedzący  obok  ludzie  zaczęli  mu  się  przyglądać.  Odwzajemnił  spojrzenia.  Był  wolny  od 

amerykańskiego  lęku  przed  kontaktem  wzrokowym  z  obcymi.  Nieznajomi  odwrócili  się,  zapalili  papierosy  i 

kontynuowali rozmowy. 

Lee siedział, patrząc na  brudną, żółtą wodę.  Nie  mógł dostrzec niczego, co  znajdowało się  głębiej niż 

centymetr  pod  powierzchnią.  Od  czasu  do  czasu  przed  łodzią  wyskakiwała  rybka.  Na  rzece  stały  eleganckie, 

drogie żaglówki klubu jachtowego. Były tam też kajaki z motorami i kabinami z bambusa. Na środku rzeki stały 

dwa zardzewiałe okręty - Marynarka Ekwadorska. Lee siedział tak całą godzinę, potem wstał i wrócił do hotelu. 

Była trzecia. Allerton ciągle leżał w łóżku. Lee usiadł przy nim. 

- Jest trzecia, Gene. Czas wstawać. 

- Po co? 

background image

- Całe życie chcesz spędzić  w łóżku?  Chodź, zwiedzimy  miasto.  Na brzegu widziałem kilku pięknych 

chłopców. Prawdziwe klejnoty. Jakie zęby, jakie uśmiechy... Młodzi chłopcy pełni życia. 

- Dobra, przestań się ślinić. 

- Co oni mają takiego, czego ja chcę? Gene, wiesz? 

- Nie. 

- Mają męskość, oczywiście. Ja też. Pragnę siebie tak samo jak innych. Jestem  bezcielesny.  Z jakiegoś 

powodu nie mogę używać własnego ciała. - Wyciągnął rękę, żeby dotknąć Allertona, ale ten się uchylił. - Co się 

stało? 

- Myślałem, że przesuniesz ręką po moich żebrach. 

- Nie zrobiłbym tego. Myślisz, że jestem pedałem, czy czymś takim? 

- Szczerze mówiąc, tak. 

- Masz ładne żebra. Pokaż to złamane. Czy to to? - przesunął ręką po ciele Allertona. 

- Och, odejdź. 

- Ale, Gene... Należy mi się, wiesz. 

- Tak, chyba tak. 

- Oczywiście, jeśli wolisz, zaczekamy do nocy. Te tropikalne noce są takie romantyczne. W ten sposób 

moglibyśmy to robić przez dwanaście godzin, albo coś koło tego. To byłoby dobre. - Lee przesunął rękę na brzuch 

Allertona. Widział, że chłopak jest trochę podniecony. 

- Może byłoby lepiej teraz - zaproponował Allerton. - Wiesz, że lubię spać sam. 

- Tak, wiem. Bardzo niedobrze. Gdyby było tak, jak ja chcę, co noc spalibyśmy razem jak grzechotniki, 

które zapadły w sen zimowy. 

Lee zdjął ubranie i położył się przy Allertonie. 

- Moze byłoby ślicnie, gdybyśmy po plostu poflunęli w wielki świat? - spytał gaworząc. - Czy uważasz, 

że to potworne? 

- Faktycznie, tak. 

Allerton zadziwił Lee niezwykłą intensywnością reakcji. W szczytowym momencie mocno ścisnął Lee w 

pasie. Westchnął głęboko i zamknął oczy. 

Lee wygładził mu brwi kciukami. 

- Czy masz coś przeciwko temu? - spytał. 

- Niespecjalnie. 

- A czy czasami ci się to podoba? Mam na myśli cały nasz układ. 

- O, tak. 

Lee położył się na plecach, opierając policzek na ramieniu Allertona, i zasnął. 

 

 

Przed  wyjazdem  do  Guayaquil  Lee  postanowił  złożyć  podanie  o  paszport.  Ubierał  się  na  spotkanie  w 

ambasadzie, rozmawiając z Allertonem. 

- Wysokie buty na nic się nie przydadzą. Ten konsul to pewnie elegancki gej... “Kochanie, czy możesz 

sobie wyobrazić? Wysokie buty. Prawdziwe, stare buty zapinane na guziki. Po prostu nie mogłem oderwać od nich 

oczu; obawiam się, że nie mam pojęcia, czego chciał”. 

background image

Słyszałem, że oczyszczają Departament Stanu z pedałów. Jeśli tak jest istotnie, to wkrótce zabraknie im 

pracowników...o,  są.  -  Lee  zaczął  wkładać  teraz  półbuty.  -  Wyobraź  sobie,  że  wchodzisz  do  konsula  i  od  razu 

prosisz go o forsę na jedzenie. .. On rzuca się do tyłu i zasłania usta perfumowaną chusteczką, jak gdybyś walnął 

mu na biurko zdechłego homara. “Stracił pan wszystkie pieniądze? Doprawdy, nie wiem, dlaczego przychodzi pan 

do mnie z tym odrażającym wyznaniem. Musi pan wykazać choć odrobinę zrozumienia. Musi pan zdawać sobie 

sprawę z tego, jak niesmaczne są tego rodzaju historie. Czy nie ma pan za grosz dumy?” - Lee odwrócił się do 

Allertona. - Jak wyglądam? Nie chcę wyglądać za dobrze, bo wtedy będzie mi chciał włożyć łapy w spodnie. Może 

ty byś poszedł? Wtedy mielibyśmy paszporty jutro. 

- Posłuchaj tego. - Lee czytał guayaquilską gazetę. - Wygląda na to, że na kongresie przeciwgruźliczym w 

Salinas delegaci peruwiańscy  pojawili się na obradach z wielkimi  mapami przedstawiającymi części Ekwadoru 

przywłaszczone  przez  Peru  podczas  wojny  w  1939  roku.  Ekwadorscy  lekarze  mogliby  przyjść  na  obrady, 

machając preparowanymi głowami peruwiańskich żołnierzy, przyczepionymi do łańcuszków od zegarków. 

Allerton znalazł artykuł opisujący heroiczną walkę stoczoną przez ekwadorskie wilki morskie. 

- Ekwadorskie co? 

-  Tak  tu  jest  napisane:  Lobos  del  Mar.  Wygląda  na  to,  że  pewien  oficer  przywiązał  się  do  swojego 

karabinu, chociaż mechanizm przestał już działać. 

- Dla mnie brzmi to raczej naiwnie. 

 

 

W Las Playas  postanowili poszukać łodzi. Było tu zimno,  a woda  nieprzyjazna i pełna błota; okropny, 

drobnomieszczański kurort.  Jedzenie ohydne, ale cena pokoju bez wyżywienia  była  prawie identyczna jak  cena 

pokoju z wyżywieniem. Spróbowali lunchu. Talerz ryżu bez sosu, bez niczego. 

- Czuję się urażony - powiedział Allerton. 

Zupa  bez  smaku,  z  pływającą  włóknistą  substancją,  przypominającą  miękkie,  białe  drewno.  Główne 

danie składało się z mięsa bez nazwy, równie niemożliwego do zidentyfikowania, jak do zjedzenia. 

-  Kucharz  zabarykadował  się w kuchni. Chlupie tą  breją przez szparę -  powiedział  Lee. Jedzenie  było 

istotnie  wydawane  przez  otwór  w  drzwiach,  z  ciemnego  zadymionego  pomieszczenia,  gdzie,  jak  należało 

przypuszczać, było przygotowywane. 

Postanowili,  że  następnego  dnia  ruszą  dalej  do  Salinas.  W  nocy  Lee  chciał  położyć  się  do  łóżka  z 

Allertonem,  ale ten odmówił.  Następnego dnia rano  Lee powiedział,  że  jest mu przykro, iż  napraszał się  w tak 

niedługim czasie od ostatniego razu. Było to naruszeniem umowy. 

- Nie lubię ludzi, którzy przepraszają przy śniadaniu - odparł Allerton. 

-  Naprawdę,  Gene,  czy  nie  wykorzystujesz  nieuczciwie  swojej  przewagi?  To  tak,  jakby  ktoś  był  na 

głodzie, a ja nie ćpałbym i zacząłbym gadać: - “Jesteś na głodzie? Naprawdę? Nie wiem, czemu opowiadasz mi o 

swoim żałosnym  stanie. Jeśli jesteś  na głodzie,  mógłbyś być chociaż na tyle  przyzwoity, żeby zachować to dla 

siebie.  Nienawidzę  ludzi  na  głodzie.  Musisz  zrozumieć,  jakie  to  ohydne,  patrzeć  jak  kichasz,  ziewasz  i 

wymiotujesz. Dlaczego nie zejdziesz mi z oczu? Nie masz pojęcia, jak bardzo jesteś męczący, jaki niesmaczny. 

Czy nie masz za grosz dumy?” 

- To nieuczciwe - powiedział Allerton. 

-  To  nie  ma  być  uczciwe.  To  tylko  taka  gadka  dla  rozweselenia,  gadka  zaprawiona  odrobiną  prawdy. 

background image

Pospiesz się i skończ to śniadanie. Spóźnimy się na autobus do Salinas. 

W  Salinas  panowała  cicha,  pełna  godności  atmosfera  kurortu  przeznaczonego  dla  zamożnego 

mieszczaństwa.  Było  już  po  sezonie.  Kiedy  poszli  się  kąpać,  zrozumieli,  dlaczego  nie  był  to  sezon:  Prąd 

Humboldta sprawia, że woda latem jest zimna. Allerton zamoczył nogę, powiedział: - Zimna - i odmówił kąpieli. 

Lee wskoczył i pływał przez kilka minut. 

Wydawało się, że czas w Salinas płynie szybciej. Lee zjadł lunch i położył się na plaży. Po godzinie lub 

co  najwyżej  dwóch  zobaczył,  jak  słońce  obniża  się  na  niebie:  była  szósta.  Allerton  oznajmił,  że  ma  to  samo 

wrażenie. 

 

 

Lee  udał  się  do  Quito,  by  zdobyć  informacje  o  yage.  Allerton  został  w  Salinas.  Lee  wrócił  po  kilku 

dniach. 

- Indianie znają yage również pod nazwą “ayahuasca”. Nazwa naukowa brzmi: Bannisteria caapi. - Lee 

rozłożył mapę na łóżku. - Rośnie w wysokiej dżungli po amazońskiej stronie Andów. Pojedziemy do Puyo. Tam 

droga się kończy. Będziemy musieli znaleźć kogoś, kto będzie się mógł dogadać z Indianami i zdobyć yage. 

 

 

Spędzili noc w Guayaquil. Lee upił się przed kolacją i przespał film. Wrócili do hotelu, żeby położyć się 

spać,  następnego  dnia  chcieli  wyruszyć  wcześnie  rano.  Lee  nalał  sobie  trochę  brandy  i  usiadł  na  brzegu  łóżka 

Allertona. 

- Wyglądasz słodko dziś wieczór - powiedział, zdejmując okulary. - Może małego całusa? Co? 

- Och, odejdź. 

- Dobra, mały, skoro tak mówisz. Mamy mnóstwo czasu. 

Lee dolał sobie brandy i wyciągnął się na swoim łóżku. 

-  Wiesz,  Gene,  w  tym  zaszczanym  kraju  mają  nie  tylko  biednych  ludzi.  Mają  tu  też  jakby  bogatych. 

Widziałem  ich w pociągu, kiedy jechałem do Quito. Z tyłu,  za  domem, trzymają pewnie samolot z włączonym 

silnikiem. Już widzę, jak ładują do niego telewizory, radia, kije golfowe, rakiety tenisowe, strzelby, a na koniec 

chcą jeszcze dołożyć byka-medalistę Brahmę, tak że w końcu samolot nie może wystartować. 

To  mały,  niespokojny,  zacofany  kraj.  Pod  względem  ekonomicznym  jest  dokładnie  tak,  jak  sobie 

wyobrażałem:  wszystkie  surowce,  drewno,  jedzenie,  siła  robocza,  dzierżawa  -  bardzo  tanie.  Natomiast  wyroby 

przemysłowe  bardzo  drogie  z  racji  cła.  Cło importowe  ma  ochraniać  przemysł  ekwadorski.  Nie  ma  przemysłu 

ekwadorskiego. Nie ma tu produkcji. Ludzie, którzy  mogliby produkować, nie produkują, ponieważ nie chcą tu 

lokować żadnych pieniędzy. Chcą  móc się wynieść w  każdej chwili ze świeżą  gotówką,  najchętniej z dolarami 

amerykańskimi. Są przesadnie zaniepokojeni. Bogaci ludzie są zazwyczaj przestraszeni. Nie wiem dlaczego. Jest 

to chyba związane z kompleksem winy. Quién sabe? Nie przybywam, żeby poddawać Cezara psychoanalizie, ale 

by bronić jego osoby. Oczywiście odpłatnie. Potrzeba im tu ministerstwa bezpieczeństwa, po to, by ludzi z dołów 

trzymać w dole. 

- Tak - zgodził się Allerton. - Musimy zachować jednolitość opinii. 

-  Opinii!  A  co  my  tu  prowadzimy?  Klub  dyskusyjny?  Daj  mi  rok,  a  ludzie  nie  będą  tu  mieli  żadnych 

opinii. “Proszę się ładnie ustawić w kolejce po waszą rację pysznej potrawki z głów rybich, ryżu i margaryny. A tu 

background image

wasza darmowa racja napoju z domieszką opium”. Jeśli  przestają ustawiać się w kolejce, przestajemy dodawać 

opium i wszyscy leżą dookoła, srając pod siebie, bo są zbyt słabi, żeby się ruszyć. Uzależnienie od jedzenia jest 

najgorsze  ze  wszystkich.  Inny  problem  to  malaria.  Osłabiająca  przypadłość,  wynaleziona  specjalnie  po  to,  by 

odebrać moc duchowi rewolucyjnemu. - Lee uśmiechnął się. - Wyobraź sobie tylko jakiegoś starego niemieckiego 

lekarza-humanistę. Mówię mu: 

- No, doktorku, osiągnął pan świetne wyniki w walce  z  malarią. Liczba zachorowań spadła niemal  do 

zera. 

A on mi odpowiada: 

- A, tak. Robimy, co w naszej mocy, prawda? Widzi pan ten wykres? Przedstawia on spadek zachorowań 

na malarię w ciągu ostatnich dziesięciu lat, od kiedy zastosowaliśmy nasz program leczenia. 

- Taak, doktorku. Teraz chcę, żeby ta linia wróciła do dawnego poziomu. 

- Och, nie mówi pan chyba poważnie. 

-I jeszcze jedno. Niech pan sprawdzi, czy może pan sprowadzić szczególnie przykrą odmianę tęgoryjca 

dwunastnicy. 

- Tych górali możemy zawsze unieruchomić, odbierając im koce. Zostaną tam jak zamarznięte jaszczurki. 

Wewnętrzna  ściana  w  pokoju  Lee  kończyła  się  około  pół  metra  od  sufitu,  tak  by  powietrze  mogło 

dostawać  się  do  sąsiedniego  pokoju,  pozbawionego  okien.  Mieszkaniec  tamtego  pokoju  powiedział  coś  po 

hiszpańsku, co miało znaczyć, że Lee powinien się zamknąć. 

- Och, stul pysk - krzyknął Lee, zrywając się na równe nogi. - Przybiję tu koc i zasłonię tę dziurę! Odetnę 

cię od twojego pierdolonego powietrza! Oddychasz tylko za moją zgodą. Dostałeś pokój wewnętrzny, bez okien. 

Nie zapominaj więc o tym i zamknij swoją nędzną gębę! 

Odpowiedział mu potok chinga

*

 i cabron

*

 

Hombre - spytał Lee - En dónde está su cultura?

*

 

- Chodźmy spać - wtrącił Allerton. - Jestem zmęczony. 

                                             

*

 Chinga - (hiszp.) rogacz. 

*

 Cabron - (hiszp.) śmierdziel. 

*

 Hombre, en dónde está su cultura? - (hiszp.) Człowieku, gdzie twoja kultura? 

background image

 

Rozdział 9 

 

Płynęli łodzią do Babahoya, bujając się na hamakach, popijając brandy i patrząc, jak dżungla umyka do 

tyłu. Źródła, mech, piękne  czyste  strumienie i  drzewa dochodzące do sześćdziesięciu  metrów wysokości. Lee i 

Allerton  milczeli,  podczas  gdy  łódź  pięła  się  w  górę  rzeki,  wdzierając  się  w  spokój  dżungli  dźwiękiem 

przypominającym warkot kosiarki do trawy. 

Z Babahoya pojechali do Ambato autobusem przez Andy; trzęśli się na zimnie przez czternaście godzin. 

W  chacie  na  szczycie  przełęczy,  wysoko  ponad  linią  drzew,  zatrzymali  się  na  skromny  posiłek  złożony  z 

gotowanego grochu. Młodzi tubylcy w filcowych kapeluszach jedli swój groch z ponurą obojętnością. Po klepisku 

pomykało kilka piszczących świnek morskich. Ich wrzaski przypominały Lee jego własną świnkę, którą miał w 

dzieciństwie w Fairmont Hotel w St. Louis. Przeprowadzał się wtedy z rodziną do nowego domu przy Price Road. 

Pamiętał, jak świnka piszczała i pamiętał smród unoszący się z klatki. 

Minęli  pokryty  śniegiem  szczyt  Chimborazo,  oblany  zimnym  blaskiem  księżyca  i  owiany  dzikim 

wiatrem wysokich Andów. Widok rozpościerający się z wysokogórskiej przełęczy przypominał inną, większą niż 

Ziemia planetę. Lee i Allerton przytulali się do siebie pod kocem, popijając brandy, czując w nozdrzach zapach 

dymu  drzewnego.  W  ochronie  przed  deszczem  i  chłodem  obaj  mieli  na  sobie  kurtki  z  demobilu  zapinane  na 

suwaki. Allerton wydawał się niematerialny jak zjawa; Lee niemal mógł widzieć przez niego autobus-zjawę. 

Z  Ambato  do  Puyo  jechali  drogą  prowadzącą  nad  krawędzią  wąwozu  o  głębokości  trzystu  metrów. 

Zjeżdżali w  soczystozieloną dolinę, mijając po drodze wodospady, lasy i strumienie. Autobus  zatrzymywał się 

kilkakrotnie; trzeba było usuwać kamienie, które stoczyły się na drogę. 

W  autobusie  Lee  rozmawiał  ze  starym  traperem  o  nazwisku  Morgan,  który  mieszkał  w  dżungli  od 

trzydziestu lat. Lee spytał go o ayahuasca. 

- Działa jak opium - odparł Morgan. - Wszyscy moi Indianie jej używają. Kiedy wezmą ayahuasca, przez 

trzy dni nie mogę zmusić ich do żadnej pracy. 

- Sądzę, że może być na to niezły rynek - powiedział Lee. 

- Mogę mieć jej tyle, ile tylko zechcecie - oświadczył Morgan. 

Minęli bungalowy z prefabrykatów w Shell Mara.  Przedsiębiorstwo  Shell  Company straciło dwa lata i 

dwadzieścia milionów dolarów, nie znalazło ropy i wycofało się. 

Wjechali do Puyo późną nocą i znaleźli pokój w zrujnowanym hotelu tuż przy sklepie ze wszystkim. Byli 

zbyt zmęczeni, by rozmawiać, zasnęli natychmiast. 

 

 

Następnego dnia Stary Morgan wyruszył razem z Lee w poszukiwaniu ayahuasca. Allerton ciągle spał. 

Obijali się o mur wykrętów. Jakiś człowiek powiedział, że następnego dnia przyniesie trochę. Lee wiedział, że nic 

nie przyniesie. 

Weszli  do  małego  baru  prowadzonego  przez  Mulatkę.  Udawała,  że  nie  wie,  co  to  jest  ayahuasca.  Lee 

spytał, czy to jest nielegalne. 

- Nie - odparł Morgan - ale tutejsi ludzie nie ufają obcym. 

Siedzieli  i  pili  aguardiente  zmieszaną  z  wrzątkiem,  cukrem  i  cynamonem.  Lee  poruszył  temat 

background image

preparowanych głów. Morgan powiedział, że mogliby założyć przedsiębiorstwo zmniejszania głów. 

-  Wyobraź  sobie,  jak  schodzą  z  taśmy  produkcyjnej  -  rozmarzył  się.  -  Nie  dostaniesz  ich  tu  za  żadne 

pieniądze. Rząd zabrania, rozumiesz. Te chamy zabijały ludzi, żeby sprzedawać głowy. 

Morgan  był  niewyczerpaną  kopalnią  starych,  świńskich  dowcipów.  Opowiadał  o  jakimś  typie 

mieszkającym w Puyo, który pochodził z Kanady. 

- W jaki sposób się tu znalazł? - zaciekawił się Lee. 

Morgan zachichotał: 

- A jak myśmy wszyscy się tu znaleźli? Trochę kłopotów w ojczyźnie, co? 

Lee przytaknął bez słowa. 

 

 

Stary Morgan pojechał popołudniowym autobusem z powrotem do Shell Mara odebrać pieniądze, które 

mu  tam  byli  winni.  Lee  rozmawiał  z  Holendrem  o  nazwisku  Sawyer,  który  uprawiał  ziemię  niedaleko  Puyo. 

Sawyer powiedział mu, że w dżungli, o kilka godzin drogi od Puyo, mieszka amerykański botanik. 

- Próbuje wynaleźć jakieś lekarstwo, zapomniałem nazwę. Twierdzi, że jeśli mu się to uda, zrobi wielki 

majątek. Teraz nie jest mu lekko. Nie ma tam nic do jedzenia. 

- Interesuję się roślinami leczniczymi - powiedział Lee. - Może złożę mu wizytę? 

- Z pewnością ucieszy się. Ale weź ze sobą trochę herbaty, mąki czy czegoś do jedzenia. Oni tam nic nie 

mają. 

Później Lee powiedział do Allertona: 

- Botanik! Co za numer. To człowiek, którego szukamy. Jedziemy jutro. 

- Nie możemy chyba udawać, że tak po prostu wpadliśmy na niego. Jak masz zamiar wytłumaczyć naszą 

wizytę? - spytał Allerton. 

- Coś wymyślę. Najlepiej od razu powiedzieć, że szukamy yage. Wydaje mi się, że obaj możemy na tym 

zarobić. Z tego, co słyszę, facet jest udupiony. Mamy szczęście, że jest w takim stanie. Gdyby był nadziany i pił 

szampana  z  kaloszy  w  burdelach  Puyo,  nie  byłby  chyba  zainteresowany  sprzedawaniem  mi  yage  za  kilkaset 

sucres. I, Gene, na miłość boską, kiedy dotrzemy do niego, proszę cię, nie powiedz przypadkiem: 

- “Doktor Cotter, jak sądzę”. 

 

 

Pokój hotelowy w Puyo był zimny i wilgotny. Padał ulewny deszcz, domy po drugiej stronie ulicy były 

prawie niewidoczne. Lee zbierał z łóżka różne rzeczy i wrzucał je do gumowego worka. Automatyczny pistolet 

kaliber  32,  trochę  nabojów  owiniętych  w  natłuszczony  jedwab,  mała  patelnia,  herbata  i  mąka  w  puszkach 

oklejonych taśmą, dwa litry puro. 

-  Ten  alkohol  to  najcięższa  rzecz,  a  poza  tym  butelka  ma  ostre  brzegi.  Może  ją  zostawimy?  - 

zaproponował Allerton. 

-  Będziemy  musieli  rozwiązać  mu  język  -  odparł  Lee.  Podniósł  worek,  a  Allertonowi  wręczył  nową, 

lśniącą maczetę. 

- Poczekajmy, aż przestanie padać - poprosił Allerton. 

- Poczekajmy, aż przestanie padać! - Lee padł na łóżko, wybuchając głośnym, udawanym śmiechem. - 

background image

Ha, ha, ha! Poczekajmy,  aż  przestanie padać! Mają tu powiedzenie: “Oddam ci  długi, kiedy w Puyo przestanie 

padać”. Ha, ha, ha! 

- Zaraz po przyjeździe mieliśmy dwa dni ładnej pogody - zaprotestował Allerton. 

-  Wiem.  To  był  taki  współczesny  cud.  Ludzie  zorganizowali  z  tej  okazji  pieszą  pielgrzymkę  i  chcą 

kanonizować miejscowego proboszcza. Vámonos, cobrón

Lee klepnął Allertona w ramię. Po chwili szli w strugach deszczu, ślizgając się po bruku głównej ulicy. 

 

 

Szlak był w beznadziejnym stanie. Bale, którymi wyłożono ścieżkę, pokrywała warstwa błota. Wycięli 

sobie długie laski, żeby się nie ślizgać, ale mimo to posuwali się bardzo wolno. Ścieżka przebijała się pomiędzy 

wysokimi, twardymi drzewami, ale rosło na niej mało poszycia. Woda była wszędzie; źródła, strumienie i rzeki, 

nic tylko zimna, czysta woda. 

- Dobra woda na pstrągi - zauważył Lee. 

Zatrzymywali się w kilku domach, żeby zapytać o miejsce zamieszkania Cottera. Wszyscy mówili im, że 

idą w dobrym kierunku. Jak daleko? Dwie, trzy godziny. Może więcej. Wiadomość o ich wędrówce najwyraźniej 

się już rozniosła. Jeden z ludzi,  którego spotkali na szlaku, przełożył maczetę  z  jednej ręki do drugiej, żeby się 

przywitać, i powiedział od razu: 

- Szukacie Cottera? Jest teraz w domu. 

- Jak to daleko stąd? - spytał Lee. 

Człowiek przyjrzał się im. 

- Zajmie wam to jeszcze ze trzy godziny. 

 

 

Szli i szli. Było już późne popołudnie. Rzucili monetę, żeby wylosować, kto będzie pytał w następnym 

domu. Allerton przegrał. 

- Mówi, że jeszcze trzy godziny - oznajmił po powrocie. 

- Słyszymy to od sześciu godzin. 

Allerton chciał odpocząć. 

-  Nie  -  sprzeciwił  się  Lee  -  kiedy  odpoczywasz,  sztywnieją  ci  nogi.  To  najgorsza  rzecz,  jaką  możesz 

zrobić. 

- Kto ci to powiedział? 

- Stary Morgan. 

- Wszystko mi jedno, odpoczywam. 

- Nie odpoczywaj zbyt długo. Byłoby przykro, gdybyśmy tu zabłądzili, potykając się o węże i jaguary, 

wpadając do quebrojos. Tak się nazywają te głębokie rozpadliny wyżłobione przez strumienie. Niektóre mają dwa 

metry głębokości i metr szerokości; w sam raz, żeby wpaść. 

Zatrzymali  się  na  odpoczynek  w  opuszczonym  domu.  Ścian  nie  było,  ale  dach  sprawiał  wrażenie 

solidnego. 

- Możemy się tu od biedy zatrzymać - powiedział Allerton, rozglądając się dokoła. 

- Prawdziwa bieda: nie ma koców. 

background image

 

Było już ciemno, kiedy doszli do domu Cottera - małej, krytej strzechą chaty stojącej na polanie. Cotter 

był niskim, żylastym mężczyzną po pięćdziesiątce. Lee zauważył, że przywitał ich dosyć chłodno. Wyjął alkohol i 

wszyscy się napili. Żona Cottera, duża, ruda kobieta, zrobiła im herbaty z cynamonem, żeby zabić smak nafty w 

puro. Lee upił się trzema kolejkami. 

Cotter zadawał Lee mnóstwo pytań. 

- Jak tu dotarłeś? Skąd jesteś? Od jak dawna jesteś w Ekwadorze? Kto ci o mnie powiedział? Czy jesteś 

turystą, czy podróżujesz w interesach? 

Lee był pijany. Zaczął mówić ćpuńskim slangiem, wyjaśniając, że szuka yage czy ayahuasca. Wiedział, 

że Rosjanie i Amerykanie przeprowadzają nad nią eksperymenty. Powiedział, że według niego obaj mogliby na 

tym zarobić. Im dłużej mówił, tym bardziej Cotter stawał się chłodny. Ten człowiek najwyraźniej coś podejrzewał, 

ale co i dlaczego, Lee nie potrafił tego odgadnąć. 

Kolacja była całkiem smaczna, wziąwszy pod uwagę, że jej głównymi składnikami był włóknisty korzeń 

i banany. Po kolacji żona Cottera powiedziała: 

- Chłopcy muszą być zmęczeni. 

Cotter  poprowadził  ich,  oświetlając  drogę  latarką.  Łóżko  szerokości  jakichś  siedemdziesięciu 

centymetrów zrobione było z listewek bambusowych. 

- Myślę, że jakoś się tu pomieścicie - powiedział. 

Pani Cotter rozłożyła na łóżku jeden  koc w charakterze materaca, a na nim drugi, który  miał służyć za 

przykrycie. Allerton położył się od zewnątrz, a Cotter zawiesił moskitierę. 

- Moskity? - spytał Lee. 

- Nie. Nietoperze-wampiry - odparł krótko Cotter. - Dobranoc. 

Po długim marszu Lee czuł ból w mięśniach. Położył ramię na piersi Allertona i przytulił się do chłopca. 

Pod wpływem bliskiego kontaktu, ciepła fala czułości wypłynęła z ciała Lee. Przysunął się bliżej i delikatnie trącił 

Allertona w ramię. Allerton poruszył się rozdrażniony i odtrącił jego rękę. 

-  Odsuń  się,  dobrze?  Śpij  -  warknął.  Odwrócił  się  plecami  do  Lee.  Lee  cofnął  rękę.  Jego  całe  ciało 

skurczyło się w szoku. Powoli podłożył dłoń pod policzek. Czuł się głęboko zraniony, jakby krwawił w środku. Po 

twarzy popłynęły łzy. 

 

 

Stał przed wejściem do “Ship Ahoy”. Knajpa wyglądała na opustoszałą. Słyszał czyjś płacz. Zobaczył 

swojego  małego synka, ukląkł i wziął dziecko w ramiona. Płacz stał  się wyraźniejszy, napłynęła  fala smutku... 

Teraz on płakał, trzęsąc się od szlochu. 

Mocno  przytulił  małego  Willy'ego  do  piersi.  Stała  tam  grupa  ludzi  w  więziennych  ubiorach.  Lee 

zastanawiał się, co tam robili i dlaczego on sam płakał. 

Po  przebudzeniu  długo  jeszcze  czuł  smutek.  Wyciągnął  dłoń  w  stronę  Allertona,  później  ją  cofnął  i 

odwrócił się twarzą do ściany. 

 

 

Następnego dnia rano Lee czuł się trzeźwy, zirytowany i jakby pozbawiony uczuć. Pożyczył od Cottera 

background image

strzelbę kaliber 22 i poszedł z Allertonem rozejrzeć się po dżungli. Wydawało się, że puszcza jest pozbawiona 

życia. 

- Cotter mówił, że Indianie oczyścili teren z większości zwierzyny - oznajmił Allerton. - Wszyscy mają 

strzelby za pieniądze zarobione u Shella. 

Szli szlakiem. Olbrzymie drzewa, niektóre ponad trzydziestometrowej wysokości, oplecione  pnączami 

rysowały się w blasku słońca. 

- Niech Bóg sprawi, żebyśmy  zabili coś żywego -  powiedział Lee.  - Gene, słyszę, że tam coś piszczy. 

Spróbuję to zastrzelić. 

- Co to jest? 

- Skąd mam wiedzieć? W każdym razie żyje, prawda? 

Lee przeciskał się pomiędzy roślinnością. Pośliznął się na pnączu i wpadł na roślinę z zębami jak piła. 

Kiedy chciał wstać, sto ostrych kłów chwyciło go za ubranie i wbiło się w ciało. 

- Gene! - zawołał. - Pomóż mi! Złapała mnie roślina-ludożerca. Gene, uwolnij mnie maczetą! 

W całej dżungli nie natknęli się na żadne żywe zwierzę. 

 

 

Cotter  twierdził,  że  usiłuje  wyodrębnić  kurarę  z  trucizny  do  strzał  używanej  przez  Indian.  Powiedział 

Lee, że w tej okolicy można znaleźć żółte kruki i żółte sumy z niezwykle jadowitymi kolcami. Jego żona się nimi 

ukłuła i tak cierpiała z bólu, że Cotter musiał jej dać morfinę. Był doktorem medycyny. 

Lee  był wstrząśnięty  opowieścią  o  Kobiecie Małpie. Brat i siostra przyjechali do tej części Ekwadoru, 

żeby  żyć  prostym,  zdrowym  życiem,  odżywiając  się  korzeniami,  jagodami,  orzechami  i  miąższem  palmowym. 

Dwa  lata  później  znalazła  ich  ekipa  poszukiwawcza.  Kuśtykali  na  prymitywnych  kulach,  bezzębni,  ze  źle 

zrośniętymi złamaniami. Wydaje się, że w tym rejonie nie ma wapna. Kury nie znosiły jajek, nie miały z czego 

formować skorupek. Krowy dawały mleko, ale było ono wodniste i przezroczyste, bez wapna. 

Brat  wrócił  do  cywilizacji  i  steków,  ale  Kobieta  Małpa  ciągle  tu  była.  Nauczyła  się  odżywiać, 

obserwując, co jedzą małpy. Wszystko, co je małpa, człowiek też może jeść. To cenna wiedza, na wypadek gdybyś 

zabłądził  w  dżungli.  Warto  jest  też  mieć  przy  sobie  tabletki  z  wapnem.  Nawet  żona  Cottera  straciła  zęby  w 

“międziciasie”. Jego wypadły już dawno temu. 

Miał półtorametrową żmiję, która strzegła domu przed poszukiwaczami jego cennych notatek o kurarze. 

Miał  też  dwie  malutkie  małpki,  miłe,  ale  o  złośliwym  usposobieniu  i  z  ostrymi  ząbkami,  oraz  dwupalczastego 

leniwca.  Leniwce  żyją  na  drzewach  owocowych,  zwisając  głową  w  dół  i  wydając  odgłosy  podobne  do  płaczu 

dziecka. Na ziemi są bezradne. Leniwiec Cottera po prostu leżał, rzucał się i syczał. 

Cotter ostrzegał ich, żeby nie dotykali nawet jego karku, mógł bowiem sięgnąć do tyłu mocnymi, ostrymi 

szponami, przebić nimi dłoń, a potem przyciągnąć ją do pyska i ugryźć. 

Kiedy Lee pytał o ayahuasca, Cotter odpowiadał wymijająco. Powiedział, że nie jest pewien, czy yage i 

ayahuasca to ta sama roślina. Ayahuasca była związana z brujerta - czarami. On sam był białym brujo. Miał dostęp 

do tajemnic brujo. Lee nie miał takiego dostępu. 

- Uzyskanie ich zaufania zajęłoby ci wiele lat. Lee odparł, że nie planuje poświęcać temu interesowi zbyt 

wielu lat. 

- Czy nie mógłbyś trochę tego dla mnie zdobyć? - spytał. 

background image

Cotter spojrzał na niego kwaśno. 

- Jestem tutaj od trzech lat - powiedział. Lee próbował udawać naukowca. 

- Chcę zbadać właściwości tego leku - oznajmił. 

- Jestem gotów wziąć trochę sam, na zasadzie doświadczenia. 

- Mógłbym cię zabrać do Canela i pomówić z brujo. Dałby ci trochę, gdybym go poprosił. 

- Byłoby bardzo miło - odparł Lee. 

Cotter nie wspomniał więcej o wybraniu się do Canela. Powtarzał natomiast wielokrotnie, że jego zapasy 

są szczupłe i że nie ma czasu na eksperymenty z namiastką kurary. Po trzech dniach Lee zrozumiał, że marnuje 

czas, i powiedział Cotterowi, że wyjeżdżają. Cotter nawet nie starał się ukryć zadowolenia. 

background image

 

Epilog: Powrót do Mexico City 

 

Za  każdym  razem,  kiedy  jestem  w  Panamie,  miejsce  to  jest  dokładnie  o  miesiąc,  dwa  miesiące,  sześć 

miesięcy  bardziej nigdzie. To jakby  postęp zwyradniającej choroby. Wydaje  się, że nastąpiła zmiana z postępu 

arytmetycznego  na  geometryczny.  Coś  paskudnego,  niegodnego  i  podludzkiego  gotuje  się  w  tym  skundlonym 

mieście alfonsów, kurew i genów recesywnych, w tym zdegenerowanym pasożycie Kanału. 

W  wilgotnym  upale  zwiesza  się  nad  Panamą  smog  włóczęgów.  Wszyscy  są  tu  telepatami  w  stopniu 

paranoidalnym.  Pewnego  razu  spacerowałem  z  aparatem  fotograficznym  i  na  piaskowcowym  zboczu  Starej 

Panamy ujrzałem barak z drewna 

i zardzewiałego żelaza, rodzaj przybudówki. Chciałem mieć zdjęcie tej narośli, z albatrosami  i sępami 

kołującymi nad nią na tle gorącego, szarego nieba. Moje dłonie trzymające aparat były śliskie od potu, a koszula 

lepiła się do ciała jak mokry kondom. 

Stara  prostytutka  dostrzegła  z  wnętrza  baraku,  jak  robię  zdjęcie.  One  zawsze  widzą,  kiedy  im  robisz 

zdjęcie, zwłaszcza w Panamie. Wdała się w pełną złości rozmowę z ludźmi wyglądającymi jak szczury, których 

jednak  dokładnie  nie  widziałem.  Następnie  podeszła  do  krawędzi  niebezpiecznie  wyglądającego  balkonu  i 

wykonała w moją stronę nieokreślony, wrogi gest. 

Wielu  tak  zwanych  ludzi  prymitywnych  boi  się  aparatów.  Istotnie,  w  fotografowaniu  jest  coś 

obscenicznego  -  pragnienie  uwięzienia,  wcielenia,  seksualna  natarczywość  poszukiwań.  Poszedłem  dalej  i 

zrobiłem  kilka  zdjęć  chłopcom,  młodym,  żywym,  nieświadomym,  grającym  w  baseball.  Nawet  nie  spojrzeli  w 

moją stronę. 

Na  brzegu  zauważyłem  na  łodzi  rybackiej  młodego,  ciemnoskórego  Indianina.  Wiedział,  że  chcę  mu 

zrobić  zdjęcie,  i  za  każdym  razem,  kiedy  kierowałem  obiektyw  w  jego  stronę,  podnosił  wzrok  z  wyrazem 

męskiego  nadąsania.  W  końcu  uchwyciłem  go,  jak  opierał  się  o  dziób  łodzi  z  ospale  zwierzęcym  uśmiechem, 

leniwie  drapiąc  się  w  ramię.  Długa,  biała  blizna  biegnąca  przez  prawe  ramię  i  obojczyk.  Odłożyłem  aparat  i 

patrząc  na  niego,  oparłem  się  o  nagrzany  mur.  W  myślach  przesuwałem  palcem  po  bliźnie,  w  dół  po  jego 

miedzianej  piersi  i  brzuchu;  czułem  rozdzierający  ból  w  każdej  komórce  ciała.  Odepchnąłem  się  od  muru, 

mrucząc: “O Jezu” - i odszedłem w poszukiwaniu czegoś, co mógłbym sfotografować. 

Murzyn  w  filcowym  kapeluszu  opierał  się  o  balustradę  werandy  drewnianego  domu  wzniesionego  na 

fundamentach z piaskowca. Znajdowałem się po przeciwnej stronie ulicy, pod namiotem, w którym mieściło się 

kino. Za każdym razem, kiedy przygotowałem aparat, Murzyn zdejmował kapelusz i patrząc na mnie, mamrotał 

jakieś przekleństwa. Wreszcie cyknąłem go zza filaru. Na balkonie, za Murzynem, mył się młody mężczyzna bez 

koszuli. W jego wyglądzie można było dostrzec krew murzyńską i bliskowschodnią; okrągła twarz, skóra Mulata 

koloru  café-au-lait,  gładka  twarz,  harmonijnie  zbudowane  ciało  bez  żadnego  widocznego  mięśnia.  Myjąc  się 

podnosił  wzrok  jak  zwierzę  węszące  niebezpieczeństwo.  Zrobiłem  mu  zdjęcie,  kiedy  zadzwonił  gwizdek  na 

godzinę piątą. Stary trik fotografa: poczekać na rozproszenie uwagi. 

Wszedłem do baru  “Chica” na  rum z colą. Nigdy nie lubiłem tego  miejsca  ani  żadnego  innego baru w 

Panamie, ale kiedyś “Chico” był znośny i z szafy grającej leciały niezłe kawałki. Teraz nie było tam nic poza tą 

okropną  muzyką  honky-tonk  z  Oklahomy,  przypominającą  beczenie  niespokojnej  krowy:  Wbijasz  gwoździe  w 

trumnę mą, To nie Bóg stworzył anioły honky-tonk, Tylko twe kłamliwe serce. 

background image

Wszyscy żołnierze w knajpie mieli ten sam wygląd ludzi ze Strefy Kanału po lekkim wstrząsie mózgu. 

Był to wygląd krowi i otępiały, jakby poddano ich w wojsku specjalnej obróbce, dzięki której stali się niewrażliwi 

na kontakt na poziomie intuicji, usunięto z nich telepatyczne nadajniki i odbiorniki. Zadajesz im pytanie, a oni nie 

odpowiadają,  nie  okazując  ani  przyjaźni,  ani  wrogości.  Ani  śladu  ciepła,  żadnego  kontaktu.  Konwersacja  jest 

niemożliwa.  Po  prostu  nie  mają  nic  do  powiedzenia.  Siedzą,  puszczają  tę  wyjącą  muzykę  z  szafy  grającej  i 

stawiają  drinki  dziewczynom  klasy  B,  podrywają  je  od  niechcenia,  a  one  opędzają  się  jak  od  much.  Pewien 

pryszczaty  młodzieniec o  głupkowatej  twarzy  bez  przerwy  dotyka  piersi  dziewczyny. Ona  odtrąca jego rękę, a 

ręka wraca, skradając się, jakby żyła własnym, owadzim życiem. 

Dziewczyna  klasy  B  siada  koło  mnie  i  stawiam  jej  drinka.  Zamawia  dobrą  szkocką  whisky.  Jakże  ja 

nienawidzę tej twojej zgnilizny, Panamo, myślę. Dziewczyna miała malutki ptasi móżdżek i mówiła doskonałym 

angielskim ze Stanów, jak z płyty. Głupi ludzie szybko i łatwo uczą się języka, bo nie mają w głowie niczego, co 

zajmowałoby miejsce. 

Chciała jeszcze jednego drinka. Powiedziałem: 

- Nie. 

- Czemu jesteś taki skąpy? - zapytała. 

- Słuchaj, kiedy skończą mi się pieniądze, kto mi będzie stawiał drinki? Ty? 

Wyglądała na zdziwioną i powiedziała powoli: 

- Tak, masz rację. Przepraszam. 

Poszedłem głównym deptakiem. Jakiś alfons złapał mnie za ramię. 

- Mam czternastoletnią dziewczynę, Jack, Portorykankę. Co ty na to? 

-  W  takim  razie  ona  jest  już  w  średnim  wieku  -  odparłem.  -  Chcę  sześcioletniej  dziewicy  i  bez  tego 

“zapakuję ci, kiedy będziesz czekał”. Nie próbuj mi wciskać swoich czternastoletnich rupieci. 

Zostawiłem go z rozdziawioną gębą. 

Wszedłem  do  sklepu  obejrzeć  kapelusze  panama.  Młodzieniec  za  ladą  zaczął  śpiewać:  Zdobywać 

przyjaciół, tracić pieniądze. 

Ten gładki facecik to zwykły kanciarz, zdecydowałem. 

Pokazał mi kilka kapeluszy po dwa dolary sztuka. 

- Piętnaście dolarów - powiedział. 

- Twoje ceny są z księżyca - odparłem i wyszedłem. 

Wyszedł za mną na ulicę. 

- Chwileczkę, mister. 

Szedłem dalej. 

Tej  nocy  miałem  ciągle  powracający  sen.  Byłem  znów  w  Mexico  City  i  rozmawiałem  z  Artem 

Gonzalezem,  chłopakiem,  z  którym  Allerton  wynajmował  kiedyś  pokój.  Spytałem  go,  gdzie  jest  Allerton,  i 

usłyszałem:  “W  Agua  Diente”.  To  było  na  południe  od  Mexico  City,  więc  dowiadywałem  się  o  połączenie 

autobusowe.  Wiele  razy  śniło  mi  się,  że  jestem  z  powrotem  w  Mexico  City  i  rozmawiam  z  Artem  albo  z 

najlepszym przyjacielem Allertona, Johnnym White'em, i pytam o niego. 

Poleciałem  do  Mexico  City.  Kiedy  przechodziłem  przez  lotnisko,  byłem  trochę  zdenerwowany;  mógł 

mnie namierzyć jakiś gliniarz z Urzędu  Imigracyjnego. Postanowiłem, że będę się trzymać blisko przystojnego, 

background image

młodego  turysty,  którego  poznałem  w  samolocie.  Kapelusz  spakowałem,  a  po  wyjściu  z  samolotu  zdjąłem 

okulary. Aparat wcisnąłem pod pachę. 

- Weźmy taksówkę do miasta. Podzielimy się opłatą. Będzie taniej - zaproponowałem turyście. Szliśmy 

przez lotnisko jak ojciec z synem. - Tak - mówiłem - ten cwaniak w Gwatemali chciał ode mnie dwa dolary za kurs 

z  Palace  Hotel  na  lotnisko.  Powiedziałem  mu  uno.  -  Wyciągnąłem  palec.  Nikt  na  nas  nie  spojrzał.  Dwóch 

turystów. 

Wsiedliśmy do taksówki. Kierowca powiedział: 

- Dwanaście pesos za obu do centrum miasta. 

-  Chwileczkę  -  odezwał  się  turysta  po  angielsku.  -  Nie  ma  licznika.  Gdzie  twój  licznik?  Musisz  mieć 

licznik. 

Kierowca poprosił mnie, żebym wytłumaczył koledze, że ma prawo przewozić pasażerów z lotniska bez 

licznika. 

- Nie! - krzyknął turysta. - Ja nie turysta. Mieszkam w Mexico City. Sabe Hotel Colmena? Mieszkam w 

Hotelu Colmena. Zawieź mnie do miasta, ale zapłacę tylko tyle, ile będzie na liczniku. Zawołam policję. Policía

Jest pan zobowiązany przez prawo do posiadania licznika. 

O Boże, pomyślałem, właśnie tego mi potrzeba: żeby ten frajer wezwał gliny. Widziałem, jak gliniarze 

gromadzą  się  wokół  samochodu,  nie  wiedzą,  co  robić,  i  wzywają  posiłki.  Turysta  wziął  walizkę  i  wysiadł. 

Zapisywał numer wozu. 

- Zawołam policía mnóstwo szybko - zagroził. 

- Wiesz, ja mimo wszystko wezmę tę taksówkę - powiedziałem do niego. - Nie dostaniesz się do miasta o 

wiele taniej... Vámonos - powiedziałem do kierowcy. 

Wynająłem  pokój  za  osiem  pesos  w  hotelu  przy  Searsie  i  poszedłem  do  Lola,  z  brzuchem  zimnym  z 

podniecenia. Bar był w innym miejscu. Miał nowy wystrój i nowe meble. Za kontuarem stał jednak ten sam stary 

barman ze złotym zębem i wąsikiem. 

- Cómo está? - spytał. 

Przywitaliśmy  się.  Zapytał,  gdzie  byłem,  a  ja  powiedziałem,  że  w  Ameryce  Południowej.  Usiadłem  z 

kieliszkiem Delaware Punch. Lokal był pusty, ale wcześniej czy później musiał przyjść ktoś znajomy. 

Wszedł  Major.  Emerytowany  wojskowy,  siwy,  pełen  życia,  dobrze  zbudowany.  Przeleciałem  się  po 

liście: 

- Johnny White, Russ Morton, Pete Crowly, Ike Scranton? 

- Los Angeles, Alaska, Idaho, nie wiem, ciągle jest tutaj. Zawsze jest gdzieś tutaj. 

- A co się dzieje z Allertonem? 

- Allerton? Nie wydaje mi się, żebym go znał. 

- To na razie. 

- Dobranoc, Lee. Uważaj na siebie. 

Poszedłem do Searsa i przejrzałem czasopisma. W jednym z nich, pod tytułem  Jaja: Dla prawdziwych 

mężczyzn, znalazłem fotografię Murzyna wiszącego na drzewie: “Widziałem, jak głupki dyndają”. 

Na ramieniu poczułem  czyjąś  rękę. Odwróciłem się. To  był  Gale, inny emerytowany żołnierz. Była w 

nim uległość pijaka, który wyszedł z nałogu. Przeleciałem listę. 

background image

- Prawie wszyscy wyjechali - rzekł Gale. - A poza tym nie widuję już tych facetów, nie chodzę już do 

Lola. 

Spytałem o Allertona. 

- Allerton? 

- Wysoki, chudy chłopak. Przyjaciel Johnny'ego White'a i Arta Gonzaleza. 

- On też wyjechał. 

- Jak dawno temu? - Z Gale'em nie musiałem być ostrożny. I tak niczego by nie zauważył. 

- Widziałem go może miesiąc temu po drugiej stronie ulicy. 

- Cześć, do zobaczenia. 

- Do zobaczenia. 

Powoli  odłożyłem  pismo,  wyszedłem  i  oparłem  się  o  latarnię.  Potem  wróciłem  do  Lola.  Przy  stoliku 

siedział Burns i pił piwo, trzymając butelkę w okaleczonej ręce. 

- Prawie nikogo już nie ma. Johnny White, Tex i Crosswheel są w Los Angeles. Patrzyłem na jego rękę. 

- Słyszałeś o Allertonie? - spytał. 

- Nie - odpowiedziałem. 

- Pojechał do Ameryki Południowej czy dokądś. Z jakimś pułkownikiem. Pojechał jako przewodnik. 

- No i? Jak dawno temu? 

- Około sześciu miesięcy. 

- To znaczy tuż po moim wyjeździe. 

- Taa. Mniej więcej wtedy. 

Wziąłem  od  Burnsa  adres  Arta  Gonzaleza  i  poszedłem  zobaczyć  się  z  nim.  Pił  piwo  w  sklepie 

naprzeciwko swojego hotelu i zawołał  mnie. Tak, Allerton wyjechał około  pięciu miesięcy temu. Pojechał jako 

przewodnik jakiegoś pułkownika i jego żony. 

- Mieli zamiar sprzedać samochód w Gwatemali. Cadillac rocznik 48. Czułem, że w tym interesie jest coś 

nie  w  porządku,  ale  Allerton  nie  powiedział  mi  nic  konkretnego.  Wiesz,  jaki  on  jest.  -  Art  wydawał  się  być 

zdziwiony faktem, że nie miałem żadnej wiadomości o Allertonie. - Nikt o nim nie słyszał od czasu jego wyjazdu. 

To mnie niepokoi. 

Zastanawiałem  się,  co  i  gdzie  mógłby  robić.  Gwatemala  jest  droga,  San  Salwador  drogie  i  zaszczane. 

Kostaryka? Żałowałem, że w drodze powrotnej nie zatrzymałem się w San José. 

Gonzalez i ja przerobiliśmy temat “Gdzie jest ten i ta”. Mexico City  to terminal w podróży w  czasie  i 

przestrzeni,  poczekalnia,  w  której  wypijasz  szybkiego  drinka  w  oczekiwaniu  na  pociąg.  Właśnie  dlatego  mogę 

znieść Mexico City i Nowy Jork. Nie jesteś w nich uwięziony. Przez sam fakt bycia tam znajdujesz się w podróży. 

Za to w Panamie, na Rozdrożu Świata, jesteś tylko określoną ilością starzejącej się tkanki. Musisz spisać umowę z 

liniami Pan Am albo Dutch Line, żeby zabrali twoje ciało. W przeciwnym razie zostałbyś tam i gnił w dusznym 

skwarze, pod dachem z galwanizowanego żelaza. 

 

 

Tej  nocy  śniło  mi  się,  że  w  końcu  odnalazłem  Allertona  w  jakimś  zakątku  Ameryki  Środkowej.  Był 

zdziwiony, widząc mnie po tak długim czasie. W tym śnie byłem poszukiwaczem zaginionych osób. 

background image

- Panie Allerton, jestem przedstawicielem Przedsiębiorstwa Przyjaznych Finansów. Czy nie zapomniałeś 

o czymś, Gene? Miałeś odwiedzać nas co trzeci wtorek. Tęskniliśmy za tobą w naszym biurze. Nie lubimy mówić 

naszym  klientom:  “Płać  bo...”  Tak  nie  mówią  przyjaciele. Ciekawi  mnie,  czy  kiedykolwiek  przeczytałeś  naszą 

umowę  do  samego  końca.  Chodzi  mi  zwłaszcza  o  Klauzulę  6  (x),  którą  można  rozszyfrować  wyłącznie  przy 

pomocy mikroskopu elektronowego i filtra wirusowego. Ciekawi mnie, czy wiesz, co oznacza owo “bo... “, Gene? 

Och,  wiem,  jak  to  jest  z  wami,  chłopakami.  Uganiasz  się  za  jakąś  kurewką  i  na  śmierć  zapominasz  o 

Przedsiębiorstwie Przyjaznych Finansów, co? Ale Przedsiębiorstwo nie zapomina o tobie. To tak jak w piosence 

“Tu się nie ukryjesz”. Nie ukryjesz się, kiedy stary Skoczny Tropiciel wkracza do akcji. 

Twarz Skocznego  Tropiciela  zrobiła się pusta i senna.  Jego usta rozchyliły  się, ukazując zęby twarde i 

żółte jak stara kość słoniowa. Ciało powoli zagłębiało się w skórzanym fotelu, aż wreszcie oparcie lśniące w cieniu 

i opalizujące plamkami światła zsunęło mu kapelusz na oczy. Zaczął mruczeć w kółko: “ Johnny już tak długo jest 

na targu”. 

Mruczenie urwało się nagle, w środku frazy. 

Głos Skocznego Tropiciela był ospały i przerywany jak muzyka na pełnej wiatru ulicy. 

- W tej pracy spotykasz najróżniejsze typy, mały. Czasami jakiś popcornowy obywatel przychodzi do 

biura i próbuje zapłacić Przyjaznym Finansowym tym gównem. 

Wysunął rękę z boku fotela, wierzchem dłoni do góry. Powoli otworzył chudą, brązową dłoń, jego palce 

na końcach były purpurowo-niebieskie. Ukazał się zwitek żółtych banknotów tysiącdolarowych. Ręka odwróciła 

się grzbietem do góry i z powrotem opadła na fotel. Zamknął oczy. 

Nagle jego głowa przechyliła się na bok i z ust wychynął język. Pogniecione banknoty wysypały mu się z 

dłoni, jeden po drugim, i leżały na czerwonej kamiennej posadzce. Powiew ciepłego wiosennego wiatru wepchnął 

do pokoju brudne różowe zasłony. Banknoty szeleściły w kątach pokoju i ułożyły się na twarzy Allertona. 

Skoczny Tropiciel wyprostował się niezauważalnie, a spod jego powiek wydobyła się smużka światła. 

-  Zachowaj  to  na  czarną  godzinę,  mały  -  powiedział.  -  Wiesz,  jak  jest  w  tych  wytwornych  hotelach. 

Musisz mieć swój własny papier. 

Skoczny Tropiciel pochylił się do przodu, wspierając łokcie na kolanach. Nagle wstał, jakby poderwany z 

fotela, i nieoczekiwanym ruchem zsunął z oczu kapelusz. Podszedł do drzwi, odwrócił się, trzymając prawą dłoń 

na klamce. Paznokcie lewej dłoni wypolerował o klapę znoszonej marynarki w szkocką kratę. Kiedy się poruszał, 

z marynarki unosił się smród pleśni. Pleśń była pod klapami i na mankietach spodni. Spojrzał na swoje paznokcie. 

-  Aha...  jeśli  chodzi  o...  hm...  twoje  konto.  Niedługo  wrócę.  To  znaczy  za  parę...  -  głos  Skocznego 

Tropiciela był przytłumiony. - Dojdziemy do jakiegoś porozumienia - powiedział głośno i wyraźnie. 

Otworzyły się drzwi i wściekły powiew przeleciał  przez  pokój. Drzwi zamknęły się,  a zasłony opadły, 

jedna z nich ułożyła się na sofie, jakby rzucona tam czyjąś ręką.