background image

A

GATHA 

C

HRISTIE

 

 
 
 

Z

ABÓJSTWO 

R

OGERA 

A

CKROYDA

 

 

T

YTUŁ ORYGINAŁU

:

 

T

HE 

M

URDER OF 

R

OGER 

A

CKROYD

 

P

RZEŁOŻYŁ 

J

AN 

Z

AKRZEWSKI

 

background image

R

OZDZIAŁ PIERWSZY

 

D

OKTOR 

S

HEPPARD PRZY ŚNIADANIU

 

 
Pani Ferrars zmarła w czwartek, w nocy z szesnastego na siedemnasty września. Po mnie 

posłano w piątek, siedemnastego, o godzinie ósmej rano. Nic już nie mogłem poradzie. Pani 
Ferrars nie żyła od kiłku godzin. 

Do domu wróciłem parę minut po dziewiątej i własnym kluczem otworzyłem drzwi z zamka. 

Świadomie  zwlekałem  dość  długo  w  przedpokoju,  wieszając  kapelusz  i  lekki  płaszcz,  który 
roztropność  kazała  mi  włożyć  przed  wyjściem  w  chłodny,  jesienny  poranek.  Prawdę 
powiedziawszy, byłem wytrącony z równowagi i zaniepokojony. Nie mam zamiaru twierdzić, 
że w owej chwili już przewidywałem rozwój wypadków następnych tygodni. Ani mi to przez 
myśl  nie  przeszło.  Prawdopodobnie  jednak  instynkt  ostrzegał  mnie  przed  niezwykłymi 
wydarzeniami, jakie miały nastąpić. 

Ze stołowego, dokąd wchodziło się z hallu w lewo, dobiegało mnie szczękanie filiżanek i 

suchy, urywany kaszel mojej siostry Karoliny. 

— Czy to ty, James?! — zawołała. 
Zbędne pytanie, gdyż nikt inny nie mógł przyjść. Prawdę powiedziawszy, właśnie z powodu 

Karoliny  tak  się  ociągałem.  Mottem  ichneumonów,  jak  powiada  Kipling,  jest  hasło:  „Idź  i 
węsz”.  Jeśli  Karolina  kiedykolwiek  przyjmie  herb,  powinien  nim  być  właśnie  ichneumon, 
stojący na tylnych łapach. Z motta można by opuścić nawet pierwszą część, Karolina bowiem 
potrafi wywęszyć wszystko bez chodzenia, siedząc skromniutko w domu. Nie wiem, jak jej się 
to  udaje,  ale  tak  jest.  Podejrzewam,  iż  służące  i  chłopcy  od  sklepikarzy  tworzą  jej  służbę 
wywiadowczą.  Kiedy  Karolina  wychodzi  z  domu,  to  nie  po  to,  by  zbierać  plotki,  ale  by  je 
rozsiewać. I jest w tym zdumiewająco wprawna. 

Ostatnia  z  jej  wyżej  wymienionych  cech  była  właśnie  przyczyną  mojego  niepokoju. 

Wiedziałem, że cokolwiek powiem Karolinie o śmierci  pani  Ferrars, stanie się to  publiczną 
tajemnicą  całego  miasteczka  w  ciągu  półtorej  godziny.  Jako  lekarz  muszę  pamiętać  o 
zachowywaniu  dyskrecji.  Dlatego  też  przyjąłem  zasadę  nieinformowania  mojej  siostry 
właściwie o niczym. Ona i tak dowiaduje się o wszystkim, ale ja mam spokojne sumienie, że 
nie ode mnie. 

Minął  już  rok  od  śmierci  męża  pani  Ferrars  i  Karolina  twierdzi  uparcie  —  bez 

najmniejszych ku temu podstaw — że żona go otruła. 

Pogardliwie traktuje moją niezmienną odpowiedź, że pan Ferrars zmarł na wrzód żołądka 

i  w  wyniku  chronicznego  nadużywania  napojów  wyskokowych.  Objawy  śmierci  z  powodu, 
pęknięcia  wrzodu  i  otrucia  arszenikiem  są,  i  z  tym  się  zgadzam,  dosyć  podobne,  ale  w  tym 
wypadku Karolina opiera swoje oskarżenie na czymś zupełnie innym. 

— Wystarczy tylko spojrzeć na panią Ferrars — słyszałem wielokrotnie. 
Pani Ferrars, osoba nie pierwszej młodości, była jednak przystojną kobietą, a stroje, choć 

skromne,  leżały  na  niej  świetnie.  Wiele  kobiet  ubiera  się  w  Paryżu  i  to  wcale  nie  musi  być 
powodem trucia mężów. 

Kiedy tak stałem niezdecydowany w hallu i wszystkie te myśli przebiegały mi przez głowę, 

usłyszałem ponownie głos Karoliny, tym razem zabarwiony ostrzejszą nutą: 

— Cóż ty tam robisz, James? Dlaczego nie usiądziesz do śniadania? 
— Już idę, moja droga — powiedziałem pośpiesznie. — Wieszałem płaszcz. 
— Przez  ten  czas  mógłbyś  powiesić  z  pół  tuzina  płaszczy!  —  Karolina  miała  rację. 

Mógłbym. 

Wszedłem do jadalni, jak zwykle cmoknąłem Karolinę w policzek i zasiadłem do jajek na 

bekonie. Bekon był już nieco zimny. 

background image

— Wezwano cię dziś wcześnie — zauważyła Karolina. 
— Aha — odparłem. — Do King’s Paddock. Pani Ferrars… 
— Wiem — powiedziała. 
— Skąd wiesz? — zapytałem. 
— Powiedziała mi Annie. 
Annie jest pokojówką. Miła dziewczyna, ale straszna gaduła. 
Nastąpiła chwalą ciszy. W dalszym ciągu jadłem jajka na bekonie. Koniuszek nosa mojej 

siostry, długi i cienki, drgał lekko, co zdarza się zawsze, kiedy Karolina jest czegoś ciekawa 
albo czymś podniecona. 

— No i co? — spytała. 
— Źle. Nic już nie mogłem poradzić. Zmarła we śnie. 
— Wiem — powiedziała po raz drugi Karolina. Tym razem już mnie to rozzłościło. 
— Nie  możesz  wiedzieć!  —  warknąłem.  —  Ja  sam  nic  nie  wiedziałem,  póki  tam  nie 

poszedłem. I do chwili obecnej  nie wspominałem o tym żywej  duszy. Jeśli ci  to powiedziała 
Annie, jest chyba jasnowidząca. 

— Nie Annie, tylko mleczarz. Usłyszał od kucharki Ferrarsów. 
Jak już mówiłem, Karolina nie musi wychodzić z domu, by o wszystkim wiedzieć. Siedzi w 

kuchni i wiadomości same do niej przychodzą. 

— Na co umarła? Atak serca? — pytała dalej. 
— A  co,  mleczarz  ci  nie  powiedział?  —  rzuciłem  zjadliwie.  Zjadliwość  jest  bezcelowa  w 

stosunku do Karoliny. 

Przyjmuje ją ona poważnie i poważnie odpowiada. 
— Nie wiedział — wyjaśniła. 
Wcześniej  czy  później  Karolina  i  tak  by  się  dowiedziała.  Tym  razem  nie  sprawiało  mi 

różnicy, że dowie się ode mnie. 

— Wzięła nadmierną dawkę weronalu. Ostatnio zażywała go na bezsenność. Po prostu się 

omyliła. Pewnie… 

— Bzdura!  —  odparła  natychmiast  Karolina.  —  Ona  naumyślnie  zażyła  tyle.  Nie 

przekonasz mnie. 

Jakie  to  dziwne,  że  kiedy  człowiek  nosi  w  sercu  jakąś  własną  tajemną  teorię,  do  której 

właściwie  nie  chce  się  przyznać,  a  usłyszy  ją  z  ust  kogoś  innego,  z  pasją  jej  zaprzecza. 
Dlatego też i ja wybuchnąłem oburzony: 

— Znowu zaczynasz! — krzyknąłem. — Wyciągasz bezsensowne wnioski bez najmniejszych 

ku temu podstaw! Po cóż pani Ferrars miałaby popełnić samobójstwo? Wdowa, jeszcze dość 
młoda, w świetnej sytuacji materialnej, ciesząca się dobrym zdrowiem, bez żadnych kłopotów. 
Absurd! 

— Wcale  nie.  Chyba  i  ty  zauważyłeś,  jak  ona  się  przez  te  ostatnie  pół  roku  zmieniła. 

Wyglądała okropnie, jakby ją zmora trapiła. I sam przed chwilą przyznałeś, że źle sypiała. 

— A  więc  jakaż  jest  twoja  diagnoza?  —  spytałem  cierpko.  —  Pewno  nieszczęśliwca 

miłość? 

Karolina potrząsnęła głową. 
— Wyrzuty sumienia — powiedziała z satysfakcją. 
— Wyrzuty sumienia? 
— Tak. Nie chciałeś mi nigdy wierzyć, kiedy ci mówiłam, że otruła męża. Teraz jestem tego 

bardziej pewna niż kiedykolwiek. 

— To trochę nielogiczne — zaoponowałem. — Jeśli kobieta potrafi popełnić morderstwo, 

to  starcza  jej  chyba  zimnej  krwi,  by  cieszyć  się  owocami  zbrodni,  i  nie  ulega  tak 
sentymentalnym słabościom jak żal za grzechy. 

Karolina znowu potrząsnęła głową. 

background image

— Prawdopodobnie są takie kobiety, ale pani Ferrars do nich nie należała. Była kłębkiem 

nerwów.  Jakiś  przemożny  impuls  kazał  jej  uwolnić  się  od  męża,  bo  nie  była  istotą  zdolną 
cierpieć  zbyt  długo.  A  nie  ulega  chyba  wątpliwości,  że  żona  takiego  człowieka  jak  Ashley 
Ferrars musiała wiele cierpieć… 

Skinąłem głową. 
— Ale  od  tego  czasu  prześladowało  ją  wspomnienie  popełnionej  zbrodni.  Bardzo  jej 

współczuję. 

Nie przypominałem sobie, aby za życia pani Ferrars Karolina kiedykolwiek jej współczuła. 

Teraz,  kiedy  pani  Ferrars  znalazła  się  tam,  gdzie  prawdopodobnie  nie  nosi  się  paryskich 
modeli,  moja  siostra  była  gotowa  pławić  się  w  tak  subtelnych  uczuciach  jak  litość  i 
zrozumienie. 

Odparłem stanowczo, że podobne domysły są bzdurne. Sprzeciwiałem się im tym bardziej, 

że  w  głębi  duszy  zgadzałem  się  co  najmniej  z  ich  częścią.  Ale  czyż  mogłem  się  zgodzić,  by 
Karolina dochodziła prawdy jedynie metodą natchnionego zgadywania? Nie miałem zamiaru 
tego pochwalać. Rozgada wszystko po całym miasteczku, a ludzie będą myśleli, że czyni to na 
podstawie lekarskiej diagnozy brata. Życie jest ciężkie! 

— Bzdura! — powtórzyła Karolina w odpowiedzi na moje protesty. — Zobaczysz! Stawiam 

dziesięć do jednego, że pani Ferrars pozostawiła list, w którym wszystko wyznaje. 

— Nie  zostawiła  żadnego  listu  —  odparłem  ostro,  nie  dostrzegając  pułapki,  w  jaką 

wpadam. 

— Oo!  —  wykrzyknęła  Karolina.  —  A  więc  dowiadywałeś  się?  Wiesz,  James,  wydaje  mi 

się, że w głębi duszy myślisz to samo co ja. Jesteś stary krętacz. 

— Zawsze trzeba brać pod uwagę możliwość samobójstwa — odparłem ostrożnie. 
— Czy będzie dochodzenie sądowe? 
— Może  będzie.  To  zależy.  Jeśli  stwierdzę,  że  jestem  całkowicie  przekonany,  iż  zażycie 

nadmiernej dawki weronalu nastąpiło przypadkowo, być może obejdzie się bez dochodzenia. 

— A czy jesteś całkowicie przekonany? — spytała przebiegle. 
Wstałem od stołu bez słowa. 

background image

R

OZDZIAŁ DRUGI

 

Ś

MIETANKA 

K

INGFS 

A

BBOT

 

 
Nim opowiem dalej, co Karolina usłyszała ode mnie i co ja usłyszałem od Karoliny, muszę 

w ogólnych zarysach opisać lokalne stosunki. Nasze miasteczko, King’s Abbot, nie różni się 
chyba niczym od innych małych miasteczek. Najbliższym większym ośrodkiem jest oddalone o 
dziewięć  mil  Cranchester.  Mamy  duży  dworzec  kolejowy,  mały  urząd  pocztowy  i  dwa 
konkurujące ze sobą sklepy towarów mieszanych. Energiczni młodzi ludzie są raczej skłonni 
wcześnie  opuszczać  rodzinne  strony,  pozostaje  nam  natomiast  mnóstwo  starych  panien  i 
oficerów  w  stanie  spoczynku.  Nasze  rozrywki  i  pasje  dają  się  streścić  w  jednym  słowie  — 
plotki. 

W całym miasteczku są tylko dwa domy, na których koncentruje się cała uwaga. Jeden to 

King’s  Paddock,  pozostawiony  pani  Ferrars  przez  męża,  drugi,  Fernly  Park,  należy  do 
Rogera Ackroyda. Ackroyd zawsze budził moje głębokie zainteresowanie, będąc człowiekiem 
znacznie  lepiej  imitującym  ziemianina,  niż  potrafił  to  czynić  jakikolwiek  ziemianin. 
Przypominał  mi  wysportowanych  dżentelmenów  o  czerwonych  twarzach,  którzy  zawsze 
zjawiali  się  na  początku  pierwszego  aktu  staromodnej  komedii  muzycznej,  na  tle  dekoracji 
przedstawiającej miejscowe pastwisko, i śpiewali piosenkę o wyjeździe do Londynu. Obecnie 
mamy tylko rewie i ziemianie nie są już modni w świecie muzycznych rozrywek. 

Oczywiście  Ackroyd  nie  jest  prawdziwym  ziemianinem.  Jest  natomiast  świetnie 

prosperującym  fabrykantem  —  jeśli  się  nie  mylę  —  kół  do  wagonów.  Ma  lat  prawie 
pięćdziesiąt,  purpurową  twarz  i  miłe  obejście.  Zawarł  sojusz  z  miejscowym  proboszczem, 
wspomaga hojnie budżet parafii (chociaż krążą pogłoski, że w wydatkach na dom jest skąpy), 
popiera  mecze  krykieta,  kluby  młodzieży  oraz  organizacje  inwalidów  wojennych.  Jednym 
słowem, jest główną osobą naszego sennego miasteczka. 

Kiedy Roger Ackroyd miał lat dwadzieścia jeden, zakochał się, a następnie ożenił z piękną 

kobietą, pięć czy sześć lat od niego starszą. Nazywała się Paton, była wdową i miała dziecko. 
Losy tego małżeństwa byty krótkie i smutne. Mówiąc bez ogródek, pani Ackroyd okazała się 
alkoholiczką. W cztery lata po ślubie udało się jej wreszcie zapić na śmierć. 

Ackroyd  nie  okazywał  później  chęci  rzucenia  się  w  nową  małżeńską  przygodę.  Syn  z 

pierwszego małżeństwa pani Ackroyd miał lat siedem, kiedy matka jego zmarła. Teraz ma lat 
dwadzieścia  pięć.  Ackroyd  zawsze  uważał  go  za  własnego  syna  i  w  tym  duchu  wychował. 
Chłopak  jest  rozpuszczony  —  wieczne  źródło  zmartwień  i  kłopotów  ojczyma.  Niemniej 
wszyscy w King’s Abbot lubimy Ralfa Patona. Przede wszystkim jest wyjątkowo przystojny. 

Jak  już  powiedziałem,  bardzo  chętnie  plotkujemy  w  naszym  miasteczku.  Wszyscy  też 

zdążyliśmy zauważyć, że Ackroyd i  pani  Ferrars żyją  w wielkiej przyjaźni. Po śmierci  pana 
Ferrarsa  przyjaźń  ta  stała  się  jeszcze  bardziej  widoczna.  Często  widywano  ich  razem  i 
przypuszczano,  że  po  okresie  żałoby  pani  Ferrars  zostanie  panią  Ackroyd.  Uważano  to  za 
rzecz  najzupełniej  słuszną:  żona  Rogera  Ackroyda  zmarła  —  co  nie  było  tajemnicą  —  od 
nadużywania alkoholu. Ashley Ferrars już wiele lat przed śmiercią był pijakiem. Dlaczego te 
dwie ofiary alkoholu nie miałyby wynagrodzić sobie wzajemnie tego wszystkiego, co niegdyś 
wycierpiały od poprzednich małżonków? 

Ferrarsowie  sprowadzili  się  do King’s  Abbot  dopiero  przed  rokiem,  natomiast  Ackroyda 

otaczała  aura  plotek  już  od  wielu  lat.  W  czasie  gdy  Ralf  Paton  wyrastał  na  mężczyznę, 
gospodarstwem Ackroyda zarządzała kolejno cała sfora gospodyń, a każda była przyjmowana 
przez Karolinę i jej współplotkarzy z wielką podejrzliwością. Nie przesadzę, jeśli powiem, że 
przynajmniej  od  piętnastu  lat  całe  miasteczko  żyło  w  oczekiwaniu,  kiedy  Ackroyd  poślubi 
jedną  ze  swoich  gospodyń.  Ostatnia  z  nich,  wzbudzająca  postrach  panna  Russell,  rządziła 

background image

niezachwianie  już  od  pięciu  lat,  dwa  razy  dłużej  niż  którakolwiek  z  jej  poprzedniczek. 
Powszechnie uważano, że gdyby nie pojawienie się pani Ferrars, Ackroyd tym razem by nie 
umknął.  To  właśnie  —  i  jeszcze  jeden  czynnik,  a  mianowicie  nieprzewidziany  przyjazd  z 
Kanady i zamieszkanie w Fernly Park szwagjerki Rogera Ackroyda, pani Cecilowej Ackroyd, 
wdowy  po  niezbyt  zamożnym  jego  młodszym  bracie,  i  jej  córki  Floty  —  przyczyniło  się, 
zgodnie z opinią Karoliny, do osłabienia wpływów panny Russell. 

Nie wiem dokładnie, na czym polega „osłabienie wpływów” — brzmi to przygnębiająco i 

nieprzyjemnie  —  ale  wiem,  że  panna  Russell  chodzi  po  miasteczku  z  zaciśniętymi  ustami  i z 
czymś,  co  mogę  określić  jedynie  jako  kwaśny  uśmiech,  i  wyraża  najwyższą  sympatię  dla 
„biednej  pani  Ackroyd,  żyjącej  z  jałmużny  szwagra”.  „Darowany  chleb  jest  gorzki, 
nieprawdaż? Ja byłabym bardzo nieszczęśliwa, gdybym nie mogła zapracować na życie!”. 

Nie mam pojęcia, co pani Ackroyd myślała o całej tej sprawie, kiedy znalazła się ona na 

tapecie,  ale  bez  wątpienia  było  dla  niej  korzystniejsze,  by  Ackroyd  nie  żenił  się  powtórnie. 
Niemniej była zawsze miła — a nawet czarująca — dla pani Ferrars. Karolina twierdzi, że to 
niczego nie dowodzi. 

Oto  czym  zajmowaliśmy  się  w  King’s  Abbot  przez  ostatnie  kilka  lat.  Obgadywaliśmy 

Ackroyda  i  jego  sprawy  na  wszelkie  możliwe  sposoby.  A  potem  pani  Ferrars  wskoczyła  na 
swoje miejsce w gotowy już obraz lokalnych stosunków. 

Obecnie  w  kalejdoskopie  nastąpiła  zmiana  obrazu.  Zostaliśmy  oderwani  od  lekkich 

rozmów na temat ewentualnych prezentów ślubnych i rzuceni w sam środek tragedii. 

Rozmyślając o tych i  innych sprawach, wyruszyłem na obchód pacjentów. Tego dnia  nie 

czekały mnie żadne interesujące przypadki — może to i lepiej, gdyż myślami ciągle wracałem 
do  tajemnicy  śmierci  pani  Ferrars.  Czy  sama  odebrała  sobie  życie?  Przecież  gdyby  to 
uczyniła,  znaleziono  by  jakiś  list  wyjaśniający  tragedię.  Z  doświadczenia  wiem,  że  kobiety, 
jeśli już zdecydują się popełnić samobójstwo, przeważnie pragną wyznać, co je doprowadziło 
do tak dramatycznego rozwiązania. Kobiety zawsze dążą do sławy, nawet pośmiertnej. 

Kiedy widziałem się z nią po raz ostatni? Chyba nie dalej jak tydzień temu. Jej zachowanie 

było dość normalne, przyjmując, no… uwzględniając sytuację. 

Nagle  jednak  przypomniałem  sobie,  że  widziałem  ją/  chociaż  z  nią  nie  rozmawiałem, 

jeszcze  wczoraj.  Szła  w  towarzystwie  Ralfa  Patona.  Zdziwiłem  się  nawet,  bo  nie  miałem 
pojęcia, że ten młody człowiek przebywa w King’s Abbot. Słyszałem o jakimś nieporozumieniu 
między nim a ojczymem. Nikt go tu nie widział od prawie sześciu miesięcy. Pani Ferrars i Ralf 
Paton szli, pochyliwszy ku sobie głowy, a pani Ferrars żywo coś opowiadała. 

Prawdę mówiąc, już wtedy miałem jakieś przeczucie tego, co potem nastąpiło. Nie było to 

na razie nic określonego, jedynie mętna świadomość nieoczekiwanych wypadków. Odniosłem 
niemiłe wrażenie z owego najwidoczniej ważnego tête–à–tête Ralfa Patona i pani Ferrars. 

Jeszcze o tym rozmyślałem, kiedy stanąłem oko w oko z Rogerem Ackroydem. 
— Sheppard! — wykrzyknął. — Właśnie pana szukałem. Co za straszny wypadek! 
— Już pan słyszał? 
Skinął głową. Widziałem, że odczuł ten cios bardzo boleśnie. Jego duże, czerwone policzki 

jakby się zapadły; sprawiał wrażenie cienia własnej tryskającej zwykle zdrowiem osoby. 

— Sprawa przedstawia się gorzej, niż pan to sobie wyobraża — powiedział spokojnie. — 

Doktorze Sheppard, muszę z panem porozmawiać! Może pan wpaść do mnie teraz? 

— To niemożliwe. Zostało mi jeszcze trzech chorych, a od dwunastej przyjmuję pacjentów 

u siebie. 

— W takim razie po południu… albo nie, niech pan przyjdzie do mnie na kolację. O wpół 

do ósmej. Odpowiada panu? 

— Tak. Chyba będę mógł. Ale co się stało? Kłopoty z Ralfem? 
Sam nie wiem, dlaczego spytałem o Ralfa — może dlatego, że Ralf był tak często przyczyną 

kłopotów Ackroyda. 

background image

— Z Ralfem? — spytał, jakby nie rozumiejąc. — Ależ nie, nie! Ralf jest w Londynie… O 

psiakrew! Idzie stara panna Ganett! Nie chcę, żeby mnie przyłapała i zaczęła rozmowę na ten 
straszny temat. Więc do wieczora. Wpół do ósmej! 

Skinąłem  głową  i  Ackroyd  szybko  odszedł.  Zacząłem  się  zastanawiać:  Ralf  w  Londynie? 

Ale przecież z pewnością widziałem go w King’s Abbot poprzedniego dnia! Musiał wrócić do 
Londynu  wieczorem  albo  dziś  wcześnie  rano.  Jednakże  zachowanie  Ackroyda  dawało  mi 
podstawy do zupełnie innych wniosków. Mówił tak, jakby Ralfa nie było tu od wielu miesięcy. 

Nie  miałem  jednak  czasu  na  dalsze  rozważania.  Panna  Ganett  już  mnie  dopadła,  żądna 

informacji. Panna Ganett ma wszystkie cechy mojej siostry, brak jej jedynie owej bezbłędnej 
intuicji i umiejętności wyciągania ostatecznych wniosków, co nadaje cechę wielkości taktyce 
Karoliny. Gnana ciekawością panna Ganett zamieniła się w znak zapytania. 

Czyż to nie straszny wypadek z tą biedną, drogą panią Ferrars? Wielu znajomych mówi, że 

od  lat  była  zapamiętałą  narkomanką.  Jakże  to  nieładnie  ze  strony  niedobrych  ludzi  mówić 
podobne  rzeczy!  A  mimo  wszystko,  i  to  jest  najgorsze,  w  takich  fantastycznych 
przypuszczeniach bywa zwykle ziarenko prawdy. Nie ma dymu bez ognia. Ludzie mówią też, 
że  pan  Ackroyd  dowiedział  się  o  tym  i  zerwał  zaręczyny  —  bo  podobno  oni  byli  zaręczeni! 
Ona, panna Ganett, ma na to wiarygodne dowody. Naturalnie ja, jako doktor, na pewno wiem 
o tym. Lekarze zawsze wiedzą, tylko nigdy nic nie mówią. 

Wszystko  to  wypowiadała,  przeszywając  mnie  ostrym  spojrzeniem  paciorkowatych  oczu. 

Chciała  zobaczyć,  jak  zareaguję  na  jej  słowa.  Na  szczęście  doświadczenie  nabyte  w 
obcowaniu z Karoliną nauczyło mnie zachowywać obojętność przy tego rodzaju rozmowach i 
mieć na podorędziu nic nieznaczące odpowiedzi. 

Pogratulowałem pannie Ganett, że nie dołączyła się do grona plotkarzy rozpuszczających 

różne złośliwe pogłoski. Pomyślałem sobie, że raczej  zręcznie odparłem atak. Pozostawiłem 
pannę Ganett w rozterce; nim zdołała zebrać nowe siły, poszedłem w swoją drogę. 

Wróciłem do domu zamyślony. W poczekalni zastałem już sporą grupkę pacjentów. 
Zdawało mi się, że odprawiłem ostatniego, i miałem właśnie zamiar spędzić przed obiadem 

kilka  chwil  w  ogrodzie,  kiedy  zauważyłem  jeszcze  jedną  osobę.  Była  to  kobieta.  Wstała  i 
zbliżyła się do mnie. Spoglądałem na nią nieco zdziwiony. 

Sam nie wiem, dlaczego byłem zdziwiony, chyba tylko dlatego, że o ile wiem, panna Russell 

ma prawdziwie końskie zdrowie i nic sobie nie robi ze wszystkich chorób na świecie. 

Gospodyni  Ackroyda  jest  wysoką  niewiastą,  przystojną,  ale  bardzo  nieprzystępną. 

Spojrzenie  ma  surowe,  usta  zaciśnięte.  Gdybym  był  pokojówką  podlegającą  jej  rozkazom, 
tobym chyba uciekał gdzie pieprz rośnie na odgłos jej kroków. 

— Dzień dobry, doktorze Sheppard — powiedziała. — Czy byłby pan łaskaw rzucić okiem 

na moje kolano? 

Rzuciłem  na  nie  okiem,  ale  mimo  to  nie  stałem  się  wiele  mądrzejszy.  Panna  Russell 

opisywała  mi  mętnie  jakieś  bolesne  objawy,  ale  brzmiało  to  dosyć  nieprzekonująco.  Gdyby 
chodziło  o  kobietę  mniejszych  cnót,  podejrzewałbym,  że  po  prostu  kłamie.  Nawet  i  teraz 
przebiegła mi przez głowę myśl, iż świadomie opisuje ona nieistniejący ból kolana, aby przy 
okazji  dowiedzieć  się  czegoś  o  okolicznościach  zgonu  pani  Ferrars.  Szybko  jednak 
zorientowałem się, że czynię pannie Russell krzywdę, podejrzewając ją o coś podobnego. Raz 
tylko,  i  to  przelotnie,  zahaczyła  o  sprawę  tragicznego  wypadku.  Niemniej  zwlekała  z 
odejściem i chętnie przeciągała rozmowę. 

— Dziękuję za lekarstwo, panie doktorze — powiedziała wreszcie. — Chociaż nie wierzę, 

żeby to bardzo pomogło. 

Ja  również  w  to  nie  wierzyłem,  ale  zaprotestowałem  z  obowiązku.  W  każdym  razie  nie 

mogło zaszkodzić, no a lekarz powinien być lojalny wobec narzędzi swego zawodu. 

— Nie wierzę w żadne lekarstwa — oświadczyła panna 

background image

Russell,  wodząc  z  lekceważeniem  oczami  po  rzędach  butelek.  —  Lekarstwa  czynią  wiele 

złego. Na przykład niech pan pomyśli o kokainie… 

— No, jeśli o to idzie… 
— Właśnie, ileż ma ofiar w lepszych sferach…! 
Jestem  pewien,  że  panna  Russell  dużo  lepiej  niż  ja  zna  życie  wyższych  sfer.  Nie 

próbowałem więc polemizować z nią na ten temat. 

— Niech  pan  mi  powie,  doktorze  —  odezwała  się  po  chwili.  —  Przypuśćmy,  że  jest  się 

niewolnikiem narkotyku. Czy są sposoby wyleczenia? 

Trudno w paru słowach odpowiedzieć na podobne pytanie, wygłosiłem więc mały referat, a 

panna  Russell  słuchała  ze  skupioną  uwagą.  Ciągle  jeszcze  podejrzewałem,  że  przyszła 
dowiedzieć się szczegółów śmierci pani Ferrars. 

— Na przykład weronal… — ciągnąłem. 
Ale  choć  dziwne  może  się  to  wydawać,  panna  Russell  nie  interesowała  się  weronalem. 

Przerwała  mi  i  zmieniła  temat.  Spytała,  czy  to  prawda,  że  nie  można  czasami  wykryć 
działania rzadko spotykanych trucizn. 

— Ha! Widzę, że czytuje pani powieści kryminalne — odparłem. 
Przyznała, że czytuje. 
— Najważniejsze  w  powieści  kryminalnej  jest  zastosowanie  rzadkiej,  jeśli  to  możliwe, 

jakiejś południowoamerykańskiej trucizny, o której nikt nigdy nie słyszał, czegoś, czego dzikie 
plemiona  tubylców  używają  do  zatruwania  strzał.  Śmierć  jest  natychmiastowa,  a  nauka 
europejska staje wobec niej bezsilna i nie potrafi jej wykryć. O to pani chodzi? 

— Tak, czy taka trucizna w ogóle istnieje? Z żalem potrząsnąłem głową. 
— Niestety nie. Naturalnie jest kurara. 
Podałem kilka szczegółów dotyczących kurary, ale zainteresowanie panny Russell znowu 

osłabło.  Spytała  tylko,  czy  mam  kurarę  w  szafie  z  truciznami,  a  gdy  odpowiedziałem 
przecząco, straciłem, jak mi się wydaje, bardzo wiele w jej oczach. 

Powiedziała wreszcie, że musi już iść, odprowadziłem ją więc do drzwi gabinetu właśnie w 

chwili, gdy rozległ się gong obiadowy. 

Nigdy nie podejrzewałbym gospodyni Ackroyda o zamiłowanie do powieści kryminalnych. 

Bawi  mnie  bardzo  myśl,  że  panna  Russell  wychodzi  na  przykład  ze  swego  pokoju,  by 
zwymyślać  opieszałą  pokojówkę,  a  potem  zabiera  się  ze  spokojem  do  „Tajemnicy  siódmej 
śmierci” albo czegoś takiego. 

background image

R

OZDZIAŁ TRZECI

 

C

ZŁOWIEK

,

 KTÓRY HODUJE DYNIE

 

 
W czasie obiadu powiedziałem Karolinie, że na kolację jestem zaproszony do Fernly Park. 

Moja siostra nie wyraziła sprzeciwu. Wręcz odwrotnie. 

— Wspaniale — powiedziała. — Wszystkiego się dowiesz. Aha, skoro o tym mówimy, co to 

za kłopoty z Ralfem? 

— Z Ralfem?! — zawołałem zdziwiony. — Nie ma żadnych kłopotów. 
— No to dlaczego mieszka w gospodzie Pod Trzema Dzikami, a nie w Fernly? 
Nawet  mi  przez  głowę  nie  przeszło,  by  przeczyć  twierdzeniu  Karoliny,  że  Ralf  Paton 

przebywa w miejscowej gospodzie. Skoro Karolina tak powiedziała, to tak być musiało. 

— Ackroyd coś wspomniał, że Ralf jest w Londynie — odparłem. Zaskoczony zapomniałem 

o cennej zasadzie niedzielenia się z siostrą wiadomościami. 

— Ach, tak! — wykrzyknęła Karolina. 
Pewnie się nad tym zamyśliła, gdyż drgał jej koniuszek nosa. 
— Wczoraj rano przyjechał do gospody Pod Trzema Dzikami — wyjaśniła. — I nadal tam 

przebywa. A wieczorem widziano go z dziewczyną. 

To mnie zupełnie nie zdziwiło, gdyż Ralf — a powinienem był o tym wspomnieć — spędza 

większość  swoich  wieczorów  z  dziewczynami.  Zastanawiałem  się  tylko,  dlaczego  do 
ulubionego zajęcia wybrał sobie King’s Abbot, a nie wesołą stolicę. 

— Któraś z barmanek? — spytałem. 
— Nie. Właśnie, że nie. Wiem, że wyszedł na spotkanie, lecz nie wiem z kim. 
(Jakże ciężko musi być Karolinie przyznawać się do podobnej porażki.) 
— Ale domyślam się — ciągnęła moja niezmordowana siostrzyczka. 
Milczałem cierpliwie. 
— Ze swoją kuzynką! 
— Z  Florą  Ackroyd?!  —  wykrzyknąłem  zdumiony.  Oczywiście  Flora  Ackroyd  nie  jest 

żadną krewną Ralf a 

Patona,  ale  ponieważ  od  tak  wielu  lat  wszyscy  w  okolicy  uważają  go  za  syna  Rogera 

Ackroyda, przyjęło się również nazywać ich kuzynami. 

— Z Florą Ackroyd — potwierdziła Karolina. 
— Przecież mógł iść do Fernly, gdyby chciał się z nią widzieć! 
— Oni  są  po  kryjomu  zaręczeni  —  wyjaśniła  Karolina,  promieniejąc  zadowoleniem.  — 

Stary  Ackroyd  nie  chce  o  niczym  podobnym  słyszeć  i  dlatego  młodzi  muszą  spotykać  się 
ukradkiem. 

W rozumowaniu Karoliny dostrzegałem wiele błędów logicznych, nie chciałem ich jednak 

wskazywać. Niewinna uwaga o naszym nowym sąsiedzie spowodowała zmianę tematu. 

Sąsiadujący  z  naszym  dom,  tak  zwany  Modrzewiowy  Dworek,  wynajęty  został  ostatnio 

przez kogoś obcego. Ku swemu wielkiemu utrapieniu Karolina dowiedziała się tylko tyle, że 
jest  on  cudzoziemcem.  Jej  służba  wywiadowcza  zawiodła  na  całej  linii.  Prawdopodobnie 
nowy sąsiad kupuje mleko, mięso, jarzyny i od czasu do czasu ryby, jak wszyscy inni ludzie, 
ale dostawcy tych artykułów nie zdołali niczego się o nim dowiedzieć. Mężczyzna ów nazywa 
się  podobno  Porrott  —  nazwisko  to  brzmi  jakoś  bardzo  nieprawdziwie.  Mimo  trudności 
zdołaliśmy dowiedzieć się jednej rzeczy o tym panu: z zapałem hoduje on dynie. 

Niestety,  nie  jest  to  informacja  z  kategorii  pożądanych  przez  Karolinę,  która  chciałaby 

wiedzieć, skąd przyjechał, co robi, czy jest żonaty, kim była lub jest jego żona, czy ma dzieci, 
jak  brzmi  nazwisko  panieńskie  jego  matki  i  tym  podobne.  Myślę,  że  kwestionariusz 
paszportowy opracowywała jakaś dusza pokrewna mojej siostrze. 

background image

— Droga Karolino — powiedziałem — chyba nie ma wątpliwości co do zawodu tego pana. 

Z pewnością jest emerytowanym fryzjerem. Spójrz tylko na jego wąsy. 

Karolina nie zgodziła się ze mną. Gdyby ów człowiek był fryzjerem, miałby włosy falujące, 

a nie proste. Wszyscy fryzjerzy mają falujące włosy. 

Wymieniłem wielu znanych mi osobiście fryzjerów, którzy mieli włosy proste, ale Karolina 

nie dała się przekonać. 

— Zupełnie nie mogę go rozgryźć — powiedziała z żalem. — Parę dni temu pożyczyłam od 

niego kilka narzędzi ogrodniczych. Był bardzo uprzejmy,  lecz niczego się nie dowiedziałam. 
Spytałam  go  wprost,  czy  jest  Francuzem.  Odpowiedział  tylko,  że  nie,  i  jakoś  nie  miałam 
odwagi dalej pytać. 

Moje zainteresowanie tajemniczym sąsiadem znacznie wzrosło. Człowiek, który’ Karolinę, 

niby  królową  Saby,  potrafi  zmusić  do  milczenia,  odprawić  z  kwitkiem,  musi  być  wybitną 
jednostką. 

— Zdaje mi się — powiedziała Karolina — że on ma elektroluks nowego typu. 
W  oczach  siostry  zauważyłem  błysk  zdradzający  myśl  o  możliwości  pożyczania 

elektroluksu.  Skorzystałem  z  tego  i  wymknąłem  się  z  domu.  Dosyć  lubię  pracę  w  ogrodzie. 
Pochłonięty byłem pieleniem korzeni brodawnika, kiedy nagle usłyszałem ostrzegawczy krzyk 
i koło ucha przeleciał mi jakiś ciężki pocisk, upadając z klaśnięciem prosto pod nogi. Była to 
dynia. 

Spojrzałem w górę ze złością. Ponad murem, trochę na lewo, pojawiła się jajowata głowa, 

w  części  pokryta  podejrzanie  czarnymi  włosami,  ozdobiona  parą  potężnych  wąsów  i 
przenikliwymi oczami. Był to nasz tajemniczy sąsiad, pan Porrott. 

Natychmiast zaczął wylewnie przepraszać. 
— Tysiąckrotnie błagam o wybaczenie, monsieur. Nie mam wytłumaczenia. Jest już wiele 

miesięcy, jak hoduję dynie. Dzisiejszego ranka ogarnął mnie gniew na moje dynie. Wysłałem 
je  do  stu  diabłów,  ha!  Nie  tylko  w  myślach,  ale  w  rzeczywistości.  Chwyciłem  największą. 
Wyrzuciłem ją przez mur. Przepraszam, monsieur. Korzę się. 

Po tak licznych słowach żalu mój gniew musiał ustąpić. Ostatecznie przeklęta bania mnie 

nie  trafiła.  Niemniej  miałem  szczerą  nadzieję,  iż  przerzucanie  dyń  przez  mur  nie  należy  do 
stałych rozrywek mojego sąsiada. 

Dziwny ów człowieczek jak gdyby czytał w moich myślach. 
— Ach,  nie  —  wykrzyknął.  —  Może  pan  być  spokojny.  To  nie  jest  stały  mój  zwyczaj. 

Rozumie  pan  jednak,  monsieur,  że  człowiek  czasami  poświęca  się  zdobyciu  jakiegoś  celu,  w 
pocie czoła dąży do zorganizowania sobie nowego trybu życia, łączącego odpoczynek i pracę, 
a potem mimo wszystko dochodzi do wniosku, że ciągnie go ku dawnym, pełnym świetności 
czasom, ku dawnemu zajęciu, które tak bardzo chciał porzucić. 

— Rozumiem  —  odpowiedziałem  w  zamyśleniu.  —  Wydaje  mi  się  nawet,  że  to  częste 

zjawisko.  Ja  sam  może  jestem  tego  przykładem.  Rok  temu  otrzymałem  spadek,  dostatecznie 
duży,  by  spełnić  moje  marzenie.  Zawsze  chciałem  podróżować,  zobaczyć  cały  świat.  Jak 
mówię, było to rok temu, i oto ciągle jestem tutaj. 

Mój sąsiad skinął głową. 
— Okowy  przyzwyczajenia,  monsieur.  Pracujemy,  by  osiągnąć  cel.  Osiągnąwszy  cel, 

stwierdzamy,  że  brak  nam  codziennych  kłopotów  i  zajęć.  A  musi  pan  wiedzieć,  że  miałem 
ciekawą pracę. Najciekawszą pracę na świecie. 

— Tak? — spytałem zachęcająco. Na chwilę zagościł we mnie duch Karoliny. 
— Studia nad ludzkim charakterem, monsieur. 
— Aha! — powiedziałem wyrozumiale. 
Bez wątpienia, emerytowany fryzjer. Któż poznaje ludzki charakter lepiej niż fryzjerzy? 
— Miałem  również  przyjaciela.  Przyjaciela,  który  przez  wiele  lat  stale  mi  towarzyszył. 

Czasami okazywał głupotę, że aż mnie strach ogarniał. Niemniej, monsieur, mój przyjaciel był 

background image

mi bardzo bliski. Proszę sobie wyobrazić, że brak mi nawet tej jego głupoty. Jego naiwność, 
nastawienie  na  uczciwość  łudzi!  Przyjemność,  jaką  odczuwałem,  gdy  mogłem  zaskoczyć  go 
wielkością mojego talentu! Ach, monsieur, tego mi brak, proszę mi wierzyć! 

— Zmarł? — spytałem współczująco. 
— Ależ nie! Żyje i powodzi mu się dobrze. Na drugiej półkuli. Jest teraz w Argentynie. 
— W  Argentynie  —  powtórzyłem  z  zazdrością.  Zawsze  pragnąłem  pojechać  do  Ameryki 

Południowej. 

Westchnąłem i podniosłem oczy. Pan Porrott przyglądał mi się z sympatią. Wyrozumiały 

człowieczyna. 

— Pojedzie pan tam, nie? — spytał. 
Z westchnieniem potrząsnąłem przecząco głową. 
— Mogłem  pojechać  —  odparłem.  —  Rok  temu.  Ale  okazałem  się  szalony,  gorzej  niż 

szalony, bo chciwy. Chwytałem cienie zamiast rzeczywistości. 

— Pojmuję — rzekł pan Porrott. — Grał pan na giełdzie? 
Pokiwałem  ze  smutkiem  głową,  ale  w  głębi  duszy  bawiłem  się  nawet.  Ten  śmieszny 

człowieczek był tak niesamowicie uroczysty. 

— Może kupował pan akcje pól naftowych Porcupine? — spytał nagle. 
Spojrzałem zdumiony. 
— Prawdę  powiedziawszy,  myślałem  o  nich,  ale  w  rezultacie  wpakowałem  się  w 

zachodnioaustralijskie kopalnie złota. 

Mój sąsiad popatrzył na mnie z dziwnym wyrazem, którego nie potrafiłem zgłębić. 
— Oto los! — powiedział wreszcie. 
— Los? — spytałem ze złością. 
— Mój  los,  że  zamieszkałem  w  sąsiedztwie  człowieka,  który  poważnie  rozmyślał  nad 

zakupem akcji pól naftowych Porcupine oraz zachodnioaustralijskich kopalń złota. Proszę mi 
powiedzieć, monsieur, czy— pan ma również słabość do rudych włosów? 

Otworzyłem usta ze zdumienia, a pan Porrott wybuchnął śmiechem. 
— Nie, nie, ja nie cierpię na chorobę umysłową. Proszę nie okazywać niepokoju. W istocie 

zadałem  panu  głupie  pytanie,  ale  właśnie  mój  młody  przyjaciel,  o  którym  wspominałem, 
uważał, że wszystkie kobiety to anioły i że prawie wszystkie są piękne. Ale pan, mężczyzna w 
średnim wieku, lekarz, człowiek, który rozumie pojęcie śmieszności i względną wartość rzeczy 
w  tym  naszym  życiu!  No,  jesteśmy  sąsiadami.  Tysiąckrotnie  błagam  o  przyjęcie  w  formie 
prezentu dla pana wybitnej siostry, monsieur, tej oto największej dyni! 

Pochylił się i pięknym gestem podał mi olbrzymiego przedstawiciela dyniego rodu, którego 

przyjąłem równie uprzejmie, jak mi go ofiarowano. 

— W  istocie,  nie  jest  to  dzień  stracony  —  powiedział  wesoło  pocieszny  człeczyna.  — 

Poznałem pana, a pan  mi w pewnych cechach  przypomina  nieobecnego tu  przyjaciela. Ale, 
przy okazji! Pragnę zadać panu pytanie. Bez wątpienia zna pan, monsieur, wszystkich ludzi w 
miasteczku.  Kim  jest  młody  człowiek  o  ciemnej  czuprynie,  ciemnych  oczach  i  przyjemnej 
twarzy? Chodzi z głową wysoko podniesioną i na ustach ma miły uśmiech. 

Opis nie pozostawiał żadnych wątpliwości. 
— To na pewno kapitan Ralf Paton — powiedziałem wolno. 
— Nie widziałem go nigdy przedtem. 
— Od  wielu  miesięcy  go  tu  nie  było.  Jest  synem,  właściwie  adoptowanym  synem  pana 

Ackroyda z Fernly Park. 

Mój sąsiad niecierpliwie machnął ręką. 
— Ach, naturalnie, powinienem był odgadnąć. Pan Ackroyd mówił mi o nim wielokrotnie. 
— Pan zna Rogera Ackroyda? — spytałem trochę zdziwiony. 
— Poznałem  pana  Ackroyda  w  Londynie.  Gdy  zaprowadziła  mnie  tam  moja  praca. 

Prosiłem go, aby tutaj nic nie wspominał o moim zawodzie. 

background image

— Pojmuję — odparłem raczej rozbawiony tym widomym objawem snobizmu, gdyż tak to 

rozumiałem. 

Ale mój malutki sąsiad ciągnął nieomal z wyniosłym uśmiechem: 
— Lepiej tu mieszkać incognito. Nie szukam oklasków. Nawet nie trudzę się, aby poprawić 

lokalną wersję mojego nazwiska. 

— Ach tak! — odparłem, nie wiedząc właściwie, co powiedzieć. 
— Kapitan Ralf Paton — mruknął pan Porrott. — A więc jest zaręczony z bratanicą pana 

Ackroyda, uroczą panną Florą! 

— Któż to panu powiedział? — zapytałem zdumiony. 
— Pan Ackroyd. Jakiś tydzień temu. Bardzo jest zadowolony. Od dawna pragnął, aby do 

tego związku doszło. Tak w każdym razie zrozumiałem. Wydaje mi się nawet, że wywarł w tym 
kierunku  pewien  nacisk  na  młodego  człowieka.  To  nie  jest  nigdy  rzeczą  roztropną.  Młody 
człowiek powinien się żenić, z kim mu się podoba. Ale nie z kim się podoba jego ojczymowi, 
po którym oczekuje spadku. 

Moje dotychczasowe teorie zostały całkowicie rozbite. Nie wyobrażałem sobie, by Ackroyd 

zwierzał  się z podobnych spraw fryzjerowi i  omawiał  z nim małżeństwo swojego pasierba i 
bratanicy. Ackroyd jest bardzo przychylny niższym klasom, ale ma wysokie poczucie własnej 
godności. Zacząłem podejrzewać, że pan Porrott nie jest jednak fryzjerem. 

By ukryć zdziwienie, zadałem pierwsze lepsze pytanie, jakie mi przyszło do głowy: 
— Co zwróciło pana uwagę na Patona? Jego uroda? 
— Nie, nie tylko to… choć muszę przyznać, że jest on niezwykle przystojny jak na Anglika. 

Wasze pisarki określiłyby go mianem greckiego boga. Ale nie, w tym młodym człowieku jest 
coś, czego nie rozumiem. 

Ostatnie  zdanie  powiedział  pełnym  zamyślenia  tonem,  który  wywarł  na  mnie  duże 

wrażenie. Zupełnie jakby chciał rozgryźć młodego człowieka na podstawie jakichś nieznanych 
mi osobiście informacji. Z tym wrażeniem odszedłem od muru, gdyż usłyszałem głos  siostry 
wzywającej mnie z głębi domu. 

Karolina miała kapelusz na głowie i, jak mi się wydawało, wróciła właśnie z miasteczka. 

Zaczęła bez wstępów: 

— Spotkałam pana Ackroyda. 
— I co? — spytałem. 
— Oczywiście zatrzymałam go, ale się bardzo spieszył i szybko się pożegnał. 
Co do tego nie miałem wątpliwości. Jego stosunek do Karoliny musiał być taki sam jak do 

panny Ganett albo może jeszcze mniej chętny, gdyż Karoliny trudniej się pozbyć. 

— Zapytałam go od razu o Ralfa. Był zdumiony. Nie miał pojęcia, że chłopak tu przyjechał. 

Nawet próbował mi wmówić, że się mylę. Ja bym się miała mylić! 

— W  istocie,  śmieszne  przypuszczenie  —  przytaknąłem.  —  Jakże  mógł  coś  podobnego  o 

tobie pomyśleć! 

— Natomiast powiedział mi, że Ralf i Flora są zaręczeni. 
— Wiem o tym — odparłem z pewną dumą. 
— Kto ci powiedział? 
— Nasz nowy sąsiad. 
Karolina zupełnie wyraźnie zawahała się chwilę, tak jak kulka ruletki waha się na granicy 

dwóch liczb. Wreszcie jednak zrezygnowała z pokusy pytania mnie o cokolwiek. 

— Powiedziałam panu Ackroydowi, że Ralf mieszka w gospodzie Pod Trzema Dzikami. 
— Karolino! — zwróciłem się do niej surowo. — Czy nigdy nie zastanawiasz się nad tym, 

ile złego możesz zrobić, powtarzając to wszystko bez zastanowienia? 

— Bzdura!  —  obruszyła  się  Karolina.  —  Bardzo  dobrze,  gdy  ludzie  wszystko  wiedzą. 

Informowanie ich uważam za swój obowiązek. Pan Ackroyd był mi bardzo wdzięczny. 

— No i co? — spytałem tylko, gdyż Karolina najwidoczniej była gotowa mówić dalej. 

background image

— Zdaje  mi  się,  że  pan  Ackroyd  poszedł  prosto  do  gospody  Pod  Trzema  Dzikami.  I 

naturalnie nie zastał tam Ralfa. 

— Nie? 
— Nie. Bo jak wracałam przez las, to… 
— Wracałaś przez las? — przerwałem. Nawet Karolina musiała się zaczerwienić. 
— Dzień był taki ładny! — wykrzyknęła. — Chciałam się trochę przejść. Drzewa w swojej 

jesiennej szacie są takie piękne. 

Karolinę nic nie obchodzą drzewa o żadnej porze roku. Las jest dla niej zawsze miejscem, 

gdzie  można  sobie  przemoczyć  nogi  lub  gdzie  na  głowę  mogą  spaść  człowiekowi  różne 
nieprzyjemne rzeczy. Nie, do miejscowego lasu poprowadził ją zdrowy instynkt ichneumona! 
Jest  to  jedyne  miejsce  w  pobliżu  King’s  Abbot,  gdzie  nie  będąc  widzianym  przez  całe 
miasteczko, można porozmawiać sobie z dziewczyną. Las ten przylega do posiadłości Fernly 
Park. 

— No, mów dalej! — zachęciłem ją. 
— Jak już powiedziałam, szłam właśnie przez las, kiedy usłyszałam głosy… 
— I co dalej? 
— Jednym z rozmawiających był Ralf Paton. Poznałam go od razu. Drugi głos należał do 

dziewczyny. Naturalnie nie miałam zamiaru podsłuchiwać… 

— Naturalnie,  że  nie  — poparłem  ją  zjadliwie.  Jak  zwykle  zjadliwość  ta  nie  wywarła  na 

Karolinie żadnego wrażenia. 

— Ale po prostu nie mogłam nie słyszeć, o czym mówili. Dziewczyna powiedziała coś, nie 

dosłyszałam  co,  a  Ralf  odpowiedział.  Był  chyba  bardzo  zły.  Mówił:  „Moja  droga,  czy  nie 
zdajesz sobie sprawy, że stary z pewnością zostawi mnie bez szylinga przy duszy? On już od 
paru  lat  krzywo  na  mnie  patrzy.  Jeszcze  taka  jedna  sprawa,  a  będzie  miał  dosyć.  A  nam 
potrzeba pieniążków, moja droga. Zostanę bogatym człowiekiem, kiedy stary wykituje. Skąpy 
to on jest jak rzadko, ale pławi się w forsie. Nie mam zamiaru ryzykować zmiany testamentu. 
Zostaw to mnie i o nic się nie martw”. Dokładnie  tak powiedział! Pamiętam doskonale! Na 
nieszczęście stąpnęłam na suchą gałązkę czy coś takiego i oni oboje zniżyli głos i poszli gdzieś 
w głąb lasu. Naturalnie nie mogłam ich gonić, więc nie wiem, kim była ta dziewczyna. 

— To musi być dla ciebie straszne — zauważyłem. — Przypuszczam jednak, żeś popędziła 

do gospody Pod Trzema Dzikami. Tam zrobiło ci się słabo, więc weszłaś do baru na kieliszek 
koniaku, dzięki czemu mogłaś zobaczyć, czy obie barmanki są za kontuarem. 

— On nie rozmawiał z barmanką — bez chwili wahania 
odparła Karolina. — Właściwie jestem prawie zupełnie pewna, że to była Flora Ackroyd, 

tylko że… 

— Tylko że to wszystko nie miałoby sensu, co? — dokończyłem. 
— Ale jeśli nie Flora, to kto to mógł być’? 
Moja siostra szybko przebiegła nazwiska wszystkich panien mieszkających w okolicy, przy 

każdym wymieniając uzasadnienie „za” lub „przeciw”. 

Kiedy przerwała dla nabrania oddechu, bąknąłem coś o pacjencie i wymknąłem się. 
Miałem zamiar udać się do gospody. Być może, Ralf Paton już wrócił. 
Znałem Ralfa bardzo dobrze, może nawet lepiej niż ktokolwiek w King’s Abbot, gdyż nasza 

znajomość datowała się od chwili jego urodzenia. A przedtem znałem już jego matkę. Dlatego 
też  rozumiałem  go  dobrze  w  tych  wypadkach,  które  dziwiły  innych.  W  pewnym  sensie  Ralf 
Paton  jest  ofiarą  dziedzictwa.  Co  prawda  nie  odziedziczył  po  matce  nieszczęsnego 
zamiłowania do alkoholu, niemniej w jego charakterze objawiły się różne słabości. Tak jak to 
oświadczył  dziś  po  obiedzie  mój  nowy  sąsiad,  Ralf  był  nadzwyczaj  przystojnym  młodym 
człowiekiem.  Około  metra  osiemdziesięciu  wzrostu,  doskonale  zbudowany,  o  zgrabnych 
ruchach  atlety,  brunet  podobnie  jak  matka,  o  twarzy  przyjemnej,  smagłej,  zawsze  skorej  do 
uśmiechu. Należał do ludzi, którzy z wrodzoną łatwością zdobywają sympatię otoczenia. Styl 

background image

życia miał ekstrawagancki, nie lubił sobie niczego odmawiać i niczego na świecie nie darzył 
szacunkiem.  Niemniej  nie  można  go  było  nie  lubić,  a  wszyscy  jego  przyjaciele  byli  mu 
niesłychanie oddani. 

Czy można by jakoś wpłynąć na tego chłopaka? Doszedłem do wniosku, że można. 
W gospodzie dowiedziałem się, że kapitan Paton właśnie wrócił. Odszukałem jego pokój i 

wszedłem bez zapowiadania. 

Pamiętając, co mi mówiono i co sam przypadkowo widziałem, żywiłem pewne obawy: jakie 

przyjęcie mnie czeka? Obawy te jednak okazały się płonne. 

— Doktor Sheppard! Jakże się cieszę! — wykrzyknął Ralf na mój widok. 
Podszedł z wyciągniętą ręką, szeroki uśmiech rozjaśnił mu twarz. 
— Jedyny człowiek, którego witam z przyjemnością w tej cholernej mieścinie! 
Podniosłem brwi. 
— A cóż ci ta mieścina zawiniła? Ralf zaśmiał się nerwowo. 
— Długa historia. Niezbyt dobrze mi się ostatnio wiodło, doktorze. Napije się pan czegoś? 
— Owszem, proszę. 
Nacisnął dzwonek i rzucił się na krzesło. 
— Żeby  nie  owijać  sprawy  w  bawełnę  —  odezwał  się  ponuro.  —  Jestem  w  cholernych 

opałach. Gorzej: nie wiem zupełnie, jak z tego wybrnąć! 

— Cóż się stało? — spytałem serdecznie. 
— Mój przeklęty ojczym! 
— Co takiego zrobił? 
— Nie  o  to  chodzi,  co  zrobił,  ale  co  prawdopodobnie  zrobi!  Zjawił  się  służący  i  Ralf 

zamówił napoje. Kiedy zostaliśmy sami, Ralf zgarbił się w krześle i zmarszczył czoło. 

— Czy to naprawdę tak poważna sprawa? — spytałem. Skinął głową. 
— Tym  razem  nie  do  rozwiązania  —  odparł  trzeźwo.  Niespotykana  powaga  jego  głosu 

przekonała mnie, że mówi prawdę. Wielkich trzeba było kłopotów, by Ralf stał się poważny. 

— Sprawa  jest  tak  skomplikowana  —  ciągnął  dalej  —  że  nie  ma  wyjścia  z  sytuacji. 

Absolutnie! 

— Może mógłbym pomóc — zaofiarowałem się niepewnie. Ale Ralf zdecydowanie pokręcił 

głową. 

— Dziękuję, doktorze. Ale nie mogę pana w to mieszać. Tę grę muszę rozegrać sam. 
Przez minutę siedział w milczeniu, a potem powtórzył nieco innym tonem: 
— Tak, tę grę muszę rozegrać sam… 

background image

R

OZDZIAŁ CZWARTY

 

K

OLACJA W 

F

ERNLY

 

 
Parę minut po wpół do ósmej naciskałem dzwonek przy frontowych drzwiach Fernly Park. 

Drzwi  zostały  otwarte  ze  zdumiewającą  szybkością  przez  lokaja  Parkera.  Wieczór  był  tak 
piękny,  że  przyszedłem  pieszo.  W  wielkim  czworokątnym  hallu  Parker  odebrał  ode  mnie 
płaszcz.  W  tej  samej  chwili  zobaczyłem  Raymonda,  sekretarza  Rogera  Ackroyda,  idącego  z 
plikiem papierów do gabinetu pana domu. 

— Dobry wieczór, doktorze! Przyszedł pan na kolację czy też z wizytą zawodową? 
Myśl o zawodowej wizycie musiała mu narzucić czarna torba, którą położyłem na dębowej 

skrzyni.  Wyjaśniłem,  że  w  każdej  chwili  spodziewam  się  wezwania  do  rodzącej,  dlatego  też 
jestem przygotowany na wszelki  wypadek. Raymond skinął głową i  poszedł w swoją  stronę, 
rzucając jeszcze przez ramię: 

— Proszę  do  salonu,  doktorze!  Zna  pan  drogę.  Panie  za  chwilę  zejdą.  Muszę  zanieść  te 

papiery panu Ackroydowi. Powiem mu, że pan już jest. 

Parker  zniknął  z  chwilą  pojawienia  się  Raymonda,  tak  że  znalazłem  się  w  hallu  sam. 

Poprawiłem  krawat,  spojrzałem  w  wielkie  lustro  na  ścianie  i  wszedłem  w  drzwi  na  wprost, 
które — jak wiedziałem — prowadziły do salonu. 

Naciskając  klamkę,  usłyszałem  ze  środka  jakiś  odgłos  —  jakby  ktoś  spuszczał  okno. 

Świadomość  moja  zarejestrowała  to  zupełnie  mechanicznie.  Jeszcze  nie  łączyłem  tego  z 
niczym ważnym. 

Otworzyłem  drzwi  i  wpadłem  nieomal  na  pannę  Russell,  która  właśnie  wychodziła. 

Zaczęliśmy się wzajemnie przepraszać. 

Właściwie  po  raz  pierwszy  zwróciłem  baczniejszą  uwagę  na  gospodynię  i  pomyślałem 

sobie, że niegdyś musiała być bardzo przystojną kobietą, a w pewnym sensie jest nią nadal. 
Wśród  czarnych  włosów  trudno  było  dostrzec  choć  jedno  siwe  pasmo,  a  kiedy  na  jej  twarz 
występowały rumieńce, tak jak na przykład w tej chwili, ostre spojrzenie nie rzucało się tak w 
oczy. 

Zupełnie  podświadomie  doszedłem  do  wniosku,  że  panna  Russell  wróciła  z  dworu,  gdyż 

oddychała szybko, jakby skądś biegła. 

— Zdaje się, że przyszedłem za wcześnie — powiedziałem. 
— Och, wcale nie, już jest po wpół do ósmej, doktorze! 
— Przerwała na chwalę, by zaraz dodać: — Nie wiedziałam, że ma pan być dziś na kolacji. 

Pan Ackroyd nic mi o tym nie wspominał. 

Odniosłem  nieokreślone  wrażenie,  że  moja  wizyta  w  jakiś  sposób  nie  odpowiada  pannie 

Russell, ale nie mogłem dociec dlaczego. 

— Jak kolano? — spytałem. 
— Bez  zmian,  doktorze,  dziękuję.  Muszę  już  iść.  Pani  Ackroyd  zaraz  zejdzie.  Ja  tu 

przyszłam tylko po to, żeby… sprawdzić, czy są kwiaty. 

Odeszła szybkim krokiem. Zbliżyłem się do okna, rozmyślając, dlaczego panna Russell tak 

bardzo chciała usprawiedliwić swoją obecność w saloniku. Jednocześnie zaobserwowałem — 
co  mogłem  już  od  dawna  wiedzieć,  gdyby  mnie  to  obchodziło  —  że  okna  w  pokoju  sięgają 
ziemi  i  otwierają  się  na  taras.  Hałas,  jaki  poprzednio  słyszałem,  nie  mógł  więc  być  chyba 
odgłosem spuszczania okien. 

Zupełnie bezcelowo, raczej z chęci odegnania przykrych myśli niż z jakiegokolwiek innego 

powodu zabawiałem się, próbując odgadnąć źródło usłyszanych przed wejściem dźwięków. 

Polana  na  kominku?  Nie,  to  nie  ten  rodzaj  szmeru.  Szuflada  w  biurku  nagle  zasunięta? 

Nie, nie to. 

background image

Nagle  wzrok  mój  padł  na  tak  zwany  srebrny  stół  z  podnoszonym  szklanym  blatem,  przez 

który  widać  zawartość  gablotek  pod  spodem.  Podszedłem  i  zacząłem  się  przyglądać 
ustawionym  tam  przedmiotom  —  parę  srebrnych  bibelotów,  pantofelek  Karola  I  z  okresu 
dzieciństwa, chińskie jaspisowe figurynki oraz sporo afrykańskich przedmiotów codziennego 
użytku i ozdób. Chcąc lepiej przyjrzeć się jednemu z jaspisowych cacek, podniosłem szklany 
blat. Wyśliznął mi się z rąk i zatrzasnął. 

Natychmiast  rozpoznałem  dźwięk  usłyszany  poprzednio;  po  prostu  ktoś  ostrożniej  niż  ja 

zamknął ten sam stół. Powtórzyłem doświadczenie parę razy i zyskałem całkowitą pewność. 
Wreszcie podniosłem blat, by dokładniej obejrzeć ustawione pod nim przedmioty. 

Byłem wciąż nachylony nad srebrnym stołem, gdy do pokoju weszła Flora Ackroyd. 
Wiele  osób  nie  lubi  Floty  Ackroyd,  ale  każdy  musi  podziwiać  jej  urodę.  Dla  przyjaciół 

potrafi być czarująca. Pierwsza rzecz, która w niej uderza, to nadzwyczaj jasne włosy. Flora 
ma prawdziwie skandynawską urodę: włosy o bladozłotym odcieniu, oczy niebieskie jak wody 
norweskiego  fiordu,  skórę  niby  płatki  róż,  ramiona  proste,  chłopięce,  biodra  wąskie. 
Lekarzowi, który ma ciągle do czynienia z chorymi, przyjemnie jest napotkać podobny okaz 
zdrowia. 

Prosta, szczera angielska dziewczyna. Może jestem staromodny, ale dla mnie ten typ urody 

wytrzymuje konkurencję z miejskimi pannami. 

Flora  podeszła  do  srebrnego  stołu  i  wyraziła  bluźnierczą  wątpliwość,  czy  Karol  I 

kiedykolwiek nosił ów pantofelek. 

— A poza tym — ciągnęła — rozczulanie się nad jakimiś rzeczami, bo ktoś je nosił, wydaje 

się szczytem nonsensu. Teraz ich nikt nie nosi i nikomu nie są potrzebne. Albo pióro, którym 
George Eliot pisała „Młyn nad Flossą”, i tym podobne przedmioty. Pióro jest zawsze tylko 
piórem.  Jeśli  ktoś  przepada  za  George  Eliot,  to  niech  kupi  „Młyn  nad  Flossą”  w  tanim 
wydaniu i niech sobie czyta. 

— Pani pewno nie lubi tak staromodnych powieści, panno Floro? 
— Myli  się  pan,  doktorze.  Uwielbiam  „Młyn  nad  Hossą”.  Jej  uznanie  dla  George  Eliot 

sprawiło mi przyjemność. 

Książki, którymi dzisiaj zaczytują się młode kobiety, wzbudzają moje oburzenie. 
— Pan  mi  jeszcze  nie  składał  gratulacji,  doktorze  —  powiedziała  Flora.  —  Nie  wie  pan 

nic? 

Wyciągnęła lewą rękę. Na trzecim palcu zobaczyłem pierścionek z kosztownie oprawioną 

perłą. 

— Wychodzę  za  Ralfa,  nie  słyszał  pan?  —  ciągnęła.  —  Stryjek  bardzo  się  cieszy.  Dzięki 

temu pozostanę „w rodzime”, jak to się mówi. 

Ująłem obie jej dłonie. 
— Mam nadzieję, moja droga, że będzie pani bardzo szczęśliwa! — powiedziałem. 
— Jesteśmy  zaręczeni  już  od  miesiąca  —  mówiła  dalej  Flora  beznamiętnie  —  ale 

podaliśmy  to  do  wiadomości  dopiero  wczoraj.  Stryj  chce  odnowić  dla  nas  Cross–Stones. 
Będziemy  tam  mieszkali  i  udawali  farmerów.  Ale  w  rzeczywistości  całą  zimę  będziemy 
polować,  w  sezonie  mieszkać  w  Londynie,  a  potem  parę  miesięcy  spędzać  na  jachcie. 
Uwielbiam morze! No i naturalnie będę brała udział w życiu naszej parafii i nigdy mnie nie 
zabraknie na zebraniach Stowarzyszenia Matek. 

W  tym  momencie,  szeleszcząc  suknią,  weszła  do  saloniku  pani  Ackroyd  i  przeprosiła  za 

spóźnienie. 

Przykro mi się przyznać, że nie znoszę pani Ackroyd. Składa się ona z łańcuchów, zębów i 

kości. Bardzo nieprzyjemna kobieta. Ma niebieskie, wyblakłe, przenikliwe oczy i chociaż z jej 
ust płynąć mogą najwylewniejsze słowa, spojrzenie pozostaje zawsze zimne i badawcze. 

background image

Pozostawiłem  Florę  przy  oknie  i  poszedłem  się  przywitać.  Pani  Ackroyd  podała  mi  do 

uściśnięcia kolekcję umocowanych razem pierścionków i kości, po czym zaczęła szczebiotać z 
satysfakcją: 

— Czy  słyszał  pan  o  zaręczynach  Flory?  Jakże  to  pod  każdym  względem  korzystny 

związek!  Słodkie  dzieciaki  zakochały  się  od  pierwszego  wejrzenia.  Jaka  z  nich  doskonała 
para:  on  —  ciemny  brunet,  ona  —  jasna  blondynka.  Doktorze,  trudno  mi  wyrazić  słowami 
radość i ulgę matczynego serca. 

Pani  Ackroyd  westchnęła  —  był  to  hołd  oddany  matczynemu  sercu.  Oczy  jej  przez  cały 

czas z uwagą spoczywały na mojej twarzy. 

— Zastanawiałam się… Pan jest takim przyjacielem Rogera, doktorze! Wiemy, jak bardzo 

ceni on pańskie opinie i rady. To takie trudne dla mnie, w moim położeniu…! Pan rozumie, 
jako wdowie po biednym Cecilu. Jest tyle skomplikowanych spraw do załatwienia… umowy, 
zapisy, wie pan! Jestem pewna, że Roger myśli o zapisie na rzecz Flory, ale jak pan wie, on 
jest  taki  dziwny,  gdy  idzie  o  sprawy  finansowe.  Podobno  to  zwykła  rzecz  między 
przemysłowymi tytanami. Tak słyszałam. Zastanawiałam się, czy nie mógłby pan wybadać go 
po prostu na temat jego zamierzeń. Flora tak pana lubi! Uważamy pana za naszego wielkiego 
przyjaciela, starego przyjaciela, chociaż właściwie znamy się dopiero od dwóch lat… 

Potok  wymowy  pani  Ackroyd  został  przerwany  ponownym  otwarciem  drzwi  do  saloniku. 

Byłem z tego bardzo zadowolony. Nie znoszę wtrącania  się do cudzych  spraw i  nie miałem 
najmniejszego  zamiaru  wspominać  Ackroydowi  o  żadnych  zapisach  na  rzecz  Flory.  Jeszcze 
chwila, a byłbym zmuszony tymi mniej więcej słowy powiedzieć to pani Ackroyd. 

— Pan zna majora Blunta, doktorze? 
— Oczywiście — odparłem. 
Wiele  osób  zna  Hektora  Blunta;  w  każdym  razie  zna  go  ze  słyszenia.  Zastrzelił  chyba 

więcej dzikich zwierząt w najbardziej zakazanych zakątkach świata niż ktokolwiek inny. Gdy 
wymienia się jego nazwisko, ludzie mówią: „Blunt? A, ten myśliwy, prawda?”. 

Jego przyjaźń z Ackroydem była dla mnie zawsze niezrozumiała. Obaj panowie tak się od 

siebie  różnią!  Hektor  Blunt  jest  o  jakieś  pięć  lat  młodszy7  od  Ackroyda.  Zaprzyjaźnili  się 
jeszcze w młodzieńczych latach i chociaż ścieżki ich życia się rozeszły, przyjaźń przetrwała. 
Mniej  więcej  raz  na  dwa  lata  Blunt  spędza  dwa  tygodnie  w  Fernly  Park,  a  widomym 
symbolem  przyjaźni  jest  olbrzymia  głowa  jakiegoś  zwierzęcia  z  niezliczoną  ilością  rogów  i 
patrzącymi  szklisto  oczami,  która  wita  każdego  gościa  natychmiast  po  przekroczeniu  progu 
domu. 

Blunt  wszedł  do  salonu  sobie  tylko  właściwym,  ostrożnym  i  miękkim  krokiem.  Jest  to 

mężczyzna  średniego  wzrostu  i  silnej,  choć  przyciężkiej  budowy.  Twarz  jego  ma  banvę 
nieomal  mahoniu  i  jest  dziwnie  bez  wyrazu.  Szare  oczy  robią  wrażenie,  jakby  cały  czas 
wpatrywały się w coś, co dzieje się bardzo daleko. Mówi mało, a kiedy już to czyni, wyrzuca z 
siebie urywane słowa, jak gdyby mu je wyszarpywano z ust wbrew jego woli. 

Przywitał mnie teraz swoim: „Dzień dobry, doktorze Sheppard”, a potem stanął sztywno 

przed kominkiem, spoglądając nam ponad głowami, jakby zobaczył coś bardzo interesującego 
w okolicach Timbuktu. 

— Majorze Blunt  — odezwała  się Flora  — czy zechciałby mi pan powiedzieć coś o tych 

afrykańskich rzeczach? Z pewnością pan wie, do czego one służą. 

Słyszałem, że Hektor Blunt jest wrogiem kobiet, lecz teraz podszedł z wielką gorliwością do 

srebrnego stolika, przy którym stała Flora. Oboje pochylili się nisko nad szklanym blatem. 

Obawiałem  się,  że  pani  Ackroyd  znowu  zacznie  mówić  o  zapisach  majątkowych,  więc 

szybko  rzuciłem  kilka  uwag  na  temat  nowego  gatunku  pachnącego  groszku.  Wiedziałem,  że 
właśnie  pokazała  się  nowa  odmiana,  gdyż  przeczytałem  o  tym  rano  w  „Daily  Mail”.  Pani 
Ackroyd nie ma pojęcia o ogrodnictwie, ale należy do typu kobiet, które lubią popisywać się 
znajomością  aktualnych  zagadnień,  a  poza  tym  również  czytuje  „Daily  Mail”.  Dzięki  temu 

background image

mogliśmy prowadzić inteligentną rozmowę do chwili, gdy dołączyli do nas Roger Ackroyd i 
jego sekretarz. W chwilę potem Parker oznajmił, że kolacja podana. 

Zająłem przy stole miejsce między panią Ackroyd i Florą. Po drugiej stronie pani Ackroyd 

siedział Blunt, a obok niego Geoffrey Raymond. 

Kolacja  była  smutnym  obrzędem.  Ackroyd  miał  najwidoczniej  zaprzątniętą  czymś  głowę. 

Wyglądał na zmęczonego, prawie nic nie jadł. Rozmowę podtrzymywałem ja, pani Ackroyd i 
Raymond.  Na  Florę  działało  przygnębienie  stryja,  Blunt  zaś  zapadł  w  swoje  normalne 
milczenie. 

Natychmiast po kolacji Ackroyd ujął mnie pod ramię i poprowadził do gabinetu. 
— Parker przyniesie tu kawę; a potem już nam nikt nie będzie przeszkadzał — objaśnił. — 

Wyraźnie zapowiedziałem Raymondowi, żeby nam nie przeszkadzano… 

Dyskretnie przyglądałem się Ackroydowi.  Widać  było,  że znajduje się w stanie wielkiego 

wzburzenia.  Przez  kilka  minut  spacerował  tam  i  z  powrotem  po  pokoju,  potem  gdy  wszedł 
Parker z kawą, zagłębił się w fotel stojący naprzeciw kominka. 

Gabinet  urządzony był  wygodnie. Jedną ścianę  zajmowały półki z książkami. Fotele były 

wielkie,  pokryte  ciemnoniebieską  skórą.  Pod  oknem  stało  duże  biurko,  pełne  papierów 
porządnie ułożonych w stosy. Na okrągłym stoliku leżały różne pisma i gazety sportowe. 

— Ostatnio po jedzeniu znów miewam bóle — zauważył przelotnie Ackroyd, słodząc kawę. 

— Bardzo proszę o nową porcję tych pańskich proszków, doktorze. 

Uderzyło  mnie,  że  Ackroyd  stara  się,  aby  nasza  obecna  rozmowa  miała  charakter 

konsultacji lekarskiej. Zastosowałem się do tego: 

— Właśnie o tym myślałem i nawet przyniosłem proszki. 
— To świetnie. Poproszę o nie od razu. 
— Zostawiłem je w torbie w hallu. Zaraz przyniosę. Ackroyd powstrzymał mnie. 
— Proszę się nie kłopotać. Parker to zrobi. Parker, proszę przynieść torbę pana doktora 

Shepparda. 

— Tak jest, proszę pana. 
Parker opuścił gabinet. Już miałem coś powiedzieć, ale Ackroyd podniósł rękę. 
— Jeszcze nie. Proszę poczekać. Widzi pan chyba, że jestem w strasznym stanie nerwów. 

Trudno mi się opanować. 

Widoczne  to  było  jak  na  dłoni.  Czułem  się  dość  nieswojo.  Opadły  mnie  najróżniejsze 

przeczucia. 

Prawie natychmiast Ackroyd znowu zaczął mówić: 
— Proszę łaskawe sprawdzić, czy okno jest dobrze zamknięte. 
Trochę  zdziwiony  wstałem  i  podszedłem  do  zwykłego  angielskiego  podnoszonego  okna. 

Zasłonięte było ciężką welwetową kotarą niebieskiego koloru, ale samo okno ktoś otworzył. 

Przez ten czas Parker wrócił z moją torbą. 
— Zamknąłem — powiedziałem, wychodząc zza kotary. 
— Na zasuwki, doktorze? 
— Tak, tak. Co się z panem dzieje? 
Parker już wyszedł, zamknąwszy za sobą drzwi. Inaczej nie zadałbym takiego pytania. 
Ackroyd czekał chyba minutę, nim z wolna odpowiedział: 
— Jestem  w  tragicznej  sytuacji.  Nie,  niech  pan  nie  wyciąga  tych  proszków.  Mówiłem  o 

nich tylko ze względu na obecność Parkera. Służba jest strasznie ciekawa. Drzwi są dobrze 
zamknięte, co? 

— Zamknięte, nikt nie może podsłuchiwać, proszę się uspokoić. 
— Doktorze  Sheppard,  nie  zdaje  pan  sobie  sprawy,  co  przecierpiałem  przez  ostatnie 

dwadzieścia cztery godziny. Jeśli kiedykolwiek na czyjąś głowę zwalił się cały dom, to właśnie 
teraz na moją. Sprawa z Ralfem dopełniła wszystkiego. Ale o niej nie będziemy mówili. Tylko 
o tej drugiej sprawie, o tej drugiej… Nie wiem, jak postąpić. A zdecydować muszę szybko… 

background image

— O co chodzi? 
Ackroyd milczał przez parę minut. Najwyraźniej nie miał ochoty zaczynać. Kiedy wreszcie 

przemówił, zadał pytanie, które mnie zaskoczyło. Nigdy bym tego nie oczekiwał! 

— Doktorze, pan opiekował się Ashleyem Ferrarsem w czasie jego ostatniej choroby? 
— Tak, ja. 
Ackroyd z większym jeszcze trudem sformułował następne pytanie: 
— Czy  pan  kiedykolwiek  podejrzewał…  Czy  przemknęło  panu  przez  myśl,  że…  no…  że 

Ashley Ferrars mógł zostać otruty? 

Teraz  ja  z  kolei  nie  odzywałem  się  przez  parę  minut.  Wreszcie  zdecydowałem,  co 

powiedzieć. Ostatecznie Ackroyd to nie Karolina. 

— Będę  szczery  —  zacząłem.  —  W  owym  czasie  nie  miałem  żadnych  podejrzeń,  ale 

potem…  No,  co  prawda,  to  było  tylko  czcze  gadanie  mojej  siostry,  lecz ono  właśnie  po  raz 
pierwszy wzbudziło moje wątpliwości. I od tego czasu nie mogłem się ich pozbyć. W istocie 
jednak nie mam najmniejszych podstaw, by snuć podobne przypuszczenia. 

— Ferrars został otruty — oznajmił Ackroyd. Mówił ciężkim, bezbarwnym głosem. 
— Przez kogo? — spytałem ostro. 
— Przez swoją żonę. 
— Skąd pan to wie? 
— Ona sama mi powiedziała. 
— Kiedy? 
— Wczoraj. Mój Boże! Wczoraj! A wydaje się, że minęły już lata od tej rozmowy. 
Czekałem w milczeniu, wreszcie po dłuższej chwili Ackroyd zaczął mówić dalej: 
— Naturalnie powtarzam to  panu w absolutnej tajemnicy, doktorze. O tym nikt nie może 

wiedzieć.  Potrzebuję  pańskiej  rady,  nie  potrafię  sam  udźwignąć  ciężaru,  który  mnie 
przytłacza. Już przed chwilą panu powiedziałem: nie wiem, co robić. 

— Nie  mógłby  mi  pan  powiedzieć  wszystkiego  dokładniej?  —  spytałem.  —  W  dalszym 

ciągu mało z tego rozumiem. Jakże się stało, że pani Ferrars wyznała panu coś podobnego? 

— Było to tak: trzy miesiące temu zaproponowałem pani Ferrars małżeństwo. Odmówiła. 

Po pewnym czasie spytałem znowu i zgodziła się, ale postawiła warunek, aby nasze zaręczyny 
pozostawały w tajemnicy, aż upłynie rok żałoby. Wczoraj ją odwiedziłem, przypomniałem, że 
minął już rok i trzy tygodnie, i powiedziałem, że nie powinno być obecnie żadnych przeszkód, 
by publicznie obwieścić nasze zamiary. Zauważyłem, że od kilku dni pani Ferrars zachowuje 
się bardzo dziwnie. W czasie mojej wizyty, bez najmniejszej ku temu przyczyny, załamała się 
zupełnie. I… i powiedziała mi wszystko. O swojej nienawiści do brutalnego męża, o rosnącej 
miłości  do  mnie…  I  o  strasznym  rozwiązaniu,  jakie  znalazła.  Trucizna!  Mój  Boże!  To  było 
morderstwo z premedytacją! 

W twarzy Ackroyda widziałem wstręt i przerażenie. To samo z pewnością zobaczyła i pani 

Ferrars. Ackroyd nie należy do gatunku owych wielkich kochanków, którzy z miłości potrafią 
wszystko wybaczyć. Jest on z gruntu tak zwanym dobrym obywatelem. Wszystko, co w nim jest 
prawego  i  szlachetnego,  musiało  zadrżeć  i  odwrócić  się  od  pani  Ferrars  w  chwili  jej 
wyznania. 

— Tak — ciągnął cichym, bezbarwnym głosem — wyznała mi wszystko. Okazuje się, że jest 

jeszcze  jedna  osoba,  która  od  początku  o  wszystkim  wiedziała.  Ktoś,  kto  ją  szantażował  na 
wielkie sumy. Właśnie ten szantaż przyprawiał panią Ferrars prawie o szaleństwo. 

— Kto to był? Kim jest ów mężczyzna? 
Przed moimi oczami pojawił się nagle obraz Ralfa Patona i pani Ferrars idących razem, z 

głowami pochylonymi ku sobie. Przez chwilę serce zabiło mi niespokojnie. A jeśli… O nie, to 
chyba  niemożliwe.  Przypomniałem  sobie  moje  popołudniowe  spotkanie  z  Ralfem  i  jego 
szczere, bezpośrednie zachowanie. Absurd! 

background image

— Nie  chciała  mi  powiedzieć  jego  nazwiska  —  mówił  wolno  Ackroyd.  —  Nawet  nie 

określiła wyraźnie, że to jest mężczyzna. Ale naturalnie… 

— Naturalnie, naturalnie… — zgodziłem się. — To musiał być mężczyzna. A pan nie ma 

żadnych podejrzeń? 

Zamiast odpowiedzi Ackroyd jęknął i ukrył twarz w dłoniach. 
— To niemożliwe — powiedział. — Jestem szalony, myśląc coś podobnego. Nie, nie wolno 

mi  zdradzić  przed  panem,  doktorze,  bezsensownego  podejrzenia,  jakie  zrodziło  się  w  mojej 
głowie.  Powiem  panu  tylko  tyle:  coś  z  tego,  co  powiedziała  pani  Ferrars,  dało  mi  do 
myślenia, że ową osobą jest ktoś z mojego domu. Ale to niemożliwe, niemożliwe! Chyba ją źle 
zrozumiałem… 

— I co pan jej powiedział? 
— Cóż  mogłem  powiedzieć!  Zauważyła  oczywiście,  jak  okropne  zrobiło  to  na  mnie 

wrażenie.  Zrodził  się  naturalnie  problem,  jak  mam  postąpić  w  tej  sprawie.  Uczyniła  mnie 
przecież wspólnikiem popełnionej zbrodni. Zdaje się, że ona pojęła to szybciej niż ja. Byłem 
ogłuszony,  może  pan  to  łatwo  zrozumieć.  Pani  Ferrars  prosiła  mnie  o  dwadzieścia  cztery 
godziny  —  błagała,  bym  nic  nie  przedsiębrał  przed  upływem  tego  terminu.  I  uparcie 
odmawiała zdradzenia mi nazwiska łotra, który ją szantażował. Obawiała się pewno, że pójdę 
wprost do niego i zabiję go. A wtedy ona znalazłaby się w jeszcze gorszych opałach. Obiecała 
dać  mi  wiadomość  przed  upływem  dwudziestu  czterech  godzin.  Boże!  Przysięgam  panu, 
doktorze, nawet mi przez myśl nie przeszło, jakie miała zamiary. Samobójstwo! I ja ją do tego 
doprowadziłem! 

— Ależ  nie,  nie!  —  uspokajałem  Ackroyda.  —  Nie  należy  wyolbrzymiać  całej  sprawy. 

Odpowiedzialność za jej śmierć absolutnie pana nie obciąża. 

— Pozostaje jednak problem, co powinienem teraz zrobić. Biedna kobieta nie żyje. Po co 

grzebać się w rzeczach minionych? 

— W zupełności zgadzam się z panem — odparłem. — Ale jest jeszcze jedno. W jaki sposób 

pochwycić łotra, który doprowadził ją do śmierci równie pewnie, jak gdyby ją własnoręcznie 
zabił? On wiedział o pierwszej zbrodni i czekał, wysysał z niej zyski jak pijawka. Pani Ferrars 
zapłaciła za swoją zbrodnię. Czy on ma ujść bezkarnie? 

— Rozumiem.  Chciałby  pan  go  wytropić.  Ale  to  łączy  się  z  roztrząsaniem  całej  historii 

przez prasę. Zdaje pan sobie z tego sprawę? 

— Tak, myślałem o tym. Cały czas łamię sobie nad tym głowę. 
— Zgadzam  się,  że  przestępca  powinien  być  ukarany,  ale  należy  się  liczyć  z  ceną,  jaką 

trzeba za to zapłacić. 

Ackroyd  wstał  i  zaczął  przechadzać  się  tam  i  z  powrotem  po  gabinecie.  Wreszcie  znów 

zapadł w fotel. 

— Doktorze Sheppard, może więc zostawimy wszystko tak, jak jest? Jeśli nie otrzymam od 

pani Ferrars żadnej wiadomości, to niech sprawy minione zostaną pogrzebane. 

— Cóż pan ma na myśli, mówiąc o wiadomości od niej? — spytałem ciekawie. 
— Jestem  przekonany,  że  gdzieś  i  w  jakiś  sposób  zostawiła  dla  mnie  wiadomość,  nim… 

odeszła. Trudno mi uzasadnić moją wiarę, ale ją mam. 

Potrząsnąłem głową. 
— Nie zostawiła nigdzie żadnego listu? — spytałem. 
— Jestem przekonany, doktorze, że zostawiła. A ponadto nie mogę oprzeć się wrażeniu, że 

z  własnej  woli  wybierając  śmierć,  pragnęła  wydobyć  całą  sprawę  na  światło  dzienne, 
przynajmniej  po  to,  by  zemścić  się  na  człowieku,  który  doprowadził  ją  do  ostateczności. 
Gdybym raz jeszcze z nią rozmawiał, powiedziałaby mi nazwisko szantażysty i zobowiązała do 
wymierzenia mu sprawiedliwości za wszelką cenę.  — Ackroyd spojrzał na mnie. — Pan nie 
wierzy w tego rodzaju przeświadczenia, doktorze? 

background image

— O  tak,  w  pewnym  sensie,  bez  wątpienia.  Jeśli  jak  pan  mówi,  przyjdzie  od  niej 

wiadomość… 

Przerwałem, gdyż drzwi otworzyły się bezszelestnie i wszedł Parker, niosąc tackę z listami. 
— Poczta wieczorna, proszę pana — rzekł, podając listy Ackroydowi. 
Potem  zebrał  filiżanki  po  kawie  i  opuścił  gabinet.  Moja  uwaga,  zwrócona  chwilowo  w 

innym  kierunku,  skupiła  się  ponownie  na  Ackroydzie.  Jak  człowiek  zamieniony  w  słup  soli, 
wpatrywał się w długą, niebieską kopertę. Inne listy upuścił na ziemię. 

— Jej pismo — wyszeptał. — Musiała wyjść z domu wczoraj wieczorem i wrzucić ten list 

do skrzynki, przed samym… samym… 

Rozerwał kopertę i wyciągnął parę kartek. Spojrzał na mnie przenikliwie. 
— Na pewno zamknął pan okno? 
— Na pewno — odparłem zdziwiony. — Czemu pan o to pyta? 
— Przez cały wieczór miałem wrażenie, że ktoś mnie śledzi, szpieguje. Co to jest…? 
Obrócił  się  nerwowo.  Ja  uczyniłem  to  także.  Obu  nam  się  wydało,  że  zamek  szczęknął 

lekko. Poszedłem to sprawdzić i otworzyłem drzwi. Nie zobaczyłem nikogo. 

— Nerwy — mruknął do siebie Ackroyd. 
Rozłożył grube kartki papieru i zaczął czytać przytłumionym głosem: 
 
Mój drogi, mój bardzo kochany Rogerze! 
Życie za życie. Zrozumiałam i zobaczyłam to dziś po południu w Twojej twarzy. Wybieram 

więc jedyną drogę, jaka mi pozostaje. Tobie pozostawiani ukaranie osoby, która ostatni rok 
mojego życia uczyniła piekłem na ziemi. Nie chciałam Ci dziś po południu podać jej nazwiska, 
ale zamierzam uczynić to teraz. Nie mam dzieci ani krewnych, nie obawiam się więc hałasu w 
prasie.  Jeśli  możesz,  Rogerze,  mój  drogi,  kochany  Rogerze,  wybacz  mi  krzywdę,  jaką 
chciałam Ci wyrządzić. Wybacz, bo kiedy nadeszła ta chwila, cofnęłam się… 

 
Przerwał. 
— Doktorze, proszę mi wybaczyć, resztę muszę przeczytać sam — powiedział niepewnie. — 

To jest przeznaczone dla moich oczu, wyłącznie dla moich oczu… 

Wsunął list z powrotem do koperty i położył go na stole. 
— Przeczyłam później, kiedy będę sam. 
— Nie! — wykrzyknąłem impulsywnie. — Proszę przeczytać teraz. 
Ackroyd spojrzał na mnie z nieukrywanym zdziwieniem. 
— Przepraszam — odparłem, czerwieniąc się. — Nie, proszę nie czytać na głos, ale niech 

pan przeczyta jeszcze w mojej obecności. 

Ackroyd potrząsnął głową. 
— Nie, poczekam. 
Ale ja, z powodu, którego nie mogłem sam pojąć, namawiałem go dalej: 
— Proszę przynajmniej zobaczyć nazwisko tego człowieka. 
Ackroyd  jest  uparty  jak  osioł.  Im  więcej  go  się  do  czegoś  namawia,  tym  bardziej  jest 

zdecydowany tego nie zrobić. Wszystkie moje argumenty trafiały w próżnię. 

List przyniesiono za dwadzieścia dziewiąta. Opuściłem gabinet za dziesięć dziewiąta — list 

jeszcze nie został odczytany. Zawahałem się chwilę, trzymając rękę na klamce, obróciłem się i 
zastanowiłem,  czy  powinienem  był  jeszcze  coś  uczynić.  Nic  mi  nie  przychodziło  na  myśl. 
Potrząsnąłem głową i wyszedłem, zamykając za sobą drzwi. 

Zaskoczy!  mnie  widok  stojącego  tuż  obok  Parkera.  Wydawał  się  jakby  zakłopotany. 

Pomyślałem, że pewno podsłuchiwał pod drzwiami. 

Jaką  chytrą  i  nieprzyjemną  twarz  miał  ten  człowiek!  W  jego  oczach  wyraźnie  czaiła  się 

przebiegłość. 

background image

— Pan  Ackroyd  specjalnie  prosił,  by  mu  nie  przeszkadzano  —  powiedziałem  zimno.  — 

Prosił, abym ci to powtórzy!. 

— Tak jest, proszę pana. Ja… ja myślałem… zdawało mi się, że to dzwonek z gabinetu. 
Było  to  tak  jawne  kłamstwo,  że  nie  trudziłem  się  nawet,  by  odpowiedzieć.  Parker 

odprowadził  mnie  do  hallu  i  pomógł  włożyć  płaszcz.  Wyszedłem  w  ciemną  noc.  Księżyc 
zniknął za chmurami i wszystko wydawało się czarne i nieruchome. 

Zegar na kościele wybijał godzinę dziewiątą, kiedy mijałem bramę Fernly Park. Skręciłem 

drogą  wiodącą  w lewo do  miasta  i  omal  nie  wpadłem  na  człowieka  idącego  w  przeciwnym 
kierunku. 

— Czy to jest Fernly Park, proszę pana? — spytał mnie obcy chrapliwym głosem. 
Przyjrzałem mu się. Kapelusz miał opuszczony na oczy, kołnierz płaszcza podniesiony. Nie 

mogłem  właściwe  dostrzec  jego  twarzy,  ale  odniosłem  wrażenie,  że  jest  to  młody  człowiek. 
Głos miał ordynarny i jakby przepity. 

— Tak, tu jest brama wjazdowa — odparłem. 
— Dziękuję panu — powiedział i potem dodał zupełnie niepotrzebnie: — Ja jestem obcy w 

tych stronach, proszę pana. 

Obróciłem się za nim, gdy wchodził w bramę. 
Jego  głos  dziwnie  przypominał  mi  kogoś  znajomego,  ale  nie  mogłem  sobie  uprzytomnić 

kogo. 

W dziesięć minut później znalazłem się ponownie w domu. Karolinę rozsadzało pragnienie 

dowiedzenia  się,  dlaczego  wróciłem  tak  wcześnie.  By  zaspokoić  jej  ciekawość,  musiałem 
opowiedzieć  nieco  odbiegającą  od  prawdy  wersję  wydarzeń.  Miałem  jednak  wrażenie,  że 
poprzez moje kłamstwo ona dostrzega prawdę. 

O dziesiątej wstałem, ziewnąłem i zaproponowałem, by pójść spać. Karolina zgodziła się. 
Był to wieczór piątkowy, a w każdy piątek wieczorem nakręcam zegary. Zrobiłem to więc i 

tym razem, podczas gdy Karolina sprawdzała, czy służące zamknęły dobrze kuchnię. 

Kwadrans  po  dziesiątej  weszliśmy  na  górę  do  sypialni.  Byłem  właśnie  na  szczycie 

schodów, gdy w hallu na parterze zadzwonił telefon. 

— Pani Bates — powiedziała natychmiast Karolina. 
— Obawiam  się,  że  tak  —  odparłem  ponuro.  Zbiegłem  po  schodach  i  podniosłem 

słuchawkę. 

— Co?! — wykrzyknąłem. — Co? Naturalnie, zaraz będę! Wbiegłem na górę, chwyciłem 

moją torbę i wpakowałem do niej kilka dodatkowych bandaży. 

— Dzwonił Parker — wyjaśniłem Karolinie. — Z Fernly. Przed chwilą znaleziono Rogera 

Ackroyda. Zamordowanego. 

background image

R

OZDZIAŁ PIĄTY

 

M

ORDERSTWO

 

 
Natychmiast  wyprowadziłem  z  garażu  samochód  i  szybko  pojechałem  do  Fernly. 

Wyskoczyłem  z  wozu  i  niecierpliwie  nacisnąłem  dzwonek  przy  wejściu.  Długo  czekałem  na 
otwarcie drzwi. Zadzwoniłem jeszcze raz. 

Wreszcie  usłyszałem  szczęk  łańcucha  i  Parker,  nieporuszony  jak  zwykle,  stanął  w 

otwartych drzwiach. 

Przepchnąłem się obok niego do hallu. 
— Gdzie on jest? — zapytałem ostro. 
— Przepraszam pana, nie rozumiem? 
— Wasz  pan,  pan  Ackroyd!  No,  nie  stój  tutaj  i  nie  patrz  na  mnie  jak  sroka  w  kość. 

Zawiadomiłeś policję? 

— Policję, proszę pana? Pan powiedział policję? — Parker wpatrywał się we mnie jak w 

ducha. 

— Co  się  z  wami  stało,  Parker?  Jeśli,  jak  mi  powiedziałeś,  pan  Ackroyd  został 

zamordowany… 

Parker wydał cichy okrzyk. 
— Mój pan zamordowany? To niemożliwe, proszę pana! Teraz ja z kolei zdębiałem. 
— Czy  nie  dzwoniłeś  do  mnie  pięć  minut  temu  z  wiadomością,  że  znaleziono  pana 

Ackroyda zamordowanego? 

— Ja  miałem  dzwonić?  Ależ  nie,  proszę  pana!  Skąd  by  mi  przyszło  do  głowy  zrobić  coś 

takiego?! 

— Więc to był kawał? Pan Ackroyd czuje się dobrze? 
— Przepraszam pana, czy osoba telefonująca użyła mojego nazwiska? 
— Powtórzę wam dokładnie jego słowa: „Czy to doktor Sheppard? Tu mówi Parker, lokaj 

z Fernly. Proszę natychmiast przyjść! Pan Ackroyd został zamordowany!”. 

Parker i ja patrzyliśmy na siebie niemo. 
— To  bardzo,  bardzo  brzydki  dowcip,  proszę  pana  —  powiedział  wreszcie  Parker  ze 

zgorszeniem. — Wymyślić coś podobnego! 

— Gdzie jest pan Ackroyd? — spytałem. 
— W  dalszym  ciągu  przebywa  w  gabinecie,  proszę  pana.  Tak  mi  się  zdaje.  Panie  poszły 

spać, a major Blunt i pan Raymond są w pokoju bilardowym. 

— Pójdę  na  chwilę  do  pana  Ackroyda  —  powiedziałem.  —  Wiem,  że  prosił,  by  go 

pozostawiono  w  spokoju,  ale  zdenerwował  mnie  ten  głupi  kawał.  Chciałbym  się  po  prostu 
upewnić, że wszystko jest w porządku. 

— Naturalnie,  proszę  pana.  Mnie  również  ten  kawał  zdenerwował.  Jeśli  panu  nie 

przeszkodzi, bym mu towarzyszył… 

— Ależ nie, naturalnie. Chodźmy! 
Minąłem  drzwi  po  prawej  stronie.  Parker  szedł  tuż  za  mną.  Weszliśmy  do  małego 

przedpokoju,  skąd  wąskie  schody  prowadziły  na  piętro,  gdzie  znajdowała  się  sypialnia 
Ackroyda, i zapukałem do drzwi gabinetu. 

Nie było odpowiedzi. Nacisnąłem klamkę, ale drzwi okazały się zamknięte. 
— Pan pozwoli, proszę pana — powiedział Parker. Bardzo zgrabnie, jak na człowieka jego 

budowy, ukląkł na jedno kolano i zbliżył oko do dziurki od klucza. 

— Klucz  jest  w  zamku,  proszę  pana  —  wyjaśnił,  podnosząc  się  z  ziemi.  —  Po  tamtej 

stronie. Pan Ackroyd pewno się zamknął i potem zdrzemnął. 

Ja także ukląkłem, by sprawdzić, czy Parker ma rację. 

background image

— Chyba tak. Jednakże, Parker, jestem zdecydowany obudzić pana Ackroyda. Nigdy bym 

się nie uspokoił, gdybym wrócił do domu, nie usłyszawszy z jego własnych ust,  że wszystko 
jest w porządku. 

Mówiąc to, szarpnąłem klamką i zawołałem: 
— Panie Ackroyd, panie Ackroyd, ja tylko na chwilę. Ale w dalszym ciągu nie było żadnej 

odpowiedzi. Spojrzałem przez ramię. 

— Nie chciałbym alarmować całego domu — powiedziałem z wahaniem. 
Parker zszedł na dół i zamknął drzwi od głównego hallu, skąd przyszliśmy. 
— Teraz chyba wszystko będzie w porządku, proszę pana. Pokój bilardowy jest po drugiej 

stronie domu, tak samo jak kuchnie i sypialnie pań. 

Skinąłem głową i zacząłem walić energicznie w drzwi, a pochylając się, krzyknąłem przez 

dziurkę od klucza: 

— Panie Ackroyd, panie Ackroyd! To ja, Sheppard! Proszę otworzyć! 
W dalszym ciągu cisza, ni znaku życia spoza zamkniętych drzwi. Parker i ja spojrzeliśmy 

na siebie. 

— Słuchaj,  Parker  —  powiedziałem.  —  Mam  zamiar  wyważyć  te  drzwi.  Albo  raczej 

wyważymy je razem. Biorę odpowiedzialność na siebie. 

— Skoro pan każe — odparł Parker raczej niechętnie. 
— Tak,  każę.  Poważnie  niepokoję  się  o  pana  Ackroyda.  Rozejrzałem  się  po  małym 

przedpokoju  i  podniosłem  ciężkie  dębowe  krzesło.  Wzięliśmy  je  z  Parkerem  między  siebie  i 
zaczęliśmy  atak.  Kilka  razy  uderzyliśmy  mocno  w  zamek.  Przy  trzecim  uderzeniu  drzwi 
puściły. Wpadliśmy z impetem do gabinetu. 

Ackroyd siedział przed kominkiem w swoim fotelu, tak jak go pozostawałem. Głowa opadła 

mu na bok. Dokładnie widoczna, tuż poniżej kołnierza marynarki, wystawała rączka noża. 

Parker  i  ja  zbliżyliśmy  się  i  stanęliśmy  nad  bezwładną  postacią.  Usłyszałem,  jak  lokaj  ze 

świstem wciąga powietrze. 

— Zadżgany od tyłu — wykrztusił. — Straszne! 
Otarł pot z czoła chustką, potem wyciągnął drżącą rękę w kierunku rękojeści noża. 
— Nie wolno tego dotykać! — wykrzyknąłem ostro. — Proszę natychmiast zatelefonować 

po  policję.  Trzeba  im  powiedzieć,  co  się  stało,  a  później  zawiadomić  pana  Raymonda  i 
majora Blunta. 

— Tak jest, proszę pana. 
Parker szybko odszedł, ciągle ocierając zroszone potem czoło. 
Zająłem się tym, co jeszcze pozostawało do zrobienia. Uważałem, by nie dotykać noża ani 

nie zmieniać położenia ciała. Nic bym nie pomógł Ackroydowi; nie żył już od pewnego czasu. 

Potem usłyszałem z daleka przerażony głos młodego Raymonda: 
— Co ty opowiadasz? Och, to niemożliwe! Gdzie jest doktor? 
Pędem dopadł do drzwi, potem zatrzymał się nagle. Twarz miał bladą. Jakaś ręka odsunęła 

go i do gabinetu przecisnął się major Blunt. 

— O Boże! — jęknął Raymond zza jego pleców. — A więc to jednak prawda! 
Blunt podszedł prosto do fotela i nachylił się nad ciałem Ackroyda. Ponieważ pomyślałem, 

że tak jak Parker chce ująć rękojeść sztyletu, przytrzymałem jego dłoń. 

— Nie wolno niczego dotykać — wyjaśniłem. — Policja musi zobaczyć wszystko w stanie 

nienaruszonym. 

Blunt skinął głową na znak zgody. Jak zwykle twarz  jego mało wyrażała, ale pod maską 

kamiennego spokoju dostrzegłem, jak mi się wydawało, oznaki podniecenia. Podszedł do nas 
Geoffrey Raymond i zza pleców Blunta wiepił oczy w ciało. 

— Jakie to straszne! — wyszeptał. 

background image

Odzyskał wprawdzie panowanie nad sobą, ale gdy zdjął na chwilę binokle, by je przetrzeć, 

drżały  mu  jeszcze  ręce.  —  Pewno  rabunek  —  powiedział.  —  Którędy  dostał  się  morderca? 
Przez okno? Czy coś zginęło? 

Podszedł do biurka. 
— Więc pan sądzi, że to mord rabunkowy? — spytałem z namysłem. 
— Cóż może być innego? Chyba nie ma mowy o samobójstwie? 
— Żaden  człowiek  nie  byłby  zdolny  w  ten  sposób  wpakować  sobie  noża  w  plecy  — 

odparłem z przekonaniem. — To z pewnością morderstwo. Ale gdzie tu motyw? 

— Roger nie miał nieprzyjaciół. Ani jednego — powiedział Błunt cicho. — To bandyci. Na 

pewno. Ale czego szukali? Nie widać żadnych śladów ich pobytu. 

Rozejrzał się po pokoju. Raymond w dalszym ciągu porządkował papiery na biurku. 
— Niczego  nie  brak.  I  na  żadnej  z  szuflad  nie  widzę  śladów  wiamania  —  odezwał  się 

wreszcie. — To bardzo tajemnicza sprawca. 

Blunt poruszył lekko głową. 
— Na ziemi leżą jakieś listy — powiedział. Poszedłem za jego wzrokiem. Zobaczyłem kilka 

listów  w  tym  samym  miejscu,  gdzie  leżały,  gdy  spadły  z  kolan  Ackroyda  w  czasie  mojej 
poprzedniej bytności. 

Jednakże  niebieska  koperta  z  listem  pani  Ferrars  zniknęła.  Otworzyłem  usta,  chcąc  coś 

powiedzieć,  ale  w  tejże  chwili  rozległ  się  dzwonek,  potem  usłyszeliśmy  niewyraźne  głosy  w 
hallu, a wreszcie pojawił się Parker, prowadząc miejscowego inspektora policji i policjanta. 

— Dobry wieczór! — powitał nas inspektor. — Cóż za straszny wypadek! Taki miły, dobry 

dżentelmen jak pan Ackroyd! Lokaj powiedział mi, że to morderstwo. Czy tak, doktorze? Nie 
mógł to być wypadek albo samobójstwo? 

— Wykluczone — odparłem. 
— No, no! Straszne, okropne! — Podszedł bliżej fotela i stanął nad ciałem. — Czy ktoś go 

ruszał? — spytał ostro. 

— Sprawdziłem  tylko,  czy  na  pewno  nie  żyje,  sprawa  była  prosta.  Poza  tym  niczego  nie 

dotykałem — zapewniłem inspektora. 

— Aha. I wszystko wskazuje, że mordercy udało się zbiec. No, w każdym razie chwilowo. 

Aha. A teraz, panowie, powiedzcie mi wszystko, co o tym wiecie. Kto znalazł ciało? 

Dokładnie opisałem wszystkie okoliczności. 
— Zawiadomiono pana telefonicznie? Kto? Lokaj? 
— Ja nie telefonowałem  — pośpieszył z wyjaśnieniem Parker.  — Nie zbliżałem się przez 

cały wieczór do telefonu. Wszyscy mogą zaświadczyć, że się nie zbliżałem. 

— Dziwne, dziwne. Pan poznał głos Parkera, doktorze? 
— Trudno mi twierdzić na pewno. Po prostu się nad tym nie zastanawiałem. Sądziłem, że 

to Parker, bo widzi pan… 

— Rozumiem,  rozumiem.  Więc  przyjechał  pan  tu,  wyłamał  drzwi  i  zastał  biednego  pana 

Ackroyda w tym stanie? I co pan sądzi, od jak dawna pan Ackroyd nie żył? 

— Najmniej pół godziny, może trochę dłużej — odparłem. 
— I twierdzi pan, że drzwi były zamknięte od wewnątrz na klucz? A okno? 
— Osobiście je zamknąłem na wszystkie spusty dziś po kolacji. Na prośbę pana Ackroyda. 
Inspektor rozchylił story. 
— Ale teraz jest otwarte! 
W istocie, okno było otwarte — dolna połowa podniesiona na maksymalną wysokość. 
Inspektor wyjął z kieszeni latarkę i oświetlił nią parapet. 
— Aha, morderca wszedł tędy — zauważył. — I tędy opuścił gabinet. Spójrzcie, panowie! 
W  silnym  świetle  latarki  dostrzegliśmy  kilka  zupełnie  wyraźnych  śladów.  Były  to  odciski 

gumowych podeszew unurzanych w błocie. Jeden szczególnie wyraźny ślad skierowany był do 
gabinetu, drugi, z lekka nań zachodząc, wskazywał na ogród. 

background image

— To jasne jak słońce — oświadczył inspektor. — Czy zginęły jakieś kosztowności? 
Geoffrey Raymond potrząsnął głową. 
— Nie  stwierdziliśmy.  Pan  Ackroyd  nie  trzymał  w  gabinecie  żadnych  wartościowych 

rzeczy. 

— Hm! — mruknął inspektor. — Złodziej zobaczy! otwarte okno, wszedł do pokoju, ujrzał 

pana Ackroyda. Pan Ackroyd może właśnie drzemał. Zadźgał go od tyłu, przeraził się i uciekł. 
No, ale zostawił wyraźne ślady. Nie sądzę, abyśmy mieli trudności ze złapaniem tego ptaszka. 
Widzieli panowie ostatnio jakieś podejrzane typki w pobliżu domu? 

— Och! — wyrwało mi się nagle. 
— Słucham, doktorze? 
— Dziś  wieczorem  spotkałem  obcego  człowieka.  Właśnie  wychodziłem  z  bramy.  Spytał 

mnie o drogę do Fernly Park. 

— O której to mogło być’? 
— Dokładnie o dziewiątej. Mijając bramę, usłyszałem bicie zegara kościelnego. 
— Mógłby pan opisać tego człowieka? 
W miarę moich możliwości zaspokoiłem to życzenie. Inspektor zwrócił się do lokaja: 
— Czy ktoś odpowiadający temu rysopisowi dzwonił od frontu? 
— Nie, proszę pana. Nikogo nie było cały wieczór. 
— A od kuchni? 
— Nie zdaje mi się, proszę pana, ale sprawdzę. 
Parker ruszył do drzwi, lecz inspektor powstrzymał go ruchem ręki: 
— Nie,  dziękuję,  sprawdzę  sam.  Ale  przedtem  chciałbym  jeszcze  ustalić  dokładniej  czas. 

Kto i kiedy widział pana Ackroyda po raz ostatni? 

— Pewno  ja  —  odparłem.  —  Kiedy  go  pożegnałem,  była…  zaraz…  zaraz…  chyba  za 

dziesięć dziewiąta. Prosił, aby zostawiono go w zupełnym spokoju. Przekazałem to polecenie 
Parkerowi. 

— Tak było, proszę pana — odezwał się z szacunkiem Parker. 
— Pan  Ackroyd  z  pewnością  żył  jeszcze  o  wpół  do  dziesiątej  —  wtrącił  Raymond  —  bo 

słyszałem jego głos. 

— Z kim rozmawiał? 
— Tego  nie  wiem.  Chociaż  wtedy  wydało  mi  się,  że  na  pewno  z  doktorem  Sheppardem. 

Chciałem  właśnie  poradzić  się  pana  Ackroyda  w  sprawie  pewnych  umów,  które 
przygotowywałem, ale kiedy usłyszałem jego głos, przypomniałem sobie, że pan Ackroyd nie 
życzył sobie, aby mu przeszkadzano w rozmowie z doktorem, i odszedłem od drzwi. Dopiero 
teraz dowiaduję się, że doktora Shepparda już wtedy nie było. 

Skinąłem głową. 
— Wróciłem do domu o dziewiątej piętnaście. Nie wychodziłem przed tym telefonem… 
— Z  kim  więc  mógł  pan  Ackroyd  rozmawiać  o  dziewiątej  trzydzieści?  —  zdziwił  się 

inspektor. — Nie z panem, panie… panie…? 

— To pan major Blunt — wyjaśniłem. 
— Major Hektor Blunt? — spytał inspektor z odcieniem szacunku w głosie. 
Blunt potwierdził jednym gwałtownym skinieniem głowy. 
— Zdaje  się,  że  już  pana  tutaj  widziałem  —  powiedział  inspektor.  —  W  pierwszej  chwili 

pana nie poznałem. Czy to nie pan odwiedził pana Ackroyda w maju ubiegłego roku? 

— W czerwcu — poprawił Blunt. 
— Tak,  tak,  w  czerwcu.  Więc  to  nie  pan  rozmawiał  z  panem  Ackroydem  o  dziewiątej 

trzydzieści? 

Blunt potrząsnął przecząco głową. 
— Od kolacji go nie widziałem — poinformował krótko. Inspektor ponownie zwrócił się do 

Raymonda: 

background image

— Czy pan dosłyszał może jakieś urywki rozmowy? 
— Owszem, jedno zdanie — odparł sekretarz. — I ponieważ wtedy przypuszczałem, że w 

gabinecie  jest  doktor  Sheppard,  temat  rozmowy  wydał  mi  się  dziwny.  Właśnie  mówił  pan 
Ackroyd:  „Ostatnimi  czasy  moje  zobowiązania  finansowe  uległy  znacznemu  zwiększeniu  — 
jeśli dokładnie sobie przypominam — znacznemu zwiększeniu i nie mogę, niestety, pozytywnie 
ustosunkować  się  do  pańskiej  prośby…”.  Natychmiast  potem  odszedłem  od  drzwi  i  nic  już 
więcej nie usłyszałem. Jak powiedziałem, zastanowiło mnie to, ponieważ doktor Sheppard… 

— Nie  prosi  nigdy  o  pożyczki  dla  siebie  ani  o  zapomogi  dla  innych  —  dokończyłem  za 

Raymonda. 

— Żądanie  pieniędzy…  —  powiedział  inspektor  do  siebie.  —  Być  może,  to  jest  bardzo 

ważny szczegół. — Następnie spytał lokaja: — Powiadasz, Parker, że od frontu nikogo dziś 
wieczorem nie wpuszczałeś? 

— Z pewnością nie, proszę pana. 
— A więc wydaje się prawie pewne, że pan Ackroyd sam wpuścił obcego. Nie rozumiem 

tylko… 

Można śmiało powiedzieć, że przez parę minut inspektor śnił. 
— Jedna rzecz wydaje się jasna — oświadczył wreszcie, budząc się z zamyślenia. — Pan 

Ackroyd żył jeszcze o dziewiątej trzydzieści. Potem już nie wiemy. 

Parker chrząknął znacząco, co natychmiast zwróciło uwagę inspektora. 
— Tak? — spytał ostro. 
— Za  pana  pozwoleniem,  panie  inspektorze,  jeszcze  później  widziała  się  z  panem 

Ackroydem panna Flora. 

— Panna Flora? 
— Tak jest, proszę pana. Musiała być wtedy za kwadrans dziesiąta. I zaraz potem, proszę 

pana, powiedziała mi, że pan Ackroyd nie życzy sobie, żeby mu więcej przeszkadzano. 

— Pan Ackroyd polecił jej to powtórzyć’? 
— Niezupełnie, proszę pana. Niosłem na tacy whisky i wodę sodową, kiedy panna Flora, 

która właśnie wychodziła z gabinetu, powiedziała mi, że pan Ackroyd nie życzy sobie, by mu 
więcej przeszkadzano. 

Inspektor spojrzał na Parkera z nieco większą uwagą niż dotychczas. 
— Przecież już ci przedtem powiedziano, że pan Ackroyd życzy sobie mieć spokój, prawda? 
Parker zaczął się jąkać. Ręce mu drżały. 
— Tak właśnie, proszę pana. Właśnie, tak jest. 
— A mimo to szedłeś do niego z whisky? 
— Bo zapomniałem, proszę pana. To znaczy, właściwie ja zawsze przynoszę whisky mniej 

więcej o tej porze, proszę pana, i pytam, czy jeszcze czego nie potrzeba. Więc pomyślałem, to 
znaczy, zrobiłem to, co zawsze, niewiele myśląc… 

Wtedy uderzyło  mnie nagle, że podniecenie Parkera jest bardzo  podejrzane. Lokaj  trząsł 

się jak osika i niespokojnie przestępował z nogi na nogę. 

— Hm…!  —  powiedział  inspektor.  —  Muszę  zaraz  porozmawiać  z  panną  Ackroyd. 

Chwilowo  zostawmy  gabinet,  tak  jak  jest.  Wrócę  tu,  jak  się  dowiem  wszystkiego,  co  ma  do 
powiedzenia panna Ackroyd. Zabezpieczymy tylko pokój, zamykając dobrze okno. 

Inspektor  sam  zamknął  okno  i  następnie  wyprowadził  nas  do  przedpokoju.  Ciekawie 

zerknął  w  górę  wąskich  schodów,  a  potem  odezwał  się  przez  ramię  do  towarzyszącego  mu 
policjanta: 

— Zostań tu, Jones! Nie wpuszczaj nikogo do gabinetu. Parker wtrącił się z szacunkiem: 
— Za pozwoleniem, panie inspektorze, ale można zamknąć drzwi prowadzące do głównego 

hallu  i  nikt  nie  będzie  mógł  wejść  do  tej  części  domu.  Te  schody  prowadzą  wyłącznie  do 
sypialni  pana  Ackroyda i  do  łazienki.  Nie  ma  żadnego  połączenia  z  resztą  budynku.  Kiedyś 

background image

były  drzwi,  ale  pan  Ackroyd  kazał  je  zamurować.  Chciał  mieć  całkowicie  oddzielony, 
prywatny apartament. 

Aby  ułatwić  zorientowanie  się  w  sytuacji,  załączam  odręczny  szkic  prawego  skrzydła 

domu.  Wąskie  schody  prowadzą,  jak  to  już  wyjaśnił  Parker,  do  dużej  sypialni  (powstałej  z 
połączenia dwóch mniejszych) i sąsiadującej z nią łazienki i ubikacji. 

 

Inspektor zorientował się szybko w rozkładzie pokoi. Kiedy przeszliśmy do hallu, zamknął 

drzwi  i  klucz  schował  do  kieszeni.  Potem  przyciszonym  głosem  wydał  parę  poleceń 
policjantowi, który zaraz odszedł. 

— Musimy się zająć tymi śladami — wyjaśnił. — Ale przede wszystkim chcę porozmawiać 

z  panną  Ackroyd.  Chyba  ona  ostatnia  widziała  się  z  panem  Ackroydem?  Czy  już  ją 
zawiadomiono? 

Raymond potrząsnął głową. 
— No, więc przez pięć minut nic jej jeszcze nie powiemy. Będzie jaśniej odpowiadała, nie 

znając  prawdy.  Proszę  tylko  wspomnieć,  że  było  włamanie  i  że  pragnąłbym  zamienić  z  nią 
kilka słów. 

Raymond poszedł na górę z poleceniem sprowadzenia Flory. 
— Panna Ackroyd zaraz zejdzie — oświadczył po powrocie. — Powiedziałem jej to, co pan 

sobie życzył. 

Mniej więcej  po pięciu  minutach na schodach ukazała się Flora.  Miała na sobie różowe 

jedwabne kimono. Wydawała się bardzo zaniepokojona i podniecona. 

— Dobry  wieczór,  panno  Ackroyd  —  powitał  ją  grzecznie  inspektor.  —  Z  przykrością 

panią  zawiadamiam,  że  usiłowano  włamać  się  do  domu.  Bardzo  prosimy  o  udzielenie  nam 
pomocy. Co to za pokój, tam? A, pokój bilardowy. Może tam porozmawiamy? 

Flora  usiadła  na  brzeżku  szerokiej  kanapki,  która  zajmowała  całą  długość  ściany,  i 

podniosła wzrok na inspektora. 

— Niezupełnie rozumiem. Co ukradziono? W czym mam panu pomóc? 
— Zaraz pani wszystko wyjaśnię, panno Ackroyd. Parker mówi, że wyszła pani z gabinetu 

stryja mniej więcej za kwadrans dziesiąta. Czy to prawda? 

— Prawda. Poszłam powiedzieć mu dobranoc. 
— I godzina się zgadza? 
— Tak,  to  musiało  być  o  tej  porze.  Dokładniej  trudno  mi  powiedzieć.  Może  parę  minut 

później. 

— Czy stryj pani był sam, czy też zastała pani kogoś w gabinecie? 
— Był sam. Doktor Sheppard już wyszedł. 
— Może pani zauważyła, czy okno było otwarte, czy zamknięte? 
Flora potrząsnęła głową. 

background image

— Trudno mi powiedzieć. Story były zaciągnięte. 
— Aha. A stryj pani wyglądał normalnie? 
— Raczej tak. 
— Może mi pani łaskawie powtórzyć swoją rozmowę ze stryjem? 
Flora chwilę się zastanawiała, jakby zbierała myśli. 
— Weszłam i powiedziałam: „Dobranoc, stryjku, idę spać. Jestem dziś bardzo zmęczona”. 

On coś mruknął, no a ja… podeszłam do niego i pocałowałam go. Coś jeszcze powiedział, że 
ładnie wyglądam w tej sukience, którą mam na sobie, a potem prosił, żebym już poszła, bo jest 
bardzo zajęty. Więc poszłam. 

— Czy wspominał, żeby mu nikt nie przeszkadzał? 
— O tak, zapomniałam! Powiedział: „Przekaż Parkerowi, że już dziś wieczorem nie będę 

niczego  potrzebował  i  żeby  tu  nie  przychodził”.  Spotkałam  Parkera  tuż  za  drzwiami  i 
powtórzyłam mu polecenie stryja. 

— Aha — odparł inspektor. 
— Czy może mi pan powiedzieć, co ukradziono? 
— Nie jesteśmy jeszcze… pewni — zawahał się inspektor. W oczach dziewczyny pojawił się 

wyraz strachu. Wstała. 

— Co się stało? Co wy przede mną ukrywacie? Hektor Blunt podszedł swoim posuwistym 

krokiem, stając między Florą a inspektorem. Dziewczyna wyciągnęła rękę, on ujął ją w obie 
dłonie  i  zaczął  głaskać,  jakby  Flora  była  małym  dzieckiem.  Obróciła  ku  niemu  twarz. 
Wydawało się, że szuka pocieszenia i osłony u tego stanowczego i silnego mężczyzny. 

— Nieszczęście, Floro  — powiedział spokojnie.  — Nieszczęście dla  nas wszystkich. Twój 

stryj Roger… 

— Co się stało?! 
— To będzie dla ciebie wielki cios. Musi być. Biedny Roger nie żyje… 
Flora cofnęła się o krok, w oczach jej pojawiło się przerażenie. 
— Kiedy? — spytała. — Kiedy? 
— Wkrótce potem, jak się z nim pożegnałaś, Floro — odpowiedział poważnie Blunt. 
Flora  podniosła  dłoń  do  krtani  i  wydała  krótki  okrzyk.  Zdołałem  ją  pochwycić,  gdy 

zemdlona padała na ziemię. Zanieśliśmy ją z Bluntem na górę i ułożyliśmy na łóżku. Potem 
prosiłem  Blunta,  by  obudził  panią  Ackroyd  i  podzielił  się  z  nią  tragiczną  wieścią.  Flora 
szybko odzyskała  przytomność. Przyprowadziłem do niej matkę, tłumacząc, jak trzeba zająć 
się dziewczyną. Potem pośpieszyłem na dół. 

background image

R

OZDZIAŁ SZÓSTY

 

T

UNEZYJSKI SZTYLET

 

 
Spotkałem inspektora, gdy wracał od strony kuchni. 
— Jak tam młoda dama, doktorze? 
— Czuje się już lepiej. Jest z nią matka. 
— To świetnie. Przesłuchiwałem służbę. Wszyscy jednogłośnie twierdzą, że od kuchni nikt 

dziś  wieczorem  nie  wchodził  do  domu.  Pański  opis  owego  nieznajomego  spotkanego  przy 
bramie jest bardzo ogólnikowy. Czy nie przypomina pan sobie jakichś bliższych szczegółów? 

— Niestety nie — odparłem z żalem.  —  Wieczór  był  ciemny, jak pan wie, a ten człowiek 

miał podniesiony kołnierz płaszcza i kapelusz naciśnięty nisko na oczy. 

— Hm!  —  mruknął  inspektor.  —  Chciał  zasłonić  twarz,  co?  Na  pewno  nikt  ze  znanych 

panu osób? 

Odpowiedziałem przecząco, ale nie tak pewnie, jak powinienem to zrobić. Powróciło moje 

pierwsze  wrażenie,  iż  głos  tego  człowieka  nie  był  mi  obcy.  Z  wahaniem  powiedziałem  to 
inspektorowi. 

— Mówi pan, że miał chrapliwy, ordynarny głos? Potwierdziłem to, chociaż przyszło mi do 

głowy, że chrapliwość ta brzmiała sztucznie, jakby była świadomie przesadzona. Jeśli słuszne 
było  przypuszczenie  inspektora,  że  ów  człowiek  chciał  ukryć  twarz,  to  równie  dobrze  mógł 
pragnąć zmienić głos. 

— Pan pozwoli jeszcze na chwilę do gabinetu, doktorze. Muszę wyjaśnić kilka szczegółów. 
Inspektor Davis otworzył kluczem drzwi do przedpokoju, a kiedy weszliśmy, zamknął je z 

powrotem. 

— Żeby  nam  nikt  nie  przeszkadzał  —  wyjaśnił  ponuro.  —  I  nie  podsłuchiwał.  Co  to  za 

historia z tym szantażem? 

— Szantażem?! — wykrzyknąłem zaskoczony. 
— Czy to płód wyobraźni Parkera, czy też rzeczywiście coś takiego było? 
— Jeśli Parker słyszał coś o szantażu — odparłem z namysłem — musiał stać za drzwiami 

z uchem przyklejonym do dziurki od klucza. 

Davis skinął głową. 
— Najprawdopodobniej.  Przyznam  się  panu,  że  przeprowadziłem  maleńkie  dochodzenie, 

co Parker robił dziś wieczorem. Mówiąc prawdę, nie podoba mi się jego zachowanie. On coś 
wie.  Kiedy  go  zacząłem  przesłuchiwać,  mocno  się  zmieszał  i  wreszcie  wykrztusił  coś  o  tym 
szantażu. 

Powziąłem szybką decyzję. 
— Może  to  i  dobrze,  że  wyciągnął  pan  tę  sprawę  —  odparłem.  —  Jestem  nawet 

zadowolony.  Zastanawiam  się  właśnie,  czy  wyznać  wszystko,  czy  nie.  Właściwie  już 
zdecydowałem się panu powiedzieć, inspektorze, czekałem tylko na sprzyjającą okazję. Niech 
więc będzie teraz, co za różnica! 

I bez dalszej zwłoki opisałem inspektorowi wypadki wieczoru, tak jak je przedstawiłem już 

powyżej. Inspektor słuchał pilnie, od czasu do czasu wtrącając pytanie. 

— Najdziwniejsza historia, jaką słyszałem! — orzekł, kiedy skończyłem. — I mówi pan, że 

ten  list  zniknął?  Brzydko  to  pachnie!  Cała  ta  sprawa  brzydko  pachnie.  No,  ale  wreszcie 
znaleźliśmy to, czegośmy szukali. Motyw! Motyw morderstwa! 

Skinąłem głową. 
— Zdaję sobie z tego sprawę. 
— I mówi pan, że pan Ackroyd napomknął, iż podejrzewa kogoś z domowników? Kogoś z 

domowników! To raczej bardzo ogólnikowe. 

background image

— Chyba nie myśli pan, że Parker jest tym szantażystą? — podsunąłem. 
— Owszem, dlaczego nie? Najwyraźniej podsłuchiwał pod drzwiami, kiedy pan wychodził. 

A potem natknęła  się na niego panna Ackroyd. Już miał  zamiar  wejść do gabinetu. A może 
wrócił,  gdy  odeszła?  Zamordował  Ackroyda,  zamknął  drzwi  od  wewnątrz,  otworzył  okno, 
wyszedł na taras i wrócił do domu kuchennymi drzwiami, które uprzednio zostawił otwarte. 
Co pan o tym sądzi? 

— Jedna rzecz przemawiałaby przeciwko temu — odparłem powoli. — Jeśli Ackroyd zaraz 

po moim wyjściu zabrał się do czytania listu, co miał zresztą zamiar zrobić, to nie wyobrażam 
sobie,  by  potem  siedział  spokojnie  jeszcze  przez  godzinę  i  przetrawiał  całą  sprawę. 
Natychmiast  wezwałby  Parkera  i  z  miejsca  go  oskarżył.  Byłaby  niezła  awantura.  Proszę 
pamiętać, że Ackroyd był bardzo gwałtownym człowiekiem. 

— Może  po  pana  wyjściu  nie  miał  już  czasu  powrócić  do  czytania  listu?  —  wtrącił 

inspektor. — Wiemy przecież, że o wpół do dziesiątej ktoś u niego był. Jeśli ten gość zjawił się 
natychmiast  po  pana  wyjściu  i  jeśli  z  kolei  natychmiast  po  jego  wyjściu  przyszła  panna 
Ackroyd, to nie było czasu na list. Chyba dopiero gdzieś koło dziesiątej. 

— A telefon do mnie? 
— Sam  Parker  zadzwonił.  Zrobił  to,  nim  pomyślał  o  zamkniętych  drzwiach  i  otwartym 

oknie.  Potem  zmienił  zamiar  albo  wpadł  w  panikę  i  postanowił  zaprzeczać,  że  wie  o 
morderstwie. Mówię panu, że tak było. 

— Może… — odparłem pełen wątpliwości. 
— W każdym razie bliższych szczegółów o rozmowie telefonicznej dowiemy się w centrali. 

Jeśli się okaże, że wzywano pana stąd, to nie mógł dzwonić nikt inny oprócz Parkera. Jestem 
pewien,  że  to  morderca,  którego  szukamy.  Ale  chwilowo  proszę  nic  nikomu  nie  mówić.  Nie 
trzeba  go  płoszyć,  póki  nie  zbierzemy  wszystkich  dowodów.  Już  ja  zadbam  o  to,  żeby  nam 
ptaszek  nie  umknął.  Dla  zachowania  pozorów  skoncentrujemy  nasze  wysiłki  na  tropieniu 
pańskiego nieznajomego z bramy. 

Inspektor wstał z przysuniętego do biurka krzesła, na którym siedział okrakiem, i podszedł 

do nieruchomej postaci w fotelu. 

— Narzędzie zbrodni powinno być dla nas cenną poszlaką  — zauważył, przyglądając się 

sztyletowi. — To chyba jakiś rzadki okaz. Wygląda bardzo oryginalnie. 

Pochylił  się z uwagą nad rękojeścią. Usłyszałem pełne zadowolenia chrząknięcie.  Potem 

zgrabnie, nie dotykając miejsc, gdzie mogły być ślady palców, inspektor  wyciągnął sztylet z 
rany. W dalszym ciągu ujmując rękojeść bardzo ostrożnie, wsadził sztylet ostrzem do chińskiej 
wazy, która zdobiła serwantkę. 

— No tak — powiedział, kiwając głową. — To piękny przedmiot. Na pewno nie znajdzie się 

wiele takich cacek w okolicy. 

To  był  naprawdę  piękny  sztylet:  wąskie,  spiczaste  ostrze,  mistrzowskiej  roboty  rękojeść, 

inkrustowana paroma rodzajami metalu. Davis delikatnie dotknął palcem ostrza i skrzywił się 
z uznaniem. 

— Boże drogi! Co za ostrze! — wykrzyknął. — Dziecko bez wysiłku mogłoby wpakować je 

komuś po rękojeść jak w masło. Oj, to niebezpieczna zabawka w domu! 

— Czy mogę teraz dokładnie zbadać ciało? — spytałem. 
Skinął przyzwalająco. 
— Proszę. 
Przeprowadziłem drobiazgowe badanie. 
— No i co? — spytał, kiedy skończyłem. 
— Oszczędzę panu fachowych określeń, pozostawiając je na rozprawę — odparłem. — W 

każdym  razie  cios  zadał  od  tyłu  mężczyzna  prawą  ręką.  Śmierć  nastąpiła  natychmiast.  Z 
wyrazu  twarzy  Ackroyda  wnoszę,  iż  cios  był  niespodziewany.  Być  może  zmarł,  nie  wiedząc 
nawet, kim jest jego morderca. 

background image

— Lokaje potrafią poruszać się cicho jak koty — zauważył inspektor Davis. — Nie sądzę, 

aby rozwiązanie zagadki tego morderstwa przedstawiało dla nas specjalne trudności. Proszę 
spojrzeć na rękojeść sztyletu! 

Spojrzałem. 
— Prawdopodobnie dla pana są one niedostrzegalne, ale ja widzę je zupełnie wyraźnie! — 

Zniżył głos. — Ślady palców! 

Cofnął się o parę kroków, jakby chciał na mojej twarzy sprawdzić efekt tych słów. 
— Tak  —  odparłem  łagodnie.  —  Też  tak  myślałem.  Zupełnie  nie  rozumiem,  dlaczego 

traktuje się mnie jak osobnika całkowicie pozbawionego inteligencji. Także przecież czytuję 
powieści  kryminalne  i  gazety,  i  jestem  człowiekiem  zdolnym  do  pojmowania  otaczających 
mnie  zjawisk.  Ha,  gdyby  na  rękojeści  były  odciski  palców  nóg,  to  zupełnie  inna  sprawa. 
Wtedy okazałbym odpowiednio wiele zdumienia i ciekawości. 

Podejrzewam,  że  inspektor  miał  do  mnie  pretensję  o  brak  objawów  dreszczyku  emocji. 

Zabrał chińską wazę i poprosił, abym mu towarzyszył do pokoju bilardowego. 

— Może pan Raymond udzieli mi jakichś informacji o tym sztylecie — powiedział. 
Starannie zamknęliśmy za sobą drzwi na klucz i udaliśmy się do pokoju bilardowego, gdzie 

czekał Geoffrey Raymond. Inspektor podniósł w górę swój łup. 

— Czy pan to kiedyś widział? — zapytał. 
— Wydaje mi się, jestem prawie pewien, że to sztylet ofiarowany panu Ackroydowi przez 

majora  Blunta.  Pochodzi  z  Maroka,  nie,  z  Tunezji.  A  więc  tym  zamordowano…?  To 
zdumiewające! Chyba niemożliwe, a jednak trudno przypuszczać, by istniały dwa identyczne 
sztylety. Zawołam majora Blunta, dobrze? 

Nie czekając na odpowiedź, wybiegł z pokoju. 
— Miły  chłopak  —  powiedział  inspektor.  —  Taki  jakiś  naturalny,  szczery  i  na  pewno 

uczciwy. 

Zgodziłem się skwapliwie. Nie widziałem, by choć raz w ciągu dwóch lat, w czasie których 

pełnił  funkcję  sekretarza  Ackroyda,  Raymond  okazał  zły  humor  albo  stracił  panowanie  nad 
sobą. I wiem, że swoje obowiązki wykonywał nadzwyczaj sumiennie. 

Po chwili Raymond wrócił w towarzystwie majora Blunta. 
— Miałem rację — powiedział Raymond. — To jest tunezyjski sztylet. 
— Ale major Blunt jeszcze go nie widział — zaprotestował inspektor. 
— Widziałem. Zobaczyłem od razu. Kiedy wszedłem do gabinetu — wyjaśnił Blunt. 
— Poznał go pan? Blunt skinął głową. 
— Nic mi pan o tym nie wspomniał? — zapytał podejrzliwie inspektor. 
— Nieodpowiednia chwila — odparł Blunt. — Dużo krzywd na świecie. Przez niepotrzebne 

gadanie. W nieodpowiedniej chwili. 

Z zupełnym spokojem przyjął ostre spojrzenie inspektora, który długo chrząkał, aż wreszcie 

podszedł ze sztyletem do Blunta. 

— Jest pan tego pewien? Poznaje pan ten sztylet? 
— Absolutnie. Nie mam wątpliwości. 
— Gdzie ten… ta pamiątka była zwykle przechowywana? Nie wie pan? 
Wiedział sekretarz. 
— W srebrnym stole w saloniku. 
— Co?! — wykrzyknąłem. Wszyscy spojrzeli na mnie. 
— Słucham, doktorze — zachęcił mnie inspektor do dalszych wyjaśnień. 
— Nic, nic. To właściwie głupstwo — zacząłem się wycofywać. — Zapewne bez znaczenia. 

Kiedy przyszedłem na kolację, usłyszałem, jak ktoś zamyka blat srebrnego stolika w salonie. 

— Skąd pan wie, że to był blat srebrnego stolika? 
W  słowach  inspektora  wyczułem  niedowierzanie,  a  z  twarzy  jego  wyczytałem 

podejrzliwość. 

background image

Wytłumaczyłem wszystko szczegółowo — było to długie, trudne wyjaśnienie i z pewnością 

wolałbym go uniknąć. 

Inspektor wysłuchał mnie do końca. 
— Czy sztylet znajdował się na swoim miejscu, kiedy oglądał pan zawartość gablotki? — 

spytał. 

— Nie  wiem  —  odparłem.  —  Nie  mogę  twierdzić  tak,  nie  mogę  twierdzić  nie.  Być  może 

leżał tam przez cały czas. 

— Wobec  tego  wezwijmy  gospodynię  —  zdecydował  inspektor  i  pociągnął  za  sznur 

dzwonka. 

Po  paru  minutach  zawiadomiona  przez  Parkera  panna  Russell  zjawiła  się  w  pokoju 

bilardowym. 

— Nie,  chyba  nie  podchodziłam  do  srebrnego  stolika  —  odpowiedziała  na  pytanie 

inspektora. — Sprawdzałam tylko, czy we wszystkich wazonach są świeże kwiaty. O tak! Teraz 
sobie  przypominam.  Srebrny  stół  był  otwarty.  A  nie  powinien  być.  Przechodząc,  opuściłam 
blat. 

Z wyzwaniem zwróciła oczy na inspektora. 
— Aha  —  odparł  Davis.  —  A  może  mi  pani  powiedzieć,  czy  ten  sztylet  znajdował  się  w 

gablotce? 

Panna Russell z opanowaniem spojrzała na narzędzie zbrodni. 
— Nie  jestem  pewna.  Nie  zatrzymałam  się  koło  stołu,  tylko  zamknęłam  go,  przechodząc. 

Wiedziałam, że państwo za chwilę zejdą, i nie chciałam, by mnie zastali w salonie. 

— Dziękuję pani — odparł inspektor. 
W  zachowaniu  jego  widziałem  coś  jakby  wahanie,  jakby  chciał  jeszcze  zatrzymać  pannę 

Russell. Ale ona skorzystała z tych słów i bez zwłoki wypłynęła dostojnie z pokoju. 

— Ależ to twarda sztuka, co? — mruknął inspektor, patrząc za nią. — Zaraz, srebrny stół 

stoi naprzeciwko jednego z okien, tak pan mówił, doktorze, co? 

Odpowiedział za mnie Raymond. 
— Tak, na wprost lewego okna. — I to okno było otwarte? 
— Oba były szeroko otwarte. 
— No  dobrze,  chwilowo  nie  widzę  potrzeby  dalszego  zagłębiania  się  w  ten  problem. 

Wydaje mi się jasne, że każdy 

— po  prostu  każdy  —  mógł  wziąć  sztylet,  kiedy  chciał.  To  nawet  nie  jest  obecnie  ważne 

kiedy. Rano przyjdę tu z szefem policji okręgu, panie Raymond. Do tej chwili zachowam przy 
sobie  klucz  do  gabinetu.  Chcę,  żeby  pułkownik  Melrose  zastał  wszystko  tak,  jak  jest  teraz. 
Wiem przypadkowo, że wyjechał dzisiaj na proszoną kolację w sam kraniec okręgu i ma tam 
zostać na noc… 

Patrzyliśmy na inspektora, który zdejmował z półki wazę ze sztyletem. 
— Muszę to jakoś ostrożnie zapakować — wyjaśnił nam. 
— To bardzo ważny dowód rzeczowy. Ważny pod wieloma względami. 
W  parę  minut  później,  kiedy  wychodziłem  z  pokoju  bilardowego,  Raymond  ujął  mnie 

znacząco  pod  ramię  i  parsknął  rozbawiony.  Spojrzałem  w  kierunku,  który  mi  wskazywał: 
inspektor Davis zasięgał opinii Parkera co do małego notatnika kieszonkowego. 

— Aż  nadto  oczywiste!  —  mruknął  Raymond.  —  A  więc  podejrzany  jest  i  Parker?  My 

pewno też powinniśmy obdarować inspektora kompletem odcisków naszych palców. 

Wziął  z  tacki  dwa  bilety  wizytowe,  wytarł  je  chusteczką,  potem  podał  jeden  mnie,  a  sam 

ścisnął palcami drugi. Następnie z uśmiechem zwrócił się do inspektora: 

— Drobne  upominki  —  powiedział.  — Numer  jeden,  doktor  Sheppard,  numer  dwa,  moja 

skromna osoba. Pamiątka od majora Blunta nadejdzie rano. 

Młodość  jest  nieposkromiona.  Nawet  brutalne  zamordowanie  jego  przyjaciela  i 

pracodawcy nie potrafiło na długo stłumić ducha Geoffreya Raymonda. 

background image

Do  domu  wróciłem  bardzo  późno.  Miałem  nadzieję,  że  Karolina  już  śpi.  Płonna  to  była 

nadzieja. 

Czekała z gorącym kakao i kiedy je piłem, wydobyła ze mnie wszystkie szczegóły wieczoru. 

Naturalnie  nie  powiedziałem  nic  o  sprawie  szantażu,  ograniczając  się  tylko  do  faktów 
dotyczących morderstwa. 

— Policja podejrzewa Parkera — powiedziałem, wstając od stołu z zamiarem pójścia do 

sypialni. — Wszystko na niego wskazuje. 

— Parker?!  —  wykrzyknęła  Karolina.  —  Bzdura!  Ten  inspektor  jest  skończonym 

bałwanem. Parker! Nikt mnie nie przekona. 

Po tym dość tajemniczym oświadczeniu poszliśmy spać. 

background image

R

OZDZIAŁ SIÓDMY

 

D

OWIADUJĘ SIĘ

,

 JAKI JEST ZAWÓD MOJEGO SĄSIADA

 

 
Następnego ranka niewybaczalnie szybko i niedbale załatwiłem się z moimi pacjentami na 

mieście.  Łagodzi  moją  winę  okoliczność,  że  nie  miałem  żadnych  ciężej  chorych.  Kiedy 
wróciłem do domu, w przedpokoju czekała na mnie Karolina. 

— Przyszła Flora Ackroyd — oświadczyła podnieconym szeptem. 
— Co? 
Ukryłem zdziwienie, jak umiałem najlepiej. 
— Koniecznie chce się z tobą widzieć. Czeka już od pół godziny. 
Karolina poszła do małego saloniku, ja za nią. 
Flora siedziała na kanapce pod oknem. Miała czarną suknię i nerwowo wyłamywała sobie 

palce.  Przerażony  byłem  wyrazem  twarzy  dziewczyny.  Krew  chyba  odpłynęła  z  niej 
całkowicie. Ale kiedy zaczęła mówić, stwierdziłem, że jest opanowana. 

— Doktorze Sheppard, przyszłam prosić pana o pomoc. 
— Ależ naturalnie, że James ci pomoże, moja droga — odezwała się Karolina. 
Wątpię, by Flora była zachwycona perspektywą obecności Karoliny przy naszej rozmowie. 

Wolałaby  —  jestem  tego  pewien  —  pomówić  ze  mną  na  osobności.  Z  drugiej  strony  nie 
chciała jednak tracić czasu, więc od razu przystąpiła do rzeczy. 

— Chcę, żeby pan ze mną poszedł do Modrzewiowego Dworku. 
— Co, do Modrzewiowego Dworku? — spytałem zdziwiony. 
— Do tego śmiesznego starszego pana?! — wykrzyknęła Karolina. 
— Tak, pan wie, kto to jest, prawda? 
— Myśleliśmy  —  odparłem  —  że  to  fryzjer  na  emeryturze.  Flora  szeroko  otworzyła 

niebieskie oczy. 

— Ależ  skąd!  To  Herkules  Poirot!  Wie  pan,  ten  prywatny  detektyw.  Mówią  o  nim,  że  to 

niezrównany  specjalista,  rozwiązał  wiele  tajemniczych  spraw.  Zupełnie  jak  detektyw  w 
książkach. Rok temu wycofał się z aktywnego życia i osiadł tutaj. Stryj go znał, ale obiecał, że 
nikomu  nie  zdradzi  jego  nazwiska,  bo  pan  Poirot  chciał  mieć  spokój.  Żeby  mu  nikt  nie 
zawracał głowy. 

— A więc to tak! — powiedziałem w zamyśleniu. 
— Naturalnie słyszał pan o nim, prawda? 
— Jestem stary głupiec, jak mnie nazywa moja siostra — odparłem — ale o nim słyszałem. 
— Nadzwyczajne! — skomentowała Karolina. 
Nie wiem, do czego odnosił się ten wykrzyknik. Prawdopodobnie do tego, że jej samej nie 

udało się wcześniej dowiedzieć, jaki jest zawód naszego sąsiada. 

— Więc pani chce się do niego udać? — spytałem. — Ale po co? 
— Nie bądź taki tępy, James! — oburzyła się Karolina. — Naturalnie po to, żeby znalazł 

mordercę. 

Naprawdę  nie  byłem  w  tym  wypadku  tępy.  Karolina  nie  zawsze  rozumie,  do  czego 

zmierzam. 

— Nie ma pani zaufania do inspektora Davisa? — spytałem Florę. 
— Naturalnie, że nie ma! — wykrzyknęła Karolina. — I ja też nie mam! 
Można by pomyśleć, że to stryj Karoliny został zamordowany. 
— A  skąd  pani  wie,  czy  pan  Poirot  będzie  chciał  zająć  się  tą  sprawą?  —  spytałem.  — 

Proszę pamiętać, że wycofał się z pracy. 

— Wiem — powiedziała spokojnie Flora. — Muszę go namówić. 
— Jest pani pewna, że to rozsądne? — spytałem poważnie. 

background image

— Naturalnie, że rozsądne! — wtrąciła Karolina. — Ja z nią pójdę, jeśli będzie chciała. 
— Wolałabym,  żeby  poszedł  doktor  Sheppard.  Bardzo  panią  przepraszam,  panno 

Sheppard… — odezwała się Flora. 

Flora  rozumie  potrzebę  stosowania  w  pewnych  wypadkach  metody  bezpośredniego 

natarcia. Żadne aluzje nie dotarłyby do Karoliny. 

— Widzi pani — ciągnęła Flora, taktownie tuszując swą wcześniejszą niezręczność — pani 

brat  jest  doktorem  i  znalazł  ciało,  będzie  więc  mógł  panu  Poirotowi  wszystko  szczegółowo 
opisać. 

— Rozumiem — odparła Karolina z rezygnacją. — Rozumiem doskonale. 
Przeszedłem się parę razy tam i z powrotem po pokoju. 
— Floro — powiedziałem — posłuchaj mnie, dziecko. Radzę ci, nie wciągaj w całą sprawę 

tego detektywa. 

Flora zerwała się na równe nogi. Policzki jej zabarwiły się czerwienią. 
— Wiem,  dlaczego  pan  tak  mówi!  —  wykrzyknęła.  —  Ale  to  jest  właśnie  powód,  dla 

którego chcę iść do pana Poirota. Pan się obawia. A ja nie. Znam Ralfa lepiej niż pan! 

— Ralfa? — powiedziała Karolina. — A cóż Ralf ma z tym wspólnego? 
Żadne z nas nie zwróciło na nią uwagi. 
— Ralf  może  i  ma  słaby  charakter  —  ciągnęła  Flora  —  może  i  popełnił  w  życiu  wiele 

głupstw, nawet złych rzeczy, ale nikogo by nie zamordował. 

— Ależ naturalnie, że nie! — wykrzyknąłem. — Nigdy mi to przez myśl nie przeszło. 
— No, to w takim razie po co pan chodził wczoraj do gospody Pod Trzema Dzikami?  — 

zapytała Flora. — W drodze powrotnej do domu, po znalezieniu ciała stryja? 

Przez  chwilę  nie  wiedziałem,  co  odrzec.  Miałem  nadzieję,  że  moje  odwiedziny  u  Ralfa 

minęły niedostrzeżone przez nikogo. 

— Skąd pani o tym wie? — odpowiedziałem pytaniem. 
— Poszłam dziś rano i dowiedziałam się od służby, że Ralf tam mieszkał… 
Przerwałem jej: 
— Nie wiedziała pani, że był w King’s Abbot? 
— Nie,  bardzo  mnie  to  zaskoczyło.  Nie  mogłam  nic  z  tego  zrozumieć.  Kiedy  o  niego 

spytałam, powiedzieli mi to, co prawdopodobnie powiedzieli i panu: że Ralf wyszedł wczoraj 
około dziewiątej wieczorem i… więcej nie wrócił. 

Flora  patrzyła  mi  odważnie  w  oczy  i  jakby  odpowiadając  na  coś,  co  w  nich  odczytała, 

wybuchnęła: 

— Czy nie wolno mu było tego zrobić? Mógł wyjechać, dokąd chciał, mógł nawet wrócić 

do Londynu. 

— Zostawiając swoje rzeczy? — spytałem łagodnie. Flora tupnęła. 
— Nie wiem. Wyjaśnienie jest na pewno całkiem proste. 
— I dlatego pragnie pani się udać do Herkulesa Poirota? Czy nie lepiej pozostawić sprawy 

tak, jak są? Proszę pamiętać, że policja wcale nie podejrzewa Ralfa. Policja jest na zupełnie 
innym tropie. 

— Właśnie,  że  go  podejrzewa!  —  zawołała  Flora.  —  Dziś  rano  przyjechał  policjant  z 

Cranchester.  Inspektor  Raglan,  okropny,  wstrętny  karzeł!  Zdążył  być  w  gospodzie  Pod 
Trzema Dzikami przede mną. Powiedzieli mi tam o jego wizycie. I powtórzyli pytania, jakie 
zadawał. Raglan jest pewien, że to Ralf! 

— Jeśli  tak  jest,  to  nastąpiła  jakaś  zmiana  od  wczorajszego  wieczoru  —  powiedziałem 

wolno. — Więc Raglan nie wierzy w teorię Davisa, że to Parker? 

— Jaki tam Parker! — prychnęła Karolina. 
Flora podeszła parę kroków i położyła mi dłoń na ramieniu. 
— Doktorze, proszę pana bardzo, chodźmy do Herkulesa Poirota. On wykryje prawdę! 

background image

— Moja  droga Floro  — powiedziałem łagodnie, nakrywając jej  dłoń  swoją.  — Czy pani 

jest zupełnie pewna, iż zależy pani na wykryciu prawdy? 

Spojrzała na mnie poważnie i potrząsnęła zdecydowanie głową. 
— Pan tego nie jest pewien — odparła. — Ja jestem. Znam 
Ralfa lepiej niż pan. 
— Jasne, że to nie Ralf — powiedziała Karolina, która z trudem zachowywała milczenie. 

—  Ralf  może  być  dziwny,  ale  to  kochany  chłopak  i  bardzo  dobrze  wychowany,  ma  dobre 
maniery. 

Miałem  ochotę  powiedzieć  Karolinie,  że  wielu  morderców  ma  dobre  maniery,  ale 

powstrzymała  mnie  obecność  Flory.  Ponieważ  dziewczyna  była  zdecydowana,  musiałem 
ustąpić i bez zwłoki poszliśmy do Modrzewiowego Dworku, nim moja siostra zdołała zarzucić 
nas dalszymi oświadczeniami, rozpoczynającymi się od jej ulubionego słowa „bzdura”. 

Drzwi  Modrzewiowego  Dworku  otworzyła  nam  stara  kobieta  w  potężnym  bretońskim 

czepku. Pan Poirot był w domu. 

Wprowadzono  nas  do  małego  saloniku,  urządzonego  dość  pretensjonalnie.  Po  paru 

minutach czekania pojawił się mój wczorajszy znajomy. 

— Monsieur le docteur! — powiedział z uśmiechem. — Mademoiselle!

*

 

Złożył głęboki ukłon Florze. 
— Zapewne słyszał pan już o tragedii, jaka wydarzyła się wczoraj wieczorem — zacząłem. 
Twarz Poirota oblokła się w powagę. 
— Ależ  naturalnie,  słyszałem!  To  straszne.  Składam  mademoiselle  wyrazy  głębokiego 

współczucia. W jaki sposób mogę pani służyć? 

— Panna Ackroyd… — powiedziałem — panna Ackroyd chce, żeby pan… 
— Wykrył mordercę — dokończyła Flora wyraźnie. 
— Aha — skinął głową śmieszny pan. — Ależ chyba policja to zrobi, nie? 
— Oni mogą popełnić omyłkę — pośpieszyła Flora z wyjaśnieniem. — Oni już popełniają 

omyłkę.  Tak  mi  się  zdaje.  Proszę  pana,  panie  Poirot,  proszę  nam  pomóc!  Jeśli  to…  jeśli 
chodzi o pieniądze… 

Poirot podniósł rękę: 
— Proszę  o  tym  nie  mówić,  mademoiselle,  błagam!  Nie  znaczy  to,  że  ja  nie  dbam  o 

pieniądze. — Oczy błysnęły mu szelmowsko. — Pieniądze! O, te dużo dla mnie znaczą i wiele 
znaczyły… Tak! Ale jeśli ja się tym zajmę, i proszę to dobrze zrozumieć, to będę się zajmował 
aż  do  samego  końca!  Dobry  pies  nie  schodzi  z  tropu.  Proszę  pamiętać!  Może  pani  jeszcze 
żałować, że sprawa nie pozostała tylko w rękach policji. 

— Ja chcę poznać prawdę — powiedziała Flora, patrząc detektywowi prosto w oczy. 
— Całą prawdę? 
— Całą prawdę! 
— A  więc  zgadzam  się  —  odparł  Poirot  spokojnie.  —  Mam  nadzieję,  że  nie  będzie  pani 

żałować swojej decyzji, mademoiselle. A teraz proszę o okoliczności. 

— Lepiej zrobi to doktor Sheppard. Wie znacznie więcej ode mnie. 
Tak wciągnięty wbrew woli w całą historię, zacząłem opowieść, nie opuszczając żadnego 

ze  szczegółów  już  poprzednio  przeze  mnie  opisanych.  Poirot  słuchał  uważnie,  tu  i  tam 
wtrącając pytanie, przeważnie jednak siedząc w milczeniu i wpatrując się w sufit. 

Zakończyłem wyjściem z Fernly Park wczoraj wieczorem w towarzystwie inspektora. 
— A teraz — rzuciła Flora po moim opowiadaniu — proszę powiedzieć wszystko o Ralfie. 
Zawahałem się, ale jej spojrzenie było rozkazujące. 
— Więc pan poszedł do tej oberży, do tych Trzech Dzików, wczoraj wieczorem w drodze 

powrotnej do domu? — spytał Poirot, gdy spełniłem jej życzenie. — A dlaczego pan to zrobił? 

                                                 

*

 fr. Panie doktorze! Panienko! 

background image

Chwilę milczałem, dobierając starannie słowa. 
— No,  ktoś  powinien  był  zawiadomić  tego  młodego  człowieka  o  śmierci  ojczyma. 

Pomyślałem  sobie  po  wyjściu  z  Fernly  Park,  że  prawdopodobnie  nikt  oprócz  mnie  i  pana 
Acroyda nie wiedział o obecności Ralfa w King’s Abbot. 

Poirot skinął głową. 
— Aha, rozumiem. To był jedyny powód, dla którego pan tam poszedł, tak? 
— To był jedyny powód — odparłem sztywno. 
— A nie pomyślał pan, że tak powiem, o sprawdzeniu, czy ienjeune homme

*

… 

— Sprawdzeniu? Czego? 
— Myślę, monsieur le docteur, że pan mnie dobrze rozumie, chociaż pan udaje, że tak nie 

jest. Wydaje mi się, że powitałby pan z wielką ulgą wiadomość, że pan kapitan Paton spędził 
wieczór, nigdzie nie wychodząc. 

— Wcale  mi  o  to  nie  chodzi!  —  obruszyłem  się.  Śmieszny  mały  detektyw  poważnie 

potrząsnął głową, patrząc mi w oczy. 

— Pan mi nie ufa  tak jak panna Flora  — powiedział.  — Ale to  nieważne. Musimy na te 

wypadki  spojrzeć  inaczej:  kapitan  Paton  zniknął  w  okolicznościach,  które  wymagają 
wyjaśnienia.  Nie  będę  przed  panem  ukrywał,  że  sprawa  wygląda  poważnie.  Wyjaśnienie 
jednak może być zupełnie proste, to przyznaję. 

— I ja to samo powiedziałam! — wyrwała się Flora. Poirot nie poruszał już tego tematu, 

lecz zaproponował 

natychmiastowe  udanie  się  na  posterunek  policji.  Uważał,  że  lepiej  będzie,  jeśli  Flora 

wróci  do  siebie,  a  ja  odprowadzę  go  i  przedstawię  inspektorowi  zajmującemu  się  sprawą 
morderstwa. 

Tak też zrobiliśmy. Inspektora  Davisa  zastaliśmy w bardzo  ponurym nastroju.  Stał przed 

budynkiem  policji  z  pułkownikiem  Melrose’em,  szefem  policji  okręgu,  i  jeszcze  jakimś 
mężczyzną. Opierając się na niezbyt pochlebnym określeniu Flory, bez trudu rozpoznałem w 
nim inspektora Raglana z Cranchester. 

Znam  Melrose’a  dosyć  dobrze,  jemu  też  w  pierwszej  kolejności  przedstawiłem  Poirota  i 

wyjaśniłem powody jego obecności. Szef policji był wyraźnie zaskoczony, a inspektor Raglan 
wściekły. Davisa natomiast rozbawił widok pochmurnego oblicza przełożonego. 

— Cała sprawa wydaje mi się prosta jak kij od szczotki — powiedział Raglan. — Nie ma 

najmniejszej potrzeby, żeby wtykali w to nos amatorzy. Każdy idiota powinien był dostrzec już 
wczoraj,  jak  się  rzecz  przedstawia.  Nie  straciłoby  się  wtedy  dwunastu  godzin.  —  Rzucił 
jadowite spojrzenie na biednego Davisa, który przyjął to z zupełnym spokojem. 

— Naturalnie  rodzina  pana  Ackroyda  może  robić,  co  uważa  za  stosowne  —  odezwał  się 

pułkownik  Melrose.  —  Ale  my  nie  zgadzamy  się  na  żadne  komplikowanie  normalnego  toku 
dochodzenia.  Rzecz  jasna,  znana  mi  jest  sława  pana  Poirota  —  dorzucił  na  osłodę  swoich 
poprzednich słów. 

— Niestety, policja nie potrafi się tak reklamować — powiedział zgryźliwie Raglan. 
Poirot uratował jednak sytuację: 
— Wycofałem się, co prawda, z publicznego życia. I nie miałem zamiaru podejmować już 

więcej spraw. Ponad wszystko czuję wrodzony strach przed dziennikarzami i prasą. Dlatego 
też  błagam  usilnie,  aby  w  razie  gdyby  mi  się  udało  czymś  przyczynić  do  wyjaśnienia 
tajemnicy, moje nazwisko nie było wymieniane. 

Twarz inspektora Raglana troszkę się rozjaśniła. 
— O tak, nawet tu dochodziły echa pańskich wspaniałych sukcesów — dorzucił pułkownik 

znacznie łaskawiej. 

                                                 

*

 fr. Młody człowiek. 

background image

— Owszem, moje doświadczenie jest duże — powiedział Poirot spokojnie. — Ale większość 

sukcesów  zawdzięczam  współpracy  z  policją.  Zachwycam  się  waszą  angielską  policją.  Jeśli 
tylko inspektor Raglan pozwoli sobie pomóc, będę jednocześnie szczęśliwy i zaszczycony. 

Inspektor zaczął się zachowywać nieco uprzejmiej. Pułkownik Melrose odciągnął mnie na 

bok. 

— Z tego, co słyszałem, ten jegomość w istocie dokonał zupełnie fantastycznych rzeczy — 

mruknął. — Naturalnie zależy nam na tym, by nie wciągać do sprawy Scotland Yardu. Raglan 
wydaje się bardzo pewny siebie, ale ja nie we wszystkim się z nim zgadzam. Bo wie pan, no, 
jak to powiedzieć, znam osoby zorientowane lepiej niż on. Ten pański znajomy nie jest, jak tu 
powiedzieć, skory do zabierania nam laurów, co? Dyskretnie by z nami współpracował? 

— Tak, ku większej chwale inspektora Raglana — odparłem uroczyście. 
— No, to  dobrze — skonstatował wesoło  pułkownik Melrose i  już  głośniej  zwrócił się do 

detektywa: — Musimy więc pana wtajemniczyć, panie Poirot, w ostatnie wypadki. 

— Będę niezmiernie zobowiązany — podziękował Poirot. 
— Mój przyjaciel, doktor Sheppard, wspominał coś, że podejrzewany jest lokaj. 
— To wszystko nonsens! — odparł natychmiast Raglan. 
— Ta  arystokracja  lokajska  ma  takie  delikatne  nerwy,  że  zachowuje  się  podejrzanie  bez 

najmniejszej przyczyny i przy lada okazji. 

— A odciski palców? — podsunąłem. 
— Zupełnie  niepodobne  do  odcisków  Parkera.  —  Uśmiechnął  się  słabo  i  dodał:  — 

Niepodobne również do pańskich odcisków, doktorze, ani do odcisków pana Raymonda. 

— A do odcisków kapitana Patona? — spytał cicho Poirot. 
Czułem  ukryty  podziw  dla  Poirota.  Od  razu  chwycił  byka  za  rogi.  W  oczach  inspektora 

zauważyłem również błysk szacunku. 

— Ho  ho,  widzę,  że  nie  traci  pan  czasu,  panie  Poirot.  Współpraca  z  panem  okazuje  się 

prawdziwą  przyjemnością.  Więc  jeśli  o  to  chodzi,  sprawdzimy  odciski  palców  kapitana 
Patona, jak tylko go odnajdziemy. 

— A  ja  jednak  sądzę,  że  pan  się  myli,  inspektorze  —  zaprotestował  gorąco  pułkownik 

Melrose. — Znam Ralfa Patona od dziecka. On nigdy by nie popełnił morderstwa. 

— Może i nie — odparł inspektor drewnianym głosem. 
— Cóż właściwie wskazuje na niego, inspektorze? — spytałem. 
— Opuścił  gospodę  wczoraj  o  dziewiątej.  Po  raz  ostatni  widziano  go  w  okolicy  Fernly 

Park właśnie około  dziewiątej trzydzieści.  Od tego czasu  zniknął. Rzekomo był  w kłopotach 
finansowych. Znalazłem parę jego półbutów na gumowej podeszwie. Miał podobno dwie pary 
takich samych. 

Wziąłem te buty i idę teraz porównać je ze śladami na oknie. Zostawiłem policjanta, żeby 

nikomu nie pozwolił się tam kręcić. 

— Chodźmy więc od razu — powiedział pułkownik Melrose. — Pan, doktorze, i pan Poirot 

będą nam towarzyszyć, prawda? 

Przyjęliśmy zaproszenie i udaliśmy się wszyscy do Fernly Park samochodem pułkownika. 

Inspektorowi pilno było porównać ślady na parapecie z podeszwami półbutów i poprosił, by 
go wysadzono zaraz za bramą, skąd w bok od głównego podjazdu biegła ścieżka w kierunku 
tarasu i okna do gabinetu Ackroyda. 

— Chce pan pójść razem z inspektorem, panie Poirot — spytał szef policji — czy też woli 

pan obejrzeć gabinet? 

Poirot wybrał tę drugą propozycję. Drzwi otworzył nam Parker. Zachowywał się dostojnie 

i obojętnie, jakby już całkowicie odzyskał równowagę po wstrząsie minionego dnia. 

Pułkownik Melrose wyjął z kieszeni klucz i otworzył drzwi z hallu do małego przedpokoju, 

skąd weszliśmy od razu do gabinetu Ackroyda. 

background image

— Poza tym, że ciało zostało już zabrane, panie Poirot, wszystko znajduje się dokładnie na 

tym samym miejscu co wczoraj wieczorem. 

— A ciało gdzie znaleziono? 
Bardzo szczegółowo opisałem położenie ciała Ackroyda. Fotel w dalszym ciągu stał przed 

kominkiem. Poirot podszedł i zagłębił się w fotelu. 

— A niebieski list, o którym pan wspominał, gdzie leżał, gdy opuszczał pan pokój? 
— Pan Ackroyd położył go na małym stoliku po prawej ręce. 
Poirot skinął głową. 
— Poza tym listem wszystko znajdowało się potem na tym samym miejscu? 
— Tak mi się wydaje. 
— Panie  pułkowniku,  czy  byłby  pan  łaskaw  na  chwilę  usiąść  w  tym  fotelu?  Dziękuję 

uprzejmie. A teraz, monsieur le docteur, czy byłby pan łaskaw wskazać mi dokładne położenie 
sztyletu? 

Gdy spełniałem to życzenie, mały detektyw obserwował mnie od progu. 
— A więc rękojeść sztyletu była widoczna od drzwi. I pan, i Parker mogliście zauważyć go 

natychmiast? 

— Tak. 
Poirot podszedł następnie do okna. 
— Naturalnie światło się paliło, kiedy panowie znaleźli ciało? — spytał przez ramię. 
Potwierdziłem to i zbliżyłem się do niego. Poirot oglądał ślady na parapecie. 
— Odciski  gumowych  spodów  są  bardzo  podobne  wzorem  do  podeszew  butów  kapitana 

Patona — zauważył cicho. 

Potem  wrócił  na  środek  pokoju.  Oczy  jego  wędrowały  dokoła,  szybkim  i  wprawnym 

spojrzeniem obejmując każdy szczegół. 

— Czy pan jest dobrym obserwatorem, doktorze Sheppard? — spytał wreszcie. 
— Tak mi się wydaje — odparłem lekko zdziwiony. 
— Na  kominku  palił  się  ogień,  jak  widzę.  Kiedy  pan  wyważył  drzwi  i  znalazł  pana 

Ackroyda zamordowanego, to ogień się jeszcze palił, tak? Czy dogasał? 

Roześmiałem się trochę zakłopotany. 
— Trudno  mi  naprawdę  powiedzieć.  Nie  zauważyłem.  Może  pan  Raymond  albo  major 

Blunt… 

Mały detektyw potrząsnął głową i lekko się uśmiechnął. 
— Zawsze  trzeba  postępować  według  pewnej  metody.  Popełniłem  błąd,  zadając  panu  to 

pytanie.  Każdy  człowiek  ma  krąg  swoich  zainteresowań.  Pan  może  mi  opisać  szczegółowo 
wygląd pacjenta, nic pan nie opuści. Gdybym chciał informacji co do papierów na biurku, to 
spytać powinienem pana Raymonda, który zapewne zauważył wszystko, co można zauważyć. 
Jeśli idzie o ogień na kominku, muszę spytać człowieka, którego obowiązkiem jest zwracać na 
takie rzeczy uwagę. Panowie pozwolą… 

Podszedł szybko do kominka i pociągnął za sznur dzwonka. 
Po chwili pojawił się Parker. 
— Słyszałem dzwonek — rzekł z wahaniem. 
— Wejdź, Parker — odezwał się pułkownik Melrose. — Ten pan pragnie zadać kilka pytań. 

— Wskazał Poirota. 

Parker przeniósł swą pełną szacunku uwagę na detektywa. 
— Parker  —  powiedział  Poirot  —  kiedy  wyważyliście  z  doktorem  Sheppardem  drzwi  do 

gabinetu wczoraj wieczorem i znaleźliście twojego pana zamordowanego, to jaki był ogień na 
kominku? 

Parker odpowiedział bez namysłu: 
— Prawie wszystko się wypaliło, proszę pana. Omal wygasło. 

background image

— Ach! — Był to okrzyk niemal triumfujący. Poirot ciągnął dalej:  — Obejrzyj dokładnie 

gabinet, Parker. Czy wszystko jest tak, jak było? 

Oczy Parkera przesunęły się kolejno po całym gabinecie, wreszcie spoczęły na oknie. 
— Story  były  zaciągnięte,  proszę  pana.  I  paliło  się  światło.  Poirot  przytaknął  skinieniem 

głowy. 

— I coś jeszcze? 
— Tak,  proszę  pana,  ten  fotel  był  nieco  bardziej  wysunięty.  Wskazał  wielki  fotel 

wolterowski, który stał na lewo od drzwi, właśnie pomiędzy drzwiami i oknem. Na załączonym 
planie pokoju fotel, o którym mowa, oznaczony jest literą x. 

— Proszę  mi  pokazać,  jak  stał  —  powiedział  Poirot.  Lokaj  odsunął  fotel  z  pół  metra  od 

ściany i obrócił go w kierunku drzwi. 

— Voilà, ce qui est curieux

*

 — mruknął Poirot. — Kto by chciał siedzieć w fotelu podobnie 

ustawionym! Dziwne. I któż ten fotel odstawił z powrotem na miejsce? Czy to wy, Parker? 

— Nie,  proszę  pana  —  odparł  Parker.  —  Byłem  zbyt  zdenerwowany  widokiem  mojego 

pana i tym wszystkim… 

Poirot spojrzał w moim kierunku. 
— Może pan, doktorze? Potrząsnąłem głową. 
— Fotel  stał  już  na  swoim  miejscu,  kiedy  wróciłem  z  policją,  proszę  pana  —  wtrącił 

Parker. — Jestem tego pewien. 

— Ciekawe — powtórzył Poirot. 
— Pewno  przesunął  go  Raymond  albo  Blunt  —  podsunąłem.  —  Ale  to  chyba  nie  jest 

ważne? 

— To  zupełnie  nieważne  —  odparł  Poirot.  —  I  dlatego  jest  takie  ciekawe  —  mruknął 

miękko. 

— Przepraszam  na  chwilkę  —  powiedział  pułkownik  Melrose  i  wyszedł  z  gabinetu  za 

Parkerem. 

— Czy pan sądzi, że Parker mówi prawdę? — spytałem. 
— O  fotelu?  Tak.  O  innych  rzeczach,  nie  wiem.  Jeśli  się  ma  do  czynienia  z  wieloma 

sprawami, monsieur le docteur, to szybko dochodzi się do wniosku, że pod jednym względem 
są one wszystkie do siebie podobne. 

— Mianowicie pod jakim? — spytałem zaciekawiony. 
— Wszyscy zainteresowani chcą coś ukryć. 
— Czy i ja też? — zagadnąłem z uśmiechem. Poirot przyjrzał mi się uważnie. 
— Myślę, że tak — odparł spokojnie. —Ale!… 
— Czy powiedział mi pan wszystko, co wie pan o młodym Patonie? — Uśmiechnął się, gdy 

poczerwieniałem.  —  Och,  niech  się  pan  nie  obawia,  nie  będę  nalegał.  I  tak  się  dowiem  w 
swoim czasie. 

— Bardzo  bym  chciał  poznać  pańską  metodę  —  powiedziałem  szybko,  usiłując  pokryć 

zmieszanie. — Na przykład, co pan chce udowodnić w związku z ogniem na kominku? 

— To bardzo proste. Pan pożegnał Ackroyda o ósmej pięćdziesiąt, nie? 
— Tak, chyba dokładnie o ósmej pięćdziesiąt. 
— Okno  było  wtedy  zamknięte  i  zaryglowane,  drzwi  nie—zamknięte.  O  dziesiątej 

piętnaście,  kiedy  znaleziono  ciało,  drzwi  są  zaryglowane,  a  okno  otwarte.  Kto  je  otworzył? 
Jasne, że uczynić to mógł tylko pan Ackroyd, a to z jednego z dwóch powodów: albo w pokoju 
zrobiło się nieznośnie gorąco (ale ponieważ ogień prawie już wygasał, a wieczorem bardzo 
się ochłodziło, nie to  było powodem), albo  chciał kogoś wpuścić do gabinetu.  A jeśli  kogoś 
wpuszczał  przez  okno,  to  ten  ktoś  musiał  być  mu  dobrze  znany,  ponieważ  poprzednio  pan 
Ackroyd bardzo się niepokoił tym oknem. 

                                                 

*

 fr. To właśnie jest ciekawe. 

background image

— Wydaje mi się to bardzo proste — zauważyłem. 
— Wszystko jest proste, jeśli ułoży się fakty metodycznie. Teraz interesuje nas osoba, która 

przebywała z panem Ackroydem o godzinie dziewiątej trzydzieści. Wszystko wskazuje, że był 
to właśnie ów osobnik wpuszczony przez okno, i chociaż panna Flora widziała później pana 
Ackroyda w pełni sił, nie możemy zbliżyć się do rozwiązania tajemnicy, jeśli się nie dowiemy, 
kim  był  tamten  gość.  Okno  mogło  pozostać  otwarte  po  jego  odejściu  i  umożliwić  wejście 
mordercy albo też ten sam osobnik mógł powrócić po raz drugi. 

A, pułkownik. 
Pułkownik Melrose wszedł bardzo ożywiony. 
— Wreszcie  udało  nam  się  sprawdzić  tę  rozmowę  telefoniczną  —  powiedział.  —  Nie 

przeprowadzono jej stąd. Do doktora Shepparda dzwoniono wczoraj o dziesiątej piętnaście z 
publicznej rozmównicy na dworcu kolejowym w King’s Abbot, a o dziesiątej dwadzieścia trzy 
odjeżdża nocny pociąg do Liverpoolu. 

background image

R

OZDZIAŁ ÓSMY

 

I

NSPEKTOR 

R

AGLAN JEST PEWNY SIEBIE

 

 
Spojrzeliśmy po sobie. 
— Jeszcze pan przeprowadzi dochodzenie na stacji, prawda? — spytałem. 
— Jasna  rzecz,  choć  nie  spodziewam  się  po  tym  wiele.  Wie  pan  przecież,  jak  wyglądają 

perony? 

Wiedziałem. King’s Abbot to właściwie wioska, ale stacja jest ważnym węzłem kolejowym. 

Zatrzymuje się tam większość pociągów pospiesznych, zmienia składy i doczepia wagony. Na 
peronach  stoi  kilka  budek  telefonicznych.  Około  dziesiątej  przychodzą  w  bliskich  odstępach 
czasu trzy lokalne pociągi, by zapewnić połączenie z ekspresem na północ, który przyjeżdża o 
dziesiątej  dziewiętnaście  i  odjeżdża  o  dziesiątej  dwadzieścia  trzy.  Cały  dworzec  tętni  wtedy 
życiem  i  nie  ma  prawie żadnych  szans,  by  ktoś  o  tej  porze  zauważył jakąś  konkretną  osobę 
telefonującą lub wsiadającą do pociągu. 

— Ale  nie  widzę  w  ogóle  celu  tego  telefonu  —  powiedział  Melrose.  —  To  właśnie  mnie 

zdumiewa. Nie ma w tym ani rytmu, ani rymu. 

Poirot delikatnie przesuwał jakąś figurynkę na półce z książkami. 
— Niech pan będzie spokojny, pułkowniku, był powód — odparł przez ramię. — Ale jaki? 
— Kiedy  dowiemy  się  tego,  będziemy  mieli  rozwiązanie  całej  zagadki.  To  jest  bardzo 

interesująca i ciekawa zagadka. 

W  tonie  Poirota  kryło  się  coś,  co  trudno  opisać  słowami:  Czułem,  że  wyrobił  już  sobie 

własne, odmienne od innych zdanie, a to, co wie, zachowuje wyłącznie dla siebie. 

Podszedł do okna i spojrzał na ogród. 
— Pan  mówi,  doktorze,  że  spotkał  tego  obcego  pod  bramą  o  godzinie  dziewiątej?  — 

zapytał, nie odwracając głowy. 

— Tak — odpowiedziałem. — Słyszałem właśnie bicie zegara na wieży kościelnej. 
— Ile czasu potrzebowałby ten człowiek, żeby dojść do domu? Na przykład pod to okno? 
— Najwyżej  pięć  minut.  Albo  dwie  do  trzech  minut,  jeśli  skorzystał  ze  ścieżki,  która 

skrótem prowadzi od głównego podjazdu do samego tarasu. 

— No  tak,  ale  musielibyśmy  przyjąć,  że  znał  drogę.  Chciałem  powiedzieć:  gdybyśmy 

przyjęli, że on już kiedyś był i znał rozkład parku. 

— To prawda — zgodził się pułkownik Melrose. 
— Można sprawdzić, czy w ubiegłym tygodniu odwiedził pana Ackroyda ktoś obcy, tak? — 

spytał Poirot. 

— Geoffrey Raymond mógłby nam to powiedzieć — podsunąłem. 
— Albo Parker — zaproponował pułkownik Melrose. 
— Ou tous les deux

*

 — uśmiechnął się Poirot. 

Pułkownik  Melrose  ruszył  na  poszukiwanie  Raymonda,  a  ja  raz  jeszcze  zadzwoniłem  na 

Parkera. 

Pułkownik  wrócił  bardzo  szybko  w  towarzystwie  sekretarza  i  przedstawił  go  Poirotowi. 

Geoffrey Raymond był wypoczęty i jak zwykle w świetnym humorze. Wydawał się zdziwiony i 
jednocześnie zachwycony obecnością sławnego detektywa. 

— Nie miałem pojęcia, że przez cały czas mieszkał pan incognito w naszym sąsiedztwie — 

powiedział. — To dla mnie wielki zaszczyt móc obserwować pana w akcji. A cóż to takiego? 

                                                 

*

 fr. Albo obaj. 

background image

Poirot  stał  na  lewo  od  drzwi.  Teraz  nagle  się  odsunął  i  zauważyłem,  że  podczas  gdy 

spoglądałem  w  przeciwnym  kierunku,  wypchnął  szybkim  ruchem  fotel  na  miejsce  wskazane 
uprzednio przez Parkera. 

— Chce  pan  posadzić  mnie  w  fotelu  i  poddać  badaniom  tętna?  —  spytał  Raymond 

żartobliwie. — O co chodzi? 

— Proszę  pana,  wczoraj  wieczorem  ten  fotel  znajdował  się  właśnie  w  takim  położeniu. 

Kiedy znaleziono pana Ackroyda zamordowanego, ktoś przesunął go z powrotem pod ścianę. 

Sekretarz odpowiedział bez chwili wahania: 
— Nie, po co miałbym to robić? Zresztą nawet sobie nie przypominam, jak on stał. Może i 

tak stał, skoro pan mówi, w każdym razie ktoś inny musiał odsunąć go na dawne miejsce. Czy 
przez to zniszczono jakiś ważny dowód rzeczowy? To byłoby fatalne. 

— Nie, to nieważne — odparł detektyw. — To zupełnie nieważne. Chciałem pana właściwie 

zapytać o coś całkiem innego. Czy w ubiegłym tygodniu odwiedził pana Ackroyda ktoś obcy? 

Sekretarz  zastanawiał  się  chwilę,  ściągnąwszy  brwi.  W  tym  czasie,  wezwany  dzwonkiem, 

wszedł do gabinetu Parker. 

— Nie! — odparł wreszcie Raymond. — Nie przypominam sobie nikogo. A wy, Parker? 
— Przepraszam pana, nie rozumiem? 
— Czy w zeszłym tygodniu był u pana Ackroyda ktoś obcy? 
Lokaj też zastanawiał się dłuższą chwilę. 
— W środę był ten młody człowiek, proszę pana — powiedział wreszcie. — Słyszałem, że z 

firmy Curtis i Troute. 

Raymond lekceważąco machnął ręką. 
— A tak, przypominam sobie, ale pan Poirot na pewno nie pyta o tego rodzaju wizyty. — 

Obrócił  się  do  detektywa.  —  Pan  Ackroyd  miał  zamiar  kupić  dyktafon.  To  by  znacznie 
usprawniło dyktowanie listów. Firma, która je sprzedaje, przysłała swojego przedstawiciela, 
lecz nic z tego nie wyszło. Pan Ackroyd nie mógł się zdecydować. 

Poirot zwrócił się do Parkera: 
— Opiszcie mi tego młodego człowieka, Parker. 
— Bardzo porządnie wyglądający młody człowiek, biorąc pod uwagę zajęcie i stanowisko. 

Niski blondyn, przyzwoicie ubrany, w granatowym garniturze. 

Poirot z kolei obrócił się do mnie: 
— Mężczyzna, którego pan spotkał przy bramie, doktorze, był wysoki czy niski? 
— Wysoki — odparłem. — Co najmniej metr osiemdziesiąt. 
— A więc to nie ten sam — oświadczył Belg. — Dziękuję, Parker. 
Lokaj odezwał się do Raymonda: 
— Przyszedł  pan Hammond, proszę pana. Pragnie wiedzieć,  czy może w czymś pomóc, i 

chciałby zamienić z panem kilka słów. 

— Już  idę  —  odparł  sekretarz  i  wyszedł  szybko  z  gabinetu.  Poirot  spojrzał  pytającym 

wzrokiem na szefa policji. 

— Adwokat rodziny — wyjaśnił pułkownik Melrose. 
— Ciężkie dni dla młodego Raymonda — mruknął Poirot. — Ale widać, że daje sobie radę. 
— Pan Ackroyd bardzo go cenił. 
— Od dawna tu jest? 
— Wydaje mi się, że ponad dwa lata. 
— I swoje obowiązki wykonuje dokładnie. Jestem pewien. A czym się bawi? No, czym się 

zajmuje, no, le sport? 

— Prywatni sekretarze nie mają czasu na podobne rzeczy — odparł pułkownik Melrose z 

uśmiechem. — Raymond gra w golfa, jeśli się nie mylę, a latem w tenisa. 

— A na tory nie chodzi? Chciałem powiedzieć na końskie tory? 
— Na wyścigi? Nie, nie sądzę, aby interesowały go wyścigi konne. 

background image

Poirot  skinął  głową  i  wydawało  się,  że  temat  ten  przestał  go  zaprzątać.  Rozejrzał  się 

uważnie po gabinecie. 

— Chyba zobaczyłem wszystko, co było do zobaczenia. Także się rozejrzałem. 
— Gdybyż te mury mogły przemówić — mruknąłem. Poirot pokręcił głową. 
— Język nie wystarczy — powiedział. — Murom potrzeba by było jeszcze uszu i oczu. Ale 

niech  się  panu  nie  zdaje,  że  te  martwe  przedmioty  są  zawsze  nieme  —  mówiąc  to,  dotknął 
wierzchu  jednej  z  półek  na  książki.  —  Czasami  one  mówią.  Do  mnie.  Krzesła,  stoły,  one 
przekazują mi wiadomości. 

Obrócił się w stronę drzwi. 
— Jakie wiadomości?! — wykrzyknąłem. — Cóż one panu dzisiaj powiedziały? 
Obejrzał się przez ramię i podniósł znacząco jedną brew. 
— Otwarte okno! Zamknięte drzwi! Krzesło, które samo zmieniło swoje położenie. Te trzy 

przedmioty ja pytam: „dlaczego”, a one mi nie odpowiadają. 

Znowu  potrząsnął  głową,  napuszył  się,  wypiął  pierś  i  stał,  mrugając  oczami.  Wyglądał 

strasznie  śmiesznie  w  tym  poczuciu  własnej  ważności.  W  mojej  głowie  zrodziła  się 
wątpliwość,  czy  jest  on  rzeczywiście  tyle  wart  jako  detektyw.  Może  jego  reputacja  została 
zbudowana po prostu na serii szczęśliwych zbiegów okoliczności? 

Wydaje  mi  się,  że  ta  sama  myśl  uderzyła  jednocześnie  pułkownika  Melrose’a,  gdyż 

zmarszczył brwi. 

— Czy chciałby pan jeszcze coś powiedzieć? — spytał krótko Poirota. 
— Owszem, może byłby pan łaskaw pokazać mi ów srebrny stół, z którego wzięto sztylet? 

Potem już nie będę narzucał panu swojej osoby. 

Poszliśmy  do  salonu.  Po  drodze  policjant  zatrzymał  pułkownika  i  po  chwili  przyciszonej 

rozmowy ten ostatni przeprosił nas i obaj zniknęli. Pokazałem Poirotowi srebrny stół. Poirot 
otwierał  go  i  zamykał  z  hałasem  parę  razy,  następnie  podszedł  do  ogrodowych  drzwi  i 
wyszedł na taras. Pośpieszyłem za nim. 

Zza rogu domu ukazał się właśnie inspektor Raglan i zmierzał w naszym kierunku. Twarz 

jego była ściągnięta, ale jednocześnie wyrażała zadowolenie. 

— A, tu  pan jest, panie  Poirot!  — powiedział. — Niestety, sprawa zamknięta, bardzo  mi 

przykro. Miły chłopak, ale zszedł na złą drogę. 

Poirot zasmucił się i spytał łagodnie: 
— A więc nie będę mógł panu służyć żadną pomocą? 
— Może  następnym  razem  —  odparł  pocieszająco  inspektor.  —  Chociaż,  prawdę 

powiedziawszy, nieczęsto zdarzają się morderstwa w naszym cichym zakątku świata. 

Poirot spojrzał na niego z zachwytem. 
— Pan pracuje z niesłychaną doskonałością, inspektorze — zauważył. — Jakże pan wykrył 

mordercę, jeśli wolno spytać? 

— Ależ proszę bardzo! Przede wszystkim metoda. Zawsze to mówię, tylko metoda. 
— Ach!  —  wykrzyknął  Poirot.  —  To  również  moje  ulubione  słowo.  Metoda,  porządek  i 

małe szare komórki. 

— Komórki? — spytał inspektor, wytrzeszczając oczy. 
— Tak, małe komórki mózgu — wyjaśnił Belg. 
— Aha, aha, no tak, wszyscy z nich chyba korzystamy. 
— W mniejszym lub większym stopniu — mruknął Poirot. — Są także różnice w ich jakości. 

Poza tym jest psychologia zbrodni. Trzeba i to studiować. 

— Eee! — odparł inspektor. — I pan się zaraził tą całą bzdurą na temat psychoanalizy? 

Nie, ja jestem prosty człowiek… 

— Jestem pewien, że pani Raglan by się z tym nie zgodziła — powiedział Poirot, kłaniając 

się uprzejmie. 

Inspektor, zaskoczony, również się ukłonił. 

background image

— Nie zrozumiał mnie pan — odparł, krzywiąc twarz w uśmiechu. — Boże, jakąż różnicę 

czyni język! Ja tylko opowiadam panu, jak zabrałem się do roboty. Przede wszystkim metoda. 
Pana Ackroyda widziała panna Flora o godzinie dziewiątej czterdzieści pięć. To fakt numer 
jeden, prawda? 

— Skoro pan tak mówi… 
— To pierwszy fakt. O dziesiątej trzydzieści doktor Sheppard powiedział, że pan Ackroyd 

nie żyje co najmniej od pół godziny. Pan to podtrzymuje, doktorze? 

— Naturalnie — odparłem. — Pół godziny albo i dłużej. 
— Bardzo dobrze. Pozostaje nam dokładnie piętnaście minut, w czasie których popełniono 

morderstwo. Robię listę wszystkich mieszkańców domu i przy każdym nazwisku notuję, gdzie 
dana osoba przebywała między godziną dziewiątą czterdzieści pięć i dziesiątą. 

Wręczył  kartkę  Poirotowi.  Czytałem  detektywowi  przez  ramię.  Lista  sporządzona 

wyraźnym charakterem pisma wyglądała, jak następuje: 

 
Major Blunt — w pokoju bilardowym z panem Raymondem (ten ostatni potwierdza). 
Pan Raymond —jak wyżej. 
Pani Ackroyd — 9.45 przygląda się rozgrywce bilardowej. 
Idzie spać o 9.55 (Raymond i Blunt widzą, jak wchodzi po schodach). 
Panna  Ackroyd  —  z  gabinetu  stryja  poszła  prosto  na  górę  (potwierdził  to  Parker  i 

pokojówka Elsie Dale). 

Służba: 
Parker  —  poszedł  prosto  do  pokoju  służby.  (Potwierdziła  panna  Russell,  która  zeszła  na 

dół coś mu powiedzieć o 9.47 i pozostawała z Parkerem co najmniej dziesięć minut). 

Panna Russell — jak wyżej. Rozmawiała również z pokojówką Elsie Dale na piętrze o 9.45. 
Urszula Bourne, pokojówka — w swoim pokoju do 9.55, następnie w pokoju służby. 
Pani Cooper, kucharka — w pokoju służby. 
Gladys Jones, pokojówka — w pokoju służby. 
Elsie Dale — na piętrze w sypialni. Widziała ją tam panna Russell i panna Ackroyd. 
Mary Thripp, pomoc kuchenna — w pokoju służby. 
 
— Kucharka  służy  w  tym  domu  siedem  lat  —  wyjaśniał  inspektor.  —  Urszula  Bourne 

osiemnaście miesięcy, Parker ponad rok. Pozostali od niedawna. Poza jakąś dziwną historią z 
Parkerem wszyscy wydają się w porządku. 

— Bardzo  kompletna  lista  —  powiedział  Poirot,  zwracając  ją  inspektorowi.  —  Jestem 

pewien, że Parker nie zamordował pana Ackroyda — dodał poważnie. 

— To samo powiedziała moja siostra — wtrąciłem. — A ona ma przeważnie rację. 
Nikt nie zwrócił uwagi na moje słowa. 
— To  załatwia  dosyć  wyczerpująco  sprawę  domowników  —  ciągnął  inspektor.  —  Teraz 

dochodzimy  do  bardzo  ważnego  punktu.  Mary  Black,  to  ta  kobieta  w  stróżówce,  zaciągała 
właśnie  zasłony  wczoraj  wieczorem,  kiedy  zobaczyła  Ralfa  Patona,  jak  przechodził  przez 
bramę, idąc w stronę domu. 

— Jest tego pewna? — spytałem ostro. 
— Zupełnie pewna. Zna go bardzo dobrze z widzenia. 
Minął bramę dość szybko i od razu skręcił na ścieżkę prowadzącą w kierunku tarasu. 
— A o której to było godzinie? — spytał Poirot, który dotychczas siedział niewzruszony. 
— Dokładnie o godzinie dziewiątej dwadzieścia pięć — powiedział inspektor z powagą. 
Zapadła cisza. Potem inspektor znowu zaczął mówić: 
— Sprawa  jest  zupełnie  jasna.  Nie  ma  obawy  o  najmniejszy  błąd,  wszystko  pasuje.  O 

dziewiątej  dwadzieścia  pięć  kapitan  Paton  przechodzi  koło  bramy  i  mija  stróżówkę,  o 
dziewiątej  trzydzieści  albo  coś  koło  tego  pan  Geoffrey  Raymond  słyszy,  jak  ktoś  nagabuje 

background image

pana  Ackroyda  o  pieniądze  i  pan  Ackroyd  odmawia.  Cóż  dzieje  się  potem?  Kapitan  Paton 
opuszcza gabinet tą samą drogą, jaką przyszedł, przez okno. Jest zły i nie wie, co dalej robić. 
Spaceruje po tarasie. Podchodzi do otwartego okna saloniku. Powiedzmy, że jest godzina za 
kwadrans  dziesiąta.  Właśnie  wtedy  panna  Flora  Ackroyd  mówi  dobranoc  stryjowi,  major 
Blunt,  pan  Raymond  i  pani  Ackroyd  są  w  pokoju  bilardowym.  W  salonie  nie  ma  nikogo. 
Kapitan  Paton  zakrada  się,  bierze  sztylet  ze  srebrnego  stołu  i  powraca  pod  okno  gabinetu. 
Zdejmuje  buty,  wchodzi  do  gabinetu,  no  i…  po  co  mamy  powtarzać  wszystkie  szczegóły. 
Potem  wymyka  się  przez  okno  i  ucieka.  Nie  ma  odwagi  wrócić  do  gospody,  jedzie  więc  od 
razu na stację, stamtąd dzwoni do doktora… 

— Po co? — przerwał cichutko Poirot. 
Poderwałem  się.  Krępy  detektyw  pochylił  się  do  przodu.  Oczy  błyszczały  mu  jakimś 

dziwnym, zielonym światłem. 

Przez chwilę inspektor Raglan wydawał się zaskoczony tym pytaniem. 
— Trudno  dokładnie  powiedzieć  po  co  —  odezwał  się  wreszcie.  —  Ale  mordercy  robią 

dziwne rzeczy. Wiedziałby pan o tym, gdyby pan służył w policji. Najsprytniejsi z nich robią 
najgłupsze posunięcia. Ale niech pan pójdzie za mną, to pokażę panu ślady butów. 

Poszliśmy  wszyscy  za  inspektorem  na  taras  aż  pod  okno  gabinetu.  Na  rozkaz  Raglana 

policjant pokazał obuwie przyniesione z gospody. 

Inspektor Raglan przyłożył je do śladów. 
— Te same — powiedział z pewnością w głosie. — To znaczy, nie ta sama para, ale taka 

sama. W tej drugiej Paton uciekł. Te półbuty są zupełnie podobne, tylko nieco starsze, widzą 
panowie, że gumowe fleki są mocno ścięte. 

— Ale przecież wielu ludzi nosi obuwie z gumowymi podeszwami — powiedział Poirot. 
— To prawda, racja — odparł inspektor. — I nie kładłbym specjalnego nacisku na sprawę 

śladów, gdyby nie towarzyszyły temu wszystkie inne okoliczności. 

— Bardzo nierozsądny młody człowiek ten kapitan Paton — odezwał się Poirot zamyślony. 

— Zostawiać tyle śladów swojej obecności! 

— No  cóż!  —  zaśmiał  się  inspektor.  —  Wieczór  był  ciepły,  suchy,  więc  pan  Paton  nie 

zostawił żadnych odcisków na ścieżce czy tarasie, ale na nieszczęście dla niego trochę wody 
zebrało się właśnie tu, gdzie kończy się żwir. Proszę spojrzeć. 

Pod sam taras podchodziła żwirowana alejka. W jednym miejscu, o parę jardów od nas, 

ziemia była nasiąknięta wodą z płynącej wąskiej strużyny. Przez to miejsce przechodziło kilka 
śladów stóp, a między innymi ślady butów na gumowych podeszwach. 

Poirot poszedł kawałek alejką. Inspektor mu towarzyszył. Ja ruszyłem za nimi. 
— Zauważył pan ślady damskich pantofli? — spytał Poirot nagle. 
Raglan się roześmiał: 
— Naturalnie.  Wiele kobiet przechodziło  tą  drogą. I wielu mężczyzn. Ten skrót  prowadzi 

do bramy. Trudno by nam było zidentyfikować wszystkie ślady. Dla nas ważne są tylko te na 
parapecie okiennym. 

Poirot skinął głową. 
— Nie  ma  sensu  iść  dalej  —  zawyrokował  inspektor,  gdy  znaleźliśmy  się  w  pobliżu 

głównego podjazdu. — Dalej żwir jest zupełnie twardy. 

Poirot  po  raz  wtóry  skinął  głową.  Wzrok  utkwił  w  małym  pawiloniku,  czymś  w  rodzaju 

bardzo  rozbudowanej  altany.  Wznosił  się  on  po  lewej  stronie  alejki,  na  której  staliśmy,  i 
prowadziła do niego również żwirowana, wąska ścieżka. 

Poirot pokręcił się na miejscu, póki inspektor nie wrócił do domu. Następnie spojrzał na 

mnie. 

— Pan  rzeczywiście  został  mi  chyba  zesłany  przez  dobrego  Boga,  żeby  zastąpić  mojego 

przyjaciela Hastingsa, doktorze — powiedział z szelmowskim błyskiem w oczach. — Widzę, że 

background image

nie  opuszcza  pan  mojego  boku.  Co  pan  powie  na  obejrzenie  tej  altany,  doktorze  Sheppard? 
Ona mnie interesuje. 

Podszedł do pawiloniku i otworzył drzwi. Wnętrze było zupełnie mroczne. Znajdowały się 

tam dwa ogrodowe krzesła, sprzęt do krokieta i kilka złożonych leżaków. 

Zaskoczyło mnie zachowanie mojego nowego przyjaciela. Opadł na ręce i kolana, nieomal 

zaczął  się  czołgać  po  podłodze.  Co  parę  chwil  potrząsał  głową,  jakby  był  z  czegoś 
niezadowolony. Wreszcie przysiadł na piętach. 

— Nic  —  mruknął.  —  No,  może  nie  powinienem  był  niczego  się  spodziewać.  Ale 

znaczyłoby to bardzo wiele, gdybym… 

Urwał  w  pół  zdania  i  cały  się  nastroszył.  Potem  wyciągnął  rękę  w  kierunku  jednego  z 

ogrodowych krzeseł i oderwał coś od poręczy. 

— Co to jest?! — wykrzyknąłem. — Co pan znalazł? Uśmiechnął się, rozwierając dłoń, na 

której zobaczyłem kawałek białej, wykrochmalonej tkaniny. 

Wziąłem to w palce, obejrzałem ciekawie i zwróciłem Poirotowi. 
— I co pan o tym myśli, przyjacielu? — spytał, przyglądając mi się podniecony. 
— No cóż, kawałek chusteczki — podsunąłem, wzruszając ramionami. 
Poirot uczynił jeszcze jedną, równie nagłą  jak poprzednio wyprawę w kierunku krzesła i 

ręka jego wróciła z nową zdobyczą: maleńkim piórkiem, z wyglądu gęsim. 

— A to?! — wykrzyknął triumfalnie. — Co pan myśli o tym? 
Nic nie odpowiedziałem. 
Schował piórko do kieszeni i spojrzał ponownie na skrawek białej materii. 
— Kawałek chusteczki? — uśmiechnął się. — Może pan ma rację. Ale niech pan pamięta, 

że dobra praczka nie krochmali chustek! 

Pokiwał triumfalnie głową, następnie schował biały skrawek między kartki notesu. 

background image

R

OZDZIAŁ DZIEWIĄTY

 

S

ADZAWKA ZE ZŁOTYMI RYBKAMI

 

 
Wróciliśmy do domu razem. Inspektora już nie było. Poirot chwilę zatrzymał się na tarasie 

i obrócił plecami do domu. Uważnie rozglądał się w lewo i prawo. 

— Une belle propriete

*

 — powiedział z uznaniem w głosie. 

— Kto ją dziedziczy? 
Jego słowa wstrząsnęły mną. Dziwna rzecz, ale do chwili obecnej sprawa dziedziczenia po 

Ackroydzie nie przyszła mi do głowy. Poirot przyglądał mi się uważnie. 

— To dla pana nowa myśl, tak? — powiedział po chwili. 
— Pan nie myślał o tym przedtem? 
— Nie — odparłem zupełnie szczerze. — Przykro mi, ale nie pomyślałem. 
Spojrzał na mnie ciekawie. 
— Z  kolei  ja  jestem  zainteresowany,  co  pan  przez  to  chce  powiedzieć  —  mruknął  w 

zadumie. — Ale nie, niech pan nie mówi — odezwał się w chwili, gdy już otwierałem usta. — 
Inutile

*

! Pan mi nie powierzy swoich prawdziwych myśli. 

— Każdy ma coś do ukrycia — przytoczyłem słowa Poirota, uśmiechając się. 
— Właśnie! 
— Dalej tak pan uważa? 
— Jeszcze  bardziej  niż  poprzednio,  mój  przyjacielu.  Ale  niełatwo  jest  coś  ukryć  przed 

Herkulesem Poirotem. On ma talent wykrywania wszystkiego. — Mówiąc to, schodził z tarasu 
między  klomby.  —  Przejdźmy  się  trochę  —  rzucił  przez  ramię.  —  Dziś  jest  takie  świeże 
powietrze. 

Poszedłem za nim. Poprowadził mnie alejką, po  obu stronach obrośniętą  bukszpanowym 

żywopłotem.  Poszliśmy  w  głąb  ogrodu,  gdzie  otoczona  strojnymi  rabatami  kwiatów 
znajdowała  się  mała  sadzawka  ze  złotymi  rybkami.  Brzegi  jej  były  wyłożone  płytami,  a  po 
jednej  stronie  stała  ławeczka.  Zamiast  iść  ścieżką  do  końca  Poirot  skręcił  w  alejkę,  która 
biegła zygzakiem po zadrzewionym zboczu. W jednym miejscu wycięto parę drzew i ustawiono 
ławeczkę.  Można  się  było  stamtąd  napawać  ślicznym  widokiem  całej  okolicy,  a  w  dole 
błyszczała tafla sadzawki. 

— Anglia jest bardzo  piękna!  — powiedział Poirot, błądząc  wzrokiem po okolicy. Potem 

się  uśmiechnął.  —  I  angielskie  dziewczęta  też  są  bardzo  piękne  —  powiedział  szeptem.  — 
Cicho, przyjacielu, spójrz na piękny obrazek przed naszymi oczami. 

Dopiero wtedy ujrzałem Florę. Szła alejką, którą my niedawno szliśmy, i nuciła piosenkę. 

Właściwie  nie  szła,  tylko  posuwała  się  tanecznym  krokiem  i  mimo  żałobnej  sukni  z 
zachowania jej przebijały wyłącznie zadowolenie i radość. Zrobiła parę piruetów na palcach, 
a czarny materiał rozwiał się szerokim kołem. W tym samym momencie przechyliła głowę do 
tyłu i roześmiała się głośno. 

Nagle zza drzew wyszedł mężczyzna. Był to Hektor Blunt. 
Dziewczyna zastygła i wyraz jej twarzy lekko się zmienił. 
— Zaskoczył mnie pan tak znienacka! Nie widziałam pana! 
Blunt nic nie odpowiedział, stał i przez długą chwilę wpatrywał się milcząco we Florę. 
— Co  mi  się  w  panu  podoba  —  rzekła  nieco  zjadliwie  —  to  pańska  umiejętność 

prowadzenia dowcipnej rozmowy. 

Wydało mi się, że na te słowa Blunt poczerwieniał pod opalenizną. Kiedy się odezwał, jego 

głos zabrzmiał inaczej niż zwykle, jakby zabarwiony akcentem dziwnej pokory: 

                                                 

*

 fr. Piękna posiadłość. 

*

 fr. To daremne 

background image

— Nigdy nie byłem rozmowny. Nawet jako chłopiec. 
— To musiało być bardzo dawno temu. — Flora mówiła poważnie, jednak z ukrytą nutką 

drwiny. Wątpię, czy Blunt to zauważył. 

— Tak — odparł prosto. — Dawno. 
— No i jak pan się czuje jako Matuzalem? — spytała Flora. Tym razem żart był bardziej 

uchwytny, ale Blunt i tego nie dostrzegł, gdyż myśli jego szły zupełnie innym torem. 

— Pamięta  pani,  gość  sprzedał  duszę  diabłu,  a  ten  zrobił  go  znowu  młodym.  Jest  taka 

opera. 

— Myśli pan o Fauście? 
— Tak, właśnie. Głupia historia. Ale niejeden chętnie by się na to zgodził. Gdyby mógł. 
— Słysząc  pańskie  słowa,  można  by  pomyśleć,  że  panu  grzechoczą  już  kości!  — 

wykrzyknęła Flora, na poły rozbawiona, na poły skrępowana tą rozmową. 

Przez parę minut Blunt nie odpowiadał. Potem odwrócił głowę i spojrzawszy w przestrzeń, 

wygłosił do odległego pniaka sentencję, iż czas wracać do Afryki. 

— Wybiera się pan na nową ekspedycję, polowanie na grubego zwierza i różne takie? 
— Chyba tak. Zwykle to robię. To znaczy, poluję i w ogóle. 
— To  pan  ustrzelił  to  zwierzę,  którego  łeb  wisi  w  hallu?  Blunt  skinął  głową.  Potem 

wyrzucił z siebie, czerwieniąc się mocno: 

— Lubi pani ładne skórki? Mógłbym pani przysłać. 
— O, bardzo proszę! — wykrzyknęła Flora. — Przyśle pan naprawdę? Nie zapomni pan? 
— Nie zapomnę — odparł Hektor Blunt i po chwili dodał w nagłym wybuchu gadatliwości: 

— Czas, żebym pojechał. Nic tu po mnie. Brak mi wychowania do takiego trybu życia. Jestem 
cham,  żadnego  ze  mnie  pożytku  w  towarzystwie.  Nigdy  nie  wiem,  co  trzeba  powiedzieć  w 
danej chwili. Tak, czas, żebym pojechał. 

— Ale chyba nie od razu! — wykrzyknęła Flora. — Nie, nie teraz, kiedy mamy tę straszną 

sytuację. Proszę! Gdyby pan wyjechał… — Spojrzała gdzieś w bok. 

— Chce pani, żebym został? — spytał Blunt z dobrze ukrywanym zadowoleniem. 
— My wszyscy… 
— Ja pytam, czy pani chce — powtórzył Blunt bez owijania w bawełnę. 
Flora obróciła się powoli i spojrzała mu w oczy. 
— Tak, chcę — odparła. — Jeśli panu na tym zależy… 
— Bardzo mi na tym zależy — powiedział. 
Nastąpiła  chwila  ciszy.  Usiedli  na  kamiennej  ławeczce  koło  sadzawki.  Wydawało  się,  że 

żadne z nich nie wie, co dalej mówić. 

— Jest taki… Jakiż piękny dzień! — odezwała się wreszcie Flora. — Wie pan, trudno mi 

się nie cieszyć mimo… mimo tego wszystkiego, co się wydarzyło. To okropne, że tak uważam, 
prawda? 

— Rzecz naturalna  — stwierdził Blunt.  — Nie znała  pani  stryja. Poznała dwa  lata  temu. 

Trudno rozpaczać. Lepiej nie udawać. 

— W panu jest coś kojącego — odparła Flora. — Gdy pan mówi, wszystko wydaje się takie 

proste. 

— Wszystko na świecie jest zasadniczo proste — odparł sławny myśliwy. 
— Nie zawsze — zaprotestowała Flora. 
Zniżyła  głos,  a  ja  zobaczyłem,  że  Blunt  obraca  głowę  i  najwyraźniej  przenosi  wzrok  z 

brzegów  Afryki  na  twarz  Flory.  Musiał  nadać  własne  znaczenie  zmianie  jej  głosu,  gdyż  po 
dłuższej przerwie powiedział dosyć sucho: 

— Nie  wolno  się  martwić.  To  znaczy  o  tego  młodzieńca.  Inspektor  jest  dureń.  Wszyscy 

wiedzą. Bzdura uważać, że to on. Na pewno ktoś obcy.  Pewno włamywacz. Jedyne możliwe 
rozwiązanie. 

Flora obróciła twarz do Blunta. 

background image

— Pan naprawdę tak uważa? 
— A pani nie? — odparował szybko Blunt. 
— Ja, o tak, oczywiście. 
Nowa chwila ciszy i wreszcie Flora wybuchnęła: 
— Jestem… Powiem panu, dlaczego czułam się taka szczęśliwa dziś rano. Bez względu na 

to,  co  pan  o  mnie  pomyśli,  powiem  panu.  To  dlatego,  że  był  adwokat,  pan  Hammond. 
Powiedział  nam  o  testamencie.  Stryj  Roger  zapisał  mi  dwadzieścia  tysięcy  funtów.  Proszę 
sobie wyobrazić! Dwadzieścia tysięcy ślicznych funtów! 

Blunt wydawał się zdziwiony. 
— To znaczy tak wiele dla pani? 
— Wiele  znaczy?  Toż  to  wszystko!  Wolność,  życie,  koniec  z  liczeniem  groszy, 

oszczędzaniem i kłamstwami… 

— Kłamstwami? — przerwał ostro Blunt. Flora na chwilę się zmieszała. 
— Pan wie, co chcę powiedzieć — odparła niepewnie. — Udawanie, że się jest wdzięcznym 

za  wszystkie  ochłapy,  które  rzucają  bogaci  krewni.  Zeszłoroczne  płaszcze  i  spódnice,  i 
kapelusze. 

— Nie znam się na strojach. Pani jest zawsze elegancko ubrana. 
— To mnie drogo kosztowało — cicho odparła Flora. — Nie mówmy zresztą o strasznych 

rzeczach.  Jestem  taka  szczęśliwa!  Jestem  wolna!  Mogę  robić,  co  mi  się  podoba!  Wolno  mi 
nie… — urwała nagle. 

— Nie robić czego? — spytał szybko Blunt. 
— Zapomniałam, to nieważne. 
Blunt trzymał w ręku laskę. Teraz zanurzył jej koniec w sadzawce i w coś stukał. 
— Co pan robi, majorze? 
— Coś błyszczy na dnie. Zaciekawiło mnie. Wygląda jak złota broszka. Nie, tylko muł. Już 

nic nie widać. 

— Może to korona? — podsunęła Flora. — Taka sama jak ta, którą Melizanda zobaczyła 

w wodzie. 

— Melizanda? — spytał Blunt, marszcząc brwi. — Ona też jest z opery. 
— Pan lubi opery? 
— Czasami  zabierają  mnie  znajomi  —  odparł  Blunt  ze  smutkiem.  —  Śmieszny  sposób 

spędzania czasu. Gorszy hałas niż tubylcy z tam–tamami. 

Flora roześmiała się. 
— Pamiętam  Melizandę  —  ciągnął  dalej  Blunt.  —  Wyszła  za  starego  gościa,  który  mógł 

być jej ojcem. 

Rzucił kamyk do sadzawki. Potem, zmieniając nagle zachowanie i ton, obrócił się do Flory. 
— Panno Floro, czy mógłbym może pomóc? W sprawie Patona. Na pewno pani się martwi. 

Strasznie. 

— Dziękuję — odparła Flora dosyć chłodno — ale nie widzę, co można by zrobić. Ralfowi 

nic  się  nie  stanie.  Znalazłam  najlepszego  detektywa  na  świecie.  On  się  wszystkim  zajmie  i 
wszystko wyjaśni. 

Od paru minut czułem się bardzo niewyraźnie na naszej ławeczce. Chociaż właściwie nie 

podsłuchiwaliśmy,  ale  tym  dwojgu  nad  sadzawką  wystarczyło  podnieść  głowy,  by  nas 
zobaczyć. Zwróciłbym ich uwagę już dawno, gdyby mój towarzysz nie zacisnął ostrzegawczo 
palców na moim ramieniu. Najwidoczniej chciał, bym siedział cicho. 

Teraz jednak zadziałał szybko. Zerwał się z ławki i odchrząknął. 
— Bardzo  przepraszam!  —  wykrzyknął.  —  Nie  mogę  pozwolić,  by  mademoiselle  tak  bez 

opamiętania  obsypywała  mnie  komplementami,  a  ja  żebym  nie  zwrócił  uwagi  na  moją 
obecność. Mówią zwykle, że ten, kto  słucha, niewiele dowie się o sobie dobrego, ale w tym 

background image

wypadku  jest  inaczej.  Czerwienię  się  i  wstydzę.  Mademoiselle  pozwoli,  że  podejdę  i 
przeproszę. 

Pośpieszył alejką, ja tuż za nim, i podszedł do siedzących. 
— To  jest  pan  Herkules  Poirot  —  przedstawiła  Flora.  —  Zapewne  słyszał  pan  o  nim, 

majorze? 

Poirot skłonił się głęboko. 
— Ja znam majora Blunta ze słyszenia — powiedział grzecznie. — Bardzo mi przyjemnie 

poznać pana, monsieur. Potrzebuję pewnych informacji, których może mi pan udzielić, tak? 

Blunt spoglądał zdziwiony. 
— Kiedy po raz ostatni widział pan pana Ackroyda żywego? 
— Przy kolacji. 
— I potem nie słyszał go pan ani nie widział więcej? 
— Nie widziałem. Słyszałem jego głos. 
— Jak to było? 
— Spacerowałem po tarasie. 
— Pardon

*

, o której godzinie? 

— Około  wpół  do  dziesiątej.  Chodziłem  tam  i  z  powrotem.  Paliłem  fajkę.  Przed  oknami 

salonu. Ackroyd rozmawiał w gabinecie… 

Poirot nachylił się i wyrwał jakiś mikroskopijny chwast. 
— Ależ chyba nie mógł pan słyszeć głosów w gabinecie z tej części tarasu? — bąknął. 
Nie patrzył  na Blunta, ale ja  patrzyłem i  ku memu największemu zdziwieniu zobaczyłem, 

jak ten się czerwieni. 

— Poszedłem w sam róg — wyjaśnił major niechętnie. 
— Aha, doprawdy? — odparł Poirot. 
W bardzo delikatny sposób wyraził chęć usłyszenia czegoś więcej. 
— Zdawało mi się, że widziałem kobietę. Mignęła w krzakach. Mignęło coś białego. Może 

się  myliłem.  Wtedy  stałem  w  rogu  tarasu.  Usłyszałem  głos  Ackroyda.  Mówił  do  swego 
sekretarza. 

— Do pana Geoffreya Raymonda? 
— Tak mi się wtedy wydawało. Najwidoczniej się myliłem. 
— Pan Ackroyd nie zwracał się do niego po imieniu? 
— O nie! 
— A więc, jeśli wolno spytać, dlaczego pan myślał, że to… Blunt wyjaśnił dokładnie: 
— Byłem pewien, że to Raymond. Przed wyjściem na taras słyszałem, jak mówił, że niesie 

papiery Ackroydowi. Nie przeszło mi przez myśl, że to kto inny. 

— Przypomina pan sobie słowa, jakie wypowiedział pan Ackroyd? 
— Niestety  nie.  Coś  zupełnie  zwykłego  i  nieważnego.  Tylko  jakieś  pojedyncze  słowa. 

Myślałem wtedy o czymś innym. 

— O, to zresztą nieważne — uspokoił go Poirot. — Czy to pan przesunął głęboki fotel pod 

ścianę, kiedy pan wszedł do gabinetu po wykryciu zbrodni? 

— Fotel? Nie, po co? 
Poirot wzruszył ramionami, ale nie odpowiedział. Zwrócił się do Flory: 
— Jednej  rzeczy  chciałbym  się  dowiedzieć  od  pani,  mademoiselle.  Kiedy  pani  oglądała 

zawartość srebrnego stołu w towarzystwie doktora Shepparda, to sztylet był na miejscu, czy 
nie? 

Flora podniosła szybko głowę. 

                                                 

*

 fr. Przepraszam. 

background image

— Inspektor  Raglan  już  mnie  o  to  pytał  —  odparła  niechętnie.  —  Powiedziałam  mu  i 

powtórzę to samo panu. Jestem pewna, że sztyletu nie było. Inspektor myśli, że był i że Ralf 
wykradł go wieczorem. I on mi nie wierzy. Uważa, że tak mówię, by chronić Ralfa. 

— A czy tak nie jest? — spytałem poważnie. Flora tupnęła: 
— I pan, doktorze?! Och, jakie to okropne! Poirot taktownie zmienił temat: 
— Pan miał rację, panie majorze. W sadzawce coś błyszczy. Zobaczmy, czy nie uda mi się 

tego wyłowić. 

Ukląkł nad sadzawką, podciągając rękaw po łokieć. Bardzo wolno zagłębił rękę w wodzie, 

żeby nie poruszyć mułu na dnie. Ale mimo ostrożności woda się zmąciła i Poirot wyciągnął po 
chwili pustą dłoń, ubrudzoną mułem. Patrzył na nią żałośnie, więc zaofiarowałem mu chustkę, 
którą przyjął z wylewnym podziękowaniem. Blunt spojrzał na zegarek. 

— Prawie czas na obiad — powiedział. — Wracajmy lepiej do domu. 
— Może  pan  zje  razem  z  nami,  panie  Poirot?  —  zaproponowała  Flora.  —  Bardzo  bym 

chciała, żeby pan poznał mamę. Ona jest… ona bardzo lubi Ralfa. 

Detektyw skłonił się głęboko. 
— Będę zachwycony, mademoisellel 
— I pan też, doktorze, prosimy bardzo. Zawahałem się. 
— Naprawdę proszę! 
Miałem ochotę zostać, więc przyjąłem zaproszenie bez dalszych ceregieli. 
Ruszyliśmy w stronę domu. Flora i Blunt szli pierwsi. 
— Co  za  włosy!  —  odezwał  się  do  mnie  cicho  Poirot,  głową  wskazując  Florę.  — 

Prawdziwe złoto. Ładna z nich będzie para. Ona i ten czarnowłosy, przystojny kapitan Paton. 
Tak? 

Rzuciłem  na  Poirota  pytające  spojrzenie,  ale  on  już  się  zajął  jakimiś  ledwo  widocznymi 

kropelkami  wody  na  rękawie.  Ten  człowiek  przypominał  mi  pod  wieloma  względami  kota. 
Zielone oczy i przesadne zamiłowanie do czystości. 

— I zabrudził się pan niepotrzebnie — powiedziałem współczująco. — Ciekaw jestem, co 

tam tak błyszczało w tej sadzawce. 

— Chce pan zobaczyć? — spytał Poirot. Spojrzałem na niego zdumiony. Skinął głową. 
— Drogi przyjacielu  —  powiedział łagodnie, lecz z lekkim wyrzutem.  —  Herkules Poirot 

nie ryzykuje pobrudzenia rąk, jeśli nie ma pewności, że osiągnie swój cel. To byłoby śmieszne 
i absurdalne, a ja nigdy nie jestem śmieszny! 

— Ale przecież pan wyjął z wody pustą rękę? — zaprotestowałem. 
— Czasami lepiej jest zachować dyskrecję. Pan zawsze mówi swoim pacjentom wszystko, 

ale to wszystko, tak? Nie sądzę. I na pewno nie mówi pan też wszystkiego swojej nieocenionej 
siostrze. Nim pokazałem pustą dłoń, schowałem to, co w niej miałem, do drugiej ręki. Niech 
pan spojrzy, co to było. 

Wysunął ku mnie otwartą dłoń. Zobaczyłem na niej złotą damską obrączkę. 
Wziąłem ją do ręki. 
— Niech pan spojrzy na wewnętrzną stronę — polecił Poirot. 
Uczyniłem to i odczytałem maleńkie, wyryte litery: „Od R. 13 marca”. 
Spojrzałem  pytająco  na  Poirota,  ale  on  przeglądał  się  właśnie  w  małym  kieszonkowym 

lusterku, zwracając specjalną uwagę na swoje wąsy, a żadnej na moją osobę. Zrozumiałem, 
że nie ma zamiaru niczego mi powiedzieć. 

background image

R

OZDZIAŁ DZIESIĄTY

 

P

OKOJÓWKA

 

 
W  hallu  spotkaliśmy  panią  Ackroyd  w  towarzystwie  zasuszonego  niskiego  staruszka  z 

wystającą, ostro zarysowaną szczęką i przenikliwie spoglądającymi szarymi oczami. Od razu 
można było poznać, że to adwokat. 

— Pan  Hammond  zostaje  z  nami  na  obiedzie  —  powiedziała  pani  Ackroyd.  —  Pan  zna 

majora  Blunta?  I  drogiego  doktora  Shepparda,  również  bliskiego  przyjaciela  biednego 
Rogera? I… zaraz… zaraz… — Z lekkim zakłopotaniem przyglądała się Poirotowi. 

— To jest pan Poirot, mamo — przedstawiła go Flora. — Mówiłam ci o nim dzisiaj rano. 
— A,  prawda!  —  wykrzyknęła  nieprzytomnie  pani  Ackroyd.  —  Naturalnie,  moja  droga, 

naturalnie! On ma znaleźć Ralfa, prawda? 

— On ma wykryć, kto zabił stryja — powiedziała Flora. 
— O mój Boże! — omal zapłakała pani Ackroyd. — Proszę cię! Moje biedne nerwy. Jestem 

zupełną ruiną! Tak, dzisiaj jestem zupełną ruiną! Co za straszny cios! Trudno mi uwierzyć, że 
to nie był po prostu wypadek. Roger tak lubił bawić się różnymi takimi nożami dzikich ludzi. 
Może ręka mu drgnęła czy coś takiego? 

Teoria ta została przyjęta grzecznym milczeniem. Zobaczyłem, że Poirot przysuwa się do 

adwokata i coś mówi mu półgłosem. Potem obaj odeszli we wnękę okienną. Przyłączyłem się 
do nich, lecz po chwili ogarnęły mnie wątpliwości, czy uczyniłem taktownie. 

— Może przeszkadzam? — odezwałem się. 
— Ależ nie! — wykrzyknął Poirot gorąco. — Pan i ja, monsieur le docteur, rozwiązujemy 

tę zagadkę razem. Bez pana byłbym zgubiony. Chcę dowiedzieć się paru rzeczy od dobrego 
pana Hammonda. 

— Jeśli  dobrze  rozumiem,  pan  działa  w  imieniu  kapitana  Ralfa  Patona?  —  odezwał  się 

ostrożnie adwokat. 

Poirot przecząco potrząsnął głową. 
— Nie  jest  tak.  Ja  działam  w  imieniu  sprawiedliwości.  Panna  Ackroyd  poprosiła  mnie, 

abym zajął się zbadaniem zagadki śmierci jej stryja. 

Pan Hammond wydawał się lekko zdziwiony. 
— Trudno mi uwierzyć, aby kapitan Paton był zamieszany w to morderstwo — powiedział 

wreszcie.  —  Bez  względu  na  to,  jak  silnie  przemawiać  mogą  przeciwko  niemu  okoliczności. 
Sam fakt, że znajdował się w ciężkiej sytuacji materialnej… 

— A znajdował się w ciężkiej sytuacji materialnej? — zdziwił się Poirot. 
Adwokat wzruszył ramionami. 
— To  był  stan  chroniczny  Ralfa  Patona  —  odparł  sucho.  —  Pieniądze  przepływały  mu 

przez ręce jak woda. Zawsze uciekał się o pomoc do ojczyma. 

— Ostatnio też prosił go o pieniądze? To znaczy w ciągu ostatniego roku? 
— Trudno mi powiedzieć. Pan Ackroyd mi nic o tym nie wspominał. 
— Aha. Jeśli się nie mylę, znana jest panu treść testamentu pana Ackroyda. 
— Naturalnie. To jest cel mojej wizyty w Fernly. 
— A  więc  biorąc  pod  uwagę,  że  działam  w  imieniu  panny  Ackroyd,  nie  będzie  miał  pan 

obiekcji w zapoznaniu mnie z jego treścią, tak? 

— Treść  jest  bardzo  prosta.  Opuszczając  całą  prawną  frazeologię  i  po  wypłaceniu 

pewnych drobnych zapisów i legatów… 

— Komu? — przerwał Poirot. 
Pan Hammond wydawał się lekko zdziwiony. 

background image

— Tysiąc funtów gospodyni, pannie Russell, pięćdziesiąt funtów kucharce, Emmie Cooper, 

pięćset  funtów  sekretarzowi,  panu  Geoffreyowi  Raymondowi.  Potem  kilka  legatów  dla 
różnych szpitali… 

Poirot podniósł dłoń. 
— Aa, zapisy dobroczynne, one mnie nie interesują. 
— Więc  potem  zostaje  dziesięć  tysięcy  funtów  w  akcjach,  z  których  procent  otrzymywać 

będzie  dożywotnio  pani  Cecilowa  Ackroyd.  Panna  Flora  Ackroyd  dziedziczy  dwadzieścia 
tysięcy  funtów  w  gotówce.  Reszta  masy  spadkowej,  łącznie  z  nieruchomościami  i  akcjami 
firmy Ackroyd i Syn, przypada adoptowanemu synowi, Ralfowi Patonowi. 

— Pan Ackroyd miał wielki majątek? 
— Bardzo duży. Kapitan Paton będzie niezmiernie bogatym człowiekiem. 
Chwilę panowała cisza. Poirot i adwokat patrzyli na siebie. 
— Panie mecenasie! — dobiegł spod kominka żałosny głos pani Ackroyd. 
Adwokat pospieszył na wezwanie. Poirot ujął mnie pod ramię i odprowadził do okna. 
— Niech  pan  spojrzy  na  te  irysy  —  powiedział  raczej  głośno.  —  Czyż  nie  są  wspaniałe, 

tak? Jakie miłe dla oka! 

Jednocześnie poczułem uścisk jego palców na ramieniu i Poirot dodał znacznie ciszej: 
— Chce mi pan naprawdę pomóc? Chce pan wziąć udział w dochodzeniu? 
— Naturalnie! — odparłem z zapałem. — Niczego bardziej nie pragnę. Nie wyobraża pan 

sobie, jakie nudne jest tutaj życie! Nigdy nie zdarza się nic nadzwyczajnego. 

— Świetnie! Wobec tego będziemy współpracowali. Wydaje mi się, że za chwilę przyłączy 

się do nas major Blunt. Czuje się niezbyt szczęśliwy w towarzystwie słodkiej mamusi. Muszę 
dowiedzieć się od niego paru szczegółów, ale nie chcę, żeby się tego domyślił. Rozumie pan? 
Dlatego też pan zada kilka pytań. 

— Jakich? — spytałem. 
— Niech pan wymieni panią Ferrars. — No i…? 
— To  powinno  wyjść  z  rozmowy.  Proszę  go  spytać,  czy  był  tutaj,  kiedy  umarł  jej  mąż. 

Rozumie pan, o co mi chodzi? A kiedy on będzie odpowiadał, proszę obserwować jego twarz, 
ale tak, żeby tego nie zauważył. C’est compris?

*

 

Nie  zdążyłem  już  o  nic  więcej  spytać,  ponieważ,  zgodnie  z  przepowiednią  Poirota,  Blunt 

dosyć nagle oderwał się od reszty towarzystwa i podszedł do nas. 

Zaproponowałem wyjście na taras, na co major wyraził zgodę. Poirot pozostał w hallu. 
Zatrzymałem się przy krzaku jesiennych róż. 
— Jakże czasami wszystko się zmienia z dnia na dzień — zauważyłem. — Byłem tu w środę, 

pamiętam  to  dobrze,  spacerowałem  sobie  po  tym  samym  tarasie.  Był  ze  mną  Ackroyd, 
ożywiony i pełen energii. A teraz, w trzy dni później, Ackroyd nie żyje. Biedny człowiek. Pani 
Ferrars nie żyje. Pan ją znał, prawda? Naturalnie, że pan ją znał. 

Blunt skinął głową. 
— Widział pan ją ostatnio? 
— Byłem  u  niej  z  Ackroydem.  W  zeszły  wtorek.  Tak,  chyba  we  wtorek.  Zdumiewająca 

kobieta. Ale było w niej coś dziwnego. Tajemnicza. Trudno było ją zgłębić. 

Spojrzałem w spokojne, szare oczy majora. Nic w nich nie dostrzegłem. Ciągnąłem dalej: 
— Poznał ją pan pewno już dawniej? 
— Jak tu byłem poprzednio. Ona i jej mąż akurat się sprowadzili.  — Zamilkł i po chwili 

dodał: — Dziwna rzecz. Bardzo się zmieniła od poprzedniego razu. 

— Jak to zmieniła? 
— Wyglądała o dziesięć lat starzej. 

                                                 

*

 fr. To zrozumiałe? 

background image

— Był  pan tu,  kiedy umarł  jej mąż?  — spytałem, starając się, by to  pytanie wypadło  jak 

najnaturalniej. 

— Nie. Słyszałem, że strata niewielka. To okrutne, ale prawda. 
Zgodziłem się. 
— Ashley Ferrars z pewnością nie był wzorowym mężem — powiedziałem ostrożnie. 
— Słyszałem, że łobuz — dorzucił Blunt. 
— Nie, tylko człowiek, którego zgubiły pieniądze. Miał ich zbyt wiele. 
— Aa, pieniądze! Wszystkie kłopoty na świecie z powodu pieniędzy. Albo ich braku. 
— Pan też ma kłopoty z tego powodu? — spytałem. 
— Mam tyle pieniędzy, ile mi potrzeba. Jestem jednym z niewielu szczęśliwych. 
— Ooo! 
— Chociaż w tej chwili jest niezbyt dobrze. W zeszłym roku otrzymałem legat. Dałem się 

namówić na szaleńcze przedsięwzięcie. Byłem głupi. 

Wyraziłem współczucie i opowiedziałem własny podobny przypadek. 
Potem  usłyszeliśmy  gong  obiadowy  i  poszliśmy  do  jadalni.  Poirot  na  chwilę  mnie 

zatrzymał. 

— I co? 
— Nic, on jest w porządku — odparłem. — Ręczę. 
— Nic niepokojącego? 
— W  zeszłym  roku  otrzymał  spadek  —  powiedziałem.  —  Dlaczego  miałby  mówić 

nieprawdę? Ręczę, że ten człowiek jest z gruntu szczery i uczciwy. 

— Bez  wątpienia,  bez  wątpienia  —  odparł  Poirot  uspokajająco.  —  Niech  pan  się  nie 

denerwuje. 

Mówił jak do rozkapryszonego dziecka. 
Weszliśmy  do  jadalni.  Trudno  mi  było  uwierzyć,  że  minęły  dopiero  dwadzieścia  cztery 

godziny od czasu, gdy siedziałem tu poprzednio. 

Po obiedzie pani Ackroyd odprowadziła mnie na bok. Usiedliśmy na kanapce. 
— Muszę  przyznać,  że  jestem  nieco  dotknięta  —  zwierzyła  się,  wyciągając  chusteczkę, 

która  z  pewnością  nie  była  przeznaczona  do  tego,  by  się  w  nią  wypłakiwać.  —  Dotknięta 
brakiem zaufania ze strony Rogera. Te dwadzieścia tysięcy funtów powinien był pozostawić 
mnie, a nie Florze. Można przecież zaufać matce, że będzie pilnowała interesów córki. Tak, 
nazywam to brakiem zaufania. 

— Zapomina pani — powiedziałem — że Flora jest rodzoną bratanicą Rogera Ackroyda. 

Gdyby pani była jego siostrą, a nie bratową, to z pewnością wszystko wyglądałoby inaczej. 

— Jestem wdową po biednym Cecilu i moje uczucia powinny być uszanowane — odparła 

dama,  ocierając  delikatnie  rzęsy  chusteczką.  —  Ale  Roger  był  zawsze  niesłychanie  dziwny, 
żeby  nie  powiedzieć:  skąpy,  w  sprawach  finansowych.  Dlatego  sytuacja  moja  i  Flory  była 
tutaj straszna. Biedne dziecko nie otrzymywało nawet żadnej pensji. Roger płacił jej rachunki, 
ale i to bardzo niechętnie, i zawsze pytał, po co jej tyle fatałaszków, jak to mężczyzna. Teraz 
znowu  zapomniałam,  co  chciałam  powiedzieć.  O,  już  wiem,  nie  miałyśmy  nigdy  własnego 
pensa.  Flora  nad  tym  ubolewała,  o  tak,  bardzo  nad  tym  ubolewała,  wiem  dobrze.  Chociaż 
była niesłychanie oddana stryjowi, naturalnie. 

Każda dziewczyna cierpiałaby w podobnej sytuacji. Tak, tak, Roger miał dziwne podejście 

do spraw finansowych. Nie chciał nawet kupie  nowych ręczników,  chociaż  mu mówiłam, że 
stare są całe w dziurach. I potem — pani Ackroyd w tak charakterystyczny dla siebie sposób 
zmieniła temat — i potem, żeby tak nagle zostawić tyle pieniędzy, tysiąc funtów, proszę sobie 
wyobrazić, takiej kobiecie! 

— Jakiej kobiecie? 
— Tej  pannie  Russell.  Coś  w  niej  jest  bardzo  dziwnego,  zawsze  to  mówiłam.  Ale  Roger 

nigdy  nie  pozwalał  nic  przeciwko  niej  powiedzieć.  Mówił,  że  ona  ma  niebywale  silny 

background image

charakter  i  że  ją  podziwia  i  żywi  dla  niej  wielki  szacunek.  Zawsze  plótł  o  jej  prawości, 
niezależności  i  zaletach  moralnych.  A  ja  mówię,  że  coś  w  niej  jest  podejrzanego!  Robiła 
wszystko,  co  mogła,  żeby  Roger  się  z  nią  ożenił.  Ale  ja  się  z  tym  szybko  rozprawiłam.  Ona 
mnie nienawidzi. Oczywiste! Przejrzałam ją! 

Zacząłem się zastanawiać, czy nie można by jakoś zahamować potoku słów pani Ackroyd i 

ulotnić się. 

Z pomocą przyszedł mi mecenas Hammond, który chciał się pożegnać. Skorzystałem z tego 

i również wstałem. 

— Teraz jeśli idzie o rozprawę… — powiedział. — Gdzie pani woli, aby się odbyła? Tutaj 

czy w gospodzie Pod Trzema Dzikami? 

Pani Ackroyd otworzyła usta i spojrzała na mnie. 
— Rozprawę?  —  Wyglądała  jak  uosobienie  najwyższego  pomieszania.  —  Czyż  musi  być 

rozprawa? 

Pan Hammond zakaszlał sucho i dwoma krótkimi szczęknięciami odparł: 
— To jest nieuniknione. W tej sytuacji! 
— Ale przecież doktor Sheppard chyba mógłby tak zrobić, żeby…? 
— Są granice moich możliwości — odparłem szorstko. 
— Ale jeśli śmierć jest sprawą wypadku…? 
— Roger Ackroyd został zamordowany, proszę pani — odparłem brutalnie. 
Wydała cichy okrzyk. 
— Teoria wypadku jest nie do przyjęcia nawet na sekundę! Pani Ackroyd patrzyła na mnie 

z rozpaczą w oczach. 

Nie  czułem  litości  wobec  czegoś,  co  uważałem  jedynie  za  chęć  wywinięcia  się  z 

niewygodnej sytuacji. 

— Ale  na  tej  rozprawie  chyba  nie  będę  musiała  odpowiadać  na  żadne  pytania  ani  nic 

takiego, prawda? — spytała. 

— Nie  mam  pojęcia,  czy  to  będzie  konieczne,  czy  nie  —  odparłem.  —  Przypuszczam,  że 

cały  ciężar  przesłuchania  weźmie  na  siebie  pan  Raymond.  Zna  dokładnie  wszystkie 
okoliczności i może formalnie stwierdzić tożsamość zmarłego. 

Pan Hammond poparł mnie skinieniem głowy. 
— Myślę,  że  nie  ma  się  czego  obawiać,  droga  pani  —  powiedział.  —  Oszczędzi  się  pani 

wszelkiej  nieprzyjemności.  Aha,  jeśli  idzie  o  pieniądze.  Czy  ma  pani  dostateczną  sumę  na 
bieżące wydatki? To znaczy — dodał, gdy pani  Ackroyd spojrzała na niego pytająco — czy 
ma  pani  gotówkę?  Banknoty,  rozumie  pani?  Jeśli  nie,  mogę  polecić,  by  wypłacono  pani 
potrzebną sumę. 

— Chyba chwilowo wystarczy  — odezwał  się Raymond, który stał obok.  — Pan Ackroyd 

podjął wczoraj z banku sto funtów. 

— Sto funtów? 
— Tak, na pensje i inne wypłaty w dniu dzisiejszym. Cała ta suma jeszcze została. 
— Gdzie są te pieniądze? W jego biurku? 
— Nie,  pan  Ackroyd  zawsze  trzymał  pieniądze  w  sypialni.  Mówiąc  dokładnie,  w  starym 

pudełku do kołnierzyków. Dziwny sposób przechowywania gotówki, prawda? 

— Przed  wyjściem  wolałbym  się  upewnić  —  powiedział  adwokat  —  czy  pieniądze  nadal 

tam są. 

— Oczywiście  —  zgodził  się  sekretarz.  —  Pójdziemy  zaraz  na  górę!  O!  Zapomniałem, 

drzwi są zamknięte. 

Parker  zapytany  wyjaśnił,  że  inspektor  Raglan  znajduje  się  w  pokoju  gospodyni, 

dodatkowo ją przesłuchując. Po paru minutach inspektor zjawił się w hallu, przynosząc klucz. 
Otworzył drzwi, przeszliśmy do przedpokoju i stamtąd wąskimi schodami na górę. Drzwi do 
sypialni Ackroyda były otwarte. Pokój był ciemny, story zaciągnięte, a łóżko pozostawione bez 

background image

zmiany  od  wczorajszego  wieczoru.  Inspektor  rozsunął  story,  wpuszczając  trochę  słońca, 
Geoffrey Raymond zaś podszedł do najwyższej szuflady w komodzie z różanego drzewa. 

— Trzymał pieniądze tak zwyczajnie w niezamkniętej szufladzie? — zdziwił się inspektor. 
Sekretarz zaczerwienił się lekko. 
— Pan Ackroyd całkowicie ufał służbie. 
— Rozumiem, rozumiem — powiedział szybko inspektor. Raymond wysunął szufladę, wyjął 

z głębi małe, okrągłe skórzane pudełko, otworzył je i wyciągnął nabity portfel. 

— Oto  pieniądze  —  powiedział,  wydobywając  pokaźny  zwitek  banknotów.  —  Cała  setka. 

Jestem tego pewien, ponieważ pan Ackroyd chował te pieniądze w mojej obecności, ubierając 
się do kolacji, no a potem nikt ich nie ruszał. 

Pan Hammond wziął pieniądze z rąk Raymonda i przeliczył. Po chwili spojrzał uważnie na 

sekretarza. 

— Mówi pan, że tu jest sto funtów! Ja doliczyłem się tylko sześćdziesięciu. 
Raymond patrzył gapowato. 
— Niemożliwe!  —  wykrzyknął,  rzucając  się  ku  adwokatowi.  Wyrwał  mu  pieniądze  i  sam 

głośno przeliczył. 

Pan Hammond miał rację. Było tylko sześćdziesiąt funtów. 
— Ale… ja nie mogę tego zrozumieć! — Raymond był zupełnie zaskoczony. 
Poirot zapytał: 
— Pan  sam  widział,  jak  pan  Ackroyd  chował  te  pieniądze  wczoraj  wieczorem,  kiedy 

ubierał  się  do  kolacji?  Czy  jest  pan  pewien,  że  poprzednio  nic  z  tej  kwoty  nikomu  nie 
wypłacił? 

— Jestem pewien, że nie. Powiedział nawet: „Po co mam zabierać ze sobą na kolację sto 

funtów? Za gruby zwitek”. 

— A więc sprawa jest  prosta  — zauważył Poirot.  — Albo dał  komuś wczoraj wieczorem 

czterdzieści funtów, albo sumę tę ukradziono. 

— Nie  ma  innej  możliwości  —  zgodził  się  inspektor  i  spytał  panią  Ackroyd:  —  Kto  ze 

służby mógł tutaj wejść wczoraj wieczorem? 

— No, przypuszczam, że pokojówka słała łóżko… 
— Która? Jak się nazywa? Co pani może o niej powiedzieć? 
— Elsie Dale. Jest tu od niedawna — odparła pani Ackroyd. — Ale to zwykła, miła wiejska 

dziewczyna. 

— Powinniśmy wyjaśnić tę sprawę — rzekł inspektor. — Jeśli pan Ackroyd sam wypłacił 

komuś  pieniądze,  może  mieć  to  jakiś  związek  ze  sprawą  morderstwa.  A  reszta  służby  jest 
według pani poza podejrzeniami? 

— O, chyba tak. 
— Nic nigdy nie zginęło? 
— Nie. 
— Żadne z nich nie odchodzi? 
— Jedna z pokojówek, Urszula Bourne. 
— Kiedy? 
— Wczoraj wymówiła, jeśli się nie mylę. 
— Wobec pani? 
— O  nie!  Ja  nie  mam  nic  wspólnego  ze  służbą.  Tymi  sprawami  zajmuje  się  wyłącznie 

panna Russell. 

Inspektor na dłuższą chwilę zatopił się w myślach. Potem pokiwał głową i zauważył: 
— Chyba lepiej pogadam z panną Russell, a potem z tą Elsie Dale. 
Poirot i ja towarzyszyliśmy inspektorowi do pokoju gospodyni. Panna Russell przyjęła nas 

ze swym zwykłym chłodem. 

background image

— Elsie  Dale  służy  w  Fernly  Park  pięć  miesięcy.  Miła  dziewczyna,  porządna,  szybka  w 

robocie. Miała dobre referencje. To ostatnia osoba na świecie, która komuś by coś ukradła! 

— No, a ta druga pokojówka? 
Tamta  także  była  nieskazitelna.  Bardzo  spokojna  i  zachowująca  się  jak  prawdziwa  pani. 

Wspaniała pracownica. 

— Więc dlaczego odchodzi? — zaciekawił się inspektor. Panna Russell ściągnęła usta. 
— Nie z mojej przyczyny. Jeśli dobrze zrozumiałam, wczoraj po południu pan Ackroyd był 

z  niej  niezadowolony.  Do  jej  obowiązków  należało  sprzątanie  gabinetu  i  przy  tej  okazji 
pomieszała jakieś papiery na biurku. Tak się dowiedziałam. Pan Ackroyd był z tego powodu 
bardzo zły i ona wymówiła. To mi w każdym razie powtórzyła, ale może chciałby pan, panie 
inspektorze, sam z nią porozmawiać? 

Inspektor chciał. Zauważyłem tę dziewczynę, już gdy nam usługiwała do obiadu. Wysoka, 

bardzo  opanowane  szare  oczy,  włosy  kasztanowate,  splecione  ciasno  na  karku.  Przyszła  na 
wezwanie  gospodyni,  stanęła  wyprostowana,  jej  szare  oczy  wpatrywały  się  w  nas 
nieporuszone. 

— Urszula Bourne? — spytał inspektor. 
— Tak, proszę pana. 
— Pani odchodzi z pracy? 
— Tak. 
— Dlaczego? 
— Pomieszałam jakieś papiery na biurku pana Ackroyda. Pan Ackroyd był z tego powodu 

bardzo zły, więc powiedziałam, że lepiej będzie, jeśli sobie pójdę. Powiedział, żebym odeszła 
jak najprędzej. 

— Czy wczoraj wieczorem wchodziła pani do sypialni pana Ackroyda? Sprzątając albo w 

innym celu? 

— Nie, proszę pana. To należy do obowiązków Elsie. Ja do sypialni nigdy nie wchodzę. 
— Z komody w sypialni pana Ackroyda zginęła pokaźna suma pieniędzy. 
To ją wreszcie poruszyło. Oblała się szkarłatem. 
— Nic  nie  wiem  o  żadnych  pieniądzach!  Jeśli  pan  myśli,  że  to  ja  wzięłam  i  dlatego  pan 

Ackroyd mi wymówił, to się pan grubo myli! 

— O  nic  pani  nie  oskarżam,  panno  Bourne  —  odparł  inspektor.  —  Proszę  się  tak  nie 

unosić! 

Dziewczyna obrzuciła go zimnym spojrzeniem. 
— Jeśli pan chce, może mnie pan zrewidować — powiedziała pogardliwie. — Ale nic pan 

nie znajdzie. 

Nagle wtrącił się Poirot: 
— To wczoraj po południu pan Ackroyd panience wymówił czy też panienka jemu? 
— Ja wymówiłam. 
— Jak długo trwała ta rozmowa? 
— Jaka rozmowa? 
— Rozmowa między panienką a panem Ackroydem. 
— Ja… ja nie wiem. 
— Dwadzieścia minut, pół godziny? 
— Coś koło tego. 
— Nie dłużej? 
— Na pewno nie dłużej niż pół godziny. 
— Dziękuję, mademoiselle. 
Spojrzałem  ciekawie  na  Poirota.  Przesuwał  jakieś  przedmioty  na  stole,  układając  je  z 

lubością na właściwym miejscu. Oczy mu błyszczały. 

— Dziękuję, to wszystko — powiedział inspektor. 

background image

Urszula Bourne wyszła. Inspektor obrócił się do panny Russell: 
— Od jak dawna ona tu pracuje? Ma pani odpisy świadectw, które pani okazała? 
Nie  odpowiadając  na  pytanie,  panna  Russell  podeszła  do  stojącego  obok  biureczka, 

wysunęła szufladę i wyciągnęła stamtąd paczkę listów ściągniętych gumką. Wybrała jedną z 
kopert i podała ją inspektorowi. 

— Hm…! — powiedział po chwili. — Dobre świadectwo. Od pani Folliott z Marby Grange 

w Marby. Kto to jest? 

— Dosyć znani ziemianie — odparła panna Russell. 
— No dobrze — rzekł inspektor, zwracając list polecający. — Pogadajmy teraz z drugą, tą 

Elsie Dale. 

Elsie  Dale  była  rosłą  blondynką  o  miłej,  lecz  nieco  głupawej  twarzy.  Odpowiadała  na 

nasze pytania ochoczo i okazała wielkie zmartwienie na wiadomość o zaginięciu pieniędzy. 

— Mówiła  chyba  prawdę  —  powiedział  inspektor,  gdy  dziewczyna  wyszła.  —  No,  a  co z 

Parkerem? 

Panna Russell ściągnęła usta i nie odpowiedziała. 
— Jest w tym człowieku coś, co mnie niepokoi — rozmyślał głośno inspektor. — Ale kłopot 

w  tym,  że  nie  wyobrażam  sobie,  kiedy  mógłby  to  zrobić.  Zaraz  po  kolacji  był  chyba  zajęty 
swoimi  obowiązkami  i  właściwie  na  cały  wieczór  ma  doskonałe  alibi.  Wiem,  ponieważ 
poświęciłem  temu  sporo  czasu.  No,  dziękuję  pani  serdecznie,  panno  Russell.  Chwilowo 
poprzestaniemy  na  tym.  Jest  zupełnie  możliwe,  że  pan  Ackroyd  sam  komuś  wypłacił  te 
pieniądze. 

Gospodyni pożegnała nas sztywno, kiedy wychodziliśmy z jej pokoju. 
Opuściłem Fernly razem z Poirotem. 
— Zastanawiam się — powiedziałem, przerywając milczenie — co też za papiery mogła ta 

pokojówka pomieszać Ackroydowi na biurku, że się aż tak zdenerwował? Może w tym kryje 
się klucz do zagadki? 

— Sekretarz  mówił,  że  na  biurku  nie  było  żadnych  ważnych  dokumentów  —  odparł 

spokojnie Poirot. 

— No tak, ale… — urwałem nagle. 
— Wydaje się panu dziwne, że Ackroyd mógł wpaść we wściekłość z tak błahego powodu? 
— Owszem, dosyć dziwne. 
— No, ale czy to był w istocie błahy powód? 
— Naturalnie  —  powiedziałem.  —  Nie  wiemy  przecież,  co  to  były  za  dokumenty.  Pan 

Raymond wyraźnie wspomniał… 

— Na chwilkę pozostawmy pana Raymonda w spokoju. Co pan myśli o tej dziewczynie? 
— Której? Tej pierwszej pokojówce? 
— Tak, Urszuli Bourne. 
— Wydaje  się  porządna  —  powiedziałem  z  wahaniem.  Poirot  powtórzył  moje  słowa,  ale 

podczas gdy ja położyłem nacisk na słowie „porządna”, on na „wydaje się”. 

— Tak, wydaje się, że to porządna dziewczyna, owszem. Po minucie milczenia wyjął coś z 

kieszeni. 

— Niech pan spojrzy, przyjacielu, coś pan zobaczy. O, proszę! 
Kartkę,  którą  mi  wręczył,  otrzymał  tego  ranka  od  inspektora.  Patrząc,  gdzie  wskazywał 

palcem, zobaczyłem zrobiony ołówkiem krzyżyk przy nazwisku Urszuli Bourne. 

— Może pan tego nie zauważył, przyjacielu, że na tej liście jest jedna osoba, której alibi 

nie znalazło potwierdzenia. Urszula Bourne. 

— Nie myśli pan chyba, że…? 
— Doktorze  Sheppard,  ja  myślę  o  wszystkim.  Urszula  Bourne  mogła  zabić  Rogera 

Ackroyda, ale wyznaję, że nie znajduję motywów popełnienia przez nią tej zbrodni. A pan? 

Spojrzał na mnie przenikliwie, tak przenikliwie, że aż poczułem się nieswojo. 

background image

— A pan widzi jakieś motywy? — powtórzył. 
— Najmniejszego — odparłem zdecydowanie. 
Jego spojrzenie złagodniało. Zmarszczył brwi i wymamrotał do siebie: 
— Ponieważ szantażystą był mężczyzna, wynika stąd, że nie ona nim była, więc… 
Chrząknąłem. 
— Jeśli o tym mowa… — zacząłem niezdecydowanie. 
Nagle obrócił się ku mnie: 
— Co? Co pan chciał powiedzieć? 
— Nic.  Zupełnie  nic.  Tylko  że,  dla  ścisłości,  pani  Ferrars  w  swoim  liście  wspomniała  o 

osobie, a nie zaznaczyła, że to jest mężczyzna. Ale myśmy przyjęli za pewnik, Ackroyd i ja, że 
to musi być mężczyzna. 

Byłem pewien, że Poirot wcale mnie nie słyszał. Dalej coś do siebie mruczał: 
— A więc mimo wszystko to jest możliwe, tak, naturalnie, że możliwe…! Ale stąd wniosek, 

że muszę wszystko na nowo ustawić. Metoda,  porządek nigdy  mi tak nie  były potrzebne jak 
teraz; wszystko musi pasować na swoje miejsce. Bo inaczej znajdę się na zupełnie fałszywym 
torze… 

Przerwał i znowu obrócił się gwałtownie w moim kierunku: 
— Gdzie jest Marby? 
— Trzeba jechać przez Cranchester. 
— Jak to daleko? 
— O, może ponad dwadzieścia kilometrów! 
— Mógłby pan się tam wybrać? Na przykład jutro? 
— Jutro? Zaraz… Jutro jest  niedziela. Tak, myślę, że mógłbym jakoś to  ułożyć. Co panu 

załatwić? 

— Zobaczyć się z tą  panią  Folliott. I dowiedzieć się wszystkiego, co można, o tej pannie 

Urszuli Bourne. 

— Dobrze. Ale… przyznam się, że wcale mnie nie nęci to zadanie. 
— Teraz nie czas wybierać. Od tego może zależeć życie człowieka. 
— Biedny Ralf — powiedziałem z westchnieniem. — Pan wierzy, że on jest niewinny? 
Poirot spojrzał na mnie surowo. 
— Chce pan poznać prawdę? 
— Naturalnie. 
— Więc obiecuję panu,  że pan ją  pozna. Niestety, mój przyjacielu, wszystko wskazuje na 

jego winę. 

— Co?! — wykrzyknąłem. 
— Tak,  temu  głupiemu  inspektorowi,  bo  on  jest  głupi,  wszystko  zdaje  się  wskazywać  na 

kapitana  Patona.  Ja  szukam  prawdy  i  prawda  za  każdym  razem  prowadzi  mnie  do  Ralfa 
Patona. Motyw, okazja, środki! Ale poruszę niebo i ziemię. Obiecałem pannie Florze. A ona 
była bardzo pewna, biedaczka. Bardzo pewna. 

background image

R

OZDZIAŁ JEDENASTY

 

P

OIROT SKŁADA WIZYTĘ

 

 
Byłem  trochę  zdenerwowany,  kiedy  następnego  popołudnia  naciskałem  dzwonek  przy 

wejściu do Marby Grange. Ciekawiło mnie, jakich wyników Poirot oczekuje po mojej wizycie. 
Dlaczego  powierzył  mi  to  zadanie?  Czy  dlatego,  by  samemu  pozostać  w  cieniu,  tak  jak  w 
wypadku rozmowy z majorem Bluntem? Podobne założenie, zrozumiałe poprzednio, obecnie 
wydawało się dziwne. 

Moje rozmyślania zostały przerwane nadejściem zgrabnej pokojówki. 
Pani Folliott była w domu. Wprowadzono mnie do obszernego salonu. Czekając na panią 

domu, rozglądałem się ciekawie dookoła. Spory, dość skąpo umeblowany pokój, niebrzydkie 
okazy  porcelany  i  kilka  pięknych  sztychów,  wypłowiałe  zasłony  i  pokrycia  mebli.  Ale 
jednocześnie salon, w którym na każdym kroku wyczuwało się kobiecą rękę. 

Przerwałem oglądanie pięknego Bartolozziego, kiedy pani Folliott weszła do salonu. Była 

to  kobieta  wysokiego  wzrostu,  miała  niedbale  zaczesane  kasztanowate  włosy  i  bardzo 
sympatyczny uśmiech. 

— Doktor Sheppard…? — spytała z wahaniem. 
— Tak jest, proszę pani — odparłem. — Bardzo przepraszam za najście, ale zależy mi na 

uzyskaniu od pani informacji o zatrudnianej niegdyś przez panią pokojówce Urszuli Bourne. 

Gdy wymieniłem to nazwisko, z twarzy pani Folliott znikł uśmiech, a z jej zachowania cała 

serdeczność. Wydawała się teraz dosyć zmieszana i zakłopotana. 

— O Urszuli Bourne? — spytała. 
— Tak — odparłem. — Może pani nie przypomina sobie nazwiska? 
— O tak, przypominam sobie. Przypominam sobie bardzo dobrze. 
— Odeszła od pani mniej więcej rok temu, prawda? 
— Tak, tak. Rok temu. Zgadza się całkowicie. 
— Czy była z niej pani zadowolona? I jak długo u pani służyła, jeśli można wiedzieć? 
— Chyba  z  rok  albo  dwa.  Trudno  mi  sobie  w  tej  chwili  dokładnie  przypomnieć.  Bardzo, 

owszem, bardzo zręczna. Jestem pewna, że będzie pan z niej zadowolony. Nie miałam pojęcia, 
że ona odchodzi z Fernly. Zupełnie nie miałam pojęcia! 

— Czy mogłaby mi pani coś więcej o niej powiedzieć? 
— Coś o niej? 
— Tak,  skąd  pochodzi,  z  jakiej  rodziny?  Takie  rzeczy.  Twarz  pani  Folliott  zastygła  teraz 

zupełnie. 

— Nic o niej nie wiem. 
— U kogo służyła przed przyjściem do pani? 
— Niestety, tego sobie nie przypominam. 
Pod  widoczną  nerwowością  pani  Folliott  kryła  się  teraz  nuta  gniewu.  Uniosła  głowę 

gestem dziwnie mi znajomym. 

— Czy naprawdę musi pan zadawać te wszystkie pytania? 
— Ależ  nie!  —  odparłem  zdziwiony  i  nieco  zakłopotany.  —  Nie  przypuszczałem,  że  nie 

będzie pani chciała mi odpowiedzieć. Bardzo mi przykro. 

Złość opuściła panią Folliott. Zmieszała się znowu. 
— Nie, nie, mogę na nie odpowiedzieć. Zapewniam pana, że mogę. Dlaczegóż bym miała 

nie  chcieć.  Tylko  że…  wydawało  mi  się  to  trochę  dziwne.  Po  prostu  pańskie  pytania  tak 
dziwnie brzmiały, tylko to. 

Jedną  z  korzyści  rozległej  praktyki  lekarskiej  jest  nabywana  z  czasem  umiejętność 

poznawania, kiedy ludzie kłamią. Z samego zachowania pani Folliott — jeśli nie z jej słów — 

background image

mogłem  odgadnąć,  że  nie  ma  ona  najmniejszej,  ale  to  najmniejszej  ochoty  odpowiadać  na 
moje  pytania.  Wydawała  się  nadal  bardzo  zaniepokojona  i  wytrącona  z  równowagi. 
Najwyraźniej w całej tej historii kryła się jakaś tajemnica. Poza tym oczywiste było, że pani 
Folliott  jest  kobietą nieprzywykłą  do oszukiwania  i  kłamania,  gdyż  zbyt wyraźnie okazywała 
zdenerwowanie i niepokój. Dziecko by to dostrzegło. 

Z drugiej  strony było  równie oczywiste, że nie ma zamiaru  powiedzieć ani  słowa więcej. 

Jakakolwiek tajemnica kryła się w osobie Urszuli Bourne, nie miałem nadziei usłyszeć jej z 
ust pani Folliott. 

Pokonany, jeszcze raz przeprosiłem ją za najście, wziąłem kapelusz i wyszedłem. 
Potem  odwiedziłem  jeszcze  paru  pacjentów  w  King’s  Abbot  i  około  szóstej  wróciłem  do 

domu.  Karolina  siedziała  nad  stosem  brudnych  talerzyków  i  filiżanek  —  pozostałością 
popołudniowej  herbatki.  Wyraz  jej  twarzy  wskazywał  na  tłumione  podniecenie.  Znałem  ten 
wyraz  aż  nadto  dobrze!  Pewny  znak,  że  otrzymała  bądź  udzieliła  komuś  wiadomości. 
Zastanawiałem się, która z tych dwóch okoliczności zaistniała. 

— Spędziłam  bardzo  interesujące  popołudnie  —  zaczęła,  gdy  zagłębiłem  się  w  swój 

ulubiony fotel i wyciągnąłem nogi w stronę miłego ciepła kominka. 

— Czyżby? — spytałem. — Była na herbacie panna Ganett? Panna Ganett, jak wiadomo, 

jest jedną z naszych głównych agencji plotkarskich. 

— Nie zgadłeś — odparła Karolina z beztroskim spokojem. — Spróbuj jeszcze raz. 
Próbowałem  kilka  razy,  wymieniając  po  kolei  wszystkie  nazwiska  z  listy  służby 

wywiadowczej  mojej  siostry.  Ale  Karolina,  triumfalnie  uśmiechnięta,  za  każdym  razem 
potrząsała przecząco głową. Wreszcie sama łaskawie udzieliła mi pożądanej informacji: 

— Pan Poirot! No i co o tym myślisz? 
Pomyślałem  wiele  różnych  rzeczy,  ale  miałem  tyle  zdrowego  rozsądku,  że  żadną  nie 

podzieliłem się z Karoliną. 

— Po co przyszedł? — spytałem. 
— Zobaczyć  się  ze  mną.  To  chyba  jasne!  Powiedział,  że  poznawszy  tak  dobrze  mojego 

brata,  pragnie  nawiązać  znajomość  z  jego  uroczą  siostrą,  to  znaczy  twoją  uroczą  siostrą, 
James. Pomieszało mi się, ale mam nadzieję, że zrozumiałeś. 

— O czym mówił? 
— Dużo  mi  opowiadał  o  sobie  i  swoich  przygodach  detektywa.  Słyszałeś  o  tym  księciu 

Pawle Mauretańskim, tym, który ożenił się z tancerką? 

— No, więc co? 
— W  „Okruchach  Towarzyskich”  czytałam  parę  dni  temu  niesłychanie  interesującą 

wiadomość,  że  to  nie  żadna  tancerka,  tylko  ni  mniej,  ni  więcej  wielka  księżniczka  rosyjska, 
jedna z córek cara, której udało się uciec od bolszewików. Więc z tego, co mówił pan Poirot, 
wynika,  że  rozwikłał  sprawę  grożącą  skandalem  księciu  i  jego  małżonce.  Podobno  książę 
Paweł nie wiedział, jak mu się odwdzięczyć. 

— Czy  podarował  mu  szpilkę  ze  szmaragdem  wielkości  gołębiego  jajka?  —  spytałem 

ironicznie. 

— Pan Poirot nic o tym nie wspomniał. A tak było? 
— Nie  wiem,  nie  wiem.  Chociaż  tak  się  zawsze  robi,  przynajmniej  w  powieściach 

kryminalnych.  Wszechwiedzący  detektyw  zawsze  ma  pokój  pełen  rubinów,  pereł  i 
szmaragdów, które otrzymał w podarunku od wdzięcznych koronowanych klientów. 

— To strasznie przyjemnie dowiadywać się takich rzeczy prosto z pieca, jak to się mówi — 

powiedziała z zadowoleniem Karolina. 

Tak,  dla  Karoliny  to  rozkosz.  Mimo  wszystko  musiałem  podziwiać  spryt  pana  Herkulesa 

Poirota,  który  ze  wszystkich  opowiadań,  jakie  mógł  przytoczyć,  bezbłędnie  wybrał  historię 
najbardziej imponującą starej pannie zamieszkałej w maleńkim miasteczku. 

— I powiedział ci, że ta tancerka jest wielką księżniczką? — spytałem. 

background image

— Zobowiązany był do tajemnicy — odparła Karolina z powagą. 
Zastanawiałem się, jak dalece Poirot rozminął się z prawdą, zabawiając Karolinę. A może 

wcale nie! Mógł i tak ją zaintrygować wiele mówiącym wzruszeniem ramion i podnoszeniem 
brwi. 

— No i po tym wszystkim byłaś pewno gotowa jeść mu z ręki, co? 
— Nie bądź ordynarny, James! Zupełnie nie wiem, gdzieś ty się nauczył takich określeń. 
— Prawdopodobnie od moich jedynych łączników z szerokim światem, od pacjentów. Na 

nieszczęście moja praktyka nie obejmuje książąt krwi i interesujących emigrantów rosyjskich. 

Karolina podniosła okulary na czoło i zaczęła mi się przyglądać. 
— Czegoś  ty  taki  dzisiaj  skwaszony,  James?  Na  pewno  wątroba.  Weź  na  noc  niebieską 

pigułkę. 

Gdyby  ktoś  mnie  zobaczył  w  domu,  nigdy  by  nie  pomyślał,  że  jestem  lekarzem.  W  domu 

wszelkim leczeniem siebie i mnie kieruje Karolina. 

— Diabli  niech  biorą  wątrobę!  —  powiedziałem  ze  złością.  —  Czy  rozmawialiście  o 

sprawie morderstwa? 

— Naturalnie, James! O jakich innych miejscowych sprawach moglibyśmy mówić? Udało 

mi się w wielu wypadkach dość poważnie uzupełnić braki w wiadomościach pana Poirota. Był 
mi  bardzo  wdzięczny.  Powiedział,  że  mam  zadatki  na  świetnego  detektywa  i  że  potrafię 
wspaniale wejrzeć w psychologiczne powikłania natury ludzkiej. 

Karolina  przypominała  mi  w  tej  chwili  kota,  który  najadł  się  śmietanki  i  mruczy 

zadowolony. 

— Mówił mi dużo o szarych komórkach mózgu i o ich funkcjonowaniu. Powiedział, że jego 

komórki są pierwszego gatunku. 

— To do niego podobne — odparłem cierpko. — Skromność nie należy do jego zalet. 
— Jesteś  okropnie  zazdrosny,  James.  Pan  Poirot  powiedział,  że  rzeczą  niezmiernej  wagi 

jest jak najszybsze odszukanie Ralfa, by mógł on oczyścić się z zarzutów. Powiedział, że jego 
nieobecność w czasie dochodzenia wywrze bardzo niedobre wrażenie na ławie przysięgłych. 

— I coś ty na to odpowiedziała? 
— Zgodziłam się z tym całkowicie. — Karolina wypięła dumnie pierś.  — I powiedziałam 

mu, co ludzie już na ten temat mówią. 

— Karolino! — odezwałem się ostro. — Czyś może też powtórzyła rozmowę podsłuchaną 

wtedy w lesie? 

— Naturalnie!  —  odparła  Karolina  wesoło.  Wstałem  i  zacząłem  przechadzać  się  po 

pokoju. 

— Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, co robisz? — wybuchnąłem. — Zakładasz po 

prostu stryczek na szyję tego biednego chłopca. 

— Wcale nie — odparła Karolina zupełnie nieporuszona. 
— Byłam bardzo zdziwiona, żeś sam nie wspomniał o tym panu Poirotowi. 
— Dobrze wiedziałem, dlaczego tego nie robię. Lubię Ralfa. 
— Ja  też  go  lubię.  I  dlatego  twierdzę,  że  mówisz  głupstwa.  Nie  wierzę,  by  Ralf  popełnił 

morderstwo, a więc żadna prawda nie wyrządzi mu szkody, a panu Poirotowi powinniśmy jak 
najbardziej pomóc. Pomyśl tylko, James, z pewnością Ralf był w noc morderstwa na randce z 
tą samą dziewczyną i ma doskonałe alibi. 

— Jeśli ma takie wspaniałe alibi, to dlaczego się nie zgłosi i nie powie nam tego? 
— Może nie chce skompromitować dziewczyny? — powiedziała Karolina z dumą w głosie. 

—  Ale  jeśli  porozmawia  z  nią  pan  Poirot  i  przedstawi  to  jako  sprawę  jej  obowiązku,  ona 
zgłosi się sama i oczyści Ralfa. 

— Widzę,  żeś  sobie  wykoncypowała  jakąś  romantyczną  legendę  —  odparłem.  —  Czytasz 

zbyt dużo idiotycznych powieści. Zawsze ci to mówiłem! — Opadłem ciężko na fotel. — Czy 
Poirot zadawał ci jeszcze jakieś pytania? — odezwałem się po chwili. 

background image

— Pytał tylko o pacjentów, którzy byli u ciebie tego ranka. 
— O pacjentów? — powtórzyłem, nie wierząc własnym uszom. 
— Tak, pacjentów, którzy przyszli do twego gabinetu. Ilu i kto. 
— I tyś to wiedziała? Chyba nie? 
Karolina jest mimo wszystko zadziwiająca. 
— A dlaczegóż nie miałam wiedzieć? — zawołała triumfująco. — Z tego okna widzę całą 

ścieżkę od ulicy. I mam świetną pamięć, James! O wiele lepszą niż ty, zapamiętaj to sobie. 

— Jestem tego pewien — mruknąłem, myśląc o czymś zupełnie innym. 
Moja siostra, licząc na palcach, wymieniała: 
— Była  stara  pani  Bennett  i  ten  chłopak  z  farmy,  któremu  coś  się  stało  w  palec,  Dolly 

Grice  przyszła,  żebyś  jej  wyciągnął  igłę  z  palca,  był  amerykański  steward  z  okrętu.  Zaraz, 
zaraz,  kto  jeszcze…?  O  tak!  Jeszcze  stary  George  Evans,  któremu  zrobił  się  wrzód.  I 
wreszcie… — zrobiła porozumiewawczą przerwę. 

— No? 
Karolina z wielkim smakiem rozładowała napięcie. Syknęła — zgodnie ze swym obyczajem 

umiejętnie wykorzystując przy tej okazji pokaźną liczbę głosek „s”: 

— Miss Russell! 
Rozparła  się  w  fotelu  i  patrzyła  na  mnie  znacząco,  a  kiedy  Karolina  patrzy  na  kogoś 

znacząco, trudno tego nie zauważyć. 

— Zupełnie  nie  rozumiem,  o  co  ci  chodzi  —  powiedziałem  nieszczerze.  —  Dlaczegóż  by 

panna Russell nie miała przyjść do mnie z dolegliwościami kolana? 

— Dolegliwości  w  kolanie!  —  zaśmiała  się  Karolina.  —  Bzdura!  Miała  takie  same 

dolegliwości w kolanie jak ty albo ja. Ona przyszła zupełnie po co innego! 

— Po co? — spytałem. 
Karolina musiała przyznać, że nie wie. 
— Ale bądź pewien, że o to właśnie mu chodziło. To znaczy panu Poirotowi. W tej babie 

jest coś podejrzanego i on to czuje. 

— To  samo  powiedziała  mi  wczoraj  pani  Ackroyd  —  przyznałem.  —  Też  uważa,  że  w 

pannie Russell jest coś podejrzanego. 

— Aaa! — odparła ponuro Karolina. — Pani Ackroyd! Ona druga! 
— Druga co? 
Karolina jednak nie chciała mi szerzej wyjaśnić znaczenia tych słów. Pokiwała tylko głową 

kilka razy, zwinęła robotę na drutach i poszła na piętro, by włożyć jedwabną fioletową bluzkę 
zapinaną pod szyję i złoty medalion — co nazywa ubieraniem się do kolacji. 

Ja  pozostałem  na  swoim  miejscu,  wpatrując  się  w  ogień  i  rozmyślając  nad  słowami 

Karoliny. Czy Poirot rzeczywiście przyszedł, aby zdobyć jakieś informacje o pannie Russell, 
czy  też  jest  to  jedynie  bujna  wyobraźnia  Karoliny,  która  tłumaczy  sobie  wszystko  zgodnie  z 
własnymi założeniami? 

Owego  ranka  nic  absolutnie  nie  zauważyłem  w  zachowaniu  panny  Russell,  co  mogłoby 

wzbudzić podejrzenie. W każdym razie nie… 

Przypominałem  sobie  ciągłe  naprowadzanie  przez  nią  rozmowy  na  temat  narkotyków  i 

narkomanów,  a  dalej  trucizny  i  trucicieli.  Ale  chyba  w  tym  nie  należało  dopatrywać  się 
niczego specjalnego? Jednakże to było dziwne… 

Z piętra usłyszałem dosyć cierpki głos Karoliny: 
— James, spóźnisz się na kolację, chodź się przebrać! 
Dołożyłem trochę węgla do kominka i posłusznie poszedłem się przebrać. 
Lepiej nic nie mówić i mieć spokój w domu. 

background image

R

OZDZIAŁ DWUNASTY

 

D

OKOŁA STOŁU

 

 
Rozprawa  odbyła  się  w  poniedziałek.  Nie  mam  zamiaru  opisywać  jej  szczegółowo. 

Powtarzałbym przecież w kółko to samo. Policja zgodziła się, aby na światło dzienne wyszło 
jak  najmniej  faktów.  Złożyłem  zeznanie  dotyczące  przyczyny  zgonu  Ackroyda  i  określiłem 
przypuszczalną godzinę śmierci. Koroner zrobił kilka uwag na temat nieobecności Ralfa, ale 
specjalnie tego nie podkreślał. 

Potem ja i Poirot zamieniliśmy kilka słów z inspektorem Raglanem. Inspektor był bardzo 

poważny. 

— Sprawa źle wygląda, panie Poirot — powiedział. — Chcę być zupełnie sprawiedliwy. Ja 

sam stąd pochodzę i wiele razy spotykałem kapitana Patona w Cranchester. Wcale nie pragnę 
go  widzieć  na  ławie  oskarżonych,  ale  jak  mówię,  sprawa  wygląda  źle.  Obojętne,  z  której 
strony na nią spojrzeć. Jeśli kapitan Paton jest niewinny, to dlaczego nie wyjdzie z ukrycia? 
Choć  mamy  dowody  przemawiające  przeciwko  niemu,  mógłby  przecież  jakoś  wytłumaczyć 
swoją nieobecność’. Dlaczego więc się nie zgłasza? 

Za  słowami  inspektora  kryło  się  znacznie  więcej,  niż  w  owym  czasie  przypuszczałem. 

Rysopis Ralfa został przekazany do wszystkich portów i na wszystkie stacje kolejowe w całej 
Anglii. Policja poszukiwała go w każdym zakątku kraju, jego mieszkanie w mieście było pod 
obserwacją,  tak  jak  i  wszystkie  domy,  o  których  wiedziano,  że  w  nich  bywa.  Po  zarzuceniu 
takiej sieci nie wydawało się możliwe, aby Ralf na długo mógł uniknąć aresztowania. Nie miał 
ze sobą żadnych rzeczy ani, jak przypuszczano, pieniędzy. 

— Nie  mogę  znaleźć  nikogo,  kto  by  widział  go  owego  wieczoru  na  stacji  —  ciągnął 

inspektor.  —  A  przecież jest  on  tutaj  dość  dobrze  znany  i  ktoś  powinien  był  go  zauważyć. Z 
Liverpoolu też nie ma żadnych wiadomości. 

— Myśli pan, że kapitan Paton pojechał do Liverpoolu? — spytał Poirot. 
— Na  to  wygląda.  Ten  telefon  ze  stacji  na  osiem  minut  przed  odjazdem  liverpoolskiego 

ekspresu! Coś w tym chyba jest. 

— Chyba że to było specjalnie pomyślane, by zmylić ślad. Może taki był właśnie cel owego 

telefonu. 

— To jest nawet myśl! — zapalił się inspektor. — Pan to poważnie sugeruje? 
— Mój przyjacielu — odparł Poirot — nie wiem. Ale powiem panu jedno: jestem pewien, 

że kiedy wyjaśnię zagadkę telefonu, znajdę jednocześnie wyjaśnienie morderstwa. 

— Już pan raz coś takiego mówił, przypominam sobie — zauważyłem, patrząc ciekawie na 

Poirota. 

Skinął głową. 
— I zawsze będę do tego wracał — odparł poważnie. 
— A mnie to się wydaje zupełnie bez znaczenia — oświadczyłem. 
— Tego bym nie powiedział — wtrącił inspektor. — Ale prawdę rzekłszy, uważam, że pan 

Poirot  przywiązuje  do  tego  zbyt  wielką  wagę.  Mamy  lepsze  dowody  i  poszlaki  niż  to.  Na 
przykład ślady palców na sztylecie. 

Poirot zaczął nagle wyrażać się bardzo z cudzoziemska, co zdarzało mu się zawsze, gdy był 

czymś podniecony. 

— Monsieur l’inspecteur

*

 — powiedział — proszę się wystrzegać ślepej, no… no, comment 

dire

*

… aha, takiej wąskiej, no…! 

Inspektor Raglan patrzył zdumiony. Byłem szybszy od niego: 
                                                 

*

 fr. Panie inspektorze. 

*

 fr. Jak by to powiedzieć. 

background image

— Myśli pan o ślepej uliczce? 
— Tak, tak, ślepej ścieżce, która prowadzi donikąd. Tak samo może być z tymi odciskami 

palców. Mogą one pana zaprowadzić nigdzie. 

— Nie wiem, jak to może być — odparł inspektor. — Pan pewno przypuszcza, że mogą być 

fałszywe? Owszem, czytałem nawet, że robiono takie rzeczy, chociaż nigdy w swojej karierze 
na to się nie natknąłem. Ale prawdziwe czy fałszywe, muszą mnie gdzieś zaprowadzić. 

Poirot wzruszył tylko ramionami i rozłożył ręce. 
Potem  inspektor  pokazał  nam  kilka  powiększonych  fotografii  tych  odcisków  i  naukowo 

zaczął wyjaśniać różnice między rozmaitymi typami linii papilarnych. 

— No, panowie — powiedział trochę obrażony obojętnym zachowaniem Poirota — musicie 

chyba  przyznać,  że  te  ślady  zostały  pozostawione  przez  kogoś,  kto  owego  wieczoru  był  w 
Fernly. 

— Bien entendu

*

 — odparł Poirot, kiwając głową. 

— No  więc?  Zebrałem  odciski  palców  wszystkich  mieszkańców  domu,  wszystkich,  proszę 

pamiętać, od starej pani począwszy, a na dziewczynie kuchennej skończywszy. 

Nie wiem, czy pani Ackroyd byłaby zachwycona mianem „starej pani”. Jestem pewien, że 

spędza niejedną godzinę nad rozmaitymi kremami do twarzy. 

— Od każdego! — nudził inspektor. 
— Łącznie z moimi — dodałem sucho. 
— No  właśnie.  I  żadne  nie  pasują.  To  pozostawia  dwie  możliwości.  Ralf  Paton  albo  ów 

tajemniczy nieznajomy, o którym mówił nam doktor. Jeśli znajdziemy ich obu… 

— Wtedy stracimy wiele cennego czasu — wtrącił Poirot. 
— Nie rozumiem pana, panie Poirot? — zdziwił się inspektor. 
— Mówi  pan,  że  pan  wziął  odciski  palców  wszystkich  mieszkańców  domu  —  mruknął 

Poirot. — Czy jest pan tego pewien, monsieur l’inspecteur? 

— Naturalnie, powiedziałem przecież! 
— O nikim pan nie zapomniał? 
— O nikim. 
— Z żywych i umarłych? 
Przez chwilę inspektor nie mógł pojąć, o co detektywowi idzie. Być może sądził, że są to 

symbolicznie użyte słowa. Potem zaczęło mu się rozjaśniać w głowie. 

— Pan myśli…? 
— O umarłych, monsieur l’inspecteur. Inspektor dalej nic nie rozumiał. 
— Po  prostu  wydaje  mi  się  —  ciągnął  uprzejmie  Poirot  —  że  odciski  palców,  które  pan 

znalazł na sztylecie, należą do pana Ackroyda. Bardzo to łatwo sprawdzić. Ciało jeszcze nie 
jest pochowane. 

— Ale dlaczegóż by tak miało być! Jaki by to miało sens? Chyba pan nie dopuszcza myśli o 

samobójstwie, panie Poirot? 

— Ach,  nie!  Według  mojej  teorii  morderca  miał  rękawiczki  albo  owinął  w  coś  rękę.  Po 

zadaniu ciosu ujął rękę ofiary i przycisnął jej palce do rękojeści. 

— Ale po co? 
Poirot znowu wzruszył ramionami: 
— Żeby pokiełbaszoną sprawę uczynić jeszcze bardziej pokiełbaszoną. 
— Sprawdzę — powiedział inspektor. — Ale co panu podsunęło tę myśl? 
— Kiedy pokazał mi pan łaskawie sztylet i zwrócił uwagę na odciski palców. Wiem bardzo 

mało o typach linii papilarnych. Przyznaję się tu szczerze do mojego nieuctwa. Ale wydało mi 
się, że położenie tych odcisków jest dość dziwne. Nie w ten sposób trzymałbym sztylet, gdybym 

                                                 

*

 fr. Ma się rozumieć. 

background image

chciał zadać cios. Jasna rzecz, że gdy zbrodniarz wykręcał do tyłu rękę ofierze, miał pewnie 
trudności z ustawieniem jej w odpowiedniej pozycji. 

Inspektor  Raglan  wpatrywał  się  zdumiony  w  krępego  detektywa.  Poirot  z  wyrazem 

całkowitej obojętności usuwał z rękawa marynarki jakiś niedostrzegalny pyłek. 

— No,  no!  —  powiedział  inspektor.  —  To  jest  myśl.  Zaraz  sprawdzę,  ale  niech  pan  nie 

będzie rozczarowany, jeśli nic z tego nie wyjdzie. 

Usiłował  nadać  głosowi  ton  łagodny  i  nieco  ojcowski.  Poirot  popatrzył  za  inspektorem, 

potem obrócił się ku mnie z błyszczącymi oczami: 

— Następnym razem — zauważył — muszę ostrożniej obchodzić się z jego amour propre

*

A  teraz,  skoro  pozostawiono  nas  samych,  może  byśmy  tak  zorganizowali,  dobry  przyjacielu, 
małe zebranko całej rodziny, tak? 

„Małe  zebranko”,  jak  je  nazwał  Poirot,  odbyło  się  w  pół  godziny  później.  Usiedliśmy 

wokół  stołu w jadalni  Fernly; Poirot na honorowym miejscu, niby przewodniczący jakiegoś 
ponurego posiedzenia. Służby nie wezwano, tak że było nas sześcioro: pani Ackroyd, Flora, 
major Blunt, młody Raymond, Poirot i ja. 

Kiedy wszyscy się zeszli, Poirot wstał i złożył głęboki ukłon: 
— Messieurs,  mesdames

*

,  zwołałem  państwa  tutaj  w  pewnym  celu.  —  Zrobił  krótką 

przerwę. — Przede wszystkim pragnę wnieść specjalną prośbę do mademoiselle. 

— Do mnie? — spytała Flora. 
— Mademoiselle, pani jest zaręczona z kapitanem Ralfem Patonem. Jeśli wtajemniczył on 

kogokolwiek  w  swoje  sprawy,  to  właśnie  panią.  Błagam  panią  gorąco,  aby  jeśli  znane  jest 
pani  miejsce  jego  pobytu,  namówiła  go  pani  do  ujawnienia  się.  Chwileczkę!  —  powiedział, 
gdy Flora podniosła głowę, chcąc zabrać głos. — Niech pani nic nie mówi, póki się pani nie 
zastanowi  dobrze.  Mademoiselle,  jego  sytuacja  staje  się  z  dnia  na  dzień  gorsza,  bardziej 
niebezpieczna. Gdyby zjawił się od razu, bez względu na to, jak poważne mogły być przeciwko 
niemu  poszlaki,  miałby  szansę  wytłumaczenia  się.  Ale  jego  milczenie,  jego  ucieczka,  cóż  to 
wszystko  może  oznaczać?  Tylko  jedno:  poczucie  winy.  Mademoiselle,  jeśli  pani  naprawdę 
wierzy w jego niewinność, niech go pani namówi, żeby przyszedł, nim będzie za późno! 

Twarz Flory zbielała jak opłatek. 
— Za późno! — powtórzyła bardzo cicho. 
Poirot pochylił się w jej kierunku i wpatrywał w nią uważnie. 
— Niech  pani  zrozumie,  mademoiselle,  papa

*

  Poirot  panią  prosi.  Stary  Poirot  rozumie 

wiele rzeczy i ma doświadczenie. Nie próbowałbym zastawiać na panią żadnej pułapki. Nie 
zaufa mi pani i nie powie, gdzie jest Ralf Paton? 

Dziewczyna wstała, spoglądając mu w oczy. 
— Panie  Poirot  —  powiedziała  wyraźnie  —  przysięgam  panu,  przysięgam  uroczyście,  że 

nie mam pojęcia, gdzie się znajduje Ralf Paton i że go nie widziałam ani nie otrzymałam od 
niego żadnej wiadomości w dniu… morderstwa i potem. 

Usiadła  na  swoim  miejscu.  Poirot  wpatrywał  się  w  nią  przez  parę  minut,  potem  mocno 

uderzył pięścią w stół. 

— Bien

*

,  więc  skończyliśmy  z  tym.  —  Twarz  mu  stwardniała.  —  Teraz  apeluję  do 

wszystkich, którzy siedzą tu wokół stołu, do pani Ackroyd, majora Blunta, doktora Shepparda, 
pana Raymonda! Wszyscy jesteście przyjaciółmi lub krewnymi Ralfa Patona. Jeśli ktoś z was 
wie, gdzie on jest, powiedzcie! 

Nastąpiła długa cisza. Poirot przyglądał się każdemu z nas po kolei. 
— Błagam was! — powiedział. — Mówcie! 

                                                 

*

 fr. Miłość własna. 

*

 fr. Panowie, panie 

*

 fr. Tata 

*

 fr. Dobrze 

background image

Ale cisza trwała nadal, aż przerwana została wreszcie przez panią Ackroyd: 
— Muszę  wyznać  —  odezwała  się  jękliwym  głosem  —  że  nieobecność  Ralfa  jest  co 

najmniej dziwna, w istocie, niesłychanie dziwna. Żeby nie zjawić się w takiej chwili! Wygląda, 
że coś się za tym kryje.  Wiesz, moja droga Floro, czuję jednak ulgę, iż  twoje zaręczyny nie 
były jeszcze oficjalnie ogłoszone. 

— Mamo! — wykrzyknęła Flora. 
— Opatrzność!  —  oświadczyła  pani  Ackroyd.  —  Ja  głęboko  wierzę  w  Opatrzność. 

Opatrzność  i  zrządzenie  kierują  naszymi  losami  i  mają  pieczę  nad  nimi,  jak  to  Szekspir 
ślicznie powiedział. 

— Chyba pani nie czyni Opatrzności odpowiedzialną za puchnięcie pani nóg w kostkach — 

wyrwał się Raymond ze śmiechem, którego nie potrafił opanować. 

Zamierzał  przypuszczalnie  złagodzić  napięcie,  ale  pani  Ackroyd  posłała  mu  spojrzenie 

pełne wyrzutu i wyjęła chusteczkę. 

— Flora uniknęła dzięki temu wielu kłopotów i złej sławy. Nie, nie, ja ani przez chwilę nie 

myślę, że drogi Ralf ma coś wspólnego ze śmiercią biednego Rogera. Tego nie myślę. Bo ja 
mam  taką  naturę,  że  ufam  ludziom.  Zawsze  miałam,  od  dziecka.  Nie  mogę  się  po  prostu 
zmusić, żeby źle o kimś myśleć. Ale naturalnie nie wolno zapominać, że jako młody chłopiec 
Ralf  przeżył  wiele  nalotów.  Czasami  skutki  długo  pozostają,  tak  słyszałam.  Tacy  ludzie 
zupełnie nie odpowiadają za swoje czyny. Tracą panowanie, no, wiecie, i nie mogą nic na to 
poradzić. 

— Mamo! — wykrzyknęła znowu Flora. — Przecież nie myślisz, że on to zrobił! 
— No, no, pani  Ackroyd!  — odezwał  się major  Blunt.  — Ja już  nie wiem, co  myśleć!  — 

Pani  Ackroyd  była  bliska  łez.  —  To  wszystko  jest  takie  denerwujące.  Co  by  się  stało  z 
majątkiem, tak sobie myślę, gdyby się okazało, że Ralf jest winny? 

Raymond gwałtownie odsunął krzesło od stołu. Major  Blunt zachował spokój  i  patrzył w 

zamyśleniu na panią Ackroyd. 

— Tak  jak  szok  po  szrapnelu  albo  coś  —  upierała  się  pani  Ackroyd.  —  Roger,  trzeba 

szczerze przyznać, bardzo mu skąpił pieniędzy, w najlepszych intencjach naturalnie. Ja wiem, 
że wy wszyscy jesteście przeciwko mnie, ale to bardzo dziwne, że Ralf się nie pojawia. Jestem 
naprawdę bardzo zadowolona, że zaręczyny Flory nie zostały ogłoszone oficjalnie. 

— Jutro będą — powiedziała głośno Flora. 
— Floro! — wykrzyknęła przerażona matka. Flora zwróciła się do Raymonda: 
— Proszę wysłać zawiadomienie do „Morning Post” i do „Timesa”. 
— Czy pani uważa to za rozsądne, panno Ackroyd? — odparł Raymond. 
Flora impulsywnie spytała Blunta: 
— Pan mnie rozumie, prawda? Cóż mogę innego zrobić? W takiej  sytuacji nie wolno  mi 

opuścić Ralf a. Pan rozumie, że muszę? 

Patrzyła nań badawczo. Po chwili Blunt skinął głową. 
Pani Ackroyd zaczęła krzykliwie protestować, lecz Flora pozostała niewzruszona. Wreszcie 

odezwał się Raymond: 

— W  pełni  doceniam  pani  motywy,  panno  Ackroyd,  ale  czy  nie  sądzi  pani,  że  to  jeszcze 

przedwczesne? Może poczekamy parę dni? 

— Jutro  —  powtórzyła  Flora  zdecydowanym  głosem.  —  Mamo,  twoje  krzyki  nic  tu  nie 

pomogą. Wszystko mi można zarzucić, ale nie brak lojalności wobec przyjaciół. 

— Panie  Poirot!  —  pani  Ackroyd  cała  we  łzach  zwróciła  się  do  detektywa.  —  Nie  może 

pan czegoś powiedzieć? 

— Nie ma co mówić — wtrącił się Blunt. — Flora robi, co powinna. Całkowicie popieram. 

I będę popierał. 

Flora wyciągnęła do niego rękę. 
— Dziękuję panu, majorze! 

background image

— Mademoiselle — odezwał się Poirot. — Pani pozwoli, że ja, stary człowiek, pogratuluję 

pani  odwagi  i  lojalności.  I  proszę  mnie  źle  nie  zrozumieć,  jeśli  panią  poproszę,  jeśli  panią 
uroczyście poproszę, by odłożyła pani ten zamiar o jakieś dwa dni. 

Flora zaczęła się wahać. 
— Proszę o to zarówno w interesie Ralf a Patona, jak i pani, mademoiselle. Pani marszczy 

brew. Pani nie rozumie, jak to może być. Ale ja panią zapewniam, że tak jest. Pas de blagues

*

Pani oddała sprawę w moje ręce, nie może mi pani teraz przeszkadzać. 

Flora odpowiedziała dopiero po kilkuminutowym namyśle: 
— Nie podoba mi się to, ale usłucham pana. Usiadła na swoim miejscu. 
— A teraz, messieurs et mesdames — powiedział szybko Poirot — powiem to, co miałem 

powiedzieć. Zrozumcie jedno, mam zamiar  odkryć prawdę! Prawda, bez względu na to,  jak 
okropna, jest zawsze ciekawa i piękna dla jej poszukiwacza. 

Jestem  starym  człowiekiem,  moje  możliwości  nie  są  już  takie,  jakie  były.  —  Przerwał, 

oczekując  widocznie  gorących  zaprzeczeń.  —  Najprawdopodobniej  to  jest  ostatnia  sprawa, 
jaką  przyjąłem.  Ale  Herkules  Poirot  nie  zakończy  swojej  kariery  porażką.  Messieurs  et 
mesdames,  mówię  wam,  mam  zamiar  poznać  prawdę!  I  poznam  ją  wbrew  wam  wszystkim. 
Ostatnie słowa prowokacyjnie rzucił nam w twarz.  Wydaje mi się, że wszyscy drgnęliśmy, z 
wyjątkiem Raymonda, który nie stracił swojej zwykłej niefrasobliwości. 

— Co pan rozumie przez to „wbrew nam”? — spytał, marszcząc lekko czoło. 
— To,  co  powiedziałem,  monsieur.  Każdy  w  tym  pokoju  coś  przede  mną  ukrywa.  — 

Podniósł rękę, gdy usłyszał szmer protestu. — Ja wiem, co mówię. Czasami może to jest coś 
nieważnego, jakieś głupstwo, o którym myślicie, że nie ma żadnego znaczenia w tej sprawie, 
ale je ukrywacie. Każdy z was coś ukrywa. No, nie mam racji? 

Jego wyzywające i oskarżycielskie spojrzenie spoczęło kolejno na każdej twarzy. Wszyscy 

opuścili oczy. Tak, ja również! 

— Widzę,  że  udzieliliście  mi  odpowiedzi.  —  Poirot  roześmiał  się  dziwnie  i  wstał.  — 

Wzywam więc was, abyście mi powiedzieli prawdę, całą prawdę! 

Zapanowała cisza. 
— Czy nikt się nie odezwie? 
Znowu roześmiał się tym samym krótkim śmiechem. 
— Cest dommage

*

! — powiedział i wyszedł. 

                                                 

*

 fr. Bez żartów 

*

 fr. Szkoda. 

background image

R

OZDZIAŁ TRZYNASTY

 

G

ĘSIE PIÓRKO

 

 
Tego  wieczoru  po  kolacji  na  zaproszenie  Poirota  odwiedziłem  go  w  domu.  Gdy 

wychodziłem, Karolina przyglądała mi się nieprzychylnie. 

Podejrzewam, że bardzo chciała mi towarzyszyć. 
Poirot  powitał  mnie  serdecznie,  na  małym  stoliku  postawił  butelkę  irlandzkiej  whisky 

(której nienawidzę), obok syfon z wodą sodową i szklankę. Sam zajął się przygotowaniem dla 
siebie filiżanki gorącej czekolady. Jak się później dowiedziałem, był to jego ulubiony napój. 

Grzecznie spytał o zdrowie mojej siostry, którą ochrzcił mianem „najbardziej interesującej 

kobiety”. 

— Obawiam się, że po pańskiej wizycie Karolina urosła kilka cali — odezwałem się sucho. 

— Jak to było w niedzielę po południu? 

Poirot zaśmiał się, w oczach mignęło mu rozbawienie. 
— Lubię w swojej pracy zatrudniać ekspertów — wytłumaczył tajemniczo i nie chciał dalej 

rozwinąć tej myśli. 

— W  każdym  razie  dowiedział  się  pan  wszystkich  lokalnych  nowinek  —  zauważyłem.  — 

Prawdziwych i zmyślonych. 

— I zdobyłem wiele cennych informacji — dodał Poirot spokojnie. 
— Na przykład? Potrząsnął głową. 
— Dlaczego  nie  mówicie  mi  prawdy  —  odparował.  —  W  takiej  miejscowości  jak  ta 

wszystkie poczynania Ralfa Patona musiały być znane. Gdyby nie pańska siostra przechodziła 
wtedy przez las, ktoś inny by to zrobił. 

— Prawdopodobnie  —  zgodziłem  się  z  niechęcią.  —  A  skąd  pana  nagłe  zainteresowanie 

moimi pacjentami? 

Oczy mu zabłysły. 
— Tylko jednym, doktorze, tylko jednym. 
— Ostatnim? — zaryzykowałem. 
— Uważam studium nad panną Russell za niezmiernie pouczające — odparł wymijająco. 
— A więc zgadza się pan z moją siostrą i panią Ackroyd, że w zachowaniu panny Russell 

jest coś podejrzanego? 

— Co, co? Jak pan powiedział: podejrzanego? Najlepiej, jak mogłem, wyjaśniłem mu, co 

przez to określenie rozumiem. 

— I one tak o niej powiedziały? 
— Czy wczoraj po południu moja siostra nie dała panu tego do zrozumienia? 
— C’est possible

*

— Uważam,  że  nie  ma  żadnych  podstaw  do  wygłaszania  podobnych  opinii  — 

oświadczyłem. 

— Les femmes

*

! — zgodził się Poirot. — Są wspaniałe! Mówią bez zastanowienia i potem 

cud — mają rację. Kobiety podświadomie obserwują tysiące najdrobniejszych szczegółów, nie 
wiedząc nawet, że to robią. Ich podświadomość sumuje te szczegóły, no i rezultat, który one 
nazywają intuicją. Ja jestem bardzo dobrym psychologiem, ja o tym wszystkim wiem. 

Wypiął się dumnie i wyglądał przy tym tak zabawnie, że z trudnością powstrzymałem się od 

śmiechu. Potem wypił maleńki łyczek czekolady i starannie wytarł wąsy. 

— Bardzo bym pragnął usłyszeć pańskie zdanie  — powiedziałem nagle. — Co pan o tym 

wszystkim sądzi? 

                                                 

*

 fr. To możliwe. 

*

 fr. Kobiety! 

background image

Odstawił filiżankę. 
— Naprawdę pan sobie tego życzył 
— Tak. 
— Widział pan to wszystko co i ja. Czy nie powinniśmy myśleć tego samego? 
— Pan  chyba  ze  mnie  kpi  —  dopowiedziałem  oschle.  —  Ja  nie  mam  doświadczenia  w 

sprawach tego rodzaju. 

Poirot uśmiechnął się wybaczające. 
— Jest  pan  jak  małe  dziecko,  które  pragnie  wiedzieć,  jak  to  się  dzieje,  że  motor  chodzi. 

Chce pan ujrzeć całą sprawę nie tak, jak ją widzi doktor rodziny, ale chce pan ją objąć okiem 
detektywa, który nikogo nie zna i którego nikt nie obchodzi, dla którego to wszystko są obcy 
ludzie i wszyscy jednakowo podejrzani, 

— Bardzo dobrze pan to ujął — powiedziałem. 
— A więc zrobię panu mały wykład. Najważniejsza rzecz to jasno wyobrazić sobie wypadki 

owego wieczoru, zawsze pamiętając, że wszyscy informatorzy mogą kłamać. 

Uniosłem brwi. 
— Bardzo podejrzliwe nastawienie. 
— Jednak  konieczne,  zapewniam  pana,  konieczne.  Więc  przede  wszystkim:  doktor 

Sheppard wychodzi z Fernly o godzinie za dziesięć dziewiąta. Skąd ja to wiem? 

— Bo panu powiedziałem. 
— Ale mógł pan nie powiedzieć prawdy. Albo zegarek, podług którego sprawdzał pan czas, 

mógł źle chodzić. Ale Parker potwierdził, że wyszedł pan za dziesięć dziewiąta. 

Przyjmijmy  to  więc  za  pewnik  i  przejdźmy  dalej.  O  dziewiątej  wpadł  pan  na  jakiegoś 

człowieka  i  oto  zdarzenie,  które  nazwę  Romansem  Tajemniczego  Nieznajomego.  Spotkał  go 
pan tuż za bramą. Skąd wiem, że tak było? 

— Bo  panu  powiedziałem…  —  zacząłem  znowu,  lecz  Poirot  przerwał  mi  gestem 

zniecierpliwienia: 

— Ach, dzisiaj wieczorem jest pan trochę niemądry, mój przyjacielu. Pan wie, że tak było, 

ale  skąd  ja  mam  wiedzieć?  Eh  bien

*

,  mogę  się  zgodzić,  że  Tajemniczy  Nieznajomy  nie  jest 

tworem  pańskiej  wyobraźni,  ponieważ  służąca  panny  Ganett  spotkała  go  parę  minut  przed 
panem  i  ją  również  pytał  o  drogę  do  Fernly  Park.  Przyjmujemy  więc  jego  obecność  za 
udowodnioną  i  możemy  być  pewni  dwóch  rzeczy  dotyczących  jego  osoby:  że  nie  znał  tych 
stron  i  że  po  cokolwiek  przyszedł  do  Fernly,  nie  otaczał  tego  wielką  tajemnicą,  ponieważ 
dwukrotnie pytał o drogę. 

— To jasne — odparłem. — Rozumiem. 
— Postanowiłem  jednak  zebrać  więcej  wiadomości  o  tym  człowieku.  Jak  się  też 

dowiedziałem, wpadł on na szklaneczkę do gospody Pod Trzema Dzikami. Barmanka mówi, 
że  miał  amerykański  akcent  i  wspominał  o  niedawnym  przyjeździe  ze  Stanów.  Nie  uderzyło 
pana, że miał amerykański akcent, doktorze? 

— Tak,  teraz  widzę,  że  miał  —  powiedziałem  po  chwili  zastanowienia.  —  Ale  bardzo 

nieznaczny. 

— Precisement

*

.  A  poza  tym  mam  to,  co  jak  pan  sobie  przypomina,  znalazłem  w 

pawiloniku. 

Podał mi gęsie piórko. Spojrzałem na nie ciekawie. Teraz dopiero odezwało się we mnie 

wspomnienie czegoś, co kiedyś czytałem. 

Poirot, który obserwował uważnie moją reakcję, skinął głową: 
— Tak,  kokaina,  „śnieg”.  Narkomani  noszą  ją  właśnie  w  gęsich  piórkach.  Wystarczy 

przytknąć do nosa i zażywać niby tabakę. 

— Dwuacetylomorfina — mruknąłem mechanicznie. 
                                                 

*

 fr. A zatem. 

*

 fr. Dokładnie. 

background image

— Ten  sposób  zażywania  kokainy  jest  bardzo  popularny  w  Ameryce.  Jeszcze  więc  jeden 

dowód (gdybyśmy go potrzebowali), że ten człowiek przyjechał ze Stanów albo z Kanady. 

— A co w ogóle zwróciło pana uwagę na pawilonik? — spytałem zaintrygowany. 
— Mój przyjaciel inspektor założył na ślepo, że ktokolwiek by używał tej alejki, to tylko w 

celu szybszego dojścia do domu, ale ja, skoro tylko zobaczyłem altanę, zdałem sobie sprawę, 
że  alejka  służy  również  tym,  którzy  umówili  się  tam  na  schadzkę.  Ponieważ  nie  ma  chyba 
wątpliwości, że ów nieznajomy rzeczywiście nie dzwonił do drzwi frontowych ani kuchennych, 
przypuszczam, że ktoś wyszedł z domu na spotkanie z nim. Jeśli tak, to czy jest lepsze miejsce 
niż właśnie pawilonik? Przeszukałem go w nadziei, że może znajdę jakieś ślady. Znalazłem. 
Kawałek materiału i gęsie piórko. 

— No i właśnie, ten kawałek materiału? — podchwyciłem. 
— Może pan coś o tym powiedzieć? 
Poirot podniósł brwi. 
— Pan  zupełnie  nie  używa  swoich  szarych  komórek,  przyjacielu  —  zauważył  sucho.  — 

Znaczenie kawałka białego nakrochmalonego materiału powinno uderzać pana w oczy. 

— Jakoś mnie nie uderza. — Zmieniłem temat: — W każdym razie ten człowiek poszedł do 

pawiloniku, żeby się z kimś spotkać. Z kim? 

— Otóż  i  pytanie!  —  odparł  Poirot.  —  Nie  pamięta  pan,  że  pani  Ackroyd  i  jej  córka 

przyjechały tutaj z Kanady? 

— Czy o tym pan myślał, kiedy je pan oskarżał o ukrywanie prawdy? 
— Może. A teraz druga sprawa: co pan myśli o historii pokojówki? 
— Jakiej historii? 
— No, historii zwolnienia jej z pracy. Czy potrzeba pół godziny, żeby komuś wymówić? I 

czy poprzewracanie ważnych papierów jest prawdopodobnym powodem? Niech pan pamięta 
o  jednym:  chociaż  ona  utrzymuje,  że  była  w  swojej  sypialni  od  dziewiątej  trzydzieści  do 
dziesiątej, nie ma świadka, który by to potwierdził. 

— Pan mnie zdumiewa — powiedziałem. 
— Dla mnie cała sprawa jest coraz jaśniejsza. No, ale teraz niech pan powie, co pan myśli, 

jakie pan buduje teorie. 

Wyciągnąłem z kieszeni kawałek papieru. 
— Właśnie  sobie  spisałem  kilka  uwag  na  ten  temat  —  przyznałem  się  z  lekkim 

zażenowaniem. 

— Ależ to doskonale! Pan ma, widzę, metodę. No, posłuchamy! 
Zacząłem czytać, początkowo dosyć skrępowany: 
— Przede wszystkim należy spojrzeć na całą sprawę z logicznego punktu widzenia… 
Poirot mi przerwał: 
— Ha! Tak zawsze mówił drogi Hastings, ale niestety, nigdy tego nie potrafił zrobić! 
— Punkt  pierwszy  —  ciągnąłem  —  słyszano,  jak  pan  Ackroyd  rozmawiał  z  kimś  o 

dziewiątej trzydzieści. Punkt drugi: w pewnej chwili wieczorem Ralf Paton musiał wejść przez 
okno,  czego  dowodzą  ślady  na  parapecie.  Punkt  trzeci:  pan  Ackroyd  był  tego  wieczoru 
bardziej niż zwykle zdenerwowany i nie wpuściłby do gabinetu nikogo obcego. Punkt czwarty: 
osoba rozmawiająca z panem Ackroydem o godzinie dziewiątej trzydzieści chciała od niego 
pieniędzy. Wiemy, że Ralf Paton znajdował się w trudnościach finansowych. Z tych czterech 
punktów wynika, że osobą rozmawiającą o dziewiątej trzydzieści z panem Ackroydem był Ralf 
Paton. Ale z drugiej strony wiemy, że o godzinie za kwadrans dziesiąta pan Ackroyd czuł się 
dobrze,  a  więc  to  nie  Ralf  go  zamordował.  Ralf  pozostawił  okno  otwarte.  Potem  tą  samą 
drogą wszedł morderca. 

— Kto był tym mordercą? — spytał Poirot. 
— Ów  Amerykanin.  Może  w  zmowie  z  Parkerem,  a  może  to  właśnie  Parker  szantażował 

panią  Ferrars.  Jeśli  tak,  to  Parker  mógł  pod  drzwiami  podsłuchać  dość,  by  wiedzieć,  że 

background image

przyszła  nań  kreska.  Powiedział  to  swemu  wspólnikowi,  który  następnie  zamordował 
Ackroyda sztyletem otrzymanym od Parkera. 

— To jest teoria — przyznał Poirot. — Pan nawet ma funkcjonujące komórki mózgowe. Ale 

pozostało mnóstwo faktów, których pan nie wziął pod uwagę. 

— Na przykład? 
— Telefon do pana, wysunięty fotel… 
— Czy pan naprawdę sądzi, że ten fotel jest tak ważny? — przerwałem. 
— Może  i  nie  —  przyznał  mój  przyjaciel.  —  Może  ktoś  go  wysunął  przypadkiem,  może 

Raymond i Blunt popchnęli go pod ścianę odruchowo w chwili wielkiego podniecenia? No, a 
poza tym jest sprawa brakujących czterdziestu funtów. 

— Które  Ackroyd  mógł  dać  Ralfowi  —  podsunąłem.  —  Może  przemyślał  swoją  pierwszą 

odmowną decyzję… 

— Mimo to w dalszym ciągu pozostaje jedna rzecz niewyjaśniona. 
— Co? 
— Dlaczego  Blunt  jest  taki  pewien,  że  pan  Ackroyd  o  dziewiątej  trzydzieści  rozmawiał  z 

Raymondem? 

— Wyjaśnił to przecież! 
— Pan tak sądzi? No, dobrze, nie będę się sprzeczał. Proszę mi jednak teraz powiedzieć, 

co skłoniło Ralf a do zniknięcia? 

— To  już  trudniejsza  sprawa  —  odparłem  wolno.  —  Będę  mówił  jako  lekarz.  Nerwy  nie 

wytrzymały  napięcia.  Jeśli  Ralf  odkrył,  że  ojczyma  zamordowano  w  kilka  minut  po  jego 
wizycie, i to być może po wizycie, której przebieg był 

burzliwy, przestraszył się i wolał uciec. Niejeden człowiek tak by zrobił, wiadomo, że ludzie 

często zachowują się podejrzanie, choć są zupełnie niewinni. 

— Tak,  to  prawda  —  powiedział  Poirot.  —  Ale  nie  wolno  nam  stracie  z  oczu  jednej 

rzeczy… 

— Wiem, co pan powie  — wtrąciłem. — Motywu! Ralf Paton dziedziczy wielką fortunę z 

chwilą śmierci ojczyma. 

— To jeden motyw — zgodził się Poirot. 
— A jest jeszcze inny? 
— Naturalnie.  Mais  oui

*

!  Czy  nie  zdaje  pan  sobie  sprawy,  że  mamy  jak  na  dłoni  trzy 

najbardziej  oczywiste  motywy?  Ktoś  ukradł  niebieską  kopertę  i  jej  zawartość.  To  jeden 
motyw. Szantaż! Ralf Paton mógł być człowiekiem, który szantażował panią Ferrars. Proszę 
pamiętać, że zgodnie z tym, co wie Hammond, Ralf ostatnimi czasy nie zwracał się do ojczyma 
o  pomoc.  Wygląda  na  to,  że  gdzie  indziej  zaopatrywał  się  w  gotówkę.  Poza  tym  wiemy,  że 
ostatnio był na tym, co pan nazywa ścieżką bez wyjścia. I bał się, że cała historia może dojść 
do uszu pana Ackroyda. No i jeszcze ten motyw, o którym pan wspomniał. 

— Mój Boże! — powiedziałem zdumiony. — Cała sprawa przedstawia się dla Ralf a dosyć 

czarno. 

— Naprawdę? Tu się właśnie nie zgadzamy, doktorze, pan i ja. Trzy motywy! To zbyt dużo. 

Jestem skłonny przypuszczać, że mimo wszystko Ralf Paton jest niewinny. 

                                                 

*

 fr. Ależ tak! 

background image

R

OZDZIAŁ CZTERNASTY

 

P

ANI 

A

CKROYD

 

 
Po wieczorze, który powyżej opisałem, sprawa przeszła na inną płaszczyznę; można teraz 

było wyodrębnić dwie fazy, zupełnie od siebie niezależne. Faza pierwsza to okres od śmierci 
Ackroyda w piątek wieczorem do poniedziałku wieczorem. Jest to proste sprawozdanie o tym, 
co  się  zdarzyło,  tak  jak  przedstawiono  to  Herkulesowi  Poirotowi.  Przez  cały  czas  mu 
towarzyszyłem  i  widziałem  to  co  on.  Starałem  się  odczytać  tok  jego  myśli.  Teraz  dopiero 
widzę, że mi się nie udało. Chociaż Poirot dzielił się ze mną wszystkimi swoimi odkryciami — 
na przykład pokazał mi złotą obrączkę — ukrywał logiczne, choć podstawowe wnioski, jakie 
wyciągał  z  tych  odkryć.  Później  dopiero  dane  mi  było  się  dowiedzieć,  że  to  zwykły  jego 
system. Rzucał  czasami  półsłówka i  wskazywał  ślad,  ale wyraźnie i  do końca nic nie chciał 
nigdy wyjaśnić. 

Tak  jak  powiedziałem,  do  poniedziałku  wieczorem  moja  opowieść  mogłaby  być  spisana 

przez samego Poirota. Zabawiałem się w jego Watsona. Ale po poniedziałku nasze drogi się 
rozeszły. Poirot zaczął węszyć samotnie, a ja, choć dowiadywałem się o jego poczynaniach — 
bo w King’s Abbot słyszy się wszystko — nie brałem w nich bezpośredniego udziału. Miałem 
zresztą liczne własne obowiązki i zajęcia. 

Gdy  patrzę  dzisiaj  na  ten  okres,  uderza  mnie  najbardziej  fragmentaryczność  i 

wielokierunkowość  dochodzenia.  Właściwie  każdy  maczał  palce  w  rozplątywaniu  tej 
tajemnicy,  która  wyglądała  jak  wielka  łamigłówka,  i  każdy  uzupełniał  ją  klockami  swojej 
wiedzy  lub  odkryć.  Ale  i  na  tym  też  kończył  się  udział  poszczególnych  osób.  Wyłącznie 
Poirotowi przypisać należy ustawianie z klocków właściwej konstrukcji. 

Niektóre drobne wypadki zdawały się w owym czasie bez znaczenia. Na przykład sprawa 

czarnych  butów.  Ale  to  zdarzyło  się  dopiero  później…  Aby  utrzymać  chronologię  mojego 
opowiadania, muszę zacząć od wezwania pani Ackroyd. 

Wysłała  po  mnie  wczesnym  rankiem  we  wtorek  i  ponieważ  wezwanie  jej  było  pilne, 

niezwłocznie udałem się do Fernly Park, sądząc, że znajdę panią Ackroyd in extremis.

*

 

Zastałem  ją  w  łóżku.  Na  tyle  postanowiła  zachować  pozory.  Podała  mi  kościstą  rękę  i 

wskazała stojące obok krzesło. 

— Czym mogę pani służyć? — spytałem. 
Starałem się mówić tonem współczująco–pocieszającym, jakiego oczekuje się od lekarza. 
— Jestem zniszczona bólem — odparła omdlewająco. 
— Absolutnie  zniszczona.  To  szok  po  śmierci  biednego  Rogera.  Ludzie  mówią,  że 

prawdziwą rozpacz czuje się dopiero potem, długo po wypadku. Teraz właśnie nadszedł czas 
na mój ból. 

Niezmiernie żałuję, iż lekarska powinność uniemożliwia czasami powiedzenie tego, co by 

się chciało powiedzieć. Z rozkoszą odparłbym w owej chwili: „Wielka lipa”. 

Wyciągnąłem więc tylko uspokajające winko. Pani Ackroyd przyjęła dawkę. Wydawało się, 

że jedna rozgrywka została zakończona. Ani przez chwilę bowiem nie wyobrażałem sobie, by 
przysłano po mnie dlatego, że pani Ackroyd przeżywa szok po śmierci szwagra. Jednakże pani 
Ackroyd nie potrafi dążyć do żadnego celu prostą drogą. Zawsze poszukuje krętych ścieżek. 
Zastanawiałem się więc głęboko, w jakim celu po mnie przysłała. 

— No i wczoraj ta scena! — odezwała się. 
Przerwała na chwilkę, bym mógł zorientować się w sytuacji i odpowiednio zareagować. 
— Jaka scena? — spytałem. 

                                                 

*

 łac. W chwili śmierci. 

background image

— Doktorze, jak tak można! Czyż pan zapomniał? Ten okropny mały Francuz czy też Belg, 

czy kim on jest! Tak nas męczyć, jak on to robił! Zupełnie mnie wytrącił z równowagi. Taka 
historia zaraz po śmierci Rogera! 

— Bardzo mi przykro, proszę pani — odparłem. 
— Zupełnie nie rozumiem, co to miało znaczyć. Krzyczenie na nas! Znam swój obowiązek i 

nawet  mi  przez  myśl  nie  przemknęło  coś  przed  nim  ukrywać.  Udzieliłam  policji  wszelkiej 
pomocy, jakiej mogłam. 

Zamilkła, a ja powiedziałem: 
— Aha. — Zaczynałem rozumieć, co w trawie piszczy. 
— Nikt nie może powiedzieć, że nie spełniłam swego obowiązku — ciągnęła pani Ackroyd. 

— Jestem pewna, że inspektor  Raglan jest całkowicie zadowolony. Dlaczego takie nic, byle 
cudzoziemiec,  robi  tyle  hałasu?  Najśmieszniejszy  człowieczek,  jakiego  widziałam  w  życiu. 
Zupełnie jak śmieszny Francuz z komedii muzycznej. Nie rozumiem, jak Flora mogła ściągać 
go do tej sprawy! Nic mi nie powiedziała. Po prostu poszła do niego i w swoim imieniu go 
zaprosiła.  Flora  jest  czasami  zbyt  samodzielna.  Ja  jestem  kobietą  światową  i  jej  matką. 
Powinna była przedtem mnie spytać. 

Słuchałem tego wszystkiego w milczeniu. 
— Co  on  sobie  myśli?  To  bym  chciała  wiedzieć!  Czy  on  naprawdę  sądzi,  że  ja  coś 

ukrywam? Przecież on… on właściwie mnie wczoraj oskarżył! Wzruszyłem ramionami. 

— To przecież nie ma żadnego znaczenia, proszę pani — odparłem. — Ponieważ pani nic 

nie ukrywa, uwagi pana Poirota nie odnoszą się do pani. 

Swoim zwyczajem pani Ackroyd przerzuciła się natychmiast na inny temat: 
— Ze służbą jest zawsze taki kłopot! Służba strasznie plotkuje i gada między sobą. A potem 

różne rzeczy krążą po ludziach, a nie ma w nich źdźbła prawdy. 

— A czy służba coś gadała? — spytałem. — O czym? Pani Ackroyd rzuciła mi badawcze 

spojrzenie. Omal nie wytrąciło mnie z równowagi. 

— Byłam  pewna,  że  pan  pierwszy  będzie  wiedział,  doktorze.  Przecież  pan  cały  czas 

przebywa z panem Poirotem, prawda? 

— Owszem. 
— A więc pan musi wiedzieć. To ta dziewczyna, Urszula Bourne, prawda? I naturalnie ona 

odchodzi.  Jasne!  Chce  nas  skompromitować.  Mściwość  i  tyle!  One  są  wszystkie  podobne. 
Ponieważ pan tam był, pan musi wiedzieć, doktorze, co ona mówiła. Mnie bardzo zależy na 
tym,  żeby  nie  krążyły  jakieś  z  palca  wyssane  historie.  Bo  przecież  policji  nie  opowiada  się 
drobnych  intymnych  szczegółów  z  życia  rodziny,  prawda?  Są  pewne  rzeczy,  nie,  nie,  nie 
mające nic wspólnego ze sprawą morderstwa! Ale jeśli ta dziewczyna jest mściwa, to mogła 
wymyślić masę rozmaitych kłamstw. 

Byłem na tyle bystry, aby za tym potokiem słów dostrzec prawdziwy niepokój. Podejrzenia 

Poirota  były  więc  zupełnie  usprawiedliwione.  W  każdym  razie  z  sześciu  osób  zebranych 
wczoraj  wokół  stołu  pani  Ackroyd  miała  coś  do  ukrycia.  Ode  mnie  teraz  zależało,  by  się 
dowiedzieć, co to takiego. 

— Na  pani  miejscu  —  powiedziałem  szorstko  —  zrzuciłbym  z  siebie  ciężar  i  szczerze 

wszystko wyznał. 

Krzyknęła przenikliwie: 
— Och, doktorze, jakże pan może być taki niedelikatny! Zupełnie jakby pan podejrzewał, 

że, że… Poza tym całą sprawę mogę bez trudu wyjaśnić. 

— A więc dlaczego pani tego nie zrobi? — spytałem. Pani Ackroyd wyciągnęła koronkową 

chusteczkę i przybrała płaczliwą minę. 

— Myślałam  właśnie,  doktorze,  że  pan  to  będzie  mógł  odpowiednio  przedstawić  panu 

Poirotowi, wytłumaczyć mu, bo wie pan, jak to trudno, no, trudno cudzoziemcowi spoglądać 
na pewne sprawy z naszego punktu widzenia. Nie ma pan pojęcia i nikt nie ma pojęcia, jak ja 

background image

cierpiałam. To było  męczeństwo, jedno wielkie męczeństwo! Tak, takie było moje życie. Nie 
lubię  źle  mówić  o  umarłych,  ale  niestety.  Przy  najdrobniejszym  rachunku  gadanie  od 
początku.  Zupełnie  jakby  Roger  zarabiał  mizerne  kilkaset  funtów  rocznie,  a  nie  był 
posiadaczem  olbrzymiej  fortuny,  jak  mi  to  wczoraj  powiedział  pan  Hammond.  Jednej  z 
największych fortun w okolicy! 

Pani Ackroyd na chwilkę przerwała, by parę razy przytknąć chusteczkę do oczu. 
— Pani coś wspomniała o rachunkach? — usiłowałem pociągnąć ją za język. 
— Te straszne rachunki! Niektórych to się w ogóle bałam pokazywać Rogerowi. Mężczyzna 

nie potrafi takich rzeczy zrozumieć. Na pewno by powiedział, że to niepotrzebne wydatki. No i 
wie pan, te sumy rosły, rachunków przybywało… 

Spojrzała  błagalnie,  jakby  prosząc,  abym  wraz  z  nią  dziwił  się,  że  rachunków  wciąż 

przybywa. 

— Tak to już jest z rachunkami — zgodziłem się. Pani Ackroyd zmieniła ton. Mówiła teraz 

z pretensją: 

— Mówię  panu,  doktorze,  że  powoli  zamieniałam  się  w  kłębek  nerwów.  Nocami  nie 

mogłam spać. I takie straszne uczucie trzepotania koło  serca. No, a potem dostałam  list od 
szkockiego  dżentelmena,  właściwie  dwa  listy,  od  dwóch  szkockich  dżentelmenów.  Jeden  od 
pana Bruce’a MacPhersona i drugi od pana Colina MacDonalda. Dziwny zbieg okoliczności. 

— Wątpię  —  odparłem  sucho.  —  Przeważnie  są  to  szkoccy  dżentelmeni,  ale  ja 

podejrzewam ich o semicką krew. 

— Pożyczki  od  dziesięciu  funtów  do  dziesięciu  tysięcy  bez  żadnego  zabezpieczenia  — 

szepnęła pani Ackroyd, jakby snuła ciepłe wspomnienie. — Napisałam do jednego z nich, ale 
okazało się, że są pewne trudności. 

Zamilkła na chwilę. 
Wyczułem, że zwierzenia wkraczają w delikatną fazę. Naprawdę nie znałem jeszcze nikogo, 

kto by tak długo potrafił kluczyć, nim dojdzie do sedna. 

— Bo  widzi  pan  —  bąknęła  pani  Ackroyd  —  to  wszystko  zależy,  czego  się  oczekuje, 

prawda? Oczekuje w spadku. I chociaż spodziewałam się, że Roger o mnie nie zapomni, nie 
wiedziałam  tego  na  pewno.  Pomyślałam  sobie,  że  gdybym  tak  mogła  zerknąć  na  jego 
testament, nie, nie mam na myśli żadnego ordynarnego wdzierania się w cudze sprawy, ale 
tak tylko, żebym mogła ułożyć swoje plany… 

Spojrzała  na  mnie  z  ukosa.  W  istocie,  grzęzła  teraz  w  dość  głębokim  błotku.  Jednakże 

słowa mają to do siebie, że odpowiednio dobrane potrafią przysłonić ohydę nagich faktów. 

— Tylko  panu  mogę  się  z  tego  wszystkiego  zwierzyć,  doktorze  —  powiedziała  szybko.  — 

Tylko  pan,  ufam,  nie  zrozumie  mnie  źle  i  przedstawi  wszystko  w  odpowiednim  świetle  temu 
panu Poirotowi. To było w piątek po południu. 

Zamilkła i niepewnie przełknęła ślinę. 
— Co było? — spytałem zachęcająco. — W piątek po południu i co? 
— Wszyscy  wyszli.  Tak  mi  się  w  każdym  razie  zdawało.  Weszłam  do  gabinetu  Rogera. 

Miałam tam zupełnie inną sprawę i nie myślałam wcale o niczym złym. Ale jak zobaczyłam te 
papiery  na  biurku,  to  wtedy  nagle,  w  mgnieniu  oka,  przyszła  mi  do  głowy  myśl:  „Ciekawa 
jestem, czy Roger przechowuje testament właśnie w jednej z tych szuflad?”. Działam często 
impulsywnie,  zawsze  taka  byłam.  Już  od  dziecka.  Robię  różne  rzeczy  pod  wpływem  chwili. 
Roger zostawił  w biurku klucze. Bardzo to  nieostrożnie z jego strony. Były w  zamku górnej 
szuflady. 

— Rozumiem — powiedziałem uprzejmie. — Więc przeszukała pani biurko i znalazła pani 

testament? 

Pani Ackroyd krzyknęła. Zrozumiałem, że postąpiłem bardzo niedyplomatycznie. 
— Jakże to okropnie brzmi! Ale wcale tak nie było, naprawdę! 

background image

— Naturalnie,  że  nie!  —  zapewniłem  pośpiesznie.  —  Pani  wybaczy,  niefortunnie  się 

wyraziłem. 

— Mężczyźni są tacy dziwni. Na miejscu drogiego Rogera wcale bym nie ukrywała treści 

testamentu.  Ale  mężczyźni  są  skryci.  Kobiety  muszą  stosować  rozmaite  niewinne  podstępy, 
wyłącznie dla samoobrony. 

— No i jaki był rezultat tego małego podstępu? — spytałem. 
— Właśnie  panu  mówię.  Kiedy  zaglądałam  już  do  dolnej  szuflady,  weszła  ta  pokojówka, 

Bourne. Nieprzyjemna sytuacja. Naturalnie zamknęłam szufladę i podniosłam się, i zwróciłam 
jej uwagę na ślady kurzu  na biurku. Ale nie podobało  mi się jej zachowanie. Niby to  pełne 
szacunku, ale w oczach kryły się takie nieprzyjemne ogniki. Jakaś pogarda, jeśli pan pojmuje, 
co  chcę  powiedzieć.  Nigdy  mi  się  ta  dziewczyna  specjalnie  nie  podobała.  Owszem,  dobra 
służąca, zawsze grzecznie mówi „proszę pani” i nie buntuje się przeciw noszeniu fartuszka i 
czepeczka (a zapewniam pana, że w dzisiejszych czasach nieraz to się zdarza), i potrafi bez 
żadnych skrupułów powiedzieć „państwa nie ma w domu”, gdy otwiera drzwi w zastępstwie 
Parkera,  no  i  nie  wydaje  tych  gardłowych  dźwięków,  co  robi  tyle  innych  pokojówek,  kiedy 
podają do stołu… Zaraz, zaraz, co ja właściwie panu chciałam powiedzieć? 

— Mówiła pani, że mimo jej wielu zalet nigdy pani nie lubiła tej dziewczyny. 
— I nadal jej nie lubię. Jest co najmniej dziwna. Coś w niej jest innego niż w zwyczajnych 

pokojówkach. Jakaś za dobrze wychowana, to moje zdanie. Dzisiaj to trudno powiedzieć, kto 
jest panią, a kto służącą. 

— No i co się potem stało? 
— Nic. To znaczy zjawił się Roger. A ja przez cały czas myślałam, że poszedł na spacer. I 

zapytał:  „Co  się  tu  dzieje?”,  a  ja  odpowiedziałam:  „Nic,  przyszłam  po  numer  «Puncha».  I 
wzięłam  „Puncha”,  i  wyszłam  z  gabinetu.  Bourne  została.  Słyszałam,  jak  pyta  Rogera,  czy 
może z nim chwilę porozmawiać. Poszłam prosto do swego pokoju, żeby się położyć. Byłam 
zupełnie wytrącona z równowagi. 

Nastąpiła chwila milczenia. 
— Pan  to  wszystko  wyjaśni  panu  Poirotowi,  dobrze?  Głupstwa  w  istocie,  zupełnie  nic 

ważnego,  ale  skoro  pan  Poirot  tak  ostro  stawia  sprawę,  żeby  absolutnie  nic,  ale  to  nic  nie 
ukrywać,  zaraz  sobie  o  tym  pomyślałam.  Urszula  Bourne  mogła  narobić  jakichś 
fantastycznych plotek, ale pan wyjaśni całą sprawę, doktorze, prawda? 

— I to wszystko? — spytałem. — Powiedziała mi pani wszystko? 
— Taak… — odparła pani Ackroyd. — O tak! — dodała po sekundzie. 
Zauważyłem jednak jej wahanie i  dobrze wiedziałem, że coś jeszcze przede mną ukrywa. 

Prawdopodobnie jakieś nagłe olśnienie kazało mi zapytać: 

— Proszę pani, czy to pani zostawiła otwartą klapę srebrnego stołu? 
Odpowiedź  otrzymałem  w  postaci  nagłego  rumieńca,  którego  nie  potrafiła  ukryć  gruba 

warstwa pudru i szminki. 

— Skąd pan to wie? — wyszeptała. 
— A więc to pani? 
— Tak,  ja,  bo  wie  pan,  tam  było  parę  rzeczy,  takich  srebrnych  bibelotów,  bardzo 

interesujących.  Właśnie  czytałam  o  takich  rzeczach  i  zobaczyłam  fotografię  jednej  srebrnej 
ozdóbki, za którą zapłacono olbrzymią sumę na licytacji u Christie’s. Wydawało mi się, że to 
zupełnie  taka  sama  rzecz  jak  ta  w  srebrnym  stole.  Pomyślałam  sobie,  że  zabiorę  ją  do 
Londynu,  jak  będę  jechała,  i  poproszę,  żeby  ocenili.  Jeśli  to  naprawdę  takie  wartościowe, 
niech pan sobie wyobrazi, jaka by to była miła niespodzianka dla Rogera. 

Powstrzymałem  się  od  uwag,  przyjmując  wersję  pani  Ackroyd.  Nawet  nie  zapytałem, 

dlaczego koniecznie chciała otaczać całą sprawę taką tajemnicą. 

— A  dlaczego  zostawiła  pani  blat  podniesiony?  —  spytałem.  —  Zapomniała  go  pani 

opuścić? 

background image

— Zaskoczyły  mnie  kroki  na  tarasie.  Szybko  wyszłam  z  pokoju  i  właśnie  wbiegłam  na 

piętro, kiedy Parker otwierał panu drzwi, doktorze. 

— To  pewno  była  panna  Russell  —  powiedziałem  w  zamyśleniu.  Pani  Ackroyd  wyjawiła 

rzecz  dla  mnie  bardzo  ciekawą.  Czy  jej  zakusy  na  srebra  pana  Ackroyda  były  uczciwe  w 
założeniu,  czy  nie,  nie  wiedziałem  i  nie  obchodziło  mnie  to  wcale.  Interesujący  był  fakt,  że 
panna Russell weszła do salonu przez okno i rzeczywiście była zadyszana jak po biegu. Dokąd 
chodziła? Pomyślałem o pawiloniku i kawałku białej krochmalonej materii. 

— Ciekaw  jestem,  czy  panna  Russell  używa  krochmalonych  chustek?  —  wykrzyknąłem 

powodowany nagłą myślą. 

Oprzytomniałem pod wpływem zdziwienia pani Ackroyd. 
— Myśli  pan,  że  będzie  pan  mógł  wyjaśnić  to  wszystko  temu  Belgowi?  —  spytała 

niespokojnie. 

— O, na pewno, bez wątpienia! 
Wreszcie się wyrwałem, jednak dopiero po wysłuchaniu sporej porcji usprawiedliwień. 
W  hallu  zastałem  pokojówkę  Bourne  i  ona  właśnie  pomogła  mi  włożyć  płaszcz. 

Przyjrzałem się jej dokładniej niż kiedykolwiek przedtem. Na jej twarzy zauważyłem wyraźne 
ślady łez. 

— Dlaczego  pani  nam  powiedziała  —  spytałem  —  że  to  pan  Ackroyd  wezwał  panią  w 

piątek do swego gabinetu? Teraz się dowiaduję, że pani prosiła go o rozmowę. 

Dziewczyna spuściła oczy. 
— Tak czy inaczej, chciałam odejść — odparła wreszcie niepewnym głosem. 
Nie odezwałem się więcej. Otworzyła drzwi. Gdy już wychodziłem, powiedziała cicho: 
— Przepraszam pana bardzo, czy są jakieś wiadomości o kapitanie Patonie? 
Potrząsnąłem przecząco głową i spojrzałem na nią zdziwiony. 
— Powinien wrócić — odezwała się. — To jedyne wyjście. Powinien wrócić! — Patrzyła 

na mnie błagalnym wzrokiem. — Czy nikt nie wie, gdzie on się ukrywa? 

— A pani nie wie? — spytałem ostro. Potrząsnęła głową. 
— Nie wiem. Nie wiem nic. Ale każdy, kto jest jego przyjacielem, powinien mu powiedzieć: 

„Trzeba wrócić!”. 

Ociągałem się z odejściem, licząc, że dziewczyna jeszcze coś powie. Jej następne pytanie 

zdumiało mnie nawet bardziej: 

— O której zamordowano pana Ackroyda? Co myśli policja? Tuż przed dziesiątą? 
— Taka jest opinia — odparłem. — Między za kwadrans dziesiąta i dziesiątą. 
— Nie wcześniej? 
Przyglądałem  się  jej  z  uwagą.  Widać  było  wyraźnie,  że  chciałaby  usłyszeć  odpowiedź 

twierdzącą. 

— To  wykluczone  —  odparłem.  —  Panna  Ackroyd  widziała  się  ze  stryjem  za  kwadrans 

dziesiąta. 

Pokojówka odwróciła się i cała jej sylwetka jakby zmalała. 
Przystojna  dziewczyna  —  pomyślałem,  wsiadając  do  auta  i  odjeżdżając.  —  Nadzwyczaj 

przystojna! 

Karolina  była  w  domu.  Miała  przedtem  wizytę  Poirota  i  to  ją  wprawiło  w  doskonały 

humor. Czuła się niesłychanie dumna. 

— Pomagam mu — wyjaśniła. 
Czułem się trochę nieswojo. Z Karoliną i tak jest wiele kłopotów. Cóż będzie teraz, kiedy 

jej detektywistyczne poczynania otrzymały oficjalną zachętę? 

— I chodzisz po okolicy, węsząc za tajemniczą dziewczyną Ralfa Patona? — spytałem. 
— Może i zajmę się tym na własny rachunek — odparła. — Obecnie mam jednak specjalne 

zadanie od pana Poirota. 

— Cóż takiego? — spytałem. 

background image

— Pan  Poirot  chce  wiedzieć,  czy  Ralf  Paton  miał  buty  czarne  czy  brązowe  —  wyjaśniła 

Karolina wielce uroczyście. 

Patrzyłem  tępo  na  Karolinę.  Dziś  dopiero  widzę,  jaki  wtedy  byłem  mało  domyślny. 

Zupełnie nie mogłem pojąć, co to ma za znaczenie. 

— Brązowe — odpowiedziałem. — Widziałem je. 
— Nie półbuty, James, chodzi o buty. Pan Poirot chce wiedzieć, czy buty, które Ralf Paton 

miał ze sobą w gospodzie, były brązowe czy czarne. 

Niech mnie nazwą tumanem, ale nic nie mogłem zrozumieć. 
— No i jak ty zamierzasz się tego dowiedzieć? — spytałem. 
Karolina odparła, że nie widzi żadnych trudności. Najlepszą przyjaciółką naszej służącej 

Annie była pokojówka panny Ganett, Klara. A Klara chodziła z czyścibutem, który pracował 
w gospodzie Pod Trzema Dzikami. Cała rzecz była niesłychanie prosta i przy pomocy panny 
Ganett,  która  lojalnie  zaofiarowała  współpracę,  natychmiast  udzielając  Klarze  urlopu, 
spodziewać się należało błyskawicznych rezultatów. 

Kiedy siadaliśmy do obiadu, Karolina odezwała się z pozorną obojętnością: 
— Więc jeśli chodzi o te buty Ralfa Patona… 
— No to co? 
— Pan Poirot myślał, że były brązowe. Ale się mylił. Były czarne. 
I Karolina pokiwała głową. Najwidoczniej uważała, że osiągnęła w tej sprawie przewagę 

nad Poirotem. 

Nic  nie  odpowiedziałem.  Było  zaskakujące,  co  wspólnego  mógł  mieć  kolor  butów  Ralfa 

Patona z zagadką śmierci Rogera Ackroyda. 

background image

R

OZDZIAŁ PIĘTNASTY

 

G

EOFFREY 

R

AYMOND

 

 
Tego dnia otrzymałem jeszcze jeden dowód, jak świetne rezultaty przynosi metoda Poirota. 

Jego  wyzwanie  rzucone  zebranym  wokół  stołu  mieszkańcom  Fernly  świadczyło  o  głębokiej 
znajomości  natury  ludzkiej.  Poczucie  winy  i  strach  wycisnęły  prawdę  z  pani  Ackroyd.  Ona 
zareagowała pierwsza. 

Po  południu,  kiedy  wróciłem  z  obchodu  pacjentów,  Karolina  powiedziała  mi,  że  właśnie 

przed chwilą wyszedł Geoffrey Raymond. 

— Chciał się ze mną widzieć’? — spytałem, wieszając w hallu płaszcz. 
Karolina omal na mnie nie wpadła z podniecenia. 
— Chciał się widzieć z panem Poirotem — powiedziała. — Był najpierw w Modrzewiowym 

Dworku. Nie zastał pana Poirota i pomyślał, że może jest on u nas albo że ty wiesz, gdzie go 
szukać. 

— Nie mam najmniejszego pojęcia. 
— Prosiłam, żeby zaczekał  — ciągnęła Karolina — ale on powiedział, że za pół  godziny 

jeszcze  raz  wpadnie  do  Modrzewiowego  Dworku,  i  poszedł  coś  załatwić.  Wielka  szkoda, 
ponieważ w minutę po jego wyjściu wrócił pan Poirot. 

— Przyszedł tutaj? 
— Nie, wrócił do siebie. 
— Skąd ty to wiesz? 
— Boczne  okno  —  odparła  krótko  Karolina.  Wydawało  mi  się,  że  wyczerpaliśmy  już  ten 

temat. Jednakże Karolina tak nie uważała: 

— Nie pójdziesz do niego? 
— Do kogo? 
— Do pana Poirota, rzecz jasna! 
— Możesz mi powiedzieć po co, moja droga? 
— Pan Raymond koniecznie chciał się z nim widzieć. Może dowiesz się, o co mu chodzi. 
Zmarszczyłem brwi. 
— Ciekawość  nie  jest  moim  grzechem  głównym  —  zauważyłem  chłodno.  —  Mogę  żyć 

zupełnie spokojnie, nie mając pojęcia, co robią i myślą moi sąsiedzi. 

— Bzdura!  —  powiedziała  Karolina.  —  Jesteś  równie  ciekawy  jak  i  ja.  Tylko  twoje 

zakłamanie nie pozwala ci się do tego przyznać. Ja jestem szczera, a ty zawsze udajesz. 

— Karolino, co ty pleciesz! — obróciłem się na pięcie i poszedłem do swego gabinetu. 
Po dziesięciu minutach do drzwi zapukała Karolina. W ręku trzymała słoik z konfiturami. 
— Czy byłbyś łaskaw, James, zanieść tę głogową galaretkę panu Poirotowi? Obiecałam, że 

mu przyślę. On jeszcze nigdy nie miał w ustach głogowej galaretki domowej roboty. 

— Dlaczego nie może zanieść Annie? — spytałem chłodno. 
— Zajęta jest cerowaniem. Nie mogę jej od tego odrywać. Spojrzeliśmy sobie w oczy. 
— Dobrze — odparłem, wstając. — Ale zapowiadam ci, że zostawię to świństwo na progu. 

Zgadzasz się? 

Karolina zrobiła zdziwioną minę: 
— Oczywiście! Czy ja ci proponuję, żebyś szedł z wizytą? Jeden zero dla Karoliny. 
— A gdybyś przypadkiem zobaczył pana Poirota — powiedziała, gdy wychodziłem z domu 

— to wspomnij mu o tych butach. 

Był  to  subtelny  cios.  Rozpaczliwie  chciałem  zrozumieć  sprawę  tych  butów.  Kiedy  stara 

kobieta  w  bretońskim  czepku  otworzyła  mi  drzwi,  zupełnie  bezwiednie  spytałem,  czy  pan 
Poirot jest w domu. 

background image

Niespodziewanie pojawił się Poirot i bardzo serdecznie zaczął mnie zapraszać. 
— Proszę siadać, drogi przyjacielu — powiedział, gdy znalazłem się w pokoju. — W tym 

wielkim fotelu może? Czy w tym małym? Pokój jest za gorący, nie? 

Uważałem, że gorąco aż zatyka, ale się do tego nie przyznałem. Okna były zamknięte, a na 

kominku palił się wielki ogień. 

— Anglicy cierpią na manię powietrza — oświadczył Poirot. — Świeże powietrze to bardzo 

dobra rzecz, ale na dworze. Ono tam jest na miejscu. Po co je wpuszczać do domu? Ale nie 
rozmawiajmy o takich głupstwach! Pan coś ma dla mnie, tak? 

— Dwie  rzeczy  —  powiedziałem.  —  Pierwsza  od  mojej  siostry.  —  Wręczyłem  mu  słoik  z 

głogową galaretką. 

— Jakże  to  uprzejmie  ze  strony  panny  Karoliny!  Pamiętała  o  swojej  obietnicy!  A  druga 

rzecz? 

— Informacja  w  swoim  rodzaju.  —  I  powtórzyłem  mu  rozmowę  z  panią  Ackroyd.  Poirot 

słuchał z zainteresowaniem, ale nie okazał specjalnego podniecenia. 

— To  wyjaśnia  parę  rzeczy  —  mruknął.  —  I  ma  wartość  jako  potwierdzenie  tego,  co 

mówiła gospodyni. Ona powiedziała, jak pan pamięta, że przechodząc przez salon zobaczyła 
srebrny stół otwarty i zamknęła go. 

— No, ale jak w tym świetle wygląda jej zeznanie, że weszła do saloniku, by sprawdzić, czy 

kwiaty są jeszcze świeże? 

— A!  Nigdy  tego  poważnie  nie  traktowałem  ani  pan  też,  prawda,  przyjacielu?  To 

najwidoczniej była wymówka wymyślona na poczekaniu przez kobietę, której bardzo zależało 
na  tym,  żeby  jakoś  usprawiedliwić  swoją  obecność  w  salonie.  Skoro  już  o  tym  mówimy,  to 
panu  by  nawet  przez  głowę  nie  przeszło  tego  kwestionować,  tak?  Myślałem,  że  była 
podniecona,  bo  majstrowała  koło  srebrnego  stołu,  ale  teraz  widzę,  że  musimy  szukać  innej 
przyczyny. 

— Słusznie — odparłem. — Z kim ona się mogła spotykać? I w jakim celu? 
— Pan sądzi, że wychodziła na spotkanie? 
— Tak. 
Poirot skinął głową. 
— Ja też tak uważam — powiedział w zamyśleniu. Na chwilę zamilkliśmy. 
— Aha,  i  przy  okazji  —  dodałem  —  mam  dla  pana  jeszcze  jedną  wiadomość,  od  mojej 

siostry.  Buty  Ralfa  Patona  były  czarne,  a  nie  brązowe.  —  Pilnie  przypatrywałem  się 
Poirotowi,  przekazując  mu  tę  nowinę,  i  wydawało  mi  się,  że  przez  jego  twarz  przemknęła 
chmurka niezadowolenia. Ale jeśli nawet tak było, zniknęła bardzo szybko. 

— Czy panna Karolina jest zupełnie pewna, że czarne? 
— Zupełnie. 
— Trudno!  —  powiedział  Poirot  głosem  pełnym  zawodu.  —  To  rzeczywiście  przykre.  — 

Wydawał mi się w tej chwili strasznie zmartwiony. 

Nie udzielił jednak żadnego wyjaśnienia, lecz natychmiast podjął nowy temat: 
— Ta gospodyni, panna Russell, która przyszła do pana po poradę w piątek rano! O nią mi 

chodzi.  Czy  zadaję  niedyskretne  pytanie,  prosząc,  by  mi  pan  streścił  przebieg  tej  wizyty, 
omijając naturalnie szczegóły natury lekarskiej? 

— Ależ  nie,  proszę  bardzo  —  odparłem.  —  Kiedy  jej  udzieliłem  porady,  rozmawialiśmy 

przez  kilka  minut  o  truciznach  i  możliwości  lub  niemożliwości  ich  wykrycia,  a  także  o 
narkomanach i narkomanii. 

— Czy ze specjalnym uwzględnieniem kokainy? 
— Skąd  pan  to  wie?  —  spytałem  nieco  zdziwiony.  Zamiast  odpowiedzi  Poirot  wstał  i 

poszedł w róg pokoju, gdzie na stoliku leżały stare gazety. Przyniósł numer „Daily Budget” z 
piątku 16 września i pokazał mi artykuł o przemycie kokainy. Był to ponury artykuł, napisany 
z chęcią wzbudzenia sensacji. 

background image

— Właśnie to naprowadziło jej myśli na kokainę, przyjacielu — wyjaśnił. 
Byłbym  może  ciągnął  Poirota  dalej  za  język,  gdyż  niezbyt  dobrze  zrozumiałem  cel  jego 

pytań  o  rozmowę  z  panną  Russell,  ale  otworzyły  się  drzwi  i  gospodyni  zaanonsowała 
przybycie Geoffreya Raymonda. Wszedł do pokoju beztroski i elegancki jak zwykle. 

— Jak się pan ma, doktorze? Dzień dobry, panie Poirot — powitał nas. — Przychodzę do 

pana już po raz drugi. Bardzo chciałem się z panem zobaczyć. 

— Może ja już pójdę? — powiedziałem niezręcznie. 
— Ależ nie z mojego powodu, doktorze, nie! To żadna taka sprawa  — ciągnął Raymond, 

siadając zapraszany gestem przez Poirota. — Muszę uczynić pewne wyznanie. 

— En verite?

*

 — spytał Poirot z wyrazem grzecznego zainteresowania. 

— Tak. To zresztą nic ważnego, zupełnie nic. Ale mimo to sumienie gryzie mnie od wczoraj 

po południu. Pan nas wszystkich oskarżył, panie Poirot, o ukrywanie czegoś. Przyznaję się do 
winy. Coś ukryłem. 

— Cóż takiego, panie Geoffrey? — spytał Poirot. 
— Jak już powiedziałem, to zupełnie nic ważnego. Mianowicie byłem w długach. No i ten 

zapis pana Ackroyda przyszedł akurat w odpowiednim czasie. Pięćset funtów stawia mnie na 
nogi i jeszcze coś niecoś zostanie. — Raymond uśmiechnął się do nas obu z tą bezpośrednią 
szczerością,  która  zdobywała  mu  powszechną  sympatię.  —  Wiedzą  panowie,  jak  to  jest! 
Podejrzliwy policjant, niechęć do przyznawania się do długów i tak dalej. To by im się wydało 
podejrzane.  Tak,  w  istocie,  byłem  niemądry.  Przecież  od  za  kwadrans  dziesiąta  aż  do 
wezwania  przez  Parkera  przebywałem  z  Bluntem  w  pokoju  bilardowym,  mam  więc 
niewzruszone alibi i nie potrzebuję się niczego obawiać. Ale kiedy pan tak nakrzyczał na nas, 
że ukrywamy różne fakty, sumienie mnie ukłuło i pomyślałem, że będzie lepiej, jeśli pozbędę 
się ciężaru. — Raymond wstał i z uśmiechem obrócił się w naszym kierunku. 

— Jest pan bardzo rozsądnym człowiekiem — odparł Poirot, kiwając z uznaniem głową. — 

Bo wie pan, to zawsze tak jest, że jeśli ktoś coś przede mną ukrywa, wydaje mi się, że ukrywa 
straszną rzecz. Zrobił pan bardzo dobrze! 

— Jestem  szczęśliwy,  że  oczyściłem  się  z  podejrzeń  —  roześmiał  się  Raymond.  —  No, 

muszę już iść. 

— A  więc  o  to  mu  chodziło  —  zauważyłem,  kiedy  za  młodym  sekretarzem  zamknęły  się 

drzwi. 

— Tak  —  zgodził  się  Poirot.  —  Zupełne  głupstwo.  Ale  gdyby  nie  był  wtedy  w  pokoju 

bilardowym, to kto wie? Trzeba pamiętać, że wiele zbrodni dokonano dla kwot mniejszych niż 
pięćset  funtów.  Wszystko  zależy  od  tego,  jaka  suma  potrafi  złamać  człowieka.  Problem 
względności,  tylko  to!  Czy  zastanawiał  się  pan  kiedy,  przyjacielu,  że  bardzo  wiele  osób  w 
Fernly  Park  skorzystało  na  śmierci  pana  Ackroyda?  Pani  Ackroyd,  panna  Flora,  młody 
Raymond, gospodyni — panna Russell. Tylko jeden nic nie skorzystał. Major Blunt. 

Wymienił to ostatnie nazwisko tak dziwnym tonem, że spojrzałem zdumiony. 
— Niezupełnie pana rozumiem — odezwałem się. 
— Dwie osoby z podejrzanych przyszły do mnie i wyznały prawdę. 
— Czy pan sądzi, że major Blunt również coś ukrywa? 
— Macie takie przysłowie — odparł niedbale Poirot — że Anglik ukrywa tylko jedną rzecz: 

miłość. A major Blunt, gdy o tym mowa, niewiele potrafi ukryć. 

— Chwilami  myślę  —  powiedziałem  —  czy  przypadkiem  nie  wyciągnęliśmy  raczej 

pochopnych wniosków w jednej przynajmniej sprawie. 

— Mianowicie? 
— Założyliśmy,  że  szantażysta,  który  prześladował  panią  Ferrars,  jest  równocześnie 

mordercą Rogera Ackroyda. A może się mylimy? 

                                                 

*

 fr. Doprawdy? 

background image

Poirot energicznie pokiwał głową. 
— Słusznie, słusznie. Zastanawiałem się, czy panu to przyjdzie na myśl. Naturalnie, że to 

możliwe.  Ale  musimy  pamiętać  o  jednym:  list  zginął!  Jednakże  to,  jak  pan  słusznie  mówi, 
wcale  nie  musi  oznaczać,  że  zabrał  go  morderca.  Kiedy  pan  po  raz  pierwszy  wszedł  do 
gabinetu zamordowanego, Parker mógł przez pana niezauważony zabrać list. 

— Parker? 
— Tak, Parker. Zawsze powracam do osoby Parkera. Naturalnie nie myślę o nim jako o 

mordercy. Nie, on tego z pewnością nie zrobił. Ale któż bardziej pasuje do roli tajemniczego 
szantażysty  terroryzującego  panią  Ferrars?  Mógł  zdobyć  wiadomości  o  tajemniczych 
okolicznościach śmierci pana Ferrarsa od służby w King’s Paddock. W każdym razie do jego 
uszu wiadomości te łatwiej mogły trafić niż do uszu takiego rzadkiego gościa, jakim jest na 
przykład major Blunt. 

— Tak, Parker mógł zabrać list — przyznałem. — Dopiero znacznie później zauważyłem, 

że list zniknął. 

— O ile później? — spytał Poirot. — Kiedy do pokoju weszli Raymond i Blunt czy jeszcze 

przedtem? 

— Dokładnie  nie  pamiętam  —  odparłem  wolno.  —  Myślę,  że  przedtem,  nie,  potem.  Tak, 

jestem nieomal pewny, że potem! 

— To rozszerza krąg podejrzanych do trzech osób — powiedział w zamyśleniu Poirot. — 

Ale najprawdopodobniejszy jest Parker. Mam ochotę na pewien eksperyment z Parkerem. Co 
pan powie na to, przyjacielu, by towarzyszyć mi do Fernly? 

Zgodziłem  się  i  natychmiast  wyruszyliśmy.  Poirot  poprosił  o  zawiadomienie  panny 

Ackroyd, że chciałby z nią mówić. Po chwili Flora zeszła do nas. 

— Mademoiselle  Flora  —  zaczął  Poirot  —  muszę  powierzyć  pani  pewien  sekret.  Jeszcze 

nie  jestem zupełnie pewien niewinności  Parkera. Pragnąłbym z  pani  pomocą przeprowadzić 
pewien  eksperyment.  Chcę  odtworzyć  jego  zachowanie  w  dniu  morderstwa.  Ale  musimy  mu 
przedtem coś powiedzieć, ach, już mam! Pragnę się przekonać, czy głosy z tego małego hallu 
mogły być słyszalne na tarasie. Proszę zadzwonić na Parkera, jeśli pan taki dobry, doktorze. 

Wykonałem jego prośbę i wkrótce zjawił się lokaj, uprzejmy jak zwykle. 
— Pan dzwonił, proszę pana? 
— Tak, mój dobry człowieku. Mam zamiar przeprowadzić pewien eksperyment. Na tarasie 

za  oknami  gabinetu  pozostawiłem  majora  Blunta.  Chcę  sprawdzić,  czy  tam  będzie  słychać 
wasz głos i głos panny Ackroyd z przedpokoju, gdzie panna Ackroyd i ty znajdowaliście się 
owego wieczoru. Chcę zobaczyć całą tę wieczorną scenę. Weź tacę czy co innego, co miałeś 
wtedy w ręku. 

Parker zniknął, a my udaliśmy się do przedpokoju prowadzącego do gabinetu. Po chwili 

usłyszeliśmy brzęczenie szkła w hallu i ukazał się Parker, niosąc tackę, na niej syfon, karafkę 
whisky i dwie szklanki. 

— Chwileczkę!  —  zawołał  Poirot,  podnosząc  rękę.  Sprawiał  wrażenie  podnieconego.  — 

Musimy zrobić wszystko tak, jak było owego wieczoru. Mam taką swoją metodę! 

— Zagraniczny zwyczaj, proszę pana — odezwał się Parker. — Nazywają to rekonstrukcją 

zbrodni, prawda?  —  Parker  wydawał  się mało przejęty całą  sprawą. Stał grzecznie i  czekał 
na dalsze polecenie Poirota. 

— Aa! Widzę, że Parker się na tym zna! — wykrzyknął Poirot. — Czytał o takich rzeczach. 

Teraz proszę bardzo, niech wszystko będzie dokładnie tak samo, jak było wtedy. Wchodzisz z 
głównego hallu, prawda? A pani, mademoiselle Flora, pani gdzie była wtedy? 

— Tutaj — powiedziała Flora, zajmując miejsce tuż przy drzwiach gabinetu. 
— Tak jest, proszę pana, tak właśnie było — odezwał się Parker. 
— Właśnie zamknęłam drzwi — ciągnęła Flora. 

background image

— Tak, proszę panienki — zgodził się Parker. — Pani dłoń była jeszcze na klamce, tak jak 

teraz. 

— A więc, allez

*

! — rozkazał Poirot. — Odegrajcie tę małą scenę. 

Flora stała z ręką na klamce, Parker wszedł przez drzwi z hallu, niosąc tacę. Stanął tuż za 

progiem. Flora powiedziała: 

— „O,  Parker!  Pan  Ackroyd  prosi,  by  mu  dziś  nikt  już  więcej  nie  przeszkadzał”.  Tak 

powiedziałam? — spytała ciszej. 

— Jeśli sobie dobrze przypominam, to tak było, proszę panienki — odezwał się Parker. — 

Tylko  wydaje  mi  się,  że  zamiast  „dziś”  powiedziała  panienka  „dziś  wieczorem”.  —  Potem 
tonem  nieco  teatralnym  Parker  wyrzucił  z  siebie:  —  „Bardzo  dobrze,  proszę  panienki.  Czy 
mam pozamykać wszystko jak zwykle?” 

— „Tak, proszę”. 
Parker  wycofał  się  do  hallu,  Flora  poszła  jego  śladem  i  zaczęła  wchodzić  schodami  na 

górę. 

— Czy to już wystarczy? — spytała przez ramię. 
— Wspaniale! — wykrzyknął Poirot, zacierając ręce. — A, przy okazji, Parker, mój dobry 

człowieku, czy jesteś pewien, że na tacy miałeś wtedy dwie szklanki? Dla kogo była ta druga? 

— Zawsze przynoszę dwie szklanki, proszę pana. Czy pan jeszcze coś sobie życzy? 
— Nie, dziękuję. 
Parker  opuścił  hali,  nie  tracąc  nic  ze  swojej  godności.  Poirot  stał  w  przedpokoju  i 

marszczył brwi. Flora zeszła na dół i zbliżyła się do nas. 

— Czy pański eksperyment dał jakieś rezultaty? — spytała. — Bo wie pan, ja niezupełnie 

rozumiem… 

— Nie  musi  pani  rozumieć.  —  Poirot  uśmiechnął  się  rozbrajająco.  —  Ale  niech  mi  pani 

powie, czy naprawdę owego wieczoru były dwie szklanki na tacy, którą niósł Parker? 

Flora stała przez chwilę ze zmarszczonym czołem. 
— Nie mogę sobie dobrze przypomnieć — powiedziała. — Chyba tak. Czy po to pan zrobił 

ten cały eksperyment? 

Poirot ujął jej dłoń i poklepał ją. 
— Powiedzmy to inaczej: lubię sprawdzać, czy ludzie mówią mi prawdę. 
— I Parker mówił panu prawdę? 
— Chyba tak — odparł Poirot z namysłem. 
Po paru minutach byliśmy już na drodze do miasteczka. 
— Jaki cel miało to pytanie o szklanki? — byłem ciekawy. Poirot wzruszył ramionami. 
— Czasem trzeba coś powiedzieć, ot, byle co. To pytanie było równie dobre jak inne. 
Spojrzałem zdziwiony. 
— W każdym razie, mój przyjacielu — ciągnął już poważniej — dowiedziałem się czegoś, 

czego chciałem się dowiedzieć. Zostańmy przy tym. 

                                                 

*

 fr. Dalej! 

background image

R

OZDZIAŁ SZESNASTY

 

W

IECZÓR PRZY MADŻONGU

 

 
Tego wieczoru graliśmy w madżonga. Ta prosta rozrywka jest bardzo popularna w King’s 

Abbot. Goście przychodzą już po kolacji, w kaloszach i nieprzemakalnych płaszczach, potem 
piją kawę, jedzą kanapki i ciasto. 

Tym  razem  przyszli  do  nas  panna  Ganett  i  pułkownik  Carter,  który  mieszka  niedaleko 

kościoła. 

W  czasie  takich  spotkań  wymienia  się  sporo  plotek  i  to  czasem  przeszkadza  w  grze. 

Przedtem urządzaliśmy brydża — gadanego brydża najgorszego gatunku. Jednakże doszliśmy 
do wniosku, że madżong jest grą znacznie spokojniejszą. Nikt się nie irytuje na partnera, że 
wyszedł w taką, a nie inną kartę, i chociaż w dalszym ciągu krytykuje się otwarcie posunięcia 
przeciwnika, nie psuje nastroju owa przykra brydżowa zaciętość. 

— Zimny  wieczór,  prawda,  doktorze  Sheppard?  —  powiedział  pułkownik  Carter,  stając 

plecami  do  kominka.  (Karolina  zaprowadziła  pannę  Ganett  do  swojej  sypialni,  gdzie  jej 
pomagała rozwinąć się z rozmaitych szali i płaszczy). 

— Zupełnie przypomina służbę na Przesmyku Afgańskim. 
— Naprawdę? — spytałem grzecznie. 
— Bardzo  tajemnicza  sprawa  z  biednym  Ackroydem  —  ciągnął  pułkownik,  przyjmując  z 

moich rąk filiżankę kawy. — Tak, bardzo tajemnicza, ja panu to mówię. Słyszałem o szantażu. 
—  Spojrzał  na  mnie  porozumiewawczo,  jak  jeden  światowy  mężczyzna  na  drugiego.  —  Bez 
wątpienia jest w to zamieszana kobieta. Tak, ja panu to mówię, kryje się za tym kobieta! 

Karolina i panna Ganett zeszły na dół. Potem panna Ganett zajęła się kawą, a Karolina 

wyciągnęła pudło z madżongiem i wysypała na stół kamienie. 

— Mycie  kamieni!  —  W  zamyśle  pułkownika  Cartera  miał  to  być  dowcip.  —  Mycie 

kamieni, tak to nazywaliśmy w Klubie Szanghajskim. 

Zarówno ja, jak i Karolina byliśmy w głębi duszy przekonani, że pułkownik Carter w życiu 

nie  postawił  nogi  w  Klubie  Szanghajskim.  Co  więcej,  że  nigdy  nie  wytknął  nosa  dalej  na 
wschód  poza  garnizon  w  Indiach,  gdzie  manipulował  wojskowymi  zapasami  konserw 
mięsnych  i  śliwkową  marmoladą  w  czasie  wielkiej  wojny.  Ale  pułkownik  bardzo  lubi  snuć 
żołnierskie wspomnienia, a my, skromni ludzie w King’s Abbot, pozwalamy każdemu pławić 
się dowolnie w jego słabościach. 

— Zaczynamy? — spytała Karolina. 
Usiedliśmy przy stole. Przez kilka minut panowała zupełna cisza, którą zawdzięczać należy 

tajonej zawziętości, z jaką każdy starał się pierwszy zbudować swój mur. 

— No, James, prosimy! — odezwała się wreszcie Karolina. 
— Jesteś Wschodnim Wiatrem. 
Wyłożyłem  kamień.  Minęło  parę  kolejek,  przerywanych  tylko  monotonnymi  uwagami  w 

rodzaju:  „trzy  bambusy”,  „dwa  kółka”,  „biorę”  i  częste  „oddaję”  panny  Ganett,  mającej 
nieszczęsny  zwyczaj  zbyt  pośpiesznego  zabierania  kamieni,  do  których  w  istocie  prawa  nie 
miała żadnego. 

— Widziałam się dzisiaj z Florą Ackroyd — oznajmiła panna Ganett. — Biorę, nie, oddaję. 

Omyliłam się. 

— Cztery kółka — powiedziała Karolina. — Gdzieś się z nią widziała? 
— Ona  mnie  nie  zauważyła  —  odparła  panna  Ganett,  kładąc  wielki  nacisk  na  słowo 

„mnie”, gdyż sprawy takie są niesłychanie ważne w maleńkich zbiorowiskach ludzkich, jakim 
jest nasze King’s Abbot. 

— Aa, rozumiem — powiedziała Karolina. — Czao! 

background image

— Słyszałam — zauważyła panna Ganett — że obecnie mówi się „czi”, a nie „czao”. 
— Bzdura! — orzekła Karolina. — Zawsze mówiłam „czao”. 
— W Klubie Szanghajskim mówią „czao” — stwierdził pułkownik Carter i panna Ganett 

wycofała się zdruzgotana. 

— Więc  coś  ty  mówiła  o  Florze  Ackroyd?  —  spytała  Karolina  po  kilku  chwilach 

poświęconych grze. — Była z kimś? 

— O tak! — uradowała się panna Ganett. Wzrok obu pań spotkał się. To wystarczyło. 
— Naprawdę?  —  zdziwiła  się  Karolina.  —  Czy  być  może?  Właściwie  to  mnie  wcale  nie 

dziwi. 

— Czekamy na panią, panno Karolino — przemówił pułkownik. 
Przyjmuje czasem ową pozę zblazowanego mężczyzny, którego nie obchodzą żadne plotki i 

który zajęty jest wyłącznie grą. Ale to nikogo nie potrafi oszukać. 

— Gdyby mnie kto pytał… — zaczęła panna Ganett. — Oo! Czyś ty wyłożyła bambus, moja 

droga?  Oo,  nie?  Teraz  już  widzę,  koło!  Więc  jak  mówiłam,  gdyby  mnie  ktoś  pytał,  tobym 
powiedziała, że Flora ma nadzwyczajne szczęście. Po prostu fenomenalne! 

— Na czymże to pani opiera, panno Ganett?  — spytał pułkownik. — Co? Zielony smok? 

Biorę!  Na  czym  pani  opiera  to  twierdzenie?  Owszem,  bardzo  sympatyczna  dziewczyna  i  w 
ogóle, owszem, owszem. 

— Może i wiem bardzo mało o zbrodniach — powiedziała panna Ganett tonem, który jasno 

dawał do zrozumienia, że panna Ganett wie wszystko o wszystkim — ale powiem wam jedno: 
pierwsze  pytanie,  jakie  się  zawsze  zadaje,  to  kto  widział  zamordowanego  ostatni.  No  i  taka 
osoba  jest  zawsze  traktowana  z  pewną  podejrzliwością.  W  tym  wypadku  panna  Ackroyd 
ostatnia  widziała  swego  stryja  żywego.  To  mogłoby  wyglądać  dla  niej  bardzo  źle,  o  tak, 
zupełnie źle! Moim zdaniem (jeśli jest ono dla was cokolwiek warte) Ralf Paton ukrywa się 
właśnie po to, żeby ją ochronić. Żeby od niej odciągnąć podejrzenie. 

— Ależ, panno Ganett — zaprotestowałem słabo — chyba pani poważnie nie sugeruje, że 

taka młoda dziewczyna jak Flora Ackroyd byłaby zdolna z zimną krwią zakłuć nożem swego 
stryja? 

— A bo ja wiem  — odparła  panna Ganett.  —  Niedawno czytałam pożyczoną z biblioteki 

książkę  o  mętach  Paryża  i  w  tej  książce  było  napisane,  że  najgorszymi  przestępczyniami  i 
zbrodniarkami są młode dziewczyny o anielskich twarzach. 

— Może we Francji! — parsknęła Karolina. 
— W istocie — stwierdził pułkownik. — Opowiem wam bardzo ciekawą historię. Historię, 

która krążyła po bazarach hinduskich… 

Opowieść  pułkownika  była  niesłychanie  długa  i  zadziwiająco  nudna.  Wypadek,  który 

zdarzył  się  w  Indiach  wiele  lat  temu,  trudno  było  nawet  przez  sekundę  porównywać  z 
piątkowym zdarzeniem w King’s Abbot. 

Wreszcie  Karolina  przyśpieszyła  zakończenie  tej  opowieści,  szczęśliwie  zdobywając 

madżonga.  Po  drobnych  nieporozumieniach,  wynikających  zwykle,  gdy  poprawiałem  nieco 
błędne obliczanie punktów przez Karolinę, rozpoczęliśmy nową turę. 

— Wschodni  Wiatr zaczyna  — powiedziała Karolina.  — Mam własną teorię co do Ralfa 

Patona. Trzy znaki. Ale chwilowo zachowam ją dla siebie. 

— Naprawdę  masz  swoją  teorię,  kochana?  —  zdziwiła  się  panna  Ganett.  —  Czao, 

przepraszam, chciałam powiedzieć: biorę. 

— Tak — odparła zdecydowanie Karolina. 
— W  porządku  wyszło  z  tymi  butami?  —  spytała  panna  Ganett.  —  To  znaczy,  czy  w 

porządku, że były czarne? 

— Zupełnie w porządku — odparła Karolina. 
— A o co mu chodziło, jak myślisz? — drążyła temat panna Ganett. 
Karolina ściągnęła usta i potrząsnęła głową, dając do zrozumienia, że wie, ale nie powie. 

background image

— Biorę  —  oświadczyła  panna  Ganett.  —  Nie,  przepraszam,  oddaję.  Przypuszczam,  że 

doktor zna teraz wszystkie tajemnice, od kiedy chodzi razem z panem Poirotem. 

— O, wprost odwrotnie, nic nie wiem — odparłem. 
— James jest strasznie skromny — zarekomendowała mnie Karolina. — Aa! Ukryty kong! 
Pułkownik pozwolił sobie gwizdnąć. Na chwilę plotki poszły w kąt. 
— I  pani  własny  wiatr.  I  ma  pani  dwie  serie  smoków!  Musimy  uważać.  Panna  Karolina 

idzie na wielką grę. 

Parę minut graliśmy, nie rozmawiając o niczym ważnym. 
— Ten pan Poirot — zaczął pułkownik — czy to naprawdę taki wspaniały detektyw? 
— Największy  na  świecie!  —  odrzekła  uroczyście  Karolina.  —  Przybył  tu  incognito,  aby 

uniknąć natarczywości wielbicieli. 

— Czao  —  rzuciła  panna  Ganett.  —  Co  za  wspaniała  rzecz  dla  naszego  miasteczka.  O, 

przy  okazji:  Klara,  moja  służąca,  jest,  jak  wiecie,  wielką  przyjaciółką  Elsie,  pokojówki  w 
Fernly. Na pewno nie zgadniecie, co Elsie jej powiedziała! 

Podobno zginęła duża suma pieniędzy i w jej opinii, to znaczy Elsie, zamieszana jest w to 

druga  pokojówka,  Urszula  Bourne.  Odchodzi  pod  koniec  miesiąca  i  nocami  bardzo  płacze. 
Gdyby  mnie  kto  pytał,  to  ta  dziewczyna  należy  do  bandy!  Zawsze  była  jakaś  dziwna,  nie 
przyjaźni  się  z  nikim  w  okolicy.  Jak  ma  wolne  dni,  to  gdzieś  znika.  To  nienormalne, 
rzekłabym: podejrzane. Raz ją prosiłam na piątkowe zebranie Bogobojnych Dziewcząt, ale mi 
odmówiła, potem kiedyś zadałam jej kilka pytań o rodzinę i tym podobne, i muszę powiedzieć, 
że zachowała się zupełnie impertynencko. Pozornie bardzo grzeczna, o tak, ale nie chciała na 
nic odpowiedzieć! Skandal! 

Panna  Ganett  przerwała  dla  nabrania  oddechu  i  pułkownik,  którego  nie  interesowały 

zupełnie  problemy  służących  i  pokojówek,  oznajmił,  że  w  Klubie  Szanghajskim  zasadą  była 
wartka gra. 

Przez parę minut graliśmy wartko. 
— Ta  panna  Russell  —  zaczęła  Karolina  —  przyszła  tutaj  w  piątek  rano,  udając,  że 

potrzebuje porady Jamesa. Moim zdaniem chciała spenetrować, gdzie znajdują się trucizny. 
Pięć znaków. 

— Czao  — uradowała  się panna Ganett.  — Co za nadzwyczajna rzecz! Ciekawa  jestem, 

czy masz rację. 

— Skoro mówimy o truciznach — wtrącił pułkownik. — Co, co? Nie wyłożyłem nic? Oo! 

Osiem bambusów. 

— Madżong! — wykrzyknęła triumfalnie panna Ganett. Karolina była poirytowana. 
— Jeden czerwony smok — powiedziała z żalem — a powinnam była mieć trzy pary. 
— Ja miałem przez cały czas dwa czerwone smoki — przyznałem się. 
— Tak, to do ciebie podobne — powiedziała Karolina z wyrzutem. — Nie rozumiesz ducha 

gry. 

Osobiście uważałem, że  gram bardzo  sprytnie. Gdyby Karolina  wygrała turę, byłbym jej 

winien  bardzo  dużo.  Madżong  panny  Ganett  należał  do  najsłabszych,  jakie  można  sobie 
wyobrazić, czego Karolina nie omieszkała jej wypomnieć. 

Skończył się Wschodni Wiatr i zaczęliśmy nową turę. 
— Więc słuchajcie, co wam powiem — oświadczyła po chwili Karolina. 
— No, no? — podnieciła się panna Ganett. 
— Mam następującą teorię co do Ralfa Patona… 
— Tak, kochana? — powiedziała panna Ganett jeszcze bardziej zachęcająco. — Czao. 
— Czao? Tak od razu? To oznaka słabości — orzekła surowo Karolina. — Powinnaś iść 

na wielką grę. 

— Wiem — bąknęła panna Ganett. — Więc co mówiłaś o Ralfie Patonie? 
— Głowę daję, że wiem, gdzie on jest. Zdumieni przerwaliśmy na chwilę grę. 

background image

— To bardzo interesujące, panno Karolino — odezwał się pułkownik Carter. — Sama się 

pani domyśliła? 

— No, niezupełnie. Zaraz wam powiem. Znacie tę wielką mapę hrabstwa, która wisi u nas 

w hallu? 

Wszyscy odpowiedzieliśmy, że znamy. 
— Kiedy wczoraj pan Poirot od nas wychodził, zatrzymał się koło mapy, spojrzał na nią i 

rzucił jakąś uwagę, dokładnie już sobie nie przypominam, jak ona brzmiała, w każdym razie, 
że Cranchester to jedyne większe miasto w okolicy, co jest prawdą. No i zaraz potem przyszło 
mi nagle do głowy… 

— Co ci przyszło do głowy? 
— Znaczenie tej uwagi. Naturalnie Ralf Paton ukrywa się w Cranchester. 
W  tym  właśnie  momencie  zwaliłem  mur  moich  kamieni.  Karolina  zganiła  mnie  za 

gapiostwo, uczyniła to jednak bez gniewu, gdyż zbyt pasjonowała ją obecnie teoria dotycząca 
Ralfa Patona. 

— W Cranchester, panno Karolino? — spytał pułkownik. — Chyba nie ukrywałby się tak 

blisko? 

— A właśnie że tak! — wykrzyknęła triumfalnie Karolina. 
— Jest chyba zupełnie jasne, że nie wyjechał stąd pociągiem. Po prostu poszedł pieszo do 

Cranchester.  I  jestem  pewna,  że  dotąd  tam  się  znajduje.  Bo  komu  by  przyszło  na  myśl,  że 
ukrywa się tak blisko? 

Wysunąłem wiele zastrzeżeń przeciwko tej teorii, ale kiedy Karolina raz sobie wbije coś do 

głowy, nie można jej tego wyperswadować. 

— I  myślisz,  że  pan  Poirot  tak  samo  sądzi?  —  spytała  panna  Ganett  w  zamyśleniu.  — 

Dziwny  zbieg  okoliczności,  ale  właśnie  dziś  po  południu  wyszłam  na  spacer  na  szosę 
cranchesterską i minął mnie Poirot jadący samochodem właśnie z Cranchester. 

Spojrzeliśmy po sobie. 
— Boże, Boże! — powiedziała nagle panna Ganett. — Przez cały czas mam madżonga i nic 

nie widzę. 

Uwaga Karoliny oderwała ją od detektywistycznych spekulacji. Moja siostra natychmiast 

zabrała  się  do  tłumaczenia  pannie  Ganett,  że  nie  warto  ogłaszać  madżonga,  mając  tak 
mieszane  gatunki  i  tak  wiele  czao.  Panna  Ganett  słuchała  rozanielona  i  spokojnie  zbierała 
swoje kamienie. 

— Tak, tak, kochana, rozumiem, ale to przecież raczej zależy od tego, z czym się zaczyna, 

prawda? 

— Nigdy dużo nie wygrasz, jeśli nie będziesz ryzykować — upierała się Karolina. 
— Rozumiem, rozumiem, moja droga, ale widzisz, każdy gra, jak umie — broniła się panna 

Ganett. Spojrzała na swoje kamienie. — I przecież jestem w sumie wygrana, prawda? 

Karolina, która wiele przegrała, nie odezwała się więcej. 
Skończył się Wschodni Wiatr i rozpoczęliśmy nową turę. Annie przyniosła na tacy herbatę. 

Karolina i panna Ganett były obie nieco rozgorączkowane, jak to zawsze się zdarzało w owe 
uroczyste wieczory. 

— Gdybyś  tylko  grała  nieco  szybciej,  moja  droga  —  powiedziała  Karolina,  kiedy  panna 

Ganett wahała się, co odrzucić. — Chińczycy kładą swoje kamienie tak szybko, że wydaje się, 
że to ptaki dziobią. 

Przez parę minut graliśmy jak Chińczycy. 
— Pan  nie  dorzuci  nic  od  siebie  o  tej  sprawie,  doktorze?  —  dobrodusznie  odezwał  się 

pułkownik Carter. — Cicha woda! Ręka w rękę z wielkim detektywem i ani mru–mru, jak tam 
posuwa się dochodzenie. 

— James to nadzwyczajny typ — wtrąciła Karolina. — Nie potrafi się po prostu rozstać z 

tym, co wie. 

background image

Spojrzała na mnie z odcieniem niełaski. 
— Zapewniam, że nic nie wiem — odparłem. — Poirot trzyma język za zębami. 
— Mądry człowiek  — zachichotał  pułkownik.  —  Nie zdradza się. To wspaniałe okazy,  ci 

kontynentalni detektywi. Zawsze mają różne sztuczki w pogotowiu, co? 

— Biorę — brzęknęła panna Ganett z cichym zadowoleniem. — I madżong! 
Sytuacja stała się dość napięta. Było wielką niedelikatnością ze strony panny Ganett trzy 

razy  z  rzędu  zdobywać  madżonga.  Skłoniło  to  Karolinę  do  następującej  uwagi  pod  moim 
adresem, gdy znowu wznosiliśmy mur: 

— Jesteś męczący, James. Siedzisz tutaj jak zdechła ryba i wcale się nie odzywasz. 
— Ależ, moja droga! — zaprotestowałem. — Nie mam nic do powiedzenia, to znaczy, nic 

do powiedzenia na temat, o który ci chodzi. 

— Bzdura!  —  oświadczyła  Karolina,  układając  swoje  kamienie.  —  Musisz  znać  jakieś 

interesujące szczegóły. 

Przez chwilę nic nie odpowiadałem. Ledwo wierzyłem oczom. Czytałem o takiej rzeczy jak 

doskonała wygrana, to znaczy madżong w pierwszym doborze kamieni, ale nie sądziłem, by 
mnie coś podobnego mogło się zdarzyć. 

Ze źle ukrywanym triumfem wyłożyłem kamienie na stół. 
— Jak to mówią w Klubie Szanghajskim — zauważyłem — tin–ho, doskonała wygrana. 
Pułkownikowi omal oczy nie wyszły na wierzch. 
— Na honor! — zawołał. — Co za nadzwyczajna rzecz! Nigdy jeszcze nie widziałem czegoś 

podobnego! 

Wtedy  dopiero,  sprowokowany  docinkami  Karoliny  i  upojony  powodzeniem,  zacząłem 

mówić: 

— Jeżeli  chodzi  o  interesujące  szczegóły,  to  cóż  powiedzielibyście  o  złotej  obrączce  z 

napisem „Od R.” i datą w środku? 

Pominę  scenę,  która  nastąpiła.  Zmuszono  mnie,  bym  dokładnie  opisał,  gdzie  ów  skarb 

znaleziono i jaka data widniała na obrączce. 

— Trzynasty marca? — zdziwiła się Karolina. — Akurat sześć miesięcy temu, no, no! 
Z miliona głupawych przypuszczeń wyłoniły się wreszcie trzy dojrzałe teorie: 
1.  Pułkownika  Cartera:  że  Ralf  w  sekrecie  poślubił  Florę.  Pierwsze  i  najprostsze 

rozwiązanie. 

2. Panny Ganett: że Roger Ackroyd wziął w tajemnicy ślub z panią Ferrars. 
3. Mojej siostry: że Roger Ackroyd ożenił się ze swą gospodynią, panną Russell. 
Czwarta, superteoria, została wygłoszona przez Karolinę już później, gdy szliśmy spać. 
— A  ja  ci  mówię  —  odezwała  się  nagle  —  i  wcale  by  mnie  to  nie  zdziwiło,  gdybym  się 

dowiedziała, że to Flora Ackroyd i Geoffrey Raymond się pobrali. 

— No, wtedy byłoby przecież „G”, a nie „R” — zaoponowałem. 
— Nigdy nie wiadomo. Niektóre kobiety wolą nazwiska od imion. No i słyszałeś, co panna 

Ganett mówiła dziś wieczorem o zachowaniu się Flory? 

Mówiąc  szczerze,  to  nie  słyszałem,  aby  panna  Ganett  o  czymś  podobnym  mówiła,  ale 

uszanowałem umiejętność Karoliny czytania między wierszami. 

— A może Hektor Blunt? — podsunąłem. — Jeżeli to ktoś… 
— Bzdura!  —  ucięła  Karolina.  —  Owszem,  on  ją  podziwia,  może  nawet  jest  w  niej 

zakochany, ale zapamiętaj sobie, że żadna dziewczyna nie zakocha się w mężczyźnie, który by 
mógł być jej ojcem, gdy obok kręci się młody, przystojny sekretarz. Mogła najwyżej flirtować 
z majorem Bluntem, chcąc mieć parawan. O tak, młode dziewczyny są bardzo  zmyślne. Ale 
powiem ci jedno, Jamesie Sheppard! Florę Ackroyd za grosz nie obchodzi Ralf Paton! I nigdy 
nie obchodził. Wierzaj mi! 

Uwierzyłem jej bez słowa. 

background image

R

OZDZIAŁ SIEDEMNASTY

 

P

ARKER

 

 
Następnego  ranka  uprzytomniłem  sobie,  że  w  upojeniu  wywołanym  przez  tin–ho,  czyli 

doskonałą wygraną, popełniłem, być może, niedyskrecję. To prawda, że Poirot nie zastrzegł, 
bym nikomu nie wspominał o znalezieniu obrączki, ale z drugiej strony on sam przemilczał to, 
będąc w Fernly, i jeśli się nie mylę, tylko ja poza nim wiedziałem o całej sprawie. Dręczyły 
mnie  wyrzuty  sumienia.  Historia  znalezienia  obrączki  rozprzestrzeniała  się  teraz  po  całym 
King’s Abbot niby pożar stepu — co do tego nie miałem żadnych wątpliwości. W każdej chwili 
spodziewałem się wizyty Poirota i gorzkich uwag z jego strony. 

Pogrzeb pani  Ferrars i  Rogera  Ackroyda wyznaczony został  na ten sam dzień o godzinie 

jedenastej.  Była  to  smutna,  lecz  bardzo  podniosła  uroczystość,  na  którą  przybyli  wszyscy 
mieszkańcy Fernly. 

Poirot  również  brał  w  niej  udział.  Po  ceremonii  ujął  mnie  pod  ramię  i  zaprosił  do 

Modrzewiowego  Dworku.  Twarz  miał  bardzo  poważną  i  obawiałem  się,  że  echa  mojej 
wczorajszej paplaniny doszły już do jego uszu. Szybko się jednak zorientowałem, że detektyw 
jest zaprzątnięty zupełnie czym innym. 

— Musimy  działać  —  powiedział.  —  Chcę  skorzystać  z  pańskiej  pomocy  przy  badaniu 

pewnego  świadka.  Będziemy  mu  zadawać  pytania  i  napędzimy  takiego  stracha,  że  prawda 
wyjdzie na wierzch. 

— O jakim świadku pan mówi? — spytałem bardzo zdziwiony. 
— O Parkerze! Prosiłem, żeby do mnie przyszedł o dwunastej. Prawdopodobnie już czeka. 
— Domyśla się pan czegoś? — Spojrzałem z ukosa na Poirota. 
— Wiem jedno: nie jestem zadowolony. 
— Myśli pan, że to może on szantażował panią Ferrars? — Albo on, albo… 
— Albo kto? — spytałem, czekając daremnie na koniec zdania. 
— Mój przyjacielu, powiem panu jedno: mam głęboką nadzieję, że to on! 
Powaga,  z  jaką  Poirot  wypowiedział  te  słowa,  i  jeszcze  coś  nieokreślonego,  co  je 

zabarwiało, zmusiły mnie do milczenia. 

Przybyliśmy  do  Modrzewiowego  Dworku  i  gospodyni  poinformowała  nas,  że  Parker  już 

czeka. Gdy weszliśmy do pokoju, lokaj wstał z szacunkiem. 

— Dzień dobry, Parker — przywitał go pogodnie Poirot. — Jedna chwileczka, zaraz, tylko 

się rozbiorę. 

Ściągnął rękawiczki i płaszcz. 
— Pan pozwoli, proszę pana! — Parker rzucił się, by mu pomóc. Ułożył płaszcz na krześle 

koło drzwi. Poirot przyglądał się temu z zadowoleniem. 

— Dziękuję, Parker — zwrócił się do lokaja. — Siadaj. To, co mam do powiedzenia, może 

nam zająć sporo czasu. 

Parker usiadł, schylając głowę, jakby chciał przeprosić za tę śmiałość. 
— Jak sądzicie, Parker, po co cię tutaj poprosiłem? Parker chrząknął. 
— Jeśli dobrze zrozumiałem, proszę pana, pragnie pan zadać mi kilka pytań dotyczących 

mojego byłego pana. Intymnych pytań. 

— Precisement!  —  odparł  Poirot,  promieniejąc.  —  Czy  masz  jakieś  doświadczenie  w 

sprawach szantażu? 

— Nie rozumiem, proszę pana! — Lokaj zerwał się na równe nogi. 
— Nie denerwuj się, Parker — powiedział Poirot. — I nie graj roli uczciwego, dotkniętego 

człowieka. Znasz się na szantażu, prawda? Wiesz na ten temat wszystko, co można wiedzieć, 
tak? 

background image

— Proszę pana, ja nigdy… ja nigdy nie… 
— Byłem  tak  obrażany,  co?  —  podsunął  Poirot.  —  Wobec  tego  czemu,  mój  doskonały 

Parkerze,  byłeś  taki  ciekawy  rozmowy,  jaka  toczyła  się  w  gabinecie  owego  wieczoru,  kiedy 
usłyszałeś słowo „szantaż”? 

— Nie byłem. Ja… 
— Kto był waszym ostatnim panem? — rzucił nagle Poirot. 
— Moim ostatnim panem? 
— Tak, waszym panem przedtem, nim przyszedłeś na służbę do pana Ackroyda? 
— Major Ellerby, proszę pana… Poirot przerwał: 
— Właśnie, major Ellerby. Major Ellerby był narkomanem, prawda? Podróżowałeś z nim, 

tak?  W  czasie  pobytu  na  Bermudach  major  Ellerby  wpadł  w  kłopoty.  Zabito  człowieka. 
Częściowo winny był major Ellerby. Cała sprawa została zatuszowana. Ile ci major Ellerby 
zapłacił, Parker, żebyś nic nie mówił? 

Parker otworzył usta i martwo wpatrywał się w Poirota. Drżał jak galareta, policzki mu się 

trzęsły. 

— Widzisz,  Parker,  przeprowadziłem  dochodzenie  —  powiedział  z  uśmiechem  Poirot.  — 

Jest tak, jak mówię. Wtedy dostałeś sporą sumę za milczenie. I major Ellerby płacił ci aż do 
śmierci. No, a teraz chcę coś usłyszeć o twoim ostatnim eksperymencie. 

Parker nadal wpatrywał się w detektywa. 
— Nie ma sensu zaprzeczać. Herkules Poirot wie! To prawda, co powiedziałem o majorze 

Ellerbym, tak? 

Parker z ociąganiem skinął głową. Twarz jego miała barwę popiołu. 
— Ale ja nigdy nie zrobiłem nic złego panu Ackroydowi, proszę pana! — wyjąkał. — Słowo 

honoru, proszę pana, naprawdę nie. Bałem się przez cały czas, że tamta sprawa wyjdzie na 
jaw.  I  mówię  panu,  że  nie  zabiłem  pana  Ackroyda,  nie  zabiłem!  —  Głos  jego  przeszedł  w 
nieomal histeryczny krzyk. 

— Skłaniam  się  ku  temu,  żeby  ci  wierzyć,  mój  przyjacielu  —  odezwał  się  Poirot.  —  Na 

morderstwo brak ci nerwów, odwagi. Ale muszę usłyszeć prawdę. 

— Powiem panu wszystko, proszę pana, wszystko, co pan chce! To prawda, że próbowałem 

podsłuchiwać wtedy wieczorem pod drzwiami.  Parę słów, które usłyszałem, wzbudziło moją 
ciekawość. No i że pan Ackroyd kazał sobie nie przeszkadzać i zamknął się tam z doktorem. 
Tak było, policji powiedziałem szczerą prawdę. Usłyszałem słowo „szantaż”, proszę pana, no 
i wie pan… — zamilkł. 

— Pomyślałeś, że to coś interesującego, tak? — podsunął lekko Poirot. 
— Właśnie. Tak pomyślałem, proszę pana. Pomyślałem sobie, że jeśli pana Ackroyda ktoś 

szantażuje, to może i dla mnie w tym się znajdzie jakiś ochłapek. 

Twarz Poirota przybrała bardzo dziwny wyraz. Pochylił się do przodu. 
— Czy  przed  tym  wieczorem  miałeś  jakiekolwiek  podstawy  przypuszczać,  że  pana 

Ackroyda ktoś szantażuje? 

— Nie,  proszę  pana,  żadnych.  To  mnie  nawet  bardzo  zdziwiło,  co  usłyszałem.  Taki 

porządny pan, taki zawsze zrównoważony. 

— No i co podsłuchałeś? 
— Niewiele,  proszę  pana.  Mogę  powiedzieć,  że  nie  miałem  szczęścia.  Los  był  przeciwko 

mnie,  proszę  pana.  Musiałem  naturalnie  wrócić  do  swoich  obowiązków  w  pokoju 
kredensowym. A kiedy potem raz czy dwa znowu podkradłem się pod drzwi gabinetu, los był 
znowu  przeciwko  mnie.  Za  pierwszym  razem  wyszedł  doktor  Sheppard  i  prawie  mnie 
przyłapał na gorącym uczynku, a za drugim razem natknąłem się na pana Raymonda, który 
szedł  z  hallu.  Wiedziałem  więc,  że  już  nic  z  tego.  A  kiedy  potem  szedłem  z  tacą,  zawróciła 
mnie panna Flora. 

background image

Przez  dłuższą  chwilę  Poirot  wpatrywał  się  w  lokaja,  jakby  badał  szczerość  jego  słów. 

Parker nie spuścił oczu. Wytrzymał próbę. 

— Mam nadzieję, że pan mi wierzy, proszę pana. Cały czas się bałem, że policja wygrzebie 

tę  starą  sprawę  z  majorem  Ellerbym  i  że  w  związku  z  tym  będzie  mnie  podejrzewała  o 
morderstwo. 

— Eh bien — powiedział wreszcie Poirot. — Skłonny jestem ci wierzyć. Ale żądam jednej 

rzeczy.  Pokaż  mi  swoją  książeczkę  oszczędnościową.  Masz  książeczkę  oszczędnościową, 
Parker, prawda? 

— Tak,  proszę  pana.  Przypadkiem  mam  ją  przy  sobie.  Bez  żadnych  oznak  zmieszania 

Parker zaczął grzebać w kieszeni. Poirot odebrał od niego zielono oprawną książeczkę i zaraz 
ją otworzył. 

— Ach! Widzę, że w tym roku kupiłeś za pięćset funtów bonów oszczędnościowych. 
— Tak, proszę pana. Mam już odłożonych około tysiąca funtów. To rezultat mojej… moich 

stosunków  z  byłym  panem…  majorem  Ellerbym.  No  i  w  tym  roku  poszczęściło  mi  się 
troszeczkę na wyścigach. Jeśli pan sobie przypomina, fuks wygrał bieg jubileuszowy. Miałem 
nosa postawić na niego dwadzieścia funtów. 

Poirot zwrócił mu książeczkę. 
— Pożegnam cię teraz. Wierzę, że powiedziałeś mi prawdę. A jeśli nie, to tym gorzej dla 

ciebie, przyjacielu! 

Gdy Parker wyszedł, Poirot wziął z krzesła swój płaszcz. 
— Wychodzi pan? — spytałem. 
— Tak, złożymy wizytę dobremu panu Hammondowi. 
— Pan wierzy Parkerowi? 
— Jego  historia  jest  prawdopodobna.  Chyba  że  jest  świetnym  aktorem.  Wydaje  mi  się 

jednak  oczywiste,  iż  Parker  naprawdę  uważa  Ackroyda  za  ofiarę  szantażu.  A  więc  z  tego 
wynika, że nic nie wie o sprawie pani Ferrars. 

— W takim razie kto…? 
— Precisement!  Kto?  Ale  nasza  wizyta  u  pana  Hammonda  wyjaśni  nam  jedno.  Albo 

całkowicie uwolni Parkera od podejrzeń, albo… 

— Albo? 
— Od  samego  rana  wpadłem  w  zły  zwyczaj  niekończenia  zdań  —  odparł  Poirot  ze 

skruszoną miną. — Musi pan mi wybaczyć. 

— Aha,  przypomniało  mi  się  —  powiedziałem  niepewnym  głosem.  —  Muszę  panu  coś 

wyznać. Obawiam się, że zupełnie bez zastanowienia wypaplałem o tej obrączce. 

— Jakiej obrączce? 
— O obrączce, którą pan znalazł w sadzawce ze złotymi rybkami. 
— A, o tej! — Poirot uśmiechnął się szeroko. 
— Mam  nadzieję,  że  bardzo  się  pan  nie  gniewa?  To  była  z  mojej  strony  wielka 

nieostrożność. 

— Ależ  wcale  się  nie  gniewam,  przyjacielu!  Nie  prosiłem  pana  o  dyskrecję.  Miał  pan 

prawo o tym mówić, jeśli pan sobie życzył. Pańska siostra była zainteresowana, tak? 

— Jeszcze jak! To wywołało sensację. Zaraz posypało się tysiące przypuszczeń. 
— A przecież to taka prosta sprawa! Oczywiste wyjaśnienie rzucało się w oczy, co? 
— Czyżby? — spytałem sucho. Poirot wybuchnął śmiechem. 
— Mądry człowiek trzyma język za zębami — powiedział. — Nieprawdaż? Ale oto i biuro 

pana Hammonda. 

Adwokat  znajdował  się  w  swoim  gabinecie,  dokąd  wprowadzono  nas  bez  zwłoki.  Pan 

Hammond wstał i powitał nas obojętnie, lecz nie uchybiając grzeczności. Poirot natychmiast 
przystąpił do rzeczy. 

background image

— Monsieur,  pragnę  otrzymać  od  pana  pewną  informację,  jeśli  pan  będzie  łaskaw  jej 

udzielić, naturalnie. O ile się nie mylę, pan był również adwokatem zmarłej pani Ferrars, tak? 

W  oczach  adwokata  zauważyłem  krótki  błysk  zdziwienia,  zaraz  zresztą  zastąpiony 

zawodową maską obojętności. 

— Tak jest. Wszystkie jej sprawy przechodziły przez naszą firmę. 
— To świetnie, świetnie. Nim jednak pana o coś zapytam, poproszę obecnego tu  doktora 

Shepparda,  by  panu  powtórzył  pewną  rozmowę.  Pan  nie  ma  nic  przeciwko  temu,  doktorze? 
Może pan łaskawie powtórzy treść rozmowy, jaką pan odbył z Rogerem Ackroydem w piątek 
wieczorem, tak? 

— Ależ  proszę  bardzo!  —  odparłem  i  natychmiast  rozpocząłem  sprawozdanie  z  owego 

niesamowitego wieczoru. 

Hammond przysłuchiwał się z wielką uwagą. — I to wszystko! — zakończyłem wreszcie. 
— Szantaż — powiedział adwokat w zamyśleniu. 
— Jest pan zdziwiony? — spytał Poirot. 
Adwokat zdjął binokle i zaczął je wycierać chusteczką. 
— Nie — odparł. — Nie będę kłamał, że jestem zdziwiony. Od pewnego czasu domyślałem 

się podobnej historii. 

— A więc teraz zadam moje pytanie — rzekł Poirot. — Czy może mi pan podać wysokość 

sum wypłaconych szantażyście, monsieur? 

— Nie  ma  powodów,  bym  nie  mógł  panu  tego  powiedzieć  —  odezwał  się  Hammond  po 

dłuższej  chwili.  —  W  ciągu  ostatniego  roku  pani  Ferrars  sprzedała  pewne  papiery,  a 
pieniądze  zostały  wpłacone  na  jej  bieżący  rachunek.  Wiem,  że  w  nic  ich  nie  inwestowała. 
Ponieważ miała dosyć duże dochody, a po śmierci męża żyła skromnie, wydaje mi się jasne, iż 
sumy uzyskane ze sprzedaży owych papierów wartościowych zostały zużyte na jakiś specjalny 
cel.  Raz  próbowałem  wybadać  panią  Ferrars,  ale  otrzymałem  odpowiedź,  że  musi  ona 
pomagać wielu ubogim krewnym swego męża. Naturalnie już nie wracałem do tego tematu. 
Do  chwili  obecnej  sądziłem,  że  pieniądze  te  szły  na  zaspokojenie  roszczeń  jakiejś  kobiety 
wobec  Ashleya  Ferrarsa.  Nigdy  mi  nie  przyszło  na  myśl,  że  pani  Ferrars  była  w  to 
bezpośrednio wmieszana. 

— Ile to było pieniędzy? — spytał Poirot. 
— Cała suma wyniesie około dwudziestu tysięcy funtów. 
— Dwadzieścia tysięcy funtów! — wykrzyknąłem. — W ciągu jednego roku? 
— Pani Ferrars była bardzo zamożną kobietą — odparł Poirot sucho. — A groźba kary za 

morderstwo nie jest rzeczą miłą. 

— Czy jeszcze czymś mogę panu służyć? — zainteresował się pan Hammond. 
— Nie, dziękuję, to wszystko — odrzekł Poirot, wstając. 
— Tysiąckrotne pardon za zakłócenie pańskiej świadomości, monsieur. 
— Ależ to głupstwo, proszę bardzo. 
— Zakłócenie  świadomości  jest  określeniem  stanu  psychicznego  —  zauważyłem  już  na 

ulicy. 

— A!  Mój  angielski  nigdy  nie  będzie  doskonały  —  wykrzyknął  z  żalem  Poirot.  — 

Powinienem był powiedzieć: „przeszkodzenie świadomości”, n’est–ce pas

*

? Ten angielski to 

ciekawy język. 

—  
— Zakłócenie spokoju, to pewno pan miał na myśli. 
— Dziękuję,  przyjacielu.  O  to  mi  chodziło,  właśnie!  Utrafił  pan  w  sam  środek.  Eh  bien, 

jakże wygląda sprawa naszego Parkera? Mając dwadzieścia tysięcy funtów, czyż pozostałby 
nadal  lokajem?  Je  ne  pense  pas

*

.  Jest  naturalnie  możliwe,  że  ukrył  pieniądze  w  banku  pod 

                                                 

*

 fr. Czyż nie? 

*

 fr. Nie sądzę. 

background image

innym nazwiskiem, ale ja nadal skłonny jestem twierdzić, że wyznał nam całą prawdę. Nie jest 
zbyt bystry. To pozostawia dwie możliwości, ha! Raymond albo… albo major Blunt! 

— Ależ  chyba  nie  Raymond  —  zaprotestowałem.  —  Wiemy  przecież,  że  w  owym  czasie 

bardzo potrzebował pięciuset funtów. 

— To on tak mówi. 
— A jeśli idzie o Hektora Blunta… 
— Powiem panu coś, co dotyczy dobrego majora Blunta — przerwał mi Poirot. — Moim 

obowiązkiem jest zbadać każdy szczegół. Więc badam. I w tym wypadku to zrobiłem. Zapis, o 
którym major Blunt mówi, wynosił, jak stwierdziłem, około dwudziestu tysięcy funtów. Co pan 
o tym myśli? 

Byłem tak zaskoczony, że z trudem zdołałem wykrztusić: 
— To niemożliwe. Taki zacny człowiek jak major Blunt! Poirot wzruszył ramionami. 
— Kto  to  wie!  W  każdym  razie  to  człowiek  z  ambicjami.  Wyznaję,  że  trudno  mi  sobie 

wyobrazić  go  w  roli  szantażysty,  ale  istnieje  tu  jeszcze  jedna  możliwość,  o  której  pan  nie 
pomyślał. 

— Mianowicie? 
— Ogień na kominku, mój drogi przyjacielu! Po pana wyjściu Ackroyd sam mógł zniszczyć 

ów list, niebieską kopertę i wszystko. 

— To  mi  się  nie  wydaje  prawdopodobne  —  powiedziałem  wolno.  —  A  z  drugiej  strony, 

naturalnie, tak mogło być! Mógł nagle zmienić zdanie. 

Zbliżyliśmy  się  właśnie  do  mojego  domu;  powodowany  impulsem  zaprosiłem  Poirota  na 

obiad. 

Myślałem, że Karolina będzie ze mnie bardzo zadowolona, ale okazało się, że kobiety nie 

można  nigdy  zadowolić.  Właśnie  tego  dnia  mieliśmy  na  obiad  kotlety  cielęce,  a  służącej 
pozostały resztki flaków z cebulką. No i oczywiście! Dwa kotlety na stole, przy którym siedzą 
trzy osoby, są rzeczą dosyć krępującą. 

Ale Karolinę można wytrącić z równowagi najwyżej na parę minut. Po chwili bezbłędnie 

kłamała już Poirotowi, że chociaż brat się z niej śmieje, ona przestrzega ściśle jarskiej kuchni. 
Wpadła  prawie  w  ekstazę,  opisując  delikatność  i  wyższość  smaku  kotletów  jarzynowych 
(których  zdaje  się  nigdy  nie  miała  w  ustach)  na  przykład  nad  schabowymi,  i  zajadała 
smakowicie przypiekany  ser z musztardą, rzucając częste uwagi  na temat niebezpieczeństw, 
jakie kryją w sobie potrawy mięsne. 

Potem,  kiedy  paląc  papierosy,  usiedliśmy  przed  kominkiem,  Karolina  przypuściła  do 

Poirota frontalny atak. 

— Nie znalazł pan jeszcze Ralfa Patona? 
— A gdzie go miałem szukać, mademoisellel 
— Myślałam, że może znalazł go pan w Cranchester — powiedziała Karolina z naciskiem. 
Poirot wydawał się rozbawiony. 
— W Cranchester? Dlaczego właśnie w Cranchester? Zjadliwie udzieliłem mu koniecznych 

wyjaśnień. 

— Jeden z członków służby wywiadowczej widział pana wczoraj w samochodzie, jadącego 

z Cranchester. 

Detektyw roześmiał się serdecznie: 
— Ach, rozumiem! Prosta rzecz. Byłem u dentysty, c’est tout

*

. Mój ząb bardzo boli. Jadę 

więc do dentysty. I natychmiast w drodze ząb przestaje boleć. Chcę wrócić szybko, a dentysta 
mówi:  nie.  Lepiej  go  wyrwać.  Kłócę  się.  On  nalega.  Wreszcie  zwycięża.  No  i  mój  ząb  już 
nigdy nie będzie więcej bolał. 

Karolina oklapła jak przekłuty balon. 

                                                 

*

 fr. To wszystko. 

background image

Dalej ciągnęliśmy jednak rozmowę o Ralfie Patonie. 
— Słaby charakter — upierałem się. — Ale to nie jest zły człowiek. 
— Aa! — wykrzyknął Poirot. — Ale słabość, dokądże ona prowadzi! 
— Właśnie!  —  zgodziła  się  Karolina.  —  Weźmy  na  przykład  Jamesa.  Słaby  charakter, 

najsłabszy, jaki widziałam. Co by było, gdybym go nie pilnowała? 

— Moja droga Karolino — powiedziałem cierpko — czy musisz zajmować się moją osobą? 

Nie starcza ci tematów? 

— Kiedy ty jesteś słaby, James — odparła Karolina, bynajmniej nie zmieszana. — Jestem 

od ciebie o osiem lat starsza i wcale się nie wstydzę, że pan Poirot to słyszy… 

— Nigdy  bym  czegoś  podobnego  nie  przypuścił,  mademoiselle  —  powiedział  Poirot, 

kłaniając się nisko. 

— Tak, o osiem lat! Zawsze uważałam za swój święty obowiązek opiekę nad tobą. Z tym 

twoim złym wychowaniem to tylko Bóg wie, w jakie kłopoty byś się do dziś wpakował, gdyby 
nie ja. 

— Mógłbym  się  ożenić  z  piękną  tancerką  albo  jakąś  inną  awanturnicą  —  mruknąłem, 

patrząc w sufit i puszczając kółka z dymu. 

— Awanturnicą?  —  parsknęła  Karolina  gniewnie.  —  Skoro  już  mówimy  o 

awanturnicach… — nie skończyła zdania. 

— No, no? — spytałem z pewną ciekawością. 
— Nic. Pomyślałam sobie o kimś, kto znajduje się bliżej niż sto mil stąd.  — Zwróciła się 

nagle  do  Poirota:  —  James  utrzymuje,  że  zdaniem  pana  to  ktoś  z  bezpośredniego  otoczenia 
Rogera Ackroyda popełnił morderstwo. A ja twierdzę, że pan się myli. 

— Wolałbym  się  nie  mylić  —  odparł  Poirot.  —  To  nie  jest,  jakby  to  powiedzieć,  moja 

métier

*

 mylić się. 

— Mnie  wszystko  układa  się  dosyć  jasno  —  ciągnęła  Karolina,  nie  zwracając  uwagi  na 

słowa  Poirota.  —  Opieram  się  na  tym,  co  opowiadał  mi  James  i  inni.  Ze  wszystkich 
domowników  tylko  dwoje  miałoby  okazję  popełnić  morderstwo:  Ralf  Paton  albo  Flora 
Ackroyd… 

— Moja droga Karolino…! 
— Nie przerywaj mi teraz, James! Wiem, co mówię. Parker spotkał Florę przed drzwiami 

gabinetu,  prawda?  Nie  słyszał,  czy  stryj  rzeczywiście  mówi  jej  dobranoc,  czy  nie.  Mogła  go 
była właśnie wtedy zabić. 

— Karolino! 
— Ja nie mówię, że ona to zrobiła, James, nie twierdzę tego wcale! Mówię tylko, że miała 

okazję.  Choć  Flora  jest  taka  sama  jak  te  inne  nowomodne  dziewczyny,  które  nie  mają 
szacunku  dla  starszych  i  myślą,  że  pojadły  wszystkie  rozumy  pod  słońcem,  przez  chwilę  nie 
sądzę, by mogła skrzywdzić nawet kurczę. Ale fakty pozostają faktami. Pan Raymond i major 
Blunt mają alibi. Pani Ackroyd ma alibi. Obawiam się, że ma je również i panna Russell, a 
bardzo to dla niej szczęśliwie. Któż pozostaje? Tylko Ralf i Flora. I mówcie sobie, co chcecie, 
ale  ja  nie  wierzę,  żeby  Ralf  Paton  zamordował  Rogera  Ackroyda.  Znam  tego  chłopaka  od 
małego. 

Poirot milczał, pilnie obserwując dym wijący się z papierosa. Kiedy wreszcie się odezwał, 

mówił  nieswoim  głosem,  który  wywarł  na  mnie  silne  wrażenie,  gdyż  był  jakiś  dziwnie 
przenikający. 

— Weźcie  na  przykład  mężczyznę.  Takiego  przeciętnego  mężczyznę.  Mężczyznę,  który  w 

sercu  nie  ma  żadnej  myśli  o  morderstwie.  Jest  w  nim  nuta  słabości,  tam  gdzieś  głęboko. 
Dotychczas jeszcze nigdy ta nuta nie musiała zagrać. 

                                                 

*

 fr. Specjalność. 

background image

Może nigdy nie będzie musiała i ten człowiek zejdzie do grobu szanowany i honorowany 

przez  wszystkich.  Ale  przypuśćmy,  że  coś  się  stanie.  Że  znajdzie  się  w  trudnościach.  Może 
nawet  jeszcze  nie  to,  może  wpadnie  przypadkiem  na  ślad  tajemnicy,  tajemnicy  dotyczącej 
czyjejś śmierci czy życia. Jego pierwszym impulsem będzie donieść o tym, spełnić obowiązek 
uczciwego obywatela. No, ale tu wyjdzie na jaw ta nuta słabości. Bo oto jest okazja zdobycia 
pieniędzy!  Wielkiej  ilości  pieniędzy!  On  chce  pieniędzy,  pragnie  ich!  Wszystko  wydaje  się 
takie łatwe. Nic za to nie trzeba robić, tylko siedzieć cicho. To dopiero początek. Pragnienie 
pieniędzy rośnie. On chce mieć więcej  i  więcej! Oszałamia  go widok tej kopalni złota, jaka 
rozwarła  się u jego stóp.  Staje się łakomy i  w tym łakomstwie przeciąga strunę. Mężczyznę 
można dławić, jak długo się chce, ale z kobietą sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. Nie 
wolno  przekroczyć  pewnej  granicy.  Ponieważ  kobieta  w  sercu  nosi  zawsze  skłonność  do 
wypowiedzenia  prawdy.  Iluż  mężczyzn,  którzy  zdradzili  swoje  żony,  zeszło  spokojnie  z  tego 
świata,  zabierając  swój  sekret  do  grobu?  A  ile  z  żon,  które  oszukały  mężów,  niszczy  im 
dodatkowo życie, wypominając w oczy swoje wiarołomstwo? Zbyt duży był na nie nacisk. W 
chwili  nieopamiętania  (której  potem  żałują,  bien  entendu)  zapominają  o  bezpieczeństwie 
domowego życia i rzucają się na niepewne wody, by potem powrócić skruszone, przyznając 
się do wszystkiego ku własnej chwilowej uldze. Tak też było, sądzę, w tym wypadku. Napięcie 
zbyt wielkie! I spełniła się prawda przysłowia: zdechła kura, która znosiła złote jajka. Ale to 
nie koniec. Człowiekowi, o którym mówimy, groziło odkrycie jego niecnych postępków. On już 
nie jest tym samym człowiekiem co rok temu, na przykład. Jego kościec moralny jest nadgniły. 
Ten człowiek jest zdesperowany. Toczy bitwę, którą musi przegrać, ale gotów jest skorzystać z 
każdego środka, byle uchronić się od przegranej. I dlatego podnosi rękę ze sztyletem. 

Poirot zamilkł na chwilę. Wydawało się, że rzucił jakieś zaklęcie na cały pokój. Trudno mi 

opisać wywołane jego słowami wrażenie. W bezlitosnej analizie faktów kryła się prawda, a z 
okrutnej siły wyobraźni Poirota wyrósł przed naszymi oczami strach. 

— A potem — podjął dalej spokojnie — jeśli niebezpieczeństwo już nie grozi, człowiek taki 

staje  się  znowu  sobą,  staje  się  normalnym,  dobrym,  miłym  człowiekiem.  Niechaj  się  jednak 
znowu zrodzi potrzeba, nie cofnie się przed następnym morderstwem. 

Wreszcie Karolina odważyła się przemówić: 
— Mówi  pan  o  Ralfie  Patonie.  Może  ma  pan  rację,  może  pan  jej  nie  ma,  ale  nie  wolno 

panu potępiać człowieka, nie wysłuchawszy, co ma na swoją obronę. 

Ostry dzwonek telefonu przerwał rozmowę. Wyszedłem do hallu i podniosłem słuchawkę. 
— Halo? — powiedziałem. — Tak, mówi doktor Sheppard. Słuchałem przez chwilę, potem 

odpowiedziałem „dobrze”. Odłożyłem słuchawkę i wróciłem do saloniku. 

— Panie Poirot, policja liverpoolska zatrzymała człowieka, który nazywa się Charles Kent. 

Podobno  jest  to  ów  piątkowy  gość  z  Fernly.  Chcą,  abym  natychmiast  pojechał  i  stwierdził 
jego tożsamość. 

background image

R

OZDZIAŁ OSIEMNASTY

 

C

HARLES 

K

ENT

 

 
Po  półgodzinie  Poirot,  inspektor  Raglan  i  ja  siedzieliśmy  w  pociągu  uwożącym  nas  do 

Liverpoolu. Inspektor był niesłychanie podniecony i monologował: 

— Jeśli  niczego  innego  nam  to  nie  da  —  oświadczył  radośnie  —  to  w  każdym  razie 

dowiemy się może coś niecoś o tym szantażu. Z tego, co słyszałem przez telefon, ten Charles 
Kent  to  podejrzany  typ.  Narkoman.  Łatwo  powinniśmy  z  niego  wydobyć  wszystko,  co 
będziemy  chcieli.  Jeśli  znajdziemy  tylko  cień  motywu,  to  sto  do  jednego,  że  on  zamordował 
Rogera  Ackroyda.  Ale  dlaczego  w  takim  razie  młody  Paton  się  ukrywa?  Jedna  wielka 
zagadka!  Nic  już  nie  rozumiem.  Aha,  przy  okazji,  panie  Poirot,  pan  miał  rację  co  do  tych 
odcisków  palców.  Tak,  to  odciski  palców  Ackroyda.  Ja  od  razu  pomyślałem  to  samo,  ale 
odrzuciłem taką możliwość jako nieprawdopodobną. 

Uśmiechnąłem się do siebie. Inspektor Raglan próbował ratować honor policji. 
— A ten człowiek? — spytał Poirot. — To on nie jest oficjalnie aresztowany? 
— Nie, tylko zatrzymany do wyjaśnienia. 
— I jak tłumaczy swoją obecność w Fernly? 
— Wcale nie tłumaczy — odparł inspektor, krzywiąc usta w uśmiechu. — Dziwny ptaszek. 

Dużo krzyczy, ale nic poza tym. 

Po przybyciu do Liverpoolu stwierdziłem ze zdziwieniem, że Poirot został powitany bardzo 

entuzjastycznie.  Superintendent  Hayes  współpracował  niegdyś  z  belgijskim  detektywem  i 
najwidoczniej wyrobił sobie wyidealizowaną opinię o jego zdolnościach. 

— No, skoro pomaga nam pan Poirot, to wkrótce będziemy w domu! — powiedział wesoło. 

— Myślałem, że pan się już wycofał z czynnej pracy, monsieur. 

— Tak, tak, wycofałem się, kochany panie Hayes. Ale jakże męczące jest hodowanie dyń! 

Nie może pan sobie wyobrazić monotonii następujących po sobie dni! 

— Rozumiem, dobrze rozumiem.  Więc przyjechał pan obejrzeć, co myśmy tutaj  złapali w 

klateczkę? A to doktor Sheppard, jeśli się nie mylę? Czy pan sądzi, że pan go rozpozna? 

— Nie bardzo jestem tego pewien — odparłem. 
— Jak go schwytaliście? — zapytał Poirot. 
— Rozesłano  rysopis  do  prasy  i  wszystkich  komisariatów  policji,  jak  pan  wie.  Bardzo 

ogólnikowy, niestety. Ten gość ma akcent amerykański i nie zaprzecza, że w noc morderstwa 
znajdował się w King’s Abbot. Ale się rzuca i pyta, co to nas obchodzi, gdzie on jeździ, i że 
możemy sobie iść do jasnej cholery, a on nie odpowie na żadne pytanie. 

— Czy będzie mi wolno również go zobaczyć, tak? — spytał Poirot. 
Superintendent przymknął znacząco jedno oko. 
— Bardzo dobrze, że pan z nami współpracuje, proszę pana. Może pan oglądać, kogo pan 

chce. Nie dalej niż  wczoraj  pytał o pana inspektor Japp ze Scotland Yardu. Słyszał,  że pan 
nieoficjalnie z nami współpracuje. A może pan już wie, gdzie ukrywa się kapitan Paton? 

— Nie  sądzę,  aby  w  obecnej  chwili  należało  o  tym  mówić  —  odparł  Poirot  z  wielką 

pewnością siebie, a ja przygryzłem wargi, by powstrzymać uśmiech. 

Ten zabawny Belg potrafił świetnie grać. 
Po kilku minutach rozmowy poszliśmy przesłuchać zatrzymanego. 
Był to młody człowiek, mógł mieć ze dwadzieścia dwa, trzy lata. Wysoki, szczupły, ręce mu 

się  lekko  trzęsły.  Widać  było  tylko  ślady  dawnej  tężyzny  fizycznej.  Włosy  miał  ciemne; 
niebieskie i nieco rozbiegane oczy unikały naszego wzroku. Poprzednio przez cały czas — od 
chwili pierwszego spotkania z nim przed bramą King’s Abbot — odnosiłem wrażenie, że jego 

background image

rysy i głos są mi znajome. Teraz jednak już mi nikogo nie przypominał. Czyżby to nie był ten 
sam młody człowiek? 

— Wstań,  Kent  —  powiedział  superintendent.  —  Ci  panowie  przyszli  do  ciebie.  Poznaje 

pan któregoś z nich? 

Kent  patrzał  na nas spode łba,  ale milczał. Jego spojrzenie prześlizgnęło się po naszych 

twarzach i wreszcie zatrzymało na mojej. 

— A więc, panie doktorze — spytał superintendent — cóż pan powie? 
— Wzrost  się  zgadza  —  odparłem  —  i  jeśli  idzie  o  sylwetkę,  to  może  to  być  ten  sam 

człowiek. Poza tym trudno mi coś powiedzieć. 

— Co to wszystko znaczy, do jasnej cholery?! — wykrzyknął Kent. — Czego wy ode mnie 

chcecie? Gadajcie! Co ja takiego zrobiłem? 

Skinąłem głową. 
— Ten sam człowiek — powiedziałem. — Poznaję jego głos. 
— Poznaje pan mój głos, tak? A gdzież to pan go przedtem słyszał? 
— W zeszły piątek wieczorem przed bramą Fernly Park. Pytał mnie pan o drogę. 
— Pytałem pana o drogę, tak? 
— Przyznaje się pan do tego? — rzucił superintendent. 
— Do niczego się nie przyznaję. Do niczego się nie przyznam, póki się nie dowiem, o co ta 

cała polka! 

— Nie czytał pan gazet w ciągu ostatnich paru dni? — odezwał się po raz pierwszy Poirot. 
Kent zmrużył oczy. 
— O  to  wam  chodzi,  aha!  Słyszałem,  że  w  Fernly  łupnęli  jakiegoś  starego  faceta. 

Chcielibyście mnie w to wrobić, co? 

— Był pan tam owego wieczoru — powiedział Poirot spokojnie. 
— A skąd pan to wie? 
— Stąd. — Poirot wyjął coś z kieszeni i pokazał Kentowi na otwartej dłoni. 
Było  to  gęsie  piórko,  które  znaleźliśmy  w  pawilonie.  Na  ten  widok  twarz  mężczyzny  się 

zmieniła. Mimo woli wyciągnął rękę. 

— Heroina  —  powiedział  Poirot.  —  Nie,  mój  przyjacielu,  piórko  jest  puste.  Leżało  tam, 

gdzie pan je upuścił owego wieczoru. 

Charles Kent spoglądał niepewnie na Poirota. 
— Pan coś, do cholery,  dużo o wszystkim wie, panie cudzoziemski  błaźnie! To może pan 

sobie przypomni jeszcze jedno: gazety pisały, że starego faceta wykończono pomiędzy godziną 
za kwadrans dziesiąta a dziesiątą. 

— To się zgadza. 
— Ale czy tak jest naprawdę? O to pana pytam. 
— Ten pan odpowie. — Poirot wskazał inspektora Raglana. Raglan zawahał się, zerknął 

na  superintendenta  Hayesa,  potem  na  Poirota,  wreszcie,  jakby  otrzymawszy  ich  zgodę, 
odparł: 

— To prawda. Między godziną za kwadrans dziesiąta a dziesiątą. 
— No, to nie macie mnie tu po co trzymać — powiedział Kent. — Już o godzinie dziewiątej 

dwadzieścia  pięć  byłem  daleko  od  Fernly  Park.  Możecie  spytać  w  gospodzie  Pod  Psem  i 
Gwizdkiem.  Milę  za  Fernly,  na  drodze  do  Cranchester.  Zrobiłem  tam  małą  rozróbkę, 
pamiętam dobrze. Prawie za kwadrans dziesiąta. I jak teraz wyglądacie?! 

Inspektor Raglan zapisał coś w notesie. 
— No więc? — domagał się Kent. 
— Sprawdzimy  —  odparł  inspektor.  —  Jeśli  powiedział  pan  prawdę,  nic  złego  pana  nie 

spotka. A co robił pan w Fernly Park? 

— Miałem się z kimś spotkać. 
— Z kim? 

background image

— To nie wasz interes. 
— Radzę, żeby był pan grzeczniejszy — wtrącił superintendent. 
— A do cholery z grzecznością! Byłem w Fernly w moim prywatnym interesie i  nic wam 

więcej  nie  powiem.  Znajdowałem  się  daleko,  kiedy  zadźgano  tego  dziadka,  a  tylko  to  może 
interesować policję. 

— Nazywa się pan Charles Kent? — spytał Poirot. — Gdzie się pan urodził? 
Mężczyzna patrzył chwilę na detektywa, potem wykrzywił twarz w uśmiechu: 
— Nie bójcie się, jestem Brytyjczykiem, z urodzenia — odparł. 
— Tak  —  mruknął,  kręcąc  głową,  Poirot.  —  Chyba  pan  jest.  Nawet  mi  się  wydaje,  że 

urodził się pan w hrabstwie Kent. 

Mężczyzna szeroko otworzył oczy. 
— Niby dlaczego? Dlatego że się tak nazywam? A co to ma z tym wspólnego? Czy facet, 

który nazywa się Kent, musi się urodzić w hrabstwie Kent? 

— W pewnych okolicznościach tak — odparł Poirot znacząco. — Biorąc pod uwagę pewne 

okoliczności. Mam nadzieję, że mnie pan rozumie. 

Poirot wyraźnie coś insynuował; obaj policjanci spojrzeli na niego zdziwieni. Charles Kent 

zaczerwienił się po same uszy i przez chwilę wydawało się, że skoczy detektywowi do gardła. 
Jednakże opanował się i patrząc w bok, sztucznie się roześmiał. 

Poirot wyszedł z pokoju bardzo z siebie zadowolony, czemu dawał wyraz, kiwając głową. 

Po chwili dołączyli do niego obaj policjanci. 

— Sprawdzimy jego alibi  — powiedział Raglan. — Nie wydaje mi się, żeby gość kłamał. 

Ale  nie  powiedział  uczciwie,  co  robił  w  Fernly.  Wydaje  mi  się,  że  złapaliśmy  naszego 
szantażystę.  Z  drugiej  strony,  jeśli  jego  alibi  jest  prawdziwe,  nie  miał  nic  do  czynienia  z 
morderstwem.  W  chwili  zatrzymania  znaleźliśmy  przy  nim  dziesięć  funtów,  spora  kwota. 
Wydaje  mi  się,  że  on  miał  te  całe  czterdzieści  funtów,  co  zginęły.  Prawdę  powiedziawszy, 
numery  brakujących  banknotów  nie  zgadzają  się  z  numerami  tych  dziesięciu  funtów,  ale 
przecież  pierwsza  rzecz,  o  której  by  pomyślał,  to  je  wymienić.  Pewno  pan  Ackroyd  dał  mu 
pieniądze  i  on  się  ulotnił,  jak  tylko  mógł  najszybciej.  A  po  co  pan  pytał  o  jego  miejsce 
urodzenia? Co to ma wspólnego ze sprawą? 

— Zupełnie nic — powiedział łagodnie Poirot. — Mój taki malutki pomysł, nic więcej. Ja 

zawsze mam takie malutkie pomysły. 

— Naprawdę? — spytał grzecznie Raglan, wpatrując się w niego zdumiony. 
Superintendent wybuchnął śmiechem: 
— Wielokrotnie mówił mi o tym inspektor Japp. Pan Poirot i jego malutkie pomysły! „To 

zbyt wyrafinowane dla mnie, mówił Japp, lecz zawsze coś w nich jest”. 

— Pan się ze mnie śmieje — pogodnie odparł Poirot — ale nic nie szkodzi. Czasami starzy 

śmieją się ostatni, a młodzi, ci sprytni, nie śmieją się wcale. 

I mądrze kiwając głową, wyszedł na ulicę. 
Obiad  zjedliśmy  w  hotelu.  Teraz  wiem,  że  już  wtedy  Poirot  znał  rozwiązanie  zagadki. 

Ostatnia nitka doprowadziła go do prawdy! 

Ale  wówczas  niczego  się  jeszcze  nie  domyślałem.  Złe  oceniłem  jego  śmieszną  pewność 

siebie i uważałem, że to wszystko, co stanowi tajemnicę dla mnie, musi być również zagadką i 
dla niego. 

Przede  wszystkim  nie  rozumiałem,  co  Charles  Kent  mógł  robić  w  Fernly.  Raz  po  raz 

zadawałem sobie to  pytanie, lecz nie przychodziło mi do głowy żadne logiczne wyjaśnienie. 
Wreszcie wprost zagadnąłem Poirota, co o tym sądzi. 

Odpowiedział natychmiast: 
— Mon ami

*

, ja nie sądzę, ja wiem. 

                                                 

*

 fr. Mój przyjacielu. 

background image

— Naprawdę? — spytałem z powątpiewaniem. 
— Tak,  wiem.  Chyba  niewiele  by  pan  zrozumiał,  gdybym  panu  teraz  odpowiedział,  że 

Charles Kent poszedł do Fernly głównie dlatego, że urodził się w hrabstwie Kent. 

Patrzyłem na Poirota zdziwiony. 
— Istotnie, nie widzę w tym wielkiego sensu — odparłem sucho. 
— Aa! — powiedział Poirot współczująco. — No, to nieważne. Ja mam nadal swój malutki 

pomysł. 

background image

R

OZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

 

F

LORA 

A

CKROYD

 

 
Kiedy  następnego  dnia  wracałem  samochodem  po  odbyciu  wizyt  lekarskich,  z  trotuaru 

zaczął do mnie kiwać inspektor Raglan. Zahamowałem i inspektor postawił nogę na stopniu 
wozu. 

— Dzień dobry, doktorze! — powiedział. — Potwierdziło się alibi tego gościa. 
— Charlesa Kenta? 
— Tak,  barmanka  z  gospody  Pod  Psem  i  Gwizdkiem,  Sally  Jones,  przypomina  go  sobie 

doskonale. Z pięciu fotografii od razu wybrała jego zdjęcie. Wszedł do baru akurat o godzinie 
za kwadrans dziesiąta, a to jest ponad milę od Fernly Park. Dziewczyna mówi, że miał dużo 
pieniędzy.  Widziała,  jak  wyjmował  z  kieszeni  cały  plik  banknotów.  To  ją  nawet  zdziwiło, 
ponieważ poznała od razu, jakiego to typu gość, buty prawie spadały mu z nóg. Tak, on wziął 
te czterdzieści funtów. 

— I w dalszym ciągu nie chce powiedzieć, po co przyszedł do Fernly? 
— Uparty jak muł. Rano rozmawiałem przez telefon z Hayesem. 
— Herkules Poirot powiada, że wie, po co Kent był w Fernly Park. 
— Naprawdę?! — wykrzyknął inspektor podniecony. 
— Tak  —  odparłem  złośliwie.  —  Jego  zdaniem  dlatego,  że  Kent  urodził  się  w  hrabstwie 

Kent. 

Z wielką satysfakcją obserwowałem, jak on z kolei zaniemówił. 
Patrzył  na  mnie  przez  chwilę,  jakby  nic  nie  rozumiał.  Potem  jego  tłustą  twarz  rozjaśnił 

uśmiech. Postukał się znacząco w czoło. 

— Ma trochę kuku — powiedział. — Od dłuższego czasu już to widzę. Biedny gość, dlatego 

musiał rzucić pracę i tu przyjechał! To pewno rodzinne. Ma siostrzeńca, któremu brak piątej 
klepki. 

— Poirot ma siostrzeńca wariata? — spytałem zdziwiony. 
— Aha. Nigdy panu o nim nie wspominał? Podobno spokojny chłopak, nieszkodliwy, tylko 

skończony wariat, biedaczysko. 

— Kto panu o tym mówił? 
Na twarzy inspektora znowu rozlał się uśmiech. 
— Pana siostra, panna Karolina. Od niej to wszystko wiem. 
Karolina  jest  naprawdę  niesamowita.  Nie  spocznie,  póki  nie  pozna  do  najdrobniejszego 

szczegółu  tajemnic  każdej  rodziny.  Nigdy,  niestety,  nie  udało  mi  się  zaszczepić  jej  zasad 
dyskrecji i przekonać, że lepiej jest zachowywać zdobyte wiadomości dla siebie. 

— Proszę  wsiąść,  inspektorze  —  powiedziałem,  otwierając  drzwi  samochodu.  — 

Pojedziemy razem do Modrzewiowego Dworku i zapoznamy naszego belgijskiego przyjaciela 
z najnowszym rozwojem wypadków. 

— Owszem,  możemy.  Trzeba  przyznać,  że  chociaż  ma  on  trochę  pokręcone  w  głowie, 

podsunął mi dobrą myśl z tymi odciskami palców. Kiełbi mu się coś w głowie na temat Kenta, 
ale kto wie, może i w tym się coś kryje? 

Poirot przyjął nas ze swą zwykłą uprzejmością i uśmiechem. 
Wysłuchał wiadomości, którą mu przynieśliśmy, od czasu do czasu kiwając głową. 
— Więc  to  jest  w  porządku,  prawda?  —  spytał  inspektor  raczej  ponuro.  —  Trudno 

podejrzewać,  że  facet  mordował  człowieka  w  jednym  miejscu,  a  w  tym  samym  czasie  pił  w 
barze odległym o milę. 

— Zwalniają go panowie? — zaciekawił się Poirot. 

background image

— A  cóż  innego  możemy  zrobić?  Nie  mamy  nawet  podstaw,  by  zatrzymywać  go  pod 

zarzutem wyłudzenia od kogoś pieniędzy. Nic mu nie można udowodnić. 

Inspektor rzucił zdenerwowany zapałkę na kominek. Poirot podniósł ją i położył delikatnie 

w  małym  naczyniu  przeznaczonym  do  tego.  Zrobił  to  całkiem  podświadomie.  Widziałem,  że 
myślami błądzi zupełnie gdzie indziej. 

— Na miejscu policji — powiedział wreszcie — nie zwalniałbym tego Kenta tak od razu. 
— Nie rozumiem pana? — Inspektor spojrzał zdumiony. 
— Chyba mówię jasno! Nie powinniście go jeszcze zwalniać. 
— Nie myśli pan chyba, że on był wspólnikiem w tym morderstwie? 
— Raczej nie, ale trzeba się przedtem upewnić. 
— Dopiero co panu powiedziałem, że… Poirot podniósł rękę na znak protestu. 
— Mais  oui,  mais  oui!  Słyszałem.  Nie  jestem  głuchy.  Ani  głupi,  dzięki  Bogu.  Ale  pan 

podchodzi do sprawy ze złego, jak to się mówi, ze złego położenia, tak? 

Inspektor wpatrywał się w niego intensywnie. 
— Jak pan to rozumie? Przecież wiemy, że pan Ackroyd żył jeszcze o godzinie za kwadrans 

dziesiąta, prawda? Pan się z tym zgadza. 

Poirot spojrzał uważnie na inspektora, potem potrząsnął głową i uśmiechnął się. 
— Nie zgadzam się z niczym, co nie zostało udowodnione! 
— No jak to? Mamy przecież dostateczne dowody. Mamy zeznanie panny Flory Ackroyd. 
— Ze  powiedziała  dobranoc  stryjowi?  Nie,  proszę  pana,  ja  nie  zawsze  wierzę  temu,  co 

mówią młode kobiety. Nawet takie urocze i piękne jak panna Flora. 

— Ależ, panie Poirot! Parker ją widział, jak wychodziła z gabinetu! 
— Wcale  nie!  —  Głos  Poirota  zadźwięczał  nagle  ostro.  —  Właśnie  że  wcale  tego  nie 

widział.  Przeprowadziłem  wczoraj  mały  eksperyment.  Pan  sobie  przypomina,  doktorze? 
Parker widział ją przed drzwiami gabinetu, jak trzymała rękę na klamce. Wcale nie widział, 
jak wychodziła z gabinetu. 

— Ale gdzie ona w takim razie mogła być, skąd iść? 
— Mogła właśnie zejść ze schodów. 
— Ze schodów? 
— Tak, mam taki akurat malutki pomysł. 
— Ale te schody prowadzą przecież tylko do sypialni pana Ackroyda? 
— Właśnie! 
Inspektor nie spuszczał wzroku z Poirota. 
— Myśli  pan,  że  ona  była  w  sypialni  stryja?  No,  niby  czemu  nie?  Ale  dlaczego  miałaby 

kłamać? 

— Aa, oto pytanie. My nie wiemy, co ona tam robiła, prawda? 
— Pan myśli o pieniądzach? Panie Poirot, pan chyba nie przypuszcza, że Flora Ackroyd 

wzięła te czterdzieści funtów? 

— Ja nic nie przypuszczam — odparł Poirot. — Ale chcę panu przypomnieć jedno: życie 

matki i córki w tym domu nie było lekkie. Przychodziły rachunki, ciągle były jakieś kłopoty z 
drobnymi  wydatkami.  Pan  Ackroyd  dość  dziwnie  się  zachowywał  w  sprawach  finansowych. 
No i dziewczyna pewnego dnia jest zdesperowana z braku stosunkowo drobnej kwoty. Niech 
pan to sobie sam wykombinuje. Panna Flora wzięła pieniądze, zeszła po schodach. W połowie 
drogi słyszy z hallu brzęczenie szklanek na tacy. Nie ma wątpliwości, że to  Parker idzie do 
gabinetu. Za żadną cenę nie może jej zobaczyć na schodach. Parker tego nie zapomni i będzie 
nad tym rozmyślał, wyda mu się to dziwne. Jeśli sprawa zaginięcia pieniędzy zrobi się głośna, 
Parker sobie przypomni, że ją widział na schodach. Panna Flora ma akurat tyle czasu, żeby 
zbiec do drzwi gabinetu i położyć rękę na klamce. Wygląda, że stamtąd wyszła w chwili, gdy 
pojawił  się  Parker  z  tacą.  Mówi  pierwsze  lepsze,  co  jej  przychodzi  do  głowy,  po  prostu 

background image

powtarza wcześniejsze polecenie Rogera Ackroyda, wydane tego samego wieczoru, i idzie do 
swojej sypialni na górę. 

— No tak, ale potem chyba zdała sobie sprawę z niesłychanej wagi powiedzenia prawdy? 

— upierał się inspektor. 

— Przecież na tym spoczywa cała zbudowana przez nas teoria! 
— Potem sytuacja skomplikowała się dla panny Flory — rzekł Poirot sucho. — Dowiaduje 

się, że przyszła policja i że dokonano włamania. Naturalnie myśli, że odkryto brak pieniędzy. 
Musi  wytrwać  przy  swojej  wersji.  Kiedy  słyszy  o  zamordowaniu  stryja,  ogarnia  ją 
przerażenie. Młode kobiety nie mdleją teraz tak łatwo, monsieur, bez specjalnych powodów. 
Eh  bien,  tak  przedstawia  się  sytuacja.  Panna  Flora  nie  może  zmienić  zeznania.  Musiałaby 
powiedzieć  wszystko.  A  młoda  i  ładna  dziewczyna  nie  lubi  przyznawać  się  do  kradzieży, 
zwłaszcza wobec tych, których szacunek i poważanie pragnie zachować. 

Raglan pięścią uderzył mocno w stół. 
— Nie uwierzę w to — powiedział. — To… to jest niewiarygodne! I pan to wiedział przez 

cały czas. 

— Od  samego  początku  rozpatruję  możliwość  podobnej  sytuacji  —  przyznał  Poirot.  — 

Byłem pewien, że panna Flora  coś przed nami ukrywa. Aby to  sprawdzić, przeprowadziłem 
mały  eksperyment,  o  którym  panu  przed  chwilą  wspomniałem.  Pomagał  mi  w  tym  doktor 
Sheppard. 

— Powiedział pan, że to chodzi o wypróbowanie Parkera — odezwałem się z wyrzutem. 
— Mon ami — odparł Poirot ze skruchą — już panu kiedyś mówiłem, że każdą rzecz trzeba 

jakoś uzasadnić. 

Inspektor wstał. 
— Pozostaje  nam  tylko  jedno  —  powiedział.  —  Musimy  natychmiast  porozmawiać 

umiejętnie z panną Ackroyd. Pojedzie pan ze mną do Fernly, panie Poirot? 

— Naturalnie, doktor Sheppard zawiezie nas swoim samochodem, tak? 
Chętnie się zgodziłem. 
Kiedy  zapytaliśmy  o  pannę  Ackroyd,  wprowadzono  nas  do  pokoju  bilardowego.  Flora  i 

major Blunt siedzieli na długiej kanapce pod oknem. 

— Dzień dobry, panno Ackroyd — powiedział inspektor. 
— Czy moglibyśmy panią prosić o chwilę rozmowy? 
Blunt natychmiast wstał, chcąc wyjść. 
— O co chodzi? — spytała Flora niespokojnie.  — Proszę nie odchodzić, majorze. Major 

Blunt może zostać, prawda? — spytała, zwracając się do inspektora. 

— Jak  pani  sobie  życzy  —  odparł  sucho  inspektor.  —  Mam  obowiązek  zadać  pani  kilka 

pytań,  wolałbym  to  zrobić  w  cztery  oczy  i  mam  wrażenie,  że  pani  również  wolałaby 
odpowiadać bez świadków. 

Flora  wpatrywała  się  badawczo  w  inspektora.  Zobaczyłem,  że  twarz  jej  szarzeje.  Potem 

obróciła się do Blunta: 

— Chcę,  żeby  pan  został,  proszę  bardzo,  naprawdę  o  to  proszę.  Bez  względu  na  to,  co 

inspektor ma mi do powiedzenia, chcę, żeby pan przy tym był. 

Raglan wzruszył ramionami. 
— Jeśli pani sobie tego życzy, nie mam nic więcej do powiedzenia. A więc, panno Ackroyd, 

obecny tu pan Poirot podzielił się ze mną pewnymi przypuszczeniami. Uważa on, że w piątek 
wieczorem nie wchodziła pani wcale do gabinetu, nie widziała pana Ackroyda i nie mówiła 
mu  dobranoc.  Była  pani  w  tym  czasie  na  schodach  prowadzących  z  sypialni  pani  stryja  i 
usłyszała pani Parkera idącego z tacą od strony hallu. 

Wzrok Flory przeniósł się na Poirota. Ten skinieniem głowy potwierdził słowa inspektora. 

background image

— Mademoiselle,  kiedy  parę  dni  temu  zebraliśmy  się  wokół  stołu,  prosiłem  panią  o 

szczerość. Jeśli ktoś czegoś nie mówi papie Poirotowi, Poirot sam się dowiaduje. Prawda, że 
tak było? No dobrze, ułatwię pani: wzięła pani pieniądze, tak? 

— Pieniądze? — odezwał się ostro Blunt. 
Nastąpiła cisza, która trwała chyba z minutę. Flora opanowała się wreszcie i przemówiła: 
— Pan Poirot ma rację. Wzięłam pieniądze. Ukradłam je. Jestem złodziejką. Tak, zwykłą, 

ordynarną złodziejką. Teraz wszyscy już wiecie. Jestem szczęśliwa, że nareszcie pozbyłam się 
ciężaru. Te ostatnie kilka dni były dla mnie straszne.  — Usiadła i ukryła twarz w dłoniach. 
Mówiła  teraz  głucho,  przez  palce:  —  Nie  wiecie,  jak  okropne  było  moje  życie  od  chwili 
przyjazdu  tutaj.  Pragnęłam  tylu  rzeczy,  a  tymczasem  musiałam  zdobywać  je  podstępem, 
oszukiwać, kombinować, kłamać, wpadać w długi, układać się z wierzycielami. O Boże! Jakże 
ja siebie nienawidzę, kiedy o tym myślę. To nas zbliżyło. Ralfa i mnie. Byliśmy oboje słabi. Ja 
go rozumiałam i żałowałam, ponieważ jestem w istocie podobna do niego. Nie potrafiliśmy o 
własnych siłach stanąć na nogi. Jesteśmy słabeusze, nieszczęśliwe, wstrętne kreatury! 

Spojrzała na Blunta i nagle tupnęła nogą. 
— Dlaczego  na  mnie  tak  patrzysz?  Jakbyś  nie  mógł  w  to  uwierzyć.  Może  i  jestem 

złodziejką,  ale  wreszcie  jestem  sobą.  Nie  muszę  udawać  dziewczyny  takiej,  jakie  się  tobie 
podobają: młodej, niewinnej i prostej. Nic mnie nie obchodzi, jeśli nie będziesz mnie więcej 
chciał  znać.  Nienawidzę  siebie,  pogardzam  sobą!  Ale  musisz  uwierzyć  w  jedno:  jeśli 
powiedzenie prawdy mogłoby w czymś pomóc Ralfowi, dawno bym ją powiedziała. Ale przez 
cały czas myślałam, że to lepiej dla Ralfa. Teraz jego sytuacja jest jeszcze gorsza, niż była. 
Nie czyniłam mu żadnej krzywdy, trwając przy moim kłamstwie. 

— Ralf! — powiedział Blunt. — Zawsze słyszę to imię. Ralf. 
— Ty nic nie rozumiesz — powiedziała Flora w rozpaczy. 
— Ty nigdy nie zrozumiesz.  — Spojrzała  na inspektora.  — Przyznaję się do wszystkiego. 

Byłam  w  rozpaczy  z  powodu  kłopotów  pieniężnych.  Po  kolacji  nie  widziałam  już  stryja.  W 
sprawie  pieniędzy  możecie  podjąć  odpowiednie  kroki.  Nic  gorszego  nie  może  już  mi  się 
przydarzyć. 

Nagle znowu się załamała, ukryła twarz w dłoniach i wybiegła z pokoju. 
— A więc — odezwał się inspektor bezbarwnym głosem — tak to wygląda! 
Wyraźnie nie wiedział, co robić dalej. Blunt chrząknął. 
— Inspektorze Raglan — powiedział spokojnie. — Te pieniądze dostałem od Ackroyda. W 

specjalnym celu. Panna Ackroyd ich nie brała. Kłamie, chcąc osłaniać kapitana Patona. Było 
tak, jak mówię. Powtórzę w sądzie. 

Skłonił się sztywno, odwrócił na pięcie i wyszedł. Poirot szybko pobiegł za nim do hallu. 
— Monsieur, chwileczkę, błagam pana, jeśli pan taki łaskaw! 
— Słucham! 
Blunt  był  najwyraźniej  zdenerwowany  i  niechętnie  przystanął.  Patrzył  z  góry  na  małego 

detektywa i marszczył brwi. 

— Chodzi  o  to  —  mówił  szybko  Poirot  —  że  nie  jestem  oszukany  pana  maleńką 

fantastyczną powiastką. Naprawdę nie. To panna Flora wzięła pieniądze. Jednocześnie muszę 
powiedzieć,  że  bardzo  dobrze  pan  to  sobie  wymyślił,  to  mi  się  podoba.  Zrobił  pan  bardzo 
dobrą rzecz. Jest pan człowiekiem, który szybko myśli i działa. 

— Pańska opinia jest mi obojętna — odparł Blunt zimno i chciał odejść, ale Poirot, wcale 

nie obrażony, położył mu rękę na ramieniu. 

— A nie, musi pan mnie wysłuchać. Mam więcej do powiedzenia. Parę dni temu mówiłem o 

ukrywaniu prawdy. I przez cały czas  widzę, co pan ukrywa,  monsieur: panna Flora,  pan ją 
kocha całym sercem. Od pierwszej chwili, kiedy ją pan zobaczył, tak? O, nic nie szkodzi, że 
mówimy o takich rzeczach. Dlaczego w Anglii uważa się, że mówienie o miłości to zdradzanie 
jakiejś hańbiącej tajemnicy? Pan kocha mademoiselle Florę. Chce pan ukryć ten fakt przed 

background image

całym światem. To bardzo dobrze, tak powinno być. Ale niech pan posłucha rady Herkulesa 
Poirota i nie ukrywa tego przed mademoiselle. 

Blunt okazywał  przez cały ten czas  wielkie zniecierpliwienie, ale ostatnie słowa przykuły 

jego uwagę. 

— Cóż pan przez to rozumie? — spytał ostro. 
— Pan  myśli,  że  ona  kocha  Ralfa  Patona,  ale  ja,  Herkules  Poirot,  mówię  panu,  że  tak 

wcale nie jest.  Mademoiselle  Flora  przyjęła  oświadczyny  kapitana, żeby zrobić przyjemność 
stryjowi i ponieważ w małżeństwie tym widziała możliwość ucieczki od tutejszego życia, które 
stało  się  dla  niej  nie  do  zniesienia.  Lubiła  kapitana,  owszem,  i  między  nimi  było  wiele 
wzajemnej sympatii i zrozumienia. Ale nie miłość. To nie kapitana Patona panna Flora kocha. 

— A cóż, do diabła, ma pan znowu na myśli? — spytał Blunt. Pod opalenizną gwałtownie 

się zaczerwienił. 

— Pan był ślepy, monsieur. Ślepy! Panna Flora jest lojalna, biedactwo. Ralf Paton jest w 

tarapatach, więc honor każe jej przy nim wytrwać. 

Doszedłem do wniosku, że i ja powinienem się przyłączyć do sprawy. 
— Moja  siostra  powiedziała  mi  wczoraj  wieczorem  —  odezwałem  się  zachęcająco  —  że 

Flora nigdy nie była zakochana w Ralfie Patonie i na pewno nigdy nie będzie. Karolina nie 
myli się w takich sprawach. 

Blunt nie zwrócił uwagi na moje dobre chęci. 
— Pan naprawdę myśli…? — zaczął i urwał, patrząc niepewnie na Poirota. 
Blunt  należy  do  owych  mało  wymownych  typów,  którym  przez  gardło  nie  mogą  przejść 

delikatne sformułowania. Poirot zupełnie tego nie rozumie. 

— Jeśli pan wątpi, proszę spytać jej samej,  monsieur. Ale, być może, pan już nie dba…? 

Sprawa pieniędzy… 

Blunt wydał dźwięk podobny do ryku zranionego zwierzęcia. 
— Pan myśli, że ja mógłbym mieć o to do niej pretensję? Roger zawsze był dziwny, jeśli 

idzie  o  pieniądze.  Flora  wpakowała  się  w  kabałę  i  bała  mu  się  przyznać.  Biedne  dziecko, 
biedna samotna dziewczyna! 

Poirot spoglądał w zamyśleniu na boczne drzwi. 
— Wydaje mi się, że panna Flora poszła do ogrodu — mruknął. 
— Byłem  skończonym  głupcem.  Dziękuję  panu  bardzo  —  powiedział  szybko  Blunt.  — 

Dziwna rozmowa. Jakby z Szekspira. Ale z pana swój chłop. Dziękuję. 

Ujął rękę Poirota i ścisnął ją tak mocno, że ten aż się skręcił z bólu. Potem major szybkim 

krokiem wyszedł przez boczne drzwi do ogrodu. 

— To nie skończony, to całkowity szaleniec — mruknął za nim Poirot, rozcierając dłoń. — 

To szaleniec w miłości. 

background image

R

OZDZIAŁ DWUDZIESTY

 

P

ANNA 

R

USSELL

 

 
Inspektor  Raglan  doznał  niemiłego  wstrząsu.  Nie  oszukało  go  —  podobnie  jak  i  nas  — 

rycerskie kłamstwo majora Blunta. Przez całą drogę do miasteczka skarżył się i biadał: 

— To  zmienia  wszystko,  prawda?  Nie  wiem,  czy  pan  sobie  z  tego  zdaje  sprawę,  panie 

Poirot? 

— Tak,  tak,  zdaję  sobie  —  odparł  Poirot.  —  Bo  widzi  pan,  inspektorze,  ja  od  samego 

początku o czymś podobnym myślałem. 

Inspektor  Raglan, któremu myśl  o tym zaświtała w głowie, i to  z cudzą pomocą, dopiero 

pół godziny temu, spojrzał niewyraźnie na Poirota i dalej rozwodził się nad swoim odkryciem: 

— Teraz  będzie  historia  z  tymi  alibi!  Wszystkie  nic  niewarte.  Diabła  warte,  można 

powiedzieć. Trzeba zacząć od początku, sprawdzić, co każdy robił od dziewiątej trzydzieści. 
Dziewiąta trzydzieści! Tego czasu musimy się już trzymać. Miał pan zupełną rację co do tego 
Kenta,  lepiej  go  jeszcze  nie  zwalniajmy.  Zaraz,  zaraz,  o  dziewiątej  czterdzieści  pięć  był  w 
gospodzie Pod Psem i Gwizdkiem. Jeżeli biegł, mógł się tam dostać w piętnaście minut. Być 
może  to  właśnie  jego  rozmowę  z  Rogerem  Ackroydem  słyszał  pan  Raymond.  Kent  żądał 
pieniędzy, a pan Ackroyd odmawiał. Ale jedno jest jasne, to nie on dzwonił ze stacji. Stacja 
jest  o  pół  mili  w  przeciwnym  kierunku,  a  Kent  siedział  w  gospodzie  do godziny  dziesięć  po 
dziesiątej. Niech diabli wezmą ten telefon! Zawsze musimy na tym utknąć. 

— W istocie, to bardzo ciekawe — zgodził się Poirot. — Możliwe także, że to kapitan Paton 

wszedł  przez  okno  do  pokoju  ojczyma.  Zobaczył  go  nieżywego  i  uciekł,  a  po  drodze 
zatelefonował  ze  stacji.  Przestraszył  się,  że  zostanie  oskarżony  o  morderstwo,  i  zwiał.  To 
możliwe, prawda? 

— A po cóż by miał dzwonić? 
— Może  przypuszczał,  że  pan  Ackroyd  jeszcze  żyje?  Pomyślał  sobie,  że  trzeba  jak 

najprędzej  sprowadzić  lekarza,  ale  nie  chciał  przy  tym  zdradzać  swojej  obecności.  Tak,  tak 
mogło być. No, co pan powie o takiej teorii? 

Inspektor dumnie wypiął pierś, tak zadowolony ze swojego wysiłku myślowego, że wszelkie 

wątpliwości z naszej strony potraktowałby lekceważąco. 

Zatrzymałem  samochód  pod  domem,  pożegnałem  się  szybko  i  pośpieszyłem  do  gabinetu 

przyjęć,  gdzie  od  dłuższego  czasu  czekało  już  na  mnie  kilku  chorych.  Poirot  odprowadził 
inspektora na posterunek policji. 

Załatwiwszy ostatniego pacjenta, poszedłem do małego pokoiku na tyłach domu. Nazywam 

go moim warsztatem. Bardzo jestem dumny z aparatu radiowego, który sam zmajstrowałem. 
Karolina nie znosi tego miejsca. Trzymam tam wszystkie narzędzia i zabraniam wstępu Annie, 
która  robi  w  domu  wielki  bałagan  swoją  miotełką  i  szczotką.  Właśnie  regulowałem 
mechanizm  budzika,  potępionego  przez  domowników  jako  przedmiot,  na  którym  nie  można 
polegać, kiedy otworzyły się drzwi i Karolina wsadziła głowę do środka. 

— O, jesteś tu, James? — powiedziała z głębokim niezadowoleniem. — Pan Poirot chciał 

się z tobą widzieć. 

— No  to  co?  —  odpowiedziałem  nieco  poirytowany,  gdyż  nagłe  wejście  Karoliny 

zaskoczyło mnie i wypuściłem z ręki maleńkie kółko. — Jeśli chce się ze mną zobaczyć, niech 
tu przyjdzie. 

— Tutaj? — zdziwiła się Karolina. 
— Przecież słyszałaś. Tutaj. 
Karolina  prychnęła  z  niezadowoleniem  i  wycofała  się.  Po  chwili  wróciła,  prowadząc 

Poirota, i natychmiast wyszła, zatrzaskując z hałasem drzwi. 

background image

— A, mój przyjacielu! — odezwał się Poirot, podchodząc i zacierając dłonie. — Nie pozbył 

się pan mnie tak łatwo, tak? 

— Skończył pan z inspektorem? 
— Chwilowo. A pan, przyjacielu, załatwił już wszystkich pacjentów? 
— Tak. 
Poirot usiadł i spojrzał na mnie, przechylając na bok jajowatą głowę. Sprawiał wrażenie 

człowieka, który z zadowoleniem rozpamiętuje usłyszany przed chwilą wspaniały dowcip. 

— Myli się pan — powiedział wreszcie. — Ma pan jeszcze jednego pacjenta. 
— Chyba nie pana?! — wykrzyknąłem zdziwiony. 
— Ach nie, nie mnie, bien entendu! Ja mam wspaniałe zdrowie. Nie, muszę się przyznać, to 

taki  mój  mały  complot

*

.  Chcę  z  kimś  porozmawiać,  rozumie  pan,  a  jednocześnie  nie  chcę, 

żeby całe miasteczko rozprawiało na ten temat. To by się zdarzyło, gdyby owa pani przyszła 
do mnie do domu. Ale u pana ona raz już była jako pacjentka. 

— Panna Russell?! — zawołałem. 
— Precisement!  Bardzo  chcę  z  nią  porozmawiać,  wysłałem  więc  do  niej  kartkę, 

wyznaczając spotkanie w pańskim gabinecie. Czy pan się na mnie bardzo gniewa? 

— Ależ wprost przeciwnie — odparłem. — To znaczy, jeśli wolno mi będzie uczestniczyć w 

rozmowie. 

— Naturalnie, drogi przyjacielu! Przecież to pana gabinet. 
— Wie pan — powiedziałem, odrzucając szczypczyki, które dotychczas trzymałem w ręku 

—  to  nadzwyczaj  intrygujące.  Mam  na  myśli  całą  sprawę.  Zupełnie  jakby  pan  potrząsał 
kalejdoskopem.  Następuje  nowy  rozwój  wypadków;  wszystko  nabiera  innego  znaczenia. 
Czego pan się spodziewa po rozmowie z panną Russell? 

Poirot podniósł brwi. 
— Chyba to oczywiste? — mruknął. 
— Znowu pan zaczyna! — odezwałem się z pretensją w głosie. — Pan uważa, że absolutnie 

wszystko jest oczywiste. A ja tymczasem krążę we mgle. 

Na moje słowa Poirot się uśmiechnął. 
— Pan  się  ze  mnie  śmieje,  przyjacielu.  Proszę  wziąć  na  przykład  sprawę  panny  Flory. 

Inspektor był zdziwiony, ale pan? Pan nie był wcale zdziwiony. 

— Nawet mi przez głowę nie przeszło, że ona mogła ukraść pieniądze — zaprotestowałem. 
— To  może  nie.  Ale  pilnie  obserwowałem  pańską  twarz  i  w  odróżnieniu  od  inspektora 

Raglana nie był pan wcale zaskoczony, kiedy się przyznała, że nie wchodziła do gabinetu. 

Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się nad słowami Poirota. 
— Może  i  ma  pan  rację  —  odezwałem  się  wreszcie.  —  Cały  czas  czułem,  że  Flora  coś 

ukrywa,  więc  kiedy  w  końcu  prawda  wyszła  na  jaw,  byłem  na  nią  podświadomie 
przygotowany.  To  rzeczywiście  bardzo  zmartwiło  biednego  Raglana,  rozbiło  mu  wszystkie 
jego teorie. 

— A! Pour ça, oui!

*

  Biedak  musi  teraz  na  nowo  wszystko  uporządkować.  Skorzystałem  z 

chwilowej słabości inspektora Raglana i skłoniłem go do wyrządzenia mi pewnej przysługi. 

— Mianowicie jakiej? 
Poirot wyjął z kieszeni kartkę i odczytał mi na głos jej treść: 
— Od  paru  dni  policja  poszukiwała  kapitana  Ralfa  Patona,  adoptowanego  syna  Rogera 

Ackroyda  z  Femly  Park,  którego  śmierć  nastąpiła  w  tragicznych  okolicznościach  w  zeszły 
piątek. Kapitan Paton został zatrzymany w Liverpoolu, kiedy wsiadał na okręt udający się do 
Stanów Zjednoczonych. 

Poirot schował kartkę. 
— Jutro ta wiadomość ukaże się w lokalnej gazecie. Patrzyłem na niego zaskoczony. 
                                                 

*

 fr. Spisek. 

*

 fr. Z tego powodu — tak. 

background image

— Ale przecież…? Przecież to nieprawda. Paton nie jest w Liverpoolu! 
Poirot promieniał. 
— Pan jest bardzo  inteligentny, mój przyjacielu.  Nie, kapitana Patona nie zatrzymano w 

Liverpoolu. Inspektor Raglan nie chciał się zgodzić na wysłanie przeze mnie tej wiadomości 
do  gazety,  zwłaszcza  że  nie  mogłem  go  wtajemniczyć  w  cel  mojego  eksperymentu.  Ale  jak 
najuroczyściej  zapewniłem  inspektora,  że  pojawienie  się  tej  wiadomości  wywoła  bardzo 
ciekawe  skutki,  więc  wreszcie  uległ,  zastrzegając,  że  nie  przyjmuje  na  siebie  żadnej 
odpowiedzialności. — Poirot dalej się uśmiechał. 

— Poddaję  się  —  powiedziałem  wreszcie.  —  Nic  nie  rozumiem.  Co  pan  chce  przez  to 

osiągnąć? 

— Powinien pan używać szarych komórek — odparł poważnie. Wstał i podszedł do mojego 

stołu roboczego. — Pan ma zdolności do majsterkowania — zauważył, obejrzawszy narzędzia 
i części rozmaitych mechanizmów. 

Każdy  człowiek  ma  jakąś  pasję.  Moją  była  praca  w  warsztacie.  Natychmiast  zwróciłem 

uwagę Poirota na zrobione przeze mnie radio. Widząc, że go to interesuje, pochwaliłem się 
też paroma własnymi wynalazkami — rzeczami drobnymi, ale bardzo przydatnymi w domu. 

— Stanowczo  powinien pan  być  konstruktorem,  a  nie  lekarzem  —  zdecydował  Poirot.  — 

Ale oto słyszę dzwonek, nasza pacjentka. Chodźmy do gabinetu. 

Już raz przedtem uderzyły mnie ślady urody w twarzy gospodyni. Obecnie stwierdziłem to 

po raz wtóry. Panna Russell ubrana była skromnie; miała na sobie czarną sukienkę, trzymała 
się  prosto,  co  jeszcze  bardziej  podkreślało  jej  wzrost  i  pewność  siebie.  Bladą  twarz 
zabarwiały  rzadkie  u  niej  rumieńce,  wielkie,  ciemne  oczy  były  mocno  podkrążone.  Niegdyś 
musiała to być nadzwyczaj piękna dziewczyna. 

— Dzień  dobry,  mademoiselle!  —  powitał  ją  Poirot.  —  Proszę  łaskawie  usiąść.  Doktor 

Sheppard  był  tak  niezmiernie  dobry,  że  użyczył  mi  swego  gabinetu  na  tę  rozmowę,  którą 
bardzo chciałem z panią przeprowadzić. 

Panna Russell usiadła, spokojna i opanowana. Jeśli nawet odczuwała jakieś podniecenie, 

to nie ujawniało się ono w jej zachowaniu. 

— Dziwne miejsce na prowadzenie rozmowy, jeśli pozwoli pan zauważyć — powiedziała. 
— Panno Russell, mam dla pani wiadomość. 
— Czyżby? 
— Charles  Kent  został  aresztowany  w  Liverpoolu.  Twarz  kobiety  nie  drgnęła.  Panna 

Russell otworzyła tylko nieco szerzej oczy i spytała trochę wyzywająco: 

— Więc co z tego? 
Uderzyło  mnie  nagle  owo  podobieństwo,  którym  dręczyłem  się  przez  cały  czas:  to  samo 

wyzywające  spojrzenie,  ten  sam  ton  co  u  Charlesa  Kenta.  I  głosy  obojga,  jeden  chrapliwy, 
drugi  opanowany,  zdradzały  dziwne  podobieństwo  barwy.  Tak,  twarz  i  głos  panny  Russell 
obudziły we mnie skojarzenie z nieznajomym mężczyzną, którego spotkałem owego wieczoru 
przed bramą Fernly Park. 

Byłem  bardzo  poruszony  tym  odkryciem.  Rzuciłem  okiem  na  Poirota,  a  on  ledwo 

dostrzegalnie  skinął  głową  i  następnie,  odpowiadając  pannie  Russell,  podniósł  w  górę  ręce 
typowo francuskim gestem. 

— Myślałem, że panią to zainteresuje, nic więcej — odparł łagodnie. 
— Teraz pan wie, że niespecjalnie. A któż to jest ten Charles Kent, jeśli można wiedzieć? 
— Mężczyzna, który był w Fernly w wieczór morderstwa. 
— Naprawdę? 
— Na szczęście ma alibi. O godzinie za piętnaście dziesiąta znajdował się w gospodzie o 

milę od Fernly. 

— I bardzo dla niego szczęśliwie. 
— Ale w dalszym ciągu nie wiemy, czego szukał w Fernly. Z kim się widział, na przykład? 

background image

— Obawiam się, że nie będę mogła panu w tym pomóc — odparła grzecznie gospodyni. — 

Do moich uszu nic nie doszło. Jeśli to wszystko… 

Chciała wstać. Poirot ją zatrzymał. 
— To jeszcze nie wszystko — powiedział swobodnie. 
— Dziś rano nastąpił nowy zwrot w sprawie. Można obecnie przypuszczać, że pan Ackroyd 

został zamordowany nie o godzinie za kwadrans dziesiąta, ale wcześniej. Między godziną za 
dziesięć dziewiąta, kiedy wyszedł doktor Sheppard, a dziewiątą czterdzieści pięć. 

Spostrzegłem, że gospodyni straciła rumieńce. Jej twarz zbielała jak chusta. Pochyliła się 

do przodu, jakby traciła przytomność. 

— Ale panna Ackroyd mówiła, panna Ackroyd mówiła, że…? 
— Panna  Ackroyd  przyznała  się  do  kłamstwa.  Tego  wieczoru  nie  wchodziła  wcale  do 

gabinetu. 

— No to…? 
— No  to  z  tego  wynika,  że  Charles  Kent  jest  człowiekiem,  którego  poszukujemy.  Był  w 

Fernly, nie chce powiedzieć, co tam robił… 

— Mogę panu powiedzieć, co tam robił. Nie dotknął nawet włosa z głowy pana Ackroyda! 

Nie zbliżał się do gabinetu! On tego nie zrobił, mówię panu! 

Była ciągle pochylona do przodu. Wreszcie opuściło ją żelazne opanowanie, a w jej oczach 

pojawił się wyraz strachu i rozpaczy. 

— Panie  Poirot,  panie  Poirot,  niech  pan  mi  wierzy!  Poirot  wstał  i  podszedł  do  niej. 

Poklepał ją serdecznie po ramieniu. 

— Ależ tak, tak, wierzę pani. Tylko musiałem wydobyć z pani prawdę. 
Przez chwilę patrzyła trochę podejrzliwie. 
— Czy to, co pan przedtem mówił, to prawda? 
— Że  Charles  Kent  jest  podejrzewany  o  popełnienie  tej  zbrodni?  Tak,  to  prawda.  Tylko 

pani go może ocalić, mówiąc całą prawdę o celu jego wizyty w Fernly. 

— Przyszedł  zobaczyć  się  ze  mną.  —  Panna  Russell  mówiła  szybko  cichym  głosem.  — 

Wyszłam się z nim spotkać… 

— W pawiloniku, wiem. 
— Skąd pan wie? 
— Mademoiselle, rzeczą Herkulesa Poirota jest wszystko wiedzieć. Wiem, że pani wyszła 

przed kolacją i że pozostawiła pani w pawiloniku kartkę, w której pani wyznaczyła spotkanie 
na późniejszą godzinę. 

— Tak,  to  prawda.  Miałam  od  Charlesa  list,  w  którym  pisał,  że  się  do  mnie  wybiera. 

Obawiałam  się  przyjąć  go  w  domu.  Odpisałam  na  podany  adres  i  umówiłam  się  w  letnim 
pawiloniku. Opisałam  dokładnie, jak do niego trafić. Potem się przestraszyłam, że może nie 
będzie chciał czekać spokojnie, że się zniecierpliwi, i dlatego wybiegłam i zostawiłam kartkę, 
że przyjdę dziesięć po dziewiątej. Nie chciałam, by mnie służba widziała, więc wyszłam przez 
okno salonu. Kiedy wracałam, natknęłam się na doktora Shepparda i pomyślałam sobie, że on 
będzie to uważał za dziwne. Byłam zdyszana. Nie miałam pojęcia, że doktor Sheppard został 
zaproszony na kolację. Zamilkła. 

— Proszę  mówić  dalej  —  powiedział  Poirot.  —  Potem  wyszła  pani  na  spotkanie  o 

dziewiątej dziesięć. No i jaka była treść rozmowy? 

— Bardzo mi trudno o tym mówić, bo wie pan… 
— Mademoiselle — przerwał jej Poirot — w takich okolicznościach trzeba powiedzieć całą 

prawdę.  —  To,  co  pani  nam  powie,  nie  wyjdzie  poza  te  cztery  ściany,  doktor  Sheppard 
zachowa dyskrecję, ja także. Ja pani zresztą pomogę: ten Charles Kent to pani syn, tak? 

Skinęła głową, policzki jej pokryły się rumieńcem. 
— Nikt o tym nie wie. To było bardzo dawno temu, dawno, w Kent. Byłam panną… 
— I dlatego jako nazwisko nadała mu pani nazwę hrabstwa, rozumiem. 

background image

— Dostałam  pracę.  Mogłam  go  utrzymać.  Nigdy  mu  nie  powiedziałam,  że  jestem  jego 

matką.  Wyrósł  z  niego  zły  człowiek.  Zaczął  pić,  potem  stał  się  narkomanem.  Z 
zaoszczędzonych  pieniędzy  kupiłam  mu  przejazd  do  Kanady.  Przez  parę  lat  nie  miałam  od 
niego  żadnych  wiadomości.  Potem  jakoś  dowiedział  się,  że  jestem  jego  matką.  Napisał  o 
pieniądze.  Wreszcie  wrócił  do  Anglii.  Zawiadomił,  że  odwiedzi  mnie  w  Fernly.  Bałam  się 
przyjąć go w domu. Zawsze byłam uważana za…  za osobę godną szacunku. Gdyby  ktoś  się 
czegoś domyślił, koniec z moją pracą gospodyni. Więc napisałam do niego list, o którym już 
panu powiedziałam. 

— I rano przyszła pani do doktora Shepparda? 
— Chciałam wiedzieć, czy można coś tu poradzić. To nie był zły chłopak, póki nie zaczął z 

narkotykami. 

— Rozumiem  —  powiedział  Poirot.  —  No,  niech  pani  mówi  teraz  dalej.  Przyszedł 

wieczorem do pawiloniku, tak? 

— Tak.  Czekał  już  na  mnie.  Zachowywał  się  ordynarnie  i  wymyślał  mi.  Przyniosłam  ze 

sobą wszystkie pieniądze, jakie miałam, i dałam mu. Chwilę jeszcze rozmawialiśmy, a potem 
on sobie poszedł. 

— Która to była godzina? 
— Dziewiąta  dwadzieścia  albo  dwadzieścia  pięć.  Brakowało  jeszcze  paru  minut  do  wpół 

do dziesiątej, kiedy wróciłam do domu. 

— Jaką drogą odszedł? 
— Tą samą, którą przyszedł. Alejką łączącą się z głównym podjazdem tuż koło bramy. 
Poirot skinął głową. 
— No, a co pani zrobiła potem? 
— Wróciłam  do  domu.  Po  tarasie  spacerował  major  Blunt,  paląc  papierosa,  obeszłam 

więc dom i skorzystałam z kuchennych drzwi. Akurat zbliżała się godzina wpół do dziesiątej, 
jak już panu mówiłam. 

Poirot powtórnie skinął głową i coś sobie zapisał w maleńkim notesiku. 
— To chyba wszystko — powiedział po namyśle. 
— Czy powinnam… — panna Russell zawahała się — czy powinnam powtórzyć wszystko 

inspektorowi Raglanowi? 

— Może będzie trzeba, ale się nie śpieszmy. Idźmy powoli, zachowując porządek. Metoda, 

metoda!  Charlesa  Kenta  jeszcze  nikt  oficjalnie  nie  oskarżył  o  zbrodnię.  Mogą  nastąpić 
wypadki, po których pani wyznanie okaże się zbędne. 

Panna Russell wstała. 
— Dziękuję panu bardzo, panie Poirot — powiedziała. — Pan jest bardzo dobry! Pan mi 

wierzy, prawda? Wierzy mi pan, że Charles nic nie miał wspólnego z zamordowaniem pana 
Ackroyda? 

— Nie ma wątpliwości, mademoiselle, że człowiek, który rozmawiał z panem Ackroydem w 

gabinecie o godzinie dziewiątej trzydzieści, nie mógł być pani synem. Odwagi, mademoiselle! 
Wszystko skończy się jak najlepiej. 

Panna Russell wyszła. Zostałem z Poirotem. 
— A więc tak! — zacząłem. — I za każdym razem wracamy do Ralfa Patona. W jaki sposób 

udało się panu stwierdzić, że Charles Kent odwiedził właśnie pannę Russell? Zauważył pan 
podobieństwo? 

— Już  od  dłuższego  czasu  łączyłem  ją  z  owym  nieznajomym.  Długo  przedtem,  nim  go 

zobaczyłem  na  oczy.  Jak  tylko  znalazłem  to  piórko.  Ono  podsuwało  myśl  o  narkotykach; 
przypomniałem sobie wtedy pana opowiadanie o wizycie panny Russell. No i w tamtej gazecie 
natknąłem się na artykuł o kokainie. Cała sprawa wydała się jasna. Panna Russell otrzymała 
rano wiadomość od kogoś, kto zażywał narkotyki, czytała artykuł w gazecie i przyszła do pana 
wyjaśnić  kilka  wątpliwości.  Wspomniała  w  rozmowie  kokainę,  ponieważ  artykuł  dotyczył 

background image

kokainy.  Potem,  kiedy  zobaczyła,  że  jest  pan  zbytnio  zainteresowany,  zmieniła  nagle  temat, 
zaczęła pytać o niewykrywalne trucizny i mówić o powieściach kryminalnych. Podejrzewałem, 
że chodzi o syna albo brata, albo jakąś inną czarną owcę rodziny. No, ale już muszę iść. Czas 
na obiad. 

— Proszę zjeść z nami — zaproponowałem. Poirot  pokręcił głową.  W oczach zabłysł  mu 

ognik. 

— Dziś  nie.  Nie  chciałbym  przez  dwa  dni  z  rzędu  zmuszać  panny  Karoliny  do  jarskiej 

kuchni. 

Pomyślałem sobie, że niewiele uchodzi oczom i uszom Herkulesa Poirota. 

background image

R

OZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

 

N

OTATKA W GAZECIE

 

 
Rzecz  jasna,  iż  Karolina  wiedziała  już  o  wizycie  panny  Russell,  mimo  że  ta  przyszła 

wejściem  dla  pacjentów.  Przewidziałem  to  i  przygotowałem  zawczasu  skomplikowany  opis 
stanu  kolana  gospodyni,  jednak  Karolina  nie  miała  nawet  zamiaru  mnie  przesłuchiwać. 
Wyraziła  zresztą  opinię,  że  wie,  po  co  przyszła  panna  Russell,  ja  natomiast  nie  mam  o  tym 
pojęcia. 

— Wyciągnąć z ciebie wiadomości, James! — powiedziała moja siostra. — Tak, mój drogi, 

w  najbardziej  bezwstydny  sposób  wyciągnąć  z  ciebie  wiadomości.  Po  to  przyszła.  Nie  mam 
wątpliwości. Nie przerywaj mi. Ja wiem, żeś ty nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, co ona 
robi. Mężczyźni są tacy naiwni. Ona wie, że cieszysz się zaufaniem pana Poirota, i przyszła 
dowiedzieć się tego i owego. Wiesz, co ja myślę, James? 

— Nawet sobie nie wyobrażam. Myślisz zawsze o tylu nadzwyczajnych rzeczach! 
— Twoja  złośliwość  na  nic  się  nie  zda,  James.  Myślę,  że  panna  Russell  wie  więcej  o 

okolicznościach śmierci pana Ackroyda, niż jest gotowa wyznać. 

Karolina rozparła się triumfalnie w krześle. 
— Naprawdę tak uważasz? — spytałem z roztargnieniem. 
— Jesteś  dzisiaj  jakiś  otępiały,  James.  Nie  masz  w  sobie  ani  trochę  życia.  Czy  to  twoja 

wątroba? 

Nasza  rozmowa  przeszła  na  ściśle  osobiste  tematy.  Notatka  napisana  przez  Poirota 

ukazała się w lokalnej prasie następnego ranka. Celu jej nie mogłem nadal zgłębić, jednakże 
podziałała ona silnie na wyobraźnię Karoliny. 

Oświadczyła  jak  najbardziej  fałszywie,  że  od  początku  twierdziła  to  samo.  Podniosłem 

brwi,  ale  nie  chciało  mi  się  sprzeczać.  Karolinę  z  pewnością  musiało  ugryźć  w  tej  chwili 
sumienie, ponieważ szybko dokończyła: 

— Może  nie  wspomniałam  o  Liverpoolu,  ale  od  samego  początku  wiedziałam,  że  Ralf 

Paton będzie usiłował zbiec do Ameryki. Tak samo jak ów morderca Crippen. 

— Bez wielkiego powodzenia — przypomniałem. 
— Biedny chłopiec, a więc go złapali! Uważam, James, że masz obowiązek bronić go przed 

powieszeniem. 

— Cóż według ciebie powinienem zrobić? 
— Jak to co? Przecież jesteś lekarzem, prawda? Znasz go od dziecka. Oświadczysz, że Ralf 

jest umysłowo chory. Jasne, że narzuca się taka linia postępowania. Niedawno czytałam, że 
pacjenci w Broadmoor żyją sobie bardzo szczęśliwie, jak w jakimś szykownym klubie. 

Słowa Karoliny przypomniały mi o czymś. 
— Nie wiedziałem, że Poirot ma siostrzeńca idiotę — rzuciłem od niechcenia. 
— Nie  wiedziałeś?  Ooo!  Poirot  sam  mi  o  tym  opowiadał.  Biedny  chłopak!  To  wielka 

tragedia dla całej rodziny. Dotychczas trzymali go w domu, ale biedak wpada obecnie w takie 
stany, że niestety będą musieli umieścić go w jakimś sanatorium. 

— Przypuszczam,  że  teraz  wiesz  już  wszystko,  co  można  wiedzieć,  o  rodzime  Poirota  — 

powiedziałem zrozpaczony wścibstwem siostry. 

— Sporo  —  przyznała  Karolina  kompromisowo.  —  Niektórzy  ludzie  odczuwają  wielką 

ulgę, gdy mogą się z kimś podzielić swoimi kłopotami. 

— Być może. Jeśli czynią to z własnej woli — odparłem. — Jednakże wątpię, czy również 

lubią, gdy wydziera się z nich informacje siłą. 

Karolina  spojrzała  na  mnie  wzrokiem  chrześcijańskiego  męczennika,  z  rozkoszą 

znoszącego tortury. 

background image

— Jesteś zamknięty w sobie, James — orzekła. — Nie znosisz się zwierzać, nie potrafisz z 

nikim  podzielić  się  tym,  co  wiesz,  i  uważasz,  że  każdy  powinien  być  taki  sam.  Ja  nigdy  z 
nikogo nie wyciągam siłą informacji. Jeśli na przykład pan Poirot przyjdzie dziś po południu, 
a powiedział, że może przyjdzie, to ani mi w głowie będzie pytać, kto to dziś rano przyjechał 
do niego do domu. 

— Dziś rano? — spytałem. 
— Bardzo  rano  —  odpowiedziała  Karolina.  —  Jeszcze  przed  mleczarzem.  Akurat 

patrzyłam  na  okno  i  okiennica  odchyliła  się  na  wietrze.  Ten  ktoś  przyjechał  zamkniętym 
samochodem i sam był cały zasłonięty po czubek nosa. Na pewno mężczyzna. Nie dojrzałam 
twarzy. Ale ci powiem, co myślę, i musisz przyznać mi rację. 

— No, co myślisz? 
Karolina ściszyła głos w tajemniczym szepcie: 
— Ekspert z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w sprawie ekshumacji. 
— Ekspert  z  Ministerstwa  Spraw  Wewnętrznych!  —  wykrzyknąłem  zdziwiony.  —  Moja 

droga Karolino! 

— Zapamiętaj sobie moje słowa, James, przekonasz się, że miałam rację. Ta panna Russell 

przyszła  tu  wtedy  dowiadywać  się  o  trucizny.  Roger  Ackroyd  równie  dobrze  mógł  zostać 
otruty przy kolacji. 

Głośno się roześmiałem. 
— Bzdura!  —  wykrzyknąłem.  —  Rogera  Ackroyda  zamordowano  sztyletem.  Wiesz  o  tym 

równie dobrze jak ja. 

— Już po śmierci — wyjaśniła Karolina. — Żeby zmylić ślady. 
— Moja kochana — odparłem. — Przeprowadziłem badanie ciała i wiem, co mówię. Tej 

rany nie zadano po śmierci. Ta rana spowodowała śmierć i nie opowiadaj takich śmiesznych 
rzeczy. 

Karolina patrzyła na mnie w milczeniu, wyraźnie dając do zrozumienia, że wie swoje. To 

mnie sprowokowało do dalszych słów: 

— Może mi łaskawie powiesz, Karolino, mam dyplom lekarski czy nie? 
— Masz  dyplom,  przyznaję,  James,  to  znaczy,  wiem,  że  masz.  Ale  zupełnie  brak  ci 

wyobraźni. 

— Ponieważ  ciebie  obdarzono  potrójną  porcją,  dla  mnie  już  zabrakło  —  odparłem  ze 

złością. 

Kiedy  po  południu  przyszedł  do  nas  Poirot,  rozbawiły  mnie  manewry  Karoliny.  Moja 

siostra,  nie  zadając  bezpośredniego  pytania,  próbowała  w  każdy  możliwy  sposób 
naprowadzić  rozmowę  na  temat  tajemniczego  gościa  w  sąsiedztwie.  Z  błysku  w  oczach 
Poirota  poznałem,  że  to  widział.  Jednakże  pozostawał  niedomyślny  i  z  takim  powodzeniem 
krzyżował wszelkie wysiłki Karoliny, że biedaczka nie wiedziała wreszcie, do jakiej metody się 
uciec. 

Gdy już nacieszyli się tą zabawą w kotka i myszkę, wstał i zaproponował spacer. 
— Muszę  trochę  schudnąć  —  wyjaśnił.  —  Przejdzie  się  pan  ze  mną,  doktorze?  A  potem 

może panna Karolina zaprosi nas na herbatę, tak? 

— Będę zachwycona — odparła Karolina. — Czy pański… ten… gość także przyjdzie? 
— Jest  pani  niesłychanie  uprzejma  —  podziękował  Poirot.  —  Nie,  mój  przyjaciel 

odpoczywa. Wkrótce musi go pani poznać, tak? 

— Podobno to pański stary przyjaciel, jak mi mówiono? 
— Uczyniła Karolina ostatni bohaterski wysiłek. 
— Tak mówiono? — zapytał grzecznie Poirot. — No, idziemy, doktorze. 
Spacer  zaprowadził  nas  w  pobliże  Fernly  Park.  Już  przedtem  odgadłem,  że  Poirot  to 

właśnie ma na celu. Zaczynałem rozumieć jego metodę. Każdy drobny szczegół miał wpływ na 
całość. 

background image

— Mam  dla  pana  zadanie,  przyjacielu  —  powiedział  wreszcie.  —  Dziś  wieczorem  chcę 

zrobić w moim domu małe zebranko. Pan przyjdzie, tak? 

— Naturalnie — odparłem. 
— Dobrze.  Chcę  również,  żeby  przyszli  wszyscy  z  Fernly  Park.  To  znaczy  pani  Ackroyd, 

mademoiselle  Flora,  major  Blunt,  pan  Raymond.  Niech  pan  będzie  moim  ambasadorem.  To 
zebranie wyznaczyłem na dziewiątą. Pan ich poprosi, tak? 

— Z przyjemnością. Ale dlaczego nie chce pan zaprosić ich osobiście? 
— Bo wtedy zaczną się dziwić. Dlaczego? Po co? Zaczną pytać, o co mi chodzi, jaki mam 

pomysł.  A  pan  wie,  przyjacielu,  że  ja  bardzo  nie  lubię  wyjaśniać  moich  małych  pomysłów 
przed czasem. 

Uśmiechnąłem się lekko. 
— Mój  przyjaciel  Hastings,  o  którym  panu  mówiłem  —  ciągnął  Poirot  —  zawsze  mi 

przygadywał,  że jestem podobny do ostrygi.  Taki  zamknięty. Ale niesprawiedliwie to mówił. 
Żadnych  faktów  nie  zatrzymuję  dla  siebie.  Ale  interpretację  faktów,  ooo!  Niech  każdy  robi 
sobie sam. 

— Kiedy mam ich zaprosić? — spytałem. 
— Teraz, jeśli pan taki dobry. Jesteśmy koło domu. 
— Pan nie wejdzie? 
— Ja nie, przejdę się po parku. Za kwadrans spotkamy się przy bramie. 
Skinąłem głową i poszedłem wykonać prośbę Poirota. 
Jedyną  osobą,  którą  zastałem,  była  pani  Ackroyd.  Piła  właśnie  herbatę  i  przyjęła  mnie 

niesłychanie uprzejmie. 

— Ach, jakże jestem panu wdzięczna, doktorze — wykrzyknęła — że załatwił pan tę drobną 

sprawę  z  panem  Poirotem.  Och,  ale  życie  pełne  jest  ciągle  nowych  kłopotów!  Słyszał  pan 
naturalnie o Florze? 

— Mianowicie o czym? — spytałem ostrożnie. 
— Te nowe zaręczyny. Flora i Hektor Blunt. To naturalnie mniej korzystny związek niż z 

Ralfem. Jednakże szczęście przede wszystkim! Flora potrzebuje właśnie starszego człowieka, 
kogoś, na kim mogłaby polegać, no a poza tym Hektor jest w swoim rodzaju znakomitością. 
Czytał pan w porannej gazecie o aresztowaniu Ralfa? 

— Tak, czytałem. 
— Straszne!  —  Pani  Ackroyd  zamknęła  oczy  i  wzdrygnęła  się.  —  Geoffrey  Raymond 

okropnie się przejął. Dzwonił nawet do Liverpoolu, ale policja nie chciała mu nic powiedzieć. 
A właściwie powiedzieli, że Ralf nie jest wcale aresztowany. Raymond twierdzi, że to wszystko 
omyłka, że to, jak to się nazywa, kaczka dziennikarska. Zabroniłam mówić o tym służbie. Taka 
straszna hańba! Co by to było, gdyby Flora wzięła z nim ślub? 

Pani Ackroyd zamknęła oczy w gorzkich rozmyślaniach. Zastanawiałem się, kiedy wreszcie 

uda mi się powtórzyć zaproszenie Poirota. Nim jednak zdążyłem się odezwać, pani Ackroyd 
znowu zaczęła: 

— Był  pan  tutaj  wczoraj,  prawda,  z  tym  okropnym  inspektorem  Raglanem?  Brutal, 

sterroryzował Florę, by powiedziała, że wzięła pieniądze z pokoju Rogera. A cała sprawa jest 
taka  prosta!  Biedne  dziecko  musiało  pożyczyć  kilka  funtów  i  nie  chciało  przeszkadzać 
stryjowi, ponieważ tego surowo zakazał. Ale Flora wiedziała, gdzie Roger trzyma pieniądze, i 
poszła sobie pożyczyć. 

— Tak mówi Flora? — spytałem. 
— Drogi  doktorze,  pan  wie,  jakie  są  dzisiaj  dziewczęta.  Jak  łatwo  wymusić  na  nich 

zeznanie.  Pan  wie  naturalnie  o  hipnozie  i  takich  różnych  rzeczach.  Inspektor  zaczął  na  nią 
krzyczeć, powtórzył tyle razy słowo „kradzież”, że biedne dziecko dostało idiosynkrazji — czy 
też  nazywa  się  to  kompleks?  Zawsze  mi  się  te  dwa  słowa  mieszają.  No  i  Flora  naprawdę 
zaczęła wierzyć, że ukradła pieniądze. Od razu zrozumiałam, co w trawie piszczy. Ale jestem 

background image

bardzo  zadowolona,  że  z  tego  nieporozumienia  wyszła  jedna  dobra  rzecz.  To  ich  zbliżyło. 
Znaczy  Florę  i  Hektora.  Zapewniam  pana,  doktorze,  że  ostatnio  bardzo  się  martwiłam  o 
Florę. Był nawet czas, kiedy sobie myślałam, że ona i ten Raymond mają się ku sobie. Niech 
pan  tylko  pomyśli!  —  głos  pani  Ackroyd  zabrzmiał  oburzeniem  —  jakiś  sekretarzyna  bez 
pieniędzy! 

— Tak, to byłby dla pani wielki cios — odparłem. — Proszę pani, przynoszę zaproszenie 

od pana Poirota. 

— Dla mnie? — Pani Ackroyd wyraźnie się zaniepokoiła. W kilku słowach wyjaśniłem, o 

co chodzi detektywowi. 

— Ależ naturalnie — odrzekła bardzo niepewnym głosem. — Tak, chyba będziemy musieli 

przyjść, skoro pan Poirot prosi. Ale w jakim celu? Chciałabym przedtem wiedzieć. 

Z  głębokim  przekonaniem  zapewniłem  ją,  że  sam  nie  wiem  nic  ponad  to,  co  jej 

powiedziałem. 

— No, trudno — rzekła niechętnie. — Powtórzę pozostałym. Przyjdziemy o dziewiątej. 
Pożegnałem się szybko i poszedłem na miejsce spotkania z Poirotem. 
— Obawiam  się,  że  zabawiłem  dłużej  niż  piętnaście  minut  —  zauważyłem.  —  Ale  kiedy 

pani Ackroyd raz zacznie mówić, nie można już wtrącić słowa nawet siłą. 

— To zupełnie nieważne — odparł Poirot. — Ja dobrze się bawiłem. Park jest wspaniały. 
Ruszyliśmy  z  powrotem  do  miasteczka.  Kiedy  wróciliśmy  do  domu,  Karolina,  która 

najwidoczniej wyglądała przez okno, sama otworzyła nam drzwi. 

Położyła palec na ustach, jej twarz wyrażała podniecenie. 
— Urszula  Bourne  —  szepnęła.  —  Pokojówka  z  Fernly.  Jest  tutaj.  Zostawiłam  ją  w 

stołowym. Strasznie zrozpaczona. Mówi, że musi natychmiast widzieć się z panem Poirotem. 
Robiłam, co mogłam. Zaniosłam jej filiżankę herbaty. Serce się człowiekowi kraje, kiedy widzi 
kogoś w takim stanie. 

— W stołowym? — spytał Poirot. 
— Tędy — powiedziałem i otworzyłem szeroko drzwi. Urszula Bourne siedziała przy stole. 

Ręce  złożyła  przed  sobą  i  najwidoczniej  przed  chwilą  uniosła  z  nich  głowę.  Oczy  jej  były 
czerwone od płaczu. 

— Urszula Bourne — mruknąłem. 
Ale Poirot z wyciągniętymi ramionami przeszedł szybko koło mnie. 
— Nie — powiedział. — Nie Bourne. Prawda, że nie Urszula Bourne, tylko Urszula Paton, 

moje dziecko? Pani Ralfowa Paton. 

background image

R

OZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

 

O

POWIEŚĆ 

U

RSZULI

 

 
Przez  sekundę  dziewczyna  patrzyła  martwo  na  Poirota,  potem  straciła  resztę  panowania 

nad sobą i potwierdzając jego słowa ruchem głowy, wybuchnęła wielkim szlochem. 

Karolina przepchnęła się koło mnie i objąwszy Urszulę, klepała ją po ramieniu. 
— Spokojnie, spokojnie, moja droga — mówiła łagodnie. — Wszystko będzie w porządku. 

Zobaczysz, wszystko będzie w porządku. 

Pod  zamiłowaniem  do  intryg  i  nieposkromioną  ciekawością  w  sercu  Karoliny  kryje  się 

wiele  dobroci.  Podniecenie  i  zdumienie  wywołane  słowami  Poirota  utonęło  na  chwilę  w 
litości dla zrozpaczonej dziewczyny. 

Wreszcie Urszula podniosła głowę i wytarła oczy. 
— Ja wiem, że to strasznie głupio z mojej strony — wyrzekła. 
— Nie, nie, moje dziecko — odparł miękko Poirot. — Zdajemy sobie sprawę z pani przeżyć 

w ciągu tego tygodnia. 

— To musiało być piekło — powiedziałem. 
— I na końcu przekonać się, że pan wszystko wie! — ciągnęła dziewczyna. — Skąd się pan 

dowiedział? Od Ralfa? 

Poirot potrząsnął głową. 
— Pan się domyśla, co mnie tu dzisiaj sprowadziło? — mówiła dalej. — To… 
Wyciągnęła zmięty kawałek gazety. Rozpoznałem wiadomość podaną prasie przez Poirota. 
— Piszą,  że  Ralf  jest  aresztowany.  A  więc  wszystko  na  nic,  nie  muszę  już  dalej  ukrywać 

swojego nazwiska. 

— Wiadomości  w  gazetach  nie  zawsze  okazują  się  prawdziwe,  mademoiselle.  —  Poirot 

miał na tyle wstydu, że wyraźnie okazywał skruchę. — Tak czy inaczej, dobrze jednak będzie 
oczyścić sobie sumienie, powiedzieć wszystko, tak? Dążymy do prawdy. 

Dziewczyna zawahała się i spojrzała niepewnie na detektywa. 
— Pani  mi  nie  ufa  —  odezwał  się  spokojnie  Poirot.  —  A  mimo  to  przyszła  pani  tutaj 

właśnie do mnie, tak? Po co pani przyszła? 

— Ponieważ nie wierzę,  że to  zrobił  Ralf  — powiedziała bardzo  cicho.  — Ale wierzę, że 

pan jest bardzo mądry i odkryje prawdziwego sprawcę. I że pan… 

— Tak? 
— Że pan jest bardzo dobry. Poirot długo kiwał głową. 
— Jestem zadowolony, tak, jestem zadowolony. Niech pani posłucha, ja nie wierzę w winę 

pani  męża,  ale  rozwiązanie  zagadki  źle  się  posuwa.  Jeśli  mam  go  ocalić,  muszę  wiedzieć 
wszystko,  zupełnie  wszystko,  nawet  jeśli  to,  czego  się  dowiem,  zdawałoby  się  przemawiać 
przeciwko niemu. 

— Jak dobrze pan rozumie — powiedziała Urszula. 
— A więc opowie mi pani wszystko, tak? Od samego początku. 
— Mam nadzieję, że nie każe mi pan wyjść z pokoju — powiedziała Karolina, lokując się 

wygodnie w głębokim fotelu. — Chciałabym wiedzieć jedno. Dlaczego ta mała maskowała się 
jako pokojówka? 

— Maskowała? — zdziwiłem się. 
— Przecież słyszałeś. Dlaczegoś to zrobiła, dziecko? Czy to był zakład? 
— Żeby  zarobić  na  życie  —  odparła  Urszula  chłodno.  Zachęcona,  rozpoczęła  opowieść, 

którą streszczam poniżej własnymi słowami: 

Urszula  Bourne  pochodziła  ze  zbiedniałej  dobrej  rodziny  irlandzkiej.  Było  ich  siedmioro 

rodzeństwa. Po śmierci ojca większość dziewcząt porozjeżdżała się po świecie, aby zarabiać 

background image

na życie. Najstarsza siostra Urszuli wyszła za mąż za kapitana Folliota. Ją właśnie poznałem 
owej  niedzieli.  Teraz  dopiero  zrozumiałem  jej  dziwne  zachowanie.  Urszula  postanowiła 
utrzymać się o własnych siłach, a ponieważ  mierził ją  zawód guwernantki  — jedyny zawód 
otwarty  dla  niewykwalifikowanej  dziewczyny  —  wybrała  pracę  pokojówki.  Referencje 
otrzymała od własnej siostry. W Fernly trzymała się z daleka od reszty służby, co wywoływało 
rozmaite komentarze, ale spisywała się dobrze, była szybka, chętna i dokładna. 

— Ta  praca  dawała  mi  zadowolenie  —  wyjaśniła.  —  I  nawet  miałam  wiele  czasu  dla 

siebie. 

A potem przyszło spotkanie z Ralfem Patonem i romans uwieńczony zawartym w tajemnicy 

małżeństwem.  Ralf  ją  do  tego  namówił.  Urszula  była  temu  niechętna.  Ale  Ralf  wyjaśnił,  że 
jego ojczym nie będzie chciał słyszeć o małżeństwie z biedną dziewczyną. Lepiej więc pobrać 
się w tajemnicy, a po pewnym czasie, w sprzyjającej chwili, postawić ojczyma przed faktem 
dokonanym. 

Tak  więc  wzięli  ślub  i  Urszula  Bourne  została  Urszulą  Paton.  Ralf  oświadczył,  że  ma 

zamiar spłacić długi, znaleźć pracę, a kiedy będzie już mógł utrzymać żonę i uniezależnić się 
od ojczyma, oznajmi mu o małżeństwie. 

Ale  ludziom  pokroju  Ralfa  łatwiej  jest  mówić,  niż  słowa  wprowadzać  w  czyn.  Ralf  miał 

nadzieję,  że  ojczym,  niczego  jeszcze  nieświadomy,  da  się  namówić  na  spłacenie  długów 
przybranego syna. To postawiłoby Ralfa na nogi. Jednakże kiedy Roger  Ackroyd dowiedział 
się o wysokości tych długów, wpadł we wściekłość i oświadczył, że nie da ani pensa. Minęło 
kilka miesięcy i Ralf został wezwany do Fernly. Roger Ackroyd nie owijał sprawy w bawełnę: 
było  jego  gorącym  pragnieniem,  by  Ralf  poślubił  Florę,  o  czym  też  bez  zwłoki  powiadomił 
młodego człowieka. 

I tu właśnie wyszedł na wierzch słaby charakter Ralfa Patona. Jak zwykle, poszedł po linii 

najmniejszego  oporu.  Jeśli  dobrze  zrozumiałem,  to  ani  Flora,  ani  Ralf  nie  udawali,  że  się 
kochają. Oboje widzieli w tym kontrakt handlowy. Roger Ackroyd podyktował swoje życzenie, 
oni  się  na  nie  zgodzili.  Flora  uchwyciła  się  szansy  zdobycia  wolności,  pieniędzy,  nowych 
horyzontów.  Ralf,  rzecz  jasna,  prowadził  zupełnie  inną  grę.  Znajdował  się  w  krytycznej 
sytuacji finansowej. Przyjął propozycję ojczyma: jego długi zostaną spłacone. Mógłby wtedy 
rozpocząć  nowy  rozdział  życia.  Nie  należał  do  ludzi,  którzy  plastycznie  potrafią  sobie 
wyobrazić  przyszłość,  ale  sądzę,  że  przewidywał  zerwanie  zaręczyn  z  Florą,  kiedy  upłynie 
pewien przyzwoity okres. I on, i Flora umówili się, że chwilowo całą sprawę będą trzymali w 
tajemnicy.  Zwłaszcza  Ralfowi  zależało  na  utrzymaniu  jej  w  tajemnicy  przed  Urszulą. 
Podświadomie czuł, że ta zdecydowana i rezolutna dziewczyna, która z zasady nienawidziła 
wszelkich wybiegów, zbuntuje się przeciwko podobnym kombinacjom. 

Potem  nadeszła  kulminacyjna  chwila,  kiedy  Roger  Ackroyd,  jak  zawsze  despotyczny, 

postanowił  publicznie  ogłosić  zaręczyny.  Nie  powiedział  o  tym  słowa  Ralfowi,  wspomniał 
tylko  Florze.  Flora,  zupełnie  na  to  obojętna,  nie  wniosła  żadnych  zastrzeżeń.  Na  Urszulę 
wiadomość ta  spadła jak grom.  Wezwany przez  nią  Ralf  przyjechał  natychmiast z Londynu. 
Spotkali  się  w  lesie,  gdzie  część  ich  rozmowy  została  podsłuchana  przez  moją  siostrę.  Ralf 
błagał  Urszulę,  by  jeszcze  przez  pewien  czas  czekali  spokojnie.  Urszula  była  zdecydowana 
skończyć  raz  na  zawsze  z  tym  oszukiwaniem.  Chciała,  nie  zwlekając,  powiedzieć  panu 
Ackroydowi całą prawdę. Mąż i żona rozstali się bardzo rozgoryczeni i pogniewani na siebie. 

Urszula  nie  zmieniła  decyzji  i  tego  samego  popołudnia  rozmówiła  się  z  Rogerem 

Ackroydem  i  wszystko  mu  wyznała.  Rozmowa  miała  przebieg  bardzo  burzliwy  —  być  może 
doszłoby do jeszcze większej awantury, gdyby Roger Ackroyd nie był już wówczas pogrążony 
w swoich kłopotach. Jednakże i tak nie obyło się bez dramatycznych momentów. Ackroyd nie 
należał do ludzi, którzy łatwo wybaczają podobne rzeczy. Złość kierował przede wszystkim na 
Ralfa, ale i Urszuli dostała się odpowiednia porcja — potraktował ją jak dziewczynę, która z 

background image

premedytacją usidliła adoptowanego syna bogatego człowieka. Obydwoje stracili panowanie 
nad sobą i po obu stronach padły obraźliwe słowa. 

Tego  samego  wieczoru,  o  umówionej  godzinie,  Urszula  spotkała  się  w  pawiloniku  z 

Ralfem.  Z  domu  wyszła  kuchennymi  drzwiami.  Na  rozmowę  małżonków  złożyły  się  głównie 
wzajemne wyrzuty. Ralf oskarżył Urszulę, że jej nie w porę uczynione wyznanie bezpowrotnie 
zniweczyło jego szansę na spłatę długów. Urszula miała do Ralfa żal o dwulicowość. 

Wreszcie  się  pożegnali.  Mniej  więcej  w  pół  godziny  potem  znaleziono  ciało  Rogera 

Ackroyda. Od tego wieczoru Urszula nie widziała się z Ralfem ani nie miała od niego żadnych 
wiadomości. 

W  miarę  jak  dziewczyna  mówiła,  zdawałem  sobie  coraz  jaśniej  sprawę,  że  nowa  seria 

obciążających  dowodów  pogarsza  sytuację  Ralfa.  Gdyby  Roger  Ackroyd  żył,  z  pewnością 
zmieniłby testament. Znałem go na tyle, by wiedzieć, że przede wszystkim o tym by pomyślał. 
Jego  śmierć  przyszła  akurat  w  odpowiedniej  chwili  dla  Urszuli  i  Ralfa.  Nic  dziwnego,  że 
dziewczyna trzymała język za zębami i dalej grała rolę pokojówki. 

Moje rozmyślania zostały przerwane słowami Poirota. Z jego tonu domyśliłem się, że i on 

zdawał sobie sprawę ze wszystkich konsekwencji wyjaśnień Urszuli. 

— Mademoiselle, muszę  zadać pani  jedno pytanie i  pani  musi odpowiedzieć mi szczerze, 

gdyż od tego wszystko zależy: o której godzinie pożegnała pani Ralfa Patona w pawiloniku? 
Niech się pani chwilę zastanowi, aby odpowiedź była dokładna. 

Dziewczyna zaśmiała się gorzko. 
— Czy  pan  sądzi,  że  ja  już  o  tym  nie  myślałam?  Boże,  ileż  razy!  O  godzinie  wpół  do 

dziesiątej  wyszłam  na  spotkanie.  Po  tarasie  spacerował  major  Blunt,  więc  musiałam 
przedzierać  się  przez  krzaki,  aby  go  ominąć.  Była  chyba  za  dwadzieścia  siedem  dziesiąta, 
kiedy przyszłam do pawiloniku. Ralf już na mnie czekał, spędziliśmy razem dziesięć minut. Nie 
więcej, gdyż akurat za kwadrans dziesiąta wróciłam do domu. 

Teraz  dopiero  zrozumiałem  jej  wczorajsze  pełne  niepokoju  pytanie.  Gdybyż  tylko  można 

było dowieść, że Ackroyda zamordowano przed dziewiątą czterdzieści pięć, a nie potem! 

Odbicie tej myśli wyczułem w następnym pytaniu Poirota. 
— Które z was pierwsze opuściło pawilonik? 
— Ja. 
— Ralf Paton pozostał na miejscu? 
— Tak, ale pan nie myśli, że… 
— Mademoiselle, to zupełnie nieważne, co ja myślę. Co pani robiła po powrocie do domu? 
— Poszłam do swojego pokoju. — I długo tam pani pozostała? 
— Mniej więcej do dziesiątej. 
— Czy ktoś może to poświadczyć? 
— Poświadczyć?  Że  byłam  w  swoim  pokoju,  o  to  panu  idzie?  O  nie!  Ale  chyba…?  O, 

rozumiem, oni mogą myśleć, mogą myśleć…! 

W jej oczach spostrzegłem budzący się strach. Poirot dokończył za nią: 
— Że  to  pani  weszła  przez  okno  i  zamordowała  pana  Ackroyda,  kiedy  siedział  w  fotelu? 

Owszem, mogą właśnie to myśleć. 

— Tylko zupełny głupiec mógłby w coś podobnego uwierzyć — oświadczyła Karolina. 
Poklepała Urszulę po ramieniu. Dziewczyna ukryła twarz w dłoniach. 
— Straszne! — szeptała. — Straszne! Karolina przyjaźnie ujęła ją za rękę. 
— Nie martw się, moje dziecko — powiedziała. — Pan Poirot naprawdę tak nie uważa. A 

jeśli idzie o tego twojego męża, to powiem szczerze, że nazbyt dobrze o nim nie myślę. Uciec i 
zostawić cię na pastwę podobnych podejrzeń. 

Ale Urszula zaprzeczyła energicznym ruchem głowy. 
— O nie! — wykrzyknęła. — To wcale tak nie było. Ralf na pewno sam nie uciekł. Teraz 

dopiero to widzę. Pewno słyszał o zamordowaniu ojczyma i pomyślał, że ja to zrobiłam. 

background image

— Na pewno nie, tego nie pomyślał — upierała się Karolina. 
— Tego wieczoru byłam dla niego bardzo niedobra. Nie mogłam zupełnie słuchać tego, co 

chciał  mi  powiedzieć.  Nie  wierzyłam,  że  mnie  kocha.  Stałam  przed  nim  i  wygarniałam  mu 
wszystko,  co  o  nim  myślę.  Mówiłam  najgorsze,  najokrutniejsze  rzeczy,  jakie  przyszły  mi  do 
głowy. Robiłam wszystko, żeby go dotknąć. 

— To  mu  wyjdzie  na  dobre  —  stwierdziła  Karolina.  —  Nigdy  nie  miej  skrupułów 

powiedzieć  mężczyźnie,  co  o  nim  myślisz.  Mężczyźni  są  okropnie  zarozumiali.  I  tak  nie 
uwierzą, jeśli się mówi o nich coś niepochlebnego. 

Urszula nerwowo skręcała w ręku chusteczkę. 
— Kiedy odkryto  morderstwo i  Ralf się nie zjawił,  byłam strasznie zdenerwowana. Przez 

chwilę nawet pomyślałam… Jednak wiedziałam, że to niemożliwe, on by tego nie zrobił! Ale 
tak chciałam, by przyszedł i otwarcie powiedział, że nie ma nic wspólnego z tą całą sprawą! 
Wiedziałam,  że  Ralf  bardzo  lubi  doktora  Shepparda  i  pomyślałam  sobie,  że  może  doktor 
Sheppard wie, gdzie Ralf się ukrywa. 

Spojrzała na mnie. 
— Dlatego  też  powiedziałam  wtedy  to,  co  powiedziałam.  Pomyślałam  sobie,  że  jeśli  pan 

wie, gdzie on jest, to mu pan przekaże wiadomość. 

— Ja?! — wykrzyknąłem. 
— A skąd James miałby wiedzieć, gdzie ukrywa się Ralf? — oburzyła się Karolina. 
— Ja  wiem,  to  było  mało  prawdopodobne  —  przyznała  Urszula.  —  Ale  Ralf  tak  często 

mówił o doktorze Sheppardzie i uważał go za swego najlepszego przyjaciela w King’s Abbot. 

— Moje  drogie  dziecko  —  odezwałem  się  —  nie  mam  najmniejszego  pojęcia,  gdzie  w 

chwili obecnej może znajdować się Ralf Paton. 

— Tak, tak, to prawda, doktor nie ma pojęcia — potwierdził Poirot. 
— Ale… — Urszula zdziwiona potrząsnęła wycinkiem z gazety. 
— A, to! — Poirot chrząknął, trochę zmieszany. — Une bagatelle, madame. Rien du tout

*

Ani przez chwilę nie wierzę, że Ralf Paton został aresztowany. 

— No to po co…? 
Poirot przerwał j ej szybko: 
— Chciałbym  wiedzieć  jeszcze  jedno:  czy  owego  wieczoru  kapitan  Paton  miał  na  sobie 

buty czy półbuty? 

Urszula potrząsnęła głową. 
— Nie pamiętam. 
— Wielka  szkoda.  Ale  rzeczywiście,  skąd  pani  to  może  wiedzieć,  mademoiselle.  — 

Uśmiechnął  się  do  Urszuli,  przechylając  na  bok  głowę  i  wymownie  potrząsając  palcem.  — 
Teraz  żadnych  pytań.  I  niech  się  pani  nie  martwi.  Głowa  do  góry  i  proszę  zaufać  papie 
Poirotowi. 

                                                 

*

 fr. Drobnostka, proszę pani. Głupstwo. 

background image

R

OZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

 

M

AŁE ZEBRANKO 

P

OIROTA

 

 
A  teraz,  moje  dziecko  —  powiedziała  Karolina,  wstając  —  idź  na  górę  i  połóż  się.  I  nie 

martw się, kochana, pan Poirot zrobi dla ciebie wszystko, co będzie mógł. Bądź tego pewna. 

— Powinnam wrócić do Fernly — odparła dziewczyna niepewnie. 
Ale Karolina ucięła jej protesty jednym ruchem ręki. 
— Bzdura! Chwilowo zostaniesz pod moją opieką. W każdym razie teraz tutaj zostaniesz, 

prawda, panie Poirot? 

— Tak  będzie  najlepiej  —  zgodził  się  mały  Belg.  —  Wieczorem  poproszę  mademoiselle, 

bardzo przepraszam — madame, na moje małe zebranko. O dziewiątej u mnie. Jest konieczne, 
aby pani tam była. 

Karolina  skinęła  głową  i  wyszła  z  Urszulą  z  pokoju.  Kiedy  zamknęły  się  za  nimi  drzwi, 

Poirot znowu opadł na fotel. 

— Chwilowo idzie dobrze — powiedział. — Wszystko się powoli wyjaśnia. 
— Sprawa wygląda coraz gorzej dla Ralfa Patona — mruknąłem ponuro. 
Poirot zgodził się: 
— Tak wygląda. Ale tego należało oczekiwać, prawda? 
Spojrzałem  na  niego  trochę  zaskoczony.  Rozparł  się  wygodnie  w  fotelu,  oczy  przymknął, 

złożył koniuszki palców. Nagle westchnął i potrząsnął głową. 

— Co się stało? — spytałem. 
— Są chwile, kiedy mi bardzo brak mojego przyjaciela Hastingsa. To jest ten przyjaciel, o 

którym  panu  mówiłem.  Obecnie  mieszka  w  Argentynie.  Zawsze  kiedy  byłem  zajęty  jakąś 
wielką sprawą, on mi towarzyszył i pomagał. Bo umiał jakoś dziwnie trafiać na prawdę, nie 
zdając  sobie  z  tego  sprawy.  Czasem  powiedział  coś  bardzo  głupiego  i  właśnie  ta  głupia 
uwaga objawiała mi prawdę! A poza tym zawsze spisywał przebieg interesujących spraw. 

Chrząknąłem, nieco zakłopotany. 
— Jeśli o to idzie… — zacząłem i urwałem. 
Poirot wyprostował się w fotelu. Oczy mu zabłysły. 
— Tak,  tak?  Co  pan  chciał  powiedzieć,  doktorze?  —Jeśli  o  to  idzie…  czytałem  niektóre 

sprawozdania  kapitana  Hastingsa  i  pomyślałem  sobie,  dlaczego  również  nie  spróbować. 
Wydawało mi się, że szkoda tracić okazji, jedynej okazji! Prawdopodobnie nigdy już nie będę 
zamieszany w podobną sprawę…  — Czułem, że robi mi się coraz  goręcej i  że mówię coraz 
bardziej chaotycznie. 

Poirot zerwał się na nogi. Przez chwilę bałem się, że detektyw zacznie mnie obcałowywać 

francuskim zwyczajem, ale na szczęście powstrzymał się od tego. 

— Ależ  to  wspaniale!  Spisywał  pan  swoje  wrażenia,  w  miarę  jak  następowały  wypadki, 

tak? 

Skinąłem głową. 
— Epatant!

*

 — wykrzyknął Poirot. — Niech pan mi pokaże te notatki natychmiast! 

Nie  byłem  na  to  przygotowany.  Szybko  przebiegłem  myślami  tekst,  usiłując  przypomnieć 

sobie pewne szczegóły. 

— Mam  nadzieję,  że  nie  obrazi  się  pan  —  wyjąkałem.  —  W  paru  miejscach  spisałem 

wrażenia, no… może zbyt osobiste. 

— O, rozumiem całkowicie! Takie uwagi o mnie, jak „śmieszny”, a może nawet „głupi”? 

To nieważne! Hastings także nie zawsze był grzeczny. Ja jestem ponad takie drobnostki! 

                                                 

*

 fr. Kapitalnie! 

background image

Jeszcze  niezbyt  uspokojony,  zacząłem  grzebać  w  szufladzie  biurka,  skąd  wydobyłem 

pokaźny,  nieporządnie  złożony  rękopis  i  wręczyłem  go  Poirotowi.  Z  myślą  o  wydaniu  go  w 
przyszłości podzieliłem całość na rozdziały i poprzedniego wieczoru doprowadziłem do opisu 
wizyty panny Russell. Poirot dostał więc do ręki dwadzieścia rozdziałów. 

Pozostawiłem  go  z  rękopisem,  ponieważ  musiałem  udać  się  do  chorego,  który  mieszkał 

dość  daleko.  Wróciłem  do  domu  dopiero  po  ósmej.  Czekała  na  mnie  gorąca  kolacja,  którą 
zjadłem sam, gdyż jak się dowiedziałem, Karolina i Poirot wstali od stołu już o wpół do ósmej 
i następnie detektyw udał się do mojego warsztatu, aby tam dokończyć czytanie rękopisu. 

— Mam nadzieję, James, że opisując wypadek, zachowałeś umiar w uwagach co do mojej 

osoby? — powiedziała Karolina. 

Twarz mi się wyciągnęła. Nie zachowałem umiaru. 
— To zresztą zupełnie nie jest dla mnie ważne — odparła Karolina, czytając bezbłędnie z 

mojej twarzy. — Pan Poirot będzie wiedział, co o mnie sądzić. On lepiej rozumie kobiety niż 
ty. 

Poszedłem do warsztatu. Poirot siedział pod oknem. 
Obok na krześle zobaczyłem ułożony porządnie rękopis. Detektyw dotknął go i powiedział: 
— Gratuluję panu, doktorze! Gratuluję pańskiej skromności! 
— Oo! — bąknąłem zaskoczony. 
— I pańskiej powściągliwości — dodał. Powtórzyłem jedynie: „Oo!” 
— Hastings w ten sposób nie pisał — ciągnął mój przyjaciel. — Na każdej stronie wiele, 

wiele  razy  powtarzało  się  słowo  „ja”.  Co  on  myślał,  co  on  zrobił!  Ale  pan,  doktorze,  pan 
trzymał się cały czas na uboczu. Tylko raz czy dwa razy opisuje pan wyraźniej swój udział. W 
życiu domowym, tak? 

Zaczerwieniłem się, widząc w oczach Poirota błysk humoru. 
— No, a co pan o tym wszystkim sądzi? — spytałem nerwowo. 
— Prosi pan o moją szczerą opinię? 
— Tak. 
Poirot spoważniał. 
— Bardzo  szczegółowe  i  rzeczowe  sprawozdanie  —  powiedział  uprzejmie.  —  Spisał  pan 

wszystkie fakty wiernie i dokładnie, chociaż nie uwypuklał pan w nich swojego udziału. 

— Pomogło to panu? 
— Tak, szczerze mogę przyznać, że bardzo mi pomogło. No, ale czas! Musimy iść do mnie 

do domu i przygotować scenę do małego przedstawienia. 

W hallu natknęliśmy się na Karolinę. Z pewnością miała nadzieję, że Poirot ją zaprosi. On 

jednakże poradził sobie bardzo taktownie. 

— Strasznie mi przykro, że nie może być pani obecna, mademoiselle — powiedział z żalem 

—  ale  w  tym  stadium  wypadków  nie  byłoby  to  wskazane.  Bo  widzi  pani,  wszyscy  obecni 
dzisiaj wieczorem to podejrzani. Wśród nich znajdę mordercę Rogera Ackroyda. 

— Pan w to naprawdę wierzy? — spytałem z powątpiewaniem. 
— Widzę,  że  pan  nie  wierzy  —  odparł  Poirot  sucho.  —  Jeszcze  pan  nie  potrafi  ocenić 

prawdziwej wartości Herkulesa Poirota. 

W tej samej chwili po schodach zeszła Urszula. 
— Jest pani gotowa, moje dziecko? — spytał Poirot. — To dobrze. Pójdziemy do mojego 

domu  razem.  Mademoiselle  Karolina,  niech  mi  pani  wierzy,  że  robię  wszystko,  aby  oddać 
pani przysługę. Dobranoc. 

Wyszliśmy, pozostawiając Karolinę jak psa, któremu odmówiono spaceru. Długo patrzyła 

za  nami  od  progu.  Salonik  w  Modrzewiowym  Dworku  był  już  przygotowany.  Na  stole  stały 
rozmaite soki i szklanki oraz talerz z biszkoptami. Z sąsiednich pokoi przyniesiono krzesła. 

Poirot zaczął latać po mieszkaniu, ustawiając i przestawiając meble. Tu wysunął krzesło, 

tam  przesunął  lampę,  to  znowu  zatrzymał  się,  by  poprawić  i  wyprostować  chodnik  na 

background image

podłodze.  Specjalną  uwagę  poświęcił  sprawie  oświetlenia.  Lampy  umieścił  tak,  aby  rzucały 
jasne  światło  w  róg  pokoju,  gdzie  znajdowały  się  krzesła,  a  jednocześnie  pozostawiały  w 
mroku kąt, gdzie prawdopodobnie sam chciał siedzieć. 

Przyglądaliśmy mu się z Urszulą. Po pewnym czasie usłyszeliśmy dzwonek. 
— Idą!  —  powiedział  Poirot.  —  Dobrze,  wszystko  jest  gotowe.  Otworzyły  się  drzwi  i 

pojedynczo weszli goście z Fernly 

Park. Poirot podskoczył, aby powitać panią Ackroyd i Florę. 
— Bardzo  mi  miło,  że  panie  przyszły  —  powiedział.  —  A  oto  pan  major  Blunt  i  pan 

Raymond! 

Sekretarz był jak zwykle w doskonałym humorze. 
— Cóż to za nowy pomysł? — spytał, śmiejąc się. — Jakaś maszyna odczytująca prawdę? 

Czy  dostaniemy  opaski  na  przeguby?  I  bicie  serca  zdradzi  wszystkie  nasze  tajemnice?  Jest 
taki wynalazek, prawda? 

— Owszem,  czytałem  o  nim  —  przyznał  Poirot.  —  Ale  ja  jestem  przywiązany  do  starych 

metod. Ja korzystam tylko z szarych komórek. No, więc zaczynamy! Przede wszystkim jednak 
muszę obwieścić nowinę. 

Ujął rękę Urszuli i pociągnął dziewczynę do przodu. 
— Ta dama jest panią Ralfową Paton. Wyszła za kapitana Patona w marcu. 
Pani Ackroyd wybuchnęła potokiem słów: 
— Ralf? Ralf się z nią ożenił! Ależ to bzdura! Jakże on mógł? 
Patrzyła na Urszulę, jakby jej przedtem nigdy w życiu nie widziała. 
— Ożenił się z pokojówką? — dodała. — Nie, panie Poirot, ja w to nie mogę uwierzyć! 
Urszula zaczerwieniła się i zaczęła coś mówić, ale Flora szybko podbiegła do niej i objęła 

ją ramieniem. 

— Nie gniewaj się, że jesteśmy zdziwieni — powiedziała. 
— Bo widzisz, coś podobnego nie przyszło nam nawet do głowy. Dobrze zachowaliście ten 

sekret. Jestem bardzo zadowolona, bardzo! 

— Dziękuję  pani,  panno  Ackroyd,  jest  pani  bardzo  dobra  —  szepnęła  Urszula.  —  A  ma 

pani  powody,  żeby  być  na  mnie  zła.  Ralf  bardzo  nieprzyzwoicie  się  zachował,  zwłaszcza 
wobec pani. 

— O, tym proszę się nie martwić — odparła Flora, klepiąc Urszulę po ramieniu.  — Ralf 

znajdował  się  w  ciężkiej  sytuacji  i  wybrał  jedyną  możliwą  drogę.  Prawdopodobnie  na  jego 
miejscu zrobiłabym to samo. Chociaż uważam, że powinien był mi zaufać, nie wydałabym go. 

Poirot delikatnie uderzył parę razy w stół i znacząco odchrząknął. 
— Rozpoczynamy posiedzenie rady nadzorczej — odezwała się Flora. — Pan Poirot prosi 

nas,  żebyśmy  przestali  rozmawiać.  Ale  jeszcze  powiedz  mi  jedno,  Urszulo,  gdzie  jest  Ralf? 
Jeśli ktoś wie, to chyba ty. 

— Właśnie że nie mam pojęcia! — wykrzyknęła Urszula niemal z rozpaczą w głosie. — Nie 

mam najmniejszego pojęcia! 

— Czyż nie aresztowano go w Liverpoolu?  — zaciekawił się Raymond. — Bo tak podała 

gazeta. 

— Kapitana Patona nie ma w Liverpoolu — odparł krótko Poirot. 
— Właściwie nikt nie wie, gdzie on jest — zauważyłem. 
— Z wyjątkiem Herkulesa Poirota, co? — spytał uszczypliwie Raymond. 
— Ja wiem wszystko. Proszę to sobie zapamiętać — odparł poważnie Poirot. 
Geoffrey Raymond podniósł wysoko brwi. 
— Wszystko? — zagwizdał. — Ho, ho, to niewiele! 
— Czy pan chce powiedzieć — spytałem z niedowierzaniem — że pan się domyśla, gdzie 

jest Ralf Paton? 

— Pan to nazywa domyślaniem się, a ja, przyjacielu, nazywam to wiedzą. 

background image

— W Cranchester — zaryzykowałem. 
— Nie  —  odparł  poważnie  Poirot.  —  Nie  w  Cranchester.  Nie  powiedział  nic  więcej, 

natomiast  szerokim  gestem  zaprosił  wszystkich  do  zajęcia  miejsc.  W  czasie  lekkiego 
zamieszania,  które  nastąpiło,  przyszły  jeszcze  dwie  osoby  i  usiadły  koło  drzwi:  Parker  i 
gospodyni. 

— Jesteśmy już wszyscy — powiedział Poirot. — Komplet. Trudno było nie wyczuć pełnego 

zadowolenia  w  głosie  detektywa.  Po  tych  słowach  przez  twarze  zebranych  przemknął  lekki 
cień niepokoju. Jakby zrozumieli, że wpadli w pułapkę, z której nie ma wyjścia. 

Poirot z powagą odczytał listę nazwisk z kartki trzymanej w ręku: 
— Pani  Ackroyd,  panna  Flora  Ackroyd,  major  Blunt,  pan  Geoffrey  Raymond,  pani 

Ralfowa Paton, John Parker, Elżbieta Russell. 

Odłożył papier na stół. 
— Co to wszystko ma znaczyć? — odezwał się Raymond. 
— Lista,  którą  wam  odczytałem  —  powiedział  Poirot  —  jest  listą  osób  podejrzanych. 

Każda z nich miała okazję zamordować Rogera Ackroyda. 

Pani Ackroyd zerwała się z okrzykiem protestu. Pierś jej falowała. 
— Mnie  się  to  nie  podoba!  —  zakwiliła.  —  Mnie  się  to  nie  podoba!  Ja  wolę  wrócić  do 

domu. 

— Nie może pani teraz iść do domu — odparł stanowczo Poirot — póki nie wysłucha pani 

wszystkiego, co mam do powiedzenia. 

Odczekał chwilkę i znów odchrząknął. 
— Zaczniemy od początku. Kiedy panna Ackroyd poprosiła mnie, abym zajął się sprawą, 

poszedłem do Fernly Park z dobrym doktorem Sheppardem. Byłem na tarasie, gdzie pokazano 
mi ślady butów na parapecie. 

Następnie  inspektor  Raglan  poprowadził  mnie  alejką,  która  łączy  się  z  głównym 

podjazdem. Zainteresował mnie mały pawilonik i przeszukałem go starannie. Znalazłem dwie 
rzeczy.  Kawałek  nakrochmalonego  materiału  i  gęsie  piórko.  Nakrochmalony  materiał 
natychmiast skierował moją myśl na fartuszek pokojówki. Kiedy inspektor Raglan pokazał mi 
listę mieszkańców domu, zauważyłem od razu, że jedna z pokojówek, Urszula Bourne, nie ma 
żadnego  alibi.  Zgodnie  z  jej  własnym  zeznaniem,  przebywała  w  swoim  pokoju  od  godziny 
dziewiątej trzydzieści do dziesiątej. No, a jeśli spędziła ten czas w pawiloniku? Jeśli tak, to z 
kim się tam spotykała? Wiemy od doktora Shepparda, że ktoś obcy był tego wieczoru w domu. 
Ów człowiek, którego doktor spotkał przed bramą. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że 
nasz mały problem jest rozwiązany i że ów obcy poszedł do pawiloniku zobaczyć się z Urszulą 
Bourne. Nie było wątpliwości, że poszedł on właśnie do pawiloniku, ponieważ znalazłem tam 
gęsie  piórko.  To  natychmiast  podsunęło  mi  myśl  o  narkomanie,  i  to  o  narkomanie,  który 
wpadł w nałóg w Ameryce, gdzie wąchanie „śniegu” jest częstsze niż w tym kraju. Człowiek, 
na  którego  natknął  się  doktor  Sheppard,  mówił  z  akcentem  amerykańskim.  To  pasowało  do 
moich wniosków. 

Ale  nie  pasowała  tutaj  jedna  rzecz.  Czasy!  Urszula  Bourne  nie  mogła  udać  się  do 

pawiloniku  przed  dziewiątą  trzydzieści,  podczas  gdy  ów  gość  był  tam  już  parę  minut  po 
dziewiątej. Mogłem oczywiście przyjąć, że czekał na nią pół godziny. Jedyna druga możliwość 
to dwa niezależne spotkania w pawiloniku. Eh bien, jak tylko zacząłem o tym myśleć, wyszły 
na jaw różne ciekawe fakty. Dowiedziałem się, że gospodyni, panna Russell, była tego ranka u 
doktora  Shepparda  i  wykazała  wielkie  zainteresowanie  metodami  leczenia  nałogowych 
narkomanów.  Łącząc  to  ze  znalezieniem  gęsiego  piórka,  przyjąłem,  że  ów  nieznajomy 
mężczyzna przyszedł do Fernly, aby spotkać się z gospodynią, a nie z Urszulą Bourne. A więc 
z kim spotykała się Urszula Bourne? Nie musiałem długo nad tym myśleć. Przede wszystkim 
znalazłem  obrączkę  z  napisem  „Od  R.”  i  datą.  Potem  dowiedziałem  się,  że  widziano  Ralfa 
Patona,  jak  o  godzinie  dziewiątej  dwadzieścia  pięć  szedł  alejką  w  stronę  pawiloniku. 

background image

Dowiedziałem się również o pewnej rozmowie, która miała miejsce tego samego popołudnia 
w lasku pod miasteczkiem — o rozmowie między Ralfem Patonem a nieznaną dziewczyną. A 
więc fakty zaczęły do siebie pasować. Małżeństwo w tajemnicy, zaręczyny ogłoszone w dzień 
tragedii, burzliwa rozmowa w lesie, wieczorne spotkanie w pawiloniku. 

To przy okazji zdradziło mi jedną rzecz: zarówno Ralf Paton, jak i Urszula Bourne (czy też 

Paton)  mieli  najpoważniejsze  powody,  by  życzyć  sobie  śmierci  pana  Ackroyda.  I 
niespodziewanie  wyjaśniło  to  jeszcze  jedną  sprawę:  to  nie  Ralf  Paton  rozmawiał  z  panem 
Ackroydem o dziewiątej trzydzieści w gabinecie. 

A  więc  zbliżamy  się  do  bardzo  interesującego  problemu.  Kogo  Ackroyd  przyjmował  w 

gabinecie  o  dziewiątej  trzydzieści?  Nie  Ralfa  Patona,  który  był  z  żoną  w  pawiloniku.  Nie 
Charlesa  Kenta,  bo  on  już  sobie  poszedł.  Kogo  więc?  Postawiłem  sobie  genialne  i  bardzo 
odważne pytanie: czy w ogóle był z nim ktokolwiek? 

Poirot  pochylił  się  do  przodu  i  wypowiedział  te  ostatnie  słowa  z  triumfalną  nutą,  potem 

znów się cofnął, jak człowiek, który zadał decydujący cios. 

Raymond nie był jednak oszołomiony rewelacją Poirota i lekko zaprotestował: 
— Czy  pan  sugeruje,  że  kłamałem,  panie  Poirot?  Dowód,  że  ktoś  był  w  gabinecie,  nie 

opiera  się  bynajmniej  tylko  na  moim  oświadczeniu.  Najwyżej  mogłem  się  mylić  co  do 
dokładnego  brzmienia  słów.  Proszę  pamiętać,  że  major  Blunt  również  słyszał  głos  pana 
Ackroyda. Był na tarasie i choć nie pochwycił treści, wyraźnie słyszał rozmowę. 

Poirot skinął głową. 
— Nie zapomniałem o tym — powiedział spokojnie. — Ale major Blunt miał wrażenie, że 

to pan jest w gabinecie z Rogerem Ackroydem. 

Przez chwilę Raymond wydawał się zaskoczony. Szybko jednak powrócił do równowagi. 
— Ale Blunt wie teraz, że się mylił — odparł. 
— Właśnie! — zgodził się Blunt. 
— A jednak musiał być jakiś powód, dla którego major Blunt pomyślał o panu — upierał 

się  Poirot.  —  O  nie  —  podniósł  rękę.  —  Ja  wiem,  jaki  pan  poda  powód,  ale  to  mi  nie 
wystarcza.  Musimy  szukać  innego.  Wyjaśnię  inaczej.  Od  samego  początku  uderzała  mnie 
jedna rzecz: rodzaj słów, które usłyszał pan Raymond. Zadziwiające, że nikt nie zwrócił na to 
uwagi i nie dostrzegł w nich nic szczególnego. — Poirot przerwał na chwilę, potem przytoczył 
spokojnie: — „Ostatnimi czasy moje zobowiązania finansowe uległy znacznemu zwiększeniu i 
nie mogę, niestety, pozytywnie ustosunkować się do pańskiej prośby…”. Czy nic was w tym 
nie uderza? 

— Raczej  nie  —  odparł  Raymond.  —  Pan  Ackroyd  często  dyktował  mi  listy,  w  których 

używał niemal tych samych słów. 

— O właśnie! — wykrzyknął Poirot. — O to mi właśnie idzie! Czy ktoś użyłby takich słów 

w  rozmowie?  Niemożliwe,  aby  to  zdanie  pochodziło  ze  zwykłej  rozmowy  dwóch  ludzi. 
Natomiast gdyby pan Ackroyd dyktował list… 

— Miał pan na myśli, gdyby czytał na głos list — powiedział wolno Raymond. — Ale też 

musiałby czytać komuś? 

— Dlaczego? Nie mamy żadnego dowodu na to, że ktoś  inny znajdował  się w gabinecie. 

Nikt nie słyszał innego głosu oprócz głosu pana Ackroyda, proszę o tym pamiętać! 

— No,  ale  przecież  nikt  nie  czytałby  sobie  na  głos  listów  tego  typu!  Chyba…  chyba  że 

pomieszałoby mu się w głowie! 

— Wszyscy  zapomnieliście  o  jednej  rzeczy  —  powiedział  z  zadowoleniem  Poirot.  —  O 

wizycie pewnego człowieka w poprzedzającą środę. 

Spojrzenia zebranych skupiły się na detektywie. 
— Tak,  tak  —  Poirot  kiwał  zachęcająco  głową.  —  W  środę.  Młody  człowiek,  który 

przyszedł, sam w sobie nie był ważny. Ale ważna jest firma, którą reprezentował. 

background image

— Przedsiębiorstwo  dyktafonów!  —  Raymond  aż  się  zachłysnął.  —  Rozumiem  teraz. 

Dyktafon! To pan ma na myśli? 

Poirot skinął głową. 
— Pan Ackroyd miał zamiar kupić dyktafon, przypomina pan sobie. Byłem na tyle ciekawy, 

że  skontaktowałem  się  z  firmą.  Odpowiedzieli  mi,  że  pan  Ackroyd  nabył  dyktafon  od  ich 
przedstawiciela. Nie wiem, dlaczego ukrył ten fakt przed panem. 

— Może chciał mi po prostu zrobić niespodziankę — bąknął Raymond. — On miał zupełnie 

dziecinne upodobania  tego rodzaju. Lubił zaskakiwać ludzi. Prawdopodobnie dzień czy dwa 
chciał  nacieszyć  się  tajemnicą  i  bawić  nową  zabawką.  Tak,  to  do  niego  podobne.  Ma  pan 
zupełną rację, nikt nie użyłby podobnych słów w zwykłej rozmowie. 

— Mamy więc wyjaśnienie — powiedział Poirot — dlaczego major Blunt myślał, że to pan 

jest  w  gabinecie.  Usłyszał  słowa  czy  fragmenty  dyktowanego  listu  i  podświadomie 
wydedukował, że właśnie pan znajduje się w towarzystwie Rogera Ackroyda. Natomiast jego 
świadomość  była  zajęta  zupełnie  czymś  innym:  mignęła  mu  sylwetka  biało  ubranej  kobiety. 
Sądził, że to panna Ackroyd. W rzeczywistości była to Urszula Bourne w białym fartuszku. I ją 
widział major Blunt, jak szła do pawiloniku. 

Raymond odzyskał już panowanie nad sobą po pierwszym zaskoczeniu. 
— Ale mimo wszystko — zauważył — to pańskie genialne odkrycie (przyznaję, że sam bym 

na  coś  podobnego  nigdy  nie  wpadł)  nie  zmienia  jednej  zasadniczej  sprawy:  pan  Ackroyd 
musiał żyć jeszcze o dziewiątej trzydzieści, skoro dyktował list. Wydaje mi się, że o tej porze 
ów Charles Kent nie znajdował się już na terenie parku. A jeśli idzie o Ralfa Patona…?  — 
Zawahał się, spoglądając z ukosa na Urszulę. 

Ta zaczerwieniła się, ale odpowiedziała dosyć pewnie: 
— Ja i Ralf pożegnaliśmy się tuż przed za kwadrans dziesiąta. On nie zbliżał się do domu, 

jestem tego pewna. Nie miał zamiaru tego robić. Nie chciał widzieć ojczyma na oczy, gdyż był 
pewien, że rozmowa z nim byłaby niesłychanie przykra. 

— Nie wątpię ani na chwilę, że mówi pani prawdę — odezwał się Raymond. — Od samego 

początku  jestem  zdania,  że  kapitan  Paton  jest  niewinny.  Ale  trzeba  myśleć  o  ewentualnej 
rozprawie  sądowej  i  o  pytaniach,  jakie  tam  będą  zadawać.  Kapitan  Paton  znajduje  się  w 
bardzo niewyraźnej sytuacji. Gdyby natomiast pojawił się… 

Poirot przerwał Raymondowi: 
— To jest pańska rada, tak? Żeby kapitan Paton się ujawnił? 
— Naturalnie. Jeśli pan wie, gdzie on jest… 
— Z tego widzę, że pan nie bardzo wierzy, że ja wiem. 
A przecież przed chwilą powiedziałem panu, że wiem wszystko. Znam prawdę o telefonie 

do doktora Shepparda, o śladach na parapecie, o miejscu ukrycia Ralfa Patona… 

— Gdzie on jest? — spytał ostro major Blunt. 
— Niedaleko stąd — odparł Poirot z uśmiechem. 
— W Cranchester? — zapytałem. Poirot obrócił się ku mnie: 
— Pan ciągle zadaje to samo pytanie. Ma pan idée fixe na punkcie Cranchester. Nie, Ralf 

Paton nie jest w Cranchester, on jest… tu! 

Dramatycznym  gestem  wyciągnął  rękę.  Wszystkie  głowy  obróciły  się  we  wskazanym 

kierunku. W drzwiach stał Ralf Paton. 

background image

R

OZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

 

O

POWIEŚĆ 

R

ALFA 

P

ATONA

 

 
Była  to  dla  mnie  bardzo  przykra  chwila.  Niezbyt  dobrze  potrafię  sobie  nawet  teraz 

uprzytomnić, co się następnie zdarzyło. Pamiętam tylko okrzyki zdziwienia i powitania. Kiedy 
wreszcie opanowałem się na tyle, by wiedzieć, co się dzieje dokoła, Ralf Paton stał obok żony, 
jej dłoń w jego dłoni, i uśmiechał się do mnie przez cały pokój. 

Poirot także się uśmiechał i jednocześnie groził mi znacząco palcem. 
— Czy nie mówiłem panu przynajmniej ze trzydzieści sześć razy, że to bezcelowe ukrywać 

prawdę przed Herkulesem Poirotem? — spytał. — Że on i tak dowie się prawdy? — Obrócił 
się do pozostałych osób: — Pamiętają państwo naszą rozmowę przy stole. Było nas sześcioro. 
Oskarżyłem  pięcioro  obecnych,  że  ukrywają  przede  mną  prawdę.  Czworo  wydało  mi  swoje 
tajemnice. Tylko doktor  Sheppard  nie wydał  swojej. Ale przez  cały czas  coś podejrzewałem. 
Tego wieczoru doktor Sheppard poszedł do gospody Pod Trzema Dzikami, spodziewając się 
zastać tam Ralfa Patona. Ale go nie zastał. Przypuśćmy, powiedziałem sobie, przypuśćmy, że 
wracając  do  domu  spotkał  Ralfa  na  ulicy.  Doktor  Sheppard  był  jego  przyjacielem  i  szedł 
właśnie prosto z miejsca zbrodni. Musiał zdawać sobie sprawę, że sytuacja jest bardzo zła dla 
Ralfa Patona. Może wiedział więcej niż wszyscy… 

— To prawda — bąknąłem ponuro. — Tak, chyba teraz mogę przyznać się do wszystkiego. 

Odwiedziłem  Ralfa  tego  samego  dnia  po  południu.  Najpierw  nie  chciał  mi  się  zwierzyć  ze 
swoich  kłopotów,  ale  potem  powiedział  wszystko  o  swoim  małżeństwie  i  beznadziejnej 
sytuacji, w jakiej się znalazł. Po zamordowaniu Rogera Ackroyda stało się dla mnie jasne, że 
jeśli wyjdą na jaw pewne fakty, podejrzenie natychmiast padnie na Ralfa lub na dziewczynę, 
którą  kochał.  Tego  wieczoru  przedstawiłem  mu  to  wszystko.  Myśl,  że  będzie  musiał 
ewentualnie  składać  zeznanie  obciążające  żonę,  wpłynęła  na  decyzję  Ralfa,  aby…  — 
Zawahałem się i Ralf dokończył za mnie: 

— Aby  zwiać…  —  powiedział  dobitnie.  —  Bo  widzicie,  Urszula  zostawiła  mnie  w 

pawiloniku  i  sama  wróciła  do  domu.  Pomyślałem  sobie,  że  może  chciała  raz  jeszcze 
porozmawiać z ojczymem. Już po południu był dla niej bardzo niegrzeczny. A w czasie drugiej 
rozmowy może ją obraził w taki okropny sposób, że ona, nie wiedząc sama, co robi… 

— Zamilkł. 
Urszula uwolniła dłoń z jego uścisku i cofnęła się o krok. 
— Tak myślałeś, Ralf? Naprawdę myślałeś, że ja mogłam coś podobnego zrobić? 
— Powróćmy do niewybaczalnego postępku doktora Shepparda — przerwał sucho Poirot. 

— Doktor Sheppard zgodził się pomóc Ralfowi. Udało mu się też ukryć Ralfa Patona przed 
policją. 

— Gdzie? — spytał Raymond. — W swoim domu? 
— Ach, nie! — odparł Poirot. — Powinien pan zadać sobie to samo pytanie, które ja sobie 

zadałem. Jeśli nasz doktor ukrywa młodego człowieka, to gdzie? To musiało być gdzieś blisko. 
Pomyślałem  o  Cranchester.  W  hotelu?  Nie.  W  pensjonacie?  Jeszcze  kategoryczniej  nie.  A 
więc  gdzie?  Aha,  jest!  W  sanatorium!  W  sanatorium  dla  nerwowo  chorych.  Sprawdzam. 
Poddaję mój mały pomysł próbie. Wymyślam siostrzeńca umysłowo chorego. Radzę się panny 
Sheppard co do odpowiednich zakładów. Ona podaje mi nazwę dwóch w pobliżu Cranchester, 
gdzie jej brat wysyła chorych. Sprawdzam. Tak, do jednego z tych zakładów doktor Sheppard 
w sobotę rano sam odwiózł pacjenta. Choć pacjent nosił inne nazwisko, nie miałem trudności 
w  sprawdzeniu,  że  to  właśnie  jest  kapitan  Paton.  Po  pewnych  koniecznych  formalnościach 
pozwolono  mi  przywieźć  kapitana  tutaj.  Przybył  do  mojego  domu  wczoraj  we  wczesnych 
godzinach rannych. 

background image

Spojrzałem ponuro na Poirota. 
— Ekspert Karoliny z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych — mruknąłem. — I pomyśleć, że 

mnie to nigdy nie przyszło do głowy. 

— Teraz  pan  widzi,  doktorze,  dlaczego  zwróciłem  uwagę  na  pewną  powściągliwość  w 

pańskim rękopisie — powiedział Poirot. — Wszystko w nim jest zgodne z prawdą do pewnego 
miejsca i w pewnych granicach. Ale pan zakreślił bardzo małe granice prawdzie, przyjacielu, 
tak? 

Byłem zbytnio zgnębiony, aby dyskutować na ten temat. 
— Doktor Sheppard był bardzo lojalny — odezwał się Ralf. — Stał przy mnie wytrwale. I 

zrobił, co uważał za najlepsze. Z tego, co teraz powiedział pan Poirot, widzę, że nie to było 
najlepsze.  Powinienem  był  się  ujawnić  i  ponieść  wszelkie  konsekwencje.  W  sanatorium, 
widzicie, nie było gazet. Nie miałem pojęcia, jak potoczyły się wypadki. 

— Tak, doktor Sheppard okazał się wzorem dyskrecji — stwierdził ozięble Poirot. — Ale ja 

odkryję zawsze każdy sekret. To moja specjalność. 

— No  więc  czy  teraz  możemy  usłyszeć  od  kapitana  Patona,  co  zdarzyło  się  owego 

wieczoru? — spytał niecierpliwie Raymond. 

— Już  wszystko  wiecie  —  powiedział  Ralf.  —  Właściwie  nie  mam  nic  do  dodania. 

Wyszedłem z pawiloniku około dziewiątej czterdzieści pięć i zacząłem spacerować po parku, 
starając  się  zdecydować  na  jakiś  krok.  Co  właściwie  robić?  Muszę  przyznać,  że  nie  mam 
nawet cienia żadnego alibi, ale składam wam najuroczystsze słowo honoru, że nie zbliżałem 
się do okna gabinetu i nie widziałem mego ojczyma żywego ani umarłego. Bez względu na to, 
co powie cały świat, chcę, żebyście mi uwierzyli. 

— Nie  ma  alibi!  —  mruknął  Raymond.  —  To  bardzo  źle.  Ja  panu  naturalnie  wierzę,  ale 

sytuacja źle się przedstawia. 

— To  jednak  znacznie  upraszcza  sprawę  —  odezwał  się  wesoło  Poirot.  —  Niesłychanie 

upraszcza. 

Spojrzeliśmy na niego zdumieni. 
— Rozumiecie  mnie?  Nie?  Chodzi  mi  o  to:  aby  ocalić  kapitana  Patona,  prawdziwy 

zbrodniarz musi się przyznać. — Poirot promieniał. — Tak, tak, mówię to poważnie. Widzą 
państwo,  nie  zaprosiłem  tu  inspektora  Raglana.  Miałem  ku  temu  powód.  Nie  chciałem  mu 
powiedzieć wszystkiego, co wiem. W każdym razie nie chciałem tego uczynić dziś wieczorem. 

Poirot  pochylił  się  naprzód  i  nagle  w  jego  głosie  i  całym  zachowaniu  zaszła  gwałtowna 

zmiana. Stał się teraz niebezpieczny. 

— Mówię do ciebie! Ja wiem, że morderca Rogera Ackroyda znajduje się w tym pokoju! 

Do mordercy mówię. Jutro inspektor Raglan dowie się całej prawdy. Rozumiesz? 

W pokoju zapanowała napięta cisza. W jej środek weszła bretońska gospodyni, niosąc na 

tacy telegram. Poirot wziął go i otworzył. 

Rozległ się wyraźny głos Blunta: 
— Morderca znajduje się między nami? Wie pan, kto to? 
Poirot doczytał telegram i zmiął go w kulkę. 
— Teraz już wiem. — Stuknął palcem w zmięty papierek. 
— Co to jest? — spytał Raymond ostro. 
— Radiogram ze statku płynącego do Stanów Zjednoczonych — odpowiedział Poirot. 
W pokoju nadal panowała cisza. Poirot wstał i ukłonił się. 
— Messieurs  et  mesdames,  nasze  małe  zebranko  jest  skończone.  Proszę  pamiętać,  jutro 

rano inspektor Raglan dowie się prawdy! 

background image

R

OZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY

 

C

AŁA PRAWDA

 

 
Poirot  ruchem  ręki  nakazał  mi  pozostać  w  pokoju  po  wyjściu  innych.  Usłuchałem  i 

podszedłem do kominka. Czubkiem buta zacząłem poprawiać polana na ogniu. 

Obrót sprawy mnie zaskoczył. Po raz pierwszy nie mogłem absolutnie zrozumieć znaczenia 

słów Poirota. Przez chwilę byłem skłonny przypuszczać, że scena, jaką widziałem, jest tylko 
gigantycznym  blefem  i  że  Poirot  zagrał  tę  całą,  jak  ją  nazwał,  komedię  jedynie  w  celu 
autoreklamy.  Ale  wbrew  sobie  musiałem  uwierzyć  w  towarzyszące  temu  realne  fakty.  W 
słowach detektywa wyczuwałem groźbę i niezaprzeczalną pewność siebie. Jednak w dalszym 
ciągu sądziłem, że Poirot znajduje się na fałszywym tropie. 

Kiedy zamknęły się drzwi za ostatnim gościem, Poirot podszedł do kominka. 
— No i co, mój przyjacielu? — powiedział spokojnie. — Co pan o tym wszystkim myśli? 
— Nie wiem zupełnie, co mam myśleć — odparłem szczerze. — Jaki cel tego wszystkiego? 

Dlaczego nie pójść od razu do inspektora Raglana i nie powiedzieć mu, co się wie? Po co to 
skomplikowane ostrzeganie mordercy? 

Poirot  usiadł  i  wyciągnął  pudełko  cieniutkich  rosyjskich  papierosów.  Przez  parę  minut 

palił w milczeniu. Wreszcie się odezwał: 

— Niech  pan  użyje  swoich  szarych  komórek.  Za  moim  postępowaniem  zawsze  kryje  się 

jakiś powód. 

Chwilę się wahałem, potem wolno zacząłem mówić: 
— Pierwszy powód, jaki widzę, to chyba to, że nie zna pan mordercy, ale jest pan pewien, 

że kryje się on wśród osób obecnych tu dzisiaj wieczorem. No i zamierzał pan zmusić go, by 
się ujawnił. 

Poirot skinął z uznaniem głową. 
— Sprytny pomysł, ale nie odpowiada prawdzie. 
— Albo  też  przekonując  mordercę,  że  pan  wie,  kim  on  jest,  chce  go  pan  zmusić  do 

ujawnienia  się  niekoniecznie  przez  wyznanie.  Morderca  może  na  przykład  spróbować  pana 
uciszyć,  tak  jak  uciszył  poprzednio  Rogera  Ackroyda,  żeby  nie  mógł  pan  spełnić  jutro  rano 
swojej groźby. 

— Pułapka i ja jako przynęta! Merci, mon ami, na to nie jestem dostatecznie odważny. 
— A więc w takim razie zupełnie nie rozumiem. Przecież ostrzegając mordercę zawczasu, 

ryzykuje pan jego ucieczkę! 

Poirot potrząsnął głową. 
— On nie może uciec — odezwał się z powagą. — Ma tylko jedną drogę, a droga ta nie 

prowadzi do wolności. 

— I  pan  naprawdę  wierzy,  że  jedna  z  obecnych  dzisiaj  wieczorem  osób  popełniła 

morderstwo? — spytałem z niewiarą w głosie. 

— Tak, mój przyjacielu. 
— Kto? 
Przez kilka minut  panowała  cisza. Potem Poirot  wrzucił  niedopałek do kominka i  zaczął 

mówić spokojnie, zastanawiając się głęboko nad każdym słowem: 

— Poprowadzę pana tą samą drogą, którą ja przebyłem. Krok za krokiem będzie mi pan 

towarzyszył i zobaczy pan, że wszystko wskazuje tylko na jedną osobę. Na początku dwa małe 
fakty i jedna niezgodność czasu zwróciły moją uwagę. Pierwszy fakt to telefon do pana. Jeśli 
Ralf  Paton był  rzeczywiście mordercą, telefon stawał  się zupełnie bez znaczenia,  stawał  się 
absurdem. Dlatego też powiedziałem sobie: Ralf Paton nie jest mordercą. 

background image

Stwierdziłem, że telefonować do pana nie mógł nikt z Fernly, a jednak byłem przekonany, 

że mordercy muszę szukać wyłącznie wśród tych, którzy byli w Fernly w wieczór zbrodni. Stąd 
też  wywnioskowałem,  że  telefon  pochodził  od  wspólnika  mordercy.  Nie  bardzo  byłem 
zadowolony z tego wniosku, ale chwilowo na nim poprzestałem. 

Następnie  zająłem  się  zbadaniem  celu,  jaki  przyświecał  autorowi  tego  telefonu.  To  było 

bardzo  trudne.  Mogłem  do  tego  dojść,  analizując  wyłącznie  skutek.  Skutkiem  był  fakt,  że 
morderstwo  odkryto  wieczorem,  zamiast  —  według  wszelkiego  prawdopodobieństwa  — 
następnego dnia rano. Zgadza się pan z tym? 

— No, taak… chyba tak. Musiało być tak, jak pan mówi. Ponieważ pan Ackroyd polecił, by 

mu nie przeszkadzano, pewnie nikt by tego wieczoru nie wszedł do gabinetu. 

— Tres  bien

*

.  Sprawa  się  posuwa,  tak?  Ale  sytuacja  nie  jest  jeszcze  jasna.  Jaka  z  tego 

korzyść, że morderstwo będzie odkryte wieczorem, a nie następnego dnia rano? Nasuwała mi 
się tylko jedna myśl: morderca, wiedząc, że zbrodnia będzie ujawniona o pewnej określonej 
godzinie,  mógł  być  obecny  przy  wyłamywaniu  drzwi  lub  bezpośrednio  potem.  I  teraz 
przechodzimy do drugiego faktu: fotel  odsunięto od ściany. Inspektor  Raglan  przeszedł  nad 
tym do porządku dziennego jako nad sprawą błahą. A ja przeciwnie, zawsze przywiązywałem 
do tego wielką wagę. 

Do swojego rękopisu dołączył pan bardzo ładny plan gabinetu. Gdyby go pan w tej chwili 

miał przy sobie, zobaczyłby pan, że fotel wysunięty na miejsce wskazane przez Parkera stałby 
akurat na linii drzwi i okna. 

— Okna? — powiedziałem szybko. 
— Pan również wpadł na tę samą myśl co ja. Wyobrażałem sobie, że fotel został wysunięty 

w  tym  celu,  by  ktoś  wchodzący  drzwiami  nie  dostrzegł  rzeczy  pozostawionej  na  oknie.  Ale 
wkrótce  porzuciłem  to  przypuszczenie,  bo  chociaż  fotel  miał  wysokie  oparcie,  to  był  to  taki 
stary  fotel  wolterowski  prawie  nie  zasłaniał  okna,  najwyżej  to,  co  jest  pod  nim,  już  poniżej 
parapetu.  Nie,  mon  ami!  Ale  proszę  sobie  przypomnieć,  że  tuż  przed  oknem  stał  stolik  z 
książkami  i  pismami.  No  i  ten  stół  świetnie  krył  się  za  wysuniętym  fotelem.  I  wtedy 
natychmiast zacząłem domyślać się prawdziwego przebiegu wypadków. 

Przypuśćmy, że na tym stoliku stało coś, czego nie powinien nikt zobaczyć. Coś, co zostawił 

tam morderca. 

Jeszcze wtedy nie wiedziałem, co to mogło być. Ale już znałem bardzo charakterystyczne 

cechy tego przedmiotu. Na przykład wiedziałem, że to było coś, czego morderca nie mógł od 
razu ze sobą zabrać. Z drugiej strony było bardzo ważne, aby mógł to zrobić jak najszybciej 
po  odkryciu  zbrodni.  Stąd  też  ten  telefon  i  szansa  dla  mordercy,  aby  był  obecny  w  chwili 
znalezienia ciała. 

Dalej. Cztery osoby wchodzą w rachubę przed przybyciem policji. Pan, doktorze, Parker, 

major Blunt i pan Raymond. Parkera natychmiast wyeliminowałem, ponieważ bez względu na 
to, o której godzinie odkryto by zbrodnię, on byłby zawsze na miejscu. On również powiedział 
mi  o  wysuniętym  fotelu.  Parker  więc  był  wolny  od  podejrzeń.  Jeśli  idzie  o  morderstwo, 
ponieważ  w  dalszym  ciągu  uważałem  za  prawdopodobne,  że  to  on  szantażował  panią 
Ferrars).  Posądzałem  jednak  Raymonda  i  Blunta,  ponieważ  w  wypadku  odkrycia  zbrodni 
wczesnym  rankiem  obaj  mogliby  przybyć  na  miejsce  zbyt  późno,  by  usunąć  przedmiot  ze 
stolika pod oknem. 

Ale  cóż  to  był  za  przedmiot?  Słyszał  pan  moje  dzisiejsze  słowa  na  temat  urywków 

podsłuchanej  rozmowy?  Gdy  tylko  się  dowiedziałem  o  wizycie  przedstawiciela  firmy 
dyktafonów,  zrodziła  się  w  mojej  głowie  nowa  myśl.  Słyszał  pan,  co  pół  godziny  temu 
powiedziałem w tym pokoju? Wszyscy zgodzili się z moją teorią, ale jeden ważny fakt uszedł 

                                                 

*

 fr. Bardzo dobrze. 

background image

ich uwagi. Zgoda, przyjmując, że owego wieczoru w gabinecie pana Ackroyda znajdował się 
dyktafon, co się z nim potem stało? 

— Nigdy o tym nie pomyślałem — odparłem. 
— Teraz  wiemy,  że  pan  Ackroyd  kupił  dyktafon,  ale  między  jego  rzeczami  dyktafonu  nie 

znaleziono.  A  więc  jeśli  coś  zostało  zabrane  ze  stolika,  to  dlaczego  nie  miałby  to  być 
dyktafon? Ale były z tym pewne trudności. Uwaga wszystkich, rzecz jasna, skoncentrowała się 
na  ofierze  i  myślę,  że  każdy  mógł  podejść  do  stolika  niezauważony  przez  pozostałe  osoby. 
Jednakże  dyktafon  jest  dosyć  duży.  Nie  można  go  niepostrzeżenie  wsunąć  do  kieszeni. 
Dyktafon trzeba było w coś schować. 

Widzi  pan,  do  czego  prowadzę?  Sylwetka  mordercy  nabiera  realnych  kształtów:  Ktoś 

obecny przy wykryciu zbrodni, ale ktoś, kogo by nie było, gdyby zbrodnię wykryto następnego 
dnia rano. Ktoś mogący ukryć dyktafon… 

Przerwałem: 
— Ależ jaki był cel zabierania dyktafonu? Po co? 
— Przypomina  mi  pan  pana  Raymonda.  Przyjmuje  pan  z  góry,  że  to,  co  podsłuchano  o 

dziewiątej  trzydzieści,  to  były  słowa  pana  Ackroyda  dyktującego  list.  Ale  niech  pan  się 
zastanowi  nad  cechami  tego  sprytnego  wynalazku.  Dyktuje  się  do  tuby,  tak?  A  potem 
sekretarz nastawia walec i głos mówi… 

— Pan myśli…? — wyrzuciłem z siebie. Poirot skinął głową. 
— Tak  myślę.  O  dziewiątej  trzydzieści  pan  Ackroyd  już  nie  żył.  To  dyktafon  przemawiał, 

nie żywy człowiek. 

— I morderca włączył aparat? Wobec tego musiał być w pokoju o tej godzinie! 
— Być może. Ale nie wolno nam zapominać o możliwości mechanicznego urządzenia. Coś 

w rodzaju zegara, może nawet dostosowany zwykły budzik. I w takim wypadku wzbogacamy 
wyimaginowaną  sylwetkę  mordercy  dwiema  dodatkowymi  cechami:  musiał  to  być  ktoś,  kto 
wiedział o nabyciu przez pana Ackroyda dyktafonu, i ktoś mający wiedzę techniczną. 

Tak daleko posunąłem się do chwili, gdy przyszedł czas na ślady butów na parapecie. Stały 

przede mną trzy możliwości: 1. Że w istocie pozostawił je Ralf  Paton. Był  tego wieczoru  w 
Fernly, mógł wejść do gabinetu przez okno i stwierdzić, że ojczym nie żyje. To była pierwsza 
hipoteza. 2. Że ślady pozostawił  ktoś  inny, ktoś,  kto  zupełnie przypadkowo  miał  buty z taką 
samą  gumową  podeszwą.  Ale  stwierdziłem,  że  choć  mieszkańcy  domu  noszą  obuwie  z 
podeszwami gumowymi, nie używają butów na tak zwanej słoninie. Nie chciałem wierzyć w 
taki  zbieg  okoliczności,  by  akurat  ktoś  zupełnie  obcy  przyszedł  do  Fernly  w  identycznym 
obuwiu.  Charles  Kent,  jak  nam  wiadomo  od  barmanki  z  Psa  i  Gwizdka,  nosił  buty,  które  z 
niego spadały. 3. Że ślady pozostawił ktoś, kto rozmyślnie chciał rzucić podejrzenie na Ralfa 
Patona. Aby sprawdzić słuszność tego trzeciego przypuszczenia, należało koniecznie wyjaśnić 
pewne  inne  fakty.  Jedną  parę  półbutów  Ralfa  Patona  znalazła  policja  w  gospodzie  Pod 
Trzema Dzikami. Ani Ralf, ani nikt inny nie mógł ich tego wieczoru mieć na sobie, ponieważ 
znajdowały się na dole w czyszczeniu. Zgodnie z teorią policji Ralf miał na sobie drugą parę 
tego  samego  typu.  Ja  stwierdziłem,  że  Ralf  rzeczywiście  miał  dwie  pary.  Musiałem  jednak 
udowodnić, że owego wieczoru morderca miał na sobie półbuty Ralfa. Ale to by znaczyło, że 
Ralf miał jeszcze trzecią parę obuwia. Trudno mi było przypuścić, aby przywiózł ze sobą trzy 
jednakowe  pary.  Bardziej  prawdopodobne  było,  że  ta  trzecia  para  to  tak  zwane  kamasze. 
Poprosiłem pana siostrę o zbadanie tej drobnej sprawy, pytając ją o ich kolor. Przyznaję się 
szczerze, że chodziło mi o odwrócenie jej uwagi od właściwego celu mojego pytania. 

Zna  pan  wynik.  Okazało  się,  że  Ralf  Paton  w  istocie  przywiózł  parę  kamaszy.  Pierwsze 

pytanie, które mu zadałem wczoraj, kiedy przybył do mnie do domu, dotyczyło obuwia, jakie 
miał na sobie owego wieczoru. Odpowiedział bez wahania, że buty, to znaczy kamasze, a nie 
półbuty. I w nich zresztą przyjechał, gdyż przecież w sanatorium nie miał nic innego. 

background image

A więc posunęliśmy się jeszcze o krok w poznawaniu sylwetki mordercy. Jest to człowiek, 

który miał okazję zabrać owego dnia półbuty Ralfa Patona z Trzech Dzików. 

Poirot na chwilę zamilkł, a potem zaczął mówić dalej nieco podniesionym głosem: 
— Jest jeszcze jeden ważny punkt. Mordercą musiał być ktoś, kto miał okazję zabrać sztylet 

ze  srebrnego  stołu.  Może  mi  pan  zarzucić,  że  każdy,  kto  mieszka  w  Fernly,  miał  ku  temu 
okazję,  ale  przypomnę  panu,  że  Flora  Ackroyd  była  bardzo  pewna,  iż  sztyletu  nie  było  w 
gablotce  w  chwili,  gdy  ona  oglądała  jej  zawartość.  —  Poirot  znowu  przerwał.  —  Teraz 
potwórzmy sobie. Teraz, kiedy wszystko jest już jasne. Ktoś, kto był w gospodzie Pod Trzema 
Dzikami w ciągu dnia, kto znał na tyle dobrze Ackroyda, by wiedzieć, że kupił dyktafon. Ktoś 
znający się na różnych mechanizmach, kto miał  okazję wyjąć sztylet ze srebrnego stołu, nim 
przyszła  panna  Ackroyd.  Ktoś,  kto  mógłby  ukryć  w  torbie  dyktafon,  no  i  kto  był  sam  w 
gabinecie  w  parę  minut  po  odkryciu  zbrodni,  podczas  gdy  Parker  telefonował  po  policję. 
Jednym słowem — doktor Sheppard! 

background image

R

OZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY

 

I

 TYLKO PRAWDA

 

 
Przez półtorej minuty panowała martwa cisza. Potem się roześmiałem. 
— Pan oszalał — powiedziałem. 
— Nie — odparł Poirot spokojnie. — Nie oszalałem. Pierwsza zwróciła mi na pana uwagę 

niezgodność czasów. Już na samym początku. 

— Niezgodność czasów? — spytałem zdziwiony. 
— Tak.  Przypomina  pan  sobie,  wszyscy  wtedy  przyznali,  pan  także,  że  potrzeba  pięciu 

minut,  aby przejść od bramy do domu, a jeszcze  mniej,  jeśli  idzie  się skrótem na taras. Ale 
pan opuścił dom o godzinie za dziesięć dziewiąta, zarówno według pańskiego oświadczenia, 
jak i słów Parkera, a przy bramie znalazł się pan dopiero o godzinie dziewiątej. Wieczór był 
chłodny,  takiej  nocy  nikt  nie  ma  ochoty  spacerować  po  parku.  Dlaczego  więc  zajęło  panu 
dziesięć minut przejście do bramy? Przez cały czas orientowałem się, że wątpliwa jest sprawa 
zamknięcia okna w gabinecie. Tylko pan to mógł poświadczyć. Ackroyd pytał pana, czy pan 
zamknął okno, ale sam tego nie sprawdził. Przypuśćmy więc, że okno na taras było otwarte. 
Czy w ciągu tych dziesięciu minut zdążyłby pan obiec dom dokoła, zmienić obuwie, wdrapać 
się przez okno do gabinetu, zamordować pana Ackroyda i być koło bramy o dziewiątej? Nie, 
gdyż  prawdopodobnie  człowiek  tak  nerwowy  jak  owego  wieczoru  Ackroyd  usłyszałby  pana 
wchodzącego  przez  okno  i  znaleźlibyśmy  ślady  walki.  Ale  przypuśćmy,  że  zamordował  pan 
Ackroyda przed wyjściem z domu. W chwili kiedy stał pan za jego fotelem. Potem wychodzi 
pan frontowymi drzwiami, biegnie do pawiloniku i wyjmuje z torby (którą pan tego wieczoru 
zabrał  ze  sobą)  półbuty  Ralfa  Patona,  wkłada  je,  idzie  specjalnie  przez  błoto  i  pozostawia 
ślady  na  parapecie,  wchodzi  do  gabinetu  i  zamyka  od  wewnątrz  drzwi  na  klucz,  wraca 
biegiem do pawiloniku, wkłada własne obuwie i biegnie do bramy. Wykonałem sam wszystkie 
te  czynności  wczoraj,  kiedy  pan  rozmawiał  z  panią  Ackroyd,  i  zajęło  mi  to  akurat  dziesięć 
minut.  Potem  do  domu,  no  i  alibi  gotowe,  ponieważ  nastawił  pan  dyktafon  na  godzinę 
dziewiątą trzydzieści. 

— Mój drogi panie Poirot — powiedziałem głosem, który obco zabrzmiał mi w uszach. — 

Zbyt długo rozmyślał pan nad tą sprawą! Cóż, na miłość boską, zyskałbym, mordując pana 
Ackroyda? 

— Bezpieczeństwo!  To  pan  szantażował  panią  Ferrars.  Któż  mógł  wiedzieć  lepiej,  na  co 

umarł  pan  Ferrars,  niż  doktor,  który  się  nim  opiekował?  Kiedy  po  raz  pierwszy 
rozmawialiśmy przez mur dzielący nasze ogródki, wspomniał pan o otrzymanym przed rokiem 
spadku. Nie udało mi się wpaść na ślad jakiegokolwiek zapisu na pańską korzyść. Musiał pan 
wymyślić tę historię, aby usprawiedliwić posiadanie dwudziestu tysięcy funtów, które wyłudził 
pan od pani Ferrars. Wiele korzyści panu te pieniądze nie przyniosły. Większość przepadła w 
spekulacjach. Wtedy przykręcił pan śrubę zbyt mocno i pani Ferrars znalazła drogę ucieczki, 
jakiej pan nie przewidział. Gdyby Ackroyd dowiedział się prawdy, nie miałby dla pana litości. 
Byłby pan zrujnowany na zawsze. 

— A telefon? — spytałem, chwytając się ostatniej deski ratunku. — Przypuszczam, że i tu 

wymyślił pan sobie jakąś teoryjkę. 

— Przyznam,  że  z  tym  miałem  więcej  kłopotu,  zwłaszcza  kiedy  się  dowiedziałem,  że 

telefonowano do pana ze stacji kolejowej. Bo z początku jeszcze sądziłem, że pan po prostu 
wymyślił  ten  telefon.  To  było  bardzo  sprytne  posunięcie.  Musiał  pan  jakoś  wytłumaczyć 
zjawienie  się  w  Fernly  i  usunięcie  dyktafonu,  na  którym  opierało  się  pańskie  alibi. 
Domyślałem  się  trochę  tego,  kiedy  pierwszego  dnia  odwiedziłem  pana  siostrę.  Powiedziała 
mi, jakich pacjentów przyjmował pan w piątek rano. Wtedy nie słyszałem jeszcze o sprawie 

background image

panny Russell. Jej wizyta była szczęśliwym zbiegiem okoliczności, ponieważ odciągnęła pana 
uwagę od prawdziwego celu pytań. No i wpadłem na to, czego się spodziewałem. Odwiedził 
pana  tego  ranka  steward  z  amerykańskiego  transatlantyku.  Któż  byłby  lepszy!  Wyjeżdżał  o 
dziesiątej wieczorem do Liverpoolu. A potem w ogóle z kraju, w daleką podróż. Stwierdziłem, 
że w sobotę odpłynął z Liverpoolu statek „Orion”, i uzyskawszy nazwisko stewarda, wysłałem 
do niego radiogram z pewnymi pytaniami. Widział pan, jak przyniesiono mi odpowiedź. 

Podał mi kartkę. Treść jej była następująca: „Tak jest. Doktor Sheppard prosił zostawić 

kartkę  do  pacjenta.  Potem  zadzwonić  ze  stacji  z  odpowiedzią.  Odpowiedź  brzmiała:  «Bez 
odpowiedzi»”. 

— Bardzo sprytny pomysł — zauważył Poirot. — Rzeczywiście otrzymał pan telefon. Pana 

siostra  mogła  to  poświadczyć.  Ale  treść  rozmowy,  jaką  pan  przeprowadził?  Ba!  na  to 
mieliśmy tylko pańskie słowo. 

Ziewnąłem. 
— Wszystko  to  jest  bardzo  interesujące  —  odezwałem  się  —  ale  nie  da  się  absolutnie 

udowodnić. 

— Sądzi pan, że nie? Niech pan sobie przypomni, co powiedziałem: rano inspektor Raglan 

dowie się prawdy. Jednakże z sympatii dla pańskiej siostry jestem gotów dać panu inną drogę 
wyjścia. Może nastąpić na przykład wypadek. Nadmierna dawka środka nasennego. Pan mnie 
rozumie? Ale kapitan Ralf Paton musi być oczyszczony, ça va sans dire

*

. Proponuję, aby pan 

ukończył  ten  niezmiernie  ciekawy  rękopis,  nie  stosując  jednak  poprzedniej  zasady  zbytniej 
skromności. 

— Widzę, że jest pan niesłychanie płodny, jeśli idzie o propozycje — zauważyłem. — Czy 

pan już skończył? 

— Nie, skoro mi pan o tym przypomniał, to w istocie jeszcze jedna drobna sprawa. Byłoby 

z pańskiej strony wielką nieostrożnością próbować mnie uciszyć tak, jak pan uciszył Rogera 
Ackroyda. Ten sposób zupełnie zawodzi wobec Herkulesa Poirota, rozumie pan? 

— Mój  drogi  panie  Poirot  —  powiedziałem,  uśmiechając  się  lekko.  —  Może  mnie  pan 

nazwać  wszystkim,  ale  nie  szaleńcem.  —  Wstałem.  —  Tak,  tak  —  powiedziałem,  lekko 
ziewając. — Muszę już iść do domu. Dziękuję za bardzo pouczający i interesujący wieczór. 

Poirot  również  wstał  i  gdy  wychodziłem  z  pokoju,  ukłonił  się  jak  zwykle  niezmiernie 

grzecznie. 

                                                 

*

 fr. To nie ulega wątpliwości. 

background image

R

OZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY

 

R

OZWIĄZANIE

 

 
Godzina piąta rano. Jestem bardzo zmęczony. Właśnie skończyłem robotę. Ręka mnie boli 

od pisania. 

Dziwne  zakończenie  mojego  rękopisu.  Któregoś  dnia  miałem  zamiar  ogłosić  go  drukiem 

jako opowieść o jednym z niepowodzeń Poirota. Dziwne, jak układają się wypadki. 

Przez cały czas przeczuwałem jakieś nieszczęście. Od chwili gdy zobaczyłem panią Ferrars 

i  Ralfa  z  nisko  pochylonymi  ku  sobie  głowami.  Wtedy  myślałem,  że  ona  mu  się  zwierza. 
Myliłem się, teraz wiem, ale wówczas myśl  o tym towarzyszyła  mi nawet wtedy, gdy owego 
wieczoru szedłem z Ackroydem do jego gabinetu, do momentu  kiedy Ackroyd powiedział mi 
całą prawdę. 

Biedny stary Ackroyd. Jestem szczęśliwy, że dałem mu szansę. Prosiłem, by przeczytał ten 

list,  zanim  okaże  się  za  późno.  Nie,  może  lepiej  będę  uczciwy  wobec  siebie:  czyż 
podświadomie  nie  zdawałem  sobie  sprawy,  że  z  takim  uparciuchem  jak  on  postępuję 
najlepiej?  To  był  jedyny  sposób,  by  nie  odczytał  tego  listu.  Zdenerwowanie  Ackroyda  było 
patologiczne i niesłychanie interesujące. A mimo to nie podejrzewał mnie ani przez chwilę. 

Myśl  o  sztylecie  przyszła  później.  Miałem  przy  sobie  inny  bardzo  poręczny  instrument. 

Kiedy  jednak  zobaczyłem  sztylet  w  gablotce  srebrnego  stołu,  natychmiast  przyszło  mi  do 
głowy, że znacznie lepiej użyć przedmiotu, którego nikt nie skojarzy z moją osobą. 

Chyba od samego początku miałem zamiar go zamordować. Gdy tylko dowiedziałem się o 

śmierci  pani  Ferrars,  nabrałem  przekonania,  że  przedtem  zwierzyła  się  ze  wszystkiego 
Ackroydowi. Wtedy na ulicy wydawał się niesłychanie podniecony. Pomyślałem sobie, że być 
może już poznał prawdę, ale trudno mu w nią uwierzyć, i zaprasza mnie, aby mi dać szansę 
udzielenia wyjaśnień. 

Po  powrocie  do  domu  przedsięwziąłem  więc  środki  ostrożności.  Jeśli  podniecenie 

Ackroyda  spowodował  jakiś  wybryk  Ralfa,  to  moje  przygotowania  nic  by  nikomu  nie 
zaszkodziły.  Dyktafon  otrzymałem  przed  dwoma  dniami  do  podregulowania.  Coś  się  w  nim 
zacięło i powiedziałem Ackroydowi, że spróbuję go zreperować. Zabrałem dyktafon do domu 
w mojej lekarskiej torbie. 

Jestem  zadowolony  z  siebie  jako  pisarza.  Czyż  można  było  na  przykład  lepiej  to  opisać: 

„List przyniesiono za dwadzieścia dziewiąta. Opuściłem gabinet za dziesięć dziewiąta — list 
jeszcze nie został odczytany. Zawahałem się chwilę, trzymając rękę na klamce, obróciłem się i 
zastanowiłem, czy powinienem był jeszcze coś uczynić”. 

Wszystko  to  odpowiada  prawdzie.  Ale  przypuśćmy,  że  po  pierwszym  zdaniu  wstawiłem 

kropki! Czy ktoś by się zastanowił, co zdarzyło się w ciągu tych dziesięciu minut? 

Stojąc potem w drzwiach, obrzuciłem wzrokiem gabinet. Byłem zadowolony. O niczym nie 

zapomniałem.  Na  stoliku  pod  oknem  stał  dyktafon  nastawiony  na  godzinę  dziewiątą 
trzydzieści  (mechanizm  tego  małego  urządzenia  był  bardzo  sprytnie  skonstruowany  na 
zasadzie budzika), fotel odsunąłem, by przesłonić stolik od strony drzwi. 

Muszę przyznać, że bardzo mnie zaskoczyła obecność Parkera pod drzwiami. Wiernie też 

zapisałem ten fakt. Potem, kiedy odkryto ciało i wysłałem Parkera do telefonu, by zawiadomił 
policję,  cóż  za  wspaniałe  użycie  słów:  „Zrobiłem,  co  jeszcze  pozostało  do  zrobienia”.  W 
istocie  nie  pozostawało  wiele:  wpakować  dyktafon  do  torby  lekarskiej  i  przesunąć  fotel  z 
powrotem pod ścianę. Nigdy bym nie uwierzył, że Parker zapamięta taką drobnostkę! Biorąc 
logicznie, widok ciała powinien był uczynić go ślepym na wszystko inne. Ale nie liczyłem się z 
kompleksem wytresowanego służącego. 

background image

Szkoda, że zawczasu nie wiedziałem o tym, że Flora zezna, iż widziała stryja o godzinie za 

kwadrans  dziesiąta.  To  mnie  zdziwiło  bardziej,  niż  można  wyrazić  słowami.  Prawdę 
powiedziawszy,  ciągle  zdarzały  się  rzeczy,  które  budziły  moje  bezgraniczne  zdumienie. 
Wszyscy zdawali się maczać palce w sprawie tego morderstwa. 

Przez  cały  czas  najbardziej  obawiałem  się  Karoliny.  Obawiałem  się,  że  ona  może  się 

domyślać. Dziwne to jej wyrażenie o mojej „słabości”. 

Karolina nigdy nie dowie się prawdy. Jak Poirot słusznie powiedział, jest inne wyjście… 
Mogę  mu  zaufać.  Razem  z  inspektorem  Raglanem  jakoś  to  załatwią.  Nie  chciałbym,  aby 

Karolina  się  dowiedziała.  Ona  mnie  lubi,  no  a poza  tym  jest  bardzo  dumna…  Moja  śmierć 
będzie dla niej ciężkim ciosem, ale o ciosach ludzie zapominają… 

Kiedy skończę, włożę cały ten rękopis do koperty i zaadresuję do Poirota. 
I  potem  co  wybrać?  Weronal?  Złośliwa  zemsta  sprawiedliwości!  Nie  dlatego,  abym 

uważał, że jestem w jakimkolwiek stopniu odpowiedzialny za śmierć pani Ferrars! 

Śmierć  ta  była  bezpośrednim  rezultatem  jej  własnego  postępowania.  Nie  mam  dla  niej 

litości. 

Nie mam również litości dla siebie. Niech więc będzie weronal. 
Ale swoją drogą szkoda, że Herkules Poirot poszedł na emeryturę i przyjechał akurat tutaj 

hodować dynie.