background image

 

Roman Jaworski, Historie maniaków 
 
Medi 

Wyleciał w park szalony krzyk pawia. Połyskiem tępiącego miecza przebił wilgną gęstwę mroków. Katując zapłakaną twarz 

nocnej ciszy, upominkiem lęku legł na mej znużonej piersi. Porwałem się z trapiącego śnienia, a tłusty chłód wilgoci przylgnął 
do mego czoła. Drżę, jak drżę! 
A paw ponowił bolesny krzyk klątwy. W żyły me wpływa przerażenie i wapnieje. 
Pawiu — przyjacielu, czego chcesz, pawiu? 
Od jezior idzie zimny wiew i głucho strąca z liści opad przed-północnej zlewy. W samotni mojej dogasają świeczniki, ostatni 
ślad życia w samotni mojej. Świetlane krążki padają na ruń gazonów. W ich złote obręcze wstąpił paw-widmo, gnąc wytworną 
szyjkę, i małymi oczkami badawczo łysnął w stronę rozwartych okiennic. 
I budzi wspomnienie. 

O tym, jak czasu nocy zachodził do ciebie, ty luba umarła dziewczynko.  W  te  jasne,  szczęsne  noce,  kiedy  się  kłonił 

przejrzały lipiec moich dni. Zaprawdę, jak tęsknię za tobą, Medi! — moja Medi. 
A paw już wzbił się na okno i przysiadł na stalowej piersi. Widzę wyraźną ciekawość. 
Nie mogę jednak nie myśleć o smutku i olśniewającej pustce, która mnie otacza. 

Mój smutek uboga tryzna w przestwornej, stęchłej świetlicy. I pajęczyny tyle zwisa znad pułapu. Mój smutek — lśniąca tafla 

opuszczonej  bulwarowej  ławy,  gdy  czasu  słoty  błądzą  po  niej  łkające  migawki  gazowych  latarni.  Czuły  uśmiech 
nieszkodliwego idiotka do cudu wystawowych kwiatów. A pustka, ha! — pustka. W rodzinnego sygnetu pryzmacie lamie 
się,  tysiąckrotnie  lamie,  w  nieskończoność,  którą  już  dostrzegam.  Ale  wszak  ostaje  jeszcze  pociecha,  zimna,  cicha, 
wymownych o północy szyb lustrzanych. I widzę cię, Medi, widzę wachlarz słodkich twoich główek. Pawiu, wierzaj 
mi, przyjacielu, myślę o dziewczynce z plamką czerwoną na lewym policzku, a nie o mym smutku i pustce, która jest. 

I już siedzimy w utulnym, przedmiejskim domku, wokół wywrotnego stołu, i milcząc, patrzymy na się nieprzyjaźnie. 

Matka twoja, twój ojciec i ja siedzimy, Medi najdroższa, zanim ty byłaś i imię twoje. Jak dawniej. Łoskotem spadającego 
nagle przedmiotu łamią ciszę słowa  twego ojca. Przemawiał zawsze, gdy  miał  wychodzić. Więc  nie zważałem, choć 
pamiętam.  „Jeszcze  rok  jeden  przetrwamy,  Doro.  Spróbujemy,  by  niepotrzebnie  nie  zawracać.  Może  się  inaczej  ułoży, 
może  zrodzisz  dziecię,  którego  pragnę.  Czy  pan  uwierzy,  że  pragnę  dziecięcia?"  Sławna  twarz  jego  przyjęła  uśmiech 
niewidomych. 

Myśląc  o  pozorach  w  teraźniejszości,  patrzyłem  na  panią  Dorę,  która  nagłym  skłonem  sierpniowego  zachodu 

ułożyła  płaską  głowę  na  tarczę  w  tył  wygiętych  dłoni,  dając  medalion,  nieźle  wyrzeźbiony.  Opadły  szerokie  rękawy 
peplosu, ukazując cudnie toczone ramiona, barwą brzasków napuszczone. Więc wchodziłem w radość piękna, gdy mogłem 
wywołać obojętność wobec rzeczy przewidzianej, prawie zamówionej. 
Pan Fryderyk ujął w długie palce cud tych ramion i naciskając je i poklepując, dowodził: „Dlatego, proszę pana, pragnę 
potomstwa, by nie zeszedł bez owoców typ tak doskonały. Z kobiety tej narodzić się musi czyste, ostateczne prawo ciała". 
A przesunąwszy dłoń wzdłuż linii jej biustu i bioder, skłonił się i wyszedł. 
Opadła mię banalna myśl o banalności pragnień. I czuwałem nad śpiącą panią Dorą. 

A gdy się obudziła, zaraz spostrzegłem, że miała sen. który zamierzała urzeczywistnić. Więc usiłowałem przeszkodzić, 

czując  silną  niechęć  do  widocznych  zamiarów.  Szczególnie  nie  znoszę  snów  kobiet.  Są  one  zazwyczaj  najbliższą, 
nieutracalną  myślą  o  rzeczach  i  niepotrzebnie  odbierają  im  kształty.  Gdzie  zaś  ona  rzewność,  co  spływa  w  cieniach 
kształtów, i groza znanej tajemnicy, która cień tworzy? Ten brak pozostał w mej pamięci od czasu śnionych opowieści 
mej matki i piastunek, których miałem wiele. A wówczas zwłaszcza stał mi się nienawistny, gdy sam, dość późno, zacząłem 
doznawać snów. 
Lecz jednym skinieniem głowy wstrzymała pani Dora chęć słów moich. 
— Dlaczego mię pan odwiedza? — pytała sennie. — Od lat już czeka pan na chwilę korzystną, z góry przewidzianą. 
Czeka pan ze spokojem, z wyrachowaną pewnością. Czyż nie uważasz, że nadeszła? — 

Jak  wszystko  dokładnie  pamiętam,  Medi,  i  dziwię  się,  boć  już  tyle  lat  dzieli  mię  od  zdarzeń.  Pamiętam,  że  mogłem 

przemówić i zadając kłam słowom, które nie były istotne, obalić tak groźne rojenia. Pamiętam, że jednak milczałem, 
jak zawsze, dążąc świadomie do myślowej przekory wobec zdarzeń w życiu. Tak czyniąc, mogłem popełniać rozliczne 
błędy,  które  przedłużają  skutki  zdarzeń  i  gmatwają  je  ciekawie,  niezwykle.  W  tym  dostrzegałem  urok,  więc  łatwo 
przyjąłem stały zwyczaj i przywiązałem się do niego niepotrzebnie. 
(Wiernie spowiadam się tobie, ma biedna dziecino, bom jest wobec ciebie winny). 

Więc  wówczas,  wówczas...  kłamiąc  milczenie,  patrzyłem  na  wyzierające  spoza  ram  werandy  owoce  brzoskwiń 

dojrzałych.  Chwilę  jeszcze  trwał  nieudolny  zamysł,  by  zwalczyć  narzuconą,  uporną  myśl  kobiety.  Niemym  ruchem 
wskazałem  na  brzemię  owoców  i  czas  ich  dojrzały.  Pani  Dora  przeszła  ku  oknu  i  napełniwszy  wazę  z  niebieskiego 
kryształu  narzucającymi  się  spojrzeniu  owocami,  tuż  przy  mnie  ją  ustawiła.  A  gdy  prześladując  nadal  myśl  powziętą, 

background image

 

wskazałem szczerb, na wardze wazy widoczny, przesunęła poduszkę wskazującego palca po nim, raniąc się dotkliwie. Po 
czym obojętnie ujęła w zakrwawione palce ciężki owoc i chciwie wysysała słodki miąższ wraz z krwią dobrowolnej rany. 
Wywołała u mnie podziw dla nieznanej rzeczy, gdyż nie chciałem szukać przyczyny, jak przypuszczałem, zbyt łatwej. 
Nie rozumiałem własnego podziwu, a wyczuwałem jedynie klęskę, oczekując jej z bierną trwogą. 
Pani Dora szybko prawiła: 
— Fryderyk zagroził mi dzisiaj, słyszał pan? Nie mogę nawet wyobrazić sobie, jak by to się mogło stać. Pan może nie 
wyczuwa całej jego władzy, jak ja muszę czuć. Przylgnęłam do niego, jak ciepła dłoń do stalowej płyty czasu bezlitosnych 
mrozów. (Żachnąłem się mocno). Mróz wionie od niego, a jednak... 
— Proszę pani, może bez przenośni lub nawet o czym innym... 
— Muszę o nim i o próżni, która go gnębi. 
— Więc? — pytałem szyderczo smutną twoją matkę. 

Chwyciła mię gwałtownie za rękę, tak jest, Medi, pamiętam doskonale, i wiodła przez amfiladę przyćmionych pokoi, 

naiwną dłonią błądząc rozpacznie po smutnej próżni. Ja zaś milczałem, wiem  na pewno, że milczałem, tylko może w 
oczach moich zaczaił się nieznaczny wyraz zrozumienia. 
Przystanęliśmy w miejscu, gdzie potem spoczęła twoja kołyska, biedna moja Medi. 
Dlaczego nie uderzysz w krzyk, pawiu? Dlaczego trzepocesz piórami i w szept mojej spowiedzi bezlitośnie wplatasz grozę 
napomnienia? 
Lecz teraz dobrze uważaj, Medi, wytężaj słuch, czujny pawiu. Rzecz ważną wam wyznam, rzecz trudną. I zakończę dziś 
jeszcze, tu, na tym miejscu, gdzie spoczywała niezapomniana kołyska. 
Tutaj się stało. Przylgnęła do mnie nagle, przedwcześnie. Gorącym oddechem całując muszlę ucha, szeptała: 
— Czy pan wie, że Fryderyk winien? On winien, że u nas tak... Ja zaś mam precz pójść, precz, bo niepotrzebna. Ale nie 
— musi być wyjście, ratunek... 
Milczałem, właśnie w tej chwili. I bardzo zawiniłem, czy słyszycie? Bardzo! 
Jeszcze mówiła pani Dora. Długo, tylko nie słuchałem. Wnet musiałem oprzytomnieć, gdyż silnie ugryzła mię w ucho. 
Matka twoja, Medi! Krzyknąłem i padłem na szezlong, a Dora spoczęła tuż przy mnie, coś żebrząc. Zwinięta w czarny 
kłębek, jęła śmiać się serdecznie. Wzbudziła przez chwilę nieufność, niepewność. Lecz szybko objęła ramionami mą szyję 
(matka twoja!) i kapryśnie czyniła wyrzuty, że jestem śmieszny, że przecież zdrowa, zupełnie zdrowa, a pewnie lepsza 
od  tylu  innych.  Targnął  mną  bolesny  wstręt,  naprawdę  wstręt,  i  już  się  porwałem,  gdy  na  dłoniach  poczułem  wilgoć 
serdeczną warg dumnych, warg znanych... I usłyszałem cichy szloch, tak błagalny, że mię złamał, bezpowrotnie złamał. 
Wówczas — wówczas musiałem wspomnieć słotną noc w mieście, gdy na bulwarach spotkałem przemokłą dziewczynę. 
Rzewnie  zawodząc,  nuciła  słowa  przystępne,  łatwo  zrozumiałe.  Doskonale  uchwyciła  ton  bezwzględny,  pełen 
przekonania. Więc wręczyć jej chciałem talara, ale wymknął mi się z uchwytu i jęknął o załzawiony żwir ścieżki. Właśnie 
zajaśniała błyskawica przypadkowa, łaskawa. Ujrzałem, jak dziewczyna przegięta szukała w szlochu, wciąż w tym samym, 
tak podobnym. A błyskawica i deszczu tkliwe mżenie, i brzęk talara, wszystko spłynęło w ten jeden wielki szloch. 
Wspomniałem i musiała powstać litość, ta sama, gdy szloch był jednaki sprzed czasów i jednaka melodia, na którą jestem 
tak czuły. 

Oto melodii zawdzięczasz, Medi, twe smutne powstanie i litości nigdy nie myślanej. Ach! — i obojętności, dobrze, że 

nie zapomniałem, i obojętności. 
Przez długie chwile i męczące wpatrywałem się w zmartwiałą panią Dorę. Jej twarz wrzynała się w mrok sypialni ostrym, 
kredowym zarysem znanej maski: dokonania. Dokonania zamiaru, który przestał istnieć. I powoli przyjąłem w świadomość, 
że już się stało. Przejął mię bolesny dreszcz ohydy. Wyszedłem, nie żegnając. 

Właśnie  tworzył  zapadły  wieczór  dekorację  z  mgieł.  Wydał  mnogość  festonów  ociężałych,  rozwlekłych. 

Wyczułem  przeładowanie  szczegółów  i  wypowiedziałem  w  sobie  niepotrzebny  sąd.  Było  mi  duszno  i  z  radością 
zagubiłem się w alei  wierzbowych drzew. Wydęte opary przylgnęły do chromych pni, tworząc poszarpane żagle u 
strzaskanych masztów, i dały mi złudzenie tajemniczych schorzałych korabi, odpływających ku przestwórnej toni na 
zatratę.  Zapragnąłem  poszybować  z  nimi,  gdy  dopadły  mię  ogary,  stróże  domostwa  pana  Fryderyka,  i  zmusiły  do 
gwałtownej ucieczki, wielce sromotnej. Aż przystanąłem na polanie wśród gęstego lasu i dumny, że zmyliłem czujny 
pościg, przysiadłem na pniu, by spocząć. 

Wtedy to powstał pomysł o tobie, Medi, o twym imieniu, i co miało zawrzeć słowo. Przewidziałem cię na tyle czasu. W czułej 

troskliwości słałem ci zdobną w złocone brokaty kolebkę infantki hiszpańskiej. Na pierwszą zabawę włożyłem w drobne twe piąstki, 
uchwytów  niezdolne,  łagodne  bazie,  odarte  z  różdżki-pamiątki,  którą  surowy  Mikołaj  zawiesił  ongi  nad  moim  dziecięcym 
łóżeczkiem. W zadumie poszedłem po pluszowy szmaragd łąk irlandzkich na pląsy dla stopek twoich drobniutkich. Marzyłem 
etiopskie dziewki, nucące muślinowe baśnie nad żałosnym płaczem pierwszych niemowlęcych nocy. Prze-bardzo cię darzyłem w 
wielkiej mej dobroci, dając żywot krótki i skon nagły, piękny. 

background image

 

Dumałem, gdy ujadały ogary, skarżąc utracony trop. Wnet wypadło na polanę stado spłoszonych saren. Dziś, kiedy spisuję 
to ostateczne wyznanie, czuję niezwykłą pospolitość sceny, lecz sumiennie nadmieniam, gdyż wiem-ci ja, Medi, że słuchasz, jak 
gdybym przemawiał, i przeliczasz szczegóły, i ważność wyznaczasz na błędy, według których mam być sądzony. 

Sarny nie zauważyły mojej obecności i były sobą. Spokojnie spoglądały, gdy dwa kozły zwarły się na zawzięty bój. Powtórzył 

się lichy olejodruk z myśliwskiego pokoju mego brata. Gdy jeden rogacz legł z przeciągłym rykiem, najspokojniejsza z łań lekkim 
truchtem  odbiegła  za  zwycięzcą.  I  dziwnie  przez  łanię  przyszedłem  na  myśl  o  pani  Dorze.  Odczułem  nawet  zadowolenie, 
rozumiejąc, że należałoby niej pomyśleć, i byłem wdzięczny łani. Ożyła troska tej śmiesznej, czczącej powagi, z jaką spotkam 
matkę twoją, może jutro. A na czas późniejszy, gdy dźwigać będzie brzemię —jej kształt. Więc zakłopotanie pani Dory, całkiem 
zwykłe, i mój wyuczony szacunek, rzewna u ważność... 

Parsknąłem  w  szyderczy  śmiech,  a  zaniepokojone  puszczyki  uderzyły  w  przeraźliwy  kwikot,  że  zerwałem  się  z  pnia, 

odczuwszy lęk. Lęk uświadomił mi las, w którym zabłądziłem. Tęskniłem za gościńcem do miasta. Potykając się w ciemności, 
przewaliłem się na poległego rogacza. Powstałem, umazany cuchnącą posoką. Bezwiednie uleciał mi wesoły okrzyk: pan 
Fryderyk!  Wnet  jednak  dostrzegłem  niesłuszność  i  brak  porównania,  więc  chrząknięciem  stłumiłem  grożące  echo,  a  spryt, 
zużyty na instynkt powrotu wnet mię sprowadził na drogę ku miastu. 
W tępej obojętności trwałem samotny po dzień twego przyjścia. Wieść pewna o tobie wywołała mię. U wejścia do alkowy 
zwiastował uroczyście zadowolony pan Fryderyk: 
— Dała mi Dora córkę, wywołaną przez mój nakaz, pamięta pan, onego wieczora? Żona porodziła ją z trwogi przed groźbą rozstania 
się ze mną. Dziecię ma też w sobie coś z przyrodzonej uległości, z obowiązku, który wypełniony został li tylko wskutek tchórzliwego 
posłuszeństwa. 

Wszedłem, gdzie spoczywałaś, drobna dziecino, u boku wycieńczonej matki. Jakże byłaś mi wówczas wstrętną, Medi, 

jak  męczące  twe  istnienie!  Prawidłowe  niemowlę,  obce,  owiane  senną  zadumą  nad  nieznanym  bytem,  z  którego  zostało 
wywołane. Pani Dora przylgnęła do ciebie ustami celebrującej kapłanki, a całkiem niepotrzebnie starała się dłoń moją uścisnąć. 
Czekałem, gdy rozewrzesz oczęta. Spojrzałaś. Wzrok twój pospieszył ku mnie i wyczytałem w nim zwykły wstyd. Jest czasem taki 
w kielichach kwiatów, gdy rozkwitają nad rankiem. Więc nie rozumiejąc, w głos zapytałem: dlaczego? A pani Dora, nie 
mogąc mówić, poczęła ronić łzy, co było nudne. Wyjąłem z kieszeni srebrne dzwoneczki, w przygotowaniach z dawna zakupione, i 
jąłem grać. Lecz matka twoja, źle pojąwszy, wyrwała mi je z ręki i cisnęła o dywan. Podszedłem do piastunki, by mi opowiedziała 
„całą historię”, i nie troszczyłem się o was. 

Gdy  zachorowałaś  niebawem,  uwierzyłem,  że  było  konieczne,  gdyż  zwyczajnym  zajęciem  niemowląt  jest  krzykliwe 

chorzenie.  Czuwałem  jednak,  wuczając  się  mozolnie  w  obowiązek  poznania  ciebie,  malutka.  Mogłem  tylko  z  trudem,  gdyż 
alkowa duszna była i senna, a piastunka fujarkowe zawodziła dumki, matka zaś twoja głupio szeptała pacierze. 
Była noc, kiedy lekarz zadał ci sen spokojny i ja samotny ostałem przy twojej kołysce. Leniwym gestem zdziecinniałego starca 
opędzałem konieczne, rojne dumania. Patrząc w uśpione twe lice, starałem się marzyć o obcych rzeczach, boleśnie jednak utknąłem 
na obcym, a tak bliskim pojęciu szczęścia: dla  ciebie, ciche  niemowlę. Nie  mogłem  żadnej  stworzyć  formułki.  Pomogła 
wyobraźnia,  wielce  usłużna  w  ujęciu  rzeczy  zwykłych,  przez  co  zbyt  trudnych.  Doznając  zwidzenia,  przeszedłem 
beztrwożnie granicę dwóch krain, wielce sobie wrogich, przeszedłem nieświadomy, zapatrzony jeno w powabność prze-
dziwną.  Dziwność  więc  samą  podaję,  a  szczerze  unikam  w  słowach  rozwiązania,  gdy  dobrze  znam  śmieszność 
wszelkiego twierdzenia, które się zlewa w syty, zgodny akord z krzykliwym brzmieniem wskazującego: tak. 
Czy ty tylko zbyt się nie przerażasz, dziecino, i czy zrozumiesz? 

Byliśmy już daleko, gdzieś w północnym kraju, dążąc do obiecanych cmentarzy, które widniały z dala. Właściwe ich 

miano  mogłoby raczej opiewać: raj cichej radości, tak  nieskalanie  wesoło  witały  nas śnieżne bramy. Nie było słońca, 
które niepotrzebnie szczery kruszec żył ludzkich przetapia na drgający war, nie było smutnych ludzi, którzy niepotrzebnie 
wzierając w gasnące powieki, budzą wzajemny żal. Mróz dobrotliwy mroził w nas tęsknotę za rzuconym krajem. Cichość 
wiała wielka. I wielkie rozlało się zgodne pragnienie, by nas zagarnął rozkoszny, ukojny sen. Dźwigając twój ciężar, 
świadomie  wszedłem  w ogrodzenie z czystych  lodozwałów, pijąc orzeźwienie  w  wieczystym całunku przylgniętych 
naszych warg. Przystanąłem na chwilę, rozglądając się za posłyszanym szumem kosodrzewin, które nas żegnały. Już 
je przesłonił biały cud. Więc złożyłem cię na uboczu i jąłem grzebać puszyste, wspólne leże. Niebawem jednak przeraził 
me grzebiące dłonie nieznany cień krwawy. I usłyszałem szelest złowrogi. Gdy się porwałem, unosiła cię w ramionach 
niewiasta smukła, zwinna, a gnał za nią wicher nagły i śmigał jej śladem nieznany cień krwawy. 

Rzuciłem się w pogoń. W ogromne przestrzenie ciskałem wydłużone okrzyki rozpaczy za tobą, Medi. Ścigałem  was 

śmiesznie, nieudolnie. Ślad krwawy wsiąknął wnet w soczyste mchy gęstych smereczyn. Ustałem, kostniejąc w tępym żalu. 
Martwo dążyłem dalej  w nieznanym kierunku. Natrafiłem po czasie  na  nędzną  lepianę,  dokąd  wszedłem  bez  celu.  W 
rozpylonym  świetle  kopcącego  ogarka  dojrzałem  nikłą  postać,  skarlałą  w  przegięciu  nad  szeroką  księgą,  opartą  na 
kolanach. Nie wejrzał ku mnie. Podszedłem i poznawszy z liter księgi jakąś mowę znaną, krzycząc pytałem: „Chłopie, 
czy nie spotkałeś przed twoim domostwem niewiasty unoszącej dziecię na ręku?" Ciasny, głupowaty półśmiech rozwidnił 
ponurą  twarz  mieszkańca  lodowej  krainy.  Przyznając,  wesoło  skinął  głową  i  dalej  sunął  brudnym  palcem  po 
zatłuszczonej karcie księgi. Ja zaś niespokojnie badałem, co za kobieta i w którą odeszła stronę. Spojrzał surowo i twardo 

background image

 

wyrzekł: „Obcy jesteś, a jednak błąd jest wielki w tobie, gdy nie znasz niewiasty, o którą pytasz. Raczej żart ze mnie czy-
nisz nieuczciwy, bo któż jej nie zna. Jest wróżka, jest nazwana Ajataa. W całym kraju zorzy  porannej nie narodzi się 
dziecię, o którym by nie pamiętała. Trzeba niemowlęta strzec, szczęśliwe niemowlęta. Jest Ajataa, jest piastunka”. 
Wściekły, przerwałem powolnemu człowiekowi: „Chłopie, pilno mi, nie praw baśni, które już gdzieś czytałem!” 
„Źle czytałeś — ciągnął wytrwale — czytałeś, nie rozumiejąc. Bez wiary dobrej czytałeś. Trzeba niemowlęta strzec, 
a  nie  myśleć  o  szczęściu  dla  nich.  Inaczej  porwie  maleństwo  i  z  piersi  zatrutej  nakarmi.  Jest  wróżka,  jest  niedobra 
Ajataa".  Kołysał  się  sennie.  Więc  ugodziłem  go  pięścią  w  ciemię.  Westchnął  ciężko,  lecz  nie  powstał.  Pragnąłem  go 
rozweselić: „Zacny niezdaro — wołałem — przemawiasz w symbolach niebacznie. W ojczyźnie mojej mam mnogich 
przyjaciół,  wiernych  i  oddanych.  Czyż  nie  wiesz,  że  ci  ludzie  nie  znoszą  symbolów  i  legend  przyćmionych?  Jak 
śmiałeś! Jakże mi do nich uciec się o pomoc, jak się użalić? Czyż wybaczą symbol? Uwierzą w Ajataę?” 

Byłem bardzo gniewny na chłopa i zrozpaczony, śmiejąc się  w dzikim ryhocie. Chłop ziewał, nieczuły, i kończąc, 

mamrotał: „Jeśli to jest twoje niemowlę, które dziś wróżka porwała — nieszczęśliwe będzie. I twoja będzie wina. Tak mi 
Panie  dopomóż!"  Uczynił  znak  krzyża  i  zgrzytając  złowieszczo  zębami,  nadal  czytał  w  księdze.  Więc  skradłem  mu  z 
ciemnego kąta kożuch z białych niedźwiedzi i otuliwszy się przezornie, uszedłem. 
O północy byłem już z powrotem przy twojej kołysce w alkowie. Przestrzenie zbytnio uległy mym lotom, zbytnio zmalały, 
pośpiesznie zbliżając mię faktom, gdy złośliwie wydzieliły czas i możność wszelkiego w nim przemyślenia. Ujrzałem cię w 
objęciu wdzięcznie obnażonej, przedziwnej kobiety. Chciwie ssałaś jej piersi, o nieświadoma, żarłoczna dziecino. Poczułem straszny 
lek.  Rozwalona  na  tapczanie,  ciężko  ze  zdławionej  gardzieli  wyrzucając  bulgocące  fale  oddechu,  spała  dziewka-piastunka.  Z 
przyległej sypialni, z małżeńskiego łoża zalatywał mlaskany szept pani Dory, wynajdującej powabne pieszczoty dla znudzonego 
pana Fryderyka. Wstrętnie zachrzęściło małżeńskie łoże. Parnos'ć wielka ugodziła mię w lice, rozpełzala po czole i przepalając czaszkę, 
obłąkanym żarem na mózg się zwaliła. 
Odeszła mię myśl wszelka. 

Chwyciłem z konsoli w plusz oprawiony, wenecki sztylet twej matki i zatopiłem w jadem napuszczoną, białą pierś obcej 

niewiasty. Raz jeden wejrzała ku mnie wielce łagodnie i przewaliła się bezgłośnie, pociągając ciebie, Medi, za sobą. A z rany 
wytrysnęła jedna jedyna kropelka krwi wiśniowej i bryznęła — wyraźnie widziałem — na lewe twe liczko, krzepnąc po wszystek 
czas. Uderzyłaś w zawodny płacz. Złożyłem cię przezornie w ciszę kołyski i starałem się przebiegle unieść świadczącego trupa. 
Niepotrzebnie. Macając wokół rękoma, czołgałem się po posadzce, nie mogłem jednak nigdzie znaleźć. Opadłszy z sił, ległem 
wreszcie gdzieś w kącie, znużony. 

Gdy już powracałem do przytomności, słyszałem, jak orzekał lekarz nad twoją kołyską: „Stan poważny, zapewne skutek 

epidemii. Ale  na  lewej  twarzyczce  niewyjaśnione  zaczerwienienie.  Najprawdopodobniej znamię, które już zostanie". 
Od razu wspomniałem na straszliwą scenę i wiedziałem, skąd pochodzi plamka. Rozumiałem, że oglądając ją dzień w dzień, 
sam jeden zachowam tajemnicę, która trapić mię będzie i szklanym napawać lękiem. 

Przez  czas  pragnąłem  nawet,  byś  mię  zwolniła  od  grozy  patrzenia  i  strasznego  wspominania  rzeczy  niewyjaśnionych. 

Pragnąłem, byś uległa trawiącej chorobie. Cóż, kiedy pozostał sztylecik, jak dawniej w aksamit oprawny i cudnie błyszczący, 
tylko już groźny teraz i wymowny przez wypadek, w który został wtrącony. Cisnąłem  go wprawdzie między rupiecie za 
stary kominek, ale nie mogłem zapomnieć, że on tam właśnie spoczywa. I biały kożuch zawisł na wieszadle, cenny, ukradziony 
kożuch. Miałem więc wciąż ze sobą niemych świadków dwoje, od których nijak mi było się uwolnić. 
Myślałem  nawet,  by  się  komu  zwierzyć.  Bez  wyboru,  jedynie  dla  pozoru  ulgi.  Była  bliska  sposobność:  pan  Fryderyk. 
Zauważyłem jednak, że jest bardzo chmurny. Gwałtownie ujął mię pod ramię i wciągnął w głąb swojej pracowni. Tu wyjął księgę 
ważnych zapisów i pod datą dnia znanego wpisywał czerwonym ołówkiem, w głos wypowiadając: 
„W dniu dzisiejszym zauważyłem niespodziewanie czerwoną plamkę na lewym policzku mej córeczki, zrodzonej z doskonale 
pięknej mej małżonki, Dory. Plamka ta, to stygmat, który mówi, że doskonałość fizyczna jest wysiłkiem przyrody, niezdolnym 
do dalszych świadczeń. Owoc więc każdej doskonałości musi być niedoskonały,  musi  być  uszczupleniem  pojęcia  i  jego 
zacieśnieniem. Doskonałość winna wystrzegać się owoców, które przez brak lub błąd konieczny stają się niepotrzebne. 
Jej los — to milczenie i dostojne trwanie w jasnej świadomości. Doskonałość — to zakończenie. Córka moja, jako niepotrzebna, od 
dzisiejszego dnia staje mi się obojętną". 

Dziwne, że błazeństwo nie rozgniewało mnie, ni też ubawiło. Przyjąłem jako rzecz, która być powinna. Za to myśl 

we  mnie  o  tobie, Medi, i o tajemnym naszym  wydarzeniu całkiem się zmieniła. I poczułem: przez plamkę, tak drobniutką, 
przez tajemniczy stygmat, stałaś mi się, Medi, tak drogą, tak drogą — 
Zamieszkałem w domu waszym. Odtąd nieustannie patrzyłem w ciche oczy twoje, jak brałaś teorie z ludzi, którzy cię otaczali, i z 
przedmiotów. Z wolna wdrażała się w ciebie myśl obca, myśl fałszywa, o której mówią, że jest dobrą pomocnicą biednych ludzi. 
Niepokoił cię wszelki ruch, więc wywijałaś rączkami, naśladując nieudolnie, uczciwie. Szedłem za stawaniem się twoim jak szpieg. 
Wypatrywałem, wiele nie rozumiejąc. Oboje milczeliśmy z konieczności. Raz, gdy wyczekiwałem pierwszego słowa, uderzyłaś 
mię mocno pięstuczkiem w twarz. A potem rzewnie, cicho, wyrzekłaś w zdziwionym brzmieniu: „ma-ma". Byłem zrażony, wiedząc, 
że wszystkie dzieci wypowiadają to pierwsze słowo. I wcale przecież mnie się nie należało. Czas jakiś wstydziłem się nawet, gdy 
mię  tak  stale  odtąd  wołałaś.  Zgromiłem  srodze  ruską  piastunkę,  która  uczyła  cię  pospolitości  i  precz  ją  nagnałem. 

background image

 

Przywiodłem  natomiast  z  ogrodu  poczciwego  pawia,  który  turkając  trwożnie,  spoglądał  w  twoją  kołyskę.  Rozkosznie 
wyciągnęłaś ku niemu rączęta i objęłaś za szyjkę. Nie uchodził, tuląc się wiernie. I wciąż turkając, począł udzielać 
wyższej mądrości. 

Zaraza  zawisła  nad  tobą,  jak  myszołów  w  przestworach  przystawa  nad  ukrytym  w  miedzy  stworzonkiem.  Długo 

bujała, nie dobijając. A gdy już miała odejść, cichy lęk twój przeszedł w rzewny płacz.  Płacz był przeszkodą dla pana 
Fryderyka  w  koniecznym  śnie.  Słyszałem,  jak cię gromił słowami. Maleństwo niepojętne, czemuż nie usłuchałaś? Pan 
Fryderyk wpadł do twej alkowy i wnet przez ciszę nocy przechodziły tępe uderzenia, zawzięte, obliczone razy. Już byłem 
przy  tobie.  Przede  mną  śmieszne  bydlę,  ogłuchłe  we  wściekłości:  „Córka  niepotrzebna”.  Zdjął  z  nogi  pantofel  i 
tryumfalnym  ruchem  indyjskiego  wojownika,  gdy  wywija  tomahawkiem,  brał  rozmach  nad  przegiętym,  czerwonym 
karkiem  i  opuszczając  –  bił  zapamiętale.  W  stalowym  uchwycie  palców  przylgnąłem  do  jego  gardła,  drugą  ręką 
porwałem brodę uwielbianą, mądrą i cisnąłem go na podwórzec w słotną noc jesienną. Nie dobijał się do zaryglowanych 
drzwi. Przespał w stajni i opuścił nas nazajutrz. 

Szły  dnie  długiej,  zawziętej  rozpaczy  pani  Dory.  Obmyślała  pogoń.  Byłem  jej  pomocny.  Bezskutecznie  Pan 

Fryderyk zginął przebiegle, wielce umiejętnie zatarł ślady. Wreszcie nadesłał wieści:  „nie powróci nigdy. Nie może 
pozostawać wśród niepotrzebnych. Wyruszył szukać nowej racji”. 

Zakupiłem jego majętność, a dom kazałem rozszerzyć. Tak więc, siłą zdarzeń, przeznaczony zostałem, by przeżyć 

z wami przesilenie nieudałego pomysłu twej matki. Dziwiło mię, że spokojna na pozór, została ze mną w domostwie. 
Ocieraliśmy  się  o  siebie  jak  dawniej,  obojętnie  wymijając  się  w  drzwiach  pokojów.  Przypuszczałem,  że  cierpi 
normalnie i , unikałem dłuższego spotkania z obawy przed nudą zwierzeń. Raz jednak, trwogą nocy przejęta, weszła do 
mojej sypialni, cudna w swej nagości. Widziałem jasno. Lecz broniąc się, odegrałem scenę. Chwyciłem za szpadę, która 
nad  łóżkiem  zwisała,  grożąc,  że  przebiję.  Usiłowała,  przemawiając,  zmusić  mię  do  rozpoznania.  Niezmiennie  jednak 
godziłem ostrzem w miejsce, gdzie złoty zwisał medalion. Trwożnie syknęła: „tchórz!", j uszła, nie usiłując więcej. 

Odtąd była spokojna i smutnie milcząca. Używała jeno  wielkich swych uroczystości, by okazać, że nie zapomniała 

rozpaczy. Starała się gwałtownie nam przedstawić, jak cierpi i przez co. Więc patrzyłem bez oceny, stwierdzając. 
Ciężki czas ołowianych błękitów usuwał się wzdłuż martwych okiennic i dążyliśmy za nim posłusznym spojrzeniem, 
które  nie  śmiało  się  przebić,  wyprzedzić,  gdy  usta  milczały,  nie  pytając:  co  dalej?  Niekiedy  wprowadzałem 
urozmaicenie, które jednak zbyt szybko w krew się wpijało i stawało zwykłością. Nieświadome kwadranse spędzałem 
za kominkiem, szukając sztyletu wśród rupieci, azali nie zniknął. Zawsze znachodziłem i dotykałem się go nieznacznie 
drętwiejącymi  z  lęku  palcami.  Zazwyczaj  pozostawałem  potem  na  chwilę  nieprzytomny,  zaniedbując  ciebie,  Medi. 
Również i kożuch skradziony nie wyszedł z mej pamięci. Kazałem go pociąć na podłużne pasy i sporządzić skórę podnożną, 
by móc deptać, skoro wspomnienia zaczną się stawać nieznośnie natrętne. 

Na  tej  skórze  z  białych  niedźwiedzi  stanęłaś  po  raz  pierwszy  w  jasny,  wrześniowy  poranek.  Przeszłaś  wzdłuż 

chwiejnie, nieudolnie. Przed tobą kroczył troskliwie paw-nauczyciel. Uderzył mię posłyszany niezwykły śmiech pani Dory, 
podobny wahadłowemu zakołysaniu się nieboskłonu, czasu pogodnych, błyskawicowych nocy. Zbliżyła twarz ku tobie z 
miłą pieszczotą, gdy nagle stężała, wpatrzona w twą czerwoną plamkę. Białka jej oczu wyszły gwałtownie i zazieleniały, 
zdław chwycił gardło i jęła toczyć z ust żółtą pianę. Trzymając twe rączki w silnym uchwycie, skręciła je gwałtownie i 
cisnęła cię o ziemię. Skrępowałem matkę twoją i zamknąłem na piętrze domostwa, by dowolnie szalała. Troskę nad nią 
oddałem lekarzom. 

Pozostaliśmy swobodni na dole. Pocałunkami budziłem twe oczęta w bławatne poranki, pocałunkami koiłem szczebiot 

twych  usteczek  w  pierzaste,  wiedźmowe  wieczorów  zachody.  Uśpioną  tuliłem  cię  w  ramionach  i  późno  w  noc 
wsłuchiwałem się w łopot kroków matki twojej, mierzącej niestrudzenie rozległe izby nad nami. I nieraz zdawało mi 
się,  że  płyniemy  gdzieś  bez  celu,  na  oszalałym  jakimś  statku,  za  przepaszczeni  wśród  wirów  ostatecznej  zagłady. 
Lecz  ptak  nasz  czujny 

ZW

ykle  nas  ocalał,  wzlatując  ku  oknu  i  dobrotliwie  wglądając  spojrzeniem  pełnym  troski.  I 

przybijaliśmy do stałych lądów. 

Po  bielonych  słońcem  ścieżkach  parku  jęłaś  bujać  swobodnie  i  nieodstępował  ciebie  barwnopióry,  poważny 

opiekun. Patrzyłem  ku  wam  z  werandy. Często znikaliście za skrętami klombów. Czybyś  mogła zapomnieć zaciszne 
ustronie? Wiesz — za grabową aleją, już prawie nad łąką, gdzie pawie zbudowały gniazdo. Tyle łagodnych poranków 
spędziłaś  tam  w  odosobnieniu.  Samotna  pawica  siedziała  na  gnieździe,  a  Paw  szukał  za  żerem.  Więc  prawiłaś 
ptaszycy dziwne opowieści, 

 

w twym lubym szczebiocie. I weseliłaś jej smutek. Porozumiewałyście się bez trudu, a 

pawica  wsłuchiwała  się  rozkosznie,  oczarowana.  Gdy  paw  powrócił  z  łowów,  nad  wyraz  bywał  czuły  i  uczył  cię 
wiedzy,  dla  nikogo  pewnie  nieprzystępnej.  Zapewne  prawił  o  dziejach  świata,  patrzonych  z  lotu  ptaka,  i  o  życiu 
gąszczów, w które nikt nie wzierał. Czy tak, maleństwo? O! Wybacz, że was podglądałem. Lecz byłem zdziwiony, 
kiedy pochmurna stawałaś przede mną i mierzwiąc pięstuczkiem płowe loki nad czółkiem, powtarzałaś: „Ma-ma — 
Medi – wie – tam — dużo — tam”. 

Lub  też  w  ogródku,  pod  ścianą  starych  kazamatów,  powiedz,  czy  źle  ci  było,  dziecino?  Powiedz!  Grzebiąc  w 

ziemi  różanym  paluszkiem,  sadziłaś  jasne  kwiatki.  Pragnienie  gasiły  chętne  twych  usteczek  wonne  truskawki.  Na 

background image

 

złotych  tarczach  słoneczników  wesoło  ćwirkały  płoche  ptaszki.  A  wysoko,  na  grzbiecie  murów,  ponad  grzywami 
rozczochranych bluszczów przystawał, jak zwykle, usłużny Paw i rozpiąwszy lśniący wachlarz piór, cień rzucał, by 
chronić  główkę  przed  żarem  słońca.  Z  ukrytych  ziół  biły  słodkie  aromaty,  wśród  których  perliły  się  roje  złotych 
muszek. Niekiedy strzępiasty obłok gasił wszelką światłość i nagle sztywnieliście, gdy was zalała twarda matowość. 
Paw uderzał w krzyk. Niebawem odżywaliście w rozlewnej jasności. 

Zpędzał się ku wam często przemądry Sokrat, stary kogut biały. Z za nim nieodłączna czereda. Więc pytałaś, czy 

Sokrat ma żonę. Szukaliśmy, by ją poznać. Zbliżyliśmy się do zacnej gromadki. Podałem ci nawet imię tej żony: Ksantypa — i 
wołałaś donośnie. Właśnie targał Sokrat czarną kwoczkę za bujny czub, całkiem bezwzględnie. Więc pytałaś: „Ma-ma, czy to ta?" 
Wkrótce jednak staruszek i inne kury równymi obdarzał względami. I nie mogłem ci wskazać właściwej. Ten Sokrat, ten Sokrat! Miał 
Ksantyp tak wiele. Niegrzeczny Sokrat. Byłaś smutna i niepocieszona. 
Przeszliśmy do sali rycerskiej, gdzie postanowiłaś niezwłocznie odbyć zrękowiny wszystkich twych lalek. Sadowiłaś je u stóp 
moich na wzorzystym dywanie, układając parami. W pośpiechu niebezpieczne powstały mezaliansy. Chciałem zwrócić twoją uwagę 
na  możliwy  skandal.  Lecz  zniecierpliwiona  postanowiłaś  zaraz.  Więc  wyszła  pobożna  rybaczka  z  Holandii  za  wątłego, 
karnawałowego pierro-ta, o zupełnie nieznanej przeszłości. Wytwornej księżniczce z ogrodów wersalskich dostał się zwalisty 
dragon  szwedzki.  Dumny  grand  hiszpański  musiał  się  zgodzić  na  płochą  gryzetkę,  a  skoczny  piekarczyk  na  poważną, 
siwowłosą damę, w czarnej, aksamitnej sukni. Zbyt gwałtownie postąpiłaś, Medi, i wbrew przyjętym zwyczajom.  Po 
ceremonii, w której żywy brałem udział, kazałaś mi złączone pary pozamykać w mrocznych, zimnych szufladach wielkiej szafy 
bibliotecznej.  Musiałem  na  klucz  pozamykać,  by  cię  uspokoić.  Czyż  można  było?  A  jednak  po  dziś  dzień  tam  spoczywają  — 
niedawno zaglądałem — w zupełnej zgodzie i z piętnem tożsamości na obliczu. 
Po latach zaś dzień twej koronacji — jakże uroczysty, a jaki okropny w następstwach! 

Byłaś już panienką i spoczywałaś w sukience z niebieskich koronek na rzeźbionym krześle z czarnego dębu. W zadumie główkę w tył 

pochyliłaś  (matki  zwyczajem)  i  mglistymi  oczkami  chciwie  wpiłaś  się  w  przeciwległy  wielki  gobelin  rozpostarty.  A  na  nim  wielka 
odbywała się parada. Po bokach trębacze w uroczyste uderzali hejnały i zewsząd schodził się dwór strojny: dzielni rycerze w ciężkich 
zbroicach i urocze niewiasty w sukniach drogocennych, powłóczystych. W samym środku mąż poważny, wyniosły, wkładał koronę na 
główkę dziewczynki, co u stóp jego przyklękła. Wpatrując się, przeżyłaś zapewne zwidzenie senne, gdyż postanowiłaś urzeczywistnić 
(zwyczajem  matki).  I  już  nie  sprzeciwiałem  się,  przeciwnie,  byłem  bardzo  skłonny,  gdyż  wszelka  twa  prośba  była  mi  drogą  i 
przeczuwałem w niej nieznany sens głębszy. 

Rozporządziłem. Z mansardy kazałem powynosić stare stroje i wszelkie rodzaje broni, cały mój zbiór cenny, okazały. Starą 

lektykę  z  czasów  augustowskich świeżo obito różowym  adamaszkiem.  Salę rycerską przystrojono  na  komnatę  królewską.  W 
środku ustawiono wyniosły tron pod gwiaździstym baldachimem. Po podłogach rozrzucono pyszne smyrneńskie kobierce. Ze 
stropów zwisały złocone gdańskie pająki. We dworze wrzało. Nagły, niezwyczajny ruch oszołomił rozkosznie. 

Pani  Dora  umilkła  zawzięcie,  ty  zaś  wyczekiwałaś  wytrwale,  pochmurnie.  Paw  jeden  był  niespokojny  i  plątał  się 

wszędzie, krzykliwie przeszkadzając. Kazałem go wygnać na gazon. 

Uprzejmie  sprosiłem  znanych  dawniej  ludzi.  Skwapliwie  przybyli  na  wyznaczony  czas.  Przywiodła  ich  prostacka 

ciekawość.  U  progu  zapowiedziałem  uroczystą  zabawę.  Rozdałem  role,  które  chętnie  przez  próżność  przyjęli.  Nad 
wieczorem  dwór  już  był  gotowy.  Sędziwi  senatorowie,  pyszni  rycerze  i  jasnowłose,  strojne  damy.  Marszałek  ustawiał 
według  gobelinowego  wzoru.  Zachowaliśmy  bezwzględną  ścisłość,  byś  w  niczym  nie  dostrzegła  różnicy,  droga 
dziecino.  W  ostatniej  chwili  przybył  posłaniec  z  miasta,  wręczając  zamówioną  misterną  koronę  na  twoją  główkę  i 
pozłacane  jabłko  koronacyjne.  Złożyliśmy  je  na  szkarłatnych  poduszkach,  które  u  stóp  tronu  trzymali  dwaj  terakotowi 
murzyni, zazwyczaj wierni stróże łożnicy mojej. 

Na  dany  znak  zagrzmiały  moździerzowe  strzały,  zapłonęły  pająki.  Cudnie  przeodziana,  w  białej  adamaszkowej 

sukience  z  krynolinką,  w  złotej aureoli  rozpuszczonych  włosów,  rączęta  sztywnie  w  górę  podniesione  —  wpłynęłaś  w 
uroczystą salę. Wiedli cię mężowie poważni, najprzedniejsi woje. Przystanęłaś w oznaczonym miejscu. Paziowie przyklękli 
przed  tobą.  Gregoriańskie  chóry  rozbrzmiały  w  podniosły  hymn.  Byłaś  wzruszona  i  bardzo  pobladłaś.  Wybacz,  że  tak 
niezgrabnie, drżący  i zgarbiony, jakkolwiek  w  królewskiej  purpurze, podszedłem ku tobie i włożyłem w twe rączęta 
złote  jabłko,  które  oburącz  przycisnęłaś  do  piersi.  Po  czym  wznosząc  koronę  nad  twoją  główką,  dla  uświetnienia 
ceremonii w podobne słowa uważałem za wskazane przemówić: 
„Wdzięczność serca rad bym wypowiedzieć wam, goście łaskawi, na krótką chwilę wierni moi poddani. Świetny jest zbór 
wasz  na  dzisiejsze  koronowanie  i  prawdziwie  raduje  me  królewskie  oczy.  Liczne  są  zapewne  zasługi  wasze,  lecz 
zaprawdę największą dzisiejsza usłużność. Bo oto, nie pytając o sens ni też o zamiary, świadczycie dobrowolnie dziełu, 
które w waszych oczach się dokona. Jest więc w was prostota i ufność, która zdąża do zabawności, a mnie ułatwia ciężar 
dzieła.  Stajecie  bowiem  w  tej  chwili  w  tajemniczych  ramach  śnionej  baśni.  Każdy  z  was  utracił  połowiczność  swej 
rzeczywistości. Przykro mi wam to oznajmić, ale postradaliście siebie i znaczenie wasze, a byt wasz cenny zawisły jeno od 
przyjętej  roli.  Troskliwie  ją  pielęgnujcie  —  pomni,  że  stworzyło  was  pragnienie  dziecka.  Pragnienie  zaiste  godne 
urzeczywistnienia.  Wychodzi  poza  możliwość,  a  unika  śmieszności.  Kaprysem  łatwo  je  nazwać,  tym  bardziej,  jeśli 
uwierzyć zechcecie, że wywołane zostało przez tajemniczy wypadek, w którym sam uczestniczyłem. Wypadek istotnego 

background image

 

zatrucia przez sen, którego skutki  w rzeczywistości sami oglądacie. Prawdziwość mych słów  królewskich potwierdza 
znamię  na  liczku  dziewczynki,  które  swobodnie  oglądać  jest  wam  dane.  Przez  plamkę  sen  naznaczył  dziecko,  by 
wzmocnić  chorą  swą  pamięć  i  na  czas  z  góry  przeznaczony  wykonać  niezwyciężoną  swą  mściwość.  Bezsilny, 
nieprzewidzianym rozkazom w pełni się poddaję. Unikając dalszych wyjaśnień, gdy nie istnieje potrzebna konieczność, 
objawiam  wam  jeno  mą  niezłomną  wolę,  by  w  pełni  uznano  ten  zatruty  kaprys,  poza  którym  łatwo  ukrywać  się  może 
niewyrażalna myśl. Czyniąc zadość kaprysowi, godnie postępujecie. Nie aktorami stajecie się rzeczy pomyślanej, nie staty-
stami pantomimy na zysk obliczonej, czy też na sensację. Jedynie przeczuciu wielkiemu hołdujecie, jakie wstrząsnęło 
dziecięcym marzeniem. Nie zaciągając żadnych zobowiązań, spokojnie spoglądacie na stawanie się rzeczy niemożliwej i w 
równej mierze mieszając powagę z figlarną zabawnością, stwarzacie uroczystą groteskę. Znaczenie w niej wasze donośne, 
gdy wypełniacie role dobrych schlebców. A kiedy się już obudzicie z tej żywej snu ilustracji, może w was kiedy ocknie się 
tęsknota  za  dziecka  królestwem.  I  za  panowaniem  dziecka,  które  by  wymierzało  rajskie  sadyby  zbłąkanym  waszym 
trzodom,  w  naiwnej  mądrości udzielało praw doskonałych skrzywdzonym  istotom  i  łagodnym  wejrzeniem  ułaskawiało  groźnych 
waszych przestępców. Wspomnijcie w onej tęsknocie, jak blisko byliście marzenia w tej oto chwili!” 

Wkładając zaś koronę na twoją główkę, wyrzekłem: „Koronuję cię królową państwa, którego nigdy nie ujrzysz, władczynią ziem 

rozlicznych i urodzajnych, które już były kiedyś lub jeszcze będą, opiekunką mórz i rzek rozlewnych, przez które nie pomkną nigdy 
kadłuby twych lotnych okrętów. Pod łaskę berła twojego udają się ludy możne i zwycięskie. Nie przyklękną po laur przed tobą 
ich bohatyry, nie dojrzysz plonów dzielnej ich dłoni. Ludy te bowiem jeszcze nie dojrzały i są tylko marzeniem, jak całe twoje 
królowanie. Nic się nie ziści. Więc ja koronuję dzisiaj, córeczko, twoje królewskie rojenia nad obszarami strasznych kołowrotów: 
snu i rzeczywistości. Władaj w tych krainach i już się nie cofaj przenigdy. Poważną groteskę wprowadź w rzeczywistość. A nie 
odczuwaj żalu, że się nie ziszcza marzenie, gdyż w tym cała jego siła i prawdziwość. 

Nas zaś obdaruj prawdziwą szczodrością. Nie zechciej poczytać za złe zebranym tu ludziom, że wróciwszy do domu, wnet 

zapomną tę chwilę i wszedłszy w codzienne zabawy, przywdzieją maskę lito-snego śmiechu, który jest śmiesznością, lub ustroją 
się w grymas powagi, gorszy od śmieszności. Wszak-ci nie mają zmysłu dla dziwności. A mnie. który nędzny staję tu przed 
tobą, któremu marne słowa już bledną na ustach, choć w części wybacz tę niezmierną winę twojego powstania. Wybacz przez 
szczęśliwość chwil z tobą przeżytych! Wybacz, jako że przystoi królewnom wybaczać. Dla siebie jednej nie znaj wyrozumienia. 
Pław się w blaskach królewskości. A gdyby nastać miały słońca, godne przyćmić blaski twoich diamentów, to je zgaś — lub nie — 
raczej zgaś siebie, zanimbyś wyczuć miała lęk przed siłą, która urągać może twojej królewskości". 

Nic  nie  przeczuwałem,  że  cię  już  żegnam  zarazem  \  wprowadzam  w  bramy  śmierci,  tak  byłem  przejęty  powagą  zadania  i 

odpowiedzialnością. Czyś ty, dziecino, tak pilnie zważała na słów  napuszystość.  czyś mogła się tak przejąć i zrozumieć? 
Wszak zupełnie spokojna zasiadłaś na tronie, a oni szli rzędem i składali hołd, całując twe rączęta. Paziowie miotali kwiaty. Po 
kwiatach weszłaś do lektyki i rozzłociłaś ją zadowolenia uśmiechem. Przeniesiono cię do kryształowej sali, a za tobą podążył dwór, 
by każdy w lustrzanym odbiciu mógł dojrzeć siebie kilkakrotnie, po raz ostatni. 
Otoczyli mię zewsząd, żądając spodziewanych wyjaśnień. Nagle usłyszałem przeraźliwy twój okrzyk: w a  w i! Właśnie 
wysiadałaś z lektyki, a ku tobie podchodziła w tanecznych podskokach figlarna pani Dora, która się wymknęła niebacznej 
dozorczyni. Nikt nie zagrodził jej drogi. Wszyscy osłupieli. Szła więc swobodnie cała w wymalowanych czerwonych cętkach na 
licu i rękach, w szkarłatnych łachmanach, półnaga. We włosy wesoło wpięła różę purpurową. Wskazujący palec prawej ręki 
wysunęła przed siebie i zmierzała wprost do twej twarzyczki.  Zalotnie  dotknęła  się  czerwonej plamki  i zachichotawszy 
dziko, w szerokich pląsach ze sali wypadła. 

Szybko się stało, nie mogłem przeszkodzić. Urągała ci matka twoja, urągała zawzięcie. Rozszerzonymi źrenicami spojrzałaś w 

wielkie zwierciadło i starczo posępniejąc, przykryłaś rączką znamię. Dwór  milczał. Chwilę trwałaś w twardej zadumie, po 
czym,  zerwawszy  koronę  z  główki,  cisnęłaś  ją  nam  pod  nogi,  że  się  potoczyła  z  nieznośnym  brzękiem  gdzieś  nieskończenie 
daleko. 
Pozostałaś zamyślona, bez płaczu. 
Nie czekali na ucztę. We wszystkich wstąpiła widoczna obawa. Ciskali gwałtownie w kąty pancerze, peruki, aksamity, 
szkarłaty. Uchodzili. 

A  mnie chwyciło również przerażenie i błąkałem  się po pustych  salach, nie mając odwagi wejść do twej sypialni, by 

spojrzeć na ciebie lub spytać, co się z tobą dzieje. 
Co się natenczas z tobą działo, co się działo? 
Wreszcie zrozumiał mój mózg zmęczony, że zajaśniał dzień jakiś wyblakłą pogodą ironii. Byłem bardzo strudzony i patrzyłem 
ciężko. Czułem,  że  należy  mi  baczyć  na  coś,  nie  wiedziałem  jednak,  na  co.  Z okna widziałem, że od rana błądzisz z 
pawiem po klombach. Zauważyłem, jak przysiadłaś na lafecie starej armatki, zdobiącej gazon zajezdny. Ciągle trzymałaś rączkę 
przy  twarzy,  ukrywając  czerwone  znamię.  Spojrzenie  twe,  ponure  i  żałosne,  błądziło  wzdłuż  górnych  okiennic,  gdzie 
zamknięta była pani Dora. Byłem niespokojny i przecierając senne oczy, śledziłem twój wyraz. 

I niespodziewanie zdało mi się, że czas utknął i dzień przystanął,  wstrząsając przestworem. Poczułem drgnienie nóg. 

Silniej przetarłem powieki. Widziałem jedynie jakieś silnie zamazane płótno na potwornych sztalugach. Wzdłuż płótna 
leniły się błękitne, smętne paski dymu. Zmąciło mi się pojęcie, zdołałem jednak jeszcze wywnioskować, że padł strzał, 

background image

 

którego  wcale  nie słyszałem.  Nie  mogłem już  nawet dojrzeć twojej sylwetki. Plątał się jeno przede mną chaos jakiejś 
zbitej  gromady,  która  usiłowała  głową  jedną,  ogromną,  potworną  przedziurawić  chwiejące  się  płótno.  Chciałem  ich 
powstrzymać.  W skronie jednak  walił ogłuszająco zimnym  młotem łopot rozbieżnych, zwariowanych kroków. Wiązadła 
mięśni  ustnych  chwycił  bolesny  skurcz  i  zaparł  oddech.  Z  wysiłkiem  podważyłem  palcami  język  i  usłyszałem  własne, 
oderwane powiedzenie: a tak. 

Potem  —  niedokładnie  już  jednak  pamiętam  —  złożyli  cię  na  moim  łożu.  Podniosłem  z  twej  twarzyczki  krwią 

ociekającą chustę. Tylko na chwilę, gdyż wnet przysłonięta. Ale zapamiętałem. 
Medi! Medi! Twe boleśnie zmarszczone powieki, piąstki w kurczu złożone na piersiach, i ta — ta od krwi zaskrzepłej już 
sczerniała plamka. 

Na bok odepchnięty, wsłuchiwałem się długo z ciekawością w jakieś straszne, przedśmiertne charczenie. 

Bardzo długo,  gdyż  musiałem  przyklęknąć  i oprzeć  głowę o  kant  łoża. Cieszyła mię niezmiernie gwarna ciżba, która się 
zebrała wokoło ciebie. Przez palce dłoni, w których ukryłem twarz, zacząłem przyglądać się im ciekawie, tylko nie mogłem 
rozpoznać twarzy. Słyszałem, jak mówili, że strzał był bardzo celny i że kula w mózgu utkwiła. Chciałem się sprzeciwić, ale 
zamroczyło mię zmęczenie, które rozkosznie ściskało kości policzkowe i brodę. I zapewne zdrętwiałem w uśpieniu, gdyż 
nie wiem, kiedy skonałaś. 

O  zmroku  wyrzekł  dobitnie  jakiś  poważny  człowiek  nad  mym  uchem:  królewna  umarła.  Ogromnie  dobrze 

powiedział i słusznie wyraził. Podniosłem się i poczułem na chwilę rześkość w sobie, a w mózgu nagromadziły się 
różne pojęcia obojętne i bardzo trzeźwe. Nie mogłem odnaleźć w sobie ni włókienka żalu za tobą, Medi. Wcale — 
nie.  Nie  oglądnąłem  się  nawet  za  tobą.  Poczułem  jedynie  potrzebę  rozmowy  z  kimkolwiek,  by  zaspokoić  pewne 
wątpliwości, które mi przeszkadzały w trzeźwości. Znowu błądziłem. Mówiłem o naszej tajemnicy obcemu, poważnemu 
człowiekowi, który jej przecież nie mógł pojąć należycie. Trudno jednak było się zgodzić na zdanie poważnego pana, że 
strzał był celny, gdy tak długo męczyłaś się, dziecino! Chyba, jeśliby chodziło o traf w zamierzone miejsce, to jest w 
plamkę — celny rzeczywiście. Widocznie ręka wcale nie zadrżała. — Prawdziwy strzał matki. Bo, że pani Dora strzelała, 
wiedziałem, choć nikt nie nadmieniał. — A powody, dla których to uczyniła, już tak dawno były mi znane. — 

We wszystkim moja wina. Byłem tak nieostrożny. — Wprawdzie stwierdził pan poważny, że Dora jest spokojna i 

całkiem nieszkodliwa. 
— Czyż byłbym w stanie zapobiec? O! stanowczo, Medi. Przynajmniej nie zaznałabyś tak długiej męki. — Przeoczyłem, a 
Dora musiała podejść dozorczynię i sprytnie wykradła strzelbę z mojej zbrojowni. I czyhała. — Słusznie, że nie mogła 
znieść czerwonej plamki. — Bardzo rozumiem. — Wszak wszystko się u niej na tym załamało. Zwłaszcza po wczorajszym 
koronowaniu musiało się tak stać. —  

Lekarz poważnie udawał, że mię całkiem pojmuje. Więc go prosiłem, by panią Dorę zostawili w spokoju. Myśl moja o 

niej stała się niespodziewanie czułą. Chciałem, by mogła swobodnie się poruszać. Nie zniósłbym, by ją mieli skrępować i 
gdzieś wywieźć. Łudziłem się pospolicie, że strzały jej mogą i nadal być celne. A nawet rozważałem, czy też tej kobiety 
kiedy  nie  kochałem,  kiedykolwiek  lub  może  obecnie,  całkiem  przypadkowo.  Starałem  się  wspomnienia  wygrześć  z 
pamięci, ale ponownie opadło mię znużenie. Mogłem jeszcze tylko polecić, by cię godnie pochowano, wraz z insygniami 
twej królewskiej władzy. 

Czy wypełniono zlecenie moje, powiedz, czy wypełniono? 

Długo nie wiem, co się z nami działo, aż do chwili, kiedy na kępie  założono fundamenty  pod twe  mauzoleum. Tam 
siadywałem na głazie, patrząc w żwawą robotę bez myśli. Dolatywały mię z dworu wrzaski pani Dory, która od nowa 
szalała. Robotnicy odkładali kielnie i łopaty i blednąc w trwodze, zabobonnie się żegnali. I wstrzymywało się upragnione 
dzieło. Więc musiałem usunąć twoją matkę. Nie chciałem jednak przemocą. Pani Dora zgodziła się wyjechać, dokąd wskazali 
lekarze, ale tylko z tobą, Medi. Powiedziałem jej bezwzględnie, że cię przecież zabiła i żeś pochowana. Odpowiedziała, że 
być może, ale od żądania swego nie odstąpi. Musiałem się w końcu chwycić podstępu, a ty, dziecino, wybacz, że tak mało czciłem 
twoją pamięć. 

Wiedząc,  w  jaki  sposób  pani  Dora  podróżuje,  zebrałem  wielką  ilość  próżnych  paczek  i  pudełek,  każąc  je 

opieczętować.  Na  każdej  nalepiłem  kartkę  z  widocznym  napisem:  „rączka  Medi",  lub  „serduszko  Medi".  Na  okrągłym 
czerwonym  pudełeczku  wypisałem:  „plamka  Medi".  Paczki  umieściłem  w  powozie,  otaczając  nimi  matkę,  która  się  o  ciebie 
natarczywie upominała. Gdy wskazałem, oglądała każde pudełko, a zobaczywszy napis „plamka Medi", wielce się uradowała i 
kazała ruszać. Ściskając dłoń moją na pożegnanie, zapowiedziała: „Wrócę z Fryderykiem!" 

Żyję ja jeszcze, żyje twoja matka, a mauzoleum już gotowe na kępie. Samotny błądzę nieraz śladem twoich ścieżek po parku. Z 

brzegu  spoglądam  ku  kępie,  jak  wokół  twego  grobowca  zabawiają  się  w  słońcu  cudze,  chore  dzieci,  którym  oddałem  całą  mą 
majętność.  Stary  paw  czuwa  na  szczycie  cyprysu,  a  ja  wsłuchuję  się  w  ten  jedwabny  szczebiot  i  czuła  łagodność  oczy  mi 
przyćmiewa. 

Wówczas modlę się gorąco do królewny-dziecięcia, modlę się bez słów. I w tym cała moja pokuta, w tym jedyna radość. 

W  ponure  pustkowia  czuwanych  północy  zachodzisz,  Medi,  niekiedy,  ale  dlaczego  zawsze  taka  surowa,  dlaczego  nigdy  nic 
przemówisz?  Zasiadasz  w  lektyce,  na  rękach  tej  dziwnej,  obnażonej  wróżki  i  włożywszy  koronę  na  główkę,  zasłaniasz 

background image

 

rączką  twą  plamkę  i patrzysz we mnie zimno, obojętnie. I wydajesz mi się być jeno znanym obrazkiem na odpustowym 
szkaplerzu. Gdy zaś nadchodzi czas i z kępy wypada przeciągłe wołanie, terakotowi murzyni wnet się ożywiają i chwytając lektykę, 
unoszą cię z powrotem. A ja bym tak pragnął podbiec ku tobie i przemówić, usłyszeć głos twój i słowo litosne. Lecz zawsze 
samotny, pozostaję i drżę. 

Daleko, w obcym domu dogorywa twoja matka. A ja żyć muszę, żyć pragnę, czuwam i czekam na dany znak. 

Czyż może nadejść dla mnie chwila ulgi dobrotliwej? 
Czyż nie znajdziesz dla nas mowy łaskawej, nie obdarzysz uśmiechem twego wybaczenia? 
Czyż zawsze skroń moją świt będzie ściskał w żelazną obręcz udręczenia? 
Słyszę — już gdzieś w chmurach o dzień słoneczny modlą się skowronki. 
 
 
Trzecia godzina  

Być tym, czym jestem, jest to niczym nie 

być, jeślibym nie mógł być tym bez obawy. 

(Makbet, akt II). 

 

Był zezowaty, nie wiodło mu się, zmarniał. Znając przyczyny, wcale nie ubolewał. Od czasu kiedy na pożegnanie z niechęcią 

zatrzasnął  odrzwia  wysokiej  uczelni,  która  w  niczym  nie  zaspokoiła  jego  wewnętrznej  udręki,  pozbył  się  wszelkich  rojeń  o 
świetnej przyszłości i urągając życzliwym przepowiedniom najbliższych i znajomych, utknął w samym sobie, skrzętnie zajęty 
porządkowaniem cennego zbioru: istotnych i pozornych problemów. 
Odtąd stał się już całkiem jednolity i przyjął zwyczaj bolesnego splatania rąk na piersiach, co oznaczało zapewne kierunek 
jego dociekań i dopuszczało domysł, że grzebie obecnie tylko w duszy własnej. Nowym, silnym przedsięwzięciem odgraniczył się 
ostatecznie  od  całej przeszłości, w  samym  wspominaniu  nudnej  jak  ogłuszające  klepanie  sosnowych  klepek  na  dziedzińcu  jego 
rozrywek dziecięcych, gryzącej zjadliwie jak zaduch kiszonych ogórków wiecznie zalewający brudne izby, gdzie podrzutkowi 
ongi dany był przytułek. 

Wyzbywszy się zamiaru pospolitych z bliźnimi współzawodów, doznał prawdziwej ulgi i posilenia. Mógł rozumować 

spokojnie, wszystkie niepowodzenia przypisując zezowatemu błędowi w oczach, jaki otrzymał w darze od urodzenia. Łatwo pojąć. 
Wszak jednym rozstrzelonym spojrzeniem ogarniał daleko więcej aniżeli ci wszyscy, którzy patrzyli poprawnie, zdrowo. 
Dostrzegał jednak zawsze za wiele. Zbyt szerokie przestrzenie, które wyrastając ponad granice deptanej ziemi, śmiało rzucały się 
już w same niebo. Czymże więc mogli mu być ci dobrzy ludzie, którzy niespokojnie wciąż przed nim dreptali? Czym innym, jak jeno 
dygotaniem pylnych muszek w włosieniach wrzesśniowych zachodów? Lub też przy daremnym trudzie, by się skupić w zamierzonym 
kierunku, na jednym, w szczerym pragnieniu obranym celu. Niby rozgardiasz tajemniczych cacek w bawialnym pokoju szczęśliwej 
dzieciny. Taka mnogość. Ściągają się zewsząd szczegóły niejasne, obce, które same przez się nic nie wytłumaczą. Jak ująć i połączyć 
w jasny, zrozumiały układ te natrętną rzesze nieproszonych, nieprzynależnych przybłędów? 

O każdym szczególe mógł mieć najwyżej myśl własną i miał ją. Poglądy swe czerpał głównie z chorych przywidzeń, jakim 

ulegał, gdy skurcz mięśni koło serca chwytał go niespodziewanie i łagodnie usuwał na ziemie. Wówczas doznawał majaczeń, bogatych 
w  niezwykłe  widowiska,  które  śmiało  i  podniosłe  rozstrzygały  dręczące  go  zagadnienia.  Treść  ich  przenosił  ze  sobą  do 
uprzytomnienia, o pochodzeniu jednak zwykł był najzupełniej zapominać. Nie dziw wiec, że myśli jego mogły uchodzić wprost za 
cudackie i całkiem nieprawdziwe. Oddalały go coraz bardziej od braci i sąsiadów, a na twarzy żółtość ziemista poczęła się ścinać. 
Wreszcie ostał samotny niby wygnaniec rzucony na puszczy. 

Wpuścił wiec pan Pichoń stożkowatą głowę w szerokie ramiona, chmurę na czole przykrył spadającym kosmykiem czarnych, 

zlepionych włosów i powlókł swą przysadkowatą, napęczniałą osobę krokiem miarowym i sztywnie wytwornym ku nie osiągniętym 
wyżynom. Nie jakoby zamierzał dokonać niezwykłych czynów dla społeczności, wśród której życie go umieściło, lecz jedynie dla 
stwierdzenia własnej dostojności, jaką wyczuwał. Wycieczka odpowiadała powziętym zamiarom. Należało mu zgłębić zagadkę 
przykrego istnienia, które zdawało się być możliwie niepotrzebne, a wcale uciążliwe. 
Podążył więc do poznania w oderwaniu od zgiełku dni powszednich. Wspinał się wytrwale po stromej ścieżynie, dodając sobie 
sił i odwagi przez umiarkowane, zaledwie czasem dosłyszalne chrząknięcie. Ponieważ kierunek dobrze przemyślał, mógł 
iść swobodnie, nie rozglądając się ze wzrokiem utkwionym przed nogi. 
We mgły odległości spowiło się rodzinne miasto. Doszedł. Całkiem prawdziwie, choć nigdy potem nikogo nie starał się 
przekonać.  Wytrwale  nawet  zabawił  na  wymarzonych  szczytach  i  najobojętniejszych  sąsiadów  dziwiła  długotrwała  jego 
nieobecność.  

On tymczasem ostateczne ze sobą czynił obrachunki. Więc przede wszystkim, gdy już zasiadł na uboczu swojej wysokości, ujął 

oburącz zdobnie inkrustowaną,  szczelnie zamkniętą szkatułkę,  gdzie  spoczywały  mocno  stłoczone  wszystkie  jego  nabyte 
wiadomości,  zebrane  doświadczenia  i  własne,  niezbyt  zrozumiałe  myśli.  Wszystko  było  należycie  i  trwale  spisane  na 
barwnie  ułożonych,  niezniszczalnych  szczerbach.  Czyniąc  dobrowolną  ofiarę  dla  osiągnięcia  niemowlęcej  naiwności  i 
pozbycia się niepotrzebnego ciężaru, cisnął skrzyneczkę w odmęt kłębiących się u stóp jego bezmiarów. Po czym, spokojny, 

background image

 

10 

że go nikt nie odnajdzie, ani też podsłucha, nie dbając o powagi; i zwyczajną wytworność, jak pasterz znad upłazu swawolnie 
huknął: ju-uż! Bez wątpienia w chowankę się bawił z potęgami, które przyszedł zbadać i odgadnąć. Echo przykucnęło jak kot 
drapieżny  do  skoku  i  wypadło  w  przestrzenie.  Wnet  rozwiniętym  biczyskiem  chichotu  śmigało  w  szczelin  przepastnych 
czeluściach, na grzbietach się niosło skocznych wodospadów, zwijało w borów zawrotnym poszumie, aż drgając legło na zórz 
jaskrawej chuście. Już się rozpoczynają wesołe harce, prawych dzieci wieczności codzienna zabawa. Pan Pichoń, który szczęśliwie 
przybył w samą porę, z zadowolenia zatarł delikatnie białe, wzorowo rysowane ręce i zatopił widłowate spojrzenie w dymiące 
nad  miedzianą  misą  słońca  chaosy.  Zwarty,  groźnie  wpatrzony  w roztęczone ogromy,  siedział  niby  puchacz  śniący  wśród złotej 
zamieci letniego południa. 

Nad nim roziskrzono granaty północnych objawień. W chmurach płyną ogromne, prastare sępy i uderzeniem zakrzywionych 

dziobów walą zawzięcie w sczerniały od wieków tynk nie-biosów. Lecą odłupane gwiazdy ze zjadliwym sykiem. Przewalają 
się ponad głową pilnego ucznia wieczności. On je przesiewa przez cienkie palce i rozdmuchuje psotnie w przestwory. Sępy 
wybiły już szeroki szczerb w niebiosach. Padło bielmo lęku na połyskujące wesele rozbawionych dzieciątek. Przez chwilę. 
Oto ukazuje się w szczelinie zacnie uśmiechnięty mag wieczności, czas dobrotliwy i wdziewając na białą komżę dni 
srebrem gwiazd wyszyte, żałobne ornaty nocy, czyni zaklęcia pisane runami cieniów, głoszone wróżbami puszczyków. Na 
zakrwawione  dłonie  wschodów  i  zachodów  oparłszy  księgę  żywota  wszystkich  światów,  obraca  karty  ich  lat 
dziecięcych, lat dziewiczych, lat niewieścich, obraca jednostajnie, pogodnie. Któż go zrozumie? Poczciwy nudziarz 
odwieczny.  Pan  Pichoń  spogląda  wytrwale  i  rodzą  się  w  nim  pojęcia  rozbieżne  i  trwożliwe  gdyby  stado  dzikich, 
przelotnych  ptaków.  Zupełnie  odpowiadają  wrodzonej  ułomności.  Nęka  go  troska,  czy  też  rzeczywiście  widzi,  czy  on 
tylko dobrze widzi? 

W hulaszczych rozgonach tętnią po rozdołach wichry młode, rozszalałe. Spędzają mgły ospałe z grodziszcz ziemskich 

kurhanów. Powstają obudzone mary i leniwie się przeciągając, odbywają zwykłą przejażdżkę napowietrzną. 
W łzawe wrota świtania wpłynął paradny korowód. Zatrzymali się na jasnej polanie, tuż naprzeciw wymarzonych szczytów. 
Z  czarnej,  żałobnej  karocy,  ciągnionej  przez  ogniste  bachmaty,  wysiadł  starzec  ludzki  z  pannie  wesołym  orszakiem. 
Strojne  hajduki  zapalili  smolne  pochodnie,  zasiadło  do  uczty  dostojne  grono.  Studziennym  ziewem  patrzą  spleśniałe 
oczodoły starca. Rozchybotany czerep czaszki dwie kochanice w śnieżne wzięły dłonie, ssąc zastygłą strawę, dwie do wy-
biegłych  przypadają  jelit,  strojąc  je  w  girlandy  niezapominajek.  A  jedna  dziewa  buzdygan  dzierży  rdzawy,  druga 
strzaskaną buławę, trzecia kajdanki. I nucą sobie, ucztując, o sławie wojenki, o raju kochania, o rzekach krwi młodej i o 
zdradliwym owym słonku złota. Starzec jęka z cicha. 
Niby od czadu słodkiego osłabły, drżący z przerażenia, zagaduje pan Pichoń czule i nieśmiało: 
— Kto jesteś, panie? 
Dziewki, jakby spłoszone, na rozranionym karczydle porzuciły czaszkę i pierzchają. Słychać charczący głos starca, niby 
wichury gwizdanie: 
— Synu ziemi mojej, po głosie cię poznaję! Pan Pichoń o mało nie spadł z własnej wysokości. 
— Więc ty jesteś panem, władcą ziemi naszej? 
— Jenom kupił, już dawno, kupił dla uciechy i zabawy. 
— Czemuż więc jękasz, możny panie? 
—   Synu, głód mię trawi od chwili, kiedy zawładnąłem wami. 
Zdziwienie,  gdyby  mieniąca  się  łątka,  usiadło  na  rozchylonych  ustach  pana  Pichonia.  Nie  wiedział,  jak  należy 
przyjmować  powiedzenia  tajemniczego  straszydła.  Czy  chwytać  sens  prosty,  czy  domyślać  się  głębszych  przenośni. 
Postanowił  gwałtownie,  bez  wahadłowych  roztrząsań,  uważać  starca  za  wszechpotężnego  kupca  czy  dzierżawce,  a 
przede wszystkim za żarłoka. A truposz, którego mózg na razie spoczywał i odrastał, stał się wymowny. 
— Wszystkie  skarby  —  sykał — wasze,  i  moje  oddałem za tę nędzną bryłę, która tańczy głupio, niestrudzenie i 
rozbić się nie chce. Że was wszystkich nabyć mostem i za tak niską cenę, świadczy, jak wielką stanowicie pomyłkę; dla 
waszego Stwórcy, wy i cała wasza ziemia. Po co ją nabyłem? Wszak i dla mnie jest tylko pomyłką, i to bardzo bolesną, 
gdy mię nawet wyżywić nie może. Zaś pozbyć się dziś już niemożliwe. Przez zdobycz moją stałem się nieśmiertelny, jak 
mój głód (co przeklinam), a ona mi strawy dostarczyć niezdolna, że własnym ciałem żywię jedyną pociechę, dziewki lube, 
których łona do snu nader wygodne i rozkosznie ciepłe. Patrz, jak dzień w dzień biedactwa mózg mi wyjadają. Co tylko 
odrośnie, zaraz nadjedzą, pożrą myśl wszelką. Od wieków już nie pomyślałem. 
— O! My najlepiej to na ziemi odczuwamy. Nie pomyślałeś, ojcze — unosił się pan Pichoń. — My strapieni jął się żalić — 
czekamy głosu czy znaku wielkiego. Istnienia naszego nijak pojąć nie możemy. Noc nas tylko ogarnia i zimne milczenie. 
Cóż więc czynić należy? 
—  Ach!  Wy  niepojętni!  Małoż  znaków  wam  zsyłam?  Mór,  zawiść,  kochanie, płomienne  wichury,  wód  wezbrania,  w 
gruzy zwalone osady, płynące lawy, myśli zaćmienia, narodów szaleństwa, małoż 
wam dałem? 
— Ze zgrozą w pismach codziennych czytamy. Więc nam tylko pomierać? 

background image

 

11 

— Jeno pomierajcie! Liczni, a przedwcześnie. Jeszcze nie odgadliście, że mnożąc się, hodujecie niemowlęta na przyszłe 
ścierwa?  Wy  głupi,  rok  w  rok  zasadzacie  bujne  krzewy  życia,  którym  zgnić  i cuchnąć  przyjdzie, a pilnie  gasicie tak 
prawdziwie, wesoło pryskające gromnice śmierci. 
— Cóż ci po nas i po naszym konaniu? 
— Ależ o to głównie chodzi, byleście jeno konali. Jam głodny waszej śmierci. Po tom was kupił, by się zabawić, pożywić i 
cisnąć. Mnóżcie się, ale gińcie. Jak najprędzej. Bez mrzonek. Gdy ostatni z was zejdzie, nasycon będę! i skończą się męki, może 
wolny się stanę i śmiertelny. 
— Aż ziemią-matką co począć zamyślasz? 
— Cisnę ją w przestwory, skąd nabyłem, i razem z nią sczeznę. Tu ulżyło sobie starcze widziadło i westchnęło jak pierś wód spie-
nionych, gdy uderzy o hardy brzeg skalisty. 
Zaś  uczeń  wieczności,  doszedłszy  do  częściowego  poznania,  sposępniał  wytwornie.  Wielce  sobie  cenił  spotkanie  ze 
znakomitością, która włada bryłą ziemską. W każdym razie był to pan przemożny i rozumny. Świadomy swych pragnień i 
nieszczęśliwy.  Współczucia  godzien  i  litości.  Tylko  bardzo  przykre,  że  właściwie  tragedia  kupiecka.  Władca  pospolity  w  swej 
wielkości. Równocześnie można odczuwać dla niego pogardę. Ten głód jest potworny. Okrutnie pomyśleć, że w takich rękach 
spoczęły losy ziemi. Jak mógł być ktoś — kto temu straszydłu sprzedał ziemię na własność! 
Ocknął się pan Pichoń. Doszedł do istoty zagadki. Była jeszcze ciemną. Nie mógł przecie ograniczyć się na poznaniu władzy 
drugorzędnej, należało sięgać głębiej, do samego źródła potęgi. Więc łamiącym się z niepokonanego wstrętu głosem wykrztusił: 
— Jeżeli kupiłeś, być musi, kto sprzedał. Ten więc, który już nie potrzebuje nic nabywać, ten taki bardzo, bardzo majętny i 
potężny, że i tobą rządzi, ten, którego jeszcze nie widziałem, czyż nie zna zmiłowania nad głodem twoim i nad naszą męką? Nie 
usłyszał już odpowiedzi. 

Wśród grzmotów i przeraźliwego wichrów łomotania umknęli w dzikim popłochu. Spod kół gnającego zaprzęgu wstawały 

mgły poszarpane i przyćmiewając wszelki widok, U stóp pana Pichonia bezładnie się tarzały. 
Pozostał zgnębiony i odczuwał upokorzenie. Tak dostojnie pragnął! Zlekceważono najwyższy jego trud. Ledwie przez nędznego 
pośrednika  doszedł  watka  ohydnej  tajemnicy.  A  jednak  żyła  w  nim  nadal  tęsknica  za  wiadomością  rzeczy  ostatecznych.  Mimo 
przeciwności rosła. I nie uznano go godnym. Czym się więc różni od tych licznych  śmiałków, którzy tylekrotnie, zawsze 
bezowocnie kończyli swe nieszczęsne o wieczność starania? Skazano go na oglądanie półsennych widziadeł, które łatwo mogły 
być tylko pozorem, jak wiele innych majaków, co się chętnie oczom jego zjawiały. Smutnie zamożną stała się myśl jego przez 
bolesną z nabywcą ziemi rozprawę. Ale jak ją wykorzystać — nie dla drugich — niechaj dalej jako ćmy się rozbijają — ale dla siebie, 
dla ratunku swego? Czyż wysoką świadomość w grób bezużytecznie poniesie? 

Rzewnie zapłakał. Łzy były gorejące rozpaczą gdyby małe, płomienne bańki nowo powstających światów, którym jednak w 

żółwią skorupę zastygnąć przyjdzie przez czas młodzieńczych, zawadiackich 
lotów. 

Oparł głowę o zimny złom skały, łagodząc piekący żal. Po czym z wapiennych zwałów wystawił krzyż biały nieustającej 

tęsknoty i spocząwszy pod nim, swobodnie rozmyślał nad losem nie zapełnionych cmentarzy. A gdzieś we własnej jego głębi padł 
nie  wypowiedziany  wyrok,  powołujący  pana  Pichonia  na  doczesne  trwanie  wśród  szczytów.  Na  znak,  że  dosłyszał  i  uznaje, 
lekkomyślnie począł strugać palicę, nieodzowną pomoc przy karkołomnym z wyżyn powrocie. Lecą drzazgi i wióry ze słodkim 
szelestem. Do niego przysiadła się urocza, swobodna beztroska. Mdli nudna rozkosz nieznanej pieszczoty. Przymknął powieki. 
Palica ma jednak nie dostrzeżone guzy i sęki. Dlatego jest w niej prostota i zaciekłość uparta. A pan Pichoń struga odważnie, 
wziął rozmach silny, wbił ostrze noża w drzewo oporne i przy tym zbytnio się przechylił. Tak bardzo, że go nie mogła 
własna utrzymać wyżyna i runął wzdłuż wdowiej ściany skalistego zbocza, ale —jak pomyślnie i nader szczęśliwie! — runął w 
stronę ziemi. Wskutek czego znalazł się z powrotem na ziemi. Spadł prawie cudownie, bo zaledwie lekko uszkodzony. 
Niebawem zupełnie otrzeźwiał. 
Zakończyła się pana Pichonia niezwykła przygoda na gminnym pastwisku, nad rzeką, tuż za rogatkami rodzinnego miasta. 
Otarł  z  ust  pianę,  ślad  szlachetnego  oburzenia  na  objawioną  ohydę  wieczystą  i  przepasał  rozdrapane  czoło 
czerwonym fularem. 

Dźwignąwszy się niedbale, starannie wygładził cokolwiek zmięte odzienie. Wróciła wytworność i z niej to urodziło 

się wnet postanowienie: ocalić siebie przed potwornym losem, z którym się zapoznał w wycieczkowym jasnowidzeniu. 
Uśpić czujność okrutnego władcy przez pozorną uległość. Równocześnie zaś czynić skromne i ciche zabiegi o zbawczą 
moc  cudu.  I  spłatać  figla  kupieckiej,  żarłocznej  wszechmocy.  Dobrze,  że  go  na  razie  ze  swych  szponów  wypuściła. 
Wcale się nie uśmiecha, by żer pospolity stanowić dla panicza, choćby i wiecznego. Poniżające takie przeznaczenie. 
Ale się wysmyknie. Ledwie przystanął na moście w pobliżu miasta, już wierzył w możliwość cudownego wybawienia. 
Zapamiętał  sobie  to  życzliwe  miejsce,  pobłogosławił  wartką  rzekę,  a  zamknąwszy  przezornie  wzniosły  zamiar  pod 
składnie zapiętym, poprawnym surdutem, w przedmiejskie zaułki śmiało wyruszył. 

Bełkocące na  wieżach zegary kłócą się  w  małych różnicach o czasów sumienie. Bije trzecia godzina jesiennego 

popołudnia.  Z  oddali  zalatuje  go  woń  poległych  liści,  cicha  i  poważna,  jak  wydłużenie  szpitalnych  korytarzy, skąd 

background image

 

12 

widać białe sale i białe litościwe łóżka. Niemoc w członkach czuje, pragnie spocząć. Przyjął go znajomy ogród miejski, 
zasiadł na ławie. 

Przed nim nudnie, zębato brukowany rynek, w środku stara przyjaciółka studnia. Dziwne, że musiał ją spotkać pierwszą 

po  swoim  powrocie.  Jest  ona  jak  gdyby  publicznym,  kamiennym  wyznaniem  wiary  poczciwej,  odwiecznej.  Wiary 
ojców zapewne i jego własnego dzieciństwa, które było krótkie. Niepokoiła go już nieraz ta biblijna rzeźba, lecz również 
często pocieszała w strapieniu. Patrzy ku kamiennym postaciom czule i przychylnie. Gdyby mógł odgadnąć ich niezłomną 
wolę,  może  by  lepiej  używał  zmarnowania  swego  i  pozorów,  jakie  mu  były  na  zawsze  przydane.  Skromność  nie 
pozwala  mu  zbytnio się  narzucać, ale oni sami, ci znad studni,  widocznie są  mu radzi, stoją niezachwiani i  kilkakrotnie 
łypnęli nawet życzliwie w jego stronę. Więc może bez obawy oglądać. 
Na  usta  przyjęli  smętnicę  onych  wiecznie  powrotnych,  umęczonych  południ.  Uginają  rozłożyste  barki  pod  ciężarem 
wielkich  gron  kamiennych.  Zapomnieli  zrobioną  rozpacz,  którą  im  z  oczu  wydziobały  głupie  gołębie  i  ptactwo  zimy 
pochmurne. Rozparci w gwarną  polichromię zapadli w niezmienność kupionych przeznaczeń. Tylko czas wyraził się w 
ospowatych śladach na ich kutych cielskach, dając przystępny symbol epok,  które przykładnie  minęły, tworząc  gawędę 
dość zwykłą: o perypetiach, pomyślanych w łatwej zadumie. Prawdziwi prorocy. Ze szczytów marmurowej cysterny głoszą 
radosną nowinę. Wieść perli się, rześką strugą bucha. Jest błogosławiona kraina hen, kędyś. Wyzwolić się można. Soczyste 
grona przynoszą na znak dla niewiernych. 

Pan Pichoń podszedł do basenu, odrapane wymył czoło i fularem wytarł. Jakby się święceniem jakowym namaścił. 

Poruszyło się w nim wierzenie, jak płód zwiastujący w łonie niewiasty, że go aż mdli w trzewiach i słodkie łechtanie po 
grdyce się ślizga. Ręce składa pobożnie: 
— Moiście wy, mężowie zapoznani! Któż jest, by was prawdziwie mógł pojąć i ocenić? Czy te brudne dziewki służebne, 
wokół  basenu  tłumnie  zgromadzone  na  ucieszne  rozhowory,  czy  ci  ludzie  obcy,  którzy  długo  zwykli  czytać  w 
czerwonych  książeczkach,  a  spojrzawszy,  odchodzą  obojętni,  lub  wreszcie  miejscowi  przekupnie,  gdy  zajadle 
szwargocą o cenach zbóż, mięsidła czy masła? 
Dzieje  się  wam krzywda. Moiście  wy, drogocenne, kamienne  zwiastuny! Oto się zjawiam, sumienny badacz rzeczy 
ostatecznych.  Liczba  moja  —  pierwszy.  Przydomek,  dar  ciasnych  zaułków  —  kukła  lub  grzechotka.  (Gminu  zawiść 
znana). A jednak ja was właśnie odgadłem. 

Z  ufnością  wieści się poddaję, w  zakon radosny  wstępuję  na obłó-czyny  miłosne  i  wtajemniczenie  nieskalane.  Ku 

wam się garnę i chronię przed okrucieństwem zwidzianym. Czuję, już pachną na świetnym łąkowiu w kształt naszej 
pieszczoty rozkwitające, blade macierzanki. Walą się zatajone bramy. Na marne odłamki skruszone przeznaczeń kajdany. 
Wolny do ziemi wchodzę obiecanej. — 
Bardzo  się  z  prorokami  pan  Pichoń  spoufalił.  Cudowność  przecie  nie  zamroczyła  go  wcale.  Przezorny  to  był  podróżny, 
zwłaszcza że się na zawsze  wybierał w kraj przepowiadany. Na dowód  więc, że składa  uroczyste ślubowanie,  wyciągnął 
zgrabną  rękę  w  przestrzeń  i  cień  jej  nad kędziorami łbów kamiennych opuścił. W tej samej chwili wyczuł pod dłonią jakieś 
archeologiczne zagadnienie, które go nużyło jak zawiłość zagadki. Brak wyraźny w całości, w zwiastowaniu. Postanowił zażądać 
wyjaśnień, szczegółów. Dla koniecznej korzyści. Coś się za-było, należy dokończyć. Kto dokończy? Ugniatają go zwalające 
się błamy niepewności. 

Skąd idą kamienni  mężowie i  kto ich przysłał? Nigdzie nie  wyrażone.  A  kierunek,  w  którym  udać się  wypada, by być  im 

posłusznym? Ani śladu jakichkolwiek wskazówek. Oto kalectwo wieści niedoskonałej, pozornej! Oddalał się, przekręcał głowę, 
powieki mrużył, obmyślając plany uzupełnień, niezbędnych dla własnej pociechy i swojej wiadomości. 
Umrzyków wybranko, trupim swędem zabójcza godzino ciągnących pogrzebów, trzecia popołudniowa godzino! — spłoszyłaś 
pana Pichonia w jego dociekaniach. Przez rynek wloką jakiegoś, który musi być obojętny. Człapią uroczyście końskie kopyta i 
ciężką wstęgą z czarnej mory wiją się psalmy ziemskiego żegnania. Śmieszne. Pan Pichoń jest zawzięty na takie pospolite, ponure 
widoki. Łyskanie złowrogie posypało się z kusego spojrzenia. Musi usunąć się z drogi. 

Uchodzi,  ratując  niezamąconą  pogodę.  (Da  się  jeszcze  rozwiązać  zagadnienie).  Główne,  że  zapowiedź  już  padła. 

Odbędą się śluby. Więc czuchra się w nim zadowolenie. Idzie, by się rozochocić, poweselić. Karnawałowe na ziemi ostatki. 
W bogatej dzielnicy w dom wstąpił wyniosły, o którym wiedział, że jest ucieszny i zwykle tańczący, a bardzo chętny wszelkim 
gościom, oczekiwanym przez dziewczęta, ładne i brzydkie dziewczęta. Z domem łączyły go oziębłe stosunki towarzyskie, rzadkie i 
jedyne,  jakie  posiadał.  Gwizdając,  kopnął  drzwi  salonu,  co  tutaj  uchodziło  za  pierwszy  dowód  wytworności,  i  znalazł  wnętrze 
niespodziewanie mroczne i puste. Ochrypły aryston skrzeczał wiedeńską galopkę. Nie zrażony, wkroczył zmarnowany uczeń wieczności 
do serca uciechy i ku zupełnemu uspokojeniu dojrzał w słabo oświetlonym kącie przed zwierciadłem dobrą znajomą, panią Honorcię, 
tańcującego domu ogólnie szanowaną właścicielkę. Gość bez powitania wygodnie obok niej zasiadł. Podziwiał wyszywany w żółte 
kwiaty czarny szlafroczek aksamitny, głębokie jego wcięcia na szyi i plecach, a szczególnie poważną brodawkę, co jak ponętna zazu-
lanad  wychudłą,  sterczącą  przysiadła  łopatką.  Cienkie  kosmyki  lnianych  włosków  maściła  pani  Honorcia obficie olejem  z  lipowych 
kwiatów, zwijając  warkoczyki  w  jaskółcze  gniazdo  na  środku  główki  okrąglutkiej.  Musiał  się  zdumiewać  pan  Pichoń,  że  dotąd 
wdówką  pozostawała  niewiasta  tak  powabna.  Z  hałaśliwym  łaskotaniem  tętnic  właził  w  niego  niezgrabny,  powolny  zachwyt. 
Odchrząknąwszy, przechylił się przez ramię obojętnie milczącej i najwdzięczniej prosił: 

background image

 

13 

— Czy można pocałować? 
— Co takiego? — niezbyt uprzejmie pisnęła gospodyni, tkwiąc stale spojrzeniem w zwierciadle. 
Pan Pichoń mlasnął ustami brodawkę, za co srogą otrzymał naganę. Gospodyni wyjątkowo była nieusposobiona i gromiła 
żart niesmaczny głośno, ale klekotliwie, gdyż słowa dziwnie jej lepły już 
w jamie ustnej. 
— Proszę sobie nie pozwalać! Jeszcze co! Patrzcie, do mnie się 
zabiera. Szuruj lepiej na górę. 
— Kiedy mi się właśnie Honorcia ogromnie podoba. Naprawdę. Oglądałem tylko z tyłu wprawdzie, a już mogę powiedzieć, że 
jestem zakochany. A to najważniejsze. 
— Także coś! 
— Pani Honorcia coś bardzo gniewna, przykrość miała, czy tak? 
Tymczasem  skończyła  się  staranna  fryzura.  Stroskana  kobiecina  wzięła  z  toalety  połyskującą,  kauczukową  szczękę  i  z 
westchnieniem wtłoczyła ją w szerokie usta. Po czym z głupim wdziękiem zwróciła uwiędłe fijołki podmalowanych oczu na 
uprzejmego kawalera, a z rozpękniętych jej sinych warg wyskoczył płaczliwy uśmieszek i przebiegając archipelagi piegów, 
usiadł  na  wystających  kościach  policzka.  Opuchnięte,  czerwone  nozdrza  złośliwie  zadartego  noska  wzdymały  się 
płaczliwie wskutek rozżalenia. 
— Abo dadzą żyć? — wybuchnęła, żałośnie chlipając. Gdzie tu pożytecznie pracować! Trzymam tę budę i jeden Pan Bóg 
widzi, co się namozolę, natroskam, by jakoś porządnie i pożytecznie wyglądało. A dadzą wytchnąć? Kalumnie rzucają i tyle. 
Nagadali, że nieletnie dziewczęta hoduję, że się zabronione odbywają brewerie, że po nocach wrzaski, awantury, l wszystko 
na moją biedną głowę. Chcą mi wydrzeć ostatni grosz ciężko zapracowany. Już nie wiem, jak żyć, by to coś było warte. 
Krótkie,  wybielone  paluszki,  zdobne  w  natłoczone  pierścienie,  rozwijały  zwilgocony  od  łez  arkusik,  podając  go  głęboko 
współczującemu spowiednikowi utrapienia. 
— Grzywnę nałożyli Honorci! — oburzył się. 
— Dopiero niedawno, coś o trzeciej, to piśmidło z urzędu przy-taskali. 
— O trzeciej?... o trzeciej — wprost zdumiewające! 
— Albo co? Paskudna godzina. Nędzarzy chowają. Ległam spać, a te łotry mię zbudzili. 
— I ja także się zbudziłem, by otrzymać o trzeciej nowinę radosną, przyjemną. 
— Cóż mnie z tego? 
— Niech się pani Honorcia uspokoi, a może coś uradzimy... Wiem o rzeczach — zaczął szeptem — o których nikt nie 
wie. A są przydatne. I można się tajemnicą podzielić, myślę, że i trzeba.  We dwoje dopiero można właściwie korzystać. 
Tylko musi być osoba poważna, wprost jedyna, której śmiało mógłbym powierzyć. Bo jest to rzecz taka, że łatwo potem żyć 
bardzo szczęśliwie. 
Usiadła na jego kolanach, włosy gładziła. Mizdrząc się pieszczotliwie, zagadnęła: 
— Szczęśliwie? 
— Szczęśliwie. 
— A bardzo? 
— Bardzo, bardzo, jak nikt jeszcze nigdy. 
— Oj ty, ty, przylepna gomółko! 
Uczuł bliski zapach pomady jej włosów i wnet ciepłe na powiekach muśnięcie. Niezwyczajnie stało się w nim cicho. Słyszał 
własne, rwące na skroniach tętnice. Jest ktoś —jest więc — i zbliża się, no — no, proszę — proszę, jest tuż — tuż, chce zaufać — 
przecież jest. 
Z piersi huknął okrzyk rozpiekły i krwawo drgający. Przechylił ją wpół i wbił się ustami w małe, miękkie sutki, zapamiętały, bez 
oddechu. Ona palcami po jego czole błądziła. 
— Chcesz, Honorciu, powiedz, chcesz? 
— No chcę, tylko nie burz głowy. 
— Powtórz raz jeszcze, więc będziemy żyli we dwoje? 
— Ma się rozumieć, ale już dosyć! 
— Zaraz — nie całował jeszcze nigdy naprawdę. 
To się dorwał! Czekaj.  Ależ puść! Coś ci powiem. Ja znam  się na ludziach.  Naśmiewali  się  z  ciebie,  wywracając  gały,  i  mówili: 
przybłęda, niesamowity, choroba go trzęsie. Kazałam im stulić pysk. Co jest? Albo oni lepsi? Tylko wyzyskają człowieka, narażą 
na straty, a potem oczernią. Ty zaś, bywało, przyjdziesz, siądziesz w kąciku, nie ciskasz się, tylko zapłacisz za swoje i pójdziesz 
prędko. Taki gość — to rozumiem. Zaraz mię chwyciło za serce, żeś taki potulny, i jakbym przeczuwała, że coś między nami będzie. 
Kiedy nadęta Franka klepkowała z ciebie, powiedziałam jej, że durna i że się zna na tym, jak jej subiek-ty na gwiazdach niebieskich. 
Bo i uczony jesteś, co z mowy widoczne, i układny, z porządnego domu, a nawet wcale przystojny i zażywny, nie jak te wychudłe łyki 
miejskie. Zaś tylko żałować, jeśli chorowity. 

background image

 

14 

—  Kiedy nieprawda, głupie brednie  —  oburzył się konkurent.  — Zapytaj lekarzy. Najzwyklejsze epilepsje wewnętrzne. A 
właściwie nic na tym i całkiem nieszkodliwe. Gdy czasem nie pora po temu, zechce mi się nagle spać. Usunę się na ziemię lekko i 
pośpię, nie przeszkadzając nikomu. Śnią mi się słodko różne cudne rzeczy. I trudno spamiętać, takie bogate i przemądre. Jeśli się 
coś tylko w głowie zatrzyma, pierwszej lepszej pokrace przecie się nie zwierzę. To dla mnie i dlatego coś wart jestem. Ale tobie 
dam, kochanie, i nie zataję. Zobaczysz, jak się urządzimy wedle mojej wyższej wiadomości, dopiero z zawiści naród szczekać 
będzie. 
— Ale jeszcze przed ślubem powiesz mi coś z twoich uczoności? 
— Nie tylko powiem, ale i pokażę. Choć nie wiem, czy pojmiesz 
tak od razu. 
— Czemuż by nie? Albo to ja co? Pierwsza lepsza świszczypal- 
ka z brzegu? 
Umówili  się,  że  wyjdą  dnia  następnego  o  godzinie  trzeciej,  która  się  okazała  najpomyślniejszą  dla  przyjmowania 
cudownych objawień. Tymczasem wróciły panny z przechadzki i barwną  strojnością i piskliwym gaworem upstrzyły 
salon, a pan Pichoń z nieśmiałości aż się skulił na kanapie. Wypędził go jednak (na widok) ostry rozkaz Honorci: „każ dać 
piwa!" Rudy, zaspany Żydo-wina wniósł szklanice i butelki. Zaczęła się uroczystość zrękowin. Potrącili się w niemym toaście 
wcale niezręcznie, ale przyzwoicie, a odpowiednio nastawiony aryston cedził z namaszczeniem uroczystego poloneza. 
Przy  akompaniamencie  wzniosłej  muzyki  zadeklamowała  Honor-cia  zebranym  dziewicom  rapsod  pożegnalny.  Wkrótce  za  mąż 
wychodzi. Dziś jeszcze budę zamyka. Podły interes, a zdrowie jej drogie. Dobrze będzie, jeżeli panny zaraz spakują swe kufry. 
Przykro potem kogo wyrzucać. Może już teraz oznajmić, że ona i jej narzeczony czują się bardzo szczęśliwi i z pewnością dobrze 
będzie  im  razem.  Jednym  słowem,  przystają  do  siebie.  Niechaj  więc  komu  nie  przyjdzie  chętka  przypadkiem  stroić 
drwiny czy jakie finfy pod nos puszczać, bo stanowią oni parę tak dobrą, jak każda inna, węzłem prawym się połączą, 
więc każdemu do nich zasię i wara. Przeciwnie, należnego szacunku wymagać będą. 
Przy wszystkich ucałowali się serdecznie i długo snuli plany nowej cukierni w rynku, jaką tymczasowo postanowili założyć. 
Ogród  miejski  przyjmował  odtąd  stałe  ich  odwiedziny.  A  narze-czeńskie  popołudnia  były  życzliwie  pogodne.  Przechodzili 
przykładnie, pod ramię w sąsiedztwie studni lub wygrzewali się na ławach parku. Spoza gęstej woalki pilnie badała Honorcia 
tajemnicę  rzeźby.  Pan  Pichoń  pluskał  się  w  falach  swojej  wymowności,  starając  się  zachwycić  narzeczoną  i  ożywczym  słów 
bryzganiem ocucić przez dłuższą nieczynność zastałe serce. 
— Widzisz? — pytał serdecznie zapatrzoną. 
— Co? Gdzie? 
— No tam, nad basenem. 
— Ee, jakieś golasy i tyle. 
— Ależ pozwól, twarze wcale przyjemne. Mają coś do powiedzenia. 
— Co tam. Pewnie jakieś głupstwa i nic przyzwoitego. 
— Mylisz się, kochanie. Przypatrz się lepiej i może odgadniesz. 
— Bodaj tak. Nic zmiarkować nie mogę. Co oni tak taszczą, jakiś tłumok czy co? 
— Wstydź się. Kto takie rzeczy mówi. Taż to winogrona. — Idź! 
nie może być, a to heca dopiero! 
— Naturalnie, że winogrona. Pomyśl tylko, co to może znaczyć? 
Zastanów się, jak mię kochasz. 
— Albo ja wiem? Już ja widzę, że te cudactwa nie dla mnie. 
Po co sobie głowę mitrężyć. 
Przywołała preclarza i jęła z głośnym chrupaniem zajadać, twierdząc, że winna się bardziej zaokrąglić, by mu z nią było jeszcze przy-
jemniej. Ciamkała, a pan Pichoń bez przeszkody z prorokami mógł 
gawędzić. 

Trudno było z nich cokolwiek wydobyć. Jakby się zatrzymali w łaskawych wyznaniach. Trzeba było stalowej wiary ucznia 

wieczności, by takie postępowanie wyrozumieć. On jednak dobrze wiedział, że wszystko się wstrzymało dla dobra Honorci, zanim w 
tajemnicę nie wejdzie. Cieszył się, że tak jasno przejrzał i życzenia ich wypełnił. 
Wziął niewiastę, pokolenie będzie. A wówczas wszystko naraz wypowiedzą, bo i warto będzie. Któż by chciał zbawiać 
jednego człowieka i po co? Niechaj cud na potomstwo przejdzie. Już go żadne nie zmyli milczenie, kiedy zadany jest początek. 
Już się tylko weseli, weseli... 

I wracała do miasta dostojna para z głębokich rozmyślań. Wzgardą mierzyli złośliwych facetów w cylindrach, chichot panien 

sklepowych czy podejrzliwe stójkowych łypanie. By zaś na zawsze usunąć obawy o trwałość mienia Honorci, wstąpili do urzędu, 
gdzie wszystka oszczędność pracowitej kobieciny została przepisaną na nazwisko przyszłego jej  męża. W ten  sposób  usunęli 
grozę  ściągnięcia  przeogromnej grzywny z bezbronnej ofiary. A w sercu pani Honorci jeszcze bardziej utyła wdzięczność dla 
ulubieńca za wybawczą poradę. 

background image

 

15 

O zmroku kończyli wędrówkę po mieście. Z żalem przerywał pan Pichoń zbawcze pouczanie. Przed jej domem wzorowo i 
widocznie się rozstawali. Pocałunek na rękawiczce składał, a ona, tłumiąc wzrastającą z dnia na dzień ku niemu namiętność, w 
dziewiczą uchodziła samotność. Nadsłuchiwał mdlejącego szelestu jedwabiów i starał się  w garści zatrzymać porzucony kłębek 
woni, mądrze nazwanej: „gout de d'or” (złota kropla). 

Pod bramą zwykł był szpiegować w noc późną, urozmaicając sobie zajęcie  wyszukiwaniem  własnej podobizny  w odbiciu 

oślizgłych  z  gazowych  oświetleń  asfaltów.  Z  różnobarwnych  migawek  układały  mu  się  hieroglify  szczęścia,  które  zalotnie 
przydeptywał. Przez rozjarzone  wielkomiejskie  niebiosy  przesuwały  się  czarne  kłody  zbitych  chmurzysk,  niby  lotne 
architrawy nadziemskiej budowli, pod które nadstawiał mężne swoje burki i tężał nieruchomy jak pękata dorycka kolumna. 
Nikt podejrzany go nie płoszył. Nadbramna matka kariatyda pieściła się z putkiem. 

Wspiął  się  na  palce  i  po  łydkach  zaokrąglonych  klepał  malca  poufale.  W  seledynowym  rozmarzeniu  i  pieścił  już  swoje 

własne, nieodzowne pacholę, swoje i Honorci. I uszczęśliwiony, pełen zaufania do drogiej niewiasty i swego wyboru, wracał w 
ogród, by gotowy na każde wezwanie przespać noc w czujności „pod prorokami". 
Barwne afisze, dzieło postępowych mistrzów na nudnych murach miasta śmiało rozlepione, głosiły niebawem społeczności 
wieść miłą o otwarciu pierwszorzędnej cukierni w rynku. Nazwa przybytku: Grota płochej czarownicy, a każdy, kto się tam 
udaje, spożyć może z niebywałym skutkiem nieprześcignione w smaku ciasta trujące. Za-dudniało miasto, rozpełgało się mrowie 
ospałe, niby pod działaniem piekącego proszku. 

Wabiła jaskrawa tajemność nie tylko ostatecznie zgorzkniałych,  ale i wcale motyle jeszcze egzystencje, więc ciągnęły 

skoczne procesje w stronę groty, gdzie w harmidernym zespole, z prawdziwie pątniczym zapałem truli się na swoją pożyteczną zgubę, 
gdyż nadal pozostawali przy życiu wesołym. Cenna ta właściwość ciast trujących bardzo dodatnio wpłynęła na mnogość nieustających 
w grocie odwiedzin. 
Prawie równocześnie, w niemrawy, słotny poranek, odbył się przed kaszlającym pisarzem w urzędzie cywilnym ślub dostojnej 
pary, której za świadków służyli dwaj narożni miastowi posłańcy, za odpowiednią opłatą nastrojowo przyodziani. 

Niegodna wchodziła pani Honorcia pod dach małżonka, nienależycie przygotowana. Ale uradzili wspólnie, by dłużej 

nie zwlekać, gdy serca gorzały, wydzielając ze siebie nieznośną upalność, trawiącą gorączkę, w której wszelkie myślenie zmącone 
leniwie  się  przeciągało.  Złączeni  na  stałe,  przyzwoitą  uzyskiwali  sposobność,  by  wciąż  być  przy  sobie,  co  ułatwiało  panu 
Pichoniowi nauczanie. Serce na sercu w miarowym, jednakim tykaniu. W ten sposób najprędzej zajdzie w stan łaski ubóstwiana. 
Pani Honorcia za bufetem świetnie królowała, małżonek zaś nadal prowadził konszachty z prorokami i bliskim być musiał wyjazdu, 
gdyż nieustannie badał wielkie karty świata, chcąc mniej więcej wymiarkować, gdzie też w przybliżeniu może się ukrywać ziemia 
obiecana. 

Ściągał  potwornie  grube  atlasy,  na  podłodze  izby  mieszkalnej  z ogromnym rulonem się rozkładał i awanturnicze odbywał 

podróże naokoło świata. Raczkując w bieliźnie po zwrotnikach i biegunach, czerwonym rylcem kreślił domniemane kierunki. Ślęczenie swe 
niejednokrotnie uwieńczał odkryciem. Z nie oznaczonych bezmiarów wyskakiwał przed nim ląd, fatamorgana, tu i tam. Wówczas z 
rozkosznym fikaniem wyrzucał nóżki w powietrze i przypadał twarzą do przylądków dobrej nadziei z radosnym gęganiem. Wilżył 
piasek  wybrzeży  w  zapamiętałym  całowaniu,  przyszpilając  pocałunki  błękitnymi  chorągiewkami  dla  zapamiętania.  Gdy  już  wesoło 
powiewały,  mógł  się  zagłębiać  w  mistykę  trójbarwnej  książeczki,  w  długie  kolumny  cyfr  maczkowanych,  które  czasy  odjazdów 
naznaczały. Miał już godziny i minuty umiłowane. 
Musiały jednak mimo wszystko zachodzić pewne wątpliwości, gdyż często wybiegał pod studnię na naradę. Tutaj wyzywał 
swoich zbawców do wynurzeń śmiałych. 
— Słuchajcie, panowie — zapewniał — ja już niby tak, jak gdybym wszystko wiedział. Po co zwlekać? Moglibyście już raz coś 
stanowczego ze siebie wydusić. Wezmę babę i ruszę. Słówko tylko piśnijcie, a ruszę. Zabiorę trochę służby i jakie zwierzęta, by się 
mnożyć mogły pokolenia. Honorcia sporządzi dzieciaka, prędzej czy później. Będzie  chłopak  i  dziewczyna  będzie.  Albo 
pożenimy brata z siostrą (wśród nowych warunków zanikną wypaczone pojęcia o kazirodztwie), albo, co bardziej pożądane, 
obmyślimy jakiś sympatyczniejszy sposób rozmnażania nowego rodzaju ludzkiego, któremu ja dam początek. Już ja to wszystko 
urządzę przemądrze. Nie bójcie się! Znam się ja przecie na prawach odwiecznych. Ale już wreszcie gadajcie, bo chciałbym 
jeszcze jakoś użyć mego zmarnowania. Hej! panowie! 
Ale to fanatycy, doktrynerzy. Zacięli się i ani rusz. Prawdziwie prorocza przekora. Klechy zawzięte, w niczym nie ustąpią. 
Dokąd czekać? Widzi odpowiedź: Przodownik, kudlacz kamienny, słodziutko się uśmiecha i za zębami miętosi orzeczenie: aż się 
warunki wypełnią. 
Czekajcie! 

Pan Pichoń wraca. Rozgmatwują mu się jakoweś kłęby myślenia, które  był  już  nieraz  porzucił.  Rok  mija.  Naużywał 

sobie z tobą, Honorciu, oj naużywal. Święta prawda. Tylko już mi obmierzłaś cokolwiek. Wiesz dobrze, że nie myślę po próżnicy, 
tak sobie, w życiu sztyhulkać.  Dawaj  więc,  co  masz  dawać.  Ta  ty  niewiasta  przeznaczona,  wybrana! Wrodzona ci jest 
tępość  i  na  nic  moje  nauczanie.  Nie  rozumiejąc,  czynić  winnaś  co  ci  przekazano.  Po  co  marudzić?  Mija  rok  —  miara  na 
wytrzymałość cienkiego fornirunku szczęścia, jaki pokrywał wygodne łoże wspólnego pożycia. A jak pęknie? Wszak pękają 
już w grocie mebelki nowiutkie, gratki cacane. 

Wszedł pan Pichoń do swojej cukierni, przed bufetem i umiłowaną niewiastą przystanął i ponuro zagadnie: 

background image

 

16 

— Kiedy wreszcie będzie jakie dziecko? Ani śladu nie ma, co? Głośno, głośno skrzecząc, pryskają zeschłe, znużone mebelki, ale 
pani Honorcia nie rozumie, nie zważa. 
— Coś także! — burknie — nie ma i nie będzie. Widział kto? z dziećmi każe mi się babrać. Jeszcze czego! 
— Hm — moja kochana, to wcale niedobrze, bo ja mam właśnie śliczne i całkiem poważne wiadomości... 
— Co takiego? Czyś ty oszalał? 
Mam, kochaneczko, wiadomości ze studni. Aha! a widzisz? Ale czas najwyższy, trzeba się zbierać, jakiegoś bachora koniecznie 
skądes wytrzasnąć, może jaki podrzutek, znajda, gdzieś, coś, i umykajmy, powiadam ci, umykajmy, żeby potem nie było za późno. 
Sam  wszystko  złagodzę  i  co  tchu  machniemy.  Wiesz,  co  cię  tutaj  czeka?  Lada  chwila  może  z  głodu  zawyć  żarłok  i 
kipniesz. Ani się oglądniesz. Los straszny. Znam ja osobiście żarłoka, ziemi zarządcę. Przecież nieraz ci o tym w nocy do ucha 
szeptałem. Kupczyk pospolity, dzierżawca. Wiecznie głodny. Miło to dostać się w jego łapy. Pożre i w tym cała przyjemność. Że też 
ty tego nic pojmujesz? A my, a my możemy, jest nam dane przez wielką łaskę i trud mojego skośnego wejrzenia, wejść możemy 
w kraj inny, na inną ziemię, gdzie go już nie ma, gdzie już nie panuje, a włada pan wiecznie nieznany, len najwyższy, ten... Honorciu, 
słuchaj! uciekajmy! 
—  Ależ  wynoś  się,  pakuj,  jedź,  smaruj,  łam  gnaty,  tylko  sam.  Mnie  nie  tyrpaj  ze  sobą.  Całkiem  ci  się  w  głowie 
pokiełbasiło. Po jakie licho wyprawiać mnie z tobą te głupie brewerie? Zostaw mię w spokoju, przy mojej robocie. A o dzieciaka 
nie wzdychaj, niedołęgo, bo ja nie po to za mąż wyszła, by ciaćkać bachory, jeno by pożytecznie pracować i u ludzi się zasłużyć. 
Wyrżnęła pięścią o ladę, że wszystkie plasterki cytryny, opisawszy luk w powietrzu, przylepiły się do linoleum chodnika. W 
ten sposób wydala straszny wyrok na siebie i swego małżonka, jakkolwiek nie zdawała sobie z tego sprawy, będąc od urodzenia 
dość tępą. Zresztą przejęta była zupełnie nową orzechową masą, którą wymyśliła  na  nowe  ciasta  trujące.  Pchnęła  nawet 
pana Pichonia do kuchni, by czeladzi doglądał. Pryncypał wcale się nie kwapił z odjazdem. Przeciwnie, zasiadł w ciemnym kącie 
nad  misą  z  orzechami  i  strasznie  wyglądał.  Ostra  zawziętość  ścięła  spokojną  zazwyczaj  twarz  jego.  Jakieś  ponure  knowania 
przesuwały się po zmarszczkach czoła. A kiedy nikt nie spoglądał, lekko pomadźgał w słodkim żonki wynalazku i zaraz jął 
gromić służbę, wszystkich napędzając do rur rozpalonych i wytłuszczonych brytfanek. Kiedy wypiekano niezwykły pomysł, ba-
czył,  by  uprzątnięto  misę  i  wymyto,  po  czym  własnoręcznie  dokładał drewien do ogniska. Z rękoma na piersiach stał 
zagapiony w paliwo i wyszczerzywszy spróchniały przód zębów, złowieszczo cykał. Najstarszą kucharę aż jojkanie chwyciło w 
przewodzie i w dołku złe parcie, tak się przeraziła, myśląc, że widzi samego Belzebuba, jak spluwa w czys'ciec krwawiący. 
Własnoręcznie na tacy ofiarował pan Pichoń dokonane dzieło  swej żonie. Skosztowała sama i jedyna. Przyznała, że bardzo 
smakowite. Niebawem jednak chwyciły ją gwałtowne boleści, wśród których zaczęła zapominać, co się z nią dzieje. Nie mogła już 
nawet  powiedzieć  sobie,  że  się  otruła  własnym  ciastem  trującym.  Zmarło  się  jej  nader  prędko,  niespodziewanie  i  dość 
niewygodnie,  bo  na  kozetce  w  samej  grocie,  wśród  przerażonych  gości,  naprzeciw  świeżo  pękniętego  lustra,  a  tuż  prawie  pod 
napełnioną a zawsze wesoło brzdąkającą kasą. 

Po tej prawdziwie bohaterskiej śmierci, w której Honorcia padła ofiarą swego wynalazku, mnogie i pospolite spadły na 

pana Pichonia przykrości. Cały nakład ciast przeniesiono do śledczego urzędu, a młodego wdowca osadzono w więzieniu. Wlokły 
się badania nudne i niezręczne. Groźny, jak sęp zaspany, stawał oskarżony przed sędzią i żadne natrętne pytanie nie było w 
sianie  kleistej  zadumy  rozrzednić.  Leniwie  kurczył  ramiona  i  rozkładał  pulchne,  białe  ręce.  Czeladź  przesłuchana  zeznała 
zgodnie, pod przysięgą, że nieboszczka własnoręcznie zatrutą masę zgotowała. I mimo rozpaczliwe siepaczów wysiłki żadnych 
obciążających nie znaleziono dowodów. Ściekał  więc  tylko  zjadliwy  uśmiech  pogardy  po  tłustej  brodzie  obwinionego,  a 
skupiona dostojność ani na chwilę go nie opuściła. 

Otrutą Honorcię, która (jak należało przypuszczać) nader dowcipnie i samowolnie opuściła miłe gniazdo tuziemnego 

szczęścia, złożono w zakładzie anatomii, skąd rozkoszne ciało, niemiłosiernie poćwiartowane, najemni pachołkowie bez 
zaszczytów odwieźli na cmentarz. 

I  właśnie  w  czasie,  kiedy  dzwony  kościołów  z  zawodowym  bałamkaniem  odprowadzały  zmarłą  na  wieczny 

odpoczynek, a więc o godzinie trzeciej po południu, uległ pan Pichoń nawrotnej chorobliwej senności. Tym razem nie odwiedzał 
szczytów, lecz przeciwnie, błąkał się po nieznanych, złowieszczo gulgocących trzęsawiskach. Zimne mieczyki błędnych ogni 
nie umykały zwodniczo, ale wbijały się z lubością w smutne, męczeńskie jego ręce. Czuł, że się zapada. 76 
Z  klejkotaniem  rozdziawiły  moczary  cuchnącą  paszczę  \  cmokając  lubieżnie  tłustymi  wargami,  z  nabrzmiałym  sapaniem  wsysały 
niebaczną ofiarę w gardziel grzęzawą. Kurcz wygiął zażywną osóbkę tonącego  w  chudy,  boleśnie  skręcony  świder.  Jeszcze 
widział  nad  sobą  pstrymi  obłokami  zlataną,  komediancką  budę  niebiosów.  Dosłuchiwał  anakreonckiego  pit-pi-lit 
beztroskich ptasząt. Żegnały go przedrzeźniając wężowiska, rozsiadłe na czaty, z sykiem raz w raz opadały gwiazdki tkliwych 
ich wejrzeń. Trzmiele nad powiekami bąkały, gdy oto — uścisk łagodny za głowę go obłapił. Wyciągnięty, na równe nogi przystanął. 
Przed nim zbawca, ziemski wielkorządca. Znajomy, tylko od ostatniego spotkania uległ stanowczej zmianie na korzyść. 
Jeno  blizny  świadczyły  o  dawnych  topieniach,  a  purchawa  główka  trzymała się na  swoim  miejscu, lekko przez podmuchy 
wiatrów kołysana. 

Również  towarzystwo  kochanie  zachowywało  się  całkiem  przyzwoicie,  a  w  zwiększonym  gronie  ze  zdumieniem 

odnalazł pan Pichoń swoją Honorcie. Skancerowany, zmięty wskutek przedśmiertnych szamotań, ocucił się i pokrzepił na 
widok tak schlebiającego odznaczenia. Głos żarłocznego starca, wielce złagodniały, przebierał wśród tonów najbardziej 

background image

 

17 

serdecznych.  Dziękował  przede  wszystkim  swojemu  uczniowi  za  przysłanie  rozkosznej  żoneczki, którą, jako  znawca  ukrytych 
wartości,  zaraz  po  przybyciu  przy  boku  zgłodniałym  zatrzymał,  obiecując  sobie  po  niej  wiele  przyjemności  na  przyszłość. 
Odwzajemniając się za ten prawdziwie obywatelski uczynek, ocalił zasłużonego Pichonia od nieuchronnej zagłady, co się 
nawet  wyraźnie  zasadniczym  prawom  apetytu  wieczystego  sprzeciwiało.  Wśród  miłego  ćwierkania  przeszedł  cały  orszak  na 
bezpieczną  groblę,  gdzie  wszyscy  na  zaproszenie  staruszka  wsiedli  do  pojemnej  karocy,  by  odwieźć  na  ziemię  zbawionego 
człowieka. Jazda była szybka i przyjemna. Wielkorządca ujmował gościa swą wyrozumiałością, z upodobaniem zezwalając 
stęsknionym małżonkom na ponętnie wyuzdane umizgi. Honorcia stała się powabną, jak przedtem nigdy. 

Nasycony, mógł pan Pichoń z uwagą słuchać ojcowskich napomnień, jakie się łaskawie skraplały  w ustach sędziwego 

gubernatora. Skrucha jęła w piersiach Pichonia rzęzić, gdy padały zarzuty, że marnuje dary wyższej Świadomości, że się 
wyzbywa szczerej lojalności, że bunt w nim czuwa. Czyż znowu bezpożytecznie chce ugrzęznąć, jak te setki tysięcy, które 
bezgłośnie zapadają się rok w rok w noc bezdenną? Niechaj służy wiernie, jako przystało, na rzecz zgłodniałego pana, 
niechaj  nie  ugania  się  po  marzonych  rozłogach  gdyby  łobuz  wioskowy  na  łąkowiu  ścigający  motyle.  A  Honorcia  nie 
omieszkała dodać z  wdziękiem, że posłusznemu  przypadnie w udziale sowita nagroda. Wreszcie zadudniła karoca na 
bruku  miejskim  i  osadziła  się  przed  celą  więzienną.  Przy  rozstaniu,  które  nosiło  cechy  rodzinnej  czułości,  uścisnął 
starzec kostropatą ręką dłoń swego bogdanka, przez co go, przemocą wprawdzie, ale silnie zobowiązał. 

Z lekceważącą swobodą wyszedł pan Pichoń z więzienia, gdy go oswobodzono dla braku dowodów. Na żądaną kaucję 

złożył pokaźną paczkę rumianych papierków, do znacznej sumy dodając jeszcze bardziej znaczący uśmieszek. 
Widocznie zmizerowany na ciele, w zatwardziałym wywyższeniu wcale  nieugięty,  wkroczył  na przeludnione  corso,  spokojnie 
oglądając przepyszne sklepowe wystawy. Wywołał popłoch. Sądzono ogólnie, że podejrzany, zezowaty człowiek zechce się wynieść 
z  potulnego  miasta.  Niektórzy  uzasadniali  nawet  publicznie  obawę  przed  jakimkolwiek  z  nim  zetknięciem.  Pozostał  jednak 
głuchy na głosy współobywateli, składając przez to dowód zupełnego braku najzwyklejszej edukacji społecznej. 

W zarozumieniu swoim zaszedł tak daleko, że zdawał się urągać zbiorowej opinii. W niespełna bowiem miesiąc, gdy się już 

uciszyły niespokojne pomruki o skonie Honorci, w tym samym miejscu, gdzie dotąd istniała grota płochej czarownicy, zadyndał 
szyld  biały  ze  złotym  napisem:  Pierwszorzędny  Zakład  Pogrzebowy.  Za  kantorkiem,  wśród  stosów  najcenniejszych 
trumien, w nieskalanie czarnym tu-żurku z białym chryzantemem w butonierce zasiadł zakładu dyrektor i właściciel — wytworny 
pan Pichoń. 
Z pośpiechem wiosennych nasion, pędzonych przez kwietniowe zwiewy, rozniosła się po mieście wieść o nowym zdarzeniu. 
Awanturniczą  śmiałość  przyjęto  powszechnie  za  policzek  wymierzony  godności  obywatelskiej.  Tłumnie  gromadzili  się 
najpoważniejsi  mężowie  na  chodniku  przed  nowym  zakładem  i  zaciskając  pięści, odgrażali  się  srodze.  Nie brakło  i  wymyślań 
głośnych, wcale obelżywych. 
Pan dyrektor nawet przez okno nie wyjrzał na uliczne hałasy. Były one dla niego tylko zapowiedzią, że zajadli ziomkowie niebawem 
się znużą, a odszedłszy w ciszę, jak przystoi bliźnim, z wrogą myślą się pogodzą. 

Równocześnie zmarł w mieście mąż wielce wybitny, narodu całego wybraniec i szczęśliwy kochanek. Nowe przedsiębiorstwo 

najskromniejsze postawiło żądanie, więc jemu powierzono zaszczytną paradę. Wyruszył pan dyrektor, niby na walną 
rozprawę, na podbój niechętnego ogółu. I poszło za nim przewidywane zwycięstwo. Ceremonia przeszła najśmielsze oczekiwania. 
Za pośrednictwem pana Pichonia udało się złożyć wybrańcowi hołd niebywały. 
Żal nie istniejący i rzewność skostniała zostały godnie wyrażone. A zadanie było niełatwe, tym bardziej, że pompa miała za jednym 
zamachem zastąpić brak dotychczasowego uznania. 

Szlachetna  gawiedź  jednogłośnie  wielce  sobie  ceniła  widowisko.  Nawet  zagranica  wystąpiła  z  pochwałą.  Udało  się 

wzgardzonej,  wyklętej  jednostce  dowieść,  jak  pożyteczne  jej  przedsięwzięcie  i  że  na  szczycie  najwybredniejszych 
wymagań zostało zbudowane.  Prawie wzór, nie dający się niczym prześcignąć. A prawdziwa zasługa, wszystkim oczom 
widoczna, musiała być należycie oceniona i sprowadziła rozejm między wrogimi stronami, rozejm, będący zapowiedzią zgodnej, na 
wzajemnym wyrozumieniu opartej pomyślności. Odtąd w koniecznie ponurych wypadkach padało hasło, szemrane serdecznie niby 
niewidzialny odpływ umartwienia, miłe łaskotanie ulgi: a teraz chodźmy do Pichonia! 

W zdrowych blaskach powodzenia pan dyrektor nie gnuśniał, nie przeciągał się, a nawet i nie prostował. On jedynie 

zobowiązanie wypełniał, służbę czynił. Odkąd (może cokolwiek niebacznie) na znak przymierza dłoń białą, wątłą włożył 
w  starca  kościstą prawicę,  wrażą  dziewiczym losom rozkwietnionych pęków, rozumiał,  że słowa należy dotrzymać. 
Wszak musiał się liczyć z wszechwładzą natrętnego straszydła. Cóż go ocali, kiedy prorocy umilkli, kiedy Honorcia — 
Śmigała w nim wichura grudniowa, zaciekła, w ostre grudy ścinając żałosność jesienną, roztopną. Przed sobą na pulpicie, niby 
pomni-czek krótkiej chwały, globusik cacany ustawił, lakierowany światek maleńki. Nieraz zadumaną ręką w kołowrót go 
zapędzał,  wsłuchując się, jak światek  warczał, furczał. Wówczas na  chwile  wyjeżdżał,  by się na oceanach pohus'tać, 
przez pirenejskie szczeliny przesmyk-nąć, nad Himalają zawisnąć, brodzić w złotych preriach. W puszczy Kalahari u Buszmenów 
gościł,  do  zimnie  Aleutów  docierał,  z  Minkopami  na  Adamańskim  archipelagu  układy  zawierał,  do Watszandisów  się  zalecał. 
Wszędzie, jako śmierci nieustraszony misjonarz, przekładał,  upraszał,  by  jak  najprędzej  wszyscy  umierali,  taką  bowiem 
jest wola wspólnego im pana. I duchem wracał do ksiąg na kantorku. Czasami tylko w istotne swe myślenie dziko zerknął. 

background image

 

18 

Naonczas musiał się błąkać po brzegach zdechłego stawiska, co przegniłym szlamem charczało. Gmerając we włóczkach 

zielistych, lelijki swojej szukał, swoich nenufarów, kwiecia wierzeń uprzednich. Staw cuchnął, ropuchy mamrotały. Już nie ma, już 
nie wierzy, już się nie ocali. Gdyby tak można wejrzeć ku prorokom. Tylko ta mleczna szyba, którą rozmyślnie wprawić kazał od 
strony  ogrodu  —  dobrze,  że  zasłania  ta  szyba  mleczna.  Więc  jest  spokojny,  o  tak!  Najzupełniej,  jest  sobie  prawie  Charon 
moderny. Przedsiębiorca mądry i rzetelny.  A na kupiectwie zna się jego opiekun, pan potężny. Szlachetny zawód pochwali, 
oceni. Żywię troska, by jak najwięcej życzliwych zjednać dla szczytnych zamiarów. Obola na usteczka, czasem troszkę więcej, i z po-
godnym wyrazem zaufać mogą jego pośrednictwu. Został powołany, święcenie uzyskał, więc przezornie, lekuchno przewiezie w 
beztroski kraj cieniów. Jako zwolennik metody poglądowej, najbardziej skutecznej, nauczyciela urząd piastuje,  wskazując mądrość 
rozkoszy  śmiertelnej.  Jedzie  sobie  na  przykład  człowiek,  całkiem  pośledni,  na  spoczynek  wieczny.  Gapią  się  ludziska  poważne, 
znaczące, ale też i zwyczajnych co niemiara. Widzą: jedzie biedolina spokojnie, wygodnie i z należytym szacunkiem. Czapkują mu w 
żegnaniu zewsząd. I choć śmieszny truposzek w skrzyneczce zamknięty, wielką i dostojną jest żałobna parada.  

Zaraz myśl o zmieraniu jest nędzarzom lżejszą, nie bronią się przeciw choróbskom. I wszystkim może pan Pichoń tę trudność 

ułatwić, wszystkim bez wyjątku, tylko obola na usteczka, a czasem troszkę więcej. 

Żałobnego zakładu jest duszą prawdziwie żałobną. Dobrał ludzi  wyborowych, których z zaufaniem można użyć do 

trudnej posługi i nie wstyd się z nimi publicznie pokazać. Chłopy rosłe, przeważnie brodate, z wejrzeniem wilczym, odpowiednim. 
Przewodzi  im  artystyczny  kierownik,  trochę  rozwichrzony,  ale  bardzo zdolny.  Za bujnej  młodości  z powodzeniem  malował 
poronione płody, przedstawiał wiwisekcje, kochające się i tańczące szkielety. Obrazy te nawet wystawiał. Obecnie poświęcił się z 
zapałem sztuce stosowanej. Wyręcza pryncypała, który gardzi widokiem trupów, w ustawianiu i dekoracji katafalków. 

W  dziedzinie  tej  jest  mistrz  nieporównany.  Zawsze  zdoła  wywołać  odpowiedni  efekt.  Podług  rysunków  pana  dyrektora 

wykonał on misterne modelki, w drzewie rzeźbione, które przedstawiają różne rodzaje żałobnej parady. Jak zabaweczki, w osobnej 
szafce  wstawione  w  przedziałki,  do  każdego  się  mizdrzą  z  wesołym  wdziękiem.  Pewnej  powagi  dodają  im,  na  przyczółkach 
umieszczone,  dosyć  surowe  napisy  z  objaśnieniem,  co  i  za  jaką  cenę  nabyć  można.  Ułatwiają  umowę,  nie  dopuszczają  do 
powszednich targów. 
Rozróżnia  się  trzy  klasy  zwyczajnych  pogrzebów:  zupełnie  skromne  dla  szpitalnych  umrzyków,  wszelakich  miejskich 
szumowin,  podupadłych  malarzy,  poetów,  bardziej  solidne  dla  osób  średniej  kategorii  i  w  końcu  wystawne  dla  dostojników, 
członków  ongi  znakomitych  rodów  i  różnego  rodzaju  chlubnej  ozdobności.  Klasy  te  posiadają  zasadnicze  właściwości  w 
dziesiątkach szczegółów, nabyć jednak może każdą, kto zażądaną uiści zapłatę. Istnieje poza tym rodzaj parady szczególnej, ale 
za pieniądze kupić go nie można. Ściśle przywiązany do pewnych warunków. Zachowano go jedynie dla panów ministrów, 
dla polnych marszałków, no i dla geniuszów, a co do przynależności tych ostatnich w wątpliwym wypadku rozstrzyga samoistnie pan 
dyrektor. 

Jego  bowiem  dziełem  ten  ustrój  wewnętrzny.  Srogi  to  pan  dla  służby,  rzadko  kiedy  poczciwie  przemówi  i  nigdy 

człowiekowi prosto  w oczy nie spojrzy. A jeśli zazezuje wypadkiem, to aż ciarki zamrowią  się  w  krzyżach.  Puści  czarne, 
skośne  gaiki  niby  żelazne,  mroźne  szczypce  i  z  taką  mocą,  że  zbira  chwackiego  wpół  obejmie  i  zwali  gdzieś  w  dół,  do 
pierwszej lepszej trumny. Nie potrzebuje żadnym słowem rozkazywać, jeno chrząknie, a każdy swoje pojmie i chyłkiem wyczyni. 
Drży przy nim liczna czeladź, ale że płaci porządnie, więc ciżba jest ochotnych do służby. 
Wzorem  pracowitości  stał  się  dla  swoich  podwładnych,  choć  od  razu  było  widoczne,  że  w  zawodzie  frant  nowy  i 
niezwyczajny. W pierwszych dniach panowania poruszał się w własnym zakładzie ze zmaganym wstrętem, niepewnie. Było mu 
dziwnie w wyszczerzonym szpalerze skrzynek długich, z wieczkiem odsuniętym. 
Doznał  nawet  upokorzenia  ze  strony  figlarza  nie  lada,  jakim  był  stolarski  czeladnik.  Sporządzano  skromną,  sosnową 
trumnę. Od podwórca wtargnęła do wnętrza wróbli gromada, wśród trocin i wiórów wesoło się parpając. Młody spryciarz pojmał 
pierwszą z brzegu ptaszynę i cisnął w głąb pudła, zapuściwszy wieko. Struchlały niewolnik przycichnął. Czeladnik mozolił się, by 
na wierzchu papierowy krzyżyk przytwierdzić. Na znak, że się nie wzdryga ze swoimi współdziałać,  pośpieszył  pan  Pichoń  z 
pomocą. Zwalczając niemiłe w sobie wzdryganie, śmiałym susem wyskoczył na trumnę, by część podklejoną wgnieść ważnym 
ciężarem. Niepotrzebnie jednak potulnego więźnia do wolnościowych protestów pobudził. Z chwilą kiedy się wszczęło tajemnicze 
trzepotanie skrzydełek, pan dyrektor runął na ziemię i omdlał. Gdy wróciła trzeźwość, niewinny psotnik poszedł na wygnanie razem z 
wróbelkami. 

Odtąd  nikt  już  nie  sposobił  złośliwego  zgryza.  W  godzinach  porannych  tkwił  pryncypał  za  kantorkiem,  układając  godziny 

zamówionych pogrzebów. Przeliczał dochody, wydatki; w osobnej zaś, pokaźnej księdze wpisywał gotyckie kolumny należytości nie 
ściągniętych.  Urosły  one przerażająco, od czasu kiedy zaprowadził pogrzeby  w ratach spła-calne. Nie odwdzięczono  mu się za 
usłużność. Wyuczał się więc na pamięć tych splamionych nazwisk i w cichości spluwał je z pogardą. 
Około  południa  zachodził  do  stajni.  Pieścił  cenne,  długoogoniaste  szkapy,  krucze  i  mleczne  potomki  cesarskiej  hodowli. 
Własnoręcznie  pokarm im wymierzał. Odwiedzał wozownię, przechodząc wzdłuż szeregu rydwanów wystawnych: tu się smuci 
odrapany karawan ubogich  i  wdzięczą  się  obok  wózeczki,  niebieski  dla  dziewczątek,  a  dla  nieletnich bielusieńki, dalej 
cokolwiek  najbardziej  ulubiony  powóz  z  klęczącymi  aniołami  wygodnie  się  rozparł,  a  za  nim  w  chroniących pokrowcach 
dostojny  model  paryski,  cały  oszklony  i  na  gumach,  i  w  osobnej  komórce  najciężej  znudzona  hiszpańska  karoca,  według 
madryckiego wzoru obłąkanej Joanny. 

background image

 

19 

Najlżejszy pyłek dostrzegał, usuwał najdrobniejszą skazę w uprzęży. Sługusi, którzy w zawodzie swoim już siwieć zaczęli, kornie 
uchylali czoła przed bacznością pańską. Pryncypał zaś, jak gdyby mu nie dość było strasznego bogactwa, żałował sobie wszelkiego 
spoczynku.  W  kantorku  skromny  spożywał  posiłek  i  wnet  się  zanurzał  w  głębokich  szufladach,  gdzie  ułożono  składowe  części 
parady. Na popołudniowe wyprawy potrzebne szczegóły wydzielał, rozkładał. Zapamiętywał ilość stopni, na których spoczną 
mary, wybierał draperie, obicia, krzewy fikusów, oleandrów, świeczniki, gromniczne kandelabry. 
Wszystko w grupach złożone oczekiwało na zapotrzebowanie i nigdy nie zaszła pomyłka, nie powstało zamieszanie, choć 
ruch był szczęśliwie niemały. 

Obóz  żołnierzy  sławnej  śmierci,  rozbity  w  obszernym  podwórcu  zakładu,  nosił  cechy  zgoła  romantyczne,  ufnością  w 

zwycięstwo napawał. Wytaczano powozy, przyprzęgano konie, w szatniach gziła się służba, wdziewając zamówione stroje. Jakby 
na larmę wielką porywały się w ciąg wędrowny roty błędne, smutne. Łogosze tu i ówdzie butnie rżały. Każdy z nich zwyczajny 
bezkrwawego boju i ckni sobie długie przystawanie. Gdzieniegdzie jeszcze kuźnik co przyprawi czy rymarz dołata. I wydłużą się w 
szereg  bitny,  zwarty,  ustawieni  pod  stajennymi  framugami.  Trwają  w  cichości.  Jeno  nasuwniami  końskimi  wiatr  nigdy 
nieprzestanny pomiata. 
Trzy ćwiertki na trzecią ogłosiły zegary. W dziedzińcu załomotało. Gwałtownym stąpaniem kondotiera zbliża się wódz naczelny z 
przybranym adiutantem. Sam jeno w bawełnicę codzienną przywdziany, a poznać, że na innych śmiały i nie kto bądź, tylko 
dzielny skaźca ziemskich znikomości. Ot, przystanął i na tabor hojnie spojrzał. 
Na chwilę odchmurnieje i dygotane, niedosłyszalne pada pozdrowienie: wojaki pocieszne moje! Ale od nowa sposępniał i ostał 
się dawny junak, surowy dozorca, wszystkich oczom widoczny. Coś niecoś' pomocnikom nakaże, skośnie pojrzy i chrząknie, a 
wrotny już skoczył, by rozdziawić bramę. Mijają się dzielne zastępy. Jedzie herold konny z buławą na czele, za nim dumne suną 
zaprzęgi,  a  na  tyłach  następują  jak  zwarte  kompanie  żałobników  zbrojnych  w  piki,  halabardy,  pochodnie  z  mlecznego 
kryształu, dardy, kręcone laski owinięte krepą. Idą najezdniki nieubłagane, strojni różnorodnie, w atyle, węgierskie dolmany, 
czamary, naszywane fraki z wypustami. Głowy zdobne w perskie kołpaki, ułanki, stosowane czaka. Potrójną ich barwa: czarna, 
niebieska lub biała. 
Z dudnieniem wtoczyli się w ulicę. Po ciężkich, odmierzonych chodach, po szerokich karczydłach i ruchach sprawnych poznać 
można, jak w rzemiośle swoim mistrzowali. 

Kalwakata wpłynęła w miasto, dyrektor sam pozostawał. Nie były to jednak godziny wytchnienia. Wprawdzie opuściły go 

nękające śnienia od czasu, kiedy się poświęcił nowemu zawodowi, ale brakło mu pewności, że zmory się nie powtórzą. Drżał więc 
w wyczekiwaniu struchlałym.  By  ulżyć  sobie,  wynajdywał  w samotności przygodne  rozrywki. Oglądał srebrzone amorki 
czy  gwiazdki  złocone,  a  wszystko  na  rogach  długich  pudeł,  w  których  niezadługo  znani  mu  ludziska  daleko  pojadą. 
Przystosowywał zgrabne kluczyki z brązu do zamków metalowych trumien, które przychodziły z fabryki, a były kunsztowne i 
drogie. Z lubością otwierał szklane wieko i gładził ręką połyskujące, atłasowe poduszki. A kiedy się już całkiem z otoczeniem 
oswoił i pozbył niemiłego lęku, pozwalał sobie na żart bardzo śmiały: twarz przykładał do miejsca, gdzie wkrótce miała spocząć 
czaszka istotnie zmarłego. Czynił to jednak ostrożnie i tylko wówczas, gdy mógł być pewnym, że go nikt nie podglądnie. Zabawiał 
się w ten sposób nader chętnie, tym chętniej, że nie pojmował, dlaczego mu to przyjemność sprawia. W każdym razie używał 
zmarnowania  swego  i  z  ludzkością  po  kryjomu  się  bratał,  co  wyraźnie  sprzeciwiało  się  hardej  osnowie  poprzednich 
marzeń, kiedy to wieczność, stara kurtyzana, wydzielonego z gromady łaską przejściową darzyła, niecnie flirtowała. 

Ciężka osędzielizna zmroku  wgniatała z chrzęstem oddech  w chore  piersi,  więc  mleczne  okiennice  podważał  i  świeżość 

wieczorną od ogrodu wchłaniał. Kontury rzeźbionych postaci nikły zamazane. Przechodził raz w raz spojrzeniem litosnym po 
bezwyraźnej plamie, a skoro tylko żałość jęła podrygiwać, dla zagłuszenia bębnił palcami na szybie. Rzewność się wówczas w nim 
rozpływała, jak dym swędząca, zgryźliwa, rozwiewna jak nastająca godzina szarówki. 

Czynił miłosierdzie. Od rynku, w migocie pierwszych rozbłysłych latarni czołgała się babula, łachmaniarka, popłakując przez 

kaprawe  oczęta,  sute  pacierze  terkotając  bezzębnie.  Godziny  jałmużny  już  była  zwyczajna.  Ochrzcił  ją  imieniem  swej  zgasłej 
nadziei. I ciskał na bruk miedziaki, by zbierała. Nędzarka chciwość zdradzała, wyciągając stale widmo dłoni po srebrniki. Z filutnym 
uśmiechem zwykł był upominać: „Babciu biedneńka, tyś więcej niewarta". A ona, ceniąc doświadczenie jego, ciężkimi mrugała 
powiekami,  śmiejąc  się  przez  te  same  oczki czerwonawe, przez  które umiała zapłakać. I odchodziła, zawzięcie  grzebiąc  wśród 
zmiecionych stosów nawozu i śmieci. 

Kantor od nowa się ożywiał. Pan dyrektor na dzień następny wydawał rozkazy. Smutnie spracowani wracali dobrzy ludzie. 

Pierwszy zachodził z cmentarza kacap-za-wołoka, Taras zwany. Drab należycie wyrośnięty, rozłożysty, pełechatą czupryną na łbie 
śmiesznie małym i z ryżymi bokobrodami na przekrwionej, opuchniętej twarzy. Długie, gdyby martwe łapy sięgają niżej kolan. 
Lewe ucho zdobi kolczyk srebrny. Od lat trzydziestu nosił na swych barkach nieboszczyków, a teraz głośno utyskiwał, że 
ich zapomniał policzyć. Musiała pokaźna być liczba, miałby czym się pochwalić. Raz wyświadczył nieznanemu panu przysługę, 
odbierając dla niego z apteki zamówione proszki. Ten sam pan został jego dyrektorem, wyznaczając mu grzebanie dzieci. 

Szeroko wykraczając, z głośnym człapaniem ogromnych butów przewijał się czasem kilku razy dziennie przez zgiełk rojnych 

placów, wzdłuż murów kamienie, niby rycerz dawny, wyniosły, błękitny. Pod pachą unosi jakowąś zdobycz cenną, może skarb jaki 
skradziony  w  bieluchnej  szkatułce,  ze  zwisającym  muślinowym  trenem.  Gna  jak  rozbijaka  zawzięty,  a  rozwiane  poły  fraka  walą 
spłoszone o skórę kamaszów  na  łydkach,  zaś  puszysta,  biała  kita  na  stosowanym  czaku  straszy  się  zawadiacko,  buńczucznie. 

background image

 

20 

Odwrót odbywa  się już całkiem  odmiennie,  w łagodnym i rozważnym tempie. Ręce rozpychają niedbale kieszenie. Na  wargach 
ogryzek  papierosa dynda. Już  go  nie  telepie  zapamietliwość sroga, co nie wiedzieć skąd gnaty nachodzi i zgagą piersi ugniata. 
Przewaliła się na dno czarnej jamki wraz z lichą trumienką, wraz z pomrukiem gruzów, uderzających o drewniane wieczko. Może 
wytchnąć do jutra, zanim go od nowa chwyci ta wściekła udręka. Ciepły pot kroplisty na brwiach się zatrzymał krzaczastych. W 
szyneczku „Pod Kościotrupem” kieliszek łyknie gorzałki i już mu wystarcza. Nuci. Zum-zum, bojowa piosenka o morowym gadzie z 
pierwszorzędnej entreprise de pompę funebre (przedsiębiorstwo pogrzebowe).  Nie pijaność głowę zamgli, jeno rozdyma serce 
szczęśliwość doczesna. 

Raduje   się   strojnym   panienkom   i   staruszkom   cherlawym, co to ich wiodą pod rękę, umorusanym pauprom angielskie 

rozdziela  bombonki,  na  wystawne  cudności  się  pogapi,  przy  dorożkarskim  spocznie  postoju  i  z  gamratami  wesoło  się 
swarzy. W karty nie zagra, bo głupi. Małe, zielonawe oczki mówią serdeczne wyznanie: umiłowałem stworzenie wszelakie, marne i 
trwożliwe. Gdy sunie pod wieczór z powrotem do domu, bije od niego święte zlitowanie nad niemocą ludzką. Od zachodu podchodzi 
ścichanie, które uchem łowi, i zda mu się, że słyszy, jak gdzieś niby w oczeretach za rzeką kurki wodne na smutne losy wylegują 
pisklęta. Że jest wiosenki nastanie i krzewy i drzewa się mają, skradnie pęk bzów i akacji cmentarnych, pod połą fraka ukryje 
i niesie do zakładu. Dla pana dyrektora, co jest człowiek godny, by mu zapachniało. Starannie wymyje słoiki z karuku czy z lakieru 
blaszanki i bukiet bufiasty na kantorku ustawi. A pryncypał ni słowa nie rzeknie, jeno chrząknie, ale nie tak groźnie, lecz 
wcale serdecznie. 

Tuż pod oknami zakładu, w porannych godzinach rząd cudnych dzieweczek do pierwszej zdąża komunii. A Taras już wraca 

z grzebania, wczesną porą, bo oto zaraza panuje i śmierci jest  wiele. Dzieweczki  w  bieli!  Pod  stopy  cisnął  swoje  zwykłe 
kwiaty, nie wiedząc po co, nie namyślając się długo. Do kantoru wsunął się wcale pokorny i ze zmieszaniu jął czyścić zbłocone 
kamasze. Żeby też licho jakie nie wynikło, kiedy zielska pachnącego nie ma. 
Zaskoczyło go niespodziewane zagadnienie pana dyrektora. 
— Taras, co ty myślisz o dzieciach? 
Opuścił, zmieszany, czako, pióropusz i szczotkę. 
— Niby to jak, proszę łaski pana? — odważył się. 
— No tak, widzisz, w ogóle, co ty myślisz o dzieciach? 
— Że to, jeśli śmiem mówić, zawsze coś warte takie gzubki łaskotliwe. 
I  niebywale  chłopisko  się  wzruszył.  Z  małych  oczek  ciurkały  małe  łezki,  podchwytywane  przez  niebieski  rękaw,  srebrem  suto 
lamowany. Pan Pichoń, badając przyczynowość rzewnego zjawiska, musiał dojść do odkryć miłych jego sercu, gdyż ani razu nie 
chrząknął, lecz strzepując wilgotne paciorki z liberii sługusa, czule upominał: „Taras, co ty wyprawiasz, rękaw nowo wstawiony, 
całkiem się splami!" 

Przyjaciółmi się stali. Obdarzony pełnym zaufaniem, sprawował Taras obowiązki prywatnego posługacza swego dyrektora. 

Rozkazy z oczu mu wyławiał. Zamieszkał nawet w domu pana Pichonia, nie mając żony ni jakichkolwiek krewniaków. 
Dom zaś bogacza był nędzną lepianką, daleko za miastem ukrytą wśród wiklin, po drugiej stronie rzeki. Podpierały ją namuliny 
wiosennych  powodzi  i  pale  spróchniałe,  wbite  w  dno  koryta.  Połowa  domu  stała  pustką.  Właściciel  zajmował  tylko  sień 
przestronną i dwie długie, niskie izby. Jedyny Taras mógł przestąpić próg dziwnej komnaty. Cała zawalona była stosami ksiąg, 
zapylonych i zżółkłych. Na ziemi  walały  się ogromne arkusze, zamazane nieczytelnym pismem. Z  wytężeniem odsylabizował 
Taras zdanie wstępne: „był sobie Pan przed laty, co drogo kupił świat". Reszta ginęła w sieci przemazań, skreśleń. Nic nie mogąc 
wyrozumieć, wygładzał przyjaciel-służący i starannie  układał  zdeptane  foliały.  Uczonością pana się  gnębiąc, ścierał  kurz  ze 
stołu, gdzie z doniczki wystrzelał krzak mirtowy, zwiędnięty, a tuż za nim rozchylał się wachlarzyk stojący, z ceglastej, świńskiej 
skóry. Szereg okienek dawał widok ponętny nagich konterfektów, z twarzą niezmienną. Nalepione komentarze ułatwiały pojęcie. 
Więc niewiasta według pozy Goi Maja desnuda (może cokolwiek bez wdzięku), ta sama niewiasta jako Danae Rembrandta 
(spoza  kotary  jednak  nikt  nie  wysiada),  ona  również,  w  ułożeniu  Tycjanowskiej  Wenus  z  Urbino  (inaczej  ponętna), 
rozpoznać się daje jako Hera w łoże Zeusa wstępująca (Zeus był, ale został nożycami odcięty), zaś w ostatniej podobiźnie już 
się ubrała cudownie, na czarno, niby Van Dycka, Burmistrzowa antwerpska (jest przecie zbyt szczupła, Pichoniową 
przypomina  ze  sławnej  cukierni).  U dołu  ramki  kurczy  się  napis  koszlawy:  „mężulkowi  dawne  pamiątki  z  kabaretu 
tajemnego poświęca kochająca Honorcia". Cmoknął w głos żałobnik i przed pokuszeniem uchodząc, klamkę drugiej 
izby potarmosił niewinnie. Wszedł i musiał się z mrokiem oswoić, by dojrzeć cokolwiek. Ze ścian bowiem i przymkniętych 
okiennic spływały po samą ziemię płachty czarnego sukna. Szczerzyły się  na nich białe, kredowe napisy: Homo vigilans 
(człowiek  czuwający).  
Gorsząca  cudzoziemskość.  Chciał  Taras  na  podłogę  splunąć,  ale  w  czas  zauważył,  że  stoi  na 
błękitnym płótnie, zaścielającym cały pokój. Błękitność gdzieniegdzie nosiła zielone i czerwone plamki, fijoletowe 
żyłki i jakby grzebienie brązowe. Jakieś początkowe litery i znaki. Tuż pod klęcznikiem, na wschód zwróconym, migotało 
białe, czyściutkie kółko, do którego ze  wszech stron zbiegały się siatki  linijek. Na  pulpicie  brudnego  klęcznika leżał 
zwitek papieru, czarny wstążką owiązany. Wystawały poza jego brzegi zasuszone bratki. W rogach izby wystrzelały ku 
górze, niby ozdobne wieże wodne, na szczury wyniosłe łapki. Przedzgonne szuportanie się więźniów, to jedyny znak życia 
w tej krypcie. 

background image

 

21 

Zakrzątnął się Taras koło łapek, oporządził z licznego ścierwa i z pośpiechem drzwi od nowa zatrzasnął. Postanowił już 
więcej  tam  nie  zaglądać.  Znaczenie  ciemnicy  pozostało  dla  niego  nieodgadnione,  tylko  wsiąknęło  w  małą  główkę 
podejrzenie, że z panem jego dzieją się rzeczy dziwne, rzec by można — prawie nieczyste. Określenie to jeszcze bardziej 
zaciemniło jego domysły, więc nie pozostało mu  nic innego, jak przywrzeć pokornie do brudnego barłogu i słuchem 
szpiegować w noc późną dyrektora nieczyste historie. 

Pan Pichoń zwykle późno  wracał do domu.  Po zamknięciu bowiem zakładu zwykł był  wychodzić  w  miasto, na 

wieczerzę  wstępując  do drogich lokali, by  wśród  dobranych  ludzi  wystawić  swą  niezłomną  wytworność.  Było  w  tym 
trochę z leniwej chęci reklamy, podpartej przez igiełkowe zamiary złośliwej rozrywki. Nikt nie znal jego wyniosłości, nikt 
nie  mógł  jej  ocenić.  Postanowił  przez  zjawiskowe  oddziaływanie  gwałtem  ją  drugim  narzucić.  Nienagannie  odziany, 
zasiadał przy suto zastawionym stole, spożywając najwyszukańsze potrawy, spijając słodkie, perlące się wina. Ukryty za 
płachtą zagranicznego  pisma,  czynił spostrzeżenia. Biedne ofiary oględzin  nieraz aż unosiły się z krzeseł, czując, jak je 
bierze  w  kleszcze  spojrzeń,  niby  rak  małe  rybki  na  zabawę.  Pewna  ruda  dama,  rozwiedziona  z  mężem  suchot-nikiem, 
dopatrywała się w tych oględzinach przedwczesnego wyroku na swe młode ciało. Wśród hucznego grona wnosiła przeciw 
niemu oskarżenie najmłodsza w mieście mistyczka, dowodząc, że ją wabi ku sobie, by potem pchnąć w noc wieczną. 
Najcyniczniejszy ze wszystkich redaktor i wydawca „Odrodzonej Myśli" uważał za reformatorski obowiązek składać panu 
Pichoniowi z daleka uprzedzający, przyjacielski ukłon, wedle manier przywiezionych z dwutygodniowych rozrywek na 
bulwarach paryskich. 

Młody architekt o satanicznej twarzy Baudelaire'a żarliwie narzucał dyrektorowi zawiłe plany stylowych kamienic, 

bardzo  higienicznych.  Otwarcie  głosił  zasadę,  że  tysiące  na  truposzach  zdobyte,  powinny  stanowić  niby  drożdże,  na 
których  urośnie  wyniosłe  ludów  dobrodziejstwo,  dumne  drapacze  nieba.  Milcząc,  gardził  pan  Pichoń  wymysłami 
potentatów zgłupiałego plebsu. 

Słabą łaską obdarzał jedynie  obcych przyjezdnych, którzy z zamiłowaniem przysiadali się do stolika tajemniczego 

dżentelmena. Temat poważnych roztrząsań mogła stanowić jedynie statystyka samobójstw lub nagłych wypadków śmierci. 
Ożywiał  się  pan  Pichoń,  słysząc,  że  nadprogramowo  wyprowadził  się  z  życia  któryś  z  niepotrzebnych.  Zdarzenia  te 
wchodziły w zakres specjalnej jego umiejętności. Rosły więc  zwarte  pułki  cyfr  i  zestawień,  a  pan  dyrektor  dowodził 
nimi,  rozwijał  je  w  przekonujące  kolumny,  napadał  znienacka  lub  toż  cofał  się  w  podstępne  pułapki,  zasadzki.  Na 
szerokim terenie rozwijała się strategia. Osądzano przeciętną śmiertelność w poszczególnych miastach, krajach. Dyrektor, 
spode łba zazierając, dowodził, że śmiertelność rośnie  z  pożytkiem dla  narodów przeżytych, zatrutych  we  wszystkich 
ideach i sokach zdrowotnych Kończył zwycięską apoteozą na rzecz śmierci, wyjątkowo pożytecznego i dodatniego czynnika w 
ustroju kosmicznym. Kiedy zaś już rozbudził należyty podziw i poszanowanie dla ogromu  wiedzy oraz siły przekonań, nie 
omieszkał  zgrabnie  wtrącić, jaką jest jego rola na ziemi i skąd czerpie swoje dokładności i przeświadczenia. Oczywiste, że 
płoszył blednących słuchaczy, którzy ze słodziutkim grymasem w kącikach źrenic dziękowali apostołowi śmierci za pokrzepiające 
rekolekcje. 

Z chwilą kiedy Taras w dom jego się sprowadził, znikł w dyrektorze ten ostatni zapał do publicznych występów. Wcześnie wracał 

do swojej lepianki i cieszyło go, jak już z daleka na moście przyjaźnie mrugały złote rzęsy, wysłane, niby z trójkątnego oczka 
opatrzności, przez lampkę kopcącą, którą w okno wstawiał sługa pamiętny. Bez utykania w ciemności śmiało wymijał kałuże zaułka i 
radośnie do sieni wpadał. Przyzwyczaił się zasiadać na barłogu Tarasa, wsłuchany w rozpaczliwe jego chrapanie lub w pojękanie 
harmonijki ze sąsiedniej stelmacha zagrody. Nachodziło go teraz coraz częściej jakieś truchlenie spotniałe. Więc budził przyjaciela, 
ciągnąc go ze wszystkich sił za poczerniały rękaw czerwonej koszuli. Taras oczy przecierał, spluwał w kąt i w kucki przysiadał. Pan do 
rozmowy ośmielał pytaniem: 
— Jest jeszcze ciągle zaraza? 
— A giną niby robactwo zatrute. Dziś wyniósł już piąte od tego pisarza z magistratu. 
— Cóż z tego — wszczął wywód dyrektor — że są dzieci grzeczne i rozumne. Jest ich niewiele. Wcale toż zgodzić się nie mogę na 
to, coś wyrzekł niedawno, że zawsze dziecko coś warte. Tylko wyjątkowo. W ogóle zaś nic niewarte i to jest jedyna prawda. Ileż to ich 
dzień w dzień się rodzi i pomnażają te nieprzebrane roje ziemskiego plugastwa. 
Kiedyż wreszcie będzie koniec? Czyż niemałą mamy robotę z tą hałastrą, co się od dawna po świecie wałęsa. I jaka z tych dzieci korzyść? 
Czy nie skończą może za pośrednictwem pierwszorzędnego zakładu pogrzebowego? Trzeba tylko na nie nieraz długo czekać. One 
tymczasem  wygodnie  sobie  podrastają,  co  wcale  nie  jest  zajmujące.  Przy  tym,  nie  wiedzieć  czemu,  radosne  i  wrzaskliwe  lub 
mazgaje beksiwe, jojkające jak rynny dudnienie w dnie słotne. A co się z czasem w takim móżdżku ulegnie, przewidzieć nie można. 
Synek pana radcy już ma pomysły, a cóż dopiero będzie z ekscelencji synkiem? Porządek rzeczy przemieni, che, oho. powiadam ci, 
Tarasie. Potomek sławnego chemika pastylki na wieczność wynajdzie. Bardzo możliwe. Wystawią fabryki i przeczyć będą śmierci. A 
wieczność ich, to nie słoneczne bohaterstwo, to gnicie jeno cuchnące. Ot, i korzyść z dzieci. Największe wrogi moje, te bachorów 
pokolenia. Jeszcze wyjątkowo ponure, które przedwcześnie zmierają... jeszcze te... No, dla nich mam i wyrozumienie. Przecież 
sprawiłem im osobne powoziki, cacane, delikatne, zdobne w zasłony z przecudnie rzeźbionych koronek. I ciebie  wyznaczyłem na 
usługi,  chłopie  mój  zacny.  Bije  trzecia  godzina  i  jadą  sobie  grzeczne  dzieciątka.  Aż  tymi,  co  je  nosisz  pod  pachą,  obchodź  się 
odpowiednio, nie tarmoś, nie przechylaj, by cię dobrze wspominały, pamiętaj! 

background image

 

22 

Taras skubał mozoły na palcach i głośno stękał, bo lodowatość zaspana jęła w nim pękać od tego mówienia i rzewność, niby kra 
rozegnana, spływała z serca do gardła. 
— Panoczku kochany — jąkał — pilnuję ci ja te kaczęta i żałość chwyta, kiedy patrzę. Napęcnieje  niekiedy takie  liche 
szczenię  niby  topielec  i  ani  rusz  przymknąć  wieko.  Trzeba  aż  wgniatać  na  rączyny  składnie  złożone  i  na  liczko  grzeczne, 
uśmiechnięte  do  zlotości  włosków.  A  kiedy  ćwieczki  zabiję,  już  mnie  bierze  ochotność,  by  skrzynkę  ze  zgniłkiem  w  dół  jaki 
grzmotnąć. I wpół obejmę, duchem gnam, niby płynę. 
Kuny wszczęły piski na strychu i zajadle przegryzały powałę. Taras ćmił lulkę, by jakoś sobie ulżyć wśród tych straszności. Pan 
dyrektor tańczył w miejscu, przebierając małymi nóżkami i wymachiwał cudnymi rękami, jak gdyby chciał zaczerpnąć powietrza. 
Wreszcie oparł się o drzwi alkowy i martwym głosem ciskał wprost na ziemię 
ciężkie słowa rozżalenia: 
— Chciałem ja mieć dziecko, z krwi mojej, własne. Takie byłoby coś warte. Miał dla niego spuściznę bardziej niż królewską, bo 
wieczną. Nie dano mi, Tarasie. Po prostu nie udało się. Nędzne było babsko, nie chciała. Hej! gdzie bym już dziś nie był. 
Pod samym słońcem prawie, na jaśminowym z gwiazd posłaniu. Wychowałbym stworzenie nowe  i  łaskawe.  Wszystko 
zmarniało, na perz, na łyko. Ot, same pozory. Czy ty wiesz, co to są pozory? Cała ludzkość nimi się żywi, pozorem 
każdy  ruch twój, każde słowo twojego gamrata. Ja sam jestem sobie pozorem. A  mogłem  przejść  granicę  pozoru, czy  ty 
wiesz, że mogłem? O tym nikt nie wie, ale ja wiem. Dzieciny tylko potrzebował i nie mam. Był czas wybrany, świąteczny, a 
teraz wszystko stracone. Wałęsam się dalej i powinność czynię, ale ciężko mi, bardzo ciężko, prawie że nie mogę. Nudzi 
już. Wiem, komu służę, i znam koniec lichy. Marna to służba i po co przedłużać. Wszak pójdę na pożarcie razem z wami. 
— Panoczku, zgryzie ziemia, panoczku, i spokój nastanie — uspokajał Taras. 
Pan Pichoń już całkiem głowę wbił w piersi i w drzwiach otwartych skomlił: 
— Spokój — nie spokój, wstyd jeno, który jak żelaziwo rozgrzane  duszę  wypala. Nie  wywiozę  wielu,  wszystkich nie 
doczekam. Mrowie uparte. Wstyd, wstyd, że mi wspólna z wami droga. 
Zawalił za sobą drzwi alkowy i spus'cił podwójną zasuwę. Rozbijał się gwałtownie od ściany do ściany. 
Wierny  sługa  czuwa,  nadsłuchuje.  Coś  jakby  w  alkowie  runęło.  Łomot.  Głową  o  podłogę  wali,  pewnikiem  głową. 
Dudni. Lecą jakieś pokrzyki, bardzo zastrachane. Wyraźnie przyzywa: hop! hop! Ale znowu ścicha. Idzie tylko rzeka, 
okrutnie bulgoce i ciągle się wzdyma. Wichury wiosennej słychać granie. Nie inaczej, nadciąga zlewa. Przylecą wody 
wezbrane, moc straty ludziskom wyrządzą. Pyka Taras z fajki i wcale do snu się nie układa. Siedząc na wygniecionym 
sienniku, oparł brodę o wystawione kolana. Niewiele on ze wszystkiego zmiarkował, ale wzięło go jakieś nieszczęsne 
rozmyślanie, więc uparte zadumy w rozgorzałej głowie na zacny porządek układa. 
Nikomu nic przydatnego nigdy nie wyrządził, nie było w nim dobroci po temu ni chęci. Zawsze ino grzebał i grzebał, a inną 
wszelaką markotność precz odpędzał. Dziś go jakoweś chcenie swędzi, niby coś wystrychnąć wcale życzliwego dla 
dyrektora, tylko dla niego, bo trzeba, trzeba — żeby tak łbem swym nie tłukł. 
Pchnął odrzwia, wszedł w świt. Brzask zimny po odsłoniętej piersi kudłatej go maca, nogi w błotnym ile grzęzną. Co 
wyczynić?  Nie  może  oprzytomnieć.  W  porannej  mrące  przesuwają  się  przed  nim  wybladłe  twarze  znajomych 
przechodni. Przesłaniają oczy przed deszczu kroplami i gapią się w stronę pól zamglonych, skąd wraz z rzeki szumem 
płynie ciągiem jakaś groza na miasto. 
— Ludzie! hej! — wykrzyknie — a co wam. — Podchodzi do cieniów na moście. Ślad i węch całkiem zatracił, nie 
wie którędy — woda oczy mu zalewa. Ktoś gna. Parska, chlipce. Zetknęli się. 
Gruchnęły łbiska. 
W Tarasie nastaje światłość, wie, że ma wyczynić. — Przytrzymał pludra za szyję, pod pacht; zagarnął i zwalił się razem z 
nim na śliski pomost. Do ziemi głowę palczydłami przygwoździł i skrzykuje  w ucho bliźniemu pierwszyznę; swego 
żywota, sercowe zamiary: „Ty, brat, psubrat jeden, nie gnaj, nie uciekaj, kiedy masz słuchać radość człowieka. A czy 
wiesz ty, którędy droga, by coś wyczynić zdatnego? Widzisz? Nic nie wiesz. A ja ci każę, mów, bo inaczej nie puszczę. 
Zachlany jesteś, braciszku, braciaszku, okowitą cuchniesz,  ale  daj usta, psia mać, ot i pocałuję. Żebyś miał pamiątkę, 
mordo zakuta, od przedniego człowieka, co dobrze ma zdziałać dla swojego dyrektora. Zapamiętasz, pokrako? Ha! przecie 
cię poznaję, tylko się tak nie szyj, bo i po co? Stelmachuniu dobrodziejaszku, pijaczyno zacny, miluchny sąsiadku! — a 
gdzie harmonijka? Porzuciłeś, nie chcesz wygrywać? Od wody szumiącej, od gnojnej chałupki straszność cię odpędza? 
Zmykasz, kaleko, a tu cap i już nie możesz dalej. Aha? a widzisz? Czekaj, wiesz ty przypadkiem, gdzie jest jaka droga 
zacna,  ratunek  dla  smutnego  człowieka,  któremu  wciąż  wszech-wobec  cięży?  Nic  nie  wiesz,  a  gnasz.  Chłopie;  durny! 
Usta wykręcasz i wiercisz się, czyś oszalał? Spokojniutko, wariacie, spokojniutko, kułakiem w zęby cię zdzielę, tak, a 
teraz się oblizuj. Smakowało, co? Jak pies mi tu przy  waruj i słuchaj: Syneczek twój, Franuś, ladaco, spadkobiercą 
będzie i panem nie lada jakim. Już moja w tym głowa. Oj, na fircyka-galanta dyrektorek mój go wystrychnie. Ale tobie, 
ścierwo, zaraz  musi być koniec. Abyś się potem może nie panoszył, na dyrektorku papierków nie wymuszał, wstydu i zakały 
dobrodziejowi  nie  przynosił,  abyś"  człowieka  dobrego  nie  przedrzeźniał  i  wiedział,  kanalio,  już  raz  wiedział,  kędy  droga 
prawowita dla ciebie, dla wszystkich. Tak mi Pan Bóg dopomóż, że już z tobą koniec. Nie chciałeś całować, to splunąć ci w 

background image

 

23 

usta. Tak a nie charcz, nic nie pomoże, dalej w mgiełki pognasz, jako chciałeś", choć pewnikiem nie miarkujesz po co i za co. Jeno 
kierunek nadam ci zacny, stelmachuniu, ścierwo — — — 
Taras przyklęknął, siły zebrał, głęboko westchnął. A potym stygnącą ofiarę pięścią między oczy zdzielił. I migiem stelmacha za 
kostki nóg oburącz pochwycił, jak łuk w tył się wygiął i zawijając ciężarem ponad poręcz mostu, w ulewę nim świsnął. Jak wzdęta 
pierzyna westchnęła rzeka. Wnet jednak zwalił się na nią deszczowy szum. 
Żałobnik wodę z czapy strzepnął, błoto z rąk wytarł w podszewkę kieszeni i zmierzwione bokobrody wygładził. Kiedy mu minęły 
kolące drgawki w pęcinach, śmiało ruszył przez most, w stronę miastowego ghetto. 
O zwykłej godzinie zasiadł pan dyrektor za swoim kantorkiem. Wcale uśmiechnięty i zwyczajnie dostojny, ale widocznie 
zmieniony na twarzy. Człowiek prawie cudzy. Oczy zakryte szkłami w złotej oprawie, a na czole sterczą sine guzy. Mózg mu jakby 
sparciał i myślenie ma robaczliwe i zmasakrowane. Ksiąg nie tknie, tylko pióro w palcach obraca lub globusik pieszczotliwie głaszcze. 
Poty uderzają w niego i czerwone plamy wystąpiły na karku. Nawet zwykłość zmienił, bo oto okno mleczne na oścież rozwarte i rynek 
cały wprost wgapił się w niego. 
Wszedł Taras sprytnie uśmiechnięty, przodem wypycha pędraka w łachmanach. 
— Czego? — surowo pyta dyrektor. 
Wielkie serce w piersi przeogromnej ustało, nie tyka. Sługa chyli się kornie. 
Przybłęda, panie dyrektorze — tłumaczy — sierota, ale chłopak zacny. Przeziębło niebożę. Przecie pluta okropliwa. 
Dzieciak ma krosty na twarzy. Włoski czarne, kędzierzawe, stroszą  się  zajadle.  Czapkę  cisnął  odważnie  w  głąb  otwartej 
trumny  i  odrapuje  skrzydełka  aniołkom  na  wieku.  Poprzez  zęby  lekko  gwizda  i  strzela  brudnymi  oczkami,  zarzucając  zezem. 
Pacholę miłe. 
Taras objaśnia: 
— Prostackie to stworzenie, syn pijanicy, stelmacha. Widział ja, jak sprawnie topił w rzece kocięta i naciągał pejsy Żydkom na 
przedmieściu. Pod wieczór roznosi gazety. Bardzo mi się udał, muszę przyznać. Wczoraj zaraz o nim pomyślał, kiedy pan dyrektor 
wspominali o dziecku. A nuż się przyda. Prawda, że to cudze i plugawe, ale może jakoś da się przysposobić. 
Pan  dyrektor  ujął  chłopca  pod brodę  i  patrzy  w  oczy  dziwne.  Jak  gdyby  mu  kto  własne  z orbit  wyłupił  i  w dziecinne jamki 
powprawiał.  Oczy!  Te  same  oczy!  Zagląda  pod  światło.  Migocą  ślepki,  które  przyjmą  w  swe  tęczówki  tyle  pozorów  nowych, 
niespodzianych. Jest łączność między nim, samym Pichoniem, a dzieckiem. Jest wspólna wejrzenia zasada, bezsprzecznie. Otwiera 
się karta zapomnianej książki, dawno porzuconej. Jest wyraźnie stronica 87 i wiersz wydrukowany prawdziwie: „każdy 
człowiek coś sobie chowa". Wiersz siódmy od dołu — czyta i rozmyśla plastycznie. Do podniebienia przylgło tłuste orzeczenie: 
„następca". Językiem je obraca i mlaska. Więc następca, tylko ten tutaj. — A kiedy się wychowa, tajemnicę wielką może 
odgadnie. Trzeba pomówić z prorokami, już nie dla siebie, lecz dla chłopca. — Inaczej nie można. Gdyby obiecali, gdyby 
— 
Żywioł  się  rozgadał,  daje  przedstawienie,  raz  w  raz  walą  teatralne  pioruny.  Dzieciak  obojętny  zasiadł  na  podłodze,  zabawę 
urządza. Ściągnął z półki białe pudełeczko, czuły schowek dla noworodka. Zgartuje trociny i wraz ze śmieciem wpycha do 
wnętrza. Przerywa sobie trud pracy hałaśliwym przymykaniem wieczka. Jest małomówny a śmiały. Posiada świat myśli odrębny. 
Słyszy pytanie: 
— Podoba ci się, chłopcze, u mnie? 
— Czemuż by nie? 
— I chciałbyś, żeby to wszystko do ciebie należało? 
— O jej! — wykrzyknął, garnąc się do nowego opiekuna. 
Pan Pichoń nie przyjmuje pieszczot, balaski kantorku zatrzasnął i upomina: 
— Czego wrzeszczysz? Jeszcze nic nie wiem, nie można przewidzieć, jak będzie. A twój ojciec, ha? 
— Albo ja wiem, gdzie go licho poniosło — burknie Franek. Taras naprzód się wysuwa i z dumnym głosi przekonaniem: 
— Ojciec, panie dyrektorze, nic nie znaczy. Pijaczysko i tyle. A siedzi już tam, tyłkom sobie zapomniał, jak się to 
nazywa, no po prostu tam, gdzie żyje wszelaka ryba. 
— Więc w akwarium? 
— Tak, tak, proszę łaski pana, to samo, w akwarium. Spoza kantorku wyrok zapada: 
— Więc pozostaniesz u mnie. I naukę wyższą pobierzesz, ale raz tylko jedyny. Potem sam się już chowaj, jak ci będzie przykazane. 
Byle ludzkiemu nasieniu na utrapienie, na hańbę. Pamiętaj, ty mój syn przybrany. 
Zaprowadził  sługa  Franka  do  szatni,  oczyścił,  ogarnął,  jak  na  następcę  przystało.  Mały  dziedzic  porwał  znak  Tarasa, 
białą kitę i po podwórzu z nią się ugania, płosząc wróble. Kita dzisiaj niepotrzebna. W nagrodę za służbę prawowierną 
na  żałobnika  spadło  odznaczenie.  Jako  herold  konny,  w  aksamitnym  fraku,  na  czarnym  rysaku  wyrusza  wyjątkowo,  by 
należycie pogrzebać sławnego w całym kraju komendanta. Duma w piersi go kopie... 
A jest znowu trzecia po południu, pan dyrektor rozdzielił między służbę dziurawe  parasole  i mruknął  przed samym 
sobą:  „czynię  to  po  raz  ostatni".  Nawet  go  nie  zadrasnęło  zagadnienie  rogate:  „dlaczego"?  Wyrzekł  sobie  całkiem 
statecznie, z ufnością, jaka towarzyszy niezłomnym wnioskom, wyciągniętym z kolumny sumiennie zebranych przesłanek. 
Za przynętą powiedzenia przyczołgają się logiczne wypadki, wie o tym pan Pichoń i spisuje: 

background image

 

24 

TESTAMENT 
„Najlepiej zginąć na wiosnę, kiedy tęskność leniwa mieszka w kościach, a nuda żywota bije w uszach męcząco, gdyby 
rzechotek wielkopiątkich klekot. Wówczas zmieranie samowolne nachodzi jako dobry obowiązek. Sprzeciwianie się, zwyczaj 
ludzi zwykłych, w tym wypadku nie jest wskazane. Lepiej ulec. 
Rzecz główną o sobie znam dokładnie, czuję, że nastąpi i dlatego gryzmolę ten legat. Przykro mi, że nie  mogę podać 
bliższych  szczegółów,  dotyczących  formy  \  sposobu  mego  zakończenia,  ale  nie  przewidziałem.  W  ostatniej  chwili 
dopiero wymyślę. Obecnie trudno mi się zdobyć na odpowiednią poradę. 
Mam  bowiem  przed  sobą  zawiły  rachunek,  który  rozwiązałem.  Życie  jest  niezaprzeczenie  potęgą,  o  wykładniku 
jednak  zawsze  zmiennym,  zależnie  od  wartości,  z  którą  ma  być  zrównane.  Logarytmowałem  tę  życia  zasadę 
niezliczone razy, dla liczb bogatych i skromnych, aż wyczułem zero i dla niego pokusiłem się wystawić zrównanie. Zero, 
o  którym  wspominam,  odpowiada  ustaniu  pewnych  wartości,  które  były.  Teraz  już  ściśle  matematyczne  przeprowadzę 
wywody,  które  są  tylko  osobistym  twierdzeniem,  zwolnionym  z  praw  ogólności.  Jeżeli  zasadę  życia  (złożonego  z 
wielu jedności) nazwę b, a ustanie wartości O, wówczas liczbami mogę wyrazić moje zapytanie: 

bx=0 

Więc wykładnik x jest nieznany. Nam zaś chodzi, by i w tym wypadku potęgę życia ocalić. Matematyka znachodzi jedno 
wyjście, przez które i my przejdziemy. Liczby twierdzą: jeżeli b > l (co się zgadza z życia wielomianem), wówczas: 

b - ∞ =   1/b∞=0 

log b O = -∞ 

Jeśli podstawię przyjęte wartości, zrównanie opiewać będzie: Zasada życia podniesiona do ujemnej nieskończoności równa 
się ustaniu wszelkich pewnych wartości, które były, czyli zeru (0). 
Ten  wykładnik  ujemnie  nieskończony  długo  mnie  niepokoił  i  nęcił.  Przez  konieczność  zewnętrzną,  przez  gromadę 
rozbieżnych wypadków i rozmyślanie czysto osobiste odgadłem go i zrównaniu narzucam niezwłocznie: 

- ∞ = śmierć, 

a to dlatego, że potęga życia mojego doszła do ustania wartos'ci, zerem się staje, więc wykładnika wymaga, który by ją 
do  zera  doprowadził.  Wykładnikiem  zaś'  takim  może  być  tylko  śmierć,  nawet  z  nie  istniejących  rzeczy  stwarzająca  zero 
materialne.  Podejmuję  więc  zmaterializowanie  nieuchwytnego  mego  zera  według  dyktatu,  jaki  otrzymałem  z  wewnątrz. 
Będzie  w tym nie zamierzona zasługa społeczna.  Zatem ciekawy mój wypadek przedstawić się daje za pomocą określeń 
krańcowych i brutalnie ogólnych: 

śmierć 

życie         =        0 

Ocalam życia potęgę, zero moje  materializuję uczciwie,  wykładnik  —  co prawda  —  uzyskuję nieskończenie wielki, ale 
ujemny.  Coś  się  poza  tym  ukrywa,  ale  nie  pojmuję.  Nieskończoność  moja  nie  sprawi  mi  radości,  tyle  wolno 
przypuszczać. Nie bez słuszności. Wieczne spoczywanie np. w żołądku żarłoka-wszechwładcy nie może być wesołe ani 
przyjemne czy też wygodne. Dotąd jednak zawsze smutny, zgodzić się mogę na zapowiedź niezadowolenia wiecznego i 
smutku. Smutny dziś wyjdę z mojego kantorku, ale pójdę już, pójdę, skoro tak pięknie wszystko się składa i wypadł rachunek. 
Synka sobie przybrałem, jemu to piszę. Imię jego Franio, Franuś, Franeczek, nazwiska nie pamiętam, zresztą niepotrzebne, 
moje bowiem przyjmie. W razie niepewności przyjaciel Taras go wskaże panom z władzą wykonawczą. Taras ma czuwać, 
by Franiowi oddano całą moją własność. 
Ostawiam dziecinę niby moją, a cudzą. Błąd w układzie ocznych spojówek przybliżył malca do mojego serca. Jest w 
tym  błędzie  wielkie do mnie  podobieństwo i stąd moja czułość. Mam pewność,  że  wszelkich rzeczy  u  niego pojęcie 
mojemu  pojęciu  będzie  równe  i  wszystkie  moje  błędy  godnie  się  powtórzą.  Zawsze  zdradzałem  słabość  dla  zezujących 
jednostek. O jednym tylko  wspomnę, o Marcinie, płatniczym  z „Continental". Miłemu człowiekowi jedwabną kamizelcę 
darować  zamierzałem.  Nie  zasłużył  jednak,  szlachetny  błąd  pod  nóż  chirurga  oddał,  kamizelka  w  szafie  pozostała. 
Niechajże chłopak, któremu zaufałem, błędu nie poprawia! 

Niechaj żyje i kwitnie w dostatku! Precz od nędzy, z dala. Nędza, to stan zdrowotny, to normalność podła, dla gromad 

zbitych nieodzowna. Wyradza kudłate, zmierzwione chęci i siły śmiesznie silne. Jej spojrzenie krótkowidne, a zawsze biegu 
na  szczudłach.  Śmieje  się  wrzaskiem  głupowatych  małpek,  popłakuje  wyciem  szakali.  Serce  nędzy,  to  kokon 
wołochaty,  w  którym  gąsieniczki  żarłoczne  się  lęgną  i  pręty  winnicy  wieczystej  obsiędą.  Ona  to  buduje  miasta  i 
miasta rozwala, wszechludzi społem objęła w uścisk serdeczny. 
Nie godzi się samotnikowi zaznawać nędzy, jako że przez nią wejść musi w pospólstwo. Samotnik jest jak sąsiad obcy dla 
domostw okólnych, jest jak stały przechodzień przez uliczne trakty, których  miana nigdy nie spamięta. Przy gromadzie 
żadnej  nie  przystanie,  nie  ma  o  co  bliźniego  zagadnąć.  Siedzi  bowiem  w  nim  wiedza  wszechrzeczy  widocznych,  a  w 
skrytości jeno z własną ślepotą się zmaga. Gdy musi (stan wyjątkowy) z gorszym bratem się wdawać, wybór czyni wśród ludzi. 
Unika  sytych,  zdrowych  i  szlachetnych.  Co  mu  po  nich?  Sam  dos'ć  nasycony,  a  zdrowie  i  szacunek  jedynie  zabawnym 
ptaszkom w klatce są potrzebne. Gardzi nimi człowiek wolny. Zajrzy niekiedy do pawilonów zakaźnych i na łożu odnajdzie 

background image

 

25 

sobie przyjaciela. Pamiętaj, Franiu, jeśli się zanosi kaszlem czy  krew  mu popsuła dziewczyna, mózg zwietrzał czy ślepa 
kiszka ugniata, już zawsze coś wart taki człowiek. Bez obawy jakie słowo przed nim wyrzec możesz. Nawet trzeba. 
Rzemiosło moje niechaj syn dalej prowadzi aż po czas, kiedy oświecony i pouczony będzie przez proroków, których 
ubłagam.  Nie  wiem,  jak  się  stanie,  czy  prośby  mojej  wysłuchają.  Ale  nauk  przecie  nie  pozostawiam,  ze  szczerej 
obawy przed paragrafów niemym smutkiem, gdy stosy zacnych wskazówek zwijają się w ochronne  rurki dla smalcu 
czy migdałów, nigdy nie czytane. Wspomnę tylko, że rad bym widział, gdyby Franuś wziął sobie jaką Honorcię, skoro 
czas  przyjdzie  pożyteczny  i  rozpocznie  się  przyobiecane  wędrowanie.  Niewiasta  może  być  oporna,  jako  była  moja. 
Wówczas  niech  się  nie  wzdryga  i  uczyni  zbrodnię,  najwygodniej  według  przepisu  na  trujące  ciasta.  W  zanadrzu  trupa 
mojego  przepis  ukryty  będzie.  Przykrej  tej  przeprawy  można  uniknąć,  nie zastanawiając się  nigdy nad  niewiastą  wziętą. 
Rozkazanie w czas i należnie silne wystarczy. 

Zanim Franuś wyruszy do przeznaczonych lądów, może podróżować dla pouczenia i rozrywki, może zwiedzać kraje 

znane dawno, ale nigdy niechaj nie wyjeżdża istotnie. Daleko godniej w marzeniach przewędruje glob ziemski, co go nie 
znuży, uwolni od kosztów. A niepotrzebna konieczność lichych ziemskich widoków w mrakę się zasnuje niewidzialną. 
Tyle słów, spisanych dla ciebie, chłopczyku niepewny. Żadnego żegnania, gdy  na  nieskończoność  idę, choć  ujemną. 
Śmiesznie powiedzieć, a jednak ujemny wiecznie trwać będę. Odwołuję się na ścisły rachunek, podany u wstępu. Wobec 
faktu  trwania zawsze,  mogę  Franiowi być pomocnym. Na żądanie  nawet  samego  wielkorządcę-żarłoka przyślę. Tylko że 
wszelkie me działanie musi być zawsze ujemne. 
Wynalazłem powagę, znaczenie odgadłem godziny trzeciej. Jakże  wyjątkowa, ze  wszystkich  godzin jedyna! W  niej się 
ostateczność waży: trud grzebania i objawienia wesołość. 
Zaznałem słodkości i nic mi po tym: 

‘Ασχλ’αω (rozpaczam) 

Ot i godzinę sam sobie wydzwonię. Pełny jestem wstrętu. 
Zgiełkiem nabijanej blachy radują się pijane przedmieścia. Więc niechaj spłoną! Przez dzieło litości niechaj spłoną! 
A na jaskółczych skrzydłach pożarnych dymów uleci nuda waszego miasta, nuda świątyń, nuda pałaców — 
nuda klombów sadzonych, nuda bawialni, nuda haremów — — — 
Już może sen mój przyjdzie, mój sen upragniony — 
Sen biały lodowców — 
sen trwożny limby samotnej, 
sen wonny azalii o skonie w przymrozku nad świtem — 
Tymczasem zajrzę jeszcze do proroków". 

Przyozdobił papier podpisem i pieczęcią, na widoku kantorka go złożył i nie oglądając się za niczym, wyszedł. W 

podwórzu zziajanego chłopca przycapił i powlókł. 

Odeszła  burza.  Uciekają  spąsowiałe  obłoki  pod  zachód  słońca.  W  powietrzu  rozpachniała  siarka.  Kasztany 

zapaliły,  niby  boże  drzewka,  różowe  świeczki  swych  kwiatów.  W  lipowych  alejach  ogrodu  pobrzękiwały  pierwsze 
chrabąszcze. Pan Pichoń sunie przez ścieżki rozmokłe. W ciemnej dłużni drzew prześwieca mu strzęp biały drzewnego 
włókna.  Zwisa  konar  z  pnia  bezwładnie,  odsłaniając  ranę  młodego,  strzaskanego  świerka.  Wkoło  park,  cały  płaczący. 
Padają  łzy,  słychać.  Łzawią  się  mchy  brodate,  niejeden  pień  zgrzybiały  stęka,  gazony  przez  rzewność  płynącą 
wymlaskane  świeżo.  Całe  towarzystwo  popłakujące.  Za  kim?  Oczywiście  —  za  świerkiem.  Młody,  wysmukły, 
dorodny, przyszłość mieć musiał najwidoczniej. Żył w otoczeniu. Oglądano go. Padały uznania, oceny.  Musiała się 
skupić około niego życzliwość. Pan Pichoń zaklął, wbijając stopę w nabrzmiałą od ulewy ścieżkę. Ucieszył się tym figlem 
malec,  nie  wiedząc,  że  opiekunowi  brakło  otoczenia,  że  w  obcym,  nieodpowiednim  usychał  klimacie,  co  poważnie 
wzięte, przedstawia się smutno i inaczej jak nogi tupnięciem, nie da się wyrazić. 

Podeszli  do  drzewa.  Palcem  dłubie  pan  Pichoń  w  ranie  strzępiastej. Tu  żyła  nadzieja, dokładnie  wyczuwa,  zdrapuje 

paznokciem.  Jest  dowód:  nie  wolno  mieć  nadziei.  Świerkowi  nie  wolno,  a  i  jemu  także.  Nadzieja  w  niebie  się  rodzi,  w 
podziemiu się skrywa. Piorunom podobna. Obcowania z ludźmi, ze stworzeniem niezwyczajna. Druzgoce i mija. Jako w 
drzewo bujne ugodziła w niego, moc odebrała, wióry w duszy pozostały. Wiośniane zwiewy niepewności wdrożyły ziąb w 
cieplarnie marzonych jego krzewów — krzewy zwarzyly. 
Niespokojny pędrak naprzód go ciągnie usilnie. Doszli do studni. Spacer pożegnalny. Miejsce ceremonii wyodrębnia się, 
pasmem mroku odrzyna się od oświetlonych rynkowych kamieni. 
Jako własność dawną bierze je w posiadanie uczeń wieczności wzgardzony. Na kupie wymulonych kamieni przysiadł 
wraz z dzieciakiem i głosem niedbałym, ospale, uwielbiane ongi postacie zagadnie: 

—  Zaklinam ciebie przez wonne łkanie zdeptanego pęku,  

przez burzę dzwonów pogrzebów plakanych,  
przez szal organów płonącej świątyni,  
przez bunt kurzawy pijanych orkanów,  
przez obłęd dymów zagrzebanej wioski,  

background image

 

26 

przez żar oddechów przebrzmiałej piosenki,  
przez litość ciszy w spowiedzi wieczorów,  
przez żal konarów za pieszczotą wiosny,  
przez pojęk mewy ciągnionej w odmęty,  
przez szept oddali zaprzedanych mrokom i  
przez złowieszcze stawisk mamrotanie —  
O bądź łaskawy nad wielkością mych pragnień i nad ciężarem troskań bezlicznych, wiekuistych! 
Znaj miłosierdzie zbawionych grzeszników, znaj głód pytania 
wędrownych pasterzy — i przemów — 
Świsnął pocisk kamienia w powietrzu. Nie może usłyszeć pan dyrektor, zatopiony w sztucznym układaniu wzniosłego 
modlenia. Zauważył tylko, jak olbrzym głowę poczciwą nachyla, znak daje, usta w życzliwym uśmiechu porusza. Więc 
się dokonywa powinność, kamień da się wzruszyć. O pozory! o modlitwo! 

Sypią się gruzy na skronie, na twarz pana Pichonia. Unieść oblicza nie odważy się, głowę kornie chyli coraz niżej. 

A gdy już chciał przywołać chłopaka, by mu szczęśliwość oznajmić, ujrzał postać nieznaną i ze zdziwienia osłabł. Ledwie 
może patrzyć. Z krużganka okólnych cieniów na skręconych nóżkach bieży ku studni dziewczynka. Trzynastoletnia być 
może. Z brzydkiej twarzyczki uśmiecha się lubo. Liczko ciemności rozświetla. Skurczyła się, zasiadłszy tuż pod cysterną. 
Znanym  rytmem  sieje  studziennik  w  niemym  ryhocie  sine  perły  na  drobną  główkę  i  młodzi  jej  sploty,  długim  snem 
zmożone. Z zapachu domyśla się pan Pichoń: wiecznie powrotna wiosenka-krzywonóżka. Zawiewa od niej ciąg ciepły, 
łagodny. Biedne nożyny leniwie wyciąga. Odchyla sine usteczka. A Franek podbiegi i całuje jej powieki. Przebudzona, 
uśmiecha się do chłopczyka, koszulkę na piersi naciąga. Biorą się za ręce i odpływają powoli w głąb ogrodu, zapatrzeni w 
siebie. 

Nie  wrócą.  Doskonale  rozumie  dyrektor.  Zmarnowanie  pożytkiem  się  stało,  wysłuchana  prośba.  Wiosenka,  proroków 

wysłanka, po. wiodła chłopczyka w szczęśliwe krainy. Przyjdzie odrodzenie, nowe światy zaludni. Pokolenia zacne się rozpłodnią. 
On sam, pan Pichoń, już się poświęci, precz zejdzie. 
Wygramolił się z jamy i potrącając gipsowe odłamki uszu, nosa, odchodzi. Kapelusz sztywnie trzyma w ręku, zgina się w ukłon 
poddańczy i zbawcom składa podziękę. 
— Stoicie tutaj, panowie, więc was musiałem zagadnąć. Bo i czy stalibyście inaczej, nie mając nic do powiedzenia? Długo dajecie 
czekać, boście kamienni. W każdym razie ładnie, żeście choć w części usłuchali prośby. Bywajcie! 
Nadciągają z powrotem halabardnicy nocni. Uważa za wskazane przed nimi uchodzić. Przestrzeni wolnej mu trzeba, nic nie 
może stanąć w drodze. Okropność nim wstrząsa na myśl o jakimkolwiek z ludźmi spotkaniu. Rzucił się w noc wielką. 
Przebiera nieudolnie nogami, zapada się, rani. Ale świętość ze sobą unosi, więc po ziemi się kula, byle dalej. Przemknął 
wzdłuż strasznie chciwych na echo ścian kamienic, wytarzał się w białej mazi gościńca, przedarł przez zdradne podkopy okólnych 
wałów, wądoły wapienne minął, przystanął u mostu. 
Musiał twarz rękami zakryć. Stłoczony, dźwigając tobołki, pociągnął tłum przedmiejski w stronę miasta. Spętał na chwilę 
uwagę, wyrozumiał zdarzenie: — przed zalewem chroni się nędza. Splunął za ciżbą. 
Most opustoszał. Wypoczywa umęczony wędrownik. Oparł czoło o poręcz żelazną. Czuje, jak się pomost chybocze. Pod stopami rzeka 
pomrukuje, skupia się, siły zbiera. Brzegi wygryza coraz szerzej. Jako pochód niewstrzymany płynie. A lśni się, niby metalowa trumna. 
Chwały pełna. Niosą ją blaski setnych mieczów. Woda wzdyma się i ściele miękko, jedwabiście. Jest majestat i przejrzyste, kryształowe 
wieko. Rzeka — płynąca trumna. Dla pośrednika w rzeczach ostatecznych najbardziej odpowiednia. Chwila jedna w myśl mu cisnęła 
paradę arcytrudną. 
Wybór uczynił nagły i zbiegł do swojej lepianki. Tarasa nie zastał. Po omacku wsunął się do czarnej izby i na klęczniku małą 
łojówkę  umocnił.  Odwiązał  zwitek  z  przepisem  na  trujące  ciasta,  zeschłe  Watki  w  dłoniach  roztarł,  ucałował  kosmyk 
przechowanych włosów, po czym starannie świstek związał i w zanadrzu umieścił. Ze wszystkich lapek szczury powypuszczał, a gdy 
szmer  po  nich  zaginął,  księgę  zpoematem  oraz  wachlarz  z  podobiznami  na  pulpicie  rozłożył.  Otoczywszy  się  w  ten  sposób 
najdroższymi szczegółami swego posiadania, na klęczniku się rozparł, twarz dłoniom oddał. 
Odtąd już tylko nie napisany poemat przeżywał, prawił przedzgonną egzortę, fragmentaryczny cykl tworzył: 

Los Caprichos*. (Kaprysy – cykl graficzny Goi) 

Nadsłuchuje:  idzie  rzeka,  rośnie.  Z  dala  skrzykują  ludzie  ratujący.  Prysnął  płomyk  łojówki,  ogarek  zachwiał  się  i  na  ziemię 
padłszy, zgasnął. Wichr okiennice roztrącił, odrzuca zasłonę. Smugi łuczyw przez wartę palonych skroś rzeki się pokładły 
niby przedługie zjadliwe jęzory. Fale lecą brudne, tłuste, potrącają się bezgłośnie. Tuż-tuż przez okno przeleżą. Zbiją się, stłoczą, 
niby dzików zgłodniała czereda. Jako kły ostre biała piana łyska. 
Rzeka puchnie. Fale jedwabiste, wodo okrutnie myśląca, trumno płynąca! 
Tarzają się wiry wśród nadbrzeżnych wiklin, zwisłe gałązki gnębią. Klekocą zajadle, szarpiąc korzeniami. Coś nagle bryźnie, 
chluś-nie swawolnie i od nowa zaciskają się wód niedobre pięści, o ściany chałupki rozdzielają miarowe szturchańce. 
Bąknął żuk czarnooki, przeleciał. Żywota czyjegoś ważkę dźwięcz-noskrzydłą na kołysanych trzcin puszyste kity uniósł dla radości. 
Usunął się pan Pichoń, o ziemię ciałem gruchnął i w głos się pożalił: 

background image

 

27 

— O ważko, moja ważko, bycie, mój bycie! Przylgnął ustami do białego kółka na geograficznej posadzce. Ostatnim, rozpacznym 
westchnieniem zamyka przed sobą pocałunkowe wrota darowanych rajów, których nie dojrzy, do których nie wejdzie. 
A  domowina  czuwa,  jeszcze  czuwa.  Do  alkowy  głos'no  s'mierć  wchodzi,  ta  najlepsza,  całkiem  pospolita,  z  twardym  żalem. 
Milknijcie, fale! s'cichajcie! 
Oto spowiedź głucha gdyby odgłos pięści zapadających w załom schorzałych skrzeli. Ropieją nabrzmiałe otoki. Wiec czas? — 
Przemówmy, czując, że jeszcze — 
Czasy! czasy! pisane i znaczone czasy. Cześć wam, nieznane czasy, wam, starcy nabożni, i wam, zakażone niemowlęta. Długim rzę-
dem spocznijcie na przyzbie pilnie gotowanej, a głód wasz ukójcie we śnie o skwarze słońca, bacząc godziny s'miertelnego 
tężca. 
Gromadzi się w piersiach głuche stękanie niby dziewki najemnej utyskiwanie smętne za zmarniałym mieniem i za wianuszkiem, 
wianuszkiem, który zwiądł. 
Zwiądł, s'wiegotliwe ptaszęta, zwiądł. Milknijcie, fale! Spowiedź głucha, zmieranie ciężkie. Skąd przybył? I po co? Z której przystani 
porwany jego korab odpływów podstępem? Która godzina? czy  dzień który lub noc, gdzie wioska czy  miasto, gdzie kraj ten 
dziwny czy morze nieznane, kędy się stało to jego poczęcie? Swoich nie znał, nie pamięta. W łozinowej porzucon kobiałce. Jako 
prorok smutny. 
Prorok  —  niegodny  —  zmarnowany  —  smutny.  Skowytem  szkła,  wtłaczanego  w  żwir  ścieżki  nogą  przechodnia  —  zawrotnym 
piskaniem odrzwi u zawiasów trupiarni  — parnym jękaniem dziewicy zległej w zwidzeniach snu lubieżnego — igielnym świstem 
konających, suchotniczych piersi — szumnym płaczem brzozy nad wyschniętą rzeką — skarży się młodość jego na minione lata, na 
błędne i ponure lata. Był zawsze sam sobie okropnym zdziwieniem, co wrosło przed nim czarną, wilgną ścianą, pod którą 
cuchnęła potworna padlina, żywiąca mnogie, nieznane robactwo, na żabich nóżkach podskakujące w świątecznych pochodach, 
czułymi ślepkami łasiczek uwielbiające zaćmione księżyce. 
Był jako gałąź wczesna, odszczepiona ostrą dłonią wichru z pnia kwieciem płonącej czeremchy. 
Gdzieś kwitnął ongi, w późną jakąś wiosnę na cmentarnym drzewie.  
Dziś prorok, życia ofiarę czyniący — 
Bywajcie, fale! Ruszaj, rzeko! Franek przecie wyzwolony będzie. 
Dzieło się zaczyna. 
Skurcz kilkakrotnie nim szarpnął, ręce wygiął, wyprężył. Głową czołobitnie o przylądek dobrej nadziei uderza, I głuchnie 
na groźną przemowę rzeki. Woda pianę z ust mu zmywa — nie czuje. Sypie się na niego wapno wielkimi płatami. Trzeszczą 
krokwie. Przez okno włazi skulona dnia słonecznego pogoda. Lekki powiew żałobne unosi zasłony i jako pogrzebu proporce nad 
Pichoniem wzdyma. A chatka już tańczy w brudnych nurtach powodzi. 
W płynącej trumnie odjeżdża pośrednik w rzeczach ostatecznych ku oceanom rozlewnym. Niosą go prądy spiętrzone i z wolna 
odżyje. A tam, gdzie koniec, który być musi na kamiennym cyplu, wśród fal bijących usiądzie, by się zabyć w pamięci o nie 
osiągniętych rzeczach wieczystych. Dłoń lewą ułoży na grzywach spienionych  wałachów, żywiąc kości łamiącym bólem ich 
obłędnej trwogi. Ujarzmi je w skoku nad głębią i drżące radośnie dzierżyć będzie w dłoni. Prawicą mewy znęci na łaskawość dla dni 
swoich ostatnich. Dla dni, kiedy od Franka przyjdą miłe wieści. Tchnie wówczas radośnie i poczną się wiry. Nad wirami, nad wirami 
pieśń zanuci o swoim szczęściu. 
Zwraca uwagę najbardziej oślepłą niepoślednie wszelkiego rodzaju: 

Pantomima pośmiertna 

Teatrum odbywa się przeważnie w godzinach poobiednich i jest bezpłatne. Ludowa ta scena zgrywa się z naiwnością 
szekspirowską  w  ulicach  miasta.  Wychowuje  i  przyciąga  najlekkomyślniejszych  przechodni.  I  jak  w  dramatach 
najbardziej  rzeczywistych,  tragiczność  zeskakuje  najczęściej  do  parteru,  czyli  tam,  gdzie  jej  nikt  nie  szuka  lub 
najwyżej jaki utylitarny karykaturzysta, również w pantomimie pośmiertnej najbardziej istotne jest znaczenie gestów 
u  widzów,  którzy  w  obojętności  swojej  zostali  zaskoczeni.  By  krótką  perypetię  móc  pochwycić,  należy  na  migawkowe 
zdjęcie nastawić spostrzegawczość. Widzowie bowiem są w ruchu, do uprzyjemnień czy też zajęć śpieszą, a przede wszystkim 
osobliwie  myślą,  bo  trawią.  Zajmujące jest  ustosunkowanie  się  wrażeń  ujemnych  do  trawienia  dodatnich  przeżyć.  Działanie 
piorunujące. Na widok żółtej czy czarnej skrzynki każdy z ulicznej gawiedzi naśladuje posąg kamienny, nieraz nawet pozostając w 
ruchu. Przez nieuchwytną chwilę zewsząd szpieg życia wybiega, pod próg tajemnicy konania podpełga. Jest bezwiedne oddanie 
nagrobnych rzeźb Thorwaldsena. Objaw gromadnie ludzki, a jego brzydota beznadziejnie poszukuje artysty. Może brzydki dlatego, 
że Thorwaldsena rzeźby są brzydkie, a dramatyczność, niebacznie w kamieniu więziona, do ludzi uciekła. Oddając, co się winno, 
żywą akcję wymienić należy oraz cudnie nowoczesną, zastrachaną, szybką metodę przejrzystego wglądania w publiczne śmierci 
przedstawienie.  Stąd  doniosłe  znaczenie  Trzeciej  godziny  po  południu.  Pan  Pichoń,  który  nawet  kamiennym  gestom 
nakładał podniosłe znaczenie, mógł bez wysiłku odkryć i godzinę Trzecią. Kryje się w tym jego nie nagrodzona zasługa, której 
mówić  się  musi  w  każdej  monografii,  choćby  najbardziej  ozdobnej,  ale  siłą  praw  ziemskich  przeznaczonej  dla  pracowitych, 
zdrowych i skromnych obywateli. 

Pośmiertna pantomima tego samego Pichonia doczekała się rozwlekłej oceny spod pióra najzdolniejszego reportera w mieście. 

Szereg  popłatnych  wydarzeń,  jak:  barbarzyńskie  uszkodzenie  chluby  miasta  —  starej  rzeźby,  osadzenie  w  aresztach 

background image

 

28 

małego  roznosiciela  gazet za niedozwoloną miłość w miejskim ogrodzie z nieletnią głuchoniemą  złodziejką,  elementarna 
klęska  powodzi,  samobójstwo  Charona  i  zbrodniczy  testament,  całą  przeobfitość  kinematograficznych  programów  w 
garnirowany felieton ułożył. Studium swe nagłówkiem opatrzył, który jest niejasny: Konstrukcje Dziwactw Genialnych 
(przeoczył naczelny redaktor). Całość artykułu rozpadała się  w chaosie szczegółów, nieraz nużąco lirycznych. Między 
innymi wspomina autor, że Taras o barwnym pióropuszu w lichym czółenku gonił 
chatkę, unoszącą trupa samobójcy. Sentyment zbyteczny. W zakończeniu głosił awanturnicze pomysły, dozwolone wprawdzie, choć 
powinny być zakazane. Pisał z emfazą: 
„Zapada się gmach estetyki urzędowej, wzdychania do piękności cichną. Nie mamy ludzi pięknych ni długowłosych trubadurów, ni 
rycerzów  dorodnych.  Ludzie,  których  wywodzi  nam  nasza  współczesność,  są  brzydcy.  Podchodzą  śmiało  do  życia  ohydy,  w 
śmietnikach grzęzną, a czasem jeno cicho tęsknią za lepszym. 
Cierpienia ich muszą być brzydkie i dziwaczne i to jest całe ich piękno. Uczmy się nowego piękna, z bliźnimi zapoznawajmy 
się,  z  braćmi.  Pisząc  o  nich,  nie  pisujmy  pięknie  o  dziwactwie,  ale  dziwnie  o  brzydkiej  piękności.  Stwarzajmy  konieczną, 
współczesną  estetykę  brzydoty,  artystów  jej  dajmy,  głośmy  religię,  szukajmy  wyznawców".  Ujemny  wpływ  pana  Pichonia  na 
potomność był więc zapewniony.