background image

 

William Butler Yeats 

 

Hanrahan Rudy i inne 

opowiadania 

 

Mythologies 

 

Tłumaczyła Jadwiga Piątkowska 

background image

 

OPOWIEŚCI O HANRAHANIE RUDYM   
 
1897 
 
poprawione w 1907 r. z pomocą Lady Gregory 
 
 

background image

 

Hanrahan Rudy   

 
Hanrahan, nauczyciel wiejski, rosły, silny, rudowłosy 

młodzieniec, wszedł do stodoły, gdzie w wigilię Samhain 
siedziało  paru  mężczyzn  ze  wsi.  Była  to  niegdyś  chata 
mieszkalna,  a  gdy  właściciel  wybudował  sobie  lepszą, 
połączył  dwie  izby  i  przeznaczył  do  przechowywania 
rozmaitych  rzeczy.  Na  starym  kominku  płonął  ogień, 
łojowe  świece  wetknięto  w  butelki,  a  na  deskach, 
położonych  na  dwóch  beczkach  na  kształt  stołu,  stała 
czarna  flasza  mieszcząca  kwartę.  Niemal  wszyscy 
mężczyźni  siedzieli  wokół  ognia,  a  jeden  śpiewał  długą 
zawiłą  pieśń  o  człowieku  z  Munster  i  człowieku  z 
Connacht, którzy wiedli spór o swe krainy. 

Hanrahan podszedł do gospodarza i rzekł: 
– Otrzymałem wieść od ciebie. 
Powiedziawszy  to  urwał,  gdyż  stary  człowiek  z gór, 

w  koszuli  i  spodniach  z  nie  bielonego  barchanu,  który 
siedział  samotnie  nie  opodal  drzwi,  przyglądał  mu  się, 
obracając w dłoniach starą talię kart i mamrocząc. 

– Nie zwracaj na niego uwagi – rzekł gospodarz – to 

jedynie  obcy,  który  przyszedł  przed  chwilą,  a 
zaprosiliśmy go, gdyż to wieczór Samhain; sądzę jednak, 
że  jest  niespełna  rozumu.  Posłuchaj,  a  usłyszysz,  co 
mówi. 

Poczęli  więc  słuchać  i  usłyszeli  mamrotanie  starca 

background image

odwracającego karty: „Wino i Dzwonki, Odwaga i Moc; 
Żołądź i Czerwień, Wiedza i Rozkosz”. 

–  Gada  tak  już  od  godziny  –  rzekł  gospodarz,  a 

Hanrahan odwrócił oczy od starego, jak gdyby nie chciał 
nań patrzeć. 

–  Otrzymałem  wieść  od  ciebie  –  rzekł  ponownie 

Hanrahan. – Powtórzył mi posłaniec: „Jest w stodole wraz 
z trzema krewniakami z Kilchriest, a jest też z nimi paru 
sąsiadów”. 

–  Oto  mój  krewniak,  który  pragnie  cię  widzieć  – 

rzekł gospodarz i przywoławszy młodzieńca w sukiennej 
kapocie,  słuchającego  pieśni,  powiedział:  –  Oto  Rudy 
Hanrahan, dla którego masz zlecenie. 

– Zaiste, miłe to zlecenie – powiedział młodzieniec – 

gdyż przesyła je twoja miła, Mary Lavelle. 

– Jak otrzymałeś zlecenie od niej i skąd ją znasz? 
– Nie znam jej w rzeczy samej, lecz byłem wczoraj w 

Loughrea,  a  jej  sąsiad,  z  którym  trochę  handluję, 
powiadał,  że  prosiła  go,  by  cię  powiadomił,  gdy  spotka 
kogo z tych Stron na jarmarku, o śmierci jej matki, a jeśli 
chcesz ożenić się z nią, gotowa jest dotrzymać ci słowa. 

– Dalibóg, pójdę do niej – rzekł Hanrahan. 
–  A  prosiła  także,  byś  nie  zwlekał,  gdyż  jeśli  nie 

będzie  miała  męża  w  domu  przed  upływem  miesiąca, 
może się przydarzyć, że jej skrawek ziemi oddadzą komu 
innemu. 

Usłyszawszy  to,  Hanrahan  podniósł  się  z  ławy,  na 

której siedział. 

background image

– Dalibóg, nie będę zwlekał – rzekł – księżyc jest w 

pełni i jeśli dojdę dziś w nocy do Kilchriest, będę u niej 
jutro przed zachodem słońca. 

Gdy posłyszeli to inni, śmiać się poczęli z niego, że 

tak  mu  spieszno  do  miłej,  a  jeden  zapytał,  czy  zamierza 
porzucić  szkołę  w  starym  wapienniku,  gdzie  tak  dobrze 
nauczał  dzieci.  Lecz  odrzekł  mu  Hanrahan,  że  dzieci 
pewnie  się  ucieszą,  gdy  rano  nie  znajdą  tam  nikogo,  kto 
by je zapędził do roboty; co się zaś tyczy szkoły, może ją 
założyć znów gdziekolwiek, gdyż ma niewielki kałamarz 
zawieszony  na  łańcuszku  u  szyi,  a  dużego  Wergilego  i 
abecadło za pazuchą. 

Kilku  wieśniaków  poprosiło  go,  by  wypił  z  nimi 

szklaneczkę  przed  odejściem,  a  młodzieniec  pewien 
chwycił  go  za  połę  mówiąc,  że  nie  odejdzie,  póki  nie 
zaśpiewa  im  pieśni,  jaką  ułożył  na  cześć  Wenus  i  Mary 
Lavelle. Wychylił więc szklaneczkę whisky, lecz rzekł, iż 
nie pozostanie dłużej, gdyż chce czym prędzej wyruszyć 
w drogę. 

–  Czasu  jest  dość,  Hanrahanie  Rudy  –  rzekł 

gospodarz.  –  Będziesz  miał  dość  czasu,  by  wyrzec  się 
zabawy,  gdy  będziesz  po  ślubie,  a  być  może  nieprędko 
zobaczymy cię znowu. 

– Nie zostanę z wami – rzekł Hanrahan – myśl moja 

byłaby daleko stąd, biegnąc ku niewieście, która po mnie 
posłała, a oto siedzi samotna i czeka mego przybycia. 

Kilku  innych  otoczyło  go,  napierając,  by  ich  nie 

opuszczał  przed  końcem  nocy,  gdyż  był  tak  miłym 

background image

kompanem i znał tyle pieśni i wszelkiego rodzaju sztuk i 
żartów, lecz wymówił się im i odepchnąwszy ich, ruszył 
ku  drzwiom.  Ledwie  jednak  postawił  nogę  na  progu, 
podniósł  się  stary  przybysz  i  położywszy  na  dłoni 
Hanrahana rękę chudą i wyschłą niby szpon ptasi, rzekł: 

–  Być  to  nie  może  Hanrahan,  człek  uczony  i  wielki 

pieśniarz,  jeśli  chce  porzucić  kompanię  w  wieczór 
Samhain,  Zostań  więc  i  zagraj  ze  mną;  mam  tu  stare 
karty,  co  mi  niejedną  noc  służyły,  a  choć  są  już 
zniszczone,  stracono  dzięki  nim  lub  wygrano  wiele 
bogactw tego świata. 

–  Niewiele  bogactw  tego  świata  zostało  przy  was, 

dziadku – rzekł jeden z młodych spoglądając na bose nogi 
starego,  a  wszyscy  wybuchnęli  śmiechem.  Jeden 
Hanrahan  nie  roześmiał  się,  lecz  siadł  spokojnie,  bez 
słowa. Wówczas jeden z mężczyzn powiedział: 

– Tak więc zostaniesz z nami, Hanrahanie. 
Na to starzec odparł: 
–  Zaiste  zostanie,  czyż  nie  słyszeliście,  gdy  go 

prosiłem? 

Spojrzeli  wszyscy  na  starca,  jak  gdyby  dziwiąc  się, 

skąd tu przybył. 

–  Z  daleka  przyszedłem  –  rzekł.  –  Przemierzyłem 

Francję, i Hiszpanię, i Lough Greine o tajemnym ujściu, a 
nikt nie odmówił mi niczego. 

Zamilkł  później,  a  że  nikt  nie  miał  ochoty  go 

wypytywać,  zaczęli  grę.  Sześciu  grało  przy  stole,  a 
pozostali  przyglądali  im  się  z  tyłu.  Zagrali  dwa  lub  trzy 

background image

razy bez pieniędzy, po czym starzec wyciągnął z kieszeni 
czteropensową  monetę,  gładką  i  cienką  od  starości, 
wzywając  pozostałych,  by  także  coś  dołożyli  od  siebie. 
Wszyscy  położyli  więc  coś  niecoś  na  stole,  a  choć  było 
tego  niewiele,  wydawało  się  sporo,  gdy  przesuwali 
pieniądze  jeden  ku  drugiemu,  gdy  najpierw  jeden 
wygrywał,  a  później  jego  sąsiad.  Czasem  szczęście 
odwracało się od gracza i tracił wszystko, a wówczas ten 
lub  ów  pożyczał  mu  nieco,  a  on  oddawał  z  wygranej, 
gdyż  ani  dobra,  ani  zła  karta  nie  trzymała  się  długo 
nikogo. 

Raz Hanrahan rzekł jak człowiek we śnie: 
– Czas mi już odejść. 
Lecz  właśnie  wówczas  dostał  dobrą  kartę,  więc 

zagrał  ją,  a  pieniądze  zaczęły  doń  przechodzić.  Raz 
wspomniał  Mary  Lavelle  i  westchnął;  wówczas  opuściło 
go szczęście, więc zapomniał o niej znowu. 

Wreszcie  szczęście  uśmiechnęło  się  do  starego  i 

zostało przy nim, a wszystko, co mieli, spłynęło doń, on 
zaś  zaczął  chichotać  i  przyśpiewywać  sobie:  „Wino  i 
Dzwonki,  Odwaga  i  Moc”,  bez  końca,  jak  gdyby  był  to 
urywek pieśni. 

Po  chwili  każdy,  kto  spojrzałby  na  owych  łudzi,  na 

ich  ciała  kołyszące  się  miarowo  i  oczy  utkwione  w 
dłoniach  starego,  pomyślałby,  że  musieli  wypić  lub 
postawili  na  karty  cały  majątek,  jaki  posiadali;  nie  było 
tak jednak, gdyż kwarciana flasza, nie tknięta od początku 
gry,  była  jeszcze  niemal  pełna,  a  wszystko,  o  co  grali, 

background image

składało się jedynie z paru sześciopensówek i szylingów, 
z dodatkiem garści miedziaków. 

– Dobrzy z was kompani do wygranej i do przegranej 

– rzekł starzec – sercem gracie. 

Począł  przerzucać  i  mieszać  karty,  szybko  i  żwawo, 

aż wreszcie nie można było ich dojrzeć, a wydawało się, 
że  czyni  ogniste  kręgi  w  powietrzu,  podobnie  jak 
wyrostek kręcący zapalonym kijem; później zdało im się, 
że w całej izbie nastał mrok, i niczego nie mogli dojrzeć, 
prócz jego dłoni i kart. 

W  tejże  chwili  zając  wyskoczył  spomiędzy  jego 

dłoni,  a  nikt  nie  wiedział,  czy  to  jedna  z  kart  obrała  ów 
kształt,  czy  też  uczynił  go  z  niczego  w  rękach,  lecz  oto 
biegł po podłodze stodoły, równie chyży jak każdy żywy 
zając. 

Niektórzy  wpatrywali  się  w  gająca,  lecz  większość 

miała  oczy  utkwione  w  starego,  a  wnet  ogar  wyskoczył 
spomiędzy  jego  rąk,  jak  przedtem  zając,  a  później  drugi 
ogar, i jeszcze jeden, aż wreszcie cała ich sfora gnała za 
zającem wokół stodoły. 

Wszyscy gracze powstali, obróceni plecami do stołu, 

cofając  się  przed  ogarami,  na  pół  ogłuszeni  głośnym 
ujadaniem;  lecz  choć  ogary  były  rącze,  nie  mogły 
doścignąć zająca, który mknął w kółko. Wreszcie wydało 
się,  jak  gdyby  podmuch  wiatru  wyważył  drzwi  stodoły, 
zając  skręcił  i  przeskoczywszy  stół,  na  którym  przedtem 
grali,  wypadł  przez  drzwi  i  popędził  w  noc,  a  ogary  za 
nim, ponad stołem i przez drzwi. 

background image

Wówczas starzec zawołał: „Za ogarami, za ogarami, 

wspaniałe polowanie zobaczycie tej nocy”, i sam wypadł 
za nimi. Lecz choć lubili polować na zające i chętni byli 
do  zabawy,  nie  mieli  odwagi  wyjść  w  noc,  tak  więc 
jedynie Hanrahan powstał i rzekł: 

– Ja pójdę, ja pójdę za nimi. 
– Lepiej pozostań tu, Hanrahanie – rzekł młodzieniec 

stojący  tuż  obok  –  gdyż  możesz  narazić  się  na  wielkie 
niebezpieczeństwo. 

Lecz Hanrahan odparł: 
– To będzie uczciwa gra, to będzie uczciwa gra – po 

czym wytoczył się za próg jak człowiek we śnie, a drzwi 
zamknęły się za nim. 

Wierzył, że widzi starca przed sobą, choć był to tylko 

jego  własny  cień,  który  przy  pełni  księżyca  wyrastał 
przed  nim  na  drodze.  Słyszał  jednak  granie  ogarów  w 
pogoni  za  zającem  na  rozległych  zielonych  polach 
Granagh,  więc  podążył  szybko  za  nimi,  gdyż  nic  nie 
mogło  go  powstrzymać.  Po  pewnym  czasie  dotarł  do 
mniejszych  pól,  otoczonych  niskimi  murkami  z  luźno 
ułożonych  kamieni,  a  przechodząc,  strącił  ich  kilka,  lecz 
nie  przystanął,  by  je  na  powrót  ułożyć;  gdy  zaś  mijał 
miejsce,  gdzie  rzeka  wpada  pod  ziemię  w  Ballylee, 
usłyszał  ogary  przed  sobą  w  górze  nurtu.  Wkrótce  biec 
było  trudniej,  podążał  bowiem  pod  górę,  a  gdy  chmury 
zakryły  księżyc,  z  trudnością  dostrzegał  drogę.  Raz 
zboczył  ze  ścieżki,  by  iść  na  przełaj,  lecz  stopa  osunęła 
mu  się  w  bagnisko, więc  musiał  zawrócić.  Nie  wiedział, 

background image

jak długo szedł, ani jaką drogą, lecz wreszcie znalazł się 
na nagim szczycie, gdzie naokół rósł jedynie dziki wrzos, 
a  nie  słyszał  już  ni ogarów, ni  żadnego  innego dźwięku. 
Ujadanie  nadbiegło  jednak  znowu,  najpierw  z  daleka, 
później  z  pobliża,  a  gdy  zbliżyło  się,  urosło  nagle  w 
powietrzu,  a  odgłosy  polowania  rozległy  się  ponad  jego 
głową,  by  potem  odpłynąć  ku  północy,  aż  wreszcie 
przestał słyszeć cokolwiek. 

– To nieuczciwie – powiedział – to nieuczciwie. 
Nie  mógł  już  iść  dalej,  więc  usiadł  na  wrzosie  w 

miejscu,  gdzie  stał,  w  samym  sercu  Slieve  Echtge,  gdyż 
długa wędrówka pozbawiła go sił. 

Po  chwili  dostrzegł  drzwi  w  pobliżu  i  światło  za 

nimi,  więc  zdziwił  się,  że  nie  ujrzał  ich  wcześniej,  choć 
były  tak  blisko.  Dźwignął  się  mimo  znużenia  i 
przekroczył  próg,  a  choć  na  zewnątrz  była  noc,  we 
wnętrzu  napotkał  dzień  biały.  Zaraz  też  ujrzał  starca 
zbierającego tymianek i żółte kosaćce, a wydawało się, że 
były w nich wszystkie słodkie wonie lata. Starzec rzekł: 

–  Długo  wędrowałeś  ku  nam,  Hanrahanie,  uczony 

człeku i wielki pieśniarzu. 

I  zawiódł  go  do  wielkiego  jaśniejącego  domostwa, 

gdzie były wszystkie wspaniałe rzeczy, o jakich Hanrahan 
kiedykolwiek  słyszał,  i  wszystkie  barwy,  jakie  dotąd 
widział. W jednym krańcu znajdowało się podwyższenie, 
a  na  nim  w  wysokim  krześle  siedziała  najpiękniejsza  w 
świecie  niewiasta,  o  pociągłej  bladej  twarzy  otoczonej 
kwiatami,  a  wydawała  się  znużona,  jak  ktoś,  kto  długo 

background image

czekał.  Na  stopniu  poniżej  krzesła  siedziały  cztery  siwe 
staruchy,  z  których  jedna  dzierżyła  na  podołku  ogromny 
kocioł; inna trzymała na kolanach wielki głaz, a choć był 
ciężki,  wydawał  się  jej  lekki;  inna  miała  długą  włócznię 
uczynioną  z  zaostrzonego  drzewa;  a  ostatnia  dzierżyła 
miecz bez pochwy. 

Hanrahan  stał  długo  spoglądając  na  nie,  lecz  żadna 

nie  przemówiła  doń  słowem  ani  spojrzała  na  niego. 
Pragnął  zapytać,  kim  jest  owa  niewiasta  w  krześle, 
podobna  królowej,  i  na  co  czeka;  lecz  choć  język  miał 
obrotny i nie lękał się nikogo, nie odważył się przemówić 
do  tak  pięknej  niewiasty,  w  tak  wspaniałym  miejscu. 
Później  pragnął  zapytać  o  cztery  przedmioty,  które  siwe 
staruchy dzierżyły niby skarb największy, lecz nie umiał 
znaleźć godziwych słów. 

Wówczas  powstała  pierwsza  starucha,  dzierżąc 

kocioł  W  dłoniach,  i  rzekła:  „Rozkosz”,  a  Hanrahan  nie 
wyrzekł  słowa.  Powstała  druga  starucha  z  głazem  w 
dłoniach  i  rzekła:  „Moc”;  powstała  trzecia  starucha  z 
włócznią w dłoni i rzekła: „Odwaga”; wreszcie powstała 
ostatnia  z  mieczem  w  ręku  i  rzekła:  „Wiedza”.  Każda, 
przemówiwszy, czekała chwilę, jak gdyby Hanrahan miał 
zadać  jej  pytanie,  lecz  nie  rzekł  nic.  Wówczas  cztery 
staruchy wyszły za próg, unosząc z sobą cztery skarby, a 
odchodząc  jedna  rzekła:  „Nie  ma  on  dla  nas  żadnego 
życzenia”;  a  inna:  „Jest  slaby,  jest  słaby”;  jeszcze  inna: 
„Lęka  się”;  a  ostatnia  rzekła:  „Opuściły  go  zmysły”. 
Później zaś rzekły razem: 

background image

–  Echtge,  córka  Srebrnej  Ręki,  musi  pozostać  we 

śnie. Szkoda to, wielka szkoda. 

Wówczas niewiasta podobna królowej westchnęła ze 

smutkiem, a Hanrahanowi wydało się, że w westchnieniu 
owym  był  głos  ukrytych  strumieni;  a  choćby  miejsce,  w 
którym  się  znajdował,  było  dziesięćkroć  wspanialsze  i 
dziesięćkroć  bardziej  świetliste,  nie  mógłby  się  oprzeć 
senności,  która  go  ogarnęła.  Zatoczył  się  jak  pijany  i 
zwalił na ziemię tam, gdzie stał. 

Gdy  Hanrahan  się  ocknął,  słońce  świeciło  mu  w 

twarz,  lecz  biały  szron  pokrywał  trawę  dokoła,  a  na 
brzegach  strumienia,  płynącego  dalej  przez  Doire-caol  i 
Drim-na-rod,  widniał  lód.  Poznał  z  kształtu  wzgórz  i  z 
lśnienia  Lough  Greine  w  oddali,  że  znajduje  się  na 
jednym z wzgórz Slieve Echtge, lecz nie był pewien, jak 
się  tam  dostał;  utracił  bowiem  świadomość  wszystkiego, 
co  wydarzyło  się  w  stodole  i  podczas  wędrówki,  czuł 
jedynie znużenie stóp i sztywność w kościach. 

Zdarzyło  się  w  rok  później,  gdy  paru  mężczyzn  ze 

wsi  Cappaghtagle  siedziało  wokół  ognia  w  przydrożnej 
chacie,  że  Hanrahan,  wielce  wychudły  teraz  i 
wyniszczony,  z  włosem  długim  i  zmierzwionym,  zbliżył 
się  do  uchylonych  drzwi  i  poprosił,  by  zezwolono  mu 
wejść  i  odpocząć;  oni  zaś  zaprosili  go,  gdyż  był  to 
wieczór  Samhain.  Zasiadł  więc  z  nimi,  a  oni  podali  mu 
kubek whisky z flaszy mieszczącej kwartę; spostrzegłszy 
mały  kałamarz  zawieszony  u  szyi,  poznali,  że  jest 
uczonym, i poprosili go o opowieści o Grekach. 

background image

Hanrahan  wydostał  Wergilego  z  obszernej  kieszeni 

kapoty,  lecz  okładki  bardzo  poczerniały  i  nabrzmiały  od 
wilgoci, a karty, w miejscu gdzie je otworzył, bardzo były 
pożółkłe; nie wydawało się to jednak znaczyć wiele, gdyż 
spoglądał  na  nie  jak  człowiek,  co  się  nigdy  czytać  nie 
uczył.  Wówczas  chłopak  jakiś  począł  drwić  z  niego, 
pytając, czemu nosi z sobą tak ciężką księgę, jeśli czytać 
nie umie. 

Wzburzyły  te  słowa  Hanrahana,  włożył  więc 

Wergilego  na  powrót  do  kieszeni,  po  czym  zapytał,  czy 
nie mają talii kart, gdyż karty lepsze są niż książki. Gdy 
wydostali karty, wziął je i począł mieszać, a gdy to czynił, 
wydało się, że zaczyna powracać mu pamięć. Uniósł dłoń 
do twarzy jak ktoś, kto  usiłuje sobie coś przypomnieć, a 
później zapytał: 

–  Czy  byłem  już  tu  kiedyś?  Gdzież  to  byłem  w 

podobną noc? 

Potem  powstał  nagle  i  upuściwszy  karty  na  podłogę 

spytał: 

– Któż to przyniósł mi wieść od Mary Lavelle? 
– Nigdyśmy cię przedtem nie widzieli i nigdyśmy nie 

słyszeli o Mary Lavelle – rzekł gospodarz. – Kim ona jest 
i o czym to mówisz? 

–  Działo  się  to  właśnie  przed  rokiem,  byłem  w 

stodole,  mężczyźni  grali  w  karty,  pieniądze  leżały  na 
stole,  przesuwali  je  jeden  ku  drugiemu  to  tu,  to  tam. 
Otrzymałem  wieść  i  gotowałem  się  do  odejścia,  by 
odszukać Mary Lavelle, moją miłą, która mnie wzywała. 

background image

–  I  wykrzyknął  Hanrahan  donośnie:  –  Gdzież  byłem  od 
tego czasu? Gdzie byłem przez cały rok? 

– Trudno rzec, gdzie mogłeś przebywać w tym czasie 

– powiedział najstarszy z mężczyzn – lub w jakiej stronie 
świata  wędrowałeś.  Masz  pewnie  na  stopach  pył  wielu 
dróg, wielu bowiem podobnie wędruje i zapomina – dodał 
– gdy raz spocznie na nich ręka. 

–  To  prawda  –  rzekł  inny.  –  Znałem  kobietę,  która 

wędrowała  tak  przez  lat  siedem;  powróciła  później  i 
opowiadała  przyjaciołom,  że  często  chętnie  jadła 
pożywienie wyłożone w świńskich korytach. Najlepiej by 
ci było pójść teraz do księdza – dodał – niechaj zdejmie z 
ciebie, cokolwiek na ciebie nałożono. 

–  Do  mojej  miłej  pójdę,  do  Mary  Lavelle  –  rzekł 

Hanrahan  –  zbyt  długo  zwlekałem.  Skądże  mogę 
wiedzieć, co mogło się jej przydarzyć przez ów rok? 

Zbierał  się  więc  do  wyjścia,  lecz  doradzali  mu 

wszyscy,  by  pozostał  tu  przez  noc  i  nabrał  sił  przed 
podróżą. Potrzebował ich zaiste, gdyż słaby był bardzo, a 
gdy  położyli  przed  nim  pożywienie,  jadł  jak  człowiek, 
który  nigdy  dotąd  nie  widział  jadła.  Jeden  z  nich 
powiedział: 

–  Je,  jak  gdyby  przyszedł  prosto  z  łąk,  gdzie  nawet 

trawa nie rośnie. 

Hanrahan  wyruszył  o  brzasku  dnia,  a  czas  mu  się 

dłużył, nim przybył do domu Mary Lavelle. Lecz gdy tam 
dotarł,  zastał  drzwi  wyłamane,  strzechę  sypiącą  się  z 
dachu i ani żywej duszy dokoła. Gdy spytał sąsiadów, co 

background image

się z nią stało, mogli mu rzec jedynie, że wypędzono ją z 
domu,  poślubiła  jakiegoś  wyrobnika  i  wyjechała  z  nim 
szukać  pracy  w  Londynie  czy  Liverpoolu,  czy  też  w 
innym  dużym  mieście.  Nigdy  nie  dowiedział  się,  czy 
wiodło  się  jej  tam  gorzej,  czy  lepiej,  nigdy  bowiem  nie 
zobaczył jej już ni o niej usłyszał. 

 

background image

 

Splatanie powroza 

 
Pewnego  razu,  gdy  Hanrahan  wędrował  o  schyłku 

dnia  drogą  w  pobliżu  Kinvara,  dobiegł  go  dźwięk 
skrzypiec  z  chaty  na  poboczu.  Skierował  się  ku  niej 
ścieżką,  gdyż  nie  miał  zwyczaju  omijania  miejsc  z 
muzyką, tańcami, lub dobrą kompanią. Gospodarz stał w 
progu, a poznawszy przybliżającego się Hanrahana, rzekł: 

–  Witaj,  Hanrahanie,  nie  bywałeś  u  nas  przez  długi 

czas. 

Lecz  gospodyni  podeszła  do  drzwi  i  powiedziała  do 

męża: 

–  Wolałabym,  by  Hanrahan  nie  zachodził  do  nas 

dzisiaj,  gdyż  nie  cieszy  się  dobrą  sławą  wśród  księży  ni 
wśród  szanujących  się  kobiet.  A  nie  zdziwiłoby  mnie, 
sądząc z jego chodu, że podpił już nieco. 

Gospodarz rzekł jednak: 
–  Nigdy  nie  odprawię  od  mych  drzwi  Hanrahana 

poety – po czym poprosił go, by wszedł. 

Wielu  sąsiadów  zgromadziło  się  w  chacie,  a 

niektórzy  pamiętali  Hanrahana;  lecz  malcy  siedzący  po 
kątach słyszeli o nim jedynie, powstali więc teraz, by mu 
się przyjrzeć, a jeden zapytał: 

– Czy to nie ten Hanrahan, co miał szkołę, a którego 

One uprowadziły? 

Matka  zatkała  mu  usta  ręką,  kazała  być  cicho  i  nie 

background image

mówić podobnych rzeczy. 

– Hanrahan wnet się gniewa – rzekła – słysząc, gdy 

ktoś o tym opowiada lub go wypytuje. 

Ktoś  zawołał  prosząc  o  piosenkę,  lecz  gospodarz 

odrzekł,  że  nie  czas  prosić  o  piosenkę,  nim  gość  nie 
odpoczął;  po  czym  podał  mu  kubek  whisky,  a  Hanrahan 
podziękował i życząc mu zdrowia, wypróżnił go do dna. 

Skrzypek  stroił  już  skrzypce  do  następnego  tańca,  a 

gospodarz  powiedział  młodym,  że  poznają,  co  to  taniec, 
gdy  zobaczą,  jak  tańczy  Hanrahan,  gdyż  nikt  tu  mu  nie 
sprosta.  Hanrahan  rzekł  jednak,  iż  nie  zatańczy,  gdyż 
lepsze  ma  teraz  zajęcie  dla  swych  nóg,  wędrując  przez 
cztery  prowincje  Irlandii.  Gdy  to  rzekł,  przez  uchylone 
drzwi  weszła  Oona,  córka  gospodarzy,  niosąc  kilka 
kawałków torfu z Connemara. Rzuciła je na palenisko, a 
płomień wzbił się oświetlając jej urodziwą i uśmiechniętą 
twarz; zaraz też powstało dwóch lub trzech  młodych, by 
poprosić  ją  do  tańca.  Lecz  Hanrahan  przeszedł  izbę  i 
odepchnąwszy  tamtych  rzekł,  iż  musi  ona  z  nim 
zatańczyć,  długo  bowiem  wędrował,  nim  przyszedł  do 
niej.  Pewnie  też  szepnął  jej  jakieś  grzeczne  słówko  do 
ucha, gdyż nie sprzeciwiła się, a wystąpiła z nim razem, z 
lekko zarumienionymi policzkami. Stanęły inne pary, lecz 
gdy  taniec  miał  się  rozpocząć,  Hanrahan  zerknął 
przypadkiem  w  dół  i  zauważył  swe  buty,  zniszczone  i 
podarte, i wyglądające z nich postrzępione szare skarpety; 
powiedział więc ze złością, że podłoga jest zła. a muzyka 
nieszczególna,  po  czym  usiadł  w  ciemnym  kącie  nie 

background image

opodal paleniska. A dziewczyna usiadła tam przy nim. 

Taniec  trwał,  a  gdy  jeden  się  skończył,  zawołano  o 

następny, więc przez czas jakiś nikt nie zwracał uwagi na 
Oonę i Rudego Hanrahana w kącie. Matka jednak poczęła 
się  niepokoić,  więc  zawołała  na  Oonę,  by  przyszła  i 
pomogła jej nakryć do stołu w alkowie. Lecz Oona, która 
nigdy  przedtem  jej  nie  odmówiła,  odrzekła,  że  zaraz 
przyjdzie, ale jeszcze nie teraz, gdyż słucha, co Hanrahan 
mówi  jej  do  ucha.  Wzmogło  to  niepokój  matki,  która 
poczęła  się  ku  nim  przybliżać,  udając,  że  dokłada  do 
ognia  lub  omiata  palenisko,  by  przysłuchać  się  temu,  co 
poeta prawi jej dziecku. Raz dosłyszała, jak opowiadał o 
Deirdre  o  białych  dłoniach  i  o  tym,  jak  przywiodła  do 
śmierci  synów  Usny;  i  o  tym,  że  rumieniec  na  jej 
policzkach  nie  był  tak  czerwony  jak  krew  synów 
królewskich  przelana  dla  niej,  i  o  tym,  że  nigdy  nie 
zapomniała o swych cierpieniach; mówił też, że być może 
przez  pamięć  o  niej  krzyk  siewki  nad  trzęsawiskiem 
brzmi  w  uchu  poetów  tak  żałośnie  jak  lament 
młodzieńców nad zmarłym towarzyszem. Mówił także, iż 
nie  pamiętano  by  o  niej,  gdyby  poeci  nie  opiewali  jej 
urody w pieśniach. Innym razem nie zdołała dobrze pojąć, 
co mówił, lecz z tego, co dosłyszała, wydało jej się, że to 
poezja, choć nie rymowana, a mówił tak: 

– Słońce i księżyc to mężczyzna i dziewczyna, moje 

życie  i  twoje  życie,  a  wędrują  bez  końca  po  niebiosach, 
jak gdyby pod jedną opończą. Bóg stworzył ich dla siebie. 
Stworzył  On  twoje  życie  i  moje  życie  przed  początkiem 

background image

świata i On to sprawił, że mogą iść przez świat, wzdłuż i 
wszerz, jak para najlepszych tancerzy, którzy nadal tańczą 
wokół długiej stodoły, roześmiani i pełni sił, podczas gdy 
inni wspierają się znużeni o ściany. 

Kobieta  poszła  wtedy  do  męża,  który  grał  w  karty, 

lecz nie chciał jej słuchać, więc zwróciła się ku sąsiadce 
powiadając: 

– Czy nie ma sposobu, by ich rozłączyć? 
A  nie  czekając  odpowiedzi,  powiedziała  do  kilku 

młodych rozmawiających w pobliżu: 

–  Cóż  z  was  za  pożytek,  jeśli  nie  możecie  nakłonić 

najlepszej dziewczyny w całej izbie, by tańczyła z wami? 
Ruszajcie  wszyscy,  a  zobaczymy,  czy  potraficie  ją 
odciągnąć od gadania poety. 

Oona  jednak  nie  chciała  ich  słuchać,  machnęła 

jedynie  ręką,  jakby  chcąc  się  ich  pozbyć.  Zawołali  więc 
do  Hanrahana  mówiąc,  żeby  albo  sam  zatańczył  z 
dziewczyną,  albo  pozwolił  jednemu  z  nich  zatańczyć. 
Usłyszawszy to, Hanrahan rzekł: 

– Tak będzie, zatańczę z nią; nikt inny tylko ja z nią 

zatańczę. 

Powstał wraz z nią i powiódł ją za rękę; rozdrażniło 

to niektórych wśród młodzieży, a inni zaczęli drwić z jego 
postrzępionej  kapoty  i  podartych  butów.  Nie  zwracał 
jednak na to uwagi, podobnie jak Oona, lecz spoglądali na 
siebie, jakby cały świat należał tylko do nich. Inna para, 
która  siedziała  dotąd  objąwszy  się  ramionami,  wystąpiła 
wnet  do  tańca,  trzymając  się  za  ręce  i  poruszając  w  takt 

background image

muzyki.  Hanrahan  odwrócił  się  do  nich  tyłem,  jakby  w 
złości  i  zamiast  tańczyć  począł  śpiewać,  a  śpiewając 
trzymał  jej  rękę;  głos  jego  spotężniał,  a  wtedy  ustały 
drwiny  chłopaków,  umilkły  skrzypce  i  niczego  słychać 
nie było prócz jego głosu, mającego w sobie świst wiatru. 
Śpiewał  pieśń,  którą  usłyszał  lub  ułożył  ongi  podczas 
wędrówek  wokół  Slieve  Echtge,  a  słowa,  gdyby  je 
przełożyć, brzmiały: 

 
Kościsty palec Śmierci   
Nigdy tu nie zagości   
W tej czarownej krainie   
Skłonionej ku miłości; 
Kwiat wieczny na gałęziach   
I owoce przyjemne,   
A nurtem rzek przepływa   
Piwo jasne i ciemne. 
Staruszek gra na kobzie; 
Gdzie las srebrny i złoty,   
Modrookie królowe 
Tańczą pełne ochoty.   

 

[tłum. M. Słomczyński ] 

 
Gdy  to  śpiewał,  Oona  przysunęła  się  ku  niemu,  lica 

jej  zbladły,  oczy  nie  były  już  niebieskie,  lecz  szare  od 
wezbranych łez, a każdy, kto na nią spojrzał, pomyślałby, 
że  gotowa  była  podążyć  za  nim  przez  świat  cały,  od 

background image

wschodu do zachodu. 

Wtem jeden z chłopaków zawołał: 
– Gdzież jest ta kraina, o której śpiewa? Miej się na 

baczności,  Oono,  to  bardzo  daleko,  możesz  się  dobrze 
nachodzić, nim ją znajdziesz. 

Inny zaś powiedział: 
–  Nie  do  Krainy  Młodości  z  nim  pójdziesz,  lecz  na 

trzęsawiska Mayo. 

Wówczas  Oona  spojrzała  na  Hanrahana,  jak  gdyby 

chciała go zapytać, lecz on uniósł jej dłoń w swej dłoni i 
zawołał na poły krzycząc, na poły śpiewając: 

– Bardzo blisko nas jest ta kraina, jest wokół nas; być 

może  na  nagim  wierzchołku  pagórka  albo  w  gęstwinie 
leśnej.  –  Powtórzył  bardzo  głośno  i  wyraźnie:  –  W 
gęstwinie  leśnej;  o,  śmierć  nas  nigdy  nie  znajdzie  w 
gęstwinie leśnej. Czy pójdziesz tam ze mną, Oono? 

Gdy to mówił, obie stare kobiety wyszły za drzwi, a 

matka Oony płacząc powiedziała: 

–  Rzucił  urok  na  Oonę.  Czyż  nie  możemy  nakłonić 

mężczyzn, by wypędzili go z domu? 

– Tego właśnie uczynić nie można – odrzekła tamta – 

jest on przecie pieśniarzem gaelickim, a wiesz dobrze, że 
jeśli  wypędzisz  gaelickiego  pieśniarza  z  domu,  rzuci  on 
na  ciebie  klątwą,  którą  gwarzy  zboże  w  polu  i  odbierze 
mleko  krowom,  choćby  miała  przez  siedem  lat  wisieć  w 
powietrzu. 

–  Boże  dopomóż!  –  rzekła  matka.  –  Czemuż  go 

wpuściłam do domu, choć tak złą cieszy się sławą! 

background image

–  Nie  byłoby  szkody,  gdybyś  go  nie  wpuściła  do 

środka,  lecz  wielce  byś  sobie  mogła  zaszkodzić,  gdybyś 
go  siłą  z  domu  wygnała.  Posłuchaj,  co  umyśliłam,  żeby 
sam  z  domu  precz  poszedł,  choć  nikt  go  nie  będzie 
wyganiał. 

Wkrótce  potem  obie  kobiety  weszły  do  izby,  niosąc 

po  wiązce  siana  w  fartuchu.  Hanrahan  już  nie  śpiewał, 
lecz przemawiał do Oony szybko i cicho, mówiąc: 

–  Chata  jest  ciasna,  lecz  świat  szeroki,  a  wierni 

kochankowie  nie  muszą  się  lękać  nocy  ni  poranka,  ni 
słońca,  ni  gwiazd,  ni  wieczornych  cieni,  ni  żadnej 
ziemskiej rzeczy. 

–  Hanrahanie  –  rzekła  wówczas  matka  uderzając  go 

po ramieniu – czy pomożesz mi? 

–  Pomóż,  Hanrahanie  –  powiedziała  sąsiadka  – 

pomóż  nam  upleść  powróz  z  tego  siana,  gdyż  zręczne 
masz  ręce,  a  podmuch  wiatru  obluzował  strzechę  na 
stogu. 

– Pomogę wam – odrzekł biorąc w ręce kijek. Matka 

zaczęła  wydawać  mu  siano,  a  on  je  splatał,  spieszył  się 
zaś,  by  skończyć  robotę  i  znów  być  wolnym.  Kobiety 
rozmawiały  wydając  siano  i  zachęcały  go  mówiąc,  że 
pięknie  splata  powróz,  lepiej  niźli  którykolwiek  z 
sąsiadów  i  że  lepszego  nie  widziały.  Gdy  Hanrahan 
spostrzegł,  że  Oona  się  przygląda,  począł  splatać  bardzo 
szybko, z uniesioną głową, by pochwalić się zręcznością 
rąk, uczonością i siłą ramion. Tak się przechwalając, cofał 
się,  cały  czas  splatając  powróz,  aż  dosięgnął  otwartych 

background image

drzwi, bez zastanowienia przekroczył próg i znalazł się na 
drodze. W tej samej chwili matka zerwała się, wyrzuciła 
powróz  w  ślad  za  nim,  zamknęła  zewnętrzne  i 
wewnętrzne drzwi i zasunęła zasuwę. 

Gdy to uczyniła, roześmiała się głośno, zadowolona, 

a  sąsiedzi  jej  zawtórowali,  chwaląc  ją.  Wnet  posłyszeli, 
jak Hanrahan wali w drzwi i wyklina przed chatą, a matka 
w sam czas powstrzymała Oonę, która już kładła rękę na 
zasuwie,  by  ją  odciągnąć.  Matka  dała  znak  skrzypkowi, 
ten  zaczął  skoczny  taniec,  a  jeden  z  chłopaków  nie 
pytając  o  pozwolenie  chwycił  Oonę  i  wprowadził  ją 
pośród  tancerzy.  Gdy  taniec  ustał  i  umilkły  skrzypki,  z 
zewnątrz nie dobiegał już żaden głos, a droga była cicha 
jak  Wprzódy,  Gdy  Hanrahan  pojął,  że  zamknięto  przed 
nim drzwi i tej nocy nie będzie miał ni dachu nad głową, 
ni  napitku,  ni  dziewczyny  chętnej  do  słuchania,  opuściły 
go  złość  i  odwaga,  podążył  więc  w  miejsce,  gdzie  fale 
biły o piasek wybrzeża. 

Usiadł  na  wielkim  kamieniu  i  zaczął  cicho  śpiewać 

kołysząc  prawym  ramieniem,  jak  robił  to  zawsze,  by 
sobie  dodać  otuchy,  gdy  wszystko  zawodziło.  Nie 
wiadomo  jednak,  czy  to  właśnie  wówczas,  czy  kiedy 
indziej  ułożył  pieśń,  zwaną  do  dziś  „Splataniem 
powroza”,  która  zaczyna  się:  „Cóż  to  za  zdechły  kot 
przywiódł mnie w to miejsce”. 

Siedział  tak  czas  jakiś,  a  mgła  i  cienie  poczęły 

gromadzić  się  wokół  niego,  czasem  nadciągając  od 
morza, a czasem sunąc po jego powierzchni. Wydało mu 

background image

się, że jeden z cieni był królową, którą widział pogrążoną 
we  śnie  na  Slieve  Echtge;  nie  spała  teraz,  lecz  drwiła 
wołając  do  innych  cieni  poza  nią:  „Był  słaby,  był  słaby, 
nie  miał  odwagi”.  Czuł  jeszcze  w  dłoniach  pasma 
powroza i splatał je dalej, a wydawało mu się, gdy plótł, 
że  są  w  nim  wszystkie  smutki  świata.  Później  zdało  mu 
się,  że  powróz  przemienił  się  we  śnie  w  ogromnego 
wodnego  gada,  który  wypełza  z  morza  i  oplata  go, 
zaciskając  się  coraz  mocniej.  Odzyskawszy  wolność, 
powlókł się, drżący i chwiejny, wzdłuż wybrzeża, a szare 
cienie unosiły się wokół niego. Oto co mówiły: 

–  Biada  temu,  który  odrzuca  wezwanie  cór  Sidhe, 

gdyż  nie  zazna  ukojenia  w  miłości  ziemskich  kobiet,  aż 
po kres życia i czasu, a chłód mogiły będzie na wieki w 
jego  sercu.  Wybrał  śmierć;  niech  umiera,  niech  umiera, 
niech umiera. 

 

background image

 

Hanrahan i Cathleen, córka Houlihana 

 
Pewnego  razu  Hanrahan  wędrował  ku  północy, 

najmując  się  od  czasu  do  czasu  u  wieśniaków,  gdy  była 
robota w  polu,  opowiadając  baśnie  i  śpiewając  pieśni  na 
pogrzebach i weselach. 

Zdarzyło  się  pewnego  dnia,  że  na  drodze  do 

Colooney  zrównał  się  z  niejaką  Margaret  Rooney, 
kobietą,  którą  znał  kiedyś  za  młodych  lat  w  Munsterze. 
Nie cieszyła się wówczas dobrą sławą, aż w końcu ksiądz 
ją  przegnał.  Poznał  ją  po  chodzie  i  po  barwie  oczu,  a 
także  po  sposobie,  w  jaki  lewą  ręką  odgarniała  włosy  z 
twarzy.  Powiedziała  mu,  że  włóczy  się  po  okolicy 
sprzedając  śledzie,  a  teraz  wraca  do  Sligo,  do  domu  w 
Grodzie,  gdzie  mieszka  z  pewną  kobietą,  Mary  Gillis, 
której  przeszłość  bardzo  jest  podobna  do  jej  przeszłości. 
Rzekła mu też, że bardzo by chciała, żeby zamieszkał w 
ich  domu  i  śpiewał  swe  pieśni  włóczęgom,  ślepcom  i 
skrzypkom  w  Grodzie.  Mówiła,  że  pamięta  go  dobrze  i 
życzy sobie tego; a że Mary Gillis zna na pamięć niektóre 
jego pieśni, nie powinien  się obawiać złego  traktowania, 
zaś wszyscy włóczędzy i żebracy, którzy go będą słuchali, 
oddadzą mu część swych zarobków za pieśni i opowieści, 
a  także  rozsławią  jego  imię  po  wszystkich  parafiach 
Irlandii. 

Hanrahan był zadowolony, że idzie z nią i że znalazł 

background image

kobietę,  która  wysłuchuje,  opowieści  o  jego  kłopotach  i 
pociesza  go.  Była  to  owa  chwila  u  schyłku  dnia,  gdy 
każdy  mężczyzna  może  wydać  się  przystojny,  a  każda 
kobieta urodziwa. Otoczyła go ramieniem, gdy opowiadał 
jej  o  nieszczęsnym  splataniu  powroza,  a  w  półmroku 
wydawała się tak dobra jak każda inna. 

Rozmawiali  całą  drogę  do  Grodu,  a  co  do  Mary 

Gillis, to gdy go ujrzała i dowiedziała się, kim jest, niemal 
się rozpłakała na myśl, że będzie mieć w domu człowieka 
o tak rozgłośnym imieniu. 

Hanrahan wielce był zadowolony, że. zamieszkał na 

pewien  czas  z  nimi,  gdyż  utrudziło  go  wędrowanie; 
bowiem  od  dnia,  gdy  zastał  zawaloną  chatę,  którą 
opuściła Mary Lavelle, i ujrzał rozwłóczoną strzechę, nie 
pragnął mieć własnego domu; nigdy też nie zatrzymał się 
w  żadnym  miejscu  dość  długo,  by  widzieć,  jak 
wystrzelają  zielone  liście  tam,  gdzie  oglądał  więdnięcie 
starych, lub by widzieć pszenicę zżętą tam, gdzie oglądał 
siew.  Dobra  to  była  odmiana,  mieć  schronienie  przed 
deszczem,  ogień  wieczorem  i  strawę,  którą  kładziono 
przed nim na stole bez proszenia. 

Bardzo wiele pieśni ułożył mieszkając tam w spokoju 

i pod troskliwą opieką. Po większej części były to pieśni 
miłosne,  lecz  były  też  i  pieśni  pokutne,  a  także  pieśni  o 
Irlandii  i  jej  nieszczęściach,  opiewanych  w  tej  lub  innej 
postaci. 

Każdego  wieczoru  zbierali  się  w  domu  włóczędzy, 

żebracy,  ślepcy  i  skrzypkowie  i  słuchali  jego  pieśni, 

background image

wierszy  i  opowieści  o  dawnych  czasach  Fianny,  a 
zachowywali  wszystko  w  pamięci  nie  zepsutej  przez 
książki;  rozsławili  też  jego  imię  na  wszystkich  stypach, 
weselach i odpustach w Connacht. Nigdy nie wiodło mu 
się  tak  dobrze  ani  też  nigdy  tak  go  nie  poważano  jak 
wówczas. 

Pewnego  grudniowego  wieczoru  Hanrahan  śpiewał 

piosenkę,  którą,  jak  powiadał,  podsłuchał  u  zielonej 
górskiej  siewki,  o  jasnowłosych  chłopcach,  co  porzucili 
Limerick,  by  wędrować  i  błąkać  się  po  wszystkich 
stronach świata. Wielu było ludzi w izbie tego wieczora, a 
wśród  nich  dwóch  lub  trzech  malców,  którzy  wpełzli  do 
środka,  a  teraz  siedzieli  na  podłodze  obok  ognia,  zbyt 
zajęci  przypiekaniem  ziemniaka  w  popiele  lub  czymś 
podobnym, by zwracać na niego uwagę. Pamiętali jednak 
w  długi  czas  potem,  gdy  imię  jego  stało  się  sławne, 
dźwięk  jego  głosu,  sposób,  w  jaki  poruszał  ręką,  jego 
wygląd,  gdy  siedział  na  skraju  posłania,  jego  cień 
padający  na  bieloną  ścianę  i  wznoszący  się  aż  do  samej 
strzechy, gdy się poruszał. 

Nagle  śpiew  jego  ustał,  a  oczy  zamgliły  się,  jak 

gdyby spoglądał na coś bardzo odległego. 

Mary  Gillis,  która  nalewała  whisky  do  kubka 

stojącego obok niego na stole, przestała nalewać i rzekła: 

– Myślisz nas porzucić? 
Margaret Rooney usłyszała, co tamta rzekła, lecz nie 

wiedziała czemu. Wzięła sobie bardzo te słowa do serca i 
podeszła ku niemu z sercem ściśniętym na myśl, że miała 

background image

utracić tak dobrego kompana, człowieka tak poważanego 
i ściągającego tak wielu gości do jej domu. 

–  Nie  odejdziesz  chyba  od  nas,  mój  miły?  –  rzekła 

chwytając go za rękę. 

–  Nie  o  tym  myślę  –  odparł  –  lecz  o  Irlandii  i  o 

brzemieniu smutku, który jej ciąży. 

Wsparł  głowę  na  dłoni  i  począł  śpiewać  te  słowa,  a 

dźwięk jego głosu był jak wiatr w miejscu odludnym. 

 
Wysoko  nad  brzegiem  Cummen  brunatne  stare 

drzewa 

Rozdziera czarna wichura nadlatująca z lewa; 
Jak owe drzewa rozdarte umiera nasza odwaga, Lecz 

w sercach na dnie skryliśmy ów płomień, który 

się wzmaga, Z oczu Cathleen, córy Houlihana. 
W górze, nad Knockmarea, wicher spiętrzył obłoki 
I drwiąc z Maeve rozbrzmiewa dudniąc po skałach 
wysokich; 
Podobne  chmurom  huczącym,  zabiły  nam  serca  w 

gniew 

zbrojne,   
Lecz skłoniliśmy się nisko, niżej, całując spokojne 
Stopy Cathleen, córy Houlihana. 
Wysoko na Cloth-na-Bare żółty staw wylał jak morze, 

Gdzie mokra wichura szarpie ociekające przestworze; 

Krew  nasza  i  serca  są  jako  woda  mulista  i  rwąca, 

Lecz czystsza niż świeca wysoko przed Krzyżem 

Świętym stojąca,   

background image

Jest Cathleen, córa Houlihana. 

 

[tłum. M. Słomczyński ] 

 
Głos  zaczął  mu  się  załamywać  w  śpiewie  i  łzy 

potoczyły  się  po  policzkach,  a  Margaret  Rooney  ukryła 
twarz  w  dłoniach  i  poczęła  płakać  wraz  z  nim.  Potem 
szloch  wstrząsnął  łachmanami  ślepego  żebraka  przy 
palenisku,  a  wkrótce  nie  było  nikogo,  kto  nie  zalewałby 
się łzami. 

 

background image

 

Klątwa Rudego Hanrahana 

 
Pewnego pięknego majowego poranka, w długi czas 

po  odejściu  z  domu  Margaret  Rooney,  Hanrahan 
wędrował drogą w  pobliżu Colooney, a śpiew ptaków w 
krzewach białych od kwiecia skłaniał go do śpiewu. Szedł 
do swego własnego domku, który był zaledwie lepianką, 
lecz  to  mu  wystarczało.  Znużony  był  bowiem  wieloma 
latami  wędrówki  z  miejsca  na  miejsce  o  każdej  porze 
roku,  a  choć  rzadko  odmawiano  mu  przyjęcia  i  cząstki 
tego,  co  było  w  domu,  czasem  wydawało  mu  się,  że 
umysł jego zesztywniał podobnie jak stawy. Nie było mu 
już tak łatwo jak dawniej weselić się i żartować przez całą 
noc,  uciesznymi  opowieściami  rozśmieszać  chłopców  i 
pieśniami  schlebiać  kobietom.  Jakiś  czas  przedtem 
zaszedł  do  chaty,  którą  opuścił  pewien  biedak  idąc  do 
żniw  i  nigdy  do  niej  nie  powrócił.  A  gdy  naprawił 
strzechę, z paru worków i sitowia sklecił posłanie w kącie 
i  zamiótł  podłogę,  wielce  był  rad,  że  ma  jakiś  kąt  dla 
siebie,  gdzie  może  przychodzić  i  skąd  może  odchodzić, 
kiedy  zechce,  i  gdzie  przesiedzieć  może  cały  wieczór  z 
głową w dłoniach, gdy ogarną go strapienia i tęsknota za 
dawnymi  czasami.  Jeden  po  drugim  sąsiedzi  zaczęli 
przysyłać do niego dzieci na naukę, a on utrzymywał się z 
tego, co przyniosły, to parę jajek, to placek owsiany albo 
parę kawałków torfu. Jeśli zaś od czasu do czasu znikał w 

background image

Grodzie  na  jakiś  szalony  dzień  i  noc,  nikt  mu  nie  rzekł 
słowa,  wiedziano  bowiem,  że  był  poetą  i  ukochał 
wędrówkę. 

Właśnie  z  Grodu  powracał  tego  majowego  ranka,  z 

lekkim  sercem,  śpiewając  nową  piosenkę,  która  mu 
przyszła  do  głowy.  Wkrótce  zając  przebiegł  mu  drogę  i 
pomknął w pola przez luźne kamienie w murze. Wiedział, 
że  nie  jest  to  dobry  znak,  gdy  zając  przecina  drogę, 
pamiętał bowiem owego zająca, który go zwabił na Slieve 
Echtge, gdy czekała nań Mary Lavelle, i jak od tego czasu 
nigdy nie zaznał spokoju. 

–  Widzi  mi  się,  że  coś  złego  mnie  zaraz  spotka  – 

powiedział. 

Zaledwie  to  wyrzekł,  usłyszał  płacz  na  pobliskim 

polu,  więc  zerknął  przez  okalający  je  mur.  Ujrzał  młodą 
dziewczynę  siedzącą  pod  krzewem  białego  głogu  i 
płaczącą,  jakby  jej  serce  miało  pęknąć.  Twarz  miała 
ukrytą  w  dłoniach,  lecz  jej  miękkie  włosy,  biała  szyja  i 
młody  wygląd  przywiodły  mu  na  myśl  Bridget  Purcell  i 
Margaret  Gillane,  i  Maeve  Connelan,  i  Oonę  Curry,  i 
Celię  Driscoll,  i  wszystkie  inne  dziewczęta,  dla  których 
układał pieśni i którym schlebiał przymilną mową. 

Podniosła  głowę,  a  wówczas  poznał,  że  była  to 

dziewczyna z sąsiedztwa, córka wieśniaka. 

– Cóż ci dolega, Noro? – zapytał. 
– Nic, w czym mógłbyś mi ulżyć, Rudy Hanrahanie. 
– Jeśli masz jakieś zmartwienie, właśnie ja mógłbym 

ci  się  przydać  –  rzekł  wówczas  –  gdyż  znam  historię 

background image

Greków  i  wiem  dobrze,  co  to  smutek,  co  rozstanie  i  co 
trudy  tego  świata.  A  jeśli  nawet  ja  nie  potrafię  wybawić 
cię  z  kłopotu,  to  przecież  niejednego  wybawiłem  mocą, 
która  jest  w  mych  pieśniach,  podobnie  jak  w  pieśniach 
poetów,  którzy  żyli  przede  mną  od  początku  świata. 
Właśnie  z  innymi  poetami  będę  siedział  i  rozprawiał  w 
jakimś  dalekim  miejscu  w  zaświatach,  po  kres  życia  i 
czasu. 

Dziewczyna przestała płakać i powiedziała: 
– Owenie Hanrahanie, często słyszałam, że cierpiałeś 

smutek  i  prześladowanie,  i  doznałeś  wszelakich 
nieszczęść od czasu, gdy odmówiłeś miłości królowej na 
Slieve  Echtge,  i  że  nigdy  odtąd  nie  zostawiła  cię  w 
spokoju.  Ale  gdy  ziemscy  ludzie  wyrządzą  ci  krzywdę, 
znasz dobrze sposób, by im  zaszkodzić. Czy uczynisz, o 
co cię poproszę, Owenie Hanrahanie? 

– Uczynię, jak mi Bóg miły. 
– Ojciec, matka i bracia – powiedziała dziewczyna – 

wydają mnie za starego Paddy Doe, bo ma zagrodę i sto 
akrów pod górką. A oto co możesz uczynić, Hanrahanie: 
ułóż  o  nim  wiersz,  tak  jak  ułożyłeś  kiedyś  za  młodu  o 
Piotrze  Kilmartinie,  żeby  smutek  był  przy  nim,  czy 
wstaje,  czy  kładzie  się  na  spoczynek,  co  sprawi,  że 
prędzej pomyśli o cmentarzu w Colooney niż o ożenku. I 
nie zwlekaj, bo na jutro wyznaczyli ślub, a prędzej ujrzę 
słońce wschodzące w dzień mej śmierci niż w dzień mego 
wesela. 

–  Ułożę  o  nim  pieśń,  co  przyniesie  mu  wstyd  i 

background image

smutek; powiedz mi jednak, ile ma lat, bo wstawię to do 
pieśni. 

–  Och,  ma  mnóstwo  lat.  Jest  tak  stary  jak  ty  sam, 

Rudy Hanrahanie. 

–  Stary  jak  ja  sam  –  rzekł  Hanrahan  złamanym 

głosem  –  stary  jak  ja  sam;  pomiędzy  nami  jest 
dwadzieścia  lat,  a  może  więcej!  Zaiste,  zły  to  dzień  dla 
Owena  Hanrahana,  gdy  dziewczyna  o  policzkach 
rozkwitających  majem  uważa  go  za  starego.  Na  litość 
boską, zraniłaś mi serce. 

Odwrócił się od niej i powędrował drogą, aż doszedł 

do  kamienia,  na  którym  usiadł,  gdyż  zdało  mu  się,  że 
nagle  zaciążyły  mu  lata.  Przypomniał  sobie  też,  że  parę 
dni wcześniej pewna kobieta w jakimś domu rzekła mu: 

–  Nie  Rudym  Hanrahanem  jesteś  teraz,  lecz 

Hanrahanem Płowym, gdyż włosy twoje mają teraz barwę 
konopi. 

Inna  kobieta,  którą  poprosił  o  coś  do  picia,  dała  mu 

nie  świeże  mleko,  lecz  kwaśne;  a  czasem  dziewczęta 
szeptały i chichotały z nieopierzonymi młokosami, gdy on 
wygłaszał  swe  pieśni  lub  opowieści.  Pomyślał  też  o 
sztywności  stawów,  gdy  wstawał  z  rana,  i  o  bólu  w 
kolanach  po  wędrówce,  więc  wydało  mu  się,  że  stał  się 
staruchem,  który  ma  kłucie  w  barkach,  plamiste  łydki, 
przerywany  oddech  i  powoli  usycha.  Myśli  te  wprawiły 
go  w  wielki  gniew  przeciw  starości  i  wszystkiemu,  co  z 
sobą  niosła.  Właśnie  wówczas  spojrzał  w  górę,  a 
spostrzegłszy  wielkiego  nakrapianego  orła  żeglującego  z 

background image

wolna ku Ballygawley wykrzyknął: 

– Ty także, orle z Ballygawley, jesteś stary, w twoich 

skrzydłach  brakuje  piór,  zatem  ciebie  oraz  twych 
wiekowych towarzyszy, Szczupaka z Jeziora Dargan i Cis 
z Urwiska Przybłędów, umieszczę w mym rymie, abyście 
byli przeklęci na wieki. 

Z  kwitnącego  krzewu  po  jego  lewej  ręce  lekki 

podmuch  wiatru  zdmuchnął  białe  płatki  na  płaszcz 
Hanrahana. 

–  Majowe  kwiecie  –  rzekł  zbierając  je  dłonią  –  nie 

znasz  starości,  gdyż  giniesz  w  pełni  urody,  więc 
umieszczę cię w mym rymie i dam ci błogosławieństwo. 

Podniósł  się  i  zerwawszy  gałązkę  z  krzewił,  poniósł 

ją  w  ręku.  Wyglądał  jednak  jak  stary  złamany  człowiek, 
gdy szedł do domu tego dnia z pochylonymi ramionami i 
pociemniałą twarzą. 

Gdy  dotarł  do  swej  lepianki,  nie  było  tam  nikogo, 

więc  wszedł  i  położył  się  na  posłaniu,  jak  to  miał  w 
zwyczaju,  gdy  chciał  ułożyć  pieśń,  pochwałę  lub 
przekleństwo. Nie zabrało mu to wiele czasu tym razem, 
gdyż  miał  natchnienie  przeklinających  bardów.  Gdy 
skończył, zaczął się zastanawiać, jak rozgłosić klątwę po 
okolicy. 

Niektórzy  uczniowie  zaczęli  się  schodzić,  pytając, 

czy  będą  lekcje,  więc  Hanrahan  podniósł  się  i  usiadł  na 
ławie przy palenisku, a oni otoczyli go. 

Myśleli, że Hanrahan wyciągnie Wergilego lub mszał 

czy  elementarz,  lecz  on  uniósł  w  górę  gałązkę  głogu, 

background image

którą nadal trzymał w ręku. 

– Dzieci – rzekł – oto wasza nowa dzisiejsza lekcja. 

Wy same oraz wszyscy piękni ludzie na świecie jesteście 
jak  to  kwiecie,  starość  zaś  jest  jak  wiatr,  który 
nadciągając 

kwiecie 

to 

zdmuchuje. 

Ułożyłem 

przekleństwo  na  starość  i  starych.  Posłuchajcie,  co  teraz 
powiem. 

A oto, co im rzekł: 
 
Poeta Owen Hanrahan pod drzewo wszedł majowe   
I rzucił wielką klątwę na swą siwiejącą głowę;   
Mieszkańca Ballygawley Wzgórz, orła cętkowanego,   
Przeklął, gdyż jest najstarszym z tych, którzy zaznali 

złego; 

 
I cis zielony przeklął też ów wiekuisty, który   
Rósł przy Urwisku Obcych nad Rozpadliną Wichury,   
I  z  Castle  Dargan  cichych  wód  prastarego, 

szczupaka,   

Który bolesny nosi ślad od niejednego haka,   
Paddy Bruena przeklął też, ze Studni Młodej Panny,   
Gdyż  nie  ma  włosa  na  łbie  on,  we  łbie  szum 

nieustanny; 

 
Michała Gili i Piotra Hart – sąsiadów Paddy’ego –   
Przeklina też za ciągłą chęć gadania byle czego; 
Klnie  też  Shemusa  Cullinan,  starca  z  Pastwisk 

Zielonych,   

background image

Gdyż szczudła dwa daremnie tkwią w jego dłoniach, 

skręconych; 

Północnych Mroków klątwa też Paddy’ego Doe niech 

zmoży,   

Gdyż wierzy on, że stary łeb na śnieżnej piersi złoży,   
Pragnie  on  zdusić  pieśni  głos  i  serce  zgnieść 

człowiecze,   

Niechaj  więc  ściga  klątwa  go,  aż  z  ciała  duch 

uciecze; 

Lecz błogosławi on ów kwiat majowy, który wzejdzie,   
Albowiem piękny przyjdzie tu i piękny stąd odejdzie.   

[tłum. M. Słomczyński ] 

 
 
Powtarzał  to  dzieciom,  wiersz  po  wierszu,  aż 

wszystkie potrafiły powiedzieć kawałek, a najbystrzejsze 
potrafiły powiedzieć wszystko. 

–  Wystarczy  na  dzisiaj  –  rzekł  wówczas.  –  A  teraz 

macie iść i śpiewać tę pieśń przez czas jakiś, na melodię 
„Zielonej  wiązki  sitowia”,  każdemu,  kogo  spotkacie,  a 
zwłaszcza starcom, o których mowa. 

– Zrobię to  – rzekł jeden z malców.  – Znam dobrze 

starego  Paddy  Doe.  Zeszłego  roku  w  wigilię  świętego 
Jana  wrzuciliśmy  mu  mysz  do  komina,  ale  to  lepsze  niż 
myszy. 

–  Pójdę  do  miasta  Sligo  i  zaśpiewam  to  na  ulicy  – 

powiedział inny chłopiec. 

–  Zrób  tak  –  rzekł  Hanrahan  –  i  pójdź  do  Grodu,  i 

background image

powiedz to Margaret Rooney i Mary Gillis, i przykaż im, 
by  to  śpiewały  i  kazały  to  śpiewać  żebrakom  i 
włóczęgom, gdziekolwiek pójdą. 

Dzieci wybiegły zatem, dumne i psotne, wykrzykując 

pieśń  w  biegu,  więc  Hanrahan  nie  miał  obaw,  by  jej  nie 
usłyszano. 

  Następnego  ranka  siedział  przed  drzwiami  patrząc, 

jak uczniowie schodzą się po dwóch i po trzech. Przyszli 
już prawie wszyscy, a Hanrahan właśnie badał położenie 
słońca na niebie, by sprawdzić, czy czas już zacząć, gdy 
usłyszał  dźwięk  podobny  brzęczeniu  roju  pszczół  w 
powietrzu  lub  pędowi  niewidocznej  rzeki  w  czas 
powodzi. Wnet spostrzegł tłum nadciągający ku lepiance 
od strony drogi i zauważył, że składał się on ze starców, a 
na jego czele szli Paddy Bruen, Michael Gili i Paddy Doe. 
Każdy  z  tłumu  dzierżył  w  ręku  kij  jesionowy  lub  z 
tarniny. Gdy tylko go dojrzeli, kije zaczęły kołysać się jak 
konary  w  czas  burzy,  a  stare  stopy  poderwały  się  do 
biegu. 

Nie  czekał  dłużej,  lecz  pomknął  na  pagórek  za 

lepianką, aż zniknął im z oczu. 

Po chwili wynurzył się spoza pagórka, gdzie ukrywał 

się w janowcu rosnącym na skraju rowu. Gdy zbliżył się 
na tyle, że mógł już dojrzeć swą chatę, zobaczył, że starcy 
zgromadzili  się  wokół  niej,  a  jeden  właśnie  wbijał  w 
strzechę widły z wiechciem zapalonej słomy. 

– Biada mi! – rzekł Hanrahan. – Obróciłem Starość, 

Czas,  Znużenie  i  Słabość  przeciwko  sobie,  więc  muszę 

background image

znów iść na wędrówkę. Błogosławiona Królowo Niebios, 
broń mnie przed Orłem z Ballygawley, Cisem z Urwiska 
Przybłędów, Szczupakiem z Jeziora Castle Dargan i przed 
zapalonymi  wiechciami  w  rękach  starców,  ich 
powinowatych. 

 

background image

 

Widzenie Hanrahana 

 
Pewnego  razu  w  czerwcu  Hanrahan  wędrował  w 

pobliżu Sligo, nie zaszedł jednak do miasta, lecz skręcił w 
kierunku  Ben  Bulben;  nachodziły  go  bowiem  myśli  o 
dawnych  czasach  i  nie  miał  ochoty  spotykać  prostych 
ludzi. Idąc nucił pieśń, która kiedyś mu się przyśniła: 

 
Kościsty palec Śmierci   
Nigdy tu nie zagości   
W tej czarownej krainie   
Skłonionej ku miłości; 
Kwiat wieczny na gałęziach   
I owoce przyjemne,   
A nurtem rzek przepływa   
Piwo jasne i ciemne. 
Staruszek gra na kobzie; 
Gdzie las srebrny i złoty,   
Modrookie królowe   
Tańczą pełne ochoty. 
I rzekł szeptem do lisa: 
„Ach, gdzież jest to zło świata?” 
Słońce śmiało się słodko,   
Księżyc w uzdę się wplatał. 
Lecz mały lis wyszeptał: 
„W uzdę mu się nie wplataj,   

background image

Gdyż w czarowną krainę   
Wstąpił, w samo zło świata. ” 
Gdy chcą walczyć, zdejmują   
Miecze ciężkiej roboty   
Zawieszone w gałęziach   
Owych srebrnych i złotych. 
Lecz gdy w boju polegną,   
Znów do życia powstają. 
Całe szczęście, że ludzie   
O nich prawdy nie znają. 
Bowiem kmiotek nasz krzepki   
Pług by rzucił i ruszył 
Z sercem pustym jak puchar,   
Który ktoś mu osuszył. 
Michał sięgnie po trąbkę   
Skrytą w liściach nad głową,   
Oznajmując cichutko   
Ich wieczerzę gotową. 
Gabriel wróci znad wody,   
Rybi ogon przyniesie   
Z baśnią o dziwach, które   
Człowiek napotka w lesie. 
Ze starego, srebrnego   
Długo będzie pił rogu,   
Aż upadnie znużony   
Między gwiazdy na progu.   

 

[tłum. M. Słomczyński ] 

background image

 
 
Hanrahan  zaczął  się  właśnie  wspinać  na  górę,  więc 

przerwał  śpiewanie,  gdyż  dla  niego  była  to  długa 
wspinaczka, a od czasu do czasu musiał usiąść i odpocząć 
przez  chwilę.  Gdy  odpoczywał  pewnego  razu,  zauważył 
krzak  dzikiej  róży,  okryty  kwieciem,  rosnący  obok 
kurhanu, co przypomniało mu dzikie róże, które przynosił 
kiedyś  Mary  Lavelle,  a  potem  już  nigdy  żadnej  innej 
kobiecie. Ułamał gałązkę krzewu, z pąkami i rozkwitłym 
kwieciem, i śpiewał dalej: i rzekł szeptem do lisa: 

 
„Ach, gdzież jest to zło świata?” 
Słońce śmiało się słodko,   
Księżyc w uzdę się wplatał. 
Lecz wyszeptał lis mały: 
„W uzdę mu się nie wplataj,   
Gdyż w czarowną krainę   
Wstąpił, w samo zło świata. ”   

 

[tłum. M. Słomczyński ] 

 
 
Wspinał  się  dalej,  zostawiwszy  za  sobą  kurhan,  a 

wówczas  przyszły  mu  na  myśl  pewne  stare  pieśni  o 
kochankach,  dobrych  i  złych,  i  o  takich,  którzy  zbudzili 
się  ze  snu  w  grobie  dzięki  mocy  wzajemnej  miłości  i 
powrócili  do  życia  w  jakimś  mrocznym  miejscu,  gdzie 

background image

oczekują Sądu, wygnani sprzed oblicza Boga. 

Wreszcie,  u  schyłku  dnia,  dotarł  do  Urwiska 

Przybłędów,  i  spocząwszy  na  grani  skalnej,  spojrzał  w 
dolinę,  pełną  szarej  mgły  rozpościerającej  się  od  jednej 
góry do drugiej. 

Wydało  mu  się,  gdy  tak  patrzył,  że  mgła  przybrała 

mgliste  kształty  mężczyzn  i  kobiet,  a  serce  zaczęło  mu 
walić  z  lęku  i  radości  na  ów  widok.  Jego  ręce,  zawsze 
niespokojne, poczęły obrywać płatki róż z gałązki, a on je 
śledził, gdy spływały w dolinę trzepoczącą gromadką. 

Nagle posłyszał nikłą muzykę, muzykę, w której było 

więcej  śmiechu  i  łkania niż w  całej  muzyce  tego  świata. 
Serce  w  nim  urosło,  gdy  to  usłyszał,  zaśmiał  się  więc 
głośno,  wiedział  bowiem,  że  muzykę  tę  tworzył  ktoś, 
czyja piękność i wielkość przerastały ludzi. Zdało mu się 
też, że miękkie różane płatki lecące z trzepotem w dolinę 
poczęły  zmieniać  kształt,  aż  przybrały  wygląd  gromadki 
mężczyzn i kobiet we mgle w oddali, o barwie róży. Wnet 
barwa  ta  zmieniła  się  w wiele  barw  i  ujrzał  długi  szereg 
smukłych młodzieńców i królewskich dziewic, którzy nie 
oddalali się od niego, lecz zbliżali ku niemu i przepływali 
obok.  niego,  z  twarzami  pełnymi  czułości  pomimo 
dumnego  wyglądu,  bladymi  i  znużonymi,  jak  gdyby 
nieustannie  poszukiwali  wzniosłych  smutków.  Z  mgły 
wyciągnęły się widmowe ramiona, jak gdyby chciały ich 
pochwycić,  lecz  nie  mogły  ich  dosięgnąć,  gdyż  cisza, 
która ich  otaczała, nie mogła być zmącona. Przed nimi  i 
poza  nimi,  lecz  w  pewnej  odległości,  jak  gdyby  z 

background image

uszanowaniem,  postępowały  inne  kształty,  to  wznosząc 
się,  to  opadając,  to  zbliżając,  to  oddalając;  Hanrahan 
poznał  po  ich  wirującym  locie,  że  były  to  Sidhe,  dawne 
pokonane  bóstwa;  widmowe  ramiona  nie  uniosły  się,  by 
pochwycić  Sidhe,  gdyż  są  one  z  tych,  co  nie  mogą 
grzeszyć  ni  słuchać.  Wszystkie  kształty  zmalały  wnet  w 
oddali  i  zdawało  się,  że  ciągnęły  ku  białym  wrotom  na 
zbocza góry. 

Mgła  rozciągała  się  teraz  przed  nim  jak  opustoszałe 

taorze obmywające góry długimi szarymi falami, lecz gdy 
wpatrywał  się  w  nią,  poczęła  się  znów  wypełniać 
płynnym,  przerywanym,  nieświadomym  życiem,  które 
było jej częścią, a w szarości pojawiły się ramiona i blade 
oblicza  ż  falującymi  włosami.  Wznosiło  się  to  coraz 
wyżej, aż zrównało z krawędzią skały, a wówczas kształty 
wydały  mu  się  nierzeczywiste  i  nowy  pochód,  na  pół 
zanurzony  we  mgle,  przesunął  się  wolno  nierównym 
krokiem,  a  pośrodku  każdego  cienia  coś  połyskiwało  w 
świetle gwiazd. Nadciągały coraz bliżej i Hanrahan ujrzał, 
że  byli  to  również  kochankowie,  a  miast  serc  mieli 
lusterka w kształcie serc, w których bezustannie oglądali 
nawzajem  własne  twarze.  Przechodzili,  pogrążając  się 
wnet  w  otchłań,  a  inne  kształty  wznosiły  się  w  ich 
miejsce,  lecz  te  nie  kroczyły  obok  siebie,  a  podążały 
jeden  za  drugim,  wyciągając  w  uniesieniu  przyzywające 
ramiona.  Spostrzegł  też,  że  ściganymi  były  kobiety;  ich 
głowy  były  niezrównanej  piękności,  lecz  ciała  jedynie 
cieniami bez życia, a długie włosy poruszały się i drgały 

background image

wokół  nich,  jak  gdyby  żyły  własnym  niesamowitym 
życiem. Nagle mgła podniosła się i przesłoniła je, a lekki 
podmuch  wiatru  przegnał  je  ku  północnemu  wschodowi, 
okrywając zarazem Hanrahana białym skrzydłem chmury. 

Hanrahan powstał drżąc i właśnie chciał odwrócić się 

od  doliny,  gdy  spostrzegł  dwa  ciemne  i  na  pół  zakryte 
kształty,  które  stały  jak  gdyby  w  powietrzu  tuż  poza 
skałą. Jeden z nich, o smutnych oczach żebraka, rzekł doń 
kobiecym głosem: 

– Przemów do mnie, gdyż nikt na tym ni na tamtym 

święcie nie przemówił do mnie przez siedemset lat. 

– Powiedz mi, kim są ci, którzy tędy przeszli – rzekł 

Hanrahan. 

–  Ci,  co  przeszli  najpierw  –  rzekła  kobieta  –  to 

kochankowie, najsławniejsi w dawnych czasach, Blanaid i 
Deirdre,  i  Grania,  i  ich  ukochani  towarzysze,  a  także 
wielkie  mnóstwo  innych,  nie  tak  znanych,  lecz  równie 
mocno  kochanych.  Ponieważ  szukali  w  sobie  nawzajem 
nie tylko kwiecia  młodości, lecz piękna tak trwałego jak 
noc  i  gwiazdy,  noc  i  gwiazdy  strzegą  ich  na  zawsze  od 
wojny  i  zguby,  pomimo  śmierci  i  goryczy,  które  miłość 
ich  przyniosła  światu.  Ci,  którzy  nadeszli  później  – 
mówiła  dalej  –  i  którzy  nadal  oddychają  słodkim 
powietrzem, a w sercach mają lusterka, nie pojawiają się 
w  pieśniach  poetów,  gdyż  pragnęli  jedynie  tryumfować 
nawzajem nad sobą i w ten sposób dowieść swej mocy i 
urody,  z  tej  zatem  przyczyny  okazywali  coś  na  kształt 
miłości.  Natomiast  kobiety  o  widmowych  ciałach  nie 

background image

pożądały  tryumfu  ni  miłości,  pragnęły  jedynie  być 
kochane, więc nie ma krwi w ich sercach i ciałach, chyba 
że przepłynie przez nie od pocałunku, lecz życie ich trwa 
jedynie  chwilę.  Są  one  nieszczęśliwe,  lecz  ja  jestem  z 
nich najnieszczęśliwsza, gdyż jestem Dervorgilla, a to jest 
Diarmuid,  a  nasz  grzech  sprowadził  Normanów  do 
Irlandii.  Klątwa  pokoleń  ciąży  na  nas,  a  nikogo  nie 
ukarano  tak  jak  nas.  Kochaliśmy  w  sobie  nawzajem 
jedynie  rozkwitającą  męskość  i  kobiecość,  więc  gdy 
umarliśmy, nie otoczyła nas wieczna nieprzerwana cisza, 
a  gorycz  bitew,  które  ściągnęliśmy  na  Irlandię,  obróciła 
się  w  naszą  karę.  Wiecznie  wędrujemy  razem,  lecz 
Diarmuid,  który  był  moim  kochankiem,  ogląda  mnie 
zawsze jako ciało, które długi czas przebywało w ziemi, a 
ja  wiem,  że  taką  mnie  widzi.  Pytaj  mnie  jeszcze,  pytaj 
mnie  jeszcze,  gdyż  lata  pozostawiły  mądrość  w  mym 
sercu, a nikt mnie nie słuchał od siedmiuset lat. 

Wielka  trwoga  ogarnęła  Hanrahana.  Uniósłszy 

ramiona  nad  głowę,  wydał  z  siebie  po  trzykroć  głośny 
okrzyk,  aż  bydło  w  dolinie  uniosło  głowy  i  zaryczało,  a 
ptaki  leśne  u  podnóża  góry  przebudziły  się  ze  snu  i 
zatrzepotały w drżących liściach. Nieco poniżej krawędzi 
grani  gromadka  płatków  różanych  nadal  trzepotała  w 
powietrzu, gdyż wrota Wieczności otwarły się i na powrót 
zamknęły w jednym uderzeniu serca. 

 

background image

 

Śmierć Hanrahana 

 
Hanrahan,  który  nigdy  nie  przebywał  długo  w 

jednym miejscu, znów się pojawił w wioskach u podnóża 
Slieve Echtge, Illeton, Scalp i Ballylee, a zatrzymywał się 
to  w  tym  domu,  to  w  owym,  wszędzie  podejmowany 
serdecznie  przez  wzgląd  na  dawne  czasy,  swą  poezję  i 
uczoność.  W  małej  skórzanej  sakiewce  pod  kapotą  miał 
nieco  srebrnych  pieniędzy  i  miedziaków,  lecz  rzadko 
musiał  coś  z  niej  wyjmować,  gdyż  zadowalał  się  byłe 
czym, a nie było nikogo, kto przyjąłby od niego zapłatę. 
Ręka  ciążyła  mu  już  na  kiju  z  tarniny,  którym  się 
podpierał,  policzki  miał  zapadłe  i  poorane,  lecz 
pożywienia,  ziemniaków,  mleka  czy  kawałka  owsianego 
placka,  dostawał,  ile  chciał;  a  na  skraju  tak  dzikiego  i 
bagnistego miejsca jak Echtge nie zabrakło i kubka trunku 
o smaku torfianego dymu. Zwykle błądził po ogromnym 
lesie  w  Kinadife  lub  za  dnia  siadywał  godzinami  pośród 
trzcin nad jeziorem Belshragh, przysłuchując się górskim 
potokom  lub  śledząc  cienie  na  brunatnych  bagiennych 
stawach;  cicho,  by  nie  spłoszyć  saren,  które  schodziły  z 
wrzosowisk ku trawie i polom uprawnym po zapadnięciu 
nocy.  Z  upływem  dni  zaczął  jakby  należeć  do  jakiegoś 
niewidzialnego  i  mglistego  świata,  pełnego  barw  poza 
wszelkimi  barwami  i  ciszy  poza  wszelką  ciszą  tego 
świata. Przechadzając się po lesie słyszał czasem muzykę, 

background image

która  gasnąc  uchodziła  z  pamięci  jak  sen;  a  raz  w  ciszy 
południa  usłyszał  dźwięk  podobny  szczękowi  wielu 
mieczy,  który  trwał  długo  nie  ustając  ani  na  chwilę.  Z 
zapadnięciem  nocy  i  o  wschodzie  księżyca  jezioro 
wydawało  się  bramą  ze  srebra  i  lśniących  kamieni,  a  z 
jego  ciszy  nadpływał  nikły  dźwięk  zawodzenia  i 
trwożliwego  śmiechu,  załamujący  się  na  wietrze,  i 
migotały liczne blade przyzywające dłonie. 

Pewnego wieczoru w czas żniw siedział spoglądając 

w  wodę,  myśląc  o  tajemnicach  zawartych  w  jeziorach  i 
górach,  gdy  usłyszał  wołanie  dobiegające  z  południa, 
bardzo  nikłe  z  początku,  lecz  coraz  głośniejsze  i 
wyraźniejsze  w  miarę,  jak  cień  trzcin  się  wydłużał,  aż 
mógł rozróżnić słowa: 

–  Jestem  piękna,  jestem  piękna.  Ptaki  w  powietrzu, 

ćmy  pod  listkami,  muszki  ponad  wodą  patrzą  na  mnie, 
gdyż  nigdy  nie  widziały  nikogo  tak  pięknego  jak  ja. 
Jestem  młoda,  jestem  młoda:  spójrzcie  na  mnie,  góry; 
spójrzcie  na  mnie,  ginące  lasy,  gdyż  ciało  moje  będzie 
lśniło  jak  białe  wody,  gdy  wy  już  znikniecie.  Wy  i  cały 
rodzaj  ludzki,  i  rodzaj  zwierzęcy,  i  rodzaj  rybi,  i  rodzaj 
skrzydlaty,  giniecie  jak  dopalająca  się  świeca.  Lecz  ja 
śmieję się donośnie, gdyż jestem młoda. 

Głos załamywał się chwilami, jak gdyby ze znużenia, 

lecz  wkrótce  podejmował  znowu,  wołając  nieustannie  te 
same  słowa:  „Jestem  piękna,  jestem  piękna”.  Wreszcie 
krzewy na skraju niewielkiego jeziora zadrżały na chwilę, 
stara  kobieta  przedarła  się  przez  nie  i  wolnym  krokiem 

background image

przeszła mimo Hanrahana. Twarz jej miała  barwę ziemi, 
pomarszczona  bardziej  niż  twarz  starej  wiedźmy,  siwe 
włosy  zwisały  kosmykami,  a  łachmany  nie  okrywały 
ciemnej  skóry  stwardniałej  od  różnorakiej  pogody. 
Minęła  go  z  szeroko  otwartymi  oczyma,  wysoko 
uniesioną głową, ramionami zwisającymi sztywno u boku 
i odeszła w cień wzgórz ku zachodowi. 

Trwoga  ogarnęła  Hanrahana,  gdy  ją  ujrzał,  wiedział 

bowiem,  że  była  to  Winny  Byrne  z  Rozstajnych  Dróg, 
która  żebrząc  wędrowała  z  miejsca  na  miejsce, 
nieustannie wykrzykując to samo; słyszał także często, iż 
posiadała  kiedyś  taką  mądrość,  że  wszystkie  kobiety  z 
okolicy  zwykły  do  niej  chodzić  po  radę,  głos  zaś  miała 
tak piękny, że mężczyźni i kobiety schodzili się zewsząd, 
by słuchać, gdy śpiewała na pogrzebie czy weselu; słyszał 
także, że Inne, wielkie Sidhe, skradły jej rozum wiele lat 
temu  w  pewien  wieczór  Samhain,  gdy  zasnęła  na  skraju 
kurhanu i ujrzała we śnie sługi Echtge z gór. 

Ponieważ  zniknęła  pod  szczytem  zbocza,  wydawało 

się,  jak  gdyby  jej  wołanie:  „Jestem  piękna,  jestem 
piękna”, dobiegało spośród gwiazd na niebie. 

Zimny wiatr pełzał pośród trzcin i Hanrahan zadrżał, 

podniósł  się  zatem,  by  pójść  do  jakiegoś  domu,  gdzie 
byłby  ogień  na  kominku.  Lecz  miast  zwrócić  się  w  dół 
zbocza,  jak  to  miał  w  zwyczaju,  poszedł  w  górę, 
niewielkim szlakiem, który mógł być ścieżką, a mógł być 
korytem  wyschniętego  potoku.  Tą  samą  drogą  poszła 
wcześniej Winny, a prowadziła ona do małej chatki, gdzie 

background image

Winny  mieszkała,  gdy  w  ogóle  gdziekolwiek  mieszkała. 
Szedł  bardzo  powoli  pod  górę,  jak  gdyby  niósł  wielki 
ciężar  na  grzbiecie,  aż  wreszcie  ujrzał  światło  nieco  na 
lewo  i  pomyślał,  że  pewnie  świeci  ono  w  domu  Winny, 
zboczył więc ze ścieżki, by pójść ku niemu. Lecz chmury 
zakryły niebo i nie mógł dojrzeć drogi, ledwie zaś uszedł 
kilka kroków, poślizgnął się i wpadł w rów odwadniający, 
a  choć  wydostał  się  stamtąd,  czepiając  korzeni  wrzosu, 
potłukł się dotkliwie i odczuwał ochotę, by wypocząć niż 
wędrować dalej. Zawsze jednak był odważny, więc ruszył 
przed  siebie,  krok  za  krokiem,  aż  dotarł  do  pozbawionej 
okna  chatki Winny, przez której drzwi przedostawało się 
światło. Pomyślał, że trzeba tam wejść i odpocząć chwilę, 
lecz  gdy  podszedł  do  drzwi,  nie  ujrzał  tam  Winny,  a 
jedynie  cztery  siwowłose  staruchy  grające  w  karty. 
Hanrahan usiadł na stercie torfu przy drzwiach, gdyż był 
wyczerpany, a z tak obolałymi kośćmi i stawami nie miał 
ochoty  rozmawiać,  ani  grać  w  karty.  Słyszał,  jak  cztery 
kobiety  rozmawiały  przy  grze  i  jak  wywoływały  kartę. I 
wydało mu  się, że mówiły, jak ongi ów obcy w  stodole: 
„Wino i Dzwonki, Odwaga i Władza. Żołądź i Czerwień, 
Wiedza  i  Rozkosz”.  Zaczął  powtarzać  sobie  te  słowa;  a 
ból  W  karku  nie  znikał,  czy  był  to  sen,  czy  nie  był.  Po 
chwili  cztery  kobiety  w  chatce  rozpoczęły  spór,  a  każda 
dowodziła,  że  inne  grają  nieuczciwie.  Głosy  ich  z 
donośnych stały się donośniejsze, podobnie jak okrzyki i 
przekleństwa,  aż  wreszcie  całe  powietrze  wokół  chaty  i 
ponad nią wypełniło się zgiełkiem, a Hanrahan, słysząc to 

background image

między jawą a snem, rzekł: 

–  To  odgłos  walki  między  przyjaciółmi  i 

nieprzyjaciółmi  człowieka  bliskiego  śmierci.  Ciekaw 
jestem – rzekł – kto w tym odludnym miejscu jest owym 
człowiekiem bliskim śmierci. 

Wydało mu się, że spał bardzo długo, a gdy otworzył 

oczy,  oblicze,  które  ujrzał  nad  sobą,  było  starym 
pomarszczonym  obliczem  Winny  z  Rozstajnych  Dróg. 
Patrzyła na niego uważnie, jak gdyby chciała się upewnić, 
że nie umarł, i wilgotną szmatą starła krew, która zaschła 
mu na twarzy, a po chwili po trosze zaprowadziła go, a po 
trosze zaniosła  do  chaty  i położyła  na  czymś,  co służyło 
jej  za  posłanie.  Dała  mu  parę  ziemniaków  z  garnka  na 
ogniu  i  kubek  źródlanej  wody,  która  bardziej  mu 
pomogła.  Od  czasu  do  czasu  zapadał  w  drzemkę,  a 
niekiedy słyszał, jak śpiewała krzątając się po izbie. I tak 
upłynęła  noc.  Gdy  niebo  poczęło  rozjaśniać  się  świtem, 
Hanrahan  wymacał  woreczek  z  niewielkim  zapasem 
pieniędzy  i  wyciągnął  ku  niej,  a  ona  wyjęła  pieniądz 
miedziany i pieniądz srebrny, lecz upuściła je na powrót, 
jak gdyby były dla niej niczym, może dlatego, że zwykła 
żebrać  nie  o  pieniądze,  lecz  o  pożywienie  i  łachmany;  a 
może dlatego, że powstający świt napełnił ją dumą i nową 
wiarą  w  jej  wielką  piękność.  Wyszła  i  nacięła  parę 
naręczy  wrzosu,  przyniosła  je  i  spiętrzyła  nad 
Hanrahanem  mówiąc  coś  o  chłodzie  poranka,  a  gdy  to 
robiła,  przyjrzał  się  zmarszczkom  jej  twarzy,  szarości 
włosów  i  zepsutym  zębom,  czarnym  i  szczerbatym.  Gdy 

background image

był  już  dobrze  okryty  wrzosem,  wyszła  z  chaty  i  zeszła 
zboczem,  i  usłyszał  jej  wołanie:  „Jestem  piękna,  jestem 
piękna”,  coraz  mniej  wyraźne  w  miarę,  jak  się  oddalała, 
aż wreszcie wołanie jej całkiem ucichło. 

Hanrahan leżał tam cały dzień w bólach i słabości, a 

gdy zapadły wieczorne cienie, usłyszał ponownie jej głos 
nadciągający  z  dołu,  gdy  zaś  przyszła,  zgotowała 
ziemniaki i podzieliła się z nim tak samo jak przedtem. I 
tak  upływał  dzień  po  dniu,  a  ciało  ciążyło  mu  coraz 
bardziej.  Lecz  w  miarę  jak  słabł,  pojął,  że  potężniejsze 
niźli  on  istoty  znajdowały  się  wraz  z  nim  w  izbie  i  dom 
począł  się  nimi  wypełniać.  Wydało  mu  się,  że  wszelka 
moc była w ich rękach i mogły jednym dotknięciem ręki 
zburzyć  mur,  który  dotkliwy  ból  wzniósł  wokół  niego,  i 
zabrać go do swego świata. Czasem dochodziły go głosy, 
nikłe  i  radosne,  wołające  z  krokwi  lub  z  płomieni 
paleniska,  to  znów  dom  cały  wypełniała  muzyka,  która 
przechodziła  przezeń  jak  wiatr.  Wkrótce  nie  było  już 
miejsca na ból w jego słabości i otoczyła go wielka cisza, 
podobna  ciszy  w  głębi  jeziora,  a  chwilami  przenikały 
przez  nią,  jak  blask  nikłej  świecy,  niewyraźne  radosne 
głosy. 

Pewnego  ranka  usłyszał  za  drzwiami  muzykę,  a  w 

miarę  upływu  dnia  stawała  się  ona  coraz  głośniejsza,  aż 
zagłuszyła  nikłe  radosne  głosy,  a  nawet  wołanie  Winny 
na  zboczu  z  zapadnięciem  wieczoru.  Około  północy 
wydało mu się, że ściany rozstąpiły się nagle, a posłanie 
zaczęło  unosić  się  w  bladym  mglistym  blasku,  który 

background image

jaśniał ze wszystkich stron, jak tylko okiem sięgnąć; gdy 
zaś minęło początkowe oślepienie, ujrzał, że był on pełen 
ogromnych wiotkich postaci przebiegających bezładnie. 

Równocześnie  muzyka  dotarła  do  niego  bardzo 

wyraźnie  i  pojął,  iż  nie  była  ona  niczym  innym  jak 
nieustannym szczękiem mieczy. 

–  Jestem  bliski  śmierci  –  rzekł  –  iw  samym  sercu 

muzyki Niebios. O Cherubini i Serafini, przyjmijcie moją 
duszę! 

Na  okrzyk  jego  najbliższe  światło  wypełniło  się 

iskrami  jeszcze  jaśniejszego  blasku  i  ujrzał,  że  były  to 
ostrza  mieczy  zwrócone  ku  jego  sercu;  potem  nagły 
płomień,  jasny  i  palący  jak  miłość  lub  nienawiść  Boża, 
przemknął przez ów blask i zgasł, a Hanrahan znalazł się 
w  ciemności.  Z  początku  nie  widział  nic,  gdyż  naokół 
była  ciemność,  jak  gdyby  otaczała  go  czarna  ziemia 
bagniska, lecz nagle ogień rozbłysnął, jak gdyby rzucono 
nań garść słomy. A gdy spojrzał, światło lśniło na dużym 
garnku,  który  zwisał  z  haka,  i  na  płaskim  głazie,  gdzie 
Winny  czasem  piekła  placki,  i  na  długim  zardzewiałym 
nożu,  którego  używała  do  ścinania  korzeni  wrzosu,  i  na 
długim  kiju  z  tarniny,  który  on  sam  tu  przyniósł.  Gdy 
ujrzał  owe  cztery  przedmioty,  wróciło  doń  pewne 
wspomnienie i powróciła siła, dźwignął się więc siadając 
na posłaniu i rzekł donośnie i wyraźnie: 

– Kocioł, Głaz, Miecz, Włócznia. Czym są? Do kogo 

należą? Tym razem ja zadałem pytanie. 

Później  osunął  i  się  znowu,  osłabły,  a  tchnienie 

background image

poczęło zeń uchodzić. 

Winny  Byrne,  która  doglądała  ognia,  podeszła 

wówczas,  z  oczyma  utkwionymi  w  posłanie;  nikłe 
roześmiane  głosy  zaczęły  wołać  znowu  i  blade  światło, 
szare jak fale, wpełzło do izby, a Hanrahan nie wiedział, z 
jakiego tajemnego świata przybyło. Ujrzał zwiędłą twarz 
Winny i jej zwiędłe ramiona, szare jak spękana ziemia, i 
mimo  osłabienia  odsunął  się  ku  ścianie.  Wówczas  ze 
sztywnych od błota łachmanów wysunęły się ramiona tak 
białe i wiotkie jak piana na rzece i otoczyły jego ciało, a 
głos,  który  słyszał  dobrze,  lecz  który  zdawał  się 
dochodzić z daleka, wyszeptał: 

–  Nie  będziesz  mnie  więcej  poszukiwał  na  piersi 

kobiet. 

– Kim jesteś? – rzekł wówczas. 
–  Jestem  jedną  z  wiekuistych  istot,  jednym  z 

wiekuistych  niezniszczalnych  Głosów,  które  obierają 
sobie  za  mieszkanie  złamanych  i  umierających,  i  tych, 
którzy  utracili  zmysły;  a  przybyłam  szukając  cię  i  jesteś 
mój, póki świat cały nie spłonie jak wypalona świeca. A 
teraz spójrz w górę – rzekła – gdyż zapalono już świeczki 
na nasze wesele. 

Ujrzał  wówczas,  że  cała  izba  wypełniła  się  bladymi 

wiotkimi  dłońmi,  a  każda  dłoń  trzymała  coś,  co  czasem 
wydawało się świeczką zapaloną w czas ślubu, a czasem 
długą białą gromnicą. 

Gdy  słońce  wstało  nazajutrz,  Winny  z  Rozstajnych 

Dróg  podniosła  się  z  miejsca,  gdzie  siedziała  przy 

background image

zwłokach,  i  rozpoczęła  żebry  od  wioski  do  wioski, 
śpiewając po drodze tę samą pieśń: 

–  Jestem  piękna,  jestem  piękna.  Ptaki  w  powietrzu, 

ćmy  pod  listkami,  muszki  ponad  wodą  patrzą  na  mnie. 
Jestem młoda: spójrzcie na mnie, góry; spójrzcie na mnie, 
,  ginące  lasy,  gdyż  ciało  moje  będzie  lśniło  jak  białe 
wody, gdy wy już znikniecie. Wy, i cały rodzaj ludzki, i 
rodzaj  zwierzęcy,  i  rodzaj  rybi,  i  rodzaj  skrzydlaty, 
giniecie  jak  dopalająca  się  świeca.  Lecz  ja  śmieję  się 
donośnie, gdyż jestem młoda. 

Nie  powróciła  tej  nocy  do  chaty,  ni  żadnej  innej 

nocy, i dopiero pod koniec drugiego dnia robotnicy tnący 
torf  idąc  ku  bagnisku  znaleźli  ciało  Rudego  Owena 
Hanrahana  i  zwołali  mężczyzn,  by  czuwali  nad  nim,  a 
kobiety, by zawodziły nad nim, i sprawili mu pochówek, 
jaki przystoi tak wielkiemu poecie. 

background image

 

 

RÓŻA TAJEMNA 

 
1897 
 
„Co do życia, nasza służba zrobi to za nas. ” 
Villiers de l’Isle-Adam 
 
„Helena,  spojrzawszy  w  zwierciadło  i  zobaczywszy 

zmarszczki starości, zapłakała, dziwując się, że dwa razy 
ją uprowadzono.” 

Cytat z Owidiusza w jednym z notatników Leonarda 

da Vinci   

 

background image

 

Do róży tajemnej 

 
Odległa, najtajniejsza, nieskalana Różo,   
Spowij mnie w tej godzinie, której inne służą,   
Tam, gdzie ci, co w Najświętszym Grobie Cię szukali   
Lub w loszku z winem, teraz, gdy zgiełk pożegnali   
I zamęt snów przed klęską; pod osłoną powiek   
Bladych śnią o tym tylko, co nazywa człowiek   
Pięknem. Niech twe listowie ogromne omota   
Brody pradawne, hełmy z rubinu i złota   
Koronowanych Magów i króla owego,   
Który Dłonie Przybite do Krzyża dawnego   
Ujrzał w dymie Druidów, zbudzone z przeszłości   
I patrzył, póki wreszcie nie skonał z wściekłości; 
I tego, który spotkał Fand, w rosie idącą   
Rozpłomienionej, szarym brzegiem nadchodzącą,   
Nad którym żadne wiatry nigdy nie powiały: 
Emerę za jej całus oddał, i świat cały; 
I tego, który bogów swych pozbawił mocy   
I zasiadłszy do stołu, przez sto dni i nocy, 
Póki setny świt krwawy nie powstał, ucztował 
I opłakując groby zmarłych swych, żałował; 
I króla, który dumnie koronę odrzucił 
Wraz z troskami: ku bardom i błaznom się zwrócił,   
By z włóczęgami leśne przemierzać ostępy; 
I tego, który sprzedał ziemię, dom i sprzęty,   

background image

By niezliczone lądy i wyspy latami   
Przeszukiwać, aż wreszcie ze śmiechem i łzami   
Spotkał niewiastę piękną tak, że pośród nocy   
Ludzie zboże młócili w blasku jej warkoczy. 
Ja także oczekuję, że w jednej godzinie   
Nienawiść twa i miłość jak burza nadpłynie. 
Kiedyż wiatr porwie gwiazdy, co w niebie zawisły,   
By skonały jak iskry, co z kuźni wyprysły? 
Czy nadchodzi godzina twa, czy przyjdziesz burzą,   
Odległa, najtajniejsza, nieskalana Różo? 
 

[tłum. M. Słomczyński ] 

 

background image

Ukrzyżowanie włóczęgi 

 
Człowiek  o  rzadkich  ciemnych  włosach  i  bladej 

twarzy na pół biegł, a na pół szedł drogą, która wiła się od 
południa  ku  miastu  Sligo.  Wielu  zwało  go  Cumhalem, 
synem Cormaca, a wielu innych Rączym Rumakiem; był 
wesołkiem, odzianym w pstrokaty kaftan, nosił spiczaste 
trzewiki  i  wypchaną  sakiewkę.  Płynęła  w  nim  krew 
Ernaanów, a urodził się na Polu Złota; wszelako sypiał i 
jadał  w  pięciu  królestwach  Erynu,  a  siedziby  nie  miał 
żadnej  na  tym  świecie.  Oczy  jego  pobiegły  od  wieży 
opactwa  karmelitów  ku  rzędowi  krzyży,  które  rysowały 
się na tle nieba na wzgórzu nieco na wschód od miasta; na 
ten  widok  zacisnął  pięści  i  począł  nimi  wygrażać 
krzyżom. Wiedział, że nie były puste, gdyż ptaki krążyły 
wokół nich; pomyślał, że najpewniej jakiś podobny jemu 
wagabunda zawisł na którymś. Wymamrotał: 

– Powieszenie lub ustrzelenie z łuku, ukamienowanie 

lub  ścięcie,  dość  to  już  złe.  Lecz  tu  ptaki  wydziobują  ci 
oczy  i  wilki  pożerają  stopy!  Czemuż  czerwony  wicher 
Druidów  nie  zwarzył  w  kolebce  owego  żołnierza 
Dathiego,  który  przyniósł  to  drzewo  śmierci  z 
barbarzyńskich  krain,  lub  czemuż  piorun,  który  poraził 
Dathiego u stóp góry, nie poraził i jego także, lub czemuż 
grobu  nie  wykopały  mu  zielonowłose  i  zielonozębe 
syreny, głęboko na dnie przepastnego morza. 

Mówiąc  to,  drżał  od  stóp  do  głów,  a  pot  zrosił  mu 

background image

oblicze, nie wiedział jednak, czemu tak się dzieje, oglądał 
już bowiem wiele krzyży. Minął dwa wzgórza i warowną 
bramę, po czym skierował się na lewo ku furcie opactwa. 
Była  ona  nabita  ogromnymi  gwoźdźmi;  zapukawszy  w 
nią, obudził braciszka, który był tam furtianem, i poprosił 
go  o  miejsce  w  izbie  gościnnej.  Braciszek  nabrawszy 
rozżarzonego  torfu  na  łopatkę,  powiódł  go  do  dużej  i 
pustej  przybudówki  wysypanej  nadzwyczaj  brudnym 
sitowiem.  Zapalił  trzcinę  umocowaną  między  dwoma 
kamieniami  w  ścianie,  rzucił  rozżarzony  torf  na 
palenisko, dał mu jeszcze dwa kawały torfu i garść słomy, 
po  czym  wskazał  derkę  zwisającą  z  gwoździa,  półkę  z 
bochnem chleba i dzbankiem wody oraz kadź w odległym 
kącie. Później braciszek pozostawił go i powrócił na swe 
miejsce  przy  furcie.  Zaś  Cumhal  syn  Cormaca  począł 
dmuchać  na  rozżarzony  torf,  by  zapalić  dwa  kawałki  i 
garść słomy, lecz torf i słoma były wilgotne i nie chciały 
się palić. Ściągnął więc spiczaste trzewiki i wysunął kadź 
z  kąta,  zamierzając  spłukać  z  nóg  pył  gościńca;  woda 
jednak była tak brudna, że nie mógł dojrzeć dna. Bardzo 
był głodny, nic bowiem nie jadł tego dnia; nie wywierając 
więc  złości  na  kadzi,  ujął  ciemny  bochen,  ugryzł  kęs  i 
wnet  wypluł,  gdyż  chleb  był  twardy  i  spleśniały.  Nadal 
nie dał jednak upustu złości, gdyż nie pił od wielu godzin. 
Spodziewając  się  słodowego  piwa  lub  wina  u  schyłku 
dnia,  omijał  strumienie  nie  tykając  ich,  by  wieczerza 
wydała się tym rozkoszniejsza. Teraz przytknął dzban do 
warg,  lecz  cisnął  go  precz  od  siebie,  gdyż  woda  była 

background image

gorzka i cuchnąca. Kopnął tedy dzban, aż roztrzaskał się 
o przeciwległą ścianę, i zdjął derkę, by się w nią owinąć 
na  noc.  Ledwie  jednak  jej  dotknął,  zaroiła  się  od 
skaczących pcheł. Wówczas, nie posiadając się z gniewu, 
rzucił  się  ku  drzwiom  izby  gościnnej,  lecz  braciszek, 
przywykły  do  podobnych  burd,  zamknął  je  od  zewnątrz; 
opróżnił  zatem  kadź  i  począł  nią  walić  w  drzwi,  póki 
braciszek  nie  nadszedł  pytając,  co  mu  dolega  i  czemu 
budzi  go  ze  snu,  –  Co  mi  dolega!  –  krzyknął  Cumhal.  – 
Czyż  torf  nie  jest  tak  wilgotny  jak  piaski  Trzech 
Trzęsawisk?  Czyż  pchły  w  derce  nie  są  tak  liczne  i 
skoczne jak fale w morzu? Czyż chleb nie jest tak twardy 
jak serce braciszka, który zapomniał o Bogu? Czyż woda 
w dzbanie nie jest tak gorzka i cuchnąca jak jego dusza? 
Czyż  woda  do  nóg  nie  ma  takiej  barwy  jak  on,  gdy  go 
osmalą Wiekuiste Ognie? 

Braciszek  sprawdził,  czy  zamek  mocno  trzyma,  i 

powrócił  do  swego  kącika,  był  bowiem  zbyt  senny,  by 
mieć ochotę do rozmowy. Cumhal zaś bił dalej w drzwi, a 
usłyszawszy ponownie kroki braciszka, wykrzyknął: 

–  O  tchórzliwy  i  okrutny  rodzie  mnichów, 

prześladowców  barda  i  wesołka,  nieprzyjaciół  życia  i 
radości!  O  rodzie,  który  nie  dobywa  miecza  i  nie  mówi 
prawdy!  O  rodzie,  który  rozmiękcza  kości  narodu 
tchórzostwem i oszustwem! 

–  Wesołku  –  rzekł  braciszek  –  ja  także  układam 

rymy; wiele ich układam, gdy siedzę sobie w kątku przy 
furcie,  więc  smuci  mnie,  gdy  słyszę  bardów 

background image

złorzeczących  mnichom.  Bracie,  chciałbym  usnąć,  niech 
ci  zatem  będzie  wiadomo,  iż  to  głowa  klasztoru,  nasz 
miłościwy  opat,  wydaje  wszelkie  polecenia  dotyczące 
noclegu podróżnych. 

– Śpij zatem  – rzekł Cumhal.  – Zaśpiewam opatowi 

klątwę barda. 

Umieścił  odwróconą  kadź  pod  oknem,  a  stanąwszy 

na  niej,  począł  śpiewać  donośnym  głosem.  Śpiew 
przebudził  opata,  który  dźwignąwszy  się  w  łożu  począł 
dąć w srebrny gwizdek i dął tak długo, póki nie nadszedł 
braciszek. 

– Ten hałas nie daje mi zmrużyć oka – rzekł opat. – 

Cóż się tu dzieje? 

–  To  pewien  wesołek  –  odparł  braciszek  –  który 

narzeka na torf, chleb, wodę w dzbanie, wodę do mycia i 
na  derkę.  Właśnie  śpiewa  klątwę  barda  na  ciebie,  bracie 
opacie,  na  twego  ojca  i  matkę,  dziada  i  babkę,  i  na 
wszystkich twych krewniaków. 

– Czy przeklina wierszem? 
– Przeklina wierszem, z dwoma asonansami w każdej 

linijce klątwy. 

Opat  zerwał  szlafmycę  i  zmiął  ją  w  dłoniach,  a 

kolista  kępka  siwych  włosów  pośrodku  łysej  głowy 
wyglądała  jak  uroczysko  w  Knocknarea,  bowiem  w 
Connacht nie zarzucono jeszcze starodawnej tonsury. 

–  Jeśli  czegoś  nie  uczynimy  –  rzekł  –  wyuczy  on 

swych  klątw  dzieci  na  ulicach,  dziewczęta  przędące  u 
progów i rozbójników na Ben Bulben. 

background image

– Czy mam więc pójść – rzekł braciszek – i dać mu 

suchego  torfu,  świeży  bochen,  czystą  wodę  w  dzbanie, 
czystą wodę do mycia i czystą derkę, i kazać mu przysiąc 
na  błogosławionego  Świętego  Benignusa,  na  słońce  i 
księżyc,  a  to,  by  żadnego  poręczenia  nie  zbrakło,  że  nie 
rozpowie 

swych 

wierszy 

dzieciom 

na 

ulicach, 

dziewczętom u progów ani rozbójnikom na Ben Bulben? 

– Nie pomoże tu ani nasz Błogosławiony Patron, ani 

słońce  i  księżyc  –  rzekł  opat  –  gdyż  jutro  lub  pojutrze 
przyjdzie  mu  chęć  złorzeczyć  lub  poczuje  dumę  z  tych 
wierszy, więc wyuczy swych rymów dzieci, dziewczęta i 
rozbójników.  Albo  też  opowie  drugiemu  podobnego 
rzemiosła,  jak  mu  się  wiodło  w  izbie  gościnnej,  a  ten  z 
kolei  pocznie  przeklinać  i  zwarzy  moje  imię.  Wiedz 
bowiem, że nie ma wytrwałości zamiarów na gościńcach, 
a  jedynie  pod  dachem  i  w  czterech  ścianach.  Dlatego 
rozkazuję ci obudzić brata Kevina, brata Turkawkę, brata 
Wilczka,  brata  Łysego  Patryka,  brata  Łysego  Brandona, 
brata  Jakuba  i  brata  Piotra.  Niech  pochwycą  tego 
człowieka, skrępują go powrozami i zanurzą w rzece, aby 
przestał  śpiewać.  A  rankiem,  aby  nie  przeklinał  jeszcze 
głośniej, ukrzyżujemy go. 

– Wszystkie krzyże są zajęte – rzekł braciszek. 
–  Musimy  zatem  wznieść  jeszcze  jeden.  Jeśli  nie 

położymy  temu kresu, uczyni  to ktoś  inny,  któż bowiem 
może  jeść  i  spać  w  spokoju,  gdy  ludzie  jemu  podobni 
wędrują po świecie? Zaiste, okryci wstydem stanęlibyśmy 
przed  błogosławionym  Świętym  Benignusem,  a  cierpkie 

background image

byłoby  jego  oblicze,  gdy  nadejdzie  nas  sądzić  w  Dzień 
Ostateczny,  gdybyśmy  oszczędzili  jego  wroga,  choć 
mieliśmy  go  w  ręku!  Bracie,  nie  ma  ni  jednego  wśród 
tych  pieśniarzy  i  wesołków,  który  by  nie  rozsiał  swych 
bękartów  po  pięciu  królestwach,  a  jeśli  rozpłatają 
sakiewkę  lub  gardło,  a  zazwyczaj  bywa  to  jedno  lub 
drugie,  nigdy  nie  przychodzi  im  do  głowy  wyznać  to  i 
czynić  pokutę.  Czy  mógłbyś  wymienić  choć  jednego, 
który  nie  byłby  poganinem  w  głębi  serca,  nieustannie 
wzdychającym za Synem Lira, za Aengusem, za Bridget, 
za  Dagdami,  za  Matką  Dana  i  wszystkimi  fałszywymi 
bóstwami  dawnych  czasów;  który  nie  układałby  wierszy 
sławiących  królów  i  królowe  demonów,  Finvaragh  z 
siedzibą 

pod 

Cruachmaa, 

Rudego 

Aodha 

Cnoe-na-Sidha,  Clionę  z  Fal,  Aoibheala  z  Szarej  Skały  i 
tego,  którego  zwą  Donnem  z  Morskich  Głębi;  który  nie 
złorzeczyłby Bogu, Chrystusowi i Świętym Pańskim? 

Mówiąc to, przeżegnał się, a gdy skończył, naciągnął 

szlafmycę na uszy, by nie słyszeć hałasu, zamknął oczy i 
ułożył się do snu. 

Braciszek zastał brata Kevina, brata Turkawkę, brata 

Wilczka,  brata  Łysego  Patryka,  brata  Łysego  Brandona, 
brata  Jakuba  i  brata  Piotra  siedzących  na  posłaniach  i 
polecił  im,  by  powstali.  Wówczas  pojmali  Cumhala, 
powlekli go do rzeki i zanurzyli w miejscu, które później 
nazwano Brodem Buckleya. 

–  Wesołku  –  rzekł  braciszek,  gdy  go  wiedli  na 

powrót  do  izby  gościnnej  –  czemuż  używasz  dowcipu, 

background image

który  masz  od  Boga,  by  układać  bluźniercze  i 
nieprzystojne opowieści i rymy? Takie jest bowiem twoje 
rzemiosło.  Zaiste,  znam  wiele  podobnych  wierszy  i 
opowieści  niemal  na  pamięć,  wiem  zatem,  iż  mówię 
prawdę!  Czemu  sławisz  rymem  biesy  jak  Finvaragh, 
Rudy Aodh, Cliona, Aoibheal i Donn? Ja również jestem 
człowiekiem  wielkiej  nauki  i  wielkiego  dowcipu,  lecz 
zawsze  wielbię  miłościwego  opata,  Benignusa,  naszego 
patrona, i władców tej krainy. Dusza moja jest cnotliwa i 
stateczna,  lecz  twoja  jest  jak  wicher  w  ogrodach. 
Przemawiałem jak mogłem w twojej obronie, gdyż jestem 
człowiekiem  rozległego  umysłu,  któż  jednak  mógłby 
pomóc takiemu jak ty? 

–  Przyjacielu  –  odparł  wesołek  –  zaiste,  dusza  moja 

jest jak wicher, który miota mną tu i ówdzie, w górę i w 
dół, wiele rzeczy przywodzi mi na myśl i wiele wymiata, 
dlatego też zwą mnie Rączym Rumakiem. 

I  nie  odezwał  się  już  tej  nocy,  gdyż  zęby  dzwoniły 

mu od chłodu. 

Opat  i  mnisi  przybyli  do  niego  rankiem,  a 

rozkazawszy  mu,  by  gotował  się  na  ukrzyżowanie, 
wywiedli  go  z  izby  gościnnej.  Gdy  zaś  stał  jeszcze  na 
stopniu, stado wielkich dzikich gęsi przeciągnęło wysoko 
ponad nim z klangorem. Wzniósł ku nim ramiona i rzekł: 

–  O  wielkie  dzikie  gęsi,  wstrzymajcie  się  chwilę,  a 

być  może  dusza  moja  podąży  z  wami  ku  pustkowiom 
przybrzeżnym i nieujarzmionemu morzu! 

Przy bramie otoczył go tłum żebraków przybyłych tu, 

background image

by  żebrać  od  wędrowców  lub  pielgrzymów,  którym 
zdarzyło się spędzić noc w izbie gościnnej. Opat i <mnisi 
powiedli  tedy  wesołka  ku  nieco  oddalonemu  miejscu 
pośród  lasu,  gdzie  rosło  wiele  młodych  prostych  drzew, 
rozkazali  mu  ściąć  jedno  i  przysposobić  na  właściwą 
miarę,  podczas  gdy  żebracy  otoczyli  ich  kołem, 
rozprawiając i wymachując rękami. Później opat rozkazał 
mu  ściąć  krótszy  kawał  drzewa  i  przybić  do 
poprzedniego. Był to zatem  krzyż dla niego; włożyli mu 
go  na  ramiona,  gdyż  ukrzyżowanie  miało  się  odbyć  na 
szczycie wzgórza, obok innych krzyży. 

Uszedłszy  pól  mili  poprosił  ich,  by  się  zatrzymali  i 

przypatrzyli jego żonglerstwu; zna bowiem, jak rzekł im, 
wszystkie  sztuki  Aengusa  Przebiegłego.  Starsi  mnisi  jęli 
go  przynaglać,  lecz  młodsi pragnęli  to ujrzeć;  wyczyniał 
zatem przed nimi rozliczne dziwy, wyciągając nawet z ich 
uszu  żywe  żaby.  Po  chwili  jednak  obrócili  się  przeciw 
niemu  powiadając,  że  sztuki  jego  są  nudne  i  nieco 
nieobyczajne,  po  czym  znów  włożyli  mu  krzyż  na 
ramiona. Uszedłszy następne pół mili poprosił ich, by się 
zatrzymali  i  posłuchali  jego  żartów,  zna  bowiem 
wszystkie  żarty  Conana  Łysego,  na  ,  którego  grzbiecie 
rosła  owcza  wełna.  Wysłuchawszy  jego  uciesznych 
opowieści, młodzi mnisi przykazali mu podjąć na powrót 
krzyż,  gdyż  nie  przystało  im  słuchać  takich  bezeceństw. 
Uszedłszy  następne  pół  mili  poprosił  ich,  by  się 
zatrzymali  i  posłuchali  pieśni  o  Białopierśnej  Deirdre,  o 
tym,  jak  doznała  wielu  boleści  i  jak  synowie  Usny 

background image

pomarli,  by  jej  służyć.  Młodzi  mnisi  aż  palili  się,  by  go 
posłuchać, lecz gdy skończył, rozgniewali się i pobili go, 
gdyż obudził w ich sercach zapomniane tęsknoty. Włożyli 
mu tedy krzyż na grzbiet i pognali na wzgórze. 

Gdy  dotarł  na  szczyt,  zdjęli  z  niego  krzyż  i  poczęli 

kopać  dół,  by  go  ustawić,  a  żebracy  otoczyli  ich, 
rozmawiając. 

– Proszę o łaskę, nim umrę – powiada Cumhal. 
– Nie zezwolimy na dalszą zwłokę – rzecze opat. 
– Nie proszę o zwłokę, bowiem dobywałem miecza, 

mówiłem prawdę, przeżyłem swój sen i jestem rad. 

– Chcesz więc wyznać grzechy? 
–  Nie,  na  słońce  i  księżyc;  proszę  jedynie,  by  mi 

zezwolono zjeść jadło, które noszę w torbie. Noszę jadło 
w  torbie,  ilekroć  idę  na  wędrówkę,  lecz  nie  tykam  go, 
póki omal nie umieram z głodu. Nie jadłem od dwóch dni. 

–  Możesz  zatem  jeść  – rzekł  opat  i odwrócił  się,  by 

pomóc mnichom kopać dół. 

Wesołek  dobył  z  torby  bochen  chleba  i  parę 

skrawków  zimnego  smażonego  boczku  i  położył  to  na 
ziemi. 

–  Dam  dziesięcinę  ubogim  –  rzekł  odkroiwszy 

dziesiątą  część  bochenka  i  boczku.  –  Kto  z  was  jest 
najbiedniejszy? 

Powstała  na  to  wielka  wrzawa,  gdyż  żebracy 

rozpoczęli  historię  swych  boleści  i  ubóstwa,  a  ich 
pożółkłe  twarze  kołysały  się,  jak  Gabhra  Lough,  gdy 
strumienie wypełnią je wodą z bagnisk. 

background image

Przysłuchał się temu przez chwilę, po czym rzekł: 
– Ja sam jestem najbiedniejszy, bowiem wędrowałem 

pustym  gościńcem  i  brzegiem  morza;  postrzępiony 
pstrokaty kaftan na grzbiecie i zdarte spiczaste trzewiki na 
nogach  zawsze  mnie  drażniły,  gdyż  w  sercu  moim  było 
strzeliste  miasto  pełne  wspaniałych  szat.  A  tym  bardziej 
byłem  samotny  na  gościńcach  i  na  brzegu  morza,  gdyż 
słyszałem w mym sercu szelest wyszywanej różami sukni 
tej,  która  jest  przebieglejsza  niż  Aengus  Przebiegły, 
bardziej  wypełniona  pięknem  śmiechu  niż  Conan  Łysy, 
bardziej  wypełniona  mądrością  łez  niż  Białopierśna 
Deirdre i piękniejsza niż wstający świt dla zagubionych w 
ciemności.  Sobie  więc  przyznaję  dziesięcinę;  ponieważ 
jednak  skończyłem  z  doczesnymi  rzeczami,  oddaję  ją 
wam. 

Cisnął  zatem  chleb  i  skrawki  boczku  pomiędzy 

żebraków, ci zaś poczęli o nie walczyć z wrzaskiem, póki 
nie  zjedli  ostatniego  skrawka.  Tymczasem  mnisi  przybili 
wesołka  do  krzyża,  ustawili  prosto  w  dole,  zgarnęli 
ziemię do dołu i ubili ją równo i mocno. Odeszli później, 
lecz żebracy pozostali, siedząc wokół krzyża. Gdy słońce 
poczęło chylić się ku zachodowi, również i oni podnieśli 
się, gdyż powietrze stawało się chłodne. Zaledwie oddalili 
się nieco, wilki, które uprzednio ukazywały się na skraju 
przyległego  zagajnika,  podeszły  bliżej,  a  ptaki  poczęły 
zataczać coraz mniejsze koła. 

– Poczekajcie, włóczędzy, jeszcze chwilkę – zawołał 

do żebraków ukrzyżowany słabym głosem – i odganiajcie 

background image

ode mnie ptaki i zwierzęta. 

Lecz  żebracy  rozgniewali  się,  że  nazwał  ich 

włóczęgami,  więc  obrzucili  go  kamieniami  i  błotem,  a 
jedna  żebraczka  podniosła  ku  niemu  dziecko  mówiąc,  iż 
jest  jego  ojcem,  i  przeklinając  go.  I  odeszli  wszyscy. 
Wówczas  wilki  zgromadziły  się  u  stóp  krzyża,  a  ptaki 
poczęły  krążyć  coraz  niżej.  Nagle  ptaki  sfrunęły  mu  na 
głowę,  barki  i  ramiona  i  poczęły  go  dziobać,  a  wilki 
pożerać mu stopy. 

–  Włóczędzy  –  zajęczał  –  czy  wszyscy  obróciliście 

się przeciw włóczędze? 

 

background image

Głos z róży 

 
Pewnego  zimowego  wieczora  stary  rycerz  w 

pordzewiałej 

kolczudze 

jechał 

wolno 

lesistym 

południowym  zboczem  Ben  Bulben,  przyglądając  się 
słońcu  zachodzącemu  w  krwistych  chmurach  ponad 
morzem.  Koń  jego  był  znużony,  jak  to  bywa  w  długiej 
podróży,  a  na  hełmie  rycerza  nie  widniał  pióropusz 
pobliskiego  pana  lub  króla,  lecz  mała  róża  z  rubinów, 
która  z  każdą  chwilą  mieniła  się  coraz  ciemniejszym 
szkarłatem. Białe włosy opadały mu rzadkimi puklami na 
ramiona,  a  ich  nieład  przydawał  smutku  obliczu, 
będącemu  obliczem  człowieka  z  tych,  którzy  rzadko 
pojawiają się na tym świecie, zawsze ku jego utrapieniu; 
marzyciela,  który  musi  czynić  to,  o  czym  marzy,  i 
człowieka czynu, który wymarzył to, co czyni. 

Zerknąwszy ku słońcu, upuścił wodze na kark konia i 

wyciągając ramiona ku zachodowi rzekł: 

–  O  Boska  Różo  Płomienia  Rozumu,  spraw,  by 

bramy twego pokoju otwarły się wreszcie przede mną! 

Nagle  głośny  kwik  dobiegł  z  lasu  na  zboczu  o 

kilkaset  kroków  ponad  nim.  Wstrzymał  konia,  by  się 
przysłuchać,  i  usłyszał  poza  sobą  zgiełk  licznych  stóp  i 
głosów. 

–  Biją  je,  by  je  wpędzić  na  wąską  ścieżkę  obok 

wąwozu – powiedział ktoś, a po chwili tuzin wieśniaków 
uzbrojonych w krótkie włócznie zrównało się z rycerzem, 

background image

stanąwszy  nieco  na  uboczu,  z  niebieskimi  czapkami  w 
dłoniach. 

–  Gdzież  podążacie  z  włóczniami?  –  zapytał;  a  ten, 

który wydawał się ich przywódcą, odparł: 

– Banda leśnych rabusiów zeszła niedawno z wzgórz 

i  uprowadziła  świnie  należące  do  pewnego  starca,  który 
mieszka  przy  Glęn-Car  Lough,  więc  wyszliśmy,  by  ich 
ścigać.  Teraz,  gdy  wiemy,  że  jest  ich  czterokroć  więcej, 
podążamy za nimi, by poznać drogę, jaką obrali; zaraz też 
opowiemy  o  tym  zdarzeniu  panu  De  Courcey,  a  jeśli  on 
nam  nie  pomoże,  panu  Fitzgeraldowi;  bowiem  pan  De 
Courcey  i  pan  Fitzgerald  zawarli  niedawno  pokój  i  nie 
wiemy, do kogo należymy. 

– Lecz do tego czasu – rzekł rycerz – świnie zostaną 

zjedzone. 

– Tuzin ludzi nie może uczynić więcej, a nie byłoby 

roztropne,  gdyby  cała  dolina  wyległa  i  ważyła  życie  dla 
dwóch świń, a nawet dwóch tuzinów. 

– Możecie mi rzec – powiedział rycerz – czy starzec, 

do którego należą świnie, jest pobożny i prawego serca? 

–  Jest  tak  prawy  jak  inni  i  pobożniejszy,  gdyż 

odmawia  modlitwę  do  świętego  co  rano  przed 
śniadaniem. 

–  Byłoby  dobrze  zatem  walczyć  w  jego  sprawie  – 

rzekł  rycerz  –  a  jeśli  zechcecie  walczyć  przeciw  leśnym 
rabusiom,  wezmę  na  siebie  główny  ciężar  walki,  wiecie 
bowiem dobrze, iż człowiek w zbroi wart jest wielu takich 
leśnych rabusiów, odzianych w wełnę i skórę. 

background image

Przywódca  zwrócił  się  ku  towarzyszom  i  spytał  ich, 

czy  się  odważą;  oni  jednak,  jak  się  zdawało,  pragnęli 
powrócić do swych chat. 

– Czy leśni rabusie są przewrotni i bezbożni? ' 
–  Są  przewrotni  w  każdym  czynie  –  odparł  jeden  z 

wieśniaków – a nikt nie widział, by się kiedy modlili. 

–  Zatem  –  rzekł  rycerz  –  dam  wam  pięć  koron  za 

głowę  każdego  leśnego  rabusia  zabitego  przez  nas  w 
walce. 

Po  czym  rozkazał  przywódcy  wskazać  drogę  i 

wszyscy  podążyli  razem  naprzód.  Po  pewnym  czasie 
dotarli  do  miejsca,  gdzie  ubity  szlak  wić  się  poczynał  w 
lesie,  a  obrawszy  go,  zawrócili  i  wspinać  się  poczęli  na 
lesiste  zbocze  góry.  Po  chwili  ścieżka  stała  się  bardzo 
prosta  i  spadzista,  więc  rycerz  musiał  zsiąść  z  konia  i 
zostawić  go,  przywiązanego  do  pnia  drzewa.  Wiedzieli, 
że  są  na  właściwym  tropie,  gdyż  mogli  dojrzeć  w 
miękkiej glinie ślady spiczastych trzewików i zmieszane z 
nimi  odciski  świńskich  racic.  Wkrótce  ścieżka  stała  się 
jeszcze bardziej stroma, a z braku odcisków racic poznali, 
że rabusie nieśli tutaj świnie. Od czasu do czasu podłużny 
ślad  w  glinie  wskazywał,  że  Świnia  się  poślizgnęła  i 
wleczono  ją  kawałek  drogi.  W  ten  sposób  wędrowali 
około  dwudziestu  minut,  gdy  pomieszany  gwar  głosów 
powiedział im, że zbliżają się ku rabusiom. Później głosy 
umilkły,  pojęli  więc,  iż  ich  z  kolei  usłyszano.  Podążyli 
naprzód, szybko i ostrożnie, a po jakichś pięciu minutach 
jeden  z  nich  dojrzał  skórzany  kaftan  na  pół  skryty  za 

background image

krzakiem leszczyny. Strzała ugodziła w kolczugę rycerza, 
lecz  ześlizgnęła  się  po  niej,  a  wnet  chmura  strzał 
przemknęła  im  ponad  głowami.  Biegli  wspinając  się  i 
wspinali  się  biegnąc  ku  rabusiom,  których  widać  było 
teraz pośród krzaków z wciąż jeszcze drgającymi łukami 
w  dłoniach;  mieli  bowiem  tylko  włócznie  i  musieli 
natychmiast przejść do walki wręcz. Rycerz był na czele i 
powalił  wpierw  jednego,  a  wnet  drugiego  rabusia. 
Wieśniacy  wrzasnęli  i  dążąc  naprzód  pognali  leśnych 
rabusiów  przed  sobą,  aż  wydostali  się  na  płaski  szczyt 
góry, gdzie ujrzeli dwie świnie spokojnie pożywiające się 
w  krótkiej  trawie,  więc  okrążyli  je  biegnąc  i  poczęli 
zbliżać się znowu ku wąskiej ścieżce; stary rycerz przybył 
ostatni i powalał teraz rabusia po rabusiu. Wieśniacy nie 
odnieśli  poważniejszych  ran,  gdyż  wziął  na  siebie  cały 
ciężar  bitwy,  jak  to  było  widać  z  krwawych  szram  na 
zbroi. Gdy zbliżyli się do szczytu ścieżki, kazał im zegnać 
świnie  w  dolinę,  sam  zaś  pozostał,  by  strzec  drogi 
odwrotu.  Tak  więc  nagle  znalazł  się  sam,  a  osłabły  z 
upływu  krwi  mógłby  się  był  łatwo  stać  ofiarą  rabusiów, 
gdyby lęk nie pognał ich precz w wielkim pośpiechu. 

Minęła godzina, a wieśniacy nie powrócili; rycerz nie 

mógł  już  dłużej  stać  na  straży,  lecz  musiał  lec  w  trawie. 
Upłynęło  jeszcze  pół  godziny,  gdy  ze  ścieżki  wynurzył 
się  wyrostek  w  kapeluszu  z  zatkniętymi  weń  kogucimi 
pióra, mi i począł krążyć pomiędzy martwymi rabusiami, 
ścinając  im  głowy.  Później  ułożył  głowy  w  stos  przed 
rycerzem i rzekł: 

background image

– O wielki rycerzu, kazano mi przyjść i poprosić cię 

o  korony,  które  przyrzekłeś  za  głowy:  pięć  koron  za 
głowę. Przykazali mi, bym ci rzekł, iż modlili się do Boga 
i  Jego  Matki,  by  dał  ci  długie  życie,  lecz  ponieważ  są 
tylko  biednymi  wieśniakami,  chcieliby  mieć  pieniądze, 
nim umrzesz. Powtarzali mi to wiele razy z obawy, abym 
nie zapomniał, i obiecali mi baty, jeśli to uczynię. 

Rycerz dźwignął się na łokciu i otworzywszy worek, 

który  mu  zwisał  u  pasa,  odliczył  pięć  koron  za  każdą 
głowę. Było tam wszystkiego trzydzieści głów. 

– O wielki rycerzu – rzekł wyrostek – przykazali mi 

także,  abym  miał  staranie  o  ciebie,  rozpalił  ogień  i 
przyłożył tę maść na twe rany. 

Nazbierał  patyków  i  liści,  i  uderzając  stalą  o 

krzemień pod kupą suchych liści, zapalił spory ogień. Po 
czym ściągnąwszy zbroję, począł namaszczać rany; czynił 
to  jednak  niezręcznie,  jak  ktoś,  kto  odruchowo  robi,  co 
mu kazano. Rycerz dał mu znak, by przestał, i rzekł: 

– Sądzę, że dobry z ciebie chłopiec. 
– Pragnę poprosić cię o coś dla siebie. 
–  Zostało  jeszcze  parę  koron:  –  rzekł  rycerz  –  czy 

mam ci je dać? 

– O nie – odparł wyrostek. – Nie przydadzą mi się na 

nic.  O  jedną  rzecz  tylko  dbam,  a  na  nią  nie  trzeba  mi 
pieniędzy. Chodzę od wioski do wioski i od wzgórza do 
wzgórza, a ilekroć napotkam dobrego koguta, kradnę go i 
zabieram do lasu, i trzymam go tam pod koszem, póki nie 
zdobędę  drugiego  dobrego  koguta,  a  wtedy  każę  im 

background image

walczyć.  Ludzie  powiadają,  że  jestem  głupkiem,  i  nie 
czynią  mi  krzywdy,  ani  kiedy  proszą,  bym  coś  dla  nich 
uczynił,  to  jedynie  czasem,  bym  zaniósł  zlecenie.  To 
dlatego, że jestem głupkiem, posłali mnie po korony: kto 
inny  ukradłby  je;  a  nie  śmieli  przyjść  sami,  gdyż  teraz, 
gdy  już  nie  jesteś  z,  nimi,  lękają  się  leśnych  rabusiów. 
Czy  słyszałeś  kiedykolwiek,  :  że  gdy  chrzczą  leśnego 
rabusia, wilk jest mu ojcem chrzestnym, a ich prawe ręce 
w ogóle nie są chrzczone? 

–  Jeśli  nie  chcesz  wziąć  tych  koron,  mój  dobry 

chłopcze, lękam się, że nic nie mam dla ciebie, chyba że 
chciałbyś wziąć starą zbroję, której już wkrótce nie będę 
potrzebował. 

– Czegoś to chciałem: tak, teraz sobie przypominam 

–  rzekł  wyrostek.  –  Chcę,  byś  mi  powiedział,  dlaczego 
walczyłeś o tak błahą rzecz jak bohaterowie i olbrzymi w 
podaniach. Czy rzeczywiście jesteś człowiekiem jak my? 
Czy nie jesteś może starym czarownikiem, który mieszka 
pośród tych wzgórz, i czy zaraz nie zerwie się wicher i nie 
rozsypie cię w pył? 

–  Opowiem  ci  o  sobie  –  odparł  rycerz  –  bowiem 

teraz, gdy jestem ostatni z bractwa, mogę rzec wszystko i 
świadczyć  się  Bogiem.  Spójrz  na  Różę  z  Rubinów  na 
mym hełmie, oto symbol mego życia i nadziei. 

Po czym opowiedział wyrostkowi tę oto historię, lecz 

z  coraz  częstszymi  przerwami;  a  słuchając  opowiadania, 
wyrostek  zatknął  kogucie  pióra  w  ziemię  przed  sobą  i 
poruszał nimi, jak gdyby czyniąc je aktorami w sztuce. 

background image

– Mieszkałem w pewnej krainie daleko stąd i byłem 

jednym  z  Rycerzy  Świętego  Jana  –  rzekł  starzec  –  lecz 
byłem jednym z tych w Zakonie, którzy zawsze tęsknią za 
żmudniejszym  trudem  w  służbie  prawdy,  którą  pojąć 
można tylko w głębi serca. Kiedyś przybył do nas pewien 
rycerz  z  Palestyny,  któremu  najgłębsza  prawda  została 
objawiona  przez  Boga  samego.  Widział  on  wielką  Różę 
Ognistą,  a  Głos  z  Róży  powiedział  mu,  jak  to  ludzie 
odwrócą  się  od  światłości  swych  serc  i  kłaniać  się  będą 
przed  porządkiem  pozornym  i  pozorną  stałością,  a 
wówczas  światłość  zniknie  i  nikt  nie  uniknie  klątwy, 
prócz  głupiego  dobrego  człowieka,  który  nie  umie 
myśleć,  i  zapalczywego  złego  człowieka,  który  myśleć 
nie  chce.  Już  teraz,  powiedział  mu  Głos,  światłość  serca 
jaśnieje  mniejszym  blaskiem,  a  w  miarę  jak  blednie, 
zaraza  toczy  świat  zepsuciem;  nikt  zaś  z  tych,  którzy 
jasno  widzieli  prawdę,  nie  może  wejść  do  Królestwa 
Bożego,  znajdującego  się  w  Sercu  Róży,  jeśli  z  własnej 
woli pozostał w  zepsutym świecie; tak  więc  musi z nich 
każdy dowieść swego gniewu przeciwko Siłom Zepsucia, 
przez  śmierć  w  służbie  Róży.  Gdy  rycerz  z  Palestyny 
opowiadał  nam  o  tych  sprawach,  przestwór  napełnił  się 
wonią Róży. Z tego poznaliśmy, że to Głos samego Boga 
przemawiał do nas ustami rycerza, więc rzekliśmy mu, by 
pokierował  nami  we  wszystkim  i  nauczył  nas,  jak  być 
posłusznym  Głosowi.  Związał  więc  nas  przysięgą,  dał 
nam  znaki  i  słowa,  dzięki  którym  mogliśmy  się 
rozpoznać,  nawet  po  wielu  łatach,  wyznaczył  miejsca 

background image

spotkań  i  rozesłał  nas  oddziałami  po  świecie,  byśmy 
szukali dobrych spraw i ginęli walcząc za nie. Z początku 
zamyślaliśmy  umrzeć  bardziej  ochoczo,  morząc  się 
głodem  ku  czci  jakiegoś  świętego;  lecz  on  nam 
powiedział,  iż  to  jest  złe,  gdyż  czynimy  to  dla  samej 
śmierci  i  w  ten  sposób  wytrącamy  z  rąk  Boga  wybór 
czasu i sposobu naszej śmierci, a czyniąc to, umniejszamy 
Jego moc. Musimy wybrać służbę dla jej doskonałości, i 
tylko dla niej, a Bogu pozostawić to, jak na? nagrodzi w 
Jemu  znanym  czasie  i  sposobie.  Później  przymusił  nas, 
byśmy  zawsze  jadali  we  dwóch  przy  stole  i  śledzili  się 
nawzajem,  abyśmy  nie  pościli  nadmiernie.  Lata  mijały  i 
moi towarzysze zmarli jeden po drugim w Ziemi Świętej, 
wojując  przeciw  złym  ziemskim  władcom  lub 
oczyszczając  gościńce  od  zbójców.  Wraz  z  nimi  poległ 
rycerz z Palestyny i wreszcie pozostałem sam. Walczyłem 
w  każdej  sprawie,  gdzie  garstka  stawiała  czoło  tłumowi, 
aż włos mój posiwiał i ogarnął mnie wielki lęk, abym nie 
zginął  w  niełasce  u  Boga.  Jednakże,  usłyszawszy  o  tym, 
że  ta  zachodnia  wyspa  więcej  doznaje  wojen  i  grabieży 
niż  jakakolwiek  kraina,  przybyłem  tutaj  i  znalazłem  to, 
czego  poszukiwałem.  Spójrz!  Pełen  jestem  wielkiej 
radości. 

Po  czym  zaśpiewał  po  łacinie,  a  w  miarę  śpiewania 

głos  jego  począł  drżeć  i  słabnąć.  Później  oczy  mu  się 
zamknęły,  a  wargi  rozchyliły,  z  czego  wyrostek  poznał, 
że nie żyje. 

–  Opowiedział  mi  wyśmienitą  historię  –  rzekł 

background image

wyrostek  –  gdyż  była  w  niej  walka,  ale  niewiele  z  niej 
pojąłem, a także trudno zapamiętać tak długą opowieść. 

Ująwszy  miecz  rycerza,  począł  kopać  grób  w 

miękkiej  glinie.  Kopał  wytrwale  i  niemal  już  kończył 
dzieło, gdy kogut zapiał w dolinie poniżej. 

– Ach – powiedział – muszę mieć tego ptaka. 
I zbiegł wąską ścieżką w dolinę. 
 

background image

Mądrość króla 

 
Królowa  Irlandii  zmarła  w  połogu,  a  dziecko  jej 

oddano  do  wykarmienia  kobiecie,  która  mieszkała  w 
chatce  na  skraju  lasu.  Pewnego  wieczoru  kobieta  owa 
siedziała  bujając  kołyskę,  dziwując  się  urodzie  dziecka  i 
modląc  się,  by  bogowie  obdarzyli  je  mądrością  równą 
urodzie.  Rozległo  się  pukanie  do  drzwi,  więc  powstała 
zdziwiona, gdyż najbliżsi sąsiedzi byli na dworze króla o 
milę stąd, a nastała już noc. 

–  Któż  to  puka?  –  zawołała,  a  cienki  głosik 

odpowiedział: 

–  Otwórz!  Jestem  staruchą  szarego  jastrzębia  i 

przybywam z mroków wielkiego boru. 

W  przerażeniu  odsunęła  zasuwę,  a  szaro  odziana 

niewiasta,  wielce  sędziwa  i  wzrostu  słuszniejszego  niż 
ludzki,  weszła  i  stanęła  w  głowach  kołyski.  Piastunka 
skuliła  się  przy  ścianie,  nie  mogąc  oderwać  oczu  od 
niewiasty,  dostrzegła  bowiem  w  blasku  ognia,  że  głowę 
jej w miejsce włosów porastały pióra szarego jastrzębia. 

–  Otwórz!  –  zawołał  inny  głos.  –  Jestem  staruchą 

szarego  jastrzębia  i  straż  trzymam  nad  jego  gniazdem  w 
mrokach wielkiego boru. 

Piastunka  ponownie  otwarła  drzwi,  choć  jej  drżące 

palce  zaledwie  mogły  utrzymać  zasuwę.  Druga  szara 
niewiasta,  nie  młodsza  niźli  poprzednia,  o  podobnych 
piórach miast włosów, weszła i stanęła u boku pierwszej. 

background image

Po chwili weszła trzecia szara niewiasta, po niej czwarta, 
następna,  i  jeszcze  jedna,  i  jeszcze  jedna,  póki  chata  nie 
Wypełniła się ich ogromnymi ciałami. Długi czas stały w 
milczeniu,  wreszcie  jedna  wymamrotała  cicho  cienkim 
głosem: 

– Siostry, poznałam go z dala po czerwieni serca pod 

srebrzystą skórą. 

A inna rzekła: 
–  Siostry,  poznałam  go,  gdyż  serce  jego  trzepotało 

jak ptak w sieci srebrzystych sznurków. 

Jeszcze inna podjęła: 
– Siostry, poznałam go, gdyż serce jego śpiewało jak 

ptak, szczęśliwy w srebrzystej klatce. 

Po czym zaśpiewały razem, a te, które stały najbliżej, 

kolebały kołyskę długimi pomarszczonymi palcami; głosy 
ich były czułe i pieszczotliwej czasem jak wicher dmący 
w ogromnym borze, a taka była ich pieśń: 

 
Co z oczu znika, to znika i z głowy: 
Długo mężowie ci i białogłowy,   
Tak dobrotliwi, choć o tak złej woli,   
Kradli ofiary nam pszenne do woli 
I rozbijali ołtarze kamienne; 
Tylko grad, piorun i deszcz są niezmienne 
I serca krwawe są wierne jedynie –   
Póki Czas cały wreszcie nie upłynie. 

 

[tłum. M. Słomczyński ] 

background image

 
Gdy  pieśń  ucichła,  starucha,  która  przemówiła 

pierwsza, rzekła: 

– Pozostaje nam jedynie zmieszać nieco naszej krwi 

z jego krwią. 

Rozdrapała  ramię  ostrym  końcem  wrzeciona,  które 

rozkazała  przynieść  piastunce,  upuściła  kroplę  krwi, 
szarej jak mgła, na wargi dziecka i odeszła w ciemność. 

Gdy  staruchy  wyszły,  piastunce  powróciła  odwaga, 

pospieszyła na dwór króla i zawołała stanąwszy pośrodku 
sali  biesiadnej,  że  Sidhe pochylały  się  nad  dzieckiem  tej 
nocy.  Król,  pieśniarze  i  mężowie  uczeni  w  prawie 
podążyli za nią do chatki i otoczyli kołyskę, hałaśliwi jak 
sroki, a dziecko usiadło i spojrzało na nich. 

Minęły  dwa  lata  i  król  zmarł;  pieśniarze  i  mężowie 

uczeni  w  prawie  sprawowali  rządy  w  imieniu  dziecka, 
lecz spodziewali się, że wkrótce samo będzie rządzić, nikt 
bowiem  nie  widział  tak  mądrego  dziecka;  i  wszystko 
byłoby  dobrze,  gdyby  nie  pewien  dziw,  niepokojący 
mężczyzn, a także niewiasty, które, zaiste, rozprawiały o 
tym  bez  ustanku. Pióra  szarego jastrzębia poczęły rosnąć 
we  włosach  dziecka,  a  choć  piastunka  nieustannie  je 
ścinała, wnet wyrastały gęściej niż uprzednio. Nie byłoby 
to sprawą wielkiej wagi, gdyż dziwy były powszednie w 
owych  czasach,  gdyby  nie  starodawne  prawo  Irlandii,  iż 
nikt,  kto  ma  jakąkolwiek  skazę  na  ciele,  nie  może 
zasiadać  na  tronie;  a  że  szary  jastrząb  jest  zbójcą 
przestworzy,  trzeba  było  uznać  tego,  w  czyich  włosach 

background image

rosły  jego  pióra,  za  skalanego  i  oszpeconego;  nie  mogli 
także ludzie oddzielić podziwu dla jego rosnącej mądrości 
od  lęku  przed  jego  nieczłowieczą  krwią.  Postanowili 
wszyscy, że winien panować, gdyż wiele już ucierpieli z 
przyczyny niemądrych królów i własnych waśni; nikt też 
niczego innego nie lękał się tak bardzo jak tego, by jego 
wielka  mądrość  nie  kazała  mu  być  posłusznym  prawu  i 
powierzyć rządy komu innemu. 

Gdy  dziecko  ukończyło  siedem  lat,  najwyższy 

pieśniarz  zwołał  pieśniarzy  i  uczonych  w  prawie  i 
rozważono  wszystkie  te  sprawy.  Dziecko  pojęło  już,  że 
ludzie wokół niego mieli jedynie włosy, a chociaż rzekli 
mu,  że  oni  również  mieli  pióra,  choć  je  utracili  z 
przyczyny  grzechu  popełnionego  przez  przodków, 
wiedzieli,  że  pozna  prawdę,  gdy  zacznie  wędrować  po 
kraju.  Po  długich  rozważaniach  ustanowili  nowe  prawo, 
pod karą śmierci nakazujące każdemu  wplatać  we włosy 
pióra  szarego  jastrzębia;  rozesłali  też  ludzi  z  siatkami, 
procami  i  łukami  do  przyległych  krain,  by  zebrali 
dostatek  piór.  Postanowili  również,  że  kto  by  wyjawił 
dziecku prawdę, skazany będzie na śmierć. 

Lata mijały, a dziecko z pacholęcia przemieniło się w 

młodzieńca, a z młodzieńca w męża, przejętego dziwnym 
i  powikłanym  rozmyślaniem  nad  tym,  co  dzieli  rzeczy  z 
dawna  uznane  za  takie  same  i  co  łączy  owe  z  dawna 
uznane  za  różne.  Rzesze  przybywały  z  innych  krain,  by 
go  ujrzeć  i  zadawać  mu  pytania,  lecz  na  granicach 
ustawiono straże, które zmuszały wszystkich, by nosili we 

background image

włosach pióra szarego jastrzębia. Gdy słuchali go, słowa 
jego zdawały się rozjaśniać ciemność i napełniać ich serca 
jak  muzyka;  lecz  gdy  powracali  do  swych  krain,  słowa 
jego  wydawały  się  odległe,  a  to,  co  mogli  zapamiętać, 
zbyt  dziwne  i  zawiłe,  by  pomóc  im  w  życiu.  Wielu 
istotnie  prowadziło  później  inny  żywot,  lecz  mniej 
doskonały  niż  wprzódy.  Wielu  spośród  nich  służyło  z 
dawna  dobrej  sprawie,  lecz  usłyszawszy,  jak  ją  chwali, 
powracali  do  swych  krain,  by  odkryć,  iż  to,  co  kochali, 
mniej  było  godne  kochania,  bowiem  nauczył  ich,  jak 
niewiele  dzieli  fałsz  od  prawdy.  Inni  znowu,  którzy  nie 
służyli żadnej sprawie, lecz w spokoju doglądali dostatku 
swych domostw, odkryli, że kości ich są miększe i mniej 
ochocze  do  trudu,  bowiem  wskazał  im  większe  cele. 
Spora  liczba  młodych,  usłyszawszy,  jak  mówi  o 
wszystkich  tych  sprawach,  zapamiętała  pewne  dziwne 
słowa,  które  sprawiły,  że  stały  im  się  niczym  zwykłe 
uciechy,  poczęli  więc  uganiać  się  za  nieziszczalnymi 
uciechami i stali się nieszczęśliwi. 

Pośród  tych,  co  przybyli,  by  go  ujrzeć  i  posłuchać, 

znajdowała się córka pomniejszego króla, który mieszkał 
bardzo  daleko;  on  zaś  pokochał  ją,  gdy  ją  ujrzał,  gdyż 
była  piękna  pięknością  odmienną  niż  inne  kobiety,  lecz 
serce jej było podobne sercom innych kobiet, więc lękała 
się,  ilekroć  myślała  o  tajemnicy  jastrzębich  piór. 
Oszołomiona  jego  wielkością,  na  pół  przyjęła,  na  pół 
odrzuciła  jego  miłość,  a  dzień  po  dniu  król  obrzucał  ją 
darami,  przywiezionymi  przez  kupców  z  Indii,  lub  być 

background image

może z samych Chin; jednakże trwała między uśmiechem 
a  grymasem;  między  uległością  a  odmową.  Złożył  całą 
swą  mądrość  u  jej  stóp  i  mówił  o  mnóstwie  rzeczy,  o 
których nawet Sidhe zapomniały, i sądził, że pojmowała, 
bowiem jej piękność była podobna mądrości. 

Był na dworze rosły młodzieniec o jasnych włosach, 

zręczny w zapasach; pewnego dnia król usłyszał jego głos 
pośród krzewów. 

–  Miła  moja  –  mówił  on  –  nienawidzę  ich  za  to,  że 

każą ci wplatać te obmierzłe pióra w twe piękne włosy, a 
to  dlatego,  by  drapieżny  ptak  na  tronie  mógł  spać 
spokojnie nocą. 

Na to cichy, melodyjny głos, który ukochał, odrzekł: 
– Włosy moje nie są tak piękne jak twoje; teraz, gdy 

wyrwałam  pióra  z  twych  włosów,  przesunę  przez  nie 
dłońmi,  tak,  i  tak,  i  tak;  nie  napawają  mnie  bowiem 
strachem. 

Wówczas  król  przypomniał  sobie  wiele  rzeczy,  o 

których zapomniał nie pojmując ich, przypadkowe słowa 
pieśniarzy  i  uczonych  w  prawie,  wątpliwości,  które 
rozwiał  rozum;  przywołał  Więc  kochanków  drżącym 
głosem.  Wyszli  spomiędzy  krzewów  i  rzucili  mu  się  do 
stóp  błagając  o  wybaczenie.  Pochylił  się  i  wyrwawszy 
pióra z włosów kobiety, odwrócił się bez słowa. Podążył 
do sali biesiadnej i zgromadziwszy pieśniarzy i uczonych 
w  prawie,  wstąpił  na  podwyższenie  i  przemówił 
donośnym, jasnym głosem: 

–  Biegli  w  prawie,  czemuście  kazali  mi  grzeszyć 

background image

przeciwko  prawom?  Biegli  w  wierszu,  czemuście  kazali 
mi  grzeszyć  przeciwko  tajemnicy  mądrości?  –  Bowiem 
prawo  uczynił  człowiek  dla  dobra  człowieka,  lecz 
mądrość  uczynili  bogowie,  a  nikt  nie  będzie  żył  w  jej 
światłości,  gdyż  ona  i  grad,  deszcz  i  piorun  podążają 
drogą, która jest zabójcza dla ludzi śmiertelnych. Biegli w 
prawie i biegli w wierszu, żyjcie według waszej natury i 
przywołajcie Eochaida Porywczego Umysłu, by panował 
wam, gdyż ja wyruszam, by odszukać moich krewniaków. 

Po  czym  zstąpił  pośród  nich  i  wyciągnął  z  włosów 

jednego,  a  potem  drugiego  pióra  szarego  jastrzębia,  a 
rozrzuciwszy je po sitowiu na podłodze, wyszedł, zaś nikt 
nie śmiał pójść za nim, bowiem oczy jego lśniły jak oczy 
drapieżnych ptaków; i nikt nie ujrzał go więcej ni usłyszał 
jego głosu. 

 

background image

W pełni wiosny 

 
Na  skalistym  brzegu  płaskiej,  porośniętej  leszczyną 

wysepki,  leżącej  w  najszerszym  miejscu  Lough  Gili, 
siedział w zadumie pewien starzec, o obliczu suchym jak 
noga ptasia. Rumiany siedemnastoletni chłopiec siedział u 
jego boku, śledząc w spokojnej wodzie jaskółki nurkujące 
za  muchami.  Starzec  odziany  był  w  wytarty  niebieski 
aksamit,  chłopiec  zaś  nosił  sukienny  kaftan  i  miał 
różaniec na szyi. Za nimi, na pół skryty wśród drzew, stał 
niewielki  klasztor.  Dawno  temu  spalili  go  świętokradcy 
ze stronnictwa królowej, lecz chłopiec pokrył go na nowo 
dachem z sitowia, aby starzec miał schronienie na starość. 
Jednakże  nie  tknął  łopatą  okalającego  klasztor  ogrodu, 
więc  lilie  i  róże  mnichów  rozrastały  się,  póki  ich 
nieokiełznana  bujność  nie  zetknęła  się  i  nie  zmieszała  z 
zacieśniającym  się  kręgiem  paproci.  Dalej,  za  liliami  i 
różami,  paprocie  były  tak  wysokie,  że  idące  pośród nich 
dziecko  skryłoby  się  zupełnie,  nawet  gdyby  stanęło  na 
palcach;  jeszcze  dalej,  za  paprociami,  rosły  gęste 
leszczyny i młode dęby. 

–  Panie  –  rzekł  chłopiec  –  długi  post  i  trud 

przywoływania  po  zapadnięciu  nocy  istot,  które 
zamieszkują  wody  i  miejsca  pomiędzy  leszczyną  a 
młodymi  dębami,  to  zbyt wiele  dla  twych  sił.  Odpocznij 
nieco od tych trudów, gdyż dziś twa ręka zdawała mi się 
bardziej ciążyć na ramieniu, a krok twój mniej był pewny 

background image

niż  zazwyczaj.  Ludzie  powiadają,  że  starszy  jesteś  niż 
orły,  a  jednak  nie  szukasz  odpoczynku  należnego 
wiekowi. 

Mówił  z  zapałem,  jak  gdyby  wkładał  całe  serce  w 

owe  słowa.  Starzec  odparł  wolno  i  z  rozmysłem,  jak 
gdyby  serce  jego  przebywało  wśród  odległych  dni  i 
wydarzeń. 

– Powiem ci, czemu nie mogę spocząć – rzekł. – Jest 

słusznym,  abyś  o  tym  wiedział,  służyłeś  mi  bowiem 
wiernie,  a  nawet  z  przywiązaniem,  przez  ostatnich  pięć 
lat, łagodząc tym nieco samotność, jaka zawsze przypada 
w udziale mędrcom. Teraz zaś, gdy kres moich trudów i 
tryumf  moich  nadziei  są  blisko,  tym  bardziej  winieneś o 
tym wiedzieć. 

–  Panie,  nie  sądź,  że  pragnąłbym  cię  wypytywać. 

Żyję,  aby  ogień  płonął,  strzecha  była  cała  i  nie 
przepuściła  deszczu,  a  mocna  tak,  aby  wicher  nie 
zdmuchnął  jej  pomiędzy  drzewa;  a  także  po  to,  by 
zdejmować ciężkie księgi z półek i mieć serce spokojne i 
pełne czci. Z obfitości swej Bóg uczynił osobną mądrość 
dla  wszystkiego,  co  żyje,  a  wykonywanie  owych 
czynności jest moją mądrością. 

–  Lękasz  się  –  rzekł  starzec,  a  jego  oczy  rozbłysły 

przelotnym gniewem. 

–  Czasami  nocą  –  rzekł  chłopiec  –  gdy  czytasz,  z 

jarzębinowym  kijem  w  ręku,  wyglądam  przez  drzwi  i 
dostrzegam 

to 

wielkiego, 

szarego 

człowieka 

przepędzającego świnie w leszczynie, to wielu karzełków 

background image

w czerwonych czapeczkach, które wynurzają się z jeziora, 
pędząc  przed  sobą  białe  krówki.  Nie  boję  się  tak  owych 
karzełków  jak  szarego  człowieka;  one  bowiem  zbliżając 
się  ku  domowi,  doją  krówki,  piją  spienione  mleko  i 
tańczą;  wiem  zaś,  że  dobre  serce  kocha  taniec;  mimo  to 
boję się ich. Lękam się również rosłych białoramiennych 
dam, które wyłaniają się z powietrza i poruszają wolno tu 
i  ówdzie,  wieńcząc  głowy  różami  i  liliami  i  potrząsając 
żywymi  włosami,  które  poruszają  się  (słyszałem,  jak  o 
tym opowiadały karzełkom) wraz z ruchem ich myśli, to 
rozsnuwając  się,  to  skupiając  wokół  głów.  Mają  one 
łagodne,  urodziwe  oblicza,  lecz  lękam  się  Sidhe  i  lękam 
się sztuki, która je ku nam przyzywa. 

– Jakże to – rzekł starzec – czyż lękasz się dawnych 

bogów, którzy włóczniom twych ojców dodawali męstwa 
w  walce,  i  karzełków,  które  wychodziły  nocą  z  głębin 
jezior  i  śpiewały  pośród  świerszczy  przy  ich  ogniskach? 
W  nasz  zły  czas  nadal  jeszcze  strzegą  one  urody  ziemi. 
Muszę ci jednak powiedzieć, czemu pościłem i trudziłem 
się, miast jak inni, pogrążyć się w sen starości, gdyż bez 
twej pomocy pościłbym i trudziłbym się na próżno. Gdy 
uczynisz  dla  mnie  tę  ostatnią  przysługę,  będziesz  mógł 
odejść,  zbudować  sobie  zagrodę,  uprawiać  pole,  pojąć 
dziewczynę za żonę i zapomnieć o dawnych bogach, gdyż 
zostawię  w  tym  dom;  ku  pieniądze,  dzięki  którym  dach 
twej  chaty  będzie  mocny,  a  spiżarnia  i  piwnica  pełne. 
Cały  czas  dążyłem  do  odkrycia  tajemnicy  życia.  Nie 
byłem  szczęśliwy  w  młodości,  wiedziałem  bowiem,  że 

background image

minie;  nie  byłem  szczęśliwy  w  wieku  męskim, 
wiedziałem  bowiem,  że  starość  nadchodzi;  Oddałem  się 
więc  w  młodości,  wieku  dojrzałym  i  starości 
poszukiwaniu Wielkiej Tajemnicy. Tęskniłem za życiem, 
którego bujność wypełni całe stulecia, a gardziłem życiem 
ośmiu dziesiątków zim. Chciałem – nie, chcę jeszcze być 
–  jako  starodawni  bogowie  tej  krainy.  Przeczytałem  za 
młodu  w  hebrajskim  rękopisie,  który  znalazłem  w 
pewnym hiszpańskim klasztorze, że jest taka chwila, gdy 
słońce wstąpiło już w  znak Barana, a nie minęło jeszcze 
Lwa,  która  drży  Pieśnią  Nieśmiertelnych  Mocy,  a 
ktokolwiek  odnajdzie  tę  chwilę  i  posłucha  Pieśni,  stanie 
się  sam  jako  Nieśmiertelne  Moce.  Powróciwszy  do 
Irlandii  pytałem  czarowników  i  znachorów,  czy  wiedzą, 
kiedy  ta  chwila  przychodzi;  lecz  choć  wszyscy  o  niej 
słyszeli,  nikt  nie  umiał  wskazać  jej  na  klepsydrze. 
Oddałem się zatem  magii i spędziłem życie  na postach i 
trudzie,  by  zyskać  wsparcie  bogów  i  elfów.  Wreszcie 
teraz  pewien  elf  rzekł  mi,  iż  chwila  owa  jest  blisko. 
Pewien  elf,  w  czerwonej  czapeczce  i  z  wargami 
ubielonymi  pianą  świeżego  mleka,  szepnął  mi  o  tym  do 
ucha.  Jutro,  nieco  przed  upływem  pierwszej  godziny  po 
świtaniu,  odnajdę  ową  chwilę,  a  wówczas  odejdę  do 
południowej  krainy,  zbuduję  sobie  pałac  z  białego 
marmuru 

pomiędzy 

pomarańczowymi 

drzewami, 

zgromadzę  wokół  siebie  mężnych  i  urodziwych  i  wejdę 
do wiekuistego królestwa mej  młodości. Lecz karzełek z 
pianą świeżego mleka na wargach powiedział mi, iż będę 

background image

mógł  wysłuchać  całej  Pieśni,  jeśli  przyniesiesz  ogromne 
naręcza zielonych gałęzi i ułożysz je wokół drzwi i okna 
mej  izby;  musisz  też  wyścielić  podłogę  świeżym 
zielonym sitowiem i pokryć stół i sitowie różami i liliami 
z  ogrodu  mnichów.  Musisz  to  uczynić  dziś  wieczór,  a 
rankiem,  z  końcem  pierwszej  godziny  po  świtaniu, 
przyjdziesz i odszukasz mnie. 

–  Czy  będziesz  wówczas  całkiem  młody?  –  zapytał 

chłopiec. 

–  Będę  wówczas  młody  jak  ty,  lecz  teraz  jestem 

nadal stary i znużony, więc pomóż mi dotrzeć do krzesła i 
mych ksiąg. 

Pozostawiwszy guślarza w  izbie i  zapaliwszy  lampę, 

która  dla  nieznanej  przyczyny  wydzielała  słodki  zapach, 
jak  gdyby  dziwnych  kwiatów,  chłopiec  ruszył  do  lasu  i 
począł ścinać zielone gałęzie leszczyny i ogromne wiązki 
sitowia  na  zachodnim  krańcu  wysepki,  gdzie  skałki 
ustępowały  miejsca  łagodnie  opadającemu  piaskowi  i 
glinie.  Była  już  noc,  nim  naścinał  dostateczną  ilość,  a 
niemal  północ,  nim  przydźwigał  ostatnią  wiązkę  na 
miejsce i powrócił po róże i lilie. Była to jedna z owych 
ciepłych,  pięknych  nocy,  gdy  wszystko  zdaje  się  być 
wyrzeźbione z drogich kamieni. Ku południowi las Sleuth 
wyglądał  jak  gdyby  wyciosany  z  zielonego  berylu,  a 
odbijające  go  wody  połyskiwały  jak  blady  opal.  Róże, 
które  zbierał,  były  jak  roziskrzone  rubiny,  a  lilie  miały 
matowy połysk pereł. Wszystko przybrało wygląd czegoś 
niezniszczalnego,  prócz  robaczka  świętojańskiego, 

background image

którego  nikły  ognik  płonął  wytrwale  pośród  cieni, 
poruszając  się  powoli  tu  i  ówdzie,  jedyna  rzecz,  która 
zdawała  się  żywa,  jedyna  rzecz,  która  zdawała  się 
nietrwała  jak  ludzka  nadzieja.  Chłopiec  nazbierał 
ogromne  naręcze  róż  i  lilii  i  wcisnąwszy  robaczka 
świętojańskiego  pomiędzy  ich  perły  i  rubiny,  zaniósł  do 
izby,  gdzie  starzec  siedział  pogrążony  w  półśnie.  Ułożył 
naręcze po naręczu na podłodze i ponad stołem, po czym 
cicho zamknąwszy drzwi rzucił się na posłanie z sitowia, 
by  śnić  o  spokojnym  wieku  dojrzałym,  z  ponętną  żoną  i 
roześmianymi  dziećmi.  O  świcie  wstał  i  zszedł  na  skraj 
jeziora  zabrawszy  ze  sobą  klepsydrę.  Włożył  do  łodzi 
nieco  chleba  i  wina,  aby  mistrzowi  nie  zbrakło  jadła  na 
początku  podróży,  po  czym  usiadł,  by  oczekiwać  końca 
pierwszej  godziny  po  świtaniu.  Z  wolna  rozśpiewały  się 
ptaki,  a  gdy  opadły  ostatnie  ziarenka  piasku,  wszystko 
zdawało  się  rozbrzmiewać  ich  muzyką.  Była  to 
najpiękniejsza  i  najbardziej  wypełniona  życiem  chwila 
roku; można było usłyszeć, jak bije w niej serce wiosny. 
Chłopiec  powstał  i  ruszył,  by  odszukać  mistrza.  Zielone 
gałęzie  zalegały  w  drzwiach,  więc  musiał  się  przedrzeć 
przez  nie.  Gdy  wszedł  do  izby,  słońce  padało 
migotliwymi  kręgami  na  podłogę,  ściany  i  stół,  a 
wszystko  wypełniały  miękkie  zielone  cienie.  Starzec 
siedział ściskając w ramionach naręcze róż i lilii, z głową 
opuszczoną  na  piersi.  Na  stole,  obok  lewej  dłoni,  leżała 
skórzana  sakiewka  pełna  złotych  i  srebrnych  monet,  jak 
gdyby  przygotowana do podróży,  a  w prawej dłoni tkwił 

background image

długi  kij.  Chłopiec  dotknął  starca,  lecz  ów  nie  poruszył 
się. Uniósł więc jego dłonie, były jednak zupełnie zimne i 
opadły ciężko. 

–  Lepiej  by  mu  było  –  rzekł  wyrostek  –  odmówić 

pacierze i ucałować różaniec! 

Spojrzał na wytarty niebieski aksamit i dostrzegł, że 

jest pokryty pyłkiem  kwietnym,  a  gdy  się przyglądał, na 
gałęziach ułożonych w oknie przysiadł drozd i zaśpiewał. 

 

background image

Klątwa ogni i cieni 

 
Pewnej  letniej  nocy,  gdy  wokół  nastał  spokój, 

dwudziestu purytańskich jezdnych, pod wodzą pobożnego 
pana  Fryderyka  Hamiltona,  wyłamało  wrota  opactwa 
karmelitów w Sligo. Gdy wrota padły z łoskotem, ujrzeli 
zgromadzoną wokół ołtarza gromadkę braci, których białe 
habity  połyskiwały  w  jarzącym  blasku  świętych  świec. 
Wszyscy  mnisi  klęczeli,  prócz  opata,  stojącego  na 
stopniach ołtarza z ogromnym mosiężnym krucyfiksem w 
ręku. 

–  Zastrzelić  ich!  –  zawołał  pan  Fryderyk  Hamilton, 

lecz  nikt  się  nie  poruszył,  wszyscy  bowiem  byli  świeżo 
nawróceni  i  lękali  się  świec  i  krucyfiksu.  Przez  chwilę 
wszyscy 

milczeli, 

później 

pięciu 

jezdnych, 

stanowiących  świtę  przyboczną  pana  Fryderyka 
Hamiltona,  uniosło  muszkiety  i  zastrzeliło  pięciu 
mnichów.  Huk  i  dym  rozwiały  tajemniczość  bladych 
świateł ołtarza, więc inni jezdni nabrali odwagi i poczęli 
ciąć.  Po  chwili  mnisi  leżeli  wokół  stopni  ołtarza  w 
habitach splamionych krwią. 

– Podłożyć ogień! – zawołał pan Fryderyk Hamilton, 

a  jeden  z  jezdnych  przydźwigał  naręcze  suchej  słomy  i 
zwalił  przy  zachodniej  ścianie,  jednakże  nie  podpalił, 
gdyż wciąż jeszcze bał się krucyfiksu i świec. Widząc to, 
pięciu  jezdnych,  stanowiących  świtę  przyboczną  pana 
Fryderyka  Hamiltona,  podeszło  do  ołtarza  i  wziąwszy 

background image

stamtąd  po  świecy,  podpaliło  słomę.  Czerwone  języki 
ognia  pomknęły  ku  dachowi  i  rozpełzły  po  posadzce, 
ogarniając  krzesła  i  ławy,  a  cienie  jezdnych  poczęły 
tańczyć wśród wsporników i tablic nagrobnych. 

Przez  pewien  czas  ołtarz  pozostawał  nienaruszony  i 

odosobniony w białej poświacie; oczy jezdnych zwróciły 
się ku niemu. Opat, którego mieli za umarłego, dźwignął 
się i stał teraz przed ołtarzem z krucyfiksem wzniesionym 
w  obu  dłoniach  wysoko  ponad  głową.  Nagle  zawołał 
donośnie: 

–  Biada  wszystkim,  którzy  powalili  tych,  co  żyli  w 

Świetle Bożym, błądzić będą bowiem pośród cieni i ogni! 

Wykrzyknąwszy to, runął martwy obliczem ku ziemi, 

a  mosiężny  krucyfiks  stoczył  się  po  stopniach  ołtarza. 
Dym  zgęstniał  bardzo  i  wygnał  jezdnych  na  zewnątrz. 
Przed  nimi  płonęły  domy.  Poza  nimi  świeciły  okna 
opactwa  pełne  świętych  i  męczenników,  jak  gdyby 
zbudzonych z świętej ekstazy do gniewnego i burzliwego 
życia.  Oślepiło  to  jezdnych  i  nie  mogli  przez  chwilę 
dojrzeć  niczego,  prócz  płomiennych  głów  świętych  i 
męczenników.  Wkrótce  jednak  dostrzegli  pokrytego 
pyłem człowieka, który nadbiegał ku nim. 

–  Pobici  Irlandczycy  –  wołał  –  wysłali  dwóch 

posłańców,  aby  zbuntowali  przeciw  wam  całą  okolicę 
wokół  majątku  Hamilton,  a  jeśli  ich  nie  powstrzymacie, 
przygniotą  was  przeważającymi  siłami  w  lasach,  nim 
dotrzecie na powrót do domu! Jadą na północny wschód, 
pomiędzy Ben Bulben i Cashel-na-Geal. 

background image

Pan  Fryderyk  Hamilton  przywołał  pięciu  jezdnych, 

którzy pierwsi wystrzelili do mnichów, i rzekł: 

–  Szybko  na  koń,  jedźcie  przez  lasy  ku  tej  górze, 

dotrzyjcie tam przed owymi ludźmi i zabijcie ich. 

Po  chwili  jezdni  wyruszyli  i  wkrótce  zanurzyli  w 

lasy,  przeprawiwszy  się  przez  rzekę  w  miejscu  zwanym 
teraz  Brodem  Buckleya.  Podążali  ubitym  szlakiem, 
wijącym  się  wzdłuż  północnego  brzegu  rzeki.  Gałęzie 
brzozy  i  jarzębiny  splatały  się  w  górze  i  zakrywały 
chmurny  księżyc,  pozostawiając  ścieżkę  w  zupełnej 
niemal ciemności. Jechali szybkim kłusem, to gawędząc z 
sobą,  to  śledząc  zabłąkaną  łasicę  lub  królika 
czmychającego  w  ciemność.  W  miarę  jak  mrok  i  cisza 
lasów poczęły im ciążyć, zbijali się ciaśniej w gromadkę i 
mówili żywiej; byli starymi kompanami i dobrze się znali 
nawzajem.  Jeden  był  żonaty  i  opowiadał,  jak  szczęśliwa 
będzie  żona,  gdy  powróci  bezpiecznie  z  owej 
lekkomyślnej wyprawy przeciw karmelitom i opowie, jak 
szczęśliwy  los  naprawił  nieroztropność.  Najstarszy  z 
piątki,  którego  żona  nie  żyła  już,  mówił  o  flaszy  wina, 
czekającej  nań  na  górnej  półce;  podczas  gdy  trzeci, 
najmłodszy,  którego  powrotu  wyglądała  dziewczyna, 
jechał nieco przed pozostałymi, nie rozmawiając wcale. 

Nagle  młodzieniec  ów  zatrzymał  się,  a  inni 

dostrzegli, że jego koń dygocze. 

–  Dostrzegłem  coś  –  rzekł  –  lecz  mógł  to  też  być 

jedynie  cień.  Wyglądało  to  jak  ogromny  gad  ze  srebrną 
koroną na głowie. 

background image

Jeden z piątki uniósł dłoń do czoła, jak gdyby chciał 

się  przeżegnać,  lecz  przypomniawszy  sobie,  że  zmienił 
wiarę, opuścił rękę i rzekł: 

–  Pewien  jestem,  że  był  to  jedynie  cień,  gdyż 

mnóstwo ich jest wokół, nadzwyczaj przedziwnych. 

Jechali  zatem  dalej  w  milczeniu.  Deszcz  padał 

wcześniej za dnia, a teraz krople spadały z gałęzi, mocząc 
ich włosy i ramiona. Po chwili znów wszczęli rozmowę. 
Byli  razem  w  wielu  bitwach  przeciw  licznym 
buntownikom,  a  teraz  opowiadali  sobie  znów  dzieje 
swych  ran,  niemal  zapominając  o  straszliwej  pustce 
lasów. 

Nagle dwa idące przodem konie zadrżały i stanęły w 

miejscu,  nie  chcąc  ruszyć  dalej.  Przed  nimi  połyskiwała 
woda,  a  z  odgłosu  rwącego  nurtu  poznali,  że  to  rzeka. 
Zsiedli  z  koni,  które  wreszcie  po  długim  szarpaniu  i 
łagodnych  przemowach  doprowadzili  nad  brzeg. 
Pośrodku  wód  stała  wysoka  starucha,  o  siwych  włosach 
spływających na szarą suknię. Stała po kolana w wodzie, 
pochylając  się  od  czasu  do  czasu,  jak  gdyby  coś  myła. 
"Wreszcie  dostrzegli,  że  obmywała  coś  na  pół 
zanurzonego w wodzie. Przy migotliwym blasku księżyca 
ujrzeli, że były to zwłoki mężczyzny, a gdy spoglądali na 
nie, nurt odwrócił je ku nim obliczem, zaś każdy z pięciu 
jezdnych  rozpoznał  w  tej  samej  chwili  swe  własne  rysy. 
Gdy  tak  stali  niemi  i  ścięci  lękiem,  kobieta  przemówiła 
powoli i donośnie: 

–  Czy  widzieliście  mego  syna?  Ma  na  głowie 

background image

srebrzystą koronę. 

Wówczas  najstarszy  z  jezdnych,  który  najczęściej 

odnosił rany, dobył miecza i rzekł: 

– Walczyłem za prawdę mego Boga, więc nie muszę 

lękać  się  cieni  Szatana  –  i  z  tymi  słowy  rzucił  się  W 
wodę.  Po  chwili  powrócił.  Kobieta  zniknęła,  a  choć  ciął 
mieczem powietrze i wodę, niczego nie tknął. 

Pięciu  jezdnych  znów  dosiadło  koni  i  skierowało  je 

ku  brodowi,  lecz  na  próżno.  Próbowali  znowu  i  raz 
jeszcze, zanurzając się to tu, to tam, lecz konie pieniły się 
i stawały dęba. 

–  Zawróćmy  do  lasu  –  rzekł  najstarszy  –  i 

przekroczymy rzekę nie opodal, powyżej tego miejsca. 

Wjechali  pod  konary,  pełzający  bluszcz  trzeszczał 

pod  kopytami,  a  gałęzie  uderzały  w  stalowe  hełmy.  Po 
niemal  dwudziestu  minutach  wynurzyli  się  znów  przy 
rzece, a po następnych  dziesięciu  znaleźli miejsce, gdzie 
można  się  było  przeprawić  nie  zanurzając  powyżej 
strzemion. Las po przeciwnej stronie był przerzedzony, a 
blask księżyca układał się w długie smugi. Powstał wiatr i 
począł szybko przepędzać chmury przez tarczę księżyca, 
każąc  wąskim  smugom  światła  pląsać  pośród  rzadkich 
krzewów  i  młodych  jodełek.  Wierzchołki  drzew  poczęły 
zawodzić,  a  dźwięk  ów  przypominał  głosy  umarłych 
pośród  wiatru:  jezdni  zaś  przypomnieli  sobie,  iż 
powiadają,  jakoby  zmarłych  w  czyśćcu  wbijano  na 
szczyty drzew i skał. Zwrócili się nieco ku południowi w 
nadziei, że odnajdą ubity-szlak, lecz nie mogli natrafić na 

background image

żaden ślad. 

Tymczasem zawodzenie rozlegało się coraz głośniej, 

a  pląsanie  blasku  księżycowego  zdawało  się  coraz 
szybsze. Z wolna pojęli, że w oddali gra muzyka. Był to 
dźwięk  kobzy,  więc  ruszyli  ku  niemu  z  wielką  radością. 
Dobiegał z dna głębokiej kotliny uformowanej na kształt 
kielicha.  Pośrodku  kotliny  znajdował  się  starzec  o 
zwiędłej  twarzy,  w  czerwonej  czapeczce.  Siedział  przy 
ogniu z chrustu, u stóp miał płonącą pochodnię zatkniętą 
w ziemię i zapamiętale wygrywał na starej kobzie. Rude 
włosy spływały mu po obliczu, jak żelazna rdza po skale. 

– Czy widzieliście moją żonę? – rzekł podnosząc na 

chwilę wzrok. – Myła coś! Myła coś! 

– Lękam się go  – rzekł młody jezdny.  – Lękam się, 

że nie jest człowiekiem. 

– Nie – odparł najstarszy – jest człowiekiem jak my, 

gdyż  widzę  piegi  na  jego  licu.  Zmusimy  go,  by  nam 
posłużył za przewodnika. 

Z  tymi  słowy dobył  miecza,  a  inni  za nim.  Otoczyli 

kręgiem  kobziarza  zwracając  ku  niemu  miecze,  a 
najstarszy rzekł mu, iż muszą zabić dwóch buntowników, 
którzy  obrali  drogę  pomiędzy  Ben  Bulben  a  wielką 
ostrogą górską zwaną Cashel-na-Gael, więc musi on siąść 
na  koń  przed  jednym  z  nich  i  być  im  przewodnikiem, 
gdyż  zgubili  drogę.  Kobziarz  wskazał  ku  pobliskiemu 
drzewu,  gdzie  dostrzegli  białą  szkapę,  w  uprzęży  i 
osiodłaną.  Przerzucił  sobie  kobzę  przez  plecy  i  ująwszy 
pochodnię  w  dłoń,  dosiadł  konia,  po  czym  ruszył  przed 

background image

nimi jak tylko mógł najszybciej. 

Las przerzedził się i droga powiodła stromo pod górę. 

Księżyc  już  zaszedł,  lecz  gwiazdy  święciły  jasno 
pomiędzy  chmurami.  Zbocze  stawało  się  coraz  bardziej 
strome,  aż  wreszcie  wyjechali  wysoko  ponad  las  na 
rozległy szczyt góry. Las rozpościerał się poniżej na wiele 
mil,  a  dalej  ku  południowi  wystrzelała  czerwona  łuna 
płonącego  miasta.  Nagle  przewodnik  ściągnął  wodze  i 
wskazując  w  górę  ręką,  która  nie  dzierżyła  pochodni, 
wykrzyknął: 

– Spójrzcie! spójrzcie na święte świece! 
Po  czym  runął  naprzód  w  galopie,  wywijając 

pochodnią. 

– Słyszycie kopyta posłańców? – wołał przewodnik. 

– Szybko, szybko! bo wymkną się nam z rąk!  – zaśmiał 
się, jak gdyby rozpierała go radość pogoni. 

Jezdnym  się  wydało,  że  słyszą  w  oddali  i  jakby  w 

dole  tętent  kopyt;  lecz  teraz  zbocze  nachylało  się  coraz 
stromiej  w  dół  i  z  każdą  chwilą  szybkość  stawała  się 
bardziej szalona. Próbowali się zatrzymać, lecz nie mogli, 
gdyż  zdawało  się,  że  konie  oszalały.  Przewodnik  rzucił 
wodze  na  kark  białej  szkapy,  wymachiwał  ramionami  i 
wyśpiewywał po irlandzku. Nagle dojrzeli lśniącą wąską 
smugę  rzeki,  straszliwie  daleko  w  dole,  więc  poznali,  że 
są  na  skraju  przepaści  zwanej  dziś  Lugnagall  lub  po 
angielsku  Urwisko  Przybłędów.  Sześć  koni  skoczyło 
naprzód,  pięć  okrzyków  wzbiło  się  w  powietrze,  a  w 
chwilę później pięciu ludzi i pięć koni spadło z głuchym 

background image

łoskotem na zielone zbocza u podnóża skał. 

background image

Gdzie nie ma niczego, tam jest Bóg 

 
Małe  wiklinowe  szałasy  w  Tullagh,  gdzie  bracia 

zwykli  się  modlić  lub  pochylać  nad  rozlicznymi 
rękodziełami,  gdy  zmierzch  ich  przegna  z  pól, 
opustoszały, 

bowiem 

surowa 

zima  zgromadziła 

wszystkich  w  drewnianym  domku,  w  cieniu  drewnianej 
kaplicy.  Opat  Malathgeneus,  brat  Turkawka,  brat  Łysy 
Lis,  brat  Piotr,  brat  Patryk,  brat  Bąk,  brat  Jasnobrewy  i 
wielu  innych,  zbyt  młodych,  by  mogli  zdobyć  imiona  w 
wielkim  boju,  zasiedli  wokół  ognia,  który  przyrumienił 
im oblicza. Jeden naprawiał sieci, by je zarzucić w rzece 
na węgorze, inny majstrował sidła na ptaki, ten naprawiał 
złamany  uchwyt  łopaty,  inny  pisał  w  ogromnej  księdze, 
jeszcze  inny  sporządzał  wysadzaną  drogimi  kamieniami 
szkatułkę  dla  przechowywania  ksiąg.  Na  sitowiu  u  ich 
stóp  leżeli  żacy,  którzy  pewnego  dnia  zostaną  braćmi, 
była to bowiem izba szkolna, a wielki ogień płonął tu, by 
krzepić ich wątłe siły. Jeden z żaków, dziecko ośmio- lub 
dziewięcioletnie,  zwany  Oliollem,  leżał  na  grzbiecie 
wyglądając  przez  dziurę  w  dachu,  którą  uchodził  dym,  i 
śledząc gwiazdy pojawiające się i znikające wśród dymu 
oczyma łagodnymi jak oczy zwierzęcia. Wreszcie zwrócił 
się  ku  bratu  piszącemu  w  księdze,  którego  obowiązkiem 
było nauczać dziatwę, mówiąc: 

–  Bracie  Turkawko,  do  czego  przytwierdzone  są 

gwiazdy? 

background image

Braciszek,  zdjęty  radością  na  widok  tak  wielkiej 

ciekawości  u  najtępszego  z  uczniów,  odłożył  pióro  i 
rzekł: 

–  Jest  dziewięć  kryształowych  sfer,  do  pierwszej  z 

nich  przytwierdzony  jest  Księżyc,  do  drugiej  planeta 
Merkury, do trzeciej planeta Wenus, do czwartej Słońce, 
do  piątej  planeta  Mars,  do  szóstej  planeta  Jupiter,  do 
siódmej  planeta  Saturn;  a  są  to  gwiazdy  wędrowne;  do 
ósmej  przytwierdzone  są  gwiazdy  stałe;  lecz  sfera 
dziewiąta  jest  sferą  substancji,  w  której  poruszało  się 
tchnienie Boże na początku. 

– A co jest poza nią? – zapytało dziecko. 
– Poza nią nie ma niczego; tam jest Bóg. 
Wówczas oczy dziecka powędrowały ku wysadzanej 

kamieniami  szkatułce,  gdzie  wielki  rubin  połyskiwał  w 
blasku ognia, i spytało ono: 

–  Czemu  brat  Piotr  wprawił  wielki  rubin  w  ściankę 

szkatułki? 

– Rubin jest symbolem miłości Bożej. 
– Czemu rubin jest symbolem miłości Bożej? 
–  Bowiem  jest  czerwony  jak  ogień,  ogień  zaś  spala 

wszystko, a gdzie nie ma niczego, tam jest Bóg. 

Dziecko umilkło, lecz wkrótce usiadło i rzekło: 
– Ktoś jest za drzwiami. 
– Nie – odparł brat – to tylko wilki; już od jakiegoś 

czasu  słyszę,  jak  krążą  po  śniegu.  Stają  się  wielce 
niebezpieczne, gdy zima wypędza je z gór. Ubiegłej nocy 
wdarły się do zagrody i porwały wiele owiec, a jeśli nie 

background image

będziemy mieć się na baczności, pożrą wszystko. 

– Nie, to kroki człowieka, gdyż są ciężkie; lecz słyszę 

także stąpanie wilków. 

Zaledwie  skończył  mówić,  gdy  ktoś  zapukał  po 

trzykroć, lecz niezbyt głośno. 

– Pójdę otworzyć, gdyż pewnie przemarzł bardzo. 
–  Nie  otwieraj,  gdyż  może  to  być  wilkołak,  który 

pożre nas wszystkich. 

Lecz chłopiec już odsunął ciężką drewnianą zasuwę, 

a wszystkie twarze, pobladłe nieco, zwróciły się ku wolno 
uchylanym drzwiom. 

–  Ma  różaniec  i  krzyż,  nie  może  więc  być 

wilkołakiem  –  rzekło  dziecko,  gdy  mężczyzna,  któremu 
śnieg  grubo  pokrywał  długą,  postrzępioną  brodę  i 
zmierzwione  włosy,  spływające  na  ramiona  i  prawie  do 
pasa,  i  osypywał  się  z  potarganej  opończy,  na  pół 
pokrywającej  wyschłe  smagłe  ciało,  wszedł  i  począł  się 
rozglądać  łagodnym,  pełnym  uniesienia  wzrokiem. 
Stanąwszy z dala od ognia i utkwiwszy na koniec oczy w 
opacie Malathgeneusie, wykrzyknął: 

– O błogosławiony opacie, pozwól mi zbliżyć się do 

ognia  i  osuszyć  śnieg  z  brody,  włosów  i  opończy,  abym 
nie  umarł  z  zimna  w  górach  i  nie  rozgniewał  Pana 
umyślnym męczeństwem. 

–  Zbliż  się  do  ognia  –  rzekł  opat  –  ogrzej  i  spożyj 

jadło,  które  przyniesie  ci  chłopiec  Olioll.  Smutne  to 
zaiste,  że  ktoś,  za  kogo  umarł  Chrystus,  może  być  tak 
nędzny jak ty. 

background image

Mężczyzna  siadł  przy  ogniu,  a  Olioll  zabrał  jego 

ociekającą  wodą  opończę  i  postawił  przed  nim  mięso, 
chleb  i  wino;  lecz  pragnął  on  jedynie  chleba  i  odsunął 
wino,  prosząc  o  wodę.  Gdy  broda  i  włosy  poczęły  mu 
nieco  przesychać,  a  członki  przestały  drżeć  z  zimna, 
przemówił znów. 

–  O  błogosławiony  opacie,  miej  litość  nad 

nędzarzem,  miej  litość nad  żebrakiem,  który  przemierzał 
ten  pusty  świat  wiele  lat,  i  daj  mi  jakąś  pracę  do 
wykonania,  najcięższą,  gdyż  jestem  najnędzniejszy  z 
nędzarzy Bożych. 

Wówczas bracia naradzać się poczęli, do jakiej pracy 

mogliby  go  użyć,  lecz  początkowo  z  małym  skutkiem, 
bowiem  nie  było  zajęcia,  które  by  nie  znalazło 
wykonawcy  w  owym  pracowitym  gronie;  w  końcu  ktoś 
przypomniał  sobie,  że  brat  Łysy  Lis,  którego  zadaniem 
było obracać wielkie żarna w młynie, bowiem zbyt głupi 
był  do  czego  innego,  za  stary  już  jest  do  tak  ciężkiej 
pracy; przydzielono więc żebraka do żaren od następnego 
ranka. 

Minęła  zima,  wiosna  przeszła  w  lato,  a  żarna  nigdy 

nie  próżnowały,  ani  nie  obracały  się  niechętnie,  gdyż 
każdy  przechodzący  mimo  mógł  usłyszeć  śpiew  żebraka 
kręcącego  korbą.  Również  ostatni  smutek  opuścił  owo 
szczęśliwe grono, jako że Olioll, który zawsze był tępy i 
niepojętny,  zmądrzał,  a  było  to  tym  bardziej  cudowne, 
gdyż  nastąpiło  niespodzianie.  Pewnego  dnia  był  tępszy 
niż zazwyczaj, dostał baty i kazano mu nauczyć się lekcji 

background image

na  następny  dzień,  gdyż  inaczej  odeślą  go  do  niższej 
klasy,  pomiędzy  małych  chłopaczków,  którzy  będą  z 
niego drwili. Wyszedł we łzach, a kiedy następnego dnia 
powrócił,  pomimo  swej  głupoty,  zrodzonej  w  umyśle 
skłonnym słuchać każdego ulotnego dźwięku i dumać nad 
każdym ulotnym błyskiem, głupoty, która od dawna była 
przysłowiowa  w  szkole,  umiał  swą  lekcję  tak  dobrze,  że 
wysunął  się  na  czoło  klasy,  a  od  owego  dnia  stał  się 
najlepszym  uczniem.  Zrazu  brat  Turkawka  sądził,  że 
stanowiło  to  odpowiedź  na  jego  modły  do  Najświętszej 
Panienki i dowód miłości, jaką dla niego żywiła; 

lecz  gdy  wiele  znacznie  gorętszych  modłów  nie 

zdołało  dodać  ani  jednego  snopa  do  żniwa,  począł 
podejrzewać, że dziecko paktuje z bardami, druidami łub 
czarownicami,  więc  postanowił  je  śledzić.  Opowiedział 
swój  zamysł  opatowi,  który  przykazał  mu  przyjść  w 
chwilę,  gdy  odkryje  prawdę;  następnego  dnia,  a  była  to 
niedziela,  stanął  na  ścieżce,  gdy  opat  i  bracia  w  białych 
habitach wychodzili z nieszporów, i pochwyciwszy opata 
za habit rzekł: 

–  Żebrak  jest  jednym  z  największych  świętych  i 

cudotwórców.  Podążyłem  niedawno  za  Oliollem, 
poznawszy  z  powolnego  kroku  i  pochylonej  głowy,  że 
ogarnęło go znużenie głupotą, a gdy dotarł do zagajnika w 
pobliżu młyna, wymiarkowałem ze ścieżki wydeptanej w 
poszyciu  i  śladów  stóp  w  błocie,  że  przechodził  już 
tamtędy wiele razy. Skryłem się za krzakiem w  miejscu, 
gdzie ścieżka ostro zakręca na stromiźnie, a z łez w jego 

background image

oczach poznałem, że głupota jego zbyt była zadawniona, 
a  mądrość  zbyt  świeża,  by  wybawić  go  od  lęku  przed 
rózgą.  Gdy  przebywał  w  młynie,  podszedłem  do  okna  i 
zajrzałem,  a  ptaki  sfrunęły  i  przysiadły  mi  na  głowie  i 
ramionach,  gdyż  nie  są  lękliwe  w  tym  świętym  miejscu; 
również wilk przemknął, prawym bokiem ocierając się o 
mój  habit,  a  lewym  o  listowie  krzewu.  Olioll  otworzył 
księgę  na  stronicy,  której  kazałem  mu  się  wyuczyć,  i 
począł płakać, a żebrak usiadł przy mim i pocieszał go tak 
długo,  aż  ten  zasnął.  Gdy  pogrążył  się  w  najgłębszym 
śnie, żebrak ukląkł i modlił się głośno mówiąc: 

– O Ty, który mieszkasz poza gwiazdami, ukaż Twą 

moc  jako  na  początku  i  spraw,  by  wiedza  zesłana  przez 
Ciebie  ocknęła  się  w  jego  umyśle,  w  którym  nie  ma 
niczego ze świata, aby dziewięć chórów anielskich mogło 
sławić Twe imię. 

Wówczas  światło  wytrysnęło  z  przestworza  i 

ogarnęło Oliolla, a ja poczułem woń róż. Poruszyłem się 
nieco w zadziwieniu, a odwróciwszy się i ujrzawszy mnie 
żebrak skłonił się nisko mówiąc: 

–  O  bracie  Turkawko,  jeśli  uczyniłem  źle,  wybacz 

mi, a uczynię pokutę. Powodowała mną litość. 

Lecz ja przeląkłem się i uciekłem, a nie zatrzymałem 

się, I póki nie dotarłem tutaj. 

Wówczas wszyscy bracia poczęli mówić naraz, jeden 

Powiadał,  że  to  święty  taki  a  taki,  inny  zaś,  że  nie,  bo 
pewnie inny; jeszcze inni twierdzili, że to żaden z owych 
świętych,  gdyż  przebywali  nadal  w  swoich  bractwach, 

background image

natomiast, że musi to być ten czy ów; rozmowa tak dalece 
przypominać poczęła kłótnię, jak to tylko możliwe było w 
owym  świątobliwym  gronife,  każdy  bowiem  chciał 
przypisać  tak  wielkiego  świętego  swej  rodzinnej  ziemi. 
Wreszcie opat rzekł: 

– Nie jest on żadnym z tych, których wymieniliście, 

gdyż przed Wielkanocą otrzymałem pozdrowienia od nich 
wszystkich,  a przebywali oni  w swych bractwach; jest to 
Aengus Miłośnik Boży, pierwszy z tych, którzy udali się 
na  pustkowie,  by  żyć  pośród  dzikich  zwierząt.  Dziesięć 
lat temu poczuł ciężar rozlicznych trudów w bractwie pod 
Wzgórzami Patryka i odszedł w las, by trudnić się jedynie 
pieśnią  na  cześć  Pana;  wszelako  rozgłos  świętości 
sprowadzał  tysięczne  rzesze  do  jego  celi,  tak  że  nieco 
dumy  wkradło  się  w  duszę,  z  której  wytrzebiono  już 
wszystko. Dziewięć lat temu  przywdział łachmany i nikt 
go już nie widział od owego dnia, choć może prawdą jest, 
że  go  widziano  żyjącego  w  górach  pośród  wilków  i 
żywiącego  się  trawą  łąk.  Pójdźmy  do  niego  i  pokłońmy 
się  przed  nim;  bowiem  wreszcie,  po  długich 
poszukiwaniach,  odnalazł  owo  nic,  które  jest  Bogiem; 
poprośmy  go  też,  by  powiódł  nas  ścieżką,  którą  sam 
przemierzył. 

Ruszyli  w  białych  habitach  udeptaną  ścieżką  pośród 

lasu,  akolici  wymachując  kadzielnicami  przed  sobą,  a 
opat  z  pastorałem  wysadzanym  drogimi  kamieniami, 
pośród  oparów  kadzidła.  Przybywszy  do  młyna  uklękli  i 
poczęli  się  modlić,  oczekując  chwili,  gdy  dziecię  się 

background image

przebudzi,  a  święty  zakończy  czuwanie  i  wyjdzie 
spojrzeć, jak to miał w zwyczaju, na słońce zniżające się 
ku nieznanej ciemności. 

 

background image

Starcy z Przedświtu 

 
W owym miejscu, w pobliżu Przylądka Topielca, na 

Trzęsawiskach,  gdzie  opuszczona  budka  sternika 
spogląda  na  morze  dwoma  oczyma  okrągłymi  jak 
okienka,  stała  w  ubiegłym  stuleciu  ziemianka.  Była  to 
zarazem  strażnica,  gdyż  mieszkał  tam  pewien  stary 
Michael  Bruen,  który  niegdyś  był  przemytnikiem,  a 
później  ojcem  i  dziadkiem  przemytników;  gdy  po 
zapadnięciu  nocy  smukły  francuski  szkuner  wpełzał  do 
zatoki od strony Roughley, zadaniem jego było wywiesić 
rogową latarnię w południowym oknie, aby wieść mogła 
dotrzeć do Wyspy Dorrena, a stamtąd, przy pomocy innej 
rogowej  latarni,  do  wioski  na  Trzęsawiskach.  Prócz 
przesyłania 

sygnałów 

świetlnych 

niewiele 

miał 

wspólnego z ludźmi, gdyż bardzo był stary i dbał jedynie 
o  zbawienie  duszy,  pochylony  nad  swym  hiszpańskim 
różańcem, Pewnej nocy czuwał przez wiele godzin, gdyż 
wiał  łagodny  i  sprzyjający  wiatr,  a  La  Mere  de 
Misiricorde
  bardzo  się  spóźniała.  Wreszcie  miał  już 
spocząć na wiązce słomy, wiedział bowiem, że statek nie 
odważy się opłynąć Roughley i zarzucić kotwicy za dnia, 
gdy  ujrzał  długi  klucz  czapli  wolno  nadciągających  od 
Wyspy Dorrena ku stawom, które leżą, na poły zdławione 
przez  trzciny,  za  tak  zwanym  Drugim  Trzęsawiskiem. 
Nigdy przedtem nie widział czapli lecących nad morzem, 
gdyż  są  to  ptaki  lądowe,  więc  po  części  dlatego,  że 

background image

wyrwało  go  to  z  senności,  a  bardziej  dlatego,  że  długie 
opóźnienie 

szkunera 

opróżniło 

spiżarnię, 

zdjął 

zardzewiałą  strzelbę,  której  lufa  przewiązana  była 
kawałkiem sznurka, i wyruszył ku stawom. 

Po  chwili  natknął  się  na  wielką  liczbę  czapli, 

stojących  z  uniesionymi  nogami  w  płytkiej  wodzie. 
Przycupnąwszy  za  zasłoną  z  sitowia  zaczął  nabijać 
strzelbę,  a  także  na  chwilę  pochylił  nad  różańcem,  by 
wyszeptać:  „Święty  Patryku,  mam  wielką  ochotę  na 
pasztet  z  czapli.  Jeśli  sprawisz,  że  nie  spudłuję,  będę 
odmawiał  do  ciebie  różaniec  co  wieczór,  póki  nie  zjem 
pasztetu.”  Następnie  położył  się  i  oparłszy  strzelbę  na 
dużym  kamieniu,  zwrócił  się  ku  czapli,  która  stała  na 
trawiastym  brzegu  strumyka  wpływającego  do  stawu; 
obawiał się bowiem dostać reumatyzmu od brodzenia, co 
musiałoby  nastąpić,  gdyby  zastrzelił  jedną  z  czapli 
stojących  w  wodzie.  Lecz  gdy  spojrzał  wzdłuż  lufy, 
czapla  zniknęła,  a  ku  swemu  zdziwieniu  i  przerażeniu 
ujrzał  w  jej  miejsce  człowieka,  który  wydawał  się 
niezmiernie  stary.  Opuścił  strzelbę,  a  znowu  stała  tam 
czapla,  z  opuszczoną  głową  i  nieruchomymi  piórami. 
Podniósł strzelbę, a gdy tylko spojrzał wzdłuż lufy, znów 
miał  przed  sobą  starca,  który  zniknął,  gdy  ponownie 
opuścił  strzelbę.  Odłożył  strzelbę,  przeżegnał  się  po 
trzykroć,  zmówił  Ojcze  Nasz  i  Zdrowaś  Maria  i 
wymamrotał  półgłosem:  „Jakiś  nieprzyjaciel  Boga  łowi 
ryby  w  błogosławionej  wodzie”,  po  czym  wymierzył 
wolno i dokładnie. Wypalił, a gdy dym się rozwiał, ujrzał 

background image

starca  skulonego  w  trawie  i  długi  klucz  czapli 
odlatujących  ku  morzu.  Obszedł  zakole  stawu,  a 
doszedłszy  do  strumyka  spojrzał  na  postać  odzianą  w 
wypłowiałe suknie starodawnego kroju, splamione krwią. 
Potrząsnął  głową  na  widok  tak  wielkiej  niegodziwości. 
Nagle  suknie  poruszyły  się  i  ramię  wyciągnęło  ku 
różańcowi wiszącemu na jego szyi, a długie wychudzone 
palce niemal dotknęły krzyża. Uskoczył do tyłu krzycząc: 

–  Czarowniku,  nie  pozwolę,  by  istota  nieczysta 

dotykała moich poświęcanych paciorków. 

–  Jeśli  mnie  wysłuchasz  –  odparł  głos  tak  nikły,  że 

zdawał  się  westchnieniem  –  poznasz,  że  nie  jestem 
czarownikiem,  i  pozwolisz  mi  ucałować  krzyż  przed 
śmiercią. 

–  Wysłucham  cię  –  odrzekł  –  lecz  nie  pozwolę  ci 

dotknąć mych poświęcanych paciorków. 

Usiadłszy  na  trawie  nie  opodal  konającego,  nabił 

powtórnie  strzelbę,  położył  ją  na  kolanach  i  począł 
słuchać. 

– Nie wiem, jak wiele pokoleń przeminęło od czasu, 

gdy  my,  którzy  teraz  jesteśmy  czaplami,  byliśmy 
uczonymi  mężami;  nie  polowaliśmy  ani  nie  szliśmy  na 
wojnę,  nie  modliliśmy  się  ani  śpiewali,  ani  nie 
kochaliśmy.  Wielokrotnie  powiadali  nam  druidowie  o 
nowym druidzie Patryku. Większość z nich była gniewna 
na  niego,  choć  nieliczni  sądzili,  iż  jego  nauka  to  ich 
własna  nauka,  a  jedynie  wyrażona  nowym  sposobem,  i 
skłaniali  się  do  jej  przyjęcia.  Lecz  my  ziewaliśmy,  gdy 

background image

mówili o nim. Wreszcie nadeszli wołając, że przybywa do 
domu  królewskiego,  po  czym  wdali  się  w  dysputę,  lecz 
my  nie  chcieliśmy  słuchać  żadnej  ze  stron,  gdyż 
rozprawialiśmy nad prozodią i względną ważnością rymu 
i asonansu, sylaby i akcentu. Nie dbaliśmy o to, że minęli 
nasze  drzwi,  z  czarodziejskimi  różdżkami  pod  pachą, 
udając się do lasu, ani gdy powrócili po zapadnięciu nocy, 
z  bladymi  twarzami,  krzycząc  rozpaczliwie;  zachwycał 
nas  bowiem  zgrzyt  naszych  noży  wypisujących  nasze 
myśli  pismem  ogamicznym.  Nazajutrz  przeszły  mimo 
tłumy  kierując  się  ku  królewskiemu  domowi,  a  jeden  z 
nas,  który  odłożył  nóż,  by  ziewnąć  i  przeciągnąć  się, 
dosłyszał  głos  przemawiający  w  oddali;  lecz  serca  nasze 
były głuche, więc dalej wycinaliśmy, dysputowali, czytali 
i  śmiali  się  wspólnie.  Po  chwili  usłyszeliśmy  odgłos 
licznych  kroków  zbliżających  się  ku  domostwu  i 
niebawem  dwie  wysokie  postaci  stanęły  w  drzwiach, 
jedna  w  białej,  a  druga  w  szkarłatnej  opończy; 
poznaliśmy  druida  Patryka  i  naszego  króla.  Odłożyliśmy 
smukłe  noże  i  pokłoniliśmy  się  przed  królem,  lecz 
przemówił do nas nie donośny szorstki głos króla, a głos 
pełen uniesienia: 

–  Nauczałem  o  przykazaniach  Bożych  –  przemówił 

głos – w domu królewskim, i była wielka cisza od środka 
ziemi  aż  po  okna  niebios,  tak  że  orzeł  szybował  z 
nieruchomymi 

skrzydłami, 

ryba 

płynęła 

nieruchomymi  płetwami,  zaś  makolągwy,  czyżyki  i 
jaskółki  uciszyły  wiecznie  drgające  języki,  chmury  stały 

background image

się jako biały marmur, a krewetki w odległych morskich 
zatoczkach 

znieruchomiały, 

cierpliwie 

znosząc 

wieczność, choć przychodziło im to z trudem. Lecz wasze 
smukłe  noże  zgrzytały  i  zgrzytały,  a  że  wszystko  inne 
ucichło,  dźwięk  ów  był  nie  do  zniesienia.  Ponieważ 
żyliście  tam,  gdzie  stopy  aniołów  nie  dotykały  waszych 
głów,  a  włosy  demonów  nie  ocierały  się  o  wasze  stopy, 
uczynię  z  was  przykład  po  wieczne  czasy;  staniecie  się 
szarymi  czaplami  i  będziecie  stać  w  zadumie  w  szarych 
stawach  i  przemykać  nad  światem  w  godzinie,  w  której 
płynie  najwięcej  westchnień;  śmierć  wasza  przyjdzie 
przypadkiem  i  niespodziewanie,  niczego  bowiem  nie 
będziecie pewni po wieczne czasy. 

Głos ucichł, lecz pobożniś pochylił się nad strzelbą, z 

oczyma  utkwionymi  w  ziemię,  zbyt  głupi,  by  zrozumieć 
to,  co  usłyszał;  pozostałby  tak,  być  może,  przez  długi 
czas,  –  gdyby  nie  wyrwało  go  z  otępienia  szarpnięcie  za 
różaniec.  Uczony  starzec  przypełzł  po  trawie  i  próbował 
ściągnąć krzyż, by móc go dosięgnąć wargami. 

–  Nie  wolno  ci  dotykać  mych  błogosławionych 

paciorków – krzyknął pobożniś i lufą strzelby uderzył po 
długich wychudzonych palcach. 

Niepotrzebnie uderzył, gdyż starzec opadł na trawę z 

westchnieniem  i  ucichł.  Pochylił  się  nad  nim  i  począł 
przypatrywać  się  wypłowiałym  sukniom,  gdyż  teraz 
strach jego zelżał, skoro przekonał się, że ma coś, czego 
uczony  mąż  pożądał,  teraz  zaś,  gdy  błogosławione 
paciorki  były  bezpieczne,  strach  opuścił  go  niemal 

background image

zupełnie;  pomyślał  też,  że  jeśli  opończa  jest  ciepła  i  bez 
dziur, Święty Patryk z pewnością zdejmie z niej czar, tak 
iż  nada  się  do  noszenia.  Lecz  stara  wypłowiała  materia 
poczęła  się  kruszyć,  gdy  tylko  dotknął  jej  palcami,  a 
niebawem  lekki  wiatr  powiał  nad  stawem  i  przemienił 
uczonego  starca  i  jego  starodawne  odzienie  w  garstkę 
pyłu,  która  niknęła  coraz  bardziej,  aż  wreszcie  nic  nie 
pozostało, prócz gładkiej zielonej trawy. 

 

background image

Pyszny Costello, córka MacDermota i 

cierpki język 

 
Costello  powrócił  z  pól  i  spoczął  na  ziemi  u  drzwi 

swej  czworokątnej  wieży,  z  głową  wspartą  na  dłoniach, 
spoglądając  na  zachód  słońca  i  dumając  o  pogodzie. 
Chociaż  zwyczaje  z  czasów  Elżbiety  i  Jakuba, 
wychodzące  już  z  mody  w  Anglii,  przeważały  teraz 
pośród  szlachty,  nadal  nosił  przestronną,  rdzennie 
irlandzką  opończę,  a  niewzruszona  ufność  jego  oblicza  i 
potężne ciało miały w sobie pychę i moc dawnego czasu. 
Oczy  jego  przesunęły  się  od  zachodzącego  słońca  ku 
miejscu,  gdzie  długi  biały  gościniec  znikał  na 
południowo-zachodnim  widnokręgu,  i  spoczęły  na 
jeźdźcu  z  wolna  wspinającym  się  na  wzgórze.  Upłynęło 
nieco  czasu  i  jeździec  zbliżył  się  na  tyle,  że  w  szarym 
zmierzchu  można  było  dostrzec  wyraźnie  niepozorne, 
niekształtne  ciało,  długą  irlandzką  opończę  i  zniszczoną 
kobzę  zwisającą  z  ramienia,  a  pod  nim  ostrowłosego 
podjezdka. Gdy tylko znalazł się w zasięgu słuchu, począł 
wołać: 

–  Czyżbyś  spał,  Tumausie  Costello,  podczas  gdy 

lepsi  niźli  ty  mężowie  rozdzierają  sobie  serca  na 
ogromnych  białych  gościńcach?  Powstań,  pyszny 
Tumausie,  gdyż  niosę  wieści!  Powstań,  wielki  głupcze! 
Otrząśnij z siebie ziemię, ty rozrosły ludzki chwaście! 

Costello  zerwał  się  na  nogi,  a  gdy  kobziarz  się 

background image

przybliżył,  pochwycił  go  za  kołnierz,  uniósł  z  siodła  i 
potrząsnął nim. 

– Puść mnie, puść mnie – rzekł tamten, lecz Costello 

nadal nim potrząsał. 

– Mam wieści od Uny, córki MacDermota. 
Potężne palce rozluźniły się, a kobziarz upadł dysząc. 
–  Czemuś  mi  nie  powiedział  –  rzekł  Costello  –  że 

przybywasz od niej? Mógłbyś się napomstować do woli. 

– Przybywam od niej, lecz nic nie powiem, póki nie 

otrzymam zapłaty za otrzęsiny. 

Costello wymacał sakiewką, w której nosił pieniądze, 

lecz długo trwało, nim ją otworzył, gdyż ręka mu drżała. 

–  Oto  wszystkie  pieniądze  z  sakiewki  –  rzekł, 

rzucając  kilka  francuskich  i  hiszpańskich  monet  na  dłoń 
kobziarza, 

który 

wypróbował 

je 

zębem, 

nim 

odpowiedział. 

– W porządku, to uczciwa cena, lecz nic nie powiem, 

póki  nie  otrzymam  należnej  ochrony,  gdyż  jeśli 
MacDermotowie  dostaną  mnie  w  swe  ręce  na  jakiejś 
ścieżce  po  zachodzie  słońca  lub  w  Cool-a-vin  za  dnia, 
zostawią  mnie,  bym  gnił  pośród  pokrzyw  w  rowie,  lub 
powieszą tam, gdzie powiesili koniokradów w maju przed 
czterema  laty.  –  Mówiąc  to,  przywiązywał  wodze 
podjezdka  do  zardzewiałej  żelaznej  sztaby  zamocowanej 
w murze. 

– Uczynię cię mym kobziarzem i sługą przybocznym 

– rzekł Costello – a nikt nie odważy się tknąć człowieka 
czy psa, który należy do Tumausa Costello. 

background image

– Jedynie wówczas przekażę posłanie – rzekł tamten 

ciskając  siodło  na  ziemię  –  jeśli  dostanę  do  ręki  kubek 
whisky, gdyż choć jestem obdarty i nędzny, ojcowie moi 
byli  dobrze  odziani  i  zamożni,  póki  dom  ich  nie  został 
spalony,  a  bydło  przepędzone  przed  siedmiu  wiekami 
przez  Dillonów,  których  jeszcze  ujrzę  skrzeczących  na 
haku w piekle. 

Costello  powiódł  go  wąskimi,  krętymi,  kamiennymi 

schodami  do  wysłanej  sitowiem  komnaty,  nie  znającej 
wygód,  które  poczęły  się  już  upowszechniać  wśród 
szlachty, i wskazał mu siedzenie przy wielkim kominie; a 
gdy  kobziarz  usiadł,  napełnił  rogowy  kubek  i  postawił 
przy  nim  na  podłodze  wraz  z  dzbanem,  po  czym  rzekł 
doń: 

–  Czy  przybędzie  do  mnie  córka  MacDermota, 

Duallachu, synu Daly’ego? 

–  Córka  MacDermota  nie  przybędzie  do  ciebie, 

bowiem  ojciec  nakazał  niewiastom,  aby  pilnowały  jej, 
lecz  mam  ci  rzec,  iż  za  tydzień  będzie  wigilia  Świętego 
Jana  i  wieczór  jej  zaręczyn  z  MacNamarą  z  Jeziora,  a 
pragnie  ona,  byś  tam  był,  aby  gdy  każą  jej  przypić  do 
tego,  kogo  kocha,  mogła  przypić  do  ciebie,  Tumausie 
Costello,  dając  poznać  wszystkim,  do  kogo  należy  jej 
serce; ja zaś radzę ci iść tam wraz z dobrymi ludźmi, gdyż 
widziałem  koniokradów  na  własne  oczy.  –  A 
wyciągnąwszy  pusty  już  kubek  w  kierunku  Costella 
zawołał: – Napełnij ponownie mój kubek, bowiem pragną 
nadejścia  takiego  dnia,  kiedy  cała  woda  wsiąknie  w 

background image

skorupą małża, abym nie mógł pić niczego prócz whisky. 

Widząc,  że  Costello  nie  odpowiada,  lecz  siedzi  w 

zadumie, westchnął: 

–  Napełnij  mój  kubek,  powiadam  ci,  żaden  bowiem 

Costello  nie  jest  tak  wielki  w  świecie,  aby  nie  mógł 
usłużyć  Daly’emu,  mimo  że  Dały  wędruje  gościńcem  z 
kobzą,  a  Costello  ma  nagi  pagórek,  pusty  dom,  konia  i 
parę krów. 

–  Wychwalaj  ród  Dały  do  woli  –  rzekł  Costello 

napełniając kubek – przyniosłeś mi bowiem dobre słowo 
od mej miłej. 

Przez  następnych  parę  dni  Duallach  chodził  tu  i 

ówdzie  próbując  zebrać  drużynę,  a  każdy,  kogo  spotkał, 
znał  jakąś  historię  o  Costellu:  jeden  opowiadał,  jak  to 
zabił zapaśnika, gdy był jeszcze chłopcem, tak napinając 
pas,  który  otaczał  ich  obu,  że  złamał  grzbiet  silnemu 
zapaśnikowi;  inny,  jak  przeciągał  rozhukane  konie  przez 
bród  dla  zakładu;  inny  jeszcze,  jak  to  złamał  stalową 
podkowę  w  Mayo,  gdy  dorósł;  nikt  jednak  nie  chciał 
zawierzyć  człowiekowi  tak  porywczemu  i  biednemu  w 
sporze z roztropnymi i bogatymi ludźmi, jak MacDermot 
od Owiec i MacNamara z Jeziora. 

Wówczas Costello wyprawił się sam i przyprowadził 

półgłupka,  wyrobnika,  który  wielbił  go  za  jego  siłę, 
grubego  wieśniaka,  którego  przodkowie  służyli  jego 
rodzinie, oraz parę wyrostków, którzy pilnowali jego kóz 
i  krów,  i  uszykował  ich  przed  kominkiem.  Przynieśli  z 
sobą  grube  pałki,  a  Costello  dał  każdemu  po  starym 

background image

pistolecie i przez całą noc kazał im pić i strzelać do białej 
rzepy,  którą  przyszpilił  do  ściany.  Duallach  siedział  na 
ławie  przy  kominku,  wygrywając  na  starej  kobzie 
„Zieloną Wiązkę Sitowia”* „Potok Unchion” i „Książęta 
z  Breffny”  i  lżył,  to  wygląd  strzelców,  to  ich  niezdarne 
strzały,  to  Costella,  iż  nie  miał  lepszych  służących. 
Wyrobnik, półgłupek, wieśniak i wyrostkowie przywykli 
do  zniewag  Duallacha,  lecz  dziwili  się  wyrozumiałości 
Costella,  który  rzadko  odwiedzał  wesele  czy  stypą,  lecz 
gdy  to  się  zdarzyło,  nie  ścierpiałby  zrzędliwego 
kobziarza. 

Następnego  wieczora  wyruszyli  do  Cool-a-vin, 

Costello  na  godnym  koniu  i  z  mieczem,  inni  na 
szorstkowłosych  podjezdkach,  z  pałkami  pod  pachą. 
Jadąc  przez  moczary  i  ścieżki  wśród  wzgórz  dostrzec 
mogli  ognie  płonące  na  szczytach,  od  jednego  krańca 
widnokręgu po drugi,  i wszędzie  gromady  tańczące przy 
czerwonym  blasku  torfu.  Gdy  przybyli  do  domu 
MacDermota,  ujrzeli  przed  drzwiami  nadzwyczaj  liczną 
gromadę  biedaków  tańczących  wokół  ognia,  pośrodku 
którego  znajdowało  się  płonące  koło  od  wozu,  a  przez 
drzwi  i  okienka  w  każdej  ścianie  wypływało  światło 
świec i dobiegał odgłos licznych stóp tańczących taniec z 
czasów Elżbiety i Jakuba. 

Przywiązali  konie  do krzewów, gdyż  znaczna  liczba 

koni tak uwiązanych wskazywała, że stajnie były pełne, i 
utorowawszy  sobie  drogę  przez  tłum  wieśniaków 
stojących  wokół  drzwi,  weszli  do  dużej  sali,  gdzie 

background image

tańczono.  Wyrobnik,  półgłupek,  wieśniak  i  dwaj 
wyrostkowie 

zmieszali 

się 

z  gromadą 

służby 

przypatrującej  się  z  alkowy,  a  Duallach  usiadł  na  ławie 
przy  kobziarzach,  lecz  Costello  skierował  się  przez  tłum 
tancerzy  ku  miejscu,  gdzie  stał  nalewający  whisky 
MacDermot, z MacNamarą u boku. 

–  Tumausie  Costello  –  rzekł  starzec  –  dobrze 

uczyniłeś  zapominając  o  tym,  co  było,  i  przybywając  na 
zaręczyny mej córki. 

–  Przybywam  –  odparł  Costello  –  bowiem  gdy  za 

czasów  Costella  De  Angalo  moi  przodkowie  pokonali 
twoich  przodków,  a  później  zawarli  pokój,  zawarto  też 
układ, że po wsze czasy każdy Costello może przybyć ze 
służbą  i  kobziarzem  na  każdą  ucztę  wydaną  przez 
MacDermota,  a  każdy  MacDermot  wraz  ze  służbą  i 
kobziarzem  może  przybyć  na  ucztę  wydaną  przez 
Costella. 

– Jeśli przybywasz ze złymi zamiarami i uzbrojonymi 

ludźmi  –  rzekł  MacDermot  czerwieniejąc  –  nie  wyjdzie 
wam  to  na  zdrowie,  bez  względu  na  to,  jak  dobrze 
władacie  bronią,  bowiem  kilku  z  klanu  mojej  żony 
przybyło z Mayo, a moi trzej bracia i ich słudzy przybyli 
z Gór Wołowych. – Mówiąc to, trzymał rękę w zanadrzu, 
jak gdyby na głowicy broni. 

–  Nie  –  odparł  Costello  –  przybyłem  tylko,  by 

zatańczyć pożegnalny taniec z twą córką. 

MacDermot  wyjął  rękę  z  zanadrza  i  podszedł  do 

bladej  dziewczyny,  która  stała  w  pewnym  oddaleniu  z 

background image

oczyma utkwionymi w ziemię. 

–  Costello  przybył,  by  zatańczyć  pożegnalny  taniec, 

wie bowiem, że nigdy już się nie zobaczycie. 

Gdy  Costello  wiódł  ją  wśród  tancerzy,  jej  łagodne  i 

pokorne  oczy  z  miłością  wpatrywały  się  w  jego  oblicze, 
pełne  pychy  i  porywczości.  Zajęli  miejsca  w  pawanie, 
statecznym  tańcu,  który  wraz  z  sarabandą,  galardą  i 
tańcami mauretańskimi wyparł już wśród szlachty, oprócz 
owej  najzagorzalej  irlandzkiej,  szybsze  rytmy  dawnych 
pantomimicznych  tańców,  przeplatanych  wierszami;  w 
tańcu  ogarnęło  ich  znużenie  światem,  melancholia  i 
wzajemna  litość,  która  jest  uniesieniem  miłości.  Gdy 
taniec  się  skończył,  a  kobziarze  odłożyli  kobzy  i  unieśli 
kubki, stanęli na uboczu czekając w zadumie i milczeniu 
na rozpoczęcie nowego tańca, aby płomień w ich sercach 
wybuchnął i owionął je na nowo; więc tańczyli przez całą 
noc  pawanę  i  sarabandę,  galardę  i  taniec  mauretański,  a 
wielu stało nieruchomo przypatrując im się, aż wieśniacy 
zgromadzili  się  przy  drzwiach  zaglądając  do  środka,  jak 
gdyby pojmowali, że w długi czas później będą, otoczeni 
dziećmi swych dzieci, opowiadać, jak to widzieli Costella 
tańczącego  z  Uną,  córką  MacDermota;  a  podczas  tych 
tańców  i  grania  MaeNamara  chodził  tu  i  ówdzie, 
rozmawiając głośno i żartując niemądrze, jak gdyby nigdy 
nic,  a  stary  MacDermot  czerwieniał  coraz  bardziej, 
oczekując świtu. 

Ujrzał wreszcie, że nadeszła odpowiednia chwila, by 

to zakończyć, więc w przerwie po tańcu zawołał, że teraz 

background image

jego  córka  wychyli  czarę  zaręczynową;  wówczas  Una 
podeszła do niego, a goście stanęli półkolem, Costello tuż 
przy ścianie, a kobziarz, wyrobnik, wieśniak, półgłupek i 
dwaj  wyrostkowie  tuż  za  nim.  Starzec  wyjął  ze  ściennej 
niszy  srebrną  czarę,  z  której  jej  matka  i  matka  jej  matki 
wychylały  toasty  zaręczynowe,  napełnił  ją  hiszpańskim 
winem  i  wręczył  córce  ze  zwykłymi  słowami:  „Wypij 
zdrowie tego, którego kochasz najbardziej”. 

Podniosła czarę do ust, trzymała przez chwilę i rzekła 

dźwięcznym, cichym głosem: 

– Piję zdrowie mego ukochanego, Tumausa Costello. 
Wnet  czara  potoczyła  się  po  ziemi,  brzęcząc  jak 

dzwonek,  gdyż  starzec  uderzył  córkę  w  twarz  i  wytrącił 
czarę; nastała cisza. 

Wielu było ludzi MacNamary pomiędzy służbą, która 

wyległa  z  alkowy,  a  jeden  z  nich,  bajarz  i  poeta,  który 
miał  strawę  i  miejsce  za  stołem  w  kuchni  MacNamary, 
dobył  zza  pasa  nóż  francuski,  lecz  w  tejże  samej  chwili 
Costello powalił go na ziemię. Zaraz rozległby się szczęk 
stali,  gdyby  od  strony  wieśniaków  zgromadzonych  przy 
drzwiach  i  stłoczonych,  za  nimi  nie  dobiegły  okrzyki  i 
pomruki;  wszyscy  bowiem  wiedzieli,  że  nie  byli  to 
potomkowie Irlandczyków królewskich, lecz potomkowie 
dzikich  Irlandczyków  z  okolic  Lough  Gabhra  i  Lough 
Cara, z rodów Kelly, Dockery, Drury, O’Regan, Mahon i 
Lavin,  którzy  nie  chrzcili  prawych  rąk  swym  dzieciom, 
aby  mogły  one  wymierzać  lepsze  ciosy,  a  nawet 
powiadano, że wilki są ojcami chrzestnymi ich dzieci. 

background image

Palce  Costella  zbielały  na  rękojeści  miecza,  lecz 

zaraz  cofnął  dłoń  i  na  czele  swych  ludzi  ruszył  ku 
drzwiom,  a  tancerze  rozstępowali  się  przed  nim,  wielu 
powoli  i  gniewnie,  spoglądając  na  pomrukujących  i 
wykrzykujących  wieśniaków,  lecz  niektórzy  szybko  i 
chętnie, ponieważ otaczał go blask sławy. Przeszedł przez 
tłum  wieśniaków  przyjaznych  i  zawziętych  ku  miejscu, 
gdzie  jego  koń  i  podjezdki  uwiązane  były  do  krzaków; 
dosiadł  konia  i  kazał  swej  drużynie  wsiąść  i  jechać  ku 
wąskiej  ścieżce.  Gdy  odjechali  nieco,  Duallach,  który 
jechał  ostatni,  odwrócił  się  ku  domowi,  gdzie  gromadka 
MacDermotów  i  MacNamarów  stała  obok  liczniejszej 
gromady wieśniaków, i zawołał: 

– MacDermocie, zasługujesz na to, co się stało, gdyż 

ręka  twa  zawsze  była  skąpa  dla  kobziarzy,  skrzypków  i 
biednych wędrowców. 

Nim  skończył,  trzech  starych  MacDermotów  z  Gór 

Wołowych  rzuciło  się  do  koni,  a  sam  stary  MacDermot 
pochwycił  uzdę  podjezdka  jednego  z  MacNamarów 
wołając,  by  inni  podążali  za  nim;  wiele  ciosów  i  wiele 
śmierci  by  zadano,  gdyby  wieśniacy  nie  pochwycili 
płonących  jeszcze  głowni  z  ogniska  i  nie  cisnęli  ich 
między konie, które wyrwały się trzymającym i rozbiegły 
po  polach,  a  zanim  je  przyprowadzono,  Costello  był  już 
daleko. 

Przez następnych kilka tygodni Costellowi nie brakło 

wiadomości o Unie, gdyż to kobieta sprzedająca jajka, to 
mężczyzna  lub  kobieta  wędrujący  do  Świętego  Źródła 

background image

opowiadali mu, jak to miła jego zachorowała w dzień po 
nocy  świętojańskiej  i  ma  się  to  nieco  lepiej,  to  nieco 
gorzej. 

Wreszcie  służący  przybył  konno  do  Costella, 

pomagającego dwom wyrostkom kosić łąkę, wręczył mu 
list i odjechał; list zawierał te słowa po angielsku: 

„Tumausie  Costello,  córka  moja  jest  bardzo  chora. 

Umrze,  jeśli  nie  przybędziesz  do  niej.  Rozkazuję  ci 
przeto,  abyś  przybył  do  tej,  której  spokój  zburzyłeś 
zdradziecko. ” 

Costello rzucił kosę i posłał jednego z wyrostków po 

Duallacha,  sam  zaś  osiodłał  swego  konia  i  jego 
podjezdka. 

Było  późne  popołudnie,  gdy  przybyli  do  domu 

MacDermota,  a  Lough  Gabhra  leżało  poniżej,  błękitne  i 
opustoszałe;  i  choć  z  oddali  widzieli  ciemne  postacie 
kręcące  się  wokół  drzwi,  dom  wydawał  się  nie  mniej 
opustoszały  niż  Jezioro.  Drzwi  były  uchylone,  więc 
Costello zapukał raz i drugi, lecz nikt nie odpowiedział. 

–  Nie  ma  tu  nikogo  –  rzekł  Duallach  –  gdyż 

MacDermot  jest  zbyt  pyszny,  by  przywitać  Pysznego 
Costella. 

Pchnął  drzwi,  a  w  środku  ujrzeli  obdartą,  brudną 

staruchę,  która  siedziała  na  ziemi  wsparta  o  ścianę. 
Costello poznał Bridget Delaney, głuchoniemą żebraczkę; 
ujrzawszy  go,  podniosła  się,  a  dawszy  mu  znak,  by 
podążył  za  nią,  powiodła  go  wraz  z  towarzyszem 
schodami i długim korytarzem ku zamkniętym drzwiom. 

background image

Pchnęła je, odeszła nieco i siadła jak uprzednio; Duallach 
także usiadł na ziemi, lecz blisko drzwi, a Costello wszedł 
do środka i przyglądał się Unie śpiącej w łożu. Usiadłszy 
przy niej na krześle czekał, a choć wiele czasu upłynęło, 
nadal spała; ^wreszcie Duallach dał mu znak przez drzwi, 
by ją obudzić, lecz on wstrzymał nawet oddech, by mogła 
spać  dalej.  Na  koniec  zwrócił  się  ku  Duallachowi 
mówiąc: 

– Nie godzi się, bym pozostawał. ' tutaj, gdy nie ma 

w  pobliżu  żadnego  z  jej  krewnych,  gdyż  pospólstwo 
zawsze jest gotowe oczernić piękność. 

Wówczas  zeszli  na  dół  i  stanęli  u  drzwi  domu 

czekając, lecz wieczór zapadał i nikt nie nadchodził. 

–  Głupi  to  był  człowiek,  co  cię  nazwał  Pysznym 

Costello  –  rzekł  wreszcie  Duallach.  –  Gdyby  cię  ujrzał 
czekającego  bez  końca  tam,  gdzie  pozostawiono  tylko 
żebraczkę,  by  cię  powitała,  nazwałby  cię  Pokornym 
Costello. 

Wówczas Costello dosiadł konia, a za nim Duallach, 

lecz zaledwie ujechali kawałek, Costello ściągnął wodze i 
zatrzymał  konia.  Wiele  chwil  upłynęło,  a  wreszcie 
Duallaph wykrzyknął: 

–  Nic dziwnego,  że  lękasz  się  obrazić  MacDermota, 

gdyż  ma  on  wielu  braci  i  przyjaciół,  a  choć  stary,  jest 
silnym  i  krewkim  mężczyzną,  ponadto  należy  do 
zwolenników  królowej,  a  wrogowie  Gaelu  są  po  jego 
stronie. 

Costello zaś odparł, poczerwieniawszy i spoglądając 

background image

ku domowi: 

– Przysięgam na Matkę Przenajświętszą, że nigdy tu 

nie powrócę, jeśli nie poślą po mnie, nim przekroczę bród 
na Brunatnej Rzece. 

Po  czym  ruszył  naprzód,  lecz  tak  powoli,  że  słońce 

zaszło  i  nietoperze  poczęły  latać  moczarami.  Gdy  dotarł 
do rzeki, zwlekał nieco na brzegu, lecz na koniec wjechał 
w  jej  środek  i  zatrzymał  konia  na  mieliźnie.  Jednakże 
Duallach  przeprawił  się  i  oczekiwał  na  przeciwległym 
brzegu ponad głębią. Po dłuższej chwili Duallach zawołał 
znowu, tym razem bardzo cierpko: 

–  Głupi  był  ten,  co  cię  spłodził,  i  głupia  ta,  co  cię 

urodziła, i głupi są ci, co powiadają, że wywodzisz się ze 
starego  i  szlachetnego  rodu,  gdyż  wywodzisz  się  od 
wybładłych  żebraków,  którzy  wędrowali  od  drzwi  do 
drzwi, kłaniając się służbie. 

Z pochyloną głową przejechał Costello przez rzekę i 

stanął  przy  nim,  a  pewnie  by  przemówił,  gdyby  kopyta 
nie zadźwięczały na przeciwległym brzegu i jeździec nie 
runął w rzekę jadąc ku nim. Był to sługa MacDermota, a 
przemówił  tak,  mówiąc  bez  tchu,  jak  ktoś,  kto  szybko 
jechał: 

– Tumausie Costello, przybywam, by sprowadzić cię 

znów do domu MacDermota. Gdy odjechałeś, córka jego 
Una przebudziła się i zawołała twe imię,  gdyż pojawiłeś 
się w jej śnie. Bridget Delaney, głuchoniema, dostrzegła, 
że  poruszają  się  jej  wargi,  więc  przyszła  do  lasu  ponad 
domem,  gdzie  byliśmy  ukryci,  a  pochwyciwszy 

background image

MacDermota za opończę, przywiodła go do córki. Ujrzał 
on,  jak  cierpi, i  kazał  mi  dosiąść  swego konia,  bym  tym 
prędzej cię przyprowadził. 

Wówczas  Costello  zwrócił  się  ku  kobziarzowi 

Duallachowi Dały, a chwyciwszy go w pasie, podniósł z 
siodła i cisnął na ogromny głaz w rzece, tak że runął bez 
życia w głębią. Potem zatopiwszy ostrogi w wierzchowca, 
odjechał  wściekle  wzdłuż  brzegu  rzeki  ku  północnemu 
zachodowi i nie zatrzymał się, póki nie dotarł do innego, 
łagodniejszego  brodu  i  nie  dostrzegł  wschodzącego 
księżyca  odbitego  w  wodzie.  Zatrzymał  się  na  chwilę 
niepewny,  a później wjechał  w  bród  i  ruszył  przez Góry 
Wołowe  i  dalej  w  dół  ku  morzu;  oczy  miał  niemal  bez 
przerwy  utkwione  w  księżycu.  Lecz  wreszcie  koń, 
pociemniały  od  potu  i  zdyszany,  gdyż  stale  bódł  go 
ostrogami,  padł  ciężko,  zrzucając  go  na  pobocze  drogi. 
Próbował  zmusić  go  do  powstania,  a  gdy  mu  się  nie 
powiodło,  podążył  sam  naprzód  ku  księżycowej 
poświacie;  na  koniec  dotarł  do  morza  i  ujrzał 
zakotwiczony  tam  szkuner.  Gdy  nie  mógł  już  iść  dalej 
osiągnąwszy  brzeg  morza,  poczuł,  że  wielce  jest 
utrudzony, a noc bardzo chłodna, więc wszedł do szynku 
na  wybrzeżu  i  rzucił  się  na  ławę.  Izba  pełna  była 
hiszpańskich  i  irlandzkich  żeglarzy,  którzy  właśnie 
przemycili ładunek wina i czekali na pomyślny wiatr, by 
znów  wyruszyć.  Hiszpan  spytał  w  łamanej  galickiej 
mowie,  czy  chce  się  napić.  Wypił  i  wnet  począł  mówić 
porywczo i prędko. 

background image

Przez  trzy  tygodnie  wiatr  dął  ku  brzegowi  lub  zbyt 

gwałtownie,  więc  żeglarze  pili,  gadali  i  grali  w  karty,  a 
Costello  pozostał  z  nimi,  śpiąc  na  ławie  w  chacie,  pijąc, 
gadając  i  grając  w  karty  więcej  niż  inni.  Niebawem 
przegrał  wszystkie  pieniądze,  choć  niewiele  ich  miał,  a 
później  długą  opończę,  ostrogi,  a  nawet  buty.  Wreszcie 
łagodny wiatr powiał ku Hiszpanii, załoga powiosłowała 
na  szkuner  i  po  chwili  żagle  zapadły  za  widnokrąg. 
Wówczas Costello zawrócił do domu, a życie ziało przed 
nim  pustką;  szedł  dzień  cały,  a  wczesnym  wieczorem 
dotarł do gościńca prowadzącego z okolic Lough Gabhra 
ku południowemu krańcowi Lough Cay. Tu zrównał się z 
tłumem wyrobników i wieśniaków, którzy wolno podążali 
za  dwoma  księżmi  i  gromadą  dostatnio  odzianych  osób 
dźwigających  trumnę.  Zagadnął  pewnego  starca  pytając, 
czyj to pogrzeb i czyi to ludzie, a starzec odparł: 

–  To  pogrzeb  Uny,  córki  MacDermota,  a  my 

jesteśmy  z  rodów  MacNamara  i  MacDermot  oraz  ich 
świta,  ty  zaś  jesteś  Tumaus  Costello,  który  ją 
zamordował. 

Costello  podążył  na  czoło  pochodu,  mijając 

mężczyzn  rzucających  mu  złe  spojrzenia  i  niewiele 
pojmując  z  tego,  co  usłyszał.  Niebawem  zatrzymał  się  i 
ponownie  spytał,  czyj  to  pogrzeb,  a  człowiek  jakiś 
odpowiedział: 

– Niesiemy na miejsce pochówku na Insula Trinitatis 

Unę, córkę MacDermota, którą zamordowałeś. 

To  mówiąc  podniósł  kamień  i  rzucił  w  Costella, 

background image

raniąc go w policzek i rozkrwawiając mu twarz. Costello 
szedł jednak naprzód, niemal nie odczuwszy ciosu, a gdy 
dotarł do ludzi wokół trumny, wcisnął się pomiędzy nich i 
położywszy dłoń na trumnie spytał donośnie: 

– Kto jest w tej trumnie? 
Trzech  starych  MacDermotów  z  Gór  Wołowych 

pochwyciło kamienie i kazało ludziom naokół uczynić to 
samo; tak więc okrytego ranami przepędzono z drogi. 

Gdy  pochód  przeszedł,  Costello  znów  ruszył  w  ślad 

za  nim  i  dojrzał  z  daleka,  że  trumnę  umieszczono  na 
wielkiej łodzi, a towarzyszący jej wsiedli do innych łodzi, 
które  skierowały  się  powoli  przez  jezioro  ku  Insula 
Trinitatis. Po pewnym czasie ujrzał, że łodzie powróciły, 
a  ci,  co  w  nich  byli,  zmieszali  się  z  tłumem  na  brzegu  i 
wnet  rozproszyli  po  licznych  gościńcach  i  ścieżkach. 
Wydało mu się, że Una jest gdzieś na wyspie i uśmiecha 
się  łagodnie,  więc  gdy  wszyscy  odeszli,  popłynął  wpław 
w tę stronę, dokąd przedtem podążyły łodzie wiosłowe, i 
odnalazł świeży grób obok zniszczonego opactwa. Rzucił 
się nań, wzywając Unę, by do niego przyszła. 

Tuż przed świtem, w godzinie, gdy wieśniacy słyszą 

jego upiorny krzyk, zawołał donośnie: 

– Jeśli nie przyjdziesz do mnie, Uno, odejdę i nigdy 

nie powrócę. 

Nim  głos  jego  zamilkł,  zimny  i  porywisty  wicher 

przewalił  się  nad  wyspą  i  ujrzał  przemykające  obok 
niewiasty  Sidhe;  później  zaś  Unę,  lecz  już  nie 
uśmiechniętą,  gdyż  minęła  go  gniewnie  i  prędko,  a 

background image

mijając uderzyła w twarz z okrzykiem: 

– Idź zatem i nie powracaj! 
Costello  podniósł  się  z  grobu,  niczego  nie  pojmując 

prócz  tego,  że  rozgniewał  ukochaną  i  że  kazała  mu 
odejść. Wszedłszy więc do jeziora, począł płynąć. Płynął, 
lecz członki zdawały się zbyt utrudzone, by utrzymać go 
na powierzchni. Oddaliwszy się nieco, pogrążył się w toń 
bez walki. 

Następnego  dnia  rybak  znalazł  go  wśród  trzcin  na 

brzegu  jeziora,  na  białym  piasku,  i  zaniósł  do  domu. 
Wieśniacy  zawodzili  nad  nim  i  odśpiewali  lament,  a 
pochowali  go  w  opactwie  na  Insula  Trinitatis,  gdzie 
jedynie zniszczony ołtarz dzieli go od córki MacDermota. 
Posadzili  też  ponad  nimi  dwa  jesiony,  które  z  czasem 
splotły gałęzie i zmieszały liście. 

 

background image

ROSA ALCHEMICA 

 
1897 
 
O,  błogosławiony  i  szczęśliwy  ów,  który  znając 

tajemnice  bogów,  uświęca  życie  i  oczyszcza  duszę 
odprawiając  w  górach  obrzędy  świętego  oczyszczenia, 
EURYPIDES 

 
 
Dla A, E. 
 

background image

 
Upłynęło  już  przeszło  dziesięć  lat,  odkąd  spotkałem 

po  raz  ostatni  Michaela  Robartesa,  a  po  raz  pierwszy  i 
ostatni  jego  przyjaciół  i  współuczniów;  a  także,  odkąd 
byłem  świadkiem  jego  i  ich  tragicznego  końca  i 
doświadczyłem  dziwnych  wrażeń,  które  tak  mnie 
zmieniły, iż pisma moje stały się mniej poczytne i mniej 
zrozumiałe,  a  mogą  sprawić,  że  poszukam  ucieczki  w 
habicie Świętego Dominika; Ogłosiłem właśnie wówczas 
Rosa  Alchemica,  niewielką  rozprawkę  alchemistyczną, 
nieco w stylu Sir Thomasa Browne’as i otrzymałem wiele 
listów  od  wyznawców  sztuk  tajemnych,  strofujących 
mnie  za  bojaźliwość,  gdyż  nie  mogli  uwierzyć  w  tak 
oczywistą  przychylność,  będącą  jedynie  przychylnością 
artysty,  która  jest  na  poły  litością  dla  wszystkiego,  co 
kiedykolwiek poruszało ludzkie serca. Wcześnie w moich 
badaniach  odkryłem,  że  ich  doktryna  nie  była  jedynie 
chemiczną fantazją, lecz filozofią, którą stosowali wobec 
świata, żywiołów i samego człowieka; że ich usiłowania, 
by  uzyskać  złoto  z  metali  pospolitych,  były  jedynie 
częścią  ogólnej  przemiany  wszystkich  rzeczy  w  jakąś 
boską  i  niezniszczalną  substancję.  Pozwoliło  mi  to 
uczynić  moją  książeczkę  wyszukanym  rozważaniem 
przemiany  życia  w  sztukę  i  krzykiem  bezbrzeżnej 
tęsknoty za światem składającym się całkowicie z esencji. 

Rojąc o tym, co napisałem, siedziałem w mym domu 

background image

w jednej ze starych dzielnic Dublina; w domu, który moi 
przodkowie  uczynili  niemal  sławnym,  dzięki  ich 
udziałowi  w  życiu  politycznym  miasta  i  przyjaźni  ze 
sławnymi ludźmi swych czasów. Odczuwałem niezwykłe 
szczęście  na  myśl,  że  wreszcie  wykonałem  dawno 
powzięty  zamiar  i  zmieniłem  wygląd  mieszkania,  dając 
wyraz  ulubionej  doktrynie:  Zniknęły  portrety  o  bardziej 
historycznej  niż  artystycznej  wartością  tkanina  o  pawich 
brązach  i  błękitach  opadała  na  drzwi,  nie  dopuszczając 
historii  i  działalności  nie  mającej  znamion  piękna  i 
spokoju.  Teraz,  gdy  spoglądałem  na  mego  Crivelliego  i 
rozmyślałem  o  róży  w  ręce  Dziewicy,  której  kształt  był 
tak  delikatny  i  dokładny,  że  zdawała  się  bardziej  myślą 
niż kwiatem, lub na mego Franceskę, pełnego upiornego 
zdumienia,  doświadczałem  uniesienia  chrześcijanina  bez 
jego  poddania  nakazom  i  zwyczajom.  Gdy  dumałem  o 
starożytnych  bogach  i  boginiach  z  brązu,  dla  kupna 
których  zaciągnąłem  na  dom  hipotekę,  odczuwałem 
zachwyt  poganina  nad  różnorakim  pięknem,  bez  jego 
strachu  przed  bezsennym  przeznaczeniem  i  jego 
utrudzenia  rozlicznymi  ofiarami.  Wystarczyło  mi  tylko 
podejść  do  półek,  gdzie  każda  książka  oprawna  była  w 
skórę  o  starannie  dobranej  barwie,  wytłaczaną  w 
wyszukane  ozdoby  (Shakespeare  w  pomarańczowym 
kolorze  chwały  ziemskiej,  Dante  w  ciemnej  czerwieni 
swego  gniewu,  Milton  w  szarym  błękicie  podniosłego* 
spokoju),  a  mogłem  do  woli  doświadczyć  ludzkich 
namiętności,  bez  ich  goryczy  i  przesytu.  Zgromadziłem 

background image

wokół  siebie  wszystkie  bóstwa,  gdyż  nie  wierzyłem  w 
żadne,  i  doznałem  wszystkich  rozkoszy,  ponieważ  nie 
ulegałem żadnej, lecz trzymałem się z dala, niepodzielny i 
nierozłączny, zwierciadło z polerowanej stali. W tryumfie 
wyobraźni  spoglądałem  na  ptaki  Hery,  migoczące  w 
blasku  ognia  jak  bizantyńska  mozaika;  umysł  mój,  dla 
którego  symbolizm  był  koniecznością,  widział  w  nich 
strażników mego świata, nie dopuszczających niczego, co 
nie  dorównywałoby  ich  bujnemu  pięknu.  Przez  chwilą 
myślałem,  tak  jak  myślałem  już  wielokrotnie,  że  byłoby 
możliwe  pozbawienie  życia  wszelkiej  goryczy  prócz 
goryczy śmierci; lecz wnet myśl, która zwykle szła w ślad 
za  tą  myślą,  napełniła  mnie  przejmującym  smutkiem. 
Wszystkie  te  kształty:  Madonna  z  zadumaną  czystością, 
zachwycone  upiorne  twarze  w  świetle  poranka,  brązowe 
bóstwa  ze  swym  beznamiętnym  dostojeństwem, 
nieokiełznane  kształty  miotające  się  z  rozpaczy  w 
rozpacz,  należały  do  boskiego  świata,  w  którym  nie 
miałem  udziału;  każde  doświadczenie,  choćby  głębokie, 
każde  spostrzeżenie,  choćby  znakomite,  przyniosłoby  mi 
jedynie  gorzki  sen  o  bezgranicznej  energii,  której  nigdy 
nie  poznam,  a  nawet  w  najdoskonalszej  chwili  byłbym 
dwiema  istotami,  z  których  jedna  śledziłaby  ponurym 
wzrokiem  chwile  zadowolenia  drugiej.  Zgromadziłem 
wokół  siebie  złoto  zrodzone  w  tyglach  innych  ludzi; 
jednakże  największe  marzenie  alchemika,  przemiana 
znużonego  serca  w  nieznużonego  ducha,  tak  była  ode 
mnie  odległa,  jak,  w  co  nie  wątpię,  od  niego  również. 

background image

Zwróciłem się ku memu ostatniemu zakupowi, aparatowi 
alchemicznemu, który, jak mnie zapewniał sprzedawca z 
Rue Le Peletier, należał ongi do Raymonda Lully, a gdy 
przyłączyłem  alembik  do  athanora  i  położyłem  obok 
lavacrum  maris,  zrozumiałem  zasadę  alchemiczną 
mówiącą,  że  wszystkie  istoty,  oddzielone  od  wielkiej 
głębi,  gdzie  błądzą  duchy,  będące  jednością  a  zarazem 
wielością,  są  znużone.  Podzielałem  też,  w  pysze  mego 
znawstwa,  palące  pragnienie  zniszczenia,  które  kazało 
alchemikowi  ukryć  pod  symbolami  lwów  i  smoków, 
orłów  i  kruków,  rosy  i  saletry,  poszukiwanie  ekstraktu, 
który  zniszczyłby  wszystkie  śmiertelne  przedmioty. 
Powtórzyłem 

sobie 

dziewiątą 

księgę 

Basiliusa 

Valentinusa,  w  której  porównuje  on  ogień  Dnia 
Ostatecznego  do  ognia  alchemika,  a  świat  do  kotła 
alchemika i poucza nas, że wszystko musi zniszczeć, nim 
ocknie  się  boska  substancja,  materialne  złoto  lub 
niematerialna ekstaza. Istotnie, zniszczyłem świat ziemski 
i  żyłem  pośród  nieśmiertelnych  bytów,  lecz  nie 
osiągnąłem  cudownej  ekstazy.  Myśląc  o  tych  sprawach, 
odsunąłem  zasłony  i  wyjrzałem  w  ciemność,  a  wówczas 
moja  niespokojna  wyobraźnia  dostrzegła  we  wszystkich 
punkcikach  światła  wypełniających  niebo  kotły 
niezliczonych  boskich  alchemików,  którzy  pracują 
bezustannie,  zmieniając  ołów  w  złoto,  znużenie  w 
zachwyt, ciała w dusze, ciemność w Boga. Na widok ich 
doskonałej  pracy  zaciążyła  mi  moja  śmiertelność  i 
zacząłem  przyzywać,  podobnie  jak  wielu  marzycieli  i 

background image

pisarzy  naszych  czasów,  chwilę  narodzin  tego 
wyszukanego  duchowego  piękna,  które  samo  jedynie 
zdolne  jest  dźwignąć  dusze  obarczone  tak  wieloma 
marzeniami. 

 

background image

II 

 
Moje  rojenia  przerwało  głośne  stukanie  do  drzwi, 

więc  zdziwiłem  się,  tym  bardziej  że  nie  przyjmowałem 
gości,  a  służbie  poleciłem  wszystko  wykonywać  cicho, 
aby  nie  zakłócać  snu  mego  tajemnego  istnienia.  Nieco 
zaciekawiony,  postanowiłem  sam  otworzyć  drzwi,  więc 
wziąwszy  jeden  ze  srebrnych  lichtarzy  znad  kominka, 
zacząłem  schodzić  po  schodach.  Okazało  się,  że  służba 
była  nieobecna,  gdyż  nikt  nie  poruszył  się  w 
pomieszczeniach  na  dole,  choć  dźwięk  wlewał  się  w 
każdy  kąt  i  szparę  domu.  Przypomniałem  sobie,  że 
ponieważ moje potrzeby były tak nieliczne, a mój udział 
w  życiu  tak  niewielki,  służący  poczęli  przychodzić  i 
wychodzić,  kiedy  chcieli,  często  pozostawiając  mnie 
samego  na  długie  godziny.  Przytłoczyła  mnie  nagle 
pustka i cisza świata, z którego usunąłem wszystko prócz 
marzeń,  więc  wzdrygnąłem  się  odciągając  zasuwę. 
Ujrzałem  przed  sobą  Michaela  Robartesa,  którego  nie 
widziałem  od  lat,  a  którego  zmierzwione  rude  włosy, 
płonące  oczy,  zmysłowe,  drżące  usta  i  prosty  ubiór 
sprawiały, że wyglądał, podobnie jak piętnaście lat temu, 
na  skrzyżowanie  hulaki  ze  świętym  i  chłopem. 
Powiedział,  że  przybył  niedawno  do  Irlandii  i  pragnie 
mnie  zobaczyć  w  ważnej  sprawie:  w  istocie,  w  jedynie 
ważnej sprawie dla niego i dla mnie. Jego głos przywiódł 
mi  na  myśl  nasze  studenckie  lata  w  Paryżu,  a  gdy 

background image

przypomniałem sobie o magnetycznej władzy, jaką kiedyś 
miał  nade  mną,  nieco  lęku  zmieszało  się  z  ogromną 
irygacją  z  powodu  tego  niestosownego  wtargnięcia,  gdy 
prowadziłem  go  na  górę  szerokimi  schodami,  którymi 
chadzał  niegdyś  Swift,  drwiąc  i  żartując,  oraz  Curran, 
opowiadając  historyjki  i  cytując  Greków,  w  owych 
dawniejszych 

czasach, 

nim 

umysły 

ludzkie, 

wysubtelnione  i  skomplikowane  przez  romantyzm  w 
sztuce i literaturze, poczęły trzepotać na granicy jakiegoś 
niewyobrażalnego objawienia. Poczułem, że ręka mi drży, 
i zauważyłem, że blask świecy tańczy bardziej niż zwykle 
na  bogach  i  nimfach  umieszczonych  na  ścianach  przez 
jakiegoś  osiemnastowiecznego  włoskiego  sztukatora, 
nadając im wygląd pierwszych istot powoli kształtujących 
się  w  bezpostaciowej  i  pustej  ciemności.  Gdy  drzwi  się 
zamknęły  i  pawia  zasłona  opadła  pomiędzy  nami  a 
światem,  poczułem,  gdyż  nie  mogłem  tego  wiedzieć,  że 
coś  niezwykłego  i  nieoczekiwanego  się  stanie. 
Podszedłem do gzymsu nad kominkiem, a zauważywszy, 
że  mała  brązowa  kadzielnica,  wysadzana  na  zewnątrz 
kawałkami  porcelany  malowanej  przez  Horacego 
Fontanę,  którą  napełniłem  starożytnymi  amuletami, 
przewróciła  się  na  bok  i  wysypała  swą  zawartość, 
zacząłem zbierać amulety do czarki, po części, by zebrać 
myśli,  a  po  części  z  tym  zwykłym  szacunkiem,  który, w 
moim mniemaniu, należał się przedmiotom od tak dawna 
związanym z tajemnymi nadziejami i lękami. 

– Widzę – rzekł Michael Robartes – że ciągle jeszcze 

background image

lubisz kadzidło. Mogę ci wskazać kadzidło cenniejsze niż 
jakiekolwiek inne, które znasz. 

Mówiąc  to,  wyjął  mi  z  ręki  kadzielnicę  i  ułożył 

amulety w  mały stos pomiędzy athanorem i alembikiem. 
Usiadłem,  a  on  siadł  obok  kominka  i  przez  chwilę 
wpatrywał się w ogień, z kadzielnicą w ręku. 

–  Przyszedłem,  by  cię  o  coś  zapytać  –  rzekł  –  a 

kadzidło wypełni  pokój  i nasze  myśli  słodką  wonią, gdy 
będziemy  rozmawiali.  Dostałem  je  od pewnego  starca w 
Syrii, który powiedział, że utworzone jest z kwiatów tego 
samego  rodzaju  co  kwiaty,  które  kładły  ciężkie 
purpurowe  płatki  na  dłoniach,  włosach  i  stopach 
Chrystusa w Ogrodzie Oliwnym i otulały go odurzającym 
zapachem,  póki  nie  wykrzyknął  przeciw  krzyżowi  i 
swemu przeznaczeniu. 

Wsypał  do  kadzielnicy  nieco  proszku  z  jedwabnego 

woreczka,  ustawił  ją  na  podłodze  i  zapalił  proszek,  z 
którego wzbiła się błękitna smuga dymu i rozpostarła po 
suficie,  a później  ponownie  spłynęła  w  dół jak  indyjskie 
drzewo figowe Miltona. Stałem się po tym, jak często w 
obecności  kadzidła,  nieco  senny,  więc  wzdrygnąłem  się, 
gdy rzekł: 

–  Przyszedłem  zadać  ci  to  pytanie,  które  zadałem  w 

Paryżu,  ty  zaś  wolałeś  opuścić  Paryż  niż  na  nie 
odpowiedzieć. 

Zwrócił  wzrok  w  moją  stronę,  a  odpowiadając  mu 

widziałem  przez  chmurę  kadzidlanego  dymu,  że  oczy 
jego błyszczą w blasku ognia: 

background image

–  Masz  na  myśli,  czy  zostanę  nowicjuszem  twego 

Zakonu Alchemicznej Róży? Nie chciałem się zgodzić w 
Paryżu,  gdy  napełniało  mnie  nienasycone  pragnienie,  a 
miałbym  się  zgodzić  teraz,  gdy  wreszcie  ułożyłem  sobie 
życie zgodnie z mymi pragnieniami? 

–  Zmieniłeś  się  bardzo  od  owego  czasu  –  odparł.  – 

Czytałem twoje książki, a teraz oglądam cię pośród tych 
wszystkich posągów, więc rozumiem cię lepiej niż ty sam 
siebie,  gdyż  towarzyszyłem  wielu  marzycielom  na  tych 
samych rozdrożach. Odciąłeś się od świata i zgromadziłeś 
wokół  bóstwa,  a  jeśli  nie  rzucisz  się  im  do  stóp,  zawsze 
będziesz  pełen  znużenia  i  chwiejnych  zamiarów,  gdyż 
człowiek  musi  zapomnieć,  że  jest  nieszczęśliwy  pośród 
gwaru i zgiełku tłumów tego świata i czasu, bądź też musi 
szukać  mistycznego  związku  z  tłumami,  które  rządzą 
światem i czasem. 

Potem mruknął coś, czego nie mogłem dosłyszeć, jak 

gdyby do kogoś, kogo nie mogłem dojrzeć. 

Przez  chwilę  pokój  ogarnięty  był  mrokiem,  jak 

wówczas,  gdy  miał  przeprowadzić  jakiś  niezwykły 
eksperyment.  Pawie  na  drzwiach  zdawały  się  jaśnieć  w 
ciemności  żywszymi  barwami.  Odrzuciłem  złudzenie 
wywołane,  jak  sądziłem,  jedynie  wspomnieniami  i 
kadzidlanym półmrokiem, gdyż nie chciałem przyznać, że 
nadal  może  zawładnąć  moim  dojrzałym  już  teraz 
umysłem. Powiedziałem więc: 

– Przypuśćmy nawet, że potrzebuję wiary duchowej i 

jakiejś  formy  kultu,  jednak  czemu  miałbym  iść  do 

background image

Eleusis, a nie na Kalwarię? 

Pochylił  się  ku  przodowi  i  począł  mówić  lekko 

rytmicznym  tonem,  a  gdy  mówił,  musiałem  znów 
walczyć  z  cieniem,  jak  gdyby  nocy  starszej  niż  noc 
słoneczna,  przyćmiewającym  blask  świec  i  gaszącym 
drobne  błyski  w  kącikach  ram  obrazów  i  na  brązowych 
bóstwach  i  przemieniającym  błękit  kadzidła  w  ciemną 
purpurę.  Pawie  migotały  jednak  i  jarzyły  się,  jak  gdyby 
każda z ich barw była ożywionym duchem. Zapadłem w 
głęboką,  senną  zadumę,  w  której  słyszałem  jego  głos, 
jakby z oddali. 

–  Jednak  nie  ma  nikogo,  kto  obcowałby  z  jednym 

tylko  bogiem  –  mówił  –  a  im  więcej  człowiek  żyje 
wyobraźnią  i  wyrafinowanym  rozumem,  tym  więcej 
bogów  spotyka  i  rozmawia  z  nimi;  tym  bardziej 
przechodzi  pod  władzę  Rolanda,  który  zadął  w  Dolinie 
Roncesvalles ostatnią pobudkę rozkoszy i pragnień ciała, 
Hamleta,  który  dostrzegł  ich  przemijanie  i  westchnął,  i 
Fausta,  który  szukał  ich  po  całym  świecie  i  nie  mógł 
znaleźć.  Przechodzi  także  pod  władzę  tych  wszystkich 
niezliczonych  bóstw,  które  przybrały  uduchowione  ciała 
w  umysłach  współczesnych  poetów  i  romansopisarzy, 
oraz  pod  władzę  starych  bóstw,  które  od  czasów 
Odrodzenia  odzyskały  pełnię  dawnej  czci,  jeśli  nie  brać 
pod uwagę ofiar z ptaków i ryb, aromatu wieńców i dymu 
kadzidła.  Wielu  sądzi,  że  to  ludzkość  wytworzyła  te 
bóstwa i może je unicestwić; lecz my, którzy widzieliśmy 
je, gdy szły w szczękającej zbroi lub w miękkich szatach i 

background image

słyszeliśmy je mówiące wyraźnie, gdy leżeliśmy we śnie 
podobnym śmierci, wiemy, że to one nieustannie tworzą i 
unicestwiają  ludzkość,  która  jest  zaiste  jedynie 
drgnieniem ich warg. 

Wstał  i  począł  się  przechadzać,  a  w  moim  śnie  na 

jawie  stał  się  czółenkiem  tkającym  ogromną  purpurową 
pajęczynę, której zwoje – zaczęły wypełniać pokój. Pokój 
zaś  wydał  się  niewytłumaczalnie  cichy,  jak  gdyby 
wszystko  na  świecie  dobiegło  kresu,  prócz  pajęczyny  i 
tkania. 

–  Oni  do  nas  przybyli;  oni  do  nas  przybyli  –  podjął 

znów  głos  –  wszyscy,  którzy  pojawiali  się  w  twych 
marzeniach,  wszyscy,  z  którymi  zetknąłeś  się  w 
książkach.  Oto  Lir,  z  głową  jeszcze  mokrą  od  burzy,  a 
śmieje  się,  gdyż  uważałeś  się  za  byt,  a  jesteś  jedynie 
cieniem,  jego  zaś  uważałeś  za  cień,  a  jest  wiecznym 
bogiem;  oto  Beatrycze  z  ustami  półrozchylonymi 
uśmiechem,  jak  gdyby  wszystkie  gwiazdy  miały 
przeminąć  w  westchnieniu  miłości;  oto  matka  Boga 
pokory,  Tego,  który  rzucił  tak  wielki  czar  na  ludzi,  że 
próbowali  opróżnić  swe  serca,  aby  mógł  w  nich  władać 
sam  jeden,  lecz  trzyma  ona  w  dłoni  różę,  której  każdy 
płatek  jest  bogiem;  a  oto  –  jak  szybko  nadchodzi  – 
Afrodyta  w  półmroku  pod  skrzydłami  niezliczonych 
wróbli, a u stóp ma białe i szare gołębice. 

W  śnie  mym  ujrzałem,  że  wyciąga  lewe  ramię  i 

przesuwa nad nim prawą dłoń, jak gdyby głaskał skrzydła 
gołębic. Uczyniłem gwałtowny wysiłek, który zdawał się 

background image

mnie  rozdzierać,  i  powiedziałem  z  wymuszoną 
stanowczością: 

–  Chciałbyś  mnie  zagarnąć  w  jakiś  nieokreślony 

świat, który napełnia mnie grozą; jednak  człowiek jest o 
tyle  wielki,  o  ile  potrafi  sprawić,  by  umysł  jego  odbijał 
wszystko z niewzruszoną ścisłością jak zwierciadło. 

Zdawało mi się, że jestem zupełnie opanowany, więc 

ciągnąłem, choć nieco żywiej: 

–  Nakazuję  ci  pozostawić  mnie  bezzwłocznie  w 

spokoju,  gdyż  twoje  pomysły  i  fantazje  są  jedynie 
złudzeniami,  które  wpełzają  jak  robaki  w  cywilizacje 
chylące  się  ku  upadkowi  i  w  umysły,  które  ulegają 
rozkładowi. 

Rozgniewałem  się  nagle  i  chwyciwszy  alembik  ze 

stołu już miałem wstać i uderzyć go, gdy wydało mi się, 
że pawie na drzwiach poza nim wyolbrzymiały; alembik 
wypadł  mi  z  ręki  i  zanurzyłem  się  w  powodzi  piór 
zielonych,  błękitnych  i  brązowych,  a  gdy  zmagałem  się 
beznadziejnie, usłyszałem odległy głos, który mówił: 

–  Nasz  mistrz  Avicenna  napisał,  że  wszelkie  życie 

rodzi się z zepsucia. 

Migoczące  pióra  zakryły  mnie  całkowicie  i 

zrozumiałem,  że  walczyłem  przez  setki  lat  i  zostałem  w 
końcu pokonany. Pogrążałem się w przepaść, gdy zieleń, 
błękit i brąz, które zdawały się wypełniać świat, stały się 
morzem  płomieni  i  zagarnęły  mnie;  wirując  w  nich, 
usłyszałem nad głową okrzyk: 

– Zwierciadło rozpadło się na dwoje. 

background image

Inny głos odpowiedział: 
– Zwierciadło rozpadło się na cztery części. 
Bardziej odległy głos wykrzyknął w uniesieniu: 
– Zwierciadło rozpadło się na niezliczone okruchy. 
Wówczas wyciągnął się ku mnie tłum bladych dłoni, 

dziwne,  łagodne  twarze  pochyliły  się  nade  mną,  a  pół 
zawodzące,  pół  pieszczotliwe  głosy  poczęły  wymawiać 
słowa  zapomniane  w  chwili,  gdy  je  wymówiono. 
Wyniesiono  mnie  z  morza  płomieni  i  poczułem,  że 
wspomnienia,  nadzieje,  myśli,  wola,  wszystko,  co 
uważałem za istotę siebie samego, odpływa w dal. Później 
doznałem  wrażenia,  że  wznoszę  się  wśród  niezliczonych 
gromad  istot,  które  były,  jak  to  pojąłem,  w  jakiś  sposób 
pewniejsze  niż  myśl,  a  każda  z  nich  spowiła  się  w  swą 
wieczną  chwilę,  w  doskonałe  wzniesienie  ramienia,  w 
marzenie  z  zamglonym  wzrokiem  i  półprzymkniętymi 
powiekami.  Minąłem  te  kształty,  tak  piękne,  że  niemal 
przestały istnieć, a doświadczywszy dziwnych nastrojów i 
smutku  spowodowanego  brzemieniem  wielu  światów, 
wkroczyłem  w  Śmierć,  która  jest  samym  Pięknem,  i  w 
Samotność, której bezustannie pożądają wszystkie tłumy. 
Zdawało się, że wszelkie istoty, jakie kiedykolwiek żyły, 
zamieszkały w mym sercu, a ja w ich sercach; nigdy bym 
już  nie  zaznał  śmiertelności  ani  łez,  gdybym  nagle  z 
pewności wizji nie spadł w niepewność snu i nie stał się 
kroplą  płynnego  złota  spadającą  z  ogromną  szybkością, 
przez  noc  usianą  gwiazdami,  pośród  zawodzenia 
tryumfującego  smutku.  Wciąż  spadałem,  a  zawodzenie 

background image

stało  się  jedynie  zawodzeniem  wiatru  w  kominie  i 
ocknąłem się  pochylony nad stołem, z głową wspartą na 
dłoniach;  Ujrzałem  alembik  kołyszący  się  w  odległym 
kącie,  gdzie  się  potoczył,  i  Michaela  Robartesa,  który 
przyglądał mi się i czekał. 

– Pójdę z tobą, dokąd zechcesz – rzekłem – i uczynię, 

cokolwiek  mi  każesz,  gdyż  przebywałem  z  wiekuistymi 
istotami. 

– Wiedziałem 
odparł  –  że  dasz  mi  taką  właśnie  odpowiedź,  gdy 

usłyszałem,  jak  wzbiera  burza.  Musisz  udać  się  ze  mną 
bardzo daleko, gdyż polecono nam wybudować świątynię 
pomiędzy czystą rzeszą fal a nieczystą rzeszą ludzi. 

 

background image

III 

 
Nic  nie  mówiłem,  gdy  jechaliśmy  opustoszałymi 

ulicami,  gdyż  w  umyśle  mym  panowała  zdumiewająca 
pustka, brakło zwykłych myśli i wrażeń; wydawało się, że 
umysł mój wyrwano z określonego świata i rzucono nagi 
w bezbrzeżne morze. Były chwile, gdy wizja zdawała się 
powracać  i  na  pół  przypominałem  sobie,  w  uniesieniu 
radości  lub  sinutku,  zbrodnię  i  bohaterstwa,  szczęście  i 
nieszczęście;  lub  zaczynałem  rozmyślać  z  nagłym 
skurczem  serca  o  nadziejach  i  lękach,  pragnieniach  i 
aspiracjach, 

obcych 

memu  uporządkowanemu  i 

rozważnemu  życiu.  Później  budziłem  się  drżąc  na  myśl, 
że jakaś wielka nieuchwytna istota przemknęła przez mój 
umysł.  Upłynęło  wiele  dni,  zanim  uczucie  to  opuściło 
mnie  na  dobre,  lecz  nawet  dziś,  gdy  znalazłem 
schronienie  w  jedynej  niewzruszonej  wierze,  czuję 
wyrozumiałość  dla  ludzi  o  rozwichrzonej  osobowości, 
którzy  zbierają  się  w  kaplicach  i  domach  modlitwy 
rozmaitych  zapoznanych  sekt.  Ja  także  doświadczyłem, 
jak przyjęte zwyczaje i zasady cofają się przed siłą, którą 
jest  hysterica  passio  lub,  jak  kto  woli,  czystym 
szaleństwem,  lecz  która  tak  jest  potężna  w  swym 
smutnym  uniesieniu,  że  drżę,  by  nie  przebudziła  się 
znowu  i  nie  pozbawiła  mnie  niedawno  osiągniętego 
spokoju. 

Gdy w szarym świetle dotarliśmy do ogromnego, na 

background image

poły  pustego  dworca,  miałem  uczucie,  że  tak  bardzo  się 
zmieniłem, jak gdybym nie był, na podobieństwo innych 
ludzi, chwilą drżącą wobec wieczności, lecz wiecznością 
płaczącą  i  śmiejącą  się  nad  chwilą.  Gdy  ruszyliśmy,  a 
Michael  Robartes  zapadł  w  sen,  jego  śpiąca  twarz,  na 
której  nie  było  śladu  tego  wszystkiego,  co  tak  mną 
wstrząsnęło i co mi teraz nie dawało spać, wydała mi się 
w  moim  podnieceniu  bardziej  maską  niż  twarzą. 
Wyobraziłem sobie, że człowiek poza nią zniknął jak sól 
w  wodzie  i  że  śmiała  się  ona  i  wzdychała,  przyciągała  i 
odpychała  na  rozkaz  istot  większych  lub  mniejszych  niż 
człowiek. 

–  To  wcale  nie  jest  Michael  Robartes:  Michael 

Robartes  nie  żyje;  nie  żyje  od  dziesięciu,  może 
dwudziestu lat – powtarzałem sobie. 

Wreszcie  zapadłem  w  gorączkowy  sen,  budząc  się 

tylko od czasu do czasu, gdy przejeżdżaliśmy przez jakieś 
miasteczko,  którego  dachówki  połyskiwały  wilgocią,  lub 
obok  spokojnego  jeziora  migoczącego  w  chłodnym 
świetle  poranka.  Zbyt  byłem  przejęty,  by  spytać,  dokąd 
jedziemy,  lub  by  zauważyć,  dokąd  Michael  Robartes 
kupił  bilety,  lecz  pojąłem  teraz  z  położenia  słońca,  że 
jedziemy  na  zachód;  niebawem  poznałem  też  z  wyglądu 
drzew,  które  przypominały  obdartych  żebraków 
mknących  z  pochylonymi  głowami  na  wschód,  że 
zbliżamy  się  do  zachodniego  wybrzeża.  Wnet  pomiędzy 
niskimi  wzgórzami  na  lewo  ujrzałem  morze,  którego 
jednostajną szarość przerywały białe plamy i smugi. 

background image

Gdy  wyszliśmy  z  pociągu,  zrozumiałem,  że  mamy 

jeszcze  dość  długą  drogę  przed  sobą,  więc  ruszyliśmy, 
zapiąwszy szczelnie płaszcze, gdyż wiatr był porywisty i 
przenikliwy.  Michael  Robartes  milczał,  jak  gdyby  chciał 
pozostawić  mnie  mym  własnym  myślom.  Gdy  szliśmy 
pomiędzy  morzem  i  skałami  przylądka,  zdałem  sobie 
sprawę  z  nową  ścisłością,  jakiego  wstrząsu  doznałyby 
moje zwyczajne myśli i uczucia, gdyby jakaś tajemnicza 
zmiana  nie  zaszła  w  moim  umyśle,  gdyż  szare  fale, 
ozdobione  pędzącą  pianą,  stały  się  częścią  wezbranego 
przedziwnego  życia  wewnętrznego.  A  gdy  Michael 
Robartes  wskazał  czworokątny  dom  o  starożytnym 
wyglądzie, ze znacznie mniejszą i nowszą przybudówką, 
wzniesiony  na  samym  krańcu  walącego  się  i 
opuszczonego  nadbrzeża,  mówiąc,  że  to  Świątynia 
Alchemicznej  Róży,  wyobraziłem  sobie,  że  morze,  które 
wciąż zalewało ją strumieniami białej piany, domagało się 
jej  jako  części  nieokreślonego  i  namiętnego  życia,  które 
wydało  wojnę  naszym  uporządkowanym  i  rozważnym 
czasom i miało pogrążyć świat w nocy tak ciemnej jak ta, 
która  nastąpiła  po  upadku  klasycznego  świata.  Część 
mego  umysłu  drwiła  z  tego  fantastycznego  lęku,  lecz 
druga,  na  pół  jeszcze  pogrążona  w  widzeniu, 
przysłuchiwała  się  uderzeniu  nieznanych  wojsk  i 
wzdrygała się wobec niewyobrażalnego zaślepienia, które 
tkwiło w tych szarych przewalających się falach. 

Uszliśmy  zaledwie  parę  kroków  wzdłuż  nadbrzeża, 

gdy  natknęliśmy  się  na  staruszka,  który  był  z  całą 

background image

pewnością  strażnikiem,  gdyż  siedział  w  przewróconej 
beczce,  blisko  miejsca,  gdzie  niedawno  murarze 
naprawiali wyrwę w nadbrzeżu, i miał przed sobą latarnię, 
jaką  można  zobaczyć  zawieszoną  pod  wozem  druciarza. 
Zauważyłem również, że był pobożnisiem, jak powiadają 
wieśniacy,  gdyż  różaniec  zwisał  z  gwoździa  na  obrzeżu 
beczki,  a  widząc  to,  wzdrygnąłem  się,  nie  wiem  jednak 
dlaczego. Odeszliśmy już parę jardów minąwszy go, gdy 
usłyszeliśmy, że krzyczy w mowie gaelickiej: 

–  Bałwochwalcy,  bałwochwalcy,  idźcie  do  piekła  z 

waszymi  wiedźmami  i  diabłami;  idźcie  do  piekła,  aby 
śledzie mogły powrócić do zatoki. 

Jeszcze  przez  czas  jakiś  słyszałem,  jak  na  pół 

krzyczał, na pół mamrotał za nami. 

–  Czy  nie  obawiacie  się  –  rzekłem  –  że  ci 

nieokrzesani  rybacy  mogą  się  zdobyć  na  jakiś 
rozpaczliwy czyn przeciwko wam? 

–  Mnie  i  moich  przyjaciół  –  odparł  –  już  od  dawna 

ludzie  nie  mogą  ani  zranić,  ani  nam  pomóc,  jesteśmy 
bowiem  zespoleni  z  nieśmiertelnymi  duchami,  a  gdy 
umrzemy,  będzie  to  spełnienie  największego  dzieła.  Dla 
tych  ludzi  również  nadejdzie  czas,  a  wówczas  złożą 
kiełbia  w  ofierze  Artemidzie  lub  inną  rybę  jakiemuś 
nowemu  bóstwu,  o  ile  ich  dawne  bóstwa  nie  wzniosą 
znów  świątyń  z  szarego  kamienia.  Ich  władza  nigdy  nie 
ustała,  jedynie  nieco  przybladła,  gdyż  Sidhe  nadal 
przemykają  w  każdym  wietrze,  tańczą  i  grają  w  piłkę, 
lecz  nie  mogą  zbudować  świątyń,  póki  nie  nastąpią 

background image

męczeństwa  i  zwycięstwa,  a  może  nawet  owa  z  dawna 
przepowiedziana bitwa w Dolinie Czarnej Świni. 

Trzymając  się  blisko  muru,  który  odgradzał 

nadbrzeże  od  morza,  by  uniknąć  nadlatującej  piany  i 
wichru, w każdej chwili grożącego zwaleniem nas z nóg, 
skierowaliśmy 

się 

milczeniu 

ku 

drzwiom 

czworokątnego  budynku.  Michael  Robartes  otworzył  je 
kluczem,  na  którym  dostrzegłem  rdzę  licznych  słonych 
wiatrów,  i  zaprowadził  mnie  pustym  korytarzem  i 
pozbawionymi 

dywanu 

schodami 

do 

pokoiku 

zastawionego  półkami  z  książkami.  Objaśnił,  że 
otrzymam  posiłek,  złożony  jedynie  z  owoców,  gdyż 
muszę  poddać  się  umiarkowanemu  postowi  przed 
uroczystością;  a  także  książkę  o  doktrynie  i  zasadach 
Zakonu, nad którą miałem spędzić resztki zimowego dnia. 
Pozostawił mnie samego, obiecując powrócić na godzinę 
przed  uroczystością.  Zacząłem  przeszukiwać  półki  i 
odkryłem 

jeden 

najbardziej 

wyczerpujących 

alchemicznych  księgozbiorów,  jakie  kiedykolwiek 
widziałem.  Były  tam  prace  Morienusa,  który  ukrył 
nieśmiertelne ciało pod włosiennicą; Avicenny, który był 
pijakiem,  lecz  panował  nad  niezliczonymi  zastępami 
duchów;  Alfarabiego,  który  zaklął  w  swą  lutnię  tyle 
duchów,  że  mógł  dowolnie  rozśmieszać,  przywodzić  do 
płaczu lub wprawiać w śmiertelny trans; Lully’ego, który 
przemienił się w czerwonego koguta; Flamela, który wraz 
z żoną swą Pernellą uzyskał eliksir wiele setek lat temu i 
jak wieść niesie, nadal żyje w Arabii pośród derwiszów; a 

background image

także  wielu  innych  mniej  znanych.  Niewielu  tam  było 
mistyków  prócz  mistyków  alchemicznych,  ze  względu, 
jak  mniemałem,  na  uwielbienie  jednego  boga  z  licznej 
rzeszy  i  na  ograniczone  pojęcie  piękna,  co  Robartes 
uważał  za  nierozłącznie  związane  ze  sobą.  Zauważyłem 
tam  również  kompletny  zbiór  odpisów  pism  proroczych 
Williama Blake’a, przypuszczalnie ze względu na tłumy, 
które zaludniały jego wyobraźnię i były „jak wesołe ryby 
na  fali,  gdy  księżyc  wysysa  rosę”.  Dostrzegłem  także 
wielu  poetów  i  prozaików  wszystkich  czasów,  lecz 
jedynie tych, którzy byli nieco znużeni życiem, co zawsze 
miało  miejsce  w  wypadku  największych,  oraz  tych, 
którzy  rzucali  nam  swą  wyobraźnię  jako  coś  już  im 
zbytecznego,  gdy  pięli  się  ku  górze  w  ognistych 
rydwanach. 

Niebawem  usłyszałem  pukanie  do  drzwi;  weszła 

kobieta  i  położyła  trochę  owoców  na  stole. 
Przypuszczałem,  że  kiedyś  była  urodziwa,  lecz  teraz 
policzki  miała  zapadnięte,  a  gdybym  ją  ujrzał  gdzie 
indziej,  sądziłbym,  że  to  z  powodu  podniecenia 
zmysłowego  i  żądzy  rozkoszy,  podczas  gdy  wynikało  to 
niewątpliwie  z  podniecenia  wyobraźni  i  żądzy  piękna. 
Zadałem  jej  kilka  pytań  dotyczących  ceremonii,  lecz 
otrzymawszy jako jedyną odpowiedź potrząśnięcie głową, 
zrozumiałem,  że  muszę  w  milczeniu  oczekiwać 
wtajemniczenia.  Gdy  skończyłem  jeść,  powróciła  i 
położywszy  na  stole  niezwykle  rzeźbioną  brązową 
szkatułkę,  zapaliła  świece,  po  czym  zabrała  talerze  i 

background image

resztki  posiłku.  Gdy  zostałem  sam,  zbliżyłem  się  do 
szkatułki  i  ujrzałem,  że  pawie  Hery  rozpościerały  ogony 
na  wieczku  i  ściankach,  a  w  tle  wyrzeźbiono  ogromne 
gwiazdy,  jak  gdyby  dla  podkreślenia,  że  niebiosa  są 
częścią  ich  chwały.  W  szkatułce  znajdowała  się  księga 
oprawna w pergamin z wyobrażoną delikatnymi barwami 
i  złotem  Alchemiczną  Różą,  w  którą  godziły  liczne 
włócznie,  na  próżno  jednak,  jak  na  to  wskazywały 
strzaskane  groty  włóczni  najbliższych  płatkom.  Księga 
spisana była na pergaminie pięknymi wyraźnymi literami, 
przetykanymi symbolicznymi obrazami i iluminacjami, na 
wzór  Splendor  Solis,  Rozdział  pierwszy  opisywał,  jak 
sześciu  badaczy  pochodzenia  celtyckiego  oddało  się, 
każdy  z  osobna,  studiowaniu  alchemii  i  jeden  z  nich 
rozwikłał  tajemnicę  Pelikana,  drugi  tajemnicę  Zielonego 
Smoka, inny tajemnicę Orła, jeszcze inny tajemnicę Soli i 
Rtęci.  Jak  się  wydawało,  łańcuch  przypadków,  a  w 
istocie, 

jak 

utrzymywała 

księga, 

zamysł 

sił 

nadprzyrodzonych, zgromadził ich wszystkich w ogrodzie 
karczmy na południu Francji. Podczas rozmowy przyszło 
im na myśl, że alchemia jest stopniowym oczyszczeniem 
składników  duszy  do  chwili,  gdy  będą  gotowe  odrzucić 
śmiertelność  i  przywdziać  nieśmiertelność.  Sowa 
przeleciała  szeleszcząc  wśród  winorośli  ponad  nimi,  a 
wkrótce  potem  nadeszła  staruszka,  wsparta  na  kiju,  a 
siadłszy  obok,  podjęła  myśl  tam,  gdzie  ją  porzucili. 
Wyjaśniwszy zasadę  alchemii  duchowej  i poleciwszy  im 
założenie Zakonu Alchemicznej Róży, oddaliła się, a gdy 

background image

chcieli  pójść  za  nią,  nigdzie  nie  mogli  jej  odnaleźć. 
Zawiązali  Zakon,  wspólnie  używając  dóbr  i  prowadząc 
wspólnie  badania,  a  gdy  wydoskonalili  się  w  nauce 
alchemicznej,  zjawy  poczęły  ich  nawiedzać,  ucząc  coraz 
to  bardziej  cudownych  tajemnic.  Następnie  księga 
wyjaśniała  tyle  z  owych  tajemnic,  ile  można  było 
wyjawić  neoficie,  rozważając  na  wstępie  niezależną 
rzeczywistość  naszych  myśli,  co,  jak  twierdziła,  jest 
nauką,  z  której  wywodzą  się  wszelkie  prawdziwe  nauki. 
Jeśli  sobie  wyobrazić,  powiadała  księga,  powierzchowną 
powłokę  jakiejś  żywej  istoty,  natychmiast  zawładnie  nią 
jakaś  błądząca  dusza  i  będzie  ona  wędrować  czyniąc 
dobro  lub  zło,  póki  nie  nadejdzie  chwila  śmierci; 
przytaczała  wiele  przykładów  zaczerpniętych,  jak 
twierdziła,  od  rozmaitych  bóstw.  Eros  nauczył  ich,  jak 
stwarzać  kształty,  w  których  boska  dusza  mogłaby 
zamieszkać  i  szeptać  śpiącym  umysłom,  co  zechce.  A  te 
nauczyła  kształtów,  z  których  demony  mogły  wsączać 
szaleństwo  lub  niespokojne  sny  w  śpiącą  krew;  Hermes 
nauczył, że jeśli z całą mocą wyobrazisz sobie ogara przy 
twym łożu, będzie cię on strzegł, póki się nie przebudzisz, 
odpędzając wszystko, prócz najpotężniejszych demonów, 
jednakże gdy twa wyobraźnia będzie słaba, ogar również 
będzie słaby, więc demony wezmą górę, a ogar zdechnie; 
Afrodyta  nauczyła,  że  jeśli  siłą  wyobraźni  stworzysz 
srebrnopiórą gołębicę i każesz jej trzepotać nad głową, jej 
czułe  gruchanie  sprawi,  że  słodkie  sny  nieśmiertelnej 
miłości zgromadzą się w zadumie nad śmiertelnym snem; 

background image

wspólnie zaś bóstwa objawiły, pośród przestróg i biadań, 
że wszystkie umysły nieustannie dają życie takim istotom 
i wysyłają je w świat, by przynosiły zdrowie lub chorobę, 
radość lub szaleństwo. Jeślibyś chciał nadać kształty złym 
mocom, ciągnęła księga, masz je uczynić odpychającymi, 
wyciągając  ich  wargi  żądzą  lub  łamiąc  proporcje  ciał 
brzemieniem życia; lecz boskie moce zjawiają się jedynie 
w  pięknej  postaci,  a  są  one  jak  gdyby  kształtami 
majaczącymi  poza  istnieniem,  spowitymi  w  bezkresne 
uniesienie,  sunącymi  z  półprzymkniętymi  oczyma  w 
senną  ciszę.  Bezcielesne  dusze,  które  zstępują  w  owe 
kształty,  są  tym,  co  ludzie  zwą  nastrojami,  a  powodują 
one wszystkie wielkie zmiany w świecie. Bowiem tak jak 
czarnoksiężnik  lub  artysta  może  je  wywołać,  kiedy 
zechce, 

one 

także 

mogą  wywołać  z  umysłu 

czarnoksiężnika lub artysty, czy też, jeśli są demonami, z 
umysłu  szaleńca  lub  niegodziwca,  dowolny  kształt,  a 
przez  jego  głos  i  ruchy  wydostają  się  na  świat.  W  ten 
sposób  dokonały  się  wszystkie  wielkie  wydarzenia; 
nastrój,  bóstwo  lub  demon,  najpierw  zstępowały  w 
ludzkie  umysły  niby  ciche  Westchnienia,  by  później 
zmieniać ich myśli i czyny, póki złoty włos nie przemienił 
się  w  czarny  lub  czarny  włos  w  złoty,  a  cesarstwa  nie 
przesunęły  swych  granic,  jak  gdyby  były  jedynie  liśćmi 
gnanymi  przez  wiatr.  Reszta  księgi  zawierała  symbole 
kształtów,  dźwięków  i  barw  oraz  ich  powiązania  z 
bóstwami  i  demonami,  tak  aby  nowicjusz  mógł  nadać 
kształt  każdemu  bóstwu  lub  demonowi  i  być  potężnym 

background image

jak Avicenna pośród tych, co żyją poniżej źródła śmiechu 
i łez. 

background image

IV 

 
W  kilka  godzin  po  zachodzie  słońca  powrócił 

Michael Robartes i powiedział mi, że muszę nauczyć się 
kroków  pewnego  nadzwyczaj  starożytnego  tańca,  gdyż 
zanim  się  dokona  moje  wtajemniczenie,  będę  musiał 
trzykrotnie  włączyć  się  do  magicznego  tańca,  bowiem 
rytm  jest  kołem,  Wieczności,  na  którym  łamie  się  to,  co 
przemijające  i  przypadkowe,  a  duch  się  wyzwala. 
Przekonałem się, że owe dość proste kroki przypominały 
pewne  starożytne  tańce  greckie,  a  ponieważ  w  młodości 
byłem  dobrym  tancerzem  i  celowałem  w  osobliwych 
tańcach  gaelickich,  wkrótce  je  sobie'  przyswoiłem. 
Następnie  przyodział  mnie  i  siebie  w  ubiór,  który 
przywodził na myśl zarówno Grecję jak Egipt, ale którego 
szkarłatna barwa  znamionowała  bardziej namiętne  życie. 
Włożywszy  mi  w  dłonie  małą  brązową  kadzielnicę  bez 
łańcuszka,  wyrzeźbioną  na  kształt  róży  przez 
współczesnego  rzemieślnika,  polecił  mi  otworzyć 
drzwiczki  znajdujące  się  naprzeciw  drzwi,  przez  które 
wszedłem.  Położyłem  dłoń  na  klamce,  lecz  w  tej  samej 
chwili  opary  kadzidła,  być  może  wspomagane  jego 
tajemniczym  urokiem,  sprawiły,  że  znowu  zapadłem  w 
sen, w którym zdawało mi się, że jestem maską leżącą na 
ladzie  wschodniego  kramu.  Wiele  osób,  o  oczach  tak 
jasnych  i  spokojnych,  iż  poznałem,  że  były  wyższe  nad 
ludzi, wchodziło do wnętrza kramu i przykładało mnie do 

background image

twarzy,  lecz  w  końcu  ze  śmiechem  cisnęły  mnie  w  kąt. 
Jednakże  wszystko  to  działo  się  tylko  przez  chwilę, 
bowiem  gdy  się  ocknąłem,  moja  dłoń  nadal  spoczywała 
na  klamce.  Otworzyłem  drzwi  i  znalazłem  się  w 
cudownej  galerii  o  ścianach  pokrytych  bóstwami 
wykonanymi  w  mozaice,  nie  mniej  pięknej  niż  mozaika 
Baptysterium  w  Rawennie,  lecz  nie  tak  surowej;  główna 
barwa  każdego  bóstwa,  z  pewnością  symboliczna, 
powtarzała  się  w  lampach  wiszących  u  sufitu,  a  przed 
każdym bóstwem była lampa wydająca osobliwy zapach. 
Szedłem  naprzód,  dziwiąc  się  ogromnie,  jak  owi 
entuzjaści mogli stworzyć całe to piękno w tak ustronnym 
miejscu,  a  widok  tylu  ukrytych  bogactw  na  pół  mnie 
utwierdził w wierze w alchemię materialną. Gdy szedłem, 
kadzielnica  wypełniała  powietrze  dymem  o  stale 
zmieniającej się barwie. 

Zatrzymałem  się  przed  spiżowymi  drzwiami,  na 

których  wyobrażono  ogromne  fale,  kryjące  niewyraźne 
kontury  straszliwych  rysów.  Znajdujący  się  za  drzwiami 
usłyszeli nasze kroki, gdyż głos jakiś zawołał: 

–  Czy  dzieło  Niezniszczalnego  Ognia  dobiegło 

końca? 

Michael Robartes odrzekł natychmiast: 
– Przeczyste złoto wyszło z athanora. 
Drzwi otworzyły się i weszliśmy do wielkiej okrągłej 

sali,  gdzie  mężczyźni  i  kobiety  tańczyli  powoli  w 
szkarłatnych  szatach.  Strop  pokryty  był  mozaiką 
przedstawiającą  ogromną  różę;  mozaika  na  ścianach 

background image

przedstawiała  bitwę  bogów  przeciw  aniołom:  bogowie 
lśnili jak rubiny i szafiry, aniołowie zaś wyglądali szaro, 
gdyż,  jak  szepnął  mi  Michael  Robartes,  wyrzekli  się 
boskości  i  zaniechali  odsłaniania  swych  własnych  serc  z 
miłości  ku  Bogu  pokory  i  smutku.  Strop  wspierał  się  na 
kolumnach,  które  tworzyły  coś  w  rodzaju  kolistego 
krużganka,  a  każda  kolumna  była  słupem  o  skłębionych 
kształtach, jak gdyby bogów wiatru, którzy wznosili się w 
wirującym  tańcu  z  ponadludzką  namiętnością,  grając  na 
fletach  i  cymbałach;  spomiędzy  owych  kształtów 
wysuwały  się  dłonie,  w  których  tkwiły  kadzielnice. 
Kazano  mi  złożyć  moją  kadzielnicę  w  takiej  dłoni  i 
przyłączyć się do tańca. Gdy odwróciłem się od kolumny 
ku  tancerzom,  ujrzałem  bladego  Chrystusa  na  bladym 
krzyżu  wyobrażonego  pośrodku  posadzki  z  zielonego 
kamienia.  Spytałem  Robartesa,  co  to  oznacza,  on  zaś 
odparł,  że  chcą  „zmącić  Jego  jedność  swymi  licznymi 
stopami”.  Taniec  wił  się  w  różne  strony,  kreśląc  na 
posadzce, kształty płatków; 

podobne  płatkom  róży  u  stropu,  przy  wtórze 

niewidocznych 

instrumentów, 

zapewne 

bardzo 

starożytnego  wzoru,  gdyż  nigdy  podobnych  nie 
słyszałem.  Z  każdą  chwilą  taniec  stawał  się 
gwałtowniejszy, aż wreszcie wydało mi się, że wszystkie 
wichry  świata  zbudziły  się  pod  naszymi  stopami. 
Poczułem znużenie i stanąłem pod kolumną, przyglądając 
się  sunącym  płomienistym  postaciom.  Stopniowo 
zapadłem w półsen, z którego ocknąłem się dostrzegłszy, 

background image

jak  płatki  ogromnej  róży,  która  nie  przypominała  już 
mozaiki,  opadały  wolno  w  powietrzu  ciężkim  od 
kadzideł,  a  spadając  przybierały  kształt  żywych  istot 
niezwykłej  urody.  Jeszcze  niewyraźne  i  mgliste, 
zaczynały  tańczyć,  a  tańcząc  przybierały  coraz 
wyraźniejsze  kształty,  tak  że  mogłem  rozróżnić  piękne 
twarze greckie i dostojne oblicza egipskie, a od czasu do 
czasu  nawet  rozpoznać  poszczególne  bóstwo  po  lasce  w 
dłoni  lub  ptaku  trzepoczącym  nad  głową.  Wkrótce 
wszystkie stopy śmiertelnych tańczyły obok białych stóp 
nieśmiertelnych. 

niespokojnych 

oczach 

spoglądających!  w  niezmącone  oczy  cieni  dostrzegłem 
blask  najgłębszego  pożądania,  jak  gdyby  każdy  z  nich 
odnalazł,  po  niezmiernie  długiej  wędrówce,  utraconą 
miłość lat młodzieńczych. Czasem, jedynie przez chwilę, 
dostrzec  mogłem  nikłą  samotną  postać  z  osłoniętym 
obliczem i nikłą pochodnią w dłoni, przemykającą wśród 
tancerzy  jak  sen  wśród  snu,  jak  cień  cienia.  Dzięki 
świadomości  płynącej  z  głębszego  źródła  niż  myśl 
poznałem, że to Eros, a oblicze miał zakryte, gdyż żaden 
mężczyzna  ni  kobieta  od  początku  świata  nie  poznali, 
czym  jest  Miłość,  ani  nie  spojrzeli  mu  w  oczy,  bowiem 
Eros jest jedynym bóstwem całkowicie duchowym i jeśli 
zechce  obcować  z  śmiertelnym  sercem,  ukrywa  się  w 
namiętnościach  obcych  swej  istocie.  Tak  więc,  jeśli  ktoś 
kocha  szlachetnie,  wówczas  poznaje  Miłość  przez 
bezgraniczną  litość,  niewysłowioną  ufność  i  niezmierne 
współczucie;  jeśli  zaś  kocha  nieszlachetnie,  przez 

background image

gwałtowną  zazdrość,  nagłą  nienawiść  i  nienasycone 
pożądanie;  jednakże  nikt  nigdy  nie  pozna  odsłoniętej 
Miłości.  Gdy  rozmyślałem  nad  tym,  głos  jednej  ze 
szkarłatnych postaci zawołał ku mnie: 

– Do tańca! Nikogo nie może zabraknąć w tańcu! Do 

tańca! Do tańca, by bogowie mogli sobie uczynić ciała z 
tkanki naszych serc! 

Nim 

zdołałem 

odpowiedzieć, 

tajemna 

fala 

namiętności, która zdawała się duszą tańca poruszającą w 
głębi naszych dusz, zawładnęła mną i poniosła na środek, 
bez  oporu  i  bez  przyzwolenia.  Tańczyłem  z  dostojną 
nieśmiertelną niewiastą z czarnymi liliami we włosach, a 
jej senne ruchy zdawały się ciążyć mądrością głębszą niż 
ciemność  pomiędzy  gwiazdami  i  miłością  podobną  tej, 
która unosiła się nad wodami. Gdy tańczyliśmy, kadzidło 
snuło  się  ponad  nami  i  wokół  nas,  osłaniając  nas 
szczelnie,  jakby  w  sercu  świata,  a  wieki  zdawały  się 
przemijać, burze rodzić i ginąć w fałdach naszych szat i w 
jej ciężkich włosach. 

Nagle  przypomniałem  sobie,  że  jej  powieki  nie 

drgnęły  ani  razu,  a  lilie  nie  uroniły  ni  jednego  czarnego 
płatka ani też nie poruszyły się. Ze zgrozą uświadomiłem 
sobie, że tańczę z istotą wyższą lub niższą niż człowiek, 
która wypija mą duszę, jak wół wypija przydrożną kałużę. 
Padłem na ziemię i ogarnęła mnie ciemność. 

 

background image

 
Przebudziłem się nagle, jak gdyby coś mnie zbudziło, 

i ujrzałem, że leżę na zgrzebnie malowanej podłodze, na 
niezbyt  odległym  stropie  znajduje  się  niezdarnie 
wymalowana  róża,  a  wokół  na  ścianach  półwykończone 
malowidła.  Zniknęły  kolumny  i  kadzielnice;  w  pobliżu 
leżało  około  dwudziestu  śpiących  ludzi  otulonych  w 
pomięte szaty, a ich zwrócone ku górze twarze wydały mi 
się  pustymi  maskami.  Chłodny  świt  oświecał  ich  przez 
podłużne  okno,  którego  poprzednio  nie  zauważyłem.  Na 
zewnątrz ryczało morze. Dostrzegłem Michaela Robartesa 
w  niewielkiej  odległości,  a  obok  niego  przewróconą 
rzeźbioną  czarkę  z  brązu,  która  wyglądała,  jak  gdyby 
kiedyś  zawierała  kadzidło.  Gdy  tak  tam  siedziałem, 
usłyszałem  nagle  zgiełk  gniewnych  głosów  męskich  i 
kobiecych zmieszany z rykiem  morza; zerwawszy się na 
nogi,  podszedłem  natychmiast  do  Michaela  Robartesa  i 
próbowałem wyrwać go ze snu. Chwyciłem go następnie 
za  ramię  i  usiłowałem  podnieść,  lecz  opadł  na  wznak  z 
lekkim  westchnieniem.  Głosy  stały  się  donośniejsze  i 
bardziej gniewne; rozległ się dźwięk głuchych uderzeń w 
bramę  wychodzącą  na  nadbrzeże.  Nagle  dobiegł  mnie 
odgłos pękającego drzewa, więc zrozumiawszy, że brama 
zaczęła  się  poddawać,  rzuciłem  się  ku  drzwiom  sali. 
Pchnąłem  je  i  wybiegłem  na  korytarz,  gdzie  moje  kroki 
zastukały  na  gołych  deskach,  i  znalazłem  drugie  drzwi 

background image

prowadzące do pustej kuchni. Gdy je mijałem, usłyszałem 
dwa  uderzenia,  jedno  po  drugim,  a  z  nagłego  zgiełku 
kroków  i  okrzyków  poznałem,  że  padła  brama 
wychodząca na nadbrzeże. Wybiegłem z kuchni na małe 
podwórko  i  dalej  w  dół  stopniami  po  stromej  części 
nadbrzeża  od  strony  morza,  gramoląc  się  wzdłuż  skraju 
wody, a gniewne głosy dźwięczały mi w uszach. Tę część 
nadbrzeża wyłożono niedawno blokami granitu, więc była 
niemal  pozbawiona  wodorostów;  lecz  gdy  dotarłem  do 
starej części, okazała się tak oślizgła od zielonego zielska, 
że  musiałem,  wdrapać  się  na  drogę.  Spojrzałem  w 
kierunku  Świątyni  Alchemicznej  Róży,  gdzie  nadal 
słychać  było  okrzyki  rybaków  i  kobiet,  choć  mniej 
wyraźnie, i ujrzałem, że nie ma nikogo przy drzwiach ani 
na nadbrzeżu. Gdy przyglądałem się, gromadka wybiegła 
na zewnątrz i poczęła zbierać kamienie z miejsca, gdzie je 
zgromadzono  w  pogotowiu,  gdyby  następnym  razem 
sztorm  nadwerężył  nadbrzeże,  aby  można  je  było  rzucić 
pod  granitowe  bloki.  Gdy  tak  stałem  przyglądając  się 
tłumowi,  jakiś  starzec,  jak  sądzę,  ów  pobożniś,  wskazał 
ku  mnie  krzycząc  coś  przy  tym,  a  tłum  pobladł,  gdyż 
wszystkie twarze zwrócone były w moją stronę. Zacząłem 
biec;  miałem  szczęście,  że  wioślarze  słabsi  są  w  nogach 
niż w ramionach i pozostałych członkach ciała. Jednakże 
biegnąc,  nie  słyszałem  niemal  ścigających  mnie  kroków 
ani gniewnych głosów, bowiem liczne głosy, uniesione i 
zawodzące,  zapomniane  jak  sen  w  chwili,  gdy  się  je 
usłyszy, zdawały się rozbrzmiewać w powietrzu nad moją 

background image

głową. 

Nawet  dziś  bywają  chwile,  gdy  wydaje  mi  się,  że 

słyszę  owe  uniesione  i  zawodzące  głosy,  a  nieokreślony 
świat,  który  jedynie  częściowo  utracił  władzę  nad  mym 
sercem i umysłem, zdaje się znowu odzyskiwać władanie 
nade  mną;  Noszę  jednakże  różaniec na  szyi  i  gdy  słyszę 
lub gdy wydaje  mi  się,  że  słyszę  owe głosy,  przyciskam 
go do serca mówiąc: 

– Ten, którego imię jest Legion, stoi u drzwi, mamiąc 

przebiegłością  nasze  umysły  i  pochlebiając  pięknem 
naszym sercom, lecz my Tobie jedynie ufamy. 

Wówczas cichnie walka szalejąca we mnie i zaznaję 

spokoju. 

 

background image

Posłowie 

 
W znanym fragmencie Ulissesa Joyce nazywa sztukę 

irlandzką „pękniętym lusterkiem służącej”, zarzucając jej 
formalną  nieudolność  i  wtórność  w  stosunku  do  kultury 
angielskiej.  Ironia  ta  brzmi  gorzko,  gdyż  mimo  wrogich 
deklaracji  i  życia  spędzonego  z  wyboru  na  obczyźnie, 
wielki pisarz był silnie związany z Irlandią. 

Zależność  polityczna  i  kulturowa  od  Anglii  ciążyła 

nad  irlandzką  literaturą;  sytuację  komplikował  fakt,  że 
język  gaelicki  był  niemal  nie  znany  warstwie 
wykształconej  –  posługiwali  się  nim  chłopi  i  rybacy  z 
odległych  zakątków  Wyspy.  Inny  sławny  Irlandczyk, 
Beckett,  w  sztuce  Którzy  upadają  ubolewa  –  nie  bez 
perwersyjnej  ironii  –  nad  „naszym  biednym  drogim 
gaelickim  językiem”,  który  jest  „martwy”.  Podstawowy 
dylemat  i  paradoks  sytuacji  pisarzy,  pragnących  tworzyć 
irlandzką literaturę, wyraził Yeats słowami: „Gaelicki jest 
moim  językiem  narodowym,  ale  nie  jest  moją  mową 
ojczystą”. 

Jak uprawiać literaturę narodową, która w intencjach 

pisarzy  związanych  z  ruchem  Celtyckiego  Odrodzenia 
miała pełnić doniosłą rolę budzenia świadomości narodu, 
skoro  zasięg  oddziaływania  języka  gaelickiego  był 
znikomy?  Nieliczni  pisarze  tworzący  w  tym  języku 
zmuszeni  byli  tłumaczyć  swe  utwory  na  angielski,  by 
znaleźć  czytelników.  Literatura  irlandzka,  tak  rzadko 

background image

przemawiająca  własnym  językiem,  musiała  w  inny 
sposób  wyrazić  swą  autonomiczność  –  dowieść,  że  jest 
literaturą narodową w sensie nie tylko geograficznym, ale 
przede wszystkim historycznym i kulturowym. 

Yeats – podobnie jak większość – pisał po angielsku. 

Twórczość  jego  przesycona  jest  elementami  celtyckiej 
kultury  i  tradycji,  które  chciał  ocalić  od  zapomnienia  i 
uczynić  przedmiotem  szacunku  i  dumy  narodowej. 
Tendencje  te  są  szczególnie  silne  w  pierwszym  okresie 
jego  twórczości,  kiedy  poeta  związany  był  z  ruchem 
wyzwoleńczym,  współtworzył  teatr  narodowy  i  pisał  dla 
niego sztuki. 

Atmosfera  rodzinnego  domu,  dzieciństwo  spędzone 

w  hrabstwie  Sligo,  na  wybrzeżu  zachodnim,  zażyła 
przyjaźń młodego poety z literatką i miłośniczką folkloru 
– lady Gregory, ukształtowały stosunek Yeatsa do tradycji 
i  sprawiły,  że  folklor  irlandzki  stał  się  dla  niego  żywą  i 
autentyczną wartością, źródłem inspiracji. 

Była to inspiracja doniosła, ale nie jedyna. Pamiętać 

należy,  że  Yeats,  który  za  główny  cel  stawiał  sobie 
odrodzenie  narodowych  tradycji,  czuł  się  zarazem  silnie 
związany  z  aktualnymi  prądami  w  myśli  i  sztuce 
europejskiej.  Jak  inni  poeci  i  pisarze  fin  de  siecle’u 
pozostawał  w  tym  czasie  pod  wpływem  Mallarmego  i 
Verlaine’a;  szczególne  też  wrażenie  wywarła  na  nim 
twórczość  Villiersa  de  l’Isle-Adama,  a  zwłaszcza 
widziana w Paryżu sztuka Axel. Kontakty pisarzy Wysp z 
Paryżem  były  częste  i  żywe;  młodzi  adepci  sztuki  za 

background image

obowiązek  poczytywali  sobie  wizyty  u  Verlaine’a;  jak 
pisze  biograf  Yeatsa,  Joseph  Hone,  „młody  literat  nie 
mógł powiedzieć, że widział Paryż, jeśli nie wydrapał się 
na poddasze, gdzie francuski poeta pielęgnował swą chorą 
nogę”.  Odwrót  od  naturalizmu,  któremu  patronowali 
Verlaine, Mallarme, Huysmans i Villiers de l’Isle-Adam, 
zaznaczył  się  nie  tylko  w  dziedzinie  literatury  i  sztuki. 
Lata 

dziewięćdziesiąte 

to 

okres 

ogromnego 

zainteresowania 

spirytyzmem, 

światem 

zjawisk 

nadprzyrodzonych  i  powstawania  niezliczonych  tajnych 
sekt  i  towarzystw  okultystycznych.  Moda  na  spirytyzm  i 
magię  –  traktowane  jako  formy  rozszerzenia  zakresu 
przeżyć  dostępnych  człowiekowi,  a  także  jako  drogi 
opanowania  zjawisk  naturalnych  –  ogarnęła  oczywiście 
nie  tylko  artystów;  dla  ludzi  sztuki  jednak  była 
szczególnie  atrakcyjna,  gdyż  dostarczała  nowego  źródła 
inspiracji,  a  także  potwierdzała  ich  przeświadczenie,  że 
symbol  lub  słowo  kreować  może  nową  sferę 
rzeczywistości.  Centralną  postacią,  teoretykiem  i 
założycielem  tajnych  stowarzyszeń  był  w  Paryżu 
przyjaciel  Victora  Hugo,  były  ksiądz  katolicki  Constant, 
występujący pod nazwiskiem Eliphas Levi, w Londynie – 
rosyjska emigrantka Helena Blavatsky. 

Yeats  był  przez  pewien  czas  związany  z 

Towarzystwem  Teozoficznym  założonym  przez  Madame 
Blavatsky,  okazał  się  jednak  nie  dość  posłusznym 
uczniem.  Głębszy  wpływ  miało  wywrzeć  na  pisarza 
Bractwo  Złotej  Jutrzenki  założone  w  Londynie  przez 

background image

wolnomularza  i  jasnowidza  MacGregora  Mathersa  (nb. 
ożenionego  z  siostrą  Bergsona).  Zasady  Bractwa  były 
dość  bliskie  zasadom  Towarzystwa  Teozoficznego, 
Mathers 

nawiązywał 

jednak 

świadomie 

do 

siedemnastowiecznej doktryny różokrzyżowców; bardziej 
też  interesował  się  kabałą  niż  filozofią  tybetańską. 
Swoboda pozostawiana członkom Bractwa i dopuszczenie 
indywidualnych  eksperymentów  bardzo  odpowiadały 
Yeatsowi; pociągał go też rytuał nawiązujący do tradycji 
średniowiecza. 

Jak  godził  Yeats  te  dwie  tak  różne  płaszczyzny 

działalności i zainteresowań – literaturę i zaangażowanie 
w  irlandzki  ruch  wyzwoleńczy  (gdzie  rolę  swą  widział 
przede wszystkim w budzeniu świadomości narodowej) z 
udziałem w seansach u Madame Blavatsky i ceremoniach 
Bractwa Złotej Jutrzenki? 

Tylko  na  pozór  były  to  strefy  odległe  i  pozbawione 

związku; w istocie studiowanie magii dyktowane było nie 
tylko  okolicznościami  zewnętrznymi  i  modą:  przede 
wszystkim  zaspokajało  potrzeby  psychiki  Yeatsa.  Z 
jednej  strony  działał  tu  pietyzm  dla  starej  kultury 
irlandzkiej,  legend  i  wierzeń,  w  których  magia  była 
elementem  bardzo  istotnym;  z  drugiej  –  odgrywało  rolę 
przeświadczenie  o  związku  magii  z  poezją  i  koncepcja 
poezji jako działalności z istoty swej pokrewnej magii. W 
eseju Magia Yeats pisał: „Wszyscy ludzie, a z pewnością 
wszyscy  ludzie  obdarzeni  wyobraźnią  muszą  zawsze 
czarować,  olśniewać,  łudzić...  Czyż  nie  zdaje  się,  że 

background image

poezja  i  muzyka  powstały  z  dźwięków,  jakie  wydawali 
czarodzieje,  by  pomóc  wyobraźni,  czarować,  zaklinać  i 
rzucać urok na siebie samych i na innych? 

Inny fragment podkreśla ten związek  jeszcze silniej: 

„Nie mogę nie uważać symboli za największą potęgę, bez 
względu na to czy używane są świadomie przez mistrzów 
magii, czy też półnieświadomie przez ich spadkobierców: 
poetę, muzyka, artystę... ” 

Dzięki  magicznym  obrzędom  i  rytuałowi  wreszcie 

spodziewał  się  Yeats  osiągnąć  doskonałość  wewnętrzną, 
ów  wyższy  stopień  wtajemniczenia  polegający  na 
przeniknięciu spraw tajemnych i niedostępnych zwykłym 
śmiertelnikom,  na  harmonijnym  zespoleniu  wszystkich 
sfer  działalności  –  ideał,  który  zresztą  pozostał  nie 
zmieniony  do  końca  życia  poety,  i  który  w  różnych 
sformułowaniach powraca w jego wierszach. 

Znaczenie,  jakie  Yeats  przypisywał  magii,  a 

zwłaszcza przekonanie o roli rytuału w życiu duchowym 
jednostki i narodu, znalazło wyraz w projekcie założenia 
Zakonu Tajemnic Celtyckich, który zresztą na krótki czas 
został  zrealizowany.  Celem  Zakonu  miało  być 
wskrzeszenie  i  kultywowanie  wierzeń  i  obrządów 
celtyckich oraz wypracowanie nowej filozofii mistycznej, 
która  łączyłaby  elementy  tych  wierzeń  z  doktryną 
chrześcijańską. Siedziba Zakonu – opuszczony zamek na 
wysepce  położonej  na  jeziorze  Lough  Key  –  miała  stać 
się sanktuarium irlandzkiej tradycji. 

Twórczość literacka tego okresu jest ściśle związana 

background image

ze  sferami  fascynacji  Yeatsa  i  z  nich  bezpośrednio 
wyrasta.  Rok  1897  był  rokiem  opublikowania  zbiorów 
opowiadań  Róża  tajemna  i  Opowieści  o  Hanrahanie 
Rudym
  oraz  Rosa  Alchemica.  Poeta  przez  szereg  lat 
zbierał  i  spisywał  przy  pomocy  lady  Gregory  stare 
podania  i  baśnie  irlandzkie.  Wraz  z  przyjaciółmi  wydał 
zresztą  kilka  tomików  jeszcze  przed  rokiem  1890. 
Opowieści o Hanrahanie Rudym są oryginalnym dziełem 
poety,  w  którym  wykorzystuje  znane  motywy  celtyckich 
legend.  Dzieje  bohatera  wytrąconego  z  normalnej 
egzystencji  przez  interwencję  tajemniczego  starca,  który 
nie  pozwala  mu  udać  się  do  ukochanej,  i  skazanego  na 
wieczną  tułaczkę,  są  symbolem  ludzkiej  wędrówki  w 
poszukiwaniu  szczęścia  i  odwiecznego  niepokoju 
towarzyszącego  egzystencji  człowieka.  Hanrahan  – 
nauczyciel  wiejski  i  poeta  –  jest  postacią  niezwykłą: 
„człek uczony i wielki pieśniarz” reprezentuje połączenie 
wiedzy i natchnienia; jest spadkobiercą tradycji i zarazem 
jej twórczym kontynuatorem. Sześć opowiadań-epizodów 
pokazuje  Hanrahana  w  różnych  momentach  życia  od 
młodości  po  śmierć;  wszystkie  sytuacje  mają  sens 
alegoryczny,  a  bohater  –  zgodnie  z  koncepcją  Yeatsa  – 
jest bardziej symbolem niż ludzką sylwetką. Kluczowym 
momentem  w  życiu  Hanrahana  jest  konfrontacja  z 
czterema  przedmiotami  o  symbolicznym  znaczeniu  – 
mieczem,  kotłem,  głazem  i  włócznią  –  powtarzająca  się 
dwukrotnie:  u  progu  młodości  i  u  schyłku  życia.  Za 
pierwszym  razem  Hanrahan  milczy,  pełen  obawy  i 

background image

zmieszania;  druga  konfrontacja  następuje  tuż  przed 
śmiercią,  w  ubogiej  lepiance  obłąkanej  Winny,  gdzie 
Hanrahan  znalazł  schronienie.  Wśród  zniszczonych 
sprzętów  Hanrahan  rozpoznaje  nagle  symboliczne 
przedmioty  swej  młodzieńczej  wizji,  i  tym  razem  zadaje 
pytanie  o  ich  sens  i  przeznaczenie.  Przedmioty  te  wiążą 
się  wedle  irlandzkiej  tradycji  z  Dananianami  – 
legendarnym  rodem  herosów,  który kiedyś zamieszkiwał 
Irlandię.  Przywrócenie  symbolom  poprzedniej  rangi 
oznaczałoby  wskrzeszenie  dawnej  potęgi  Irlandii.  Warto 
zauważyć, że w obrządku Zakonu Tajemnic Celtyckich te 
właśnie  symbole  były  szczególnie  eksponowane  i  Yeats 
przypisywał  im  znaczenie  magiczne.  Motyw  heroicznej 
przeszłości  związany  jest  z  aktualnym  motywem 
politycznym.  W  kluczowym  opowiadaniu,  stanowiącym 
punkt kulminacyjny całego cyklu, Hanrahan śpiewa pieśń 
o  Cathleen  córce  Houlihana,  postaci  symbolizującej 
Irlandię.  Płomień  z  oczu  Cathleen  zapala  serca 
Irlandczyków,  którzy  skłaniają  się  do  jej  stóp.  Przez 
odwołanie  się  do  tego  symbolu  Hanrahan  budzi  w 
słuchaczach  poczucie  więzi  i  przynależności  do  jednego 
narodu  i  świadomość  odpowiedzialności  za  jego  losy. 
Audytorium  Hanrahana  nieprzypadkowo  składa  się  z 
włóczęgów,  żebraków  i  prostytutek:  ten  pogardzany 
margines to także dzieci Irlandii – nie zostaną odrzuceni, 
gdy ich ojczyzna odzyska niepodległość. 

Zbiór  Róża  tajemna  łączy  z  opowiadaniem  Rosa 

Alchemica wspólny centralny symbol zasygnalizowany w 

background image

obu  tytułach; powtarza  się  także  ten  sam  istotny  motyw, 
ewidentny  w  Rosa  Alchemica,  bardziej  zawoalowany  w 
Róży  tajemnej:  wyrzeczenie  się  świata  i  wzniesienie 
ponad  sprawy  związane  z  codzienną  egzystencją.  Ten 
szczególny stosunek do życia zasugerowany był zarówno 
przez  obrządek  Złotej  Jutrzenki,  gdzie  kolejne  stadia 
wtajemniczenia oznaczały kolejne etapy oddalania się od 
spraw  życia  codziennego,  a  symboliczna  śmierć 
prowadzić  miała  do  powtórnych  narodzin  i  odnowy 
duchowej, jak i przez tradycje różokrzyżowców. Podobne 
treści  pojawiają  się  w  utworach,  Villiersa  de 
l’Isle-Adama,  w  szczególności  w  dramacie  Axel,  
którym 

para 

bohaterów, 

członków 

bractwa 

różokrzyżowców,  wyrzeka  się  kolejno  życia  świeckiego, 
klasztornego, miłości i tworzenia, i popełnia samobójstwo 
pragnąc  osiągnąć  nieskończoność.  Niebyt  jest  tu  stanem 
preferowanym;  życie  jest  czymś  pospolitym  i  nieomal 
godnym  pogardy;  w  świetle  tych  spostrzeżeń  jasny  staje 
się sens motta zaczerpniętego z Villiersa de l’Isle-Adama, 
którym Yeats opatrzył tomik Róża tajemna: „Co do życia, 
nasi słudzy uczynią to za nas”. 

Niemal  wszystkie  opowiadania  wchodzące  w  skład 

Róży  tajemnej  powtarzają  motyw  śmierci,  która  jest 
transformacją, przejściem z jednego sposobu bytowania w 
inny  i  zarazem  spełnieniem.  Rycerz,  uczestnik  wyprawy 
krzyżowej, poszukiwał jej przez wiele lat i przyjmuje jej 
przyjście  z  radością,  jako  oznakę  laski;  dla  samotnika  z 
opowiadania  W  pełni  wiosny  śmierć  jest  wejściem  do 

background image

krainy wiecznej młodości; śmierć druida przemienionego 
w  czaplę  przez  św.  Patryka  jest  wyzwoleniem  i 
zakończeniem kary trwającej kilkaset lat. Śmierć pozwala 
spocząć blisko siebie Costellowi i Unie, rozdzielonym za 
życia  kochankom,  a  wyrastające  z  grobu  dwa  drzewa 
symbolizują ich wieczny związek. 

Akcja  większości  tych  opowiadań  rozgrywa  się  w 

średniowieczu.  Cudowność  zwykłych  na  pozór  sytuacji 
eksponowana  jest  jeszcze  silniej  niż  w  opowiadaniach  o 
Hanrahanie:  codzienność  nieustannie  przeplata  się  z 
niezwykłością i magią, zwykli ludzie napotykają postaci z 
celtyckiej  mitologii.  Świat  pełen  jest  wydarzeń 
niezwykłych, lecz przyjmowanych bez zdziwienia: Sidhe 
ingerują  w  sprawy  śmiertelników,  zmarli  kontynuują 
kontakty i porachunki z żywymi. 

Zbiorek  otwiera  wierszowana  inwokacja  do  Róży 

Tajemnej.  Róża  jest  symbolem  doniosłym,  choć 
niecałkowicie  jasnym  i  obarczonym  wielością  znaczeń. 
Przez  członków  Bractwa  Złotej  Jutrzenki,  podobnie  jak 
przez  różokrzyżowców,  interpretowana  była  jako  kwiat 
miłości  wyrastający  z  krzyża  cierpienia;  łączyła  więc 
sytuacje  na  pozór  przeciwstawne.  Jedno  z  ćwiczeń 
duchowych  członków  Bractwa  polegało  na  kontemplacji 
róży  i  związanych  z  nią  znaczeń;  dla  Yeatsa  „wieczna 
Róża Piękna i Pokoju” jest symbolem połączenia różnych 
sfer  rzeczywistości:  piękna,  transcendentnej  miłości  i 
doskonałości 

wewnętrznej. 

Głównym 

motywem 

inwokacji-modlitwy  otwierającej  tomik  jest  wyrażenie 

background image

nadziei  na  zmianę  czy  transformację,  która  dzięki  Róży 
ma  się  dokonać,  i  która  ma  polegać  na  wyzwoleniu  z 
kręgu  wyznaczonego  przez  fakty  narodzin  i  śmierci. 
Pytanie zamykające wiersz: „Czy nadchodzi godzina twa, 
czy  przyjdziesz  burzą,  odległa,  najtajniejsza,  nieskalana 
Różo?”,  wyraźnie  odnosi  się  także  do  spraw  o 
ogólniejszym  zasięgu,  przede  wszystkim  do  sprawy 
wyzwolenia Irlandii. 

Mimo  oczywistych  związków  z  Różą  tajemną  Rosa 

Alchemica  ma  charakter  odmienny.  Zawiera  motyw 
autobiograficzny  –  mimo  pewnych  zmian  podaje  wiele 
szczegółów dotyczących sytuacji Yeatsa w okresie, kiedy 
został  członkiem  Bractwa  Złotej  Jutrzenki.  Zarazem 
spełnia  drugą  funkcję:  napisana  w  tym  samym  roku  co 
Opowieści  o  Hanrahanie  i  Róża  tajemna  miała  być  –  w 
przeciwieństwie do nich – wzorem literatury ezoterycznej 
i elitarnej, przeznaczonej dla „duchowej arystokracji”. W 
tym  sensie  jest  też  logicznym  uzupełnieniem  dwu 
zbiorów  przeznaczonych  dla  prostych  odbiorców,  służąc 
wraz  z  nimi  realizacji  celu,  który  Yeats  określał  jako 
„uduchowienie irlandzkiej wyobraźni”. 

Tak odczytywana Rosa Alchemica jest bardziej może 

interesująca;  łatwiej  też  dostrzec  jej  znaczenie,  niż  gdy 
traktować ją jako dokument dotyczący rozterek i przeżyć 
samego  Yeatsa  –  trudno  dziś  bowiem  byłoby  ją 
odczytywać w duchu, w jakim została napisana, i na serio 
rekonstruować  jej  „magiczność”.  Opowiadanie  zasługuje 
na uwagę, szczególnie w zestawieniu z innymi utworami 

background image

powstałymi  w  tym  samym  czasie,  gdyż  daje  pojęcie  o 
skali  talentu  i  bogactwie  wyobraźni  Yeatsa,  a 
równocześnie  wskazuje  na  interesujący  splot  życia  i 
twórczości:  jest  dość  wiernym  zapisem  przygody 
duchowej  samego  poety,  próbą  spojrzenia  na  własną 
fascynację  magią  z  pewnego  dystansu  (ani  narrator,  ani 
też  Robartes  nie  mogą  być  traktowani  jako  alter  ego 
autora),  zasygnalizowaniem  alternatywy  katolicyzm  – 
okultyzm.  Stanowi  owoc  przemyśleń  Yeatsa  w 
przełomowym  okresie  jegó  życia,  kiedy  próbował 
zjednoczyć i zharmonizować wszystkie sfery działalności 
nie  rezygnując  z  zachowania  raz  przyjętej  hierarchii,  w 
której  nadrzędne  miejsce  zajmowała  sprawa  odzyskania 
przez Irlandię politycznej i kulturalnej autonomii. 

 

KRYSTYNA STAMIROWSKA