background image

 

 

 

 

background image

 

 

Eden Maguire 

 

Arizona 

 

(Nie)Umarli 02 

 

 

background image

Phoenix Rohr bardzo mnie zmienił. Pojawił się w moim życiu jak jaskrawo świecąca 

na mrocznym niebie gwiazda i rozjaśnił mój świat. Zanim go spotkałam, nie byłam do końca 

sobą - nie w pełni ukształtowana, przerażona. Wystarczyło kilka tygodni, abym stała się kimś 

pełnym. 

On  i  ja  zrobiliśmy  to  dla  siebie  wzajemnie.  Zawarliśmy  przymierze  przeciwko 

brutalnemu światu - moja dłoń w jego dłoni, jego ramię obejmujące moje plecy. 

Powiem wam prawdę: wyglądało to tak, jakby otaczający mnie ludzie uparli się, by od 

nas odchodzić - czworo uczniów z naszej szkoły zmarło w ciągu roku. Wyostrzyło to nasze 

spojrzenia  -  chcieliśmy  czerpać  z  każdego  dnia  jak  najwięcej  i  cieszyć  się  tym.  Miłością, 

seksem, byciem razem. Przylgnęłam do Phoeniksa, jakby był moim zbawcą. 

A  potem  wszystko  się  rozleciało.  Straciłam  go  -  dwa  słowa.  Wziął  udział  w  bójce  i 

został zabity. 

Szukałam  go.  Jeździłam  samochodem  za  miasto,  pięłam  się  drogą  wśród 

szeleszczących  liśćmi  osik  i  majestatycznych  sekwoi  w  stronę  sięgających  nieba 

poszarpanych szczytów górskich. 

Phoenix. Wyszeptałam to chyba z tysiąc razy. Jego imię, tylko to mi zostało. 

Phoenix  -  czwarty  spośród  tych,  którzy  już  nigdy  nie  mieli  się  stawić  na  apelu 

żywych. Jeden... drugi... trzeci... czwarty cios prosto w serce, ten ostatni najboleśniejszy dla 

mnie, wprost nie do opisania. Phoenix. 

Żyłam wspomnieniami. Jego pocałunków, jego dotyku, letnich dni, gdy pływaliśmy w 

Deer Creek, ciepłych wieczorów, gdy przy dźwiękach radia w moim samochodzie jeździliśmy 

nad jezioro Hartmann, a moja głowa spoczywała na jego ramieniu i liczyłam gwiazdy. Bałam 

się, bardzo się bałam, że mogłabym to zapomnieć. 

A potem był łopot skrzydeł. To łopotały nimi anioły, upiory, dusze - nazwijcie je, jak 

chcecie - zawieszone w otchłani. I Phoenix wrócił. 

 

 

background image

Nie chciałam z nikim rozmawiać. Chciałam być sama. 

To prawda, z Jonasem wszystko się udało i w dużej mierze była to moja zasługa. Ale 

los  trojga  pozostałych  wciąż  zależał  ode  mnie.  Nie  przesadzam  -  naprawdę  ode  mnie. 

Arizona,  Summer  i  Phoenix.  Arizona,  Summer  i  Phoenix  -  dźwięczało  mi  w  głowie  w  tej 

właśnie kolejności, jak mantra. 

- Darina, życzyłabym sobie, żebyś częściej przebywała w domu. Jest mnóstwo rzeczy, 

które możemy robić razem... pedikiur, zakupy. - To Laura, moja matka. 

-  Darina,  musisz  przestać  jeździć  bez  przerwy  tym  swoim  samochodem.  Zżera 

stanowczo za dużo benzyny. - To Jim, mój ojczym. 

No i macie z grubsza obraz tego wszystkiego. 

- Spotkaj się z nami w centrum handlowym. Lucas i Christian też będą. - To Jordan i 

Hannah, rozświergotane jak sikorki. 

- Darina, dlaczego nie przychodzisz do mnie jak dawniej? - To Logan Lavelle. - Mam 

kapitalne nowe DVD, może byśmy razem obejrzeli? 

Odczepcie  się.  Wszyscy.  Dajcie  mi  wreszcie  święty  spokój.  Mowa  mojego  ciała 

powinna dać im to do zrozumienia, ale oni byli zbyt gruboskórni... Albo może za bardzo się 

mną przejmowali. 

Nie przestałam oczywiście jeździć samochodem. Zawsze przez Centennial, zawsze w 

tym  samym  kierunku  -  do  Foxton.  Między  wznoszącymi  się  stromo  po  obu  stronach 

autostrady  górami,  które  przesłaniały  błękit  nieba.  Rozkręcałam  muzykę  na  cały  regulator  i 

naciskałam  na  pedał  gazu.  Szybkość  zawsze  pomagała  mi  zrzucić  ciężar  z  pleców,  jakbym 

zostawiała  wszystko  i  wszystkich  za  sobą.  Jedź,  dziewczyno,  jedź.  Mijałam  kilometry 

spalonego  lasu  -  czarne  poskręcane  kikuty  drzew,  obalone  butwiejące  pnie,  szara  ziemia. 

Może za dziesięć lat zieleń przykryje to wszystko. 

Zostawiając  za  sobą  spopielony  las,  wjeżdżałam  coraz  wyżej  i  znów  widziałam 

zielone sekwoje na tle różowawych skał, i czułam, że mój sekret z każdą chwilą coraz mniej 

mi  ciąży,  bo  nie  było  tutaj  nikogo,  kto  mógłby  wywierać  na  mnie  presję.  Czułam  się 

bezpieczna. 

Dudniąca  muzyka  wdzierała  mi  się  w  uszy,  gitary  zawodziły.  Trzymając  mocno 

kierownicę,  pochylona  lekko  do  przodu,  wyśpiewywałam  na  całe  gardło  słowa  piosenki. 

Czerwona jak szminka, błyszcząca karoseria i kremowobeżowa skórzana tapicerka. Brandon 

Rohr  wykazał,  że  nieobce  mu  jest  zamiłowanie  do  luksusu,  kiedy  znalazł  dla  mnie  ten 

background image

samochód.  Minęłam  Turkey  Shoot  Ridge,  dziesięć  minut  dzieliło  mnie  od  Foxton,  pół 

godziny od (Nie)Umarłych. 

Być może mam bzika. Wróć:  na pewno, nie: być może. W każdej  chwili, z każdym 

oddechem, tęskniłam za Phoeniksem, za jego oczami, które czytały mi w myślach i w sercu, 

za jego obejmującymi mnie ramionami. Dlaczego nie mogłam być z nim dwadzieścia cztery 

godziny na dobę? Chciałam to wiedzieć. 

I  oto  Foxton  -  kilka  rozrzuconych  drewnianych  domów,  sklep  o  zabitych  deskami 

oknach, skrzyżowanie bez sygnalizacji świetlnej. Zjechałam na boczną drogę tuż za domkami 

wędkarzy patrzącymi na rwące wody górskiej rzeki. Tutaj Bob Jonson wziął odwet za śmierć 

Jonasa, zmuszając Matta, by zjechał z drogi, aż w rezultacie obaj rozbili się o skały i utonęli. 

Harleya Matta zabrał jego brat, Charlie Fortune, naprawił i teraz nim jeździ.  Ile razy o tym 

pomyślę, dreszcz mnie przechodzi. Więc nie myśl o tym, Darina, po prostu jedź dalej. 

Zostawiam  domy  za  sobą,  droga  zmienia  się  w  gruntową,  a  potem  się  kończy  i  nie 

pozostaje mi nic innego, jak wysiąść i pójść wydeptaną przez jelenie ścieżką do kępy osik na 

grzbiecie wzgórza. Jestem tutaj już piąty, może szósty raz od chwili, kiedy Jonas odszedł na 

dobre,  i  zawsze  panuje  tu  niezmącona  cisza.  Wiatr  szeleści  w  liściach  osik,  ale  nie  słychać 

trzepotu skrzydeł, żadna zapora nie broni dostępu takim jak ja, obcym z tamtej strony - jak to 

określają (Nie)Umarli. 

Phoenix,  to  ja.  Gdzie  jesteś?  Muszę  się  z  tobą  zobaczyć.  Potrzebuję  tego.  Kiedy 

trzymał mnie w ramionach, moje serce się uspokajało. To były jedyne momenty, gdy czułam, 

że  znalazłam  przystań.  Zabije  mnie  to,  jeśli  dalej  będę  samotnie  dźwigać  wasz  sekret. 

Powiedz Łowczemu... wszystkim powiedz, że nie mogę temu podołać sama. 

Wspięłam się na wzgórze i łapiąc oddech, stanęłam pod zardzewiałym zbiornikiem na 

wodę.  Patrząc  stąd  między  drzewami  na  dolinę,  można  w  ogóle  nie  zauważyć  starej  stajni. 

Liście  osiki  drżały  i  szeleściły  -  jak  skrzydła?  Pięknie,  naprawdę  pięknie  -  osiki,  lekko 

pochyłe  zbocze  wzgórza,  zielonkawe  łodygi  stroiczki  sterczące  pośród  srebrzystych  traw.  I 

bezkresne niebo. 

Ale nie, to jednak nie skrzydła, wciąż ich nie słyszę - to tylko dudnienie mojego serca 

i  mój  świszczący  oddech.  Nie  wyczuwam  śladu  obecności  (Nie)Umarłych  i  Phoeniksa. 

Schodząc po zboczu, wypatruję go intensywnie, może zbyt intensywnie i dlatego umyka mi 

to, co oczywiste, nie dostrzegam jego wysokiej sylwetki w drzwiach stajni. Powinien tam być, 

jeśli tylko pragnienie i tęsknota mogą coś takiego sprawić. 

background image

Trawa szeleściła pod moimi nogami. Przykucnęłam i przepełzłam pod ogrodzeniem z 

kolczastego  drutu.  Mogłam  swobodnie  zajrzeć  do  stajni,  ponieważ  drzwi  kołysały  się  na 

wietrze, jak zwykle otwarte. 

-  Phoenix?  -  powiedziałam  głośno,  wkraczając  do  ciemnego  wnętrza.  W  nozdrza 

uderzyła  mnie  zatęchła  woń  kurzu  i  butwiejących,  pochylonych  pod  dziwacznym  kątem 

boksów dla koni. Staroświecka uprząż wisiała na hakach, pajęczyny ciągnęły się od belki do 

belki. - Phoenix! Błagam! 

Powiem  to  bez  owijania  w  bawełnę.  Ta  stajnia  to  miejsce,  gdzie  przebywają 

(Nie)Umarli.  Nie  zobaczycie  ich,  jeśli  sami  tego  nie  chcą.  A  prawdę  mówiąc,  pozostają  w 

ukryciu, żeby trzymać z dala od siebie ludzi z tamtej strony - mówiłam już, że tak to właśnie 

określają - czyli was i mnie, bo inaczej grozi im... O mało nie powiedziałam: „że umrą”, co 

zabrzmiałoby  dziwnie.  Bo  oni,  Phoenix,  Łowczy,  Arizona,  Summer  i  wszyscy  pozostali,  są 

już częścią przeszłości. Są zjawami. Wrócili po śmierci. 

Stajnia  była  pusta.  Przeszukałam  każdy  kąt,  nawet  strych  na  siano,  gdzie  wąskie 

promienie słonecznego światła padały na butwiejącą podłogę. To tutaj właśnie zobaczyłam po 

raz  pierwszy  Phoeniksa  -  stał  w  kręgu  recytujących  (Nie)Umarłych,  którzy  witali  go  po 

powrocie z otchłani. Byłam jak ogłuszona. Zanim poukładałam sobie to wszystko w głowie, 

mój  chłopak  dołączył  do  grupy  Łowczego  i  zyskał  tatuaż  w  kształcie  anielskich  skrzydeł, 

znak  tej  przynależności.  Znamię  śmierci.  Pojawiło  się  między  łopatkami,  dokładnie  w 

miejscu, gdzie weszło ostrze noża. 

„Phoenix, wróć!” - błagałam bezgłośnie. 

Wyszłam ze stajni na podwórze, a nadzieja powoli mnie opuszczała. 

- Łowczy! - krzyknęłam. - To twoje dzieło! Nienawidzę cię! 

Był  ich  suwerenem,  sprawiał,  że  pozostawali  niewidzialni.  Nie  był  jeszcze  gotowy, 

aby  pozwolić  mi  zobaczyć  ich  znowu.  Nie  spieszył  się,  chciał,  aby  odzyskali  siły  po 

wydarzeniach związanych z rozwikłaniem zagadki śmierci Jonasa. Bo trzeba wam wiedzieć, 

że  nie  mieli  wolnej  woli,  a  Łowczy  rządził  nimi  i  nadzorował  wszystkie  ich  czyny.  Nawet 

niewidzialny, słyszał, jak powiedziałam, że go nienawidzę. To był tylko  jeden z przejawów 

jego nadnaturalnej mocy. 

Zdecydowałam się poruszyć miękkie struny w jego sercu, chociaż wiedziałam, że na 

nic się to nie zda. 

- Łowczy, proszę. Tęsknię za Phoeniksem. To cholernie boli. 

Nie  usłyszałam  żadnej  odpowiedzi,  kiedy  tam  stałam,  przy  przeżartej  rdzą 

półciężarówce, więc postanowiłam wejść na ganek i zajrzeć przez brudne szyby do wnętrza 

background image

domu.  Dostrzegłam  bujane  krzesło,  stojące  przy  piecu  kuchennym,  i  stół  pokryty  stuletnim 

kurzem. Nacisnęłam klamkę i naparłam barkiem na zamknięte drzwi. 

- Łowczy, nienawidzę cię - mruknęłam pod nosem. 

Jeszcze  miesiąc  wcześniej  odwróciłabym  się  i  odeszła,  tłumacząc  sobie,  że  cała  ta 

sprawa  z  zombi  to  czyste  szaleństwo.  Wytwór  mojego  rozpalonego  umysłu  pogrążonego  w 

żałobie,  który  kazał  mi  widzieć  nieistniejące  rzeczy.  Ale  jak  inaczej  można  sobie  poradzić, 

gdy ktoś, kogo kocha się ponad życie, dostaje cios nożem w trakcie bójki i umiera? Strata? To 

słowo  nie  oddaje  uczuć.  Chcesz  płakać  i  jednocześnie  zadawać  ciosy  na  oślep,  i  jest  tak, 

jakbyś  zapadała  się  w  bezdenną  czarną  dziurę  o  gładkich  ścianach  i  nie  ma  nic,  czego 

mogłabyś się uchwycić. Właśnie tak wyjaśniła mi to Kim Reiss, psychoterapeutka, do której 

Laura  posłała  mnie  po  tej  tragedii.  To  nasz  własny  umysł  płata  nam  diabelskie,  okrutne 

sztuczki. 

Ale to było miesiąc wcześniej. Od tamtej pory podróżowałam w czasie i wróciłam z 

tej  podróży,  poznawszy  odpowiedź  na  pytanie,  kto  zabił  Jonasa  -  i  wyzbyłam  się 

sceptycyzmu. A ponieważ uwierzyłam w realność tego, co się działo, wiedziałam teraz, że to 

Łowczy, suweren (Nie)Umarłych, broni mi dostępu do Phoeniksa. To była jego decyzja. 

- Jeśli będziesz tak ze mną pogrywał, więcej nie wrócę - zagroziłam i nawet dla mnie 

zabrzmiało to kretyńsko. - Potrzebujecie mnie. Jestem ogniwem łączącym was z tamtą stroną. 

- Kosmiczna cisza, i tyle. - Arizona mnie potrzebuje - nalegałam. Niedługo miał upłynąć rok, 

odkąd utonęła w jeziorze Hartmann. - Jej czas się kończy. 

Wiatr  hulał  po  ganku,  podnosił  obluzowaną  deskę  na  dachu.  Próbowałam 

wszystkiego, co przyszło mi do głowy, żeby sprowadzić (Nie)Umarłych - na darmo. Mimo to 

spędziłam tutaj cały ranek, siedząc w kabinie starej półciężarówki i patrząc na Skałę Anioła. 

W końcu poddałam się i wysiadłam. 

- Dobra, wygrałeś - powiedziałam, zaczynając wchodzić na wzgórze. - Zresztą muszę 

iść na pogrzeb. 

Nie był to jednak pogrzeb. Uczestniczyłam w czterech w ciągu roku i jeszcze jednego 

bym nie zniosła. Ale zamierzałam pójść na pożegnanie Boba Jonsona. 

Zjawili  się  wszyscy  dorośli  motocykliści  -  w  ozdobionych  frędzlami  skórzanych 

kurtkach,  z  kozimi  bródkami  i  długawymi,  swobodnie  rozpuszczonymi  włosami, 

poznaczonymi siwizną. Zaparkowali harleye półkolem przed ulubionym barem Boba Jonsona. 

Ponieważ byłam niepełnoletnia, zostałam na parkingu razem z Jordan, Lucasem i Loganem. 

-  To  takie  smutne.  -  W  oczach  Jordan  zalśniły  łzy,  kosmyk  falujących  ciemnych 

włosów opadł jej na twarz. 

background image

Czekałam, aż ten nieśmiałek Lucas obejmie ją i zacznie pocieszać, ale skoro nie ruszył 

się z miejsca, podeszłam do niej i podałam jej chusteczkę higieniczną. 

-  Byłaś  tam,  Darina  -  powiedziała.  -  Widziałaś  go,  jak  jechał  na  motorze  wzdłuż 

brzegu. 

Skinęłam głową. 

- To nie był wypadek. Bob zepchnął Matta na brzeg drogi, a potem zwiększył obroty 

silnika i najechał na Matta. Było oczywiste, że chce, aby tak się to skończyło. 

- To naprawdę tragiczne - westchnęła Jordan. - Zemścił się, ale nie musiał umierać. 

-  Musiał  -  wtrącił  Logan,  nie  patrząc  na  nią,  tylko  na  mnie.  -  Nic  już  Bobowi  nie 

zostało  po  tym,  jak  Jonas  został  zabity.  Zycie  straciło  dla  niego  sens.  Bez  przerwy  u  nas 

przesiadywał, pijąc z moim ojcem. Na moich oczach sięgał dna. Mam rację, Darina? 

Znowu skinęłam głową. 

- Czy matka Jonasa przyjechała z Chicago? - zwróciłam się do Logana. 

- Tak. Przyleciała z siostrą. Są obie w środku z facetami. 

- Jak wyglądała? - spytała Jordan. 

Można  po  stracie  syna  rozstać  się  z  mężem,  ponieważ  oszalał  z  rozpaczy,  a  jednak 

wciąż interesować się jego losem. Najlepszy dowód, że przyjechała na pożegnanie Boba. 

- A jak myślisz? - odpowiedziałam jej pytaniem. 

Zaczęli  się  zjeżdżać  inni  uczniowie,  ktoś  włączył  odtwarzacz  w  samochodzie  i 

rozbrzmiała głośno piosenka Boba Dylana Pukając do nieba bram. 

- Bobowi Jonsonowi by się to podobało - powiedział Logan. 

Zachciało  mi  się  płakać  na  dźwięk  smutnych  słów,  ale  oddałam  ostatnią  chusteczkę 

Jordan,  więc  patrzyłam  w  błyszczące  rury  wydechowe  i  baki  motocykli,  myśląc  otym,  jacy 

szczęśliwi byli Jonas i Zoey. 

-  Dlaczego  się  uśmiechasz?  -  spytała  ze  zniecierpliwieniem  Jordan.  -  Dziwna  jesteś, 

Darina. - I odeszła, a w ślad za nią Lucas. 

-  Nie,  nie  jesteś  -  zapewnił  mnie  Logan,  wyraźnie  próbując  podbudować  moje,  jak 

sądził, nadwerężone ego. - Wiem, gdzie byłaś myślami. 

- Tak ci się wydaje, Logan - odpowiedziałam, patrząc na niego - ale nie wiesz. 

Z  Loganem  łączy  mnie  sporo  i  właśnie  dlatego  konsekwentnie  zniechęcam  go,  gdy 

usiłuje się do mnie zbliżyć. Zeby to wyjaśnić, powiem, że tak naprawdę Logan wykorzystuje 

sytuację.  Znamy  się  od  dziecka,  mieszkamy  na  sąsiednich  ulicach,  i  to  on  kupił  mi  białą 

orchideę i zabrał mnie na nasz pierwszy szkolny bal - jednym słowem papużki nierozłączki, a 

w perspektywie dzwony weselne. Niedoczekanie! 

background image

Posłał mi, tak jak się spodziewałam, zranione spojrzenie i bezradnie przeciągnął ręką 

po swoich kręconych brązowych włosach. A potem zaczął uściślać: 

- No oczywiście, nigdy tak do końca nie wiemy, co ta druga osoba czuje. Ale z całą 

pewnością nie można cię nazwać dziwną. 

-  Dzięki  -  rzuciłam  niezbyt  przytomnie,  zobaczywszy,  że  mama  Zoey  wysadza  ją  z 

samochodu. 

Zoey wciąż poruszała się na wózku, ale włosy miała ufarbowane, fryzurę zrobioną i 

wyglądała całkiem dobrze. 

- Cześć - powiedziała cicho. 

Szukałam słowa, jakim mogłabym określić jej uśmiech, i znalazłam: nikły. Musiałam 

to gdzieś wyczytać. 

-  Cześć,  Zoey  -  odwzajemniłam  powitanie.  Wyglądała  tak  krucho  i  bezbronnie  w 

swoim wózku, na tle lśniących wielkich dyn i softtaili. - To musi być dla ciebie trudne... 

Skinęła głową. 

- Przyszłam z powodu Jonasa. 

- Masz jeszcze tę plakietkę harleya? - spytałam wprost, bo z Zoey nie potrzebowałam 

zbędnych wstępów, mogłam od razu przejść do tego, co ważne. 

Uniosła podkoszulek i pokazała mi, że nosi plakietkę przypiętą do paska. 

- Jak myślisz, Darina, czy Jonas i jego tata są teraz razem? 

- Dobre pytanie. - Wzruszyłam ramionami. - Zależy, w co wierzysz. 

Milczałyśmy  dłuższą  chwilę.  Długowłosi  mężczyźni  w  kurtkach  z  naszywkami, 

popijając budweisera z puszek, zaczęli wychodzić z baru i dosiadać motocykli. Dwie kobiety 

w dopasowanych czarnych żakietach i czarnych spodniach stanęły w drzwiach. Rozpoznałam 

drobną blondynkę - mamę Jonasa. 

- A w co ty wierzysz? - spytała z naciskiem Zoey. 

W  co  ja  teraz  wierzę?  Zbyć  pytanie  wzruszeniem  ramion  czy  udzielić  jej  takiej 

odpowiedzi, jaką chciała usłyszeć? 

- Myślę, że są razem - powiedziałam cicho. 

- Razem - powtórzyła, wzdychając. - Nie mówisz tego tylko tak sobie? 

Musiałam  się  jakoś  wykręcić.  Bo  przecież  wiedziałam  na  pewno,  że  Jonas  opuścił 

grupę (Nie)Umarłych w dniu, gdy jego ojciec zginął, i obaj znaleźli wyzwolenie i spokój. Tak 

właśnie wyjaśnił mi to Phoenix. Ale nie mogłam ani słowa pisnąć o tym Zoey. 

- Nie, naprawdę w to wierzę - powiedziałam przez zaciśnięte zęby 

background image

Czy kiedykolwiek znaliście tak wielki sekret, że za każdym  razem  gdy otwieraliście 

usta,  korciło  was,  aby  się  nim  podzielić?  Wyobraziłam  sobie,  że  wskakuję  na  siodełko 

któregoś harleya, rozkładam ramiona i krzyczę: „Słuchajcie, wy wszyscy! Jonas i jego ojciec 

mają się wspaniale! Są wolni, odnaleźli spokój, którego szukali. Cieszcie się!”. 

- Darina, co z tobą? - spytała Zoey. 

- W porzo - skłamałam. 

Na szczęście zmieniła temat. 

- Jest pani Jonson. Powinnam z nią porozmawiać? Jak myślisz, Darina? 

-  Wydaje  mi  się,  że  tak.  Chcesz,  żebym  do  niej  podeszła  i  poprosiła,  by  do  ciebie 

przyszła? 

Zoey  potrząsnęła  głową.  Mimo  tylu  operacji  i  śrub  spajających  jej  połamany  w 

wypadku  kręgosłup,  dźwignięcie  się  z  wózka  i  zrobienie  kilku  powolnych,  niepewnych 

kroków  wciąż  wymagało  od  niej  sporego  wysiłku.  Ludzie  na  parkingu  zachowywali  się 

przyzwoicie, starając się nie gapić. 

Jeden z siwowłosych motocyklistów odstawił puszkę z piwem i podszedł do Zoey. 

- Pozwól sobie pomóc - powiedział i razem pokonali jeden schodek przed drzwiami do 

baru. 

Haley Jonson zamrugała powiekami na widok Zoey, ale szybko na jej twarz wypłynął 

uśmiech. 

- Zoey, no proszę! 

- Tadam! - Zoey rozłożyła ręce, jakby właśnie wykonała jakąś magiczną sztuczkę. 

- Wspaniale - powiedziała Haley Jonson zduszonym głosem, a jej oczy wypełniły się 

łzami. 

Patrzyła na Zoey przez dłuższą chwilę i być może myślała: „Jeśli któreś z nich miało 

przeżyć wypadek, dlaczego nie mógł to być mój Jonas?”. Po jej bladej twarzy widać było, że 

targają nią emocje. 

- Miło cię widzieć - wyszeptała wreszcie, ujmując Zoey za rękę. 

- Czy pani słyszała o tym, że Darina pomogła mi przypomnieć sobie, co naprawdę się 

stało? 

- Kochanie, przestań! 

Zoey spuściła wzrok. Miałam wrażenie, że wszyscy w barze i na parkingu wstrzymali 

oddech, czekając na rozładowanie niezwykłego napięcia, jakie wytworzyło się między matką 

Jonasa a jego dziewczyną. 

background image

- Oszczędź mi szczegółów - poprosiła Hałey. - Przeszłość to przeszłość. Niczego nie 

da się cofnąć, choćbyśmy nie wiadomo jak próbowali. 

-  Żałuję...  -  zaczęła  Zoey,  ale  słowa  zawisły  niewypowiedziane  w  próżni  i  nikt  nie 

miał się dowiedzieć, czego żałowała. 

- Posłuchaj mnie. - Haley zniżyła głos niemal do szeptu, delikatnym  gestem unosząc 

podbródek Zoey. - Patrz w przyszłość. Nie oglądaj się za siebie. 

Zadzwoniłam  do  pani  Bishop  i  obiecałam,  że  odwiozę  Zoey  do  domu.  Jechałyśmy 

wzdłuż  jeziora  Hartmann,  aż  do  miejsca  widokowego,  z  którego  roztaczała  się  wspaniała 

panorama na taflę połyskującej w słońcu wody. 

- Chciałabym wiedzieć, jaka jest tego wszystkiego przyczyna - odezwała się Zoey. 

Oparła głowę na nagrzanym słońcem skórzanym zagłówku i przymknęła oczy. 

- Przyczyna czego?  - Wyjęłam okulary  przeciwsłoneczne ze schowka,  włożyłam  je i 

przyjęłam tę samą pozycję. 

- No tego wszystkiego. Jonas, Arizona... 

- Summer i Phoenix - dokończyłam. - Czworo w ciągu roku. Co za różnica, jaka jest 

przyczyna? 

Zoey westchnęła. 

- Gdybyśmy chociaż wiedzieli dlaczego... 

Słońce świeciło mocno, jego promienie odbijały się na czerwonym lakierze maski. 

-  No  tak...  Szukamy  w  tym  jakiegoś  sensu.  Ale  może  wszystko  jest  dziełem 

przypadku. 

-  To  by  było  straszne.  -  Zapatrzyła  się  w  jezioro.  -  Jak  Arizona  mogła  chcieć  się 

utopić, kiedy tak tutaj pięknie? 

- Pytania, pytania... - Uznałam, że najwyższy czas zmienić płytę. - Zobacz! Orzeł, tam 

w górze. 

Ptak  szybował,  wykorzystując  ciepły  prąd  powietrzny,  piękne  skrzydła  rozłożył 

szeroko. A potem przechylił się i opadł, kołując nad ziemią, gotów zanurkować. 

- Nie wierzę, że to zrobiła. - Zoey odwróciła głowę w moją stronę. 

Znowu zaczęłyśmy stąpać po grząskim gruncie. Ciemne okulary pozwoliły mi skryć 

wyraz niepewności w oczach. 

- Nie popełniła samobójstwa, nie ona! 

- Twierdzą, że tak. 

- Kto? Ludzie w mieście, dziennikarze. A co oni mogą wiedzieć! 

background image

Pełno było o tym w telewizji i gazetach - drugi śmiertelny wypadek w gimnazjum w 

Ellerton.  Tym  razem  utonięcie,  wszystko  wskazuje  na  samobójstwo.  To  właśnie  sugerował 

wydział zabójstw. 

- Oni nie znali Arizony tak jak my - powiedziała Zoey, śledząc wzrokiem pikującego 

orła. Wzniósł się 

Słońce świeciło mocno, jego promienie odbijały się na czerwonym lakierze maski. 

-  No  tak...  Szukamy  w  tym  jakiegoś  sensu.  Ale  może  wszystko  jest  dziełem 

przypadku. 

-  To  by  było  straszne.  -  Zapatrzyła  się  w  jezioro.  -  Jak  Arizona  mogła  chcieć  się 

utopić, kiedy tak tutaj pięknie? 

- Pytania, pytania... - Uznałam, że najwyższy czas zmienić płytę. - Zobacz! Orzeł, tam 

w górze. 

Ptak  szybował,  wykorzystując  ciepły  prąd  powietrzny,  piękne  skrzydła  rozłożył 

szeroko. A potem przechylił się i opadł, kołując nad ziemią, gotów zanurkować. 

- Nie wierzę, że to zrobiła. - Zoey odwróciła głowę w moją stronę. 

Znowu zaczęłyśmy stąpać po grząskim gruncie. Ciemne okulary pozwoliły mi skryć 

wyraz niepewności w oczach. 

- Nie popełniła samobójstwa, nie ona! 

- Twierdzą, że tak. 

- Kto? Ludzie w mieście, dziennikarze. A co oni mogą wiedzieć! 

Pełno było o tym w telewizji i gazetach - drugi śmiertelny wypadek w gimnazjum w 

Ellerton.  Tym  razem  utonięcie,  wszystko  wskazuje  na  samobójstwo.  To  właśnie  sugerował 

wydział zabójstw. 

- Oni nie znali Arizony tak jak my - powiedziała Zoey, śledząc wzrokiem pikującego 

orła. Wzniósł się z powrotem, trzymając w zakrzywionym dziobie zdobycz, jakieś niewielkie 

zwierzę. - Przede wszystkim, gdyby chciała się zabić, na pewno by się nie utopiła. 

Niedobrze.  Powinnam  się  powstrzymać,  ale  nie  mogłam  się  oprzeć  pokusie 

spekulowania. 

-  Chwytam.  Masz  na  myśli  to,  że  była  świetną  pływaczką,  nurkowała  z  fajką  i  z 

akwalungiem... 

-  Nie,  nie  to.  Arizona  przywiązywała  wielką  wagę  do  fryzury,  makijażu,  przecież 

pamiętasz. W ogóle do wyglądu. Lubiła dramatyczne efekty. Na sto procent zadbałaby o to, 

żeby  dobrze  wyglądać,  kiedy  znajdą  ją  martwą...  -  Urwała  i  zaczerwieniła  się.  -  Na  ile 

obrzydliwie to zabrzmiało? Jestem podła...? 

background image

- Aha. - Uśmiechnęłam się. - Ale zgadzam się z tobą. 

A poza tym nic a nic się nie zmieniła, chciałam dodać. 

Kiedy widziałam ją po raz ostatni wśród (Nie)Umarłych na wzgórzu Foxton, była tą 

samą,  zwracającą  na  siebie  uwagę  primadonną.  Przygryzłam  wargę.  Ani  się  waż  mówić  o 

tym, nawet nie piśnij. I w tym momencie Łowczy, dla przypomnienia, nasłał na mnie milion 

uskrzydlonych dusz, które zaczęły trzepotać nad moją głową. Oszołomiona, wyprostowałam 

się na siedzeniu. 

-  Więc  zgadzasz  się,  że  tego  nie  zaplanowała?  -  Zoey,  przejęta  swoją  teorią,  też  się 

wyprostowała. 

Wzruszyłam  ramionami.  Skrzydła  wciąż  tu  były,  nie  straszyły  mnie  już,  ale  czujnie 

czekały. 

- Czy ja jestem jasnowidzem? - mruknęłam. 

-  Zastanów  się,  Darina.  Czy  ktoś  przy  zdrowych  zmysłach  wybrałby  się  tutaj  bez 

samochodu, bo właśnie odstawił go do mechanika, gdyby wiedział, że ma do pokonania, no... 

co  najmniej  pięć  kilometrów?  Przecież  każdy  ci  powie,  że  Arizona  nigdy  w  całym  swoim 

życiu nie dokonała podobnego wyczynu. 

-  No  dobra.  -  Uniosłam  ręce  w  geście  poddania.  Prawie  ogłuchłam  od  trzepotania 

skrzydeł  nasłanych  przez  Łowczego,  co  miało  mnie  ostrzec,  bym  nie  zdradziła  sekretu 

(Nie)Umarłych. - Posłuchaj, Zoey, nie chcę o tym rozmawiać. 

- Darina! 

Ton głosu Zoey nie pozostawiał wątpliwości, że ją zawiodłam. Potrząsnęłam głową i 

przekręciłam kluczyk w stacyjce. 

- Tak jak powiedziała pani Jonson, przeszłość to przeszłość. 

Niczego  nie  da  się  cofnąć,  tak  jeszcze  powiedziała.  Tylko  ja  wiedziałam,  że  to 

możliwe, a w każdym razie (Nie) Umarli to potrafią. I robią to. Skrzydła biły jak szalone, gdy 

skręcałam z punktu widokowego na szosę. 

Witajcie,  dobrze  was  w  końcu  znów  słyszeć,  powiedziałam  skrzydłom.  Mało  nie 

oszalałam ze zmartwienia, że do mnie nie wrócicie. 

Zawiozłam  Zoey  do  domu  i  pojechałam  do  siebie.  Prowadziłam  spokojnie,  a  one 

trzepotały ponad moją głową, pierzasty natłok, bardziej przypomnienie niż ostrzeżenie. Czy 

wiecie, ile razy jeździłam do Foxton? Pewnie tak. 

Zatrzymałam się na światłach i zerknęłam w bok. 

- Phoenix! 

background image

Siedział  obok  mnie  na  miejscu,  które  przed  chwilą  zwolniła  Zoey.  Czekał,  aż  go 

zauważę, i teraz posłał mi ten swój uśmiech, przy którym jeden kącik ust wyginał się mocniej. 

-  Dżizas!  -  wykrzyknęłam,  ruszając  przez  skrzyżowanie,  bo  światło  się  zmieniło.  Za 

wolno jak dla jadącego za mną faceta, bo o mało nie puknął mnie w tylny zderzak. - Phoenix, 

nie rób tego! Nie pojawiaj się tak po prostu! 

-  Chcesz,  żebym  zniknął?  -  spytał  w  charakterystyczny  dla  siebie  niedbały  sposób.  - 

Zaraz. - I rzeczywiście był gotów się zdematerializować. 

- Nie, przestań! Słuchaj, przez ciebie dostanę ataku serca. Poczekaj, zjadę z szosy. 

Migałam  kierunkowskazem,  aż  w  końcu  z  ostrym  szarpnięciem  zatrzymałam  się  na 

małym parkingu przed sklepem spożywczym. 

- Cześć, Darina. 

Uśmiechnął  się,  a  ja wyciągnęłam rękę, żeby  go dotknąć, no wiecie, sprawdzić, czy 

jest tu naprawdę. Chwycił moją dłoń. 

- Kawał czasu, co? 

- Wieczność - szepnęłam. 

Liczyłam dni, godziny, minuty. A teraz, kiedy był tutaj, trudno mi było znaleźć jakieś 

sensowne słowa. Spojrzałam na nasze dłonie, jego dużą i szeroką, moją mniejszą i gładszą, 

rozkoszując się tym uczuciem, gdy jego kciuk pieścił wnętrze mojej ręki. 

- Łowczy trzymał nas z daleka - powiedział. - Wiesz, jaki jest. 

- Tak - potwierdziłam. - Lubi rządzić. 

- Mogę wymyślić jakiś żart o tym, że jest bez serca... 

- Przestań! 

- W złym guście? 

Skinęłam głową. Brak uczuć i dosłownie bez serca - tak to wygląda, kiedy ktoś wraca 

po śmierci. I skóra tak blada, jakby nigdy nie tknęło jej słońce. Ale gdy patrzyłam na piękną, 

gładką twarz mojego chłopaka, serce biło mi za nas dwoje. 

- Jestem - powiedział łagodnie. 

A potem odsunął mnie z miejsca kierowcy i sam je zajął. Bez słowa ruszył na szosę 

wyjazdową z miasta i w pięć minut później zostawiliśmy za sobą domy i skierowaliśmy się ku 

drodze gruntowej  prowadzącej  do naszego ulubionego miejsca przy Deer Creek. Samochód 

podskakiwał na wybojach, a ja siedziałam zapatrzona w niebo. Ani śladu chmur, ani jednego 

powiewu wiatru. Tak by brzmiała prognoza pogody, gdybyście chcieli ją znać. 

Phoenix  zaparkował  przy  rzece,  obok  kępy  niskich  rozłożystych  wierzb.  Znów  ujął 

moją  rękę,  ale  tym  razem  wyciągnął  mnie  z  samochodu  i  poprowadził  obok  wierzb  do 

background image

występu skalnego. Staliśmy obok siebie, obejmując się w pasie i patrząc w dół na wodę. Była 

tak  czysta,  że  mogliśmy  dostrzec  każdy  kamyk  w  jej  korycie.  Płynęła  wartko,  niosąc  na 

kłębiącej się powierzchni pierwsze opadłe tej jesieni liście. 

Potem usiedliśmy na skale, łapiąc ostatnie promienie słońca. Phoenix zgiął nogi, a ja 

usiadłam między nimi, opierając plecy o jego pierś. Objął mnie ramionami. 

- Tęskniłem za tobą - powiedział cicho. 

Akurat  to  nie oddawało  moich uczuć  -  poranionego serca, dojmującej  samotności w 

bezsenne noce, kiedy nic nie chroniło mnie przed rozpaczą. 

Wykręciłam  się  do  tyłu,  żeby  spojrzeć  mu  w  twarz.  Nie  miał  klasycznie  pięknych 

rysów, choć wysokie czoło iwyraźnie zarysowane kości policzkowe były prawie doskonałe, a 

duże szaroniebieskie oczy - absolutnie doskonałe. Ale wyróżniały go usta, ten asymetrycznie 

opuszczony jeden kącik i to, jak się poruszały, gdy mówił w swoiście niedbały sposób. 

Pochylił głowę i pocałował mnie. 

Jeszcze!  -  domagało  się  moje  ciało.  Tego  chciałam.  Nic  innego  się  nie  liczyło  - 

zetknięcie warg, połączone oddechy, jego twarz tak blisko, niewyraźnie widziana przez rzęsy. 

Phoenix pociągnął mnie na kępę długich wyschniętych traw i pocałował mocniej. Zalała mnie 

fala miłości, bardziej rwąca i niebezpieczna niż nurt górskiej rzeki. 

A  potem  nagle  przestał  mnie  całować  i  odsunął  głowę.  Ze  zwężonymi  oczami 

wyciągnął ręce, żeby zachować między nami odległość. 

- Co się stało? - Rozejrzałam się dokoła. Czy ktoś się do nas podkradł? O co chodzi? - 

Tylko mi nie mów, że Łowczy jest tutaj. 

- Nie. - Potrząsnął głową. - Tak. To znaczy mam na myśli, że on zawsze jest. 

-  Suweren  -  mruknęłam.  Pasja  szybko  stygła.  Znów  w  pełni  się  kontrolowałam.  - 

Człowieku, on jest skuteczniejszy niż jakakolwiek forma antykoncepcji! 

Roześmialiśmy się oboje, ale szybko spoważnieliśmy. 

-  Jest  pewna  reguła  -  zaczął  wyjaśniać  Phoenix.  -  Widzisz...  nie  mogę...  całkiem  się 

nie kontrolować. Musimy zachować dystans. 

- Bo co? Kto tak każe? Łowczy? Nie wie, że reguły są po to, żeby je łamać? 

Łowczy  był  gorszy  niż  Laura  i  Jim.  A  raczej  powinnam  powiedzieć,  że  nakładane 

przez niego sankcje były nieporównywalnie cięższe. Jeśli wróciłam zbyt późno, Laura mogła 

zakazać mi wychodzenia z domu - bo to jej dom, ona płaci rachunki i tak dalej. Przestrzeganie 

reguł  narzuconych  przez  Łowczego  dawało  Phoeniksowi  jedyną  szansę,  by  mógł 

wyprostować  swoje  sprawy.  Jeśli  przekroczyłby  te  granice,  zostałby  wyrzucony  z  Foxton  i 

powrócił  do  otchłani.  Koniec,  kropka.  Gdybym  się  teraz  wsłuchała  w  ciszę,  pewnie 

background image

usłyszałabym miliony trzepoczących skrzydłami zagubionych w otchłani dusz, które błagały, 

by wolno im było zająć jego miejsce. 

- W porządku. - Kiwnęłam głową. 

Niczego nie będę kwestionować. 

- Zrozumiałaś - powiedział Phoenix z westchnieniem, zamykając oczy. - Wiesz, jakie 

to dla mnie trudne? 

- Wiem - wyszeptałam. - Od tej pory obiecuję trzymać łapy z daleka od ciebie. 

Nasz śmiech nie był tym razem beztroski, był raczej gorzki. 

-  Czym  ja  sobie  na  to  zasłużyłem?  -  spytał,  ujmując  moje  dłonie  i  nie  pozwalając, 

żebym  się  odsunęła.  -  Poważnie,  Darina.  Jesteś  najpiękniejszą  osobą,  jaką  znam,  a  do  tego 

nigdy nie wiem, co szalonego zrobisz lub powiesz. Ciągle mnie zaskakujesz. 

-  A  podobno  masz  zdolność  czytania  w  myślach  -  zażartowałam.  Czułam,  że 

zaczynam szybko osuwać się w mroczne, samotne rejony, i wydobyłam się z nich, zmieniając 

temat. - Lepiej powiedz mi, dlaczego Łowczy pozwolił ci się w końcu ujawnić. 

-  Nigdy  nie  podaje  powodów.  -  Phoenix  wzruszył  ramionami.  -  Prawda  jest  taka,  że 

pojawił  się  dopiero  dzisiaj.  Nie  wiem,  gdzie  przebywał  od  czasu,  gdy  wydarzyło  się  to  z 

Jonasem. 

- A gdzie byłeś ty i inni? 

Bo nie w Foxton, to wiedziałam. 

Zmieszał się i odwrócił wzrok. 

- Arizona przejęła kontrolę. Uznała, że powinniśmy opuścić na jakiś czas Foxton, żeby 

wszystko tutaj wróciło do normy. 

- I gdzie byliście? - nie ustępowałam. 

-  W  miejscach,  w  których  nigdy  przedtem  nie  byłem...  Nie  umiem  ci  powiedzieć 

dokładnie. 

Cmoknęłam ze zniecierpliwieniem. 

- To znaczy nie chcesz, tak? Czy to ma być jakaś kolejna nowa zasada Łowczego? 

-  Wiem  jedynie  tyle,  że  Łowczy  odszedł,  Arizona  przejęła  kontrolę  i  ostrzegła  nas, 

żebyśmy nie zadawali pytań. 

- Okay, nie musisz odpowiadać,  ale pozwól, że trochę pozgaduję. Łowczy  wrócił do 

otchłani  zdać  raport  czemuś  czy  komuś,  przed  kim  odpowiada,  takiemu...  suwerenowi 

suwerenów. Zostawił was w stanie hibernacji w jakimś sekretnym, ukrytym miejscu, dopóki 

nie wróci na tamtą stronę, jak wy to nazywacie. - Wpatrywałam się w twarz Phoeniksa, chcąc 

wywnioskować z jego reakcji, czy mam  rację.  Niczego nie  wyczytałam.  -  Interesujące. Jest 

background image

ktoś, kto mówi Łowczemu, co ma robić. A może coś... I posłuchaj, Phoenix, nie mam zamiaru 

wysłuchiwać, że nie powinnam zawracać sobie główki tymi spekulacjami, jasne? 

-  Tak  jakby.  -  Odchylił  się  do  tyłu,  zakładając  ręce  za  głową.  -  Przekonując  cię, 

straciłbym tylko niepotrzebnie masę energii. 

- A więc wróćmy do tematu. Jak było pod  rozkazami Arizony? - Pytanie zabrzmiało 

trochę nerwowo, przyznaję. 

- W porządku. Jest naprawdę inteligentna. 

- Powinnam być zazdrosna? 

Nie całkiem żartem zadałam to pytanie..W końcu wielu chłopaków w szkole wielbiło 

Arizonę za jej wygląd i styl, nawet jeśli jej chłodny sposób bycia był równie zachęcający jak 

kąpiel w przeręblu. Podziwiali ją z daleka, Phoenix także. 

-  Tak  jakby  -  powtórzył.  -  A  mówiąc  serio,  nie  chcesz  chyba  wdawać  się  z  nią  w 

awantury, prawda? 

- Nie, ja tylko  chcę ocalić jej duszę zombi  - przypomniałam mu. - Sporo ludzi znów 

interesuje  się  Arizoną,  odkąd  zagadka  śmierci  Jonasa  została  wyjaśniona.  Między  innymi 

Zoey. 

Phoenix nagle się wyprostował. 

- Wypytywała cię? 

-  Tak,  ale  bądź  spokojny,  nie  zdradziłam  niczego.  Łowczy  i  miliony  skrzydeł 

dopilnowali tego - powiedziałam i zobaczyłam, że znów się rozluźnił.  - Zoey nie wierzy, że 

Arizona sama się utopiła ani że utonęła przypadkiem. A ja jestem skłonna przyznać jej rację. 

- Tak? 

Pan  Ostrożny  nie  ujawnił  emocji,  przypominając  mi  tym  samym,  że  są  sekrety, 

których nawet mnie nie może wyjawić. 

- Tak. Zresztą gdyby było inaczej, czy Łowczy wybrałby ją, żeby wróciła? - Przecież 

wiedziałam, że Łowczy zajmuje się tylko wątpliwymi przypadkami, takimi jak strzelanina, w 

której  zginęła  Summer,  jak  wykrwawienie  się  Phoeniksa  na  skutek  ciosu  nożem  w  czasie 

bójki  między  gangami.  Śmierć  z  oczywistych  przyczyn,  całkowicie  wytłumaczalna,  nie 

stanowiła  przedmiotu  jego  zainteresowań.  -  Należy  do  (Nie)Umarłych,  ponieważ  jej  śmierć 

jest zagadkowa. 

Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, patrząc na nieprzerwanie płynącą wodę. 

- Nie musisz tego robić, Darina - powiedział i miałam wrażenie, że oddala się gdzieś 

w nicość. - Są spore szanse, że odkryjemy, co się wydarzyło, bez twojego udziału. 

Jakby mnie dźgnął. 

background image

- Jasne. Bo przecież to nie wy mieliście ponad jedenaście miesięcy, żeby to wyjaśnić. I 

gdzie jesteście? Nie zostało wam zbyt wiele czasu, pamiętaj! 

Choć  nie  mogli  przecież  o  tym  zapomnieć.  Pozwalano  im  istnieć  w  społeczności 

zombi rok i ani dnia dłużej. 

- Nadal twierdzę, że nie musisz tego robić. 

Wstałam i rozłożyłam ramiona, balansując na krawędzi skały. 

-  Co  chcesz  przez  to  powiedzieć?  Ze  wyczyścicie  mi  pamięć,  posługując  się  swoimi 

nadprzyrodzonymi  zdolnościami,  i  odejdę  stąd,  jakbym  was  nigdy  nie  spotkała?  Piękne 

dzięki! 

- Albo chodzi o to, że o zbyt wiele prosimy. 

Podsunął  mi  możliwość  wycofania  się  z  tego  szaleństwa,  ale  widziałam  po  jego 

oczach, że nie spodziewa się, abym zrezygnowała. 

- Czy kiedykolwiek szłam na łatwiznę? - mruknęłam pod nosem. 

Odciągnął  mnie  od  krawędzi  skały  i  pocałował,  tym  razem  delikatnie,  gładząc  po 

karku. 

- A więc pomożesz Arizonie, tak jak pomogłaś Jonasowi? 

- Tak jak pomogę Summer i tobie. 

- W takim razie pora na nas - powiedział, biorąc mnie za rękę. 

 

 

background image

Stajnia  w  Foxton  była  zalana  słońcem,  ale  ja  zmarzłam  w  podkoszulku  i  dżinsach. 

Dreszcz mnie przeszedł i przysunęłam się do Phoeniksa. 

- Kto to? - spytałam go, wskazując nieznajomego chłopaka, który wyglądał na równie 

zdezorientowanego jak ja, kiedy pierwszy raz natknęłam się na (Nie)-Umarłych. 

Phoenix potrząsnął głową. 

- Nigdy przedtem go nie widziałem. 

Nowy siedział w ciemnym kącie na podłodze, z kolanami przyciągniętymi do piersi. 

Sprawiał wrażenie, jakby z bólu z trudem łapał oddech. 

- To jest Lee Stone - dokonała prezentacji Arizona. - Lee, poznaj Phoeniksa Rohra. 

Chłopak powoli wstał. Phoenix miał ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, a 

Lee  był  od  niego  wyższy.  Dobrze  zbudowany,  silny,  z  pobielałymi  od  słońca  jasnymi 

włosami wyglądał, jakby przybył prosto z plaży. 

- Summer, chodź, przywitaj się z Lee - kontynuowała prezentację Arizona. 

Pociągnęła  Phoeniksa  do  kręgu  (Nie)Umarłych  i  odwróciła  się  do  mnie  plecami, 

wykluczając mnie z ich grona. Phoenix zorientował się w sytuacji i zrobił mi miejsce obok 

siebie. 

- Cześć, Lee. To jest Darina. 

Biedny chłopak ledwie trzymał się na nogach. Nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Do 

jego  muskułów  i  pobielałych  od  słońca  włosów  pasowałaby  raczej  kalifornijska  opalenizna 

niż ta bladość. 

- Wszystko w porządku. Jest dobrze - uspokajała go Summer. 

Jej  blond  włosy  błyszczały  złociście  w  słońcu.  Miała  na  sobie  luźną  białą 

przymarszczoną bluzkę i dżinsy. Lee milczał. Strach i ból ściągnęły mu twarz. 

-  Co  się  dzieje?  -  szepnęłam  do  Summer,  czując,  że  mimo  świecącego  intensywnie 

słońca uczucie chłodu się nasila. 

- Czekamy na Łowczego. 

Zadrżałam,  po  części  z  zimna,  po  części  na  dźwięk  imienia  suwerena.  Phoenix  ujął 

moją dłoń zdecydowanie i mocno. 

- Dość już pytań - ostrzegła mnie Arizona. - Nie znamy odpowiedzi. 

Czekaliśmy  i  stopniowo  zaczęły  się  pojawiać  znajome  postacie.  Najpierw  Eve  ze 

swoją córeczką Kori, drobiącą przez podwórze, potem ze strychu na siano, po skrzypiących 

niebezpiecznie  schodach,  zeszła  Donna.  Obie  były  prawymi  rękami  Łowczego,  zawsze 

background image

czujne, gotowe ustawić zaporę przeciw intruzom. Jak dotąd nigdy nie miałam okazji zapytać, 

dlaczego się tutaj znalazły, a one same też o tym nie mówiły. 

Staliśmy  w  milczeniu  i  miałam  wystarczająco  dużo  czasu,  żeby  sobie  to  wszystko 

poukładać. Biedny Lee, był kompletnie pogubiony, ale ja bez trudu połączyłam fakty. Młody 

chłopak,  wysoki,  atletyczny,  cierpiący  potworny  ból  i  zdezorientowany.  Kogo  mi  to 

przypominało z czasów, które wydawały mi się odległe jak wieczność, gdy po raz pierwszy 

zajrzałam  do  tej  stajni?  Młodego  chłopaka,  niedawno  zmarłego,  bladego  i  skończenie 

pięknego, który stawiał pierwsze chwiejne kroki na drodze z otchłani ku - jak to oni określali 

-  tamtej  stronie.  Phoeniksa,  który  dołączył  do  (Nie)Umarłych.  Teraz  pozostawało  mi  tylko 

znaleźć na tej gładkiej, bladej, zimnej skórze niewielki tatuaż w kształcie skrzydeł anioła. 

Cień położył się przy wejściu do stajni. Odwróciliśmy się wszyscy w oczekiwaniu na 

Łowczego. 

Wydał mi się wyższy i jeszcze poważniejszy, niż go zapamiętałam. Ani jeden muskuł 

nie  drgnął  na  kamiennej  twarzy,  gdy  podchodził  do  nas,  patrząc  na  Lee,  a  jego  głęboko 

osadzone oczy rozpoznawały go i oceniały. 

- Wróciłeś - powiedział, jak przedtem do Phoeniksa. 

-  O  co  chodzi?  Co  tu  się  dzieje?  -  spytał  Lee,  łapiąc  oddech,  wyraźnie  gotów  do 

ucieczki lub walki, zależnie od okoliczności. 

-  Spokojnie  -  zwrócił  się  do  niego  Łowczy.  -  Wciąż  cierpisz,  ale  jesteś  wśród  nas 

bezpieczny. 

Lee  rzeczywiście  się  uspokoił  i  spojrzał  po  stojących  w  kręgu  -  byli  tu  Summer, 

Arizona, Eve z dzieckiem, Donna, Phoenix i ja. 

- Strasznie to  dziwne  -  powiedział wolno.  -  Ostatnie, co pamiętam,  to  że  zjeżdżałem 

po zboczu na desce... 

-  A  teraz  jesteś  tutaj  -  oznajmił  kategorycznie  Łowczy.  -  I  to  się  liczy.  Masz  do 

załatwienia coś ważnego, a my będziemy ci w tym pomagać. 

-  Byłem  sam  na  stoku  -  mówił  Lee,  wyraźnie  nie  mogąc  się  uwolnić  od 

traumatycznego, nieodwracalnego w skutkach przeżycia. - Błękitne niebo, rewelacyjny śnieg, 

a potem nagle... 

- Rozbłysło światło - dokończyła Arizona. - I nie wiesz, co poszło nie tak. Masz dziurę 

w pamięci, tak dużą, że pochłonęłaby cię całego, i czujesz ból nie do zniesienia. Wiemy. 

-  Powinniśmy  cię  powitać  -  odezwał  się  Łowczy  i  nakazał  Lee,  aby  stanął  w  środku 

kręgu i obnażył się do pasa. Potem spojrzał na mnie. - Darina, zostaw nas. Poczekaj w domu. 

background image

Phoenix  z  uśmiechem  skinął  mi  głową,  jego  dłoń  rozluźniła  uchwyt.  Chciałam 

pertraktować z Łowczym, by pozwolił mi zostać, ale wystarczyło spojrzenie jego surowych 

oczu, żebym porzuciła ten zamiar. Resztką silnej woli zmusiłam się do opuszczenia stajni. 

Łowczy nie powiedział jednak nic o tym, że nie mogę się oglądać, więc gdy byłam już 

w połowie podwórza, zerknęłam za siebie. 

Lee  stał  pośrodku  kręgu,  a  (Nie)Umarli  recytowali  śpiewnie,  rytmicznie,  ich  twarze 

miały  serdeczny,  ciepły  wyraz.  Zwłaszcza  delikatne  rysy  Summer  rozświetlało  wewnętrzne 

światło, oczy jej błyszczały, włosy powiewały wokół ramion. 

Z  twarzy  stojącej  obok  niej  Arizony  zniknął  zwykły  gorzkosarkastyczny  wyraz,  z 

całego jej ciała biło przyjazne zadowolenie. Eve, z dzieckiem w ramionach, przymknęła oczy 

w transie. 

Darina, poczekaj w domu! - rozległo się w moim umyśle. Łowczy stał odwrócony do 

mnie plecami, ale przecież potrafił widzieć, jakby miał oczy także z tyłu głowy. I wcale nie 

musiał głośno wydawać rozkazów. Posłusznie jak robot odwróciłam się i pomaszerowałam do 

domu. 

Słyszałam,  jak  recytują,  kiedy  wchodziłam  na  ganek,  i  wyłowiłam  głos  Phoeniksa 

mówiącego wraz z innymi: 

- Witaj Lee. Witaj w świecie (Nie)Umarłych. 

Odprawili swój rytuał, a potem Summer przyszła po mnie do domu. 

- Cześć, Darina, co u ciebie słychać? - spytała. 

Potrząsnęłam głową. 

- A jak długo cię nie było? 

- Dobra, głupie pytanie.  - Wprawiła w ruch fotel bujany. W przód, w tył, rytmicznie 

jak tykanie zegara. - Widziałaś ostatnio moich rodziców? 

- Nie. Od dawna nie zapuszczałam się w tamtą część miasta. 

- Mama prawie nie wychodzi - poinformowała mnie. 

- To już siedem i pół miesiąca, odkąd odeszłam, a ona wciąż zamyka się w domu. 

Powiedziałam, że jej matka wciąż potrzebuje czasu, żeby dojść do siebie. 

- Twój ojciec się nią opiekuje. Rozmawiał z Laurą w centrum handlowym i mówił, że 

zaczął pracować w domu. Nie musi chodzić do biura. 

- Wciąż wymyśla domy dla ludzi. - Uśmiechnęła się. 

-  Kiedy  byłam  dzieckiem,  uwielbiałam  patrzeć,  jak  rysuje  plany,  te  wszystkie 

magiczne linie i kąty. Dzięki niemu marzenia stawały się rzeczywistością. 

background image

-  Jest  wspaniałym  architektem  -  zgodziłam  się.  Wiedziałam,  że  pan  Madison 

zaprojektował dom dla swojej rodziny i wiele innych drogich budynków dla zamożnych ludzi 

w dzielnicy Westra, także willę Taylorów, którą opisano kiedyś w „Górskich Rezydencjach”. 

Co  dziwne,  jego  własny  dom  nie  należał  do  tak  ekskluzywnych.  To  znaczy  był 

oczywiście  duży,  a  po  jednej  stronie  miał  wielkie,  sięgające  do  ziemi  okna,  z  których 

roztaczał się widok na las, okoliczne wzgórza i Szczyt Amosa. Ale w środku panował wesoły 

bałagan,  wszędzie  pełno  było  instrumentów  muzycznych  Summer  i  kolorowych 

niedokończonych obrazów opartych o ściany. 

- Cieszę się, że tata pracuje. - Summer westchnęła. 

- Czy mama maluje jeszcze? Prawda, nie wiesz. Zapomniałam. 

W  przód,  w  tył,  w  przód,  w  tył  -  kołysało  się  bujane  krzesło.  Leciutka  zmarszczka 

zarysowała się na gładkim bladym czole Summer. 

- A więc Lee dołączył do waszej grupy - rzuciłam. 

W  jej  towarzystwie  zachowywałam  się  inaczej  niż  zwykle.  Działała  na  mnie 

uspokajająco, budziła jakieś opiekuńcze uczucia, nawet teraz. 

-  Musi  znaleźć  wyjaśnienie.  -  Podeszła  do  okna  i  wyjrzała  na  podwórze.  -  Umrzeć 

samotnie na stoku w wieku dziewiętnastu lat to trudne. 

Tak  jak  zostać  trafioną  w  przypadkowej  strzelaninie  w  centrum  handlowym, 

pomyślałam, bo przecież Summer straciła życie z ręki nieznanego psychopaty. 

- Czy widziałaś u niego znamię śmierci? - spytałam. 

-  Na  plecach.  Perfekcyjna  para  anielskich  skrzydeł.  Nie  martw  się  o  Lee,  Darina. 

Łowczy się nim zaopiekuje. To na Arizonie powinniśmy się teraz skoncentrować. 

-  Wiem.  -  Zaczęłam  przemierzać  pokój  w  tę  i  z  powrotem.  -  I  nie  będzie  to  łatwe  - 

zauważyłam. - Trudno polubić Arizonę. 

-  A  kto  mówi,  że  masz  ją  lubić?  -  Summer  uśmiechnęła  się  tym  swoim  szczerym, 

ciepłym uśmiechem. - Masz tylko odkryć, co się naprawdę wydarzyło, i uwolnić jej duszę. 

-  Z  Jonasem  nie  było  tak  trudno  -  spróbowałam  jej  wyjaśnić.  -  Wszyscy  go  kochali. 

Nie rozumiem, dlaczego Arizona zachowuje się tak odpychająco. 

-  Bo  tak,  i  już.  -  Summer  otworzyła  drzwi  i  promienie  słońca  padły  na  wyblakły 

dywan. - Nie bierz tego do siebie. 

-  Jak  mam  nie  brać  tego  do  siebie!  -  Roześmiałam  się.  -  Nie  zauważyłaś,  jak 

pogardliwie wyłączyła mnie z waszego kręgu? 

-  Spróbuj  na  to  nie  reagować.  Wycisz  się.  Pomyśl  przez  chwilę,  Darina.  Arizona 

przywykła sprawiać wrażenie, że panuje nad sytuacją. 

background image

- Ale nie tym razem, co? Tym razem musi na kimś polegać. 

- I tym kimś jesteś ty - podsumowała Summer. - Czy teraz wreszcie zrozumiałaś? 

- Darina, jesteś gotowa? - spytała Arizona. 

Siedziałam razem z nią i Phoeniksem na stopniach schodów prowadzących na strych z 

sianem.  Minęło  może  pół  godziny  od  mojej  rozmowy  z  Summer,  popołudnie  zaczynało 

przechodzić  w  zmierzch  i  z  całego  serca  żałowałam,  że  nie  możemy  sobie  z  Phoeniksem 

siedzieć tutaj tylko we dwoje. 

- Co to ma być? Wyścig na sto metrów? 

Summer  radziła  mi  nie  reagować,  ale  między  mną  a  Arizoną  wytwarzała  się  zła 

energia,  co  oznaczało  nieuchronny  konflikt.  Tak  jakby  położyć  na  szalkach  Petriego  dwie 

substancje chemiczne i obserwować, jak wchodzą ze sobą w reakcję. 

-  Łowczy  kazał  mi  zapoznać  cię  z  najważniejszymi  faktami.  -  Arizona  rzuciła  mi 

bojowe spojrzenie. - Oto one. Był czwartek, koniec października, nie najcieplejszy dzień. Nie 

przypominam sobie, żebym miała zamiar wybrać się popływać. 

- Spotkałaś kogoś? Rozmawiałaś z kimś? - spytałam ją. 

-  Z  rodzicami...  chyba.  Nie  przypominam  sobie  dokładnie.  Ojciec  był  rano  zajęty, 

więc opuściłam lekcje, żeby odstawić samochód do warsztatu. 

- W mieście? 

Skinęła głową, unikając mojego wzroku. 

- To w pobliżu centrum handlowego. Nie pamiętam nazwy. 

- Czy ktoś pojechał z tobą? - Strasznie musiałam na nią naciskać, żeby wydobyć jakieś 

bardziej konkretne informacje. - Kto cię odwiózł do domu? 

- Nie pojechałam do domu. 

Dopiero Phoenix przerwał ciszę, która zapadła po jej słowach. 

- Wyluzuj, Arizona, daj Darinie oddychać. Nie jest jej tutaj łatwo. 

- A mnie? - rzuciła ze złością i przez chwilę rozmawiali, czytając w swoich myślach. 

Widziałam, że wymieniają gniewne spojrzenia, ale zostałam wykluczona z tej niemej 

wymiany zdań. 

Zawsze  myślałam  o  Arizonie  jak  o  dziewczynie,  która  z  powodzeniem  mogłaby  się 

pojawić  na  zdjęciach  w  czasopiśmie  poświęconym  modzie  -  obcisły  podkoszulek  i  dżinsy, 

wysokie kozaki na obcasie, sprawiające, że wyglądała na jeszcze wyższą i smuklejszą. Twarz 

okolona  długimi  jedwabistymi  czarnymi  włosami,  oczy  jak  wypłukane  zielone  winogrona  i 

lekko pogardliwe wygięcie pełnych warg. 

background image

Czego  dowiedziałam  się  o  okolicznościach  jej  śmierci?  Miałam  warsztat 

samochodowy  bez  nazwy  i  porę  dnia.  Czyli  prawie  nic.  W  dodatku  musiałam  to  z  niej 

wyciągać jak szczypcami. Właściwie byłam zadowolona, że przerwałyśmy. 

-  Cześć,  Darina  -  powiedział  Iceman,  wchodząc  do  stajni.  -  Wracam  z  okolic 

rządowego obozowiska przy Government Bridge. 

Dopiero  teraz  zdałam  sobie  sprawę  z  tego,  że  nie  uczestniczył  w  powitaniu  Lee. 

Zebrali  się  wszyscy  (Nie)-Umarli  oprócz  niego.  Jak  mogłam  przeoczyć  jego  nieobecność? 

Przecież był jednym ze strażników, razem z Eve i Donną. 

- Cześć, Iceman - odpowiedziałam z uśmiechem zażenowania. 

-  Są  tam  prowadzone  jakieś  roboty.  Łowczy  wysłał  mnie,  żebym  to  sprawdził  - 

wyjaśnił. - Nie spodobało mi się to, co zobaczyłem. 

- Iłu ludzi tam pracuje? - spytał Phoenix. 

- Pięciu mężczyzn. Jeden nadzorujący i czterech robotników. I cały park maszynowy, 

można powiedzieć. Głównie koparki i ciężarówki z platformą. Chcą wzmocnić most. Zaczęli 

dzisiaj. 

Government  Bridge  leżał  o  kilka  kilometrów  w  dół  rzeki  od  schronienia 

(Nie)Umarłych. Była to drewniana wysłużona konstrukcja, trzeszcząca pod ciężarem SUVów, 

którymi  przyjeżdżali  myśliwi  i  weekendowicze.  Całym  tym  terenem  zarządzały  Lasy 

Państwowe  i  najwyraźniej  ktoś  w  dziale  inwestycji  zdecydował,  że  most  trzeba  naprawić 

jeszcze przed zimą. 

-  Dlaczego  uważasz,  że  będą  chcieli  tutaj  dotrzeć?  -  spytała  Arizona,  a  ton  jej  głosu 

sugerował, że nie widzi powodów, aby robić z igły widły. - Fakt, rzeka przepływa w pobliżu, 

ale  ci  robotnicy  to  przecież  nie  studenci,  którzy  zapuszczają  się  w  naszą  okolicę  w 

poszukiwaniu okazów lokalnej flory i fauny. 

Czyli  chciała  powiedzieć,  że  po  wygrzebaniu  dziur  w  ziemi  i  osadzeniu  stalowych 

podpór mostu wszyscy robotnicy zgromadzą się wieczorem w najbliższym barze. 

-  Masz  rację,  rzeka  płynie  w  pobliżu  nas  -  przyznał  spokojnie  Iceman.  -  I  właśnie 

dlatego  inżynier  nadzorujący  roboty  idzie  w  tej  chwili  w  górę  rzeki,  by  ocenić  przepływ 

wody. 

Phoenix wstał i przeskoczył przez poręcz schodów, stając na podłodze stajni. 

- Czy Łowczy wie? - spytał. 

- Już mu  powiedziałem.  Kazał  mi wziąć ciebie i  Arizonę. Musimy odciągnąć faceta, 

żeby tu nie dotarł. 

background image

Nagle  wszystko  się  zmieniło.  Arizona  porzuciła  swoją  wyniosłą  minę,  wyjęła  z 

kieszeni opaskę i związała włosy z tyłu, gotowa do akcji. Poderwałam się i zdążyłam dopaść 

Phoeniksa w drzwiach. Spytałam, czy też mogę iść. 

- Nie, lepiej zostań. 

W tej samej chwili z domu wyszedł Łowczy razem z Lee. 

- Weź ją - polecił krótko Phoeniksowi, stojąc na pogrążonym w cieniu ganku. - I Lee 

także. Pokaż mu, jak pracujemy. 

Phoenix, Iceman i Arizona szli pierwsi, a za nimi ja z nowym zombi. Posuwaliśmy się 

w  kierunku  brzegu  rzeki  przez  wysoką  trawę,  okrążając  wystające  głazy,  potem  minęliśmy 

gęstwinę  wierzb,  gdzie  wystraszyliśmy  parę  mulaków,  które  wyskoczyły  z  krzaków  i 

umknęły po niemal pionowej skale. 

- Gówno! - wykrzyknął Lee, wpadając po kostki do lodowatej wody. 

- Idziemy! - ponagliła go Arizona, kiedy przystanął, żeby rozsznurować buty. 

Stąd widzieliśmy już most. 

-  Co  to  jest?  Jakiś  potworny  koszmar  senny?  -  parsknął  Lee,  sprawiając  wrażenie 

kogoś, kto dostał silny cios w głowę i wciąż nie może się otrząsnąć. 

-  Coś  w  tym  rodzaju  -  mruknęłam,  podciągając  się  na  występ  skalny,  żeby  uniknąć 

zetknięcia z wodą. - Będzie jeszcze lepiej, tylko poczekaj. 

- Schyl głowę, Darina! - syknęła Arizona. - Chodzi ci o to, żeby nas odkryli? Chcesz 

posłać nas z powrotem tam, skąd przyszliśmy? 

- Może - szepnęłam prawie niedosłyszalnie. 

Jakieś  pięćdziesiąt  metrów  przede  mną  Phoenix  wyłowił  to  swoim  nadnaturalnie 

wyostrzonym  słuchem  i  spochmurniał.  Wskazał  na  dwie  pomalowane  na  żółto  maszyny  do 

robót ziemnych i grupkę mężczyzn stojących w pobliżu. 

- Ani śladu inżyniera - powiedział. 

- Niedobrze. - Iceman był pewien, że słyszał, jak inżynier informował robotników, że 

zamierza pójść w górę rzeki. - Może powinniśmy zawrócić i sprawdzić jeszcze raz. 

- Nie teraz - sprzeciwiła się Arizona. 

Niewiele  zostało  dziennego  światła,  mimo  to  dostrzegła,  że  jeden  z  robotników 

oderwał się od pozostałych i ruszył prosto na nas. Serce mi podskoczyło, gdy zobaczyłam w 

jego rękach broń. 

- Co się stało, Josh? Co zobaczyłeś? - krzyknął jeden z jego towarzyszy, a drugi wziął 

z platformy strzelbę. 

background image

- Chyba coś widziałem... może kojota - rzucił przez ramię otyły mężczyzna nazwany 

Joshem. - Albo jelenia. 

- Dzięki, Darina - powiedziała cicho Arizona, zajmując pozycję za wysokim głazem. - 

Ani kojot, ani jeleń, tylko ty! 

- Co zamierzasz, zastrzelić go? - Koledzy Josha pokładali się ze śmiechu, patrząc, jak 

niezgrabnie podbiega pod wzgórze. - Planujesz burgera z mulaka na kolację? 

Niezależnie  od  ich  wesołego  nastroju  mieliśmy  do  czynienia  z  dwoma  uzbrojonymi 

mężczyznami, którzy zbliżali się do nas. Phoenix uznał, że czas działać. Podeszłam do niego i 

Icemana  i  przycupnęłam  za  skałą,  którą  erozja  ukształtowała  jak  iglicę.  Poczułam,  że 

zakładają  zaporę,  rzecz,  która  tyle  razy  skutecznie  mnie  przestraszyła.  Najpierw  wiatr 

miotający  chmurę  kurzu  i  piasku,  potem  rosnący  szum  i  wreszcie  łopot  skrzydeł, 

niewiarygodnie głośny. 

-  Gówno!  -  mruknął  Lee,  który  krył  się  gdzieś  z  tyłu  za  mną.  Szok  wpłynął  na 

ograniczenie jego słownictwa. 

- Jakieś gigantyczne stado ptaków czy co... 

Niewidzialne  skrzydła  szturmowały  z  łopotem,  pastwiły  się  nad  uzbrojonymi 

mężczyznami,  aż  skuleni  przystanęli.  Robiło  się  coraz  ciemniej.  Obaj  mężczyźni  osłonili 

głowy ramionami. 

- Zaraz zwieją, tylko patrz! - szepnęłam do Lee, ale się pomyliłam. 

Nie szło z nimi tak łatwo, to byli twardzi faceci. 

- Co do... - zaklął Josh, przekrzykując ogłuszający łopot skrzydeł przywołanych przez 

Icemana  i  Phoeniksa.  -  Chłopie,  za  czymś  takim  uganiają  się  ci  zwariowani  łowcy  zjawisk 

natury. Czujesz tę adrenalinę? 

- Gdzie my jesteśmy? W oku cyklonu? - wrzasnął drugi mężczyzna. - Stary, to jakby 

ciągły łopot skrzydeł! 

Coraz więcej dusz przybywało na odsiecz, żeby zmusić ich obu do odwrotu na most. 

Omiatały zbocza gór, kładąc pokotem trawy i wyrywając kwiaty, wirowały wokół intruzów, 

aż w końcu nogi się pod nimi ugięły i obaj usiedli na ziemi. 

- Teraz uważaj, zaraz pojawią się czaszkotwarze - ostrzegłam Lee. 

Ci  dwaj  byli  dorosłymi,  twardymi  mężczyznami,  którzy  nie  chcieli  stracić  twarzy  w 

oczach  kolegów  czekających  na  dole,  ale  robiło  się  coraz  ciemniej  i  byli  coraz  silniej 

atakowani przez jakieś tajemnicze, niezrozumiałe siły spychające ich z powrotem ze wzgórza. 

A  teraz  jeszcze  mieli  zobaczyć  coś,  co  wydawało  się  koszmarem  na  jawie,  na  tyle 

background image

dziwacznym, że potem nie zamierzali nikomu o tym mówić w obawie, by ich nie wyszydzono 

lub nie uznano za wariatów. 

Iceman,  Phoenix  i  Arizona  wezwali  posiłki.  Czaszkotwarze  zaczęły  pojawiać  się  na 

niebie,  najpierw  niewyraźne,  stopniowo  przybierały  właściwy  sobie  kształt,  kołując  nad 

głowami  obu  mężczyzn,  najeżdżając  na  nich,  aż  mieli  przed  oczami  tylko  żółtawe,  wysoko 

sklepione  czoła  i  oczodoły,  tak  ciemne  i  głębokie,  że  od  spojrzenia  w  nie  mącił  się  rozum. 

Znałam to przecież. 

Obserwowałam obu skulonych na ziemi mężczyzn. Ich trzej koledzy, którzy pozostali 

w  pobliżu  mostu,  zaczęli  biec  w  stronę  wzgórza,  ale  gdy  poczuli  łopoczące  niestrudzenie 

skrzydła,  zobaczyli  swoich  odważnych  towarzyszy  skulonych  w  embrionalnej  pozycji  i 

dostrzegli - czy tylko tak im się wydawało? - napływające z ciemności czaszki, odwrócili się i 

popędzili na oślep, do swoich pojazdów. Nie czekali na tamtych dwóch - uruchomili silniki i 

odjechali drogą gruntową do Turkey Shoot Ridge. 

Do Lee powoli zaczęło docierać, co się tu dzieje. 

- Potrafimy to robić? - zapytał. - Sprowadzać dusze z piekła? 

- Nie z piekła, z otchłani - poprawiła go Arizona, jak zwykle precyzyjna, nawet teraz. - 

Zwróć uwagę na tych dwóch. Mają dosyć. 

Fakt. Josh i jego kumpel, pomagając sobie nawzajem, dźwignęli się na kolana. Mieli 

nieludzko udręczone, niemal odczłowieczone twarze. Nie pomyśleli nawet, by zabrać swoje 

strzelby, gdy potykając się i ślizgając, ruszyli w dół zbocza. 

-  Zdaje  się,  że  tych  dwóch  uda  się  prosto  do  domu  -  rozległ  się  za  naszymi  plecami 

spokojny  głos  Łowczego.  Przyprowadził  ze  sobą  jakiegoś  nieznajomego  siwowłosego 

mężczyznę  o  nieobecnym  spojrzeniu,  ubranego  w  koszulę  w  kratkę,  dżinsy  i  buty 

trampingowe. - Ty też - zwrócił się do niego. 

Nieznajomy patrzył szklistym wzrokiem i najwyraźniej nie słyszał ani nie widział, co 

się wokół niego dzieje. 

- Oto inżynier nadzorujący budowę - wyjaśnił Łowczy. - Musieliście przeoczyć, kiedy 

nadchodził. Summer zobaczyła  go idącego prosto do stajni. Nie było  wyjścia, wyczyściłem 

mu pamięć. 

Mogłam  widywać  Phoeniksa  pod  warunkiem  akceptowania  obecności  Arizony. 

Gorzka pigułka do przełknięcia. 

- Uważaj  na siebie  - powiedział Phoenix, kiedy  żegnaliśmy  się przy przerdzewiałym 

zbiorniku  na  wodę.  -  Obiecaj  mi,  że  nie  wplączesz  się  pochopnie  w  żadną  sytuację  bez 

wyjścia. 

background image

- Odkąd to wplątuję się w sytuacje bez wyjścia? 

-  Od  naszego  pierwszego  spotkania.  Dlatego  jesteś  tak  interesująca.  -  Spojrzał  mi  w 

oczy i odgadł, że mnie uraził. - Większość ludzi z Ellerton pilnuje się, ty nie. 

- Aha, a teraz mówisz mi, że mam być taka jak wszyscy. - Westchnęłam. - Nie działaj 

pochopnie, najpierw wszystko sprawdź, rozważ, bądź czujna. Inna sprawa, że w mieście jest 

fatalnie... teraz, po tym wszystkim... 

- Tak. Wypadek motocyklowy, utonięcie, strzelanina, bójka nożowników i w efekcie 

śmierć nas czworga - podsumował. - Co jeszcze może się wydarzyć? 

-  Właśnie.  -  Skinęłam  głową.  -  Ludzie  zastanawiają  się,  kto  następny,  a  wszyscy 

rodzice dostają paranoi. 

-  Atmosfera  w  Ełlerton  rzeczywiście  z  każdym  dniem  gęstniała  niemal  namacalnie. 

Rodzice  zakładali  szlaban  za  głupoty,  ustanawiali  godzinę  policyjną  i  ostro  egzekwowali 

wczesny powrót do domu, pięcioletni dzieciak by tego nie wytrzymał. 

- Za każdym  razem  kiedy sięgam  po kluczyki  -  dodałam  -  Laura zjawia się jak spod 

ziemi, pytając, dokąd wychodzę, z kim i po co. 

- Uważaj na siebie - powtórzył Phoenix. 

Trzymał  moją  dłoń  jakby  od  niechcenia,  patrząc  w  kierunku  stajni.  Zarzuciłam  mu 

ręce na szyję, domagając się tym gestem jego pełnej uwagi. 

- O czym myślisz? 

- O niczym ważnym. 

Objął  mnie  w  talii,  ale  wciąż  był  trochę  nieobecny.  Pomyślałam,  że  pocałunek  to 

załatwi - czuły, zabarwiony smutkiem rozstania, którego oboje nie chcieliśmy. Pomyliłam się! 

-  Przepraszam,  Darina  -  powiedział,  unikając  mojego  wzroku.  Puścił  mnie  i  zrobił 

krok do tyłu. - Łowczy mnie potrzebuje. Muszę iść. 

Uczucie niepokoju ścisnęło mi żołądek. Czy już nie pragnął mojej absolutnej, pełnej 

miłości? Co takiego powiedziałam? Co zrobiłam? 

- Kocham cię - wyszeptałam. 

Tym  razem  nie  unikał  mojego  wzroku.  Spojrzał  mi  prosto  w  oczy  i  ledwo 

dostrzegalnie  pokręcił  głową.  Niemal  niewidoczny  przeczący  ruch,  za  to  oczy  mówiły 

wyraźne „nie”. 

- Muszę iść - powtórzył. - Jedź ostrożnie. 

Do  domu  dotarłam  zapłakana.  Tłumaczyłam  sobie,  że  jestem  przewrażliwiona,  że 

Arizona  zalazła  mi  za  skórę  i  że  niespodziewane  pojawienie  się  Lee  Stone’a  wprowadziło 

element  niepewności.  Kiedy  dojechałam  do  Centennial,  udało  mi  się  wreszcie  opanować. 

background image

Nasze następne spotkanie będzie fantastyczne, rozmyślałam. Wydumałam sobie ten problem, 

w  rzeczywistości  go  nie  ma.  Phoenix  wciąż  kocha  mnie  tak  samo  mocno  jak  ja  jego,  czyli 

absolutnie i na zawsze. 

- Kim Reiss dzwoniła - powiedziała Laura, kiedy rzuciłam kluczyki na stolik w holu i 

weszłam do kuchni. 

- Przesunęła spotkanie na poniedziałek o wpół do piątej. 

- Muszę iść? - jęknęłam. - Wyrzucasz tylko swoje ciężko zarobione pieniądze w błoto. 

Laura z góry opłaciła sześć sesji z terapeutką, więc wiedziałam, że nie wykręcę się od 

poniedziałkowej wizyty. 

- Widzę, że pomaga ci to wyjść z traumy - zauważyła z naciskiem. 

- Naprawdę? A po czym tak sądzisz? 

-  Nie  leżysz  całymi  dniami  w  łóżku  jak  zaraz  po  tym,  gdy  się  to  wydarzyło  - 

wyjaśniła, podając mi kawę. 

Czyli  po  śmierci  Phoeniksa.  Serce  zadudniło  mi  w  piersi,  mało  brakowało,  a 

straciłabym  panowanie  nad  sobą.  Pożegnałam  swojego  cudownego  chłopaka  na  wzgórzu 

Foxton z uczuciem, że do naszej miłości wkrada się chłód. Niepewność mnie zżerała. Może 

Laura zauważyła ból w moich oczach, bo głos jej złagodniał. 

-  Zaczęłaś  częściej  wychodzić,  Darina.  Ale  wciąż  dajesz  mi  powody  do  niepokoju. 

Tak jak w tej chwili. 

- Dobrze, pójdę do Kim - zgodziłam się, skoro miało to dla niej takie znaczenie. 

A poza tym odwracało to jej uwagę od tego, co naprawdę robiłam. 

W niedzielę wstałam wcześniej i od razu poszłam do Logana. 

-  Wyglądasz,  jakbyś  w  ogóle  nie  spała  -  przywitał  mnie,  zanim  zdążyłam  przestąpić 

próg kuchni. 

Jego ojciec jeszcze spał i Logan smażył sobie jajka na bekonie. 

- Dzięki - powiedziałam, zerkając w lustro w holu. 

Podsinionych oczu nie maskował tusz do rzęs ani przydymiony makijaż, bez którego 

nie ruszałam się z domu. 

- Chcesz coś zjeść? 

-  Nie,  dziękuję.  -  Usiadłam  za  stołem,  przyjęłam  szklankę  mleka,  którą  podał  mi 

Logan, i od razu przystąpiłam do rzeczy. - Powiedz mi coś o swoich lekcjach gry na gitarze z 

Frankiem Taylorem. 

Intensywny zapach unosił się znad patelni. Logan lubił chrupiący bekon. 

- Chcesz udoskonalić grę na gitarze? - spytał. - Mogę cię uczyć. 

background image

-  Właśnie.  Udoskonalić  -  skłamałam.  -  Ale  uczyć  chcę  się  u  dobrego  nauczyciela. 

Podobno pan Taylor jest niezły. 

Leżałam bezsennie przez całą noc i  rozmyślałam,  w jaki sposób  poznać lepiej  życie 

Arizony,  co  pozwoliłoby  mi  zrobić  jakiś  postęp  w  jej  sprawie.  Normalnie  poszłabym  do 

przyjaciół  takiej  dziewczyny  i  bez  problemu  uzyskałabym  solidną  wiedzę  o  tym,  z  kim  się 

spotykała, dokąd często chodziła, jakie miała sekrety. Ale to nie z Arizoną. Ona nie zawierała 

bliskich  przyjaźni,  więc  ta  ścieżka  była  bezużyteczna.  Wobec  tego  pozostawało  mi  tylko 

zbliżyć się do jej rodziców i od nich próbować wyciągnąć informacje. 

Teraz  rozumiecie,  dlaczego  wypytywałam  Logana  o  lekcje  gry  na  gitarze. 

Wykorzystywałam  bez  skrupułów  starego,  wypróbowanego  przyjaciela.  Przyznaję.  Ale  nie 

było mowy, żebym mu ujawniła prawdziwy powód mojego zainteresowania. 

- Frank Taylor uczy gry na gitarze klasycznej - wyjaśnił Logan. - Na pewno nie chcesz 

bekonu? 

-  Na  pewno.  Właśnie  gitara  klasyczna  mnie  interesuje.  Na  elektrycznej  już  grałam. 

Jonas mnie uczył... Pamiętasz? 

- No to dlaczego nie chcesz, żebym ja uczył cię na klasycznej? - drążył Logan. - W ten 

sposób będziemy mogli spędzać więcej czasu razem. 

To jest właśnie powód, dlaczego nie chcę, odpowiedziałam mu w myślach. Logan był 

jak pąkle, które przyczepiają się do kadłubów statków i marynarze muszą je z nich dosłownie 

oskrobywać. Rok temu nigdy bym tak o nim nie pomyślała. Rok temu Phoenix nie wkroczył 

jeszcze w moje życie. 

- Czy Frank Taylor daje prywatne lekcje w szkole muzycznej, w której uczy? 

- Nie, chodzę do niego do domu. - Logan skończył robić sobie śniadanie. - We wtorki 

o szóstej po południu. Powinnaś go zobaczyć, Darina, to znaczy jego dom. Prawdziwy pałac, 

zwłaszcza w porównaniu z moim domem, a nawet z twoim. Pan Taylor zatrudnił dekoratora, 

który  pracował  u  niego  cały  rok,  a  potem  ci  z  „Górskich  Rezydencji”  porobili  zdjęcia  i 

zamieścili je w swoim czasopiśmie. Calutki dom został przeprojektowany. 

-  Wiem.  Czyli  chodzisz  do  niego  do  domu  -  powtórzyłam.  Świetnie,  teraz  już 

wiedziałam, co robić. - Dzięki, Logan - powiedziałam, wstając, żeby odejść, i podkradłam mu 

ostatni plasterek bekonu. - Zajrzę tam po lunchu. 

Frank Taylor zdecydowanie nie cierpiał na brak pieniędzy, więc mógł udzielać lekcji 

gry na gitarze po dwadzieścia pięć dolarów za godzinę, czyli poniżej ceny rynkowej, z czystej 

miłości  do  tego  instrumentu.  Przed  ich  domem,  zbudowanym  w  kolonialnym  holenderskim 

stylu,  z  dwuspadowym  symetrycznym  dachem  i  wymyślnymi  gankami  po  obu  stronach, 

background image

rozciągał się wielki trawnik. Przy klombach właśnie pracował ogrodnik, więc krzyknęłam do 

niego: 

- Czy pan Taylor jest w domu? 

Starszy  chudy  mężczyzna  podszedł  do  furtki  i  obrzucił  mnie  podejrzliwym 

spojrzeniem. 

- Kto pyta? 

- Chciałabym brać lekcje gry na gitarze - odpowiedziałam wymijająco. 

W końcu kim on był? 

- W porządku, Peter. 

Wysoki  mężczyzna  szedł  przez  podjazd  w  naszym  kierunku.  Oceniłam  go  na  jakieś 

sześćdziesiąt lat i byłam mocno zdziwiona, gdy otworzył furtkę i wyciągnął dłoń do uścisku. 

- Jestem Frank Taylor. 

Ojciec  Arizony  był  emerytem!  Lekko  przygarbiony,  miał  głęboko  osadzone  oczy 

okolone zmarszczkami. 

- Skąd wiesz, że daję lekcje gry na gitarze? 

- Powiedział mi mój przyjaciel, Logan Lavelle. 

-  Logan.  Dobry  z  niego  chłopak.  Ma  solidne  podstawy  techniczne,  ale  brak  ognia  w 

jego grze - zrecenzowal krótko. - Wejdźmy do domu... - Spojrzał pytająco. 

- Darina. - Ruszyłam za nim. - Znałam Arizonę, chodziłyśmy do tej samej klasy. 

Lepiej zagrać w otwarte karty, pomyślałam. 

-  Nigdy  o  tobie  nie  wspominała  -  poinformował  mnie  sucho,  przytrzymując  przede 

mną drzwi. - Wejdź. 

Staliśmy  w  holu  większym  niż  cały  mój  dom,  urządzonym  w  nowoczesnym  stylu 

przełamanym  tradycyjnymi  elementami  -  drewno  na  wysoki  połysk  i  stal  szczotkowana, 

olbrzymie skórzane sofy, na których mogłaby się zmieścić drużyna koszykówki, ustawione na 

tle neutralnych beżowych ścian. 

- Allyson, to jest  Darina - zwrócił się Frank Taylor do kobiety, która właśnie weszła 

do holu. - Jest w tym samym wieku, w jakim byłaby Arizona... 

Dreszcz mnie przeszedł. Przez sekundę myślałam, że mam przed sobą starszą siostrę 

Arizony, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Dopiero po chwili zauważyłam perfekcyjnie 

wygładzone  blond  włosy,  nieskazitelny  makijaż  i  gładkie,  jakby  zamrożone  czoło,  bez 

żadnych zmarszczek... nie, zdecydowałam, Allyson Taylor musi być jej matką. O ile Franka 

Taylora  oceniłam  co  najmniej  na  sześćdziesiątkę,  jego  żona  nie  mogła  mieć  więcej  niż 

trzydzieści pięć lat. 

background image

-  Dzień  dobry,  Darina  -  powiedziała,  okazując  kompletny  brak  zainteresowania. 

Przeszła obok mnie i swojego męża prosto do drzwi frontowych. - Gdybyś mnie potrzebował, 

Frank, jestem w studiu. 

- A gdzieżby indziej? - Wzruszył przesadnie ramionami. - Moja żona pracuje w kanale 

informacyjnym  nadającym  wiadomości  przez  okrągłą  dobę  -  wyjaśnił.  -  Słońce  czy  deszcz, 

tornado czy huragan, tam ją znajdziesz. 

Za dużo tego. Poczułam się niezręcznie i skupiłam uwagę na designerskich meblach, 

idąc za Frankiem Taylorem do jego pokoju muzycznego. Zobaczyłam tam z pół tuzina gitar 

opartych o ścianę, syntetyzatory, komputery, monitory, aparaturę nagłaśniającą. 

-  Jesteś  nowicjuszką,  Darina,  czy  masz  już  jakąś  muzyczną  przeszłość?  -  spytał, 

siadając za biurkiem niczym adwokat w sądzie. 

- Gram trochę. 

Wręczył mi stojącą najbliżej gitarę akustyczną. 

- Zademonstruj mi. 

Znałam  piosenkę  Jamesa  Taylora,  której  nauczył  mnie  jeszcze  ojciec,  kiedy  miałam 

dziesięć lat. Powiedziałam Frankowi, jak jej się nauczyłam, i zaczęłam niewprawnie grać. 

- Rzeczywiście trochę, tak jak powiedziałaś. Znasz coś jeszcze? 

- Kilka utworów Johnny’ego Casha nagranych podczas koncertu w więzieniu Folsom. 

Boże, jak ja się w to wmanewrowałam? Żenada. 

- Nic Bacha albo Debussy’ego? Ojciec nie uczył cię grać jak Andres Segovia? 

Robił sobie ze mnie żarty? Zerknęłam na jego twarz - ani śladu rozbawienia. Odchylił 

się na oparcie krzesła. 

- No więc, Darina, po co naprawdę tutaj przyszłaś? 

Taylorowie zdążyli już przyzwyczaić się do węszących wokół nich ludzi. Po artykule 

w „Górskich Rezydencjach” wydeptali  do ich domu  ścieżkę podrzędni  dziennikarze chcący 

porobić zdjęcia do czasopism, w których pracowali. Potem, kiedy wydarzyła się ta tragedia z 

Arizoną,  zaczęli  pojawiać  się  jak  spod  ziemi  jej  samozwańczy  przyjaciele,  wścibscy  i 

bezwzględni, byle tylko znaleźć się w centrum wydarzeń. Coś w tym rodzaju powiedział mi 

pan Taylor, nie ukrywając, że zaliczył mnie do tej kategorii. 

- Gdybyś nie wymieniła imienia Logana, nie wpuściłbym cię za próg - zakończył. 

-  To  nie  jest  tak,  jak  pan  myśli  -  tłumaczyłam,  już  w  holu,  gdzie  wpadłam  na 

designerską kanapę. - Ja znam... znałam Arizonę. Byłyśmy przyjaciółkami. 

Frank Taylor ostatecznie stracił cierpliwość. 

background image

- Już ci powiedziałem, nigdy o tobie nie mówiła. Nigdy dotąd u nas nie byłaś. Arizona 

zginęła prawie rok temu i nie masz tu czego szukać. Chcę, żebyś wyszła. 

- Przepraszam, nie chciałam pana zdenerwować. 

- Nie zdenerwowałaś - oświadczył spokojnie, otwierając drzwi, żeby mnie wypuścić. 

Zamknęły się z cichym kliknięciem, a ja stanęłam przed długim podjazdem. 

Świetnie  ci  poszło,  powiedziałam  sobie,  rozglądając  się  za  Peterem,  ogrodnikiem,  i 

spodziewając się kolejnego upokorzenia. Nie dostrzegłam go, ale zobaczyłam, że ktoś siedzi 

w  altanie  znajdującej  się  pośrodku  trawnika  -  chłopiec,  zgarbiony  nad  dużym  blokiem  do 

rysowania, który trzymał na kolanach. Był tak zajęty, że wcale mnie nie zauważył. 

Usłyszałam odgłos otwierania drzwi z boku domu i głos ogrodnika: 

- Raven, gdzie jesteś? 

Chłopiec  uniósł  głowę  i  zareagował  przesadnie  na  niewinne  pytanie  -  zerwał  się  na 

równe nogi, gotów rzucić się do ucieczki. Miał z dziewięć lat, był ciemnowłosy jak Arizona, 

szczupłej  budowy,  jak  wszyscy  Taylorowie,  ale  brakowało  mu  ich  pewności  siebie.  Raczej 

odwrotnie  -  wyglądał  na  przestraszonego  i  zdezorientowanego,  niepewny,  w  którą  stronę 

uciekać.  Upuścił  blok  rysunkowy  na  ziemię,  więc  pospieszyłam  przez  trawnik,  podniosłam 

blok i mu podałam. 

- Proszę. 

Zerknęłam  na  szkic  zrobiony  ołówkiem.  Przedstawiał  ich  dom  -  realistycznie,  z 

wiernym  oddaniem  szczegółów,  z  doskonałym  zachowaniem  proporcji  -  i  był  nakreślony 

pewną ręką, jak przez dojrzałego artystę. 

- Raven, mówiłem, żebyś nie wychodził z domu. - Peter wyłonił się zza rogu budynku, 

a gdy mnie zobaczył, ruszył w naszym kierunku z poważną, surową miną. 

- Weź swój rysunek - powiedziałam z naciskiem, wpychając go Ravenowi w dłonie. - 

Jest piękny. 

Wciąż wyglądał jak wystraszony królik, złapany nagle w krąg światła, a moje słowa 

nie dotarły do niego. Zmiął rysunek i wcisnął mi do kieszeni kurtki. 

-  Chodź  ze  mną,  Raven  -  zażądał  Peter  stanowczym  tonem.  -  Twój  tata  pytał,  gdzie 

jesteś. 

 

 

 

background image

-  To  było  niesamowite  -  zwróciłam  się  do  Kim  Reiss  następnego  dnia.  -  Nie 

wiedziałam nawet, że Arizona miała brata. 

- Dobrze ją znałaś? 

Kim  była  bardziej  zainteresowana  moimi  relacjami  z  Arizoną  niż  tajemniczym 

Ravenem. 

-  Nikt  nie  znał  Arizony.  Tego  właśnie  chciała.  Ale  nawet  ona  nie  ukrywałaby  przed 

ludźmi istnienia brata. Przynajmniej tak mi się wydaje. 

- Dlaczego tak bardzo cię to obchodzi? 

- Dzieciak był przerażony. Miałam wrażenie, że ukrywają go przed światem. To nie w 

porządku. 

Kim  nie  spuszczała  ze  mnie  oka,  jakby  wpatrywała  się  w  mapę  drogową,  śledząc 

kierunek moich myśli i emocji. 

- Może mają jakieś powody. 

-  No  i  jeszcze  to.  -  Wyciągnęłam  z  kieszeni  zmięty  rysunek.  -  To  dom  Taylorów, 

dokładnie tak wygląda, po każdą najmniejszą szybkę. 

Rysunek przyciągnął uwagę Kim. Skinęła głową, kiedy mi go oddawała. 

- Ciekawe, czy Raven jest w domu przez cały czas, czy chodzi do szkoły. 

- Nawet jeśli nie, to po co ten cały sekret? - Zastanawiałam się nad tym długo w nocy i 

potem, w szkole. 

-  I  dlaczego  dom  został  dosłownie  wyczyszczony  z  pamiątek  po  Arizonie?  Nie 

widziałam żadnych zdjęć ani jakiejkolwiek rzeczy, która należała do niej. Jakby ona nigdy nie 

istniała. 

- Może wspomnienie o niej jest zbyt bolesne, żeby patrzeć na związane z nią pamiątki. 

Nie można mieć oto pretensji do Taylorów. - Kim spojrzała na zegarek. 

-  Darina,  spędziłyśmy  kwadrans  na  rozmowie  o  Arizonie  i  jej  rodzinie,  a  teraz 

powiedz mi, o czym jeszcze chciałabyś ze mną porozmawiać. 

- Od czego mam zacząć? - spytałam, krzywiąc się. 

- Jak ci się układa z Laurą? 

- Ciągle tak samo. Ona się stresuje, ja się wycofuję. Koniec, kropka. 

- A z twoim przyjacielem Loganem? 

- To samo. 

- Jak sobie dajesz radę z emocjami po stracie Phoeniksa? - spytała. 

background image

- Udaje mi się jakoś przetrwać każdy dzień. 

W  czasie  pierwszej  sesji  z  Kim  odsłoniłam  się  przed  nią.  Wyznałam,  że  wszędzie 

widzę Phoeniksa - w szkole, w mieście, w zasadzie wszędzie, gdzie jestem. Zapewniła mnie, 

że  to  normalne,  gdy  opłakujemy  śmierć  bliskiej  osoby.  Nie  załapała,  o  co  mi  naprawdę 

chodziło.  Ja  widziałam  mojego  chłopaka  realnie,  nie  ducha  -  materializowal  się  w  tych 

wszystkich  miejscach,  wykorzystując  swoje  możliwości  jako  zombi.  Ale  wtedy  nie 

wiedziałam,  że  muszę  utrzymać  istnienie  (Nie)Umarłych  w  tajemnicy  i  że  samotnie  będę 

dźwigać coraz bardziej ciążące mi brzemię tego sekretu, każdego dnia, w każdej godzinie. 

Teraz  było  jeszcze  inaczej.  Ilekroć  ten  temat  wypływał,  natychmiast  dochodził  do 

moich uszu trzepot skrzydeł - to Łowczy ostrzegał, żebym zachowała milczenie. I właśnie w 

tej chwili tak się działo. A gdybym otworzyła się przed moją terapeutką, pewnie udusiłabym 

się pod naporem skrzydeł. 

- Mam coś do powiedzenia - oświadczyłam, zrywając się tak gwałtownie z krzesła, że 

aż zakołysało się na tylnych nogach. - Kończę z tym. 

- Chcesz wyjść? - spytała Kim, spoglądając na mnie z lekkim zdziwieniem. - Jeszcze 

nie skończyłyśmy sesji. 

-  Skończyłyśmy  -  rzuciłam  stanowczo.  -  Przyszłam  tylko  dlatego,  że  Laura  tak 

ustaliła. Nie chcę tu więcej przychodzić. 

Zdziwienie zastąpił uprzejmy, profesjonalny wyraz twarzy. 

- Rozumiem, Darina. Przykro mi. 

- To mi w niczym nie pomaga! - wykrzyknęłam. - Rozmawianie o Phoeniksie jest zbyt 

bolesne...! Nie rozumie pani?! 

- Wyjdź, skoro musisz - powiedziała Kim spokojnie, także wstając. - Ale moje drzwi 

są zawsze dla ciebie otwarte. 

- Dziękuję. 

Skrzydła ucichły. Już mnie tam nie było. I wiedziałam, że więcej nie wrócę. Koniec, 

kropka. 

Żałowałam  tego.  Naprawdę  polubiłam  Kim  Reiss.  Nadawałyśmy  na  tych  samych 

falach i  nie wywierała na mnie żadnego nacisku. Mogłabym  przywyknąć do dzielenia się z 

nią swoimi przeżyciami. 

Przez resztę godziny przeznaczonej na spotkanie z Kim popijałam cocacolę w małym 

barze na obrzeżach Centennial, przekonując sama siebie, że powinnam  powstrzymać się od 

jeżdżenia do Foxton, dopóki nie odkryję czegoś istotnego w sprawie Arizony. Jedź do domu, 

przemawiałam sobie do rozumu. Prześpij się, a jutro spróbuj znowu. 

background image

Ale  czułam,  że  to  miejsce  mnie  przyciąga,  zwłaszcza  gdy  wyobrażałam  sobie 

Phoeniksa,  który  chodzi  po  wzgórzu,  trzymając  straż  przy  węszących  robotnikach 

budowlanych czy nieprzyjaznych myśliwych. Mieliśmy problem i powinniśmy go przegadać. 

Wracaj do domu, Darina, namawiałam samą siebie. Co dobrego wyniknie z jechania 

tam w ciemnościach? 

Ryk  motocyklowych  silników  przywrócił  mnie  do  rzeczywistości,  na  parking 

przyżeglowała flotylla harleyów. 

Rozpoznałam Brandona Rohra, jadącego na czele grupy, i kilku innych, którzy brali 

udział w pożegnaniu Boba Jonsona. 

Zsiedli z motocykli i ruszyli do baru przy akompaniamencie łomotu wysokich butów i 

chrzęstu skórzanych kurtek. Przez moment myślałam, że Brandon się nie przywita, ale usiadł 

przy  moim  stoliku.  Jeden  z  jego  kumpli  podszedł  do  baru,  żeby  zamówić  coś  do  jedzenia. 

Miał jak Brandon dwadzieścia kilka lat i był jak Brandon prawdziwym macho, albo jeszcze 

bardziej. 

-  Cześć,  Darina  -  przywitał  się  brat  Phoeniksa.  Bez  pośpiechu  rozpiął  nabijaną 

ćwiekami kurtkę i przewiesił ją przez oparcie krzesła. - Jak ci się podoba samochód? 

- Super. 

Jaka szkoda, że nie dopiłam coli i nie wyszłam pięć minut wcześniej. Teraz zostałam 

wplątana w konwersację z Brandonem, na którą zupełnie nie miałam ochoty. 

- Hej, Kyle, poznaj dziewczynę Phoeniksa. Darina, to Kyle Keppler  - przedstawił mi 

swojego kumpla stojącego przy barze. - Powiem ci coś, gadanie z nią to jak wyciskanie łez z 

kamienia. 

- Cześć - powiedział Kyle, nie racząc nawet zwrócić głowy w moim kierunku. 

Brandon mówił jak nakręcony. 

-  Znalazłem  jej  najlepszy  i  najładniejszy  kabriolecik,  jaki  jeździ  po  tej  okolicy,  a  w 

podzięce  dostałem  od  niej  jedno  gówniane  „super”.  -  Wychylił  się  z  boksu,  żeby  zagadnąć 

dwóch innych kumpli. - Byram, Aron, poznajcie Darinę. 

Rozpoznałam Byrama. To on pomógł Zoey podczas pożegnania Boba Jonsona. 

- Trzymaj się Brandona, będzie dbał o ciebie - doradził mi. 

Dosłownie  zalewały  mnie  męskie  hormony.  Mówię  wam.  W  dodatku,  jak  zawsze, 

oszołomiło mnie podobieństwo Brandona do Phoeniksa. Tej samej puli genów zawdzięczali 

wysoki wzrost, szerokie barki, ciemne włosy i charakterystyczny krzywy uśmiech. 

Miałam  ambiwalentne  uczucia  wobec  Brandona  Rohra.  Miłość  przemieszana  z 

nienawiścią. Był bratem Phoeniksa - to w nim kochałam, ale doprowadził do bójki, w której 

background image

zginął Phoenix - za to go nienawidziłam. Założyłabym się o spore pieniądze, że to reputacja 

Brandona przyczyniła się do zatargów pomiędzy gangami. Nie miałam na to dowodów - tylko 

strzępy sprzecznych informacji i przeczucia. Wystarczyło dla mojego podejrzliwego umysłu. 

Brandon mógł znajdować mi samochody i dbać o mnie, bo Phoenix go o to poprosił, wydając 

ostatnie tchnienie, ale i tak nienawiść przeważała, jeśli mam być szczera. 

- Nie możesz tego wiedzieć, Darina  - odezwał  się Brandon, kładąc ramię na oparciu 

krzesła, na którym przed chwilą usiadł obok niego Kyle - ale ty i mój kumpel macie ze sobą 

coś wspólnego. 

Sceptyczny wyraz mojej twarzy powiedział im, że szczerze w to wątpię. 

- To posłuchaj. - Nie zamierzał odpuścić. - Łączy was to, że oboje straciliście kogoś 

bliskiego. 

Wbiłam wzrok w stół, starając się zamknąć uszy na jego głos. 

- Ty straciłaś Phoeniksa, Kyle Arizonę. 

- Chcesz powiedzieć... - Spojrzałam na niego z osłupieniem. - W życiu! 

Kyle  kompletnie  nie  pasował  do  wyrafinowanej  Arizony.  Mocno  zbudowany, 

jasnowłosy i jak już wspomniałam, miał ponad dwadzieścia lat. I obgryzione paznokcie. 

-  Chcesz  się  założyć?  Już  prawie  rok  minął,  a  Kyle  wciąż  skrycie  po  niej  rozpacza. 

Byli ze sobą dłużej niż ty z moim bratem! 

No  to  teraz  do  kompletu  z  bratem,  o  którym  nic  nie  wiedziałam,  doszedł  chłopak. 

Dzięki, Arizona! 

Zrobiło  się  późno,  ale  zrezygnowałam  z  kolacji  i  pojechałam  do  Foxton.  Pierwsze 

gwiazdy i księżyc w nowiu pojawiły się na niebie, gdy mijałam skrzyżowanie z neonowym 

krzyżem  przy  Turkey  Shoot  Ridge.  Kiedy  zatrzymałam  się  na  końcu  gruntowej  drogi  i 

ruszyłam na piechotę w kierunku skrytego między osikami zbiornika na wodę, nie widziałam 

już, gdzie stawiam stopy. 

- Cholera! - Potknęłam się, zawadzając o skałę, i otarłam sobie skórę. 

Następnym razem włóż dżinsy, pouczyłam sama siebie. Minispódniczka jest do kitu w 

tych okolicznościach, tak samo jak buty ze szpiczastymi noskami. I nie zapomnij o latarce. 

Zanim  dotarłam  do  zbiornika,  potknęłam  się  jeszcze  ładnych  parę  razy,  ale  byłam 

zadowolona,  że  przynajmniej  został  mi  oszczędzony  łopot  skrzydeł.  Dzisiejszego  wieczoru 

czułam  się  wyprana  z  energii,  trudno  byłoby  mi  walczyć  z  łomotem  w  mojej  głowie  i 

czaszkotwarzami. Za to Łowczy wysłał mi na spotkanie tego nowego, Lee Stone’a. Wyszedł 

bez słowa zza zbiornika na wodę, a ja aż podskoczyłam. 

background image

-  Fajnie,  że  zdążyłam  się  zahartować  i  mam  nerwy  ze  stali  -  powiedziałam.  -  Nie 

mógłbyś na przyszłość dawać mi jakichś sygnałów ostrzegawczych? 

- Łowczy kazał na ciebie uważać. Wiedział, że przyjdziesz. 

- Wie wszystko - oświadczyłam z przekąsem. - To akurat mamy jak w banku. 

Na  wzgórzu  gwiazdy  i  księżyc  dawały  wystarczająco  dużo  światła,  żebym  mogła 

przyjrzeć  się  Lee.  Był  ubrany  w  ciemny  podkoszulek  i  kurtkę  Phoeniksa,  tę  samą,  którą 

Phoenix miał na sobie, gdy dostał cios nożem. 

-  Odwróć  się  -  poprosiłam.  Miałam  rację.  Skóra  była  w  tym  miejscu  rozcięta.  Z 

trudem powstrzymałam okrzyk. Przeszedł mnie dreszcz. - Gdzie są inni? - spytałam. 

- W stajni, mają tam coś w rodzaju zebrania - powiedział, a ja zrozumiałam, że nie do 

końca oswoił się ze światem (Nie)Umarłych. - Mnie kazali ciebie wyglądać. 

- No to jestem. Możemy zejść ze wzgórza i dołączyć do nich? 

-  Nie.  -  Potrząsnął  głową.  -  Ludzie  z  tamtej  strony  nie  mają  teraz  wstępu.  Oni 

odbywają jakiś rytuał. 

- To znaczy? - Pierwszy raz o czymś takim usłyszałam i zaczęło mnie denerwować, że 

Lee blokuje mi drogę. - Muszę porozmawiać z Phoeniksem. To sprawa osobista - nalegałam. 

- Łowczy zabronił - oznajmił Lee, nie ustępując mi z drogi. 

-  Jasne,  skoro  sam  wielki  suweren  zabronił...  -  Nie  zasłużył  sobie  na  ten  głupi 

ironiczny przytyk. - Powiedz mi, nie dokucza ci brak wolnej woli? 

- Tak tu jest, Darina, przykro mi - odrzekł zmieszany. Wciąż sprawiał wrażenie lekko 

zdezorientowanego i przygnębionego. - Łowczy wydaje rozkazy. 

-  W  porządku,  wiem.  -  Zrezygnowana,  na  sekundę  przymknęłam  oczy.  -  Tylko  że 

czasami trudno to znieść. 

- To znaczy co? 

-  Podporządkowywanie  się,  dotrzymywanie  sekretu,  wykluczenie  z  waszego  grona. 

Czy Łowczy powiedział ci, kiedy pozwoli mi porozmawiać z Phoeniksem? Jeśli nie dzisiaj, to 

kiedy? 

- Nie mam pojęcia - odparł, znów potrząsając głową. - Sorki. 

- Nie przepraszaj, nie twoja wina. - Spróbowałam postawić się w jego sytuacji. - Czy 

znaleźli trochę czasu, żeby ci to wszystko wyjaśnić? 

-  Co  nieco  -  mruknął.  -  Zrozumiałem,  że  czekam  w  kolejce,  po  Arizonie,  Summer  i 

Phoeniksie.  Czekanie  jest  trudne,  zwłaszcza  teraz,  kiedy  już  wiem,  że  powinienem  coś 

wyjaśnić tutaj, po tamtej stronie. 

Kiwnęłam głową. 

background image

- Jest takie słowo. „Upiór”. Wróciłeś tutaj na  jakiś czas, wyposażony w niesamowite 

zdolności. 

Na  jego  twarzy  pojawił  się  wyraz  zrozumienia,  rozjaśnił  ją  uśmiech,  a  ja  po  raz 

pierwszy od kiedy go poznałam, pomyślałam, jaki jest przystojny. 

- Mogę zawładnąć twoim umysłem i zresetować ci pamięć. Super, co? 

-  Tak,  ale  lepiej  tego  nie  próbuj  -  powiedziałam,  szybko  zmieniając  temat.  -  Twoje 

serce  nie  bije,  ale  za  to  masz  ponadnaturalnie  wyczulony  słuch,  jeśli  to  uznać  za  rodzaj 

rekompensaty. 

- No. Słyszałem twój samochód jeszcze na długo, zanim dojechałaś do Turkey Shoot - 

potwierdził. 

-  Czyli  jesteś  jednym  z  (Nie)Umarłych.  -  Spojrzałam  mu  w  oczy,  staliśmy  w 

milczeniu. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam jego ramienia współczującym gestem. - Nie martw 

się, zobaczysz, że to ma sens. 

- Jak uroczo... - Arizona wyszła z cienia. - Przepraszam, jeśli zjawiłam się nie w porę. 

Cofnęłam rękę pospiesznie, jakby ramię Lee parzyło. 

-  Dlaczego  nigdy  nie  mówiłaś,  że  masz  braciszka?  -  zaatakowałam  ją.  -  I  to  samo 

pytanie dotyczy twojego chłopaka, tego mięśniaka Kyle’a Kepplera! 

Nie raczyła mi oczywiście odpowiedzieć. Uchyliła się przed moimi fundamentalnymi 

pytaniami,  informując,  że  ceremonia  skończona,  Łowczy  wydał  pozwolenie,  aby  mnie 

przyprowadzić, mogę się zobaczyć z Phoeniksem. 

- O rany, Darina, to ty masz coś do wyjaśnienia! - zakończyła ze śmiechem, odbijając 

piłeczkę, i zaprowadziła nas i Lee do stajni. 

Wnętrze  oświetlały  lampy  naftowe,  rzucając  chwiejne  cienie  na  ściany  i  podłogę. 

Większość (Nie)Umarłych wciąż tam była, ale Łowczego nie widziałam. Phoenix siedział na 

stopniu  schodów  prowadzących  na  strych,  razem  z  Eve  i  jej  córeczką  Kori.  Kiedy  mnie 

zobaczył, podszedł, wziął mnie za rękę i wyprowadził z powrotem w ciemności nocy. 

-  Powinniśmy  porozmawiać  -  wyrwało  się  nam  obojgu  w  tej  samej  sekundzie  i 

wymieniliśmy niepewne uśmiechy. 

Zaprowadził mnie najpierw do domu, skąd zabrał lampę naftową, a potem ruszyliśmy 

w kierunku rzeki. 

- Co się dzieje? - spytałam, sama ledwie poznając swój zduszony, drżący głos. Nagle 

poczułam  się  nic  nieznacząca  i  krucha  pod  wielkim  nocnym  niebem.  Dłoń  Phoeniksa  była 

zimna jak górska rzeka. - Powiedziałam, że cię kocham, a ty nie odwzajemniłeś mi się tym 

samym. Dlaczego? 

background image

- Ty mi to wyjaśnij, Darina - odrzekł, nie patrząc na mnie. 

Powiedz mu o swoich obawach, pomyślałam. 

- Chcę wiedzieć, czy cię tracę. Czy przestajesz mnie kochać? 

Gdyby  to  potwierdził,  mój  świat  by  się  zawalił.  Rozpadł  na  kawałki.  Mimo  to 

musiałam wiedzieć. 

Puścił moją rękę i zaczął iść szybciej, zostawiając mnie nieco w tyle. 

- Dlaczego tak uważasz? 

-  Blokujesz  się  przede  mną,  nie  otwierasz  się.  Nigdy  przedtem  nie  czułam  między 

nami takiego dystansu.  -  Usłyszałam, że wziął  głęboki  oddech, i  przyspieszyłam, żeby się z 

nim zrównać. - Myślałam o tym stale przez ostatnie dwa dni. Może zrobiłam coś źle, ale nie 

wiem  co.  A  może  tak  po  prostu  z  tobą  jest,  może  właśnie  tak  dzieje  się  z  (Nie)Umarłymi. 

Kiedy  pierwszy  raz  pojawiłeś  się  po  tamtej  stronie,  zachowałeś  wszystkie  uczucia.  Jeszcze 

mnie kochałeś. Ale pomału, stopniowo, te ludzkie uczucia blakły, a ty nie robiłeś nic, by to 

powstrzymać. Czy właśnie tak się między nami układa? Jeśli to prawda, trudno będzie mi ją 

znieść, ale musisz mi powiedzieć, bo chcę zrozumieć. 

Światło lampy pełgało, wydobywając z mroku jego kochaną twarz, nie widziałam jego 

oczu, czoło miał zmarszczone. 

- Myślisz, że cię nie kocham?  -  spytał, jakbym  mówiła w obcym  języku i  musiał się 

upewnić, czy dobrze zrozumiał. 

W  dole  rzeka  lśniła  srebrzyście  odbitym  światłem  gwiazd.  Serce  mi  zadrżało. 

Zwyczajne nieporozumienie. Wszystko będzie dobrze. 

- To nie jest łatwe - przyznał Phoenix. - Kiedy się ostatnio widzieliśmy, pomyślałem, 

że to ty się zmieniłaś. Nie mogłem tego zrozumieć. 

- Nie próbowałeś - przypomniałam mu. - Nie dopuszczałeś mnie do siebie. 

- Lee do nas dołączył. Działo się. 

- Unikałeś mojego wzroku. To mnie wystraszyło. 

-  Byłaś  chłodna,  daleka.  Czytałem  w  twoich  myślach.  Skoncentrowałaś  się  tylko  na 

nim. 

-  Lee  cierpiał  -  wyjaśniłam  obronnym  tonem.  -  Przypomnij  sobie  swój  pierwszy 

powrót z otchłani, sam mówiłeś, że sprawiło ci to piekielny ból. 

-  Natychmiast  zwrócił  na  ciebie  uwagę.  Lubi  cię,  Darina.  Wyczytałem  to  z  jego 

umysłu. 

- I winisz mnie za to?! 

- Arizona też zauważyła... 

background image

- Rozmawiasz z nią o mnie? Źle oceniła sytuację, a ty dałeś sobie to wmówić? 

Nic  nie  miało  być  dobrze.  Odskoczyliśmy  od  siebie,  wymachując  rękami,  jak 

gdybyśmy  oboje  tonęli.  Phoenix  upuścił  lampę  i  popędził  jak  szalony  z  powrotem  na 

wzgórze,  a  ja  patrzyłam  za  nim.  O  czym  on  właściwie  mówił?  O  mnie,  Arizonie,  Lee,  o 

miłości, lubieniu, podobaniu się? 

-  To  idiotyczne!  A  podobno  jesteście  superczytaczami  ludzkich  umysłów!  - 

wrzasnęłam. 

Phoenix zwiększył szybkość, jakby zerwał się z uwięzi. Ruszyłam za nim. 

-  Wyobraziłeś  sobie,  że  zaczynam  coś  czuć  do  Lee?  -  krzyknęłam.  -  Taka  jestem 

płytka? 

Stanął jak wryty i kiedy zbliżyłam się do niego na jakieś dziesięć kroków, wybełkotał, 

z trudem łapiąc oddech: 

- Co ja wyrabiam? Co ja wygaduję? 

- Zwariowałeś. 

Zaufanie nadwerężone, ufność zachwiana. 

- Darina... myślałem... bałem się... 

-  Ze  mnie  tracisz?  -  spytałam  w  przebłysku  zrozumienia.  -  Nie  ma  takiej  opcji, 

Phoenix. 

- Za każdym razem, kiedy stąd odchodzisz - powiedział, schodząc do mnie powoli ze 

wzgórza - wydaje mi się, że tego nie zniosę. Kompletnie mnie to rozkłada. 

- Mnie też. 

Coraz bliżej siebie pod niebem rozgwieżdżonym miriadami gwiazd. 

-  To  zbyt  trudne.  Czasami  myślę,  że  opuszczę  tamtą  stronę.  Po  prostu  poddam  się  i 

więcej nie wrócę. 

- Proszę, nie - odezwałam się błagalnie, łapiąc za kołnierz jego kurtki. 

-  Myślę  o  tym,  jak  wracasz  do  Ellerton,  prowadzisz  zwyczajne  życie.  Jedyne,  czego 

chcę, to być z tobą. 

- Przestań... - Głos mi się załamał. 

- Nie chcę, żeby ktokolwiek... jakikolwiek inny facet kręcił się koło ciebie. 

- Nie pozwolę na to - obiecałam. 

Przytulił mnie, trochę zbyt mocno. 

- Kocham cię, ale nie mogę cię mieć. 

Uwolfiiłam się z jego objęć, ujęłam jego rękę i położyłam sobie na sercu. 

- Proszę, nie mów nic więcej. 

background image

I  wtedy zauważyłam  żółtawe języki  płomieni na wzgórzu, w miejscu  gdzie Phoenix 

rzucił lampę. Lizały wyschniętą trawę i cierniste krzaki, rozprzestrzeniały się szybko, coraz 

bardziej. Z ciemności wyprysnął Łowczy, w biegu zdjął kurtkę i zaczął młócić nią pełzające 

płomienie,  aż  całkiem  je  zdusił.  Potem  stanął  na  rozstawionych  szeroko  nogach  przed 

wypalonym  kręgiem,  ręce  skrzyżował  na  piersiach.  Twarz  miał  gniewną.  Odruchowo 

zrobiłam krok w tył, jakby mogło mnie to przed nim ochronić. 

- Widzieliście kiedyś, jak ogień rozprzestrzenia się po lesie? - spytał. - Jak szybko to 

się dzieje? 

- Przepraszamy - wyjąkałam. - Ja przepraszam, to moja wina. 

Phoenix stanął między mną a Łowczym. 

- Nie słuchaj jej. To ja upuściłem lampę. 

- Uważacie, że mnie obchodzą te szczegóły? - spytał złowróżbnie spokojnym głosem i 

podszedł  powoli  do  Phoeniksa.  Czekałam,  kiedy  wybuchnie.  -  Mam  do  omówienia 

ważniejsze rzeczy. Pozwoliłem ci przyprowadzić tutaj Darinę? 

- Nie. - Phoenix potrząsnął głową. - Kazałeś rozmawiać z nią w domu, ale szukaliśmy 

ustronnego miejsca, dlatego zdecydowałem, że wezmę ją nad rzekę. 

-  Zdecydowałem  -  powtórzył  Łowczy  z  naciskiem.  -  Od  kiedy  to  nabyłeś  prawa  do 

dokonywania wyborów? 

Drżałam na całym ciele. Łowczy był pozornie opanowany, ale widziałam, że w środku 

aż się gotuje, gotów wybuchnąć. Phoenix milczał, siły go opuszczały. 

- Trudno, muszę z tym  skończyć.  -  Łowczy z westchnieniem  podszedł  jeszcze bliżej 

do  Phoeniksa.  -  Co  może  mnie  powstrzymać  od  wyrzucenia  cię  stąd  i  odesłania  tam,  gdzie 

twoje miejsce? 

-  Nie!  -  krzyknęłam  i  rzuciłam  się  naprzód,  żeby  chwycić  Łowczego  za  ramię,  co 

miało  tylko  taki  skutek,  że  w  ułamku  sekundy  zostałam  odrzucona  do  tyłu,  jakbym  ważyła 

mniej niż piórko. 

Upadłam na ciepły jeszcze krąg wypalonych traw. Phoenix  zrobił ruch, jakby chciał 

do mnie podbiec, ale nogi się pod nim ugięły i ukląkł. 

-  Wydałem  rozkaz  -  zwrócił  się  do  Phoeniksa  Łowczy,  wzywając  niewidzialne 

skrzydła, by ich szum podkreślił wagę jego słów. - Zaprowadź Darinę do domu, porozmawiaj 

z nią o tym, jaki ma problem, dokładnie tak ci poleciłem. To nietrudne do zrozumienia, nawet 

dla ciebie. 

Phoenix dźwignął się z ziemi i stał z podniesioną głową jak skazaniec zdecydowany z 

godnością przyjąć śmierć. 

background image

- Okazało się, że to nie ona miała problem, tylko ja. Nie myślałem logicznie. 

-  Już  ci  mówiłem,  daruj  sobie  te  szczegóły.  -  Nigdy  dotąd  Łowczy  nie  był  tak 

nieprzejednany. - Nie wypełniłeś rozkazu, przyszedłeś tutaj i  straciłeś kontrolę nad sytuacją. 

Wznieciłeś ogień, co mogło sprowadzić na nas wszystkie wozy strażackie z całego stanu. Sam 

powiedz, dlaczego w tej sytuacji miałbym cię zatrzymać po tamtej stronie? 

- Błagam, nie odsyłaj go - poprosiłam. - Jeśli to zrobisz, nie pomogę nikomu z was! 

Łowczy nie zareagował, jeśli nie liczyć lekko ironicznego spojrzenia, które mi posłał. 

- Masz zbyt wysokie wyobrażenie o sobie, Darina. 

-  Potrzebujecie  mnie  -  nie  ustępowałam.  -  Jestem  waszą  łączniczką  z  tamtą  stroną. 

Tylko mnie możecie ufać. 

- Powiedz to Arizonie. Jak sądzę, wciąż czeka na twoją, pożal się, Boże, pomoc. 

-  To  nie  fair.  Arizona  ukrywa  przede  mną  fakty.  -  Zmieniłam  taktykę  i  odniosło  to 

skutek. Łowczy wreszcie zwrócił uwagę na to, co mówię. Skoncentrowany, utkwił we  mnie 

wzrok. - Zupełnie jakby nie chciała, żeby mi się udało. 

Łowczy nachmurzył się i polecił Phoeniksowi, by szedł przed nami. 

- Waży się przyszłość Arizony - przypomniał mi. - Jej wieczne życie. Więc co takiego 

chciałaby ukrywać i dlaczego? 

„Co”  mogłam  wyjaśnić,  kiedy  tak  szliśmy  pod  nocnym,  rozgwieżdżonym  niebem, 

czyli powiedzieć o Ravenie i Kyle’u Kepplerze  - ale „dlaczego”, czyli jakie miała powody, 

już nie. 

- Nie chwytam, w jaki sposób jej mózg pracuje - zakończyłam. 

Łowczy  przystanął  na  chwilę  przy  starej  półciężarówce  zaparkowanej  na  wieczność 

przed niszczejącym domem. 

-  Jesteś  nieskomplikowana  -  westchnął.  -  Za  to  Arizona  jest  stanowczo  zbyt 

tajemnicza. To jeden z problemów, z którymi musimy sobie poradzić. 

- Po co te wszystkie sekrety? - spytałam Arizonę, zamierzając przycisnąć ją do muru. 

Siedziałyśmy  w  kabinie  przerdzewiałej  półciężarówki,  patrząc  na  gwiazdy.  Łowczy 

nas tu zostawił, surowo polecając, abyśmy wreszcie szczerze porozmawiały. Byłam pewna, że 

jest w tej chwili z Phoeniksem, wymierzając  mu karę za nieposłuszeństwo. Co będzie, jeśli 

odeśle  go  do  otchłani  i  nigdy  więcej  go  nie  zobaczę?  Przecież  miał  taką  władzę.  Przestań! 

Skup się, powiedziałam sobie. Wsłuchaj się w wymówki Arizony. 

- O jakich sekretach mówimy? 

Jak zwykle opanowana, zbyła mnie, odbijając piłeczkę. 

- Zacznijmy od Ravena. Opowiedz mi o nim. 

background image

- Co tu jest do opowiadania. Ma dziewięć lat. Lubi rysować. Wszystko. 

-  Dlaczego  jest  taki  przerażony?  -  Nie  zamierzałam  wdawać  się  w  gównianą  gierkę, 

którą chciała prowadzić. 

Zabębniła palcami w deskę rozdzielczą. 

- Myśli, że świat jest niebezpieczny dla kogoś takiego jak on. 

- To znaczy dla kogo? 

- Dla wszystkich, którzy nie zostali urodzeni siłami natury, a ich umysły ukształtowały 

się  inaczej,  oczywiście  o  ile  założymy,  że  istnieje  coś  takiego  jak  normalny  umysł,  bo  ja 

raczej w to wątpię. 

-  Stop.  Nie  udziwniaj  i  nie  teoretyzuj.  Rozmawiamy  otwoim  bracie,  kropka. 

Widziałam go u was w ogrodzie. Czego się boi? 

Arizona zwróciła głowę w moją stronę. 

- Wszystkiego - powiedziała cicho. 

Czekałam na dalsze wyjaśnienia. 

- Popatrz na mnie. 

No więc spojrzałam, a ona zwęziła oczy, sposępniała izmarszczyła czoło. 

- W jakim jestem teraz nastroju? 

- Skończ z tym, odpowiedz mi na pytanie. 

- Właśnie to robię. - Rozpogodziła się i uśmiechnęła. - A teraz jestem szczęśliwa czy 

smutna? 

- Odpowiedz na pytanie! 

- Zmierzam do tego, że potrafisz czytać z mojej twarzy. Prawda? Problem polega na 

tym, że mój brat nie. Nie rozumie, co oznacza uśmiech, nie wie, czy ktoś się na niego złości, 

czy  też  jest  miły.  Jego  umysł  nie  przetwarza  takich  sygnałów.  I  dlatego,  dla  własnego 

bezpieczeństwa, Raven traktuje wszystkich podejrzliwie. 

-  To  wariactwo  -  powiedziałam  i  natychmiast  pożałowałam  tych  słów  na  widok 

uniesionych wysoko brwi ichłodnej miny Arizony. - To znaczy chciałam spytać, o co chodzi. 

Czy to jakaś choroba? 

-  Można  tak  myśleć,  jeśli  się  tego  nie  rozumie.  -  Głos  jej  się  zmienił,  złagodniał.  - 

Nigdy nie myślałam omoim braciszku jak o chorym. Taki po prostu jest, zły na cały świat, i 

trudno mu się dziwić. 

- Czy twoi rodzice nie uważali, że trzeba go leczyć? 

- Owszem. Kiedy był jeszcze malutki, wozili go po różnych specjalistach praktycznie 

we wszystkich stanach. 

background image

Został  poddany  wszelkim  możliwym  terapiom.  Konwencjonalnym,  alternatywnym, 

eksperymentalnym, nowatorskim i wariackim. 

- I...? 

Wzruszyła ramionami. 

- Każdy specjalista przylepiał mu najwłaściwszą według siebie etykietkę i odsyłał do 

domu. Trzymali go w szpitalu, a ostatnio chodził do szkoły dla autystycznych dzieci. A Raven 

chce tylko, żeby pozwolono mu rysować i zostawiono go w spokoju. 

-  Aha.  -  Odmalowała  bardzo  przygnębiający  obraz.  Jak  wygląda  życie  w  domu,  w 

którym ma się do czynienia z takimi problemami? - A twoi rodzice? Czego chcą? 

Jej palce bębniły w deskę rozdzielczą coraz wolniej. 

- Żeby nigdy się to nie wydarzyło - powiedziała cicho, a bębnienie znów przybrało na 

sile. - Właśnie dlatego wysłali go do tej szkoły. 

- Czy on czuje się... samotny? 

Próbowałam  to  sobie  jakoś  uporządkować,  przywołując  obraz  pięknego  dziecka  w 

ogrodzie Taylorów, ciemnowłosego, ciemnookiego i bardzo przestraszonego. 

Po dłuższej chwili westchnęła. 

- Owszem - przyznała. - Teraz, kiedy odeszłam, Raven nie ma nikogo, w kim mógłby 

znaleźć oparcie. 

- No to już teraz wiesz - powiedziała Arizona, znów opanowana i pewna siebie, kiedy 

wysiadłyśmy z półciężarówki i idąc do domu, patrzyłyśmy w gwiazdy. 

-  Dlatego  wróciłam  na  tamtą  stronę.  Muszę  spowodować,  aby  Raven  zrozumiał,  że 

nigdy, przenigdy nie zrobiłabym tego, co mi się przypisuje. 

- Masz na myśli to, że nigdy byś go z własnej woli nie opuściła? 

Wreszcie to do mnie dotarło. 

- Zwłaszcza nie teraz - potwierdziła, kiwając głową. 

Przystanęłam na ganku i czekałam na wyjaśnienie. 

- Dlaczego zwłaszcza nie teraz? - musiałam ją ponaglić. 

- Bo tata w końcu wystąpił o rozwód. 

Kolejna informacja zaatakowała mój umysł. 

- I przy kim wtedy zostanie Raven? O to ci chodzi? 

Znów skinęła głową i westchnęła, długo i ciężko. 

- Kto będzie o niego dbał - dodała, wchodząc do domu i zamykając za sobą drzwi. 

Łowczy zjawił się, gdy stałam samotnie na ganku. 

- Nie miałam pojęcia, z jakim problemem ona się boryka - powiedziałam. 

background image

-  Arizona  nie  sprawia  wrażenia  skrzywdzonej  przez  los,  prawda?  -  spytał  z 

uśmiechem, choć oczy miał poważne. - Ale znając historię jej rodziny, obawiam się, że jest. 

-  Wydawało  mi  się,  że  jej  rodzice  dobrze  do  siebie  pasują.  Ojciec  uczy  muzyki  w 

college’u, mama pracuje w kanale informacyjnym w telewizji. 

- Znałaś ich przedtem? 

-  Nie,  poznałam  ich  dopiero  wczoraj.  Allyson  Taylor  widziałam  może  przez  minutę, 

szła do pracy. Tata Arizony jest dużo starszy, niż sądziłam. Pod tym względem nie pasują do 

siebie. 

- Masz pomóc jej bratu  przejść przez to  - przypomniał mi Łowczy.  - Musisz znaleźć 

sposób, żeby dotrzeć do tego chłopca, porozumieć się z nim. 

- Wtedy Arizona znajdzie spokój? 

-  Może.  W  każdym  razie  wykona  to,  co  zamierzyła.  Raven  uświadomi  sobie,  że  go 

kochała i wcale nie chciała go opuścić. 

Zrozumiałam  oczywiście,  co  chcą  osiągnąć,  ale  prawdę  mówiąc,  nie  sądziłam,  że 

chłopcu przyniesie to wielką ulgę. Dalej będzie spięty i wciąż beznadziejnie samotny. 

- Nie kwestionuj tego, Darina - powiedział Łowczy, czytając w moich myślach.  - Po 

prostu zrób to. Odkryj, jak umarła Arizona. Nie wracaj tutaj, dopóki się tego nie dowiesz. 

 

 

background image

„.Dzisiaj  rodzice  uczniów  gimnazjum  w  Ellerton  w  hrabstwie  Bishop  wystosowali 

petycję z żądaniem, by w szkole zostało zapewnione większe bezpieczeństwo. W minionym 

roku  w  wyniku  tragicznych  wydarzeń  straciło  życie  czworo  uczniów  ze  starszych  klas 

gimnazjum...”. 

Zupełnie  jakby  rozprawiali  o  zamykaniu  drzwi  stajni,  kiedy  konie  dawno  uciekły, 

pomyślałam.  Siedziałam  w  swoim  pokoju  i  patrzyłam  na  Allyson  Taylor  czytającą 

wiadomości.  Dyrektor  naszego  Guantanamo,  doktor  Valenti,  ogłosił  przed  kamerami,  że 

planuje rozszerzenie monitoringu telewizji przemysłowej w okolicach szkoły, a także losowe 

przeprowadzanie  rewizji osobistej uczniów podejrzanych o wnoszenie na teren szkoły noży 

ibroni palnej. Achtung! 

To  wszystko  niezależnie  od  faktu,  że  żadna  z  czterech  ofiar  nie  straciła  życia  na 

terenie szkoły. Ale zdaje się, nie to było w tej całej aferze ważne. Bliski był wybuch masowej 

histerii - większość rodziców zaczynała wariować na myśl, że każdy dzień może być ostatnim 

w życiu ich dzieci. 

- Darina, zamierzasz dzisiaj jeść kolację czy nie?  - zawołała Laura, stając u podnóża 

schodów. 

- Nie - odkrzyknęłam. 

- Zejdź na dół. Ugotowałam makaron. 

- Czyli nie mam wyboru? 

- Masz jeść! - zakończyła. 

Zeszłam  na  dół,  z  podziwem  myśląc  o  tym,  jak  matka  Arizony  w  całkowicie 

profesjonalny sposób  mówiła na wizji o tragedii swojej  rodziny, i  o tym, jak bardzo jestem 

zadowolona,  że  mam  Laurę.  Allyson  Taylor  mogła  być  doskonale  wychowaną,  elegancką 

kobietą z klasą, która dobrze zarabia i robi karierę, ale z pewnością nie pojawiała się w domu 

w porach posiłków, żeby nakłonić dzieci do jedzenia. 

- Dlaczego się uśmiechasz? - spytała Laura, podsuwając mi talerz. 

- Przepraszam, nie wiedziałam, że to zabronione - rzuciłam bojowym tonem. 

Siedzący  w  kącie  Jim,  z  talerzem  na  jednym  kolanie,  komputerem  na  drugim, 

chrząknął wymownie. Miało to znaczyć: okaż matce trochę szacunku albo coś w tym rodzaju. 

Uniosłam sceptycznie brwi i rzuciłam mu spojrzenie, które miało znaczyć: wyloguj się 

i usiądź normalnie przy stole, to okażesz jej trochę szacunku. 

Na szczęście żadne z nas nie uznało, że temat jest wart otwartej konfrontacji. 

background image

-  Wiedziałaś,  że  Arizona  Taylor  ma  brata  cierpiącego  na  autyzm?  -  spytałam  Laurę, 

starając się, żeby mój głos brzmiał naturalnie. 

Spędziłam kilka godzin po szkole na planowaniu dalszych działań i wypunktowałam 

to  sobie:  Przeczytać w  Internecie o  autyzmie.  v  Poprosić  Logana, żeby pojechał  ze mną do 

warsztatu za centrum handlowym. 

Zdobyć więcej informacji o rodzinie Taylorów. 

Pierwszy  punkt  zrealizowałam,  zanim  włączyłam  telewizor,  żeby  obejrzeć,  jak 

Allyson  czyta  wiadomości.  Drugi  miałam  zamiar  zrealizować  zaraz  po  zjedzeniu  spaghetti. 

Trzeci właśnie zaczęłam realizować, wykorzystując Laurę jako źródło informacji o ciemnych 

stronach życia Taylorów. 

-  Nie.  -  Zastygła  z  uniesionym  widelcem.  -  Myślałam,  że  Arizona  jest  ich  jedynym 

dzieckiem. 

- Ma pewnie jakieś dziewięć lat - brnęłam dalej. 

-  Kiedy  Taylorowie  sprowadzili  się  do  Ellerton?  -  zastanowiła  się  Laura.  -  Chyba 

osiem czy dziewięć lat temu. Ale nie pamiętam żadnego dziecka. 

No proszę, istnienie Ravena było pilnie strzeżonym sekretem! 

Laura przez chwilę jadła spokojnie makaron. 

-  A  ty  wiedziałaś,  że  Arizona  jest  córką  Franka  Taylora  z  pierwszego  małżeństwa? 

Allyson nie była jej biologiczną matką. 

Potrząsnęłam głową. 

- Nie wiedziałam nawet, że Frank był już wcześniej żonaty. 

- Był. Też z dużo młodszą od siebie kobietą. Allyson i on zamieszkali w tym nowym 

wspaniałym domu w Westrze i niedługo potem wzięli ślub. - Laurę opanowały wspomnienia. 

-  Najbardziej  byli  z  nimi  zaprzyjaźnieni  Madisonowie  i  to  oni  zostali  zaproszeni  na  wesele. 

Jon Madison zaprojektował im dom. 

Nagle zobaczyłam wyrwę w przysłowiowej ścianie, do której doszłam. Miałam szansę 

dowiedzieć się czegoś więcej o Arizonie. 

- Czy Taylorowie wciąż jeszcze przyjaźnią się z Madisonami? 

Bo  jeśli  tak,  mogłabym  odwiedzić  rodziców  Summer  i  dalej  prowadzić  swoje 

śledztwo. 

Laura pokręciła głową. 

- Krążyły pogłoski, że Taylor nie wypłacił Jonowi całej należnej sumy za projekt, co 

zniszczyło  ich  przyjaźń.  Poza  tym  Jon  i  Heather  nie  mają  wiele  wspólnego  z  Taylorami, 

background image

zwłaszcza z Allyson. Ona pracuje dla mediów, a w tym świecie trwa bezpardonowy wyścig 

szczurów. 

- Czyli nici z moich planów - mruknęłam pod nosem. 

Nie było żadnej wyrwy w ścianie, pozostała solidna, bez jednej rysy. 

- Allyson zrobiła sobie przerwę w pracy na czas budowy domu. - Laura przypominała 

sobie  kolejne  szczegóły  -  Zmieniła  stację  telewizyjną  i  dość  długo  nie  pokazywała  się  na 

wizji.  Kristina,  moja  przyjaciółka,  twierdziła,  że  dała  sobie  poprawić  twarz.  Kiedy  znów 

zobaczyłam ją w telewizji, pomyślałam, że Kristina miała rację. 

- Dlaczego? Ile lat ma Allyson Taylor? - spytałam. 

- Czterdzieści siedem - wypaliła Laura. - O to chodzi, musiała sobie zrobić twarz. 

- Nie teraz, Darina, jestem zajęty - zgasił mnie Logan, ledwie się odezwałam. 

Poszłam  poprosić  go,  żeby  zawiózł  mnie  do  centrum  handlowego,  zakładając,  że 

lepiej  niż  ja  poradzi  sobie  w  warsztacie  samochodowym.  Mógłby  porozmawiać  z 

mechanikami albo właścicielem na temat części zamiennych, które niby chce zamówić, a ja 

przez  ten  czas  rozejrzałabym  się  po  miejscu,  gdzie  Arizona  pojawiła  się  ostatni  raz  przed 

śmiercią. 

Logan  mi  odmówił.  Szok,  już  drugi  tego  wieczoru.  Pierwszego  doznałam,  gdy 

wychodziłam  z  domu,  a  Jim,  idąc  po  piwo  do  lodówki,  skończywszy  pouczać  mnie,  jak 

prawidłowo załadować zmywarkę, nawiązał do naszej rozmowy z Laurą. 

„Allyson  i  Frank  Taylorowie  rzeczywiście  mają  synka.  Dorabiałem  kiedyś,  jeżdżąc 

taksówką. Tak się złożyło, że odbierałem Allyson z dzieckiem ze szpitala. Zawiozłem ich do 

tego nowego domu w Westrze”. 

Dzięki, Jim, za tę cenną wiadomość. 

„To dlaczego Laura o tym nie wie?” - spytałam, a on wzruszył ramionami, otwierając 

puszkę z piwem. 

„Coś  tam  słyszałem,  jak  mówili,  że  dziecko  nie  jest  zdrowe  -  powiedział  poprzez 

trzask kapsla i syk gazu. 

- Może Taylorowie nie chcieli o tym rozmawiać przy obcych”. 

-  Zajęty?  Czym?  -  nastawałam  na  Logana,  stojąc  na  ganku  i  wciąż  przetrawiając 

rewelacje Jima. 

Nie miał rozłożonej żadnej pracy domowej, nie grzebał w silniku samochodu. 

- Jadę się z kimś spotkać - odrzekł, biorąc kluczyki. 

- Z kim? - spytałam, gdy przeszedł obok mnie. 

Logan Lavelle nigdy dotąd niczego mi nie odmówił. 

background image

Wariował na moim punkcie do tego stopnia, że czasem czułam się prześladowana. 

-  Z  takim  jednym  facetem  -  poinformował  mnie,  przekręcając  kluczyk  w  stacyjce,  i 

odjechał swoją czyściutką białą hondą. 

Nie  pozostało  mi  nic  innego,  jak  poczekać  do  środowego  popołudnia,  kiedy  Logan 

będzie wolny. 

-  Pewnie,  że  znam  ten  warsztat  -  powiedział,  kiedy  jechaliśmy  do  miasta.  -  Jego 

właściciel, Mike Hamill, jest dla mojego ojca kumplem od kieliszka. 

Nie zapytał mnie, po co chcę tam jechać, i to była kolejna niespodzianka. 

- Nie chcesz wiedzieć, po co tam jedziemy? 

Stanęliśmy na światłach, włączył kierunkowskaz, sygnalizując skręt w lewo, w uliczkę 

prowadzącą wzdłuż centrum handlowego. 

- A usłyszałbym szczerą odpowiedź? 

Popatrzyłam  na  niego.  Wyczuł  mój  wzrok,  ale  nie  odwrócił  głowy.  Twarz  miał 

poważną,  wyglądał  jakoś  doroślej  i  był  przystojny,  ciacho,  można  powiedzieć.  Ładne  rysy 

twarzy, gęste czarne włosy, niezła zdobycz dla jakiejś dziewczyny... 

-  Muszę  się  tam  rozejrzeć  -  wyjaśniłam.  -  To  ostatnie  miejsce,  które  Arizona 

odwiedziła przed śmiercią. 

No i zaczęło się. 

-  Co  to  ma  być?!  -  wrzasnął,  zjeżdżając  na  pobocze.  -  Jakaś  debilna  misja  czy  co?  - 

Stracił  swój  dystans  i  opanowanie,  nie  wyglądał  już  dorośle,  miałam znów  do  czynienia  ze 

stresującym,  podejrzliwym,  nękającym  mnie  Loganem.  -  Najpierw  opętało  cię  z  Jonasem. 

Potem  oświadczyłaś  mi,  że  wcale  nie  rozstałaś  się  z  Phoeniksem.  Teraz  Arizona.  Na  litość 

boską, oni nie żyją! 

- Wiem, że to wygląda dziwnie... 

- Nie dziwnie, Darina, to chore. 

- W takim razie pozwól, że wysiądę - oświadczyłam spokojnym, grzecznym tonem. 

Otworzyłam  drzwi  i  ruszyłam  pieszo  do  warsztatu  Mike’a  Hamilla.  Mieścił  się  na 

placu położonym na tyłach centrum handlowego, wciśnięty między skład kon- 

- Nie chcesz wiedzieć, po co tam jedziemy? 

Stanęliśmy na światłach, włączył kierunkowskaz, sygnalizując skręt w lewo, w uliczkę 

prowadzącą wzdłuż centrum handlowego. 

- A usłyszałbym szczerą odpowiedź? 

background image

Popatrzyłam  na  niego.  Wyczuł  mój  wzrok,  ale  nie  odwrócił  głowy.  Twarz  miał 

poważną,  wyglądał  jakoś  doroślej  i  był  przystojny,  ciacho,  można  powiedzieć.  Ładne  rysy 

twarzy, gęste czarne włosy, niezła zdobycz dla jakiejś dziewczyny... 

-  Muszę  się  tam  rozejrzeć  -  wyjaśniłam.  -  To  ostatnie  miejsce,  które  Arizona 

odwiedziła przed śmiercią. 

No i zaczęło się. 

-  Co  to  ma  być?!  -  wrzasnął,  zjeżdżając  na  pobocze.  -  Jakaś  debilna  misja  czy  co?  - 

Stracił  swój  dystans  i  opanowanie,  nie  wyglądał  już  dorośle,  miałam znów  do  czynienia  ze 

stresującym,  podejrzliwym,  nękającym  mnie  Loganem.  -  Najpierw  opętało  cię  z  Jonasem. 

Potem  oświadczyłaś  mi,  że  wcale  nie  rozstałaś  się  z  Phoeniksem.  Teraz  Arizona.  Na  litość 

boską, oni nie żyją! 

- Wiem, że to wygląda dziwnie... 

- Nie dziwnie, Darina, to chore. 

- W takim razie pozwól, że wysiądę - oświadczyłam spokojnym, grzecznym tonem. 

Otworzyłam  drzwi  i  ruszyłam  pieszo  do  warsztatu  Mike’a  Hamilla.  Mieścił  się  na 

placu  położonym  na  tyłach  centrum  handlowego,  wciśnięty  między  skład  kontenerów  a 

zakład  produkujący  markizy  Szyld  był  wyblakły,  a  miejsce  po  zbitej  szybie  w  drzwiach 

zostało zabite dyktą. 

- Halo! - zawołałam. 

Zero  odpowiedzi  -  tylko  głośna  muzyka  country  dobiegająca  z  radia.  Na  betonowej 

podłodze  warsztatu  zobaczyłam  usmarowane  olejem  silnikowym  bebechy  jakiegoś 

samochodu,  w  jednym  kącie  jedna  na  drugiej  nadpalone  karoserie  dwóch  samochodów,  w 

drugim - srebrzysty SUV Arizony. 

Przyjrzawszy się uważniej, upewniłam się, że to on. Był pokryty kurzem, częściowo 

zasłonięty rupieciami, dostrzegłam jednak tablicę rejestracyjną Arizony i elegancką tapicerkę 

z czarnej skóry. 

- Szukasz tutaj czegoś? - rozległ się za mną czyjś niski głos. 

Obejrzałam  się  i  zobaczyłam  znajomego  Brandona,  Kyle’a  Kepplera.  Po  raz  drugi, 

jeszcze silniej niż przedtem, uderzyła mnie myśl, jak bardzo ten mechanik samochodowy nie 

był  w  typie  Arizony.  Stał  na  rozstawionych  nogach,  napakowany  testosteronem,  brudny,  i 

patrzył  podejrzliwie.  Może  jest  w  stanie  porządnie  się  wyszorować,  przemknęło  mi  przez 

głowę. 

- Mam się tu spotkać z przyjacielem - oświadczyłam. 

background image

Kyle przechylił lekko głowę, wyraźnie oceniając, jak wyglądam w obcisłych dżinsach 

i podkoszulku. Pewnie zastanawiał się, ile mi dać w skali do dziesięciu. No, może dziewięć, 

bo nie mogłam się pochwalić wyeksponowanym dekoltem. 

- Ma jakieś nazwisko? - spytał. 

-  Logan  Lavelle  -  rzuciłam  pierwsze,  co  mi  przyszło  do  głowy.  Dlaczego  SUV 

Arizony wciąż stał w tym warsztacie? - Spotkaliśmy się już - przypomniałam mu. 

- Byłeś z Brandonem Rohrem. 

Potwierdził krótkim skinieniem głowy. 

- Nie ma tu Logana Lavelle’a. 

- Nie przyprowadził samochodu do naprawy? 

- Chcesz sprawdzić? 

-  Nie,  nie,  musiałam  się  pomylić,  przepraszam.  A  co  z  samochodem  Arizony?  Jej 

rodzice nie domagają się zwrotu? - Rzuciłam się na głęboką wodę, bo niby dlaczego nie. 

Kyle nachmurzył się. 

- Powiedziałem ci, że Logana tu nie ma. 

-  Słyszałam.  Zobaczyłam  SUVa  i  trochę  mnie  to  zaskoczyło.  Przepraszam  po  raz 

drugi. 

-  W  porządku.  Tak  naprawdę  Frank  Taylor  był  zadowolony,  że  może  sprzedać  ten 

samochód  mojemu  szefowi  po  tym...  no  wiesz,  jak  Arizona...  odeszła.  Trzeba  nad  nim 

popracować. 

Albo go zaintrygowałam, albo wciąż kontemplował moje obcisłe dżinsy. 

- Dlatego go tutaj  odstawiła. No tak, to  ma sens. Byliście parą, ty tu  pracujesz, więc 

przyprowadziła go do remontu, czemu nie. A potem skłamała mi z premedytacją, że nawet nie 

pamięta nazwy warsztatu. 

Kyle  jeszcze  bardziej  spochmurniał  i  powoli  zbliżył  się  do  mnie  -  wyglądało  to 

groźnie. 

- Mówił ci ktoś kiedyś, że przez swoją niewyparzoną buźkę narobisz sobie kłopotów? 

Cofnęłam się w stronę otwartych drzwi. 

- Przecież to Brandon mi powiedział. Ty i Arizona... 

- Brandon to dupek - rzucił Kyle. - To, co ci powiedział, to pierdoły. 

Z  radia  płynęła  chwytająca  za  serce  piosenka  Tammy  Wynette  Stand  by  your  man. 

Trwać  przy  nim  czy  nie,  już  sama  nie  pamiętam.  Pogubiłam  się  i  nagle  poczułam,  jakbym 

znalazła się w równoległej rzeczywistości. 

- Ty i Arizona nie byliście...? 

background image

Kyle spojrzał na mnie przeciągle. 

- Co ty sobie wyobrażasz? - spytał i zatrzasnął za mną drzwi warsztatu. 

- Nie zaliczałam cię do osób, którym brak wytrwałości, Darina. 

Nauczycielka  muzyki,  Katie  Jones,  patrzyła  na  mnie  surowym  wzrokiem.  Stałam 

wśród  grupy  uczniów  tworzących  zespół  muzyczny.  Oczywiście  nie  zabrakło  jak  zwykle 

Jordan,  Hannah,  Lucasa  i  Logana.  Wczesną  jesienią  skrzyknęliśmy  się  w  dwanaście  osób  i 

ustaliliśmy, że damy na Gwiazdkę koncert ku czci Summer 

Madison.  Była  naszą  szkolną  gwiazdą,  wszystkim  brakowało  jej  pięknego  głosu  i 

chcieliśmy w ten sposób uczcić jej pamięć. 

- Nie mam czasu na ćwiczenia i próby - wyjaśniłam. 

Albo serca, a może chęci. 

- Bo jest skoncentrowana na czym innym - mruknął Logan do Hannah. - Na sekretnej 

misji. 

- To znaczy jakiej? - Hannah chętnie nadstawiła ucha, wietrząc plotkę. 

- Węszy w sprawie śmierci Arizony. Zniszczy sama siebie, zobaczysz. 

Spróbowałam  się  wyłączyć,  nie  słuchać  ich,  koncentrując  się  na  rozczarowanej 

nauczycielce. 

- Kogo teraz, tak późno, znajdziemy na twoje miejsce? To naprawdę nie w porządku, 

że odchodzisz w takim momencie. 

Westchnęłam ciężko. 

- Na pewno szybko znajdzie pani kogoś, kto lepiej ode mnie gra na gitarze. 

- To nie będzie trudne - szepnęła Jordan do Lucasa. 

Moi  tak  zwani  przyjaciele.  Z  drugiej  strony,  nieźle  im  ostatnio  dawałam  popalić  i 

dobrze rozumiałam powody ich negatywnych reakcji. 

Pani Jones podeszła wolno do drzwi sali muzycznej. 

-  Zawsze  uważałam  cię  za  dziewczynę,  która  łatwo  się  nie  poddaje  -  powiedziała 

cicho. - Czy dobrze się czujesz? Wszystko z tobą w porządku? 

-  Nie  gorzej  niż  z  całą  resztą  tutaj  -  odparłam,  zerkając  na  Logana  pogrążonego  w 

plotkowaniu z moją, nie wiem, czy nadal, kumpelą, Hannah Stoltmann. 

Czy rzeczywiście słusznie zrobiłam, wycofując się z udziału w koncercie? Wróciłam 

do domu i zaczęłam rozmyślać. Był już piątek, a ja od czasu gdy wizyta w warsztacie Mike’a 

spaliła  na  panewce,  głównie  się  zamartwiałam,  będąc  na  najlepszej  drodze  do  depresji.  Nie 

ugryzę sprawy Arizony, przemknęło mi przez głowę i poczułam się, jakbym wbijała gwóźdź 

do trumny. Nie miałam pojęcia, co jeszcze mogłabym zrobić. 

background image

W piątkowe wieczory Laura i Jim chodzili do kina, więc miałam cały dom dla siebie. 

Darowałam  sobie  kolację  i  raz  jeszcze  przejrzałam  strony  internetowe:  autyzm  objawy, 

autyzm  dziecięcy,  zespół  kruchego  X  -  epilepsja.  Przeczytałam  o  tym,  że  dzieci  dotknięte 

autyzmem mają kłopoty z jedzeniem i nigdy się nie śmieją. Mogą kiwać się na krześle w tę i z 

powrotem i patrzeć na swoje ręce przez cały dzień. Autyzm dotyka troje do sześciu dzieci na 

sto albo 8,7 na tysiąc, zależy, z której strony internetowej czerpiesz wiadomości. Przyczyną 

może być różyczka w pierwszym trymestrze ciąży albo niewłaściwy poziom serotoniny, albo 

całkiem  coś  innego.  Tak  czy  owak,  nie  stanowiło  to  przedmiotu  mojego  zainteresowania, 

więc opuściłam te informacje. 

Interesowały  mnie  autystyczne  dzieci  z  niezwykłymi  zdolnościami.  Tych  jest  może 

dziesięć  procent  na  wszystkie  z  tą  przypadłością.  Mają  niezwykle  pojemną  pamięć  albo 

ponadprzeciętne  zdolności  muzyczne.  W  Wielkiej  Brytanii  głośny  był  przypadek  dzieciaka, 

który raz rzuciwszy okiem na budynki Parlamentu czy, powiedzmy, naszego Białego Domu, 

odtwarzał je ołówkiem na papierze. W końcu te rysunki uczyniły go sławnym. To by mogło 

dotyczyć Ravena, pomyślałam. 

Autyzm  to  jednak  głównie  nieszczęście.  Te  dzieci  nie  śmieją  się,  nie  mówią,  nie 

patrzą  ci  w  oczy,  a  z  powodu  wielu  innych  mentalnych  dolegliwości  cały  czas  przyjmują 

lekarstwa. 

Co  człowiek  robi,  kiedy  życie  każe  mu  się  zmierzyć  z  czymś  takim?  Przestałam 

skakać  myszką  i  spróbowałam  wyobrazić  sobie,  jak  zachowywali  się  Taylorowie,  kiedy 

Allyson wróciła z dzieckiem ze szpitala. Arizona mówiła o diagnozach, kuracjach, szpitalach 

i szkołach. I o tym, że rodzice nie chcieli w to uwierzyć. 

„Mówili, że dziecko nie jest zdrowe” - powiedział mi Jim. I tak było, a jego rodzice 

postanowili  udawać,  że  nie  ma  sprawy,  na  zasadzie:  nie  mówmy  o  tym,  trzymajmy  to  w 

sekrecie, a może problem zniknie. Ciekawe, czy miałam rację. Muszę zapytać Arizonę, kiedy 

następnym razem się zobaczymy. 

Ta  myśl  odciągnęła  mnie  od  komputera.  Podeszłam  do  okna  i  zapatrzyłam  się  w 

niebo.  Kiedy  będzie  ten  następny  raz?  Nie  wcześniej,  aż  odkryję  jakieś  fakty  związane  z 

samobójstwem Arizony - tego Łowczy jasno zażądał. 

Zamknęłam  oczy  i  przywołałam  w  pamięci  surową,  wyrazistą  twarz  suwerena,  z 

wyblakłym  tatuażem  w  kształcie  anielskich  skrzydeł  na  czole.  I  opowieść  Phoeniksa  otym, 

jak Łowczy został zabity strzałem w głowę oddanym z bliskiej odległości przez mężczyznę, 

który próbował zgwałcić jego żonę, Marie. 

background image

Umieram! - zwróciłam  się do milionów gwiazd.  Muszę pojechać do  Foxton,  znaleźć 

Phoeniksa, przekonać się, czy wciąż tam jest. 

„Podaj mi jakiś powód, dla którego nie miałbym odesłać cię do otchłani, tym razem na 

dobre?”  -  takie  słowa  Łowczego  bym  wywołała.  Znów  go  zobaczyłam  -  z  ramionami 

splecionymi  na  piersi,  stojącego  nad  wypalonym  kręgiem  trawy,  wściekłego.  Nawet  to 

wspomnienie  mnie  przeraziło  -  wyobrażenie  wybuchu  jego  gniewu,  który  zmiatał  każdego, 

kto stanąłby mu na drodze. Był suwerenem, miał władzę absolutną - hipnotyzował, czytał w 

umysłach, potrafił w ostateczności wezwać zagubione dusze, bijące skrzydłami i podróżujące 

razem z nim w czasie, do samego początku świata, a może nawet poza nasz świat. 

Dreszcz  mnie  przeszedł  na  wspomnienie  mojej  własnej  podróży  w  czasie,  którą 

odbyłam, żeby przyszpilić Matta Fortune, zabójcę Jonasa. Nigdy nie czułam takiego bólu, a 

wróciłam zmieniona psychicznie i wyczerpana. Nic dziwnego, że Łowczy posługiwał się tym 

środkiem tylko w ostateczności. 

Suweren. Władca. Wszechpotężny Łowczy. 

Przez  otwarte  okno  wpadł  chłodny  powiew.  Białe  zasłony  zafalowały.  Kiedy  się 

odwróciłam, w pokoju stał Phoenix. 

-  Och,  Bogu  dzięki!  -  Rzuciłam  mu  się  w  ramiona,  złapałam  go  za  rękawy  kurtki, 

przytuliłam głowę do jego piersi. - Już nie wiedziałam, co... bałam się... 

- Ja też. - Objął mnie mocno, przyciskając usta do czubka mojej głowy. 

- Bardzo się bałam  -  wykrztusiłam, z trudem  łapiąc oddech.  -  Nie śmiałam  pojechać 

do Foxton. Czy Łowczy wciąż jest na nas wściekły? 

- Jest w podłym nastroju. Posłał mnie i Lee, żebyśmy trzymali wartę przy Government 

Bridge. 

- To okrutne. - Wiedziałam, że Phoenix jest zazdrosny o Lee i że Łowczy doskonale 

zdaje sobie sprawę, jakie to uczucie jest silne. - Potrafi wymyślić, jak nas zranić. 

-  Byliśmy  tam  całą  dobę.  -  Puścił  mnie  i  odsunął  się,  żeby  spojrzeć  mi  w  twarz.  - 

Fatalnie się czułem, Darina. Lee jest nowy, ale bez trudu czyta w moich myślach. Wie, jakim 

idiotą się okazałem. 

- I co, wyżył się na tobie? - Odważyłam się na słaby uśmieszek. 

-  Nie,  jest  w  porzo.  Powiedział,  że  gdybyś  była  jego  dziewczyną,  zareagowałby  tak 

samo. 

- Czyli nie muszę się martwić, że dwaj fajni zombi pobiją się o mnie? 

-  Lee jest w porzo  -  powtórzył  Phoenix. Objął  mnie w talii i posadził na łóżku obok 

siebie. - Czy ty masz pojęcie, jak bardzo nocą spada temperatura? 

background image

- Zaraz się rozpłaczę z żalu nad wami. 

- Powinnaś. 

Przestaliśmy rozmawiać i zaczęliśmy nadrabiać zaległości w całowaniu. Poddałam się 

chwili, z rozkoszą czując, jak jego wargi dotykają moich, potem muskają mi policzki, a potem 

powieki.  Pogrążyłam  się  w  tym  przyprawiającym  o  zawrót  głowy  uczuciu,  które  pewnie 

znacie... a wtedy Phoenix powoli odsunął się ode mnie. 

- Wiesz co? 

- Nie... to znaczy co? 

-  Tych  pracowników  przy  moście  już  nie  ma.  Zdaje  się,  że  w  nowym  raporcie 

rzeczoznawca budowlany napisał, że nie trzeba wzmacniać konstrukcji. 

-  I  to  po  tych  wszystkich  nocach  spędzonych  na  zimnie!  -  Roześmiałam  się  i  tym 

razem  nasze  pocałunki  nie  były  głębokie.  Uśmiech,  pocałunek,  uśmiech,  wargi  stulone  do 

pocałunku.  -  Założę  się,  że  Łowczy  to  przewidział.  Pamiętasz,  że  majstrował  w  umyśle 

inżyniera. 

Skoro już zaczęliśmy mówić o stanie czyjegoś umysłu, przestałam układać wargi do 

pocałunku  i  opowiedziałam  Phoeniksowi,  co  wyczytałam  o  chorobie  Ravena,  a  potem 

zrelacjonowałam mu wizytę w warsztacie Mike’a - jak zobaczyłam SUVa Arizony i jak Kyle 

wywalił mnie za drzwi. 

- Tyle dziwnych  rzeczy  naraz  - zakończyłam, kręcąc  głową.  -  Arizona twierdziła, że 

nie zna nazwy warsztatu, a okazało się, że pracuje tam jej chłopak. 

Phoenix rozprostował nogi i położył się na łóżku. 

- Powiedzieć ci coś jeszcze? 

Umościłam się obok niego i przerzuciłam ramię przez jego pierś. 

- Czy ja wiem...? Prawdę mówiąc, wolałabym, żebyśmy nie rozmawiali zbyt wiele. 

Nakrył mi usta dłonią i musiałam wysłuchać tego, co miał do powiedzenia. 

-  Wczesnym  wieczorem  Łowczy  wreszcie  nam  odpuścił,  to  znaczy  mnie  i  Lee,  i 

pozwolił  nam  pójść  do  stajni  odpocząć.  Nie  miałem  nic  przeciwko  temu.  Pierwszą  osobą, 

którą  zobaczyłem  po  powrocie,  była  Arizona.  Stała  na  łące  w  świetle  gwiazd  i  księżyca, 

nieobecna, jakby znajdowała się gdzie indziej. Musiała mnie usłyszeć, ale nie odwróciła się. 

- Myślisz, że była zła? Może na mnie, że nie posuwam się do przodu? 

- Nie zła, raczej smutna. 

- Smutna? - zdziwiłam się, bo nie pasowało mi to do Arizony, jaką znałam. - Łzy i tak 

dalej...? 

Roześmiał się krótko. 

background image

- My nie płaczemy. 

-  Aha.  -  No  tak,  wasze  serca  też  nie  biją,  pomyślałam.  Krew  nie  płynie  w  waszych 

żyłach,  jesteście  bladzi  i  zimni,  a  teraz  jeszcze  dowiedziałam  się,  że  nie  umiecie  płakać.  - 

Dostroiłeś się do niej, żeby zobaczyć, co się dzieje w jej głowie? 

Oparł się na poduszce i wzruszył ramionami. 

- Arizona ma duży potencjał, ale aż do dzisiejszego spotkania na łące nie wiedziałem, 

o ile większy od mojego - przyznał. - Próbowałem się dostroić, ale miała wystarczającą siłę, 

żeby mnie powstrzymać. 

- Zablokowała się tak, że nie mogłeś użyć telepatii? 

-  upewniłam  się,  ponieważ  było  to  absolutnie  niezgodne  z  regułami,  których 

przestrzegali. 

Zastanawiałam się, co na to Łowczy. 

-  Wyciągnąłem  rękę  i  chciałem  jej  powiedzieć,  że  wszystko  w  porządku,  nic  jej  nie 

grozi,  ale  odepchnęła  mnie  i  oznajmiła,  że  owszem,  grozi,  i  że  powinienem  zapytać  o  to 

Łowczego. 

- I zapytałeś? 

Poruszyła mnie ta historia. Wyobraziłam sobie Arizonę, samotną i zziębniętą na łące, 

odpychającą Phoeniksa. 

-  Tak,  i  teraz  będzie  najdziwniejsze.  Łowczy  był  w  domu,  w  sypialni  na  górze, 

siedział, podpierając głowę rękami, i zignorował moją obecność. Wobec tego zaczekałem, aż 

spojrzy  na  mnie,  a  wtedy  zapytał:  „Phoenix,  czy  kiedykolwiek  ktoś  cię  zdradził?”. 

Odpowiedziałem, że nie, a przynajmniej nic o tym nie wiem. 

Jego głos, i tak cichy, zanikł zupełnie. Czekałam w milczeniu. 

-  Gdyby  nie  zabrzmiało  to  głupio,  powiedziałbym,  że  Łowczy  się  starzeje.  Jakby  go 

przytłoczył jakiś ciężar, jakby całkiem się pogubił. 

- Rozmawiamy o tym samym Łowczym? - spytałam. 

- Okazało się, że miał starcie z Arizoną. 

- Łau! Albo jest taka odważna, albo szalona. 

- Łowczy mi to wyjaśnił. Arizona oskarżyła go, że nie przykłada się wystarczająco do 

wyjaśnienia  jej  sprawy.  Powiedziała,  że  nie  przebijesz  się  przez  mur  milczenia  bez  naszej 

pomocy. 

- Postawiła się suwerenowi?! 

To się chyba nigdy dotąd nie zdarzyło. Byłam zdumiona, że jej jeszcze nie odesłał. 

background image

-  Gorzej.  Zarzuciła  mu,  że  jest  zbyt  pewny  swoich  racji.  Ze  nie  zawsze  wszystko 

wygląda tak, jak on to widzi, i powinien to wreszcie zauważyć. 

- I Łowczy ci to powtórzył? 

-  Tak.  Musiała  rzeczywiście  zwariować,  bo  zapytała  go,  czy  jest  pewien,  że  zginął, 

broniąc  żony.  Czy  może  Marie  nie  walczyła,  bo  nie  było  napastnika,  a  ona  zwyczajnie 

zdradziła męża z tym... 

- Peterem Mentonem. 

Już  wam  kiedyś  o  tym  opowiadałam.  Dla  przypomnienia:  działo  się  to  na  początku 

dwudziestego wieku. Menton był najbliższym sąsiadem Marie i Łowczego. Przyszedł do niej 

pod nieobecność Łowczego, ale ten wrócił wcześniej i zobaczył ich razem. 

- Niemożliwe, żeby powiedzieć coś takiego Łowczemu! - Usiadłam zszokowana. 

-  A  jednak.  Uważasz,  że  on  jest  ze  stali,  ale  szkoda,  że  nie  widziałaś,  jak  wyglądał. 

Załamany mężczyzna. Dlatego zapytał mnie o zdradę. A potem wstał i otrząsnął się z tego. 

Wezwał mnie, bo chciał mi coś zlecić. 

- Podobno miałeś odpocząć? 

- Zmienił zdanie. Mam cię natychmiast przenieść do Foxton. 

Serce mi zabiło - Phoenix zjawił się, żeby zabrać mnie ze sobą. Byłam  gotowa. Ale 

mój chłopak nie był. Miał mi coś jeszcze do oznajmienia. 

- Tylko że nie powiedział: „sprowadź Darinę”. Powiedział: „sprowadź Marie”. 

Wzięłam  głęboki  oddech.  Dlaczego  przeszedł  mnie  dreszcz?  Przecież  to  tylko 

przejęzyczenie. 

-  Summer  mówiła,  że  wyglądasz  jak  Marie,  pamiętasz?  -  Wziął  mnie  za  rękę  i 

poprowadził do okna. - Wtedy gdy zobaczyła tę starą fotografię. 

- Poczekaj, mam mętlik w głowie. W każdym razie posłał cię tutaj, żebyś mnie do was 

sprowadził. Wyjaśnił, po co? 

- Chodzi o Arizonę. Jest sporo spraw, o których dotąd nie mówiła. Łowczy odkrył, że 

zawsze miała przed nami tajemnice. 

Spodziewał  się,  że  będę  zaskoczona,  ale  wcale  nie  byłam.  Nareszcie  suweren  i 

(Nie)Umarli dowiedzieli się 

Otym, co ja od początku przeczuwałam - że Arizona z sobie tylko znanych powodów 

ukrywa prawdę. Krótko mówiąc, chociaż była jedną z nich, nie mogli jej tak całkowicie ufać. 

-  Czyli  nareszcie  wiecie  -  powiedziałam  do  Phoeniksa,  który  przygotowywał  się,  by 

mnie zdematerializować. - W końcu nie będę zdana na samotną walkę, już Łowczy wyciśnie z 

niej prawdę. 

background image

- Tego nie wiem, bo to zupełnie nowa sytuacja - odrzekł. - No dobra, Darina. Łowczy 

potrzebuje  cię  zaraz.  Nie  damy  rady  wsiąść  do  twojego  samochodu  i  natychmiast  tam 

dojechać, więc przemieścimy się tak jak wszyscy (Nie)Umarli. 

- Jestem gotowa! 

Dla mnie to też była zupełnie nowa sytuacja - podróżować w przestrzeni tak, jak oni to 

robią. Nie mogłam się doczekać. 

- Nie będzie bolało - obiecał Phoenix. - Pamiętaj tylko, że nie możesz mnie puścić. 

Kiwnęłam  głową,  podekscytowana  szumem  skrzydeł,  które  zaczynały  się  gromadzić 

wokół nas, powodując falowanie cienkich jedwabnych zasłon. Lekki powiew wydął materiał 

jak żagiel. Phoenix stanął naprzeciwko mnie iujął moje dłonie. 

- Zamknij oczy i nie otwieraj, dopóki ci nie powiem. 

Zrobiłam to, trochę zdenerwowana, ponieważ skrzydła trzepotały coraz głośniej, a ich 

siła była niepokojąca. 

- Będę cię mocno trzymać - obiecałam, teraz już przestraszona, gdy pomarańczowe i 

fioletowe  zygzaki  szybko  jak  błyskawice  zaczęły  migać  mi  pod  zamkniętymi  powiekami.  - 

Długo to potrwa? 

Nie  odpowiedział.  Dłonie  miał  zimne,  ale  trzymał  mnie  mocno,  pewnie,  jakby  nie 

było  szalejących  skrzydeł  i  dziwacznych  kształtów.  Powiał  silny,  zimny  jak  sama  śmierć 

wiatr, czułam się, jakbym płynęła w powietrzu, kręciło mi się w głowie i miałam wrażenie, że 

mózg  skurczył  mi  się  w  czaszce.  Byłam  kompletnie  zdezorientowana  i  wtedy  przez  moje 

zamknięte powieki zaczęło się wdzierać jaskrawe białe światło. 

- Już - powiedział Phoenix. - Otwórz oczy. 

Znajdowaliśmy się w stajni za wzgórzem Foxton. Nie było żadnych lamp naftowych, 

ciemność rozświetlała tylko smuga księżycowego światła. 

- Szaleństwo! - Nie puściłam Phoeniksa, dopóki nie odzyskałam równowagi, i wtedy 

rozejrzałam się dokoła. 

- Gdzie są wszyscy? 

Wyszliśmy  ze  stajni.  W  smolistych  ciemnościach  jarzyło  się  światło  w  domu,  więc 

ruszyliśmy w tamtym kierunku. 

- Cześć. - Iceman usłyszał nasze kroki i otworzył nam drzwi. Uśmiechnął się do mnie. 

- W porządku, Darina? 

- To było niesamowite, ale tak, wszystko w porządku. 

Phoenix wszedł do domu przede mną. 

- Gdzie Arizona? - spytał. 

background image

- Poszła sobie. 

Odpowiedź Icemana zaskoczyła mnie. Zrozumiałam ją tak, że w końcu jej podejście 

do sprawy rozzłościło Łowczego i odesłał ją na zawsze. 

- Dokąd? 

-  Nikt  nie  wie.  Gdziekolwiek  się  podziała,  Łowczy  ją  sprowadzi.  Kazał  wam  tu 

czekać. 

- Jak długo to potrwa? 

Phoenix mówił, że ma mnie natychmiast zabrać do Foxton, dlatego odbyłam magiczną 

podróż  w  przestrzeni.  Teraz  widziałam,  że  dzieje  się  tu  coś  znacznie  ważniejszego,  niż 

sądziłam. 

-  Tyle  ile  trzeba  -  westchnął  Iceman  i  zwrócił  się  do  Phoeniksa:  -  Nigdy  nie 

widziałem, żeby Łowczy tak się zachowywał. 

- A ja nigdy nie widziałem, żeby ktoś mu się sprzeciwił - odrzekł Phoenix. 

-  No  a  ty?  -  przypomniałam  mu.  -  Złamaliśmy  reguły  w  poniedziałkową  noc,  ale 

podejrzewam, że to pestka w porównaniu z tym, co zrobiła Arizona. 

- W każdym razie czekamy. - Phoenix usiadł na brzegu stołu, długie nogi wyciągnął w 

kierunku  kuchennego  pieca.  -  Siadaj  -  powiedział  do  mnie,  wskazując  bujane  krzesło.  - 

Spróbuj się zdrzemnąć. 

- Nie ma mowy - zaprotestowałam, siadając. - Za bardzo jestem podminowana. 

*** 

Sześć godzin później obudził mnie pocałunkiem. 

- Zrób to jeszcze raz - wyszeptałam. - Inaczej pomyślę, że mi się śni. 

Pocałował delikatnie moje wargi, potem szyję. 

- Ani śladu Łowczego i Arizony - oznajmił. - Ale chodź, obejrzysz coś. 

Wyszłam za nim z domu. Na zewnątrz wciąż panowała ciemność, tylko na horyzoncie 

pojawiła się złocista poświata wschodzącego słońca. Patrzyliśmy, jak wschodzi, szybciej niż 

można  by  się  spodziewać,  malując  niebo  na  pomarańczowo,  potem  na  różowo,  wreszcie 

opromieniając postrzępione sylwetki gór. 

- Ekstra, co? - szepnął mi Phoenix do ucha. 

- Brak mi słów - odpowiedziałam, a życie wydało mi się niemal zbyt piękne. 

Ciszę  przerwało  pojawienie  się  na  zboczu  wzgórza  Summer.  Zbiegła  na  łąkę  - 

fantastyczna dziewczyna, złotowłosa, długonoga, piękna. 

-  Przy  Skale  Anioła  pojawili  się  jeźdźcy  na  koniach  -  rzuciła  pospiesznie.  -  Pewnie 

wyruszyli tak wcześnie, żeby zobaczyć wschód słońca. 

background image

Na dźwięk jej głosu na podwórze wyszli szybko Donna i Lee. 

-  Idziemy  -  zakomenderowała  Donna,  zanim  zdążyłam  zareagować  na  rewelacje 

Summer. - Darina, ty raczej tutaj zostań. 

Wszyscy czworo skierowali się w tę stronę, skąd przyszła Summer, zostawiając mnie 

ogłupiałą na ganku. 

Odkąd to Donna wydaje mi rozkazy, pomyślałam iruszyłam za nimi. Maszerowałam 

oczywiście dużo wolniej niż oni, ale nie traciłam ich z oczu. A zresztą słońce świeciło jasno, 

znałam drogę do Skały Anioła. Wkrótce osiągnęli szczyt wzgórza i zniknęli po drugiej stronie 

zbocza. Starałam się ich dogonić, ale musiałam zrobić przystanek przy osikach i zbiorniku na 

wodę. Wtedy zobaczyłam przyczepę do przewożenia koni, stojącą na końcu gruntowej drogi, 

a w oddali troje jeźdźców. 

Czworo  (Nie)Umarłych  rozstawiło  się  na  następnym  wzgórzu.  Poczułam  znajomy 

powiew  od  strony  Szczytu  Amosa,  kładący  pokotem  długie  łodygi  traw,  szeleszczący  po 

dolinie. 

Konie  zastrzygły  uszami.  Dziwny  dźwięk  -  wiatr  czy  trzepot  skrzydeł?  Skąd 

dochodził? Zdałam sobie sprawę, że nieźle je to wystraszy. 

Donna  i  Lee  zniknęli  za  granitową  Skałą  Anioła,  trzepot  skrzydeł  przybrał  na  sile, 

jasne  światło  dnia  przygasło.  Troje  jeźdźców  walczyło,  aby  utrzymać  konie  na  wodzy. 

Skierowali  wierzchowce  przodem  do  wiatru,  co  nic  nie  dało,  bo  wiatr  zmienił  kierunek  i 

porywiste  podmuchy  miotały  grzywami  i  ogonami  we  wszystkie  strony.  Srokaty, 

brązowobiały koń stanął dęba. 

Z tej odległości nie mogłam wszystkiego dokładnie widzieć, a tym  bardziej słyszeć. 

Ale wiedziałam, że skrzydła zakładają blokadę, a ich łopot przeraża konie. Chciałyby odbiec 

stąd jak najdalej, ale przestraszeni jeźdźcy mocno ściągali cugle. 

- Przestańcie! - krzyknęłam do Phoeniksa. 

Usłyszał  mój  krzyk,  Summer  także.  Skinęła  głową  iwycofała  się  w  dół  wzgórza. 

Phoenix również trzymał się z tyłu. Ale Donna i Lee działali niezależnie, wciąż wywierając 

presję na jeźdźców i konie, żeby odepchnąć ich jak najdalej od stajni i domu. Spychali ich w 

gąszcz ciernistych krzewów wyrastających na skalistym podłożu przy Szczycie Amosa. 

- Phoenix, powiedz im, żeby przestali! - zawołałam. 

Było  za  późno.  Kobieta  dosiadająca  srokacza  wypuściła  z  rąk  cugle  i  koń  poniósł. 

Wierzchowiec pod drugim jeźdźcem zaczął wierzgać, mężczyzna się pochylił, niemal kładąc 

się  na  końskiej  szyi,  i  pogalopował  w  ślad  za  srokaczem.  Przy  Skale  Anioła  pozostał tylko 

background image

gniadosz, który rżał rozpaczliwie ze strachu, bo wiatr bezlitośnie wciskał mu się w nozdrza i 

uszy. 

Srokosz  skręcił  w  pędzie,  dosiadająca  go  kobieta  przechyliła  się  w  siodle. 

Wierzchowiec  stanął  dęba,  kobietę  zarzuciło  do  tyłu.  Próbowała  złapać  równowagę  i  już 

myślałam, że jej się uda, ale nie - była zbyt mocno odchylona, aby zapanować nad koniem. 

Spadła na ziemię, a uwolniony od ciężaru koń pogalopował dalej. 

Summer i Phoenix podbiegli do leżącej kobiety. W końcu ja także do nich dołączyłam 

i wszyscy troje pochyliliśmy się nad nią. Zyla, ale była nieprzytomna. Oczy miała zamknięte, 

leżała na płaskim występie skalnym, jedno ramię spoczywało pod plecami, dziwnie ułożone. 

- Boże, co my zrobimy? - zawołałam. 

Lee i Donna nie przestawali zakładać blokady i wiatr wciąż hulał przy Skale Anioła. 

W oddali mogłam jeszcze dostrzec galopujące konie. 

- Nie ruszaj jej - ostrzegłam Summer. - Najpierw musimy sprawdzić, czy nic sobie nie 

złamała. 

- Idź do Lee i Donny, powiedz, żeby przestali - zwrócił się do niej Phoenix. 

Został  ze  mną,  a  ja  sprawdziłam  puls  kobiety,  po  czym  pochyliłam  się  nad  nią  i 

poczułam na policzku jej ciepły oddech. 

-  Zdaje  się,  że  ma  złamane  ramię.  Co  wyście  sobie,  na  litość  boską,  myśleli?  Nie 

powinniście łopotać skrzydłami przy koniach. 

- Fakt, poniosło nas - przyznał Phoenix. Odsunął się nieco, widząc, że kobieta zaczyna 

poruszać powiekami. - Odzyskuje przytomność. 

- Powinieneś natychmiast stąd odejść - zdecydowałam. - Pozbieraj resztę i znikajcie! - 

Zobaczyłam,  że  nieznajoma  otwiera  z  trudem  oczy.  Jęknęła,  więc  ponagliłam  Phoeniksa:  - 

Idź! 

Ściągnął  Summer,  Donnę,  Lee  i  zdążyli  zniknąć,  zanim  poturbowana  kobieta 

zorientowała się, gdzie jest. 

-  Wszystko  w  porządku  -  zapewniłam  ją,  gdy  opierając  się  na  łokciu,  próbowała  się 

unieść. 

Przyjrzałam  się  jej  dokładniej.  Nie  była  młoda,  mogła  mieć  około  pięćdziesiątki. W 

czarnych włosach splecionych w warkocz połyskiwały srebrne nici, na twarzy zaznaczały się 

zmarszczki, ale zachowała doskonałą, szczupłą figurę. 

-  Nie  wiem,  co  się  stało  -  odezwała  się  do  mnie  słabym  głosem.  -  Mój  koń  poniósł. 

Zerwał się jakiś dziwny wiatr... Czy to był huragan? 

- Proszę nic nie mówić i się nie martwić. Wydostanę panią stąd. 

background image

Spróbowała wyciągnąć spod pleców prawe ramię, ale z jękiem opadła z powrotem na 

ziemię. Łzy pociekły jej z oczu. 

- Podejrzewam,  że ma pani  złamaną rękę  - potwierdziłam  jej obawy.  -  Czy nic poza 

tym panią nie boli? 

Pokręciła głową. 

- Muszę jakoś dostać się do szpitala... 

-  Tak,  wiem.  Proszę  leżeć  spokojnie,  lepiej  niech  pani  nie  próbuje  się  poruszać. 

Zobaczę,  czy  mam  tu  zasięg.  -  Wyjęłam  komórkę  z  kieszeni  dżinsów  i  wystukałam  911. 

Połączenie  nieudane.  I  drugi  raz,  a  potem  trzeci.  Wreszcie  się  dodzwoniłam.  -  Potrzebna 

karetka z ratownikami  medycznymi w okolice  Foxton  -  zgłosiłam dyspozytorowi.  -  Kobieta 

spadła  z  konia,  jest  poturbowana.  Jesteśmy  pod  Skałą  Anioła.  Proszę  zjawić  się  jak 

najszybciej. 

 

 

background image

Nieźle oberwałam po uszach. 

- W głowie mi się nie mieści, że mogłaś mi coś takiego zrobić!  - zawodziła Laura. - 

Wróciliśmy z Jimem z kina i położyliśmy się, pewni, że śpisz bezpiecznie w swoim pokoju. 

Okazało się, że twoja sypialnia jest pusta! 

- Jakim cudem znalazłaś się o świcie pod Skałą Anioła? - dopytywał się Logan, kiedy 

Laura oddała mi słuchawkę po odbyciu z nim gorączkowej rozmowy. - Albo nie, lepiej mi nie 

mów. Wolę nie wiedzieć. 

Przedtem wymaglowali mnie sanitariusze. 

-  Widziałaś,  jak  do  tego  doszło?  Co  tak  przestraszyło  konie?  Czy  ktoś  jeszcze 

znajdował się na miejscu wypadku? 

A po nich lekarz w szpitalu. 

- Twierdzisz, że pojechałaś tam sama. - Skłamałam im, oczywiście. - Czy twoi rodzice 

wiedzą, gdzie jesteś? 

Następnym razem, jak zobaczę, że ktoś spada z konia, odwrócę głowę i udam, że nie 

widzę, pomyślałam. 

Ze  szpitala  wyszłam  koło  jedenastej  i  poprosiłam  lekarza,  który  właśnie  skończył 

pracę, by mnie podwiózł. 

W  domu  zjawiłam  się  kilka  godzin  później,  gorączkowo  próbując  wymyślić  jakieś 

usprawiedliwienie, które zadowoliłoby Laurę. 

- Nie mogłam spać, więc wstałam wcześniej. 

- A twoje łóżko! - wykrzyknęła. Wzrok jej pałał gniewem, dłonie zacisnęła w pięści. - 

Pościel była nietknięta! 

Zamknęłam oczy i potrząsnęłam głową. 

- Proszę cię - powiedziałam błagalnie. 

-  Gdzie  byłaś?  -  nie  ustępowała.  -  Nie  słyszałam,  żebyś  wychodziła.  Na  pewno  bym 

usłyszała, jak uruchamiasz samochód. 

-  Nie  próbuj  zbywać  matki  -  ostrzegł  mnie  Jim.  -  Postaraj  się  chociaż  raz  w  życiu 

powiedzieć nam prawdę. 

No nie, wystarczy. 

- Przestań mnie pouczać, co mam robić!  - wrzasnęłam do niego, a potem  wypaliłam 

gruboskórnie: - Nie masz do tego prawa! Nie jesteś moim ojcem! 

background image

Zupełnie  jakbym  wymierzyła  Laurze  cios  w  żołądek.  Złapała  gwałtownie  oddech  i 

osunęła się na kanapę. Była wciąż w koszuli nocnej, na którą narzuciła różowy szlafrok. Tusz 

do  rzęs  rozmazał  jej  się  na  policzkach.  Jim  przechylił  głowę,  patrzył  na  mnie  zwężonymi, 

błyszczącymi oczami. 

- Nie słyszałem tego, co powiedziałaś, Darina. 

- Niech ci będzie. 

Uznałam, że czas się zmywać, nieważne dokąd. W sekundę znalazłam się na zewnątrz 

i właśnie przekręcałam kluczyk w stacyjce, gdy Logan zaparkował hondę wzdłuż chodnika, 

blokując wyjazd. 

- Zjeżdżaj mi z drogi! - wrzasnęłam. 

Zamknął z trzaskiem drzwi hondy i ruszył w moją stronę. 

- Przestań się na mnie wydzierać. Nigdzie nie jedziesz. 

Wyskoczyłam  z  samochodu,  jednym  susem  pokonałam  spłachetek  trawy  przed 

naszym domem, a potem niski płotek, i już pędziłam po chodniku. 

-  Odwal  się,  Logan!  -  Miałam  go  dosyć.  -  Powiedziałeś  przez  telefon,  że  wolisz  nie 

wiedzieć. 

Nie zrobiło to na nim wrażenia. Biegliśmy oboje po chodniku, aż wreszcie złapał mnie 

za ramię. 

- Zachowujesz się fatalnie, słyszysz? 

No to znowu będzie gruboskórnie. 

-  Jesteś  jeszcze  gorszy  niż  Jim.  Ty  to  już  naprawdę  nie  masz  prawa  niczego  mi 

narzucać. Jesteś dla mnie nikim, dotarło? 

No  i  mieliśmy  kolejny  nokaut.  Teraz  on  złapał  gwałtownie  oddech  i  cofnął  się  na 

jezdnię. Mogłam biec dalej, ale postanowiłam wyjaśnić rzecz raz na zawsze. 

- Nie jesteś moim bratem ani chłopakiem, ani ojcem. Jesteś tylko moim... nie, nawet 

nie przyjacielem. 

Już  bardziej  nie  mogłam  go  zranić.  Ale  ku  mojemu  zaskoczeniu,  zamiast  stać 

przygwożdżony, jak Laura i Jim, rzucił się za mną. Biegł oczywiście szybciej, dopadł mnie od 

razu i znowu zablokował mi drogę. 

-  Moment  prawdy,  co?  -  spytał  nieprzyjemnym,  zimnym  głosem.  -  Chcesz  usłyszeć, 

jak  to  wygląda,  Darina?  Zachowujesz  się  jak  kompletny  świr.  Nikt  nie  wierzy  w  ani  jedno 

twoje  słowo.  Wszyscy  przestali  cię  lubić,  nawet  Hannah  i  Lucas,  i  nikomu  nie  podoba  się 

twoje zachowanie. 

background image

-  Powiedz  mi  to  jeszcze  raz  -  warknęłam  ze  złością.  -  Właśnie  udzieliłam  pomocy 

poturbowanej kobiecie, kawał drogi stąd, w górach. To jakieś przestępstwo? 

- Dobrze wiesz, że nie o to chodzi. Co to za afera z tym całym Foxton i Skałą Anioła? 

Co ty ukrywasz? Co cię wymiotło z domu przed świtem? 

- Nie twoja sprawa! - Udało mi się wreszcie go odepchnąć. Staliśmy pod klonami, ich 

liście  zaczęły  szeleścić  jak  trzepoczące  skrzydła.  -  To  wolny  kraj,  Logan.  Mogę  chodzić, 

gdzie mi się podoba. 

- No to idź - powiedział zrezygnowany. 

Nie  wchodziliśmy  już  w  zwarcie,  trzymaliśmy  dystans,  gong,  walka  skończona. 

Sędzia, kimkolwiek był, mógłby to ogłosić. Mimo to minęłam Logana ostrożnie, niepewna, 

czy znienacka nie wymierzy mi ciosu. 

- Czy to znaczy, że już stąd odjedziesz? 

- Jasne. - Wzruszył ramionami i zawrócił w kierunku swojej hondy. - Jedź tam, gdzie 

uważasz za stosowne, Darina. Ale koniec z wpadaniem do mnie po pomoc, jak będziesz w 

dołku, koniec w wypłakiwaniem się na moim ramieniu. Zapamiętaj to sobie. 

*** 

Okazało  się,  że  nie  mogę  nigdzie  jechać,  chociaż  Logan  rzeczywiście  odblokował 

drogę. 

- Darina, masz gościa - zawołał z ganku Jim, zanim zdążyłam wrzucić bieg. 

Obok Jima stał jakiś nieznajomy mężczyzna z bukietem kwiatów. Trwało to chwilę, 

nim  przypomniałam  sobie,  gdzie  go  już  spotkałam.  Dopiero  gdy  wyszedł  z  cienia, 

skojarzyłam tę kościstą sylwetkę i gładko zaczesane do tyłu siwe włosy. Ogrodnik Taylorów. 

Gdyby to był ktoś inny, rzuciłabym jakąkolwiek wymówkę i już by mnie nie było. 

W tym momencie on też mnie rozpoznał. Zamrugał oczami i przełknął ślinę. Ruszył w 

moim kierunku. 

-  Peter  Hall  -  przedstawił  się,  stając  przy  opuszczonym  od  strony  kierowcy  oknie.  - 

Przyszedłem podziękować. 

-  Za  co?  -  spytałam,  myśląc  o  Ravenie,  o  jego  wystraszonym  spojrzeniu  i  zmiętym 

rysunku. 

- Za wezwanie pomocy do mojej żony, Jenny, tam w górach. Gdyby nie ty, mogłoby 

się to naprawdę paskudnie skończyć. 

Weszliśmy do domu. Laura włożyła lilie do wazonu, a potem ona i Jim zostawili mnie 

samą z Peterem. 

- Nie wiedziałam, że to pana żona. 

background image

-  Co  nie  zmienia  faktu,  że  dziękuję  -  powiedział.  -  Właśnie  wracam  ze  szpitala. 

Lekarze postanowili zatrzymać ją na kilka dni.  Chcą poczekać,  aż wyjdzie z szoku, dopiero 

wtedy  zdecydują,  czy  konieczna  jest  operacja.  Jenna  jest  roztrzęsiona,  podają  jej  środki 

uspokajające. 

- Ale wydobrzeje? - spytałam. 

- Na pewno. Chciała, żebym ci podziękował. 

- Dziwny zbieg okoliczności, że poznaliśmy się już przedtem. 

Nie podjął tematu. 

-  Pójdę  już.  Muszę  pojechać  do  Foxton  po  przyczepę  do  przewożenia  koni.  -  Wstał, 

zamykając tym samym rozmowę. - Jeszcze raz dziękuję, Darina. 

Odprowadziłam  go do drzwi, a potem wyszłam razem  z nim, zadowolona, że  Laura 

nie będzie nas słyszeć. 

- Dlaczego żona i towarzyszący jej panowie wyruszyli na przejażdżkę tak wcześnie? - 

spytałam. 

-  Taki  romantyczny  pomysł,  żeby  obejrzeć  wschód  słońca  nad  Skałą  Anioła. 

Planowali to przez całą jesień. 

- No i proszę, co się stało, kiedy się wreszcie wybrali! 

- Westchnęłam. - Czy wiedzą, co spłoszyło konie? 

-  Nie  mają  pojęcia  -  odpowiedział,  idąc  do  półciężarówki,  którą  zaparkował  nieco 

dalej  przy  ulicy.  -  Przypuszczają,  że  konie  zobaczyły  jakieś  zwierzę  ukryte  w  cieniu  skały, 

może kojota. Towarzysze żony twierdzą, że niespodziewanie zerwał się jakiś potworny wiatr. 

Konie nie lubią nawałnicy, doprowadza je do szaleństwa. 

-  Tak,  prawdopodobnie  taka  była  przyczyna.  -  Uspokojona,  stanęłam  między  nim  a 

samochodem.  Miałam sporo pytań, niekoniecznie związanych z poranną akcją  ratunkową.  - 

Chciałby pan, żebym pokazała, gdzie dokładnie stoi przyczepa? 

- Nie, dziękuję. Już i tak dużo pomogłaś. 

- Ale to naprawdę żaden problem. Zrobię to z przyjemnością. 

- W takim razie wskakuj. 

Nie  zabrzmiało  to  niegrzecznie.  Peter  Hall  był  dobrze  wychowanym  mężczyzną, 

przynoszącym lilie, żeby podziękować, i mówił jak człowiek wykształcony. 

- Czy nie powinnaś powiedzieć rodzicom? - spytał. 

Pokręciłam głową i usadowiłam się na siedzeniu pasażera. 

- Czy zerwał pan kwiaty w ogrodzie Taylorów? Pytam tylko dlatego, że zauważyłam 

różowe lilie rosnące u nich przed altaną. 

background image

- Nie, te są z mojego ogrodu. Jenna lubi uprawiać kwiaty. Będziemy skręcać w lewo 

za miastem? 

-  Na  następnych  światłach.  Proszę  kierować  się  na  Turkey  Shoot  Ridge.  Czy  długo 

pan pracuje dla Taylorów? 

- Kilka lat. Dlaczego pytasz? 

- Tak, bez powodu. - Umilkłam. 

Wyjechaliśmy  z  miasta,  minęliśmy  niewielki  kompleks  przemysłowy,  potem 

podupadającą  dzielnicę  domów  mieszkalnych  i  pozostałości  spalonego  lasu.  O  wpół  do 

czwartej  dotarliśmy  do  autostrady.  Najwyższy  czas,  żeby  mi  się  poszczęściło,  pomyślałam, 

słuchając  grającego  cicho  radia  w  samochodzie  Petera.  Trudno  co  prawda  nazwać 

szczęśliwym trafem upadek kobiety z konia, ale jeśli w rezultacie doprowadziło mnie to do 

jedynego faceta, który umiał nawiązać jakiś bliższy kontakt z Ravenem... 

- Uczysz się w gimnazjum w Ellerton, tak, Darina? - zagadnął mnie Peter, gdy już nie 

musiał pilnować drogi. 

Kiwnęłam głową. 

- Mogę spytać, co sprowadziło cię tak wcześnie rano do Foxton? 

Posłużyłam się swoją zwykłą wymówką, że nie mogłam spać. 

-  Lubię  prowadzić  -  wyjaśniłam.  -  Wsiadam  do  samochodu,  żeby  przepędzić  swoje 

strachy. 

Kiwnął ze zrozumieniem głową. 

- Jenna miała szczęście, że cię nękały. 

- Powinien pan wiedzieć, że znałam Arizonę - oznajmiłam spokojnie, przechodząc do 

tematu, który mnie interesował. 

W radiu ktoś przepowiadał pogodę na jutro. Peter Hall spojrzał na mnie. 

- To już prawie rok - szepnął. - Przed nią byli Jonas i Summer, a ostatnio Phoenix. 

Szczupły,  drobnokościsty,  w  ciemnoniebieskich  dżinsach  i  świeżo  wyprasowanej 

jasnoniebieskiej koszuli, smukłe dłonie na kierownicy - zupełnie nie wyglądał, jakby spędził 

ponad czterdzieści lat, ciężko pracując fizycznie. Coś tu nie pasowało. 

-  Bardzo  zraniło  to  ich  rodziny  -  podjęłam.  -  Pani  Madison  prawie  nie  wychodzi  z 

domu.  Mamę  Jonasa  widziałam  na  pożegnaniu  Boba  Jonsona.  To  naprawdę  dla  nich 

wszystkich trudne. 

-  Jestem  u  Taylorów  od  dłuższego  czasu  -  odezwał  się.  Mijaliśmy  właśnie  wielki 

neonowy krzyż ustawiony na wzgórzu. Dla mnie znaczył, że za dziesięć minut skręcimy na 

Foxton. - Brakuje mi jej. Nawet nie potrafię wyrazić, jak bardzo. 

background image

- Tak? To znaczy oczywiście, rozumiem. - Nie udało mi się ukryć zdziwienia, które on 

doskonale wyczuł w moim głosie. 

- Skomplikowana dziewczyna, trudno ją było rozgryźć - mówił. - Ale jeśli poznało się 

jej  prawdziwą  naturę,  przebiło  przez  tę  wystudiowaną  pozę,  mogła  człowieka  całkiem 

zawojować. 

-  Nie  znałam  jej  dobrze.  -  Powoli  znajdowałam  klucz  do  tajemnicy  i  odkrywałam 

prawdziwą Arizonę Taylor. - Właściwie nikt jej nie znał. 

- Z pozoru była twarda, w rzeczywistości łagodna i wrażliwa. Kochana dziewczyna. 

-  Proszę  skręcić  w  lewo  na  światłach  i  jechać  wzdłuż  rzeki  i  letnich  domków 

wędkarzy - powiedziałam, kiedy dojechaliśmy do skrzyżowania w Foxton, i tym razem udało 

mi się ukryć zdziwienie. 

- Gdybyś ją widziała, jak opiekowała się Ravenem - mówił dalej Peter. - Kochała go 

jak nikt inny. Frank i Allyson nie mieli do niego cierpliwości. Ani czasu, a prawdę mówiąc, 

serca. Arizona tak. 

Potrząsnęłam z niedowierzaniem głową. 

- Możemy jednak porozmawiać o Ravenie? 

- Oczywiście. Przecież go widziałaś, jaki sens miałoby udawanie. 

- Ja tylko myślałam... 

-  Ze  nikt  nie  rozmawia  o  Ravenie,  tak?  Jego  rodzice  chcieli,  żeby  tak  właśnie  to 

funkcjonowało. 

- A Arizona... kiedy jeszcze żyła, też tak myślała? 

- Cała rodzina. - Pokiwał głową. - Dla Franka i Allyson był źródłem wstydu, niczym 

plama na honorze. Dlatego myślą o posłaniu go do szkoły z internatem. Arizona kierowała się 

czymś  innym.  Uważała,  że  im  mniej  się  o  nim  mówi,  tym  skuteczniej  będzie  można  go 

chronić. Przed ludźmi, którzy zadają pytania i przez to go denerwują. 

- A jaka jest w tym pana rola? 

- Pracuję dorywczo jako ogrodnik - odpowiedział. 

- I ochroniarz? 

- Ogrodnik i tyle. Do wygaśnięcia umowy, czyli do końca tego miesiąca. 

Droga  stawała  się  coraz  bardziej  wyboista,  mieliśmy  przed  sobą  ostry  zakręt.  Peter 

wcisnął pedał hamulca, aż spod tylnych kół prysnęło błoto. 

- A potem co? 

- Potem dom zostanie wystawiony na sprzedaż, a ja stracę pracę. 

- Tam jest przyczepa - powiedziałam. - Na wprost, w górze. 

background image

Pomogłam  przymocować  przyczepę  do  półciężarówki,  dając  mu  trochę  wytchnienia 

od moich pytań. Spodobał mi się - był uczciwy, prostolinijny, nie prowadził żadnych gierek. 

Kazał mi usiąść na miejscu kierowcy i nakierować półciężarówkę na przyczepę. 

-  Dobrze...  zatrzymaj.  Opuszczam  dźwignię...  w  porządku,  doczepiłem.  Chcesz 

poprowadzić? - spytał, podchodząc do samochodu. 

- Nigdy dotąd nie holowałam przyczepy - przyznałam się. 

- Mam wrażenie, że sobie poradzisz.  - Uśmiechnął się. Zajął siedzenie dla pasażera i 

udzielił mi wskazówek, jak manewrować, żeby bez problemu zjechać z powrotem na drogę. - 

Czy załatwiłaś to, po co przyszłaś wtedy do Franka? 

- Nie. Prosiłam o lekcje muzyki, ale mi odmówił. 

-  Jechałam  powoli  drogą  wzdłuż  rzeki,  kierując  się  do  autostrady.  -  Tak  szczerze 

mówiąc,  wcale  nie  chciałam  uczyć  się  gry  na  gitarze  -  wyznałam.  -  Słyszałam  różne 

opowieści o Arizonie i postanowiłam dowiedzieć się czegoś bliższego. 

- Jakie opowieści? - Peter zesztywniał. 

-  Niektórzy  uważają,  że  nie  mogła  popełnić  samobójstwa,  topiąc  się  w  jeziorze 

Hartmann. Ze wydarzyło się tam coś innego. 

Posunęłam się za daleko i teraz ogrodnik nabierze wody w usta? Okazało się, że nie. 

- Zgadzam się z nimi - powiedział z lekką nutą emocji w głosie. - Jaki powód mogłaby 

mieć Arizona, żeby targnąć się na własne życie? Na litość boską, nie zostawiłaby tak Ravena! 

- Właśnie! 

Podekscytowana,  nacisnęłam  pedał  gazu  zamiast  hamulca  i  wyprysnęliśmy  ze 

skrzyżowania na autostradę. Na szczęście dla nas było zielone światło. 

-  Dbała  o  niego  -  kontynuował  Frank.  -  Prawdę  mówiąc,  była  lepszą  matką  dla 

chłopca niż Allyson. 

-  Bo  jest  zbyt  skoncentrowana  na  własnej  karierze,  czy  o  to  chodzi?  -  spytałam  już 

spokojniej, sunąc w dół po autostradzie w kierunku Turkey Shoot. 

-  Niekoniecznie.  Wiele  kobiet  bez  problemu  godzi  karierę  z  posiadaniem  rodziny.  Z 

Allyson jest tak, jakby nie miała instynktu macierzyńskiego. 

- Frank Taylor też nie sprawił na mnie wrażenia ciepłego, kochającego faceta. - Wydał 

mi się raczej pozbawionym serca mózgowcem. 

- Czyli rozumiesz teraz, dlaczego Arizona matkowała Ravenowi. Ja i Jenna także się 

w to włączaliśmy. Dopóki jeszcze możemy, wciąż to robimy. 

Przez jakiś czas prowadziłam w milczeniu. Zaczynało mnie nurtować pewne pytanie, 

ale postanowiłam na razie go nie zadawać. Zamiast tego spytałam: 

background image

- O co chodzi z Ravenem? Jest dzieckiem autystycznym, a oni wstydzą się tego. Ale 

czy to jest prawdziwa przyczyna, dla której chcą go odesłać gdzieś daleko? 

- On wymaga nie tylko intensywnej opieki medycznej, ale i nadzoru przez całą dobę. 

Ma  zmienne  nastroje,  może  zrobić  sobie  krzywdę.  Jest  też  nadaktywny.  Uspokaja  się  tylko 

podczas rysowania. 

-  Rzeczywiście  trudno  sobie  z  tym  poradzić.  Czy  on  rozumie  wiele  z  tego,  co  się 

wokół dzieje? Potrafi rozmawiać? 

Przecież Arizona powiedziała mi, że on nawet nie wie, co oznacza uśmiech. 

-  Nie  potrafi  -  przyznał  Peter.  -  Ale  Arizona  miała  swoje  sposoby,  żeby  się  z  nim 

porozumieć. Była jedyną osobą, której się to udawało. 

- Musi za nią tęsknić. 

-  Szaleńczo.  Kiedy  tylko  jest  w  domu,  chodzi  od  jednego  pokoju  do  drugiego, 

szukając Arizony, żeby pokazać jej swoje szkice. 

- A pan? - Wreszcie zadałam nurtujące mnie pytanie. - Czy Arizona znaczyła dla pana 

więcej, niż chce pan to przede mną przyznać? 

Peter wziął głęboki oddech, jakby odsuwał od siebie wątpliwości, i oznajmił: 

- Jenna i ja jesteśmy rodzicami Kathryn, pierwszej żony Franka. 

- Jesteście dziadkami Arizony! - Aż mnie zatkało. 

- To tragiczna historia. Kathryn zmarła przy porodzie. Arizona nie znała matki, więc 

robiliśmy, co w naszej mocy, żeby nie odczuwała jej braku. 

- Ostrzegałem cię, że ona jest za mądra dla ciebie. 

Łowczy  był  znów  sobą  -  surowy  i  całkowicie  opanowany.  Oczywiście  wiedział,  że 

wsiadłam  do  samochodu  Petera,  jeszcze  zanim  dziadek  Arizony  wysadził  mnie  koło  domu, 

gdzie wzięłam swój wóz i ruszyłam do Foxton. Teraz wyszedł ze stajni na spotkanie ze mną. 

- Powiedziałeś „za subtelna”, nie za mądra. Zresztą nie uważam, że okłamywanie nas i 

ukrywanie prawdy to coś mądrego. Kolejna bomba. Ona ma dziadków. 

- Jesteś zła. - Spojrzał na mnie uważniej. 

-  Jasne,  że  tak.  A  ty  nie?  -  spytałam,  prawie  pewna,  że  to  moja  ostatnia  dyskusja  z 

suwerenem na temat Arizony. - Nie ma jej już tutaj, tak? Odesłałeś ją do otchłani? 

- Oczekujesz potwierdzenia czy zaprzeczenia? 

-  Potwierdzenia,  jeśli  dalej  zamierza  kłamać.  Gdyby  to  ode  mnie  zależało, 

pożegnałabym się z Arizoną i zajęła sprawami Summer. 

Ale był jeszcze Raven i wciąż istniała szansa, że odkryję prawdę o tym, co stało się z 

jego siostrą, i zdołam mu to wyjaśnić. 

background image

- Jenna i ja jesteśmy rodzicami Kathryn, pierwszej żony Franka. 

- Jesteście dziadkami Arizony! - Aż mnie zatkało. 

- To tragiczna historia. Kathryn zmarła przy porodzie. Arizona nie znała matki, więc 

robiliśmy, co w naszej mocy, żeby nie odczuwała jej braku. 

- Ostrzegałem cię, że ona jest za mądra dla ciebie. 

Łowczy  był  znów  sobą  -  surowy  i  całkowicie  opanowany.  Oczywiście  wiedział,  że 

wsiadłam  do  samochodu  Petera,  jeszcze  zanim  dziadek  Arizony  wysadził  mnie  koło  domu, 

gdzie wzięłam swój wóz i ruszyłam do Foxton. Teraz wyszedł ze stajni na spotkanie ze mną. 

- Powiedziałeś „za subtelna”, nie za mądra. Zresztą nie uważam, że okłamywanie nas i 

ukrywanie prawdy to coś mądrego. Kolejna bomba. Ona ma dziadków. 

- Jesteś zła. - Spojrzał na mnie uważniej. 

-  Jasne,  że  tak.  A  ty  nie?  -  spytałam,  prawie  pewna,  że  to  moja  ostatnia  dyskusja  z 

suwerenem na temat Arizony. - Nie ma jej już tutaj, tak? Odesłałeś ją do otchłani? 

- Oczekujesz potwierdzenia czy zaprzeczenia? 

-  Potwierdzenia,  jeśli  dalej  zamierza  kłamać.  Gdyby  to  ode  mnie  zależało, 

pożegnałabym się z Arizoną i zajęła sprawami Summer. 

Ale był jeszcze Raven i wciąż istniała szansa, że odkryję prawdę o tym, co stało się z 

jego siostrą, i zdołam mu to wyjaśnić. 

- Właśnie. - Łowczy czytał w moich myślach. - Po to tu jesteśmy. 

- Czyli nie odesłałeś jej nawet po tym, co zrobiła? 

Na podwórzu było zimno i w dodatku księżyc schował się za grubą warstwą chmur. 

Drżałam, czekając niecierpliwie na odpowiedź Łowczego. 

- Rozwiązałem to - odezwał się wolno. - Odtąd będzie szczera. 

- Byłoby dla niej lepiej,  bo mam sporo rewelacji. Na przykład to,  że jej dziadkowie, 

Jenna i Peter Hall, opiekują się Ravenem. Arizona wcale nie jest jedyną osobą, która o niego 

dba. 

- Ale ona wie, że odejdą z końcem miesiąca - wtrącił. 

No tak, oczywiście, on i Arizona jak zwykle wyprzedzali mnie o krok. 

- Nie są krewnymi Ravena. Allyson Taylor nie musi zgodzić się na ich wizyty - dodał. 

- Czy to Arizona ci o tym powiedziała? 

Skinął głową. 

- Rozumiemy się znacznie lepiej niż wtedy, gdy tu ostatnio byłaś. 

background image

-  Wybaczyłeś  jej?  -  Ukrywanie  prawdy,  podważanie  jego  autorytetu,  podawanie  w 

wątpliwość postępowania Marie. Byłam zdumiona, ale wzięłam się w garść i pytałam dalej: - 

Czy wyjaśniła, dlaczego zatajała te wszystkie fakty? 

Podrapał się po szczęce. 

- Jej zdolności umysłowe mogą budzić podziw - powiedział, ignorując moje pytanie. - 

Broniła dostępu do swojego umysłu prawie przez rok. Nawet przede mną. Pokazała charakter! 

- Ale dlaczego?! 

-  Oto  i  ona.  -  Łowczy  przesunął  się  w  bok  i  zobaczyłam  Arizonę  w  drzwiach  stajni, 

oświetloną słabym światłem lampy. - Sama ją zapytaj. 

-  Jestem  zaskoczona,  że  Łowczy  cię  nie  ukarał  -  odezwałam  się  do  Arizony,  kiedy 

wchodziłyśmy na pogrążone w ciemności wzgórze. 

- Dlaczego sądzisz, że mnie nie ukarał? 

Szła  o  krok  przede  mną,  ubrana  tylko  w  dżinsy  i  podkoszulek,  wiatr  nawiewał  jej 

włosy na twarz. 

- Wciąż tu jesteś - powiedziałam z naciskiem. 

-  Skrócił  dany  mi  tutaj  czas  -  wyjaśniła  bezbarwnym  głosem.  -  Miałam  jeszcze  dwa 

tygodnie, został mi jeden. 

- Dżizas! - Dogoniłam ją, żeby zobaczyć, jaką ma minę. - Siedem dni, żeby uporać się 

z tym chrzanionym bałaganem? 

-  No  i  wysłał  mnie  w  przeszłość  do  dnia,  kiedy  to  się  stało,  żebym  spróbowała 

przypomnieć sobie jakieś szczegóły. To było cholernie bolesne. 

- Niestety wiem. Podróżował z tobą w czasie... Pomogło? 

Arizona potrząsnęła głową. 

-  Cofnęłam  się  do  dnia  mojej  śmierci,  do  chwili  gdy  szłam  wzdłuż  jeziora.  Ciągle 

mam  to  przed  oczami...  słońce  stoi  nisko,  posrebrzona  szronem  ziemia  przy  brzegu, 

połyskująca woda. Nie byłam sama, ale wciąż nie wiem, kto tam ze mną był. Bałam się... 

- I co potem? 

- Potem? Wybuch paniki, straszliwe przerażenie, mgła przed oczami, nieprzenikniona 

ciemność.  Łowczy  wydostał  mnie  stamtąd  i  przeprowadził  z  powrotem  do  teraźniejszości. 

Czułam się potwornie rozbita, a i tak na nic się to nie zdało. 

Szłyśmy w milczeniu obok siebie, aż w końcu się odezwałam: 

- Łowczy wiedział, że nic z tego nie wyniknie, prawda? 

-  Już  ci  powiedziałam,  że  mnie  ukarał.  Przełamałam  się  do  pewnego  stopnia,  ale  po 

co? 

background image

-  Po  to,  żebyś  mogła  odbyć  ze  mną  tę  rozmowę  -  wyjaśniłam.  -  Masz  szansę 

powiedzieć prawdę, Arizona. Zamieniam się w słuch. 

Usiadłyśmy przy zbiorniku na wodę, oparte plecami opodtrzymujące go stalowe nogi. 

Wokół panowała niezmącona cisza. Dość długo czekałam, aż Arizona zacznie mówić. 

-  Spróbuj  to  sobie  wyobrazić.  Całe  życie  spędziłam  w  domu,  gdzie  wszyscy 

postanowili coś udawać. Na początku, że nic złego nie dzieje się z ich wymarzonym synkiem. 

Raven nie chce jeść, nie nawiązuje kontaktu wzrokowego? Nie ma powodów do zmartwienia. 

Niania  poradzi  sobie  z  karmieniem,  tata  i  Allyson  muszą  iść  do  pracy.  Raven  dostał  ataku? 

Wezwali lekarza, a ten uspokoił ich, że to tylko petit mai, czyli mały napad padaczki, dziecko 

z tego wyrośnie. Taka medyczna etykietka, brzmi niegroźnie, wszystko się unormuje. 

- Wiedziałaś, że nie? 

- Od początku. Był naprawdę malutki, gdy pierwszy raz zobaczyłam, jak wbija sobie 

w  ciałko  paznokcie.  Kiedy  wyrosły  mu  ząbki,  zaczął  się  nimi  kaleczyć.  Był  taki  malutki  i 

bezradny... Oboje byliśmy bezradni. 

- Współczuję. 

- Niepotrzebnie. Szybko się uodporniłam. Zrozumiałam, że bezradność do niczego nie 

prowadzi,  i  zaczęłam  wymyślać  dla  niego  zadania.  Jak  to,  nie  dasz  rady?  Wystarczy,  że 

naprawdę się przyłożysz. Ale ojciec i Allyson nie radzą sobie z chorobą i ułomnością. 

Przerwałam  jej,  mówiąc,  że  sporo  dowiedziałam  się  już  od  jej  dziadka.  Jeśli  ją  to 

zawstydziło albo zdziwiło, świetnie to ukryła. 

-  Sama  byłaś  wtedy  dzieckiem  -  dodałam.  -  Ale  Peter  i  Jenna  byli  dorośli.  Przecież 

widzieli, co się dzieje, i bardzo ich to obchodziło. 

Obdarzyła mnie jednym z tych swoich pełnych wyższości, lekceważących spojrzeń. 

- Wszystkich - położyła nacisk na to słowo - obchodziło. Tylko że Allyson jest osobą 

dominującą.  Postępuje  tak,  jak  uważa  za  stosowne.  Oświadczyła  moim  dziadkom,  że  jeżeli 

nie podoba im się, w jaki sposób ona rozwiązuje problem z Ravenem, mogą nie przychodzić i 

nie patrzeć na to. 

- Przerażająca kobieta! 

- Archetyp złej macochy. No i zostało tak, jak sobie życzyła. 

- Potrafię to sobie wyobrazić - mruknęłam pod nosem. 

No bo wystarczyło zamiast o Allyson pomyśleć o Jimie. 

-  A  więc  dopasowywali  do  Ravena  kolejne  medyczne  etykietki  opisujące  jego  stan. 

Któregoś ranka obudziłam się i stwierdziłam, że go nie ma. 

- Odesłali go do szkoły z internatem? 

background image

- Allyson była zajęta w telewizji czytaniem wiadomości, ojciec poleciał do Europy na 

jakąś  konferencję.  Polecili  opiekunce,  żeby  poinformowała  mnie,  dokąd  zabrano  mojego 

brata. Lindsey Institute. Pocieszyła mnie, że kiedyś w końcu Raven wróci. 

- Peter twierdzi, że byłaś jedyną osobą, która potrafiła dotrzeć do Ravena. Jak ci się to 

udawało? 

- Skupiałam się na tym, co dobrze robi - wyjaśniła takim tonem, jakby odpowiedź była 

oczywista. - On lubi rysować. 

- I ty też rysowałaś? 

- Tak. Pokazywałam mu też różne obrazki, fotografie lub reprodukcje. Zabierałam go 

do  muzeum.  Lubi  Andy’ego  Warhola,  podobają  mu  się  jego  wielokrotnie  powtarzane 

serigrafie. Marilyn Monroe, Elizabeth Taylor, puszki z zupą. 

- Będę o tym pamiętać - obiecałam i ze zdumieniem zobaczyłam, że ma łzy w oczach. 

- Kiedy to się skończy, zabiorę go, żeby pooglądał sobie Andy’ego Warhola. 

Załamała się i zaczęła płakać. 

- Skoro mnie nie ma, nikt już nie będzie go chronił. Zamkną go, a klucz wyrzucą...  - 

szlochała. - Wiem, że tak się stanie, kiedy się rozwiodą. 

- Zobacz. 

Wyjęłam  z  kieszeni  pognieciony  rysunek.  Zatrzymałam  go,  bo  była  to  jedyna 

konkretna rzecz, na którą mogłam się powołać. Rozprostowałam go i podałam jej. 

Dłonie jej drżały, gdy wpatrywała się w każdy szczegół szkicu. 

-  Dziękuję,  dziękuję  -  powtarzała  szeptem.  -  Och,  Raven,  biedne  dziecko,  co  teraz  z 

tobą będzie...? 

Kiedy masz do pokonania trudności, zamykasz się w skorupie, żeby jakoś sobie z tym 

poradzić - zrozumiałam to  w ciągu ostatnich kilku godzin.  A teraz skorupa pękła na widok 

rysunku  na  zmiętym  papierze  i  zobaczyłam  inną  Arizonę.  Dziewczynę,  której  zapragnęłam 

pomóc. 

-  Musisz  ze  mną  porozmawiać  o  Kyle’u  Kepplerze  -  odezwałam  się  z  naciskiem. 

Szłyśmy teraz w cieniu osik rosnących na wzgórzu Foxton. - O czym powinnam wiedzieć? 

Zmieniła  nieoczekiwanie  kierunek  i  zaczęła  schodzić  po  pogrążonym  w  ciemności 

zboczu. 

- To skomplikowane. 

-  Jak  bardzo?  Słuchaj,  powiedziałaś  mi,  że  nie  pamiętasz,  jak  nazywa  się  warsztat 

Mike’a Hamilla, tymczasem okazało się, że twój chłopak tam pracuje. Dlaczego trzymałaś to 

przede mną w tajemnicy? 

background image

- Nie chciałam wplątywać w to Kyle’a. 

-  Oficjalnie  nie  jest  wplątany,  więc  ci  się  udało.  Nawiasem  mówiąc,  zaprzecza,  że 

byłaś jego dziewczyną. 

-  Poczułam  się  głupio,  widząc,  jak  ją  to  uraziło.  -  Twój  samochód  wciąż  stoi  w  tym 

warsztacie, dlatego sama odkryłam parę rzeczy. 

- Ze tamtego dnia odstawiłam go do naprawy? Ze ani tata, ani Allyson nie zadali sobie 

trudu,  żeby  go  odebrać?  Ze  pochowali  wszystkie  moje  zdjęcia  i  oddali  moje  ubrania 

organizacji dobroczynnej? Coś jeszcze? 

-  Oboje,  i  ty,  i  Kyle,  coś  ukrywaliście,  ale  nie  wiem  co.  A  właściwie  dlaczego  nie 

chciałaś go w to wplątywać? 

- Bo nasz... związek był tajemnicą. 

- A Brandon Rohr? To od niego się dowiedziałam. 

Arizona  zwolniła  kroku,  objęła  smukły  pień  drzewa  i  zadarła  głowę,  spoglądając  na 

ciemną koronę. 

- Przysiągł Kyle’owi, że nikomu nie powie. Są kumplami, Kyle mu ufał. 

-  Błąd!  Nawet  ja  nie  ufam  Brandonowi,  chociaż  jest  bratem  Phoeniksa.  Chadza 

własnymi ścieżkami. 

Okręciła się wokół pnia drzewa, po czym stanęła twarzą do mnie. 

- No dobra, spróbuj zgadnąć, z jakich powodów nie chciałam, żeby ludzie dowiedzieli 

się o mnie i Kyle’u. 

- Po pierwsze, nie pasuje do ciebie. 

- Masz na myśli to, że pochodzi z biedniejszej rodziny? 

Skinęłam głową. 

- Do tego jest stary. 

- Ma dwadzieścia dwa lata - uściśliła. - Co jeszcze? 

- Nie spodobałby się twoim rodzicom. 

- Uznałabym, że to jakiś problem? 

- Jasne, że nie. To sama mi powiedz, co jeszcze. 

- Na przykład to, że ma już dziewczynę. 

- Dżizas, Arizona - jęknęłam. - Kto to jest? 

- Ma na imię Sabie. Nie mieszka w Ellerton. 

-  Poczekaj,  niech  zgadnę.  Znają  się  od  dziecka,  to  jego  miłość  jeszcze  z  czasów 

szkolnych. Oszukiwał ją i dlatego wymógł na tobie, żebyś trzymała to w sekrecie. Dlaczego 

się zgodziłaś? 

background image

- Nie wiedziałam o nich, dopóki ja i Kyle nie staliśmy się parą. A wtedy wpadłam już 

na całego. 

- Nie czaję, Arizona. Serio. Przyjemnie na niego popatrzeć, ale nic więcej. 

- Chodzi ci o to, że nie ma o czym z nim rozmawiać? Daj spokój, nie wygłupiaj się, 

Darina, od kiedy to jest konieczne? 

-  Możesz  to  uznać  za  dziwaczne,  ale  fajnie  jest  z  kimś  porozmawiać.  -  Myślałam 

oczywiście o mnie i Phoeniksie. I nie podobało mi się, że Arizona znowu zaczęła traktować 

mnie z góry. - Powinnaś kiedyś spróbować. 

-  Dobra,  masz  rację.  Poznałam  Kyle’a  na  imprezie  w  Centennial  akurat  wtedy,  gdy 

bardzo x potrzebowałam kogoś, na kim mogłabym się oprzeć. Nie dosłownie. Tańczyliśmy, 

rozmawialiśmy... Tak, wyobraź sobie. On potrafi wypowiedzieć słowa, które mają więcej niż 

trzy sylaby. 

-  Opowiedziałaś  mu  o  Ravenie?  -  zadałam  pytanie,  które  miało  być  jak  papierek 

lakmusowy: twierdząca odpowiedź oznaczałaby, że to rzeczywiście była miłość. 

-  W  końcu  tak.  Spotykaliśmy  się  dwa  miesiące,  czułam  się  przy  nim  całkowicie 

bezpieczna. Wtedy też się otworzył i powiedział mi o Sabie. 

- Piękne dzięki, Kyle! - Teraz dla odmiany ja zdobyłam się na sarkazm. - Potrzebna ci 

była ta informacja jak przysłowiowa dziura w moście. 

- Sabie Jackson, dziewczyna z Forest Lake. - Zamknęła oczy, wspominając. - Okazało 

się, że ona i Kyle są zaręczeni. 

- Boże... Arizona... 

- Wiem, głupie z mojej strony, co? Powinnam odwrócić się na pięcie i odejść. Potem 

było jeszcze gorzej. 

- Jeszcze gorzej? A wydawałoby się, że jest już wystarczająco źle... 

-  Dwa  miesiące  później  wciąż  spotykam  się  z  Kyle’em,  mimo  istnienia  Sabie. 

Wymykam  się  z  domu  ispędzam  z  nim  każdą  wolną  chwilę.  Po  szkole  wyczekuję  pod 

warsztatem  Mike’a  Hamilla,  aż  Kyle  skończy  pracę.  Któregoś  dnia  jedziemy  pod  Szczyt 

Amosa, żeby być sami. To nasze ulubione miejsce, więc wybieram tę chwilę, aby postawić 

mu ultimatum, a on mówi, że nie może porzucić Sabie. 

- Wyjaśnił ci dlaczego? - Z każdym jej słowem nie cierpiałam go coraz bardziej. 

-  Była  w  ciąży.  -  Westchnęła  ciężko.  -  Dziecko  miało  się  urodzić  na  Gwiazdkę. 

Wyznaczyli datę ślubu na ostatni tydzień października. 

- Czyli teraz dziecko ma dziewięć miesięcy, może dziesięć - podsumowałam. 

background image

Nagle poczułam się niepewnie i zwróciłam się do Phoeniksa po radę. Kiedy zeszłyśmy 

z  Arizoną  ze  wzgórza,  Lee  zabrał  ją  do  domu  na  rozmowę  z  Łowczym.  A  Phoeniksowi 

przekazał polecenie, że ma dopilnować, abym bezpiecznie wróciła do domu. 

- Gdzie oni mieszkają? - spytał, kiedy doszliśmy do mojego samochodu. 

-  Za  miastem,  w  Forest  Lake.  Kyle  Keppler  ożenił  się  z  Sabie  mniej  więcej  w  tym 

czasie, gdy Arizona umarła. 

- Arizona ukrywała to wszystko przed nami, bo nie chciała go wplątywać? Jaki to ma 

sens?  - Phoenix zastanawiał  się nad tym,  co mu  powiedziałam,  układał  to sobie w głowie.  - 

Chroniła go? 

Kiwnęłam głową, nagle uderzona oczywistą myślą. 

- Tak jak chroniła Ravena przez te wszystkie lata. Właśnie tak postępuje, kiedy kogoś 

kocha. Otacza go pierścieniem ciszy. 

- Tyle że w ten sposób skierowała na niego naszą uwagę. Był we właściwym miejscu, 

czyli u Mike’a, i  we  właściwym czasie,  czyli tego popołudnia,  gdy Arizona utonęła.  I miał 

motyw. 

-  Żeby  ją  zabić?  -  Otworzyłam  usta  i  wciągnęłam  gwałtownie  powietrze.  -  Do  tego 

zmierzamy? 

- Jeśli nie samobójstwo, to morderstwo. 

-  Albo  wypadek?  -  podsunęłam,  a  potem  przypomniałam  sobie,  że  kiedy  Arizona 

cofnęła się w czasie, mówiła, że nad jeziorem czuła czyjąś obecność, która wywołała w niej 

paniczny  strach.  -  Rzeczywiście  wskazuje  to  raczej  na  morderstwo  -  zgodziłam  się  z 

Phoeniksem. 

Spuścił głowę i przez chwilę głęboko się nad czymś zastanawiał. 

- Ten Kyle... czy wydaje ci się do tego zdolny? 

- Ciąga się z twoim bratem, jeździ na harleyu dynie, ma ponad metr dziewięćdziesiąt 

wzrostu. Tyle wiem. 

-  Trzymaj  się  od  niego  z  daleka  -  powiedział  Phoenix  z  naciskiem,  biorąc  mnie  za 

rękę.  -  Słyszysz?  Rób,  co  uważasz  za  konieczne,  żeby  pomóc  Arizonie,  ale  trzymaj  się  z 

daleka od Kyle’a Kepplera. 

 

 

background image

6  

W niedzielę uziemili mnie w domu. Zasiedli oboje przy stole w kuchni, żeby zakreślić 

na nowo granice. Mniej więcej tak to się odbyło. 

Jim: Twoja matka i ja odbyliśmy rozmowę. Chcemy uporządkować kilka spraw. 

Ja: Proszę bardzo, porządkujcie. 

Jim: Oczekujemy, że obiecasz nam nie wychodzić z domu późnym wieczorem. 

Ja: Co masz na myśli, mówiąc „późny wieczór”? Po północy czy po dziesiątej, a może 

po ósmej? Może jeszcze wcześniej? 

Laura: Skończ z tym, Darina, posłuchaj, co Jim ma do powiedzenia. 

Jim:  To  miasto  zaczyna  być  niebezpieczne.  Pomyśl,  co  się  przydarzyło  Summer. 

Jesteśmy... twoja matka bardzo się o ciebie martwi. Dlatego musi wiedzieć, gdzie jesteś. W 

szkole, u przyjaciółki czy w swoim pokoju. 

Ja: Czyli całodobowy policyjny nadzór? 

Jim  (zgrzytając  zębami):  Oczekujemy  także,  że  będziesz  nam  okazywała  więcej 

szacunku. 

Szacunek. No i było po wszystkim, jak zawsze, gdy wytoczył to działo. Odpłynęłam 

myślami,  zastanawiając  się,  gdzie  może  być  teraz  Phoenix  i  co  robi  Arizona.  Wróciłam 

pamięcią do ostatnich chwil, które wczoraj spędziłam z (Nie)Umarłymi. 

Ledwo Phoenix zdążył dokończyć swoje „trzymaj się z daleka od Kyle’a Kepplera”, 

gdy  podbiegł  do  nas  Lee  Stone.  Łowczy  potrzebuje  Phoeniksa  natychmiast,  w  obozowisku 

przy  Government  Bridge  pojawili  się  weekendowicze,  którzy  przesadzili  z  alkoholem  i 

planują nocną wyprawę na Foxton Ridge w poszukiwaniu duchów. 

-  Potrafisz  wymienić  jakieś  nazwiska?  -  spytałam,  podejrzewając,  że  mogli  to  być 

Charlie Fortune i  kilku innych mieszkańców Ellerton, którzy od  czasu do czasu wpadali  na 

pomysł, aby dodać sobie wartości, wyświetlając zagadkę duchów i tajemniczych wydarzeń w 

Foxton. 

-  Niestety  nie  -  odparł  i  zwrócił  mi  uwagę,  że  jest  tu  nowy.  Nawet  gdyby  usłyszał 

jakieś nazwiska, nic by mu one nie mówiły. - Ale Łowczy powiedział, że nie są z Ellerton. 

- Stajecie się coraz bardziej sławni - zażartowałam, kiedy Phoenix pocałował mnie na 

pożegnanie. - Tylko patrzeć, a całe hrabstwo będzie się za wami uganiać. 

Zabrzmiało  to  beztrosko,  ale  byłam  poważnie  zmartwiona.  Coraz  więcej  ludzi 

zaczynało  wierzyć,  że  coś  niezwykłego  dzieje  się  w  Foxton.  W  barach  rozmawiano 

oosobliwych  postaciach  pojawiających  się  na  wzgórzu  późną  nocą,  o  inżynierze,  który  z 

background image

przerażenia omal nie postradał zmysłów, o przedziwnym wietrze, który spłoszył konia Jenny 

Hall. 

Zastanawiałam się, jak długo Łowczy i (Nie)Umarli zdołają utrzymać swoje istnienie 

w sekrecie. 

- Darina?! -  Głos  Laury  przywrócił mnie do rzeczywistości.  -  Czy ty mnie słyszysz? 

Zabraniamy ci dzisiaj wychodzić z domu. 

Typowe  dla  rodziców  -  używają  liczby  mnogiej,  żeby  wywrzeć  na  tobie  większą 

presję. Jakby byli wielkimi strategami, a ty małym pionkiem, którego mają chronić. 

-  Prosimy,  żebyś  posprzątała  swój  pokój,  potem  kuchnię.  Zjesz  z  nami  lunch  i 

odrobisz lekcje przed kolacją. Czy to do ciebie dotarło? Masz nie wychodzić z domu. 

Od ilu lat Laura tego ze mną próbowała? Dlaczego wydawało jej się, że tym razem to 

zagra? 

Zdecydowałam się jednak nie wychylać, przynajmniej dzisiaj. Okay, ten jeden dzień 

mogę zostać uziemiona w domu, zwłaszcza że muszę to wszystko przemyśleć i stworzyć jakiś 

plan działania. 

Czy  powinnam  pójść  za  radą  Phoeniksa  i  skorzystać  z  pomocy  Brandona?  - 

rozmyślałam, przesuwając szczotkę wyjącego odkurzacza po dywanie. 

„Jeśli  zrobi  się  groźnie,  zwróć  się  do  mojego  brata”  -  rzucił  na  odchodne,  już 

zbiegając ze wzgórza razem z Lee. 

Opróżniłam kosz na śmieci do czarnego plastikowego worka i zdecydowałam, że nie. 

Brandon mówi wszystko 

Kyle’owi,  a  przecież  nie  miałam  zamiaru  tą  drogą  przekazywać  mu  informacji.  W 

jednym byłam zgodna z Phoeniksem: powinnam trzymać się z daleka od Kyle’a. Może pojadę 

do  Forest  Lake  i  wybadam  Sabie?  Wynosząc  śmieci,  doszłam  do  wniosku,  że  to  właściwe 

posunięcie.  Czasu  miałam  coraz  mniej,  zwłaszcza  biorąc  pod  uwagę  karę,  jaką  Łowczy 

wymierzył Arizonie. Pytanie tylko, jak zdobyć adres Sabie. 

Pojadę  tam  i  zdam  się  na  los  szczęścia.  Wypiję  kawę  w  barze  i  może  będę  miała 

okazję zadać kilka pozornie niewinnych pytań... 

- Cześć, Darina. No i jak pani Jones zareagowała? - zaatakowała mnie następnego dnia 

po szkole Jordan. - Nie zostawiła na tobie suchej nitki za to, że wycofujesz się, kiedy próby są 

już tak zaawansowane? 

Musiałam ją jakoś spacyfikować. Chciałam jak najszybciej wyruszyć do Forest Lake i 

przystąpić do realizowania swojego planu. 

background image

- Odwołała się do mojego poczucia winy - powiedziałam. - Ale niespecjalnie się tym 

przejęłam. Mimo wszystko się wycofałam. 

- Nie obwiniam cię. Wiem, jakie to dla ciebie trudne, odkąd Phoenix... 

- Dzięki. 

Nie próbuj być dla mnie miła, Jordan, pomyślałam. To mnie rozkłada. 

- W żadnym wypadku nie zgadzam się z Hannah - kontynuowała. 

Aha, to już lepiej. Drobna, oślizła manipulacja, to mnie utrzyma w ryzach. 

-  A  co  Hannah  myśli?  Ze  jestem  palanciarą,  bo  zrezygnowałam,  że  zawsze  myślę 

tylko o sobie, że jestem to winna Summer, blablabla? 

- Wszystko razem - potwierdziła Jordan. 

Kiedy tak sobie gwarzyłyśmy, Hannah i Logan wyszli ze szkoły. Pod rękę, wyraźnie 

zachwyceni swoim towarzystwem. Wskazałam na nich nieznacznym ruchem głowy. 

- Odkąd tak jest? - spytałam Jordan. 

- A co? Obeszło cię to? - Uśmiechnęła się znacząco. 

- Nic a nic! - zapewniłam ją i natychmiast przyszło mi do głowy, że zaprotestowałam 

zbyt gwałtownie - jakbym postawiła na końcu dziesięć wykrzykników. 

- Aha - mruknęła i odeszła, a ja mogłam wreszcie pójść do samochodu. 

Popatrzyłam  raz  jeszcze  na  Hannah  i  Logana.  Szeptał  jej  coś  do  ucha.  Spojrzała  na 

mnie i roześmiała się. Wsiadłam do samochodu. 

Po godzinie dojechałam do Forest Lake. Miasteczko miało czasy świetności za sobą, 

żyło  przeszłością.  Kolej  wąskotorowa,  muzeum,  kilka  sklepów  sprzedających  ręcznie 

wyrabiane  siodła  i  kowbojskie  kapelusze.  Ale  niewielu  turystów  zapuszczało  się  tutaj. 

Zaparkowałam  przy  głównej  ulicy,  opustoszałej  w  poniedziałkowe  popołudnie,  minęłam 

sklep  z  indiańską  biżuterią  i  pocztówkami  i  weszłam  do  jedynego  tutaj  baru.  Zamówiłam 

kawę i usiadłam przy oknie wychodzącym na  cichą  główną ulicę.  Nagłe  zjawienie się tutaj 

wydało mi się idiotycznym pomysłem. Nie mając nic lepszego do roboty, wysłałam do Laury 

esemesa, że odrabiam lekcje u Jordan. 

Wszedł  jakiś  starszy  facet  i  zamówił  pączki  na  wynos.  Wychudzony  białobrązowy 

pies  wlókł  się  chodnikiem.  Z  rzadka  podjeżdżały  samochody  na  parking  przed  sklepem 

spożywczym mieszczącym się naprzeciwko. 

- Chciałabyś zamówić coś do kawy? - spytała kelnerka zza baru. 

- Nie, dziękuję. Przyjechałam do Sabie Jackson, ale nie wzięłam adresu. 

-  Przykro  mi,  nie  mogę  ci  pomóc,  nie  znam  nikogo  otakim  nazwisku.  -  Przetarła 

ściereczką ladę. - Mieszka u nas Sabie, ale nazywa się Keppler. 

background image

-  Oczywiście.  -  Pogratulowałam  sobie  błędu  i  spróbowałam  go  zamaskować  śmiejąc 

się  z  zażenowaniem.  -  Wyszła  za  Kyle’a  w  zeszłym  roku.  Przyjechałam  z  Ellerton.  Chyba 

wrócę i wezmę jej adres. 

- Nie ma takiej potrzeby. - Teraz przetarła połyskujący srebrzyście ekspres do kawy. - 

Skręć w lewo na światłach przy końcu głównej ulicy. Pod numerem pięćset pięć znajdziesz 

dom Sabie. 

144 

Wstałam, zostawiając niedopitą kawę. 

- Dziękuję! - rzuciłam przez ramię. 

Wskoczyłam  do  samochodu  i  na  światłach  skręciłam  w  lewo,  tak  jak  mi  poleciła 

kelnerka.  Ulica  nazywała  się  White  Eagle  Road.  Jechałam  wolno,  szukając  numeru  pięćset 

pięć. 

Nie spodziewałam się wiele po domu  Sabie i  Kyle’a,  ale to,  co zobaczyłam, mocno 

odstawało od obrazu, jaki podsunęła mi wyobraźnia. Zniszczony budynek z rozwalającym się 

gankiem  był  otoczony  płotem  z  drutu,  a  dwa  owczarki  niemieckie  pilnowały  tej  nędznej 

własności.  Z  boku  stała  przechylona  na  jedną  stronę  spacerówka,  a  spękane  klepisko 

podwórza  porastały  rzadkie  kępki  trawy.  W  drzwiach  zobaczyłam  kobietę  rozmawiającą  z 

mężczyzną, więc nie zatrzymując się, przejechałam dalej. 

Pobieżnie  tylko  rzuciłam  okiem  na  kobietę,  ale  zauważyłam,  że  ma  niewiele  ponad 

dwadzieścia  lat.  Czarne  proste  włosy  spływały  jej  do  pasa,  była  ubrana  w  dżinsy  i  biały 

podkoszulek  -  gorsza,  bardziej  pospolita  wersja  Arizony,  zdałam  sobie  sprawę.  Mężczyzna 

też miał ciemne włosy i... nie był to Kyle Keppler. 

Wykręciłam na końcu ulicy i pojechałam z powrotem. Sabie i nieznajomy stali teraz 

na  ganku,  psy  obwąchiwały  koła  harleya  softtaila  stojącego  w  pobliżu  drzwi  wejściowych. 

Mężczyzna objął dziewczynę w talii i pocałował na pożegnanie. 

Najpierw  Kyle  ją  zdradzał,  teraz  ona  jego.  Konkluzja  narzucała  się  sama.  Gdzie  tu 

miejsce na dziecko? Co się stanie, jak Kyle ich nakryje? 

Facet zszedł z ganku, ustawił prosto spacerówkę i uruchomił harleya. Krzyknął coś do 

Sabie poprzez ryk silnika. 

Byłam tak zajęta szpiegowaniem, że nie zauważyłam półciężarówki, która skręciła z 

głównej  ulicy  miasteczka  i  zatrzymała  się  przed  numerem  pięćset  pięć.  Dopiero  trzask 

zamykanych drzwiczek zwrócił moją uwagę. Kierowcą był Kyle. 

Bach!  Sytuacja  jak  z  programu  Jerry’ego  Springera:  „Moja  żona  odkryła,  że  ją 

zdradzałem, i mści się, sypiając, z kim popadnie!”. 

background image

Zatrzymałam samochód i czekałam na wybuch wściekłości Kyle’a. 

Kyle zabrał z półciężarówki poplamioną smarami dżinsową kurtkę, odczepił segment 

drucianego płotu i wszedł na podwórze. Natychmiast podbiegły do niego psy. Rzucił „cześć” 

do  faceta  na  harleyu  i  podszedł  do  niego.  Kiedy  się  odwrócił,  zobaczył  jaskrawoczerwony 

kabriolet i mnie. Zlodowaciałam ze strachu. Nie od razu skojarzył, ale wreszcie zaskoczył: to 

ta namolna smarkata, która w warsztacie wypytywała o Arizonę. 

Bach!  Kyle  Keppler  potrafił  szybko  biegać  jak  na  takiego  potężnego  faceta.  Psy 

zaczęły ujadać, gdy puścił się sprintem przez podwórze i ulicę. Wcisnęłam pedał gazu w tym 

samym momencie, gdy dopadł samochodu i złapał za drzwiczki. Przez kilka sekund zapierał 

się  piętami  w  ziemię  przy  akompaniamencie  wizgu  opon  gwałtownie  ruszającego  auta,  ale 

wreszcie  dał  za  wygraną.  W  lusterku  zobaczyłam,  że  dołączył  do  niego  czarnowłosy 

mężczyzna. Psy ujadały, Sabie schroniła się w domu. 

Zostawiłam  za  sobą  Forest  Lake,  łamiąc  po  drodze  wszystkie  możliwe  przepisy 

drogowe. 

Wciąż jeszcze drżałam, kiedy dotarłam do Ellerton. Laura i Jim byli w pracy, miałam 

cały dom dla siebie i wystarczająco dużo czasu na żałowanie tego, co zrobiłam. Oddychając 

głęboko, przemierzałam pokoje i wmawiałam sobie, że Kyle mnie jednak nie rozpoznał. 

- Darina? 

To Logan wszedł na ganek i zaglądał przez uchylone okno w kuchni. Podskoczyłam 

jak oparzona. 

- Nie skradaj się tak! - wrzasnęłam. 

- Nie skradałem się. Pukałem do drzwi, ale nie odpowiadałaś. 

- Może nie miałam ochoty - uzmysłowiłam mu. - Czego chcesz, Logan? 

-  Przyszedłem  cię  przeprosić.  Mogło  to  sprawiać  wrażenie,  jakbym  się  z  ciebie 

wyśmiewał się, ale tak nie było. 

- Kiedy? O czym ty mówisz? 

-  Dzisiaj.  Z  Hannah.  Zastanawiałem  się  nad  tym  później,  ale  to  nie  jest  tak,  jak 

myślisz. 

- Aha, czyli znów wiesz, co ja myślę.  - Westchnęłam jak osoba nieszczęśliwa, ale w 

głębi ducha byłam zadowolona z jego wizyty. - No to wejdź i wyjaśnij mi. 

Pochylił  się,  wchodząc  przez  drzwi,  i  nagle  wydał  mi  się  wyższy  niż  zwykle  i  zbyt 

masywny jak na nasze proste drewniane kuchenne krzesła. 

- Może Hannah chciała, żeby to wyglądało na to, co zobaczyłaś, to znaczy, że ona i ja, 

no wiesz... ale to nie jest prawda. 

background image

-  O  co  właściwie  chodzi?  -  Z  premedytacją  drążyłam  temat,  patrząc,  jak  się  zwija.  - 

Mówisz teraz zagadkami? 

-  Hannah  i  ja  nie  jesteśmy  parą  -  oznajmił,  wziąwszy  najpierw  głęboki  oddech.  - 

Zaprosiła mnie dzisiaj do kina, ale odmówiłem. 

-  I  uznałeś,  że  musisz  mi  o  tym  powiedzieć?  -  Szeroko  otworzyłam  oczy  ze 

zdziwienia, wciąż się z nim drażniąc. - Posłuchaj, Logan, możesz chodzić do kina z Hannah, 

kiedy chcesz i ile razy chcesz. 

Zmarszczył brwi i odchyliwszy się na niestabilnym krześle, wbił wzrok w sufit. 

- Nie podoba mi się to, co się z nami dzieje. Od kiedy zaczęliśmy prowadzić tę grę? 

Teraz  ja  musiałam  wziąć  głęboki  oddech.  Rozkładało  mnie,  gdy  widziałam  ten  jego 

zraniony wzrok. 

-  Może  od  kiedy  zakochałam  się  w  Phoeniksie?  -  zasugerowałam.  -  A  serio,  Logan, 

nawet przedtem między nami nie układało się po twojej myśli. 

Powoli opuścił z powrotem krzesło na wszystkie cztery nogi. 

- Fakt, to prawda. 

- Nic na to nie poradzę. Zdarza się. Kochałam... kocham Phoeniksa ponad wszystko. 

Powinieneś mi na to pozwolić. - Pochyliłam się nad stołem i dotknęłam jego dłoni. - Pozwól 

mi na to uczucie, Logan, i bądźmy znów przyjaciółmi. 

Miałam  nadzieję,  że  zrobiliśmy  mały  kroczek  w  tym  kierunku,  dopóki  Laura  nie 

wróciła z pracy i Logan nie wyszedł. 

- Odniosłam wrażenie, że jest bardzo smutny - powiedziała do mnie. 

Jej  cera  miała  bladozielonkawy  odcień,  jak  zawsze  gdy  w  sklepie  Laury  trwała 

wyprzedaż. 

- Wszyscy jesteśmy smutni - odparowałam i to wystarczyło, żeby zamilkła. 

Nazajutrz wczesnym rankiem Jim, który akurat wychodził, odebrał telefon. 

- Darina! Dzwoni ten starszy pan, Peter Hall, który przyszedł z kwiatami - krzyknął. 

Zbiegłam po schodach, przeskakując po dwa stopnie, i złapałam słuchawkę. 

- Dzień dobry, to ja. Jak się miewa Jenna? 

- Dobrze. Dzwonię w sprawie Ravena. 

- Co mu się stało? Gdzie jest? 

-  Właśnie  w  tym  problem.  Przed  chwilą  przyjechałem  do  domu,  panuje  tu  okropna 

atmosfera. Są Frank i Allyson, powiedzieli mi, że dzwoniono ze szkoły. Raven zniknął. 

- Kiedy? - Aż mnie zatkało. 

background image

- Dzisiaj z samego rana albo nawet w nocy. Allyson wciąż magluje ich przez telefon, 

usiłując  ustalić,  kiedy  widziano  go  po  raz  ostatni.  Frank  wsiadł  w  samochód  i  pojechał  do 

szkoły. 

- Fatalnie to wygląda - powiedziałam. 

- Tak, bardzo źle - przyznał łamiącym się głosem. Słyszałam, że z trudem oddycha. - 

Przepraszam  cię,  ale  musiałem  z  kimś  porozmawiać.  Jesteś  jedyną  osobą,  której  mogłem  o 

tym powiedzieć. 

-  Chce  pan,  żebym  sprawdziła,  czy  Raven  nie  wraca  do  Ellerton?  -  domyśliłam  się, 

chociaż trudno mi było sobie wyobrazić, że dziecko dokonałoby tego samo. Ale tak czy owak 

mogłam mu to obiecać. - A co z panem...? Co ma pan zamiar robić...? Chwileczkę, proszę nie 

odpowiadać, proszę zostać w domu. Zaraz przyjadę i porozmawiamy. 

Czekał  na  mnie  przy  bramie  domu  Taylorów  i  natychmiast  zaprowadził  do  aneksu 

mieszczącego się z boku głównego budynku. 

- Lepiej, żeby nikt nie wiedział o twoim przyjeździe - wyjaśnił. 

-  Właśnie  w  tym  problem.  Przed  chwilą  przyjechałem  do  domu,  panuje  tu  okropna 

atmosfera. Są Frank i Allyson, powiedzieli mi, że dzwoniono ze szkoły. Raven zniknął. 

- Kiedy? - Aż mnie zatkało. 

- Dzisiaj z samego rana albo nawet w nocy. Allyson wciąż magluje ich przez telefon, 

usiłując  ustalić,  kiedy  widziano  go  po  raz  ostatni.  Frank  wsiadł  w  samochód  i  pojechał  do 

szkoły. 

- Fatalnie to wygląda - powiedziałam. 

- Tak, bardzo źle - przyznał łamiącym się głosem. Słyszałam, że z trudem oddycha. - 

Przepraszam  cię,  ale  musiałem  z  kimś  porozmawiać.  Jesteś  jedyną  osobą,  której  mogłem  o 

tym powiedzieć. 

-  Chce  pan,  żebym  sprawdziła,  czy  Raven  nie  wraca  do  Ellerton?  -  domyśliłam  się, 

chociaż trudno mi było sobie wyobrazić, że dziecko dokonałoby tego samo. Ale tak czy owak 

mogłam mu to obiecać. - A co z panem...? Co ma pan zamiar robić...? Chwileczkę, proszę nie 

odpowiadać, proszę zostać w domu. Zaraz przyjadę i porozmawiamy. 

Czekał  na  mnie  przy  bramie  domu  Taylorów  i  natychmiast  zaprowadził  do  aneksu 

mieszczącego się z boku głównego budynku. 

- Lepiej, żeby nikt nie wiedział o twoim przyjeździe - wyjaśnił. 

-  Jakieś  nowe  wiadomości?  -  spytałam,  patrząc  na  schludnie  poustawiane  narzędzia 

ogrodnicze, doniczki, nawozy, równiutką stertę czasopism na półce, czysty zlew, elektryczny 

czajnik i filiżanki do kawy. - Znaleźli Ravena? 

background image

Potrząsnął głową. 

-  Ustalili,  że  wymknął  się  późno  w  nocy  -  powiedział,  starając  się,  aby  jego  głos 

brzmiał spokojnie. - Frank właśnie dojechał do szkoły i zadzwonił do domu z tą wiadomością. 

Allyson rozmawia z policją w Shepherd. 

- Dołączy do Franka? 

- Wątpię. Raczej zda się na władze, niech robią, co do nich należy, a ona nie przerwie 

pracy. Zresztą wie, że Frank poradzi sobie z dyrekcją szkoły. 

- Przecież nie w tym rzecz. Jakim cudem zachowuje spokój, gdy każda inna matka na 

jej miejscu odchodziłaby od zmysłów? 

-  Allyson  nie  jest  jak  każda  inna  matka  -  przypomniał  mi.  -  Poza  tym  Raven  nie 

pierwszy  raz  znika.  Zawsze  to  się  jakoś  rozwiązywało,  po  kilku  godzinach  albo  ludzie  ze 

szkoły, albo policjanci go znajdowali i przyprowadzali z powrotem. 

- Ale tym razem ma pan obawy, że będzie inaczej? 

Milczał przez chwilę. 

- Nigdy dotąd nie uciekał  w środku nocy.  Odkąd zabrakło  Arizony, mały zachowuje 

się coraz dziwniej. 

- Tęskni za nią - powiedziałam cicho. - Może nie rozumie, dlaczego ona nie wraca. 

Peter odwrócił się do mnie tyłem i spojrzał przez okno w stronę domu. Zesztywniał, 

kiedy zobaczył, że drzwi się otwierają i Allyson wychodzi. 

- Nie pokazuj się - ostrzegł mnie, więc usunęłam się w najciemniejszy kąt. 

Doszedł  mnie  równy  szum  silnika  samochodu  i  cichy  odgłos  opon  sunących  po 

podjeździe. 

- Pojechała do telewizji - oznajmił Peter. - W porządku, nie musisz się już kryć. 

- Czy Raven często uciekał, kiedy Arizona tu była? - spytałam. 

-  Wiele  razy.  Ona  i  rodzice  kłócili  się  na  ten  temat.  Twierdziła,  że  nie  czuje  się 

szczęśliwy w szkole i że powinni sprowadzić go z powrotem do domu. Frank i Allyson nawet 

słyszeć o tym nie chcieli. 

- Po czyjej był pan stronie? 

Rozłożył ręce w bezradnym geście. 

-  Nie  jestem  ekspertem  od  autyzmu.  Arizona  przeczytała  wszystkie  możliwe  książki 

na  ten  temat,  przestudiowała  wszystkie  strony  w  Internecie.  Wstąpiła  nawet  do  organizacji 

zajmującej się poprawą życia takich dzieci za pomocą metod alternatywnych. Była pewna, że 

potrafi doprowadzić do tego, żeby Raven lepiej dawał sobie radę w życiu. A on z nią jedną 

nawiązywał jakiś kontakt, ilekroć ją widział, jego twarz promieniała. 

background image

- Tak, to bardzo do niej podobne. Nie umiała siedzieć z założonymi rękami. 

Peter najwyraźniej musiał wreszcie się przed kimś wygadać, więc mówił dalej: 

-  Nie  podobało  jej  się,  że  podają  mu  w  szkole  lekarstwa.  Zapoznała  się  z  teorią,  że 

dziecko  autystyczne  potrzebuje  cienia,  czyli  opiekuna,  kogoś,  kto  będzie  odgrywał  rolę 

pośrednika  między  nim  a  światem  zewnętrznym,  kto  będzie  mu  towarzyszył,  objaśniał  i 

pomagał odnaleźć sens różnych działań. 

- A nie potrzebujemy tego wszyscy? - Zabrzmiało to nonszalancko, ale tak uważałam. 

- Nieważne. No tak, Arizona nie potrafiła niczego robić połowicznie. 

-  Chciała  tym  dla  niego  być.  Zostać  jego  cieniem  -  wykrztusił  zduszonym  ze 

wzruszenia głosem. - Oddałaby życie, aby mu pomóc. 

Zamilkł, a ja byłam  tak  wstrząśnięta, że nie umiałam znaleźć słów,  aby  wypełnić tę 

ciszę. 

-  Tak  jak  w  dniu,  kiedy  rzeczywiście  umarła.  To  był  czwartek.  Allyson  i  Frank  jak 

zwykle  byli  bardzo  zajęci  swoją  pracą.  Dyrektor  ze  szkoły  Ravena  zadzwonił  do  domu  i 

poinformował Arizonę, że chłopiec znów zniknął. 

- Co zrobiła? 

- Wpadła w szał, rzucała oskarżenia pod adresem ojca, przekonywała go, że powinien 

natychmiast zabrać Ravena do domu, nawet jeśli Allyson się nie zgadza. 

- A dokąd Raven poszedł? - spytałam. 

-  Chyba  szukał  siostry.  Leżała  już  wtedy  na  dnie  jeziora  Hartmann,  więc  jej  nie 

znalazł. 

Biedny dzieciak, to musiało być dla niego potworne przeżycie. 

- Arizona odprowadziła samochód do warsztatu - wyrwało mi się. 

Przestałam się kontrolować i wypowiedziałam na głos to, co mi przyszło do głowy. Za 

chwilę mogłam spodziewać się Łowczego i skrzydeł. 

- Rzeczywiście. Skąd to wiesz? 

- Ktoś mi powiedział... Nie pamiętam kto. Gdzie w końcu odnaleziono Ravena? 

- W mieście. Błąkał się po centrum handlowym, już po zamknięciu sklepów. 

- I nikt nie wie, gdzie spędził cały dzień? 

Peter odetchnął głęboko. 

-  Do  tego  czasu  znaleziono  już  ciało  w  jeziorze.  Pochłonęły  nas  wydarzenia,  które 

potem nastąpiły, i nikt nie zastanawiał się nad tym, gdzie podziewał się Raven. 

- To zrozumiałe - przyznałam. 

background image

Mój umysł pracował jak szalony. Skoro Raven szukał Arizony tamtego feralnego dnia, 

pytanie, czy ją znalazł. A jeśli tak, czy miało to jakikolwiek wpływ na to, co się wydarzyło. 

Pytania,  pytania  i  nikogo,  kto  by  mógł  mi  na  nie  odpowiedzieć.  Na  pewno  nie  sam 

Raven. Może Arizona... Muszę natychmiast pojechać do Foxton. 

- Powinnam już iść - zwróciłam się do Petera. - Opuściłam lekcje, żeby tutaj przyjść. 

- W porządku, idź. Ale poszukasz Ravena? I proszę cię, nie mów nikomu. Będę miał 

poważne kłopoty, jeśli Frank i Allyson dowiedzą się, że rozmawiałem o tym za ich plecami. 

-  Oczywiście.  I  proszę,  niech  pan  do  mnie  zadzwoni,  kiedy  go  znajdą.  -  Szybko 

podałam  mu  numer  komórki.  -  Proszę  się  nie  zamartwiać,  w  końcu  zawsze  odnajdowali 

Ravena, sam pan to mówił. 

- Ale nie wiadomo, jak będzie tym razem - westchnął. - Jest jakoś inaczej. 

- To znaczy jak? 

- Dziwnie, nawet niesamowicie. Jakby ktoś jeszcze... coś jeszcze brało w tym udział. 

Wciąż myślę o tych krążących po mieście plotkach na temat duchów czy zjaw, które pokazują 

się na wzgórzu Foxton. Nie zrozum mnie źle, nie należę do osób, które łatwo dają wiarę takim 

historiom. Ale może ona... 

- Proszę przestać. Ciarki mnie przechodzą. 

Wstrząsnęłam  się  z  udawanego  przerażenia  i  szybko  wyszłam.  Idąc  prędko  przez 

podjazd,  myślałam,  że  Arizona  nie  mogłaby...  nie,  nawet  ona  nie  użyłaby  zdolności,  które 

miała jako zombi, żeby wyprowadzić swojego ukochanego braciszka ze szkoły. 

Znowu  prowadziłam  z  nadmierną  prędkością.  Kiedy  dojechałam  do  Turkey  Shoot, 

Phoenix i Arizona zmaterializowali się na tylnym siedzeniu. Jak zwykle najpierw pojawiły się 

postacie o niewyraźnych konturach, emanujące poświatą w kolorach tęczy, potem  przybrali 

bardziej  konkretne  kształty.  Zaskoczona,  omal  nie  przejechałam  przez  środkowy  pas 

rozdzielający jezdnie. 

- Zjedź na pobocze - powiedział Phoenix. Żadnych czułych uśmiechów ani zbędnych 

powitań. - Byliśmy w domu Arizony w Westrze, słyszeliśmy, o czym rozmawiałaś z Peterem. 

Skręciłam  na  pobocze  i  z  chrzęstem  opon  zatrzymałam  się  na  brudnej  utwardzonej 

nawierzchni, wzbijając w ciepłym powietrzu obłoczek kurzu i chmurkę owadów. 

Z  tylnego  siedzenia  Arizona  odpowiedziała  spokojnie  na  to  ważne  pytanie,  które 

zadałam sobie w myślach. 

-  Nie  mam  z  tym  nic  wspólnego,  Darina.  Raven  jak  zawsze  sam  podjął  decyzję  o 

ucieczce. 

- Nie wyprowadziłaś go ze szkoły? - upewniłam się, odwracając się do niej. 

background image

Zobaczyłam  nową  Arizonę.  Znikły  jej  chłód,  opanowanie,  pewność  siebie  Miałam 

przed sobą dziewczynę oniespokojnych, szalonych oczach i bezładnie opadających włosach, 

której brat zniknął. 

- Po co miałabym to robić? 

- Bo nienawidzisz tego miejsca, bo chcesz, żeby rodzice go stamtąd zabrali. 

Spojrzała mi w oczy, odczytując moje myśli. 

- Tak było kiedyś - powiedziała cicho. - Kiedy mogłam być z nim w domu. 

- Kapuję. Przepraszam, Arizona. 

-  Daj  spokój,  Darina  -  wtrącił  się  Phoenix.  -  Mamy  szukać  Ravena.  Będziesz  naszą 

łączniczką z tamtą stroną, tak jak do tej pory. 

- Od czego zaczynamy? - zwróciłam się do Arizony. 

- Gdzie zwykle uciekał? 

- Niedaleko - odpowiedział za nią Phoenix. - Najlepiej zacząć od szukania na terenie 

szkoły. Pewnie są tam już gliny, musimy zachować ostrożność. 

- Którędy mam jechać? 

-  Wróć  do  miasta  -  poleciła  Arizona.  Jej  głos  brzmiał  sztucznie,  do  przesady 

spokojnie, jakby broniła się przed wybuchem paniki. - Kiedy dojedziesz do obrzeży, skręć na 

zachód w Peak Road. 

Zawróciłam, analizując kierunek, jaki mi podała, i poczułam dreszcz przerażenia. 

- Prowadzi do jeziora Hartmann... 

- Aha - potwierdziła. 

- Czyli...? 

-  Prowadzi  także  do  Lindsey  Institute,  piętnaście  minut  drogą  przy  Szczycie  Amosa. 

W pogodny dzień z okna sypialni Ravena widać jezioro. 

Wiozłam  więc  moich  dwoje  pasażerów  w  stronę  jeziora  Hartmann,  coraz  bardziej 

niespokojna.  Phoenix  siedział  teraz  obok  mnie,  jego  ciemne  włosy  rozwiewał  wiatr.  Był 

maksymalnie  skupiony,  jakby  każde  mijane  drzewo  czy  kamień  mogły  mu  podpowiedzieć, 

gdzie  szukać  zaginionego  dziecka.  Kiedy  dojechaliśmy  do  jeziora,  Arizona  zapadła  się  na 

tylnym siedzeniu, jakby bała się spojrzeć na miejsce, gdzie utonęła. 

- Pamiętasz, że Raven wyciął taki sam numer w dniu, kiedy to z tobą się wydarzyło? - 

spytałam, koncentrując się jednocześnie na jeździe, bo połyskująca tafla wody i wspomnienie 

tragedii,  do  której  tu  doszło,  okropnie  mnie  rozpraszały.  -  Peter  mówił,  że  Raven  cię  tu 

szukał. 

- Być może - odpowiedziała sucho, ledwie dosłyszalnie. 

background image

- Ale nie znalazł cię? - Spojrzałam we wsteczne lusterko, żeby zobaczyć jej reakcję. 

- Po awanturze z ojcem pojechałam do warsztatu Mike’a. - Oczy miała zamknięte, jej 

wargi ledwie się poruszały. - Ravenowi nie przyszłoby do głowy mnie tam szukać. Niestety 

nie pamiętam, czy w końcu się znaleźliśmy. 

Spojrzałam  na  Phoeniksa,  żeby  sprawdzić,  czy  tym  razem  Arizona  mówi  prawdę. 

Potwierdził leciutkim skinieniem głowy. 

- Wytłumacz mi coś, panie Zombi. Jakim cudem wszystko, co dotyczy tego ostatniego 

wydarzenia,  zamazuje  się  wam  w  pamięci?  To  samo  było  z  Jonasem.  Kiedy  dzięki 

uprzejmości  waszego  wszechpotężnego  suwerena  znalazł  się  już  po  drugiej,  jak  wy  to 

mówicie,  stronie,  nie  pamiętał  kompletnie  nic  z  wypadku.  Ty  i  Summer  też  straciliście 

pamięć. 

- W każdym razie co do szczegółów - przyznał. - Łowczy twierdzi, że to trauma czyści 

nam mózgownice. Zostają jakieś strzępki informacji, może jakiś zapach albo kolor związany 

z wydarzeniem, ale cała sprawa się zaciera. Dlatego wracamy, żeby to przywołać, wyjaśnić i 

uwolnić się od tego. 

- Inaczej jesteśmy w pułapce. - Głos Arizony brzmiał gorzko. - Zawieszeni w próżni, 

umarli,  ale  nieznający  spokoju,  jakbyśmy  jednak  nie  do  końca  umarli,  niezdolni  nikomu 

zaufać, niezdolni zaznać chwili wytchnienia. Nie masz pojęcia, Darina, jak to jest... 

Wiatr  uderzył  w  przednią  szybę,  samochód  zadrżał  od  gwałtownego  podmuchu. 

Zamrugałam powiekami. Skoncentruj się na prowadzeniu! Przed sobą miałam szaroniebieski 

Szczyt Amosa, z ośnieżonym wierzchołkiem, chociaż był dopiero koniec października. 

-  Fakt;  nie  mam  -  zgodziłam  się.  -  Ale  im  bardziej  się  w  to  angażuję,  Arizona,  tym 

mniej ufam ludziom. Mówię ci to z całym przekonaniem. 

Szkoła  Ravena  mieściła  się  w  niskich,  zbudowanych  z  bali  budynkach 

rozmieszczonych wokół niewielkiego sztucznego jeziora. Nosiła nazwę Lindsey  Institute na 

cześć  człowieka,  który  ją  założył  w  latach  sześćdziesiątych  dwudziestego  wieku. 

Dojechaliśmy  do  niej  w  południe,  spodziewając  się  zastać  całe  mnóstwo  przeszukujących 

teren  gliniarzy,  a  tymczasem  zobaczyliśmy  tylko  samochód  szeryfa  zaparkowany  przed 

głównym  wejściem  do  dużego  parterowego  budynku  w  stylu  rancho.  Obok  stało  czerwone 

mitsubishi Franka Taylora. 

- Jak widać, bardzo zaangażowali się w poszukiwania - rzuciła z goryczą Arizona. 

Zaparkowałam  na  zewnątrz,  tuż  przy  głównej  bramie,  skąd  widzieliśmy  cały  teren 

szkoły. 

background image

-  Za  to  Darinie  będzie  łatwiej  tu  myszkować  -  zauważył  Phoenix.  -  Zgaduję,  że  w 

chatach z bali dzieciaki mają sypialnie, a do czego służy główny budynek? 

- Odbywają się tam lekcje, zajęcia terapeutyczne, wizyty rodzin.  - Stawało się to dla 

niej coraz trudniejsze, napływały bolesne wspomnienia. - Wszystko wygląda na nowoczesne i 

przyjazne dla takich dzieci, ale wierz mi, to obóz jeniecki. 

-  Od  czego  powinnam  zacząć?  -  spytałam,  wysiadając  z  samochodu.  Poszukałam 

wzrokiem  tylnego  wejścia,  którym  mogłabym  się  wśliznąć,  i  spostrzegłam  wąską  ścieżkę 

wydeptaną  wśród  krzaków.  -  Co  mam  zrobić,  jeśli  się  na  kogoś  natknę?  Jakiej  użyć 

wymówki? 

-  Taka  jesteś  sprytna,  to  sama  decyduj  -  zaatakowała  mnie  Arizona,  ale  zaraz  się 

zreflektowała.  -  Przepraszam,  zapomnij.  Personel  tutaj  nie  wygląda  jak  zwykli  medycy. 

Wszyscy  chodzą  w  dżinsach  i  tenisówkach,  nawet  dyrektorka,  Rebecca  Davis.  Szczupła, 

blond  loki,  ale  niech  cię  nie  zwiedzie  jej  wygląd.  Jeśli  na  nią  wpadniesz,  miej  się  na 

baczności. 

- Będzie w towarzystwie Franka i szeryfa - wtrącił Phoenix. - Okrąż główny budynek i 

zacznij  stamtąd.  Gdyby  ktoś  cię  pytał,  powiedz,  że  jesteś  turystką  i  zgubiłaś  się,  wracając 

znad jeziora Hartmann. 

- Raven zwykle czai się gdzieś w pobliżu szkoły - uzupełniła Arizona. - Chce się stąd 

wydostać, ale nie ma pojęcia, dokąd pójść, więc wdrapuje się na górę między sosnami albo 

siedzi nad jeziorem. Czasem idzie wzdłuż rzeki i kiedyś znaleziono go półtora kilometra stąd, 

dalej nigdy się nie zapuścił. 

-  Poszukamy  nad  rzeką  -  zdecydował  Phoenix.  -  Ty,  Darina,  rozejrzyj  się  wokół 

budynków. 

- Stawiam dwa do jednego na was.  -  Uśmiechnęłam  się.  -  W końcu to  wy  słyszycie, 

jak liść spada z drzewa. 

Zeszłam po zboczu wzgórza. Nie byłam specjalnie spięta, ale też nie miałam ochoty 

spotkać Rebekki Davis i Franka Taylora. Zwłaszcza na jego użytek powinnam przygotować 

sobie jakąś bardziej wyrafinowaną wymówkę. 

Uszłam może połowę drogi, kiedy drzwi frontowe się otworzyły i wyszła blondynka, a 

za  nią  mężczyzna  w  mundurze,  z  pewnością  miejscowy  szeryf.  Na  szczęście  dla  mnie 

mogłam uskoczyć za głaz i poczekać, aż skończą rozmawiać. Ze swojej kryjówki widziałam 

parking dla personelu i dostawców na tyłach szkoły. Jeden z pracowników kuchni wyszedł z 

torbą  na  śmieci  i  wrzucił  ją  do  pojemnika.  Potem  stanął  z  rękami  splecionymi  na  piersi  i 

zapatrzył się w niebo. 

background image

Idź sobie, wejdź z powrotem do środka, błagałam  go w myślach. Pokrzyżowałeś mi 

szyki. 

W  końcu  opuścił  głowę  i  wrócił  do  pracy.  Ruszyłam  dalej,  ale  gdy  pozostało  mi 

jeszcze  jakieś  sto  metrów  do  parkingu,  znów  musiałam  poszukać  schronienia  za  kolejnym 

głazem.  Szeryf  ujechał  ledwo  do  połowy  wzgórza,  kiedy  zatrzymał  samochód  i  wysiadł. 

Wstrzymując oddech, czekałam. 

Zaczął  rozmawiać  przez  walkietalkie.  Oparł  się  o  samochód  i  najwyraźniej  się  nie 

spieszył. 

- Wes, czy mnie słyszysz? Tak, chodzi o tego dzieciaka co zwykle, Ravena Taylora. - 

Mówił  na  tyle  głośno,  że  mogłam  go  stąd  słyszeć,  chociaż  słabo.  -  Po  śniadaniu  personel 

zameldował, że zniknął. Odbiór. - Zamilkł na chwilę, słuchając. - Ojciec jest tutaj. Rebecca 

posłała ludzi, żeby przeszukali okolicę, ale jak do tej pory go nie znaleźli. Odbiór. 

Przestałam  się  interesować  szeryfem  i  postanowiłam  wykonać  następny  ruch. 

Pokonałam  ostatnie  sto  metrów  dzielące  mnie  od  parkingu  i  poszukałam  schronienia  za 

kontenerem  na  śmieci.  Nie  miałam  większej  nadziei,  że  to  ja  znajdę  chłopca.  Przygięta  do 

ziemi  przeskoczyłam  za  czarnego  dżipa,  a  potem  za  srebrzystego  SUVa.  Wtedy  nagle  coś 

usłyszałam. 

Z wnętrza SUVa doszedł mnie słaby odgłos pukania, jakby ktoś postukiwał w metal. 

Ucichł,  a  potem  znów  się  rozległ.  Wstrzymałam  oddech.  Co  robić?  Jeśli  ujawnię  swoją 

obecność, co ten ktoś w środku sobie pomyśli? Jeśli nie ujawnię i dalej będę się skradać, gra 

skończona  -  tylko  dlatego  że  jej  nie  podjęłam.  Stukanie  rozległo  się  znowu,  więc  się 

wyprostowałam. 

Z  początku  pomyślałam,  że  musiałam  się  przesłyszeć,  bo  w  środku  nikogo  nie 

zobaczyłam.  Popatrzyłam  raz  jeszcze  i  wtedy  usłyszałam  taptaptap,  dochodzące  z  tyłu 

pojazdu, gdzie za metalową kratką wożono bagaże i psy. Podeszłam do tylnych drzwi i przez 

szybę uważnie zajrzałam do bagażnika. 

Siedziało  tam  po  turecku  dziecko,  z  książką  na  kolanach  i  szkicownikiem  z  boku. 

Kołysało się w przód i w tył, zamknięte w swoim świecie, postukując ołówkiem w kratkę. 

Niewiele  myśląc,  otworzyłam  drzwi.  Raven  nie  przestał  się  kołysać  ani  stukać. 

Książka  na  jego  kolanach  była  otwarta  na  serii  portretów  Marilyn  Monroe  Warhola  - 

złocistości i oranże, fioletowe włosy, szkarłatne wydęte wargi. 

- Cześć, Raven - wyszeptałam. 

Kołysał się i postukiwał ołówkiem, jak gdyby mnie tu nie było. 

- Co tutaj robisz? 

background image

Przesunął ołówek po kratce, jak pianista przebiega palcami po klawiszach fortepianu. 

Okładkę  szkicownika  pokrywały  miniaturowe  szkice  domu  Taylorów  z  drobiazgowo 

oddanymi detalami. 

- Hej, podobają mi się twoje rysunki - powiedziałam, a on spojrzał na mnie. 

Wyciągnęłam rękę i o dziwo podał mi swoją. 

Arizona  i  Phoenix  w  tej  samej  sekundzie  wiedzieli  już  oczywiście,  że  znalazłam 

Ravena.  Stali  na  parkingu,  obserwując  nas,  ale  nie  podchodzili  bliżej.  Spokojnie,  powoli 

pomogłam chłopcu wysiąść. 

- I te też mi się podobają - powiedziałam, a on nie protestował, kiedy brałam od niego 

książkę. - Weź szkicownik i chodźmy na lunch. 

Zesztywniał i marszcząc brwi, skierował. się z powrotem do SUVa. Każdy jego ruch 

był powolny i jakby niezręczny. Kiedy patrzyłam na niego, przyszły mi na myśl staroświeckie 

marionetki poruszane za pomocą sznurków. 

- Wolisz tutaj zostać? Dobrze. - Dlaczego akurat ten wóz? I nagle olśnienie! Arizona 

miała taki sam, identyczny model i kolor. - Podoba mi się ten samochód. Jest fajny. 

Biedny  dzieciak  -  czuł  się  bezpiecznie  w  obcym  aucie,  bo  wierzył,  że  siostra  zaraz 

przyjdzie i go zabierze. Kątem oka zobaczyłam, jak Phoenix chwyta Arizonę za rękę i ściska 

ją mocno. 

- Jeśli nie chcesz iść na lunch, to może pójdziemy do taty? Jest tutaj. 

Zero reakcji - ani próby oporu, ani zgody, tylko mur obojętności, pozbawiona wyrazu 

twarz. 

Arizona  zrobiła  krok  do  przodu,  ale  Phoenix  ją  powstrzymał.  Gdyby  pokazała  się 

Ravenowi, musieliby wyczyścić z tego wspomnienia jego biedny, skołatany umysł. 

Iwiecie,  naprawdę  wiele  ją  kosztowało,  by  ulec  Phoeniksowi  i  się  cofnąć.  Bo 

pomyślcie tylko: pragnęła jednej jedynej rzeczy i nie mogła tego zrobić. Objąć brata, uściskać 

go i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. 

- Arizona, musisz odejść - powiedział Phoenix. 

Przycisnęła dłonie do skroni, zakrywając sobie oczy. 

Z trudem powstrzymywała szloch. 

- Arizona, odejdź, zanim całkiem się rozsypiesz - ponaglił ją Phoenix. - Zajmę się tutaj 

wszystkim. 

Pół kroku do tyłu i znów się zawahała. 

-  Chodź,  pójdziemy  zobaczyć  tatusia  -  powiedziałam  do  Ravena,  postukując  w 

okładkę książki, jakbym chciała go tym przekupić. - Chodź ze mną. 

background image

- Odejdź - wyszeptał Phoenix do Arizony. 

W  końcu  się  poddała.  Kiedy  zaczęłam  razem  z  Ravenem  okrążać  budynek  szkoły, 

Arizona użyła swojej mocy, aby zniknąć. Jaskrawa poświata wokół jej sylwetki zblakła i w 

sekundę Phoenix został sam. 

- Zabierz go do budynku i dopilnuj, żeby trafił do Rebekki Davis - polecił mi niczym 

superopanowany, kompetentny członek ekipy ratowniczej. 

- Powiedz mi, które obrazy najbardziej lubisz - zwróciłam się do dziecka, pilnując się, 

by głos mi nie zadrżał. - Czy podobizny Marilyn, czy puszki z zupą? 

 

 

background image

- OO, widziałaś Franka Taylora? - spytał Phoenix. 

Siedział za kierownicą i  wiózł nas oboje w kierunku jeziora Hartmann. Przekazałam 

Ravena  dyrektorce  szkoły,  podając  jej  niezbyt  przekonujące  wyjaśnienie  całej  sytuacji,  i 

wyszłam. 

- Znalazłam chłopca w lesie - skłamałam. - Domyśliłam się, że jest stąd. 

Powinniście  widzieć,  jak  Raven  spojrzał  na  mnie,  kiedy  znów  trafił  pod  opiekę 

Rebekki Davis. Zraniony izdezorientowany - nie oddaje to w pełni jego uczuć, ale nie potrafię 

ich  lepiej  określić.  Myślał,  że  my  dwoje  jesteśmy  kumplami  żółtoczerwonej  i 

fioletowozielonej Marilyn, a tu nagle zostawiam go z tymi szarymi ludźmi. 

- Widziałaś? - powtórzył pytanie Phoenix. 

- Co...? Nie, na szczęście nie było  go w pobliżu. - Przestań użalać się nad Ravenem, 

skup się na tym, co dalej, pomyślałam. - Wyszłam jak najprędzej, żeby Rebecca nie zdążyła 

mi zadać kłopotliwych pytań. 

- Super. 

- Jak to jest żyć tak jak Raven? - zastanawiałam się. 

- Nie mówić, nie rozumieć ludzi, jakby przebywało się w szklanej kuli. Samotnie, to 

na pewno. I pomyśl tylko, Phoenix, gdyby on umiał mówić, wszystko mogłoby się wyjaśnić. 

Powiedziałby, dokąd poszedł  tego ranka, gdy  Arizona utonęła, kogo widział, w jaki sposób 

dostał się do centrum handlowego... 

Spojrzał na mnie, ale zaraz skierował wzrok z powrotem na drogę. 

- Powiem ci coś zaskakującego. Tam na parkingu próbowałem odczytać myśli Ravena 

i nie mogłem. 

-  To  strasznie  dziwne.  -  Bo  przecież  wszyscy  (Nie)-Umarli  mieli  ponadnaturalne 

zdolności telepatyczne. - Dlaczego? 

- Niczego nie odczytałem. Bardzo się starałem i nic, tylko niezrozumiała plątanina. 

- Może miałeś za mało czasu - podsunęłam mu wymówkę. - No i Arizona... Za dużo 

się tam działo. 

- Nie - uciął moje spekulacje. - Umysł tego dziecka działa inaczej. Nie ma sposobu do 

niego dotrzeć. 

Milczeliśmy, jadąc wzdłuż jeziora. Słońce złociło czystą zieloną taflę. W oddali, przy 

brzegu, samotny jeleń pił wodę. 

background image

- Mam wieści o ostatnich intruzach - podjął rozmowę Phoenix, kiedy wjechaliśmy na 

drogę  z  tłucznia  i  skierowaliśmy  się  do  miasta.  -  Znasz  paru  z  tych,  którym  zachciało  się 

szukać kłopotów w ostatni weekend. 

- Mówisz o ludziach z obozowiska przy Government Bridge? 

- Właśnie. Był tam Kyle Keppler ze swoimi kolesiami z Forest Lake. 

Aż jęknęłam. 

- Ten facet jest jak śmierdzące jajo. Wiesz, że wczoraj byłam w Forest Lake? 

Kiwnął głową. 

- Chociaż prosiłem, żebyś się tam nie zbliżała. 

- Nie spodziewałam się, że tam będzie. 

- Powinnaś trzymać się z daleka od Kyle’a i od jego domu. 

-  Czy  ty  mnie  słuchasz?  Założyłam,  że  będzie  pracował  w  warsztacie  Mike’a. 

Musiałam porozmawiać z Sabie. Spytać, czy dowiedziała się o Kyle’u i Arizonie. A jeśli tak, 

to jak zareagowała. 

-  Zbyt  ryzykowne  -  powiedział  i  zacisnął  zęby,  wchodząc  w  zakręt  odrobinę  za 

szybko, tak że poleciałam na niego. 

Wyprostowałam się i przez chwilę siedziałam z buzią zamkniętą na kłódkę. W końcu 

nie wytrzymałam i wybuchnęłam: 

-  Jasne,  wszystko  robię  źle!  Arizona  powiedziała  kiedyś,  że  jestem  za  głupia,  żeby 

wam pomóc. Teraz i ty tak uważasz! 

-  Niczego  takiego  nie  mówiłem  -  zaprzeczył  z  westchnieniem  i  zjechał  na  pobocze. 

Zatrzymaliśmy  się  koło  łąki,  na  której  trawa  już  pożółkła.  W  oddali  widać  było  stajnię.  - 

Wiesz, że martwię się o ciebie, Darina. 

- Nie ma powodu - zaprotestowałam, ale nie zwiodłam go. - No dobra, martwisz się o 

mnie, dziękuję ci. - Uśmiechnęłam się i pocałowałam go. 

Znów westchnął, tym razem ze smutkiem. 

- To wszystko spotyka cię przeze mnie... Cierpienie, wątpliwości... żałuję, że tak jest. 

-  Nie  chcę,  żeby  było  inaczej.  -  Musiałam  mu  to  uzmysłowić.  -  Każda  chwila 

spędzona z tobą jest jak prezent. Nie dbam o to, za jaką cenę. 

Spojrzał  na  mnie  -  jego  głowa  na  tle  wysokich  złotożółtych  traw  na  wznoszącej  się 

łagodnie łące, jego niebieskoszare piękne oczy, które tak błyszczały. 

- Spróbuj nie narażać się na niebezpieczeństwo, zrób to dla mnie - powiedział cicho i 

pocałował mnie delikatnie w usta. - I pozwól, żebym się o ciebie martwił, okay? 

- Okay. - Uśmiechnęłam się. 

background image

- I to, że się martwię, nie wynika z tego, że uważam cię za głupią, okay? 

- Na pewno? - spytałam przewrotnie, wpatrując się w jego oczy. 

- Na pewno - szepnął, całując mnie znowu, żebym nie miała już żadnych wątpliwości. 

- Darina, kocham cię. 

- Ale? 

- Nie ma ale. 

- Aha, czyli wcale się przed chwilą nie kłóciliśmy? 

Pochyliłam się, żeby oddać mu pocałunek. Miałam przejmujące uczucie, że jestem z 

nim tak blisko, jak tylko dwoje ludzi może być ze sobą. 

- Nie bierz tego tak serio - powiedział. 

Wysiadł z samochodu i patrzył, jak wyjeżdżam z powrotem na drogę. 

- Kocham cię - wymówiłam bezgłośnie. 

- Kocham cię - odpowiedział. 

Serce mi pękało. 

Patrzyłam  we  wsteczne  lusterko,  dopóki  nie  zniknął  mi  z  oczu.  Tak  go  chciałam 

zapamiętać  -  stał  na  lekko  rozstawionych  nogach,  z  kciukami  wetkniętymi  za  pasek,  i 

obserwował, jak odjeżdżam. 

Już kilka minut później pożałowałam, że go ze mną nie ma. 

Zaczęło się od tego, że pędząca z tyłu półciężarówka, wyprzedziła mnie na zakręcie. 

-  Ty  cholerny  idioto!  -  Nacisnęłam  na  pedał  hamulca,  żeby  zwolnić  i  puścić  go 

przodem. - Co z tobą? 

Kierowca  samochodu,  jadącego  teraz  przede  mną,  zahamował  gwałtownie,  tylne 

światła rozjarzyły się czerwono na tle zieleni sosnowego lasu. Nacisnęłam ponownie na pedał 

hamulca,  klnąc  nieprzyzwoicie.  W  tym  samym  momencie  rozpoznałam  twarz  mężczyzny, 

który  wychylił  głowę  z  miejsca  dla  pasażera.  Facet  z  harleyem,  którego  widziałam  przed 

domem  Kyle’a  czule  żegnającego  się  z  Sabie.  Poczułam  się  tak,  jakbym  dostała  kopniaka 

prosto w żołądek. Zahamowałam, modląc się w duchu, aby półciężarówka odjechała. 

Nie  odjechała.  Jej  kierowca  zawrócił  brawurowo  na  wąskiej  drodze  i  rozpoznałam 

jadącego naprzeciwko mnie mężczyznę. Kyle Keppler. Jego kumpel, wciąż wychylony przez 

okno, wykrzykiwał pod moim adresem obraźliwe epitety. Wyhamowali, a ja przygotowałam 

się na konfrontację. 

Najpierw wysiadł Kyle, potem jego przyjaciel troglodyta. Podchodzili bardzo wolno, 

troglodyta zatrzymał się może trzy metry od mojego samochodu, Kyle tuż przy mnie. 

background image

- To nie będzie twój szczęśliwy dzień, dziecinko - rzucił szyderczo. - Raz udało ci się 

uciec i to był ten jedyny raz. 

-  Co  ja  takiego  zrobiłam?  -  próbowałam  udawać  zdziwienie,  ale  serce  waliło  mi  jak 

oszalałe. 

Z nadzieją zerknęłam we wsteczne lusterko, chociaż nie spodziewałam się zobaczyć 

Phoeniksa. 

Kyle  nie  zamierzał  bawić  się  w  wyjaśnienia.  Walnął  pięścią  w  przednią  szybę,  a 

potem otworzył drzwiczki i wywlókł mnie z samochodu. Usiłowałam oczywiście walczyć, ale 

był  naprawdę  silny.  Wyciągnął  mnie  na  zewnątrz  jak  szmacianą  lalkę  i  popchnął  w  krzaki 

rosnące przy drodze. Zatoczyłam się i oparłam plecami o nierówną powierzchnię granitowej 

skały. 

-  Bajerancki  samochodzik  -  powiedział  troglodyta.  Dopiero  teraz  zauważyłam,  że 

trzyma stalowy pręt. - No popatrz... cholernie szkoda. 

Serce podeszło mi do gardła, kompletnie zatkało mnie z przerażenia. Kyle dał sygnał 

swojemu kumplowi i usłyszałam, jak metalowy pręt uderza o maskę kabrioletu. 

-  Mogłaby  to  być  twoja  czaszka  -  powiedział  Kyle,  przyciskając  mnie  do  głazu.  - 

Dżizas, co za bałagan. 

Nogi się pode mną ugięły. Dosłownie. Poczułam, że osuwam się na ziemię. I nagle, w 

ułamku sekundy, sytuacja się zmieniła. 

Phoenix  pojawił  się  w  otoczce  falującej  poświaty,  a  potem  zmaterializował  się  i 

zamachnął  na  Kepplera,  który  zdążył  zobaczyć  go  na  czas,  aby  się  uchylić.  Złapał  stalowy 

pręt, który rzucił mu kumpel. Nie krzyknęłam ze strachu, jak by to zrobiła większość ludzi. 

Nie  mogłam  wydobyć  ze  ściśniętego  gardła  żadnego  dźwięku.  Kyle  trzymał  pręt  jak  kij 

baseballowy. Zamachnął się, mierząc w głowę Phoeniksa. 

-  Co  za  gówno!  Skąd  ten  się  wziął?  -  wykrzyknął  troglodyta,  osaczając  Phoeniksa  z 

tyłu. 

Pręt chybił o centymetry, a mój chłopak rzucił się na Kepplera i wymierzył mu cios w 

żołądek, aż ten cofnął się chwiejnie w moją stronę. 

- Trzymaj się z daleka - ostrzegł Phoenix. 

Keppler  uniósł  pręt  i  zadał  następny  cios,  stękając  przy  tym  z  wysiłku,  a  potem 

kolejny.  Chybił  dwukrotnie.  Phoenix  był  dla  niego  za  szybki,  za  każdym  razem  zdążył  się 

uchylić.  Ale  było  ich  dwóch  przeciwko  jednemu  i  kątem  oka  zauważyłam,  jak  kumpel 

Kepplera  próbuje  podstawić  Phoeniksowi  nogę,  żeby  umożliwić  koleżce  zadanie  ciosu 

leżącemu. Odzyskałam głos i ostrzegłam swojego chłopaka. 

background image

Jedną  ręką  powstrzymał  Kyle’a  i  pręt  zawisł  w  powietrzu,  drugą  pchnął  jego 

towarzysza tak mocno, że facet upadł na ziemię i wsunął się częściowo pod mój samochód. 

Teraz Phoenix mógł całą swą siłę zombi skierować przeciwko Kepplerowi. Wyrwał mu pręt i 

przystawił mu go do szyi. Przycisnął Kepplera do skały, aż oczy wyszły mu na wierzch. Ja 

wykorzystałam  tę  chwilę,  by  podbiec  do  tego  drugiego  i  przydepnąć  mu  dłonie,  kiedy 

usiłował wyczołgać się spod samochodu. 

- Nigdy więcej nie waż się tknąć Dariny! - ostrzegł Phoenix Kepplera, zbliżając głowę 

do jego wykrzywionej twarzy - Dotknij jej małym palcem, a pożałujesz. 

Odrzucił  pręt  i  wymierzył  Kyle’owi  cios  w  szczękę,  który  posłał  tamtego  na  ziemię 

obok kumpla. 

- Mógłbym ich za to zabić - mruknął Phoenix. 

- Nie! - zaprotestowałam, cała drżąc. 

Nie.  Żadnych  więcej  bójek,  prosiłam  w  myślach.  Żadnych  podstępnych  ostrzy. 

Błagam... 

Wykorzystali  tę  krótką  chwilę  naszej  rozmowy,  żeby  się  pozbierać.  Zdołali  wstać  i 

znów ruszyli we dwóch na Phoeniksa. 

Tym razem wrzasnęłam na całe gardło. 

Phoenix  złapał  zwiniętą  w  pięść,  wyprowadzającą  cios  rękę  Kepplera  i  z  dziecinną 

łatwością rzucił go na czarnowłosego kumpla. Walnęli obaj w mój samochód. 

- Dobra, wystarczy - zdecydował. - Teraz będzie naprawdę bolało. 

Popatrzył  im  w  oczy  -  najpierw  jednemu,  potem  drugiemu  -  i  unieruchomił  ich  obu 

siłą  umysłu.  Nagły  podmuch  wiatru  wzbił  tumany  kurzu  i  przyniósł  odgłos  trzepoczących 

skrzydeł.  Milionów  skrzydeł  dusz  oczekujących  w  otchłani,  które  użyczyły  Phoeniksowi 

mocy  czyszczenia  umysłów  ze  wspomnień.  Obaj  mieli  ocknąć  się  z  bolącymi  potwornie 

głowami, z luką w pamięci, nie rozumiejąc, co się, do diabła, właściwie wydarzyło i dlaczego 

leżą posiniaczeni na zakurzonej drodze. 

Z  początku  Keppler  usiłował  się  opierać.  Chciał  rzucić  się  na  Phoeniksa,  ale  mój 

piękny  chłopak,  (Nie)Umarły,  utkwił  w  nim  wzrok,  jakby  prześwietlał  laserem  jego  mózg. 

Kyle cofnął się, wpadł na kolegę i obaj zwalili się na ziemię. 

Niezliczone dusze uniosły się do góry, wiatr ucichł, a Phoenix stał dumny i zwycięski. 

- Brandon weźmie twój samochód do naprawy - powiedział Phoenix. 

Musieliśmy go zostawić na poboczu i wrócić do miasta na piechotę, zanim Keppler i 

jego  kumpel  się  pozbierają.  Byłam  oszołomiona,  nie  mogłam  jasno  myśłeć  po  przeżytym 

szoku. 

background image

- Logan to zrobi. Wystarczy, że go poproszę. I Christian, zawsze pracują razem. 

-  Brandon  -  powtórzył  z  naciskiem  Phoenix.  -  Powiesz  mu,  gdzie  go  zostawiłaś,  i 

przyholuje go do miasta. 

- Tylko mu przykaż, żeby nie zabrał go do Mike’a - zażartowałam. - No dobrze, mało 

śmieszne. I zanim powiesz „a nie mówiłem”, tak, miałeś rację co do Kepplera. 

- Brutalny facet - zgodził się Phoenix. 

Szliśmy  powoli  nierównym  chodnikiem,  oprócz  nas  nie  było  wokół  nikogo. 

Zagubione dusze złożyły skrzydła i wróciły do miejsca, które było dla nich domem. 

- Powiedz mi, co o nim wiesz, niezależnie od Arizony. 

Phoenix wcisnął dłonie głęboko w kieszenie dżinsów, a potem zaserwował mi bombę: 

- Ten facet, który z nim był, to brat Sabie, Jon Jackson. 

- Brat! 

To  mi  zupełnie  nie  przyszło  do  głowy,  kiedy  układałam  scenariusz  jak  z  Jerryego 

Springera,  siedząc  w  samochodzie  i  obserwując  podwórze  przed  domem  Kepplerów. 

Przypisałam  mu  rolę  kochanka.  No  dobra,  mam  tę  wadę,  że  zbyt  pospiesznie  wyciągam 

wnioski. To kolejny przykład, który to potwierdza. 

- Jon był w obozowisku przy Government Bridge z Kyle’em i paroma innymi. Lubią 

przebywać w swoim towarzystwie. 

-  Czy  Brandon  należy  do  ich  gangu?  -  Chciałam  wiedzieć,  z  kim  starszy  brat 

Phoeniksa się zadaje. - Brandon, Kyle i Jackson są jedną drużyną? 

- Czasem - rzucił sucho Phoenix, spuścił wzrok i przyspieszył kroku. - Słuchaj, ja nie 

wybieram bratu kumpli. 

Zastanowiłam się przez chwilę. 

- Okay, dotarło. Nie chcesz, żebym łączyła Brandona z tym, co się stało, tylko dlatego, 

że kontaktuje się z Kyle’em, ani żebym mierzyła go tą samą miarką. O to chodzi? 

Skinął tylko głową. Podbiegłam kilka kroków i dogoniłam go. 

-  Kyle  i  Jackson  byli  tam...  tej  nocy.  -  Jakbym  dostała  obuchem,  kiedy  sobie  to 

uzmysłowiłam. Obaj byli członkami gangu, który brał udział w starciu przy stacji benzynowej 

i jeden z nich mógł być zabójcą! - Phoenix, oni uczestniczyli w tym, co ci się przydarzyło! 

Potrząsnął głową. 

-  Czy  to  ma  znaczyć  tak,  czy  nie?  -  Złapałam  go  za  rękę  i  zmusiłam,  aby  szedł 

wolniej. - Spójrz na mnie i powiedz prawdę. 

-  Byli  tam  -  przyznał.  -  Plus  ze  dwudziestu  innych  gości.  Ale  nie  na  tym  mamy  się 

teraz skupiać. Pamiętaj, że chodzi o Arizonę. 

background image

- Dżizas, jak ona mogła nawet lubić tego faceta? 

Dochodziliśmy  już  do  miasta,  w  zasięgu  wzroku  rysowały  się  pierwsze  domy  przy 

Peak Road. 

- Kochała Kyle’a - podkreślił Phoenix. - Lubić i kochać to nie to samo. 

- No więc co teraz?  -  Chodziło mi  o to,  jaki powinien być mój następny  ruch, kiedy 

już  skontaktuję  się  z  Brandonem,  żeby  zajął  się  wyklepaniem  wgniecionej  maski.  -  Mam 

ponownie skontaktować się z Sabie, gdy będzie sama, i porozmawiać z nią? 

- W żadnym wypadku. 

-  Pamiętaj,  że  zostały  nam  tylko  trzy  dni!  -  Piątek,  czyli  ostatni  wyznaczony  przez 

Łowczego  dzień  na  rozwiązanie  zagadki,  zbliżał  się  nieuchronnie.  -  Wobec  tego  czy  mam 

porozmawiać z Taylorami o Ravenie? Wyciągnąć z nich jakieś mroczne rodzinne sekrety? 

- To powinno przynieść lepsze rezultaty - zaakceptował mój pomysł. 

Zwolniliśmy kroku, domy były już blisko, nadszedł czas na pożegnanie. 

-  Co  sądzisz  na  temat  takiego  scenariusza?  Arizona  walczy  ostro  z  rodzicami, 

zwłaszcza  z  matką,  żeby  Raven  wrócił  do  domu.  Jest  gotowa  poświęcić  wszystko  i  przez 

dwadzieścia cztery godziny na dobę pełnić rolę uważnego, kochającego cienia, czego według 

niej brat najbardziej potrzebuje. 

Phoenix kiwnął głową. 

- Masz na myśli, że pograła naprawdę ostro, tak? Sytuacja robi się nie do zniesienia, 

rodzina jest w rozsypce. A Frank jest zbyt słaby, żeby przeciwstawić się Allyson. 

Teraz ja kiwnęłam głową i zaczęłam mówić szybciej. 

-  Sam  wiesz,  jeśli  Arizona  uważa,  że  ma  rację,  nic  jej  nie  powstrzyma.  Allyson  jest 

taka sama. Dwie silne osobowości. Musi dojść do konfliktu. 

- Może - przyznał cicho, tak że ledwie usłyszałam. 

- To bardzo prawdopodobne! Tylko to sobie wyobraź. Do jakiego stopnia Allyson jest 

nieczuła? Wiemy, że nie rezygnuje z pracy nawet wtedy, gdy jej autystyczny synek ucieka ze 

szkoły. Wszyscy słyszeliśmy, że istnieją takie matki jak ona, czyta się o tym w gazetach, ale 

rzadko kto taką zna. Może tu właśnie mamy do czynienia z monstrum w ludzkiej skórze! 

-  I  w  końcu  dochodzi  do  kłótni  nad  jeziorem  Hartmann  -  podjął  wątek  Phoenix.  - 

Arizona szuka Ravena, Allyson ją śledzi... 

-...i  oskarża, że doskonale wiedziała,  gdzie dziecko jest ukryte, że to  wszystko  przez 

nią, że jest zwariowana i ukrywa brata przed władzami szkoły. 

- Walczą nad brzegiem i dochodzi do wypadku. Arizona potyka się i wpada do wody. 

background image

Kiwałam  głową  jak  szalona.  Może  naprawdę  znaleźliśmy  klucz  do  rozwiązania  tej 

zagadki. Mamy to. Na trzy dni przed wyznaczonym terminem. 

-  Tylko  że  Arizona  umie  pływać  -  zgasił  mnie  Phoenix.  -  Zwyciężała  w  szkolnych 

zawodach. 

Ale ja za wszelką cenę chciałam przygwoździć to monstrum w ludzkiej skórze. 

- No to uderzyła ją w głowę, Arizona straciła przytomność, wpadła do wody i poszła 

jak  kamień  na  dno.  -  Poczułam  płyty  chodnika  pod  stopami.  -  Nie  waż  się  iść  dalej  - 

ostrzegłam Phoeniksa. 

- Mam zniknąć? - spytał z chytrym uśmieszkiem. 

- Łowczy się dowie. Musisz wrócić do Foxton. - Odepchnęłam go, a on złapał mnie za 

ręce. - Idź! 

Długo się całowaliśmy, zanim się ode mnie odsunął. 

- Nigdy byś nie zgadła... - urwał i roześmiał się z zażenowaniem. 

- Czego? Phoenix, samochód nadjeżdża. 

Jeszcze był daleko, ale warkot silnika stawał się coraz głośniejszy. 

- Łowczy mówi, że mogę zostać. 

- Ze mną? Nie wracasz do Foxton? 

- Kyle Keppler nie da ci spokoju. Łowczy każe mi tu zostać, żebym cię pilnował. 

Aż mnie zatkało, zrobiło mi się gorąco. 

- Przez cały dzień? Tak powiedział? 

- I noc - dodał Phoenix, obejmując mnie w talii i ciągnąc za billboard, który miał nas 

skryć przed nadjeżdżającym autem. 

Był  w  moim  pokoju.  Siedział  na  łóżku,  czekając  na  mnie.  Pożegnaliśmy  się  na 

obrzeżach  miasta  i  dalej  poszłam  sama.  Skontaktował  się  z  Łowczym  i  (Nie)Umarłymi  w 

Foxton, a mimo to dotarł do domu przede mną. 

-  Powinnaś  zobaczyć  się  z  Brandonem  w  sprawie  samochodu  -  przypomniał  mi  pan 

Rozsądny. 

- Jutro - odpowiedziałam. 

Nie chciałam, żeby cokolwiek zmąciło dany nam czas. 

- Teraz. Zapowiadają deszcz. Zadzwoń i poproś, żeby go przyholował do miasta. 

Brandon odebrał, zanim przebrzmiał pierwszy sygnał. 

- Darina? O co chodzi? 

- O mój samochód. 

- Rozbiłaś go? 

background image

Oczywiście  od  razu  wyciągnął  taki  wniosek,  a  ton  jego  głosu  wskazywał  na  lekkie 

rozbawienie. 

- Nie. Rozbito go. A raczej roztrzaskano. Twój przyjaciel Kyle Keppler zepchnął mnie 

z drogi, a jego szwagier, posługując się stalowym prętem, dopuścił się aktu przemocy wobec 

maski mojego samochodu. 

- Co zrobił? - Jego głos stał się nagle ostry i podejrzliwy. 

Zerknęłam na Phoeniksa, który wstał z łóżka i podszedł do okna. 

- Kyle za mną nie przepada, tyle mogę ci powiedzieć. 

- Ładne nie przepada, skoro zrobili coś takiego. Ty też ucierpiałaś? 

-  Nie,  ze  mną  wszystko  okay,  tylko  z  moim  autem  nie.  Miałam  nadzieję,  że 

przyholujesz go jakoś do miasta i dopilnujesz naprawy. 

Nie wahał się ani chwili. 

- Podjadę po ciebie. Pokażesz mi, gdzie stoi. 

Z ciężkim westchnieniem odłożyłam słuchawkę. 

- Jak ja to wytłumaczę twojemu bratu? 

-  Powiedz,  że  miało  to  związek  z  Arizoną  -  zasugerował,  uważając,  że  półprawda 

wystarczy. - Pamiętaj, że Brandon wie o niej i o Kyle’u. 

-  Dobrze,  powinno  zagrać.  Pomyśli,  że  Kyle  wściekł  się  na  mnie,  że  wtrącam  się  w 

jego życie prywatne. Zna go, wie, że jest porywczy. 

- Wierz mi, Brandon nie będzie zadawał pytań. Zajmie się tobą, tak jak mi obiecał. 

Umierając, Phoenix wymógł na swoim starszym bracie przyrzeczenie, że będzie mnie 

chronił. Brandon przysiągł to na swoje życie, trzymając w ramionach konającego brata. 

-  Naprawdę  muszę  z  nim  jechać?  -  Westchnęłam  ciężko,  obejmując  Phoeniksa  za 

szyję. - Jedyne, czego pragnę, to zostać tu z tobą. 

Z  uśmiechem  zrobił,  co  mógł,  abym  była  bardziej  zadowolona  z  fizycznej  strony 

naszego związku. Przerwał to ryk harleya Brandona. 

- Idź - powiedział Phoenix, odrywając od siebie moje ręce. - Będę tutaj, kiedy wrócisz. 

Siedziałam  na  tylnym  siedzeniu  dyny,  szerokie  plecy  Brandona  chroniły  mi  twarz 

przed  wiatrem,  frędzle  skórzanej  kurtki  uderzały  w  moje  ramiona.  Jechaliśmy  w  kierunku 

Peak Road pod nawisającymi ciężko deszczowymi chmurami, tak jak Phoenix ostrzegał. 

Kiedy zrównaliśmy się z moim samochodem, Brandon wyhamował i zatrzymał się po 

przeciwnej stronie drogi. Zsiedliśmy z motocykla i podeszliśmy do auta. 

- Kyle i Jon to zrobili? - upewnił się Brandon. - Kompletnie im odbiło. 

background image

Metalowy  pręt  narobił  sporych  szkód:  powyginana  maska,  rozbita  przednia  szyba, 

urwane lusterko. 

- To było przerażające. 

-  Dobra,  nie  muszę  wiedzieć  dlaczego  -  powiedział,  przyglądając  mi  się  zwężonymi 

oczami. 

Co  to  dla  mnie  wyglądać  jak  uosobienie  niewinności.  Bezradne  wzruszenie  ramion, 

mające oznaczać: „mnie nie pytaj”, zasługiwało na Oscara. 

- Załatwię to, Darina. Dostaniesz go z powrotem jak nowy. 

-  I  to  wszystko  -  skończyłam  zdawać  relację  Phoeniksowi.  Zdjęłam  przemoczoną 

dżinsową kurtkę i powiesiłam na oparciu krzesła stojącego przy biurku.  - Tak, miałeś rację. 

Nie było żadnych pytań, a więc i żadnych kłamstw. 

Czekał przy oknie, kiedy Brandon podwiózł mnie z powrotem do domu, ale pilnował 

się, aby pozostać niewidoczny. Padał zimny deszcz, zmierzch zapadł wcześniej niż zwykle. 

Jego  pomysł,  żeby  zaangażować  do  pomocy  Brandona,  sprawdził  się  w  stu 

procentach.  Brandon  miał  zamiar  odholować  kabriolet  do  warsztatu,  a  potem  pojechać  do 

domu Kyle’a i wytłumaczyć mu, że od tej pory ma się trzymać ode mnie z daleka. 

-  Dzięki  -  powiedziałam  do  Phoeniksa,  gdy  podał  mi  ręcznik,  żebym  osuszyła 

kompletnie mokre włosy. Dochodzące z zewnątrz dźwięki uzmysłowiły mi, że Laura wróciła 

do domu. - Zaczekaj tutaj - szepnęłam. 

Zeszłam  na  dół.  Laura  była  zmęczona,  czyli  wszystko  jak  zwykle.  Kopnięciem 

zrzuciła pantofle z nóg i zasiadła na kanapie z puszką piwa. 

- Ten wiatr przyniesie burzę - odezwała się. - Gdzie twój samochód? Nie zauważyłam 

go na podjeździe. 

- Wycieraczka przedniej szyby się obluzowała. - Fakt, nie kłamstwo. - Brandon Rohr 

obiecał, że to naprawi. - Też prawda. 

- Miło z jego strony. Jadłaś coś? 

- Pizzę. 

Nieprawda. 

- Powinnaś się lepiej odżywiać, Darina. 

Prawda. 

- A gdzie jest Jim? 

- Poza granicami stanu, nie wróci do domu. 

- Nie musisz szykować niczego do jedzenia, bo już jadłam. - Wycofywałam się powoli 

w stronę schodów. - Powinnam popracować nad swoim projektem naukowym. 

background image

- No to idź. 

Westchnęła, ułożyła nogi na kanapie i oparła głowę na poduszce. 

Phoenix leżał obok mnie. Wsłuchiwaliśmy się w krople deszczu uderzające o szyby, 

niebo za oknem  groźnie pociemniało. Dawno nie byłam  tak ożywiona, serce śpiewało  mi z 

radości. 

Leżeliśmy  na  plecach,  z  rękami  wyciągniętymi  za  głowę,  palce  mieliśmy  ciasno 

splecione. Przekręciłam się na bok, bliżej niego, a on się nie poruszył i zostaliśmy tak przez 

długi,  cudowny  czas.  Phoenix  pocałował  mnie  w  czoło.  Uniosłam  twarz  i  nasze  usta  się 

dotknęły. Elektryczność, pragnienie, pocałunki. 

Deszcz bębnił o szyby. 

Chciałam,  żeby  to  trwało,  i  wiedziałam,  że  to  niemożliwe.  Ale  tak  właśnie  mogło 

być... 

Burza  rozpętała  się  przed  północą.  Nadpłynęła  wraz  ze  wzmagającym  się  wiatrem, 

błyskawica  przecięła  niebo,  przetoczył  się  grom.  Phoenix  usiadł  na  łóżku  i  opuścił  nogi  na 

podłogę. Przycisnął drżącą dłoń do czoła. 

- Co się dzieje? Burza...? - spytałam. 

Już  nie  czułam  się  jak  w  raju,  byłam  przestraszona.  Wyładowania  elektryczne 

stanowiły dla (Nie)Umarłych śmiertelne niebezpieczeństwo, kiedy tutaj przebywali. Osłabiały 

ich, pozbawiały nadprzyrodzonych zdolności, wystawiały na pastwę wrogów. 

- Czuję ból w tym miejscu. 

Wziął mnie za rękę i poprowadził mój palec do miejsca między łopatkami, gdzie miał 

tatuaż w kształcie skrzydeł anielskich. 

-  Bardzo  silny?  -  spytałam,  głaszcząc  jego  gładką,  zimną  skórę,  a  potem  pochyliłam 

się i pocałowałam kilka razy to miejsce. 

- Umiesz sprawić, że czuję się lepiej, Darina - wymamrotał. 

- Wiem... musisz zniknąć - wyszeptałam pospiesznie. - Czekają na ciebie na wzgórzu 

Foxton. 

Wstał,  podniósł  mnie  z  łóżka  i  obejmując  mocno,  szeptał  z  ustami  przy  moim 

policzku: 

- Chciałbym zostać z tobą, przysięgam! 

- Kocham cię. Idź. 

- Przyjdź rano na wzgórze, czekaj tam na mnie. 

Błyskawica rozdarła zygzakiem niebo, deszcz bębnił oszyby. Drżałam ze strachu. 

- Idź - błagałam. - Odejdź, zanim będzie za późno. 

background image

Burza  szalała  przez  całą  noc  -  deszcz,  wiatr,  czarne  niebo  rozświetlane  zygzakami 

błyskawic. Leżałam na łóżku, powtarzając sobie do znudzenia, że Phoenix zdążył do Foxton, 

dołączył  do  Łowczego  i  innych,  odeszli  wszyscy  na  ich  właściwą  stronę,  są  bezpieczni  po 

tamtej dla nas, żywych, stronie. Rano, kiedy burza ucichnie, dotrę jakoś do wzgórza. 

Czwartek i piątek - tyle nam zostało. Jak się tam dostanę bez samochodu? Uderzona tą 

myślą, usiadłam na łóżku, grom rozbrzmiał gdzieś bardzo blisko. Bez samochodu jestem jak 

bez ręki... a raczej jak bez nóg. Co ja zrobię?! Najlepiej wyruszę od razu, jeszcze w samym 

środku  burzy.  Za  Centennial  złapię  okazję,  podrzucą  mnie  do  skrzyżowania  w  Foxton, 

wdrapię się na wzgórze i przed świtem będę w stajni. 

Włożyłam  podkoszulek,  wciągnęłam  dżinsy,  buty  i  w  tym  momencie  pojawił  się 

Łowczy. Pokój  wypełniła srebrzysta poświata i  Łowczy zmaterializował się koło  okna przy 

akompaniamencie  szalejącej  na  zewnątrz  burzy.  Pomyślałam,  że  umysł  mnie  zawodzi  i 

wariuję ze strachu. 

- Nie powinno cię tutaj być - wykrztusiłam wreszcie, stojąc jak wrośnięta w ziemię. - 

Gdzie jest Phoenix? Gdzie reszta? 

- Bezpieczni - odpowiedział krótko. 

W  półmroku  zauważyłam,  że  drży.  Z  mokrych  włosów  woda  ściekała  po  jego 

kamiennej  twarzy.  Oczy  miał  zapadnięte  i  podkrążone  i  przez  chwilę  miałam  upiorne 

wrażenie,  że  pokazała  mi  się  jedna  ze  zjaw,  które  przybywały  z  otchłani,  żeby  przeganiać 

niepożądanych ciekawskich, za bardzo zbliżających się do stajni. 

-  Powinieneś  być  z  nimi.  -  Wiedziałam,  że  jeśli  zostanie  zbyt  długo,  osłabnie  i  nie 

będzie mógł wrócić. - Dlaczego się tu zjawiłeś? 

- Jesteś mi potrzebna - oświadczył. 

Błyskawica rozcięła niebo i Łowczy zadrżał. Oparł się ręką o biurko, żeby zachować 

równowagę. Wciąż nie rozumiałam. To był Łowczy, silny i niezłomny, nikt nie spodziewał 

się po nim słabości ani tego, że będzie drżał. 

- Potrzebna? Do czego? 

- Chodź ze mną - poprosił. - Teraz, zaraz. 

- Dokąd? 

Byłam  gotowa  podróżować  z  nim,  jeśli  wciąż  miał  na  to  siłę.  Czekałam  na  szum 

skrzydeł, na światło, które mnie obleje. 

- Do Foxton. 

- Po co? 

background image

No  i  nadeszły  -  trzepocząc,  wdarły  się  do  pokoju  wraz  z  podmuchem  zimnego 

mokrego powietrza, kiedy Łowczy otworzył okno. 

-  Żeby  odszukać  Lee  Stone’a.  -  Wziął  mnie  za  rękę  i  wśród  silnego  łopotu  skrzydeł 

uniósł przez okno w noc. 

- Lee nie dołączył do nas - wyjaśnił, a ja poczułam się tak, jakby jakaś nieznana siła 

rozrywała  mi  twarz,  włosy,  każdy  mięsień,  każdą  kosteczkę.  -  Jest  wciąż  tutaj,  po  tamtej 

stronie. Musisz iść. 

 

 

background image

Podróżowanie z suwerenem (Nie)Umarłych trudno opisać. Nie lecisz ani nie płyniesz, 

nie dryfujesz, nie wirujesz. Jesteś w oku cyklonu i  pozostajesz tam, dopóki  nie dotrzesz na 

miejsce  przeznaczenia.  Potem  spadasz  setki  tysięcy  kilometrów  w  kompletnych 

ciemnościach. 

Znaleźliśmy  się  na  skrzyżowaniu  w  Foxton.  Było  ciemno  choć  oko  wykol,  burza 

szalała. Musiałam złapać się Łowczego, aby wytrzymać wiatr uderzający od strony wzgórza. 

Łowczy  wciąż drżał,  oczy miał  jeszcze bardziej podsinione i  zapadnięte. Deszcz ściekał po 

jego skroni na wyblakły mikroskopijny tatuaż w kształcie skrzydeł anielskich. Tu trafiła kula, 

kiedy go zastrzelono. 

- Lee był tutaj, gdy pogoda się załamała - wyszeptał. Skulił się, zęby mu szczękały jak 

u  człowieka  zamarzającego  na  śmierć.  -  Wyładowania  elektryczne  zbyt  mocno  go  osłabiły, 

nie mógł wrócić. 

Łapiąc  powietrze,  rozejrzałam  się  po  stojących  nad  rzeką  domkach  wędkarzy. 

Wszystkie  były  pogrążone  w  ciemnościach  -  oprócz  jednego.  Łowczy,  zataczając  się,  brnął 

pod wiatr w kierunku oświetlonej chaty. 

- Wróciłem go szukać, kiedy odesłałem pozostałych. Nie obawiaj się, Darina, Phoenix 

jest bezpieczny. 

- Ale ty nie jesteś!  -  wykrzyknęłam. Panowały tak smoliste ciemności, że potknęłam 

się o własne nogi. - Z każdą minutą stajesz się słabszy! 

- Jestem tutaj dla Lee - powiedział przez zaciśnięte zęby. - Ten człowiek, który został 

w domku, znalazł Lee tam, gdzie upadł, nad brzegiem rzeki.  Zaciągnął  go pod dach, zanim 

zdążyłem się pojawić. Pewnie myślał, że dobrze robi. 

- Gdzie pod dach? 

Powoli mój oddech się wyrównywał, zaczęłam myśleć. Było jasne, że muszę uwolnić 

Lee  z  rąk  jego  zbawcy  i  przekazać  Łowczemu.  Potem  obaj  mogliby  się  wreszcie  stąd 

wynieść. 

- Wziął go do domku. 

-  Ile  mam  czasu?  -  spytałam,  zastanawiając  się,  czy  nie  zabębnić  w  drzwi,  tak  żeby 

Łowczy  mógł  się  wśliznąć  do  środka,  gdy  mężczyzna,  rozmawiając  ze  mną,  odwróci  się 

plecami. 

background image

-  Niewiele  -  odpowiedział  Łowczy,  ledwie  poruszając  wargami,  tak  był  słaby. 

Zrozumiałam,  jak  dużo  zaryzykował,  aby  pomóc  Lee.  -  Uderzył  w  niego  piorun,  stracił 

świadomość. Idź, Darina. 

Potykając  się,  weszłam  na  ganek  i  zabębniłam  pięścią  w  drzwi.  Z  początku  nikt  nie 

zareagował.  Facet  w  środku  pewnie  pomyślał,  że  za  nic  w  świecie  nie  wpuści  kolejnej 

nieznajomej  osoby  w  taką  straszną  noc.  Potem  chyba  doszedł  do  wniosku,  że  ktoś  może 

szukać  Lee,  bo  drzwi  uchyliły  się  na  centymetr.  Przez  szparę  spojrzały  na  mnie  błyszczące 

oczy. 

- Pomocy, proszę wyjść! - krzyknęłam. Włosy przykleiły mi się do czaszki, ociekałam 

deszczem.  -  Mój  samochód  utknął  w  rowie  przy  skrzyżowaniu.  Sama  nie  dam  rady  go 

wyciągnąć! - Gdybym miała więcej czasu, pewnie uatrakcyjniłabym jakoś tę opowiastkę. 

Drzwi nie uchyliły się ani o milimetr szerzej. 

-  Nie  pomogę  -  odpowiedział  ten  ktoś  w  środku,  a  jego  głos  brzmiał  starczo  i 

niepewnie. - Mam pełne ręce roboty z młodym chłopakiem. Wpadł do rzeki. 

- Proszę - błagałam, usiłując zajrzeć do wnętrza. 

-  Nie  wiem,  czy  żyje  czy  umarł.  Nie  wyczuwam  pulsu,  ale  po  mojemu  oddycha  - 

powiedział starzec i zamknął mi drzwi przed nosem. 

- Proszę mnie wpuścić, jestem po kursie pierwszej pomocy. Może się przydam. 

To wystarczyło, żeby mnie wpuścił, ale Łowczy został na zewnątrz i wciąż nie mógł 

nic  zrobić.  Musiałam  szybko  coś  wymyślić,  jeśli  miałam  doprowadzić  do  spotkania 

Łowczego z Lee. 

I nagle wszystko mi się zawaliło. 

Lee  leżał  na  wznak  na  kanapie,  która  służyła  staremu  mężczyźnie  za  łóżko.  Na 

pierwszy rzut oka widać było, że Lee ma śmierć wypisaną na twarzy - trupio blady, otwarte 

usta, zamknięte oczy, jedno ramię zwisało bezwładnie z kanapy. 

Przybyliśmy  za  późno.  Serce  łomotało  mi  w  piersi.  Ale  nagle  Lee  się  poruszył. 

Odwrócił głowę i spojrzał na mnie. Wydało mi się, że mnie poznał. 

- Rusz się, zobacz, co z nim - zniecierpliwił się mężczyzna. 

Jego oddech był przesycony alkoholem, a na stole stała otwarta butelka whisky. Serce 

waliło mi jak młotem, coraz szybciej. Ukucnęłam przy Lee. Nie zatrzymał na mnie wzroku. 

Uzmysłowiłam sobie, że przecież prawie mnie nie zna. 

- To ja, Darina - szepnęłam. 

- Darina... Powiedz Łowczemu, że przepraszam - szepnął tak cicho i niewyraźnie, że z 

trudem zrozumiałam. 

background image

-  Co  mówi?  -  dopytywał  się  stary  wędkarz,  nachylając  nad  nami  zarośniętą  twarz  i 

owiewając mnie przesyconym whisky oddechem. 

- Wyciągnę cię stąd - obiecałam Lee. 

Za późno. Mój umysł już nie bronił się przed prawdą, serce tłukło mi się w piersi jak 

oszalałe.  Lee  Stone  był  jednym  z  tych  (Nie)Umarłych,  którzy  nigdy  nie  mieli  poznać 

okoliczności własnej śmierci. Burza go zaskoczyła, pozbawiając nadnaturalnych zdolności, i 

teraz  wyglądał  na  to,  czym  był  w  istocie  -  na  umarłego.  Gdzie  się  podziały  skrzydła, 

czaszkotwarze, broniące do niego dostępu? Co mógłby teraz zrobić Łowczy? 

Nic. Znałam odpowiedź, zanim jeszcze zadałam sobie to pytanie. 

-  Nie,  to  ja  cię  przepraszam,  Lee!  -  wykrzyknęłam,  a  mężczyzna  cofnął  się, 

zdezorientowany. - Łowczy próbował cię uratować. Zrobił wszystko, co mógł. 

Po oczach Lee widziałam, że mnie słyszy, ale był już zbyt słaby, żeby mówić. Ujęłam 

jego zimną rękę i  gdy zaciskałam  na niej palce,  zobaczyłam,  że z rany na barku spływa po 

ramieniu szkarłatna strużka krwi - lepkiej i już krzepnącej, ledwie wypłynęła. Jeszcze trochę 

krwi przesączyło się między żebrami, wyciekło z kącika ust. 

Trzymałam  mocno  jego  rękę.  Drzwi  nagle  się  otworzyły,  wdarł  się  przez  nie  silny 

podmuch wiatru, a kiedy uleciał na zewnątrz, Lee odszedł. 

Niezwykłe trwanie w pół życiu, pół śmierci, w jakim Lee był zawieszony, ustało, ale 

dla  reszty  (Nie)Umarłych  wcale  się  nie  skończyło.  Delikatnie  ułożyłam  mu  na  piersi  jego 

zwisające  bezwładnie  ramię.  Stary  wędkarz  stał  się  niemym  świadkiem  sposobu,  w  jaki 

odchodzili (Nie)-Umarli. 

Zamknięte  powieki  Lee  zadrgały,  strużki  krwi  znikły.  Potem  wokół  jego  ciała 

pojawiła  się  srebrzysta  poświata,  skrzydła  zaczęły  trzepotać,  ale  nie  gwałtownie,  tylko 

delikatnie,  miękko.  Srebrzyste  światło  powoli  przenikało  Lee,  nasycając  blaskiem  jego 

rozpływające się w powietrzu ciało, które w końcu znikło zupełnie. 

-  Pije  pan  za  dużo  whisky  -  zwróciłam  się  obcesowo  do  starego  wędkarza,  który 

kompletnie zdezorientowany wpatrywał się w pustą kanapę. 

I niech tak zostanie, niech to będzie kolejna rozpowiadana w barach i pubach Ellerton 

historia o tym, co się dzieje w górach. Opowieść pijaka o jego przeżyciach w czasie pewnej 

burzliwej nocy... 

Wyszłam  z  domku,  żeby  poszukać  Łowczego.  Wykrzykiwałam  jego  imię,  idąc 

gruntową  drogą  biegnącą  wzdłuż  rzeki.  Odpowiadał  mi  szum  wartkiej  wody  kłębiącej  się 

między głazami. 

- Nie zdążyliśmy - pożaliłam się. 

background image

Odpowiedziało  mi  silne  bicie  skrzydeł  gromadzących  się  nad  wzgórzem  Foxton. 

Rozlewało  się  po  dolinie,  zaczęły  napływać  głowoczaszki  połyskujące  w  ciemnościach 

żółtawą  bielą.  Gładko  sklepione,  przypominały  wypolerowane  nurtem  górskiej  rzeki 

kamienie, ich czarne oczodoły były niebezpiecznie przepastne. 

Poczułam przytłaczający smutek. Trzymałam Lee za rękę i patrzyłam, jak odchodzi na 

zawsze. Teraz zniknął także Łowczy - cień dawnego siebie, tak osłabiony, że mógł nie zdążyć 

na ich stronę, gdzie w końcu byłby już bezpieczny. 

Niebo  rozświetliła  kolejna  błyskawica,  uderzył  piorun.  Usiadłam  nad  rzeką  i 

rozpłakałam się. 

*** 

Z nastaniem świtu zaczęłam wspinać się na wzgórze. Towarzyszyły mi pustka i bół, 

nadzieja  opuściła  mnie  całkiem,  nigdy  dotąd  nie  czułam  tego  tak  mocno.  Doszłam  do 

zbiornika na wodę, spojrzałam na stajnię, a potem, potykając się, niemal zbiegłam po zboczu, 

już tęskniąc za powrotem (Nie)Umarłych. 

Niebo  różowiało  pięknie,  poznaczone  szaroniebieskimi  strzępiastymi  chmurami, 

krople wody spadały z osik do stojących wokół kałuż, znad dachu stajni unosiła się poranna 

mgła. 

Gdzie jesteście, pytałam w myślach Phoeniksa, Łowczego, Arizonę i pozostałych. 

Przypomniałam sobie, jak to  było poprzednio,  gdy burza zmusiła (Nie)Umarłych do 

odwrotu. Też siedziałam w ciemnościach nocy i czas dłużył mi się w oczekiwaniu na nich - 

odpoczynek i odzyskiwanie sił zajęło im pół dnia. Dopiero wtedy byli gotowi, by wrócić na 

tamtą stronę. 

-  A  przecież  jest  już  czwartek  -  powiedziałam  głośno.  Czasu  zostało  naprawdę 

niewiele, świadomość tego kładła mi się ciężarem na barkach. - Trudno, taką mamy umowę. 

Miałam  silne  poczucie  tego,  że  pozostało  mi  tylko  kilkanaście  godzin  i  nie  mogę 

zmarnować  ani  chwili.  Wspięłam  się  więc  z  powrotem  na  wzgórze,  a  potem  ścieżką 

wydeptaną przez jelenie zeszłam na gruntową drogę w nadziei, że złapię tam okazję. Pierwszy 

pojazd  pojawił  się  dopiero  po  dwudziestu  minutach,  a  kierowca  zdecydował  się  zatrzymać 

mimo mojego kiepskiego wyglądu. 

- Dokąd cię podwieźć? 

- Do Ellerton. 

Chyba wziął mnie za bezdomną dziwaczkę, którą zaskoczyła burza. Nic mnie to nie 

obchodziło. Wsiadłam do kabiny półciężarówki. 

- Co ci się przytrafiło? 

background image

- Zalało mi samochód. Wylądowałam w rowie. 

- Mieszkasz w Ellerton? 

Kiwnęłam głową. Dobra, koleś, to, że mnie podwozisz, nie daje ci jeszcze prawa do 

poznania historii mojego życia. 

- Ile masz lat? 

- Dwadzieścia - skłamałam. 

Wyjechaliśmy na autostradę. 

- Spędziłaś całą noc w górach? 

- Tak. 

- Dlaczego do nikogo nie zadzwoniłaś? 

- Nie doładowałam karty. 

Oparłam się na siedzeniu i zamknęłam oczy, udając, że drzemię. 

Minęliśmy Turkey Shoot Ridge i dojechaliśmy do Centennial. 

- Proszę mnie tu wysadzić - powiedziałam. 

Nie  pamiętam,  czy  rzuciłam  mu  chociaż  „dziękuję”,  gdy  wysiadłam  i 

pomaszerowałam  chodnikiem.  Nie  uszłam  nawet  dwudziestu  kroków,  kiedy  spoza 

zaparkowanego samochodu wyszła Arizona. 

-  Pozwól  mi  coś  powiedzieć,  zanim  przypuścisz  na  mnie  atak.  -  W  jej  zielonych 

oczach pojawił się błysk irytacji. - Wiemy o Lee. 

- Naprawdę próbowaliśmy... Łowczy i ja. On ryzykował wszystko. 

-  Wiem.  To  dlatego,  że  Lee  był  dobrym  chłopakiem.  Tęsknimy  za  nim.  Łowczy 

bardzo to przeżył, wyrzuca sobie, że go zawiódł. 

- Łowczy zdołał wrócić do otchłani? - spytałam z niedowierzaniem. 

- Tak. Jest bezpieczny, pozostali również. Odzyskają siły i wrócą koło południa. 

-  Zjawiłaś  się  sama?  -  Szłam  z  nią  po  ulicy,  doskonale  świadoma  tego,  jakie  to 

ryzykowne. - A jeśli ktoś cię zauważy? 

Pokazała na domy - opuszczone żaluzje, pozamykane drzwi. 

- Wszyscy jeszcze śpią. Muszę z tobą porozmawiać. 

- Idę do Westry, do domu twoich rodziców. Nie mamy zbyt wiele czasu. 

Skinęła głową. 

-  Nikt  nie  wie  tego  lepiej  ode  mnie.  Mamy  dokładnie  trzydzieści  godzin  i  piętnaście 

minut do momentu, gdy dany mi tutaj czas się skończy. Właśnie dlatego Łowczy pozwolił mi 

wrócić wcześniej. 

background image

- To znaczy coś się zmieniło. Musi ci teraz ufać na sto procent - powiedziałam na poły 

do  siebie,  wciąż  zdenerwowana,  że  tak  wystawiamy  się  na  widok.  Pociągnęłam  Arizonę  w 

boczną uliczkę między domami. - Nie mam pojęcia, dlaczego ci zaufał po tym wszystkim, co 

zrobiłaś. 

-  Co  ty  wiesz,  Darina?  -  Wzruszyła  lekceważąco  ramionami.  -  Serio,  co  ty  tak 

naprawdę wiesz? 

Chwilę zastanawiałam się, od czego zacząć. 

- Na przykład, że nie powiedziałaś mi o Kyle’u i Sabie Jackson ani o swoim braciszku. 

Jak mam ci pomóc, skoro ukrywasz przede mną takie rzeczy? 

Zamknęła oczy i westchnęła. 

- A wiesz, jak to jest, kiedy chcesz chronić kogoś, kogo kochasz? 

-  No.  Jest  dla  ciebie  najważniejszy,  nic  innego  się  nie  liczy.  I  rozumiem  to  w 

odniesieniu do Ravena, biedny dzieciak zasługuje na wszelką pomoc. Ale Kyle...? 

- Chodzi ci o to, że sam potrafi o siebie zadbać? - spytała cicho. 

Przypomniałam  sobie,  jak  zawrócił  półciężarówkę,  podjechał  do  mnie,  wywlókł  z 

samochodu i popchnął na pobocze. 

- Dżizas, Arizona, ten facet to bestia. 

Oparła się o mur i popatrzyła na mnie spod zmrużonych powiek. 

- Wiesz, co ludzie gadają o Rohrach? O Brandonie iPhoeniksie? 

- Nie wysilaj się. To nie jest żadne porównanie. 

Zbyła mnie w swoim stylu - jednym lekceważącym machnięciem dłoni. 

- Mówią, że Brandon używa jako argumentu pięści, a Phoenix nie był wcale od niego 

lepszy. 

- Wiesz, że to nieprawda. 

- Ale tak to wygląda dla osób postronnych i o tym właśnie w tej chwili rozmawiamy. 

-  Sugerujesz,  że  Kyle  jest  jak  Phoenix?  -  Byłam  wściekła,  gotowa  odwrócić  się  i 

odejść, zostawić ją własnemu losowi i nigdy więcej z nią nie rozmawiać. - Phoenix mnie nie 

oszukiwał, wiesz? 

- A gdyby jednak, czy dalej byś go kochała? 

Wzięłam głęboki oddech i nic nie odpowiedziałam. 

Po co? Strzeliłabym sobie samobója. 

-  Widzisz?  Nie  możesz  tak  z  dnia  na  dzień  przestać  kogoś  kochać,  nawet  jeśli  cię 

oszukuje. Brniesz dalej i masz nadzieję, że to się zmieni. 

- Ale Sabie była w ciąży, mieli się pobrać... 

background image

- Nie musisz mi o tym przypominać. Powinnam była odejść. I naprawdę próbowałam. 

Dłuższą chwilę stałam w milczeniu, potrząsając głową. 

- A Kyle? Dlaczego nie zerwał z tobą natychmiast, gdy dowiedziałaś się o dziecku? 

-  Próbował,  ale  tak  jak  ja  nie  mógł  sobie  dać  z  tym  rady.  Trzymał  się  ode  mnie  z 

daleka przez kilka dni, a potem znów dzwonił. 

- I mówił, że wciąż cię kocha? 

Kiwnęła głową. 

- A ja kręciłam się w pobliżu warsztatu Mike’a, żeby go zobaczyć. Jeśli byli tam inni, 

Brandon, Jon Jackson, zawsze znalazłam jakąś wymówkę. 

Wyobraziłam sobie obleśne spojrzenia i ciche komentarze rzucane pod jej adresem. 

- Wiesz co? To nie była miłość, to był masochizm. 

-  Obsesja.  -  Westchnęła.  -  Nie  uwierzysz,  ale  ja  znałam  innego  Kyle’a.  Nie 

przerażającego, tylko zabawnego. Wygłupia się, umie sprawić, że dobrze się przy nim czuję... 

Umiał - poprawiła się. - Rozumiał mnie, przy nim nie musiałam udawać, mogłam być sobą. 

- To smutne - powiedziałam. - Przy nikim innym nie czułaś się swobodnie, tylko przy 

Kyle’u. Teraz rozumiem. W każdym razie tak mi się wydaje. 

- Rozumiesz też chyba, dlaczego Kyle’owi zależy na tym, żebyś trzymała się z daleka 

od Forest Lake. Chce utrzymać swój związek z Sabie. No i jest dziecko. Wściekł się na mnie 

tylko raz. Kiedy pojawiłam się w pobliżu jego domu. 

- To szalone, Arizona. Co ci wpadło do głowy? - spytałam i natychmiast przyszło mi 

na myśl stare powiedzenie o tym, jak przyganiał kocioł garnkowi. 

W końcu ja zrobiłam dokładnie to samo. 

-  Siedziałam  w  samochodzie  i  obserwowałam.  Nie  miałam  zamiaru  atakować  jego  i 

Sabie,  chciałam  zobaczyć  ich  razem,  nie  wiem...  Może  udowodnić  sobie,  że  między  mną  i 

Kyle’em wszystko skończone. 

- Zauważył cię? 

Kiwnęła głową. 

- Nie tknął mnie nawet  palcem,  nie ciskał obelg, po prostu  powiedział, żebym  nigdy 

więcej nie ważyła się tam przyjeżdżać. Ja chciałabym teraz, żebyś obiecała mi to samo. 

- Co mianowicie? - spytałam, myśląc, że w jej położeniu trudno stawiać warunki. 

- Masz zostawić w spokoju Sabie i Kyle’a. 

- Chociaż był ostatnim człowiekiem, który widział cię, zanim utonęłaś? 

Gwałtownie potrząsnęła głową. 

background image

- Nie wiem tego na pewno. Pamiętam tylko to, że dotarłam do centrum handlowego. 

Nie mam pojęcia, czy zajechałam do warsztatu Mike’a ani czy Kyle tam był. 

Wypytywanie jej było bezcelowe. Wiedziałam, że na nic się to nie zda, bo wyparła te 

wspomnienia z pamięci. 

- Ale nie masz nic przeciwko temu, żebym poszła do domu twoich rodziców? 

- W jakim celu? 

Nie, naprawdę, reagowała, jakbym była jej największym wrogiem. 

-  Porozmawiać  z  kimkolwiek...  z  Peterem.  Albo  z  Frankiem.  Może  od  twojego  ojca 

dowiem się czegoś, co rozjaśni sprawę. 

- A może nie. - Roześmiała się w charakterystyczny dla siebie sposób, sarkastycznie i 

niewesoło. - Musiałabyś te informacje wyciągać z niego obcęgami. 

- Zauważyłam. 

Nie zdążyłam zapytać, dlaczego tak jest, bo nad naszymi głowami otworzyło się okno 

i wychyliła się z niego kobieta. 

- Skończcie już te pogaduszki o tak wczesnej porze! 

Zareagowałyśmy, jakby użądliła nas osa. Wybiegłyśmy z zaułka na główną ulicę. 

-  Rób,  co  chcesz,  spróbuj  znowu  porozmawiać  z  moim  dziadkiem  -  powiedziała, 

zamierzając się zdematerializować. 

- Gdzie będziesz? - spytałam. 

- W pobliżu. Nie zobaczysz mnie, ale będę tam. 

Poszłam  prosto  do  domu  Logana  i  zapukałam  do  drzwi.  Była  dopiero  ósma,  a  on 

pojawił się już ubrany i całkiem przytomny. 

- Darina? Co się dzieje? 

- Mam rozwalony samochód - powiedziałam słabym głosem. - Zanim mnie zapytasz, 

powiem: nie, to nie z mojej winy. Kamień spadł i rozbił mi maskę. 

- Czyli chcesz, żeby podwieźć cię do szkoły? 

- Nie dzisiaj, dziękuję. Ale czy mógłbyś podrzucić mnie do Westry?  -  Żeby odwieść 

go  od  zadawania  pytań,  podałam  mu  powód,  który  powinien  brzmieć  prawdopodobnie.  - 

Pamiętasz tę kobietę, która spadła z konia? Jej mąż nazywa się Peter Hall, pracuje tam. 

- Chcesz się dowiedzieć, jak ona się czuje? - Złapał kluczyki. - Jasne, machnę się tam 

dla ciebie. 

Uśmiechnęłam  się,  wsiadając  do  jego  samochodu.  Nie  rozmawialiśmy  zbyt  wiele, 

prowadził spokojnie, na luzie. Przy North Street poprosiłam, by mnie wysadził. 

- Chcesz, żebym poczekał? 

background image

- Nie, wrócę na piechotę. 

Uśmiechnęłam  się  do  niego  i  zobaczyłam,  jak  rumieniec  zabarwia  mu  policzki. 

Dlaczego  nie  zakochałam  się  w  tym  prostolinijnym  facecie?  Nie  po  raz  pierwszy  zadałam 

sobie to pytanie. 

Zawrócił i pojechał w kierunku szkoły, a ja pokonałam pieszo pół kilometra dzielące 

mnie  od  numeru  2850.  Mimo  woli  rozglądałam  się  na  boki,  ciekawa,  czy  dostrzegę  jakieś 

oznaki  pojawienia  się  niewidzialnej  Arizony.  Co  za  dziwaczna  sytuacja!  Miała  odwiedzić 

swój dom po raz pierwszy od roku i tylko ja o tym wiedziałam. 

Na podjeździe natychmiast skręciłam, kierując się do domku ogrodnika, ale zdążyłam 

zauważyć Ravena siedzącego w altanie. Podniósł na chwilę głowę znad szkicownika i zaraz ją 

z  powrotem  opuścił.  Arizona  zareagowała  zaskoczonym,  bezradnym  westchnieniem, 

usłyszałam je, przyniesione lekkim podmuchem wiatru, jakby szept liści rosnącej przy bramie 

sekwoi. Peter wyszedł z domku i pospieszył do mnie przez trawnik. 

- Jak to się stało, że Raven jest w domu? - spytałam. 

- Przecież ostatnio znów trafił do instytutu. 

-  Dzięki  tobie.  -  Poprowadził  mnie  do  domku  ogrodnika.  -  Dyrektorka  opisała 

Frankowi  osobę,  która  go  znalazła,  jako  wysoką  szczupłą  dziewczynę  o  ciemnych,  krótko 

ostrzyżonych włosach. Domyśliliśmy się, że to ty. 

-  Zna  mnie  pan,  wiadomo,  że  lubię  jeździć  po  górach  -  odpowiedziałam,  wzruszając 

lekko ramionami. - Czyli zabrano go ze szkoły? 

-  Wreszcie.  -  Peter  westchnął.  -  Podejrzewam,  że  uciekł  o  ten  jeden  raz  za  dużo. 

Rebecca Davis i Allyson ustaliły, że powinien na jakiś czas przerwać naukę w instytucie. 

Teraz  poruszyły  się  niespokojnie  gałęzie  jodeł.  Musiało  to  być  trudne  dla  Arizony  - 

usłyszeć  taką  wiadomość  i  nie  móc  podbiec  do  brata,  żeby  wziąć  go  w  objęcia,  wspólnie 

obejrzeć kilka reprodukcji Warhola, sprawić, by oczy Ravena się rozjaśniły. 

-  I  wiesz  co  jeszcze?  -  kontynuował  Peter.  -  Frank  wyprowadził  się  wczoraj 

wieczorem z domu. 

- Zamierzają się rozwieść? 

- Na to wygląda. Zamieszkał u mnie i Jenny. 

- Duże zmiany - zauważyłam. 

Peter kiwnął głową. 

-  Wszystko  się  zawaliło  jak  domek  z  kart.  Raven  wrócił  do  domu,  Frank  się 

wyprowadził. A Allyson po raz pierwszy w życiu nie poszła dzisiaj do pracy. 

background image

- Jest w domu? - Spojrzałam przestraszona na otwarte drzwi frontowe, na puste okna 

połyskujące w słońcu. 

- Ale co z panem i Jenną? Co z wami będzie? 

- Nas już tu nie ma. - Pokazał na tekturowe pudła stojące na podłodze. Zapakował do 

nich  swoje  książki  ogrodnicze,  czajnik  i  filiżanki  do  kawy.  -  Allyson  oświadczyła,  że  nie 

chce, abyśmy odwiedzali Ravena. Wynajmie profesjonalną opiekunkę. 

- Odsunęła pana od niego? 

Kiedy jestem zaskoczona, mam idiotyczny zwyczaj uściślania tego, co oczywiste. 

Peter się zgarbił. 

- Chyba że zmieni zdanie - powiedział cicho. - Ale jak znam Allyson, nigdy nie cofa 

tego, co postanowiła. Nie będziemy mieli tutaj wstępu. 

- Darina, musisz wrócić, żeby porozmawiać z Ravenem, pomóc mu przez to przejść! 

Kiedy  wyszłam  za  bramę,  zobaczyłam  kompletnie  roztrzęsioną  Arizonę.  Słyszała 

oczywiście każde słowo mojej rozmowy z jej dziadkiem. Nie mogła się pogodzić z tym, że 

teraz odejdę. 

- Wrócić? Dlaczego? Co dobrego z tego wyniknie? 

- Porozmawiaj o jego szkicach, powiedz mu o mnie... dlaczego mnie nie ma, wyjaśnij, 

że nie chciałam go opuścić. Nie... zapomnij. Po prostu powiedz mu, że go kocham. 

Jej żarliwe prośby wytrąciły mnie z równowagi, ale przypomniałam sobie, jak Phoenix 

mówił, że nie sposób porozumieć się z autystycznym dzieckiem, ponieważ jego mózg pracuje 

inaczej. 

- On nie zrozumie - powiedziałam. - Wiesz o tym lepiej niż ja. 

Spojrzała na mnie z rozpaczą. 

-  Spróbuj  -  odezwała  się  błagalnie.  -  Zależy  mi  tylko  na  jednej  rzeczy...  aby  Raven 

miał  świadomość,  że  zrobiłabym  dla  niego  wszystko.  Jest  niezwykłym,  wyjątkowym 

dzieckiem. Powiedz mu to ode mnie, Darina. 

- To nie jest dobry pomysł - mruknęłam pod nosem. 

Nie  wiedziałam,  czy  uda  mi  się  niepostrzeżenie  wrócić  do  ogrodu,  ale  na  szczęście 

Peter znikł z pola widzenia, a w całym domu też nie było żadnych oznak życia. Wśliznęłam 

się więc do ogrodu i ostrożnie podeszłam do Ravena. 

Co  jak  co,  ale  udało  mi  się  go  zaskoczyć.  Zareagował,  jakby  ktoś  mu  przystawił 

rewolwer do głowy, dreszcz wstrząsnął całym jego ciałem. 

- Nic się nie dzieje - zapewniłam go cicho. - Pamiętasz mnie, Raven? Widzieliśmy się 

niedawno. 

background image

Przycisnął szkicownik do piersi i zaczął kiwać się w przód i w tył, unikając kontaktu 

wzrokowego. Biedny dzieciak - chudy, kości delikatne jak u ptaka, czarne błyszczące włosy i 

rozbiegane oczy. 

- Pokaż mi, co narysowałeś. 

Chwycił szkicownik jeszcze bardziej kurczowo i zaczął kiwać się szybciej. 

- Nie skrzywdzę cię, jestem twoją przyjaciółką - przekonywałam go, ale na nic się to 

nie zdało. No bo czy to nie ja byłam tą osobą, która go oszukała i przyprowadziła z powrotem 

do dyrektorki? - Posłuchaj, Raven, znałam twoją siostrę, Arizonę. 

Jej imię przełamało lody. Jeszcze nie wybrzmiało do końca, a już przestał się kołysać i 

spojrzał na mnie, ciekawy, co powiem. 

-  Arizona  opowiadała  mi  o  tobie,  Raven.  Mówiła,  że  pięknie  rysujesz.  Pokażesz  mi 

swój szkicownik? 

Patrzył  na  mnie  szeroko  otwartymi  oczami,  potem  przeniósł  wzrok  na  szkicownik, 

znowu  na  mnie,  na  szkicownik  i  nagle  szybko  wetknął  mi  go  w  ręce.  Otworzyłam  go  i 

zaczęłam przewracać kartki. 

- To twój dom, a to altana... bardzo dokładnie. Domek Petera, twoja szkoła. 

Wkrótce  siedzieliśmy  obok  siebie  na  ławce,  z  głowami  pochylonymi  nad 

szkicownikiem, wodząc palcami po rysunkach. Z następnej strony spojrzała na nas Arizona. 

Doskonały,  wierny  portret  -  oczy  w  kształcie  migdałów,  łagodnie  wygięte  łuki  brwiowe, 

regularny owal twarzy, proste czarne włosy. 

- Ty ją narysowałeś? 

Obwiódł  koniuszkiem  palca  kształt  twarzy,  dotykając  papieru  lekko,  z  czułością.  I 

spojrzał  na  mnie  z  cieniem  uśmiechu  w  oczach.  Uśmiechnęłam  się  do  niego,  ledwie 

powstrzymując  łzy,  i  w  tym  momencie  pojawiła  się  na  scenie  Allyson  Taylor,  potwór  w 

skórze matki. 

- Nie wiem, kim jesteś ani co tu robisz - powiedziała zimno. - Masz stąd natychmiast 

iść, inaczej dzwonię na policję. 

- Nie ma potrzeby, już znikam - zapewniłam ją, wstając. 

Ku mojemu zdumieniu Raven złapał moją dżinsową kurtkę, jakby nie chciał pozwolić 

mi odejść. Miałam jeszcze jeden powód do zdumienia - to, jak Allyson wyglądała. Zupełnie 

inaczej niż w telewizji - blada, wymęczona twarz, włosy zebrane z tyłu, kąciki ust opadały w 

gorzkim grymasie, oczy były podpuchnięte. 

- Przyszłam zobaczyć się z Peterem - wyjaśniłam. - To ja znalazłam Jennę w górach, 

kiedy koń ją poniósł. 

background image

- I zdążyłaś się z nim zobaczyć, zanim wyszedł? - spytała ze wzrokiem utkwionym w 

zaciśniętych na mojej kurtce dłoniach Ravena. 

- Tak. - Kiwnęłam głową. - A pani syn pokazał mi swoje rysunki. Naprawdę ma talent. 

-  Lubi  rysować.  -  Jej  głos  nie  brzmiał  już  tak  lodowato.  -  Puść  kurtkę,  Raven,  bądź 

grzecznym chłopcem. 

Odwrócił głowę, ale nie rozluźnił kurczowego uścisku. 

- W porządku, nie ma sprawy. 

-  Puść,  proszę.  -  Próbowała  odgiąć  jego  paluszki.  Musiało  być  w  tym  dla  niej  coś 

smutnego i beznadziejnego, bo nieoczekiwanie jej oczy wypełniły się łzami. - Przepraszam... 

- wyszlochała, odchodząc na bok i zakrywając twarz dłońmi. 

- W porządku - powtórzyłam. - Arizona opowiadała mi o swoim bracie. Rozumiem to. 

-  Tak?  -  Z  trudem  przełknęła  tę  informację.  -  Wydawało  mi  się,  że  Arizona  nie  ufa 

ludziom.  Myślałam,  że  tak  jak  reszta  rodziny  uważa,  że  dzielenie  się  tego  rodzaju 

informacjami jest w złym stylu. 

-  Rzeczywiście  tak  było  -  przyznałam.  Miałam  przed  sobą  płaczącą  kobietę,  a  nie 

potwora czy podejrzaną numer dwa na mojej liście. - Ale czasem jest człowiekowi za ciężko 

coś ukrywać. 

Allyson weszła do altanki i obie usiadłyśmy. Raven wciąż trzymał mnie za kurtkę. 

- Więc wyjaśniła ci, jaki jest jego stan? 

Coraz  silniej  odczuwałam  gdzieś  tutaj  obecność  Arizony.  „Nie  zobaczysz  mnie,  ale 

będę tam”, rozbrzmiało w mojej głowie. 

- Arizona uważała, że Raven jest niezwykłym, zdumiewającym chłopcem - zwróciłam 

się do nich obojga. - Nigdy by cię nie opuściła, Raven, bo kochała cię jak nikogo na świecie. 

- Przestań! On nie rozumie.  -  Łzy  spłynęły po jej  policzkach.  -  Myśli, że ona  wróci. 

Wciąż na nią czeka. 

- Może to jednak zrozumiesz, Raven. Wiesz, że Arizona cię kocha. 

- Więc dlaczego to zrobiła? - z goryczą spytała Allyson przez łzy - Gdyby go kochała, 

nie utopiłaby się. 

Wzięłam głęboki oddech. 

- Może nie tak to się odbyło. 

- Oczywiście, że tak  -  rzuciła niecierpliwie.  - Samobójstwo. Tak wykazało  śledztwo. 

Poza dyskusją. 

- Dlaczego wszyscy są tego tak pewni? 

background image

-  Bo  nie  ma  innego  wytłumaczenia.  -  Allyson  uniosła  rękę  i  odgarnęła  Ravenowi 

włosy z twarzy. - Były takie przypadki w rodzinie... Franka rodzinie. Jego wuj strzelił sobie w 

głowę. Brat cierpi na psychozę maniakalnodepresyjną. 

- Nie wiedziałam... przykro mi. 

Nagle  moja  sytuacja  dziewczyny  samotnie  wychowywanej  przez  matkę,  w  rodzinie 

cierpiącej na brak pieniędzy, wydała mi się godna pozazdroszczenia. 

- Franka też to w pewnym stopniu dotknęło. Nie umie okazywać uczuć. Wszystko dusi 

w sobie. Nawet po narodzinach Ravena, kiedy już zorientowaliśmy się, że coś poszło źle, nie 

podzielił  się  ze  mną  swoimi  uczuciami.  A  potem  te  wszystkie  kliniki,  stawianie  diagnozy, 

ustalanie  sposobu  leczenia...  sama  musiałam  dawać  sobie  z  tym  radę,  nigdy  ze  mną  nie 

jeździł. 

- Przykro mi - powtórzyłam. 

Nagle zobaczyłam małżeństwo Taylorów w innym świetle. Dotąd miałam jasny obraz 

- chorobliwie ambitna matka, niezdolna poświęcić swej kariery, żeby zająć się autystycznym 

synem. Teraz rozsypało się to jak domek z kart i wyglądało całkiem inaczej. 

-  Frank  koniecznie  chciał  znać  przyczynę.  -  Allyson  westchnęła.  -  Czy  choroba  ma 

podłoże  genetyczne,  czy  wywołała  ją  infekcja  wirusowa  w  czasie  ciąży?  A  może  jest 

skutkiem niskiego poziomu serotoniny w mózgu, a może zespół kruchego X... Przestudiował 

wszelkie dostępne materiały. 

- Nie pomogło? 

-  Nie.  Arizona,  kiedy  dorosła,  poszła  w  jego  ślady.  Zapoznała  się  ze  wszystkimi 

możliwymi teoriami na temat autyzmu, jak jej ojciec. 

- Była inteligentna - powiedziałam. 

-  Ale  to  tylko  prowadziło  do  awantur  między  nami.  Uważała,  że  tylko  ona  wie,  co 

robić... Specjalna dieta, kognitywna terapia behawioralna... 

- Rozumiem. 

- Więc ja byłam ta zła, bo wybrałam konwencjonalną drogę postępowania i posłałam 

Ravena  do  Lindsey  Institute,  a  kiedy  był  w  domu,  pilnowałam,  żeby  brał  przepisane  mu 

lekarstwa. Kłóciłyśmy się o to bez przerwy, a Frank jak zwykle stał z boku. 

- Pani pozostawiał zmagania z codziennością? 

Kiwnęła głową. 

- Jesteś młoda, nie wiesz, jak to jest być w związku małżeńskim i nie móc polegać na 

tej drugiej osobie, nie otrzymywać wsparcia. Człowiek gorzknieje. 

Postawiłam się w jej sytuacji i musiałam przyznać, że nie miała łatwego życia. 

background image

-  Krótko  po  tym,  jak  straciliśmy  Arizonę,  Frank  usunął  jej  wszystkie  zdjęcia, 

podręczniki, biżuterię, ubrania... Wyobrażasz sobie? 

- Co z tym zrobił? 

-  Popakował  w  pudła,  wyniósł  do  składziku  i  zamknął  go  na  klucz.  Nie chciał,  żeby 

cokolwiek  mu  ją  przypominało.  Tak  właśnie  daje  sobie  radę  z  uczuciami.  -  Allyson 

odetchnęła  głęboko  i  wyprostowała  się.  -  Peter  powiedział  ci  pewnie,  że  wszystko  tutaj  się 

zmieniło? Raven odpoczywa od szkoły, a my z Frankiem od siebie nawzajem. 

Skinęłam głową. Straszyło ją widmo samotnego zmagania się z rzeczywistością i było 

to  widać  po  jej  zaczerwienionych  oczach  i  gorzko  opuszczonych  kącikach  ust.  Gdyby  ktoś 

powiedział  mi  to  pół  godziny  wcześniej,  nie  uwierzyłabym  -  ale  zaczynałam  serdecznie 

współczuć Allyson Taylor. 

Wyszłam na ulicę i zaczęłam się zastanawiać, gdzie podziała się Arizona. Rozejrzałam 

się  wokół,  a  potem  ruszyłam  z  powrotem  do  miasta,  spekulując,  że  na  rozkaz  Łowczego 

musiała dołączyć do (Nie)Umarłych, którzy wrócili już do Foxton. Pewnie ja też będę musiała 

tam wrócić. 

- Właśnie przy takich okazjach przydają się nadnaturalne moce  - mówiłam do siebie, 

maszerując  dziarsko  ulicą.  -  Szybka  dematerializacja,  teraz  tego  potrzebuję,  bo  jak  inaczej 

dotrę na wzgórze? 

Dzięki  Brandonowi,  oto  jak.  Pojawił  się  na  swoim  harleyu,  kiedy  dotarłam  do 

przemysłowej części miasta, niedaleko centrum handlowego. 

- Kyle naprawił twój samochód - powiedział, podjeżdżając do krawężnika. 

Wyglądał na rozbawionego faktem, że widzi mnie poruszającą się na piechotę. 

Spojrzałam na niego z pretensją. 

- Kyle? - powtórzyłam. 

- No. Za darmo. Powiedziałem mu, że przynajmniej to może zrobić. 

- Czy... mówił coś? 

- Ze powinnaś przestać wtykać nos  w nie swoje sprawy. Nie pytałem, o co chodzi.  - 

Poklepał siedzenie z tyłu, zapraszając mnie w ten sposób, żebym wsiadła na motocykl. - Daj 

spokój, chcesz swój samochód z powrotem czy nie? 

Jasne. Inna rzecz, że nie cieszyła mnie jazda harleyem z Brandonem Rohrem ani to, że 

obejmując go w pasie, czułam ciepło jego ciała. Łzy zakręciły mi się w oczach. 

Minęliśmy hurtownie elektryczne i skręciliśmy w lewo, do warsztatu Mike’a. Brandon 

zaparkował,  kazał  mi  poczekać  przy  motorze,  a  sam  wszedł  do  środka.  Po  kilku  minutach 

zjeżdżał już z rampy moim samochodem. 

background image

- Jak nowy - powiedział, wysiadając, i rzucił mi kluczyki. 

W  drzwiach  warsztatu  stanął  Kyle.  Skrzyżował  ramiona  na  piersi,  świdrując  mnie 

wzrokiem. 

- Jak tego dokonałeś? - ze zdumieniem zwróciłam się do Brandona. 

- Kyle zdaje sobie sprawę, że przesadził. Poza tym jest mi winien parę przysług. 

- No to dzięki. 

Już miałam wsiąść do auta i odjechać, gdy Brandon przytrzymał mnie za ramię. 

-  Świrujesz  -  mruknął,  patrząc  mi  w  oczy.  -  A  ja  przysiągłem  bratu,  że  będę  cię 

pilnował. 

Zrobiło  mi  się  nieswojo,  ciężka  dłoń  naciskała  na  mój  bark  i  nieprzyjemnie 

odczuwałam różnicę między nim a Phoeniksem. 

- Dzięki - powtórzyłam. - Dobrze ci to wychodzi. 

Brandon westchnął. 

- Myślisz, że Phoenix wie o tym, gdziekolwiek się teraz znajduje? 

 

 

background image

Gdziekolwiek teraz się znajduje... Już wam mówiłam, czasem tak trudno utrzymać mi 

ten sekret, że mam ochotę krzyczeć. Musiałam go zobaczyć, więc jechałam z dużą prędkością 

do Foxton, kątem oka rejestrując spustoszenia, jakich dokonała burza. W spalonym lesie przy 

Turkey  Shoot  leżały  na  zboczach  wzgórz  poprzewracane  wichurą  zwęglone  drzewa,  a 

żlebami  spływały  strugi  brązowej  od  błota,  spienionej  wody.  Skręciłam  w  lewo  na 

skrzyżowaniu  w  Foxton,  a  potem  przejechałam  obok  domku,  w  którym  odszedł  Lee. 

Zostawiłam samochód na wzgórzu w miejscu, gdzie kończyła się gruntowa droga, i ścieżką 

wydeptaną przez jelenie poszłam w kierunku zbiornika na wodę. 

Phoenix, muszę cię zobaczyć! Serce mi się do niego wyrywało, wiatr, który przepędził 

burzę,  uderzał  we  mnie  silnymi  podmuchami  -  wiatr  i  skrzydła  wzniecające  burzę  innego 

rodzaju. Przystanęłam przy przerdzewiałym zbiorniku na wodę. Każdy, kto by się tu zabłąkał, 

natychmiast  by  zawrócił,  przestraszony  dziwacznym  doznaniem,  ale  ja  pochyliłam  głowę, 

owinęłam się ciaśniej kurtką i zaczęłam zbiegać ze wzgórza do ociekającej wodą, parującej 

od wilgoci stajni. Serce mi waliło, biegłam na oślep - prosto w ramiona mojego chłopaka. 

- Darina, już dobrze - wyszeptał z ustami przy moich włosach. 

Przyłożył  palce  do  mojej  brody  i  delikatnie  uniósł  mi  głowę,  aż  spojrzałam  mu  w 

oczy. 

-  Boże,  tak  się  bałam,  że  nie  zdążyliście  uciec  przed  burzą!  -  wykrzyknęłam, 

chwytając kurczowo klapy jego skórzanej kurtki, jakby moje życie miało od tego zależeć. 

- Jestem tutaj - uciszał mnie, mówiąc z łagodnym naciskiem. 

Czekał, aż się uspokoję. Wiatr rozwiewał mu włosy, zarzucał na czoło, znów odrzucał 

z jego kochanej, pięknej twarzy. 

- Lee... - wymamrotałam cicho, kryjąc twarz na jego piersi. 

- Wiem... Moje biedne kochanie, żałuję, że musiałaś na to patrzeć. 

- Widziałam krew... Cierpiał. Nie potrafiłam mu pomóc... 

- Łowczy nam wszystko opowiedział. Lee został rażony piorunem... uderzył dokładnie 

w niego. 

-  Próbowałam  go  wydostać  z  tego  domku  -  mówiłam,  szlochając.  -  Wtedy  Łowczy 

mógłby mu pomóc. 

- Nie. Było za późno. Nie jesteśmy w stanie przetrwać bezpośredniego wyładowania. 

Nikniemy  krótko  po  tym.  -  Chcąc,  żebym  poczuła  się  lepiej,  objął  mnie  i  pogłaskał  po 

włosach. - Lee za bardzo osłabł. Burza zrobiła swoje, zanim zdążyłaś tam dotrzeć. 

background image

- To takie okropnie smutne.  - W końcu przestałam  płakać i  odprężyłam się trochę w 

jego silnych ramionach. 

- I potwornie mnie wystraszyło. 

- Biedna Darina. - Przytulił mnie mocniej, kołysząc delikatnie. - To trudne dla ciebie. 

Potrząsnęłam głową. 

- Nie chodzi o mnie. Przeraziła mnie myśl, że to samo może przydarzyć się każdemu z 

was. Arizónie, Summer... i tobie. 

Tym  razem  nie  usłyszałam  słów  pocieszenia.  Patrzył  mi  prosto  w  oczy,  nie 

zaprzeczając. 

-  Burze  zdarzają  się  teraz  często.  Wczoraj  byłeś  ze  mną  w  Ellerton.  Równie  dobrze 

mogłoby to spotkać ciebie, nie Lee. 

- Wszyscy jesteśmy narażeni na takie ryzyko - potwierdził, kiwając głową. - Dlatego 

Łowczy zwykle wysyła nas na zewnątrz po dwoje lub troje. 

- Trzeba mu przyznać, że jest naprawdę odważny. 

- Czy to znaczy, że przestałaś go nienawidzić? - spytał z uśmiechem. 

-  Nie.  Dalej  go  nienawidzę.  Za  mocno  nas  kontroluje.  -  Odwzajemniłam  uśmiech.  - 

Jest jak najgorszy typ ojca. Ojciec, z którym nie można dyskutować. 

- Nie musisz mi o tym mówić. 

Jasne, kto miałby lepiej znać suwerena, jak nie mój chłopak i reszta (Nie)Umarłych. 

- Zdajesz sobie sprawę, że nas teraz słyszy? 

Kiwnęłam głową. 

- Gdzie on jest? 

- Na strychu, razem z innymi. Dasz już radę do nich dołączyć? 

Wziął mnie za rękę i poprowadził do stajni. 

Zaryglował  drzwi,  a  ja,  nienękana  wiatrem  i  spokojniejsza,  podniosłam  głowę  i 

rozejrzałam się wokół. Stare, pokryte kurzem uprzęże wisiały na hakach, szpadle i widły stały 

oparte o ścianę. Pajęczyny ciągnęły się nieprzerwanie od jednej belki do drugiej. 

- Idziemy na górę - ponaglił mnie Phoenix i pierwszy zaczął wchodzić na drewniane 

schody, trzeszczące pod jego stopami. 

Byli tam wszyscy (Nie)Umarli: Arizona, Summer, Eve ze swoim dzieckiem, Donna i 

Iceman.  I  ich  suweren,  wszechmocny  Łowczy,  o  surowej  twarzy.  Wszyscy  poważni, 

pogrążeni w żałobie po Lee. 

-  Przepraszam,  ale  Łowczy  kazał  mi  odejść  wcześniej  -  odezwała  się  Arizona, 

podchodząc do mnie. - Rozmawiałaś z Ravenem? - spytała z niepokojem. 

background image

- Powiedziałam mu wszystko, o co prosiłaś. 

Słuchała mnie uważnie, chwytając się nadziei, wątłej jak pajęcza nić. 

-  Nie  będę  cię  oszukiwać.  Zresztą  sama  go  widziałaś.  Allyson  uważa,  że  on  wciąż 

wierzy w twój powrót. 

Arizona wyglądała na poruszoną. 

- Allyson? - powtórzyła. 

-  Akurat  nadeszła.  Potwierdziła,  że  nie  życzy  sobie  wizyt  twoich  dziadków. 

Zdecydowała się na zatrudnienie fachowych opiekunów. 

-  O  Boże,  nie  powinna...  -  Arizona  wpadła  w  popłoch.  -  Ravenowi  potrzebna  jest 

kochająca rodzina. 

- Przykro mi. Ale wiesz, Allyson wcale nie jest taka, jak myślałam. - Miałam nadzieję, 

że to ją uspokoi. - Ją naprawdę obchodzi Raven... Bardziej” niż przypuszczałam. 

- Aha, obchodzi.  Na tyle, żeby posłać  go do szkoły specjalnej! Żeby stosować diety, 

zatruwające go lekarstwa i modne terapie! 

- Nie odniosłam takiego wrażenia - powiedziałam i zwróciłam się do Łowczego, który 

do nas dołączył: - Sprawy nigdy nie wyglądają tak, jak się to wydaje osobom postronnym. 

- Co dotyczy również Arizony - uzmysłowił mi. - Nie podejrzewałaś, że ona tak cierpi. 

- To prawda. Posłuchaj,  Arizona. Zeby nie wiem, co się działo, nie zostawię Ravena 

samemu sobie. 

-  Przysięgasz?  -  Chwyciła  się  tego  jak  tonący  koła  ratunkowego.  -  Będziesz  mu 

przypominać to, co było? Nie pozwolisz, żeby o mnie zapomniał? 

-  Obiecuję.  On  reaguje  na  twoje  imię  i  łączy  je  ze  mną.  Zrobiłam,  o  co  prosiłaś, 

powiedziałam mu, że go kochasz. 

Myślę,  że  w  tym  momencie  Arizona  była  już  gotowa  odejść.  Dopięła  swego  - 

wiedziała,  że  w  przyszłości  zajmę  się  Ravenem,  że  on  zrozumiał  coś  z  tego,  co  się  dzieje. 

Uznała, że zrobiła dla niego wszystko, co w tej sytuacji mogła zrobić. Jestem przekonana, że 

wcale  nie  interesowało  jej  to,  w  jaki  sposób  umarła  ani  co  się  z  nią  teraz  stanie.  Ale 

(Nie)Umarli  mieli  misję  do  spełnienia  -  musieli  wyjaśnić  tajemnicę  własnej  śmierci,  a 

Łowczy miał tego dopilnować. 

- Została nam niecała doba - przypomniał. - Wciąż obowiązuje wersja o samobójstwie, 

chyba że Darina coś odkryła. 

Wszyscy na mnie patrzyli. 

background image

-  No  to  zaczynajmy  -  przerwała  nabrzmiałą  ciszę  Summer.  -  Co  wiemy,  Darina? 

Chłopak Arizony żyje w stałym napięciu z obawy, że Sabie odkryje jego romans. W rodzinie 

Taylorów wszyscy walczą ze sobą i w rezultacie nikt nie potrafi jasno ocenić sytuacji. 

- Dziadkowie przejmują się tym, co się tam dzieje, ale są odsuwani - dodałam. - No i 

to, że Raven uciekł tego samego ranka, kiedy Arizona utonęła. 

- I jeszcze ja - wtrąciła Arizona. - Zwariowana, zagubiona dziewczyna, która nie ma z 

kim pogadać, ani z rodziną, ani z przyjaciółką... Może właśnie dlatego to się stało, może nie 

wytrzymałam napięcia i rzuciłam się do jeziora, tak jak twierdzą. 

I  wtedy  wydarzyło  się  coś,  czego  nigdy  dotąd  nie  widziałam  -  Summer  wpadła  w 

potworną złość. 

- Sama w to nie wierzysz! - wykrzyczała Arizonie prosto w twarz. - Nie należysz do 

osób, które się poddają! Zawsze walczyłaś! 

- Może właśnie ten jeden raz się poddałam - powiedziała Arizona, potrząsając głową. 

-  Ja  też  w  to  nie  wierzę  -  poparłam  Summer.  -  Nawet  jeśli  związek  z  Kyle’em 

wydawał  ci  się  beznadziejny  i  cię  męczył,  to  nigdy  nie  zostawiłabyś  tak  Ravena.  Nie, 

stanowczo ktoś przyłożył do tego rękę, a ty wyparłaś te wspomnienia, jak to się dzieje, kiedy 

trauma jest zbyt silna. 

- Wobec tego wrócisz teraz do Ellerton, Darina - polecił Łowczy. - Phoenix będzie ci 

towarzyszył.  Zapewni  ci  ochronę,  gdybyś  zdecydowała  się  na  spotkanie  z  Kyle’em 

Kepplerem, żeby zapytać go, gdzie wtedy był i co robił. 

Co  znaczyło,  że  gdyby  okazało  się  to  konieczne,  Phoenix  obezwładniłby  Kyle’a, 

używając swoich nadprzyrodzonych zdolności. Osłoniłby mnie w każdej sytuacji, kiedy bym 

tego  potrzebowała.  Wiedziałam,  że  Łowczy  akceptuje  takie  postępowanie  tylko  w  razie 

ostateczności.  Czasu  było  już  dramatycznie  mało,  a  zagadka  śmierci  Arizony  wciąż 

pozostawała nierozwiązana. Spojrzałam na Phoeniksa i zobaczyłam, że się przestraszył. 

- Hej, przynajmniej spędzimy razem kolejną noc - zaryzykowałam żart. 

Nie wzbudził entuzjazmu Arizony. 

-  Nic  nie  uzyskasz,  wypytując  Kyle’a.  On  nie  jest  w  to  zamieszany  -  powiedziała  z 

naciskiem. 

Zapadła  wymowna  cisza  -  wszyscy  sądziliśmy  inaczej.  Zajęci  rozpatrywaniem 

przypadku Arizony, zgromadziliśmy się na strychu na siano i (Nie)Umarli pewnie byli mniej 

czujni niż zwykle, inaczej na pewno usłyszeliby motocyklistów gromadzących się przy Skale 

Anioła. Nadjeżdżali od strony Forest  Lake, łowcy  duchów na swoich harleyach i kawasaki, 

nieustraszeni  mężczyźni,  którzy  nasłuchali  się  rozwlekłych  opowieści  starego  wędkarza, 

background image

kiedy  zszedł  wreszcie  na  dół  z  letniego  domku.  Opowiadał  im  nieskładnie  o  dzieciaku, 

którego zaskoczyła burza i wpadł do rzeki, a potem na jego oczach umarł, a krwawiące ciało 

rozbłysło  i  znikło.  Wyśmiali  go  z  początku,  ale  gdy  wypili  parę  kolejnych  piw,  ktoś  rzucił 

hasło: jedziemy w góry sprawdzić. 

- Iceman, idź tam - polecił Łowczy, gdy wreszcie usłyszał warkot silników. - Donna, 

idziesz z nim. Postawcie zaporę, nikt nie ma prawa się prześliznąć. 

Wydawał  polecenia  szybko,  bez  wahania.  Summer,  Eve  i  Arizona  miały  zajść 

motocyklistów od tyłu i zbliżyć się do nich od strony Szczytu Amosa. 

- Otoczymy ich - wyjaśniał - zbierzemy razem i zepchniemy w stronę Foxton. Róbcie, 

co do was należy. 

-  Mnie  i  Phoeniksowi  kazał  pójść  do  domu  i  zostać  tam,  dopóki  droga  nie  będzie 

wolna. - Idźcie - ponaglił, popychając nas na schody - i zamknijcie drzwi na klucz. 

Posłuchaliśmy i  idąc przez podwórze, patrzyłam, jak (Nie)Umarli rozpraszają się po 

wzgórzu i w zapadającym zmierzchu znikają między osikami. Poruszali się szybko i cicho jak 

w teatrze cieni. 

-  Łowczy  się  wściekł  -  powiedział  Phoenix,  gdy  weszliśmy  do  domu.  -  Jest  zły  na 

siebie, że nie wystawił posterunków i naraził nas na niebezpieczeństwo. 

- Nawet Łowczy ma prawo do omyłki. - Wzruszyłam ramionami. Czułam się całkiem 

bezpieczna w środku domu, chociaż był zbudowany z niezbyt starannie przypiłowanych bali, 

a  żelazny  zamek  w  drzwiach  dawno  przerdzewiał.  Byłam  szczęśliwa,  że  Łowczy  kazał 

Phoeniksowi zostać ze mną. - Powiedz mi, co się dzieje przy Skale Anioła. 

Phoenix zaczął nasłuchiwać. 

- Donna i Iceman są już na wyznaczonej pozycji. Motocykliści rozmawiają ze sobą. 

- Słyszysz, co mówią? - Ja oczywiście słyszałam jedynie szelest zeschłej trawy i szum 

wiatru w liściach osiki. 

- Wiesz, kim są? 

- Mogę ci tylko powiedzieć, ilu ich jest. Iceman twierdzi, że dwunastu lub trzynastu. 

On i Donna już spychają ich w kierunku wzgórza. Arizona ze swoją ekipą wkrótce zacznie 

ich naciskać z drugiej strony. 

- Mam nadzieję, że odejdą bez walki. 

Zadrżałam.  Teraz,  kiedy  zapadł  zmierzch,  już  nie  czułam  się  tak  bezpieczna. 

Wiedziałam,  że  nie  możemy  zapalać  lampy,  bo  światło  zdradziłoby  naszą  obecność,  i  że 

będziemy czekać w ciemnościach. 

background image

- To działa, odjeżdżają - zameldował lakonicznie Phoenix. - Przy ustawionej zaporze 

już nie są tacy nieustraszeni. 

Wyobraziłam  sobie,  jak  ogarnia  ich  panika  -  najpierw  nerwowa  niepewność,  gdy 

zaczynają trzepotać skrzydła, potem przeszywający strach, kiedy nadpływają głowoczaszki, i 

wreszcie  szaleńcza  histeria.  A  potem  ci  wzmocnieni  piwem  chojracy  pochylają  się  nad 

kierownicami, zawracają swoje wspaniałe maszyny i odjeżdżają, jakby ich kto gonił. 

- Dwaj odłączyli się od grupy - oświadczył z niepokojem Phoenix. Podszedł do okna i 

spojrzał na wzgórze. 

- Słyszysz coś? Zawrócili w tym kierunku. 

- Jesteś pewien? 

- Iceman idzie za nimi. Powinnaś ich już słyszeć. 

Stanęłam obok niego przy oknie i wytężyłam słuch. 

W  końcu  i  do  moich  uszu  doszło  wycie  silników.  Wpatrywałam  się  w  okryte 

ciemnością wzgórze, żołądek podchodził mi do gardła. 

- Niestety, to poważna sprawa - powiedział Phoenix. - Znacznie wyprzedzają Icemana, 

nie sądzę, żeby ich dopadł. 

Nagle  zza  wierzchołka  wzgórza  rozbłysły  dwa  reflektory,  potem  ich  światło 

skierowało się ku dołowi. 

- Co teraz? - spytałam. 

- Czekaj tutaj, ja pomogę Icemanowi. 

- Ale Łowczy kazał ci zostać. 

-  Nie,  tobie  kazał.  Ty  masz  pozostać  w  ukryciu.  Zarygluj  tylko  drzwi,  a  wszystko 

będzie dobrze. - Zwolnił rygiel i wyszedł na ganek. - Zamknij drzwi, Darina. 

Zacisnęłam  zęby  i  zasunęłam  rygiel,  a  potem  oparłam  się  plecami  o  drzwi  i 

zamknęłam oczy, niemal bojąc się odetchnąć. 

Oba  motocykle  zjechały  ze  wzgórza,  światła  reflektorów  rozcinały  ciemności, 

penetrując  okolicę.  Phoenix  wpadł  na  świetny  pomysł,  jak  ich  zatrzymać.  Podniósł  zwój 

kolczastego drutu, który leżał przy stajni, i rzucił przed podjeżdżający motocykl. Jeździec w 

ostatniej  chwili  go  dostrzegł,  zahamował  gwałtownie  i  skręcił,  zajeżdżając  drogę  swojemu 

towarzyszowi.  Widziałam  przez  brudną  szybę  w  drzwiach,  jak  obaj  zwalili  się  na  ziemię, 

wzniecając kurz. W tym samym momencie do Phoeniksa dołączył Iceman. 

Dwaj  (Nie)Umarli  przeciwko  dwóm  bezmózgowcom  z  Forest  Lake  -  nie 

spodziewałam  się  walki.  Oczekiwałam  raczej,  że  Phoenix  i  Iceman  bez  większego  trudu 

background image

odsuną  ich  od  domu,  wyczyszczą  im  pamięć  i  odeślą  z  bolącymi  głowami  tam,  skąd 

przyjechali. 

Stało się jednak całkiem inaczej. 

W świetle reflektorów leżących na ziemi motocykli zobaczyłam, jak jeden z intruzów 

się  podnosi  i  nieco  chwiejnie  idzie  w  stronę  domu.  Jego  kumpel  pozbierał  się  na  tyle,  że 

złapał  zwój  kolczastego  drutu  i  cisnął  nim  w  Phoeniksa  i  Icemana.  Drut  rozwinął  się  u  ich 

nóg, oplatając je jak wąż. Pierwszy napastnik poruszał się na oślep po ganku, łapiąc głośno 

oddech. Zobaczyłam go przez szybę i rozpoznałam mimo ciemności. Kyle Keppler - któż by 

inny. 

Poczułam  przypływ  paniki,  kolana  ugięły  się  pode  mną.  Phoenix  i  Iceman  byli 

unieruchomieni,  a  człowiek,  którego  podejrzewałam  o  zabicie  Arizony,  znajdował  się  metr 

ode mnie. Otrząsnął się już po upadku na ziemię i teraz rozglądał się za jakąś bronią. Znalazł 

ją - opartą o ścianę domu siekierę na długim trzonku. 

- Phoenix! - wrzasnęłam ostrzegawczo. 

Moja  twarz  przyciśnięta  do  szyby  była  dobrze  widoczna.  Keppler  zobaczył  ją  i 

usłyszał mój krzyk. Zamiast rzucić się na wroga, uniósł siekierę i wbił ją w drzwi, a potem 

jeszcze  raz,  rozłupując  drewno  i  rozbijając  szkło  na  tysiące  kawałków.  Kolejny  cios 

rozszczepił drewno tuż przy ryglu i drzwi stanęły otworem. 

-  Łap,  Jonno  -  wrzasnął  Kyle  do  swojego  towarzysza,  rzucając  siekierą  niczym 

tomahawkiem. 

Jonno...  Jon...  Jon  Jackson,  zaufany  kumpel  i  szwagier.  Złapał  siekierę  i  zmusił 

Phoeniksa i Icemana, by cofnęli się ku stajni. Tym samym znalazłam się sama naprzeciwko 

Kyle’a Kepplera. Zamarłam ze strachu. Już nie żyłam... 

- Będzie tego, dziewczyno. Weszłaś mi w drogę o ten jeden raz za dużo. - Kyle stanął 

w prześwicie drzwi, szkło zachrzęściło pod jego stopami. - Cokolwiek tu się dzieje, tkwisz w 

tym po uszy. 

-  Nic  się  tu  nie  dzieje  -  zaprotestowałam.  -  Kilka  osób  ze  szkoły,  w  tym  ja, 

wałęsaliśmy się po okolicy. - Oparłam się o piec kuchenny. 

Kyle zbliżył się, złapał mnie za nadgarstek i zaciągnął na środek kuchni. 

- To oni rzucili drut kolczasty na podwórzu? Pożałują tego. 

Zamknęłam oczy, modląc się w duchu, żeby Jackson nie posługiwał  się  siekierą tak 

sprawnie  jak  Kyle.  Phoenix  i  Iceman  w  końcu  poradzą  sobie  z  nimi,  ale  mogło  to  trochę 

potrwać. 

background image

-  No,  co  się  tutaj  dzieje?  -  Nie  puszczając  mojego  nadgarstka,  zmusił  mnie,  żebym 

usiadła na krześle. - Podobno jakiś dzieciak utopił się tu wczoraj w nocy. Kto to był? I gdzie 

jest ciało? 

- Mnie o to pytasz? Nie wiem! - Zasłoniłam się, widząc, że zamierza się na mnie. Jeśli 

Phoenix nie zjawi się szybko, będę naprawdę w opałach. - Arizona tu przychodziła. 

Jej imię podziałało na niego jak kubeł zimnej wody, ale wzniesiona pięść nie opadła. 

naprzeciwko Kyle’a Kepplera. Zamarłam ze strachu. Już nie żyłam... 

- Będzie tego, dziewczyno. Weszłaś mi w drogę o ten jeden raz za dużo. - Kyle stanął 

w prześwicie drzwi, szkło zachrzęściło pod jego stopami. - Cokolwiek tu się dzieje, tkwisz w 

tym po uszy. 

-  Nic  się  tu  nie  dzieje  -  zaprotestowałam.  -  Kilka  osób  ze  szkoły,  w  tym  ja, 

wałęsaliśmy się po okolicy. - Oparłam się o piec kuchenny. 

Kyle zbliżył się, złapał mnie za nadgarstek i zaciągnął na środek kuchni. 

- To oni rzucili drut kolczasty na podwórzu? Pożałują tego. 

Zamknęłam oczy, modląc się w duchu, żeby Jackson nie posługiwał  się  siekierą tak 

sprawnie  jak  Kyle.  Phoenix  i  Iceman  w  końcu  poradzą  sobie  z  nimi,  ale  mogło  to  trochę 

potrwać. 

-  No,  co  się  tutaj  dzieje?  -  Nie  puszczając  mojego  nadgarstka,  zmusił  mnie,  żebym 

usiadła na krześle. - Podobno jakiś dzieciak utopił się tu wczoraj w nocy. Kto to był? I gdzie 

jest ciało? 

- Mnie o to pytasz? Nie wiem! - Zasłoniłam się, widząc, że zamierza się na mnie. Jeśli 

Phoenix nie zjawi się szybko, będę naprawdę w opałach. - Arizona tu przychodziła. 

Jej imię podziałało na niego jak kubeł zimnej wody, ale wzniesiona pięść nie opadła. 

- Nikt nie miał pojęcia o istnieniu tego miejsca. Lubiła panujący tu spokój. 

-  Przychodziła  tutaj?  -  Rozejrzał  się  po  staroświeckim  wnętrzu,  jakby  próbował  ją 

sobie wyobrazić. Tym razem nie zaprzeczył, że ją znał. - Kiedy? Nic mi o tym nie mówiła. 

- Typowe dla niej, uwielbiała sekrety. - Nie darowałam sobie tej ukrytej aluzji. 

- Ale tobie powiedziała. 

- Sporo ze sobą rozmawiałyśmy. 

- O mnie? 

Kiwnęłam głową. 

- Kochała cię. Próbowała z tobą zerwać, ale nie miała dość siły. 

- Rozmawiamy o tej samej dziewczynie? - spytał z niedowierzającym uśmieszkiem. - 

Nigdy nie spotkałem silniejszej osoby. 

background image

- To były tylko pozory - powiedziałam. - Nie masz pojęcia, jak w głębi serca cierpiała. 

Popatrzył na mnie przeciągle. Odebrał moją ostatnią uwagę jako krytykę jego osoby. 

- Sama tego chciała. 

Wytrzymałam jego spojrzenie. 

- Miała siedemnaście lat - przypomniałam mu. 

Jakaś  lampka  zapaliła  się  w  jego  głowie.  Znów  obudził  się  w  nim  psychopata. 

Nachylił się do mnie tak blisko, że poczułam na twarzy jego oddech. 

-  Co  ty  wiesz?  Co  ty  tak  naprawdę  wiesz?  -  powtórzył  nieświadomie  słowa 

wypowiedziane kilka dni temu przez Arizonę. 

Tak właśnie zastał nas Łowczy: jego groźnie patrzącego mi w twarz, mnie bezradną. 

Keppler  poderwał  mnie  z  kuchennego  krzesła  i  zamachnął  się,  zamierzając  uderzyć  mnie 

grzbietem dłoni w twarz. Suweren wkroczył do akcji w samą porę. W jednej chwili pozbawił 

sił Kyle’a, który zachwiał się i słaby jak dziecko opadł na kolana. Potem silą woli rozciągnął 

go na ziemi i Kyle otoczył dłońmi głowę, wyjąc z bólu. Łowczy stał nad nim i ze spokojem, 

zupełnie niewzruszony, słuchał jego zawodzenia. 

- Nie ruszaj się stąd - polecił mi cicho. 

No tak, chciałam wybiec na podwórze, a on natychmiast poznał moje myśli. 

- Phoenix i Iceman poradzili sobie już z Jacksonem. Właśnie stąd odjeżdża. 

Rzeczywiście  -  usłyszałam  ryk  silnika  harleya,  światło  reflektora  lizało  zbocze 

wzgórza. 

- Rozmawiałaś z Kepplerem o Arizonie - powiedział Łowczy. - To było ryzykowne. 

- Musiałam coś mówić. Był wściekły, bałam się, że mnie zabije. 

Suweren zamrugał  powiekami i  skierował  na mnie zimne spojrzenie swoich szarych 

oczu. 

- Powinnaś mi ufać, Darina. Potrafię poradzić sobie z kimś takim jak Keppler. 

-  Ale  ja  nie  wiedziałam,  gdzie  jesteś!  -  wykrzyknęłam.  -  Myślałam,  że  jesteś  na 

wzgórzu z innymi! 

- Jestem  wszędzie  -  powiedział i  nie ruszywszy  nawet  palcem,  postawił  Kepplera na 

nogi, poddając jego umysł hipnozie. - Zjawiam się, kiedy jestem potrzebny. 

Wyrzucił Kyle’a na podwórze, gdzie Phoenix i Iceman wyczyścili mu mózg i odesłali 

ze wzgórza. 

-  Dziękuję  -  wykrztusiłam,  choć  to  słowo  zabrzmiało  całkowicie  nieadekwatnie  do 

tego, co się wydarzyło. 

background image

Łowczy  stał  w  drzwiach,  odwrócony  do  mnie  plecami,  i  obserwował,  jak  Kyle 

odjeżdża. 

-  To  jest  właśnie  to  miejsce...  tam  gdzie  stoisz  -  powiedział,  jakby  miał  oczy  z  tyłu 

głowy. Mówił stłumionym głosem, jak gdyby znajdował się gdzieś w oddali. - Unieś dywan, 

Darina. 

- Jak to? - spytałam, spuszczając wzrok na wyblakły wzorzysty dywan. 

- Tam upadłem. Unieś dywan. 

Przykucnęłam, a kiedy uniosłam róg dywanu, zobaczyłam ciemne plamy na deskach, 

prawie czarne w świetle księżyca, ale przed laty bez wątpienia szkarłatne. 

- To moja krew - powiedział Łowczy. - Upadłem dokładnie tutaj, kiedy Menton mnie 

zastrzelił. 

Przeszedł mnie dreszcz. Dlaczego mówi mi o tym teraz? 

- Marie stała tam, przy piecu kuchennym. - Łowczy wskazał powolnym gestem, jakby 

znajdował  się  w  transie.  -  Jak  sparaliżowana...  Była  w  szoku.  Menton  wyciągnął  broń  i 

strzelił. 

Prosto  w  twoją  głowę,  kula  przeszła  na  wylot  przez  czaszkę,  przecież  wiem, 

pomyślałam. 

- Nigdy z nikim  o tym  nie rozmawiałem.  -  W głosie Łowczego  brzmiało  znużenie.  - 

Wracam tu rok po roku, od lat. I wiele razy byłem świadkiem, jak sprawiedliwości stawało się 

zadość. Za każdym razem, gdy dusza któregoś z (Nie)Umarłych odzyskuje spokój, wiem, że 

wykonałem powierzone mi zadanie. 

- Nie rozumiem, dlaczego akurat teraz mi o tym wszystkim mówisz. 

Czułam się tak, jakby czas stanął w miejscu, jakby Łowczy zamknął mnie w swoim 

wspomnieniu  i  nie  pozwalał  umknąć.  Odwrócił  się  i  spojrzał  na  mnie,  przykuwając  mnie 

swoim przenikliwym wzrokiem. 

- Co w tobie jest takiego, Darina? Nawet nie wyglądasz jak ona. 

- Jak Marie? - Odetchnęłam z trudem, wijąc się jak przyszpilony owad. 

No i co z tego, że przypominam ci żonę! Przestań! 

- Była dobrą kobietą. Wesołą, spokojną, żadnych mrocznych zakamarków, tak jak w 

twojej duszy. Marie była pełna życia. Ładnie się ubierała. 

- Przykro mi, że nie podoba ci się mój styl - wymamrotałam. - Moda się zmieniła. 

Mówił dalej, jakbym w ogóle się nie odezwała. 

-  Ale  kiedy  spojrzę  w  twoje  oczy...  są  takie  same.  -  Westchnął.  -  Wracają  bolesne 

wspomnienia, nie dają mi spokoju. 

background image

- Jak to możliwe, że nie znalazłeś spokoju? Pomagasz (Nie)Umarłym, a sam sobie nie 

umiesz pomóc. 

Jego wzrok stał się jeszcze bardziej przenikliwy. 

- To niemożliwe. Nigdy nie zaznam spokoju. 

- Może jednak kiedyś - powiedziałam, sama w to nie wierząc ani nie oczekując, że on 

uwierzy. 

Westchnął raz jeszcze. 

- Wyrównaj dywan, Darina. Phoenix i Iceman czekają. Chodźmy. 

(Nie)Umarli  zeszli  ze  wzgórza  i  zgromadzili  się  w  stajni.  Stracili  sporo  energii, 

przeganiając intruzów, i teraz siedzieli cicho, czekając, aż Łowczy przedstawi im nowy plan. 

Donna  obok  Eve,  Iceman  trzymał  straż  na  strychu  na  siano,  Phoenix  przy  drzwiach. 

Niespokojnie reagowali na najlżejszy hałas, wymieniając niepewne spojrzenia. 

-  Czyli  Phoenix  zostanie  z  tobą  przez  całą  noc  w  Ellerton?  -  zwróciła  się  do  mnie 

Arizona. 

Z  nich  wszystkich  ona  wydawała  się  najspokojniejsza  i  najmniej  przestraszona. 

Zerknęłam na zegarek i stwierdziłam, że jest prawie północ. 

- Tak. Wymyśl mi jakieś dobre wyjaśnienie, dlaczego wracam tak późno. 

- Dla Laury? 

- Bingo. Ale zapomnij  o tym,  że benzyna mi się skończyła. Wmawiałam jej to  już z 

tysiąc razy. 

-  Powiedz,  że  byłaś  u  Logana  i  straciłaś  poczucie  czasu  -  podsunęła.  -  To  na  pewno 

zagra. Zagaduj ją, dopóki Phoenix się nie prześliźnie. 

Zgodziłam się z nią, że to najlepsza możliwa wymówka. 

-  Jutro,  pewnie  już  po  raz  ostatni,  odwiedzę  twojego  chłopaka  -  obiecałam  jej.  - 

Spytam go wprost, czy byłaś u niego w pracy w dniu, kiedy umarłaś. I czy pojechaliście nad 

jezioro Hartmann razem. 

- Powie ci, że nie - rzuciła ze zniecierpliwieniem. 

-  I  myślisz,  że  mu  uwierzę?  -  Stanęłam  przed  nią.  -  Pomyśl,  Arizona,  skup  się.  Czy 

pojechałaś do centrum handlowego? Czy dopadłaś Kyle’a i próbowałaś go raz jeszcze błagać, 

aby porzucił Sabie? 

-  Dobra,  Darina,  prześledźmy  to,  tak  jak  ty  sobie  wyobrażasz,  że  było.  -  Jej  piękne 

zielone  oczy  zapłonęły  gniewem.  -  Pojechałam  do  Mike’a,  zaparkowałam  i  weszłam  do 

środka. Kyle pracuje, mój widok go nie uszczęśliwia. Rzuć swoją ciężarną narzeczoną, którą 

wkrótce masz poślubić, mówię, i bądź ze mną. Jesteśmy dla siebie stworzeni, dwie połówki 

background image

jabłka,  nie  powinno  się  nas  rozdzielać.  Kyle  nie  wytrzymuje  ciśnienia  i  traci  nad  sobą 

kontrolę. Może trzyma w ręce jakieś ciężkie narzędzie. Walczymy. Uderza mnie, obojętnie, 

czy przypadkiem, czy celowo, walę się na podłogę. 

- Przestań - powiedziałam błagalnie. 

Bałam  się,  że  straci  panowanie  nad  sobą,  pogrąży  się  w  szaleństwie  i  już  nigdy  nie 

odzyska zdrowego rozsądku. 

- Nigdy nie byłaś ciekawa, gdzie mam tatuaż, prawda? Mam ci  go pokazać, Darina? 

Chciałabyś go zobaczyć? 

- Nie. Przestań wreszcie. Jeśli twierdzisz, że nie pamiętasz, co się zdarzyło, to tak jest. 

Przepraszam, że tak cię naciskałam. 

- Znamię śmierci! - Jej spojrzenie było niemal tak władcze jak Łowczego i czułam, że 

nie mam dość silnej woli, by się jej przeciwstawić. - Spodziewasz się, że jest na mojej piersi. 

Wskazuje  na  to,  że  wpadłam  do  wody  i  utonęłam.  -  Przesunęła  długimi  palcami  po  klatce 

piersiowej. - Nie ma go tutaj, wierz mi. 

- Więc gdzie? 

Zrozumiałam, że pokaże mi tatuaż, czy tego chcę, czy nie. 

Powoli uniosła ręce, żeby odgarnąć włosy z pleców. Skręciła je w jedwabisty splot i 

odsunęła z szyi. Pod białą skórą widać było delikatne, kruche kręgi szyjne. 

- Widzisz? - wyszeptała. 

Miniaturowe  anielskie  skrzydła  wyraźnie  odcinały  się  delikatnym,  precyzyjnym 

rysunkiem na białej skórze, między dwoma kręgami. 

- Tak - potwierdziłam. - Nie utonęłaś w jeziorze. Skręciłaś kark. Przez to nie żyjesz. 

 

 

background image

10 

Kiedy  wróciłam,  Laura  była  w  domu,  gotowa  do  utarczki.  Miała  tę  swoją  zranioną 

minę mówiącą: jasne, jestem tylko twoją matką, dlaczego miałabym oczekiwać szacunku albo 

liczenia się z moimi uczuciami. 

- Przepraszam, nie spojrzałam na zegarek - wymamrotałam, usiłując prześliznąć się do 

swojego pokoju. 

- Jim dzwonił - powiedziała. - Miał wypadek. Opona się rozerwała i wypadł z drogi. 

To mnie zatrzymało. 

- Nic mu nie jest? 

Pokręciła głową. 

- Odholowali samochód, a on spędzi noc w hotelu. 

- A ty się dobrze czujesz? 

No jasne, że nie. Była blada, oczy miała czerwone od płaczu. 

- Co jest nie tak z tą rodziną i samochodami? - Westchnęła. - Nie, co jest nie tak z tą 

rodziną? Kropka. 

-  Posłuchaj,  nic  mu  się  na  szczęście  nie  stało.  -  Do  tej  pory  Phoenix  z  pewnością 

zdążył  już  wejść  przez  okno  do  mojej  sypialni  i  niegroźny  wypadek  Jima  nie  był  dla  mnie 

najważniejszy. - Prześpij się, rano będzie to wyglądało lepiej. 

- Gdzie byłaś, Darina? - spytała z rozdrażnieniem. 

- Tylko mi nie mów, że u Jordan albo u Hannah, już sprawdziłam. 

- U Logana - rzuciłam, wbiegając po schodach. 

Wiedziałam,  że  do  niego  nie  zadzwoni  w  obawie,  że  natknie  się  na  pijanego  ojca 

Logana. 

Phoenix czekał już na mnie w moim pokoju. 

Czułam jego obecność i było mi jak w raju. Nigdy nie przyzwyczaję się do tego, jaki 

jest przystojny, zawsze będzie mnie zaskakiwać to, jak rozjaśnia moje życie, jak bezpieczna 

się przy nim czuję, nawet gdy wcale nie jest bezpiecznie. Rzuciłam się w jego ramiona, a on 

objął mnie mocno. Jestem dla niego najważniejsza na świecie, tak jak on dla mnie. Każde jest 

częścią drugiego - nikt i nic nas nie rozdzieli. 

Leżeliśmy na łóżku, istniała tylko ta chwila, byliśmy szczęśliwi, mimo wszystko. Jego 

twarz  była  tak  blisko,  ciemne  rzęsy  ocieniały  szare  oczy,  usta  delikatnie  dotykały  mojego 

policzka. 

- O czym myślisz? - przerwał długą ciszę. 

background image

- O niczym. Tylko o tym, jak doskonała jest ta chwila. 

- Czyli w końcu udało się nam umknąć z Ziemi? 

- Na to wygląda. Krążymy między planetami w odległym miejscu wszechświata. Jest 

ciemno, panuje cisza. Jesteśmy nieosiągalni. 

- Czas się zatrzymał? 

Kiwnęłam  głową  i  pocałowałam  go  delikatnie,  a  potem  pochyliłam  się  nad  nim  i 

zaczęłam go całować mocniej. Ale po jakimś czasie odsunął się ode mnie. 

-  Kocham  cię  tak  bardzo,  że  to  boli  -  powiedział.  Spuścił  nogi  na  podłogę  i  usiadł 

zgarbiony  na  łóżku.  -  Boli  mnie  to,  że  mamy  dla  siebie  tak  mało  czasu  i  że  zostałem 

pozbawiony wolnej woli. 

-  Czy  to  znaczy,  że  czujesz  za  sobą  oddech  Łowczego?  -  spytałam,  siadając  obok 

niego. 

- Zawsze. 

-  Znowu  rozmawiał  ze  mną  o  Marie.  -  Przyłożyłam  dłoń  do  jego  dużej,  szerokiej 

dłoni. - Dzisiaj wieczorem kazał mi spojrzeć na zastarzałe plamy krwi na podłodze. Obarczył 

mnie swoją historią. 

-  To  dlatego,  że  przypominasz  mu  jego  żonę  -  zrozumiał  natychmiast.  -  Trzy  albo 

cztery pokolenia wstecz, ale widzi w tobie Marie. 

-  Twierdzi,  że  to  z  powodu  moich  oczu.  -  Przypomniałam  sobie,  jakie  napięcie 

towarzyszyło  tej rozmowie, i  znów przeszedł  mnie dreszcz.  - Łowczy  mnie przeraża, ale w 

głębi ducha mu współczuję. 

- Wcale tego nie potrzebuje, wierz mi. - Phoenbc się uśmiechnął. 

- Może spróbuję nad tym pomyśleć któregoś dnia. Oczywiście kiedy już rozwiążemy 

zagadkę śmierci Arizony i będę miała na to czas. - To znaczy, kiedy wszyscy 

(Nie)Umarli odejdą na tamtą stronę, żeby się zregenerować. - Musieli pisać o Peterze 

Mentonie  w  starych  gazetach.  Poszperam  w  bibliotece  albo  w  archiwum  czasopism. 

Gromadzą takie czasopisma, prawda? 

- Pewnie tak. - Nie był  chyba zainteresowany rozważaniami o przypadku Łowczego, 

bo skierował rozmowę na bieżące sprawy. - Co pomyślałaś, kiedy Arizona w końcu pokazała 

ci tatuaż? 

-  Zaskoczyło  mnie  to.  -  Uniosła  swoje  gęste  włosy  i  pokazała  mi  mikroskopijne 

anielskie skrzydła, jakby w ten sposób składała swój los w moje ręce.  - Zastanawiałam się, 

czy to jednak nie był wypadek. 

- A nie samobójstwo? 

background image

-  Słuchaj,  to  możliwe.  Brzeg  jeziora  Hartmann  jest  skalisty  i  nierówny,  mogła  się 

potknąć i spaść. 

-  Tylko  dlaczego  tam  poszła?  -  Phoenix  odwrócił  moją  dłoń  i  zaczął  wodzić 

koniuszkiem wskazującego palca po miejscu, w którym linia życia przecinała się z linią serca. 

-  Pamiętaj,  że  ona  nie  jest  z  zamiłowania  piechurem,  a  w  pobliżu  nie  znaleziono  jej 

samochodu. 

-  Ktoś  ją  podwiózł...?  Ale  nawet  gdyby  tak  było  i  zdarzył  się  wypadek,  i  Arizona 

upadłaby i uderzyła głową o skałę, to przecież ta osoba zanurkowałaby, żeby ją uratować. 

-  Oczywiście.  Poza  tym  wzywaliby  pomocy.  Pamiętasz,  że  dopiero  przechodzący  w 

pobliżu turyści zauważyli jej ciało unoszące się na wodzie. 

Siedziałam przez chwilę w milczeniu. 

- Dobra, zastanówmy się - powiedziałam w końcu. 

-  Arizona,  w  fatalnym  nastroju,  rozjuszona,  przyjeżdża  do  warsztatu  Mike’a  pod 

pretekstem  naprawy  samochodu.  Kyle  boi  się,  że  ona  powie  za  dużo  w  obecności  Mikę’a 

Hamilla, więc obiecuje zabrać ją nad jezioro, jeszcze tego ranka. Będą sami, nikt ich tam nie 

zobaczy, bo to kawałek za miastem. 

Phoenix podchwycił tę wersję. 

-  Spotykają  się,  wszystko  się  rozlatuje,  Arizona  wpada  we  wściekłość  i  grozi 

Kyle’owi.  Przysięga,  że  nie  dopuści,  aby  poślubił  Sabie.  Znamy  go,  wiemy,  jaki  jest 

porywczy. Uderza ją, ona potyka się i upada na skałę tak mocno, że łamie kark. 

To naprawdę miało sens. 

-  Kyle  panikuje  -  podjęłam  wątek.  -  Nie  wie,  czy  Arizona  jeszcze  żyje,  ale  wie,  że 

musi  jakoś  rozwiązać  największy  jak  dotąd  problem  w  swoim  życiu.  Uznaje,  że  woda  w 

jeziorze jest wystarczająco głęboka, aby się udało. Podnosi Arizonę ze skały i wrzuca ją do 

jeziora. 

Phoenix  kiwnął  głową.  Wreszcie  wszystkie  kawałki  układanki  pasowały  do  siebie. 

Oboje byliśmy o tym całkowicie przekonani. 

- Kyle odchodzi. Nie musi przejmować się alibi, prawie nikt nie wie o jego związku ze 

zmarłą dziewczyną. Wszyscy są zdumieni, gdy ciało Arizony zostaje odkryte, on też, tyle że 

udaje. W śledztwie wychodzi na jaw, że 

Arizona była samotniczką i często wpadała w depresję. Samobójstwo, brzmi werdykt. 

Wszelkie szczegóły zostały wyjaśnione, odrętwiała z szoku rodzina nie protestuje. Wszystko 

się zgadza i wszystko jest posprzątane. 

background image

-  Nie  tylko  rodzina,  całe  miasto  jest  w  szoku,  bo  to  druga  śmierć  w  ciągu  kilku 

tygodni. Najpierw Jonas, teraz Arizona. Pamiętam, że właśnie wtedy ludzie zaczęli szeptać, 

że nad uczniami szkoły w Ellerton ciąży klątwa. Nikt nie myślał logicznie, wszyscy się bali. 

- I Kepplerowi się upiekło - podsumował Phoenix. 

- W każdym razie tak myśli. Ale nie wie o istnieniu (Nie)Umarłych. 

Siedzieliśmy  tak,  dumni,  że  tak  zgrabnie  udało  nam  się  zrekonstruować  prawdziwą 

wersję  wypadków.  Ja  byłam  zdeterminowana  jak  nigdy  dotąd,  żeby  wydobyć  prawdę  z 

Kyle’a Kepplera. 

-  Ile  zostało  do  świtu?  -  spytałam  Phoeniksa.  -  Jak  dużo  mamy  czasu,  zanim 

wyruszymy do Forest Lake? 

Spojrzał na gwiazdy i księżyc. 

-  Wystarczająco  dużo,  żebyś  się  przespała  -  odpowiedział.  -  Będę  czuwał,  a  ty 

odpocznij. 

Przedziwne, ale zasnęłam.  Phoenix  trzymał mnie za rękę i  nie puścił jej, dopóki  nie 

przebudziłam  się  wraz  z  pierwszym  brzaskiem.  Nad  górami  na  wschodzie  wstawało 

czerwonozłociste słońce. Otworzyłam oczy i zobaczyłam jego odblask na ukochanej twarzy. 

- Dzisiaj albo nigdy - przypomniał mi Phoenix, całkiem niepotrzebnie. 

Opuściliśmy dom jak dwoje złodziei, wyślizgując się oknem na górze i wskakując do 

mojego  samochodu.  Zjechałam  z  podjazdu  na  luzie,  nie  ryzykując  przekręcenia  kluczyka, 

dopóki nie znaleźliśmy się w pewnej odległości od domu. Pojechaliśmy szosą na Centennial 

prowadzącą do autostrady. 

-  Zapomnij  o  Peak  Road,  jedź  do  Forest  Lake  boczną  drogą  -  poradził  Phoenix.  - 

Skróci nam to trasę o ładnych kilka kilometrów. 

- Tajest! - Drżałam z przejęcia, bo tak gładko jechało się pustymi ulicami i dlatego, że 

zbliżaliśmy się do rozwiązania. Teraz, kiedy miałam Phoeniksa u swojego boku, perspektywa 

spotkania z Kyle’em  Kepplerem  już mnie nie przerażała.  -  Musimy dotrzeć do Forest  Lake, 

zanim Kyle wyruszy do pracy. 

-  I  tym  razem  nie  będziemy  się  przejmować,  czy  Sabie  cię  zobaczy  -  zdecydował 

Phoenix. - Zastosujemy wszelkie możliwe środki nacisku, żeby facet się przyznał. 

- Będziesz tam? - upewniłam się. 

- W każdej sekundzie. Daj gazu, Darina, zasuwaj. 

Wzniecając  tumany  kurzu  na  gruntowej  drodze,  jechaliśmy  wśród  pogrążonych  w 

cieniu  gór,  które  dopiero  zaczynały  się  rozświetlać  w  czerwonozłotym  brzasku.  Wokół  nie 

było żywej duszy. 

background image

Phoenix  siedział  obok  mnie  w  ciemnych  rękawiczkach,  biały  podkoszulek  ładnie 

kontrastował z rozpiętą do połowy skórzaną kurtką. Włączyłam radio i słuchałam piosenki w 

stylu country o pożegnaniu z ukochaną. Bezlitosna śmierć ją zabrała. „Pożegnaj się, Marianna 

odchodzi. Pożegnaj się, Marianna odeszła”. „Odchodzi”, „odeszła” - wciąż powtarzało się w 

refrenie, szarpiąc mi serce. 

I  już  byliśmy  w  Forest  Lake,  miasteczku  usiłującym  żyć  w  przeszłości  i  z  trudem 

wkraczającym w dwudziesty pierwszy wiek. Niewielkie drewniane domy stały wzdłuż szosy, 

podniszczone  auta  osobowe  i  półciężarówki  parkowały  na  podjazdach.  Żaluzje  były  wciąż 

opuszczone, z lasu wychynął jeleń i pasł się na porastającej zbocze trawie. Jedyne w mieście 

światło  biło  z  reklamy  nad  barem,  w  którym  poprzednio  piłam  kawę,  gapiąc  się  na 

białobrązowego psa. 

- Jedziemy w kierunku White Eagle Road - powiedziałam do Phoeniksa, czując coraz 

większe napięcie. 

Zacisnęłam  dłonie na kierownicy, starając się nie myśleć, co będzie, jeśli  stracę nad 

sobą kontrolę. 

- Uważaj! - ostrzegł mnie. - Przejechałaś na czerwonym świetle! 

Powiem  wam  prawdę,  nawet  nie  zauważyłam,  że  są  jakieś  światła.  Byliśmy  na 

miejscu,  zaczęłam  rozglądać  się  za  czerwoną  półciężarówką  Kyle’a  -  powinna  stać 

zaparkowana przed numerem 505. 

-  To  tutaj.  -  Pokazałam  na  dom  z  zarośniętym  podwórzem,  otoczony  płotem  z 

kolczastego drutu. 

Tylko że nie było ani samochodu, ani psów, ani w ogóle nawet śladu życia. 

-  Nikogo  nie  ma  w  domu  -  powiedział  Phoenix,  przyglądając  się  niszczejącemu 

budynkowi. - Jak to możliwe? Gdzie są Sabie i dziecko? 

- Poczekaj tutaj. Podejdę i zapukam do drzwi. 

Żołądek mi się ścisnął, kiedy szłam przez podjazd. 

Rozglądałam  się,  ale  nie  dostrzegłam  ani  spacerówki,  ani  żadnego  suszącego  się 

prania.  Zabębniłam  kostkami  palców  w  szybę  przy  drzwiach,  co  zaalarmowało  psa  na 

sąsiednim podwórku.  Nikt  się nie pojawił,  za to  usłyszałam drapanie pazurów labradora po 

drewnianym  płocie  sąsiadów.  Skoczył  tak  wysoko,  że  zobaczyłam  ponad  sztachetami 

rozwartą paszczękę. 

-  Troy,  przestań  ujadać!  -  krzyknęła  jakaś  kobieta,  a  potem  ją  zobaczyłam. 

Wychudzona, o tlenionych blond włosach, wyglądała na wścibską osobę.  - Czego chcesz? - 

spytała, równie przyjazna jak jej pies. 

background image

- Przyszłam zobaczyć się z Kyle’em. To jego dom, prawda? 

-  Nie  ma  ich  -  burknęła  opryskliwie.  -  Nie  trzeba  wielkiego  rozumu,  żeby  się 

domyślić. 

- A dokąd poszli? 

Przeszła podjazdem do furtki i poczekała, aż do niej podejdę. 

- Kto to? - spytała, rzucając spojrzenie na Phoeniksa, który postawił kołnierz kurtki i 

siedział z odwróconą głową. - Twój chłopak? 

Skinęłam głową. 

- Gdzie mogą być Kyle i Sabie? 

- A kogo to  obchodzi?  -  Patrzyła podejrzliwie, pies poszczekiwał  na podwórzu.  -  Im 

dłużej ich nie będzie, tym lepiej. Wreszcie trochę spokoju. 

Starałam się, żeby mój głos brzmiał współczująco. 

- Są zabawowi, prawda? 

- Pijacy - uściśliła. - Nadmiar alkoholu i małe dziecko, które wymaga opieki, nie idą w 

parze. 

- Hałasują? 

- Bez przerwy wrzeszczą. - Wzniosła oczy ku niebu. 

- Jak nie ich psy szczekały, to dzieciak płakał, i tak całe noce. Ostatniej to już było nie 

do wytrzymania... Cicho, Troy! Daj porozmawiać! 

Masywny labrador zupełnie się tym  nie przejął,  a ja dzielnie usiłowałam przebić się 

przez jego donośne ujadanie. 

- Co się działo ostatniej nocy? - spytałam głośno. 

- Kyle wrócił do domu wstawiony jak zwykle, razem z tym swoim szwagrem, napitym 

tak, że nie mógł utrzymać prosto motocykla. 

- Z Jonem Jacksonem? 

- A z kim by? Kumple od kieliszka i Bóg wie, od czego jeszcze. 

Mogłabym jej wyjaśnić, dlaczego wrócili wczoraj pijani - po drodze z Foxton mijali 

co  najmniej  trzy  bary.  Jedno  piwko,  żeby  przegonić  nieprzyjemne  ssanie  w  żołądku  i  ból 

głowy, drugie, żeby odgonić wariackie myśli oduchach i znikających ciałach. Ale dwa to za 

mało,  żeby  uporać  się  z  tym,  co  im  zrobili  Łowczy,  Phoenix  i  Iceman.  Stanowczo 

potrzebowali trzeciego, czwartego... 

- Byłam z psem na ganku z tyłu domu, więc słyszałam każde słowo. 

Teraz już rozgada się na dobre, pomyślałam.  Nie spała zbyt  wiele dzisiejszej  nocy i 

jest zadowolona, że w końcu może to wszystko komuś opowiedzieć. 

background image

- Kyle potknął się o coś leżącego na podwórzu i puścił ostrą wiązankę, na co psy się 

rozszczekały, a obudzone dziecko zaczęło płakać. Sabie miała już tego po dziurki w nosie, a 

nie jest niewiniątkiem, możesz mi wierzyć. Dała mu niezły wycisk. Jej brat wziął oczywiście 

stronę  Kyle’a,  no  i  wtedy  dopiero  się  rozpętało  piekło!  Urządzili  mi  niezły  koncert,  i  to 

dwadzieścia metrów od mojego ganku...! 

- Mam nadzieję, że nikomu nic się nie stało - przerwałam jej. 

Wzruszyła  ramionami,  dając  mi  do  zrozumienia,  że  wcale  nie  te  sąsiedzkie  akty 

przemocy domowej przyprawiają ją o stres. 

- To tego hałasu nie mogę znieść - westchnęła. - Sabie wykrzykiwała na całe gardło, 

że to już naprawdę ostatni raz. Że się pakuje i wyprowadza z dzieckiem do matki. 

- I rzeczywiście tak zrobiła? 

-  Odjechała  jego  półciężarówką.  -  Kobieta  odsłoniła  w  uśmiechu  szparę  między 

przednimi  zębami.  -  To  go  dopiero  rozwścieczyło!  Ona  znika  już  na  końcu  ulicy,  a  on 

wrzeszczy, że ma natychmiast oddać mu samochód, psy i dziecko albo ją zabije. Awantura na 

całego, a jest już dobrze po północy. 

- Wygląda na to, że Sabie miała już dość tego cyrku. A oni? Co potem zrobili? 

- A jak myślisz? Strzelili sobie jeszcze parę piwek. Byłam tak na nich wpieklona, że 

poszczułam  ich  Troyem.  Ale  Kyle  go  kopnął,  a  Jon  zagroził,  że  zaraz  przyniesie  z  domu 

strzelbę. Śmiali mi się prosto w twarz, gdy poszłam zabrać Troya. 

- A Jon rzeczywiście przyniósł broń? 

-  Nie  czekałam.  -  Nachmurzyła  się.  -  Złapałam  psa  izaciągnęłam  go  z  powrotem  na 

moje  podwórze.  Zaczęli  znowu  kląć,  a  potem  usłyszałam  warkot  ich  motorów.  Wyjrzałam 

przez okno w samą porę, żeby zobaczyć, jak odjeżdżają. I tyle. 

Wracaliśmy  z  Phoeniksem  do  Ellerton.  Prowadziłam  naprawdę  szybko  i  o  wpół  do 

dziesiątej  dojechaliśmy  do  Mike’a.  Tym  razem  wypatrywałam  lśniącej  chromem  czarnej 

dyny, a nie czerwonej półciężarówki. 

-  Kepplerowi  nieźle  musi  się  gotować  pod  czachą  -  mruknął  Phoenix,  kiedy 

parkowałam pod rampą prowadzącą do warsztatu. 

- No. I jeszcze żona go opuściła. Nie spodziewam się miłego przyjęcia. 

- Jeśli w ogóle jest w pracy. 

Rzeczywiście, nie było ani śladu jego harleya. 

- Dobra, pójdę się rozejrzeć - zdecydowałam. 

Tym  razem  Phoenix  nie  pozwolił  mi  pójść  samej.  Jego  sylwetkę  obrysowała 

połyskująca poświata w kolorach tęczy, a potem jego postać zaczęła blednąc i znikł. 

background image

- Jestem przy tobie - zapewnił mnie. 

Bardzo to było dziwne uczucie - słyszeć jego głos, jego kroki i widzieć przez niego na 

wylot. 

-  Dzień  dobry  -  odezwałam  się  do  starszego  mężczyzny  pochylonego  nad  silnikiem 

błękitnej toyoty. - Szukamy... szukam Kyle’a Kepplera. 

-  To  jest  nas  dwoje.  -  Mike  Hamill  wyłonił  się  spod  otwartej  maski  i  stanął 

wyprostowany. - Jeśli zobaczysz go pierwsza, powiedz mu, że już tutaj nie pracuje. 

Odetchnęłam głębiej i zakaszlałam, podrażniona zapachem benzyny i smarów. 

- Zwolnił go pan? Kiedy? 

- Dzisiaj o ósmej rano, gdy nie stawił się do roboty  - wyjaśnił rzeczowym, spokojnym 

tonem,  świadczącym  o  tym,  że  Kyle  nadużył  jego  cierpliwości  o  ten  jeden  raz  za  dużo.  - 

Dałem mu szansę, ale to schrzanił. 

- Ma rodzinę - powiedziałam. - Co się z nimi stanie, jeśli nie wróci do pracy? 

Mike  Hamill  podniósł  brudną  szmatę  leżącą  obok  pojemnika  z  olejem  silnikowym  i 

wytarł  nią  ręce.  Nosił  długie  ciemne  wąsy,  które  wcale  go  nie  odmładzały  i  zupełnie  nie 

pasowały  do  siwiejących  włosów  i  brwi.  Luźne  dżinsy  były  poplamione,  koszula  w  kratkę 

opinała obwisły brzuch. 

- Posłuchaj no, to nie twój interes, ale powiem ci, że trzymałem go tak długo właśnie 

ze względu na rodzinę. Moja żona jest najlepszą przyjaciółką matki Sabie i obie suszyły mi 

głowę, żebym  go zatrudnił. Plepleple i plepleple, jak to tylko kobiety potrafią. Jedno trzeba 

mu przyznać, jak jest trzeźwy, silnik nie ma dla niego tajemnic. 

- I nikt nie wie, gdzie on teraz może być? 

Czas uciekał, zniknięcie Kyle’a stanowiło kolejną poważną przeszkodę. 

-  Pewnie  odsypia  kaca  giganta.  -  Uniósł  czapkę  igrzbietem  dłoni  potarł  czoło.  - 

Podobno wczoraj znów popłynął, moja żona mówi, że Sabie w końcu spakowała się i odeszła. 

- Och, mój Boże, to straszne! - Całkiem dobrze to odegrałam. - Zycie mu się zawaliło. 

-  Facet,  który  pije  i  zabawia  się  z  innymi  kobietami,  musi  się  czegoś  takiego 

spodziewać. 

Mike  poszedł  do  wydzielonego  ciasnego  biura  i  usiadł  na  trzeszczącym  krześle. 

Podniósł słuchawkę telefonu, najwyraźniej zamierzając do kogoś zadzwonić. 

-  Z  innymi  kobietami?  Tak  pan  powiedział?  Czyli  z  wieloma?  -  Tym  razem  nie 

musiałam udawać zaskoczenia. 

-  Było  ich  na  tuziny.  -  Spojrzał  na  mnie  zmrużonymi  oczami,  najpewniej 

zastanawiając się, dlaczego tak mnie interesuje jego były pracownik. - Słuchaj no, złotko, jeśli 

background image

jesteś jego ostatnią zdobyczą, powinnaś wiedzieć, że należysz do wielu z długiej listy. Przez 

lata nieźle działał w całym Ellerton. 

- Nie jestem jego ostatnią... nieważne. - Zapytam go wprost. Wzięłam głęboki oddech. 

- Czy to znaczy, że zabawiał się z kobietami nawet, kiedy był już z Sabie? 

Mike cmoknął przez zęby. 

-  Dziecko  i  żona  nie  zmieniają  obyczajów  takich  typków  jak  on.  Ale  spróbuj 

przekonać o tym Sabie. Karen, moja żona, mówiła jej wprost, że Kyle ją zdradza. Jakiś rok 

temu, może półtora. 

Zaczął wystukiwać palcem numer na klawiaturze. Pospiesznie zadałam jeszcze jedno 

pytanie. 

- Czy wtedy zadawał się z Arizoną Taylor? 

Jego  palec  zawisł  nad  klawiaturą.  Mike  zmarszczył  czoło  i  spojrzał  na  mnie 

podejrzliwie. 

- To ta, co się utopiła? 

Skinęłam głową. 

- Tak, mniej więcej w tym czasie - odpowiedział powoli. 

- Była moją przyjaciółką. 

Kolejne cmoknięcie. 

-  No,  szkoda  dziewczyny.  Była  jeszcze  taka  młoda.  Ty  albo  ktoś,  komu  na  niej 

zależało, powinien ją ostrzec, że zadawanie się z Kyle’em to kiepski interes. 

- Nic o tym nie wiedziałam, a potem było za późno. 

Cofnął się pamięcią o półtora roku, przypominając sobie Arizonę. 

- Biedna mała. Mogła sobie znaleźć całą masę lepszych niż Kyle. Pamiętam, jak się tu 

włóczyła w pobliżu, udając twardą dziewczynę. A wcale nie była taka... ani trochę. 

- Czy przyszła do warsztatu tego dnia, gdy utonęła? 

Mike  opuścił  palec  niżej  nad  klawiaturę  telefonu,  gotów  znów  zacząć  wystukiwać 

numer. 

-  Jak  wiele  razy  poprzednio...  Tak,  przyszła  i  tego  ranka.  Trochę  wyprowadziło  ją  z 

równowagi, że nie zastała Kyle’a. Pewnie jak zwykle leczył kaca. 

- Nie przyszedł do pracy? - upewniłam się. 

-  Nie.  Na  szczęście  tamtego  dnia  nie  było  wiele  do  roboty.  Później  usłyszeliśmy  o 

Arizonie. 

- Bardzo panu dziękuję - powiedziałam i westchnęłam głęboko. 

- Nie to chciałaś usłyszeć, co? 

background image

Mike Hamill był nastawiony do mnie przyjaźnie, Wyczuł, że jestem rozczarowana, ale 

pomylił się, zaliczając mnie i Arizonę do tej samej kategorii  - pozwalających się oszukiwać 

dziewczyn. 

-  Kyle  to  przystojny  chłopak  i  łatwo  przychodzi  mu  zdobywanie  kobiet.  Lepiej  to 

przerwij, cokolwiek was łączy. 

- Mnie nic... 

- Wierz mi, dziewczyno, nie jest wart zachodu. Nie powinnaś mu za grosz wierzyć. 

Była dziesiąta rano. Nasz ostatni dzień i  wciąż ani śladu Kyle’a. Odwróciłam się do 

Phoeniksa,  to  znaczy  tam,  gdzie  się  spodziewałam,  że  jest,  i  poinformowałam  go,  że 

utknęliśmy w martwym punkcie. Okazało się, że rzeczywiście stoi przede mną. 

- Ale sporo dowiedzieliśmy się od Mike’a Hamilla - uświadomił mi. - Choćby tego, że 

Arizona i Kyle nie umówili się na spotkanie przy jeziorze. 

- Czyli gorzej niż nic - jęknęłam. - Nasz jedyna teoria na temat tego, co się stało, legła 

w gruzach. 

Przechodzący  obok  mnie  mężczyzna  uznał  oczywiście,  że  mówię  sama  do  siebie. 

Wsiadłam  do  samochodu,  a  on  rzucił  mi  podejrzliwe  spojrzenie  i  wyciągnął  komórkę. 

Usłyszałam, że Phoenix siada obok mnie i nie czekając ani chwili, odjechałam. 

- Szkoda, że wcześniej nie dowiedziałam się prawdy oKyleu. 

- Tak, sytuacja do dupy. 

Oboje pomyśleliśmy o tym samym - jak tę wiadomość przyjmie Arizona. 

- Musimy jej o tym mówić? - spytałam. 

-  Trudno  coś  takiego  powiedzieć.  Lepiej  nie  mówmy,  chyba  że  to  będzie  konieczne 

dla wyjaśnienia sprawy. 

- Od czego jesteśmy jak najdalej.  -  Męczące  uczucie frustracji towarzyszyło mi,  gdy 

jechałam w kierunku centrum miasta. - Keppler może być wszędzie. Jak mamy go przycisnąć, 

jeśli nie wiemy, gdzie go szukać? 

Przystanęłam  na  czerwonym  świetle,  piesi  przechodzili  przez  skrzyżowanie.  Wśród 

nich młoda kobieta pchająca spacerówkę. Dopiero po chwili ją rozpoznałam. Sabie Keppler z 

dzieckiem! 

- Zaparkuj - powiedział Phoenix, kiedy do niego też to dotarło. 

Skręciłam  na  stację  benzynową  i  zaczęliśmy  obserwować  Sabie.  Spotkała  się  z 

kobietą,  która  wyglądała  jak  jej  starsza  wersja  -  podobne  ciemne  włosy  i  taki  sam  mocno 

zarysowany  podbródek.  Obie  niewysokie,  szczupłe,  ubrane  w  obcisłe  dżinsy  i  luźne  kurtki, 

background image

podkreślające szczudłowate nogi, z jednakowymi apaszkami w paski zawiązanymi przy szyi. 

Przystanęły na chodniku i zaczęły rozmawiać. 

- Chcę słyszeć, co mówią - powiedziałam i wysiadłam z samochodu. 

Przeszłam przez jezdnię, zmierzając w stronę witryny sklepu dla wędkarzy. Delikatny 

chrzęst  skóry  i  odgłos  lekkich  kroków  powiedziały  mi,  że  Phoenix  idzie  ze  mną.  Możecie 

sobie wyobrazić, jak fascynowała mnie ta wystawa sklepowa, mimo to starałam się wyglądać 

na zainteresowaną tymi wszystkimi kołowrotkami, spławikami i przynętami. 

-  Kupiłam  pieluszki  -  powiedziała,  jak  się  domyślałam,  matka  Sabie,  unosząc 

plastikową torbę. - Czego jeszcze potrzebujemy? 

- Zostawiłam w domu butelkę i ulubioną miseczkę Mischy - zaczęła wyliczać Sabie. - 

Potrzebuję też chusteczek pielęgnacyjnych i smoczków. 

- Dobrze, po drodze wstąpimy do drogerii, powinnyśmy to wszystko tam dostać. Czy 

Kyle dzwonił? 

- Pięć albo sześć razy. Nie odebrałam. 

- Wcześniej czy później będziesz musiała z nim porozmawiać. 

Matka  Sabie  ujęła  rączkę  spacerówki  i  zaczęła  pchać  wózek  w  kierunku  parkingu. 

Dziecko wyprężyło się w szelkach, oglądając się na Sabie. 

- Ale nie dzisiaj - oświadczyła Sabie, po czym wyjęła z kieszeni komórkę i wyłączyła 

ją. 

Poczekałam,  aż  oddaliły  się  o  kilka  kroków,  i  ruszyłam  za  nimi.  Nie  było  mi 

przyjemnie patrzeć na rodzinę Kyle’a w rozsypce... Do tej pory jego żona i dziecko nie były 

tak boleśnie realne. Teraz miałam  przed sobą Sabie, z twarzą zaczerwienioną od chłodnego 

wiatru  i  ustami  wygiętymi  w  gorzkim  grymasie  rozczarowania.  I  znałam  imię  dziecka  - 

Mischa. Była śliczną dziewczynką o ciemnych kręconych włosach. 

- Słuchaj, Sabie, dzwoniłam do twojego brata - przyznała się matka, kiedy doszły do 

samochodu. 

- Nie powinnaś była tego robić. 

Wyraźnie się rozzłościła. Wyjęła dziecko ze spacerówki  i  przypięła je do fotelika w 

samochodzie, a potem z impetem złożyła wózek i wrzuciła go do bagażnika. 

-  Martwiłam  się  o  niego  -  usprawiedliwiała  się  matka,  przytrzymując  drzwiczki 

samochodu. - Jeśli był  tak beznadziejnie pijany,  jak twierdzisz, mógł  się rozbić na motorze, 

zjechać z drogi... cokolwiek. 

-  Uważasz,  że  powinnam  się  tym  przejmować?  -  Sabie  pochyliła  się,  by  sprawdzić 

pasy fotelika Mischy. - On i Kyle są siebie warci. 

background image

-  Ale  Sabie...  Jesteś  jego  siostrą,  on  cię  kocha.  Chciał  z  tobą  o  tym  wszystkim 

pogadać. Powiedziałam, żeby przyjechał do miasta. 

-  Powiedziałaś  mu,  gdzie  jesteśmy?  -  Sabie  odeszła  parę  kroków  od  samochodu,  ale 

zaraz ze złością zawróciła. - Posłuchaj mnie, mamo. Nie chcę rozmawiać z Jonem, ani teraz, 

ani nigdy. Może sobie być moim bratem, ale ja go już skreśliłam! Rozumiesz?! 

- Dziecko, posłuchaj... 

-  Nie,  to  ty  posłuchaj.  Chcesz  się  zobaczyć  ze  swoim  synem?  W  porządku.  Zostań 

tutaj i pogadaj z nim. Ale oddaj mi kluczyki i pozwól odjechać. - Złapała kluczyki iwsiadła do 

samochodu. 

Jej matka nachyliła się do okna. 

- Gdzie będziesz? 

Sable wzięła głęboki oddech, próbując się uspokoić. 

-  Mischa  jest  zmęczona.  Zawiozę  ją  do  ciebie  i  położę  do  łóżeczka.  Gdzie  indziej 

mogłabym pójść? 

A co my z Phoeniksem moglibyśmy zrobić innego, niż pojechać za nią? Pobiegliśmy 

do mojego samochodu i zdążyłam wyjechać na szosę w samą porę, żeby zobaczyć, jak Sabie 

skręca z głównej drogi w boczną, prowadzącą do autostrady. Tu, na Daler Street, domy stały 

bardziej oddalone od ulicy i dalej od siebie, były większe i schludniejsze niż te przy White 

Eagle  Road.  Niektóre  były  pomalowane  na  pastelowe  odcienie  żółci  i  niebieskiego,  miały 

białe ganki i klomby na podwórzu. 

Sabie  wjechała  na  podjazd  przed  szarym  zniszczonym  domem,  wymagającym 

remontu,  ja  zaparkowałam  przy  chodniku  i  obserwowałam,  jak  wyjmuje  dziecko  z 

samochodu. Z domu zaczęło dochodzić szczekanie psów. 

- Kompletna kicha - westchnęłam. 

Na siedzeniu obok mnie pojawiła się kolorowa poświata i wkrótce zmaterializował się 

Phoenix. Minę miał niepewną, był spięty. 

-  Faktycznie  -  zgodził  się.  -  Ani  Sabie,  ani  Mischa  nie  zasłużyły  sobie  na  to,  żeby 

rujnować im życie. 

- Żebyśmy my rujnowali im życie - uściśliłam, wyobrażając sobie, co się z nimi stanie, 

gdy udowodnimy, że to  Kyle zabił Arizonę. Ale zaraz pomyślałam o tym  w inny sposób.  - 

Słuchaj, to nie tak. Oni sami robią wszystko, żeby zrujnować sobie życie. 

- A my szukamy sprawiedliwości dla Arizony - podchwycił Phoenix. - Czyli działamy 

dalej? 

Kiwnęłam głową. 

background image

- Musimy odkryć, kta zawiózł Arizonę nad jezioro Hartmann i dlaczego. 

Dalej potoczyło się to tak: Jon Jackson dołączył do swojej matki krótko po tym, jak 

Sabie odjechała z Mischą, i dowiedział się, gdzie jest siostra. Pięć minut później pojawił się 

przed  domem  matki  na  swoim  lśniącym  czarnym  softtailu.  Phoenix  i  ja  siedzieliśmy  w 

samochodzie, omawiając plan działania. 

Zobaczyliśmy  Jona  i  usłyszeliśmy,  jak  wykrzykuje  imię  siostry.  Ponieważ  nie 

odpowiadała,  wpadł  jak  burza  do  środka.  W  sekundę  później  w  towarzystwie  Sabie  i  psów 

znowu  pojawił  się  na  ganku.  Mój  samochód  stał  w  zbyt  dużej  odległości,  żebym  mogła 

słyszeć dokładnie każde słowo, więc zdałam się na pomoc Phoeniksa. 

- Mówi, że nie chce z nim gadać - przekazał. - I żeby wynosił się do diabła. 

Widziałam,  jak  Sabie  mierzy  wzrokiem  swojego  groźnie  wyglądającego  brata.  Miał 

czarne jak ona włosy, gęste, grube brwi i wykrzywione w grymasie usta. Sięgała mu ledwo do 

piersi i postukiwała w nią palcem, punktując każde swoje słowo. 

- Mówi, że on i Kyle byli kompletnie ululani, Jon na to, żeby dała swojemu facetowi 

jeszcze jedną szansę. Oboje zdrowo przeklinają. 

- Mam podjechać bliżej? 

- Ale tylko trochę. Jon mówi, że trzyma jej stronę i że ona nawet nie wie, jak bardzo. 

- Niby w jaki sposób? 

Teraz słyszałam już, co mówią. Stało się też dla mnie jasne, że brata z siostrą łączy 

skomplikowana więź. 

- Kyle nieźle sobie nagrabil, wiem - argumentował Jon. - Ale dostał nauczkę. 

Sabie roześmiała się głucho. 

- Masz na myśli ostatnią noc? To nazywasz nauczką? 

-  Pojechaliśmy  całą  paczką  do  Foxton  -  wyjaśniał  Jon.  -  Czy  ty  wierzysz  w  duchy, 

Sabie?  Ja  też  nie  wierzyłem,  dopóki  nie  znaleźliśmy  się  na  tym  przeklętym  wzgórzu. 

Słyszałaś  pogłoski  o  tych  dzieciakach,  co  umarły,  a  teraz  nawiedzają  tamto  miejsce?  To 

wszystko prawda. 

-  Pijacka  gadanina!  -  powiedziała  szyderczo  i  zeszła  z  ganku,  a  Jon  za  nią.  -  Obaj 

macie rozmiękczone mózgi, możecie sobie do woli wymyślać niestworzone bzdury na temat 

duchów. Idź stąd, Jon, i powiedz Kyle’owi, żeby nie ważył się tu pokazywać. 

Ale  było  za  późno.  Jon  zdążył  już  porozumieć  się  z  Kyle’em  i  Sabie  jeszcze  nie 

skończyła mówić, gdy na Daler Street rozległ się warkot silnika dyny. 

Phoenix  pospiesznie  zniknął,  a  ja  wcisnęłam  się  w  kremową  skórzaną  tapicerkę 

mojego  kabrioletu.  Nic  mi  to  nie  dało.  Kyle  zauważył  mnie  oczywiście  i  szarpnięciem 

background image

otworzył  drzwiczki.  Nie  wrzeszczał  -  spojrzał  na  mnie  z  nienawiścią  i  spokojnym  głosem 

polecił, żebym wysiadła. Przestraszyło mnie to bardziej niż przemoc fizyczna. 

Psy  ujadały  przy  płocie,  Sabie  zaczęła  bębnić  pięściami  w  pierś  Jona.  Stałam  na 

wypłowiałej trawie przy pasie żwiru i czułam, jak drżą mi nogi. 

- A teraz o co chodzi? - spytał Kyle, łapiąc mnie za nadgarstek i ciągnąc za sobą. 

Z  tyłu  doszedł  mnie  odgłos  stąpania  Phoeniksa  po  suchej  trawie.  Nasze  stopy 

chrzęściły na żwirze. 

- Miałaś zamiar powiedzieć mojej żonie o mnie i tej topielicy? To już nie żyjesz. 

- Dlaczego miałabym to robić? - Z całej siły starałam się oswobodzić z jego żelaznego 

chwytu, ale skutek był tylko taki, że skóra na nadgarstku zaczęła mnie piec. 

- Arizona nie żyje. Nic tego nie zmieni. 

- To przestań wtykać nos w nie swoje sprawy. - Puścił w końcu moją rękę. - Wracasz 

do samochodu i odjeżdżasz, ja przepraszam Sabie i życie toczy się dalej. 

Jego arogancja naprawdę mnie rozzłościła. 

- Chyba będziesz musiał wysilić się na coś więcej niż zwykłe przepraszam - rzuciłam. 

- Nawiasem mówiąc, straciłeś pracę. Mike Hamill kazał ci to przekazać. 

Zacisnął  zęby,  mięśnie  szczęki  zagrały  pod  skórą.  Zamknął  oczy  i  odchylił  głowę. 

Bałam  się,  że  w  następnej  sekundzie  opadnie  na  mnie  jego  potężna  pięść.  W  tym  samym 

momencie nadszedł Jon Jackson ze strzelbą. Wycelował ją we mnie. 

Patrzyłam na długą lufę, przez głowę przemknęło mi: więc tak to jest. Moje ostatnie 

chwile,  jakby  na  zwolnionym  filmie  -  wypłowiała  trawa  przy  drodze,  samolot  zostawiający 

białą smugę na tle błękitnego jak kwiaty kukurydzy nieba. 

I  wtedy  oni  się  zmaterializowali.  Phoenix,  Arizona,  Łowczy.  Nie,  jeszcze  nie  teraz, 

pomyślałam. Łowczy stanął między mną a Jacksonem. Ujął lufę strzelby i skierował ją pod 

kątem czterdziestu pięciu stopni.  Jackson i  Keppler chcieli rzucić się na niego, ale Phoenix 

powstrzymał ich obu. Upadli na trawę, broń leżała poza ich zasięgiem. 

Spojrzałam  na  Arizonę.  Patrzyła  z  głębokim  rozczarowaniem  na  rozciągniętego  na 

ziemi faceta, który był jej ukochanym. 

- Nic nie udało mi się z niego wyciągnąć - powiedziałam. - Wierzcie mi, próbowałam. 

- A zatem muszę zastosować ostateczne środki - oświadczył z powagą Łowczy. - Nie 

bój się, że doszliśmy do ściany, Arizona. Coś jeszcze możemy zrobić. 

 

 

background image

11 

Podróżowanie  w  czasie  sprawia  cholerny  ból,  nieporównywalnie  silniejszy  niż  ten, 

który odczuwa się podczas czyszczenia pamięci. Potężna siła wykręca każdy mięsień, każde 

ścięgno,  ból  koncentruje  się  między  łopatkami,  spala,  rozdziera,  aż  w  końcu  zerkasz  przez 

ramię i widzisz piękne anielskie skrzydła. Rozkładasz je i czujesz, jak wiatr porusza czysto 

białymi piórami. 

Łowczy,  ja,  Arizona,  Kyle  i  Jon  podróżowaliśmy  w  czasie,  cofając  się  o  rok  plus 

siedem dni, żeby poznać prawdę o tym, co się naprawdę wydarzyło w dniu śmierci Arizony. 

Gdybyście  byli  z  nami,  moglibyście  odnieść  wrażenie,  że  lecicie  w  porywistym 

wietrze,  a  potem  silny  wir  wsysa  was  w  coś  w  rodzaju  tunelu  i  wasze  skrzydła  stają  się 

bezużyteczne, dopóki nie zostaniecie cofnięci dokładnie do tej chwili nad jeziorem Hartmann, 

kiedy to się wydarzyło. Wtedy zawisacie nad ziemią i obserwujecie. 

Jezioro  w  późnojesiennej  scenerii  -  ostatni  wysiłek  i  ostatnia  szansa,  żeby  poznać 

prawdę.  Minęło  południe,  mimo  to  szron  bieli  ziemię,  a  przy  brzegu  jeziora  widać  cienką 

warstewkę  lodu.  Wody  jeziora  są  niewiarygodnie  czyste  i  spokojne  -  zielonkawoniebieska 

toń. Na drugim brzegu pną się aż do granicy skalnego osuwiska osiki ozłotożóltych liściach. 

Obrazek  jak  z  turystycznego  folderu.  „Odwiedź  dziewicze  Góry  Skaliste.  Powita  cię 

nieskażona natura w całej swojej wspaniałości”. 

Teraz widać, jak potężną moc ma Łowczy - to on trzyma nas wszystkich w pętli czasu, 

czyniąc z nas niemych świadków. 

Widzimy czerwoną półciężarówkę Kyle’a zaparkowaną pod sekwoją, a obok niej dwie 

osoby. To oczywiście Kyle i Arizona rok temu - ona wciąż żywa. Tak właśnie wyobrażaliśmy 

ich sobie z Phoeniksem. 

- To ostatni raz - mówi Kyle. - Żenię się, to nasza ostatnia rozmowa. 

Arizona cierpi, twarz ma bladą, oczy pociemniałe. 

- Słyszałaś? - Kyle chwyta ją za ramię i odciąga od samochodu. - Nie dzwoń, nie kręć 

się więcej koło warsztatu Mike’a. Zrozumiałaś? 

- Kto ci powiedział? 

Cichy,  pokorny  głosik  nie  należy  do  Arizony,  jaką  znałam  -  dumnej  dziewczyny  z 

charakterem. 

- Wiem i już, niech ci to wystarczy. 

background image

W grupie niemych obserwatorów zapanowało lekkie poruszenie - Kyle i Jon wpadli w 

panikę i chcieli odlecieć nad jezioro. Łowczy tylko potrząsnął głową i niewidzialne skrzydła 

zagnały ich z powrotem na miejsce. 

-  Po  to  do  mnie  zadzwoniłeś?  Żeby  mnie  tu  przywieźć  i  powiedzieć,  że  nie  chcesz 

więcej się ze mną spotykać? Nie wierzę ci, Kyle. - Po raz ostatni usiłowała go przekonać. - 

Już próbowałeś, ale wiesz, że nie potrafisz się mnie wyrzec. 

Kolejny  punkt  dla  mnie  i  Phoeniksa.  To  właśnie  przewidzieliśmy:  ich  dwoje, 

czerwona półciężarówka, odległe, opustoszałe miejsce, oszronione drzewa i Kyle tracący nad 

sobą kontrolę. 

- Lepiej mi uwierz, Arizona. Żenię się z Sabie. Nieźle się zabawiliśmy, ty i ja, ale to 

koniec. 

Zareagowała, jakby wymierzył jej policzek. 

-  Zabawiliśmy?  -  powtórzyła,  jakby  nie  dotarł  do  niej  sens  tego  słowa.  -  Tyle  to  dla 

ciebie znaczyło? A co z tymi wszystkimi twoimi zwierzeniami, jaki czujesz się samotny, jak 

spędzałeś  tu  całe  dnie  samiuteńki,  gdy  byłeś  dzieckiem  i  nikt  się  tobą  nie  interesował,  jaki 

jesteś wyobcowany, jak nienawidzisz swojej rodziny... chcesz się od nich odciąć? 

- To była prawda. - Wzruszył ramionami. 

- Więc gdzie się podział ten facet, w którym się zakochałam? Skąd się wziął ten drugi, 

którego kompletnie nie rozumiem? - Chciała go objąć, ale ją odepchnął. 

- Wszystko się zmienia - mruknął pod nosem. - Zycie idzie dalej. 

- A co się stanie, jeżeli się nie zgodzę? Jeśli porozmawiam z Sabie...? 

Stojąca za mną Arizona ze wstydu zakryła twarz dłońmi. 

- Co się stanie? - Kyle się rozzłościł. - Tylko spróbuj, a już nie żyjesz. 

„Już nie żyjesz” wpadło jak kamień do jeziora, po wodzie rozeszły się kręgi. 

-  Nie  zdołasz  mnie  powstrzymać!  -  zawołała.  -  Jestem  kimś,  mam  swoje  prawa,  jak 

każdy.  Nie  można  mnie  zamknąć,  jakbym  była  zapomnianą  rzeczą  w  szafie,  i  udawać,  że 

nigdy nie istniałam. 

Okazał jej, jaki jest bezwzględny i okrutny. 

- Nigdy się dla mnie nie liczyłaś, nie na serio - zapewnił ją szyderczo. - W porównaniu 

z Sabie jesteś nikim, bo z nią mam wspólny język, a ty jesteś zepsutą, bogatą panienką, która 

potrafi tylko skamlać, żeby dostać to, czego chce. Kiedy włożyłaś jakikolwiek wysiłek, żeby 

coś zdobyć? 

-  Tak  uważasz?  -  Wreszcie  mu  się  postawiła.  -  Wyobrażasz  sobie,  że  pstrykam 

palcami i ludzie przybiegają spełnić moje żądania? Wcale mnie nie znasz! 

background image

- Rozpaskudzona bogata dziewucha i tylko ty uważasz, że jest inaczej! - Odciągnął ją 

od  ciężarówki,  wyszli  spod  cienia  sekwoi  i  stanęli  na  skraju  nawisającego  nad  brzegiem 

jeziora skalnego występu. - Poczekaj, aż zobaczysz, kto jest ze mną, a wtedy zrozumiesz, że 

mówię serio. 

Trzepotanie  skrzydeł  powiedziało  mi,  że  Jon  i  Kyle  znowu  próbowali  walczyć  z 

Łowczym i znowu im się nie udało. Zmusił ich do pozostania na miejscu i patrzenia na to, co 

robili tutaj rok temu. 

- Przecież jesteśmy sami. - Arizona rozejrzała się niespokojnie. - Co to znaczy, że ktoś 

jest z tobą? 

- Dobra, Jon - odezwał się Kyle bezbarwnym, pozbawionym emocji głosem. - Teraz. 

Jon Jackson,  ubrany  w  czarny  podkoszulek  i  dżinsy,  wyszedł  zza  skały.  Nie  sam.  Z 

Ravenem. 

Oszołomiony  chłopczyk  nie  wiedział,  gdzie  jest  ani  dlaczego  się  tu  znalazł.  Był 

przerażony.  (Nie)Umarła  Arizona  zakryła  usta  dłonią.  Arizona  z  przeszłości,  kompletnie 

zaskoczona,  milczała.  Zastygła  jak  sparaliżowane  strachem  małe  zwierzątko,  zanim 

drapieżnik  wyciągnie łapę i  schwyci  je, obnażając pazury. Raven, bezradnie skulony, stał u 

boku Jacksona. 

- Łatwo poszło - oznajmił chełpliwie Jon. - Znalazłem go na brzegu jeziora na terenie 

szkoły. Nikogo przy nim nie było. Bez trudu wpakowałem go do samochodu, waży niedużo, 

ze trzydzieści kilo. 

Arizona rzuciła się ku bratu, ale ledwo zrobiła kilka kroków, Kyle zastąpił jej drogę. 

Chwiejnie  cofnęła  się  na  skalny  występ.  Raven  zobaczył  ją  i  chciał  do  niej  podbiec,  ale 

Jackson chwycił go za ramię. 

-  Ufałam  ci...  Jak  mogłeś  coś  takiego  zrobić?  -  zawołała  Arizona  do  Kepplera, 

odrętwiała z szoku, strachu i niedowierzania. - Nigdy nikomu nie mówiłam o Ravenie, tylko 

tobie, Kyle. Nie rób mu tego. Puśćcie go. 

Raven  zaczął  walczyć  z  Jacksonem.  Widać  było,  że  jest  słaby,  ruchy  ma 

nieskoordynowane... Nigdy, przenigdy w całym swoim życiu nie widziałam nic tak smutnego. 

- Puśćcie go! - krzyknęła Arizona. 

Jej panika udzieliła się bratu. Zaczął młócić chudymi ramionami pierś Jacksona. Przez 

sekundę  miałam  nadzieję,  że  ucieknie.  Ale  Jackson  wykręcił  do  tyłu  jego  drobne  ręce,  a 

potem uniósł go i rzucił na ziemię pod drzewem. Kyle odwrócił się i odszedł kilka kroków - 

nawet jego nie zachwyciło to, co zobaczył. Jackson przejął inicjatywę w rzucaniu gróźb. 

background image

- Zbliż się na kilometr do mojej  siostry,  a zrobię to  znowu  - zaszantażował  Arizonę, 

pokazując  kciukiem  na  Ravena  i  podchodząc  do  niej.  -  Mogę  wykraść  dzieciaka  z  tej  jego 

szkoły, kiedy mi się żywnie spodoba, i zrobić z nim, co mi się spodoba. Słyszysz? 

- Puść go - powiedziała błagalnie Arizona. 

Raven podciągnął kolana do piersi i zaczął się kołysać. Jackson stanął między Arizoną 

a jej bratem. 

- Najpierw przysięgnij, że odczepisz się od Kyle’a i mojej siostry. 

Z rozpaczą potrząsnęła głową. 

- Czy to był twój pomysł? - spytała Kepplera, który wciąż stał odwrócony tyłem. 

-  Nie  obwiniaj  go.  Ja  wpadłem  na  pomysł  wykradnięcia  dzieciaka  -  oznajmił 

chełpliwie Jackson. - Jeśli mnie zmusisz, nie zawaham się go skrzywdzić, wierz mi. 

Raven zaczął szlochać. Arizona zdołała przemknąć się obok Jacksona i uklękła przy 

bracie. Przytuliła go do siebie. 

- Już dobrze, braciszku - szeptała. - Wszystko będzie dobrze. 

Ale  nie  było  i  nie  miało  być.  Serce  dosłownie  zamarło  mi  w  piersi,  kiedy  razem  z 

Łowczym,  Arizoną,  Kyle’em  i  Jacksonem  patrzyłam  na  to,  co  się  dzieje.  A  (Nie)Umarła 

Arizona przysunęła się bliżej do swojego byłego chłopaka. 

-  Oszalałeś?  Zastanowiłeś  się,  jaką  krzywdę  wyrządzisz  mojemu  bratu,  jeśli  go 

porwiesz? 

- Nie chciałaś mnie słuchać - wymamrotał Kyle, nie mogąc spojrzeć jej w oczy. - Jon i 

ja musieliśmy coś wymyślić, żebyś siedziała cicho. 

- Ty i tuzin innych dziewczyn  -  wtrącił Jackson szyderczo. - Tak, Arizona, nie byłaś 

jedyna. 

Równie  dobrze  mógł  ugodzić  ją  w  serce.  Tym  jednym  zdaniem  rozwiał  resztki  jej 

złudzeń. 

- Czy to prawda? - spytała, znów tym cichym, pokornym głosikiem. 

Ale  wydarzenia  sprzed  roku  biegły  swoim  torem  i  Raven  wyrwał  się  z  jej  objęć. 

Zaczął uciekać i tym razem powiodło mu się, umknął ze skalnego występu między wysokie 

sosny i znikł w ich cieniu. Kyle stał najbliżej, więc pobiegł za nim. 

- Raven, nie uciekaj! - krzyknęła Arizona. - Zostań ze mną! 

Chciała zerwać się do biegu,  ale Jackson ją powstrzymał.  Popchnęła  go  z całej siły, 

stracił  równowagę  i  przez  chwilę  wydawało  się,  że  zaraz  wpadnie  do  jeziora.  Ale  złapał 

młode drzewko osiki, znalazł oparcie dla stóp i odskoczył w bezpieczne miejsce na skalnym 

background image

występie.  Rzucił  się  na  Arizonę,  a  ona  zaczęła  się  bronić,  chcąc  zepchnąć  go  z  powrotem. 

Młóciła nogami jak oszalała, ale walka była nierówna - Jackson był dużo wyższy i cięższy. 

Naparł  na  nią  i  popchnął  ją  tak  silnie,  że  wpadła  na  sekwoję  -  tę  samą,  pod  którą 

Raven kołysał się skulony. Uderzyła o twardy nierówny pień tak mocrio, że słychać było, jak 

z jej piersi wyrywa się oddech. Wyciągnęła obie ręce, aby nie dopuścić Jacksona do siebie, 

ale szybko sobie z tym poradził. Złapał ją za szyję i miotając nią jak szmacianą lalką, uderzał 

o drzewo - raz, drugi trzeci, aż przestała walczyć. Puścił ją i bezwładnie opadła na ziemię. 

Leżała nieruchomo  przez kilkanaście sekund  - dłużących się jak wieczność. Jackson 

stał obok. Niepewnie pochylił się nad nią, szukając oznak życia, a gdy nie dojrzał żadnych, 

wyprostował się i cofnął o krok. Obejrzał się przez ramię, sprawdzając, czy nie nadszedł Kyle 

z Ravenem. Nikogo nie było. Trącił nogą ciało Arizony. Nie poruszyła się. 

Leżała na plecach, głowę miała przekrzywioną pod dziwnym kątem, ramiona szeroko 

rozrzucone. Podniósł ją i zarzucił sobie na barki w taki sposób, jak myśliwy mógłby zarzucić 

na ramię upolowanego jelonka. Podszedł do brzegu skalnej półki, pochylił się i ciało Arizony 

zsunęło  się  do  jeziora.  Nie  stał  na  samym  brzegu,  więc  najpierw  ciało  uderzyło  o  skalną 

półkę, rozległo się głuche tąpnięcie, a potem plusk. 

Może  oprzytomniała  pod  wpływem  zetknięcia  z  zimną  wodą,  bo  wróciło  jej  życie  i 

wymachując  ramionami,  zaczęła  płynąć  do  brzegu.  To  była  Arizona  -  bez  walki  nie 

poddałaby się śmierci. 

Jackson już był w wodzie - skoczył ze skalnej półki i wychynął w pobliżu Arizony jak 

złowrogi podwodny potwór - ciemne lśniące włosy oblepiały mu czaszkę. Złapał Arizonę za 

szyję  i  bez  trudu  odciągnął  z  płycizny  z  powrotem  na  głębinę.  Przytrzymał  jej  głowę  pod 

wodą i tym razem życie uszło z niej naprawdę. Nie puścił jej, dopóki całkiem się o tym nie 

upewnił. 

A potem, złowieszczy jak prawdziwy potwór, dobrnął przez płyciznę do brzegu. Ciało 

Arizony  pozostało  na  wodzie  -  ramiona  szeroko  rozpostarte,  ciemne  włosy  falowały  jak 

wodorosty wokół jej bladej twarzy Nieruchome oczy patrzyły prosto w niebo. 

Myliliśmy się. Wszyscy, na całej linii. Arizona nie popełniła samobójstwa ani Kyle jej 

nie  zabił.  Łowczy  siłą  woli  więził  na  miejscu  zbrodni  prawdziwego  sprawcę.  Pozwolił, 

żebyśmy  przez  dłużącą  się  niczym  wieczność  chwilę  wszyscy  na  niego  patrzyli.  Wreszcie 

Kyle przerwał ciszę. 

- Mówiłeś, że to był wypadek. 

Jackson potrząsnął głową. 

- Wierzyłeś w to, bo chciałeś wierzyć. 

background image

- Arizona upadła i uderzyła się w głowę. Tak dokładnie mi powiedziałeś. 

- A co to dla ciebie za różnica? Rozwiązałem twój problem i tyle. - Jeśli Jackson miał 

jakieś wyrzuty sumienia z powodu tego, co zrobił, doskonale to ukrywał. 

- Odjechałem stamtąd przez nikogo niezauważony. Ja jeden miałem to na głowie. 

Nie mogłam oderwać wzroku od ciała Arizony unoszącego się na połyskliwej wodzie, 

od jej nieruchomych, martwych oczu. 

(Nie)Umarła  Arizona  była  obok  mnie.  Obie  zobaczyłyśmy,  jak  rok  temu  Kyle 

wychodzi z Ravenem spomiędzy drzew, i obie widziałyśmy, jakim szokiem był dla chłopca 

widok unoszącego się na wodach jeziora ciała. 

- Zabiłeś ją - powiedział pozbawionym emocji głosem podróżujący w czasie Kyle. 

- Wracamy - rozkazał Łowczy. - Widzieliśmy już co trzeba. 

 

 

background image

12 

Nie  uwierzylibyście,  jak  szybko  wracaliśmy,  gnani  przez  wiatr  i  unoszeni  przez 

miliony  skrzydeł.  Przecisnęliśmy  się  przez  tunel  czasu,  czując  na  sobie  spojrzenia  pustych 

oczodołów  niezliczonych  głowoczaszek,  wirujących  wokół  nas  w  ciemnościach.  Arizona 

prowadziła nas na wyschniętą trawę i żwirowane obrzeża Daler Street... 

- A teraz o co chodzi? - spytał Kyle, łapiąc mnie za nadgarstek i ciągnąc za sobą. 

Z  tyłu  doszedł  mnie  odgłos  stąpania  Phoeniksa  po  suchej  trawie.  Nasze  stopy 

chrzęściły na żwirze. 

- Miałaś zamiar powiedzieć mojej żonie o mnie i tej topielicy? To już nie żyjesz. 

- Dlaczego miałabym to robić? - Z całej siły starałam się oswobodzić z jego żelaznego 

chwytu, ale skutek był tylko taki, że skóra na nadgarstku zaczęła mnie piec. 

- Arizona nie żyje. Nic tego nie zmieni. 

- To przestań wtykać nos w nie swoje sprawy. - Puścił w końcu moją rękę. - Wracasz 

do samochodu i odjeżdżasz, ja przepraszam Sabie i życie toczy się dalej. 

Jego arogancja naprawdę mnie rozzłościła. 

- Chyba będziesz musiał wysilić się na coś więcej niż zwykłe przepraszam - rzuciłam. 

- Nawiasem mówiąc, straciłeś pracę. Mike Hamill kazał ci to przekazać. 

Zacisnął  zęby,  mięśnie  szczęki  zagrały  pod  skórą.  Zamknął  oczy  i  odchylił  głowę. 

Bałam  się,  że  w  następnej  sekundzie  opadnie  na  mnie  jego  potężna  pięść.  W  tym  samym 

momencie nadszedł Jon Jackson ze strzelbą. Wycelował ją we mnie. 

Patrzyłam na długą lufę, przez głowę przemknęło mi: więc tak to jest. Moje ostatnie 

chwile,  jakby  na  zwolnionym  filmie  -  wypłowiała  trawa  przy  drodze,  samolot  zostawiający 

białą smugę na tle błękitnego jak kwiaty kukurydzy nieba... 

Kyle stanął między mną a Jacksonem. Wiedział teraz, co zrobił jego szwagier. Złapał 

strzelbę i wyszarpnął ją Jonowi. Przytknął mu lufę do piersi. 

- Kyle, nie... co ty wyprawiasz? 

Jackson był przerażony. Widziałam strach w jego oczach, wręcz śmierdział strachem - 

dokładnie tak, jak to opisują. Keppler zmusił go do zejścia na szosę, popychając końcem lufy. 

Łowczy trzymał mnie i Arizonę nieruchomo w tym samym miejscu. 

- Kyle, widziałeś ją, zachowywała się jak dzikie zwierzę, co miałem robić? 

To straszna rzecz  - słyszeć, jak ktoś błaga o życie, i nie czuć dla niego współczucia. 

Przyznaję uczciwie, chciałam, żeby Kyle nacisnął spust. 

- Mówiłeś, że utonęła. - Kyle nie słuchał tego, co mówił Jackson. 

background image

Wciąż miał go przed oczami, jak wali Arizoną o drzewo, niesie ją na brzeg skalnego 

występu, wrzuca do wody. Głuche tąpnięcie i plusk. 

- Stało się... nie planowałem tego. Zawieźliśmy chłopaka do miasta i zostawiliśmy go 

tam. Nikt nas nie widział. 

Bóg  jeden  wie,  jakie  to  beznadziejnie  rozpaczliwe  czuć  zimną  śmiercionośną  stal 

przyciśniętą do serca, wyrzucać z siebie słowa i wiedzieć, że niepotrzebnie marnuje się na nie 

ostatnie chwile. 

Kyle  stoi  odwrócony  do  nas  plecami.  Ani  ja,  ani  Arizona  nie  widzimy  wyrazu  jego 

twarzy, gdy naciska spust. Na huk wystrzału ludzie wylęgają przed swoje domy. Samochody, 

które w obu kierunkach jadą po autostradzie, zatrzymują się na Daler Street. 

W  pewnym  sensie  ten  wystrzał  zakończył  sprawę.  I  paradoksalnie  wcale  jej  nie 

zakończył. 

Do  końca  życia  nie  zapomnę  wystrzału,  który  zatrzymał  ruch  uliczny  i  rozległ  się 

echem  po Daler Street.  Dla mnie i  wszystkich,  którzy  go słyszeli, wciąż pozostanie żywym 

wspomnieniem. 

Jon Jackson zachwiał się. Kolana się pod nim ugięły i upadł plecami na ziemię. Kyle 

Keppler odrzucił na bok strzelbę. 

Wszyscy  świadkowie  potwierdzają,  że  zachowanie  zabójcy  po  strzale  było  dziwne. 

Zgiął  się  wpół,  jak  gdyby  odczuwał  straszliwy  ból,  i  zakołysał  się  w  przód  i  w  tył,  jakby 

zbierał siły, żeby rzucić się do ucieczki. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa, twarz stężała od 

cierpienia.  Omal  nie  upadł  na  ciało  zabitego  szwagra,  w  ostatniej  chwili  odzyskując 

równowagę. 

Tylko  ja,  Arizona  i  Phoenix  wiedzieliśmy,  że  to  Łowczy  usuwa  z  pamięci  swojej 

ofiary wspomnienie podróży w czasie, kiedy cofnął nas dokładnie o rok i siedem dni. Teraz 

Kyle nie będzie wiedział, dlaczego zabił Jacksona. Sami powiedzcie, czy to nie wariactwo? 

Psychiatrzy  opiszą  to  jako  wybuch  agresji,  najpewniej  wywołany  alkoholem  i 

skrywaną  urazą  do  Jacksona,  która  nie  znajdowała  ujścia.  Może  przyczepią  mu  etykietkę 

psychotyka, niezdolnego do przewidywania w pełni konsekwencji własnych czynów, i zalecą 

leczenie psychiatryczne podczas pobytu w więzieniu. 

Rozległo  się  wycie  policyjnych  syren.  Arizona,  Łowczy,  Phoenix  i  ja,  wciąż  ze 

skrzydłami  na  plecach,  kryliśmy  się  za  domami,  obserwując  gliniarzy  zabezpieczających 

miejsce przestępstwa i aresztujących Kepplera. 

background image

Łowczy  pozwolił  Arizonie  zobaczyć  się  po  raz  ostatni  z  jej  ukochanym  bratem. 

Przeniósł  nas  obie  z  Daler  Street  do  domu  Taylorów,  tak  żeby  mogła  na  własne  oczy 

przekonać się, czy coś zmieniło się na lepsze. 

To  ja  zapukałam  do  drzwi  przy  North  22  Street  -  już  bez  skrzydeł,  z  niewidzialną 

Arizoną u boku. Ku mojemu zdziwieniu wpuścił mnie Peter Hall. 

- Jak to się stało, że pan wrócił? - spytałam. 

-  Cud.  Serce  Allyson  się  odmieniło.  -  Z  niewesołym  uśmiechem  poprowadził  mnie 

przez obszerny hol. - Frank też tu jest. Zdjęcia Arizony wróciły na swoje miejsce. 

Fakt. Jej cudownie fotogeniczna twarz patrzyła na mnie z ramek ze szczotkowanego 

srebra. Nad kominkiem wisiał duży portret przedstawiający jej całą postać. 

Moja  (Nie)Umarła  przyjaciółka  stała  obok  mnie  podczas  swoich  ostatnich  chwil  na 

ziemi i czułam jej przyspieszony oddech. 

- Wciąż zamierzają sprzedać dom i wyprowadzić się stąd? - spytałam i w tym samym 

momencie z pokoju muzycznego wyszli Allyson i Frank. 

Chciałabym  powiedzieć,  że  tutaj  też  zmiana  była  widoczna  -  oboje  wydawali  się 

zrelaksowani  i  szczęśliwi,  mieli  ciepłe  uśmiechy  i  przyjazne  błyski  w  oczach.  I  już  nie 

wyglądali  na  spiętych,  wyczerpanych,  niepewnych  i  kompletnie  zagubionych.  Allyson 

podjęła temat. 

- Dyskutujemy o wszystkim - powiedziała. - O domu, o naszym małżeństwie. 

Przynajmniej zaczęli rozmawiać. A to, co usłyszałam potem, oznaczało dla mnie cud. 

- Koncentrujemy się na Ravenie. Dużo przeszedł. Uznaliśmy, że potrzeba mu bardziej 

stabilnego  trybu  życia,  przestrzegania  codziennego  regularnego  rozkładu  dnia,  znanego  mu 

otoczenia, znajomych rzeczy. 

- I ludzi - dodał Frank. - Zona mówiła mi o twojej wizycie. Zdaje się, że nawiązaliście 

jakąś nić porozumienia, że coś was łączy... 

-  I  to  całkiem  dosłownie.  -  Allyson  zdobyła  się  na  blady  uśmiech.  -  Raven  złapał 

kurtkę Dariny i za nic nie chciał puścić. 

-  Sprawisz  nam  radość,  jeśli  będziesz  do  nas  zaglądać,  kiedy  tylko  zechcesz  - 

powiedział Frank i zaprowadził mnie na drugą stronę domu, skąd roztaczał się widok na duży 

zadrzewiony ogród i odległy Szczyt Amosa. 

Raven  siedział  w  cieniu  osikowego  drzewa,  w  ciemnoniebieskiej  kurtce  szczelnie 

zapiętej na zamek błyskawiczny. Zaniepokoiłam się, wyczuwszy, że Arizona oddaliła się ode 

mnie, żeby do niego podejść. Może dotknęła jego policzka, bo zobaczyłam, że Raven podnosi 

rękę i przesuwa nią po skórze, jakby chciał coś strząsnąć. A potem znowu i jeszcze raz. 

background image

-  Raven,  przyjaciółka  Arizony  przyszła  się  z  tobą  zobaczyć  -  zwróciła  się  do  niego 

Allyson. 

Zamrugał oczami i zwrócił gwałtownie głowę w moją stronę. Zajęło mu to chwilę, ale 

w końcu jakaś klapka w pamięci zaskoczyła. Wstał i podszedł do mnie. 

- Cześć - powiedziałam. 

Znowu  zamrugał  oczami.  Powoli  wsunął  rękę  do  kieszeni,  wyjął  równiutko  złożony 

arkusik papieru i wręczył mi go. Kiedy go rozwinęłam, powiedziałam w myślach do Arizony: 

„Tylko popatrz. Narysował ciebie”. Ręce mi się trzęsły. 

Mówię  wam,  liście  osiki  zadrżały  od  westchnienia  Arizony  tak  głębokiego,  jakby 

miało jej pęknąć serce. W każdym razie dowiedziała się, że jej rodzice nie zamierzają odesłać 

nigdzie brata i nie przestaną się nim zajmować. 

Potem  Raven  zaprowadził  mnie  z  powrotem  do  domu.  Złapał  mnie  za  rękę  i 

pokazywał  mi  wszystkie  fotografie  siostry  ustawione  z  powrotem  na  półkach  i  stolikach. 

Długo  staliśmy  pod  tą  nad  kominkiem.  Była  niezwykła  -  Arizona  śmiała  się  na  niej.  Tak, 

naprawdę.  Miała  na  szyi  srebrną  kolię,  w  uszach  duże  kolczyki  w  kształcie  kół.  I  była 

szczęśliwa. 

- Super - powiedziałam do Ravena. 

Podobno jego umysł nie potrafi  rozpoznać po wyrazie twarzy, jakie emocje okazują 

inni ludzie, ale ja sądzę inaczej. 

Kiedy  tak  stał  koło  mnie,  patrząc  na  fotografię  Arizony,  nie  zdając  sobie  sprawy  z 

tego, że ma ją - niewidzialną - za plecami, doskonale wiedział, co jej uśmiech oznacza. I to, 

że  płynął  prosto  z  serca  i  że  on  zobaczy  go  za  każdym  razem,  gdy  znajdzie  się  w  pobliżu 

kominka i spojrzy w jej zachwycające zielone oczy w kształcie migdałów. 

*** 

-  Znalazłaś  sprawiedliwość,  jesteś  wolna.  Nikt  nie  obiecywał,  że  nie  będzie  to 

smakowało gorzko - powiedział Łowczy do Arizony. 

Pozwolił nam spędzić razem kilka minut w Foxton, zanim Arizona odejdzie na dobre. 

(Nie)Umarli  zebrali  się  w  mrocznym  wnętrzu  stajni.  Miałam  wrażenie,  że  potrzebują 

bezpiecznego schronienia. Eve i Donna stały tuż przy Arizonie, Summer trzymała ją za rękę. 

Ja stałam obok Phoeniksa, przepełniona smutkiem i współczuciem. 

-  Tam,  nad  jeziorem,  spojrzałam  na  siebie  obiektywnie  -  powiedziała  Arizona, 

spuszczając głowę. - Zazdrość mnie zżerała, byłam egoistyczna, głupia... 

- Byłaś człowiekiem - oświadczył bez emocji Łowczy i wyszedł ze stajni. 

background image

Drzwi  się  za  nim  zamknęły,  a  ja  pomyślałam,  że  nie  wiadomo,  kiedy  go  znów 

zobaczę. 

- Łowczy ma rację - odezwała się Summer. - Wszyscy zachowujemy się w ten sposób. 

- Naraziłam Ravena na niebezpieczeństwo. Myślałam tylko o sobie. Nienawidzę się za 

to. 

Przestań, pomyślałam. Nie oskarżaj się. 

Phoenix odczytał moje myśli i przekazał innym, żeby zostawili nas same. Wychodząc, 

szepnął, że nie opuszcza mnie na długo. Stajnia szybko opustoszała, zostałyśmy tylko my  - 

Arizona  i  ja.  Stałyśmy  w  chłodnym,  ciemnym  miejscu  i  podjęłam  próbę,  by  przebić  się  do 

niej przez mur, który zbudowała wokół siebie. 

-  Zamierzam  znów  odwiedzić  Ravena,  może  jutro.  Wezmę  nowe  reprodukcje 

Warhola, żeby mu pokazać. 

Wiedziałam, że to najlepszy sposób, aby ostatecznie uwolnić Arizonę. 

Powoli  zamknęła  oczy,  wzięła  głęboki  oddech  i  wypowiedziała  trzy  proste  słowa, 

które dla mnie znaczyły bardzo wiele. 

- Dziękuję ci, Darina. 

- Poznaje mnie - zapewniłam ją. - Sama widziałaś, że kojarzy mnie z tobą. 

- Tak - zgodziła się. 

Jej czas się kończył. Z wolna odchodziła. 

- Będę z nim o tobie rozmawiać - obiecałam. - Nie mogę być jego cieniem, jak ty. Ale 

będę mu powtarzać, że go kochałaś i zawsze będziesz kochać. Powiem mu, jaka byłaś silna i 

szalona,  jak  stopniowo zaczęłam  cię  rozumieć  i  podziwiać,  chociaż  nigdy  bym  się  tego  nie 

spodziewała. 

-  Przepraszam  cię,  Darina  -  powiedziała,  patrząc  mi  głęboko  w  oczy.  -  Nieźle  ci 

dawałam popalić. 

- No. Ale teraz wiem dlaczego. 

- Nigdy... - Szukała właściwych słów. - Dopóki żyłam, nigdy nie zyskałam równowagi 

psychicznej.  Zawsze  balansowałam  na  skraju,  tak  jak  na  tej  skalnej  półce  nad  jeziorem,  i 

zawsze groził mi upadek. 

Kiwnęłam głową. Nie musiałam nic mówić. Zresztą mogła czytać w moich myślach. 

- Wiesz, jak to jest - westchnęła, a wiatr wpadł do stajni, drzwi uchyliły się lekko i z 

powrotem zamknęły. - W rezultacie dokonujesz desperackich wyborów. 

- Czasami. 

- Miałam na myśli Kyle’a - wyjaśniła. 

background image

- Ale nie Phoeniksa - sprzeciwiłam się i uśmiechnęłam się do niego, bo właśnie w tym 

momencie wrócił. - Wydaje mi się, że to najlepszy wybór, jakiego dokonałam w życiu. 

- Mogę to samo powiedzieć. - Ujął moją dłoń, jakby nigdy nie zamierzał jej puścić. 

- Miałaś szczęście, Darina. - Arizona westchnęła. - A jednak też go stracisz. 

Phoenix mocno trzymał moją rękę, co dodało mi siły. 

- Wtedy znajdę cię znowu - zwróciłam się do niego, nie do Arizony. - Tu, w Foxton, 

na kolejne dwanaście miesięcy. 

- Calutki rok - potwierdził. 

Zapatrzyłam  się  w  jego  szaroniebieskie  oczy  połyskujące  krystalicznie  jak  wody 

jeziora. 

- A niedługo zabiorę się do rozwiązywania zagadki twojej śmierci. 

Uniósł moją dłoń i przyłożył do swojego bladego, zimnego policzka. 

-  I wtedy mnie  uwolnisz.  -  Westchnął,  a potem zwrócił się do Arizony:  -  Darina i  ja 

będziemy ci towarzyszyć nad jeziorem Hartmann. 

*** 

Słońce  chyliło  się  ku  zachodowi,  staliśmy  na  posrebrzonym  lodem  brzegu,  Phoenix 

trzymał mnie za rękę i patrzyliśmy, jak Arizona brodzi po wodzie. 

Wydawało się, że jezioro nie ma końca - przeciwległy brzeg i rosnące na nim drzewa 

nikły w gęstej szarej mgle. 

Stała w wodzie po pas, przesuwając koniuszkami palców po powierzchni. Odwróciła 

głowę i spojrzała na nas. Jej długie włosy były kruczoczarne, a skrzydła śnieżnobiałe. 

- Idź - szepnęliśmy z Phoeniksem. 

Popatrzyła  przed  siebie.  Jezioro  wydawało  się  przepastne,  nic  nie  mąciło  jego 

spokojnych wód. 

Szara mgła napłynęła z przeciwległego brzegu i już na zawsze zabrała Arizonę. 

Długo  staliśmy  z  Phoeniksem,  trzymając  się  za  ręce,  wpatrzeni  w  mgłę. 

Nasłuchiwaliśmy, chociaż wiedzieliśmy, że Arizona odeszła na dobre. 

- Chodźmy - powiedziałam do niego w końcu. 

           Kaja


Document Outline