background image

 

 

 

Zeydler-Zborowski Zygmunt 

 

ZACZĘŁO SIĘ W SOBOTĘ 

 

 

background image

ROZDZIAŁ I 

 

 

- Więc we wtorek...? 

- Tak. Niech pan do mnie zadzwoni we wtorek. 

-  Czy  pan  mecenas  nie  mógłby  się  zdecydować  zaraz... teraz?  Ja  mam  pieniądze.  Ja 

mogę...ja mogę dobrze zapłacić. 

Sięgnął do kieszeni. Natorski powstrzymał go ruchem ręki. 

-  Nie,  nie.  Tu  nie  chodzi  o  pieniądze.  O  honorarium  pomówimy  później.  Muszę  się 

nad tym zastanowić. Nie przyjmuję spraw, co do których nie mam pewności, że je wygram, 

bo przecież... - urwał. Dałby bardzo wiele, żeby cofnąć te chełpliwe słowa. - Jeżeli facet był 

dzisiaj w sądzie, to... - poczuł, jak gorąca fala krwi uderza mu do głowy. Wydało mu się, że w 

tych małych, świńskich oczkach dojrzał drwinę. 

- No dobrze. Zadzwonię do pana we wtorek. Do widzenia, panie mecenasie. 

Uścisnęli  sobie  dłonie.  Natorski  spojrzał  w  zamyśleniu  na  drzwi,  za  którymi  zniknął 

jego klient. Poczuł się nagle bardzo zmęczony. 

Rozprostował ramiona, ziewnął i otworzył okno. W pokoju było szaro od dymu. 

- Czy mogę już iść, panie mecenasie? Drgnął i odwrócił się. 

-  Nie,  to znaczy...  tak. Oczywiście.  Może pani  iść do domu.  Przepraszam,  ale  jestem 

trochę roztargniony. 

Spojrzała na niego ze współczuciem. 

- Niechże się pan tak nie przejmuje, panie mecenasie. 

Przecież  nie  można  zawsze  wygrywać.  Czasem  trzeba  przegrać.  Doprawdy 

niezmiernie mi przykro, ale... no cóż... stało się... 

Natorski zapalił papierosa. Całą siłą woli panował nad sobą, aby nie wybuchnąć. 

-  Więc  pani  się  wydaje,  że  tutaj  w  grę  wchodzi  tylko  i  wyłącznie  moja  ambicja 

zawodowa? Czyż pani nie może tego zrozumieć, że ten człowiek oddał w me ręce swój los, a 

teraz... a teraz go powieszą. Dostał wyrok śmierci! Słyszy pani?! Dostał wyrok śmierci. 

Ostatnie  słowa wyrzucił  z  siebie,  prawie krzycząc.  Zmieszała się. Nie chciała zrobić 

mu przykrości. Nigdy nie widziała go w stanie takiego podniecenia nerwowego. 

- Przepraszam - szepnęła. - Nie powinnam była poruszać tego tematu. Ale przecież... - 

zawahała się - ale przecież nie możemy mieć pewności, że on jest niewinny. 

- Jajestem pewien - powiedział twardo Natorski. - Niestety jestem całkowicie pewien 

jego niewinności. I to jest najgorsze - dodał ciszej. 

background image

Stała niezdecydowana, onieśmielona. Nie wiedziała co powiedzieć. Była zła na siebie, 

że w ogóle zaczęła całą tę rozmowę. 

- Bardzo mi przykro. Nie chciałam pana urazić. Zapalił papierosa. 

-  Więc  w  poniedziałek  przyjdzie  pani  jak  zwykle  -  powiedział  już  spokojnym, 

urzędowym głosem. 

- Tak. O czwartej. Do widzenia, panie mecenasie. 

- Do widzenia, panno Ewo. 

Bardzo  lubił  te  dziewczynę.  Dobrze  pracowała,  miała  duże  poczucie  obowiązku. 

Czasami  tylko  nie  mogła  zrozumieć  pewnych  rzeczy.  Była  także  bardzo  młoda, 

nieprzyzwoicie młoda. 

Wyszła. Pozostał po niej leciutki zapach lawendowej wody. 

Znowu  odwrócił  się  do  okna.  Odetchnął  głęboko,  patrząc  na  mury  Starego  Miasta 

oświetlone  łagodnym  blaskiem  zachodzącego  słońca.  Dwa  zakochane  gołębie  usiadły  na 

gzymsie  sąsiedniej  kamienicy.  Od  strony  rynku  dochodziły  pokrzykiwania  bawiących  się 

chłopców. 

Zadzwonił  telefon.  Nietrudno  było  się  domyśleć,  że  to  Elżbieta.  Mówiła  szybko, 

nerwowo: 

-  Co się z tobą właściwie dzieje?  Co to  znaczy?  Umówiliśmy się przecież  na szóstą. 

Od  trzech  kwadransów  czekamy  na  ciebie  w  Bristolu.  Wanda  obraziła  się  i  poszła.  Dzidka 

oświadczyła,  że  zachowujesz  się  jak  skończony  cham.  Ja  także  nie  mam  zamiaru  dłużej 

czekać. Co ty wyprawiasz? Przecież to sobota. Wszyscy wcześniej kończą pracę i... 

-  Dajże  mi  wreszcie  dojść  do  słowa  -  zniecierpliwił  się  Natorski.  -  Bardzo  cię 

przepraszam, ale miałem klienta, którego nie mogłem wyrzucić za drzwi. Już właśnie jestem 

wolny i zaraz do was przyjeżdżam. Za parę minut będę. 

Odłożył  słuchawkę  i  wsunął  akta  do  szuflady  biurka.  Był  zły  na  siebie.  Prawdę 

mówiąc, zupełnie zapomniał o tym dzisiejszym spotkaniu z Elżbietą. 

Zamknął okno,  poszedł do  łazienki,  umył się  i przyczesał  siwiejącą  już  na skroniach 

czuprynę. Wtedy zadźwięczał dzwonek u drzwi wejściowych. 

Natorski  spojrzał  zdziwiony.  O  tej  porze?  Kto  to  mógł  być?  Nie  spodziewał  się 

absolutnie nikogo. Chyba jakaś pomyłka. Wybiegł do przedpokoju i przekręcił zatrzask. 

W progu stał  starszy elegancki  mężczyzna.  Świetnie  skrojony płaszcz z zagranicznej 

gabardyny,  miękki,  filcowy kapelusz, kremowe rękawiczki i bambusowa laseczka z ozdobną 

gałką.  Brązowe  półbuty  błyszczały  jak  lustro.  Duże  ciemne  oczy  patrzały  badawczo  zza 

okularów w złotej oprawie. Podłużna, pokryta nienaturalną bladością twarz zakończona była 

background image

małą  szpakowatą  bródką.  Człowiek  ten  robił  wrażenie  jakiegoś  naukowca  czy  też  lekarza 

starej daty. 

Natorski  był  zaskoczony  tą  niespodziewaną  wizytą.  Cofnął  się  i  wpuścił  gościa  do 

przedpokoju. 

- Czym mogę panu służyć? - spytał. 

Tamten dyszał ciężko. Najwidoczniej pędem wbiegł na drugie piętro. 

- Muszę z panem natychmiast pomówić w bardzo ważnej sprawie. Czy sam pan jest w 

mieszkaniu? 

- Przepraszam, ale to chyba jakaś pomyłka - powiedział Natorski. - Nie przypominam 

sobie... 

Właściciel  szpakowatej  bródki  spojrzał  na  niego  niepewnie.  W  dużych,  czarnych 

oczach malowało się przerażenie. 

-  Chyba  mam przyjemność z panem Natorskim?  -  spytał, a w głosie  jego zabrzmiała 

błagalna prośba o potwierdzenie tego pytania. 

- Tak, ale... 

- Gdzie możemy spokojnie porozmawiać? 

Przeszli do gabinetu. Natorski wskazał krzesło stojące przed biurkiem. 

- Proszę, niech pan siada. Czym mogę panu służyć? Patrzył wyczekująco na dziwnego 

klienta,  który  ciągle  jeszcze  z  trudem  chwytał  powietrze.  Wyjął  dużą,  kolorową  chustkę  i 

wytarł nią bladą, spoconą twarz. 

-  Za  prędko  biegłem  po  tych  przeklętych  schodach  -  położył  dłoń  na  piersi.  -  Serce, 

moje biedne serce odmawia mi coraz częściej posłuszeństwa. 

-  W  czym  mogę  być  panu  pomocnym?  -  spytał  znowu  Natorski,  spoglądając 

niecierpliwie na zegarek. 

-  Mój  serdeczny  przyjaciel  znajduje  się  w  niebezpieczeństwie,  w  bardzo  poważnym 

niebezpieczeństwie,  dlatego  właśnie...  dlatego  właśnie  pozwoliłem  sobie  pana  niepokoić, 

panie mecenasie. Bo... bo wszystkiemu są winne te pańskie przeklęte okulary. 

- Moje okulary? - zdumiał się Natorski. 

- Tak, tak. Pańskie okulary, pańskie okulary są przyczyną moich kłopotów. 

- Ależ ja nie noszę okularów. 

Twarz  człowieka  z  brodą  pobladła  jeszcze  bardziej,  jeżeli  to  w ogóle  było  możliwe. 

Głos miał zdyszany, błagalny: 

- Niech pan nie kłamie. Przecież ja wiem, że pan nosi okulary. Pan ma astygmatyzm. 

Natorski poruszył się niecierpliwie. 

background image

- Ależ zaręczam panu... - urwał, widząc, że jego klient chwyta się za serce i oddycha z 

trudnością. - Źle się pan czuje? - spytał niespokojnie. - Może dać panu szklankę wody? 

-  Och,  bardzo  proszę,  jeśli  pan  taki  łaskaw...  Natorski  wstał  i  poszedł  do  kuchni. 

Popłukał  szklankę,  znalazł  w  szafie  rozkrojoną  cytrynę,  wcisnął  kilka  kropli  i  nalał  wody. 

Następnie  wrócił  do  swego  gabinetu.  Stłumił  okrzyk  przerażenia.  Szklanka  z  brzękiem 

wypadła mu z ręki. 

Oparte  o  biurko  zwisało  bezwładnie  ciało  człowieka  z  bródką.  W  wątłych  plecach 

tkwił wbity po rękojeść nóż. 

Przez chwilę stał jak sparaliżowany. Nie trzeba było być fachowcem, żeby zdać sobie 

sprawę  z  tego,  iż  wszelki  ratunekjest  tu  zbędny.  Nóż  przebił  serce.  Sądząc  po  rękojeści, 

musiał być długi. Ale kto? Kto to zrobił? 

Natorski  bezradnie rozejrzał  się dokoła.  Przecież  byli  sami w  mieszkaniu.  Wybiegł  i 

sprawdził drzwi wejściowe. Zamknięte. Zajrzał do drugiego pokoju, do kuchni i do łazienki. 

Nie  znalazł  nikogo.  Czuł  zamęt  w  głowie.  Poruszał  się  jak  automat.  Grube  krople  potu 

wystąpiły mu na czoło. 

Trzeba  natychmiast  zawiadomić  policję.  Podniósł  słuchawkę,  nie  posłyszałjednak 

sygnału.  Niecierpliwie  uderzył  o  widełki.  Aparat  milczał.  Dlaczego  nie  działa  ten  przeklęty 

telefon?  Co  robić?  Trzeba  biec  gdzieś  do  automatu.  Każda  chwila  jest  droga.  Co  to  się 

właściwie stało? Na miłość boską, co to się stało? Kto zabił człowieka? W jaki sposób? 

Nagle  pojawiła  się  refleksja.  Zawiadomi  milicję  i  co?  Co  będzie  dalej?  Przyjdą  i 

zastanąjego  z  trupem.  Któż  mu  uwierzy,  że  to  nie  on  zabił?  Jak  zdoła  im  to  wytłumaczyć? 

Przecież sam nie ma pojęcia,  jak to się stało. Nie ulega wątpliwości, żejego i tylkojego będą 

podejrzewać  o  tę  zbrodnię.  Znany  adwokat  morduje  swego  klienta,  Krwawa  zbrodnia  w 

kancelarii  adwokackiej.  Piękne  tytuły  dla  „Expressu”  czy  „Kuriera”.  A  później  sąd.  Sprawa 

wprawdzie  poszlakowa,  ale  wszystkie,  absolutnie  wszystkie  okoliczności  przemawiają 

przeciwko niemu.  Właściwie nic nie potrafi powiedzieć na swoją obronę poza gołosłownym 

oświadczeniem, że to nie on zabił. 

Przeciągnął  dłonią  po  wilgotnym  czole.  Nie  mógł  oderwać  oczu  od  nieruchomego 

kształtu  ludzkiego,  który  swym  bezwładem  przypominał  śmieszną  gałganianą  lalkę.  Głowa 

oparta o biurko, ręce jakimś bezradnym ruchem zwisały wzdłuż tułowia. Miało się wrażenie, 

że  są  wypchane  trocinami.  Krew  prawie  nie  płynęła  z  zadanej  rany.  Zaledwie  parę  kropel 

zakrzepło  na  gabardynowym  płaszczu  rdzawymi  plamami.  Ostry  nóż  wszedł  szczelnie  w 

ciało. 

background image

A może wsadzić go do jakiegoś worka, znieść na dół do samochodu i wywieźć gdzieś 

za  miasto? Co za nonsens!  Wtedyjuż  nieodwołalnie podpisałby wyrok na siebie.  Mógłby go 

przecież ktoś zobaczyć. Mógłby go zatrzymać patrol milicyjny. Nie, nie, to nie miało żadnego 

sensu. Przecież jest niewinny. Po cóż pogarszać jeszcze sytuację? Nawet gdyby mu się udało 

wywieźć  niepostrzeżenie  trupa  za  miasto  i  zostawić  gdzieś  w  lesie,  to  przecież  nie  ulega 

wątpliwości,  że  zniknięcie  tego  człowieka  nie  minie  bez  echa.  Zaczną  go  szukać.  Znajdą 

zwłoki.  Nigdy  nie  wiadomo,  jakimi  drogami  śledztwo  może  doprowadzić  do  jego  osoby. 

Wtedyjuż  nie  byłoby  dla  niego  żadnego  ratunku.  Nie,  nie,  trzeba  natychmiast  zawiadomić 

milicję. Znowu podniósł słuchawkę i tym razem jednak nie było sygnału. 

Przeskakując po trzy stopnie, zbiegł po schodach. Żeby  już prędzej przyjechali, żeby 

skończyła się ta makabryczna sytuacja. 

Na rynku w oszklonej budce siedział milicjant i patrzył na spacerujące obok gołębie. 

Bez  najmniejszego  wzruszenia  spojrzał  swymi  jasnymi,  niebieskimi  oczami  na 

zdenerwowanego Natorskiego. 

-  Że  co?  Morderstwo?  Spokojnie,  obywatelu,  spokojnie,  tylko  bez  nerwów.  Kogo 

właściwie zamordowano? Gdzie? 

- Tutaj niedaleko. W moim mieszkaniu. 

- Dobra jest. Zaraz sprawdzimy. 

Poprawił  na  sobie  pas,  obciągnął  bluzę  i  wyszedł  z  budki.  Posiadał  usposobienie 

flegmatyczne i niełatwo było go czymś zadziwić czy wyprowadzić z równowagi. 

Natorski zaprowadził przedstawiciela władzy do swego mieszkania i nieco teatralnym 

ruchem wskazał trupa. 

- Proszę, niech pan spojrzy. 

Milicjant przyjrzał się uważnie, chwilę milczał, jakby zastanawiał się nad tym, co mu 

wypada w takiej sytuacji przedsięwziąć, wreszcie odchrząknął urzędowo i powiedział: 

-  No  cóż...  faktycznie  nieboszczyk.  To  wyście,  obywatelu,  tak  zadziabali  tego  z 

bródką? 

- Ale skądże znowu. Nie dotknąłem go nawet 

- Hm. No to w takim razie któż go dźgnął? 

- Nie mam pojęcia. Nikogo nie widziałem. W mieszkaniu byliśmy tylko my dwaj. Nie 

potrafię sobie tego wytłumaczyć. 

Milicjant podrapał się za uchem. 

background image

-  Cudów  nie  ma,  proszę obywatela.  O  ile  facet  leży  nieżywy  z  nożem  w  plecach,  to 

znaczy, że ktoś go dźgnął. Innego wytłumaczenia być nie może. No cóż... trzeba zawiadomić 

komendę. Macie klucze od tego mieszkania? 

- Mam. 

- No to dobra. Dajcie mi kluczyki. Lokal się zabezpieczy, a wy pozwolicie ze mną. 

Zeszli na dół. Milicjant ze swej budki połączył się z komendą. 

-  Tylko  nie  próbujcie  uciekać,  bo  daleko  nie  uciekniecie  -  znacząco  uderzył  się  po 

kaburze, w której tkwił pistolet. 

- Nie mam zamiaru uciekać - mruknął Natorski. 

Nie  czekali  długo.  Niebawem  rozległ  się  ryk  syreny  milicyjnej  i  dwie  granatowe 

warszawy  zajechały  na  Rynek  Starego  Miasta.  Z  jednej  z  nich  wyskoczył  krępy  blondyn  w 

szarym garniturze. 

- Co się tu u was dzieje? Gdzie zwłoki? 

- Na Krzywym Kole, obywatelu poruczniku - zameldował służbiście milicjant. - A ten 

obywatel, którego zatrzymałem, to prawdopodobnie morderca. 

-  Kłamstwo!  -  krzyknął  Natorski.  -  Przede  wszystkim  nikt  mnie  nie  zatrzymywał, 

tylko  ja sam  zawiadomiłem  milicję,  a po drugie  nie  mam  z tą sprawą  nic wspólnego.  Jeżeli 

pan sobie życzy, mogę natychmiast wyjaśnić całą sytuację. 

Blondyn powstrzymał go ruchem ręki. 

- Nie teraz. Później. Idziemy, sierżancie. 

Wsiedli do wozu i podjechali przed dom, w którym mieszkał Natorski. 

I  zaczęło się  normalne urzędowanie.  Fotograf raz po raz błyskał  lampą,  zdejmowano 

odciski palców,  przeszukiwano  mieszkanie.  Wszyscy czekali  na  lekarza.  Blondyn  w szarym 

garniturze zadawał krótkie, szybkie pytania. 

- Pan jest właścicielem tego mieszkania? - Tak. 

- Pański zawód? 

- Adwokat. 

Wskazał na trupa, którego dotychczas nikt nie ruszył. 

- Kim był ten człowiek? 

- Nie wiem. Nie znałem go. 

- To dlaczego go pan zamordował? 

-  Ależ  na  miłość  boską,  ja  go  nie  zamordowałem!  -  krzyknął  Natorski.  -  Tłumaczę 

wam przecież, że nie mam nic wspólnego z tą sprawą. 

- Więc kto go zamordował? 

background image

- Nie wiem. Wyszedłem do kuchni po wodę, a kiedy wróciłem... 

- Kto, oprócz was, był w mieszkaniu? 

- Nie było nikogo. Blondyn gwizdnął przez zęby. 

-  Nie  było  nikogo. A więc usiłuje pan we  mnie  wmówić,  że ten człowiek sam  sobie 

wbił nóż w plecy. Słyszał pan o takim samobójstwie, boja nie? 

- Ależ ja wcale nie twierdzę, że to było samobójstwo. 

- No więc co? Cud? Zemsta z zaświatów? Nie bądźmy dziećmi, panie mecenasie. 

- Ależ zapewniam pana, że... 

- No dobra, dobra. Zobaczymy. 

Nareszcie przyjechał lekarz. Na jego widok Natorski krzyknął radośnie. 

- Andrzej! 

Ziemba serdecznie uścisnął przyjaciela. 

-  Jak  się  masz,  Eustachy?  Kopę  lat.  Nie  widziałem  cię  od  wieków.  Co  się  z  tobą 

dzieje? Nietęgo wyglądasz. Nie wiedziałem, że pracujesz teraz w milicji. 

- Wcale nie pracuję w milicji. 

- Więc co ty tu robisz? 

- To moje mieszkanie. 

- W twoim mieszkaniu...? Jakżeż to się stało? Kto to zrobił? 

- Ba, żebym to ja wiedział. Na razie wszyscy przypuszczają, że ja zamordowałem tego 

człowieka. 

Ziemba  potarł  źle  ogolony  podbródek,  na  którym  wyraźnie  już  rysował  się  ciemny 

cień zarostu. 

- Do licha - powiedział w zamyśleniu. - Do licha. No, poczekaj,  muszę zabrać się do 

roboty. Potem pogadamy. 

Przez  dłuższą  chwilę  pracował  w  zupełnym  milczeniu.  Badał  trupa  bardzo  uważnie, 

zapisywał coś w notesie. Wreszcie wyprostował się i spytał: 

- Czy ktoś przed moim przybyciem ruszał zwłoki? 

- Nie, nikt - zapewnił go blondyn. Ziemba zwrócił się do Natorskiego. 

- Najlepiej chyba będzie,  jeżeli zadzwonię do Downara. To dobry fachowiec. Cała ta 

sprawa  wydaje  mi  się  trochę  dziwna.  Trzeba  zrobić  sekcję  -  wyciągnął  rękę  w  kierunku 

telefonu. 

- Nieczynny - powiedział Natorski. Ziemba podniósł słuchawkę. 

- Dlaczego mówisz, że nieczynny? 

- Bo nie było sygnału. Kiedy chciałem dzwonić po milicję, nie było sygnału. 

background image

- Ale teraz jest sygnał. 

Ziemba nakręcił numer i przez chwilę czekał. 

-  Halo.  Kapitan  Downar?  Tu  mówi  Ziemba...  Słuchajcie,  kapitanie,  na  Starym 

Mieście,  na  Krzywym  Kole  dokonano  morderstwa...  Właśnie  jestem  na  miejscu  wypadku. 

Zamordowano  człowieka  w  mieszkaniu  mego  przyjaciela,  adwokata  Natorskiego... 

Słyszeliście  zapewne  o  nim...  No  tak,  tak,  ten  sam.  To  morderstwo  na  Krzywym  Kole 

powinno was zainteresować... Przyjedziecie? Doskonale. Bardzo wam dziękuję. Czekamy. 

Ziemba odłożył słuchawkę i spojrzał na blondyna. 

-  Za  chwilę  będzie  tu  kapitan  Downar  z  Komendy  Głównej,  wydaje  mi  się,  że  jego 

pomoc przyda się wam. 

- No cóż, pewnie, co dwie głowy, to niejedna. Chociaż ta sprawa nie jest dla mnie tak 

bardzo tajemnicza. Sądzę, że sam też dałbym sobie radę. 

Był  wyraźnie  urażony,  iż  wobec  podwładnych  deprecjonowano  jego  kwalifikacje 

fachowe. 

Ziemba wyjął papierośnicę i powiedział pojednawczo: 

-  Nie  mam co do tego wątpliwości.  Wiem przecież,  że umiecie zabrać się do rzeczy. 

Wydaje mi się jednak, że ten przypadek jest o wiele bardziej skomplikowany, aniżeli sądzicie. 

Tutaj  potrzebne  jest  konsylium  śledcze,  tak  jak  czasem  wzywa  się  konsylium  lekarskie  do 

ciężko chorego. 

Nie upłynęło pół godziny,  gdy drzwi  się otworzyły  i do pokoju wszedł Downar. Był 

jak  zwykle  gładko  ogolony  i  pachniał  dobrą  wodą  kolońską.  Jasnobrązowa,  dwurzędowa 

marynarka leżała na nim znakomicie. Zdjął kapelusz i przywitał się z obecnymi. Przyjacielsko 

poklepał porucznika po plecach. 

- No i cóż tam, towarzyszu Konecki? Macie, jak widzę, kłopoty. 

-  Ano,  jak  to  zwykle.  W  zeszłym  tygodniu  mieliśmy  tu  włamanie,  a  teraz  znowu  to 

morderstwo. Dla mnie sprawa jest dosyć prosta. W mieszkaniu był obecny obywatel Natorski 

oraz  zamordowany.  Ponieważ  trzeciej  osoby  nie  było,  więc,  logicznie  rozumując,  obywatel 

Natorski dopuścił się tej zbrodni. 

- To nieprawda! - krzyknął Natorski. - Ja przecież... Ziemba powstrzymał go ruchem 

ręki. 

- Spokojnie, spokojnie. Nie denerwuj się. 

- Chwileczkę - powiedział Downar, przejmując inicjatywę w swoje ręce. - Chciałbym 

przede wszystkim posłyszeć, jak to było od początku. Na razie niech pan nie przerywa, panie 

background image

mecenasie.  Później  sobie  spokojnie  porozmawiamy.  Kto  pierwszy  przyszedł  na  miejsce 

wypadku. 

- Sierżant Kociuba - poinformował porucznik. - Jak to było Kociuba? - spytał Downar. 

- Ano tak, towarzyszu kapitanie. Ten tu obecny obywatel przybiegł do mnie na Rynek, 

mówiąc,  że  w  jego  mieszkaniu  zamordowano  człowieka.  No  więc,  ma  się  rozumieć, 

poszedłem z nim i zobaczyłem, że faktycznie ktoś dźgnął nożem tego obywatela z bródką. No 

to  ja,  ma  się  rozumieć,  zaalarmowałem  dzielnicę,  no  i  przyjechali,  i  zrobili  co  do  nich 

należało. 

- Fotografie zrobione? 

- Zrobione. 

- Odciski palców? 

- Zdjęte. 

- Znaleziono coś specjalnego w mieszkaniu? 

- Nie. 

- Na którą mniej więcej godzinę określa pan zgon tego człowieka, panie doktorze? 

- Mniej więcej musiało to nastąpić około siódmej - odparł Ziemba. - Trzeba dokonać 

sekcji zwłok. 

- Oczywiście. Niech się pan tym natychmiast zajmie. 

- Można już zabrać zwłoki? Downar spojrzał na trupa. 

- Tak. Można go zabrać. To dziwne, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że gdzieś już 

widziałem tę twarz. Czy znaleźliście przy nim jakieś dokumenty. 

Porucznik wskazał biurko. 

- Tak. Tam leży jego paszport. To zagraniczny gość. Downar gwizdnął. 

- Zagraniczny gość? Pokażcie no ten paszport. Omar Ribas Nogueira. Do licha, cóż to 

za  cholerne  nazwisko.  Paszport  brazylijski.  Po  jakiemu  pan  z  nim  rozmawiał,  panie 

mecenasie? 

- Po polsku. 

- Mówił po polsku? 

-  Znakomicie.  Bez  najmniejszego  akcentu  cudzoziemskiego.  Przez  myśl  mi  nie 

przeszło, że to nie jest Polak. 

Downar przeszedł się po pokoju. Spojrzał na okno. 

- Czy okno przez cały czas było zamknięte? 

- Jak przyjechaliśmy było zamknięte - powiedział porucznik Konecki. 

background image

- A wy, sierżancie, zastaliście okno zamknięte? - Takjest, towarzyszu kapitanie. Nawet 

zwróciłem na to uwagę, bo straszny zaduch był w pokoju. Pełno dymu. Ale oczywiście okna 

nie ruszałem. Znam regulamin. 

- Dobrze żeście zrobili. A pan, panie mecenasie, nie przypomina sobie, czy okno było 

otwarte podczas wizyty tego pańskiego klienta? 

Natorski pomyślał chwilę. 

-  Pamiętam  dokładnie,  że  na  parę  minut  przedtem  otwierałem  okno,  żeby  trochę 

przewietrzyć. Musiałem jednakje następnie zamknąć. 

- Hm. Więc przez cały czas rozmowy z tym człowiekiem okno było zamknięte? 

- Sądzę, że tak. Przecież po tym, co się stało, nie myślałem o zamykaniu okna. 

Downar był coraz bardziej zamyślony. 

-  Panie  mecenasie,  niech  mi  pan  jeszcze  łaskawie  powie,  czy...  czy  wizyty  tego 

cudzoziemca  nie  kojarzy  pan  sobie  w  jakiś  sposób  ze  sprawą  Warysa,  w  której  pan  dzisiaj 

występował w sądzie? 

- Absolutnie nie. Był pan dzisiaj w sądzie, kapitanie? Downar uśmiechnął się. 

-  Przypadkiem.  Zapomniał  pan,  zdaje  się  o  tym,  że  to  właśnie  ja  prowadziłem 

śledztwo w sprawie Warysa. 

- Ach tak, prawda. 

Downar odwrócił się nagle od Natorskiego i spojrzał na porucznika. 

-  Chciałbym obejrzeć  narzędzie zbrodni -  powiedział. Blondyn podał  mu nóż.  Był to 

rodzaj sztyletu o długim,  ciężkim ostrzu. Metalowa ozdobna rękojeść  błyszczała,  jakby  była 

zrobiona ze srebra. 

- Oryginalna broń - mruknął Downar. 

Dokładnie obejrzał nóż i położył go na biurku. Następnie zaś zwrócił się do obecnych: 

- Może przejdziecie, panowie, do sąsiedniego pokoju. Chciałbym chwilę porozmawiać 

z panem mecenasem Natorskim. 

- To ja już nie jestem potrzebny - powiedział Ziemba. 

- Nie. Na razie dziękuję. Niech pan będzie uprzejmy zająć się sekcją. 

Ziemba zamknął swą walizeczkę i poklepał Natorskiego po plecach. 

-  Trzymaj  się,  stary.  Zadzwoń  potem  do  mnie.  Zabrano  zwłoki.  Natorski  i  Downar 

zostali  sami.  Przez  chwilę  panowało  milczenie.  Downar  wolno  zapalił  papierosa.  Natorski 

bezmyślnie patrzał w okno. Był już bardzo zmęczony. 

Przed południem ciężka sprawa w sądzie,  potem klienci,  a teraz znowu ta idiotyczna 

historia. 

background image

Głos Downara zabrzmiał ostro, energicznie. 

- Skąd pan znał tego człowieka? 

- Kogo? 

- No jak to kogo? Zamordowanego. 

- Ja go nie znałem. Zobaczyłem go dzisiaj tutaj po raz pierwszy w życiu. 

-  Może  pan  zechce,  panie  mecenasie,  spokojnie  opowiedzieć  wszystko od  początku. 

Przykro mi, że pana trudzę, ale jest to niezbędne. 

Natorski  odchrząknął  i  zaczął  opowiadać.  Gdy  skończył,  Downar  przyjrzał  mu  się  z 

niedowierzaniem.  Wstał i długimi, posuwistymi krokami przeszedł się po pokoju. Mogło się 

zdawać,  że  chce  się  zorientować  w  jego  rozmiarach.  Następnie  znowu  usiadł,  wyjął 

papierośnicę i poczęstował Natorskiego. 

- Więc w mieszkaniu nie było nikogo? - Nie. 

- I drzwi były zamknięte. 

- Tak, sprawdzałem to natychmiast po morderstwie. Doskonale pamiętam. 

- I okno także było zamknięte? 

- Tak... Chyba tak... Wszyscy to stwierdzili. 

- Hm. Przyznam się panu, że jednego tylko nie mogę zrozumieć. Dlaczego, u diabła, 

zamordował pan tego faceta we własnym mieszkaniu. 

Natorski zerwał się gwałtownie. Krzesło z hałasem upadło na podłogę. 

-  Aleja  go  nie  zamordowałem!  Ja  go  nie  zamordowałem!  Nie  mam  z  tym  nic 

wspólnego! 

Downar westchnął jak człowiek śmiertelnie znudzony. 

-  Niech  pan  siada,  panie  mecenasie  -  powiedział  pojednawczo.  -  Chciałbym  panu 

zaproponować, żebyśmy sobie tak szczerze o wszystkim pogadali i żeby pan zrezygnował ze 

swej  taktyki,  która  nie  doprowadzi  nas  do  niczego.  Jest  pan  przecież  człowiekiem 

wykształconym, prawnikiem i chyba pan sobie nie wyobraża, że ja uwierzę w tę bajeczkę, iż 

podczas gdy pan poszedł do kuchni po szklankę wody, morderca przedostał się przez dziurkę 

od klucza albo przez wentylator, a następnie zbiegł tą samą drogą. No przecież nie jesteśmy 

małymi  dziećmi.  Po  co  pan  właściwie  traci  czas  na  te  wszystkie  głupstwa.  Niech  mi  pan 

szczerze  powie,  dlaczego  zamordował  pan  tego  człowieka.  Nie  wątpię,  że  musiał  pan  mieć 

bardzo poważne powody.  Zastanowimy się wspólnie  nad okolicznościami  łagodzącymi.  Jest 

pan przyjacielem doktora Ziemby, znanym i cenionym adwokatem... Dołożę wszelkich starań, 

aby panu dopomóc. Muszę jednak poznać prawdę. 

- Ja go nie zabiłem - powiedział zdecydowanie Natorski. 

background image

Downar bezradnym ruchem rozłożył ręce. 

- Ano cóż... trudno. Nie ułatwia mi pan zadania, ale muszę pana zapewnić, że pański 

upór  na  nic  się  tutaj  nie  przyda.  Przedłuży  tylko  trochę  to  wszystko  i,  nie  muszę  dodawać, 

pogorszy pańską sytuację. 

- Ja go nie zabiłem - powtórzył Natorski. 

Downar  zgasił papierosa, wstał, podszedł do biblioteki  i spośród książek  wyjął długi 

nóż w  metalowej pochwie.  Przez  chwilę obracał  go w palcach, oglądając uważnie.  Obnażył 

ostrze i ostrożnie dotknął go palcem. 

- To pański sztylet? - spytał. Natorski skinął głową. 

- Tak. 

Downar nie patrzał na niego. Zbliżył się do biurka i wziął nóż, który wyjęto z pleców 

zamordowanego. 

-  Czy  nie  uważa  pan,  panie  mecenasie,  że  te  dwa  groźne  narzędzia  są  niezwykle  do 

siebie podobne.  Ten,  który  znalazłem w pańskiej  bibliotece  jest tylko trochę krótszy, ale do 

serca  dosięgnąłby  z  łatwością.  Poza  tym  naprawdę  są  bardzo  podobne,  nieomal  identyczne. 

Jaka ładna jest ta rękojeść rzeźbiona w metalu. Coś w rodzaju tureckiego kindżału. Skąd pan 

ma ten sztylet, panie mecenasie, bo to przecież nie jest nasz krajowy wyrób? 

Natorski odchrząknął. W gardle mu tak zaschło, że z trudnością mógł mówić. 

- Przywiozłem go z Brazylii. Downar podniósł brwi do góry. 

- Z Brazylii? Kiedy pan był w Brazylii? 

- W zeszłym roku. - Jeździł pan służbowo? 

- Nie. Odwiedzałem rodzinę. Brat mój mieszka stale w Sao Paulo. 

- I pojechał pan do Brazylii na zaproszenie brata? - Tak. 

- Długo pan tam przebywał? 

- Prawie pięć miesięcy. 

Downar w zamyśleniu bawił się nożami. 

- To kosztowna podróż. 

- Brat mi ją sfinansował. 

- Dobrze mu się powodzi. 

- Nie najgorzej. 

-  Tak. To bardzo ciekawa wyprawa.  I  z Brazylii  na pamiątkę przywiózł pan  sobie te 

sztylety? 

-  Przywiozłem  tylko  jeden  sztylet!  -  krzyknął  Natorski.  -  Ten,  który  pan  znalazł  w 

bibliotece. 

background image

-  Trzeba  go  gdzieś  było  dobrze  schować  albo  w  ogóle  wyrzucić,  panie  mecenasie  - 

głos Downara zabrzmiał nagle twardo, nieprzyjemnie. 

- O co mnie pan oskarża? 

-  Ja?  O  nic.  Prokurator  będzie  pana  oskarżał.  Natorski  zaśmiał  się  krótkim, 

niewesołym śmiechem. 

- Pan jest znakomity, panie kapitanie. Więc jednak uparcie obstaje pan przy tym, że to 

ja  zamordowałem  tego  człowieka.  Słyszałem  zawsze  o  panu  jako  o  pierwszorzędnym 

fachowcu. W tym jednak wypadku... No niechże się pan przez chwilę zastanowi. Po pierwsze 

nie  znałem  go,  gdyby  jednak  tak  było,  to  czyż  mordowałbym  kogoś  w  swoim  własnym 

mieszkaniu? Dlaczego? Małoż to jest innych miejsc i okazji, o wiele bardziej nadających się 

do tego, żeby kogoś zlikwidować. Więc według pana morduję tu tego człowieka brazylijskim 

sztyletem, a następnie biegnę zawiadomić o tym fakcie milicję. No gdzież tu logika? 

Downar patrzał na niego uważnie. 

- Panie mecenasie - powiedział wolno, cedząc słowa przez zęby. - Czy nigdy pan nie 

słyszał  o  takiej  taktyce,  że  morderca  zawiadamia  policję  o  zbrodni?  To  przecież  bardzo 

zręczne  posunięcie.  Bo  każdy  normalnie  rozumuje  właśnie  tak,  jak  mi  pan  to  przed  chwilą 

przedstawił. 

Natorski poderwał się. Był już u kresu wytrzymałości. 

W tej chwili zadzwonił telefon. 

Downar pospiesznie podniósł słuchawkę. 

- Tak, tak, to ja. Słucham, doktorze, słucham... Co pan mówi...? Niesłychane. Zupełnie 

tego nie zauważyłem. Dziękuję panu. Do widzenia. 

- Ziemba telefonował? - spytał Natorski. Downar spojrzał na niego z roztargnieniem. 

- Tak. Wie pan, to dziwne. Okazało się, że ten człowiek, który tu został zamordowany, 

nie miał brody. To była charakteryzacja. Świetna charakteryzacja. Do diabła! 

ROZDZIAŁ II 

 

- No więc doczekaliście się nareszcie czegoś interesującego. 

Downar wyczuł drwinę w głosie majora. Niecierpliwie zmarszczył brwi. 

-  Tak.  Sprawajest  niewątpliwie  interesująca.  Jeżeli  jednak  chcecie,  żebyją  prowadził 

kto inny, to bardzo proszę. Nie mam, oczywiście, nic przeciwko temu. 

background image

Leśniewski  przygryzał  nerwowo  dolną  wargę,  co  nie  wróżyło  nic  dobrego.  Cenił 

Downara  jako  zdolnego  oficera,  ale  nie  znosił  tej  jego  nieustannej  pogoni  za  niezwykłymi 

sprawami. 

- Słuchajcie, towarzyszu - powiedział po chwili. - Chciałbym zwrócić waszą uwagę, iż 

nikt  was  do  tej  sprawy  nie  delegował.  Sami,  z  własnej  inicjatywy,  przystąpiliście  do 

prowadzenia śledztwa. 

Downar skinął głową. 

-  To  prawda,  ale  nie  miałem  możności  porozumieć  się  z  wami.  Zadzwonił  do  mnie 

doktor  Ziemba,  zawiadamiając  o  interesującym  przypadku  morderstwa.  Prosił,  żebym 

przyjechał na miejsce zbrodni, i dlatego... 

- Tak, tak - przerwał mu Leśniewski. -  Wiem, że wy lubicie takie „ciekawe” sprawy. 

Nie  zapominajcie  jednak  o  tym,  że  w  naszej  pracy  trzeba  się  też  zajmować  i  nieciekawymi 

sprawami. I  nieraz te nieciekawe  sprawy są  ważniejsze.  Bardzo to pięknie,  że chcecie  sobie 

zdobyć sławę polskiego Sherlocka Holmesa, ale... 

- Komu mam przekazać wyniki dotychczasowego śledztwa? - spytał Downar. 

Leśniewski wyjął papierośnicę. 

-  Zapalcie  i  nie denerwujcie się.  Nie  mam zamiaru zdejmować was  z tej sprawy,  ale 

chciałbym, żeby na przyszłość wszystko to było załatwiane formalnie. A teraz trzeba uzyskać 

w prokuraturze nakaz aresztowania Natorskiego. 

- Nie mam zamiaru go aresztować. Leśniewski spojrzał na niego zdziwiony. 

- Sądziłem, że... 

-  Tak,  tak  -  przerwał  Downar.  -  W  pierwszym  momencie  byłem  przekonany,  że 

Natorski  jest  mordercą.  Po  przemyśleniu  jednak  tej  całej  historii,  straciłem  tę  pewność. 

Wyczuwam, że tu coś nie klapuje, że coś się za tym kryje. 

- Więc chcecie zostawić go na wolności? 

-  Na  razie  tak.  Jeżeli  nawet  on  jest  mordercą,  to  zrobił  to  w  porozumieniu  z  kimś. 

Pozostawienie go na wolności pozwoli nam na łatwiejsze rozszyfrowanie sprawy. 

-  Zgadzam  się  z  wami  -  powiedział  Leśniewski.  -  Musicie  go  tylko  dobrze 

przypilnować,  żeby  się  nie  ulotnił.  Zajmijcie  się  też  od  razu  odnalezieniem  tego 

Brazylijczyka. Nie wrócił na noc do hotelu. To bardzo nieprzyjemna historia. Facet przyjechał 

na konkurs chopinowski i nie wiadomo, czy w ogóle jeszcze żyje. 

-  Dzisiaj  miał  odlecieć  do  Paryża.  Mało  brakowało,  a  ten  z  przyprawioną  bródką 

siedziałby teraz zamiast niego w samolocie, najprawdopodobniej byłoby mu się udało. 

Leśniewski pokiwał głową. 

background image

-  Tak.  Mógł  przejść  ten  numer.  Tym  bardziej  że  to  był  indywidualny  turysta,  jakiś 

impresario.  Niekoniecznie  musiał  mieć  znajomych  wśród  pasażerów.  No  cóż,  towarzyszu. 

Zadanie  macie  przed  sobą  niełatwe,  ale  wy  przecież  to  lubicie.  Życzę  wam  powodzenia  i 

sławy Sherlocka Holmesa. 

Downar  wyszedł  z  komendy.  Czuł,  że  wrobił  się  w  paskudną  kabałę,  a  właściwie  to 

Ziemba go tak urządził. Sprawa była niewątpliwie bardzo ciekawa, ale też i piekielnie trudna. 

Jeżeli bowiem nie Natorski, to kto u licha mógł być mordercą? 

Tak  był  pogrążony  w  swych  rozmyślaniach,  że  o  mało  nie  wpadł  pod  ciężarówkę. 

Kierowca posłał mu kwiecistą „wiązankę”. 

W Grand Hotelu szef recepcji, siwy elegancki pan, zaprosił niespodziewanego gościa 

do swego biura. Uważnie obejrzał służbową legitymację i spytał: 

- Co się stało, panie kapitanie? Czym mogę służyć? 

- Mieszka u pana Brazylijczyk, niejaki Omar Ribas Nogueira? 

-  Tak.  Mieszka.  Już  się  ktoś  o  niego  dzisiaj  pytał.  O  ile  wiem,  nie  wrócił  na  noc. 

Zapewne wyjechał na jakąś wycieczkę. 

- Czy pamięta pan, jak wyglądał ten człowiek? 

- Tak, przypominam sobie. Rozmawiałem z nim. Taki nieduży, szczupły, z bródką. 

Downar wyjął z kieszeni paszport i pokazał fotografię. 

- Czy to ten? 

- Tak. To jego paszport. Ale skąd...? Czy... czy został aresztowany? 

- Nie, nie, nie o to chodzi. Facet zniknął i nie jest wykluczone, że ktoś go zamordował. 

- Zamordował? 

Downar wyjął papierośnicę. 

- Nic jeszcze nie wiadomo, ale nie można tego wykluczać. Mam prośbę do pana, panie 

dyrektorze.  Nikt  nie  powinien  się  dowiedzieć  o  naszej  rozmowie  ani  o  zniknięciu  tego 

człowieka.  Gdyby  się  ktoś  o  niego  pytał,  powie  pan,  że  wyjechał  do  Krakowa  czy 

Zakopanego. To obojętne. Żadnych rozmów na ten temat. Rozumie pan? 

- Rozumiem doskonale. Może pan na mnie polegać. 

-  To  mnie  cieszy.  Pójdziemy  teraz  na  górę,  do  jego  numeru.  Chciałbym  się  trochę 

rozejrzeć w sytuacji. Musimy jednak tak jakoś to zrobić, żeby nie wzbudzić podejrzeń służby. 

Pokój  Nogueiry  znajdował  się  na  drugim  piętrze.  Gdy  weszli,  Downar  starannie 

zamknął drzwi na klucz. 

- Żeby nam nikt nie przeszkadzał - powiedział. 

background image

Przez chwilę stali w milczeniu, przyglądając się panującemu tu nieporządkowi. Robiło 

to takie wrażenie, jakby ktoś czegoś szukał albo jakby się pospiesznie pakował. 

Na podłodze dwie skórzane walizy, których zawartość częściowo była rozrzucona po 

pobliskich  meblach.  Bielizna,  garnitury,  barwne  krawaty,  pliki  jakichś  papierów,  książki, 

notatki,  aparat  fotograficzny.  Moc najróżnorodniejszych drobiazgów walało się po dywanie. 

Szafa  otwarta.  Na  półkach  kilka  koszul,  chustek  do  nosa,  szalików  i  skarpetek.  Na 

niezasłanym łóżku pościel była rozrzucona i pomięta. Kołdra leżała na podłodze. 

- Jeszcze tu dzisiaj nie sprzątano - powiedział tonem usprawiedliwienia szef recepcji. - 

Pokojówki są przeciążone pracą i... 

Downar zdawał się być zadowolony z tego, że pokojówki są przeciążone pracą. 

-  To  dobrze,  to  bardzo  dobrze  -  mruknął.  Przyklęknął  i  ostrożnie  począł  przeglądać 

rozrzucone rzeczy. 

Po  pewnym  czasie  ze  stosu  tych  drobiazgów  wyłowił  nylonową  damską  pończochę 

oraz szminkę. 

- Zdaje się, że nasz Brazylijczyk przyjmował tu gości. 

- Owszem - przytaknął szef recepcji. - Odwiedzały go kobiety, ale tylko w godzinach 

popołudniowych - dodał pospiesznie. 

Downar  wsunął  do  kieszeni  znalezione  przedmioty,  podniósł  się,  otrzepał  spodnie  i 

powiedział: 

- W tej chwili nie mam czasu na przeprowadzenie dokładnej rewizji. Zabieram aparat. 

Do tego pokoju nikt nie ma prawa wejść ani nic nie wolno tu ruszać. Czynię pana osobiście za 

to odpowiedzialnym, panie kierowniku. Szef recepcji skinął głową. 

- Może pan być spokojny. Wolałbym jednak, żeby pan opieczętował pokój. 

- Nie chcę tego robić. Zwróciłoby to uwagę służby, a zapewne także i gości. Zależy mi 

na zachowaniu jak najdalej posuniętej dyskrecji w tej całej sprawie. 

Downar  razjeszcze  rozejrzał  się  po  pokoju,  podniósł  z  podłogi  małą  kartkę  papieru 

zapisaną po portugalsku i powiedział: 

- Idziemy. 

Zeszli na dół. W hallu kręciło się parę osób. Kierownik recepcji spytał: 

-  Czy  mogę  jeszcze  być  panu  w  czymś  pomocnym?  -  uprzejmym  ruchem  wskazał 

drzwi swego gabinetu. 

Downar  zapalił  papierosa.  Chwilę  siedział  w  milczeniu,  śledząc  wzrokiem  smugę 

dymu. Spytał: 

- Czy przynajmniej orientuje się pan, kto odwiedzał tego człowieka. 

background image

- Trudno mi na to odpowiedzieć. Nie kontrolujemy tak ściśle naszych gości. Wiem, że 

odwiedzały go kobiety. O ile sobie przypominam, widziałem z nim ładną blondynę, wysoka, 

efektowna. 

- Czy to jedna z tych, które tu się stale kręcą. 

- Nie. Nigdy jej przedtem nie zauważyłem. Te tutejsze mniej więcej znamy. 

- Nie pytali o niego jacyś mężczyźni? 

Kierownik recepcji bezradnym ruchem rozłożył ręce. 

- Żałuję bardzo, ale nic nie wiem na ten temat. 

- Czy rozmawiał pan z tym brazylijskim gościem? 

- Tak. Parokrotnie. 

- Wjakim języku pan z nim mówił? 

-  Po  francusku.  Niestety  nie  znam  portugalskiego.  Światło  żarówki  padło  na  jakiś 

błyszczący przedmiot. 

Downar wyciągnął rękę i spośród papierów leżących na biurku wyjął ozdobną pochwę 

na sztylet. Była nieomal identyczna z tą, którą znalazł w mieszkaniu Natorskiego. 

- Skąd pan to ma? 

Szef recepcji uśmiechnął się. 

- Parę dni temu znalazłem w windzie. 

- Czy nóż też pan znalazł? - Nie. 

Downar wstał. 

- Dziękuję panu. Na razie to wszystko. Będę z panem w kontakcie. Gdyby coś zaszło 

takiego,  co  zwróciłoby  pańską  uwagę,  proszę  natychmiast  zawiadomić  Komendę  Główną,  a 

najlepiej mnie osobiście. Do widzenia. 

Wyszedłszy z Grand Hotelu,  Downar  pojechał  na Krzywe Koło. Natorski powitał go 

bez entuzjazmu. 

- Przyszedł mnie pan aresztować? - spytał. 

-  Ależ  skądże,  panie  mecenasie.  Chciałem  tylko  pana  uprzejmie  prosić  jeszcze  o 

chwilę  rozmowy.  Przecież  to  leży  w  naszym  wspólnym  interesie,  żeby  wyjaśnić  tę 

fantastyczną historię. 

- Oczywiście. Proszę, niech pan wejdzie. 

Downar  zauważył,  że  adwokat  bardzo  zmizerniał  od  wczorajszego  dnia.  Trudno  się 

było zresztą temu dziwić. Usiedli w głębokich, wygodnych fotelach. 

background image

-  Napije  się  pan  wermutu?  -  spytał  Natorski.  Nie  czekając  na  odpowiedź,  wyjął  z 

małej szafki butelkę i kieliszki. - No i cóż, panie kapitanie, nie obstaje już pan przy tym, żeby 

mnie oskarżać o to morderstwo? 

Downar umoczył wargi w brunatnym płynie i uśmiechnął się niewyraźnie. 

-  Prawdę  mówiąc,  wszystkie  okoliczności  przemawiają  przeciwko  panu,  no  ale...  To 

przecież nie miałoby żadnego sensu. Niech mi pan powie, panie mecenasie, czy ma pan może 

jakąś koncepcję co do tej tajemniczej historii. 

- Absolutnie żadnej. Nie mogę tego pojąć. Nie spałem całą noc. Nic jednak wymyśleć 

nie byłem w stanie. 

-  Czy  nie  możemy  przyjąć  takiej  ewentualności,  że  ktoś  był  przez  cały  czas  w 

mieszkaniu i kiedy pan wyszedł do kuchni po wodę... 

Natorski potrząsnął głową. 

-  Wykluczone.  Niechże pan weźmie pod uwagę,  kapitanie,  że to nie  jest pałac,  tylko 

dwupokojowe  mieszkanie.  Przez całe popołudnie  była tutaj u  mnie  moja sekretarka.  Wyszła 

dosłownie  na  parę  minut  przed  przyjściem  tego  człowieka.  Gdzież  tu  mógłby  się  ukryć 

morderca.  Zresztą  ja  natychmiast  po  zabójstwie  szukałem  wszędzie,  sprawdzałem  drzwi 

wejściowe... Nie, nie, to nie wchodzi w rachubę. 

- No więc co wchodzi w rachubę? - spytał trochę niecierpliwie Downar. - Przecież nie 

samobójstwo. 

- Oczywiście, że nie. 

-  Wszedł  ktoś  oknem?  Drugie  piętro.  Nie  ma  nawet  balkonu.  Zresztą  okno  było 

zamknięte. 

- Tak - przytaknął Natorski. - Właśnie dzisiaj w nocy dokładnie sobie przypomniałem, 

że  zamknąłem  okno.  Kolejność  faktów  była  następująca:  skończyłem  rozmowę  z  moim 

ostatnim  klientem,  otworzyłem  okno,  ponieważ  pokój  był  straszliwie  zadymiony, 

odetchnąłem trochę świeżym powietrzem, następnie weszła sekretarka, pytając, czy już jej nie 

potrzebuję,  chwilę  porozmawialiśmy,  poszła.  Zaraz  potem  zadzwoniła  z  Bristolu  moja 

narzeczona  z  pretensją,  że  się  spóźniam  na  spotkanie.  Po  tej  rozmowie  telefonicznej 

poszedłem  do  łazienki  umyć  się  i  trochę  przyczesać.  Wtedy  posłyszałem  dzwonek  u  drzwi 

wejściowych.  Otworzyłem  i zobaczyłem tego człowieka z  bródką.  Nie  mam  wątpliwości co 

do tego, że przez cały czas naszej rozmowy okno było zamknięte. 

- Nie pozostaje nam nic innego, jak uwierzyć w duchy - powiedział Downar. 

Natorski bezradnie rozłożył ręce. 

background image

- Przyznaję, że nie potrafię stworzyć najbardziej nawet fantastycznej teorii. Właściwie 

nie mam do pana pretensji, że pan mnie posądza o tę zbrodnię. Prawdę mówiąc, jest to jedyne 

możliwe  wytłumaczenie  tego,  co  się  stało.  Tylko  że  ja  rzeczywiście  nie  zadźgałem  tego 

faceta. No bo niechże się pan zastanowi, panie kapitanie. Po cóż miałbym to zrobić u siebie, 

w  mieszkaniu.  Przecieżjest tyle  innych  możliwości  i  miejsc,  żeby kogoś wykończyć.  Jestem 

jako  tako  obeznany  z  tymi  rzeczami,  choćby  z  racji  swego  zawodu.  Gdybym  rzeczywiście 

planował morderstwo, to zorganizowałbym je trochę inteligentniej. Jak pan myśli? 

- No faktycznie - przyznał Downar. - Nie byłby to najlepszy pomysł zarzynać kogoś u 

siebie w  mieszkaniu.  A  niech  mi pan powie,  co z tym  sztyletem.  Przecież znalazłem u pana 

identyczny sztylet. 

-  Och,  to niczego  nie dowodzi,  panie kapitanie.  A raczej, owszem, dowodzi tego,  że 

użyto  noża  pochodzącego  najprawdopodobniej  z  Ameryki  Południowej.  Takie  noże  w 

Brazylii, Argentynie czy Urugwaju są niezwykle popularne. Co drugi peon używa tam ten typ 

noża. 

- Z lekką rączką metalową i w ozdobnej pochwie? 

-  Tak.  Na  wsi  używają  ich  do  ściągania  skór  ze zdechłych  krów  i  owiec.  Nierzadko 

taki  sztylet  służyjako  broń.  Znałem  półkrwi  Indianina,  który  fenomenalnie  rzucał  takimi 

właśnie  nożami.  Na  dwadzieścia  metrów  trafiał  bez  pudła  w  talerzyk  o  średnicy  dziesięciu 

czy piętnastu centymetrów. 

- Zwiedził pan także i wieś brazylijską? - spytał Downar. 

-  Tak.  Przez  kilka  tygodni  przebywałem  na  dużej  stancji,  w  pobliżu  granicy 

urugwajskiej. 

Downar wypił wermut i wyjął papierośnicę. 

- Niech mi pan jeszcze łaskawie powie, panie mecenasie, dlaczego pan nie zawiadomił 

milicji ze swego aparatu, tylko pobiegł pan aż na Rynek Starego Miasta. 

- Bardzo proste. Ponieważ mój aparat nie działał. Nie miałem sygnału wywoławczego. 

- A jednak doktor Ziemba dzwonił do mnie z tego aparatu, tak? 

- Tak. 

- Czyli, że sygnał się pojawił. 

- Oczywiście. 

- Czy nie sądzi pan, że może ktoś celowo uszkodził pański aparat? 

- Przyznam się panu, że nie zastanawiałem się nad podobną ewentualnością. Przecież 

to  nie  jest  takie  proste.  Trzeba  chyba  mieć  dostęp  do  szafki  rozdzielczej.  Komuż  zresztą 

background image

mogłoby zależeć na tym, żeby mi zepsuć telefon, a potem zaraz naprawić? Nie, nie, to chyba 

było po prostu jakieś chwilowe uszkodzenie. 

Downar w zamyśleniu strzepywał popiół z papierosa. 

- Hm. Dziwny zbieg okoliczności. Akurat w tym momencie popsuł się aparat. To jest 

jednak fakt, który chyba musimy wziąć pod uwagę. Nie sądzi pan, panie mecenasie? 

-  Nie  widzę  tu  właściwie  żadnego  związku  -  powiedział  Natorski.  -  Co  pan  ma  na 

myśli? 

-  Sam  jeszcze  nie  wiem,  jaki  to  mogłoby  mieć  związek  z  całą  sprawą.  Po  prostu 

szukam, próbuję znaleźć jakiś punkt zaczepienia. No przecież musimy od czegoś wyjść. A na 

razie  nie  posunęliśmy  się  ani  o  krok  naprzód.  Jeżeli  wyeliminujemy  pańską  osobę,  to...  to 

rzeczywiście pozostają nam tylko jakieś siły nadprzyrodzone. 

Natorski wzruszył ramionami. 

- Ja przecież nie zabraniam panu mnie podejrzewać, panie kapitanie. Sądzęjednak, że 

ta teoria nie zaprowadzi pana daleko. 

- Jak się nazywa pańska sekretarka? - spytał nagle Downar. 

- Ewa Falińska. 

- Gdzie mieszka? 

- Na Żoliborzu, na Słowackiego. Czy podać panu dokładny adres? 

- Tak. Bardzo proszę. 

Downar  wyjął  notes  i  starannie  zapisał  adres.  Następnie  przyjrzał  się  Natorskiemu, 

chrząknął i powiedział: 

-  Bardzo  przepraszam,  panie  mecenasie,  ale  chciałbym  panu  zadać  trochę  może 

niedyskretne pytanie. 

- Proszę, niech pan pyta. 

-  Chciałbym  wiedzieć,  czy  z  panią  Ewą  Falińską  łączą  pana  jakieś  bliższe...  no 

rozumie  pan...  czy  pana  łączy  coś  więcej  poza  urzędowym  stosunkiem.Natorski  zmarszczył 

brwi. 

- Mam wrażenie, panie kapitanie, że to pytanie przekracza nieco kompetencje oficera 

śledczego.  Mógłbym  też  odmówić  odpowiedzi.  Jeżeli  jednakjest  to  panu  tak  bardzo 

potrzebne,  to  proszę  przyjąć  do  wiadomości,  że  z  panną  Ewą  nie  łączą  mnie  żadne  bliższe 

stosunki. Panna Falińska jest moją sekretarką i tylko sekretarką. Czy panu to wystarcza? 

Downar skinął głową. 

-  Najzupełniej  i  raz  jeszcze  przepraszam  pana  za  to  pytanie.  Zadałem  je  dlatego,  iż 

lubię  mieć  pełny  obraz  sytuacji.  I  jeszcze  chciałbym  pana  spytać  o  jedną  rzecz.  Z  pańskich 

background image

wczorajszych  zeznań  wynika,  że  pański  niedoszły  klient  mówił  o  jakichś  okularach.  Nie 

rozumiem tego. O co to właściwie chodziło? 

-  Wymaga  pan  ode  mnie  zbyt  wiele  -  odparł  Natorski.  -  Ja  także  nie  wiem,  o  jakie 

okulary  chodziło  facetowi.  Pamiętam  tylko,  iż  była  mowa  o  jakichś  moich  okularach,  które 

jakoby były przyczyną jego kłopotów. Ale o jakich mówił okularach i ojakich kłopotach, nie 

mam zielonego pojęcia. 

- Pan nie nosi okularów? 

-  Nie.  No  wie  pan...  czasami  w  lecie  włożę  słoneczne  okulary.  Ale  to  jest 

zdumiewające, że ten facet pragnął we mnie wmówić, że ja mam astygmatyzm. 

Downar zgasił papierosa, wstał i przeszedł się po pokoju. 

- A czy nie wydało się panu, że on był trochę tego... trochę kopnięty? 

-  Trudno  mi  na  to  odpowiedzieć.  Za  krótko  z  nim  rozmawiałem.  Zrobił  na  mnie 

wrażenie człowieka najzupełniej normalnego. 

-  Niech  się  pan  na  mnie  nie  gniewa,  panie  mecenasie,  że  tak  pana  przy  niedzieli 

męczę, ale chciałbym panu jeszcze zadać jedno i na razie chyba już ostatnie pytanie. 

- Proszę. 

- Czy pan ma jakichś wrogów? Natorski pomyślał chwilę. 

-  Wrogów?  Wie  pan...  chyba  nie.  Istnieją  oczywiście  pewne  zawiści  natury 

zawodowej. Ale trudno by mi było tych ludzi nazwać mymi wrogami. To może byłoby zbyt 

mocne  określenie.  Na  ogół  cieszę  się  ludzką  sympatią,  mam  wielu  przyjaciół,  ale  wrogów 

jakoś nie bardzo mogę sobie przypomnieć. 

-  A  czy  wczoraj  na  sali  sądowej,  kiedy  pan  stawał  w  sprawie  Warysa,  nie  zauważył 

pan wśród publiczności tego człowieka, który tutaj został zamordowany? 

- Nie. Zobaczyłem go po raz pierwszy w życiu tutaj, u siebie w mieszkaniu. 

Downar wyciągnął rękę. 

-  Dziękuję,  panie  mecenasie  i  przepraszam,  że  zabrałem  panu  tyle  cennego  czasu. 

Gdyby  panu  przyszła  jakaś  genialna  myśl  do  głowy  albo  gdyby  zaistniały  jakieś  nowe 

okoliczności,  niech  pan  łaskawie  zadzwoni  do  mnie,  do  komendy  albo  do  mieszkania.  Do 

widzenia. 

Nuda niedzielnego przedpołudnia rozsiadła się na Rynku Starego Miasta. Milicjant w 

szklanej  budce  z  miną  pełną  rezygnacji  obserwował  spacerujące  opodal  gołębie.  Świąteczni 

przechodnie  prezentowali  swe  nowe  płaszcze,  garnitury  i  starannie  wyczyszczone  buty  z 

„Galluxu”. 

background image

Zmęczeni  życiem  ojcowie  ciągnęli  uparte  dzieci  lub  z  tępym  wyrazem  twarzy 

popychali  przed  sobą  wózki  z  najmłodszym  potomstwem.  Było  ciepło,  słonecznie  i  bardzo 

wiosennie. 

Downar  nie  mógł  jednak cieszyć się urokami pogodnego dnia.  Wszystkie  jego  myśli 

skupiły  się  wokół  jednego  zagadnienia.  Z  nerwowym  wysiłkiem  szukał  odpowiedzi  na 

pytania: Jeżeli nie Natorski, to kto? Kto mógł popełnić tę zbrodnię i wjaki sposób? Im dłużej 

zastanawiał  się  i  analizował  to  wszystko,  tym  bardziej  gęstniały  przed  nim  mroki,  które 

zdawały  się  być  nie  do  pokonania.  Najmniejszego  śladu,  najdrobniejszego  nawet  punktu 

zaczepienia. Trzeba przecież od czegoś zacząć, stworzyć sobie jakąś koncepcję. Ale jaką, do 

wszystkich  diabłów,  jaką?!  Dwupokojowe,  małe  mieszkanko,  drzwi  i  okna  pozamykane. 

Dwóch  facetów  ze  sobą  rozmawia  i  nagle  jeden  z  nich  dostaje  nożem  w  plecy.  Jeżeli  nie 

Nagórski  jest  mordercą,  no to  kto?  Nie  chodzi  nawet o to  kto,  bo  do  mordercy  prędzej  czy 

później  zawsze  jakoś  można  dojść.  Chodzi  o  to,  wjaki  sposób  to  się  mogło  stać.  Gdyby  to 

było  jakieś  średniowieczne zamczysko, to można by  było podejrzewać tajemnicze przejścia, 

zamaskowane drzwi, ale na Krzywym Kole...? Przecież takiej ewentualności nie można było 

poważnie brać pod uwagę. Wprawdzie Leśniewski wyklucza Natorskiego z tej historii, ale... 

Właśnie  dlatego,  że  logiczne  rozumowanie  nakazuje  go  wykluczyć,  nasuwa  się 

przypuszczenie, czy to jednak nie on, czy to nie jest sprytnie obmyślana taktyka, bo przecież 

pozorne nonsensy mogą być genialną strategię. 

Dochodziła  druga.  Trzeba  było  pójść  na  obiad.  Downar  postanowił  zjeść  coś  w 

Rycerskiej. Zamówił zupę pomidorową i rumsztyk. Właściwie nie był głodny. Nie czuł smaku 

spożywanych  potraw.  Kazał  sobie  podać  kieliszek  wódki,  ale  i  to  nie  pomogło.  Zostawił 

niedokończony  rumsztyk,  zapłacił  i  wyszedł.  Ciągle  miał  przed  oczami  ironicznie 

uśmiechniętą  twarz  majora  i  słyszał  drwiące  słowa:  „Życzę  wam  powodzenia  i  sławy 

Sherlocka Holmesa”. Sława Sherlocka Holmesa...? Śmiechu warte. Jeżeli tak dalej pójdzie, to 

nie tylko nie ma mowy o żadnej sławie, ale kto wie, czy nie będzie musiał zrezygnować z tej 

sprawy i przyznać się do tego, że nie może dać sobie rady. Leśniewski dopiero by triumfował. 

Nie,  nie,  do  tego  nie  można  dopuścić.  Ostatecznie  od  morderstwa  nie  upłynęły  nawet 

dwadzieścia  cztery  godziny.  Sprawajest  trudna  i  skomplikowana.  Nie  możnajej  tak  na 

poczekaniu rozszyfrować. Spokojnie, spokojnie, nie trzeba się denerwować. To się wszystko 

przecież jakoś wyjaśni, musi się wyjaśnić. 

Pojechał do siebie na Koszykową, rzucił się na tapczan i paląc papierosy, obserwował 

w  zamyśleniu  kółka  z  dymu.  Po  paru  godzinach  rozmyślań  doszedł  do  przekonania,  że 

ponieważ nie potrafił na razie rozwiązać zagadki samego morderstwa, przeto musi podejść do 

background image

sprawy trochę z innej strony. Postanowił zacząć od ustalenia, kim był fałszywy Brazylijczyk, 

oraz odnaleźć żywego czy umarłego prawdziwego Nogueirę. Należało też trochę zorientować 

się w środowisku Natorskiego, pogadać z tą jego sekretarką... 

Piętnaście po szóstej podniósł się z tapczanu, wykonał kilka ćwiczeń gimnastycznych, 

wziął  zimny  prysznic,  ubrał  się  starannie  i  z  mocnym  postanowieniem  dokazania  czegoś 

wielkiego  wyszedł  na  miasto.  Miał  ochotę  się  przejść.  Zresztą  do  Grand  Hotelu  nie  było 

daleko. 

Zasnuta  dymem  kawiarniana  sala  połyskiwała  matowymi  światłami.  Orkiestra 

grałajakiegoś  melancholijnego  slowfoxa.  Zmęczone  kelnerki  krążyły  ospale  pomiędzy 

stolikami. 

Downar  stanął  w  drzwiach  i  zmrużywszy  oczy,  rozglądał  się.  Po  chwili  wrócił  do 

szatni,  wyjął  notes,  wyrwał  kartkę,  napisał  parę  słów  i  zwracając  się  do  szatniarza, 

powiedział: 

-  Trzeci  stolik  od  orkiestry,  pod  ścianą.  Ładna  blondynka  w  granatowej  sukience. 

Odda pan jej tę kartkę. 

- Nie mogę zostawić szatni? 

- Może pan. Ja popilnuję. Niech się pan nie boi. Downar wyjął legitymację służbową i 

pokazał ją szatniarzowi, który bez słowa poszedł spełnić polecenie. 

Była  rzeczywiście  bardzo  ładna.  Wysoka,  zgrabna.  Miała  długie  blond  loki  o 

jedwabistym  połysku  i  delikatną  twarz  renesansowej  madonny.  Spojrzała  niespokojnie  na 

Downara. 

- Czego chcesz ode mnie? Nic nie mam na sumieniu. O co chodzi? 

- Nie bój się - powiedział uspakajająco Downar. - Nie mam do ciebie żadnej pretensji. 

Chcę z tobą po prostu chwilę pogadać. Chodźmy stąd. Tu za duży tłok. 

- Zabierasz mnie do komendy? 

- Ale skądże znowu. Mówię ci przecież, że to nie o ciebie dzisiaj chodzi. 

Odetchnęła z widoczną ulgą i odebrała płaszcz z szatni. 

- Dokąd pójdziemy? 

-  To  obojętnie.  Gdzieś  niedaleko.  Chociażby  tu  do  tej  nory  na  rogu  Wspólnej  i 

Marszałkowskiej. 

Downar spojrzał z uznaniem na elegancką sylwetkę dziewczyny. 

-  Wiesz  co,  Ziuta...  Jesteś  taka  wytworna,  że  mogłabyś  z  powodzeniem  uwieść 

jakiegoś meksykańskiego milionera. 

Roześmiała się mile połechtana. 

background image

- Nie bujaj. 

- Słowo daję, a może nawet jakiegoś brazylijskiego naukowca. 

Zatrzymała się gwałtownie. 

- Czego ty chcesz ode mnie? Ja nie mam nic wspólnego z tą sprawą. 

- Z jaką sprawą, kochanie? - spytał naiwnie Downar, biorąc ją pod rękę. 

- Ja nic o tym nie wiem. 

- Ale o czym ty właściwie mówisz? Spojrzała na niego ze złością. 

- Słuchaj no, Stefan, przestań robić ze mnie wariatkę. 

-  Nie  mam  najmniejszego  zamiaru.  Chciałem  cię  po  prostu  zaprosić  na  kawę, 

pogawędzić... 

- Nie wygłupiaj się.  Wiem przecież, że coś węszysz. Chodzi ci o tego Brazylijczyka. 

Słyszałam, że go ktoś rąbnął. Ale co ja mam z tym wspólnego? 

Downar  pomyślał,  że  nie  tak  łatwo  jest  utrzymać  coś  w  Warszawie  w  „ścisłej” 

tajemnicy. Pchnął drzwi i weszli do kawiarni. 

- Stawiam ci dzisiaj tyle ciastek, ile tylko zdołasz zjeść. Wzruszyła ramionami. 

- Wolałabym kieliszek gorzały i sałatkę śledziową. Ale niech będą ciastka. Szarlotka i 

dwa ptysie. 

-  Dwie  szarlotki,  dwa  ptysie  i  dwie  kawy  -  powiedział  Downar,  uśmiechając  się  do 

smutnej kelnerki. Następnie przyjrzał się Ziucie. - Więc znałaś tego Brazylijczyka? 

- A cóż to nie wolno mieć znajomych? 

-  Ale  oczywiście,  że  wolno.  Nie  denerwuj  się,  złotko.  Jak  nie  będziesz  ze  mną 

grzecznie rozmawiać w kawiarni, to pojedziemy na Mokotów. Jak wolisz. 

Spokorniała. 

-  No nie gniewaj  się,  Stefan, ale  jestem trochę dzisiaj zdenerwowana.  Daję ci  słowo, 

że ja nie mam nic wspólnego z tą historią, absolutnie nic. 

Downar łagodnie pogładził ją po dłoni. 

- Zupełnie niepotrzebnie się denerwujesz. Przecież  ja cię o nic nie oskarżam. Jak już 

wiesz,  zginął  cudzoziemiec.  Paskudna  sprawa.  Ja  się  tym  zajmuję,  więc  nie  dziw  się,  że 

staram się czegoś dowiedzieć. Wcale nie twierdzę, że ty masz z tym coś wspólnego. 

Zapaliła papierosa i spytała: 

- Co właściwie chcesz wiedzieć? 

- Ile razy byłaś u niego? 

- Dwa. 

- No i co...? 

background image

- No i nic. Miły, starszy facet, forsiasty. Płacił dolarami. 

- W jakim języku z nim rozmawiałaś? 

-  Właściwie  nie  mówiliśmy  dużo.  Parę  słów  po  niemiecku  parę  słów  po  francusku. 

Wiesz, że nie jestem znowu taka wykształcona w obcych językach. 

- Czy zauważyłaś coś specjalnego, coś zaskakującego w jego pokoju? 

Zastanowiła się przez chwilę. 

- Nie wiem. Chyba nie. 

- Czy widziałaś u niego taki długi nóż w metalowej pochwie? 

-  To  faktycznie  widziałam.  Majcher  jak  jasna  cholera.  Nawet  go  pytałam,  na  co  mu 

taka  kosa.  Powiedział,  że  do  przecinania  kartek.  Takim  czymś  można  byki  zarzynać,  a  nie 

przecinać kartki. 

Downar zjadł szarlotkę i wypił duży łyk kawy. 

- Powiedz mi, kochanie, czy inne twoje koleżanki też go odwiedzały? 

- Ma się rozumieć. I Stefa, i Hela, i Danka. Starszy facet był, ale pieroński kozak na te 

rzeczy. Tylko że ostatnio to się tu do niego jakaś ździra przyplątała, no i ma się rozumieć już 

nas nie zapraszał. 

- Co to była za babka? 

- A cholera ją wie. Blondyna. 

- Ładna? 

-  Nie  powiem,  żeby  była  brzydka,  ale  cholernie  wredna.  Przyznać  tylko  trzeba,  że 

szykowna. To fakt. 

- Nie znasz jej? 

- Nie. Nigdyjej nie widziałam. 

- Poznałabyś ją? 

- No pewnie. 

-  Słuchaj  no,  Ziuta,  jakbyś  ją  gdzieś  przyuważyła,  to  zaraz  daj  mi  znać.  Bardzo 

chciałbym porozmawiać z tą cizią. 

- To ci mogę obiecać. 

- A faceci jacyś przychodzili do niego? Nie wiesz? 

- Tego nie wiem. Raz tylko jak byłam u niego, to rozmawiał z kimś przez telefon. O 

ile mogłam zrozumieć, to chyba z jakimś gościem. 

- W jakim języku z nim mówił? 

- Po niemiecku. 

Downar skinął na kelnerkę i zapłacił. Następnie zwrócił się do swej towarzyszki: 

background image

- Bardzo ci dziękuję, kochanie, za te wszystkie informacje. Wracasz do Grandu? 

- Tak. Muszę się im pokazać, bo będą myślały, żeś mnie przymknął. 

Rozstali się na rogu Hożej. Downar zaczekał na przystanku i wsiadł do piętnastki. 

Stojąc  na  przedniej  platformie  drugiego  wozu,  rozmyślał  nad  tym,  co  posłyszał  od 

Ziuty. Pokrywało się to właściwie z informacjami otrzymanymi od szefa recepcji. Elegancka, 

efektowna  blondynka.  Wysoka,  zgrabna.  Downar  wyczuwał  instynktownie,  że  odnalezienie 

tej kobiety  mogłoby się poważnie przyczynić do rozwiązania  zagadki.  Było  bowiem  bardzo 

prawdopodobne,  że  właśnie  ona  miała  coś  wspólnego  ze  zniknięciem  brazylijskiego 

muzykologa. Ba, ale jak tu znaleźć w Warszawie blondynę, wiedząc o niej tylko tyle, że jest 

efektowna  i  zgrabna.  Nie  miał  przecież  nawet  jej  fotografii.  A  może  w  ogóle  już  dawno 

wyjechała z Warszawy. 

Na  Słowackiego  bez  trudu  znalazł  dom,  którego  szukał.  Na  liście  lokatorów 

przeczytał: Ewa Falińska - urzędniczka. 

Na trzecie piętro wbiegł,  przeskakując po dwa stopnie  na raz.  Spieszył się.  Ogarnęło 

go  nerwowe  działanie.  Przed  drzwiami  pojawiły  się  wątpliwości.  Skąd  pewność,  że  ją 

zastanie? Dlaczegóż miałaby w niedzielę, w taki piękny wieczór siedzieć w domu? Nacisnął 

dzwonek. 

W przedpokoju zastukały obcasy. Zgrzytnęła odsuwana zasuwa. 

Do  licha!  Ten  Natorski  mówił  prawdę.  Była  rzeczywiście  bardzo  ładna.  Wysoka, 

efektowna blondyna. Patrzyła pytająco. 

- Czego pan sobie życzy? 

Downar był trochę zmieszany jej urodą. Ukłonił się. 

- Czy mam przyjemność z panią Ewą Falińską? 

- To właśnie jajestem. A pan wjakiej sprawie? 

-  W  służbowej.  Pani  pozwoli,  że  się  przedstawię.  Nazywam  się  Downar.  Jestem  z 

milicji. Oto moja legitymacja. - Ach tak. Proszę. Wpuściła go do przedpokoju. 

Powiesił płaszcz, wytarł starannie buty i wszedł za dziewczyną do pokoju. 

Dwa  tapczany,  stół,  małe  biureczko,  rzeźbiony  kredens  zastawiony  porcelanowymi 

figurkami, szafka na książki, etażerka załadowana teczkami i papierami. Mebli stanowczo za 

dużo. Z trudnością można się było poruszać. Okno zasłonięte ciemnobrązową zasłoną w złoty 

deseń. 

Downar szybkim spojrzeniem obrzucił wnętrze. Spytał: 

- Czy pani tu mieszka samotnie? 

background image

-  Nie.  Mieszkam  z  matką.  Niestety  od  dwóch  tygodni  przebywa  w  szpitalu.  Nerki. 

Proszę, niech pan siada. Pan zapewne w sprawie tego morderstwa. 

- Zgadła pani. Właśnie prowadzę tę sprawę i dlatego... Skinęła głową. 

-  Rozumiem.  Jeśli  tylko  mogę  być  w  czymś  panu  pomocna...  Jestem  do  pańskiej 

dyspozycji. 

„Śliczna dziewczyna - pomyślał Downar - prześliczna dziewczyna.” 

Zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  zaczyna  myśleć  zupełnie  o  czym  innym,  a  nie  o 

morderstwie  popełnionym  w  kancelarii  adwokackiej.  Opanował  się  całym  wysiłkiem  woli. 

„Do wszystkich diabłów,  przecież nie przyszedłem tutaj  na  flirty” -  próbował sobie wybić z 

głowy te niebezpieczne myśli. 

- Pozwoli pani, że zapalę - powiedział, wyjmując papierośnicę. 

- Proszę bardzo. Zaraz panu podam popielniczkę. 

- A może pani zapali...? 

- Dziękuję, ja nie palę. 

Odwróciła się i wyszła do kuchni po popielniczkę. Obserwował ją. Wysoka, postawna, 

efektowna. Prześliczna dziewczyna. Co za włosy, co za oczy... 

Postawiła przed nim kryształową popielniczkę i spytała: 

- Może napije się pan herbaty? 

-  Och,  nie,  nie.  Dziękuję  bardzo  -  zaprotestował  gwałtownie.  -  Ja  przecież  tylko  na 

chwileczkę. Nie chcę pani zabierać czasu. Jest już dość późno. 

Przyjrzała mu się bardzo uważnie i uśmiechnęła się. 

- Dlaczego mi się pani tak przygląda? 

- Bo, prawdę mówiąc, nigdy jeszcze nie rozmawiałam z oficerem śledczym. 

- No i jakież wrażenie? Bardzo jestem przerażający? - Właśnie, że nie. Właściwie jest 

pan bardzo sympatyczny. Tym razem Downar się roześmiał. 

- Miło mi to posłyszeć. Więc wobec tego, że nie wzbudzam w pani lęku, może mi pani 

odpowie spokojnie i rzeczowo na parę pytań. 

Westchnęła. 

-  Ach,  prawda,  przecież  pan  służbowo.  Na  chwilę  o  tym  zapomniałam.  Słucham. 

Niech pan pyta. 

- Jak dawno pracuje pani u mecenasa Natorskiego? - Już drugi rok. 

- I zadowolona pani z tej pracy? 

-  Och  tak,  bardzo.  To  uroczy  człowiek.  „Dziewuszka  jest  zakochana  w  szefie”  - 

pomyślał Downar i pytał dalej: 

background image

- Jak pani sądzi, czy mecenas Natorski ma wrogów? 

Spojrzała  na  niego  swymi  ogromnymi  niebieskimi  oczami,  które  w  tej  chwili 

pociemniały z wrażenia. 

-  Wrogów?  Mecenas  Natorski?  Nie.  Skądże.  Skądże  taki  wspaniały,  szlachetny 

człowiek mógłby mieć wrogów? Myślę, że wszyscy go bardzo, ale to bardzo lubią. 

Downar opanował drżenie warg. Nie chciał się uśmiechnąć. 

-  Czy  nie  poznała  pani  przypadkowo  pewnego  impresaria  brazylijskiego,  który 

przyjechał  na  konkurs  chopinowski  i  zamieszkał  w  Grand  Hotelu?  Nazywa  się  Omar  Ribas 

Nogueira. 

Potrząsnęła głową. 

-  Nie,  nie  znam  nikogo  takiego.  Skądżeż  miałabym  znać  jakichś  cudzoziemców 

impresariów? 

- No cóż, może się zdarzyć. Czy bywa pani w Grand Hotelu? 

- Czasem. Rzadko. To drogi lokal. 

„Wysoka, postawna, efektowna blondyna - myślał Downar. - Wysoka, postawna. Nie, 

nie,  nonsens.  Przecież  ta  dziewczyna  nie  może  mieć  nic  wspólnego  z  tą  sprawą.  Wysoka, 

postawna, efektowna... nawet bardzo efektowna.” 

Zgasił papierosa i przeciągnął dłonią po wilgotnym czole. W pokoju było duszno. 

-  Czy  pani  widziała  u  mecenasa  Natorskiego  taki  brazylijski  sztylet  w  ozdobnej 

pochwie? 

- Widziałam. Pokazywał mi go. 

- Czy mecenas Natorski miał takie dwa sztylety czyjeden? Nie od razu odpowiedziała. 

Wydało mu się, że nagle wjej oczach dojrzał niepokój. 

-  Nie  wiem...  Nie  pamiętam.  Chyba  jeden.  A  może...  może  dwa.  Doprawdy  nie 

pamiętam. 

Była  wyraźnie  zafrasowana.  Usiłowała  sobie  przypomnieć,  a  robiła  to  z  takim 

wdziękiem,  że  Downar  nie  mógł  od  niej  oderwać  oczu.  Czuł,  że  uroda  tej  dziewczyny 

zupełnie paraliżuje w nim zdolność spokojnego, logicznego rozumowania. Był zły na siebie. 

Postanowił jak najprędzej zakończyć tę rozmowę. 

- Czy zna pani sprawę Warysa? 

- Oczywiście. Przecież prowadziłją pan mecenas Natorski. 

- Pani wie, że Warys dostał karę śmierci? 

- Tak. Wiem. 

background image

-  Czy  podczas  trwania  tej  sprawy  nie  zaistniał  jakiś  fakt,  który  by  panią  zastanowił, 

zaskoczył? 

-  Nie  bardzo  rozumiem  pytanie.  No  wszystko  to  było  wjakiś  sposób  zaskakujące. 

Bardzo skomplikowana sprawa poszlakowa. Nie bardzo wiem, o co panu chodzi. 

-  Chodzi  mi  o  to,  czy  podczas  trwania  tego  procesu  nie  zdarzyło  się  coś,  że  się  tak 

wyrażę,  poza  programem,  coś  tajemniczego?  No,  czy  na  przykład  ktoś  nie  próbował 

zniechęcić mecenasa Natorskiego do prowadzenia tej sprawy? 

- O tak. Wiem, że większość jego znajomych odradzała mu zajmowanie się tą sprawą. 

Byłam nawet świadkiem dość przykrej sceny pomiędzy mecenasem a jego narzeczoną, która 

stanowczo nie chciała, żeby on bronił Warysa. Uważała, że to paskudna, brudna sprawa. 

-  Jak  się  nazywa  narzeczona  mecenasa  Natorskiego?  -  spytał  bez  większego 

zainteresowania  Downar.  Od  pewnego  czasu  obserwował  nogi  Ewy.  Były  długie  i  bardzo 

zgrabne. 

- Elżbieta Goterdowa. 

- Pani ją zna? 

Przez twarz Ewy przesunął się cień. 

- Bardzo mało. Widziałam ją parę razy. 

-  A  czy  w  czasie  trwania  procesu  Warysa  mecenas  Natorski  nie  otrzymywał  jakichś 

anonimów? Poruszyła się z ożywieniem. 

- A wie pan, że tak. Rzeczywiście. Zupełnie o tym zapomniałam. 

- Co to było takiego? 

- Kartka, zwyczajna pocztowa kartka zapisana maszynowym pismem. 

- I cóż było w tej kartce? 

- Ktoś groził mecenasowi, żądając, aby się zrzekł prowadzenia sprawy Warysa. Kartka 

była utrzymana w tonie ordynarnym i napastliwym. 

Downar zamyślił się. Już nie patrzył na nogi Ewy. 

- I cóż na to mecenas Natorski? 

- Ano nic. Śmiał się. Zbagatelizował tę sprawę zupełnie. 

- Czy mogłaby pani odnaleźć tę kartkę? 

- Nie wiem. Spróbuję. Chociaż nie jestem pewna, czy jej nie wyrzuciłam do kosza. 

- Niech pani poszuka. To dla mnie bardzo ważne. 

- Dobrze. Postaram się. Zaraz jutro tym się zajmę. Downar wstał. 

-  Bardzo  mi  się  przyjemnie  tu  z  panią  gawędzi,  ale  trzeba  już  iść.  Późno.  Dziękuję 

pani za rozmowę i do zobaczenia. Mam nadzieję, że będziemy się czasem widywać. 

background image

Uśmiechnęła się. 

-  Oczywiście.  Jeżeli  tylko  śledztwo  będzie  tego  wymagało.  Downar  spojrzał  jej  w 

oczy. 

- Przyznaję, że chętnie zobaczyłbym się z panią niezależnie od śledztwa. Nie zawsze 

przecież  musimy  rozmawiać  o  morderstwach.  Sądzę,  że  moglibyśmy  sobie  znaleźćjakiś 

weselszy temat. 

Był już w drzwiach, kiedy powiedziała: 

- Panie kapitanie... 

- Słucham? 

-  Niech  mi  pan  powie...  czy...  czy  mecenas  Natorski  może  być  oskarżony  o  tę 

zbrodnię... Przecież to niemożliwe. Prawda? 

- To jest bardzo skomplikowana sprawa - powiedział wymijająco Downar. - Dobranoc 

pani. 

Noc była ciepła i pogodna. Od Wisły szedł łagodny powiew. Ulice o tej porze były już 

prawie puste. Na rogu, koło kiosku dwóch pijaków całowało się serdecznie. 

Downar poczuł zmęczenie. Miał za sobą pracowity dzień. Nie zwlekając, pojechał do 

siebie na Koszykową. Wypił szklankę zsiadłego mleka i od razu się rozebrał. 

Leżąc  na  tapczanie,  myślał  o  Ewie.  Wspaniała  dziewczyna.  Wysoka,  postawna, 

efektowna.  Nie  mógł  pozbyć  się  wrażenia,  że  nie  wszystko  mu  powiedziała,  że  było  coś, 

czego nie chciała przed nim zdradzić. Kochała się w Natorskim, to jasne. Natorski, Natorski. 

Trzeba  mieć  na oku pana  mecenasa.  Czy Ewa  rzeczywiście  nie  jest jego kochanką? Czy  ma 

coś  wspólnego  z  tą  całą  sprawą?  Dlaczego  właśnie  ciągle  ją  sobie  kojarzy  z  tą  blondyną,  o 

której  mu  mówiła  Ziuta  i  szef  recepcji  w  Grandzie?  Mało  to  efektownych  blondynek  w 

Warszawie? 

Zasnął, mając przed oczami obraz złotowłosej dziewczyny. 

Dochodziła druga, kiedy obudził go telefon. 

- Kto, do jasnej cholery, dzwoni po nocy? 

Aparat stał na podłodze koło tapczanu. Niechętnym ruchem podniósł słuchawkę. 

- Czy to kapitan Downar? 

- Przy aparacie. Słucham? Kto mówi? 

-  To  nieważne,  kto  mówi.  Niech  pan  słucha,  panie  kapitanie.  Pragnę  pana  ostrzec. 

Niech się pan zrzeknie prowadzenia tego śledztwa. To nie dla pana. Już i tak dosyć trupów w 

tej  sprawie.  Byłabym  niepocieszona  gdyby  i  pan...  Szczerze  panu  radzę,  niech  się  pan 

background image

przestanie tym zajmować. Tej efektownej blondyny i tak pan nie znajdzie, a może pan bardzo 

łatwo stracić życie. 

-  Serdecznie  pani  dziękuję  za  troskliwość  -  powiedział  Downar.  -  Byłbym  bardzo 

zobowiązany, gdyby pani w przyszłości zechciała telefonować do mnie wjakiejś innej porze. 

O drugiej w nocy najchętniej śpię. Dobranoc. 

Odłożył słuchawkę i przewrócił się na drugi bok. 

ROZDZIAŁ III 

 

Leżał nieruchomo wyciągnięty na pryczy z głową odchyloną do tyłu. Blada, ziemista 

twarz  robiła  wrażenie  gipsowej  maski.  To  nie  była  twarz  żywego  człowieka.  Trudno  było 

uwierzyć,  że  jeszcze  przed  kilkoma  miesiącami  był  to  czterdziestoletni  mężczyzna,  pełen 

życia i energii. 

Kiedy skrzypnęły drzwi celi,  nie poruszył się ani nie otworzył oczu. Po chwili spytał 

drewnianym, apatycznym głosem: 

- Czego pan chce? 

Natorski  przyjrzał  się  temu  dogorywającemu  człowiekowi,  który  stracił  nadzieję. 

Zrozumiał,  że  jeżeli  nie  uda  mu  się  wskrzesić  w  nim  pragnienia  walki,  walki  o  życie,  to 

wszystko na nic. Sam jeszcze nie wiedział, jak ma wyglądać ta walka, ale nie miał zamiaru z 

niej zrezygnować. Usiadł obok, na taborecie. 

- Chce pan papierosa? - spytał. Warys poruszył się niecierpliwie. 

- Nic nie chcę! Nic nie chcę! Niech mnie pan zostawi w spokoju. Zostawcie mnie już 

raz w spokoju! Pozwólcie mi umrzeć! 

Odwrócił się twarzą do ściany i znowu leżał milczący i nieruchomy. 

Natorski dotknął jego ramienia. 

-  Przyszedłem  z  panem  porozmawiać.  Sądzę,  że  może  mi  pan  poświęcić  dziesięć 

minut. 

Warys zerwał się gwałtownie i usiadł na pryczy. 

- Po co to wszystko? Po co pan mnie jeszcze męczy? 

Przecież  i  tak  to  nic  nie  pomoże.  Przecież  i  tak  mnie  powieszą.  Niech  się  już  raz 

stanie. Mam dosyć. Natorski podał mu papierośnicę. 

-  Niech  pan  mimo  wszystko  zapali.  To  panu  dobrze  zrobi.  I  niech  pan  się  postara 

trochę opanować. Porozmawiajmy spokojnie. 

Warys zaczął się śmiać. 

background image

-  Ha,  ha,  ha!  Porozmawiajmy  spokojnie?  To  dobre.  To  znakomite.  Panu  łatwo  jest 

rozmawiać  spokojnie,  bo  to  nie  pana  skazano  na  śmierć.  Zostawmy  to,  panie  mecenasie. 

Niech pan wymaże z pamięci swojego klienta, który się nazywał Robert Warys. Ten człowiek 

już  właściwie  przestał  żyć.  Nie  ma  sensu  wracać  ciągle  do  spraw,  których  naprawić  nie 

można. 

Natorski był zadowolony. Warys krzyczał, a to już było bardzo dużo. Najgorsza to ta 

ponura, milcząca rezygnacja. 

- Przyszedłem, żeby panu zakomunikować, iż wnoszę o rewizję procesu. 

- Czy to warto? Przecież i tak nikt nie uwierzy, że ja jej nie zabiłem. 

-  Niechże pan wreszcie otrząśnie się z tej apatii - zniecierpliwił  się Natorski.  -  Przez 

cały  czas  trwania  procesu  był  pan  tak  załamany,  że  rzeczywiście  robił  pan  wrażenie 

pokutującego grzesznika. Tyle razy tłumaczyłem panu, że taka postawa robi fatalne wrażenie 

na  sędziach.  Tak  nie  można.  Trzeba  walczyć.  Trzeba,  żeby  wszyscy  wokół  pana  byli 

przeświadczeni  o  pańskiej  niewinności.  Nie  mogę  pojąć,  dlaczego  panu  tak  się  śpieszy  na 

szubienicę. Niechże pan pomyśli o swojej żonie. 

Ciemne oczy Warysa zapłonęły. Blade policzki pokryły się ceglastymi rumieńcami. 

- Pytała się o mnie? 

- Oczywiście. Widuję ją codziennie. Jest w rozpaczy. 

- Dlaczego tu do mnie nie przyjdzie? 

- Bo ja jej na to nie pozwalam. - Pan? 

-  Oczywiście.  Cóż  pan  sobie  wyobraża,  że  dopuszczę  do  tego,  żeby  żona  oglądała 

pana  w  takim  stanie?  Chudy,  wymizerowany,  wygłodzony,  brudny,  nieogolony.  Nie,  nie, 

widzenie  z  żoną  zorganizuję  panu  nie  wcześniej,  aż  się  pan  podźwignie  z  tej  apatii,  aż  pan 

odnajdzie w  sobie pragnienie życia  i  pragnienie  walki o życie.  Niechże pan zrozumie,  że  ja 

cały czas opowiadam pańskiej żonie o bohaterskiej postawie  jej  męża.  Ona wierzy w pana  i 

nie  można  jej  zawieść,  pokazując  jej  człowieka,  który  niczego  już  nie  pragnie  poza 

szubienicą. 

Warys wstał i ściskając sobie oburącz głowę rękami, zaczął chodzić po celi. 

-  Czego pan chce ode  mnie? Czego  mnie pan  męczy? Co  ja  mam robić? Co  ja  mam 

robić? 

-  Przede  wszystkim  musi  się  pan  ogolić  -  powiedział  Natorski.  -  Następnie  trzeba, 

żeby  się  pan  umył  i  przyzwoicie  ubrał.  Otrzyma  pan  z  domu  zmianę  bielizny  i  garnitur. 

Wszystko już załatwione. W dalszym ciągu programu zje pan dobry obiad, który przyślę panu 

z Rarytasu. Kieliszek czerwonego wina dobrze panu zrobi. I od dziś koniec z tą głodówką i z 

background image

tą ogólną abnegacją. Będzie się pan solidnie odżywiał, będzie się pan golił i będzie pan dbał o 

swoją powierzchowność. Dopiero po kilku dniach, jak już pan mniej więcej wróci do formy, 

przyprowadzę pańską żonę. 

Warys przestał chodzić i odjął ręce od głowy. 

- Dziękuję, mecenasie. Jest pan porządny chłop. Ale... ale przecież to wszystko na nic 

się już nie zda. Po co się łudzić? Pan sam wie, że... 

- Chwileczkę - przerwał mu Natorski - chwileczkę, jeszcze nie skończyłem. Kiedy pan 

już doprowadzi się trochę do psychofizycznego porządku, kiedy pan będzie ogolony, umyty i 

najedzony,  wtedy  zaczniemy  się  zastanawiać  nad  tym,  jakie  wynaleźć  nowe  okoliczności, 

które pozwoliłyby nam na wznowienie procesu. Oczywiście zawsze można wznowić proces, 

powołując się na jakieś nieścisłości proceduralne czy też na wadliwie prowadzone śledztwo. 

Aczkolwiek  w  danym  wypadku  śledztwo  prowadził  kapitan  Downar,  a  tojest  niezły 

fachowiec. Zawsze jednak do czegoś można się przyczepić. Nie o to jednak chodzi. Musimy 

wspólnie  zastanowić  się  nad  takimi  okolicznościami,  które  mogłyby  rzeczywiście  rzucić 

nowe światło na całą sprawę. Rozumie pan? Musimy znaleźć nowe okoliczności. 

Warys usiadł na pryczy i wyciągnął rękę po papierosa. 

-  Dajmy  temu  spokój,  panie  mecenasie.  Jakież  tu  mogą  być  nowe  okoliczności? 

Przecież to wszystko już było wertowane po sto razy. Co tu można wymyślić. Ja wiem, że pan 

chce mnie pocieszyć i bardzo jestem za to panu wdzięczny, ale, doprawdy,  nie ma sensu już 

tym się zajmować. 

Natorski potrząsnął głową. 

- Nie, nie, jest pan w błędzie. Absolutnie nie ma pan racji. Każda tego rodzaju sprawa 

posiada  w  sobie  tyle  drobnych  szczegółów,  że  właściwie  początkowo  nie  podobna  tego 

wszystkiego  dokładnie  przeanalizować.  Bierze  się  całokształt  sprawy  w  aspekcie  bardzo 

ogólnym.  A niech pan nie zapomina o tym, że w podobnych wypadkach pozornie błahy,  nic 

nieznaczący  fakt,  który  w  pierwszej  fazie  śledztwa  uszedł  uwadze  wszystkich,  może  mieć 

zasadnicze  znaczenie.  I  o  to  mi  właśnie  teraz  chodzi.  Musimy  każdy,  najdrobniejszy  nawet 

szczegół  wziąć  pod  mikroskop,  przeanalizować  go  i  stworzyć  nowe,  logiczne  podstawy 

rozumowania, które mogłyby być przekonywające dla sądu. 

Warys wzruszył ramionami. 

- Ha, no cóż... jeżeli uda się panu coś jeszcze z tego wykrzesać, to niech pan próbuje. 

Nie muszę pana przekonywać, że na szubienicę mi nie pilno. 

- Więc jak? Umowa stoi? - spytał Natorski. 

- To znaczy? 

background image

-  To  znaczy,  że  się  pan  wyelegantuje  i  że  będzie  się  pan  solidnie  odżywiał.  Obiady 

będą  panu  przysyłać  z  miasta.  Już  to  załatwiłem.  Poza  tym  dostarczę  panu  wszystkich 

możliwych witamin. 

- Widzę, że chce mnie pan rzeczywiście porządnie wzmocnić przed egzekucją. 

Natorski zmarszczył brwi i spojrzał gniewnie. 

-  Może  pan  przestanie  mówić  o  egzekucji,  dobrze?  Chcę  pana  przygotować  do 

nowego etapu walki, ale jeżeli będzie mi pan utrudniał... 

-  Przepraszam,  mecenasie.  Nie  chciałem  pana  urazić.  No  dobrze,  będę  już  jadł  te 

obiady, jeżeli tak panu na tym zależy. Ale zastrzegam sobie wykwintne menu. 

- O to niech się pan nie martwi. Będzie panu smakować. Natorski wstał. 

-  Niestety  na  mnie  już  czas.  Bardzo  się  cieszę,  żeśmy  się  porozumieli.  Niech  pan 

będzie  dobrej  myśli.  Daję  panu  słowo,  że  wszystko  dobrze  się  skończy.  W  tej  chwili 

najważniejsza  jest  pańska  postawa  psychiczna.  Jeżeli  pan  się  nie  podda  i  jeżeli  się  pan 

całkowicie nie załamie, wygramy. Ma pan na to moje słowo. 

- Cieszyłbym się, gdyby się pan okazał słownym człowiekiem - uśmiechnął się Warys 

i  mocno  uścisnął  wyciągniętą  dłoń.  -  Dziękuję,  mecenasie.  Jest  pan  naprawdę  bardzo  fajny 

facet. 

Strażnik zatrzasnął więzienną bramę. Natorski stał przez chwilę bez ruchu, patrząc na 

słoneczną,  ruchliwą  ulicę.  Nie  mógł  się  tak  od  razu  otrząsnąć  z  tamtej  atmosfery.  Ciągle 

jeszcze  tkwił  myślami  w  mrocznej  celi.  Odsłonił  przed  tym  człowiekiem  nowe  możliwości, 

stworzył  mu  nowe  nadzieje.  Czyż  miał  prawo  to  zrobić?  Czy  miał  prawo  zapewniać  go  o 

zwycięstwie, w które sam już nie bardzo wierzy? Czy nie lepiej było zostawić go w tej apatii? 

Poderwał  go  znowu  do  walki,  ale  co  będzie,  jeśli  i  tym  razem  przegrają?  Jakież  tu  można 

znaleźć  nowe  okoliczności?  Warys  był  sam  w  mieszkaniu  z  tą  kobietą.  Nikt  nie  wszedł  ani 

nikt  nie  wyszedł,  a  ona  została  zamordowana.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  to  on  był 

mordercą. Nie potrafił wytłumaczyć tego, jak to się stało. Do diabła. Przecież on sam znalazł 

się w  sobotę w  identycznej  sytuacji, ale  jednak  były w  niej pewne dość zasadnicze  różnice. 

Warys znał tę kobietę.  Łączyły  ich  jakieś  niezbyt czyste  interesy.  Teoretycznie  mógł  istnieć 

konkretny powód morderstwa. Podczas gdy on nigdy w życiu nie widział tego faceta z brodą 

czy  bez  brody.  Ciekawe,  czy  milicja  zdoła  rozwikłać  tę  zagadkę?  Ziemba  ma  bardzo  dobre 

wyobrażenie o Downarze. Ano, zobaczymy. 

Natorski  przypomniał  sobie,  że  obiecał  zadzwonić  do  Ziemby.  Wszedł  do  pobliskiej 

budki z automatem telefonicznym i nakręcił numer. Po chwili posłyszał głos Andrzeja. 

- Tu doktor Ziemba. Słucham? 

background image

- Mówi Eustachy. Cześć. Kiedy można się z tobą zobaczyć? 

-  Dobrze,  że  dzwonisz  -  powiedział  Ziemba.  -  Chciałbym  z  tobą  pogadać,  i  to 

możliwie jak najszybciej. Czy możesz do mnie zaraz przyjechać? 

- Oczywiście. A co się stało? 

- Nie będę ci tego opowiadał przez telefon. Przyjeżdżaj. 

Trzasnęła  słuchawka.  Natorski  wyszedł  z  budki  i  kiwnął  na  taksówkę.  Był 

zaintrygowany słowami Andrzeja. 

Ziemba  mieszkał  na  Ochocie.  Niedawno  dostał  trzypokojowe  mieszkanie,  z  którego 

był bardzo dumny. 

-  Chodź,  chodź.  Albo wiesz co?  Może  lepiej  wjedź na tych suknach.  Bo rozumiesz., 

teściowa... 

-  Rozumiem  -  powiedział  Natorski  i  począł  się  ostrożnie  posuwać  po  lśniącej  jak 

lustro posadzce. 

Ziemba usadowił przyjaciela na niewielkiej kanapce i spytał: 

- Napijesz się czegoś? Wermut? Kieliszek ratafii? 

Natorski potrząsnął głową. 

- Nie, nie. Dziękuję ci bardzo. Nie mam ochoty na alkohol. 

- To może kawy albo herbaty? 

-  Daj  spokój  z  herbatą.  Siadaj  i  mów,  co  się  właściwie  stało.  Tak  żeś  to  powiedział 

przez telefon, że... 

Ziemba zamknął starannie drzwi i przysunął sobie wyściełane krzesełko do kanapy. 

- Słuchaj no, Eustachy, muszę z tobą szczerze pogadać, ale to tak zupełnie szczerze. 

Natorski poruszył się niecierpliwie. 

- No dobra, dobra. Mówże wreszcie, o co chodzi. 

-  Widzisz -  Ziemba zniżył głos -  widzisz,  chciałem  cię prosić,  żebyś  mi tak zupełnie 

szczerze powiedział, czyś ty rzeczywiście nie zabił tego faceta. 

Natorski zerwał się. 

-  Zwariowałeś?  Dlaczegóż  u  diabła  miałbym  mordować  faceta,  którego  w  ogóle  nie 

znałem? Chyba nie dla celów rabunkowych. Jak ci się zdaje? 

- Siadaj - powiedział Ziemba. - Siadaj i nie denerwuj się. Musimy pogadać spokojnie. 

Bo widzisz... to jest bardzo dziwna sprawa,  bardzo dziwna. I teraz znowu doszły dodatkowe 

okoliczności, więc... 

- Jakie okoliczności? 

- Porównano dokładnie odciski palców. I z tego wynika, że... 

background image

- Że co? 

- Że z tą wodą coś się nie zgadza. 

- Z jaką wodą? 

- Mówię o tej szklance wody, którą przyniosłeś z kuchni swemu klientowi. 

- No i co z tego? 

-  Z  twoich  zeznań  wynika,  że  poszedłeś  do  kuchni  po  wodę,  przyniosłeś  ją  do 

gabinetu,  a  zobaczywszy,  że  facet  nie  żyje,  z  wrażenia  upuściłeś  szklankę  na  ziemię.  To 

znaczy, że ten człowiek nie wypił tej wody. Natorski wzruszył ramionami. 

- Powiedz mi, mój drogi, czyś ty kiedy słyszał, żeby nieboszczyk pił wodę. 

- Raczej nie. W tym jednak wypadku jest coś zastanawiającego. Wyobraź sobie, że na 

resztkach tej szklanki znaleziono odciski palców zamordowanego. 

- Zwariowałeś?! - krzyknął Natorski. 

-  Cicho  -  uspokoił  go  Ziemba.  -  Nie  podawaj  tak  głośno  w  wątpliwość  mych  władz 

umysłowych. Mogłyby dzieci posłyszeć. 

Natorski żachnął się niecierpliwie. 

- Przestań żartować. Chyba nie powiedziałeś tego poważnie o tych odciskach palców? 

-  Niestety,  najzupełniej  poważnie.  Sam  sprawdzałem  zdjęcia.  Nie  ma  co  do  tego 

wątpliwości. Poza tymjestjeszcze jedna bardzo poważna sprawa. 

- Co takiego? 

- W resztkach wody, którą znaleziono w stłuczonej szklance, wykryto arszenik. 

Natorski pobladł. 

- Arszenik? 

- Tak. I w związku z tym Downar, który prowadzi śledztwo, wysuwa nową koncepcję, 

a  mianowicie,  że  chciałeś  otruć  tego faceta,  który się  jednak zorientował w sytuacji  i cisnął 

szklankę na ziemię. Wtedy ty pchnąłeś go nożem. 

-  Ten twój Downar  to skończony  idiota -  powiedział Natorski. Widaćjednak było, że 

to,  co  posłyszał,  zrobiło  na  nim  silne  wrażenie.  Chwycił  przyjaciela  za  rękę.  -  Słuchaj, 

Andrzej, tu dzieje się coś strasznego, coś zupełnie niezrozumiałego. Ty mi wierzysz, prawda? 

Ty mi musisz wierzyć. 

Ziemba popatrzył na niego uważnie. 

- Chciałbym ci wierzyć, bardzo chciałbym ci wierzyć. 

Ale... posłuchaj mnie, Eustachy, jestem twoim przyjacielem, pragnę ci pomóc. Muszę 

jednak znać całą prawdę. Rozumiesz? Całą prawdę. 

Natorski zrezygnowany machnął ręką. 

background image

- Jeżeli i ty mi nie wierzysz, to już nie ma o czym gadać. 

-  Ależ wierzę ci,  tylko że... tylko że trzeba te  fakty  jakoś wytłumaczyć.  No przecież 

nie dodawałeś arszeniku do wody. 

- Oczywiście, że nie. Poza tym ten facet nie dotykał szklanki. Gdy wszedłem, już nie 

żył. Mogę przysięgnąć, że tak było. 

Ziemba  wyjął  papierośnicę  i  poczęstował  przyjaciela.  Natorski  nawet  tego  nie 

zauważył. Siedział zamyślony. Zmarszczył brwi, jakby usiłował sobie coś przypomnieć. 

-  Słuchaj,  Andrzej  -  powiedział  po  chwili.  -  Czy...  czy  ja  bym  mógł  zobaczyć  tę 

potłuczoną szklankę? 

- Boja wiem. Sądzę, że tak. 

- Bo widzisz. O ile sobie przypominam, to szklanka rozleciała się w kawałki, upadając 

na podłogę. Nie mogę oczywiście być tego pewny, bo w takiej chwili nie zwracałem uwagi na 

szklankę, tylko patrzałem na tego faceta z nożem w plecach, ale... 

Ziemba z powątpiewaniem potrząsnął głową. 

- Takiego szczegółu w żaden sposób nie możesz pamiętać. Zresztą znaleziono resztki 

tej szklanki u ciebie na podłodze. No więc właściwie nie ma o czym mówić. 

- Czy sądzisz, że mnie zaaresztują? 

- Na razie chyba jeszcze nie. Chociaż nie można wykluczyć tej ewentualności. 

-  Ja  nie  mogę teraz  iść do więzienia.  Muszę ratować  Warysa!  Ziemba  w zamyśleniu 

zaczął pocierać sobie dłonią czubek nosa. 

- Czy cię to nie zastanowiło, że ten facet przyszedł do ciebie akurat tego dnia, zaraz po 

ogłoszeniu wyroku na Warysa? Czy nie kojarzysz sobie jakoś tych dwóch spraw? 

Natorski potrząsnął głową. 

- Nie jestem w stanie znaleźć tu jakiegoś związku przyczynowego. Niestety nie zdążył 

mi nic powiedzieć poza tym, że ma do mnie jakąś bardzo ważną sprawę. Bredził coś jeszcze o 

jakichś okularach. 

- A właśnie. Co to właściwie było z tymi okularami? 

- Nie mam pojęcia. Powiedział, że wszystkiemu winne są moje okulary. 

- A ty przecież nie nosisz okularów. 

- Nie. Nigdy nie nosiłem. Mam doskonały wzrok. 

- Same zagadki -  mruknął Ziemba - same zagadki. Obawiam się,  mój drogi, że jeżeli 

milicja nie wpadnie na jakiś trop, to możesz mieć poważne przykrości. Nie chcę cię straszyć, 

ale musisz być na to przygotowany. Komplikuje jeszcze cholernie sprawę ten arszenik. 

Natorski ze zdenerwowania wyłamywał sobie palce. 

background image

-  Daję ci  najświętsze słowo honoru, że ja do tej wody  niczego nie dodałem.  Chociaż 

nie, owszem, wcisnąłem kilka kropel cytryny, którą znalazłem w kredensie. 

- Wcisnąłeś kilka kropel cytryny? - ożywił się Ziemba. - Czekaj, czekaj, to może być 

interesujące. 

- Nie sądzisz chyba, że cytryna była zatruta arszenikiem? 

- A dlaczegóż by nie? 

- Przypuszczasz, że ktoś mnie chciał otruć? 

-  Nie  wykluczam  takiej  ewentualności.  No  słuchaj,  w  tej  sytuacji  wszystko  musimy 

brać pod uwagę. 

- Ależ na miłość boską! Któż by pragnął mojej śmierci? Zresztą, do kuchni ma tylko 

dostęp dozorczyni, która sprząta mieszkanie, no i Ewa, moja sekretarka. Nie sądzisz chyba, że 

to ona...? 

Ziemba wzruszył ramionami. 

-  Ja  nic  nie  sądzę.  Na  razie  usiłuję  znaleźć  jakąkolwiek,  najbardziej  nawet 

fantastyczną koncepcję, która by pozwoliła przypuszczać, żeś to jednak nie ty ukatrupił tego 

jegomościa. Ale jak dotąd nie jestem w stanie nic prawdopodobnego wymyślić. No bo jeżeli 

nawet cytrynę ktoś zatruł, to pozostają jeszcze niewytłumaczone odciski palców na szklance. 

Przypomnij sobie dobrze, czy on rzeczywiście nie dotykał tej szklanki. 

- Nie męcz mnie - jęknął Natorski. - Przecież już ci dziesięć razy tłumaczyłem, że nie 

mógł dotykać szklanki, ponieważ nie żył. 

- A może ci się pomyliła kolejność faktów? 

- Nic mi się nie pomyliło. Daj mi spokój. 

- Nie denerwuj się, Eustachy. Przecież chcę ci pomóc. 

- Wiem, wiem. Przepraszam cię. Ale już mnie diabli biorą. Nie dosyć, że mam kłopot 

z Warysem, to teraz znowu mnie chcą zapakować do kryminału. Tego jeszcze brakowało. 

Natorski wstał i energicznym krokiem przeszedł się po pokoju. Zapomniał o suknach i 

o świeżo wyfroterowanej posadzce. 

- Milicja przede wszystkim powinna zidentyfikować tego faceta. Kto to był? Dlaczego 

się  charakteryzował?  Skąd  miał  ten  zagraniczny  paszport?  Co  się  stało  z  prawowitym 

właścicielem tego paszportu? Przecież to się musi jakoś wyjaśnić. No naprawdę, nie miałoby 

najmniejszego  sensu,  żeby  mnie  podejrzewać  o  to,  że  chciałem  otruć  czy  zasztyletować 

jakiegoś człowieka, którego nigdy w życiu nie widziałem. 

- Mój drogi - powiedział Ziemba - trzeba dowieść tego, że go nie znałeś.  Ja ci  mogę 

ewentualnie uwierzyć na słowo, ale milicja, sąd... 

background image

Natorski zrobił niecierpliwy ruch ręką. 

-  No  dobrze,  dobrze.  Rozumiem  doskonale.  Przyjmijmy  więc,  że  go  znałem  i  że  dla 

jakichś  tam  tajemniczych  powodów  postanowiłem  go  zamordować.  Po  jakiegoż  diabła 

miałbym truć  faceta w swoim własnym mieszkaniu? Po cóż miałbym mieć kłopot z trupem? 

Czyż nie lepiej taką rzecz załatwić gdzieś na neutralnym gruncie. No, bo ja wiem, w kawiarni, 

restauracji, u niego w mieszkaniu. Ziemba pokiwał głową. 

- Tak, tak, niewątpliwie. Rozumowanie twoje byłoby słuszne, gdyby w grę wchodziła 

gwałtowna trucizna, na przykład cyjanek potasu. Natomiast z arszenikiem sprawa przedstawia 

się nieco inaczej. Objawy zatrucia mogą wystąpić po godzinie, po dwóch, a nawet po trzech 

godzinach... W tych warunkach zbrodniarz może liczyć na to, że jego ofiara zdąży udać się do 

swego  mieszkania  i dopiero tam dokończyć żywota.  Sądzę,  że jestem  bardzo bliski prawdy, 

jeżeli zaryzykuję twierdzenie, że tok rozumowania kapitana Downara jest właśnie taki. 

-  Do  diabła  z  Downarem!  -  zaklął  Natorski.  -  Z  tego  wszystkiego  widzę,  że  będę 

musiał sam się zająć śledztwem, jeżeli nie chcę dostać się do więzienia. 

Ziemba rozłożył ręce. 

-  No  cóż.  Możesz  spróbować  zabawić  się  w  detektywa.  Uważaj  tylko,  żebyś  nie 

utrudniał pracy milicji. Nie ma nic gorszego jak tacy detektywi amatorzy. 

-  Nie  wmówisz  mi  chyba,  że  jakiś  tam  milicjant  jest  inteligentniejszy  i  sprytniejszy 

ode mnie. A zresztą mam przecież pewne kwalifikacje. 

-  Radziłbym  ci  jednak  skoordynować  swą  działalność  z  akcją  prowadzoną  przez 

Downara. 

Za drzwiami rozległ się kobiecy głos: 

- Andrzeju, Andrzeju! 

-  Przepraszam  cię  na  chwilę  -  powiedział  Ziemba  i  wyszedł.  Po  chwili  wrócił.  Miał 

rozweseloną  minę.  -  Wiesz  co,  że  moja  teściowa  jest  kapitalna.  Wywołała  mnie  z  pokoju, 

żeby się zapytać, czy dobrze wytarłeś nogi.  Widocznie posłyszała,  jak tu nerwowo biegasz  i 

przeraziła się o swoją posadzkę. 

Natorski uśmiechnął się. 

-  Wobec  tego  to  chyba  już  pójdę.  Muszę  jeszcze  odbyć  wizytę  u  Elżbiety.  Nie 

widziałemjużjej prawie dwa tygodnie. 

- Kiedy zaprosisz mnie na ślub? 

- Czyja wiem. Jak tak się to wszystko będzie rozwijać, to prędzej zaproszę cię na mój 

pogrzeb. 

Ziemba poklepał go po plecach. 

background image

-  No,  no,  tylko  bardzo  cię  proszę  bez  pesymizmu.  Trzymaj  się.  Jakoś  przecież  to 

wszystko musi się w końcu wyjaśnić. 

Pożegnali się serdecznie. 

- Koniecznie do mnie jutro zadzwoń - powiedział Ziemba. 

Słońce już nie świeciło. Gęste chmury zakryły niebo. Zbierało się na deszcz. 

Natorski  nawet  nie  zauważył  zmiany  pogody.  Szedł  wolno  w  kierunku  placu 

Narutowicza i myślał, a myśli miał niewesołe. Nowe fakty, o których mu powiedział Andrzej, 

fatalnie  komplikowały  sprawę.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że  ktoś  chciał  go  pogrążyć.  Ale 

komu  mogło  zależeć  na  jego  zgubie  i  wjaki  sposób  działo  się  to  wszystko?  Jakaś  szatańska 

zmowa. Ale kto, jak i dlaczego? Nie mógł przypomnieć sobie nikogo takiego, kto by pragnął 

wysłać go na szubienicę. 

Zaczął  padać  drobny,  gęsty  deszcz.  Natorski  stanął  pod  ścianą  pobliskiego  kiosku  i 

podniósł  kołnierz  marynarki.  Na  szczęście  nieomal  w  tym  samym  momencie  nadjechała 

czternastka. 

Inżynier  Rajski  z  żoną  i  córką  mieszkał  na  Racławickiej.  Natorski  wysiadł  przy 

Szustra i pędem pobiegł do postoju taksówek. Deszcz lał jak z cebra. 

- Pada - stwierdził z flegmatycznym spojrzeniem szofer. 

- Ano pada - zgodził się Natorski. - Niech pan jedzie na Racławicką. 

Drzwi  otworzyła  mu  Elżbieta.  Była  wysoka,  zgrabna,  bardzo  efektowna.  Ciemne, 

kasztanowate  włosy,  zielone  oczy,  delikatna,  drobne  rysy,  jasna,  porcelanowa  cera.  Robiła 

wrażenie  bardzo  młodej  dziewczyny  i  trudno  się  było  domyśleć,  że  już  przekroczyła 

trzydziestkę.  Wyszła  za  mąż,  mając  lat  dziewiętnaście,  ale  nie  była  szczęśliwa  w  tym 

małżeństwie.  Obecnie  postanowiła  wydać  się  za  Natorskiego,  który  przeprowadzał  jej 

rozwód. 

- Jak ty wyglądasz?! - wykrzyknęła. - Cały jesteś mokry. Nie mogłeś wziąć płaszcza? 

-  Mogłem,  ale  nie  wziąłem  -  powiedział  Natorski,  otrzepując  się  z  deszczowych 

kropel. - Wydawało się, że pogoda ładna. 

Zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała go w usta. 

- Kochany, nie masz pojęcia, jak ja się za tobą stęskniłam. Nie widziałam cię przecież 

całe wieki. Dlaczego nie przyjdziesz, nie zadzwonisz? 

- Mam kłopoty. 

-  Wiem,  wiem.  Słyszałam.  Podobno  u  ciebie  zamordowano  jakiegoś  człowieka.  Ale 

przecież ty nie masz z tym nic wspólnego? 

- Skąd wiesz o tym morderstwie? 

background image

- Mówiła mi twoja dozorczyni. 

- Byłaś u mnie? 

- Tak. Nie mogłam się dodzwonić, więc poszłam, ale cię nie zastałam. 

-  Bardzo  mi  przykro,  że  się  niepotrzebnie  fatygowałaś.  Ale  wiesz  co?  Lepiej  teraz 

zrezygnuj z odwiedzania mnie. Gotowi i ciebie zaplątać w tą sprawę. 

Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. 

- Chyba to nic poważnego? 

- No wiesz, morderstwo to zawsze sprawa dość poważna. 

-  Ale przecież  nikt ciebie o to nie oskarża? Opowiedz  mi dokładnie,  jak to się  stało. 

Bardzo cię proszę. Takajestem ciekawa. Wanda nie daje mi spokoju. Opowiedz. 

Natorski potrząsnął głową. 

-  Nie,  nie.  Błagam  cię.  Nie  mam  najmniejszej  ochoty  mówić  na  ten  temat.  Może 

innym razem. W tej chwili naprawdę nie mogę. 

Nadąsana wydęła wargi. Lubiła odgrywać rolę małej, kapryśnej dziewczynki. 

- Jesteś niedobry. Jesteś niesympatyczny. 

- Nigdy nie twierdziłem, że jest inaczej. To przecież ty zawsze usiłowałaś wmówić we 

mnie, że jestem ogromnie sympatyczny. 

- Tak, ale to było bardzo dawno. 

Do  pokoju  wszedł  inżynier  Rajski.  Był  to  mężczyzna  wysoki,  szczupły,  dobrze 

zbudowany. Mimo swych pięćdziesięciu kilku lat poruszał się żwawo i zwinnie. Łatwo było 

się  domyśleć,  iż  uprawiał  sporty.  Rysy  miał  dość  ostre,  regularne.  Twarz  suchą,  pociągłą, 

duże  ciemne  oczy  i  gęstą  szpakowatą  czuprynę.  Ubrany  był  z  wyszukaną,  a  nawet  trochę 

przesadną  elegancją.  Robił  wrażenie  człowieka  pewnego  siebie,  świadomego  swych  zalet  i 

wartości  posiadanych  pieniędzy.  Należał  do  tych  nielicznych  ludzi,  którzy  nie  narzekają  na 

ciężkie czasy i na trudności materialne. 

-  A,  witamy,  witamy.  Jakże  się pan  miewa, kochany panie Eustachy? Bardzo dawno 

nie widzieliśmyjuż pana. Co u pana słychać? Mówiła mi Elżunia, że ma pan podobno jakieś 

przykrości. 

- Przykrości nigdy nie brakuje - powiedział Natorski. - Dokonano morderstwa w moim 

mieszkaniu. Rozumie pan, że to nie jest zbyt miłe. 

-  Rozumiem,  doskonale  rozumiem.  Wyobrażam  sobie,  że  już  tak  pana  milicja 

wymęczyła, że nie ma pan ochoty rozmawiać na ten temat. 

- To się zgadza. Nie mam najmniejszej ochoty. Rajski wyjął złotą papierośnicę. 

background image

- Proszę, może pan zapali. Tureckie papierosy. Wcale niezłe. Elu - zwrócił się do córki 

- może byś się zainteresowała obiadem? 

- To państwo jeszcze nie jedli obiadu? - zdziwił się Natorski. 

- Nie. My teraz jadamy późno. A dzisiaj czekaliśmy na pana. Żałuję tylko bardzo, że 

moja  żona  musiała  wyjść.  Ma  dzisiaj  jakieś  swoje  kobiece  zebranie,  z  którego  nie  mogła 

zrezygnować. Zechce więc pan wybaczyć. 

-  Ale  cóż  znowu  -  uśmiechnął  się  Natorski.  -  Nie  jestem  przecież  jakimś  oficjalnym 

gościem. - Śmieszył go trochę ceremonialny ton przyszłego teścia. 

- Czy ten Warys był pańskim klientem? - spytał Rajski. - Tak. 

- Czytałem właśnie niedawno, że go skazano na karę śmierci. 

- Tak. Wyrok jest niesłuszny. Wnoszę o rewizję procesu. Jestem przekonany, że on nie 

popełnił tej zbrodni. 

- A czy może pan przedstawić jakieś nowe okoliczności w tej sprawie? 

-  Nowe  okoliczności  się  znajdą  -  odpowiedział  wymijająco  Natorski,  który  nie  miał 

ochoty podtrzymywać tego tematu. 

Weszła Elżbieta. 

- Proszę panów do stołu. 

Obiad  był  wystawny.  Znakomite  przekąski,  ryba  w  galarecie,  móżdżek  zapiekany  w 

muszelkach,  pasztet domowej roboty, kawior,  łosoś.  Do tego kilka gatunków zagranicznych 

wódek.  Następnie  pieczona  indyczka  z  borówkami,  wino  burgundzkie,  a  na  deser  tort 

orzechowy, doskonała kawa i likiery. 

Natorski  nie  miał pojęcia,  czemu zawdzięcza taką ucztę.  Jadł z apetytem  i  na chwilę 

zapomniał o swoich kłopotach. 

Rozmowa  toczyła  się  na  tematy  ogólne.  Mówiono  trochę  o  polityce,  trochę  o  życiu 

kulturalnym  stolicy  i  trochę  o  podróżach  międzyplanetarnych.  Kiedy  podano  kawę,  Rajski 

znowu wrócił do sprawy Warysa. 

- Z ogromnym zainteresowaniem śledziłem ten proces. Ciekaw jestem, czy uda się ta 

rewizja. Trzeba oczywiście zdobyć jakieś nowe okoliczności. Czy ma panjuż obmyślony plan 

działania? 

-  Tak.  Mniej  więcej  -  odparł  bez  zapału  Natorski,  który  nie  miał  jeszcze  właściwie 

żadnego planu i nie chciał o tym mówić. 

Rajski zorientował się i zmienił temat rozmowy. 

- Gdzie się pan wybiera na lato? Natorski uśmiechnął się. 

background image

-  Przyznaję,  że  jeszcze  o  tym  nie  myślałem.  Lubię  jeździć  nad  morze.  Nie  wiem 

jednak, czy w tym roku będzie to możliwe ze względu na nawał pracy. 

- Przecież w okresie letnim nie ma spraw sądowych. 

- No tak, ale jajeszcze mam inne zajęcia. Nie wiem też, jak ułoży się sprawa Warysa. 

Nie jest wykluczone, że sam będę musiał zabawić się w detektywa. 

-  Och,  to  wspaniale!  -  ożywiła  się  Elżbieta.  -  Szalenie  lubię  takie  historie.  Ja  ci 

pomogę. 

Rajski dyskretnie spojrzał na zegarek. 

-  Bardzo  was,  moi  drodzy,  przepraszam,  ale  mam  ważne  spotkanie  na  mieście. 

Poflirtujcie tu sobie trochę. Do widzenia, panie Eustachy. Niechże nas pan częściej odwiedza. 

Praca pracą, ale przecież można sobie zawsze znaleźć chwilę czasu dla przyjaciół. 

Elżbieta odprowadziła ojca do drzwi. Później wróciła i powiedziała: 

- Chodź do mojego pokoju. Pokażę ci mój nowy kapelusz. Kapelusza oczywiście nie 

pokazała. Całowali się. 

- Jesteś niedobry, jesteś bardzo niedobry. Dlaczego zostawiasz  mnie samą? Dlaczego 

nie przychodzisz, nie dzwonisz? Dlaczego pozwalasz mi tak bardzo tęsknić? 

Tuliła się do niego spragniona pieszczot. 

Natorski  nie  był  w  nastroju  romantycznym.  Jakaś  nowa,  uparta  myśl  poczęła 

świdrować mu mózg. Całował ją więc raczej przez uprzejmość. 

Musiała to wyczuć, bo odsunęła się od niego. 

-  Jesteś  dzisiaj  jakiś  dziwny,  jakiś  zupełnie  inny.  Ja  tak  nie  chcę.  A  może  znalazłeś 

sobie inną? Powiedz! Może masz inną? Może ja ci się już nie podobam? Łagodnie ujął ją za 

rękę. 

- Ależ uspokój się, kochanie. Nie mam żadnej innej i ty mi się podobasz tak samo jak 

dawniej.  Musisz  tylko  zrozumieć,  że  jestem  zmęczony  i  wyczerpany  nerwowo  tym 

wszystkim. To nie są miłe rzeczy. Przegrałem proces Warysa, a teraz znowu to morderstwo w 

mojej  kancelarii,  śledztwo,  ciągłe  rozmowy  z  milicją.  Nie  gniewaj  się,  ale  naprawdę  nie 

jestem w nastroju. 

Siedziała nadąsana, patrząc w podłogę. Ona była w nastroju. 

Natorski,  pragnąc  zatrzeć  trochę  niemiłe  wrażenie,  zaczął  mówić  o  projektach  na 

najbliższą przyszłość. Jak to oni wyjadą razem w lecie nad morze, a we wrześniu w góry, do 

Zakopanego  albo  do  Krynicy,  a  może  na  Dolny  Śląsk.  Roztoczył  przed  nią  barwną  wizję 

wesołych  wycieczek,  dansingów  i  brydżów.  Wreszcie  udało  mu  się  trochę  udobruchać 

Elżbietę i kiedy wychodził, już nie była na niego tak bardzo rozżalona. 

background image

Deszcz przestał padać. Światło latarni odbijało się w dużej kałuży. 

Natorski  przebrnął  przez  błotnistą  ulicę  i  wydostał  się  na  aleję  Niepodległości.  Na 

przystanku spostrzegł znajomą twarz. 

- Dobry wieczór, kapitanie. Co pan tu robi? 

- Jak to, co robię? - uśmiechnął się Downar. - Śledzę pana. 

- No i co pan wyśledził? 

-  Że  odwiedził  pan  swą  narzeczoną.  Prawdę  mówiąc  i  ja  również  miałbym  ochotę 

pogawędzić kiedyś z panią Elżbietą Rajską, a raczej z panią Elżbietą Goterd, bo zdaje się, że 

tak nazywał się jej pierwszy małżonek. 

- Widzę, że pan jest świetnie poinformowany - powiedział Natorski. - Ale bardzo pana 

proszę, niech pan zostawi w spokoju moją narzeczoną. Ona przecież nie ma nic wspólnego z 

tą całą sprawą. 

-  Niech pan się  nie obawia -  zapewnił Downar. -  Nie  mam zamiaru  niepokoić  ludzi, 

którzy nie są wjakiś sposób związani ze sprawą. Ale wsiadajmy. Mamy trolejbus. Zdaje się, 

że i panu odpowiada pięćdziesiąt sześć. 

Downar wyskoczył przy Koszykowej. Natorski pojechał dalej. Był zamyślony. Krótka 

rozmowa z tym milicjantem bardzo go zastanowiła. 

Na schodach spotkał Warysową. 

- Pani do mnie? 

- Tak, panie mecenasie. Jak to dobrze, że akurat pan wraca. Przepraszam, że tak późno 

do pana przychodzę, ale muszę z panem koniecznie pomówić. 

- Bardzo proszę. 

Odnalazł  klucze  i  otworzył  drzwi,  wpuszczając  ją  przodem  i  zapalając  światło  w 

przedpokoju. Po raz setny chyba stwierdził, że to bardzo zgrabna i szykowna kobieta. 

Przeszli do gabinetu. 

Usiadła w fotelu, założyła nogę na nogę i zapaliła papierosa. 

- Widział się pan dzisiaj z Robertem? 

- Tak. Byłem u niego. - Jak on się czuje? 

- Był bardzo załamany, ale udało mi się trochę podtrzymać go na duchu. 

-  Przecież  pan  go  tak  nie  zostawi,  panie  mecenasie,  prawda?  Pan  coś  obmyśli?  Pan 

będzie prowadził dalej tę walkę? - w jej dużych brązowych oczach zabłysły łzy. Od razu się 

jednak opanowała. 

- Nie mam zamiaru rezygnować z walki - powiedział Natorski. - Co do tego może być 

pani zupełnie pewna. 

background image

- Będzie pan wznawiał proces? 

- Oczywiście. 

- Czy to się panu uda? 

- Mam nadzieję, że tak. 

-  Ale  przecież,  o  ile  się  orientuję,  żeby  wznowić  proces,  to  trzeba  podaćjakieś  nowe 

ważne dla sprawy okoliczności. 

- To się zgadza. 

-  No  a  pan  ma  coś  takiego?  Zdobył  pan  jakieś  nowe  okoliczności,  które  mogłyby 

udowodnić niewinność Roberta? 

- Oczywiście, że mam. 

Na twarzy Warysowej odmalowało się podniecenie. 

-  Niech  mi  pan  powie,  panie  mecenasie.  Niech  mi  pan  powie,  co  to takiego.  Jestem 

szalenie zaintrygowana. 

Natorski potrząsnął głową. 

-  Bardzo  żałuję,  ale  istnieje  wiele  powodów,  dla  których  nie  chciałbym  w  tej  chwili 

mówić na ten temat. 

Spuściła oczy i powiedziała cicho: 

- Czy pan nie usiłuje mnie tylko pocieszyć? Czy to w ogóle ma wszystko jakiś sens? 

Czy możliwy jest ratunek? 

Natorski  przyjrzał  się  jej  uważnie.  Była  bardzo  piękna  z  tym  melancholijnym 

wyrazem twarzy. Za każdym razem podziwiał jej urodę, ale było w niej coś, co go niepokoiło, 

a czego nie potrafił sobie właściwie uświadomić. Intuicyjnie wyczuwał jakiś chłód, który krył 

się za jej słowami. Chłód i obojętność wobec całego otaczającego ją świata. Chwilami nawet 

nie miał pewności, czy ona rzeczywiście kocha męża, o którego życie walczyła. 

- Chciałbym, żeby pani uwierzyła w to, że ja wygram tę sprawę. 

- Ja panu wierzę, panie mecenasie. Tylko, tylko że czasem tracę nadzieję. I gdyby pan 

mógł mi coś powiedzieć, coś takiego, czego mogłabym się uchwycić. No boja wiem... Może 

rzeczywiście pan natrafił na jakieś nowe, ważne okoliczności, które... 

Natorski wstał i przeszedł się po pokoju. 

-  Na  razie  nie  mogę  nic  konkretnego  pani  powiedzieć.  Po  prostu  nie  chcę  z  panią  o 

tym  mówić,  z  panią  ani  z  nikim  innym.  Muszę  pewne  sprawy  sobie  uporządkować, 

sprecyzować.  Muszę  sprawdzić  moje  domysły,  przypuszczenia.  Niech  pani  będzie  dobrej 

myśli. My wygramy tę sprawę. Mąż pani będzie wolny. 

Wstała. 

background image

- Dziękuję panu, panie mecenasie, i dobranoc. Odprowadził ją do przedpokoju. Kiedy 

zamykał drzwi  na  łańcuch, przyszło  mu  na  myśl, że dzisiaj wszyscy  bardzo się  interesowali 

nowymi okolicznościami w sprawie Warysa. 

ROZDZIAŁ IV 

 

Downar był w fatalnym humorze. Kilkudniowe śledztwo nie posunęło go właściwie o 

krok  naprzód.  Zebrał  wiele  szczegółowych  informacji  dotyczących  Natorskiego  i  jego 

najbliższego  otoczenia,  ale  do  tej  pory  nie  wiedział,  co  się  stało  z  zaginionym 

Brazylijczykiem  ani  kto  właściwie  został  zamordowany.  Do  żadnego  z  warszawskich 

komisariatów  nie  wpłynął  meldunek  o  zaginięciu  jakiegoś  człowieka.  Można  więc  było 

przypuszczać,  że ofiarą zbrodni padł ktoś z prowincji. Zawiadomił  komendy wojewódzkie  i 

czekał. 

Tymczasem dzień za dniem upływał, a żadna wiadomość nie nadchodziła ani z terenu 

Warszawy,  ani z prowincji.  Rozesłanie  fotografii  zamordowanego również  nie dało żadnych 

rezultatów. 

Wreszcie Downar postanowił zrzucić zawodową pychę z serca i pogadać z Karolem. 

Walczak od pewnego czasu korzystał z urlopu okolicznościowego, przygotowywał się 

bowiem do egzaminu. Nie bywał w komendzie, z nikim się nie kontaktował, siedział u siebie 

na Muranowie i wkuwał. 

Downar wiedział, że nie należy przerywać tej naukowej ekstazy, po głębokim jednak 

namyśle doszedł do przekonania, że za wszelką cenę musi pomówić z przyjacielem. 

Drzwi  otworzyła  mu  Helena.  Przyłożyła  palec  do  warg,  nakazując  milczenie,  i 

szepnęła. 

- Cicho. Przerabia prawo międzynarodowe. 

- Muszę z nim pogadać chwilę - powiedział Downar, również zniżając głos do szeptu. 

- Czy to coś bardzo ważnego? 

- Bardzo. Nie zajmę mu dużo czasu. 

- No to wejdź, tylko ostrożnie i, bój się Boga, nie zdenerwuj go. 

Downar  cicho  otworzył  drzwi  i  stanął  jak  wryty.  O  mało  nie  parsknął  głośnym 

śmiechem. 

Spoza  grubych  tomów  widać  było  tylko  czubki  zjeżonych  włosów  Walczaka,  który 

wydawał jakieś dziwne pomruki, powtarzając zapewne paragrafy wiedzy prawniczej. 

- Jak się masz, Karol? Cześć. 

background image

W luce pomiędzy książkami ukazała się pobladła twarz. Patrząc na szkliste, zamglone 

oczy, trudno było odgadnąć, czy ofiara wyższych studiów poznała wchodzącego. 

Downar zbliżył się i poklepał przyjaciela po plecach. 

- Uważaj, żebyś kręćka nie dostał od tej nauki. 

- Łatwo ci mówić - westchnął Walczak. 

-  Wiesz  chyba,  że  mi  zagrozili,  iż  wyleją  mnie  ze  stanowiska,  jak  nie  będę  miał 

wyższego  wykształcenia.  A  po  czterdziestce  to  już,  bracie,  nie  tak  łatwo  wiedza  do  głowy 

wchodzi. Tobie to dobrze, bo masz dyplom, aleja ciemny kmiot. 

- Czy możesz się na chwilę wydobyć z oparów wiedzy? - spytał Downar. 

Walczak ochoczo zamknął książkę. 

-  Właśnie  miałem  otworzyć  okno  i  wykonać  kilka  głębokich  oddechów,  bo 

rzeczywiście jużjestem trochę przemęczony. 

-  Coś  ci  zaproponuję.  Zamiast  oddechów  chodź  się  trochę  przejść.  Połazimy  po 

Saskim Ogrodzie. 

-  To  jest  genialna  myśl  -  ucieszył  się  Walczak,  który  z  wolna  zaczął  nabierać 

normalnego wyglądu. - Helenko, Helenko! - zawołał, otwierając drzwi. 

- Co się stało? 

-  Moja  kochana  żono,  wybieram  się  z  tym  oto  tu  obecnym  Stefanem  Downarem  na 

maleńki spacerek. 

- No dobrze, a nauka? 

- Muszę się trochę przewietrzyć, odświeżyć umysł. 

- No to idź, tylko nie siedź długo. Pamiętaj o egzaminie. 

- Pamiętam, pamiętam. 

Walczak z takim impetem zbiegł po schodach, że Downar nie mógł za nim nadążyć. 

- Wspaniale mi zrobi trochę ruchu na świeżym powietrzu. Przyszedłeś w samą porę. 

Kiedy znaleźli się w Saskim Ogrodzie, Walczak powiedział: 

-  Mam  wrażenie,  Stefuś,  żeś  ty  mnie  odwiedził  wiedziony  nie  tylko  troską  o  moją 

kondycję fizyczną. 

Downar uśmiechnął się. 

- Podziwiam twoją przenikliwość. 

- Więc o cóż to chodzi? Potrzebujesz forsy? 

- Nie, nie, nic podobnego. A tamte dwieście złotych oddam ci po pierwszym. 

- Nieważne. Jakież więc masz kłopoty? 

background image

-  Prowadzę  sprawę,  której  ani  rusz  nie  mogę  rozgryźć.  Walczak  stanął  na  palcach  i 

głęboko wciągnął w płuca ożywcze powietrze. 

-  No  cóż,  Stefuś,  żałuję  bardzo,  ale  widzisz  przecież,  że  ja  teraz  nic  ci  nie  mogę 

pomóc. Jestem niewolnikiem upowszechniania wiedzy prawniczej. 

- Wiem, wiem, oczywiście. Ale zrozum, że ty jesteś jedynym człowiekiem, do którego 

mogę się zwrócić o pomoc. 

Walczak zagwizdał cicho kilka taktówjakiegoś kujawiaka i powiedział: 

-  No  to  usiądźmy  sobie  trochę  tu  na  tej  ławeczce  i  może  mi  w  krótkich  słowach 

objaśnisz, o co to właściwie chodzi. 

Downar  opowiedział  wszystko,  nie  omijając  żadnego  szczegółu.  Kiedy  doszedł  do 

momentu  wizyty  u  Ewy,  z  takim  zapałem  zaczął  się  rozwodzić  nad  niezwykłą  urodą 

sekretarki Natorskiego, że Walczak popatrzył na niego badawczo i spytał: 

-  Czy  ty  chcesz,  żebym  ci  pomógł  w  prowadzeniu  śledztwa,  czy  też  żebym  cię 

wyswatał? 

Downar trochę się zmieszał. 

- Kiedy to jest rzeczywiście fantastyczna dziewczyna. Walczak pokiwał głową. 

-  Wiem,  wiem,  każda  jest  dla  ciebie  „fantastyczna”.  Oj,  Stefuś,  Stefuś,  co  ja  z  tobą 

mam?  Jak  tylko  się  zrobi  wiosna,  koniec,  przepadłeś.  Powiedz,  kiedy  ty  się  wreszcie 

ustatkujesz? Powinieneś się ożenić. 

- Tak mi źle życzysz? 

-  To  wszystko  zależy,  jak  się  trafi.  Ja  tam  jestem  bardzo  zadowolony  z  mojego 

małżeństwa. 

- Ba, ale gdzie znajdziesz taki drugi skarb jak twoja Helenka? 

-  Znajdzie  się,  znajdzie,  trzeba  tylko  umieć  szukać.  No,  ale  do  rzeczy.  Sprawa 

rzeczywiście niewąsko zagmatwana. Ciekawe, bardzo ciekawe. 

-  Jajednak  myślę,  że  mordercąjest  Natorski  -  powiedział  Downar.  -  Absolutnie 

wszystko na to wskazuje. Walczak skrzywił się niechętnie. 

-  Tyle razy ci przecież tłumaczyłem,  że  największą przeszkodą w pracy  śledczej  jest 

myślenie.  Nie  wolno  od  tego  zaczynać.  Najprzód  musisz  sobie  zgromadzić  obiektywny 

materiał,  a  myślenie  zostaw  na  później.  Jak  na  samym  początku  coś  wykombinujesz, 

stworzysz  sobie  jakąś  koncepcję,  to  potem  automatycznie  już  wszystkie  fakty  zaczynasz 

dopasowywać  do  tej  koncepcji.  Trudno  ci  się  rozstać  z  tym,  co  sobie  wymyśliłeś.  Przede 

wszystkim suchy, obiektywny materiał. 

- Czego ty chcesz ode mnie. Wszystko zebrałem, co tylko mogłem. 

background image

-  Bardzo  niewiele,  bardzo  niewiele.  A  może  byśmy  się  tak  przejechali  do  komendy. 

Chciałbym rzucić okiem na akta sprawy. 

- Doskonale - ucieszył się Downar. - Zaraz tu gdzieś złapiemy taksówkę. 

Walczak żwawo zerwał się z ławki. Zupełnie zapomniał o prawie międzynarodowym. 

To tajemnicze morderstwo zaczynało go fascynować. 

W komendzie poszli do pokoju Downara. Walczak, bez straty czasu, zaczął wertować 

protokoły. 

- Ciekawe, bardzo ciekawe - mruczał co chwilę, wichrząc sobie i tak już sterczącą we 

wszystkich kierunkach czuprynę. 

-  Słuchaj  no,  Stefuś,  co  byś  powiedział  na  to,  gdybyśmy  tak  odwiedzili  mecenasa 

Natorskiego? 

- Zaraz do niego zadzwonię. Upewnię się, czy jest w domu. 

Natorski powiedział, że na razie nigdzie nie wychodzi i że oczekuje ich przyjazdu. 

W samochodzie Walczak klepnął przyjaciela po kolanie. 

-  Dawno  już  nie  było  takiej  sprawy.  Ale  nic  się  nie  martw,  jakoś  sobie  pomalutku 

poradzimy. 

Natorski przyjął ich bardzo uprzejmie. Przedstawił się Walczakowi i zaprosił gości do 

gabinetu. 

-  Cieszę  się,  że  mnie  panowie  odwiedzili.  Mam  nadzieję,  że  wreszcie  wyjaśni  się  ta 

tajemnicza sprawa. Jak tam śledztwo, panie kapitanie? 

-  Posuwa  się  planowo  -  odpowiedział  wymijająco  Downar.  Walczak  ciekawie 

rozejrzał się po pokoju. 

- Tutaj się to stało? 

- Tak, właśnie pan siedzi na tym krześle, na którym został zamordowany ten człowiek. 

Walczak wstał. 

-  Czy  pan  pamięta,  panie  mecenasie,  dokładnie  pozycję  tego  krzesła.  Niech  pan 

spróbuje sobie przypomnieć i tak go ustawić, jak stało owego wieczora. 

Natorski uśmiechnął się bezradnie. 

-  To  trudne  zadanie.  Dokładnie  nie  mogę  tego  zrekonstruować.  Wydaje  mi  się,  że 

mniej więcej właśnie tak stało. 

- W każdym razie tyłem do okna. 

- Oczywiście. Biurkojest ciężkie i raczej go się nie przesuwa. Normalnie ja siedzę tu, 

za biurkiem, a klient naprzeciwko mnie, po drugiej stronie, to znaczy tyłem do okna. 

background image

- Świadkowie stwierdzają, że okno zastali zamknięte. Czy podczas pańskiej rozmowy 

z tym człowiekiem okno także było zamknięte? Nie przypomina pan sobie? 

-  Było  zamknięte.  Dokładnie  sobie  przypominam,  że  je  zamknąłem,  a  następnie 

poszedłem  do  łazienki.  Kiedy  skończyłem  się  myć,  zadźwięczał  dzwonek  i  wszedł  ten 

nieznajomy. 

- Hm. I powiedział panu tylko tyle, że ma dla pana jakąś bardzo ważną wiadomość  i 

że wszystkiemu są winne pańskie okulary. 

- Tak. 

- Ponieważ źle się czuł, przeto pan poszedł po szklankę wody do kuchni, a kiedy pan 

wrócił, już zastał go pan zasztyletowanego z nożem w plecach. 

- Tak było w istocie. 

- Czy jak pan wrócił z wodą, nie zauważył pan jakichś zmian w pokoju, oprócz trupa 

oczywiście. Na przykład czy okno wtedy także było zamknięte? 

Natorski wykonał jakiś nieokreślony ruch ręką. 

- Przyznam się panu, że wtedy nie patrzyłem na okno. Tak byłem zaskoczony tym, co 

się stało. Ale myślę, że okno było zamknięte. Któż mógłby je otworzyć? 

- Tak, tak, oczywiście. 

Walczak  wyjął  grzebień  i  usiłował  doprowadzić  do  porządku  swą  rozwichrzoną 

czuprynę.  Niebawem  jednak  zrezygnował  z  tej  czynności.  Począł  chodzić  po  pokoju, 

przyglądając się uważnie posadzce. 

- A jaka była ta szklanka, panie mecenasie? 

- Jaka szklanka? 

- No ta, w której pan przyniósł wodę temu biedakowi. Natorski spojrzał zdumiony. 

- Nie rozumiem. No zwyczajna szklanka ze szkła. 

- Na tyle jestem domyślny - uśmiechnął się Walczak. 

- Ale chodzi mi o to, jak wyglądała. Są przecież różne szklanki. Ja, na przykład, lubię 

gładkie, a znowu moja żona woli w deseń, kwiateczki czy listeczki. 

- No wie pan - zaśmiał się Natorski - nigdy mi nie przyszło do głowy przyglądać się 

szklance, a do tego w podobnych okolicznościach. 

- Czy pan zawsze sam przygotowuje sobie herbatę? 

- Nie. Bardzo często zajmuje się tym moja sekretarka. 

-  Zdaje  się,  że  w  tej  chwili  jest  tu  obecna  pańska  sekretarka.  Mam  wrażenie,  że 

słyszałem maszynę w drugim pokoju. 

Natorski skinął głową. 

background image

- Tak. Czy mam ją poprosić? - Jeśli pan taki uprzejmy... 

Po  chwili  weszła  Ewa.  Była  chyba  jeszcze  ładniejsza  niż  zwykle.  Z  uśmiechem 

wyciągnęła rękę do Downara. 

- My się już znamy. Dobry wieczór. 

- Przedstawiam pani mego przyjaciela, kapitana Walczaka 

- powiedział Downar. Nie mógł oderwać oczu od ślicznej dziewczyny. 

Walczak niechętnie obserwował przyjaciela. Spytał: 

- Czy pani czasem przygotowuje herbatę dla siebie i dla pana mecenasa? 

- Oczywiście. Prawie codziennie. 

- I pani zarządza cukrem, szklankami, herbatą. 

- W pewnym sensie tak. 

- A czy może mi pani łaskawie powiedzieć, czy szklanki tutaj, u państwa, są gładkie, 

czy też w deseń? 

Spojrzała na niego zdziwiona. 

- Nie bardzo rozumiem, dlaczego pan o to pyta, ale obecnie wszystkie szklanki, które 

tu mamy, są rzeczywiście w taki drobny deseń, coś w rodzaju listków wyrytych na szkle. 

- Powiedziała pani, że obecnie macie państwo takie szklanki, to znaczy, że przedtem... 

Roześmiała się. 

-  Ach,  bo widzi pan,  ja  nie  jestem zbyt uważna.  Często zdarza mi się  stłuc to i owo. 

Właśnie  w  zeszłym  tygodniu  stłukłam  ostatnią  gładką  szklankę.  Na  drugi  dzień  pobiegłam 

więc do  „Cedetu”,  gdzie kupiłam sześć  nowych szklanek  i wszystkie sześć w deseń,  innych 

nie było. 

- Więc pani jest zupełnie pewna, że gładkiej szklanki w ogóle nie było w mieszkaniu? 

-  Najzupełniej.  Nawet  się  mecenas  skarżył,  że  wieczorem  musiał  pić  herbatę  w 

kubeczku, czego bardzo nie lubi. 

Walczak nerwowo zaczął przygładzać niesforną czuprynę. 

-  Tak,  tak.  To  ciekawe,  to  bardzo  ciekawe.  A  pan,  panie  mecenasie,  skąd  wziął 

szklankę, żeby nalać wody dla swego klienta? 

- Jak to skąd? - zdumiał się Natorski. - Z kredensu oczywiście. 

- Tak, tak. Słusznie, bardzo słusznie. Bo i właściwie skądże by pan miał brać szklankę 

jak nie z kredensu? 

Obecni popatrzeli na niego jakoś dziwnie. 

- Może już pójdziemy? - zaproponował Downar. Walczak uśmiechnął się, rozumiejąc 

szlachetne intencje przyjaciela. 

background image

- Zaraz, zaraz, chwileczkę. Jeszcze parę minut i już uciekamy. Nie będziemy państwu 

zabierać czasu. 

- Ale cóż znowu - zaoponował Natorski. - Jesteśmy całkowicie do dyspozycji panów. 

- Dziękuję. Bardzo pan uprzejmy. A kiedy pani mniej więcej kupowała te szklanki? - 

spytał, zwracając się do Ewy. 

- Dokładnie nie pamiętam. W zeszłym tygodniu, w czwartek czy w piątek. 

- W każdym razie to było przed morderstwem? 

- Oczywiście. Na dwa, trzy dni przed tym. 

- Dziękuję pani serdecznie. To byłoby na razie wszystko. 

Po  wyjściu  Ewy  Walczak  wyjął  z  kieszeni  duże  szkło  powiększające,  ukląkł  na 

parapecie i począł uważnie oglądać szybę. 

- Zdaje się, że to okno dość dawno nie było myte. 

- Dość dawno - potwierdził Natorski. - Dozorczyni, która u mnie sprząta, nie jest zbyt 

staranna. 

- To chwała Bogu - ucieszył się Walczak. - Bywają takie sytuacje, w których lenistwo 

ludzkie  okazuje  się  zbawienne  w  skutkach.  Słuchaj  no,  Stefuś,  czy  z  tych  szyb  były 

zdejmowane odciski palców? Bo o ile się nie mylę, to nie. W każdym razie nie znalazłem ich 

w aktach. 

- Nie, z szyby nie zdejmowano odcisków - powiedział Downar. 

-  To  źle,  to  nawet  bardzo  źle.  Całe  szczęście,  że  ta  dozorczyni  nie  jest  pracowita. 

Trzeba  to  załatwić  bez  straty  czasu.  Natychmiast  zadzwoń  do  komendy.  Niech  kogoś  tu 

skierują. 

- Już późno - zauważył Downar. Walczak niecierpliwie strzepnął palcami. 

- To mnie nic nie obchodzi. Późno czy wcześnie, muszą to natychmiast załatwić. Nie 

ruszę się stąd, dopóki nie będę miał tego w ręku. Dzwoń. Albo czekaj, ja sam zadzwonię. 

Pobiegł  do  telefonu  i  nakręcił  prywatny  numer  Leśniewskiego.  Rozmowa  trwała 

krótko. Major za pół godziny obiecał przysłać fachowców. 

- Proszę mi wybaczyć, panie mecenasie - powiedział usprawiedliwiająco Walczak - że 

zabierzemy panu jeszcze trochę czasu, ale to jest bardzo ważna sprawa. 

- Ależ, panie kapitanie,jestem panom szalenie zobowiązany. Przecież to leży w moim 

interesie, żebyjak najprędzej wyjaśnić tę fantastyczną historię. 

- No właśnie, no właśnie. I ja też tak sądzę. To jest rzeczywiście fantastyczna historia. 

Bardzo ciekawa, bardzo. 

background image

Walczak  biegał  po  pokoju,  raz  po  raz  przegarniał  palcami  czuprynę  i  zaczął  nawet 

pogwizdywać  cicho  arię  Nadira  z  Poławiaczy  pereł,  co  świadczyło  o  tym,  że  jest  w 

najwyższym stopniu zafrasowany. 

Downar był nieco zaskoczony dziwnym zachowaniem się i podnieceniem przyjaciela. 

„Czy mu czasem ta intensywna praca naukowa nie zaszkodziła” - pomyślał. 

O  oznaczonej  godzinie  przyjechał  Godziszewski  ze  swym  pomocnikiem  Walentym 

Raczkiem. Przywitali się z obecnymi i bez zwłoki przystąpili do pracy. 

-  Chodzi  mi przede wszystkim o drobiazgowe zbadanie szyb okiennych -  powiedział 

Walczak.  -  Musi  to  być  zrobione  na  medal.  Znam  was,  kolego  Godziszewski,  nie  od  dziś  i 

wiem, że jesteście pierwszorzędnym fachowcem, jeśli chodzi o daktyloskopię. 

Godziszewski był zadowolony z pochwały. 

- Postaramy się. 

Pracowali czas dłuższy. Wreszcie Godziszewski powiedział: 

- Gotowe - i zapakował swe przybory do teczki. Walczak poklepał go po ramieniu. 

- Dziękuję. Chciałbym mieć powiększone fotografie na jutro. 

- To takie pilne? 

- Bardzo. Bardziej niż wam się może wydawać. 

- Jak zawsze wierzy pan w daktyloskopię, kapitanie - uśmiechnął się Godziszewski. 

-  Dopóki  się  nie  okaże,  że  dwie  osoby  mogą  posiadać  identyczne  linie  papilarne, 

daktyloskopia zawsze będzie dla mnie podstawą w prowadzeniu śledztwa. 

Godziszewski i Raczek wyszli, pozostawiając po sobie apteczny zapach chemikaliów. 

Walczak w zamyśleniu patrzał na Natorskiego. Powiedział: 

-  Czy  nie  zechciałby  pan,  panie  mecenasie,  raz  jeszcze  dokładnie  opisać  nam  tego 

człowieka, który został tu zamordowany 

Natorski westchnął. Był zmęczony. 

- No cóż. Dobrze. Był to mężczyzna niedużego wzrostu, szczupły. Ubrany elegancko, 

ale trochę po staroświecku. 

- Dlaczego pan mówi, że po staroświecku? 

-  Takie  robił  wrażenie.  Boja  wiem...  Może  dlatego,  że  nosiłjasne,  zamszowe 

rękawiczki i laskę z gałką. A może... 

Walczak spojrzał pytająco na Downara. 

- Widziałeś tę laskę? 

-  Nie.  Żadnej  laski  nie  widziałem.  Czy  pan  jest  pewien,  panie  mecenasie,  że  ten 

człowiek miał laskę. 

background image

- Nie mam co do tego wątpliwości. Ta laska zwróciła moją uwagę. 

- Gdzież więc mogła się podziać? 

- Nie mam pojęcia. 

Walczak wyszedł do przedpokoju i rozejrzał się. 

- Tu jej nie widać. Słuchaj no, Stefan, ty jesteś krzepki chłopak. Pchnij trochę tę szafę. 

Downar z Natorskim odsunęli szafę z aktami od ściany. Natorski pochylił się. 

- Jest. Piekielnie to ciężkie jak na bambus. Niech pan zobaczy. 

-  Rzeczywiście  -  przyznał  Walczak.  -  Zupełnie  jakby  była  napełniona  ołowiem. 

Chwileczkę,  proszę  panów,  chwileczkę  -  uważnie  obejrzał  bambusowy  kijek  i  zręcznym 

ruchem zaczął odkręcać kościaną gałkę. - Tak, jest napełniona, tylko... tylko że nie ołowiem - 

przechylił laskę nad biurkiem i wysypał z niej kilkadziesiąt dziesięciorublówek. 

-  Do  licha!  -  wykrzyknął  Downar.  -  Toż  to  kopalnia  złota!  Natorski  wziął  do  ręki 

jedną monetę i uważnie ją obejrzał. 

- Mam wrażenie, że to rzeczywiście złoto. Te „świnki” wyglądają na prawdziwe. 

Walczak oglądał dziesięciorublówki przez lupę. 

-  Złoto,  nie  ulega  wątpliwości,  że  to  złoto.  Wydaje  mi  się  nawet,  że  trzymają 

przepisową  wagę.  To  chyba  są  autentyczne  carskie  monety.  Chyba...  chyba,  żeby  ktoś 

znakomicie podrobił. 

- A komuż by się chciało podrabiać ruble ze złota? - zdumiał się Natorski. 

Walczak popatrzał na niego zamyślony. 

-  W tego rodzaju  historiach, panie  mecenasie,  nie  ma rzeczy  niemożliwych. Są tylko 

interesy opłacalne albo nieopłacalne. 

- To chyba byłby interes nieopłacalny. 

- Nie wiadomo. 

Downar począł z powrotem napełniać laskę rublami. 

-  Facet  zabrał  na  wszelki  wypadek  trochę  złota  i  chciał  prysnąć  na  cudzy  paszport - 

mruknął. - No co, Karol, chyba już pójdziemy? 

Walczak skinął głową. 

-  Tak,  tak.  Trzeba  iść.  Bardzo  dziękujemy,  panie  mecenasie,  złotodajną  laseczkę 

zabieramy  ze  sobą  i  idziemy  gdzieś  na  kielicha.  Mam  nadzieję,  że  będziemy  z  panem  w 

stałym  kontakcie.  I  jedna  prośba.  Gdyby  się  coś  działo  niezwykłego,  to  niech  pan  nic  nie 

przedsiębierze  bez  porozumienia  się  z  nami.  Trzeba  to  wszystko  tak  synchronizować,  żeby 

grało. Do widzenia. 

Gdy znaleźli się na ulicy, Walczak wziął Downara pod rękę i powiedział: 

background image

-  Wiesz,  Stefuś,  że  jestem  głodny.  Krokodyl  niedaleko.  Chodźmy  rzeczywiście  na 

maleńką  przekąskę.  Przy  okazji  trochę  pogadamy.  Muszę  tylko  przed  tym  zadzwonić  do 

Helenki, bo gotowa zaalarmować pogotowie milicyjne. 

W Krokodylu zajęli zaciszny stolik w bocznej sali i Walczak zamówił kolację. 

- Czy faktycznie masz zamiar płacić tymi rublami? - spytał Downar. - Boja forsy nie 

mam. 

- Bądź spokojny. Jakoś sobie poradzimy. 

Napili się po kieliszku wódki i zjedli przekąski. Kiedy kelner podał bryzole cielęce z 

pieczarkami,  Walczak  nalał  piwa  do  szklanek  i  pochyliwszy  się  nad  stolikiem,  powiedział, 

zniżając głos: 

- Nie chciałem cię, Stefuś, sztorcować przy obcych ludziach, ale z przykrością muszę 

stwierdzić, że to śledztwo poprowadziłeś jak noga. 

- Przyznaję, że nie pomyślałem o tej lasce - mruknął Downar. 

- To nie tylko chodzi o laskę. Całe szczęście, że jej nikt w międzyczasie nie gwizdnął. 

Aleś  ty  od  początku  wszystko  sknocił.  Nie  sprawdziłeś  nawet,  czy  zdjęli  odciski  palców  z 

szyby okiennej. Diabli wiedzą, czy teraz coś z tego odczytamy. To już przecież ładnych parę 

dni od zbrodni. 

Downar niechętnie wzruszył ramionami. 

- Coś ty się tego okna tak uczepił? Co ci to może dać? Walczak wypił duży łyk piwa i 

ze współczuciem spojrzał na przyjaciela. 

- Oj, Stefuś, Stefuś, w tym roku to wiosna i na ciebie tak fatalnie wpłynęła jak jeszcze 

chyba  nigdy.  Ty  powinieneś  pracować  w  służbie  śledczej  najesieni  i  w  zimie,  ale  nigdy  na 

wiosnę. No co tu gadać. Widziałem przecież, jak żeś oczami wodził za tą dziewuszką. 

- Przestań, Karol, nie wygłupiaj się. 

-  Ja  się  wcale  nie  wygłupiam.  Wszystko,  co  mówię,  to  szczera  prawda.  No  bo 

posłuchaj.  Laski  ze  złotymi  rublami  nie  znalazłeś.  O  tej  rozbitej  szklance  niczego  się  nie 

dowiedziałeś, uparłeś się, żeby z tego adwokata zrobić mordercę, a teraz się pytasz, dlaczego 

ja się interesuję śladami na szybie. Ależ zastanów się, chłopie, przecież to okno prowadzi do 

rozwiązania zagadki. Rozumiesz? 

-  Nie,  nie  rozumiem.  Jestem  za  tępy.  Może  mnie  oświecisz.  Walczak  poklepał 

przyjaciela po ramieniu. 

-  Czyś ty zwariował? Obraziłeś się,  czy co? No gniewaj się,  ale  musiałem cię trochę 

sztorcnąć, bo pracujesz bez głowy. To się zdarza najlepszym fachowcom. A teraz posłuchaj, 

background image

co ci powiem:  moim  zdaniem  Natorski rzeczywiście  nie  ma  nic  wspólnego z tą sprawą.  Na 

mój nos ten facet tego nie zrobił. 

- No to kto i którędy? 

- Kto - nie wiem. A którędy, to ci powiem: przez okno. 

- Przez okno? Ależ okno cały czas było zamknięte. Walczak uśmiechnął się chytrze. 

-  Może  nie  cały  czas.  Powiedz  mi  mój  drogi,  co  byś  zrobił,  gdybyś  się  znalazł  w 

zadymionym  pokoju  i  gdybyś  doznał  uczucia  duszności  spowodowanego,  na  przykład, 

niedotlenieniem mięśnia sercowego. 

- Otworzyłbym okno. 

- Bardzo słusznie. Przede wszystkim otworzyłbyś okno. Downar był zaskoczony. 

- Więc sądzisz, że ten facet otworzył... 

-  Przekonamy  się  o  tym  jutro,  kiedy  będziemy  mieli  w  ręku  wynik  badań 

daktyloskopijnych. 

-  No  dobrze.  Ale  jeżeli  nawet  przyjmiemy  twoją  teorię,  to  przecież  wszyscy 

stwierdzają, że okno zastali zamknięte. Ktoś je musiał zamknąć. 

- Niewątpliwie. Zamknął je albo Natorski i zrobił to zupełnie odruchowo, albo też... - 

Walczak  przestał  jeść  uderzonyjakąś  nową  myślą.  Odsunął  od  siebie  talerz  z  resztkami 

bryzolu i spojrzał na Downara. 

- A może ty byś się jutro wybrał do cyrku? 

- Zwariowałeś?! Nie mam teraz czasu na rozrywki. 

- A ja ci, Stefuś, radzę: idź do cyrku. Downar zaczynał coś niecoś rozumieć. 

- Poważnie mówisz? 

-  Jak  najbardziej.  Jest  tam  podobno  taki  jeden  numer,  który  może  cię  bardzo 

zainteresować. 

- Więc przypuszczasz, że... 

- Na razie nic nie przypuszczam. Przejdź się do cyrku. Co ci to szkodzi? 

-  No  dobra.  Pójdę  do  cyrku.  Ale  powiedz  mi  jeszcze  jedną  rzecz.  Coś  ty 

wykombinował z tą szklanką? 

Walczak poprawił się na krześle i wyjął papierosy. 

-  Jak  to  można  bez  trudu  wywnioskować  z  fotografii,  którą  widziałem  w  aktach, 

stłuczona  szklanka  była  zupełnie  bez  żadnego  deseniu  ani  szlaczku.  Sekretarka  Natorskiego 

twierdzi, że u niego w domu nie było ani jednej szklanki gładkiej. Z tego wynika, że... 

- Że ktoś zamienił tę stłuczoną szklankę - dokończył Downar. 

background image

-  Otóż  to.  Ktoś  podrzucił  inną  szklankę,  a  tamtą  z  tymi  listeczkami  zabrał.  Trzeba 

oczywiście założyć, że ta dziewczyna się nie myli i że mówi prawdę. 

- Nie sądzisz chyba, że Ewa miałaby jakiś cel w tym, żeby kłamać? 

Walczak pokręcił z powątpiewaniem głową. 

-  Nie  wiem,  nie  wiem.  Ja  tam  w  czasie  prowadzenia  śledztwa  nie  wierzę  nikomu,  a 

najmniej młodym i ładnym dziewczynom. Pamiętasz możejeszcze tę twoją Haneczkę? 

Downar skrzywił się i nalał piwa. 

- Pamiętam. Ale dajmy temu spokój. To było zupełnie co innego. 

- Całe nieszczęście w tym, że u ciebie za każdym razem jest „co innego”. 

- Widzę, Karolu, że po tych studiach prawniczych nabierasz straszliwie mentorskiego 

tonu. Uważaj, bo to niebezpieczne. Prędko się zestarzejesz. 

-  Nie  wcześniej  od  ciebie.  Ale  żarty  na  bok.  Nie  będę  ukrywał,  że  jestem  o  ciebie 

niespokojny. 

- O mnie? 

-  Tak.  Sprawa  jest  poważna.  Ktoś  tu  jedzie  na  całego  i  nie  cofnie  się  przed  niczym. 

Przyznam ci się, że absolutnie nie życzyłbym sobie, żeby taki brazylijski nożyk... 

- Wylądował w moich plecach - dokończył Downar. - Powiem ci, że myślałem już o 

tym, a szczególniej po tym tajemniczym nocnym telefonie. 

- Tak, tak - pokiwał głową Walczak. - Musisz być bardzo ostrożny.  A i Natorskiemu 

także grozi niebezpieczeństwo. 

- Tak sądzisz? 

-  Nie  ulega  żadnej  wątpliwości.  Przecież  to  widoczne,  że  ktoś  chciał  z  niego  zrobić 

mordercę. Jeżeli zaś ten numer nie przeszedł, to... 

Downar zamyślił się i dopiero po dłuższej chwili milczenia powiedział: 

-  Wiesz  co,  Karolu?  Coraz  bardziej  byłbym  skłonny  kojarzyć  sobie  tę  historię  ze 

sprawą Warysa. 

- Tego nie można wykluczyć, ale w takim razie Warys został niewinnie skazany. 

-  Tak, to by znaczyło,  że  Warys został  niewinnie skazany -  powtórzył w zamyśleniu 

Downar.  -  Ten  facet  stanowczo  za  mało  zdążył  powiedzieć,  cholernie  mało.  Jak  wynika  z 

zeznań Natorskiego, bredził coś o jakichś okularach i usiłował wmówić w Natorskiego, że ma 

astygmatyzm. Czytałeś o tym, prawda? 

- Tak, czytałem. 

Downar sięgnął po wykałaczki. 

background image

- Jest to właściwie wszystko, co on powiedział. Zastanawiałem się nad tym i dochodzę 

do wniosku, że to musiał być albo okulista, albo optyk. W każdym razie ktoś z tej branży. No 

bo  wiesz,  przeciętny  człowiek  nie  będzie  mówił  o  astygmatyzmie,  a  przypuszczam,  że  jest 

bardzo wielu ludzi, którzy w ogóle nie wiedzą, co to jest astygmatyzm. 

Walczak z uznaniem spojrzał na przyjaciela. 

-  Nie  wiem,  czy  to  piwo,  czy  też  bryzol,  ale  coś  ci  tu  wyraźnie  posłużyło  na 

zaktywizowanie szarych komórek. 

Zupełnie  słuszna  uwaga.  Możemy  wyjść  z  założenia,  że  to  był  albo  okulista,  albo 

optyk.  Sporo  jest  w  Warszawie  i  okulistów,  i  optyków,  ale  sprawdzenie  tej  sprawy  nie  jest 

rzeczą niemożliwą. Trzeba się dowiedzieć, czy nie zaginął niespodziewanie jakiś fachowiec z 

branży optycznej. Downar zapalił się do tej koncepcji. 

- Tak, tak, zaraz się do tego zabiorę. Gdyby nam się udało zdobyć taką informację, to 

byłby poważny krok naprzód, bardzo poważny. Chyba że facet przyjechał z prowincji. Wtedy 

sprawa się skomplikuje. 

- Wiesz co, Stefan? Mnie się zdaje, że czeka cię jeszcze jedno bardzo ważne zadanie. 

- Mianowicie? 

-  Mianowicie  musisz  się  dokładnie  zorientować,  kto  mieszka  naprzeciwko 

Natorskiego,  to  znaczy  po  drugiej  stronie  ulicy.  Trzeba  wiedzieć,  z  którego  okna  można 

swobodnie zajrzeć do kancelarii Natorskiego. Wchodziłoby w grę drugie piętro. 

- Tak, trzeba to będzie załatwić - powiedział Downar. Walczak spojrzał na zegarek. 

-  Do  licha,  zrobiło  się  piekielnie  późno.  Chodźmy  -  kiwnął  na  kelnera.  -  Proszę 

rachunek.  Oj,  Stefuś,  Stefuś,  aleś  mnie  urządził.  Dostanę  ja  teraz  od  Helenki.  Chyba  mnie 

odprowadzisz do domu. We dwóch łatwiej ją może udobruchamy. 

- Odprowadzę cię. A co zrobimy z tą laseczką nafaszerowaną złotem? 

- Ano cóż, zabiorę  ją na razie do siebie, a jutro dam ją do ekspertyzy. Trzeba ustalić, 

czy  to  prawdziwe  złoto,  ajeżeli  tak,  czy  to  prawdziwe  ruble.  Jak  ci  zapewne  wiadomo,  nie 

wszystko złoto, co się świeci. 

Walczak zapłacił. Downar z podziwem patrzył na nowiutką pięćsetkę. 

- Wzbogaciłeś się, jak widzę. 

- Eee, taki tam stary zaskórniak. No, chodź, chodź, nie traćmy czasu. 

Kiedy  jednak  znaleźli  się  na  Rynku,  Walczak  nagle  przestał  się  śpieszyć,  jak  gdyby 

tknięty nagle jakąś nową myślą. Chwycił Downara za guzik. 

- Słuchaj no, Stefan. Jak to właściwie było z tym Warysem? Słyszałem coś piąte przez 

dziesiąte, ale dokładnie nie śledziłem tego procesu. 

background image

-  Ano  cóż,  sprawa  na  pozór  dość  prosta.  Warysowie  mają  willę  z  ogrodem  w 

Konstancinie.  Otóż  w  tej  willi  znaleziono  pewnego  wieczora  trupa  znajomej  czy  też 

przyjaciółki Warysa, niejakiej Danieli Parnowskiej. Śledztwo wykazało, że tego popołudnia w 

willi byli tylko Warys i Parnowska. Zresztą Warys tego nie zaprzeczał. Zdecydowanie jednak 

twierdził, że to nie on ją otruł. 

- Więc to było otrucie? 

-  Tak.  Analiza  niedopitego  wina  w  jednym  z  dwóch  kieliszków  wykryła  ślady 

arszeniku. 

- Arszeniku? - powtórzył w zamyśleniu Walczak. - Przecież w tej rozbitej szklance u 

Natorskiego także znaleziono arszenik. Co za ciekawy zbieg okoliczności. 

-  Zaczynasz  mnie  wyraźnie  sugerować  -  powiedział  Downar.  -  Arszenikjest  dość 

pospolitą trucizną i to niczego nie dowodzi. 

-  Oczywiście,  że  to  niczego  nie  dowodzi.  Dlatego też  powiedziałem  tylko,  że to  jest 

ciekawy zbieg okoliczności. Bo jasne, że może to być tylko zbieg okoliczności, ale może i nie 

być.  No,  chodźmy,  chodźmy.  Muszę pędzić do Helenki  i do prawa  międzynarodowego. Ale 

przyznam ci się, że piekielnie chce mi się spać. Chyba z tej nauki to już nic dzisiaj nie będzie. 

Helena nie najlepiej ich przywitała. 

-  Czy  żeście  poszaleli?  Gdzież  wy  się  włóczycie  tyle  czasu?  Wyszliście  na  mały 

spacer, a już przeszło cztery godziny was nie ma. Bez przerwy dzwonią z komendy. Szukają 

Stefana. Leśniewski się wścieka. 

- Nie mówili, o co chodzi? - spytał Downar. 

- Mówili, że się znalazł jakiś tam Brazylijczyk. 

ROZDZIAŁ V 

 

Omar  Ribas  Nogueira  był  rzeczywiście  fantastycznie  podobny  do  zamordowanego. 

Figura, wzrost, rysy twarzy, bródka, okulary, a nawet bambusowa laseczka z gałką. Tylko że 

gałka  nie  była  na  gwincie,  a  laska  nie  spełniała  roli  kopalni  złota.  Downar,  patrząc  na  tego 

człowieka, 

doznawał 

co 

chwilę 

niezbyt 

miłego 

wrażenia, 

że 

rozmawia 

nieboszczykiem.Brazylijczyk  w  kwiecistych  słowach  rozwodził  się  nad  temperamentem  i 

przedsiębiorczością  Polek.  Z  jego odpowiadania  wynikało,  że  poznał  w  Grand  Hotelu  jakąś 

panią  mówiącą  po  portugalsku,  która  zaprosiła  go  do  swej  willi  poza  Warszawą.  Ponieważ 

miała  atrakcyjną  urodę,  przeto  zgodził  się  na  tę  romantyczną  eskapadę,  sądząc,  iż  wróci  w 

sobotę i w niedzielę będzie  mógł odlecieć do Paryża,  tak jak to sobie zaprojektował.  Piękna 

background image

pani okazała się jednak tak gościnna, że przesiedział u niej cały tydzień. Nie żałował jednak 

tego i nie przejmował się stratą biletu na samolot. 

Rozmawiali po francusku. Downar spytał: 

- Czy zna pan nazwisko tej pani? 

- Nie, nie chciała mi podać swojego nazwiska ani adresu. Ekscentryczna kobieta. 

-  A  czy  pan  się  orientuje,  gdzie  mniej  więcej  znajduje  się  willa,  w  której  pan 

przebywał? 

-  Zupełnie  się  nie  orientuję.  Nie  znam  waszego  kraju.  Jestem  tu  po  raz  pierwszy  w 

życiu. 

- I nie trafiłby pan tam? 

- Nie. To wykluczone. 

- A może mi pan chociaż powiedzieć, ile czasu, mniej więcej, jechał pan do tej willi? 

Brazylijczyk pogładził się po szpakowatej bródce. 

- Ile czasu? Hm. Mam wrażenie, że chyba około dwóch godzin, a może trochę krócej. 

Dokładnie panu nie umiem powiedzieć. 

Downar przyglądał mu się uważnie. Cała ta historia bardzo mu się nie podobała. 

- Czy ma pan przy sobie paszport i bilet na samolot, z którego pan nie skorzystał? 

- A wie pan, że nie. Musiałem zostawić paszport w pokoju hotelowym. 

Downar otworzył szufladę biurka, wyjął paszport i podał go Brazylijczykowi. 

- Proszę. 

- O, bardzo dziękuję. Gdzie go pan znalazł? 

-  W  hotelu,  w  pańskim  pokoju.  Niestety  byłem  zmuszony  przeprowadzić  u  pana 

rewizję. Tak pan nagle zniknął, że kierownik recepcji zaalarmował milicję. Obawialiśmy się, 

że przytrafiło się panu coś złego. 

- Przytrafiło mi się coś bardzo miłego. 

- Kiedy zamierza pan opuścić Warszawę? - Jak tylko dostanę miejsce w samolocie. 

Downar znowu sięgnął do szuflady i wyjął aparat fotograficzny. 

-  Pragnę  panu  zwrócić  pańską  własność.  Ten  aparat  jest  bardzo  kosztowny.  Nie 

chciałem go zostawiać w hotelu. Niestety przez nieostrożność prześwietliłem film, który był 

w aparacie. Bardzo pana przepraszam. 

W oczach Brazylijczyka pojawił się jakiś dziwny błysk, ale trwało to ułamek sekundy. 

Powiedział uprzejmie: 

- Ależ to drobiazg bez żadnego znaczenia. Było tam zapewne kilka zdjęć z Warszawy. 

Już  dobrze  nawet  nie  pamiętam.  Dziękuję  panu,  że  się  pan  zaopiekował  moim  aparatem. 

background image

Bardzo pan uprzejmy. To rzeczywiście moja wina. Powinienem był poinformować recepcję o 

tym, że wyjeżdżam na parę dni. Nie przypuszczałem jednak, że to tak długo potrwa. Miałem 

przecież zamiar spędzić u tej uroczej pani tylko jeden dzień. 

- Czy pan rozumie po polsku? - spytał Downar. 

- Ani słowa. 

Zadzwonił telefon. Downar podniósł słuchawkę. 

- Tak jest, towarzyszu majorze, właśnie z nim rozmawiam. Jeżeli mam być szczery to 

nie podoba mi się facet. Najchętniej bym go przymknął. 

Przez  cały  czas  obserwował  bacznie  twarz  Brazylijczyka.  Nie  mógł  oprzeć  się 

wrażeniu, że ten człowiek doskonale rozumie po polsku. 

- Czyjeszcze jestem panu potrzebny? - spytał Nogueira. Downar wstał. 

-  Dziękuję  panu.  Na  razie  to  chyba  byłoby  wszystko.  Kiedy  Downar  pozostał  sam, 

wyjął z szuflady biurka powiększone odbitki i począł im się uważnie przyglądać. 

Rzeczywiście  zdjęcia  z  Warszawy.  Łazienki,  Aleje  Ujazdowskie,  Stare  Miasto, 

Krakowskie Przedmieście, Saski Ogród, Pałac Kultury. A poza tym trzy zdjęcia owej pięknej, 

efektownej  blondynki,  o  której  mówiła  Ziuta  i  o  której  opowiadał  mu  także  szef  recepcji  w 

Grandzie. Nie, nie, to oczywiście nie była Ewa, ale... jakaś znajoma twarz. Ta kobieta kogoś 

mu  przypominała.  Kto  to  mógł  być?  Nagle  uderzył  się  dłonią  w  czoło.  Oczywiście,  to 

przecież  Warysowa.  Podobna  do  niej  jak  rodzona  siostra.  Tylko  te  włosy.  Warysowa  była 

brunetką,  a  z  fotografii  śmiała  się  do  niego  jasna,  platynowa  blondynka.  No  cóż...  zmienić 

kolor  włosów  to  ostatecznie  nie  jest  taka  skomplikowana  sprawa.  Ale  czy  to  rzeczywiście 

Warysowa?  A  może  tylko  takie  uderzające  podobieństwo?  Trzeba  to  było  koniecznie 

sprawdzić. Zaraz jutro z samego rana. 

Tak był podniecony swoim odkryciem, że zadzwonił do Walczaka. 

- Halo? - posłyszał rozespany głos Karola. 

-  Słuchaj,  wyobraź  sobie,  że  to  Warysowa  dotrzymywała  towarzystwa  temu 

Brazylijczykowi. Przynajmniej tak mi się wydaje. Wprawdzie na fotografii jest blondynką, a 

w rzeczywistości brunetką, ale... 

-  Brunetki,  blondynki  ja  wszystkie  was  dziewczynki...  -  zanucił  Walczak.  -  Przestań 

mi  zawracać  głowę  swoimi  przygodami  romantycznymi.  Pozwól  mi  się  wyspać  -  ziewnął  i 

odłożył słuchawkę. 

Downar spojrzał na zegarek. Rzeczywiście dochodziła pierwsza w nocy: 

- Ten Karol tylko by spał - mruknął zniechęcony i wyszedł z komendy. 

background image

Godziszewski  wziął  sobie  do  serca  oświadczenie  Walczaka,  że  sprawa  jest  pilna. 

Następnego  dnia  już  około  południa  zjawił  się  w  komendzie  z  całym  materiałem 

daktyloskopijnym.  Na  szybie  okiennej,  niedaleko  klamki  znaleziono  odciski  palców 

Natorskiego,  Ewy,  dozorczyni  oraz  człowieka,  który  padł  ofiarą  zbrodni.  Poza  tym  odciski 

palców lewej ręki osobnika, którego nie można było zidentyfikować. 

Downar  z  niezwykłym  zainteresowaniem  przyglądał  się powiększonym odbitkom.  A 

więc  Walczak  miał  rację.  Fakt,  że  na  szybie  pozostawił  odciski  swych  palców  sobowtór 

Brazylijczyka,  świadczył  o  tym,  że  najprawdopodobniej  otworzył  on  okno.  I  wtedy  właśnie 

dosięgnął go morderca. Do licha, to było prawdopodobne, bardzo prawdopodobne. 

Facetowi zrobiło się duszno, wstał więc, otworzył okno, a następnie usiadł na swoim 

miejscu, odwrócony plecami do otwartego okna, i wtedy... Ale kto następnie zamknął okno? 

Mało  było  prawdopodobne,  żeby  Natorski,  zobaczywszy  trupa  swego  klienta,  najspokojniej 

zabrał  się  do  zamykania  okna.  A  przecież  wszyscy  świadkowie  stwierdzili,  że  okno  było 

zamknięte. 

Downar podziękował serdecznie Godziszewskiemu i połączył się z Walczakiem. 

- Słuchaj, Karol. Wyobraź sobie, że miałeś rację. Na szybie znaleziono odciski palców 

tego faceta z bródką. 

- Z przyprawioną bródką - skorygował Walczak. 

-  Z  przyprawioną  czy  z  naturalną,  to  nie  ma  znaczenia.  Grunt,  że twoja  hipoteza  się 

potwierdza. To niewątpliwie on otworzył okno. Karolku, a może byśmy się spotkali? 

- Nie zawracaj głowy. Widziałeś chyba te knigi, które leżą na moim biurku. Nie mam 

czasu  na  żadne  spotkania.  Rozruszałem  ci  coś  niecoś  mózgownicę,  a  teraz  radź  sobie  sam. 

Aha,  może  cię  zainteresuje  wiadomość,  że  te  rubelki,  które  znaleźliśmy  w  laseczce 

bambusowej, są fałszywe. 

- Fałszywe? To znaczy, że złoto jest lipne? 

-  Nie.  Złoto  jest  prawdziwe.  Wszystko  się  zgadza.  Nawet  próba  identyczna  jak  w 

carskich rublach. Tylko że te monety są wyprodukowane teraz. 

- Ale po co to było komu potrzebne? - zdziwił się Downar. 

- Tego to ja już ci nie powiem. Rozpracowując jednak tę sprawę, weź pod uwagę fakt, 

że w Związku Radzieckim złoto jest stosunkowo tanie, a natomiast carskie ruble mają wysoki 

kurs. 

- Myślisz, że to afera szmuglerska? 

-  Nie  wiem.  Może.  A  teraz  zostaw  mnie  w  spokoju.  Muszę  skończyć  to  prawo 

międzynarodowe. Powodzenia, Stefuś. 

background image

Downar odłożył słuchawkę, przeklinając w duchu studia Karola. 

-  Najlepiej  wszystkich  oficerów  śledczych  zapisać  na  uniwersytet,  a  komendę 

przekształcić na wyższą uczelnię - mruczał zły. 

Zamknął biurko i poszedł do majora. 

-  No  i  cóż  tam?  -  spytał  Leśniewski.  -  Znalazł  się  ten  brazylijski  impresario? 

Rozmawialiście z nim. 

Downar powtórzył rozmowę z Brazylijczykiem i powiedział: 

- Nie podoba mi sie ten facet, towarzyszu majorze. To jest jakiś mętny typ. Nie wierzę 

w tę całą historyjkę. Najchętniej zatrzymałbym go jeszcze w Warszawie przez jakiś czas. 

Leśniewski potrząsnął głową. 

- To niemożliwe. Nie mamy żadnych podstaw, żeby go zatrzymywać. 

- Dobrze byłoby się porozumieć z Interpolem. 

- To nigdy nie zawadzi. Chociaż zanim nadejdzie jakaś odpowiedź od Interpolu, facet 

wyjedzie. Nie sądzę, żeby miał zamiar zwiedzać zbyt długo Warszawę. 

- Mam do was prośbę, towarzyszu majorze. 

- Słucham? 

-  Chodzi  mi  o  to,  żebyście  mi  przydzielili  do  tej  sprawy  Kobiele.  Już  parokrotnie  z 

nim pracowałem i jesteśmy zżyci. 

- Dobra. Załatwione. Możecie powiedzieć Kobieli, że ja się zgadzam. 

Downar podziękował majorowi i poszedł do siebie. Zaraz też zadzwonił po Kobiele. 

Różowa  i  optymistycznie  uśmiechnięta  twarz  porucznika  mogła  rozwiać  najbardziej 

nawet ponury nastrój. 

- Klei się jakaś nowa robótka, towarzyszu kapitanie? 

- Macie chęć ze mną pracować? 

- To się wie. Wy zawsze macie wdechowe sprawy. A ja lubię coś ciekawego. 

- No to dobra. Będziecie mieli trochę zajęcia. - Ja się roboty nie boję - uśmiechnął się 

Kobiela. Downar w krótkich słowach naszkicował sytuację i na zakończenie powiedział: 

- Teraz musimy się dowiedzieć, czy nie zaginął na terenie Warszawy jakiś okulista lub 

optyk. Na mój nos, to chyba będzie optyk. Chociaż nie mogę ręczyć. I raczej ktoś z prywatnej 

inicjatywy. Ten facet stanowczo nie wyglądał na optyka z państwowego sklepu. 

Kobiela ze zrozumieniem pokiwał głową. 

- Dobrajest. To się tym zajmę. Optyk czy okulista, wsio rawno. Za dwa dni będziecie 

mieli ode mnie wiadomość w tej sprawie. Czy to byłobyjuż wszystko? 

background image

- Na razie chyba tak. Aha, i jeszcze jedno. Trzeba będzie wziąć pod ścisły obserwację 

tego Brazylijczyka. Pomówcie na ten temat z majorem. Zapomniałem mu o tym przypomnieć. 

- Dobra, dobra, towarzyszu kapitanie. Przypilnujemy go. Spokojna czaszka. 

Po wyjściu Kobieli. Downar wziął kartkę papieru i zanotował, co ma do załatwienia. 

1. Zbadać, kto mieszka naprzeciwko kancelarii Natorskiego. 

2. Porozmawiać z panią Warysową. 

3. Pójść do cyrku. 

4. Zadzwonić do Ewy. 

Ten ostatni punkt programu nastręczał mu najwięcej trudności. Właściwie nie miał do 

niej żadnego interesu, a tak bardzo pragnął ją znowu zobaczyć. 

Pojechał na Stare Miasto. 

Schody  były  wąskie  i  dosyć  strome.  Pachniało  tu  wilgocią  i  kapuśniakiem.  Za 

drzwiami na pierwszym piętrze słychać było skwierczenie smażonych kotletów. 

Dotarłszy na drugie piętro, Downar zatrzymał się chwilę, poprawił krawat i przywołał 

na twarz głupawy uśmiech. Zastukał. 

-  Kto  tam?  -  rozległ  się  kobiecy  głos.  -  Ja  z  polecenia  pana  Leona.  -  Jakiego  pana 

Leona? Nie znam. 

- Jak to nie zna pani pana Leona? To niemożliwe. No 

- niechże się pani nie boi. Niech pani otworzy. Nie skrzywdzę pani. 

Szczęknął  zatrzask,  ale  łańcuch  jeszcze  bronił  wejścia  do  mieszkania.  Przez  szparę 

obrzuciła  nieznajomego  badawczym  spojrzeniem.  Elegancka  sylwetka  Downara  wzbudziła 

jednak widocznie jej zaufanie, bo po chwili otworzyła całe drzwi. 

Była średniego wzrostu i miała widoczne skłonności do tycia. Znajdowała się w tym 

trudnym okresie życia, kiedy kobieta jeszcze pragnie się podobać, ale wszelkie zabiegi w tym 

kierunku okazują się już bezowocne. Kokieteryjna, utleniona czuprynka, spora ilość pudru na 

sfatygowanej twarzy i przesadnie ukarminowane wargi. 

- Czego pan sobie życzy? 

Downar postanowił zaryzykować. Zrobił nieco zażenowaną minę i powiedział: 

- Czy mam przyjemność z panią Julią Wiśniewską? 

- Tak. To właśnie ja jestem. Czym mogę panu służyć? 

- Widzi pani, bo to tego, bo to taka trochę dyskretna sprawa. Mówił mi jeden kolega, 

że u pani czasami można wynająć mieszkanie. No bo to widzi pani... teraz takie człowiek ma 

trudności z tymi hotelami, pani rozumie...? Czasami tak się złoży, że potrzebnyjestjakiś cichy, 

niekrępujący zakątek. 

background image

Pani Wiśniewska życzliwiej spojrzała na swego gościa. 

- Proszę, niechże pan wejdzie do pokoju. Nie będziemy przecież tak stali w kuchni. 

Szeroki  tapczan  zarzucony  wyszywanymi  poduszkami,  toaletka  z  całym  arsenałem 

kosmetyków,  szafa  z  lustrem,  trzy  foteliki,  a  na  podłodze  barwny  dywan.  Ściany 

przyozdobione  były  straszliwymi  oleodrukami  i  podobiznami  wschodzących  i  dawno  już 

zgasłych gwiazd filmowych. 

Downar czuł, że go tym razem węch nie zawiódł i że śmiało może dalej odgrywać swą 

rolę. 

- Ładnie tu u pani - powiedział. - Przytulnie. 

- Podoba się panu? 

-  Bardzo.  Gustownie  urządzony  pokoik.  Ale  mnie  przede  wszystkim  chodzi  o 

całkowitą dyskrecję. 

- Może pań być zupełnie spokojny. 

- Bo to widzi pani... Czasami można niepotrzebnie skompromitować kobietę, a ja jako 

gentelman... 

-  Rozumiem,  doskonale pana rozumiem. Czy pana  interesowałoby  wynajęcie pokoju 

na kilka godzin czy na dłużej, na przykład na całą noc? 

-  Nie  wiem,  jakie  tu  u  pani  panują  zwyczaje.  Jeżeli  na  całą  noc,  to  gdzież  pani  się 

wtedy podzieje. Zdaje się, że jest tylko jeden pokój. 

- Ach, o to niech pana głowa nie boli. Zawsze mogę się przenocować u przyjaciółki. 

- A jeżeli chodzi o sprawę finansową? Pani Wiśniewska westchnęła. 

-  Sam  pan  wie  najlepiej,  ile  teraz  kosztuje  pranie  bielizny  pościelowej.  Wszystko 

szalenie  podrożało.  No  cóż...  Pan  jest  taki  sympatyczny,  że  dla  pana  zrobiłabym  cenę 

specjalną. Dwieście złotych za noc i czterdzieści złotych za godzinę. 

- Czy już dzisiaj można by skorzystać? 

-  Pewnie,  że  można  -  nagle  zaczęła  się  badawczo  przyglądać  swemu  nowemu 

klientowi.  -  Ale  kto  właściwie  pana  do  mnie  przysłał?  Boja  tak  nie  mogę  przecież 

nieznajomemu powierzyć mieszkania. Rozumie pan chyba? 

- No mówiłem już pani, że mnie przysłał Leon. Taki wysoki brunet. 

-  Wysoki  brunet  i  nazywa  się  Leon?  Nie  przypominam  sobie.  Nie,  nie,  mój  panie,  z 

tego nic nie będzie. Musi pan mieć jakieś referencje. Ja tak nie mogę. 

- Czyż nie wzbudziłem w pani zaufania? - spytał z przymilnym uśmiechem Downar. 

Wzruszyła ramionami. 

- Zaufanie zaufaniem, aja muszę konkretnie wiedzieć, z kim mam do czynienia. 

background image

Downar westchnął. 

-  Ha,  trudno.  Przyniosę  pani  list  polecający.  Pożegnał  wytwornym  ukłonem  panią 

Julię i zszedł na ulicę. 

Był  wściekły.  Cała  sprawa  niepotrzebnie  się  przedłużała.  Nie  było  innej  rady  tylko 

trzeba się było zwrócić o pomoc do dzielnicowego komisariatu. 

-  Wiśniewska?  Julia?  Ta  z  Krzywego  Koła?  -  uśmiechnął  się  porucznik  Banaś.  - 

Znamy, znamy. 

- I wiecie, że ona odnajmuje swoje mieszkanie zakochanym parkom? 

-  Pewnie,  że  wiemy,  ale  robi  to  spokojnie  i  bez  szumu.  Do tej  pory  żadnej  rozróbki 

tam u niej nie było. 

- Tolerujecie to? 

-  No  cóż,  towarzyszu  kapitanie.  Ostatecznie  każdy  może  w  swoim  mieszkaniu 

zostawić  przyjaciół  czy  znajomych  i  wyjść.  A  czy  ona  bierze  za  to  forsę,  to  kto  ją  tam 

sprawdzi.  Jakiś  czas  mieliśmyją  na  oku,  bo  myśleliśmy,  że  stara  stręczy  dziewczęta,  ale 

okazało się, że nie. 

Downar pochylił się ku swemu rozmówcy. 

- Słuchajcie.  Jest taka sprawa, że ja potrzebuję mieszkania tej Wiśniewskiej na jedną 

noc.  Nie,  nie,  nic z tych rzeczy -  dodał pospiesznie,  widząc dwuznaczny uśmiech  na twarzy 

porucznika. - To sprawa związana ze śledztwem, które prowadzę. 

- To morderstwo? 

-  Właśnie.  Chciałbym  w tym  mieszkaniu popracować  jedną  noc,  ale  stara nie  ma do 

mnie zaufania. Może wy mi coś pomożecie. Przecież musicie znać tutejszy teren. 

Porucznik pomyślał chwilę, gryząc z zapałem koniec ołówka. 

- Chyba będzie najlepiej zrobić tak. Pójdziecie do 

Rycerskiej i tam szatniarza spytacie o pana Feliksa. Jak go nie będzie w Rycerskiej, to 

na  pewno  siedzi  w  Krokodylu.  To  taki  mętny  typ  od  lewych  interesów.  W  zeszłym  roku 

siedział pięć miesięcy, ale nie widać, żeby to na niego umoralniająco podziałało. W dalszym 

ciągu  kombinuje.  Musicie  z  nim  nawiązać  kontakt,  obgadaćjakiś  interes.  On  was  może 

zaprotegować do Julci. Wiem, że się dobrze znają. 

Downar podziękował porucznikowi i zaraz poszedł do Rycerskiej. 

Szatniarz przyjrzał mu się nieufnie, ale pięciozłotówka rozwiała wszelkie wątpliwości. 

-  Pan  Feliks?  A siedzi tam,  pod oknem  i pije piwo. Był  wysoki,  dobrze zbudowany. 

Twarz miał szarą, płaską, jakby po niej przejechał traktor. Wargi grube, mięsiste. Małe czarne 

oczka biegały niespokojnie. 

background image

- Pan Feliks? 

- Tak. A bo co? 

- Przysłał mnie do pana jeden kumpel. 

- Co za kumpel? 

- Mniejsza o to. Mam interes do zrobienia. 

- No to siadaj pan. 

Downar usiadł i zamówił butelkę piwa. 

- Partia zegarków. 

Feliks pogardliwie wydął wargi. 

- To już dzisiaj nie interes. 

- Zależy jakie zegarki i jaka cena. 

- Pewnie, że tak. Ano można pogadać. Kiedy to będzie aktualne? 

-  Jutro  na  noc  jadę  w  tej  sprawie  do  Gdyni.  Za  dwa  trzy  dni  powinienem  być  z 

powrotem. Ale muszę sobie zaraz tu zapewnić zbyt, żeby później nie leżeć z towarem. 

-  Rozumie  się.  O  to  niech  pana  głowa  nie  boli.  Ja  panu  załatwię,  jeżeli  oczywiście 

interes będzie opłacalny. Zawsze mnie pan tu znajdzie. 

- Napijemy się po kieliszku - zaproponował Downar. - Stawiam ćwiartkę. 

Feliks pokazał w uśmiechu rzadkie poczerniałe zęby. 

- Nigdy nie odmawiam. 

Zamówili wódkę i schabowe kotlety. Nastrój stawał się coraz bardziej familijny. 

Po drugim kieliszku Downar powiedział: 

- Wiesz pan, panie Feliksie, że mam kłopot. - Jaki znowu kłopot? 

-  Powiadam  panu,  przygadałem  sobie  pierwsza  klasa  babkę  i  nie  mam  gdzie  z  nią 

pójść.  Rozumie pan?  W hotelu  mi,  cholera,  nie chcą dać pokoju,  bo jestem zameldowany w 

Warszawie. Byłem tu nawet u jednej takiej na Krzywym Kole, ale nie chciała ze mną gadać, 

bo mnie nie zna. Powiada, że się boi nieznajomych. 

- Julcia? 

- Może i Julcia. 

- Na Krzywym Kole? Wiśniewska? 

- Zdaje się, że tak się nazywa. 

- Nie martw się pan, panie tego... Boja nawet nie wiem, jak się pan nazywasz. 

- O, pardon. Zapomniałem się przedstawić - zawołał Downar. - Wacław Kalinowski. 

- No więc, panie Wacku, nie martw się pan. Ja to panu z Julcią załatwię. Będziesz pan 

miał pokoik cacy na całą noc. Zabawisz się pan z tym kociakiem. 

background image

- Bardzo byłbym panu wdzięczny. Skończyli ćwiartkę. 

- Jak masz pan chęć, to możemy zaraz się przejść na Krzywe Koło - powiedział Feliks. 

- Słyszałem, że tam gdzieś niedaleko zamordowali jakiegoś adwokata. 

- Co pan mówi? Nic o tym nie wiem. Gazety nie pisały. 

-  Bo  to  pan  nie  wiesz,  że  gazety  piszą  tylko  o  tym,  co  im  na  rękę.  No,  chodź  pan. 

Idziemy. 

Pani Wiśniewska przyjęła ich z niejakim zdziwieniem. 

- A, to znowu pan? Proszę, proszę. Dzień dobry, panie Feliksie. 

Dowiedziawszy  się,  że  Downar  jest  przyjacielem  Feliksa,  nie  stawiała  już  żadnego 

sprzeciwu. 

Umówili się, że o ósmej wieczorem Downar zajdzie do niej po klucze od mieszkania i 

od razu załatwi sprawy finansowe. 

- Widzisz pan, panie Waciu - powiedział zadowolony Feliks. -  Mówiłem panu, że ze 

mną wszystko pan u cioci Julci załatwi. 

-  Jaka  ciocia?!  Jaka  ciocia?!  -  oburzyła  się  pani  Wiśniewska,  poprawiając  sobie 

fryzurę. 

Ze  Starego  Miasta  Downar  pojechał  wprost  do  Instytutu  Kryminalistyki  i  stamtąd 

zadzwonił do Kobieli. 

- Słuchajcie, poruczniku,  mam dla was bojowe zadanie. Przebierzecie się za żebraka. 

Pojedziecie na Krzywe Koło i dokładnie przeszukacie wszystkie śmietniki w domu, w którym 

mieszka  niejaka  Julia  Wiśniewska.  Zaraz  wam  podam  numer.  Chodzi  mi  o  stłuczoną 

szklankę. Odciski palców. Rozumiecie. Jak znajdziecie resztki tej szklanki, zabezpieczycie je 

tak,  żeby  nie  zetrzeć  śladów  i  zaraz  z  tym  do  Godziszewskiego.  Sądząc  po  wyglądzie 

śmietników na Krzywym Kole, nie były one czyszczone co najmniej dwa tygodnie, a może i 

dłużej.  Zakład  Oczyszczania  Miasta  idzie  nam  wyraźnie  na  rękę.  Mam  nadzieję,  że 

znajdziecie resztki tej szklanki. 

- Załatwi się, towarzyszu kapitanie. 

-  Chodzi  mi o to, żeby  nie robić szumu  i  nie zwracać uwagi  mieszkańców Starówki. 

Dlatego też was proszę, abyście wystąpili w roli włóczęgi przeszukującego śmietniki. 

- Rozumiem. Dobra jest. 

Downar  odłożył  słuchawkę  i  poszedł  szukać  Grażyny  Kulickiej,  która  pracowała  z 

Godziszewskim i specjalizowała się w daktyloskopii. 

Przywitali się bardzo serdecznie. Grażyna lubiła Downara. 

- Co cię do nas sprowadza, Stefan? Znowujakieś tajemnicze morderstwo? 

background image

Downar uścisnął mocno dłoń dziewczyny. 

- Powiem ci coś w zaufaniu.  Wynająłem przytulny pokoik na Starym Mieście.  Chcę, 

żebyśmy razem spędzili w nim dzisiejszą noc. 

Grażyna zmieszała się i zaczerwieniła. 

- Co to za głupie żarty? Nie lubię tego. 

-  Nie obrażaj  się -  zaśmiał  się Downar. -  To wcale  nie o to chodzi.  Przecież  ja  mam 

kawalerskie mieszkanie i nie potrzebuję wynajmować pokoju na mieście. 

- No więc o czym ty mówisz? 

- O twoich kwalifikacjach zawodowych. Musimy zbadać dokładnie pewien pokoik na 

Krzywym Kole. 

- Ach, to to morderstwo w kancelarii jakiegoś adwokata. Słyszałam coś o tym. 

- Właśnie ja prowadzę tę sprawę. Czy chcesz mi pomóc? 

- Oczywiście. Zakradniemy się tam w nocy? 

-  Nie.  Nie  będziemy  się  zakradać.  Wynająłem  ten  pokój  na  całą  noc,  pozornie  w 

celach  romantycznych.  Zabierzesz  cały  swój  arsenał  i  trochę  popracujemy.  Ja  ci  pomogę. 

Znam się przecież coś niecoś na tym. 

- Będę musiała uzgodnić z szefem. 

- Ależ oczywiście, wszystko pięknie uzgodnimy. O to bądź spokojna. 

Grażyna popatrzyła na niego z wahaniem. 

- Słuchaj no, Stefan, ale ty mnie nie nabierasz na żaden kawał? 

-  Oszalałaś?  To  jest  bardzo  poważna  sprawa.  Nie,  nie,  no  nie  bądź  dziecinna.  Czy 

sądzisz, że trzymają mnie się takie żarty? Trochę jestem na to za stary. 

- No, nie wyglądasz na dziadziusia. Umówili się w Krokodylu o wpół do dziewiątej. 

Następnym punktem programu była rozmowa z panią Warysową. 

Downar zatelefonował ze Świtezianki. Posłyszał niski, zmysłowy głos. 

- Halo? Kto mówi? 

-  Tu  kapitan  Downar.  Dobry  wieczór  pani.  Chciałbym  się  z  panią  jak  najprędzej 

zobaczyć.  Tak,  tak,  w  wiadomej  sprawie  -  spojrzał  na  zegarek.  -  Teraz  dochodzi  czwarta. 

Powiedzmy,  że  przyjechałbym  do  pani  o  szóstej.  Dogadza  to  pani?  No  to  doskonale.  Będę 

punktualnie o szóstej. Do widzenia. 

Zapłacił za telefon i przeszedł na drugą stronę ulicy. Postanowił coś zjeść w Cristalu. 

Nie  był  jednak w stanie zastanawiać się  nad zagadnieniami  natury gastronomicznej  i 

żeby od tego zależało jego życie, nie potrafiłby powiedzieć, co zjadł na obiad. Przez cały czas 

myślał o niezbyt łatwiej rozmowie, jaką miał przeprowadzić z Warysową. Rozpoznanie jej na 

background image

zdjęciu  zrobionym  przez  Brazylijczyka  było  swego  rodzaju  sensacją.  Co  mogło  ją  łączyć  z 

tym podejrzanym  muzykologiem? Czy  w ogóle przyzna się do znajomości z  nim?  Czy to o 

niej mówiła Ziuta i szef recepcji w Grandzie? Czy to ona była tą piękną panią, u której jakoby 

spędził wesoły tydzień Brazylijczyk? Na te wszystkie pytania należało otrzymać odpowiedzi, 

z jednoczesnym zachowaniem jak najdalej posuniętej ostrożności. Jeden fałszywy krok, jedno 

niewłaściwie czy zbyt natarczywie sformułowane pytanie, a cała sprawa mogła się poważnie 

skomplikować. 

Downar o tym wiedział i postanowił starannie przygotować się do rozmowy z kobietą, 

która  mogła  okazać  się  trudnym  przeciwnikiem.  Tymczasem  wszystko  ułożyło  się  zupełnie 

inaczej, niż to sobie wyobrażał. 

Drzwi  otworzyła  mu  Warysowa.  Miała  na  sobie  ciemną,  bardzo  obcisłą  suknię, 

podkreślającą  jej  kształty.  Zaczynała  trochę  tyć,  ale  była  jeszcze  doskonale  zbudowana. 

Gęste, ciemne włosy upięła w wysoki kok, przyozdobiony zbyt ekscentrycznym grzebieniem. 

Tę  hiszpańską  fryzurę  podkreślałyjeszcze  duże,  ciężkie  kolczyki  czy  klipsy.  Usta 

miała mocno ukarminowane. Patrząc na nią, miało się wrażenie, że za chwilę zacznie uderzać 

w kastaniety i odśpiewa habanerę z Carmen. 

-  Proszę,  panie  kapitanie.  Czekam  na  pana.  Głos  miała  niski,  melodyjny,  bardzo 

sugestywny. Weszli do niewielkiego, gustownie urządzonego pokoju. 

Na niskim stoliku stała maszynka czarnej kawy i butelka chińskiego koniaku. 

Usiadła naprzeciw swego gościa i sięgnęła po papierosa. Downar skwapliwie podał jej 

zapaloną zapałkę. 

Przez chwilę przyglądała mu się z ledwo dostrzegalnym, nieco drwiącym uśmiechem. 

Powiedziała: 

- Mam wrażenie, że wiem, w jakiej sprawie pan mnie odwiedził. 

- Doprawdy? 

-  Chyba  tak.  Chciał  się  pan  dowiedzieć,  czy  znam  niejakiego  pana  Nogueirę.  Otóż, 

żeby panu oszczędzić trudu i żeby pan nie musiał się wysilać na podchwytliwe pytania, mogę 

panu  powiedzieć,  że  znam  profesora  i  że  przez  jakiś  czas  dotrzymywałam  mu  towarzystwa. 

Robiłam  to  na  zlecenie  Ministerstwa  Kultury  i  Sztuki.  No  cóż...  po  aresztowaniu  Roberta 

muszę  szukać  źródeł  zarobku,  a  ponieważ  znam  parę  języków,  więc  od  czasu  do  czasu 

pilotuję jakiegoś cudzoziemca. Omar Ribas Nogueirajest niezwykle czarującym człowiekiem. 

Pokazałam  mu  Warszawę.  Zrobił  szereg  zdjęć.  Nawet  i  mnie  sfotografował  w  paru  pozach. 

Niestety,  jak  się  dowiaduję,  pan  przez  nieuwagę  prześwietlił  ten  film.  Bardzo  żałuję,  bo  na 

background image

tych zdjęciach występowałam w charakterze platynowej blondynki, a do tej barwy nieprędko 

chyba powrócę. Napije się pan kawy, panie kapitanie? 

Downar  tak  był  zaskoczony  tą  przemową,  że  nie  odpowiedział.  Dopiero  gdy 

Warysowa powtórzyła pytanie, mruknął: 

- Tak, tak, bardzo proszę. 

- A może kieliszeczek koniaku? 

- Nie, za koniak dziękuję. 

Śmiech miała w oczach. Umoczyła wargi w gorącej kawie. 

- Więc o to chciał mnie pan zapytać, panie kapitanie? 

Downarjuż  odzyskał  pewność  siebie.  Razjeszcze  przekonał  się  o  tym,  że  nie  można 

sobie z góry układać żadnych rozmów. 

- Tak. Między innymi i ten temat chciałem poruszyć. Udała zdziwienie. 

- To nie był główny powód pańskiej wizyty? 

- Niezupełnie. 

- A czy można wobec tego dowiedzieć się, co było tym głównym powodem? 

- Przecież pani wie, że to ja prowadziłem śledztwo w sprawie pani męża. 

- Tak. I na skutek tak nieudolnie prowadzonego śledztwa... 

-  Nie  do  pani  należy  ocena  tych  spraw  -  przerwał  ostro  Downar.  Zaczynał  tracić 

panowanie nad sobą. 

Warysowa także podniosła głos. 

- Posłał pan na szubienicę mego męża. Czego pan jeszcze chce ode mnie? Czego? 

Rozmowa  zaczynała  przybierać  bardzo  niepożądany  ton.  Downar  powiedział 

pojednawczo: 

- Niechże się pani uspokoi. Jeżeli były  jakieś  niedokładności w śledztwie, to właśnie 

teraz pragnąłbym to naprawić. Zapewne pani wiadomo, że adwokat Natorski wniósł o rewizję 

procesu.  Jeżeli  prokuratura  uzna  podane  przez  niego  nowe  okoliczności,  to  zapewne  wyda 

nakaz powtórnego przeprowadzenia śledztwa i wtedy ja... 

- Co pan chce wiedzieć? - spytała cicho. 

-  Chciałbym,  żebyśmy  wspólnie  raz  jeszcze  spokojnie  i  z  rozwagą  zrekonstruowali 

fakty.  Ale  jeżeli  dzisiaj  pani  nie  jest  dysponowana  do  tego  rodzaju  rozmowy,  to  przyjdę 

któregoś innego dnia. 

Patrzyła  na  niego  szeroko  otwartymi  oczami.  Zdawało  mu  się,  że  myśli  już  o  czym 

innym. 

- Innego dnia. Innego dnia. 

background image

Właściwie dopiero w tej chwili uświadomił sobie, jak bardzo działa na niego fizycznie 

ta kobieta. Odstawił filiżankę z niedopitą kawą. 

Nagle zgasło światło. 

- Co to się stało? Korki? 

-  Nie.  To  pewnie  znowu  kabel.  W  naszej  dzielnicy  od  pewnego  czasu  to  się  zdarza. 

Tak, tak, to na pewno kabel. Widzi pan? W tamtych domach naprzeciwko też nie ma światła. 

- Czy to długo może potrwać? 

- Czasami nawet kilka godzin. Downar skierował się ku drzwiom. 

- To jajuż chyba pójdę. Zadzwonię do pani. Umówimy się na inny dzień. 

Podeszła do niego bardzo blisko. 

- Niech pan jeszcze nie odchodzi. 

- Tak po ciemku? Jakoś nie wypada. 

- Wypada. Zresztą w mieszkaniu nie ma nikogo. Wspięła się na palce, żeby dosięgnąć 

jego warg. - Jesteś bardzo wysoki. Chodź. 

Pociągnęła go w kierunku tapczanu. 

W sąsiednim pokoju zgrzytnął zegar i począł wybijać godzinę wolno i głośno, nazbyt 

głośno. 

Downar zerwał się na wpół przytomny. Nie, nie. Grażyna, pani Wiśniewska. Musi iść, 

musi biec. 

- Co ci się stało? - spytała zaskoczona. 

- Muszę już iść. 

- Zwariowałeś? Teraz? 

- Nie mogę zostać. Czekają na mnie. Muszę iść. 

Nie pożegnał się i wybiegł na ulicę. Padał drobny deszcz. To go trochę otrzeźwiło. Na 

placu Unii wskoczył do taksówki. 

-  Stare Miasto! -  krzyknął  i wyjął chustkę.  Starannie począł  sobie wycierać z twarzy 

szminkę. 

Pani Wiśniewska czekała na niego 

- O, jaki pan punktualny. 

Spojrzał  na  zegarek.  Było  trzy  minuty  po  ósmej.  A  więc  tamten  zegar  wybijał  trzy 

kwadranse. 

Otarł spocone czoło. Ciągle jeszcze huczało mu w głowie od pocałunków Warysowej. 

Pani  Wiśniewska  podała  mu  klucze  i  włożyła  fantazyjny  kapelusik  przyozdobiony 

piórkiem i woalką. 

background image

- Możemyjuż iść. Tylko jeszcze drobniutka formalność natury materialnej. 

Downar pospiesznie sięgnął do kieszeni. 

-  Ach  tak.  Oczywiście.  Proszę  -  wyjął  z  portfelu  sto  siedemdziesiąt  złotych.  -  A  jak 

pani zwrócę klucze od mieszkania? 

-  Najlepiej  niech  pan  zostawi  u  dozorcy.  Tylko  niech  mi  pan  zbytnio  nie  sfatyguje 

mojego tapczanika - zachichotała, mrużąc oczy. 

Na ulicy Downar pożegnał panią Wiśniewską i poszedł do Krokodyla. 

Przez  zasłonę  z  dymu  tytoniowego  przedzierały  się  leniwie  tony  starego  szlagieru. 

Zmęczony pianista apatycznie przebierał palcami po klawiaturze. 

Grażyny jeszcze nie było. Usiadł więc przy małym stoliku pod ścianą i czekał. Zapalił 

papierosa. Przeszło mu już podniecenie wywołane przygodą na Chocimskiej. Zastanawiał się 

teraz nad tym, co oznaczało dziwne zachowanie  się  Warysowej.  Czy to była  jakaś gra? Czy 

też  może  po  prostu  poniósł  ją  temperament?  Wydawało  mu  się  to  dosyć  mało 

prawdopodobne.  Stykał  się  z  nią  kilkakrotnie  w  czasie  prowadzenia  śledztwa,  ale  nigdy  nie 

zauważył,  żeby  mógł  liczyć  na tego rodzaju  względy.  Prawda, że wówczas okoliczności  nie 

były zbyt sprzyjające do romantycznych nastrojów. 

Nie zdążył dojść w tej sprawie do jakiegoś konkretnego wniosku, bo weszła Grażyna. 

Była bardzo drobniutka i czarna. Taka Japoneczka. Koledzy i przyjaciele nazywali ją 

„Pchełka”.  Miała  żywy  temperament  i  przepadała  za  niezwykłymi  przygodami.  Marzyła  o 

tym,  żeby  zostać  Sherlockiem  Holmesem  w  spódnicy.  Podkpiwano  też  sobie  z  niej  na  ten 

temat, a najbardziej dokuczał jej Godziszewski. 

-  Nie  wystarczy  palić  fajkę  i  robić  mądre  miny,  żeby  być  dobrym  detektywem  - 

mawiał. - Już dawno minęły czasy conandoylowskich bohaterów. 

„Pchełka” wprawdzie nie paliła fajki, ale za to paliła się do pracy śledczej. 

Przywitała się z Downarem i odetchnęła głęboko. 

- Uf, trochę się zmachałam. Nie chciałam się spóźnić. - Jesteś wzorem punktualności - 

pochwalił ją Downar. 

- Idziemy? 

- Nie chcesz się czegoś napić? 

- Nie, dziękuję ci. Dopiero co zjadłam kolację. Zresztą na wszelki wypadek zabrałam 

termos z herbatą i kanapki. 

- Gdzież masz to wszystko? 

-  Zostawiłam  w  szatni.  Nie  będę  się  przecież  targać  z  taką  walizą.  Chodź,  chodź. 

Szkoda czasu. 

background image

Gdy wyszli z Krokodyla, Grażyna spytała cicho: 

- Czy nikt nas nie śledzi? Downar uśmiechnął się. 

- Nie wiem. Może. 

- Masz pistolet? 

- Mam. 

- To dobrze. Zawsze to bezpieczniej. 

Downar wziął ją pod rękę. 

- Nie obiecuj sobie jakichś fantastycznych przygód, „Pchełko”. Ot, po prostu będziesz 

miała trochę daktyloskopijnej robótki. Czy masz wszystkie przybory? 

- Oczywiście. 

Weszli do mieszkania pani Wiśniewskiej. 

-  Nie  zapalaj  światła  -  powiedział  Downar  i  szczelnie  zasłonił  okno.  Dopiero  potem 

przekręcił wyłącznik. 

Grażyna rozejrzała się ciekawie. 

- Gniazdo dla zakochanej parki - powiedziała. 

- W tych też celach stara odnajmuje ten pokój. Ale nie traćmy czasu. 

Zdjął marynarkę i pomógł jej wypakować z walizy wszystkie przybory. 

- Co cię tu najbardziej interesuje? - spytała. 

- Przede wszystkim okno. Ale musimy uwzględnić i inne części mieszkania. 

- Sądzisz, że to da jakieś wyniki? 

-  Nie  wiem.  Musimy  spróbować.  Ta  baba  nie  wygląda  na  przesadnie  czystą.  Mam 

nadzieję, że coś niecoś pozostało po jej sprzątaniu. 

Pracowali  intensywnie  przez  trzy  godziny.  Zmęczona  Grażyna  usiadła  na  brzegu 

tapczanu i wierzchem dłoni odgarnęła spadającą jej na oczy czuprynę. 

- Wiesz, o czym sobie teraz pomyślałam? 

- O czym? 

- Że właściwie mógłbyś mnie tutaj zgwałcić. Downar wzruszył ramionami. 

- Też masz pomysły. Co ci do głowy przychodzi? 

-  No,  ale  sam  przyznaj,  przecież  mógłbyś  mnie  zgwałcić.  Głucha  noc.  Jesteśmy  tu 

sami. No tak czy nie? 

- Oczywiście, gdybym chciał... - mruknął niechętnie Downar. 

- Ale ty nie chcesz? 

- Grażynko, co się z tobą dzieje? Czyżby jakieś fluidy tego podejrzanego pokoiku? 

background image

-  Jeść  mi  się  zachciało  -  powiedziała.  Rozwinęła  kanapki  i  odkorkowała  termos.  - 

Wiesz  co?  To  dziwne.  Jestem  taka  malutka,  a  zawsze  podobają  mi  się  wysocy  mężczyźni, 

tacy olbrzymi jak ty. Zjesz kanapkę? 

W  tej  chwili  zabłysło  światło  naprzeciwko,  w  mieszkaniu  Natorskiego.  Downar 

błyskawicznie przekręcił kontakt i skoczył do okna. 

- To jest to mieszkanie, w którym popełnione zostało morderstwo. Widzisz? 

Oparła głowę o jego ramię. 

- Widzę. W jaki sposób go zamordowano? 

- Nóż w plecy. 

- I sądzisz, że z tego pokoju ktoś rzucił w niego nożem? 

- To jest bardzo prawdopodobne. 

- Czy nie za duża odległość? 

-  Myślę,  że  nie.  Jeszcze  to  sprawdzę.  Oczywiście  musiał  to  zrobić  dobry  fachowiec. 

Ani ja, ani ty nie potrafilibyśmy dokazać takiej sztuki. 

- Czy ten zamordowany facet siedział na tym krześle, które stoi przed biurkiem? 

- Tak. 

-  Przyjrzyj się temu krzesłu. Zobacz,  jaką  ma wysoką poręcz.  Ten człowiek,  którego 

zamordowano, musiał być olbrzymem. 

-  Ten  człowiek  nie  był  olbrzymem  -  powiedział  w  zamyśleniu  Downar.  Objął 

ramieniem Grażynę i po chwili dodał: - A wiesz, że ty jesteś wcale nie głupia dziewczyna. 

- A wiesz, że ty masz zwyczaj mówienia wątpliwych komplementów - odcięła się. 

- Gniewasz się, „Pchełko”? 

- Cóż mi to da, jeżeli się będę na ciebie gniewać? Natorski zasłonił okno. Mieli teraz 

przed sobą tylko pustą, źle oświetloną ulicę. 

- Pan mecenas poszedł spać - powiedział Downar. - Czy uważasz naszą działalność za 

skończoną? 

- Nie wiem. To zależy od ciebie. 

-  Chciałbym,  żebyś  się  jeszcze  zajęła  oknem  w  kuchni  i  szklankami  w  kredensie. 

Szczególnie interesują mnie niezbyt czyste i stłuczone, jeżeli takie znajdziemy. 

Szklanki  jednak  okazały  się  czyste  i  całe.  Dochodziła  druga,  kiedy  Downar 

powiedział: 

- No, dosyć. Nie mamy tu już nic więcej do roboty. Warto się trochę przespać. Myślę, 

że  najlepiej  będzie,  jeżeli  ja  pojadę  do  siebie,  a  ty  się  tu  położysz.  Pościel  czysta,  tapczan 

wygodny. Po co się masz ruszać? 

background image

- O nie, nie - powiedziała stanowczo. - Ja tu sama nie zostanę. 

- Boisz się? 

- Bać się nie boję, ale mi jakoś nieprzyjemnie w tym obcym mieszkaniu. 

- No to w takim razie chodź. Odwiozę cię do domu. Spojrzała na niego chmurnie. 

- Dobrze. Odwieź mnie do domu. 

Kiedy pakowała walizkę, mruknęła niby do siebie: 

- Takie już moje parszywe szczęście. Nigdy się nie podobam wysokim mężczyznom. 

Downar udał, że tego nie dosłyszał. 

ROZDZIAŁ VI 

 

Poszukiwania  przeprowadzone  w  mieszkaniu  pani  Wiśniewskiej  nie  dały, 

przynajmniej na razie, żadnego wyniku. Materiał daktyloskopijny był wprawdzie dość bogaty, 

nie  znaleziono  jednak  odcisków  palców  owego  niezidentyfikowanego  a  tajemniczego 

osobnika, który pozostawił ślady na szybie okiennej w gabinecie Natorskiego. 

Śmietnikowa akcja Kobieli również okazała się bezowocna. Znalazł parę stłuczonych 

szklanek  i  przetransportował  je  z  zachowaniem  wszelkich  ostrożności  do  laboratorium.  Ale 

ślady  na  tych  kawałkach  szkła  były  przeważnie  zupełnie  zamazane  i  nieczytelne.  Te 

natomiast,  które  udało  się  odcyfrować  i  utrwalić,  nie  wskazywały  na  to,  że  którąś  ze 

stłuczonych szklanek miał w ręku domniemany morderca. 

Godziszewski, który zaczął żywiej interesować się tą sprawą, spytał: 

- Jak właściwie wyobrażacie sobie tę całą historię? 

Downar odsunął odbitki daktyloskopijne i zapalił papierosa. 

-  To  jest  przypadek  bardzo  skomplikowany.  Parę  dni  temu  prosiłem  o  konsultację 

Walczaka. Obaj doszliśmy do wniosku, że morderca rzucił nożem z mieszkania znajdującego 

się po drugiej stronie ulicy. 

-  Słyszałem  przecież,  że  okno  w  mieszkaniu  adwokata  Natorskiego  znaleziono 

zamknięte, więc... 

-  To  się  zgadza  -  przytaknął  Downar.  -  Kiedy  Natorski  wrócił  z  milicjantem,  okno 

zastali  zamknięte.  Ale  badania,  które  pan  przeprowadził,  wykazały  odciski  palców 

zamordowanego  na  szybie.  Według  więc  teorii  Walczaka,  do  której  i  ja  się  w  tej  chwili 

przychylam,  sytuacja  wyglądała  następująco:  Natorski,  widząc,  że  jego  klient  źle  się  czuje, 

poszedł do kuchni po wodę. Popłukał szklankę, wcisnął kilka kropel cytryny, co mu zabrało 

trochę czasu. Natychmiast po jego wyjściu z pokoju, tamten facet wstał i otworzył okno. 

background image

- I wtedy ten z naprzeciwka rzucił nożem - uzupełnił Godziszewski. 

Downar skinął głową. 

-  Tak.  Jest  to  o  tyle  prawdopodobne,  że  Krzywe  Koło  nie  ma  więcej  jak  osiem, 

dziewięć  metrów  szerokości.  Nawet  jeżeli  dodamy  trzy  czy  cztery  metry,  uwzględniając 

wnętrza  obu  mieszkań,  to  otrzymamy  odległość  nieprzekraczającą  piętnastu  metrów.  Nie 

jestem  specem  w  rzucaniu  nożem,  ale  wydaje  mi  się,  że  to  jest  w  granicach 

prawdopodobieństwa. Jeszcze sprawdzę dokładnie tę sprawę. Niepokoił mnie trochę fakt, że 

zamordowany siedział na krześle z wysoką poręczą, która musiała zasłaniać jego plecy. 

Rozmawiałem  nawet  w  tej  sprawie  z  doktorem  Ziembą.  Twierdzi  on,  że  morderca 

mógł rzucić nożem w chwili, gdy tamten facet otworzył okno i odwrócił się plecami do ulicy. 

Ale  w  takim  wypadku  musiałby  przejść  od  okna  do  krzesła  z  nożem  tkwiącym  w  sercu. 

Doktor Ziemba uważa, że jest to zupełnie prawdopodobne. 

- Oczywiście - powiedział Godziszewski. 

-  Ziemba  ma  najzupełniejszą  rację.  To  jest  prawdopodobne.  Słyszał  pan  zapewne  o 

tym, że indyk bez głowy może przebiec nawet kilkanaście metrów. Gdyby morderca wbił nóż 

i  zaraz  go  wyjął,  wtedy  śmierć  nastąpiłaby  natychmiast.  Z  nożem  zaś  tkwiącym  w  ciele 

człowiek  ten  mógł  doskonale  zrobić  te  dwa  czy  trzy  kroki  i  usiąść  na  krześle.  Tak,  tak,  to 

zupełnie prawdopodobne. A więc wynikałoby z tego, że kiedy Natorski wrócił z kuchni, okno 

było otwarte? 

-  Tak.  Ale  że  oczywiście  nie  zwrócił  na  to  uwagi.  Zbyt  był  przejęty  nagłą  śmiercią 

swego klienta. Wybiegł na ulicę, aby zaalarmować milicję. Wtedy morderca dostał się do jego 

mieszkania,  zamknął  okno,  postawił  stłuczoną  szklankę  z  arszenikiem  na  podłodze  i  uciekł. 

Nie ulega wątpliwości, że miał na to dosyć czasu - Godziszewski w zamyśleniu drapał się w 

tył głowy. 

-  Wobec  tego  musicie  przyjąć,  że  Natorski  nie  zamknął  za  sobą  drzwi  albo  że 

zbrodniarz posiadał klucz od jego mieszkania. 

-  Obie  hipotezy  są  prawdopodobne.  Drzwi  wejściowe  w  mieszkaniu  Natorskiego 

zaopatrzone  są  w  zatrzask  typu  yale,  który  nie  zawsze  się  zatrzaskuje.  Wiem  z  własnego 

doświadczenia,  że  nieraz  trzeba  pokręcić  gałką,  aby  go  uruchomić.  Natorski  w  podnieceniu 

nerwowym mógł po prostu nie zauważyć, że nie zamknął drzwi. Musimy jednak także wziąć 

pod uwagę ewentualność, że morderca miał dorobiony klucz. Jeżeli wynajmował mieszkanie 

naprzeciwko  i  obserwował  kancelarię  Natorskiego,  to  dlaczegóż  nie  miałby  sobie  dorobić 

klucza do jego drzwi. To przecież żadna sztuka. 

Godziszewski był coraz bardziej zaintrygowany tą całą historią. 

background image

-  Na  stłuczonej  szklance  mamy  ślady  palców  zamordowanego  oraz  tego  człowieka, 

który dotykał szyby, zamykając okno? 

- Tak. 

- To znaczy, że morderca widział, jak Natorski upuścił szklankę i pragnąc go jeszcze 

bardziej obciążyć, przyniósł ze sobą stłuczoną szklankę, do której nalał arszeniku. Następnie 

przyłożył  do  niej  palce  swej  ofiary.  W  ten  sposób  chciał  dać  do  zrozumienia  milicji,  że 

Natorski  miał  zamiar  otruć  tego  człowieka  i  dopiero  wtedy,  gdy  ten  odmówił  wypicia 

trucizny, zasztyletował go. 

- Taka jest nasza teoria. 

Godziszewski z powątpiewaniem pokręcił głową. 

- Czy to aby nie jest przypadkiem zbyt skomplikowane? Jak się panu zdaje, kapitanie? 

- Mnie się zdaje, że to jest bardzo skomplikowane - zgodził się Downar. 

-  Bo  skąd  na  przykład  facet  mógł  przewidzieć,  że  Natorski  pójdzie  po  wodę.  A  po 

drugie, dlaczego miał przy sobie arszenik? 

- Dlaczego miał przy sobie arszenik? - powtórzył w zamyśleniu Downar. Nagle zerwał 

się.  -  Chwileczkę,  panie  magistrze,  chwileczkę.  Coś  mi  zaczyna  świtać.  A  jeżeli 

przyjęlibyśmy na przykład taką ewentualność, że ten facet przyszedł do Natorskiego otruty. 

- Otruty? 

-  Tak.  Wie  pan  przecież,  że  arszenik  nie  jest  trucizną  działającą  natychmiastowo. 

Powiedzmy,  że  morderca  otruł  swą  ofiarę  arszenikiem,  ale  widząc,  że  trucizna  działa  zbyt 

wolno  i że tamten zdąży porozumieć się z Natorskim, użył  noża.  Musiał przewidywać,  iż ta 

rozmowa  odbędzie  się  w  mieszkaniu  Natorskiego  i  dlatego  wynajął  na  ten  czas  pokój 

naprzeciwko. 

-  To  jest  prawdopodobne  -  zgodził  się  Godziszewski.  -  I  to  tłumaczyłoby  fakt,  że 

zbrodniarz posiadał przy sobie arszenik. A co wykazała sekcja zwłok? 

Downar lekko wzruszył ramionami. 

- No cóż. Doktor Ziemba zajął się głównie raną zadaną sztyletem. To była właściwie 

widoma  przyczyna  śmierci.  Nie  było  mowy  o  możliwości  otrucia.  A  poza  tym,  jak  panu 

wiadomo, arszenik jest trucizną dość trudno wykrywalną. 

- Tak, tak, to wszystko prawda - przytaknął Godziszewski - ale może warto by jednak 

było spróbować jeszcze dziś zbadać tę sprawę. 

-  Porozumiem  się  z  doktorem  Ziembą  -  powiedział  Downar.  -  Chociaż  ewentualne 

stwierdzenie  faktu,  że  facet najprzód został otruty, a potem  zasztyletowany,  niewiele  mi da. 

background image

Nie  ulega  przecież  wątpliwości,  że  truciciel  i  miotacz  noży  jest  jedną  i  tą  samą  osobą. 

Wystarczy więc, jeżeli znajdę miotacza noży. 

-  Wie  pan,  kapitanie,  że  jeszcze  nasuwa  mi  się  jedna  refleksja.  Z  pańskiej  teorii 

wynika,  że  mordercajest  niezłym  fachowcem,  obznajmionym  z  daktyloskopią.  Musiał 

przecież zdawać sobie sprawę z tego, że zostawia ślady swych palców na szybie okiennej i na 

tej stłuczonej szklance. 

-  No  cóż,  panie  magistrze,  gdyby  przestępcy  nie  popełniali  błędów,  nasza  praca  w 

ogóle nie miałaby racji bytu. 

- To też racja - zaśmiał się Godziszewski. Downar spojrzał na zegarek. 

- Na mnie już czas. Bardzo dziękuję za pomoc. Nie jest wykluczone, że jeszcze będę 

zawracał panu głowę w tej sprawie. 

- Zawsze jestem do dyspozycji. Pożegnali się serdecznie. 

W komendzie czekał niecierpliwie Kobiela. 

- Mam go, towarzyszu kapitanie. 

- Kogo macie? 

- No tego optyka. To znaczyjego mieszkanie. Downar ożywił się. 

- Mówicie poważnie? 

- No chyba. Przecież to dzisiaj nie prima aprilis. 

- Chodźcie do mnie. Musicie mi wszystko dokładnie opowiedzieć. 

Na  korytarzu  zatrzymał  ich  major  Leśniewski.  -  Jak  tam,  towarzyszu?  Posuwa  się 

sprawa naprzód? 

- Powoli, ale się posuwa - odparł Downar. 

- Chciałbym w najbliższych dniach posłyszeć od was coś konkretnego. 

- Postaram się. 

- Życzę powodzenia. 

Downarowi  wydało  się,  że  dostrzegł  ironiczny  uśmieszek  na  twarzy  majora.  Wziął 

pod rękę Kobiele i zaprowadził go do siebie. 

- A teraz mówcie. 

Porucznik  uśmiechał  się  zadowolony.  Wyjął  paczkę  grunwaldów  i  poczęstował 

Downara. 

-  A więc tak, towarzyszu kapitanie.  Zacząłem od  lekarzy okulistów.  Dobrałem  sobie 

do  pomocy  dwóch  ludzi  i  szukaliśmy.  Ale  to  nic  nie  dało.  Żaden  okulista  nie  zaginął  na 

terenie Warszawy. Dopiero kiedyśmy się zajęli optykami. 

Downar poruszył się niecierpliwie. 

background image

- Mówcie wreszcie, co z tym optykiem, 

-  Na  Pradze  znalazłem  takiego,  który  niecałe  dwa  tygodnie  temu  wyszedł  z  domu  i 

dotychczas nie wrócił. 

- Znacie jego nazwisko? 

- Oczywiście. Teodor Hertz. 

- Prywatna inicjatywa? 

- Tak. Ma własny zakład optyczny. 

- Byliście w tym mieszkaniu? 

- Nie. Nie chciałem bez was... 

- Zaraz tam jedziemy. Czy dozorca ma klucze? 

- Nie. Musimy zabrać ślusarza. 

W samochodzie Downar wypytywał jeszcze o szczegóły. Był podniecony. 

- Czy to samodzielne mieszkanie? 

-  Tak.  Dwa  pokoje  z  kuchnią.  Stary  dom.  -  Jak  dowiedzieliście  się,  że  ten  facet 

zniknął? 

-  Obleciałem  wszystkich  prywatnych  optyków  i  właśnie  na  Stalowej  powiedział  mi 

dozorca... Jego żona sprząta u niego. Od dłuższego czasu nikt nie zabiera mleka spod drzwi. 

Mieszkanie zamknięte i optyk zniknął. Pytał się podobno o niego jego pracownik. 

- To on ma pracownika? 

- Dozorca twierdzi, że ma. 

Na  Stalowej  zaparkowali  wóz  niedaleko  Szwedzkiej  i  od  razu  poszli  do  mieszkania 

dozorcy. Niewiele więcej się dowiedzieli. 

Żona dozorcy wygłosiła pochwalne przemówienie na cześć zaginionego optyka. 

-  Co  to  za  człowiek!  Porządny,  cichy,  akuratny.  Płaci  zawsze  w  terminie  i  nie  jest 

skąpy.  Nieraz  da  więcej,  niż  się  należy.  Nie  daj  Boże,  żeby  mu  się  miało  przytrafić  jakie 

nieszczęście. 

- Kto tu u niego bywał? - spytał Downar. 

- A różni przychodzili. Miał klientów. Robił okulary. 

- Chodźmy na górę. 

W tej chwili zdał sobie sprawę z tego, że ślusarz bez większych trudności uporał się z 

zamkami. 

Zaduch dawno niewietrzonego mieszkania uderzył ich w nozdrza. 

Downar otworzył okno i rozejrzał się ciekawie. 

background image

Dwa  nieduże  pokoiki.  Wjednym  urządzona  była  pracownia,  w  drugim  stał  tapczan, 

szafa,  stolik,  półka  z  książkami,  parę  wyściełanych  krzeseł  i  małe  biureczko.  Wszędzie 

panował  wzorowy  porządek  i  tylko  gruba  warstwa  kurzu  na  meblach  świadczyła  o  tym,  że 

dawno tu nikt nie sprzątał. 

-  Zabierajmy  się  do  roboty,  poruczniku  -  powiedział  Downar.  -  Przede  wszystkim 

musimy stwierdzić, że to jest właśnie mieszkanie człowieka, o którego nam chodzi. Chociaż 

to  mało  prawdopodobne,  żeby  na  terenie  Warszawy  zniknęło  w  tym  samym  czasie  dwóch 

optyków. 

Już pobieżne poszukiwania upewniły ich w tym przekonaniu, że są na dobrym tropie. 

W  biurku  znaleźli  starą  legitymację  związkową,  wystawioną  na  nazwisko  Teodora  Hertza. 

Downar spojrzał na fotografię i powiedział: 

-  No  tak.  Nie  ma  wątpliwości.  Wystarczy  mu  dorysować  bródkę  -  wytrwale  szukał 

dalej. 

Zapiski,  notatki,  stare  listy  i  kilka  zeszytów  zapisanych  słówkami  i  tekstami 

portugalskimi. Najwidoczniej Teodor Hertz pilnie studiował ten język. 

W  pożółkłej  kopercie,  pomiędzy  fotografiami,  Downar  znalazł  dwa  gabinetowe 

zdjęcia  bardzo  eleganckiej  i  bardzo  ładnej  blondynki.  Nie  była  to  jednak  ani  utleniona 

Warysowa, ani Ewa. 

Przez dłuższą chwilę przyglądał się uśmiechniętej twarzy. Wreszcie wsunął fotografię 

do kieszeni i zajął się półką z książkami. 

Słownik  niemieckoportugalski,  słownik  angielskoportugalski  oraz  kilka  książek  po 

portugalsku.  Teodor  Hertz  starannie  przygotowywał  się  do  odegrania  roli  brazylijskiego 

impresaria. 

Kobiela,  który  rozglądał  się  dotychczas  po  pracowni  optycznej,  zbliżył  się  do 

Downara i pokazując mu jakiś drobny przedmiot, powiedział: 

- Widzicie? 

- Kawałek oprawki do okularów - mruknął Downar i dalej przeglądał książki. 

-  To  ja  wiem,  że  kawałek  oprawki.  Ale  zobaczcie,  jakie  to  ciężkie.  Z  czego  on, 

cholera, robił te okulary? 

Dopiero teraz Downar spojrzał z zainteresowaniem. 

- Pokażcie. Rzeczywiście. To nie wygląda na żadną masę. Za ciężkie. To chyba jakiś 

metal. 

Wyjął z kieszeni scyzoryk i począł nim skrobać kawałek grubego zausznika. 

- Do licha! 

background image

- Co takiego? - spytał Kobiela. 

Downar wierzchem dłoni otarł spocone czoło. 

- Czy wiecie, że to chyba złoto? - Niemożliwe. 

- No złoto, słowo daję - gorączkował się Downar. - Szczere złoto. 

- Ze złota zrobił oprawki do okularów? Chyba zwariował. 

- Nie sądzę. 

Downar  zapalił  papierosa  i  długimi  krokami  począł  chodzić  po  pokoju.  Twarz  miał 

skupioną. 

- Gdzieżeście to znaleźli? - spytał po chwili. 

- No w tej jego pracowni. W zwykłym tekturowym pudełku. 

- I tylko był tam ten jeden kawałek? 

- Tylko. 

Downar wpadł nagle w doskonały humor, klepnął porucznika po plecach. 

-  Czy  wiecie,  że  ten  kawałek  jest  więcej  wart  niż  cała  kopalnia  złota?  Dokonaliście 

doniosłego odkrycia. 

- Ja tam wolałbym całą kopalnię - powiedział z przekonaniem Kobiela. 

-  Wierzę  -  roześmiał  się  Downar  -  na  razie  jednak  musimy  się  zadowolić  sławą 

detektywów. Co tam jeszcze ciekawego jest do obejrzenia w tej pracowni? 

-  Nic specjalnego. Narzędzia, palniki, trochę surowca do robienia oprawek,  ale złota 

już więcej nie zauważyłem. 

Downar  podszedł do długiego stołu,  wyciągnął  szufladę  i wyjął z niej gruby  brulion, 

oprawiony w czerwoną ceratę. 

- O, tego właśnie szukałem. Spojrzyjcie. Alfabetyczny spis klientów. 

Kobiela nie okazywał entuzjazmu. 

- Co wam z tego przyjdzie? 

- Zaraz się przekonamy. Sprawdźmy literę N. Widzicie? Jest E. Natorski. Natorski ma 

na imię Eustachy. Nie ma tu jednak jego adresu. Ciekawe dlaczego. Słuchajcie!? A może... a 

może jest dwóch Natorskich. 

Kobiela wytrzeszczył oczy. - Jak to dwóch Natorskich? 

-  A  małoż  to  jest  ludzi  tego  samego  nazwiska?  Czy  sądzicie,  że  jeden  Kobiela  na 

świecie? 

- Ale skąd. 

-  No  widzicie.  Równie  dobrze  może  istnieć  jakiś  drugi  Natorski.  Tak,  tak,  to  jest 

bardzo prawdopodobne. Idziemy. 

background image

- Dokąd? 

- Na razie do dozorcy. Musimy dowiedzieć się czegoś bliższego o tym facecie, który 

tu pracował. 

Dozorca  wyszedł  do  miasta,  jakoby  w  jakichś  sprawach  meldunkowych.  Jego 

małżonka godnie przyjęła przedstawicieli władzy. 

- Może panowie napiją się piwa? - zaproponowała. Podziękowali. Downar spytał: 

-  Znała  pani  tego  człowieka,  który  pracował  u  optyka?  -  Jakże  go  miałam  nie  znać, 

panie  komisarzu?  Nieraz  przychodził  przecież  do  mnie  po  klucze.  Bo  to  często  gęsto  pan 

Hertz był na mieście albo wyjeżdżał poza Warszawę. 

- Wyjeżdżał poza Warszawę? - podchwycił Downar. 

-  Owszem.  Od  czasu  do  czasu.  Na  dwa,  trzy  dni.  Ale  żeby  prawie  dwa  tygodnie... 

Tego nie bywało. Dwa lata temu oczywiście wyjechał na miesiąc do Krynicy, na odpoczynek. 

Ale przedtem pożegnał się, zostawił klucze od mieszkania, żeby mu sprzątnąć. Ale tak... Boję 

się,  panie  komisarzu,  czy  mu  się  nie  przytrafiło,  nie  daj  Boże,  jakieś  nieszczęście.  Jak  pan 

myśli? 

- Nie wiem. Niech mi pani powie, czy to był młody człowiek, ten który tu pracował? 

- Taki znowu bardzo młody to on nie był. Boja wiem.  Mógł mieć ze trzydzieści pięć 

lat, a może więcej. 

- Jak się nazywa? 

- Zaraz, zaraz. Miałam tu gdzieś zapisane. 

Zaczęła  grzebać  w  szufladzie  i  wreszcie  w  książeczce  od  nabożeństwa  znalazła 

pomiętą kartkę papieru. 

-  O,  mam.  Nazywa  się  Stanisław  Mańczyk  i  mieszka  nawet  tu  niedaleko,  na 

Wileńskiej. Podać panom adres? 

- Oczywiście. 

Downar zapisał adres Stanisława Mańczyka i wstał. 

-  Bardzo  pani  dziękujemy  za  informacje  -  coś  sobie  nagle  przypomniał,  bo  znowu 

usiadł. - Jeszcze chciałbym panią zapytać o jedną rzecz. Przychodzili tu różni klienci do pana 

Hertza... 

- Ano przychodzili. 

-  Czy  pani  nie  zauważyła  jakiejś  osoby,  która  przychodziła  częściej  niż  normalny 

klient? Może na przykład jakaś kobieta? 

Dozorczyni wydęła mięsiste wargi. - Ja się tam takimi świństwami nie zajmuję. Mnie 

to nie obchodzi. 

background image

- Obchodzi nie obchodzi, ale niech nam pani powie. Przychodziła tu jakaś kobieta? - 

nalegał Downar. 

-  Pan  Hertz to  bardzo  porządny  człowiek.  Bardzo  porządny.  No,  ale  pan  wie.  Jak  to 

chłop... 

- Więc przychodziła? 

- Ano przychodziła. Taka tam ździra. 

Downar sięgnął do kieszeni i wyjął fotografię blondynki, którą znalazł przed chwilą w 

biurku. 

- Niech pani spojrzy. Czy to ta? Dozorczyni niechętnie wzięła zdjęcie do ręki. 

- Pewnie, że ta. Nawet dobrze odrobiona. Brzydka to ona nie jest - dodała z pewnym 

uznaniem - tylko że ździra. Szkoda dla niej takiego człowieka. 

- Często tu przychodziła? 

-  Boja  wiem.  Dosyć  często.  Ja  jej  tam  nie  śledziłam.  Ot  tak,  od  czasu  do  czasu  ją 

spotykałam. 

- A czy pani spotkała ją kiedyś z walizką? - spytał Downar. Dozorczyni spojrzała na 

niego zdziwiona. 

- Tak. A skąd pan wie? 

Downar nie odpowiedział. Skinął na Kobiele. 

- Idziemy, poruczniku. 

Wstąpili do najbliższego sklepu jubilerskiego. 

Stary,  łysy  człowiek  z  uwagą  przyjrzał  się  kawałkowi  oprawki,  spróbował  kwasem, 

pocierał, wreszcie wyjął z okna szkło powiększające i podejrzliwie popatrzył na Downara: 

- Chce pan sprzedać ten kawałek złota? 

- Nie. Nie chcę sprzedać. Chciałem się tylko upewnić, czy to jest złoto. Dziękuję. 

Kiedy wrócili do wozu, szofer spytał: 

- Dokąd jedziemy? 

- Na Wileńską. 

Stanisław  Mańczyk  mógł  uchodzić  za  wzór  „szarego  człowieka”.  Był  rzeczywiście 

dziwnie szary, wypłowiały,  bezbarwny. Kiedy przestawało się na niego patrzeć, natychmiast 

zapominało  się,  jak  wygląda.  On  właściwie  w  ogóle  nie  wyglądał,  istniał  tylko.  Należał  do 

tego  typu  ludzi,  którzy  nie  posiadają  absolutnie  żadnych  cech  indywidualnych  i  których 

twarzy nie sposób sobie przypomnieć. Bardzo trudno też było określić jego wiek. Mógł mieć 

zarówno trzydzieści, jak i pięćdziesiąt lat. 

Bardzo się zmieszał. Milicyjny mundur Kobieli zrobił na nim widoczne wrażenie. 

background image

- Panowie do mnie? Proszę, proszę uprzejmie. Zaprowadził ich do swojego skromnie 

umeblowanego  pokoiku.  Potężna  kobieta,  stojąca  w  drzwiach  wypełnionej  parą  kuchni, 

niechętnym spojrzeniem obrzuciła przybyłych. 

- Zapewne się pan domyśla, o co chodzi - powiedział Downar. 

Mańczyk przełknął ślinę. Kobiela obserwował jego grdykę. 

- Tak. Przypuszczam, że chodzi o pana Hertza. 

-  Właśnie.  Chodzi  o  pana  Hertza,  który  mniej  więcej  dwa  tygodnie  temu  wyszedł  z 

mieszkania i do tej pory nie wrócił. Co pan wie o tej sprawie? 

- Nic, absolutnie nic. 

-  Czy  pan  Hertz  nie  mówił  panu,  że  wybiera  się  wjakąś  podróż,  że  ma  zamiar 

wyjechać? 

- Nie, nic podobnego mi nie powiedział. W ogóle pan 

Hertz bardzo mało ze mną rozmawiał. Bardzo, bardzo mało. Naprawdę. 

Mańczyk  mówił  szybko,  nerwowo.  Robiło to takie wrażenie,  jakby się  bał, że  słowa 

mu uciekną i że nie zdąży ich wypowiedzieć. 

Downar przyglądał mu się bardzo uważnie. Chciał się zorientować, co się kryje za tą 

maską bezradności i naiwności. 

- Jak dawno pracuje pan u Hertza? 

- O, już dość dawno. Trzeci rok. 

- Zadowolony pan z tej pracy? 

-  No  tak.  Dosyć.  Oczywiście.  Wszędzie  trzeba  pracować.  Nie  mogę  specjalnie 

narzekać. 

- To znaczy, że jednak miał pan pewne powody do niezadowolenia. Pan Hertz nie był 

zbyt wyrozumiałym szefem. 

Mańczyk  poruszył  się  tak,  jakby  nagle  jego  krzesło  pokryło  się  niezliczoną  ilością 

ostrych gwoździ. 

- Och... no cóż... zawsze przecież zdarzają się jakieś nieporozumienia. Czasem coś nie 

wyjdzie takjak trzeba... To trudno. 

- Na przykład co? - nalegał Downar. - Niech pan mówi śmiało. Cała nasza dzisiejsza 

rozmowa zostanie między nami. 

-  No  na  przykład  zdarzy  się  jakaś  pomyłka.  Ostatecznie  człowiek  jest  tylko 

człowiekiem. Pana Hertza często nie było w pracowni i ja... 

- I pan czasem coś tam pokręcił z tymi okularami - podpowiedział Downar. 

- Właśnie. Ale przecież to się zawsze może zdarzyć... 

background image

-  Oczywiście.  Nie  ma  na  świecie  ludzi  nieomylnych  -  powiedział  z  przekonaniem 

Downar.  -  I  duże  pan  miał  przykrości  w  związku  z  tym  Natorskim?  -  dodał,  zapalając 

papierosa. 

Mańczyk  osłupiał.  Wytrzeszczył  oczy  i  otworzył  usta.  Przez  chwilę  zdumienie 

odebrało mu mowę. 

- Skąd pan wie o tej sprawie? 

- To nie ma znaczenia. Niech no nam pan opowie, jak to było z tym panem Natorskim. 

- Ale nie mogę... nie mogę pojąć, skąd panowie... skąd pan? 

- Powiedziałem już, że to nie ma znaczenia - powtórzył niecierpliwie Downar. - Chcę 

teraz posłyszeć od pana tę historię. 

Mańczyk odchrząknął. 

- Awięc rzeczywiście pomyliłem się. Bo te oprawki takie były podobne, że włożyłem 

szkła pana Natorskiego... 

- Gdzie pan znalazł tę oprawkę, do której omyłkowo włożył pan szkła Natorskiego? 

-  Ano  właśnie.  W  żaden  sposób  nie  mogłem  znaleźć  tej  oprawki.  Gdzieś  mi  się 

zapodziała. Pan Hertz wyjechał na dwa dni poza Warszawę. I wreszcie znalazłem oprawkę w 

biurku  pana  Hertza.  Trochę  mnie  to  zdziwiło,  bo  tam  nigdy  oprawek  nie  trzymał,  ale  nie 

zastanawiałem  się  nad  tym.  Zmontowałem  szkła  i  odwiozłem  je  panu  Natorskiemu  na 

Wawelską. 

- Na Wawelską? 

- Tak. Na Wawelską. Bardzo potrzebował tych szkieł. Obiecałem, że mu je osobiście 

odwiozę do domu. 

- Pamięta pan adres pana Natorskiego? 

- Na pamięć nie pamiętam, ale mam go tutaj gdzieś w notesie. Czy poszukać? 

- Tak. Bardzo proszę. 

Mańczyk wyjął zniszczony notes i począł przewracać kartki. 

-  O,  jest.  Proszę.  Inżynier  Eugeniusz  Natorski.  Downar  dokładnie  zanotował  adres. 

Nagle spytał pozornie bez żadnego związku: 

- Czy zna pan język portugalski? 

- Nie, nie znam. Ale pan Hertz mówi dobrze po portugalsku. 

-  A  czy  twarz  tej  kobiety  jest  panu  znajoma?  Downar  błyskawicznym  ruchem 

podsunął mu pod oczy fotografię pięknej blondynki, Mańczyk zaczerwienił się gwałtownie. 

- Tak. To znaczy... - Jak się nazywa? 

- Nie wiem. 

background image

- Jak to? Zna pan tę kobietę i nie wie pan, jak ona się nazywa? 

- To nie moja znajoma. To jest znajoma pana Hertza. 

- I nigdy pan nie słyszał jej nazwiska? 

- Nigdy. 

- I adresu jej też pan nie zna? - Nie. 

- A ten Natorski ma astygmatyzm, tak? 

- Tak. Ale skąd pan wie...? 

- Proszę nie zadawać pytań - zniecierpliwił się Downar. - Ja tu jestem od tego, żebym 

pytał. 

Mańczyk zmieszał się. 

- Przepraszam. 

Downar w zamyśleniu wodził spojrzeniem po brudnych ścianach. 

- No i co się stało potem, jak pan zamienił tę oprawkę? 

-  Pan  Hertz  strasznie  się  irytował.  Wymówił  mi  pracę,  ale  później  się  rozmyślił. 

Przeprosiłem go oczywiście i obiecałem, że się to więcej nie powtórzy. 

- I co dalej? 

- Powiedział, że pójdzie do pana Natorskiego osobiście i przeprosi go za tę pomyłkę. 

Nie wiem jednak, czy poszedł, bo już go potem nie widziałem. 

- I nie mówił panu, że ma zamiar wyjechać? 

- Nie.  Kiedy wyjeżdżał, zawsze zostawiał mi klucze od pracowni. Teraz nie zostawił 

mi kluczy i nic nie wspominał o wyjeździe. 

Downar wstał. 

- Na razie to byłoby wszystko. Dziękujemy panu. Jest rzeczą bardzo prawdopodobną, 

że jeszcze pana odwiedzimy. Chciałbym, żeby pan nie wyjeżdżał z Warszawy. 

- Nie mam zamiaru. Czy sądzi pan, że powinienem poszukać sobie innej pracy? 

- Raczej tak. Aha, jeszcze jedno pytanie. Czy pan Hertz znał inżyniera Natorskiego? 

- Nie. To ja przyjmowałem zamówienie podczas jego nieobecności. 

- Niech mi pan powie jeszcze taką rzecz. Dlaczego właściwie klient przyjeżdża do was 

z drugiego końca miasta? Przecież tyle jest bliższych zakładów optycznych. 

Mańczyk uśmiechnął się. 

-  Sądzę,  że  dlatego,  iż  mamy  bardzo  ładne  zagraniczne  oprawki,  których  nie  można 

znaleźć w sklepach państwowych, a poza tym mamy także doskonałą masę angielską, z której 

możemy  wykonywać  oprawki  na  zamówienie.  Klienci,  jeden  drugiemu,  podają  sobie  nasz 

adres. Jak się solidnie wykonuje robotę, to ma się klientów. 

background image

Downar  już myślał o czym innym. Z roztargnieniem pożegnał Stanisława Mańczyka. 

Szybko zbiegli po schodach. 

- Co myślicie o tym facecie? 

Kobiela pogardliwie wzruszył ramionami. - Jakiś idiota. Ofiara losu. 

- A może on udaje głupiego? 

- Nic nie udaje. Krugom durak. Wystarczy na niego spojrzeć. 

-  Ja  bym  nie  był  tego  taki  zupełnie  pewny  -  powiedział  Downar  i  wsiadł  do 

samochodu. 

- Jedziemy na Wawelską? - spytał Kobiela. 

-  Trzeba  się  będzie  nad  tym  zastanowić.  To  jest  bardzo  delikatna  sprawa.  Tutaj  nie 

wszystko  mi  klapuje.  Wiecie  co?  Chyba  pojadę  na  Muranów.  Chciałbym  pogadać  z 

Walczakiem. 

Pomimo  bohaterskiej  postawy  Heleny  Downar  wtargnął  przemocą  do  pokoju 

przyjaciela. 

Walczak, który tym razem zgłębiał tajniki Kodeksu karnego, powitał go radośnie. 

-  Cześć.  Jak  się  masz?  Właśnie  dziś  rano  rozmawialiśmy  o  tobie  z  Helenką.  Coś 

nietęgo wyglądasz. Źle się czujesz? 

- Nie. Nic mi nie jest. Dużo mam roboty. 

- Rozpracowałeś już to zagadkowe morderstwo na Starówce? 

-  Ale  skąd.  To  cholerycznie  zawikłana  historia.  Muszę  z  tobą  na  ten  temat  chwilę 

pogadać. 

Walczak  wyjął  z  biurka  pudełko  waweli.  -  Jak  musisz,  to  mówi  się  trudno.  Siadaj  i 

gadaj. Masz coś nowego w tej sprawie? 

-  Nowych  rzeczyjest  sporo.  Ale  ciągle  to  wszystko  jeszcze  się  kupy  nie  trzyma.  W 

każdym razie wiem już przynajmniej, kogo zamordowano. 

Walczak gwizdnął z uznaniem. 

-  No  to  kolosalny  krok  naprzód.  Zaciekawiasz  mnie.  Mów.  Downar  streścił 

dotychczasowy przebieg  śledztwa.  Walczak  słuchał uważnie, kiwając głową  i wypuszczając 

kłęby dymu. 

- Więc powiadasz, że w tym mieszkaniu naprzeciwko nie znalazłeś odcisków palców, 

które  pokrywałyby  się  ze  śladami  pozostawionymi  przez  nieznanego  faceta  na  szybie  w 

mieszkaniu Natorskiego? 

- Nie. Szukaliśmy bardzo starannie. 

background image

-  No  cóż...  To  właściwie  niczego  nie  dowodzi.  Od  tego  dnia  upłynęło  sporo  czasu. 

Ślady mogły zostać zatarte. 

- Oczywiście. 

-  Ale  to  diabelnie  ciekawa  historia  z  tym  drugim  Natorskim.  Chcesz  się  z  nim 

zobaczyć? 

- Sądzę, że to niezbędne. Właśnie w tej sprawie chciałem się z tobą naradzić. 

Walczak splótł dłonie na brzuchu i z zapałem zaczął kręcić palcami młynka. 

- Musisz tę rozmowę przeprowadzić bardzo delikatnie. Nie wiesz przecież właściwie, 

jaką ten facet gra rolę w całej sprawie. Poza tym nie możesz też wierzyć temu pomocnikowi 

optyka. Diabli wiedzą, ile w tym wszystkim jest prawdy. 

-  Tak,  tak  -  powiedział  Downar.  -  Ten  facet  bardzo  mi  się  nie  podoba.  Albo  to 

skończony dureń, albo za takiego chce uchodzić. 

- Musisz zastanowić się nad tym,  jaki mógł mieć ukryty cel w tym, aby napuścić cię 

na Natorskiego z Wawelskiej. 

- Właśnie. Przecież tę całą historię z zamianą oprawki opowiedział mi właściwie sam, 

z własnej woli, to znaczy prawie z własnej woli. 

Walczak spojrzał bystro na przyjaciela. 

- Słuchaj no, Stefuś, czyś ty czasem nie nakładł temu optykowi po mordzie? 

- Zwariowałeś? - oburzył się Downar. 

-  Nie.  Ja  tylko  tak  pytam.  Wiem  przecież,  że  ty  czasem  bywasz  nerwowy  podczas 

śledztwa. 

- Bądź spokojny. Nie stosuję żadnego mordobicia. 

- To ci się chwali. Ale co do tego, to masz rację. Przecież ten facet nie był zmuszony 

opowiadać ci tej całej historii. W tej sytuacji masz więc do wyboru dwie ewentualności: albo 

po  prostu  tak  było  naprawdę  i  nic  się  poza  tym  nie  kryje,  albo  też  z  jakiegoś  powodu 

napuszcza cię na tego drugiego Natorskiego. 

- Czy uważasz, że powinienem pójść do niego wprost i przedstawić mu się jako oficer 

śledczy? 

- Myślę, że tak. Jeżeli facet jest jakoś zaplątany w tę sprawę, to wie już na pewno i o 

śmierci  Teodora  Hertza,  i  o  tym,  że  ty  byłeś  na  Pradze.  Albo  już  prysnął,  albo  jest  dobrze 

przygotowany  na  wizytę  milicji.  Jeżeli  natomiast  nic  z  tym  nie  ma  wspólnego,  to 

niepotrzebnie będziesz odgrywał jakąś rolę. Poza tym jako oficer milicji możesz zadać każde 

pytanie, gdy tymczasem, udając jakąś neutralną osobę, będziesz skrępowany. Nie, nie, wydaje 

background image

mi  się,  że  powinieneś  w  tym  wypadku  wystąpić  w  swej  własnej  roli.  Tylko  musisz  go 

zgrabnie zagiąć. Downar pokiwał głową. 

-  Masz  rację.  Tak  też  i  zrobię.  Powiedz  mi  jeszcze,  Karolku,  czy  ciągle  jeszcze 

obstajesz przy tym, żebym poszedł do cyrku? 

-  No  cóż...  Właściwie  nikt  z  nas  nie  jest  fachowcem  w  rzucaniu  nożem.  Sądzę,  że 

warto by dokładnie sprawdzić tę sprawę. Odległość, celność rzutu. Dobrze by było pogadać z 

kimś  z  tej  branży.  Z  tego,  co  mi  opowiadałeś,  wynika,  że  mieszkanie  pani  Wiśniewskiej 

nadaje się do takiej imprezy. 

- Jak najbardziej. Babka wynajmuje pokój na godziny, a nawet na całą noc. 

-  Czy  wydaje  ci  się,  że  ona  mogłaby  być  w  to  zamieszana?  Downar  wzruszył 

ramionami. 

-  Boja  wiem.  Prawdę  mówiąc,  nie  wygląda  na  kochankę  miotacza  noży.  Typowa 

bajzelmama,  draśnięta  zębem  czasu.  Ale  diabli  ją  wiedzą.  Przyznam  ci  się  tylko,  że  cała  ta 

historia  z  rzucaniem  nożem  przez  okno  wydaje  mi  się  trochę  za  bardzo  niezwykła, 

powieściowa. 

- Zgadzam się z tobą - przytaknął Walczak. - Ale jak inaczej wytłumaczysz to, co się 

stało?  W  mieszkaniu  znajduje  się  dwóch  ludzi,  Natorski  i  ten  optyk.  Jeżeli  zakładamy,  że 

Natorski nie jest mordercą, to... 

Downar siedział zamyślony. Powiedział bez zapału: 

- Tak, tak, masz rację. To jest właściwie jedyna prawdopodobna koncepcja. 

-  Tym  bardziej  że  mieszkanie  tej  starej  z  naprzeciwka  tak  genialnie  pasuje  do  tej 

historii. No cóż, ostatecznie zdarzają się ludzie, którzy umieją celnie rzucać nożem. Masz do 

czynienia  z  dobrze  zorganizowaną,  międzynarodową  bandą  i  ktoś  z  tej  bandy  posiada  tę 

umiejętność. Dawny marynarz czy cyrkowiec... 

Downar chodził po pokoju i gryzł palec. 

- Cholera. Jakoś mi to ciągle nie pasuje. Nie mogę uwierzyć. Zasadniczo zgadzam się 

z tobą, ale nie mogę uwierzyć. 

-  Mój  drogi,  przecież  ja  ci  nie  bronię  stworzyć  jakiejś  nowej  teorii  w  tej  sprawie  - 

powiedział  nieco  dotknięty  Walczak.  -  Tylko  że  ta  nowa  teoria  musi  mieć  ręce  i  nogi. 

Wyjaśniłem  ci,  w  jaki  sposób  zostało  otwarte  okno  i  dowiodłem  tego.  Odciski  palców 

Teodora  Hertza  na  szybie.  Nie  może  być  wątpliwości,  że  to  on  otworzył  okno.  Prawą  ręką 

chwycił za klamkę, a lewą oparł o szybę. Wszystko gra. 

-  A  chciałbym  spróbować  dowieść  tego,  że  drzwi  zostały  otwarte  -  uśmiechnął  się 

Downar. 

background image

Walczak wysunął sceptycznie dolną wargę. 

- Bzdura. Natorski poszedł do kuchni po wodę i zaraz wrócił. Morderca absolutnie nie 

miał  na  to  czasu,  żeby  wejść  drzwiami  i  zasztyletować  Hertza.  Poza  tym  nie  zapominaj  o 

sprawie  ze  szklanką.  Przecież  po  dokonaniu  morderstwa  nie  wróciłby  z  powrotem,  żeby 

nalewać  do  stłuczonej  szklanki  trochę  arszeniku.  Nie,  nie,  to  nie  wytrzymuje  krytyki.  Nie 

jestem zarozumiały, ale wydaje mi się, że moja hipoteza z oknem jest jedynie prawdopodobną 

w tej sytuacji. 

-  No  cóż...  jak  dotąd  rzeczywiście  wszystko  na  to  wskazuje  -  powiedział  Downar.  - 

Bądź  zdrów,  Karolku.  Zabrałem  ci  masę  cennego  czasu.  Helena  mnie  przeklnie.  Ale  cóż 

robić, już taki jestem, że muszę sobie od czasu do czasu z tobą pogadać. 

Walczak uścisnął serdecznie dłoń przyjaciela. 

- Trzymaj się, Stefuś. Nie daj się wykiwać tym wszystkim Natorskim. Ajak znajdziesz 

trzeciego, to zadzwoń do mnie. 

-  Myślę,  że  wcześniej  do  ciebie  zadzwonię  -  zaśmiał  się  Downar.  -  I  wiesz,  co  ci 

powiem? 

- Co? 

- Że coraz bardziej zaczynam łączyć tę całą historię ze sprawą Warysa... 

Zobaczywszy  w  przedpokoju  groźną  twarz  Heleny,  Downar  złożył  ręce  jak  do 

modlitwy. 

- Wybacz. Musiałem. 

-  Jak nie przestaniesz przeszkadzać  Karolowi w  nauce, to  kupię  buldoga  i przywiążę 

go przed drzwiami - powiedziała złowrogo Helena. 

Downar  z  takim  impetem  zbiegł  po  schodach,  jakbyjuż  gonił  go  rozwścieczony 

czworonóg. 

Przed  kinem  Muranów  wsiadł  w  pośpieszny.  Chciał  jeszcze  na  chwilę  wpaść  do 

komendy. 

-  Dobrze  żeście  przyjechali  -  powiedział  Kobiela.  -  Już  miałem  zamiar  dzwonić  do 

Walczaka. 

- A co się stało? 

-  Telefonowała  sekretarka  Natorskiego.  Powiedziała,  że  ma  dla  was  jakąś  ważną 

wiadomość. 

- Nie mówiła, o co chodzi? 

- Nie. Kazała wam tylko powiedzieć, że czeka na was u siebie w domu. 

background image

Downar  nie  potrafił  ukryć  zadowolenia.  Już  dawno  chciał  się  zobaczyć  z  Ewą  i  nie 

mógł  znaleźć  pretekstu,  żeby  ją  odwiedzić.  Bo  jeżeli  chodzi  o  śledztwo,  to  wszystko  już 

właściwie zostało między nimi powiedziane. 

- Słuchajcie, Kobiela. Jutro idziemy razem do cyrku. 

- Do cyrku? - zdumiał się porucznik. - Bardzo dziękuję. Widzę, że zaczynacie dbać o 

moje rozrywki kulturalne. 

-  Rozrywki rozrywkami,  a  my sobie zrobimy  maleńką wizję  lokalną.  Wystarajcie się 

na  jutro  o  jakiegoś  przystojnego  manekina  i  dostarczcie  go  do  mieszkania  adwokata 

Natorskiego. 

- Dobra. A co z tym Natorskim na Wawelskiej, towarzyszu kapitanie? 

- Bądźcie spokojni. Zajmę się nim. Czy major jest u siebie? 

- Chyba jeszcze jest. Miał jakąś naradę. Leśniewski był blady i zmęczony. Z rozpaczą 

spojrzał na Downara. 

- Czy i wy jeszcze musicie zawracać mi głowę? 

-  Niestety  muszę,  towarzyszu  majorze.  Mam  do  was  dwie  sprawy.  Po  pierwsze: 

uważam, że trzeba adwokatowi Natorskiemu przydzielić anioła stróża. Obawiam się zamachu 

na jego życie. 

- Mówicie poważnie? 

- Najzupełniej. To jest paskudna sprawa. Ci ludzie nie cofną się przed niczym. 

- Dobrze. I co poza tym? 

-  Poza  tym  chciałbym,  żeby  przeprowadzono  dodatkowe  badanie  zwłok 

zamordowanego.  Sekcja  była  bardzo  pobieżna.  Aja  mam  pewne  podstawy  po  temu,  żeby 

przypuszczać,  że ten człowiek został  najprzód otruty, a dopiero później zasztyletowany.  I  to 

otruty arszenikiem. 

W oczach Leśniewskiego błysnęło nagłe zainteresowanie. 

- Dlaczego tak sądzicie? 

-  Naprowadziła  mnie  na  to  ta  stłuczona  szklanka,  którą  morderca  podrzucił  w 

mieszkaniu Natorskiego, chcąc skierować na  niego podejrzenie.  Ta  historia  nie  mogła  być  z 

góry  uplanowana.  To  była  improwizacja.  No,  a  ostatecznie  nie  każdy  nosi  w  kieszeni 

arszenik.  Dlatego też przypuszczam, że  zbrodniarz otruł tego faceta przedtem. Nie orientuję 

się  jednak  dostatecznie  w  działaniu  trucizny.  Nie  jest  wykluczone,  że  jego  ofiara  była  na 

przykład  po  obiedzie,  co  opóźnia  działanie.  Widząc,  że  tamten  zdąży  jednak  zdradzić  jakąś 

tajemnicę Natorskiemu, postanowił użyć sztyletu. 

Leśniewski pokiwał głową. 

background image

- Tak. To, co mówicie, jest właściwie dość przekonywające. Nie rozumiem, dlaczego 

tak niedbale przeprowadzono sekcję. Dobrze, zajmę się tym. 

Wyszedłszy od majora, Downar wziął wóz służbowy i pojechał na Żoliborz. Serce mu 

trochę  biło,  gdy  szedł  po  schodach.  Usiłował  przekonać  sam  siebie,  że  ten  pewien  niepokój 

spowodowany jest wyłącznie sensacyjnymi wiadomościami, które miała mu zakomunikować 

Ewa. 

Rzeczywiście czekała na niego. Natychmiast otworzyła drzwi. 

- Obawiałam się, że pan nie przyjedzie. 

„Karol  ma  rację  -  pomyślał  Downar  -  gdy  widzę  tę  dziewczynę,  zaczynam  tracić 

głowę.” Mocno uścisnął jej dłoń i powiedział: 

- Właściwie dość przypadkowo dowiedziałem się o pani telefonie. Na chwilę wpadłem 

do komendy i tam mi powiedziano, że pani dzwoniła. Czyjest coś nowego w naszej sprawie? 

- Tak. Proszę, niech pan siada. 

Usiadł. Kiedy na nią patrzył, natychmiast przestały go interesować sztylety, trucizny, 

sekcje zwłok, odciski palców  i temu podobne  sprawy.  Karol  stanowczo  miał rację.  Działała 

na  niego  zdecydowanie  destrukcyjnie.  No  bo  jak  tu  myśleć  o  śledztwie,  kiedy  się  ma  przed 

sobą cudną złotowłosą dziewczynę. 

- Ogromnie jestem ciekaw, co pani ma mi do zakomunikowania - powiedział, siląc się 

na urzędowy ton. 

-  A więc przede wszystkim z tą szklanką to nieprawda. -  Jak to? Nie rozumiem? Co 

nieprawda? 

-  Okazało  się,  że  jednak  była  u  Natorskiego  jedna  szklanka  gładka,  bez  deseniu. 

Przyniosła ją dozorczyni, widząc, że ja wytłukłam już wszystkie szklanki. Ta sprawa wyszła 

na jaw dopiero wczoraj, kiedy dozorczyni dopominała się o swoją szklankę. Myślałam, że to 

ważne i dlatego zatelefonowałam do pana. 

Downar był bardzo zamyślony. 

- Tak, tak. Oczywiście. To bardzo ważne. Dziękuję, że mnie pani zawiadomiła. Z tego 

wynika, że ta szklanka, którą znaleziono na podłodze, to była szklanka dozorczyni, którą pan 

Natorski wyjął z kredensu. - Tak. 

- A dozorczyni wie na pewno, że ta szklanka była gładka? 

- Twierdzi, że nie używa innych. Nie lubi szklanek z deseniem. 

-  Kobiela  niepotrzebnie  grzebał  się  w  śmietnikach  -  mruknął  do  siebie  Downar. 

Zapalił papierosa. - Czy to wszystko, co chciała mi pani powiedzieć? 

- Odnalazłam także ten list, o który pan prosił. 

background image

- Anonim do mecenasa? 

- Tak. 

Na  kawałku  papieru  napisanych  było  kilka  zdań  na  maszynie.  Anonimowy  list 

utrzymany w tonie bardzo agresywnym miał na celu zdecydowanie zniechęcić Natorskiego do 

prowadzenia sprawy Warysa. Daty nie było. 

- Nie pamięta pani, kiedy mniej więcej przyszedł ten list? 

-  Dokładnie  nie  pamiętam.  Jakoś  zaraz  na  początku  sprawy.  Downar  jeszcze  raz 

przeczytał uważnie tekst. 

- Sądząc z konstrukcji zdań, wnioskuję, że pisał to ktoś posiadający wykształcenie. 

- I ja tak sądzę. 

- I chyba autorką listu jest kobieta. Ewa spojrzała zdziwiona. 

- Dlaczego pan tak przypuszcza? 

- Nie potrafię tego uzasadnić. Tak mi się zdaje.  Cośjest kobiecego w tym stylu. Pani 

pozwoli, że zatrzymam ten liścik? 

- Ależ oczywiście. 

Downar  chwilę  milczał,  przyglądając  się  z  zainteresowaniem  swemu  papierosowi. 

Spytał: 

- Czy duży ostatnio był ruch w kancelarii adwokata Natorskiego? 

- Nie. Mecenas nie przyjmuje na razie nowych spraw. 

- A kto na przestrzeni tych dwóch tygodni był najczęstszym gościem w kancelarii? 

- Chyba pani Warysowa. 

- Dowiaduje się o sprawę męża? 

- Myślę, że tak. To naturalne. 

- Oczywiście. Ajaki jest pani osobisty pogląd na sprawę Warysa? 

- Jestem przekonana o tym, że jest niewinny. 

- Na czym pani opiera to przekonanie? 

- Przede wszystkim na kobiecej intuicji. Ten człowiek nie mógł popełnić zbrodni. 

Downar uśmiechnął się. 

-  Bardzo  cenię  kobiecą  intuicję,  ale  to  może  trochę  za  mało  jak  na  materiał 

dowodowy. 

Przygryzła wargę. Była wyraźnie zakłopotana. 

-  Nie  chciałabym  zrobić  panu  przykrości,  bo  przecież  pan  prowadził  śledztwo  w  tej 

sprawie, ale... 

- Proszę. Niech pani mówi śmiało. Z góry obiecuję, że się nie obrażę. 

background image

- Bo widzi pan... Mnie się wydaje, że początkowo śledztwo w sprawie Warysa może 

nie było najlepiej prowadzone. 

Był trochę zaskoczony tym jej oświadczeniem. 

- Czy można zapytać, dlaczego się pani tak wydaje? 

- Daniela Parnowska została otruta arszenikiem. - Tak. 

- Sekcja zwłok ustaliła przybliżony czas zgonu. 

- Oczywiście. 

-  Ale,  jak wiadomo,  arszenikjest trucizną działającą po pewnym czasie,  nieraz  nawet 

po paru godzinach, w zależności od stężenia i od tego, czy trucizna została podana na pełny 

czy  na  pusty  żołądek.  Należało  więc  ustalić,  od  jak  dawna  trucizna  znajdowała  się  w 

organizmie,  a tego nie zrobiono. Mogła przecież  zaistnieć taka ewentualność,  że Parnowska 

przyszła do Warysa już otruta. 

Downar  z  podziwem  spojrzał  na  dziewczynę.  Analogia  z  jego  własnym 

rozumowaniem w sprawie  zamordowania Hertza była tak uderzająca,  że trudno mu  było się 

opanować. 

- Do licha! Pani jest zupełnie genialna. Powinna pani pracować w wydziale śledczym. 

- Niech pan nie kpi sobie ze mnie. 

- Ależ to nie są kpiny. Rozumowanie pani jest zupełnie prawidłowe. Tylko że, widzi 

pani,  w  tej  sprawie  trudno to  było  określić.  Nie  mieliśmy  żadnego  świadka,  który  mógł  był 

stwierdzić,  jak  długo  Parnowska  pozostawała  w  willi  Warysów,  a  poza  tym  wjej  kieliszku 

wykryto przecież arszenik. 

-  To nic  nie  znaczy. Mógł to przecież ktoś zrobić później, aby rzucić podejrzenie  na 

Warysa. 

Downar siedział zamyślony. Analogia pomiędzy tymi dwoma sprawami narzucała mu 

się z taką sugestywną siłą,  że  nie  mógł oprzeć się wrażeniu,  iż  mordercą  w obu wypadkach 

była jedna i ta sama osoba. Wiedział z doświadczenia, że zbrodniarz, obmyśliwszy sobie jakiś 

system, niejednokrotnie lubi go powtarzać. Czyżby więc sprawa Warysa łączyła się tak ściśle 

z zabójstwem Hertza? 

- Powiedziała mi pani bardzo dużo niezmiernie ciekawych rzeczy. Nie wyobraża sobie 

pani nawet, ile mi dała dzisiejsza nasza rozmowa. 

- Pan żartuje. 

- Nie. Mówię zupełnie poważnie. 

-  Bardzo  byłabym  szczęśliwa,  gdybym  chociaż  w  minimalnym  stopniu  mogła  się 

przyczynić do rozwiązania tej zagadki. 

background image

Downar wstał. 

- Niestety muszę już uciekać. Dziękuję pani serdecznie. W przedpokoju zatrzymał się. 

- Panno Ewo... 

- Słucham? 

-  Chciałbym  pani  coś  powiedzieć...  Ja...  ja  bardzo  chciałbym  się  z  panią  kiedyś 

spotkać i nie rozmawiać o śledztwie i o trupach. Czy nie moglibyśmy się gdzieś umówić na 

kawę? Patrzyła na niego z uśmiechem. 

-  Ależ  oczywiście.  Bardzo  chętnie.  Niech  pan  do  mnie  któregoś  dnia  zadzwoni.  Jest 

pan bardzo miły. 

Downar  poczuł  przyjemne  ciepło  w  okolicy  serca.  Pożegnał  się  i  szybko  zbiegł  po 

schodach. Tak był zamyślony, że nie słyszał, co do niego mówił kierowca. 

Sikora był trochę zdziwiony. 

- Dokąd jedziemy - powtórzył głośniej pytanie. 

- Na Narbutta. 

Cezary  Domański  był  znakomitym  specem  w  dziedzinie  badania  dokumentów. 

Wysoki, chudy, z ogromnym spiczastym nosem robił wrażenie jakiegoś brodzącego ptaka. O 

jego potężnym organie powonienia mawiano żartobliwie, że jest to najgenialniejszy w Polsce 

„nos grafologiczny”. 

Domański lubił Downara. Przywitał go też bardzo serdecznie. 

- Co tam słychać, kapitanie? Nowe kłopoty? 

- Spore kłopoty - przytaknął Downar. - Mam tu taki niewielki maszynopis i chciałbym 

was prosić... 

- Liścik anonimowy? 

- Właśnie. 

- Pokażcie. 

Domański  ostrożnie  wziął  papier  do  ręki  i  zaczął  mu  się  uważnie  przyglądać.  Wziął 

szkło powiększające. 

- Chcielibyście ustalić markę maszyny? 

- To byłoby bardzo dobre, ale nie wiem, czy to możliwe. Domański odjął lupę od oka. 

-  Nie  ma  rzeczy  niemożliwych.  Są  tylko  rzeczy  łatwe  albo  trudne.  Jak  wiecie, 

ustalenie  marki  maszyny  nie  należy  do  zadań  najłatwiejszych.  Ale  jak  trzeba,  to  się  zrobi. 

Sądząc po niesymetrycznej linii poprzecznej w literze „t” oraz po literach „o”, „b”, „g”, które 

wyraźnie  różnią  się  stopniem  kolistości,  skłonny  jestem  przypuszczać,  że  mamy  tu  do 

czynienia z royalem albo z olympią. Mogłyby też w grę wchodzić ewentualnie neiselles, DM, 

background image

czy  kappel,  ale  te  maszyny  są  u  nas  rzadziej  spotykane.  Jeżeli  chcecie,  żebym  wam  dał 

autorytatywną odpowiedź, musicie mi ten maszynopis zostawić do jutra. Muszę go dokładnie 

zbadać.  O,  widzicie,  dolna  krzywizna  litery  „t”  również  wskazywałaby  na  to,  że  może  być 

royal czy olympia. Możecie mi to zostawić do jutra? 

- Ależ oczywiście. 

- No to doskonale. Jutro dam wam w tej sprawie definitywną odpowiedź. Następnie na 

pewno będziecie chcieli zidentyfikować to pismo z jakąś konkretną maszyną? 

- Jeżeli ją znajdę - westchnął Downar. - Dziękuję, panie Cezary, serdecznie dziękuję, 

więc do jutra. 

Downar  wrócił  do  wozu.  Był  podniecony.  Śledztwo  nareszcie  ruszyło  z  martwego 

punktu.  Wyczuł  instynktownie,  że  jest  na  dobrej  drodze.  Nic  jeszcze  nie  mógł  powiedzieć 

konkretnego, ale już trzymał w ręku wiele nici, które powinny go zaprowadzić do rozwiązania 

zagadki. 

- Jedziemy do domu, towarzyszu kapitanie? - spytał Sikora. 

-  Niezupełnie.  Zawieźcie  mnie  teraz  na  Wawelską,  a  następnie  was  zwolnię.  Być 

może, że tam dłużej mi zejdzie. Nie chcę was trzymać. 

- To teraz na Wawelską? 

- Tak. To będzie gdzieś niedaleko placu Narutowicza. 

Był już późny wieczór, kiedy Downar stanął przed drzwiami, na których przybita była 

złota tabliczka: Eugeniusz Natorski - inżynier. 

Natorski  inżynier  niczym  nie  przypominał  Natorskiego  adwokata,  można  nawet 

powiedzieć, iż był jego jaskrawym przeciwieństwem. Niski, otyły, miał kształt kuli, do której 

przyczepiona  była  błyszcząca,  całkowicie  pozbawiona  owłosienia  głowa.  Należał  do  tego 

typu  ludzi,  których  nie  sposób  sobie  wyobrazić  z  bujną  czupryną.  Twarz  okrągła,  rumiana, 

zawsze uprzejmie uśmiechnięta. Opłynięte tłuszczem oczy były czarne, błyszczące, schowane 

za okularami w grubej oprawie. 

- Czego sobie pan życzy? 

Downar przedstawił się i pokazał legitymację służbową. 

Z  jowialnej  twarzy  natychmiast  zniknął  uśmiech,  a  różowe  policzki  pokryły  się 

bladością, takjakbyje ktoś posypał nagle mąką. 

Z  przedpokoju  przeszli  do  gabinetu,  gdzie  stały  szafy  z  książkami,  fotele,  biurko  i 

kanapa pokryta skórą. Kiedy usiedli naprzeciwko siebie, Natorski powiedział: 

- Ja nie mam nic wspólnego z tą sprawą, panie kapitanie, absolutnie nic. 

background image

Tak był przerażony wizytą oficera śledczego, że Downar w pierwszej chwili był tym 

zaskoczony. Wolno wyjął papierośnicę i poczęstował tłustego inżyniera. 

- O jakiej sprawie pan mówi? Tamten wytrzeszczał oczy. 

- No jak to o jakiej? O tej dostawie urządzeń sanitarnych. Downar uśmiechnął się. 

-  To  nieporozumienie,  panie  inżynierze.Ja  nie  prowadzę  tej  sprawy.  W  ogóle  nie 

wiem, o co chodzi. Grubas odetchnął z widoczną ulgą. 

- Wobec tego, czym mogę panu służyć? 

- Czy pan ma astygmatyzm? 

- Dlaczego pana to interesuje? - zdumiał się Natorski. - Tak, mam astygmatyzm. Czy 

to jest może źle widziane przez władze? 

-  Nie,  nie -  zaśmiał  się Downar. -  Niech  mi pan  łaskawie powie,  czy robił pan  sobie 

okulary u takiego optyka, który nazywa się Hertz i który mieszka na Pradze, na Stalowej? 

- Tak. Niedawno robił mi okulary. 

- Czy mógłby mi pan je pokazać. 

- Proszę bardzo. To są właśnie te. Zdjął okulary i podał je Downarowi. 

Nie,  to  nie  była  oprawka  ze  złota.  Zwykła  masa.  Co  do  tego  nie  można  było  mieć 

wątpliwości. 

- Czy pan jest pewien, że to właśnie te okulary robione były w pracowni Hertza? 

- Najzupełniej. 

- I to miało miejsce jakieś, mniej więcej, dwa tygodnie temu? 

- Tak. Zgadza się. 

- Hm. Czy pan zna Hertza? 

- Nie. Nigdy go nie widziałem.  Załatwiałem to zamówienie z jego pracownikiem czy 

wspólnikiem. Taki blondyn. 

- I nigdy pan nie rozmawiał z samym Hertzem? 

-  Nigdy.  W  ogóle  tam  pierwszy  raz  obstalowałem  sobie  okulary.  Znajomi  mi 

powiedzieli, że to dobry optyk i że ma angielski surowiec na oprawki, więc... 

- Czy pan wie, że istnieje w Warszawie adwokat, który nosi takie same nazwisko jak 

pan? 

-  Tak.  Wiem.  Czytałem  o  nim  kiedyś  w  gazecie.  W  związku,  zdaje  się,  z  jakimś 

procesem kryminalnym. 

Downar zgasił papierosa i wstał. 

- Dziękuję panu, panie inżynierze. 

- To pan chciał się tylko dowiedzieć, czyja mam astygmatyzm? 

background image

- Właściwie tak. 

Inżynier Natorski pokręcił głową. 

-  Dziwna  jest  praca  oficera  milicji,  bardzo  dziwna.  Ulica  była  pusta.  Samotny  pies 

obwąchiwał z zainteresowaniem rachityczne drzewko. Daleko dzwonił tramwaj. 

Downar,  pogwizdując  przez  zęby,  ruszył  wolnym  krokiem  w  kierunku  placu 

Narutowicza. Poczuł zmęczenie.  Miał  za sobą pracowity dzień. Zrobił  sporo, to prawda,  ale 

ciągle  jeszcze  poruszał  się  po  omacku.  Nie  mógł  jakoś  odnaleźć  drogi,  która  by  go 

zaprowadziła do rozwiązania tej zagadkowej historii. Wiedział już dużo, nie dość jednak, aby 

mógł  wysnuć  jakieś  konkretne  wnioski.  Wszystko  to  właściwie  obracało  się  nieustannie  w 

sferze  domysłów,  hipotez  mniej  lub  więcej  uzasadnionych  przypuszczeń.  To  go  zaczynało 

niecierpliwić,  złościć.  Robił  sobie  wyrzuty,  że  działa  za  mało  energicznie,  zbyt  ospale.  Do 

diabła z taką robotą! 

Zapalił papierosa i przyśpieszył kroku. 

-  Trzeba  stanowczo  zwiększyć  tempo,  stanowczo  zwiększyć  tempo  -  mruczał, 

niezadowolony z samego siebie. 

W  tej  chwili  zdał  sobie  sprawę  z  tego,  że  właściwie  bez  przerwy  dręczy  go  w 

podświadomości  wątpliwość  co  do  teorii  Walczaka.  Zasadniczo  zgadzał  się  z  Karolem.  To 

było przecież  jedyne prawdopodobne wytłumaczenie,  ale coś go w tej teorii  niepokoiło, coś 

nie dawało mu spokoju. Ten miotacz noży... Nie, nie, stanowczo mu to nie pasowało. 

Wsiadł  do  tramwaju  z  mocnym  postanowieniem  odwiedzenia  raz  jeszcze  adwokata 

Natorskiego. 

ROZDZIAŁ VII 

 

Wizja  lokalna  całkowicie  potwierdziła  teorię  Walczaka.  Downar,  jak  to  zostało 

zaprojektowane,  poszedł  do  cyrku  w  towarzystwie  Kobieli  i  z  wielkim  zainteresowaniem 

przyglądał  się  popisom  miotacza  noży.  Był  nim  wysoki,  szczupły  mężczyzna  o  skośnych 

oczach  i  wystających  kościach  policzkowych.  Bez  trudu  można  w  nim  było  dojrzeć 

domieszkę krwi azjatyckiej. Kobiela nawet z początku myślał, że to Chińczyk. 

Po skończonym przedstawieniu odwiedzili artystę wjego garderobie. Mówił biegle po 

niemiecku. Downar więc porozumiał się z nim bez trudu. 

Z początku nie bardzo mógł zrozumieć, czego od niego chcą, wreszcie jednak dał się 

namówić i razem pojechali na Stare Miasto. Wszystko oczywiście było z góry przygotowane. 

background image

Downar  wynajął pokój od pani  Wiśniewskiej,  w  otwartym zaś oknie Natorskiego ustawiono 

kukłę, mającą odegrać rolę zamordowanego optyka. 

Miotacz  noży  obejrzał  brazylijski  sztylet,  a  następnie  rzucił  nim  bez  widocznego 

wysiłku. Ostrze po rękojeść utkwiło w manekinie. 

- Na jaką odległość rzut jest celny? - spytał Downar. 

- To zależy od długości i wagi noża - odparł cyrkowiec. - Takim długim sztyletem ze 

stosunkową  lekką  rękojeścią  można  celnie  rzucić  na  dwadzieścia,  a  nawet  na  dwadzieścia 

pięć metrów. Mówimy oczywiście o fachowcu. 

Podziękowali  człowiekowi  o  skośnych  oczach  i  prosząc  go  o  zachowanie  dyskrecji, 

odwieźli go dojego kwatery. Na pamiątkę podarowali mu kilka paczek waweli i belwederTej 

nocy Downar długo nie mógł zasnąć. Chodził po pokoju, palił papierosy i myślał. 

Zerwał  się wczesnym rankiem  i pojechał do komendy. Od razu wezwał go do siebie 

major. 

- Muszę przyznać, że z tą sekcją mieliście dobrego nosa - powiedział. 

Downar ożywił się. 

-  Więc  jednak  stwierdzono  obecność  arszeniku?  Tak.  Doktor  Kozłowski  powtórnie 

badał zwłoki. 

-  To  znaczy,  że  facet  rzeczywiście  najprzód  został  otruty,  a  dopiero  potem 

zasztyletowany. Morderca liczył na to, że jego ofiara nie zdąży porozumieć się z Natorskim. 

- Tak z tego wynika. 

Downar w zamyśleniu potarł czoło. 

- Szedł za nim... Zaraz, zaraz, coś mi przychodzi do głowy. Muszę to sprawdzić. 

Już otwierał drzwi, kiedy Leśniewski go zatrzymał. 

-  Aha,  jeszcze  jedna  sprawa.  Dzwonił  Domański.  Podobno  ma  dla  was  jakąś  ważną 

wiadomość. Prosił, żebyście się z nim porozumieli. 

- Dobrze. Wstąpię do niego. 

Downar pobiegł do swego pokoju i natychmiast rozłożył na biurku całą dokumentację 

dotyczącą sprawy. Bardzo uważnie oglądał materiał daktyloskopijny i zdjęcia sytuacyjne. 

Wszedł Kobiela. 

- Jaki rozkład jazdy na dzisiaj, towarzyszu kapitanie? 

- Zaraz o tym pogadamy. Pozwólcie no tu na chwilę. Przyjrzyjcie się tej fotografii. 

- To ten facet z nożem w plecach? Downar skinął głową. 

- Tak. Czy nic was nie zaskakuje w tym zdjęciu? Kobiela wzruszył ramionami. 

- Boja wiem. Nic takiego nie widzę. 

background image

Downar dłonią uderzył w fotografię. 

- Przyjrzyjcie się uważnie. Widzicie, jak facetjest blisko przysunięty do biurka? 

- Faktycznie. 

- Czy z tej pozycji mógłby wstać, nie odsuwając krzesła? 

- Wykluczone. Musiałby się odsunąć. 

-  Widzicie.  Nasza  teoria  przedstawia  się  następująco:  Hertz  podniósł  się  ze  swego 

miejsca,  otworzył  okno  (znaleziono  ślady  jego  palców  na  szybie)  i  w  momencie,  kiedy 

odwrócił  się  plecami  do  ulicy,  morderca  z  mieszkania  Wiśniewskiej  rzucił  nożem.  Że  mógł 

wrócić i usiąść na krześle, tego nie neguję, ale czy jest rzeczą możliwą, aby człowiek z nożem 

w plecach myślał o tym, żeby się tak blisko przysunąć do biurka? 

- To wykluczone - powiedział Kobiela. 

- Wobec tego ktoś go musiał przysunąć. 

- Tak wychodzi. 

-  A  teraz,  kto  i  kiedy?  Zgodnie  z  naszą  koncepcją,  to  znaczy  z  koncepcją  wysuniętą 

przez Walczaka,  morderca, korzystając z nieobecności Natorskiego, wtargnął do mieszkania, 

zamknął  okno,  wlał  rozpuszczonego  arszeniku  do  stłuczonej  szklanki  i  uciekł.  Czy  w  takiej 

sytuacji można przypuszczać, iż myślał o tym, żeby trupa przysuwać do biurka? 

- Nieprawdopodobne. 

- Właśnie. Natomiast gdyby Hertza pchnął nożem ktoś znajdujący się w mieszkaniu, a 

następnie  posadził  swoją  ofiarę  na  krześle,  to  mógł  był  przysunąć  krzesło  do  biurka, 

chociażby po to, aby trup zachował równowagę i nie spadł z krzesła. 

- Oczywiście, ale w mieszkaniu nie było nikogo. 

- W mieszkaniu nie było nikogo - powtórzył w zamyśleniu Downar - tylko Natorski i 

Hertz. 

- W dalszym ciągu podejrzewacie Natorskiego? 

- Nie. 

Downar wstał i zsunął wszystkie materiały do szuflady biurka. 

-  Słuchajcie,  Kobiela,  chciałbym,  żebyście  się  przejechali  na  Pragę  i  przywieźli  do 

komendy tego pomocnika optyka. Zatrzymajcie go tutaj, dopóki nie wrócę. Możecie go nawet 

nastraszyć. To mu dobrze zrobi. Ja muszę jeszcze pogadać z Natorskim. 

- Z adwokatem czy inżynierem? 

- Z adwokatem. 

Kiedy Downar przyjechał na Krzywe Koło, Natorski kończył właśnie śniadanie. 

- Napije się pan herbaty, kapitanie? 

background image

- Nie, dziękuję bardzo. 

- To może papierosa? Zapalili. Natorski spytał: 

- Jest coś nowego w naszej sprawie? 

- Chciałbym pana prosić, panie mecenasie, żeby mi pan jeszcze raz bardzo dokładnie 

opowiedział przebieg wypadków. Wiem, że to pana nudzi, ale... 

- Chodzi panu o tamtą sobotę? - Tak. 

-  No  więc  cóż.  Do  domu  wróciłem  w  nie  najlepszym  humorze,  ponieważ,  jak  panu 

wiadomo, przegrałem sprawę Warysa. Przyjąłem, jak zwykle, paru klientów i... 

- Czy pan pamięta, kim był wtedy pański ostatni klient? Natorski spojrzał zdziwiony. 

- Interesuje to pana? 

- Tak. Nawet bardzo. 

-  Muszę  sprawdzić.  Przypominam  sobie,  jak  wyglądał,  ale  nie  pamiętam  jego 

nazwiska. Chwileczkę. 

Natorski  podszedł  do  biurka  i  wyjął  z  szuflady  grubą  książkę,  w  której  zapisywał 

nazwiska i adresy klientów. Począł przewracać zapisane kartki. 

- O, jest, jest. Teodor Hertz, - jak? 

-  Teodor  Hertz.  Dlaczego  to  pana  tak  dziwi?  Downar  podniósł  się  i  zajrzał  do  spisu 

klientów 

Natorskiego. 

- Czy jest pan pewien, że ten facet rzeczywiście tak się nazywał? 

Natorski wzruszył ramionami. 

- No cóż. Podał mi takie nazwisko. Nie widziałem jego dowodu osobistego. 

-  Hm.  Czy  po  raz  pierwszy  był  u  pana  ten  człowiek?  Tak.  Umówiliśmy  się,  że 

zadzwoni za dwa, trzy dni, ale się nie odezwał. 

- A czy nie pamięta pan, w jakiej sprawie przyszedł? 

-  Jakaś  skomplikowana  historia.  O  ile  sobie  przypominam,  chodziło  mu  o 

rewindykację  majątku  znajdującego  się  na  terenie  Niemiec  Zachodnich.  Spadkowa  sprawa. 

Pamiętam, że nie miałem ochotyjej przyjąć. 

Zadźwięczał dzwonek. Natorski wyszedł do przedpokoju. 

- Kiedyż nareszcie dorobi pani sobie klucze? - powiedział, witając się z Ewą. 

- To pani nie ma kluczy? - spytał Downar. 

-  Co  wy  mnie  dzisiaj  męczycie  z  tymi  kluczami?  -  zaśmiała  się  Ewa.  -  Już  są  w 

robocie. Za trzy dni będą gotowe. 

background image

-  Niech  pani  uważa,  żeby  ich  znowu  nie  zgubić.  Downar  spojrzał  na  Ewę  z 

zainteresowaniem. 

- Więc pani zgubiła klucze od mieszkania mecenasa Natorskiego? 

- Tak. I niech pan sobie wyobrazi, że akurat w tę feralną sobotę. 

- Kiedy popełnione zostało morderstwo. 

- Właśnie. 

- To ciekawe. Czy może mi pani powiedzieć coś bliższego na ten temat? 

Uśmiechnęła się. 

- Cóż tu można powiedzieć bliższego. No zgubiłam klucze i koniec. 

- Gdzie je pani zwykle kładzie? 

- W przedpokoju pod lustrem, na tej półeczce. 

- A w ową pamiętną sobotę? 

-  Byłam  przekonana,  że  położyłam  je  tam,  gdzie  zawsze.  Ale  kiedy  wychodziłam, 

klucze nie leżały pod lustrem. 

- I nie spytała pani pana mecenasa? 

- Och, nie chciałam niepokoić takim drobiazgiem. - Hm. 

Downar  wrócił  na  swoje  miejsce  i zapalił  nowego papierosa.  Był  bardzo zamyślony. 

Ewa powiedziała: 

-  To  ja  zabieram  te  papiery  i  jadę  do  sądu.  Czy  pan  będzie  dzisiaj  w  sądzie,  panie 

mecenasie? 

- Będę w prokuraturze za jakieś dwie godziny - odparł Natorski. 

Znowu zostali sami. 

Downar zwrócił zadumane spojrzenie ku Natorskiemu. 

- Nie dokończył pan swojego opowiadania. 

- Nie pamiętam, o czym mówiliśmy ostatnio. 

- O kliencie, który owej soboty ostatni wyszedł z pańskiej kancelarii. 

- Ach tak. Więc... 

-  Więc  co  się  stało  potem.  Tylko  niech  pan  będzie  łaskaw  opowiedzieć  wszystko 

bardzo dokładnie, ze szczegółami. 

- Potem otworzyłem okno, bo w pokoju było bardzo duszno. Następnie weszła panna 

Ewa. Rozmawialiśmy chwilę o procesie Warysa. Wyszła. Ja zamknąłem okno i udałem się do 

łazienki, żeby umyć ręce. 

- Czy mył pan także i twarz? Natorski był zaskoczony. 

background image

-  Nie  rozumiem,  co  to  ma  za  znaczenie.  Tak,  umyłem  także  i  twarz.  Chciałem  się 

trochę odświeżyć. 

- Czy mył się pan w umywalce, czy pod kranem nad wanną? 

-  Pod  kranem  nad  wanną.  Lubię  mocny  prąd  wody.  Downar  był  podniecony. 

Nerwowo przechadzał się po pokoju. 

- Chciałbym panu coś zaproponować, panie mecenasie. Proszę bardzo. 

- A gdybyśmy tak w tej chwili zrobili maleńką wizję lokalną? 

- To znaczy? 

-  To  znaczy,  że  zrekonstruujemy  sobie  możliwie  najdokładniej  wypadki  tamtego 

popołudnia. 

- Zgoda. 

Niech mi pan da na chwilę klucze od mieszkania. 

- Proszę. 

- A teraz ja wychodzę, zatrzaskuję za sobą drzwi, tak jak to wtedy zrobiła panna Ewa, 

a pan zamknie okno, pójdzie do łazienki i umyje się tak jak wtedy. Chodzi mi o to, żeby pan 

zachował przy tej czynności możliwie ten sam czas. 

- Spróbuję. 

Downar wybiegł na schody, Natorski zaś zamknął okno i umył się. Następnie wyszedł 

z łazienki. 

- Panie kapitanie. 

Downar ukazał się w drzwiach kuchni. 

- Jestem, czy pan słyszał, jak wszedłem do mieszkania? 

Natorski energicznie potrząsnął głową. 

- Absolutnie nic nie słyszałem. Woda szumi w łazience i... 

- Właśnie - ucieszył się Downar - woda szumi w łazience... A teraz spróbujmy odegrać 

jeszcze  jedną  scenę.  Pan  rozmawia  z  klientem,  a  ja  w  tym  czasie  przechodzę  z  kuchni  do 

łazienki.  Następnie pan wstaje od biurka  i  idzie do kuchni  po wodę.  Zobaczymy, czy  zdążę 

przez ten czas zasztyletować pańskiego klienta i uciec. 

Natorski coraz bardziej począł się zapalać do tej koncepcji. 

- Więc pan przypuszcza, że...? 

- Do dzieła - przynaglił go Downar. 

Ze  zrekonstruowanej  sytuacji  wynikło,  że  morderca  miał  dosyć  czasu  na  to,  aby 

dokonać  zabójstwa.  W  żadnym  jednak  wypadku  nie  mógł  zdążyć  uciec  z  mieszkania. 

Musiałby się spotkać z Natorskim, wracającym z wodą z kuchni. 

background image

Downar poskrobał się za uchem. 

- Hm. To znaczy, że musiałby się gdzieś ukryć po dokonaniu zabójstwa. Ale gdzie? 

- Chyba tylko za zasłoną okienną - podsunął Natorski. 

- Tak. To jedyne możliwe miejsce. 

Downar zbliżył się do okna i zaczął uważnie przyglądać się zasłonie. Po chwili wyjął 

z kieszeni szkło powiększające. 

- Ma pan rację! - wykrzyknął. - Ma pan rację, panie mecenasie. 

- Co pan znalazł? 

- Ślad krwi. Widzi pan te rdzawe plamki na zasłonie? 

- Widzę. Sądzi pan, że to krew? 

-  Nie  ma  wątpliwości.  Na  tyle  jeszcze  się  orientuję.  Morderca  musiał  się  skaleczyć. 

Bardzo możliwe, że nawet tymże sztyletem, który był niewątpliwie odpowiednio wyostrzony. 

Mógł  tego  nie  zauważyć  w  podnieceniu.  W  tej  chwili  cała  sytuacja  rysuje  mi  się  bardzo 

wyraźnie.  Pański klient wstał,  żeby otworzyć okno.  Morderca wybiegł z  łazienki, pchnął go 

nożem i posadził na krześle. Być może, że zakrył  mu dłonią usta, żeby tamten nie krzyknął. 

Następnie ukrył się za kotarą. Musiał wiedzieć o tym, że telefon nie działa i że pan wybiegnie 

z mieszkania, żeby zaalarmować milicję. 

-  Jednej  rzeczy  tylko  nie  bardzo  rozumiem  -  powiedział  w  zamyśleniu  Natorski.  - 

Według  pana  zbrodniarz,  podczas  mojej  rozmowy  z  tym  tajemniczym  facetem,  przebiegł  z 

kuchni do łazienki. Skąd mógł przewidzieć, że ja zajrzę do kuchni, a nie do łazienki. 

- Uwaga jest słuszna - przyznał Downar. 

-  Aleja  zakładam,  że  mordercą  jest  ten  pański  klient,  który  chciał  się  procesować  o 

jakieś majątki w Niemczech. Gdyby więc nawet pan go zastał w łazience czy w przedpokoju, 

to  mógł  się  stosunkowo  łatwo  wytłumaczyć.  Powiedziałby  na  przykład,  że  coś  zapomniał  i 

wrócił,  a  przy  okazji  chciał  skorzystać  z  łazienki.  Jego  obecność  w  kuchni  byłaby  bardziej 

podejrzana. Jeżeli zaś chodzi o drzwi, to mógł powiedzieć, że zastał je otwarte albo że znalazł 

klucze  w  zamku,  które  przez  zapomnienie  zostawiła  panna  Ewa.  Nie  sądzę,  żeby  w  tej 

sytuacji podejrzewał go pan ojakieś zbrodnicze zamiary. 

-  Raczej  nie  -  zgodził  się  Natorski.  -  Więc  pan  przypuszcza,  że  to on  ukradł  klucze 

Ewy leżące pod lustrem. 

- Tak sądzę. To jest chyba najprostsze wyjaśnienie. Natorski z uznaniem popatrzał na 

Downara. 

-  Wie  pan,  panie  kapitanie,  że  tok  pańskiego  rozumowania  jest  dla  mnie  bardziej 

przekonujący niż ta historia z miotaczem noży. 

background image

- Cieszy mnie to - uśmiechnął się Downar. 

-  Do  dokładniejszego  zbadania  tych  krwawych  śladów  na  zasłonie  przyślę  tu  panu 

jeszcze  fachowców.  Może  jakiś  materiał  daktyloskopijny  uda  się  z  tego  wyciągnąć,  chociaż 

wątpię. Odciski palców na tego rodzaju materii są raczej trudno wykrywalne. 

Natorski dyskretnie spojrzał na zegarek. Downar to spostrzegł. 

-  Już  uciekam,  panie  mecenasie.  Przepraszam,  że  zabrałem  panu  tyle  czasu,  ale,  jak 

pan widzi, nie na próżno. 

- Zawsze jestem do pańskiej dyspozycji - powiedział Natorski. 

Ze Starego Miasta Downar pojechał wprost do 

Instytutu Kryminalistyki. Zdyszany wbiegł do pracowni Domańskiego. 

- Dzień dobry. Podobno ma pan dla mnie jakieś wiadomości? 

Domański  wciągnął  potężnym  nosem  powietrze,  aż  zaszumiało.  Nie  śpiesząc  się, 

odłożył na bok swoje przyrządy, którymi właśnie badał jakiś maszynopis. 

- Siadajcie, kapitanie. Odpocznijcie trochę. Tak. Mam dosyć ciekawe wiadomości dla 

was.  Otóż...  Po  dokładnym  przestudiowaniu  dostarczonego  przez  was  maszynopisu, 

doszedłem do przekonania, że to jest jednak royal. 

- Tak też od razu przypuszczaliście - powiedział Downar. 

- Tak. Ale nie byłem pewien. W tych sprawach musi się mieć całkowitą pewność. Nie 

to  jednak  jest  takie  interesujące.  Sądzę,  że  ciekawszą  będzie  dla  was  wiadomość,  iż  wiem, 

gdzie  się  znajduje  maszyna,  na  której  ten  liścik  został  napisany  -  spojrzał  triumfalnie  na 

Downara. - No i cóż wy na to? 

-  Niesłychane.  Nie  wierzę  własnym  uszom.  Twierdzicie,  iż  wiecie,  kto  jest 

właścicielem tej maszyny? 

- Osoby określić nie mogę. - Więc...? 

- Bo to jest instytucja. 

-  Niechże  pan  mówi,  panie  Cezary  -  zniecierpliwił  się  Downar.  -  Umieram  z 

ciekawości. 

Domański  wyjął  z  kieszeni  kolorową  chustkę  i  hałaśliwie  wytarł  swój  imponujący 

organ powonienia. 

-  Ano,  to  było  tak:  od  razu  zabrałem  się  do  ustalenia  typu  maszyny,  na  której  był 

napisany  ten  anonim.  Ustaliłem,  że  royal  i  spokojnie  poszedłem  do  domu.  Żona  z  córką 

poszły  tego  wieczora  do  teatru.  Byłem  zmęczony,  więc  nie  czekałem  na  nie,  tylko  sam 

zjadłem  kolację  i  od  razu  położyłem  się  spać.  Rano  córka  mi  mówi,  że  ma  już  załatwione 

wszystkie  formalności  w  związku  z  tą  wycieczką  do  Jugosławii  i  pokazuje  mi  pismo  Biura 

background image

Turystyki  Międzynarodowej.  Cały  wieczór  ślęczałem  nad  badaniem  tych  czcionek.  Pan 

rozumie?  Patrzę,  a  tu  cholera  ten  sam  układ,  te  same  deformacje,  te  same  odgięcia.  Nie 

wierzyłem  własnym  oczom.  Wziąłem  szkło  powiększające.  Zbadałem  dokładnie  literę  po 

literze. Nie ma co gadać, to ta sama maszyna. 

- Biura Turystyki Międzynarodowej? 

- No właśnie. 

- Nie myli się pan? 

-  Nie  ma  mowy o tym, kapitanie.  Głowę daję.  Deformacje w tej  maszynie  są  bardzo 

charakterystyczne.  Sprawdziłem  wszystko  dokładnie  za  pomocą  siatki  pomiarowej  i 

kątomierza. Nie ma wątpliwości, że to jedna i ta sama maszyna. 

- Czy można przypuszczać, że w obydwu wypadkach pisała jedna i ta sama osoba? - 

spytał Downar. 

-  Raczej  nie.  Siła  uderzeniajest  zupełnie  inna.  Takiego  twierdzenia  nie 

zaryzykowałbym. 

Downar podziękował Domańskiemu i pojechał do komendy miasta. Tu dowiedział się, 

że  pochodzenie  w  sprawie  nadużyć  przy  dostawie  urządzeń  sanitarnych  prowadzi 

Margiewicz. 

-  Czołem,  Stefan.  Kopę  lat.  Co  cię  do  mnie  sprowadza?  Downar  usiadł  i  wyjął 

papierosy. 

- Słyszałem, że rozwijasz obecnie ożywioną działalność klozetową. 

- To się zgadza - zaśmiał się Margiewicz. 

- To dosyć poważna afera. Grube miliony. 

- Słuchaj no, Józek. Czy w to zamieszany jest inżynier Natorski, Eugeniusz Natorski? 

Margiewicz potrząsnął głową. 

- Nie. Natorski nie ma z tym nic wspólnego. 

- To znaczy, że on w tej sprawie nie ma powodu obawiać się odwiedzin milicji? 

- Absolutnie nie. 

- Rozmawiałeś z nim? 

-  Nie.  On  ma  w  tej  chwili  bezpłatny  urlop  i  nie  przychodzi  do  pracy.  Podobno 

wyjeżdża gdzieś za granicę. 

- Wyjeżdża za granicę? 

- Tak słyszałem. Downar wstał. 

-  Dziękuję  ci,  stary.  Trzymaj  się.  Dowiedziałem  się  od  ciebie  bardzo  ciekawych 

rzeczy. 

background image

- A co ja z tego będę miał? 

- Leci ćwiartka z bryzolikiem i z pieczarkami - zaśmiał się Downar. 

W komendzie czekał już Kobiela. 

-  Przywiozłem  tego  świńskiego  blondyna.  Zdaje  się,  że  ma  niewąską  cykorię.  Aha, 

przed chwilą szukał was major. 

Leśniewski podniósł głowę znad papierów. 

- Dobrze, że jesteście. Mam dla was coś ciekawego. Otrzymałem odpowiedź od policji 

brazylijskiej w sprawie tego muzykologa. 

- O, to rzeczywiście ciekawe. 

- Czytacie po francusku? - Tak. 

- No to rzućcie na to okiem. 

„Omar  Ribas  Nogueira,  znanyjako  impresario.  Z  pochodzenia  Polak.  Kiedyś 

legitymował  się  dokumentami  wystawionymi  na  nazwisko  Oskar  Hertz.  W  roku  1945 

otrzymał  obywatelstwo  brazylijskie  i  oficjalnie  dokonał  zmiany  nazwiska  na  Omar  Ribas 

Nogueira.  Niekarany  sądownie.  W  roku  1950  zatrzymała  go  policja  brazylijskajako 

podejrzanego o handel narkotykami. Z braku dowodów winy został wypuszczony na wolność. 

Cieszy  się  opinią  zdolnego  impresaria.  Zorganizował  szereg  imprez  w  skali 

międzynarodowej.” 

Downar skończył czytać i spojrzał na majora. 

- No cóż... sprawa zaczyna się trochę klarować. Bracia byli do siebie bardzo podobni. 

Oczywiście, że ktoś znający dobrze tego muzykologa mógł był się zorientować. Ale tutaj nikt 

mu  się  znowu  tak  bardzo  nie  przyglądał.  Ten  numer  mógł  przejść  doskonale.  Po  wyjeździe 

brata  profesor  muzykologii  byłby  się  niewątpliwie  zgłosił  do  poselstwa  brazylijskiego  i 

opowiedział  jakąś  bajeczkę  o  napadzie  na  jego  osobę  i  o  utracie  paszportu.  Nie  jest  też 

wykluczone, że miał na wszelki wypadek drugi paszport. Nie rozumiem tylko jednej rzeczy. 

Dlaczego  oficjalnie  nie  ściągnął  brata  do  Brazylii?  Przecież  mógł  był  mu  przysłać 

zaproszenie. Leśniewski potrząsnął głową. 

- O nie. To nie było takie proste. Po pierwsze: nasz Brazylijczyk zmienił nazwisko, nie 

mógł więc występować jako brat Hertza, a po drugie: ten Hertz optyk nie dostałby paszportu 

na  żadne  zaproszenie.  Otrzymałem  dziś  także  małą  notatkę  sporządzoną  na  podstawie 

materiałów archiwalnych Urzędu Bezpieczeństwa. 

Downar wziął papier do ręki i przeczytał. 

„Teodor  Hertz,  urodzony  dnia  4  grudnia  1907  roku  w  Poznaniu.  Z  zawodu  optyk. 

Podejrzany  o  podpisanie  folkslisty  w  czasie  okupacji.  W  roku  1949  został  zatrzymany  w 

background image

Szczecinie  przez  władze  bezpieczeństwa  w  związku  z  aferą  szpiegowską.  Po  trzech 

miesiącach jednak z braku dowodów winy został wypuszczony na wolność. Dobry fachowiec. 

Politycznie element bardzo niepewny.” 

-  Widzicie więc,  że na otrzymanie paszportu zagranicznego nie  bardzo  mógł  liczyć - 

powiedział Leśniewski. 

Downar położył papier na biurku. 

-  Tak.  Teraz  jest  wszystko  jasne.  Brazylijczyk  Hertz  zadekował  się  gdzieś  pod 

Warszawą i oddał bratu swój paszport i bilet na samolot. Mogło się udać. Gdyby nie ta wizyta 

u Natorskiego... 

- Właśnie - podchwycił z ożywieniem Leśniewski. - To ciągle nie jest dla mnie jasne. 

Po jakiego diabła poszedł do tego adwokata. 

- Ja mam co do tego ustalone zdanie - powiedział Downar. 

- No to mówcie. 

-  Hertz musiał wiedzieć coś zasadniczego w sprawie  Warysa, coś,  co mogło Warysa 

ocalić  od  kary  śmierci.  Po  prostu  ruszyło  go  sumienie.  Tego  dnia  zapadł  wyrok  skazujący 

Warysa.  Hertz  nazajutrz  rano  miał  wylecieć  do  Paryża.  Uważał,  że  nic  nie  ryzykuje, 

zdradzając  tę  tajemnicę  przed  Natorskim.  Ktoś  jednak,  kto  nie  miał  ochoty  być 

zdemaskowanym,  poczęstował  go  porcją  arszeniku,  a  widząc,  że  trucizna  działa  w 

niezadowalającym tempie i że jednak Hertz zdąży porozumieć się z Natorskim, użył noża, a 

raczej brazylijskiego sztyletu, który ktoś przedtem skradł z pokoju muzykologa. W ten sposób 

morderca  chciał  załatwić  dwie  sprawy.  Zapewnić  sobie  milczenie  Hertza  i  unieszkodliwić 

Natorskiego, który miał zamiar wznowić śledztwo w sprawie Warysa. 

- Czy macie już przybliżony obraz przebiegu zbrodni? - spytał Leśniewski. 

- W tej chwili mam już nawet dość dokładnie opracowaną tę sprawę. Wydaje mi się, 

że wiem już, jak to się stało i dlaczego. Nie wiem jeszcze tylko, kto jest mordercą. 

- Chciałbym mieć od was możliwie szybko krótki raport dotyczący dotychczasowego 

przebiegu śledztwa. 

- Zrobię to jutro. 

- I jeszcze jedno, towarzyszu Downar... 

- Słucham? 

- Chciałem was przeprosić. 

- Wy mnie? 

background image

-  Tak.  Jak  wiecie,  ja  mam  bardzo  dobrą  pamięć.  Kiedy  przystępowaliście  do 

prowadzenia tej sprawy, zachowałem się w stosunku do was trochę nietaktownie. Przykro mi. 

Mam nadzieję, że się nie gniewacie. 

-  Ależ,  towarzyszu  majorze!  Cóż  znowu!  Dawno  zapomniałem  o  tamtej  naszej 

rozmowie.  Nie  warto  wspominać  takich  rzeczy.  Zapewniam  was,  że  nie  chowam  do  was 

najmniejszej urazy. 

-  To  mnie  ciesz}  -  uśmiechnął  się  Leśniewski  i  wyciągnął  rękę.  Pożegnali  się  jak 

najlepsi przyjaciele. 

Kobiela przymknął jedno oko. 

-  Towarzyszu  kapitanie.  Melduję  posłusznie,  że  zatrzymany  obywatel  Stanisław 

Mańczyk dostał ze zdenerwowania rozstroju żołądka. Może go jednak przesłuchamy. 

-  Dajcie  mu  trochę  kropelek  Inoziemcowa  i  niech  jeszcze  poczeka  -  powiedział 

Downar.  -  Ja  muszę  jechać  na  miasto,  bo  mi  zamkną  urzędy.  Aha,  wiecie  co,  poruczniku? 

Może byłoby nieźle, żebyście się trochę przyjrzeli mieszkaniu tego inżyniera Natorskiego na 

Wawelskiej. Ale tak dyskretnie, od kuchni. Rozumiecie? 

-  Rozumiem,  towarzyszu  kapitanie.  Przebiorę  się  za  strażaka  i  pójdę  flirtować  z 

kuchtą. 

- To zupełnie niezła myśl - zaśmiał się Downar - a tego Mańczyka nie puszczać. Niech 

siedzi i czeka. To kawał drania. 

- I mnie się tak widzi - powiedział z przekonaniem Kobiela. 

Sikora  uśmiechnął  się zachęcająco  i otworzył drzwiczki wozu.  Downar  jednak wolał 

pojechać  tramwajem.  Sprawa  była  dyskretna  i  lepiej  było  nie  afiszować  się  zbyt  oficjalnie. 

Szary obywateljeździ osiemnastką, a nie służbową maszyną. 

W  Biurze  Turystyki  Międzynarodowej  ruch  był  stosunkowo  niewielki.  Fertyczna 

blondyneczka  ze  świeżo  zaondulowaną  główką  uprzejmie  uśmiechnęła  się  do  postawnego 

mężczyzny. 

- Czym można panu służyć? 

Downar  spojrzał  na  nią  uwodzicielsko.  Od  razu  zorientował  się,  że  szczęście  mu 

sprzyja. 

- Nie przypuszczałem, że w biurze podróży pracują tak urocze istoty - powiedział. 

Zarumieniła się. Udała, że jest urażona w swej urzędowej godności. 

- Czy pan przyszedł po to, aby zabierać mi czas, czy też chce pan coś załatwić? 

-  I  jedno,  i  drugie.  Chciałbym  coś  załatwić,  a  wieczorem  może  umówilibyśmy  się 

gdzieś na kawę? 

background image

- Nie pijam kawy - powiedziała oschle, ale spojrzała na niego dużo życzliwiej. 

- No to ja będę pił kawę, a pani sok pomarańczowy. 

- O tym potem. Na razie może mi pan wreszcie powie, co pan chce załatwić? 

-  Sądząc  po  nazwie  instytucji,  w  której  się  znajduję,  bez  trudu  można  dojść  do 

wniosku, że chcę się wybrać w podróż. 

- Chce się pan zapisać na jakąś wycieczkę? 

-  Chciałbym.  Ale  właściwie  to  bardzo  smutno  tak  podróżować  samemu,  gdyby  na 

przykład z panią... 

- Niech pan nie żartuje. 

- Wcale nie żartuję. Od paru minut właściwie nie jestem pewien, czy chcę jechać na tę 

wycieczkę, czy też wolę zostać w Warszawie i chodzić z panią na sok pomarańczowy albo na 

kefirek. To już zależy wyłącznie od pani. A propos. Czy pani umie pisać na maszynie? 

Spojrzała na niego zdziwiona. 

- Oczywiście, że umiem. Ale dlaczego to pana interesuje? 

- Bo mogłaby pani na przykład wyjechać ze mną za granicę jako maszynistka. 

- Jako maszynistka? 

- Tak. Bardzo nie lubię samemu stukać na maszynie. Wolę dyktować. 

Przyjrzała mu się z wielkim zainteresowaniem. 

- To pan jest pisarzem? 

-  Tak.  Pisarzem,  dziennikarzem.  Nie  wiem  tylko,  czy  odpowiadałaby  pani  moja 

maszyna. Boja mam royala. 

- Och, to powinien pan zaangażować raczej Stefę. Ona ciągle pisze na royalu. 

- A kto to jest panna Stefa? 

- Sekretarka dyrektora Rajskiego. 

- Ach tak. A miła? 

- Bardzo. Dużo milsza ode mnie. 

- W to nigdy nie uwierzę - Aleja przecież jeszcze nie wiem, jak pani na imię. 

- Czy to ważne? 

- Chciałbym wiedzieć. 

- No więc dobrze, powiem panu. Na imię mi Julia. 

-  Co za zbieg okoliczności. Bo jajestem Romeo. Kiedy wolno mi  będzie przyjść pod 

pani balkon? 

Z głębi sali ktoś zawołał: 

- Panno Julio, do dyrektora. 

background image

- Muszę już iść. Dowidzenia. Niewiele się pan dowiedział ode mnie o tej wycieczce. 

- Nic nie szkodzi. Przyjdę innego dnia. 

- Ale przecież któraś z koleżanek może pana poinformować. 

-  Wolę  rozmawiać  na  te  tematy  z  panią.  Do  zobaczenia,  Julio.  I  jeszcze  chciałbym 

panią o coś zapytać. Czy tylko panna Stefa pisze na royalu? 

- Tylko. Mamyjedną maszynę tego typu. Jest pan bardzo dziwnym człowiekiem. 

-  Mnie  samemu  tak  się  czasem  wydaje.  Ciao.  Downar,  zamyślony,  szedł  wolnym 

krokiem w kierunku 

Marszałkowskiej.  Miał wielką ochotę o wiele  jeszcze  spraw wypytać tę dziewczynę, 

ale  bał  sieją  spłoszyć.  W  żadnym  wypadku  nie  powinna  się  domyśleć  jego  właściwej  roli. 

Dyrektor Rajski. Hm... Ojciec narzeczonej Natorskiego. Czyżby on miał coś wspólnego z tą 

sprawą. Kto pisał anonim na royalu i przecież chyba nie ta jakaś Stefa. W każdym razie to był 

pewien  krok  naprzód,  bardzo  niewielki,  ale  był.  Teraz  należało  znaleźć  jakiś  pretekst  do 

rozmowy z inżynierem Rajskim. 

Kobiela jeszcze nie wrócił do komendy. 

Downar  postanowił  nie  czekać  na  niego.  Spotkał  na  korytarzu  sierżanta  Biegasa  i 

spytał: 

- Macie trochę wolnego czasu? 

- Właściwie to w tej chwili mam, towarzyszu kapitanie. 

- Umiecie pisać na maszynie? 

- Tak jest. 

- A macie chęć pomóc mi w maleńkim przesłuchaniu? 

- Dlaczego nie. 

-  No  to  pozwólcie  do  mojego  pokoju  i  każcie  przyprowadzić  tego  faceta,  którego 

dzisiaj rano przywiózł z Pragi Kobiela. 

- Widziałem go. Taki mętny blondyn? 

- Ten sam. 

Mańczyk  wszedł  chwiejnym  krokiem.  Zatrzymał  się  przed  biurkiem  i  patrzał 

niespokojnie na Downara. Był blady. Lewa powieka drgała mu nerwowo. 

- Siadajcie. 

Już  sam  ton  głosu  świadczył  o  tym,  że  rozmowa  nie  zapowiada  się  najprzyjemniej. 

Przyjacielska pogawędka w mieszkaniu na Wileńskiej była odległym wspomnieniem. 

Nagle Mańczyk powziął decyzję. Postanowił zaatakować. 

background image

- Nie rozumiem, dlaczego zostałem zatrzymany.  Na jakiej podstawie? Jakim prawem 

aresztuje  się  spokojnego,  niewinnego  obywatela?  Nie  pokazano  mi  nawet  nakazu 

aresztowania. To jest bezprawie. 

Downar podniósł głowę znad papierów i zmrużył oczy. 

-  Niech  się  „spokojny”  obywatel  uspokoi  -  powiedział  wolno,  akcentując 

poszczególne sylaby. - O prawie i o bezprawiu pomówimy innym razem. Na razie chciałbym 

usłyszeć, dlaczego to obywatel wprowadza w błąd władzę, co? 

- Nie rozumiem, o co chodzi. 

- To ja wam to zaraz wytłumaczę. Podczas naszej pierwszej rozmowy oświadczyliście 

mi,  że  pomyłkowo  daliście  inżynierowi  Natorskiemu  tę oprawę,  którą  znaleźliście  w  biurku 

pana Hertza. Przypominacie to sobie? 

- Tak. To znaczy... 

- To znaczy, że skłamaliście. Inżynier Natorski otrzymał właściwą oprawkę do swoich 

okularów. A teraz chciałbym wiedzieć, co zrobiliście z tą oprawką zabraną z biurka? 

- Pan Hertz oskarżył mnie o złodziejstwo?! 

- Pytam, co zrobiliście z tą oprawką? - powtórzył z naciskiem Downar. 

Mańczyk milczał. W zdenerwowaniu obgryzał paznokcie u lewej ręki. 

Downar pochylił się ku niemu przez biurko. 

- Nie chcecie mówić, co? A może zapomnieliście? To ja wam przypomnę. Po prostu 

ukradliście tę oprawkę. 

Mańczyk zaśmiał się histerycznie. 

- Po cóż miałbym kraść oprawkę? Ja nie noszę okularów. A taka zwykła oprawka ileż 

może być warta? Sto pięćdziesiąt, dwieście złotych... 

- Słusznie.  Zwykła oprawka może tyle kosztuje. Ale to nie była zwykła oprawka. To 

była oprawka ze złota, ze szczerego złota. Kilka takich grubych, złotych oprawek i już można 

zebrać parę groszy. Czyż nie mam racji? 

Mańczyk skurczył się nagle, jakby zmalał. Siedział nieruchomo i przyglądał się swoim 

obgryzionym paznokciom. 

Downar nie czuł satysfakcji. Nie lubił takich łatwych zwycięstw. Wiedział jednak, że 

musi wykorzystać załamanie się tego człowieka. Postanowił strzelić teraz trochę na ślepo. 

- Od jak dawna kocha pan tę kobietę? 

- O czym pan mówi? 

-  Nie  o  czym,  a  o  kim.  Mówię  o  tej  blondynce,  której  fotografię  już  panu 

pokazywałem. 

background image

Downar wyjął zdjęcie znalezione w biurku Hertza. 

Mańczyk odwrócił głowę. 

- Nie wiem, o co panu chodzi. 

- Chcę się czegoś dowiedzieć o tej kobiecie. Przecież pan się w niej kocha. 

- Nic mnie z nią nie łączy. 

-  Gotów  jestem  uwierzyć,  że  jest to  miłość  bez  wzajemności  -  powiedział  Downar  - 

ale jednocześnie jestem przekonany, że wie pan o niej bardzo dużo. 

- Nic nie wiem. 

- Radziłbym panu zdobyć się na większą elokwencję. 

- Nic nie wiem - powtórzył z uporem Mańczyk. Downar oparł brodę na pięści i zimne, 

złe spojrzenie utkwił w twarzy optyka. 

-  Obywatelu  Mańczyk  -  wycedził  przez  zaciśnięte  zęby  -  czy  wiecie,  o  co  jesteście 

podejrzani? 

- O kradzież oprawki do okularów. 

- Nie. O zamordowanie Teodora Hertza. Mańczyk zerwał się. Był trupio blady. 

- Nie, nie. To nieprawda! To nieprawda! 

Downar odczekał chwilę. Zapalił papierosa i powiedział bardzo wolno: 

- A teraz radzę wam powiedzieć wszystko, co wiecie o tej sprawie. 

ROZDZIAŁ VIII 

 

Kobiela, stosownie do polecenia Downara, pojechał na Wawelską. Włożył granatowy, 

roboczy  kombinezon,  a  przez  ramię  przewiesił  skrzynkę  z  narzędziami.  Patrząc  na  tego 

pucołowatego,  jowialnie  uśmiechniętego  montera,  trudno  było  się  domyśleć,  że  to  oficer  z 

Wydziału Śledczego. 

Drzwi otworzyła mu sympatyczna czarnulka w białym czepeczku. 

Kobiela uśmiechnął się do dziewczyny, pokazując równe, zdrowe zęby. 

- Dzień dobry. 

- Dzień dobry. Czego pan sobie życzy? 

-  Jajestem  z  miejskiego  przedsiębiorstwa  robót  hydraulicznych.  Kazano  mi  tu 

sprawdzić instalację. Z głębi mieszkania rozległ się kobiecy głos. 

- Kto to, Marysiu? 

- Hydraulik, proszę pani. Mówi, że musi sprawdzić rury. 

- Powiedz mu, żeby przy okazji przetkał umywalkę w łazience. 

background image

- Dobrze, proszę pani. 

Kobiela poprawił umywalkę, postukał młotkiem w rury i poszedł do kuchni. 

- A jak ze zlewem? 

-  Trochę  wolno  ścieka.  Pewnie  tłuszcz  go  zatyka.  Ale  to  nieważne.  Nie  będzie  teraz 

takiego gotowania. Państwo wyjeżdżają. 

- Wyjeżdżają? Daleko? 

- Bardzo daleko. Do Londynu. 

Kobiela zabrał się do rozkręcania rury pod zlewem. Chciał zyskać na czasie. 

-  I  panna  Marysia  tak  tu  sama  zostaje  na  gospodarstwie?  -  Jeszcze  nie  wiem,  jak 

państwo zarządzą. 

- Boja może czasem mógłbym pocieszyć pannę Marysię w tej samotności. 

Roześmiała się. 

- Niech pan nie gada głupstw, tylko niech pan przetka tę rurę. 

- Już się robi. 

- Ja teraz wychodzę, Marysiu - zabrzmiał ten sam głos. -  Aha. Byłabym zapomniała. 

Przyjdzie pewnie krawcowa. Oddasz jej te trzysta złotych. 

Weszła do kuchni. Kobiela spojrzał w kierunku drzwi i poczuł, że mu się robi gorąco. 

Nie  mógł  się  mylić.  To  była  ta  sama  blondynka,  którą  widział  na  fotografii  znalezionej  w 

mieszkaniu Teodora Hertza. Pośpiesznie odwrócił głowę i z zapałem począł odkręcać rurę. 

Natorska położyła trzysta złotych na stole i wyszła. 

- Ładna ta twoja pani - powiedział Kobiela. 

- A ładna - mruknęła niechętnie Marysia, wzruszając ramionami. 

Trzasnęły drzwi wejściowe. 

Kobiela po chwili podniósł się i podszedł do okna. 

- To pani inżynierowa chodzi w żałobie? - spytał zdziwiony. 

-  A  tak.  Podobno  umarł  jakiś  jej  bliski  krewny.  Ale  żeby  po  krewnym  nosić  taką 

ciężką żałobę. Przecież ona przez ten welon świata nie widzi. 

Kobiela pomyślał, że światjej także nie widzi przez ten welon. Głośno powiedział: 

-  Ładna kobieta,  ale  mnie tam  się  lepiej podoba panna  Marysia,  może  byśmy  się tak 

wybrali jutro do jakiegoś kina? Co panna Marysia na to? 

-  A co też panu do głowy przychodzi? Państwo pojutrze wyjeżdżają za granicę,  a  ja 

będę do kina latała? No jakże by to wyglądało? Przecież jest robota. 

- To oni już pojutrze do tego Londynu? 

background image

-  Ano  tak.  Jak  wyjadą  nareszcie,  to  ja  będę  swobodniejsza.  Zadźwięczał  dzwonek. 

Marysia wyszła do przedpokoju. Po chwili wróciła, niosąc dużą pakę. Śmiała się. 

- Moja pani to też ma pomysły. Zupełnie jak dziecko. 

- A bo co? 

-  No  niech  pan  tylko  spojrzy.  Na  co  jej  te  zabawki?  Rozpakowała  paczkę  i  wyjęła 

cztery pluszowe niedźwiadki. 

- To, to przysłali teraz ze sklepu? - spytał Kobiela. 

- Tak. Podobają się panu takie misie? 

- Bardzo. Państwo Natorscy mają dzieci? 

-  Właśnie,  że  nie.  A  pani  ciągle  jakieś  zabawki  kupuje.  Raz  lalki,  to  znowu  misie. 

Potem zawsze komuś to porozdaje. Szkoda tylko pieniędzy. 

Kobiela  z  powrotem  przykręcił  rurę  do  zlewu.  Podniósł  się  z  podłogi  i  otrzepał 

kombinezon. 

- Gotowe. 

- Może się pan herbaty napije? 

- Dziękuję bardzo, ale już nie mam czasu. Tak się z panią Marysią zagadałem, że nie 

zauważyłem, jak ten czas przeleciał. Zdaje się, że dostanę od szefa. Do widzenia. 

- Niech pan do mnie wpadnie kiedy panie, panie... 

- Władek. Władysław mi na imię. 

- To niech pan o mnie nie zapomni, panie Władku. 

-  Ale  skąd  ja  bym  o  takiej  piękności  zapomniał.  Do  widzenia,  panno  Marysiu. 

Szacunek. 

Z pierwszego napotkanego automatu Kobiela zadzwonił do komendy. 

Downar nie chciał wierzyć własnym uszom. - Jesteście pewni? Nie mylicie się? 

- O pomyłce nie ma mowy. Mam zdjęcie pani inżynierowej w kieszeni. Wszystko się 

zgadza. Nawet pieprzyk pod prawym okiem. Chyba że to siostra bliźniaczka. 

- Zaczekajcie. Przełączę rozmowę na drugi aparat - po chwili w słuchawce rozległ się 

znowu podniecony głos Downara.  -  Nie  mogłem  swobodnie z wami rozmawiać,  bo właśnie 

mam u siebie Mańczyka. Dużo już z niego wymaglowałem, ale tojeszcze musi potrwać. To, 

co  żeście  mi  powiedzieli,  to  jest  rewelacja.  Ja  się  w  tej  chwili  nie  mogę  ruszyć.  Muszę 

skończyć  z  tym  optykiem.  Jedźcie  zaraz  do  Grandu,  pokażcie  fotografię  szefowi  recepcji  i 

spytajcie go, czy to ta sama blondynka, która odwiedzała Brazylijczyka. Znacie Ziutę? 

- Tę prostytutkę? No pewnie, że ją znam. 

background image

- To doskonale. Postarajcie sieją odnaleźć. Powiedzcie jej, że ja was przysyłam. Także 

pokażcie  jej  zdjęcie  i  spytajcie,  czy  to  o  tej  „ździrze”  mi  opowiadała  w  kawiarni  na  rogu 

Wspólnej. Pośpieszcie się i wracajcie do komendy. Czekam na was. 

-  Dobra  jest,  towarzyszu.  Już  lecę.  Ale  nie  zapominajcie,  że  Natorscy  pojutrze 

pryskają do Londynu. 

- Spokojna głowa. Nie zapomnę. 

Kobiela  powiesił  słuchawkę  i  wybiegł  na  ulicę.  Ciężka  skrzynka  z  narzędziami 

przeszkadzała mu. 

Na placu Narutowicza wskoczył w piątkę. Dojechał do rogu Hożej i Marszałkowskiej. 

Chwilę się zawahał. Do Grand Hotelu w takim stroju? Nie było jednak czasu na to, żeby się 

przebierać. 

Szef recepcji spojrzał ze zdziwieniem na tryskającego zdrowiem montera. 

- Czego pan sobie życzy? To chyba nie do mnie. 

-  Do  pana,  panie  dyrektorze  -  powiedział  Kobiela  i  pokazał  swoją  legitymację 

służbową. - Ja jeszcze w sprawie tego brazylijskiego gościa. 

- Przecież on już dawno wyjechał. 

- To, to ja wiem. Chodzi o tę piękność, która go tu odwiedzała. Podobno pan dyrektor 

ją widział. Niech pan spojrzy. Czy to ta sama? 

Szef recepcji wziął do ręki fotografię i przyjrzał jej się uważnie. 

- Wydaje mi się, że to ona. 

- Czy tylko się panu wydaje, czy pan jest pewien? 

- No wie pan. Prawie jestem pewien, ale... Kobietę tak zmienia uczesanie, suknia... A 

poza  tym  ja  przecież  nie  przyglądałem  jej  się  tak  bardzo  dokładnie.  Ostatecznie  wtedy 

niewiele mnie to obchodziło, kto odwiedza profesora Nogueirę. 

Kobiela podziękował za informacje i wyruszył na poszukiwanie Ziuty. W Grandzie w 

kawiarni nie było. Zajrzał do Alhambry i do Stolicy - także bez skutku. Znalazł ją dopiero w 

Stylowej na MDM. 

Spojrzała na niego ze zdziwieniem. 

- O co chodzi? 

- Przysyła mnie do obywatelki kapitan Downar. Zna go pani? 

- Znam. A bo co? Kobiela wyjął fotografię. 

- Czy to o niej opowiadała pani kapitanowi. To ta piękność odwiedzała Brazylijczyka 

w Grandzie? 

- No pewnie, że to ona. - Jest pani tego pewna? 

background image

-  Oczywiście.  Nie  ma  o  czym  gadać.  A  wie  pan,  że  panu  do  twarzy  w  tym 

kombinezonie. Przystojny z pana monter. Może się spotkamy wieczorkiem? 

- Nie mam czasu na głupstwa. Do widzenia. 

- To nie są żadne głupstwa. Arrivederci. 

Wyszedłszy  ze  Stylowej,  Kobiela  postanowił,  nie  zwlekając,  pojechać  do  komendy. 

Bardzo  był  ciekaw,  jak  wypadło  przesłuchanie  Mańczyka.  Downar  musiał  tam  już  z  niego 

sporo wydusić. 

Akurat podjeżdżała do przystanku osiemnastka. Począł się więc przeciskać pomiędzy 

stojącymi  pod  czerwonym  światłem  wozami.  Nagle  drgnął.  W  szarym  fiacie  spostrzegł 

kobietę  w  czerni.  Gęsta  woalka  zakrywałajej  twarz.  Natorska.  Obok  niej,  przy  kierownicy 

siedział  barczysty  blondyn  o  twarzy  sportowca. O  parę  kroków  dalej  stała  wolna  taksówka. 

Kobiela wsiadł do niej i powiedział: 

- Jedź pan za tym fiatem. 

ROZDZIAŁ IX 

 

Natorski całe przedpołudnie spędził  w prokuraturze.  Przestudiował  bardzo dokładnie 

materiały dotyczące  sprawy  Warysa. Zdjęcia  sytuacyjne,  odbitki daktyloskopijne,  protokoły, 

zeznania  świadków.  Cała  sprawa  ukazywała  mu  się  teraz  w  nieco  innym  świetle.  Coraz 

bardziej  bowiem  utwierdzał  się  w  przekonaniu,  że  morderstwo  dokonane  w  jego  kancelarii 

miało  z  nią  związek.  Ten  człowiek  musiał  wiedzieć  coś,  co  mogło  przyczynić  się  do 

uniewinnienia Warysa, ale jednocześnie było to oskarżeniem kogoś innego. Dlatego zginął. 

Wśród  zdjęć,  dokonanych  wtedy  przez  urzędowego  fotografa,  jedno  zwróciło  jego 

specjalną  uwagę.  Tapczan,  koło  którego  znaleziono  Daniele  Parnowską.  Ale  nie  położenie 

zwłok zainteresowało Natorskiego. Uderzyło go w tej fotografii zupełnie co innego, coś, nad 

czym  się  wtedy  wcale  nie  zastanawiał.  Na  tapczanie  widać  było  wyraźnie  cztery  pluszowe 

niedźwiadki. Siedziały rzędem oparte o poduszki. Warysowie nie mieli dzieci. Po co komu aż 

cztery misie? 

Natorski był bardzo zamyślony, gdy wychodził z prokuratury. 

Na ulicy dogonił go adwokat Zagrodzki. 

- Dzień dobry, kolego. Mam do was maleńki interes. 

- Słucham? 

- Chciałbym wam zaproponować, żebyście się podjęli pewnej sprawy. 

Natorski energicznie potrząsnął głową. 

background image

- Bardzo żałuję, ale w tej chwili to jest wykluczone. 

- Może jednak zainteresowałaby was ta sprawa - nalegał Zagrodzki. - Mnie osobiście 

bardzo  zależałoby  na  tym,  żebyście  ją  przyjęli.  Wiem  przecież,  że  jesteście  dobrym 

fachowcem w tej branży, a tutaj chodzi o przyjaciółkę mojej matki, więc... 

- O cóż to chodzi? - spytał bez entuzjazmu Natorski. 

-  Widzicie,  to  jest  dosyć  dziwna  historia  -  powiedział  Zagrodzki.  -  Pani,  o  której 

mówię,  jest  żoną  profesora  Wasilewskiego.  Trudno  sobie  wyobrazić,  żeby  zajmowała  się 

szmuglem,  a  tymczasem  została  zatrzymana  na  lotnisku  w  Moskwie  przez  milicję.  Po 

kilkudniowym  dochodzeniu  przekazano  ją  naszym  władzom.  Szczegółów  nie  znam.  Wiem 

tylko  tyle,  że  zrewidowano  bardzo  dokładnie  jej  bagaż  i  zabrano  jej  tylko  zabawkę, 

pluszowego niedźwiedzia. 

Natorski zatrzymał się. 

- Pluszowego niedźwiedzia? 

-  Tak.  Musicie  przyznać,  że  to  trochę  dziwne.  Nie  widzę  podstawy,  żeby  z  powodu 

takiej zabawki aresztować kogoś. Ostatecznie trudno to nazwać szmuglem. 

-  Zgadzam  się  przyjąć  tę  sprawę  -  powiedział  Natorski.  -  Czy  ta  niewiasta  siedzi  na 

Mokotowie? 

- Nie. Zwolniono ją za kaucją. Będzie odpowiadać z wolnej stopy. No wiecie, profesor 

Wasilewski  to  jednak  pozycja  w  świecie  naukowym.  Trudno  przypuścić,  żebyjego  żona 

uciekła. Poza tym to przecież starsza kobieta. 

- Podajcie mi jej adres i numer telefonu. 

Gdy Natorski skończył notować, Zagrodzki uścisnął serdecznie jego dłoń. 

-  Bardzo  wam  dziękuję,  kolego,  że  chcecie  się  zająć  tą  sprawą.  Matka  nie  daje  mi 

spokoju. Chciała, żebym ja się podjął obrony, ale, jak wiecie, tego rodzaju historie nie bardzo 

wchodzą w zakres mojej specjalności i trzeba mieć praktykę. Pomyślałem więc o was. 

-  Miło to z waszej  strony, że pamiętaliście o  mnie -  powiedział Natorski  i  wsiadł do 

tramwaju. 

Profesor Wasilewski mieszkał na Rynku Nowego Miasta. Drzwi otworzyła gosposia w 

podeszłym wieku. 

-  Czy  zastałem  panią  profesorową?  -  spytał  Natorski.  Staruszka  obrzuciła  go 

podejrzliwym spojrzeniem. 

- A pan w jakiej sprawie? 

-  Proszę  powiedzieć  pani  profesorowej,  że  jestem  adwokatem  i  przychodzę  z 

polecenia mecenasa Zagrodzkiego. 

background image

- Pan pozwoli. 

Wszedł do niewielkiego hallu i rozejrzał się. 

Wysłużona  bidermayerowska  kanapka,  owalny,  mahoniowy  stolik,  zniszczone 

foteliki. Na ścianach parę starych francuskich sztychów. 

Skrzypnęły drzwi. 

Pani  profesorowa  Wasilewska  dobiegała  zapewne  siedemdziesiątki,  ale  trzymała  się 

prosto  i  ruchy  miała  żwawe.  Musiała  to  być  kiedyś  bardzo  piękna  kobieta.  Rysy  regularne, 

oczy  duże,  o  miękkim  aksamitnym  blasku.  Śnieżnobiałe  włosy  upięte  były  misternie  w 

wysoki kok. Na powitanie wyciągnęła drobną, wypielęgnowaną dłoń. 

- Miło mi pana poznać, panie mecenasie. Pan pozwoli do gabinetu. 

Usiedli w niskich wolterowskich fotelach. 

- Czy Wituś Zagrodzki wspomniał coś panu o mojej fantastycznej przygodzie? 

- Tak, ale bardzo ogólnikowo. Byłbym wdzięczny, gdyby pani osobiście zechciała mi 

opowiedzieć wszystko od początku. 

- Oczywiście. A więc... wybrałam się do Moskwy. 

- Z wycieczką? 

-  Nie.  Pojechałam  na  zaproszenie  mojej  siostrzenicy,  która  wyszła  za  mąż  za 

Rosjanina i mieszka stale w Moskwie. 

- Podróżowała pani samolotem? 

-  Tak.  Poleciałam  samolotem.  To  mniej  męczące.  Wszystkie  formalności  załatwiłam 

stosunkowo  szybko  i  bez  większego trudu.  Moj  mąż  zna  dobrze  dyrektora  Rajskiego,  który 

był tak uprzejmy, że zajął się wszystkim. Zna pan dyrektora Rajskiego? 

Natorski uśmiechnął się. 

- Tak. Nawet jestem zaręczony z jego córką. 

- Z Elżbietą? No widzi pan. Co za zbieg okoliczności. Jaka ta Polska mała. Właściwie 

wszyscy się znają albo mają tych samych znajomych i przyjaciół. 

- Więc wyruszyła pani w podróż samolotem... - powiedział Natorski, pragnąc wrócić 

do właściwego tematu rozmowy. 

-  Tak. I proszę sobie wyobrazić,  że na  lotnisku podeszła do mnie  bardzo elegancka  i 

przystojna  pani,  która  poprosiła  mnie  o  drobną  przysługę.  Powiedziała  mianowicie,  że  jej 

siostra  mieszka w Moskwie i że chciałaby przesłać swej  małej siostrzenicyjakąś drobnostkę, 

jakąś  zabawkę.  Wręczyła  mi  pluszowego  niedźwiadka.  Żeby  nie  robić  mi  kłopotu,  jej 

szwagier miał wyjść w Moskwie na lotnisko i odebrać tego misia. Nie zastanawiałam się nad 

background image

tym, w jaki sposób ten szwagier dowie się o tym, że ja wiozę zabawkę dla jego dziecka. Po 

prostu nie pomyślałam o tej sprawie. Wie pan, jak to czasem bywa? 

- Wiem, wiem. I cóż się stało następnie? 

- Przylecieliśmy bez żadnych przygód do Moskwy. Na lotnisku rzeczywiście podszedł 

do  mnie  jakiś  mężczyzna,  przedstawił  mi  się  i  powiedział,  że  to  właśnie  on  jest  owym 

szwagrem. Oddałam mu oczywiście niedźwiadka. Podziękował mi i szybko się oddalił. Kiedy 

wsiadałam  do  taksówki,  zatrzymała  mnie  milicja.  I  tak  zamiast  odwiedzić  siostrzenicę, 

dostałam się do aresztu. Muszę przyznać, że obchodzono się ze mną bardzo dobrze i warunki 

miałam  zupełnie  przyzwoite.  Ale  nie  po  to  przecież  wybrałam  się  w  podróż  do  Moskwy. 

Przez  parę  dni  badali  mnie  jacyś  oficerowie.  Wypytywali  się  o  rozmaite  rzeczy.  A  potem 

odesłali mnie do Warszawy. Powiadam panu, panie mecenasie, że nic, ale to absolutnie nic z 

tego wszystkiego nie rozumiem.  A pan? Rozumie pan to? Bo przecież to chyba niemożliwe, 

żeby chodziło im o tego niedźwiadka pluszowego. Chyba to nie jest zbrodnia? Czyż to można 

nazwać  kontrabandą?  Co  pan  o  tym  sądzi,  panie  mecenasie?-  Trudno  mi  w  tej  chwili  coś 

konkretnego powiedzieć - uśmiechnął się Natorski. -  W każdym razie mogę panią zapewnić, 

że nie ma pani żadnego powodu do obaw. Proszę się nie denerwować. To wszystko niebawem 

się  wyjaśni.  Porozumiem  się  z  prokuraturą  i  zapoznam  się  z  materiałami  przekazanymi 

naszym władzom przez milicję radziecką. Chciałem jeszcze tylko panią zapytać, czy pamięta 

pani  nazwisko  tej  osoby,  która  wręczyła  pani  na  lotnisku  niedźwiadka.  Profesorowa 

potrząsnęła głową. 

-  Nie.  Nie  pamiętam.  Nie  jestem  nawet  pewna,  czy  ta  pani  w  ogóle  przedstawiła  mi 

się. 

- A ten mężczyzna na lotnisku w Moskwie? Też pani nie pamięta jego nazwiska? 

- On mi się przedstawił, ale naprawdę nie pamiętam, jak się nazywa. Pan wie przecież, 

panie mecenasie, że ludzie zazwyczaj bardzo niewyraźnie mówią swoje nazwisko. Zresztą nie 

zwracałam na to uwagi. Co mnie to może obchodzić, jak on się nazywa. 

Natorski wodził zamyślonym spojrzeniem po półkach z książkami. 

-  A  czy  pani  poznałaby  tę  osobę,  która  wręczyła  pani  na  lotnisku  pluszowego 

niedźwiadka? - spytał po chwili. 

- Sądzę, że tak. Pamiętam ją dość dobrze. Bardzo szykowna i przystojna kobieta. 

Natorski wstał. 

-  Nie  będę  już  pani  dłużej  zabierał  czasu.  Dowiem  się  wszystkiego  dokładnie  i 

pozwolę sobie do pani zatelefonować. Proszę się  absolutnie tą sprawą  nie przejmować  i  nie 

denerwować. To jakieś nieporozumienie. 

background image

-  Mój  Boże!  -  wykrzyknęła  pani  profesorowa.  -  Przecież  ja  pana  nawet  nie 

poczęstowałam herbatą. A taki upiekłam wczoraj doskonały sernik. Może pan jeszcze chwilę 

zostanie? Zaraz każę zaparzyć świeżutkiej herbaty. 

Natorski uśmiechnął się. 

-  Dziękuję  pani  serdecznie,  ale  muszę  już  biec.  Innym  razem  chętnie  przyjdę  na 

sernik. 

Kierowca właśnie włączył motor. 

Natorski wskoczył do autobusu  i usiadł przy oknie.  W zamyśleniu patrzał  na  wąskie 

ulice Nowego Miasta. A miał o czym myśleć. Dziwna przygoda profesorowej Wasilewskiej w 

sposób  niezwykle  sugestywny  kojarzyła  mu  się  z  fotografią  oglądaną  niedawno  w 

prokuraturze. Czyżby Warysowa? Nie wydawało mu się to rzeczą prawdopodobną, a jednak... 

A  bambusowa  laseczka  fałszywego  Brazylijczyka?  Wszystko  to  miało  chyba  ze  sobą  jakiś 

związek. 

Postanowił  zbadać  tę  sprawę  i  pojechać  do  Warysowej.  Najprzód  jednak  chciał 

pomówić z ojcem Elżbiety. 

Inżynier Rajski przyjął go jak zwykle z wylewną serdecznością. 

- Dzień dobry, dzień dobry, kochany panie Eustachy. Niezmiernie się cieszę, że mnie 

pan odwiedził. Mam wprawdzie dzisiaj sporo roboty, ale dla takiego miłego gościa zawsze się 

znajdzie chwila czasu. Cóż tam słychać? Co nowego? Dawno pana nie widziałem. 

Rajski  był  uprzejmy,  opanowany  i  pewny  siebie,  ale  Natorski  wyczuwał  w  nim 

doskonale maskowane zdenerwowanie. Spytał obojętnie: 

- Czy zna pan profesora Wasilewskiego? 

- Oczywiście. Jesteśmy od dawna zaprzyjaźnieni. 

- Słyszał pan o tej fantastycznej przygodzie jego żony? 

- Tak, coś słyszałem. Podobno aresztowano ją w Moskwie na lotnisku - zniżył głos  i 

pochylił  się  ku  Natorskiemu.  -  Mówiąc  między  nami,  oni  tam  są  przesadnie  przeczuleni. 

Trudno sobie wyobrazić, żeby profesorowa Wasilewska zajmowała się jakimiś niewyraźnymi 

kombinacjami. Nie wygląda na asa wywiadu - zaśmiał się trochę sztucznie. 

Natorski nie podtrzymał tego wybuchu wesołości. Powiedział: 

- Nie sądzę, żeby tu chodziło o sprawę szpiegowską. Raczej jakiś szmugielek. 

Rajski nieznacznie wzruszył ramionami. 

-  Z  tego,  co  mi  mówił  profesor  Wasilewski,  wynika,  że  żonie  jego  zabrano 

pluszowego niedźwiadka. Trudno to nazwać szmuglem. 

- Zależy od tego, czym się takiego misia nafaszeruje - zauważył spokojnie Natorski. 

background image

Rajski wyjął złotą papierośnicę. 

- Zapali pan? 

- Można by na przykład nadziać takiego misia złotymi papierośnicami - kontynuował 

swą myśli Natorski. 

- Nonsens - powiedział Rajski. - Złoto w Związku Radzieckim jest o wiele tańsze niż 

u nas. 

-  Ale  podobno  carskie  ruble  tam  są  znowu  droższe  niż  u  nas.  Słyszałem,  że  spora 

różnica. 

- Nie mam pojęcia. Nie znam się na tym. Ale dlaczego właściwie pan, panie Eustachy, 

tak się interesuje przygodą profesorowej? 

- Ponieważ będę występował jako jej adwokat. 

- Ach tak. Teraz rozumiem. Przyznaję, że nie mogła lepiej trafić. 

- Dziękuję za słowa uznania. 

-  Wie  pan  przecież  chyba,  jak  bardzo  cenię  pana  jako  prawnika.  I  to  nie  jest  tylko 

moja opinia. 

Natorski uśmiechnął się kwaśno. 

- Niestety. Sprawa Warysa bardzo nadszarpnęła ostatnio moją opinię. 

- A propos - ożywił się Rajski. - Co z tym Warysem? Wznawia pan proces? 

- Oczywiście. 

- I ma pan już w zanadrzu jakieś nowe okoliczności? 

- Bardzo wiele okoliczności. Rajski poruszył się na fotelu. 

-  Zaciekawia  mnie  pan,  panie  Eustachy.  Czy  może  mi  pan  uchylić  rąbka  swej 

tajemnicy zawodowej? Przez cały czas pasjonowałem się tym procesem. 

-  Nie  wątpię  -  powiedział  Natorski,  obserwując  uważnie  twarz  przyszłego  teścia.  - 

Niestety z różnych względów jestem zmuszony zachować w tej sprawie całkowite milczenie. 

- Wobec tego nie nalegam - uśmiechnął się swobodnie Rajski. - Rozumiem, doskonale 

rozumiem,  że  w  tego  rodzaju  sprawach  nie  należy  za  dużo  mówić,  choćby  nawet  z  ludźmi 

najbardziej godnymi zaufania. 

-  Właśnie -  przytaknął Natorski  i podniósł się ze  swego miejsca.  -  Mile  się gawędzi, 

ale na mnie już czas. Do widzenia. 

-  Do  widzenia,  drogi  panie  Eustachy.  Niechże  pan  do  nas  wpadnie  którego  dnia. 

Elżunia bardzo narzeka, że ją pan zaniedbuje. 

-  Mam  rzeczywiście  ostatnio  niewiele  czasu,  ale  postaram  się  poprawić.  Proszę 

pozdrowić ode mnie Elżbietę. W tych dniach zadzwonię. 

background image

Wyszedłszy  z  Biura  Turystyki  Międzynarodowej,  Natorski  poczuł,  że  zwiększona 

dawka kofeiny dobrze mu zrobi. Wiedział jednak, że w pobliskiej Stolicy dają straszliwą lurę. 

Chciał wpaść na chwilę do Klubu Prasy Międzynarodowej. Zdecydował się więc wypić kawę 

w Alhambrze. 

Niewielka salka tonęła w półmroku. Ponad szmerem rozmów unosiły się szare smugi 

tytoniowego dymu. Zapach świeżo palonego santosu drażnił nozdrza. 

Natorski  stanął  koło  szatni  i  wzrokiem  szukał  wolnego  stolika.  Właśnie  pod  oknem 

jacyś  młodzi  ludzie  płacili.  Śmieli  się.  Byli  w  doskonałych  humorach.  Wychodząc, 

jasnowłosa dziewczyna spojrzała na niego z pewnym zainteresowaniem. Nagle zrobiło mu się 

żal młodości. Przecież to właściwie niewiele tych lat, a przecież to już tak dawno. 

Usiadł, zamówił kawę i zapalił papierosa. Znowu powrócił myślami do tamtej sprawy 

i do rozmowy z Rajskim. Profesorowa Wasilewska, Warysowa, Rajski... Bronił się przed tym, 

żeby ojca Elżbiety łączyć z tą całą historią, ale nie mógł się jednak oprzeć wrażeniu, że Rajski 

prowadzi  jakąś  grę,  że  coś  wie,  że  coś  chce  ukryć.  Dlaczego  on,  u  diabła,  tak  bardzo 

interesuje  się  sprawą  Warysa?  Przecież  chyba  nie  tylko  ze  względu  na  sławę  adwokacką 

przyszłego  zięcia.  Psiakrew!  Czyżby  on  rzeczywiście  miał  coś  wspólnego  z  tą  sprawą?  Jest 

jednym  z  dyrektorów  Biura  Turystyki.  Na  takim  stanowisku  niewątpliwie  istnieją  różne 

możliwości. Od niego dużo zależy. Od niego zależy, kogo wysłać na wycieczkę. On załatwia 

sprawy paszportowe. Poza tym jest zorientowany w ruchu turystycznym.  Wie, kto wyjeżdża 

za  granicę.  Jest  człowiekiem  bardzo  zamożnym.  Prowadzi  dom  na  wysokim  poziomie. 

Niedawno kupił  sobie  nowy wóz,  tego szarego fiata.  Skąd bierze  na to wszystko pieniądze? 

Przecież  nie  z  tej  mizernej  dyrektorskiej  pensyjki.  Do  diabła,  do  diabła!  Pluszowe 

niedźwiadki...  Na  tym  zdjęciu  sytuacyjnym  widział  wyraźnie  cztery  takie  misie  siedzące  na 

tapczanie w willi Warysów. 

No  ale  właściwie  to  niczego  nie  dowodzi.  Ostatecznie  każdemu  wolno  bawić  się 

misiami. Warysowa nie miała dzieci. Nie hodowała też ani psów, ani kotów. Może więc swe 

macierzyńskie uczucia przelewała na pluszowe niedźwiadki? A Ewa? Czy mógł mieć do niej 

całkowite  zaufanie?  Czy  nie  jest  w  jakiś  sposób  zamieszana  w  to  wszystko?  To  zgubienie 

kluczy było trochę podejrzane. Znała jego sprawy. Wiedziała nieomal o każdym jego kroku. 

Do licha! Nie można przecież wszystkich podejrzewać. 

Postanowił zobaczyć się z Warysową. Skinął na kelnerkę. 

Zapomniał  o  Klubie  Prasy.  Szedł  zamyślony  w  kierunku  Marszałkowskiej.  Na  rogu 

Brackiej czerwone światło. Zatrzymał się. 

- Dzień dobry, panie mecenasie. Odwrócił głowę. 

background image

- Witam pana, panie kapitanie. Czyżby mnie pan znowu śledził? 

- Zgadł pan. Chciałbym z panem chwilę pogawędzić. 

-  To  się  znakomicie  składa,  boja  także  mam  panu  coś  ciekawego  do 

zakomunikowania. Gdzie moglibyśmy spokojnie porozmawiać? 

- Może po prostu wstąpi pan na chwilę do mnie? - zaproponował Downar. - Mieszkam 

tu niedaleko, na Koszykowej. 

Wskoczyli  do  przejeżdżającego  trolejbusu.  Gdy  znaleźli  się  przed  potężnym 

gmachem, Natorski spytał: 

- Wysoko pan mieszka? 

- Czwarte piętro. 

- A winda? 

- Wyjątkowo działa. Przynajmniej dzisiaj. Pojechali na górę. 

Downar  usadowił  swego  gościa  na  niewielkim  foteliku,  obitym  zieloną  materią. 

Spytał: 

- Napije się pan kawy? Natorski potrząsnął głową, 

-  Nie,  dziękuję.  Jako  sławny  detektyw  powinien  pan  wiedzieć,  iż  przed  chwilą 

skonsumowałem  w  Alhambrze  potężną  porcję  tego  wzmacniającego  płynu.  Przyznaję,  że 

odczuwałem brak kofeiny w organizmie, ale brak ten został z nadmiarem wyrównany. 

- To może kropelkę jakiegoś alkoholu? 

-  Nie,  nie,  dziękuję  bardzo.  Jeśli  chce  mi  pan  zrobić  przyjemność,  to  poproszę  o 

szklankę zimnej wody. O ile możności bez arszeniku. 

- Mam wrażenie, że znalazłby się w Warszawie ktoś, kto chętnie by pana poczęstował 

taką lemoniadką - powiedział Downar i przyniósł wodę. 

- Czy mówi pan poważnie? - spytał Natorski. 

-  Najzupełniej.  Aha...  Chciałem  pana  zapytać,  kto  owej  pamiętnej  soboty  otworzył 

drzwi  klientowi,  który  ostatni  wyszedł  z  pańskiej  kancelarii  i  który  podał  się  za  Teodora 

Hertza. 

Natorski pomyślał chwilę. 

- Chyba ja mu otworzyłem. Tak, tak, na pewno. Teraz sobie przypominam. Ewa pisała 

coś  na  maszynie,  a  ja  wyszedłem  z  łazienki,  kiedy  rozległ  się  dzwonek.  Otworzyłem  więc 

drzwi i od razu wprowadziłem tego jegomościa do mojego gabinetu. 

- Więc panna Ewa w ogóle go nie widziała? - Nie. 

- A jak wychodził? 

background image

-  O  ile  sobie  przypominam  nie  odprowadzała  go  do  drzwi.  Cały  czas  pisała  na 

maszynie w sąsiednim pokoju. 

Downar  począł  przebierać  palcami  po  poręczy  fotela.  -  Więc  pan  jest  właściwie 

jedynym człowiekiem mogącym zidentyfikować tego faceta. 

- Z tego wynika, że tak. 

-  Zakładając,  że  to  on  jest  mordercą,  możemy  bez  trudu  dojść  do  niezbyt  dla  pana 

miłego wniosku, iż osobnik ten z prawdziwą radością widziałby pana w kostnicy. 

- Rozumowanie to wydaje mi się logiczne - przyznał bez entuzjazmu Natorski 

- Tak - ciągnął dalej Downar. - I nie tylko jego ucieszyłaby wieść o pańskim zgonie. 

Trzeba sobie  bowiem  zdać sprawę z tego,  że jego zdemaskowanie stałoby się przysłowiową 

nitką,  która  doprowadziłaby  nas do kłębka,  czyli  do wykrycia całej tak sprawnie działającej 

organizacji. Natorski uważnie przyjrzał się Downarowi. 

- Czy chce mnie pan nastraszyć, kapitanie? 

-  Nie.  Chciałbym  tylko,  żeby  pan  jasno  zdawał  sobie  sprawę  z  sytuacji.  Jeżeli 

założymy, iż sprawa Warysa łączy się z tą sprawą, to ta sympatyczna spółka ma już na swoim 

koncie dwa morderstwa. A czy dwa morderstwa, czy trzy, to już wszystko jedno. 

-  Jak  dla  kogo  -  mruknął  Natorski,  który  siedział  osowiały  i  z  wyraźnym 

obrzydzeniem palił papierosa. 

- Ale dajmy temu spokój - powiedział Downar. - Wspomniał pan, panie mecenasie, iż 

ma mi pan coś bardzo ciekawego do powiedzenia. 

Natorski zgasił papierosa i pociągnął łyk wody. 

- Straciłem jakoś zapał narracyjny. 

- Niech mi pan nie robi zawodu. Jestem bardzo ciekaw nowych rewelacji. 

- No więc dobrze, opowiem panu. Ale nie sądzę, żeby to dla pana były takie rewelacje. 

Natorski  opowiedział  o  swoich  spostrzeżeniach  w  prokuraturze  i  o  wizycie  u 

profesorowej Wasilewskiej. O rozmowie z Rajskim wolał na razie nie wspominać. Dopóki nie 

był na sto procent pewny, nie chciał rzucać podejrzeń na ojca Elżbiety. 

Downar słuchał, palił papierosa i kiwał głową. Powiedział: 

-  No cóż...  przyznaję,  że  historia o pani profesorowej  Wasilewskiej  nie  jest dla  mnie 

nowością.  Rzeczywiście  to  się  fantastycznie  kojarzy  z  naszą  sprawą.  Milicja  moskiewska 

przyskrzyniła  tego  faceta,  ale  jak  dotąd  nie  przekazali  nam  żadnych  materiałów.  Albo  nie 

puszcza  farby,  albo,  co  jest  bardzo  prawdopodobne,  niewiele  wie.  Odbierał  te  zabawki 

naszpikowane  rublami  i  puszczał  je  dalej  w  kurs.  Prawdopodobnie  nie  zna  nawet  nazwisk 

naszych  cwaniaków.  Ktoś,  kto  potrafi  zorganizować  taką  aferę,  na  pewno  odpowiednio  się 

background image

zabezpieczył. To tak jak w konspiracji, poszczególne komórki nie wiedzą o sobie i nie mogą 

sypnąć  nawet  przy  dobrych  chęciach.  Bardzo  interesujące  natomiast  jest  to,  co  mi  pan 

powiedział o tym zdjęciu. Przyznaję ze skruchą, że wtedy rzeczywiście nie zwróciłem uwagi 

na  pluszowe  niedźwiadki,  znajdujące  się  w  mieszkaniu  Warysów.  To  się  zdecydowanie 

zazębia. Nie sądzi pan, panie mecenasie? 

Natorski wzruszył ramionami. 

-  Boja  wiem.  Pozornie  to  tak  wygląda,  ale  z  drugiej  strony  może  to  też  być  czysty 

przypadek. Obaj jesteśmy nastawieni na to i dlatego. 

-  Nie,  nie  -  powiedział  Downar.  -  Nie  zdaje  mi  się,  żeby  pan  miał  rację.  Związek 

pomiędzy tymi  faktami  jest zbyt wyraźny.  Oczywiście,  że to jest tylko poszlaka.  Warysową 

możemy podejrzewać o to, że jest zamieszana w tę sprawę. Jednocześnie jednak nie możemy 

wykluczyć,  że  została  zamieszana  nieświadomie,  takjak  profesorowa  Wasilewska.  Ciągle 

jeszcze błądzimy we mgle, panie mecenasie. A mamy mało czasu, diablo mało. 

- Dlaczego tak pan mówi? 

-  Dlatego,  że  obawiam  się,  iż  niektórzy  bohaterowie  tego  dramatu  mogą  zniknąć  ze 

sceny. 

- Uciekną? 

- Właśnie to mam na myśli. 

- Niech ich pan aresztuje. Jeżeli wie pan, o kogo chodzi... Downar bezradnie rozłożył 

ręce. 

-  Niestety,  panie  mecenasie.  To  nie  jest  takie  proste.  Wprawdzie  mam  na  oku  parę 

osób,  brak  mi  jednak  konkretnych  dowodów.  Nie  mogę  aresztować  ludzi  jedynie  na 

podstawie niejasnych poszlak i domysłów. Żaden prokurator nie da mi nakazu aresztowania. 

Natorski pokiwał głową. 

-  Tak.  Oczywiście.  No  cóż...  trudno  mi  coś  panu  doradzać.  Nie  jestem  właściwie 

wtajemniczony  w  całokształt  śledztwa.  Nie  znam  wszystkich  elementów  sprawy,  a  te 

wycinkowe wiadomości  nie pozwalają  mi  na stworzenie  sobie  jakiegoś  sądu o całokształcie 

sprawy. 

 

Downar rzucił mu szybkie, badawcze spojrzenie. 

- Wie pan co, panie mecenasie? W tej chwili przyszedł mi do głowy pewien pomysł. 

Ale nie, nie, nie mogę przecież od pana wymagać takich rzeczy. 

- Niech pan mówi, kapitanie. Zaciekawia mnie pan. 

- To trochę ryzykowne. Nie mogę pana narażać. 

background image

-  Niechżesz  się  pan  tym  nie  przejmuje.  Ostatecznie  to  ode  mnie  zależy,  czy  przyjąć 

pańską propozycję, czy też ją odrzucić. Jeżeli tylko będę mógł pomóc, zrobię to z prawdziwą 

przyjemnością. 

- A więc dobrze. 

Downar przysunął się do Natorskiego i zniżywszy głos, zaczął mówić. 

ROZDZIAŁ X 

 

Ewa podniosła wzrok znad maszyny. 

- Wychodzi pan, panie mecenasie? - Tak. 

- Dlaczego jest pan taki smutny? 

- Nie. Wydaje się pani. Jestem może po prostu trochę zamyślony. 

Wieczór był ciepły i pogodny. Na staromiejskim Rynku kręciło się sporo ludzi. Przed 

Fukierem stała hałaśliwa gromadka studentów. 

Natorski wsiadł do swojego moskwicza. Właściwie nie czuł lęku. Ogarnęło go uczucie 

zniechęcenia.  Miał dosyć.  Po co mu to wszystko? Co go to obchodzi? Czy  Warysowa? Czy 

Rajski? Czy Ewa? Z jakąż rozkoszą położyłby się teraz gdzieś nad brzegiem rzeki i patrzał w 

niebo, nie myśląc o niczym. 

- Jestem diabelnie przemęczony - mruknął i nacisnął gaz. 

Krakowskie  Przedmieście,  Nowy  Świat,  Aleje  Ujazdowskie.  Nie  zauważył  nawet, 

kiedy znalazł się koło Belwederu. Skręcił w Bagatelę. 

Na placu Unii posłyszał znajomy głos. 

- Cześć, Eustachy. 

Uśmiechnięta twarz Ziemby wychylała się ku niemu z milicyjnego wozu. 

- Czołem. 

„Nie  jest  wykluczone,  że  Andrzej  będzie  robił  niedługo  sekcję  moich  zwłok”  - 

pomyślał Natorski. 

Przed domem Warysowej stał szary fiat, nowy wóz Rajskiego. 

Natorski zatrzymał się koło Humańskiej.  Miał tu niezły punkt obserwacyjny. Chwilę 

zastanowił  się  nad  dalszym  działaniem.  Obecność  Rajskiego  była  mu  trochę  nie  na  rękę.  A 

może właśnie to da coś nowego? 

Wysiadł,  zamknął  wóz  i  szybkim  krokiem  przeszedł  na  drugą  stronę  ulicy.  Uczucie 

zniechęcenia i apatii zniknęło. Był podniecony. Zaczynała się niebezpieczna gra. 

Wbiegł na drugie piętro i nacisnął dzwonek. 

background image

Otworzyła mu sama Warysowa. Była trochę zaskoczona jego niespodziewaną wizytą. 

-  Och,  pan  mecenas!  Proszę  bardzo.  Nie  spodziewałam  się  pańskich  odwiedzin. 

Zupełnie przypadkowo zastał mnie w domu. Dlaczego pan nie zadzwonił? 

-  Tak  się  złożyło,  że  nie  miałem  pod  ręką  telefonu  -  tłumaczył  się  Natorski.  - 

Przejeżdżałem tędy i postanowiłem wpaść do pani na chwilę. Ale może przeszkadzam? Może 

ma pani w tej chwili gości? 

- Nie, nie. Jestem sama. Proszę, niech pan wejdzie. Cieszę się, że mnie pan odwiedził. 

Czy jest coś nowego w naszej sprawie? 

- Tak. I to nawet sporo. Same sensacje. 

- O... Zaciekawia mnie pan. Napije się pan kawy czy herbaty, panie mecenasie? 

- Dziękuję serdecznie. Niech się pani nie trudzi. Uśmiechnęła się. 

- Wiem, że pan lubi dobrą herbatę. Zaraz zaparzę. Przepraszam pana na chwileczkę. 

Wyszła.  Natorski  uważnie  rozejrzał  się  po  pokoju.  Nic  nie  świadczyło  o  tym,  żeby 

Warysowa  przyjmowała  przed  chwilą  jakiegoś  mężczyznę.  Ani  dymu,  ani  zapachu  wody 

kolońskiej,  ani  śladów  jakiegoś  poczęstunku.  Nawet  popielniczki  czyste,  bez  niedopałków. 

Drzwi  do  sąsiedniego  pokoju  były  uchylone.  Natorski  wstał  i  począł  spacerować.  Dywan 

tłumił  jego kroki.  Zajrzał  do sypialni. Nie znalazł  tam  nikogo.  Podszedł do okna.  Szary  fiat 

stał  na  tym  samym  miejscu.  Czyżby  to  nie  był  wóz  Rajskiego?  Ale  nie.  Widział  przecież 

zupełnie wyraźnie tę maskotkę nad kierownicą. I zderzak trochę skrzywiony z lewej strony po 

tej kraksie. Więc co? Drzwi od przedpokoju były otwarte. Byłby przecież słyszał, gdyby ktoś 

wychodził.  Jest  w  kuchni  z  Warysową?  Mało  prawdopodobne.  Przecież  on  w  każdej  chwili 

mógł tam wejść i wtedy sytuacja byłaby dla niego więcej niż kłopotliwa. 

Nagle  Natorskiego  ogarnął  niepokój.  A  może  to  w  ogóle  są  tylko  urojenia?  Może 

Rajski  nie  ma  nic  wspólnego  z  Warysową?  Przyjechał  tu  do  znajomych  albo  do  jakiejś 

dziewczynki  X.  Do  diabła!  Te  teorie  Downara  są  właściwie  palcem  na  wodzie  pisane. 

Ostatecznie w każdym człowieku można się dopatrzeć czegoś podejrzanego, szczególnie jeśli 

się pod tym kątem obserwuje ludzi. 

Weszła Warysowa. Niosła na tacy dwie szklanki mocnej herbaty i kryształową paterę 

z  kruchymi  ciasteczkami.  Uśmiechnęła  się.  Była  swobodna  i  pewna  siebie.  Ani  śladu 

zmieszania czy jakiegoś zakłopotania. 

-  Proszę,  panie  mecenasie,  niech  pan  siada.  Sądzę,  że  będzie  panu  smakować  moja 

herbatka. 

„Arszenik” - przemknęło Natorskiemu przez myśl. Powiedział: 

- Czy mógłbym panią prosić o zapałki. 

background image

- Zaraz przyniosę. 

Wyszła. Natorski błyskawicznie zamienił szklanki. Zawstydził się. 

.Jestem  skończonym  idiotą  -  pomyślał.  -  Już  zupełnie  wpadłem  w  manię 

prześladowczą.” 

Warysowa wróciła z zapałkami. Natorskiemu wydało się, że spojrzała na szklanki. 

- Proszę. Czy pan brał już cukier? 

- Dziękuję. Pijam zawsze herbatę gorzką. 

-  Podobno  tak  robią  prawdziwi  znawcy.  Posłodziła  swoją  herbatę,  ale  nie  dotknęła 

szklanki. 

Powiedziała: 

- Niech pan mówi, panie mecenasie. Strasznie jestem ciekawa tych sensacji w sprawie 

Roberta, o których pan wspominał. 

- Wie pani zapewne o morderstwie w mojej kancelarii. 

- Oczywiście. Cała Warszawa o tym mówi. 

- Otóż, niech sobie pani wyobrazi, że śledztwo wykazało, iż morderstwo to wiąże się 

ze sprawą pani męża. 

Warysowa spojrzała na niego z ogromnym zaciekawieniem. 

-  To  niezwykle  interesujące.  Czy  sądzi  pan,  że  taka  hipoteza  ma  jakieś  realne 

podstawy? 

- O ile się orientuję, to tak. 

- Czyli, innymi słowy, jeżeli milicji uda się odnaleźć człowieka, który popełnił u pana 

morderstwo, to może się to przyczynić do rehabilitacji Roberta? 

- Niewątpliwie. 

- Czy są już na tropie tego zbrodniarza? 

- Milicja wie, kto jest mordercą. 

- Aresztowano go? - Jeszcze nie. 

- Na co czekają? 

Natorskiego  poczęło  ogarniać  zwątpienie.  Przez  cały  czas  nie  spuszczał  oczu  z 

Warysowej,  ale  nie  dostrzegł  nic  takiego,  co  mogłoby  w  jakiś  sposób  potwierdzać  teorię 

Downara. Najmniejszej nawet zmiany w wyrazie twarzy, najlżejszego drgnięcia powieki, nic, 

absolutnie  nic  podejrzanego.  Był  przecież  niezłym  psychologiem  i  wiedział,  że  tak 

znakomicie grać jest nieomal rzeczą niemożliwą. 

- Na co czekają? Dlaczego go nie aresztują? - powtórzyła Warysowa. 

background image

-  Dlatego,  że  gojeszcze  nie  znaleźli.  Widzi  pani...  sprawa  wygląda  w  ten  sposób,  iż 

milicja wie, o kogo chodzi, ale nie wie, gdzie tego kogoś szukać. Poza tym ja jestem jedynym 

człowiekiem, który wie, jak wygląda morderca. Warysowa zrobiła zdziwioną minę. 

- Nie rozumiem. 

- Zaraz to pani wytłumaczę. Kapitan Downar, którego pani zna, który prowadzi także i 

tę sprawę, na zasadzie długotrwałych badań doszedł do wniosku, że mordercą jest człowiek, 

który przyszedł do mnie owego fatalnego dnia jako klient i który ostatni opuścił wtedy moją 

kancelarię.  Według  wszelkiego  prawdopodobieństwa  ukradł  on  klucze  od  mieszkania,  aby 

móc wrócić  i zamordować tego człowieka.  Moja  sekretarka nie widziała go. Tylko  ja  mogę 

zidentyfikować mordercę. 

Warysowa  wzięła  papierosa  z  drewnianego  pudełka  stojącego  na  stoliku.  Była 

zupełnie spokojna. Ręka jej nie drgnęła. 

- Gdzie go więc szukać? I w jaki sposób milicja myśli go schwytać? 

Natorski zrobił nieokreślony ruch ręką. 

- Właściwie nie powinienem mówić z panią na ten temat. Wydaje mi się, że i tak już 

za dużo powiedziałem. 

-  Mnie  chyba  pan  może  wszystko  powiedzieć.  Przecież  to  chodzi  o  mojego  męża. 

Zresztą, jeżeli pan już tyle powiedział... 

Natorski zawahał się. 

-  No  cóż...  Sprawa  właściwie  jest  dosyć  prosta.  Milicja  pragnie  się  posłużyć  moją 

osobą,  aby  nakryć  tego  faceta.  Jest  duże  prawdopodobieństwo,  że  zechce  on  w  najbliższym 

czasie  ulotnić  się  i  wyjechać  za  granicę.  Dlatego  też  będę  zapewne  z  milicją  patrolował 

lotnisko i dworce kolejowe. Niezależnie od tego, od jutra mam przeglądać fotografie w biurze 

paszportowym. Przypuszczam, że nie powinien nam się wymknąć. 

-  Chętnie wzięłabym udział w tej akcji -  zapaliła się  Warysowa -  bo przecież to  jest 

jedyna szansa, jedyna szansa dla Roberta. 

- Chyba tak. Spojrzała na zegarek. 

- Ojej, jak się zrobiło późno! Bardzo pana przepraszam, panie mecenasie, ale... 

Natorski wstał. 

- Proszę się mną nie krępować. Wpadłem tylko na chwilę, żeby dodać pani otuchy. 

- Dziękuję. Pan jest bardzo miły. 

- Mam na dole wóz. Może panią gdzieś podwieźć? 

- Byłabym panu niesłychanie wdzięczna, ale doprawdy nie śmiem pana o to prosić. 

- Nie rozumiem. 

background image

- Bo widzi pan... umówiłam się w Konstancinie. 

- W Konstancinie? 

-  Tak.  Sprzedaję  naszą  willę.  Potrzebuję  pieniędzy.  Rozumie  pan.  W  tej  sytuacji... 

Właśnie  dzisiaj  mają  przyjechać  obejrzeć.  Zrobiło  się  strasznie  późno.  Byłabym  panu 

naprawdę  niesłychanie wdzięczna,  gdyby pan  mógł  mnie podwieźć do Konstancina.  Zwrócę 

panu za benzynę. 

- Ale cóż znowu - roześmiał się Natorski. 

-  Nie  ma  mowy  o  żadnych  zwrotach  za  benzynę.  Właściwie  chętnie  zrobię  maleńki 

wypad za miasto. Mam wolny wieczór. Nic więc nie stoi na przeszkodzie. Jedziemy. 

Wyglądała na bardzo zadowoloną. 

-  Nie  ma  pan  pojęcia,  jaka  jestem  panu  wdzięczna.  Wybawił  mnie  pan  z  wielkiego 

kłopotu. Przepraszam pana na chwileczkę. Pójdę się przeczesać. 

Wyszła.  Natorski  wyjrzał  przez  okno.  Szary  fiatjuż  zniknął.  Był  pewien,  że  nikt  nie 

wyszedł  z  tego  mieszkania.  Czyżby  więc  Rajski  rzeczywiście  nie  przyjechał  tu  do 

Warysowej? 

- Jedziemy, panie mecenasie? 

Miała na sobie elegancki sportowy płaszcz. Pachniała dobrymi perfumami. 

- Służę pani. 

Kiedy wyjechali na Puławską, powiedziała: 

- Czy będzie to wielka bezczelność z mojej strony, jeżeli jeszcze o coś pana poproszę? 

- Ale skądże znowu. Słucham panią. 

- Muszę nadać pilny telegram. Tutaj, na Dworcowej, już poczta zamknięta. Gdyby pan 

mógł podjechać na Nowogrodzką. 

- Bardzo chętnie. 

Zawrócili i minąwszy plac Unii, wjechali w Marszałkowską. 

- Czy pani nie zimno? 

- Nie. Dlaczego pan pyta? 

- Bo wydało mi się, że pani drży. Uśmiechnęła się. 

- To tylko się panu zdawało. Rzucił na nią szybkie spojrzenie. 

„Albo to genialna aktorka, albo to wszystko nie ma sensu” - pomyślał. 

Zatrzymał wóz na rogu Nowogrodzkiej i Poznańskiej. 

- Niech pan łaskawie chwileczkę na mnie poczeka - powiedziała i pobiegła na pocztę. 

Zapalił  papierosa  i  oparty  o  kierownicę,  czekał.  Ta  historia  z  pocztą  wydała  mu  się 

bardzo  podejrzaną.  A  może  jednak  Downar  miał  rację?  Znowu  poczuł  ogarniający  go 

background image

niepokój.  Był zły  na  siebie.  Po jakiego licha zgodził się właściwie  na tę kombinację? Niech 

sobie milicja sama radzi, bez jego pomocy. Potrzebne mu to było. Ale teraz już za późno się 

cofać. 

Po  upływie  paru  minut  wróciła.  Zauważył,  że  była  podniecona.  Na  upudrowanej 

twarzy pojawiły się mocne rumieńce. 

- Co za chamstwo teraz na każdym kroku - powiedziała, wsiadając do wozu. - Niech 

pan  sobie  wyobrazi,  że  jakiś  typ  zaczepił  mnie  w  sposób  zupełnie  bezczelny.  Mało 

brakowało, a byłabym go zdzieliła przez łeb. 

- Szkoda, że z panią nie poszedłem. 

- O, ja doskonale umiem sobie radzić. 

Znowu  jechali  Marszałkowską  i  Puławską.  Wieczór  był  parny.  Powietrze  gęste  od 

kurzu. 

Kiedy mijali Odyńca, Warysowa spytała: 

- Czy wierzy pan w przeznaczenie? Był zaskoczony. 

- Boja wiem. Właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Chyba nie wierzę. 

-  A  ja  wierzę.  Wierzę,  że  przed  swoim  przeznaczeniem  człowiek  nigdy  nie  zdoła 

uciec. Nic nie pomoże. Stanie się to, co się ma stać. 

- Nie wiedziałem, że pani jest taką fatalistką. Patrzyła ponuro przed siebie. 

- Myślę, że pan w ogóle niewiele o mnie wie. 

-  Sądzę,  że  pani  ma  rację.  Prawdę  mówiąc,  nigdy  nie  usiłowałem  specjalnie  dużo  o 

pani się dowiedzieć. Łączyły nas raczej stosunki dość oficjalne. Byłem tylko adwokatem pani 

męża. 

-  Dlaczego  używa  pan  czasu  przeszłego?  Czyżby  miał  pan  zamiar  zrezygnować  z 

obrony Roberta? 

- Nie. Sądzę jednak, że moja obrona nie będzie mu już potrzebna. 

- Liczy pan na znalezienie tego człowieka, który owej pamiętnej soboty był u pana w 

kancelarii? 

- Bardzo na to liczę. 

- Nie rozumiem, dlaczego milicja łączy z nim sprawę mego męża. 

- Nie umiem pani na to odpowiedzieć. 

- Czy lubi pan kino? 

Zdziwił się. Nie spodziewał się takiego pytania. 

- Kino? Owszem, lubię. 

- Widział pan film Bohaterowie są zmęczeni? 

background image

- Widziałem. 

-  Dobry  film,  ciekawy.  Ja  też  jestem  zmęczona,  bardzo  zmęczona.  Z  jakąż  rozkoszą 

uciekłabym  takjak  oni,  gdzieś  na  koniec  świata.  Żeby  nie  mieć  już  z  tym  wszystkim  nic 

wspólnego. Czy nigdy pan nie miał ochoty uciec od życia? 

Natorski nie bardzo rozumiał, co ma oznaczać ta rozmowa. 

- Nie sądzę, żeby można uciec od życia - powiedział. - Chyba samobójstwo. Aja tego 

nie uznaję. 

Minęli  Wilanów.  Za  miastem  także  było  parno.  Powietrze  ciężkie  i  lepkie  stało 

nieruchome. Chmury skłębiły się nisko nad ziemią. W oddali przewalał się po niebie grzmot. 

Natorski  czuł,  jak  mu  się  koszula  przylepia  do  pleców.  Pomimo  pędu  maszyny,  nie 

było czym oddychać. Raz i drugi spojrzał w lusterko. 

-  Nie,  nikt  za  nami  nie  jedzie  -  powiedziała  Warysowa.  Milczał.  Wyjął  z  kieszeni 

płaszcza chusteczkę i wytarł spocone czoło. Nacisnął gaz. 

Nagle  zerwał  się  wiatr  i  gwałtownie  zatargał  przydrożnymi  drzewami.  Tuman  kurzu 

zawirował w świetle reflektorów. W następnej zaraz chwili fala deszczu uderzyła o szybę. 

Warysowa zwróciła twarz ku swemu towarzyszowi. Była prawie wesoła. 

- Lubię burzę. 

- Dobrze, że trochę popada - powiedział - odświeży się powietrze. 

Umilkli.  Natorski  ostrożnie  prowadził  wóz  wśród  nawałnicy.  Warysowa  przymknęła 

oczy. Zdawało się, że drzemie. 

Willa  Warysów  stała  na  uboczu  wśród  lasu.  Żeby  się  do  niej  dostać,  trzeba  było 

zjechać z szosy i przebyć kilka kilometrów bocznej drogi. 

Moskwicz z trudem posuwał się po rozmiękłym gruncie. Deszcz nie przestawał padać, 

ale nie był już teraz taki gwałtowny. 

Wreszcie Natorski dostrzegł w ciemności znajome ogrodzenie. 

- Jesteśmy na miejscu. Wątpię jednak, żeby ci pani kupcy zjawili się tu w taką pogodę. 

Warysowa nic nie odpowiedziała. Wysiadła z wozu i otworzyła bramę. 

Natorski ustawił wóz pod drzewami i oboje wbiegli na ganek. 

Dom był cichy i ciemny. Zamknięte okna błyszczały czarną powierzchnią szyb. 

Otworzyła drzwi i przekręciła kontakt. Złotawe światło wypełniło niewielki hall. 

Przeszli  do  dużego,  przytulnie  urządzonego  pokoju,  w  którym  przed  rokiem 

znaleziono zwłoki Danieli Parnowskiej. 

-  Napijemy  się czegoś -  zaproponowała  Warysowa.  -  Niech pan zajrzy do  baru. Coś 

tam chyba powinno się jeszcze znaleźć. 

background image

Natorski wyjął butelkę jarzębiaku i kieliszki. 

- Odpowiada pani taki trunek? - spytał. 

- Wszystko jedno. Może być. Mam ochotę na alkohol. Wypili i Warysowa sięgnęła po 

butelkę. 

Siedzieli  naprzeciwko  siebie  w  półcieniu  stojącej  na  podłodze  lampy  z  dużym 

abażurem. Zapanowało pomiędzy nimi milczenie pełne oczekiwania. 

Nowa fala deszczu uderzyła o szyby.  Kołysane wiatrem drzewa szumiały. Oderwany 

kawałek rynny grzechotał gdzieś uporczywie. 

Warysowa powiedziała: 

-  Czy  pan  wie,  panie  mecenasie,  że  pan  musi  umrzeć?  Natorski  uśmiechnął  się  z 

przymusem. 

- Wszyscy musimy kiedyś umrzeć - powiedział, siląc się na beztroski ton. 

Atmosfera tego ponurego domu, smaganego wichrem i deszczem, poczynała na niego 

działać. Nie miał nawet przy sobie broni. Przecież to było idiotyczne. 

Warysowa nie zwróciła uwagi na jego słowa. 

-  Jest  pan  miłym  człowiekiem,  polubiłam  pana.  Przykro  mi,  że  to  właśnie  ja  muszę 

pana zastrzelić. 

Natorski chciał się zerwać. Czarna lufa pistoletu zatrzymała go na miejscu. 

-  Niech  się pan  nie rusza.  To już teraz nic  nie pomoże.  Ja  doskonale  strzelam,  panie 

mecenasie. Żal mi pana, ale na to nie ma rady. Po co się pan wdawał w to wszystko? Przecież 

na początku sprawy ostrzegałam pana. 

- To pani pisała ten anonim? - zdumiał się Natorski. 

- Tak. Dziwi to pana? 

- Oczywiście. Sądziłem, że pani pragnie ratować męża, że pani go kocha. 

- Ja go nienawidzę. 

Tyle  było  ponurej  zaciętości  w  jej  głosie,  że  Natorski  zapomniał  o  grożącym  mu 

niebezpieczeństwie.  To,  co  usłyszał,  zaskoczyło  go  całkowicie.  Tego  się  nie  spodziewał. 

Wiedział, że ta kobieta mówi prawdę, po raz pierwszy mówi prawdę. 

- Więc to pani otruła Daniele Parnowską? Zaśmiała się. 

-  Za  chwilę  nie  będzie  pan  już  żył.  Mogę  panu  powiedzieć  wszystko.  Tak,  to  ja 

otrułam tę dziwkę. 

- Ale dlaczego? Dlaczego to pani zrobiła? Przecież nie z zazdrości o męża. 

- Chciała mi zabrać Konrada. 

- Kogo? 

background image

- Konrada Rajskiego. Pańskiego niedoszłego teścia. 

- To pani jest kochanką Rajskiego? 

- Dlaczego tak to pana dziwi? 

Natorski wpatrywał się w lufę pistoletu. Myślał gorączkowo nad sposobem ratunku. O 

wytrąceniujej broni z ręki nie było mowy. Siedziała za daleko. Nie wątpił w to, że ona umie 

strzelać. Cały czas trzymała palec na spuście. 

- Czy pani naprawdę musi mnie zastrzelić? - spytał. 

-  Nie  mam  innego  wyjścia.  Jeżeli  pan  zidentyfikuje  Eugeniusza,  on  z  kolei  sypnie 

mnie. 

- Czy mam przez to rozumieć, że to pani zabiła tego człowieka w mojej kancelarii? 

- Tak. Za dużo wiedział. 

- Więc ten facet ukradł klucze i oddał je pani na schodach? 

- Tak. 

- I pani weszła w momencie, kiedy ja myłem się w łazience? 

- Tak. Woda szumiała. Byłam pewna, że pan nie posłyszy mojego wejścia. 

Natorski  się  pocił.  Rozumiał,  że  nie  ma  dla  niego  ratunku.  Ten  przeklęty  Downar 

spóźnia się. Za chwilę wszystko się skończy. 

Podniosła się i stanęła przed nim. Zobaczył jej pobladłą twarz i zacięte usta. 

- Bardzo mi przykro, panie mecenasie, ale nie mogę inaczej. 

- Niech się pani zastanowi. Co pani zrobi z trupem? 

-  Nic  nie  zrobię.  Upozoruję  pańskie  samobójstwo.  Przecież  i  tak  milicja  ciągle 

podejrzewa pana o to morderstwo. Opowiem jakąś historię o pańskich wyrzutach sumienia, o 

tym,  że  pan  się  zakochał  we  mnie  bez  wzajemności.  To  wszystko  będzie  wyglądać  dość 

prawdopodobnie. 

- Żegnam pana, panie mecenasie. 

Nacisnęła  spust.  Huknął  strzał  jeden,  drugi,  Natorski  zdumiał  się,  widząc,  że  ciągle 

jeszcze żyje. Wstał. Znowu zaczęła strzelać. 

Nagle od drzwi rozległ się spokojny, nieco drwiący głos: 

-  Niepotrzebnie pani robi tyle  hałasu.  Odwróciła  się  błyskawicznie  i  nacisnęła spust. 

Downar zbliżył się i odebrał jej pistolet. 

- Po co ta strzelanina? Czyż pani sądzi, iż pozwoliłbym zabić mecenasa Natorskiego? 

Stała  bez  ruchu,  patrząc  tępo  przed  siebie.  Nie  zauważyła  nawet,  że  założył  jej 

kajdanki. Wszedł Kobiela. 

background image

- Szafa gra, towarzyszu kapitanie. Przed chwilą odebrałem meldunek, że tamci faceci 

aresztowani. 

Downar wskazał Warysową. 

- Zabierajcie ją do swojego wozu. 

-  Przyznaję,  że  był  moment,  kiedy  w  pana  zwątpiłem  -  powiedział  Natorski,  gdy 

siedzieli w samochodzie. - Niech mi pan powie, panie kapitanie, skąd pan wiedział, że ona ma 

puste naboje? 

Downar uśmiechnął się. 

-  Bo jeden z  naszych  ludzi wsunął  jej do torebki  pistolet z takimi właśnie  nabojami, 

zabierając jednocześnie jej steyera. 

- Kiedy to się stało? 

- Na poczcie. Nie wspominała panu o jakiejś awanturze. 

- Owszem. Ale jakiej to trzeba zręczności, żeby zamienić pistolety. 

-  Mamy  takiego  jednego  w  milicji,  który  mógłby  być  wykładowcą  w  szkole  dla 

kieszonkowców. Zdolny chłopak. 

- A skąd pan wiedział, że ona akurat ma steyera i ten właśnie kaliber? 

-  Jej  nowa  gosposia  jest  naszą  pracownicą.  Podała  mi  dokładne  dane  dotyczące 

pistoletu. Natorski wytarł spocone czoło. 

- Ale wie pan, że przeżyłem przykry moment. 

- Wyobrażam sobie. 

ROZDZIAŁ XI 

 

Siedzieli  na  ławce  w  Saskim  Ogrodzie  i  karmili  wróble.  Downar  zwrócił  twarz  ku 

słońcu i przymknął oczy. 

- Odprężenie nerwowe, co? - powiedział Walczak. 

- Tak. W ostatnich tygodniach miałem trochę kotłowaniny z tym wszystkim. 

- Należy ci się odpoczynek. Pojedziesz gdzieś na urlop? 

- Trzeba będzie wyskoczyć trochę z naszej kochanej Warszawy. 

- Sam pojedziesz czy w towarzystwie? Jak jej tam? Ewa, zdaje się. 

Downar machnął ręką. 

- Zakochana beznadziejnie w tym swoim mecenasie. Nic tam po mnie. Pojadę chyba 

najeziora mazurskie. Popływam trochę, powiosłuję. To mi dobrze zrobi. 

Walczak patykiem rysował coś na piasku. 

background image

-  Słuchaj,  Stefuś,  nie  chciałbym  cię  nudzićjuż  tą sprawą,  ale  niektóre  elementy  są  w 

niej jeszcze dla mnie niejasne. 

- Pytajcie, towarzyszu Walczak, a otrzymacie odpowiedź. 

-  Nie  wygłupiaj  się.  Więc  przede  wszystkim  powiedz  mi,  czy  dawno  już 

podejrzewałeś Warysową? 

- Dość dawno. Od chwili, gdy obaliłem twą teorię o cyrkowcach i miotaczach noży. 

Walczak skrzywił się z niesmakiem. 

- A dlaczego właściwie ją podejrzewałeś? 

- To chyba proste. Po zasadniczej zmianie koncepcji musiałem podejrzewać wszystkie 

te osoby, których obecność w mieszkaniu nie zaskoczyłaby Natorskiego. 

Bo przecież zamiast do kuchni mógł pójść po wodę do łazienki. 

Czyja  obecność  w  mieszkaniu  specjalnie  by  go  nie  zdziwiła?  Ewy,  dozorczyni, 

Elżbiety i Warysowej. Warysowa doskonale mogła powiedzieć, że znalazła klucz w drzwiach, 

weszła  i  czekała,  aż  on  skończy  rozmowę  z  klientem.  Jeżeli  do  tego  dodamy  fakt,  iż 

Warysowa  usiłowała  mnie  uwieść,  to  nie  ma  w  tym  nic  dziwnego,  iż  zacząłem  jej  się 

przyglądać. Nie miałem oczywiście żadnych dowodów, ale tak coś czułem, że... 

- Kto został aresztowany? 

-  Inżynier  Natorski,  którego adwokat rozpoznał  jako swego niedoszłego klienta,  jego 

żona,  piękna blondynka,  która  była przyjaciółką  Warysowej  i która  ukradła Brazylijczykowi 

sztylet, dyrektor Rajski, no i oczywiście Warysowa. 

- A ten Mańczyk, czy jak mu tam? No ten pomocnik optyka? 

- Odegrał w tej całej sprawie drugorzędną rolę. Po prostu okradł swego szefa. Między 

innymi  rąbnął  mu  oprawkę  do  okularów  ze  złota  i  powiedział,  że  pomyłkowo  dał 

Natorskiemu,  nie  powiedział  tylko  czy  adwokatowi,  czy  inżynierowi.  Wspólnicy  Hertza 

zagrozili  mu, że go nie wypuszczą za granicę,  jeżeli oprawka się  nie znajdzie.  Poszedł więc 

odebrać tę oprawkę. 

- Z tego też wynika, że on nie znał Natorskiego z Wawelskiej. 

- Nie. Mieli znakomitą organizację. Niewiele tylko osób znało się między sobą. Hertz 

kontaktował się przez inżynierową Natorską, która prawdopodobnie była jego kochanką, a w 

której  kochał  się  ten  kretyn  Mańczyk.  Hertz  musiał  coś  wiedzieć  na  temat  otrucia  Danieli 

Parnowskiej.  Dlatego  Warysowa  postanowiła  go  zlikwidować.  Bardzo  możliwie,  że  ruszyło 

go  sumienie  i  zechciał  przed  odjazdem  złożyć  zeznanie  na  korzyść  Warysa.  Tego  właśnie 

dnia zapadł wyrok skazujący. 

- A kto fabrykował te ruble? 

background image

- Ze wstępnych zeznań wynika, że Hertz. Znał się na tej robocie. 

- Ostatni transport załadował do bambusowej laseczki i chciał pryskać do Brazylii. 

- Właśnie. Przeszkodziła mu Warysowa. Chciała upiec przy tej okazji dwie pieczenie: 

pozbyć się Hertza i unieszkodliwić Natorskiego, który postanowił wznowić proces i śledztwo. 

Udawał przy tym, że wpadł na trop jakichś rewelacyjnych nowych okoliczności w tej sprawie. 

Walczak w zamyśleniu kiwał głową. 

- Powiedz mi jeszcze, skąd właściwie Warysowa wiedziała, że Hertz chce ją sypnąć. 

-  To  proste,  Hertz  zwierzył  się  z  tego  zamiaru  swej  kochance,  czyli  żonie  inżyniera 

Natorskiego z Wawelskiej. Nie wiedział oczywiście, że ona pozostaje w ścisłym kontakcie z 

Warysową. 

- Ale Hertz znał Warysową? 

- Oczywiście. Przed wizytą u Natorskiego był u niej na herbatce. Wtedy poczęstowała 

go porcją arszeniku. 

- Na wszelki wypadek wolała się jednak zaasekurować. 

-  Tak. Nie wiedziała przecież,  czy on wypije truciznę  i  czy  arszenik zdąży podziałać 

przed wizytą u Natorskiego. 

- Wyprzedziła go i wcześniej przyjechała na Krzywe Koło. 

-  Tak.  Pół  piętra  wyżej  czekała  na  inżyniera  Natorskiego,  który  ukradł  klucze  z 

przedpokoju. 

-  Warysowa,  słysząc  szum  wody  w  łazience,  weszła  do  mieszkania  i  ukryła  się  w 

kuchni. Zaraz potem zadzwonił Hertz. 

Downar skinął głową. 

- Wszystko się zgadza. Podczas krótkiej rozmowy Natorskiego z Hertzem Warysowa 

przeszła  z  kuchni  do  łazienki,  a  kiedy  Natorski  wyszedł  po  wodę,  wbiegła  do  pokoju,  w 

momencie kiedy Hertz otwierał okno. Błyskawicznie wbiła mu sztylet w plecy i posadziła go 

na  krześle,  następnie  ukryła  się  za  zasłoną  okienną.  Wyszła,  kiedy  Natorski  wybiegł 

zaalarmować milicję. Jak wiesz, jego telefon był nieczynny. 

- A właściwie co z tym telefonem? 

- Wyłączył go ten drugi Natorski, który jest inżynierem i zna się na tym. 

- Przed wyjściem z mieszkania Wrarysowa nalała do rozbitej szklanki arszeniku. 

- Tego samego arszeniku, którym u siebie poczęstowała Hertza. 

-  Tak,  tak  -  powiedział  Walczak.  -  Przyznam  ci  się,  że  w  całej  mojej  karierze  nie 

spotkałem się z tego typu kobietą. 

background image

- A w ogóle to nie warto zawracać sobie głowy kobietami - mruknął Downar. - Nigdy 

nic z tego dobrego nie wychodzi. Przez taką babę o mało nie powiesili Warysa. 

- Czyżbyś się, Stefuś, zrobił wrogiem kobiet? 

- Żebyś wiedział, że tak. Sam jadę na jeziora i ani nie spojrzę na żadną babkę. 

W  tej  chwili  przechodziła  koło  nich  wysoka,  czarnooka  dziewczyna.  Miała  pełne, 

zmysłowe usta i piękne, lśniące włosy. Spojrzała na nich z zainteresowaniem. 

- Cześć - powiedział Downar i uścisnął dłoń przyjaciela. - Zadzwoń do mnie jutro. 

Dogonił dziewczynę i zaczął z nią rozmawiać. Uśmiechnęła się życzliwie. 

Walczak rzucił wróblom ostatnią garść okruchów, wstał z ławki i pogwizdując marsza 

z Aidy, poszedł do domu.