background image
background image
background image

Stephanie Perkins

ZEBRAŁA

Kraków 2015

tłumaczenie Małgorzata Kafel

background image

Tytuł oryginału: My True Love Gave to Me

MY TRUE LOVE GAVE TO ME Copyright © 2014 by Stephanie Perkins 

MIDNIGHTS Copyright © 2014 by Rainbow Rowell.

THE LADY AND THE FOX Copyright © 2014 by Kelly Link.

ANGELS IN THE SNOW Copyright © 2014 by Matt de la Peña.

POLARIS IS WHERE YOU’LL FIND ME Copyright © 2014 by Jenny Han.

IT’S A YULETIDE MIRACLE, CHARLIE BROWN Copyright © 2014 by Stephanie Perkins.

YOUR TEMPORARY SANTA Copyright © 2014 by David Levithan.

KRAMPUSLAUF Copyright © 2014 by Holly Black.

WHAT THE HELL HAVE YOU DONE, SOPHIE ROTH? Copyright © 2014 by Gayle Forman Inc.

BEER BUCKETS AND BABY JESUS Copyright © 2014 by Myra McEntire.

WELCOME TO CHRISTMAS, CA Copyright © 2014 by Kiersten Brazier.

STAR OF BETHLEHEM Copyright © 2014 by Ally Carter.

THE GIRL WHO WOKE THE DREAMER Copyright © 2014 by Laini Taylor

Opieka redakcyjna: Agnieszka Urbanowska

Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak

Adiustacja: Anna Brynkus-Weber / d2d.pl 

Korekta: Anna Woś / d2d.pl, 

Kamila Zimnicka-Warchoł / d2d.pl

Łamanie: Alicja Listwan / d2d.pl

Projekt okładki: Urszula Pągowska, Eliza Luty

Fotografie na okładce: gwiaździste niebo – © iStockphoto.com / sololos, 

twarze – © CP Photo Art / Stone / Getty Images

ISBN 978-83-7515-381-1

www.moondrive.pl

Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków,  

tel. (12) 61 99 569

Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak,  

w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o.,

ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków. Wydanie I, 2015.

Druk: Abedik, Poznań

background image

Gayle Forman

COŚ TY 

NAROBiŁA, 

SOPHiE ROTH?

background image

237

W ciągu pierwszych piętnastu tygodni na Uniwersytecie 

w Bumfuckville zdążyła już co najmniej dziesięć razy zadać 

sobie pytanie: „Coś ty narobiła, Sophie Roth?”. Pierwszy raz 

w chwili, kiedy mama wysadziła ją przed akademikiem. Ota-

czały ją porośnięte bluszczem ceglane mury, wszystko jak w fol-

derach. Silnik wypożyczonego samochodu jeszcze nie ostygł, 

kiedy Sophie zrozumiała, że ta uczelnia za miastem, w szczerym 

polu – sielska uczelnia, jak opisywała ją swoim brooklińskim 

przyjaciołom – była przy całej swej sielskości miejscem zupeł-

nie obcym. Równie dobrze Sophie mogłaby studiować na uni-

wersytecie w Bejrucie. Towarzyszącego temu odkryciu ssania 

w żołądku nie łagodziła świadomość, że właściwie trudno tu 

było mówić o jakimkolwiek odkryciu. Sprawa była zupełnie 

oczywista – od samego początku, dla wszystkich przyjaciół 

Sophie zdumionych jej decyzją o wyjeździe do Bumfuckville 

i dla jej matki, która nie była zdumiona.

Kiedy taszczyły walizki do pokoju, Sophie starała się nie 

zdradzić ze swoimi uczuciami. Nie chciała budzić u mamy 

poczucia winy. Sielskość Uniwersytetu w Bumfuckville nie 

background image

238

była prawdziwym powodem, dla którego Sophie postanowiła 

tam studiować.

Kolejne „Coś ty narobiła, Sophie Roth?” nastąpiło jeszcze 

tego samego weekendu, kiedy poznała swoje współlokatorki. 

Miłe, ładne, serdeczne dziewczyny. Tylko że tamtego pierwsze-

go wspólnie spędzonego wieczoru – z piwem i pizzą z brzegami, 

których grubość dorównywała długości kciuka Sophie – chyba 

z pięć razy musiała powiedzieć „żartowałam” i ta tendencja 

utrzymała się przez resztę semestru, aż wreszcie Sophie zda-

ła sobie sprawę, że sarkazm nie jest dialektem rozumianym 

przez wszystkich. „Jakaś ty miastowa!”, mawiała wtedy któraś 

z  Kaitlynn (w akademiku mieszkały trzy). Sophie nie była pew-

na, czy jej przypadkiem nie obraża.

Wyobrażała sobie, że będzie na kampusie tajemniczą dziew-

czyną z dużego miasta, tymczasem to dziewczyny z małych 

miasteczek środkowego zachodu, które całe życie marzyły 

o  tym, żeby tu studiować  – których rodzice tu studiowali  – 

okazały się prawdziwą tajemnicą.

Faceci nie byli lepsi. Dorodne okazy o wielkich zębach 

i imionach Kyle albo Connor. Na początku semestru jeden 

z nich zaprosił Sophie na coś, co w jej mniemaniu miało być 

randką, a okazało się stadnym wyjściem na mecz ultimate 

frisbee. Sophie z początku zrzędziła, a potem ku własnemu za-

skoczeniu dała się wciągnąć w grę, przechwytując punktowane 

podania i dogryzając zawodnikom z przeciwnej drużyny. Kiedy 

wracali do akademików, Kyle-Connor powiedział:

 – Ależ ty jesteś ambitna!

Tym razem Sophie nie miała wątpliwości, że ją obraża.

To było „Coś ty narobiła, Sophie Roth?” numer cztery, 

a może pięć. Z samymi tutejszymi chłopakami było ich kilka. 

Zaczynała tracić rachubę. Nadzieję straciła już dawno.

background image

239

O dzisiejsze „Coś ty narobiła, Sophie Roth?” nie mogła 

mieć pretensji do nikogo oprócz siebie. Dwa dni temu odbył 

się ostatni egzamin i większość studentów wyjechała już na ferie 

świąteczne. Ceny biletów do Nowego Jorku na przyszły tydzień 

były o połowę niższe, więc przez kolejne dwa dni musiała tkwić 

w Bumfuckville, kręcąc młynka palcami. Dziś sprzedała w anty-

kwariacie niepotrzebne podręczniki, za które dostała jakieś 

marne grosze, bo, jak wyjaśnił jej sprzedawca, dwa wydania 

miały wkrótce zostać zaktualizowane, przez co Sophie wdała 

się w dyskusję z Bogu ducha winnym durniem, tłumacząc mu, 

dlaczego wszystkie podręczniki powinny być dostępne w wersji 

cyfrowej i aktualizowane automatycznie, tylko że to właściwie 

nie była żadna dyskusja, bo sprzedawca nie chciał mieć z tą de-

batą nic wspólnego. Wychodząc z księgarni, zauważyła ulotkę 

z informacją o koncercie kolęd na uczelnianym dziedzińcu. 

Z niewyjaśnionych powodów wydało jej się to dobrym pomy-

słem na spędzenie wieczoru.

Zachodziła w głowę, kiedy się wreszcie nauczy, że wiele 

z tych rzeczy, które wydają się dobrym pomysłem, przy odrobi-

nie analizy można zdemaskować jako czyste kretyństwo. Cho-

ciażby taki komunizm. Wydaje się dobrym pomysłem: wszyscy 

się dzielą, nikt nie chodzi głodny. Ale wystarczy to przemyśleć, 

żeby zdać sobie sprawę, że coś podobnego nie może się udać, bo 

wymagałoby nadludzkiej umiejętności współpracy albo jakiejś 

ludzkiej wersji totalitaryzmu. Tak czy owak, Sophie wysłuchała 

dość opowieści Luby o nędzy, podsłuchach i gułagu, żeby móc 

sobie wyobrazić, jak to wszystko się skończyło.

Koncert kolęd? Naprawdę powinna być mądrzejsza. Ta-

kie imprezy polegają na tym, że wszyscy śpiewają. Przede 

wszystkim Sophie była żydówką. Już i  tak źle się stało, że 

opuściła w tym roku Chanukę. A żeby jeszcze ostatniego wie-

czoru żydowskiego święta sławić śpiewem narodziny Chrystu-

sa…? Nie no. Choćby nawet mieli zaśpiewać: „Jestem małym 

background image

240

drejdlem” (nie mieli – chanukowe piosenki były tu tak samo 

obce jak skały księżycowe), Sophie by nie śpiewała. Nie pu-

blicznie. Nie tutaj.

Na swoją obronę mogła co najwyżej powiedzieć, że lubi 

kolędy. Nie te koszmarne zawodzenia, które wydobywają się 

z głośników w centrach handlowych, ale chóralny śpiew. Przy-

pomniała sobie, jak pierwszy raz usłyszała kolędników na ulicy 

Brooklynu. Ich głosy tak pięknie współbrzmiały, że zapytała 

babcię, czy to śpiewają aniołowie.

 – Nie, kochanie – odparła Luba. – To tylko goje.

W dzisiejszym śpiewie nie było nic złego. Śpiew był w po-

rządku. Ale nie miał w sobie nic anielskiego czy magicznego. 

I chyba wszyscy włożyli tego wieczoru świąteczne swetry. Takie 

z Rudolfem Czerwononosym albo z Mikołajem. Jedna dziew-

czyna miała nawet sweter z choinką, która naprawdę świeciła. 

W Nowym Jorku takie swetry noszono by z ironią. Ale nie tu. 

Tu wszystko musiało być takie cholernie poważne.

Łącznie z kolędami. Nie, żeby spodziewała się kpiny z kolęd: 

„Pada śnieg, Rudolf zbiegł, co za zimny drań…”. Jakoś tak się 

śpiewało w podstawówce. A ile było łez w oczach, ile serca wło-

żonego w to całe „pa-ram-pam-pam”, kiedy przyszła kolej na 

Małego dobosza. No i te swetry. Czuła, że dłużej tego nie zniesie.

 – Ned Flanders rządzi – mruknęła pod nosem.

Ostatnio często jej się to zdarzało. Kiedy przyznała się do 

tego Zorze, przyjaciółka ostrzegła ją, że to groźny objaw po-

stępującej przemiany w zdziwaczałą kociarę. Sophie się z tego 

śmiała, ale kiedy pomyślała o mamie, która została sama w no-

wojorskim mieszkaniu, w towarzystwie swoich rzeźb i kotów 

Luby, nie było jej do śmiechu.

 – Hej, mówiłaś może coś o Nedzie Flandersie?

Przyłapana na kociarzeniu. Oj! Sophie poczuła się, jakby 

ktoś ją zobaczył na golasa. Udała, że nie słyszy.

 – Owszem, mówiłaś. Powiedziałaś: „Ned Flanders coś tam”.

background image

241

Odwróciła się. Obok niej stał jeden z czarnych studentów. 

Sophie czuła się okropnie, myśląc o nim w ten sposób – dora-

stała przecież w sercu „czarnego” Brooklynu – ale tutaj cięż-

ko było pomyśleć inaczej. W całym college’u było najwyżej 

dwudziestu czarnych, w większości stypendystów tak jak ona. 

Wiedziała o tym, bo kilku z nich poznała w pierwszym tygo-

dniu po przyjeździe na przyjęciu dla wybitnych studentów. 

Pochlebiało jej to, że otrzymała zaproszenie dziekana, jednak 

kiedy się tam zjawiła i wręczono jej materiały z informacjami 

o możliwościach podjęcia pracy podczas studiów, zrozumiała, 

że to spotkanie dla osób pobierających stypendium. Przycup-

nęła w kącie i podsłuchiwała rozmowę chłopaków z uczelnianej 

drużyny koszykówki (o dziwo, okazało się, że koszykówka tu 

rządzi). Właśnie wymieniali się najgłupszymi tekstami, jakie 

usłyszeli po przyjeździe. Sophie aż przebierała nogami, żeby 

dorzucić kilka własnych przykładów, ale się powstrzymała. 

Może i należała tu do mniejszości, ale jednak była biała.

Próbowała sobie przypomnieć, czy ten chłopak też był na 

tamtym przyjęciu. Patrzył na nią tak, jakby ją znał.

 – Nie mówiłam. Najwyżej mruknęłam – powiedziała, a ra-

czej mruknęła.

Roześmiał się. Głośno, serdecznie – tak że Sophie znowu 

poczuła zapomnianą już satysfakcję z udanego żartu. Satys-

fakcję niepozbawioną jednak pewnej podejrzliwości. Tutaj nie 

rozumiano jej poczucia humoru. Tutaj jeżeli ktoś się śmiał, 

to raczej po jej wyjściu. To zresztą doprowadzało ją do szału. 

W Nowym Jorku ludzie mieli przynajmniej na tyle przyzwo-

itości, żeby roześmiać się człowiekowi w twarz.

Ten pomysł z kolędowaniem okazał się wyjątkowo kiepski. 

Odwróciła się do wyjścia.

Wtedy poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Masywną dłoń.

 – Przepraszam. Nie nabijałem się z ciebie. Naprawdę. Po 

prostu akurat myślałem o tym samym.

background image

242

Odwróciła się.

 – Myślałeś o Nedzie Flandersie?

Przygotowała się na skonsternowane: „Że co?” lub inną tego 

rodzaju odpowiedź. To w każdym razie powiedziałby Kyle albo 

Connor. A potem zapytałby ją, co studiuje. On jednak tylko się 

uśmiechnął. Leniwie, czarująco, aż zrobiło jej się podejrzanie 

gorąco jak na tak zimny wieczór.

 – Owszem. O Nedzie Flandersie – odparł. – Między inny-

mi. – To „między innymi” zabrzmiało w jego ustach jakoś pi-

kantnie i Sophie poczuła, że się czerwieni. Wyciągnął do niej 

rękę w rękawiczce bez palców. – Russell – powiedział.

Spojrzała na niego. Musiała zadzierać głowę. Był bardzo 

wysoki, dobre trzydzieści centymetrów wyższy od niej, a So-

phie mierzyła metr sześćdziesiąt cztery. Dość wysoki, żeby grać 

w kosza. Mógł być stypendystą tak jak ona. Ta myśl wydała jej 

się krzepiąca, podobnie jak uścisk jego dłoni – mocny, ale nie 

miażdżący. Niektórym chłopakom wydaje się, że muszą po-

łamać ci palce, żeby pokazać, że traktują cię jak równą sobie.

 –  Sophie –  powiedziała.

 – No więc, Sophie – rozłożył ręce – co cię tu sprowadza?

To zabrzmiało jak jedna z wersji pytania: „Co studiujesz?” 

(czytaj: „A skąd t y się tutaj wzięłaś?”). Sophie nienawidziła, 

gdy ludzie pytali ją, co studiuje. Jeszcze nie wybrała kierunku, 

ledwie zaczęła studia, na litość boską. Nie każdy ma zaplano-

wane całe życie przed opuszczeniem łona matki.

A co do tego, co tu robi… Rok temu nawet nie słyszała o tej 

uczelni. Powiedział jej o niej doradca zawodowy w jej szkole, 

najwyraźniej obeznany w mało znanych uczelniach oferują-

cych absurdalnie wysokie stypendia. Kiedy zaproponowano 

jej pomoc finansową tak hojną, tak dalece przekraczającą jej 

najśmielsze oczekiwania, Sophie po prostu nie mogła jej od-

rzucić. Zanim zdążyła spokojnie przemyśleć wszystkie konse-

kwencje swojej decyzji – tę całą sielankowość i tak dalej – już 

background image

243

była studentką. Teraz skreślała dni w kalendarzu, jakby czekała 

na zwolnienie warunkowe. (Owszem, zdawała sobie sprawę, 

że dramatyzuje. Trafiło jej się darmowe wykształcenie warte 

pięćdziesiąt kawałków rocznie i powinna być za to wdzięczna. 

Jednak choćby nie wiadomo jak często to sobie powtarzała, nie 

czuła się dzięki temu mniej nieszczęśliwa).

 – Wierzę w potęgę nauk humanistycznych – powiedziała. 

To była jej standardowa odpowiedź na irytujące pytanie, do 

którego zdążyła się już przyzwyczaić, podobnie jak do sałaty 

lodowej w uczelnianym barze i żółtego sera, bo posypywano 

nim dosłownie wszystko.

Ale Russell znowu się roześmiał.

 – Chodziło mi o to, co robisz tu: na koncercie kolęd dla 

fanów Neda Flandersa.

W jego tonie było coś, co sprawiło, że Sophie poczuła się, 

jakby nadawali na tych samych falach. Coś się w niej polu-

zowało.

 – Prowadzę badania antropologiczne – odparła.

 –  Jak  etnografowie?

 – Tak. Szczególnie interesują mnie swetry. Symbolika tych 

świecących.

Sophie umilkła na chwilę, spodziewając się pustego spojrze-

nia i pytania: „Serio?”, jakie padłoby z ust Kyle’a lub Connora. 

Wtedy musiałaby odpowiedzieć: „Nie, żartowałam” i byłoby 

po rozmowie.

Tymczasem Russell pokiwał głową, pocierając podbródek 

z uczoną miną.

 – Sądzę, że są odzwierciedleniem rytuału godowego.

 –  Rytuału  godowego?

 – Tak. Otóż samiec świeci, żeby przyciągnąć uwagę samicy 

i doprowadzić do prokreacji.

 – Jak świetliki? – zapytała Sophie.

 – I ryba żabnica – dodał Russell.

background image

244

 – Pytanie brzmi: czy to swetry łączą się w pary, czy ludzie, 

którzy je noszą?

Uczoną minę Russella zastąpił szeroki uśmiech.

 – Nie mam pojęcia, Sophie – powiedział. – Ale jedno i dru-

gie wydaje mi się cholernie przerażające.

Sophie się roześmiała. Nie był to udawany śmiech z uprzej-

mości, ale szczery, serdeczny, zakończony chrząknięciem. Ile 

to już czasu?

 – Nie byłoby ci do śmiechu, gdybyś wiedziała, jaki jest dal-

szy ciąg rytuału – ostrzegł Russell, konspiracyjnie zasłaniając 

ręką usta.

 – Boję się pytać. – Sophie przechyliła głowę. Trochę z nim 

flirtowała. To też było coś, czego dawno nie robiła.

 – Sygnałem do startu jest Rudolf Czerwononosy. Na dźwięk 

tej piosenki wszystkie swetry… – Pokręcił głową. – Wierz mi, 

nie chciałabyś tego zobaczyć.

 – Co? Jakaś orgia swetrów?

 – Pomyśl tylko: świecący nos Rudolfa, cały czerwony, pul-

sujący, symbolizuje…

 – Rozumiem – przerwała mu Sophie, machając ręką, jakby 

chciała odegnać od siebie tę wizję. Ale wciąż się śmiała. – Wi-

dać, że wnikliwie przeanalizowałeś to zagadnienie.

 –  Przerażające,  co?

Przyszło jej do głowy, że Russell ma na myśli swoje wnikliwe 

rozważania nad wizją tych ładnych, czystych, rozśpiewanych 

ludzi odbywających orgię. Ale kiedy wkrótce potem kolędu-

jący zaintonowali: „Rudolf, czerwononosy renifer, ma bardzo 

świecący nos…”, Sophie i Russell spojrzeli na siebie i jak na 

komendę skierowali się do wyjścia.

Sęk w tym, że nie mieli dokąd pójść. Okolica była bardzo 

sielska, same farmy i lasy. Niedaleko uczelni znajdował się 

background image

245

niewielki pasaż handlowy, ale sklepy zamykano wcześnie, na-

wet w trakcie semestru.

Stali przed klubem studenckim, wprawdzie otwartym, ale 

wejście do środka byłoby równoznaczne z przyznaniem się 

do porażki. Po doświadczeniach ostatnich miesięcy – a może 

i ostatnich minut – Sophie już by tego nie zniosła.

Ale wtedy Russell powiedział:

 – Tam mam auto. – Pstryknął pilotem.

Samochód z tablicami z Teksasu ćwierknął i błysnął świat-

łami.

 – A nie skończę na dnie jakiegoś kamieniołomu? – zapytała 

dla formalności Sophie, żeby nie było, że ona, twarda nowojorska 

dziewczyna, naiwnie wsiada do samochodu z nieznajomymi.

Ale zaraz się przestraszyła, że źle ją zrozumie. W końcu 

był czarny. A potem zgromiła samą siebie za to, że tak się tym 

przejmuje. Zora też była czarna, a Sophie nigdy nie czuła się 

skrępowana w jej obecności. No ale Zora nie była facetem.

Jednak Russell tylko się uśmiechnął i rozpiął górne guziki 

płaszcza, odsłaniając sweter, który miał pod spodem. Wrzo-

sowoszary, gładki.

 – Zero Rudolfa, zero światełek. Jesteś bezpieczna.

Wsiedli. Russell przekręcił kluczyk i ruszył. Sprawiał wraże-

nie, jakby zmierzał do określonego celu, co było miłą odmianą. 

Jej nieliczne wieczory spędzone w towarzystwie Kyle’a czy Con-

nora i spółki upływały wśród pokrzykiwań: „Co chcecie robić?!”, 

„Nie wiem! A co t y chcesz robić?!”. W rezultacie  Sophie nie 

chciało się absolutnie nic.

Wnętrze samochodu, całe w pluszach i skórze, pachniało 

nowością.

 – Ładne auto – powiedziała.

 – Dzięki – odparł. – Dostałem po starszym bracie.

 – Serio? Ja dostaję raczej zimowe płaszcze albo łyżwy. I jach-

ty. Każdy chce mi wcisnąć niepotrzebny jacht. Masakra.

background image

246

Russell się roześmiał.

 – Rzeczywiście. Szału można dostać.

Na desce rozdzielczej były przyciski podgrzewanych foteli. 

Sophie uwielbiała podgrzewane siedzenia. Uwielbiała wszystko, 

dzięki czemu robiło się ciepło. W Bumfuckville zimno jakoś 

wyjątkowo dawało jej się we znaki. Wystawała pod pryszni-

cem przez dwadzieścia minut, a i tak nie mogła się rozgrzać. 

Tęskniła za wanną.

 – Możemy włączyć podgrzewane fotele? – zapytała.

 – Możemy zrobić, co tylko zechcesz – odparł Russell, spra-

wiając tym samym, że podgrzewane fotele natychmiast stały 

się zbędne. Włączył je jednak i Sophie po raz pierwszy tej zimy 

poczuła się komfortowo. A zima zaczęła się punktualnie: na 

dzień przed Halloween.

 –  Muzyka? –  zaproponował.

 –  Jasne –  odparła.

Włączył radio.

 –  Puść  coś.

Sophie rozejrzała się za iPhone’em, stacją dokującą czy 

czymś w tym rodzaju. Russell zerknął na nią.

 – Radio ma sterowanie głosem – powiedział. – Wystarczy 

wymienić piosenkę.

 – Hokus-pokus! – powiedziała Sophie.

Zaraz jednak pożałowała, że ominie ją przyjemność przeglą-

dania kolekcji Russella. Miała gust muzyczny kobiety po pięć-

dziesiątce, czyli krótko mówiąc, gust muzyczny swojej mamy. 

Co za wstyd. Co się podoba normalnym ludziom? Zora lubiła 

ten swój niezależny folk, który na Sophie działał usypiająco. 

Może Kanye? Tylko czy on nie jest zbyt arogancki? A może 

Lorde? Chyba wszyscy lubią Lorde?

 – To nie test – powiedział Russell. – Po prostu wymień ulu-

bioną piosenkę.

background image

247

 –  You Can’t Always Get What You Want – wyrzuciła z siebie 

wreszcie.

Zaczęła tłumaczyć, że to Rolling Stones, ale Russell już prosił 

swój magiczny samochód o utwór dziewiąty z albumu Let It 

Bleed. Po chwili wnętrze pojazdu wypełnił śpiew chłopięcego 

chóru (według Sophie o niebo lepszego od dzisiejszych kolęd-

ników), a potem pięknie zrujnowany głos Micka Jaggera.

Śpiew Micka unosił się ponad ciemnymi wiejskimi drogami. 

Sophie uwielbiała tę piosenkę, więc zaczęła poruszać ustami, 

powstrzymując się jednak od nucenia. Jedno z jej „Coś ty naro-

biła, Sophie Roth?” było wynikiem nierozważnej interpretacji 

To Sir, with Love przy użyciu sprzętu do karaoke we wspólnym 

pokoju.

 – Nie najlepszy wybór dla kogoś, kto ma dębowe ucho – 

skomentowała to jedna z dziewczyn. Może i chciała dobrze, 

ciekawe jednak, że żadnej z nowojorskich koleżanek Sophie nie 

zdarzyło się czegoś podobnego powiedzieć, chociaż niektóre 

chodziły do szkoły muzycznej.

Sophie nie miała pojęcia, dokąd jadą. Byli na pustkowiu, ale 

jakoś jej to nie przeszkadzało. I tak uważała, że jazda samocho-

dem i słuchanie Stonesów to najlepsza randka, na jakiej była 

od przyjazdu na studia. (Nie, żeby to była randka. Chociaż…?)

Po mniej więcej dwudziestu minutach Russell zjechał z au-

tostrady. Przy puściuteńkiej drodze stała knajpa oświetlona 

jak choinka. I to nie j a kaś tam knajpa. Coś jakby gigantycz-

na przyczepa kempingowa Airstream. Prawdziwy oldskulowy 

srebrny pocisk.

 – Co to za miejsce? – zapytała Sophie, kiedy żwir parkingu 

zachrzęścił pod kołami. To było tak nieoczekiwane, jak otrzy-

manie pięknie opakowanego prezentu bez żadnej okazji.

 – To miejsce, gdzie dają najlepsze kruche ciasto w całym 

stanie – odparł Russell.

background image

248

 – Ale skąd to się tu wzięło? – W ustach Sophie zabrzmiało 

to jak knajpiany odpowiednik „A skąd t y się tutaj wzięłaś?”.

Jedynymi tego typu knajpami w pobliżu kampusu były sie-

ciówki w rodzaju Applebee’s albo Fridays.

 – Z krainy Oz – wyjaśnił Russell.

To by się zgadzało. Knajpa przywiana przez trąbę powietrz-

ną albo knajpa w technikolorze po kilku miesiącach oglądania 

czarno-białych filmów. Może kiedy ludzie pytali Sophie, skąd 

jest – tym swoim przesadnie życzliwym, a zarazem lekko po-

dejrzliwym tonem, sugerującym, że gdziekolwiek to jest, cieszą 

się, że oni stamtąd nie są – zamiast: „z Brooklynu” (miastowa!) 

powinna mówić, że z krainy Oz.

Knajpa z krainy Oz pękała w szwach. Cudem udało im się 

znaleźć wolny boks. Kelnerka w dżinsach i koszulce z bernar-

dynem w czapeczce elfa rzuciła im na stół po jednym menu.

 – Wesołych wsiąt – powitała ich ochrypłym od papierosów 

głosem.

 – Daj nam chwilę, Lorraine – powiedział Russell. – Co ma-

cie dzisiaj dobrego?

 – Dlaczego za każdym razem zadajesz to pytanie?

 – Lubię, jak mi słodzisz.

 –  Och,  przestań.

 – Poza tym mam gościa.

Lorraine zerknęła na Sophie.

 – Widzę. – Odchrząknęła. – Specjalność dnia: krem bana-

nowy. Ciasto z masłem orzechowym, bataty. Wiśniowe też jest 

dobre. Z mrożonych wiśni, za to zrywanych trzy kilometry stąd.

Russell popatrzył na Sophie.

 –  To  jak?

 –  A jest  szarlotka?

Lorraine popatrzyła na Russella.

 – Nie w ierzę – powiedziała.

 – Hej, nie wiedziałem.

background image

249

 – Czego nie wiedziałeś? – zapytała Sophie, ale nikt jej nie 

odpowiedział.

 – W takim razie dwie szarlotki – powiedziała Lorraine. – 

Z serem czy à la mode?

Sophie się skrzywiła. Szarlotka z serem. Czemu nie polać 

jej od razu sosem pieczeniowym?

Russell zauważył jej minę.

 – Jadłaś kiedyś szarlotkę z serem?

Pokręciła głową.

 – Ale wiesz, że nie lubisz?

 – Wiem – odparła Sophie.

 –  Bez  próbowania?

 – Szarlotki ze szpinakiem też nie próbowałam, ale jestem 

przekonana, że nie muszę.

Russell się uśmiechnął. Lorraine postukała ołówkiem o pod-

kładkę.

 – Weźmiemy jedną z serem, a jedną bez – powiedział do 

Lorraine, a potem zwrócił się do Sophie: – Może się skusisz.

 – Zapomnij – odparła Sophie.

 –  Lubię  wyzwania.

Sophie nie miała wątpliwości, że się z nią droczy, tylko nie 

była pewna, czy chodzi mu o szarlotkę.

 – To wszystko? – zapytała Lorraine.

 – Prawie – odparł Russell. Popatrzył na Sophie, jak gdyby 

byli w zmowie. – Kawa. Tak?

 –  Wiadomo.

 –  Dwie  kawy.

Po odejściu Lorraine Sophie rozejrzała się po sali. Otaczała 

ich ciekawa zbieranina ludzi. Byli wśród nich farmerzy w ubra-

niach roboczych, ale nie brakowało i takich, którzy lepiej paso-

waliby do miasta, nawet jeśli w promieniu dwustu kilometrów 

żadnego nie było. Skąd wiedzieli o tym miejscu?

 – Czy ta knajpa jest na Yelp? – zapytała Sophie.

background image

250

 – Nie sądzę, żeby miała nazwę, a co dopiero recenzję na Yelp.

 – Jak ją namierzyłeś?

 – Pukasz trzy razy do drzwi czwartej stodoły na lewo i na-

słuchujesz udzielanych szeptem wskazówek.

 – Bardzo elitarnie – przyznała Sophie.

 – A jak. Tylko dla koneserów. – Wskazał starszą parę obok. – 

Wyższy stopień wtajemniczenia.

Roześmiała się. Nie, żeby kiedykolwiek uważała się za ko-

neserkę, ale nigdy nie było z tym tak źle jak przez ostatnie trzy 

miesiące.

 – Tęsknię za takimi knajpami.

 – Nie ma to jak Nowy Jork – powiedział Russell.

 – Owszem. Czasem chodzimy z mamą na obiad na opak, 

czyli…

 – Śniadanie na obiad – dokończył Russell. – Uwielbiam 

obiady na opak.

 – Ja też. Zaraz, skąd wiedziałeś, że jestem z Nowego Jorku?

Russell nie odpowiedział. A może uważał, że jego czarujący 

uśmiech wystarczy za odpowiedź.

 – No tak. Głupie pytanie. Taka jestem miastowa!

 –  Miastowa?

 – Tak mi tu cały czas mówią. Tylko że nie mają na myśli kon-

kretnego miejsca. To raczej uniwersalny komentarz na temat 

tego, jaka według nich jestem dziwna. Oglądasz zagraniczne 

filmy i robisz sarkastyczne uwagi, czyli jesteś miastowy.

Russell zastanawiał się chwilę.

 – Lubisz pikantne jedzenie, czyli jesteś miastowa?

 – Czytasz „New York Timesa”? Tak poza pracą domową? 

Jakiś miastowy odpał.

 – Słuchasz jazzu? O ja cię! Miastowa!

 – Ubierasz się na czarno? Jak nic miastowa.

 – Jesteś czarny? Na mur miastowy. Chociaż nie. To już 

raczej „człowiek ulicy”.

background image

251

Sophie się roześmiała.

 – Czasem myślę, że „miastowy” to takie określenie żyda, 

tylko nieświadome, bo miejscowi w życiu nie spotkali żyda.

 –  Poważnie?

Poważnie. Kiedy Sophie tu przyjechała, pytano ją, do jakiego 

kościoła chodzi. Odpowiadała, że żydzi chodzą do synagogi 

(nie, żeby sama tam chodziła, jej rodzina nie należała do tego 

rodzaju żydów). Nie wierzyła, że ktoś może tego nie wiedzieć, 

a jednak wiele osób nie wiedziało. Matka zapakowała jej do 

walizki niewielką menorę, ale Sophie nawet nie wyjęła jej z sza-

fy. Nie miałaby siły tłumaczyć wszystkim, o co chodzi z tym 

zapalaniem świeczek.

Zastanawiała się, ile z tego powiedzieć Russellowi, ale on 

właśnie wpatrywał się w swój telefon. Po chwili pomachał do 

Lorraine, a Sophie przestraszyła się, że posunęła się za daleko 

(zawsze posuwała się za daleko) i Russell chce poprosić o ra-

chunek. Jednak on tylko zapytał, czy są placki ziemniaczane.

 – Te takie płaskie, nie te grube – wyjaśnił.

 – Te grube to kotlety ziemniaczane. Pl ack i ziemniaczane 

są płaskie. Mamy jedne i drugie – powiedziała Lorraine znie-

cierpliwiona, choć Sophie podejrzewała, że lubi, jak Russell się 

z nią droczy.

 – Dobrze. W takim razie pl ack i ziemniaczane. Z musem 

jabłkowym i śmietaną. – Russell spojrzał na Sophie. – Zga-

dza się?

 – Tak – wykrztusiła. Z trudem. Nagle urosła jej gula w gard-

le. Placki ziemniaczane, czyli latkes, z musem jabłkowym 

i śmietaną? To była tradycyjna potrawa chanukowa.

 – Skąd wiedziałeś? – zapytała, kiedy już doszła do siebie.

 – Genialny wynalazek zwany kalendarzem – powiedział. – 

Wszystko tam znajdziesz.

 – Daty może i tak, ale latkes to jednak wyższy stopień wta-

jemniczenia. Skąd tak naprawdę jesteś?

background image

252

Uśmiechnął się chytrze.

 – Sugerujesz, że czarny ziomal z Teksasu nie może wiedzieć 

o latkes?

 – Nie no, to musi być karalne w co najmniej kilku stanach – 

powiedziała Sophie.

Russell się roześmiał.

 – Pewnie masz rację. Chodziłem kiedyś z żydówką.

No dobrze.

 – Więc w Teksasie są żydzi?

 – To nie było w Teksasie.

 – Och. – Teraz, kiedy się nad tym zastanowiła, doszła do 

wniosku, że Russell rzeczywiście nie mówi jak chłopak z Tek-

sasu. Ale ona też nie mówiła jak dziewczyna z Nowego Jor-

ku. Ludzie na uczelni byli tym zdziwieni. Czyli jej akcent nie 

brzmiał jak miastowy. – To skąd tak naprawdę jesteś?

 – Tak naprawdę? Nie wiem, czy tak naprawdę skądś jestem.

 – Teraz to już po prostu zgrywasz tajemniczego bruneta.

 – Jak mi idzie?

 – James Bond może się schować. Ale nawet on skądś jest.

Trochę spoważniał.

 – Nigdzie nie mieszkałem dość długo, żeby stamtąd być – 

wyjaśnił. A  potem zaczął wymieniać miejsca, w  których 

mieszkał: Dubaj, Seul, Amman, Meksyk, a w Stanach Dakota 

Północna, Kolorado i ostatnio Houston w Teksasie. – Mój tata 

pracuje w przemyśle naftowym – dodał.

 – Och, myślałam… – zaczęła Sophie, kiedy jej mózg z mo-

zołem przyswoił kolejną informację, która w gruncie rzeczy 

wydawała się oczywista. Russell był bogaty. Dlaczego sądziła, że 

jest stypendystą, skoro wszystko wskazywało na to, że sprawy 

wyglądają zupełnie inaczej?

 – Co myślałaś? Że jestem miastowy? – Popatrzył na nią 

i chyba wyczytał coś w wyrazie jej twarzy. – Och. Myślałaś, 

że dostaję stypendium sportowe. – Wciąż mówił tym samym 

background image

253

swobodnym tonem co wcześniej, ale teraz już z pewną rezerwą. 

Jego wersja „żartowałem”.

 – Przykro mi – powiedziała. I naprawdę było jej przykro. 

Przykro to mało powiedziane. Była załamana. Z jakiegoś po-

wodu wbiła sobie do głowy, że ona i ten chłopak są do siebie 

podobni. Jej rosnący przez cały wieczór optymizm prysł jak 

bańka mydlana.

 – Nic się nie stało – powiedział Russell, choć jego mina mó-

wiła coś zupełnie innego. – Niech zgadnę. Koszykówka.

Sophie zgubiła wątek.

 – Co takiego? – zapytała. – A, tak, chyba tak.

Russell wydał z siebie dźwięk przypominający kaszel. Sophie 

wzięła się w garść i popatrzyła na niego. Spodziewała się, że zare-

aguje irytacją albo drwiną, ale to było znacznie gorsze. Jego oczy 

przywodziły na myśl zgaszone lampki choinkowe. Zachowała 

się jak Kyle albo Connor. Rozczarowała go. Tak bardzo chciała 

mu wytłumaczyć, dlaczego tak myślała, albo przekonać go, że 

w gruncie rzeczy wcale tak nie myślała. Chciała mu opowie-

dzieć o swojej czarnej przyjaciółce, o dorastaniu na Brooklynie, 

potwierdzić jakoś swoją miastową (uliczną) tożsamość. Ale nie 

zrobiła tego. Bo w pewnym sensie siebie też trochę rozczarowała.

I właśnie po tej spektakularnej klapie Lorraine przyniosła 

ich zamówienie. Szarlotka z serem. Szarlotka à la mode. Placki 

ziemniaczane z musem jabłkowym. Tylko że zamiast śmietany 

podano twarożek. „Typowe”, pomyślała Sophie.

Wszystko to stało na stole pomiędzy nimi i stygło. Sophie 

czuła się bezgranicznie smutna, nieszczęśliwa i straszliwie tę-

skniła za domem. To było chyba najgorsze „Coś ty narobiła, 

Sophie Roth?” w jej życiu.

Przyjechała tu, żeby zdobywać wiedzę, a z każdą minutą czu-

ła się głupsza. Tak jak teraz. Nie chodziło o to, że nie przywykła 

background image

254

do towarzystwa ludzi bogatych, wszelkiego rodzaju bogatych. 

Kiedy jej mama zamieszkała na Brooklynie, przed urodze-

niem Sophie, ich okolica uchodziła za tanią i mało atrakcyjną, 

jednak z biegiem czasu nabierała prestiżu. Gdy Sophie miała 

dziesięć lat, jedną z pobliskich kamienic kupiła pewna rodzina. 

Zanim się wprowadzili, zrobili generalny remont. Mieli córkę 

o imieniu Ava, która była w wieku Sophie i szybko stała się jed-

ną z jej bliskich przyjaciółek. Ava ciągle proponowała Sophie, 

że zafunduje jej kino, obiad, wyjazd na weekend. Z początku 

 Sophie uważała te gesty – dotacje najlepszej przyjaciółki, jak je 

nazywała Ava – za sympatyczne, ale wkrótce zaczęła się czuć, 

jakby wytykano jej ubóstwo. Zaczęła odmawiać, lecz Ava nie 

przestawała proponować. Sophie miała jej to za złe. W drugiej 

klasie strasznie się pokłóciły.

 – Nie potrzebuję jałmużny! – wykrzyczała jej wtedy Sophie.

Propozycje się skończyły. A przyjaźń wkrótce potem. Sophie 

było przykro, ale nigdy nie umiała naprawiać popsutych relacji.

Teraz też nie wiedziała, jak uzdrowić sytuację, ale ponieważ 

jedzenie stało nietknięte jak wyrzut sumienia, uznała, że musi 

coś zrobić. Russell już i tak uratował pół wieczoru. Nie tylko 

rozśmieszył Sophie i ocalił przed grożącą jej swetrową orgią, 

ale w dodatku sprawił, że znowu mogła być sobą. Nawet nie 

zdawała sobie sprawy, jak bardzo jej tego brakowało. Ostatnio 

brakowało jej tylu rzeczy, że nigdy by jej nie przyszło do głowy 

umieścić siebie na szczycie listy.

Wzięła głęboki oddech.

 – Co to ja miałam powiedzieć? Wydawało mi się, że jesteś 

podobny do mnie – zaczęła.

Russell znowu na nią popatrzył, ale po jego minie było wi-

dać, że nie rozumie, o co jej chodzi.

Więc Sophie wyjawiła mu coś, czego jeszcze nikomu tutaj 

nie mówiła, choć wiedziała, że to nie powód do wstydu. Raczej 

do dumy.

background image

255

 – Ja jestem stypendystką. Chyba myślałam… miałam na-

dzieję… że jeżeli ty też jesteś tu z powodu stypendium, to mamy 

ze sobą coś wspólnego.

Milczenie się przeciągało. Sophie nie wiedziała, czy jej wy-

znanie uratuje ten wieczór, w każdym razie naprawiło coś w niej. 

Ale wtedy Russell powiedział:

 – Kto mówi, że nie jestem?

Pchnął szarlotkę z serem w jej stronę. Nie była pewna, czy 

to wyzwanie, czy gałązka oliwna. Tak czy owak, wzięła do ręki 

widelczyk i choć ciasto wyglądało wyjątkowo nieapetycznie – 

ser się roztopił i zrobił się na nim pęcherz – ostrożnie odkroiła 

mały kawałeczek.

O. Mój. Boże.

Ostry smak sera wydobywał słoną nutkę w spodzie z kru-

chego ciasta i kontrastował ze słodyczą jabłek. No i ta miesza-

nina konsystencji: jedno maziowate, drugie chrupiące, trzecie 

soczyste, a wszystko ciepłe.

Odkroiła kolejny kęs, tym razem większy. Russell nie spusz-

czał jej z oka. Wydawał się rozbawiony. Zjadła trzeci kawałek. 

Teraz już uśmiechał się wyraźnie zadowolony z siebie.

 – Co? – zapytała Sophie.

 – Zdaje się, że wygrałem zakład – odparł.

Pochłonęli ciasto i większość placków ziemniaczanych. 

Z twarożkiem nie były jednak takie złe. Wkrótce została tylko 

reszta roztopionych lodów. Kiedy Lorraine przyniosła rachunek, 

Sophie sięgnęła do torebki. Russell pokręcił głową.

 – Planowałem cię zaprosić już wtedy, kiedy myślałem, że 

jesteś bogata, więc gdybym teraz tego nie zrobił, wyszłoby, że je-

stem protekcjonalny.

Sophie się roześmiała.

 – Czekaj, myślałeś, że j a jestem bogata?

background image

256

Russell uniósł brew i zrobił wstydliwą minę.

 – Czyli chyba jesteśmy kwita? – zapytała.

 – Nie prowadziłem punktacji – odparł. – W każdym razie 

sytuacja przedstawia się interesująco. – Położył na blacie dwie 

dwudziestki.

 – Dziękuję – powiedziała Sophie. – Za wszystko. Ale szcze-

gólnie za latkes. To pewnie jedyne, jakie w tym roku zjadłam.

 –  Dlaczego?

 – Dziś jest ostatni wieczór Chanuki. Sezon na latkes minął.

 – Nie jedziesz do domu na święta?

 – Będę w domu na Boże Narodzenie i Nowy Rok, ale Cha-

nuka przeszła mi koło nosa.

 –  Dlaczego?

Sophie umilkła, zastanawiając się, jak odpowiedzieć na to 

pytanie.

 – Dwieście sześćdziesiąt siedem dolarów – rzuciła wreszcie.

Wyjaśniła mu, że o tyle stanieją bilety, jeśli wyjedzie w przy-

szłym tygodniu. Pokłóciła się o to z mamą, co im się nie zda-

rzało. Przywykła do oszczędzania. Oszczędzały, bo nie miały 

innego wyjścia. Były same i musiały im wystarczyć skromne 

dochody matki. Poza tym każdą nadwyżkę odkładały na stu-

dia Sophie. Zeszłej zimy, kiedy Sophie wypełniała formularze 

zgłoszeniowe, Luba miała wylew. Ani Sophie, ani jej matka nie 

mogły znieść myśli o tym, że ostatnie dni życia spędzi w jednym 

z tych publicznych domów opieki (były takie s ow ie ck ie). 

Kiedy umarła pięć miesięcy później, ich oszczędności były 

już historią. Sophie dostała się na uniwersytet nowojorski, ale 

wymarzona uczelnia stała się tymczasem nieosiągalna, nawet 

z pakietem pomocy finansowej. I wtedy uniwerek w Bumfuck-

ville złożył jej swoją szczodrą propozycję.

Mama Sophie nie mogła zapłacić za jej przylot do domu 

na Święto Dziękczynienia. A teraz jeszcze to opóźnienie. Ich 

pierwsze święta bez Luby. Sophie zastanawiała się, czy to nie 

background image

257

było prawdziwym powodem odłożenia jej przyjazdu. Może jej 

mama wolała w tym roku zrezygnować ze świętowania. Może 

Sophie także.

Na myśl o tym wszystkim Sophie się rozpłakała. Na miłość 

boską. To się kwalifikowało jako kolejne „Coś ty narobiła, So-

phie Roth?”.

 – W porządku? – zapytał Russell.

 – Świąteczne bzdety – powiedziała, wycierając nos. – Nawet 

nie wiem, dlaczego płaczę. Głupia Chanuka. Co z tego, że ją 

przegapiłam?

Russell popatrzył na nią. Z zaciekawieniem. Z łagodnością. 

Ze zrozumieniem.

 – Kto mówi, że przegapiłaś?

Skoro już zaczęli z tą Chanuką, postanowili doprowadzić 

sprawę do końca, zapalając menorę, która leżała gdzieś na dnie 

szafy. To była menora Luby. Ostatni raz używały jej rok temu, na 

krótko przed udarem. Chanuka wypadała idiotycznie wcześ nie, 

nakładała się na Święto Dziękczynienia, więc urządziły wielką 

ucztę: indyk, mostek, latkes, ziemniaki, pączki i ciasto na deser. 

Ale Sophie pozwoliła sobie na wspomnienia tylko przez chwilę. 

Przywoływanie ich było jak dotykanie gorącego garnka. Szybko 

stawało się nie do wytrzymania.

W drodze powrotnej zdała sobie sprawę, że może i ma me-

norę, ale nie ma świeczek. Pojechali do supermarketu na obrze-

żach miasteczka. Był pusty, alejki wąskie, podłogi obskurne 

i zniszczone. Russell pchał Sophie w rozklekotanym wózku, 

a zmęczeni pracownicy łypali na nich podejrzliwie. Sophie 

zanosiła się od śmiechu. Jazda wózkiem sklepowym – kto by 

pomyślał, że może z tego wyjść taka rewelacyjna randka? (Bo 

teraz była już prawie pewna, że to jest randka).

background image

258

Zgodnie z przewidywaniami wybór świec był niewielki. 

Cała półka lampek do kontaktu, dziwny zestaw cyferek uro-

dzinowych (z miażdżącą przewagą czwórek i siódemek) i jakieś 

szklane świeczki na wypadek awarii prądu i innych katastrof. 

Nic, co choć z grubsza mogłoby pasować do menory.

Russell wyjął telefon i zaczął szukać sklepów, które o tej po-

rze byłyby jeszcze otwarte. Ale Sophie już sięgała po świeczki 

awaryjne.

 – W tym święcie chodzi o to, żeby umieć się przystosować – 

powiedziała. – My, żydzi, jesteśmy skromni.

 – Zauważyłem – powiedział Russell. – To ile potrzebujemy?

 – Dziewięć – odparła Sophie. – Osiem na każdy wieczór 

Chanuki i jedną do odpalania. Oficjalnie.

Na półce stało dziewięć świeczek awaryjnych.

 – No proszę – rzuciła Sophie. – To prawdziwy cud. – Opo-

wiedziała mu o tym, skąd się wzięło to święto, o oliwie w dzie-

więcioramiennej lampie, która powinna była wystarczyć na 

jedną noc, a wystarczyła na osiem. – To właściwie tylko po-

mniejszy cud – dodała.

Russell popatrzył na nią i przekrzywił głowę.

 – Nie wiem, czy istnieje coś takiego, jak pomniejszy cud.

W drodze ze sklepu na kampus znowu włączyli You Can’t 

Always Get What You Want. Tym razem Sophie naprawdę śpie-

wała, z początku cicho, potem na całe gardło. Nie obchodziło 

ją, czy fałszuje.

Po przyjeździe na miejsce poszli przez dziedziniec w stronę 

akademika Sophie. Teraz było tu pusto, ani śladu reniferowej 

orgii, przed którą zbiegli. Miała wrażenie, że od tamtego czasu 

minął milion lat.

background image

259

 – Dlaczego mnie zagadnąłeś? – zapytała Sophie. – Z powodu 

Neda Flandersa?

 – Po części – odparł Russell, przeciągając to słowo w taki 

sposób, że Sophie miała ochotę go połaskotać.

 –  A po  części?

 – Nie pamiętasz mnie?

Pamiętać go? Zapamiętałaby, gdyby miała powód. Na pew-

no. Tylko że patrzył na nią tak, jakby coś ich łączyło.

 –  Poezja.

Sophie chodziła na te zajęcia jedynie przez tydzień. Nie 

cierpiała ich. Nawet nie prowadził ich profesor, tylko asystent-

ka, która mówiła przez nos i nalegała na bardzo konkretne in-

terpretacje wierszy. Sophie pokłóciła się z nią o wiersz Yeatsa 

Kiedy już siwa twa głowa. Skończyło się to jednym z jej „Coś ty 

narobiła, Sophie Roth?”, z tych większych. Z tych sprawiających, 

że wyrzucała sobie przyjazd tutaj.

 – Żałowałem, że cię nie poparłem w tym… sporze.

Sporze. Raczej wojnie na słowa. Debata z asystentką nad jed-

nym wersem utworu – „Wspomnij, jak wielu kochało uśmiech 

łagodny i jasny” – prawie doprowadziła Sophie do łez. Musiała 

opuścić salę przed końcem zajęć. Więcej tam nie przyszła.

 – Jeżeli to cię pocieszy, potem niektórzy z nas zaczęli ją pro-

wokować – powiedział Russell. – „Poezja to nie matematyka”. 

To był nasz okrzyk bitewny.

Tak Sophie powiedziała wtedy asystentce. Teraz doświad-

czyła czegoś w rodzaju ulgi z mocą wsteczną – a może oczysz-

czenia? Przekonała się, że miała w tamtej grupie obrońców. 

Sprzymierzeńców. Nawet jeśli ich nie zauważyła. Nie zauważyła 

j ego. Prawdę mówiąc, wielu rzeczy na uczelni nie zauważała. 

Chodziła ze spuszczoną głową, z klapkami na oczach. Taką 

przyjęła taktykę, żeby przetrwać. Tylko że teraz zastanawiała się, 

czy to aby nie było głupie. Coś w rodzaju zakładania kamizelki 

ratunkowej z ołowiu.

background image

260

 – Wypytywałem o ciebie po zajęciach. Dowiedziałem się 

paru ciekawych rzeczy: że jesteś miastowa i tak dalej – opo-

wiadał z prowokacyjnym uśmiechem. – Ale potem jakoś się 

rozmijaliśmy. Aż do dzisiaj… Właśnie się zastanawiałem, jak 

by cię zagadnąć. Wydawałaś się rozdrażniona, nie pasowałaś 

do towarzystwa.  – Znowu uśmiechnął się szeroko, ale tym 

razem inaczej, nie tak prowokująco, za to bardziej nieśmiało 

i w rezultacie chyba z tysiąc razy bardziej pociągająco. – Wtedy 

wspomniałaś o Nedzie Flandersie i po prostu musiałem coś 

powiedzieć.

 – Dlaczego? Ned jest twoim guru?

Roześmiał się. Tym swoim szczerym, serdecznym śmiechem.

 – Ciągle się przeprowadzaliśmy, czasami co roku. Jedyną 

stałą rzeczą w moim życiu byli Simpsonowie. Wszędzie ich 

mają, czasem po angielsku, czasem z dubbingiem, nieważne. 

Taka nagroda pocieszenia.

 – Mówisz o tym tak ponuro – stwierdziła Sophie. – A mnie 

się wydawało, że to wielka przygoda mieszkać w tylu ciekawych 

miejscach.

 – Nie wszystko jest takie, jakie się wydaje.

Spojrzenia, które wymienili, były jak mapa z zaznaczonym 

szlakiem ich wspólnej podróży.

 – Więc jak to wyglądało naprawdę? – zapytała.

 –  Widziałaś  Między słowami?

Pokiwała głową. Uwielbiała ten film.

 – Właśnie tak to wyglądało, ciągle tak samo. Tylko tysiąc 

razy gorzej, bo jestem czarny. W niektórych miejscach ludzie 

po prostu nie ogarniają czarnych. W Korei mówili na mnie 

Obama. – Westchnął. – Zanim Obama został prezydentem, 

byłem Michaelem Jordanem.

 – To dlatego przyjechałeś tu na studia? – zapytała Sophie. – 

Bo wiedziałeś, jak tutaj jest?

Russell przyglądał jej się przez chwilę, zanim odpowiedział:

background image

261

 – Tak. Trochę tak. I jeszcze żeby wkurzyć rodziców. Myśleli, 

że mi odbiło, ale mnie się wydawało, że w ten sposób coś im 

udowodnię. Hej, moje życie zawsze tak wyglądało, jakiś pro-

blem? – Zaśmiał się, tym razem trochę smutno. – Kłopot w tym, 

że oni tego nie zrozumieli, a nawet gdyby, to i tak żaden odwet. 

Poza tym, że czesne jest wysokie. – Wyrzucił ręce w górę. – Cóż, 

trzeba przyznać, że dziennikarstwo mają rewelacyjne.

 – I nauki humanistyczne – dodała Sophie.

 – I piękne miastowe dziewczyny, które rozmawiają same ze 

sobą o Nedzie Flandersie.

 – O, tak. Czytałam o nich w folderach – powiedziała Sophie 

trochę wytrącona z równowagi komplementem. A także tym, 

że dotarli do jej akademika. – Jesteśmy.

Russell wziął ją za rękę. Było jej ciepło.

 – Gotowa, żeby zacząć Chanukę?

 – Jak mawiał Ned Flanders: okily dokily! – odparła Sophie.

W ich segmencie nie było nikogo. Kaitlynn, Madison i Che-

ryl wyjechały już na święta, zostawiając po sobie radosny bała-

gan. Kiedy Sophie znalazła się sama w akademiku z Russellem, 

nagle poczuła się tak zdenerwowana, że kolana się pod nią 

ugięły. Trajkotała w rytmie migających lampek choinkowych 

Madison.

 – A to nasza sztuczna choinka i tradycyjna ofiara z popcor-

nu i cukrowych lasek. Wnętrze zdominowała wszechobecna 

lameta o niejasnej symbolice. Dmuchany mikołaj został wyko-

nany z klasycznej folii aluminiowej. A jeśli głęboko odetchniesz, 

wychwycisz w powietrzu sosnową nutkę potpourri. Witamy 

w krainie, w której Boże Narodzenie zwymiotowało.

Próbowała jeszcze żartować ze swetrów z Rudolfem, ale 

wypadło to nijako. Może był to dowód, jak daleką przebyli 

dziś drogę.

background image

262

 – Pokaż mi, gdzie mieszkasz – poprosił cicho Russell.

Pokój Sophie kojarzył się z tą zabawą z Ulicy Sezamkowej

w której wszyscy śpiewają: „Jedna z tych rzeczy nie pasuje 

do reszty”. Żadnych plakatów, żadnych tablic korkowych 

z  kolażami szkolnych przyjaźni. Na jej półce z  książkami 

stało oprawione w ramkę zdjęcie Zory, stare zdjęcie Luby – 

wytwornej i  jakby złośliwej  – oraz zdjęcie Sophie z  matką 

w weneckiej gondoli. Płynęły kilka razy z tym samym gon-

dolierem,  który zaczął mówić do niej „Sophia” i śpiewał dla 

niej po włosku.

Russell przyglądał się zdjęciu.

 – Mama była wtedy na biennale w Wenecji, bardzo ważnej 

imprezie artystycznej – wyjaśniła Sophie.

Kiedy dorastała, marzyła o tym, żeby jej mama była praw-

niczką, pracowała w banku albo w firmie, która coś produkuje. 

Takiego rodzaju zawody wykonywali rodzice jej przyjaciół. 

Kiedy jednak została zaproszona do wystawienia swoich prac 

na prestiżowym weneckim biennale, a Luba sprzedała pierścio-

nek, żeby Sophie też mogła polecieć do Europy, była z niej taka 

dumna. Cieszyła się, że mama pozostała wierna swojej pasji. 

Do tego magiczna podróż: gondole, kręte kanały i uliczki, za-

tłoczone galerie sztuki, a nade wszystko uczucie, że oto właśnie 

rozpoczyna się coś nowego. Już od dawna nie czuła się w ten 

sposób. Aż do dzisiejszego wieczoru.

 – Jakiego rodzaju sztuką zajmuje się twoja mama? – zapytał 

Russell.

 – Rzeźbiarstwem. Nie takim tradycyjnym w  glinie czy 

w marmurze. Bardziej abstrakcyjnym. – Sięgnęła na najwyższą 

półkę i zdjęła z niej małą kostkę, całą ze splątanych drucików 

i kawałeczków szkła. – Większość jej prac jest znacznie więk-

sza – tłumaczyła. – Na przykład wielkości tego pokoju. Niestety 

moja współlokatorka Cheryl uparła się, żeby mieć łóżko, więc 

nie mogę tu obcować ze sztuką.

background image

263

Przez chwilę zastanawiała się, jaką minę zrobiłaby Cheryl, 

gdyby naprawdę przywiozła tu którąś z większych instalacji 

mamy. Ale potem przypomniała sobie, że Cheryl zdawała się 

podziwiać jej miniaturową rzeźbę. Kiedy zobaczyła ją po raz 

pierwszy, długo trzymała ją w ręce, zupełnie jak teraz Russell.

 – Twoja mama rzeźbi – powiedziała wtedy – a moja orga-

nizuje kiermasze dobroczynne.

Sophie uznała to za ukrytą „miastową aluzję”, jeszcze jeden 

przytyk do jej inności. Dopiero teraz przyszło jej do głowy, że 

może umknęła jej jakaś swoista odmiana sarkazmu współlo-

katorki.

Russell obracał rzeźbę w palcach, przyglądając się jej pod 

różnymi kątami.

 – Moja babcia robiła takie różne rzeczy… Nie wiem, czy 

można to nazwać rzeźbami… z drewna i trawy morskiej. Na 

Saint Vincent. Słyszałaś o Saint Vincent?

 – To wyspa na Morzu Karaibskim, prawda?

 – Tak. Moja mama stamtąd pochodzi. Przyjechała na studia 

do Stanów, poznała tatę i już nie wróciła na Karaiby. Kiedyś 

jeździłem tam na wakacje do babci. Mieszkała w małym dom-

ku, pomalowanym na kolory wyspy, tak mówiła babcia. Wkoło 

biegali kuzyni, kurczaki i kozy.

Russell uśmiechał się do swoich wspomnień. Sophie 

uśmiechnęła się razem z nim.

 – Potem mój tata zaczął wysyłać mnie latem na obozy: te-

nisowe, żeglarskie, golfowe. Teraz jeździmy na Saint Vincent 

tylko na Boże Narodzenie. Przez ostatnich kilka lat zatrzymy-

waliśmy się w eleganckich kurortach jak turyści. I ludzie inaczej 

nas teraz traktują. Jak turystów. Nawet rodzina. – Odstawił 

rzeźbę ze smutkiem i nostalgią. – Oprócz babci.

Sophie zamknęła oczy. Wyobraziła sobie jego babcię, jej 

piękną pomarszczoną twarz, dłonie stwardniałe od długo-

letniej pracy, surowość skrywającą głęboką, bezgraniczną 

background image

264

miłość. Po chwili obraz jego babci zlał się ze wspomnieniem 

Luby. Sophie przypomniała sobie, jak w zeszłym roku z mio-

tłą w ręce stukała w czujnik alarmu dymnego, który sfikso-

wał w  trakcie smażenia placków ziemniaczanych. Zamiast 

odegnać od siebie to wspomnienie, pozwoliła mu spokojnie 

odpłynąć. Z  zaskoczeniem przekonała się, że nie parzyło. 

Potem otworzyła oczy.

 – Czy twoja babcia żyje? – zapytała.

 – Tak. – Russell się uśmiechnął.

 – Zobaczysz się z nią w tym roku? – Nagle wydało jej się 

to bardzo ważne.

 – Lecę w niedzielę. Bardzo się cieszę. – Umilkł. – I boję. 

Wiesz. Święta.

 – Będzie dobrze – zapewniła go, zdając sobie sprawę, że 

powtarza słowa, które od jakiegoś czasu słyszała z ust innych.

Po śmierci Luby: „Będzie dobrze, czas leczy rany”. Po przy-

jeździe na studia: „Będzie dobrze, wyprowadzka z domu to 

duża zmiana”. Sophie w to nie wierzyła. Nie można odwrócić 

straty. Nie można odkręcić błędu.

Ale teraz zastanawiała się, czy pielęgnując wspomnienia, 

nie można sprawić, że przesłonią pustkę. I czy z wyjazdem na 

studia nie było przypadkiem trochę tak, jak z pierwszą kąpielą 

na początku lata. Choćby czekało się na nią z utęsknieniem, za-

wsze trzeba było najpierw przywyknąć do zimnej wody. Może 

każde miejsce, do którego wyjechałaby w tym roku, okazałoby 

się jakimś Bumfuckville.

W tym Bumfuckville były przynajmniej knajpy przenie-

sione z krainy Oz. Sprzymierzeńcy, którzy poparli ją na zaję-

ciach z poezji. Osoby takie jak Cheryl, która, jak się nad tym 

zastanowić, była po miastowemu sarkastyczna. I faceci tacy 

jak Russell.

Co, jeśli to nie przyjazd tutaj był błędem, tylko niedostrze-

ganie tego wszystkiego?

background image

265

„Coś ty narobiła, Sophie Roth?”, pomyślała po raz enty. Tyl-

ko że tym razem zupełnie inaczej się czuła. Może i popełniła 

błąd, ale miała jeszcze czas, żeby go naprawić. I co więcej, nie 

mogła się tego doczekać.

Pogasiła lampki choinkowe i ułożyła świeczki w rzędzie na 

podłodze. Znalazła menorę Luby i ustawiła ją obok. Zapalili 

świece. Ciemność wypełniła się teraz ciepłym blaskiem.

 – Normalnie odmawia się modlitwę po hebrajsku – powie-

działa Sophie. – Ale myślę, że możemy zrobić to trochę po swo-

jemu. Dziękuję za ten kretyński koncert kolęd dziś wieczorem.

 – Dobrze – powiedział Russell. – A ja za swetry z reniferami.

Sophie zachichotała.

 – Za samochody z podgrzewanymi siedzeniami.

 – Za dobrze ogrzane siedzenie.

 – Za placki ziemniaczane – wyliczała Sophie.

 – Nie zapomnij o cieście.

 – Za ciasto z serem.

Russell przyciągnął Sophie do siebie. Był wysoki, więc usiad-

ła na podwiniętych nogach.

 – Za doskonałe dopasowania – wyszeptał Russell.

 – I niedoskonałe dopasowania – dodała Sophie.

Wyciągnęła rękę, żeby dotknąć ust Russella, a on przytrzy-

mał jej dłoń i całował jeden po drugim jej palce: kciuk, wska-

zujący, środkowy, serdeczny, mały i z powrotem.

 – Za Neda Flandersa – powiedział Russell.

 – O tak, po tysiąckroć za Neda Flandersa. Powinniśmy usta-

nowić święto Neda Flandersa – powiedziała Sophie.

Russell uniósł jej włosy i pocałował ją w szyję. Zadrżała.

 – Za Rolling Stones – wyszeptał. W tamtej chwili nawet 

Mick Jagger nie mógłby tego powiedzieć w bardziej pociągający 

sposób.

background image

 – I za to, że nie zawsze można mieć to, czego się chce – po-

wiedziała Sophie.

 – … ale czasem dostaje się to, czego się potrzebuje – do-

kończył Russell.

Wtedy pocałowała go w usta. Smakowały jabłkami i serem. 

Odkryciem, że tak niespodziewanie dobrze do siebie pasują. 

Czuła też smak topniejących lodów, oporów, i to, jak sama 

stapia się z Russellem.

Pocałowała go, nie wiedząc, czy ten pocałunek potrwa mi-

nutę, godzinę, czy całą noc. Pocałowała go, nie wiedząc, co się 

wydarzy w przyszłym semestrze, w przyszłym roku. Ale w tej 

chwili żadna z tych rzeczy nie miała znaczenia. Liczył się po-

całunek. Nie tylko sam pocałunek, ale i to, co ten pocałunek 

mówił. Co rozpoczynał. Co rozpoczynała ta noc. Co oni roz-

poczynali.

Jutro wszystko się zmieni. Tyle Sophie rozumiała.

Naprawdę nie istniało coś takiego, jak pomniejszy cud.

background image