Stephanie Perkins
ZEBRAŁA
Kraków 2015
tłumaczenie Małgorzata Kafel
Tytuł oryginału: My True Love Gave to Me
MY TRUE LOVE GAVE TO ME Copyright © 2014 by Stephanie Perkins
MIDNIGHTS Copyright © 2014 by Rainbow Rowell.
THE LADY AND THE FOX Copyright © 2014 by Kelly Link.
ANGELS IN THE SNOW Copyright © 2014 by Matt de la Peña.
POLARIS IS WHERE YOU’LL FIND ME Copyright © 2014 by Jenny Han.
IT’S A YULETIDE MIRACLE, CHARLIE BROWN Copyright © 2014 by Stephanie Perkins.
YOUR TEMPORARY SANTA Copyright © 2014 by David Levithan.
KRAMPUSLAUF Copyright © 2014 by Holly Black.
WHAT THE HELL HAVE YOU DONE, SOPHIE ROTH? Copyright © 2014 by Gayle Forman Inc.
BEER BUCKETS AND BABY JESUS Copyright © 2014 by Myra McEntire.
WELCOME TO CHRISTMAS, CA Copyright © 2014 by Kiersten Brazier.
STAR OF BETHLEHEM Copyright © 2014 by Ally Carter.
THE GIRL WHO WOKE THE DREAMER Copyright © 2014 by Laini Taylor
Opieka redakcyjna: Agnieszka Urbanowska
Opracowanie typograficzne książki: Daniel Malak
Adiustacja: Anna Brynkus-Weber / d2d.pl
Korekta: Anna Woś / d2d.pl,
Kamila Zimnicka-Warchoł / d2d.pl
Łamanie: Alicja Listwan / d2d.pl
Projekt okładki: Urszula Pągowska, Eliza Luty
Fotografie na okładce: gwiaździste niebo – © iStockphoto.com / sololos,
twarze – © CP Photo Art / Stone / Getty Images
ISBN 978-83-7515-381-1
www.moondrive.pl
Zamówienia: Dział Handlowy, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków,
tel. (12) 61 99 569
Zapraszamy do księgarni internetowej Wydawnictwa Znak,
w której można kupić książki Wydawnictwa Otwartego: www.znak.com.pl
Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o.,
ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków. Wydanie I, 2015.
Druk: Abedik, Poznań
Gayle Forman
COŚ TY
NAROBiŁA,
SOPHiE ROTH?
237
W ciągu pierwszych piętnastu tygodni na Uniwersytecie
w Bumfuckville zdążyła już co najmniej dziesięć razy zadać
sobie pytanie: „Coś ty narobiła, Sophie Roth?”. Pierwszy raz
w chwili, kiedy mama wysadziła ją przed akademikiem. Ota-
czały ją porośnięte bluszczem ceglane mury, wszystko jak w fol-
derach. Silnik wypożyczonego samochodu jeszcze nie ostygł,
kiedy Sophie zrozumiała, że ta uczelnia za miastem, w szczerym
polu – sielska uczelnia, jak opisywała ją swoim brooklińskim
przyjaciołom – była przy całej swej sielskości miejscem zupeł-
nie obcym. Równie dobrze Sophie mogłaby studiować na uni-
wersytecie w Bejrucie. Towarzyszącego temu odkryciu ssania
w żołądku nie łagodziła świadomość, że właściwie trudno tu
było mówić o jakimkolwiek odkryciu. Sprawa była zupełnie
oczywista – od samego początku, dla wszystkich przyjaciół
Sophie zdumionych jej decyzją o wyjeździe do Bumfuckville
i dla jej matki, która nie była zdumiona.
Kiedy taszczyły walizki do pokoju, Sophie starała się nie
zdradzić ze swoimi uczuciami. Nie chciała budzić u mamy
poczucia winy. Sielskość Uniwersytetu w Bumfuckville nie
238
była prawdziwym powodem, dla którego Sophie postanowiła
tam studiować.
Kolejne „Coś ty narobiła, Sophie Roth?” nastąpiło jeszcze
tego samego weekendu, kiedy poznała swoje współlokatorki.
Miłe, ładne, serdeczne dziewczyny. Tylko że tamtego pierwsze-
go wspólnie spędzonego wieczoru – z piwem i pizzą z brzegami,
których grubość dorównywała długości kciuka Sophie – chyba
z pięć razy musiała powiedzieć „żartowałam” i ta tendencja
utrzymała się przez resztę semestru, aż wreszcie Sophie zda-
ła sobie sprawę, że sarkazm nie jest dialektem rozumianym
przez wszystkich. „Jakaś ty miastowa!”, mawiała wtedy któraś
z Kaitlynn (w akademiku mieszkały trzy). Sophie nie była pew-
na, czy jej przypadkiem nie obraża.
Wyobrażała sobie, że będzie na kampusie tajemniczą dziew-
czyną z dużego miasta, tymczasem to dziewczyny z małych
miasteczek środkowego zachodu, które całe życie marzyły
o tym, żeby tu studiować – których rodzice tu studiowali –
okazały się prawdziwą tajemnicą.
Faceci nie byli lepsi. Dorodne okazy o wielkich zębach
i imionach Kyle albo Connor. Na początku semestru jeden
z nich zaprosił Sophie na coś, co w jej mniemaniu miało być
randką, a okazało się stadnym wyjściem na mecz ultimate
frisbee. Sophie z początku zrzędziła, a potem ku własnemu za-
skoczeniu dała się wciągnąć w grę, przechwytując punktowane
podania i dogryzając zawodnikom z przeciwnej drużyny. Kiedy
wracali do akademików, Kyle-Connor powiedział:
– Ależ ty jesteś ambitna!
Tym razem Sophie nie miała wątpliwości, że ją obraża.
To było „Coś ty narobiła, Sophie Roth?” numer cztery,
a może pięć. Z samymi tutejszymi chłopakami było ich kilka.
Zaczynała tracić rachubę. Nadzieję straciła już dawno.
239
O dzisiejsze „Coś ty narobiła, Sophie Roth?” nie mogła
mieć pretensji do nikogo oprócz siebie. Dwa dni temu odbył
się ostatni egzamin i większość studentów wyjechała już na ferie
świąteczne. Ceny biletów do Nowego Jorku na przyszły tydzień
były o połowę niższe, więc przez kolejne dwa dni musiała tkwić
w Bumfuckville, kręcąc młynka palcami. Dziś sprzedała w anty-
kwariacie niepotrzebne podręczniki, za które dostała jakieś
marne grosze, bo, jak wyjaśnił jej sprzedawca, dwa wydania
miały wkrótce zostać zaktualizowane, przez co Sophie wdała
się w dyskusję z Bogu ducha winnym durniem, tłumacząc mu,
dlaczego wszystkie podręczniki powinny być dostępne w wersji
cyfrowej i aktualizowane automatycznie, tylko że to właściwie
nie była żadna dyskusja, bo sprzedawca nie chciał mieć z tą de-
batą nic wspólnego. Wychodząc z księgarni, zauważyła ulotkę
z informacją o koncercie kolęd na uczelnianym dziedzińcu.
Z niewyjaśnionych powodów wydało jej się to dobrym pomy-
słem na spędzenie wieczoru.
Zachodziła w głowę, kiedy się wreszcie nauczy, że wiele
z tych rzeczy, które wydają się dobrym pomysłem, przy odrobi-
nie analizy można zdemaskować jako czyste kretyństwo. Cho-
ciażby taki komunizm. Wydaje się dobrym pomysłem: wszyscy
się dzielą, nikt nie chodzi głodny. Ale wystarczy to przemyśleć,
żeby zdać sobie sprawę, że coś podobnego nie może się udać, bo
wymagałoby nadludzkiej umiejętności współpracy albo jakiejś
ludzkiej wersji totalitaryzmu. Tak czy owak, Sophie wysłuchała
dość opowieści Luby o nędzy, podsłuchach i gułagu, żeby móc
sobie wyobrazić, jak to wszystko się skończyło.
Koncert kolęd? Naprawdę powinna być mądrzejsza. Ta-
kie imprezy polegają na tym, że wszyscy śpiewają. Przede
wszystkim Sophie była żydówką. Już i tak źle się stało, że
opuściła w tym roku Chanukę. A żeby jeszcze ostatniego wie-
czoru żydowskiego święta sławić śpiewem narodziny Chrystu-
sa…? Nie no. Choćby nawet mieli zaśpiewać: „Jestem małym
240
drejdlem” (nie mieli – chanukowe piosenki były tu tak samo
obce jak skały księżycowe), Sophie by nie śpiewała. Nie pu-
blicznie. Nie tutaj.
Na swoją obronę mogła co najwyżej powiedzieć, że lubi
kolędy. Nie te koszmarne zawodzenia, które wydobywają się
z głośników w centrach handlowych, ale chóralny śpiew. Przy-
pomniała sobie, jak pierwszy raz usłyszała kolędników na ulicy
Brooklynu. Ich głosy tak pięknie współbrzmiały, że zapytała
babcię, czy to śpiewają aniołowie.
– Nie, kochanie – odparła Luba. – To tylko goje.
W dzisiejszym śpiewie nie było nic złego. Śpiew był w po-
rządku. Ale nie miał w sobie nic anielskiego czy magicznego.
I chyba wszyscy włożyli tego wieczoru świąteczne swetry. Takie
z Rudolfem Czerwononosym albo z Mikołajem. Jedna dziew-
czyna miała nawet sweter z choinką, która naprawdę świeciła.
W Nowym Jorku takie swetry noszono by z ironią. Ale nie tu.
Tu wszystko musiało być takie cholernie poważne.
Łącznie z kolędami. Nie, żeby spodziewała się kpiny z kolęd:
„Pada śnieg, Rudolf zbiegł, co za zimny drań…”. Jakoś tak się
śpiewało w podstawówce. A ile było łez w oczach, ile serca wło-
żonego w to całe „pa-ram-pam-pam”, kiedy przyszła kolej na
Małego dobosza. No i te swetry. Czuła, że dłużej tego nie zniesie.
– Ned Flanders rządzi – mruknęła pod nosem.
Ostatnio często jej się to zdarzało. Kiedy przyznała się do
tego Zorze, przyjaciółka ostrzegła ją, że to groźny objaw po-
stępującej przemiany w zdziwaczałą kociarę. Sophie się z tego
śmiała, ale kiedy pomyślała o mamie, która została sama w no-
wojorskim mieszkaniu, w towarzystwie swoich rzeźb i kotów
Luby, nie było jej do śmiechu.
– Hej, mówiłaś może coś o Nedzie Flandersie?
Przyłapana na kociarzeniu. Oj! Sophie poczuła się, jakby
ktoś ją zobaczył na golasa. Udała, że nie słyszy.
– Owszem, mówiłaś. Powiedziałaś: „Ned Flanders coś tam”.
241
Odwróciła się. Obok niej stał jeden z czarnych studentów.
Sophie czuła się okropnie, myśląc o nim w ten sposób – dora-
stała przecież w sercu „czarnego” Brooklynu – ale tutaj cięż-
ko było pomyśleć inaczej. W całym college’u było najwyżej
dwudziestu czarnych, w większości stypendystów tak jak ona.
Wiedziała o tym, bo kilku z nich poznała w pierwszym tygo-
dniu po przyjeździe na przyjęciu dla wybitnych studentów.
Pochlebiało jej to, że otrzymała zaproszenie dziekana, jednak
kiedy się tam zjawiła i wręczono jej materiały z informacjami
o możliwościach podjęcia pracy podczas studiów, zrozumiała,
że to spotkanie dla osób pobierających stypendium. Przycup-
nęła w kącie i podsłuchiwała rozmowę chłopaków z uczelnianej
drużyny koszykówki (o dziwo, okazało się, że koszykówka tu
rządzi). Właśnie wymieniali się najgłupszymi tekstami, jakie
usłyszeli po przyjeździe. Sophie aż przebierała nogami, żeby
dorzucić kilka własnych przykładów, ale się powstrzymała.
Może i należała tu do mniejszości, ale jednak była biała.
Próbowała sobie przypomnieć, czy ten chłopak też był na
tamtym przyjęciu. Patrzył na nią tak, jakby ją znał.
– Nie mówiłam. Najwyżej mruknęłam – powiedziała, a ra-
czej mruknęła.
Roześmiał się. Głośno, serdecznie – tak że Sophie znowu
poczuła zapomnianą już satysfakcję z udanego żartu. Satys-
fakcję niepozbawioną jednak pewnej podejrzliwości. Tutaj nie
rozumiano jej poczucia humoru. Tutaj jeżeli ktoś się śmiał,
to raczej po jej wyjściu. To zresztą doprowadzało ją do szału.
W Nowym Jorku ludzie mieli przynajmniej na tyle przyzwo-
itości, żeby roześmiać się człowiekowi w twarz.
Ten pomysł z kolędowaniem okazał się wyjątkowo kiepski.
Odwróciła się do wyjścia.
Wtedy poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Masywną dłoń.
– Przepraszam. Nie nabijałem się z ciebie. Naprawdę. Po
prostu akurat myślałem o tym samym.
242
Odwróciła się.
– Myślałeś o Nedzie Flandersie?
Przygotowała się na skonsternowane: „Że co?” lub inną tego
rodzaju odpowiedź. To w każdym razie powiedziałby Kyle albo
Connor. A potem zapytałby ją, co studiuje. On jednak tylko się
uśmiechnął. Leniwie, czarująco, aż zrobiło jej się podejrzanie
gorąco jak na tak zimny wieczór.
– Owszem. O Nedzie Flandersie – odparł. – Między inny-
mi. – To „między innymi” zabrzmiało w jego ustach jakoś pi-
kantnie i Sophie poczuła, że się czerwieni. Wyciągnął do niej
rękę w rękawiczce bez palców. – Russell – powiedział.
Spojrzała na niego. Musiała zadzierać głowę. Był bardzo
wysoki, dobre trzydzieści centymetrów wyższy od niej, a So-
phie mierzyła metr sześćdziesiąt cztery. Dość wysoki, żeby grać
w kosza. Mógł być stypendystą tak jak ona. Ta myśl wydała jej
się krzepiąca, podobnie jak uścisk jego dłoni – mocny, ale nie
miażdżący. Niektórym chłopakom wydaje się, że muszą po-
łamać ci palce, żeby pokazać, że traktują cię jak równą sobie.
– Sophie – powiedziała.
– No więc, Sophie – rozłożył ręce – co cię tu sprowadza?
To zabrzmiało jak jedna z wersji pytania: „Co studiujesz?”
(czytaj: „A skąd t y się tutaj wzięłaś?”). Sophie nienawidziła,
gdy ludzie pytali ją, co studiuje. Jeszcze nie wybrała kierunku,
ledwie zaczęła studia, na litość boską. Nie każdy ma zaplano-
wane całe życie przed opuszczeniem łona matki.
A co do tego, co tu robi… Rok temu nawet nie słyszała o tej
uczelni. Powiedział jej o niej doradca zawodowy w jej szkole,
najwyraźniej obeznany w mało znanych uczelniach oferują-
cych absurdalnie wysokie stypendia. Kiedy zaproponowano
jej pomoc finansową tak hojną, tak dalece przekraczającą jej
najśmielsze oczekiwania, Sophie po prostu nie mogła jej od-
rzucić. Zanim zdążyła spokojnie przemyśleć wszystkie konse-
kwencje swojej decyzji – tę całą sielankowość i tak dalej – już
243
była studentką. Teraz skreślała dni w kalendarzu, jakby czekała
na zwolnienie warunkowe. (Owszem, zdawała sobie sprawę,
że dramatyzuje. Trafiło jej się darmowe wykształcenie warte
pięćdziesiąt kawałków rocznie i powinna być za to wdzięczna.
Jednak choćby nie wiadomo jak często to sobie powtarzała, nie
czuła się dzięki temu mniej nieszczęśliwa).
– Wierzę w potęgę nauk humanistycznych – powiedziała.
To była jej standardowa odpowiedź na irytujące pytanie, do
którego zdążyła się już przyzwyczaić, podobnie jak do sałaty
lodowej w uczelnianym barze i żółtego sera, bo posypywano
nim dosłownie wszystko.
Ale Russell znowu się roześmiał.
– Chodziło mi o to, co robisz tu: na koncercie kolęd dla
fanów Neda Flandersa.
W jego tonie było coś, co sprawiło, że Sophie poczuła się,
jakby nadawali na tych samych falach. Coś się w niej polu-
zowało.
– Prowadzę badania antropologiczne – odparła.
– Jak etnografowie?
– Tak. Szczególnie interesują mnie swetry. Symbolika tych
świecących.
Sophie umilkła na chwilę, spodziewając się pustego spojrze-
nia i pytania: „Serio?”, jakie padłoby z ust Kyle’a lub Connora.
Wtedy musiałaby odpowiedzieć: „Nie, żartowałam” i byłoby
po rozmowie.
Tymczasem Russell pokiwał głową, pocierając podbródek
z uczoną miną.
– Sądzę, że są odzwierciedleniem rytuału godowego.
– Rytuału godowego?
– Tak. Otóż samiec świeci, żeby przyciągnąć uwagę samicy
i doprowadzić do prokreacji.
– Jak świetliki? – zapytała Sophie.
– I ryba żabnica – dodał Russell.
244
– Pytanie brzmi: czy to swetry łączą się w pary, czy ludzie,
którzy je noszą?
Uczoną minę Russella zastąpił szeroki uśmiech.
– Nie mam pojęcia, Sophie – powiedział. – Ale jedno i dru-
gie wydaje mi się cholernie przerażające.
Sophie się roześmiała. Nie był to udawany śmiech z uprzej-
mości, ale szczery, serdeczny, zakończony chrząknięciem. Ile
to już czasu?
– Nie byłoby ci do śmiechu, gdybyś wiedziała, jaki jest dal-
szy ciąg rytuału – ostrzegł Russell, konspiracyjnie zasłaniając
ręką usta.
– Boję się pytać. – Sophie przechyliła głowę. Trochę z nim
flirtowała. To też było coś, czego dawno nie robiła.
– Sygnałem do startu jest Rudolf Czerwononosy. Na dźwięk
tej piosenki wszystkie swetry… – Pokręcił głową. – Wierz mi,
nie chciałabyś tego zobaczyć.
– Co? Jakaś orgia swetrów?
– Pomyśl tylko: świecący nos Rudolfa, cały czerwony, pul-
sujący, symbolizuje…
– Rozumiem – przerwała mu Sophie, machając ręką, jakby
chciała odegnać od siebie tę wizję. Ale wciąż się śmiała. – Wi-
dać, że wnikliwie przeanalizowałeś to zagadnienie.
– Przerażające, co?
Przyszło jej do głowy, że Russell ma na myśli swoje wnikliwe
rozważania nad wizją tych ładnych, czystych, rozśpiewanych
ludzi odbywających orgię. Ale kiedy wkrótce potem kolędu-
jący zaintonowali: „Rudolf, czerwononosy renifer, ma bardzo
świecący nos…”, Sophie i Russell spojrzeli na siebie i jak na
komendę skierowali się do wyjścia.
Sęk w tym, że nie mieli dokąd pójść. Okolica była bardzo
sielska, same farmy i lasy. Niedaleko uczelni znajdował się
245
niewielki pasaż handlowy, ale sklepy zamykano wcześnie, na-
wet w trakcie semestru.
Stali przed klubem studenckim, wprawdzie otwartym, ale
wejście do środka byłoby równoznaczne z przyznaniem się
do porażki. Po doświadczeniach ostatnich miesięcy – a może
i ostatnich minut – Sophie już by tego nie zniosła.
Ale wtedy Russell powiedział:
– Tam mam auto. – Pstryknął pilotem.
Samochód z tablicami z Teksasu ćwierknął i błysnął świat-
łami.
– A nie skończę na dnie jakiegoś kamieniołomu? – zapytała
dla formalności Sophie, żeby nie było, że ona, twarda nowojorska
dziewczyna, naiwnie wsiada do samochodu z nieznajomymi.
Ale zaraz się przestraszyła, że źle ją zrozumie. W końcu
był czarny. A potem zgromiła samą siebie za to, że tak się tym
przejmuje. Zora też była czarna, a Sophie nigdy nie czuła się
skrępowana w jej obecności. No ale Zora nie była facetem.
Jednak Russell tylko się uśmiechnął i rozpiął górne guziki
płaszcza, odsłaniając sweter, który miał pod spodem. Wrzo-
sowoszary, gładki.
– Zero Rudolfa, zero światełek. Jesteś bezpieczna.
Wsiedli. Russell przekręcił kluczyk i ruszył. Sprawiał wraże-
nie, jakby zmierzał do określonego celu, co było miłą odmianą.
Jej nieliczne wieczory spędzone w towarzystwie Kyle’a czy Con-
nora i spółki upływały wśród pokrzykiwań: „Co chcecie robić?!”,
„Nie wiem! A co t y chcesz robić?!”. W rezultacie Sophie nie
chciało się absolutnie nic.
Wnętrze samochodu, całe w pluszach i skórze, pachniało
nowością.
– Ładne auto – powiedziała.
– Dzięki – odparł. – Dostałem po starszym bracie.
– Serio? Ja dostaję raczej zimowe płaszcze albo łyżwy. I jach-
ty. Każdy chce mi wcisnąć niepotrzebny jacht. Masakra.
246
Russell się roześmiał.
– Rzeczywiście. Szału można dostać.
Na desce rozdzielczej były przyciski podgrzewanych foteli.
Sophie uwielbiała podgrzewane siedzenia. Uwielbiała wszystko,
dzięki czemu robiło się ciepło. W Bumfuckville zimno jakoś
wyjątkowo dawało jej się we znaki. Wystawała pod pryszni-
cem przez dwadzieścia minut, a i tak nie mogła się rozgrzać.
Tęskniła za wanną.
– Możemy włączyć podgrzewane fotele? – zapytała.
– Możemy zrobić, co tylko zechcesz – odparł Russell, spra-
wiając tym samym, że podgrzewane fotele natychmiast stały
się zbędne. Włączył je jednak i Sophie po raz pierwszy tej zimy
poczuła się komfortowo. A zima zaczęła się punktualnie: na
dzień przed Halloween.
– Muzyka? – zaproponował.
– Jasne – odparła.
Włączył radio.
– Puść coś.
Sophie rozejrzała się za iPhone’em, stacją dokującą czy
czymś w tym rodzaju. Russell zerknął na nią.
– Radio ma sterowanie głosem – powiedział. – Wystarczy
wymienić piosenkę.
– Hokus-pokus! – powiedziała Sophie.
Zaraz jednak pożałowała, że ominie ją przyjemność przeglą-
dania kolekcji Russella. Miała gust muzyczny kobiety po pięć-
dziesiątce, czyli krótko mówiąc, gust muzyczny swojej mamy.
Co za wstyd. Co się podoba normalnym ludziom? Zora lubiła
ten swój niezależny folk, który na Sophie działał usypiająco.
Może Kanye? Tylko czy on nie jest zbyt arogancki? A może
Lorde? Chyba wszyscy lubią Lorde?
– To nie test – powiedział Russell. – Po prostu wymień ulu-
bioną piosenkę.
247
– You Can’t Always Get What You Want – wyrzuciła z siebie
wreszcie.
Zaczęła tłumaczyć, że to Rolling Stones, ale Russell już prosił
swój magiczny samochód o utwór dziewiąty z albumu Let It
Bleed. Po chwili wnętrze pojazdu wypełnił śpiew chłopięcego
chóru (według Sophie o niebo lepszego od dzisiejszych kolęd-
ników), a potem pięknie zrujnowany głos Micka Jaggera.
Śpiew Micka unosił się ponad ciemnymi wiejskimi drogami.
Sophie uwielbiała tę piosenkę, więc zaczęła poruszać ustami,
powstrzymując się jednak od nucenia. Jedno z jej „Coś ty naro-
biła, Sophie Roth?” było wynikiem nierozważnej interpretacji
To Sir, with Love przy użyciu sprzętu do karaoke we wspólnym
pokoju.
– Nie najlepszy wybór dla kogoś, kto ma dębowe ucho –
skomentowała to jedna z dziewczyn. Może i chciała dobrze,
ciekawe jednak, że żadnej z nowojorskich koleżanek Sophie nie
zdarzyło się czegoś podobnego powiedzieć, chociaż niektóre
chodziły do szkoły muzycznej.
Sophie nie miała pojęcia, dokąd jadą. Byli na pustkowiu, ale
jakoś jej to nie przeszkadzało. I tak uważała, że jazda samocho-
dem i słuchanie Stonesów to najlepsza randka, na jakiej była
od przyjazdu na studia. (Nie, żeby to była randka. Chociaż…?)
Po mniej więcej dwudziestu minutach Russell zjechał z au-
tostrady. Przy puściuteńkiej drodze stała knajpa oświetlona
jak choinka. I to nie j a kaś tam knajpa. Coś jakby gigantycz-
na przyczepa kempingowa Airstream. Prawdziwy oldskulowy
srebrny pocisk.
– Co to za miejsce? – zapytała Sophie, kiedy żwir parkingu
zachrzęścił pod kołami. To było tak nieoczekiwane, jak otrzy-
manie pięknie opakowanego prezentu bez żadnej okazji.
– To miejsce, gdzie dają najlepsze kruche ciasto w całym
stanie – odparł Russell.
248
– Ale skąd to się tu wzięło? – W ustach Sophie zabrzmiało
to jak knajpiany odpowiednik „A skąd t y się tutaj wzięłaś?”.
Jedynymi tego typu knajpami w pobliżu kampusu były sie-
ciówki w rodzaju Applebee’s albo Fridays.
– Z krainy Oz – wyjaśnił Russell.
To by się zgadzało. Knajpa przywiana przez trąbę powietrz-
ną albo knajpa w technikolorze po kilku miesiącach oglądania
czarno-białych filmów. Może kiedy ludzie pytali Sophie, skąd
jest – tym swoim przesadnie życzliwym, a zarazem lekko po-
dejrzliwym tonem, sugerującym, że gdziekolwiek to jest, cieszą
się, że oni stamtąd nie są – zamiast: „z Brooklynu” (miastowa!)
powinna mówić, że z krainy Oz.
Knajpa z krainy Oz pękała w szwach. Cudem udało im się
znaleźć wolny boks. Kelnerka w dżinsach i koszulce z bernar-
dynem w czapeczce elfa rzuciła im na stół po jednym menu.
– Wesołych wsiąt – powitała ich ochrypłym od papierosów
głosem.
– Daj nam chwilę, Lorraine – powiedział Russell. – Co ma-
cie dzisiaj dobrego?
– Dlaczego za każdym razem zadajesz to pytanie?
– Lubię, jak mi słodzisz.
– Och, przestań.
– Poza tym mam gościa.
Lorraine zerknęła na Sophie.
– Widzę. – Odchrząknęła. – Specjalność dnia: krem bana-
nowy. Ciasto z masłem orzechowym, bataty. Wiśniowe też jest
dobre. Z mrożonych wiśni, za to zrywanych trzy kilometry stąd.
Russell popatrzył na Sophie.
– To jak?
– A jest szarlotka?
Lorraine popatrzyła na Russella.
– Nie w ierzę – powiedziała.
– Hej, nie wiedziałem.
249
– Czego nie wiedziałeś? – zapytała Sophie, ale nikt jej nie
odpowiedział.
– W takim razie dwie szarlotki – powiedziała Lorraine. –
Z serem czy à la mode?
Sophie się skrzywiła. Szarlotka z serem. Czemu nie polać
jej od razu sosem pieczeniowym?
Russell zauważył jej minę.
– Jadłaś kiedyś szarlotkę z serem?
Pokręciła głową.
– Ale wiesz, że nie lubisz?
– Wiem – odparła Sophie.
– Bez próbowania?
– Szarlotki ze szpinakiem też nie próbowałam, ale jestem
przekonana, że nie muszę.
Russell się uśmiechnął. Lorraine postukała ołówkiem o pod-
kładkę.
– Weźmiemy jedną z serem, a jedną bez – powiedział do
Lorraine, a potem zwrócił się do Sophie: – Może się skusisz.
– Zapomnij – odparła Sophie.
– Lubię wyzwania.
Sophie nie miała wątpliwości, że się z nią droczy, tylko nie
była pewna, czy chodzi mu o szarlotkę.
– To wszystko? – zapytała Lorraine.
– Prawie – odparł Russell. Popatrzył na Sophie, jak gdyby
byli w zmowie. – Kawa. Tak?
– Wiadomo.
– Dwie kawy.
Po odejściu Lorraine Sophie rozejrzała się po sali. Otaczała
ich ciekawa zbieranina ludzi. Byli wśród nich farmerzy w ubra-
niach roboczych, ale nie brakowało i takich, którzy lepiej paso-
waliby do miasta, nawet jeśli w promieniu dwustu kilometrów
żadnego nie było. Skąd wiedzieli o tym miejscu?
– Czy ta knajpa jest na Yelp? – zapytała Sophie.
250
– Nie sądzę, żeby miała nazwę, a co dopiero recenzję na Yelp.
– Jak ją namierzyłeś?
– Pukasz trzy razy do drzwi czwartej stodoły na lewo i na-
słuchujesz udzielanych szeptem wskazówek.
– Bardzo elitarnie – przyznała Sophie.
– A jak. Tylko dla koneserów. – Wskazał starszą parę obok. –
Wyższy stopień wtajemniczenia.
Roześmiała się. Nie, żeby kiedykolwiek uważała się za ko-
neserkę, ale nigdy nie było z tym tak źle jak przez ostatnie trzy
miesiące.
– Tęsknię za takimi knajpami.
– Nie ma to jak Nowy Jork – powiedział Russell.
– Owszem. Czasem chodzimy z mamą na obiad na opak,
czyli…
– Śniadanie na obiad – dokończył Russell. – Uwielbiam
obiady na opak.
– Ja też. Zaraz, skąd wiedziałeś, że jestem z Nowego Jorku?
Russell nie odpowiedział. A może uważał, że jego czarujący
uśmiech wystarczy za odpowiedź.
– No tak. Głupie pytanie. Taka jestem miastowa!
– Miastowa?
– Tak mi tu cały czas mówią. Tylko że nie mają na myśli kon-
kretnego miejsca. To raczej uniwersalny komentarz na temat
tego, jaka według nich jestem dziwna. Oglądasz zagraniczne
filmy i robisz sarkastyczne uwagi, czyli jesteś miastowy.
Russell zastanawiał się chwilę.
– Lubisz pikantne jedzenie, czyli jesteś miastowa?
– Czytasz „New York Timesa”? Tak poza pracą domową?
Jakiś miastowy odpał.
– Słuchasz jazzu? O ja cię! Miastowa!
– Ubierasz się na czarno? Jak nic miastowa.
– Jesteś czarny? Na mur miastowy. Chociaż nie. To już
raczej „człowiek ulicy”.
251
Sophie się roześmiała.
– Czasem myślę, że „miastowy” to takie określenie żyda,
tylko nieświadome, bo miejscowi w życiu nie spotkali żyda.
– Poważnie?
Poważnie. Kiedy Sophie tu przyjechała, pytano ją, do jakiego
kościoła chodzi. Odpowiadała, że żydzi chodzą do synagogi
(nie, żeby sama tam chodziła, jej rodzina nie należała do tego
rodzaju żydów). Nie wierzyła, że ktoś może tego nie wiedzieć,
a jednak wiele osób nie wiedziało. Matka zapakowała jej do
walizki niewielką menorę, ale Sophie nawet nie wyjęła jej z sza-
fy. Nie miałaby siły tłumaczyć wszystkim, o co chodzi z tym
zapalaniem świeczek.
Zastanawiała się, ile z tego powiedzieć Russellowi, ale on
właśnie wpatrywał się w swój telefon. Po chwili pomachał do
Lorraine, a Sophie przestraszyła się, że posunęła się za daleko
(zawsze posuwała się za daleko) i Russell chce poprosić o ra-
chunek. Jednak on tylko zapytał, czy są placki ziemniaczane.
– Te takie płaskie, nie te grube – wyjaśnił.
– Te grube to kotlety ziemniaczane. Pl ack i ziemniaczane
są płaskie. Mamy jedne i drugie – powiedziała Lorraine znie-
cierpliwiona, choć Sophie podejrzewała, że lubi, jak Russell się
z nią droczy.
– Dobrze. W takim razie pl ack i ziemniaczane. Z musem
jabłkowym i śmietaną. – Russell spojrzał na Sophie. – Zga-
dza się?
– Tak – wykrztusiła. Z trudem. Nagle urosła jej gula w gard-
le. Placki ziemniaczane, czyli latkes, z musem jabłkowym
i śmietaną? To była tradycyjna potrawa chanukowa.
– Skąd wiedziałeś? – zapytała, kiedy już doszła do siebie.
– Genialny wynalazek zwany kalendarzem – powiedział. –
Wszystko tam znajdziesz.
– Daty może i tak, ale latkes to jednak wyższy stopień wta-
jemniczenia. Skąd tak naprawdę jesteś?
252
Uśmiechnął się chytrze.
– Sugerujesz, że czarny ziomal z Teksasu nie może wiedzieć
o latkes?
– Nie no, to musi być karalne w co najmniej kilku stanach –
powiedziała Sophie.
Russell się roześmiał.
– Pewnie masz rację. Chodziłem kiedyś z żydówką.
No dobrze.
– Więc w Teksasie są żydzi?
– To nie było w Teksasie.
– Och. – Teraz, kiedy się nad tym zastanowiła, doszła do
wniosku, że Russell rzeczywiście nie mówi jak chłopak z Tek-
sasu. Ale ona też nie mówiła jak dziewczyna z Nowego Jor-
ku. Ludzie na uczelni byli tym zdziwieni. Czyli jej akcent nie
brzmiał jak miastowy. – To skąd tak naprawdę jesteś?
– Tak naprawdę? Nie wiem, czy tak naprawdę skądś jestem.
– Teraz to już po prostu zgrywasz tajemniczego bruneta.
– Jak mi idzie?
– James Bond może się schować. Ale nawet on skądś jest.
Trochę spoważniał.
– Nigdzie nie mieszkałem dość długo, żeby stamtąd być –
wyjaśnił. A potem zaczął wymieniać miejsca, w których
mieszkał: Dubaj, Seul, Amman, Meksyk, a w Stanach Dakota
Północna, Kolorado i ostatnio Houston w Teksasie. – Mój tata
pracuje w przemyśle naftowym – dodał.
– Och, myślałam… – zaczęła Sophie, kiedy jej mózg z mo-
zołem przyswoił kolejną informację, która w gruncie rzeczy
wydawała się oczywista. Russell był bogaty. Dlaczego sądziła, że
jest stypendystą, skoro wszystko wskazywało na to, że sprawy
wyglądają zupełnie inaczej?
– Co myślałaś? Że jestem miastowy? – Popatrzył na nią
i chyba wyczytał coś w wyrazie jej twarzy. – Och. Myślałaś,
że dostaję stypendium sportowe. – Wciąż mówił tym samym
253
swobodnym tonem co wcześniej, ale teraz już z pewną rezerwą.
Jego wersja „żartowałem”.
– Przykro mi – powiedziała. I naprawdę było jej przykro.
Przykro to mało powiedziane. Była załamana. Z jakiegoś po-
wodu wbiła sobie do głowy, że ona i ten chłopak są do siebie
podobni. Jej rosnący przez cały wieczór optymizm prysł jak
bańka mydlana.
– Nic się nie stało – powiedział Russell, choć jego mina mó-
wiła coś zupełnie innego. – Niech zgadnę. Koszykówka.
Sophie zgubiła wątek.
– Co takiego? – zapytała. – A, tak, chyba tak.
Russell wydał z siebie dźwięk przypominający kaszel. Sophie
wzięła się w garść i popatrzyła na niego. Spodziewała się, że zare-
aguje irytacją albo drwiną, ale to było znacznie gorsze. Jego oczy
przywodziły na myśl zgaszone lampki choinkowe. Zachowała
się jak Kyle albo Connor. Rozczarowała go. Tak bardzo chciała
mu wytłumaczyć, dlaczego tak myślała, albo przekonać go, że
w gruncie rzeczy wcale tak nie myślała. Chciała mu opowie-
dzieć o swojej czarnej przyjaciółce, o dorastaniu na Brooklynie,
potwierdzić jakoś swoją miastową (uliczną) tożsamość. Ale nie
zrobiła tego. Bo w pewnym sensie siebie też trochę rozczarowała.
I właśnie po tej spektakularnej klapie Lorraine przyniosła
ich zamówienie. Szarlotka z serem. Szarlotka à la mode. Placki
ziemniaczane z musem jabłkowym. Tylko że zamiast śmietany
podano twarożek. „Typowe”, pomyślała Sophie.
Wszystko to stało na stole pomiędzy nimi i stygło. Sophie
czuła się bezgranicznie smutna, nieszczęśliwa i straszliwie tę-
skniła za domem. To było chyba najgorsze „Coś ty narobiła,
Sophie Roth?” w jej życiu.
Przyjechała tu, żeby zdobywać wiedzę, a z każdą minutą czu-
ła się głupsza. Tak jak teraz. Nie chodziło o to, że nie przywykła
254
do towarzystwa ludzi bogatych, wszelkiego rodzaju bogatych.
Kiedy jej mama zamieszkała na Brooklynie, przed urodze-
niem Sophie, ich okolica uchodziła za tanią i mało atrakcyjną,
jednak z biegiem czasu nabierała prestiżu. Gdy Sophie miała
dziesięć lat, jedną z pobliskich kamienic kupiła pewna rodzina.
Zanim się wprowadzili, zrobili generalny remont. Mieli córkę
o imieniu Ava, która była w wieku Sophie i szybko stała się jed-
ną z jej bliskich przyjaciółek. Ava ciągle proponowała Sophie,
że zafunduje jej kino, obiad, wyjazd na weekend. Z początku
Sophie uważała te gesty – dotacje najlepszej przyjaciółki, jak je
nazywała Ava – za sympatyczne, ale wkrótce zaczęła się czuć,
jakby wytykano jej ubóstwo. Zaczęła odmawiać, lecz Ava nie
przestawała proponować. Sophie miała jej to za złe. W drugiej
klasie strasznie się pokłóciły.
– Nie potrzebuję jałmużny! – wykrzyczała jej wtedy Sophie.
Propozycje się skończyły. A przyjaźń wkrótce potem. Sophie
było przykro, ale nigdy nie umiała naprawiać popsutych relacji.
Teraz też nie wiedziała, jak uzdrowić sytuację, ale ponieważ
jedzenie stało nietknięte jak wyrzut sumienia, uznała, że musi
coś zrobić. Russell już i tak uratował pół wieczoru. Nie tylko
rozśmieszył Sophie i ocalił przed grożącą jej swetrową orgią,
ale w dodatku sprawił, że znowu mogła być sobą. Nawet nie
zdawała sobie sprawy, jak bardzo jej tego brakowało. Ostatnio
brakowało jej tylu rzeczy, że nigdy by jej nie przyszło do głowy
umieścić siebie na szczycie listy.
Wzięła głęboki oddech.
– Co to ja miałam powiedzieć? Wydawało mi się, że jesteś
podobny do mnie – zaczęła.
Russell znowu na nią popatrzył, ale po jego minie było wi-
dać, że nie rozumie, o co jej chodzi.
Więc Sophie wyjawiła mu coś, czego jeszcze nikomu tutaj
nie mówiła, choć wiedziała, że to nie powód do wstydu. Raczej
do dumy.
255
– Ja jestem stypendystką. Chyba myślałam… miałam na-
dzieję… że jeżeli ty też jesteś tu z powodu stypendium, to mamy
ze sobą coś wspólnego.
Milczenie się przeciągało. Sophie nie wiedziała, czy jej wy-
znanie uratuje ten wieczór, w każdym razie naprawiło coś w niej.
Ale wtedy Russell powiedział:
– Kto mówi, że nie jestem?
Pchnął szarlotkę z serem w jej stronę. Nie była pewna, czy
to wyzwanie, czy gałązka oliwna. Tak czy owak, wzięła do ręki
widelczyk i choć ciasto wyglądało wyjątkowo nieapetycznie –
ser się roztopił i zrobił się na nim pęcherz – ostrożnie odkroiła
mały kawałeczek.
O. Mój. Boże.
Ostry smak sera wydobywał słoną nutkę w spodzie z kru-
chego ciasta i kontrastował ze słodyczą jabłek. No i ta miesza-
nina konsystencji: jedno maziowate, drugie chrupiące, trzecie
soczyste, a wszystko ciepłe.
Odkroiła kolejny kęs, tym razem większy. Russell nie spusz-
czał jej z oka. Wydawał się rozbawiony. Zjadła trzeci kawałek.
Teraz już uśmiechał się wyraźnie zadowolony z siebie.
– Co? – zapytała Sophie.
– Zdaje się, że wygrałem zakład – odparł.
Pochłonęli ciasto i większość placków ziemniaczanych.
Z twarożkiem nie były jednak takie złe. Wkrótce została tylko
reszta roztopionych lodów. Kiedy Lorraine przyniosła rachunek,
Sophie sięgnęła do torebki. Russell pokręcił głową.
– Planowałem cię zaprosić już wtedy, kiedy myślałem, że
jesteś bogata, więc gdybym teraz tego nie zrobił, wyszłoby, że je-
stem protekcjonalny.
Sophie się roześmiała.
– Czekaj, myślałeś, że j a jestem bogata?
256
Russell uniósł brew i zrobił wstydliwą minę.
– Czyli chyba jesteśmy kwita? – zapytała.
– Nie prowadziłem punktacji – odparł. – W każdym razie
sytuacja przedstawia się interesująco. – Położył na blacie dwie
dwudziestki.
– Dziękuję – powiedziała Sophie. – Za wszystko. Ale szcze-
gólnie za latkes. To pewnie jedyne, jakie w tym roku zjadłam.
– Dlaczego?
– Dziś jest ostatni wieczór Chanuki. Sezon na latkes minął.
– Nie jedziesz do domu na święta?
– Będę w domu na Boże Narodzenie i Nowy Rok, ale Cha-
nuka przeszła mi koło nosa.
– Dlaczego?
Sophie umilkła, zastanawiając się, jak odpowiedzieć na to
pytanie.
– Dwieście sześćdziesiąt siedem dolarów – rzuciła wreszcie.
Wyjaśniła mu, że o tyle stanieją bilety, jeśli wyjedzie w przy-
szłym tygodniu. Pokłóciła się o to z mamą, co im się nie zda-
rzało. Przywykła do oszczędzania. Oszczędzały, bo nie miały
innego wyjścia. Były same i musiały im wystarczyć skromne
dochody matki. Poza tym każdą nadwyżkę odkładały na stu-
dia Sophie. Zeszłej zimy, kiedy Sophie wypełniała formularze
zgłoszeniowe, Luba miała wylew. Ani Sophie, ani jej matka nie
mogły znieść myśli o tym, że ostatnie dni życia spędzi w jednym
z tych publicznych domów opieki (były takie s ow ie ck ie).
Kiedy umarła pięć miesięcy później, ich oszczędności były
już historią. Sophie dostała się na uniwersytet nowojorski, ale
wymarzona uczelnia stała się tymczasem nieosiągalna, nawet
z pakietem pomocy finansowej. I wtedy uniwerek w Bumfuck-
ville złożył jej swoją szczodrą propozycję.
Mama Sophie nie mogła zapłacić za jej przylot do domu
na Święto Dziękczynienia. A teraz jeszcze to opóźnienie. Ich
pierwsze święta bez Luby. Sophie zastanawiała się, czy to nie
257
było prawdziwym powodem odłożenia jej przyjazdu. Może jej
mama wolała w tym roku zrezygnować ze świętowania. Może
Sophie także.
Na myśl o tym wszystkim Sophie się rozpłakała. Na miłość
boską. To się kwalifikowało jako kolejne „Coś ty narobiła, So-
phie Roth?”.
– W porządku? – zapytał Russell.
– Świąteczne bzdety – powiedziała, wycierając nos. – Nawet
nie wiem, dlaczego płaczę. Głupia Chanuka. Co z tego, że ją
przegapiłam?
Russell popatrzył na nią. Z zaciekawieniem. Z łagodnością.
Ze zrozumieniem.
– Kto mówi, że przegapiłaś?
Skoro już zaczęli z tą Chanuką, postanowili doprowadzić
sprawę do końca, zapalając menorę, która leżała gdzieś na dnie
szafy. To była menora Luby. Ostatni raz używały jej rok temu, na
krótko przed udarem. Chanuka wypadała idiotycznie wcześ nie,
nakładała się na Święto Dziękczynienia, więc urządziły wielką
ucztę: indyk, mostek, latkes, ziemniaki, pączki i ciasto na deser.
Ale Sophie pozwoliła sobie na wspomnienia tylko przez chwilę.
Przywoływanie ich było jak dotykanie gorącego garnka. Szybko
stawało się nie do wytrzymania.
W drodze powrotnej zdała sobie sprawę, że może i ma me-
norę, ale nie ma świeczek. Pojechali do supermarketu na obrze-
żach miasteczka. Był pusty, alejki wąskie, podłogi obskurne
i zniszczone. Russell pchał Sophie w rozklekotanym wózku,
a zmęczeni pracownicy łypali na nich podejrzliwie. Sophie
zanosiła się od śmiechu. Jazda wózkiem sklepowym – kto by
pomyślał, że może z tego wyjść taka rewelacyjna randka? (Bo
teraz była już prawie pewna, że to jest randka).
258
Zgodnie z przewidywaniami wybór świec był niewielki.
Cała półka lampek do kontaktu, dziwny zestaw cyferek uro-
dzinowych (z miażdżącą przewagą czwórek i siódemek) i jakieś
szklane świeczki na wypadek awarii prądu i innych katastrof.
Nic, co choć z grubsza mogłoby pasować do menory.
Russell wyjął telefon i zaczął szukać sklepów, które o tej po-
rze byłyby jeszcze otwarte. Ale Sophie już sięgała po świeczki
awaryjne.
– W tym święcie chodzi o to, żeby umieć się przystosować –
powiedziała. – My, żydzi, jesteśmy skromni.
– Zauważyłem – powiedział Russell. – To ile potrzebujemy?
– Dziewięć – odparła Sophie. – Osiem na każdy wieczór
Chanuki i jedną do odpalania. Oficjalnie.
Na półce stało dziewięć świeczek awaryjnych.
– No proszę – rzuciła Sophie. – To prawdziwy cud. – Opo-
wiedziała mu o tym, skąd się wzięło to święto, o oliwie w dzie-
więcioramiennej lampie, która powinna była wystarczyć na
jedną noc, a wystarczyła na osiem. – To właściwie tylko po-
mniejszy cud – dodała.
Russell popatrzył na nią i przekrzywił głowę.
– Nie wiem, czy istnieje coś takiego, jak pomniejszy cud.
W drodze ze sklepu na kampus znowu włączyli You Can’t
Always Get What You Want. Tym razem Sophie naprawdę śpie-
wała, z początku cicho, potem na całe gardło. Nie obchodziło
ją, czy fałszuje.
Po przyjeździe na miejsce poszli przez dziedziniec w stronę
akademika Sophie. Teraz było tu pusto, ani śladu reniferowej
orgii, przed którą zbiegli. Miała wrażenie, że od tamtego czasu
minął milion lat.
259
– Dlaczego mnie zagadnąłeś? – zapytała Sophie. – Z powodu
Neda Flandersa?
– Po części – odparł Russell, przeciągając to słowo w taki
sposób, że Sophie miała ochotę go połaskotać.
– A po części?
– Nie pamiętasz mnie?
Pamiętać go? Zapamiętałaby, gdyby miała powód. Na pew-
no. Tylko że patrzył na nią tak, jakby coś ich łączyło.
– Poezja.
Sophie chodziła na te zajęcia jedynie przez tydzień. Nie
cierpiała ich. Nawet nie prowadził ich profesor, tylko asystent-
ka, która mówiła przez nos i nalegała na bardzo konkretne in-
terpretacje wierszy. Sophie pokłóciła się z nią o wiersz Yeatsa
Kiedy już siwa twa głowa. Skończyło się to jednym z jej „Coś ty
narobiła, Sophie Roth?”, z tych większych. Z tych sprawiających,
że wyrzucała sobie przyjazd tutaj.
– Żałowałem, że cię nie poparłem w tym… sporze.
Sporze. Raczej wojnie na słowa. Debata z asystentką nad jed-
nym wersem utworu – „Wspomnij, jak wielu kochało uśmiech
łagodny i jasny” – prawie doprowadziła Sophie do łez. Musiała
opuścić salę przed końcem zajęć. Więcej tam nie przyszła.
– Jeżeli to cię pocieszy, potem niektórzy z nas zaczęli ją pro-
wokować – powiedział Russell. – „Poezja to nie matematyka”.
To był nasz okrzyk bitewny.
Tak Sophie powiedziała wtedy asystentce. Teraz doświad-
czyła czegoś w rodzaju ulgi z mocą wsteczną – a może oczysz-
czenia? Przekonała się, że miała w tamtej grupie obrońców.
Sprzymierzeńców. Nawet jeśli ich nie zauważyła. Nie zauważyła
j ego. Prawdę mówiąc, wielu rzeczy na uczelni nie zauważała.
Chodziła ze spuszczoną głową, z klapkami na oczach. Taką
przyjęła taktykę, żeby przetrwać. Tylko że teraz zastanawiała się,
czy to aby nie było głupie. Coś w rodzaju zakładania kamizelki
ratunkowej z ołowiu.
260
– Wypytywałem o ciebie po zajęciach. Dowiedziałem się
paru ciekawych rzeczy: że jesteś miastowa i tak dalej – opo-
wiadał z prowokacyjnym uśmiechem. – Ale potem jakoś się
rozmijaliśmy. Aż do dzisiaj… Właśnie się zastanawiałem, jak
by cię zagadnąć. Wydawałaś się rozdrażniona, nie pasowałaś
do towarzystwa. – Znowu uśmiechnął się szeroko, ale tym
razem inaczej, nie tak prowokująco, za to bardziej nieśmiało
i w rezultacie chyba z tysiąc razy bardziej pociągająco. – Wtedy
wspomniałaś o Nedzie Flandersie i po prostu musiałem coś
powiedzieć.
– Dlaczego? Ned jest twoim guru?
Roześmiał się. Tym swoim szczerym, serdecznym śmiechem.
– Ciągle się przeprowadzaliśmy, czasami co roku. Jedyną
stałą rzeczą w moim życiu byli Simpsonowie. Wszędzie ich
mają, czasem po angielsku, czasem z dubbingiem, nieważne.
Taka nagroda pocieszenia.
– Mówisz o tym tak ponuro – stwierdziła Sophie. – A mnie
się wydawało, że to wielka przygoda mieszkać w tylu ciekawych
miejscach.
– Nie wszystko jest takie, jakie się wydaje.
Spojrzenia, które wymienili, były jak mapa z zaznaczonym
szlakiem ich wspólnej podróży.
– Więc jak to wyglądało naprawdę? – zapytała.
– Widziałaś Między słowami?
Pokiwała głową. Uwielbiała ten film.
– Właśnie tak to wyglądało, ciągle tak samo. Tylko tysiąc
razy gorzej, bo jestem czarny. W niektórych miejscach ludzie
po prostu nie ogarniają czarnych. W Korei mówili na mnie
Obama. – Westchnął. – Zanim Obama został prezydentem,
byłem Michaelem Jordanem.
– To dlatego przyjechałeś tu na studia? – zapytała Sophie. –
Bo wiedziałeś, jak tutaj jest?
Russell przyglądał jej się przez chwilę, zanim odpowiedział:
261
– Tak. Trochę tak. I jeszcze żeby wkurzyć rodziców. Myśleli,
że mi odbiło, ale mnie się wydawało, że w ten sposób coś im
udowodnię. Hej, moje życie zawsze tak wyglądało, jakiś pro-
blem? – Zaśmiał się, tym razem trochę smutno. – Kłopot w tym,
że oni tego nie zrozumieli, a nawet gdyby, to i tak żaden odwet.
Poza tym, że czesne jest wysokie. – Wyrzucił ręce w górę. – Cóż,
trzeba przyznać, że dziennikarstwo mają rewelacyjne.
– I nauki humanistyczne – dodała Sophie.
– I piękne miastowe dziewczyny, które rozmawiają same ze
sobą o Nedzie Flandersie.
– O, tak. Czytałam o nich w folderach – powiedziała Sophie
trochę wytrącona z równowagi komplementem. A także tym,
że dotarli do jej akademika. – Jesteśmy.
Russell wziął ją za rękę. Było jej ciepło.
– Gotowa, żeby zacząć Chanukę?
– Jak mawiał Ned Flanders: okily dokily! – odparła Sophie.
W ich segmencie nie było nikogo. Kaitlynn, Madison i Che-
ryl wyjechały już na święta, zostawiając po sobie radosny bała-
gan. Kiedy Sophie znalazła się sama w akademiku z Russellem,
nagle poczuła się tak zdenerwowana, że kolana się pod nią
ugięły. Trajkotała w rytmie migających lampek choinkowych
Madison.
– A to nasza sztuczna choinka i tradycyjna ofiara z popcor-
nu i cukrowych lasek. Wnętrze zdominowała wszechobecna
lameta o niejasnej symbolice. Dmuchany mikołaj został wyko-
nany z klasycznej folii aluminiowej. A jeśli głęboko odetchniesz,
wychwycisz w powietrzu sosnową nutkę potpourri. Witamy
w krainie, w której Boże Narodzenie zwymiotowało.
Próbowała jeszcze żartować ze swetrów z Rudolfem, ale
wypadło to nijako. Może był to dowód, jak daleką przebyli
dziś drogę.
262
– Pokaż mi, gdzie mieszkasz – poprosił cicho Russell.
Pokój Sophie kojarzył się z tą zabawą z Ulicy Sezamkowej,
w której wszyscy śpiewają: „Jedna z tych rzeczy nie pasuje
do reszty”. Żadnych plakatów, żadnych tablic korkowych
z kolażami szkolnych przyjaźni. Na jej półce z książkami
stało oprawione w ramkę zdjęcie Zory, stare zdjęcie Luby –
wytwornej i jakby złośliwej – oraz zdjęcie Sophie z matką
w weneckiej gondoli. Płynęły kilka razy z tym samym gon-
dolierem, który zaczął mówić do niej „Sophia” i śpiewał dla
niej po włosku.
Russell przyglądał się zdjęciu.
– Mama była wtedy na biennale w Wenecji, bardzo ważnej
imprezie artystycznej – wyjaśniła Sophie.
Kiedy dorastała, marzyła o tym, żeby jej mama była praw-
niczką, pracowała w banku albo w firmie, która coś produkuje.
Takiego rodzaju zawody wykonywali rodzice jej przyjaciół.
Kiedy jednak została zaproszona do wystawienia swoich prac
na prestiżowym weneckim biennale, a Luba sprzedała pierścio-
nek, żeby Sophie też mogła polecieć do Europy, była z niej taka
dumna. Cieszyła się, że mama pozostała wierna swojej pasji.
Do tego magiczna podróż: gondole, kręte kanały i uliczki, za-
tłoczone galerie sztuki, a nade wszystko uczucie, że oto właśnie
rozpoczyna się coś nowego. Już od dawna nie czuła się w ten
sposób. Aż do dzisiejszego wieczoru.
– Jakiego rodzaju sztuką zajmuje się twoja mama? – zapytał
Russell.
– Rzeźbiarstwem. Nie takim tradycyjnym w glinie czy
w marmurze. Bardziej abstrakcyjnym. – Sięgnęła na najwyższą
półkę i zdjęła z niej małą kostkę, całą ze splątanych drucików
i kawałeczków szkła. – Większość jej prac jest znacznie więk-
sza – tłumaczyła. – Na przykład wielkości tego pokoju. Niestety
moja współlokatorka Cheryl uparła się, żeby mieć łóżko, więc
nie mogę tu obcować ze sztuką.
263
Przez chwilę zastanawiała się, jaką minę zrobiłaby Cheryl,
gdyby naprawdę przywiozła tu którąś z większych instalacji
mamy. Ale potem przypomniała sobie, że Cheryl zdawała się
podziwiać jej miniaturową rzeźbę. Kiedy zobaczyła ją po raz
pierwszy, długo trzymała ją w ręce, zupełnie jak teraz Russell.
– Twoja mama rzeźbi – powiedziała wtedy – a moja orga-
nizuje kiermasze dobroczynne.
Sophie uznała to za ukrytą „miastową aluzję”, jeszcze jeden
przytyk do jej inności. Dopiero teraz przyszło jej do głowy, że
może umknęła jej jakaś swoista odmiana sarkazmu współlo-
katorki.
Russell obracał rzeźbę w palcach, przyglądając się jej pod
różnymi kątami.
– Moja babcia robiła takie różne rzeczy… Nie wiem, czy
można to nazwać rzeźbami… z drewna i trawy morskiej. Na
Saint Vincent. Słyszałaś o Saint Vincent?
– To wyspa na Morzu Karaibskim, prawda?
– Tak. Moja mama stamtąd pochodzi. Przyjechała na studia
do Stanów, poznała tatę i już nie wróciła na Karaiby. Kiedyś
jeździłem tam na wakacje do babci. Mieszkała w małym dom-
ku, pomalowanym na kolory wyspy, tak mówiła babcia. Wkoło
biegali kuzyni, kurczaki i kozy.
Russell uśmiechał się do swoich wspomnień. Sophie
uśmiechnęła się razem z nim.
– Potem mój tata zaczął wysyłać mnie latem na obozy: te-
nisowe, żeglarskie, golfowe. Teraz jeździmy na Saint Vincent
tylko na Boże Narodzenie. Przez ostatnich kilka lat zatrzymy-
waliśmy się w eleganckich kurortach jak turyści. I ludzie inaczej
nas teraz traktują. Jak turystów. Nawet rodzina. – Odstawił
rzeźbę ze smutkiem i nostalgią. – Oprócz babci.
Sophie zamknęła oczy. Wyobraziła sobie jego babcię, jej
piękną pomarszczoną twarz, dłonie stwardniałe od długo-
letniej pracy, surowość skrywającą głęboką, bezgraniczną
264
miłość. Po chwili obraz jego babci zlał się ze wspomnieniem
Luby. Sophie przypomniała sobie, jak w zeszłym roku z mio-
tłą w ręce stukała w czujnik alarmu dymnego, który sfikso-
wał w trakcie smażenia placków ziemniaczanych. Zamiast
odegnać od siebie to wspomnienie, pozwoliła mu spokojnie
odpłynąć. Z zaskoczeniem przekonała się, że nie parzyło.
Potem otworzyła oczy.
– Czy twoja babcia żyje? – zapytała.
– Tak. – Russell się uśmiechnął.
– Zobaczysz się z nią w tym roku? – Nagle wydało jej się
to bardzo ważne.
– Lecę w niedzielę. Bardzo się cieszę. – Umilkł. – I boję.
Wiesz. Święta.
– Będzie dobrze – zapewniła go, zdając sobie sprawę, że
powtarza słowa, które od jakiegoś czasu słyszała z ust innych.
Po śmierci Luby: „Będzie dobrze, czas leczy rany”. Po przy-
jeździe na studia: „Będzie dobrze, wyprowadzka z domu to
duża zmiana”. Sophie w to nie wierzyła. Nie można odwrócić
straty. Nie można odkręcić błędu.
Ale teraz zastanawiała się, czy pielęgnując wspomnienia,
nie można sprawić, że przesłonią pustkę. I czy z wyjazdem na
studia nie było przypadkiem trochę tak, jak z pierwszą kąpielą
na początku lata. Choćby czekało się na nią z utęsknieniem, za-
wsze trzeba było najpierw przywyknąć do zimnej wody. Może
każde miejsce, do którego wyjechałaby w tym roku, okazałoby
się jakimś Bumfuckville.
W tym Bumfuckville były przynajmniej knajpy przenie-
sione z krainy Oz. Sprzymierzeńcy, którzy poparli ją na zaję-
ciach z poezji. Osoby takie jak Cheryl, która, jak się nad tym
zastanowić, była po miastowemu sarkastyczna. I faceci tacy
jak Russell.
Co, jeśli to nie przyjazd tutaj był błędem, tylko niedostrze-
ganie tego wszystkiego?
265
„Coś ty narobiła, Sophie Roth?”, pomyślała po raz enty. Tyl-
ko że tym razem zupełnie inaczej się czuła. Może i popełniła
błąd, ale miała jeszcze czas, żeby go naprawić. I co więcej, nie
mogła się tego doczekać.
Pogasiła lampki choinkowe i ułożyła świeczki w rzędzie na
podłodze. Znalazła menorę Luby i ustawiła ją obok. Zapalili
świece. Ciemność wypełniła się teraz ciepłym blaskiem.
– Normalnie odmawia się modlitwę po hebrajsku – powie-
działa Sophie. – Ale myślę, że możemy zrobić to trochę po swo-
jemu. Dziękuję za ten kretyński koncert kolęd dziś wieczorem.
– Dobrze – powiedział Russell. – A ja za swetry z reniferami.
Sophie zachichotała.
– Za samochody z podgrzewanymi siedzeniami.
– Za dobrze ogrzane siedzenie.
– Za placki ziemniaczane – wyliczała Sophie.
– Nie zapomnij o cieście.
– Za ciasto z serem.
Russell przyciągnął Sophie do siebie. Był wysoki, więc usiad-
ła na podwiniętych nogach.
– Za doskonałe dopasowania – wyszeptał Russell.
– I niedoskonałe dopasowania – dodała Sophie.
Wyciągnęła rękę, żeby dotknąć ust Russella, a on przytrzy-
mał jej dłoń i całował jeden po drugim jej palce: kciuk, wska-
zujący, środkowy, serdeczny, mały i z powrotem.
– Za Neda Flandersa – powiedział Russell.
– O tak, po tysiąckroć za Neda Flandersa. Powinniśmy usta-
nowić święto Neda Flandersa – powiedziała Sophie.
Russell uniósł jej włosy i pocałował ją w szyję. Zadrżała.
– Za Rolling Stones – wyszeptał. W tamtej chwili nawet
Mick Jagger nie mógłby tego powiedzieć w bardziej pociągający
sposób.
– I za to, że nie zawsze można mieć to, czego się chce – po-
wiedziała Sophie.
– … ale czasem dostaje się to, czego się potrzebuje – do-
kończył Russell.
Wtedy pocałowała go w usta. Smakowały jabłkami i serem.
Odkryciem, że tak niespodziewanie dobrze do siebie pasują.
Czuła też smak topniejących lodów, oporów, i to, jak sama
stapia się z Russellem.
Pocałowała go, nie wiedząc, czy ten pocałunek potrwa mi-
nutę, godzinę, czy całą noc. Pocałowała go, nie wiedząc, co się
wydarzy w przyszłym semestrze, w przyszłym roku. Ale w tej
chwili żadna z tych rzeczy nie miała znaczenia. Liczył się po-
całunek. Nie tylko sam pocałunek, ale i to, co ten pocałunek
mówił. Co rozpoczynał. Co rozpoczynała ta noc. Co oni roz-
poczynali.
Jutro wszystko się zmieni. Tyle Sophie rozumiała.
Naprawdę nie istniało coś takiego, jak pomniejszy cud.