background image

PROLOG 

Listopad 1986 

Ze szczytu pagórka Lara spojrzała na nagi zimowy krajobraz. Sękate dęby stały sztywne, majestatyczne 

na tle ołowianego nieba. Jak okiem sięgnąć, rozciągały się płaskie, pokryte śniegiem pola. Komuś innemu 

okolica   mogłaby  się   wydać   zniechęcającym   pustkowiem,   według   niej   widok   ten   miał   w   sobie   piękno, 

prostotę i wdzięk. Jednak niezaprzeczalnie był w nim także smutek. 

Na   nowo   ogarnął   ją   żal,   który  zawsze   towarzyszył   momentom  przelotnej   radości.   Dreszcz,   który  ją 

przeszedł, spowodowany był  w,równej  mierze wspomnieniami, co i lodowatym wiatrem. Pogrążona we 

wspomnieniach, wpatrywała się w surową' ziemię, która od prawie dwudziestu sześciu lat była jej domem. I 

zapłakała. 

Ta ziemia zabiła jej ojca, okazała się zbyt wymagająca dla jego chorego serca. Przyczyniła się także do 

śmierci matki, zabrała jej siły, z góry skazując walkę z zapaleniem płuc na porażkę. 

Jako   nastolatka   Lara   nienawidziła   fanny,   nienawidziła   bezustannej   harówki   i   ostrych   wiatrów, 

nienawidziła samotności i, najbardziej ze wszystkiego, gorzkich zwycięstw nad jej rodziną, które ta ziemia 

odnosiła. Tylko ironia losu sprowadziła ją tu z powro'tem - uczyniła obietnicę w stanie rozpaczy. Była to 

ostatnia próba dobicia targu z Bogiem, który i tak nie wysłuchał jej modlitw o życie matki. 

- Proszę cię, Laro, nie pozwól, by rodzina się rozpadła - błagała ją matka. - Utrzymaj fannę. To twoja 

spuścizna. Tego by chciał twój ojciec.

- Będziemy wszyscy razem, mamo. I ty także - powiedziała. 

- Obiecaj, Laro. - Gorączkowe spojrzenie oczu matki paliło jej duszę. 
W końcu obiecała, złamana cichymi prośbami matki. A potem patrzyła z przerażeniem, jak jej matka w 
milczeniu odchodzi. 

Już od pięciu lat robiła wszystko, aby dochować obietnicy. Rzuciła studia. Jej bracia, którymi się opiekowała, 

z chudych, niezgrabnych chłopców wyrastali na silnych, młodych mężczyzn, gotowych zacząć własne życie. 

Razem z nimi uprawiała pola wiosną i latem, od świtu do zmierzchu, najmowała pomoc, gdy mogła sobie na to 

pozwolić, i woziła plony na rynek w Toledo. Jej ręce, które miały być rękami lekarza, teraz były szorstkie i 

chropowate, ale chłopcy, Tommy i Greg, będą mieli szanse, które ona straciła. 

- Zrobiłam to, mamo - powiedziała. Słowa porwał wiatr. - Udało nam się. 

Była w tym stwierdzeniu duma i· gorycz. Chociaż robiła to wszystko nie z własnego wyboru, osiągnięcia 

zasługiwały na szacunek. Mimo przeciwności losu udawało się, choć z trudem, wiązać koniec z końcem. Bank 

był wyrozumiały i wyrażał zgodę na .odraczanie spłaty kredytów, które ojciec brał kilkakrotnie. Ale gdyby choć 

na chwilę przestała się tymi długami zajmować, mogłoby to zniweczyć resztki jej nadziei. 

Dzięki tej walće zaczęła cenić farmę i zrozumiała, co znaczyła dla jej ojca. Pojęła w końcu, dlaczego tak 

walczył o jej utrzymanie i stawiał czoło tym, którzy, korzystając z jego trudnej sytuacji, chcieli tę ziemię kupić. 

Z czasem polubiła codzienne problemy, które niosło życie na farmie, męczące obowiązki i dający satysfakcję tok 

powszednich zajęć. Zaczęła traktować z szacunkiem potęgę natury, której kaprys mógł zniszczyć wszystko to, 

czego osiągnięcie zajęło wiele miesięcy. Wciąż żałowała straconej szansy, ale farma nieuchronnie sprawiła coś, 

co wydawało się niemożliwe: zawładnęła jej sercem. 

Powoli odwróciła się i weszła do domu. Ogrzała ręce przy kominku i zaczęła się szykować na wyprawę do 

miasta, która miała zadecydować, czy po tym wszystkim, co przeszła, farma pozostanie jej własnością. 

W banku Lara odetchnęła głęboko, zanim weszła do onieśmielającego, wyłożonego mahoniem biura pana 

Hogana. Przychodziła tu co roku od czterech lat, lecz mimo uprzejmości prezesa banku, za każdym razem było 

jej tak samo trudno. Właśnie tę uprzejmość odczuwała tak jak wcieranie soli w ranę. Jej duma, ta wielka duma 

Danversów, którą zaszczepił jej ojciec,· cierpiała zawsze, ilekroć była zmuszona się przyznać, że potrzebuje 

kolejnego odroczenia spłaty kredytów. Tym razem nie będzie inaczej. 

Jednakże  gdy. przekraczała  drzwi, niepewność  w jednej  chwili  znikła,  ustępując miejsca  całkiem  innemu 

uczuciu. Wzrok jej przyciągnął natychmiast silnie zbudowany mężczyzna, siedzący naprzeciw prezesa banku. 

Ciemne, trochę zbyt długie włosy opadały mu na kołnierz beżowej koszuli. Te mocne, kręcone włosy znała aż 

nazbyt dobrze. Gdy go rozpoznała, jej serce, już przedtem niespokojnie kołaczące, zaczęło mocno łomotać. 'A 

kiedy, spostrzegłszy jej wejście, wstał powoli i obrócił się ku niej, z najwyższym trudem udało jej się opanować 

panikę, która ją. ogarnęła. 

Steven Drake. 

Upłynęło już prawie osiem lat od chwili, kiedy widziała go po raz ostatni, mimi to - ku jej rozdrażnieniu - 

ciągle jeszcze działał jej na zmysły. 

Drogi, szyty na miarę garnitur uwydatniał mocne ramiona. Ale Steven wciąż sprawiał wrażenie człowieka 

czującego się swobodniej  w dżinsach  i flanelowej  

koszuli. Dłoń, która dotknęła  jej dłoni, była tak samo 

szorstka i twarda jak jej własna, lecz delikatniejsza niż przed laty. Tak jakby nauczył się panować nad swoją 

siłą. 

- Lara - jego głos brzmiał szczerym uczuciem. 

background image

Cierpienie,   błaganie,   pożądanie,   wszystko   to   zawierało   się   w   tym   jednym,   wypowiedzianym   miękko 

słowie. Jasne oczy koloru błękitnego zimowego nieba objęły ją gorącym spojrzeniem. Lara zadrżała. 

Wiele lat temu Steven Drake stał się całym światem niewinnej osiemnastoletniej dziewczyny. I obrócił go 

wniwecz. Ukazał jej nie?:równane piękno miłości,  a potem dał lekcję zdrady. Czy wrócił, by zrobić to 

znowu?   Coś   jej   mówiło,   że   za   jego   uprzejmym   uśmiechem   i   gorącym   spojrzeniem   kryje   się   zimno 

wykalkulowany cel. Po chwili prezes banku potwierdził, że nie było to przypadkowe spotkanie. 

- Siadaj, Laro. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko obecności pana Drake'a. 

Ze sposobu, w jaki to powiedział, wywnioskowała, że to nie jest pytanie. To on zaprosił Stevena i 

oczekiwał od niej zgody na jego obecność. Splótł ręce na biurku i długo się w nie wpatrywał. Potem 

odchrząknął. Znała Richarda Hogana odkąd zaczęła przychodzić z ojcem do banku. Miała wtedy nie więcej 

niż pięć lub sześć lat. Był to człowiek dostojny, pozbawiony poczucia humoru, ale zawsze uprzejmy. Nawet 

jako dziecko zdawała sobie sprawę z jego władzy. Okazywał ją w sposób bardzo powściągliwy, niemniej 

nie   budzący   wątpliwości   co   do   jej   istnienia.   Teraz   po   raz   pierwszy   zauważyła   w   jego   głosie   ślad 

nerwowości. Paradoksalnie napełniło ją to strachem. , 

-   Laro,   moja   droga   -   zaczął   w   końcu   -   dziś   przypada   tennin   spłaty   twojego   kredytu.   Czy   jesteś 

przygotowana? 

Steven przyglądał się jej uważnie, co wyprowadziło ją z równowagi. Starała się nie okazywać 
zdenerwowania. Z trudem przełknęła ślinę i wyzywająco podniosła głowę. Ignorując Stevena, zwróciła się 
do Hogana. 
- Mam większą część sumy. - Podała mu czek opiewający na kwotę większą niż kiedykolwiek przedtem. 

Rzucił na niego okiem. 

- A co z resztą? 
Ogarnęło ją napięcie. Była tak pewna, że wysokość sumy zrobi na nim wrażenie. Poczuła złość, że znów 

będzie musiała się poniżać, 

upokorzenie, że Steven będzie tego świadkiem. Zdała sobie sprawę, że prosi o 

dalszą zwłokę. 

- Bardzo proszę, z pewnością ją zdobędę, jeśli da mi pan jeszcze kilka tygodni. Wzięłam pracę na zimę, a 

bracia, którzy są na studiach, też pracują. Tommy kończy studia pod koniec tego semestru i pójdzie do pracy 

na cały etat. Pomoże też na farmie. Greg sprzedaje już swoje obrazy i przysyła do domu pieniądze. 

- Sztuka to niezbyt pewne źródło dochodu - zauważył Hogan. - A Tommy musi teraz myśleć o własnej 

rodzinie. Poza tym sądziłem, że studiuje biznes, a nie rolnictwo. 

- Tak, biznes, ale on i Megan zgodzili się zostać na fannie, dopóki nie staniemy na nogi. Jest dość miejsca 

dla nich  

i  

dziecka. Im to też pomoże. Damy radę, proszę pana. To będzie już ostatni rok zwłoki. Jeśli w 

przyszłym roku będą dobre zbiory, farma w końcu zacznie )?rzynosić dochód. 

Mężczyźni spojrzeli na siebie. 

- Może ja mógłbym pomóc - zaproponował Steven. Lara poczuła, że jej serce znów zaczyna bić mocniej. 

Instynktownie zacisnęła pięści. Spojrzała na Hogana i nie rzucając nawet okiem na mężczyznę siedzącego 

obok niej, zadała pytanie, które cisnęło jej się na usta już od chwili, gdy weszła do tego pokoju: 

 

- Dlaczego on tu jest? 
Nieświadom tego, co czuła, a raczej mylnie sobie tłumacząc przyczynę jej niechęci, Hogan odparł: 

- Pan Drake chciałby ci tylko pomóc, Laro. Właśnie rozmawialiśmy o tym trochę. Pozwól mu wytłumaczyć. - To 

jest sprawa między mną i panem, panie Hogan. To jest interes banku. Nie potrzebujemy, by rozstrzygał go ktoś 

obcy. 
- Ależ tak, moja droga., Sądzę, że potrzebujemy. Lara nie mogła znieść współczującego wzroku pana Hogana, 

nie odwracała jednak głowy, gdyż musiałaby spojrzeć w twarz Stevenowi. Nie była pewna, czy zdołałaby to 

wytrzymać. 

- Chcę kupić trochę twojej ziemi - powiedział Steven. 

Ta propozycja wisiała w powietrzu. Pokusa i przekleństwo. 
- Nie - padła instynktowna, twarda odpowiedź. 

- Dlaczęgo, Laro? Czy to ta twoja zacięta duma? 

W końcu na niego spojrzała. Jej oczy płonęły. 
- Jak śmiesz mnie o to pytać, ty, który zrobiłeś wszystko, żeby mnie tej dumy pozbawić! - wybuchnęła. - Ta 

ziemia   należała   do   mojego   ojca,   a   przedtem   do   jego   ojca.   Osiem   lat   temu   ci   odmówił.   Nie   zamierzam 

postępować wbrew jego woli. To nie tylko duma, to przywiązanie i lojalność. Rzeczy,  o których nie masz 

pojęcia. 

Wytrzymał jej wściekłe spojrzenie. Zobaczyła w jego oczach coś, co ją zbiło z tropu. Łagodność. Może nawet 

żal. Nie zaprzeczył jej oskrażeniom, lecz powiedział po prostu: 

- Wysłuchaj mnie, Laro. Proszę. Nie mogła słuchać. Sama jego obecność powodowała, że kipiała ze złości. 

Jego słowa mogły być tylko kłamstwem. Miała dosyć kłamstw Stevena Drake'a. - Powiedziałam: nie. 

Cokolwiek powiesz, i tak nie zmienię zdania. Czy nie wystarczy, że usiłowałeś mnie wykorzystać, aby tę 

ziemię od mojego ojca wyłudzić? Po to wróciłeś? Przez ten cały czas czekałeś na szansę, żeby ukraść nam 

ziemię, tak jak ukradłeś innym? - Patrzyła na niego z wściekłością. - Raczej zbankrutuję, niż sprzedam ci piędź 

background image

ziemi Danversów. 
Jego szczęki zacisnęły się, lecz głos pozostał cichy, cierpliwy, rozsądny. Tak cholernie rozsądny. 

- W ten sposób możesz tylko stracić całą farmę - powiedział. - Jeśli przyjmiesz moją propozycję, zachowasz 

choć część. Sama będziesz mogła wrócić do szkoły, Laro. Te wszystkie twoje marzenia ... Jeszcze mogłyby się 

spełnić. Nie musiałabyś' być na zawsze przywiązana do farmy ojca. 
- Ta farma to teraz moje życie. Tamto wszystko to były tylko głupie dziewczęce sny. 
- Nie takie głupie - powiedział. Te słowa przypomniały jej, jak wiele straciła. Steven zawsze rozumiał jej 

marzenia, dodawał jej odwagi. Albo tak jej się wydawało. Miała osiem długich lat, by bez emocji przemyśleć 

swoje motywy. Jej marzenia i to, , w co wierzyła, obróciło się w popiół tej nocy, kiedy opuścił ją bez słowa. Nic 

jej nie zostawił oprócz milczenia i żalu. 

- Posłuchaj go, Laro - teraz prosił pan Hogan. - To dla was wszystkich sensowne rozwiązanie ... 
Nie była mu w stanie przerwać. Słuchała z ciężkim sercem. Propozycja Stevena była rzeczywiście sensowna. 

To, co zap,łaciłby za sto akrów lasu wzdłuż strumienia, pozwoliłoby spłacić dług rodziny i utrzymać farmę przez 

wiele lat. Najkorzystniejsze było to, że, jak zaznaczył, zachowałaby całą ziemię uprawną. 

Nie,  pomyślała  Lara.  W ten  sposób  straciłaby  najbardziej   malowniczą   część   posiadłości.   Była  to jedyna 

próżność,   na   którą   sobie   pozwalała   -   komfort   posiadania   cichego,   spokojnego   miejsca,   gdzie   znajdowała 

schronienie po zakończeniu pracy w długie, wyczerpujące letnie dni. Steven chciał tylko tej części, gdzie się 

kochali w letnie noce, co w oczywisty sposób nie miało dla niego znaczenia, a na jej życiu tak bardzo zaważyło. 

- Co chcesz zrobić z tą ziemią? - zapytała. W jej głosie brzmiało szyderstwo. - Zbudujesz na niej jakieś domy 

do wynajęcia? 

- Tylko mój własny. 

- Na jak długo? 

- Na stałe. 
W końcu interes doszedł do skutku, bo nie było innego wyjścia. Pan Hogan nie pozostawił co do tego żadnych 

wątpliwości. Zbyt wiele małych farm rodzinnych upadało. Bank był zmuszony wchodzić na hipotekę· 

- Nie strać jej całej, Laro - poradził. - Nie zmarnuj tej szansy. 

A Steven dotrzymał słowa. Zbudował tam tylko swój dom - dom z drewna i kamieni na stoku porośniętym 

aksamitnym   zielonym   trawnikiem,   otoczony   lasem   wysokich   drzew.   Zaprojektowany   ze   smakiem,   bardzo 

dobrze pasował do otoczenia. Świadczył o miłości właściciela do tej ziemi .. 

Lara obserwowała budowę tego domu ukradkiem, z uczuciem znużenia, ale i z fascynacją. To był ten dom, który 

wiele razy wyobtażali sobie osiem lat temu, gdy siedząc nad strumieniem marzyli o przyszłości. Z jaką troską 

planowali każdy pokój, meble, nawet widoki z okien, a przede wszystkim marzyli o śmiechu, który miał wypełnić 

ten dom. To był piękny sen, śniony przez dwoje ludzi, których magia miłości złapała w. swoje sidła. 

To, co się stało, było dla niej torturą, szyderczym świadectwem tego, że nie potrafiła zachować dziedzictwa 

ojca. A co gorsza, boleśnie przypominało jej każdego dnia przeszłość, o której powinna była zapomnieć, ale nie 

mogła. Udręka, którą czuła na widok tego domu, złamałaby słabszą od niej kobietę· Larę Danvers zagrzewała do 

walki. 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Pręzent 

Dom Stevena stał pusty już od wielu tygodni i Lara w końcu zaczęła się uspokajać. Nie miała pojęcia, gdzie 

tym razem pojechał, ale była mu za to wdzięczna jak za odroczenie wyroku. Denerwowało ją, gdy widziała 

cho<;by przelotnie, jak łowił ryby nad strumieniem, gdy mignęły jej wyblakłe dżinsy z krótkimi nogawkami, 

opuszczone nisko na biodra, i nagie, brązowe od słońca ramiona. Skończyły się też te okropne przyp.adkowe 

spotkania w mieście. Serce przestawało jej bić, gdy ich spojrzenia się zderzały, wzniecając na nowo płomień 

gniewu i udręki, tak jak iskry spadające na suche krzesiwo. 

Podobne momenty zatruły ostatnich kilka lat. 

Pociecha i spokój, które w końcu znalazła w cichym życiu na farmie, zostały zniszczone w jednej c;hwili przez 

człowieka, który w ogóle nie powinien się liczyć. Choć ostanio jego wizyty w rezydencji stawały się coraz 

bardziej   nieregularne;   przestały   ją   cieszyć   spacery   o'   zmroku   po   własnej   ziemi,   coraz   rzadziej   wpadała   na 

szklaneczkę   wody   sodowej   do   Beaumontów.   Przestało   jej   sprawiać   przyjemność   oczekiwanie   na   te   drobne 

przyjemności. Serce waliło jej ze strachu za każdym razem, ilekroć mijała zakręt strumienia. Puls przyspieszał, 

gdy w promieniach słońca mignęły kasztanowe włosy, a nawet gdy w szybie wystawowej błysnął błękit i chrom 

jego furgonetki. 

Zaufanie umarło. Ale dlaczego nie miłość? Dlaczego czuła wciąż to wzburzenie krwi na samo wspomnienie 

jego imienia? Dlaczego nie znikał ten tęskny ból, który zagnieździł się w jej sercu? Czy po tylu latach również i 

on nie powinien zniknąć? 

Przez jakiś czas oszukiwała się, że to gniew był powodem tak silnych reakcji, lecz w chwilach szczerości 

przyznawała,   że   było   to   coś   całkiem   innego.   Najwidoczniej   los.   zadecydował,   że   Steven   miał   się   stać 

namiętnością jej życia, o której nie sposób zapomnieć. Jakkolwiek by się starała, nigdy nie zdoła wyprzeć z 

pamięci tego podniecenia, które wniósł do jej cichego życia dzięki swojej inteligencji, witalności i radości 'życia. 

background image

Uporawszy się z porannymi zajęciami Lara usiadła na ganku i patrzyła, jak unosi się ciemny welon nocy, 

ustępując przed szarą poświatą zwiastującą poranek. Była to jej ulubiona pora, te spokojne chwile, które należały 

tylko do niej. Odpłynęły ostatnie chmury po wczorajszym deszczu. Potem na horyzoncie pojawiły się leniwie 

różowe smugi, a po nich morze złotego i pomarańczowego blasku. Piękno tego zjawiska odsunęło na jakiś czas 

dręczące ją myśli. 

Biorąc pod uwagę jej ostatnie nastroje, dobrze się stało, że Tommy zostawił jej dzieci na lato, gdy on i Megan 

urządzali się w Kansas City. Jennifer i Kelly były niesforne i zostawiały jej niewiele czasu na roztrząsania tych 

spraw.   Dni   wypełniał   ich   śmiech   i   dziecihna   fascynacja   dosłownie   wszystkim,  poczynając   od   motyli,   a   na 

traktorach kończąc. Mając je koło siebie Lara czuła się lepiej, czuła się silniejsza, szczęśliwsza. Wypełniały puste 

miejsca w jej życiu, czego nie były w stanie uczynić ani ciężka praca, ani nawet dobre wyniki gospodarowania 

na farmie. 

Być może później tego ranka będą mogły pójść nad, strumień. Steven znowu wyjechał, nie było nawet jego 

gospodyni, która mogłaby je zal,lważyć, będą więc bezpieczne, a zapowiadała się świetna pogoda na piknik. To 

będzie wielka przyjemność. Na pewno zaab~orbuje to jej wiecznie ciekawe, niesforne bratanice, a jej przypomni 

własne, dawno minione dzieciństwo.

Mimo że latem na farmie było zawsze dużo pracy, jej ojciec znajdował jeden wolny poranek, aby obudzić o 

świcie ją i jej braci i zabrać ich na ryby. Uwielbiała ojca. Był to dla niej najmilszy moment całego lata, kiedy 

można było zapomnieć o troskach, chlapać się w chłodnej wodzie i przynajmniej raz czuć się dzieckiem. 

W olbrzymim żółto-białym termosie była zimna jak lód lemoniada, mieli też kanapki z masłem orzechowym i 

galaretką oraz ciasteczka z mąki owsianej, słodkie od rodzynek. Współzawodniczyli ze wszystkich sił, kto złowi 

największą rybę, a było tyle przy tym śmiechu i kpin, że zwycięzca i pokonani byli równie zadowoleni. 

Pod koniec dnia nieśli dumnie do domu nawleczone na sznurek ryby, które mama smażyła na kolację. Każdego 

roku mówiła dokładnie te same słowa, gdy czekali niecierpliwie, aż podniesie do ust widelec z pierwszym kęsem. 

- Oświadczam, że to jest z pewnością najlepsza ryba, jaką kiedykolwiek jadłam - mówiła i uśmiechała się 

szeroko. - Musicie pewnie, dzieci, znać to najlepsze miejsce w strumieniu. 

Lara zawsze się z nią zgadzała. Każdego roku ryba była najlepsza, woń zeszłorocznej rozwiał czas, smak 

tegorocznej podnosiło podniecenie. 

Zaplanowawszy,   co   będą   robić,   wróciła   do   kuchni,   nalała   sobie   jeszcze   jedną   filiżankę   kawy   i   zaczęła 

przygotowywać   wszystko   do   pikniku.   Właśnie   kończyła,   kiedy   do   kuchni   przydreptały   Jennifer   i   Kelly,   z 

błyszczącymi policzkami i jasnymi loczkami w nieładzie. Kelly, z kciukiem w buzi, oparła się o nogę Lary i 

cierpliwie czekała, aż ta weźmie ją na ręce. Poranek był chyba jedyną porą dnia, kiedy Kelly była posłuszna. 

Lara objęła serdecznie dwulatkę i wyjęła jej kciuk z buzi. 

- Jeśli będziesz ciągle ssała ten kciuk, pewnego dnia ci odpadnie - przekomarzała się z dziewczynką. - Nie 
odpadnie - powiedziała Jennifer. - Tata też mi tak zawsze mówił, a moje nie odpadły. Zobacz. - Wyciągnęła 
rączki. 

Lara obejrzała oba kciuki z powagą· 

- Tak, rzeczywiście. Szczęściara z ciebie. Ale jak byś się czuła, gdyby Kelly nie miała tyle szczęścia? A teraz 

dam wam placków na śniadanie. To o wiele lepsze niż jakiś stary paluch. 

Kelly skinęła z .zadowoleniem i już całkiem rozbudzona wykręciła się na rękach Lary, chcąc, by ją postawiła 

na ziemi. Jennifer wpatrywała się w Larę podejrzliwie. Od razu rozpoznała przekupstwo. Jednak nie uprzedziła 

siostry o przebiegłości dorosłych, gdyż apetyt na placki wziął górę nad poczuciem obowiązku. 

Kiedy   dziewczynki   siedziały   przy   stole   nad   pełnymi   talerzami,   Lara   zdradziła   im   niespodziankę,   którą 

zaplanowała. 

-   Piknik   -   powtórzyła   Kelly,   wywijając   nabitym   na   widelec   plackiem   polanym   sokiem.   Lara   cierpliwie 

skierowała go jej do ust. Zawsze uważała za wielki sukces, jeżeli więcej niż połowa posiłku trafiała do żołądków 

dzieci. 

- Myślałam, że nie chcesz, żebyśmy chodziły nad rzekę - powiedziała Jennifer. 

- Zazwyczaj nie chcę, ale to jest szczególna okazja. 

- I będziemy mogły pływać? 

-  Jeśli woda jest ciepła. 

- Czy będziemy musiały łowić ryby? 
- A nie chcecie? 

Jennifer zdecydowanie pokręciła głową· - Czy łowiłyście kiedykolwiek? 

- Nie pamiętasz, ciociu Laro? Tata raz mnie zabrał. Miał takie paskudne robaki i nabijał je na haczyk. Było mi 

niedobrze. 

Lara stłumiła uśmiech wywołany wspomnieniem zakłopotania Tommy'ego na widok odrazy, która malowała 

się na twarzy Jennifer. 

- Teraz sobie przypominam. Nie będziecie musiały dotykać robaków, jeśli nie macie ochoty, ale czy nie byłoby 

zabawnie złowić wielką rybę i zjeść ją na obiad? 

Jennifer, która odziedziczyła po ojcu poważne usposobienie, chociaż nie jego pasję łowienia ryb, zamyśliła się 

nad tym głęboko. 

- Możliwe. 

Trochę rozczarowana, Lara pomyślała, że i tak na nic innego nie mogła liczyć. No, a nawet gdyby dziewczynki 

background image

nie   łowiły  ryb?   Mogą   przecież   się   kąpać.  To   jej   nie   zepsuje   dnia.   Nic   nie   jest   w   stanie   zniweczyć  szansy 

przywołania dawnych wspomnień. 

Godzinę   później   cała   trójka   szła   spacerem   przez   las.   Dziewczynki   miały   na   sobie   kostiumy   kąpielowe. 

Promienie   przeświecały przez  liście,  rzucając  plamy zielonych  cieni.  Trawa  była  chłodna  i  wilgotna,  słońce 

gorące. W powietrzu unosił się intensywny zapach ziemi i lasu po deszczu. Zazwyczaj był to krótki spacer, dziś 

przedłużały go różne podniecające odkrycia. Bo trzeba było rozpoznawać rozmaite leśne kwiaty, gonić wiewiórki, 

obserwować ptaki. 

- Co to? - zapytała Kelly, wyrywając z korzeniami już chyba dziesiąty kwiat. 
- Jaskier. 
- Wszyscy to wiedzą - Jennifer spojrzała na nią z wyższością. 

- Okej, panno Przemądrzalska - powiedziała do niej Lara. - W takim razie pokaż nam, gdzie jest północ. 

Jennifer przez chwilę stała nieruchomo, potem rozejrzała się dookoła ze ściągniętymi w zamysleniu ustami i 

zmarszczonymi brewkami. Nagle oczy jej się rozjaśniły. 

- Tam - pokazała we właściwym kierunku. 
- Skąd wiesz? 
- Bo tatuś mi powiedział, żeby szukać mchu z tyłu na pniach drzew. 
Lara zwichrzyła czuprynkę Jennifer. 
- Co mam z tobą zrobić? Niedługo będziesz mądrzejsza ode mnie. 
- Wtedy coś ci czasem opowiem - obiecała Jennifer. 
- Chcę popływać - powiedziała Kelly, najwyraźniej zmęczona popisem mądrości siostry. - Chcę popływać 
teraz.  . 

Lara   wzięła   ją   za   rękę.   O   ile   Jennifer   była  spokojna,   cierpliwa   i   uparta,   Kelly  była  impulsywna   i   pełna 

nieokiełznanego entuzjazmu. Jennifer spędzała całe godziny sama z książką, Kelly wolała układać koślawe wieże 

z klocków albo wzlatywać na huśtawce tak wysoko, że mogła dotknąć niższych gałązek dębu. Lara wyobrażała 

sobie,   że   Jettnifer   w   przyszłości   będzie   naukowcem,   podczas   gdy   Kelly   mogłaby   równie   dobrze   zostać 

kosmonautką. Jak to się stało, że Tommy i Megan mieli dzieci o dwu tak różnych osobowościach? 

- Więc się pospieszmy! - Lara zareagowała na potrzebę działania Kelly. - Co dostanie ten, kto będzie pierwszy 

przy strumieniu? 

- Ciasteczko! - wykrzykneła Jennifer. 
- Dobrze. Start! 
Usłyszały szum wody, zanim jeszcze ją zobaczyły. 

Powierzchnia   strumienia   zajaśniała   nagle   przed   nimi.   Jennifer   pisnęła   zachwycona   i   pobiegła   do   brzegu. 

Ostrożnie wsadziła do wody jedną nogę, by sprawdzić temperaturę, a potem zanurzyła się prędko, aby nikt jej nie 

odebrał palmy pierwszeństwa. Kelly bez wahania podreptała za nią na swoich tłustych, mocnych nóżkach. Po 

chwili   chlapały  się   szczęśliwe   w  płytkiej  wodzie.   Na   pewno   wystraszyły  wszystkie  ryby,   pomyślała   Lara   z 

rezygnacją. 

Podczas gdy dziewczynki się bawiły, rozłożyła koc, otworzyła kosz piknikowy i przygotowała lunch. Przez 

chwilę czytała, a potem zdjęła bawełnianą koszulkę, kótrą nosiła na kostiumie kąpielowym, i podeszła do brzegu. 

- Tutaj jest wspaniale, ciociu Laro. Nikogo nie ma. Czemu nie możemy przychodzić tu częściej? - spytała 

Jennifer, ochlapując ją wodą. Lara wstrząsnęła się, gdy zimne krople spadły na jej rozgrzaną w słońcu skórę, ale 

naprawdę zmroziło ją to niewinne pytanie. 

- Po prostu nie możemy. 
- Ale czemu nie? 

Znów poczuła rosnące napięcie, wróciło też poczucie straty. To ciągle powinna być ziemia Danversów. Nigdy 

nie powinna była się dostać w obce ręce. Steven, choć kiedyś łączyła ich wielka zażyłość, był w końcu tylko 

trochę mniej niż obcym, a do tego  - jak się  okazało -  nigdy go naprawdę nie znała. Co  miesiąc odkładała 

pieniądze, żeby pewnego dnia odkupić ziemię, ale cel był odległy, a poza tym nie była pewna, czy Steven zechce 

ją sprzedać. 

- Ciociu Laro, czemu nie możemy tu ciągle przychodzić? - nastawała Jennifer. 
- No właśnie. Dlaczego? - zapytał zwodniczo miękki, głęboki męski głos. 

Lara   gwałtownie   odwróciła   głowę.   Chyba   ściągnęła   Stevena   myślami.   Zwalczyła   pokusę,   by   ręcznikiem 

zasłonić przed utkwionym w nią wzrokiem opięte kostiumem kąpielowym ciało. 

- To ty ... - zaczęła zmieszana. Jej serce biło mocno. - Myślałam, że wyjechałeś. 
- Jestem pewien, że tak myślałaś - w głosie Stevena brzmiała wyraźna nuta ironii. - W przeciwnym rjlzie z 
pewnością byś tu nie przyszła.  . 
Lara była zaskoczona, poczuła się rozdarta między uczuciem wściekłości, które tak długo w sobie podsycała, a 
budzącym się na nowo instynktownym pożądaniem. Nie była w stanie nic na to poradzić, że serce biło jej 
mocniej i że na twarzy pojawił się rumieniec. Nie mogła oderwać spojrzenia od stojącego przed nią mężczyzny. 
Jego oczy miały ten sam jasnobłękitny odcień, który zapamiętała, uśmiech był tak samo zniewalający. Tylko 
pojedyncze siwe włosy na ciemno obrośniętej klatce piersiowej były dowodem, że od czasu ich ostatniego 

background image

spotkania w tym miejscu minęło już kilka lat. Podobnie jak Księżyc podnosi wody przypływu, tak i on wciąż 
wzbudzał w niej uczucie. Jak wtedy. 

-   Idziemy   -   powiedziała,   ze   zdecydowaniem   odwracając   się   do   niego   pl,ecami,   aby  ukryć   podniecenie   i 

napięcie wzbierających piersi. Zaczęła składać rzeczy, które dopiero co rozłożyła. 

Steven wyjął kosz piknikowy z jej drżących rąk i z powrotem posawił go na ziemi. 

- Tak bardzo się mnie boisz? - patrzył, jak jej piersi unoszą się szybko. Zniżył głos, aby dziewczynki go nie 

usłyszały. 

Uniosła twarz, ale nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. 

- Nie boję się ciebie, ale to jest teraz twoja ziemia. Jesteśmy intruzami. 

- Nie sądzisz, Laro, że posuwasz się za daleko w swojej nienawiści? - zapytał lekko zniecierpliwiony. - Wracaj 

do wody i nie psuj pikniku. Niech dziewczynki się bawią. Jesteście tu zawsze mile widziane. 

- A więc pójdziesz sobie? - Pytanie było obcesowe, ale konieczne.  . 
Uśmiechnął się nieznacznie. 
- Tak jak powiedziałaś, to moja ziemia. Dokładnie takiej aroganckiej odpowiedzi mogła się spodziewać. Jeśli 
żywiła nadzieję, że zmienił się po tylu latach, miała dowód, iż człowiek taki jak on nie może się zmienić. Była 
tu mile widziana, ale tylko jeśli zaakc~ptuje także jego obecność. Żadnych ustępstw. 

- Kto ty jesteś? - zapytała nagle Jennifer. Stały obok Stevena drżące, ociekające wodą. Lara szybko się 

schyliła, aby owinąć je ręcznikami. 

Ukucnął obok i przedstawił się. 

- Jestem Steven Drake. A wy? 

- Jestem Je'rmifer Danvers, a to moja siostra, Kelly. To jest moja ciocia Lara. Znasz ją? 
- Znam ją od bardzo dawna. - Rzucił na Larę znaczące spojrzenie. 

- Od zbyt dawna - wyszeptała. 
Steven zignorował to. Celowo koncentrował uwagę na jej bra,tanicach. 

- Widzę tu wędkę, ale nie widzę żadnych ryb. Nic nie zhlpałyście? 

- Łowienie ryb jest paskudne - oznajmiła Jennifer. 

- Paskudne - zawtórowała 'Kelly. 

- Bo pewnie nie wiecie, jak to się robi - powiedział. 

- Chcecie, żeby wam pokazać? 

Podniósł wędkę Lary i, zanim zdążyła zaprotestować, ruszył w górę strumienia: Dziewczynki podążyły za 

nim

nawet się na nią nie obejrzawszy, jakby je zaczarował. 

Ze wzrastającą irytacją obserwowała ich nagłe zafascynowanie haćzykami i robakami. Nie tylko zręcznie 

nie powzolił jej stąd uciec, ale jeszcze zamierzał zdobyć sobie sympatię jej bratanic i, jak widać, robił  to z 

powodzeniem. Powinna była nalegać, aby stąd poszły. Bez względu na to, co ich dzieliło, nawet przy całym 

gruboskórnym usposobieniu Stevena, nie było prawdopodobne, by urządził scenę w obecności dzieci. 

Ich śmiech niósł się w nieruch9mym powietrzu. 

Doznała nagle nieprzyjemnego uc:z;ucia, które mogła określić tylko jako zazdrość. O Boże, jak łatwo się 

zaprzyjaźnił z Jennifer i Kelly. Zachowywał się tak naturalnie, jakby zabawy z małymi dziećmi były jego 

ulubionym zajęciem. Przypomniało jej to aż nadto dokładnie, jak w tym właśnie miejscu rozmawiali o 

rodzinie, którą mieli założyć. Mogła sobie wyobrazić, jak by wyglądały dzieci Stevena - chłopiec, miniatura 

przystojnego ojca, roześmiany i uroczy, silny i pełen wdzięku, dziewczynka rezolutna i pełna życia. 

Głośny pisk zadowolenia przerwał nagle jej myśli. - Ciociu Laro, chodź tu szybko! Złapałam rybę! 

- Kelly była tak samo podekscytowana jak jej siostra. 
Obie dziewczynki podskakiwały i klaskały w dłonie. Steven zdejmował z haczyka sześciocentymetrową rybkę i 

obserwował je z wyrozumiałym uśmiechem. 

- Czy możemy ją zjeść dzisiaj na obiad? - poprosiła Jennifer. 

Lara i Steven wymienili spojrzenia. 
- Kochanie, ona jest całkiem mała - powiedział Steven. - Starczyłaby najwyżej na jeden kęs. Może powinnaś ją 

wypuścić, żeby sobie urosła. 

Jennifer przyjrzała się uważnie swojej zdobyczy. 

- Jest niewielka - przyznała. - Co mam zrobić, ciociu Lam? 

- To zależy od ciebie, ale sądzę, że pan Drake ma rację. To takie rybie dziecko. Do następnego lata urośnie i 

wtedy znowu spróbujesz ją złapać. 

Jennifer wzięła za ogon małą wijącą się rybkę i zerknęła w jej lewe oko. 

- Okay - powiedziała wreszcie, usatysfakcjonowana tą wymianą spojrzeń. Weszła parę kroków do wody i 

zanurzyła delikatnie rybkę w strumieniu. . 

- Pa, rybo - pożegnała się z powagą:. 

Kelly, zasępiona, wsadziła kciuk do buzi. 

- Kiedy tak mówiliśmy o rybie, zachciało mi się 

jeść. Może zjemy lunch? - zaproponowała Lara zmieniając 

temat. 

- Pan Drake też? - spytała Jennifer. 

- Pan Drake ma na pewno dużo pracy dzisiejszego popołudnia. 

background image

- Nic takiego, co by nie mogło poczekać - odparował, patrząc jej w oczy. 
- Dam mu połowę moich kanapek - rozstrzygnęła Jennifer. 
Lara z westchnieniem poddała się temu, co nieuniknione. Rozdzieliła kanapki z masłem orzechowym i 

galaretką oraz lemoniadę, starannie unikając wzroku Stevena. Pierwszy kęs utknął jej w gardle i wydawało 

się, że już tam zostanie. Nie miała apetytu. 

Ciepłe palce musnęły jej dłoń. Steven wyjął jej z ręki kanapkę. 

- Ja ją dokończę, jeśli ty nie masz ochoty. 

- Steven - żachnęła się, ale zmieszał ją wyraz jego oczu. Ileż to razy podkradał jej ostatni kawałek 

kanapki, ostatnie ciastko, ostatni łyk napoju. To był taki nieustający żart, że albo nauczy się szybciej jeść, 

albo umrze przy nim z głodu. Uśmiechnął się zuchwale. Wiedziała, że on też pamięta. Drażnił się z nią 

celowo. 

- Musimy już iść - pospiesznie sprzątała resztki lunchu. - Czas na popołudniową drzemkę dziewczynek. - 

One już teraz prawie śpią - zauważył. - Po co je budzić? 

- Mają mokre kostiumy kąpielowe. Gotowe się zaziębić. - To była najlepsza wymówka, jaka jej przyszła 

do głowy. O wiele lepsza niż przyznanie, że to tylko ona chce już iść. 

- Laro, jest prawie trzydzieści stopni. Z pewnością się nie zaziębią. 

- Ale są w cieniu. 

- Laro - w jego głosie czaiło się rozbawienie. - Czy spędzenie ze mną paru chwil jest takie straszne? 

Mamy mnóstwo do nadrobienia. 

- Nie mam ci nic do powiedzenia - upierała się. 

- O, bardzo wątpię. - Uśmiechnął się szeroko, aż 

przeszły jej ciarki po plecach. - Sądzę, że masz mi to i owo do powiedzenia. A co z tym wszystkim, czego 

mi nie zdołałaś powiedzieć jedenaście lat temu? Albo z tym, co mi chciałaś powiedzieć wtedy w banku, 

kiedy kupiłem tę ziemię? Zacznij może od tego i jakoś dojdziemy do dnia dzisiejszego. 

- Staram się nie używać brzydkich słów przy dzieciach. 

Odrzucił do tyłu głowę i śmiał się z jej rozmyślnie surowego tonu. Lara poczuła, że rt:la ochotę śmiać się 

razem z nim i zostawić za sobą cały ten ból i złość, tak jakby ich nigdy nie było. Najwidoczniej wyczuwał 

jej zmieszanie, gdyż nalegał dalej. 

- Nie sądzisz, że znów moglibyśmy być przyjaciółmi? Gdybyśmy spróbowali? 
Przyjaciel?  Słowo to nawet w przybliżeniu nie oddawało tego, czym niegdyś dla niej był. Już raczej 

bratnia dusza. A z całą pewnością kochanek. Ale zaczęło się od przyjaźni. Czy odważyłby się zaczynać od 

nowa, wiedząc, jakie uczucia wywołuje w niej sam jego widok? 

- Sądzę, że tó byłby błąd - powiedziała wreszcie. 

- Czy jakiś starożytny filozof nie powiedział, że 
nawet Bóg nie może zmienić przeszłości? 

- Nie chcę jej zmieniać. Chciałbym, żebyśmy się oboje nauczyli z nią żyć. 

- Żyłam z nią każdego dnia przez ostatnich jedenaście lat. Nie musisz mi o niej przypominać. - Wyrzuciła 

z siebie te słowa ze złością, nie zastanawiając się nad ukrytym sensem tego wyznania. 

Westchnął. Wyciągnął rękę, aby dotknąć jej dłoni, ale odsunęła się gwałtownie. 
- Óch, Laro, czy aż tak cię dotknąłem? Bardzo przepraszam. Nie chciałem cię zranić. 

Oczy zaszły jej nagle łzami. Nie wolno mu ich zobaczyć. Zerwała się. 

- Za późno na przeprosiny, Steven, a ja naprawdę nie potrzebuję twojego współczucia. Po prostu idź 

swoją drogą i zostaw mnie w spokoju. 

Stanął obok niej. Zanim się zorientowała, co tym razem chce zrobić, pogładził ją delikatnie palcem po 

policzku. Wstrząsnęła się pod tym dotknięciem. 

- Nie sądzę, żebym mógł to zrobić, moja najdroższa. Już nigdy więcej. - W jego głosie brzmiała nuta żalu, 

ale oczy płonęły determinacją. Zbyt dobrze znała to spojrzenie. Zadrżała. 

- Musisz - powiedziała z cichą desperacją. Jej odpowiedź bardziej przypominała prośbę. Jeszcze zanim 

się odezwał, wyczytała z jego wyraz1ł twarzy, że zamierzał tę prośbę zignorować. 

- Przykro mi. 

To było więcej, niż mogła wytrzymać. 

- Jennifer! Kelly! Zbudźcie się, dziewczynki. Czas do domu. 

Zaspane dzieci ruszały się wolno, tak niemożliwie wolno. Z każdą sekundą jej ręce trzęsły się coraz 

bardziej, a nerwy były coraz bardziej napięte. Steven zdawał się obserwować jej wzrastające zdenerwowanie 

z leniwą fascynacją, co tylko zwiększało jej poczucie . osaczenia. Czuła się jak królik złapany w pułapkę, 

serce w niej dygotało. 

Bez słowa obserwował, jak prowadziła dziewczynki w stronę ścieżki. Czuła na· sobie jego spojrzenie. 

Zdziwiła ją zaduma, jaka przez chwilę malowała się na jego twarzy. Zapamiętała też wyraz zdecydowania, 

który natychmiast ją zastąpił. I zadrżała. Ledwo się powstrzymała, aby nie zacząć uciekać. Instynkt jej 

podpowiadał,   że   on  tak   łatwo   nie   zrezygnuje.   Nigdy  nie   rezygnował.   Steven   należał   do  ludzi,   którzy 

stawiają sobie jasne cele i zmierzają do nich z uporem buldoga. Jej dzisiejsza ucieczka to tylko odsunięcie 

na krótko tego, co nieuniknione. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Biały drewniany dom był skąpany w świetle księryca. Steven już od bardzo dawna stał ze wzrokiem 
utkwionym w okno pokoju Lary, znajdującego się na pierwszym piętrze, jak gdyby czekał, aż pojawi się w 
nim światło. Nieubłagana ciemność drwiła z niego, skutecznie pozbawiając go upragnionego widoku. 

Całe lata minęły od czasu, kiedy zachowywał się podobnie. Czekał przezd domem jak usychający z 

miłości nastolatek, który ma nadzieję, że choć przez chwilę ujrzy swoją sympatię. Mimo że miał wówczas 

dwadzieścia siedem lat, tak się właśnie czuł, odkąd zobaczył nad strumieniem Larę Danvers. 

Zdarzyło się to w upalny letni dzień. We czwartek, przypomniał sobie, bo w ostatniej chwili księgowy 

odwołał wtedy cotygodniowe spotkanie. Postanowił skorzystać z niespodzianego wolnego czasu i rozejrzeć 

się po okolicy. A przy okazji trochę popływać dla ochłody, o ile udałoby się znaleźć jakieś ustronne miejsce 

nad strumieniem przylegającym do ziemi, którą zamierzał kupić. 

Przejechał   kilka   kilometrów   pylistą   drogą,   potem   wysiadł   z   samochodu   i   poszedł   ścieżką   między 

drzewami. Słońce przeświecało przez liście. Gdy doszedł nad strumień, nie mógł się oprzeć pokusie. Nie 

zauważywszy wokół nikogo,  zrzucił  ubranie  i natychmiast się  zanurzył.  Zetknięcie rozgrzanego  ciała  z 

zimną wodą było bardzo miłe. 

Wtedy właśnie ją zobaczył. 
Wyłoniła się z lasu jakieś sto metrów od niego.Fala lśniących włosów - najdłuższych, jakie kiędykolwiek 
widział - opadała jej na plecy. Błyszczały w słońcu jak splątane nitki, najczystszego złota. Miała twarz 
dziewczyny z rodu wikingów, jej rysy i cera świadczyły o niewątpliwie skandynawskim pochodzeniu. 
Była wysoka, jej smukłe, opalone nogi przechodziły łagodną linią w

 

ponętnie zaokrąglone biodra. 

Poruszała się z naturalnym wdziękiem, zupełnie nieświadoma swego powabnego wyglądu. 

Schyliła się, aby zdjąć buty, wyprostowała stopy w chłodnej, trawie. Podniosła się i rozpostarła ręce, jak 

gdyby chciała wziąć świat w ramiona, obróciła twarz do słońca. Steven wstrzymał oddech i czekał. O Boże, 

co się stanie za chwilę. Czy za butami pójdzie bluza i szorty? Czy także wejdzie do wody, nieskrępowana 

swą nagością?  Poczuł  się  tak,  jakby przypadkowo  znalazł  się  w raju,  usidlony  między niewinnością  i 

zmysłowością. 

Ciągle ubrana, brodziła po kolana w wodzie śmiejąc się jak dziecko. Pomyślał, że w życiu nie widział 

równie pięknej kobiety ani nie słyszał równie czarującego głosu. 

Być może, gdyby nie szła w jego kierunku, milczałby dalej i na zawsze zachował to wspomnienie, jak 

niezwykle piękny sen. Ale ciągle się zbliżała, taka radosna, rozpromieniona, nie chciał jej wprawiać w 

zakłopotanie. W końcu odezwał się cichym i lekko ochrypłym głosem, w którym brakło zwykłej pewności 

siebie. 

- Dzień dobry. 

Na   dźwięk   jego   głosu   przystanęła   spłoszona.   Patrzyła   na   niego.   Zauważył,   że   jej   oczy   miały 

zdumiewający szaroniebieski odcień, jaki ma morze o świcie,gdy pada na nie blednący promień księżyca. 

Zdał sobie też wtedy sprawę, że jest bardzo młoda. Mimo dojrzałego wyrazu twarzy była nastolatką, z 

pewnością miała nie więcej niż dwadzieścia lat. 

Spostrzegła na brzegu jego ubranie rozrzucone w pośpiechu. Wcale się jednak nie zmieszała, na jej twarzy 

błysnął drwiący uśmieszek. 

- Zapewne nie uważa pan .za stosowne wyjść na brzeg, żebyśmy się mogli sobie przedstawić - powiedziała. 
- Pani bardzo dobrze wie, że gdybym teraz wyszedł na brzeg, nie byłoby w tym nic stosownego - odparł 

marszcząc brwi z udaną surowością. 

Roześmiała się czystym, jasnym śmiechem. 

- Proszę mnie nie strofować. To pan kąpie się nago w moim strumieniu. 

Tak to się właśnie zaczęło, wśród drwin i śmiechu, i ledwie tlącej się zmysłowości. Usiłował trzymać się od 

niej z daleka, zwłaszcza gdy się dowiedział, że ma dopiero osiemnaście lat. Ale mimo młodego wieku Lara była 

kobietą, którą niełatwo było ignorować. Miał doświadczenie w unikaniu damskich sztuczek, nie umiał jednak 

poradzić sobie z jej całkowitym brakiem przebiegłości. W sposób niewinny i czarujący zarazem wciągnęła go w 

coś, co brał początkowo za delikatny flirt, niezobowiązujący jak wspólna zabawa na karuzeli, przekonał się 

jednak,   że   'przypomina   raczej   niebezpieczną   jazdę   na   diabelskim   młynie.   Była   na   zmianę   zagadkowa   i 

nieuchwytna, pełna entuzjazmu i śmiała. Nie wiedząc, czego się ma spodziewać, każdego ranka budził się pełen 

radosnego oczekiwania na to, co nastąpi. 

To się przecież musiało kiedyś skóńczyć, jednak rozstanie było bolesne, najgorsze ze wszystkich rozstań, które 

przeżył. Teraz znowu był tutaj, ryzykując taki sam wir uczuć. Zaniósł pakunek, który miał ze sobą, na tylny ganek 

i zostawił go w tym samym miejscu, gdzie zwykł kiedyś zostawiać prezenty. 

Rzucił za siebie jeszcze ostatnie spojrzenie i z grymasem na twarzy ruszył do domu. Miał nadzieję, że nie 

pożałuje swojego gestu. Dzisiaj Lara wydawała się spokojniejsza. Tamta sprzed lat, pełna temperamentu, byłaby 

zdolna cisnąć mu ten podarunek w twarz. 

Klap! 

background image

Chmura mąki wzbiła się w powietrze. Lara energicznie wyrabiała ciasto na kuchennym blacie. Rozpłaszczyła 

je, zwinęła i mocno ugniatała pięściami, aż się zmęczyła. Odetchnęła głęboko, wciągając przyjemny zapach 

drożdży zmieszany z wonią róż, które wcześniej przyniosła z ogrodu. Chwyciła ciasto i znów nim cisnęła. 

Uderzyło o blat z tym samym miłym odgłosem. 

- Co za człowiek - mruknęła, wymierzając bryle ciasta kolejny gwałtowny cios. - Jak on śmiał po tylu latach? 

... Za kogo on się ma? Chętnie bym tam poszła i... 

- Jaki człowiek, ciociu Laro? - spytała Jennifer. Zaskoczona Lara spojrzała nieprzytomnym wzrokiem na 

bratanicę, która weszła cicho do kuchni i teraz wpatrywała się w nią szeroko otwartymi, poważnymi oczyma, tak 

bardzo przypominającymi oczy Tommy'ego. To zakradanie się Jennifer było bardzo kłopotliwe. Lara nigdy nie 

widziała dziecka, które by się tak cicho poruszało i potrafiło tak długo 

. stać bez ruchu. Ani też równie bystrego. - Jak długo tu stoisz? 

- Nie wiem - odparła mała i z dziecięcym uporem powtórzyła: - Jaki człowiek, ciociu Laro? Dokąd byś 

poszła? Czy Kelly i mi też wolno iść? 

- Kelly i mnie - poprawiła odruchowo Lara. Jennifer najwidoczniej dosłyszała ostrą nutę, która mimowolnie 

zabrzmiała w jej głosie, i spojrzała na nią z uwagą. 

- Jesteś na kogoś zła? 

- Skądże. 

Lara westchnęła. Nie potrafiła w logiczny sposób wyjaśnić, czemu była zawsze zła na t e g o właśnie 

mężczyznę. Nie musiał nic robić, by doprowadzić ją do furii. Irytowało ją samo istnienie Stevena Drake'a. 

Jego   wczorajsze   zachowanie   było   wystarczająco   denerwujące,   ale   dzisiaj   dolał   jeszcze   oliwy   do   ognia, 

zostawiając koszyk truskawek na tylnych schodach. O mało się o niego nie potknęła, gdy wyszła o świcie, by 

wydoić dwie krowy, które jej jeszcze pozostały w oborze. W koszyku nie było żadnej wiadomości, ale od razu 

wiedziała,.   kto   zostawił   te   słodkie,   dojrzałe   owoce.   Kiedy   się   poznali,   Steven   miał   zwyczaj   robić   jej 

niespodzianki. Takie romantyczne małe gesty mogły oczarować wrażliwą osiemnastolatkę, dziś była już na nie 

odporna. 

Tamtego lata były to zwykle truskawki albo jej ulubione pomidory malinowe, czy też bukiet polnych kwiatów. 

Jesienią dynia z uśmiechniętymi ustami i śmiejącymi się oczyma wyciętymi na szerokim pomarańczowym licu. 

Zimą - pachnące żywicą gałęzie sosny na Boże Narodzenie, a nawet miękki wełniany szalik w jej ulubionym 

niebieskim kolorze. Wiosną Stevena już nie było. Zabrał ze sobą radość, nadzieję i miłość. Dzisiejsze truskawki, 

chociaż takie słodkie, były tylko gorzkim wspomnieniem tamtych daremnych zalotów. 

- Czy mogę pomóc przy pieczeniu chleba? - pytanie Jennifer wyrwało ją z zadumy. 

- No pewnie. Wdrap się na ten stołek. - Z radością powitała perspektywę absorbującego towarzystwa bratanicy. 
Oderwała kawałek ciasta i pokazała Jennifer, co ma robić. Po chwili obie zagniatały z rozmachem ciasto, 

wzbijając w powietrze obłok pyłu. Przez resztę popołudnia trzeba będzie czyścić podłogę, pomyślała Lara, lecz 

zaraz odpędziła tę myśl. Warto było. Nigdzie nie czuła się tak dobrze jak w kuchni. Szczególnie pieczenie ją 

uspokajało. Mogłaby nawet zrobić placek z truskawkami, kiedy skończy piec chleb. Nie było sensu marnować 

tych przeklętych truskawek. 

- Coś tu pięknie pachnie - odezwał się powoli jakiś głęboki głos za drzwiami z siatki. 

Larze oddech uwiązł w gardle. Ileż to razy słyszała, ku swemu ubolewaniu, brzemienie tego głosu w swoich 

snach. Teraz był aż nadto realny. Dlaczego Steven tu wrócił? Po tym wszystkim, co zaszło? Wczoraj na jego 

gruncie spotkali się przypadkowo. To natomiast było jawne najście. Zagłębiła palce w miękkim cieście. 

- Co tu robisz? - Starała się, by jej głos brzmiał zimno i odpychająco, lecz mimo woli oblała się rumieńcem. 

Drzwi otworzyły się skrzypiąc, a potem zamknęły. 

Mimo to nie odwracała się. Zastygła w bezruchu. 

- Cześć! Robimy chleb - poinformowałą gościa Jennifer, najwyraźniej podniecona jego pojawieniem się. - 

Ciocia Lara robi najlepszy chleb na świecie. 

- Założę się, że tak. 

- Chcesz nam pomóc? 

- Raczej tylko popatrzę. 
W końcu Lara odwróciła głowę, z trudem powstrzymując się od spojrzenia mu w oczy. Te jego jasnoniebieskie 

oczy przenikały zawsze jej tajemnice. Wydawało się, że jest w stanie zajrzeć w głąb jej duszy. Potrafił dostrzec 

nawet to, co udało jej się ukryć przed innymi. Ciekawe, czy teraz wyczuł jej zmieszanie? Pragnęła, by opuścił 

kuchnię,   ale   nie   chciała,   żeby   Jennifer   była   świadkiem   burzy,   która   prawodpodobnie   nastąpiłaby   po   takim 

żądaniu. 

- Chyba Kelly już wstała - powiedziała do Jennifer. - Idź i sprawdź. 

- Niczego nie słyszałam. 

- Jennifer!

- Okay - nadąsała się. A potem uśmiechnęła się słonecznie do Stevena. 

- Czy będziesz tutaj, jak wrócę? 

- Mam nadzieję. - Oschły· ton jego głosu me 

uszedł uwagi Lary. 

- No to się pospieszę - obiecała wybiegając z kuchni. - Bardzo rzadko ktoś do nas przychodzi. 

- Miła dziewczynka - zauważył, gdy zostali sami. - Czy to prawda, co powiedziała? 

background image

- Co? 

- Że nikt was nie odwiedza? 

- To cię nie powinno obchodzić. 

Steven wzruszył ramionami, wziął truskawkę z koszyka i włożył ją do ust. Lara zmusiła się, by nie 

<

patrzeć, jak 

zlizuje z warg czerwony sok. Chciała go poprosić, żeby sobie poszedł, ale teraz, gdy sama stworzyła okazję, by to 

powiedzieć, słowa nie mogły przejść jej przez gardło. 

- To córka Tommy'ego? Nie powiedziałaś wczoraj. Lara przytaknęła. 
- Starsza. Ona i Kelly przyjechały tu na lato. Ponieważ milczał, poczuła nagle potrzebę wypełnienia ciszy, 

która zapadła. 
- Tommy'emu powodzi się bardzo dobrze. Właśnie dostał posadę w jakiejś wielkiej firmie w Kansas City. Są 

tam teraz z Megan, szukają domu. Dzie" wczynki pojadą do nich jesienią. Będzie mi ich bardzo brakowało, tak. 

dobrze jest mieć je tutaj. Kochają farmę. Nie jest już taka jak wtedy, gdy ja dorastałam. Mamy tu teraz dosyć 

pracowników, więc mogę spędzać czas z dziećmi. Są w wieku, kiedy tyle rzeczy fascynuje. Dni są za krótkie, 

żeby im wszystko pokazać. 

Zorientowała się, że mówi chaotycznie, i zamilkła. Steven oparł się o blat, skrzyżował odziane w dżinsy nogi i 

obserwował ją. Podniecona, mocniej wyrabiała ciasto. Jeśli tak dalej pójdzie, chleb będzie bardzo twardy .. 

- Nie powiedziałeś jeszcze, po co przyszedłeś - odezwała się w końcu. 

- Po nic, tak sobie. Zwykła sąsiedzka wizyta. 

Podniosła głowę i spotkała bystre spojrzenie jego oczu. 

- Sąsiedzi zwykle nie czekają całe lata, zanim wpadną· 

- Czy wcześniej byłbym mile widziany? 

- Teraz też nie jesteś mile widziany. 

-: Miałem nadzieję ... 

- Że co? Że truskawki zmiękczą moje serce? 

Uśmiechnął się. 

- No cóż, jesteś twardsza: niż dawniej - przyznał. - Zauważyłem to już wczoraj. Truskawki mogą nie 

wystarczyć, ale pomyślałem sobie, że będą dobre na początek. Cały czas czekałem na znak, że jesteś gotowa 

zapomnieć o przeszłości, ale nawet na mnie nie spojrzysz, kiedy się mijamy na ulicy w miasteczku. 

Ciasto uderzyło o blat z głuchym łoskotem. 
-   Czy rzeczywiście oczekiwałeś, że cię powitam z otwartymi ramionami? - Gniewne słowa padły, zanim 

zdołała   je   powstrzymać.   Były   jeszcze   jednym   przy?naniem   się   do   cierpienia.   Nie   chciała,   żeby   się   o   nim 
dowiedział. Gdzie się podziała duma Danversów? 

- Nie, nie z otwartymi ramionami. - Jego głos był łagodny, bez śladu ironii. Miękki ton zdziwił ją. - Tylko z 

otwartą głową. 

Lara westchp.ęła cicho. 
- Co się z tobą stało, Laro? Kiedy się poznaliśmy, byłaś taka pełna radości, pełna życia. Nigdy nie zapomnę 

dnia, kiedy cię po raz pierwszy zobaczyłem nad strumieniem. 

- Bardzo dojrzałam od tamtego czasu. 

- Dojrzałość nie oznacza rezygnacji z radości. Obserwowałem cię przez ostatnich kilka lat. Nigdy się nie 

śmiejesz. Tak jakby ktoś złamał ci serce. Czyżby ja? 

Zabolało ją, że to zauważył. 

- Nie chciałabym psuć twojej egoistycznej wizji, że zrujnowałeś mi życie. Jestem zupełnie szczęśliwa. Prowadzę 

normalne życie -. rodzina, przyjaciele, praca. - Słyszałem co innego. Że jedyną pasją w twoim życiu jest ta farma. 

- Plotka nie jest wiarygodnym źródłem informacji. 

- Ale jedynym dostępnym, odkąd powiedziałaś otwarcie, że nie chcesz mnie tu widzieć. 

- I tak jestem zaskoczona, że zawracałeś sobie tym głowę. 

- Chciałem wiedzieć, jak ci się powodzi. 

- Po co? Masz zamiar wykupić resztę ziemi, kiedy farma upadnie? Nie chcę cię znowu rozczarować, ale 

spłaciliśmy wszystkie długi. 

- To także wiem. 

Lara wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. Najwyraźniej wtrącał się w jej życie. 

- Pan Hogan, jak sądzę? ... 

- Jest bardzo dumny z twojego sukcesu. 

- Jest zadowolony, że płacę w terminie rachunki - odparła cierpko. - Teraz sam się przekonałeś, jak tu wszystko 

wygląda, więc możesz iść swoją drogą - dokończyła, zmuszając się do weselszego tonu. 

- Nie wyszłaś za mąż - Steven nie dał się tak łatwo zbyć.  . 

Lara zastygła. 

- No to co? Małżeństwo nie gwarantuje szczęścia. Chyba sam najlepiej wiesz z własnego doświadczenia. 

Skrzywił się w uśmiechu. 

-   Masz   rację,   moje   małżeństwo   nie   było   zbyt   szczęśliwe.   Byłem   za   młody.  Ale   to   nie   znaczy,   że   nie 

spróbowałbym znowu, gdybym spotkał właściwą kobietę. A ty?  

- Myślę, że jeśli spotkam właściwego mężczyznę, wyjdę za niego. 

background image

- Ale do tej pory nikt taki się nie pojawił? Może masz za wysokie wymagania? - zauważył sarkastycznie. 
Zmarszczyła' brwi. Nazbyt często słyszała to od Tommy'ego. Nawet łagodna Megan ostro krytykowała ją za 

zagrzebanie się na farmie. Tylko Greg, najmłodszy z trójki rodzeństwa, zostawiał ją w spokoju. Był zbyt zajęty 
malowaniem, by zwracać uwagę na rodzinę· Sam wybrał samotność, nie widział więc nic dziwnego w jej stylu 
życia. 

- Twoja mityczna kobieta doskonała także jakoś się nie pojawiła? A może się mylę? - Starała się pobić go jego 

własną bronią i przejąć inicjatywę. - Czy były w twoim życiu jakieś kobiety, odkąd wyjechałeś jedenaście lat 
temu? 

- Były - przyznał lakonicznie. 

- Ale nie małżeństwa? 

- Nie. Chyba byłem zepsuty. 

- O? - Zaskoczyła ją nuta żalu w jego głosie. Podobnie jak tego dnia w banku, kiedy zaproponował, że kupi jej 

ziemię. 

Sytuacja stawała się niezręczna. Wziął niewielki kawałek ciasta i ugniatał je nerwowo przez chwilę. Burza 

wisiała w powietrzu. W końcu odłożył ciasto 

na blat i opuścił ręce. 

- Tęskniłem za tobą, Laro. 

Otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. Znów wyczuła w jego cichym głosie nutę zakłopotania. To wyznanie 

rzeczywiście zabrztniało szczerze. 

- Co powiedziałeś? 

- Tęskniłem za tobą - powtórzył trochę zaczepnie. - Czy tak trudno w to uwierzyć? 

- Przecież to ty odszedłeś ode mnie bez słowa. Tak, to trochę zaskakujące. 

- Wszyscy popełniamy błędy. 

 

- A ja byłam jednym z twoich błędów? 
- Nie ty, Laro. To, że cię opuściłem. To był mój błąd. Wtedy byłem pewien, że postępuję właściwie, ale teraz 
już nie wiem. 

Powiedziała z trudem: - Lepiej już sobie idź. 

- Nie. - Powiedział to całkiem zwyczajnie, bez śladu zaczepki. - Już raz odszedłem i więcej tego nie zrobię. A w 
każdym razie nie odejdę, póki ci wszystkiego nie wyjaśnię i nie spróbuję naprawić. 

-   Co   mam   zrobić,   żebyś   mnie   zrozumiał?   Nie   chcę   twoich   truskawek   ani   twoich   wyjaśnień.   Nie   chcę 

zdawkowych pogawędek o dawnych czasach. Szczerze mówiąc, nie chcę, żebyś tu w ogóle przychodził! - Coraz 

bardziej podnosiła głos, dając wyraz swemu niezadowoleniu. 

- A ja myślę, że chcesz. - Przystąpił do niej bliżej. - Myślę, że dlatego masz takie rumieńce i puls ci tak mocno 
bije. 

- Rumieńce mam dlatego, że jestem zła - odparowała. - A puls mam normalny. 
Wyciągnął rękę. Cofnęła się instynktownie i odwróciła. Nie ustępował. Wystarczył tylko jeden krok.' Dotknął 

delikatnie jej szyi, odszukał puls. 

- Kłamiesz - powiedział. 

Lara była wściekła. Poczuła nagle, że opuściła ją cała odporność. Rozpłakała się ze złości. 

- Dlaczego to robisz? 
- Bo już się dosyć naczekałem. 
- Na co? 
- Aż się opamiętasz. Dość długo, żeby się przekonać, czy miałem rację.
 - Jaką rację? 
- Wróciłem tu trzy lata temu mając nadzieję, że się myliłem, że to nie z twojej przyczyny żadna inna kobieta nie 
robi na mnie wrażenia. Ciągle miałem przed oczyma twój obraz, nie chciał mnie opuścić. Widziałem go i na 
jawie, i we śnie. Gorzej jeszcze, widziałem go bez względu na to, kogo trzymałem w ramionach. 

Ich spojrzenia się spotkały. Zobaczyła ból w jego oczach. Oszołomiła ją myśl, że Steven także nie wyszedł z 

tego bez blizn. Starała się nie dopuścić do głosu uczucia. Byle się nie roztkliwić. Wydał jej się teraz bezbronny, 

bardziej przystępny niż tamten mężczyzna bez serca, potrafiący porzucić dziewczynę, której obiecał miłość. Jego 

uśmiech był teraz tylko bladym cieniem tamtego, który znała. 

- No i zobaczyłem cię. - Lara zauważyła, że był tak samo oszołomiony jak ona. - Boże, jak ty się zmieniłaś. 

Miałaś cienie pod oczyma. Włosy, te swoje niewiarygodnie złote włosy ściągnęłaś mocno do tyłu. Miałem ochotę 

wYGiągnąć rękę i burzyć je tak długo, aż zmienią się w bujne sploty, które zapamiętałem. No i byłaś szczupła, 

niepodobna do tamtego podlotka. Ale pragnąłem cię tak samo. Mocno, aż do bólu. W tej chwili też go czuję. 

Wiedziałem już wtedy na pewno, że nigdy nie pozwolę ci odejść. 

- Przestań - poprosiła. - Nie mów tak. To ty odszedłeś, Steven. Zdradziłeś mnie. Zdradziłeś nas wszystkich. 

Nigdy tego nie zmienisz. Już za późno. 

Nie chcę, żebyś wrócił. 

Cień uśmiechu pojawił się,w kącikach jego ust, jak gdyby jej słowa były dla niego wyzwaniem. 

- Sprawię, że znowu mnie będziesz chciała, Laro. Ty wiesz, że potrafię to zrobić. 
Z jego słów przebijała pewność siebie i śmiałość. Kiedyś zrobiłyby na niej wrażenie, ale dziś ... Stworzyła 

background image

sobie spokojne, przyjemne życie. Bezpieczne. Teraz bardziej niż kiedykolwiek, odkąd farma zaczęła z każdym: 
rokiem lepiej prosperować. Nie pozwoli, aby Steven Drake wkroczył tutaj tanecznym krokiem pewnego 
letniego popołudnia i zabrał jej tak ciężko wywalczony spokój. 

Ale on już to zrobił, pomyślała. Gdyby wyszedł w tej chwili i nigdy nie wrócił, zabrałby ze sobą ten jej z 

trudem zdobyty spokój ducha. 

- O, jesteś jeszcze - krzyknęła radośnie Jennifer ciągnąc za sobą rozespaną Kelly. Dwulatce kleiły się oczy. W 

rączce trzymała swój ulubiony kocyk, którego koniec wlókł się po podłodze. 

- Kelly to jeszcze mały dzidziuś, musi dłużej spać. Steven wziął Kelly na ręce. Natychmiast położyła mu głowę 
na ramieniu. Lara spojrzała na nią z niezadowoleniem. 

- Według mnie to już duża panna - w jego głosie było tyle czułości i zachwytu, że Larę aż coś chwyciło za 

serce.   Tak   jakby   zgadł,   że   spontaniczna,   niezależna   Kelly   żywo   przypomina   ją   w   dzieciństwie.   Czyżby 

rozpoznał te podobieństwa, które i ona tak często dostrzegała, i zareagował na nie tak samo? 

- Kelly jest prawie tak ładna jak ty - zwrócił się do Jennifer. 
- Uważasz, że jestem ładna? - Jennifer zatańczyła podniecona. 

- Oczywiście. Założę się, że kiedy dorośniesz, będziesz tak piękna jak twoja ciocia Lara. - Jego oczy napotkały 

oczy Lary, ale ona odwróciła wzrok. Nie umiała sobie poradzić z wyraźną prośbą, którą w nich wyczytała. 

-   Coś   wam   powiem,   dziewczynki   -   jego   celowo   niedbały   głos   wzbudził   podejrzliwość   Lary.   -   Może 

przyjdziecie znowu jutro sobie popływać? Wiem też z pewnego źródła, że są tam większe ryby i tylko czekają, 

żeby je złowić. 

Jennifer zabłysły oczy. Nawet Kelly, która zazwyczaj budziła się bardzo powoli, ożywiła się wobec per-

spektywy nowej przygody.  

- Ojej, ciociu Laro, możemy? - poprosiła Jennifer. - Pływanie jest najwspanialsze ze wszystkiego i chcę złapać 

tę wielką rybę, zanim będziemy musiały wyjechać. 

Bezradna wobec jej entuzjazmu, Lara starała się uniknąć jasnej odpowiedzi. 

- Zobacżymy. 

- W południe - nalegał Steven. - Tym razem moja gospodyni przygotuje piknik. 

Jeszcze jeden piknik ze Stevenem nad tym strumieniem, który budził w niej tyle wspomnień - to była ostatnia 

rzecz,   na   którą   Lara   miała   ochotę.   Okazał   wielką   gruboskórność   proponując   coś   takiego.   Był   oczywiście 

świadomy, że sprawia jej przykrość, i umyślnie starał się jeszcze bardziej przyprzeć ją do muru. Ten człowiek był 

irytujący. 

- Nie sądzę, byśmy mogły - powiedziała w końcu. 

- To zbyt dużo kłopotu, a poza tym mamy jutro różne rzeczy do zrobienia. 

- Jakie rzeczy? - zapytali chórem. Zacisnęła zęby, żeby nie wybuchnąć. 

- To jest farma. Na farmie zawsze jest co robić. 

- Ale przedtem powiedziałaś, że macie teraz pracowników - przypomniał jej Steven. - Na pewno mogłabyś 

znaleźć trochę czasu na piknik. 

- Ale nie jutro - ucięła zdecydowanie. Ani nigdy, pomyślała. 

Steven skinął w końcu głową, uznając nieodwołalność jej decyzji. 

- No dobrze, dzieciaki, może innym razem. Oboje z waszą ciocią pomyślimy o tym. 

- Obiecujesz? - zapytała Jennifer sceptycznie, a na jej twarzyczce odmalowało się rozczarowanie. Ta mina o 

mało nie podziałała na Larę rozbrajająco. 

- Przysięgam - powiedział stawiając Kelly na podłodze i kierując się do drzwi. 

- Nie idź - zaprotestowała natychmiast Kelly i upuściwszy swój ukochany kocyk, wyciągnęła do niego rączki. 

- Wrócę, kochanie. Możecie na mnie liczyć. 

Ta obietnica była skierowana do Kelly i Jennifer, ale patrzył na Larę. Przyznawała się do tego czy nie, teraz 

policzki jej płonęły, a ręce drżały. Jednak nie odwróciła wzroku. Wiele lat minęło od czasu, kiedy czuła się 

podobnie, podniecenie przyprawiało ją o zawrót głowy i przepełniał ją tęskny ból pożądania. Zbyt wiele lat, 

przyznała niechętnie, nienawidząc siebie jednocześnie za tę wiarołomność.  . 

- Nie powinien był wracać - wyszeptała, kiedy sobie poszedł. - Nigdy nie powinien był wracać. 

Ale wrócił. 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Logan   Fairchild   stał   opierając   zakurzony   but   na   dolnej   poprzeczce   ogrodzenia.   Zdjął   zapoconego   i 

poplamionego stetsona, którego nosił, odkąd Lara go zatrudniła, i wytarł ogorzałą twarz czerwoną chustką· 

Zarówno ubiór Logana, jego powolny sposób mówienia, chód na szeroko rozstawionych nogach, jak i szorstkie 

obyczaje mogły wskazywać na człowieka, który urodził się na ranczo w Teksasie. Lara wiedziała jednak z całą 

pewnością, że Logan urodził się niecałe pięćdziesiąt kilometrów od jej farmy, w· północnozachodnim Ohio, jakieś 

sześćdziesiąt lat temu. Jedynym kowbojem, którego w życiu widział, był John Wayne w kinie. Mimo wszystko 

pozostał wierny swojemu marzeniu. Był najlepszym zarządcą farmy, jakiego kiedykolwiek spotkała. Sumienny, 

zręczny, chętnie przyjmował polecenia od kobiety - o ile wcześniej wysłuchała jego rady. 

-   Ta   kukurydza   tutaj   bardzo   dobrze   wygląda,   panno   Danvers.   -   Badawczym   spojrzeniem   otaksował 

rozciągające się przed nim pole .. - Dopiero czwarty lipca, a już jest wysoko jak oko słonia, jak mówi piosenka. 

Mówiłem, że ta odmiana będzie dla nas najlepsza. Szykuje się niezły rok, jeśli pogoda się utrzyma. 

background image

- Mam nadzieję, Logan. Reszta tych pieniędzy, które dostaliśmy za ziemię, poszła na nowe maszyny. A jeszcze 

w zeszłym roku musieliśmy wynająć dodatkowych ludzi. Ledwo związaliśmy koniec z końcem. Nie chcę znowu 

popaść w długi. Tommy i Greg znów zaczną mówić o sprzedaży. Odkąd. Tommy wyjechał, uważają, że dla mnie 

samej farma jest za duża. 

- Nie jest za duża, dopóki ja tu jestem. Proszę się nie martwić. Uda nam się, panno Danvers. Jeśli Pan Bóg 

pozwoli. 

Przyciągnął najbliższy kaczan i odarł go z liści, odsłaniając duże, żółte ziarna. Wbił paznokieć w soczyste 

ziarenko i widocznie przekonał się,. że jest miękkie, powiedział zadowolony: 

- Powinniśmy zacząć zbierać z tego pola pod koniec tygodnia. 
- Wystarczy panu ludzi 
- Powinno być dosyć. 
- Jeśli nie, to proszę wziąć robotników na dniówkę. Nie chcę, żeby się okazało, że zbiory są złe, bo nie można 
ich było zebrać na czas. 
- O tym nie ma mowy - obruszył się. - Znam swoją pracę. 
- Prawdopodobnie lepiej niż ja, prawda, Logan? - uśmiechnęła się. 
- Jest pani zupełnie niezła - przyznał niechętnie. - Jak na kobietę. 
- Wiedziałam, że pan to powie - pokiwała głową z rezygnacją. - Jest pan niepoprawnym męskim szowinistą· 
- Do, szpiku kości, proszę pani. Do szpiku kości. A teraz proszę się stąd zabierać. Niedługo zaczyna się parada 
w mieście, a chyba nie chce pani, żeby małe jej 

nie zobaczyły. 

- One urządziły własną paradę. Cały ranek nosiły flagi dookoła domu. Kiedy odchodziłam, Jennifer właśnie 

waliła w patelnię. - Wstrząsnęła się na wspomnienie tego dźwięku. 

Logan sięgnął do kieszeni i wyciągnął fujarkę, którą sam wyciął.  

- Proszę jej dać,. Może to będzie pani łatwiej znieść. 
- Dziękuję, Logan. Na pewno jej się spodoba. Tak jak i mnie. 
Lara poszła wolno do domu, myśląc o tegorocznych zbiorach. Miała nadzieję, że Logan nie mylił się co do 

nowej odmiany kukurydzy. Ten rok mógłby być dla niej punktem zwrotnym. Jeśli zbiory będą dobre, będzie 

mogła powiększyć sumę przeznaczoną na odkupienie posiadłości Stevena. Zły rok mógłby Ją zniszczyć, 

zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę naciski ze ' strony Toma i Grega. Nie wiedziała, skąd im nagle przyszło do 

głowy, że powinna sprzedać farmę. Odrzuciła od siebie te myśli, aby się nie denerwować. Nie zamierzała dzisiaj 

się tym dręczyć. Właśnie dzisiaj, kiedy w mieście zaczynało się święto. 

Usłyszała   dziewczynki,   zanim   jeszcze   doszła   do   domu.   Gdy   wyszła   zza   rogu,   zobaczyła,   że   oczekują 

niecierpliwie ną ganku. 

-   Gramy  sobie,   ciociu   Laro   -   powiedziała   Kelly,   uderzając   pokrywkami   o   siebie.  Tym  prowizorycznym 

talerzom   perkusyjnym   wtórowała   Jennifer'   na   zaimprowizowanym   bębnie,   który   stanowiło   dno   jednego   z 

najlepszych   garnków   Lary.   Entuzjazmem   i   siłą   dźwięku   nadrabiały   braki   w   rytmie   i   melodii.   Larą   znów 

wstrząsnął dreszcz, ale nie przestała się uśmiechać. 

-  Bardzo głośna ta muzyka. - Była pewna,  że przyjmą  to jako wyraz  najwyższego  uznania. - Jak tylko 

skończycie swoją melodię, będziemy mogły jechać na paradę. - Garnek i pokrywki wylądowały z brzękiem na 

podłodze ganku. - Nie. Proszę je odnieść na miejsce. 

Było wiele zamieszania, zanim w końcu dziewczynki znów się pojawiły. Z amerykańskimi flagami w rękach, 

ubrane w koszulki w czerwono-białe.pasy i w niebieskie szorty, stanowiły parę małych patriotek. Lara wyciąg-

nęła z kieszeni aparat fotograficzny. 

- Zrobimy zdjęcie i poślemy mamie i tacie. Na pewno dzisiaj bardzo za wami tęsknią. 

Dziewczynki pozowały niechętnie, wyraźnie podniecone perspektywą parady. Gdy tylko szczęknęła migawka, 

już ich nie było. Po chwili gramoliły się do samochodu. Zanim Lara zdążyła do niego dojść Jennifer już zapięła 

swój pas, a Kelly wdrapywała się na siedzenie. 

Kiedy po półgodzinie przyjechały do śródmieścia, ulice były już zatłoczone. Zaparkowały w pewnej odległości 

od Main Streer i poszły szukać miejsca przy krawężniku, gdzie stały już ciasno stłoczone całe rodziny. 

- Nic nie widzę - poskarżyła się KeIly, usiłując przecisnąć się między nogami dorosłych. 

- Ja też ciociu Laro. 

- Przejdźmy jeszcze trochę dalej, może znajdziemy lepsze miejsce. 

- Ale parada się zaczęła. Już ją słyszę - lamentowała Jennifer ze łzami w oczach. - Nic nie zobaczymy. 

Nagle na ich drodze stanął Steven. Widząc płaczącą Jennifer, natychmiast przyklęknął przed nią.

- Co się stało? 

Błękitne oczy spojrzały na niego błagalnie. 

- KeIly i ja nic nie widzimy. Wszyscy są za duzi. 

- No cóż, musimy sobie jakoś poradzić, prawda? - podniósł wzrok i napotkał spojrzenie Lary. Była znowu w 

pułapce. 

- Jak się masz, Laro - zniżył głos. 

- Steven ... 

- Pozwolisz, że pomogę moim przyjaciółkom? Wzruszyła ramionami.

background image

 Nie było sensu oponować. 

W przeciwnym razie zostałaby sama z dwójką rozhisteryzowanych dzieci. Steven podniósłvKeIly, posadził ją 

sobie na ramionach, a potem wziął Jennifer za rękę. Zwrocił się do rodziny stojącej obok: 

- Przepraszam, czy nie mają państwo nic przeciwko temu, żeby ta mała stanęła sobie z przodu i popatrzyła? 

Widząc jego uśmiech rozstąpili się odruchowo i przepuścili Jennifer. Dziewczynka spojrzała na niego. 

- Ty też. 

- Nie. To nie byłoby uczciwie. Twoja ciocia i ja jesteśmy dość wysocy. Możemy stać z tyłu. Będziemy tuż za 

tobą. 

Przyjąwszy bez dalszego sprzeciwu słowa Stevena, Jennifer odwróciła się, by obserwować paradę. KeIly 

szeroko otwartymi oczyma przyglądała się przecho- . dzącej orkiestrze. Machała chorągiewką z takim zapałem, 

że omal nie wsadziła jej Stevenowi w oko. Lara sięgnęła, chcąc ją KeIly odebrać, ale Steven zaprotestował, 

schwyciwszy ją za rękę· 

- Wszystko w porządku. Nic się nie stało. Jednakże zamiast puścić jej rękę, wykorzystał ten incydent jako 

pretekst, aby ją zatrzymać w swej dłoni. Ot tak, normalnie, jak zwykli to robić kochankowie przyzwyczajeni do 

takiej zażyłości. Rozsądek kazał Larze zaprotestować przeciwko temu gestowi, ale jej ciało zaakceptowało go aż 

nazbyt chętnie. Jego dłoń była ciepła, uścick delikatny, lecz zdecydowany. Był to uścisk człowieka dobrze 

znającego się na subtelnościach sztuki uwodzenia. Krew w żyłach Lary zaczęła szybciej krążyć, serce zabiło 

mocniej. Wówczas ją puścił. Poczuła się natychmiast opuszczona i wściekła z tego powodu. .' 

Przemaszerowała ostatnia orkiestra i tłum zaczął się rozchodzić. Większość ludzi podążała na plac, gdzie 

przez całe popołudnie miał działać rożen, były zapowiedziane różne gry, tańce i pokaz ogni sztucznych. 

Steven przyprowadził Jennifer i objąwszy Larę w pasie obrócił ją w kierunku placu. 

- Chodźmy. Kupię wam kurczaka i kukurydzę. 

- Ależ naprawdę nie trzeba"':' zaprotestowała Lara. 

- Oczywiście, że nie trzeba. Ale ja tego chcę. - Uśmiechnął się swoim najbardziej czarującym uśmiechem. 

- Nie chciałabyś chyba, żebym resztę święta spędził samotnie, prawda? 

- Przy tylu kobietach dookoła? Nie byłbyś samotny dłużej niż pięć minut, dobrze o tym wiesz. 

- Ale wolę sam wybrać tę, z którą spędzę czas. Chodź, Laro: To tylko kurczak z rożna. Są z nami twoje 

bratanice. Całe miasto będzie naszą przyzwoitką. Czego się obawiasz? 

Serce jej mocno zabiło. 

- O ile pamiętam, jedenaście lat temu całe miasto nie zdołało uratować nas przed kłopotami. 

Spojrzał na nią ciepło. Patrzyli na siebie przez chwilę. Czas - jedenaście samotnych lat - odpłynął. - .Nie 

byłem pewien, czy pamiętasz tę noc. 

- Jak mogłabym zapomnieć? - powiedziała, niechętna temu wspomnieniu. - Ta noc zmieniła moje życie. 

- Moje też - powiedział miękko i przez krótką chwilę uwierzyła mu. - Zostań, Laro. 

Walczyła ze sobą. 

- Steven, nie mogę. 

- Nie możesz czy nie chcesz? Nie planowałaś przypadkiem pójść z dziewczynkami na kurczaka z rożna, 

zanim się zjawiłem? 

- Tak - przyznała z westchnieniem. 

- Więc nie możesz im zrobić zawodu, prawda? - naciskał. 

- Proszę, ciociu Laro - włączyła się Jennifer. Nawet Kelly utkwiła w niej z nadzieją swoje modre oczka. 

Pułapka zaciskała się wokół niej. Rzuciła mu wściekłe spojrzenie. 

- Do licha Steven ... 

Spojrzał znacząco na stojące z szeroko otwartymi oczyma dzieci i podniósł dłoń. 

- Hej, Nellie, kochanie - zawołał do siwowłosej kobiety, która zwykle obsługiwała staroświecki saturator u 

Beaumontów. Lara zauważyła, że tamta zarumieniła się na to serdeczne powitanie. Widać nawet kobiety po 

sześćdziesiątce nie były obojętne na urok Stevena. Nellie czekała, nie zdziwiona ani trochę, że jest z nim 

Lara i jej bratanice. 

- Chciałbym cię prosić o wielką przysługę. Uratowałabyś mi życie. 

- Stevenie Drake, dla ciebie skoczyłabym w ogień. - Uśmiechnęła się porozumiewawczo do Lary. -Dobrze

, że nie jestem młodsza. Wzięłabym poważnie twoje słodkie słówka i moglibyśmy mieć kłopoty ze strony 

tej młodej damy. Czego sobie życzysz? 

- Czy mogłabyś zabrać Jennifer i Kelly na kurczaka z rożna, żebym mógł przez kilka minut zostać z Larą? 

- Steven - zaprotestowała Lara. 

- Oczywiście, że mogę - powiedziała Nellie wesoło. - No jak, dzieciaki? Pójdziemy poszukać 

największego kawałka kurczaka? 

- I na lody? - zapytała Kelly z nadzieją. 

- Na pewno będą tam też lody. 

- Dziękuję, Nellie. Jesteś aniołem. Za chwilę do was dołączymy - obiecał Steven. 

- Nie śpieszcie się i bawcie się dobrze. Moje wnuki są daleko. To dla mnie wielka przyjemność mieć przy 

sobie dzieci w takim dniu jak dziś . 

Gdy tylko Nellie z dziećmi się oddaliła, Lara natarła na Stevena. 

background image

- Jak śmiesz? Od tygodnia wtrącasz się w moje życie, używając dzieci jako pretekstu, żeby się do fimie 

zbliżyć. Nie wiem, co zamierzasz, ale chcę, do diabła, żebyś mi to powiedział i wreszcie sobie poszedł. 

Im bardziej się zapalała, tym szerzej Steven się uśmiechał. 

- Co się z tobą dzieje? - zapytała. - Czemu się ze mnie śmiejesz? 

- Nie śmieję się - powiedział tłumiąć chichot. - Tylko dawno nie widziałem cię tak wściekłej. 

- Jeśli jesteś na tyle przewrotny, że podobam ci się, kiedy jestem wściekła, to będziesz miał największą 

przyjemność w życiu, bo właśnie kipię ze złości, Stevenie Drake. 

Chodziła tam i z powrotem po chodniku, przyciągając rozbawione spojrzenia, i potrząsała z oburzeniem 

związanymi w koński ogon włosami. W końcu przystanęła przed nim i wziąwszy się pod boki spojrzała mu 

z wściekłością prosto w oczy. 

- Jesteś nieznośnym, aroganckim grubianinem i nie chcę od ciebie nic więcej. 

- Tak jest lepiej - pochwalił. - To mi się podoba. 

~ Do licha! - Machnęła mu ręką tuż przed twarzą. - Co to za gra?! 

- Już raczej terapia, powiedziałbym. 

- Przygnało cię z powrotem do naszego miasta. Przyszedł ci do głowy absurdalny pomysł, żebyśmy znów 

byli razem ... - Zauważyła nagle rozbawione spojrzenie Stevena i dotarły do niej jego słowa. - Jak to, 

raczej terapia? Co przez to rozumiesz? 

- Mówiłem ci parę dni temu, że powinnaś wykrzyczeć wszystko, co siedzi w tobie od jedeną.stu lat. Czas 

to powiedzieć, żebyśmy spróbowali sobie jakoś poradzić. 

Nie mogła znieść spokoju, rozwagi i zrozumienia w jego głosie. Znów zaczęła chodzić. 

-   Odkąd   to   jesteś   ekspertem   w   dziedzinie   psychologii?   Nie   chcę   wracać   do   tego,   co   się   zdarzyło 

jedenaście lat temu. Chcę mówić o tym, co jest dziś, o tym, jak usiłujesz mną manipulować. Nie zniosę tego 

dłużej, słyszysz? Mam dość twojego wdzięczenia się do moich bratanic tylko po to, żeby być przy mnie. To 

są małe dzieci. Co im powiesz, kiedy przestaniesz przychodzić? Niczego nie zrozumieją. 

- Tak jak ty kiedyś? - spytał cicho. 

Zatrzymała się w pół kroku i powoli odwrociła, żeby spojrzeć mu w twarz. Była nieprzenikniona. 

- Właśnie - powiedziała w końcu. - Masz rację. Nie rozumiałam. I dalej nie rozumiem, ale nie widzisz, że 

mnie to już nie obchodzi? Jedyne, co mnie teraz interesuje, to sposób, w jaki używasz dziewczynek. 

- Kto ci powiedział, że przypochlebiam się dzieciom, żeby się wkraść w twoje łaski? Tak się składa, że 

lubię dzieci. One zawsze mówią to, co myślą. W przeciwieństwie do niektórych dorosłych, nie wymieniając 

nazwisk. - Popatrzył na nią znacząco i dodał: - Poza tym, Megan poprosiła mnie, żeby do nich zajrzeć. 

- Megan? - Lara była oszołomiona. 

- Zajechałem do niej, zanim wyjechali z Tommy'm z miasta. Prosiła, żebym wpadł i zobaczył, co się u was 

dzieje. Nie podobało jej się, że zostałyście tutaj same, a ponieważ jestem najbliższym sąsiadem, zapytała, 

czy nie miałbym nic przeciwko odwiedzinom. Powiedziałem, oczywiście, że nie mam. Tylko prosiła, żeby 

ci o tym nie mówić. 

Co, na miły Bóg, przyszło tej Megan do głowy? Lara zastanawiała się przez chwilę, a potem jęknęła w 

duchu. To było proste. Tak romantyczna osoba, jak Megan, mogła .ukartować intrygę w nadziei, że zdarzy 

się dokład'rlie to, co się właśnie stało. Nigdy nie mówiła bratowej, skąd się wzięła jej nienawiść do 

Stevena. Megan najwyraźniej wytłumaczyła sobie na swój sposób wrogie nastawienie Lary do sąsiada. 

Domyśliła się, że kryje się za tym namiętność. 

- Rzadko kiedy jesteśmy same na farmie - rzuciła oschle. - Logan jest tam co dzień, no i są zwykle 

pracownicy. Jeśli wpadasz tylko z tego powodu, to możesz się czuć zwolniony z obowiązku. - Wbrew jej intencji 

zabrzmiało to trochę jak wyrzut. Steven odsłonił zęby w uśmiechu. 

- Jak dobrze wiesz, z;achodzę nie tylko z tego powodu. Czy nie moglibyśmy pójść do parku, usiąść sobie pod 

drzewem i pogadać? Czuję się śmiesznie rozmawiając o tym wszystkim na środku chodnika. Gorąco tu jak w 

piekle, a ty wyglądasz tak, jakbyś chciała przy pierwszej okazji wziąć nogi za pas. 

- Bo chcę. Myślę, żeśmy sobie powiedzieli dosyć, jak na jeden dzień. 

Zniecierpliwiony wzniósł oczy do nieba. 
- Przekonywanie ciebie to najwidoczniej zła taktyka. - Złapał ją za rękę i ruszył w dół ulicy. Lara musiała biec, 
aby za nim nadążyć. 
- Nie idę z tobą - mamrotała, choć zdawała sobie sprawę, jak komicznie brzmiał ten protest. Po chwili byli w 

parku. Steven szedł prosto w kierunku stuletniego dębu. Masywny pień dawał świetne oparcie, liście rzucały miły 

cień. 

- Siadaj. 
- Nie jestem jakimś szczeniakiem, któremu możesz rozkazywać - odpowiedziała buntowniczo. 
Wzruszył ramionami. 
- Dobrze. Ja usiądę. 
Siadł   na   ziemi,   oparł   się   o   drzewo   i   skrzyżował   wyciągnięte'   nogi.   Lara   stała   nad   nim   pochylona,   w 

niewygodnej 'pozycji, bo ciągle trzymał ją mocno za rękę. Spoglądała na niego naburmuszona. W końcu usiadła, 

starając się trzymać tak daleko, jak tylko pozwalał mocny chwyt jego dłoni. 

background image

- Mów - zaproponował. Zacisnęła szczęki z uporem. - Tylko ty chcesz mówić. 

- Dobrze. Będę mówił za ciebie. Sprostuj, jeśli się mylę. Jesteś wytrącona z równowagi wskutek tego, co się 
zdarzyło jedenaście lat temu. Jesteś przekonana, że cię zdradziłem. 

- Bo zdradziłeś. . 

- Nie. - Przerwał je], kiedy chciała zaprotestować. 
- Rozumiem, dlaczego tak sądzisz, ale uważałem, że to, co zrobiłem, było najlepsze. 
- O, na miły Bóg, Steven - przerwała niecierpliwie. - Wciąż to mówisz. Nazywasz najlepszym to, że odszedłeś 
ode mnie bez słowa? Byłam w tobie zakochana. Planowaliśmy wspólną przyszłość. A może to tylko ja 
planowałam? 
Wciągnął głęboko powietrze i pogłaskał ją kciukiem po dłoni. W końcu odpowiedział, ale tak cicho, że musiała 

się przysunąć, by usłyszeć. 

- Nie, Laro, nie tylko ty robiłaś plany. Chciałem być z tobą, pragnąłem tego bardziej niż czegokolwiek w życiu. 
W jej oczach pojawiły się łzy. Czuła się tak, jakby za chwilę miało jej pęknąć serce. 
- Więc dlaczego nie zostałeś? 

Westchnął. Na jego twarzy malowało się zamyślenie. - Było wiele powodów, zaczynając od tego, że nie byłem 

wtedy dobrą partią. - Według mnie byłeś. 

- Widziałaś tylkio to, co chciałem ci pokazać. Czy wiedziałaś na przykład, jak bardzo nienawidziłem swojego 

ojca? Tylko dlatego wyjechałem. Chciałem udowodnić, że nie jestem do niego podobny. - Zaśmiał się ponuro. - 

Ale robiłęm to samo co on. Przedkładałem karierę ponad wszystko. Kiedy cię spotkałem, zaczęło mi się właśnie 

świetnie powodzić. Musiałem dużo podróżować. 

- Wiedziałam to wszystko. To się nie liczyło.

- Dla mnie tak. Miałaś dopiero osiemnaście lat. 

Byłaś za młoda,  by się wiązać na całe życie.  Byłem prawie o dziesięć lat starszy,  ale także nie doŚĆ 

dojrzały, by sobie z tym wszystkim po~adzić. Miałem już wtedy za sobą nieudane małżeństwo, bo nie 

byłem zdolny uczciwie zaangażować się w stały związek. Nie chciałem, żeby to się powtórzyło z tobą. Poza 

tym, zanim się pojawiłem, marzyłaś o tym, by iść na studia i zostać lekarzem. Tak bardzo cię pragnąłem, że 

ciągle o tym zapominałem. Wtedy twoi rodzice mi przypomnieli. 

Potrząsnęła głową. 

- Nie wierzę, że moi rodzice się wtrącali. Wiedzieli, jak bardzo cię kochałam. Nie poprosiliby cię, byś 

wyjechał. 

- Nie, oczywiście, że nie. Tylko mnie ostrzegli, bym się wstrzymał i poważnie zastanowił nad tym, co 

robię. Wytknęli  mi, że oczekiwałem, iż zrezygnujesz  ze swych planów. Obawiali się, że nigdy się nie 

ustatkuję, że pewnego dnia się obudzisz i zrozumiesz, że przeze mnie straciłaś to, co się dla ciebie naprawdę 

liczyło. Czułabyś do mnie z tego powodu urazę. 

Podniósł wzrok i spojrzał jej w twarz. 

- Czy pamiętasz tę ostatnią noc nad strumieniem? 

- Tak jakby to było wczoraj - przyznala zduszonym głosem. - Trzymałeś mnie w ramionach, kochaliśmy 

się i ... i płakałeś. - Była zaskoczona tym wspomnieniem. Zupełnie zapomniała o wstrząsie, jakiego 

doznała na widok łez w oczach mężczyzny, który wydawał jej się taki silny. - A więc wiedziałeś, co 

zamierzasz zrobić, prawda? 

- Wiedziałem - przyznał. - I to bolało. - Teraz także w jego oczach były łzy. - Czy pamiętasz, o czym 

rozmawialiśmy? - zapytał. 

Spojrzała na niego zmieszana. Pamiętała jedynie, że trzymał ją w ramionach, a także to dzikie  

pod-

niecenie, które ją ogarnęło. 

- Byłaś taka zaaferowana szkołą - podpowiedział. Zaczęła sobie przypominać. - Nadeszły egzaminy 

końcowe. Miałaś same piątki. Byłaś przekonana, że uda ci się skończyć szkołę średnią w niecałe cztery 

lata. Nie ulegało wątpliwości, że z takimi ocenami dostaniesz się na studia medyczne. 

Lara przyglądała mu się w zamyśleniu. - Bardzo się tym wtedy emocjonowałeś. 

- Tak, ale już wówczas wiedziałem, że nie powinniśmy utrzymywać naszego związku. Chciałem cię 

tamtej nocy prosić, żebyś wyjechała ze mną, ale kiedy sobie uświadomiłem, jakie miałaś wspaniałe plany 

na przyszłość, jak bardzo tego pragnęłaś, nie mogłem. Musiałem ci pozwolić spróbować. 

- I dlatego nic nie powiedziałeś? Zamiast pozwolić mi wybrać? 

Uśmiechnął się lekko. 

-   Poznałem   cię   zbyt   dobrze,   kochanie.   Wiedziałem,   co   bys   wy,brała.   Byłaś   porywcza   i   zakochana. 

Wyjechałabyś ze mną. 

- Oczywiście. 

- No i to byłby błąd. 

- Nie, do licha - sprzeciwiła się, choć zdała sobie sprawę z jego poświęcenia. - Przynajmniej miałabym 

ciebie. Wkrótce potem umarł tata. Niedługo po nim mama. Musiałam zrezygnować z myśli 

studiach 

medycznych. No więc widzisz, że wszystko było na próżno. 

- Ale tamtej nocy nie mogłem tego wiedzieć. Myślałem, że daję ci twoje marzenie. Dopiero gdy tu 

wróciłem trzy lata temu, przekonałem się, że twoje plany się nie spełniły. Ale wtedy nienawidziłaś mnie 

background image

tak bardzo, że ... 

- Dlaczego wróciłeś? 

- Już ci powiedziałem, dlaczego. Nie mogłem już dłużej wytrzymać. Powiedziałem sobie: jeśli jest 

sz

częśliwa, wyszła za mąż, nie zostanę. Ale nie byłaś. Czułem, że powinienem być tutaj i strzec cię, nawet 

gdybyś mnie wykreśliła ze swego życia. 

- Ale przedtem nic nie mówiłeś. Dlaczego? 
- Bałem się. Mogłem sobie wyobrazić, jak byś 

zareagowala, zwłaszcza że praktycznie zmusiłem cię, żebyś mi sprzedała tę ziemię. Nie wiedziałem, j'ak mam do 

ciebie podejść. Później dużo wyjeżdżałem. Miałem wiele interesów w innych stanach. Przez te wszystkie lata, 

kiedy   mnie   tu   nie   było,   miałem   dużo   do   czynienia   z   pracami   inżynierskimi.   Byłem   w   Meksyku   w   czasie 

trzęsienia ziemi. Pomagałem w akcjach ratunkowych. Gdy podobne katastrofy zdarzały się w innych krajach, 

proszono mnie, żebym przyjechał i pomógł. Zawsze jeździłem. Tak było łatwiej niż być tutaj i wiedzieć, że 

patrzysz na mnie jak na zdrajcę. 

Lara przyciągnęła kolana do piersi i objęła je ramionami. Spojrzała na Stevena. Zobaczyła w jego oczach 

obawę. 

- Czy mógłbyś mnie teraz zostawić samą? Muszę pomyśleć. 

Na szczęście tym razem się jej nie sprzeciwiał. 

Skinął potakując głową i podniósł się. 

- Mówiłem poważnie, Laro. Każde słowo. Byłaś kiedyś najważniejsza w moim życiu. I nadal jesteś. Proszę 

tylko o szansę, bym mógł ci to udowodnić. 

Zanim odgadła, co żamierza zrobić, pochylił się i dotknął wargami' jej ust. Poczuła jakby muśnięcie jedwabiu i 

płomień rozpalił jej ciało. Gdy chciał już odejść, zanurzyła mu palce we włosach wijących się na karku. Ich oczy 

się spotkały. Było w nich pytanie i odpowiedź. Ich oddechy się zmieszały, znów go przyciągnęła do siebie. 

Podobnie jak on nie mogła sobie odmówić tej chwili. Ten niespodziewany pocałunek, podobny do subtelnego 

pytania,   potwierdził   to,   co   już   wcześniej   przeczuwała:   namiętność   nie   wygasła,   przyczaiła   się   tylko   w 

oczekiwaniu na jego powrót. 

Kiedy Steven odszedł, położyla głowę na kolanach i dała upust łzom. Tyle straconych lat, czas, który nigdy nie 

wróci!   To,   co   powiedział,   brzmiało   wiarygodnie,   ale   czy   mogła   wierzyć   człowiekowi,   któremu   tak   łatwo 

przychodziły słowa? Nie tylko jego nagłe odejście wymagało wyjaśnienia. Była jeszcze ziemia. 

W  przeszłości   Steven   wykorzystał   niepowodzenie   wielu   miejscowych  farmerów,   aby  przejąć   setki   akrów 

ziemi. Próbował też kupić ich ziemię. Do dzisiaj nie miała pewności, czy kiedyś nie była pionkiem w Jego grze. 

Powiedział, że chce tylko, by mu dała szansę. Ale danie mu tej szansy oznacza wielkie ryzyko. 

Pomyśl ala również o tych wszystkich latach samotności, które zniknęły wraz z dotknięciem jego delikatnych 

palców. I o pożądaniu, które ją ogarnęło przy pierwszym pocałunku. Jakże mogła mu się oprzeć, gdy jej własne 

ciało było przeciwko niej. To kazało jej wątpić w szansę zwycięstwa. 

- Dam ci tę szansę, Steven - zdecydowała w końcu. 

- Ale jeśli znów mnie zdradzisz, będę twoim zaprzysięgłym wrogiem. 

Reszta   dnia   upłynęła   jak   we   śnie.   Jadła   coś,   nie   zwracając   uwagi   na   to,   co   to   było.   Grała   w   coś   z 

dziewcŻynkami, nieświadoma, kto wygrał. Zatańczyła nawet raz ze Stevenem. Jej ciało zamieniło się w jego 

ramionach w płynny ogień, to jedno zapamiętała bardzo dokładnie. Uczucie to napełniło ją lękiem. Po tym tańcu 

uciekła przerażona. 

W domu dziewczynki były wciąż jeszcze tak podeksytowane, że wlały do wanny całą butelkę płynu do kąpieli, 

gdy Lara była w sypialni. Kiedy nadeszła, piana przelewała się z wanny i wypływała na korytarz. Kelly nie 

mogła znaleźć swego ulubionego misia. Jennifer nie chciała włożyć różowej piżamy i uparła się na tę żółtą, którą 

Lara  zabrała   do  prania.   Dużo  czasu   upłynęło,   zanim udało   się   zapędzić   je  do  łóżek.   Gdy  już   były  gotowe 

wysłuchać bajeczki o pluszowym króliku, Lara czuła się tak, jakby własnymi rękami zaorała całe pole. 

- Ciociu Laro - zagadnęła zaspana Jennifer, kiedy bajeczka się skończyła, a Kelly spała już z kciukiem w buzi. 

- Co, kochanie? 
- Czy pan Drake to twój narzeczony? 

"Pluszowy królik" wypadł Larze z rąk. 

- Dlaczego o to pytasz? 

- Widziałam, jak cię całował. To pewnie znaczy, że cię lubi, prawda? 
- Czasem przyjaciele też się całują. 
- Aha. 

Lara przyjrzała się jej uważnie. - Jesteś roźczarowana? 

- Chciałabym, żeby cię lubił. Tak jak tatuś kocha mamusię· 
- Dlaczego? 

Jennifer objęła Larę i przytuliła. zasmuconą buzię do jej piersi. Słowa małej dobiegły stłumione. 
- Żebyś nie była sama, kiedy ja i Kelly wyjedziemy. Lara westchnęła, oczy zaszły jej łzami. Kołysała 

Jennifer w ramionach. 

background image

- Och, dziecko, jest jeszcze dużo czasu. Mamy przed sobą całe lato. 
Mimo tej pociechy koniec lata wydawał się coraz bliższy. 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Panno Jenifer Susan Danvers, proszę tu wrócić w tej chwili - zawołała Lara do Jennifer, która wraz z Kelly, 
podskakując, biegła w stronę lasu. - I proszę przyprowadzić ze sobą siostrę· 

- Dlaczego, ciociu Laro? Chcę iść nad strumień. 
- Powiedziałam ci już, dlaczego. To nie nasza ziemia. 

- Ale przedtem chodziłyśmy i pan Drake powiedział, że wszystko w porządku. Słyszałaś przecież. - Spojrzała 

na Larę oburzona. - Zaprosił nas. 

A niech go licho! 

- Nie życzę sobie, żebyście rozmawiały z panem Drakiem - powiedziała popędliwie. Wciąż była zakłopotana 

swoją   wczorajszą   decyzją,   żeby   dać   Stevenowi   szansę.   Gdyby  ją   zawiódł,   chciała   przynajmniej   oszczędzić 

przykrości Jennifer i Kelly, które zaczynały go już 'Ubóstwiać. 

- Ciociu Laro! - tego było już za wiele. Jennifer nadąsała się. Kelly chwyciła siostrę kurczowo za rękę i 

wykrzywiła buzię; gotowa w każdej chwili zawtórować jej płaczem. 

 - Słyszałyście, co powiedziałam. Na farmie jest dość miejsca do zabawy. Nie trzeba się błąkać nad strumieniem. 

Ale nad strumieniem było najlepiej. Musiała im to przyznać. Zapłoniła się przypomniawszy sobie nagle noce, 

które   tam   spędziła   w   ramionach   Stevena.   Jego   wczorajszy   pocałunek   obudził   wspomnienia   tamtych   nocy. 

Zwłaszcza ostatniej. 

Była to wspaniała noc wielkiego miłosnego uniesienia, nie przyćmionego jeszcze świadomością, że to ich 

ostatnie godziny spędzone razem. Ale najlepiej pamiętała ów pierwszy raz, kiedy leżeli obok siebie na brzegu 

strumienia. 

Uśmiechnęła się na to wspomnienie. To było czwartego lipca. Pracowała w polu, była zgrzana, zmęczona i 

mokra  od  potu,  pokryta  kurzem  od· stóp  do głów. Tego dnia mieli się spotkać  ze Stevenem  w  smażalni  w 

miasteczku. Przyszła na chwilę nad strumień, żeby popływać, i spotkała go. Czekał na nią· Na trawie leżał koc, w 

kubełku chłodził się szampan, a w kryształowym wazonie był bukiet polnych kwiatów. 

- Czy to wszystko dla mnie? - zapytała ze zdumieniem. 
- A dla kogo miałoby być? - przekomarzał się. 
- Mieliśmy się przecież spotkać w mieście. Skąd wiedziałeś, że tu przyjdę? 
- Nie było trudno przewidzieć. Nie jesteś znów taka niekonwencjonalna. Kiedy pracujesz w polu, zawsze tutaj 

przychodzisz, zanim pójdziesz do domu. 

Zmarszczyła nos. 
- Widzę, że muszę zmienić swoje zwyczaje, bo staniesz się zbyt pewny siebie. 
- Przy tobie nigdy. - W jego wesołych oczach zapaliły się iskierki. - Przenigdy. 
Larę ogarnęło nagle jakieś nieznane, nieokreślone uczucie. Coś jej mówiło, że to będzie niezwykła noc. Steven 

wziął ją za rękę i poprowadził, tak jak stała, w ubraniu do strumienia. Chłodna woda wirowała wokół nich. Zmył 

kurz z jej twarzy, odgarnął z policzków mokre włosy i delikatnie ją pocałował. Jej ramiona opadły na jego barki, 

ich nogi się splotły. Przywarła do niego, aby nie stracić równowagi. Poczuła, jak jego ciało twardnieje, i pojęła, 

przy całym swoim braku doświadczenia, co to jest kobieca satysfakcja. 

 

Doznała   niezwykłego   wrażenia,   że   swoim   dotknięciem   obłaskawiła   buntownika,   że   on   należy   do   niej. 

Niepewność znikła. 

- Laro, nie - prosił stłumionym głosem. - Tak bardzo cię pragnę, że nie będę mógł się powstrzymać. 
Spojrzała na niego poważnie. 
- Wcale nie chcę, żebyś się powstrzymywał - odparła. 

Zaprotestował słabo, zbity z tropu jej szczerością. - Kochanie, przecież twoi rodzice i wszyscy inni spodziewają 

się nas w mieście. Nie zaplanowałem tego spotkania, żeby cię uwieść. 

Uśmiechnęła się do niego. 
- W takim razie ja będę musiała uwieść ciebie, zgoda? 
Tak   też   zrobiła.   Obsypała   go   pieszczotami,   całowała   namiętnie,   podsycając   w   nim   żądzę,   dopóki   go   nie 

rozpaliła   do   białości.   Policzki   jej   zapłonęły,   gdy   sobie   przypomniała   swoje   lekkomyślnne,   pełne   pożądania 

zachowanie. 

W końcu uległ jej. Wyniósł ją na brzeg, położył delikatnie na kocu i ostrożnie zdjął z niej mokre ubranie. 

Potem się kochali, brał ją znowu i znowu, aż zapadający zmierzch okrył ich cieniem. Była pragnieniem, którego 

nie   mógł   ugasić.   Był   miłością,   której   subtelności   odkrywała   niestrudzenie.   Leżąc   obok   siebie   obserwowali 

migotanie ogni sztucznych w oddali. To była niewyobrażalnie piękna chwila. Szczęście przepełniło jej serce. . 

Oparł się na łokciu i spojrzał na nią tkliwie. - Przykro ci, że straciłaś uroczystości? Położyła mu palce na 
ustach: 
- Ty nie wiesz, że uroczystości były tutaj? 
Ta noc  wydawała  się nie  mieć końca, tak  była pełna radości,  śmiechu  i  podniecenia.  Miała wrażenie,   że 

podobna nigdy się już nie zdarzy. Ale mijały 

background image

miesiące i przekonała się, że każda chwila w objęciach Stevena przynosi jej nowe, głębokie wzruszenia. 

Lara westchnęła. Rozejrzała się dokoła. Dzieci zorientowały się widocznie, że śni na jawie, i wykorzystując jej 

nieuwagę,   zniknęły   z   pola   widzenia.   Nie   miała   wątpliwości,   że   pobiegły   prosto   nad   strumień.   Jennifer   od 

dziedziczyła niestety upór Danversów. Być może kieqyś wyjdzie jej on na dobre, teraz czasami Larę drażnił. 

- Jennifer, Kelly - zawołała zrywając się z miejsca. - Wracajcie w tej chwili albo za karę spędzicie resztę dnia w 
swoim pokoju. 

W tej samej 'chwili Jennifer wybiegła spomiędzy drzew na szczycie pagórka. Jej ubranie było brudne, łzy 

spływały po policzkach. Nawet z tej odległości Lara dostrzegła, że ma oc"zy szeroko otwarte ze strachu. Serce 

podeszło jej do gardła. 

- Ciociu Laro, ciociu Laro, chodź szybko! 
- Jennifer, gdzie Kelly? Co się stało? 
- C-c-coś się stało K-K-Kelly - dziewczynka wyjąkała żałośnie. 

O Boże drogi! Strumień. Nie był głęboki, ale jeśli Kelly upadła i uderzyła się w głowę, mogła łatwo utonąć. 

Serce Lary waliło. Puściła się biegiem. 

- Co się stało? Wpadła do wody? 

- N-n-nie. 

Jennifer szlochała coraz bardziej. Lara zatrzymała się, przyklękła i wzięła przerażone dziecko w ramiona.
 - Kochanie, proszę cię, powiedz mi. Co się stało? 
- O-o-ona upadła i n-n-nie mogę jej znaleźć. 
Lara opanowałi ogarniającą ją samą histerię. 
- Jak to nie możesz jej znaleźć? Ukryła się? Może się z tobą bawi? 
Jennifer pokręciła przecząco głową. 
- Zapadła się pod ziemię. W dziurze. 
Larze ciarki przeszły po plecach. Zaświtała Jej straszna myśl. 

- O Boże drogi! - Słowa te, wypowiedziane tym razem głośno, zabrzmiały jak błaganie. - Pokaż mi, gdzie to 

było, Jennifer. 

Wzięła ją na ręce i pobiegła potykając się raz po raz pod jej ciężarem. Pomimo przerażenia, zmusiła się, by 

mówić spokojnie. 

- Gdzie-wtedy byłyście? Pokaż mi dokładnie, gdzie byłyście, kiedy ją ostatni raz widziałaś? 
- O tam, ciociu Laro. Byłyśmy dokładnie tam. Tylko na chwilę puściłam jej rękę. Naprawdę. Tylko na chwilkę. 

- Cicho, dziecinko. Już dobrze. - Przytuliła ją do siebie i próbowała uspokoić. - Cii. Odnajdziemy ją· 

Ale kiedy dotarły do starej studni, nie było tam ani śladu po Kelly. Dochodziły tylko słabe odgłosy z czeluści. 

Przez chwilę Larę ogarnęła panika. Dręczyło ją wyobrażenie Kelly uwięzionej w ciemności, gdzieś poza jej 

zasięgiem. Wielkie nieba! Kelly nie możeumrzeć! Nie w ten sposób. Zaczęła się w duchu modlić. O Boże! spraw, 

żeby jej się nic nie stało. 

Modlitwa ją uspokoiła. Spojrzała w ciemną głębię studni i nic nie zobaczyła. 
- Kelly, kochanie - zawołała. - To ja, twoja ciocia. Nie bój się, dziecinko, wydobędziemy cię· 

Przyjrzała się uważnie otworowi w ziemi 

przez chwilę zastanowiła się, czy sama dałaby sobie radę· Porzuciła 

jednak   ten   niewczesny  zamiar   jako   niemądry  .   Nie  mogła   przecież   wiedzieć,   jak   głęboko   wpadła   Kelly.  A 

postępując nierozważnie naraziłaby ją na większe niebezpieczeństwo. A jeśli sama również wpadnie w pułapkę? 

Z pewnością nie pomogłoby to Kelly. Nie ma czasu do stracenia. Potrzebowała pomocy, a naj bliżej był Steven. 

Będzie musiała mu zaufać. 

Odetchnąwszy głęboko ujęła za ramiona Jennifer i powiedziała łagodnie: 

- Pobiegnij do domu pana Drake'a tak szybko, jak tylko potrafisz. Zrobisz to dla mnie? Powiedz mu, co się 

stało, i poproś, żeby przyszedł jak najprędzej. Ja zostanę tutaj z Kel1y, 

Przestraszonej Jennifer zaczęły kapać z oczu łzy. - Chcę zostać tu z tobą. B-b-boję sos-się, ciociu. 

- Ja też się boję, ale wszystko będzie dobrze, 

zobaczySz - powiedziala z przekonaniem, siląc się na spokój. Odgarnęła jej włosy z czoła. - Posłuchaj. Słyszysz 

Kelly tam na dole? Nic jej nie jest. Przyprowadź pana Drake'a. On będzie wiedział, jak ją wydostać. 

Gdy Jennifer poszła, Lara położyła się na ziemi i zaczęła wołać w dół, do Kelly. Mówiła do niej, nuciła jej 

piosenki, nie przestając nasłuchiwać najlżejszego odgłosu, który by wskazywał, że dziecku nic się nie stało. 

Tak znalazł ją Steven. Kiego go ujrzała, popłynęły jej z oczu długo powstrzymywane łzy. Rzuciła mu się w 

ramiona,   szukając   u   niego   pocieszenia.   Obejmował   ją   mocno.   Poczuła,   jak   powoli   wracają   jej   siły.   Po   raz 

pierwszy, odkąd wdarł się,z powrotem w jej życie, tak bardzo się cieszyła, że go widzi. 

Stevenowi serce się krajało na widok Lary leżącej na mokrej ziemi i drżącym głosem śpiewającej piosenki. 
Gdy przybiegła do niego zapłakana Jennifer, z trudem zrozumiał jej urywaną relację. Dopiero kiedy odnalazł 

Larę, zdał sobie sprawę, co się stało. Biedna, musiała tracić zmysły ze strachu. 

Gdy trzymał ją w ramionach, czuł, jak drży. Po raz pierwszy od lat zdał sobie sprawę, że pod maską surowości, 

którą przybrała, kryją się głębokie uczucia. Mimo gniewu, mimo zaprzeczeń nadal go kochała. Bogu dzięki! 

Wiedział, ile ją musiało kosztować zwrócenie się o pomoc do niego. Serce zabiło mu mocniej, poczuł 

gwałtowny przypływ uczuć opiekuńczych. Musi jej zwrócić Kelly całą i zdrową. Nie może zawieść zaufania, 

jeśli chce, by spełniły się marzenia o wspólnej przyszłości. 

background image

Pragnął jak naj dłużej trzymać ją w ramionach i pocieszać, ale zreflektował się i ocierając jej łzy zapytał 

spokojnym głosem: 

- Co z nią? 

- Płacze. - W głosie Lary brzmiało przerażenie. 

- To dobry znak - uspokoił ją. - Znaczy, że wszystko w porządku. Zostawiłem Jennifer z moją gospodynią 'i po 

sIalem po pomoc. Jak tylko tu dotrą, zobaczymy, co się da zrobić. 

- Nie można po prostu spuścić na dół jakiejś liny? 

- Kel1y jest jeszcze za mała, prawdopodobnie nie wiedziałaby, co robić. To mogłoby tylko pogorszyć sytuację. 

Lepiej, niech posiedzi spokojnie, dopóki się nie przekonamy, jaki tam jest grunt. 

- Do licha, tak na ciebie liczyłam. Dlaczego teraz czegoś nie zrobisz? Nie możemy jej zostawić tam na dole 

samej - powiedziała zawiedziona. W jej podniesionym głosie usłyszał bezsilną wściekłość. 

Odsunął ją od dołu. 

- Nie trzeba, żeby Kelly cię słyszała. Przestraszysz ją. - Ujął ją dłonią pod brodę i zmusił, by spojrzała mu w 

oczy. - Kochanie, wiem, co czujesz. Uwierz mi. Nie ma nic gorszego niż czekanie. Przyrzekam ci, że jak tylko 

będziemy mieli sprzęt, spróbujemy się do niej dostać. Ale jeśli nie zrobimy tego, jak należy, ziemia może się 

zapaść. 

Larą wstrząsnął dreszcz. Steven odruchowo pogładził ją po plecach. 

- Nie martw się, Laro. To się nie stanie. Wydobędziemy ją, przyrzekam ci. 

- Muszę zadzwonić do Tommy'ego. On powinien o tym wiedzieć. Perspektywa tej rozmowy przerażała ją· 

Wyczytał to z rozszerzonych przestrachem oczu i bladej twarzy. 

- Nie zaczekasz trochę, może uda nam się od razu ją wydostać? - zasugerował Steven. 

- Myślisz, że to szybko pójdzie? 

- Mam nadzieję. 

Ale nie poszło tak szybko. 

Popołudnie ciągnęło się jak wieczność. Pierwszy przybył Logan. Uścisnął  współczująco dłoń Lary, zanim 

zwrócił się do Stevena po polecenia. Powoli nadciągnęli ludzie z miasta. Naradzali się ze Stevenem, nie dając jej 

dojść do słowa, co ją bardzo irytowało. Żona szefa ochotniczej straży pożarnej odciągnęła ją od studni, ktoś 

wetknął do ręki filiżankę kawy. 

- Wypij to - powiedziała Terry Simmons swym zwykłym burkliwym głosem. Jej energiczny sposób bycia 

podziałał na Larę jakoś dziwnie uspokajająco. - Bo zmarzniesz. Nie możemy pozwolić, żebyś tu przy nas wpadła 

w chorobę. Kelly cię potrzebuje. 

Spojrzenie Lary pobiegło w kierunku studni, potem odszukała wzrokiem Stevena. Uśmiechnął się do niej, co na 

chwilę podniosło ją na duchu, i wrócił do przerwanej dyskusji. Opuścili w dół linę, by zmierzyć głębokość, po 

czym  rozmowa   się   ożywiła. Z   dosłyszanych  urywków  wywnioskowała,   że  spierają   się  o  to,   co  robić   dalej. 

Najwyraźniej przeważyło zdanie Stevena, bo skinął głową zadowolony i ludzie zabrali się do pracy. 

Podszedł do niej. Zajrzała mu w twarz, szukając jakichś oznak nadziei. Był ponury. 

- Nie idzie po twojej myśli, prawda? 

- Obawiam się, że nie. Jest o wiele głębiej, niż sądziłem. Co gorsza, studnia jest zbyt wąska, żeby ktoś z nas 

mógł się opuścić w dół. 

- Ja moglabym spróbować - zaofiarowała się gorączkowo. Cały czas miała przed oczyma Kelly, tym bardziej 

przerażoną, im dłużej pozostawała sama w ciemności. 

- Sprawdziłam wcześniej, kiedy czekałam na ciebie. Na pewno się zmieszczę.  

Potrząsnął głową. 

- Nie. Tobie by się też nie udało. 

- Skąd wiesz? Steven, musimy coś zrobić, cokolwiek bądź. Pozwól mi spróbować. 

- Do diabła, tylko porwiesz skórę na strzępy, nawet jeśli się tam zmieścisz. Studnia zwęża się znacznie około 

trzech metrów niżej,  nie dasz rady  się przecisnąć.  Zapewniam cię, że wiem,  co robię.  Sprowadziłem sprzęt 

wiertniczy. 
~ Po co? - zapytała i nagle przypomniała sobie akcję ratunkową małego dziecka w Teksasie, ktora przyciągnęła 

uwagę opinii publicznej na całym świecie. - Zamierzasz wykopać drugi tunel? 

- Chcemy spróbować. Przy odrobinie szczęścia powinno się udać. 

Ale Lara zapamiętała, że udręka tej rodziny z Teksasu trwała dłużej niż dwa dni. Przymknęła oczy, a potem 

spojrzała na niego i zapytała spokojnie: - Pora, żebym wezwała Tommy'ego, prawda? Steven ujął jej dłoń i mocno 

uścisnął. Nie chciał kłamać. 

- Tak myślę. 

Była mu wdzięczna za szerość. Starała się nawet uśmiechnąć,' ale nie udało jej się. 

- Dobry Boże, ja tego nie wytrzymam. 

Steven położył jej ręce na ramionach i spojrzał w pełne łez oczy. 

- Wytrzymasz. Jesteś naj dzielniejszą kobietą, jaką znam. Teraz chodź, uspokój Kelly, powiedz jej, co chcemy 

zrobić. Potem zadzwonisz do brata. 

Mężczyźni rozstąpili się, by ją przepuścić. Logan siedział na ziemi na brzegu dołu i grał skoczną melodię na 

fujarce, takiej samej jak ta, którą dał Larze dla Jennifer. Kiedy na widok Lary przerwał, usłyszeli, jak Kelly woła, 

background image

żeby jeszcze grał. 

- Zaraz ci zagram, zaczekaj momencik. Twoja ciocia Lara jest tutaj. 
Lara opadła na kolana, spojrzała na Stevena. 

Położył jej ręk.ę na ramieniu. Westchnęła z drżeniem i zawołała w dół. 

 

- Kelly, słyszysz mnie? 
- Ciocia Lara? - Drżący głos zdawał się dobiegać z daleka. 
- Tak, kochanie, to ja. 
- Słyszę cię, ciociu, ale nie widzę - doszło z dołu żałosne zawodzenie. 

- Wiem, że mnie nie widzisz, dziecinko, ale jestem tutaj przy tobie. Pan Drake też tu jest ze mną. Pracuje, żeby 

wydostać cię na zewnątrz. 

- Chcę już teraz. 
- Niedługo cię wydobędziemy. 
- Powiedz, żeby się za bardzo nie ruszała - Wyszeptał Steven. - Mogłaby się zsunąć jeszcze niżej. 

- Kochanie, postaraj się nie ruszać. Zrób to dla cioci. Za chwilę usłyszysz wielku huk, ale się nie przestrasz. To 

będą tylko takie wielkie maszyny, które ci idą na pomoc. 

- Zostaniesz ze mną? 
Lara spojrzała na Stevena, ale on potrząsnął przecząco głową. 
- Muszę na chwilę odejść, ale pan Drake będzie tu blisko i będzie na ciebie uważał. 
- Chcę ciebie - załkała. 
- Będę niedaleko, dziecinko, i wkrótce będziesz tu ze mną. 
- Obiecujesz? - Obiecuję. - Steven dotknął jej ramienia. Sprzęt do wiercenia był już na miejscu, gotowy do 
pracy. 
- Kelly, muszę się już odsunąć. Bądź teraz naprawdę dzielna, dobrze? 
- Dobrze. Pa, ciociu. 
Larę coś ścisnęło za gardło. Odwróciła się i od razu wpadła w szerokie ramiona Terry Simmons. 
- Chodź, dziewczyno. Trzymasz się doprawdy świetnie. Steven się tutaj wszystkim zajmie. - Muszę zadzwonić 
do Tommy'ego. 
- No to chodźmy. 

Zmuszona od najmłodszych lat brać na siebie odpowiedzialność, Lara nie zwykła polegać na innych. Z Terry 

Simmons nie zamieniły dotąd nawet kilku zdań, a mimo to czuła, że może się na niej oprzeć. Na swój spokojny, 

szorstki sposób Terry utrzymywała ją przy zdrowych zmysłach, zmuszała do koncentrowania się r'aczej na tym, 

co jest do zrobienia, niż na spekulowaniu, co się może zdarzyć. Larze było raźniej w towarzystwie tej starszej 

kobiety i była jej bardzo wdzięczna za to, że zadzwoniła do Kansas City i rzeczowo przedstawiła Tommy'emu, co 

się stało z Kelly. 

Tommy natychmiast pojął powagę sytuacji. Nie tracąc czasu na oskarżenia ani na histerię, zdecydował: - Zabiorę 
Megan. Przylecimy pierwszym' samolotem. 

- Być może już ją wyciągną, zanim tu będziesz. - Lani chciała go podtrzymać na duchu. 
- Tym lepiej. Już muszę iść, żeby wszystko przygotować. 
- Tommy. 
- Tak? 
- Strasznie mi przykro. - Głos jej się załamał. 

Stłumiła łkanie. 

- Nie płacz, siostrzyczko - prosił ochrypłym z przejęcia głosem. - Musisz być silna. Powiedz naszemu dziecku, 
że ją kochamy. 

- Powiem jej - obiecała. - Do zobaczenia. 

Od razu wróciły z Terry na miejsce akoji. Obserwująo wysiłki ratowników, łowiąc uchem szybkie rozkazy, 

które wydawał Steven, i natychmiastowe odpowiedzi ochotników, starała się uspokoić i myśleć logicznie, jednak 

wciąż miała w głowie zamęt. Dręczyło ją straszne poczucie winy. 

Gdybym bardziej zwracała uwagę, wyrzucała sobie, nigdy by się to nie zdarzyło. Myliła się sądząc, że jej 

bratanice są na farmie bezpieczne jak w niebie. Zupełnie zapomniała o starych studniach rozrzuconych po całej 

posiadłości. Większość z nich była od lat zakryta, ale - jak sobie teraz uzmysłowiła - ją i jej braci zawsze coś do 

nich ciągnęło. Tylko groźba surowej kary powstrzymywała ich przed próbą wyważenia wieka. Widocznie jakieś 

inne dzieci nie mogły się oprzeć wyzwaniu, nieświadome, że pozostawiają śmiertelną pokusę dla innych. 

- LaTO. - Głos Stevena przywrócił jej poczucie rzeczywistości. Było już prawie ciemno, powietrze gwałtownie 

się ochładzało.  Studnię  oświetlały olbrzymie reflektory.  - Wykopaliśmy równoległy  szyb  - oznajmił.  - Teraz 

zamierzam zejść na dół, żeby sprawdzić, jak blisko jesteśmy i co trzeba zrobić, żeby się dokopać do tamtej studni. 

- Dlaczego ty? - napadła na niego nieoczekiwanie. 

Odezwała się w niej dawna złość. Terry patrzyla na nią zdumiona. W oczach Stevena odmalowało się przez 

chwilę uczucie urazy i Lara zdała sobie sprawę, jak niewdzięcznie jej pytanie zabrzmiało. Starała się opanować 

rozdygotane nerwy. 

- Przepraszam. Dziękuję ci, Steven. 

Ich spojrzenia się spotkały. Oczekiwała irytacji, zamiast niej znalazła zrozumienie. 

background image

- W porządku - skwitował. - Idę, bo wiem, co trzeba zrobić. Inni nie wiedzą. 
Obserwowała z zapartym tchem, jak mężczyźni opuszczają go do szybu, jak w nim znika. Z powierznią ziemi 

łączyły go tylko liny, podtrzymywane przez silne dłonie. 

Potem patrzyła z rosnącym rozczarowaniem, jak miny mężczyzn rzedną. Logan potrząsnął głową i odwrócił 

się. Serce jej zamarło. Steven wrócił sam. 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Lara patrzyła na Stevena z rosnącym przerażeniem. 

Sprawiał   wrażenie   zniechęconego,   bruzdy   na   jego   twarzy   jakby   się   pogłębiły.'   Gdy   podszedł   bliżej, 

uśmiechnął się z .wysiłkiem, ale było w tym uśmiechu tyle znużenia, że lllimo woli spytała: 

- Czy ona nie ż-ż ... ? - To słowo nie mogło przejść jej przez usta. Wargi jej drżały. 

Steven objął ją. 

- Nie. Och, kochanie, nie. Ona żyje. Cały czas paplała, kiedy byłem tam na dole. - Pogłaskał ją po 

policzku.  Uśmiechnął  się,  tym  razem uśmiech  widać   było  także  w  oczach.   - Ależ   twoja   bratanica  ma 

temperament. Niepokoi się, że Jennifer dostanie się jej własna porcja domowych lodów, które obiecałaś 

zrobić dziś wieczorem. Przyrzekłem, że będzie mogła zjeść tyle lodów, ile tylko zechce. 

Trochę uspokojona, ale wciąż nie do końca przekonana, że mówi jej całą prawdę, zapytała: 

- To czemu wróciłeś taki smutny? 

- Natknęliśmy się na nieprzewidzianą przeszkodę. 

Dotarcie do Kelly wymaga więcej czasu, niż myślałem. 

- Dlaczego? 

- Grunt tam na dole jest bardziej skalisty. Wycięcie przejścia zajmie nam sporo czasu. Musimy się 

posuwać powoli, żeby nie popełnić błędów. 

- Odgarnął jej, włosy z czoła i spytał z troską: 

- Wytrzymasz? 

- Na pewno. Tylko ją stamtąd wyciągnijcie. 

Napięcie rosło z godziny na godzinę. Noc ciągnęła się bez końca. Świergotanie Kelly zmieniło się w 

żałosne kwilenie, a potem zamilkło. Choć Steven nawet nie dopuszczał takiej możliwości, Lara bała się, że 

już ją stracili. 

- Lara, chodź, zjesz coś - nalegała Terry. 

- Nie mogę stąd odejść. - Opierała się, chociaż czuła, że jeśli wkrótce nie odpocznie, to padnie ze 

zmęczenia. Napięcie zaczęło dawać się jej we znaki. Od nieustannego naprężenia mięśni bolało ją całe 

ciało, w skroniach tętniło, czuła ściskanie w żołądku, które nie oznaczało głodu. 

- Nie musisz wcale stąd odchodzić. Panie z miasta urządziły bufet w namiocie. 

Lara   rozejrzała   się   zdumiona.   Nawet   nie   zauważyła,   kiedy  nie   opodal   studni,   może   ze   czterdzieści 

metrów od niej, wyrosła prowizoryczna kuchnia. W świetle latarni zobaczyła ustawione dookoła stoły i 

składane krzesełka. Koło bufetu uwijało się kilka znajomych kobiet. Podawały robotnikom szynkę, sałatkę 

kartoflaną i surówkę z kapusty. 

Z westchnieniem uległa namowom Terry. Podeszła do kobiet, chcąc im wyrazić wdzięczność za pomoc. - 

Dziękuję ... - zaczęła, ale nie mogła mówić dalej. 

- Siadaj - odciągnęła ją Terry - zaraz ci przyniosę coś do jedzenia. 

Lara znalazła wolne krzesło, z którego. mogła obserwować poczynania ratowników. Oczy paliły ją od 

długiego patrzenia i od powstrzymywanych łez. 

Terry postawiła przed nią talerz. 

- Jedz. Nic nie pomoże temu dziecku to, że ty się denerwujesz. 

Patrzyła na jedzenie obojętnie. 

- To moja wina, że ona tam jest - wyrzuciła z siebie. To wyznanie sprawiło jej ulgę. - Powinnam byla 

bardziej na nią uważać. 

- Kochana, wszyscy rodzice na świecie tak myślą, kiedy ich dzieciom coś się stanie. Nawet kiedy dzieci 

j

uż dorosną. A prawda jest taka, że ich nie upilnujesz. Zawsze może się zdarzyć, że się na chwilę odwrócisz. 

Psotny dzieciak momentalnie to wykorzysta, żeby się wymknąć. 

- Jednak czuję się okropnie. Tommy i Megan mi zaufali. To ja ich namówiłam, żeby mi zostawili dzieci na lato. 

Nie chciałam się z nimi jeszcze rozstawać. Kelly jest dla mnie jak własna córka. Jennifer jest taka jak Tommy, a 

Kelly mi przypomina, jaka ja sama byłam jako dziecko. Nawet jako niemowlę była taka pogodna. 

- To jej może teraz pomóc. 

- Ale ona jest taka mała. 

- Tym bardziej trzeba mieć nadzieję. Jest prawdopodobnie za mała, żeby dokładnie zdawać sobie sprawę z 

niebezpieczeństwa. Słucha, co jej mówicie, Steven i inni. Jeśli zdołacie ukryć przed nią swoje zdenerwowanie, 

może potraktować to jako przygodę. 
- Daj Boże! - Lara wzięła do ust kawałek szynki, potem spróbowała sałatki z kartofli. Równie dobrze mogłaby 

to być gotowana podeszwa, i tak nie zwracałaby uwagi na to, co je. Zerknęła na kobiety, które nakładały jedzenie. 

- Dlaczego one przyszły? - zapytała, szczerze zakłopotana ich uczynnością. - Niektórych nawet nie znam. To 

znaczy, znamy się z widzenia, ale nie osobiście. 

background image

- Wiesz, tu jest clągle wieś, chociaż Toledo się rozrasta i stale przybliża. A na wsi w takich chwilach, jak ta 

sąsiedzi się zbierają. Bylibyśmy z tobą także wtedy, kiedy twoja mama umarła, ale powiedziałaś wyraźnie, żeby 

cię zostawić samą. 

Lara skinęła smutno głową, przypomniawszy sobie, ze duma nie pozwoliła jej wówczas przyjąć od ludzi nawet 

uprzejmego   słowa.   Pamiętała,   jak   zatrzasnęła   właściwie   dtzwi   przed   nosem   niektórym   sąsiadom.   Rozdarta 

między rozpaczą a strachem przed spadającą na jej barki odpowiedzialnością, irracjonalnie winiła wszystkich za 

śmierć matki. Za to, że nie okazali pomocy, kiedy nie mogła podołać niemożliwemu do udźwignięcia ciężarowi 

prowadzenia farmy. Była pewna, że gdyby pomogli, matka by żyła. 

- Byłam wtedy taka wściekła na cały świat - przyznała. 

-   Miałaś   prawo.   Najpierw   straciłaś   tatę,   wkrótce   potem   mamę.   Wiedzieliśmy   wszyscy,   jakie   to   było 

poświęcenie,   kiedy   rzuciłaś   szkołę,   żeby   się   opiekować   braćmi.   To   wielki   ciężar   dla   młodej   dziewczyny. 

Podziwialiśmy,   jak   się   energicznie   zabrałaś   do   pracy.   Wzięłaś   na   siebie   trudne   obowiązki.   Prowadziłaś 

gospodarstwo nie gorzej od ojca. Niektorzy powiadają, że nawet lepiej. 

- Byłam nietaktowna i. samolubna, nie przyjmując waszej pomocy. 

- Przeszło, minęło. 

- Możliwe, ale dużo ostatnio myślałam o przeszłości. 

Teraz widzę, ile popełniłam błędów. Tak się bałam wtedy polegać na kimkolwiek. To nie chodzi o to, że rodzice 

umarli, ale ... - urwała nagle, obawiając się, że może powiedzieć za dużo. 

-   O   Stevena?   -   podpowiedziała  Terry.   I   uśmiechnęła   się,   widząc   zaskoczenie   w   oczach   Lary.   -  Wszyscy 

widzieli, że przesłonił ci cały świat. Nawet ślepy by zobaczył. Oczy ci błyszczały, kiedy na niego patrzyłaś. Co do 

Stevena, to wyglądał na niezdecydowanego. Ktoś taki jak on, niezależny, kto dużo podróżuje, nie tak łatwo 

zrezygnuje ze swojej wolności. Ale w mieście już się niejeden zakładał, kiedy go poprowadzisz do ołtarza. 

- Nie wyszło nam. 

- Wszyscy się dziwiliśmy, kiedy nagle wyjechał. Lecz ty tak jak dawniej chodziłaś z dumnie podniesioną głową. 

Myśleliśmy więc, że dałaś" mu kosza. Ale nie było tak, prawda? 

Lara westchnęła i pokręciła głową. - To on mnie zostawił. 
- A teraz? Z tego, jak na ciebie patrzy, widać, że ciągle cię kocha, w każdym razie, odkąd wrócił do miasta, 
jeśli kiedykolwiek przestał. A ty mu wciąż nie ufasz? 
- Jak mogę mu ufać? - westchnęła. 
- Nie śpiesz się, dziewczyno. Zaufania nie można zdobyć ani stracić z dnia na dzień. Trzeba na nie 
zapracować. - Obie spojrzały w kierunku studni. W ciżbie mężczyzn widać było żółty kask Stevena. - Zdaje mi 
się, że on się bardzo stara coś ci udowodnić. Słuchaj swego rOZUmu, ale nie lekceważ serca. 

Lara odruchowo wyciągnęła rękę i' uścisnęła serdecznie jej dłoń. Czuła, że Terry Simmons jest jej bliższa 

niż jakakolwiek inna kobieta od śmierci matki. Tak jakby znalazła przyjaciela w nieszczęściu. 

- Dziękuję. Mam nadzieję, że nie będziemy sobie znowu obce, jak się już to wszystko skończy. 
- Dziecko, ja zawsze jestem na miejscu. Mój mąż uważa, że wyprawa do sklepu to wystarczająco długa 

podróż. Możesz zawsze wstąpić. 

W tej chwili Lara usłyszała znajome głosy. Ktoś wykrzyknął jej imię. Zerwała się na równe nogi i rozejrzała. 

Tommy i Megan zbliżali się ku niej. Obawiając się ich reakcji,. postąpiła niepewnie krok do przodu i przystanęła. 

Tom rozpostarł ramiona. Podbiegła do niego. Desperacja, z jaką ją objął, powiedziała jej, jak bardzo cierpI. 

- Co z nią, siostrzyczko? 
- Steven mówi, że wszystko w porządku. Nie traci nadziei. . 
- Steven? - Tommy uniósł lekko brwi. 

- Musiałam po niego posłać - tłumaczyła się Lara. - On się zna na takich sprawach. 

Megan spojrzała poirytowana na męża. 

- Oczywiście. Dobrze, że po niego posłałaś. Czy możemy z nim porozmawiać? Chcę usłyszeć, co się . dzieje z 

moim dzieckiem. 

- Zaprowadzę was do niego. - Lara wzięła Megan za rękę i razem z Tomem zbliżyły się do miejsca, gdzie stała 

ekipa ratownicza. Steven podszedł do nich, gdy tylko ich zobaczył. Wyciągnął rękę do Toma. Ten uścisnął ją po 

chwili wahania. 

. - Co zrobiliście do tej pory? - spytał? 

Steven w dwóch słowach przedstawił im sytuację i dokończył bez emocji: 

- Posłałem kogoś tam na dół, żeby skruszył skałę. To żmudna praca. Teraz możemy tylko czekać. 

- Tylko czekać? Na pewno można coś zrobić  powiedział zduszonym głosem Tommy. - Nie martw się o 

wydatki. Jakoś znajdziemy pieniądze. 

- To nie jest sprawa pieniędzy. Do diabła, gdyby tak było, sam bym chętnie zapłacił. To niestety musi potrwać. 

Pośpiech może spowodować zasypanie. 

Megan zbladła na te słowa. Steven natychmiast to zauważył i ścisnął jej dłoń. 

- Nie bój się. To się nie zdarzy. 
- Czy mogę z nią porozmawiać? 

Steven i Lara wymienili spojrzenia. Odpowiedziała jej Lara. 

- Ona teraz śpi. Zmęczyło się biedactwo. 

background image

Oczy  Megan   rozszerzyły   się,   jakby  dopiero   teraz   dotarło   do   niej   naprawdę,   w   jakim   niebezpieczeństwie 

znalazła . się jej córka. Zagryzła wargi, spojrzała bezradnie na męża, potem na Larę. 

- C?:y jesteś pewna, że ... Czy ona naprawdę śpi? Lara stłumiła własne wątpliwości. Objęła szwagierkę. 
- Jestem o tym przekonana. 

 

- A co z Jennifer? - zainteresował się Tom. - Kto się nią opiekuje? 

- Jest u mnie w domu - powiedział Steven. - Pod opieką pani Marston, mojej gospodyni. Bardzo proszę, możecie 

tam pójść. To wszystko jeszcze trochę potrwa. - Muszę ją zobaczyć - poderwała się Megan i skinęła na Toma. 

Ale on był w rozterce. Widząc to, Lara przejęła inicjatywę. 

- Ja ją zaprowadzę - powiedziała do brąta. - Ty zostań tutaj. 
Spojrzał na nią z wdzięczn,ością. 

- Dziękuję ci, siostrzyczko. Powiedz Jennifer, że ją kocham. Im bliżej były domu Stevena, tym bardziej Lara 

zwalniała kroku. Megan przyjrzała się jej zdziwiona.

 - Źle się czujesz? 
- Nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek wejdę do tego domu. 

Chociaż było już dobrze po północy, pani Marston jeszcze nie spała. Otworzyła przed nimi szeroko drzwi i od 

progu zagadnęła: 

- Czy już coś wiadomo o małej? 
- Niestety, na razie nie. Jestem Lara Danvers. 
- Rozpoznałam cię, kochanie. 
Musiała mnie widzieć w mieście - domyśliła się Lara. Dopiero kiedy znalazły się na górze, zorientowała się, co 

znaczyły jej słowa. Gdy Megan usiadła koło śpiącej córki, Lara nie mógła się oprzeć chęci, by zajrzeć do sypialni 

pana domu. Chciała się przekonać, czy była taka, jak swego czasu ze Stevenem planowali. To, co zobaczyła, 

zaparło jej dech w piersi. 

Widok z okna w wykuszu był dokładnie taki, jak sobie wyobrażali. Pod oknem wielka, miękko wyściełana 

kanapa. Szerokie łoże mogące wygodnie pomieścić dwoje ludzi, którzy mają w dodatku skłonność do rzucania 

się we śnie. Ale najbardziej poruszyło ją to, co zobaczyła na nocnym stoliku. W srebrnej ramce stało tam jedyne 

zdjęcie, na którym byli razem ze Stevenem. Nic dziwnego, że gospodyni ją rozpoznała. Musiała ją intrygować ta 

kobieta ze zdjęcia, która mieszkając tak blisko, nigdy nie zjawiła się w tym domu osobiście. 

Lara wzięła do ręki zdjęcie i obeszła z nim cały pokój. Pamiętała, kiedy zostało zrobione. Było to parę dni po 

Bożym Narodzeniu. Słońce skrzyło się na soplach lodu zwisających z dachu stodoły i na śniegu, który równą 

warstwą pokrył ziemię. Cały ranek jeździli ze Stevenem na koniach, ich oddechy były widoczne w mroźnym 

powietrzu. Kiedy przygalopowali do stodoły, zastali w niej Toma. Bawił się tanim aparatem fotograficznym, który 

dostał na święta. Uparł się zrobić im zdjęcie. Jej złote włosy były w nieładzie, policzki zaróżowione od mrozu. 

Steven, w dżinsach i kożuszanej kurtce, wydawał się większy i bardziej zuchwały' 

nii 

w rzeczywistości. Wyraz 

jego oczu· zdradzał, że jest zakochany. Tommy bezwiednie uchwycił leciutki uśmiech, który wymienili. To było 

wzruszające, zmysłowe zdjęcie. 

Ciągle się w nie wpatrując, Lara trafiła do łazienki. 

Odkryła tu wielką wannę i, ku swemu zachwytowi, świetlik w dachu. 

- Żebyśmy zawsze mogli widzieć ognie sztuczne - powiedział Steven półgłosem. 
Drgnęła zaskoczona i odwróciła się gwałtownie. 

Stał w drzwiach i obserwował ją z nieprzeniknioną twarzą· 

- Pamiętałeś - powiedziała miękko. 
- Jesteś sentymentalna? 
- Nigdy bym się tego po tobie nie spodziewała, ale podoba mi się. 

- Znalazłaś zdjęcie. 

Podała mu je zmieszana. 

 

- Przepraszam. Obawiam się, że byłam wścibska. 

- Nie szkodzi. Podoba ci się dom? 

- Bardzo. 

- Zbudowałem go dla ciebie. - Chciała coś powiedzieć, ale ją uprzedził. - Wi-em. Nie byłem pewien, czy 

kiedykolwiek tu przyjdziesz, ale nie mogłem zrobić inaczej, niż to sobie zaplanowaliśmy. 

- A to zdjęcie? 

- Dzięki niemu czułem się bliżej ciebie. A ty jeszcze masz swoje?

Skinęła głową. 

- W szufladzie. Nie mogłam go wyrzucić. 

- Laro ... - urwał zmieszany. 

- Mów! Czy coś się stało Kelly? 

- Nie. Myślę nawet, że bardzo się do niej zbliżyliśmy. Przyszedłem, żeby wam to powiedzieć. 

- Pójdę po Megan! - Larże zabłysły oczy. 

- Jest jedna rzecz, którą chciałbym najpierw zrobić. - Steven podszedł bliżej. Serce jej załomotało. Uniósł jej 

brodę i długo patrzył w oczy, tak długo, aż sobie pomyślała, że ten pocałunek chyba nigdy nie nastąpi. Gdy ich 

usta wreszcie się spotkały, poczuła niezmiernie delikatne, jak gdyby wyczekujące dotknięcie jego warg. Lecz 

gdy rozchyliła usta, ośmielił się i łapczywie korzystając z przyzwolenia, całował do utraty tchu. To był długi 

background image

pocałunek, jednak w jakiś sposób ostrożny. Tak jakby Steven nie śmiał żądać zbyt wiele, bojąc się; że jej 

przyzwolenie może się równie łatwo zmienić w odrzucenie. 
Ale Lara już nie mogłaby go odepchnąć, nawet gdyby chciała. Spełniał marzenia, które snuła w ciągu pustych 

nocy. Czuła się oszołomiona władzą, jaką miał nad nią, lękała się jej jak niczego innego w świecie. 

Po   pierwszym   głębokim,   oszałamiającym   pocałunku   nastąpiła   seria   szybkich,   gorących.  W  końcu   Steven 

westchnął ciężko i niechętnie ją puścił. 

 

- Nie masz pojęcia, jak często wyobrażałem sobie, że jesteś tu ze mną, że cię trzymam w ramionach. Teraz, 

kiedy tu jesteś naprawdę, tylko tak mogę ci okazać, co czuję. 

- Chodźmy pocieszyć Megan. Musimy wracać. 

- Tak. Ale potem, Laro, nie uda ci się tak łatwo odejść. 

Kiedy dotarli do studni, zostawił ją i Megan w bezpiecznej odległości od miejsca akcji i poszedł zobaczyć, jak 

postępuje praca. Lara złapała się na tym, że wypatruje go w tłumie. Czerpała siłę z jego spokoju i pewności 

siebie, znajdowała ją w jego spojrzeniu, które mówiło, że rozumie jej ból, obawy, rozpaczliwe pragnienie choćby 

promyka nadziei. 

Obserwując, jak pracuje razem z mężczyznami z miasta, uświadomiła sobie ze zdziwieniem, że nie jest tu już 

obcy. Z dawnego przyjezdnego przedsiębiorcy, ciągle goniącego za zyskiem, stał się akceptowanym, a nawet 

szanowanym członkiem ich społeczności. 

W końcu podszedł do nich i wyciągnął rękę. 

Powiedział z uśmiechem: - Chodźcie ze mną. 

Odruchowo chciała się sprzeciwić, wolała trzymać się z boku, gdyż to pozwalało jej oddalać od siebie smutek, 

ale Megan już podbiegła podniecona. Lara ociągała się przez chwilę. 

- po co? - Bała się łudzić nadzieją, nie dowierzała mu. 

- Tylko podejdź. 

Wzięła go za rękę i poczuła, jak powoli przenika ją ciepło. Podeszli do studni. 

- Słuchaj - powiedział z rozczuleniem. 
Wytężyła słuch i już po chwili usłyszała ... Łzy stanęły jej w oczach i spłynęły po policzkach. Policzki Megan 

były również mokre. Usłyszały słaby głos. 

Z daleka dochodziły urywane słowa, ale Lara nie miała wątpliwości, że Kelly śpiewa piosenkę, której wcześniej 

nauczył ją Logan. 

Podniosła błyszczące ze szczęścia oczy na Stevena. 

- Dziękuję· 

Megan powiedziała stłumionym głosem: 

- Nie masz pojęcia, jak bardzo chciałam usłyszeć jej głos. 

- Myślę, że mam - zażartował, deJikatnie ocierając łzy Lary, gdy Tom podszedł i objął Megan. Lara przytuliła 

się do Stevena, oparła mu głowę na piersi. Słyszała równomierne bicie jego serca. 

- Nie mogę ci nakazać, Laro, żebyś się nie bała. 

Masz pełne prawo być przerażona. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że tak samo jak ty pragnę tę małą stamtąd 

wydostać. Zrobię wszystko, żeby to dziecko ocalić. 

Lara zdusiła łzy. 

- Wiem, że robisz wszystko, co można. Jeśli ... jeśli się nie uda, nie będę cię winić. 

Steven położył jej palec na ustach. 
- Czarne myśli niedozwolone. Okej? 
- Okej. - Napotkała jego spojrzenie. Patrzył na nią w ten sposób, że w innych okolicznościach serce zabiłoby jej 

mocniej. Odwróciła wzrok. 
- To nie potrwa już długo - obiecał. 

Jednak praca była bardzo żmudna i ciągnęła się bez końca. Minął ranek, nadeszło popołudnie. Przez cały czas 

czuła przy sobie obecność Stevena. Rozumieli się w pół słowa. Dodawał jej ducha jednym spojrzeniem, jednym 

słowem otuchy. 

Pod koniec drugiego dnia ciężkiej próby Lara siedziała skulona, drżąc od wieczornego chłodu. Przy Megan 

był Tommy, a ona znów została sama ze swoimi myślami. Terry znajdowała się w pobliżu, ale nie chciała się 

narzucać, wyczuwając, że Lara pragnie samotności. 

Miejsce oświetlały reflektory, tworząc niesamowite wrażenie nierealności. Odgłosy wiercenia ustały, ciszę 

przerywał tylko szmer rozmów i wydawane spokojnym głosem polecenia. 

Podszedł Steven. I wówczas Lara poczuła, jak opada z niej napięcie. Przestało ją ściskać w żołądku. Usiadł 

koło niej. WyCiągnęła nieśmiało rękę i otarła mu brud z policzka. 

- Chyba jesteśmy w końcu gotowi - powiedział. Ujął jej dłoń i trzymał w mocnym uścisku. 

Lara czekała na te słowa, lecz teraz się zlękła. Co będzie, jeśli się nie uda? Lub, co gorsza, dotrą do Kelly za 

późno? 

- Jednak radziłbym ci zostać tutaj. To może trochę potrwać. - Domyśliła się, że podzielał jej obawy. - Schodzisz 

na dół? 
- Tak. 

background image

Dotknęła delikatnie zadrapań na jego dłoni. - Więc ją wydobędziesz. 
- Laro ... 
- Nie, nic nie mów. Muszę w to wierzyć. Muszę wierzyć w ciebie. 
- Może mi się nie udać, Laro. 

Zakryła uszy dłońmi, dając do zrozumienia, że nie chce słyszeć tego, co chciał powiedzieć, lecz dotarło do niej 

słabe echo jego słów. 

- Przyniesiesz mi ją z powrotem. - Spojrzała na Megan i Tommy'ego. Ich oczy były przepełnione bólem. - 

Przyniesiesz ją nam. 

Nawet nie zauważyła, kiedy gorycz i niechęć zmieniły się z powrotem w zaufanie, ale tak się właśnie stało i 

tylko to dodawało jej teraz sił. 

Odprowadziła Stevena wzrokiem, obserwowała, jak zakłada kask, zaczepia u pasa liny i narzędzia. Zanim 

opuścił się do wykopu, spojrzał w jej stronę. Podniósł do góry kciuk, odwzajemniła ten gest drżącą dłonią. 

Pomimo ostrzeżenia Stevena, zaczęła się coraz bardziej przybliżać do otworu w ziemi. Obok stał ambulans i 

sanitariusze. 

Czemu to tak długo trwa? - myślała gorączkowo. 

Jej napięcie rosło. Wyobrażała sobie wszystko, co najgorsze. Skrzyżowała ręce na piersi, błagając o życie drogiej 

istoty. Palce niemal wbijały się w ramiona. Oczekiwanie się przedłużało. 

Naraz jej uwagę przyciągnęło rosnące wokół ożywienie. Zobaczyła, jlik szef straży pożarnej się uśmiecha, a 

potem usłyszała jego okrzyk i wybuch 

entuzjazmu. 

- Już ją ma! Wychodzi z nią na wierzch. 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Ludzie   głośno   objawiali   swoją   radość.   Lara   zbliżyła   się   z   bijącym   sercem.   Wstrzymała   oddech.   Przez 

oślepiający blask reflektorów wpatrywała się w ziejącą czeluść. 

Najpierw błysnął żółty kask Stevena wyłaniającego się z ciemności. A potem zobaczyła Kelly. Mała zmrużyła 

oczy od jaskrawego światła i brudnymi rączkami rozmazywała sobie błoto na policzkach. Przytuliła się do 

Stevena,  kryjąc  buzię na  jego  ramieniu,  po  czym uniosła  głowę,  zerknęła  figlarnie  i  uśmiechnęła  się.  Lara 

odetchnęła z ulgą i podbiegła do niej. 

Megan i Tommy byli tam przed nią. Steven spojrzał na Larę przepraszająco i ostrożnie oddał Kelly Megan, 

która  pochwyciła ją w  ramiona.  Pomimo słuszności jego postępowania  Lara poczuła się  nagle  zagubiona  ,i 

samotna. Steven ujął jej dłoń i mocno uścisnął. W jego oczach malowało się współczucie i zrozumienie. Megan 

płakała teraz bez skrępowania: gdy już odzyskała dziecko, zrzuciła maskę opanowania. Nawet zachowujący 

zazwyczaj stoicki spokój Tommy miał 

. podejrzanie mokre oczy. 

- Mamo! Tato! -; wykrzyknęła Kelly, podekscytowana mimo zmęczenia. - Przyjechaliście mnie zobaczyć? 

Megan i Tommy nie mogli wydobyć'z siebie słowa. Odpowiedziała jej Lara. 

- Oczywiście, dziecinko. Wszyscy bardzo się o ciebie martwiliśmy. 

- Nie podobało mi się tam na dole. 

Steven zwrócił się do Toma. 

- Myślę, że może dobrze byłoby zawieźć ją do szpitala na obserwację. Na wszelki wypadek. 

Tommy skinął głową. 

- Pojedziemy tam natychmiast. 

Zatrzymał się, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć. 

Lara wiedziała, że walczy ze sprzecznymi uczuciami. Tyle zawdzięczał człowiekowi, do którego czuł niechęć z 

jej powodu. Postanowiła go wyręczyć .. 

- Steven, nie ·wiem, jak mamy ci dziękować za to, co zrobiłeś. - Podniosła na niego wzrok i napotkała jego 

spojrzenie. Wyczytał w jej oczach coś więcej niż zwykłą wdzięczność. 

- Nie musicie mi dziękować. 

- Ależ tak, musimy - powiedział cicho Tommy. 

- Uratowałeś naszą małą córeczkę. Jesteśmy ci winni wdzięczność. 

- Niech tylko wyrośnie na taką uroczą dziewczynę jak jej ciocia Lara - odpowiedział Steven patrząc na Larę. - 

To będzie najlepsze podziękowanie. 

Sposób, w jaki ci dwoje na siebie patrzyli, najwyraźniej nie uszedł uwagi Tommy'ego. Zmarszczył brwi. Nic 

jednak nie powiedział, gdyż Megan przypomniała mu, że czas nagli. 

- W takim razie zobaczymy się w domu - zwrócił się do Lary. 

W spojrzeniu Stevena kryła się usilna prośba, od której zadrżała. 
- Nie - odpowiedziała Tommy'emu. - Ty i Megan musicie być sami z Kelly tej nocy. Zostanę u Stevena. 

Przyprowadzimy Jennifer jutro rano. 

Tommy zaczął oponować, ale Megan mu przerwała: - Dobrze. Do zobaczenia rano. Przyjdźcie wszyscy na 

śniadanie. 

Gdy odeszli, Steven spojrzał smutno na Larę. 

background image

- Nie sądzę, by twój brat to pochwalał. 

- Zawsze bardzo się mną opiekował. Da SIę przekonać. 

Steven uśmiechnął się. 
- Widzę, że o ile uda mi się zdobyć twoją sympatię, z Tommym pójdzie jak po maśle. 
- Czy jego aprobata ma dla ciebie tak wielkie znaczenie? 

- Tylko dlatego, że wiem, ile dla ciebie znaczy. A teraz zobaczymy, czy tutaj wszystko w porządku, i pójdziemy. 
Lara przypomniała sobie o tych wszystkich, którzy przyszli pomóc. Krążyła w tłumie, dziękując każdemu z 

nich z osobna.  Wyrażali  głośno  zadowolenie  z  udanej  akcji  ratunkowej.  Była poruszona  uprzejmością  i po-

święceniem  ludzi,  od  których  odwracała  się przez  tyle lat.  Podeszła  także  do Terry Simmons i  uściskała  ją 

serdecznie, nie odczuwając żadnego skrępowania. Sama była zaskoczona swoim zachowaniem wobec obcej do 

niedawna kobiety. 

- Nie przeżyłabym ostatnich dwóch dni, gdyby nie ty - przyznała z niezwykłą u niej szczerością. 
- Klituś-bajduś. Dziewczyno, ty jesteś z tych, co przeżywają. Ale cieszę się, jeśli mogłam ci trochę pomóc. 

Tylko nie bądź już teraz obca. Moje drzwi są zawsze otwarte. 

- Dziękuję· 
Gdy w końcu zostali sami, Steven otoczył Ją ramieniem. 

- Chodźmy do domu. 

Dom. To słowo ciągle wywoływało w niej drżenie. Och, jeśli to tylko prawda. Teraz jednak przyjęłaby każdą 

propozycję noclegu. A jutro jakoś to będzie. Niedawna tragedia przypomniała jej o tylu już prawie 

zapomnianych sprawach. Jeśli to będzie tylko od niej zależało, nigdy nie rozstanie się ze Stevenem. 

Gdy tak szła u boku Stevena, miała wrażenie, że to prawdziwy powrót do domu. Przed wejściem spojrzał na 

nią. Oczy mu pociemniały, miały teraz kolor 

morza nocą. 

- Powinienem cię przenieść przez próg, ale nie jestem pewien, czy zostało mi dość siły. 
Dotknęła dłonią jego policzka, a potem wygładziła bruzdy na czole. 
- Zostawimy to na kiedy indziej. Wystarczy, że po prostu z tobą wejdę. 
- Mam nadzieję, że nie czujesz się do wejścia zmuszona - powiedział nagle skruszony. 

Uśmiechnęła się. 
- Ty tylko na mnie patrzyłeś - odpowiedziała. To ja podjęłam decyzję. 
- Znając cię, nie powinienem mieć żadnych wątpliwości. - Wyciągnął rękę. - W takim razie wejdźmy. 

Ledwo drzwi się za nimi zamknęły, pojawiła się pani Marston. Jej twarz rozjaśniał szeroki uśmiech. - Słyszałam 

nowinę. Podobno z małą wszystko w porządku? 

- Świetnie to zniosła - powiedziała Lara. 

- Tak się cieszę. - Pani Marston spojrzała zatroskana na Stevena. - A pan jak się czuje? Też wszystko w 

porządku? Nie ma pan żadnych skaleczeń pod tym brudem? 
- Proszę się nie martwić. Umyję się, zanim dotknę mebli - uspokoił ją ze śmiechem Steven. 

- Cóż znowu. Nie" chciałam powiedzieć, że ... - zarumieniła się. 

Lara zachichotała. 

- A powinna pani. On jest strasznie umorusany.

-  Okay - udał obrażonego. - Zrozumiałem aluzję. Zaraz wezmę prys:z:nic. 

- Zje pan obiad? 

- Wystarczy trochę kanapek i dzbanek herbaty z rumianku. Czy to ci odpowiada, Laro? 

- Świetnie. 

- Proszę to zostawić w salonie, pani Marston. Niedługo będę gotów. 

Gdy Steven wyszedł, pani Marston zwróciła się do Laury: 

- Sądzę, jeśli wolno mi coś radzić, że powinna pani pójść na chwilę na górę, zobaczyć się ze swoją bratanicą. 

Była trochę niespokojna dziś w nocy. Wiadomość, że siostrze nic się nie stało, powinna ją uspokoić. 

- Zaraz do niej pójdę - powiedziała Laura, podążając w ślad za Stevenem. 

Najwidoczniej usłyszał, że idzie, bo czekał na nią na szczycie schodów. Wziął ją w ramiona. Serce zabiło jej 

mocniej. 

- Nie mogę się już doczekać - szeptał namiętnie, przyciskając wargi do jej warg. Zarzuciła mu ręce na szyję i 

przywarła do niego całym ciałem. Poczuła ogarniającą ją falę gorąca. Przycisnął ją do siebie jeszcze mocniej, 

uniósł lekko w górę, Czuła drażniący zapach jego ciała. Ta ostra woń dziwnie ją podniecała. Jego dotknięcia, 

coraz śmielsze i bardziej władcze, rozpalały ją. Objął dłońmi jej pośladki i mocno przycisnął. Poczuła, jak jego 

ciało napręża się. Podobnie jak wiele lat temu, czuła upajającą satysfakcję i chęć oddania mu się bez reszty. 

Doznała tego samego cudownego uczucia co wtedy. 

On również. 
Płonęła. Jej ciało, jakby budzące się z długiego snu, zżerała gorączka pożądania. Rozpalała je do białości. 

Niepostrzeżenie ogarniał ją wir uczuć. Nieważny był już prysznic Stevena, posiłek czekający na nich na dole, 

nieważna była nawet przeszłość. Liczyła się tylko chwila uniesienia. Dała się porwać tej chwili. 

I nagle usłyszała cichy płacz. Nie był głośniejszy od cichego westchnienia, ale miał magiczne działanie - 

wyrwał ją z ekstazy. Ocknęła się.

- Jennifer - powiedział Steven, wzdychając ciężko. 

background image

Przytaknęła. 

- Tak mi przykro. 

- Niepotrzebnie. Może to nawet lepiej. Chciałbym się delektować każdą chwilą naszej miłości, a niewiele 

brakowało abym wziął cię tu, w korytarzu. 

- Interesujący pomysł - skomentowała z szelmowskim uśmiechem. - Nie porzucaj go. 

Gdy odwrociła się do niego tyłem, dał jej żartobliwie klapsa. 

- Do zobaczenia na dole. 

Steven złapał się na tym, że śpiewa pod prysznicem. Ostre strumienie gorącej wody sprawiły, że zniknęło całe 

jego zmęczenie. Od lat nie był taki rześki. Wiedział, że to zasługa Lary. Tyle nauczyła go jej nieobecność. Mógł 

bez niej istnieć. Odniósł sukces w interesach, pożądały go kobiety, cenili przyjaciele, ale to wszystko nic nie 

znaczyło. Czuł się pusty w środku. Tylko Lara mogła wypełnić tę pustkę, uczynić z niego pełnego człowieka. 

Jego słodka, zmysłowa, pełna werwy Lara. Tym razem już jej nie opuści. 

Choć odchodząc od niej przed. laty miał najlepsze intencje, żałował tej decyzji tak bardzo, że nie byłby w 

stanie tego wyrazić. Czuł się odpowiedzialny za to, że zgasł ten blask, który niegdyś rozjaśniał jej oczy, że 

zastąpił go smutek. Jeśli to jest w jego mocy, zwróci jej tę promienność i radość, które niegdyś zabrał. A w 

każdym razie będzie się o to przez całe życie· starał. 

Pragnął być z nią, dotykać jej gładkiej skóry, czuć zapach jej ciała, roztopić się 

ogniu jej miłości. Zaczął się 

pospiesznie ubierać. Zaczesał palcami wilgotne włosy, szybko naciągnął czyste dżinsy, koszulę i nie zadając sobie 

nawet trudu, żeby zapiąć guziki, poszedł boso do pokoju gościnnego, w którym była Jenifer. 

To, co zobaczył, przypominało sen. Jennifer leżała pod kołdrą wyciągnięta na boku, jej rumianą buzię otaczała 

aureola jasnych włosków. Lara siedziała na podłodze, opierając głowę na brzegu łóżka. Złote włosy opadały jej 

na ramiona. Lśniły w słabym świetle lampki nocnej. Jej ręka, wyglądająca delikatnie mimo połamanych 

paznokci, spoczywała na ramieniu Jennifer w pieszczotliwym geście. 

Steven podszedł bliżej i stwierdził, że Lara zasnęła. 

Oddychała   lekko.   Jej   wargi   rozchyliły   się,   jakby   oczekując   pocałunku.   Mimo   niewygodnej   pozycji,   jaką 

przybrała, bił od niej spokój. Patrzył na nią wstrzymując oddech z zachwytu. Jak on mógł od niej odejść? Jak 

mógł zostawić taką ponętną, pełną temperamentu kobietę? To był postępek głupca. 

A jednak gdyby wówczas został albo zabrał ją ze sobą, mógłby zniszczyć to, co do siebie czuli. Nie wiedział 

wtedy, co to miłość. Małżeństwo jego rodziców było gorzką kpiną, a wzajemna nienawiść między nimi 

powodowała, że w stosunku do niego byli obojętni, a niekiedy 

nawet niechętni. Jego własne . krótkotrwałe 

małżeństwo było niedojrzałą próbą buntu .. Rozkoszował się nie tylko otwartością Lary, lecz także radosną 

atmosferą panującą w jej rodzinie. Tak bardzo chciał być wśród nich, ale równocześnie bał się, że do nich nie 

pasuje, że nigdy nie nauczy się być tak bezinteresowny jak oni. 

Po wyjeździe przez jakiś czas starał się udowodnić samemu sobie, że postąpił słusznie. St.ał się jeszcze 

bardziej chłodny,. bardziej panował nad swym zachowaniem, do większości ludzi odnosił się obojętnie, ale 

potrafił być wręcz szorstki. Lecz zawsze, kiedy komuś dokuczył lub wybuchnął złością, miał poczucie winy. 

Widział twarz Lary, słyszał jej napomnienie. Ale przypominał też sobie, jak go przekonywała, że kocha go 

takim, jaki jest, wbrew niemu samemu. Prędzej czy później musiał wrócić do takiej miłości Odkrycie, że nie 

wyszła za mąż, zasmuciło go, gdyż zdał sobie sprawę, jaka to strata. Jednakże był jej także za to niewymownie 

wdzięczny - pozostawała nadal dla niego dostępna. Bardzo rzadko ma się w życiu po raz drugi podobną szansę. 

Postanowił ją wykorzystać jak najlepiej. Chociaż mógłby tak na nią patrzeć godzinami, w końcu wyszeptał: 

- Laro. 

Niepotrzebnie zamrugała oczami. Potem uśmiechnęła się czarująco. 

- Hej! - mruknęła zaspana. 

- Hej! Może powinieniem zanieść cię do łóżka 

. i darować sobie obiad. 

- W dalszym ciągu masz bardzo interesujące pomysły. 

- Ten nie jest interesujący - powiedział z żalem.- Jesteś całkiem wyczerpana. 

- Aha, chciałeś mnie zostawić w łóżku samą. 

- Tak byłoby rozsądnie. Ostatnie dwa dni były ciężką próbą· 
- Nigdy nie" byliśmy rozsądni, Steven. Proszę, nie zaczynajmny być teraz. 

Wciągnął gwałtownie powietrze, słysząc w jej głosie wyraźne wyzwanie. 

- Co mam z tobą zrobić, Laro Danvers? 

- Tylko mnie kochaj. 

- Och, najdroższa, kocham. Będę zawsze kochał. 
Pomógł jej się podnieś,;' ale kiedy chciała paść mu prosto w ramiona, pokręcił głową. 

- Najpierw obiad. 

I wyprowadził ją z pokoju. Nim znaleźli się w salonie, gdzie na stole obok otwartego okna stała wielka taca 

pełna kanapek, Steven był przekonany, że nie jest głodny. Nalegał na ten posiłek tylko po to, aby Lara miała czas 

na zastanowienie,  aby mogła upewnić  się, że nie dała  się ponieść dramatycznej  atmosferze ostatnich  dni  i 

porwać wezbranej fali emocji. Ale kiedy wziął do ust pierwszy kęs, zdał sobie sprawę, jak wiele czasu minęło, 

odkąd jadł ostatnio. Zjadł trzy kanapki, zanim w ogóle odezwał się do ukochanej kobiety, która obserwowała go 

background image

z rozbawieniem. 

_ Przysięgłabym parę minut temu, że to była gra na zwłokę - zadrwiła. 

_ Bo była - przyznał i uśmiechnął się szeroko. _ Teraz jednak, gdy zaspokoiłem jeden głód, czuję że męczy 

mnie inny. 

_ Ciekawe, na co? - spytała z niewinną na pozór ciekawością, ale błysk w jej oku zdradzał pożądanie. - Na 
ciebie, moja słodka. - Skinął na nią· - Chodź tutaj. 

Ręce jej drżały, mimo to podniosła się i podeszła do niego. Stała przed nim dumna, wyniosła. Wyciągnął 

dłonie i chwycił jej ręce. 

- Proszę, nie bój się mnie. 

- Nie boję się ciebie. Boję się o nas - wyznała. - Tego, jak na mnie działasz. 

Jej szczerość zaskoczyła go, ale od razu pojął, co miała na myśli. On też był przerażony władzą, jaką  

miały nad nim uczucia, które ich ogarnę'ły. 

- Możemy poczekać. 

Lekki uśmiech pojawił się w kącikach jej ust. 
- Być może ty możesz, ale ja czekałem już jedenaście lat. Kochaj mnie, Steven. Proszę cię· 

Wyrwał mu się jęk. Fala gorącej krwi napłynęła do głowy. Zerwał się na nogi, chwycił ją na ręce i poniósł z 

powrotem na górę· 

- Czuję się jak drżąca dziewica z powieści gotyckiej _ powiedziała tuląc się do jego piersi. Zarzuciła mu ręce 

na szyję i głaskała napięte muskuły. - Tak się czuję, jakbyś mnie rtiósł na spotkanie mojego przeznaczenia. 

- Ja jestem twoim przeznaczeniem - wyszeptał. - Udowodnię ci to dziś w nocy. 

Gdy dotarli do jego pokoju, Lara nie była wcale bojaźliwa ani drźąca. Śmiałym gestem ściągnęła z niego 

koszulę, a potem głaskała go delikatnie po piersiach i ramionach, aż omdlewał z pożądania. Gdy dotknęła guzika 

jego dżinsów, nie mógł się już opanować. Odsunął jej ręce i przez dłuższą chwilę rozpinał niezdarnie guziki u jej 

bluzki. Nie spoczął, póki jej nie zdjął, dopóki jej piersi nie znalazły się w jego dłoniach. Jęknęła cicho. Różowe 

sutki stwardniały pod dotknięciem jego palców. Kontrast między jedwabistą miękkością piersi i ich twardym 

zwieńczeniem wywołał dreszcz rozkoszy. Gdy schylił głowę, by wziąć każdą z nich po kolei do ust, wyprężyła się 

i wydała z siebie cichy okrzyk, który jeszcze podsycił płonący w nim ogień. 

Zsunął dżinsy i majteczki z jej długich nóg, zachwycając się delikatną miękkością ud, zgrabną linią łydek, 

pięknym sklepieniem stóp. Jej ciało, z początku chłodne, rozgrzewało się pod wpływem jego dotknięć. Okrzyki 

rozkoszy stawały się coraz bardziej niecierpliwe. 

W końcu położył ją delikatnie na łóżku i stał patrząc na nią. Rozkoszował się widokiem jej zaróżowionej skóry, 

osłoniętego poskręcanymi w pierścionki włosami wzgórka  nad spojeniem łona, pełnych, lekko rozchylonych 

piersi. Jej oczy były pełne pragnienia. Gdy wyciągnęła do niego ręce, zniknęły resztki samokontroli. Zrzucił 

dżinsy i wyciągnął się obok niej. 

- Jesteś taka piękna - wyszeptał. Promień księżyca oświetlał jej ciało. - Jesteś zupełnie taka sama jak dawniej. 
- Mówiłeś, że schudłam. 
- Musiałem oślepnąć. Wszystkie okrągłości są na swoim miejscu i chcę zbadać każdą z nich. 

- Planujesz długą ekspedycję? Chcesz odkryć nowe terytoria, tak jak Lewis i Clark? - zapytała rozbawiona. 

Drżała z niecierpliwości. 

Dotknął palcem jej szyi, powiódł nim delikatnie do wierzchołka piersi. Przymknęła oczy. Wyrwało jej się ciche 
westchnienie. 

- Chcę, żeby ci to sprawiało przyjemność - powiedział, pieszcząc ją ze wzmożonym zapałem. - Nie będę cię 

przynaglał. 

- Wobec tego obawiam się, że będziesz musiał trzymać ręce przy sobie. 
Potrząsnął głową. 
- Wymagasz czegoś niemożliwego. 
- W takim razie ... - zaczęła i nim się zorientował w jej zamiarach, już siedziała okrakiem na jego udach - lepiej 
ja przejmę inicjatywę. 
- Odkąd cię znam, zawsze miałaś inicjatywę· - Roześmiał się. 
- Z jednym wyjątkiem - powiedziała i posmutniała nagle. 

Steven dałby wszystko, by cofnąć te słowa. Objął ją i przygarnął do piersi. 

- Tak mi przykro. Nie chciałem ci przypominać o tym wszystkim. Zwłaszcza teraz. 

Gładził ją czule po plecach, zsuwając dłoń coraz niżej. Zadrżała pod tym dotknięciem, a on nie przerywał 

pieszczoty sięgając do najczulszych zakamarków jej ciała. Poczuł na ramieniu gorące łzy. Gdy chciał poczekać, 

aż się uspokoi, poprosiła: 

- Kochaj mnie, Steven. Potrzebuję cię. Proszę· Załkała, nie mogła już powstrzymać łez. 

Pochylił się nad nią i na napór jej bioder odpowiedział zdecydowanym pchnięciem. Pogrążył się w ogniu jej 

miłości. Chociaż chciał to robić powoli i delikatnie, wobec gwałtowności doznania stracił nad sobą kontrolę. 

Zniewoliła go raz jeszcze. Całe jego ciało cieszyło się tym zespoleniem. Raz on był górą, raz ona, aż oboje 

ogarnięci szałem uniesienia eksplodowali obietnicą wierności. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Promienie   słońca   przesuwały się  z  wolna   po  pokoju,  aż   padły  na   nagie  ramiona  Lary.  Poczuła   delikatne 

muśnięcie ciepła i obudziła się. Jeszcze trochę zaspana, uśmiechnęła się z zadowoleniem. Nawet bez tej obietnicy 

pogodnego poranka dzień byłby radosny. Kelly była cała i zdrowa, a ona odzyskała swoją miłość, najcenniejszy 

ze wszystkich darów. 

Wciąż nie mogąc w to uwierzyć, obróciła się na bok i dotknęła policzka Stevena. Dotknięcie kilkudniowego 

zarostu i bijące od jego ciała ciepło upewniły ją, że ubiegła noc nie była snem. On był realny. A jako kochan~k 

był taki, jakim go zapamiętała - delikatny i uważający, wiele żądał, ale sam jeszcze więcej dawał. Chociaż akcja 

ratunkowa musiała go dużo kosztować zarówno pod względem emocjonalnym, jak i fizycznym - Steven nie dał 

nic po  sobie poznać.  Okazał  siłę,  czułość  i namiętność,  czego  od tak  dawna  jej  brakowało. Tej  nocy znów 

rozbudził jej zmysły i sprawił, że ciało wypełniło się raz jeszcze pieśnią pożądania i spełnienia. 

- Tylko z tobą, kochany - wyszeptała, dotykając znów jego policzka. - Tylko z tobą. 
Nagle usłyszała tupot nóg w korytarzu. Drzwi do pokoju otworzyły się gwałtownie. 

- Ciociu Laro! Ciociu Laro! - krzyczała Jennifer najwyraźniej czymś podniecona. Na widok Stevena urwała 

raptownie. Zmarszczywszy brwi przyglądała mu się z zakłopotaniem. 

Speszona tym najściem Lara podciągnęła prześcieradło pod samą szyję. Zerknęła przez ramię na Stevena i 

zauważyła, że otworzył jedno oko, by zobaczyć, jaki jest powód całego zamieszania. Uśmiechnął się na widok jej 

zażenowania, lecz natychmiast spoważniał. W irytującej ciszy, jaka naraz zapadła, oczekiwał na reakcję Lary; jak 

poradzi sobie z tą niezręczną sytuacją? Przeszyła go wzrokiem. Marzyła tylko o tym, żeby ziemia się rozstąpiła i 

pochłonęła ich oboje. Albo, lepiej, tylko Stevena. 

Zanim zdołała wymyślić jakieś wyjaśnienie dla stojącej z szeroko otwartymi oczami bratanicy, wpadła do 

pokoju pani Marston w rozwianym fartuchu, ze ściągniętymi ustami. 

- Ach, więc tutaj jesteś - zwróciła się do Jennifer. - Przecież ci powiedziałam, że twoja ciocia jeszcze śpi i 

żebyś jej nie przeszkadzała. 

- Ale ja wiedziałam, że nie będzie się gniewać, jeśli ją obudzę - zaprotestowała oburzona Jennifer. - Musiałam 

się dobrze naszukać, żęby ją znaleźć. 

Znów przyjrzała się bacznie Stevenowi. 

- Dlaczego pan tu jest, panie Drake? - zapytała niepewnym i jednocześnie nieświadomie surowym głosem. 

Lara rzuciła mu groźne, ostrzegawcze spojrzenie· Steven stłumił śmiech. 

- No, cóż - odchrząknął, starannie unikając jej wzroku. Lara czekała na jego wyjaśnienie niemal z takim 

samym zainteresowaniem jak Jennifer. - Hmm .. Wyobraź sobie, że twoja ciocia Lara miała tej nocy zły sen. 

Przyszedłem 

l' 

żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku, i chyba zasnąłem. 

Lara oceniła tę próbę wyjaśnienia jako szlachetny gest z jego strony, Jennifer jednak przyjęła ją sceptycznie. 

- Ale ty nie masz nic na sobie - zauważyła. 

Tym razem Lara z trudem powstrzymała się od śmiechu. Nie sposób było zaprzeczyć - Steven istotnie nie 

miał nic na sobie. Jedynie prześcieradło chroniło go przed całkowitym blamażem. Na szczęście pani Marston, 
której samej zbierało się na śmiech, wybawiła ich z kłopotu. Wzięła Jennifer za rękę. 

- Chodźmy, młoda damo, pozwól się cioci ubrać, jeśli chcesz iść do domu i zobaczyć się z siostrą. 

Oczy Jennifer rozjaśniły się. 

- Och, tak. Bardzo proszę, ciociu, pospiesz się. Chcę zobaczyć Kelly i mamę, i tatę. 
- Dobrze, kochanie. Postaram się pospieszyć - obiecała Lara. 

Kiedy za małą zamknęły się drzwi, Lara bała się spojrzeć Stevenowi w oczy. Gdy się wreszcie ośmieliła, 

dostrzegła, że błyszczą niebezpiecznie. 

- Myślę, że teraz będziesz musiała wyjść za mnie - powiedział lekko. Oczy Lary rozszerzyły się. 

- W przeciwnym razie Jennifer zapędzi nas do kościoła pistoletem. Czy nie sądzisz, że odziedziczyła po ojcu 

surowy i niechętny stosunek do mnie? 

- Myślę, żeśmy ją zaskoczyli. Wątpię, czy coś zrozumiała. 
- Wielka szkoda - westchnął Steven. - A już miałem nadzieję, żę się nie obejdzie bez ślubu. 

Jak bardzo pragnęła rzucić mu się w ramiona i zgodzić się na ślub w pierwszym możliwym momencie! Ale 

jego   kpiący   ton   powstrzymał   ją   przed   podobną   reakcją.   Zamiast   tego   powiedziała   tak   zuchwale,   jak   tylko 

potrafiła: 

- Jak mi się oświadczysz, to zobaczymy, co się da zrobić. 

Nie czekała na jego reakcję. Gdy przed laty się do niej zalecał, ani razu nie wspomniał o małżeństwie. Mówił o 

wspólnej przyszłości. Posunął się nawet tak daleko, że rozmawiał z nią o ich domu, o tym, że ją ze sobą zabierze. 

Ale z zadziwiającą zręcznością omijał temat trwałego zwiazku. Nie widziała powodu, żeby się to miało zmienić, 

ponadto chwilowo nie miało to znaczenia. Był z powrotem w jej życiu, a to było . więcej, niż oczekiwała. 

Wyskoczyła z ciepłego łóżka, zanim zdążył ją chwycić i przystąpić do pieszczot, przed którymi nie' byłoby 

ucieczki. Nie zrażony tym odtrąceniem Steven podążył za nią pod prysznic, gdzie kuszącym, uwodzicielskim 
szeptem zaproponował, że umyje jej plecy. To opóźniło ich wyjście na farmę o godzinę· Kiedy w końcu zeszli na 
dół, Jennifer aż podskakiwała z niecierpliwości. 

- Mysiałam, że już nigdy nie zejdziesz, ciociu. 

- Przykro mi, groszku. Jesteśmy już gotowi. 

background image

Jennifer jeszcze raz obrzuciła Stevena badawczym spojrzeniem od stóp do głowy.

- Ty też idziesz? 

- Pewnie, że tak - odparł. 

- U ratował twoją siostrę - przypomniała jej Lara. - Nic dziwnego, że chce zobaczyć, jak Kelly się czuje. 

- Świetnie, no to się pospieszmy, ciociu. Chcę, 

żeby pan Drake spotkał się z mamą i tatą. - Ruszyła ścieżką w podskokach. Co jakiś czas odwracała się, 
przynaglając ich do pośpiechu. Larze udzieliła się jej niecierpliwość, złapała się na tym, że ciągnie Stevena za 
rękę. 

Gdy   jednak   zabudowania   farmy   ukazały   się   tuż   przed   nimi,   tak   że   dało   się   słyszeć   gniewne   głosy   na 

podwórzu, radość Lary z bliskiego spotkania zmieniła się w strach. Qstra wymiana słó\y między jej bratem i 
bratową byłaby wystarczająco niepokojąca w każdej sytuacji, a ta była nią tym bardziej, że to ona była jej 
przedmiotem. Chwyciła mocniej dłoń Stevena. Naszła ją nagle ochota, by zabrać Jennifer i zawrócić, ale na to 
było już za późno, a poza tym ucieczka byłaby tchórzostwem, i to bez powodu. 

- Nie wtrącaj się do tego, Megan! - mówił ostro Tommy podniesionym głosem. - Nie ufam Drake'owi. Nie 

było cię tu, gdy to się zdarzyło. Nie masz pojęcia, co· ten człowiek jej zrobił. O mało jej nie zniszczył. Jest 

jednym z tych facetów, których podnieca, kiedy uwodzą kobiety, a potem je zostawiają. 

Lara spojrzała na Stevena przepraszająco. 
- On mówi tylko to, co czuje - powiedział Steven. - Nie winię go za to. Poza tym, to prawda. Rzeczywiście 
bardzo cię zraniłem.

- Tak, ale to ju'ż przeszłość. Mój Boże, przecież ty uratowałeś jego dziecko. Powinien ci przynajmniej dać ... - 

Zanim zdołała dokończyć swoją myśl, usłyszeli równie wściekły głos Megan. 

- Chyba źle go sądzisz. Widzę, co on dzisiaj znaczy dla Lary. Nie zauważyłeś, jak na siebie patrzyli ostatniej 

nocy? On ją kocha, a ona jego. Gdybyś chciał jej naprawdę pomóc, starałbyś się ich z powrotem połączyć, 

zamiast przez te wszystkie lata podsycać jej złość. 

- Miała prawo do złości. 

- Oczywiście, że miała. Jednak ani przez chwilę nie 

czuła satysfakcji z tego powodu, prawda? Nie cieszysz się, że w końcu jest szczęśliwa? Po raz pierwszy od czasu, 

kiedy tu z tobą przyjechałam po naszym ślubie, twoja siostra ma naprawdę ochotę do życia. To ty nie powinieneś 

się wtrącać, skoro nie masz zamiaru pomóc. 

Jennifer spojrzała na Larę zmieszana.

 - Dlaczego mamusia ttatuś się kłócą? 

- To tylko sprzeczka, dziecino - odpowiedziała jej i spojrzała zaczepnie. - Ale sądzę, że czas ją przerwać. 
Otworzyła gwałtownie drzwi i weszła do kuchni. Tommy i Megan spojrzeli zmieszani, oboje mieli 
zaczerwienione twarze. 

-  Dość   tego  -  powiedziała.   -  Nie  życzę   sobie,  żebyście się  sprzeczali   na  temat  mojego  sposobu  życia.  - 

Spojrzała na Tommy'ego i dodała już spokojniej: - To przecież moje życie. Mam prawo sama wybierać, czy ci się 

to podoba, czy nie. 

Tommy spoglądał na przemian to na nią, to na Stevena. W końcu jego twarz złagodniała, napięcie zelżało. 

- Ja tylko nie chciałbym, żebyś znowu cierpiała, siostrzyczko - powiedział. 

- To się nie zdarzy, Tommy - odparł za nią Steven. Objął Larę w talii. - Starałem się wytłumaczyć Larze, co się 

wówczas stało, i ona mi uwierzyła. Wróciłem, tym razem na dobre. Jeśli ona mnie zechce. 

Lara czekała z zapartym tchem, co Tommy powie na tę deklarację człowieka, któremu nie ufał, choć niegdyś 

go podziwiał. Brat przyjrzał się jej uważnie. 

- Naprawdę jesteś szczęśliwa, Laro? Kiedy wyjeżdżaliśmy kilka tygodni temu, nie zbliżałaś się nawet na sto 

metrów do granicy jego posiadłości. Czy rzeczywiście teraz mu ufasz? 

- Uratował Kelly - odpowiedziała po prostu. - Był ze mną cały czas. Jak mogłabym mu nie ufać? Poza tym, 

chociaż nie chciałam się do tego przyznać, zawsze pragnęłam, żeby do mnie wrócił. Nawet Megan to zauważyła. 

Tommy obrzucił ją swoim charakterystycznym, 

uważnym spojrzeniem i skinął głową· 
- ,W takim razie myślę, że muszę się z tym pogodzić. Posłał Stevenowi ostrzegawcze spojrzenie, a ten 
odwzajemnił mu się w ten sam sposób. Po tej wymianie spojrzeń Tommy w.yciągnął w końcu dłoń: 

- Mam nadzieję, że tym razem to się dobrze skończy. 
- Postaram się - obiecał Steven. 
- A teraz - powiedziała radośnie Megan - chcę zobaczyć moje dziecko, które kryje się za swoją ciocią Larą. 
Chodź do mnie, Jennifer, uściskaj mamę· 
Po chwili Jennifer znalazła się w jej objęciach, potem usiadła tacie na kolanach, a Megan i Lara przygotowały 
obfite wiejskie śniadanie, składające się z jajek, bekonu, placków i puszystych domowych bułek. Gdy 
wszystko było już prawie gotowe, Megan przyprowadziła Kelly i cała rodzina usiadła do stołu. 

Lara rozejrzała się po obecnych. Była nieskończenie wdzięczna losowi za to, że mogli być razem. Brakowało 

tylko Grega, który obiecał, że przyjedzie z Columbus m\ lunch. Chciał się zobaczyć z Megan i Tommy'm, zanim 

znowu wyjadą do Kansas City. Steven pochwycił jej spojrzenie i uśmiechnął się lekko. W jego dyskretnym 

uśmiechu wyczytała zrozumienie i obietnicę. Czuła, że serce omal nie wyskoczy jej z piersi ze szczęścia. 

background image

Ktoś zapukał do tylnych drzwi. 

- Logan! - zawołała Lara. - Wejdź i nalej sobie kawy. Masz ochotę na śniadanie? 

- Nie, dziękuję, panno Danvers. Chciałem tylko rzucić okiem na małą i zobaczyć, czy wszystko w porządku. 
- Świetnie - oznajmiła Kelly, która ciągle rozkoszowała się swoją rolą osoby będącej w centrum uwagi. - Tylko 

jedno bach-bach. Widzisz? - Wskazała na opatrunek na swoim ramieniu. 

- O mój Boże - powiedział Logan kiwając głową. - Toż to straszna rana. 
Kelly skinęła poważnie głową. 
- Teraz już jest lepief Mamusia mnie pocałowała. 
- Pewnie. To najlepsze lekarstwo - zgodził się Logan. Następnie zerknął na Tommy'ego i zaproponował: 
- Pomyślałem sobie, że może chciałby się pan tu rozejrzeć, kiedy pan tu jest. Kukurydza w tym roku pięknie 

obrodziła. - Mówił z udaną obojętnością, lecz Lara miała wrażenie, że to nie była zdawkowa propozycja.

 - Bardzo chciałbym wszystko obejrzeć, Logan. Siostrzyczko, chcesz z nami iść? 
Choć entuzjazm Tommy'ego wydawał się szczery, Lara mimo woli przypomniała sobie ich kłótnię, zanim 

wyjechali z Megan z farmy. Czyżby chciał ją przekonać, że już najwyższy czas sprzedać farmę? Logan znał 

opinię   Tommy'ego.   Może   pokazując   mu   farmę   chciał   wpłynąć   na   zmianę   jego   zdania?   W   każdym   razie 

zamierzała iść z nimi i pokazać Tommy'emu, jak wszystko gładko idzie bez niego. 

- Koniecznie - powiedziała. - Bardzo lubię się chwalić gospodarstwem. Ale co z resztą? Może jeszcze ktoś chce 

z nami iść? 

Jennifer i Kelly natychmiast pobiegły do drzwi. Steven pochylił się i pocałował Larę w policzek. 

- Nie pogniewasz się, jeśli tu zostanę? Pomogę Megan posprzątać. 
Zauważył, że Lara była zaskoczona jego wyborem, ale bardzo chętnie go zaakceptowała . 

- W takim razie, do zobaczenia. 

Gdy wszyscy poszli, Megan nalała dla siebie i dla niego jeszcze po jednej filiżance kawy. 

- Słyszałem, jak stawałaś w mojej obronie - powiedział Steven. - Doceniam to. Chcę ci też podziękować, że 

mnie poprosiłaś, ~ebym zwrócił uwagę na dziewczynki. To mnie zmusiło do zrobienia czegoś, co powinienem był 

zrobić już dawno. 

- Obym tego nie żałowała! - Megan zareagowała w sposób nieoczekiwanie gwałtowny. Ale zaraz potem się 

uśmiechnęła. - Przepraszam. Zdaje się, że nie tylko Tommy jest w naszej rodzinie opiekuńczy. Czy ożenisz się z 

nią? 

To zadane prosto z mostu pytanie zaskoczyło go, ale również się do niej uśmiechnął. Wyczuł, że przy całym 

swoim   spokojnym   usposobieniu   i   uległości,   Megan   Danvers   miała   charakter.   Jej   bezpośrednie  

pytanie   i 

wcześniejsza sprzeczka z mężem były wystarczającym tego dowodem. 

- Jeszcze jej nie pytałem. 

Zmarszczyła brwi. 

- To zabrzmiało podejrzanie, jak wymówka. 

- Bo to chyba jest wymówka. Jeszcze ciągle nie wyjaśniliśmy wszystkiego między nami. 

- Nie :lwlekaj zbyt długo - poprosiła. - Ona będzie cię teraz potrzebować bardziej niż kiedykolwiek. 

ZaskoCzył go sposób, w jaki to powiedziała. - Dlaczego? 

Przez chwilę się wahała, a potem zapytała powoli: 

- Co wiesz o minionych jedenastu latach? 

- Tylko to, co mi powiedziała, to znaczy niewiele. I co mogłem wywnioskować z krążących w mieście 

plotek. Musiało nie być jej łatwo. 

- No cóż, sama nie wszystko rozumiem, a zwłaszcza tego, co się działo zaraz po twoim wyjeździe. Ale 

domyślam się, że Lara była załamana, chociaż bardzo się starała tego nie okazywać. Może by jej pomogło 

gdyby ujawniła swoją rozpacz? Zamiast tego pogrążyła się w nauce, zapominając o całym świecie. Nic się 

dla niej nie liczyło, tylko żeby zostać lekarzem. Potem zmarł jej ojciec. Prawdopodobnie wiesz, jak była z 

nim związana. Uwielbiała go, Jednak mogłaby znieść nawet to, ale wkrótce zmarła także jej matka. 

- To musiało być dla niej straszne. Bardzo żałuję, że mnie tu nie 6yło. 

-  Ja  też.  Może  wówczas  by  tak  nie  zgorzkniała  i  nie  zamknęła  się   w  sobie.   Z  tego,  co  mi  Tommy 

powiedział,  wiem,  że  porzuciła   jednak  uczelnię   bez  słowa  skargi  i wróciła  tutaj,  żeby wziąć  na  siebie 

obowiązki. Jemu ani Gregowi nie wolno było nawet wspomnieć o jej studiach medycznych. Sercem i duszą 

poświęciła   się,   żeby  wydźwignąć   tę   farmę.   Dzięki   niej  Tommy  i   Greg   mieli   szansę   do  czegoś   dojŚĆ. 

Właściwie,  tego co wiem, ona ich do tego zmusiła. Gdy Tommy skończył studia i pobraliśmy się, przyje-

chaliśmy tutaj, żeby pomóc. Widziałam, jaka była niezadowolona, kiedy kupiłeś część ziemi, ale muszę ci 

powiedzieć, że to była łaska boska. Napięcie ją zabijało. W momencie gdy farma była bezpieczna, zaczęła 

nas zachęcać, żebyśmy wyjechali i żyli tak, jak o tym marzyliśmy. Greg nie wrócił. Już miał samodzielną 

wystawę w Columbus, a słyszałam też, że będzie miał następną w Nowym Jorku. Ona jest z niego bardzo 

dumna. 

Megan spojrzała mu prostu w oczy. 

- Chcę powiedzieć, że Lara jest najbardziej pozbawioną egoizmu kobietą, jaką znam. Już czas, żeby 

zaczęła robić to, co chce. Może nawet już czas, żeby się pozbyła tej farmy i wróciła na studia. Tak myśli 

Tommy. Żałuję, że będziemy tak daleko. Zostanie tu sama, kiedy wyjedziemy. To mnie przeraża. Po tym 

background image

wszystkim, co dla nas zrobiła, nie zasługuje na tę samotność. 

W końcu zrozumiał, co chciała mu powiedzieć. 

- Zostanę tutaj - obiecał. - Nie będzie sama. A co do wyboru między farmą a medycyną, to tylko ona może 

go dokonać. 

Megan skinęła głową, a potem uśmiechnęła się do niego rozpromieniona. 

- Myślę, że będziesz dla niej dobry. 

- Bóg jeden wie. Spróbuję. 

- I jeszcze jedno. - Nerwowo bawiła się łyżeczką, brała ją do ręki i odkładała, jeszcze raz mieszała kawę. 

Ta nagła zmiana w jej zachowaniu zaniepokoiła go. Z obawą czekał, aż mu powie, co ją martwi. W końcu 

zdecydowała się. 

- Dzisiaj wyjeżdżamy i chcemy zabrać ze sobą dziewczynki. 

Steven zamknął oczy i westchnął. 

 

- Rozumiem. 
- Jak ona to przyjmie? Jak sądzisz? 
Odpowiedział szczerze: 

- Będzie myśleć, że winicie ją za wypadek Kelly. Tym razem westchnęła Megan. 

- Właśnie to powiedziałam Tommy'emu. - Patrzyła na niego błagalnie, by ją zrozumiał, ale Stevenowi serce się 

krajało na myśl o odczuciach Lary. Mogła się załamać. - Ale to nie o to chodzi. Przysięgam. To po prostu jest 

sensowne, żeby je zabrać, gdy już tu jesteśmy. Mamy teraz dom. Tommy już czuje się pewnie w nowej pracy. 

Uważa, że to szalony pomysł przyjeżdżać tutaj jeszcze raz za kilka tygodni. No i po tym całym napięciu, cóż, 

chcielibyśmy, żeby nasze dzieci były razem z nami. 

- Rozumiem cię. 
- Ale czy Lara zrozumie? 
- Sama powiedziałaś, że jest pozbawiona egoizmu. Postara się zrozumieć, ale będzie jej przykro. Nie da się 
tego uniknąć. 
- Dlatego bardzo się cieszę, że znów jesteście razem. Może będzie jej to łatwiej znieść. 
- Pozwól, że ja jej o tym powiem, Megan. 
- Szczerze mówiąc byłabym ci bardzo wdzięczna. 
Mając tak wiele do przemyślenia, Steven już się prawie nie odzywał, gdy razem z Megan sprzątali kuchnię· 

Kiedy skończyli, wyszedł na ganek, aby tam poczekać na Larę. Jak miał jej to powiedzieć, po tym wszystkim, co 

przeszła? Sam był zawiedziony, jednak rozumiał decyzję Tommy'ego. Ale zastanawiał się, czy zdawali sobie 

sprawę, jak głęboko to zrani Larę. Miał nadzieję, że w wyniku tej straty nie zamknie się w skorupie, jak to 

zdarzyło się w przeszłości. 

Czekał na nią przy bramie i od razu zobaczył ją z daleka. Jej jasne włosy świeciły w słońcu, jakby były 

posypane drobnymi diamentami. Szła lekkim krokiem i miała szczęśliwy wygląd. Podeszła prosto do niego, 

objęła go i pocałowała w policzek. Uśmiechnął się na tę szczerość i brak skrępowania. Wracał jej dawny dobry 

humor. 

- Tęskniłeś? - zapytała. 
- Bardzo. 
Przyjrzała mu się uważnie i dostrzegła, że coś się najwyraźniej kryło pod tym uśmiechem. 

- Czy coś się stało? 

Ujął jej dłoń i zaczął ją głaskać kciukiem, potem podniósł do ust. Pocałował stwardniałe koniuszki palców. 
- Musimy porozmawiać. Zaniepokoiła się. 

- O czym? 
- Chodź. Usiądźmy na ganku. 
Jej oczy były szeroko otwarte. Mocno ściskała jego dłoń. 
- O co chodzi, Steven? Coś się stało, prawda? Czy coś z Kelly? Jakieś następstwa upadku? 
- Nie - odpowiedział szybko, wściekły na siebie, że ją przestraszył. - To nie o to chodzi. 
- Więc o co? 
Gorączkowo szukał odpowiednich słów. 

- Wiesz, ta podróż, to był dla Megan i Tommy'ego niespodziewany wydatek - zaczął w końcu. - Po zmianie 

pracy i przeprowadzce nie mają chwilowo zapasowych pieniędzy. 

- Jezus Maria! Czy to wszystko? - zapytała z widoczną ulgą. - Nawet o tym nie pomyślałam. Nie ma problemu. 

Odłożyłam trochę pieniędzy. Zapłacę za ich bilety. 

Położył jej palec na ustach. Zakłuło go w sercu, gdy usłyszał tę szybką, typową dla niej odpowiedź. 
- Nie, kochanie. To nie to. Gdyby chodziło tylko o pieniądze, mógłbym im pożyczyć. Widzisz, oni już dość 
długo są poza domem. 

-   Do   czego   zmierzasz?   -   Domyśliła   się   nagle   i   powiedziała   matowym   głosem:   -   Chcą   ze   sobą   zabrać 

dziewczynki, prawda? 

Patrzyła na niego oszołomiona. Steven pogłaskał ją po policzku. Gdy przytaknął, oczy zaszły jej mgłą. 

- To dlatego, że ... 

background image

Przytulił ją do siebie, poczuł głuche uderzenie jej serca. Biło wolno', jakże inaczej niż wczoraj, gdy udało mu 

się wzbudzić w niej radość. Pachniała słońcem i sianem. I jakimś ledwo wyczuwalnym zapachem kwiatów. 
- Cii - powiedział łagodnie. - Nawet tak nie myśl. To nie ma nic wspólnego z tym, co się zdarzyło Kelly. Oni 

tylko uważają, że to jest sensowne rozwiązanie, by Jennifer i Kelly wróciły z nimi do domu teraz, skoro oni już tu 

są. 

- Och, Steven - wyszeptała, przytulając policzek do jego piersi. Pogłasal ją po głowie. Jego palce zanurzyły się 

w jej jedwabistych włosach. - Co ja mam robić? 

- Masz im powiedzieć "do widzenia" i obiecać, że wkrótce odwiedzisz ich w Kansas City. 

- A co potem? 

- A potem ty i ja zaczniemy planować wspólną przyszłość. Jeśli tego chcesz. 
Westchnęła z ulgą i podniosła twarz. 
- Dziękuję· 

- Za co? 

- Że pomogłeś mi to znieść. 

Steven poczuł ulgę, że tak to odebrala, choć nie był wcale pewien, jak wygląda prawda. Było widać, że to ]

popołudnie   jest.   dla   niej   prawdziwą   udręką.   Poszła   na   górę   i   pomogła   Megan   spakować   ubrania   i   zabawki 

dziewczynek. Stał w drzwiach pokoju i patrzył, jak przytuliła pluszowego misia Kelly, zanim troskliwie umieściła 

go w torbie podróżnej. Z każdą chwilą wyraz jej twarzy stawał się smutniejszy i choć nie powiedziała nic takiego, 

by Tommy i Megan poczuli się winni, nikt nie miał wątpliwości, jak bardzo cierpi. 

Nawet przyjazd Grega nie pocieszył Lary. Jej przygnębienie stało się tylko bardziej widoczne na tle jego 

ostentacyjnego,   hałaśliwego   dobrego   humoru.   W   końcu   to   Greg   odwiózł   Megan,   Tommy'ego   wraz   z 

dziewczynkami na lotnisko w Toledo. Wzruszona i z trudem powstrzymująca łzy Lara wymogła na nich by się 

pożegnali na farmie. Stała teraz na ganku i machała im ręką, póki samochód nie zniknął z pola widzenia. 

Potem odwróciła się z płaczem, przytuliła twarz do piersi Stevena i zatopiła się we łzach. Serce jej pękało z 

żalu. 

- Cii, kochanie. Wszystko będzie dobrze. Wkrótce znowu ich zobaczysz. Cii. 

Jej żal uświadomił Stevenowi, ile musiało ją kosztować jego odejście. Tyle pożegnań w tak młodym życiu, 

pomyślał. To było wszystko, co mógł zrobić, aby nie zapłakać razem z nią. 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Deszcz zaczął padać po północy. Lara słyszała, jak uderza rytmicznie o blaszany dach, i pomyślała, że jest to 

odpowiedni akompaniament do tępego bólu, który pulsował jej w skroniach. Było jej ciężko na sercu. Już od 

pewnego   czasu   niepokoiła  ją  myśl   o rozstaniu   z Jennifer   i  Kelly,   ale   przypuszczała,   że  zdąży  się  do  niego 

przygotować. Ich nagły wyjazd zupełnie ją zaskoczył, spadł na nią niespodzianie, nim zdołała zebrać siły. Tylko 

obecność Stevena powstrzymała ją przed całkowitym pogrążeniem się w rozpaczy. 

Przewróciła się na drugi bok i zauważyła, że 

patrzy na nią. 

- Nie możesz spać? Pokręciła głową. 

- Pomasuję ci plecy. Może to cię rozluźni. Położyła się na brzuchu. Poczuła, jak materac się 

ugiął,   gdy  ukląkł   obok   niej.   Kiedy  dotknął   jej   obnażonych   ramion,   przeszedł   ją   dreszcz   pożądania.  Ale   on 

masował tylko mięśnie" myśląc jedynie o jej napięciu. Westchnęła zrezygnowana, starała się nie myśleć o niczym 

pozwolić, aby ogarnęło ją uczucie 

spokoju. 

Jednak cały czas widziała Jennifer i Kelly machające do niej rękami zawzięcie z tylnego siedzenia samochodu 

Grega.   Były   tak   zaabsorbowane   czekającą   je   przygodą,   że   nie   uroniły   nawet   jednej   łzy   nad   tym,   co   tu 

pozostawiały. Ani nad farmą, ani nad Loganem, ani nad nią. 

- Przestań o tym myśleć - powiedział Steven, tak jakby czytał w jej myślach. 

- Skąd wiesz, że myślę o dzieciach? 

- Bo twoje mięśnie są coraz twardsze, a nie sądzę, żeby to była wina mojej techniki. 
Uśmiechnęła się do poduszki. 
- Przykro mi, że niszczę twoje ego. 
- Nie rozmawiajmy o moim ego. Mówię o twoim poczuciu zagubienia. Pozwalasz mu nieproporcjonalnie 
wzrosnąć. Kochanie, przecież nie odjechały na zawsze. Możesz je odwiedzić. Jennifer i Kelly przyjadą tu 
prawdopodobnie na Boże Narodzenie, a potem w lecie. No i jest jedna korzyść, o której zupełnie zapominasz. 
- Co takiego? 
- To. - Pocałował ją w ramię. Po jej plecach przeszedł przyjemny dreszcz. I dodał: - Nie moglibyśmy tak łatwo 
zostać sami przy twoich bystrych małych bratanicach. 
Była mu wdzięczna za zrozumienie i gorącą troskę. 

Przekręciła się na plecy i przyciągnęła jego głowę, tak że jego wargi dotykały niemal jej warg. Ich spojrzenia się 

spotykały. Dojrzała w jego oczach błysk pożądania, które sprawiło, że stały się ciemnoniebieskie. 

- Skąd wiedziałeś, co mnie może pocieszyć? Uśmiechnął się chytrze. 
- Tak naprawdę to były tylko pobożne życzenia. Miałem nadzieję, że czujesz to samo co ja. Nie chcę, żebyśmy 

background image

się więcej rozstawali. 

Jego usta delikatnie przywarły do jej ust, pozbawiając ją oddechu. Porwał ją na ich własną prywatną wyspę 

snów, gdzie niezwykły czar pieścił jej ciało i przynosił błogosławioną ulgę od udręki myśli. 

W końcu zasnęła w ramionach Stevena. 

Rano jednak wrócił jej zły nastrój. Pogorszyły go jeszcze toczące się po niebie chmury, które zasłaniały słońce 

i groziły nowym deszczem. Steven znalazł ją przy kuchennym stole, z filiżanką kawy w dłoni, zapatrzoną przed 

siebie. Pocałował ją w czoło. 

- Co będziemy dziś robić? - zapytał. Był wyraźnie w dobrym humorze .. 
Spojrzała na niego przepraszająco. 

- Nie pogniewasz się, jeśli pomogę Loganowi w żniwach? Może wysiłek pomoże mi odpędzić zły nastrój. Nie ma 

powodu, żeby cię na niego narażać. - Nie skarżę się. 

Uśmiechnęła się blado. 

- Nie, nie skarżysz się. Nie wiem, czym sobie zasłużyłam na takie szczęście. 
- Nie mówiłaś tak o mnie kilka tygodni temu. 
- Zmieniłeś się - odpowiedziała. I zaraz potrząsnęła głową. - Nie. To ja się zmieniłam. Do diabła, może żadne z 
nas się nie zmieniło. Nie wiem. 
Odstawiła filiżankę tak gwałtownie, że kawa rozlała 

się na stół. Nie zwróciła na to uwagi. - Muszę już iść. 

Przy drzwiach odwróciła się i zapytała z wahaniem: 
- Czy zobaczymy się później? 
- A może się gdzieś wybierzemy? Może na obiad i do kina? 
Lara skinęła głową bez entuzjazmu. Dopóki byli razem, nie miało znaczenia, co robią. Nic nie ma znaczenia, 

pomyślała przygnębiona. 

- Dobrze - powiedziała i wyszła. Nie chciała myśleć o tym, że patrzył na nią speszony, ze zmarszczonymi w 
zamyśleniu brwiami. 
Nie uszła nawet dziesięciu metrów, gdy nagle zdała sobie sprawę, że zachowuje się niemożliwie. Przecież nie 

będzie wiecznie nadąsana. Musi się szybko z tego otrząsnąć. A na razie ... Wróciła do kuchni i obdarzyła Stevena 

długim, zapierającym dech pocałunkiem. 

- Przepraszam. Postaram się być dziś wieczorem w lepszym nastroju. 
- Nic się nie stało - powiedział, przebaczając jej tak chętnie, że aż jeszcze bardziej pożałowała, iż mu sprawiła 

ból, choćby tylko chwilowy. - A jeśli nie poprawi ci się samopoczucie - dodał - będę musiał wymyślić jakiś 

nadzwyczajny sposób rozweselenia. 

Mimo że obiecywała sobie wesoło spędzić popołudnie, ten dzień stawał się nie do wytrzymania. Była tak 

rozstrojona, że w końcu Logan wyprosił ją z pola. 

- W takim nastroju jest pani tu całkiem niepotrzebna. Jeśli pani nie zrobi sobie krzywdy, to pewnie zniszczy 

połowę zbiorów. Proszę stąd odejść. Proszę iść na spacer. Popływać. Możemy dać sobie radę bez pani. 

Wiedziała, że Logan ma rację, ale ta świadomość wcale nie poprawiła jej okropnego samopoczucia. Nie mogła 

się wyzbyć nastroju opuszczenia i zbędności. Nawet się on nasilił. Nie była już potrzebna nawet na własnej 

farmie. 

Poszła nad strumień, zdjęła buty i zaczęła brodzić wzdłuż brzegu, ale nie zdołała wykrzesać z siebie energii na 

popływanie. Kiedy się już zmęczyła, wróciła do domu, przyrządziła lemoniadę i wyszła ze szklanką na ganek. 

Coraz bardziej rozżalała się nad sobą, wprost pławiła się w żalu. Bardzo rzadko dopuszczała do siebie to uczucie, 

ale tym razem nie była pewna, czy chce mu się sprzeciwiać. 

Niebo pociemniało, powietrze było ciężkie i nieruchome. W końcu pojawiły się złowróżbne znaki. 
- O wielkie nieba - szepnęła cicho. Wbiegła do środka i nastawiła radio na kanał nadający prognozę pogody. 

Tak jaN przewidywała, zapowiadano trąby powietrzne i ostrzegano okolicznych mieszkańców, by schronili się, 

gdy tylko dostrzegą niebezpieczne, charakterystyczne chmury w kształcie leja. 

Logan i inni na pewno już zeszli z pól, pomyślała. 

Postanowiła jednak ich ostrzec. Owinęła się w żołtą wodoszczelną pelerynę i pobiegła ścieżką w stronę pola, na 
którym zostawiła Logana. Zaczęły padać 

grube krople deszczu, najpierw z rzadka, potem coraz gęściej. Zanim jeszcze dostrzegła mężczyzn, miała mokre 

włosy, buty przemoczone i oblepione błotem. 

- Logan! - krzyknęla, gdy była pewna, że usłyszy jej głos. - Zabierzcie sprzęt. Zapowiadają trąby powietrzne. 

Pomachał jej ręką. 

- Chcę tylko uprzątnąć ten ostatni kawałek, zanim zerwie się burza. Nie powinno mi to zabrać więcej niż 

dziesięć, może piętn'aście minut. 

- Nie warto ryzykować. To tylko kilka zagonów. 
- Proszę wracać do domu. Zanim się pani obejrzy, wszystko będzie w stodole. - Logan! 
- Proszę iść, panienko. Nie możemy stracić tej kukurydzy. 
- To ja zostaję pomóc. To mój obowiązek 

Krzyknął na nią. 

background image

- Nie potrzebujemy pomocy.  Nie ma sensu, żebyśmy tu wszyscy zmokli  jak stado kaczek. Mógłbym już 

skończyć przez ten czas, który tracę na kłótnię. 

Lara ustąpiła niechętnie i skierowała się ku domowi. 

Była właśnie na skraju pola, gdy usłyszała głośny ryk, jaki mógłby wydać przejeżdżający obok pociąg. Ale nie 

było żadnego pociągu. bobrze wiedziała, co znaczy ten złowieszczy dźwięk. Obejrzała się, spojrzała na niebo i 

zobaczyła dokładnie to, czego się obawiała: ciemną chmurę w kształcie olbrzymiego wirującego leja, obracającą 

wszystko w perzynę. Tuż przy ziemi była jak wąska czarna kolumna, ku niebu rozszerzała się w rozległy wir, 

który pochylał się i wyginał niczym jakiś złowieszczy elegant. 

- Dobry Boże - szepnęła przestraszona i zafascynowana, nie mogąc oderwać wzroku od tornada zbliżającego 

się do niej nieubłaganie. W końcu ocknęła się i przypomniała sobie, że powinna być pod dachem, z dala od szkła. 

Teraz już przerażona nie na żarty pobiegła do piwnicy. Zanim zeszła na dół, włączyła światło. Zamigotało i 

zgasło. Słyszała coraz bliższy odgłos tornada. Nie tracąc czasu na poszukiwanie latarki zeszła po ciemku po 

schodach. 

Znalazła w piwnicy stertę starych koców i usiadła na niej. Przyciągnęła kolana do klatki piersiowej, objęła je 

rękami  i  czekała   z   bijącym   sercem.   Przez   wysoko   umieszczone   okienka   na   przeciwległej   ścianie   wpadało 

niewiele światła, ale i ono wkrótce ściemniało i w pomieszczeniu zapadł zupełny mrok. Cała ziemia zdawała się 

trząść. Dom trzeszczał w pasadach. Larą również wsatrząsnął dreszcz. 

Widziała już niejedno tornado, oglądała skutki jego dzikiej furii, ale nigdy nie znalazła się w samym środku. 

Nigdy nie zaznała podobnego przerażenia, gdy jej własny los zależał od nieokiełznanych sił natury. Nie mogła 

nic zrobić, by powstrzymać nieuchronne zniszczenie, nie mogła go nawet zmniejszyć. Mogła się tylko modlić. 

Dziękowała Bogu, że nie było tutaj Jennifer i Kelly i że nie musiały razem z nią znosić tortury oczekiwania na 

to, co się może zdarzyć. Modliła się gorąco, aby Steven był w bezpiecznym miejscu, aby Logan i ludzie dotarli 

na czas do względnie bezpiecznej stodoły. I modliła się o to, by mogła przeżyć i zaznać jeszcze miłości Stevena. 

Cokolwiek się stanie, nic nie zdoła jej pokonać. Była gotowa walczyć o lepszą przyszłość. Teraz, gdy Steven, 

znalazł się z powrotem w jej życiu, szczęście było w zasięgu ręki. Znowu poczuła żal, że pozwoliła, by jej zły 

nastrój zepsuł nawet tę chwilę, gdy byli razem. 

Grzmoty burzy rozlegały się w dalszym ciągu. 

Deszcz   siekł   dom,   huragan   obrywał   z   drzew   gałęzie   i   ciskał   je   na   dach.   Czekała   dalej.   Wiedziała,   że 
niebezpieczeństwo nie minie, dopóki burza całkiem 

się nie uspokoi. Od czasu do czasu widziała w okienku błyski i słyszała odbijające się echem grzmoty. 
Zagrzmiało w oddali, i jeszcze raz. Sam ten dźwięk ją przerażał. Za każdym razem wzdrygała się, a potem 
przejmował ją chłód i drżenie. Zaczęła ją ponosić wyobraźnia. Powstrzymywała napływające jej do oczu łzy 
wiedząc, że nie uspokoi się dopóty, dopóki się nie przekona, że Steven i inni przetrwali. 

A farma? Jak bardzo ucierpiała? Czy po burzy będzie jeszcze co zbierać? Czy też znowu zaciągnie długi, 

których nie będzie miała z czego zwrócić. 

Nagle poczuła, że nie może tego wszystkiego znieść. 

Rozładowało się napięcie minionego tygodnia i łzy zaczęły jej płynąć po policzkach. Otarła je ze złością, ale 

wciąż płynęły na nowo. 

Zdawało jej się, że jest tak cholernie niezależna, że nikogo nie potrzebuje. Już od lat dawała sobie radę ze 

swoim życiem, z tą farmą, aż nagle zdała sobie sprawę, że to było tylko wiązanie końca z końcem. Robiła to, 

czego od niej oczekiwano, ale nie miała z tego zadowolenia ani nie była szczęśliwa. Starała się dowieść sobie 

samej, może nawet pokazać Stevenowi jak mało ją obeszła jego zdrada. 

Co za blaga! W ciągu kilku dni pokazał jej, jak bardzo ciągle go potrzebowała, by rozbudzał jej zmysły, dzielił 

jej sukcesy. Teraz wiedziała, że może przeżyć wszystko. Była silna. Musiała być. Ale nie na tyle silna, by móc się 

obejść bez'miłości. Nikt nigdy nie był na tyle niezależny. 

Łzy przestały jej w końcu płynąć. Wstała i podeszła do okienka, by zobaczyć, co się dzieje na zewnątrz. 

Przystawiła   krzesło   i   wspięła   się   na   nie.   W   tej   samej   chwili   rozległ   się   kolejny.   grzmot,   usłyszała   brzęk 

tłuczonego szkła i... nic więcej. 

Gdy rozpętała się burza, Steven był w gabinecie. Usłyszawszy ostrzeżenie przed tornadem próbował 

dodzwonić się do Lary, ale linie telefoniczne były już zerwane. W pierwszej chwili chciał pojechać na farmę, 

ale pani Marston powstrzymała go, gdy był już we frontowych drzwiach, i skrzyczała. 

-   Tej   dziewczynie   nie   przyjdzie   nic   z   tego,   że   huragan   przewróci   pański   samochód   i   ciśnie   go   aż   do 

sąsiedniego   hrabstwa.   Niech   pan   nie   będzie   niemądry,   panie   Drake.  Wybudował   pan   sobie   w   piwnicy   ten 

luksusowy schron przed burzą na takie okazje jak ta. Proszę więc tam zejść, a ja zaparzę herbaty. Przeczekamy 

to. 

Wiedział, że to była dobra rada, ale czekanie go irytowało. Chodził po pomieszczeniu słuchając gniewnych 

pomruków wiatru i zaciskał szczęki ze złości. Gdy pani Marston zaproponowała mu herbatę, warknął: 

- A co będzie, jeśli ona jest na polu i nie może wrócić do domu? 

- Ta dziewczyna mieszka w tych stronach o wiele dłużej niż pan. Wie wszystko o burzach. Jestem pewna, że 

background image

nie będzie ryzykować. 

- Jest pani bardzo spokojna - powiedział oskarżycielsko. - Nie ma sensu się denerwować. Cokolwiek się 

stanie, ani pan, ani ja nie możemy temu zapobiec.. . - Chyba nie jestem w nastroju do dyskusji. Pani ma 
fatalistyczne podejście do życia. Raczej się czymś zajmę. 

 Zauważył, że się do niego śmieje, choć usiłowała to ukryć pijąc herbatę. 

- Więc może pan zmontuje te półki, które pan kupił, jeśli już pan tu jest? 

Rzucił jej wściekłe spojrzenie. 

- To była tylko propozycja - odpowiedziała mu, także zagniewana.
Znów zaczął chodzić. Z każdym grzmotem jego nerwy były bardziej napięte. Gdy gałąź drzewa urwana przez 
burzę rozbiła jedno z okien w piwnicy, odwrócił się i skierował w stronę schodów. 

- Dość tego! Idę do niej. Ona tam może być w niebezpieczeństwie. 
Kiedy pani Marston otworzyła usta, by zaprotestować, wzniósł do góry rękę. 

- Proszę sobie oszczędzić słów.' Idę. Wezmę samochód. Mimo paro przepowiedni, że skończę jak Dorota z 

"Czarownika z Oz", myślę, że samochód będzie stanowić jakąś ochronę. 

Gospodyni wzniosła tylko oczy ku niebu, ale już się nie odezwała. On tymczasem wszedł na górę. 

Nie   wziął   nawet   płaszcza.   Zanim   doszedł   do   samochodu,   miał   ubranie   przemoczone   do   suchej   nitki. 

Niesamowity spokój, który zwykle poprzedza taką pogodę, ustąpił miejsca groźnemu pięknu burzy. 

Gdy   jechał   krętą   drogą,   która   wiodła   od   jego   domu   do   farmy   Danversów,   szeroko   otwierał   oczy   z 

niedowierzaniem. Kilka połamanych gałęzi 

roz

rzuconych po jego posiadłości w żaden sposób nie zapowiadało 

tego, co znalazł na polach Lary. Przez środek biegł szeroki pas gołej ziemi, walały się po nim połamane badyle. 

Wielki dąb, którego pień miał co najmniej półtora metra średnicy, leżał powalony na zerwanych przewodach 

wysokiego napięcia. Wszędzie były porozrzucane konary drzew. 

Wyrwane z korzeniami drzewo zablokiwało drogę. Steven zjechał na pobocze i zostawiwszy samochód ruszył 

pieszo, uważając na zerwane przewody elektryczne. 

Gdy, przechodził przez zniszczone pole, ogarnęło go przerażenie. To tutaj Lara pracowała rano? Czy zdążyła 

wrócić do domu? Czy też uparła się tu zostać, by ocalić tych kilkadziesiąt kilogramów zboża więcej, zanim burza 

rozpętała się wokół niej? Zaczął biec nie zważając na. muł, który lepił mu się do butów, ani na padający deszcz. 

Kiedy dotarł do stodoły, Logan zawołał go. 

1)- Czy Lara jest z panem? - odkrzyknął Steven. 

Jego słowa zagłuszał wiatr. 

- Nie. Odesłałem ją wcześniej do domu. Prawdopodobnie chodzi w kółko po schronie przeciwburzowym. 

Logan przerwał, jakby chciał zebrać odwagę, by powiedzieć coś jeszcze. Zdjął swojego stetsona  

i  

bawił się 

nim obracając go w dłoniach. Steven zaczął się niecierl?liwić. W końcu Logan powiedział, patrząc posępme: 

- Panie Drake, niepokoję się, jak ona to przyjmie.   - Wskazał ręką na pola. - Na pewno porządnie się 

zdenerwuje, jak zobaczy, co tu się stało. Bardzo liczyła na te zbiory. 

Słowa zarządcy potwierdziły jego własne obawy. 
- Wiem, Logan. Ja duże są straty? 

- Nie wiem na pewno. Jeszcze nie wszędzie byłem, ale wygląda to bardzo źle. 

Steven westchnął. 

-  Tego   się   obawiałem.   Jadąc   tutaj   przeciąłem   północno-zachodnie   pola.  Wygląda   na   to,   że   wszystko  jest 

zniszczone. Jeszcze czegoś takiego nie witlziałem. 

Logan pokiwał głową. 

- A ja to widziałem zbyt często. Coś takiego kilkakrotnie prawie zrujnowało ojca Lary. 

Steven rozpoznał w głosie Logana prawdziwe uczucie i niepokój. Poklepał starszego człowieka po ramieniu. 

- Ona będzie teraz potrzebować pańskiej pomocy bardziej niż kiedykolwiek. Odnajdę ją, możemy razem objechać 

pola i zobaczyć, jakie są straty. 

Logan włożył z powrotem kapelusz na głowę i skinął głową. 

 

- Będę tu czekać, panie Drake. Nie ma się już po co spieszyć. 

Steven, czując ciężar na sercu, poszedł powoli w kierunku domu. Walczył z pokusą, żeby spakować walizkę, 

wziąć Larę w ramiona i pomknąć z nią lotem strzały do jakiegoś magicznego miejsca, gdzie kłopoty z farmą 

wydawałyby się odległe i nieważne. Ale wiedział, że takie miejsce nie istnieje. Ona kochała tę fąrmę, mimo 

poświęceń, których od niej wymagała, i mimo niechęci, którą czuła do niej w dzieciństwie. Prawdopodobnie 

sprzeciwiłaby się jego opiekuńczym instynktom. Był dumny z jej determinacji, szanował ją za charakter i sposób, 

a jaki radziła sobie z trudnościami. Nie, prawdopodobnie nie byłaby mu wdzięczna, gdyby się wtrącił i próbował 

ją chronić. Mógł jej pomóc tylko tak, jak ona sama mu pozwoli. 

Podszedł do tylnych drzwi domu i zawołał ją. 

Odpowiedziało mu tylko echo. 

- Laro! - zawołał znowu, czując się trochę nieswojo. Nigdzie nie było jej widać. - Laro! 

Postarał  się opanować  panikę.  Znalazł  drzwi  do piwnicy.  Otworzył  je  gwałtownie  i spojrzał  w ciemność. 

Pobiegł do kuchni poszukać świecy, zapalił ją i z bijącym sercem zaczął schodzi w dół. 

- Laro! 

Odpowiedziała   mu   grobowa   cisza.   Drgający   płomień   świecy   oświetlał   tylko   niewielką   otaczającą   go 

background image

przestrzeń. Był w połowie pomieszczenia, gdy ją zobaczył. Leżała na podłodze, przez wybite okno padał na nią 

deszcz. 

Serce podeszło mu do gardła. Przykucnął przy niej. - Laro - powiedział łagodnie. - Kochanie, słyszysz mnie? 

Gdy odgarnął włosy z jej twarzy, jego ręka stała się lepka od krwi. 

- O mój Boże! - wymamrotał. - Laro! 
Pomacał delikatnie jej głowę i wyczuł wielki guz tuż nad skronią oraz ranę na policzku. Widocznie skaleczyła 
ją stłuczona szyba, a ponadto uderzyło coś, co wpadło przez okno. Wyczuł jej puls. Był słaby, ale regularny. 
Krew z rany też przestała płynąć. Nie chciał szukać czegoś do przemycia rany i zostawiać jej tu samej, zdjął 
więc koszulę i podarł ją. Przyłożył pasek materiału do rany. 
- No już, kochanie, obudź się. Nie czas na drzemkę· Jej brwi drgnęły. 

- O, tak. Dasz radę. Obudź się, zrób to dla mnie. Po chwili, która zdawała się trwać bez końca, otworzyła oczy. 

- Steven, to ty? - powiedziała sennie. Zobaczyła drgające światło świecy i usłyszała, jak westchnął z ulgą. - Czy 

burza się skończyła? 

- Najgorsze już za nami. Jak się czujesz? Próbowała usiąść, ale skrzywiła się z bólu i położyła z powrotem. 
Dotknęła skroni. 

- Dlaczego mnie tak boli głowa? 
- Widocznie jakaś gałąź wpadła przez okno i uderzyła cię. 
Widziała niepokój w jego oczach i zmarszczone brwi. 
- Płakałeś - powiedziała, dotykając palcem śladów łez na jego policzkach. - Dobrze się czujesz? Nie jesteś 
ranny? 
Zaśmiał się. 

- Nie, kochanie, to nie ja jestem ranny. Ale o mało nie oszalałem, kiedy się okazało, że linia telefoniczna jest 

zerwana i nie mogę sprawdzić, co robisz. A potem przeraziłem się jeszcze bardziej, bo nie mogłem cię nigdzie 

znaleźć. 

Położyła dłoń na jego dłoni. - Czuję się dobrze. 
- Niech lekarz to powie. 
- Żadnych lekarzy - sprzeciwiła się, zmuszając się do wstania. - Ból głowy zaraz minie, a ja muszę zobaczyć, 
co się stało. Słychać było blisko trąby powietrzne. Wyrządziły jakieś szkody? 

Nie odpowiedział na to pytanie. 
- Steven? - Spojrzała młl badawczo w oczy, usiłując wyczytać z nich prawdę. - Są wielkie szkody, prawda? 

Widziałeś Logana? 

- Loganowi nic się nie stało. Czeka na ciebie na zewnątrz. 

- A pola? Do licha, powiedz mi, Steven. Wolę to usłyszeć od ciebid, zanim sama zobaczę. - Ból głowy nasilił 

się. Zamknęła' oczy i odruchowo podniosła rękę, by dotknąć rany. 

Steven zauwaiył, że jego milczenie tylko ją bardziej denerwuje. Westchnął ciężko. 
- Widziałem tylko jedno pole. Szkody są bardzo duże. Nie wiem, co z resztą. 

- Muszę zobaczyć. 

- Jeszcze nie teraz - powiedział. - Musimy wziąć pod uwagę ten drobiazg, że twoje ubranie całkiem przemokło, 

a na głowie masz guza. Zawrzyjmy umowę. 

Uniosła lekko brwi. 

- Tak? 

- Pójdziemy na górę, obejrzę ranę w lepszym oświetleniu i jeśli okaże się, że wszystko w porządku, będziesz 

się mogła przebrać i pójdziemy obejrzeć farmę. - A mam jakiś inny wybór? 

- Pewnie - uśmiechnął się szelmowsko. - Możemy pojechać prosto do szpitala. 

- Zgoda. 

Skinął głową zadowolony. - Tak myślałem. 

Nim zdała sobie z tego sprawę, wziął ją na ręce i zaniósł na górę po schodach. 

- To ci zaczyna wchodzić w zwyczaj - zauważyła. - Jeśli do tego przywyknę, będziesz mnie musiał wszędzie 

nosić; Weź to pod uwagę. 

- To by się dało załatwić - powiedział, sadzając ją na krześle kuchennym. - Gdzie jest apteczka? 

- W łazience. 
Gdy tylko poszedł, miała pokusę, żeby uciec, ale zdrowy rozsządek i nieustający ból głowy zmusiły ją do 

pozostania. Zanim mogła o tym jeszcze raz pomyśleć, był już z powrotem. 

- Jestem zaskoczony - powiedział. - Myślałem, że będziesz już w połowie drogi do drzwi. 

- Myślałam o tym. 

- Co cię powstrzymało? 

- To, że Logan natychmiast odprowadziłby mnie z powrotem. 

- Rozsądna dziewczynka. A teraz obejrzę twoją głowę· 

Skrzywiła się, gdy przemywał ranę. 
-   Dobrze.   Chyba   tu   nie   ma   szkła.   -   Przytrzymując   jej   głowę   posmarował   skaleczone   miejsce   płynem 

antyseptycznym. 

- Czy aby nie sprawia ci to przyjemności? - zapytała złośliwie. W jego oczach zobaczyła swój własny ból. - 

background image

Przepraszam - powiedziała cicho. 

Musnął ją palcami po policzku. - Nie szkodzi. 

- Boję się - przyznała drżącym głosem. Serce ciążyło 

jej w piersi jak kamień. Nie sądziła, że może się poczuć tak znużona, tak wyczerpana. Jak wiele mogłaby jeszcze 
wytrzymać? Steven zdawał się wyczuwać jej przerażenie, bo odłożył środki opatrunkowe i wziął ją w ramiona. 

- Cokolwiek się okaże, razem temu zaradzimy - obiecał. - Już więcej nie będziesz sama. 
Chciał ją w ten sposób pocieszyć, ale jego słowa tylko ją utwierdziły w przekonaniu, że straty muszą być 

niewyobrażalnie duże. Jeśli w istocie tak było, jedynie jego obietnica mogła ją podtrzymać na duchu. 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Lara podtrzymywana przez Stevena podeszła do tylnych drzwi domu. Mdliło ją i trzęsły jej się ręce. Spojrzała na 

Stevena błagalnie, a on uśmiechnął się 

do niej i ścisnął ją 

za 

rękę. 

- Razem - przypomniał. 

To jej dodało sił. Otworzył drzwi. Wyszła na zewnątrz. Serce w niej zamarło. Chwyciła się ramienia Stevena. 

Spojrzała na niego oszołomiona. 

Dokoła był chaos. U stóp drzewa leżała połamana okiennica, zerwana widocznie z jednego z okien, może 

nawet z jakiegoś innego domu. W promieniach słońca przedzierającego się przez chmury połyskiwały jakieś 

niemożliwe   do   zidentyfikowania   kawałki   metalu,   najwyraźniej   części   maszyn   rolniczych.   Kilka   złamanych 

konarów zwisało z drzewa na kawałku łyka, inne leżały porozrzucane dookoła. Krzaki wzdłuż jednej ze ścian 

domu zostały wyrwane z korzeniami i ciśnięte we wszystkie strony. Dwa okna, oprócz okienka od piwnicy, były 

rozbite.   Jakieś   szczątki   i   brud   przywarły   do   białych  ścian   domu,   nadając   mu   nieporządny  wygląd.   Z   błota 

wystawał dziecinny trójkołowy rowerek, którego nigdy przedtem nie widziała. 

Lara zobaczyła Logana. Zbliżał się do niej w pośpiechu. Spostrzegłszy owiniętą głowę zaniepokoił się. 
- Nic się pani nie stało, panno Danvers? 
-  Nie. A co z ludźmi? 
- Okey. Przywieźliśmy do stodoły, co się dało, zanim przyszło najgorsze. Posłałem ich do domu, żeby 
zobaczyli, co z rodzinami. Jak wrócą, to posprzątamy. 

 

- A co z krowami i końmi? 
- Lepiej niż z niektórymi ludźmi - powiedział, uśmiechając się krzywo. - Konie się trochę zdenerwowały, 
niektóre stawały dęba w boksach. Bassie ma zadrapanie na zadzie od uderzenia w ścianę stajni, ale to jedyna 
rana, o ile się mogłem zorientować. Jest pani gotowa się przejść i rzucić okiem? 
Spojrzała na Stevena. Ścisnął mocniej jej dłoń. 

Uśmiechnęła się do Logana pogodnie, zdecydowana nie przejmować' się, cokolwiek los jej przyniósł. 

- Tak. Jestem jak najbardziej gotowa. 
- No to chodźmy. Osiodłałem konie. 
- Nie wiem, czy to dobry pomysł, Logan - wtrącił się Steven. - Z jej zranioną głową? 
- Oczywiście, że nie. Wezmę w takim razie furgonetkę· 
- Furgonetką nie zajedziemy daleko - zauważyła Lara. - Zbyt wiele drzew jest powalonych. 
- Ale ... 
- Nic mi nie będzie, Stevenie. Jeśli mnie rozboli głowa, to obiecuję ci, że wrócimy. 

Nie wyglądał na zadowolonego, ale poddał się. Zaczęli od pola północno-zachodniego, które Steven widział po 
drodze. Lara ledwie powstrzymała okrzyk przerażenia, kiedy zobaczyła, jak niewiele pięknej, zdrowej kukurydzy 
jeszcze stało. Błotnistą ziemię pokrywała plątanina pokręconych zielonych badyli. Tylko kilka rzędów na końcu 
pola nie ucierpiało. 

Jechali   dalej.   Gdy   manewrowali   końmi   między  rozrzuconymi   szczątkami   i   zerwanymi   przewodami,   Lara 

poczuła,   że   ogarnia   ją   zwątpienie.   To   wyglądało   o   wiele   gorzej,   niż   przypuszczała.   Wszystkie   pola   były 

zniszczone, z wyjątkiem, o ironio, właśnie tego, z którego zebrali. Zobaczywszy to, omal się nie rozpłakała. To 

był najokrutniejszy z huraganów. 

- Czy 

COŚ 

z tego da się uratować? - z ciężkim sercem zapytała Logana, bez żadnej nadziei. 

Zsunął kapelusz na tył głowy i spoglądał na nią ze współczuciem. 

- Trudno powiedzieć, panno Danvers. Możliwe, że trochę kukurydzy dałoby się z powrotem wsadzić do ziemi, 

jeśli korzenie są nie uszkodzone. Ale kto wie, czy się przyjmie. Trochę z tego nada się na paszę. Kiedy ludzie 

wrócą, zrobimy, co się da. 

- Dziękuję, Logan. - Wciągnęła głęboko powietrze. 

- Myślę, że kiedy już uprzątniecie, trzeba będzie zapłacić ludziom i pozwalniać ich. Jest za mało do zebrania, żeby 
ich trzymać do jesieni. Sami damy 

sobie radę z tym, co zostało. 

- Przykro mi to powiedzieć, ale myślę, że ma pani rację. Naprawdę, bardzo mi przykro. 

- Dziękuję, Logan. 

Steven milczał podczas ich rozmowy. Kiedy jechali z powrotem do stodoły, powiedział: 

- Będzie ci teraz bardzo trudno, prawda? 

background image

- Znowu będę na łasce banku. Wystarcży mi na życie i na opłacenie Logana, ale prawdopodobnie będę musiała 
prosić o zwiększenie kredytu i pożyczyć pieniądze na przyszłoroczne ziarno. - Zagryzła wargi, bo zbierało jej 
się na płacz, kiedy zdała sobie sprawę, z nieubłaganych konsekwencji tornada. Starała się pokryć wzruszeniem 
ramion rosnący stres. - Góż, to tylko ryzyko pracy na roli, prawda? Powinnam się do tego przyzwyczaić. Takie 
sytuacje zdarzały się dosyć często mojemu ojcu. 

Zsunęła się z siodła prosto w ramiona Stevena. Objął ją w pasie i przytrzymał. Patrzył jej przenikliwie prosto w 
oczy. 

- Nie zgrywaj się przede mną, Laro. Wiem, że to cię dobija. 

Utkwiła w niego wzrok, zmagając się z emocjami. Przegrała. 

- Masz rację!. - Wybuchła nagle, dając upust wściekłości. Wyrwała się z jego objęć. - Nienawidzę tego! 

Nienawidzę, że znowu będę zadłużona w banku. Nienawidzę świadomości, że bez względu na to, jak dobrze 

będę gospodarować, wystarczy jedna krótka burza, żeby wszystko zniszczyć. Nienawidzę żyć w ciągłym strachu, 

nie mając szansy na rozwój. 

Chodziła nerwowo, aż konie zaczęły się niepokoić. 

W końcu zatrzymała się przed Stevenem, jej oczy płonęły. 

- Czy wiesz, że zaczęłam odkładać pieniądze? 

Chciałam ci pewnego dnia zaproponować, żebyś mi sprzedał swoją ziemię. Byłam z tego cholernie dumna. 

Chciałam, żeby posiadłość Danversów była znowu taka jak dawniej. To, co się dzisiaj stało, pochłonie całe te 

oszczędności i jeszcze więcej. - Z wściekłością machnęła ręką. - Fiuuu! Jedna burza i po wszystkim. Właśnie tak. 

- Mogłabyś zostawić to wszystko - powiedział spokojnie Steven. 
Odwróciła gwałtownie głowę i spojrzała na niego zaskoczona. 

- Co? 
- Powiedziałem, że mogłabyś rzucić to wszystko, skończyć studia. Mogłabyś zostać lekarzem. Megan i Tommy 
chcieliby tego.  . 
Ściągnęła brwi. 
- Rozmawiałeś z nimi o tym? 
- Tylko z Megan. Martwi się o ciebie. Ona i Tommy chcą dla ciebie jak najlepiej; 
- Sądzisz, że tak właśnie powinnam postąpić? Myślisz, że powinnam rzucić to wszystko i wrócić na studia? 

- Tego nie powiedziałem. Powiedziałem, że masz taką możliwość. Czy zastanawiałaś się nad tym? 

- Nie - powiedziała popędliwie, nagle zła na niego; choć sama nie wiedziała o co. Może po prostu dlatego, że 
popychał ją w kierunku, który był dla niej od dawna zamknięty. - Zrezygnowałam z tego wiele lat temu. Jest już 
za późno. 

- Nie mówię, że nie byłoby ci trudno, ale wcale nie jest za późno. - Położył jej dłonie na ramionach i zmusił, by 

spojrzała   na   niego.   -   Pomyśl   o   tym,   Laro.   Czego   naprawdę.   chcesz?   Nie   marnuj   życia   robiąc   coś,   czego 

nienawidzisz. Jeśli o czymś marzysz, to tylko od 'ciebie zależy, czy te marzenia się spełnią. Rozumiem, że przez 

całe lata dotrzymywałaś zobowiązania, ale teraz Tommy i Greg są już samodzielni. Ta farma wyczerpuje cię 

emocjonalnie, fizycznie i finansowo. Jeśli chcesz odejść, teraz przyszła pora. 

Rozejrzała   się   i   spróbowała   sobie   wyobrazić,   jak   odchodzi   z   farmy,   porzuca   tę   niewdzięczną   pracę   i 

niepewność jutra. Nie, nie mogła tego zrobić. 

~ Należała do mojej rodziny od pokoleń - zaprotestowała. - Nie mogę jej tak po prostu zostawić. 

Jego spojrzenie było nieubłagane. 

- Co przez ciebie przemawia: poczucie obowiązku czy prawdziwa troska? 

Zawahała się, straciła nagle pewność siebie. 

- Ja ... ja nie wiem. 

- Pomyśl o tym, dobrze? - Uśmiechnął się do niej. 

Skinęła głową, wiedziąc, że teraz, kiedy poruszyli ten temat, nie będzie już miała spokoju. 
Popchnął ją delikatnie w kierunku domu. 

- A teraz posprzątajmy tu trochę. 
Pracowali   przez   kilka   godzin.   Steven   zajął  się   oknami   i  urządzeniami   nawadniającym,   podczas   gdy  Lara 

uprzątała podwórze. Wsadziła z powrotem do ziemi kilka krzewów, które dało się jeszcze uratować. Połamane 

konary  drzew  odciągnęła na stos koło  stodoły  .. Zamierzała  je później  porąbać na  opał. Z najdrobniejszych 

kawałków usypała kopczyk, który później zamierzała zapakować w torbę na odpadki i wywieźć. 

Pracowała z pasją. Potrzebowała tego napięcia mięśni i zmęczenia. Słońce świeciło jasno, jakby naigrawając 

się z nich. Pot zaczął spływać jej z czoła. Czasem zatrzymywała się i patrzyła na Stevena. Na jego napięte 

muskuły i świecącą od potu klatkę piersiową. Poczuła w sercu nagłą tęsknotę. Pragnęła go, pragnęła; by wypełnił 

w niej tę bolesną pustkę. Krew zaczęła jej szybciej krążyć w żyłach, aż w końcu musiała się odwrócić. 

Do wieczora naprawili najpoważniejsze szkody koło domu. Odkręciła kran i zmyła bruk z rąk i twarzy. Słońce 

zachodziło. Znalazła w kieszeni opaskę i związała włosy w koński ogon. 

- No, czyż to nie jest farmer Danvers ... - zażartował Steven podchodząc do niej. Błękitne oczy błyszczały mu 

niebezpiecznie. - Ten widok coś mi przypomina. - Obraz Normana Rockwella przedstawiający zalety ciężkiej 

pracy? Albo może "Amerykański gotyk"? 

- Z pewnością nie "Amerykański gotyk" - powiedział zamyślony. - Nie masz w sobie dość stoicyzmu. - W takim 

background image

razie co? - to łagodne przekomarzanie wprawiło ją w dobry humor. 

-   Przypomina   mi,   jak   wyglądałaś   tamtej   nocy  nad   strumieniem,  kiedy   kochaliśmy  się   po   raz   pierwszy.   - 

Uchwycił jej spojrzenie i trzymał na uwięzi. Pochylił się i zaczął ją powoli głaskać po policzku. - Chcesz iść 

popływać~ 

Larze zaparło dech. Przekomarzanie zmieniło się  

W  

coś innego. Poczuła podniecające napięcie. Ekscytacja 

poruszyła jej napięte nerwy. 

- Teraz? - Jej głos przeszedł w matowy szept. 

Steven przytaknął. 

Nie odwracając od niego wzroku wyciągnęła dłoń. Ujął ją i poszli w stronę strumienia. Larze zdawało się, że 

ten spacer nigdy się nie skończy. Z każdym krokiem jej serce biło coraz mocniej. Ledwo dostrzegała powalone 

drzewa i porozrzucane konary, które mijali. Każdy nerw jej ciała współgrał z idącym obok mężczyzną. Po tym 

wszystkim, co się dzisiaj zdarzyło, po tym wszystkim, co przecierpiała, ciągle mógł wziąć jej serce w 

posiadanie. 

Zapadał zmierzch, gdy dotarli do strumienia. 

W przyćmionym świetle wieczoru patrzyła, jak sięga do guzików jej b1uzki i zaczyna je rozpinać. Jego palce, po 

dzisiejszej pracy twardsze niż zwykle, dotknęły jej rozpalonego ciała. Rysowały delikatną linię od szyi w dół, 

doliną między piersiami i ,dalej, aż do paska dżinsów. Tam gdzie dotknął, skóra płonęła, a reszta ciała czekała na 

jego pieszczoty w słodkim omdleniu. 

Zdjął opaskę z jej włosów, które złocistą chmurą opadły jej na ramiona. Delikatnie. odgarnął loki z twarzy. 

Przez cały ten czas kochał ją oczyma, płonącymi, jasnoszafirówymi, pełnymi żądzy. 

- Jesteś taka piękna - westchnął. - Tak bardzo cię pożądam. Nie wyobrażasz sobie, jak wiele razy myślałem o 

tamtej nocy, o tobie tutaj. Pragnę cię tak bardzo jak wtedy. - Na dowód przytknął jej dłoń. do swego ciała, jego 

gorąco zdawało się ją palić. 

Zdjął   z   niej   resztę   ubrania,   a   jego   wargi   okryły   jej   nagość   płaszczem   pocałunków,   które   rozgrzewały 

skuteczniej niż promienie słońca. Dreszcz namiętności, który nią wstrząsnął, sprawił, że kolana jej osłabły i 

musiała oprzeć dłonie na jego ramionach. Tych szerokich i muskularnych ramionach, które mogły unieść ciężar 

jej problemów. Ramionach, które kusiły ją, by rozebrać go tak samo, jak on ją rozebrał. 

Stał przed nią wspaniały w swej nagości, wyciągnęła rękę, by go detknąć, i zawahała się, przestraszona, że 

należy do niej. Patrzyła zdziwiona, jak drży w oczekiwaniu na jej dotnięcie. W końcu jej palce dotknęły jego 

piersi, odnalazła brodawki i bawiła się okalającą je plątniną twardych włosów, aż w końcu jej dłoń zsunęła się 

śmiało w dół, do drżącego rozkosznie rdzenia pożądania. Jęknął z rozkoszy i przyciągnął ją do siebie. Oboje 

zanurzyli się w.zimnej wodzie strumienia. 

Drobne   fale   marszczyły   się   opływając   ich   ciała,   a   on   osadziwszy   ją   na   miejscu,   wypełnił,   uczynił   całą. 

Kołysząc się powoli rozpoczął słodką torturę, kiedy odnalazł ustami jej sutki. Pieścił je językiem, wywołując w 

niej' dreszcze rozkoszy aż do bólu. Głowa opadła jej do tyłu, a palce wpiły się w jego ciało. Jego wargi oderwały 

się od piersi i zagłębiły w miękkiej skórze. 

Przeszłość wróciła do niej nagle potokiem żywych dozna.ń.Tak samo było i wówczas, a jednak inaczej. Ich 

uczucia płonęły tak samo jak teraz, ich głód wzrastał tak samo, ale spełnienie, które nadchodziło pospiesznie wraz 

z uczuciem namiętnego niepohamowania, niosło ze sobą wiedzę, . że udało im się przetrwać ... Pokonali poczucie 

zdrady, rozdzielenia, samotności i przekonali się, że nic nie było silniejsze 

niż ich wzajemna miłość. 

- Steven! - wyrwał się z jej ust chrapliwy okrzyk w ciszy nocy. W chwilowym przypływie strachu Lara zdała 

sobie sprawę, że ostrożność może zostać tak łatwo pokonana. Potem przyszła ekstaza, a wraz z nią zniknęły 

wątpliwości. 

Kiedy znowu mogła mówić, wyszeptała: 
- Powinniśmy już wracać. Robi się zimno. 
- No i umieram z głodu - przyznał się Steven. - Choć bardzo chciałbym zostać tutaj i wyobrażać sobie, że to 
jest nasz cały świat, sądzę, że masz rację. Powinniśmy wracać. 

Podjąwszy, chociaż z żalem, tę decyzję, ubrali się pospiesznie i poszli na farmę. W kuchni pracowali razem w 

ciszy, którą przerywały tylko wymieniane przelotne pocałunki, gdy siekali warzywa i tarli ser na omlety. 

- Mamy też coś słodkiego - oznajmiła Lara, wyjmując paczkę domowych ciastek, które Megan zostawiła jej w 

lodówce. 

- Brakuje tylko wina - powiedział Steven. Lara zaprotestowała. 

- Wino jest ostatnią rzeczą, której. potrzebuję. Zasnę nad talerzem. 

- To nie byłoby takie złe. Jesteś wyczerpana i potrzebujesz odpoczynku. Może pobiegnę do domu i przyniosę 

wino? " 

- Naprawdę nie jest mi potrzebne. Duża szklanka mrożonej herbaty będzie świetna. 

- Dobrze - zgodził się. - Tej nocy każde twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. ,- Obrócił ją do siebie i 

pocałował w usta. Lara znów poczuła podniecenie, tylko z powodu tego prostego gestu. 

- Lepiej mnie nie rozpraszaj - ostrzegła. - Albo umrzesz z głodu.  . 

Zmusiła   się   do   tego,   by   z   powrotem   skoncentrować   uwagę   na   przygotowywaniu   kolacji.   Przysmażyła 

warzywa, dodała je do jaj i wkrótce jedzenie było na stole, a jeszcze szybciej zniknęło. 

background image

- To śmieszne - powiedziała patrząc na puste talerze. - Nie zost<l;ła nawet okruszyna. Tak jedliśm.y, jakbyśmy się 
bali,że ktoś przyjdzie i nam to zabierze. - Jeszcze głodna? 
- Nie. Myślę, że to dosyć. A ty? 
- Jeszcze jeden głód nie został zaspokojony. 
-Och, naprawdę. Myślałam, że o ten zatrosz;czyliśmy się najpierw. 

- To była tylko przystawka. Myślałem o deserze. 
- Czy to ta twoja wiecznie głodna cząstka, której powinnam się obawiać? 

 

- Miałem raczej nadzieję, że będziesz ją uważała za jedną z moich największych zalet. Spoważniał nagle. - 

Musimy o czymś porozmawiać. 

- Proszę cię, żadnych poważnych rozmów dziś wieczorem. Chcę się wyspać. 

- Nie,. To nie może czekać. Wspomnieliśmy o tym dziś po południu. 
- Dziś po południu? 
- Tak. Mówiliśmy o twoim powrocie na studia. 
- Nie chcę o tym znowu dyskutować, Stevenie. Nie ma o czym mówić. 
- Bo nie chcesz wracać? 
- Tego nie powiedziałam. 
- Chodzi o pieniądze? 
- Rzeczywiście, o to także. Nie ma co ukrywać, że studia medyczne kosztowałyby fortunę. Jak dobrze wiesz, 
ostatnio brak mi pieniędzy. 
- A mnie nie. 
Otworzyła szeroko oczy. . 
- Zapomnij o tym! Nie przyjmę od ciebie pieniędzy. 
- Dlaczego nie? Laro, mam więcej, niż mi potrzeba. Jeśli chcesz studiować, chciałbym ci pomóc. Będę 
szczęśliwy widząc, że masz to, na co zasługujesz. Bóg jeden wie, że jestem ci to winien. 

- Absolutnie nie! Nic mi nie jesteś winien. Wystarczy, że jestem zadłużona w banku. Nie zacznę pożyczać 

pieniędzy od przyjaciół. 

- Czy nie jestem więcej niż przyjacielem? - spytał z wymuszonym uśmiechem. 

Machnęła ręką lekceważąco. 

- Semantyka. Nie dostrzegasz najważniejszego. Jeśli sama nie mogę tego zrobić, to nie zrobię· 

- Czy to znaczy, że jednak tego chcesz? 
- Do diabła, nie powiedziałam tego. 

Zapadła cisza i Lara myślała, że rozmowa skończona, ale Steven powiedział powoli, nie patrząc jej w oczy: 

- Jest inne wyjście. 

- Jakie? 

- Sprzedaj mi farmę. 

Te trzy słowa odbiły się. echem od ścian i zabrzmiały w głowie Lary tak okrutnie jak niespodziewany cios. 

"Sprzedaj mi farmę." 
Czy tylko o to chodziło? Czy po jedenastu latach Stevenowi nie zależało na niczym więcej, tylko na jej ziemi? 

Myśl 

zdradzie, którą tak niedawno odrzuciła jako należącą do przeszłości, znów powróciła do niej, dławiąc ją 

swoją goryczą. 

Zatrzęsło nią. Dosłownie drżąc z gniewu zerwała 

się na równe nogi. 

- Wynoś się - powiedziała bardzo, bardzo cicho. Steven patrzył na nią zaskoczony. 

- Co takiego? 

- Słyszałeś. Prosiłam, nie, kazałam ci się wynosić z mojego domu. 

-  Laro? 

Jego zmieszanie wydawało się prawdziwe, ale ona była nieugięta. Powtórzyła głośniej: 

- Idź stąd! Natychmiast! Pozostał na miejscu. 
- Siadaj. Porozmawiajmy o tym. Dlaczego, u licha, jesteś taka zła? 
- Myślę, że powit:.działeś dosyć. Jeśli ty nie wyjdziesz, ja wyjdę. 
Widząc jej upór, wstał w końcu. Ale kiedy był już przy drzwiach odwrócił się i spróbował ułagodzić ją po raz 

ostatni. 

- Laro - powiedział proszącym głosem. , Odwróciła się do niego plecami. 
Dopiero gdy usłyszała, że wyszedł, że drzwi zamknęły się za nim, poddała się łiom, które zdawały się R!ynąć z 

jej wnętrza. Wzięła talerz i rzuciła nim o drzwi, a potem zapłakała głośniej, gdy potłuczone skorupy spadły na 

podłogę. 

Ziemia! Ta przeklęta ziemia! Tylko o to zawsze chodziło. Była taka głupia, uwierzyła, że ją naprawdę kocha, a 

jemu chodziło tylko o te hektary, które do niej należały. Odpłaci mu za to. Na Boga, znajdzie sposób, żeby jej za 

to zapłacił. 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Na trawniku kładły się srebrzyste cienie. Wstawał poranek i niebo na horyzoncie zaczęło się różowić. Lara 

background image

usiadła bokiem w bujanym fotelu stojącym na frontowym ganku. Odpychała się leniwie jedną nogą od podłogi\ 

Zazwyczaj to wystarczało, by zasnęła, ale tej nocy głowa pękała jej od myśli i usypiający rytm huśtania nie dał 

efektu.   W   końcu   dała   za   wygraną.   Postanowiła   przemyśleć   ostatnie   wydarzenia,   nagły   zwrot   w   burzliwej 

znajomości ze Stevenem. 

Już od wielu godzin myślała o jeao propozycji, starając się zrozumieć jej znaczenie. Zawsze wracała do tego 

samego punktu. Nigdy nie zrezygnował z ziemi Danversów. Chciała wierzyć, że przez ostatnich kilka tygodni 

coś trwało między nimi. Nie raz coś jej przyrzekał, obiecywał znów ją zdobyć. Jego uwodzicielskie usiłowania 

początkowo  wprawiały  ją  w zakłopotanie,   ale  były skuteczne.  Wielkie  nieba,   jak  bardzo  skuteczne.   Użył 

przeciw niej tęskonoty jej ciała za jego upajającymi dotknięciami. 

Tak bardzo chciała mu wierzyć, że okłamywała samą siebie. Zignorowała swój instynkt. To nieprawdopodobne 

- wszyscy powtarzali jej przez cały ten czas - że Steven prtez ostatnich jedenaście lat usychał z tęsknoty za nią, 

bez względu na to, co mówit Przecież nie rozdzielił ich okrutny los ani żaden kataklizm. To on odszedł, taki 

był jego wybór. Nawet gdy wrócił prawie trzy lata temu, nie zrobił nic, by wszystko naprawić, by mogła 

wrócić do jego życia. Było jasne, że nie powodował nim nagły poryw uczucia. 

- A więc co? - zastanawiała się. 
Raz   się   sparzywszy,   potraktowała   cynicznie   jego   motywy.   Może   rozważano   jakiś   projekt   budowlany,   do 

którego realizacji była potrzebna jej ziemia. Przed laty kupił za bezcen setki akrów od farmerów, którzy znaleźli 

się w kłopotach finansowych. Człowiek wykorzystujący kłopoty innych, aby robić interesy, był wystarczająco 

bezwzględny, zdolny do wszystkiego. Jak daleko był gotów się posunąć? Do małżeństwa? Może chciał się tylko 

wkraść w jej łaski, czekając na jakąś katastrofę· Szczęśliwie dla niego, nie musiał czekać zbyt długo. 

Przysięgła sobie jednak, że tym razem trafiła kosa na kamień. Jej ojciec nie uległ jedenaście lat temu, a dzisiaj 

ona była w lepszej sytuacji, nawet pomimo zniszczeń wyrządzonych przez burzę· 

Steven nie wiedział, że studiowała na zaocznych kursach rolniczych. Wiele się nauczyła. Ostatnie lata były dla 

niej dobre. Miała najlepsze plony kukurydzy. Nawet ubiegłego roku, kiedy sporo wydała na nowe technologie i 

sprzęt rolniczy i wynajęła solidnych pracowników do pomocy Loganowi, udało jej się coś odłożyć na czarną 

godzinę. Steven sam jej powiedział, że pan Hogan był dumny z jej osiągnięć. Było nieprawdopodobne, by 

bankier   odmówił   jej   dodatkowych  pieniędzy.   Może   zdążyłaby  wysiać   poplony   i   jeszcze   w   tym  roku   coś 

zwrócić. 

Przyrzekła   sobie,   że   pewnego   dnia   odKupi   ziemię,   którą   była   zmuszona   sprzedać   Stevenowi.   Ten   cel 

przyświecał jej od owego dnia, gdy w banku doznała upokorzenia. To był poważny, choć trudny do uniknięcia 

błąd. Nie zamierzała go powtarzać ulegając teraz jego czarowi i sprzedając mu resztę. Zamiast tego postara się 

odkryć jego prawdziwe motywy. 

Znowu zadzwonił· telefon, tej nocy dzwonił bez przerwy. Zignorowała to. 

Dzwonek nie ustawał, w końcu chwyciła za słuchawkę· 

 

- Zostaw mnie w spokoju! 

- Lara? - W burkliwym, charakterystycznym głosie Terry Simmons brzmiała niepewność. 

Lara westchnęła. 

- Terry, przepraszam. 

- Dobrze się czujesz? 

- Bywało lepiej - odpowiedziała szczerze. 

- Słyszałam, że burza w twojej okolicy narobiła dużo szkody. Co tam u was? 

- Dom i stodoła w porządku. Najgorzej pola. 

- Czy mogę w czymś pomóc? 

- Nie, dziękuję. Wybieram się właśnie do miasta załatwić parę spraw. Prawdopodobnie zajdę do banku. Z 

reakcji pana Hogana zorientuję się, w jakich jestem naprawdę kłopotach. 

 - Może byśmy się spotkały na lunchu? Wygląda na to, że trzeba podnieść cię na duchu. 

Lara zawahała się, ale zdała sobie sprawę, że potrzebuje otuchy, a może nawet matczynej rady. 

- W połudlnie u Beaumontów? 

- Dobrze. Do zobaczenia. 

Odłożywszy słuchawkę Lara natychmiast wyszła z domu i pojechała do miejscowego sądu zorientować się, jak 

przebiegał ostatnio obrót nieruchomościami i czy planuje się jakieś inwestycje budowlane w okolicy. 

W sądzie odnalazła Franklina Dennisona. W zsuniętych na czubek nosa okularach o grubych szkłach, siedział 
obłożony op~słymi, zakurzonymi tomami rejestrów ziemskich. Zamrugał oczyma, gdy do niego przmówiła, a 
zrozumiawszy ją uśmiechnął się. Jego szczupła, pociągła twarz pokryta była zmarszczkami. 
- Co cię tu sprowadza, Laro? Nigdy nie pokazujesz się w mieście o tej porze roku. Zazwyczaj jesteś zbyt zajęta 
na farmie. Dziewczynki są ciągle u ciebie? 
- Nie. Wróciły do Kansas City z Tomrnym i Megan. 

Pokręcił głową z dezaprobatą. 

- To kawał drogi. Rodziny za daleko się włóczą w dzisiejszych czasach, jeśli chcesz wiedzieć. 

- Tommy'emu trafiła się dobra okazja. Prawdę mówiąc, sądzę, że postanowił rnnie denerwować. Chociaż nie 

chciał mieć nic wspólnego  z życiem  na  farmie,  to przecież miał  własne poglądy na  temat  gospodarowania. 
Dopóki tu był, musieliśmy się o to spierać. Greg nie jest taki. Wątpię, czy by zauważył, nawet gdyby wszystko 
było zapuszczone, o ile nie przeszkadzałoby mu to w jego malowaniu tam w Colurnbus. 

background image

- Skąd się wzięła u niego ta żyłka artystyczna? 

- zastanawiał się Franklin. - Twój tata nie umiał 

Bawet   posiać   zboża   w   linii   prostej,   nie   mówiąc   już   o   jej   narysowaniu,   a   twoja   mama   była  tak   rozsądna   i 
praktyczna, jak sobie tylko można wyobrazić. 

- Ale po śmierci mamy znalazłam trochę jej rysunków. Jej bazgrołów, jak je nazywała. Były dobre. Szkoda, że 
nigdy nie pracowała nad swoim talentem. - Tylko rodzina się dla niej liczyła. Byłaby z ciebie bardzo dumna, 
Laro. Dzięki tobie ci chłopcy wyrośli na ludzi. Ty też będziesz wkrótce dobrą mamą· 

- Zrobiłam to, co musiałam - powidziała nagle zniecierpliwiona tą pogawędką. Franklin wyraźnie wyczuł coś w 

jej głosie. 

- Nie przyszłaś tu- po to, żebym cię poghiskał po główce, prawda, dziewczyno? - Nie obraził się· 
- W czym ci mogę pomóc? 

- Chciałabym spojrzeć w twoje rejestry transakcji gruntami. 

Odgarnął z czoła gruby kosmyk siwych włosów i spojrżał na nią z ukosa. 
- Boże, mamy tego mnóstwo. Ile roczników chcesz sprawdzić? 

- Może ostatnich pięć lat. 

- Czy szukasz czegoś konkretnego? 

- Sama nie wiem. Chcę tylko sprawdzić swoJe podejrzenia. 

Po dwóch godzinach przeglądania kartoteki była kompletnie wyczerpana, w ustach jej wyschło, litery skakały 

jej przed oczyma. Stwierdziła, że Steven był właścicielem wielu nieruchomości, ale były one rozrzucone po 

całym hrabstwie. Nic nie wskazywało na to, by planował jakiekolwiek inwestycje budowlane. Nie było też 

zarejestrowanych żadnych podań o przekształcenie terenów'z zabudową willową lub gruntów rolnych w centra 

handlowe, przemysłowe bądź nawet o przeznaczenie ich pod zabudowę mieszkaniową 

Westchnąwszy   podziękowała   Franklinowi   i   poszła   do   redakcji   gazety   na   drugą   stronę   ulicy.   Z   Peterem 

Grimesem,   wydawcą   tygodnika,   chodzili   razem   do   szkoły.   Potem   wyjechał   do   stanu   Ohio,   studiował 

dziennikarstwo, po czym przejął gazetę, którą założył 

. jego ojciec. Do jego rodziny należały podobne gazety lokalne w północno-zachodniej części stanu. 

Znalazła Petera w drukarni, szykował odbitki szczotkowe kolejnego wydania. 

- Jesteś zajęty? - spytała, kiedy w końcu spojrzał na nią i zauważył,. że go obserwuje. 

Uśmiechnął się kwaśno. 

- Matt się zaziębił. Pytam się, kto łapie zaziębienie w lecie? Najwyżej w lutym, kiedy jest ponuro i możesz 

sobie siedzieć przed kominkiem i leczyć się filiżanką bulionu. O tej porze roku można· sobie tylko spalić skórę 

na słońcu. 

- Rozumiem, złościsz się, bo z powodu jego nieobecności musisz sam smarować farbą te strony., - Muszę, jeśli 

gazeta ma się ukazać jutro. Chcesz pomóc? 

- Chętnie bym pomogła, ale skończyłoby się tak, że nekrolog Tiffay'nego Wyatta znalazłby się w rubryce 

informacji handlowych.  

- Uwierz mi, to byłoby najmniejsze zmartwienie - powiedział. - Jeśli nie przyszłaś pomóc, to co cię tu 

sprowadza? 

- Chciałabym ci postawić filiżankę kawy i przy okazji wypytać o parę spraw. 

- I może zapiekankę? Nie wódź mnie na pokuszenie, LaroDanvers. Od rana wypiłem tylko filiżankę czarnej 

lury, którą moja żona podaje jako kawę· 

Lara zaśmiała się. 

- No więc ci pokażę, że potrafię być dobrym kumplem: kupię to w barze na wynos i przyniosę tutaj. 
Dwadzieścia   minut   później   Peter   zajadał   wśród   błogich   westchnień   drugą   zapiekankę   z   serem,   nie 

przerywając pracy nad gazetą. 

- No, basta - powiedział, kiedy przełknął ostatni' kęs i popił sporym łykiem wonnej mocnej kawy od 

Beaumontów - pytaj . 

Lara zapytała prosto z mostu: 

- Czy dużo się teraz buduje w hrabstwie? 

- Widziałaś centrum handlowe przy głównej ulicy i kilka budynków biurowych tu w mieście. Nic specjalnego. 

Czemu pytasz? 

- Nie mówię o tym, co się już buduje. Chodzi mi o zakulisowe wiadomości. Pogłoski o wielkich planach. 

Może o jakichś inwestycjach budowlanych? Słyszałeś o czymś? 

Przyjrzał jej się pytająco. 
- Coś słyszałaś? 

Lara zaśmiała się. 

- Nie zaczynaj mnie wypytywać, Peterze Grimesie. To ja ciebie pytam. 

- Przepraszam - skrzywił się w uśmiechu. - Siła przyzwyczajenia. Niech pomyślę przez chwilę ... Zawsze są 

jakieś pogłoski, że ktoś kupuje ziemię, ale nie słyszałem nic konkretnego. W każdym razie nic na tyle pewnego, 
żebym to opublikował. 

- Ale słyszałeś jakieś plotki? 

- To były właśnie plotki, Laro. 

background image

- Kogo dotyczyły? 

Peter przerwał pracę i spojrzał jej w oczy. Westchnął. - A więc o to chodzi. Nie możesz zapomnieć, prawda? 

- O czym zapomnieć? 

- O Stevenie Drake'u i o tym, co ci zrobił przed laty. 

Spojrzała na niego zdumiona i zmieszała się.

 - Co o tym wiesz?

- Na Boga, Laro, to jest małe miasto. Poza tym byłem najlepszym przyjacielem Tommy'ego. Byłem tu, kiedy 

Drake wyjechał. Widziałem, jak wyglądahis przed wyjazdem do college'u, snułaś się po farmie, miałaś smutek 

w oczach. Kiedy wróciłaś po śmierci matki, nie wyglądałaś lepiej. Ciągle cierpiałaś. Miałem nadzieję, że to już 

minęło, szczególnie odkąd' zobaczyłem was razem na farmie, kiedy Kelly wpadła do tej studni. 

- Między nami było wszystko w porządku. 

- No to dlaczego zadajesz mi te pytania? 

- Tak tylko się zastanawiam. 

- A ja jestem wydawcą "New York Times'a" - odparł. - Nie rób ze mnie durnia. 

Przyjrzał jej się z powagą. 

- Pozwól, że ci coś poradzę, Laro. Jeśli zamierzasz odpłacić mu w jakiś zwariowany sposób, to zapomnij o 

tym. On jest tu teraz popularny. Ludzie mówią, że to dobry człowiek. Pomógł niejednemu i nie żądał niczego w 

zamian. Jeśli chcesz coś wiedzieć o planach Stevena, zapytaj jego. Nie wciągaj w to swoich przyjaciół, jego 

przyjaciół. 

"Zapytaj jego", wymamrotała przechodząc na drugą stronę ulicy i zmierzając do Beaumontów. Z pewnością, 

tak byłoby naj prościej i najłatwiej uzyskać odpowiedź. Ale czy mogłaby jej ufać? Poza tym, bała się stanąć 

twarzą w twarz ze Stevenem. Na samą myśl o rozmowie z nim sam na sam jej serce biło mocniej, a jeśli miała 

być szczera, ta reakcja nie była spowodowana wyłącznie złością. 

- Z czyjego powodu tak się zachmurzyłaś? - zapytała Terry kiedy Lara usiadła obok niej przy stoliku koło okna. - 

Nieważne. Zgadnę. Chodzi o Stevena? - Dlaczego? Czy strata większości zbiorów to nie jest wystarczający 

powód do smutku? 

-   Może   dla   innych,   ale   myślę,   że   taką   burzę   przyjęłabyś   jeszcze   dość   pogodnie,   jeśli   mi   wybaczysz 

niestosowny żart. Nie. Tu musi chodzić o mężczyznę. Co on zrobił? 

Lara zastanawiała się, czy ma wyśmiać niewiarygodną domyślność Terry, ale zdecydowała się tego nie robić. 

Nie mogła dzwonić do Tommy'ego i Megan, żeby o tym porozmawiać. Oni byli za tym, żeby się pozbyła farmy i 

wracała na studia. Powiedzieliby jej tylko, że okazała się strasznie głupia odrzucając propozycję Stevena, bez 

względu na to, dlaczego ją złożył. 

W końcu wciągnęła głęboko powietrze. 
- On chce, żebym wróciła na studia. 
Brązowe oczy Terry rozszerzyły się dramatycznie. 
- Jaki okropny człowiek! 

Lara wpatrzyła się w nią i zauważyła, jaK jej drgają wargi. 

- W porządku. Śmiejesz się ze mnie. Wiem: że to brzmi mądrze, -ale to nie wszystko. Ponieważ nie przyjęłam od 

niego pieniędzy, zaproponował, że kupi farmę. 

- Zdaje się, że zaczynam rozumieć, o co chodzi. Nie chcesz sprzedać farmy, nawet gdyby to ci pomogło 

zrealizować twoje marzenia. 

Lara pokręciła głową. 

- Nie jestem nawet pewna, czy tego jeszcze chcę - powiedziała powoli, sama zdziwiona tym wyznaniem. - To 

znaczy, kiedyśmy po raz pierwszy o tym mówili, cieszyłam się tą myślą. Niegdyś bardzo mi zależało na tym, 

żeby zostać lekarzem, ale prawda jest taka, że naprawdę lubię pracę na roli. Pomimo wszystko lubię 

podejmować wyzwania, które ona mi rzuca. 

- Jeśli tak mówisz, mimo że wczoraj o mało cię nie zmiotło z powierzchni ziemi, to muszę wierzyć, że to 

prawda. Dlaczego w t~kim razie po prostu nie powiesz tego Stevenowi? 

Łzy same napłynęły do oczu Lary. Wykrztusiła: 
- Bo nie jestem pewna, czy to o moje szczęście Stevenowi chodzi, czy też zależy mu na mojej farmie. 
- Ach - powiedziała cicho Terry. - Ach, tak. 
- No właśnie. 

Nagle Lara poczuła dłoń na ramieniu. Nie miała wątpliwości, czyja to dłoń, zwłaszcza że Terry była spłoszona 

jak dzieciak złapany z ręką w słoju ze słodyczami. 

- Laro - powiedział Steven. Ku swemu zdziwieniu w jego spokojnym głosie wy<;zuła nutę złości. Ośmieliła 

się spojrzec na niego i zauważyła, że był spięty, a oczy mu pałały gniewem. 

- Nie pogniewasz się, że zabiorę Larę? - zwrócił się do Terry odciągając jednocześnie Larę od stolika. - Nigdzie z 
tobą nie idę - warknęła Lara, gdy Terry skinęła przyzwalająco.

- Ależ tak, idziesz - powiedział przez zaciśnięte zęby. - Albo będziemy tu zaraz mieli piekielną awanturę. 
Lara patrzyła na niego w milczeniu, wściekła. Wyrwała mu się i wyszła od Beaumontów z podniesioną głową. 
Gdyby Steven rzeczywiście znał ją tak dobrze, jak sądził, wiedziłby, że jej pochylona głowa i zaciśnięte wargi 
oznaczały ostrzeżenie. Na ulicy zaatakowała go.  . 

background image

- Nigdy, nigdy więcej nie próbuj tego robić - syknęła. - jeśli masz mi coś do powiedzenia, zadzwoń i umów się. 

- Dzwoniłem co godzinę po wyjściu od ciebie ostatniej nocy. Twój telefon jest zepsuty? 

- Nie. Nie chciałam z nikim rozmawiać. 
- Więc nie możesz mnie winić, że wziąłem sprawy w swoje ręce, prawda? Gdzie chciałabyś dokończyć 
rozmowę? 
- Nie chcę jej nawet zaczynać. 
- Nie pytałem cię, co wolisz. Z całą pewnością porozmawiamy. Jeśli ty nie chcesz, ja wybiorę miejsce.
 - Możemy porozmawiać tutaj. 
- Mam zbyt wiele do powiedzenia, żeby robić to na środku ulicy. - Chwycił jej rękę i zaczął iść. - Zdaje się, że 
zawsze ciągnę cię na skwer, żeby porozmawiać. Czy nie wydaje ci się, że żyłoby nam się przyjemniej, gdybyś 
była rozsądniejsza? 

- Jestem rozsądna. To ty jesteś arogancki, zapalczywy ... 
- Uważaj - ostrzegł. - Za chwilę stracę panowanie nad sobą. 

- Ja już je straciłam. 
- Właśnie to zauważyłem ostatniej nocy. - Wskazał jej pustą ławkę. - A może wolisz iść pod swoje ulubione 
drzewo? 

- Ławka wystarczy. - Trzymała się od niego w bezpiecznej odległości. 

- Zacznijmy od ostatniej nocy - zaproponował. - Dlaczego moja propozycja,. żebyś mi sprzedała farmę, tak cię 
rozzłościła? 
Lara milczała uparcie. 
- Nie wyprowadzaj mnie z równowagi. 
- Nie zauważyłam, żebyś ją miał. 
- Laro! - podniósł głos. 
- Dobrze! - również krzyknęła. - Niepokoi mnie powód tej propozycji. 

 

W jego oczach odmalowało się autentyczne zdzi

wienie. 

- Powód? 
- Tak. Dlaczego mi to zaproponowałeś? 
- Żebyś miała pieniądze na powrót na studia - odpowiedział bez wahania. - Czy to cię niepokoi? 
- O, tak - powiedziała, ledwo kryjąc wściekłość. - Po pierwsze, nie wierzę ci. 
Wydawał się szq:erze zaskoczony. 
- Dlaczego, na Boga? Przecież to prawda. Zawahała się przez chwilę, zmieszana jego reakcją. 

Nawet głos mu nie zadrżał. Jeśli udawał, robił to bardzo dobrze. 

- Masz mnie za głupią - odparła. - Przecież nie kupujesz ziemi z pobudek altruistycznych. Jesteś biznesmenem. 

Podejmujesz decyzje, ponieważ to ci się opłaca. Jedenaście lat temu bardzo chciałeś kupić naszą ziemię, uwiodłeś 

niewinnego dzieciaka, żeby osiągnąć swój cel. Dlaczego choć przez chwilę miałabym wierzyć, że teraz się coś 

zmieniło? Twoje sposoby z pewnością się nie zmieniły. 

Zbladł, tylko na policzki wystąpiły mu wypieki. Zerwał się i stanął nad nią. Zadrżała widząc lodowaty wyraz 
jego twarzy. 

- Czy tak właśnie o mnie myślisz? - powiedział wolno, ale jego głos smagnął jak biczem. - Myślisz, że byłbym 

zdolny wykorzystać cię, żeby osiągnąć swój cel? 

Mimo ogarniającej ją nagle niepewności wytrzymała odważnie jego wściekłe spojrzenie. 

- Tak. 
- Rozu.miem. - Potrząsnął głową. Nagle jego złość zniknęła i zastąpił ją smutek. Zniżył głos do ochrypłego 
szeptu. - Nie znasz mnie wcale. 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Oszołomiona Lara patrzyła w milczeniu, jak Steven odchodzi wyprostowany, szybkim krokiem. Nawet się na 

nią nie obejrzał. 

To   odejście   miało   w   sobie   coś   ostatecznego   i   wstrząsnęło   nią   bardziej   niż   jego   gniewne   słowa.   Przede 

wszystkim zwątpiła, czy miała prawo czuć się święcie oburzona. Czuła, że po tym, co się stało, duma nie pozwoli 

mu już więcej wrócić i narażać się na takie oskarżenia. Ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że zraniła go głęboko 

swoim ostrym językiem i ślepą złością. Czy mogłaby go zranić tak bardzo, gdyby nie zależało mu na niej choć 

trochę? 

I co więcej, czy to możliwe, że osądziła go niesprawiedliwie? Przecież nie zaprzeczył jej oskarżeniom. Całkiem 

je zlekceważył. 

Gdy minął szok, poczuła wewnątrz ból. Złość jej przeszła, została sama ze swoimi. wątpliwościami i uczuciem 

tęsknoty oraz przerażającej pustki, którą - jak dobrze wiedziała - tylko Steven mógł wypełnić. 

W końcu zdała sobie sprawę, gdzie jest. O tej porze dnia park był pełen ludzi - matki z wózkami, dzieci na 

rowerach, pracownicy korzystający z przerwy obiadowej, wszyscy razem tworzyli atmosferę radości i gwarnego 

background image

podniecenia, z którym tak bardzo kontrastował jej ponury nastrój. 

Powoli dostrzegała coraz więcej. Ziemia po niedawnym deszczu była wciąż lekko wilgotna, a powietrze parne i 
ciężkie od intensywnego zapachu róż, których płatki leżały rozsypane pod krzakami, tworząc delikatne kolorowe 
plamy. Słońce grało w berka z wielkimi, 

pierzastymi białymi chmurami. Był piękny letni  dzień,  ale  dla niej  nic nie  znaczył  bez Stevena,  z którym 

mogłaby się tym wszystkim podzielić. 

Czyżby tak właśnie miała spędzić resztę życia? Czy los skazał ją na samotność w pozbawionym kolorów 

świecie, bo odszedł mężczyzna, który przynosił jej radość? Nie, zdecydowała. Dość poświęceń. Jeśli istniały 

odpowiedzi  na jej pytania,  ona je pozna. A jeżeli winna mu była przeprosiny za to, że w niego wątpiła, to 

przeprosi go. 

No, a jeśli - wewnętrzny głos nie dawał jej spokoju - jeśli miała rację? Zastanowiła się· nad tym, ale chwilowo 

odsunęła od siebie tę myśl. Rozważy tę możliwość, gdy zostanie do tego zmuszona. O ile zostanie. A tymczasem 

siedzenie w tym parku było ostatnią rzeczą, któtą powinna robić. Tu nie znajdzie odpowiedzi. 

Zerwała się i poszła do samochodu. Ożywiona odurzającą mieszaniną złości i determinacji, starała się nie 
naciskać zbyt mocno pedału gazu. Dopiero za miastem popędziła na oślep drogą prowadzącą do posiadłości 
Stevena. Czuła wyraźnie, że zmierza ku swemu przeznaczenIu. 

To był najgorszy dzień w życiu Stevena. Oskarżenia Lary zraniły go głęboko i bolały znacznie bardziej niż te 

straszne lata ich rozłąki. Nic tak bardzo nie kazało mu wątpić w jej miłość, jak oskarżenie, że uwiódł ją tylko po 

to, by zdobyć ziemię. 

Jednak ciągle jej pożądał. Reakcje jego ciała nie były w zgodzie z tym, co 'nieustannie podpowiadał rozsądek - 

by wycofać się z godnością. Musiał dosłownie walczyć, aby osiągnąć powodzenie w świecie biznesu. Nie miał 

zamiaru postępować tak samo w miłości. Jakiż mógłby być ich związek, jeśli tak mało mu ufała? . 

DOLINA SERCA 

A mimo to nie mógł zapomnieć, jak wyglądała tego popołudnia u Beaumontów. Była smutna, zagubiona i 

samotna.  A  przy   tym   niezmiernie   pociągająca.   Na   jej   widok   poczuł   napływającą   falę   gorącej   krwi.   Nawet 

wówczas,   gdy   odszedł   od   niej   w   parku,   urażony   w   swojej   dumie,   ciało   i   dusza   wypełnione   były   innym 

pragnieniem. 

Te wszystkie lata ich znajomości nie przygotowały go na wstrząs, jaki spowodował jej okrutny cynizm. Lara 

zawsze symbolizowała delikatność i zrozumienie, a ponad wszystko nie pytającą o nic, hojną, namiętną miłość, 

jakiej nigdy przedtem nie zaznał. To, co dzisiaj zrobiła,· nie miało jednak nic wspólnego z miłością. Świadczyło 

jedynie o braku zaufania 

rozczarowaniu. 

"Może gdyby poddała się rozpaczy ... Może wówczas by tak nie zgorzkniała i nie zamknęła się w sobie" - 

przypomniał sobie nagle słowa Megan. Czy na dzisiejszym zachowaniu Lary zaważyła opinia o nim ustalona 

przed laty? Z całą pewnością właśnie wtedy posiał pierwsze ziarna nieufności.  Do tej pory nie miał jednak 

pojęcia, że tak dobrze się zakorzeniły. Myślał, że przezwycięży wszystkie jej wątpliwości i podejrzenia, lecz jeśli 

się dobrze zastanowić, w ciągu tych przepełnionych bólem lat stosunkowo krótko trwał okres miłości. 

Gdy w końcu wrócił do siebie, krążył niespokojnie po całym domu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Nie mógł 

opanować cisnących się do głowy myśli. 

- Czy jadł pan już lunch? - zapytała pani Marston, kiedy po raz chyba jedenasty wędrował z salonu na taras i z 

powrotem. 

- Nie jestem głodny - burknął wychodząc na zewnątrz. Podążyła uparcie za nim. 

 - Może w takim razie mrożonej herbaty? Jest bardzo parno. 

Zatrzymał się i spojrzał na nią wściekle. - Nie chcę również żadnej herbaty. 

- A może ... 

- Do licha, chcę, żeby mnie zostawiono w spokoju. 

Uniosła brwi zdziwiona, ale odeszła do kuchni, nie robiąc mu wymówek z powodu gburowatego zachowania. 

Zastanawiał się, jak długo będzie taka uległa. Prawdopodobnie nie omieszka podać mu dzisiaj nie dosolonego 

obiadu. 

Steven wyniósł teczkę z dokumentami na taras i wyjął papiery, które przygotował kilka dni temu, po rozmowie 

z Megan. Chciał dobra Lary. Tak wiele pragnął zrobić, by ułatwić jej życie. To miał być początek. Zamiast tego te 

papiery stały się symbolem związku między dwojgiem ludzi, którzy najwyraźniej wcale się nie rozumieli. 

Lara zahamowała z piskiem opon przed domem Stevena, wzbijając fontannę żwiru. Wysiadła i zatrzasnęła 

drzwiczki. 

Wbiegła po schodach i kilka razy mocno n,acisnęła dzwonek. Słyszała, jak jego echo odbiło się wewnątrz 

domu. Gdy pani Marston otworzyła drzwi, Lara zdobyła się na wymuszony uśmiech i zapytała: 

- Gdzie on jest? 

- N a tarasie. 

Kiedy Lara ruszyła w tamtym kierunku, pani Marston zawołała za nią: 
- Niech pani będzie ostrożna, panno Danvers. Jest w podłym nastroju. 

Lara, nadrabiając miną, uśmiechnęła się do niej. Udała, że ten zły nastrój nie ma żadnego znaczenia. 

background image

- Wiem - odparła bez zająknienia, choć poczuła mdłości. 

Jednak przy oszklonych drzwiach prowadzących na taras zawahała się. Steven siedział w słońcu z opuszczoną 

głową,  pocierając skronie.  Obok stała otwarta aktówka. Nietknięte  dokumenty leżały na ziemi. Wyglądał na 

pokonanego i bezbronnego. 

- Steven. 

Zesztywniał. Na dźwięk swego imienia podniósł głowę i utkwił w niej wzrok. W jego oczach pojawił się wyraz 

tęsknoty, który natychmiast pokrył udawanym brakiem zainteresowania. Czekał w milczeniu. 

- Czy możemy dokończyć naszą rozmowę? - zapytała cicho. 
Wzruszył ramionami z udaną obojętnością. - Myślałem, że już skończyłaś. 

- Ja też tak myślałam - powiedziała. - Ale możliwe, że zbyt prędko wyciągnęłam wnioski. 

- Możliwe - skrzywił się. 

- Chcę wrócić do tego, co się zdarzyło jedenaście lat temu. Powiedziałeś mi, dlaczego wyjechałeś, i ja ci 

wierzę· 

- Dziękuję· 

Wyraźny sarkazm w jego głosie trochę ją zbił z tropu. Podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. 

- Przede wszystkim, dlaczego mnie uwiodłeś? W jego oczach odbiło się rozbawienie. 

- Jeśli sobie dobrze przypominam, to ty mnie uwiodłaś. 

Zarumieniła się, że tak dobrze pamiętał. 

- Nie mam na myśli tylko tej nocy nad strumieniem, ale wszystko, twoją czułość, prezenty. To wszystko było 

uwodzenie. 

- Czy uwierzysz mi, jeśli ci powiem, że nie mogłem się powstrzymać? 

Uniosła brwi ze zdziwienia. Choć to, co mówił, brzmiało prawdopodobnie, nie była w stanie sobie wyobrazić, 

by Steven Drake kiedykolwiek nie kontrolował swoich uczuć lub działań. Szczególnie wówczas. Mogła łatwo 

uwierzyć,  że  byłby  wystarczająco  bezwzględny,  aby ją  wykorzystać.  Ale  dzisiaj?  Czy  mógłby  to  zrobić  ten 

człowiek, który patrzył teraz na nią z takim napięciem? Czekała niecierpliwie na jego wyjaśnienie, modląc się o 

takie, które oczyściłoby go z zarzutu. 

- Gdy cię zobaczyłem - zaczął cicho - byłem po prostu oczarowany. Jak gdyby ktoś rzucił na mnie czar. 

Otaczała cię jakaś 'tajemnicza aura niewinności i śmiałości, która pociągała mnie od początku. M usiałem cię 

poznać, 

Nie odrywała od niego wzroku. Wyszeptała bez tchu.

 - A co z ziemią? 

- Nie miała z tym nic wspólnego. Gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy, nie miałem pojęcia, ani jak się 
nazywasz, ani gdzie mieszkasz. Nic o tobie nie wiedziałem. Widziałem tylko piękną młodą kobietę, którą 
chciałem poznać. 
- Ale nadszedł czas, że się dowiedziałeś, kim jestem - nalegała. 

Steven westchnął. 
- Laro, nie zamierzam zaprzeczać, że przyjechałem do tej części stanu w poszukiwaniu ziemi. Czułem, że są 

tu możliwości rozwoju, że rodziny z Toledo będą szukać spokojniejszego otoczenia, gdy miasto będzie się 

rozrastać.   Moje   przedsiębiorstwo   zajmuje   się   właśnie   transakcjami   nieruchomościami,   poza   sporządzaniem 

planów rozwoju i badaniami inżynierskimi. 

- A więc kradniesz ziemię farmerom, by się wzbogacić. - Nie mogła powstrzymać goryczy, którą czuła od tak 

dawna. 

- Niczego nie kradnę - odparł. - Miałaś osiemna~cie lat, Laro. Nienawidziłaś wtedy farmy. Nie interesowałaś 

się uprawą roli ani ludźmi, którzy się nią zajmowali. Reagowałaś emocjonalnie na to, co dla nich i dla mnie było 

dobrym interesem. 

 

Uderzyła ją słuszność jego oskarżenia. Jednak on jeszcze nie skończył. 

- Z iloma spośród tych rodzin kiedykolwiek rozmawiałaś? - zapytał. - 

Ilu 

ludzi zapytałaś, czy byliby w stanie 

przeżyć następny rok wobec ruiny finansowej? Czy kiedykolwiek się zastanowiłaś, że niektórych z nich ta ziemia 

pokonała, 'podobnie jak twojego ojca i matkę? Niektórzy spośród młodych byli tak samo zdecydowani wyjechać 

jak ty. 

- Próbujesz mi dowieść, że działałeś z pobudek wyłącznie altruistycznych? 

- Oczywiście, że nie. Ale interes był uczciwy. 

Oni dostali pieniądze i możliwość urządzenia się w życiu na nowo, nawet zdobycia nowego zawodu, jeśli tego 

chcieli. Nie ma wśród nich nikogo, kto sądziłby inaczej. 

Zdała sobie nagle sprawę, że to prawda. Nigdy nie słyszała, by ktoś mówił źle o Stevenie. A nawet przyjęli go 

do   miejscowej   społeczności   znacznie   goręcej   niż   ona.   Sama   widziała,   ile   mieli   dla   niego   szacunku,   kiedy 

pracowali razem, by uratować Kelly. 

- Próbowałeś także kupić ziemię mojego ojca. 
- Tak, rozmawiałem z nim o tym kilkakrotnie. Ta ziemia to znakomite miejsce pod jedno z podmiejskich 

osiedli, które chciałem wybudować. Nie chciał sprzedać. Czuł, że to jedyna spuścizna, którą może zostawić 

tobie i twoim braciom. 

Łzy   napłynęły   do   oczu   Lary.   Jego   słowa   przypomniały   jej   śmierć   matki   i   jej   życzenie,   by   zachowała 

background image

dziedzictwo ojca. 

- Kochał tę ziemię - powiedziała z prostotą. - Mimo wszystko kochał ją. 
- Tak, to prawda. 
- A jednak starałeś się zmusić go do sprzedaży. 
Steven ujął jej dłoń i przyciągnął ją do siebie. Przysunęła się niechętnie, zaniepokojona, że tak łatwo wywołał 

jej zmieszanie. Zaczynało ją już ogarmac podniecenie, które przyćmiewało wątpliwości. 

- Nie, Laro - odrzekł. - Powiedziałem mu, że moja oferta będzie zawsze aktualna, ale nigdy nie próbowałem go 

zmusić do sprzedaży, zwłaszcza kiedy mi powiedział, dlaczego chce zachować ziemię. 

Przyjrzała mu się, próbując znaleźć w jego twarzy jakąś oznakę kłamstwa, ale znalazła tylko współczucie, 

łagodność i uczciwoŚć.  . 

- Dlaczego trzy lata temu nalegałeś, żeby kupić jej część? 

- Bo słyszałem, jakie masz kłopoty finansowe, a wiedziałem, że nigdy byś nie przyjęła ode mnie pożyczki. To 

był jedyny sposób, jaki mi przyszedł do głowy, żebyś mogła utrzymać ziemię. 

- Postąpiłeś tak, mimo że wiedziałeś, jak ja to odbiorę? Że będę rozwścieczona. 
- Musiałem ryzykować. Wydawało się, że tylko ta ziemia ma dla ciebie znaczenie. 
- A teraz? 
- Tylko dlatego zaproponowałem kupno, żebyś mogła wrócić na studia. Poza tym, gdy obok stoi mój dom, 
inwestycje budowlane są wbrew moim interesom. Prawdę mówiąc, zamierzałem zatrzymać ją i. .. - urwał 
niepewnie. 
- I 

co? 

Podniósł jej dłoń do ust i pocałował, cały czas patrząc prosto w oczy. S~rce biło jej niecierpliwie. 
- Zamierzałem Zwrócić ci ją - całą - jako prezent ślubny. 

Łzy przesłoniły jej oczy. Ręce drżały.
 - Laro? 

- Nie jestem pewna, czy cię rozumiem. 

Uśmiechnął się prowokująco. 

- Och, myślę, że rozumiesz. 

Oddychała szybko, na policzkach pojawiły się rumieńce.  
- Powiedz mi... 
- Miałem nadzieję, że pewnego dnia, gdy już zostaniesz panią doktor Danvers, zgodzisz się również zostać 
panią Stevenową Drake. 
- A jeśli zostanę zwykłym starym farmerem Larą Danvers? 
- Ty, moja kochana, nigdy nie będziesz zwykła - powiedział sadzając ją sobie na kolanach. Odruchowo objęła 
go za szyję i przyglądała się z bliska jego twarzy. - Co do twojego zajęcia, możesz sobie nawet hodować 
pszczoły. Ale chcę, żebyś została moją żoną· 

Larze świat zatańczył w oczach. Poczuła w żyłach ogień. Jednak Steven nigdy nie powiedział jednego, ani 

jedenaście lat temu, ani dzisiaj. Nigdy nie powiedział, że ją kocha. 

Przecież   jej   to   okazał.   Okazywał   jej   miłość   nieustannie,   na   tak   wiele   sposobów.   Nie   tylko   miłosnym 

uniesieniem, także czułością i gotowością pomocy. Pomógł jej, gdy Kelly znalazła się w niebezpieczeństwie. 

Starał się podnieść' ją na duchu, gdy jej bratanice Wyjechały. Był przy niej, troszczył się o nią w strasznych 

chwilach po burzy. Gdy myślał, że jest poważnie ranna, w jego oczach dojrzała prawdziwy przestrach. Nawet 

teraz, w sprawie ziemi, jego gest wynikał z dobrych intencji, z miłości. Jeśli słowa miłości nie przychodziły mu 

tak łatwo jak czyny, będzie miała całe życie na to, by je od niego usłyszeć. 

Podniósł leżącą na ziemi teczkę i podał jej. - Gdybyś jeszĆze miała jakieś wątpliwości. 

Lara otworzyła teczkę i znalazła kontrakt w sprawie nabycia przez niego pozostałej części ziemi Danversów. 

Ostatni punkt mówił, że ta ziemia i to, co kupił wcześniej, miały pozostawać pod jego zarządem powierniczym 

sprawowanym na rzecz jej i jej spadkobierców do czasu, gdy ona i tylko ona sama zdecyduje o sprzedaży. 

- Kiedy to kazałeś sporządzić? 

- Wezwałem mojego adwokata po powrocie od ciebie wczoraj wieczorem. Domyśliłem się przynajmniej 

częściowo, czego się obawiasz. Tylko w ten sposób mogłem cię przekonać, że moje zamiary są uczciwe. A 

teraz, co na to powiesz? Umowa stoi? 
Larze zrobiło się lekko na sercu. Uśmiechnęła się figlarnie. 

- O jakiej umowie mówisz? W sprawie ziemi? 

- Do diabłą z ziemią': burknął. - Możesz ją mieć, pieniądze, wszystko, co mam. Więc wyjdziesz za mnie za mąż 

czy nie? 

- To będzie dla mnie wielki zaszczyt, Stevenie Drake, Wielki zaszczyt. 

- Kiedy? 

- Długie narzeczeństwo jest bardzo miłe. 

- Dla kogo? - spytał. 

U śmiechnęła się .. 

- Ale jednak nasze zaloty trwały raczej dosyć długo. 

- Czy to znaczy, że będziemy mieli przerwę na dobre zachowanie? 

background image

- Coś w tym rodzaju. 

- Kiedy? - powtórzył niecierpliwie. 

- Na Boże Narodzenie? 

- To dopiero za kilka miesięcy. 

- Chcę zaczekać, aż Tommy, Megan i dziewczynki wrócą. - Musnęła jego usta lekkim pocałvnkiem, potem 

pocałowała go w czoło. - Obiecuję, że nie stracisz czasu. 

Objął ją mocno. Czuła, jak mu gwałtownie bije serce. - W takim razie zgadzam się. 

Porwał ją na ręce i zaniósł do swojego pokoju. Ich pokoju. Minęła cała wieczność, zanim Lara zdała sobie 

sprawę, co się z n!ą dzieje. Czuła tylko ogarniający ją płomień, słodki dreszcz, który zmienił się w niecierpliwe 

pożądanie, zanim roztopiła się w namiętnej ekstazie.  

Życie znowu niosło jej obietnicę wiosny, tego radosnego oczekiwania i nadziei, które są znakiem każdego 

początku. Wiedziała już, że więź między nimi nie jest krucha, że połączyła ich na wieczność. 

Ogarnęło ich uniesienie. Wyszeptał jej do ucha czule, bez wahania: 

- Zawsze będę cię kochał, Lara. Zawsze. 

Zawsze.