background image

Regina Uszyńska 

Władysław Borysowicz 

(1907 – 1944) 

Władka   nazywaliśmy   Gandhim.   Nie   ogolony,   zaniedbany,   o   włosach 

nieokreślonego koloru, niedbale przygarniętych na bok dłonią, nosił zwykle 
zniszczone ubrania i stare, źle oczyszczone buty. 

Blada twarz, o charakterystycznym dla chorych na serce odcieniu skóry, 

nie przejawiała specjalnej ruchliwości, nie miała wyrazistej mimiki. 

Była to twarz zmęczonego życiem, obojętnego na wszystko człowieka. 

Nigdy   nie   starałam   się   ustalić   jego   wieku,   wiedziałam   tylko,   że   studiował 
prawo, ale od wielu lat zerwawszy z domem czuł się zwolniony od obowiązku 
składania egzaminów. 

Palił machorkę, zawijając ją starannie w bibułkę. Pod koniec miesiąca, 

gdy kończyły się przygodnie zarobione grosze, resztę pozostałych pieniędzy po 
zastanowieniu wydawał raczej na palenie, wyjaśniając, że ćwiartka machorki na 
dłużej wystarczy niż chleb kupiony za te pieniądze. 

Władek   w   tym   czasie   nie   przejawiał   żadnych   zainteresowań   swoją 

przyszłością. Żył w skrajnej nędzy, z dnia na dzień. 

Poruszał   się   powoli,   głos   miał   cichy,   w   chwilach   zdenerwowania 

przechodzący   w   skrzypiący   dyszkant.   Mieszkał   w   bursie   akademickiej   na 
„Bakszcie”,   z   rzadka   pozwalając   sobie   na   luksus   obiadu.   Zdawał   się   nie 
dostrzegać swojej biedy, nigdy nie skarżył się i dziś odnoszę wrażenie, że w 
życiu osobistym w tym czasie nie szukał zmiany na lepsze. 

W   okresie   akademickim,   angażując   się   bardzo   poważnie   w   pracy 

politycznej,   mieliśmy   wszyscy   swoje   życie   osobiste   powiązane   z   kołem 
przyjaciół, ale jednak swoje własne. Stefan, Henryk, Kazik, Jurek, Mucha ' 
mieli ambicje naukowe, byli asystentami katedr, zdobywali stopnie naukowe. 

'  Stefan Jędrychowski, Henryk Dembiński, Kazimierz Petrusewicz, Jerzy Sztachelski, 
   i Maria Żeromska. 

Władek, od chwili, kiedy stał się członkiem grupy, wiedział o naszych 

przeżyciach, zajmował wobec nich własne stanowisko i nasze sprawy osobiste 
stawały   się   jego   sprawami.   Niejednokrotnie   czuł   się   nawet   powołany   do 
interwencji i wyrażenia swej opinii. Stanowiliśmy jego najbliższą rodzinę i 

background image

Władek żył naszą radością i naszymi zmartwieniami. 

Myśl   o  miłości   czy   założeniu  własnej   rodziny  przez   Władka,   była   w 

owym czasie zarówno dla niego, jak dla nas nieprawdopodobna. Władek nie 
miał nikogo poza nami. 

O jego rodzinie, a właściwie tylko ojcu, krążyły wieści, że wyrzekł się 

syna, że odmówił mu pomocy materialnej na studia, co pociągnęło za sobą 
trudną sytuację i ciężką chorobę serca. 

Wiedzieliśmy,   że   Władek   nie   mógł   znieść   dusznej   atmosfery   rodziny 

mieszczańskiej,   która   zabiła   w   nim   młodzieńczy  optymizm   i   wiarę   w   sens 
życia.   Obustronne   zerwanie   było   zdecydowane   i   nigdy   w   ciągu   lat   nie 
słyszeliśmy o kontaktach Władka z rodziną. 

Kiedy spotkaliśmy Władka w środowisku akademickim, był istotą słabą, 

zagubioną, samotną. Wzruszał bezradnością i obojętnością na swój trudny los. 
Był symbolem nędzy studenckiej, która spychała poza nawias życia i niosła ze 
sobą   zniechęcenie,   a   w   dalszej   konsekwencji   mogła   doprowadzić   do 
bezużyteczności. 

Pesymizm   Władka   nie   był   jeszcze   tak   głęboki,   by   nie   pozwolił   mu 

znaleźć wspólnego języka z grupą młodzieży, która zbuntowała się przeciw 
marazmowi   i   panowaniu   endecji   na   Uniwersytecie   im.   Stefana   Batorego   i 
kusiła   się   o   odegranie   roli   w   politycznym   życiu   Wileńszczyzny   w   latach 
trzydziestych. 

Najpierw nasza troskliwość, a potem przyjaźń i młodzieńcza wiara w 

skuteczność i słuszność wspólnych wysiłków przywróciły Władka do życia, 
ukazały mu jego cel. 

Grupa   lewicy   akademickiej,   dając   się   poznać   w   wystąpieniach   na 

zebraniach   studenckich,   wysuwając   zawsze   żądania   w   zakresie   polepszenia 
warunków   bytowych   młodzieży,   odcinając   się   ostro   od   chuligańskich 
wybryków   korporacyjnych   „obwiepolaków”   '   zyskała   sobie   dość   dużą 
popularność. 

'  

Nazwa ta pochodziła od nazwy organizacji endeckiej „Obóz Wielkiej Polski”. 

Kiedy po utracie „Bratniaka” ścisłe koło lewicy akademickiej stworzyło 

nielegalną   organizację   o   wyraźnym   komunistycznym   profilu   pod   nazwą 
„Front”, Władek był jednym z pierwszych jej członków. 

Pamiętam zebrania naszej organizacji. Szliśmy pojedynczo pod wskazany 

adres,   uważając,   by   nie   wzbudzić   podejrzeń,   by   nie   naprowadzić   szpicla. 
Byliśmy   młodzi,   i   jak   zwykle   młodzi,   nie   dostrzegaliśmy   potrzeby 

background image

przestrzegania zasad konspiracji. Władek martwił się za wszystkich i swoją 
troskliwością doprowadzał nas do zniecierpliwienia. Później okazało się jednak, 
że miał rację. Byliśmy śledzeni przez policję i tylko dzięki ostrożności i dobrej 
konspiracji nie można było w procesie 12 udowodnić nam kontaktu z partią i 
pracą rewolucyjną. 

Z   okresu   apatii   została   we   Władku   jedynie   obojętność   na   własne 

niewygody i cierpienia. 

Nie mogliśmy go nauczyć dbałości o wygląd zewnętrzny. Zawsze nasz 

Gandhi   musiał   wysłuchiwać   krytycznych   uwag   z   powodu   zmiętych 
kołnierzyków lub nie wyczyszczonych butów. 

Oddany bez reszty organizacji, Władek był jej łącznikiem. Wysyłano go 

do Warszawy po polityczną literaturę, był też kilkakrotnie odpowiedzialnym 
redaktorem   wydawnictw   lewicowych,   których   zwykle   krótki   żywot   stawiał 
jednak „odpowiedzialnego” przed niebezpieczeństwem więzienia. 

Znalazłszy przyjaciół, którzy stanowili teraz jego rodzinę, Władek uległ 

autorytetowi   Henryka   i   zaczął   przygotowywać   się   do   egzaminów,   gdyż 
zrozumiał, że dla rewolucji potrzebni są ludzie mądrzy. 

Wszyscy zresztą wtenczas, ucząc się według programu swoich wydziałów 

i   studiując   marksizm   we   własnym   zakresie,   bardzo   poważnie 
przygotowywaliśmy   się   do   pracy,   by   podołać   czekającym   nas   zadaniom   w 
czasie i po rewolucji. Zwycięstwo rewolucji było dla nas rzeczą oczywistą. 
Pamiętam, jak Henryk powołany do obowiązkowej służby wojskowej, mówił: 
„Będę   się   uczył   sztuki   wojennej.   Te   umiejętności   będą   mi   potrzebne   dla 
rewolucji”. 

Będąc   we   „Froncie”,   a   później   w   KZMP   ocenialiśmy   siebie   jako 

członków partii, którzy są nosicielami pewnej idei i muszą ją godnie realizować 
i reprezentować. 

Z dumą patrzyliśmy na naszych wodzów duchowych: Henryka i Stefana, 

którzy otworzyli przed nami perspektywy socjalizmu, organizując studiowanie 
teorii   marksizmu-leninizmu   i   wyjaśniali   sens   współczesnych   wypadków 
politycznych. 

Nie pozwolono jednak Władkowi podjąć studiów na uniwersytecie. 
W   październiku,   jak   zwykle,   odbywała   się   inauguracja   roku 

akademickiego. Endecy walczący o „numerus clausus”, a równocześnie chcąc 
skompromitować   lewicę   akademicką   na   USB,   wszczęli   na   dziedzińcu 
uniwersyteckim awanturę, rzucając się z laskami na Żydów. Za kolegami ujęli 
się nasi chłopcy, chcieli ich obronić przed pobiciem. Wśród nich był Władek. 

background image

Endecy,   znając   Władka   i   wiedząc   o   jego   powiązaniu   z   lewicą 

akademicką, pobili go dotkliwie, a później doprowadzili do dziekanatu jako 
rzekomego inicjatora zajść. 

Widać   władzom   uniwersyteckim   odpowiadała   taka   interpretacja 

przyczyny zamieszek. Władka relegowano z uczelni. Wszystkie interwencje 
pozostały bez skutku. 

Nie   przypominam   sobie,   czy   Władek   był   specjalnie   zmartwiony   tym 

wypadkiem. Mógł bowiem teraz bez reszty oddać się pracy w organizacji. 

Władek   nie   był   tak   wybitną   indywidualnością   w   naszym   ruchu,   jak: 

Henryk, Stefan, Kazik, Mucha, Muta ' czy Irena '' , ale tak jak oni tkwił zawsze 
w gąszczu spraw. Był z nimi w pracy i w więzieniu. Kiedy oni pisali artykuły, 
organizowali akcje, Władek pracował w redakcji, zajmował się kolportażem, 
prowadził   księgowość,   czuwał   nad   organizowaniem   zebrań,   troszczył   się   o 
wszystkich i o wszystko, koordynował, łączył. 

'  Maria Dziewicka
'  Irena Dziewicka-Sztachelska 

Towarzysze cenili Władka za jego pracę i oddanie sprawie. Ponieważ 

wszyscy   byliśmy   serdecznymi   przyjaciółmi,   choroba   Władka   była   dla   nas 
ogromnym zmartwieniem. Nie mógł szybko chodzić, nie mógł się denerwować, 
a trudno było go od tego ustrzec. Wspominając o Władku jeden z towarzyszy 
opowiadał nam, jak zastanawiano się, czy można Władka chorego na serce 
przyjąć   do   KZMP.   Te   wahania   przyjaciół,   spowodowane   troską   o   chorego 
kolegę, bardzo go bolały. Był wtajemniczony we wszystkie akcje, wiedział 
nieoficjalnie   o   istnieniu   organizacji   bardziej   zakonspirowanej   niż   „Front”   i 
tłumaczył   sobie   pozostawienie   go   poza   nią   nieufnością   towarzyszy.   Nigdy 
jednak nie zdradzał się ze swoim cierpieniem. W roku 1934 przyjęto go do 
KZMP.   Mimo   choroby   serca,   mimo   słabości   fizycznej.   Władek   nigdy   nie 
zawiódł.   Aresztowano   go   kilkakrotnie,   w   śledztwie   różnymi   sposobami 
próbowano   namówić   do   zeznań,   zasypywano   setkami   podstępnych   pytań. 
Władek okazał się silny i z pogardą traktował swoich prześladowców. 

Szczególnie niezastąpiony był w redakcji. Od rana do nocy przesiadywał 

w ciemnym zadymionym lokaliku, czuwając nad wszystkim. 

Kiedy   po   wydaniu   kilku   numerów  Poprostu  redakcja   uwierzyła   w 

możliwość   stałego   i   opłacalnego   istnienia   wydawnictwa,   postanowiono 
zaproponować   Władkowi,   pełniącemu   dotąd   honorowo   funkcję   kierownika 
administracyjnego,  pensję.  Proponowano 60  złotych  miesięcznie.   Kierownik 
administracyjny (Władek) stwierdził, że to zbyt obciąży budżet wydawnictwa, 

background image

oburzył się na rozrzutność towarzyszy i po długich targach zgodził się pobierać 
30 złotych miesięcznie. 

Pierwsze   numery   wydano   za   pieniądze   towarzyszy   i   sympatyków, 

pomagała partia. Prenumeratorów należało dopiero zdobyć. 

Zdarzały się ciężkie chwile. Stan finansowy rujnowały częste konfiskaty, 

złośliwie dokonywane po wydaniu całego nakładu. Władek denerwował się, 
bolało go serce, nie  sypiał  po nocach.  Zdobywał  się  na  nieprawdopodobną 
przedsiębiorczość,   ukrywał   nakład,   przechowywał   numery   przeznaczone   do 
kolportażu. Zupełnie nieczuły na własne niepowodzenie, chorobę i głód szalał 
po   klęskach   finansowych   pisma.   Dysponując   wątłą   kasą   wydawnictwa 
głodował, nie zgadzając się wypłacić sobie nawet 30 złotych z tytułu funkcji 
kierownika administracyjnego. 

Snując po latach wspomnienia o Władku lepiej go oceniam i rozumiem. 

Dla nas był on tak zrośnięty z pracą, że nie dziwiło jego absolutne oddanie 
sprawie. 

W swoim pokoiku Władek mieszkał tylko nominalnie. Całe dnie i noce 

przesiadywał w redakcji. 

Czuł się odpowiedzialny za finanse pisma i jeśli towarzyszom udało się 

otrzymać większą kwotę, nie tylko z „urzędu”, mówiło się o tym w pierwszym 
rzędzie Władkowi. Wielkim przeżyciem było dla nas otrzymanie pieniędzy na 
rozwój   naszego  pisma,   ale  chyba   nie   mniejszą   przyjemnością   było  widzieć 
rozradowaną   twarz   Władka   i   oddać   pieniądze   do   jego   niecierpliwych   rąk, 
usłyszeć westchnienie ulgi i rejestr długów, które będzie można spłacić, ratując 
wydawnictwo przed upadkiem. 

Władek nie pozwolił się nikomu wyręczyć. Miał głębokie przekonanie, że 

nikt nie potrafi tak jak on strzec materialnych interesów Poprostu i zapewnić w 
księgowości przejrzystość i zarazem konspirację. Zdarzały się potem kłopotliwe 
sytuacje. 

Choroba   serca   była   sprawą   chroniczną   i   w   chwilach   ataków   koledzy 

spiesznie przygotowywali zimne okłady na serce, Władek blady siedział na 
krześle,   otaczaliśmy   go   kołem,   otwierano   okna,   podawano   krople,   serce 
stopniowo uspokajało się, duszność ustępowała i Władek po chwili już pochylał 
się nad książkami, przyjmował pocztę, gderał na późne dostarczenie materiału. 
Chorobę serca traktował jako zło konieczne i nie miał czasu i środków, by 
poddać się leczeniu. 

Tylko względy prestiżu redakcji naszego pisma i polecenie partii mogły 

background image

skłonić Władka do porzucenia posterunku i udania się do domu. 

Zdarzyło się Władkowi, że zachorował obłożnie, zdaje się na świnkę. 

Spuchnięty,   z   wysoką   temperaturą   przywlókł   się   do   redakcji   i   zajął   swoje 
zwykłe   miejsce.   Nie   pomogły   perswazje   i   przepowiednie   rychłej   śmierci, 
Władek wyjaśnił rozdrażnionym głosem, że musi wykonać przeznaczoną na 
dziś pracę, że ma bardzo pilne sprawy do załatwienia, że nikt nie powinien 
wtrącać się, że choroba jego tylko osobiście interesuje i z tego powodu nie 
może   ucierpieć  Poprostu.  Dopiero   zdecydowana   postawa   towarzyszy, 
argument, że kompromituje redakcję, urzędując w takim stanie i oświadczenie, 
że   powinien   słuchać   poleceń   organizacji,   zmusiły   Władka   do   opuszczenia 
redakcji i położenia się do łóżka. 

Po kilku dniach wrócił do pracy oceniając krytycznie to, co bez niego 

zrobiono. 

Redakcja   była   domem   Władka.   Przyjaciele   pisali,   rosły   szeregi 

czytelników, przychodziły setki listów z całego kraju, zawierające materiały i 
korespondencję.   Władze   sanacyjne,   nie   mogąc   mimo   kilkakrotnych   prób 
pozyskać   dla   swojej   ideologii   grupy   najzdolniejszej   i   najlepszej   młodzieży 
akademickiej,   postanowiły  zniszczyć   pismo  finansowo,   a  zespół   redakcyjny 
oskarżyć o szerzenie ideologii komunistycznej, o kontakty z KPP i KPZB i 
skazać na długoletnie więzienie. 

Raz   jedyny   Władek   popełnił   przeoczenie,   które   mogło   kosztować 

organizację bardzo drogo. Nie dopilnował, nie przewidział... 

Pewnej   nocy,   zdaje   się   w   roku   1937,   do   jego   mieszkania   wkroczyła 

policja.   Władka   aresztowano.   Po   dokładnej   rewizji   zabrano   księgi   kasowe 
Poprostu.  Ukochane   księgi   Władka,   historię   zmagań   finansowych   pisma, 
tajemnice kłopotów, szyfr zwycięstw. W księgach często pod nazwiskami osób, 
które zgodnie ze swymi zarobkami mogły wpłacać pewne sumy na rozwój 
pisma,   za   ich   zgodą,   księgowano   dotacje   partii.   Dość   duże   sumy   wpisał 
Władek, oczywiście po uprzednim porozumieniu, pod nazwiskami związanych 
z działalnością partii: Wandy Wasilewskiej i Janiny Broniewskiej. 

Dopiero siedząc na ławie oskarżonych sądu wojewódzkiego w Wilnie 

razem   ze   Stefanem,   Henrykiem,   Muchą   i   innymi   oskarżonymi,   Władek 
uświadomił sobie, że wezwane na świadków w procesie W. Wasilewska i J. 
Broniewska nie wiedzą, jakie sumy zaksięgowano pod ich nazwiskami. Wyrok 
skazujący   jego   towarzyszy   i   świadków   wydał   się   Władkowi   nieunikniony. 
Wystarczyło jedno pytanie prokuratora skierowane do świadków: 
„Pod nazwiskiem świadka figuruje w księdze kasowej  Poprostu  pewna suma 

background image

dotacji. Ile świadek ofiarował?” 

Pytanie   takie   zdawało   się   Władkowi   nieuchronne,   jedynie   logiczne   i 

celowe z punktu widzenia oskarżenia. Chwile wlokły się jak godziny. Siedząc 
obok towarzyszy na ławie oskarżonych, w świetle jasnych lamp, na oczach sali 
pełnej widzów i przyjaciół z organizacji, Władek czuł, że zawinił. Zamknięte w 
pokoju dla świadków domniemane ofiarodawczynie przeżywały również trudne 
chwile. Do końca spodziewały się, że jakoś pomoc przyjdzie. Nie zdawały 
sobie sprawy, że jedynie Władek orientuje się w powadze sytuacji, że nikt 
więcej o tym nie pomyślał. 

Napięcie   rosło,   by   dojść   do   szczytu   gdy   na   salę   weszła   Janina 

Broniewska. Rozładował je prokurator, który niefortunnym posunięciem stracił 
jedyną szansę ustalenia kontaktów z partią. Zabierając głos, wyraził zdziwienie, 
że   świadek   tak   hojnie   obdarowała   pismo   i   wyjawił   sam   sumę   zapisaną   w 
księgach pod jej nazwiskiem. 

Nikt nie wiedział, dlaczego Władek zasłabł i mdlejącym szeptem poprosił 

policjanta o szklankę wody. Na sali powstało zamieszanie. 

W czasie badania w śledztwie i zeznań na sali sądowej Władek panował 

nad swoją słabością fizyczną. Nie mógł jednak uspokoić rozkołatanego serca w 
obliczu wielkiego niebezpieczeństwa, jakie groziło organizacji i towarzyszom. 

Długo pamiętał  Władek swoje   przeżycie,  długo czynił  sobie  wyrzuty, 

choć   właściwie   było   to   przeoczenie,   za   które   nie   był   jedynie   on 
odpowiedzialny. Zawiniła młodość i brak doświadczenia całej grupy w pracy 
konspiracyjnej.   Przeoczenie   było   tak   fatalne,   że   nawet   prokurator   nie 
przypuszczał, że może zaistnieć i stracił doskonałą dla siebie okazje. 

Wiele   czasu   upłynęło   od   burzliwych   lat   naszej   młodości.   W   pamięci 

zacierają się przeżycia tamtych trudnych dni. 

Były jednak i jasne chwile. 
W   niedzielę   i   święta   wybieraliśmy   się   na   dalekie,   piesze   wycieczki. 

Władek   zawsze   brał   w   nich   udział.   Pojedynczo   lub   małymi   grupkami 
wymykaliśmy   się   wczesnym   rankiem   z   miasta,   by   spotkać   się   w   lasach 
wileńskich   i   iść   godzinami   przed   siebie.   Śpiewaliśmy   wspólnie   pieśni 
rewolucyjne: polskie i radzieckie, bojowe i romantyczne. Mijaliśmy wioski, by 
wreszcie gdzieś w ostępach lasu rozbić biwak, wysłuchać referatu i gorąco 
dyskutować.   Potem   przekazywaliśmy   do   wspólnego   stołu   przynoszone   w 
kieszeniach i torebkach kanapki i zasiadaliśmy do posiłku. Władek dużą wagę 
przywiązywał do tego rodzinnego zwyczaju. 

background image

Zdarzały się zebrania długie, trwające do świtu, jak zorganizowane przez 

Kazika w noc świętojańską, poświęcone „samokrytyce”. 

Byliśmy   już   organizacją   utrzymującą   kontakty   z   partią,   wielu   z   nas 

należało do KZMP. Zapatrzeni w ideały komunistyczne, prowadząc konkretną 
działalność,   przyjmowaliśmy   formy   partyjnego   życia,   w   miarę   naszych 
możliwości wyobrażenia sobie tych form. 

W blasku ogniska nad brzegiem Wilii, w piękną wiosenną noc, czuliśmy 

się komunistami. Każdy z członków organizacji analizował przed towarzyszami 
swoją działalność polityczną, słuchał oceny kolektywu. Obok surowej krytyki 
nie brak było słów otuchy i zachęty. 

Władek na wycieczkach nie śpiewał, nie miał słuchu. Szedł chwiejnym 

krokiem   tuż   przy   Henryku   czy   Kaziku,   przysłuchiwał   się   dyskusji,   rzadko 
zabierał   głos.   Dużo   miał   do   powiedzenia   jedynie   w   sprawach   konkretnej 
praktyki. 

Nie przypominam sobie wycieczki bez jego udziału. 

Kolejne procesy uszczupliły nasze grono, nie przerwały jednak pracy. Po 

zamknięciu  Poprostu  Władek,   Danek,   Irena   i   kilku  innych  towarzyszy,   już 
wtedy członków KZMP i KPP, uzyskawszy zezwolenie partii rozpoczęli pracę 
w legalnych robotniczych organizacjach. Władek pracował w organizacji TUR 
z młodzieżą robotniczą, miał tam również jakąś pracę administracyjną. 

Czy w dalszym ciągu nie miał prywatnego życia? 
Coś   się   zmieniło   w   ciągu   tych   lat.   Władek   ożenił   się   z   robotnicą, 

towarzyszką z TUR. 

Był podobno w eleganckiej czerni na swoim weselu. 
Niedługo cieszył się rodzinnym życiem. 
Wybuchła wojna. Władek pozostał w Wilnie. Pracował jako stróż nocny 

w jakimś przedsiębiorstwie. Znów cierpiał nędzę. W dalszym ciągu utrzymywał 
kontakt z pozostałymi w tym mieście towarzyszami. W dalszym ciągu troszczył 
się i ostrzegał, wiedział o wszystkim. 

Rok   1944.   Z   frontu   dochodziły   pocieszające   wieści.   Łamał   się   atak 

niemiecki. Wojska radzieckie przechodziły do kontrofensywy. 

W serca wstępowała nadzieja. 
W tym czasie Władek spostrzegł, że jest śledzony i zabronił Haneczce ' i 

Muszce kontaktować się z nim. 

'  Anna Jędrychowska. 

background image

W pierwszą niedzielę czerwca 1944 roku Władek jak zwykle dyżurował 

w budce dozorcy przedsiębiorstwa budowlanego, gdzie był zatrudniony. Dzień 
był   bezchmurny,   upalny.   Władek   oczekiwał   na   żonę,   która   przynosiła   mu 
zwykle o tej porze obiad w menażkach. 

Ujrzał ją z daleka w towarzystwie dwu nie znanych mężczyzn. Zbliżyli 

się szybko i nim Władek zrozumiał co się dzieje, schwycili go pod ręce i 
powlekli   przemocą   do   pobliskiego   getta.   Do   jednej   z   opustoszałych,   po 
likwidacji Żydów, piwnic wepchnęli również Marysię. Władek był fizycznie za 
słaby, by bronić się lub uciekać. 

W piwnicy oczekiwali już członkowie reakcyjnej bandy. Schwytanych 

poddano badaniu. Katowano ich, chcąc wymusić zeznania. Żądano nazwisk i 
adresów wileńskich komunistów i działaczy lewicy. Pytano o Sztachelskich, 
Jędrychowskich, Dziewickich. Zeznania protokołowano. Władek „nie wiedział” 
o nich nic. Nie zeznał nic. 

Późną nocą pobitych i pokrwawionych wrzucili do oczekującego przed 

domem auta. Władek sądził, że wiozą ich na śmierć... 

Auto   zatrzymało   się   na   ulicy   Dąbrowskiego,   gdzie   mieściła   się 

żandarmeria.   Członkowie   reakcyjnego   podziemia   przekazali   Borysowiczów 
Niemcom,   oddając   im   również   protokoły   badań.   W   lochach   żandarmerii 
znajdowali się już aresztowani tej nocy Mucha i Kazek Namysłowscy. 

Następnego   dnia   wszystkich   przeprowadzono   do   podziemi   getta, 

mieszczącego się przy ulicy Ofiarnej, w lokalu dawnego sądu. 

Badania   trwały   do   13   czerwca.   Władka   powierzono   gestapowcowi 

Milhausenowi, który przez wiele dni katował go, chcąc wymusić zeznania. 

13 czerwca 8 osób, w tym oboje Borysowiczów, „Muszkę” Żeromską-

Namysłowską, Hankę Jędrychowską pod eskortą 12 uzbrojonych esesmanów 
przeprowadzono do więzienia na Łukiszkach. 

Ostatni raz szedł Władek ramię w ramię z towarzyszami. Szli potykając 

się po jezdni ulicy popędzani przez konwój. Nie mogli się porozumiewać pod 
bacznym okiem hitlerowców. Zamknęły się za nimi bramy więzienia. 

O czym myślał słaniający się z wyczerpania Władek? 
Następnego   dnia   zmylił   czujność   straży,   znalazł   sposobność 

porozumienia się z towarzyszami. Przez szpary w drzwiach łaźni opowiedział 
Hance o okolicznościach aresztowania i badaniu. Prosił ją, by postarała się 
przekazać „na wolność” wiadomość o współpracy z gestapo studenta Milwida i 
przestrzegła przed nim pozostałych członków b. KPP i ich grupy. W chwili, 
kiedy   siebie   uważał   już   za   straconego,   jak   zwykle   troszczył   się   o   swych 

background image

przyjaciół, o członków partii. 

W kilka dni potem, w związku z przybliżającym się frontem, Niemcy 

przystąpili do ewakuacji więzienia; rozpuścili pogłoskę, że więźniów wywożą 
na   roboty  do   Niemiec.   Rodzinom   zezwolono   na   widzenia.   Marysia   –   żona 
Władka, przekupiła dozorczynię, zobaczyła się z Władkiem i doręczyła mu 
paczkę. 

Był chory. Kiedy pełna niepokoju chciała zobaczyć się z nim powtórnie 

Władka już nie było w więzieniu. Przeprowadzono go znów do gestapo na 
dalsze badania. 

Nie było go w grupie osób wywiezionych do obozów koncentracyjnych. 

background image

Długo jeszcze dręczyli go w lochach gestapo. Wiele wycierpiał. Kiedy 

Armia   Czerwona   wyzwoliła   Wilno,   ciało   Władka   widziano   wśród   innych, 
pomordowanych przez hitlerowców, na dziedzińcu wileńskiego więzienia. 

Szary,   uparty   człowiek   wytrwały   w   swym   dążeniu   do   nowego, 

sprawiedliwego ładu zginął wierny swym ideałom w przededniu odzyskania 
wolności. 

Ciesząc   się   życiem,   wykorzystując   w   swym   działaniu   doświadczenia 

zdobyte w dniach walki i pracy konspiracyjnej, zawsze pamiętać będziemy o 
tych towarzyszach, którzy więzieniem i śmiercią opłacili nasz dzisiejszy dzień. 

Danek, Henryk, Mucha, Władek nie doczekali...