background image

Wielki znak na niebie

Knock to malutka wioska w zachodniej Irlandii. To właśnie tam 21 sierpnia 1879 roku miało 

miejsce   dziwne   wydarzenie.   Tego   dnia   pogoda   z   każdą   chwilą   pogarszała   się.   O   godzinie 
dziewiętnastej   nad   wioską   szalała   burza   i   padał   gwałtowny   deszcz.   O   tej   to   porze   archidiakon 
Cavanagh   wracał   do   domu.   Mary   McLoughlin,   jego   gospodyni   domowa,   napaliła   w   kominku 
dobrym,   suchym   torfem,   po   czym   o   dziewiętnastej   trzydzieści   wyszła,   aby   odwiedzić   swoją 
przyjaciółkę, panią Margaret Beirne. Kiedy przechodziła koło kościoła, zauważyła kilka stojących 
na pobliskim polu dziwacznych postaci i obiekt „podobny do ołtarza”, emitujący białe światło. Pani 
McLoughlin nie zwróciła nań większej uwagi, szybko przestała się zastanawiać, co to mogło być, i 
poszła w swoją drogę.

W   dalszym   ciągu   deszcz   lał   jak   z   cebra,   a   więc   nie   chciało   się   jej   zaprzątać   sobie   głowy 

zgłębianiem dziwnego wydarzenia, chociaż powiedziała potem, że cała sprawa wydała się jej dość 
niezwykła. Przed nią jeszcze dwaj parafianie, spieszący do swych codziennych zajęć, zobaczyli owe 
postacie.   Zareagowali   zupełnie   tak   samo   jak   gospodyni   Cavanagha,   czyli   nie   wykazali 
zainteresowania i natychmiast o wszystkim zapomnieli. Trochę później, jeszcze przed zapadnięciem 
zmroku, Mary McLoughlin wracała tą samą drogą obok kościoła, tym razem w towarzystwie pani 
Beirne. Deszcz padał w dalszym ciągu.

W   pewnym   miejscu,   między   zabudowaniami   kościoła   a   drogą,   którą   szły   dwie   kobiety, 

rozpościerała się nie skoszona łąka. A na łące, na łanach trawy, stały lub przynajmniej wydawały się 
stać trzy postacie, otoczone nadzwyczaj jasnym blaskiem.

background image

Obie kobiety stwierdziły potem: „Był to taki widok, jakiego nikt z was nigdy nie widział w 

życiu”. Kobiety zidentyfikowały środkową postać jako Matkę Boską, a postać po jej lewej stronie 
jako świętego Józefa. Trzecią osobę, mężczyznę, uznały za świętego Jana Ewangelistę, ponieważ 
przypominał on pani Beirne wizerunek tego świętego, który niegdyś widziała w innej wiosce - tyle 
że teraz na głowie nosił mitrę. W ciągu kilku minut dokoła świetlistych postaci zebrał się niewielki 
tłumek złożony z osiemnastu parafian. Kiedy z urzędu diecezjalnego przybyła komisja, aby zbadać 
zjawisko na miejscu, czternaścioro świadków - trzech mężczyzn, dwoje dzieci, troje nastolatków i 
sześć kobiet - w wieku od sześciu do siedemdziesięciu pięciu lat opisywało to, co dane im było 
zobaczyć:

„Kolejny  człowiek,  w wieku około sześćdziesięciu  lat,  który mieszkał  prawie kilometr  od 

miasteczka Knock, także przybył przed komisję zeznawać na temat dużej kuli złotego światła, 
którą widział nocą dwudziestego pierwszego sierpnia. Wieczorem, około godziny dwudziestej 
pierwszej, chodził on po swoim polu. Nagle zobaczył owo niezwykle silne światło, oświetlające 
cały szczyt ściany kościoła w Knock. Z początku pomyślał, że komuś odebrało rozum i rozpalił 
wielkie ognisko na terenie otaczającym kościół. Następnego dnia, kiedy pytał sąsiadów, czy oni 
także   widzieli   jaskrawe   światło,   które   tak   długo   trwało   nieruchomo   w   pobliżu   kościoła, 
dowiedział się o objawieniu”.

Co   widziało   tych   czternaścioro   ludzi?   Najbardziej   uderzające   ze   wszystkiego,   co   się   wtedy 

wydarzyło, okazało się dla nich światło, złociste i błyszczące, co najmniej równie jasne jak światło 
słoneczne,   które   oświetlało   szczyt   południowej   ściany   kościoła.   Było   to   zmienne   oświetlenie. 
Czasem rozświetlało ono całe niebo nad i za kościołem. Czasem ulegało pewnemu przyćmieniu, aby 
za chwilę ponownie zajaśnieć jaskrawym białym blaskiem, tak że „cały szczyt wyglądał jak śnieżna 
ściana”.

Wewnątrz   oświetlonego   obszaru   wszyscy   świadkowie   widzieli   rzekome   święte   figury.   Trzy 

postacie ubrane były w oślepiająco białe, jakby srebrne szary. Za nimi na łące widniał duży ołtarz z 
ogromnym krzyżem. Przed krzyżem na ołtarzu stał młody baranek, „zwrócony obliczem na zachód”.

„Suknię Matki Boskiej, uderzająco białą, okrywała szeroka, biała opończa, która zapięta była 

pod   szyją   i   opadała   luźnymi   fałdami   aż   do   kostek   postaci.   Na   głowie   święta   osoba   miała 
błyszczącą koronę, ozdobioną połyskującymi krzyżami. Jej czoło, tam gdzie korona stykała się z 
brwiami, ozdabiała piękna róża. Matka Boska trzymała ręce rozpostarte i lekko wzniesione w 
górę, w geście, jakiego żaden ze świadków nie widział nigdy wcześniej na żadnym obrazie ani 
posągu”.

Znalazło się troje świadków, którzy zauważyli, że miała ona bose stopy. Jedna z kobiet, Bridget 

Trench, była tak wzruszona i uniesiona tym wspaniałym widokiem, że z należnym uszanowaniem 
podeszła  do  postaci   i  chciała   objąć   stopy  Matki  Boskiej.   Jednak  jej   ręce   chwyciły   tylko  puste 
powietrze. Powiedziała potem:

„Nie poczułam nic w rękach poza trawą, jednak postacie wydawały się tak rzeczywiste, żywe i 

zupełnie naturalnej wielkości, że nie mogłam tego zrozumieć i zastanawiałam się, dlaczego moje 
dłonie nie mogą poczuć tego, co tak wyraźnie i z całą pewnością widziały moje oczy”.

Bridget zwróciła także uwagę na to, że cały czas padał ulewny deszcz. Dodała jednak:

„Dokładnie sprawdziłam grunt, dotknęłam go i wiem z całą pewnością, że był zupełnie suchy. 

Wiał silny wiatr z południa, prosto w tę stronę, ale na tę ścianę, pod którą stały postacie, nie 
spadła ani jedna kropla”.

Święty Jan stał pod pewnym kątem w stosunku do pozostałych postaci. Ubrany w kompletny 

strój biskupa, w lewej ręce trzymał dużą otwartą księgę. Palce jego prawej ręki uniesione były w 
geście nauczania. Jeden ze świadków, Patrick Hill, podszedł wystarczająco blisko, aby zobaczyć 

background image

linie i litery w tej książce. Kiedy proboszczowi miejscowej parafii doniesiono o objawieniu, nie 
przejął  się  zbytnio.  Stwierdził,  że  na  pewno jest  to  wynik  odbicia  światła   od wielkich   witraży 
kościoła, po czym przewrócił się na drugi bok i spokojnie zasnął we własnym łóżku. Zjawisko 
trwało tymczasem nadal, w sumie co najmniej kilka godzin. Świadkowie w końcu znudzili się i 
zmęczyli obserwowaniem dziwnego widowiska. Padał deszcz, więc ich ubrania całkiem przemokły. 
Wkrótce wszyscy udali się do domów na spoczynek i jeszcze przed północą zabrakło widzów.

Następnego   ranka   oczywiście   nie   było   już   nic   do   oglądania.   A   potem   nastąpiły   niezwykłe 

wydarzenia. Już dziesięć dni po owym incydencie głuche dziecko odzyskało słuch, a człowiek ślepy 
od urodzenia po odbyciu pielgrzymki do Knock zaczął widzieć. Już wkrótce donoszono o siedmiu, 
ośmiu uleczeniach na tydzień.

„Umierający   mężczyzna,   tak   ciężko   chory,   że   kiedy   niesiono   go   do   Knock,   całą   drogę 

wymiotował krwią, a po przybyciu otrzymał ostatnie namaszczenie z ręki archidiakona, został 
natychmiast   uleczony   po   wypiciu   szklanki   wody,   w   której   rozpuszczona   została   odrobina 
cementu ze szczytu cudownej ściany”.

Wszystko   to   zdarzyło   się   w   czasie   dość   niefortunnym   dla   Kościoła   katolickiego   w   Irlandii. 

Większość   księży,   współpracowników   archidiakona   Cavanagha,   wątpiło   w   objawienie   i   nie 
wyrażało zgody na jego oficjalne uznanie. Kościół w Knock nie był stary. Wybudowano go przecież 
pięćdziesiąt   lat   wcześniej,   kiedy   to   irlandzcy   katolicy   mogli   wreszcie   wyjść   z   podziemia   po 
wieloletnich  prześladowaniach.  Podobnie jak to początkowo miało  miejsce  w Lourdes, kler  nie 
życzył sobie, aby odbywano tutaj pielgrzymki. Władze kościelne wystosowały prośbę do lokalnych i 
ogólnokrajowych gazet, aby dziennikarze powstrzymali się przed szeroką popularyzacją objawienia.

W   tym   samym   czasie   niektóre   gazety,   z   założenia   wrogie   katolicyzmowi,   opublikowały 

nieprzyjazne   i   wyszydzające   artykuły   na   ten   temat.   Poczyniono   próby   wyjaśnienia   zjawiska 
metodami naukowymi. Profesor fizyki z Maynooth przeprowadził liczne testy na życzenie oficjalnej 
komisji   badawczej,   przysłanej   przez   arcybiskupa   Tuamu.   W   obecności   dwudziestu   księży 
zastosował on na przykład magiczną latarnię do projekcji obrazów fotograficznych na szczyt ściany. 
Po   tym   doświadczeniu   oświadczył   z   całą   stanowczością,   że   przeprowadzony   przez   niego 
eksperyment całkowicie wyklucza możliwość, jakoby objawienie było wynikiem fotomontażu.

Korespondent londyńskiej gazety „Daily Telegraph” nieco później przeprowadził na własną rękę 

prywatne eksperymenty i doszedł do następującego wniosku:

„Jakkolwiek wywołane byłoby objawienie, o którym donoszono, nie mogło ono z pewnością 

powstać w wyniku użycia latarni magicznej”.

Nie od rzeczy będzie tutaj przypomnieć, że wiele elementów tego wydarzenia zgadza się co do 

joty z niektórymi dzisiejszymi obserwacjami UFO. Zaliczyć tu można na przykład dziwaczną kulę 
światła o zmiennej intensywności, świetliste istoty i fakt, że mimo padającego deszczu teren w 
obrębie   lub   w   pobliżu   światła   pozostaje   suchy,   a   wreszcie   rzekome   cudowne   uzdrowienia. 
Wszystkie te cechy charakterystyczne są także dla współczesnej mitologii UFO.

Podczas   obserwacji   UFO   następują   niekiedy   tajemnicze   „cudowne   uzdrowienia”.   I   tak   na 

przykład, w raporcie z Damon w stanie Teksas z 3 września 1965 roku czytamy, że ranny w rękę 
policjant wystawił dłoń na snop światła, padający z dziwnego, unoszącego się nad nim obiektu. 
Rana   zabliźniła   się   natychmiast.   Podobny   wypadek   miał   miejsce   w   Petropolis   w   Brazylii   25 
października   1957   roku.   Tym   razem   chodzi   o   umierającą   na   raka   dziewczynkę.   Dwaj   ludzie 
nieoczekiwanie zstąpili z nieba i poddali ją fantastycznej operacji, ratując jej w ten sposób życie i 
przywracając   zdrowie.   Najwyraźniej   mamy   tu   do   czynienia   ze   zjawiskiem   bardzo   pokrewnym 
średniowiecznemu   mistycyzmowi   i   objawieniom.   Sprawa   Knock   nie   jest   wcale   najbardziej 
zadziwiającym przypadkiem podobieństwa między objawieniami religijnymi a obserwacjami UFO. 
I chociaż wydarzyła się ona w Irlandii, nie jest on jedynie wynikiem typowej na tym terenie wiary 
we wróżki.

Oto wypadek, w którym skumulowały się wszystkie wspomniane przesądy. Miał on nie tylko 

wpływ psychologiczny i socjologiczny na całe masy ludzi, którego nie sposób przecenić. Pozostawił 

background image

on poza tym ślady fizyczne, które ciągle jeszcze można oglądać. Do dzisiaj są one obiektem wciąż 
żywego kultu religijnego o niezwykłym nasileniu.

Wydarzenie miało miejsce bardzo dawno temu, bo 9 grudnia 1531 roku. Była sobota. Tego dnia o 

świcie pięćdziesięciosiedmioletni Indianin z plemienia  Azteków, którego imię  w języku nahuatl 
brzmiało   Śpiewający   Orzeł,   a   który   jako   chrześcijanin   przybrał   hiszpańskie   imię   Juan   Diego, 
zmierzał właśnie do kościoła w Tlaltelolco w pobliżu Mexico City. Nagle stanął jak wryty, kiedy 
usłyszał donośny koncert śpiewających słodko ptaków. Powietrze było przejmująco zimne. Indianin 
pomyślał:   „Przecież   żaden   ptak   nie   śpiewałby   o   tak   wczesnej   porze   i   przy   tak   niesprzyjającej 
pogodzie”. A jednak harmonijna muzyka wciąż wibrowała w powietrzu. Kiedy urwała się równie 
gwałtownie, jak się zaczęła, jakiś kobiecy głos zawołał go głośno, wymieniając jego chrześcijańskie 
imię, Juan Diego. Wołanie dochodziło ze szczytu pobliskiego pagórka, który ukryty był „w mroźnej 
mgle, w jaśniejącej chmurze”. A kiedy wspiął się na wzgórek, zobaczył kobietę, która przywoływała 
go po imieniu. A oto jak spisano opowieść Juana:

„Słońce ciągle jeszcze znajdowało się pod horyzontem, ale Juan widział ją jakby na tle słońca, 

ponieważ promienie złotego światła otaczały jej postać od głowy do stóp. Wyglądała jak młoda 
meksykańska dziewczyna w wieku około czternastu lat. Była cudownie piękna”.

Kiedy już oprzytomniał i mógł wykrztusić z siebie słowo, Juan dowiedział się, że nie jest to 

zwykła dziewczyna, lecz Matka Boska. Wyraziła ona życzenie, aby dokładnie w tym miejscu, na 
tym pagórku, zbudowano świątynię pod jej wezwaniem. Na koniec święta osoba nakazała mu:

„Biegnij   zatem   teraz   do   Tenochtitlanu   [dzisiejsze   Mexico   City]   i   powiedz   wielmożnemu 

biskupowi wszystko, co zobaczyłeś i usłyszałeś”.

Było   to   znacznie   łatwiej   powiedzieć   niż   wykonać.   Biedni   Indianie   nie   mieli   zwyczaju 

przechadzać   się   po   ekskluzywnej   hiszpańskiej   dzielnicy   miasta,   a   tym   bardziej   po   wspaniałym 
pałacu biskupa. Jednak Juan był niezwykle odważny. Zbiegł z górki i udał się prosto do pałacu. Tam 

background image

dostał się przed oblicze biskupa Don Fraya Juana de Zumarragi i ubłagał go, aby łaskawie wysłuchał 
jego opowieści. Naturalnie biskup, chociaż starał się być łaskawy dla Indian, nie uwierzył w ani 
jedno słowo z owej bajeczki, więc Juan powrócił na cudowne wzgórze. Tam spotkał po raz drugi 
Marię.   Opowiedział   o   wszystkim   i   poradził   jej   tym   razem,   aby   wysłała   do   biskupa   bardziej 
odpowiedniego posłańca. A oto co usłyszał w odpowiedzi:

„Posłuchaj,   mały   synu.   Oczywiście   mogłabym   wysłać   bardzo   wielu   innych   ludzi,   ale   to 

właśnie ciebie wybrałam do tego zadania. Tak więc nakazuję ci, abyś jutro z samego rana udał się 
jeszcze raz do biskupa. Powiedz mu wyraźnie, że przysyła cię Dziewica Maria. Powtórz z całą 
mocą,   że   bardzo   chciałabym   posiadać   duży   kościół   w   tym   miejscu,   więc   lepiej   niech   go 
zbuduje”.

Następnego ranka, chcąc nie chcąc, Juan Diego musiał wrócić do Mexico City. Tam ponownie 

wystarał się o audiencję u biskupa. Juan był tak prostolinijny i wydawał się tak szczery i uczciwy, 
opowiadając swoją historię kolejny raz, że Fray Juan de Zumarraga poczuł się do głębi poruszony. 
Powiedział więc Juanowi: „Poproś Matkę Boską o widomy znak”. Potem polecił dwóm swoim 
służącym, aby śledzili Indianina i obserwowali jego poczynania. Szli oni za nim przez całe miasto i 
stwierdzili, że z nikim się on nie kontaktował ani nie rozmawiał. Następnie zobaczyli, że wspina się 
on na wzgórze za miastem, a potem nagle zniknął im z oczu. Przeszukali cały pobliski teren, nie 
odnajdując ani śladu Indianina.

Tymczasem Juan wszedł na tę samą górkę co zwykle i stanął oko w oko z cudowną postacią. 

Powtórzył odpowiedź biskupa. Matka Boska odrzekła:

„Bardzo dobrze, mój mały synu. Przyjdź tutaj znowu jutro o świcie. Dam ci wtedy znak dla 

niego. Bardzo się dla mnie natrudziłeś i wziąłeś na siebie liczne kłopoty, a więc wynagrodzę cię 
za to. Odejdź w pokoju i odpocznij”.

Jednak następnego ranka Juan nie przyszedł. Jego wuj - jedyny żyjący krewny - właśnie umierał. 

Juan spędził cały dzień, próbując ulżyć jego cierpieniom. Był zmuszony odstąpić na chwilę od łoża 
boleści wuja dopiero we wtorek, aby przyprowadzić księdza z ostatnim sakramentem.

Kiedy biegł do Tlaltelolco, drogę zastąpiła mu nagle znajoma postać Matki Boskiej. Zawstydzony 

Juan usiłował wytłumaczyć, dlaczego nie postąpił zgodnie z jej instrukcjami. Usłyszał, co następuje:

„Mój mały synu, nie denerwuj się i pozbądź się lęku. Czyż nie ma mnie tutaj, mnie, która 

jestem twoją prawdziwą Matką? Czyż nie jesteś w moim cieniu i pod moją ochroną? Nie pora 
jeszcze  na  śmierć  twego  wuja.  W tej   właśnie  chwili  wraca  on  do zdrowia.  Tak  więc  twoja 
wędrówka do Tlaltelolco nie ma już sensu i możesz znowu spokojnie poświęcić się służeniu mi. 
Wejdź teraz na szczyt tego samego pagórka, na którym mnie spotykałeś. Zerwij kwiaty, które 
tam znajdziesz, i przynieś mi je”.

Juan bardzo dobrze wiedział, że ze względu na klimat i porę roku na szczycie pagórka nie mogły 

rosnąć żadne kwiaty. Nikt jeszcze nie widział w tych górach kwiatów w środku grudnia.

A jednak gdy znalazł się na miejscu, zobaczył kępkę kastylijskich róż „o płatkach wilgotnych od 

rosy”. Ściął je zatem. Otulił następnie kwiaty swą długą indiańską opończą o nazwie tilma, aby 
ochronić je przed dokuczliwym, ostrym mrozem.

Kiedy przyniósł je czekającej u podnóża pagórka Matce Boskiej, ona ułożyła bardzo starannie 

kwiaty w opończy. Następnie zawiązała dolne rogi tilmy wokół szyi Juana, tak aby żadna róża nie 
wypadła. Poradziła mu:

background image

„Pamiętaj, nie pokazuj znaku, który ode mnie otrzymałeś nikomu poza biskupem”.

Matka Boża z Guadalupe

Następnie nagle zniknęła i Juan Diego już nigdy jej nie spotkał. Kiedy dotarł do pałacu biskupa, 

kilku służących poczęło zabawiać się kosztem „indiańskiego proroka”. Śmiali się, popychali go to w 
jedną, to w drugą stronę i próbowali odebrać mu kwiaty. W pewnej chwili zauważyli, że róże 
wydają   się   rozpływać   w   powietrzu,   kiedy   ich   dłonie   już,   już   miały   ich   dotknąć.   Zadziwieni   i 
przestraszeni, pozwolili mu udać się do biskupa.

Cierpliwy dostojnik Kościoła przyjął go po raz kolejny. Juan Diego uniósł obie ręce i rozwiązał 

rogi   płóciennego   okrycia   na   swoim   karku.   W   tej   chwili   pieczołowicie   zawinięta   fałda   tilmy 
rozwinęła się. Kwiaty, które Juan przyniósł jako bezcenny znak z nieba, wysypały się i leżały teraz 
w   bezładnej   kupie   na   podłodze.   Staranne   przygotowania   Matki   Boskiej   poszły   na   marne.   Ale 
rozpacz i przestrach Indianina z powodu tego nieszczęścia były niczym w porównaniu z tym, co 
przeżył już za chwilę. W mgnieniu oka biskup porwał się ze swojego krzesła i upadł na kolana u 
stóp Juana, a nie minęła minuta, kiedy wszystkie obecne w pokoju osoby rzuciły się do jego stóp i 
także klęczały w pełnej uszanowania postawie.

background image

Święty Juan Diego

Biskup klęczał właściwie przed tilmą Juana i - jak zauważa Ethel Cook Eliot: „Od tego czasu już 

miliony   ludzi   klęczały   przed   nią”.   Opończa   umieszczona   bowiem   została   na   głównym   ołtarzu 
bazyliki pod wezwaniem Matki Boskiej z Gwadelupy, znajdującej się w Mexico City. Tilma składa 
się z dwóch części, utkanych z włókien magueyu i zszytych ze sobą. Mierzy sto sześćdziesiąt sześć 
centymetrów na sto trzy centymetry. Na tej surowej, zwyczajnej tkaninie o barwie nie bielonego 
płótna widnieje przepiękna postać, mierząca sto czterdzieści centymetrów.

„Otoczona złotymi promieniami, wyłania się jakby z otoczki światła, niezwykle wyraźna i 

wspaniała   w   każdym   detalu   linii   i   koloru.   Postać   ma   głowę   odchyloną   lekko   i   z   wielkim 
wdziękiem w prawo, tak aby nie przechodził przez nią podłużny szew. Oczy patrzą w dół, ale 
źrenice   są   doskonale   widoczne.   Dzięki   temu   twarz   tchnie   nieziemską   miłością   i   godnością. 
Opończa, która okrywa głowę i opada aż do stóp postaci, jest zielonkawoniebieska, obramowana 
najczystszym złotem, cała usiana złocistymi gwiazdami. Tunika Matki Boskiej ma kolor różowy. 
Ozdobiona   jest   koronkowym,   delikatnym   wzorkiem,   składającym   się   z   drobnych,   złotych 
kwiatów.   Pod   postacią   znajduje   się   półksiężyc,   a   nad   nią   wyłaniają   się   ramiona   i   głowa 
cherubina”.

W przeciągu sześciu lat od owego incydentu ponad osiem milionów Indian przyjęło chrzest. W 

czasach   nam  współczesnych   ponad piętnaście   tysięcy  ludzi  klęka   codziennie   przed  tilmą   Juana 
Diego. Jest ona w dalszym ciągu nietknięta i zachowała wspaniałe, świetliste kolory.

Zgodnie z przyrzeczeniem, wuj Juana został uleczony. Kiedy leżał oczekując księdza, zbyt słaby 

nawet, aby wypić lekarstwo, które zostawił mu siostrzeniec, zobaczył nagle, jak cały jego pokój 
wypełnia   się   łagodnym   blaskiem.   Świetlista   postać   młodej   kobiety   pojawiła   się   blisko   niego. 
Przemówiła do umierającego i zapewniła go, że wkrótce odzyska zdrowie. Poinformowała go także 
o szczegółach misji jego siostrzeńca Juana. Na koniec powiedziała:

„Nazywajcie mnie, a także mój obraz, Santa Maria de Guadalupe”.

background image

Tak przynajmniej zrozumiał ją stary Indianin, a może tak zrozumieli to inni, którym to przekazał. 

Ale czy takie miało być znaczenie jej słów?

Opierając się na badaniach, przeprowadzonych przez Helen Behrens, Ethel Cook Eliot sugeruje, 

że   postać,   która   ukazała   się   umierającemu,   mogła   użyć   indiańskiego   (nahuatl)   słowa 
tetlcoatlaxopeuh, które w transkrypcji fonetycznej brzmiałoby mniej więcej jak deguatlashupee. Dla 
hiszpańskich uszu brzmiałoby to oczywiście jak de Guadalupe.

Tu pojawia się wątpliwość. Przecież Matka Boska mówiła tym samym indiańskim dialektem co 

Juan Diego i jego wuj. Zresztą nawet wyglądała jak „młoda indiańska dziewczyna”. Po cóż zatem w 
rozmowie   z   Indianinem   miałaby   używać   przypisywanego   jej   hiszpańskiego   wyrażenia? 
Tetlcoatlaxopeuh oznacza mniej więcej „nadepnięty kamienny wąż”. Helen Behrens wyciąga z tego 
wniosek,   że   Matka   Boska   w   ten   zawiły   sposób   oznajmiła,   że   zastąpiła   właśnie   najwyższego 
azteckiego boga Quetzalcoatla, którego Indianie przedstawiali pod postacią pierzastego węża.

Ta fantastyczna historia zawiera wielki ładunek wspaniałego symbolizmu. Nie tylko przenosi nas 

ona wstecz w czasie, poprzez owego kamiennego węża do pomników Majów, ale przypomina nam 
także   bardzo   wiele   opowieści   o   wróżkach.   Wspomnijmy   chociażby   o   takich   elementach   jak 
tajemnicza, upajająca muzyka, która oznajmia, że wróżki zbliżają się do słuchającego, kwiaty (w 
tym wypadku znowu róże), które kwitną w takim czasie i miejscu, w jakim nigdy dotąd się nie 
pojawiały, przekazanie specjalnie wybranemu posłańcowi znaku, który zmienia swą naturę wraz ze 
zniknięciem wróżki, jak na przykład węgielki, po pewnym czasie zamieniające się w złoto, którymi 
gnomy   obdarowywały   kobiety.   I   wreszcie   nie   zapominajmy   o   kosmicznym   symbolizmie,   o 
półksiężycu pod stopami Matki Boskiej, tak jak zapisano to w wersach Apokalipsy świętego Jana:

„Potem wielki znak się ukazał na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej 

stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu”.