background image

John Henry kardynał Newman - Apologia pro vita sua - Rozdział V

Od czasu, gdy zostałem katolikiem, nie mam do opowiedzenia żadnej dalszej historii moich przekonań religijnych. Nie 

chcę przez to powiedzieć, że mój umysł pozostawał bezczynny lub że porzuciłem refleksję teologiczną; a jedynie że nie  

mam do odnotowania żadnych zmian i nie odczuwam najmniejszego niepokoju. Jestem zadowolony i żyję w doskonałym  

pokoju. Nigdy nie żywiłem najmniejszych wątpliwości. Nie przypominam sobie, by w chwili mojego nawrócenia dokonała  

się w moim umyśle jakakolwiek, intelektualna czy moralna, przemiana. Nie miałem silniejszej wiary w fundamentalne 

prawdy Objawienia i nie odczuwałem większego spokoju; nie stałem się gorliwszy. Moje nawrócenie było jak powrót do  

portu   po   wzburzonym   morzu,   a   moje   szczęście   z   tego   powodu   trwa   niezakłócone   do   tej   pory.

Nie miałem również żadnych problemów z przyjęciem tych dodatkowych artykułów wiary, których nie znajduje się w 

doktrynie anglikańskiej. W niektóre z nich już wierzyłem, żaden wszelako nie stanowił dla mnie próby. Z największą 

łatwością wyznałem wiarę w te prawdy w chwili przyjęcia mnie do Kościoła Katolickiego i z taką samą łatwością wierzę w 

nie teraz. Daleki jestem oczywiście od tego, by zaprzeczać, że każdy artykuł religii chrześcijańskiej - wyznawanej przez  

katolików czy protestantów - najeżony jest trudnościami o charakterze intelektualnym. I faktem jest, że, gdy idzie o mnie, 

nie potrafię rozwiązać tych trudności. Wiele osób wykazuje ogromną wrażliwość na trudności towarzyszące religii. Jestem  

na   nie   wrażliwy   jak   każdy   inny.   Nigdy   jednak   nie   potrafiłem   dostrzec   związku   pomiędzy   choćby   najostrzejszym 

widzeniem tych trudności i mnożeniem ich do jakichkolwiek ilości - z jednej strony, z drugiej zaś wątpieniem w prawdy, 

którym towarzyszą. Według mnie dziesięć tysięcy trudności nie tworzy nawet jednej wątpliwości – trudność i wątpliwość  

są niewspółmierne. Trudności, rzecz jasna, mogą tkwić w dowodach, ja jednak mówię o trudnościach znajdujących się w 

samych doktrynach lub stosunkach, w jakich doktryny te pozostają względem siebie. Człowieka może irytować fakt, iż nie 

potrafi rozwiązać jakiegoś problemu matematycznego – którego ostateczny wynik jest lub nie jest mu dany – i nie wątpić 

przy tym, że problem ten ma rozwiązanie, lub że jakaś konkretna odpowiedź jest prawdziwa. Pośród wszystkich prawd  

wiary istnienie Boga uwikłane jest, moim zdaniem, w największe trudności, a jednak z ogromną siłą wyryte w naszych 

umysłach.

Mówi się, że trudno uwierzyć w naukę o Transsubstancjacji. Nie wierzyłem w nią do chwili, gdy zostałem katolikiem. Nie  

miałem żadnych trudności z jej przyjęciem, kiedy uwierzyłem, że Katolicki Rzymski Kościół jest wyrocznią Boga i że uznał  

on tę prawdę za część pierwotnego Objawienia. Przyznaję - jest trudna, niemożliwa wręcz do pojęcia. Dlaczego jednak 

miałoby być trudno w nią uwierzyć? Tymczasem Macaulay uważał, że tak trudno ją przyjąć, iż potrzebował przykładu 

człowieka, który w nią wierzył, o talentach tak wybitnych jak Sir Tomasz More, zanim uznał, że katolicy wieku oświecenia 

mogli oprzeć się „przytłaczającej sile argumentów przeciwko tej doktrynie“. „Sir Tomasz More“, mówi, „jest jednym z 

najlepszych przykładów mądrości i cnoty, natomiast nauka o Transsubstancjacji stanowi rodzaj próby ogniowej. Wiara, 

która przetrzyma tę próbę, przetrzyma każdą próbę“. Jeżeli o mnie chodzi, to faktycznie nie potrafię jej dowieść, nie 

umiem powiedzieć, w jaki sposób się dokonuje. Powtarzam jednak, „dlaczego miałaby być niemożliwa? Cóż może jej stać 

na przeszkodzie?“. „Cóż wiem o substancji lub materii? Tyle, ile najwięksi filozofowie, czyli po prostu nic”. Potwierdza to 

choćby fakt, że w naszych czasach powstała nawet szkoła filozoficzna, według której to zjawiska konstytuują całość naszej  

wiedzy fizycznej. Doktryna katolicka pozostawia zjawiska w spokoju: nie mówi, że zjawiska znikają - przeciwnie, głosi, że  

pozostają; nie twierdzi również, że te same zjawiska mogą występować w kilku miejscach jednocześnie. Traktuje o tym, o  

czym nikt na świecie nic nie wie – o substancjach materialnych. Podobnie jest z tą wzniosłą prawdą tak anglikańskiej jak i  

katolickiej religii – doktryną o Bogu w Trójcy Jedynym. Cóż ja wiem o istocie Boskiego Bytu? Wiem, że moje pojęcie  

jedyności jest po prostu nie do pogodzenia z moją ideą troistości, lecz gdy chodzi o ten konkretny fakt, nie mam żadnych 

background image

środków, by dowieść, że nie istnieje taki sens, w którym zarówno jedność jak i troistość mogą być w równym stopniu 

orzekane

 

o

 

niewyrażalnym

 

Bogu.

Zamierzam jednak – jak chcą ci, którzy mnie oskarżają - wziąć na siebie odpowiedzialność nie tylko za doktrynę Kościoła.  

Mówią  oni, że  teraz, ponieważ  jestem  katolikiem,  choć  sam może   nie  popełniłem  grzechów  przeciwko  uczciwości, z 

których   musiałbym   się   tłumaczyć,   to   przynajmniej   odpowiadam   za   grzechy   innych   -   za   wykroczenia   moich  

współwyznawców, moich braci kapłanów, Kościoła samego. Chętnie przyjmuję tę odpowiedzialność i tak jak udało mi się 

–   jak   ufam   –   za   pomocą   kilku   słów   rozproszyć   w   umysłach   tych,   którzy   nie   zaczynają   od   tego,   że   mi   nie   wierzą, 

podejrzenia, od których wychodzi tak wielu protestantów tworzących sobie sąd o katolikach – mianowicie, że nasza 

religia tkwi w zabobonie i hipokryzji, grzechach pierworodnch katolicyzmu - tak teraz, jak i przedtem, utożsamiając się z  

Kościołem, podejmuję się jego obrony. Nie zamierzam, oczywiście, zaprzeczać, że w tej wielokształtnej, rozproszonej po  

całym świecie wspólnocie istnieje z konieczności ogromna masa grzechu i błędu. Zajmę się udowodnieniem tylko tego 

jednego punktu – że system Kościoła nie jest w żadnym tego słowa znaczeniu nieuczciwy i dlatego zwolennicy oraz  

nauczyciele   tego   systemu   mają   prawo,   by   uwolnić   ich   od   ohydnych   oskarżeń   o   nieuczciwość.

Wychodząc zatem od istnienia Boga, (które, jak powiedziałem, jest dla mnie równie pewne, co moje własne istnienie -  

choć gdy próbuję nadać podstawom tej pewności jakąś logiczną postać, napotykam trudności, które nie pozwalają mi  

wykonać tego zadania w satysfakcjonujący mnie sposób), spoglądam poza siebie, na świat ludzi, a to, co widzę, napełnia 

mnie niewypowiedzianym smutkiem. Świat zdaje się po prostu zadawać kłam tej wielkiej prawdzie, która wypełnia całe  

moje jestestwo. Skutek tego, z konieczności, jest taki, że czuję się równie zagubiony, jak gdyby zaprzeczono mojemu 

własnemu istnieniu. Gdybym spojrzał do lustra i nie zobaczył w nim swojej twarzy, odczuwałbym to samo, co czuję teraz,  

gdy spoglądam na ten żyjący, zabiegany świat i nie widzę w nim żadnego odbicia Stwórcy. To właśnie stanowi jedną z  

wielkich trudności, które towarzyszą tej absolutnie podstawowej prawdzie, o której właśnie wspomniałem. Gdyby nie 

głos, który wyraźnie przemawia w moim sumieniu i w moim sercu, to, patrząc na ten świat, powinienem zostać ateistą, 

panteistą lub politeistą. Mówię tu tylko w swoim imieniu i daleki jestem od tego, by odmawiać prawdziwej siły tym  

argumentom na rzecz istnienia Boga, które wyprowadza się z ogólnych faktów ludzkiego społeczeństwa i biegu historii. 

Argumenty te jednak nie przynoszą ze sobą ani ciepła, ani światła; nie przeganiają z mego serca zimy nieutulonego żalu i 

smutku;  nie   sprawiają,   że   w  moim   wnętrzu  zaczynają  rozkwitać   pąki  i   rosnąć   listki;   nie   niosą  mojemu  moralnemu 

jestestwu radości. Widok, jaki prezentuje świat, nie jest niczym innym, jak tylko zwojem proroka, pełnym „narzekań, 

płaczu

 

i

 

biadania“.

Przypatrzcie się światu jak długi i szeroki; zbadajcie jego historię, tak różnorodne rasy ludzkie - ich początki, ich losy, ich 

wzajemne wyobcowanie, ich konflikty; a następnie ich obyczaje, nawyki, rządy, formy kultu, ich przedsięwzięcia; ich 

bezcelowe   dążenia,   ich   przypadkowe   osiągnięcia   i   zdobycze,   bezpłodny   kres   długotrwałych   wysiłków,   tak   nikłe   i  

niewyraźne oznaki jakiegoś nadprzyrodzonego planu, ślepą ewolucję wielkich potęg i prawd, bieg wydarzeń który, zda się,  

wychodzi od bezrozumnych zasad i nie ma przyczyn celowych; wielkość i małość człowieka, jego dalekosiężne cele, jego  

krótkotrwałe życie, zasłonę wiszącą nad jego przyszłością; rozczarowania życia, klęskę dobra, powodzenie zła, ból fizyczny  

i duchowe cierpienie, wszechobecność i natężenie grzechu, powszechne bałwochwalstwo, zepsucie; ponurą, beznadziejną 

bezbożność; stan, w jakim się  znajduje  cały  rodzaj ludzki – tak przerażająco, a jednak tak dokładnie  opisany przez  

Apostoła: „pozbawiony nadziei i bez Boga w świecie”— cały ten widok przyprawia o zawrót głowy i przeraża, i narzuca 

umysłowi   uczucie   głębokiej   tajemnicy,   której   rozwiązanie   znajduje   się   całkowicie   poza   możliwościami   człowieka.

Cóż można rzec w obliczu tej przeszywającej serce i oszałamiającej rozum rzeczywistości? Mogę tylko powiedzieć, że albo  

nie ma żadnego Stwórcy, albo to żyjące ludzkie społeczeństwo naprawdę zostało odrzucone sprzed Jego oblicza. Gdybym  

background image

zobaczył chłopca o pięknym wyglądzie i bystrym umyśle, z wszelkimi oznakami szlachetnej natury, rzuconego w świat bez  

jakiegokolwiek zabezpieczenia, nie potrafiącego powiedzieć, ani skąd pochodzi i gdzie się urodził, ani jakie są jego związki 

rodzinne, musiałbym wyciągnąć wniosek, że w jego historii kryje się jakaś tajemnica i że z tej czy innej przyczyny jego  

rodzice   się   go   wstydzą.   Tylko   w   ten   sposób   mógłbym   wytłumaczyć   kontrast   pomiędzy   obietnicą   a   rzeczywistymi  

warunkami jego życia. I w ten sam sposób myślę o świecie — jeśli istnieje jakiś Bóg, ponieważ istnieje jakiś Bóg, rodzaj  

ludzki uwikłany jest w jakąś przerażającą pierwotną tragedię; drogi świata i Stwórcy rozeszły się. Taki jest fakt - fakt  

równie pewny, jak istnienie ludzkiej rasy; i w ten sposób nauka o tym, co w teologii nosi nazwę grzechu pierworodnego, 

staje   się   dla   mnie   niemal   tak   pewna   jak   samo   istnienie   świata   i   istnienie   Boga.

Przypuśćmy teraz, że było błogosławioną i miłującą wolą Stwórcy wtrącić się w ten anarchiczny stan rzeczy. Jakie w taki  

razie   -   winniśmy   założyć   -   byłyby   metody,   które,   z   konieczności   i   w   sposób   naturalny,   służyłyby   realizacji   Jego 

miłosiernych  zamiarów? Skoro  świat znajduje  się  w  tak  anormalnym  stanie,  z  pewnością  nie  zdziwiłbym się,  gdyby  

interwencja - z konieczności - była równie nadzwyczajna lub, jak to się mówi, cudowna. Ta kwestia jednak nie wchodzi w  

zakres moich obecnych rozważań. Cuda, traktowane jako dowody, obejmują jakiś proces rozumowania czy dowodzenia. 

Ja natomiast mam na myśli taki sposób wnioskowania, który nie przechodzi od razu w dowodzenie. Pytam raczej, jaki  

musi być przeciwnik, który mógłby się oprzeć gwałtownej sile namiętności oraz niszczącemu i rozkładającemu wszystko 

sceptycyzmowi   rozumu   w   dziedzinie   dociekań   religijnych?   Nie   zamierzam   zaprzeczać,   że   prawda   stanowi   właściwy 

przedmiot naszego intelektu oraz że jeżeli ten nie dochodzi do prawdy, to albo przesłanka, albo sam proces wnioskowania 

zawierają jakiś błąd. Nie mówię tu jednak o prawym rozumie, lecz rozumie, który rzeczywście i konkretnie działa w  

upadłym człowieku. Wiem, że rozum jako taki, bez pomocy, jeżeli się go tylko właściwie używa, prowadzi do wiary w  

Boga, nieśmiertelność duszy i przyszłą odpłatę. Rozważam tu jednak władzę rozumu w jej faktycznych i historycznych  

przejawach i, ujmując rzecz z tego punktu widzenia, nie sądzę, bym się mylił, gdy powiem, że, gdy chodzi o religię, rozum  

przejawia po prostu skłonność do niewiary. Żadna, choćby najświętsza, prawda nie jest w stanie mu się oprzeć na dłuższą 

metę. Dlatego też w świecie pogańskim, gdy przyszedł nasz Pan, ostatnie ślady dawnej wiedzy religijnej niemal całkowicie 

zanikły   na   tych   obszarach,   gdzie   ludzki   intelekt   przez   wiele   pokoleń   przejawiał   swoją   aktywność.

W naszych czasach sprawy przybrały podobny obrót. Poza Kościołem Katolickim wszystko zmierza – z powodu specyfiki  

naszego stulecia w znacznie szybszym tempie niż kiedyś - do takiej czy innej formy ateizmu. Jakąż scenę, jaki widok  

prezentuje dzisiaj cała Europa! A nie tylko Europa, lecz każdy rząd i każda cywilizacja na tym świecie, która znalazała się 

pod wpływem umysłowości europejskiej! A to nas tu najbardziej obchodzi - jakże przygnębiający z punktu widzenia religii  

- nawet rozpatrywanej w jej najbardziej elementarnej, rozrzedzonej postaci - jest spektakl, jaki prezentują wykształcone  

umysły   Anglii,   Francji   i   Niemiec!   Patrioci   kochający   swój   kraj   i   naród,   ludzie   religijni   poza   Kościołem   Katolickim, 

próbowali różnych sposobów, by zapanować nad niepohamowaną, samowolną naturą ludzką i powstrzymać ją na drodze 

do  niewiary. Powszechnie  uznaje  się  konieczność  jakieś formy religii  dla zabezpieczenia interesów ludzkości. Gdzież 

jednak szukać tego konkretnego przedstawiciela rzeczy niewidzialnych, który dysponowałby taką siłą i odpornością, że  

mógłby   stać   się   zaporą   chroniącą   przed   potopem?   Trzy   stulecia   temu   w   krajach,   które   odłączyły   się   od   Kościoła  

Katolickiego,   uznano,   że   upaństwowienie   religii   -   materialne,   prawne   i   społeczne   –   stanowi   najlepszy   środek   do 

osiągnięcia tego  celu. I przez długi  czas tego rodzaju  rozwiązanie sprawdzało  się  w praktyce. Obecnie jednak, przez  

szczeliny i pęknięcia, wróg wdziera się do Kościoła państwowego. Trzydzieści lat temu ufność pokładano w edukacji; 

dziesięć lat temu pojawiła się nadzieja, że pod wpływem handlu oraz dzięki panowaniu sztuk pięknych i użytkowych na 

zawsze ustaną wojny. Ale czy znajdzie się ktoś, kto zaryzykuje stwierdzenie, że gdziekolwiek na tej ziemi znajduje się coś,  

dzięki

 

czemu

 

moglibyśmy

 

wstrzymać

 

świat

 

w

 

jego

 

dalszym

 

pochodzie?

Sąd, który rozum wydaje o tych instytucjonalnych podporach jako środkach mających w anarchicznym świecie zachować  

background image

prawdę religijną, musi zostać rozszerzony nawet na Pismo Święte, chociaż pochodzi od Boga. Doświadczenie dowodzi, że 

Biblia   nie   służy   celom,   dla   których   nigdy   jej   nie   przeznaczono.   Może,   przypadkowo,   stać   się   środkiem   nawrócenia  

pojedynczych ludzi, poza tym jednak księga jako taka nie potrafi oprzeć się atakom dzikiego rozumu ludzkiego i obecnie 

zaczyna   potwierdzać,   w   aspekcie   swej   struktury   i   treści,   siłę   tego   powszechnego   czynnika   rozkładu,   który   z   takim  

powodzeniem

 

wpływa

 

na

 

religię

 

panującą.

Zakładając zatem, że Stwórca zechciał ingerować w sprawy ludzi i zabezpieczyć zachowanie w świecie poznanie swojej 

Osoby - poznanie na tyle jasne i określone, by mogło oprzeć się energii ludzkiego sceptycyzmu - wówczas (daleki jestem  

od tego, by twierdzić, że nie istniał inny sposób) nie byłoby niczym dziwnym, gdyby uznał za właściwe wprowadzić na  

świat potęgę, która w sprawach religii posiada przywilej nieomylności. Władza taka byłaby bezpośrednim, czynnym i 

szybko   działającym   środkiem   zdolnym   zaradzić   pojawiającym   się   trudnościom;   byłby   to   instrument   adekwatny   do  

potrzeb. I kiedy słyszę, że Kościół Katolicki głosi, iż jest takim instrumentem, nie tylko nie znajduję żadnych trudności w 

uznaniu tej  idei, ale  wręcz uważam, że  ta niejako  sama  narzuca  się  mojemu rozumowi. Dochodzę w ten sposób do 

nieomylności Kościoła - ustanowionej przez miłosiernego Stwórcę w celu zachowania religii w świecie oraz po to, abyby  

ująć w karby wolność myśli (która sama w sobie jest oczywiście jednym z naszych największych naturalnych darów) i 

ochronić ją przed jej samobójczymi ekscesami. Proszę zauważyć, że ani teraz, ani później nie będę miał okazji, by mówić  

bezpośrednio o treści Obajwienia, lecz jedynie o sankcji, jakiej udziela ono prawdom, które można poznać niezależnie od  

niego - czyli o tyle, o ile wiąże się z obroną religii naturalnej. Twierdzę, że władza obdarzona nieomylnością w sprawach  

religii jest doskonałą bronią, która na przestrzeni ludzkich dziejów potrafiła odeprzeć ogromną energię agresywnego, 

kapryśnego i wiarołomnego rozumu. Proszę, by czytelnicy mieli na uwadze, że w tym, co mówię i co jeszcze powiem, cały  

czas   pamiętam   o   moim   głównym   celu,   którym   jest   obrona   siebie   samego!

Później stanie się jasne, że bronię się tutaj przed pozornie słusznym zarzutem, jaki wysuwa się przeciwko katolikom. Otóż 

według niego ja, jako katolik, nie tylko utrzymuję, że wierzę w doktryny, w które w głębi serca wierzyć nie mogę, ale  

również przyjmuję istnienie na ziemi potęgi, która, według własnej woli i kiedy jej się spodoba, odwołując się do swojej  

nieomylności, narzuca ludziom dowolne nowe prawdy wiary; i że wskutek tego moje własne myśli nie są moją własnością;  

że nie jestem w stanie powiedzieć, czy jutro nie będę musiał odrzucić tego, w co wierzę dzisiaj i że koniecznym rezultatem  

takiego stanu umysłu musi być albo upadlające zniewolenie, albo zacięty wewnętrzny opór, który znajduje ujście w skrytej 

niewierze, albo połączona z uczuciem obrzydzenia konieczność ignorowania całego zagadnienia religii i mechaniczne 

powtarzanie wszystkiego, co mówi Kościół i pozostawienie innym obrony jego nauki. Wyjaśniłem wcześniej, jaki jest mój 

stosunek   do   doktryny   katolickiej,   teraz   powiem   o   moim   stanowisku   wobec   nieomylności   Kościoła.

Przede wszystkim nauka o nieomylnym nauczycielu stanowi silny protest przeciw sytuacji, w jakiej znajduje się obecnie 

rodzaj   ludzki.   Człowiek   zbuntował   się   przeciw   swemu   Stwórcy   i   właśnie   ten   fakt   spowodował   boską   interwencję   - 

pierwszym aktem Boskiego Posłańca musi być ogłoszenie tej prawdy. Kościół musi potępić bunt jako największe możliwe  

zło. Nie wolno mu iść z nim na żadne układy - jeżeli chce dochować wiary swemu Mistrzowi, rebelia musi być zakazana i 

wyklęta. Takie było znaczenie mojej wypowiedzi, która dostarczyła podstaw jednemu z tych szczególnych zarzutów, na 

który obecnie odpowiadam. Nie mam jednak w tej materii żadnych win do wyznania. Niczego nie muszę odwoływać i  

dlatego zupełnie świadomie powtarzam tutaj tamto stwierdzenie. Powiedziałem wówczas: „Kościół Katolicki uważa, że 

lepiej, aby słońce i księżyć spadły z nieba, by ziemia zatrzymała się w miejscu, a rzesze, które ją zamieszkują, umierały z  

głodu w najgorszych męczarniach (chodzi o cierpienia doczesne), niż by jedna dusza - nie powiem: uległa zatraceniu - ale 

popełniła choćby jeden grzech powszedni, świadomie powiedziała jedną tylko nieprawdę lub przywłaszczyła sobie jeden  

marny grosz bez jakiejś racji.” Uważam, że wyłożona tu zasada stanowi jedynie preambułę formalnego uwierzytelnienia  

Kościoła Katolickiego, tak jak akt Parlamentu mógłby zaczynać się od jakiegoś „Zważywszy że...” To z powodu natężenia  

background image

grzechu, w którym pozostaje rodzaj ludzki, wprowadzono na świat przeciwnika zdolnego stawić mu czoła i pierwszym 

aktem tej ustanowionej przez Boga potęgi będzie rzucenie wrogowi wyzwania i pokonanie go. Zatem taka preambuła  

określa   sens   pozycji   Kościoła   w   świecie   i   wyjaśnia   całą   jego   historię,   nauczanie   i   działanie.

W podobny sposób Kościół zawsze energicznie i jasno wykładał te inne wielkie podstawowe prawdy, które albo stanowią 

wyjaśnienie jego posłannictwa, albo określają charakter jego działania. Nie naucza, że ludzka natura jest bezpowrotnie 

stracona, bo jeśli tak, to na czym miałaby polegać jego misja? Nie twierdzi, że naturę tę należy rozbić i niejako od nowa  

odbudować - lecz wyzwolić, oczyszczyścić i przywrócić do stanu łaski. Nie głosi, że natura ludzka to po prostu masa 

beznadziejnego   zła,  ale   że   obiecano   jej  wielkie   rzeczy   i  nawet  teraz,  w   swoim  obecnym  stanie   nieuporządkowania   i 

grzechu, posiada sobie właściwe cnoty i chwałę. Kościół wie jednak i naucza, że odrodzenie, do którego zmierza, dokonuje  

się   nie   tylko   poprzez   stosowanie   pewnych   zewnętrznych   środków   głoszenia   i   nauczania   -   nawet   jeżeli   jest   to   jego  

nauczanie   i   głoszenie   -   lecz   dzięki   wewnętrznej   mocy   duchowej   lub   łasce   udzielanej   bezpośrednio   z   góry   za   jego  

pośrednictwem.   Kościół   ma   za   zadanie   wyzwolić   ludzką   naturę   z   jej   nędzy   -   ale   nie   przez   zwykłe   podniesienie   na 

poprzedni poziom, lecz przez wyniesienie jej na poziom wyższy. Kościół uznaje istnienie w ludzkiej naturze prawdziwej - 

choć zbrukanej - moralnej doskonałości, nie może jej jednak uwolnić z ziemi inaczej, jak tylko podnosząc ją ku niebu. Dla  

wypełnienia tego zadania złożono w rękach Kościoła odradzającą łaskę i dlatego, z powodu natury tego daru, Kościół z  

całą mocą podkreśla, że każde prawdziwe nawrócenie musi rozpocząć się od źródeł myśli i naucza, że osoba ludzka musi  

być   zdrową   i   doskonałą   świątynią   Boga,   gdy   zarazem   jest   ona   jednym   z   żyjących   kamieni,   które   budują   widzialną  

wspólnotę religijną. W ten sposób rozróżnienia pomiędzy naturą i łaską oraz pomiędzy zewnętrzną i wewnętrzną religią 

stają   się   dwoma   kolejnymi   artykułami   wiary,   które   należą   do   tego,   co   określiłem   mianem   preambuły   boskiego  

posłannictwa

 

Kościoła.

Tego rodzaju prawdy Kościół energicznie potwierdza i podaje ludziom pod rozwagę. Gdy idzie o te prawdy, nie stosuje 

żadnych półśrodków, żadnej powściągliwości, żadnej delikatności ani roztropności. ,,Musicie się narodzić na nowo” - oto 

prosta, bezpośrednia forma wypowiedzi, którą posługuje się na wzór swego Boskiego Mistrza: ,,cała wasza natura musi się  

odrodzić - wasze namiętności i wasze uczucia, wasze zamierzenia, i wasze sumienia, i wasza wola i wreszcie last but not  

least wasz intelekt - muszą obmyć się w nowym żywiole i zostać ponownie poświęcone waszemu Stwórcy.” Z powodu  

przypominania tych punktów nauki Kościoła na mój własny sposób pewne fragmenty jednego z tomów moich kazań 

spotkały się z ogólnym oskarżeniem, jakie wysuwa się pod adresem moich przekonań religijnych. Autor owych zarzutów 

orzekł, że albo jestem szalony - jeśli wierzyłem, albo pozbawiony jakichkolwiek zasad - jeżeli nie wierzyłem - w swoje  

własne stwierdzenia: że mianowicie leniwa, obdarta, brudna, dopuszczająca się niekiedy kłamstwa żebraczka, jeżeli tylko 

zachowała czystość, trzeźwość, pogodę ducha i była religijna, może żywić nadzieję, że pójdzie do nieba - gdy nadziei takiej 

absolutnie   nie   może   mieć   utalentowany   polityk,   prawnik   czy   arystokrata   -   choćby   zawsze   był   sprawiedliwy,   prawy, 

wielkoduszny, godny szacunku i sumienny, jeżeli nie ma również jakiegoś udziału w łasce Bożej. Otóż uważam, że przed 

tego rodzaju krytyką bronią mnie słowa naszego Pana, które Ten skierował do arcykapłanów: „Celnicy i nierządnice 

wchodzą przed wami do Królestwa Niebieskiego.” Tę samą parę alternatywnych oskarżeń wysunięto pod moim adresem,  

ponieważ ośmieliłem się powiedzieć, że przyzwolenie na nieczyste pragnienia jest czymś nieskończenie bardziej złym niż 

kłamstwo ujęte w oderwaniu od jego przyczyn, motywów i konsekwencji: kłamstwo bowiem, rozpatrywane samodzielnie - 

niezależnie   od   tego,   jak   byłoby   haniebne,   podłe,   szkodliwe   dla   porządku   społecznego   czy   zasługujące   na   publiczne  

potępienie - jest przypadkową wypowiedzią, niemal czysto zewnętrznym aktem, który nie pochodzi wprost z ludzkiego 

serca. Mamy natomiast wyraźne słowa naszego Pana, który mówi, że „każdy, kto pożądliwie spogląda na kobietę, w swoim 

sercu już dopuścił się z nią cudzołóstwa.” Teksty te z całą pewnością dają mi takie samo prawo wierzyć w doktryny, które  

wywołały tak wielkie zaskoczenie, jak i w grzech pierworodny, w Nadprzyrodzone Objawienie lub w to, że jedna z Osób  

Boskich   cierpiała   na   krzyżu,   a   także   że   kara   za   grzechy   trwa   wiecznie.

background image

Przechodząc teraz od tego, co nazwałem preambułą aktu udzielenia Kościołowi nieomylności, do samej nieomylności, 

chcę poczynić dwie krótkie uwagi: 1. z jednej strony nie określam tu niczego na temat zasadniczego podmiotu tej władzy, 

jest to bowiem zagadnienie doktrynalne, a nie historyczne czy praktyczne; 2. z drugiej zaś nie rozszerzam bezpośredniego  

obszaru zagadnień, nad którymi rozciąga się jurysdykcja nieomylności, poza kwestie religijne. A teraz kilka słów o samej 

nieomylności.

Władza ta, rozważana w całej pełni, jest równie ogromna jak zło, które ją poprzedziło. Gdy podejmuje działania i zabiera 

głos - lecz tylko w ramach swoich uprawnień, w przeciwnym bowiem razie oczywiście zachowuje milczenie - utrzymuje, że  

doskonale zna prawdziwe znaczenie każdej części i każdego szczegółu Boskiego Przesłania, które nasz Pan powierzył  

Apostołom. Twierdzi, że zna swoje własne granice i że sama rozstrzyga, co może i czego nie może określać w sposób 

absolutny. Utrzymuje nadto, że jej jurysdykcja rozciąga się również na stwierdzenia, które nie dotyczą bezpośrednio  

religii - w tym sensie, że może określać, czy wiążą się one pośrednio z religią i, zgodnie z własnym sądem, rozstrzygać, czy  

w konkretnym przypadku stwierdzenia te pozostają w harmonii z prawdą objawioną. Władza ta rości sobie prawo do 

ostatecznego orzekania - obojętne, czy w obrębie swoich kompetencji, czy poza nim - że takie i takie stwierdzenia są lub  

nie   są   -   co   do   swego   ducha   lub   z   racji   konsekwencji,   do   których   prowadzą   -   szkodliwe   dla   Depositum   wiary   -   i  

odpowiednio   dopuszcza   je   lub   potępia   i   zabrania   ich   głoszenia.   Twierdzi,   że   ma   prawo   według   własnego   uznania 

nakazywać milczenie we wszelkich kwestiach i kontrowersjach doktrynalnych, które, w oparciu o własne ipse dixit , 

ogłasza jako niebezpieczne, nieporządane lub nie na czasie. Domaga się, by katolicy, niezależnie od tego, co sądzą o tych  

aktach,  przyjęli   je   z  tymi  zewnętrznymi   oznakami  czci,  poddania  i   lojalności,   jakie,   na  przykład,  Anglicy  okazują   w  

obecności swego suwerena, nie krytykując ich, ponieważ - na przykład - ich materia jest nieodpowiednia lub dlatego, że  

narzucono je siłą. I wreszcie naucza, że może wymierzać kary duchowe; odciąć nieposłusznych od zwyczajnych kanałów  

łaski i ekskomunikować tych, którzy odmawiają podporządkowania się jej formalnym deklaracjom. Taka jest nieomylność  

spoczywająca w Kościele Katolickim, rozpatrywana w swoich konkretnych przejawach, ozdobiona i otoczona oznakami 

swojej   wzniosłej   suwerenności;   jest   to,   by   powtórzyć,   co   powiedziałem   wcześniej,   nadzwyczajna   i   ogromna   potęga, 

zesłana

 

na

 

ziemię,

 

by

 

pokonać

 

i

 

zapanować

 

nad

 

gigantycznym

 

złem.

A   teraz   wyznaję   swoje   całkowite   posłuszeństwo   wobec   roszczeń   tej   tak   scharakteryzowanej   potęgi.   Wierzę   w   całą 

objawioną prawdę - jak była głoszona przez Apostołów, jak przez Apostołów została powierzona Kościołowi i jak przez  

Kościół została ogłoszona mnie. Przyjmuję ją w nieomylnej interpretacji Autorytetu, któremu została powierzona i jak 

dalej będzie interpretowana przez ten sam Autorytet aż po kres czasów. Przyjmuję ponadto powszechnie akceptowane 

tradycje Kościoła, w których zawarta jest materia tych nowych orzeczeń dogmatycznych, jakie są od czasu do czasu  

ogłaszane   i   które   zawsze   stanowiły   tło   i   ilustrację   już   zdefiniowanych   dogmatów.   Poddaję   się   także   tym   innym   -  

teologicznym czy nie  teologicznym - decyzjom Stolicy Świętej, które ta podejmuje poprzez ustanowione przez  siebie 

organa, i które, pozostawiając na boku kwestię ich nieomylności, domagają się ode mnie akceptacji i posłuszeństwa. 

Uważam również, że stopniowo, z upływem wieków, katolickie dociekania teologiczne przyjęły pewien określony kształt i  

przybrały postać nauki z własną metodą i terminologią pod intelektualnym przewodnictwem takich wielkich umysłów jak  

św. Atanazy, św. Augustyn i św. Tomasz. Nie odczuwam też najmniejszej pokusy, aby niszczyć to wielkie dziedzictwo  

myśli,

 

które

 

zostało

 

nam

 

przekazane

 

dla

 

czasów

 

współczesnych.

A skoro taka jest moja wiara, którą z całego serca wyznaję i którą, o ile wiem, wyznaje cały Kościół Katolicki, to, na  

pierwszy   rzut   oka,   mogłoby   się   wydawać,   że   niespokojny   ludzki   intelekt   zostaje   zupełnie   skrępowany,   a   wszelkie 

niezależne wysiłki i działania całkowicie uniemożliwione. Jeżeli zatem to jest sposób na zdyscyplinowanie rozumu, to  

zostaje on zdyscyplinowany po to jedynie, by zostać unicestwiony. Rzecz ma się jednak inaczej i nie taki, jak rozumiem, 

background image

był zamiar Opatrzności, która ustanowiła nieomylność jako wielkie remedium na wielkie zło. Potwierdza to miniona 

historia konfliktu pomiędzy nią i rozumem oraz perspektywy trwania tego konfliktu w przyszłości. Energia ludzkiego 

umysłu rośnie, gdy ten napotyka opór. Intelekt doskonale się rozwija i raduje się swoją niezmożoną, prężną siłą pod  

potężnymi ciosami tej ustanowionej przez Boga broni. Nigdy też nie jest bardziej sobą jak wówczas, gdy zostaje pokonany.  

Pisarze protestanccy utrzymują na ogół, że w historii religii działają dwie wielkie zasady - Autorytet i Sąd Prywatny i że  

protestanci zachowują całkowitą swobodę wydawania sądów my zaś odziedziczyliśmy życie w niewoli Autorytetu. Tak 

jednak nie jest. Jedynie Kościół Katolicki - i tylko on - stanowi arenę, na której mogą spotkać się ci dwaj przeciwnicy w  

przerażającym,   nigdy   nie   kończącym   się   pojedynku.   Z   punktu   widzenia   historii   i   rozlicznych   działań   religii   czymś  

absolutnie koniecznym jest, by owa walka trwała bezustannie. Każdy akt nieomylności stanowi wynik intensywnych i  

różnorodnych operacji rozumu (który jest jej sojusznikiem i przeciwnikiem zarazem) i prowokuje następnie - gdy ów akt  

został już dokonany - kolejną reakcję rozumu. I - by posłużyć się przykładem z dziedziny polityki - tak jak Państwo  

istnieje   i   trwa   dzięki   rywalizacji   i   konfliktom,   uzurpacji   uprawnień   i   klęską   konstytuujących   je   elementów,   tak   też  

Chrześcijaństwo Katolickie nie jest prostym przykładem religijnego absolutyzmu, lecz stanowi arenę ciągłych zmagań  

Autorytetu i Sądu Prywatnego, które na przemian bądź to biorą górę, bądź się wycofują - niczym przypływy i odpływy 

oceanu. Kościół to ogromna rzesza ludzi o upartych umysłach i dzikich namiętnościach, których piękno i majestat Mocy 

Nadprzyrodzonej zebrały razem w tym, co można przyrównać do ogromnego zakładu poprawczego czy szkoły - nie do 

szpitala czy więzienia; nie po to, by kazać im iść spać czy żywcem pogrzebać. Zebrano ich razem (jeśli wolno mi zmienić  

metaforę) jak gdyby w jakiejś moralnej fabryce, w której surową ludzką naturę - tak doskonałą, tak niebezpieczną, zdolną 

do posłuszeństwa Bożym zamiarom - poddaje się nieustannemu i głośnemu procesowi rozkładania i oczyszczania, aby ją 

ukształtować

 

na

 

nowo.

Św. Paweł pisze, że jego apostolskiej władzy udzielono mu dla budowania – nie dla niszczenia. Nie istnieje lepsze ujęcie  

nieomylności  Kościoła:  ma  ona   zaradzić  konkretnej   potrzebie   i  poza  tę   potrzebę   nie   wykracza.  Celem  –  i  skutkiem 

działania nieomylności nie jest osłabienie wolności czy energii ludzkiej myśli w obszrze dociekań religijnych, lecz kontrola 

i nadzór nad jej wybrykami. Jakie były wielkie dzieła nieomylności? Wszystkie zostały dokonane w obszarze teologii:  

zwalczenie arianizmu, eutychianizmu, pelagianizmu, manicheizmu, luteranizmu, jansenizmu - oto imponujące skutki jej 

działania  w  przeszłości.  Teraz  zaś  o  otrzymanym  przez  nas  zapenieniu, że  w  przyszłości  nieomylność  zawsze  będzie 

działać

 

w

 

ten

 

sam

 

sposób.

Przede wszystkim nieomylność nie może w swych działaniach wykraczać poza wyraźnie określonym krąg zagadnień i we  

wszystkich swych decyzjach - czy definicjach , jak się je nazywa - musi trzymać się tych granic. Te zaś wyznaczone są przez  

wielkie prawdy prawa moralnego, religii naturalnej oraz wiary apostolskiej i zarazem stanowią fundament nieomylności,  

której nie wolno poza nie wychodzić i do których zawsze musi się odwoływać. Zarówno krąg zagadnień jak i artykuły  

należące do obszaru działania nieomylność są raz na zawsze określone. Nieomylna władza zawsze musi kierować się się  

Pismem Św. i Tradycją; musi odnosić się do prawd apostolskich, które narzuca wiernym lub (jak to się zwykło określać)  

definiuje . W przyszłości zatem nic nie może zostać mi przedstawione jako część wiary, jak tylko to, co już powinienem 

byłem przyjąć, a czego do tej pory nie przyjąłem po prostu dlatego, że mi tego nie wyjaśniono. Nie może zostać mi 

narzucone nic, co różniłoby się od tego, w co już wierzę—a tym bardziej, co by z tym pozostawało w sprzeczności. Nowa  

prawda, która zostaje ogłoszona - jeżeli już trzeba nazywać ją nową – musi być przynajmniej jednorodna, pokrewna, 

zawarta w i powiązana ze starymi prawdami; musi być taka, że mógłbym domyślić się, że stanowi – lub życzyć sobie by 

stanowiła – część Apostolskiego Objawienia, a przynajmniej posiadać takie cechy, że mój umysł chętnie zgodzi się ją  

przyjąć, gdy tylko o niej usłyszy. Być może ja i inni tak naprawdę zawsze w nią wierzylismy i jedyna rzecz, która w tym  

momencie zostaje rozstrzygnięta, to ta, że mogę mieć odtąd satysfakcję, iż muszę wierzyć - że przez cały czas wierzyłem - 

w

 

to,

 

w

 

co

 

przede

 

mną

 

wierzyli

 

Apostołowie.

background image

Weźmy   dogmat,   który   zdaniem   protestantów   stanowi   największą   trudność   naszej   doktryny   -   Niepokalne   Poczęcie 

Najświętszej Marii Panny. Proszę, by czytelnik przypomniał sobie główny tok moich rozważań, który jest następujący: nie  

mam żadnych trudności z przyjęciem tej prawdy wiary, a to dlatego że pozostaje ona w doskonałej harmonii z tym 

kręgiem uznanych dogmatów, do którego niedawno ją włączono — skoro jednak ja nie mam żadnych trudności, dlaczego 

również inni nie mieliby ich nie mieć? Dlaczego nie stu ludzi? Dlaczego nie tysiąc? Otóż jestem pewien, że katolicy na ogół  

nie mają żadnych trudności z przyjęceim dogmatu o Niepokalanym Poczęciu i że nie ma powodu, dla którego mieliby  

mieć takie trudności. Kapłani nie mają żadnych trudności - mówicie mi, że powinni mieć, ale nie mają. Uwierzcie, że inni 

mogą myśleć i odczuwać w sposób bardzo różny od waszego. Dlaczego zatem ludzie, gdy pozostawić ich samym sobie, 

popadają w tak odmienne formy religii, jeżeli nie dlatego, że istnieją pośród nich różne, bardzo od siebie odmienne typy 

umysłowości?  Tak  więc  na   podstawie   mojego   świadectwa  o   mnie   samym   -   jeśli   w  nie   wierzycie   -  sądźcie   o   innych 

katolikach: my nie znajdujemy tych trudności, jakie wy znajdujecie, w doktrynach, w które wierzymy. Nie doświadczamy 

żadnych intelektualnych trudności, gdy chodzi o tę szczególną doktrynę, którą wy nazywacie współczesną nowinką. My,  

kapłani,   nie   musimy   być   hipokrytami,  chociaż   każe   się   nam   wierzyć  w   Niepokalane   Poczęcie.  Dla   ogromnych  rzesz 

ludzkich   wyznających   chrześcijaństwo   według   naszego   sposobu   –   co   do   szczególnego   charakteru,   ducha   i   światła 

(obojętne jakim posłużymy się słowem), sposobu, w jaki wierzą katolicy — przyjęcie, że Najświętsza Maria Panna została  

poczęta bez grzechu pierworodnego, nie stanowi żadnego problemu. Zresztą, katolicy nie zaczęli wierzyć w tę prawdę,  

ponieważ   została   ona   zdefiniowana,   ale   zdefiniowano   ją,   ponieważ   katolicy   w   nią   wierzyli.

Tak  więc definicja z  1854 nie  tylko nie  była  dla świata katolickiego jakimś tyrańskim  ciosem, ale  została przyjęta z  

największym   entuzjazmem.   Promulgowano   ją   w   odpowiedzi   na   jednomyślne   petycje   słane   do   Stolicy   Świętej   ze 

wszystkich części Kościoła z prośbą o definicję  ex  cathedra , że  doktryna ta  jest apostolska  - i dlatego  jako  taką ją  

ogłoszono. Nigdy nie słyszałem o żadnym katoliku, który miałby trudności z przyjęciem tej doktryny, a którego wiara już z 

innych powodów nie byłaby podejrzana. Oczywiście istnieli poważni i dobrzy ludzie, których niepokoiła wątpliwość, czy w 

oparciu o Pismo Św. i Tradycję można dowieść w sposób formalny, że nauka o Niepokalanym Poczęciu pochodzi od 

Apostołów. Z tej przyczyny ludzie ci, choć sami w nią wierzyli, nie wiedzieli, jakim sposobem mogłaby zostać ogłoszona 

przez   Najwyższą   Władzę   i   narzucona   wszystkim   katolikom   jako   prawda   wiary.   Jest   to   jednak   odrębne   zagadnienie. 

Chodzi o to, czy nauka o Niepokalanym Poczęciu stanowi dla wierzących jakiś ciężar. Otóż moim zdaniem nie. Co więcej,  

szczerze uważam, że św. Bernard i św. Tomasz, którzy w swojej epoce mieli wobec niej pewne wątpliwości, gdyby dożyli 

naszych   czasów,   przyjęliby   ją   z   radością.   Ich   trudności,   moim   zdaniem,   dotyczyły   kwestii   terminologicznych,   idei   i 

argumentów. Uważali, że doktryna o Niepokalanym Poczęciu jest niezgodna z innymi doktrynami i że argumentom tych,  

którzy jej w owym okresie bronili, brakowało precyzji, która została osiągnięta w wyniku długich dysput w następnych  

stuleciach   -   a   właśnie   z   tego   braku   precyzji   brały   się   wszystkie   różnice   opinii   i   kontrowersje.

Przypadek,   o   którym   wspomniałem,   sugeruje   inną   jeszcze   uwagę:   liczba   tych   tzw.   nowych   doktryn   nie   będzie   nas 

przygniatać, jeżeli potrzeba aż ośmiu wieków, by ogłosić choćby jedną z nich - tyle mniej więcej trwało przygotowanie  

definicji o Niepokalanym Poczęciu. Jest to oczywiście przypadek nadzwyczajny, trudno jednak powiedzieć, jak wygląda  

zwyczajny, jeśli się pamięta, jak niewiele jest tych formalnych okazji, gdy Nieomylność uroczyście podnosi swój głos. W  

sposób   naturalny   za   właściwy   podmiot   nieomylnej   władzy   uważamy   Papieża   i   Sobór   Powszechny:   otóż   w   historii 

chrześcijaństwa było tylko osiemnaście takich soborów — przeciętnie jeden w każdym stuleciu — z tych zaś niektóre nie  

wydały żadnych orzeczeń, inne zajmowały się tylko jednym zagadnieniem, a wiele z nich dotyczyło jedynie zasadniczych 

punktów doktryny. Prawda, Sobór Trydencki zajął się szerokim spektrum zagadnień doktrynalnych; do jego kanonów  

zastosowałbym jednak uwagę poczynioną już w tym moim kazaniu uniwersyteckim, które skrytykowano w Pamflecie, 

który, z kolei, spowodował powstanie tej książki. Powiedziałem tam, że poszczególne wersy Atanazjańskiego Wyznania  

background image

wiary stanowią jedynie powtórzenie - w różnej postaci - jednej i tej samej idei. I podobnie Dekrety Soboru Trydenckiego  

nie   dotyczą   odrębnych   zagadnień,   lecz   w   szczegółowy   sposób   i   w   kilku   oddzielnych   deklaracjach   wykładają   kilka 

koniecznych prawd. Tę samą uwagę zastosowałbym do kilku wydanych przez papieży i przyjętych przez Kościół potępień 

teologicznych oraz, ogólnie, do papieskich orzeczeń dogmatycznych. Przyznaję, na pierwszy rzut oka decyzje te, z racji  

swej  ilości,   wydają  się   stanowić  większy  ciężar  dla  wiary  poszczególnych  osób  aniżeli   kanony   soborowe.   Nie   wierzę  

jednak, aby naprawdę stanowiły taki ciężar. Nie chodzi o to, że katolicy - świeccy czy kapłani - są na tę kwestię obojętni  

lub   też   że   z   powodu   jakiejś   lekkomyślności,   przyjmą   wszystko,   cokolwiek   im   się   przedłoży,   albo   że   są   gotowi,   jak 

prawnicy, mówić według uprzednio napisanego streszczenia; ale w tego rodzaju potępieniach Stolica Święta angażuje się 

przede wszystkim w odrzucenie jednej lub dwóch wielkich linii błędu, takich jak luteranizm czy jansenizm, zasadniczo  

etycznych   -   nie   doktrynalnych   -   które   odbiegają   od   myśli   katolickiej   i   wyraża   to   jedynie,   co   każdy   dobry,   nawet  

niewykształcony katolik o przeciętnych zdolnościach, kierując się swoim zdrowym rozsądkiem, sam by powiedział, gdyby  

przedstawiono

 

mu

 

dane

 

zagadnienie.

Chciałbym teraz uczciwie powiedzieć, co, moim zdaniem, stanowi wielką próbę dla rozumu stojącego na przeciw tej  

wzniosłej   prerogatywy   Kościoła   Katolickiego,   która   jest   przedmiotem   moich   rozważań.   Szeroko   opisałem   konkretne 

formy   i   okoliczności,   w   jakich   nieomylny   autorytet   prezentuje   się   katolikom.   Autorytet   ten   został   wyposażony   w 

prerogatywę   jurysdykcji   pośredniej,   która   dotyczy   zagadnień  leżących   poza   właściwymi   granicami   jego   kompetencji. 

Posiada tę jurysdykcję z bardzo ważnych powodów. Nie mógłby działać w swojej własnej prowincji, gdyby nie miał prawa 

wykraczać poza nią. Nie mógłby właściwie bronić prawdy religijnej, gdyby nie nie było mu wolno domagać się dla niej 

tego, co można określić jako jej pomœria - przedmurze ; lub, by wziąć inny przykład, gdyby nie mógł działać w sposób, w 

jaki my działamy jako naród, który za własny uważa nie tylko kraj, w którym żyjemy, lecz również to, co określamy  

wodami terytorialnymi Brytanii. Kościół Katolicki nie tylko twierdzi, że ma prawo wydawać nieomylne sądy w kwestiach 

religijnych, lecz że wolno mu również krytykować te pozateologiczne opinie, które wpływają na religię - a więc poglądy z 

dziedziny filozofii, nauki, literatury i historii - i żąda naszego posłuszeństwa wobec tych roszczeń. Twierdzi, że może  

potępiać książki, nakazywać ich autorom milczenie i zabraniać dyskusji. W tym obszarze - wziętym całościowo - Kościół  

nie tyle przemawia doktrynalnie, co narzuca pewne środki dyscyplinujące. Oczywiście należy mu się podporządkować bez  

słowa   sprzeciwu,   a   być   może,   z   upływem   czasu,   wycofa   się   milcząco   z   wydanych   przez   siebie   zakazów.   W   takich  

przypadkach kwestie wiary w ogóle nie wchodzą w grę, to bowiem, co stanowi materię wiary, jest zawsze prawdziwe i  

nigdy nie może zostać odwołane. Z faktu, że w Kościele Katolickim złożony został dar nieomylności, nie wynika również,  

że ci, którzy nim zawiadują, są nieomylni we wszystkim, co robią. „O, cudowna to rzecz,” mówi poeta „posiadać moc  

olbrzyma, lecz tyrańska korzystać z niej jak olbrzym.” Sądzę, że historia dostarcza nam przykładów, kiedy w Kościele  

władza została nadużyta - przyznać, że tak było, to potwierdzić, że boski skarb, by posłużyć się słowami Apostoła, złożono 

w „glinianych naczyniach”. Nie wynika stąd również, że istota aktów władzy jest niesłuszna czy niewłaściwa, ponieważ ich  

forma mogła być obciążona jakimiś defektami. Najwyższa władza działa za pośrednictwem niższych organów, a wiemy, 

jak często organa te uzurpują sobie imię swoich mocodawców, dzięki czemu im to przypisuje się błędy, których tak  

naprawdę nie popełnili. Przyznając jednak, że zarzuty te są uzasadnione i to w stopniu większym, aniżeli można by z  

jakimkolwiek pozorem słuszności uznać je za takie w odniesieniu do rządzących Kościołem, postawmy pytanie: których  

trudności - wynikających z braku roztropności czy umiarkowania - nie można by o wiele słuszniej uznać za problem 

wspólnot i instytucji protestanckich? Dlaczego ta sytuacja miałaby czynić hipokrytów z nas, katolików, a z protestantów  

nie?  W  tym   przypadku  nie   nakazuje   się   nam  w  cokolwiek  wierzyć,  a  jedynie   posłuszeństwo   wobec decyzji  władzy  i 

zachowanie   milczenia.   Podobnie   protestanci   byli   niegdyś   posłuszni   królewskim   nakazom   powstrzymania   się   od 

rozstrząsania takich czy innych zagadnień teologicznych. Rozważane przeze mnie ograniczenia zostają nałożone tylko na  

nasze działania, nie nasze myśli. W jaki sposób, na przykład, zakaz publikowania oszczerstw może uczynić z kogokolwiek  

hipokrytę? - jego myśli są równie wolne jak przedtem: autorytatywne zakazy mogą drażnić i irytować, nie mają jednak 

background image

najmniejszego

 

wpływu

 

na

 

korzystanie

 

z

 

rozumu.

Tyle na początek, ale pójdę dalej i powiem, że mimo wszystkich zarzutów, jakie najbardziej wrogo nastawiony krytyk  

może wysunąć przeciw nadużyciom władzy czy innym twardym posunięciom wysokich hierarchów Kościoła w przeszłości, 

czas, moim zdaniem pokazał, że najczęściej mieli oni rację, ci zaś, których potraktowali surowo, najczęściej tkwili w 

błędzie. Imię Orygenesa jest mi bardzo drogie i nie chcę nawet słyszeć, że ten wielki człowiek został na wieki potępiony. 

Jestem jednak pewien, że w sporze pomiędzy nim i zwolennikami jego nauki a władzą kościelną, to jego przeciwnicy mieli  

rację, on zaś się mylił. Któż mógłby jednak cierpliwie opowiadać o jego wrogu i wrogu św. Jana Chryzostoma, niejakim  

Teofilu, biskupie Aleksandrii? Kto mógłby podziwiać lub szanować papieża Wigiliusza? I oto nasuwa mi się jeszcze jedna 

refleksja. Gdy jeszcze jako anglikanin studiowałem historię Kościoła, często z ogromną mocą uświadamiałem sobie, jak  

zwolennicy błędu, który później stawał się  herezją,  w niewłaściwym momencie  zaczynali  głosić  jakąś prawdę  wbrew 

zakazom   władzy.   Wszystko   ma   swój   czas,   niejeden  zaś  pragnie   naprawy   takiego   czy   innego   nadużycia,   pełniejszego 

rozwinięcia   tej   czy   innej   doktryny,   lub   przyjęcia   jakiejś   szczególnej   linii   postępowania,   zapominając   jednocześnie 

postawić sobie pytanie, czy nadszedł na to odpowiedni moment. Człowiek taki, wiedząc, że za jego życia nikt poza nim nie  

zrobi nic w kierunku realizacji tego, co uważa za słuszne, jeżeli on sam się tego nie podejmie, nie słucha głosu władzy i w  

swoim stuleciu niszczy dobre dzieło, tak że inny, który jeszcze się nie narodził, nie będzie miał możności doprowadzenia  

sprawy do końca w następnym. Taki człowiek może światu wydać się odważnym bojownikiem o prawdę i męczennikiem  

sprawy wolności przekonań, naprawdę jednak jest właśnie jednym z tych ludzi, których kompetentna władza powinna 

uciszyć. A chociaż dana kwestia może nie należeć do kręgu zagadnień, co do których władza ta cieszy się przywilejem  

nieomylności   lub   też,   być   może,   nie   dopełniono   wymogów   formalnych   nieomylnego   orzekania,   to   jednak   w   takich 

przypadkach   jest   niewątpliwym   obowiązkiem   władzy   postępować   energicznie   i   zdecydowanie.   A   mimo   to   jej   akty 

potomność zapamięta jako naruszenie prawa do wolności przekonań i uciszenie reformatora, a także jako przykład niskiej 

miłości   do   błędu.   Tego   rodzaju  działania  zostaną   ocenione   jeszcze   surowiej,   jeżeli,  przypadkiem,  rządzący  w  swoim  

postępowaniu przejawią jakikolwiek brak względów czy roztropności i wszyscy sprawujący tę władzę zostaną uznani za  

oportunistów   obojętnych   na   sprawiedliwość   i   prawdę.   A   przy   tym   jeszcze   ta   sama   władza   może   przypadkowo   być  

wspierana przez jakieś skarajne ugrupowanie, które do rangi dogmatu wynosi swoje przekonania, mając na celu przede 

wszystkim

 

zniszczenie

 

każdej

 

innej

 

szkoły

 

poza

 

własną.

Taki stan rzeczy może być w danej chwili irytujący i zniechęcający dla dwojakiego rodzaju ludzi: dla tych o poglądach 

umiarkowanych, którzy chcieliby w największym możliwym stopniu pomniejszyć znaczenie różnic religijnych oraz dla 

tych, którzy jasno widzą istniejące zło i szczerze chcą mu zaradzić - zło, o którym teologowie w tym czy innym kraju nic  

nie wiedzą, a nawet tam, gdzie ono istnieje, nie każdy ma środki, by je właściwie ocenić. Tak działo się kiedyś i tak dzieje  

się teraz. Żyjemy w zadziwiającym stuleciu: rozwój wiedzy świeckiej jest po prostu oszałamiający – tym bardziej, że  

towarzyszy mu perpektywa kontynuacji - i to w jeszcze szybszym tempie i ze wspanialszymi wynikami. Otóż te odkrycia,  

pewne czy prawdopodobne, wywierają pośredni wpływ na przekonania religijne, stąd też musi pojawić się pytanie, w jaki  

sposób pogodzić roszczenia Objawienia i nauk przyrodniczych. Niewielu poważnych ludzi może zachować spokój bez 

jakichś racjonalnych podstaw dla swojej wiary religijnej - umysł niejako instynktownie usiłuje godzić teorię i fakty. A 

zatem, gdy zalewa nas rzeka faktów, już to potwierdzonych bądź też dopiero spodziewanych, z perspektywą całej masy  

następnych, wszyscy wierzący w Objawienie, katolicy i niekatolicy, zostają winni zastanowić się, w jaki sposób fakty te  

wpływają na nich samych - mając na względzie chwałę Bożą oraz te liczne dusze, które, w konsekwencji zadufanego tonu  

szkół   myśli   laickiej,   znajdują   się   w   niebezpieczeństwie   stoczenia   się   w   otchłań   liberalnych   przekonań.

Nie zamierzam tutaj krytykować tej ludzkiej rzeszy, która w naszych czasach wyznaje liberalizm w religii i która od 

współczesnych   odkryć,   już   potwierdzonych   bądź   dopiero   dokonywanych,   oczekuje   pośrednich   lub   bezpośrednich  

background image

wskazań, co ma sądzić o świecie niewidzialnym i o przyszłości. Liberalizm, który obecnie nadaje ton społeczeństwu, różni  

się znacznie od tego sprzed trzydziestu czy czterdziestu lat - dzisiaj dotyczy nie jakiejś konkretnej grupy ludzi, lecz po  

prostu cechuje świeckie warstwy wykształcone. Kiedy byłem młody i po raz pierwszy usłyszałem o ‘liberalizmie’, był to  

tytuł pisma założonego przez Lorda Byrona i innych – dzisiaj, jak wtedy, nie żywię żadnej sympatii dla filozofii Byrona.  

Później liberalizm stał się wyróżnikiem pewnej suchej i odstręczającej szkoły teologicznej, której poglądy, choć same w  

sobie niezbyt groźne, okazały się jednak niebezpieczne, ponieważ utorowały drogę złu, którego sama ta szkoła ani się nie  

spodziewała,   ani   nie   rozumiała.   W   chwili   obecnej   liberalizm   nie   jest   niczym   innym   jak   tym   głębokim,   pozornie 

racjonalnym   sceptycyzmem,   który,   jak   już   wspomniałem,   stanowi   skutkek   praktycznego   korzystania   rozumu   nie  

oświeconego

 

łaską

 

wiary.

Religijni liberałowie stanowią obecnie grupę bardzo zróżnicowaną i nie zamierzam tutaj dyskutować z ich poglądami. 

Świadomość, że niektórzy lub nawet wielu z nich może żywić - i bez wątpienia żywi - w swoim sercu autentyczną antypatię  

czy gniew wobec Prawdy Objawionej, jest bardzo przygnębiająca. Natomiast pośród ludzi nauki czy literatury wrogość 

wobec   religii   przybiera   niekiedy   postać   niemal   osobistego   uczucia,   a   chęć   udowodnienia,   że   chrześcijaństwo   jest 

nieprawdziwe lub że Biblia nie zasługuje na zaufanie może wynikać z przynależności do jakiejś partii, z jakiegoś poczucia 

honoru lub z podekscytowania grą, może też być skutkiem irytacji i rozdrażnienia, wywołanych przez zjadliwy styl czy  

ciasnotę umysłową religijnych apologetów. Z drugiej strony, jak sądzę, wielu naukowców i ludzi literatury w sposób  

uczciwy i bezstronny prowadzi badania w swojej dziedzinie, zgodnie z własnymi poglądami - bez jakichś osobistych  

niepokojów z powodu trudności religijnych i bez najmniejszego zamiaru, by wynikami swoich badań sprawiać przykrość  

innym. Nie przystoi, bym obawiał się prawdy – jakiegokolwiek nie byłaby ona rodzaju - i winił tych, którzy badają fakty 

posługując się otrzymanym od Boga rozumem, doprowadzając wyniki swoich badań do ich logicznych konkluzji: lub bym  

gniewał się na naukę, ponieważ religia zobowiązana jest zapoznać się i liczyć z jej odkryciami. Zostawiając jednak na boku  

tych, którzy nie odczuwają jakiejś szczególnej potrzeby współczucia ze strony katolików, należy oczywiście wczuć się 

głęboko w położenie czwartej, ogromnej grupy ludzi o szczerym i religijnym umyśle spośród wykształconych warstw 

społeczeństwa, którzy, zależnie od okoliczności, czują się po prostu zagubieni, przestraszeni bądź zrozpaczeni z powodu  

ogromnego  zamętu,  jaki  ostatnie   odkrycia   czy  spekulacje   wprowadziły  w  ich  podstawowe   pojęcia   religijne.  Któż  nie  

odczuwa współczucia dla tych ludzi? Kto może być względem nich surowy? Przytaczam w ich obronie piękne słowa św.  

Augustyna, Illi in vos sæviant , etc. Niechaj ci wydają surowe osądy, którzy sami nigdy nie doświadczyli trudności, jakie  

towarzyszą oddzielaniu prawdy od kłamstwa i poszukiwaniom drogi życia pośród ułód tego świata. Jak wielu katolików –  

wielu z nich dobrych, wiernych i szlachetnych - podążyło w swoich poglądach za tymi ludźmi! Jakże często pojawia się w  

ich sercach pragnienie, aby ktoś spośród ich współwyznawców wystąpił jako obrońca prawdy objawionej przeciw tym, 

którzy ją atakują! Różni ludzie, katolicy i protestanci, zwracali się do mnie z prośbą, bym ja się tym zajął – zadanie to  

nastręcza jednak kilka poważnych trudności. Jedną z największych jest ta, że w chwili obecnej bardzo trudno dokładnie  

powiedzieć, czemu należy stawić czoła i co zwalczać. Nie zamierzam przeczyć, że wiedza naukowa naprawdę się rozszerza,  

proces ten przebiega jednak bardzo nierównomiernie: hipotezy powstają i upadają, trudno przewidzieć, która z nich się 

utrzyma oraz jak będzie się zmieniał stan wiedzy w następnych latach. Wobec takich okoliczności wydaje mi się czymś  

najzupełniej niegodnym katolika angażowanie się w pogoń za tym, co może okazać się złudą i - z powodu takich czy 

innych szczegółowych zastrzeżeń – wymyślanie teorii, która, zanim zostanie wykończona, być może musiałaby ustąpić  

miejsca jakiejś innej, jeszcze nowszej teorii - a to dlatego, że owe wcześniejsze zastrzeżenia zostały unieważnione przez te,  

które dopiero się pojawiły. Zdaje się, że żyjemy w czasach, kiedy chrześcijanie winni okazać szczególną cierpliwość, gdy  

nie ma innych sposobów przyjścia z pomocą tym, którzy czują się zaniepokojeni i zagubieni, poza zachęcaniem ich, by  

mieli trochę wiary i męstwa, i by „wystrzegali się,” jak mówi poeta, „desperackich kroków”. A im więcej o tym myślę, tym  

bardziej wydaje mi się prwadopodobne, że, gdybym usiłował podjąć się czegoś rokującego tak nikłe nadzieje powodzenia, 

okazałoby się, że najwyższa władza Kościoła Katolickiego jest przeciwna tej próbie, ja zaś zmarnotrawiłbym swój czas na 

background image

refleksje, których rezultaty byłoby nieroztropnie przedstawiać opinii publicznej lub które, gdybym jednak podjął się tego 

zadania, jeszcze bardziej skomplikowałoby kwestię i tak już skomplikowaną bez mojego udziału. Interpretuję też ostatnie 

akty tej władzy jako zgodne z moimi oczekiwaniami; uważam, że wiążą one ręce pisarzom polemicznym - takim, jakim ja 

jestem - i uczą nas tej samej prawdziwej mądrości, którą Mojżesz wpajał swemu ludowi ściganemu przez Egipcjan: „Nie 

bój się, zachowaj pokój; Pan będzie walczył za ciebie, wy zaś zachowacie pokój.” Tak więc nie tylko nie znajduję w tej 

sytuacji żadnych trudności, lecz mam powód do wdzięczności i radości, ponieważ otrzymałem jasne wskazania odnośnie  

tak

 

skomplikowanej

 

kwestii.

Gdybyśmy  jednak chcieli upewnić  się  co do  faktycznego rozwoju jakiejś zasady, musimy spojrzeć  na nią  z  pewnego  

dystansu  i ująć  ją w perspektywie  historycznej. Wszystko, co  czynią  ludzie,  jest niedoskonałe i przy  dokładniejszym 

badaniu dostarcza podstaw dla krytyki. Mówię o tym aspekcie działań nieomylnej władzy, który jest najbardziej podatny  

na złośliwą krytykę ze strony tych, którzy oceniają ją z zewnątrz. Usiłowałem być uczciwy w ocenie tego, co w danym  

momencie historii Kościoła można było powiedzieć przeciw niej. Chciałbym teraz, aby jej przeciwnicy okazali się równie 

sprawiedliwi w swoim sądzie na temat jej historycznego charakteru. A zatem, czy można w jakikolwiek sposób wykazać, 

że  nieomylna władza zniszczyła energię  katolickiego  umysłu? Proszę  zauważyć, że  nie muszę tutaj  mówić  o żadnym 

konflikcie między władzą kościelną i nauką - a to z tego prostego powodu, że żaden taki konflikt nigdy nie zaistniał, gdyż  

w swojej obecnej postaci nauki świeckie są w tym świecie czymś nowym i nie było jeszcze czasu na jakąkolwiek historię 

stosunków pomiędzy teologią i tymi nowymi metodami naukowymi. Można też powiedzieć, że Kościół zawsze zachowywał 

wobec   nich   dystans,   jak   tego   dowodzi   ciągle   przytaczany   przykład   Galileusza   –   w   tym   przypadku   exceptio   probat 

regulam , jest to bowiem jedyny, szablonowy już, argument. Nie muszę tutaj omawiać stosunku Kościoła do nowych nauk,  

ponieważ proste pytanie, które przez cały czas stawiam, brzmi – czy przyjęcie daru nieomylności przez właściwą władzę 

może zrobić ze mnie hipokrytę. I dopóki władza ta nie wyda dekretów dotyczących czysto fizycznych zagadnień i nie  

nakaże mi się pod nimi podpisać, (czego nigdy nie zrobi, gdyż nie ma takich uprawnień), dopóty nie wtrąca się żadnymi 

swoimi   aktami   w   mój   prywatny   osąd   tych   spraw.   Pytanie   brzmi:   czy   władza   ta   działa   w   taki   sposób   na   rozum  

poszczególnych  ludzi,  że   ci  nie   mogą  mieć  własnych  opinii   i  muszą  wybierać  pomiędzy  niewolniczym  zabobonem  a  

ukrytym   buntem   serca.   Otóż   sądzę,   że   cała   historia   teologii   całkowicie   przeczy   takiemu   przypuszczeniu.

I nie ma potrzeby dowodzić faktów tak oczywistych: to poszczególni ludzie, a nie Stolica Święta, przejmowali inicjatywę i 

przewodzili katolickim umysłom w dociekaniach teologicznych. Zresztą, jednym z zarzutów, jaki wysuwa się pod adresem 

Rzymskiego Kościoła, jest ten, że nie dał on początku niczemu i służył jedynie jako rodzaj remora czy hamulca w rozwoju  

doktryny. I jest to zarzut, który uznaję za prawdziwy - w ten bowiem sposób rozumiem główny cel nadzwyczajnego daru,  

który otrzymał Kościół Rzymski. Mówi się – i słusznie –  że przez cały  okres prześladowań  Kościół Rzymu nie miał 

żadnego wielkiego umysłu, a później, przez długi czas, nie mógł pochwalić się ani jednym doktorem. Św. Leon, pierwszy 

Doktor Kościoła Rzymskiego, był nauczycielem jednego tylko punktu doktryny; św. Grzegorz, który stoi u samego kresu 

pierwszego   okresu   Kościoła,   nie   znalazł   miejsca   ani   w   historii   dogmatu,   ani   filozofii.   Wielkim   luminarzem   świata  

zachodniego, jak wiadomo, jest św. Augustyn. On to, nie będąc nieomylnym nauczycielem, ukształtował umysłowość  

chrześcijańskiej  Europy.   Zresztą  to   w  Kościele   afrykańskim  musimy   na  ogół  szukać  najlepszego   wczesnego   wykładu  

koncepcji łacińskich.  Ponadto pośród afrykańskich teologów, pierwszym w  porządku czasowym i  wcale  nie najmniej 

wpływowym, był energiczny i heterodoksyjny Tertullian. Nie bez swego udziału w kształtowaniu nauki łacińskiej jest  

również   umysłowość   wschodnia.   Wpływ   wolnej   myśli   Orygenesa   można   zauważyć   w   pismach   doktorów   Kościoła 

Zachodniego, u Hilarego i Ambrożego, a niezależny umysł Hieronima wzbogacał swoje własne komentarze do Pisma Św.  

zapożyczeniami   od   nieszczególnie   ortodoksyjnego   Euzebiusza.   Gorące   dywagacje   i   rozstrząsania   heretyków   zostały  

przemienione przez żywą moc Kościoła w zbawienne prawdy. To samo dotyczy soborów powszechnych. Władza w swej  

najwspanialszej postaci, czcigodni biskupi, obciążeni tradycjami i  rywalizacjami poszczególnych narodów czy miejsc, 

background image

kierowali się w swych decyzjach dominującym nad nimi geniuszem jednostek - niekiedy ludzi młodszych i niżej stojących 

w hierarchii. Rzecz nie w tym, że nie natchniony umysł przemógł ów nadludzki dar, który został powierzony Soborowi – 

takie stwierdzenie byłoby wewnętrznie sprzeczne - ale że w zakończonym nieomylnym orzeczeniem procesie badania i 

dyskusji indywidualny rozum odegrał tak istotną rolę.  I tak, Malchion, zwykły kapłan, w  czasie  wielkiego Soboru w 

Antiochii w III w. stał się dla zgromadzonych ojców narzędziem walki z heretyckim patriarchą tej Stolicy. Podobny wpływ, 

jak doskonale wiadomo, wywierał młody diakon, św. Atanazy, na 318 ojców w Nicei. W wiekach średnich czytamy o św.  

Anzelmie, który wiódł prym na zwołanym przeciwko Grekom Soborze w Bari. W Trydencie pisma św. Bonawentury i, co 

istotniejsze, przemówienie kapłana i teologa, Salmerona, miało zasadniczy wpływ na niektóre definicje dogmatyczne. W 

pewnych   przypadkach   wpływ   ten   mógł   być   częściowo   moralny,   kiedy   indziej   jednak   był   to   wpływ   wiedzy   pisarzy 

kościelnych,

 

naukowej

 

znajomości

 

teologii

 

i

 

siły

 

myśli

 

badającej

 

doktrynę.

Oczywiście,   istnieją   postawy   intelektualne,   których   kształtowaniu   teologia   nie   sprzyja   -   na   przykład   postawa 

eksperymentalna   czy   filozoficzna.   Dzieje   się   tak   jednak   dlatego,   ponieważ   teologia   jest   teologią,   a   nie   z   powodu  

nieomylności. Można również, jak sądzę, wykazać, że i nauki fizyczne czy matematyczne dają jedynie bardzo niedoskonałe 

wykształcenie. Nie pojmuję zatem, w jaki sposób zarzuty o ograniczoność zainteresowań teologii miałyby rzutować na  

rozważane przez nas zagadnienie, które dotyczy po prostu tego, czy wiara w nieomylny autorytet niszczy niezawisłość 

umysłu.   Ja   uważam,   ża   cała   historia   Kościoła,   przede   wszystkim   zaś   dzieje   szkół   teologicznych,   zaprzeczają   temu  

oskarżeniu.   W  żadnych   czasach   umysł  warstw   wykształconych   nie   był  bardziej   aktywny   –  czy   może   raczej   bardziej  

niespokojny - niż w wiekach średnich. A jak powolna – wówczas, jak od początku i na przestrzeni całej historii Kościoła - 

była władza w podejmowaniu interwencji! Być może jakiś miejscowy nauczyciel lub doktor w lokalnej szkole, wysunął 

tezę, która z kolei doprowadziła do powstania kontrowersji. Kontrowersja ta tli się lub płonie w jednym miejscu i nikt nie  

interweniuje. Rzym po prostu pozostawia sprawę jej własnemu biegowi. Rzecz trafia następnie przed biskupa lub jakiegoś  

kapłana lub podejmuje ją profesor w jakimś innym centrum nauki i następuje etap drugi. Później zajmuje się nią jakiś  

uniwersytet i tam może zostać potępiona przez wydział teologiczny. W ten sposób upływają lata, a Rzym wciąż zachowuje 

milczenie. Następnie, być może, kwestia zostaje przedłożona jakiemuś niższemu od Rzymu autorytetowi i w końcu, po  

długim okresie, zostaje przedstawiona najwyższej władzy kościelnej. W międzyczasie zagadnienie zostało wielokrotnie  

przebadane, przemyślane i rozpatrzone ze wszystkich stron. Tak więc najwyższy autorytet ma ogłosić rozstrzygnięcie, 

które już zostało osiągnięte przez rozum. Ale nawet wówczas Rzym może się wahać i całe zagadnienie przez lata pozostaje 

nie rozstrzygnięte, a jeśli już, to w sposób tak ogólny i nieprecyzyjny, że cała kontrowersja musi zostać przebadana raz 

jeszcze, zanim zostanie ogłoszone ostateczne rozwiązanie. Jest rzeczą oczywistą, że taki sposób postępowania nie tylko  

gwarantuje wolność poszukiwań teologicznych, lecz dodaje odwagi teologom i pisarzom polemicznym. Niejeden człowiek 

ma jakieś przeświadczenia, które, jak ufa, są prawdziwe i pożyteczne dla jego czasów, nie jest jednak tego pewien i chce je 

poddać   dyskusji.   Jest   gotów,   a   raczej   z   wdzięcznością   by   je   porzucił,   gdyby   można   było   dowieść,   że   są   błędne   lub 

niebezpieczne - i w wyniku zaistniałej kontrowersji osiąga swój cel. Uzyskuje odpowiedź i poddaje się; lub, przeciwnie, 

stwierdza, że jego poglądy zostały uznane za bezpieczne. Nie ośmieliłby się tak postąpić, gdyby wiedział, że władza, do  

której należy ostateczna i rozstrzygająca decyzja, przez cały czas śledzi każde jego słowo, dając znaki aprobaty bądź  

dezaprobaty dla każdego wypowiadanego zdania. W takiej sytuacji faktycznie walczyłby jak perski żołnierz - pod knutem - 

i słusznie można by rzec, że wolność myśli wybito mu z głowy. Tak jednak nie jest. Nie chcę przez to powiedzieć, że gdy  

jakaś kontrowersja zaczyna osiągać punkt wrzenia – w szkołach czy nawet w jakiejś małej części Kościoła, to żadna 

interwencja nie jest wskazana; albo, znowu, dana kwestia może być tak naglącej natury, że natychmiastowe odwołanie się 

do najwyższych władz Kościoła staje się obowiązkiem. Jeśli jednak zbadamy historię kontrowersji, stwierdzimy, jak sądzę,  

że   na  ogół  sprawy  toczyły  się  tak,  jak   to   przedstawiłem.   Zosimus  potraktował  Pelagiusza  i  Celestiusza  z  największą  

wyrozumiałością, a Św. Grzegorz VII był równie pobłażliwy dla Berengariusza. Właśnie z powodu ogromu swej władzy  

papieże

  na  

ogół  

korzystali   z  

niej  

niespiesznie

  i  

w  

sposób   umiarkowany.

background image

Jeszcze   jeden   fakt   zabezpiecza   swobodę   prawowitego   korzystania   z   rozumu:   liczne   narody   należące   do   Kościoła 

podejmowały   działania   na   rzecz   obrony   rozumu   przed   jakąkolwiek  duchową   czy   intelektualną   ciasnotą   -   zakładając 

możliwość   takiej   ciasnoty   u   różnych   władz   w   Rzymie,   w   gestii   których   leży   praktyczne   rozstrzyganie   zagadnień 

kontrowersyjnych.   Jak   bardzo   szanowano   i   liczono   się   z   tradycjami   Greków   w   czasie   późniejszych   soborów 

ekumenicznych   -   mimo   że   niektóre   z   państw   traktowały   Greków   jak   schizmatyków!   Istnieją   ważne   zagadnienia 

doktrynalne, które (po ludzku mówiąc) zostały wyłączone z nieomylnego orzekania przez szacunek, z jakim definiujące  

doktrynę organa Kościoła odnosiły się do różnych miejscowych opinii. Poza tym tego rodzaju wpływy narodowe w sposób  

opatrznościowy prostują skrzywienia, do jakich mogą prowadzić miejscowe wpływy włoskie na Stolicę Piotrową. Jest 

rzeczą oczywistą, że tak jak Kościół Gallikański zawiera w sobie element francuski, tak Rzym musi mieć w sobie element 

włoski. Uznanie tego faktu nie dokonuje się z żadnym uszczerbkiem dla gorliwości i oddania, z jakim poddajemy się 

Stolicy Świętej. Wydaje mi się, jak już powiedziałem, że katolickość nie tylko jest jedną z cech Kościoła, ale, zgodnie z  

zamiarami Boga, również jednym z jego zabezpieczeń. Uważam, że byłoby poważnym złem, od którego niech Bóg uchowa, 

gdyby Kościół został ograniczony do różnych narodów w Europie. Wprowadzenie cywilizacji łacińskiej do Ameryki i  

ubogacenie tamtejszych katolików siłą francuskiej pobożności jest wielką ideą. Ufam jednak, że wszystkie narody Europy  

zawsze będą miały swoje miejsce w Kościele. Sądzę także, że utrata angielskiego – by nie powiedzieć germańskiego - 

elementu na pewno stanowiła bardzo poważny cios dla organizacji Kościoła. Bez wątpienia, jeżeli jest jakiś powód, który  

bardziej niż inne winien skłonić nas, Anglików, do wdzięczności dla Piusa IX, to ten, że dając nam nasz własny Kościół,  

utorował drogę dla naszych własnych nawyków intelektualnych, naszego własnego sposobu myślenia, naszych własnych 

upodobań i naszych własnych cnót - by znalazły one swoje miejsce i tym samym zostały uświęcone w Kościele Katolickim.

Jest   jeszcze   jedna   sprawa,   którą,   jak   sądzę,   należy   poruszyć   w   tym   miejscu,   ponieważ   wpływa   ona   ona   na   pewne 

niesprecyzowane i mgliste podejrzenia, jakie łączy się w tym kraju z duchowieństwem katolickim. Na jego temat moi 

oskarżyciele   wiele   już   wcześniej   powiedzieli   —   chodzi   mianowicie   o   zarzut   dotyczący   powściągliwości   i   ekonomii.  

Oskarżenie  to  opiera  się  w znacznej  mierze na tym, co  powiedziałem na  ten  temat w  mojej  „Historii arian”  oraz w  

przypisie do jednego z moich kazań, w którym odnoszę się do tej reguły. Zasada Ekonomii była zalecana również przez  

jednego   z   wybitnych   pisarzy   w   dwóch   numerach   Traktatów   ,   których   byłem   wydawcą.

Jeżeli chodzi o Zasadę Ekonomii [1] to opiera się ona na słowach naszego Pana, „Nie rzucajcie waszych pereł przed 

świnie” i w mniejszym lub większym stopniu była zachowywana przez pierwszych chrześcijan w kontaktach z poganami,  

pośród których przyszło im żyć. W obliczu odrażającego bałwochwalstwa i rozwiązłości tamtych przerażających czasów 

Zasada Ekonomii stała się istotnym obowiązkiem. Ale reguła ta, przynajmniej tak jak ją wykładałem i zalecałem we  

wszystkim, co napisałem, nie  wychodziła poza (1) ukrywanie prawdy, gdy można to  było  uczynić bez kłamstwa,  (2)  

podawanie   tylko   częściowej   prawdy   oraz   (3)   przedstawianie   jej   w   formie   najbardziej   zrozumiałej   dla   ucznia   czy 

pytającego, gdy ten nie mógł zrozumieć jej w postaci dosłownej. Sądzę, że malowanie Aniołów ze skrzydłami stanowi 

przykład trzeciej postaci Zasady Ekonomii, natomiast omijanie kwestii: ,,Czy chrześcijanie wierzą w Trójcę?” poprzez  

udzielanie odpowiedzi: „Wierzą tylko w jednego Boga” byłoby przykładem drugiej. Postać pierwsza nie jest właściwie 

ekonomią, ale podpada pod to, co się określa jako disciplina arcani . Drugą i trzecią postać Ekonomii Klemens nazywa  

kłamstwem , rozumiejąc przez to, że częściowa prawda w pewnym sensie jest kłamstwem - tak jak i przedstawianie  

prawdy za pośrednictwem symboli. I to, jak sądzę, stanowi – w krótkim streszczeniu - podstawę oskarżenia, które tak 

gwałtownie

 

wysuwano

 

przeciw

 

mnie

 

jako

 

obrońcy

 

Zasady

 

Ekonomii.

W ostatnich latach doszedłem do wniosku, który, jak wierzę, podziela wielu pisarzy, że Klemens miał na myśli coś więcej, 

niż kiedyś sądziłem. Niegdyś wydawało mi się, że używa on słowa ,,kłamstwo" jako hyperbolii. Teraz sądzę, że Klemens,  

background image

jak i inni wcześni ojcowie, uważał, iż w pewnych okolicznościach kłamstwo jest usprawiedliwione. Nigdy nie podzielałem 

tych poglądów, choć uważałem i nadal uważam, że teoria tego zagadnienia uwikłana jest w ogromne trudności - i nic w  

tym dziwnego, jeżeli zważyć, że wielcy pisarze angielscy bez wahania deklarują, iż w pewnych skrajnych przypadkach, np.  

gdy chodzi o uratowanie życia, honoru czy nawet majątku,

Przekład: Paweł Długosz, źródło: 

Pod Mitrą

Wydanie polskie: 

John Henry Newman "Apologia pro vita sua"

Wydawnictwo Fronda, Warszawa 2009, przekład: Stanisław Gąsiorowski


Document Outline