background image

Polski na razie nie odzyskamy 

Filip Memches 

Rosja zawsze będzie dążyć do przesunięcia swojej strefy wpływów na Zachód – twierdzi filozof 

Aleksandr Dugin w rozmowie z Filipem Memchesem 

EUROPA: Dlaczego 20 lat po upadku komunizmu, kiedy na temat zbrodni sowieckich zostało już 

powiedziane niemal wszystko, rosyjska elita polityczna wprzęga do gry dyplomatycznej stalinowską 
wersję historii? Dlaczego kreuje międzywojenną Polskę na sojusznika III Rzeszy?
 

ALEKSANDER DUGIN*: Rosja wraca do swojej tożsamości, która pozostaje od stuleci niezmienna. Jej nieodłączny 
składnik to poczucie trwania imperium. Stalin jedynie zaadaptował ideologię komunistyczną do tej trwałej tożsamości: 

uprawiał wobec Polski taką samą geopolitykę, jaką uprawiała Katarzyna II, uchodząca za oświeconą władczynię 
europejską swoich czasów. Dziś Rosja upomina się o swoją suwerenność i samodzielność. Upomina się nie jako 

podrzędny czy peryferyjny kraj europejski, lecz jako wschodnia, prawosławna, eurazjańska cywilizacja. Krótko mówiąc – 
Rosja nie wraca do stalinowskiej wersji historii, lecz wyraża siebie taką, jaka jest naprawdę, niemal od zawsze. 

Przedstawiając swój punkt widzenia, wyraża własne interesy, odrębne od zachodnich. 

Z tego, co pan mówi, wynika, że Rosja jest politycznie niereformowalna, a jednocześnie, że zawsze była 
ekspansywna i agresywna. Komunizm przedstawia pan jako nic nieznaczący epizod, który co najwyżej 

przyczynił się do jeszcze większego zbrutalizowania metod, jakimi posługiwało się wcześniej państwo 
rosyjskie. To jest umacnianie najbardziej skrajnych stereotypów antyrosyjskich... 
 

– Komunizm stosował metody typowe dla całego XX wieku, dla wojen totalnych, które toczyły wtedy potęgi przemysłowe. 
Mówienie o rosyjskiej ekspansywności i agresywności jest fałszującym obraz historii wartościowaniem. Żeby zgłębić tę 

tożsamość, podobnie jak tożsamość europejską, należy się powstrzymywać od używania pejoratywnych określeń. 
Imperialne dążenia Rosji to nie wybór moralny, lecz los. W tym kontekście nie podlegają one ocenie w kategoriach dobra 

i zła. 

Czy zatem wydarzenia z 17 września 1939 roku były czymś nieuniknionym? Czy chce pan powiedzieć, że 
sowiecka napaść na Polskę to przejaw jakiegoś straszliwego fatum ciążącego na rosyjskiej historii?
 

– Rosja zawsze będzie dążyć do przesunięcia swojej strefy wpływów w kierunku zachodnim, tak jak Zachód będzie ją 
przesuwał w kierunku wschodnim. Te narody, które mieszkają między Rosją a Zachodem, zawsze będą znajdowały się w 

strefie przejściowej, strefie pogranicza, strefie konkurencji i konfliktu dwóch cywilizacji: zachodniej – atlantyckiej i 
wschodniej – eurazjańskiej. Wkroczenie rosyjskich wojsk do Polski w epoce Stalina czy w epoce Katarzyny II, tak jak 

okupacja Moskwy przez wojska polsko-litewskie w XVII wieku, to jedynie ogniwa tego samego łańcucha dziejów. Kiedy 
możemy się posuwać w kierunku zachodnim, robimy to. Kiedy nie możemy, nasze granice się cofają. To, co się stało 17 

września 1939 roku, wynika z logiki rosyjskiej historii. Ale w latach 90. ubiegłego wieku nasza strefa wpływów zaczęła się 
kurczyć. Teraz staramy się ten proces zatrzymać. Próbujemy odzyskać większość terytorium Białorusi i wschodnią część 

Ukrainy. Polski w obecnych warunkach na razie nie odzyskamy, dlatego Polacy nie mają się czego obawiać. Ale w 
przeszłości, kiedy Rosja walczyła z Napoleonem, docieraliśmy aż do Paryża. Jesteśmy więc trwałym elementem konfliktu 

Wschodu z Zachodem i tak będzie zawsze. Ten stan można zmienić jedynie unicestwiając Rosję. Ktoś więc może z tego 
wyciągnąć wniosek, że trzeba ją unicestwić, inny, że trzeba się przed nią bronić, a jeszcze inny – jak my, Rosjanie – że 

trzeba stawać w jej obronie. 

Sprowadza pan II wojnę do zwykłego konfliktu interesów geopolitycznych, lekceważąc rolę ideologii 
totalitarnych. Takie podejście jest wygodne dla rosyjskiego establishmentu, który sprzeciwia się 

zrównywaniu komunizmu z nazizmem i potępianiu sowieckiej przeszłości. Co Rosja może stracić, idąc 
śladem powojennych Niemiec, które uznały III Rzeszę za haniebny okres swojej historii?
 

– Dla Rosjan, podobnie jak dla Żydów, utożsamianie komunizmu z faszyzmem to po prostu potwarz. Ale pomińmy może 
ten aspekt, bo są sprawy bardziej znaczące. Aby Rosja wyrzekła się części swojej przeszłości, musiałaby zostać zwyciężona 

i zdobyta przez wojska – tak jak Niemcy w roku 1945. Gdy Zachód usiłuje zmusić Rosję do potępienia sowieckiego okresu 
jej dziejów, przypomina to proces norymberski nad wrogiem, którego się jeszcze nie udało pokonać. Na razie wojska 

NATO są daleko od Moskwy, a rozmieszczenie elementów tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach pozostaje w sferze 
niezrealizowanych planów. Po co nam jakaś Norymberga? W efekcie procesu norymberskiego nastąpiła kryminalizacja 

nie tylko faszyzmu, ale i całej niemieckiej historii. Po II wojnie światowej w Niemczech nie ma już żadnej woli politycznej. 
Niemcy jako suwerenny podmiot historii świata przestały istnieć. Niemcy tak dostali po łapach, że boją się nawet 

westchnąć. Nie oceniam tego, tylko stwierdzam pewien fakt. Tymczasem dziś Zachód chce przekonać Rosję, że jej klęska 
w zimnej wojnie jest analogiczna do klęski III Rzeszy. Ale prawdziwa analogia to klęska Niemiec w I wojnie światowej. W 

jej wyniku bezradny, bezsilny reżim Republiki Weimarskiej w dogodnych okolicznościach przekształcił się w mocny, 

suwerenny reżim III Rzeszy. Obecnie Rosja też dąży do odzyskania utraconej pozycji, chociaż to nie oznacza konieczności 
pójścia tą samą drogą co Niemcy epoki weimarskiej. 

Roztacza pan przed swoim krajem dość ponurą perspektywę. Ale zatrzymajmy się jeszcze na kwestii 
zrównania komunizmu z nazizmem. Stanowisko Zachodu nie jest w tej sprawie jednolite. Prezydent 

Izraela, głównego bliskowschodniego sojusznika USA, wydał ostatnio wspólne oświadczenie z 
prezydentem Rosji, w którym obaj wystąpili przeciw obciążaniu ZSRR współwiną za wywołanie II wojny 

światowej. 
– Pierwszym państwem, które uznało niepodległość Izraela, był stalinowski Związek Sowiecki. Zanim Izrael stał się 

forpocztą Zachodu, pozostawał strategicznym partnerem Moskwy na Bliskim Wschodzie. Z kolei Brytyjczycy i 
Amerykanie stawiali wtedy na Arabów. Odwrócenie sojuszy nastąpiło dopiero w latach 60. Dzisiaj Izrael coraz bardziej 

background image

zdaje sobie sprawę z tego, że zarówno amerykańska jednobiegunowa władza nad światem, jak i amerykańska polityka 
bliskowschodnia nie są satysfakcjonujące z punktu widzenia jego interesów. Amerykanom nie zależy już na nim, gdyż 

utrzymują teraz znakomite stosunki z Arabami. Izrael reorientuje się więc na Rosję, chcąc tym samym wymusić na USA, 
by zaczęły znów prowadzić bardziej proizraelską politykę. Ponadto zrównywanie komunizmu z faszyzmem uderza w tych 

Żydów, którzy związali się z komunizmem, aby stawić czoło faszyzmowi. To było zjawisko masowe. Tak więc stanowisko 
Izraela ma uzasadnienie historyczno-moralne, ale jest też i aspekt geopolityczny. Nie ma to jednak nic wspólnego z 

relacjami Rosji z Zachodem. Izrael to wprawdzie mocarstwo, ale regionalne i Zachodu nie reprezentuje. 

Porozmawiajmy jeszcze o stosunku społeczeństwa rosyjskiego do tego, co pan określa mianem 
rosyjskiego losu. Rosjanie uczestniczą w globalizacji, której trendy wyznacza Zachód. Są dziś zapatrzeni 

w zachodnie wzorce konsumpcji i dążenie do indywidualnego sukcesu. Stają się więc typową 
ponowoczesną, zatomizowaną zbiorowością. Historia obchodzi już chyba tylko weteranów Wielkiej 

Wojny Ojczyźnianej.  
– Żeby zrozumieć naród rosyjski, trzeba użyć tak specyficznego terminu jak „archeomoderna”. Co on oznacza? To taki 

rodzaj modernizacji i westernizacji społeczeństwa, który przebiega powierzchownie. W tym tkwi różnica między 
cywilizacją zachodnią a wszystkimi pozostałymi, czerpiącymi z Zachodu pojedyncze elementy. Cywilizacja zachodnia 

potraktowała modernizację jako swój los, swoją istotę. Z idei postępu technologicznego, z pralki czy telefonu 
komórkowego uczyniła własną treść. Społeczeństwo rosyjskie od wielu wieków znajduje się pod wpływem cywilizacji 

zachodniej, ale przyjmuje rozmaite jej elementy powierzchownie. Możemy czerpać z Zachodu literaturę, muzykę, teatr, 
filozofię Kartezjusza, indywidualizm, komunizm, modernizm, postmodernizm, rozmaite technologie, ale i tak to wszystko 

nie narusza rdzenia naszego społeczeństwa. Ono zawsze było głęboko tradycjonalistyczne. Nasz tradycjonalizm jest na 
tyle mocny, że jest w stanie poddać bardzo subtelnej reinterpretacji to, co bierzemy z Zachodu. Krótko mówiąc, 

czerpiemy z niego wszystko oprócz najważniejszego elementu – jego losu. Nie będąc ludźmi Zachodu, możemy ich 
udawać ile wlezie, lecz nigdy się nimi nie stajemy. Dla Rosji Zachód pozostaje Innym. Z naszej tożsamości wyrastają 

zarówno okcydentaliści, jak i słowianofile. I jedni, i drudzy formułują swoje stanowisko na tym, że Rosja nie jest częścią 
Zachodu. Jedni nad tym ubolewają, drudzy się tym zachwycają. Europejczycy intuicyjnie pojmują tę odrębność Rosjan. 

Kiedy ich spotykają, rozumieją, że mają przed sobą imitację europejskości. Dlatego im bardziej Rosjanie się modernizują, 
tym gorzej dla modernizacji. 

Będę się jednak upierał przy tym, że w dzisiejszej Rosji buńczuczne zapowiedzi odbudowy imperium są 

raczej strategią realizującej własne interesy elity politycznej, a nie marzeniem zwykłych mieszkańców 
kraju. To nie jest żadne powszechne pragnienie...
 

– W istocie rzeczy wygląda to odwrotnie. Elita jest mniej imperialna niż naród. Jej dość hałaśliwą, chociaż nieznaczącą 
częścią są tak zwani eksperci. Nie reprezentują oni ani pragmatyki władzy, ani tym bardziej narodu, który traktują jak 

ciemniaków. Nie reprezentują nikogo. Żadne ich prognozy się nie sprawdzają. To są ludzie, którzy nie biorą na siebie 
odpowiedzialności, bo nikt ich nie wpuszcza tam, gdzie jest realna władza, gdzie podejmuje się realne decyzje polityczne. 

Kiedy eksperci chcą modernizować Rosję, mogą to robić jedynie powierzchownie. Napotykają bowiem grubą warstwę 
archaizmu społeczeństwa rosyjskiego. Ono na poziomie np. kultury masowej może chować się za zachodnimi formami, 

ale w głębi zachowuje specyficzną treść. Cały nasz naród, z wyjątkiem rozmaitych ekspertów, którzy okłamują samych 
siebie albo władzę, żyje w archaicznej przestrzeni opartej na cywilizacyjnych niezmiennikach. Społeczeństwo rosyjskie 

trzeba przyjmować takim, jakie jest, a nie takim, jakie chcemy, żeby było. 
  

Mówiąc o ekspertach, ma pan na myśli jakichś prozachodnich intelektualistów próbujących uzyskać 

wpływ na Kreml? 
Nie tylko. Chodzi mi też o ludzi o orientacji prorosyjskiej, takich jest chociażby Gleb Pawłowski. Oni mówią co prawda o 

silnej, suwerennej Rosji – tyle że w języku Zachodu. Tymczasem, żeby zrozumieć społeczeństwo rosyjskie, należy 
przyjmować je takim, jakie ono jest. Trzeba albo je kochać, albo go nienawidzić. A eksperci są wobec niego kompletnie 

obojętni. 

  

Aleksandr Dugin 
ur. 1962, filozof, historyk religii, teoretyk geopolityki. Pełnił funkcję doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego 

przewodniczącego Dumy. Redaktor czasopism „Elementy” i „Miłyj Angieł”. Autor m.in. książki „Osnowy geopolityki” – 
zalecanego przez Sztab Generalny Federacji Rosyjskiej podręcznika w rosyjskich akademiach wojskowych i 

dyplomatycznych 
  

http://www.newsweek.pl/artykuly/polski-na-razie-nie-odzyskamy,43116,1/print 

 

© 2008 Newsweek Polska 

 
 

FILIP MEMCHES ROZMAWIA Z ALEKSANDREM DUGINEM 

Rosjanie chcą jedynie rewanżu 

Rosja ogłosiła swoje zwycięstwo w gruzińskim konflikcie. Właściwie nie sposób się z tym nie zgodzić. Nie 
chodzi tu tylko o militarny sukces, bo ten od początku był kwestią przesądzoną. Chodzi o zwycięstwo w 

background image

kolejnej rundzie starcia z Zachodem. Ten ostatni zareagował słabo. Unia Europejska, mimo 
wcześniejszych gróźb, nie wprowadziła sankcji, zaś Ameryka ograniczyła się do deklaracji pomocy 
Gruzinom w odbudowie zniszczonego kraju. Co d

alej? Jakie będą kolejne posunięcia Rosji?  

Po przeczytaniu rozmowy z Aleksandrem Duginem nie może być co do tego żadnych wątpliwości: dalsza 
ekspansja skierowana przeciw Zachodowi. I to z użyciem wszelkich możliwych środków z groźbami militarnymi 
włącznie. Argumenty Dugina układają się w apologię rosyjskiego imperializmu w jego najbardziej brutalnej 
postaci. W pochwałę zimnowojennego sowietyzmu - tyle że wyzbytego niegdysiejszej ideologii albo 
reprezentującego nową ideologię nagiej siły. Celem tak jak kiedyś jest Ameryka i zrównoważenie jej wpływów 
przez zbudowanie nowego rosyjskiego bieguna światowego ładu. Najważniejszy środek do tego celu to 
energetyczny szantaż wobec Unii Europejskiej. Tak, by oddalić ją od Ameryki i rozbić w ten sposób jedność 
Zachodu. 

Ironiczne pochwały Dugina dla UE za jej niezależność od USA ujawniają tę właśnie zasadniczą 

intencję. Zachód podzielony i jeszcze bardziej osłabiony nie będzie już dla Rosji groźnym przeciwnikiem.  

 

Filip Memches: Z ust polityków europejskich padają coraz mocniejsze słowa pod adresem Rosji. Na 
ostatnim szczycie Unii Europejskiej uchwalono rezolucję, w której rosyjska inwazja na Gruzję określona 
została jako pogwałcenie prawa międzynarodowego. Co to pana zdaniem oznacza? Czy możemy się 
spodziewać w tej sprawie jakichś dalszych konsekwencji? 
Aleksander Dugin*:
 

To jest bardzo dobra sytuacja. Rzecz w tym, że ta reakcja Unii nie wychodzi naprzeciw 

niczyim interesom: ani europejskim, ani amerykańskim, ani transatlantyckim, ani rosyjskim, ani gruzińskim. I 
dzięki temu jest do przyjęcia dla wszystkich. Znajdujemy się więc w punkcie zero. Rosji nie podoba się w unijnym 
dokumencie brak potępienia reżimu Saakaszwilego i uznanie jej działań w Gruzji za agresję. Podoba się 
natomiast to, że żadnych poważnych sankcji przeciw niej Unia postanowiła nie wprowadzać. Z kolei Ameryka 
może być zadowolona z tego, że podjęta została kwestia rosyjskiej agresji, a problem działań Saakaszwilego w 
Cchinwali pominięto. Może być jednak rozczarowana brakiem unijnych sankcji wobec Rosji. Najwięcej powodów 
do rozczarowania ma Gruzja. Saakaszwi

li dostrzega bowiem w rezolucji tylko słowa, a nie realną pomoc. 

 

A jakie korzyści ma Unia? 
Wydaje się, że wygrała, bo nie może zająć żadnego stanowiska. Jeśli zajęłaby stanowisko euroatlantyckie, 
popierające USA, uderzyłaby w interesy gospodarcze swoich członków, ponieważ Rosja gotowa jest zareagować 
odpowiednimi środkami.  

Jakimi? 
Rosja mogłaby wstrzymać dostawy surowców energetycznych. NATO uważa to wprawdzie niemal za zbrodnię 
wojenną, ale my już udowodniliśmy, że mamy NATO gdzieś i się go nie boimy. Posiadamy broń jądrową i 
jesteśmy gotowi jej użyć, chociaż na razie tego nie zrobimy. Ponadto trzeba wziąć pod uwagę to, że w ropę 
naftową i gaz zaopatruje Europę w znacznym stopniu Rosja. Oprócz tego zachowuje ona kontrolę nad 
Kazachstanem i ma możliwość oddziaływania na dostawy surowców z Turkmenii i Azerbejdżanu. Dodajmy do 
tego soj

usz z Iranem, który Rosja może wyposażyć w broń jądrową. A Iran ma wpływ na sytuację na Bliskim 

Wschodzie. Jeśli więc Europa będzie nadal pouczać Rosję, realizując jednocześnie interesy amerykańskie, 
można sobie wyobrazić, jaką energetyczną apokalipsę, jaki energetyczny Armagedon może jutro Europie 
urządzić Rosja. Europa jest bowiem militarnym zakładnikiem USA, ale zarazem energetycznym zakładnikiem 
Rosji.  

Moskwa chce więc jakimś brutalnym szantażem zmusić Brukselę do zawarcia z nią alternatywnego 
sojuszu przeciw Waszyngtonowi?
 
Unii opłaca się poprzeć Rosję - nawet taktycznie, gdyż to osłabiłoby wpływ USA, co z kolei oznaczałoby wzrost 
roli Europy jako geopolitycznego bytu. Bądźmy jednak realistami. Po tym, kiedy w Niemczech miejsce Schrödera 
zajęła Angela Merkel, a we Francji miejsce Chiraca - Nicolas Sarkozy, eurokontynentalny biegun ideologicznie i 
politycznie stracił na znaczeniu. Europa powinna w tej chwili zachowywać się sprytnie - werbalnie potępiać Rosję, 
piętnować łamanie przez Moskwę praw człowieka, a jednocześnie powstrzymywać się od nakładania na Rosję 
sankcji i grać na nią. Powinna też przyznać, że Saakaszwili dopuścił się ludobójstwa wobec Osetyjczyków i pod 
wpływem nieodpowiedzialnych neokonserwatystów amerykańskich napadł na rosyjskie wojska rozjemcze. Jeśli 
Europejczycy nieco oprzytomnieją, może będą mogli bardziej konsekwentnie realizować te uniwersalne wartości, 
które głoszą. Wiadomo, że Rosja je narusza. Ale przecież Ameryka również to robi. Rosja uznała więc, że skoro 
Ameryka stosuje podwójne standardy, ona także będzie je stosować. To jest prawdziwa wielobiegunowość - 
kiedy nie jeden, a co najmniej dwa kraje stosują podwójne standardy. Jeśli Rosja zwycięży w zbrojnym konflikcie 
w Gruzji, uzyska możliwość używania podwójnych standardów w określonych sytuacjach, na określonych 
terytoriach i w określonym stopniu. To będzie zwycięstwo wielobiegunowego świata. Oczywiście nie możemy 
tego problemu rozpatrywać z moralnej perspektywy - po czyjej stronie jest słuszność - ale wyłącznie w 
kategoriach k

onfrontacji politycznych interesów.  

background image

To oznaczałoby przyzwolenie na nieusprawiedliwione stosowanie przemocy przez największe potęgi 
świata wobec krajów mniejszych i słabszych.
 
Rosja przekroczyła Rubikon, pewną granicę i za nią już się nie cofnie. Nie ma powrotu do stanu sprzed 7 
sierpnia. Nawet najbardziej śmiali rzecznicy opcji atlantyckiej i Zachodu uważają, że to jest niemożliwe. Rosja 
wkroczyła w obszar turbulencji. Obecnie będzie się toczyć bardzo poważna batalia - wewnątrz kraju i za granicą - 
o to, b

y Putin i Miedwiediew utrzymali ten kurs. Chodzi o kurs na odrodzenie rosyjskiej suwerenności i pozycji 

regionalnego mocarstwa - 

w praktyce, a nie tylko w słowach. I Europa będzie w tę batalię uwikłana. W dodatku 

widzimy zachwianie ukraińskiej konstrukcji atlantyckiej. Jeśli Ukrainie uda się bez rosyjskiej interwencji i wojny 
domowej wrócić do takiej równowagi między Rosją a Europą, jaka istniała za prezydentury Leonida Kuczmy, to 
będzie dobrze. Jego kurs co prawda nikomu się nie podobał, ale był przynajmniej realistyczny. Teraz ten nurt 
reprezentuje tandem Tymoszenko - 

Janukowycz. Jeśli politykom tym się powiedzie i wszczęta zostanie procedura 

impeachmentu wobec Wiktora Juszczenki, procedura odsunięcia go od władzy, Europa ma ogromną szansę 
zrealizować swoje interesy wspólnie z Rosją, a nawet kosztem Rosji. Bo to Rosja skupiła na sobie nienawiść 
Ameryki i zaczęła naprawdę walczyć ze światem jednobiegunowym. Europie się to opłaca, bo Rosja będzie dla 
niej wyciągać kasztany z ognia. Europa i USA mają bowiem być może wspólne wartości, lecz z pewnością różne 
interesy.  

Czy celem Rosji w wojnie w Gruzji jest odsunięcie od władzy prezydenta Saakaszwilego? 
Politycy rosyjscy, w tym Siergiej Ławrow, nie kryją, że według nich powinien on odejść. Zachód nie traktuje 
Saa

kaszwilego jak przestępcy, podobnie jak albańskich zbrodniarzy w Kosowie trudniących się między innymi 

handlem narkotykami i żywym towarem, których uznaje wyłącznie za ofiary serbskiego ludobójstwa. Dzisiaj 
Saakaszwili jest więc Rosji tak naprawdę na rękę. Rosja uważa go za przestępcę i ma po temu przesłanki. 
Dlatego dysponuje prawnymi oraz moralnymi argumentami, by postawić prezydenta Gruzji przed sądem, wręcz 
uprowadzić go jako politycznego przywódcę, który - powiedzmy sobie szczerze - wypowiedział wojnę Rosji. 
Saakaszwili, decydując się na konfrontację z Moskwą, podjął duże ryzyko. Jeśli Rosja tę wojnę wygra, będzie 
mogła okupować Gruzję, a także schwytać i osądzić jej prezydenta. Następnie Moskwa powinna się targować z 
Zachodem o cenę wypuszczenia Saakaszwilego na wolność. Skoro podwójne standardy stosuje i Zachód, i 
Rosja, należałoby może powołać na przykład trybunał eurazjatycki w Mińsku na wzór haskiego trybunału do 
spraw zbrodni w byłej Jugosławii. Moskwa nie uważa za zbrodniarza Radovana Karadżicia, tak jak Zachód nie 
uważa za przestępcę Saakaszwilego. Wzajemny szacunek oznaczałby pójście na wymianę: oddajcie naszego 
bohatera Karadżicia, to dostaniecie waszego bohatera Saakaszwilego. Skoro dokonaliście podboju naszego 
sojusznika, Serbii - przez jej te

rytorialne rozczłonkowanie - to teraz pozwólcie nam zrobić to samo z waszym 

sojusznikiem Gruzją. Tu działa zasada wzajemności. I tak to będzie trwać aż do momentu, w którym zaczniemy 
na nowo ustalać reguły gry.  

Problem Gruzji należy przede wszystkim rozwiązać zgodnie z jej interesami, a nie wielkich mocarstw, bo 
to jej mieszkańcy są ofiarami obecnego konfliktu. Powinna się tu włączyć społeczność międzynarodowa.
 
Jaka społeczność międzynarodowa? Na Ukrainie Juszczenko rehabilituje i ogłasza bohaterem narodowym 
zbrodniarza nazistowskiego Romana Szuchiewicza, który odpowiada za wymordowanie ogromnej liczby Polaków, 
nie mniejszej niż liczba zamordowanych oficerów polskich w Katyniu. I co? Społeczność międzynarodowa milczy. 
Bo Juszczenko jest proamerykański. On mógłby eksterminować ludzi, stosować tortury wobec przeciwników 
politycznych tak jak w Guantanamo, lecz mimo to dla Zachodu pozostałby bardzo dobrym demokratą. Tak samo 
jest ze stosunkiem do Saakaszwilego. Nikt z Zachodu nie będzie chciał potępienia jego działań, więc rozwiązanie 
międzynarodowe nie wchodzi w grę. Dlatego Rosja ma wyjątkowo dobrą sytuację. Trzeba kończyć okupację 
Gruzji, uprowadzić Saakaszwilego i wymieniać go na Karadżicia. Albo przejąć kontrolę nad Tbilisi, tymczasowo 
oddać władzę w ręce jakiegoś prorosyjskiego polityka i targować się z Zachodem o warunki, na jakich Rosja ma 
opuścić Gruzję. Jedynym bezwzględnym warunkiem powinno być to, że Saakaszwili już nigdy nie wróci do 
władzy. I musimy już myśleć o nowej jałtańskiej konstrukcji świata.  

Są narody, którym Jałta nie kojarzy się dobrze. Dla nich zwycięstwo aliantów nad nazistowskimi 
Niemcami było zarazem początkiem komunistycznej niewoli pod protektoratem sowieckiej Rosji.
 
Chodzi o to, że nie możemy popełniać błędów przeszłości. Po pierwszej wojnie światowej Niemcom narzucono 
postanowienia traktatu wersalskiego i skrępowano ręce. W efekcie Niemcy się zbuntowały i zaczęły podejmować 
samowolne działania. Obecnie podobną sytuację mamy w wypadku Rosji. To, że Zachód wygrał zimną wojnę, nie 
oznac

za, że należało Rosję upokarzać tak jak Niemcy po pierwszej wojnie. Teraz, mając wolne ręce, Rosja robi, 

co chce. Na zwycięzcy ciąży większa odpowiedzialność niż na przegranym. Rosjanie chcą w tej chwili już tylko 
jednego - 

rewanżu. I wcześniej czy później ten rewanż nastąpi. Jeśli Zachód tego nie pojmie, w Rosji wydarzy się 

to samo, co w Niemczech w roku 1933.  

Słuchając pańskich wypowiedzi, łatwiej jest zrozumieć zwolenników instalacji elementów amerykańskiej 
tarczy antyrakietowej w Polsce.
 
Polska trafiła do kategorii głównych wrogów Rosji, a w polu ewentualnego konfliktu znalazły się główne ośrodki 
polskiej państwowości. One mogą się stać celami rosyjskiego ataku. O tym zresztą mówili prezydent Miedwiediew 
i premier Putin. I USA właśnie na to liczą. Dla Amerykanów Polacy to Indianie, tubylcy, przygłupy, które dały się 
przekupić na własnym terytorium jakimiś błyskotkami i zgodziły się na instalację elementów tarczy. Konsekwencje 
tej decyzji poniesie nie Ameryka, lecz Polska, chociaż dla Rosji oznaczać to będzie też wojnę z USA. Tyle że 

background image

pierwszym obiektem prewencyjnego uderzenia stanie się Polska. Jej zabrakło europejskiej samoświadomości, 
żeby do tego nie dopuścić. Europa ma dziś bowiem unikalną szansę zająć swoje własne stanowisko - bynajmniej 
nie prorosyjs

kie, ale przynajmniej nie proamerykańskie.  

Ale przecież z tego, co pan mówi, wynika, że już samo dystansowanie się wobec USA i rozluźnianie więzi 
transatlantyckich przez kraje europejskie jest dla Rosji korzystne.
 
Jeśli Polska wybrałaby dzisiaj Europę a nie Amerykę - czego jej ze szczerej sympatii dla waszego kraju życzę - to 
mogłaby nawet zachować swoją rusofobię jako część własnej tożsamości. To byłaby umiarkowana, 
demokratyczna, europejska rusofobia, która może i dla Rosjan jest przykra, ale w świetle bolesnej historii 
stosunków rosyjsko-polskich powinna być zrozumiała. W Polsce linię tę reprezentuje Donald Tusk. Na Ukrainie 
podobny kierunek próbuje przyjąć Julia Tymoszenko. To ma przyszłość, w przeciwieństwie do rusofobii w 
wydaniu Kaczyńskiego, Juszczenki, Saakaszwilego. Ci trzej politycy, czyniąc ze swoich krajów anglosaski 
"kordon sanitarny", tylko eskalują napięcia w stosunkach z Rosją.  

 

*Aleksander Dugin

, ur. 1962, filozof, teoretyk geopolityki. Pełnił funkcję doradcy ds. bezpieczeństwa 

narodowego 

przewodniczącego Dumy rosyjskiej. Autor m.in. książki "Osnowy geopolityki" - zalecanego przez 

rosyjski Sztab Generalny podręcznika w akademiach wojskowych i dyplomatycznych. W "Europie" nr 136 z 10 
listopada 2006 roku opublikowaliśmy jego głos w ankiecie "Polska - Niemcy: powrót do normalności?". 

 

FRONDA, nr 11-12, 1998. 

  

Rosja w swoim geopolitycznym oraz sakralno-geograficznym rozwoju nie jest 
zainteresowana istnieniem niepodległego państwa polskiego w żadnej formie... 
Polska musi wybrać: albo tożsamość słowiańska, albo katolicka...
 

  

  

rozmowa z Aleksandrem Duginem

 

Czekam na Iwana 
Groźnego 

 

  

Aleksander Dugin

 (1962) - historyk religii, ideolog tradycjonalizmu integralnego, 

lider Partii Nacjonal-

Bolszewickiej, redaktor naczelny pism Elementy i Miłyj Angieł, 

realizator stałej audycji Finis Mundi w Radiu Swobodnaja Rossija, redaktor 
programowy wydawnictwa "Arktogeja", koordynator prac Centrum Specjalnych Analiz 
Metastrategicznych, autor książek: Drogi Absolutu (1991), Misteria Eurazji (1991), 
Teoria hiperborejska (1992), Konspirologia (1992), Konserwatywna Rewolucja 
(1994), Cele i zadania naszej rewolucji (1995), Templariusze proletariatu (1997), 
Koniec świata (1997) i Podstawy geopolityki (1997). Ostatnia z tych prac, nosząca 
podtytuł Geopolityczna przyszłość Rosji, została zalecona jako podręcznik dla 

background image

studentów w rosyjskich akademiach wojskowych i dyplomatycznych. Jej 
konsultantem naukowym był generał-lejtnant Mikołaj Kłokotow, odpowiadający w 
Akademii Wojskowej Sztabu Generalnego Federacji Rosyjskiej za sprawy 
planowania strategicznego. Dugin utrzymuje bliskie kontakty z oficerami Sztabu 
Generalnego, m.in. generałami Iminowem i Piszczewem oraz ze środowiskiem 
miesięcznika Orientir wydawanego przez Ministerstwo Obrony Rosji. Znany 
sowietolog Janow na łamach Moskowskich Nowosti napisał, że "na przykładzie 
Dugina można przestudiować technologię sukcesu we współczesnej Rosji".  

  

Studenci Akademii Dyplomatycznej w Moskwie, z którymi rozmawiałem, 

opowiadali mi, że z lektury, jaką zadano im na zajęciach, czyli Pańskiej książki 
Podstawy geopolityki, najbardziej zapamiętali rozdział poświęcony geografii 
sakralnej. W Polsce nie spotkałem nikogo, kto zajmowałby się tym 
zagadnieniem. Czy mógłby Pan powiedzieć, jakie miejsce w geografii sakralnej 
zajmuje Polska? 
 

Nigdy nie zajmowałem się konkretnie przypadkiem Polski, chociaż jej miejsce jest 

bardzo specyficzne. W końcu to północ Eurazji, ważny region przedchrześcijańskiej 
Słowiańszczyzny, basen Morza Bałtyckiego. Jeśli chodzi o archetypy geografii 
sakralnej, chci

ałbym zwrócić uwagę na dwie rzeczy.  

Po pierwsze: w rzeczywistości prawosławnej istnieje synergia między modelami 
świata - przedchrześcijańskim i chrześcijańskim - które nakładają się na siebie 
homologicznie, bezkonfliktowo. Różne figury i zjawiska z różnych porządków 
nakładają się na siebie bezboleśnie, a nawet harmonijnie. W przypadku Polski 
między tymi dwoma modelami zachodzi relacja o wiele bardziej konfliktowa, a to za 
sprawą katolicyzmu, który jest tradycją zupełnie inną niż prawosławie. René Guenon 
r

ozdziela wyraźnie tradycję od religii. Tradycja jest pojęciem szerszym niż religia. 

Prawosławie jest tradycją, katolicyzm jest religią. Tradycja jest zdolna wchłaniać w 
siebie elementy innych wierzeń religijnych bezkonfliktowo. Religia wchodzi natomiast 

innymi wierzeniami w konflikt. Jest to związane z innym doświadczeniem 

historycznym Kościoła Wschodniego i Zachodniego po wielkiej schizmie. Zachód 
bowiem nie zawsze był czysto religijny, katolicki, był okres, kiedy był bardziej 
tradycjonalny, prawosławny. Po wielkiej schizmie jednak katolicyzm odszedł od 
tradycji i zawężył się do religii. Taka jest przynajmniej nasza, bizantyjska wersja.  
Jak się ma to do geografii sakralnej? Otóż w naszym rozumieniu Zachód pojmowany 
jako terytorium, na którym dominują katolicyzm i protestantyzm, znajduje się w relacji 
przeciwnej wobec norm i elementów religijnych. Oczywiście na Zachodzie występuje 
wiele pierwiastków innych religii, ale egzystują one w konflikcie z religią katolicką. 
Instytucje, które zajmują się geografią sakralną albo pozostałościami 
przedchrześcijańskiej tradycji, na Zachodzie po wielkiej schizmie zostały zepchnięte 
do sfer autonomicznych - 

do magii, ezoteryki, zakonów hermetycznych. W 

prawosławiu do takiego rozszczepienia nie doszło.  
W tym kontekście Polska znajduje się na granicy między światem katolickim a 
prawosławnym. Z mojego eurazjatyckiego punktu widzenia archetyp geografii 
sakralnej Polski jest głęboko dualistyczny: z jednej strony tradycja 
przedchrześcijańska, pogańska, magiczna, heterodoksyjna, której korzenie pozostają 
słowiańskie; z drugiej - katolicyzm o rodowodzie germano-romańskim. Między nimi 
występuje konflikt. Sytuacja Polski jest sytuacją graniczną. Ona nie może zjednoczyć 

background image

się ze światem wschodnim religijnie, a z zachodnim etnicznie. W geopolityce Polska 
pozostaje częścią kordonu sanitarnego rozdzielającego kontynent eurazjatycki na 
dwie części, co jest bardzo wygodne dla antytradycyjnych sił anglo-saskich. Polska 
nie może w pełni zrealizować swej eurazjatycko-słowiańskiej istoty, gdyż 
p

rzeszkadza jej w tym katolicyzm, ani swej zachodnioeuropejskiej tożsamości, gdyż 

przeszkadza jej własna słowiańskość, tzn. język, zwyczaje, archetypy, klimat miejsc 
itd. Na skutek tej dwoistości, tej graniczności sytuacji Polska zawsze pada ofiarą 
trzeciej 

siły, tak jak dziś mondializmu czy atlantyzmu. To położenie na granicy między 

Rosją a Niemcami sprawia, że zawsze w historii będzie występował problem 
rozbiorów Polski między Wschód i Zachód. Jest to skutek owej dwoistości sakralno-
geograficznej i geopoli

tycznej. Jak zauważył Toynbee, próba zbudowania 

samodzielnej cywilizacji polsko-

litewskiej pomiędzy tymi dwiema siłami zakończyła 

się niepowodzeniem. Cywilizacja środkowoeuropejska jest zbyt słaba, by wytrzymać 
napięcie między Wschodem a Zachodem. Kraje tego regionu muszą się określić: 
albo tu, albo tam. Cywilizacja polsko-

litewska nie chciała, czy też nie mogła się 

określić, dlatego musiała zniknąć. To rzeczywiście dramatyczna sytuacja.  

Czy są w polskiej tradycji jakieś pierwiastki, które wydają się Panu 

pociągające?  

Stanowczo bliższe są mi słowiańsko-eurazjatyckie źródła polskości, ich element 

etniczny, a nawet pogański. Pociągają mnie pewne pierwiastki wschodnie czy też 
orientalne, kultura mniejszości. Myślę, że to, co najlepsze w polskiej historii, to 
tradycja żydowska w małych miasteczkach wschodniej Polski. Właściwie interesuje 
mnie w Polsce wszystko, co było antykatolickie: polska masoneria i okultyści, Jan 
Potocki i Hoene-

Wroński, Mienżyński i Dzierżyński... Oni wszyscy wybrali drogę 

eurazjatyck

ą.  

Mówi Pan o położeniu Polski między Wschodem a Zachodem, czyli między 

Rosją a Niemcami. Tymczasem wielu uczonych podkreśla większe 
podobieństwo Niemiec, a zwłaszcza Prus, do Rosji niż do Anglii czy Hiszpanii. 
Feliks Koneczny uważał nawet, że Prusy, podobnie jak Rosja, należą do 
cywilizacji bizantyjskiej a nie łacińskiej. 
 

Koneczny miał rację. Niemcy są wewnętrznie podzielone. Bawaria ciąży ku 

Zachodowi, Prusy ku Wschodowi. Prusy to taka mała Rosja wewnątrz Niemiec.  

Zawsze upatrywaliśmy w tym największe dla nas niebezpieczeństwo: 

przyjacielski sojusz Niemiec i Rosji.  

To nasze zadanie. Zjednoczyć się z Niemcami i stworzyć potężny blok 

kontynentalny.  

Co wówczas z Polską?  

My Rosjanie i Niemcy rozumujemy w pojęciach ekspansji i nigdy nie będziemy 

rozumować inaczej. Nie jesteśmy zainteresowani po prostu zachowaniem własnego 
państwa czy narodu. Jesteśmy zainteresowani wchłonięciem, przy pomocy 
wywieranego przez nas nacisku, 

maksymalnej liczby dopełniających nas kategorii. 

Nie jesteśmy zainteresowani kolonizowaniem tak jak Anglicy, lecz wytyczaniem 

background image

swoich strategicznych granic geopolitycznych bez specjalnej nawet rusyfikacji, 
chociaż jakaś tam rusyfikacja powinna być. Rosja w swoim geopolitycznym oraz 
sakralno-

geograficznym rozwoju nie jest zainteresowana w istnieniu niepodległego 

państwa polskiego w żadnej formie. Nie jest też zainteresowana istnieniem Ukrainy. 
Nie dlatego, że nie lubimy Polaków czy Ukraińców, ale dlatego, że takie są prawa 
geografii sakralnej i geopolityki.  
Polska musi wybrać: albo tożsamość słowiańska, albo katolicka. Rozumiem, że 
ciężko jest oderwać jedno od drugiego, ale to nieuniknione. Hitler też nie mógł 
walczyć na dwa fronty, musiał wybierać: albo z Anglią przeciwko Rosji, albo z Rosją 
przeciwko Anglii, tak jak mu radził Haushofer. Ale Hitler nie chciał wybierać. "Nie 
chcę się rozerwać, chcę pozostać samym sobą" - powiedział i rozpoczął wojnę na 
dwa fronty. Pogrążył przez to Niemcy, 20 milionów Rosjan i ładny kawał świata. I po 
co? Żeby McDonald otwierał teraz swoje bary w Berlinie, żeby upadł Związek 
Radziecki i żeby wszędzie stacjonowali żołnierze NATO. Tożsamość Niemiec była 
wtedy dla Hitlera tak ważna, że nie chciał wybierać. Tak samo Polska musi wybierać, 
tożsamość nie jest ważna. Jeśli Polska będzie się upierać przy zachowaniu swojej 
tożsamości, to nastawi wszystkich wobec siebie wrogo i po raz kolejny stanie się 
strefą konfliktu.  
Są narody, które umieją rozszerzyć się do rozmiarów cywilizacji. Tracą wówczas 
swoją tożsamość, rasę, czasami nawet język, ale to jest ryzyko, jakie trzeba podjąć, 
jeżeli chce się być imperium. Takie są Stany Zjednoczone, taka jest Rosja. Polska 
nie umiała stworzyć własnej cywilizacji i musi dokonać wyboru. Myślę, że istnieje 
jeszcze możliwość, byście dokonali normalnego wyboru, tzn. bizantyjskiego. 
Wymaga to wiele odwagi, nonkonformizmu, nietypowych form działania, jakichś 
skinheadów, anarchistów, mistyków. Polski chaos przeciw polskiemu porządkowi.  

Słowem, z Pana punktu widzenia korzystne są wszelkie działania 

antykatolickie w Polsce?  

Dokładnie tak. Trzeba rozkładać katolicyzm od środka, wzmacniać polską 

masonerię, popierać rozkładowe ruchy świeckie, promować chrześcijaństwo 
heterodoksyjne i antypapieskie. Katolicyzm 

nie może być wchłonięty przez naszą 

tradycję, chyba że zostanie głęboko przeorientowany w kierunku nacjonalistycznym i 
antypapieskim. Gdyby w Polsce działała loża w rodzaju irlandzkiej Złotej Jutrzenki, 
której liderzy, np. William Butler Yeats czy Maud Gonne, z jednej strony byli 
katolikami, z drugiej zaś - fanatycznymi okultystami zainspirowanymi kulturą celtycką, 
to można mieć jakąś nadzieję. Tacy ludzie mogliby rozkładać katolicyzm od 
wewnątrz i przeorientowywać go w kierunku bardziej heterodoksyjnym, a nawet 
ezoterycznym. Moi znajomi w Polsce mówią mi zresztą, że są u was takie grupki, 
mające związek z telemizmem czy dorobkiem Alistaira Crowleya.  

Prawdę mówiąc, bardziej rozpowszechniona jest u nas opinia, że jeżeli 

istnieją w Polsce siły rozkładające katolicyzm, to bliższy im jest raczej Zachód 
niż Wschód. 
 

Jak już mówiłem, znajdujecie się pomiędzy dwoma ścierającymi się blokami, 

dwiema koncepc

jami cywilizacyjnymi: eurazjatyzmem a atlantyzmem, który chce 

stworzyć Nowy Światowy Porządek, czyli cywilizację pozbawioną tradycji, sacrum, 
metafizyki.  

background image

Jeżeli w Polsce przedstawia się w taki sposób Nowy Światowy Porządek, to 

niemal zawsze dodaje się, że ratunkiem przed totalną sekularyzacją może być 
tylko katolicyzm. 
 

Katolicyzm nie może być gwarancją obrony przed Nowym Światowym Porządkiem, 

ponieważ jest etapem przejściowym do tego porządku. Nie wierzę w taką ewolucję i 
taką mutację katolicyzmu, by mógł on nabrać charakteru eurazjatyckiego. Co tu dużo 
ukrywać... Nie jestem taki jak Ziuganow, który każdej kulawej sierotce napotkanej na 
drodze obiecuje coś przyjemnego. Polska znajduje się w tragicznej sytuacji 
geopolitycznej. Zarówno oni (tzn. Nowy Światowy Porządek), jak i my (Eurazjaci) 
chcemy pozbawić was waszego katolicyzmu. Nasza oferta jest jednak lepsza, 
ponieważ przy nas będziecie mogli przynajmniej rozwijać i realizować swoją 
słowiańską tożsamość. Im mniej wpływowe są więc siły prowschodnie w lobby 
antykatolickim, tym wasza sytuacja staje się tragiczniejsza. Mam jednak nadzieję, że 
pojawią się u was siły ciążące ku eurazjatyzmowi, może nastąpi jakaś synteza 
skrajnej prawicy ze skrajną lewicą. Szkoda, że w Polsce komunizm nie miał nigdy 
nurtu ezoterycznego, tak jak w Rosji...  

Przed wojną w KPP był właściwie tylko jeden znaczący przedstawiciel 

komunizmu mistyczno-gnostyckiego, Jan Hempel, autor volkistowskich z 
ducha Kazań Piastowych. 
 

Może więc większe nadzieje należy wiązać z waszą skrajną prawicą. Gdyby wasz 

nurt narodowy oderwał się od liberalizmu, a zwrócił ku pogaństwu, to siłą rzeczy 
zacząłby ciążyć ku Wschodowi. Był przecież przed wojną fenomen antykatolickiej i 
pogańskiej "Zadrugi".  

To, co Pan mówi, przypomina mi to, co przeczytałem niedawno o rosyjskim 

chrześcijaństwie. Niektórzy z historyków religii uważają, że Rosja nigdy nie 
została do głębi schrystianizowana, że chrześcijaństwo przyjęte zostało bardzo 
powierzchownie, zaś wśród większości prostego ludu cały czas żywe były 
wierzen

ia i obyczaje pogańskie.  

Wszystko zależy od tego, co nazwiemy chrześcijaństwem. Prawosławie i 

chrześcijaństwo to dwie różne rzeczy. Kiedy mówi Pan: "chrześcijaństwo", ma Pan 
na myśli katolicyzm albo coś analogicznego do katolicyzmu. Tymczasem 
prawosławie definiuje się jako niekatolicyzm. Jeśli więc katolicyzm to 
chrześcijaństwo, wówczas prawosławie to niechrześcijaństwo. I na odwrót: jeśli my 
jesteśmy chrześcijanami, to wy nie jesteście. Opieram się tu nie tylko na 
twierdzeniach naszych ojców po wielkiej schizmie, ale także na autorytetach z VIII 
czy IX w. takich jak Focjusz. Prawosławie, które nie jest religią, lecz tradycją, jest o 
wiele bliższe temu, co nazywamy pogaństwem. Ono obejmuje i włącza w siebie 
pogaństwo. Nauka ojców kapadockich czy palamitów nie wchodzi w totalny konflikt z 
normami pogańskimi, a jedynie transformuje przedchrześcijańskie archetypy w 
prawosławnych kontekstach. Prawosławie to coś więcej niż religia, zarówno 
wertykalnie, gdyż włącza w siebie pogaństwo, jak i horyzontalnie, gdyż jest otwarte 
na metafizykę, która w postscholastycznym katolicyzmie zupełnie zanikła. 
Prawosławie i katolicyzm to dwa zupełnie odrębne zjawiska gatunkowe, tradycja i 
religia to jakby całość i część. Dlatego nie jest możliwe zjednoczenie prawosławia i 
katolicyzmu.  

background image

Specjaliści od dialogu ekumenicznego podkreślają, że między katolicyzmem a 

protestantyzmem różnice kulturowo-cywilizacyjne są minimalne, lecz 
dogmatycznie rozwiera się między nimi przepaść. Inaczej ma się rzecz z 
katolicyzmem i prawosławiem: dogmatyczne różnice są niewielkie, natomiast 
kulturowo-cywilizacyjne ogromne. 
 

Werner Sombarth, rozwijając tezy Maxa Webera, stwierdził, że u źródeł kapitalizmu 

stał nie tylko protestantyzm, lecz również katolicyzm. Katolicyzm ze swoim filioque 
oraz ideą indywidualnego zbawienia. Idea indywidualnego zbawienia nie jest myślą 
chrześcijańską, lecz typowo katolicką. W prawosławiu takiego pojęcia nie ma. Nie ma 
w ogóle pojęcia jednostki. W antropologii prawosławnej nie występuje słowo 
indywiduum, indywidualny. Na 

antropologii zaś, jak wiadomo, zbudowany jest cały 

system społeczny, cały model cywilizacyjny. Sombarth uważał, że antropologia 
katolicka zakładała specyficzny rozwój stosunków socjalno-ekonomicznych, 
ponieważ przykładała dużą wagę do pojęcia indywidualności. Prawosławna 
antropologia akcentowała z kolei zawsze ponadindywidualną osobowość. Człowiek 
postrzega się wtedy jako część większej całości. Dlatego nie on się zbawia, ale ktoś 
zbawia przez niego. W katolicyzmie człowiek to indywiduum, a więc całość 
niep

odzielna, w prawosławiu człowiek to dywiduum, osoba dywidualna, a więc 

podzielna. W katolicyzmie człowiek jest istotą skończoną, odpowiada sam za siebie - 
przed Bogiem, przed ludźmi itd. Protestantyzm jeszcze bardziej zabsolutyzował to 
przeświadczenie. W prawosławiu natomiast człowiek jest częścią Kościoła, częścią 
wspólnotowego organizmu, tak jak noga. Jak więc człowiek może odpowiadać za 
siebie? Czy noga może odpowiadać za siebie? Stąd wywodzi się idea państwa, 
totalnego państwa. Dlatego też Rosjanie, ponieważ są prawosławni, mogą być 
prawdziwymi faszystami, w odróżnieniu od sztucznych włoskich faszystów w rodzaju 
Gentile czy tamtejszych heglistów. Prawdziwy heglizm to Iwan Pereswietow - 
człowiek, który w XVI w. wymyślił dla Iwana Groźnego opryczninę. To był prawdziwy 
twórca rosyjskiego faszyzmu. On sformułował tezę, że państwo jest wszystkim, a 
jednostka niczym. Państwo jest zbawieniem, państwo jest Kościołem. Wystarczy 
poczytać pisma naszego prawosławnego świętego, Józefa z Wołokołamska, by 
przekonać się, że te dwa organizmy są identyczne, tożsame. I teraz cały ten 
organizm prze ku zbawieniu, wszyscy dążą do zbawienia nie rozdrabniając się, jak 
jedna zbiorowa dusza, jedno zbiorowe ciało.  

Rzeczywiście, macie w prawosławiu pewną skłonność ku apokatastazie, ku 

idei powszechnego zbawienia...  

To prawda. Najważniejsze, że nie ma u nas indywidualności. Jednostka rozpływa 

się w kolektywie. W ten sposób Rosjanin pracuje dla zbawienia.  

- Czyjego zbawienia?  

- Zbawienia archetypu, zbawienia Adama. Rosjanie popr

zez państwo prą ku 

zbawieniu nie siebie, lecz Adama...  

- Adama Kadmona, to brzmi kabalistycznie.  

Nie, to jest podejście holistyczne. W prawosławiu chodzi o zbawienie 

starotestamentowego Adama przez przyjście nowego Adama, czyli Chrystusa, 

background image

natura, przyr

oda zaś zbawia się poprzez ludzi. Państwo, zwłaszcza święte państwo, 

jest instrumentem tego zbawienia. Dlatego rosyjski car to aktywny uczestnik 
soteriologicznego misterium. Po upadku Bizancjum stał się on ostatnim strażnikiem 
katechonu, tej tradycji, której uzurpatorem na przełomie VIII i IX w. okazał się Karol 
Wielki. To przecież bizantyjski imperator był prawdziwym cesarzem zarówno 
Wschodu, jak i Zachodu.  

Spotkałem się z twierdzeniem, że prawdziwy rozłam między Wschodem a 

Zachodem miał miejsce nie w 1054 r., kiedy doszło do wielkiej schizmy, ani w 
1204 r., kiedy krzyżowcy spustoszyli Konstantynopol, ale w Boże Narodzenie 
800 r., kiedy papież Leon III nałożył na głowę Karola Wielkiego koronę 
cesarską. 
 

To była uzurpacja. Dlatego imperialna funkcja Zachodu, czy to za Stauffenbergów 

czy za Habsburgów, zawsze pozostawała wątpliwa. Dlatego że ekumena może mieć 
tylko jednego imperatora. Któryś z nich musi być fałszywy. Według wszystkich norm 
ortodoksji, taką sakralną, namaszczoną figurą był, niezależnie od wszelkich 
negatywnych osobistych cech charakteru, cesarz bizantyjski, a po upadku 
Konstantynopola car rosyjski. Można powiedzieć, że cała zachodnia filozofia i kultura 
powstała na odrzuceniu i zignorowaniu tradycji bizantyjskiej. Na Zachodzie nie bierze 
si

ę w ogóle pod uwagę prawosławnej wersji chrześcijaństwa czy metafizyki, traktuje 

się je tak, jak gdyby nie istniały.  

Myślę, że jeżeli w ostatnim tysiącleciu odbywał się proces coraz większego 

oddzielania się katolicyzmu i prawosławia, to miał on charakter dwustronny. 
Prawosławie też izolowało się od katolicyzmu. 
 

Zgadza się, rzecz jednak w tym, że tylko jedna strona może mieć rację. Jeżeli 

słuszność jest po stronie katolicyzmu, to ani Rosja, ani Serbia nie mają racji bytu, 
należy amerykanizować i protestantyzować kulturę, bo to jest właściwy kierunek 
rozwoju. Protestantyzm jest przecież dzieckiem katolicyzmu, obrzydliwym, przyznaję, 
i obleśnym, ale prawowitym. Jeżeli więc prawosławie nie ma racji, to należy wybrać 
drogę protestancką i tak jak w Kościele anglikańskim przegłosować, że piekła nie ma. 
Racja jednak jest po stronie prawosławia, które pozostaje najdoskonalszą formą 
tradycjonalizmu, sakralności i konserwatyzmu. Na początku był Wschód i Zachód. 
Wschód to raj, pełnia, Zachód to wygnanie, nicość. Wschodnie imperium - prawowite, 
zachodnie - 

apostatyczne. To nie są tylko archetypy. Trwa wielka walka między 

Bizancjum a Rzymem, Rusią a Zachodem, eurazjatyzmem a atlantyzmem, 
socjalizmem a kapitalizmem, barbarzyństwem a cywilizacją. My nie reprezentujemy 
cywilizacji, ale kulturę. My wszyscy - Rosjanie, Serbowie, Tatarzy itd. - 
reprezentujemy żywioł barbarzyński. Barbarzyństwo to życie, to sakralny świat 
tradycji. Mieszkamy w szałasach, bijemy w bębny, pijemy wódkę, a przeciw nam 
naciera Daniel Bell, postmo

dernizm, informacyjne społeczeństwo postprotestanckie, 

Nowy Światowy Porządek. W tym wielkim starciu cywilizacji atlantyckiej i kultury 
eurazjatyckiej to wszystko, co znajduje się między nami - Polska, Ukraina, Europa 
Środkowa, a kto wie, może nawet Niemcy - musi zniknąć, zostać wchłonięte.  

Samuel Huntington w swoim Zderzeniu cywilizacji pisze, że państwa, które są 

hybrydami dwóch cywilizacji, nie mają szans na przetrwanie w takim kształcie 
jak dzisiaj; że Bośnia, Ukraina, Turcja czy Meksyk będą się w końcu musiały 

background image

opowiedzieć po jednej ze stron. Uwagi Huntingtona nie dotyczyły jednak Polski 
czy Niemiec. 
 

Huntington ma rację: zderzenie cywilizacji jest nieuchronne. Nie ma miejsca dla 

krajów leżących pośrodku. O Polsce już mówiłem. A Niemcy? Co mogą zrobić 
Niemcy? Przecież to kraj okupowany. Niemcy zaprzepaścili swoją szansę podczas 
wojny. Trzeba było razem z nami walczyć przeciwko Anglii, obrócić pakt Ribbentrop-
Mołotow na Zachód, a wtedy Hitler-Stalin forever. Dziś, zamiast po angielsku, 
wszędzie by mówiono po rosyjsku i niemiecku. Niemcy nie poszli na to i przegrali. 
Teraz panuje tam okupacja amerykańska i taki "zamordyzm", że nawet ust nie 
można otworzyć. Mam jednak nadzieję, że Niemcy otrząsną się z tego stanu i 
wcześniej czy później zrzucą zależność. Jestem przekonany, że we wspólnym 
eurazjatyckim domu znajdzie się miejsce i dla Niemców, i dla Polaków, i dla 
Francuzów, i dla Włochów. My Rosjanie narzucimy całej Eurazji jedynie 
barbarzyński, sakralny stosunek do życia, a jak się on będzie przejawiał w przypadku 
konkretnej nacji, to zależeć będzie od własnych predyspozycji narodowych. Polaków 
widzę np. jako obrońców słowiańskiego rasizmu. Element słowiański zawsze 
rozsadza ramy indywidualizmu, dąży do wspólnotowości.  

Tyle Pan mówi o wspólnotowości, kolektywności, ale przecież w gruncie 

rzeczy jest Pan indywidualistą.  

Jak to? Dlaczego? Na podstawie czego Pan tak sądzi?  

- Nawet tutaj, w lokalu Partii Nacjonal-Bolszewickiej

, wystarczy rozejrzeć się 

wokół, by przekonać się, że wszyscy wyglądają jednakowo w tych swoich 
czarnych mundurach, mają nawet podobny wyraz twarzy, tylko Pan się 
odróżnia od nich zdecydowanie. 
 

Jestem taki sam jak oni. Ja nie myślę o sobie, myślę o innych. Nie myślę za siebie, 

myślę za innych. Istnieją dwa pojęcia: personalizm oraz indywidualizm. 
Indywidualizm to przeciwieństwo wspólnotowości, gdyż centrum świata, 
konstytutywnym elementem światopoglądu staje się jednostka ludzka, indywiduum. 
Nie ma tu mi

ejsca na wspólnotowość czy holizm, jest tylko racjonalna, logiczna, 

relatywna umowa między pojedynczymi indywiduami. Co z kolei my proponujemy? 
Nie występujemy przeciwko osobie, lecz za pojmowaniem jej ponadindywidualnie. 
Jest to w pewnym sensie idea nietz

scheańska. Człowiek jest zjawiskiem 

dynamicznym, nieustannie przezwyciężającym samego siebie. To przezwyciężanie 
oznacza wzrost człowieka, wzrost wykraczający poza granice jego indywidualności. 
W wymiarze pionowym człowiek staje się wówczas częścią wspólnoty, organem 
pewnego organizmu. Natomiast w wymiarze poziomym... ktoś musi myśleć. Razem 
nie można myśleć, razem można działać. Jeśli wymieszać wszystkich razem, to 
głową tego kolektywnego organizmu, który powstanie, nie będzie suma 
poszczególnych mózgów, ale jeden mózg, najbardziej oświecony. Musi istnieć pewna 
gnoseologiczna hierarchia. Ta wspólnotowość materialnej jedności, horyzontalna 
jedność ciał zawiera bowiem w sobie hierarchiczność. Często ludzie, którzy walczą 
przeciwko indywidualizmowi, są personalistami. W sposób bardzo skondensowany 
może przejawiać się w nich duch jedności, duch wspólnoty, duch narodu. Oni nie są 
indywidualistami, lecz odrębnymi, dyskretnymi wcieleniami wszechjedności. Na tym 
polega ich autorytet. To jest idea monarchy, ludowego 

wodza, führera. To jest 

background image

fenomen rosyjskich carów, ale i Pugaczowa, Lenina i Stalina. I to wcale nie jest tak, 
że jakiś indywidualista wymyśla sobie kolektywizm, bo wtedy byłby oszustem, 
szarlatanem, hipnotyzerem. To jest jak w chemii: kiedy wymiesza się ze sobą różne 
substancje, to najwyżej unoszą się te najlżejsze, czyli gazy. Podobnie w 
społeczeństwie: kiedy wymiesza się ze sobą różne ludzkie żywioły, to najwyżej 
unoszą się te najbardziej subtelne, czyli mózgi. Dlatego u jednych ta idea 
wspólnotowości koncentruje się w mózgu, u innych w duszy, a jeszcze u innych w 
nogach czy rękach. Tym niemniej jest to ta sama idea u wszystkich. W ten sposób 
powstaje jeden organizm - 

Behemot (jak nazwałby go Carl Schmitt), eurazjatycki 

potwór tatarsko-scytyjski, w którym zawierają się nie tylko ludzie, ale również żywioły, 
elementy przyrody, gleby, wiatry, rzeki, góry. Sublimacją tej strasznej ciemnej 
gromady są rosyjscy monarchowie, Stalin... Stalin nie był odrębną indywidualnością, 
lecz osobą kolektywną, Starszym Bratem, manifestacją eurazjatyckości w jej 
wariancie komunistycznym.  

Powiedział Pan, że imperatywem wewnętrznym Rosji jest ekspansja. Jaki jest 

jednak cel tej ekspansji, jaka idea kryje się za postulowaną ideokracją?  

- Celem rosyjskiej ekspansji jest totalna 

nauka soteriologiczna. Przeczuwaliśmy to już 

od wieków, od czasów metropolity Iłariona Kijowskiego, ale teraz jest to dla nas 
bardziej niż kiedykolwiek oczywiste, że nie jesteśmy narodem jednym z wielu, ale że 
mamy misję objawienia światu pewnej prawdy. Chcemy innego końca historii niż ten, 
który proponuje Zachód. Chcemy sakralnego końca, a nie profanicznego. Jesteśmy 
przekonani, i tym żyjemy, że posiadamy pewien klucz do duchowej, eschatologicznej 
prawdy. To wie każdy Rosjanin. Każdy.  

- Na czym polega istota tej prawdy?  

Cała nasza tysiącletnia historia to próba wyjawienia tej prawdy, szukania form jej 

wyrazu. To prawda, którą Zachód pogrążył w swoich czeluściach, to prawda o 
zbawieniu, przemienieniu świata, nowej pleromie, nowej jakości bytu, wskrzeszeniu z 
martwych, przeobrażeniu ciał, o słonecznym świetle, które powinno wyjść z ust 
Wielkiej Matki. My Rosjanie ze względu na swoje predyspozycje etniczne i religijne 
jesteśmy do tego wezwani. Całe nasze dzieje, w tym ostatni bój komunizmu 
przeciwko kapital

izmowi, to jedynie różne próby realizacji tego samego 

mesjanistycznego marzenia.  

Prawdę mówiąc, jakoś trudno wyobrazić mi sobie komunizm jako walkę o 

sacrum w świecie. Zwłaszcza za czasów tak chwalonego przez Pana Stalina, 
był to ruch głęboko antyprawosławny: burzono i zamykano cerkwie, 
torturowano i mordowano biskupów, więziono i zsyłano na Sybir wiernych, 
prowadzono przymusową ateizację... 
 

Po pierwsze: to prawosławie, które Stalin niszczył, było bardzo zokcydentalizowane 

przesiąknięte duchem Zachodu, wyobcowane z narodu. Po drugie: marzenie 

mesjanistyczne, o którym wspomniałem, mogło żyć poza prawosławiem i rozwijać się 
w innych formach. Komunizm był próbą wyzwolenia owego mesjanizmu z czysto 
religijnego rozumienia. Być może próba ta okazała się nieudana właśnie dlatego, że 
była tak odległa od teologii. Myślę więc, że przy kolejnej ekspansji powinniśmy 
wykorzystać wszystkie nasze doświadczenia, zarówno czysto sakralne, jak i 

background image

socjalistyczne. Socjalizm to nic innego jak zsekularyzowana wersja bizantynizmu, to 
Czerwone Bizancjum, prawosławie w sekciarskiej, egzaltowanej formie. Można 
powiedzieć, że ludowy monarcha Stalin z ludową wiarą, czyli komunizmem, wystąpił 
przeciwko wyobcowanej, pańskiej, szlacheckiej, zokcydentalizowanej monarchii oraz 
Cerkwi. N

ie jestem wcale aż tak gorącym zwolennikiem systemu stalinowskiego, 

niemniej widzę wyraźnie pulsację naszego historycznego bytu także w komunizmie. 
Jeżeli więc mówię swoje bezwarunkowe "tak" bolszewizmowi, Leninowi i Stalinowi, to 
nie dlatego, że był to idealny system, ale dlatego, że był dla nas jedynym 
rozwiązaniem. Tym razem nam się jeszcze nie udało, ale za następnym oczyścimy 
prawosławie oraz komunizm i odrzucimy te ich elementy, które spowodowały, iż 
modele te wyobcowały się z narodu. Następnym naszym etapem będzie 
prawosławny komunizm - eurazjatycki, misyjny, panslawistyczny, filotatarski...  

- To brzmi niemal jak projekt postmodernistyczny.  

Włączamy bardzo wiele, ale i wykluczamy bardzo wiele. Wykluczamy 

indywidualizm, jednostkę, wolny rynek, neutralność światopoglądową, tolerancję, a 
włączamy elementy barbarzyńskie, fanatyczne, egzaltowane. To nie jest 
postmodernizm, ale powiedzmy: postmoderna. Postmoderna to obiektywny stan, w 
jakim przyszło nam żyć po zwycięstwie nad nami Zachodu. Moderna się skończyła. 
Postmodernizm to jedynie jedna z odpowiedzi na wyzwanie postmoderny, odpowiedź 
liberalna. Może być też odpowiedź antyliberalna, czyli nasza - postmoderna 
antypostmodernistyczna. Refleksja Zachodu rozkłada wszystko na czynniki pierwsze, 
a jednocześnie wszystko wyjaławia i zasusza jak eksponaty w kwietniku. Nasza 
refleksja natomiast nie pozbawia nas aromatu życia, erotycznego wręcz zachwytu 
naszymi ideami, ona nas upija, jesteśmy pijani Eurazją...  

Już w XVIII w. Nikita Panin opisywał historię Rosji jako biegunową pulsację 

martwoty i chaosu. Podobnie dwa wieki później Jurij Łotman - jako skoki 
entropii i organizacji. Dzisiejsi publicyści często porównują obecną sytuację 
Rosji do epoki weimarskiej w historii Niemiec... 
 

Bardzo trafne porównanie.  

Zachód zdaje sobie z tego sprawę, dlatego nie chce poniżać Rosjan, poniżać 

ich dumy narodowej, tak jak zrobił to z Niemcami po pierwszej wojnie 
światowej, kiedy ściągał z nich olbrzymie kontrybucje. Zachód raczej chce 
dowartościować Rosję, zaprasza ją do grupy G-7, pompuje do rosyjskiej 
gospodarki miliony dolarów. Chce uniknąć scenariusza weimarskiego... 
 

Zachód traktuje Rosję bardzo srogo. Myślę, że nie wyciągnął on jednak wniosków z 

lekcji weimarskiej. Im bardziej będzie na nas naciskał, tym więcej mu przyjdzie za to 
zapłacić. To działa jak sprężyna: im mocniej przyciśniesz, tym mocniej uderzy z 
powrotem. Zachód to geograficzny Szatan, geograficzny Antychryst. Zachód 
powinien zapłacić za wszystko. Najlepiej byłoby go zasiedlić Chińczykami, Tatarami, 
mu

zułmanami, całym tym eurazjatyckim koczownictwem. Kiedy szedłem ostatnio 

ulicami Paryża, zauważyłem nagle, że czegoś mi brakuje. I zdałem sobie sprawę, że 
był to brak zapachów, jakaś sterylność, aseptyczność. Jedyny zapach na Zachodzie 
to perfumy. Ziemia, 

powietrze, kwiaty, drzewa zaczęły pachnąć dopiero w Polsce, a 

jak wróciłem do Rosji, to zanurzyłem się w szaleństwo zapachów. Zachód to martwa 

background image

ziemia. Odżyje dopiero, kiedy zasiedlą go Kozacy, Tadżycy, Kazachowie. Oni 
przyniosą z sobą życie, przyniosą zapachy.  

Na każdym niemal kroku odwołuje się Pan do tradycji prawosławnej. Czy 

jednak samo prawosławie przyznaje się do Pana idei? Rozmawiałem w 
Moskwie z wieloma przedstawicielami Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej i żaden 
z nich nie uważa Pana za ortodoksyjnego wierzącego, ma Pan opinię raczej 
heretyka. 
 

A kto tak powiedział?  

Na przykład diakon Andriej Kurajew.  

A diakon Aleksander Mumrikow powiedział, że jestem w pełni prawosławny. I co z 

tego? Zdanie jednego diakona przeciwko zdaniu drugiego. Na szczęście u nas nie 
ma katolicyzmu, gdzie jest urząd papieża i wszyscy muszą go słuchać. Ja też mogę 
spokojnie powiedzieć, że diakon Kurajew nie jest w pełni prawosławny. Istnieją w tej 
chwili dwa prawosławia: pierwsze - żywe, pełne ducha i drugie - oficjalne, 
sformalizowane, kadrowe. Diakon Kurajew reprezentuje formalną, prosystemową, 
powiedziałbym, że nawet profaniczną gałąź prawosławia. Pisze teksty, które z ducha 
są katolickie. Przykładowo uważa, że zasługą chrześcijaństwa był impuls do rozwoju 
nauk ścisłych, co spowodowało desakralizację kosmosu. Hezychaści od razu 
okrzyknęliby go heretykiem. Na szczęście prawosławie jest szersze niż sama tylko 
Cerkiew i zawiera w sobie również gałąź staroobrzędowców. Sam przynależę co 
prawda do Patriarchatu Moskiewskiego, a

le duchem jestem ze staroobrzędowcami. 

Zresztą oni sami uważają siebie za jedynych prawdziwych prawosławnych. Jeśli 
nastąpi kiedyś prawdziwe odrodzenie prawosławia, to wyjdzie ono nie ze 
skostniałych struktur oficjalnej Cerkwi, ale właśnie z głębin rosyjskiego ducha 
narodowego, który zachował się najpełniej wśród staroobrzędowców.  

A który odłam staroobrzędowców jest Panu bliższy? Okrużnicy czy 

nieokrużnicy?  

Ten podział dotyczy hierarchii białokrynickiej. Mnie natomiast bardziej interesuje 

inny podział: na popowców i bezpopowców. Bliżsi są mi bezpopowcy, którzy jako 
bardziej radykalni odrzucają księży. Wśród nich natomiast najbliższy jest mi odłam 
nietowców, którzy uważają, że królestwo Antychrysta już nadeszło, a jest nim 
katolicki i protestancki Zachód.  

Widzę, że ma Pan bardzo domknięty system myślowy. Jakie są jednak szanse, 

że te idee, które Pan głosi, znajdą oddźwięk w społeczeństwie? Obserwując 
Pana można powiedzieć: siedzi sobie jakiś nawiedzony idealista w piwnicy, coś 
tam bredzi pod nosem, al

e te jego rojenia nie mają zupełnie żadnego wpływu 

na ludzi. Ot, kolejny frustrat, jakich pełno w naszym stuleciu...  

Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie trójstopniowo. Po pierwsze: nawet jeżeli 

jestem idealistą, który siedzi w piwnicy, i którego idee nie odgrywają żadnej roli, to 
nie martwi mnie to, ponieważ wszystkie wielkie idee zaczynały się od idealistów, 
którzy siedzieli w piwnicy i nie odgrywali żadnej roli. Losy idei są specyficzne. 
Człowiek, który zajmuje się ideami, pogrążony jest w atmosferze teurgicznej, gdzie 

background image

to, co niewidzialne i niesłyszalne, jawi mu się jako widzialne i słyszalne, chociażby w 
formie tekstu czy dyskursu. I nawet gdybym do śmierci pozostał nikomu nieznany i 
nie zostawił po sobie żadnego pisanego słowa, to liczy się sam fakt uchwycenia 
głównych wektorów historii, głównych idei cywilizacji.  
Po drugie: działam w Partii Nacjonal-Bolszewickiej. Nie jest to wielka partia, ale 
posiada wyraźne ukierunkowanie: szczególnie staramy się oddziaływać na młodzież, 
zwłaszcza na studentów, którzy będą w przyszłości elitą młodego pokolenia. 
Jesteśmy w sumie jedyną partią, która zajmuje się myślami młodzieży. My uczymy 
ich myśleć i żyć. Zajmujemy się indoktrynacją przyszłej generacji. Tego nie robi nikt 
w Rosji: ani liberałowie, ani komuniści...  

- To robi telewizja.  

Zgadza się, ale ona formuje osoby średnie i pasywne. My natomiast kształtujemy 

osoby, jak je określał Gumilow, pasjonarne, ponadprzeciętne, tych, których Pareto 
nazywał kontrelitami przyszłości. Inne partie nacjonalistyczne, np. barkaszowcy, nie 
formują kontrelit przeszłości, lecz oddziały obronne. Ich organizacje bojowe to nie są 
żadne elity. My natomiast koncentrujemy się na tych, którzy w przyszłości będą 
nadawać ton życiu w Rosji, przygotowujemy ich konceptualnie. Organizujemy dla 
nich seminaria, wydajemy pisma, książki. Można powiedzieć, że nasza partia jest 
czysto intelektualna. Te wszystkie pikiety czy demonstracje są tylko dodatkiem do 
podstawowego zadania, jakim jest intelektualne przygotowanie generacji. W całym 
kraju mamy 

już setki ludzi uformowanych w ten sposób.  

Po trzecie wreszcie: moje idee nie ograniczają się do samej tylko partii. Od 1987 r. 
aktywnie zajmuję się ideologizacją szeroko rozumianego obozu patriotycznego. Dwie 
największe partie w obecnej Dumie - komuniści Ziuganowa i nacjonaliści 
Żyrynowskiego - przejęły ode mnie, zwłaszcza z moich wcześniejszych tekstów, 
główne myśli ideologiczne oraz geopolityczne. Wielu polityków, których osobiście 
nawet nie znałem, również odwoływało się do wysuwanych przeze mnie idei, np. 
generał Liebiedź.  

Może dlatego, że jednym z doradców Liebiedzia został Gejdar Dżemal. W 1991 

r. wydał mu Pan w swoim wydawnictwie książkę Orientacja: Północ.  

Nasze drogi z Dżemalem rozeszły się, ponieważ jego tradycjonalizm i eurazjatyzm 

jest m

uzułmański, a mój - rosyjski. Wracając jednak do poprzedniego wątku. Nie ma 

znaczenia, czy znam osobiście Ruckoja lub Chasbułatowa, którzy przejmują moje 
idee. Jestem jak Iwan Pereswietow, który wymyślił opryczninę dla Iwana Groźnego. 
Jestem laboratorium m

yśli. Ja nie myślę za siebie, ja myślę za państwo, za naród, za 

historię. Czekam na swojego Iwana Groźnego. Wszyscy politycy, którzy będą szukali 
dla Rosji prawdziwej i wielkiej idei, wcześniej czy później trafią do mnie. Nie dlatego, 
że jestem wielką indywidualnością i sam osobiście coś sobie wymyśliłem, ale 
dlatego, że istnieje obiektywna idea Rosji, a ja jestem tylko jej wyrazicielem. Moja 
ostatnia książka Podstawy geopolityki jest czytana przez wszystkich polityków 
opozycji oraz bardziej poważnych urzędników administracji Jelcyna. Idea osi 
Moskwa-Berlin-

Paryż, o której mówił niedawno Jelcyn, jest wprost zaczerpnięta z 

moich pism. Jeśli dodać do tego Tokio, to mamy do czynienia z klasycznym 
elementem eurazjatyckiej koncepcji geopolitycznej. Poza tym naszymi ideami 
konserwatywnej rewolucji zainteresowanych jest wiele środowisk w innych byłych 
republikach sowieckich. Na przykład w Armenii środowisko Roberta Koczariana, 

background image

które doszło w tej chwili do władzy, tzw. partia wojny, to ludzie w dużej mierze 
ukształtowani na naszych pismach. Tak więc podsumowując: ze mną czy beze mnie 

to, o czym piszę, i tak się stanie. Kto będzie subiektem, kto wcieli te idee w życie - 

tego nie wiem i nie podejmuję się odpowiadać. Być może to będzie obecna władza, 
która zmieni swoje oblicze, może to będzie jakaś siła opozycyjna, może nastąpi to za 
wiele lat, ale jest to proces nieuchronny. Ja mogę zniknąć, ale moje idee 
geopolityczne nie znikną.  

Często mówi się o Pańskim środowisku, że jest rosyjskim odpowiednikiem 

zachodnioeurope

jskiej Nowej Prawicy. Orientacja ta, wychodząc z założenia, że 

batalia o los ludzkości rozegra się nie na polu politycznym, lecz kulturowym, 
proklamowała swoisty kulturkampf... 
 

- Kulturkampf Nowej Prawicy to cudowna idea, Alain de Benoist 

to heroiczny działacz 

i błyskotliwy myśliciel, ale ich walka przez trzydzieści lat nie przyniosła żadnych 
efektów. Mówili, że terenem starcia będzie kultura, a tymczasem amerykanizacja 
największe triumfy poczyniła właśnie w kulturze. Prawicowy gramcsizm znajduje się 
w opłakanym stanie, nie wyszedł nigdy poza margines. Czym to wyjaśnić? Myślę, że 
konceptualny model Nowej Prawicy jest bardzo interesujący, ale temperament jej 
europejskich działaczy jest niedostateczny dla realizacji takich idei. Są zbyt 
ucywi

lizowani, zbyt konserwatywni, zbyt tchórzliwi, takie ciepłe kluchy. Dlatego nie 

podoba mi się porównywanie z nimi, bo jest to w gruncie rzeczy porównywanie z 
nieudacznikami. Ja przez lata opozycji w Rosji zrobiłem takie rzeczy, o jakich im się 
nie śniło. Zajmowałem się nie kulturkampfem, lecz zapładnianiem ideowym 
poważnych sił politycznych. Pracowałem z żywą historią, a nie z archeologią. 
Jedynym człowiekiem na Zachodzie, którego szerokość poglądów mnie poraziła, był 
Jean Thiriart - autor idei eurosowiecki

ego imperium. Przed swoją śmiercią przyjechał 

nawet do Moskwy; gościłem go tutaj, zapoznałem z Jegorem Ligaczowem, z 
Ziuganowem, Baburinem...  
Europa ma dziś wybór: eurazjatyzm lub atlantyzm. Albo pójdzie z Rosją, albo z 
Ameryką. Jeżeli europejska Nowa Prawica wybiera nas, to znaczy wybiera żywioł 
barbarzyński, a więc musi przyjąć nasze metody działania. Trzeba organizować 
zamachy, zajmować się sabotażem, podpalać, wysadzać w powietrze mosty. 
Prawdziwy antymondializm to destrukcja i terror. A co robi Nowa P

rawica? Zamieniła 

się w intelektualną sektę. Od trzydziestu lat zbierają się na seminariach podtatusiali 
panowie z nadwagą i siwizną i biją pianę. Oczywiście trzeba czytać książki, ale to za 
mało. Trzeba stworzyć guerillę. Jeśli jesteś przeciw Nowemu Światowemu 
Porządkowi, to weź nóż, załóż maskę, wyjdź wieczorem z domu i zabij choć jednego 
yankie. Dlatego tak bliska jest mi Nowa Lewica, Czerwone Brygady, Rote Armee 
Fraktion. Nasze zadanie nie ogranicza się tylko do kultury, nasze zadanie to 
dokonanie realnej rewolucji. Do tego potrzebna jest ideologia i przygotowanie 
intelektualne, ale bez konkretnego uczestnictwa w akcji, bez przeżycia frontowego, 
bez chrztu bojowego - 

pozostanie to dla nas nieosiągalne. Nie wiem, czy któryś z 

działaczy Nowej Prawicy znajdował się kiedyś pod ostrzałem artyleryjskim, ale nasi 
ludzie nie tylko chodzą na mityngi czy walczą na barykadach, lecz również jeżdżą na 
prawdziwe wojny, np. do Naddniestrza czy Jugosławii. Nowa Prawica to tylko projekt, 
my zaś jesteśmy projektantami i realizatorami, architektami i budowniczymi. 
Przyszłość nasza jest.  

Dziękuję za rozmowę.  

background image

  

Rozmawiał: Grzegorz Górny 

Moskwa, marzec 1998