background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Hans Fallada
KaŜdy umiera w samotności

CZĘŚĆ  PIERWSZA 
QUANGLOWIE 

ROZDZIAŁ l 
Poczta przynosi złą wiadomość 

Listonosz Ewa Kluge wchodzi powoli po stopniach schodów domu przy ulicy 
Jabłońskiego 55. Wchodzi powoli nie tylko dlatego, Ŝe jest zmęczona obchodem, ale równieŜ 
dlatego, Ŝe ma w torbie jeden z takich listów, których nienawidzi oddawać. I właśnie o dwa 
piętra wyŜej musi za chwilę oddać ten list Quanglom.
Przedtem jeszcze, piętro niŜej, doręczy urzędowe pismo Persickom. Persicke jest 
kierownikiem politycznym lub czymś podobnym w partii - Ewa Kluge ciągle jeszcze nie 
rozeznaje stanowisk. W kaŜdym razie u Persicków trzeba witać się wołając „heil Hitler" i 
dobrze uwaŜać, co się mówi. UwaŜać trzeba, oczywiście, wszędzie. Rzadko kiedy Ewa Kluge 
spotyka człowieka, któremu moŜe powiedzieć, co naprawdę myśli; zresztą nie interesuje się 
wcale polityką, jest po prostu kobietą i jako kobieta sadzi, Ŝe dzieci nie po to przychodzą na 
świat, aby je mordowano. Myśli równieŜ, Ŝe dom bez męŜczyzny jest nic niewart. A 
tymczasem ona nie ma juŜ nic: ani swych obu chłopców, ani męŜa, ani domu. A 
równocześnie musi zamknąć gębę na kłódkę, być ostroŜną i roznosić ohydne listy poczty 
polowej, pisane nie ręką, ale na maszynie, gdzie jako nadawcy wymienieni są adiutanci 
pułków.
Dzwoni więc do Persicków, mówi „heil Hitler" i oddaje staremu pijakowi list urzędowy. 
Persicke, który nosi w klapie znaczek partyjny i znaczek przodownika, pyta: - Co tam 
nowego?
Ewa odpowiada: - Nie słyszał pan specjalnego komunikatu? Francja skapitulowała.
Persicke jest z niej bardzo niezadowolony: - Człowieku, kobieto! Toć wiem o tym, ale mówi 
pani to tak, jak gdyby pani zachwalała bułki na sprzedaŜ. To trzeba powiedzieć z 
entuzjazmem, musi to pani powiedzieć kaŜdemu, kto nie ma radia. To przekona nawet 
ostatnich pyskaczy! A więc drugą wojnę błyskawiczną teŜ juŜeśmy załatwili, no, a teraz na 
Anglię! I za trzy miesiące Tommies będą gotowi, a wtedy zobaczysz, jakie nam fuehrer 
stworzy Ŝycie! Potem juŜ inni mogą krwawić, a my będziemy panami świata! Wejdź, 
dziewczyno, wypij z nami jednego! Amalio, Erno, August, Adolf, Baldur -jazda, chodźcie 
wszyscy! Dziś szalejemy! Dziś nie ma Ŝadnej roboty! Dziś oblewany zwycięstwo, a po 
obiedzie pójdziemy do tej śydówy na czwartym piętrze i ta stara małpa musi dać nam kawy i 
ciasta. Powiadam wam, musi! Nie będę się juŜ nad nią litował!
Podczas gdy pan Persicke w otoczeniu rodziny podnieca się coraz bardziej swoimi 
wywodami, nie wylewając wódki za kołnierz, Ewa Kluge weszła juŜ o piętro wyŜej i 
zadzwoniła do Quanglów. Trzyma list w ręku i gotowa jest natychmiast uciec. Na szczęście, 
otwiera jej nie kobieta, która zwykle zamienia z nią parę przyjaznych słów, lecz męŜczyzna o 
ostrej, ptasiej twarzy, cienkich wargach i zimnych oczach. Bez słowa wyjmuje jej list z ręki i 
zamyka drzwi przed nosem, jak gdyby była złodziejem, którego trzeba się strzec.
Ewa Kluge wzrusza tylko ramionami i schodzi po schodach. Niektórzy ludzie są właśnie tacy: 
nigdy jeszcze ten człowiek, jak długo Ewa roznosi pocztę na ulicy Jabłońskiego, nie 
powiedział do niej ani słowa. No, niech tam! Ona go nie zmieni. Nie potrafiła przecieŜ 
zmienić nawet własnego męŜa, który przepuszcza pieniądze w knajpach i na wyścigach, a w 
domu zjawia się tylko wtedy, kiedy jest zupełnie goły.
U Persicków zostawiono drzwi wejściowe otwarte i z mieszkania dochodzi brzęk kieliszków i 
hałas uczty na intencję zwycięstwa. Ewa przymyka drzwi i schodzi dalej na dół. Myśli sobie 
przy tym, Ŝe właściwie jest to dobra wiadomość, poniewaŜ dzięki szybkiemu zwycięstwu nad 
Francją prędzej zapanuje pokój. A wtedy wrócą jej chłopcy.
Przeszkadza jej jednak w tych rozmyślaniach nieprzyjemne uczucie, Ŝe wówczas tacy ludzie 
jak Persicke będą na dobre górą. Nie wydaje jej się równieŜ słuszne, by tacy byli panami, a 
inni musieli stale milczeć i nigdy nie mogli powiedzieć, co im leŜy na sercu.
Przelotnie myśli o człowieku z ptasią twarzą, któremu właśnie przed chwilą doręczyła 
list z poczty polowej, i o starej śydówce Rosenthalowej, tej z góry, z czwartego piętra, której 
męŜa przed dwoma tygodniami zabrało gestapo. śal jej tej kobiety. Rosenthalowie mieli 
dawniej sklep z bielizną w Prenzlauer Allee. Sklep potem przeszedł w ręce aryjskie, no a teraz 
Rosenthalowa nie ma męŜa, który jest juŜ chyba bliski siedemdziesiątki. Tych dwoje starych 
ludzi na pewno nikomu nic złego nie zrobiło; dawali na kredyt, nawet jej, Ewie Kluge, jeŜeli 
czasem nie miała pieniędzy na bieliznę dla dzieci. A towar u Rosenthalów nie był ani droŜszy, 
ani gorszy niŜ w innych sklepach. Nie, Ewa Kluge nie moŜe pojąć, Ŝe taki człowiek jak 
Rosenthal ma być gorszy niŜ Persickowie tylko dlatego, Ŝe jest śydem. A teraz tam na górze, 
w mieszkaniu, siedzi ta stara kobieta samotniusieńka i nie waŜy się wyjść na ulicę. Dopiero 
kiedy ściemnia się, wychodzi .ze swą Ŝydowską gwiazdą po zakupy; prawdopodobnie 
głoduje. Nie - myśli Ewa Kluge - chociaŜby dziesięć razy zwycięŜyli Francję, sprawiedlwości 
u nas nie ma...
Dotarła do następnego domu i kontynuuje pracę w swoim rewirze.
W tym czasie majster Otto Quangel wszedł z listem poczty polowej do pokoju i połoŜył go na 
maszynie do szycia: - Masz! - mówi krótko. Pozostawia stale swojej Ŝonie prawo do 
otwierania tych listów; wie przecieŜ, jak bardzo jest przywiązana do ich jedynego syna, 
Ottona. Teraz Quangel, wciągnąwszy cienką dolną wargę między zęby, stoi naprzeciw Ŝony i 
oczekuje radosnego rozjaśnienia jej twarzy. Kocha bardzo tę kobietę w swój milczący, cichy, 
nie uzewnętrzniający się sposób.
Rozerwała kopertę, na chwilę rzeczywiście rozjaśniło się jej oblicze, ale zaraz pociemniało, 
gdy zobaczyła maszynowe pismo. Na jej twarzy pojawił się wyraz strachu, czytała wolniej, 
coraz wolniej, jak gdyby bała się kaŜdego następnego słowa. MaŜ pochylił się nad nią i wyjął 
ręce z kieszeni. Zęby wpiły się teraz mocno w dolną wargę; przeczuwa nieszczęście. W 
pokoju jest zupełnie cicho. Teraz oddech kobiety staje się chrapliwy.
Nagle wydaje cichy okrzyk, dźwięk, którego mąŜ jeszcze nigdy nie słyszał. Głowa jej opada, 
uderzając wpierw o szpulki z nićmi na maszynie, a następnie kryje się między fałdami 
rozłoŜonego materiału, zasłaniając złowieszczy list.

Strona 1

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Quangel jest juŜ przy niej. Zupełnie niezwykłym u niego gestem kładzie swoją wielką, 
spracowaną dłoń na jej plecach. Czuje, Ŝe Ŝona drŜy na całym ciele. - Anno - powiada - Anno, 
proszę cię! - Czeka przez chwilę, a potem odwaŜa się: - Co z Ottonem? Ranny, co? CięŜko?
DrŜenie przebiega w dalszym ciągu przez ciało kobiety, ale Ŝaden dźwięk nie spływa z jej 
warg. Nie zamierza, widać, wcale podnieść głowy i spojrzeć na niego.
Quangel patrzy na włosy swojej Ŝony. Przerzedziły się bardzo w ciągu wielu lat od chwili ich 
ślubu. Obecnie są juŜ oboje starymi ludźmi i jeŜeli z Ottonem naprawdę zdarzyło się coś 
złego, Ŝona nie będzie miała nikogo, prócz niego, kogo mogłaby kochać. A Quangel czuje 
zawsze, Ŝe nie naleŜy do ludzi, których moŜna by kochać. Nie potrafił jej nigdy ani jednym 
słowem powiedzieć, jak bardzo jest do niej przywiązany. Nawet teraz nie umie jej pogłaskać, 
być trochę czulszym dla niej, pocieszyć ja. Kładzie tylko cięŜką rękę na jej przerzedzone 
włosy, łagodnie podnosi głowę do swojej twarzy i mówi półgłosem:
- Powiesz mi przecieŜ, Anno, co oni do nas piszą?
Ale choć teraz oczy jej są bardzo blisko jego oczu, kobieta nie patrzy na niego, ma oczy 
mocno zamknięte. Jej twarz jest bladoŜólta, zwykłe rumieńce zniknęły, nie widać prawie ciała 
na kościach; wydaje mu się, Ŝe patrzy na trupią czaszkę. Tylko policzki i usta jej drŜą, tak jak 
drŜy całe ciało, ogarnięte jakimś tajemniczym, wewnętrznym dygotem.
Quangel wpatruje się w tę najbliŜszą, a teraz tak obcą twarz i czuje, jak serce bije mu coraz 
mocniej, zdaje sobie sprawę ze swej zupełnej niezdolności udzielenia choćby odrobiny 
pociechy i ogarnia go głęboki strach. Właściwie - śmieszny strach wobec głębokiego bólu 
Ŝony. Strach, Ŝe mogłaby teraz zacząć krzyczeć, jeszcze głośniej i bardziej dziko niŜ 
przedtem. Quangel zawsze lubił spokój; nikt w domu nie powinien wiedzieć, co się dzieje u 
Quanglów. Jak moŜna pozwalać uczuciom krzyczeć! Ale nawet ogarnięty tym strachem nie 
potrafi nic więcej powiedzieć aniŜeli to, co powiedział juŜ przedtem: - Co piszą? Mów, Anno!
List wprawdzie leŜy teraz otwarty, ale Quangel nie waŜy się wziąć go do ręki. Musiałby 
wtedy puścić głowę Ŝony, a wie, Ŝe ta głowa, na której czole wystąpiły teraz dwie krwawe 
pręgi, upadłaby znowu na maszynę. PrzezwycięŜa się więc i pyta raz jeszcze:
- Co z Ottonkiem?
 Wydaje się, jak gdyby to prawie nigdy przez męŜa nie uŜywane zdrobniałe imię przywołało 
kobietę ze świata bólu do Ŝycia. Przełyka parę razy ślinę i otwiera nawet oczy, które 
zazwyczaj są bardzo mocno niebieskie, a teraz wyglądają jak wyblakłe. - Z Ottonkiem - 
szepce niemal - co ma z nim być? Nic z nim nie jest, nie ma juŜ Ottonka, ot co jest!
MęŜczyzna mówi tylko „och", cięŜkie „och" z głębi serca. Puszcza głowę Ŝony i sięga po list. 
Wlepia oczy w linijki liter, choć nie moŜe ich jeszcze przeczytać.
Nagle Ŝona wyrywa mu list z ręki. Jej nastrój zmienił się. Wściekle rwie kartkę na części, na 
cząstki, na strzępy, a potem rzuca mu ostro w twarz: - Chcesz jeszcze czytać to gówno, te 
podłe kłamstwa, które piszą do wszystkich? śe zginął bohaterską śmiercią za wodza i naród? 
śe był wzorem Ŝołnierza i kolegi? Pozwolisz sobie wmawiać te historie, kiedy my oboje 
dobrze wiemy, Ŝe Ottonek najchętniej dłubał przy swoim radiu i płakał, kiedy musiał pójść do 
wojska! Ile razy mówił mi w okresie swego przeszkolenia rekruckiego, Ŝe chętnie oddałby 
prawą rękę, byle tylko móc się wyrwać od nich. A leraz: wzór Ŝołnierza i bohaterska śmierć! 
Kłamstwo, wszystko kłamstwo! Ale to wyście tak urządzili, z tą waszą podłą wojną, ty i twój 
fuehrer!
Stoi teraz przed nim ta kobieta, mniejsza od niego, ale oczy jej ciskają błyskawice 
wściekłości.
- Ja i mój fuehrer? - mruczy Quangel ogłuszony tym atakiem. - Jak to nagle mój fuehrer? 
PrzecieŜ nie jestem nawet w partii, tylko we Froncie Pracy, a tam muszą być wszyscy. A 
wybieraliśmy go jeden jedyny raz, oboje.
Mówi to we właściwy sobie powolny sposób, nie dlatego, aby się bronić, ale po to, by 
wyjaśnić stan faktyczny. Nie rozumie jeszcze, skąd nagle ten atak Ŝony przeciwko niemu. 
Byli przecieŜ zawsze tych samych poglądów...
Ale Ŝona mówi gorączkowo: - Po co jesteś męŜczyzną w domu i decydujesz o wszystkim, i 
wszystko musi się odbywać za twoją zgodą nawet wtedy, kiedy chcę zrobić przegrodę na 
kartofle na zimę w piwnicy; zawsze musi być tak, jak ty chcesz, a nie jak ja chcę! A w tak 
waŜnej sprawie źle postanowiłeś. Ale ty jesteś cichym człowiekiem, chcesz tylko mieć spokój 
i nie zwracać niczyjej uwagi. Robiłeś to, co Oni wszyscy robili, l kiedy krzyczeli: „Fuehrer 
dał rozkaz, my słuchamy!", pobiegłeś  za nimi jak baran. A my musieliśmy biec za tobą! A 
teraz mój Ottonek nie Ŝyje i Ŝaden fuehrer na świecie ani ty nie oddacie mi go!
Wysłuchał tego wszystkiego bez słowa sprzeciwu. Nie był nigdy kłótliwy i czuł poza tym, Ŝe 
tylko ból przez nią przemawia. Prawie cieszył się, Ŝe krzyczy teraz na niego, Ŝe nie daje 
pełnego upustu swemu zmartwieniu. Odpowiedział tylko na te oskarŜenia: - Ktoś będzie 
musiał powiedziać o tym Trudzie.
Truda była dziewczyną Ottonka, prawie narzeczoną. Do jego rodziców Truda mówiła 
„mate.czko" i „ojcze". Wieczorami często przychodziła do nich, równieŜ teraz, kiedy Ottonek 
był na froncie, przychodziła na pogawędkę. W dzień pracowała w fabryce mundurów.
Wspomnienie o Trudzie skierowało natychmiast myśli Anny na inne tory. Rzuciła okiem na 
błyszczący zegar na ścianie i zapytała: - ZdąŜysz jeszcze przed zmianą?
-  Mam dziś zmianę od pierwszej do jedenastej - odpowiedział - zdąŜę.
-  Dobrze, idź więc i poproś, Ŝeby tu przyszła i nie mów jeszcze nic o  Ottonku.   Chcę jej  
sama  powiedzieć.   Obiad  będzie  gotowy  na dwunastą.
-  Pójdę więc i powiem, aby dziś wieczorem do nas wpadła -powtórzył, ale nie wychodził 
jeszcze, tylko patrzył na jej Ŝółtawobiałą, chorobliwą twarz. Spojrzała znów na niego i przez 
chwilę obserwowali się w milczeniu - dwoje ludzi, którzy około trzydziestu lat przeŜyli ze 
sobą, zawsze w zgodzie, on milczący i cichy, ona - wnosząca nieco Ŝycia do domu.
ChociaŜ tak długo teraz przyglądali się sobie, nie mieli ani słowa do powiedzenia. Skinął więc 
głową i wyszedł.
Słyszała trzaśniecie drzwi wejściowych. I ledwo uświadomiła sobie, Ŝe poszedł naprawdę, 
odwróciła się do maszyny i pozbierała troskliwie strzępki złowieszczego listu. Próbowała 
dopasować je do siebie, ale spostrzegła szybko, Ŝe trwałoby to zbyt długo. Musiała przede 
wszystkim przygotować mu jedzenie. Troskliwie poskładała więc strzępki do koperty i 
włoŜyła je do ksiąŜki do naboŜeństwa. Po południu, kiedy Otto pójdzie do pracy, będzie miała 
czas, aby kawałki uporządkować i skleić. JeŜeli nawet były to głupie kłamstwa, bezczelne 
kłamstwa, to jednak jest to ostatnia rzecz, która pozostała po Ottonku! Przechowa je więc  i 
pokaŜe Trudzie. MoŜe wtedy będzie mogła płakać. Teraz jeszcze aorzały płomienie w jej 
sercu. Dobrze byłoby móc płakać!
Gniewnie potrząsnęła głową i podeszła do kuchenki gazowej.

Strona 2

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

ROZDZIAŁ II Co Baldur Persicke miał do powiedzenia 

Kiedy Otto Quangel przechodził obok mieszkania Persicków, zabrzmiało stamtąd 
radosne wycie pomieszane z okrzykami „sieg-heil". Quangel przyspieszył kroku, byle nie 
spotkać nikogo z tego towarzystwa. Mieszkali juŜ od dziesięciu lat w tym samym domu, ale 
Quangel zawsze unikał wszelkiego spotkania z Persickami, nawet wtedy, kiedy tamten był 
jeszcze małym, na wpół zbankrutowanym knajpiarzem. Teraz Persickowie stali się wielkimi 
ludźmi. Stary piastował wszelkie moŜliwe godności w partii, a dwaj najstarsi synowie byli w 
SS. Zdawało się, Ŝe pieniądze nie grają u nich Ŝadnej roli.
Tym bardziej naleŜało się ich strzec, poniewaŜ wszyscy, którym się tak wiodło, musieli dbać 
o dobrą opinię w partii. MoŜna to było osiągnąć tylko robiąc coś dla partii. Coś robić - 
znaczyło jednak wydawać innych, na przykład donosić: ten i ten słucha zagranicznego radia. 
Dlatego Quangel najchętniej zapakowałby juŜ dawno wszystkie aparaty radiowe z izby 
Ottona i wstawił je do piwnicy. Nie jest się nigdy zbyt ostroŜnym w tych czasach, kiedy 
kaŜdy szpicluje kaŜdego, gestapo trzyma łapę nad wszystkimi, a „kacet" w Sachsenhausen 
coraz bardziej się powiększa. Quangel nie potrzebuje radia. Ale Anna zawsze sprzeciwiała się 
usunięciu aparatów. Twierdziła, Ŝe stara zasada: kto ma czyste sumienie, ten śpi spokojnie -
jeszcze coś znaczy. A przecieŜ od dawna juŜ było inaczej, jeŜeli w ogóle kiedykolwiek tak 
było.
PogrąŜony w tych myślach biegł Quangel coraz szybciej po schodach, a potem przez 
podwórze na ulicę.
U Persicków hałasowano tak dlatego, bo chluba rodziny, Bruno, który teraz na cześć 
Schiracha nazywa się Baldur, pokazywał zdjęcie w „Voelkischer Beobachter": widać było na 
nim fuehrera i marszałka Rzeszy Goeringa, a pod zdjęciem podpis: ,,W chwili otrzymania 
wiadomości o kapitulacji Francji". Tak teŜ wyglądają obaj na zdjęciu: Goering śmieje się całą 
swą tłustą twarzą, a fuehrer bije się z radości po udach.
Persickowie cieszyli się i śmieli jak ci na zdjęciu, ale Baldur zapytał: - No, czy nie widzicie 
naprawdę nic specjalnego w tym zdjęciu?
Wpatrują się w niego wyczekująco, tak przekonani o duchowej wyŜszości tego 
szesnastolatka, Ŝe nikt nie śmie nawet wypowiedzieć jakiegoś przypuszczenia.
-  No - powiada Baldur - zastanówcie się przecieŜ: zdjęcie zrobił jakiś fotoreporter. Czy był 
akurat przy tym, kiedy przyszła wiadomość o kapitulacji? Wiadomość dostali przecieŜ 
telefonicznie albo przez jakiegoś kuriera, albo moŜe nawet przez francuskiego generała. A z 
tego wszystkiego nic nie widać na zdjęciu. Ci dwaj stoją tutaj zupełnie sami w ogrodzie i 
cieszą się...
Rodzice i rodzeństwo Baldura siedzą jeszcze, ciągle milcząc i wpatrują się w niego. Ich 
twarze w napięciu uwagi wyglądają niemal głupio. Stary Persicke najchętniej chlapnąłby 
sobie jeszcze jednego, ale nie śmie tego zrobić, dopóki Baldur mówi. Wie z doświadczenia, 
Ŝe Baldur potrafi być bardzo nieprzyjemny, jeŜeli nie poświęca się naleŜytej uwagi jego 
wywodom politycznym.
Syn zaś mówi dalej: — A więc zdjęcie jest lipne, nie zostało wcale zrobione w chwili 
otrzymania wiadomości o kapitulacji, ale przedtem. A teraz spójrzcie, jak fuehrer się cieszy. 
JuŜ od dawna pewnie myśli o Anglii, o tym, jak się dobierzemy do tych Tommies. Niee, ta 
cała historia - to tylko komedia, zaczynając od zdjęcia, a kończąc na biciu się w uda. To się 
nazywa mydlić głupcom oczy.
Teraz rodzinka wpatruje się w Baldura, jak gdyby oni byli tamtymi głupcami, którym się 
sypie piasek w oczy. Gdyby to nie był Baldur, lecz ktoś obcy, zaszpiclowaliby go w gestapo 
za takie Oświadczenie.
Ale Baldur ciągnie dalej: - Widzicie - to jest właśnie wielkość naszego wodza: nie pozwala 
nikomu przejrzeć swych planów. Teraz wszyscy myślą, Ŝe cieszy się zwycięstwem we 
Francji, a on tymczasem gromadzi juŜ moŜe okręty do inwazji na Wyspę. Widzicie - tego 
musimy się uczyć od naszego fuehrera: Nie wykładać od razu kaŜdemu na talerz, kim 
jesteśmy i co zamierzamy zrobić!
Gorliwie przytakują. Nareszcie wydaje im się, Ŝe pojęli, do czego Baldur zmierza.
Tak. kiwacie głowami - powiada Baldur ze złością - ale robicie zupełnie inaczej! Nie minęło 
jeszcze pół godziny, jak ojciec powiedział do tej z poczty, Ŝe stara Rosenthalowa, ta z góry, 
ma nam postawić kawę i ciasto...
- Ach, ta stara Ŝydowska świnia! - powiada ojciec Persicke, ale z przepraszającą intonacją w 
głosie.
No tak - zgadza się syn - wiele hałasu nie będzie, jeŜeli tej się kiedy coś stanie. Ale po co 
zaraz opowiadać o tym ludziom? Sicher ist sicher. Spójrz na przykład takiego człowieka jak 
ten nad nami, ten Quangel. Słowu nie wydostaniesz z tego gościa, a jestem przecieŜ zupełnie 
pewien, Ŝe widzi i słyszy wszystko i ma chyba takŜe swoje miejsce, gdzie o tym melduje. 
JeŜeli ten kiedyś zamelduje, Ŝe Persickowie nie potrafią trzymać gęby na kłódkę, Ŝe nie są 
pewni, Ŝe nie moŜna im nic powierzyć, wtedy będzie koniec z nami. Przede wszystkim z tobą, 
ojcze, a ja palcem nie kiwnę, Ŝeby cię wyciągnąć z kacetu, albo z Moabitu, albo z innej ciupy, 
w której akurat będziesz siedział.
Wszyscy milczą i nawet tak zarozumiały człowiek jak Baldur czuje, Ŝe to milczenie nie 
oznacza u wszystkich aprobaty. Mówi więc szybko, aby przynajmniej rodzeństwo 
przeciągnąć na swoją stronę: - Chcemy wszyscy być czymś więcej aniŜeli ojciec, a w jaki 
sposób to osiągniemy? Tylko przez partię! l dlatego musimy tak robić jak fuehrer: mydlić 
ludziom oczy. udawać, Ŝe jesteśmy w przyjaźni, a potem od tyłu, kiedy nikt nic nie 
przypuszcza - załatwione i precz. W partii powinni wiedzieć: z Persickami moŜna wszystko 
zrobić, po prostu wszystko!
Jeszcze raz spogląda na zdjęcie ze śmiejącym się Hitlerem i Goerin-giem, kiwa głowa i 
nalewa wódki na znak. Ŝe jego wykład polityczny jest  skończony. - Nie krzyw się, ojcze, 
skoro ci raz wygarnąłem moje zdanie - dodaje jeszcze.
-  Masz dopiero szesnaście lat i jesteś moim synem - zaczyna stary, jeszcze ciągle uraŜony.
-  A ty jesteś mój stary, którego zbyt często widziałem zalanego, Ŝebyś mi mógł jeszcze 
imponować - powiada prędko Baldur Persicke i w ten sposób przeciąga na swoją stronę 
śmiejących się braci, a nawet zawsze  zastraszoną matkę.  - Niee,  zostaw,  ojcze,  pewnego  
dnia będziemy jeszcze jechali własnym samochodem, a ty dostaniesz na co dzień tyle 
szampana, Ŝe będziesz miał dość!
Ojciec chce znów coś powiedzieć, ale tym razem tylko przeciw szampanowi, który ceni niŜej 
od Ŝytniówki, lecz Baldur kontynuuje szybko i ciszej: - Ty, ojcze, miewasz nawet niezłe 

Strona 3

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

pomysły, ale nie powinieneś o nich mówić z nikim prócz nas. Z Rosenthalowej naprawdę 
moŜna by coś wyciągnąć i to więcej niŜ kawę i ciasto. Pozwól mi o tym pomyśleć, do tego 
trzeba bardzo ostroŜnie podejść. Inni mogą równieŜ zwąchać pismo nosem, a mają moŜe 
większe zasługi od nas.
ZniŜył głos, który w końcu stał się prawie niedosłyszalny. Baldur Persicke znów osiągnął to, 
co zamierzał. Przeciągnął wszystkich na swoją stronę, nawet ojca, który czuł się uraŜony. 
Mówi więc: - Pod kapitulację Francji! - i ze śmiechem bije się po udach, a wszyscy 
rozumieją, Ŝe chodzi mu o coś zupełnie innego, mianowicie o starą Rosenthalową.
Hałasują więc na wyścigi, trącają się kieliszkami i piją wiele wódek, jedną po drugiej. Ale 
potrafią teŜ wypić, ten były właściciel knajpy i jego dzieci!

ROZDZIAŁ III 
Człowiek o nazwisku Borkhausen 

Majster Quangel wyszedł na ulicę Jabłońskiego i spotkał stojącego bezczynnie przed domem 
Emila Borkhausena. Zdawało się, Ŝe jest to jedyny zawód Emila Borkhausena: zawsze stać 
bezczynnie tam, gdzie moŜna gapić się na coś albo coś Usłyszeć. Wojna nic nie zmieniła w 
tym przyzwyczajeniu; mimo Ŝe wszędzie wprowadzono obowiązek słuŜby  wojskowej i 
przymus pracy, Emil Borkhausen w dalszym ciągu stał bezczynnie.
Stał tam, długa, chuda postać w znoszonym ubraniu, o bezbarwnej twarzy, i patrzył 
zniechęcony na niemal bezludną o tej porze ulicę. Kiedy zauwaŜył Quangla, poruszył się z 
miejsca, podszedł do niego i wyciągnął rękę: - Dokąd pan teraz idzie, Quangel? - zapytał. - 
PrzecieŜ ma pan jeszcze czas do fabryki.
Quangel zdawał się nie widzieć wyciągniętej ręki i zamruczał prawie niezrozumiale: - Spieszę 
się.
Po czym szedł dalej w kierunku Prenzlauer Allee. Jeszcze mu tego brakowało, tego 
natarczywego gaduły!
Ale tamten nie pozwolił się tak łatwo zbyć niczym. Zarechotał skrzekliwie i zawołał: - 
Idziemy tą samą drogą, Quangel. - A kiedy Quangel, patrząc w milczeniu przed siebie, szedł 
dalej, dodał: - Doktor kazał mi w związku z obstrukcją uŜywać duŜo ruchu, a biegać samemu 
nudno.
I zaczął dokładnie wyjaśniać, co zrobił juŜ przeciw swojej obstrukcji. Quangel nawet nie 
słuchał. Zajęły go dwie myśli, a jedna ciągle odpychała drugą: Ŝe nie ma juŜ syna i Ŝe Anna 
powiedziała: „ty i twój fuehrer". Quangel przyznał się sam przed sobą: nie kochał nigdy 
chłopca tak, jak ojciec powinien kochać syna. Od urodzenia dziecko wydawało mu się tylko 
przeszkodą w jego spokojnym współŜyciu z Anną. Jeśli teraz odczuwał jednak ból, to tylko 
dlatego, Ŝe myślał z niepokojem o Annie, jak ona przyjmie tę śmierć i jakie zmiany powstaną 
wskutek tego w ich Ŝyciu. Powiedziała przecieŜ do niego: „ty 1  twój fuehrer!"
To nie było zgodne z prawdą. Hitler nie był jego wodzem; nie był jego wodzeni bardziej niŜ 
wodzem Anny. Byli przecieŜ zawsze zgodni co do tego, Ŝe po bankructwie małego warsztatu 
stolarskiego właśnie fuehrer dopomógł im stanąć znów na nogi. Po czterech latach 
bezrobocia, w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym czwartym Quangel został przyjęty jako 
majster do wielkiej fabryki mebli i przynosił teraz do domu co tydzień czterdzieści marek. Z 
tego moŜna było wcale nieźle wyŜyć.
Ale do partii bynajmniej nie wstąpili. Z jednej strony szkoda im było pieniędzy na składkę, i 
tak trzeba juŜ wszędzie oddawać swoją krwawicę: na WHW, na wszelkie moŜliwe zbiórki, na 
Front Pracy. W fabryce narzucili mu jakieś tam stanowisko we Froncie Pracy i to był właśnie 
drugi powód, dla którego oboje nie wstąpili do partii. Widział bowiem przy kaŜdej okazji, jak 
stale robi się róŜnice między członkami partii a innymi Niemcami. Nawet najgorszy członek 
partii miał dla nich większą wartość niŜ najlepszy bezpartyjny. Kto był w partii, mógł sobie 
na wszystko pozwolić, takiemu nieprędko coś się stanie. Zwali to „wiernością za wierność".
Ale on, majster Otto Quangel, był za sprawiedliwością. KaŜdy człowiek był dla niego 
człowiekiem, niezaleŜnie od tego, czy był w partii, czy teŜ nie miał z nią nic wspólnego. 
Oburzał się zawsze na nowo, kiedy w warsztacie mały błąd jednemu zapisywano jako cięŜkie 
przewinienie, a drugi mógł oddawać bezkarnie fuszerkę za fuszerką. Zaciskał wtedy zębami 
dolną wargę i gryzł ją wściekle - gdyby tylko mógł, pozbyłby się juŜ dawno stanowiska.
Anna wiedziała o tym dobrze i dlatego nie powinna była powiedzieć: „ty i twój fuehrer!" 
Anna nie miała tych obowiązków co on. No tak, rozumiał jej prostotę, jej uległość. I jak to 
nagle się zupełnie zmieniło. Przez całe Ŝycie była słuŜącą, początkowo na wsi, potem tutaj, w 
mieście. Przez całe Ŝycie musiała się kręcić w kieracie i ktoś jej rozkazywał. W małŜeństwie 
teŜ nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Nie dlatego, Ŝeby Quangel chciał rozkazywać, ale 
dlatego, Ŝe wszystko musiało się kręcić wokół jego osoby; on bowiem przynosił do domu 
pieniądze.
Teraz przyszła śmierć Ottonka  i zaniepokojony Otto Quangel czuje, jak głęboko ta śmierć 
poruszyła jego Ŝonę.
Widzi przed sobą jej chorobliwą, Ŝółtawobladą twarz i słyszy znów jej oskarŜenie. Jest teraz o 
zupełnie niezwykłej porze na mieście, ten nudziarz Borkhausen u jego boku, dziś wieczorem 
Truda przyjdzie do nich, będą łzy, gadanina bez końca, a on, Otto Quangel, ceni przecieŜ tak 
bardzo spokój w Ŝyciu, stale ten sam dzień roboczy, który nie przynosi prawie Ŝadnych 
wydarzeń. JuŜ niedziela jest dla niego niemal przeszkodą. No, a teraz przez pewien czas 
wszystko będzie wywrócone do góry nogami i prawdopodobnie Anna nie będzie juŜ taka jak 
dawniej.
Musi się jeszcze raz nad tym wszystkim bardzo dokładnie zastanowić, a Borkhausen 
przeszkadza mu:
- Podobno otrzymał pan list z poczty polowej, a listu tego nie pisał wasz Otto? - odzywa się 
teraz ten natręt.
Quangel kieruje na niego ostre, ciemne oczy i mruczy: - Gaduła!
- PoniewaŜ jednak nie chce się z nikim kłócić, nawet z takim nicponiem jak Borkhausen, 
dodaje niechętnie: - Ludzie gadają o wiele za duŜo!
Emil Borkhausen nie obraził się. Borkhausena nie tak łatwo obrazić. Potakuje gorliwie: - 
Mówi pan prawdę, Quangel, czemu ta mądrala z poczty nie umie trzymać języka za zębami? 
Nie, musi wszystkim od razu powiedzieć: Quanglowie dostali list z frontu, pisany na 
maszynie!
-  robi krótką przerwę i próbuje potem niezwykle współczującym, przyciszonym głosem: - 
Ranny? Zaginiony? Czy teŜ...?
Milczy. Quangel dopiero po dłuŜszej przerwie odpowiada pośrednio: - A więc Francja 

Strona 4

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

skapitulowała? No, mogliby to zrobić o dzień wcześniej, wtedy Ŝyłby jeszcze mój Otto...
Borkhausen odpowiada Ŝywo: - Właśnie dlatego, Ŝe tyle a tyle tysięcy zginęło bohaterską 
śmiercią, Francja tak prędko się poddała. Dlatego tyle milionów innych pozostanie przy 
Ŝyciu. Z takiej ofiary ojciec powinien być dumny.
Quangel pyta: - Pańskie są jeszcze za małe, aby pójść na front, co, sąsiedzie?
Borkhausen rzuca prawie dotknięty: - Pan przecieŜ, wie o tym! Ale gdyby wszystkie na raz 
zginęły, no od bomby albo czegoś takiego, byłbym tylko dumny z tego powodu. Czy wierzy 
mi pan, panie Quangel?
Majster nie odpowiada na to pytanie, tylko myśli: „JeŜeli nawet nie jestem dobrym ojcem i 
nie kochałem tak Ottona, jak powinienem był - dla ciebie twoje bękarty są po prostu 
cięŜarem. Wierzę, Ŝe rad byś się ich pozbyć przez bombę, wszystkich na raz, bardzo wierzę".
Ale nie mówi nic w tym sensie, a Borkhausen, któremu znudziło się juŜ czekanie na 
odpowiedź, powiada: - Pomyśl pan, Quangel, najpierw Sudety, Czechosłowacja i Austria, a 
teraz Polska i Francja - będziemy najbogatszym narodem świata! Co tu znaczy paręset tysięcy 
zabitych. Wszyscy będziemy bogaci!
Niezwykle szybko Quangel odpiera: - I co zrobimy z tym bogactwem? Czy mogę je zjeść? 
Czy będę spał lepiej, jak będę bogaty? Czy jako bogaty człowiek nie będę juŜ chodził do 
fabryki? I co będę wtedy robił przez cały dzień? Nie, Borkhausen, ja nie chcę być bogaty, a w 
ten sposób na pewno nie. Takie bogactwo nie jest warte nawet jednej śmierci.
l Borkhausen chwyta go za ramię, jego oczy błyszczą. Potrząsa Quanglem, szepcząc: - Jak 
moŜesz tak mówić, Quangel? Wiesz, Ŝe mogę cię za takie gadanie posadzić do kacetu? 
Mówiłeś przecieŜ wprost przeciw naszemu fuehrerowi. Gdybym to teraz zameldował?...
Quangel przestraszył się własnych słów. Ta historia z Ottonem i Anną wyprowadziła go 
bardziej z równowagi, niŜ przypuszczał, inaczej bowiem nie opuściłaby go wrodzona, zawsze 
czujna ostroŜność. Ale nie okazuje tamtemu swego strachu. Uwalnia silnymi, spracowanymi 
rękami swe ramię z miękkiego uchwytu i mówi przy tym powoli i obojętnie: - Czego się pan 
tak denerwuje, Borkhausen? CóŜ ja takiego powiedziałem, co mógłby pan zameldować? 
Jestem w rozpaczy, bo poległ mój syn Otto, bo moja Ŝona ma wielkie zmartwienie. MoŜe pan 
to zameldować, jeśli pan chce. Jeśli pan chce, niech pan to zrobi. Pójdę zaraz z panem i 
podpiszę, Ŝe to powiedziałem.
Quangeł mówi niezwykle duŜo jak na siebie, a zarazem myśli: „Niech mnie powieszą, jeśli 
ten Borkhausen nie jest szpiclem! Jeszcze jeden, przed którym trzeba się strzec! Przed kim 
właściwie nie trzeba się strzec? A jak będzie z Anną, teŜ nie wiem".
Doszli tymczasem do bramy fabryki. Quangel znów nie podaje Borkhausenowi ręki. Powiada: 
- A więc! - i chce wejść.
Ale Borkhausen chwyta go za kurtkę i szepce: - Sąsiedzie, nie mówmy więcej o tym, co było. 
Nie jestem szpiclem i nie chcę niczyjego nieszczęścia. Ale wyświadczcie mi teraz przysługę: 
muszę Ŝonie przynieść trochę pieniędzy na Ŝycie, a nie mam grosza w kieszeni. Dzieci dziś 
jeszcze nic nie jadły. PoŜyczcie mi dziesięć marek. W najbliŜszy piątek zwrócę je, na pewno, 
przyrzekam święcie!
Quangel znów jak poprzednio uwalnia się z uchwytu dłoni Bork-hausena. Myśli: „To ty taki 
jesteś, w ten sposób zarabiasz na Ŝycie!" I dalej: „Nie dam mu ani jednej marki, bo pomyśli, 
Ŝe się go boję, i nie wypuści mnie juŜ nigdy ze swych szponów". Głośno zaś powiada: - 
Przynoszę tygodniowo tylko trzydzieści marek do domu i potrzebuję kaŜdą z nich dla siebie. 
Nie mogę ci dać pieniędzy.
Po czym bez dalszego słowa czy spojrzenia wchodzi przez bramę na podwórze fabryki. 
Portier zna go i przepuszcza bez Ŝadnych pytań.
A Borkhausen stoi na ulicy, gapi się za nim i zastanawia się, co ma teraz zrobić. Najchętniej 
poszedłby do gestapo i złoŜył meldunek na Quangla. Zarobiłby w ten sposób parę 
papierosów. Ale lepiej tego nie  robić. JuŜ pośpieszył się za bardzo, powinien był pozwolić 
Quanglowi vveadać się: po śmierci syna stary był w odpowiednim nastroju.
Źle ocenił Quangla; ten nie da się nastraszyć. Dziś większość ludzi się boi. Właściwie - 
wszyscy. Bo kaŜdy robi coś gdzieś zakazanego i jest ciągle w strachu, Ŝe ktoś o tym wie. 
Trzeba ich tylko w odpowiednim momencie chwycić za łeb, wtedy trzyma się ich w garści i 
płacą. Ale Ouangel, ten człowiek z ostrą twarzą sępa, nie jest taki. Ten prawdopodobnie 
niczego się nie boi, a juŜ z pewnością nie pozwoli się zastraszyć. Nie, Borkhausen da spokój 
temu człowiekowi. MoŜe w najbliŜszych dniach uda się coś zrobić z jego Ŝoną. Śmierć 
jedynego syna o wiele bardziej wyprowadza z równowagi kobiety. Wtedy baby zaczynają 
pyskować.
Więc - w najbliŜszych dniach ta kobieta. Ale co teraz? Borkhausen naprawdę musi Otti 
przynieść forsę: dziś rano wyŜarł potajemnie ostatni chleb z kredensu kuchennego. Teraz nie 
ma pieniędzy i nie wie, jak je zdobyć. śona jego jest Ksantypą i potrafi mu Ŝycie zamienić w 
piekło. Dawniej grasowała w Schoenhauser Allee i potrafiła czasami być zupełnie miła. Teraz 
Borkhausen ma z nią pięcioro bachorów. To znaczy - większość z nich prawdopodobnie 
wcale nie jest jego. A baba umie wymyślać jak przekupka z hali. Do bijatyki teŜ się rwie. 
Bydlę wali na ślepo, między dzieci. A kiedy przypadkiem trafi Borkhausena, zaczyna się 
mordobicie, w którym zresztą sama najwięcej obrywa. Mimo to nie mądrzeje.
Nie, Borkausen nie moŜe wrócić do Otti bez pieniędzy. Nagle wpada mu na myśl stara 
Rosenthalowa, która na czwartym piętrze przy ulicy Jabłońskiego 55 siedzi teraz zupełnie 
sama, bez Ŝadnej opieki. śe teŜ nie pomyślał przedtem o tej starej śydówce! Lepszy to interes 
aniŜeli ten stary sęp Quangel! Rosenthalowa jest dobroduszną kobietą. Borkhausen wie o tym 
od dawna, z czasów, kiedy miała jeszcze sklep z bielizną. Spróbuje więc z nią z początku 
łagodnie. Gdyby jednak nie zgodziła się, da jej po prostu w pysk! Coś tam juŜ się znajdzie, 
jakiś klejnocik albo pieniądze, albo coś do Ŝarcia. Cokolwiek, co ułagodzi Otti.
Zastanawiając się, co właściwie zdobędzie - śydzi mają jeszcze dość, chowają tylko wszystko 
przed Niemcami, którym to ukradli - Borkhausen przyspiesza kroku i skręca w stronę ulicy 
Jabłońskiego. W sieni długo nasłuchuje. Nie chciałby, aby ktoś z frontu widział go tutaj. Sam  
mieszka w podwórzu, w oficynie, właściwie w suterenie, a prawdę mówiąc, po prostu w 
piwnicy. Borkhausenowi to nie przeszkadza, tylko ze względu na ludzi jest to czasem 
przykre.
W sieni nic się nie rusza i Borkhausen zaczyna pospiesznie, ale cicho wchodzić po schodach. 
Z mieszkania Persicków dobiega dziki hałas, wycie i śmiech. No, ci znów świętują! O, z 
takimi jak Persickowie naleŜałoby się jakoś związać. Tacy mają właściwe kontakty i stosunki, 
wtedy i on sam poszedłby w górę. Ale oni, naturalnie, nie zwracają uwagi na takiego szpicla 
od przypadku jak Borkhausen; zwłaszcza ci młodzi z SS i Baldur zadzierają 
nieprawdopodobnie nosa. Stary jest juŜ lepszy, gdy jest pochmielony, daruje mu czasem pięć 

Strona 5

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

marek...
W mieszkaniu Quanglów jest zupełnie cicho, a o piętro wyŜej u Rosenthalowej Borkhausen 
równieŜ nie słyszy Ŝadnego dźwięku, mimo Ŝe długo trzyma ucho przy drzwiach. Dzwoni 
więc szybko i urzędowo, tak jak na przykład zrobiłby to listonosz, któremu się spieszy.
Ale nic się nie rusza i po minucie czy dwóch czekania Borkhausen decyduje się na drugi, a 
potem na trzeci dzwonek. Tymczasem nasłuchuje. Nic nie słyszy, szepce jednak przez dziurkę 
od klucza: - Pani Rosenthal, niechŜe pani otworzy! Przynoszę pani wiadomość od męŜa! 
Prędko, zanim ktoś mnie zobaczy! Pani Rosenthal, przecieŜ słyszę panią, niech pani otworzy!
Mówiąc dzwoni bezustannie, ale wszystko to nie odnosi Ŝadnego skutku.
W końcu ogarnia go wściekłość. Nie moŜe przecieŜ wrócić stąd takŜe bez niczego, z Otti 
będzie dzika awantura. Ta stara śydówa ma oddać, co mu ukradła! Dzwoni wściekle, 
równocześnie krzyczy przez dziurkę od klucza:
- Otwórz, ty stara Ŝydowska świnio, bo zamaluję ci mordę, Ŝe nie będziesz widziała na oczy! 
Jeszcze dziś wpakuję cię do kacetu, jeśli nie otworzysz, przeklęta śydówo!
Gdyby miał teraz przy sobie benzynę, podpaliłby tej małpie drzwi.
Ale nagle Borkhausen cichnie.
Na dole usłyszał stuknięcie drzwi. Mocno przywarł plecami do ściany. Nikt nie powinien go 
tu zobaczyć. Tamten oczywiście chce wyjść na ulicę, trzeba teraz tylko być zupełnie cicho.
Kroki zbliŜają się niepowstrzymanie, choć wolno i z licznymi potknięciami. To jeden z 
Persicków i w dodatku pijany. Tego tylko Borkhausenowi brakowało! Oczywiście chciałby 
dostać się teraz na strych. Ale od strychu odgradzają go zamknięte Ŝelazne drzwi. Nie ma się 
sdzie schować. Jedyna nadzieja, Ŝe pijany przejdzie obok nie zauwaŜywszy go, zwłaszcza 
jeśli jest to stary Persicke.
Ale to nie jest stary Persicke. To jest ten wstrętny szczeniak, Bruno czy Baldur, najgorszy z 
całej bandy. Wiecznie lata w swoim mundurze przywódcy HJ i czeka, Ŝeby mu się ukłonić, 
chociaŜ jest kompletnym zerem. Powoli Baldur wchodzi po ostatnich stopniach. Trzyma się 
mocno poręczy, jest bowiem podchmielony. Mimo szklistych oczu od dawna juŜ spostrzegł 
przyciśniętego do ściany Borkhausena. Zwraca się jednak do niego dopiero wtedy, gdy 
zatrzymuje się tuŜ przed nim: - Czego węszysz tu od frontu? Nie Ŝyczę sobie tego! Wynoś się 
do piwnicy, do twojej suki; jazda, won!
I podnosi nogę z podbitym gwoździami buciorem, ale stawiają zaraz z powrotem na ziemi: 
stoi zbyt słabo na nogach, by móc kopnąć.
Do takiego tonu Borkhausen nie dorósł. Gdy ktoś potraktuje go w ten sposób, Borkhausen po 
prostu włazi sam w siebie. Nic - tylko się boi. Szepce pokornie:
-  Przepraszam bardzo, panie Persicke! Chciałem tylko poŜartować sobie trochę z tą starą 
śydówa!...
Baldur aŜ marszczy czoło z wytęŜonego myślenia. Po chwili powiada: - Zwędzić coś chciałeś, 
bydlaku. To był twój Ŝart ze starą śydówa. No jazda, idź przodem!
Choć słowa te były bardzo grubiańskie, zabrzmiały jednak niewątpliwie łagodniej. 
Borkhausen miał w takich wypadkach wyczulone ucho. Mówi więc z uśmieszkiem, jakby 
przepraszając za dowcip, na który sobie pozwala:
-  Ja nie wędzę, panie Persicke, ja tylko czasem coś niecoś organizuję!
Baldur Persicke nie odpowiada na uśmiech. Nie pospolituje się z takimi ludźmi, chociaŜ mogą 
być czasem poŜyteczni. Złazi ostroŜnie za Borkhausenem po schodach. Obaj męŜczyźni są 
tak zajęci swymi myślami, Ŝe nie zwracają uwagi na to, iŜ drzwi Quanglów są teraz tylko 
przymknięte. Otwierają się natychmiast, gdy ci dwaj przeszli. Anna Quangel podbiega do 
poręczy i nasłuchuje.
Przed drzwiami Persicków Borkhausen sztywno podnosi rękę do hitlerowskiego 
pozdrowienia: - Heil Hitler, panie Persicke, i serdecznie dziękuje! Dziękuję!
Sam dokładnie nie wie, za co dziękuje. MoŜe za to, Ŝe przywódca z HJ nie kopnął go w tyłek 
i nie zrzucił ze schodów. Musiałby i to ścierpieć, taki mały pinczerek jak on.
Baldur Persicke nie odpowiada. Wpatruje się w Borkhausena szklistymi oczyma, co sprawia, 
Ŝe tamten zaczyna mrugać, a wreszcie spuszcza wzrok ku ziemi. Baldur pyta: - Chciałeś więc 
zaŜartować ze starej Rosenthalowej?
-  Tak - odpowiada Borkhausen cicho, ze spuszczonymi oczyma.
-  A cóŜ to miał być za Ŝart? - brzmi następne pytanie. - Czy z gatunku „bierz, co się da"?
Borkhausen ryzykuje szybkie spojrzenie w twarz swego rozmówcy: 
-  Tak! - odpowiada tylko Baldur. - Tak!...
Przez chwilę stoją w milczeniu. Borkhausen zastanawia się, czy wolno mu juŜ teraz pójść. 
Ale nie otrzymał jeszcze rozkazu odmaszerowania. Czeka więc dalej niemo, ze spuszczonymi 
oczyma.
-  Właź tu - powiada nagle Persicke z trudem poruszając językiem. Wskazuje na otwarte 
drzwi Persicków: - MoŜe mam ci jeszcze coś do powiedzenia. Zobaczymy.
Borkhausen wchodzi milcząc do mieszkania Persicków, jak nakazuje palec tamtego. Baldur 
chwiejąc się nieco, ale w Ŝołnierskiej postawie, idzie za nim. Drzwi zamykają się za 
obydwoma.
Na górze pani Anna Quangel odrywa się od poręczy i wślizguje się z powrotem do 
mieszkania, zamykając ostroŜnie drzwi. Sama nie wie, po co podsłuchiwała rozmowę tych 
dwóch, najpierw na górze, przed mieszkaniem pani Rosenthal, a teraz na dole, przed 
drzwiami Persicków. Podziela przecieŜ zawsze zwyczaje męŜowskie: współlokatorzy mogą 
sobie robić, co chcą. Twarz pani Anny jest jeszcze wciąŜ chorobliwie blada, a powieki drgają 
nerwowo. JuŜ parokrotnie chętnie by usiadła i płakała, lecz nie potrafi. Przechodzą jej przez 
myśl takie zwroty jak „boli mnie serce" albo „uderzyło mnie jak obuchem w łeb", albo „ssie 
mnie w dołku". Odczuwa coś niecoś z tego wszystkiego, ale  jest jeszcze coś innego: „Nie 
pozwolę im bezkarnie zamordować chłopaka, potrafię jeszcze być inna..."
I znów nie wie, co to znaczy „być inna", lecz to nasłuchiwanie przed chwilą było juŜ moŜe 
początkiem tej inności. Myśli jeszcze: „Otto nie będzie juŜ mógł sam decydować o 
wszystkim, chcę czasem teŜ coś zrobić, coś, czego pragnę, nawet jeśli mu to niezupełnie 
dogadza".
Gorliwie zabiera się do przygotowania posiłku. Większość produktów, które oboje otrzymują 
na kartki, zjada mąŜ. Nie jest juŜ młody i musi stale pracować ponad siły, ona zaś moŜe duŜo 
siedzieć i zajmować się szyciem, a więc taki podział jest zupełnie sprawiedliwy.
Podczas gdy pani Anna przestawia jeszcze garnki, Borkhausen opuszcza mieszkanie 
Persicków. Zaledwie zszedł ze schodów, zatraca dotychczasową uniŜoność. Idzie z 
podniesioną głową przez podwórze. śołądek ma przyjemnie ogrzany dwiema wódkami, w 
kieszeni szeleszczą dwa banknoty dziesięciomarkowe, z których jeden ułagodzi zły humor 

Strona 6

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Otti.
Gdy wchodzi w drzwi sutereny, Otti wcale nie jest w złym humorze. Na stole leŜy biały 
obrus, a Otti siedzi na kanapie z człowiekiem zupełnie Borkhausenowi nie znanym. Obcy, 
który wcale nie jest źle ubrany, szybko cofa ramię obejmujące Otti. Po co właściwie? 
Borkhausenowi te sprawy są zupełnie obojętne.
Myśli: „Popatrz, popatrz, ta stara małpa złapała jeszcze takiego. Co najmniej urzędnik 
bankowy albo nauczyciel..."
W kuchni ryczą i wyją dzieciaki. Borkhausen daje kaŜdemu z nich po grubej kromce chleba 
ze stołu. Potem sam je śniadanie: jest chleb i kiełbasa, a nawet wódka. Patrzy z zadowoleniem 
na męŜczyznę na kanapie. Ten jednak nie czuje się tak dobrze jak Borkhausen.
Dlatego teŜ Borkhausen, podjadłszy coś niecoś, prędko wychodzi. Nie chce, broń BoŜe, 
spłoszyć frajera. A poza tym - moŜe teraz całe dwadzieścia marek zachować dla siebie. 
Borkhausen idzie w kierunku Rollerstrasse. Słyszał, Ŝe jest tam knajpa, gdzie ludzie 
wypowiadają się bardzo lekkomyślnie. MoŜe da się coś zrobić. Dziś moŜna wszędzie w 
Berlinie łowić rybki, jeśli nie w dzień, to w nocy.
Gdy Borkhausen myśli o nocy, drgają mu ze śmiechu luźno zwisające wąsy. Ten Baldur 
Persicke, ci wszyscy Persickowie, co za banda! Ale jego tak łatwo nie wystrychną na dudka. 
Jego - nie! Niech tylko nie myślą, Ŝe go przekupili dwudziestoma markami i dwoma 
kieliszkami wódki. MoŜe nadejdzie jeszcze taki czas, kiedy będzie miał tych wszystkich 
Persicków w kieszeni. Musi tylko postępować teraz bardzo chytrze.
Borkhausenowi przychodzi na myśl, Ŝe musi przed nocą znaleźć jeszcze pewnego Enna. 
Enno, być moŜe, jest właściwym człowiekiem w takiej sprawie. Nie ma obawy, znajdzie tego 
Enna! KrąŜy on co dzień między trzema czy czterema lokalami, w których mali gracze 
stawiają niewielkie sumy na totka. Borkhausen nie wie, jak ten Enno naprawdę się nazywa. 
Zna go tylko z kilku lokali, gdzie wszyscy nazywają go Ennem. Znajdzie go z pewnością, a to 
moŜe być nawet odpowiedni człowiek.

ROZDZIAŁ IV 
Truda Baumann zdradza tajemnicę 

Łatwo było Quanglowi wejść do fabryki, ale trudniej było uzyskać wywołanie Trudy 
Baumann. Pracują tutaj - zresztą tak samo jak w fabryce Quangla - nie tylko na akord, ale 
ponadto kaŜdy warsztat musi wykonać odpowiednią normę. Wtedy nawet minuta gra rolę.
Ale ostatecznie Quangel osiąga swój cel. Majster zrozumiał, Ŝe nie moŜna w takiej sprawie 
odmówić koledze, zwłaszcza gdy dopiero co stracił syna. Quangel musiał mu o tym 
powiedzieć, by zobaczyć Trudę. Z tego wynika, Ŝe musi teraz i jej to powiedzieć, wbrew 
Ŝyczeniu Ŝony. Jeśli nie powie, to majster i tak jej powtórzy. Chyba nie będzie krzyczała ani 
nie zemdleje. Właściwie to cud, jak Anna się trzymała. No, Truda takŜe stoi mocno na 
nogach.
O, nadchodzi wreszcie! I Quangel, którego nigdy nie obchodziła Ŝadna kobieta prócz własnej 
Ŝony, musi przyznać, Ŝe Truda wygląda czarująco z burzą ciemnych, kręconych włosów, 
okrągłą twarzą, której Ŝadna robota fabryczna nie zdołała pozbawić świeŜych kolorów, ze 
śmiejącymi się oczyma i wysoką piersią. Nawet teraz przy pracy, ubrana w długie, niebieskie 
spodnie i stary, wielokrotnie cerowany dŜemper. na którym wiszą strzępy nici, nawet teraz 
wygląda czarująco. Najładniejsze w niej jednak - to chyba jej sposób bycia. Wszystko kipi 
Ŝyciem, kaŜdy krok, zda się, czyni chętnie: promienieje radością Ŝycia.
,Właściwie to dziwne - myśli Otto Quangel przelotnie - Ŝe taka oferma jak Otto, taki 
maminsyneczek, mógł sobie zdobyć tak wspaniałą dziewczynę. - Poprawia się jednak 
natychmiast: - Co ja właściwie wiem o Ottonie? PrzecieŜ nigdy nie widziałem go we 
właściwym świetle. Musiał być zupełnie inny, niŜ mnie się zdawało. A z tym radiem to 
naprawdę musiało być coś szczególnego, majstrowie przecieŜ bili się po prostu o niego."
-  Dzień dobry, Trudo - mówi i podaje jej rękę, w którą szybko 1  mocno wsuwa się jej ciepła, 
miła łapka.
-  Dzień dobry, ojcze - odpowiada - no, co słychać u was w domu? Czy mateczka zatęskniła 
za mną? A moŜe Otto znów pisał? Postaram się wkrótce wpaść do was.
-  Musisz zajrzeć juŜ dziś wieczorem, Trudo - powiada Quangel - sprawa jest mianowicie 
taka...
Ale nie kończy zdania. Truda sięgnęła w swój zwykły szybki sposób do kieszeni niebieskich 
spodni i wyciągnęła kalendarzyk, w którym przewraca teraz kartki. Słucha tylko półuchem. 
To nie jest właściwa chwila, Ŝeby jej coś takiego powiedzieć. Cjuangel czeka więc cierpliwie, 
póki nie znajdzie tego, czego szuka.
Spotkanie obojga odbywa się w długim pełnym przeciągów korytarzu, którego tynkowane 
ściany oblepione są plakatami. Wzrok Quangla pada niechcący na plakat wiszący ukośnie z 
tyłu za Truda. Czyta kilka słów. Nagłówek tłustym drukiem: W imieniu narodu niemieckiego, 
potem trzy nazwiska, a potem: zostali skazani na karę śmierci przez powieszenie za zdradę 
glówną i zdradę stanu. Wyrok wykonano dziś rano w więzieniu karnym w Ploetzensee.
Zupełnie nieświadomie Quangel ujął oburącz Trudę i odsunął ją na bok, tak by nie stała juŜ 
przed plakatem. - O co chodzi? - spytała zdumiona. Potem oczy jej powędrowały za jego 
wzrokiem; czyta równieŜ plakat. Wydaje dźwięk, który moŜe oznaczać wszystko - protest 
przeciw przeczytanemu, niechęć do odruchu Quangla, obojętność, w kaŜdym razie nie wraca 
juŜ na poprzednie miejsce. Chowając kalendarzyk znów do kieszeni powiada:
-  Dziś wieczorem nie dam rady, ojcze. Ale jutro około ósmej będę u was.
- Dziś wieczór musisz jednak przyjść, Trudo! - sprzeciwia się Quangel. - Przyszła wiadomość 
o Ottonie.- Jego spojrzenie zaostrzyło  się jeszcze. Widzi, jak uśmiech niknie z jej oczu. - 
Otto poległ przecieŜ - Trudo!
To dziwne, Ŝe taki sam dźwięk, jaki wydał Otto Quangel przy otrzymaniu tej wiadomości, 
wyrywa się teraz z piersi Trudy. Głębokie „och!" Przez chwilę patrzy na Quangla 
zaokrąglonymi oczyma, wargi jej drŜą. Potem odwraca się twarzą do ściany i opiera o nią 
czoło. Płacze, ale płacze bezdźwięcznie. Quangel widzi wprawdzie, Ŝe jej ramiona drŜą, ale 
nie słyszy Ŝadnego dźwięku.
„Dzielna dziewczyna! - myśli. - JakŜe była przywiązana do Ottona! Na swój sposób i Otto był 
dzielny, nie miał nigdy nic wspólnego z tymi gówniarzami, nie pozwolił się przez H.T 
buntować przeciw własnym rodzicom, był zawsze wrogiem zabawy w Ŝołnierzyków i był 
przeciwny wojnie. Ta przeklęta wojna!"
Quangel zamiera, przestraszony tym, co przed chwilą pomyślał. Czy i on sam się juŜ zmienia? 
PrzecieŜ to było prawie coś takiego jak Anny „ty i twój Hitler".

Strona 7

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Potem widzi, Ŝe Truda opiera czoło właśnie o ten plakat, od którego ją przed chwilą 
odciągnął. Nad jej głową moŜna przeczytać napis tłustym drukiem: W imieniu narodu 
niemieckiego, jej czoło zakrywa nazwiska trzech powieszonych.
Jak wizja wyrasta przed nim taki plakat z nazwiskiem jego i Anny, i Trudy, plakat, który 
moŜe pewnego dnia będzie rozlepiony na ścianach. Niezadowolony, potrząsa głową. Jest 
prostym rzemieślnikiem, który pragnie tylko spokoju i nie chce nic wiedzieć o polityce. Anna 
troszczy się tylko o dom, a taka piękna dziewczyna, jak Truda, znajdzie wkrótce nowego 
przyjaciela...
Ale wizja jest uparta, trwa. „Nasze nazwiska na ścianie - myśli teraz zupełnie zmieszany. - A 
dlaczegóŜ by nie? Wisieć na szubienicy, to wcale nie gorzej, niŜ być rozerwanym przez 
granat albo zdychać od postrzału w brzuch. To wszystko jest niewaŜne, jedynie waŜne, abym 
zrozumiał, jak to jest z tym Hitlerem. Nagle widzę tylko ucisk i nienawiść, przemoc i 
cierpienie. Tak wiele cierpienia... Parę tysięcy - powiedział ten tchórzliwy szpicel 
Borkhausen. Jak gdyby chodziło o liczbę! Jeśli choć jeden człowiek cierpi niezasłuŜenie, a ja 
mogę to zmienić i nie czynię tego tylko dlatego, Ŝe jestem tchórzem i zbyt cenię swój spokój, 
wtedy..."
Nie waŜy się myśleć dalej. Boi się. Naprawdę boi się, dokąd taka myśl, przemyślana do 
końca, mogłaby go zaprowadzić. Musiałby wtedy zmienić całe swoje Ŝycie.
Zamiast tego wpatruje się znów w dziewczynę, nad której głową moŜna przeczytać: W 
imieniu narodu niemieckiego. Nie powinna płakać opierając się właśnie o ten plakat. Nie 
moŜe oprzeć się pokusie: odsuwa jej ramię od ściany i mówi tak łagodnie, jak tylko potrafi: - 
Chodź, Trudo, nie przy tym plakacie...
Truda przez chwilę wpatruje się bezmyślnie w drukowane słowa. W oku nie ma juŜ łez, 
ramiona jej juŜ nie drŜą. Potem Ŝycie wraca do jej spojrzenia - nie to dawne wesołe światełko, 
z którym weszła na korytarz - ale coś, co ponuro się Ŝarzy. Dziewczyna kładzie swoją dłoń 
mocno, a jednak delikatnie na miejsce, gdzie widać słowo: powieszeni.
-  Nigdy nie zapomnę, ojcze - powiada - Ŝe właśnie pod takim plakatem płakałam po Ottonie. 
MoŜe -- nie chciałabym tego - ale moŜe jednak kiedyś i moje nazwisko znajdzie się na takim 
świstku.
Dziewczyna wpatruje się w niego. Quangel ma uczucie, Ŝe ona nie wie dokładnie, co mówi. - 
Dziewczyno - woła - zastanów się! JakŜe, ty i taki plakat... Jesteś młoda, całe Ŝycie przed 
tobą! Będziesz się znowu śmiała, będziesz miała dzieci...
Truda z uporem potrząsa głową: - Nie będę miała dzieci, dopóki nie będę wiedziała, Ŝe mi ich 
nikt nie zastrzeli, dopóki pierwszy lepszy generał moŜe rozkazać: „Maszeruj i zdychaj!" 
Ojcze - mówi dalej i chwyta mocno jego dłoń - ojcze, czy ty naprawdę potrafisz dalej Ŝyć jak 
dotychczas, teraz, kiedy zamordowali ci twojego Ottona?
Patrzy na niego natarczywie i Quangel znów broni się przeciw temu obcemu, które go 
przenika. - Francuzi - mruczy...
-  Francuzi! - woła dziewczyna oburzona. - Co ty gadasz? Kto napadł Francuzów? No kto, 
ojcze? PowiedzŜe!
-  A cóŜ my moŜemy zrobić? - broni się rozpaczliwie Otto Quangel przeciw temu naciskowi. - 
Nas jest tylko garstka, a miliony są za nirn, a teraz, po zwycięstwie nad Francją, tym bardziej. 
Nic nie moŜemy zrobić!
-  Wiele moŜemy zrobić! - szepce dziewczyna. - MoŜemy robić szkody w maszynach, 
moŜemy pracować źle i powoli, moŜemy zrywać ich plakaty i nalepiać inne, w których 
powiemy ludziom, jak się ich oszukuje i tumani - szepce jeszcze ciszej: - Ale najwaŜniejszą 
rzeczą jest, abyśmy byli inni niŜ oni, abyśmy nie dali się doprowadzić do tego, by być takimi 
jak oni,  by myśleć tak jak  oni.  Nie będziemy nigdy hitlerowcami, nawet gdyby zwycięŜyli 
cały świat!
 -  I co osiągniemy przez to, Trudo? - pyta Otto Quangel cicho - nie widzę, co przez to 
osiągniemy.
-  Ojcze - odpowiada - i ja na początku tego nie rozumiałam. A zupełnie dobrze nie rozumiem 
jeszcze i teraz. Ale wiesz, w tajemnicy stworzyliśmy tutaj, tak, w fabryce, komórkę oporu; 
tymczasem bardzo małą: trzech męŜczyzn i ja. Jest wśród nas jeden taki, który próbował mi to 
wyjaśnić. „Jesteśmy - powiedział -jak dobre nasienie na roli pełnej chwastów.  Gdyby nie 
było dobrego nasienia, cała rola zarosłaby chwastami. A dobre nasienie moŜe się rozplenić..."
Przerwała, jakby czymś do głębi przestraszona.
-  Co się stało, Trudo? - zapytał. - Z tym dobrym nasieniem to nie jest zła myśl. Pomyśle o 
tym. Mam tyle do przemyślenia w najbliŜszym czasie...
Truda jednak mówi pełna wstydu i skruchy: - No, i wygadałam się jednak z tą komórką, a 
przysięgałam święcie nie zdradzić tego nikomu!
-  Nie martw się, Trudo - powiada Otto Quangel i jego spokój mimo woli udziela się 
udręczonemu stworzeniu. - Ottonowi Quanglowi coś takiego włazi w jedno ucho, a wylatuje 
drugim. Nie wiem o niczym. - Z ponurym zdecydowaniem wpatrując się teraz w plakat:
-  Mogłoby przyjść całe gestapo, nie wiem nic! A poza tym - dodaje -jeśli chcesz i jeśli cię to 
uspokoi, nie znamy się od tej chwili. Nie musisz równieŜ dziś wieczorem przyjść do Anny. 
JuŜ jej to w jakiś sposób wytłumaczę nie mówiąc, o co chodzi.
-  Nie - odpowiada Truda, której wróciła pewność siebie - nie! Przyjdę jednak dziś wieczorem 
do matki, ale będę musiała tamtym powiedzieć, Ŝe się wygadałam, i moŜe jeden z nich będzie 
chciał cię wybadać, by się przekonać, czy jesteś pewny.
-  Niech tylko przyjdzie! - powiada Quangel groźnie. - Nie wiem o niczym. Do widzenia, 
Trudo. Nie zobaczymy się chyba dzisiaj, prawie nigdy przed dwunastą nie wracam z pracy.
Truda podaje mu rękę i wraca korytarzem do fabryki. Nie kipi juŜ tak bujnym Ŝyciem, ale jest 
jeszcze pełna siły. „Dobra dziewczyna! -- myśli Quangel. - Dzielne stworzenie!"
Potem Quangel stoi sam na korytarzu z plakatami, które cicho szeleszczą w przeciągu. 
Zabiera się do odejścia, ale przedtem robi jeszcze coś, co go samego zdumiewa - z ponurym 
zdecydowaniem kiwa głową w stronę plakatu, przy którym płakała Truda.
W następnej chwili wstydzi się juŜ swego odruchu. To przecieŜ tylko •,-rotyczne 
wykrzywianie się!  Postara się pójść do domu. Jest juŜ 'wyŜszy czas i musi nawet wsiąść do 
tramwaju, co sprzeciwia się jego słowi OSZczędności, graniczącemu często niemal ze 
skąpstwem.

ROZDZIAŁ  V 
Powrót Enna Klugego 

Około drugiej po południu listonosz Ewa Kluge ukończyła obchód swojego rewiru. Do 

Strona 8

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

czwartej była jeszcze zajęta obliczaniem prenumeraty za gazety i dopłat do listów; była 
bardzo zmęczona, plątały się jej liczby i myliła się raz po raz. Ruszyła do domu na płonących 
stopach i z bolesną pustką w głowie. Nie chciała nawet myśleć o tym, ile czeka ją jeszcze 
roboty, zanim wreszcie dostanie się do łóŜka. W drodze powrotnej odebrała produkty na 
kartki. U rzeźnika musiała dość długo czekać, tak Ŝe była juŜ prawie szósta, gdy powoli 
zaczęła się wspinać po schodach do swego mieszkania na Friedrichshain.
Na stopniu przed jej drzwiami stał mały człowieczek w jasnym płaszczu i dŜokejce. Miał 
bezbarwną, pozbawioną wszelkiego wyrazu twarz, powieki nieco zaognione, oczy blade. 
Twarz, którą się natychmiast zapomina.
-  Ty, Enno? - zawołała i machinalnie chwyciła mocniej klucz od mieszkania. - Czego chcesz 
ode mnie? Nie mam pieniędzy ani jedzenia, a do mieszkania teŜ cię nie wpuszczę!
Człowieczek zrobił uspokajający gest: - Po co się od razu tak denerwujesz, Ewo? Dlaczego od 
razu z taką złością? Chce ci tylko powiedzieć „dzień dobry". Dzień dobry, Ewo!
-  Dzień dobry, Enno! - odpowiedziała niechętnie, poniewaŜ znała swego męŜa od wielu lat. 
Czekała chwilę, potem roześmiała się krótko i złośliwie: - Powiedzieliśmy sobie teraz dzień 
dobry, tak jak chciałeś, Enno, i moŜesz juŜ iść. Ale, jak widzę, nie odchodzisz, czego więc 
chcesz naprawdę?
-  Widzisz, Ewuniu - powiedział - jesteś rozsądną kobietą i z tobą Woźna się dogadać... - 
Zaczął jej zawile wyjaśniać, Ŝe Kasa Chorych nie Wypłaca mu zapomogi, gdyŜ minęło juŜ 
dwadzieścia sześć tygodni jego  choroby. Musi znów iść do pracy, bo w przeciwnym razie 
poślą go z powrotem do wojska. Wojsko odstąpiło go fabryce, poniewaŜ jest mechanikiem 
precyzyjnym, a tych ciągle brak. - Sprawa więc jest taka - zakończył swoje wyjaśnienia - Ŝe 
muszę w najbliŜszych dniach mieć stałe miejsce zamieszkania. I pomyślałem sobie...
Energicznie zaprzeczyła głową. Padała ze zmęczenia i tęskniła za mieszkaniem, gdzie miała 
tyle do roboty. Ale nie wpuści go. Nie wpuści, gdyby nawet miała pół nocy stać tu, na 
schodach!
Powiedział prędko, ale brzmiało to jeszcze wciąŜ bezbarwnie: - Nie mów, Ewuniu, nie! Nie 
powiedziałem jeszcze wszystkiego. Przysięgam ci, Ŝe nie chce nic od ciebie: ani pieniędzy, 
ani jedzenia. Pozwól mi tylko przespać się na kanapie. Nie potrzebuję teŜ pościeli. Nie 
będziesz miała przy mnie Ŝadnej roboty.
Znów potrząsnęła głową. Niechby skończył z tą gadaniną, powinien przecieŜ wiedzieć, Ŝe nie 
wierzy ani jednemu jego słowu. Jeszcze nigdy nie dotrzymał przyrzeczenia.
Zapytała: - Dlaczego nie dogadasz się w tej sprawie z jedną z twoich przyjaciółek? PrzecieŜ 
zazwyczaj nadają się do tego?
Potrząsnął głową: - Skończyłem z kobietami, Ewuniu. Nie zajmuję się nimi więcej, mam tego 
dość. Kiedy myślę o tym, to ty przecieŜ byłaś najlepsza ze wszystkich, Ewuniu. PrzeŜyliśmy 
dobre lata, kiedy chłopcy byli jeszcze mali.
Mimo woli rozjaśniła się jej twarz na wspomnienie pierwszych lat małŜeństwa. Były 
naprawdę dobre. Wtedy, kiedy Enno pracował jako mechanik precyzyjny i przynosił co 
tydzień sześćdziesiąt marek do domu, i nie miał jeszcze wstrętu do pracy.
Enno Kluge natychmiast zauwaŜył swoją szansę:
- Widzisz, Ewuniu, trochę jeszcze mnie lubisz i dlatego pozwolisz mi przespać się na kanapie. 
Przyrzekam ci, Ŝe sprawę pracy załatwię bardzo prędko, nie zaleŜy mi przecieŜ na 
głodowaniu. Chodzi tylko o krótki czas, aŜ znów dostanę pieniądze z Kasy Chorych i nie będę 
musiał pójść do wojska. Po dziesięciu dniach postaram się, aby mnie znowu uznali za 
chorego.
Przerwał i patrzył na nią wyczekująco. Nie potrząsała juŜ głowa, ale twarz jej była 
nieprzenikniona. Mówił więc dalej: - Nie zrobię tym razem tego z krwotokami Ŝołądka, bo 
wtedy w szpitalu nie dają nic Ŝreć. Tym razem pojadę na kolkach Ŝółciowych. Wtedy nie 
mogą mi nic dowieść, mogą zrobić tylko rentgena, a do kolek wcale nie trzeba mieć kamieni 
Ŝółciowych. Kazałem to sobie dokładnie objaśnić. Tylko muszę przedtem przepracować te 
dziesięć dni.
Znów nie odpowiedziała ani słowa, a on mówił dalej, poniewaŜ wierzył, Ŝe kiedy się jest dość 
wytrwałym, moŜna gadaniem wywiercić ludziom dziurę w brzuchu.
-  Mam teŜ adres lekarza na Frankfurter Allee, który daje kaŜdemu, kto tego zaŜąda, 
świadectwo choroby, byleby nie mieć kłopotu z ludźmi. Załatwię to z nim; po dziesięciu 
dniach będę znów w szpitalu i pozbędziesz się mnie,  Ewuniu.
Zmęczona tą cala gadaniną powiedziała: - JeŜeli nawet będziesz tu stał do północy i gadał, nie 
przyjmę cię z powrotem, Enno. Nie zrobię tego, moŜesz mówić, co chcesz, i moŜesz robić, co 
chcesz. Nie dam sobie znów wszystkiego popsuć przez ciebie i twój wstręt do pracy, przez 
twoje wyścigi i twoje baby. PrzeŜyłam to trzy razy, potem czwarty i jeszcze raz, i jeszcze raz, 
ale teraz się skończyło. Siądę tutaj na schodach, bo jestem zmęczona, od szóstej jestem na 
nogach. Jeśli chcesz, usiądź sobie takŜe. Jeśli chcesz - gadaj, jeśli chcesz - milcz. Wszystko 
mi jedno, ale do mieszkania nie wejdziesz!
Usiadła rzeczywiście na schodku, na tym samym schodku, na którym poprzednio Enno na nią 
czekał. Słowa jej brzmiały tak zdecydowanie, Ŝe czuł, iŜ tym razem wszelkie gadanie nic nie 
pomoŜe. Przekrzywił więc nieco czapkę i powiedział: -- No, Ewuniu, jeśli naprawdę nie 
chcesz, jeśli nie moŜesz zrobić mi nawet takiej małej przysługi, kiedy wiesz, Ŝe twój mąŜ jest 
w biedzie, mąŜ, z którym miałaś pięcioro dzieci i troje z nich leŜy na cmentarzu, a dwóch 
chłopców walczy za fuehrera i naród... - Przerwał, mówił zupełnie machinalnie, po prostu 
dlatego, Ŝe przyzwyczaił się w knajpach do gadania bez przerwy, mimo Ŝe rozumiał 
bezcelowość swych słów: - Idę więc teraz, Ewuniu, 1 wiedz, Ŝe nie mam ci tego za złe; mogę 
być taki czy inny, ale nie obraŜam się o nic.
-  Bo wszystko jest ci  obojętne prócz twoich wyścigów - odpowiedziała - bo cię poza tym nic 
na świecie nie obchodzi, bo niczego i nikogo nie potrafisz polubić, nawet samego siebie, 
Enno. - Przerwała jednak natychmiast; rozmowa z tym człowiekiem nie miała sensu.
dczekala chwilę, potem powiedziała: - Ale zdawało mi się, Ŝe chciałeś Pójść, Enno?
 — Idę juŜ, Ewuniu — powiedział zupełnie niespodziewanie — bądź zdrowa, nie mam do 
ciebie Ŝalu. Heil Hitler, Ewuniu!
Była wciąŜ jeszcze głęboko przekonana, Ŝe to poŜegnanie jest wybiegiem, wstępem do nowej 
gadaniny bez końca. Ale ku jej bex-granicznemu zdumieniu rzeczywiście nie powiedział nic 
więcej, tylko zaczął schodzić po schodach.
Minutę, dwie siedziała jeszcze jak ogłuszona na stopniu, nie mogła uwierzyć w swoje 
zwycięstwo. Potem porwała się na nogi i nasłuchiwała szmerów z klatki schodowej. Słyszała 
wyraźnie jego kroki na najniŜszych stopniach schodów, nie schował się. poszedł naprawdę! 
Teraz zatrzasnęły się drzwi wejściowe. DrŜąca ręką otworzyła drzwi miezkania, była tak 

Strona 9

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

zdenerwowana, Ŝe nie mogła trafić do dziurki od klucza. Gdy znalazła się w mieszkaniu, 
załoŜyła łańcuch przy drzwiach i opadła na stołek. Ręce jej zwiotczały, walka wypompowała 
z niej ostatek sił. Nie miała juŜ ani odrobiny energii. Gdyby ja ktoś teraz pchnął bodaj, 
jednym palcem, zsunęłaby się ze stołka.
Ale gdy tak przykucnęła, powoli zaczęły jej wracać siły i Ŝycic. Udało się więc tym razem. Jej 
wola złamała jego zaciekły upór. Zachowała swój dom dla siebie, dla siebie samej. Enno nie 
będzie tu przesiadywał i gadał bez końca o swoich koniach, nie będzie jej kradł kaŜdej marki i 
kazdej skórki chleba, którą mu się uda znaleźć.
Zerwała się pełna nowej otuchy. Pozostawiono jej ten kawałeczek Ŝycia. Po nieskończenie 
długiej słuŜbie na poczcie potrzebowała paru godzin dla siebie. Praca była cięŜka, bardzo 
cięŜka, córaz cięŜsza. JuŜ od dawna cierpiała na kobiecą chorobę - nie bez przyczyny troje 
najmłodszych dzieci leŜało na cmentarzu: wszystkie przedwcześnie urodzone. Nogi teŜ juŜ 
odmawiały posłuszeństwa. Po prostu nie była kobieta stworzoną do zarobkowania, była 
prawdziwą gospodynią. Ale musiała zarabiać, gdy mąŜ nagle przestał pracować. Obaj ehłopcj 
byli wtedy jeszcze mali. Wyrośli pod jej opieką: ona stworzyła len dom kuchnie. w której 
mieszkała, i komórkę. A poza tym wlókł się jeszcze za nią mąŜ, jeśli akurat nie puszczał się z 
którąś ze swoich kochanek.
Oczywiście, mogła juŜ dawno przeprowadzić rozwód, nie ukrywał przecieŜ swego 
wiarołomstwa. Ale rozwód nic by nie zmienił, rozwiedziony czy nie. Enno w dalszym ciągu 
trzymałby się jej pazurami-Było mu wszystko jedno, nie miał ani krzty honoru.
Zupełnie pozbyć go się z mieszkania udało się jej dopiero wówczas, gdy chłopcy poszli na 
wojnę. Dotychczas sądziła, Ŝe naleŜy przynajmniej utrzymać jakiś pozór Ŝycia rodzinnego, 
mimo iŜ dorośli chłopcy zdawali sobie dokładnie sprawę ze wszystkiego. Nie chciała, aby 
ktoś obcy zauwaŜył coś  z  tego   rozkładu  rodziny.   Gdy  pytano ją  o  męŜa.
Opowiadała zawsze, Ŝe jest na montaŜu. Nawet teraz jeszcze była parę zv u rodziców- Enna. 
zanosząc im coś do jedzenia lub parę marek, w pewnym sensie jako odszkodowanie za 
pieniądze, które syn wycyuaniał czasami od rodziców  z ich mizernej emeryturki.
Z męŜem skończyła raz na zawsze. Gdyby się nawet zmienił i zaczął pracować, i stal się 
znów u laki. jak w; pierwszych latach małŜeństwa - nie przyjęłaby go z powrotem. Nie czuła 
nienawiści do niego. Był niczym, me moŜna go było nawet nienawidzić. Po prostu budził w 
niej wstręt, jak pająki i Ŝmije. Niech ja tylko zostawi w spokoju, niech go tylko nie widzi, 
będzie zadowolona!
Tak rozmyślając postawiła garnek na maszynkę gazową i sprzątnęła kuchnię: komórkę i łóŜko 
sprzątała zawsze wczesnym rankiem. Gdy zupa zagotowała się. a zapach jej rozszedł się po 
całej kuchni, wzięła się do cerowania. Z pończochami była wieczna bieda, darła w ciągu dnia 
czesto więcej, niŜ mogła zacerować. Nie nuŜyła jej ta robota, lubiła te ciche pół godziny przed 
jedzeniem, gdy w miękkich pantoflach domowych mogła spokojnie siedzieć na wyplatanym 
krzesełku, z obolałymi stopami daleko wyciągniętymi przed siebie i palcami nieco 
zwróconymi do środka. Tak wypoczywały najlepiej.
Po obiedzie chciała napisać do swego pupilka, najstarszego syna, Karlemanna, który był w 
Polsce. Nie zgadzała się z nim wcale, zwłaszcza od chwili, gdy wstąpił do SS. Słyszało się 
ostatnio tyle złego o SS, szczególnie wobec śydów byli podobno tacy podli. Ale nie wierzyła 
przecieŜ, aby jej chłopak, którego nosiła kiedyś pod sercem, mógł gwałcić dziewczęta 
Ŝydowskie, a potem strzelać do nich. Karlemann c*egoś takiego nie zrobi! SkądŜe by się to u 
niego wzięło? Ona nigdy nie Potrafiła być twarda, ani tym bardziej okrutna, a ojciec - to była 
po Prostu ścierka. Spróbuje jednak w liście napomknąć, aby pozostał P'Az\\oit\. Oczywiście 
napomknięcie musi być tak ostroŜne, Ŝeby tylko karleinann mógł je zrozumieć. W 
przeciwnym razie będzie miał P^ykrości. jeśli list przejdzie przez ręce cenzora. Musi wpaść 
na jakiś Pomysł, moŜe prz\ pomni mu jakaś przygodę z dzieciństwa, na przykład  gdy ukradł 
jej dwie marki i kupił sobie za nie cukierków albo wtedy, gdy w trzynastym roku Ŝycia zbliŜył 
się do Walii, która była zwyczajną prostytutką. JakŜe trudno było oderwać go od tej baby. 
Właściwie juŜ wtedy był wielki złośnik z tego Karlemanna!
Pani Ewa uśmiecha się jednak na myśl o tych perypetiach. Wszystko, co wiąŜe się z 
dzieciństwem chłopców, wydaje się jej dzisiaj piękne. Wtedy była jeszcze silna i obroniłaby 
swoje pędraki przed całym światem, pracowała dniami j nocami, byleby im nic nie brakowało 
z tego, co inne dzieci dostawały od porządnych ojców. Ale w ostatnich latach coraz bardziej 
opuszczały ją siły, zwłaszcza od chwili, gdy obaj chłopcy musieli pójść na wojnę.
Nie, tej wojny nie powinno być; jeśli fuehrer jest naprawdę wielkim człowiekiem, powinien 
był jej uniknąć. Ten marny Gdańsk i wąski korytarz - dlatego milionom ludzi miała 
codziennie grozić śmierć! Do czegoś takiego nie dopuściłby Ŝaden naprawdę wielki człowiek.
Ale ludzie opowiadają przecieŜ, Ŝe fuehrer jest jak gdyby nieślubny. Nie miał więc chyba 
nigdy matki, która naprawdę troszczyła się o niego. I na pewno nie wiedział teŜ nic o 
cierpieniach matek w czasie tej wiecznej, nieustającej trwogi. Po odebraniu listu z poczty 
polowej przez dzień, dwa było lepiej, potem liczyło się, ile to czasu minęło od chwili, kiedy 
wysłali list i trwoga zaczynała się od nowa.
JuŜ od dawna opuściła cerowaną pończochę na kolana i marzyła. Teraz wstaje machinalnie, 
przesuwa zupę z mocniejszego płomienia na słabszy i stawia garnek z kartoflami na większy 
płomień. Zajęta jest jeszcze tą robotą, gdy rozbrzmiewa dzwonek. Ewa momentalnie 
drętwieje. „Enno! - przychodzi jej na myśl -- Enno!"
OstroŜnie stawia garnek i bezszelestnie przesuwa się na filcowych podeszwach ku drzwiom. 
Na sercu robi jej się znowu lŜej: przed drzwiami, nieco z boku, tak Ŝe dobrze ją widać, stoi 
sąsiadka, pani Gesch. Chce na pewno znów coś poŜyczyć, mąki albo trochę tłuszczu, który 
stale zapomina oddać. Ale Ewa Kluge mimo to nie pozbywa się nieufności. Przebiega 
wzrokiem schody tak daleko, jak pozwala na to wizjer w drzwiach, i nasłuchuje kaŜdego 
szmeru. Wszystko jest w porządku. Tylko Geschowa niecierpliwie szura nogami i spogląda 
na wizjer.
Ewa Kluge decyduje się. Otwiera drzwi nie zdejmując łańcucha i pyta: - No, o co chodzi, pani 
Gesch?
 Pani Gesch, wychudzona, śmiertelnie zaharowana kobieta, której córki Ŝyją sobie beztrosko i 
wesoło na koszt matki, wybucha natychmiast lawina skarg na nie kończące się pranie. Zawsze 
musi prać cudze brudy i nigdy nie moŜe najeść się do syta, a Emmi i Liii nic nie robią. Po 
kolacji po prostu wychodzą sobie, pozostawiając matce całe zmywanie. - Tak. pani Kluge, i - 
o co chciałam panią prosić - mam tam coś na plecach, zdaje mi się. Ŝe to czyrak. Mamy tylko 
jedno lustro, a widzę coraz gorzej. Czy nie chciałaby pani tego obejrzeć - nie mogę przecieŜ z 
takim głupstwem chodzić do doktora, i kiedy mam czas na doktora? A moŜe będzie pani 
mogła nawet to wycisnąć, jeśli się pani nie brzydzi, bo niektórzy brzydzą się takich rzeczy...

Strona 10

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Podczas gdy pani Gesch skarŜy się nieprzerwanie, Ewa Kluge zupełnie machinalnie zdejmuje 
łańcuch i wpuszcza kobietę do kuchni. Ewa chce zamknąć drzwi, ale juŜ wcisnęła się między 
nie jakaś stopa i Enno Kluge jest juŜ w mieszkaniu. Jego twarz, jak zawsze, jest bez wyrazu, a 
o pewnym podnieceniu świadczy tylko mocne drŜenie niemal bezrzęsych powiek.
Ewa Kluge stoi ze zwisającymi ramionami, a kolana jej drŜą tak mocno, Ŝe najchętniej 
padłaby na podłogę. Strumień wymowy pani Gesch nagle zupełnie ustał, milcząc wpatruje się 
w obie twarze. W kuchni jest całkiem cicho, tylko zupa w garnku lekko kipi.
W końcu pani Gesch mówi: - No, więc zrobiłam panu tę przysługę, panie Kluge. Ale 
powiadam panu: ten jeden jedyny raz i nigdy więcej. Jeśli pan nie dotrzyma słowa i zacznie 
na nowo z tym nieróbstwem, włóczeniem się po knajpach i totkiem... - przerywa, patrzy w 
twarz pani Kluge i mówi: - JeŜeli zrobiłam głupstwo, to pomogę pani wyrzucić natychmiast 
tego chłopaczka, pani Kluge; we dwie damy mu przecieŜ radę.
Ewa Kluge robi niechętny gest: - Niech juŜ pani da spokój, pani Gesch, przecieŜ to wszystko 
jedno!
Idzie powoli i ostroŜnie w stronę wyplatanego krzesła i opada na nie. Bierze znów pończochę 
do ręki, ale wpatruje się w nią, jakby nie wiedziała, co to jest.
Pani Gesch mówi nieco dotknięta: - No, to dobranoc albo heil Hitler - jak państwo wolą!
Enno Kluge odpowiada szybko: - Heil Hitler! - Ewa mówi powoli, jak gdyby budząc się ze 
snu: - Dobranoc, pani Gesch. - Opamiętuje się: - Jeśli naprawdę jest coś nie w porządku z 
pani plecami... - dodaje.
Nie. nie odpowiada prędko pani Gesch juŜ przy drzwiach - na plecach nic nie ma. i . !ko 
powiedziałam. Ale nie będę się juŜ więcej wtrącała do cudzych spraw. Widzę przecieŜ, Ŝe 
nigdy nie otrzymuję za to podziękowania.
Po czym wysuwa się za drzwi; jest zadowolona, Ŝe mogła odejść od tych dwóch milczących 
postaci. Czuje jakby wyrzuty sumienia.
Ledwie drzwi zamknęły się za nią, a juŜ człowieczyna zaczyna się ruszać. Otwiera szatę, jak 
gdyby to było zrozumiałe samo przez się. umieszcza dwie suknie Ŝony na jednym wieszaku, a 
na drugim wiesza swoje palto. Czapkę kładzie na szafie. Dba zawsze bardzo troskliwie o 
swoje rzeczy, nie lubi być źle ubrany, a wie, Ŝe nie stać go na kupno czegoś nowego.
'Teraz zaciera ręce z. zadowolenia: Tak. tak! podchodzi do kuchenki gazowej i węszy nad 
garnkami.
- Morowo! - powiada -  kartofle i sztukamięs. morowo!
Robi przerwę. Kobieta siedzi nieruchomo, odwrócona do niego plecami. Enno kładzie lekko 
pokrywkę z powrotem na garnek i staje koło Ŝony tak. Ŝe mówi do niej z góry: - No. nie 
siedŜŜe tak. Ewo. jakbyś była posągiem z marmuru! CóŜ takiego się stało? Masz na parę dni 
znowu męŜa w domu. Nie zrobię ci Ŝadnej grandy. I dotrzymam tego, co przyrzekłem. Nie 
chcę nawet kartoflanki - chyba, Ŝe jakaś odrobinka zostanie, i tylko, jeśli mi dasz dobrowolnie 
nie proszę cię o to.
Kobieta nie odpowiada ani jednym słowem. Odkłada koszyk z. pończochami do szafy, stawia 
głęboki talerz na stole, napełnia go z garnka i zaczyna powoli jeść. MęŜczyzna usiadł po 
drugiej stronie stołu, wyciągnął z kieszeni kilka gazet sportowych i robi notatki w grubym, 
zalłuszczonym notesie. Od czasu do czasu rzuca szybkie spojrzenie na jedząca kobietę. Ewa 
je bardzo powoli, juŜ dwa razy sobie dolała. Na pewno dla niego wiele nie zostanie, a głodny 
jest jak wilk. Nie jadł nic przez cały dzień, od wczorajszego wieczora nic nie jadł. MąŜ Lotty. 
kióry wrócił z frontu na urlop, wygnał go biciem z łóŜka, nie zwracając wcale uwagi na to. Ŝe 
był przed śniadaniem.
Ale Enno nie waŜy się powiedzieć Ewie. Ŝe jest głodny. Boi się tej milczącej kobiety. RóŜne 
jeszcze rzeczy muszą się stać, zanim znów poczuje się naprawdę w domu. O tym. Ŝe taki 
moment nadejdzie. Enno nie wątpi ani przez chwilę: kaŜdą kobietę moŜna wykiwać, trzeba 
tylko być wytrwałym i umieć wiele znieść. W końcu ustępują zupełnie niespodziewanie, 
najczęściej dlatego, Ŝe znudziła im się obrona.
Ewa Kluge wyskrobuje resztki z garnków; udało się jej zjeść wszystko, co było przygotowane 
na dwa dni. Teraz przynajmniej nie będzie mógł Ŝebrać o resztki! Polem Ewa szybko kończy 
zmywanie i rozpoczyna wielkie przenosiny. Wprost na jego oczach przenosi wszystko, co 
według niej ma jakakolwiek wartość, do komórki. Komórka jest zaopatrzona w mocny 
zamek. Tam jeszcze nigdy się nie dostał. Ewa taszczy zapasy, lepsze suknie i płaszcze, 
obuwie, poduszki z kanapy, a nawet fotografie obu chłopak >\ wszystko na jego oczach. Jest 
jej obojętne, co sobie maŜ pomy-li lub powie. Dostał się do mieszkania podstępem, ale 
niewiele na tym skorzysta.
Potem Ewa zamyka drzwi od komórki i wyciąga na stół przybory do pisania. Jest śmiertelnie 
zmęczona. Najchętniej połóŜ}, łaby się do łóŜka, ale skoro postanowiła dziś wieczór napisać 
do Kariemanna. to napisze. Potrafi być nieustępliwa nie lylko \\ stosunku do męŜa. ale i w 
stosunku do siebie.
Zaledwie napisała parę zdań. męŜczyzna nachyla się nad siołem i pylą. - Do kogo piszesz. 
F.\\uniu?
Niechcący odpowiada mu. mimo Ŝe postanowiła z nim nie rozmawiać: - Do Kariemanna...
Tak - odpowiada maŜ i odkłada gazetę. - Tak. więc do niego piszesz i być moŜe posyłasz mu 
jeszcze paczuszki, a dla jego ojca nie masz ani jednego kartofla i ochłapu mięsa, nawet kiedy 
jest głodny. Jego głos stracił nieco z obojętnego tonu i tną brzmienie głębokiej urazy: jest 
dotknięty w swoim prawie, poniewaŜ Ŝona daje synowi coś. czego odmawia ojcu.
Zostaw. Enno - odpowiada spokojnie - to jest moja sprawa. A Karlemann jest zupełnie 
dobrym chłopcem...
lak! - mówi człowieczyna. - Tak! Oczywiście zupełnie zapomniałaś, jaki był w stosunku do 
rodziców, gdy zrobiono go scharfuehrerem? .lak nie mogłaś mu juŜ w Ŝaden sposób dogodzić 
i jak wyśmiewał nas jako starych, głupich mieszczuchów - wszystko zapomniałaś, co. 
Ewuniu? Rzecz\wiście. dobry chłopak, ten Karlemann!
- Mnie nigdy nie wyśmiewał! - broni się matka słabym głosem.
Niee. oczywiście, nigdy! - kpi Enno. - ł o tym teŜ zapomniałaś, ze nie poznawał własnej 
matki, która szła objuczona cięŜka torbą pocztową przez Prenzlauer Allee? Jak ten goguś 
patrzył wtedy ze swoja dziewczyna w inna stronę.
- Tego nie bierze się za złe młodemu chłopcu - odpowiada Ewa - kaŜdy z nich chciałby 
pokazać się przed swą damą, wszyscy są tacy. To potem się zmieni, wróci do matki, która go 
wykarmiła własną piersią.
Przez chwilę Enno przygląda się jej z wahaniem, czy warto jeszcze powiedzieć to, co ma w 
zanadrzu. Zazwyczaj naprawdę nie jest pamiętliwy, ale tym razem Ewa dotknęła go za 
bardzo, najpierw nie dając mu jeść, a potem ostentacyjnie przenosząc na jego oczach 

Strona 11

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

wszystkie lepsze rzeczy do komórki. Powiada więc: - Ja, gdybym był matką, nie wziąłbym 
takiego syna juŜ nigdy w ramiona, takiej świni, na jaką wyrósł! - Wpatruje się w rozszerzone 
strachem oczy i mówi wprost, bezlitośnie, w jej woskową twarz: - Podczas ostatniego urlopu 
pokazywał mi swoją fotografię, którą kolega mu zrobił. Jeszcze się chwalił tą fotografią. Na 
zdjęciu widać twojego Karlemanna, jak trzyma dziecko Ŝydowskie, takie moŜe trzyletnie, za 
nóŜkę i wali główką o zderzak samochodu...
-. Nie! Nie! - krzyczy Ewa - kłamiesz! Wymyśliłeś to sobie, aby się zemścić, Ŝe ci nie dałam 
jeść1 Karlemann czegoś takiego nie zrobił!
- JakŜe mogłem sobie to wymyślić? - zapytuje człowieczyna teraz znów spokojnie, gdy zadał 
juŜ cios. - Wcale nie mam takiej głowy, Ŝeby coś podobnego wymyślić! A poza tym, jeśli mi 
nie wierzysz, moŜesz pójść do knajpy Senftenberga, pokazywał tam wszystkim to zdjęcie. 
Gruby Senftenberg i jego stara teŜ je widzieli...
Zamilkł. Nie ma sensu rozmawiać dalej z tą kobietą. Siedzi teraz z głową złoŜoną na stole i 
beczy. Ma, czego chciała. Jako urzędniczka pocztowa jest przecieŜ takŜe w partii, przysięgała 
na fuehrera i wszystko, co czyni. Nie moŜe się więc chyba dziwić, Ŝe Karlemann jest właśnie 
taki.
Przez chwilę Enno Kluge stoi i spogląda niepewnie na kanapę: ani kołdry, ani poduszki? To 
będzie ładna noc! Ale moŜe jest to akurat właściwy moment, aby zaryzykować? Stoi 
niepewnie i spogląda na zamknięte drzwi komórki, wreszcie decyduje się. Sięga po prostu do 
kieszeni fartucha niepohamowanie płaczącej kobiety i wyjmuje kluczyk. Otwiera drzwi i 
zaczyna szperać w komorze, nie unikając bynajmniej hałasu.
Ewa Kluge, wynędzniała, przemęczona listonoszka, słyszy to wszystko, wie, Ŝe mąŜ ją teraz 
okrada, ale jest jej to obojętne. Jej świat skończył się przecieŜ, jej świat nie odŜyje juŜ nigdy. I

po co Ŝyło się na tym świecie, po co dawało się dzieciom Ŝycie, po co cieszyło się ich  
uśmiechem, zabawą, skoro wyrosły z nich dzikie zwierzęta? Ach, Karlemann - jaki był z 
niego słodki blondynek! Kiedy była z nim w cyrku Buscha, a konie po kolei kładły się na 
piasku, jakŜe współczuł biednym kucykom, czy nie są chore. Musiała go uspokoić, Ŝe kucyki 
tylko śpią.
A teraz poszedł na wojnę i robi takie rzeczy z dziećmi innych matek! Ewa Kluge nie wątpi ani 
przez chwilę, Ŝe historia ze zdjęciem jest prawdziwa. Enno naprawdę nie byłby zdolny do 
Wymyślenia czegoś podobnego. Nie, straciła teraz takŜe syna. Ale to było o wiele gorzej, niŜ 
gdyby umarł. Wtedy mogłaby przynajmniej płakać po nim, teraz nie będzie mogła juŜ nigdy 
wziąć go w ramiona, równieŜ dla niego jej dom musi być zamknięty.
Szperający w komórce człowiek znalazł tymczasem to, czego istnienie od dawna 
podejrzewał: ksiąŜeczkę pocztowej kasy oszczędności. Sześćset trzydzieści dwie marki, 
dzielna kobieta! Ale po co taka dzielna? Kiedyś przecieŜ dostanie swoją rentę, i to, co poza 
tym oszczędziła... Zaraz jutro postawi dwadzieścia marek na Adebara i moŜe dziesięć na 
Hamilkara... Odwraca kartki: Nie tylko dzielna kobieta, ale i porządnicka. Wszystko leŜy 
razem: na spodzie w ksiąŜeczce znaczek kontrolny, nie brak równieŜ blankietów...
Chce właśnie wsunąć ksiąŜeczkę do kieszeni, kiedy nagle kobieta staje przy nim. Wyjmuje 
mu po prostu ksiąŜeczkę z ręki i kładzie ją na łóŜko: - Precz - powiada tyłko - precz!
I on, który dopiero co przypuszczał, Ŝe zwycięstwo jest w jego ręku, usuwa się z komórki 
przed jej złymi oczyma. DrŜącymi rękami, nie waŜąc się powiedzieć słowa, bierze płaszcz 
oraz czapkę z szafy i w milczeniu omijają, wychodząc przez otwarte drzwi do ciemnej sieni. 
Drzwi zamykają się na klucz, Enno zapala światło i schodzi po schodach. Dzięki Bogu, ktoś 
zostawił otwarte drzwi wejściowe. Pójdzie do swojej starej knajpy; od biedy, jeśli nikogo tam 
nie będzie, knajpiarz pozwoli mu się przespać na otomanie. Idzie więc, poddając się losowi, 
przywykły do ciosów. O kobiecie tam na górze juŜ prawie zapomniał.
Ona jednak stoi przy oknie i wpatruje się w wieczorny mrok. No, dobrze! To jest - źle! I 
Karlemann jest stracony. Spróbuje jeszcze i Maksem, młodszym synem. Maks był zawsze 
bezbarwny, bardziej podobny do ojca niŜ jego wybijający się brat. MoŜe potrafi zdobyć sobie 
syna w Maksie. A jeśli nie - i tak dobrze. Będzie Ŝyła sama, ale  pozostanie uczciwa. Osiągnie 
przynajmniej to w Ŝyciu, Ŝe zoslala uczci\va. śaruz jutro zorientuje się, co trzeba zrobić, aby 
wydostać się z partii. To będzie trudne, ale moŜe się uda. A jeśii nie uda się inaczej. pójdzie 
do obozu. Moze to będzie częścią pokuty za to, co zrobił Karlemann.
Gniecie w ręku rozpoczęty. załam łzami list do starszego syna. Kladzie przed sobą nowy 
arkusik papieru i zaczyna pisać:
Kocham   s ynu Miiksie!
C zziy rz;<iu dzisiaj napisać do Ciebie. Powodzi nti się jeszcze dobrze. i:zea,i> spodziewam 
vzc zz:>(' 'z'<<z>zV. <zz<z<r h\l właśnie tutaj, ale pokazałam mu drzwi. Chciul mnie 
przecie: i\lk« IUICUI^IKIĆ. Wyrzekłam się równieŜ l iirtfc hraui Karola z powodu i\c!i 
n.sirezii]cli rzeczy, które robił. Teraz iv jesteś moim jedynym synem. l'n>sze Cię. pozostań 
zawsze uczciwy, (.'lice zrobię dla Ciebie \\'.sz\'sil«>. co moite. .\apisz prędko do mnie.
Pozdrawiam  Cię  i całuje.
Twoja matka.
ROZDZIAŁ   V!
Otto Quangel pozbywa się urzędu W warsztacie labr\ki mebli. kiomn jako majster kierował 
Otto Ouangel. praco\\alo około osiemdziesięciu robotników i robotnic. Warsztai produkował 
tło w\buchu wojny !\lko pojedyncze sztuki według rysunków. poi!cza^ \n\\~ \\>>z\sii;ie inne 
oddzial\ tabr\ki na--.lauione b\ l\ na maso\\a prodiikcje mebli. z wybuchem v\ojny cala labr\kę 
przesia\Mono na |vaco ula \\ojska. a uarszlai Quanglowski musiał produkować bardzf ciezkie 
i wielkie skrz\nie.-o klor\ch mowinim. ze slnz.i do ir,!ii>por!a ciezkich bomb Jcsl; cliotizi D 
OttDna (.Jiian^ia. h\i(> mu wsz\-4ko jedno, do czego sluza skrzynie. Nowa. i'>eziii;--.zpa 
roho-te u\\aza! za niepowaŜna i godną pogard\. (,)uaniiel b\i pr-n\d.'i\\\m ariyslą-stolarzem. 
którego piękne słoje w drzewie cz.} ozv!ol''i}a szala przejmowałj głębokim zadowoleniem, 
znajdowai \\ takiej robocie t\le szczęscia. ile potrafi w ogóle  l odczuć człowiek o tak 
chłodnym temperamencie. Teraz spadł do roli zwykłego naganiacza i nadzorcy, którego 
zadaniem było dbać o to. aby warsztat spełniał swoja powinność i. jeśli to moŜliwe, pracował 
ponad te powinność. Swoim zwyczajem Quangel nie tracił jednak nigdy słowa na temat 
swych uczuć, a jego ostra, ptasia twarz nie zdradzała nic z pogardy, która odczuwał dla tej 
nędznej obróbki sosnowego drewna. Gdyby ktoś go dokładniej obserwował zauwaŜyłby, Ŝe 
małomówny (Quangel teraz w ogóle juŜ nic nie mówi. a w tym systemie naganiaczy jest 
raczej skłonny do folgowania ludziom.
Ale któŜ miałby zwracać specjalna uwagę na takiego oschłego nieuŜytka jak Otto Ouangel? 
Zdawało się. Ŝe przez całe Ŝycie był tylko wołem roboczym, bez jakichkolwiek zainteresowali 

Strona 12

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

prócz pracy, która miał wykonać. Nie miał nigdy przyjaciela, nigdy nie odezwal się do nikogo 
przyjaznym słówkiem. Praca, tylko praca, wszystko jedno ludzie czy maszyny, byleby zrobili 
swoja robotę!
Prz\ tym nie był nawet nie lubiany, mimo Ŝe miał dozór nad warsztatem i musiał naganiać do 
pracy. Ale nie wymyśla! nigdy i nie obsmarowal nigdy nikogo u tych panów z góry. Gdy 
wydawało mu się. ze praca w jakimś miejscu nie postępuje właściwie naprzód, szedł lam i bez 
słowa zręcznymi rękami usuwał przeszkodę. Albo stawał przy kilku gadułach, zwracał swe 
ciemne oczy na rozmawiających i stał przy nich tak długo, póki nie zumilkli. Zawsze 
roztaczał wokół siebie atmosferę chłodu. W czasie krótkich odpoczynków róbótnicj starali się 
siedzieć moŜliwie z. dala od niego, w ten sposób doznawał zupełnie dla siebie zrozumiałego 
powaŜania, którego inny nie zdobyłby nawet wielka gadanina i zachętami.
Kierownictwo fabryki chyba takŜe oceniało właściwie Ottona Quai:;''a. Jego warsztat osiągał 
stale najlepsze wyniki, nie było nigdy zatargów z ludźmi, a poza tym Ouangel był tani. 
Dawno poszedłby v» gore. gdyln zdecydował się wstąpić do partii. Ale stale sprzeciwiał się 
temu:
Na coś lakiego nie mam pieniędzy     mawia! wtedy     ani jednej zbędnej marki, muszę 
wyŜywić rodzinę.
Po katach wyśmiewano się z tego. nazywano go wstrętnym sknera. Wydawało się. Ŝe 
Ouangel cierpi z powodu kaŜdego grosza ofiarowanego na jakaś zbiórkę. Nie pomyślał o tym. 
Ŝe przez wstąpienie do partii zyskałby na pensji o wiele więcej, aniŜeli tracił na składkę 
partyjną. Ale  ten dzielny majster był politycznie beznadziejny. I dlatego, choć nie był 
członkiem partii, nikt nie miał zastrzeŜeń co do pozostawienia go na tym małym stanowisku 
kierowniczym.
W rzeczywistości nie skąpstwo powstrzymywało Ottona Quangla od wstąpienia do partii. To 
prawda - w sprawach pienięŜnych był bardzo dokładny i potrafił całymi tygodniami 
denerwować się z powodu wydanego bez zastanowienia grosza. Właśnie dlatego, Ŝe był tak 
dokładny w stosunku do siebie, wymagał tego równieŜ od innych. A partia bynajmniej nie 
wydawała mu się dokładna przy wprowadzaniu w Ŝycie swej ideologii. Doświadczenia z 
synem, wychowywanym przez szkołę i HJ, to, co słyszał od Anny, co sam zaobserwował - 
wszystkie tłuściejsze posadki w fabryce obsadzono przez członków partii, podczas gdy 
najdzielniejsi bezpartyjni pozostawali na boku - to wszystko umacniało go w przekonaniu, Ŝe 
partia nie była dokładna, to znaczy - nie była sprawiedliwa. A z takimi sprawami nie chciał 
mieć nic do czynienia.
Dlatego tak bardzo zabolał go okrzyk Anny: „ty i twój fuehrer", Zapewne, wierzył dotychczas 
w dobrą wolę fuehrera. NaleŜało tylko usunąć z jego otoczenia wszystkich nierobów i 
karierowiczów, którym chodziło jedynie o forsę i łatwe Ŝycie, a wszystko zmieni się na 
lepsze. Ale do tego czasu Quangel nie pójdzie z nimi. On nie! I Anna, jedyna osoba, z którą 
naprawdę rozmawiał, doskonale o tym wiedziała. No, niech lam, powiedziała to w pierwszym 
zdenerwowaniu, z czasem zapomni o tym. Nie potrafił być zawzięty w stosunku do niej.
Stojąc wśród świstu i zgrzytu w warsztacie, z podniesioną nieco głową i wzrokiem 
wędrującym od heblami do piły mechanicznej, od tych, co wbijają gwoździe, do wiertaczy i 
noszących deski, Quangel spostrzega, Ŝe wiadomość o śmierci Ottona, a zwłaszcza 
zachowanie się Anny i Trudy działają na niego coraz bardziej. Ale wie równieŜ bardzo 
dokładnie, nie myśląc właściwie o tym, Ŝe ten nicpoń stolarz Dollfuss juŜ siedem minut temu 
opuścił warsztat, a robota w jego rzędzie staje dlatego, Ŝe Dollfuss musi znów wypalić 
papierosa w klozecie albo wygłosić tam przemówienie. Daje mu jeszcze trzy minuty, a potem 
przyprowadzi go, sam go przyprowadzi!
I podczas gdy wzrok jego wędruje ku wskazówce ściennego zegara i stwierdza, Ŝe za trzy 
minuty Dollfuss istotnie zwędzi juŜ całe dziesięć minut, Quangel myśli nie tylko o 
nienawistnym plakacie nad głową  Trudy, nie tylko o tym, co to jest zdrada główna i zdrada 
stanu - i gdzie moŜna się o tym dowiedzieć, ale równieŜ o tym, Ŝe w kieszeni marynarki rna 
list oddany mu przez portiera, w którym w paru słowach majster Quangel zostaje wezwany do 
stawienia się punktualnie o piątej w kantynie urzędniczej.
Ten list ani go nie denerwuje, ani mu nie przeszkadza. Dawniej, gdy jeszcze robili meble, 
wzywano go często do kierownictwa fabryki w celu omówienia jakiegoś mebla. Kantyna 
urzędnicza - to coś nowego, ale jest niu wszystko jedno. Do piątej brak tylko sześciu minut, a 
chce, by do tego czasu stolarz Dollfuss wrócił do swojej piły. Rusza więc o minutę wcześniej, 
aniŜeli zamierzał, na poszukiwanie Dollfussa.
Nie znajduje go jednak w klozecie ani na korytarzach, ani w sąsiednich warsztatach. Gdy 
wraca do warsztatu, zegar wskazuje za minutę piątą i jest juŜ najwyŜszy czas na niego, jeśli 
nie chce być niepunktualny. Szybko strzepuje większe wióry i pył drzewny z bluzy, idzie do 
budynku zarządu, gdzie na parterze znajduje się kantyna urzędnicza.
Kantyna jest widocznie przygotowana do odczytu. Ustawiono mównicę i długi stół dla 
prezydium, a sala wypełniona jest rzędami krzeseł. Quangel zna to wszystko z zebrań Frontu 
Pracy, w których często musi brać udział. Tylko Ŝe tamte zebrania odbywają się stale w 
kantynie warsztatowej. Jedyna róŜnica - Ŝe tam stoją zwykłe ławki, a tutaj bambusowe 
krzesła, tam siedzi większość, tak jak on, w roboczych bluzach, podczas gdy tu jest więcej 
brunatnych, a takŜe szarych mundurów. Urzędnicy w cywilu giną wśród nich.
Quangel usiadł na krześle tuŜ koło drzwi, aby po przemówieniu moŜliwie szybko wyrwać się 
do warsztatu. Gdy Quangel przyszedł, sala była juŜ dość zapełniona. Panowie siedzą na 
krzesłach, a częściowo stoją, rozmawiając, grupami w przejściach i przy ścianie.
Ale wszyscy, którzy się tu zgromadzili, noszą swastykę. Quangel wydaje się jedyny, który nie 
ma odznaki partyjnej (pomijając wojskowych, którzy mają na mundurach dystynkcje). 
Pewnie omyłkowo zaproszono go tutaj. Quangel uwaŜnie rozgląda się dokoła. Kilka twarzy 
zna. Ten gruby, blady, który siedzi tam przy stole prezydialnym, to jest pan dyrektor 
generalny Schroeder - zna go z widzenia. A ten mały ze spiczastym nosem w binoklach, to 
jest pan kasjer, który wydaje mu w kaŜdą sobotę kopertę z zarobkiem i z którym juŜ 
parokrotnie miał zatargi z powodu wysokich potrąceń. „Śmieszne - myśli mimochodem 
Quangel - w swojej kasie nigdy nie nosi swastyki!"
 Większość twarzy, któiv widzi, jesi mu jednak zupełnie obca. To chyba prawie wyłącznie 
panowie z biura. Nagle spojrzenie Quangla zaostrza się i staje się kłujące: w jednei z grup 
odnalazł człowieka, którego uprzednio daremnie szukał w ustępie stolarza Dollfussa. Ale 
stolarz Dollfuss nie jest teraz w bluzie roboczej, ma na sobie elegancki garnitur wizytowy i 
rozmawia z dwoma panami w mundurach partyjnych, zupełnie jak równymi sobie. I stolarz 
Dollfuss nosi równieŜ swastykę, ten człowiek, na którego z powodu jego gadulstwa juŜ 
parokrotnie zwrócił uwagę w warsztacie. „A więc to lak myśli Quangel. - A więc to jest 

Strona 13

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

szpicel! MoŜe naprawdę ten człowiek \v ogolę nie jest stolarzem ani nie nazywa się Dollfuss. 
Cz\ Dollfuss nie b\l kanclerzem Austrii, którego zamordowano? Wszystko lipa. a ja 
dotychczas nigdy nic nie zauwaŜyłem."
I Quangel zaczyna się zastanawiać, czy Dollfuss byt juŜ w jego warsztacie, gdy zwolniono 
l.adendorfa i Tritscha. Wszyscy domyślali. się. Ŝe odstawiono ich do kacetu.
Quangel pręŜy się mimo woli. „Baczność! powiedziało coś w nim. A takŜe: -- Siedzę tu jak 
wśród morderców!" Potem myśli: „Ale ci goście mnie nie zjedzą. Jestem lylko starym, 
głupim majstrem i nie rozumiem się na nicz\m. Nie pójdę z nimi - nie. tego nie zrobię! 
Widziałem dziś rano. jak chwyciło Annę, a potem Trudę. Mnie v\ lej paczce nie będzie. Nie 
chcę. aby jakaś matka lub narzeczona lak rozpaczała przeze mnie. Niech mi dadzą spokój z. 
tymi sprawami..."
Tak myśli Quangel. Tymczasem sala zapełniła się do ostatniego miejsca. Stół prezydium 
gęsto obsiadły brunatne mundury i czarne marynarki, a na mównicy stoi jakiś major czy 
pułkownik (Quangel nigdy nie nauczył się rozróŜniać mundurów ani stopni wojskowych) i 
mówi o sytuacji wojennej.
Oczywiście sytuacja jest wspaniała. Zwycięstwo nad Francji} zostaje naleŜycie uczczone, a 
rzucenie Anglii na kolana jest juŜ tylko kwestia niewielu tygodni. Potem mówca powoli 
zbliŜa się do najwaŜniejszego dlań punktu: Jeśli front osiągnął tak wielkie sukcesy, naleŜy 
oczekiwać, Ŝe i zaplecze wypełni swój obowiązek. To. co teraz następuje, brzmi prawie tak. 
jak gdyby pan major (a moŜe pułkownik lub kapitan) przybywał prosto z kwaler\ głównej po 
to. aby powiedzieć załodze fabryki mebli Krause i Spółka w imieniu fuehrera. Ŝe musi 
bezwarunkowo podnieść swą wydajność. Fuehrer oczekuje, Ŝe fabryka w najbliŜ-
 szych  trzech  miesiącach  podniesie  swoją produkcję  o  pięćdziesiąt procent, a w ciągu pół 
roku podwoi ją.
Wszelkie wnioski zmierzające do osiągnięcia tego celu mogą być zsłaszane i rozpatrywane na 
dzisiejszym zebraniu - przyjmowane będą chemie. Kto jednakŜe nie przyłączy się do tego 
wezwania, będzie uuaŜany za sabotaŜystę i odpowiednio potraktowany.
Kiedy mówca wznosi jeszcze okrzyk „sieg-heil" na cześć fuehrera, Ono Quangel myśli: 
„Anglia będzie za parę tygodni na kolanach, wojna się skończy, a my przez pół roku 
podniesiemy naszą produkcję wojenną o sto procent! KtóŜ to będzie jej odbiorcą?'"
Teraz siada i patrzy na następnego mówcę, wkraczającego na mównicę w brunatnym 
mundurze, z piersią upstrzoną medalami, orderami, odznakami. Mówca partyjny - to zupełnie 
inny rodzaj człowieka niŜ jego wojskowy przedmówca. Od samego początku mówi ostro, 
zadzierzyście. mówi o złym duchu, który jeszcze pokutuje w fabrykach mimo wspaniałych 
sukcesów fuehrera i wojska. Przemawia zaczepnie, teraz juŜ wprost wrzeszczy i nie przebiera 
w słowach, piętnując sabotaŜystów pracy i malkontentów. Krzyczy: - Wypleni się teraz do 
reszty tych ludzi, juŜ im się pokaŜe, gdzie raki zimują, zamaluje się im pyski lak. Ŝe raz na 
zawsze zamkną je na kłódkę! Suum cuiąue - to rnł napis na klamrach od pasów Ŝołnierskich 
w czasie pierwszej wojny światowej i ten sam napis moŜna zobaczyć teraz na bramach 
obozów koncentracyjnych! Tam tacy mogą się czegoś nauczyć! A kto przysłuŜy się. aby taki 
drań lub taka jędza dostali się do obozu, ten ma zasługę wobec narodu niemieckiego, ten jest 
człowiekiem fuehrera.
Was \vsz\sikich - ryczy mówca na zakończenie - was, kierowników warsztatów, 
zarządzających oddziałami, dyrektorów, czynię was \\".z_wkich osobiście odpowiedzialnymi 
za czystość waszej fabryki! \ cz\stość to znaczy narodowosocjalistyczny sposób myślenia! 
Tylko to' Delikamisie. niedołęgi, którzy nie doniosą o najmniejszej bodaj zaobserwowanej 
drobnostce, sami pofruną do kacetu! Ręczę wam za to, ze niezaleŜnie od tego. czy jesteście 
dyrektorami, czy majstrami potrafię doprowadzić was do porządku, butami wydeptać wam to 
niedołęstwo z duszv!
Mówca stoi jeszcze przez chwilę ze wzniesionymi i zaciśniętymi z wściekłości pięściami, jest 
purpurowy na twarzy. Po tym wybuchu zebranych zapanowała martwa cisza, wszyscy mają 
dość niewy raźne miny - tak nagle, bez osłonek, zaawansowali na szpiclów swych kolegów. 
Potem mówca cięŜkimi krokami schodzi z mównicy, przy czym pobrzękują lekko odznaki na 
jego piersi. A teraz unosi się blada twarz generalnego dyrektora Schroedera i zapytuje 
łagodnie i cicho, czy ktoś jeszcze pragnie zabrać głos. Rumor krzeseł.
Westchnienie ulgi przebiega zebranych, jak gdyby minął zły sen, a dzień zdobywa na nowo 
swoje prawa. Zdaje się, Ŝe nie ma nikogo, kto chciałby teraz zabrać głos. Wszyscy chyba 
pragną moŜliwie szybko opuścić salę. Generalny dyrektor chce właśnie zakończyć zebranie 
okrzykiem „heil Hitler!", gdy nagle w tyle wstaje jakiś człowiek w niebieskim roboczym 
kombinezonie i powiada, Ŝe jeśli chodzi o  podniesienie wydajności w jego warsztacie, jest to 
zupełnie prosta sprawa. Trzeba tylko jeszcze postawić takie a takie maszyny - wylicza je 1  
wyjaśnia sposób ich ustawienia. No, tak, a poza tym trzeba wylać z warsztatu z sześciu, ośmiu 
ludzi, nierobów i nieuków. Wtedy osiągnie się sto procent juŜ za kwartał.
Quangel stoi chłodny i spokojny, przyjął wyzwanie. Czuje, Ŝe wszyscy wpatrują się w niego, 
w prostego robotnika, który zupełnie nie pasuje do tych eleganckich panów. Ale Quangel 
nigdy nic sobie nie robił z ludzi i jest mu obojętne, Ŝe patrzą na niego. Teraz, kiedy wygadał 
się, ci tam przy stole prezydialnym zbliŜają do siebie głowy, mówcy informują się, kim jest 
ten gość w niebieskim kombinezonie.
Potem wstaje major czy pułkownik i powiada Quanglowi, Ŝe kierownictwo techniczne 
porozumie się z nim w sprawie maszyn, ale jak on rozumie sprawę tych sześciu czy ośmiu 
ludzi, którzy mają wylecieć z jego warsztatu?
Powoli i uparcie Quangel odpowiada: - Tak, są tacy, którzy nie potrafią pracować albo nie 
chcą pracować. O, tam siedzi jeden taki - i pokazuje wielkim, sztywnym palcem 
wskazującym wprost na stolarza Dollfussa, który siedzi o parę rzędów przez nim.
Teraz kilku męŜczyzn wybucha śmiechem, a do śmiejących się naleŜy takŜe stolarz Dollfuss. 
Odwraca głowę w kierunku Quangla i śmieje mu się w oczy.
Ale Quangel odpowiada nie zmieniając wyrazu twarzy: - Tak, gadać, palić papierosy w 
klozecie i tracić czas, to ty potrafisz, Dollfuss!
Przy stole prezydialnym głowy znów zetknęły się z powodu tego zwariowanego dziwaka. Ale 
teraz brunatny mówca juŜ nie wytrzymuje, wyskakuje i krzyczy: - Ty nie jesteś w partii! 
Dlaczego nie jesteś w partii?
Quangel odpowiada to, co zawsze odpowiada na to pytanie: - Bo potrzebuję kaŜdego grosza, 
bo mam rodzinę i nie mogę sobie na to pozwolić!
Brunatny wrzeszczy: - Bo jesteś skąpym psem! Bo nie obchodzi cię nic twój fuehrer i twój 
naród! Jak liczna jest twoja rodzina?
A Quangel odpowiada mu zimno prosto w twarz: - Drogi panie, o mojej rodzinie niech mi pan 

Strona 14

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

dzisiaj nic nie mówi! Dziś właśnie dostałem wiadomość, Ŝe mój syn poległ na froncie!
Przez chwilę panuje na sali martwa cisza. Ponad rzędami krzeseł wpatrują się w siebie 
brunatny bonza i stary majster. Potem Otto Quangel nagle siada, jak gdyby wszystko juŜ teraz 
było załatwione, a nieco później siada równieŜ brunatny. Znów podnosi się generalny 
dyrektor Schroeder i wznosi na cześć fuehrera okrzyk „sieg-heil"; wypada to trochę mizernie. 
Zebranie jest skończone.
Po pięciu minutach Quangel stoi znów w swoim warsztacie i wędruje wzrokiem z głową 
nieco podniesioną od heblami do piły mechanicznej, a stamtąd dalej, do tych, którzy wbijają 
gwoździe, do wiertaczy i do przenoszących deski... Ale to juŜ nie jest dawny Quangel. Czuje, 
wie, iŜ przechytrzył ich wszystkich. MoŜe przechytrzył w brzydki sposób wykorzystując 
śmierć swego syna, ale czy w stosunku do takich bydlaków trzeba być porządnym?
„Niee - prawie głośno mówi do siebie Quangel. - Nie, stary, juŜ nie będziesz tym, co dawniej. 
Ciekaw jestem, co Anna powie na to wszystko. MoŜe Dollfuss nie wróci juŜ wcale? 
Musiałbym jeszcze dziś zaŜądać innego. Pozostajemy w tyle..."
Ale nie ma obawy, Dollfuss wraca i to nawet w towarzystwie kierownika oddziału. 
Oświadczają majstrowi Ottonowi Quanglowi, Ŝe w dalszym ciągu zatrzymuje wprawdzie 
kierownictwo techniczne warsztatu, ale swój urząd w DAF ma odstąpić panu Dollfussowi. - 
Zrozumiano?
- Czy zrozumiałem? Cieszę się, Ŝe odbierasz mi to stanowisko, Dollfuss! Słyszę coraz gorzej, 
a tak nasłuchiwać, jak nakazywał przedtem ten pan, w tym hałasie w ogóle nie potrafię.
Dollfuss krótko kiwa głowa i mówi szybko: - A coście przedtem widzieli i słyszeli, o tym 
nikomu ani słowa, bo...
Prawie dotknięty Quangel odpowiada: -- Z kim mam gadać, Dollfuss? Czy widziałeś juŜ, 
Ŝebym kiedy z kimś gadał? To mnie nic nie  KaŜdy umiera... t. I  obchodzi, mnie interesuje 
tylko moja robota i wiem, Ŝe jesteśmy dziś porządnie opóźnieni. Czas juŜ. abyś wrócił do 
swojej maszyny! - A spojrzawszy na zegar dodaje: - Straciłeś godzinę i trzydzieści siedem 
minut!
Po chwili stolarz Dollfuss stoi rzeczywiście przy swojej pile. a przez warsztat przebiega z 
niesłychana szybkością pogłoska - nikt nie uie. skąd się wzięła - Ŝe Dollfuss oberwał z 
powodu swego ciągłego palenia i gadaniny.
Majster Otto Quungel chodzi uwaŜnie od maszyny do masz\n\. pomaga, gapi się na gadułow i 
myśli przy tym: ..Pozbyłem się ich raz na zawsze! I nic nie podejrzewają, jestem dla nich 
tvlko starym krcunem. To, Ŝe do tego brunatnego powiedziałem: «drogi panie» - dopełniło 
miary! Ciekaw tylko jestem, co teraz zrobię. Bo. Ŝe coś zrobię, to \\iem. Tylko nie wiem 
jeszcze co".
ROZDZIAŁ VII Nocne włamanie Właściwie było juŜ za pozno na załatwienie omówionej 
spraw v. iidy wieczorem, a raczej w noc\ pan hmil Borkliauseii odnalazł swojego Enna w 
restauracji ..Start", l dało mu się to l\lko dzięki świętemu gniewowi EWĄ Kkige. Panowie 
usiedli na uboczu przy kuflu piwa i OK ze sobą szeptali. Tak długo rozmawiali prz\ jedli) m 
kuflu piwa aŜ gospodarz zwrócił im uwagę, Ŝe juŜ trz.\kromie została oznajmiona godzina 
policyjna i moŜe zechcą nareszcie wrócić do swoich Ŝon.
Na ulicy odb\l się dalszy ciąg pogawędki: początkowo szli w sunne Prenzlauer Allee. a polem 
r:.nno zaŜądał. ab\ zawrócili. bo wpadła mu na myśl. Ŝe b\ łoby moŜe lepiej spróbować 
jcszcze u jednej, która kiedyś miał i k lorą zwano Tutti. Tulti-Pawian. To lepsze niŜ takie 
śmierdzące historyjki...
Emil Borkhausen o mało nie w \ lazł ze skórv wobec lakieiio br.iku zrozumienia. Zapewnia! 
Enna po razdzieMai). p:vekon\\\al tr» po uz setny, Ŝe absolutnie nie ma tutaj mo\\\ o Ŝadnych 
śmierdzącyoll historyjkach. Chodzi po prostu o niemal urzedowa rekwizycję p.>d ochroną 
SS. A poza l\m jest io przecieŜ t\lko siara Adowa. o kiora pies z kulawą nogą się nie upomni. 
Obaj na pewien czas staną mocno na nogach, a policja i sad nie maja z l)m nic wspólnetro.
Na U) Enno znów odpowiedział: Nie. nie i nie! Nigdy w takich sprawach nie maczał palców i 
nic z lego nie kapuje. Kobiety lak. j \\ \scisii. nawet trz\ raz\ lak. ale nigdv w Ŝ\ciu me 
handlował ścierwem. Tulli b) la zawsze bardzo mila. chociaŜ nazywają ja ..Pawianem", i na 
nowiu-- juŜ nie pamięta, Ŝe pomogła mu w swoim czacie, wprawdzie nie wiedząc o tym. 
jakąś drobna kwotą pienięŜna i kartkami Ŝywnoś-ciow \ mi.
znajdowali się znowu w   Prenzlauer Allee.
Horkhausen. czIowick wahając) się stale miedz\ czołobitnością i iiiozbaini. powiedział ze 
złością, skubiąc luźno zwisając) wąs: KtóŜ, do choler), wymaga od ciebie, Ŝebyś się na tej 
sprawie kapował'.' Ja sam bcdi. się papral. moŜesz sohie siać prz\ tym z łapami w kieszeniach. 
Jak będziesz, chciał, lo ci nawet zapakuje twoje waliz)! zrozum wreszcie, Ŝe biorę cię tylko 
po lo. Enno. ab\ się nie dać w \kiwac przez esesowco\\. Potrzebny mi jesteś niejako na 
świadka, ze podział nastąpił sprawiedliwie. Pomyśl tylko, co mozna znaleźć u takiej bogatej 
Ŝ\dowskiej kupcowej, nawet jeśli gestapo, zabierając jej męŜa. cos lam juŜ ehapnelo!
Nagle Enno Kluge powiedział ..tak" bez dalszej argumentacji i zastanawiania się. ł eraz --
irasznic mu się spieszyło Ŝeby dostać się na ulicę Jabłońskiego. Nie gadanina Borkhausena 
ani nadzieja na bogaly łup skłoniły go do przezwycięŜenia strachu i do lego ..lak" bez 
zastrzeŜeń, lecz po prostu głód. Poimślal nagle o spiŜarni Roscnt-halowej i o l\ m. Ŝe śydzi 
zawsze lubili dobrze jeść i Ŝe właściwie nic mu w z\ciu lak nic smakowało, jak nadziewana 
gęsia szyjka, na którą został kiedyś, jeden jed\r,\ raz. zaproszony przez pewnego śyda 
handlującego starzyzną, l oto w głodowej fantazji wyobraził sobie dokładnie, Ŝe znajdzie taka 
nadziewaną gęsią szyjkę w spiŜarni Rosenlhalowcj. Widział wyraźnie porcelanowa miskę i 
lezącą w niej szyjkę w zastygłym tłuszczu, bardzo grubo nadzianą i z obu końców związana 
nitką. Weźmie miskę i przygrzejc lo wszystko na kuchence gazowej, a rcszia jesi mu 
obojętna. Borkhausen moŜe sobie robić, co chce. lo nie jego sprawa. On zamoczy chleb w 
ciepłym, tłustym, przyprawionym korzeniami sosie i będzie Ŝarł gęsią szyjkę trzymając ja w 
palcach, lak Ŝe tłuszcz będzie pryskał na wszystkie strony. RuszajŜe się. Emil. śpieszy mi się!
T Co się stało?- pyta Borkhausen. ale właściwie jest mu to na rękę i dlatego rusza się chętnie. 
Cieszyłb) się jednak, gdyby sprawa była juŜ V  skończona. To nie jest teŜ i z jego branŜy. Nie 
boi się policji ani starej śydówki. CóŜ moŜe mu się stać, jeśli zarekwiruje jej własność? Boi 
się tylko Persicków. Przeklęta, zdradziecka banda, którą stać na kaŜde świństwo. Nawet 
kumplowi mogą zrobić kawał. Tylko z ich powodu wziął ze sobą tego idiotę Enna. To jest 
świadek, którego nie znają i to ich chyba pohamuje.
Na ulicy Jabłońskiego wszystko poszło jak po maśle. Było chyba wpół do jedenastej, kiedy 
prawdziwym, legalnym kluczem otworzyli drzwi wejściowe do domu. Potem nasłuchiwali w 
sieni, a kiedy tam nic się nie ruszało, zapalili światło i w jego blasku zdjęli buty. Borkhausen 
zarechotał: - Musimy przecieŜ mieć wzgląd na nocny spokój lokatorów.

Strona 15

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Kiedy światło znów zgasło, wleźli cicho i szybko po schodach i wszystko poszło gładko i 
spokojnie. Nie zrobili Ŝadnego błędu początkujących, Ŝadnego hałasu, nie obijali się o nic, nie 
upuścili buta. Nie, wleźli w zupełnej ciszy na czwarte piętro. Odwalili więc ładny kawał 
roboty, mimo Ŝe obaj nie są prawdziwymi „łachami" i są dość zdenerwowani. Jeden z 
powodu gęsiej szyjki, drugi - z powodu łupu i Persicków.
Borkhausen wyobraŜał sobie, Ŝe o wiele trudniej pójdzie z drzwiami Rosenthalowej. 
Zamknięte były tylko na zatrzask, nawet nie na klucz. Sprawa zupełnie prosta. CóŜ to za 
lekkomyślna kobieta! Powinna przecieŜ jako śydówka być szczególnie ostroŜna! W ten 
sposób szybko dostali się do mieszkania., nie wiedząc nawet, jak się to stało.
Potem Borkhausen nie krępując się zapalił światło w korytarzu. Był teraz zupełnie pewny 
siebie i oświadczył:
- Jeśli ta stara Ŝydowska świnia piśnie, zamaluję jej po prostu mordę. - Zupełnie to samo 
oświadczył rano Baldurowi Persicke. Ale nie pisnęła. Rozejrzeli się więc spokojnie po małym 
korytarzu pełnym mebli, waliz i skrzyń. No tak, Rosenthalowie mieli przecieŜ duŜe 
mieszkanie przy sklepie. Po zabraniu im tamtego mieszkania dostali tylko dwa pokoiki z 
kuchnią i komórką, a więc jest ciasno, nieprawda? To moŜna zrozumieć.
Swędziły ich palce, aby z miejsca szukać, węszyć i pakować. Borkhausen uznał jednak za 
słuszne rozejrzeć się najpierw za Rosenthalową i zakneblować jej usta, by uniknąć kłopotów. 
Pokój był tak zastawiony gratami, Ŝe nie moŜna było prawie się ruszyć. Zrozumieli, Ŝe tego 
wszystkiego nie wyniosą stąd nawet przez dziesięć nocy, mogą więc  tylko wyszukać to, co 
najlepsze. W drugim pokoju było tak samo ciasno, w komórce teŜ. Nie znaleźli nigdzie 
Rosenthalowej. ŁóŜko było nie ruszone. JuŜ tylko dla porządku zajrzał jeszcze Borkhausen do 
kuchni ; do toalety, ale kobiety i tam nie było. To znaczy „mieć szczenią!" Zaoszczędziło im 
to trudu i znakomicie ułatwiło robotę.
Borkhausen wrócił do pierwszego pokoju i zaczął szperać. Nie zauwaŜył nawet, Ŝe jego 
kumpel Enno zapodział się gdzieś. Enno stał w spiŜarni gorzko rozczarowany, poniewaŜ nie 
znalazł tam Ŝadnej gęsiej szyjki, tylko parę cebul i pół chleba. Mimo to zaczął jeść. Pokroił 
cebule na plasterki i połoŜył je na chleb, a Ŝe był głodny i to mu smakowało.
Kiedy tak Ŝuł, spojrzenie jego padło na dolną półkę. Nagle przekonał się, Ŝe jeŜeli 
Rosenthałowie nie mają nic więcej do Ŝarcia, to mają za to jeszcze coś do picia. Na dolnej 
półce stało mnóstwo flaszek. Wino i wódka. Enno, który we wszystkim prócz wyścigów był 
umiarkowanym człowiekiem, wziął butelkę słodkiego wina i maczał w nim od czasu do czasu 
swoje kanapki z cebulą. Ale Bóg wie, jak to się stało, Ŝe ni stąd, ni zowąd znudziło mu się 
takie niemrawe popijanie. I to jemu - Ennie, który zazwyczaj mógł trzy godziny siedzieć nad 
tym samym kuflem piwa. Otworzył więc butelkę koniaku i łyknął kilka razy po kolei. Po 
pięciu minutach zostało juŜ tylko pół butelki. MoŜe był to wpływ głodu albo podniecenia. 
Jeść przestał ziipełnie.
Potem napój teŜ przestał go interesować i poszedł na poszukiwanie Borkhausena. Borkhausen 
myszkował jeszcze ciągle w wielkim pokoju. Otworzył szafy i kufry i wyrzucał wszystko, co 
w nich było, na podłogę, szukając ciągle czegoś lepszego.
- Chłopie, chłopie, toć oni chyba przynieśli tutaj cały swój sklep z bielizną! - zawołał Enno 
zupełnie oszołomiony.
Borkhausen odpowiedział: - Nie gadaj, pomóŜ lepiej! Tu na pewno są jeszcze schowane 
klejnoty i pieniądze. To byli przecieŜ bogaci ludzie, ci Rosenthalowie. Milionerzy, a tyś 
mówił o ścierwie, ty ośle!
Przez chwilę obaj pracowali w milczeniu, to znaczy coraz więcej rzeczy wyrzucali na 
podłogę, na której było juŜ tak pełno ubrań i bielizny, Ŝe chodzili po nich. Potem 
podchmielony Enno powiedział: - Nic nie widzę, muszę wypić, Ŝeby mieć jasną głowę. 
Przynieś trochę koniaku ze spiŜarni, Emil!
Borkhausen poszedł bez sprzeciwu i wrócił z dwiema flaszkami wódki. Potem usiedli zgodnie 
na bieliźnie, popijali jeden łyk za drugim i dyskutowali nad sprawą gruntownie i powaŜnie.
'To jasne. Borkhausen. tego całego kramu tak prędko stad nie wydostaniemy, a zbyt długo tu 
siedzicć tez nic ma sensu. Myślę, Ŝe kaŜdy z nas weźmie dwie walizy i odwalamy. Jutro 
wieczorem teŜ jest noc!
Masz racje. Fnno! l ja nic chce tu zbyt długo sicdzieć. chociaŜby ze względu na 1'ersicków.
Kioz to laki?
Ach! tacy ludzie... Ale jak pomyśle, Ŝe odwalani siad z dwiema walizami bielizny. a 
zostawiam walizę z pieniędzmi i kosztownościami. mani ochotę samemu sobie łeb rozbić. 
'Trzeba jeszcze trochę poszukać. Na zdrowie, Fnno!
Zdrowie. Fmil! Dlaczego nie miałbyś jeszcze trochę poszukać? Noc jest długa, a nie 
zapłacimy przecieŜ rachunku za światło. Ale o co to chciałem cię zapytać: dokąd pójdziesz z 
tymi walizami?
Jak  lo. co przez to rozumiesz.  F. n no?
No. dokąd je zaniesiesz? Chyba do twojego mieszkania, co?
A coś myślał, Ŝe odniosę je do biura znalezionych rzeczy? Oczywiście, Ŝe zaniosę to do 
mieszkania, do mojej Otli. a jutro rano walę z tym wszystkim na Muenzslrasse i spuszczam 
cały towar lak. Ŝe mucha nie siadzie.
Hnno potarł korek o szyjkę flaszki. Posłuchaj lepiej, jak la mucha bzyka! Zdrowie. Fmil! Ja 
gdybym by! tobą. nie zrobiłbym tego tak jak ty. Do mieśzkania i w ogóle do kobity co kobita 
ma widzieć o twoich pobocznych dochodach! Nie. gdybym ja był i\ zrobiłbym lo tak jak ja. 
Oddałbym mianowicie walizy na Dworcu Szczecińskim na przechowanie i posiałbym sobie 
dowód z. przechowalni na swoje nazwisko, ale na pośle restante. Wtedy nikl nie mógłby u 
mnie nic znaleźć i nikt nie potrafiłby mi niczego dowieść.
Nieglupio lo wymyśliłeś. Fnno powiedział Borkhausen z uznaniem. A kiedy odbierzesz towar 
z powrotem'.'
Jak  minie smród.  Emil!
A z czego będziesz Ŝył do lego czasu.'
No. powiedziałem ci przecieŜ. Pójdę do mojej I titli. Kiedy jej powiem, jaki kawałek roboty 
zrobiłem, przyjmie mnie na sto dwa!
Dobrze, bardzo dobrze! zgodził się Borkhausen a ja.k ty pójdziesz na Szczeciński, ja niszę na 
Anhalcki. wiśz, lo mniej podpada!
TeŜ nieźle pomyślane.  Fmil! Ty masz leŜ główkę!
 - Człowiek ociera się wśród ludzi - powiedział Borkhausen skromnie- - Słyszy się lo i owo. 
Człowiek jak bydlę uczy się przez całe Ŝycie, -   Racja!  No. serwus.  Fmil!
-   Zdrowie. Fnno!
Przez chwile przypatrują się sobie nawzajem w milczeniu, z upodobaniem i od czasu do czasu 

Strona 16

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

popijają. Potem Borkhausen mówi: - Jak się odwrócisz. Fnno lo nie musi być zaraz - za tobą 
stoi radio, ma co najmniej dziesięć lamp. Zabrałbym je z sobą.
Zrób to. zrób to. Fmil! Radio jest zawsze dobre i dla siebie i na sprzedaŜ! Rr-radio zzawsze 
jest dobre!
No. zohaczA my. czy lo wlizie do jakiej walizy, a potem zapchamy bielizna.
Chcesz zaraz lo zrobić, czy chlapniemy sobie jeszcze jednego?
-   Jednego moŜemy sobie jeszcze przedtem chlapnąć.  Ale tylko jednego!
Golnęli więc jeszcze jednego, a potem drugiego i trzeciego, a potem podnoszą się powoli i 
meczą się. by wcisnąć wielki, dziesięciolampowy aparat do walizeczki. kloia zmieściłaby 
najwyŜej detektor. Po chwili wytęŜonej prac\ Fnno pow iada: Nie włazi i nie włazi! Zostaw to 
głupie, zasrane radio, weź lepiej walizę z ubraniami!
Ale moja Otli  lak chętnie słucha radia!
Myślałem, Ŝe nie chcesz twojej starej o tym całym interesie nic mówić'.' Jesteś zalany. Fmil!
A ty i twoja Tulii? Oboje macie w czubie! GdzieŜ jest la twoja Tu t li?
Będzie piszczala! Mów ie ci i jak jeszcze będzie piszczała! i pociera znowu wilgotny korek o 
v\jkę butelki. Chlapniemy sobie jeszcze Zdrowie.   Suno'     (
Pija i Borkhausen kumynuuje. Ale to radio chciałbym jednak zabrać, jeśli ta cholera w Ŝaden 
sposób nie chce wejść do walizy, to przewieszę lo p;;dli' po pi<>-.<ii na >ziunve przez plecy. 
Ręce będę miał i tak wolne.
O ;.ik. zroh lak. Aie mieliśmy się przecieŜ wziąć do pakowania! łąk.  pakujmy, .luz czas!
Ale obaj sioja naprzeciw siebie i gapia się jeden na drugiego, chichocząc idioi\czme.
L -  Pomyśleć     zaczyna znowu Borkhausen - jakie piękne to Ŝycie - tyle dobrych rzeczy 
tutaj - kiwa przy tym głową - i moŜemy sobie wziąć, co tylko chcemy, i spełniamy nawet 
dobry uczynek zabierając to takiej śydówie, która przecieŜ to wszystko ukradła...
-  Racja. Emil, święta racja, spełniamy dobry uczynek dla narodu niemieckiego i dla naszego 
fuehrera. O, to są właśnie te dobre czasy, które nam przyrzekał.
-  A nasz fuehrer dotrzymuje słowa, dotrzymuje słowa, Enno. Przypatrują się sobie wzruszeni, 
ze łzami w oczach.
-  Co wy tutaj robicie, wy dwaj? - pyta ostry głos od strony drzwi. Wzdrygają się i widzą 
drobnego chłopaka w brunatnym mundurze. Teraz Borkhausen kiwa głową powoli i ze 
smutkiem w stronę Enna:
- To jest pan Baldur Persicke, o którym ci mówiłem, Enno! Teraz zaczną się kłopoty!
ROZDZIAŁ VIII Małe niespodzianki Podczas gdy dwaj pijani rozmawiają w ten sposób ze 
sobą, w pokoju zgromadziła się cała męska część rodziny Persicków.
NajbliŜej Enna i Emila stoi mały, sztywny Baldur z błyszczącymi oczyma za ostro 
szlifowanymi szkłami okularów, tuŜ za nim dwaj jego bracia w czarnych mundurach SS, ale 
bez czapek, a w pobliŜu drzwi, jakby się nie czuł zupełnie bezpieczny, stary były knajpiarz 
Persicke. Rodzina Persicków jest równieŜ pod wpływem alkoholu, ale wódka wpłynęła na 
nich zupełnie inaczej niŜ na obu włamywaczy. Nie są bynajmniej rozrzewnieni, głupi i 
wybaczający, lecz jeszcze bardziej butni, poŜądliwi i brutalni niŜ zwykle.
Baldur Persicke pyta ostro: - No, odpowiecie? Co robicie tutaj? MoŜe to wasze mieszkanie?
- AleŜ, panie Persicke! - powiada Borkhausen płaczliwym głosem.
Baldur udaje, Ŝe dopiero teraz go poznał: - Toć to przecieŜ Borkhausen z piwnicy w oficynie! 
- woła zdumiony do swoich braci. - Panie Borkhausen, co pan tutaj robi? - Jego zdumienie 
zamienia się w ironie: - Czy nie lepiej byłoby, aby się pan przynajmniej w nocy  l troszczył 
nieco o swoją Ŝonę, o tę dobrą Otti? Słyszałem coś o tym, Ŝe odbywają się u niej uczty z 
„lepszymi" panami, a pańskie dzieci podobno jeszcze późnym wieczorem rozbijają się pijane 
po podwórzu. Niech pan połoŜy dzieci do łóŜka, panie Borkhausen!
-   Kłopoty!  -- mruczy  Borkhausen -- od  razu  wiedziałem,  jak zobaczyłem tego okularnika, 
Ŝe będą kłopoty! - Raz jeszcze kiwa smutno głową w stronę Enna.
Enno stoi zupełnie ogłupiały. Kołysze się z lekka na nogach, w luźno zwisającej ręce trzyma 
butelkę koniaku i nie rozumie ani słowa z tego, co mówią.
Borkhausen zwraca się znów do Baldura Persicke. Jego ton nie jest juŜ płaczliwy, ale 
oskarŜający. Czuje się nagle głęboko dotknięty: - JeŜeli moja Ŝona robi coś, co nie jest 
właściwe - powiada - to ja za to odpowiadam, panie Persicke. Jestem małŜonkiem i ojcem - 
według prawa. A jeśli moje dzieci są zalane, to pan teŜ jest zala*ny i pan teŜ jest jeszcze 
dzieckiem, tak, jest pan dzieckiem, człowieku!
Patrzy na Baldura ze złością, a Baldur odpowiada mu ostrym spojrzeniem. Potem 
nieznacznym gestem nakazuje braciom być w pogotowiu.
-  A co pan tu robi w mieszkaniu Rosenthalowej? - pyta twardo najmłodszy Persicke.
Wszystko według umowy - zapewnia teraz Borkhausen gorliwie - wszystko tak, jak było 
umówione: ja i mój przyjaciel pójdziemy teraz. Właściwie chcieliśmy juŜ pójść. On na 
Dworzec Szczeciński, a ja na Anhalcki. KaŜdy po dwie walizy, dla was zostanie jeszcze dość.
Ostatnie słowa juŜ tylko mruczy, na wpół zasypiając.
Baldur przypatruje mu się uwaŜnie. Obejdzie się moŜe bez uŜycia siły, te dwa draby są 
przecieŜ zupełnie pijane. Ale ostroŜność ostrzega go. Chwyta Borkhausena za ramię i pyta 
ostro: - A co to jest za człowiek? Jak się nazywa?
-  Enno! - odpowiada Borkhausen nieobrotnym językiem - mój przyjaciel Enno...
-  A gdzie mieszka twój przyjaciel Enno?
-  Tego nie wiem, panie Persicke. Znamy się tylko z knajpy. Taki przyjaciel od kieliszka. Z 
knajpy „Start"...
Baldur zdecydował się. Uderza nagle Borkhausena pięścią w pierś, tak Ŝe tamten z lekkim 
okrzykiem pada do tyłu, na meble i bieliznę.
- Ty przeklęta świnio! - ryczy Baldur. Jak śmiałeś mnie nazwać okularnikiem? Ja ci pokaŜę, 
jakim jestem dzieckiem!
Ale jego przekleństwa trafiają w próŜnie. Ci dwaj juŜ nic nie słyszą. Obaj bracia esesmani 
doskoczyli i załatwili kaŜdego z nich jednym brutalnym ciosem.
Tak! - powiada Baldur z zadowoleniom. Za mała godzinkę oddamy tych dwóch w ręce 
policji, jako włamywaczy złapanych na gorącym uczynku. Tymczasem walmy na dół z tym. 
co moŜe się nam przydać. Ale cicho na schodach! Nasłuchiwałem, ale nie słyszałem, czy 
stary Ouangel wrócił z drugiej zmiany do domu.
Dwaj bracia kiwają głowami. Baldur patrzy na ogłuszone i pokrwawione ofiary, potem na 
walizy, na bieliznę, na radio. Nagle uśmiecha się. Zwraca się do ojca: No. onzc, cz\ źle w\ 
kręciłem to wszystko? A ty z twoim wiecznym strachem! Widzisz...
Ale nagle urywa. W drzwiach me ma ojca. jak się tego spodziewał.
Ojciec znikł bez śladu. Zamiast niego sioi tam majster Qnangel. człowiek z ostrą, zimną, 

Strona 17

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

ptasia twarzą i cicmmmi oczyma milcząc wpatruje się w niego.
Wracając z drugiej zmiany do domu Otto Quangel nie wsiadł do tramwaju, mimo Ŝe było juŜ 
bardzo późno wolał zaoszczędzić te parę groszy. Przyszedłszy przed dom zobaczył, Ŝe w 
mieszkaniu pani Rosenthal mimo nakazu zaciemniania pali się światło. Popatrzywszy 
uwaŜniej stwierdził, Ŝe jasno było teŜ i u Persicków. i pod nimi. u radcy Frornma. o którym 
nikt właściwie nie wiedział, dlaczego został zemerytowany w trzydziestym trzecim roku: czy 
z powodu wieku, czy teŜ z nakazu hitlerowców; u Fromma światło zawsze paliło się do 
północy, nie było więc w tym nic dziwnego. A Persickowie ucztują chyba jeszcze ciągle z 
powodu zwycięstwa nad Francją. Ale Ŝe u starej Rosenthalowej pali się światło - i to tak 
otwarcie we wszystkich oknach tu coś jest nie w porządku. Stara kobieta była przecieŜ tak 
bojaźliwa i zastraszona, Ŝe nie odwaŜyłaby się iluminować swego mieszkania.
„Coś tu jest nie w porządku!" pomyślał Otto Ouangel otwierając drzwi wejściowe i wchodząc 
powoli po schodach. Jak zwykle nie zapalił światła, był oszczędny, to znaczy dokładny, nie 
tylko w stosunku do samego siebie, ale w stosunku do wszystkich, a więc takŜe do właściciela 
domu. ..Coś tu jest nie w porządku! Ale co to mnie obchodzi'.' Ludzie mnie nic nie obchodzą! 
śyję dla siebie samego. Z Anna. Tylko my we  dwoje. A moŜe gestapo robi właśnie tam na 
górze rewizję? Ładnie bym wpadł!  Nie. pójdę spać..."
Ale jego zmysł dokładności, który moŜna byłoby niemal nazwać zmysłem sprawiedliwości, 
zaostrzony przez zarzut ,,ty i twój Hitler", przeciwstawiał się wynikowi tych roztrząsań. Stał 
teraz wyczekująco przed drzwiami swego mieszkania z kluczami w ręku i głową podniesioną 
ku górze. Drzwi lam musiały być otwarte, bo słabe światło rozjaśniało schody i słychać było 
ostry głos. .. Stara, samotna kobieta -  pomyślał nagle ku własnemu zdumieniu - bez wszelkiej 
opieki, bez Ŝadnej litości..."
W tej chw iii mała. ale silna ręka chwyciła go w ciemności i odwróciła w stronę schodów. 
Bardzo uprzejmy, łagodny głos nakazał mu:
-  Proszę, mech pan idzie przodem, panie Quangel. Pójdę za panem i zjaw;ię się w 
odpowiedniej chwili.
Tak przekonująca b\ ta siła tej ręki i moc tego głosu, Ŝe Quangel nie zastanawiając się poszedł 
na górę po schodach. „To moŜe być tylko stary radca F roni m pomyślał. - Taki jakiś dziwny. 
Przez tyle lat. odkąd tu mieszkam, widziałem go najwyŜej ze dwadzieścia razy w dzień. A 
teraz łazi tu w nocy po schodach."
Tak rozmyślając. Ouangel szedł juŜ bez wahania po schodach na górę i dobrną! do 
mieszkania Rosenthalów. ZauwaŜył jeszcze, jak na jego widok tegawa postać - chyba stary 
Persicke - w konsternacji cofnęła się do kuchni. Usłyszał teŜ ostatnie słowa Baldura o dobrze 
wykręconej sprawie i o tym. Ŝe nie trzeba być wiecznie w strachu... I teraz stali obaj w 
milczeniu: Ouangel i Baldur naprzeciw siebie, oko w oko. Przez chwilę Baldur Persicke 
pomyślał nawet, Ŝe wszystko stracone. Ale potem przypomniał sobie jedną ze swych zasad 
Ŝyciowych: „bezczelność zwycięŜa" i oświadczył nieco wyzywająco: Tak. dziwi się pan! Ale 
przyszedł pan trochę za późno, panie Quangel. To my złowiliśmy i unieszkodliwiliśmy 
włamywaczy.
Przerwał, ale Ouangel milczał.  Baldur dodał nieco spokojniej:
-  Zdaje się, Ŝe jeden z tych dwóch kruków to Borkhausen, który toleruje burdel tu w naszym 
podwórzu.
Wzrok Ouangla powędrował za wskazującym palcem  Baldura.
-  Tak - powiedział majster sucho - jednym z tych kruków jest Borkhausen.
-  A w ogóle - rozległ się nagle głos brata z SS Adolfa Persicke - czego pan tu stoi i gapi się? 
MoŜe pan całkiem spokojnie pójść na komisariat, Quangel, i zameldować tam o włamaniu, 
Ŝeby zabrali tych ptaszków! My tymczasem będziemy uwaŜali.
-  Cicho bądź, Adolf! - syknął zdenerwowany Baldur. -,Nie masz prawa wydawać rozkazów 
panu Quanglowi! Pan Quangel sam wie, co ma zrobić...
Ale właśnie tego Quangel w tej chwili nie wiedział. Gdyby był sam, postanowiłby 
natychmiast, ale była jeszcze ta ręka na jego piersi i uprzejmy męski głos; nie widział, co 
stary radca sądowy zamierza i czego od niego oczekuje. Nie chciał mu psuć gry. Gdyby tylko 
wiedział...
Ale w tej właśnie chwili starszy pan pojawił się na widowni. Nie przy drzwiach wejściowych, 
jak tego Quangel oczekiwał, lecz z głębi mieszkania. Nagle stanął wśród nich jak jakaś zjawa 
nadprzyrodzona i napędził Persickom nowego, jeszcze większego strachu.
Starszy pan wyglądał zresztą bardzo dziwnie. Wątła postać, mniej niŜ średniego wzrostu, była 
cała owinięta w jedwabny czarnoniebieski szlafrok z wyłogami z czerwonego jedwabiu i 
wielkimi czerwonymi, drewnianymi guzikami. Starszy pan miał białą, kwadratową brodę i 
nad górną wargą równie białe, sterczące wąsy. Bardzo rzadkie, ale jeszcze ciemne włosy na 
głowie były starannie zaczesane, nie zakrywały jednak w zupełności łysiny. Spoza wąskich, 
obramowanych złotem okularów błyszczały zadowolone, ironiczne oczy wśród tysiąca 
zmarszczek.
-  Nie, moi panowie - powiedział swobodnie, zdając się w ten sposób kontynuować dawno juŜ 
rozpoczętą i dla wszystkich nadzwyczaj miłą rozmowę. - Nie, moi panowie! Pani Rosenthal 
nie ma w mieszkaniu. Ale moŜe jeden z młodych panów Persicke zechciałby się udać do 
toalety. Ojciec panów nie czuje się zupełnie dobrze. W kaŜdym razie próbuje z uporem 
powiesić się na ręczniku. Nie potrafiłem odwieść go od tego zamiaru...
Radca sądowy uśmiecha się, ale obaj starsi Persickowie wybiegają z pokoju z takim 
pośpiechem, Ŝe wygląda to niemal komicznie. Młody Persicke zbladł bardzo i wytrzeźwiał 
zupełnie. Starszy pan. który wszedł właśnie do pokoju i mówi z taką ironią, jest człowiekiem, 
którego przewagę uznaje nawet Baldur bez zastrzeŜeń. Ten człowiek nie wywyŜsza się, jest 
naprawdę czymś lepszym. Baldur Persicke mówi  niemal błagalnie: - Zechce pan zrozumieć, 
panie radco sądowy - ojciec, mówiąc po prostu, jest zupełnie zalany. Kapitulacja Francji...
-   Rozumiem, doskonale rozumiem - przerywa radca i robi uspokajający ruch ręką. - 
Jesteśmy wszyscy ludźmi. Tylko Ŝe nie wszyscy od razu się wieszamy po pijanemu. - Przez 
chwilę milczy i uśmiecha się. Potem mówi: - Gadał teŜ oczywiście róŜne rzeczy, ale któŜ 
zwraca uwagę na gadanie pijanego? - Znów się uśmiecha.
-  Panie radco sądowy! - mówi Baldur Persicke błagalnie. - Proszę pana, niech pan weźmie tę 
sprawę w swoje ręce! Pan był sędzią, pan wie, co trzeba robić...
-  Nie, nie - powiada radca zdecydowanie odmownie. - Jestem stary i chory.
Ale wcale tak nie wygląda; przeciwnie - wygląda kwitnąco. - A poza tym Ŝyję zupełnie 
samotnie, nie mam kontaktu ze światem. Ale pan, panie Persicke, i pańska rodzina, panowie 
przecieŜ zaskoczyliście włamywaczy. Panowie oddadzą ich w ręce policji i zabezpieczą 
majątek tu, w mieszkaniu. Przy przejściu przez pokoje zorientowałem się nieco. Naliczyłem 

Strona 18

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

na przykład siedemnaście walizek i dwadzieścia jeden skrzyń. I wiele, wiele innych rzeczy...
Mówi coraz wolniej. Coraz wolniej. Teraz powiada jakby mimochodem: - Mam nadzieję, Ŝe 
schwytanie tych dwóch włamywaczy przyniesie panu i pańskiej rodzinie honory i zaszczyty.
Radca sądowy milknie. Baldur zastanawia się głęboko. MoŜna to i tak zrobić! AleŜ to stary 
lis, ten Fromm! Przejrzał na pewno wszystko, ojciec na pewno się wygadał. Ale Fromm nie 
chce zakłócać swego spokoju, nie chce nic wiedzieć o całej tej sprawie. Z jego strony nie 
grozi Ŝadne niebezpieczeństwo. A Quangel, stary majster? Ten nigdy nie troszczył się o nic w 
domu, nikomu się nie kłaniał, z nikim nie zamienił słowa. Quangel to taki prawdziwy stary 
robociarz, wycieńczony, wypompowany, nie mający ani jednej własnej myśli w głowie. Ten 
nie będzie chyba chciał sprawiać sobie niepotrzebnie kłopotów. Ten nie jest niebezpieczny. 
Pozostają dwaj pijani idioci, którzy tam leŜą. Oczywiście, moŜna ich oddać w ręce policji i 
zaprzeczyć wszystkiemu, co Bork-hausen wyśpiewałby o umowie. Wobec zeznań członków 
partii, SS i HJ nikt takiemu nie uwierzy. A potem zamelduje się o całej sprawie gestapo. 
Wówczas moŜna by zupełnie legalnie dostać cześć tych rzeczy, których nie sposób zdobyć 
bez naraŜania się na niebezpieczeństwo. A poza tym jeszcze zyskać uznanie...
Nęcąca droga. Ale moŜe druga jest jeszcze lepsza: pozostawić wszystko tak. jak jest. 
Borkhausena i tego Enna przekabacić i odesłać z paroma markami. Na pewno nie wygadają. 
Mieszkanie zamknąć w takim stanie, jak jest, bez względu na ewentualny powrót Rosen-
thalowej. MoŜe potem da się coś zrobić. Czuje przecieŜ z całą pewnością, Ŝe kurs przeciwko 
śydom jeszcze się zaostrzy. A więc odczekać i mieć cierpliwość. MoŜe za pół roku będzie się 
robiło takie rzeczy, które dziś jeszcze nie przejdą. Tym razem oni. Persickowie, wygłupili się 
trochę. Wprawdzie nie będzie przeciwko nim Ŝadnego dochodzenia, ale w partii naskarŜą na 
nich. Uznano by ich za niezupełnie pewnych...
Baldur Persicke powiada: - Zgodziłbym się niemal wypuścić tych dwóch drabów. śal mi ich. 
panie radco sądowy, są to tylko małe złodziejaszki...
Ogląda się jest sam. Zarówno radca sądowy, jak i majster odeszli. Słusznie więc przewidział, 
Ŝe nie chcą mieć z tą sprawą nic wspólnego. Najmądrzejsze co mogli zrobić, co pozostało do 
zrobienia. On. Baldur. zrobi to samo. nawet jeśli bracia będą bardzo wymyślali.
Baldur wzdycha głęboko. śal mu zrezygnować z tych wszystkich pięknych rzeczy. Udaje się 
do kuchni, aby doprowadzić ojca do przytomności i przekonać braci, Ŝe naleŜy się wyrzec 
zdobyczy.
Na schodach radca sądowy mówi tymczasem do majstra Quangla, który bez słowa wyszedł za 
nim z mieszkania:
A gdyby pan miał kłopoty z powodu  Rosenlhalowej,  panie Ouangel, niech się pan zwróci do 
mnie.
-  CóŜ mnie obchodzi Rosenthalowa? Nie znam jej wcale! - protestuje Quangel.
-  A więc dobranoc, panie Quangel - i radca sądowy Fromm znika na schodach.
Otto Quangel otwiera drzwi do swego ciemnego mieszkania.
ROZDZIAŁ IX Nocna rozmowa u duanglów Zaledwie Quangel otworzył drzwi do sypialni, 
jego Ŝona, Anna. woła przestraszona: -- Nie zapalaj światła, ojcze! Truda śpi tutaj w twoim 
łóŜku, zrobiłam ci posłanie w pokoju na kanapie.
Dobrze. Anno - odpowiada Ouangel i dziwi go, Ŝe Truda musi koniecznie spać w jego łóŜku. 
Zazwyczaj ona sypiała na kanapie.
Dopiero gdy się rozebrał i leŜy juŜ pod kołdrą, odzywa się znowu: - Czy chcesz juŜ spać. 
Anno. czy teŜ pogadasz jeszcze ze mną?
Anna waha się przez chwilę, a potem odpowiada przez otwarte drzwi sypialni: - Jestem taka 
zmęczona i rozbita. Otto.
..A więc jest jeszcze zła na mnie. Dlaczego?" - myśli Otto Quangel. ale odpowiada tym 
samym tonem:
A więc śpij. Anno. dobrej nocy!
z s\pialni słyszy:   -  Dobranoc. Otto!
l Trudu teŜ szepce cicho:      Dobranoc, ojcze!
Dobranoc. Trudo - odpowiada bardzo zmęczony Quangel i kładzie się na bok. Opanowany 
jest tylko jedna myślą, aby jak najprędzej zaM-iac. Jest jednak przemęczony, tak jak moŜna 
być przeglodzonym. Sen nie chce się zjawić. Ouangel ma za sobą długi dzień, pełen nie 
kończących się wydarzeń, dzień, jakiego właściwie nie było jeszcze nigdy \\ z>ciu Ottona.
•Ale nie był to dzień odpowiadający jego Ŝyczeniom. NiezaleŜnie od tego. Ŝe wszystkie 
wydarzenia - oprócz zwolnienia ze stanowiska we Froncie Pracy - były niemiłe. Quangel 
nienawidzi niepokoju, konieczności rozmowy z najrozmaitszymi ludźmi, których, wszystkich 
razem \\zui\\szy, nie znosi. Quangel myśli o doręczonym przez panią Kluge liście z poczty 
polowej, zawiadamiającym o śmierci Ottona, o szpiclu Borkhausenie, który chciał go tak 
głupio wpakować, o korytarzu \\ fabryce mundurów z wiejącymi w przeciągu plakatami, o 
które Truda oparła głowę. Myśli teŜ o Ŝarnu-kowanym stolarzu Dollfussie. tym wiecznym 
palaczu papierosów. Na piersi brunatnego mówcy znów brzęczą medale i ordery, a teraz 
chwyta go w ciemności mocna, mała ręka emerytowanego radcy sądowego Fromma i 
popycha w stronę schodów. Tam. na bieliŜnie, stoi młody Persicke w błyszczących butach, 
postać jego rozwiewa się coraz bardziej, a w rogu stękają i jęczą obaj pokrwawieni pijacy.
Quangel znów się podrywa. O mało nie zasnął naprawdę. Jednak jest jeszcze coś, co 
przeszkadza mu w tym dniu, coś. co dokładnie słyszał i potem zapomniał. Siada na kanapie i 
nasłuchuje długo i uwaŜnie. Tak jest. nie przesłyszał się. Woła rozkazująco: - Anno!
 Anna odpowiada jękliwie, co zupełnie nie leŜy w jej charakterze: - Czego znów chcesz ode 
mnie, Otto? Czy wcale nie mogę juŜ mieć spokoju? Powiedziałam ci przecieŜ, Ŝe nie chcę 
więcej rozmawiać!
Quangel mówi dalej: - Dlaczego mam spać na kanapie, jeśli Truda śpi z tobą w łóŜku? Wobec 
tego moje łóŜko jest wolne?
Przez chwilę panuje tam głęboka cisza, a potem kobieta mówi niemal błagalnie: - AleŜ, ojcze, 
Truda śpi naprawdę w twoim łóŜku! LeŜę tu sama, a poza tym bolą mnie wszystkie stawy...
Przerywa jej: - Nie okłamuj mnie, Anno! Tam u was oddychają trzy osoby, dobrze to 
słyszałem. Kto śpi w moim łóŜku?
Cisza, długa cisza. Potem kobieta mówi zdecydowanie: - Nie pytaj za duŜo; czego nie wiem, 
to mnie nie obchodzi. Bądź lepiej cicho, Otto!
Ale on ciągnie niezłomnie dalej: - W tym mieszkaniu ja jestem panem. W tym mieszkaniu nie 
ma tajemnic przede mną. Dlatego, Ŝe ja za wszystko odpowiadam. Kto śpi w moim łóŜku?
Długa, nie kończąca się cisza. Potem mówi starczy, głęboki głos kobiecy:
-  To ja, panie Quangel, Rosenthalowa. śona pańska i pan nie będziecie mieli Ŝadnych 
kłopotów z mojego powodu. Ubiorę się i pójdę zaraz na górę!

Strona 19

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  Nie moŜe pani teraz iść do swojego mieszkania, pani Rosenthal. Persickowie są na górze i 
jeszcze paru drabów. Niech pani zostanie w moim łóŜku. A jutro rano, bardzo wcześnie, o 
szóstej albo o siódmej zejdzie pani na dół do starego radcy Fromma i zadzwoni do jego drzwi 
na parterze. On pani pomoŜe, powiedział mi to.
-  Serdecznie panu dziękuję, panie Quangel.
-  MoŜe pani podziękować radcy, nie mnie. Ja tylko wyrzucam panią z mojego mieszkania. 
No, a teraz na ciebie kolej, Trudo...
-  Ja teŜ mam chyba pójść, ojcze, co?
-  Tak, musisz. To była twoja ostatnia wizyta u nas. Wiesz dlaczego. MoŜe Anna odwiedzi cię 
kiedyś, ale wątpię. Gdy nareszcie wróci do rozsądku i porozmawiam z nią...
śona odzywa się niemal z krzykiem: - Nie ścierpie tego. To ja teŜ pójdę. MoŜesz zostać sam 
w swoim mieszkaniu! Myślisz tylko o własnym spokoju...
-  Tak jest! - przerywa jej ostro. -- Nie chcę nic niepewnego, a przede wszystkim nie chcę dać 
się wciągnąć w niepewne historie innych. Jeśli  będę musiał oddać głowę, to nie chcę jej dać 
za jakieś fidrygałki innych ludzi, ale dlatego, Ŝe zrobiłem coś, co chciałem zrobić. Nie mówię, 
Ŝe coś zrobię. Ale jeŜeli coś zrobię, to tylko z tobą, więcej z nikim, nawet z tak niiłą 
dziewczyną jak Truda ani ze starą bezbronną kobietą jak pani, pani Rosenthal. Nie twierdzę, 
Ŝe to jest słuszne, co robię. AJe inaczej nie potrafię. Taki jestem i nie chcę wcale być inny. 
Tak, a teraz chcę spać.
I Otto Quangel kładzie się ponownie. Jeszcze coś tam szepcą, ale nie przeszkadza mu to. 
Quangel wie, Ŝe stanie się według jego woli. Jutro rano jego mieszkanie będzie znowu czyste, 
a Anna teŜ będzie posłuszna. Koniec z tymi dzikimi historiami. Tylko on sam. On sam. Tylko 
on.
Zasypia, a kto zobaczyłby go teraz we śnie, mógłby zauwaŜyć, Ŝe Quangel się uśmiecha. 
Okrutny to uśmiech na twardej, suchej, ptasiej twarzy, okrutny, bojowy uśmiech - ale nie jest 
to zły uśmiech.
ROZDZIAŁ  X Co wydarzyło się w środę rano Wszystkie dotychczas opowiedziane fakty 
wydarzyły się pewnego wtorku. W środę rano bardzo wcześnie, między piątą a szóstą, pani 
Rosenthał w towarzystwie Trudy Baumann opuściła mieszkanie Quan-glów. Otto Quangel 
spał jeszcze mocno. Truda zaprowadziła bezradną, zupełnie zastraszoną panią Rosenthal, z 
Ŝółtą gwiazdą na piersiach, niemal do drzwi mieszkania Fromma. Potem cofnęła się o pół 
piętra w górę, mocno zdecydowana bronić tej kobiety nawet kosztem własnego Ŝycia i honoru 
przeciw któremuś z Persicków, gdyby się zjawił.
Truda obserwowała, jak pani Rosenthal naciska dzwonek. Niemal natychmiast otwarły się 
drzwi, jak gdyby ktoś juŜ tam stał i czekał. Zamieniono parę cichych słów, potem pani 
Rosenthal weszła do środka, drzwi zamknęły się, a Truda Baumann przeszła obok nich na 
ulicę. Brama była juŜ otwarta.
Obie kobiety miały szczęście; choć było jeszcze tak wcześnie, a wczesne wstawanie nie 
leŜało w zwyczaju Persicków, to jednak obaj esesmani o niecałe pięć minut wcześniej przeszli 
przez sień. Dzięki tym pięciu minutom kobiety uniknęły spotkania, które przy bezdennej 
głupocie i brutalności tych dwóch wyrostków nie mogło się skończyć inaczej jak fatalnie, 
przynajmniej dla pani Rosenthal.
- KaŜdy umiera... t. I  Obaj esesmani nie szli sami. Otrzymali rozkaz od brata Baldura, aby ] 
Borkhausena i Enna Klugego (Baldur przejrzał tymczasem jego papiery) wyprowadzić z 
domu do ich Ŝon. Obaj amatorzy-włamywacze byli w dalszym ciągu niemal zupełnie 
nieprzytomni z powodu nadmiaru wypitego alkoholu i otrzymanych ciosów. Baldurowi 
Persicke udało się jednak dać im do zrozumienia, Ŝe zachowali się jak świnie, i tylko wielkiej 
miłości bliźniego odczuwanej przez Persicków zawdzięczają, Ŝe   ; nie oddano ich 
natychmiast w ręce policji. Natomiast wszelkie gadulstwo nieuchronnie ich tam zaprowadzi. 
Poza tym niech się nigdy więcej j nie pokazują u Persicków i niech się nie odwaŜą poznawać 
któregoś j z nich. Gdyby jednak zdobyli się na czelność ponownego przyjścia do mieszkania 
Rosenthalowej, niewątpliwie wylądują w gestapo.
Wszystko to powtarzał im Baldur tak długo i z tak wieloma i pogróŜkami i wyzwiskami, aŜ 
doszedł do wniosku, iŜ tkwi to juŜ mocno w ich zidiociałych mózgach. Siedzieli naprzeciw 
siebie przy stole, i w półmroku mieszkania Persicków, mając między sobą nieustannie i 
gadającego, groŜącego i błyskającego okularami Baldura. Na kanapie rozwaliły się groźne i 
ciemne postacie obu esesmanów osnute dymem stale palonych papierosów. Borkhausen i 
Enno mieli niejasne uczucie, Ŝe stoją przed sądem, który grozi im wyrokiem śmierci. Chwiali 
się na krzesłach tam i z powrotem i próbowali zrozumieć, co do nich mówiono. W przerwach 
zasypiali, ale budziło ich natychmiast bolesne uderzenie pięści Baldura. Wszystko, co 
zaplanowali, zrobili, ścierpieli, zdawało im j się nieprawdziwą marą. Tęsknili tylko do snu i 
zapomnienia.
Wreszcie Baldur odesłał ich ze swymi braćmi. W kieszeniach mieli, nie wiedząc o tym, kaŜdy 
około pięćdziesięciu marek drobnymi. Baldur zdecydował się na tę nową, bolesną ofiarę, 
wskutek której sprawa „Rosenthal" stała się dla Persicków na razie deficytowym interesem. 
Ale Baldur powiedział sobie, Ŝe jeśli męŜczyźni wrócą do swych kobiet bez pieniędzy, rozbici 
i niezdolni do pracy, baby podniosą o wiele większy krzyk i bardziej będą wypytywały niŜ w 
wypadku, gdy pijane draby przyniosą im jakieś pieniądze. A liczył na to, Ŝe kobiety odnajdą 
pieniądze u męŜów będących w stanie takiego zamroczenia.
Starszy Persicke, który odprowadzał Borkhausena, był gotów ze] swoją robotą w ciągu 
dziesięciu minut. W ciągu tych dziesięciu minut pani Rosenthal dotarła do mieszkania 
Fromma, a Truda Baumann wyszła na ulicę. Esesman chwycił po prostu prawie niezdolnego 
do  poruszania się Borkhausena za kołnierz, przetaszczył go przez podwórze i posadził na 
ziemi przed jego mieszkaniem, po czym obudził Ŝonę mocnymi uderzeniami pięścią w drzwi. 
Gdy cofnęła się przeraŜona przed ponurą, groźną postacią, wrzasnął na nią: - Tu masz 
swojego draba! Wpakuj go do łóŜka! LeŜał u nas zalany na schodach i zarzygał wszystko!
Po tych słowach odszedł zostawiając resztę Otti. Dobrze się namęczyła, zanim rozebrała 
Emila i zaciągnęła go do łóŜka. Musiał jej przy tym pomóc starszy, „lepszy" pan, który 
jeszcze był jej gościem. Potem odesłała go mimo wczesnej godziny. Zabroniła mu równieŜ 
przychodzić ponownie; mogą się spotkać moŜe gdzieś w kawiarni, ale tutaj - nie, nigdy.
Otti bowiem ogarnął paniczny strach, gdy ujrzała esesmana Persicke przed swoimi drzwiami. 
Wiedziała od niejednej z koleŜanek, Ŝe ci czarni panowie zamiast płacić wysyłali kobiety do 
kacetu, jako jednostki aspołeczne i cierpiące na wstręt do pracy. Myślała, Ŝe w swojej ponurej 
suterenie moŜe prowadzić zupełnie nie rzucające się w oczy Ŝycie, a teraz przekonała się, Ŝe, 
jak wszyscy w tym czasie, była stale szpiclowana. Po raz setny w Ŝyciu przysięgała sobie 
poprawę. Postanowienie to ułatwiło jej jeszcze znalezione w kieszeni Emila czterdzieści 

Strona 20

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

osiem marek. Schowała pieniądze do pończochy i postanowiła poczekać, co Emil opowie o 
swych przygodach. W kaŜdym razie ona o pieniądzach nic nie wie.
Zadanie drugiego Persicke było znacznie trudniejsze, dlatego przede wszystkim, Ŝe droga 
była o wiele dłuŜsza; Klugowie bowiem mieszkali po drugiej stronie Friedrichshain. Enno był 
tak samo niezdolny do chodzenia jak Borkhausen, ale Persicke nie mógł go na ulicy 
prowadzić za kołnierz albo pod rękę. Pokazywać się w towarzystwie tego pobitego, pijanego 
człowieka było dla niego wielce przykre, poniewaŜ im mniej myślał o honorze swoim i 
innych, tym wyŜej stawiał honor swego munduru.
Rzeczą równie bezcelową było rozkazanie Klugemu, aby szedł tuŜ przed nim, poniewaŜ 
Kluge wykazywał stałą skłonność do siadania na ziemi, do potykania się, do chwytania się 
drzew i murów albo do ocierania się o przechodniów. Bezcelowe było kaŜde uderzenie 
pięścią, kaŜdy nawet bardzo ostry rozkaz. Po prostu ciało miał całkiem bezwładne, a ulice 
były juŜ zbyt oŜywione, aby „wyszlifować" Klugego  w taki sposób, Ŝeby jednak otrzeźwiał. 
Persickowi pot wystąpił na czoło, a mięśnie twarzy kurczyły się z wściekłości. Poprzysiągł 
sobie powiedzieć dokładnie tej małej, jadowitej ropusze, Baldurowi, co myśli o  takich 
poleceniach.
Musiał omijać główne ulice, nakładać drogi przez ciche, boczne zaułki. Wtedy chwytał 
Klugego pod ramię i niósł go często przez dwa, trzy odcinki od rogu do rogu, dopóki sił mu 
starczyło. RównieŜ duŜo kłopotu narobił mu przez jakiś czas pewien policjant, który, 
uwaŜając ten gwałtowny transport poranny za nieco podejrzany, szedł za nimi przez cały swój 
rewir i zmuszał przez to Persickego do łagodnego 1  troskliwego obchodzenia się z Klugem.
Persicke wywarł za to swą zemstę, kiedy dostał się nareszcie do Friedrichshain. Posadził 
Klugego za krzakiem na ławce i obrobił go tak, Ŝe Enno przez dziesięć minut leŜał zupełnie 
nieprzytomny. Ten mały, opanowany namiętnością do wyścigów człowieczek, którego nic na 
świecie prócz koni wyścigowych nie mogło zainteresować (przez całe Ŝycie zresztą znał je 
tylko z gazet), ta istota, która nie potrafiła odczuwać ani miłości, ani nienawiści, ten nierób, 
którego wszystkie zwoje słabowitego mózgu były zajęte jedynie tym, jak uniknąć prawdziwej 
pracy, Enno Kluge, ten blady, zadowalający się małym, bezbarwny człowieczek od czasu 
zetknięcia się z Persickami zachował w sercu paraliŜujący strach przed kaŜdym mundurem 
partyjnym.
Od tej chwili drętwiały jego dusza i ciało, gdy stykał się z ludźmi z partii.
Parę kopnięć w Ŝebra obudziło go z omdlenia, parę uderzeń w plecy kazało mu się ruszyć. 
Dreptał więc przed swoim dręczycielem, zalękniony jak zbity pies, do mieszkania Ŝony. Ale 
drzwi były zamknięte: listonosz Ewa Kluge, która w nocy zwątpiła w swojego syna, a przez 
to i o swoim Ŝyciu, udała się na zwykły obchód z listem do syna Maksa w kieszeni, ale ze 
znikomym ładunkiem nadziei i wiary w sercu. Oddawała pocztę jak przez wiele lat, było to 
jednak lepsze niŜ gdyby bezczynnie siedziała w domu, zdana na pastwę ponurych myśli.
Gdy Persicke przekonał się, Ŝe kobiety rzeczywiście nie ma w domu, zadzwonił do sąsiednich 
drzwi, przypadkowo do drzwi tej samej pani Gesch, która poprzedniego wieczora kłamstwem 
ułatwiła Ennowi wejście do mieszkania Ŝony. Persicke po prostu wepchnął ten obraz nędzy i 
rozpaczy w ramiona pani Gesch i powiedział: - No! Niech się pani troszczy o tego draba, tu 
chyba jest jego miejsce! - I poszedł.
Pani Gesch postanowiła sobie nigdy więcej nie wtrącać się w sprawy Kługów. Ale tak wielka 
była potęga esesmana i strach kaŜdego Niemca przed nim, Ŝe przyjęła Klugego bez sprzeciwu 
do swego mieszkania, posadziła go przy stole kuchennym i postawiła przed nim kawę i chleb, 
jej mąŜ poszedł juŜ do pracy. Pani Gesch widziała, jak bardzo wycieńczony jest mały Kluge, 
zorientowała się teŜ z jego twarzy, podartej koszuli i plam na płaszczu, Ŝe były to ślady 
długotrwałego bicia. PoniewaŜ jednak esesman przekazał Klugego jej właśnie, nie waŜyła się 
zadać ani jednego pytania. Co więcej, wolałaby go wyrzucić na schody, niŜ usłyszeć 
sprawozdanie o jego przygodach. Nie chciała nic wiedzieć. Jeśli nic nie wiedziała, nie mogła 
teŜ nic powiedzieć, nie mogła się wygadać, a więc nie mogła sprowadzić na siebie 
nieszczęścia.
Kluge jadł Ŝując powoli chleb i pił kawę. Przy tym ciekły mu po twarzy wielkie łzy bólu i 
wyczerpania. Geschowa w milczeniu od czasu do czasu badawczo spoglądała na niego z 
boku. Potem, gdy nareszcie skończył, zapytała: - No, a gdzie pan teraz chce pójść? Pańska 
Ŝona pana nie przyjmie, przecieŜ pan wie o tym.
Nie odpowiadał, patrząc tylko tępo przed siebie.
-  A u mnie teŜ pan nie moŜe zostać. Po pierwsze Gustaw na to nie pozwoli, a poza tym nie 
mam ochoty zamykać wszystkiego przed panem. Dokąd więc pan pójdzie?
Znów nie odpowiedział.
Geschowa powiedziała gorączkowo: - Wysadzę więc pana za drzwi, na schody! I to zaraz, z 
miejsca! Albo...
Odezwał się z trudem: - Tutti - stara przyjaciółka... i znowu zapłakał.
-  O BoŜe, co za szmata! - powiedziała Geschowa z pogardą - od razu się tak rozmazywać, jak 
coś nawali! A więc Tutti - jakŜe ona się nazywa naprawdę i gdzie mieszka?
Po dłuŜszym wypytywaniu i groźbach dowiedziała się, Ŝe Enno Kluge nie zna właściwego 
nazwiska Tutti, wierzy jednak, Ŝe znajdzie jej mieszkanie.
-  No więc! - powiada Geschowa. - Ale w takim stanie nie moŜe pan sam pójść, kaŜdy 
policjant pana zatrzyma. Zaprowadzę pana. A jeśli adres nie będzie się zgadza], zostawię 
pana na ulicy. Nie mam czasu na długie szukanie. Muszę pracować.
śebrał: - Przedtem chwilę pospać!
 L Zdecydowała się po krótkim namyśle. - Ale nie dłuŜej niŜ godzinkę!  ] Punktualnie za 
godzinę odjazd! Niech się pan połoŜy tam na kanapie, przykryję pana.
Jeszcze nie zdąŜyła podejść do niego z kołdrą, kiedy juŜ mocno  zasnął.
Stary radca sądowy Fromm osobiście otworzył pani Rosenthal. l Zaprowadził ją i posadził w 
fotelu w swoim gabinecie, którego ściany były od góry do dołu zastawione ksiąŜkami. Paliła 
się lampa, otwarta ksiąŜka leŜała na stole. Starszy pan przyniósł teraz tacę z dzbanuszkiem 1 
herbaty i filiŜanką, z cukrem i dwoma cienkimi kromkami chleba l i powiedział do 
przeraŜonej kobiety: - Proszę, niech pani przedtem zje śniadanie, pani Rosenthal, potem 
porozmawiamy! - A gdy chciała wtrącić przynajmniej słowo podziękowania, dodał 
przyjaźnie: - Proszę, ] niech pani naprawdę przedtem zje. Niech się pani czuje jak u siebie w 
domu... I ja zrobię to samo!
Wziął ksiąŜkę leŜącą obok lampy i zaczai czytać, przy czym lewą ręką zupełnie machinalnie 
gładził białą brodę. Zdawało się, Ŝe zapomniał o swym gościu. •
Powoli wystraszonej starej śydówce wróciło nieco otuchy. Od miesięcy Ŝyła w strachu i 
nieładzie, wśród spakowanych rzeczy, stale w oczekiwaniu brutalnej napaści. Od miesięcy nie 

Strona 21

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

znała ani domu, ani] spokoju, ani ciszy, ani zadowolenia. A teraz siedziała u tego starszego 
pana, którego chyba nigdy przedtem nie spotkała na schodach, a Ŝel ścian patrzyły na nią 
jasno- i ciemnobrązowe, liczne w skórę oprawione tomy ksiąŜek. W pokoju przy oknie stało 
wielkie mahoniowe biurko, meble takie, jakie sama posiadała w pierwszym okresie swego 
małŜeństwa, a nieco zdeptany, ale puszysty dywan leŜał na podłodze. A w dodatku jeszcze ten 
starszy, czytający pan, który bez przerwy gładzi swoją bródkę, dokładnie taką bródkę, jaką 
miało wielu śydów, i nosi długi szlafrok, przypominający nieco chałat jej ojca.
Wydawało się jej, Ŝe za jakimś magicznym zaklęciem zginął nagle cały ten świat brudu, krwi 
i łez, a ona Ŝyje znowu w czasach, kiedy byli jeszcze szanowanymi, powaŜanymi ludźmi, a 
nie robactwem, które kaŜdy miał obowiązek tępić.
Machinalnie przygładziła włosy, twarz mimo woli przybrała inny wyraz. Jednak był jeszcze 
pokój na świecie, nawet tutaj, w Berlinie.
- Jestem panu bardzo wdzięczna, panie radco sądowy - powiedziała. Nawet głos jej brzmiał 
inaczej, mocniej.
Szybko podniósł głowę znad ksiąŜki: - Proszę, niech pani wypije herbatę, póki gorąca. I niech 
pani zje chleb. Mamy jeszcze duŜo czasu, nie zaniedbamy niczego.
I znów czytał. Posłusznie wypiła herbatę i jadła chleb, mimo Ŝe chętniej rozmawiałaby z tym 
starszym panem. Ale chciała być posłuszna, nie chciała zakłócić spokoju jego mieszkania. 
Znów rozejrzała się dokoła. Nie, to wszystko musi zostać tak, jak było dotychczas. Ona nie 
sprowadzi tutaj niebezpieczeństwa. (Trzy lata później bomba miała zniszczyć ten dom 
doszczętnie, a wypielęgnowany starszy pan miał umrzeć w piwnicy w powolnych 
męczarniach...)
Stawiając pustą filiŜankę na tacy, powiedziała: - Pan jest bardzo dobry dla mnie, panie radco 
sądowy, i bardzo odwaŜny. Ale nie chcę niepotrzebnie sprowadzać na pana i na pańskie 
domostwo niebezpieczeństwa. To wszystko przecieŜ nic nie pomoŜe. Wrócę do swego 
mieszkania.
Starszy pan patrzy na nią uwaŜnie. A teraz zaprowadził ją - poniewaŜ wstała - znów do fotela: 
- Proszę, niech pani siada jeszcze na chwilę, pani Rosenthal!
Uczyniła to, ociągając się. - Panie radco, ja rzeczywiście traktuję na serio to, co 
powiedziałam.
- Proszę, niech mnie pani przedtem wysłucha. RównieŜ ja traktuję powaŜnie to, co chcę pani 
powiedzieć. JeŜeli więc chodzi o niebezpieczeństwo, które pani na mnie sprowadza, to przez 
całe Ŝycie, odkąd uprawiam swój zawód, byłem w niebezpieczeństwie. Mam nad sobą 
władczynię, której muszę słuŜyć, która mną rządzi. Mną, panią, światem, nawet tym światem 
tu wokół nas. Tą władczynią jest sprawiedliwość. Wierzyłem w nią zawsze i wierzę jeszcze 
dzisiaj, sprawiedliwość uczyniłem jedyną wytyczna mojego działania...
Mówiąc to chodził cicho po pokoju tam i z powrotem z rękami na plecach, pozostając jednak 
stale w kręgu widzenia pani Rosenthal. Słowa spływały z jego warg spokojnie i beznamiętnie, 
mówił o sobie, jak o byłym, właściwie juŜ nie istniejącym człowieku. Pani Rosenthal słuchała 
z napięciem kaŜdego jego słowa.
- Ale - mówił dalej radca - mówię o sobie, zamiast mówić o pani; to takie złe 
przyzwyczajenie ludzi samotnych. Niech mi pani wybaczy  - jeszcze słówko na temat 
niebezpieczeństwa. Otrzymywałem listy : z pogróŜkami - przez dziesięć lat, dwadzieścia, 
trzydzieści lat... I cóŜ, pani Rosenthal - siedzę tutaj, stary człowiek, i czytam swego Plutarcha. 
i Niebezpieczeństwo jest dla mnie niczym, nie przestrasza mnie, niel ogarnia ani mego 
mózgu, ani serca. NiechŜe pani nie mówi o niebezpieczeństwie, pani Rosenthal...
-  Ale dzisiejsi ludzie są inni - sprzeciwia się pani Rosenthal.
-  CzyŜ nie mówię pani, Ŝe te pogróŜki były dziełem zbrodniarzy i ich wspólników? A więc - 
uśmiechnął się z lekka - to nie są inni ludzie. Dziś jest ich nieco więcej, a inni stali się nieco 
bardziej tchórzliwi, ale sprawiedliwość pozostała ta sama i mam nadzieję, Ŝe oboje doŜyjemy 
jeszcze jej zwycięstwa.
Przez chwilę stał wyprostowany, potem podjął swoją wędrówkę. Powiedział cicho: - A 
zwycięstwo sprawiedliwości nie będzie zwycięstwem narodu niemieckiego!
Po chwili milczenia zaczął lŜejszym tonem: - Nie! Nie moŜe pani wrócić do swego 
mieszkania. Persickowie byli tam dziś w nocy, wie pani, -ci z partii, którzy mieszkają nade 
mną. Mają teraz klucze od mieszkania, a pani dom znajduje się z pewnością pod ich stałą 
obserwacją. Tam zupełnie niepotrzebnie znalazłaby się pani na pewno w niebezpieczeństwie.
-  Ale muszę tam być, kiedy mój mąŜ wróci! - prosiła błagalnie pani Rosenthal.
-  Pani mąŜ - powiedział radca sądowy Fromm, przyjaźnie ją uspokajając - pani mąŜ nie moŜe 
tymczasem pani odwiedzić. Przebywa obecnie w więzieniu śledczym w Moabicie pod 
zarzutem nieujawnienia swego majątku za granicą. Jest więc bezpieczny, jak długo uda się: 
podtrzymać zainteresowanie prokuratury i władz skarbowych w tej materii.
Stary radca uśmiechnął się łagodnie, przyjrzał się uspokajająco pani Rosenthal, a następnie 
podjął znów swoją wędrówkę.
-  Ale skąd pan o tym wie? - zawołała pani Rosenthal. Zrobił uspokajający ruch ręką. - Stary 
sędzia słyszy często o tym i owym, nawet jeśli juŜ nie jest na swoim stanowisku. Zainteresuje 
panią równieŜ to, Ŝe pani mąŜ ma dzielnego adwokata i dostaje stosunkowo niezłe 
wyŜywienie. Nazwiska ani adresu adwokata nie podam pani, poniewaŜ nie Ŝyczy on sobie 
Ŝadnych wizyt w związku z tą sprawą...
-  Ale moŜe mogłabym odwiedzić mego męŜa w Moabicie! - zawołała pani Rosenthal 
podniecona. - Mogłabym mu zanieść świeŜą bieliznę _ któŜ tam dba o jego bieliznę? I 
przybory toaletowe, i moŜe coś do jedzenia...
-  Droga pani Rosenthal - powiedział emerytowany radca sądowy i połoŜył swoją starczą dłoń 
z nabrzmiałymi niebieskimi Ŝyłami na jej ramieniu. - Nie moŜe pani odwiedzać swego męŜa, 
tak samo jak on nie moŜe odwiedzać pani; pani starania nic mu nie pomogą, poniewaŜ nie 
dostanie się pani do niego, a sobie tylko zaszkodzi.
Popatrzył na nią. Nagle jego oczy przestały się uśmiechać, a głos zabrzmiał surowo. 
Zrozumiała, Ŝe ten mały, łagodny i dobrotliwy człowiek postępuje według niezłomnego 
prawa istniejącego w nim samym, chyba według nakazów tej sprawiedliwości, o której 
uprzednio mówił.
-  Pani Rosenthal! - powiedział cicho -jest pani moim gościem - tak długo, jak długo zechce 
się pani podporządkować zasadom gościnności, o których zaraz powiem kilka słów. Oto 
pierwsze przykazanie gościnności: jeśli będzie pani działała samowolnie, jeśli choć raz, jeden 
jedyny raz drzwi tego mieszkania zamkną się za panią, nie otworzą się dla pani nigdy więcej; 
nazwisko pani i pani męŜa wygaśnie na zawsze z mojej pamięci! Czy pani mnie zrozumiała?
Zmarszczył lekko czoło i popatrzył na nią przenikliwie.

Strona 22

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

- Tak! - szepnęła cicho.
Teraz dopiero zdjął rękę z jej ramienia. Jego ściemniałe powagą oczy ' rozjaśniły się 
ponownie, powoli zaczął znów krąŜyć po pokoju. - Proszę panią - kontynuował łagodniej - o 
nieopuszczanie w ciągu dnia pokoju, który pani zaraz wskaŜę, i o niezatrzymywanie się tam 
przy oknie. Moja słuŜąca jest wprawdzie niezawodna, ale... - przerwał zniechęcony, spojrzał 
na ksiąŜkę pod lampą, a potem mówił dalej: - Niech pani spróbuje tak jak ja zamienić noc w 
dzień. Dostarczę pani co dzień środka nasennego, w jedzenie będę panią zaopatrywał nocą. 
Czy zechce pani teraz pójść za mną?
Wyszła za nim na korytarz. Była teraz znów trochę zmieszana i przestraszona, gospodarz 
zmienił się tak bardzo. Powiedziała sobie jednak zupełnie słusznie, Ŝe starszemu panu droga 
jest ponad wszystko jego cisza i Ŝe odzwyczaił się od stosunków z ludźmi. Był zmęczony jej 
osobą i tęsknił znów do swojego Plutarcha.
Radca otworzył przed nią jakieś drzwi, zapalił światło. - śaluzje są spuszczone - powiedział -
jest tu teŜ zaciemnienie. Proszę, niech pani to tak zostawi, poniewaŜ ktoś z oficyny mógłby 
panią zobaczyć. Myślę, Ŝe znajdzie pani tu wszystko, czego jej potrzeba.
Przez chwilę pozwolił jej przyjrzeć się temu jasnemu, wesołemu pokojowi z meblami z 
brzozowego drewna, toaletka na wysokich nóŜkach i łóŜkiem z baldachimem z kretonu w 
kwiatki. Sam patrzał na ten pokój jak na coś, czego dawno nie widział i co znów poznawał. 
Potem powiedział z głęboką powagą:
- To jest pokój mojej córki. Umarła w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym trzecim - nie tu, 
nie tu! Niech się pani nie obawia!
Podał jej prędko rękę. - Nie zamykam pokoju, pani Rosenthal - powiedział - ale proszę o 
natychmiastowe zaryglowanie drzwi od wewnątrz. Czy pani ma zegarek przy sobie? Dobrze! 
O dziesiątej wieczorem zapukam do pani. Dobranoc!
Poszedł. W drzwiach odwrócił się jeszcze raz: - W najbliŜszych dniach będzie pani bardzo 
samotna, pozostawiona samej sobie, pani Rosenthal. Niech pani spróbuje się do tego 
przyzwyczaić. Być samotnym - to moŜe oznaczać równieŜ coś bardzo dobrego. I niech pani 
nie zapomina: chodzi o kaŜdego, kto przeŜyje, równieŜ o panią. Właśnie o panią! Niech pani 
pamięta o zaryglowaniu!
Odszedł tak cicho, tak lekko zamknął drzwi za sobą, Ŝe za późno się spostrzegła, iŜ nie 
Ŝyczyła mu dobrej nocy ani nie podziękowała. Podeszła szybko do drzwi, ale zmieniła 
zamiar. Zasunęła tylko rygiel, potem upadła na najbliŜsze krzesło, a nogi jej drŜały. Z lustra 
toaletki patrzyła na nią blada twarz, nabrzmiała od łez i czuwania. Skinęła powoli, smutno tej 
twarzy.
„To ty jesteś Sara - powiedziało coś w niej - Lora, zwana teraz Sara. Byłaś dzielną kupcową, 
zawsze w ruchu. Miałaś pięcioro dzieci. Jedno Ŝyje w Danii, jedno w Anglii, dwoje w USA, a 
jedno leŜy tu, na Ŝydowskim cmentarzu przy Schoenhauser Allee. Nie jesteś zła, kiedy 
nazywają cię Sara. Z Lory coraz bardziej robiła się Sara: mimo woli zrobili i mnie córą 
mojego narodu, tylko córą. On jest dobrym, miłym starszym panem, ale taki obcy, taki obcy... 
Nie mogłabym nigdy z nim naprawdę tak mówić, jak mówiłam z Zygfrydem. Myślę, Ŝe jest 
zimny. Mimo Ŝe jest dobrotliwy, jest zimny. Nawet jego dobroć jest zimna. To czyni prawo, 
któremu podlega: sprawiedliwość. Ja podlegałam tylko  jednemu prawu, które kazało mi 
kochać męŜa i dzieci, pomagać im kroczyć naprzód przez Ŝycie. A teraz siedzę tu u tego 
starego człowieka i wszystko, czym byłam, opadło ze mnie. To jest samotność, o której 
mówił. Nie ma teraz jeszcze wpół do siódmej, a nie zobaczę go przed dziesiątą wieczór. 
Piętnaście i pół godziny sama ze sobą - czego dowiem się jeszcze o sobie, o czym nie 
wiedziałam dotychczas? Boję się, tak bardzo się boję! Myślę, Ŝe będę krzyczała, nawet we 
śnie będę krzyczała ze strachu! Piętnaście i pół godziny! Te pół godzinki mógłby jeszcze 
posiedzieć ze mną. Ale chciał koniecznie czytać swoją starą ksiąŜkę. Mimo jego dobroci 
ludzie dla niego nic nie znaczą, dla niego tylko sprawiedliwość coś znaczy. Robi to, poniewaŜ 
ona od niego tego Ŝąda, a nie ze względu na mnie. A to miało by wartość dla mnie dopiero 
wtedy, gdyby zrobił to ze względu na mnie."
Powoli kiwa głową do zniekształconego zmartwieniem oblicza Sary w lustrze. Ogląda się na 
łóŜko. „Pokój mojej córki, umarła w tysiąc dziewięćset trzydziestym trzecim roku. Nie tu! 
Nie tu!" - przebiega jej przez myśl. Wzdryga się. „Jak on to powiedział. Na pewno jego córka 
umarła teŜ przez nich - ale on nigdy o tym nie będzie mówił, a ja nie odwaŜę się go o to 
zapytać. Nie, nie mogę spać w tym pokoju, jest straszliwy, nieludzki. Niech mi da komórkę 
swojej słuŜącej, łóŜko jeszcze ciepłe od ciała prawdziwego człowieka, który w nim spał. 
Nigdy nie będę mogła tutaj spać. Mogę tu tylko krzyczeć..."
Dotyka tubek i pudełek na toaletce. Zaschnięte kremy, skruszały puder, zzieleniałe pomadki 
do ust - a tamta nie Ŝyje od tysiąc dziewięćset trzydziestego trzeciego roku. Siedem lat. Muszę 
coś zrobić. Jak to coś mnie gna - to strach! Teraz, kiedy dotarłam do tej wyspy pokoju, wyłazi 
strach. Muszę coś zrobić. Nie mogę być tak sama ze sobą.
Grzebie w swojej torebce. Znajduje papier i ołówek. „Napiszę do dzieci. Do Gerty w 
Kopenhadze, do Ewy w Ilfordzie, do Bernarda i Stefana w Brooklynie. Ale to nie ma sensu, 
poczta juŜ nie działa, jest wojna. Napiszę do Zygfryda. W jakiś sposób przemycę list do 
Moabitu. MoŜe ta stara słuŜąca jest naprawdę niezawodna? Radca nie powinien nic 
zauwaŜyć, dam jej pieniądze albo klejnoty. Mam jeszcze dosyć."
Wyciągnęła je z torebki, połoŜyła przed sobą. Zapakowane w paczki pieniądze, kosztowności. 
Wzięła bransoletkę do ręki. „Tę podarował mi Zygfryd, kiedy urodziłam Ewę. To był mój 
pierwszy poród, tyle musiałam się nacierpieć! JakŜe się śmiał, kiedy zobaczył dziecko! 
Brzuch  mu się trząsł ze śmiechu. Wszyscy musieli się śmiać, kiedy oglądali to dziecko z 
czarnymi loczkami na całej głowie i grubymi wargami. Białe Murzyniątko - mówili. Mnie 
Ewa wydawała się ładna. Wtedy podarował mi tę bransoletkę. Kosztowała duŜo, zapłacił za 
nią wszystkie zarobione w «białym tygodniu» pieniądze. Byłam bardzo dumna, Ŝe zostałam 
matką. Bransoleta była dla mnie bez znaczenia. A teraz Ewa ma juŜ trzy dziewczynki, a jej 
Harriet ma dziewięć lat. Czy często myśli o mnie, tam w Ilfordzie? Ale cokolwiek myśli, nie 
będzie sobie mogła wyobrazić, Ŝe jej matka siedzi tutaj, w tym pokoju śmierci, u sędziego 
Fromma, który jest posłuszny tylko sprawiedliwości. Zupełnie sama ze sobą..."
PołoŜyła bransoletkę, wzięła pierścień. Przez cały dzień siedziała nad tymi rzeczami, 
mruczała coś do siebie, czepiała się przeszłości, nie j chciała myśleć o tym, kim była dzisiaj.
Chwilami ogarniały ją napady dzikiego strachu. Raz była juŜ przy drzwiach, powiedziała do 
siebie: „Gdybym tylko wiedziała, Ŝe nie męczą człowieka długo, Ŝe zrobią to prędko i 
bezboleśnie, poszłabym do nich. Nie wytrzymam juŜ dłuŜej tego czekania, a zresztą jest ono 
prawdopodobnie zupełnie daremne. Pewnego dnia i tak mnie dostaną. Dlaczego chodzi o 
kaŜdego, kto przeŜyje? Dlaczego właśnie o mnie? Dzieci coraz rzadziej będą o mnie myślały, 

Strona 23

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

wnukowie wcale nie. Zygfryd tam w Moabicie prędko umrze. Nie wiem, co radca sądowy 
rozumiał przez to, muszę go dziś wieczorem zapytać. Ale prawdopodobnie znów się 
uśmiechnie i powie coś, z czym nie będę wiedziała, co robić, poniewaŜ dziś jeszcze jestem 
prawdziwym człowiekiem, Ŝywym człowiekiem z krwi i kości, zestarzałą Sara".
Oparła się ręką o toaletkę, ponuro oglądała swoją twarz całą w sieci zmarszczek, które 
wyrysowały troska, strach, nienawiść i miłość. Potem wróciła do stołu, do klejnotów. Liczyła 
pieniądze raz po raz, po to tylko, aby spędzić czas, potem próbowała uporządkować banknoty 
według serii i numerów. Od czasu do czasu dopisywała teŜ zdanie w liście do męŜa. Ale to 
nie był list, tylko parę pytań: jak mieszka, co dostaje do jedzenia, czy nie mogłaby się 
troszczyć o jego bieliznę? Małe, niewinne" pytania. A poza tym: jej powodzi się dobrze, jest 
bezpieczna.
Nie, Ŝadnego listu! Bezsensowna, niepotrzebna gadanina, a w dodatku nieprawda. Nie była 
bezpieczna. Nigdy jeszcze w ostatnich przeraźliwych miesiącach nie czuła się w tak wielkim 
niebezpieczeństwie jak  w tym cichym pokoju. Wiedziała, Ŝe musi się tutaj zmienić, nie zdoła 
uciec przed samą sobą. I bała się tego, co moŜe się z nią stać. MoŜe będzie musiała później 
ścierpieć i znieść coś jeszcze straszniejszego, ona, która wbrew swojej woli zamieniła się juŜ 
z Lory w Sarę.
Potem połoŜyła się jednak na łóŜku, a kiedy o dziesiątej gospodarz zapukał do drzwi, spała 
tak mocno, Ŝe nie słyszała. Otworzył ostroŜnie drzwi kluczem, który odsuwał rygiel, a kiedy 
zobaczył śpiącą, skinął głową i uśmiechnął się. Przyniósł tacę zjedzeniem, postawił ją na 
stole, odsunął przy tym na bok klejnoty i pieniądze, skinął ponownie i uśmiechnął się znowu. 
Cicho wyszedł z pokoju, zasunął rygiel z powrotem. Pozwolił jej spać.
W ten sposób pani Rosenthal w ciągu pierwszych trzech dni swego „aresztu ochronnego" nie 
widziała Ŝywego człowieka. Przesypiała stałe noc, aby obudzić się znowu do straszliwego, 
opanowanego strachem dnia. Czwartego dnia, na wpół oszalała z lęku, coś jednak uczyniła...
ROZDZIAŁ XI Jest jeszcze ciągle środa Geschowa nie mogła się jednak przemóc, aby po 
godzinie obudzić człowieka śpiącego na jej kanapie. Był tak poŜałowania godzien, gdy spał 
snem wyczerpanego do szczętu, a plamy na twarzy zaczynały przybierać kolor czerwonosiny. 
Wysunął dolną wargę naprzód jak smutne dziecko, czasem drŜały mu powieki, a pierś 
wznosiła się od cięŜkiego westchnienia, jak gdyby miał zamiar zapłakać we śnie.
Kiedy obiad był gotowy, obudziła go i dała mu jeść. Zamruczał coś jak podziękowanie. Jadł 
jak wilk, rzucając przy tym na nią spojrzenia, ale nie mówił ani słowa o tym, co się stało.
Wreszcie powiedziała: - Tak, nie mogę panu dać więcej, bo nie starczy dla Gustawa. Niech 
się pan połoŜy na kanapie i jeszcze trochę pośpi. Ja potem sama z pańską Ŝoną...
Znów zamruczał niezrozumiale: zgodę czy odmowę. Ale połoŜył się posłusznie na kanapie, a 
w chwilę później na nowo mocno zasnął.
Gdy wieczorem pani Gesch usłyszała otwierające się drzwi sąsiadki, podeszła cicho i 
zapukała. Ewa Kluge otworzyła natychmiast, ale  stanęła w ten sposób, Ŝe zatarasowała 
wejście. - No, i co? - zapytała wrogo.
-  Przepraszam, pani Kluge - zaczęła Geschowa - Ŝe jeszcze raz pani przeszkadzam. Ale pani 
mąŜ leŜy tam u mnie. Taki facet z SS przywlókł go dziś rano, ledwie pani wyszła.
Ewa Kluge trwa we wrogim milczeniu, a Geschowa mówi dalej:
- Pięknie go urządzili, nie ma miejsca na ciele, gdzie by nie oberwał. Pani mąŜ moŜe być, jaki 
chce, ale nie moŜe mu pani teraz pokazać drzwi. Niech pani go sobie tylko obejrzy, pani 
Kluge.
Ewa powiedziała niezłomnie: - Ja nie mam juŜ męŜa, pani Gesch. Powiedziałam pani, Ŝe nie 
chcę o nim nic więcej słyszeć.
l chciała wrócić do mieszkania. Geschowa powiedziała gorliwie:
- Niech się pani tak nie spieszy, pani Kluge. Ostatecznie jest to pani mąŜ i miała pani z nim 
dzieci...
-  Z tego jestem szczególnie dumna, pani Gesch. Szczególnie z tego.
-  Nie moŜna być tak nieludzką, pani Kluge, a to, co pani chce zrobić -   jest  nieludzkie.  Pani 
mąŜ nie moŜe w tym stanie pokazać się na ulicy.
-  Czy to, co robił ze mną przez długie lata, było ludzkie? Dręczył mnie, zmarnował mi całe 
Ŝycie, a w końcu zabrał mi jeszcze mojego ulubieńca. I mam być w stosunku do niego ludzka 
tylko dlatego, Ŝe dostał cięgi od SS? Ani mi się śni! Jego Ŝadne cięgi nie zmienią!
Po tych słowach, wypowiedzianych ze złością i gwałtownie, pani Kluge po prostu zamknęła 
Geschowej drzwi przed nosem, przecinając w ten sposób jej wywody. Nie mogła wprost 
wytrzymać dalszej gadaniny. Gdyby tak dalej poszło, przyjęłaby moŜe męŜa, aby uniknąć 
gadania, i Ŝałowałaby tego potem przez całe Ŝycie.
Usiadła na krześle kuchennym, wpatrzyła się w niebieskie płomyki gazu i myślała o 
minionym dniu. Od chwili gdy oświadczyła kierownikowi urzędu, Ŝe pragnie wystąpić z 
partii, i to natychmiast, było wiele gadania. Przede wszystkim zwolnił ją z dzisiejszego 
obchodu, a potem zaczęło się przesłuchiwanie. Około południa wypłynęło dwóch cywilów z 
teczkami i wypytywali ją. Miała opowiedzieć o swoim całym Ŝyciu, o rodzicach, rodzeństwie, 
małŜeństwie...
Z początku mówiła zupełnie chętnie, zadowolona, Ŝe nie pytają jej o powody wystąpienia z 
partii, ale potem kiedy miała opowiedzieć o swoim małŜeństwie, zaczęła się opierać, 
sprzeciwiać. Po małŜeństwie  przyjdzie kolej na dzieci, a nie mogłaby opowiadać o 
Karlemannie tak, aby te chytre lisy nie zmiarkowały, Ŝe tu coś nie jest w porządku.
Nie, o tym nic nie powie. Jej małŜeństwo i jej dzieci nikogo nic nie obchodzą.
Ale ci ludzie byli uparci. Znali wiele dróg. Jeden z nich sięgnął do teczki i zaczął przeglądać 
jakiś dokument. Chciałaby wiedzieć, co to za dokument: o niej nie mogło być takiego 
dokumentu w policji kryminalnej. ZauwaŜyła przecie, Ŝe ci cywile mieli w sobie coś z policji.
Potem znów zaczęli pytać i teraz okazało się, Ŝe w dokumencie musi być coś o Ennie. Bo 
teraz pytano ją o jego choroby, jego wstręt do pracy, jego namiętność do wyścigów i jego 
kobiety. Zaczęło się znów zupełnie niewinnie, potem nagle zauwaŜyła niebezpieczeństwo, 
zamknęła mocno . usta i nie powiedziała nic więcej.
Nie, i to była jej prywatna sprawa. To nikogo nic nie obchodzi. Jej stosunki z męŜem to była 
tylko jej sprawa. Poza tym Ŝyła z męŜem w separacji. I tu ją znów złapali. Od jak dawna Ŝyje 
z nim w separacji? Kiedy widziała go po raz ostatni? Czy jej Ŝyczenie wystąpienia z partii 
wiąŜe się moŜe z męŜem?
Potrząsnęła tylko głową. Ale pomyślała ze zgrozą o tym, Ŝe prawdopodobnie przesłuchają 
Enna, a z tej szmaty w ciągu pół godziny wycisną wszystko. Wtedy stanie przed wszystkimi 
naga w swojej hańbie, o  której dotychczas wiedziała tylko ona.
-  Prywatne! Zupełnie prywatne!...

Strona 24

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Zatopiona w myślach Ewa Kluge, przypatrująca się migotaniu 1  drŜeniu niebieskiego 
płomyczka gazowego, nagle wzdryga się wystraszona. Popełniła przedtem gruby błąd. 
Powinna była Ennowi dać pieniądze na parę tygodni i wskazówkę, aby ukrył się u jednej ze 
swych przyjaciółek.
Dzwoni do Geschowej: - Niech pani słucha, pani Gesch. Namyśliłam się, chciałabym 
przynajmniej parę słów zamienić z moim męŜem! Teraz, kiedy Ewa jej ustąpiła, Geschowa 
wpada w złość:
-  Trzeba było się przedtem zastanowić. Pani mąŜ poszedł juŜ dobre dwadzieścia minut temu. 
Spóźniła się pani!
-  A dokąd poszedł, pani Gesch?
-  SkądŜe mam to wiedzieć? PrzecieŜ pani go wyrzuciła! Poszedł chyba do jednej ze swoich 
bab!
-  Czy nie wie pani, do której? Proszę, niech mi pani to powie, pani Gesch! To naprawdę jest 
bardzo waŜne...
-  Nagle takie waŜne! - Geschowa dodaje niechętnie: - Mówił coś o jakiejś Tutti.
-  Tutti? - zapytuje - to znaczy chyba Truda, Gertruda. Czy nie zna pani jej nazwiska, pani 
Gesch?
-  Sam go nie znał! Nie wiedział nawet dokładnie, gdzie ona mieszka, myślał tylko, Ŝe ją 
odszuka. Ale w tym stanie, w jakim ten człowiek się znajduje...
-  MoŜe jeszcze kiedy wróci - powiada pani Ewa Kluge z namysłem - niech go pani wtedy do 
mnie przyśle. W kaŜdym razie bardzo pani dziękuję, pani Gesch. Dobranoc!
Ale Geschowa nie odpowiada i zatrzaskuje drzwi. Nie zapomniała jeszcze, Ŝe tamta zamknęła 
jej przedtem drzwi przed nosem. Ani jej się śni posłać jej znowu męŜa, jeśli kiedyś wypłynie. 
Kobieta powinna zastanowić się w porę, potem bywa często za późno.
Pani Kluge wróciła do kuchni. To dziwne: mimo Ŝe rozmowa z Geschowa nie dała wyniku, 
jest jej teraz lŜej. CóŜ, sprawy muszą iść swoją drogą. Zrobiła, co tylko mogła, aby pozostać 
czystą. Wyrzekła się zarówno ojca, jak syna, wymaŜe ich ze swego serca. Zadeklarowała 
swoje wystąpienie z partii. Teraz stanie się, co musi się stać. Nie moŜe tego zmienić, a nawet 
najgorsze po tym, co przeszła, juŜ jej nie przerazi.
Nie przeraziła się teŜ zbytnio, gdy obaj badający ją cywile przeszli po bezcelowych pytaniach 
do gróźb. Czy wie o tym, Ŝe wystąpienie z partii moŜe ją pozbawić posady na poczcie? I - co 
więcej -jeśli chce teraz bez podania przyczyn wystąpić z partii, staje się politycznie niepewna. 
A dla takich istnieje coś takiego jak obóz koncentracyjny! Chyba juŜ o tym słyszała? Tam 
bardzo prędko zamieniają politycznie niepewnych w pewnych; są potem przez całe Ŝycie 
pewni. Ona przecieŜ rozumie!
Pani Kluge nie przestraszyła się. Pozostała przy tym, Ŝe prywatne Ŝycie pozostaje prywatnym, 
a o prywatnym nie będzie mówiła. W końcu puścili ją. Nie, jej wystąpienie z partii nie zostało 
tymczasem przyjęte, jeszcze usłyszy o tym. Ale w pracy na poczcie zostaje zawieszona. Ma 
pozostawać w swoim mieszkaniu do dyspozycji...
Podczas gdy Ewa Kluge przesuwa wreszcie od dawna zapomniany garnek z zupą na gaz, 
postanawia nagle nie być posłuszna i w tym punkcie. Nie będzie siedziała bezczynnie w 
mieszkaniu i oczekiwała udręczeń ze strony tych panów. Nie, jutro rano pociągiem o szóstej 
pojedzie do siostry, w okolice Ruppina. MoŜe tam przeŜyć ze dwa, trzy tygodnie nie 
zameldowana, wyŜywiają bez trudu. Mają krowę i świnie, i kartofle. Będzie pracowała w 
stajni i na polu. To jej dobrze zrobi, lepiej niŜ noszenie listów i wieczne dreptanie po piętrach.
Od chwili gdy powzięła postanowienie wyjazdu na wieś, ruchy jej oŜywiły się. Wyciąga 
walizę i zaczyna się pakować. Przez chwilę zastanawia się, czy przynajmniej nie powiedzieć 
pani Gesch, Ŝe wyjeŜdŜa. Dokąd - tego nie musi mówić. Ale postanawia; nie, lepiej nic nie 
powie. Wszystko, co robi, robi sama, dla siebie. Nie chce wciągać w to Ŝadnego człowieka. 
Nie powie teŜ nic siostrze ani szwagrowi. Będzie teraz Ŝyła samotnie, jak jeszcze nigdy. 
Zawsze był ktoś, o kogo musiała się troszczyć: rodzice, mąŜ, dzieci. Teraz jest sama. Wydaje 
jej się w tej chwili bardzo moŜliwe, Ŝe zasmakuje w samotności. ; MoŜe, jeśli zostanie 
zupełnie sama ze sobą, coś jeszcze z niej będzie; teraz, kiedy nareszcie ma czas dla siebie i 
nie musi zapominać własnego „ja" ze względu na innych.
Tej nocy, gdy pani Rosenthal tak boi się swojej samotności, po raz pierwszy uśmiecha się 
znów we śnie listonosz Ewa Kluge. We śnie widzi się na olbrzymim kartoflisku z motyką w 
ręku. Jak daleko sięga wzrok - wszędzie kartoflisko, a na nim tylko ona jedna: musi wszystko 
do czysta wykopać. Uśmiecha się, podnosi motykę, jasno dźwięczy uderzony kamień, nać 
kartoflana przewraca się, a ona kopie dalej i dalej.
ROZDZIAŁ XII Enno i Emil po wstrząsie Małemu Ennowi Klugemu powiodło się o wiele 
gorzej aniŜeli jego kumplowi Emilowi Borkhausenowi, którego Ŝona - mogła być taka czy 
inna - wpakowała jednak do łóŜka, chociaŜ natychmiast potem go okradła. Słabowity amator 
wyścigów konnych dostał o wiele większe lanie aniŜeli długi, kościsty szpicel z przypadku. 
Nie, Ennowi powiodło się szczególnie źle.
I gdy Enno biegnie ulicami i wystraszony szuka swojej Tutti, Borkhausen wstaje z łóŜka, 
wypatruje w kuchni czegoś do jedzenia i najada się ponuro i z namysłem do syta. Potem 
znajduje w szafie paczkę papierosów, zapala jednego, wsadza paczkę do kieszeni i siedzi 
znów przy stole, z głową podpartą na ręku, posępnie zamyślony.
6 - KaŜdy umiera... t. I  W tej pozycji zastaje go Otti, gdy wraca z zakupów. Oczywiście 
widzi od razu, Ŝe wziął sobie jedzenie, wie równieŜ, Ŝe gdy odchodziła, nie miał nic do 
palenia w kieszeni, i natychmiast odkrywa kradzieŜ papierosów z szafy. Rozpoczyna teŜ z 
miejsca kłótnię: - Tak, lubię coś takiego, gdy taki drań zŜera mi moje jedzenie i bucha moje 
papierosy! Oddaj je, natychmiast oddawaj. Albo mi zapłać! Daj forsę, Emil!
Oczekuje w napięciu, co on powie, ale jest dość pewna siebie. Te czterdzieści osiem marek 
juŜ prawie wydała, mąŜ nie moŜe jej więc rzeczywiście nic zrobić.
I wnioskuje z odpowiedzi, mimo jej bardzo złośliwego brzmienia, Ŝe Emil naprawdę nic nie 
wie o tych pieniądzach. Czuje swoją przewagę nad tym frajerem, wykiwała go, a ten osioł 
nawet się nie skapował!
- Zamknij gębę! - mruczy tylko Borkhausen nie podnosząc głowy. - I wywalaj z domu, bo ci 
porachuję kości!
Otti woła od strony drzwi kuchennych, dlatego tylko, Ŝe musi zawsze mieć ostatnie słowo, i 
dlatego, Ŝe czuje swą wielką przewagę (mimo Ŝe się go teraz boi): - UwaŜaj lepiej, aby SS nie 
porachowało ci kości do reszty! Niewiele ci juŜ brak!
Potem idzie do kuchni i wyładowuje złość na bachorach.
MąŜ siedzi w izbie i myśli; pamięta tylko niewiele z tego, co stało się tej nocy, ale to niewiele, 
co pamięta, wystarcza mu. I myśli teraz o tym, Ŝe tam na górze mieszkanie Rosenthalowej 

Strona 25

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

jest juŜ chyba oczyszczone do szczętu przez Persicków, a on mógłby przecieŜ zabrać stamtąd 
do diabła i trochę! Przez własną głupotę dał się wykiwać!
Nie, to Enno był temu winien, Enno zaczai z wódką. Enno był od początku zalany. Gdyby nie 
ten Enno, miałby teraz kupę rzeczy, bielizny i ubrań; świta mu jeszcze w pamięci jakieś radio. 
Gdyby miał tego Enna teraz tutaj pod ręką, połamałby kości temu tchórzowi, fujarze, który 
zawalił całą sprawę!
Ale w chwilę później Borkhausen znów wzrusza ramionami. KtóŜ to jest koniec końców ten 
Enno? Tchórzliwa pluskwa, która Ŝyje z upuszczania krwi babom! Nie, kto naprawdę jest 
winien - to ten Baldur Persicke! Ten smyk, ten szczeniak, tytułujący się fuehrerem HJ, od 
samego początku chciał go wpakować. Ta cała historia przygotowana była tylko po to, aby 
znaleźć frajera, a samemu przywłaszczyć sobie zdobycz bezkarnie. Ta jadowita Ŝmija w 
błyszczących okularach tak sobie sprytnie wszystko obmyśliła, aby go wpakować! Przeklęty 
smarkacz!
 Borkhausen nie bardzo rozumie, dlaczego właściwie teraz siedzi w swoim pokoju, a nie w 
celi na Alexie*. Coś musiało im przeszkodzić: zupełnie niejasno przypomina sobie jakieś 
dwie postacie, ale kto to był i jak to było, tego wtedy nie pojął będąc półprzytomny. Teraz 
tym bardziej nic nie wie.
Ale jedno wie: nie przebaczy tego nigdy Baldurowi Persicke. Baldur moŜe wleźć po drabinie 
partyjnej nie wiem jak wysoko; Borkhausen będzie uwaŜał. Borkhausen umie czekać. 
Borkhausen nie zapomina niczego. Taki szczeniak! Przyjdzie jeszcze dzień, Ŝe się do niego 
dobierze, a wtedy tamten będzie leŜał w gównie! Ale będzie leŜał gorzej niŜ Borkhausen i 
nigdy więcej nie wstanie. Zdradzić kumpla? Nie, tego się nie przebacza i nie zapomina! Te 
piękne rzeczy w mieszkaniu Rosenthalów, walizy i skrzynie, i radio, to wszystko mógłby 
teraz mieć!
I Borkhausen grzebie nadal w pamięci. WciąŜ to samo w kółko; jednocześnie wyciąga srebrne 
ręczne lusterko Otti, ostatni podarunek jakiegoś wielkodusznego adoratora, ogląda i obmacuje 
swoją twarz.
Mały Enno Kluge równieŜ obejrzał swoją twarz w lustrze pewnego magazynu mód. 
Przestraszyło go to jeszcze bardziej i zupełnie stracił głowę. Nie waŜył się spojrzeć na 
Ŝadnego człowieka, miał uczucie, Ŝe wszyscy patrzą na niego. Pęta się po bocznych 
uliczkach, a jego poszukiwania Tutti są coraz bardziej gorączkowe. Nie tylko nie wie juŜ, 
gdzie ona moŜe mieszkać, ale nawet nie wie, gdzie sam teraz jest. Wchodzi do kaŜdej ciemnej 
bramy i patrzy w okna oficyn, w górę. -Tutti... Tutti...
Szybko zapada teraz zmrok. Enno musi znaleźć przed nocą kwaterę, bo zaaresztuje go policja. 
A jak zobaczą, w jakim jest stanie, zrobią z niego marmoladę, dopóki nie przyzna się do 
wszystkiego. A kiedy przyzna się i do tego o Persickach, a wygada przecieŜ wszystko ze 
strachu, wtedy Persickowie go zabiją.
Biegnie bez celu coraz dalej, coraz dalej...
Wreszcie nie ma juŜ więcej sił. Siada na ławce i przykuca, po prostu nie moŜe juŜ iść dalej i 
coś wymyślić. Wreszcie zaczyna zupełnie machinalnie obszukiwać kieszenie; chce znaleźć 
coś do palenia - papieros dopomógłby mu znowu stanąć na nogi.
* Alex - skrót od Alexanderplatz - plac Aleksandra, gdzie mieścił się urząd policji 
kryminalnej.
Nie ma w kieszeniach papierosa, natomiast znajduje coś, czego na pewno nie oczekiwał: 
pieniądze - czterdzieści sześć marek. Pani Gesch mogła mu juŜ przed paroma godzinami 
powiedzieć, Ŝe ma pieniądze w kieszeni, i w ten sposób dodałaby nieco pewności siebie temu 
małemu, zastraszonemu człowieczkowi w jego poszukiwaniach jakiegoś punktu zaczepienia. 
Ale Geschowa oczywiście nie chcała się zdradzić, Ŝe przeszukała jego kieszenie, kiedy spał. 
Geschowa jest uczciwą kobietą, odłoŜyła pieniądze, choć dopiero po krótkiej walce ze sobą! 
Gdyby znalazła je u swojego Gustawa - wzięłaby bez namysłu. Ale od obcego męŜczyzny - 
nie, taka nie była! Oczywiście, Geschowa wzięła trzy marki ze znalezionych czterdziestu 
dziewięciu, ale to nie była kradzieŜ, to było jej słuszne prawo, za jedzenie, które dala 
Klugemu. Mogłaby mu równieŜ dać bez pieniędzy, ale dlaczego miałaby dawać za darmo 
jedzenie obcemu męŜczyźnie, który ma pieniądze? Taka naiwna teŜ nie jest!
W kaŜdym razie te czterdzieści sześć marek wzmacniają ogromnie samopoczucie 
zastraszonego Enna Klugego. Wie teraz, Ŝe moŜe sobie znaleźć jakiś nocleg. I jego umysł 
zaczyna na nowo funkcjonować. Wprawdzie nie przypomina sobie jeszcze mieszkania Tutti, 
ale wpada mu nagle na myśl, Ŝe poznał ją w małej kawiarence, w której często przebywała. 
MoŜe znają tam jej adres.
Wstaje i zaczyna znów biec. Orientuje się, gdzie właścwie jest, a gdy spostrzega tramwaj, 
prowadzący prawie do celu, waŜy się nawet wskoczyć na ciemny przedni pomost pierwszego 
wagonu. Jest tam tak ciemno i tłoczno, Ŝe nikt nie zwróci specjalnej uwagi na jego twarz. 
Potem idzie do kawiarni. Nie, nie chce nic konsumować; podchodzi natychmiast do bufetu i 
pyta panienkę, czy nie wie, gdzie jest Tutti i czy Tutti w ogóle jeszcze tutaj bywa.
Panienka pyta ostrym, przenikliwym głosem, który słychać w całym lokalu, o jaką Tutti mu 
chodzi? W Berlinie jest mianowicie mnóstwo Tuttich!
Nieśmiały mały człowieczek odpowiada zakłopotany: -No, ta Tutti, która tu stale 
przychodziła, taka brunetka, trochę tęgawa...
Ach, o tę Tutti pyta! Nie. o tej Tutti nie chcą tutaj nic wiedzieć! Niech się nie odwaŜy jeszcze 
raz tu pokazać! Nie chcą o niej nawet słyszeć!
Z tymi słowami panienka odwraca się od Enna oburzona. Kluge mruczy parę słów 
przeproszenia i czym prędzej opuszcza lokal. Stoi  [
jeszcze bezradnie na ciemnej ulicy, nie wiedząc, co ma dalej robić, gdy z kawiarni wychodzi 
jakiś starszy człowiek, dość oberwany, jak się Ennowi wydaje. Człowiek ten wahając się 
podchodzi do Enna, wreszcie zbiera się na odwagę, zdejmuje kapelusz i pyta, czy Enno nie 
jest tym panem, który przed chwilą w kawiarni dopytywał się o niejaką Tutti.
-  MoŜe - odpowiada Enno Kluge ostroŜnie. - A dlaczego pan o to pyta?
-  A,  tylko tak.  Mógłbym panu ewentualnie powiedzieć,  gdzie mieszka. Mogę pana teŜ 
zaprowadzić do jej mieszkania, tylko pan mi teŜ musi wyświadczyć małą przysługę!
-  Co za przysługę? - pyta Enno jeszcze ostroŜniej. - Nie wiem, jaką mógłbym panu 
wyświadczyć przysługę. PrzecieŜ wcale pana nie znam.
-  Ach, dojdziemy juŜ do porozumienia! - woła starszy pan. - Nie, nie nakładamy drogi, jeśli 
pójdziemy tędy. Taka jest mianowicie sprawa i jej okoliczności, Ŝe Tutti ma jeszcze moją 
walizę z rzeczami. MoŜe mógłby mi pan jutro rano tę walizę prędko wydać, kiedy Tutti 
będzie jeszcze spała albo pójdzie po zakupy?
Starszy pan uwaŜa widocznie za pewnik, Ŝe Enno przenocuje u Tutti.

Strona 26

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  Nie - powiada Enno - tego nie zrobię. Nie puszczam się na takie historie. Bardzo Ŝałuję!...
-  Ale mogę panu dokładnie powiedzieć, co jest w walizie. To naprawdę jest moja waliza!
-  A dlaczego pan nie zapyta w takim razie o to samej Tutti?
-  No, jeśli pan tak mówi - powiada starszy pan oburzony - to nie zna pan Tutti. PrzecieŜ to 
jest baba, musi pan wiedzieć, która ma zęby ostre jak kolce jeŜa. Gryzie i pluje jak pawian, 
dlatego teŜ ją tak nazywają.
Podczas gdy starszy pan kreśli ten miły portret Tutti, Enno Kluge przypomina sobie ze 
strachem, Ŝe Tutti jest rzeczywiście taka, a on ostatnim razem zwiał z jej portmonetką i 
kartkami Ŝywnościowymi. Kiedy jest wściekła, rzeczywiście gryzie i pluje jak pawian, i 
prawdopodobnie, jeśli teraz Enno do niej przyjdzie, wyładuje swą wściekłość na nim. 
Wszystko, co wyobraził sobie o noclegu u niej , nie jest niczym innym jak właśnie 
wyobraŜeniem.
I nagle Enno Kluge postanawia, ot tak - z chwili na chwilę - Ŝe będzie od dzisiaj Ŝył inaczej. 
Koniec z babami, koniec z tymi małymi kradzieŜami, koniec nawet z wyścigami. Ma 
czterdzieści sześć marek  i moŜe z tego wyŜyć do następnej wypłaty. Jutro -wobec tego, Ŝe 
jest tak rozbity, pozwoli sobie jeszcze na jeden dzień rekonwalescencji, ale pojutrze zacznie 
na nowo uczciwie pracować. Tamci juŜ skapują się, jakiego mają robotnika, i nie wyślą go na 
front. Enno rzeczywiście nie moŜe po tym wszystkim, co przeŜył w ciągu ostatniej doby, 
zaryzykować takiego pawianowego przyjęcia u Tutti.
- Tak - powiada Enno Kluge z namysłem do starszego pana - to się zgadza; taka jest Tutti. I 
dlatego, Ŝe jest właśnie taka, zdecydowałem się nie iść do niej. Przenocuję tu, naprzeciwko, w 
tym małym hotelu. Dobranoc panu, panie... przykro mi, ale...
I idzie ostroŜnie ze względu na swe rozbite kości do hotelu, gdzie udaje mu się, mimo 
zmaltretowanego wyglądu i zupełnego braku bagaŜu, rzeczywiście wyŜebrać u oberwanego 
portiera łóŜko za trzy marki. W ciasnej, cuchnącej dziurze włazi do łóŜka, którego pościel 
słuŜyła juŜ niejednemu przed nim. Wyciąga się, mówi do siebie: ,,Od teraz będę Ŝył zupełnie 
inaczej. Byłem podłym draniem, zwłaszcza dla Ewy. Ale od tej chwili będę inny. NaleŜało mi 
się to lanie, ale od teraz będę inny..."
LeŜy zupełnie cicho w wąskim łóŜku, w pewnym sensie w postawie na baczność, i wpatruje 
się w sufit. DrŜy z zimna, wycieńczenia i bólu. Ale nie czuje tego nawet. Myśli, Ŝe dawniej 
był powaŜanym i lubianym robotnikiem, a teraz jest tylko nędznym, małym pętakiem, na 
którego widok wszyscy spluwają. Nie, jemu to bicie pomogło, od teraz wszystko będzie 
inaczej. I wyobraŜając sobie to „inaczej" - zasypia.
O tym czasie śpią teŜ wszyscy Persickowie, śpi pani Gesch i pani Kluge, śpi małŜeństwo 
Borkhausen - Emil pozwolił bez słowa wleźć Otti do swojego łóŜka.
Śpi bojaźliwie, oddychając cięŜko, pani Rosenthal. RównieŜ mała Truda Baumann śpi. Po 
południu udało jej się szepnąć jednemu ze sprzysięŜonych, Ŝe musi mu koniecznie coś 
zakomunikować i prosi, aby się spotkali następnego wieczoru, moŜliwie niepostrzeŜenie, w 
„Ely-sium". Jest w strachu, bo musi przyznać się do swojego gadulstwa, ale mimo to zasypia.
Pani Anna Quangel leŜy po ciemku w łóŜku, podczas gdy jej mąŜ, jak zawsze o tej porze w 
nocy, stoi przy swoim warsztacie i uwaŜnie śledzi tok pracy. Nie wezwali go do kierownictwa 
technicznego w sprawie ulepszenia fabrykacji. Tym lepiej!
Anna Quangel, która leŜy w łóŜku, ale nie moŜe jeszcze zasnąć, w dalszym ciągu uwaŜa 
swego męŜa za człowieka zimnego, bez serca. Jak przyjął.wiadomość o śmierci Ottonka, jak 
wyrzucił z mieszkania tę biedną Trudę i panią Rosenthal: zimno, bez serca, ciągle tylko z 
myślą o sobie. JuŜ nigdy nie będzie mogła być dla niego tak dobra jak dawniej, kiedy myślała, 
Ŝe przynajmniej dla niej Ŝywi jakieś uczucie. Widziała teraz, jaki jest naprawdę. Jest tylko 
obraŜony za nieprzemyślane słowa „ty i twój fuehrer", tylko dotknięty. Na pewno go znowu 
tak łatwo nie urazi, nie zacznie w ogóle z nim tak prędko mówić. Dziś nie zamienili ani słowa 
ze sobą, nie powiedzieli sobie nawet dzień dobry.
Emerytowany radca sądowy Fromm czuwa jeszcze, jak zawsze w nocy. Pisze swoim 
drobnym, wyraźnym pismem list, którego nagłówek brzmi: „Szanowny panie mecenasie..."
Pod lampą czeka na niego otwarty Plutarch.
ROZDZIAŁXIII Taniec zwycięstwa w „Elysium"
Widok, jaki przedstawiała w ten piątkowy wieczór sala „Elysium". wielkiego lokalu 
tanecznego na północy Berlina, musiał radować kaŜdego normalnego Niemca: mundury! 
Szare i zielone kolory Wehr-machtu stanowiły mocne, barwne tło obrazu - ale mundury partii 
i jej ekspozytur - brunatne, jasnobrązowe, złotobrązowe, ciemnobrązowe i czarne - nadawały 
mu dopiero właściwy koloryt. Obok brunatnych koszul SA widać było o wiele jaśniejsze 
koszule H J, byli przedstawiciele organizacji Todta* i Państwowej SłuŜby Pracy, widać było 
ciemnoŜółte mundury sonderfuehrerów**, zwanych „złotymi baŜantami", i kierowników 
politycznych obok członków obrony przeciwlotniczej. Nie tylko umundurowanie męŜczyzn 
cieszyło niemieckie serca. RównieŜ wiele młodych dziewcząt było w mundurach: BDM***, 
SłuŜba Pracy i or* Organizacja Todta - organizacja hitlerowska o charakterze półwojskowym, 
zajmująca się budowaniem umocnień obronnych i dróg dla wojska.
'* Sonderfuehrer - dowódca oddziału SD, SD-Sonderdienst - specjalne oddziały hitlerowskie, 
które brały udział w akcjach przeciwko ludności terenów okupowanych.
'* Bund Deutscher Maedel - Związek Dziewcząt Niemieckich - organizacja Ŝeńskiej 
młodzieŜy hitlerowskiej.
ganizacja Todta przysłały tutaj chyba wszystkie swoje kierowniczki, ich zastępczynie i 
szeregowe.
Nieliczni cywile gubili się zupełnie w tym tłumie, byli bez znaczenia, nieciekawi wśród tych 
mundurów, jak zresztą cywile w ogóle, na ulicach i w fabrykach, nigdy nic nie znaczyli 
wobec partii. Partia była wszystkim, a naród niczym.
Dlatego teŜ prawie wcale nie zwracano uwagi na stół w końcu sali, przy którym siedziała 
jedna dziewczyna i trzech młodych męŜczyzn. Nikt z tej czwórki nie nosił munduru ani nawet 
znaczka partyjnego.
Młoda para - dziewczyna i młodzieniec - przybyli pierwsi. Potem inny młody człowiek 
zapytał, czy moŜe się przysiąść, a wreszcie jeszcze czwarty cywil poprosił o to samo. Młoda 
para spróbowała nawet raz zatańczyć w tłumie. Wówczas pozostali męŜczyźni wszczęli 
rozmowę, do której po powrocie do stolika wtrąciła się równieŜ rozgorączkowana para 
tancerzy.
Jeden z męŜczyzn, człowiek około trzydziestki, o wysokim czole i przerzedzonych juŜ 
włosach, cofnął krzesło i milcząc obserwował przez chwilę tłum na parkiecie i przy 
sąsiednich stolikach. Potem, nie patrząc prawie na pozostałych, powiedział: - Źle wybrane 
miejsce na zebranie. Jesteśmy prawie jedynym stolikiem na sali obsadzonym wyłącznie przez 

Strona 27

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

cywilów. To zwraca uwagę.
Towarzysz młodej dziewczyny zwrócił się do niej z uśmiechem - słowa skierowane były 
jednak do męŜczyzny o wysokim czole:
-  Na odwrót, Grigoleit, w ogóle na nas nie zwaŜają, najwyŜej pogardzają nami.  Ci panowie 
myślą tylko o tym, Ŝe tak zwane zwycięstwo nad Francją przyniosło im parotygodniowe 
zezwolenie na tańce.
-  Bez nazwisk! I to pod Ŝadnym warunkiem! - powiedział ostro męŜczyzna o wysokim czole.
Przez chwilę wszyscy milczeli. Dziewczyna malowała coś wskazującym palcem na stole i nie 
podnosiła głowy, mimo iŜ czuła, Ŝe wszyscy na nią patrzą.
-  W kaŜdym razie, Trudo - powiedział trzeci męŜczyzna z niewinną twarzą wyrosłego oseska 
- teraz jest właściwy moment dla twego oświadczenia. O co chodzi? Stoliki obok są prawie 
puste, wszyscy tańczą -mów!
Milczenie trzech męŜczyzn mogło oznaczać tylko zgodę. Truda Baumann powiedziała, 
zacinając się i nie podnosząc głowy:
-  Wydaje mi się, Ŝe popełniłam błąd. W kaŜdym razie nie dotrzymałam słowa. W moich 
oczach to oczywiście nie jest błędem...
-  O, przestańŜe! - zawołał wzgardliwie męŜczyzna z wysokim czołem. - Czy masz zamiar 
naśladować gęsi? Nie gęgaj, tylko mów po prostu, co jest!
Dziewczyna podniosła głowę. Popatrzyła powoli w twarze męŜczyzn, które jak jej się 
wydawało, spoglądały na nią z okrutnym chłodem. W oczach jej zabłysły dwie łzy. Chciała 
mówić, ale nie mogła, poszukała chusteczki.
Ten z wysokim czołem odchylił się na oparcie krzesła. Gwizdnął cicho i przeciągle: - Ma nie 
gęgać? PrzecieŜ ona juŜ gęgała! Spójrzcie tylko na nią!
Kawaler Trudy sprzeciwił się szybko: - NiemoŜliwe! Truda jest czysta jak złoto. Powiedz im, 
Ŝe nie wygadałaś się, Trudo! - Ścisnął jej rękę dodając odwagi.
Osesek skierował swoje okrągłe, bardzo niebieskie oczy wyczekująco, prawie bez wyrazu na 
dziewczynę. Drugi, z wysokim czołem, uśmiechał się pogardliwie. Rozgniótł papierosa w 
popielniczce i powiedział ironicznie: - A więc, panienko?
Truda opanowała się i szepnęła odwaŜnie: - A jednak on ma rację. Wygadałam się. Mój teść 
przyniósł mi wiadomość o śmierci mojego Ottona, to mnie jakoś wyprowadziło z równowagi. 
Powiedziałam mu, Ŝe pracuję w komórce.
-  Wymieniłaś nazwiska? - Nikt nie przypuszczałby, Ŝe niewinny Osesek potrafi tak ostro 
pytać.
-  Oczywiście nie. W ogóle nic poza tym nie mówiłam. A mój teść jest starym robotnikiem, 
który nigdy nie powie słowa.
-  Twój teść - to jest osobny rozdział. Teraz mówimy o tobie! Twierdzisz, Ŝe nie wymieniłaś 
Ŝadnych nazwisk...
-  Wierz mi, Grigoleit! Nie kłamię. Dobrowolnie przecieŜ się przyznałam.
-  Pani przed chwilą znów wymieniła nazwisko, panno Baumann. Osesek powiedział: - CzyŜ 
nie rozumiecie, Ŝe to wszystko jedno, czy wymieniła nazwiska, czy nie? Powiedziała, Ŝe 
pracuje w komórce, gęgała i znowu będzie gęgać. JeŜeli tamci panowie będą ją mieli w ręku, 
jeŜeli trochę podręczą, zacznie sypać. Obojętne, co zdradziła dotychczas.
-  Nigdy im nic nie powiem, nawet gdybym miała umrzeć! - zawołała Truda z płonącymi 
policzkami.
-  O! - powiedział ten z wysokim czołem - umrzeć jest bardzo łatwo, panno Baumann. Ale 
często przed śmiercią bywa jeszcze sporo niemiłych rzeczy!
-  Jesteście niemiłosierni! - powiedziała dziewczyna - popełniłam błąd, ale...
-  Mnie teŜ się zdaje - rozległo się na kanapie obok niej - obejrzyjmy sobie jej teścia i jeśli 
wyda nam się pewny...
-  W łapach tamtych nie ma Ŝadnej pewności - powiedział Grigoleit.
-  Trudo - rzekł Osesek uśmiechając się łagodnie. - Trudo, powiedziałaś przed chwilą, Ŝe nie 
wymieniałaś dotychczas Ŝadnych nazwisk.
-  Tak teŜ było.
-  I oświadczyłaś, Ŝe byłabyś gotowa umrzeć, zanim coś takiego zrobisz?
-  Tak! tak! tuk! - zawołała namiętnie.
- A więc - powiedział Osesek uśmiechając się z wdziękiem. - A więc, Trudo, jakby to było, 
gdybyś umarła jeszcze dziś wieczór, zanim będziesz dalej gadała. To dałoby nam jaką taką 
pewność i zaoszczędziło masę roboty...
Śmiertelna cisza zapanowała wśród tych czworga. Twarz dziewczyny była biała jak wapno. 
Jej kawaler powiedział „nie" i połoŜył lekko rękę na jej dłoni. Ale zaraz potem cofnął ją.
Tańczący wrócili do stolików i uniemoŜliwili na chwilę dalszą rozmowę.
Ten z wysokim czołem zapalił znów papierosa, a Osesek uśmiechnął się nieznacznie, gdy 
zauwaŜył, Ŝe tamtemu drŜy ręka. Potem powiedział do bruneta siedzącego obok milczącej, 
bladej dziewczyny: - Pan mówi „nie", ale dlaczego właściwie? To jest niemal zadowalające 
rozwiązanie zagadnienia i to takie, które - o ile zrozumiałem - pańska sąsiadka sama 
zaproponowała.
-  Rozwiązanie nie jest zadowalające - powiedział powoli brunet - zbyt wielu juŜ umiera. Nie 
jesteśmy po to, aby powiększać liczbę zabitych.
-  Spodziewam się - powiedział ten z wysokim czołem - Ŝe będzie pan pamiętał o tym 
twierdzeniu, kiedy Trybunał Narodowy pana i mnie, i tych tam...
-  Cicho - powiedział Osesek - idźcie na chwilę zatańczyć. Zdaje się, Ŝe to jest bardzo 
przyjemny taniec. MoŜecie się tymczasem rozmówić, a my dwaj pogadamy sobie tutaj.
Młody brunet niechętnie wstał i ukłonił się lekko swojej damie. Ociągając się wzięła go pod 
rękę. Bladzi oboje, przyłączyli się do tańczących na parkiecie. Tańczyli powaŜnie, w 
milczeniu, a jemu zdawało się, Ŝe tańczy z umarłą. Wzdrygnął się. Mundury wokół niego, 
krawaty ze swastyką, krwistoczerwone chorągwie ze znienawidzonym znakiem na ścianach, 
spowity w zieleń portret fuehrera, rytm swinga.
- Nie zrobisz tego, Trudo - powiedział - on jest szalony, Ŝeby Ŝądać czegoś takiego! 
Przyrzeknij mi...
Poruszali się niemal w miejscu, w coraz ciaśniejszym tłumie. MoŜe dlatego, Ŝe stykali się 
wciąŜ z innymi parami, moŜe dlatego nic nie mówiła.
-  Trudo -prosił jeszcze raz. - Przyrzeknij mi to! MoŜesz przecieŜ iść do innej fabryki, tam 
pracować i zniknąć im z oczu. Przyrzeknij mi...
Próbował ją doprowadzić do tego, aby na niego spojrzała. Ale oczy jej uparcie patrzyły w dal, 
ponad jego ramieniem.
-  Ty jesteś najlepsza z nas wszystkich - powiedział nagle - ty jesteś człowieczeństwem, a on 

Strona 28

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

jest tylko dogmatem. Musisz dalej Ŝyć. Nie poddawaj mu .się.
Potrząsnęła głową. Mogło to oznaczać zarówno „tak", jak i „nie".
-  Chciałabym wrócić - powiedziała - nie chcę więcej tańczyć.
-  Trudo - rzekł Karol Hergesell gorączkowo, gdy wydostali się z kręgu tańczących - twój 
Otto dopiero wczoraj umarł, dopiero wczoraj dostałaś wiadomość o jego śmierci. To za 
wcześnie - ale wiesz i bez tego, Ŝe cię zawsze kochałem. Nigdy nie oczekiwałem niczego od 
ciebie, ale teraz oczekuję przynajmniej tego, abyś Ŝyła. Nie dla mnie, nie! Tylko abyś Ŝyła!
Znów poruszyła głową, jakby niepewna tego, co myśli o jego miłości i o jego Ŝądaniu, aby 
pozostała przy Ŝyciu.
ZbliŜyli się do stolika. - No? - zapytał Grigoleit z wysokim czołem. - Jak się tańczyło? Trochę 
ciasno, co?
Dziewczyna nie usiadła. Powiedziała: - Teraz juŜ pójdę. Bądźcie zdrowi. Pracowałabym z 
wami chętnie.
I odwróciła się do wyjścia.
W tej chwili gruby, niewinny Osesek ruszył za nią. Chwycił ją za przegub dłoni i powiedział: 
- Jeszcze chwileczkę, proszę! - Powiedział to najzupełniej uprzejmie, ale jego wzrok groził.
Wrócili do stołu. Usiedli znów. Osesek zapytał: - Rozumiem przecieŜ dobrze, Trudo, co 
oznaczało twoje poŜegnanie?
-  Zrozumiałeś zupełnie dobrze! - odpowiedziała dziewczyna i spojrzała na niego twardymi 
oczyma.
-  Proszę cię więc o pozwolenie spędzenia z tobą reszty wieczoru. Uczyniła obronny gest 
pełen przeraŜenia.
Powiedział bardzo uprzejmie: -Nie chcę się narzucać, ale przychodzi mi na myśl, Ŝe przy 
wykonaniu takiego przedsięwzięcia moŜna znów popełnić błędy. - Szepnął groźnie: - Nie 
zaleŜy mi na tym, aby jakiś idiota wyłowił cię z wody, albo Ŝebyś jutro jako niedoszła 
samobójczyni leŜała w szpitalu. Chcę być przy tym!
-  Słusznie - powiedział ten z wysokim czołem - popieram to. To daje jedyną gwarancję...
-  Będę dziś i jutro - powiedział z naciskiem brunet - i kaŜdego następnego dnia u jej boku. 
Uczynię wszystko, aby zapobiec wykonaniu polecenia. Sprowadzę pomoc, a jeśli mnie 
zmusicie, nawet policję!
Ten z wysokim czołem znów zagwizdał przeciągle, cicho i złośliwie.
Osesek powiedział - Aha, mamy więc juŜ drugiego gadułę przy stole? Zakochany, co? Od 
dawna coś takiego przypuszczałem. Chodźcie, Grigoleit, komórka jest rozwiązana. Nie ma 
więcej Ŝadnej komórki. I wy to nazywacie dyscypliną, wy, zajęcze serca.
-  Nie, nie! - zawołała dziewczyna. - Nie słuchajcie go! To prawda, Ŝe on mnie kocha. Aleja 
go nie kocham. Pójdę dziś wieczorem z wami.
-  Nic z tego - powiedział Osesek naprawdę zły. - Czy nie widzicie, Ŝe teraz juŜ w ogóle nic 
nie moŜna zrobić, kiedy on... - wskazał głową na bruneta. - E, co tam! - dodał potem krótko - 
Skończone! Chodź, Grigoleit!
Ten z wysokim czołem juŜ stał. Wspólnie zwrócili się ku wyjściu. Nagle jakaś ręka spoczęła 
na ramieniu Oseska. Ujrzał gładką, nieco obrzmiałą twarz jakiegoś gościa w brunatnym 
mundurze.
-  Chwileczkę, proszę!  Co pan przed chwilą powiedział o rozwiązaniu komórki? To mnie 
bardzo interesuje...
Osesek brutalnie wyrwał rękę: - Daj mi pan spokój! - powiedział bardzo głośno. - Jeśli pan 
chce wiedzieć, o czym mówiliśmy, niech pan  zapyta tę młodą panią! Wczoraj dopiero poległ 
jej narzeczony, a dziś ma juŜ innego na oku. Przeklęte baby!
Przeciskał się coraz bliŜej ku wyjściu, do którego Grigoleit juŜ dotarł. Teraz i Osesek 
wyszedł. Grubas spoglądał za nim przez chwilę. Potem odwrócił się do stołu, przy którym 
siedziała dziewczyna i brunet z wciąŜ jeszcze pobladłymi twarzami. To go uspokoiło. „MoŜe 
rzeczywiście nie zrobiłem błędu, Ŝe pozwoliłem mu zwiać... Przechytrzył mnie. Ale..."
Zapytał uprzejmie: - Czy pozwolicie państwo, Ŝe przysiądę się na chwilę i zadam parę pytań?
Truda Baumann odpowiedziała: - Nie mogę nic innego powiedzieć poza tym właśnie, co 
mówił tamten pan. Wczoraj otrzymałam wiadomość o śmierci mego narzeczonego, a dzisiaj 
ten pan chciałby się ze mną zaręczyć.
Jej głos brzmiał mocno i pewnie. Teraz, gdy niebezpieczeństwo było tuŜ, tuŜ - zniknął strach i 
niepokój.
-  Czy nie zechciałaby pani wymienić nazwiska narzeczonego, który zginął? I jego formacji? - 
Uczyniła to. - A pani nazwisko? Adres? Miejsce pracy? Czy ma pani jakiś dokument przy 
sobie? Dziękuję. A teraz pan, mój panie.
-  Pracuję w tej samej fabryce. Nazywam się Karol Hergesell. Oto moja ksiąŜeczka pracy.
-  A tamci dwaj panowie?
-  Nie znamy ich wcale. Usiedli przy naszym stoliku i nagle wtrącili się do naszego sporu.
-  A dlaczego kłóciliście się?
-  Nie chcę go!
-  A dlaczego tamten pan w takim razie był tak oburzony na panią, jeśli pani go nie chce?
-  A bo ja wiem? MoŜe nie wierzył moim słowom. Zdenerwowało go takŜe, Ŝe tańczyłam z 
nim.
-  No, dobrze-powiedział grubas i zamknął notes, spoglądając przy tym na jedno i na drugie. 
Wyglądali naprawdę raczej na parę pokłóconych kochanków aniŜeli na przychwyconych 
zbrodniarzy. JuŜ sam sposób unikania wzajemnych spojrzeń... A przy tym ręce ich niemal 
stykały się na stole. - No, dobrze! Wasze dane zostaną oczywiście sprawdzone, ale myślę 
jednak... W kaŜdym razie, Ŝyczę przyjemnego wieczoru...
-  Ja nie! - powiedziała dziewczyna - ja nie! - Wstała jednocześnie z tamtym.
-  Idę do domu.
-  Odprowadzę cię.
-  Nie, dziękuję, pójdę lepiej sama.
-  Trudo - prosił - pozwól mi zamienić z tobą jeszcze dwa słowa! Człowiek w mundurze 
uśmiechając się patrzył na jedno i drugie. Byli to chyba naprawdę zakochani. Wystarczy 
pobieŜne sprawdzenie danych.
Truda zdecydowała się nagle: - Dobrze, ale tylko dwie minuty.
Poszli. Nareszcie wydostali się z tej okropnej sali, z atmosfery przeciwieństw i nienawiści. 
Obejrzeli się.
-  Nie ma ich.
-  Nie zobaczymy ich nigdy.
-  A ty moŜesz Ŝyć. Nie, teraz musisz Ŝyć, Trudo! Jeden twój nie przemyślany krok 

Strona 29

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

sprowadziłby niebezpieczeństwo na innych, na wielu innych. Pomyśl o tyrn, Trudo!
- Tak - powiedziała - teraz muszę Ŝyć. - I zdecydowanie: - Bądź zdrów, Karolu!
Przez chwilę oparła się o jego pierś, a usta jej musnęły jego usta. Nim cośkolwiek postanowił, 
przebiegła ukośnie przez jezdnię w stronę nadjeŜdŜającego tramwaju. Wagon zatrzymał się.
Zrobił ruch, jak gdyby chciał pobiec za nią. Ale cofnął się.
,,Od czasu do czasu będę ją widywał w fabryce - pomyślał. - Całe Ŝycie jest przed nami. Mam 
czas. Wiem teraz przecieŜ, Ŝe mnie kocha."
R O Z DZIAŁ XIV Sobota: niepokój u duanglów Quanglowie równieŜ przez cały piątek nie 
zamienili ze sobą ani słowa -trzy dni milczenia, nawet bez „dzień dobry". To jeszcze nie 
zdarzyło się w ich małŜeństwie. Mimo swej małomówności Quangel od czasu do czasu coś 
mówił, o jakimś robotniku z warsztatu albo przynajmniej o pogodzie, albo - Ŝe jedzenie było 
dziś bardzo smaczne. A teraz nic!
 Im dłuŜej to trwało, tym mocniej odczuwała Anna Quangel, Ŝe Ŝałoba, którą przeŜywała z 
powodu śmierci syna, zaczyna się rozpraszać w niepokoju o tak bardzo zmienionego męŜa. 
Chciała myśleć tylko o chłopcu, ale nie mogła, kiedy obserwowała tego męŜczyznę, swego 
długoletniego małŜonka, Ottona Quangla, człowieka, któremu bądź co bądź poświęciła 
najlepsze Lata swego Ŝycia. Co go napadło? Co się z nim stało? Co go tak zmieniło?
W piątek około południa Annie Quangel minął wszelki gniew na Ottona. Przeprosiłaby go za 
wypowiedziane bez zastanowienia słowa ,,ty i twój fuehrer", gdyby przypuszczała, Ŝe 
odniesie to skutek. Ale było jasne, Ŝe Quangel nie myśli juŜ o tym zarzucie, a 
prawdopodobnie równieŜ i o niej. Patrzył na nią, patrzył przez nią, stał przy oknie z rękami w 
kieszeniach kombinezonu i w zamyśleniu pogwizdywał od czasu do czasu, z duŜymi 
przerwami. Nigdy czegoś takiego nie robił.
o czym ten człowiek myśli? Co go tak rozstroiło? Stawiała jedzenie przed nim na stole, 
zaczynał w nim grzebać łyŜką. Obserwowała go przez chwilę z kuchni. Jego ostra twarz 
pochylała się nad talerzem, ale łyŜka zupełnie machinalnie wędrowała do ust. Ciemne oczy 
patrzyły na coś, czego nie było.
Wróciła do kuchni, by odgrzać resztę kapusty. Lubił odgrzewaną kapustę. Zdecydowała się 
stanowczo, Ŝe wchodząc z kapustą zagada do niego. MoŜe jej odpowie nawet bardzo ostro - 
musiała przerwać to niesamowite milczenie.
Gdy jednak weszła z odgrzaną kapustą do pokoju, Ottona juŜ nie było. Napoczęte jedzenie 
zostało na talerzu. Albo Quangel zauwaŜył jej zamiar i uciekł jak dziecko, które chce się dalej 
gniewać, albo zapomniał po prostu o dalszym jedzeniu, gnany wewnętrznym niepokojem. W 
kaŜdym razie nie było go i musiała teraz czekać na niego do nocy.
Ale w nocy z piątku na sobotę Otto tak późno wrócił z pracy, Ŝe mimo wszelkich dobrych 
zamiarów spała juŜ, kiedy kładł się do łóŜka. Obudziła się dopiero później, gdy zakasłał. 
Zapytała ostroŜnie:
-  Otto, śpisz juŜ?
Kaszel ustał, mąŜ leŜał zupełnie cicho. Jeszcze raz zapytała:
-  Otto, śpisz juŜ?
1 nic, Ŝadnej odpowiedzi. LeŜeli tak oboje bardzo długo w zupełnej ciszy. Jedno wiedziało o 
drugim, Ŝe nie śpi. Nie waŜyli się zmienić pozycji, aby się nie zdradzić. Wreszcie oboje 
zasnęli.
Sobota zaczęła się jeszcze gorzej. Otto Quangel wstał niezwykle wcześnie. Zanim zdąŜyła mu 
postawić śniadanie na stole poleciał juŜ na jeden z tych nagłych, niezrozumiałych spacerów, 
których dawniej nigdy nie robił. Wrócił. Słyszała z kuchni, jak chodzi po izbie tam i z 
powrotem. Gdy weszła z kawą, złoŜył troskliwie duŜy, biały papier, który czytał stojąc przy 
oknie, i schował go do kieszeni.
Anna była pewna, Ŝe to nie jest gazeta. Za duŜo białego było na papierze, a druk większy był 
niŜ gazetowy. Co mógł czytać jej mąŜ?
Denerwowała się z powodu jego tajemniczości, te zmiany w nim budziły w niej niepokój i 
dodawały nowe zmartwienia do i tak wielu starych. Mimo to powiedziała: - Kawa, Otto!
Na dźwięk jej głosu odwrócił się i spojrzał na nią, jakby ogromnie zdumiony, Ŝe nie jest sam 
w mieszkaniu, zdziwiony, Ŝe ktoś do niego mówi. Patrzył na nią, a właściwie znowu jej nie 
dostrzegał. To nie była jego małŜonka, Anna Quangel, na którą teraz spoglądał, ale ktoś, kogo 
kiedyś znal i musiał go sobie z trudem przypominać. Uśmiech był na jego twarzy, w oczach; 
całą twarz rozjaśniał uśmiech, jakiego jeszcze nigdy u niego nie widziała. Miała chęć 
zawołać: - Otto, Otto, nie odchodź teraz i ty ode mnie!
Ale nim zdecydowała się naprawdę, przeszedł koło niej i wyszedł z mieszkania. Znów bez 
kawy, znów musiała ją zanieść do kuchni do odgrzania. Łkała przy tym cicho: - Co za 
człowiek! CzyŜ jej nic nie pozostanie? Po synu traci takŜe i męŜa...
Quangel podąŜał tymczasem szybkim krokiem w kierunku Prenz-lauer Allee. Wpadło mu na 
myśl, Ŝe przedtem powinien taki dom dobrze obejrzeć i sprawdzić, czyjego pomysł jest 
dobry? Jeśli nie, będzie musiał wymyślić coś innego.
W alei szedł wolniej, jego oczy zatrzymywały się na szyldzikach koło bram, jakby szukając 
czegoś określonego. Na pewnym naroŜnym domu zobaczył obok wielu szyldów 
przedsiębiorstw szyldziki dwóch adwokatów i lekarza.
Popchnął drzwi wejściowe. Otworzyły się natychmiast. To prawda, nie ma portiera w tak 
licznie odwiedzanym domu. Wchodził powoli po stopniach, opierając się o poręcz klatki 
schodowej, która była kiedyś „wielkopańska", z dębową posadzką, ale wskutek częstego 
uŜywania i wojny straciła wszelki ślad komfortu. Teraz schody były brudne i wydeptane, a 
chodniki zniknęły juŜ od dawna, prawdopodobnie jednocześnie z wybuchem wojny.
Otto Quangel minął szyldzik adwokacki na półpiętrze, skinął głową j poszedł dalej. Nie był 
bynajmniej sam na klatce schodowej, nie, ciągle mijali go ludzie, jedni idąc mu naprzeciw, 
inni wyprzedzając go. Ciągle słyszał dzwonki, zamykanie drzwi, telefony, stukot maszyn do 
pisania, głosy ludzkie.
Ale zdarzało się chwilami, gdy całe Ŝycie koncentrowało się w pomieszczeniach biurowych, 
Ŝe Otto Cjuangel miał klatkę schodową albo przynajmniej odcinek schodów tylko dla siebie. 
Wtedy właśnie byłby odpowiedni moment, aby to zrobić. W ogóle wszystko układało się 
ściśle tak, jak sobie to wyobraŜał. Spieszący się ludzie, którzy nie patrzyli sobie nawzajem w 
twarz, brudne szyby okienne, przez które przesiąkało tylko szarawe światło dzienne, Ŝadnego 
portiera, w ogóle nikogo, kto interesowałby się innymi.
Gdy Otto Quangel przeczytał na pierwszym piętrze szyldzik drugiego adwokata i ręka ze 
wskazującym palcem pouczyła go, Ŝe lekarz mieszka jeszcze o piętro wyŜej, skinął 
potwierdzająco głową. Odwrócił się, jakby wracał właśnie od adwokata, i wyszedł z domu. 
Niepotrzebne było dalsze oglądanie. To jest właśnie taki dom, jakiego mu potrzeba. A 

Strona 30

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

podobnych domów było w Berlinie tysiące.
Majster Otto Quangel stoi znów na ulicy. Podchodzi do niego młody brunet z bardzo bladą 
twarzą.
-  Pan Quangel, nieprawda? - zapytuje. - Pan Otto Quangel z ulicy Jabłońskiego, czy tak?
Quangel mruczy jakieś wyczekujące „no?" dźwięk, który moŜe oznaczać i jedno, i drugie - 
potakiwanie i zaprzeczenie.
Młody człowiek przyjmuje to jako potwierdzenie. - Mam pana prosić w imieniu Trudy 
Baumann - powiada - aby pan o niej zupełnie zapomniał. Pańska Ŝona niech jej równieŜ nie 
odwiedza. Nie trzeba, panie Quangel, Ŝeby...
-  Niech pan zakomunikuje - powiada Otto Quangel - Ŝe nie znam Ŝadnej Trudy Baumann i 
nie Ŝyczę sobie, aby mnie nagabywano... -Jego pieść trafiła prosto w podbródek młodego 
człowieka, ten pada od razu na ziemię jak mokra ścierka. Quangel obojętnie przechodzi wśród 
zbiegających się ludzi, tuŜ obok policjanta, na przystanek tramwajowy. Tramwaj nadjeŜdŜa, 
Quangel wsiada, jedzie dwa przystanki. Potem wraca na przednim pomoście przyczepki 
innego tramwaju. Jest tak, jak Przypuszczał: większość ludzi juŜ się rozeszła, z dziesięciu czy 
dwunastu stoi jeszcze przed kawiarnią, do której wniesiono pobitego.
KaŜdy umiera... t. I  Karol Hergesell wrócił do przytomności. Po raz drugi w ciągu kilku 
godzin musi legitymować się urzędowej osobie.
- To  naprawdę  nic  nie  było,  panie wachmistrzu - zapewnia.
- Prawdopodobnie wlazłem mu niechcący na odcisk, a on od razu mnie uderzył. Nie mam 
pojęcia, kto to był, zanim zdąŜyłem go przeprosić, juŜ mnie uderzył.
Znów Karol Hergesell moŜe odejść nie zatrzymany, nie ciąŜy na nim Ŝadne podejrzenie. Ale 
zdaje sobie sprawę, Ŝe nie wolno mu nadal tak wystawiać losu na próbę. Podszedł tylko 
dlatego do byłego teścia Trudy, aby być pewnym jej bezpieczeństwa. No, jeśli chodzi o tego 
Ottona Quangla, to moŜe chyba być spokojny. Twardy ptaszek, a poza tym zły. I na pewno 
nie gaduła, mimo swego wielkiego dzioba. Sposób, w jaki uderzył - mocno i ze złością!
I dlatego, Ŝe taki człowiek mógłby sypać, o mało co nie zaszczuto Trudy na śmierć. Ten nigdy 
nie będzie gadał - nawet przed tamtymi! O Trudę teŜ się chyba nie będzie troszczył, zdaje się, 
Ŝe nie chce o niej nic więcej wiedzieć. Jak taki szybki podbródkowy moŜe czasem wiele 
wyjaśnić!
Karol Hergesell idzie teraz zupełnie beztrosko do fabryki, a kiedy dowiaduje się ostroŜnie, Ŝe 
Grigoleit i Osesek wzięli nogi za pas, oddycha z ulgą. Teraz wszystko jest w porządku. Nie 
ma wprawdzie komórki, ale Karol zbytnio tego nie Ŝałuje.
Za to Truda będzie Ŝyła!
W gruncie rzeczy nie interesował się tak bardzo robotą polityczną, za to o wiele bardziej 
Trudą!
Quangel wraca tramwajem do domu, ale nie wysiada tam, gdzie powinien, tylko przejeŜdŜa 
obok ulicy Jabłońskiego. Sicher ist sicher - gdyby rzeczywiście jeszcze jakiś prześladowca 
siedział mu na karku, pragnie się rozprawić z nim sam, a nie ciągnąć go do mieszkania. Anna 
nie jest teraz we właściwej formie, aby ją zaskakiwano przykrymi niespodziankami. Musi z 
nią przedtem pomówić. Oczywiście zrobi to, Anna gra wielką rolę w tym, co Quangel 
zamierza. Ale przedtem musi załatwić jeszcze coś innego.
Quangel postanowił nie wracać dziś w ogóle przed pracą do domu. Zrezygnuje z kawy i 
obiadu. Anna będzie trochę niespokojna, ale poczeka i nie zrobi Ŝadnego głupstwa. Musi 
dzisiaj coś załatwić. Jutro jest niedziela, a wtedy wszystko musi być na miejscu.
Przesiada się znowu i jedzie do miasta. Nie - tym młodzieńcem, którego tak prędko zatkał 
jednym uderzeniem pięści, Quangel się nie przejmuje. Nie wierzy teŜ naprawdę w innych 
prześladowców, przypuszcza raczej, Ŝe ten człowiek naprawdę przyszedł od Trudy. 
Napomknęła przecieŜ coś takiego, Ŝe musi wyznać, iŜ złamała przysięgę. Wtedy oczywiście 
zabronili jej wszelkiego zetknięcia z nim, a ona posłała tego młodzieńca do niego. Wszystko 
to nie było niebezpieczne. Po prostu dziecinada. Naprawdę, dzieci wzięły się do zabawy, o 
której nie mają pojęcia. On, Otto Quangel, rozumie nieco więcej. Wie, na co się porywa. Ale 
nie zagra tej gry jak dziecko, zastanowi się dokładnie nad kaŜdą kartą.
Widzi znów Trudę przed sobą, jak opierała się bezwiednie o plakat z wyrokiem Trybunału 
Narodowego w pełnym przeciągów korytarzu. Znów odczuwa to niepokojące wraŜenie jak 
wtedy, gdy głowa dziewczyny ukoronowana była napisem W imieniu narodu niemieckiego, 
znów czyta - zamiast obcych - własne nazwisko. Nie, nie, to sprawa tylko dla niego! I dla 
Anny, oczywiście dla Anny teŜ. PokaŜe jej, kto jest „jego" fuehrerem!
W śródmieściu Quangel załatwia przede wszystkim kilka sprawunków. Kupuje, tylko za parę 
fenigów, kilka pocztówek, obsadkę, parę stalówek, buteleczkę atramentu. A nawet te zakupy 
dzieli między dom towarowy, filię Woolwortha i sklep z materiałami piśmiennymi. Wreszcie 
po długim namyśle kupuje jeszcze parę zupełnie zwyczajnych, cienkich rękawiczek 
bawełnianych, które dostaje bez karty odzieŜowej.
Potem siedzi w jednej z wielkich piwiarń przy Alexanderplatz, pije kufel piwa, dostaje teŜ 
jeszcze coś niecoś do jedzenia bez kartek. Dzieje się to w roku l 94o. Rabunek napadniętych 
narodów zaczął się. Naród niemiecki nie ponosi jeszcze większych wyrzeczeń. Właściwie 
moŜna dostać prawie wszystko i to nawet niezbyt drogo.
A jeśli chodzi o samą wojnę, toczy się ona daleko od Berlina, w obcych krajach. Prawda, od 
czasu do czasu pokazują się angielskie samoloty nad miastem. Wtedy pada kilka bomb, a 
ludność udaje się nazajutrz na długie wędrówki, aby obejrzeć zniszczenia. Większość śmieje 
się i mówi: - Jeśli chcą nas w ten sposób wykończyć, to potrwa sto lat, a i potem jeszcze 
niewiele będzie moŜna zauwaŜyć. Tymczasem ich miasta zetrzemy z powierzchni ziemi!
 Tak mówią ludzie. A kiedy Francja poprosiła o zawieszenie broni, liczba mówiących 
podobnie znacznie wzrosła. Powodzenie pociąga większość ludzi. Taki człowiek jak Otto 
Quangel, który w trakcie powodzeń występuje z szeregu, jest wyjątkiem.
Siedzi, ma jeszcze czas. Jeszcze nie musi iść do fabryki. Opuścił go juŜ niepokój ostatnich 
dni. Od chwili gdy obejrzał sobie ten dom i załatwił parę drobnych sprawunków, wszystko 
jest postanowione. Nie musi się juŜ dłuŜej namyślać, co jeszcze jest do zrobienia. Reszta sama 
się zrobi, droga przed nim jest prosta i jasna. Musi tylko iść dalej. Pierwsze rozstrzygające 
kroki ma juŜ za sobą. Po chwili płaci i udaje się do fabryki. Mimo Ŝe to kawał drogi od 
Alexanderplatz, idzie pieszo. Wydał juŜ dzisiaj dość pieniędzy na jazdy, zakupy, jedzenie. 
Dość? Za duŜo! ChociaŜ Quangel zdecydował się teraz na zupełnie inne Ŝycie, nie zmieni nic 
z dotychczasowych przyzwyczajeń. Pozostanie nadal oszczędny i będzie się trzymał z dala od 
ludzi.
Wreszcie stoi znów w swoim warsztacie, uwaŜny i czujny, bez słowa i odpychający tak jak 
zawsze. Nie widać po nim nic z tego, co się w nim dokonało.

Strona 31

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

ROZDZIAŁ XV Enno Kluge znów pracuje Kiedy Otto Quangel stanął do pracy w warsztacie 
stolarskim, Enno Kluge był juŜ od sześciu godzin przy tokarce. Mały człowieczek nie mógł 
wytrzymać w łóŜku; pojechał mimo osłabienia i bólu do fabryki.
Oczywiście, przyjęto go tam niezbyt przyjaźnie, ale nie oczekiwał niczego innego.
-  No, przyszedłeś więc znów do nas z wizytą, Enno? - zapytał majster -jak długo zamierzasz 
tym razem pracować? Tydzień czy dwa?
-  Jestem teraz zupełnie zdrów, majstrze - zapewniał Enno gorliwie. - Mogę znów pracować i 
będę znów pracował, zobaczycie!
-  No, no! - powiedział majster dość powątpiewająco i chciał juŜ odejść. Ale zatrzymał się 
jeszcze chwilę, z zastanowieniem przyjrzał się twarzy Enria i zapytał: - A coś ty zrobił ze 
swoją facjatą, Enno? Dostałeś się do magla, co?
 Enno opuścił głowę. Odpowiadając nie patrzy na majstra: - Tak jest, majstrze, wymaglowali 
mnie...
Majster stoi przy nim, w zamyśleniu ogląda w dalszym ciągu. Wreszcie dochodzi do 
przekonania, Ŝe powinien coś powiedzieć w tej sprawie, i mówi: - No, moŜe to rzeczywiście 
pomogło, moŜe naprawdę wróciła ci ochota do roboty, Enno!
Majster poszedł i Enno Kluge jest rad, Ŝe baty tak zostały zrozumiane. Niech sobie majster 
myśli, Ŝe zlali go z powodu jego wstrętu do pracy, tym lepiej! Nie chciał o tym z nikim 
mówić. A jeśli tutaj tak będą myśleli, oszczędzą mu wszelkich pytań. Co najwyŜej będą się 
śmiali poza jego plecami, a to - proszę bardzo - to mu było obojętne. Chciał teraz pracować. 
Jeszcze będą go podziwiali!
Uśmiechając się skromnie, a mimo to nie bez dumy, Enno Kluge wpisuje się na listę 
dobrowolnej zmiany niedzielnej. Kilku starszych kolegów, którzy znają go od dawna, kpi z 
tego. Enno śmieje się wraz z nimi i jest rad, Ŝe majster teŜ chichocze.
Poza tym błędne mniemanie majstra, Ŝe dostał baty z powodu wstrętu do pracy, pomogło mu 
prawdopodobnie równieŜ w dyrekcji. Wezwano go tam natychmiast po przerwie obiadowej. 
Stał jak oskarŜony, a zwiększało jeszcze jego strach to, Ŝe jeden z „sędziów" był w mundurze 
wojskowym, jeden w mundurze SA, a jedyny cywil miał oczywiście równieŜ znaczek 
przodownika partii w klapie.
Oficer Wehrmachtu przewracał w aktach i wyliczał Klugemu jego grzechy głosem równie 
obojętnym jak pogardliwym. Tego a tego dnia zwolniony z Wehrmachtu do przemysłu 
zbrojeniowego, wtedy a wtedy pierwsze zameldowanie w fabryce, do której został 
skierowany. Jedenaście dni przepracowanych, zwolnienie z powodu krwawień Ŝołądka, trzej 
lekarze, dwa szpitale. Tego a tego dnia uznany znów za zdolnego do pracy. Pięć dni pracy, 
trzy dni wagarów, jeden dzień przepracowany, znów krwawienia Ŝołądka itd., itd.
Oficer Wehrmachtu odłoŜył akta, popatrzył ze wstrętem na Klugego - to znaczy skierował 
wzrok mniej więcej na górny guzik marynarki Enna i powiedział podniesionym głosem: — 
CóŜ ty sobie właściwie myślisz, ty świnio? - I nagle zaczął krzyczeć, ale widać było po nim , 
Ŝe krzyczy bez jakiegokolwiek zdenerwowania, po prostu z przyzwyczajenia: - Myślisz, Ŝe 
potrafisz kogokolwiek wodzić za nos twoimi idiotycznymi krwawieniami Ŝołądka? Poślę cię 
do kompanii karnej.
Tam wyrwą ci z brzucha twoje śmierdzące flaki, tam się nauczysz, co to są krwawienia 
Ŝołądka'
Oficer krzyczał tak przez dłuŜszą chwilę. Enno znał to z wojska i nie przeraŜało go to 
specjalnie. Wysłuchał tego kazania z rękami przepisowo wyciągniętymi na szwach cywilnych 
spodni, z okiem skierowanym uwaŜnie na wymyślającego. Kiedy oficer od czasu do czasu 
przerywał dla zaczerpnięcia powietrza, Enno mówił przepisowym tonem, jasno i wyraźnie, 
ale ani pokornie, ani bezczelnie, tylko rzeczowo: - Tak jest, Herr Oberleutnant! Rozkaz, Herr 
Oberleutnant! - W pewnej chwili udało mu się nawet, oczywiście bez wszelkiego widocznego 
skutku, wtrącić zdanie: - Melduję posłusznie, Ŝe jestem zdrów, Herr Oberleutnant! Melduję 
posłusznie, Ŝe będę pracował!
Równie nagle jak zaczął krzyczeć, oficer skończył. Zamknął usta, odwrócił wzrok od górnego 
guzika marynarki Klugego i spojrzał na swego brunatnego sąsiada: - Jeszcze coś poza tym? - 
spytał ze wstrętem. Tak jest, i ten pan miał jeszcze coś do powiedzenia, a raczej do krzyczenia 
- wszyscy panowie przełoŜeni potrafili tylko krzyczeć na swych ludzi. Ten krzyczał o 
zdradzie narodu i o sabotaŜu, o fuehrerze, który nie ścierpi Ŝadnych zdrajców we własnych 
szeregach, i o kacetach, gdzie Enna nauczą rozumu.
- A w ogóle, w jakim stanie pokazujesz się u nas? - wrzasnął nagle brunatny - kto cię tak 
urządził, ty świnio jedna? Z taką mord? pokazujesz się przy robocie? Alfonsowałeś u kobiet, 
ty kurwiarzu! Tan tracisz swoje siły, a my ci mamy za to płacić? Gdzieś był, gdzieś się tal 
upaprał, ty nędzny sutenerze jeden?
-  Dali mi wycisk - powiedział Enno, zastraszony wzrokiem tamtego.
-  Kto, kto cię tak urządził, chcę to wiedzieć! - krzyczała brunatna koszula wymachując mu 
pięścią przed nosem i tupiąc nogami.
Teraz nadeszła chwila, kiedy mózg Enna Klugego przestał działać. ZagroŜony nowym laniem 
zapomniał o zasadzie ostroŜności i szepnę1 w strachu: - Melduję posłusznie, Ŝe to SS mnie 
tak urządził.
W bezmyślnym strachu tego człowieka było coś tak przekonującegc Ŝe trzej męŜczyźni za 
stołem natychmiast mu uwierzyli. Uśmieszl zrozumienia i aprobaty pojawiły się na ich 
twarzach. Brunatny krzykn? jeszcze: - I ty to nazywasz „urządził"? To się nazywa - poskromił 
słusznie ukarał! Jak to się nazywa?
 -  Melduję posłusznie: to się nazywa - słusznie ukarał!
-  No, mam nadzieję, Ŝe sobie to zapamiętasz. Następnym razem nie wywiniesz się tak tanim 
kosztem! Odmaszerować!
Jeszcze w pół godziny później Enno Kluge drŜał tak mocno, Ŝe nie mógł pracować przy 
tokarni. Pałętał się w wychodku, skąd go wreszcie majster wyforował i zagnał 
przekleństwami do roboty. Majster stanął koło niego i przyglądał się, klnąc, jak Enno Kluge 
psuł jedną robotę po drugiej. W głowie małego człowieczka kręciło się jeszcze wszystko: 
zwymyślany przez majstra, wykpiony przez kolegów, zagroŜony obozem koncentracyjnym i 
kompanią karną - nic juŜ wyraźnie nie widział. Zazwyczaj tak zgrabne ręce odmawiały mu 
posłuszeństwa. Nie mógł pracować, a mimo to musiał, bo byłby zupełnie zgubiony.
Wreszcie sam majster uznał, Ŝe tu nie chodzi o złą wolę ani wstręt do pracy: - Gdyby nie to, 
Ŝe dopiero co byłeś chory, powiedziałbym ci, abyś się połoŜył na parę dni do łóŜka i 
wykurował - z tymi słowami majster opuścił go, dodając jednak: - Ale wiesz chyba, co się 
wtedy z tobą stanie! Tak, wiedział. Pracował w dalszym ciągu, próbując nie myśleć o bólu i 
nieznośnym ucisku w głowie. Przez chwilę przyciągało go jak magnes obracające się z 

Strona 32

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

błyskiem Ŝalazo. Trzeba było tylko wetknąć palec i miałby spokój, łóŜko, mógłby leŜeć, 
wypoczywać, spać, zapomnieć! Ale zaraz przypomniał sobie, Ŝe kto świadomie powoduje 
własne kalectwo, zostaje skazany na karę śmierci. I ręka cofnęła się...
Tak było: śmierć w kompanii karnej, śmierć w kacecie, śmierć na podwórzu więziennym, oto 
co mu groziło kaŜdego dnia i co musiał od siebie oddalić. A miał tak mało sił...
Popołudnie jakoś minęło i zaraz po piątej znalazł się w strumieniu powracających do domu. 
Bardzo tęsknił za spokojem i snem, ale gdy stanął w swoim ciasnym pokoiku hotelowym, nie 
mógł się zdecydować na połoŜenie do łóŜka. Wybiegł znowu, by kupić coś do jedzenia.
I znów był w pokoju, jedzenie leŜało przed nim na stole, a łóŜko stało obok. Ale po prostu nie 
mógł tutaj zostać. Był jak zaszczuty, nie mógł wytrzymać w tym pokoju. Musiał kupić sobie 
nieco przyborów do mycia i niebieską bluzę roboczą u handlarza starzyzną.
Znowu wybiegł, a kiedy był w drogerii, wpadło mu na myśl, Ŝe powracający na urlop maŜ 
Lotty wyrzucił go brutalnie na ulicę, a została jeszcze u niej jego cięŜka waliza z rzeczami. 
Wybiegł ze sklepu, wsiadł do tramwaju, zaryzykował: pojechał po prostu do niej. Nie mógł 
przecieŜ  zrezygnować z tych wszystkich rzeczy. PrzeraŜała go wprawdzie perspektywa 
nowych cięgów, ale coś go gnało, musiał iść do Lotty.
Miał szczęście. Zastał Lottę w domu, męŜa nie było. - Twoje rzeczy, Enno? - zapytała. - 
Wstawiłam je od razu do piwnicy, Ŝeby on ich nie znalazł. Poczekaj, przyniosę klucz!
Ale trzymał ją juŜ w objęciach oparłszy głowę o jej mocną pierś. Napięcie ostatnich dni było 
dla niego zbyt wielkie, po prostu zapłakał.
- Och, Lotto, Lotto, nie wytrzymam bez ciebie! Tak tęsknię za tobą!
Dygotał cały od łkań. Była porządnie wystraszona. Przywykła do obchodzenia się z 
męŜczyznami, takŜe z beczącymi, ale byli wtedy zwykle pijani. A ten był trzeźwy... I to 
gadanie o tęsknocie i o tym, Ŝe nie moŜe Ŝyć bez niej. Chyba juŜ wieki minęły od chwili, 
kiedy ktoś mówił jej coś takiego. Jeśli w ogóle ktokolwiek powiedział jej to kiedyś.
Uspokajała go, jak mogła: - On będzie przecieŜ tylko trzy tygodnie na urlopie, a potem 
moŜesz wrócić do mnie, Enno! Weź się teraz do kupy i zabierz rzeczy, zanim on wróci. Wiesz 
przecieŜ!...
Och tak, wiedział, dokładnie wiedział, co mu grozi!
Odprowadziła go jeszcze do tramwaju, pomagając mu nieść walizkę.
Enno Kluge wracał do hotelu z nieco lŜejszym sercem. Jeszcze tylko trzy tygodnie, z których 
minęły juŜ cztery dni. Potem tamten wraca na front, a on będzie mógł się znów połoŜyć do 
swego łóŜka! Enno myślał, Ŝe wytrzyma w ogóle bez kobiet, ale nie mógł, po prostu nie 
potrafił. Trzeba będzie teŜ zajrzeć przez ten czas do Tutti; wiedział teraz, Ŝe baby nie są wcale 
takie złe, trzeba się tylko przed nimi wypłakać. Wtedy od razu pomagają! MoŜe mógłby 
pozostać przez te trzy tygodnie u Tutti, samotny pokój hotelowy był zbyt przykry!
Ale pomimo kobiet będzie pracował, pracował, pracował! Nie zrobi więcej Ŝadnej grandy, 
nie, nigdy! Był uleczony!
ROZDZIAŁ XVI Śmierć pani Rosenthal W niedzielę rano pani Rosenthal obudziła się z 
głębokiego snu z okrzykiem przeraŜenia. Znowu śniło się jej coś straszliwego, co nawiedzało 
ją niemal kaŜdej nocy: uciekała z Zygfrydem. Schowali się,  a prześladowcy przechodząc  
obok  nich  zdawali  się źle  ukrytych wyszydzać kącikiem oczu.
Nagle Zygfryd zaczął biec, a ona za nim. Nie mogła biec tak szybko jak on. Zawołała: - Nie 
tak prędko, Zygfrydzie! Nie nadąŜę! Nie zostawiaj mnie samej!
Wzniósł się nad ziemię, pofrunął. Z początku fruwał niezbyt wysoko nad chodnikiem, potem 
zaczął się unosić coraz wyŜej, aŜ zniknął gdzieś ponad dachami. Stała sama na Greifswalder 
Strasse. Z oczu jej płynęły łzy. Wielka cuchnąca łapa legła na jej twarzy, a jakiś głos szeptał 
do ucha: - Mam cię wreszcie, ty stara, Ŝydowska świnio.
Wpatrzyła się w zaciemnienie na oknach. Ze szczelin sączyło się dzienne światło. Strachy 
nocy cofnęły się przed oczekującymi ją strachami dnia. JuŜ znowu dzień! Znów przespała 
przyjście radcy sądowego, jedynego człowieka, z którym mogła mówić! Postanowiła sobie 
przecieŜ czuwać, a tymczasem jednak zasnęła! Znów cały dzień sama, dwanaście godzin, 
piętnaście godzin! Och, nie wytrzyma tego! Ściany tego pokoju zawalą się nad nią, stale ta 
sama blada twarz w lustrze, stale to samo liczenie pieniędzy - nie, tak dalej być nie moŜe. 
Najgorsze byłoby lepsze niŜ ta bezczynność w zamknięciu.
Pani Rosenthal gwałtownie się ubiera. Potem podchodzi do drzwi, odsuwa rygiel, otwiera 
cicho drzwi i wygląda na korytarz. W mieszkaniu panuje zupełna cisza, równieŜ dom jest 
jeszcze spokojny. Dzieci nie hałasują na ulicy - musi być bardzo wcześnie. MoŜe radca jest 
jeszcze w swojej bibliotece? MoŜe wolno jej powiedzieć mu „dzień dobry", zamienić z nim 
dwa, trzy zdania, które dodadzą jej odwagi do przetrwania dnia?
WaŜy się na to, waŜy się na to mimo jego zakazu. Idzie szybko przez korytarz i wchodzi do 
jego pokoju. Cofa się nieco przed jasnością dnia, która wlewa się przez otwarte okna, przed 
wolnością, która przeniknęła tu wraz z powietrzem. Ale bardziej jeszcze przeraŜa ją kobieta, 
która czyści dywan odkurzaczem. Jest to starsza, chuda kobieta. Chustka dokoła głowy i 
odkurzacz świadczą, Ŝe jest tu sprzątaczką.
Wejście pani Rosenthal przerwało pracę kobiety. Przez chwilę wpatruje się w 
nieoczekiwanego gościa, przy czym zaciska raz po raz powieki, jakby zjawisko nie wydawało 
się jej zupełnie realne. Potem opiera odkurzacz o stół i zaczyna robić dłońmi i ramionami 
odpychające  gesty, przy czym od czasu do czasu wydaje ostry dźwięk, coś w rodzaju „sio, 
sio", jak gdyby przeganiała kury.
Pani Rosenthal cofając się juŜ, powiada błagalnie: - Gdzie jest radca sądowy? Muszę z nim 
przez chwilę porozmawiać. Kobieta mocno zaciska wargi i potrząsa gwałtownie głową. 
Potem na nowo rozpoczyna odpychającą gestykulację i swoje „sio, sio", tak długo, póki pani 
Rosenthal nie zawraca na dobre do swego pokoju. Tam zapada w fotel przy stole i wybucha 
niepowstrzymanym płaczem, podczas gdy sprzątaczka po cichu zamyka drzwi. Wszystko 
daremne! Znów dzień, który skazuje na to samotne, bezmyślne oczekiwanie! Wiele dzieje się 
na świecie - moŜe teraz właśnie umiera Zygfryd albo niemiecka bomba lotnicza zabija jej 
Ewę — a ona musi lu siedzieć w ciemnościach i nie wolno jej nic robić.
Potrząsa głowa z niezadowoleniem: nie godzi się z tym po prostu, ma tego dość! Jeśli ma być 
nieszczęśliwa, jeśli ma wiecznie Ŝyć w strachu, zaszczuta, to chce to zrobić na swój sposób. 
Niech te drzwi zamkną się za nią na zawsze; to jej nie powstrzyma. Ta gościna wypływa z 
dobrego serca, ale jej nie słuŜy.
Zastanawia się stojąc znów przy drzwiach. Wraca do stołu i bierze grubą złotą bransoletę z 
szafirami. MoŜe w ten sposób...
Ale kobiety nie ma juŜ w gabinecie, a okna są juŜ zamknięte. Pani Rosenthal stoi nasłuchując 
w korytarzu, w pobliŜu drzwi wejściowych. Potem słyszy brzęk talerzy i idąc za tym 

Strona 33

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

odgłosem znajduje kobietę w kuchni przy zmywaniu.
Wyciąga do niej błagalnie bransoletę i mówi zacinając się: - Naprawdę muszę mówić z radca 
sądowym. Proszę, bardzo proszę!
SłuŜąca na jej widok marszczy czoło. Rzuca tylko pobieŜne spojrzenie na wyciągniętą 
bransoletę. Potem zaczyna ją znów wypędzać ruchami rąk podobnymi do wiosłowania i 
szeptem „sio, sio". I pani Rosenthal ucieka przed tym do swego pokoju. Biegnie wprost do 
nocnego stolika i wyciąga z szuflady zaordynowany jej przez radcę sadowego środek 
nasenny.
Nie uŜywała go dotychczas nigdy. Teraz wysypuje wszystkie pastylki, dwanaście czy 
czternaście sztuk, do wgłębienia dłoni, i przełyka je popijając szklanka wody. Musi dziś spać, 
chce przespać dzisiejszy dzień... Wieczorem porozmawia z radcą sądowym i usłyszy, co 
moŜna zrobić. Kładzie się w ubraniu na łóŜko, lekko tylko narzucając na siebie  kołdrę. LeŜy 
nieruchomo na plecach, ze wzrokiem skierowanym w sufit i wyczekuje snu.
Zdaje się. Ŝe sen rzeczywiście nadchodzi. Rozpływają się męczące myśli, wciąŜ te same. 
zrodzone w przeraŜeniu strachy. Zamyka oczy, jej mięśnie rozpręŜają się. staja się bezwładne, 
sen juŜ ja prawie uratował.
Ale wtedy, u samego progu snu. popycha ją jakby jakaś ręka z powrotem na jawę. 
Wstrząsnęła się cała, tak silne było pchnięcie. Ciało jej zwinęło się jak od nagłego skurczu...
I znów leŜy na plecach wpatrując się w sufit, a wieczny młynek obraca w niej ciągle te same 
dręczące myśli i przeraźliwe obrazy. Potem -powoli wszystko słabnie, oczy zamykają się. sen 
jest juŜ bliski. I znów u jego progu pchnięcie, cios, skurcz, który ściąga całe ciało. Znowu 
została przegnana z ciszy, spokoju, zapomnienia...
Gdy powtarza się to trzy. cztery razy, rezygnuje z czekania na sen. Wstaje, podchodzi powoli, 
nieco chwiejnie, ze zwisającymi rękami do siołu i siada. Patrzy przed siebie. Rozpoznaje coś 
białego, co leŜy przed nią: to list do Zygfryda, który zaczęła przed trzema dniami, ale nie 
napisała więcej niŜ kilka wierszy. Patrzy znów: poznaje banknoty, kosztowności. Tam z tylu 
stoi taca z jedzeniem dla niej. Zazwyczaj rzucała się na nie rano. bardzo wygłodniała, teraz 
spogląda na tacę obojętnie. Nie chce jeść...
Gdy tak siedzi, przychodzi jej na myśl, Ŝe jednak środek nasenny uywołał w niej pewna 
zmianę: jeśli nie darował jej nawet drzemki, to przynajmniej pozbawił ja dzikiego porannego 
niepokoju. Siedzi więc w fotelu, czasem niemal zapada w sen. potem znów się podrywa. Mija 
czas. Nie wie - duŜo czy mało - ale jakaś część tego straszliwego dnia chyba upłynęła...
Potem słyszy kroki na schodach. Wzdryga się. W chwili nawrotu świadomości usiłuje 
zrozumieć, czy w tym pokoju moŜna w ogóle usłyszeć kroki idącego po schodach. Ale 
krytyczna chwila juŜ minęła i znów nasłuchuje w napręŜeniu kroków na klatce schodowej, 
kroków człowieka, który z trudem wspina się w górę, zatrzymuje się, a potem pokasłujac 
rusza dalej, opierając się o poręcz.
Teraz juŜ nie tylko słyszy, teraz widzi równieŜ. Widzi bardzo wyraźnie Zygfryda 
wślizgującego się przez cichą jeszcze klatkę schodowa do ich mieszkania. Oczywiście znów 
go zniewaŜyli, głowę ma owiniętą paroma pobieŜnie nałoŜonymi bandaŜami, które juŜ 
przesiąkły  krwią, a jego twarz jest poraniona i nosi ślady ich pięści. To Zygfryd z takim 
trudem wlecze się po schodach na górę. W jego piersi coś gra i jęczy, w piersi rozbitej 
kopnięciami. Pani Rosenthal widzi Zygfryda znikającego za zakrętem schodów...
Przez chwilę jeszcze siedzi bez ruchu. Na pewno nie myśli o niczym, ani o radcy sadowym, 
ani o umowie z nim. PrzecieŜ musi iść na górę, do mieszkania - co sobie Zygfryd pomyśli, 
gdy znajdzie mieszkanie puste? Ale jest przecieŜ tak straszliwie zmęczona, przecieŜ podnieść 
się teraz z fotela jest naprawdę niemal niemoŜliwe!...
Potem jednak wstaje. Wyjmuje pęk kluczy z torebki, sięga po bansoletę z szafirami, jakby po 
talizman, który ją moŜe ochronić - i wychodzi powoli i chwiejnie z mieszkania. Drzwi 
zamykają się za nią.
Radca sądowy, obudzony wreszcie po długim namyśle przez słuŜącą, przychodzi za późno, 
aby powstrzymać gościa od tej wycieczki w zbyt niebezpieczny świat.
Radca stoi przez chwilę w lekko uchylonych drzwiach i nasłuchuje. Z początku nie słyszy nic, 
ani na górze, ani na dole. Potem, kiedy dobiega go szybki, energiczny krok męskich butów, 
cofa się do mieszkania. Pozostaje jednak przy wizjerze. JeŜeli będzie moŜna uratować 
nieszczęsną, otworzy jej ponownie swoje drzwi, mimo wszelkich niebezpieczeństw.
Pani Rosenthal nawet nie zauwaŜyła, Ŝe minęła kogoś na schodach. Opanowana jest tylko 
jedną myślą: jak najprędzej wrócić do mieszkania i do Zygfryda. Ale fuehrer HJ, Baldur 
Persicke. śpieszący właśnie na poranny apel, zatrzymuje się na stopniu zupełnie oszołomiony, 
z otwartymi ustami, gdy mija go niemal ocierając się o niego ta kobieta. Rosenthalowa, ta od 
wielu dni zaginiona Rosenthalowa - jest teraz, w niedzielę rano, tutaj. Idzie sobie w ciemnym 
swetrze bez gwiazdy Ŝydowskiej, z pękiem kluczy i bransoletą w jednej ręce, a drugą z 
trudem podciąga na poręczy - ta kobieta jest pijana! Wczesnym niedzielnym rankiem jest juŜ 
kompletnie zalana!
Baldur stoi jeszcze chwilę w zupełnym oszołomieniu. Ale gdy pani Rosenthal znika za 
zakrętem schodów, Baldur zbiera myśli i zamyka usta. Czuje, Ŝe teraz nadeszła właściwa 
chwila, tylko niczego nie sfuszerować! Nie, tym razem sam załatwi sprawę, nikt mu tego nie 
zapaskudzi, ani bracia, ani ojciec, ani jakiś Borkhausen.
Baldur czeka jeszcze, aŜ się upewni, Ŝe pani Rosenthal doszła juŜ do mieszkania Quanglów, 
potem wraca po cichu do mieszkania rodziców. Tam śpią jeszcze wszyscy, a telefon wisi na 
korytarzu. Zdejmuje słuchawkę i nakręca tarcze, potem Ŝąda określonego numeru. Ma 
szczęście: mimo niedzieli otrzymuje połączenie z człowiekiem, o którego mu chodzi. Mówi 
krótko, co trzeba powiedzieć, potem przysuwa sobie krzesło do drzwi - uchyla je i uzbraja się 
w cierpliwość: musi czekać pół godziny, a moŜe nawet godzinę na warcie, by ptaszek znowu 
nie wyleciał...
U Quanglów obudziła się tylko Anna. Cicho krząta się po mieszkaniu. Od czasu do czasu 
patrzy na Ottona, który śpi jeszcze bardzo mocno. Wygląda na zmęczonego i 
zdenerwowanego, nawet teraz we śnie. Jakby coś nie dawało mu spokoju. Anna stoi i patrzy 
zamyślona w twarz człowieka, z którym przeŜyła niemal trzy dziesiątki lat, dzień po dniu. Od 
dawna przyzwyczaiła się do tej twarzy, do tego profilu, do cienkich, niemal zawsze mocno 
zaciśniętych ust - to jej juŜ nie przeraŜa. Tak właśnie wygląda męŜczyzna, któremu 
poświęciła całe Ŝycie. Nie chodzi przecieŜ o wygląd...
Ale tego ranka wydaje się jej, Ŝe twarz ta jeszcze się zaostrzyła, usta jeszcze bardziej zwęziły, 
a zmarszczki koło nosa jeszcze bardziej się pogłębiły. MąŜ ma troski, cięŜkie troski, a ona 
zaniedbała rozmowy z nim na ten temat, nie pomogła mu nieść cięŜaru. Tego niedzielnego 
ranka, cztery dni po otrzymaniu wiadomości o śmierci syna, Anna Quangel jest znów mocno 

Strona 34

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

przekonana o tym, Ŝe nie tylko musi wytrwać przy męŜu jak dotychczas, ale Ŝe nie miała 
racji, kiedy zaczęła mu się sprzeciwiać. Powinna go była lepiej znać: chętniej milczał niŜ 
mówił. Musiała go stale zachęcać, by coś powiedział. Sam od siebie nie mówił nic.
No, dziś będzie mówił. Przyrzekł jej to dziś w nocy, gdy wrócił z pracy. Anna przeŜyła zły 
dzień. Gdy wybiegł zupełnie bez śniadania, gdy godzinami czekała na niego daremnie, gdy 
równieŜ nie zjawił się na obiad, gdy zrozumiała, Ŝe teraz juŜ poszedł do pracy i na pewno nie 
wróci - była zupełnie zrozpaczona.
Co opętało tego człowieka od chwili, gdy wypowiedziała to nie przemyślane słowo? Co gnało 
go, nie dawało mu spokoju? Znała go przecieŜ: od chwili gdy mu to powiedziała, myślał tylko 
o tym, aby jej pokazać, Ŝe tamten nie jest „jego" wodzem. Jak gdyby kiedykolwiek  powaŜnie 
tak myślała! Powinna mu była powiedzieć, Ŝe wyrwało jej się to słowo w pierwszym 
bolesnym gniewie. Mogła teŜ powiedzieć wiele innych rzeczy przeciw tym zbrodniarzom, 
którzy tak bezmyślnie zrabowali jej syna - akurat to słowo musiało jej się wymknąć!
Ale powiedziała właśnie to. Teraz Otto biegał po świecie i wystawiał się na wszelkie moŜliwe 
niebezpieczeństwa, tylko po to. aby mieć rację i pokazać jej dokładnie, Ŝe postąpiła 
niesprawiedliwie! A moŜe on w ogóle juŜ nie wróci. MoŜe po wiedział coś albo zrobił coś, co 
poszczuło na niego kierownictwo fabryki albo gestapo - moŜe go zamknęli? Ten zazwyczaj 
spokojny człowiek juŜ wczesnym rankiem był tak niespokojny!
Anna Quangel nie wytrzyma tego, nie moŜe dłuŜej tak bezczynnie czekać. Przygotowuje parę 
kanapek i udaje się w drogę do fabryki. Ale i w tym wypadku jest godną małŜonką swego 
męŜa, nawet teraz, kiedy zaleŜy jej na kaŜdej minucie, aby wcześniej się uspokoić, nawet 
teraz nie jedzie tramwajem. Nie, idzie pieszo - oszczędza kaŜdy grosz, tak samo jak on.
Od portiera fabryki mebli Anna dowiaduje się, Ŝe majster Quangel przybył do pracy 
punktualnie jak zawsze. Posyła mu przez gońca „zapomniane" kanapki i czeka jeszcze na jego 
powrót.
-  No, co powiedział?
-   Co miał powiedzieć? On przecieŜ nigdy nic nie mówi!
Anna  moŜe  teraz  spokojnie wrócić do  domu.  Mimo  rannego niepokoju Ottona nic się 
jeszcze nie stało. A wieczorem pogada z nim...
Otto wraca w nocy. Anna widzi po jego twarzy, jaki jest zmęczony.
-  Otto - powiada prosząco -ja nic złego przecieŜ nie myślałam. To wymknęło mi się tylko w 
pierwszej chwili rozpaczy. Nie bądź juŜ zły.
-  Ja... zły... na ciebie? I z tego powodu? Nigdy!
-  Ale ty chcesz coś zrobić, czuję to! Otto, nie rób tego, wpadniesz w nieszczęście! Nie 
darowałabym sobie tego nigdy.
Quangel patrzy na nią przez chwilę niemal z uśmiechem. Potem kładzie szybko obie ręce na 
jej ramionach. Po chwili cofa je, jakby zawstydził się tej pieszczoty.
-  Co zrobię? Prześpię się! A jutro ci powiem, co my zrobimy! Jest juŜ jutro, a Qungel jeszcze 
śpi. Te pół godziny nie gra teraz roli.
Otto jest przy niej, nie moŜe przedsięwziąć nic niebezpiecznego, śpi.
Kobieta odwraca się od łóŜka męŜa i wraca do codziennej roboty domowej.
Tymczasem pani Rosenthal od dawna juŜ (mimo Ŝe tak powoli wchodziła po schodach) 
dotarła do swego mieszkania. Bez zdziwienia otwiera zamknięte drzwi. RównieŜ w 
mieszkaniu nie szuka wcale Zygfryda ani go nie woła. Nie zwraca teŜ uwagi na ponury 
nieład, zapomniała nawet, Ŝe właściwie przywołały ja do domu kroki wracającego męŜa.
Jej zamroczenie rośnie stale i niepowstrzymanie. Nie moŜna powiedzieć, Ŝe śpi, ale teŜ nie 
czuwa. Tak jak powoli i niezręcznie porusza ocięŜałymi członkami, bo nie poddają się jej 
woli, tak nie panuje juŜ nad swym mózgiem. Napływają obrazy jak płatki śniegu i znów się 
rozpraszają, zanim mogła je dobrze zobaczyć. Siedzi w kącie kanapy trzymając nogi na 
zabrudzonej bieliźnie i rozgląda się powoli i leniwie. W ręku wciąŜ jeszcze trzyma klucze i 
bransoletę z szafirami, którą podarował jej Zygfryd po urodzeniu Ewy. Zysk z całego 
„białego tygodnia"... Uśmiecha się lekko.
Potem słyszy, Ŝe ktoś otroŜnie otwiera drzwi wejściowe. I wie, Ŝe to Zygfryd. Teraz wszedł. 
Po to przecieŜ i ona tu przyszła. Chce mu wyjść naprzeciw.
Ale pozostaje na miejscu, z szerokim uśmiechem na całej szarej twarzy. Przyjmie go tutaj 
siedząc, jakby nigdy w ogóle stąd nie wychodziła, jak gdyby przez cały czas oczekiwała go 
siedząc na kanapie.
Potem nareszcie drzwi się otwierają i zamiast oczekiwanego Zygfryda w drzwiach staje 
trzech męŜczyzn. Wie juŜ, gdy tylko zobaczyła wśród przybyłych znienawidzony brunatny 
mundur, Ŝe to nie jest Zygfryd, Zygfryda tutaj nie ma. Budzi się w niej odrobinka strachu, ale 
naprawdę tylko maleńka odrobinka. No, nareszcie!
Powoli niknie uśmiech z jej twarzy, która traci szarość i przybiera barwę zielonoŜółtą.
Ci trzej stoją teraz wprost przed nią. Słyszy jak wielki, cięŜki męŜczyzna w czarnym palcie 
mówi: - Nie jest urŜnięta, mój chłopcze. Prawdopodobnie zatruta środkami usypiającymi. 
Zobaczymy, co da się z niej wycisnąć, za co moŜna będzie się chwycić. Niech pani słucha: 
pani jest panią Rosenthal?
Kiwa głowa: -- Tak jest, moi panowie, Lora albo ściślej Sara Rosenthal. Mój mąŜ siedzi w 
Moabicie, dwaj synowie są w Ameryce, jedna córka w Danii, jedna zamęŜna w Anglii.
-  A ile pieniędzy pani im posłała? - pyta szybko komisarz policji kryminalnej Rusch.
-  Pieniądze? Po co pieniądze? PrzecieŜ oni wszyscy mają dosyć pieniędzy! Po co mam im 
posyłać pieniądze?
Kiwnęła powaŜnie głową. Wszystkie jej dzieci Ŝyją w dobrych warunkach. Mogłyby bez 
trudu utrzymać nawet rodziców. Nagle wpada jej coś na myśl, co musi jeszcze bezwarunkowo 
tym panom powiedzieć: - To jest moja wina - powiada niezręcznie i z trudem. Język coraz 
trudniej się obraca, zacina się. - To jest tylko moja wina. Zygfryd juŜ od dawna chciał 
wyjechać z Niemiec, ale powiedziałam mu: - Po co zostawiać tutaj te wszystkie piękne 
rzeczy, ten dobry interes, sprzedawać wszystko za bezcen? Nikomu nic złego nie zrobiliśmy i 
nikt nam nie zrobi nic złego. Namówiłam go - inaczej juŜ od dawna wyjechalibyśmy!
-  A gdzie ma pani pieniądze? - pyta komisarz, juŜ nieco zniecierpliwiony.
-  Pieniądze? - próbuje się zastanowić. Rzeczywiście, miała przecieŜ trochę pieniędzy. Gdzie 
się podziały? Ale to Ŝmudne zastanawianie się przychodzi jej z trudem, za to wpada jej na 
myśl coś innego. Podaje komisarzowi bransoletkę z szafirami - Tu! - powiada po prostu - tu!
Komisarz Rusch rzuca szybie spojrzenie na bransoletę, potem ogląda się na dwóch męŜczyzn, 
na kanciastego fuehrera HJ i na swego stałego towarzysza Friedricha, grubego kloca, który 
wygląda na pomocnika kata. Widzi, Ŝe obaj obserwują go z napięciem. Odpycha więc 
niecierpliwie rękę z bransoletą, chwyta cięŜką kobietę za ramiona i potrząsa nią energicznie. - 

Strona 35

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Niech pani się teraz wreszcie obudzi, pani Rosenthal - krzyczy - rozkazuję pani, musi się pani 
obudzić!
Potem puszcza ją: głowa kobiety opada do tyłu na oparcie kanapy, ciało kurczy się - a język 
mamie coś niezrozumiałego. Ten sposób rozbudzenia jej nie był, zdaje się, najwłaściwszy. 
Przez chwilę trzej męŜczyźni obserwują w milczeniu starą kobietę, która leŜy skurczona, bez 
przytomności.
Nagle komisarz szepce zupełnie cichutko: - Weź ją ze sobą tam do kuchni i postaraj się ją 
obudzić!
Katowski pomocnik Friedrich kiwa tylko głową. Bierze cięŜką kobietę jak dziecko na ramię i 
ostroŜnie przekracza z nią rozrzucone na podłodze przeszkody.
Gdy dociera do drzwi, komisarz woła jeszcze za nim: - UwaŜaj, Ŝeby była cicho! Nie chcę 
robić hałasu w niedzielny poranek w domu czynszowym! Jak nie, to zrobimy to na Prinz-
Albrecht-Strasse. Tak czy tak zabiorę ją ze sobą.
Drzwi zamykają się za nimi, komisarz i fuehrer HJ zostają sami.
Komisarz Rusch stoi przy oknie i wygląda na ulicę. - Spokojna uliczka - powiada - 
prawdziwy plac zabaw dla dzieci, co?
Baldur Persicke potwierdza, Ŝe ulica Jabłońskiego jest cichą ulicą.
Komisarz jest nieco zdenerwowany, oczywiście nie z powodu tej sprawy, którą załatwia teraz 
w kuchni Friedrich ze starą śydówką. GdzieŜ tam, takie historie i jeszcze gorsze odpowiadają 
jego usposobieniu. Rusch jest zbankrutowanym prawnikiem, który znalazł drogę do policji 
kryminalnej. Ci znów oddali go później gestapo. Chętnie pełni swoją słuŜbę. Gotów jest do 
kaŜdej usługi na rzecz kaŜdego rządu, ale zdecydowane metody tego rządu podobają mu się 
szczególnie. - Tylko bez czułostkowości - mawia czasem do nowicjusza - dopiero wtedy 
spełniamy nasz obowiązek, jeśli osiągamy cel. A droga do tego celu jest obojętna.
Nie, z powodu tej starej śydówki komisarz nie zawraca sobie głowy, jest naprawdę 
pozbawiony wszelkiej czułostkowości.
Ale ten chłopak, ten fuehrer HJ Persicke nie pasuje do całego kramu. Komisarz nie lubi 
postronnych osób, w takich wypadkach nigdy nie wiadomo dokładnie, jak to przyjmą. Co 
prawda, ten wydaje się facetem swojego chowu, ale dokładnie wie się dopiero potem.
-  Czy pan widział, panie komisarzu? - pyta gorączkowo Baldur Persicke. Nie chce słyszeć 
tego, co dzieje się w kuchni, to jest ich sprawa! - Czy pan widział, Ŝe nie nosiła gwiazdy 
Ŝydowskiej?
-  Widziałem jeszcze więcej — powiada komisarz z namysłem — widziałem na przykład, Ŝe 
kobieta ma czyste buty, a na dworze jest pieska pogoda.
-  Tak - potwierdził Baldur Persicke, choć jeszcze nie rozumiał.
-  A więc ktoś w tym domu musiał ją ukrywać od środy, jeśli rzeczywiście od tego czasu nie 
była w mieszkaniu, jak pan twierdzi.
-  Jestem niemal pewien... - zaczyna Baldur Persicke nieco zmieszany powaŜnym wzrokiem 
komisarza, który nie spuszcza z niego oka.
-  „Niemal pewien" - to tyle co nic, mój chłopcze - powiada komisarz pogardliwie - „niemal 
pewien" w ogóle nie istnieje!
KaŜdy umiera... t. I  -  Jestem zupełnie pewien! - mówi Baldur szybko - mogę w kaŜdej chwili 
przysiąc na to, Ŝe Rosenthalowa od środy nie była w swoim mieszkaniu!
-  Dobrze, dobrze - potakuje z lekka komisarz. — Pan oczywiście wie.  Ŝe to niemoŜliwe,  aby 
pan sam od środy mógł obserwować mieszkanie. śaden sędzia w to nie uwierzy.
-  Mam dwóch braci w SS - powiada Baldur Persicke gorliwie. No, dobrze-zadowala się tym 
komisarz Rusch - jakoś to będzie.
A propos, co chciałem jeszcze panu powiedzieć: dopiero wieczorem będę miał czas na 
przeprowadzenie tutaj rewizji. MoŜe pan będzie dalej obserwował mieszkanie do tego czasu? 
Klucze pan chyba ma?
Baldur Persicke zapewnia zadowolony, Ŝe uczyni to chętnie. W jego oczach widać głęboką 
radość. A więc, moŜna było i w ten sposób - wiedział o tym - i to zupełnie legalnie!
-  Byłoby dobrze - powiada komisarz znudzony i wygląda znów przez okno - gdyby to 
wszystko leŜało tu tak jak teraz. Oczywiście za to, co jest w szafach i walizach, nie moŜe pan 
odpowiadać, ale poza tym...
Zanim Baldur zdąŜył odpowiedzieć, rozlega się z głębi mieszkania przeraźliwy, głośny 
okrzyk strachu.
-  Psiakrew! - powiedział komisarz, ale nie ruszył się z miejsca. Baldur wpatruje się w niego 
blady, ze spiczastym nosem, a kolana mu miękną.
Okrzyk strachu został natychmiast zduszony, słychać tylko przekleństwa Friedricha.
-  Co to chciałem jeszcze powiedzieć... - zaczyna znów komisarz z wolna.
Nie mówi jednak dalej, tylko wciąŜ nasłuchuje. Nagle bardzo głośne przekleństwa w kuchni, 
tupot nóg. Teraz Friedrich krzyczy na cały głos:
- Zechcesz teraz! Zechcesz!
Potem głośny okrzyk. Jeszcze dziksze przekleństwa. Szarpnięte drzwi od kuchni otwierają 
się, tupot na korytarzu i Friedrich ryczy do pokoju: - Co pan na to, panie komisarzu? Akurat 
doprowadziłem ją do tego, Ŝe zaczęła juŜ gadać do rzeczy, gdy nagle to bydlę wyskakuje mi 
przez okno!
Komisarz wściekle bije go w twarz: - Przeklęty idioto, bebechy ci wypruje! Naprzód, prędko!
Wypada z pokoju, zbiega po schodach...
- PrzecieŜ na podwórze! - woła Friedrich błagalnie, biegnąc za nim - przecieŜ upadła tylko na 
podwórze, a nie na ulicę! Nikt nie zwróci na to uwagi, panie komisarzu!
Nie otrzymuje odpowiedzi. Wszyscy trzej biegną po schodach na dół. starając się czynić jak 
najmniej hałasu w świątecznie cichym domu. Ostatni biegnie o pół piętra za tamtymi Baldur 
Persicke. Nie zapomniał zamknąć na klucz mieszkania Rosenthalów. Mimo Ŝe strach 
paraliŜuje mu jeszcze ruchy, pamięta o ciąŜącej na nim odpowiedzialności za te wszystkie 
piękne rzeczy. Tam nic nie moŜe zginąć!
Cała trójka przebiega koło mieszkania Quanglów, Persicków, a potem emerytowanego radcy 
sądowego Fromma. Jeszcze tylko pół piętra i są juŜ na podwórzu.
Otto Quangel wstał tymczasem, umył się i patrzył, jak Ŝona w kuchni przygotowuje 
śniadanie. Po śniadaniu będą rozmawiali ze sobą. Tymczasem powiedzieli sobie tylko „dzień 
dobry", ale przyjaźnie.
Nagle wzdrygają się oboje. W kuchni nad nimi rozlega się krzyk. Nasłuchują patrząc na 
siebie w napięciu i z troską w oczach. Potem moŜe na sekundę zaciemnia się okno kuchenne, 
coś cięŜkiego przelatuje i - słyszą tępe uderzenie o bruk podwórza. Z dołu krzyk męŜczyzny. I 
śmiertelna cisza.

Strona 36

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Otto Quangel gwałtownie otwiera okno, cofa się jednak, gdy słyszy tupot na schodach.
-  Wyjrzyj prędko, Anno! - powiada. - Zobacz, czy coś widać. Kobieta w tych wypadkach 
mniej zwraca uwagi. - Chwytają za ramię i ściska je bardzo mocno. -Nie krzycz! -mówi 
rozkazująco. -Nie wolno ci krzyczeć! Tak, a teraz zamknij okno!
-  BoŜe, Otto! -jęczy pani Quangel i wpatruje się w męŜa z pobladłą twarzą. — Rosenthalowa 
wypadła z okna. LeŜy na dole, na podwórzu. Borkhausen stoi przy niej i...
-  Cicho! - mówi Quangel. - Teraz bądź cicho! Nie wiemy o niczym. Nic nie widzieliśmy i nic 
nie słyszeliśmy. Przynieś kawę do pokoju!
A potem jeszcze raz, z naciskiem: - Nie wiemy o niczym, Anno. Prawie nigdy nie 
widzieliśmy Rosenthalowej. A teraz jedz! Jedz, mówię ci. I pij kawę! JeŜeli ktoś przyjdzie, 
nie śmie nic zauwaŜyć!
Radca sadowy Fromm stał jeszcze wciąŜ na swym posterunku obserwacyjnym. Widział 
dwóch cywilów wchodących po schodach, a teraz trzech męŜczyzn - wśród nich chłopak 
Persicków - pędziło po  schodach na dół. Stało się więc coś. I juŜ słuŜąca przyniosła mu z 
kuchni wiadomość, Ŝe pani Rosenthal spadła z góry na podwórze. Patrzył na nią przeraŜony...
Przez chwilę trwał w zupełnej ciszy. Potem parokrotnie, powoli skinął głową:
-  Tak, Lizo - powiedział. - Inaczej nie moŜe być. Nie wystarczy chcieć ratować. Druga strona 
musi teŜ zgodzić się na ratunek. - A potem dodał szybko: - Czy okno kuchene jest zamknięte? 
- Liza skinęła. - Prędko, Lizo doprowadź pokój panienki znów do porządku, nikt nie śmie 
zauwaŜyć, Ŝe był uŜywany. Zabierz naczynia! Zabierz bieliznę!
Liza znów skinęła. Potem zapytała: - A pieniądze i kosztowności na stole, panie radco?
Przez chwilę stał niemal bezradny, wyglądał Ŝałośnie z niepewnym uśmiechem na twarzy: - 
Tak, Lizo - powiedział po namyśle. - Z tym będzie trudna sprawa, spadkobiercy się chyba nie 
zgłoszą. A dla nas to tylko cięŜar...
-  Wsadzę to do wiadra ze śmieciami - zaproponowała Liza. Potrząsnął głową: - Na wiadro ze 
śmieciami są oni zbyt mądrzy, Lizo - powiedział. - To właśnie oni przecieŜ potrafią grzebać 
się w śmieciach! No, zobaczę, co z tym zrobić. Zrób tyko prędko porządek z tym pokojem! 
Mogą w kaŜdej chwili przyjść!
Tymczasem tamci trzej stali jeszcze na podwórzu, a Borkhausen koło nich.
Borkhausen doznał ogromnego strachu. Od wczesnego ranka wałęsał się po podwórzu, 
dręczony nienawiścią do Persicków i Ŝądzą zdobycia utraconych rzeczy. Chciał przynajmniej 
wiedzieć - i dlatego obserwował stale klatkę schodową i frontowe okna...
Nagle tuŜ koło niego runęło coś bardzo cięŜkiego, całkiem blisko i z duŜej wysokości, aŜ go 
musnęło. PrzeraŜenie sparaliŜowało go do tego stopnia, Ŝe oparł się o mur, a zaraz potem 
musiał usiąść na ziemi, zrobiło mu się czarno przed oczyma.
Potem poderwał się znów, bo zauwaŜył nagle, Ŝe siedzi na podwórzu obok pani Rosenthal. 
BoŜe, więc ta stara kobieta wyskoczyła z okna, a kto był temu winien, wiedział równieŜ!
Borkhausen od razu zauwaŜył, Ŝe kobieta nie Ŝyje. Nieco krwi wyciekło jej z ust, ale to nie 
zniekształciło jej rysów. Na twarzy malował się tak głęboki spokój, Ŝe Ŝałosny, mały szpicel 
musiał odwrócić głowę.
przy tym wzrok jego padł na jej ręce; zauwaŜył, Ŝe w jednej coś trzymała - klejnot, którego 
kamienie błyszczały.
Borkhausen rozejrzał się niepewnie dokoła. Jeśli chciał coś zrobić, musiało się to stać 
natychmiast. Pochylił się nad zmarłą, tak jednak, aby nie musiał patrzeć jej w twarz, 
wyciągnął bransoletę z zaciśniętej ręki i schował ją do kieszeni spodni. Znów podejrzliwie 
rozejrzał się dokoła. Zdawało mu się, Ŝe ktoś ostroŜnie zamknął okno kuchenne u Quanglów.
W tej chwili przebiegli juŜ przez podwórze trzej męŜczyźni, a kim byli tamci dwaj, 
zorientował się od razu. Chodziło teraz o to, aby od początku zachować się właściwie.
-  Panie komisarzu, pani Rosenthal właśnie wyskoczyła z okna -  powiedział, jak gdyby 
meldował zwykłe, codziennne wydarzenie.
- O mało co nie spadła mi kobieta na głowę.
-  Skąd pan mnie właściwie zna? - zapytał komisarz przelotnie, pochylając się z Friedrichem 
nad zwłokami.
-  Nie znam pana, panie komisarzu - powiedział Borkhausen - tak sobie tylko pomyślałem. 
Pracuję czasami dla pana komisarza Es-chericha.
-  Tak! -mruknął tylko komisarz. -Tak. No to niech pan tu jeszcze trochę postoiVA pan, 
młody człowieku - zwrócił się do Persickego - będzie przez chwilę uwaŜał, by nam ten gość 
nie zniknął. Friedrich, przypilnuj, aby nikt nie wszedł na podwórze. Powiedz kierowcy, Ŝeby 
uwaŜał w bramie. Idę do telefonu do waszego mieszkania!
Gdy pan komisarz Rusch po telefonie wrócił na podwórze, sytuacja tam cokolwiek się 
zmieniła. W oknach oficyny wszędzie widać było twarze. Paru ludzi stało równieŜ na 
podwórzu, ale z daleka. Zwłoki były teraz przykryte trochę za krótkim prześcieradłem, tak Ŝe 
nogi pani Rosenthal od kolan wystawały spod niego.
Borkhausen był nieco Ŝółtawy na twarzy - na rękach miał teraz kajdanki. Z podwórza 
obserwowała go w milczeniu jego Ŝona i pięcioro dzieci.
- Panie komisarzu, protestuję przeciw temu - zawołał Borkhausen jękliwie- to nie ja rzuciłem 
bransoletkę do okienka piwnicy. Młody pan Persicke ma złość do mnie...
Okazało się, Ŝe Friedrich po załatwieniu zleceń zaczai natychmiast szukać bransolety. Pani 
Rosenthal przecieŜ miała ją jeszcze wtedy w kuchni - i właśnie ta bransoleta, której w Ŝaden 
sposób nie chciała puścić, zdenerwowała nieco Friedricha, rozproszyła jego uwagę, no  T i 
kobieta zrobiła mu kawał wyskakując z okna. Bransoleta musiała więc leŜeć gdzieś na 
podwórzu.
Gdy Friedrich zaczął tak szperać. Borkhausen stał oparty o ścianę domu. Nagle Baldur 
Persicke zauwaŜył, Ŝe coś błysnęło, a potem brzeknęło w okienku piwnicznym. Sprawdził 
zaraz i - proszę - bransoletka leŜała w piwnicy pod okienkiem.
- Ja jej na pewno tam nie wrzuciłem, panie komisarzu! - zapewniał '. ze strachem Borkhausen 
- musiała wypaść pani Rosenthal z ręki.
-  Tak! - powiedział komisarz Rusch - a więc taki ptaszek z ciebie! To taki ptaszek pracuje dla 
mojego kolegi Eschericha! Kolega Escherich bardzo się ucieszy, gdy o tym usłyszy!
Ale podczas gdy komisarz tak spokojnie mówił przed siebie, wzrok jego wędrował od 
Borkhausena do Baldura Persicke, tam i na powrót, tam i na powrót. Potem Rusch mówił 
dalej: - No, myślę, Ŝe nie będziesz miał nic przeciwko temu, aby udać się z nami na mały 
spacerek? Czy nie?
-  AleŜ nie! - zapewnił drŜący Borkhausen. a twarz jego wypłowiała jeszcze bardziej. - 
Chętnie pójdę z panami! PrzecieŜ mnie najbardziej zaleŜy na tym, aby wszystko się 
wyjaśniło, panie komisarzu!

Strona 37

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  Dobrze --  powiedział  komisarz  sucho.   A  potem  z  szybkim spojrzeniem na Baldura: - 
Friedrich, zdejm mu kajdanki. Pójdzie i tak. Czy teŜ...
-  Oczywiście, Ŝe pójdę! Na pewno! Chętnie! - zapewniał Borkhausen gorliwie - nie ucieknę. 
A gdyby nawet - przecieŜ pan mnie i tak wszędzie złapie, panie komisarzu.
-  Słusznie! - odpowiedział ten znów sucho    takiego ptaszka jak ty złapiemy wszędzie! - 
Przerwał: - Oto i karetka pogotowia. I policja. Postaramy się skończyć z tym całym kramem. 
Mam dziś rano jeszcze dość innej roboty.
Potem, gdy „skończyli z tym całym kramem", komisarz Rusch i młody Persicke po raz drugi 
weszli na górę do mieszkania Rosenthalów. - Tylko po to, aby zamknąć okno w kuchni! - 
powiedział komisarz.
Na schodach młody Persicke zatrzymał się nagle:
-  Czy panu  nic  nie wydało  się  podejrzane,  panie  komisarzu? - zapytał szeptem.
-  RóŜne sprawy wydają mi się podejrzane - odpowiedział komisarz Rusch - ale cóŜ na 
przykład tobie wydało się podejrzane, mój chłopcze?
-  Czy nie zauwaŜył pan. jak cicho jest w całym froncie? Czy nie,  pomyślał pan. Ŝe z frontu 
ani jedna głowa nie wyjrzała przez okno, a z oficyny gapili się wszyscy. To przecieŜ jest 
podejrzane. Musieli przecieŜ coś zauwaŜyć, ci z frontu. Tylko nie chcieli nic zauwaŜyć, 
powinien pan właściwie zaraz u nich przeprowadzić rewizję, panie komisarzu!
-  A zacząłbym od Persicków - powiedział komisarz i kroczył dalej spokojnie w górę po 
schodach - u nich teŜ nikt nie wyjrzał przez okno.
Baldur roześmiał się zakłopotany: - Moi bracia z SS - wyjaśnił następnie - urŜnęli się wczoraj 
wieczorem w pestkę...
-  Mój drogi synu - kontynuował komisarz, jak gdyby nic nie słyszał. - Co ja robię, to moja 
sprawa, a co ty robisz, to jest twoja sprawa. Twoje rady są niepoŜądane. Na to jesteś jeszcze 
za zielony. - Popatrzył  ubawiony  przez  ramię  na  zgnębioną  twarz  chłopca.
- Chłopcze - powiedział potem - jeŜeli nie zrobię tutaj rewizji, to tylko dlatego, Ŝe wszyscy 
mieli dość czasu, aby usunąć to, co mogłoby ich obciąŜyć, l po co tyle hałasu o martwą 
śydówkę? Dość mam roboty z Ŝywymi.
Dotarli tymczasem do mieszkania Rosenthalów. Baldur otworzył drzwi. W kuchni zamknęli 
okno, przewrócone krzesło ustawili na miejsce.
-  Tak! - powiedział komisarz Rusch i rozejrzał się - wszystko w najlepszym porządeczku!
Poszedł przodem do pokoju i usiadł na kanapie, dokładnie w tym miejscu, na które przed 
godzina rzucił nieprzytomną starą Rosenthalową. Wyciągnął się wygodnie i powiedział: - A 
teraz, synu, przynieś butelkę koniaku i dwa kieliszki!
Baldur poszedł, wrócił i nalał. Przepili do siebie.
-  Pięknie, mój synu - powiedział komisarz błogo i zapalił papierosa -  a teraz opowiedz mi. 
coście tu juŜ robili w tym mieszkaniu, ty i Borkhausen!
Dokończył szybciej, widząc gest oburzenia Baldura Persicke: - Zastanów się dobrze, mój 
synu. Ostatecznie mogę zabrać ze sobą na Prinz-Albrecht-Strasse nawet fuehrera HJ, 
oczywiście jeśli zechce mnie zanadto bezczelnie bujać. Zastanów się, czy nie lepiej będzie 
powiedzieć prawdę. MoŜe ta prawda zostanie tylko między nami? Zobaczymy, co masz do 
powiedzenia. - A gdy zauwaŜył, Ŝe Baldur się waha, dodał:
- Spostrzegłem teŜ coś niecoś - nazwijmy to obserwacjami. Na przykład widziałem ślady 
twoich butów, tam z tyłu na bieliźnie. W tym kącie  jeszcze dziś wcale nie byłeś. I skąd tak od 
razu wiedziałeś, gdzie stoi koniak? A jak sądzisz? Co powie nam w strachu ten Borkhausen? 
Nie, nie muszę wcale tu siedzieć i pozwalać się okłamywać przez ciebie. Na to jesteś jeszcze 
za zielony.
Baldur spostrzegł to samo i wywalił wszystko.
- Tak! - powiedział komisarz wreszcie - tak! No, kaŜdy robi, co potrafi. Głupcy głupstwa, a 
mądrzy często jeszcze większe głupstwa. No, synu, zmądrzałeś jednak o tyle, Ŝeby nie 
okłamywać ojca Ruscha. Za to naleŜy ci się nagroda. Co chciałbyś dostać?
Oczy Baldura rozbłysły. Przed chwilą jeszcze był zupełnie zdetonowany, ale teraz znów się 
rozjaśnił.
-  Radio i płyty, i adapter, panie komisarzu! - szepnął poŜądliwie.
-  No, dobrze! -powiedział komisarz łaskawie-powiedziałem ci juŜ, Ŝe przed szóstą nie wrócę? 
Czy jeszcze coś?
-  MoŜe walizę lub dwie z bielizną! - poprosił Baldur - u matki jest bieda z bielizną!
-  BoŜe, jakie to wzruszające! - kpił komisarz - co za troskliwy syn! Taki prawdziwy, czuły 
maminsynek. No, niech będzie! Ale na tym koniec!  Za  wszystko  pozostałe  odpowiadasz!  
A  diabelnie  dobrze pamiętam o wszystkim, gdzie co leŜy i stoi, mnie tak łatwo nie 
strajlujesz! I jak juŜ powiedziałem - w razie jakichkolwiek wątpliwości, rewizja u Persicków. 
W kaŜdym razie znajdzie się radioaparat z adapteram i dwie walizy z bielizną. Ale nie bój się, 
synu, jak długo będziesz w porządku, ja teŜ będę w porządku.
Podszedł do drzwi i dorzucił jeszcze przez ramię: - Poza tym, gdyby ten Borkhausen znów tu 
wypłynął, Ŝadnych awantur z nim. Nie lubię takich rzeczy! Zrozumiane?
-  Tak jest, panie komisarzu - odpowiedział Baldur posłusznie i obaj panowie rozstali się po 
tak poŜytecznie spędzonym poranku.
ROZDZIAŁ XVII Pierwsza pocztówka napisana Dla Quanglów niedziela nie była przyjemna; 
nie doszło nawet do tak upragnionej przez panią Annę rozmowy.
- Niee - odpowiedział Quangel na jej nalegania - niee, matko, dziś  nie. Dzień źle się zaczął, a 
w taki dzień nie mogę robić tego, co zamierzałem. A jeśli nie mogę tego robić, to nie chcę teŜ 
o tym mówić. MoŜe następnej niedzieli. Słyszysz? Tam znów ktoś z Persicków przemyka się 
po schodach, nie - zostaw! - Niech tylko nas zostawią w spokoju!
Ale Otto Quangel był niezwykle miękki tej niedzieli. Anna mogła mówić o zabitym synu, ile 
chciała - nie zamykał jej ust. Przejrzał z nią nawet tych kilka zdjęć syna, które miała, a kiedy 
zaczęła przy tym znów płakać, połoŜył jej rękę na ramieniu i powiedział: - Przestań, matko. 
Kto wie, moŜe to i dobrze, moŜe mu to wiele rzeczy zaoszczędziło.
A więc mimo Ŝe nie pogadali, niedziela była i tak dobra. Od dawna Anna Quangel nie 
widziała swego męŜa tak łagodnego. Było tak, jak gdyby słońce zaświeciło jeszcze raz nad 
ziemią, ostatni raz, zanim zapadnie zima i ukryje wszelkie Ŝycie pod pokrywą śniegu i lodu. 
W następnych miesiącach, gdy Quangel stawał się coraz chłodniejszy i bardziej małomówny, 
często wracała w myślach do tej niedzieli; przynosiło jej to pocieshę i jednocześnie dodawało 
otuchy.
Potem zaczął się znów tydzień pracy, jeden z tych zawsze podobnych do siebie, bez względu 
na to, czy na świecie kwitły kwiaty, czy szalała śnieŜyca. Robota była wciąŜ jednaka i ludzie 
pozostawali teŜ takimi, jakimi byli przedtem.

Strona 38

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Jedno tylko małe, malutkie przeŜycie miał Otto Quangel. Idąc do fabryki spotkał się na ulicy 
Jabłońskiego z emerytowanym radcą sądowym Frommem. Quangel chciał się ukłonić, ale bał 
się oczu Persicków. Nie chciał równieŜ, aby zobaczył go Borkhausen, o którym Anna 
opowiadała, Ŝe zabrało go gestapo. Borkhausen juŜ wrócił-jeśli go w ogóle kiedykolwiek 
dłuŜej nie było - i wałęsał się przed domem.
Tak więc Quangel obojętnie minął radcę sądowego, nie patrząc na niego. Tamten chyba nie 
miał takich wątpliwości, w kaŜdym razie uchylił z lekka kapelusza przed współlokatorem, 
uśmiechnął się oczyma i wszedł do domu.
Bardzo dobrze - pomyślał Quangel. - Kto nas widział, ten doszedł do wniosku, Ŝe Quangel 
pozostanie zawsze nieokrzesanym gburem, a radca sądowy jest eleganckim człowiekiem. Ale 
o tym, Ŝe obaj mogliby mieć coś wspólnego ze sobą, nikt nie pomyśli!
Reszta tygodnia minęła bez specjalnych wydarzeń i nadeszła wresz cię niedziela; niedziela, 
której Anna Quangel oczekiwała z taką tęsknotą ze względu na wciąŜ przesuwaną rozmowę z 
Ottonem o jego planach. Quangel wstał późno, ale był w dobrym nastroju i nie taki 
niespokojny. Przy kawie Anna chwilami rzucała na niego z boku zachęcające spojrzenie, ale 
Quangel zdawał się tego nie zauwaŜać, jadł chleb, Ŝując powoli i mieszał przy tym kawę.
Z pewnym trudem zdecydowała się Anna na uprzątnięcie stołu; ale tym razem nie powie 
pierwszego słowa. Przyrzekł jej rozmowę na tę niedzielę i dotrzyma obietnicy. KaŜde 
przypomnienie z jej strony wyglądałoby na natarczywość.
Wstała więc z bardzo cichutkim westchnieniem i zaniosła filiŜanki i talerze do kuchni. Gdy 
wróciła, by zabrać koszyk na chleb i dzbanek, Otto klęczał przed szufladą komody i grzebał w 
niej. Anna nie mogła sobie przypomnieć, co właściwie leŜało w tej szufladzie. Chyba tylko 
jakieś stare, od dawna zapomniane łachy. - Czy szukasz czegoś określonego, Otto? - zapytała.
Mruknął tylko coś w odpowiedzi, cofnęła się więc do kuchni, aby zmyć naczynia i 
przygotować obiad. Nie chciał. A więc - znów nie chciał! I bardziej niŜ kiedykolwiek była 
teraz przekonana, Ŝe powstawało w nim coś, o czym ona jeszcze nie wie, a przecieŜ musi 
wiedzieć!
Gdy wróciła do izby, aby przy nim obierać kartofle, ujrzała go przy stole: obrus był zdjęty, a 
na blacie leŜało mnóstwo noŜy rzeźbiarskich, zaś małe wiórki pokrywały juŜ wokół podłogę. - 
Co właściwie robisz, Otto? - spytała bezgranicznie zdumiona.
- Chcę zobaczyć, czy potrafię jeszcze rzeźbić - odrzekł.
Była nieco podraŜniona. Jeśli Otto nie był nawet wielkim znawcą d-uszy ludzkiej, musiał 
przecieŜ coś niecoś przeczuwać, co się w niej działo, z jakim napięciem czekała na kaŜde jego 
oświadczenie. A teraz wyciągnął noŜe znane jej z pierwszych lat małŜeńskich i majstrował 
koło drzewa tak jak wtedy, kiedy doprowadzał ją swym wiecznym mil--czeniem do rozpaczy. 
Wówczas nie była jeszcze przyzwyczajona do jego małomówności tak jak dziś. Ale dziś, 
właśnie dziś, kiedy juŜ była przyzwyczajona, wydawało jej się to absolutnie nie do zniesienia. 
Rzeźbić - mój BoŜe, wiec to było wszystko, co wpadło mu na myśl po takich przeŜyciach! 
Jeśli Otto chciał przez wielogodzinne milczące rzeźbienie w drzewie powrócić do swego tak 
zazdrośnie strzeŜonego  spokoju - nie, to byłoby dla niej gorzkim rozczarowaniem. JuŜ 
\vielekroc cięŜko ją rozczarował, ale tym razem nie ścierpi tego w milczeniu!
Wśród tych niespokojnych i rozpaczliwych myśli spoglądała jednak na wpół z ciekawością na 
podłuŜny, gruby kawał drewna, który obracał z namysłem w swych wielkich rękach i z 
którego od czasu do czasu odcinał noŜem grubszy wiór. Nie, tym razem nie będzie to kuferek 
na bieliznę, tego była pewna.
-  Co z tego będzie, Otto? - zapytała prawie wrogo. Opanowała ją osobliwa myśl, Ŝe mąŜ 
wycina jakiś przyrząd, moŜe część zapalnika do bomby. Ale jak mogła nawet pomyśleć o 
tym, to przecieŜ bzdura - cóŜ Otto miał wspólnego z bombami! Poza tym, chyba w ogóle nie 
moŜna uŜywać drewna przy bombach. - Co z tego będzie, Otto? - zapytała więc na wpół 
niechętnie.
Zdawało się, Ŝe znów odpowie jej pomrukiem. Ale moŜe przyszło mu na myśl, Ŝe juŜ dziś 
rano za bardzo naduŜył cierpliwości Anny, lub po prostu był teraz gotów do odpowiedzi.
-  Główka - powiedział. - Chcę zobaczyć, czy potrafię jeszcze wyrzeźbić główkę. Dawniej 
rzeźbiłem wiele główek do fajek.
I kręcił, i rzeźbił dalej.
-  Główki do fajek! -  krzyknęła Anna oburzona. Mówiła dalej z duŜym zdenerwowaniem: - 
Główki do fajek! AleŜ Otto! Zastanów się! Świat się wali, a ty myślisz o główkach do fajek! 
Gdy słyszę coś takiego!...
Zdawało się, Ŝe mąŜ nie zwraca specjalnej uwagi ani na jej rozdraŜnienie, ani na jej słowa. 
Powiedział: - Oczywiście nie będzie to główka do fajki. Chcę zobaczyć, czy potrafię 
wyrzeźbić naszego Ottonka, choć trochę tak, jak wyglądał!
Natychmiast zmienia się jej nastrój. A więc myślał o Ottonku! A jeśli myślał o Ottonku i 
chciał rzeźbić jego głowę, to myślał równieŜ o niej i chciał jej sprawić radość. Wstała z 
krzesła, odstawiając energicznie miskę z kartoflami, i powiedziała: - Poczekaj, przyniosę ci 
zdjęcie, abyś wiedział, jak Otto naprawdę wyglądał.
Potrząsnął odmownie głową: - Nie chcę widzieć Ŝadnych zdjęć - powiedział - chcę rzeźbić 
Ottona takiego, jakiego mam tutaj, w sobie -  stuknął się w wysokie czoło. A po przerwie 
dodał jeszcze: - Jeśli potrafię!
 Była wzruszona. Ottonek był więc równieŜ w nim i on miał w sobie wyraźny obraz chłopca. 
Była ciekawa, jak ta głowa będzie wyglądała:
- Na pewno dasz radę, Otto! - powiedziała.
-  No! - mruknął tylko - ale zabrzmiało to raczej potakująco niŜ powątpiewająco.
W ten sposób rozmowa między obojgiem na razie się skończyła. Anna musiała wrócić do 
kuchni do obiadu i pozostawiła go przy stole, obracającego powoli w palcach klocek lipowy i 
odrzynającego z cichą, ostroŜną cierpliwością wiórek po wiórku.
Potem jednak była bardzo zdumiona, gdy wszedłszy tuŜ przed obiadem, aby nakryć stół, 
spostrzegła, Ŝe był juŜ uprzątnięty i nakryty obrusem. Quangel stał przy oknie i patrzył na 
ulicę Jabłońskiego, gdzie hałasowały bawiące się dzieci.
-  No, Otto - zapytała -jesteś juŜ gotów ze struganiem?
-  Na dziś fajrant - odpowiedział. W tej samej chwili odczuła, Ŝe waŜna rozmowa jest juŜ 
bliska, Ŝe Otto jednak coś zamierzał. Otto, ten niepojęcie uparty człowiek, którego nic nie 
mogło doprowadzić do tego, aby zrobił coś bez zastanowienia i który stale potrafił czekać do 
właściwej godziny.
Obiad spoŜyli w milczeniu. Potem znów poszła do kuchni zrobić porządek, a Otto przysiadł w 
kącie kanapy, patrząc martwo przed siebie.
Gdy wróciła po upływie pół godziny, siedział jeszcze w ten sam sposób. Ale teraz nie chciała 

Strona 39

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

juŜ czekać, aŜ on się zdecyduje: jego cierpliwość i jej własna niecierpliwość niepokoiły ją za 
bardzo. Być moŜe, Ŝe jeszcze o czwartej będzie tak siedział i po kolacji teŜ! Nie mogła juŜ 
dłuŜej czekać! -1 cóŜ, Otto - zapytała - co się dzieje? Dziś nie będzie popołudniowej drzemki 
jak w kaŜdą niedzielę?
- Dziś nie jest „kaŜda niedziela". Z „kaŜdą niedzielą" skończyło się raz na zawsze. - Nagle 
wstał i wyszedł z pokoju.
Nie miała dzisiaj zamiaru pozwolić mu uciec na jedną z tych tajemniczych wędrówek, o 
których nic nie wiedziała. Pobiegła za nim:
- Nie, Otto... - zaczęła.
Stał przez drzwiami wejściowymi, które zamknął przed chwilą na łańcuch. Podniósł rękę 
nakazując ciszę i nasłuchiwał. Potem skinął głową, przeszedł koło niej do pokoju i zajął znów 
miejsce na kanapie. Usiadła przy nim.
-  JeŜeli będzie dzwonek, Anno - powiedział - nie otworzysz, zanim ja...
-  A któŜ ma dzwonić, Otto - zapytała niecierpliwie - któŜ ma do nas przyjść? Powiedz juŜ, co 
chcesz powiedzieć!
-  Zaraz ci powiem, Anno — odpowiedział z niezwykłą łagodnością - ale jeŜeli nalegasz, 
utrudniasz mi to jeszcze.
Dotknęła prędko jego ręki, ręki człowieka, któremu zawsze z niezwykłym trudem 
przychodziło wypowiedzenie tego, co działo się w jego duszy.
-  Nie będę juŜ nalegała, Otto - powiedziała uspokajająco - nie spiesz się!
Zaczął jednak zaraz mówić. I mówił teraz prawie pięć minut bez przerwy, wolnymi, krótkimi, 
oderwanymi i bardzo przemyślanymi zdaniami. Po kaŜdym zdaniu zaciskał mocno wąskie 
wargi, jakby to juŜ było wszystko. Ale mówiąc patrzył na coś, co było z tyłu, za Anną, w 
pokoju.
Anna Quangel jednak spoglądała wprost w jego twarz i była mu niemal wdzięczna, Ŝe nie 
patrzył na nią. Tak cięŜko byłoby jej ukryć rozczarowanie, które ogarniało ją coraz bardziej. 
Mój BoŜe, co ten człowiek wymyślił! Ona myślała o wielkich czynach, bojąc się ich 
równocześnie, o zamachu na fuehrera, a przynajmniej - o czynnej walce przeciw bonzom i 
partii.
A co on chciał zrobić? Nic, śmieszną drobnostkę, coś takiego, co właśnie całkowicie 
odpowiadało jego charakterowi, coś cichego, pobocznego, nie zakłócającego jego spokoju. 
Chciał pisać karty, pocztówki z wypowiedziami przeciw fuehrerowi i partii, przeciw wojnie, 
dla uświadomienia bliźnich - to było wszystko. A kart tych nie chciał posyłać nawet do 
określonych ludzi, ani nalepiać ich na ściany jako plakaty. Nie! Chciał je tylko kłaść na 
schodach bardzo uczęszczanych domów, pozostawiać je tam swemu losowi, zupełnie nie 
wiedząc, kto je podniesie albo czy nie zostaną zaraz stratowane, podarte... Wszystko w niej 
buntowało się przeciw tej pozbawionej niebezpieczeństwa wojnie W' ciemności. Chciała być 
czynna. Trzeba było coś robić, czego wyniki moŜna by zobaczyć!
Ale gdy Quangel skończył, zdawało się, Ŝe wcale nie oczekuje odpowiedzi od swojej Ŝony, 
która siedziała w kącie kanapy, walcząc w milczeniu ze sobą. Czy nie lepiej byłoby coś mu 
powiedzieć?
 Wstał i znów podszedł do drzwi wejściowych, by nasłuchiwać. Kiedy wrócił, zdjął obrus ze 
stołu, złoŜył go i powiesił starannnie na oparciu krzesła. Potem podszedł do starego, 
mahoniowego sekretarzyka, wyjął pęk kluczy z kieszeni i otworzył.
Podczas gdy krzątał się jeszcze koło szafki, Anna zdecydowała się. Powiedziała z wahaniem: 
- Czy to nie jest trochę za mało, to, co chcesz zrobić, Otto?
Zatrzymał się w swojej krzątaninie i, stojąc jeszcze pochylony, odwrócił głowę do Ŝony: - 
Wiele, czy mało, Anno - powiedział -jeśli nas złapią, będzie nas to kosztowało głowę.
W tych słowach i w ciemnym, nieprzeniknionym, ptasim spojrzeniu, które maŜ skierował na 
nią w tej chwili, było coś tak straszliwie przekonywającego, Ŝe aŜ się wzdrygnęła. Przez 
chwilę wyraźnie ujrzała przed sobą szare, kamienne podwórze więzienne, przygotowaną 
gilotynę-w szarym świetle poranka stal bynajmniej nie błyszczała - była tylko jak niema 
groźba.
Anna Quangel poczuła, Ŝe drŜy. Potem spojrzała znów prędko na v;itona. MoŜe miał rację, 
mało czy wiele - nikt nie mógł rzucić na szalę więcej niŜ własne Ŝycie. KaŜdy według swych 
sił i zamiłowań - najwaŜniejsza sprawa: stawiało się opór.
WciąŜ jeszcze Quangel przypatrywał się jej w milczeniu, jakby obserwował walkę, która się 
w niej toczyła. Teraz wzrok jego rozjaśnił się, wyjął ręce z sekretarzyka, wstał i rzekł niemal 
z uśmiechem: - Ale tak łatwo nas nie dostaną! JeŜeli oni są chytrzy, my teŜ potrafimy być 
chytrzy. Chytrzy i ostroŜni! OstroŜni, Anno, zawsze na straŜy. Im dłuŜej będziemy walczyć, 
tym dłuŜej będziemy oddziaływać. Bez sensu jest umierać za wcześnie. Chcemy Ŝyć i doŜyć 
jeszcze ich klęski. Chcemy móc powiedzieć wtedy, Ŝe przyczyniliśmy się do tego, Anno!
Powiedział te słowa lekko, niemal Ŝartobliwie. Kiedy znów zaczął grzebać w sekretarzyku, 
Anna oparła się z ulgą o poręcz kanapy. Zdjęto z niej cięŜar. Teraz i ona była przekonana, Ŝe 
Otto zamierza coś wielkiego.
Postawił na stole buteleczkę atramentu, wyjął pocztówki z koperty i przyniósł ogromne 
rękawiczki. Wyciągnął korek z flaszeczki, wypalił zapałką stalówkę i włoŜył pióro do 
atramentu. Zasyczało cicho. Obejrzał uwaŜnie pióro, wreszcie starannnie włoŜył rękawiczki, 
wziął pocztówkę i połoŜył ją przed sobą. Skinął głową w stronę Anny. Śledziła  uwaŜnym 
spojrzeniem kaŜdy z tych przemyślanych, od dawna przygotowanych ruchów. Teraz wskazał 
na rękawiczki i powiedział: - Ze względu na odciski palców, rozumiesz!
Potem wziął pióro do ręki i dodał cicho, ale z naciskiem: - Pierwsze zdanie naszej  pierwszej  
pocztówki  będzie brzmiało: Matko! Fuehrer zamordował mojego syna...
I znów wzdrygnęła się. W słowach, które Otto właśnie wypowiedział, było coś 
nieuchronnego, ponurego, zdecydowanego! Zrozumiała w tej chwili, Ŝe tym pierwszym 
zdaniem wypowiedział wojnę na dziś i na zawsze, i zrozumiała takŜe, co to oznacza: wojnę 
między ich dwojgiem -  biednymi, prostymi robotnikami bez znaczenia, którzy przez jedno 
wypowiedziane słowo mogli zostać wykreśleni  z Ŝycia  na  zawsze, a Ŝ drugiej strony - 
fuehrerem, partią, ogromnym aparatem, z cała jego siłą i blaskiem, i trzema czwartymi, a 
nawet czterema piątymi całego narodu niemieckiego. A oni tutaj, w tym pokoiku przy ulicy 
Jabłońskiego - sami we dwoje!
Patrzy na męŜa. Gdy myślała o tym wszystkirn, doszedł dopiero do trzeciego słowa 
pierwszego zdania. Z niesłychaną cierpliwością maluje literę F ze słowa fuehrer. - Pozwól mi 
pisać, Otto - prosi Anna. - Ja to zrobię o wiele prędzej!
Z początku Otto znów tylko mruczy. Ale potem daje jej wyjaśnienie:
- Twój charakter pisma... - powiada - prędzej czy później złapaliby nas przez twój charakter 

Strona 40

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

pisma. Widzisz, to jest specjalne pismo, blokowe -widzisz, taki rodzaj drukowanych liter...
Znów milknie i maluje dalej. Tak, tak sobie to wymyślił. Nie sądzi, aby coś zapomniał. Pismo 
to znał z rysunków mebli, sporządzanych przez architektów wnętrz. Nikt nie potrafi 
sprawdzić, czyje to pismo. Oczywiście przy nie przyzwyczajonej do pisania ręce Ottona 
Quangla wypada to bardzo grubo i obskurnie. Ale to nic nie szkodzi, to go nie zdradza. Nawet 
dobrze, w ten sposób karta zyskuje coś z plakatu, co natychmiast przyciąga oko. Maluje 
powoli dalej.
l Anna zdobywa się na cierpliwość. Zaczyna myśleć, Ŝe będzie to długa wojna. Jest teraz 
zupełnie spokojna. Otto wszystko przygotował, na Ottonie moŜna zawsze polegać. Zawsze! 
Jak on to wszystko obmyślił. Pierwsza karta w tej wojnie wywodzi się od zabitego syna, 
mówi o nim. Kiedyś mieli syna, fuehrer go zamordował, a teraz piszą karty. Nowy odcinek 
Ŝycia. Na zewnątrz nic się nie zmieniło, spokój dokoła Quanglów. Wewnątrz wszystko stało 
się zupełnie inne, tu jest wojna...
Anna przynosi koszyczek z nićmi i zaczyna cerować skarpetki. Od czasu do czasu rzuca 
okiem na Ottona, który powoli, nie przyśpieszając tempa, maluje swoje litery. Prawie po 
kaŜdej literze wyciąga kartę na długość ramienia przed siebie i ogląda ją zmruŜonymi 
oczyma. Potem kiwa głową.
Wreszcie pokazuje jej pierwsze gotowe zdanie. Zdanie zajmuje półtora bardzo szerokiego 
wiersza na karcie.
Anna powiada: - Niewiele zmieścisz na takiej karcie!
Otto odpiera: - Wszystko jedno! Napiszę jeszcze wiele takich kart!
-  I długo trwa jej napisanie.
-  Będę pisał jedną, później moŜe dwie karty w ciągu niedzieli. Wojna się jeszcze nie 
skończyła, mordowanie trwa.
Nie moŜna go poruszyć. Powziął postanowienie i będzie działał zgodnie z nim. Nic go nie 
moŜe powstrzymać, nic nie zatrzyma Ottona Quangla na jego drodze.
— Drugie zdanie mówi: Matko! Fuehrer zamorduje i twoich synów, nie zaprzestanie tego 
nawet wtedy, gdy sprowadzi Ŝalobę na kaŜdy dom w świecie...
Anna powtarza: - „Matko! Fuehrer zamorduje i twoich synów"...
Kiwa głową i powiada: - To właśnie napisz! - Zastanawia się: - NaleŜałoby połoŜyć tę kartę 
tam, gdzie przychodzą kobiety.
Otto zastanawia się, potem potrząsa głową. - Nie! Nigdy nie wiadomo, co zrobią kobiety, 
kiedy opanuje je strach. MęŜczyzna taką kartę wsadzi prędko do kieszeni. Potem dokładnie ją 
przeczyta. Poza tym - wszyscy męŜczyźni są synami matek.
Milczy i zaczyna znowu malować. Popołudnie mija - nie myślą o podwieczorku. Wreszcie 
zapada wieczór i karta jest gotowa. Quangel wstaje i ogląda jeszcze raz swoje dzieło.
-  Tak! - powiada. - Zrobione. W przyszłą niedzielę - druga. Anna potakuje.
-  Kiedy ją zaniesiesz? - szepce. Spogląda na nią. - Jutro rano.
Anna prosi: - Pozwól mi być przy tym za pierwszym razem! Potrząsa głową: - Nie - powiada 
- właśnie za pierwszym razem nie. Muszę przedtem zobaczyć, jak to się ułoŜy.
-  MoŜe jednak! - prosi Anna. - To jest moja karta! To jest karta matki!
 -  Dobrze! - decyduje się Quangel. - Chodź ze mną. Ale tylko do bramy tego domu. Do 
środka wejdę sam.
-  Zgoda.
Potem karta zostaje ostroŜnie wsunięta do ksiąŜki, materiały piśmienne schowane, a 
rękawiczki wędrują do kieszeni kurtki.
Jedzą kolację niemal w milczeniu. Ale nie spostrzegają nawet, Ŝe są małomówni, równieŜ 
Anna nie czuje tego. Oboje są zmęczeni, jak po cięŜkiej robocie albo po dalekiej podróŜy.
Wstając od stołu Otto mówi: - PołoŜę się juŜ.
A ona: - Sprzątnę tylko kuchnię. Potem teŜ zaraz pójdę do łóŜka. BoŜe, jaka jestem zmęczona, 
a przecieŜ nic nie robiliśmy.
Otto spogląda na nią z półuśmieszkiem, potem prędko przechodzi do sypialni i zaczyna się 
rozbierać.
Oboje juŜ leŜą i jest ciemno, ale nie mogą zasnąć. Kręcą się w łóŜku, jedno nasłuchuje 
oddechu drugiego, a w końcu zaczynają rozmawiać. W ciemności gawędzi się o wiele lepiej.            
              
\
-  Jak myślisz - pyta Anna - co stanie się z naszymi kartami?
-  Z początku kaŜdy, kto je zobaczy i przeczyta pierwsze słowa, przerazi się. PrzecieŜ dziś 
wszyscy się boją.
-  Tak - mówi Anna - wszyscy... - Wyłącza jednak z tej liczby ich oboje, Quanglów. „Prawie 
wszyscy się boją - myśli - ale my nie."
-  Znalazcy będą się bali - powtarza Quangel to, co sto razy juŜ przemyślał - Ŝe ktoś ich 
zaobserwował na schodach. Prędko schowają kartę i uciekną. Albo odłoŜą ją z powrotem i 
zwieją, a potem przyjdzie następny...
-  Tak będzie - powiada Anna i widzi przed sobą klatkę schodową, jakąś berlińską klatkę 
schodową, źle oświetloną. I kaŜdy, kto będzie miał taką kartę w ręku, poczuje się nagle 
przestępcą. Bo właściwie kaŜdy myśli tak jak ten, kto pisał kartę, a nie wolno mu tak myśleć, 
bo to oznacza śmierć...
-  Niektórzy - dodaje Quangel - oddadzą natychmiast kartę dozorcy albo policji: byleby się jej 
prędko pozbyć! Ale i to nie szkodzi: Partyjni czy bezpartyjni, kierownicy polityczni czy 
policja, wszyscy będą kartę czytali i karta spełni swe zadanie. Nawet jeśli tylko się dowiedzą, 
Ŝe istnieje jeszcze opór, Ŝe nie wszyscy są za fuehrerem...
-  Nie - powiada Anna - nie wszyscy. My nie.
' - KaŜdv umiera... t. I  -  I będzie nas coraz więcej, Anno. Dzięki nam będzie więcej. MoŜe i 
inni za naszym przykładem zaczną pisać karty. AŜ tuziny, setki ludzi będzie siedziało i pisało 
tak jak ja. Zalejemy Berlin tymi kartami, zatrzymamy bieg maszyn, obalimy fuehrera. 
zakończymy wojnę...
Przerywa, zdumiony własnymi słowami, marzeniami, które tak późno nawiedzają jego 
chłodne serce.
Ale Anna Quangel, porwana tą wizja, mówi: - A my będziemy pierwsi! Nikt nie będzie o tym 
wiedział, ale my wiemy!
Quangel przerywa nagle trzeźwo: -MoŜe juŜ wielu tak myśli jak my. Tysiące męŜczyzn chyba 
juŜ padło. MoŜe juŜ są tacy, którzy piszą karty. Ale to obojętne, Anno! Co to nas obchodzi? 
My robimy swoje.
-  Tak - potwierdza Anna.

Strona 41

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Quangel, wciąŜ jeszcze porwany perspektywami zaczętej sprawy, kontynuuje: - I poruszymy 
policję, gestapo, SS i SA. Wszędzie będą mówili o tajemniczym autorze kart. Będą śledzili, 
podejrzewali, obserwowali, robili rewizje - daremnie! A my będziemy pisali, pisali, wciąŜ 
dalej!
Anna: - MoŜe nawet samemu fuehrerowi pokaŜą te karty - sam przeczyta, jak go oskarŜamy! 
Będzie się wściekał! Podobno zawsze się wścieka, gdy coś idzie nie po jego myśli. RozkaŜe, 
aby nas znaleziono, a oni nas nie znajdą! Będzie musiał w dalszym ciągu czytać nasze 
oskarŜenia!
Milczą oboje, oślepieni wizją. Czym byli jeszcze przed chwilą? Nie znanymi nikomu 
istotami, krzątającymi się w wielkim, ciemnym tłumie. A teraz oboje są zupełnie sami, 
oddzieleni, wyniesieni nad innych, nie podobni do nikogo. Dokoła nich jest lodowate zimno, 
tak są samotni.
Quangel widzi siebie w warsztacie, jak zawsze, w tym samym kieracie, naganiającego i 
gonionego, z głową zwracającą się uwaŜnie, nagłymi ruchami, od maszyny do maszyny. Dla 
tamtych pozostanie zawsze starym, głupim Quanglem, opętanym robotą i brudnym 
skąpstwem. W głowie jego Ŝyją jednak myśli, których nie ma Ŝaden z nich. KaŜdy z nich 
zdechłby ze strachu, gdyby miał takie myśli. On jednak, stary, głupi Quangel, ma takie myśli. 
Jest, jaki jest, i oszukuje ich wszystkich.
Anna wspomina teraz jutrzejszą wyprawę, kiedy pójdą podrzucić pierwszą kartę. Jest trochę 
niezadowolona z siebie, Ŝe zgodziła się nie wejść z Quanglem do tego domu. Zastanawia się, 
czy nie prosić go  jeszcze raz. MoŜe! Na ogół prośby nie wzruszają Ottona. Ale moŜe \vłaśnie 
dziś wieczorem, kiedy wydaje się, Ŝe jest w nadzwyczajnym nastroju? MoŜe od razu teraz?
Wahała się za długo. ZauwaŜyła, Ŝe Quangel juŜ zasnął. I ona musi spać, zobaczy, jak to się 
jutro ułoŜy. Jeśli ułoŜy się dobrze, poprosi na pewno.
Potem i Anna zasypia.
ROZDZIAŁ XVIII Pierwsza pocztówka podrzucona Otto jest tak małomówny tego ranka, Ŝe 
Anna dopiero na ulicy odwaŜa się porozmawiać z nim. - Dokąd chcesz zanieść kartę?
Quangel odpowiada pomrukiem: - Nie mów o tym. Nie teraz na ulicy. Polem jednak dodaje 
niechętnie: -Znalazłem dom na Greifswal-der Strasse.
-  Nie - mówi Anna stanowczo - nie rób tego. To jest błąd - to, co chcesz zrobić!
-  Chodź! - Otto jest zły, poniewaŜ się zatrzymała. - Mówiłem ci przecieŜ, nie tu na ulicy!
Idzie dalej, a ona za nim i upiera się przy swoim prawie do zabierania głosu. - Nie tak blisko 
naszego mieszkania — akcentuje Anna. - Jeśli sprawa wpadnie w ich ręce, będą mieli 
wskazówkę co do okolicy. Chodźmy do Alexa...
Otto myśli, zastanawia się. MoŜe, nie, na pewno ona ma rację. Frzeba liczyć się ze 
wszystkim. A mimo to nie odpowiada mu ta nagła zmiana planów. JeŜeli teraz polecą aŜ do 
Alexa, będzie krucho z czasem. A musi przecieŜ w porę przyjść do pracy. Nie zna teŜ 
Ŝadnego odpowiedniego domu w okolicy Alexa. Na pewno jest tam dość takich domów, ale 
trzeba dopiero wyszukać ten właściwy; woli to zrobić sam mŜ 7 Ŝoną. która mu przeszkadza.
Potem decyduje się zupełnie nagle: - Dobrze, masz rację, Anno. Idziemy na Alexanderplatz.
Anna rzuca na niego z boku pełne wdzięczności spojrzenie. Jest s^c?ęśliwa. Ŝe Quangel choć 
raz przyjął jej radę. I dlatego właśnie, Ŝe  l Quangel tak ją uszczęśliwił, nie chce go prosić 
jeszcze o to drugie, aby ją zabrał do wnętrza domu. A więc dobrze, niech idzie sam. Będzie 
się trochę niepokoiła, czekając na jego powrót - ale właściwie dlaczego? Nie wątpi ani przez 
chwilę, Ŝe Otto wróci. Jest przecieŜ taki spokojny i zimny, nie da się nakryć. Nawet będąc w 
rękach tamtych nie zdradziłby się, wywalczyłby sobie wolność.
Podczas gdy Anna tak rozmyśla, krocząc obok milczącego męŜczyzny, wchodzą z 
Greifswalder Strasse na Neue Koenigstrasse. Była zajęta swoimi myślami i nie zwróciła 
Uwagi, Ŝe Otto przygląda się uwaŜnie mijanym domom. Teraz nagle zatrzymuje się - jest 
jeszcze spory kawałek do Alexanderplatz - i powiada: - Przyjrzyj się trochę tej wystawie, 
zaraz wrócę.
I idzie juŜ przez jezdnię w kierunku duŜego, jasnego domu, w którym mieszczą się róŜne 
urzędy.
Serce zaczyna jej mocno bić. Chciałaby zawołać:
- Stój, nie, umówiliśmy się, Ŝe na Alexie. Zostańmy jeszcze do tego czasu razem. - l - 
powiedz mi choć ,,bądź zdrowa!" - Ale drzwi zamknęły się juŜ za nim.
Z głębokim westchnieniem odwraca się Anna do wystawy. JednakŜe nie widzi nic z tego, co 
na niej jest. Opiera czoło o zimną szybę, przed oczyma latają jej czerwone plamy. Serce bije 
tak mocno, Ŝe ledwie moŜe oddychać, cała krew, zda się, uderza do głowy.
,,A jednak boję się - myśli. - Na litość boską, Otto nie powinien zauwaŜyć, Ŝe się boję, bo 
nigdy juŜ nie zabierze mnie ze sobą. Ale to nie jest właściwie prawdziwy strach - zastanawia 
się dalej. - Nie boję się o siebie. Boję się o niego. Co będzie, jeŜeli nie wróci?"
Nie moŜe wytrzymać, musi się odwrócić w stronę tamtego domu. Drzwi się otwierają, ludzie 
wchodzą, wychodzą, dlaczego Quangel nie wychodzi? Poszedł juŜ pięć, nie, dziesięć minut 
temu! Dlaczego człowiek, który teraz wyszedł, tak biegnie? MoŜe po policję? Czy juŜ za 
pierwszym razem złapali Quangla?
„Och, nie wytrzymam tego! Co on wymyślił? A mnie się zdawało, Ŝe to jest mała rzecz! Raz 
na tydzień, a jeśli będzie pisał dwa razy na tydzień, dwa razy tygodniowo jego Ŝycie będzie w 
niebezpieczeństwie! A nie zawsze będzie chciał zabierać mnie ze sobą! ZauwaŜyłam to dziś 
rano, właściwie moje pójście nie było mu na rękę. Będzie sam chodził, będzie sam podrzucał 
karty, potem pójdzie wprost do fabryki (albo juŜ  nigdy więcej nie pójdzie do fabryki!), a ja 
będę siedziała w domu, w trwodze, i czekała na niego. Czuję, Ŝe ten strach nigdy się nie 
skończy, nigdy nie przyzwyczaję się do tego. Otto idzie! Nareszcie! Nie, to nie on. To znowu 
nie on! Pójdę za nim, niech się złości, jak chce! Musiało się na pewno coś stać... JuŜ minął 
kwadrans, jak poszedł, to przecieŜ w Ŝadnym wypadku nie moŜe tak długo trwać! Pójdę go 
poszukać!"
Robi trzy kroki w kierunku domu i - zawraca. Staje przed szybą wystawową i wpatruje się w 
nią.
Nie, nie pójdzie za nim, nie będzie go szukała. Nie moŜe zawieść go juŜ za pierwszym razem. 
„To tylko mnie się zdaje, Ŝe coś się stało. Ludzie wciąŜ wchodzą do tego domu i wychodzą. 
Na pewno nie minął jeszcze kwadrans, odkąd Otto poszedł. Zobaczę, co jest na wystawie. 
Biustonosze, paski..."
Tymczasem Otto wszedł do biurowca. Zdecydował się tak szybko, poniewaŜ Ŝona była razem 
z nim. To niepokoiło go, w kaŜdej chwili mogła zacząć mówić „o tym". Nie chciał w jej 
obecności długo szukać. Na pewno znów zacznie gadać, zaproponuje ten dom, nie zgodzi się 
na tamten. Nie, to nie moŜe być! JuŜ lepiej wejdzie do pierwszego lepszego domu, jeśli nawet 

Strona 42

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

miałby być najgorszy.
Był pierwszym, najgorszym. Jasny, nowoczesny biurowiec, w którym było wprawdzie wiele 
firm, ale w którym urzędował równieŜ portier w szarej liberii. Quangel mija go obojętnie. 
Przygotowany jest na pytanie „dokąd?" ZauwaŜył, Ŝe adwokat Toll ma kancelarię na 
czwartym piętrze. Ale portier nie pyta o nic, rozmawia z jakimś panem. Mierzy 
przechodzącego pobieŜnym, obojętnym spojrzeniem. Quangel kieruje się w lewo, aby po 
schodach pójść na górę i słyszy szmer windy w ruchu. Tak. O tym nie pomyślał, Ŝe w 
nowoczesnych domach są windy, a schodów mało kto uŜywa.
Mimo to Quangel idzie na górę. Chłopak od windy pomyśli: to starszy człowiek, który nie 
dowierza windzie. Albo teŜ, Ŝe idzie tylko na pierwsze piętro. Albo w ogóle nic nie pomyśli. 
W kaŜdym razie schody są niemal nie uŜywane. Quangel jest juŜ na drugim piętrze i 
dotychczas minął się tylko z gońcem, który pędził po schodach na dół z plikiem listów w 
ręku. Nawet nie spojrzał na Quangla. Mógłby tu kartę gdziekolwiek połoŜyć, ale nie 
zapomina ani na chwilę o windzie, przez której błyszczące szybki moŜe być w kaŜdej chwili 
podpatrzony. Musi iść jeszcze wyŜej i dopiero w chwili, kiedy winda będzie zjeŜdŜała na dół, 
zrobi to.
Zatrzymuje się teraz przy wysokim oknie na półpiętrze i wygląda na ulicę. Wyciąga przy tym 
niezwłocznie rękawiczkę z kieszeni i wkłada ją na prawą rękę. Potem tą samą ręką wyciąga z 
kieszeni przygotowaną kartę, ostroŜnie, aby jej nie zgnieść. Chwytają dwoma palcami...
Robiąc to wszystko Otto Quangel od dawna juŜ zauwaŜył, Ŝe Anna nie stoi na swoim miejscu 
przy wystawie, ale na brzegu chodnika, przy czym patrzy z podniesioną, bladą twarzą, w 
sposób niesłychanie zwracający uwagę, na biurowiec. Anna nie podnosi oczu na tę wysokość, 
na której on teraz stoi, przygląda się raczej drzwiom na parterze. Quangel niechętnie potrząsa 
głową, zdecydowany stanowczo nigdy więcej nie zabierać Ŝony na taka wyprawę. Oczywiście 
- boi się o   niego.  Ale  dlaczego  o  niego? Powinna  się  bać  o  samą  siebie, zachowując się 
tak podejrzanie! To ona właśnie sprowadzi niebezpieczeństwo na nich oboje!
Wspina się dalej po schodach. Przechodząc koło następnego okna patrzy jeszcze raz na ulicę, 
ale Anna przygląda się teraz znów wystawie. Dobrze, bardzo dobrze, przezwycięŜyła więc 
strach. Anna jest odwaŜną kobietą. Wcale z nią o tym nie będzie mówił. I nagle Quangel 
kładzie ostroŜnie kartę na parapecie okna. Schodząc juŜ zrywa rękawiczkę z ręki 1  wsuwa ją 
do kieszeni.
O parę stopni niŜej ogląda się raz jeszcze. Karta leŜy w jasnym świetle dziennym, dotąd 
jeszcze widoczna. JakŜe duŜym, wyraźnym pismem napisana jest ta pierwsza karta! KaŜdy 
będzie ją mógł przczytać! I zrozumieć równieŜ! Quangel uśmiecha się z zawziętością.
W tej samej chwili słyszy, Ŝe o piętro nad nim otwierają się drzwi. Winda przed minutą 
zjechała na dół. JeŜeli temu tam na górze, który wyszedł z biura, znudzi się czekanie na 
windę, jeśli zacznie schodzić po schodach, znajdzie kartę... Quangel jest tylko o piętro niŜej. 
Gdyby tamten zaczął biec, mógłby jeszcze Quangla złapać, moŜe dopiero na samym dole, ale 
go złapie. Quanglowi biec nie wolno. Stary człowiek, który jak uczeń zbiega po schodach - 
nie, to zwraca uwagę. Nie wolno mu zwracać uwagi. Nikt nie powinien sobie przypomnieć, 
Ŝe w ogóle widział w tym domu człowieka o takim a takim wyglądzie.
Mimo to dość szybko schodzi po kamiennych schodach i w przerwach między odgłosem 
własnych kroków nasłuchuje, czy tamten rzeczywiście schodzi. W takim razie musiał kartę 
zobaczyć. Nie moŜna w ogóle jej nie zauwaŜyć. Ale Quangel nie jest zupełnie pewny siebie. 
Raz  mu się zdaje, Ŝe słyszał kroki, teraz juŜ od dawna nic nie słyszy. A teraz jest juŜ zbyt 
nisko, aby w ogóle coś usłyszeć. Winda, błyskając światłem, przejeŜdŜa koło niego w górę.
Quangel zbliŜa się do wyjścia. Właśnie nadchodzi większa grupa ludzi z podwórza, robotnicy 
z jakiejś fabryki. Quangel wsuwa się pomiędzy nich. Tym razem jest zupełnie pewny, Ŝe 
portier nawet nie spojrzał na niego.
Przechodzi przez jezdnie i staje obok Anny.
- Załatwione! - powiada.
A gdy widzi błysk w jej oczach i drŜenie warg, dodaje: - Nikt mnie nie widział! - I wreszcie: - 
Chodź, idziemy! Akurat starczy jeszcze czasu, abym pieszo zdąŜył do fabryki.
Idą. Ale oboje rzucają jeszcze spojrzenia na dom, w którym pierwsza karta Quangla 
rozpoczęła swoją podróŜ po świecie. W pewnym sensie Ŝegnają się z nią, kiwają głowami. To 
dobry dom - i choć wiele domów odwiedzą w najbliŜszych miesiącach i latach w tym samym 
celu - tego domu Ŝadne z nich nie zapomni.
Anna chętnie pogłaskałaby prędziutko rękę swego męŜa, ale nie śmie. Ociera się więc jakby 
przypadkowo o jego dłoń i mówi przestraszona: - Przepraszam cię, Otto. - Quangel zdziwiony 
spogląda na nią z boku, ale milczy.
Idą dalej.

CZĘŚĆ DRUGA 
GESTAPO 

ROZDZIAŁ XIX 
Droga pocztówek 

Aktor Maks Harteisen miał jeszcze z czasów przedhitlerowskich - jak zwykł wyraŜać się jego 
przyjaciel adwokat Toll ~ porządnie obciąŜoną hipotekę. Grywał w filmach nakręcanych 
przez Ŝydowskich reŜyserów, w filmach pacyfistycznych, a jedną z jego popisowych ról w 
teatrze był ksiąŜę von Homburg, przeklęty słabeusz, na którego prawdziwy narodowy 
socjalista powinien plunąć. Maks Harteisen miał więc wszelkie powody do ostroŜności. Przez 
pewnien czas w ogóle było wątpliwe, czy brunatne koszule pozwolą mu jeszcze grać.
Ale koniec końców wszystko jakoś się ułoŜyło. Oczywiście poczciwy chłopak powinien był 
nauczyć się pewnej powściągliwości i zostawić pierwsze skrzypce aktorom o barwie 
brunatnej, choć nie umieli nawet cząstki tego, co on. Ale właśnie brak było mu tej 
powściągliwości: naiwny chłopiec grał tak, Ŝe zwróciło to uwagę ministra Goebbelsa. Co 
więcej, Harteisen wpadł ministrowi w oko. A kaŜde dziecko wiedziało, co oznacza łaska 
ministra, poniewaŜ nie było bardziej podlegającego nastrojom i nieobliczalnego człowieka 
aniŜeli doktor Józef Goebbels.
Z początku odbywało się to wszystko w blasku bezinteresownej radości. Gdy minister raczył 
kimś się zachwycać, nie robił róŜnicy czy to męŜczyzna, czy kobieta. Jak do ukochanej 
dzwonił kaŜdego ranka do aktora Harteisena, dowiadywał się, jak spał, posyłał mu niby 
primadon-nie kwiaty i cukierki i nie było dnia, w którym minister nie spędziłby przynajmniej 
krótkiej chwili z Harteisenem. Nie dość na tym, zabrał aktora nawet do Norymbergi na zjazd 

Strona 43

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

partyjny, wyjaśniał mu „praw dziwy" narodowy socjalizm i Harteisen zrozumiał wszystko, co 
powinien był zrozumieć.
Nie rozumiał tylko jednego: z narodowym socjalizmem wiąŜe się i to, iŜ zwykły obywatel nie 
ma prawa sprzeciwiać się ministrowi, poniewaŜ minister - chociaŜby dlatego Ŝe jest 
ministrem - jest dziesięć razy mądrzejszy od kaŜdego innego obywatela. W związku z jakąś 
zupełnie błahą sprawą filmową Harteisen sprzeciwił się swojemu ministrowi, a co gorsza - 
oświadczył, Ŝe opinia pana Goebbelsa w tej sprawie jest po prostu bzdurą. Niechaj pozostanie 
sprawą otwartą, czy rzeczywiście ten niewinny, zresztą zupełnie teoretyczny, problem 
filmowy tak rozzłościł aktora, czy teŜ znudziło mu się po prostu uwielbienie ministra i dlatego 
dąŜył do zerwania. Dość Ŝe mimo licznych ostrzeŜeń upierał się przy swoim poglądzie, Ŝe 
bzdura jest bzdurą, minister czy nie minister - to zupełnie obojętne.
Och, jakŜe zmienił się świat dla Maksa Harteisena. Skończyły się poranne telefony z 
zapytaniem o sen, skończyły się cukierki i kwiaty, skończyły się wizyty doktora Goebbelsa, 
skończyły się równieŜ nauki o prawdziwym narodowym socjalizmie. CóŜ? To wszystko 
byłoby jeszcze znośne, kto wie, moŜe nawet poŜądane, ale nagle skończyły się równieŜ 
engagements dla Harteisena, rozwiązywały się podpisane juŜ umowy filmowe, przerwały się 
gościnne występy. Aktor Harteisen nie miał juŜ nic więcej do roboty.
PoniewaŜ Harteisen cenił swój zawód nie tylko dla zarobku, ale był prawdziwym aktorem, 
którego Ŝycie osiągało punkty szczytowe na scenie albo przed obiektywem, ta przymusowa 
bezczynność doprowadzała go do rozpaczy. Nie mógł i nie chciał uwierzyć, Ŝe minister, który 
przez półtora roku był jego najlepszym przyjacielem, stał się nagle jego zawziętym i tak 
podłym wrogiem, iŜ wyzyskał swoją władzę dla odebrania mu wszelkiej radości Ŝycia z 
powodu jakiejś tam sprzeczki. (Biedny Harteisen nie pojął jeszcze w roku tysiąc dziewięćset 
czterdziestym, Ŝe kaŜdy hitlerowiec gotów był kaŜdego inaczej myślącego Niemca pozbawić 
nie tylko radości Ŝycia, ale i samego Ŝycia.)
Czas mijał i nie istniała Ŝadna moŜliwość otrzymania pracy, Maks Harteisen musiał więc w 
końcu uwierzyć temu. Przyjaciele donieśli mu, Ŝe minister oświadczył na konferencji 
filmowej, iŜ fuehrer nie Ŝyczy sobie nigdy więcej widzieć tego aktora na ekranie w mundurze 
oficerskim-Wkrótce potem mówiono, Ŝe fuehrer w ogóle nie Ŝyczy sobie widzieć i więcej 
tego aktora, a wreszcie oznajmiono mu zupełnie oficjalnie, Ŝe aktor Harteisen jest 
„niepoŜądany". Koniec zatem, mój drogi. W trzydziestym szóstym roku Ŝycia umieszczony 
na czarnej liście - i to na całym obszarze tysiącletniej Rzeszy.
Teraz aktor Harteisen był naprawdę wykończony. Ale nie zrezygnował. Szukał i wypytywał, 
usiłował dowiedzieć się za wszelką cenę, czy te postanowienia rzeczywiście pochodziły od 
fuehrera, czy teŜ wymyślił je ten mały człowieczek, chcąc zlikwidować swego wroga. I tego 
właśnie poniedziałku przybiegł Harteisen do swego adwokata Tolla, pełen wiary w 
zwycięstwo i zawołał: - Mam! Mam, Erwin! Ten drań skłamał! Fuehrer w ogóle nie widział 
tego filmu, w którym grałem pruskiego oficera, i nigdy nie powiedział przeciwko mnie ani 
słowa.
I zaczął gorliwie tłumaczyć, Ŝe wiadomość jest pewna, poniewaŜ pochodzi od samego 
Goeringa. Przyjaciółka jego Ŝony ma ciotkę, a jej kuzynka była zaproszona do Goeringów do 
Karinhallu. Naprowadziła rozmowę na ten temat i Goering wypowiedział się właśnie w taki 
sposób.
Adwokat spojrzał nieco kpiąco na podnieconego aktora:
- No, Maksie, i cóŜ się przez to zmieniło?
Aktor wyjąkał zupełnie ogłupiały:
-  AleŜ, Erwinie, Goebbels przecieŜ skłamał.
-  I co z tego? Czy sądziłeś kiedyś, Ŝe wszystko, co kuternoga mówi, jest prawdą?
-  Nie, oczywiście nie. Ale jeŜeli ta sprawa dojdzie do fuehrera... NaduŜył przecieŜ imienia 
fuehrera.
-  Tak, i dlatego, Ŝe to zrobił, fuehrer wyrzuci starego towarzysza partyjnego i przyjaciela, 
poniewaŜ ten sprawił kłopot Harteisenowi.
Aktor spojrzał błagalnie na ironizującego adwokata:
-  Jednak musi się coś stać w mojej sprawie, Erwinie - zawołał. - Ja przecieŜ chcę pracować. 
A Goebbels niesłusznie mi przeszkadza.
-  Tak - powiedział adwokat - tak. - I znów milczał. Ale gdy Harteisen spojrzał na niego 
wyczekująco, dodał: - Jesteś dzieckiem, Maks, prawdziwym duŜym dzieckiem.
Aktor, który stale bardzo wysoko cenił swoje doświadczenie Ŝyciowe, z niezadowoleniem 
potrząsnął głową.
-  Jesteśmy przecieŜ sami, Maksie - kontynuował adwokat - te drzwi są dobrze wyścielone, 
moŜemy więc mówić ze sobą otwarcie. MoŜe zauwaŜyłeś bodaj mała odrobinkę tej 
krzyczącej, krwawej, rozdzierają-
 cej serce niesprawiedliwości, jaka dzieje się dzisiaj w Niemczech - i pies z kulawą nogą się o 
to nie zatroszczy. Na odwrót, przechwalają się jeszcze głośno swoją hańbą. Ale wobec tego, 
Ŝe aktor Harteisen przeŜywa maleńkie rozczarowanie, odkrywa nagle, Ŝe na świecie dzieje się 
krzywda i woła o sprawiedliwość.
Harteisen powiedział przygnębiony: -Więc cóŜ mam robić, Erwinie? PrzecieŜ coś trzeba 
zrobić.
-  Co masz zrobić? No, to jest zupełnie jasne. Wyjedziesz z Ŝoną do jakiejś ładnej dziury, na 
wieś, i będziesz tam siedział jak mysz pod miotłą. Przede wszystkim zaniechasz tej 
bezsensownej gadaniny o „twoim" ministrze i przestaniesz opowiadać o wywiadzie z 
Goeringiem. W przeciwnym razie moŜe się zdarzyć, Ŝe „twój" minister zrobi z tobą jeszcze 
zupełnie coś innego.
-  Ale jak długo mam siedzieć bezczynnie na wsi?
-  Humory ministra zjawiają się i mijają. Mijają równieŜ, Maksie, bądź tego pewien. Pewnego 
dnia wypłyniesz znów w blasku i chwale.
Aktor wzdrygnął się. - Tylko nie to - prosił - tylko nie to!... - Wstał. - I naprawdę sądzisz, Ŝe 
nie moŜesz nic zrobić w mojej sprawie?
-  Absolutnie nic - powiedział z uśmiechem adwokat. - Chyba Ŝe miałbyś ochotę jako 
męczennik pójść za twojego ministra do kacetu.
W trzy minuty później aktor Maks Harteisen stał na klatce schodowej biurowca i zmieszany 
trzymał w ręku kartkę pocztową: Matko! Fuehrer zamordował mego syna...
„Na litość boską! - pomyślał. - JakiŜ człowiek pisze coś podobnego? To musi być szaleniec. 
PrzecieŜ to, co pisze, jest samobójstwem." Machinalnie odwrócił kartę. Ale nie było tam ani 
nadawcy, ani odbiorcy, tylko: Oddajcie kartę dalej, aby wielu ją przeczytało. - Odmawiajcie 
wpłat na pomoc zimową. - Pracujcie powoli, coraz wolniej. Sypcie piasek do maszyn. KaŜdy 

Strona 44

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

zmniejszony wysiłek waszych rąk - to szybszy koniec wojny.
Aktor rozejrzał się dokoła. Połyskując światłem przejechała koło niego winda. Miał uczucie, 
Ŝe wiele oczu patrzy na niego.
Szybko wsunął kartę do kieszeni i jeszcze szybciej wyrwał ją z powrotem. Chciał ją połoŜyć 
na powrót na okno, ale rozmyślił się. MoŜe ci z windy widzieli go stojącego z kartą w ręku -
jego twarz znało wiele osób. Karta zostanie znaleziona i znajdą się tacy, którzy zeznają pod 
przysięgą, Ŝe to on ją tam połoŜył. I przecieŜ naprawdę ją tam  połoŜył, to znaczy-połoŜył ją 
tam z powrotem. Ale kto mu uwierzy? I to właśnie teraz, gdy pokłócił się z ministrem? Jest 
juŜ i tak wykończony, a tu jeszcze nowa historia.
Pot wystąpił mu na czoło, pojął nagle, Ŝe nie tylko ten, który pisał kartę, ale i on sam jest w 
śmiertelnym niebezpieczeństwie. Zwłaszcza on. ZadrŜała mu ręka; chciał odłoŜyć kartę, 
chciał ja zabrać, chciał ja podrzeć, tu, zaraz, na miejscu... Ale moŜe ktoś stał na górze i 
obserwował go? JuŜ kilkakrotnie w ostatnich dniach miał uczucie, Ŝe jest obserwowany. 
UwaŜał to za nerwowe przeczulenie na tle prześladowań ministra Goebbelsa.
MoŜe to wszystko było pułapką specjalnie zastawioną na niego przez tego człowieka, aby 
wpadł na amen? Aby całemu światu pokazać, jak słusznie minister osadził aktora Harteisena? 
O BoŜe, przecieŜ zwariował juŜ zupełnie, widział upiory. PrzecieŜ czegoś takiego minister nie 
zrobi. A moŜe właśnie zrobi?
Ale nie mógł tak stać godzinami. Musiał się zdecydować. Nie mógł teraz myśleć o 
Goebbelsie, musiał myśleć o sobie.
Pobiegł pół piętra w górę - nie było nikogo, kto by go obserwował. Zadzwonił ostro do 
adwokata Tolla. Przebiegł obok sekretarki, wpadł do gabinetu i cisnął kartę na stół adwokata, 
wołając: - Masz, oto co znalazłem przed chwilą na schodach!
Adwokat rzuca tylko krótkie spojrzenie na pocztówkę. Potem wstaje i zamyka starannie 
podwójne drzwi swego gabinetu, które podniecony aktor zostawił otwarte. Wraca do biurka. 
Bierze kartę ponownie i czyta ja długo i uwaŜnie, podczas gdy Harteisen, biegając tam i z 
powrotem, rzuca na niego niecierpliwe spojrzenia.
Teraz Toll odkłada pocztówkę i pyta: - Gdzie, powiedziałeś, znalazłeś tę kartę?
-  Tu, na schodach, o pół piętra niŜej.
-  Na schodach? A więc na stopniu?
-  Nie łap mnie za słówka, Erwinie. Nie, nie na stopniu, tylko na parapecie okiennym.
-  A czy wolno zapytać, po coś przytaszczył ten miły upominek do mnie do biura?
Głos adwokata brzmi ostrzej, aktor powiada prosząco:
-  A cóŜ miałem robić? Karta leŜała tam i zupełnie bezmyślnie wziąłem ją do ręki.
-  A dlaczego nie połoŜyłeś jej z powrotem? PrzecieŜ to byłoby najrozsądniejsze.
-  Winda przejechała koło mnie, gdy to czytałem. Miałem uczucie, Ŝe jestem obserwowany. 
Moja twarz jest tak znana.
-  Coraz  lepiej! - powiedział adwokat  z goryczą. -- A  potem prawdopodobnie z tą kartą w 
ręku przybiegłeś do mnie? - Aktor skinął ponuro. - Nie, mój przyjacielu - powiedział Toll 
zdecydowanie, oddając mu kartę - proszę cię, zabierz ją sobie. Nie chcę z tym mieć nic 
wspólnego. I bądź łaskaw zapamiętać sobie - nie wolno ci się na mnie powoływać. Nie 
widziałem nigdy tej karty. WeźŜe ją wreszcie.
Harteisen wpatrywał się w przyjaciela z pobladłą twarzą. - Myślę - powiedział potem - Ŝe 
jesteś nie tylko moim przyjacielem, ale i moim adwokatem, Ŝe bronisz równieŜ moich 
interesów.
-  Co to, to nie. Albo powiedzmy lepiej -juŜ nie. Jesteś pechowcem, posiadasz 
nieprawdopodobny talent wpadania w najgorsze tarapaty. Sprowadzisz jeszcze nieszczęście 
na innych. A więc zabierz wreszcie swoją kartę.
Znów mu ją podał.
Ale Harteisen wciąŜ stał z bladą twarzą i rękami w kieszeniach.
Po długim milczeniu powiedział cicho: - Nie odwaŜę się. W ostatnich dniach wielokrotnie 
miałem uczucie, Ŝe jestem obserwowany. Zrób mi tę przysługę i podrzyj kartę. Wyrzuć ją 
wraz z innymi śmieciami do kosza.
-  Zbyt niebezpieczne, mój drogi. Goniec biurowy albo węsząca sprzątaczka i - wpadłem.
-  Spal ją.
-  Zapominasz, Ŝe mamy tu centralne ogrzewanie.
-  Weź zapałkę, spal ją nad popielniczką. Nikt o tym nie będzie wiedział.
- Ty będziesz o tym wiedział.
Wpatrywali się w siebie z pobladłymi twarzami. Byli starymi przyjaciółmi jeszcze z czasów 
szkolnych, ale teraz wdarł się między nich strach i przyniósł niedowierzanie. Wpatrywali się 
w siebie bez słowa.
,,On jest aktorem - myślał adwokat. - MoŜe zagrał mi tu swą rolę, aby i mnie wpakować. 
MoŜe przychodzi z poleceniem wystawienia mojej niezawodności na próbę. Ostatnio przy tej 
nieszczęsnej obronie przed Trybunałem Narodowym ledwo udało mi się wykaraskać. Ale od 
tego czasu nie ufają mi..."
 „Właściwie Erwin jest moim adwokatem - myślał tymczasem ponuro aktor - ale w sprawie z 
ministrem nie chce mi pomóc, a teraz nawet chce świadczyć wbrew prawdzie, Ŝe nigdy nie 
widział tej karty. Nie broni moich interesów. Działa przeciwko mnie. Kto wie, czy ta karta... 
wszędzie słyszy się o pułapkach zastawianych na ludzi. Nonsens, był zawsze moim 
przyjacielem, pewny człowiek..."
Obaj zastanowili się, popatrzyli na siebie. Obaj zaczęli się uśmiechać.
-  Byliśmy szaleńcami, nie dowierzaliśmy sobie.
-  My, którzy znamy się przeszło dwadzieścia lat.
-  I tyleśmy razem przeŜyli.
-  Do czego doszliśmy!...
-  Jak wyglądamy? Syn zdradza matkę, siostra brata, przyjaciel przyjaciółkę...
-  Ale my siebie nie zdradzimy.
-  Zastanów się, co najlepiej zrobić z tą kartą. Byłoby rzeczywiście nierozsądne, gdybyś 
wyszedł na ulicę z kartą w kieszeni, czując, Ŝe jesteś śledzony.
-  Ach, to było po prostu zdenerwowanie. Daj mi kartę, pozbędę się jej w jakiś sposób.
-  Ty, nieuleczalnie skłonny do nie przemyślanych posunięć. Nie, karta pozostanie tutaj.
- Masz Ŝonę i dwoje dzieci, Erwinie. Personel twojej kancelarii moŜe teŜ nie jest całkiem 
pewny. Kto dziś jest jeszcze pewny? Daj mi kartę. Zadzwonię do ciebie za kwadrans i 
zamelduję ci, Ŝe się jej pozbyłem.
-  Na litość boską! Jesteś znowu sobą, Maksie. W takiej sprawie rozmowa telefoniczna! 
Dlaczego nie zadzwonić od razu do Himmlera? Wtedy będzie przynajmniej prędzej.

Strona 45

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

I znów popatrzyli na siebie nieco pocieszeni, Ŝe nie są zupełnie sami, Ŝe kaŜdy z ich ma 
wypróbowanego przyjaciela.
Nagle adwokat ze złością uderza pięścią w kartę: - CóŜ sobie wyobraŜał ten idiota, który 
napisał tę kartę i połoŜył ją w sieni. Posyłać innych ludzi na szafot!...
-  I o co! Co on właściwie pisze? Nic takiego, czego by kaŜdy z nas nie wiedział. To musi być 
wariat!
-  Cały naród stał się zbiorowiskiem wariatów, jeden zaraŜa drugiego.
-  Gdyby złapali tego draba, który sprowadza na innych takie kłopoty! Po prostu cieszyłbym 
się...
-  Ach, daj spokój! Na pewno byś się nie cieszył, gdyby jeszcze jeden musiał zginąć. Ale jak 
wyleziemy z tej matni?
Adwokat znów spojrzał z namysłem na kartę. Potem sięgnął do telefonu. - Mamy takiego w 
domu, jakiś kierownik polityczny - powiedział wyjaśniająco do przyjaciela - przekaŜę mu 
oficjalnie tę kartę, wyjaśnię istotny stan rzeczy. A w ogóle postaram się zlekcewaŜyć sprawę. 
Czy jesteś pewny swojej wypowiedzi?
-  Zupełnie.
-  A swoich nerwów?
-  Najzupełniej, mój drogi. Na scenie nie miałem jeszcze nigdy tremy. Zawsze tylko 
przedtem! A co to za typ, ten kierownik polityczny?
-  Nie mam pojęcia. Nie przypominam sobie, abym go kiedykolwiek widział. 
Prawdopodobnie jakiś mały bonza. W kaŜdym razie teraz zadzwonię.
Ale człowieczek, który przyszedł, nie wyglądał specjalnie na bonzę, raczej na lisa; czuł się 
bardzo mile połechtany poznając znakomitego aktora, którego często widział na ekranie. I 
natychmiast wymienił sześć filmów: w Ŝadnym z nich Harteisen nigdy nie grał. Aktor wyraził 
podziw dla pamięci człowieczka, a potem przeszli do właściwego celu odwiedzin.
Lisek przeczytał kartę, z jego twarzy nie moŜna było poznać, co przy tym odczuwał,. Twarz 
ta była tylko chytra. Potem wysłuchał sprawozdania o znalezieniu karty i dostarczeniu jej do 
kancelarii.
-  Bardzo dobrze!  Bardzo właściwie! - pochwalił „kierownik". - A kiedy się to stało?
Przez chwilę adwokat zawahał się, rzucił szybkie spojrzenie na przyjaciela. - Lepiej nie 
kłamać - pomyślał - widziano go wchodzącego w podnieceniu z kartką w ręku.
-  Przed dobrą pół godzinką - powiedział adwokat. Człowieczek podniósł brwi do góry. - Tak 
dawno? - zapytał z lekkim zdumieniem.
Mieliśmy jeszcze wiele innych rzeczy do omówienia - wyjaśnił adwokat. - Nie 
przywiązywaliśmy wagi do tej sprawy. CzyŜby to było waŜne?
•r- Wszystko jest waŜne. Byłoby waŜne schwytanie faceta, który połoŜył kartę. Ale teraz, po 
półgodzinie, jest oczywiście za późno.
KaŜde słowo brzmiało jak lekki wyrzut z powodu tego „za późno".
-  Przykro mi, Ŝe się tak opóźniłem - powiedział aktor Harteisen z naciskiem. - Stało się to z 
mojej winy. UwaŜałem swoje sprawy za waŜniejsze niŜ tę - bazgraninę!
-  To ja powinienem był lepiej się orientować - powiedział adwokat. Lisek uśmiechnął się 
uspokajająco: - No, moi panowie, co się stało, to się nie odstanie! W kaŜdym razie cieszę się, 
Ŝe wskutek tego miałem sposobność osobiście poznać pana Harteisena. Heil Hitler!
Zerwali się bardzo energicznie: - Heil Hitler!
Gdy drzwi zamknęły się za nim, przyjaciele spojrzeli na siebie.
-  Dzięki Bogu, Ŝe pozbyliśmy się tej nieszczęsnej karty!
-  I on nas nie podejrzewa!
-  O, z powodu karty nie! Ale Ŝe wahaliśmy się, czyją oddać, czy nie, to zrozumiał bardzo 
dobrze.
-  Sądzisz, Ŝe jeszcze będziemy mieli z tą sprawą do czynienia?
-  Nie, właściwie nie. W najgorszym razie niewinne przesłuchanie, gdzie, kiedy i jak znalazłeś 
tę kartę. Nie masz tu nic do ukrywania.
-  Wiesz, Erwinie, właściwie jestem teraz bardzo zadowolony, Ŝe na jakiś czas wydostanę się 
z miasta.
-  Widzisz!
-  Człowiek staje się zły w tym mieście.
-  Staje się? JuŜ jest zły. I to bardzo!
Tymczasem Lisek pojechał do swojej komórki partyjnej. Brunatna koszula wzięła teraz kartę 
do ręki.
-  To obchodzi tylko gestapo - powiedział. - Najlepiej sam pojedź z tym, Heinz. Poczekaj, 
napiszę ci jeszcze parę słów. A ci dwaj panowie?
-  Zupełnie nie wchodzą w rachubę. Oczywiście, politycznie pewni - to obaj nie są. Powiadam 
ci - siódme poty wystąpiły na nich, kiedy musieli coś zrobić z tą kartą.
-  Harteisen jest podobno w niełasce u ministra Goebbelsa - zauwaŜył z namysłem brunatny.
-  Mimo to - powiedział Lisek - nie odwaŜyłby się na coś podobnego. Ma zbyt wielkiego 
pietra. Wymieniłem mu w twarz sześć filmów, w których nigdy nie występował, i 
podziwiałem jego mistrzowską grę. Kłaniał się raz po raz i aŜ promieniał z wdzięczności. 
Przy tym wprost poczułem, jak się poci ze strachu.
'O - KaŜdy umiera... t. I  -  Wszyscy oni mają stracha - rozstrzygnął brunatny pogardliwie. - 
Właściwie dlaczego? PrzecieŜ tak im ułatwiliśmy Ŝycie. Niech tylko robią, co im kaŜemy.
-  To dlatego, Ŝe ludzie nie mogą przestać myśleć. Zdaje im się zawsze, Ŝe przez myślenie 
mogą coś osiągnąć.
-  Niech tylko słuchają. Myślenie - to sprawa fuehrera. Brunatny stuknął w kartę: - A ten? Co 
myślisz o tym, Heinz? Co mam o tym powiedzieć? Prawdopodobnie rzeczywiście stracił 
syna...
-  Gdzie tam! Ci, którzy tak piszą i działają, są tylko podŜegaczami. Chcą osiągnąć coś dla 
siebie. Czy synowie, czy całe Niemcy - to im wszystko jedno. Jakiś stary sozi* albo 
komunista...
-  Nie sądzę. Nie uwierzę nigdy w Ŝyciu. E, gdzieŜ tam - socjalistę albo komunistę wywącham 
na dziesięć kilometrów pod wiatr.
-  Myślę, Ŝe jednak. Oni wszyscy się teraz zamaskowali. Panowie w  gestapo  równieŜ  nie  
podzielali  poglądu  brunatnej koszuli.
Zresztą sprawozdanie Liska przyjęto tam z wesołym spokojem. Przyzwyczaili się bądź co 
bądź do innych historii.
-  No, tak - powiedzieli. - Dobrze, dobrze, zobaczymy! Jeśli pan chciałby się jeszcze 
pofatygować do komisarza Eschericha-zawiadomimy go telefonicznie - on opracuje tę 

Strona 46

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

sprawę. Niech mu pan złoŜy jeszcze raz dokładne sprawozdanie o zachowaniu się tych dwóch 
panów. Oczywiście, w tej chwili nic im się nie stanie, to moŜe tylko posłuŜyć jako materiał do 
ewentualnych późniejszych wydarzeń. Pan rozumie przecieŜ...
Komisarz Escherich, wysoki człowiek o niedbałym wyglądzie, ze zwisającymi Ŝółtawymi 
wąsami, w jasnoszarym ubraniu - wszystko w tym człowieku było tak bezbarwne, Ŝe moŜna 
go było uwaŜać za płód kurzu z akt - a więc komisarz Escherich pokręcił kartę tam i z 
powrotem miedzy palcami.
-  Nowa płyta - oświadczył potem. - Tej nie mam jeszcze w swoim zbiorze. CięŜka ręka, 
niewiele pisał w Ŝyciu, zawsze pracował rękami.
-  Kapedowiec**? - zapytał Lisek.
*  Sozi - socjalista.
** KPD - Komunistyczna Partia Niemiec.
Komisarz zachichotał: - Nie opowiadaj pan kawałów, panie! Coś takiego i kapedowiec! Widzi 
pan, gdybyśmy mieli prawdziwą policję i gra warta byłaby świeczki, to ten, który napisał 
kartę, siedziałby po dwudziestu czterech godzinach pod kluczem.
-  A jak by pan to zrobił?
-  To jest przecieŜ bardzo proste. Kazałbym wywąchać wszędzie w Berlinie, komu w ciągu 
ostatnich dwóch, trzech tygodni poległ syn, jedyny syn - proszę uwaŜać, poniewaŜ piszący 
miał tylko jednego syna.
-  A z czego pan to wnioskuje?
-  To przecieŜ jasne! Od razu w pierwszym zdaniu właśnie to pisze. W drugim zdaniu mówi 
juŜ o synach innych ludzi. Na tych, którym ostatnio poległ syn - nie ma ich znowu tak wielu 
w Berlinie - miałbym oko i juŜ ptaszek siedziałby w klatce.
-  Więc dlaczego pan tego nie robi?
-  Powiedziałem juŜ panu przecie: dlatego, Ŝe nie mamy odpowiedniego aparatu, i dlatego, Ŝe 
sprawa nie jest tego warta. Widzi pan -istnieją dwie moŜliwości: albo napisze jeszcze dwie, 
trzy karty, a potem da spokój, bo sprawi mu to za wiele trudu lub uzna ryzyko za zbyt wielkie. 
Wtedy nie wyrządzi wielkiej szkody i my nie będziemy mieli wiele roboty z jego powodu.
-  Więc pan sądzi, Ŝe wszystkie karty oddadzą tutaj?
-  Wszystkie - nie, ale prawie wszystkie. Naród niemiecki jest tak pewny.
-  Dlatego, Ŝe wszyscy się boją.
-  Nie, tego nie powiedziałem. Nie sądzę, na przykład, aby ten człowiek - popukał zgiętym 
palcem w kartę - aby ten człowiek miał stracha. Przypuszczam natomiast, Ŝe jest druga 
moŜliwość: ten człowiek będzie pisał dalej i dalej. Dobrze, niech pisze - im więcej napisze, 
tym łatwiej się zdradzi. Teraz zdradził tylko małą cząstkę siebie, mianowicie, Ŝe stracił syna. 
Ale w kaŜdej karcie zdradzi jeszcze trochę. Nie potrzeba prawie nic robić w tej sprawie. 
Trzeba tylko tutaj siedzieć, trochę uwaŜać i - cap! - mamy go!  My tu,  na naszym oddziale, 
musimy mieć cierpliwość. Czasem trwa to rok, a czasem jeszcze dłuŜej, ale w końcu 
wyłapujemy nasze ptaszki. Wszystkie. Albo prawie wszystkie.
-  A co potem?
Człowiek o kolorze kurzu wyciągnął plan miasta Berlina i umocował go na ścianie. Potem 
wsadził czerwoną chorągiewkę w to miejsce, gdzie  stał biurowiec na Neue Koenigstrasse. - 
Widzi pan, to wszystko, co mogę zrobić w tej chwili. Ale w najbliŜszych tygodniach dojdzie 
coraz więcej chorągiewek. I tam, gdzie ich będzie najwięcej, tam tkwi mój Klabautermann*. 
Z czasem bowiem stępieje, nie będzie mu się chciało z powodu jednej karty odbywać długiej 
drogi. Widzi pan, o tej mapie Klabautermann nie myśli. A przecieŜ to jest takie proste! Potem 
jeszcze raz - cap - i mamy go!
-  A co potem? - zapytał Lisek, gnany niezdrową ciekawością. Komisarz Escherich spojrzał 
na niego nieco ironicznie: - Lubi pan słuchać takich historii? No, zrobię panu tę przysługę, 
Trybunał Narodowy i główka - fiuut! Mnie to juŜ nie obchodzi. CóŜ zmusza gościa do pisania 
takich idiotycznych kart, których Ŝaden człowiek nie czyta i Ŝaden człowiek nie chce czytać. 
Nie, to mnie nic nie obchodzi. Ja biorę swoją pensję i czy za to sprzedaję znaczki pocztowe, 
czy wtykam chorągiewki, jest mi zupełnie obojętne. Ale będę o panu pamiętał, nie zapomnę, 
Ŝe pan przyniósł mi pierwszy meldunek. Kiedy faceta złapię i sprawa dojrzeje, przyślę panu 
zaproszenie na egzekucję.
-  Nie, dziękuję bardzo. Wcale tego tak nie myślałem.
-  Naturalnie, Ŝe pan tak myślał. Czego się pan mnie wstydzi? Nikt nie powinien się mnie 
wstydzić, wiem, jak to bywa z ludźmi. Gdybyśmy my tutaj nie wiedzieli, któŜ mógłby 
wiedzieć? Nawet Pan Bóg nie. A więc zrobione, przyślę panu zaproszenie na plac straceń. 
Heil Hitler!
- Heil Hitler! I niech pan nie zapomni.
ROZDZIAŁXX Pół roku później: Ouanglowie Po upływie pół roku niedzielne pisanie kart 
pocztowych stało się dla Quanglów przyzwyczajeniem, oczywiście świętym 
przyzwyczajeniem, częścią składową ich codziennego Ŝycia, tak jak głęboki spokój, który ich 
otaczał, lub Ŝelazna oszczędność kaŜdego grosza. To były najpiękniejsze godziny tygodnia, 
kiedy w niedzielę siadali razem, ona w kącie * Klabautermann - duch morski występujący w 
baśniach; komisarz tak nazwał poszukiwanego autora kart.
kanapy, zajęta jakimś cerowaniem lub łataniem, on sztywno na krześle przy stole, z piórem w 
wielkiej dłoni, malując powoli słowo za słowem.
Swoją początkową normę -jedną kartę na tydzień - Quagel podwoił teraz, a bywały dobre 
niedziele, kiedy pisał nawet trzy karty. Nigdy jednak nie napisał dwóch kart tej samej treści. 
Oboje Quanglowie, im dłuŜej pisali, odkrywali coraz więcej błędów fuehrera i jego partii. 
Sprawy, które dawniej nie wydawały się im godne nagany, jak na przykład zlikwidowanie 
innych partii - albo budziły jedynie zastrzeŜenia ze względu na swe rozmiary lub surowość - 
jak prześladowania śydów - te sprawy obecnie, kiedy stali się wrogami fuehrera, nabrały 
zupełnie innego oblicza i innej wagi. Świadczyły o zakłamaniu partii i jej wodzów. Jak 
wszyscy nowonawróceni, Quanglowie dąŜyli do tego, aby nawrócić innych. I dlatego karty 
nigdy nie były monotonne, a tematów nigdy im nie zabrakło.
Anna Quangel juŜ od dawna zerwała ze swą postawą biernego słuchacza, czuwała pilnie na 
kanapie, mówiła, proponowała tematy, wymyślała zdania. Pracowali w najpiękniejszej 
harmonii i ta głęboka wewnętrzna spójnia, odczuwana dopiero teraz po długim współŜyciu, 
dawała im wiele szczęścia, które promieniowało na cały tydzień. Porozumiewali się 
spojrzeniem, uśmiechali się, jedno wiedziało o drugim, Ŝe myśli teraz o następnej karcie albo 
o działaniu tych kart, o stale wzrastającej liczbie ich zwolenników i o tym, Ŝe z 
niecierpliwością oczekiwano od nich następnej wiadomości.
Quanglowie ani przez chwilę nie wątpili, Ŝe karty ich wędrują teraz w fabrykach z ręki do 

Strona 47

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

ręki, Ŝe Berlin zaczął mówić o tych bojownikach. Zdawali sobie sprawę, Ŝe część kart trafiała 
w ręce policji, ale przypuszczali, Ŝe najwyŜej co piąta lub szósta karta. Tak często myśleli o 
oddziaływaniu kart i mówili o tym, Ŝe byli przekonani o rozpowszechnianiu się ich treści i 
wraŜeniu, jakie te karty wywierały. To był fakt, o którym nie moŜna było wątpić.
Quanglowie nie mieli co prawda najmniejszej podstawy do tych przypuszczeń. Ani Anna 
Quangel, czekając w kolejce do sklepu spoŜywczego, ani majster Otto, który stojąc niemo 
przy grupie rozmawiających kolegów samą swoją obecnością zmuszał ich do milczenia - nie 
słyszeli nigdy o nowym bojowniku przeciw fuehrerowi i o wieściach, które niósł światu. Ale 
to milczenie nie naruszyło ich mocnej wiary, Ŝe jednak mówiono o ich walce i Ŝe wywierała 
ona swój wpływ.
Berlin był bardzo wielkim miastem, a podrzucali karty na duŜej przestrzeni. Trzeba było 
czasu, aby wiadomość o nich przeniknęła wszędzie. Słowem, Quanglowie, jak zresztą 
wszyscy ludzie, wierzyli w to, czego pragnęli.
Jeśli chodzi o środki ostroŜności, uznane początkowo za konieczne, Quangel odstąpił tylko od 
rękawiczek. Dokładne rozwaŜania przekonały go, Ŝe rękawice, które tak mu przeszkadzały, 
zwalniały tempo jego pracy, a do niczego nie były potrzebne. Jego karty przechodziły 
prawdopodobnie, zanim która z nich zawędrowała do policji, przez tyle rąk, Ŝe nawet 
najzdolniejszy policjant nie mógłby skombinować, które odciski pochodziły od piszącego. 
Oczywiście Quangel przestrzegał w dalszym ciągu jak najdalej idącej ostroŜności. Przed 
pisaniem mył stale ręce, dotykał kart bardzo ostroŜnie i z samego brzegu, a przy pisaniu 
bibuła leŜała zawsze pod jego prawą ręką.
Co zaś się tyczy podrzucania kart w wielkich biurowcach, to akcja ta od dawna straciła urok 
nowości. Co z początku wydawało im się tak niebezpieczne, z czasem stało się najlŜejszą 
częścią zadania. Szło się do ruchliwego domu, czekało na właściwa chwile i juŜ schodziło się 
po schodach z odrobiną ulgi, bez ucisku w okolicach Ŝołądka, z myślą „znów się udało", ale 
bez szczególnego podniecenia.
Najpierw Quangel sam podrzucał karty, towarzystwo Anny wydawało mu się nawet bardzo 
niepoŜądane. Potem jednak jakoś samo przez się Anna stała się równieŜ w tej pracy jego 
czynną pomocnicą. Quangel przestrzegał, aby karty -jedna, dwie czy trzy, ile było napisanych 
- stale następnego dnia były wynoszone z domu. Ale czasem nie mógł chodzić ze względu na 
bóle reumatyczne w nogach, a poza tym ostroŜność nakazywała rozrzucać karty w odległych 
od siebie częściach miasta. To wymagało długiej jazdy tramwajem i jeden człowiek w ciągu 
przedpołudnia nie mógł temu podołać.
Dlatego Anna Quangel przejęła część tej roboty. Odkryła ku swemu wielkiemu zdumieniu, Ŝe 
o wiele bardziej denerwujące i meczące było stanie przed domem i czekanie na męŜa aniŜeli 
podrzucanie kart. Zawsze była przy tym bardzo spokojna. Wchodząc do upatrzonego domu 
czuła się pewnie w strumieniu idących do góry i schodzących na dół, czekała cierpliwie 
okazji i kładła szybko kartę. Była zupełnie pewna, Ŝe nikt jej nie zaobserwował przy tej 
czynności, Ŝe nikt jej sobie nie przypomni i nie będzie mógł opisać jej osoby. I rzeczywiście 
zwracała o wiele mniej  uwagi niŜ jej mąŜ ze swą ostrą, ptasią twarzą. Była zwykłą, małą 
mieszczką, która spieszyła się do doktora.
Tylko jeden, jedyny raz przeszkodzono Quanglom w ich niedzielnym pisaniu. Ale nawet ta 
przeszkoda nie wywołała najmniejszego podniecenia ani zamieszania. Jak było umówione, na 
dźwięk dzwonka Anna Quangel cicho podeszła do drzwi i wyjrzała przez wizjer. Tymczasem 
Otto Quangel spakował przybory do pisania i odłoŜył zaczętą kartę do ksiąŜki. Były na niej 
dopiero następujące słowa: Wodzu, rozkaŜ - my słuchamy! Tak jest, słuchamy, staliśmy się 
stadem owiec, które nasz fuehrer moŜe pognać na kaŜdą rzeź. Przestaliśmy myśleć...
Kartę z tymi słowami włoŜył Otto Quangel do podręcznika radiowego swego syna, który 
zginął. A kiedy Anna Quangel weszła z dwojgiem gości, małym garbusem i ciemną, wysoką, 
zmęczoną kobietą, Otto siedział przy swoim snycerstwie i wyrzynał biust chłopca. W robocie 
tej posunął się juŜ powaŜnie naprzód i rzeźba stawała się zdaniem Anny coraz podobniejsza. 
Okazało się, Ŝe mały garbus jest bratem Anny - rodzeństwo nie widziało się juŜ niemal od 
trzydziestu lat. Mały garbus pracował stale w Rathenow w fabryce narzędzi optycznych i 
dopiero od niedawna został delegowany do pracy w Berlinie, jako specjalista w fabryce, która 
robiła jakieś przyrządy dla łodzi podwodnych. Zmęczona, ciemna kobieta była jeszcze nigdy 
nie widzianą bratową Anny. Otto Quangel nie znał dotychczas tych obojga krewnych.
Tej niedzieli z pisania juŜ nic nie wyszło. Zaczęta karta leŜała nie dokończona w ksiąŜce 
Ottonka. Mimo Ŝe Quanglowie byli zazwyczaj niechętni wszelkim odwiedzinom przyjaciół i 
krewnych, w imię spokoju, w którym chcieli Ŝyć, ten nieoczekiwanie jakby z nieba spadły 
brat i jego Ŝona nie sprawili im przykrości. Heffkowie byli na swój sposób równieŜ cichymi 
ludźmi, naleŜącymi do jakiejś sekty religijnej, która - jak wynikało z pewnego napomknienia - 
była prześladowana przez hitlerowców. Ale nie mówili o tym, jak w ogóle starannie omijali 
wszystko, co było związane z polityką.
Quangel słuchał ze zdumieniem, jak oboje, Anna i jej brat, Ulrich Heffke, wymieniali 
wspomnienia z lat dziecięcych. Po raz pierwszy słyszał, Ŝe Anna teŜ kiedyś była dzieckiem, 
dzieckiem samowolnym, zdolnym do zbytków i figli. Poznał swoją Ŝonę juŜ jako prawie starą 
pannę. Nigdy nie myślał o tym, Ŝe wyglądała kiedyś zupełnie inaczej, jeszcze przed ponurym 
Ŝywotem zaharowanej, poganianej słuŜącej, który pozbawił ją sił i nadziei.
Teraz, gdy rodzeństwo gawędziło ze sobą. widział małą, biedną wioskę w Marchii, słyszał, Ŝe 
Anna musiała paść gęsi, Ŝe stale chowała się przed znienawidzonym kopaniem kartofli, za co 
teŜ obrywała lanie, i dowiedział się, Ŝe była we wsi bardzo lubiana, poniewaŜ odwaŜnie i 
stanowczo przeciwstawiała się wszystkiemu, co było jej zdaniem niesprawiedliwe. PrzecieŜ 
nawet kiedyś trzy razy pod rząd kulami śnieŜnymi zrzuciła kapelusz z głowy 
niesprawiedliwego nauczyciela i nigdy nie znaleziono sprawczyni. Tylko ona i Ulrich 
wiedzieli o tym, ale Ulrich nie był skarŜypytą.
Nie, to nie były przykre odwiedziny, mimo Ŝe napisali o dwie karty mniej niŜ zwykle. 
Quanglowie byli zupełnie szczerzy obiecując Heffkom przy poŜegnaniu rewizytę. Dotrzymali 
teŜ słowa. Po pięciu czy sześciu tygodniach odwiedzili Heffków w ich małym mieszkaniu, 
które opróŜniono dla nich w zachodniej części miasta, w pobliŜu Nollendorfplatz. 
Quanglowie wykorzystali te odwiedziny, aby wreszcie i w zachodniej części miasta podrzucić 
kartę; mimo Ŝe przy niedzieli biurowiec był mało oŜywiony, wszystko poszło dobrze.
Od tego czasu następowały wzajemne odwiedziny w odstępach mniej więcej 
sześciotygodniowych. Nie były juŜ tak podniecające jak pierwsze, ale wnosiły jednak nieco 
oŜywienia do Ŝycia Quanglów. Najczęściej Otto i jego szwagierka siedzieli milcząc przy stole 
i słuchali cichej rozmowy dwojga rodzeństwa, którym nigdy nie znudziło się wspominać 
dzieciństwo. Quangel był zadowolony z poznania i tej drugiej Anny; oczywiście nigdy nie 

Strona 48

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

znajdował pomostu między kobietą Ŝyjącą dziś u jego boku a ową dziewczyną, która znała się 
na wiejskiej robocie, robiła wesołe kawały i mimo to uchodziła za najlepszą uczennicę małej 
szkółki wiejskiej.
Dowiedzieli się, Ŝe rodzice Anny Ŝyją jeszcze w swej wiosce rodzinnej, bardzo starzy ludzie - 
szwagier nadmieniał mimochodem, Ŝe posyła rodzicom miesięcznie dziesięć marek. Anna 
Quangel była juŜ gotowa powiedzieć bratu, Ŝe i ona będzie to robiła, ale w porę ostrzegło ją 
spojrzenie męŜa i zamilkła.
Dopiero w drodze powrotnej Quangel powiedział:
- Nie, lepiej nie, Anno. Po co rozpuszczać starych ludzi? Mają przecieŜ swoją rentę, a jeśli 
szwagier posyła im poza tym jeszcze dziesięć marek miesięcznie, to wystarczy.
-  Mamy przecieŜ tyle pieniędzy w kasie oszczędności! - prosiła Anna. - Nigdy ich nie 
zuŜyjemy. Dawniej myśleliśmy, Ŝe to będzie kiedyś dla Ottonka, ale teraz... Pozwól mi to 
zrobić, Otto! ChociaŜ pięć marek miesięcznie!
Niewzruszony odpowiedział: - Teraz, kiedy tkwimy w tej wielkiej sprawie, nie moŜemy 
wiedzieć, na co nasze pieniądze pewnego dnia będą potrzebne. MoŜe będzie nam potrzebna 
kaŜda marka, Anno. A ci starzy ludzie dotychczas radzili sobie bez nas, dlaczego by dalej nie 
mogli tak Ŝyć?
Milczała nieco dotknięta, zresztą nie tyle w swej miłości do rodziców, poniewaŜ rzadko 
myślała o staruszkach i pisała do nich tylko raz do roku, na BoŜe Narodzenie, z obowiązku. 
Ale wydawało jej się, Ŝe wobec brata mogła wyglądać na skąpą. Brat nie powinien myśleć, Ŝe 
nie mogą sobie pozwolić na to, na co on moŜe.
Powiedziała uparcie: - Ulrich pomyśli, Ŝe nie stać nas na to, Otto. Będzie lekcewaŜył twoją 
robotę dlatego, Ŝe tak mało daje dochodu.
-  Wszystko mi jedno, co inni o mnie myślą - oświadczył Quangel. - Nie wezmę z kasy 
pieniędzy na coś takiego.
Anna czuła, Ŝe zdanie to było ostateczne. Milczała, posłuszna jak zawsze, kiedy Otto 
wypowiadał takie zdanie, ale trochę dotknięta, Ŝe mąŜ nigdy nie liczy się z jej uczuciami. 
Zapomniała jednak szybko o tej przykrości przy dalszej pracy nad wielkim dziełem.
ROZDZIAŁ XXI Pół roku później: komisarz Escherich W pół roku po otrzymaniu pierwszej 
karty komisarz Escherich, gładząc swoje Ŝółtawe wąsy, stał przed mapą Berlina, na której 
czerwonymi chorągiewkami oznaczał punkty znalezienia Quanglows-kich listów. W papierze 
tkwiły teraz czterdzieści cztery chorągiewki. Z czterdziestu ośmiu kart, które Quanglowie w 
tym półroczu napisali i podrzucili, tylko cztery nie wylądowały w gestapo. A i te 
prawdopodobnie nie szły w fabrykach z rąk do rąk, jak spodziewali się Quanglowie, lecz 
natychmiast po przeczytaniu zostały ze strachem porwane i spłukane lub spalone.
r Drzwi otwierają się i wchodzi przełoŜony Eschericha, obergruppen-fuehrer SS Prali. - Heil 
Hitler, Escherich! Czemu pan tak skubie wąsy?
-  Heil  Hitler,  Herr Obergruppenfuehrer!  To ten kartopis,  ten Klabautermann, jak go 
nazywam.
-  No? Dlaczego Klabautermann?
-  Nie wiem, tak mi wpadło na myśl. MoŜe dlatego, Ŝe chce ludzi nastraszyć.
-  A jak pan wygląda z tą sprawą, Escherich?
-  Taak! - powiedział komisarz przeciągle i znowu spojrzał z namysłem na mapę. - Sądząc z 
rozrzucenia kart gość musi siedzieć gdzieś na północ od Alexanderplatz, tam znaleziono ich 
najwięcej. Ale równieŜ na wschodzie i w centrum jest ich sporo. Na południu zupełnie kart 
nie ma, a na zachodzie, nieco na południe od Nollendorfplatz, tylko dwie. Prawdopodobnie 
znalazł się tam przypadkowo.
-  Mówiąc jasno - z mapy nic jeszcze nie moŜna wyczytać! W ten sposób nie ruszymy ani 
kroku naprzód!
-  Zaczekajmy! Za pół roku, jeśli mój Klabautermann do tego czasu nie strzeli innego byka, 
mapa wytłumaczy nam juŜ wiele.
-  Pół roku! Pan jest świetny, Escherich! Przez pół roku chce pan pozwolić tej świni ryć i 
kwiczeć, a sam nic innego nie robić, tylko w spokoju ducha wtykać swoje chorągiewki!
-  W naszej robocie trzeba mieć cierpliwość, Herr Obergruppenfuehrer. To tak, jakby pan 
siedział w zasadzce i czekał na kozła. Musi pan czekać. Zanim zwierzyna nie nadejdzie, nie 
moŜe pan strzelać. Ale kiedy podejdzie - wystrzelę. MoŜe pan na mnie polegać!
-  WciąŜ słyszymy o cierpliwości, Escherich! Czy sądzi pan. Ŝe ci panowie nad nami mają 
tyle cierpliwości? Obawiam się, Ŝe wkrótce oberwiemy coś, co długo będziemy pamiętali. 
Niech pan pomyśli. Przez pół roku czterdzieści cztery karty, to jest prawie dwie karty 
tygodniowo trafiają do nas! PrzecieŜ ci panowie to widzą i pytają mnie: - No i co? Jeszcze nie 
złapany? Dlaczego nie złapany? Co wy właściwie robicie? Odpowiadam: - Wtykamy 
chorągiewki i kiwamy palcem w bucie. A potem dostaje po nosie i rozkaz, by dostarczyć 
gościa w ciągu dwóch tygodni.
Komisarz Escherich zachichotał pod swym piaskowym wąsem. -A potem daje pan mnie po 
nosie, Herr Obergruppenfuehrer, i wygłasza słuŜbowy rozkaz: dostarczyć gościa w ciągu 
tygodnia.
-  Niech się pan tak głupio nie śmieje, Escherich! Gdyby taka sprawa doszła  na przykład  do  
uszu Himmlera,  moŜna  nią sobie popsuć najpiękniejsza karierę. A moŜe się zdarzyć, Ŝe obaj 
pewnego dnia będziemy w kacecie Sachsenhausen wspominali z tęsknotą, jak piękne były te 
czasy, kiedy mogliśmy wtykać czerwone chorągiewki!
-  Nie ma obawy, Herr Obergruppenfuehrer! Jestem starym pracownikiem policji kryminalnej 
i wiem, Ŝe nikt nie potrafi zrobić nic lepszego od nas: odczekać! Niech nam te mądrale 
zaproponują jakiś lepszy sposób złapania mojego Klabautennanna. Ale oczywiście nie znają 
innej drogi.
-  Escherich, niech pan pomyśli: jeŜeli czterdzieści cztery karty zawędrowały do nas, to 
znaczy, Ŝe co najmniej drugie tyle, a moŜe nawet ponad sto kursuje dziś po Berlinie. I sieje 
niezadowolenie, nawołuje do sabotaŜu. Nie moŜna się temu spokojnie przypatrywać!
-  Sto kart w obiegu! - roześmiał się Escherich - aleŜ ma pan pojęcie o narodzie niemieckim, 
Herr Obergruppenfuehrer! Przepraszam tysiąckrotnie, Herr Obergruppenfuehrer, nie chciałem 
tego tak powiedzieć, wymknęło mi się! Oczywiście, pan ma bardzo dobre pojęcie o narodzie 
niemieckim, prawdopodobnie lepsze niŜ ja, ale przecieŜ ludzie mają teraz takiego stracha! 
Dostarczają nam wszystko - więcej niŜ dziesięć kart na pewno nie ma w obiegu.
Obergruppenfuehrer po groźnym spojrzeniu z powodu obraźliwego odezwania się Eschericha 
(ludzie, którzy przychodzą z kripo* są bardzo głupi i zachowują się zbyt familiarnie) i po 
wyraŜającym naganę ruchu ręki, powiedział: - Dziesięć, to teŜ jeszcze za duŜo! Jedna - takŜe 
za duŜo! Ani jedna nie powinna być w obiegu! Musi pan tego człowieka schwytać, Escherich 

Strona 49

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

- i to prędko.
Komisarz stał bez słowa. Nie podnosił oczu z błyszczących nosków butów 
obergruppenfuehrera, z namysłem gładził wąsy i milczał uparcie. Tak, teraz pan stoi i milczy! 
- zawołał Prali ze złością - i wiem teŜ, co pan sobie myśli. Myśli pan właśnie, Ŝe jestem teŜ 
taki mądrala, który wprawdzie moŜe dać po głowie, ale nic mądrzejszego nie potrafi 
wykombinować!
Komisarz Escherich od dawna juŜ nie umiał się czerwienić, ale w tej chwili, gdy został tak 
dokładnie przychwycony na swoich tajemnych Kripo - Kriminalpolizei - policja kryminalna.
myślach, był bardzo bliski zaczerwienienia się. Był nawet zakłopotany, co mu się nie 
zdarzyło juŜ od niepamiętnych czasów.
Obergruppenfuehrer Prali spostrzegł to. Powiedział wesoło: - No, nie chcę pana oczywiście 
wprowadzać w zakłopotanie, Escherich, ja na pewno nie! Nie chcę panu równieŜ dawać 
dobrych rad. Pan wie, Ŝe nie znam się na sprawach kryminalnych, Ŝe zostałem do tej budy 
tylko odkomenderowany. Ale niech mnie pan nieco pouczy. W najbliŜszych dniach na pewno 
będę musiał złoŜyć raport w tej sprawie i chciałbym wiedzieć dokładnie, jak to wygląda. Czy 
ten człowiek nigdy nie został zaobserwowany przy podrzucaniu kart?
-  Nigdy.
I nie wysuwano Ŝadnych podejrzeń w domach, gdzie znalezione były karty?
-  Podejrzeń? Podejrzenia za podejrzeniami! Podejrzenia są dziś wszędzie. Ale za nimi nie 
tkwi nic więcej, jak trochę złości sąsiadów. szpiclostwo i gorączka denuncjatorska. Nie, w ten 
sposób nie uzyskamy Ŝadnego śladu!
-  A znalazcy sami? Czy Ŝaden z nich nie jest podejrzany?
-  Nie podejrzany? - Escherich skrzywił się. - Mój BoŜe, nie ma dzisiaj nie podejrzanych, Herr 
Obergruppenfuehrer.
Po krótkim spojrzeniu w twarz przełoŜonego mówił dalej: - Albo nikt nie jest podejrzany. 
Przesialiśmy tutaj wszystkich znalazców raz i drugi. Z autorem kart Ŝaden z nich nie ma nic 
wspólnego.
Oberfruppenfuehrer westchnął: - Powinien pan zostać pastorem, Escherich. Potrafi pan tak 
wspaniale pocieszać! Pozostają nam więc jeszcze same karty. A jak tam wygląda sprawa z 
punktami zaczepienia?
-  Mizernie. Bardzo mizernie - powiedział Escherich. - Nie, lepiej będę mówił panu nie jak 
pastor, ale powiem prawdę, Herr Obergruppenfuehrer! Po pierwszym byku, którego gość 
strzelił z tym jedynym synem, myślałem, Ŝe sam wlezie mi pod nóŜ. Ale jest chytry.
- Niech mi pan powie. Escherich - zawołał Prali nagle - czy pan kiedyś pomyślał o tym, Ŝe 
mogłaby to równieŜ być kobieta? Wpadło mi to na myśl, kiedy pan mówił o tym jedynym 
synu.
Komisarz przez chwile popatrzył zaskoczony na przełoŜonego. Zastanawiał się. Potem 
powiedział z troską, potrząsając głową: - Z tego nic nie wyjdzie, Herr Obergruppenfuehrer. 
Na odwrót - jest to jeden z punktów, które uwaŜam za absolutnie pewne. Mój Klabautermann 
jest wdowcem albo w kaŜdym razie człowiekiem, który Ŝyje zupełnie sam.
Gdyby jakaś kobieta była w tej sprawie, przez ten czas juŜ dawno było by trochę gadaniny. 
Niech pan pomyśli: pół roku, tak długo Ŝadna kobieta nie wytrzyma!
-  Ale matka, która straciła jedynego syna?
-  RównieŜ nie. Właśnie taka nie! - rozstrzygnął Escherich. - Kto ma troski, chce być 
pocieszany. Aby uzyskać pociechę, trzeba mówić. Nie, na pewno Ŝadna kobieta nie jest 
zamieszana w tę sprawę. O tej sprawie wie tylko jeden człowiek, a ten potrafi milczeć.
-  Tak jak powiedziałem: pastor! A inne punkty zaczepienia?
-  Mizerne.  Herr  Obergruppenfuehrer,  bardzo  mizerne.  Z całą pewnością moŜna 
powiedzieć, Ŝe ten człowiek jest dość skąpy i Ŝe miał kiedyś jakąś awanturę z pomocą 
zimowa, bo na kartach moŜe być napisane to czy owo, ale jeszcze ani razu nie zapomniał o 
ostrzeŜeniu: nie dawajcie nic na WHW!
-  No. jeśli mamy w Berlinie szukać kogoś takiego, kto niechętnie daje na WHW. Escherich...
-  ToteŜ mówię, Herr Oberguppenfuehrer. to wszystko za mało, za skąpo.
-  A poza tym?
Komisarz wzruszył ramionami: - Mało, nic - powiedział. - Z pewnym prawdopodobieństwem 
moŜemy jeszcze przyjąć, Ŝe podrzucający nie ma stałego zawodu, poniewaŜ karty 
znajdowano w róŜnych porach dnia, miedzy ósmą rano a dziewiątą wieczór. A wobec tego, Ŝe 
klatki schodowe, których uŜywa mój Klabautermann, są bardzo uczęszczane, naleŜy przyjąć, 
Ŝe kaŜdą kartę znajdowano szybko po jej podrzuceniu. Poza tym jest to pracownik fizyczny, 
który mało pisał w swoim Ŝyciu, ale z niezłym wykształceniem szkolnym. Rzadko robi błędy 
ortograficzne, nie wyraŜa się niezręcznie...
Escherich zamilkł, obaj milczeli dość długo, wpatrując się bezmyślnie w mapę z czerwonymi 
chorągiewkami.
Potem Obergruppenfuehrer Prali powiedział: - Twardy orzech do zgryzienia, Escherich. 
Twardy dla nas obydwóch.
Komisarz zauwaŜył pocieszająco: - Nie ma orzecha, choćby był nie wiem jak twardy, 
któremu dziadek nie dałby rady!
-  Niektórzy przy tej okazji przycinają sobie palce, Escherich!
- Tylko cierpliwości, Herr Obergruppenfuehrer, tylko trochę cierpliwości!
 - Gdyby tylko ci u góry ją mieli; nie ode mnie to zaleŜy Escherich. No, niech pan jeszcze 
trochę ruszy mózgownicą, moŜe wpadnie pan na coś lepszego niŜ to bzdurne czekanie. Heil 
Hitler, Escherich!
- Heil Hitler, Herr Obergruppenfuehrer!
Gdy komisarz Escherich został sam, stał jeszcze chwilę przed mapą i rozmyślał skubiąc jasny 
wąs. Niezupełnie tak było, jak chciał to wmówić swemu przełoŜonemu. W tym wypadku był 
juŜ nie tylko starym wygą, którego nic nie potrafi poruszyć. Zainteresował się tym niemym, 
niestety jeszcze zupełnie mu nie znanym autorem kart, który rzucił się do niemal 
bezsensownej walki, nie oszczędzając siebie, a jednak ostroŜnie i mądrze wszystko 
obmyślając. Ta sprawa Klabautermanna była z początku tylko jedna z wielu. Potem rozgrzała 
go. Musiał znaleźć tego człowieka, który wraz z nim siedział pod jednym z dziesięciu tysięcy 
dachów Berlina, musiał spojrzeć mu w twarz, popatrzeć na tego, który co tydzień, w 
poniedziałek wieczór, a najpóźniej we wtorek rano przesyła z regularnością maszyny do biura 
komisarza dwie, trzy karty pocztowe.
Escherich od dawna był bardzo daleki od owej cierpliwości, którą przed chwilą tak gorąco 
polecał obergruppenfuehrerowi; Escherich polował - ten stary kryminolog był prawdziwym 
myśliwym. Miał to we krwi. Robił nagonkę na ludzi, tak jak inni myśliwi robili nagonki na 

Strona 50

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

dziki. śe dziki i ludzie w wyniku polowania ginęli, to go nie wzruszało. Umrzeć w ten sposób 
było przeznaczone dzikowi, to samo było przeznaczone ludziom, którzy pisali takie karty. JuŜ 
dawno łamał sobie głowę, w jaki sposób prędzej dotrzeć do Klabautermanna, nie musiał mu 
tego Obergruppenfuehrer Prali specjalnie polecać. Ale nie znajdował innej drogi, tylko 
cierpliwość. Nie moŜna było z powodu tak nieznacznej sprawy poruszać całego aparatu 
policyjnego, kazać przeszukiwać kaŜde mieszkanie w Berlinie - pomijając juŜ to, Ŝe nie mógł 
tak zaniepokoić miasta. Musiał ciągle mieć cierpliwość...
A jeśli miało się dość cierpliwości, przychodziło to potem nagle: prawie zawsze coś 
przychodziło. Przestępca popełniał błąd albo przypadek wchodził mu w drogę. Na jedno z 
dwojga trzeba było czekać: na przypadek albo na błąd. Jedno z dwojga zdarzało się zawsze 
albo prawie zawsze. Escherich spodziewał się, Ŝe w tym wypadku nie będzie.,.prawie 
zawsze". Był zainteresowany, och, jak bardzo zainteresowany. W gruncie rzeczy było mu 
wszystko jedno, czy załoŜy przestępcy.kajdanki, czy nie. Escherich, jak juŜ powiedzieliśmy, 
polował. Nie dla pieczeni, tylko  dlatego, Ŝe polowanie jest przyjemnością. Wiedział, Ŝe w tej 
samej chwili, kiedy zwierzyna będzie w potrzasku - przestępca złapany i przestępstwo w 
wystarczający sposób udowodnione - w tym samym momencie jego zainteresowanie tą 
sprawa zniknie. Zwierzyna była ubita, człowiek siedział w więzieniu śledczym - polowanie 
było skończone. Naprzód - na nowy trop!
Escherich odwrócił bezbarwny wzrok od mapy. Siedzi teraz przy swoim biurku i je powoli, z 
namysłem, śniadanie. Gdy telefon dzwoni, niechętnie sięga po słuchawkę. Jeszcze zupełnie 
obojętnie wysłuchuje meldunku: - To komisariat policji z Frankfurter Allee. Komisarz 
Escherich?
-  Przy aparacie.
-  Czy pan opracowuje sprawę: „Karta Nieznana"?
-  Tak. O co chodzi? Pospieszcie się!
-  Z dość duŜa pewnością mogę powiedzieć, Ŝe złapaliśmy roz-nosiciela kart.
-  Przy roznoszeniu?
-  Niemal. Oczywiście zaprzecza.
-  Gdzie go macie?
-  Jeszcze u nas w komisariacie.
-  Zatrzymajcie go tam u siebie. Przyjadę do was swoim samochodem za dziesięć minut! Aha! 
Nie przesłuchiwać w dalszym ciągu! Dać człowiekowi spokój! Chcę sam z nim pomówić! 
Zrozumiane?
Rozkaz, panie komisarzu!
-  Jadę więc!
Przez chwilę komisarz Escherich stał niemal nieruchomo nad telefonem. - Przypadek - 
łaskawy, dobry przypadek! Wiedział przecieŜ - trzeba tylko mieć cierpliwość!
Ruszył szybko na pierwsze przesłuchanie kolportera kart.
ROZDZIAŁXXII Pół roku później: Enno Kluge Mechanik precyzyjny Enno Kluge siedział 
czekając niecierpliwie \v przedpokoju lekarza. Siedział tam razem z trzydziestoma lub 
czterdziestoma czekającymi. Stale rozdraŜniona pomocnica lekarza  wywołała właśnie numer 
osiemnasty. Enno miał jednak dwudziesty dziewiąty. Będzie musiał tkwić tutaj jeszcze ponad 
godzinę, a w knajpie „Gonitwa" czekano juŜ na niego.
Enno Kluge nie mógł dłuŜej znieść tego siedzenia. Wiedział dobrze, Ŝe nie wolno mu wyjść 
od lekarza bez zaświadczenia o chorobie, bo będzie smród w fabryce. Ale z drugiej strony nie 
mógł dłuŜej czekać, bo byłoby juŜ za późno porobić zakłady na wyścigi.
Enno usiłuje spacerować w poczekalni tam i z powrotem, ale jest za duŜo pacjentów. 
Wymyślają mu. Cofa się więc do korytarza, a gdy znajduje go tam pomocnica lekarza i Ŝąda 
zirytowana, aby wrócił do poczekalni, Enno pyta o toaletę.
Pokazuje mu ją dość niechętnie i chce zaczekać, póki ten człowiek stamtąd nie wylezie. Ale 
potem parę razy dzwoni dzwonek i musi przyjąć czterdziestego trzeciego, czterdziestego 
czwartego i piątego pacjenta, spisać personalia, wypełnić karty z kartoteki i ostemplować 
blankiety chorobowe.
Ciągnie się to tak od wczesnego ranka do późnej nocy. Pomocnica jest na wpół Ŝywa, lekarz 
jest na wpół Ŝywy. Nie opuszcza jej nieszczęsny stan ciągłego podraŜnienia, trwający juŜ od 
wielu tygodni. Serdecznie nienawidzi więc płynącego stale strumienia pacjentów, którzy nie 
dają jej odetchnąć, którzy rano o ósmej, kiedy przychodzi do pracy, stoją juŜ cierpliwie przy 
drzwiach, a wieczorem o dziesiątej tkwią jeszcze w poczekalni, wypełniając ją przykrymi 
zapachami. Wszystko to markieranci z roboty, markieranci z frontu, ludzie, którzy chcą na 
podstawie zaświadczenia lekarskiego wycyganić więcej środków Ŝywnościowych, lepsze 
środki Ŝywnościowe. Wszystko ludzie, którzy chcą wymigać się od swych obowiązków, ale 
jej tego nie wolno. Ona musi tu wytrwać, nie śmie chorować (cóŜ począłby doktor bez niej!), 
a w dodatku musi być uprzejma wobec tych symulantów, którzy chcą wszystko zabrudzić, 
zapluć, zarzygać! Toaleta jest zawsze zapaskudzona popiołem z papierosów.
Przychodzi jej na myśl ten mały markierant, któremu przed chwilą pokazała toaletę. Na 
pewno siedzi tam jeszcze i kurzy papierosy. Podrywa się, wybiega, potrząsa drzwiami.
-  Zajęte! - słychać wołanie ze środka.
-  MoŜe zechce pan wyjść! - zaczyna mu wymyślać ze złością. - Nie  moŜe pan tam siedzieć 
godzinami! Inni ludzie teŜ chcą uŜywać toalety!
Za przemykającym się obok niej Klugem rzuca jeszcze ze złością słowa: - Oczywiście 
wszystko znów zadymione! Opowiem panu doktorowi, jaki pan jest chory! Będzie pan miał 
za swoje!
Zniechęcony Enno Kluge opiera się o ścianę poczekalni - jego krzesło zostało tymczasem 
zajęte. Lekarz doszedł juŜ do numeru dwudziestego drugiego. Prawdopodobnie dalsze 
czekanie jest zupełnie bezsensowne. Ta małpa potrafi lekarza tak nastawić, Ŝe naprawdę nie 
uzna go za chorego. A co wtedy? Wtedy w fabryce będzie granda! JuŜ znów czwarty dzień 
jest nieobecny. Mogą go naprawdę posłać do kompanii karnej albo do kacetu. To bractwo 
zdolne jest do czegoś podobnego! Tak, musi dziś jeszcze dostać zaświadczenie o chorobie. 
Najrozsądniej byłoby czekać jeszcze, skoro czekał juŜ tak długo. U innego lekarza taki sam 
tłok, będzie musiał siedzieć aŜ do nocy, a o tym przynajmniej słyszał, Ŝe łatwo wystawia 
zaświadczenia. Nie będzie dziś grał na wyścigach, obejdzie się raz bez Enna. Nie da rady!...
Opiera się, kaszląc o ścianę, takie słabowite chuchro. Raczej - w ogóle - zero. Od czasu 
wycisku, który mu dał esesman Persicke, nie moŜe w pełni wydobrzeć. Tak, z pracą przez 
parę dni było lepiej, mimo Ŝe ręce nie powróciły do dawnej zwinności. Pracował teraz tak jak 
przeciętny robotnik. Nigdy juŜ nie osiągnie dawnej zręczności, nigdy nie uzyska dawnego 
powaŜania w swoim zawodzie.

Strona 51

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

MoŜe to właśnie czyniło mu pracę tak obojętną, a moŜe jednak sprawa polegała na tym, Ŝe w 
ogóle nie mógł pracować przez dłuŜszy czas z ochotą. Nie widział właściwego sensu i celu 
pracy. Po co się tak nadweręŜać, kiedy moŜna zupełnie dobrze Ŝyć bez pracy. MoŜe dla 
wojny? Tę zasraną wojnę mogą sobie prowadzić sami, jego to nie interesuje, niech poślą choć 
raz tych najtłuściej szych bonzów na front, wtedy wojna prędko się skończy!
Nie - jednak nie problem sensu własnej pracy czynił mu wszelką robotę tak nienawistną. 
Przyczyna tkwiła w tym, Ŝe Enno mógł w owym czasie Ŝyć bez pracy. Tak, był słaby, teraz 
przyznawał się do tego sam Przed sobą. Poszedł znów do kobiet, najpierw do Tutti, potem do 
Lotty 1 obie były gotowe utrzymywać przez pewien czas tego małego, Przylepnego 
męŜczyznę. A z chwilą gdy zaczynało się z kobietami, był koniec wszelkiej systematycznej 
pracy. Rano wymyślały mu, kiedy Ŝądał KaŜdy umiera... t. I  o  szóstej kawy i śniadania. Co 
to miało znaczyć? O tej porze wszyscy normalni ludzie śpią. Po co mu to? Niech spokojnie 
włazi z powrotem do ciepłego łóŜka!
CóŜ? Raz czy dwa razy zwycięŜało się w takim pojedynku, ale gdy było się Ennem Klugem - 
za trzecim razem - nie! Poddawał się, właził do baby do łóŜka i spał jeszcze jedną, dwie, a 
nawet trzy godziny.
Kiedy było za późno, nie szedł juŜ w ogóle do fabryki, wagarował przez ten dzień. A jeśli 
wstał trochę wcześniej, przychodził spóźniony do pracy, z jakimś kulawym wyjaśnieniem. 
Pyskowali na człowieka. (Ale do tego był przecieŜ od dawna przyzwyczajony, nie słuchał 
wcale.) Potem coś tam robił przez parę godzin i szedł do domu, gdzie przyjmowano go znowu 
wymyślaniem. Po co trzymać męŜczyznę w domu, jeśli przez cały dzień go nie ma? Dla tych 
paru marek?! MoŜna by je łatwiej zarobić! Nie -jeśli miał pracować, lepiej by został w swoim 
ciasnym pokoiku hotelowym. Kobiety i praca - to nie dało się pogodzić. Tylko u jednej tak - u 
Ewy. I, oczywiście, Enno Kluge zrobił jeszcze jedną próbę, aby wrócić do Ŝony-listonosza. 
Ale wtedy dowiedział się od pani Gesch, Ŝe Ewa wyjechała. Geschowa dostała list od niej, Ŝe 
jest gdzieś w okolicy Ruppina u krewnych. Tak jest, ona, Geschowa, ma teraz klucz od 
mieszkania, ale ani myśli wręczyć go Ennowi Klugemu. Kto przysyła regularnie komorne: on 
czyjego Ŝona? A więc mieszkanie naleŜy do niej, a nie do niego! Miała juŜ z tego powodu 
dosyć przykrości 1 wcale nie myśli wpuścić go do mieszkania.
Zresztą, jeŜeli koniecznie chce coś zrobić dla swojej Ŝony, niech idzie na pocztę. Stamtąd juŜ 
parokrotnie przysyłali po panią Kluge, a niedawno przyszło teŜ wezwanie z jakiegoś sądu 
partyjnego. Geschowa odesłała je po prostu z uwagą „adresat nieznany, wyjechał". Niech 
załatwi to na poczcie. Jego Ŝona ma tam z pewnością jakieś naleŜności.
To z naleŜnościami chwyciło. Ostatecznie mógł się wykazać jako prawy małŜonek; pretensje 
Ewy były jego pretensjami. Ale ta droga okazała się błędna. Na poczcie wzięli go 
odpowiednio w obroty. Ewa musiała coś tam zadrzeć z partią. Byli wściekli na nią! Wcale nie 
usiłował wykazać się jako prawy małŜonek - na odwrót: zadawał sobie jak najwięcej trudu, 
aby udowodnić, Ŝe juŜ od dłuŜszego czasu Ŝyje z Ewą w separacji i nie ma pojęcia o tym, co 
ona robi i co zamyśla.
Wreszcie puścili go. Co moŜna wyciągnąć z takiego człowieczka, który od razu był gotów 
beczeć i przy kaŜdym ostrzejszym słowie  zaczynał dygotać? A więc - mógł odejść. Niech się 
postara zniknąć, a kiedy zobaczy Ŝonę, niech ją natychmiast przyśle tutaj, do urzędu. Albo 
jeszcze lepiej: niech im tylko da znać, gdzie ona mieszka, resztę juŜ sami załatwią.
W drodze powrotnej do Lotty Enno Kluge zarechotał. A więc dzielna Ewa równieŜ wpadła, 
zwiała do krewnych koło Ruppina i nie waŜy się juŜ pokazać w Berlinie! Enno oczywiście nie 
był tak głupi, aby tym ludziom z poczty zdradzić, dokąd Ewa pojechała; był tak samo chytry 
jak Geschowa. Pozostanie mu jeszcze ostatnia furtka; jeśli w Berlinie kiedyś pójdzie wszystko 
zupełnie na opak, wtedy moŜe wylądować jeszcze u Ewy - moŜe go jednak przyjmie. Przed 
krewnymi będzie się wstydziła wystąpić zbyt ostro wobec niego. Ewa zwracała jeszcze uwagę 
na formy i na dobrą opinię. Ostatecznie miał ją w łapie wskutek „bohaterskich czynów" 
Karlemanna. Ewa nigdy nie ścierpi, aby opowiedział o tym jej krewnym. JuŜ raczej zgodzi się 
na jego obecność.
Ostatnia furtka, jeśli naprawdę wszystko pójdzie na opak. Tymczasem miał jeszcze swoją 
Lottę. Była naprawdę zupełnie miła, pominąwszy gębę, której nie umiała zamknąć ani na 
sekundę, i przeklęte przyzwyczajenie sprowadzania męŜczyzn do budy. Musiał wtedy przez 
pół nocy, a czasem nawet przez całą noc ślęczeć w kuchni - a nazajutrz znów były nici z 
roboty.
Nie był zupełnie w porządku z robotą i wiedział, Ŝe nigdy juŜ nie będzie w porządku. Ale 
moŜe wojna prędzej się skończy, niŜ się przypuszcza, i do tego czasu uda mu się wykiwać 
tamtych. Tak więc wrócił powoli do bumelowania i wagarowania. Majster - gdy tylko go 
zobaczył, robił się purpurowy z wściekłości. Potem była długa bura od kierownictwa, ale tym 
razem nie trzymali go długo. Enno Kluge wiedział równieŜ, o co tu chodzi: potrzebowali 
wciąŜ robotników i tak łatwo go nie wyrzucą!
Potem szybko po sobie nastąpiły trzy dni bumblerki. Poznał miłą wdówkę, juŜ nie pierwszej 
młodości, nieco wycofaną z obiegu, ale coś zdecydowanie lepszego od jego dotychczasowych 
kobiet. Miała przecieŜ dobrze prosperujący sklep ze zwierzętami w pobliŜu Koenigstor! 
Handlowała ptakami i rybami, i psami, miała pokarm, obroŜe, piasek i „psi chleb", i robaki na 
przynętę. Miała Ŝółwie, Ŝaby, salamandry, koty... Interes, który naprawdę przynosił dochód. 
To była dzielna kobieta, prawdziwa kobieta interesu.
Przedstawił się jej jako wdowiec i wmówił w nią, Ŝe Enno jest jego nazwiskiem; nazywała go 
Haenschen. Na pewno miał szansę u tej kobiety, stwierdził to w czasie trzech dni bumblerki, 
kiedy pomagał jej w sklepie. Taki człowieczek, który pragnął odrobiny czułości, odpowiadał 
jej właśnie. Była w tym wieku, kiedy kobieta zaczyna się obawiać, czy dostanie jeszcze na 
stare lata męŜczyznę. Oczywiście będzie się chciała za niego wydać, ale juŜ jakoś tę sprawę 
wykręci, aby się dobrze skończyło. Ostatecznie istniały teraz małŜeństwa wojenne, gdzie nie 
sprawdzano tak dokładnie dokumentów, a ze względu na Ewę nie potrzebował sobie robić 
skrupułów. Ucieszy się, jeśli pozbędzie się go raz na zawsze, i na pewno nie puści pary z ust.
Wtedy nagle zapałał Ŝyczeniem zupełnego zwolnienia się z fabryki. Teraz, gdy przepuścił 
trzy dni bez usprawiedliwienia, musiał i tak udawać chorego. Chciał więc naprawdę 
zachorować! A w czasie tej choroby doprowadzi sprawę z wdową Hete Haeberle do 
poŜądanego końca. Teraz mierziło go u Lotty, nie mógł znieść dłuŜej tej gospodarki, jej 
utyskiwań, jej męŜczyzn, a najbardziej jej pieszczot, kiedy była podpita. Nie, w ciągu trzech, 
czterech tygodni chciał juŜ być Ŝonaty i mieć porządne gospodarstwo! Do tego musiał mu 
dopomóc lekarz.
Dopiero numer dwudziesty czwarty. Potrwa jeszcze z pól godziny, zanim wywołają Enna. 
Zupełnie machinalnie przekracza nogi siedzących i stoi znów na korytarzu. Mimo zgryźliwej 

Strona 52

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

pomocnicy lekarza chce wypalić jeszcze jednego papierosa w klozecie. Ma szczęście. Nie 
widziany dociera do toalety, ale ledwie zdąŜył kilka razy zaciągnąć się dymem, babsztyl juŜ 
łomoce do drzwi.
- Pan znów jest w toalecie! Pan znów pali! - krzyczy. - Wiem na pewno, Ŝe to pan! Czy pan 
stąd wyjdzie, czy mam zawołać pana doktora?
Jak ona krzyczy, jak ohydnie krzyczy! JuŜ lepiej od razu poddać się; Enno w ogóle zawsze 
chętniej ustępuje, niŜ się sprzeciwia. Pozwala się zagnać do poczekalni i nie mówi ani słowa 
na swoje usprawiedliwienie. I znów opiera się o ścianę i czeka, aŜ wywołają jego numer. 
Oczerni go przed lekarzem ta przeklęta ropucha, ta...
Pomocnica, która zagnała małego Enna Klugego na dawne miejsce, wraca przez korytarz. Ale 
mu dała!
Wtem na podłodze, niedaleko szpary na listy, spostrzega leŜącą kartę. Przed pięciu minutami, 
kiedy otwierała ostatniemu pacjentowi,  karty tu jeszcze nie było - wie dokładnie. I poza tym 
nie było wcale Dzwonka, teraz przecieŜ nie pora na pocztę.
Wszystko to przemyślała pobieŜnie, nachylając się po kartę, ale później będzie zupełnie 
pewna, Ŝe juŜ wtedy, zanim wzięła kartę do ręki, zanim jeszcze wiedziała, co w niej było, juŜ 
wtedy miała uczucie, Ŝe ten mały, pełzający człowieczek miał z tym coś wspólnego.
Rzuca tylko jedno spojrzenie na tekst, czyta parę słów i wpada zdenerwowana do gabinetu 
lekarza.
-  Panie doktorze! Panie doktorze! Oto, co znalazłam przed chwilą na naszym korytarzu!
Przerywa konsultację (na wpół rozebrany pacjent zostaje wysłany do sąsiedniego pokoju), po 
czym podaje lekarzowi kartę. Ledwo moŜe się doczekać, by doczytał do końca, i juŜ zdaje 
sprawę ze swoich podejrzeń.
-  To na pewno nie był nikt inny, tylko ten mały łazik. Od razu był mi niesympatyczny z tym 
niepewnym spojrzeniem! To uosobienie złego sumienia, ani chwili nie mógł usiedzieć 
spokojnie, ciągle wylatywał na korytarz, dwa razy przegnałam go z toalety! A za drugim 
razem znalazłam zaraz potem kartę na korytarzu. Z zewnątrz w ogóle nie mogła być 
podrzucona, bo leŜała o wiele za daleko od szpary skrzynki pocztowej! Panie doktorze, niech 
pan od razu zadzwoni po policję, zanim ten gość zwieje! O BoŜe, moŜe go juŜ nie ma! Muszę 
sprawdzić!
Z tymi słowami wylatuje z gabinetu, zostawiając za sobą szeroko otwarte drzwi.
Lekarz stoi jeszcze z kartą w ręku. Jest mu nad wyraz nieprzyjemnie, Ŝe coś takiego musiało 
się zdarzyć właśnie w czasie jego godzin przyjęć! Dzięki Bogu, Ŝe pomocnica znalazła kartę i 
Ŝe będzie mógł dowieść, iŜ od dwóch godzin nie wychodził ze swego pokoju, nawet do 
toalety nie poszedł. Dziewczyna ma rację, najlepiej zaraz zadzwonić po policję. Zaczyna 
szukać w ksiąŜce telefonicznej numeru najbliŜszego komisariatu.
Pomocnica zagląda przez otwarte drzwi. - Jest jeszcze, panie doktorze! - szepce. - Myśli 
naturalnie, Ŝe w ten sposób odwróci od siebie podejrzenie. Ale jestem zupełnie pewna...
- JuŜ dobrze! - przerywa lekarz zdenerwowany. - Proszę, niech pani zamknie drzwi. 
Rozmawiam teraz z policją.
Lekarz składa meldunek i otrzymuje polecenie bezwzględnego Przytrzymania tego człowieka, 
póki nie przyjdzie ktoś z komisariatu.
Polecenie to przekazuje pomocnicy, mówi, aby go natychmiast zawołała, gdyby ten człowiek 
zabierał się do odejścia. A potem siada znów w swoim fotelu za biurkiem. Nie, nie potrafi 
teraz badać pacjentów, jest zbyt zdenerwowany. Dlaczego jemu, właśnie jemu, musiało się 
coś takiego zdarzyć? Dlaczego właśnie jemu? To człowiek bez sumienia, ten autor kart, 
sprowadza na ludzi tak cięŜkie kłopoty. Czy nie pomyślał o  trudnościach, które stwarza 
ludziom przez swe przeklęte karty?
Naprawdę, jeszcze tylko tej karty brakowało mu do szczęścia! Teraz policja jest juŜ w drodze 
do niego. MoŜe mimo wszystko będą go podejrzewali, moŜe zrobią w mieszkaniu rewizję? A 
jeŜeli nawet okaŜe się, Ŝe podejrzenie było fałszywe, to znajdą z tyłu, w pokoiku 
słuŜbowym...
Lekarz wstał, musiał jej przynajmniej powiedzieć...
Ale zaraz znowu usiadł. JakŜe mogliby jego podejrzewać! A poza tym - nawet jeśli ją znajdą, 
jest to jego gospodyni, jak zresztą wskazują jej dokumenty. Wszystko to było przecieŜ juŜ sto 
razy przemyślane 1  omówione od chwili, gdy więcej niŜ rok temu musiał pod naciskiem 
hitlerowców przeprowadzić rozwód ze swoją Ŝoną - śydówką. Zrobił to przede wszystkim na 
jej prośbę, aby przynajmniej zapewnić egzystencję dzieciom. Potem, kiedy zmienił 
mieszkanie, sprowadził swoją dawną Ŝonę z fałszywymi papierami jako gospodynię. 
Właściwie nie mogło się nic zdarzyć, nie wyglądała wcale tak bardzo na śydówkę...
Ta nieszczęsna karta! Musiała akurat do niego trafić. Prawdopodobnie wszędzie , gdzie 
docierała, budziła strach i przeraŜenie. KaŜdy miał w tym czasie coś do ukrywania.
MoŜe właśnie celem tych kart było budzić strach i przeraŜenie? MoŜe rozsyłano je z piekielną 
przemyślnością między podejrzanych, aby stwierdzić, jak się zachowają? MoŜe był juŜ od 
dawna śledzony i to był tylko jeden ze sposobów przekonania się, czy podejrzany nie puści 
farby?
W kaŜdym razie zachował się jak naleŜy. Pięć minut po znalezieniu karty zawiadomił policję. 
I mógł jej nawet pokazać podejrzanego, moŜe jakiegoś biedaka, który z tą sprawą nie ma nic 
wspólnego. CóŜ, nie mógł tu nic pomóc, niechŜe ten człowiek sam postara się wyleźć z tej 
kabały! NajwaŜniejsze, Ŝeby na niego właśnie nie padło podejrzenie.
I mimo Ŝe uspokoiły go te rozwaŜania, wstaje i robi sobie mały zastrzyk morfiny. To mu 
pozwoli przywitać tych panów, jadących teraz  do niego, spokojnie, a moŜe nawet z pewnym 
znudzeniem. Ta mała strzykawka jest środkiem, w którym lekarz od chwili haniebnego 
rozwodu (tak stale nazywa w myśli ten krok) coraz częściej szuka ucieczki. Jeszcze nie jest 
morfinistą, daleko mu do tego. Czasami wytrzymuje pięć, sześć dni bez morfiny, ale kiedy 
trudności zjawiają się na jego drodze Ŝyciowej - a teraz w czasie wojny jest ich dość - wtedy 
zaŜywa morfinę. Tylko to pomaga mu jeszcze; bez tej sztucznej pomocy traci nerwy. Nie, nie 
jest jeszcze morfinistą! Ale jest na najlepszej drodze, aby nim zostać. Ach, gdyby nareszcie ta 
wojna się skończyła i moŜna było wydostać się z tego nędznego kraju! Zadowoliłby się 
najskromniejszą posadką pomocnika lekarza za granicą.
Po kilku minutach blady, nieco zmęczony lekarz przyjmuje dwóch panów z komisariatu 
policji. Jeden z nich jest sierŜantem i zostaje przydzielony do pilnowania drzwi wyjściowych. 
Zastępuje natychmiast pomocnicę. Drugi jest cywilem: asystent kryminalny Schroeder -jemu 
właśnie w swoim gabinecie wręcza lekarz znalezioną kartę. Co moŜe xeznać? CóŜ - 
właściwie nic: ponad dwie godziny bez przerwy załatwiał tutaj pacjentów, dwudziestu czy 
dwudziestu pięciu kolejno. Ale sprowadzi natychmiast swoją pomocnicę.

Strona 53

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Pomocnica przychodzi i ma wiele do zeznania. Bardzo wiele. Opisuje tego łazika, jak go teraz 
nazywa, z nienawiścią, zupełnie niezrozumiałą w stosunku do winnego wypalenia dwóch 
papierosów w klozecie. Lekarz obserwuje ją dokładnie; jak zeznaje zdenerwowana, 
załamującym się raz po raz głosem. Myśli: „Muszę się zatroszczyć, aby zabrała się powaŜnie 
do swojego Basedowa. Coraz gorzej z nią. W takim podnieceniu, z jakim teraz mówi, robi 
wraŜenie niezupełnie normalnej".
Asystent komisarza policji, zdaje się, myśli podobnie. Przerywa jej zeznania krótkim: - 
Dziękuję! Wiem tymczasem dość. Niech mi pani jeszcze tylko pokaŜe, gdzie ta karta leŜała 
na korytarzu. Ale proszę moŜliwie dokładnie.
Pomocnica kładzie kartę na miejsce, które wydaje jej się niemoŜliwe do osiągnięcia od szpary 
skrzynki pocztowej. Ale asystent próbuje przy pomocy sierŜanta tak długo wrzucać kartę, 
póki nie pada ona prawie na miejsce oznaczone przez pomocnicę. Prawie - brak jakichś 
dziesięciu centymetrów.
- Mogła chyba i w tym miejscu leŜeć? - pyta asystent.
Pomocnica jest jawnie rozczarowana, Ŝe asystentowi udał się eksperyment. Oświadcza 
zdecydowanie: - Nie, tak blisko drzwi karta w Ŝadnym wypadku nie leŜała. Raczej jeszcze 
głębiej w korytarzu, niŜ pokazałam przedtem. Zdaje mi się teraz, Ŝe leŜała tuŜ koło krzesła.
Pokazuje na miejsce oddalone jeszcze o pół metra od poprzedniego. - Jestem prawie pewna, 
Ŝe potrąciłam to krzesło przy podnoszeniu jej. - Tak, tak - powiada asystent i chłodno 
przygląda się zdenerwowanej pomocnicy. W duchu przekreśla wszystkie jej zeznania. 
„PrzecieŜ to histeryczka - myśli. - Brak jej oczywiście chłopa! No tak, teraz gdy wszyscy są 
na froncie - a zbyt ponętnie teŜ nie wygląda".
Głośno zwraca się do lekarza: - Chciałbym teraz jak zwykły pacjent posiedzieć przez trzy 
minuty w poczekalni i obejrzeć sobie obwinionego w ten sposób, aby nie wiedział, kim 
jestem. To się chyba da zrobić?
-  Oczywiście, Ŝe da się zrobić. Panna Kiesow pokaŜe panu, gdzie on siedzi.
-  Stoi! - powiada pomocnica ze złością. - Taki to nie siada. Chętniej depcze innym po 
nogach! To złe sumienie nie daje mu spokoju. Ten łazik...
-  A więc, gdzieŜ on stoi? - przerywa jej znów asystent niezbyt grzecznie.
-  Przedtem stał koło lustra przy oknie - odpowiada mu pomocnica uraŜona - oczywiście nie 
mogę powiedzieć, gdzie stoi teraz. To niespokojny człowiek!
-  Znajdę go - rzuca asystent Schroeder - juŜ mi go pani opisała. - I idzie do poczekalni.
Panuje tam pewne zdenerwowanie - od przeszło dwudziestu minut Ŝaden pacjent nie został 
wezwany do lekarza -jak długo mają tu jeszcze siedzieć? Jak gdyby naprawdę nie mieli nic 
lepszego do roboty! Prawdopodobnie doktor załatwia tam dobrze płacących, prywatnych 
pacjentów, a pacjenci z Kasy mogą tu siedzieć i czekać, aŜ ich diabli wezmą! Wszyscy 
lekarze tak robią, mój panie, moŜe pan iść, gdzie pan chce! Pieniądze wszędzie otwierają 
drzwi!
Podczas gdy mnoŜą się opowieści o przekupności lekarzy, asystent w milczeniu obserwuje 
podejrzanego. Poznał go natychmiast. Ten człowiek nie jest ani tak niespokojny, ani taki 
przebiegle wyglądający, jak przedstawiała go pomocnica. Stoi zupełnie spokojnie przy 
lustrze, nie biorąc udziału w rozmowie innych pacjentów. Wydaje się, Ŝe nie  słucha nawet 
tego, co tamci mówią. A przecieŜ ludzie skracają sobie zazwyczaj w ten sposób nudny czas 
oczekiwania. Patrzy trochę bezmyślnie i trochę bojaźliwie. „Zwykły robotnik - ocenia 
asystent. - Nie - moŜe nieco lepiej. Ręce wyglądają zręcznie, ślady pracy, ale nie cięŜkiej 
pracy... Ubranie i płaszcz utrzymane z duŜą starannością, co zresztą nie moŜe ukryć, Ŝe są 
znoszone. W sumie - nic z człowieka, którego moŜna by sobie wyobrazić z tych tam kart. 
Tamten pisze przecieŜ mocnym stylem, a ten zatroskany króliczek..."
Asystent wie z doświadczenia, Ŝe jednak wygląd często wprowadza w błąd, a ten człowiek 
jest w kaŜdym razie mocno obciąŜony zeznaniami świadka, trzeba więc co najmniej sprawę 
wyjaśnić. Autor kart musiał tych panów z góry nieco zdenerwować, dopiero niedawno znów 
przyszedł rozkaz oznaczony „tajne!" „ściśle tajne!", Ŝe naleŜy niezwłocznie iść nawet za 
najmniejszym śladem tej sprawy. „Byłoby bardzo przyjemnie - myśli asystent - gdybym mógł 
wykazać się tu pewnym sukcesem. JuŜ czas najwyŜszy na mały awans."
Wśród ogólnych narzekań podchodzi niemal nie postrzeŜony do człowieczka przy lustrze, 
dotyka jego ramienia i powiada: - Wyjdź pan na chwilę na korytarz. Chciałem pana o coś 
zapytać.
Enno Kluge posłusznie idzie za nim, jak posłusznie wykonuje kaŜdy rozkaz. Ale juŜ w drodze 
za nieznanym panem ogarnia go strach. „Co to znaczy? Czego on chce ode mnie? Wygląda 
przecieŜ jak typowa glina i przemawia zupełnie jak glina! CóŜ ja mam wspólnego z kripo - 
przecieŜ nic takiego nie zrobiłem?"
W tej chwili wpada mu na myśl włamanie u Rosenthalowej. Nie ma wątpliwości - 
Borkhausen wpadł i zasypał go. I strach narasta w nim: poprzysiągł przecieŜ, Ŝe nic nie powie 
- a jeśli teraz jednak sypnie, ten drab z SS znów go zmagluje, ale tym razem o wiele gorzej. 
Nie wolno mu nic powiedzieć, ale jeŜeli nic nie powie, to ta glina znajdzie na niego sposób i 
jednak będzie musiał sypać. Tak źle i tak niedobrze... Och, ten strach!
Wychodzi na korytarz, tu wpatrują się w niego z oczekiwaniem cztery pary oczu - ale on nie 
widzi ich wcale, widzi tylko mundur schupo* i wie, Ŝe miał rację z tym strachem, Ŝe 
rzeczywiście stoi między młotem a kowadłem.
* Schupo - Schutzpolizei - policja.
Strach udziela Ennowi właściwości, których zazwyczaj nie ma, l mianowicie siły decyzji, 
mocy i szybkości. Zaskoczonego asystenta, który nie spodziewał się.tego po małym 
słabeuszu, rzuca na schupo, przebiega koło lekarza i jego pomocnicy, jednym szarpnięciem 
otwiera drzwi wejściowe i juŜ jest na schodach...
Ale za nim rozlega się gwizdek schupo, a Enno nie dorósł do tempa tego młodego, 
długonogiego człowieka, który dopada go na najniŜszym stopniu schodów. Schupo zadaje 
Ennowi cios, który go natychmiast rozkłada na schodach. A gdy Enno znów spoza 
obracających się słońc i kręgów ognistych zaczyna widzieć normalnie, schupo mówi do 
niego, uśmiechając się przyjaźnie: - No, wyciągnijŜe swą słodką łapkę! Chcę ci podarować 
bransoletkę. Pójdziemy razem na spacer, co?
JuŜ zadźwięczały kajdanki na przegubie jego ręki i Enno wraca po schodach na górę 
pomiędzy milczącym i ponuro spoglądającym cywilem a uśmiechającym się z zadowoleniem 
schupo, którego ten mały uciekinier tylko bawi.
Na górze pacjenci stoją na korytarzu i wcale juŜ nie są źli na tak długie czekanie u doktora, 
poniewaŜ aresztowanie kogoś jest zawsze czymś interesującym. A pomocnica opowiedziała, 
Ŝe to jest nawet polityczny, komunista - dobrze tak tym łobuzom! Na górze więc przechodzą 

Strona 54

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

przez szpaler zaciekawionych twarzy do gabinetu lekarza. Panna Kiesow zostaje natychmiast 
odesłana przez asystenta, ale lekarz moŜe pozostać przy przesłuchaniu i słyszy, jak asystent 
powiada: - Tak, synu, siadaj więc sobie tu na krześle i odpocznij po tej gonitwie. Wyglądasz, 
jakbyś był porządnie zmaltretowany! SierŜancie, moŜe pan teraz temu panu zdjąć kajdanki. 
Jeszcze raz nam nie zwieje - czy teŜ moŜe?...
-  Nie, nie! - zapewnia zrozpaczony Enno Kluge i łzy ciekną mu juŜ po twarzy.
-  Nie radziłbym ci teŜ! Za drugim razem będzie huk, a umiem strzelać, synu! - Asystent 
wytrwale nazywa starszego od siebie chyba o dwadzieścia lat Klugego „synem". - No, nie 
płacz! Nie zbroiłeś chyba nic strasznego! Czy moŜe jednak?
-  Nic nie zbroiłem - wydusza Enno wśród łez. - Zupełnie nic.
-  Oczywiście, mój synu - zgadza się asystent - i dlatego na widok munduru sierŜanta 
pobiegłeś szybko jak zając! Doktorze, czy nie ma pan czegoś, co by ten obraz nędzy i 
rozpaczy postawiło nieco na nogi?
 Teraz, gdy lekarz czuje, Ŝe wszelkie niebezpieczeństwo dla niego osobiście minęło, 
przygląda się nieszczęsnemu człowieczkowi z serdecznym współczuciem. To teŜ taki bity 
przez Ŝycie, którego wywraca kaŜda przeszkoda. Lekarza kusi, aby zrobić małemu zastrzyk 
morfiny, choćby najmniejszą dawkę. Ale nie waŜy się ze względu na funkcjonariusza policji. 
Lepiej nieco bromu...
Ale gdy lekarz rozpuszcza sól bromową w wodzie, Enno Kluge powiada: - Nic nie 
potrzebuję, nie wezmę nic, nie pozwolę się otruć. Wolę lepiej zeznać...
- No więc - powiada asystent. - Wiedziałem przecieŜ, Ŝe będziesz rozsądny, synu. Opowiadaj 
więc...
Enno Kluge ociera łzy z policzków i zaczyna opowiadać.
Gdy zaczął płakać, płakał prawdziwymi Izami, po prostu nerwy nie wytrzymały. Mimo Ŝe 
były to zupełnie prawdziwe łzy, Enno wie juŜ od dawna ze swoich stosunków z kobietami, Ŝe 
płacz daje czas na zastanowienie się. Po głębszym namyśle zorientował się, Ŝe jest zupełnie 
nieprawdopodobne, aby mieli go aresztować w poczekalni lekarza za włamanie. JeŜeli 
naprawdę go śledzili, mogli go aresztować na ulicy albo na schodach, a nie dopiero po dwóch 
godzinach czekania u lekarza przyjść po niego...
Nie, ta sprawa przypuszczalnie nie ma nic wspólnego z włamaniem u pani Rosenthal. 
Prawdopodobnie aresztowanie jest omyłkowe i moŜliwe, Ŝe ma ono coś wspólnego ze 
złośliwą pomocnicą.
Ale próbował zwiać i nigdy nie potrafi wmówić policji, Ŝe to był nerwowy odruch, poniewaŜ 
traci przytomność na widok munduru! śadna glina w coś takiego nie uwierzy. Musi więc 
zeznać coś wiarygodnego, sprawdzalnego i od razu wie, co ma zeznać. Niedobrze wprawdzie 
mówić o tym i następstwa są trudne do przewidzenia, ale z dwojga złego takie zeznanie jest 
na pewno lepsze.
Gdy więc wzywają go teraz do mówienia, ociera łzy i zaczyna mówić dość mocnym głosem o 
swej pracy precyzyjnego mechanika i o tym, Ŝe tak wiele chorował, aŜ ci panowie tam z góry 
rozeźlili się na niego i chcieli go posłać do kacetu albo do kompanii karnej. Oczywiście Enno 
Kluge nie opowiada nic o swoim wstręcie do pracy, ale przypuszcza, Ŝe glina i tak się 
skapuje.
I ma nawet rację, glina kapuje zupełnie dobrze, jakim ziółkiem jest Enno Kluge. - Tak, panie 
komisarzu, a jak zobaczyłem mundur pana  sierŜanta i siedziałem akurat u doktora, aby dostać 
zaświadczenie o chorobie, to pomyślałem sobie: teraz juŜ przyszli, aby mnie zabrać do 
kacetu, i dlatego zacząłem uciekać...
-  Tak, tak - potakuje asystent - tak, tak! - Zastanawia się przez chwilę i powiada potem: - Ale 
zdaje mi się, synu, iŜ sam chyba nie wierzysz, Ŝe dlatego tu jesteśmy.
-  Nie, właściwie nie - przyznaje Kluge.
-  A dlaczego w to nie wierzysz, synu?
-  Bo byłoby przecieŜ o wiele prościej aresztować mnie w fabryce albo w moim mieszkaniu.
-  A więc masz takŜe mieszkanie, synu?
-  AleŜ oczywiście, panie komisarzu. Moja Ŝona pracuje na poczcie 1 ja jestem naprawdę 
Ŝonaty. Moi obaj synowie są na froncie, jeden jest w SS, w Polsce. Mam takŜe przy sobie 
papiery, mogę dowieść, Ŝe mówię prawdę w sprawie mieszkania i w sprawie pracy.
I Enno Kluge wyciąga swój zuŜyty, brudny portfelik i zaczyna grzebać w papierach.
-  Zostaw swoje papiery, synu - powiada asystent odmownie - na to będzie czas później...
Namyśla się długo i wszyscy dokoła milczą.
Lekarz, siedząc za biurkiem, zaczyna teraz szybko pisać. MoŜe jednak będzie mógł wsunąć 
zaświadczenie o chorobie temu małemu człowieczkowi, który z jednego strachu popada w 
drugi. Powiedział -bóle woreczka Ŝółciowego, dobrze więc. PrzecieŜ w tych czasach trzeba 
bliźniemu pomóc, jeśli tylko się da.
-  Co pan tam pisze, doktorze? - pyta asystent przerywając nagle milczenie.
-  Historię chorób - wyjaśnia lekarz - chcę wykorzystać czas, duŜo ludzi czeka jeszcze w 
poczekalni.
-  Słusznie, doktorze - mówi asystent i wstaje. Zdecydował się. - Nie będziemy panu dłuŜej 
przeszkadzać. - Historia Enna Klugego moŜe być prawdziwa, jest nawet prawie na pewno 
prawdziwa, ale asystent nie moŜe pozbyć się uczucia, Ŝe poza tym jeszcze coś tkwi, Ŝe nie 
usłyszał całego przebiegu historii. - Chodź więc, synu! Odprowadzisz nas jeszcze parę 
kroków? O, nie - nie do Alexa, tylko do nas, na komisariat. Chętnie jeszcze trochę z tobą 
porozmawiam, synu. Jesteś wesołym chłopcem, a nie będziemy wujkowi doktorowi dłuŜej 
zabierali czasu. - Zwraca się  do sierŜanta: - Nie,.nie, Ŝadnych łańcuszków. Pójdzie grzecznie 
z nami, to mądry dzieciak. Heil Hitler, panie doktorze, dziękujemy bardzo!
Są juŜ w drzwiach i wygląda na to, jak gdyby mieli naprawdę odejść. Ale w tej chwili 
asystent wyciąga nagle z kieszeni kartę, Quanglowską kartę, wtyka ją Klugemu pod nos i 
mówi bardzo ostro do zaskoczonego Enna. - Masz, przeczytaj nam to, synu. Ale prędko, bez 
zatrzymywania i jąkania się!
Mówi to zupełnie na sposób gliny.
Widząc jednak, jak Kluge bierze kartę, jak jego wytrzeszczone oko wykazuje coraz mniejsze 
zrozumienie i jak zaczyna mamrotać: Rodaku, nie zapominaj! Zaczęlo się od anschlussu 
Austrii. Nastąpiły Sudety i Czechosłowacja. Polska zostala napadnięta, Belgia, Holandia... - 
słysząc to, asystent wie juŜ z całą pewnością: ten człowiek nigdy nie miał tej karty w ręku, 
nigdy jej nie czytał, a tym bardziej jej nie pisał - jest za głupi na to.
Ze złością wyrywa Klugemu kartę z ręki, powiada krótko: Heil Hitler! - i opuszcza z schupo i 
aresztowanym gabinet lekarza.
Lekarz powoli drze przygotowane dla Enna Klugego zaświadczenie o chorobie. Nie było 

Strona 55

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

okazji, aby mu to wsunąć. Szkoda! Ale prawdopodobnie nic by mu to nie pomogło. MoŜe ten 
człowiek tak mało dorósł do trudności dzisiejszych czasów, Ŝe jest skazany na zagładę? MoŜe 
Ŝadna Ŝyczliwa ręka z zewnątrz nie mogła mu naprawdę pomóc, poniewaŜ w nim samym nie 
było nic mocnego?
Szkoda...
ROZDZIAŁXXIII Przesłuchanie Jeśli asystent kryminalny, mimo swego zdecydowanego 
przekonania, Ŝe Enno Kluge nie wchodzi w rachubę, ani jako autor, ani jako kolporter karty, 
meldując o wydarzeniu komisarzowi Escherichowi, pozwolił domyślać się, Ŝe Kluge jednak 
jest kolporterem tych pam-fletów, uczynił to dlatego, Ŝe mądry podwładny nigdy nie uprzedza 
poglądów swego przełoŜonego. Przeciwko Klugemu istniało powaŜne oskarŜenie pomocnicy 
lekarza, panny Kiesow; a czy to oskarŜenie jest uzasadnione, czy nie, niech pan komisarz sam 
rozstrzygnie.
Jeśli było uzasadnione, to asystent okazał się zdolnym człowiekiem i mógł być pewny 
przychylności komisarza. Jeśli zaś nie było uzasadnione, to komisarz był mądrzejszy od 
asystenta, a tego rodzaju wyŜszość przełoŜonego jest dla podwładnego często bardziej 
intratna niŜ wszelka pracowitość.
-  A więc? - powiedział długi, szary Escherich wchodząc do komisariatu. - A więc, kolego 
Schroeder? Gdzie pan ma swoją zdobycz?
-  W ostatniej celi na lewo, panie komisarzu.
-  Czy Klabautermann się przyznał?
-  Kto? Klabautermann? Aha, rozumiem. Nie, panie komisarzu. • Oczywiście, natychmiast po 
naszej rozmowie telefonicznej kazałem go odprowadzić.
-  Dobrze - pochwalił Escherich. - A co on wie o tych kartach?
-  Kazałem mu - powiedział asystent ostroŜnie - odczytać znalezioną kartę. To znaczy, 
pierwsze zdania.
-  WraŜenie?
-  Nie chciałbym,  panie  komisarzu,  sugerować...  -- powiedział asystent.
-  Nie tak bojaźliwie, kolego Schroeder. WraŜenie?
-  Mnie w kaŜdym razie wydaje się nieprawdopodobne, aby on był autorem tej karty.
-  Dlaczego?
-  Nie jest zbyt rozgarnięty. Poza tym niesłychanie zastraszony. Komisarz Escherich z 
niezadowoleniem pogładził Ŝółtawe wąsy.
- Niezbyt rozgarnięty... Niesłychanie zastraszony... - powtórzył. - No, mój Klabautermann jest 
rozgarnięty i na pewno nie zastraszony. Dlaczego więc pan sądzi, Ŝe schwytaliście 
właściwego człowieka? Niech pan opowiada.
Asystent Schroeder przede wszystkim powtórzył, mocno podkreślając oskarŜenie pomocnicy 
lekarza i akcentował równieŜ próbę ucieczki. - Nie mogłem uczynić nic innego, panie 
komisarzu. Zgodnie z otrzymanym rozkazem musiałem go aresztować.
-  Słusznie, kolego Schroeder. Postąpił pan zupełnie słusznie. Ja sam nie uczyniłbym nic 
innego.
Humor Eschericha poprawił się nieco po tym sprawozdaniu. Brzmiało ono lepiej niŜ „niezbyt 
rozgarnięty" i „niesłychanie zastraszony". MoŜe to jakiś kolporter kart, mimo Ŝe komisarz był 
dotychczas przekonany, Ŝe Klabautermann nie ma Ŝadnych wspólników.
-  Czy przejrzał pan juŜ jego papiery?
-  Tu są. Potwierdzają na ogół to, co mówi. Mam wraŜenie, panie komisarzu, Ŝe to taki 
markierant: strach przed frontem, niechęć do pracy, gracz w totka - znalazłem przy nim cały 
plik gazet o wyścigach i obliczeń. A poza tym zwyczajne listy od kobiet lekkiego 
prowadzenia, takie ziółko, rozumie pan, panie komisarzu. W kaŜdym razie bliski 
pięćdziesiątki.
-  Dobrze, dobrze - powiedział komisarz, ale nie odczuwał tego bynajmniej jako dobre. Ani 
autor kart, ani ich ewentualny kolporter nie mógł mieć wiele do czynienia z kobietami. Tego 
komisarz był pewien. OŜywiona przed chwilą nadzieja«zaczynała gasnąć. Ale potem 
Escherich pomyślał o swoim przełoŜonym, obergruppenfuehrerze Prallu i o jeszcze wyŜszych 
przełoŜonych, aŜ do Himmlera. JeŜeli nie znajdzie śladu, potrafią mu w najbliŜszym czasie 
cholernie zatruć Ŝycie. A tutaj był ślad - przynajmniej było cięŜkie oskarŜenie i podejrzane 
zachowanie się. MoŜna było iść tym śladem, nawet jeŜeli w najgłębszym przekonaniu nie 
uwaŜało się go za zupełnie właściwy. Zyskiwało się czas, aby dalej cierpliwie czekać. 
Nikomu się przez to krzywda nie stanie. Co komu ostatecznie po takim ziółku!
Escherich wstał: - Idę do celi, Schroeder. Niech mi pan da tę nową kartę i poczeka tutaj.
Komisarz szedł zupełnie cicho, trzymał klucze mocno w ręku, aby nie brzęczały. Bardzo 
ostroŜnie odsunął zasłonę judasza i zajrzał do celi.
Aresztowany siedział na stołku. Oparł głowę na ręce i skierował wzrok na drzwi. Robiło to 
zupełnie wraŜenie, jak gdyby patrzył wprost w śledzące go oko komisarza. Ale wyraz twarzy 
Klugego zdradzał, Ŝe nic nie widzi. Nie drgnął, gdy zasłona się poruszyła; jego twarz nie 
miała teŜ nic z napięcia, które moŜna zawsze zauwaŜyć u kaŜdego, kto czuje, Ŝe jest 
obserwowany.
Po prostu patrzył przed siebie, nawet nie pogrąŜony w myślach, raczej otępiały i pełen złych 
przeczuć.
Komisarz przy judaszu wiedział teraz z całą pewnością: to nie był ani Klabautermann, ani 
Ŝaden jego pomocnik. Była to po prostu omyłka. OskarŜenia mogły sobie brzmieć, jak 
chciały, jego zachowanie mogło wydawać się jak najbardziej podejrzane.
Ale Escherich znów pomyślał o swoich przełoŜonych, zagryzł wąsa 1 zastanawiał się, jak 
przeciągnąć tę sprawę moŜliwie długo, dopóki się  nie wyjaśni, Ŝe był to fałszywy ślad. Nie 
wolno mu było jednak zblamować się przy tym.
Jednym szarpnięciem otworzył celę i wszedł do środka. Aresztowany wzdrygnął się na 
szczęknięcie zamka, spojrzał zmieszany na wchodzącego, a potem uczynił ruch, jakby chciał 
wstać.
Ale Escherich natychmiast przytrzymał go na stołku.
-  Niech pan siedzi, panie Kluge, niech pan siedzi. W naszym wieku juŜ nie tak łatwo 
podnosić tę część ciała.
Zaśmiał się, a Kluge zrobił próbę, aby teŜ się uśmiechnąć, po prostu aby się nieco Ŝałośnie 
uśmiechnąć z uprzejmości.
Komisarz opuścił pryczę ze ściany i usiadł na niej. -No, panie Kluge - powiedział - i uwaŜnie 
spojrzał na bladą twarz o słabej szczęce i zastanawiające grubych i czerwonych wargach oraz 
o jasnych, stale mrugających oczach. - No, panie Kluge, a teraz niech mi pan opowie, co pan 
ma na sercu. Jestem komisarz Escherich z gestapo. - Mówił nadal łagodnie, gdy tamten na 

Strona 56

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

samą nazwę „gestapo" wzdrygnął się bojaź-liwie. ~~ Niech się pan nie boi. Nie poŜeramy 
małych dzieci. A pan przecieŜ jest małym dzieckiem, widzę to...
Nawet ten nikły cień współczucia, jaki moŜna było wyczuć w słowach komisarza, 
natychmiast napełnił oczy Klugego łzami; jego twarz zadrgała, a mięśnie policzkowe 
skurczyły się mocno.
-  No, no! - powiedział Escherich i połoŜył swą rękę na dłoni małego człowieczka. - Nie 
będzie chyba tak źle. Albo czy jest tak źle?
-  Wszystko stracone - zawołał Enno Kluge zrozpaczony. - Jestem przegrany. Nie mam 
zaświadczenia o chorobie i musze stawić się do pracy, teraz siedzę tutaj i poślą mnie do 
kacetu, a tam od razu wykituję, nie wytrzymam nawet dwóch tygodni!
-  No! No! -- powiedział komisarz znów jak do dziecka. - Z pańską fabryką da się to przecieŜ 
załatwić. Jeśli kogoś zatrzymujemy i okazuje się, Ŝe jest porządnym człowiekiem, dbamy o 
to, Ŝeby nie poniósł szkody wskutek zatrzymania. A pan przecieŜ jest porządnym chłopcem, 
panie Kluge - co?
Znów twarz Klugego zadrgała, a potem zdecydował się na częściowe wyznanie wobec tego 
sympatycznego człowieka. - Nie pracuję dosyć, ich zdaniem!
- No, a jak pan sam sądzi, panie Kluge? Czy pańskim zdaniem pracuje pan dosyć, czy teŜ 
nie?...
Kluge zastanowił się ponownie. - Jestem tak często chory - powiedział płaczliwie - ale oni 
mówią, Ŝe teraz nie ma czasu na chorowanie.
-  PrzecieŜ nie jest pan zawsze chory? No, a jeśli pan nie jest chory -  czy wtedy pracuje pan 
wystarczająco? Co pan myśli o tym, panie Kluge?
Kluge znów  się zdecydował.  -- Mój  BoŜe - panie  komisarzu - poskarŜył się - kobiety tak na 
mnie lecą!
Brzmiało to równie Ŝałośnie jak zarozumiale. Komisarz współczująco potrząsnął głową, jak 
gdyby to rzeczywiście było godne poŜałowania.
-  To niedobrze, panie Kluge - zauwaŜył potem - w naszych latach sprawia to pewne 
trudności, nieprawdaŜ?
Kluge spojrzał na niego ze słabym uśmieszkiem, rad, Ŝe znalazł zrozumienie u tego 
człowieka.
-  Tak - powiedział komisarz - a jak tam wygląda z kasą?
-  Czasami gram trochę w totka - przyznał Kluge - niewiele i niezbyt wysoko, panie 
komisarzu. Nigdy powyŜej pięciu marek i to tylko jeśli koń jest zupełnie pewny. Daję panu na 
to słowo, panie komisarzu!
-  A z czego płaci pan, panie Kluge, za kobiety i za totka? Jeśli pan tak niewiele pracuje?
-  AleŜ panie komisarzu - powiedział Kluge niemal obraŜony takim brakiem zrozumienia - 
przecieŜ kobiety mnie opłacają. - Uśmiechnął się zarozumiale. - PoniewaŜ jestem taki 
dzielny! - dodał.
W tej chwili komisarz Escherich odłoŜył ostatecznie ad acta podejrzenie, Ŝe ten Enno Kluge 
moŜe mieć jakikolwiek związek z autorstwem albo rozpowszechnianiem kart. Ten Kluge jest 
po prostu niezdolny do czegoś takiego. Brak mu wszelkich danych ku temu. Musiał go jednak 
badać w tej sprawie, poniewaŜ musiał sporządzić protokół z tego przesłuchania, protokół dla 
panów przełoŜonych, aby uspokoili się, protokół, który w dalszym ciągu podejrzewa Klugego 
i uzasadnia kroki przeciw niemu...
Tak więc wyciągnął kartę z kieszeni, połoŜył ją przed Klugem i zapytał zupełnie obojętnie: - 
Czy zna pan tę kartę, panie Kluge?
-  Tak - powiedział Enno Kluge z początku zupełnie bezmyślnie, ale przestraszony poprawił 
się. - To znaczy - oczywiście nie! Musiałem ją przedtem odczytać, to jest - początek. Poza 
tym nie znam tej karty! Najświętsze słowo honoru, panie komisarzu!
12 - KaŜdy umiera... t. l  -  No, no! - Escherich udawał powątpiewanie - panie Kluge! Teraz, 
kiedy dogadaliśmy się w tak wielkiej sprawie jak pańska robota i kacet, kiedy sam pójdę do 
pańskich przełoŜonych i ureguluję tę sprawę, zgodzimy się chyba równieŜ co do takiej 
drobnej rzeczy jak ta karta!
-  Nie mam z tym nic wspólnego, panie komisarzu, zupełnie nic.
-  Nie posuwam się tak daleko, panie Kluge - powiedział komisarz nie wzruszony tymi 
zapewnieniami - nie posuwam się aŜ tak daleko jak mój kolega, który uwaŜa pana za autora 
tej karty i który chce pana zaciągnąć przed Trybunał Narodowy, a potem: głowa fiut, panie 
Kluge!
Mały człowieczek zadrŜał, twarz jego spopielała.
-  Nie - powiedział komisarz uspokajająco i znów połoŜył rękę na dłoni aresztowanego. - Nie, 
nie uwaŜam pana za autora tych kart. Ale karta leŜała na korytarzu u lekarza, a pan 
podejrzanie często kręcił się tamtędy, a poza tym pański niepokój, pańska ucieczka. I na to 
wszystko mamy pewnych świadków. Nie, panie Kluge, będzie lepiej dla pana, jeŜeli powie mi 
pan całą prawdę. Nie chciałbym, aby się pan sam wpędził w nieszczęście!
-  Kartę musiał ktoś rzucić z zewnątrz, panie komisarzu. Nie mam z tym nic wspólnego, to 
jest najświętsza prawda, panie komisarzu!
-  Tak jak leŜała, nie mogła być rzucona z zewnątrz. A pięć minut przedtem nie było jej 
jeszcze - panienka od lekarza gotowa na to przysiąc. W tym czasie był pan w ubikacji. Albo - 
moŜe pan twierdzi, Ŝe jeszcze kto inny z poczekalni był w klozecie?
-  Nie, nie sądzę, panie komisarzu. Nie, na pewno nie. Jeśli chodzi o te pięć minut, to na 
pewno nie. Chciało mi się juŜ od dobrej chwili palić 1  dlatego uwaŜałem, czy ktoś idzie do 
ubikacji.
-  No więc - powiedział komisarz na pozór bardzo zadowolony -więc powiada pan sam: tylko 
pan, nikt tylko pan mógł połoŜyć tę kartę w korytarzu.
Kluge popatrzył na niego szeroko rozwartymi, teraz znów kompletnie przeraŜonymi oczyma.
-  Po tym przyznaniu więc...
-  Nic nie przyznałem, nic. Powiedziałem tylko, Ŝe w ciągu ostatnich pięciu minut nikt przede 
mną nie był w klozecie.
Kluge niemal krzyczał.
-  Ale, ale - powiedział komisarz i pokręcił dezaprobująco głową - przecieŜ nie odwoła pan 
złoŜonego przed chwilą zeznania. Jest pan  zbyt rozsądnym człowiekiem. Musiałbym 
zaprotokołować to odwołanie, panie Kluge, a coś takiego wygląda nieładnie.
Kluge popatrzył na niego zrozpaczony: - PrzecieŜ nic nie zeznałem. - zaszeptal 
bezdźwięcznie.
-  Pogodzimy  się jeszcze  w  tej   sprawie - zauwaŜył  Escherich uspokajająco. - Niech mi pan 
teraz powie, kto panu dał tę kartę do podrzucenia? Czy to był dobry znajomy, przyjaciel albo 

Strona 57

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

moŜe ktoś zaczepił pana na ulicy i dał panu za to parę marek?
-  Nie, nie! - krzyczał znów Kluge - nie miałem tej karty w ręku, nie widziałem jej na oczy, 
zanim nie dał mi jej pański kolega!
-  Ale, ale, panie Kluge! Przedtem pan sam przyznał, Ŝe połoŜył pan kartę na korytarzu...
-  Nic nie przyznałem! Nigdy nie powiedziałem czegoś podobnego!
-  Nie? - powiedział Escherich głaszcząc wąsy i ukrywając w ten sposób uśmiech. Bawił się 
draŜnieniem tego tchórzliwego, skowyczące-go pieska. Będzie z tego jeszcze dla 
przełoŜonych niezgorszy protokólik z mocnym podejrzeniem. - Nie - powiedział - w tej  
formie nie powiedział pan tego. Powiedział pan jedynie, Ŝe tylko pan mógł tę kartę tam 
podrzucić, Ŝe nikogo prócz pana tam nie było. A to znaczy chyba to samo.
Enno wpatrywał się w niego szeroko rozwartymi oczami. Potem powiedział nagle mrukliwie: 
- RównieŜ tego nie powiedziałem. Zresztą i inni ludzie mogli pójść do ubikacji, nie tylko ci z 
poczekalni.
Usiadł ponownie - poprzednio zerwał się zdenerwowany fałszywym oskarŜeniem.
-  A w ogóle nic nie będę zeznawał. śądam adwokata. A protokołu takŜe nie podpiszę.
-  Ale, ale - powiedział Escherich - czyŜ ja od pana Ŝądałem, panie Kluge, aby pan podpisał 
protokół? Czy zrobiłem sobie chociaŜby najmniejszą notatkę z tego, co pan zeznawał? 
Siedzimy przecieŜ tutaj jak dwaj starzy przyjaciele. To, o czym mówimy, nikogo nic nie 
obchodzi.
Wstał, otworzył szeroko drzwi celi.
-  Spójrz pan, nie ma nikogo na korytarzu, kto by podsłuchiwał. A przy tym robi mi pan takie 
trudności z powodu głupiej karty. Widzi pan, nie przywiązuję przecieŜ Ŝadnej wagi do tej 
karty. Ten, co ją pisał ~ to przecieŜ idiota! Ale jeśli pomocnica lekarza i mój kolega robią tyle 
hałasu dokoła tego, muszę tę sprawę załatwić! Niech pan nie będzie taką  niemą rybą, panie 
Kluge. Niech mi pan po prostu powie: „Jakiś pan na Frankfurter Allee dal mi tę kartę i 
powiedział, Ŝe chce doktorowi zrobić kawał". I zapłacił panu za to dziesięć marek. Miał pan 
w kieszeni zupełnie nowy banknot dziesięciomarkowy, widziałem go juŜ przecie. Widzi pan, 
jeśli pan mi to opowie, będzie pan moim człowiekiem. Wtedy nie będę miał z pańskiego 
powodu kłopotów i będę mógł spokojnie pójść do domu.
-  A ja? Dokąd ja pójdę? Do ciupy! A potem główka fmut! Niee, panie komisarzu, tego nie 
zeznam, nigdy, nigdy!
-  Pan? Dokąd pan pójdzie, panie Kluge, kiedy ja pójdę do domu? PrzecieŜ pan teŜ pójdzie do 
domu, czy pan wciąŜ tego jeszcze nie zrozumiał? Jest pan wolny, tak czy owak pozwolę panu 
pójść...
- Naprawdę, panie komisarzu, święta prawda? Mogę iść nawet bez zeznania, bez protokołu?
-  AleŜ oczywiście, moŜe pan iść, panie Kluge! Natychmiast moŜe pan iść! Tylko niech się 
pan zastanowi jeszcze raz, zanim pan pójdzie...
I poklepał po ramieniu Klugego, który zerwał się podniecony i zwrócił ku drzwiom.
-  Widzi pan, załatwię to panu w fabryce, zrobię panu tę przysługę. Przyrzekłem to panu i 
dotrzymam słowa. A niech pan teraz przez chwilę pomyśli o mnie, panie Kluge. Niech pan 
pomyśli teraz o tych wszystkich trudnościach, jakie będę miał ze strony mojego kolegi, jeśli 
puszczę pana wolno. NaskarŜy na mnie moim przełoŜonym, mogę mieć z tego powodu 
największe kłopoty. To byłoby naprawdę ładnie z pańskiej strony, panie Kluge, gdyby pan mi 
podpisał zeznanie o tym człowieku z Frankfurter Allee. PrzecieŜ nie ponosi pan tutaj Ŝadnego 
ryzyka. PrzecieŜ tego człowieka w ogóle nie moŜna odnaleźć. A więc, panie Kluge?
Właściwie nigdy w Ŝyciu Enno Kluge nie potrafił oprzeć się tak łagodnie przekonywającym 
namowom. Wahał się. Wolność nęciła, a z fabryką teŜ wszystko się załatwi, jeśli nie stanie 
temu człowiekowi okoniem. Strasznie bał się stanąć okoniem wobec tego miłego komisarza. 
Wtedy sprawa, być moŜe, wróci do tamtej gliny, a ten pewnego dnia doprowadzi do tego, ze 
on sam przyzna się do włamania u Rosen-thalowej. Wówczas Enno Kluge byłby zgubiony! 
Esesman Persicke...
Rzeczywiście mógł zrobić komisarzowi tę przysługę - cóŜ z tego? To była jakaś bzdurna 
karta, coś politycznego, z czym nigdy nie miał nic wspólnego, na czym się absolutnie nie 
rozumiał. A tego człowieka z Frankfurter Allee naprawdę nigdy nie znajdą, bo po prostu nie 
istnieje. Tak, zrobi komisarzowi tę przysługę i podpisze.
Ale potem ostrzega go znów jego wrodzona ostroŜność i tchórz-liwość. - Tak - powiedział - 
jak podpiszę, to pan mnie wcale nie wypuści.
-  CóŜ znowu, cóŜ znowu! - powiedział komisarz Escherich czując, Ŝe sprawa jest juŜ'prawie 
wygrana - z powodu takiej zasranej karty i to teraz, gdy zrobi mi pan przysługę! Daję panu 
słowo honoru, panie Kluge, jako komisarz kryminalny i jako człowiek: natychmiast po 
podpisaniu protokołu jest pan wolny.
-  A jeśli nie podpiszę?
-  Jest pan oczywiście teŜ wolny!
Enno Kluge zdecydował się. - A więc podpiszę to, panie komisarzu, aby pan nie miał 
nieprzyjemności i abym ja równieŜ mógł panu zrobić przysługę. Ale nie zapomni pan tego z 
moją fabryką?
-  Jeszcze dziś będzie załatwione, panie Kluge. Jeszcze dziś. Niech pan się jutro tam pokaŜe i 
niech pan w ogóle da spokój z tymi idiotycznymi zaświadczeniami lekarskimi. Od czasu do 
czasu przepuści pan dzień, powiedzmy raz w tygodniu, i jak ja z nimi pogadam, nikt panu 
marnego słowa nie powie. Zgoda, panie Kluge?
-  Oczywiście! Jestem panu bardzo wdzięczny, panie komisarzu! Rozmawiając tak przeszli 
przez korytarz aresztu z powrotem do izby, gdzie siedział asystent Schroeder, czekający w 
napięciu na wynik przesłuchania i z góry oddający się marzeniom o swoim losie, gdyby 
jednak coś wyskoczyło. Wstał, gdy obaj weszli.
-  A więc Schroeder - powiedział komisarz uśmiechając się i wskazując głową na stojącego 
obok malutkiego i zastraszonego Klugego, poniewaŜ glina znów patrzył na niego w sposób 
napędzający mu stracha - ma pan tu naszego przyjaciela.  Dopiero co przyznał mi się, Ŝe 
podrzucił kartę u doktora na korytarzu. Dostał ją od jakiegoś pana na Frankfurter Allee...
Z piersi asystenta wydobył się odgłos przypominający jęk. - Psiakrew - powiedział po chwili - 
ale przecieŜ on nie.mógł wcale...
-  A teraz - kontynuował komisarz niewzruszony - a teraz zrobimy tutaj we dwójkę mały 
protokół, a potem pan Kluge pójdzie do domu. Jest wolny. Zgadza się, panie Kluge? Czy teŜ 
się nie zgadza?
 - Tak - odpowiada Kluge bardzo cicho, poniewaŜ obecność gliny nasuwa mu wciąŜ nowe 
wątpliwości i budzi w nim strach.
Asystent stoi zupełnie ogłupiały. Kluge nie podrzucił karty, nigdy a nigdy w Ŝyciu - był tego 

Strona 58

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

pewien! A teraz Kluge jednak był gotów podpisać coś wręcz przeciwnego. Co za lis, ten 
Escherich! Jak potrafił tego dopiąć? Schroeder przyznawał w duchu - nie bez zawiści - Ŝe 
Escherich zdecydowanie go przewyŜsza. A poza tym, po takim zeznaniu jeszcze faceta 
wypuszcza na wolność! Nic nie moŜna tu przejrzeć, nic nie moŜna zrozumieć! No, są ludzie 
jeszcze sprytniejsi, mimo Ŝe wydawał się sobie dość chytry.
-  Niech pan posłucha, kolego - powiedział Escherich nacieszywszy się dostatecznie 
osłupieniem asystenta - mógłby pan właściwie zaraz jedną rzecz mi załatwić. W prezydium.
-  Rozkaz, panie komisarzu.
-  Pan wie, prowadzę przecieŜ tę sprawę - no, jakŜe on się nazywa? - Aha, sprawę 
Klabautermanna. Pan przypomina sobie przecieŜ, panie kolego?
Oczy obydwóch spotkały się i porozumiały.
-  A więc,  panie  Schroeder,  pójdzie pan w mojej  sprawie  do prezydium i powie pan 
koledze Linkemu... - AleŜ, siadaj pan przecieŜ, panie Kluge! Przepraszam pana, chcę tylko 
koledze powiedzieć jeszcze parę słów.
Podszedł z asystentem do drzwi. Mówił teraz szeptem: - Niech pan zaŜąda stamtąd dwóch 
ludzi. Niech natychmiast tutaj przyjadą. Dwóch dzielnych ludzi do obstawy. Ten Kluge ma 
być od chwili opuszczenia komisariatu bez przerwy śledzony. Meldunki o wszystkich jego 
poruszeniach co dwie, trzy godziny -jak wypadnie - telefonicznie do mnie do gestapo. 
Kryptonim: Klabautermann. Nich pan pokaŜe tym dwóm tego człowieka, powinni się 
zmieniać. I niech pan tu znów wejdzie, kiedy ci dwaj będą gotowi. Potem puszczę zajączka na 
swobodę.
-  Wszystko będzie w porządku, panie komisarzu, heil Hitler!
-  Drzwi zamknęły się, policjant wyszedł. Komisarz usiadł koło Klugego i powiedział:
-  A więc pozbyliśmy się go. Nie lubi go pan, panie Kluge, co? - Nie tak bardzo jak pana, 
panie komisarzu.
-  Czy widział pan, jakie zrobił oczy,  kiedy usłyszał, Ŝe pana wypuszczam? Kiszki mu się 
przewracają ze złości. Dlatego właśnie  odesłałem go, niepotrzebny jest przy tym małym 
protokoliku. WciąŜ wtrącałby swoje trzy grosze. Nie Ŝądam nawet stenotypistki, najlepiej sam 
wystukam te parę wierszy. To przecieŜ tylko umowa między nami, abym był trochę kryty 
przed moimi przełoŜonymi za uwolnienie pana.
Po uspokojeniu w ten sposób małego tchórza, wziął pióro i zaczął pisać. Czasem mówił 
głośno i wyraźnie, co pisze (jeŜeli rzeczywiście pisał to, co głośno mówił; a u tak szczwanego 
funkcjonariusza policji kryminalnej jak Escherich nie było to zupełnie pewne), a czasami 
mruczał tylko. Kluge nie mógł zrozumieć, co mruczy.
Widział tylko, Ŝe tych parę wierszy powoli zamienia się juŜ w trzy-, ba, prawie 
czterostronicowy akt. Ale to nie obchodziło go w tej chwili specjalnie. Interesowało go tylko, 
czy rzeczywiście zaraz wyjdzie na wolność. Spojrzał w stronę drzwi. Powziął szybką decyzję. 
Wstał, podszedł do drzwi i otworzył je nieco...
-  Kluge - zawołano za nim, ale nie rozkazująco - panie Kluge, proszę!
-  Tak? - zapytał i obejrzał się - nie wolno mi jeszcze pójść? - Uśmiechał się bojaźliwie.
Komisarz z piórem w ręku patrzył na niego z uśmiechem. - Więc znowu Ŝałuje pan, panie 
Kluge, zgody na naszą umowę? Odmawia pan tego, co pan mi przyrzekł? No, pięknie, wobec 
tego na próŜno zawracałem sobie głowę. - Energicznie odłoŜył pióro. - AleŜ idź pan, panie 
Kluge, oczywiście, idź pan! Widzę przecieŜ, Ŝe nie jest pan człowiekiem, który potrafi 
dotrzymać słowa. Idź pan juŜ, widzę przecieŜ, Ŝe pan nie podpisze! Niech i tak będzie...
I w ten sposób osiągnął komisarz, Ŝe Enno Kluge rzeczywiście podpisał protokół. Co więcej, 
Kluge nawet nie zaŜądał uprzednio głośnego i wyraźnego przeczytania. Podpisał bez 
namysłu, nic nie przeczuwając.
-  A teraz mogę iść, panie komisarzu?
-  Oczywiście. Dziękuję panu bardzo, panie Kluge, dobrze pan zrobił. Do widzenia! To jest, 
lepiej nie tutaj, nie w tym miejscu. Aha, chwilę jeszcze, panie Kluge...
-  A więc nie mogę jeszcze iść?
Przez twarz Klugego znów przebiegły drgawki.
-  AleŜ oczywiście! Czy pan znów mi nie wierzy? CóŜ z pana za niewierny Tomasz, panie 
Kluge? Myślę jednak, Ŝe pan chętnie zabrałby  ze sobą swoje papiery i pieniądze. No, widzi 
pan! Zobaczymy więc, czy wszystko tam jest, panie Kluge...
I zaczęli sprawdzać: ksiąŜeczka pracy, ksiąŜeczka wojskowa, metryka urodzenia, świadectwo 
ślubu...
-  Po cóŜ pan właściwie dźwiga ze sobą te wszystkie papiery, Kluge? Mogą panu zginać.
...odcinek zameldowania, cztery koperty z wypłat...
-  Zbyt wiele pan nie zarabia, panie Kluge! Aha, słusznie, widzę, Ŝe w kaŜdym tygodniu 
pracował pan tylko trzy, cztery dni. To markierant z pana.
...trzy listy...
-  Nie, zostaw pan, to mnie wcale nie interesuje. ...trzydzieści  siedem  marek  w  banknotach  
i  sześćdziesiąt  pięć fenigów drobnymi...
-  Widzi pan, o, tu mamy i ten banknot dziesięciomarkowy, który pan dostał od tego pana. 
Wezmę go chyba lepiej do akt. Ale poczekaj pan, nie powinien pan mieć z tego powodu 
straty. Dam panu w zamian swoje dziesięć marek.
Komisarz przeciągał sprawę tak długo, aŜ wrócił asystent Schroeder. - Rozkaz wykonany, 
panie komisarzu. Mam zameldować, Ŝe komisarz Linkę chciałby jeszcze z panem 
porozmawiać w sprawie Klabauterman-na.
-  Dobrze, dobrze. Dziękuję panu bardzo, kolego. Tak, jesteśmy właśnie gotowi. A zatem do 
widzenia, panie Kluge. Schroeder, niech pan pokaŜe panu Klugemu drogę. A więc, pan 
Schroeder wyprowadzi pana z komisariatu. Jeszcze raz do widzenia, panie Kluge! O fabryce 
nie zapomnę. Nie, na pewno nie! Heil Hitler!
-  No, niech mi pan nie bierze za złe, panie Kluge - powiedział Schroeder stojąc w Frankfurter 
Allee i potrząsając mu rękę - pan wie, słuŜba nie druŜba, a czasem musimy być nieco brutalni. 
Ale kazałem panu zaraz zdjąć kajdanki. Nie czuje pan chyba juŜ nic po uderzeniu sierŜanta?
-  Nie, zupełnie nic. I rozumiem wszystko... Bardzo przepraszam za kłopoty, jakie panowie 
mieliście z mojego powodu, panie komisarzu.
-  A więc, heil Hitler, panie Kluge!
-  Heil Hitler, panie komisarzu!
I mały, nędzny Enno Kluge podreptał naprzód. Biegł prawie kłusem pomiędzy ludźmi w 
Frankfurter Allee, a asystent Schroeder patrzał za nim. Przekonał się jeszcze, czy dwaj ludzie, 
których ustawił, są na właściwym miejscu. Skinął głową i wrócił na wartownię.
ROZDZIAŁ XXIV Komisarz Escherich opracowuje sprawę „Klabautermanna"

Strona 59

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  Proszę, niech pan czyta - powiedział komisarz Escherich do asystenta Schroedera i wręczył 
mu protokół.
Taak - odpowiedział Schroeder i oddał arkusze. - A więc przyznał się. To wystarczy dla 
Trybunału Narodowego i kata. Nigdy bym nie przypuszczał! - Po namyśle dodał: - I coś 
takiego chodzi wolno po mieście!
Tak jest - powiedział komisarz i włoŜył protokół do obwoluty, a obwolutę do swojej teczki. - 
Tak jest, coś takiego chodzi wolno po mieście, ale chyba uczciwie śledzony przez naszych 
ludzi?
-  Oczywiście! - pośpieszył z zapewnieniem Schroeder - sam się o tym przekonałem: obaj byli 
na właściwym tropie.
-  I tak chodzi sobie - kontynuował komisarz Escherich, z namysłem gładząc wąsy - chodzi i 
chodzi, a nasi ludzie wciąŜ za nim. AŜ wreszcie pewnego dnia - dziś albo za tydzień, albo za 
pół roku pobiegnie nasz mały, zabawny pan Kluge do autora kart, do człowieka, który dał mu 
polecenie: podrzuć je tu lub tam. Zaprowadzi nas do niego na pewno, jak amen w pacierzu. A 
wtedy ja - cap go! I wtedy dopiero obaj będą zupełnie dojrzali do ciupy i tak dalej, i tak dalej, 
aŜ do końca.
-  Panie komisarzu - powiada asystent Schroeder - wciąŜ jeszcze nie mogę w pełni uwierzyć, 
Ŝe ten Kluge podrzucił kartę. Widziałem przecieŜ, gdy dałem mu kartę do ręki, Ŝe nic o niej 
nie wiedział. To wszystko wymyśliła ta zhisteryzowana baba, pomocnica lekarza.
-  Ale przecieŜ jest to w protokole, który podpisał - wtrącił komisarz frez specjalnego nacisku 
- poza tym chciałem panu poradzić, aby pan nie Pisał nic w swoim sprawozdaniu o 
zhisteryzowanych babach. Bez   osobistych uprzedzeń. Tylko rzeczowo! JeŜeli pan chce, 
moŜe pan jeszcze wybadać lekarza, co sądzi o wiarygodności swej pomocnicy. Ale nie, niech 
pan lepiej i temu da spokój. To znów będzie osobisty sąd. Zostawmy to sędziemu śledczemu, 
niech sam oceni poszczególne wypowiedzi. My pracujemy tylko rzeczowo, Schroeder, bez 
wszelkich uprzedzeń, nieprawdaŜ?
-  Zupełnie zrozumiałe, panie komisarzu.
-  JeŜeli jest zeznanie, to znaczy, Ŝe jest zeznanie i trzymamy się tego. Jak i dlaczego  ono 
powstało, to nas nie interesuje.  Nie jesteśmy psychologami, jesteśmy funkcjonariuszami 
policji kryminalnej. Crimen, to znaczy przestępstwo, Schroeder - tylko przestępstwo nas 
interesuje. A jeŜeli ktoś przyznaje, Ŝe popełnił przestępstwo, to nam wystarczy. Taki jest 
przynajmniej mój pogląd na tę sprawę. A moŜe pan inaczej myśli, Schroeder?
-  AleŜ oczywiście nie, panie komisarzu! - zawołał asystent Schroeder. Brzmiało w tym jakby 
przeraŜenie na samą myśl, Ŝe mógłby cośkolwiek inaczej pojmować niŜ jego przełoŜony. - 
Myślę zupełnie tak samo! Zawsze przeciw przestępstwu.
-  Wiedziałem o tym - powiedział komisarz Escherich i pogładził wąsa - my, starzy 
pracownicy policji kryminalnej, jesteśmy zawsze tego samego zdania. Wie pan, Schroeder, 
teraz w naszym zawodzie pracuje wielu outsiderów, ale my, starzy, trzymamy się kupy i to 
nam wychodzi na dobre. A więc, Schroeder - mówił teraz tonem czysto słuŜbowym - 
otrzymam  zatem  dziś jeszcze  pańskie  sprawozdanie  w  sprawie aresztowania Klugego i 
protokół z zeznaniami pomocnicy lekarskiej i lekarza. Aha, słusznie, był z panem jeszcze 
jakiś sierŜant...
-  Starszy sierŜant Dubberke z naszego komisariatu...
-  Nie znam go, niech jednak równieŜ sporządzi protokół o ucieczce Klugego. Krótko, 
rzeczowo, bez gadaniny, bez osobistych sądów. Zrozumiano, panie Schroeder?
-  Rozkaz, panie komisarzu.
-  A więc, Schroeder, z chwilą gdy odeśle pan sprawozdania, nie będziemy pana więcej w tej 
sprawie niepokoili. NajwyŜej kiedyś, jakieś zeznanie albo u nas, w gestapo... - przypatrywał 
się podwładnemu z namysłem. - Jak długo jest juŜ pan asystentem, panie Schroeder?
— Trzy i pół roku, panie komisarzu.
Oczy gliny, spoczywające na komisarzu, miały w sobie w tej chwili coś wzruszającego.
Ale komisarz powiedział tylko: - Tak. Zatem byłaby juŜ pora... - I opuścił komisariat.
Na Prinz-Albrecht-Strasse kazał się natychmiast zameldować u swego bezpośredniego 
zwierzchnika, ss-obergruppenfuehrera Pralla. Musiał czekać prawie godzinę, nie dlatego Ŝe 
pan Prali był bardzo zajęty, chociaŜ właściwie - był bardzo zajęty. Escherich słyszał brzęk 
kieliszków, strzelanie korków, śmiech i krzyki"- a więc jedno z licznych spotkań wyŜszych 
przywódców. Zabawa, pijaństwo, wesołość niczym nieskrępowana, odpoczynek po cięŜkim 
trudzie męczenia bliźnich i doprowadzania ich do szubienicy.
Komisarz czekał bez niecierpliwości, mimo Ŝe miał tego dnia jeszcze duŜo roboty. Znał 
swoich przełoŜonych w ogóle, a tego przełoŜonego w szczególności. Tu nie pomagało Ŝadne 
ponaglanie. Gdyby pół Berlina stało w płomieniach, a on chciał pić - to piłby bez skrupułów. 
Taki juŜ był.
Po godzinie jednak wpuszczono Eschericha. Pokój, z wyraźnymi śladami pijaństwa, 
przedstawiał obraz spustoszenia. A pan Prali, buraczkowy od armaniaku, wyglądał nie lepiej. 
Ale powiedział łaskawie: - A, Escherich! Nalej pan sobie teŜ kieliszek. To są owoce naszego 
zwycięstwa nad Francją - prawdziwy armaniak, dziesięć razy lepszy od koniaku! Dziesięć 
razy? Sto razy! Dlaczego pan nie pije?
-  Proszę wybaczyć, Herr Obergruppenfuehrer, ale mam dziś jeszcze dość duŜo roboty i 
chciałbym mieć jasną głowę. Poza tym odzwyczaiłem się od picia.
-  Co to znaczy - odzwyczaiłem się? Jasna głowa, bzdury! Po co panu potrzebna jasna głowa! 
KaŜe pan komu innemu wykonać swoją robotę, a pan się wyśpi. Zdrowie, Escherich - na 
cześć naszego fuehrera!
Escherich wypił, poniewaŜ musiał. Wypił jeszcze drugi i trzeci raz, myśląc przy tym, jak 
bardzo towarzystwo kolegów oraz alkohol zmieniły tego człowieka. Prali był zazwyczaj 
właściwie zupełnie znośny, nawet o wiele lepszy od setki innych typów, które w czarnych 
mundurach grasowały w tym budynku. Kiedyś miał raczej trochę wątpliwości, był tylko 
„odkomenderowany", jak raz powiedział, Ŝadnym wypadku nie przekonany do wszystkiego.
Ale pod wpływem kolegów i alkoholu stawał się taki jak oni: nieobliczalny, brutalny, 
nierówny i gotów do natychmiastowego wytępienia z korzeniami wszelkich odmiennych 
poglądów, nawet jeśli chodziło o inny pogląd na picie wódki. Gdyby Escherich powaŜnie 
odmówił mu wypicia, byłby na pewno tak samo zgubiony, jak gdyby pozwolił uciec 
najgorszemu zbrodniarzowi. Co więcej, byłoby to jeszcze bardziej niewybaczalne, poniewaŜ 
graniczyło z osobistą obrazą, jeśli podwładny nie pił ze zwierzchnikiem tyle i tak często, jak 
ten sobie tego Ŝyczył.
Escherich pił więc, pił wielokrotnie.
-  A więc, o co chodzi, Escherich? - powiedział potem Prali, usiłując stać moŜliwie prosto 

Strona 60

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

przy swoim biurku. Przy nim i dzięki niemu. - Co pan tu przyniósł?
-  Protokół - wyjaśnił Escherich - przyjęty przeze mnie w sprawie mojego Klabautermanna. 
Dojdzie tu jeszcze kilka innych sprawozdań i protokołów, ale ten jest najwaŜniejszy. Proszę, 
Herr Obergruppenfueh-rer.
-  Klabautermann? - zapytał Prali grzebiąc w myślach. - A, to przecieŜ ten gość od kart. No, 
wpadł pan juŜ na coś, Escherich, jak panu rozkazałem?
-  Według rozkazu, Herr Obergruppenfuehrer. Czy zechciałby Herr Obergruppenfuehrer 
przeczytać protokół?
-  Przeczytać? Niee, nie teraz, moŜe kiedyś, innym razem. Niech pan mi go teraz przeczyta, 
Escherich.
Ale przerwał czytanie po pierwszych trzech zdaniach. - Pozwolimy sobie przedtem jeszcze 
jednego. Na zdrowie, Escherich. Heil Hitler!
-  Heil Hitler, Herr Obergruppenfuehrer.
Po wypiciu Escherich zaczął czytać na nowo.
Ale teraz pijanemu Prallowi wpadła na myśl nęcąca zabawa. Za kaŜdym razem, gdy 
Escherich przeczytał trzy, cztery zdania, przerywał mu „zdrowiem" i Escherich musiał po 
wypiciu zaczynać od nowa. Ani razu nie pozwolił mu Prali dokończyć pierwszej strony, 
przerywając wciąŜ nowym „na zdrowie". Mimo Ŝe był porządnie pijany, dobrze widział, jak 
Escherich aŜ kipi ze złości, jak mierzi go ostry napój, widział, Ŝe juŜ z dziesięć razy miałby 
ochotę odłoŜyć protokół i wyjść, ale nie waŜył się na to wobec zwierzchnika. Widział, jak 
tamten musiał przywarować, nie dając po sobie poznać złości.
-  Na zdrowie, Escherich!
-  Dziękuję posłusznie, Herr Obergruppenfuehrer! Na zdrowie!
-  No, niechŜe pan czyta dalej, Escherich! Nie, zaczniemy jeszcze raz od początku. Jednego 
miejsca jakoś dobrze nie zrozumiałem. Zawsze byłem człowiekiem, który wolno myśli.
I Escherich czytał. Teraz męczono go dokładnie tak samo, jak on męczył przed dwoma 
godzinami nędznego Klugego, dokładnie tak jak w Klugem narastało w nim pragnienie 
wyrwania się za drzwi. Ale musiał czytać, czytać i pić, pić i czytać, jak długo się tamtemu 
podobało. Czuł, Ŝe robi mu się mętnie i mglisto w głowie. śegnaj - roboto! Ta przeklęta 
dyscyplina!
-  Na zdrowie, Escherich!
-  Na zdrowie, Herr Obergruppenfuehrer!
-  No, to zacznij pan jeszcze raz od początku!
AŜ wreszcie Prallowi nagle znudziła się ta zabawa i powiedział grubiańsko: - Ach, daj pan 
spokój z tym idiotycznym czytaniem! Widzi pan przecieŜ, Ŝe jestem zalany, jakŜe więc mogę 
coś z tego skapować? Udaje pan waŜniaka ze swoim wspaniałym protokołem, co? Inne 
sprawozdania nastąpią, ale nie są takie waŜne, jak sprawozdanie wielkiego komisarza 
Eschericha! Diabli mnie biorą, gdy coś takiego słyszę! Krótko i węzłowato: złapał pan tego 
kartopisa?
-  Według rozkazu: nie, Herr Obergruppenfuehrer, ale...
-  To po co pan do mnie przychodzi? Dlaczego kradnie mi pan mój drogocenny czas i chleje 
mój wspaniały armaniak? - Teraz był to juŜ ryk.
- Pan chyba zupełnie zwariował, panie! Ale pogadam teraz z panem innym tonem, panie!  
Byłem za łaskawy, co? Pozwoliłem panu na bezczelność! Zrozumiane?
- Według rozkazu, Herr Obergruppenfuehrer! - I szybko, zanim wrzask rozpoczął się od 
nowa, Escherich wtrącił: - Ale złapałem kogoś, kto podrzucał karty. Tak mi się przynajmniej 
wydaje.
Ta wiadomość ułagodziła nieco Pralla. Popatrzył na komisarza mętnymi oczyma i powiedział: 
- Przyprowadzić tego człowieka! Niech mi powie, kto mu dał karty! JuŜ z niego to wydostanę 
-jestem akurat w odpowiednim nastroju!
Przez chwilę Escherich się wahał. Mógł powiedzieć, Ŝe ten człowiek nie jest jeszcze na Prinz-
Albrecht-Strasse, Ŝe kaŜe go sprowadzić -  wówczas sprowadziłby go rzeczywiście z ulicy 
czy z domu przy  pomocy śledzących go szpicli. Albo przeczekałby spokojnie, aŜ ober-
gruppenfuehrer prześpi pijaństwo. Wtedy prawdopodobnie o wszystkim zapomni.
Ale wobec tego, Ŝe Escherich był właśnie Escherichem, to znaczy zatwardziałym w swoich 
grzechach pracownikiem policji kryminalnej, bynajmniej nie tchórzem, ale człowiekiem 
odwaŜnym, powiedział śmiało („Niech się dzieje, co chce"): - Wypuściłem tego człowieka na 
wolność, Herr Obergruppenfuehrer!
Wrzask - nie, mój BoŜe, co za dzikie wycie! Zazwyczaj dość dobrze ułoŜony, jak na 
wyŜszego przywódcę, Prali zapomniał się tak dalece, Ŝe złapał swojego komisarza za klapy, 
trząsł nim z całych sił i wrzeszczał przy tym:
-  Wypuściłem? Wypuściłem?! Czy wiesz, co ja teraz z tobą zrobię, ty świnio?!  Teraz ciebie 
zamknę!  Teraz ty będziesz  siedział!  Czekaj, powieszę ci  przed  twoimi  wąsami 
tysiącwatówkę!  A jak  będziesz zasypiał, kaŜę cię bić aŜ do odzyskania przytomności, ty 
bydlaku...
Tak trwało przez dobrą chwilę. Escherich pozwolił trząść sobą, pozwolił się zwymyślać i był 
zupełnie cicho. MoŜe jednak dobrze się stało, Ŝe pił alkohol. Nieco ogłuszony armaniakiem 
odczuwał wszystko, co się działo, jak przez mgłę, raczej jak sen.
„Wrzeszcz, wrzeszcz - myślał - im głośniej będziesz wrzeszczał, tym prędzej ochrypniesz. 
Rób tak dalej, pokaŜ staremu Escherichowi, co potrafisz."
I rzeczywiście. Prali w końcu ochrypł i puścił swego podwładnego. Nalał sobie następny 
kieliszek armaniaku, zlustrował Eschericha złym spojrzeniem i zaskrzeczał: - MoŜe pan teraz 
łaskawie zamelduje, dlaczego zrobił pan to fantastyczne głupstwo!
-  Chciałbym najpierw zameldować - powiedział Escherich cicho - Ŝe ten człowiek jest stale 
śledzony przez dwóch naszych najlepszych ludzi z prezydium.  Myślę, Ŝe prędzej czy później 
odwiedzi swego mocodawcę, autora kart. Obecnie zaprzecza temu, jakoby go znał.
-  Wydobyłbym juŜ z niego nazwisko!  To  śledzenie...  Zagubią jeszcze tego człowieka.
-  Ci nie. Najdzielniejsi ludzie z Alexa.
-  No, no! - Prali wyraźnie się rozpogadzał. - Pan wie, Ŝe nie Ŝyczę sobie tych samowolnych 
rozporządzeń. Wolałbym tego człowieka mieć w swoim ręku.
„Wolałbyś - pomyślał Escherich. - I w ciągu pół godziny wydostaniesz z niego, Ŝe nie ma nic 
wspólnego z kartami i weźmiesz mnie na nowo w obroty..."
Głośno jednak powiedział: - To jest takie zastraszone, małe stworzenie, Herr 
Obergruppenfuehrer. Jeśli pan go zleje, zezna panu wszystko, co pan chce, i w ten sposób 
pobiegniemy śladem stu kłamstw. A tak zaprowadzi nas wprost do autora kart.
Obergruppenfuehrer zaśmiał się: - No tak, stary lisie! No, to wypijemy z panem jeszcze 

Strona 61

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

jednego!
Wypili więc jeszcze jednego.
Obergruppenfuehrer spojrzał badawczo na komisarza. Widocznie wybuch wściekłości dobrze 
mu zrobił. Otrzeźwił go nieco. Zastanowił się, potem powiedział: - Z tego protokołu tam, wie 
pan juŜ...
-  Według rozkazu, Herr Obergruppenfuehrer!
-  .. .z tego protokołu niech pan kaŜe sporządzić dla mnie kilka kopii. Niech pan schowa swoje 
wspaniałe dzieło - obaj zarechotali. - Tutaj moŜe jeszcze wpaść do armaniaku...
Escherich znów włoŜył protokół do obwoluty, a obwolutę do teczki.
Tymczasem przełoŜony pogrzebał w szufladzie biurka i wrócił teraz zjedna ręką na plecach. - 
Powiedz no mi pan, Escherich, czy ma pan juŜ wojenny krzyŜ zasługi?
-  Nie, Herr Obergruppenfuehrer.
-  Myli się pan, Escherich, ma go pan! - i wyciągnął niespodzianie schowaną dotychczas rękę 
z krzyŜem na dłoni.
Komisarz był tak zaskoczony, Ŝe mógł wymamrotać tylko kilka nie wiąŜących się słów: -AleŜ 
Herr Obergruppenfuehrer! Nie zasłuŜyłem... Nie znajduję słów...
Wszystkiego spodziewał się w ciągu awantury przed pięcioma minutami. Nawet parę dni i 
nocy bunkra uwaŜał za moŜliwe, ale Ŝe dostanie bezpośrednio po tym krzyŜ zasługi...
-  ...w kaŜdym razie dziękuję pokornie!
Obergruppenfuehrer Prali lubował się zaskoczeniem udekorowanego.
-  No tak, Escherich - powiedział potem - pan wie przecieŜ, Ŝe wcale nie jestem taki... A 
ostatecznie jest pan zupełnie dzielnym pracownikiem. Trzeba tyko od czasu do czasu dać 
panu szprycę, w przeciwnym razie pan zasypia. Pozwólmy sobie jeszcze jednego. Prosit, 
Escherich, za Pański krzyŜ!
 -  Prosit, Herr Obergruppenfuehrer! I jeszcze raz dziękuję pokornie! Obergmppenfuehrer 
zaczął gadać: - Właściwie ten krzyŜ nie był przeznaczony dla pana, Escherich. Właściwie 
miał go dostać pański kolega Rusch za bardzo chytrą historię przeprowadzoną z pewną starą 
śydówką, ale pan przyszedł wcześniej.
Gadał jeszcze chwilę, a potem przekręcił czerwone światełko nad drzwiami, co oznaczało 
„WaŜna konferencja! Nie przeszkadzać!" i połoŜył się spać na kozetce.
Gdy Escherich, ciągle jeszcze z krzyŜem zasługi w ręku, wszedł do swego biura, jego 
zastępca siedział przy aparacie i wołał: - Co takiego? Sprawa Klabautermanna? Czy to nie 
omyłka? Nie znamy Ŝadnej sprawy Klabautermanna!
-  Dawaj pan! - powiedział Escherich i chwycił słuchawkę - i zwiewaj pan natychmiast!
Zawołał do aparatu: - Tak, tu komisarz Escherich! Co jest z Klabautermannem? Chce pan 
chyba złoŜyć meldunek?
-  Melduje posłusznie, panie komisarzu, Ŝe niestety straciliśmy tego człowieka z oczu, 
mianowicie...
-  Co wyście?...
Escherich był bliski wybuchu wściekłości, podobnego do wybuchu jego szefa przed 
kwadransem. Ale opanował się: --Jak to się mogło stać? Sądziłem, Ŝe pan jest dzielnym 
człowiekiem, a obserwowany tylko frajerem!
- Tak, tak się to mówi, panie komisarzu, ale on potrafi biegać jak łasica. A w ścisku na 
dworcu kolei podziemnej na Alexanderplatz zginął nam nagle. Musiał zauwaŜyć, Ŝe jest 
śledzony!
-  Jeszcze to na dodatek! - jęknął Escherich. - ZauwaŜył! Wy bałwany! Zawaliliście mi całą 
robotę! Nie mogę juŜ teraz was posłać, bo was zna! A nowi jego znów nie znają! - Zastanowił 
się: - A więc jazda natychmiast z powrotem do prezydium! KaŜdy z was weźmie sobie 
zastępcę. Jeden zajmie stanowisko gdziekolwiek w pobliŜu jego mieszkania, ale dobrze 
ukryty, zrozumiano? śeby wam nie zwiał jeszcze raz! Waszym zadaniem jest wskazać 
Klugego swojemu zastępcy i natychmiast zwiać. Drugi pójdzie do fabryki, w której on 
pracuje, i zamelduje się tam w kierownictwie. PoczekajŜe pan, bohaterze, przecieŜ musi pan 
mieć adres mieszkania: - Wyszukał adres i przetelefonował go. - Tak, a teraz jak najprędzej 
na posterunki! Do fabryki właściwie zastępca  moŜe iść sam i to dopiero jutro rano. Tam 
pokaŜą mu juŜ tego człowieka! Ja ich poinformuję. A za godzinę będę sam w jego 
mieszkaniu...
Miał jednak tyle do dyktowania i telefonowania, Ŝe dopiero o wiele później przybył do 
mieszkania Ewy Kluge. Swoich ludzi nie spotkał, a do drzwi dzwonił na próŜno. Tak więc i 
jemu pozostała tylko sąsiadka Geschowa.
-  Kluge? Pan ma na myśli Klugego? Nie, ten tu nie mieszka. Tu mieszka tylko jego Ŝona, mój 
panie, która juŜ od dawna nie wpuszcza go do mieszkania. Ale ona wyjechała. Gdzie on 
mieszka? SkądŜe ja mam wiedzieć, drogi panie? Ten przecieŜ zawsze pęta się między 
kobietami. Przynajmniej tak kiedyś słyszałam, ale nic nie chcę mówić. śona jego robiła mi 
juŜ wyrzuty, Ŝe kiedyś pomogłam jej męŜowi wejść do mieszkania.
-  Niech pani posłucha, pani Gesch - powiedział Escherich i wszedł do korytarza, poniewaŜ 
chciała mu zamknąć drzwi przed nosem. - A teraz niech mi pani wszyściuteńko opowie, co 
pani wie o rodzinie Kluge.
-  JakŜe to tak, mój panie... i jakim prawem wchodzi pan tak po prostu do mojego 
mieszkania...?
-  Jestem komisarz Escherich z gestapo. Jeśli pani chce zobaczyć mój dowód...
-  Nie, nie - zawołała Geschowa odmownie i cofnęła się przeraŜona aŜ do ściany od kuchni. - 
Nie chcę nic widzieć, nie chcę słyszeć! A o państwu Kluge powiedziałam juŜ panu wszystko, 
co wiedziałam.
-  No, myślę, Ŝe pani jeszcze się zastanowi, pani Gesch, bo jeśli nie zechce mi pani tutaj nic 
opowiedzieć, będę musiał zaprosić panią na Prinz-Albrecht-Strasse do gestapo na prawdziwe 
przesłuchanie. Na pewno nie zrobiłoby to pani przyjemności. Rozmawiamy przecieŜ tutaj w 
zupełnej zgodzie, nic się nie zapisuje...
-  Oczywiście, panie komisarzu! Aleja naprawdę nie mam nic więcej do opowiadania. Ja nic o 
nich nie wiem.
-  Jak pani chce, pani Gesch. Niech się więc pani ubiera, mam na dole paru ludzi, pójdzie pani 
zaraz z nami. I niech pani zostawi męŜowi ~ ma pani przecieŜ męŜa? - aleŜ oczywiście, ma 
pani męŜa - niech więc Pani zostawi męŜowi karteczkę: „Jestem w gestapo, nie wiem, kiedy 
Wrócę". No więc, pani Gesch, niech pani pisze tę karteczkę!
aŜdy umiera... t. I  Geschowa zbladła, zaczęła drŜeć, zęby jej szczękały.
- PrzecieŜ pan tego nie zrobi, drogi, drogi panie - błagała.
Odpowiedział z udaną brutalnością: - Oczywiście, Ŝe to zrobię, pani Gesch, jeśli mi pani 

Strona 62

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

nadal będzie odmawiała zwyczajnych informacji. Więc niech pani będzie rozsądna, usiądzie i 
opowie mi wszystko, co pani wie o małŜeństwie Kluge. Jaka jest ta Ŝona?
Geschowa naturalnie nabrała rozsądku. W gruncie rzeczy ten pan z gestapo był zupełnie miły. 
Całkiem inaczej wyobraŜała sobie tych ludzi. I oczywiście komisarz Escherich dowiedział się 
wszystkiego, czego moŜna było dowiedzieć się od Geschowej. Nawet o esesmanie Kar-
lemannie usłyszał, poniewaŜ o tym, co wiedziano w knajpie na rogu, wiedziała oczywiście i 
Geschowa. Dzielną, byłą poczciarkę Ewę Kluge bolałoby serce, gdyby usłyszała, jak bardzo 
ludzie strzępią sobie języki, na niej i jej byłym ulubieńcu Karlemannie.
Gdy komisarz Escherich poŜegnał się z Geschowa, pozostawił nie tylko parę cygar dla jej 
męŜa, ale zdobył teŜ dla gestapo gorliwego, bezpłatnego i nieocenionego szpicla. Nie tylko 
mieszkanie będzie miała stale na oku, ale będzie nasłuchiwała wszędzie: w domu i w 
kolejkach przed sklepami, i natychmiast zatelefonuje do drogiego komisarza, jeśli się dowie o 
czymś, co mogłoby mu być potrzebne.
Wskutek tej rozmowy komisarz Escherich odwołał obydwu swych ludzi. 
Prawdopodobieństwo schwytania Klugego w mieszkaniu jego Ŝony było, według uzyskanych 
informacji, znikome. Poza tym Geschowa uwaŜała na mieszkanie. Następnie komisarz 
Escherich poszedł jeszcze na pocztę i do komórki partyjnej i uzyskał dalsze informacje o tej 
pani Kluge. Nigdy nie moŜna wiedzieć, do czego coś się moŜe przydać.
Escherich mógłby tym na poczcie i w partii powiedzieć, Ŝe zna prawdopodobnie związek 
między wystąpieniem pani Kluge z partii a haniebnymi czynami jej syna w Polsce. Mógłby 
równieŜ zdradzić adres pani Kluge pod Ruppinem - wynotował go sobie przecieŜ z listu 
Klugowej do pani Gesch. Ale Escherich nie zrobił tego. Pytał wiele, ale informacji nie 
udzielał. Wprawdzie była to partia i urząd pocztowy, a więc coś urzędowego, ale gestapo nie 
jest po to, aŜeby pomagać innym w ich sprawach. Gestapo zbyt się ceni, by się tak zniŜać - 
przynajmniej w tym punkcie komisarz Escherich w zupełności podzielał ogólne 
zarozumialstwo gestapo.
Przekonali się o tym takŜe panowie z fabryki. Nosili mundury i stali zarówno rangą, jak i 
uposaŜeniem na pewno o wiele wyŜej od bezbarwnego komisarza. Ale on trwał przy swoim: - 
Nie, moi panowie, co mamy przeciwko Klugemu jest wyłącznie sprawą gestapo, o tym nic 
panom nie powiem. śądam tylko, abyście pozwolili Klugemu przychodzić i wychodzić, kiedy 
będzie miał ochotę, aby skończyły się wymówki i zastraszenia i abyście wskazanym przeze 
mnie urzędnikom bez wszelkich wahań udzielali dostępu do fabryki i pomagali im, o ile to 
jest w waszej mocy, w ich pracy. Czy zrozumieliśmy się?
-  Proszę o pisemne potwierdzenie tych zarządzeń - zawołał oficer - i to jeszcze dziś!
-  Jeszcze dziś? Jest juŜ trochę późno. Ale moŜe jutro? Do jutra Kluge na pewno nie przyjdzie, 
jeśli w ogóle jeszcze tutaj przyjdzie! A więc, heil Hitler, moi panowie!
-  Psiakrew, cholera! - zawarczał oficer. - Te draby stają się coraz bezczelniejsze! Do kata z 
tym całym gestapo! Myślą, Ŝe mogą sobie na wszystko pozwolić, bo mają prawo wsadzić do 
ciupy kaŜdego Niemca. Ale ja jestem oficerem, jestem nawet zawodowym oficerem...
-  Co jeszcze chciałem powiedzieć... - głowa Eschericha ukazała się ponownie w uchylonych 
drzwiach.
-  Czy ten człowiek ma tutaj jakieś papiery, listy, własność prywatną?
-  Musi pan zapytać o to jego majstra! On ma klucz od jego szafki.
-  Dobrze więc - powiedział Escherich i opadł na krzesło. - A więc, niech pan zapyta o to 
majstra, Herr Oberleutnant. I jeśli nie sprawi to panu większego trudu, niech się pan trochę 
pośpieszy, dobrze?
Na chwilę skrzyŜowali wzrok. Oczy kpiącego, bezbarwnego Eschericha i pociemniałe ze 
złości oczy oberleutnanta wiodły bój. Potem oficer stuknął obcasami i opuścił szybko biuro, 
aŜeby wykonać polecenie.
-  Śmieszny dziadyga! - powiedział Escherich do bonzy partyjnego, który nagle znalazł pilną 
robotę przy biurku. - Posyła gestapo do cholery. Chciałbym wiedzieć, jak długo jeszcze 
siedzielibyście tutaj, gdyby nas nie było? Koniec końców całe państwo - to jest przecieŜ 
gestapo! Bez nas wszystko by się załamało -i wy wszyscy poszlibyście do cholery!
  ROZDZIAŁ XXV Pani Hete postanawia Komisarz Escherich i jego obaj szpicle z Alexa 
byliby prawdopodobnie bardzo zdziwieni, gdyby się dowiedzieli, Ŝe mały Enno Kluge nie 
miał pojęcia o tym, iŜ jest śledzony. Od chwili gdy asystent Schroeder ostatecznie wypuścił 
go na wolność, opanowała go tylko jedna myśl: jak najdalej stąd i do Hety!
Biegł ulicami i nie widział ludzi. Nie patrzył, kto jest za nim i kto obok niego. Nie podnosił 
głowy, myślał tylko: prędzej do Hety!
Szyb kolei podziemnej połknął go. Wskoczył do pociągu i zginął tym razem komisarzowi 
Escherichowi, panom z Alexa i całemu gestapo, Enno Kluge postanowił pojechać jeszcze 
przedtem do Lotty i zabrać swoje rzeczy. Chciał przyjść do Hety juŜ z walizką - wtedy będzie 
się mógł przekonać, czy go naprawdę kocha. I dowiódłby jej tym, Ŝe kończy z 
dotychczasowym trybem Ŝycia.
Wskutek tego opiekunowie stracili go z oczu w złym oświetleniu i w tłoku na stacji. Zresztą 
ten nędzny Enno był doprawdy tylko cieniem. Gdyby jednak od razu poszedł do Hety - a do 
Koenigstor mógł z Alexa. równie dobrze pójść pieszo, zamiast jechać metrem - nie zgubiliby 
go i mieliby nowy punkt obserwacyjny przed sklepem ze zwierzętami.
Z Lotta miał szczęście. Nie było jej w domu, szybko więc spakował swoje manatki do 
walizki. Oparł się nawet pokusie przerzucenia jej rzeczy, by ewentualne znaleźć coś, co warto 
byłoby zabrać - nie, tym razem miało być inaczej! Nie, tym razem naprawdę chciał zacząć 
nowe Ŝycie - jeśli Hete go przyjmie.
Im bardziej zbliŜał się do sklepu, tym wolniej szedł. Coraz częściej stawiał walizkę, mimo Ŝe 
nie była wcale cięŜka. Coraz częściej ścierał sobie pot z czoła, chociaŜ wcale nie było gorąco.
Potem stał przed sklepem i zaglądał do środka przez błyszczące pręciki klatek dla ptaków: 
tak, Hete była przy robocie. Obsługiwała akurat czterech czy pięciu klientów w sklepie. 
Stanął koło niej i przyglądał się dumnie, a jednak z drŜącym sercem, jak zręcznie załatwiała 
kupujących, jak grzecznie z nimi rozmawiała.
- Indyjskiego prosa juŜ nie mamy, łaskawa pani. Rozumie pani,  przecieŜ - Indie naleŜą do 
Imperium. Ale mam jeszcze bułgarskie proso, jest o wiele lepsze.
I nagle wśród tych zajęć powiedziała: - Aha, pan Enno! To bardzo miło, Ŝe pan chce mi 
trochę pomóc. Walizkę niech pan najlepiej postawi w mieszkaniu. A potem proszę, niech mi 
pan od razu przyniesie i piwnicy piasku dla ptaków. Potrzebny jest równieŜ piasek dla kotów, 
poza tym mrówcze jaja...
Z pełnymi rękami roboty przy wykonywaniu tych lub innych poleceń, Enno myślał: „Od razu 
mnie zobaczyła i od razu teŜ zauwaŜyła, Ŝe mam walizkę. To dobry znak, Ŝe pozwoliła mi 

Strona 63

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

postawić ją w pokoju. Ale z pewnością będzie mnie przedtem wypytywała, podchodzi do 
wszystkiego tak strasznie dokładnie. Opowiem jej jakąś historyjkę".
I ten człowiek około pięćdziesiątki, ten podstarzały nicpoń, łajdus i babiarz, modlił się jak 
dziecko w szkole: „Panie BoŜe, pozwól, abym miał jeszcze raz szczęście. Ten jeden jedyny 
raz. Zacznę na pewno zupełnie inne Ŝycie; spraw tylko, Ŝeby Hete mnie przyjęła".
Tak modlił się i Ŝebrał. A przy tym chciałby jednak, aby jak najdłuŜej przeciągnęło się do 
zamknięcia sklepu, do chwili szczegółowej rozmowy i jego wyznania, poniewaŜ - to jasne - 
cośkolwiek musiał Hecie wyznać. JakŜe inaczej mógłby jej wyjaśnić swoje nagłe zjawienie 
się ze wszystkimi manatkami, i do tego z tak nędznymi manatkami. PrzecieŜ udawał przed nią 
zawsze wielkiego człowieka.
AŜ wreszcie nadeszła właściwa pora. JuŜ od dawna sklep był zamknięty, ale jeszcze półtorej 
godziny trwało zaopatrzenie jego mieszkańców w świeŜą wodę i poŜywienie oraz sprzątanie 
sklepu. Teraz siedzieli naprzeciw siebie przy okrągłym stole, podjedli sobie, trochę 
rozmawiali, wciąŜ bojaźliwie omijając zasadniczy temat. AŜ nagle rozpływająca się w 
obfitości kształtów przekwitła kobieta podniosła głowę i spytała:
- No więc, Haenschen? O co chodzi? Co ci się stało?
Ledwie wypowiedziała te słowa troskliwym tonem, gdy Ennowi zaczęły płynąć łzy. Z 
początku wolno, potem coraz obficiej spływały po Jego chudej, bezbarwnej twarzy, której nos 
zdawał się przy tym coraz bardziej wydłuŜać.
Jęknął: - Och, Hete, juŜ nie mogę! Jest bardzo źle! Gestapo mnie wzięło...
I głośno płacząc ukrył głowę na jej wielkiej, matczynej piersi.
Przy tych słowach pani Hete Haeberle podniosła głowę, oczy jej nabrały twardego wyrazu, 
kark zesztywniał i zapytała gwałtownie: - CzegóŜ oni chcieli od ciebie?
Mały Enno trafił - z lunatyczną pewnością - tymi słowami tak celnie, jak to tylko było 
moŜliwe. Z Ŝadną z jego wszystkich historyjek, za pomocą których apelowałby do jej 
współczucia lub miłości, nie powiodłoby mu się tak dobrze jak ze słowem: „gestapo". Bo 
wdowa Hete Haeberle nienawidziła nieporządku i nigdy nie przyjęłaby do swojego domu i w 
swoje ramiona podłego nieroba i łazika. Ale słowo „gestapo" otworzyło mu wszystkie furtki 
do jej matczynego serca. Prześladowany przez gestapo z góry mógł być pewien jej 
współczucia i pomocy.
Jej męŜa, małego funkcjonariusza partii komunistycznej, juŜ w 1934 roku gestapo wsadziło 
do obozu koncentracyjnego. I nigdy więcej nie widziała męŜa ani nie miała wieści o nim do 
chwili otrzymania paczki, która zawierała trochę jego podartych i pobrudzonych rzeczy. Na 
wierzchu leŜało świadectwo zgonu wystawione przez Urząd Stanu Cywilnego II, 
Oranienburg. Przyczyna śmierci: zapalenie płuc. Później słyszała od innych więźniów, którzy 
zostali zwolnieni, co w Oranienbur-gu i w leŜącym w pobliŜu obozie koncentracyjnym 
Sachsenhausen rozumiano przez zapalenie płuc.
I znowu miała w ramionach męŜczyznę, do którego juŜ przedtem czuła pewną sympatię ze 
względu na jego nieśmiały, przylepny, Ŝądny miłości sposób bycia, i znowu człowiek ten był 
prześladowany przez gestapo.
- Cicho, Haenschen! - powiedziała pocieszająco. - Opowiedz mi wszystko. JeŜeli ktoś jest 
prześladowany przez gestapo, moŜe na mnie liczyć!
Słowa te były dla niego balsamem i musiałby nie być doświadczonym z kobietami Ennem 
Klugem, gdyby nie wykorzystał tej chwili. To, co opowiedział wśród łkań i łez, było 
oczywiście przedziwną mieszaniną prawdy i kłamstwa. Potrafił nawet przeszmuglować swoje 
ostatnie przygody i zniewagi doznane od esesmana Persickego.
Jednak nienawiść do gestapo ukryła przed Hete Haeberle niepraw-dopodobieństwo 
opowiadania. Miłość zaczęła juŜ otaczać nieroba u jej piersi gorejącym blaskiem. 
Powiedziała: - Podpisałeś więc protokół  i uratowałeś w ten sposób sprawcę. To było bardzo 
odwaŜnie z twojej strony. Jestem pełna podziwu dla ciebie. Na dziesięciu męŜczyzn moŜe 
jeden odwaŜyłby się na to. Ale rozumiesz przecieŜ, Ŝe jak cię dostaną, to się źle skończy. 
Przez ten protokół mają cię przecieŜ raz na zawsze w ręku.
Powiedział juŜ na wpół pocieszony: - Jeśli tylko ty mnie będziesz bronić, to nigdy mnie nie 
dostaną!
Potrząsnęła lekko i z namysłem głową: - Nie rozumiem, dlaczego cię w ogóle wypuścili. - 
Nagle wpadło jej coś strasznego na myśl: - O BoŜe, jeŜeli cię szpiegowali, bo chcieli tylko 
wiedzieć, dokąd idziesz?
Potrząsnął głową: - Nie sądzę, Hete. Byłem przedtem u... byłem przedtem w jednym miejscu, 
aby zabrać swoje rzeczy. ZauwaŜyłbym, gdyby ktoś szedł za mną. I po co? Mogliby mnie 
przecieŜ w ogóle nie puszczać.
Ale kobieta juŜ się zastanowiła: - Przypuszczają, Ŝe znasz autora karty i zaprowadzisz ich na 
jego ślad. A moŜe rzeczywiście go znasz i sam tę kartę podłoŜyłeś? Ale wcale nie chcę tego 
wiedzieć. Nie potrzebujesz mi nic o tym mówić! - Nachyliła się do niego i zaszeptała: - 
Wyjdę teraz na pół godziny Haenschen, i będę obserwowała dom, czy gdzieś tam jakiś szpicel 
nie czatuje. Zostaniesz tu w pokoju, zupełnie cicho, dobrze?
Powiedział jej, Ŝe to sprawdzanie jest zupełnie niepotrzebne. Nikt za nim nie szedł, na pewno 
nie.
Ale była pod wraŜeniem straszliwego wspomnienia, gdy juŜ raz zabrali jej męŜa z domu i 
następnie pozbawili Ŝycia. Jej niepokój był tak wielki, Ŝe musiała wyjść i sprawdzić.
Podczas gdy kobieta powoli chodzi dookoła bloku - wzięła ze sklepu na smycz Blacky, 
pięknego teriera, aby wieczorny spacer wyglądał zupełnie niewinnie - podczas gdy kobieta 
dla jego bezpieczeństwa spaceruje powoli tam i z powrotem, pozornie tylko zajęta psem, ale z 
czujnymi oczyma i uszami - Enno robi ostroŜnymi rękami szybki, pierwszy przegląd izby. 
Musi to być tylko bardzo pobieŜna robota, poza tym większość mebli jest pozamykana. 
Przekonał się, Ŝe takiej kobiety n'e miał jeszcze nigdy w swoim Ŝyciu. Kobiety z kontem 
bankowym, a nawet z pocztowym kontem czekowym i jej nazwiskiem nadrukowanym na 
wszystkich formularzach.
I Enno Kluge jeszcze raz postanawia zacząć zupełnie inne Ŝycie, zachowywać się w tym 
mieszkaniu zawsze porządnie i nic nie re-kwirować, czego mu dobrowolnie nie dadzą.
Kobieta wraca i powiada: - Nie, nie zauwaŜyłam nic podejrzanego. Ale moŜe widzieli cię 
wchodzącego tutaj i wrócą jutro rano. Wyjdę jutro rano jeszcze raz, nastawię budzik na 
szóstą.
- To niepotrzebne, Hete - mówi Enno ponownie. - Na pewno nikt nie szedł za mną.
Hete przygotowuje mu posłanie na kanapie, a sama kładzie się do łóŜka. Ale pozostawia 
drzwi między pokojami otwarte i nasłuchuje, jak Enno rzuca się na posłaniu, stęka i jak 
niespokojnie śpi, aŜ wreszcie usypia naprawdę. Właśnie zdrzemnęła się trochę, gdy budzi ją 

Strona 64

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

jego płacz. Znów płacze, we śnie lub na jawie. Pani Hete widzi wyraźnie w ciemności jego 
twarz przed sobą, tę twarz, która mimo jego pięćdziesięciu lat wciąŜ ma coś dziecięcego w 
sobie - moŜe z powodu miękkiego podbródka i pełnych, bardzo czerwonych ust.
Przez chwilę w ciszy słucha tego płaczu, który płynie w noc bez skargi, jak gdyby noc 
współczuła wszystkim troskom nurtującym teraz świat.
Potem pani Haeberle decyduje się, wstaje i po omacku idzie w ciemności w stronę kanapy.
-  Nie płacz tak, Haenschen!  PrzecieŜ jesteś bezpieczny, jesteś u mnie! Twoja Hete ci 
pomoŜe...
Mówi tak pocieszająco do niego, a gdy płacz mimo to nie ustaje, nachyla się nad nim, 
podsuwa mu ramię pod plecy i prowadzi płaczącego do swojego łóŜka, gdzie bierze go w 
ramiona, na swą pierś...
Starzejąca się kobieta, starszawy męŜczyzna, spragniony miłości jak dziecko, nieco pociechy, 
odrobina namiętności, niewielki blask glorii dokoła głowy ukochanego - i ani razu nie wpada 
pani Hete na myśl, by zastanowić się nad tym, Ŝe w taki niedołęŜny, płaczliwy sposób nie 
moŜe zachowywać się bojownik i bohater.
-  Teraz wszystko dobrze, prawda, Haenschen?
Ale nie, właśnie to pytanie wyzwala na nowo zatamowany juŜ potok łez i wstrząsa męŜczyzną 
w jej ramionach.
-  CóŜ to znowu, Haenschen? Czy masz kłopoty, o których W jeszcze nie mówiłeś?
I oto nastąpiła chwila, na którą stary kobieciarz pracował przLZ  wiele godzin, poniewaŜ 
rozumiał, Ŝe na dłuŜszy dystans byłoby niebezpieczne i nawet niemoŜliwe zatajenie 
prawdziwego nazwiska i stanu cywilnego. Skoro juŜ wyznaje jej wszystko, wyzna i to, dobrze 
- zgodzi się i na to, nie będzie go dlatego mniej kochała! Właśnie teraz, gdy dopiero przed 
chwilą wzięła go w ramiona, nie wyrzuci go znów na ulicę!
Pytała się swojego Haenschena, czy ma jeszcze kłopoty, o których jej nie powiedział. 
Wyznaje jej więc zrozpaczony, Ŝe wcale nie nazywa się Hans Enno, tylko Enno Kluge, Ŝe jest 
Ŝonaty, Ŝe ma dwóch dorosłych synów. Tak, jest gałganem, chciał ją okłamać i oszukać, ale 
serce mu na to teraz nie pozwala, poniewaŜ była taka dobra dla niego.
Jak zawsze -jego wyznanie jest tylko częściowym wyznaniem. Nieco prawdy pomieszanej z 
mnóstwem kłamstw. Rysuje obraz swojej Ŝony, wstrętnej, złej hitlerówki z poczty, która nie 
chce trzymać u siebie męŜa, poniewaŜ odmówił wstąpienia do partii. Taka kobieta, która 
starszego syna zmusiła do wstąpienia do SS. Opowiada o okrucieństwach Karlemanna. 
Rysuje obraz niezgodnego, złego małŜeństwa: cichy, cierpliwy, wszystko znoszący mąŜ i zła, 
ambitna Ŝona-hitlerówka. Nie mogą przecieŜ współŜyć, muszą się nienawidzić! A teraz 
wyrzuciła go z mieszkania! Okłamał swoją Hete z tchórzostwa, dlatego Ŝe ją za bardzo kocha, 
klatego Ŝe nie chciał jej sprawić bólu.
Ale teraz zrzucił z siebie ten cięŜar. Nie, teraz nie będzie więcej płakać. Wstanie, spakuje 
swoje manatki i pójdzie od niej - w ten okrutny świat. JuŜ się gdzieś tam ukryje przed 
gestapo, a jeśli go jednak złapią, to teŜ sobie z tego niewiele robi. Teraz, gdy stracił miłość 
Hety, jedynej kobiety, którą naprawdę w Ŝyciu kochał!
Tak, Enno Kluge jest cwanym, starym uwodzicielem kobiet! Wie dobrze, jak baby naleŜy 
brać na lep: miłość i kłamstwo - to się wszystko łączy. Musi tylko w tym tkwić odrobinka 
prawdy, kobieta musi uwierzyć w coś niecoś z tego wszystkiego, co się jej opowiada. A 
przede wszystkim trzeba mieć zawsze w zapasie łzy i bezradność...
Tym razem pani Hete wysłuchała jego wyznania z prawdziwym PrzeraŜeniem. Dlaczego ją 
tak okłamał? Kiedy się poznali, nie było PrzecieŜ Ŝadnych powodów do takich kłamstw! Czy 
miał juŜ wtedy Jakieś zamiary wobec niej? W takim razie mogły to być tylko złe zamiary, 
jeŜeli stały się podstawą podobnych kłamstw.
Instynkt mówi jej, Ŝe powinna go odesłać, Ŝe męŜczyzna, zdolny od samego początku bez 
zastanowienia oszukiwać kobietę, będzie ją  zawsze okłamywał. A ona nie moŜe Ŝyć razem z 
kłamcą. PrzeŜyła czyste Ŝycie ze swoim męŜem, a tych parę małych historyjek, które 
wydarzyły się po jego śmierci - doświadczona kobieta uśmiecha się tylko na ich 
wspomnienie.
Nie, kazałaby mu odejść, gdyby nie to, Ŝe zapędzała go w ten sposób wprost w ramiona 
znienawidzonego wroga, gestapo. Jest głęboko przekonana, Ŝe to właśnie się stanie, jeśli teraz 
kaŜe mu pójść. Prześladowanie przez gestapo - przyjmuje jego wieczorne opowiadanie za 
dobrą monetę. Ani na chwilę nie wątpi o jego prawdziwości, mimo Ŝe tylko co poznała Enna 
jako kłamcę.
A poza tym jest jeszcze ta Ŝona... To niemoŜliwe, aby wszystko, co opowiedział o niej, było 
nieprawdą. Czegoś takiego Ŝaden człowiek nie wymyśli, musi w tym tkwić coś z prawdy. 
Wydaje jej się, Ŝe zna • męŜczyznę, który spoczywa teraz u jej boku: słabe stworzenie, 
właściwie dobroduszne dziecko, którym moŜna pokierować kilku przyjaznymi słowami. Ale 
ta kobieta, twarda, ambitna hitlerówka, która chce zrobić karierę dzięki partii... Dla tamtej 
oczywiście taki męŜczyzna był niczym. Człowiek, który nienawidził partii, który moŜe w 
podziemiu pracował przeciw niej, człowiek, który odmawiał wstąpienia do partii.
Czy mogła go wygnać z powrotem do takiej kobiety? W ramiona gestapo?
Nie mogła tego zrobić i nie wolno jej tego było zrobić.
Zapala się światło. Enno stoi juŜ koło jej łóŜka w za krótkiej, niebieskiej koszulce, a ciche łzy 
ciekną po jego bladej twarzy. Nachyla się nad nią i szepce: - śegnaj, Hete! Byłaś bardzo 
dobra dla mnie, aleja nie zasługuję na to, jestem złym człowiekiem. śegnaj! Idę teraz...
Trzyma go mocno. Szepce: - Nie, zostaniesz u mnie. Przyrzekłam ci to i dotrzymam 
przyrzeczenia. Nie, nie mów nic. Proszę cię, idź teraz na kanapę i spróbuj jeszcze przespać się 
trochę. Zastanowię się, jak to wszystko najlepiej urządzić.
Enno powoli i smutno potrząsa głową. - Hete, naprawdę jesteś za dobra dla mnie. Zrobię 
wszystko, co kaŜesz, ale naprawdę, Hete, lepiej będzie, jeŜeli pozwolisz mi odejść.
Oczywiście nie idzie. Pozwala się naturalnie namówić do pozostania-Hete zastanowi się, 
uporządkuje wszystko. I oczywiście Enno uzyskuje równieŜ zniesienie banicji na kanapę. 
Wolno mu znów wejść do łóŜka. Ogarnięty jej ciepłem prędko zasypia, tym razem juŜ bez 
płaczu.
Hete jednak długo jeszcze leŜy bezsennie. Właściwie czuwa przez całą noc. Słucha jego 
oddechu. Dobrze znów słyszeć oddech męŜczyzny, jnieć go tak blisko siebie w łóŜku. Tak 
długo była strasznie samotna. Teraz ma znów kogoś, o kogo moŜe się troszczyć. Jej Ŝycie juŜ 
nie jest pozbawione wszelkiej treści. Być moŜe, Ŝe o tego męŜczyznę będzie się musiała 
więcej troszczyć, niŜby jej to było miłe. Ale dobre są nawet troski o człowieka, którego się 
kocha.
Pani Hete postanawia być silna za dwoje, chce ustrzec go przed wszelkimi 

Strona 65

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

niebezpieczeństwami groŜącymi mu ze strony gestapo, wychować go i zrobić z niego 
prawdziwego człowieka. Pani Hete postanawia wywalczyć sobie Haenschena, ach nie, teraz 
nazywa się przecieŜ Enno, wywalczyć go od tej drugiej kobiety, tej hitlerówki. Pani Hete 
doprowadzi do porządku i czystości Ŝycie tej istoty, która teraz leŜy koło niej.
Pani Hete nie ma pojęcia o tym, Ŝe ten słaby męŜczyzna u jej boku będzie miał dość siły, aby 
wprowadzić nieporządek, cierpienie, wyrzuty sumienia, łzy i niebezpieczeństwo do jej Ŝycia. 
Pani Hete nie ma pojęcia, Ŝe wszystka jej siła stała się niczym z chwilą, kiedy postanowiła 
zatrzymać przy sobie tego Enna Klugego i bronić go przeciw całemu światu. Pani Hete nie 
ma pojęcia, Ŝe sprowadziła największe niebezpieczeństwo na siebie i na to malutkie 
państewko, które sobie zorganizowała.
ROZD2IAŁXXVI Strach i trwoga Od owej nocy minęły dwa tygodnie. Pani Hete i Enno 
Kluge poznali-się lepiej przy bliskim współŜyciu. MęŜczyzna nie mógł przecieŜ opuszczać 
domu ze strachu przed gestapo. śyli jak na wyspie, tylko we dwoje. Nie mogli zejść sobie z 
drogi, nie mogli wśród ludzi odetchnąć nieco inną atmosferą. Byli całkowicie skazani na 
siebie.
W pierwszych dniach pani Hete nie pozwoliła Ennowi nawet ć w sklepie, w pierwszych 
dniach nie była jeszcze zupełnie -czy jakiś agent-gestapo n.te łazi koło domu. Powiedziała^ 
muy aby mysz pod laiotlą. siedział w pokoju; Nie-wolno mu .było nikomu się   pokazywać. 
Była nieco zdziwiona, z jaką uległością przyjął ten nakaz. Dla niej byłoby straszne takie 
skazanie na bezczynność w ciasnej izbie. Ale Enno powiedział tylko: - Dobrze, trochę sobie 
wypocznę!
-- Co będziesz robił, Enno? - zapytała - dzień jest długi, a ja nie mogę się wiele troszczyć o 
ciebie. Zbyt duŜo rozmyślać, to teŜ niedobrze.
-  Robić? - zapytał zdumiony - jak to  robić? Aha,  myślisz, pracować? - Miał juŜ na czubku 
języka, Ŝe jego zdaniem pracował juŜ dość długo, ale poniewaŜ był z nią bardzo ostroŜny, 
powiedział:
- Oczywiście robiłbym coś chętnie, ale co ja tu mogę robić w pokoju? Tak, gdyby tu była 
tokarka! - I zaśmiał się.
-  Wiesz, mam dla ciebie robotę! Popatrz, Enno!
Przyniosła wielkie pudło pełne najrozmaitszych nasion. PołoŜyła przed nim deszczułkę i 
wzięła do ręki obsadkę z odwrotnie włoŜoną stalówką. UŜywając jej jak szufelki, zaczęła 
wysypaną na deszczułkę garść nasion dzielić na róŜne gatunki. Szybko i zgrabnie pióro 
posuwało się tam i z powrotem, dzieliło, przesuwało do jednego kąta, oddzielało. Wyjaśniła: - 
To są resztki pokarmu dla ptaszków wymiecione z kątów, z pękniętych torebek; gromadziłam 
to wszystko od lat. Teraz, gdy brak pokarmu, przydaje mi się, sortuję to...
-  Ale po co sortujesz? PrzecieŜ to jest straszna robota. Daj tak ptakom do Ŝarcia, same 
wysortują!
-  I rozpaskudzą trzy czwarte nasienia. Albo zjedzą pokarm, który im nie słuŜy, i zdechną! 
Nie, tę robótkę trzeba wykonać. Najczęściej robiłam to wieczorami i w niedzielę, zawsze, 
kiedy miałam trochę czasu. Pewnej niedzieli wysortowałam prawie pięć funtów poza robotą 
domową! Zobaczymy, czy pobijesz mój rekord. Masz teraz wiele czasu, a przy tym myśli się 
bardzo dobrze. Na pewno masz wiele do myślenia. Spróbuj raz, Enno!
Dała mu małą szufelkę do ręki i przyjrzała się, jak zaczął pracować.
-  Wcale nie jesteś niezgrabny - pochwaliła - masz mądre ręce!
A w chwilę później: - Ale musisz lepiej uwaŜać Haenschen - nie - Enno, przyzwyczaję się do 
tego imienia! Patrz, to spiczaste, błyszczące ziarno to jest proso, a tępe, czarne, okrągłe - to 
rzepak. Nie naleŜy ich mieszać. Ziarno słonecznikowe najlepiej wyjmij najpierw palcami, to 
idzie prędzej niŜ piórem. Czekaj, przyniosę ci jeszcze miski, do których moŜesz wsypywać 
wysortowane nasienie.
Była pełna zapału, zaopatrując go w tę robotę na nudne dni. Potem  dzwonek przy drzwiach 
sklepowych zabrzmiał po raz pierwszy i od tej chwili kupujący przychodzili bez przerwy. 
Tylko na chwilę mogła się wyrwać do niego. Zastawała go wtedy śpiącego nad deską z 
nasieniem. Albo jeszcze gorzej, gdy wystraszony szmerem otwieranych drzwi, zrywał się do 
pracy jak dziecko, złapane na leniuchowaniu.
Zorientowała się wkrótce, Ŝe nigdy nie pobije jej pięciofuntowego rekordu, nawet dwóch 
funtów nie osiągnie. A i te ziarna będzie musiała jeszcze raz przerzucić, tak nieporządnie 
pracował.
Była nieco rozczarowana, ale przyznała mu rację, kiedy powiedział: - Niezupełnie jesteś 
zadowolona, Hete, co? - Uśmiechnął się zaŜenowany. - Ale wiesz - to nie jest robota dla 
męŜczyzny. Daj mi prawdziwą męską robotę, a przekonasz się, co potrafię.
Oczywiście miał rację i następnego dnia nie postawiła juŜ przed nim pudła z nasieniem. - Mój 
biedaku, musisz sam się postarać jakoś dzień spędzić - powiedziała pocieszająco. - To musi 
być straszne dla ciebie. A moŜe trochę poczytasz? Mam tu w szafie jeszcze sporo ksiąŜek 
mojego męŜa. Poczekaj, zaraz ci otworzę.
Stał za nią, gdy wybierała ksiąŜki. - Był funkcjonariuszem KPD. Widzisz, udało mi się wtedy 
uratować Marksa przy rewizji. Wsadziłam go do pieca, esesman chciał akurat otworzyć 
drzwiczki, ale dałam mu papierosa i zapomniał. - Spojrzała mu w twarz: - To nie są chyba 
ksiąŜki dla ciebie, mój drogi, co? Muszę ci się przyznać, Ŝe sama teŜ prawie nie zaglądałam 
do nich od śmierci męŜa. MoŜe to niesłusznie, kaŜdy powinien interesować się polityką. 
Walter zawsze mówił, Ŝe gdybyśmy to w porę robili, nie doszłoby do tego, co robią teraz 
hitlerowcy. Ale jestem tylko kobietą...
Przerwała, widząc, Ŝe Enno wcale nie słucha.
-  A tam na dole jest kilka powieści, to moja własność.
-  Najchętniej  przeczytałbym prawdziwy kryminał, coś takiego o przestępcach i 
morderstwach - oświadczył Enno.
-  Myślę, Ŝe czegoś takiego nie ma. Ale mam tu naprawdę ładną ksiąŜkę, do której zawsze 
powracam. Raabego „Kronika ulicy Wróblej", spróbuj, to ci się spodoba.
Ale kiedy weszła do pokoju, zauwaŜyła, Ŝe wcale nie czyta. KsiąŜka leŜała na stole otwarta, 
ale odsunięta na bok.
-  Nie podoba ci się?
-  Wiesz, nie wiem... To są wszystko tacy strasznie dobrzy ludzie, to  jest przecieŜ nudne,  
taka naprawdę poboŜna ksiąŜka. To nie dla męŜczyzny. My potrzebujemy czegoś 
podniecającego, rozumiesz?
- Szkoda - powiedziała - szkoda! -1 odłoŜyła ksiąŜkę z powrotem do szafy.
Irytował ją widok męŜczyzny siedzącego stale w tej samej, niedbałej pozie i gapiącego się 
przed siebie. Albo spał z głową na stole, albo stał przy oknie i gapił się na podwórze, 

Strona 66

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

gwiŜdŜąc stale tę samą melodię. Bardzo ją to irytowało. Zawsze była czynną kobietą, 
pozostała nią i teraz, Ŝycie bez pracy wydawało jej się bezsensowne. Najbardziej lubiła, gdy 
sklep był pełen ludzi i najchętniej chciałaby się wtedy potroić.
A ten człowiek stał, siedział, leŜał przez dziesięć godzin, dwanaście godzin, czternaście 
godzin i nic nie robił, zupełnie nic. Kradł po prostu dzień Panu Bogu! CzegóŜ mu brakowało? 
Spał dość, jadł z apetytem, nic mu nie dolegało, ale nie pracował! Kiedyś skończyła się jej 
cierpliwość i powiedziała podraŜniona: - Czy musisz stale gwizdać tę samą melodię, Enno? 
JuŜ sześć czy osiem godzin z rzędu gwiŜdŜesz: „Małe dzieci idą wcześnie spać"...
Zaśmiał się zakłopotany: - Przeszkadza ci moje gwizdanie? No to mogę zagwizdać coś 
innego. Czy mam ci zagwizdać Horst-Wessellied*? - i zaczął: - Die Fahnen hoch! Die 
Reihenfest geschlossen...
Bez słowa wróciła do sklepu. Tym razem była nie tylko zirytowana, tym razem była 
powaŜnie dotknięta.
• , Ale to Szybko minęło. Nie była zawzięta,, a poza tym Ęnno zauwaŜył, Ŝe zrobił fałszywy 
krok, i jako niespodziankę zmajstrował jej nową lańipę nad łóŜkiem. Tak, potrafił i to. Gdy 
chciał, był dość zręczny, ate najczęściej r|ie chciał. . .                   .'..."
pni jego banicji w izbie szyWćo minęły. ''Pani Hete wkrótce się • ptisfcomate,' Ŝe naprawdę 
Ŝaden, szpicel nie.kręcrsię koło domu, i Enno mógt znowu pomagać w skfepie. Na uticę 
oczywiście nie wolno mu było '"ma rdzie wychodzić. Mógł go ;zqbaczyć jafciś: znajomy. Ale 
walne rmt.
byfo pohiagac w sklepie i tarn,'oYazai sięV bacdzo poŜyteczny i zręczny.
ZaWaŜyła wkrótce, Ŝe tajania, przez dłuŜszy czas. wykonywaną,praca prętłlcogo męczy, 
wobee tege dawała rmreoraz to eoinnego do roboty'.
Wkrótce dopuściła go równieŜ do pomocy w obsługiwaniu klientów.
. 1~.    . .* Korst-Weseeffied- pieśń tetlijrowskaj którastała się drfigirn - obok „Deutschknd; 
.uśber altes" -= hyjhnefti:narodowym' Trzfeciej,Rzeszy.; *      •»---•;-.; ; ;•;-,-.
Dobrze sobie radził z kupującymi, był uprzejmy, odpowiadał do rzeczy, a czasem nawet 
dowcipnie na swój powolny sposób.
-  Z tym panem to się pani udało, pani Haeberle - mówili starzy klienci - chyba jakiś krewny?
-  Tak, to mój kuzyn - kłamała pani Hete i była szczęśliwa z tych pochwał dla Enna.
Pewnego dnia powiedziała: - Enno, chciałabym dziś pojechać do Dahlem. Wiesz przecieŜ, Ŝe 
Loebe zamyka tam swój sklep ze zwierzętami, poniewaŜ biorą go do wojska. Mogę kupić 
jego zapasy. Ma ich bardzo duŜo, a to pomogłoby nam bardzo, bo towaru jest coraz mniej. 
Jak myślisz, dasz sobie sam radę w sklepie?
-  AleŜ oczywiście, Hete, oczywiście, to dla mnie zabawa. Jak długo cię nie będzie?
-  No, pojechałabym zaraz po obiedzie, ale wątpię, czy uda mi się wrócić przed zamknięciem 
sklepu. Chciałabym przy okazji wstąpić teŜ do mojej krawcowej...
-  Śmiało, Hete, daję ci urlop aŜ do północy i nie rób sobie kłopotów z powodu sklepu. 
Załatwię to pierwszorzędnie!
Wsadził ją jeszcze do metra. Była przerwa obiadowa, więc sklep zamknięto.
Uśmiechnęła się do siebie, kiedy wagon ruszył. śycie we dwójkę - to przecieŜ było jednak 
zupełnie inne Ŝycie. Przyjemnie było tak wspólnie pracować. Wtedy dopiero miało się 
wieczorem prawdziwe uczucie zadowolenia. I Enno starał się, zdecydowanie starał się ją 
zadowolić. Robił, co mógł. Oczywiście nie był energicznym czy nawet pilnym człowiekiem-
musiała to stwierdzić. Gdy musiał za duŜo biegać, chętnie wycofywał się do pokoju - sklep 
mógł być pełen ludzi, pozostawiał jej samej całą klientelę. Nieraz teŜ po długim daremnym 
wołaniu znajdowała go w piwnicy, siedzącego na brzegu skrzyni z piaskiem i bezmyślnie 
patrzącego przed siebie; na wpół napełnione piaskiem wiaderko stało przed im, a ona czekała 
na nie juŜ dziesięć minut.
Wzdrygał się, gdy trochę ostro wołała: - Enno, gdzie się podziewasz? Czekam i czekam bez 
końca!
Zrywał się jak przestraszony uczeń. - Zagapiłem się - mruczał zakłopotany i zaczynał powoli 
nabierać piasku. - JuŜ idę, pani szefowo, to się juŜ nie powtórzy!
Próbował ją wtedy ułagodzić takim Ŝarcikiem  Nie, pod Ŝadnym względem Enno nie był 
wybitny. Teraz zdawała juŜ sobie z tego sprawę -jednak robił, co mógł. A przy tym miły w 
obejściu, uprzejmy, uwaŜający, przylepny, bez widocznych nałogów. To, Ŝe czasem palił za 
duŜo papierosów, wybaczała mu. Sama lubiła zapalić, gdy była zmęczona...
Pani Hete miała jednak pecha tego dnia ze swoimi sprawunkami: sklep Loebego w Dahlem 
był zamknięty i nikt nie potrafił jej powiedzieć, kiedy pan Loebe wróci. Nie, jeszcze go nie 
wzięli do wojska, ale miał chyba teraz przed mobilizacją wiele formalności do załatwienia. 
Zazwyczaj sklep był otwarty rano od dziesiątej - moŜe spróbuje jutro?
Podziękowała i pojechała do krawcowej. Przed domem, w którym mieszkała krawcowa, 
zatrzymała się przeraŜona. W nocy spadla tu bomba lotnicza i zmieniła kamienicę w ruinę. 
Ludzie mijali dom szybko, niektórzy umyślnie odwracali głowy, aby nie widzieć grozy 
zniszczeń, inni -w obawie, Ŝe nie potrafią ukryć swego rozgoryczenia. Inni jeszcze szli 
specjalnie wolno (policja nie pozwalała nikomu się zatrzymywać), z beztrosko 
uśmiechniętymi, ciekawymi twarzami albo ponurym, niemal groźnym wzrokiem przyglądając 
się zniszczeniu.
Tak, Berlin teraz coraz częściej chował się do piwnic i coraz częściej padały teŜ bomby 
burzące i napawające strachem zapalające bomby fosforowe. Coraz częściej cytowano słowa 
Goeringa, Ŝe będzie się nazywał Meier, jeśli choć jeden nieprzyjacielski samolot ukaŜe się 
nad Berlinem. Poprzedniej nocy pani Hete teŜ siedziała w piwnicy, sama, poniewaŜ nie 
chciała, aby widziano Enna juŜ teraz jako jej oficjalnego przyjaciela i współlokatora. Słyszała 
warkot samolotów nad sobą, ten szarpiący nerwy dźwięk, podobny do brzęczenia komara. 
Detonacji nie było słychać, jej okolica dotychczas jeszcze ocalała. Ludzie opowiadali 
wprawdzie, Ŝe Anglicy nie chcą zrobić nic złego robotnikom, Ŝe chcą wykończyć tylko 
„lepsze" rodziny w zachodniej dzielnicy...
Krawcowa nie była bogata, a teraz i ją trafiło. Pani Hete próbowała dowiedzieć się od 
policjanta, gdzie się podziała krawcowa i czy się jej coś nie stało. Policjant Ŝałował, Ŝe nie 
moŜe udzielić Ŝadnej informacji. - MoŜe pani pójdzie do komisariatu albo dowie się w 
najbliŜszym punkcie Związku Obrony Przeciwlotniczej?
Ale do tego brakło pani Hete potrzebnego spokoju. ChociaŜ Ŝal jej było krawcowej i chętnie 
dowiedziałaby się czegoś o jej losie, jednak bardzo spieszyło jej się teraz do domu. Zawsze, 
kiedy widziało się coś  takiego, gnało człowieka do domu. Natychmiast chciała się przekonać, 
Ŝe tam jest wszystko w porządku. Człowiek zdawał sobie sprawę, Ŝe to głupio, ale mimo to 
jechał do domu. Trzeba było dopiero zobaczyć na własne oczy, Ŝe nic się nie stało.

Strona 67

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Ale, niestety, jednak coś się stało z małym sklepem ze zwierzętami przy Koenigstor. Nic 
tragicznego, oczywiście, ale był to głęboki wstrząs dla pani Haeberle, głębszy niŜ 
jakiekolwiek przeŜycie od wielu lat. Pani Haeberle zastała sklep zamknięty, a na opuszczonej 
Ŝaluzji kartkę z napisem, głupim napisem, który ją zawsze oburzał: Zaraz wracam z 
podpisem: Hedwig Haeberle.
To, Ŝe w dodatku na kartce figurowało jej nazwisko, Ŝe musiała swoim dobrym imieniem 
pokrywać nieróbstwo i zapominanie o obowiązkach, obraŜało ją niemal tak głęboko, jak i 
naduŜycie zaufania przez Enna. Wyśliznął się poza jej plecami i otworzyłby znów poza jej 
plecami sklep, nie mówiąc ani słowa, Ŝe ją oszukał. JakŜe głupi był przy tym, jak straszliwie 
głupi! PrzecieŜ było prawie pewne, Ŝe któraś ze starych klientek zapyta: - Wczoraj po 
południu było u pani zamknięte? Musiała pani coś załatwić, pani Haeberle?
Pani Haeberle wchodzi przez sień do mieszkania. Potem podnosi Ŝaluzje przed sklepem, 
otwiera drzwi. Czeka, aŜ przyjdzie pierwszy klient. Nie, nie chciałaby wcale, aby o n teraz 
przyszedł. Taka zdrada!
- przez cały czas małŜeństwa z Walterem nie zdarzyło się nic podobnego! Zawsze mieli pełne 
zaufanie do siebie i nigdy jedno nie naduŜyło zaufania drugiego. A tu taka historia! I nie dała 
mu przecieŜ najmniejszego powodu do tego.
Pierwsza klientka przychodzi i zostaje obsłuŜona; ale kiedy Hete chce jej wydać resztę z 
dwudziestomarkówki i wyciąga szufladę kasy - szuflada jest pusta. Było sporo drobnych w 
kasie, gdy wychodziła, około stu marek. Opanowuje się, wyciąga pieniądze z torebki, 
wypłaca. Gotowe: Drzwi od sklepu dzwonią.
Teraz chciałaby sklep zamknąć i być zupełnie sama. Przychodzi jej na myśl - podczas gdy 
dalej załatwia klientelę - iŜ w ostatnich dniach j uŜ Parę razy wydawało jej się, Ŝe kasa 
niezupełnie się zgadza, Ŝe dzienne wpływy powinny być wyŜsze. Wówczas niechętnie 
odpędzała od siebie takie myśli. Bo cóŜ Enno miałby robić z pieniędzmi? Nie wychodził 
PrzecieŜ zupełnie z domu, był stale w zasięgu jej oczu!
Przypomina sobie, Ŝe ubikacja jest na półpiętrze i Ŝe palił o wiele KaŜdy umiera... t. !
 więcej papierosów, niŜ mógł przynieść w swojej walizce. Na pewno znalazł kogoś w domu, 
kto przynosił mu papierosy kupione na czarnym rynku bez kartek, poza jej plecami! JakieŜ to 
wstrętne i podłe! PrzecieŜ najchętniej w świecie zaopatrzyłaby go w papierosy, niechby tylko 
powiedział!
W ciągu półtorej godziny, aŜ do ponownego zjawienia się Enna, pani Haeberle stacza cięŜki 
bój ze sobą. W ostatnich czasach przyzwyczaiła się do tego, Ŝe znowu ma w domu 
męŜczyznę, Ŝe nie jest juŜ zupełnie sama, Ŝe moŜe się troszczyć o kogoś, kogo lubi. Ale jeŜeli 
to jest człowiek, na jakiego teraz wygląda, Hete musi wyrwać tę miłość ze swego serca! 
Lepiej być samą, niŜ Ŝyć w wiecznym niedowierzaniu i wstrętnym strachu! PrzecieŜ nie moŜe 
teraz pójść nawet do naroŜnego sklepiku po włoszczyznę, poniewaŜ będzie się bała, Ŝe znów 
ją oszuka!
Potem Hecie wpada na myśl, Ŝe zdawało jej się równieŜ, jak gdyby rzeczy w bieliźniarce nie 
leŜały w zwykłym porządku. Nie, tak musi być, musi się uwolnić od niego, dziś jeszcze, choć 
będzie jej nie wiem jak cięŜko! Później byłoby jeszcze cięŜej.
Ale po chwili myśli o tym, Ŝe jest starzejącą się kobietą, Ŝe to moŜe ostatnia sposobność 
uniknięcia samotnego schyłku Ŝycia. Po przeŜyciu z Ennem Klugem wątpliwe, czy zdecyduje 
się jeszcze raz spróbować z innym męŜczyzną. Po tym straszliwym, druzgocącym przeŜyciu z 
Ennem!
Tak, mam znów robaki. Ile pani sobie Ŝyczył Pół godziny przed zamknięciem sklepu wraca 
Enno. W tej chwili Hete myśli jednak, co jest znamienne dla jej stanu uczuciowego, Ŝe w 
ogóle nie powinien się pokazywać na ulicy ze względu na niebezpieczeństwo ze strony 
gestapo. Dotychczas nie myślała o tym, tak bardzo była przejęta popełnioną przez niego 
zdradą. Ale cóŜ pomogą wszelkie środki ostroŜności, kiedy pod jej nieobecność po prostu 
ucieka? A moŜe to wszystko z gestapo teŜ jest kłamstwem? U tego człowieka wszystko jest 
moŜliwe!
Oczywiście zauwaŜył juŜ po wciągniętych w górę Ŝaluzjach, Ŝe Hete wróciła do sklepu. 
Wchodzi z ulicy ostroŜnie i delikatnie przeciska się między klientami, uśmiecha się do niej, 
jak gdyby nic się nie wydarzyło i powiada znikając w izbie: - Natychmiast wrócę i pomogę 
pani, szefowo!
I rzeczywiście wraca bardzo szybko, a pani Hete musi z nirn  j-ozmawiać, jak gdyby się nic 
nie stało, dawać mu wskazówki, aby stworzyć pozory przed klientelą - a przecieŜ jej świat się 
zawalił! Ale nie daje nic poznać po sobie, znosi nawet jego nędzne dowcipuszki, którymi 
dzisiaj szczególnie gęsto sypie. Tylko gdy Enno chce podejść do kasy, mówi ostro: - 
Przepraszam, kasę ja załatwiam.
Wzdrygnął się'nieco i popatrzył na nią tchórzliwym spojrzeniem i boku - jak zbity pies, 
zupełnie jak obity pies - pomyślała. Potem pomacał ręką w kieszeni, uśmieszek wystąpił mu 
na twarz - podniósł się znów po uderzeniu.
-  Według rozkazu, szefowo - odkrzykuje i stuka obcasami. Klienci śmieją się z tego małego, 
komicznego człowieczka, który bawi się w Ŝołnierza, ale Hete bynajmniej nie jest 
usposobiona do śmiechu.
Zamykają sklep. Przez pięć kwadransów pracują jeszcze pilnie, zajęci karmieniem, pojeniem i 
czyszczeniem, niemal bez słowa, po nie udanych próbach Ŝartów, na które pani Hete nie 
reaguje.
Pani Hete stoi w kuchni, przygotowuje kolację. Na patelni smaŜą się kartofle, smaczne, 
piękne kartofle w słoninie. Słoninę dostała od jednej z klientek za kanarka z gór Harzu. 
Cieszyła się, Ŝe moŜe mu sprawić na kolację niespodziankę, lubił dobrze zjeść. Kartofle 
przybierają piękny, złotawoŜółty kolor.
Ale nagle pani Hete gasi gaz pod patelnią. JuŜ nie moŜe dłuŜej czekać na wyjaśniającą 
rozmowę. Wchodzi do izby ponura i masywna, opiera się plecami o piec i pyta niemal 
groźnym głosem: - No, i co?
Siedział przy stole, który sam nakrył dla obojga, gwiŜdŜąc swoim zwyczajem.
Przy ostrym „no, i co?" drgnął, wstali popatrzył na masywną postać.
-  Tak, Hete - powiedział - czy zaraz będzie kolacja? .Kiszki mi strasznie marsza grają.
Chciałaby z wściekłości uderzyć tego męŜczyznę, który sądzi, Ŝe jest gotowa milczeć jak grób 
wobec takiej zdrady. Widać czuje się juŜ zupełnie pewny siebie, ten pan, dlatego, Ŝe spał z nią 
w jednym łóŜku! Ogarnęła ją niezwykła wściekłość, najchętniej potrząsałaby drabem i biła 
go, jeszcze raz, i jeszcze raz!
Ałe opanowuje się i powtarza swoje „no i ,cóT' jeszcze groźniej..
-  Achrtak!,- powiada Enno - chodzi ci o te pieniądze, Hete- sięga ; dp. kieszeni i wyciąga 

Strona 68

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

zwitek banknotów. -Masz, Hete, tu .jest dwieście dziesięć marek, a ja wziąłem z kasy tylko 
dziewięćdziesiąt dwie marki - Śmieje się trochę zaŜenowany. - Chciałem teŜ przyczynić się 
nieco do naszego gospodarstwa!
-  Skąd wziąłeś tyle pieniędzy?
-  Dziś po południu odbyły się wielkie zawody konne w Karlshorst. Przyszedłem akurat w 
porę, aby postawić na Adebara. Adebar zwycię. Ŝył. Wiesz - stawiam chętnie na konie, znam 
się na tym dość dobrze Hete. - Mówi  to z zupełnie niezwykłą u niego dumą. - Niecałe 
dziewięćdziesiąt dwie marki, postawiłem tylko pięćdziesiąt. Totalizator płacił...
-  A co byś zrobił, gdyby koń nie zwycięŜył?
-  Adebar musiał zwycięŜyć - nie mogło być inaczej.
-  A gdyby jednak nie zwycięŜył?
Tym razem Enno czuje się wyŜszy od tej kobiety. Uśmiecha się mówiąc: - Widzisz, Hete, nie 
znasz się zupełnie na wyścigach, a ja wiem o nich wszystko. Jeśli mówię, Ŝe Adebar wygra, i 
ryzykuję nawet pięćdziesiąt marek...
Przerywa mu. Mówi ostro: - Ryzykowałeś moje pieniądze! Nie Ŝyczę sobie tego! Jeśli 
potrzebujesz pieniędzy, powiedz. Nie musisz u mnie pracować tylko za utrzymanie. Ale bez 
mojego zezwolenia nie masz prawa brać pieniędzy z kasy. Zrozumiałeś?
Enno traci pewność siebie wobec tego niesłychanie ostrego tonu. Powiada Ŝałośnie (ona wie, 
Ŝe zaraz zacznie płakać, i boi się juŜ tych łez):
- Jak ty ze mną mówisz, Hete? Jakbym był tylko twoim robotnikiem! Oczywiście, Ŝe nie 
wezmę więcej pieniędzy z kasy. Myślałem, Ŝe sprawię ci radość, jeśli zarobię pieniądze. A 
wygrana była przecieŜ zupełnie pewna.
Pani Hete nie podejmuje tej gadaniny. Pieniądze były dla niej zawsze sprawą drugorzędną, 
waŜne jest zawiedzione zaufanie. „Ten głupiec myśli, Ŝe złoszczę się tylko z powodu 
pieniędzy." Powiada: - I dla tego totka po prostu zamknąłeś sklep?
-  Tak - mówi Enno - musiałabyś go przecieŜ i tak zamknąć, gdyby mnie nie było.
-  I wiedziałeś juŜ, zanim poszłam, Ŝe chcesz go zamknąć?
- Tak - powiedział bardzo głupio. I prędko się poprawił: - Nie! Oczywiście nie, bo prosiłbym 
cię o pozwolenie. Wpadło mi to na myśl, gdy przechodziłem koło sklepu bokmacherów do 
Neue Koenigstrasse,  \viesz gdzie. Przeczytałem na wystawie program i kiedy zobaczyłem, Ŝe 
Ądebar w tej gonitwie jest outsiderem*, dopiero wtedy się zdecydowałem.
- Tak - mówi kobieta. Nic mu nie wierzy. Planował to juŜ wówczas, gdy odprowadzał ją do 
metra. Przypomina sobie, Ŝe dziś rano długo szeleścił gazetą i liczył coś na kartce, nawet 
wtedy, kiedy pierwsi kupujący byli juŜ w sklepie.
-  Tak - mówi jeszcze raz - idziesz sobie po prostu na spacer do miasta, chociaŜ umówiliśmy 
się, Ŝe nie będziesz pokazywał się ze względu na gestapo?
-  Ale pozwoliłaś przecieŜ, abym cię odprowadził do metra!
-  Wtedy byliśmy razem. I powiedziałam wyraźnie, Ŝe to ma być tylko próba! To wcale nie 
znaczy, Ŝe masz pół dnia wałęsać się po mieście. Gdzieś był?
-  A, tylko w takim jednym małym lokalu, który znam od dawna. Tam nigdy nikt z gestapo 
nie zagląda. Przychodzą tam tylko bok-macherzy i ci, co stawiają na konie.
-  I wszyscy cię tam znają! I wszędzie mogą opowiedzieć, Ŝe tam a tam widzieli Enna 
Klugego!
-  Ale gestapo przecieŜ teŜ wie, Ŝe ja gdzieś muszę być. Tylko nie wie, gdzie. Ten lokal jest 
stąd bardzo daleko, na Weddingu, i nie było tam Ŝadnego znajomego, który mógłby mnie 
sypnąć!
Mówi to dobrodusznie i z przekonaniem. Kiedy go się słucha, odnosi się wraŜenie, Ŝe ma 
rację. Enno nie rozumie wcale, jak bardzo zawiódł jej zaufanie i jaką walkę ta kobieta stacza 
ze sobą przez niego. Wziął pieniądze - aby jej sprawić radość, zamknął sklep - przecieŜ i ona 
by to zrobiła! Poszedł do lokalu - to było tak bardzo daleko - na Weddingu. śe bała się o 
swoją miłość, z tego nic nie rozumiał, coś takiego nie przyszło mu wcale do głowy!
-  A więc, Enno? - zapytała - czy to wszystko, co masz mi w tej sprawie do powiedzenia? Czy 
teŜ moŜe...
-  No, cóŜ jeszcze mam ci powiedzieć, Hete? Widzę przecieŜ, Ŝe jesteś bardzo niezadowolona 
ze mnie, ale naprawdę nie wydaje mi się, abym zrobił taki straszny błąd. - Teraz napłynęły 
jednak łzy, których się tak -  Outsider (ang.) - tu koń wyścigowy nie naleŜący do faworytów, 
mający małe szansę zwycięstwa.

obawiała. - Ach, Hete, bądź znów dobra dla mnie! Będę się ciebie o wszystko pytał! Bądź 
tylko dobra dla mnie, ja tak nie wytrzymam! Ale tym razem nie działały na nią ani łzy, ani 
prośby. Coś w tym wszystkim brzmiało fałszywie. Brzydziła się niemal tego płaczącego 
męŜczyzny.
-  Muszę się nad tym wszystkim dobrze zastanowić, Enno - powiedziała tonem samoobrony. - 
Wydaje mi się, Ŝe wcale nie rozumiesz, jak cięŜko naduŜyłeś mego zaufania.
I przeszła obok niego do kuchni, aby dokończyć smaŜenia kartofli. A więc odbyła tę 
rozmowę. I do czego to doprowadziło? Czy w ten sposób wyjaśniły się ich wzajemne 
stosunki, czy to ułatwiło jej decyzję?
Nic z tego! Rozmowa pokazała jej tylko, Ŝe ten człowiek nie potrafi wcale pojąć swojej winy, 
Ŝe kłamie bez namysłu, jeŜeli wydaje mu się, Ŝe sytuacja tego wymaga, przy czym jest mu 
wszystko jedno, kogo okłamuje.
Nie, to nie był odpowiedni męŜczyzna dla niej. Musiała z nim skończyć. Oczywiście, było dla 
niej jasne, Ŝe nie moŜe go jeszcze dziś wieczór wyrzucić na ulicę. PrzecieŜ nie zdawał sobie 
wcale sprawy z tego, co zrobił. Był jak szczeniak, który pogryzł parę butów i zupełnie nie ma 
pojęcia, za co jego pan go bije.
Musiała mu zostawić dzień lub dwa, aby znalazł sobie nową kwaterę. JeŜeli przy tym 
wpadnie w ręce gestapo, to trudno, nie moŜe temu zapobiec. PrzecieŜ i on się naraŜa i to z 
powodu totalizatora! Nie, musi się uwolnić od niego, nigdy juŜ nie odzyska do niego 
zaufania. Musi Ŝyć sama dla siebie, od dziś aŜ do śmierci. I myśl ta napawa ją strachem, Ale 
mimo tego strachu mówi do niego po kolacji:
-  Zastanowiłam się nad tym wszystkim, Enno. Musimy się rozejść. Jesteś miłym męŜczyzną, 
jesteś nawet przyjemny, ale patrzysz na świat zupełnie innymi oczyma niŜ ja. Na dłuŜej nie 
będziemy mogli być razem.
Spogląda na nią bez zrozumienia, podczas gdy pani Hete, jakby dla podkreślenia swoich 
słów, przygotowuje mu posłanie na kanapie. Z początku nie chce wierzyć swoim uszom, a 
potem, zaczyna skomleć: - O BoŜe! Hete! PrzecieŜ nie myślisz tego powaŜnie! PrzecieŜ 
kochamy się tak oboje! PrzecieŜ nie chcesz, Ŝeby mnie gestapo złapało na ulicy.

Strona 69

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  Ech.f - powiada kobieta i chce się sama uspokoić własnymi słowami."- Z tym gestapo nie 
jest znowu tak źle, bo nie latałbyś chyba dzisiaj przez pół dnia po mieśeiel .. <-••«.    ,         
                     
^
 Ale Enno pada na kolana. Rzeczywiście, przesuwa się do niej na kolanach. Strach pozbawił 
go zupełnie zmysłów. - Hete, Hete! - krzyczy i łka. - PrzecieŜ nie chcesz mnie zabić! Musisz 
mnie zatrzymać u siebie! Dokąd mam pójść? Ach, Hete, kochaj mnie choć troszeczkę, jestem 
przecieŜ taki nieszczęśliwy...
Wycie i pisk. Mały, skomlący ze strachu psiak.
Chce objąć jej nogi, chwytają za ręce. Kobieta ucieka przed nim do sypialni i zamyka się na 
klucz. Ale słyszy, jak przez całą noc wciąŜ na nowo stuka do drzwi, próbuje klamki, skomli i 
Ŝebrze...
Pani Hete leŜy zupełnie cicho. Zbiera wszystkie siły, aby nie ustąpić, aby nie zmięknąć pod 
wpływem własnego serca i tej Ŝebraniny za drzwiami. Pozostaje niezłomna w swoim 
postanowieniu rozejścia się z nim.
Przy śniadaniu siedzą naprzeciwko siebie z bladymi, niewyspanymi twarzami. Ledwie 
zamieniają słowo ze sobą. Zachowują się, jakby nie było Ŝadnego nieporozumienia.
„Zdaje sobie teraz sprawę z sytuacji - myśli kobieta - i jeśli dziś nie poszuka sobie pokoju, 
musi jutro wieczorem pomimo to wyjść z domu. Jutro przy obiedzie powiem mu to jeszcze 
raz. Musimy się rozejść!"
O tak, pani Hete Haeberle jest równie odwaŜną jak porządną kobietą i jeśli później nie 
przeprowadza jednak swego postanowienia, jeśli Enna nie odpycha od siebie, to juŜ nie zaleŜy 
od niej; to zaleŜy od ludzi, których wcale jeszcze nie zna. Na przykład od komisarza 
Eschericha i od pana Borkhausena.
ROZDZIAŁXXVII Emil Borkhausen staje się poŜyteczny W okresie gdy Enno Kluge i pani 
Haeberle zawarli związek Ŝyciowy, który tak szybko się rozchwiał, komisarz Escherich 
przeŜywał cięŜkie czasy. Wolał nie ukrywać wobec swego przełoŜonego Pralla, Ŝe Enno 
Kluge umknął swoim aniołom-stróŜom i zatonął w morzu wielkomiejskim, nie zostawiając 
Ŝadnego śladu.
Komisarz Escherich pozwolił pokornie obrzucać się gradem wyzwisk, będących następstwem 
tego wyznania: był idiotą, bałwanem, trzeba go zamknąć w lochu, tego ślamazarę, który przez 
rok niemal nie potrafi znaleźć idiotycznego autora kartek pocztowych!
A gdy juŜ wreszcie miał ślad, to pozwolił temu drabowi zwiać! Taki kretyn! Właściwie 
komisarz Escherich udzielił pomocy w zdradzie głównej i poniesie za to wszelkie 
konsekwencje, jeŜeli w ciągu tygodnia, licząc od dnia dzisiejszego, nie przyprowadzi Enna 
Klugego obergrup-penfuehrerowi Prallowi!
Komisarz Escherich pokornie wysłuchał wszystkich wyzwisk. Ale podziałały na niego dość 
osobliwie: mimo Ŝe wiedział dokładnie, iŜ Enno Kluge nie ma nic wspólnego z kartami, Ŝe 
nie pomoŜe mu ani na krok w drodze do stwierdzenia toŜsamości rzeczywistego sprawcy, 
mimo to zainteresowanie komisarza skoncentrowało się nagle na sprawie schwytania małego 
człowieczka bez znaczenia, Enna Kluge. To było zresztą rzeczywiście zbyt denerwujące, Ŝe ta 
pluskwa, z której pomocą zamierzał tak zgrabnie bujać swych przełoŜonych, wyskoczyła mu 
z palców. W tym tygodniu Klabautermann był szczególnie pilny: trzy pisane przez niego 
karty wylądowały na biurku komisarza. Lecz po raz pierwszy, od czasu gdy opracowywał tę 
sprawę, Eschericha absolutnie nie interesowały ani karty, ani ich autor. Zapomniał nawet 
wetknąć chorągiewki na planie Berlina, w miejscach znalezienia kart.
Nie, przede wszystkim chciał odnaleźć Enna Klugego. Escherich robił rzeczywiście 
nadzwyczajne starania, aby dostać tego człowieka. Pojechał nawet w okolice Ruppina, do 
Ewy Kluge, uzbrojony na wszelki wypadek w nakaz aresztowania jej i męŜa. Ale przekonał 
się od razu, Ŝe ta kobieta rzeczywiście nie miała absolutnie nic wspólnego z męŜem i Ŝe 
wiedziała bardzo mało o jego Ŝyciu w ostatnim roku.
To, co wiedziała, opowiedziała komisarzowi ani specjalnie chętnie, ani specjalnie opornie, po 
prostu najzwyczajniej, obojętnie. Tej kobiecie było widocznie zupełnie obojętne, co stanie się 
z jej męŜem, co zrobił albo czego nie zrobił. Komisarz dowiedział się od niej tylko nazw 
dwóch czy trzech lokali, w których Enno dawniej bywał, usłyszał o jego namiętności do 
wyścigów i zapisał sobie równieŜ adres pewnej Tutti Haebekreuz, od której kiedyś przyszedł 
list na adres domowy. W liście tym Enno Kluge został obwiniony, Ŝe ukradł tej Haebekreuz 
pieniądze i kartki Ŝywnościowe. Nie, pani Kluge nie oddała tego listu męŜowi,  kiedy ostatni 
raz go widziała, ani nie mówiła z nim o tym, zapamiętała tylko adres -jako listonosz 
specjalnie dobrze pamięta adresy.
Z tymi wiadomościami komisarz Escherich wrócił do Berlina. Wierny swej maksymie 
stawiania pytań, ale nieodpowiadania na nie, niekolportowania Ŝadnych wiadomości, strzegł 
się, by Ewie Kluge nie napomknąć o dochodzeniu, które toczyło się przeciwko niej w 
Berlinie. Wracał z niewielką zdobyczą, ale był to jednak początek, w pewnym sensie ślad 
śladu i mógł dzięki temu pokazać Prallowi, Ŝe coś robi, Ŝe nie tylko czeka. A o to właśnie 
chodziło tym panom z góry, aŜeby coś robić, choćby nawet na fałszywym tropie, tak jak 
zresztą cała sprawa Klugego była przecieŜ fałszywym tropem. Tylko czekania nie mogli ci 
panowie znieść.
Wywiad u Haebekreuz nie dał wyniku. Poznała Klugego w kawiarni, znała równieŜ jego 
miejsce pracy. Mieszkał u niej dwa razy po kilka tygodni, pisała do niego w sprawie 
pieniędzy i kartek Ŝywnościowych, tak - to była prawda. Ale Enno wyjaśnił to w czasie swych 
drugich odwiedzin: kartki i pieniądze zwędził inny sublokator, nie Enno.
Potem znów znikł, nic jej nie mówiąc, pewnie do innej kobiety, to było w jego stylu. Nie, ona 
oczywiście nie miała z nim nic wspólnego. Nie ma pojęcia, dokąd się wyprowadził. Ale w tej 
okolicy na pewno nie był, bo dawno juŜ usłyszałaby coś o nim.
W obu knajpach był znany pod imieniem Enna, tak jest. JuŜ od dawna go nie widziano. Tak, 
ale wracał zawsze od czasu do czasu. - Tak jest, panie komisarzu, nie damy nic po sobie 
poznać. Jesteśmy solidnymi knajpiarzami, do nas zachodzą tylko uczciwi ludzie, interesujący 
się szlachetnym sportem wyścigowym. Damy panu natychmiast znać, jeśli ten Enno znów się 
zjawi. Heil Hitler, panie komisarzu!
Komisarz Escherich zatrudnił dziesięciu ludzi, którzy mieli prowadzić poszukiwania Enna 
Klugego u wszystkich bokmacherów i knaj-piarzy na północy i na wschodzie Berlina. I w 
czasie czekania na wynik tej akcji nastąpiła w Escherichu druga osobliwa zmiana: nagle nie 
wydawało mu się juŜ zupełnie wykluczone, Ŝe Enno Kluge ma coś wspólnego z kartami. Zbyt 
specjalne poszlaki gromadziły się dokoła tego człowieka: znaleziona u lekarza karta, dalej 
Ŝona - dawny członek Partii, a potem jej niespodziewane podanie o wystąpienie z partii; 

Strona 70

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

prawdopodobnie syn zrobił coś w SS, co matce się nie podobało. MoŜe ten Enno Kluge był o 
wiele bardziej cwany, niŜ komisarzowi się  wydawało. MoŜe prócz tej karty był jeszcze jakiś 
inny smród, który Kluge chciał zataić. Wydawało mu się to niemal pewne.
Potwierdził to równieŜ asystent Schroeder, z którym komisarz dla odświeŜenia pamięci 
powoli omówił raz jeszcze całą sprawę. Asystent Schroeder sądził równieŜ, Ŝe z Klugem coś 
się nie zgadza, Ŝe ten coś ukrywa. Zobaczymy, wkrótce powinno się coś stać w tej sprawie. 
Komisarz czuł to, a w takich wypadkach przeczucie rzadko go myliło.
I tym razem rzeczywiście nie omyliło go. W tych dniach zagroŜenia i zdenerwowania 
zameldowano komisarzowi, iŜ niejaki Borkhausen prosi o przyjęcie.
-  Borkhausen? - zastanowił się komisarz Escherich. - Borkhausen? Co to za Borkhausen? 
Aha, juŜ wiem, ten mały szpicel, który gotów jest za pięć groszy wydać własną matkę!
A głośno: - Niech wejdzie. - Gdy Borkhausen wszedł, powiedział do niego: - JeŜeli chce mi 
pan coś powiedzieć o Persickach, moŜe pan od razu zrobić w tył zwrot!
Borkhausen długo patrzył na komisarza i milczał. Sprawiał wraŜenie, Ŝe jednak zamierza 
mówić o Persickach.
-  A więc - powiedział komisarz. - Dlaczego nie robi pan „w tył zwrot", Borkhausen?
-  Persicke ma  przecieŜ radio  Rosenthalowej,  panie komisarzu - powiedział Borkhausen 
głosem pełnym wyrzutu - teraz wiem to na pewno, ja...
-  Rosenthalowej? - zapytał Escherich - to ta stara śydówa, która na ulicy Jabłońskiego 
wyskoczyła z okna?
-  Właśnie ona - potwierdził Borkhausen - a radio po prostu ukradł jej, to jest - ona juŜ wtedy 
nie Ŝyła, ale z mieszkania...
Escherich oświadczył: - Rozmawiałem w tej sprawie z komisarzem Ruschem. JeŜeli pan nie 
przestanie judzić przeciwko Persickom, pobawimy się z panem. Nie chcemy o tej sprawie 
słyszeć więcej ani słowa - a juŜ od pana na pewno nie. Jest pan najostatniejszy, który miałby 
prawo grzebać się w tych rzeczach. Tak, właśnie pan, Borkhausen!
-  Ale przecieŜ zwędził radio... - zaczai znów Borkhausen z owym tępym uporem, który daje 
tylko ślepa nienawiść. - Jeśli mogę mu wprost udowodnić...
-  Teraz niech no się pan wynosi,  Borkhausen, bo kaŜę pana odprowadzić wprost do nas, do 
piwnicy!
-  To pójdę do prezydium na Alexanderplatz - oświadczył Borkhausen  głęboko  dotknięty.  -  
Co jest  słuszne,  musi  być  słuszne, a zwędzone jest zwędzone...
Ale Escherichowi wpadło coś innego na myśl, mianowicie sprawa Klabautermanna, która 
stale zaprzątała jego umysł. Nie słuchał wcale tego idioty. - Niech mi pan powie, Borkhausen 
- powiedział - zna pan przecieŜ kupę ludzi i chodzi często do knajp? Czy zna pan moŜe 
pewnego Enna Klugego?
Borkhausen, który wietrzył juŜ interes, powiedział jeszcze uraŜony: - Znam pewnego Enna, 
czy dalej mu Kluge, tego nie wiem. Właściwie myślałem zawsze, Ŝe Enno - to jest jego 
nazwisko.
-  Mały, wątły człowieczek, blady, spokojny, nieśmiały?
-  To by się zgadzało, panie komisarzu.
-  Jasne palto, brązowa czapka sportowa w duŜe kraty? -. Znam takiego.
-  Wiecznie ma historie z kobietami?
-  U mojego nic nie wiem o historiach z kobietami; tam, gdzie go widziałem, nie przychodzą 
kobiety.
-  Lubi trochę stawiać na totka.
-  Zgadza się, panie komisarzu.
-  Lokale: „Gonitwa" i „Start".
-  Ten sam, panie komisarzu, pański Enno Kluge jest moim Ennem!
-  Musi mi pan go znaleźć, Borkhausen! Niech pan zawiesi to całe zawracanie głowy z 
Persickami na kołku, to doprowadzi pana tylko do kacetu. Niech pan lepiej się dowie, gdzie 
tkwi Enno Kluge!
-  PrzecieŜ to Ŝadna ryba dla pana! - zawołał Borkhausen. - To przecieŜ taki mały pinczerek! 
Takie wielkie zero! Co pan chce od tego idioty, panie komisarzu?
-  Pozostaw pan to mnie, Borkhausen. JeŜeli przez pana dostanę Enna Klugego, zarobi pan 
pięćset marek!
-  Pięćset marek, panie komisarzu? Dziesięciu moich Ennów niewartych jest pięciuset marek! 
To musi być omyłka.
-  MoŜe to rzeczywiście omyłka, ale pana to nic nie obchodzi, Borkhausen. Dostanie pan 
swoje pięćset fajgli tak czy owak.
-  Niech tam! JeŜeli pan tak mówi, panie komisarzu, postaram się Enna złapać. Ale wskaŜę 
panu tylko tego człowieka, nie przyprowadzę §o tutaj. Nie chcę wcale z takim gadać...
 -  Co tam było między wami? Zazwyczaj przecieŜ nie jesteś taki przeczulony, Borkhausen! 
Prawdopodobnie macie jakieś wspólne ciemne sprawki. Ale nie chcę wnikać w wasze słodkie 
tajemnice. Odpłyń, Borkhausen, i sprowadź mi Klugego.
-  Chciałbym prosić o małą zaliczkę, panie komisarzu. Nie, nie o zaliczkę - poprawił się - o 
pieniądze na koszty.
-  Jakie będziesz miał koszty, Borkhausen? Jestem bardzo ciekaw!
-  Muszę pojechać metrem, muszę tracić czas w najróŜniejszych knajpach, tu postawić wódkę, 
tam kolejkę i forsa leci, panie komisarzu! Ale myślę, Ŝe pięćdziesiąt marek wystarczy.
-  Tak, kiedy potęŜny Borkhausen wchodzi do knajpy, wszyscy juŜ czekają, Ŝeby im postawił. 
No, dam ci dziesięć marek, ale teraz odwalaj naprawdę. Myślisz, Ŝe nie mam nic innego do 
roboty, tylko gadać z tobą?
Borkhausen rzeczywiście był zdania, Ŝe komisarz nie ma nic innego do roboty, jak wyciągać 
z ludzi, co się da, i kazać innym pracować za siebie. Ale oczywiście nie powiedział mu tego. 
Podszedł naprawdę do drzwi, mówiąc: - Ale, jeśli sprowadzę panu Klugego, musi mi pan 
takŜe pomóc z Persickami. Za bardzo wŜarli mi się w bebechy.
Jednym skokiem Escherich był przy nim. Złapał go za ramiona 1 podsunął mu pięść pod nos.
-  Widzisz? - krzyknął wściekle - czy chcesz to powąchać, głupi psie? Jeszcze słowo o 
Persickach, a poślę cię do bunkra, choćby wszyscy Ennowie Kluge z całego świata mieli latać 
na wolności!
I kopnął Borkhausena kolanem w tyłek tak, Ŝe ten jak z procy wyleciał na korytarz. Tam 
wpadł na przechodzącego oficera SS, który z kolei kopnął go jeszcze mocniej.
Odgłos kopnięć zwrócił uwagę dwóch wartowników SS na podeście schodów. Chwycili 
zataczającego się jeszcze Borkhausena i zrzucili go ze schodów jak worek kartofli, na łeb, na 
szyję.

Strona 71

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Gdy Borkhausen leŜał na dole jęcząc i trochę krwawiąc, jeszcze ogłuszony upadkiem, 
następny wartownik chwycił go za kołnierz wrzeszcząc: - Ty świnio, chcesz nam zapaskudzić 
czystą podłogę? - Powlókł go do wyjścia i wyrzucił na ulicę.
Komisarz Escherich obserwował z zadowoleniem tę scenę aŜ do chwili, kiedy schody zakryły 
szpicla przed jego wzrokiem.

Przechodnie na Prinz-Albrecht-Strasse bojaźliwie omijali nawet spojrzeniem leŜącego w 
błocie nieszczęśliwca. Wiedzieli przecieŜ, z jak niebezpiecznego domu został wyrzucony. 
MoŜe to przestępstwo spojrzeć litościwie na nieszczęsnego, a pomóc mu na pewno nie było 
wolno.
Wartownik, który cięŜkimi krokami podszedł teraz do wyjścia, powiedział: - Ty świnio, jeśli 
jeszcze przez .trzy minuty będziesz zanieczyszczał naszą fasadę, uszyję ci buty, i to na miarę!
Pomogło. Borkhausen dźwignął się i potoczył na ołowianych, obolałych nogach do domu. 
Wewnętrznie płonął znów z bezsilnej nienawiści i złości, a nienawiść ta mocniej paliła, niŜ 
bolały skaleczenia. Postanowił nie ruszyć palcem dla tego drania komisarza. Niech sobie sam 
szuka swego Enna Klugego!
Ale następnego dnia, gdy złość nieco opadła, a głos rozsądku znów przemówił, powiedział 
sobie, Ŝe, po pierwsze - dostał od komisarza Eschericha dziesięć marek i musi za nie 
pracować. W przeciwnym razie czeka go nieuchronnie oskarŜenie o oszustwo. Po drugie - w 
ogóle niedobrze było naraŜać się tak wysoko postawionym panom. Oni mieli władzę, a kto 
był mały, musiał słuchać. Z tym wyrzuceniem za drzwi wczoraj stało się ostatecznie jakoś 
przypadkiem. Gdyby nie wpadł na oficera, skończyłoby się na jednym kopniaku. Dla nich to 
chyba był Ŝart, zresztą gdyby Borkhausen widział, jak ktoś inny tak spada, śmiałby się teŜ 
serdecznie. Na przykład gdyby tak wyfrunął Enno Kluge!
A teraz trzeci powód, dla którego Borkhausen wolał jednak wykonać polecenie: mógł w ten 
sposób odpłacić pięknym za nadobne Klugemu, który przez idiotyczny ochlaj zawalił 
wówczas cały tak piękny interes.
Borkhausen udał się obolały, chociaŜ pełen dobrej woli, do dwóch lokali, zbadanych juŜ przez 
komisarza Eschericha, oraz do kilku innych jeszcze. Nie pytał gospodarzy o Enna, tylko stał, 
pił powoli i bałamucił ponad godzinę przy jednym kuflu, gadał trochę o koniach, o których 
coś niecoś wiedział dzięki wiecznemu przysłuchiwaniu się (choć nie miał namiętności do 
hazardu), a potem szedł do następnego lokalu i robił zupełnie to samo. Miał cierpliwość ten 
Borkhausen. Mógł tak spędzać całe dni, nie zaleŜało mu na czasie.
Ale nie trzeba mu było na to zbyt wiele cierpliwości, poniewaŜ juŜ Wstępnego dnia zobaczył 
Enna w lokalu „Gonitwa". Był świadkiem jak chudzielec wygrał na Adebara i odczuł ostrą 
zazdrość o szczęście  sprzyjające takiemu idiocie. Poza tym zdziwił go banknot 
pięćdziesięcio-markowy, który Kluge wręczył bokmacherowi. Pracą tego nie zdobył, to 
Borkhausen natychmiast wywąchał. Musiał się wygodnie urządzić, ten mały krętacz.
Jest rzeczą zupełnie zrozumiałą, Ŝe panowie Borkhausen i Kluge nie znali się nawzajem, nie 
patrzyli nawet na siebie.
Nieco mniej zrozumiały jest fakt, Ŝe knajpiarz nie zadzwonił do komisarza Eschericha, mimo 
swego świętego przyrzeczenia. Tak to juŜ było: ludzie bali się gestapo i Ŝyli w wiecznym 
strachu przed nim, ale nie znaczyło to bynajmniej, aŜeby robić mu takie drobne przysługi. Nie 
zdobyto się jednak na to, aby ostrzec Enna Klugego - nie zdradzono go tylko.
Zresztą komisarz Escherich nie zapomniał o zaniechanym telefonie. Zawiadomił o tym 
odpowiedni oddział, gdzie natychmiast zanotowano w kartotece na karcie knajpiarza słowo 
„niepewny". Któregoś dnia, prędzej czy później, knajpiarz odczuje na własnej skórze, co to 
znaczy, gdy jest się w gestapo uznanym za niepewnego.
Z obu panów pierwszy opuścił lokal Borkhausen. Nie odszedł jednak daleko, ale ukrył się za 
słupem ogłoszeniowym, gdzie ze spokojem oczekiwał wyjścia małego Enna. Borkhausen był 
anio-łem-stróŜem, który tak łatwo nie tracił z oczu swojej ofiary. A tej ofiary - na pewno nie! 
Udało mu się nawet wcisnąć do tego samego wagonu metra, do którego wsiadł Enno, i, 
chociaŜ Borkhausen był wysoki, Enno go nie zauwaŜył.
Enno Kluge myślał tylko o swej wygranej na Adebara, o pieniądzach, które wreszcie tak 
ponętnie szeleściły w jego kieszeni, a potem pomyślał o Hecie, u której mu było przecieŜ 
bardzo dobrze. Z miłością i wzruszeniem myślał o dobrej, niemłodej juŜ kobiecie, ale nie 
pomyślał o  tym, Ŝe okłamał ją i okradł przed paru zaledwie godzinami.
Oczywiście, gdy doszedł do sklepu i zobaczył podniesione Ŝaluzje 1 Hetę pracującą juŜ w 
sklepie (na pewno wzięła mu za złe jego ucieczkę), wtedy jego dobry nastrój prysnął. Ale z 
fatalizmem, z którym ludzie jego typu ulegają wszelkim przeciwnościom, wszedł do sklepu 
na spotkanie awantury. Nikogo jednak nie moŜe zdziwić, Ŝe zajęty takimi myślanu niezbyt 
dokładnie zwracał uwagę na to, kto mu łazi po piętach.
Borkhausen widział Klugego znikającego w sklepie.
Stał nie opodal w bramie, poniewaŜ sądził, Ŝe Kluge chce tam coś kupić i zaraz wyjdzie. Ale 
klienci wchodzili i wychodzili, wchodzili i wychodzili, i Borkhausen zaczai się denerwować. 
JeŜeli przeoczył wyjście Klugego... A czuł juŜ te pięćset fajgli w kieszeni, jeszcze tego 
wieczora.
Teraz Ŝaluzje zostały opuszczone i było juŜ pewne, Ŝe Enno w jakiś sposób zwiał. MoŜe 
jednak zwietrzył swojego prześladowcę i przeszedł pod jakimś pretekstem przez sklep na 
podwórze, a potem znów wyszedł przez bramę. Borkhausen przeklinał swoją głupotę, Ŝe nie 
pilnował równieŜ bramy. WciąŜ gapił się na drzwi sklepowe. Taki osioł dardanel-ski!
CóŜ, była jeszcze moŜliwość spotkania Enna jutro lub pojutrze znów w tym lokalu. Teraz, 
kiedy powiodło mu się z Adebarem, bzik wyścigowy nie da mu spokoju. Będzie co dzień 
przychodził i tak długo stawiał, póki forsa się nie rozpłynie. Taki outsider jak Adebar nie 
biega co tydzień, a kiedy juŜ biegł, nie stawiano na niego. Enno prędko pozbędzie się swych 
pieniędzy.
W drodze powrotnej Borkhausen przeszedł jeszcze raz tuŜ koło sklepu. Nagle zauwaŜył przez 
szybę (Ŝaluzje były spuszczone tylko przed drzwiami), Ŝe w sklepie pali się światło. Przytknął 
nos do szyby i ponad akwariami i klatkami pełnymi ptaków wypatrzył, Ŝe w sklepie 
pracowały jeszcze dwie osoby: kobieta, tęga jak wyrośnięty budyń, w najniebezpieczniejszym 
wieku, jak to od razu słusznie ocenił, i jego przyjaciel Enno. Enno w zarękawkach i 
niebieskim fartuchu, Enno, który pilnie napełniał pokarmem miseczki, nalewał wodę i czyścił 
szkockiego teriera.
CóŜ u diabła, miał w sobie taki idiota jak Enno! Co te kobiety w nim widziały? On, 
Borkhausen, siedział z Otti i pięcioma bękartami, a taki stary pryk po prostu przyszedł i 
zagnieździł się od razu w takim porządnym handlu - z kobietą, rybami i ptakami.

Strona 72

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Borkhausen pogardliwie splunął. CóŜ to za kretyński świat, który Borkhausenowi odmawiał 
wszystkiego dobrego, aby rzucać to pod nogi takiemu idiocie!
Ale im dłuŜej Borkhausen patrzył, tym jaśniejsze było dla niego, Ŝe Wokół tej pary nie 
kwitnie czar miłości. Ledwie odzywali się do siebie, niemal nie patrzyli na siebie i moŜliwe, 
Ŝe mały Enno Kluge nie był tu niczym więcej tylko robotnikiem, który pomagał kobiecie przy 
sprzątaniu sklepu. Jeśli tak, to po pewnym czasie wyjdzie z tego domu.
Borkhausen powrócił więc na nowo na swój punkt obserwacyjny w bramie. PoniewaŜ Ŝaluzje 
były spuszczone, Kluge wyjdzie przez bramę, i dlatego Borkhausen nie spuszczał oka z drzwi 
wejściowych. Ale światło w sklepie zgasło, a Kluge wciąŜ jeszcze nie wychodził. Wtedy 
Borkhausen zdecydował się na powaŜny krok. Mimo niebezpieczeństwa, Ŝe spotka Enna w 
sieni, wśliznął się do domu.
Przede wszystkim Borkhausen zanotował w pamięci nazwisko „H. Haeberle", a następnie 
przemknął się na podwórze. I patrzcie no! Miał szczęście, zapalili juŜ światło, mimo Ŝe 
zapadał dopiero zmrok. Patrząc przez szparę obok krzywo wiszącej story, Borkhausen mógł 
dobrze widzieć cały pokój. To jednak, co zobaczył, było dla niego taką niespodzianką, Ŝe 
niemal się przestraszył.
Jego przyjaciel Enno klęczał na podłodze i klęcząc czołgał się za tą grubą kobietą, która z 
lękliwie przyciśniętą do kolan spódnicą cofała się przed nim krok za krokiem. Ennoczek 
jednak podniósł ramiona i wyglądał na płaczącego i jęczącego.
„Moi dobrzy ludzie" - pomyślał Borkhausen. Na swoim posterunku obserwacyjnym 
przestępował zachwycony z nogi na nogę. „Moi dobrzy ludzie - jeŜeli w ten sposób 
zaostrzacie sobie apetyt na noc, to Ŝyczę smacznego! Jesteście jednak pierońsko komiczne 
ptaszki! Chętnie postoję tutaj przez pół nocy i będę się na was gapił."
Ale drzwi zamknęły się za starą, a Enno stał przed drzwiami, poruszał klamką i wydawało się, 
Ŝe w dalszym ciągu chlipie i zaklina babę.
„MoŜe jednak nie były to tylko przygotowania do nocy - pomyślał Borkhausen. - MoŜe 
pokłócili się ze sobą albo Enno chciał coś od niej, czego ona nie chce mu dać, albo ta kobieta 
w ogóle nie chce znać tego zakochanego starego osła... CóŜ to mnie obchodzi? W kaŜdym 
razie Enno zostanie tu na noc, po cóŜ bowiem przygotowała dla niego takie piękne białe 
posłanie na kanapie?"
Enno Kluge stał akurat przed posłaniem. Borkhausen widział zupełnie dokładnie twarz swego 
byłego kumpla. Zadziwiający był teraz jego wygląd. Dopiero co płacz i jęki, a teraz ten 
człowiek śmiał się. Patrzył na drzwi i znów się uśmiechał...
„Zagrał więc przed tą starą komedię. A więc, mój chłopcze, Ŝyczę ci wiele szczęścia! 
Obawiam się tylko, Ŝe Escherićh zepsuje ci zabawę.'
Kluge zapalił papierosa. Podszedł do okna, przez które obserwował go Borkhausen. 
Obserwator skoczył przeraŜony w bok - ale zaciemniająca roleta spłynęła w dół i Borkhausen 
mógł spokojnie opuścić na tę noc swój punkt obserwacyjny. śadnych większych 
niespodzianek nie naleŜało juŜ oczekiwać, w kaŜdym razie juŜ nic nie zobaczy. A Enno nie 
zwieje mu przez tę noc...
Właściwie Borkhausen umówił się z komisarzem Escherichem, Ŝe zadzwoni do niego 
natychmiast po wykryciu Enna Kluge, o kaŜdej porze dnia czy nocy. Ale gdy Borkhausen 
wracał w nocy z Koenigstor, zaczynał coraz bardziej wątpić, czy natychmiastowy telefon jest 
konieczny, czy będzie to dla niego, Borkhausena, z poŜytkiem. Wpadło mu na myśl, Ŝe w tej 
sprawie istnieją przecieŜ dwie strony i obie moŜna by wykorzystać.
Pieniądze Eschericha były pewne. Dlaczego nie spróbować wydusić nieco grosza równieŜ z 
Klugego? Enno miał w ręku banknot pięć-dziesięciomarkowy, który przyniósł mu po 
zwycięstwie Adebara ponad dwieście marek - cóŜ, czemu Borkhausen nie miałby zdobyć tej 
forsy? Escherichowi to nie zaszkodzi, poniewaŜ i tak dostanie swego Enna, a Ennowi teŜ nie 
zrobi krzywdy, bo i tak zabiorą mu te pieniądze w gestapo. A więc?
A poza tym była jeszcze ta gruba kobieta, za którą Enno w tak komiczny sposób czołgał się 
na kolanach. Miała pieniądze, z pewnością kupę forsy. Sklep prosperował, miała sporo 
towaru, na klienteli teŜ jej nie zbywało. Wprawdzie jęki i czołganie się Enna nie wskazywały 
na to, by para doszła juŜ we wszystkim do porozumienia, ale mimo to któŜ wyda gestapo 
kochanka, nawet odepchniętego? Fakt, Ŝe stara tolerowała u siebie Enna, Ŝe przygotowała mu 
posłanie na kanapie, mimo Ŝe go odpaliła, wskazywał, Ŝe jednak zaleŜało jej jeszcze na nim. 
A jeśli zaleŜało jej na tym dziadydze, będzie płaciła; moŜe niewiele, ale coś jednak da. A 
Borkhausen nie miał zamiaru w Ŝadnym wypadku rezygnować z tego „czegoś".
Gdy Borkhausen doszedł w myślach do tego punktu - a w drodze powrotnej i w nocy, leŜąc 
obok swej Otti, wielokrotnie docierał do tego punktu - przejął go strach, Ŝe projektuje dość 
niebezpieczną grę. Escherićh na pewno nie był człowiekiem, który toleruje samowolę; 
wszyscy panowie z gestapo byli tacy sami, a posłanie człowieka do obozu było dla nich 
sprawą najprostszą w świecie. Borkhausen odczuwał potęŜny strach przed kacetem.
W kaŜdym razie był do tego stopnia owładnięty myślą przestępczą i przestępczą moralnością, 
Ŝe wmawiał w siebie uparcie, iŜ sprawę, która nadaje się do rozkręcenia, naleŜy rozkręcić. A 
sprawę Enna bez wątpienia moŜna było rozkręcić. Borkhausen prześpi się jeszcze, rano 
postanowi ostatecznie, czy iść od razu do Eschericha, czy teŜ spróbować przedtem z Kluge. 
Teraz chciał spać...
Ale nie zasnął, bo przyszło mu na myśl, Ŝe jeden człowiek tej sprawy nie rozkręci. On sam 
musi mieć nieco swobody ruchów. Musi na przykład pójść do Eschericha, a przez ten czas 
Enno byłby bez obstawy. A jeŜeli tę grubą babę weźmie w obroty, Enno moŜe w tym czasie 
zwiać. Niejeden tego nie zrobi. Ale nie miał drugiego, któremu mógłby zaufać, poza tym ten 
drugi zaŜądałby swojej części zysku. A Borkhausen nie był zwolennikiem podziału.
W końcu wpadło mu na myśl, Ŝe wśród pięciorga bękartów jest teŜ trzynastoletni syn, 
prawdopodobnie nawet jego syn. Zawsze miał uczucie, Ŝe ten pętak o arystokratycznym 
imieniu Kuno-Dieter jest jego synem, mimo Ŝe Otti stale twierdziła, Ŝe jest synem hrabiego - 
obszarnika z Pomorza. Ale Otti była zawsze hochsztaplerką, na co wskazywało juŜ samo imię 
chłopca - po jego domniemanym ojcu.
Z cięŜkim westchnieniem zdecydował się Borkhausen na zabranie chłopca jako rezerwowego 
anioła-stróŜa. Będzie go to kosztowało tylko małą awanturkę z Otti i parę marek dla chłopaka. 
Potem myśli Borkhausena zaczęły na nowo krąŜyć dookoła tego wszystkiego, powoli 
zamazywały się jednak i wreszcie zasnął.
R O2 DZIAŁ XXVIII Małe, zgrabne wymuszenie Opowiedzieliśmy juŜ, Ŝe pani Hete 
Haeberle i Enno Kluge jedli tego ranka śniadanie i pracowali w sklepie prawie bez słów, 
oboje pogrąŜeni w myślach i bladzi po nie przespanej nocy. Pani Haeberle myślała o tym, Ŝe 
Enno musi jutro bezwarunkowo opuścić jej dom. Enno - Ŝe w Ŝadnym wypadku się stąd nie 

Strona 73

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

ruszy.
Ciszę tę przerwał pierwszy klient, wysoki męŜczyzna, który powiedział do pani Haeberle: - 
Proszę pani, tam w oknie ma pani kilka papuŜek, ile kosztuje parka? Ale to musi być parka, 
byłem zawsze zwolennikiem parek... - i Borkhausen nagle wytrzeszczył oczy w udanym 
zdumieniu, w celowo źle udawanym zdumieniu, i zawołał Klugego, który właśnie starał się 
po cichu zwiać przez tylne drzwi do mieszkania: - Ale, przecieŜ to Enno! No, no, no! Gadam, 
gapię się, myślę - przecieŜ to nie moŜe być Enno! CóŜ by Enno robił w takim małym zoo? A 
to jednak ty, kumplu! No, co porabiasz?
Enno zatrzymał się z ręką na klamce jakby wrósł w ziemię. Nie mógł ani uciec, ani 
odpowiedzieć.
Pani Hete zaś wpatrywała się w wysokiego męŜczyznę wielkimi oczyma. Wargi jej zaczęły 
drŜeć, a kolana zmiękły, mimo Ŝe tak przyjaźnie zwrócił się do Enna. A więc 
niebezpieczeństwo jednak istniało! Wszystkie opowiadania Enna o groźbach gestapo nie były 
kłamstwem, bo ani przez chwilę nie wątpiła, Ŝe to szpicel. Widać to po jego twarzy, równie 
tchórzliwej jak brutalnej.
Ale gdy niebezpieczeństwo stało się faktem, pani Hete drŜała tylko całym ciałem. 
Wewnętrznie była spokojna i coś jej mówiło: „Teraz w niebezpieczeństwie nie moŜesz Enna 
opuścić, chociaŜby nawet był najgorszy".
I pani Hete powiedziała do człowieka o kłującym i stale latającym spojrzeniu, wyglądającego 
na sprzedawczyka: - MoŜe pan wypije z nami filiŜankę kawy, panie... nie dosłyszałam 
nazwiska?
- Borkhausen, Emil Borkhausen - przedstawił się szpicel - jestem starym przyjacielem Enna, 
przyjacielem od sportu. I cóŜ pani powie, pani Haeberle, na ten wspaniały interes, który zrobił 
na Adebarze? Spotkaliśmy się wczoraj w sportowej knajpie - czy nie powiedział pani tego?
Pani Hete rzuciła szybkie spojrzenie na Enna. Stał wciąŜ jeszcze z ręką na klamce, w tej 
samej pozycji, w jakiej zastały go pierwsze przyjazne słowa Borkhausena. Obraz bezradnego 
strachu. Nie, nie powiedział jej nic o tym spotkaniu ze starym znajomym, oświadczył nawet, 
Ŝe nie widział nikogo znajomego. A więc jeszcze raz ją okłamał -jak bardzo na własną szkodę 
- bo teraz juŜ było jasne, w jaki sposób szpicel znalazł jego schronienie u niej. Gdyby wczoraj 
wieczorem Enno powiedział coś o tym, moŜna by go było przecieŜ umieścić gdzie indziej.
Ale chwila nie była odpowiednia, aby kłócić się z Ennem Klugem albo zarzucać mu 
kłamstwo. NaleŜało działać. Powiedziała więc jeszcze   raz: - A więc napijemy się kawy, 
panie Borkhausen, teraz jeszcze nie przychodzi zbyt wielu klientów. Enno, uwaŜaj na sklep, 
ja tymczasem pogadam z twoim przyjacielem...
Teraz pani Hete przezwycięŜyła równieŜ drŜenie ciała. Myślała tylko o tym, jak to wtedy 
stało się z jej Walterem, a to wspomnienie dodawało jej sił. Wiedziała, Ŝe wobec tych ludzi 
nie pomogą Ŝadne jęki, drŜenie, apele do współczucia. Nie mieli serca, ci dostawcy katów 
Hitlera 1  Himmlera. JeŜeli coś tu mogło pomóc - to odwaga, nieokazywanie tchórzostwa, 
nieokazywanie  strachu.  Byli  przekonani,  Ŝe wszyscy Niemcy to tchórze, tak jak teraz Enno. 
Ale ona, owdowiała pani Haeberle, nie była tchórzem.
Swym spokojnym wystąpieniem zyskała tyle, Ŝe obaj męŜczyźni byli jej posłuszni. 
Wychodząc ze sklepu powiedziała jeszcze: - I Ŝadnych głupstw, Enno! Bez nonsensownych 
ucieczek! Pomyśl, Ŝe płaszcz twój wisi w mieszkaniu, a pieniędzy teŜ chyba nie masz w 
kieszeni.
- Jest pani mądrą kobietą - powiedział Borkhausen siadając przy stole i przyglądając się, jak. 
stawia przed nim filiŜankę kawy równieŜ energicznie. - Wcale tego nie przypuszczałem, 
kiedy zobaczyłem panią po raz pierwszy wczoraj wieczorem.
Oczy ich spotkały się.
-  No tak - dodał potem Borkhausen prędko - właściwie była pani równie energiczna 
wieczorem, gdy czołgał się przed panią na kolanach, a pani zamknęła mu drzwi przed nosem. 
Chyba w nocy nie otworzyła ich pani - czy teŜ moŜe?...
Na tę bezwstydną aluzję czerwone plamy wystąpiły na policzki pani Hety. A zatem ta 
zawstydzająca, ohydna scena wczoraj wieczorem miała nawet świadka i w dodatku tak 
wstrętnego. Opanowała się jednak szybko i powiedziała: - Przypuszczam, Ŝe i pan jest 
mądrym człowiekiem, panie Borkhausen. Nie będziemy teraz mówili o niewaŜnych sprawach, 
tylko o interesie. Myślę, Ŝe moŜemy zrobić interes?
-  MoŜe. MoŜe... Na pewno - szybko poprawił się Borkhausen, nieco stremowany tempem, 
które mu ta kobieta narzucała.
-  Chce pan więc - kontynuowała pani Hete - kupić parę papuŜek. Przypuszczam, Ŝe po to, 
aby pozwolić im następnie wyfrunąć. Bo jeśli pozostaną nadal w klatce, nic z tego nie 
wyjdzie.
Borkhausen podrapał się w głowę. - Pani Haeberle - powiedział - z tymi papugami to«dla 
mnie zbyt skomplikowane. Ja jestem prosty człowiek, pani jest chyba o wiele mądrzejsza ode 
mnie. Myślę, Ŝe pani innie nie wykiwa. — I pan mnie teŜ!
-  Bez obaw! Chcę mówić z panią zupełnie otwarcie, bez Ŝadnych papug i temu podobnych. 
Powiem pani prawdę. Mam polecenie od gestapo, od komisarza Eschericha. Zna go pani?
Pani Hete potrząsnęła głową. - A więc mam polecenie dowiedzenia się, gdzie tkwi Enno. Nic 
poza tym. Dlaczego i po co - nie mam pojęcia. Chcę pani coś powiedzieć, pani Haeberle. 
Jestem prostym, szczerym człowiekiem...
Pochyla się ku niej. Spojrzała mu w oczy, które były kłujące. Wzrok jego uskoczył w bok, 
wzrok prostego, szczerego człowieka!
-  Właściwie dziwiłem się temu poleceniu, pani Haeberle, uczciwie to pani mówię. PrzecieŜ 
my oboje wiemy, jakim człowiekiem jest Enno, po prostu niczym! Tylko wyścigi i babskie 
historie ma we łbie. l o tego Enna rozbija się teraz gestapo, i to nawet wydział polityczny, 
gdzie wszystko pachnie zdradą główną i utratą głowy. Nie rozumiem tego - czy pani coś 
rozumie?
Spojrzał na nią wyczekująco. Znów spotkały się ich spojrzenia i znów stało się jak uprzednio: 
nie mógł patrzeć jej w oczy.
-  Niech pan mówi dalej, panie Borkhausen - powiedziała - słucham...
-  Mądra kobieta - skinął Borkhausen - pierońsko mądra kobieta i energiczna. Ta historia 
wczoraj wieczorem na kolanach...
-  Mieliśmy mówić tylko o interesie, panie Borkhausen.
-  Oczywiście! Jestem mianowicie porządnym, naprawdę szczerym niemieckim człowiekiem i 
będzie się pani moŜe dziwiła, Ŝe jestem w gestapo. MoŜe właśnie tak pani myśli. Nie, pani 
Haeberle, nie jestem w gestapo, pracuję tylko czasami dla nich. Człowiek chce Ŝyć, 
nieprawda? A ja mam pięcioro bachorów w domu, najstarszy ma dopiero trzynaście lat. 

Strona 74

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Muszę je wszystkie wyŜywić...
-  Interes, panie Borkhausen!    •
-  Nie, pani  Haeberle,  nie jestem w gestapo, jestem uczciwym człowiekiem. I jak tam 
usłyszałem, Ŝe szukają mego przyjaciela Enna, i nawet ofiarowują za znalezienie go duŜa 
nagrodę - a znam przecieŜ Enna od dawna i jestem jego prawdziwym przyjacielem,  chociaŜ 
kłóciliśmy się juŜ nieraz - pomyślałem więc, pani Haeberle: popatrz,   szukają Enna! Tego 
małego nicponia. Gdybym go tylko znalazł - pomyślałem - rozumie pani, pani Haeberle, 
mógłbym go ostrzec, by zwiał w porę. I powiedziałem do komisarza Eschericha: - Niech pan 
nie robi sobie kłopotu z powodu tego Enna, sprowadzę go, to jest mój stary przyjaciel. Wtedy 
dostałem polecenie i pieniądze na wydatki. No, a teraz siedzę u pani, pani Haeberle, a Enno 
gospodaruje w sklepie i wszystko właściwie jest w najlepszym porządeczku.
Przez chwilę milczeli oboje. Borkhausen wyczekująco, pani Haeberle zamyślona głęboko.
Potem powiedziała: - A więc gestapo nie otrzymało jeszcze od pana Ŝadnej imformacji?
- Gdzie tam! Wcale mi się nie śpieszy popsuć cały interes! -poprawił się. - Przedtem chciałem 
przestrzec mojego starego przyjaciela Enna...
I znów milczeli. W końcu pani Hete zapytała: -A ile panu przyrzekło za to gestapo?
-  Tysiąc marek. To kupa pieniędzy za takiego nicponia; przyznaję, pani Haeberle, Ŝe sam 
byłem zdumiony. Ale komisarz Escherich powiedział: niech mi pan sprowadzi Klugego, a 
zapłacę tysiąc marek. Tak Escherich powiedział i dał mi teŜ sto marek na koszty. Dostałem je 
juŜ, to teŜ dochodzi do tego tysiąca.
Siedzieli zamyśleni.
Potem pani Hete zaczęła: - Mówiłam przedtem celowo o papuŜkach, panie Borkhausen. Bo 
jeśli dam panu teraz tysiąc marek...
-  Dwa tysiące, pani Haeberle, po znajomości dwa tysiące. A poza tym jeszcze te sto marek 
kosztów...
-  A więc, jeŜeli panu zapłacę, a pan wie, Ŝe pan Kluge nie ma pieniędzy i nic mnie z nim nie 
łączy...
-  AleŜ pani Haeberle! Pani, taka porządna kobieta! PrzecieŜ pani nie wyda gestapo swojego 
przyjaciela za tych parę groszy, przyjaciela, który czołga się przed panią na kolanach? 
Powiedziałem pani, Ŝe tam wszystko pachnie zdradą główną i utratą głowy. PrzecieŜ pani 
tego nie zrobi, pani Haeberle!...
Mogłaby wprawdzie po.wiedzieć, Ŝe on, ten szary, uczciwy niemiecki człowiek robi właśnie 
to, czego ona jako uczciwa kobieta nie mogła zrobić, mianowicie sprzedaje przyjaciela. 
Wiedziała jednak, Ŝe tego rodzaju uwagi są bezcelowe, ci panowie nie rozumieli się na tym.
Powiedziała więc: - Tak, gdybym nawet zapłaciła te dwa tysiące, kto mi zagwarantuje, Ŝe 
papuŜki nie zostaną mimo to w klatce? - Zdecydo wała się być równieŜ zupełnie bezwstydna 
widząc, Ŝe Borkhausen znów drapie się w głowę: - A więc kto mi zagwarantuje, Ŝe pan nie 
weźmie dwóch tysięcy, a potem jednak pójdzie do Eschericha i weźmie od niego jeszcze 
tysiąc?
-  AleŜ ja pani to gwarantuję, pani Haeberle! Daję pani moje słowo, jestem prostym, szczerym 
człowiekiem i kiedy przyrzekam, dotrzymuję słowa. Widzi pani przecieŜ, Ŝe poleciałem zaraz 
do Enna i ostrzegłem go, mimo obawy, Ŝe zwieje ze sklepu. A wtedy cały interes byłby do 
chrzanu.
Pani Haeberle spojrzała na niego ze słabym uśmieszkiem. - To wszystko bardzo pięknie, 
panie Borkhausen. Ale właśnie dlatego, Ŝe jest pan takim dobrym przyjacielem Enna, rozumie 
pan, Ŝe muszę mieć co do niego wszelką pewność. Jeśli w ogóle uda mi się gdzieś zdobyć te 
pieniądze.
Borkhausen zrobił uspokajający gest, który miał oznaczać, Ŝe takiej kobiecie jak ona na 
pewno nigdy ich nie brak.
-  Nie, panie Borkhausen - kontynuowała pani Hete; widząc, Ŝe gość nie rozumie ironii, 
musiała z nim mówić zupełnie otwarcie: - KtóŜ mi zagwarantuje, Ŝe weźmie pan teraz ode 
mnie pieniądze...
Borkhausen bardzo zdenerwował się na myśl, Ŝe mógłby od razu, teraz, dostać tę zawrotną, 
nigdy nie widzianą sumę dwóch tysięcy marek.
-  ...a przed drzwiami stoi agent gestapo i zabiera Enna? Muszę mieć jeszcze inne gwarancje!
-  AleŜ nikt nie stoi przed drzwiami, przysięgam pani, pani Haeberle! Jestem przecieŜ 
uczciwym człowiekiem. Zresztą po co miałbym panią okłamywać? Przychodzę tutaj wprost z 
domu, moŜe się pani zapytać mojej Otti!
Przerwała zdenerwowanemu: - A więc, niech się pan zastanowi, jakie gwarancje - poza 
swoim słowem - moŜe mi pan jeszcze dać?
-  PrzecieŜ nie ma innej gwarancji! PrzecieŜ to jest interes, który polega wyłącznie na 
zaufaniu. A ma pani chyba do mnie zaufanie, teraz, kiedy tak otwarcie z panią mówiłem?
-  Tak,  zaufanie...  -  odpowiedziała  bezmyślnie pani  Haeberle, a potem zapadło długie 
milczenie. Borkhausen czekał na jej decyzję, ona zaś łamała sobie głowę, w jaki sposób 
osiągnąć przynajmniej minimum gwarancji.
W sklepie gospodarzył tymczasem Enno Kluge. Obsługiwał szybko i dość zgrabnie coraz 
liczniej napływającą klientelę, zdobywał się nawet  na Ŝarciki. Pierwszy strach, który odczuł 
na widok Borkhausena, juŜ minął. Hete siedziała w izbie i rozmawiała z Borkhausenem, na 
pewno juŜ tę sprawę doprowadzi do porządku. JeŜeli się tym zajęła, to znaczy, Ŝe wcale nie 
potraktowała powaŜnie groźby wyrzucenia go na ulicę. UlŜyło mu więc i mógł znów 
zdobywać się na dowcipuszki.
W izbie za sklepem pani Haeberle przerwała długie milczenie. Powiedziała stanowczo: - A 
więc, panie Borkhausen, obmyśliłam to sobie. Zrobię z panem ten interes pod następującymi 
warunkami...
-  NiechŜe juŜ pani mówi! - naciskał poŜądliwie Borkhausen. Czuł się juŜ bliski celu.
-  Dam panu dwa tysiące marek, ale nie dam ich panu tutaj. Dam je panu w Monachium.
-  W Monachium? - gapił się na nią zupełnie głupio. - PrzecieŜ ja nie jadę do Monachium! Co 
mam robić w Monachium?
-  Pójdziemy - kontynuowała - teraz razem na pocztę i wpłacę dla pana przekazem 
pocztowym dwa tysiące marek do podjęcia na poczcie głównej w Monachium. A potem 
odprowadzę pana na kolej, pojedzie pan najbliŜszym pociągiem do Monachium i podejmie 
pan pieniądze. Na Dworcu Anhalckim dam panu jeszcze dwieście marek na podróŜ, prócz 
biletu...
-  Nie! - zawołał Borkhausen rozgoryczony. - Nie zrobię tego! Nie zgadzam się na to! Pojadę 
do Monachium, a pani na poczcie cofnie przekaz!
-  Przy odjeździe dam panu kwit wpłaty, wtedy nie będę juŜ mogła cofnąć.

Strona 75

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  I w Monachium? - zawołał znów. - Po co do Monachium! Jesteśmy przecieŜ uczciwymi 
ludźmi!  Dlaczego nie  tutaj,  od razu w sklepie? Byłoby załatwione. Do Monachium i z 
powrotem to potrwa co najmniej dwa dni i dwie noce, a tymczasem Enno oczywiście zwieje!
-  AleŜ, panie Borkhausen, przecieŜ właśnie co do tego umówiliśmy się i dlatego panu daję 
pieniądze! PapuŜka miała przecieŜ wyfrunąć z klatki. Ja myślę, Ŝe Enno powinien mieć 
moŜność ukrycia się i za to panu płacę dwa tysiące marek!
Borkhausen, który nie potrafi znaleźć nic rozsądnego w odpowiedzi, mruknął: - I sto marek 
na koszty teŜ dostanę?
-  Dostanie pan na Dworcu Anhalckim. Gotówką!
Ale nawet to przyrzeczenie nie poprawiło humoru Borkhausena. Pozostał mrukliwy. - 
Monachium! Jeszcze nigdy nie słyszałem takich bzdur! A wszystko byłoby takie proste - i 
nagle Monachium! Dlaczego pani od razu nie powie Londyn? - mogę tam zaraz po wojnie 
pojechać! Wszystko pokręcone! Byłoby takie proste, ale nie, musi być skom-| plikowane! I 
dlaczego? Dlatego, Ŝe nie ma pani zaufania do bliźnich, Ŝe jest pani niedowiarkiem, pani 
Haeberle! Byłem tak uczciwy z panią...
-  A ja jestem uczciwa z panem! Zrobię interes pod tym warunkiem albo wcale nie.
-  No cóŜ - powiedział. - Wobec tego mogę iść. - Wstał, wziął czapkę. Ale nie poszedł. - 
Monachium nie wchodzi dla mnie w ogóle w rachubę...
-  To będzie dla pana bardzo ciekawa podróŜ - namawiała go pani Haeberle - jazda jest 
przyjemna, a w Monachium podobno moŜna jeszcze dobrze zjeść i wypić. O wiele 
mocniejsze piwo niŜ u nas, panie Borkhausen!
-  Picie mnie nic nie obchodzi - powiedział znów, ale juŜ nie tak mrukliwie, lecz z namysłem.
Pani Hete widziała, Ŝe Borkhausen łamie sobie teraz głowę nad sposobem, jakby tu wziąć 
pieniądze i mimo to Enna wydać. Jeszcze raz przemyślała swoją propozycję. Wydawała jej 
się dobra. Usuwała Borkhausena co najmniej na dwa dni, a jeśli dom jej rzeczywiście nie był 
pod obserwacją (o czym zdąŜy się przekonać), będzie dość czasu, aby Enno się wyniósł.
-  A więc - powiedział Borkhausen wreszcie - inaczej się pani nie zgadza, pani Haeberle?
-  Nie. Takie są moje warunki i nie odstąpię od nich.
-  Będę się musiał zgodzić - powiedział Borkhausen. - Nie mogę przecieŜ wyrzucić po prostu 
na ulicę dwóch tysięcy fajgli.
Powiedział to raczej do siebie, dla usprawiedliwienia się przed samym sobą.
-  Pojadę więc do Monachium. A pani pójdzie zaraz ze mną na pocztę.
-  Zaraz - powiedziała pani Haeberle namyślając się. Teraz gdy zgodził się, nie była jeszcze 
wciąŜ zupełnie zadowolona. Była najgłębiej przekonana, Ŝe Borkhausen planuje nowe 
świństwo. Musi wydobyć z niego, jakie...
-  Tak, zaraz pójdziemy - powtórzyła - to jest muszę się przygotować i zamknąć sklep.
 Powiedział prędko: -Po co zamykać sklep, pani Haeberle?- PrzecieŜ Enno tam jest!
-  Enno pójdzie z nami! - powiedziała.
-  A to znowu po co? Enno nie ma nic wspólnego z całą sprawą!
-  Dlatego, Ŝe ja tak chcę. Bo mogłoby się wydarzyć - dodała - Ŝe Enno zostanie aresztowany 
akurat w chwili, kiedy wpłacę dla pana pieniądze. Takie omyłki zdarzają się, panie 
Borkhausen.
-  Kto ma go aresztować?
-  Na przykład szpicel przed drzwiami...
-  AleŜ nie ma Ŝadnego szpicla przed drzwiami! - Uśmiechnęła się. - MoŜe się pani 
przekonać, pani Haeberle. Niech pani przejdzie się dookoła, przyjrzy się ludziom. Nie mam 
Ŝadnego szpicla przed drzwiami! Jestem uczciwym człowiekiem...
Powiedziała uparcie: - Chcę mieć Enna przy sobie. To jest pewniejsze.
-  Jest pani uparta jak stary muł! - zawołał wściekle. - Dobrze więc, niech Enno teŜ pójdzie z 
nami. Ale niech się pani trochę pośpieszy.
-  Tak bardzo nie musimy się śpieszyć - powiedziała. - Pociąg monachijski odchodzi dopiero 
koło dwunastej. Mamy mnóstwo czasu. A teraz proszę mi wybaczyć na kwadransik, chciałam 
się trochę przygotować.
Popatrzyła na niego badawczo, gdy siedział przy stole ze wzrokiem uwaŜnie skierowanym na 
szybę, przez którą mógł obserwować sklep.
-  I jeszcze jedna prośba, panie Borkhausen: niech pan teraz nie rozmawia z Ennem, on ma 
duŜo roboty w sklepie i w ogóle...
-  Po co mam gadać z tym idiotą! - powiedział Borkhausen ze złością. - Z takim bałwanem w 
ogóle nie gadam.
Ale posłusznie usiadł inaczej, tak Ŝe miał teraz przed oczyma drzwi od jej pokoju i okno na 
podwórze.
ROZDZIAŁ XXIX Wygnanie Enna Po dwóch godzinach wszystko zostało załatwione. 
Monachijski pośpieszny wytoczył się z hali Dworca Anhalckiego z Borkhausenern w 
przedziale drugiej klasy, ze śmiesznym, nadrabiającym miną i napuszonym Borkhausenem, 
który pierwszy raz w Ŝyciu jechał w przedziale drugiej klasy. Pani Haeberle, która umiała 
takŜe być wielkoduszna, dokupiła na prośbę małego szpicla drugą klasę w pociągu, aby 
utrzymać go w dobrym humorze, a moŜe dlatego, Ŝe sama była rada pozbyć się tego draba co 
najmniej na dwa dni.
Teraz, gdy inni odprowadzający powoli przeciskali się przez wyjście, powiedziała cicho do 
Enna: - Poczekaj chwilę, Enno. Siądziemy na moment w poczekalni i zastanowimy się, co 
robić.
Usiedli więc tak, Ŝe mieli drzwi wejściowe na oku. Poczekalnia nie była przepełniona, przez 
dłuŜszy czas nikt nie wchodził na salę.
Hete zapytała: - Czy zwróciłeś uwagę na to, co ci powiedziałam? Czy sądzisz, Ŝe byliśmy 
obserwowani?
Gdy minęło najgroźniejsze niebezpieczeństwo, Enno odparł ze zwykłą lekkomyślnością: - Po 
co miałem obserwować. Sądzisz, Ŝe ktoś pozwoli, aby rozkazywał mu taki idiota jak 
Borkhausen? Taki głupiec! Takiego frajera nie ma.
Miała juŜ na czubku języka, Ŝe uwaŜa Borkhausena za podejrzanego cwaniaka, za znacznie 
inteligentniejszego od tego małego, tchórzliwego i lekkomyślnego męŜczyzny u jej boku. Ale 
nie powiedziała tego. Dziś rano, przy przebieraniu się, postanowiła skończyć z wszelkimi 
zarzutami. Jej zadaniem było tylko zapewnić bezpieczeństwo Klugemu. Gdy to zadanie 
zostanie spełnione, nie chce go nigdy więcej widzieć.
Pełen zawiści wypowiedział myśl, która dręczyła go od godziny: - Gdybym był tobą, nigdy 
bym temu draniowi nie dał dwóch tysięcy marek. A do tego jeszcze dwieście pięćdziesiąt na 
koszty podróŜy. I bilet. I drugą klasę. Dałaś temu draniowi ponad dwa tysiące pięćset, takiej 

Strona 76

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

świni! Nigdy bym tego nie zrobił!
Spytała: - A co stałoby się z tobą, gdybym tego nie zrobiła?
-  Gdybyś mnie dała te dwa tysiące pięćset, zobaczyłabyś jak chytrze j a wykręciłbym tę 
sprawę! MoŜesz mi wierzyć, Ŝe Borkhausen zadowoliłby się pięćsetką!
-  Tysiąc przyrzekło mu przecieŜ gestapo! .
-  Tysiąc - śmiać mi się chce! Jak gdyby ci z gestapo rzucali tak łatwo tysiączkami! I to 
jeszcze takiemu małemu szpiclowi jak Borkhausen! Wystarczy, Ŝe mu kaŜą, a zrobi, co chcą, 
za pięć marek dniówki! Tysiąc, dwa tysiące pięćset - aleŜ ten ładnie cię oskubał, Hete!
Zaśmiał się ironicznie.
 Jego niewdzięczność zabolała ją. Ale nie miała ochoty zapuszczać się w wyjaśnienia. 
Powiedziała tylko trochę ostro: - Nie chcę o tym więcej mówić! Rozumiesz, nie chcę! - Tak 
długo patrzyła twardo na niego, aŜ opuścił blade oczy. - Zastanówmy się teraz lepiej, co z 
tobą zrobić.
-  Ach, mamy jeszcze na to czas - powiedział. - Wcześniej jak pojutrze nie moŜe wrócić. 
Wracajmy teraz do sklepu, a do pojutrza juŜ coś wymyślimy.
-  Nie wiem. Nie chciałabym cię teraz znów zabierać do sklepu. NajwyŜej dla spakowania 
twoich rzeczy. Jestem niespokojna - moŜe jednak byliśmy szpiclowani?
-  AleŜ mówię ci, Ŝe nie! Znam się na tym lepiej od ciebie. A poza tym Borkhausen nie moŜe 
mieć szpicla, przecieŜ nigdy nie ma pieniędzy!
-  Ale gestapo mogło mu dać szpicla!
-  I szpicel z gestapo będzie się przyglądał, jak Borkhausen jedzie do Monachium, a ja go 
odprowadzam na stację! Głupstwa, Hete!
Musiała przyznać, Ŝe ta uwaga była słuszna. Ale niepokój jej pozostał. Zapytała: - Czy nie 
zwróciłeś uwagi na to z papierosami?
Nie pamiętał juŜ tego. Musiała mu opowiedzieć, Ŝe Borkhausen, gdy tylko wyszli z domu, 
wszędzie szukał papierosów. Prosił o nie równieŜ Hetę i Enna. Ale oni takŜe nie mieli, Enno 
wypalił wszystkie w nocy. Borkhausen jednak trwał przy swoim, Ŝe musi mieć papierosy, Ŝe 
nie wytrzyma, Ŝe przywykł rano wypalić bodaj jednego. „PoŜyczył" sobie od Hety 
dwadzieścia marek i zawołał starszego chłopaka, który bawił się hałaśliwie na ulicy:
-  Te słuchaj, nie wisz czasem, gdzie tu dostać fajki? Ale karty ni mam.
-  MoŜe i wini. A ma pan forsę?
Chłopak, z którym Borkhausen rozmawiał, był jasnym niebieskookim blondynkiem - z 
wyglądu ulicznikiem. Prawdziwe berlińskie ziółko.
-  No to dawaj pan dwudziestaka, przyniesę...
-  I zapomnisz wrócić! Nie kochasiu, idę z tobą! Chwileczkę, pani Haeberle!
I obaj zniknęli w jednym z domów. Po chwili Borkhausen wrócił sam i bez Ŝądania zwrócił 
pani Hete dwadzieścia marek.
-  Nie mają papierosów, ten smarkacz chciał mnie oczywiście nabrać na dwadzieścia marek. 
Ale dałem mu po gębie, Ŝe leŜy jeszcze tam na podwórzu.
Poszli dalej na pocztę, do biura podróŜy.
-  No i cóŜ w tym widzisz dziwnego, Hete? Borkhausen jest taki jak ja: kiedy mu się chce 
kurzyć, zaczepi nawet generała na ulicy i poprosi o peta!
-  Ale potem nie wspomniał ani słowa o papierosach, mimo Ŝe ich nie dostał! To wydaje się 
dziwne. A moŜe kombinował coś z chłopcem?
-  Co miał kombinować z chłopcem, Hete? Dał mu po gębie, tak na pewno było.
-  A moŜe właśnie ten pętak nas szpiclował?
Na chwilę zaniemówił nawet Enno. Ale potem powiedział ze zwykłą lekkomyślnością: - 
Ciągle sobie coś wmawiasz! Chciałbym mieć twoje kłopoty!
Milczała. Ale niepokój tkwił w niej nadal i dlatego upierała się, Ŝe tylko na krótko pójdą do 
sklepu, aby zabrać jego rzeczy. Potem zaś zdecydowała się umieścić go u swojej przyjaciółki, 
zachowując wszelkie środki ostroŜności.
Nie dogadzało mu to wcale. Czuł, Ŝe Hete chce się od niego uwolnić. A on nie chciał odejść. 
U niej było bezpiecznie, otrzymywał dobre jedzenie i nie pracował więcej, niŜ mu to 
odpowiadało l miłość, i ciepło, 1 pocieszenie. A poza tym była to dobra owca. Borkha uscn 
przystrzygł ją juŜ na dwa i pół tysiąca. Teraz była jego kolej!
-  Twoja przyjaciółka! - powiedział niezadowolony. - CóŜ to znowu za kobieta? Niechętnie 
chodzę do obcych ludzi.
Hete mogła mu powiedzieć, Ŝe ta przyjaciółka jest starą współpracownicą jej męŜa, Ŝe 
obecnie pracuje jeszcze w podziemiu i Ŝe kaŜdy prześladowany znajduje u niej schronienie. 
Ale nie ufała temu Ennowi, widziała juŜ, jak kilka razy stchórzył. Nie powinien był zbyt 
wiele wiedzieć.
Dlatego powiedziała: - Moja przyjaciółka? Kobieta taka jak ja. W moich latach. MoŜe o parę 
lat młodsza.
-  A co ona robi? Z czego Ŝyje? - badał dalej.
-  Nie wiem dokładnie, jest chyba gdzieś sekretarką. Zresztą jest niezamęŜna.
-  JeŜeli jest w twoim wieku, to byłby chyba juŜ najwyŜszy czas na to - powiedział ironicznie.
śachnęła się, ale nie odpowiedziała.
 -  AleŜ Hete - powiedział nadając swemu głosowi serdeczne brzmienie - co mam robić u 
twojej przyjaciółki? Najlepiej przcieŜ, jak jesteśmy sami, we dwójkę.  Pozwól, Ŝe zostanę u 
ciebie.  Borkhausen wróci przecieŜ dopiero pojutrze - więc przynajmniej do tego czasu!
-  Nie, Enno! - Powiedziała. - Chciałabym, Ŝebyś zrobił teraz to, co ci powiem. Pójdę do 
mieszkania i spakuję rzeczy. MoŜesz przez ten czas poczekać w jakiejś knajpie. Potem 
pojedziemy razem do mojej przyjaciółki.
Miałjeszcze wiele słów sprzeciwu, ale ostatecznie zgodził się. Zgodził się dopiero, gdy 
powiedziała nie bez wyrachowania: - Potrzebne ci będą pieniądze. WłoŜę je do walizki. Tyle, 
Ŝe wystarczy ci na pierwszy okres.
Widoki na znalezienie wkrótce pieniędzy w walizce (a przecieŜ w Ŝadnym wypadku nie 
mogła mu dać mniej niŜ Borkhausenowi!) nęciły go, przyczyniły się do powzięcia decyzji. 
JeŜeli zostanie u niej do pojutrza, to dopiero pojutrze będą pieniądze. A chciał od razu 
wiedzieć, ile mu przeznaczyła.
Z przykrością stwierdziła, co skłoniło go do zgody. Robił wszystko, aby straciła dla niego 
resztki powaŜania i miłości. Ale zniosła to bez szemrania. Dawno juŜ Ŝycie przekonało ją, Ŝe 
za wszystko trzeba płacić, przewaŜnie nawet więcej, niŜ rzecz warta. NajwaŜniejsze, aby teraz 
działał podług jej woli.
Gdy pani Hete zbliŜyła się do swego mieszkania, spostrzegła na ulicy owego niebieskookiego 
blondynka, łobuzującego się w gromadzie innych chłopców. Przestraszyła się zrazu. Potem 

Strona 77

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

skinęła na niego: - Co ty tu jeszcze robisz: - zapytała. - Czy musisz koniecznie tutaj się 
awanturować?
-  Przecie ja tu mieszkam! - powiedział. - To gdzie mam iść się awanturować?
Szukała śladów uderzenia na jego twarzy, ale nic nie znalazła. Widocznie pętak nie poznawał 
jej, nie zwróciwszy na nią uwagi podczas rozmowy z Borkhausenem. To świadczyłoby 
przeciw szpiclostwu.
-  Tutaj mieszkasz? - zapytała. - Jeszcze cię nigdy nie widziałam na ulicy.
-  Za pani ślepia nie odpowiadam - mruknął bezczelnie. Zagwizdał przeraźliwie na palcu, a 
potem krzyknął do okien na górze: - Mama, wyjrzyj ino z okna! Tu jest jedna pani, co mi nie 
chce wierzyć, Ŝe masz zeza! Mama, pozyzuj no na nią!
 Śmiejąc się wbiegła pani Hete do sklepu, najgłębiej przekonana, Ŝe sprawa z chłopcem była 
tylko jej przywidzeniem.
Ale podczas pakowania znów spowaŜniała. Opadły ją wątpliwości, czy słusznie czyni 
wprowadzając Enna do swojej przyjaciółki, Anny Schoenlein. Oczywiście Anka ryzykuje co 
dzień swoje Ŝycie dla kaŜdego nieznajomego, któremu udziela schronienia. Ale pani Hete 
czuła, Ŝe podrzuca Ance prawdziwe kukułcze jajo. Wprawdzie Enno wydawał się jej 
naprawdę przestępcą politycznym, a nie kryminalnym, potwierdził to nawet Borkhausen, 
ale...
Enno był lekkomyślny, nie tyle z braku zastanowienia, ile z powodu całkowitej obojętności na 
losy bliźnich. Nie obchodziło go, co się z nimi stanie. Myślał zawsze tylko o sobie i był 
gotów dwa razy dziennie przylatywać do niej, do Hety, pod pretekstem, Ŝe tęskni za nią, i w 
ten sposób sprowadzić niebezpieczeństwo na głowę Anki. Ona, Hete, umiała sobie z nim 
poradzić, ale Anka nie potrafi.
Z cięŜkim westchnieniem pani Hete Haeberle wsuwa trzysta marek do koperty, którą kładzie 
na wierzchu walizki. Wydała dziś więcej pieniędzy, niŜ zaoszczędziła w ciągu ostatnich 
dwóch lat. Ale zdobędzie się na jeszcze jedną ofiarę: przyrzeknie Ennowi po sto marek za 
kaŜdy dzień, w którym w ogóle nie opuści mieszkania jej przyjaciółki. Niestety, jest taki, Ŝe 
moŜe mu zrobić podobną propozycję. Nie będzie nawet obraŜony, najwyŜej w pierwszej 
chwili będzie udawał obraŜonego. Ale to go chyba zatrzyma w domu. Jest taki łasy na 
pieniądze!
Z walizką w ręku wychodzi pani Hete z domu. Blondynek nie bawi się juŜ na ulicy, wrócił 
moŜe do swojej zezowatej matki. Pani Hete idzie do knajpy na Alexanderplatz, gdzie ma 
spotkać się z Ennem.
ROZDZIAŁ XXX Emil Borkhausen i jego syn Borkhausen czuł się bardzo dobrze w 
eleganckim pociągu pośpiesznym, w nobliwym przedziale drugiej klasy z oficerami, 
generałami i damami, które pachniały tak pięknie. Nie przeszkadzało mu wcale, Ŝe sam nie 
był ani elegancki, ani miło nie pachniał i Ŝe jego współtowarzysze podróŜy nie obrzucali go 
bynajmniej przyjaznymi spoj rŜeniami. Borkhausen był przyzwyczajony do tego. Wątpliwe, 
czy kiedykolwiek w jego nędznym Ŝyciu jakiś bliźni miał dla niego przyjazne spojrzenie.
Borkhausen pił swoje krótkie szczęście pełnymi haustami. Było ono bowem krótkie. Nie 
musiało trwać aŜ do Monachium, nawet nie do Lipska, jak się przedtem obawiał, ale tylko do 
Lichterfelde, poniewaŜ pociąg zatrzymywał się równieŜ w Lichterfelde. To był właśnie błąd 
w obliczeniach pani Hety. Jeśli się miało otrzymać pieniądze w Monachium, nie trzeba było 
od razu tam jechać. MoŜna to zrobić potem, po załatwieniu najpilniejszych interesów w 
Berlinie. A najpilniejsze było teraz szpiclowanie Enna i zainkasowanie od Eschericha 
pięciuset marek. Zresztą moŜe wcale nie trzeba będzie jechać do Monachium, wystarczy 
napisać na-pocztę, aby przysłano pieniądze tutaj do Berlina do wypłaty. W kaŜdym razie 
natychmiastowa podróŜ do Monachium nie wchodziła w rachubę.
Tak więc - nie bez cichego Ŝalu - wysiadł Emil Borkhausen w Lichterfelde. Odbył jeszcze 
krótką, oŜywioną dyskusję z zawiadowcą, który nie mógł zrozumieć, Ŝe człowiek w drodze 
między Dworcem Anhalckim a Lichterfelde zmienia plany podróŜy do Monachium. W ogóle 
ten typ wydawał się zawiadowcy jak najbardziej podejrzany.
Ale Borkhausen pozostał niezłomny: - Niech pan zadzwoni do gestapo, do komisarza 
Eschericha, a przekona się pan, kto ma rację, panie zawiadowco! Ale będzie pan miał kupę 
nieprzyjemności. Jadę słuŜbowo!
Wreszcie człowiek w czerwonej czapce wzruszył ramionami i polecił zwrócić podróŜnemu 
pieniądze za bilet. Było mu to obojętne. Dziś wszystko jest moŜliwe, a więc i to, Ŝe takie 
podejrzane osobniki rozbijają się z polecenia gestapo. Tym gorzej!
Emil Borkhausen udał się więc na poszukiwanie swego syna.
Ale nie znalazł go przed sklepem Hety Haeberle, mimo Ŝe sklep był otwarty i klienci 
wchodzili i wychodzili. Ukryty za słupem ogłoszeniowym, zastanawiał się Borkhausen - 
ciągle z oczyma wlepionymi w drzwi sklepu - co się mogło stać. Czy Kuno-Dieter po prostu z 
nudów opuścił swój posterunek? A moŜe Enno wyszedł - moŜe znów do „Gonitwy"? Albo 
moŜe ten człowiek zupełnie się wyprowadził i kobieta pracowała tylko sama w sklepie?
Emil Borkhausen zastanawiał się właśnie, czy zupełnie bezwstydnie pokazać się jeszcze raz 
oszukanej Haeberle i zaŜądać od niej informacji, gdy zaczepił go dziewięcioletni moŜe pętak: 
- Słuchaj no pan, czy pan jest ojciec Kuna?
-  Jestem! O co chodzi?
-  Daj pan markie!
-  Po co mam ci dać markie!
-  Bo nie powim, co wim!
Borkhausen zrobił szybki ruch ręką w kierunku chłopca. - Najpierw towar, potem pieniądze! - 
powiedział.
Ale chłopiec był szybszy od niego, prześliznął się pod jego ramieniem, i zawołał: - No to nie! 
Gwizdam na pańską markie!
I przyłączył się znów do towarzyszy zabawy, którzy szaleli na jezdni na wprost sklepu.
Borkhausen nie mógł iść za nim, wolał, Ŝeby go nie widziano. Wołał więc i gwizdał na 
chłopca, przeklinając go wraz ze swoją - tym razem tak niewłaściwą - oszczędnością. Ale 
chłopiec nie dawał się tak łatwo przechytrzyć i znęcić; dopiero w dobry kawadrans później 
wychynął znów przed Borkhausenem, stanął ostroŜnie w odpowiedniej odległości od 
rozzłoszczonego męŜczyzny i oświadczył bezczelnie: - Teraz kosztuje dwa fajgle!
Borkhausen najchętniej sprałby chłopca według wszelkich prawideł, ale co miał robić? Był w 
jego ręku, nie mógł biec za nim. - Dam ci markę - powiedział ponuro.
- Nie! Dwie marki!
-  Dobra, dostaniesz dwie marki!
Borkhausen wyjął paczkę banknotów z kieszeni, znalazł dwumar-kówkę, schował pozostałe 

Strona 78

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

banknoty i wyciągnął pieniądze w kierunku chłopca.
Chłopak potrząsnął głową: - Znamy się na tym! - powiedział. - Jak chyce forsę, to pan mnie 
złapie. Ni ma! PołóŜ pan na tretuar!
Borkhausen ponuro, bez słowa zrobił to, co chłopak mu kazał. - No?
- powiedział potem, prostując się i robiąc krok wstecz.
Chłopak powoli czaił się do banknotu, stale czujnym okiem patrząc na męŜczyznę. Gdy 
pochylił się po pieniądze, Borkhausen ledwo mógł oprzeć się pokusie, by nie sięgnąć po 
szczeniaka i nie sprać go. Mógłby go pochwycić, ale zreflektował się, Ŝe wtedy w ogóle nie 
uzyska informacji, a pętak będzie tak krzyczał, Ŝe cała ulica się zbiegnie.
16 - KaŜdy umiera... t. I  - No? - zapytał jeszcze raz, tym razem groźnie.
Chłopak odpowiedział: - Teraz teŜ mógłbym być świniom i jeszcze raz kazać panu dać forsę, 
i jeszcze raz, i jeszcze raz! Aleja nie taki! JuŜ ja dobrze wim: pan mi znowu chciał się dobrać 
do skóry. Ale ja nie frajer i świniom tyŜ nie jezdem!
Po tym wyraźnym zaznaczeniu swojej wyŜszości moralnej nad Borkhausenem wyrecytował 
prędko: Ma pan czekać w swoim mieszkaniu. Kuno da znać.
I chłopak znikł.
Długie dwie godziny, w ciągu których Borkhausen czekał w swojej piwnicy na informacje od 
Kuna, bynajmniej nie zmniejszyły jego gniewu. Przeciwnie, zwiększyły go jeszcze! Bachory 
skrzeczały, Otti była w najlepszej formie i nie szczędziła złośliwych słówek o leniwych 
świniach, które przez cały dzień nic nie robią, tylko kurzą papierosy i zwalają na kobietę całą 
robotę.
Mógłby wyciągnąć dziesięciomarkówkę albo pięćdziesiątkę i zamienić w ten sposób 
śmierdzący humor Otti na najpiękniejszą pogodę. Ale nie chciał. Nie chciał znów rozdawać 
pieniędzy. Dopiero co wydał dwie marki na głupią wiadomość, której się sam mógł domyślić. 
Ogarniała go wściekłość na Kuno-Dietera, który mu zesłał na kark taką małą padlinę. Kuno 
na pewno coś kręci! Borkhausen postanowił sobie, Ŝe syn oberwie te cięgi, z których wywinął 
się tamten pętak.
Zapukano do drzwi. Ale zamiast oczekiwanego posłańca od Kuno-Dietera zjawił się jakiś 
cywil, w którym wyraźnie moŜna było rozpoznać byłego feldfebla.
-  Czy to pan jest Borkhausen?
-  Tak, a o co chodzi?
-  Ma pan iść do komisarza Eschericha. Niech się pan przygotuje. Zaprowadzę pana.
-  Nie mogę teraz - odmówił Borkhausen - czekam na gońca. Niech pan powie komisarzowi, 
Ŝe złapałem rybkę.
-  Mam pana zabrać do komisarza - powiedział były feldfebel z uporem.
-  Nie teraz! Nie pozwolę sobie zawalić całej sprawy! Nie przez takich, jak wy! - Borkhausen 
był zły, ale się opanował. - Powiedz pan komisarzowi, Ŝe mam ptaszka i Ŝe jeszcze dziś do 
niego przyjdę.
-  Niech pan nie robi historii i niech pan idzie ze mną! - powtórzył uparcie przybysz.
-  Nauczył się pan chyba tego na pamięć, nie moŜe pan inaczej gwizdać, tylko „niech pan 
idzie ze mną!" - krzyczał Borkhausen. - Nie potrafisz chyba skapować, co mówię do ciebie! 
Wiecznie „chodź pan ze mną"! Czy nie rozumiesz, Ŝe ci mówię: czekam tu na odpowiedź, 
muszę tutaj siedzieć, bo w przeciwnym razie zając zwieje mi z potrzasku? To chyba za mądre 
dla ciebie? - Spojrzał na swego rozmówcę nieco zadyszany. Potem zaś dodał mrukliwie: - 
Mam tego zająca złapać właśnie dla komisarza, rozumie pan?
Były feldfebel odpowiedział nieporuszony: - Nie wiem nic o tym wszystkim. Komisarz 
powiedział mi: „Fritsche, sprowadź Borkhause-na". A więc chodź pan juŜ!
- Nie! - krzyczał Borkhausen - za głupi jesteś dla mnie. Zostanę tutaj - a moŜe chcesz mnie 
aresztować? - Widział po minie tamtego, Ŝe nie mógł tego zrobić. - A zatem zwiewaj! - 
zawołał i zamknął mu drzwi przed nosem.
Po upływie trzech minut widział, jak stary feldfebel odmaszerowuje przez podwórze, 
widocznie przemyślał sobie to „chodź pan ze mną"!
Gdy tylko człowiek ten znikł w bramie, Borkhausena ogarnął strach przed ewentualnymi 
skutkami bezczelnego wystąpienia wobec wysłannika wszechmocnego komisarza. Tylko 
złość na Kuno-Dietera doprowadziła go do tego. To było bezwstydne kazać ojcu czekać 
godzinami, moŜe aŜ do nocy. Wszędzie było dość pętaków, na kaŜdym rogu moŜna było 
kogoś znaleźć, chętnego do spełnienia roli posłańca! Borkhausen pokaŜe Kunowi, co sądzi o 
jego zachowaniu się, takie dowcipuszki nie ujdą mu płazem.
Borkhausen fantazjował w myślach, jak spierze chłopaka. Widział siebie bijącego dziecięce 
ciało i uśmiech zjawił się na jego twarzy, ale nie był to uśmiech uspokojonej wściekłości... 
Słyszał go krzyczącego, zatykał mu łapą wrzeszczące usta, a drugą bił coraz mocniej, tak 
długo, dopóki chłopiec nie zaczął drŜeć na całym ciele, a usta wydawały juŜ tylko skowyt...
Borkhausen lubował się w wyobraźni tymi obrazami. Wyciągnął się przy tym na kanapie i 
jęczał lubieŜnie.
Pukanie do drzwi przeszkodziło mu niemal. Wszedł chłopiec - poseł Kuno-Dietera. - Czego? - 
zapytał krótko Borkhausen.
-  Mam pana zaprowadzić do Kuna.
Tym razem był to duŜy chłopak, czternaste- lub piętnastoletni, w bluzie HJ.
-  Ale przedtem niech no mi pan da pięć marek.
-  Pięć marek! - wściekł się Borkhausen, ale nie odwaŜył się otwarcie sprzeciwiać duŜemu 
chłopakowi w brunatnej koszuli - pięć marek! Potraficie, chłopcy, elegancko szastać moimi 
pieniędzmi! - Szukał między banknotami.
DuŜy chłopiec z HJ patrzył z napięciem na plik pieniędzy w ręku tamtego. - Wydałem na 
przejazd - powiedział - a poza tym, co pan sobie myśli, ile czasu straciłem, zanim się 
dostałem tutaj z zachodu?
-  A twój czas jest taki drogi, co? - Borkhausen wciąŜ jeszcze nie mógł znaleźć właściwego 
banknotu. -1 zachód, powiadasz, zachód? To się nie zgadza!  Co  ty uwaŜasz za zachód? 
MoŜe masz na  myśli śródmieście? To by się prędzej mogło zgadzać!
-  No, jeśli Ansbacherstrasse nie leŜy na zachodzie...
Za późno chłopiec spostrzegł, Ŝe się wygadał. Borkhausen schował juŜ banknoty. - Dziękuję! 
-zaśmiał się ironicznie. -Nie potrzebujesz juŜ tracić swego drogocennego czasu. Sam trafię. 
Najlepiej chyba pojadę metrem na Yiktoria-Luise-Platz, co?
-  Ze mną pan tego nie zrobi! Czegoś takiego pan mnie nie zrobi! - powiedział smarkacz z HJ 
i przystąpił do męŜczyzny z zaciśniętymi pięściami. Ciemne oczy świeciły złością. -Wydałem 
na kolej, straciłem...
-  Straciłeś swój drogocenny czas, wiem juŜ o tym! - zaśmiał się Borkhausen. - Odwalaj, 

Strona 79

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

synu, za głupotę zawsze się płaci! - Nagle znów ogarnęła go wściekłość: - Czego stoisz tu 
jeszcze w moim mieszkaniu? Co, chcesz mnie moŜe pobić w moim własnym mieszkaniu? 
Zwiewaj natychmiast albo usłyszysz swój własny krzyk!
Wypchnął rozzłoszczonego chłopca z pokoju i zamknął mu drzwi przed nosem. Przez całą 
drogę, póki nie wysiedli z metra na Yiktoria-Luise-Platz, na przemian ironicznie i ze złością 
przygadywał szczeniakowi, który nie opuszczał go ani na chwilę! Chłopak, choć blady ze 
wściekłości, nie odpowiadał ani jednym słowem na wszystkie zaczepki.
Na Yiktoria-Luise-Platz, gdy wyszli z szybu metra, chłopiec nagle ruszył biegiem i znacznie 
wyprzdził Borkhausena. Borkhausen musiał biec za nim tak prędko, jak tylko potrafił, nie 
chciał pozwolić, aby dwaj smarkacze zbyt długo ze sobą gadali. Nie był zupełnie pewien, 
czyją stronę weźmie Kuno-Dieter: ojca, czy tego szczeniaka.
Stali rzeczywiście przed jakimś domem przy Ansbacherstrasse. Chłopiec z H] z zapałem 
perswadował coś Kuno-Dieterowi, który słuchał go z opuszczoną głową. Gdy Borkhausen 
podszedł, posłaniec cofnął się o dziesięć kroków i pozwolił im rozmawać ze sobą.
-  Co ty sobie właściwie myślisz, Kuno-Dieter - zaczął Borkhausen gniewnie. -- Wiecznie 
zsyłasz mi na kark takie  typy, bezczelnych szczeniaków, którzy z góry Ŝądają pieniędzy?
-  Bez forsy Ŝaden nic nie zrobi, ociec - odpowiedział Kuno-Dieter obojętnie. - Wisz sam, jak 
to jest! Ja tyŜ chcę wiedzieć, co będę miał z tego interesu. Wydałem na kolej...
-  WciąŜ ta sama piosenka, Ŝe teŜ wam nic innego nie wpadnie do głowy! Nie, Kuno-Dieter, 
teraz powiedz ojcu przede wszystkim uczciwie, co właściwie dzieje się na tej 
Ansbacherstrasse, a potem zobaczysz, co ojciec zrobi dla ciebie. Twój ojciec wcale nie jest 
taki zły, ale nie znosi, jak go duszą. Nie znosi tego!
-  Nie, ociec - powiedział znów Kuno-Dieter - boję się, Ŝe zapomnisz potem mi zapłacić. Dasz 
mi po mordzie zamiast forsy. Zarobiłeś juŜ kupę grosza na tej historii i zarobisz jeszcze 
więcej. Cały dzień tu sterczę dla ciebie  bez Ŝarcia,  chcę zobaczyć moją forsę.  Myślę,  Ŝe 
pięć-dziesiątaka...
-  Pięćdziesiąt  marek!  --  Borkhausena  po  prostu  zatkało,  gdy usłyszał to bezczelne 
Ŝądanie. - Powiem ci, co ci dam! Dam ci pięć marek, dokładnie pięć marek, które ten laluś 
chciał dostać i będziesz się jeszcze cieszył, jak je dostaniesz! Ja nie jestem taki zły, ale...
-  Nie ociec - powiedział Kuno-Dieter i popatrzył uparcie swymi niebieskimi oczyma na 
Borkhausena. - Zarabiasz kupę złota, a ja odwalam całą robotę i chcesz mnie spławić 
piątakiem? Nie, frajerów ni ma! Nic ci juŜ teraz nie powiem!
-  Co, będziesz mnie jeszcze bujał! - zaśmiał się ironicznie Borkhausen. - JuŜ jestem dość 
mądry i sam wiem, Ŝe ten mały siedzi w tym domu. A resztę i tak wydostanę. Nie, idź teraz 
do domu i powiedz, Ŝeby ci matka dała jeść! Twój stary teŜ nie jest taki głupi i nie da się 
sprzedać. Znalazło się dwóch cwaniaków!
-  To pójdę na górę - powiedział Kuno-Dieter stanowczo - i sypnę temu małemu, Ŝe za nim 
łazisz. Sypnę cię, stary!
  -  Ty przeklęty szczeniaku! - krzyknął Borkhausen i chciał uderzyć syna.
Ale chłopak uciekł do bocznej sieni domu. Borkhausen skoczył za nim, przebiegli podwórze, 
a na parterze w oficynie dopadł go. Przewrócił chłopca na ziemię i zaczął leŜącego kopać. 
Było nieomal tak, jak wyobraził sobie przedtem na kanapie, tyko Ŝe Kuno-Dieter nie 
krzyczał, ale bronił się z milczącą, zaciekłą wściekłością. To jeszcze bardziej rozjuszyło 
Borkhausena, z pełną świadomością uderzył chłopca w twarz i kopnął go w brzuch.
-  Ty ścierwo! JuŜ ja ci pokaŜę! - stękał i czerwona mgła roztoczyła mu się przed oczyma.
Nagle poczuł, Ŝe coś łapie go z tyłu, ktoś chwycił go za rękę. Coś ciągnęło go za jedną nogę, a 
coś innego za drugą. Obejrzał się szybko. To był ten chłopak z HJ z całą gromadą pętaków, 
wyrostków - czterech czy pięciu szczeniaków, którzy razem rzucili się na niego. Musiał 
puścić Kuno-Dietera, musiał się bronić przed tymi pętakami; kaŜdego z nich pojedynczo 
połoŜyłby jedną ręką, ale działając zbiorowo mogli być dla niego bardzo niebezpieczni.
-  Przeklęta banda tchórzów! - krzyczał i próbował oswobodzić się od chłopca, który wisiał 
mu na plecach, przyciskając atakującego do ściany. Ale chłopcy o mało nie poobrywali mu 
nóg. Przewrócili go.
-  Kuno! - stękał - pomóŜ ojcu! Banda tchórzów!...
Ale Kuno nie pomógł ojcu. Teraz udało mu się wstać i on pierwszy uderzył Borkhausena w 
twarz.
Mrukliwy charkot, niemal głęboki jęk wydobył się z piersi męŜczyzny. Potem potoczył się z 
pętakami po ziemi, starając się ciągle spychać wiszących na nim na stopnie, na ściany, 
przyciskać ich, aby znów móc stanąć na nogach.
Słychać było tylko stękanie walczących, odgłosy uderzeń, szuranie nóg... Bez słowa zmagali 
się w najdzikszym zapamiętaniu.
Jakaś starsza pani, która schodziła ze schodów, zatrzymała si? przeraŜona na widok dzikiej 
walki pod swoimi stopami. Kurczowo chwyciła się poręczy i wołała bezradnie: - AleŜ! AleŜ 
nie! W naszym porządnym domu!
Jej fioletowa narzuta falowała. Potem zdecydowała się i wydała głośny okrzyk przeraŜenia.
Chłopcy oderwali się od Borkhausena i zniknęli. MęŜczyzna usiadł j popatrzył nieprzytomnie 
na starszą panią.
-  Taka banda! - wyjeczał. - Chcieli  sprać starego człowieka, a własny syn wśród nich!
Na krzyk starszej damy otworzyły się drzwi na piętrach. Kilku sąsiadów wyjrzało bojaźliwie i 
szeptało ze sobą, patrząc na siedzącego człowieka.
-  Bili się! - pisnęła stara fiołkowa dama. - Bili się w naszym porządnym domu!
Borkhausen zastanowił się. JeŜeli Enno Kluge mieszka tutaj, to najwyŜszy czas zniknąć. W 
kaŜdej chwili mógł wynurzyć się równieŜ, aby sprawdzić, co oznacza ten hałas.
-  Sprałem tyko ździebko mojego syna - wyjaśnił z głupkowatym uśmiechem gapiącym się na 
niego w milczeniu lokatorom. - To niewaŜne. Wszystko w porządeczku. Szanowanie 
państwu!
Wstał, przeszedł przez podwórze, przez „ogródek" na ulicę, otrzepując ubranie i zawiązując 
na nowo krawat. Po nicponiach oczywiście nie było juŜ śladu. No, poczekaj, Kuno-Dieter! 
Dziś wieczorem poznasz swojego ojca! Walczyć przeciw własnemu ojcu, uderzyć go w 
twarz! śadna Otti na świecie cię nie obroni! Nie, najwyŜej sama jeszcze oberwie za to 
przeklęte kukułcze jajo, które podłoŜyła w jego gnieździe!
Podczas gdy Borkhausen obserwuje dom, wściekłość jego na Kuno-Dietera wzrasta coraz 
bardziej. Traci jednak prawie zupełnie zmysły, gdy stwierdza, Ŝe smarkacze wykradli mu w 
czasie walki całą paczkę banknotów z kieszeni. Pozostało tylko kilka pojedynczych marek w 
kamizelce. Takie bydlaki! Takie przeklęte nasienie! Najchętniej poleciałby od razu, aby ich 
znaleźć, zrobić z nich gulasz i odebrać swoje pieniądze!

Strona 80

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

I juŜ się podrywa.
Ale zastanawia się w porę: przecieŜ nie moŜe odejść! Musi tutaj stać, bo pięćset marek teŜ mu 
ucieknie! To jasne, Ŝe nigdy nie odbierze swoich pieniędzy od tych szczeniaków, trzeba się 
postarać uratować przynajm-. niej pięćset marek.
Idzie, całkowicie opanowany dławiącą go złością, do małej kawiarenki i telefonuje stamtąd 
do komisarza Eschericha. Potem wraca na swój punkt obserwacyjny i oczekuje z 
niecierpliwością przybycia Eschericha. JakŜe mu cięŜko na duszy! Tyle trudu sobie zadał i 
wszystko zawsze   obraca się przeciw niemu! Innym udaje się wszystko, do czego się tylko 
wezmą, taka gnida jak Enno dostaje kobietę z kupą forsy, pięknym sklepem, takie zero stawia 
na konia i zaraz wygrywa! A on? Cokolwiek robi, nic mu się nie udaje. Ile kłopotu miał z tą 
Haeberle, cieszył się, Ŝe ma trochę pieniędzy w kieszeni i - juŜ ich nie ma! Albo bransoleta 
Rosenthalowej wtedy - nie ma! Albo to ładne włamanko, cały skład z bielizną i - nie ma! 
Wszystko, do czego się bierze, ucieka mu spod rąk!
-  Jestem pechowcem, ot co! - mówi pełen goryczy do siebie. - No, jeśli komisarz 
przynajmniej przyniesie te pięćset fajgli! A Kuna po prostu zabiję! Będę go bił, nie dam mu 
zryć tak długo, aŜ zdechnie! Nigdy mu tego nie zapomnę!
Borkhausen przez telefon powiedział komisarzowi, Ŝeby wziął zaraz ze sobą pieniądze.
-  Zobaczymy! - powiedział komisarz.
,,Co to ma znaczyć? Ten teŜ mnie chce obesrać? Nie pozwolę na coś podobnego!"
W całej sprawie interesują go teraz tylko pieniądze. Gdy tylko będzie miał pieniądze - 
odwala, a z Ennem niech się stanie, co chce. JuŜ go to więcej nie interesuje! MoŜe naprawdę 
potem pojedzie do Monachium. Tutaj ma juŜ wszystkiego dość! Po prostu nie moŜe dłuŜej 
tego znieść! Kuno, który go wali po pysku i gwiŜdŜe mu forsę - czegoś takiego nie było 
jeszcze na świecie! Własny syn!
Nie, ta Haeberle miała rację: pojedzie do Monachium. Oczywiście, jeśli Escherich przyniesie 
pieniądze, bo inaczej nie ma za co kupić biletu. Ale przecieŜ to nie moŜe być, Ŝeby komisarz 
nie dotrzymał słowa! A moŜe?
ROZDZIAŁ XXXI Odwiedziny u panny Anny Schoenlein Telefoniczna wiadomość 
Borkhausena, Ŝe znalazł Enna Klugego w zachodniej dzielnicy Berlina wzbudziła w 
komisarzu Escherichu powaŜną konsternację. Automatycznie odpowiedział: - Tak, przyjadę. 
Natychmiast przyjeŜdŜam. - Przygotował się juŜ do wyjścia, ale potem opadły go znów 
wątpliwości.
Więc miał go, tego tak poŜądanego, tropionego od wielu dni. Miał go, wystarczy połoŜyć na 
nim rękę i juŜ go trzyma, tego gagatka. W czasie wytęŜonych i niecierpliwych poszukiwań 
stale myślał o tej chwili, myślał, Ŝe musi go schwytać. Siłą odganiał wszelką myśl o tym, co 
zrobi z aresztowanym.
Ale nadszedł wreszcie ten moment. I teraz powstawało pytanie: co właściwie zrobić z tym 
Ennem? Wiedział przecieŜ, teraz wiedział to na pewno: Enno Kluge nie był autorem kart - 
zdawał sobie najzupełniej z tego sprawę. W czasie poszukiwań mógł wszystko otoczyć mgłą, 
mógł nawet gadać o tym z asystentem Schroederem, Ŝe Kluge na pewno ma jeszcze coś 
innego na sumieniu.
Tak, właśnie coś innego, ale nie to! Nie on pisał te karty! Nigdy! JeŜeli go zaaresztuje i 
sprowadzi tutaj, na Prinz-Albrecht-Strasse, nic nie powstrzyma obergruppenfuehrera od 
osobistego przesłuchania Klugego. A wtedy wyjdzie na jaw, Ŝe nie wie on nic o kartach, ale 
za to duŜo o  wymuszonym podpisie pod protokołem - to było jasne! Nie, nie moŜna tutaj 
sprowadzać Klugego!
Ale równieŜ niemoŜliwe było pozostawienie go nadal na wolności, choćby pod stałym 
nadzorem. Nigdy Prali nie zgodzi się na to. Nie pozwoli teŜ przez dłuŜszy czas się zwodzić, 
nawet jeśli Escherich przemilczy tymczasem odnalezienie Klugego. Parę razy juŜ bardzo 
wyraźnie napomknął, Ŝe całą sprawę Klabautermanna odda w inne ręce 1 to nieco 
mądrzejsze! Komisarz nie mógł się zblamować - a poza tym przywiązał się do tej sprawy, ta 
sprawa stała się dla niego waŜna.
Escherich siedzi przy swoim biurku, gapiąc się-przed siebie, i gryzie Ŝółtawe wąsy. 
„Przeklęty ślepy zaułek! - myśli - przeklęty zaułek, w który dałem się wpędzić! Wszystko, co 
robię, jest błędne, a jeŜeli nic .nie robię, jest to tym bardziej błędne! Nędzny ślepy zaułek!"
Czas mija, a komisarz Escherich wciąŜ jeszcze siedzi i łamie sobie głowę. - Ten Borkhausen - 
do diabła z nim! Niech stoi i gapi się na dom! Ma dość czasu na to! A jeŜeli Enno tymczasem 
przemknie mu się między palcami, wyrwie Borkhausenowi kawałkami jelita z brzucha! 
Pięćset marek i zaraz przynieść! Cały ten Enno, stu Ennów, nie jest wartych pięciuset marek! 
Da mu po mordzie, temu Borkhausenowi, taki przeklęty pies! Co go obchodzi Kluge? 
Potrzebny mu jest autor kart!
Ale gdy tak siedzi spokojnie i rozmyśla coraz dłuŜej, zmienia swój pogląd na „sprawę 
Borkhausena". W kaŜdym razie wstaje i idzie do kasy.
 KaŜe sobie dać pięćset marek („rozliczymy się później") i wraca do swego pokoju. Miał 
zamiar jechać na Ansbacherstrasse słuŜbowym samochodem, chciał teŜ zabrać ze sobą dwóch 
ludzi - ale teraz zmienia rozkazy; nie potrzebuje ani wozu, ani ludzi.
A moŜe Escherich zmienił pogląd nie tylko co do Borkhausena, moŜe wpadło mu równieŜ coś 
na myśl w sprawie Enna Klugego? W kaŜdym razie wyjmuje teraz z kieszeni spodni swój 
słuŜbowy pistolet-,,armatę" i zamiast niego wsuwa tam mały pistolecik, pochodzący z 
przeprowadzonej niedawno konfiskaty. Wypróbował go juŜ, ta mała spluwa leŜy doskonale w 
ręku i dobrze niesie.
A więc chodźmy! Na progu pokoju komisarz zatrzymuje się, odwraca się jeszcze raz. Dzieje 
się coś dziwnego: komisarz robi machinalnie poŜegnalny gest w stronę pokoju. Bądź zdrów... 
Niejasne uczucie, przeczucie, którego się niemal wstydzi, Ŝe komisarz Escherich nie zobaczy 
juŜ tego pokoju tak, jak go teraz opuszcza. Dotychczas był urzędnikiem, który tropił ludzi, jak 
inny sprzedaje znaczki pocztowe - porządnie, pilnie, według przepisów.
Gdy jednak dziś albo jutro rano tu wróci, nie będzie moŜe juŜ tym samym urzędnikiem. 
Będzie miał sobie coś do wyrzucenia, coś, czego nie moŜna zapomnieć. Coś, o czym moŜe 
tylko on sam wie. Ale tym gorzej: nigdy nie będzie mógł się od tego uwolnić.
Tak więc Escherich pozdrawia swój pokój, wychodzi i na wpół wstydzi się swego 
poŜegnalnego gestu. „Zobaczymy jeszcze! - powiada do siebie uspokajająco - wszystko moŜe 
mieć jeszcze zupełnie inny przebieg. Muszę przedtem pogadać z tym Klugem..."
Jedzie metrem; zapada juŜ wieczór, kiedy przychodzi na Ansbacherstrasse.
-  Na pana to moŜna ładnie czekać! - warczy Borkhausen wściekle najego widok.-Przez cały 
dziennie nie jadłem! Czy przyniósł pan moje pieniądze, panie komisarzu?
-  Zamknij mordę! - ucina komisarz, co  Borkhausen zupełnie słusznie uwaŜa za 

Strona 81

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

potwierdzenie. Na sercu robi mu się znów lŜej: są widoki na forsę!
-  Gdzie on tu mieszka, ten Kluge? - pyta komisarz.
-  PrzecieŜ tego nie wiem - odpowiada Borkhausen z urazą, aby zapobiec ewentualnym 
zarzutom. - Nie mogę przecieŜ wejść do domu i pytać o niego, bo zna mnie od dawna! Nie, 
ale mieszka chyba w oficynie, pan to juŜ sam wydostanie, panie komisarzu. Zrobiłem swoją 
robotę i chciałbym teraz dostać moje pieniądze.
Escherich nie zwraca na to wcale uwagi, pyta, skąd się wziął Enno tutaj na zachodzie i jak 
Borkhausen wpadł na jego ślad.
Borkhausen musi złoŜyć obszerne sprawozdanie, a komisarz robi notatki o pani Hete 
Haeberle, o sklepie ze zwierzętami, o wieczornej scenie z czołganiem na kolanach: tym razem 
komisarz notuje wszystko. Oczywiście sprawozdanie Borkhausena nie jest pełne. Tego jednak 
nie moŜna od niego Ŝądać. Nikt nie moŜe Ŝądać od człowieka, aby przyznał się do 
kompromitującego niepowodzenia. Bo gdyby Borkhausen opowiedział, jak dostał pieniądze 
od tej Haeberle, musiałby równieŜ opowiedzieć, jak je stracił. Byłby teŜ zmuszony 
opowiedzieć o tych dwóch tysiącach patyków, które teraz jadą dla niego do Monachium. Nie, 
tego nikt nie moŜe od niego wymagać.
Gdyby Escherich był w nieco lepszej formie, zwróciłby uwagę na kilka niedokładności w 
sprawozdaniu szpicla. Ale Escherich myśli jeszcze ciągle o innych sprawach i najchętniej 
odesłałby tego Borkhausena. Jest mu jednak jeszcze przez chwilę potrzebny i dlatego mówi 
do niego: - Niech pan tutaj zaczeka! - i wchodzi do domu.
Nie od razu do oficyny, ale do portierni od frontu. Tam zasięga informacji. Dopiero potem, 
odprowadzany przez portiera, idzie do oficyny i wchodzi powoli po schodach na czwarte 
piętro.
Portier nie mógł potwierdzić, czy Enno Kluge jest w tym domu. Portier jest tylko dla państwa 
z frontu, a nie dla ludzi z oficyny. Ale oczywiście zna wszystkich, którzy tu mieszkają, 
chociaŜby dlatego, Ŝe musi rozdzielać karty Ŝywnościowe. Niektórych zna dobrze, innych 
mniej. Na przykład jest taka panna Anna Schoenlein na czwartym piętrze. Ją moŜna by 
podejrzewać, Ŝe przyjmie takiego człowieka. Portier mają i tak w ewidencji. Wiecznie 
najrozmaitsze tałatajstwo u niej nocuje, a sekretarz poczty na trzecim piętrze pod nią twierdzi 
z całą pewnością, Ŝe ona słucha nocą zagranicznych audycji. Tylko Ŝe sekretarz nie mógł 
jeszcze przysiąc na to, ale obiecał nadal pilnie nasłuchiwać. Portier chciał juŜ w tej sprawie 
porozmawiać z zarządzającym blokiem, ale równie dobrze moŜe to powiedzieć panu 
komisarzowi. Niech przede wszystkim próbuje u tej Schoenlein, a dopiero gdyby się okazało, 
Ŝe tego gościa tam naprawdę nie ma, moŜna będzie sprawdzić jeszcze na pozostałych 
piętrach. Na ogół mieszkają tutaj tylko porządni ludzie, nawet w oficynie.
 -  To tu! - szepce portier.
-  Niech pan tak stanie, Ŝeby było pana widać przez wizjer - szeptem podpowiada komisarz. - 
Niech pan im cokolwiek powie, po co pan przychodzi. W sprawie karmy dla świń, na NSV* 
albo WHW.
-  Zrobione! - powiada portier i dzwoni.
Przez chwile panuje zupełny spokój, portier dzwoni po raz drugi i po raz trzeci. Ale 'w 
mieszkaniu cisza.
-  Nie ma w domu? - szepce komisarz.
-  Nie wiem jeszcze! - powiada portier - nie widziałem, by ta Schoenlein dziś wychodziła na 
ulice.
I dzwoni po raz czwarty.
Zupełnie nagle otwierają się drzwi. śaden z nich nie słyszał szmeru w mieszkaniu. Wysoka, 
chuda kobieta stoi przed nimi. Ubrana jest w zniszczone, wypłowiałe spodnie treningowe i 
kanarkowy pulower z czerwonymi guzikami. Ma ostro zarysowaną, chudą twarz w 
czerwonych plamach, jak to często bywa u gruźlików. RównieŜ oczy jej błyszczą jak w 
gorączce.
-  O co chodzi? - pyta krótko i nie zdradza Ŝadnego przeraŜenia, gdy komisarz staje blisko niej 
w drzwiach, tak Ŝe nie moŜna ich zamknąć.
-  Chętnie zamieniłbym z panią parę słów, panno Schoenlein. Jestem komisarz Escherich z 
gestapo.
Znów najmniejszego przeraŜenia; kobieta patrzy na niego nadal swymi błyszczącymi oczyma. 
Potem mówi szybko: - Niech pan wejdzie!
- i idzie przodem do mieszkania.
-  Niech pan zostanie przy drzwiach - szepce komisarz do portiera.
- A gdyby ktoś chciał wejść lub wyjść, niech pan mnie zawoła!
Pokój, do którego wprowadzono komisarza, jest nieco nieporzadny i zakurzony. 
Staroświeckie pluszowe meble, z kolumienkami i kulami z czasów pradziadka. Portiery z 
aksamitu. Sztalugi, a na nich portret brodatego męŜczyzny: powiększona, kolorowa 
fotografia. W powietrzu wisi dym papierosów, parę niedopałków leŜy w popielniczce.
-  O co chodzi? - pyta ponownie panna Schoenlein. Stanęła przy stole nie prosząc komisarza, 
by usiadł.
Ale komisarz siada mimo to, wyjmuje paczkę papierosów z kieszeni i wskazuje na portret. ~ 
Kto to jest? - pyta.
-  NSV - Nazionalsozialistische-Yolkswohlfahrt - agenda partii hitlerowskiej zajmująca się 
tzw. opieką społeczna.
-  Mój ojciec - mówi kobieta. I pyta raz jeszcze: - O co chodzi?
-  Chciałem panią zapytać o róŜne rzeczy, panno Schoenlein - powiada komisarz i podaje jej 
papierosy. - Ale niech pani siada i weźmie papierosa.
Kobieta mówi szybko: - Nie palę nigdy.
-  Raz, dwa, trzy, cztery - liczy Escherich niedopałki w popielniczce - dym tytoniowy w 
powietrzu. Czy ma pani gości, panno Schoenlein?
Spojrzała na niego bez strachu. - Nigdy nie przyznaję się, Ŝe pale - powiedziała po chwili - bo 
lekarz ze względu na płuca zabronił mi palić.
-  A więc nie ma pani gości?
-  A więc nie mam gości.
-  Obejrzę  sobie  nieco  pani  mieszkanie -- oświadcza  komisarz i wstaje. - Nie, niech się 
pani nie trudzi. Sam znajdę drogę.
Przeszedł szybko przez oba pozostałe pokoje, przepełnione kanapami, szafami, fotelami i 
postumentami. Raz zatrzymał się i nasłuchiwał z twarzą odwróconą ku jednej z szaf. 
Uśmiechał się przy tym.
Potem wrócił do panny Schoenlein. Stała jeszcze tak, jak ją zostawił, przy stole.

Strona 82

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  Zameldowano mi - powiedział siadając ponownie - Ŝe przyjmuje pani wiele gości. Gości, 
którzy często nocują u pani przez kilka nocy, ale nigdy nie są meldowani. Czy zna pani 
przepisy o obowiązku meldowania?
-  Moi goście są niemal wyłącznie moimi bratankami i bratanicami. Nigdy nie pozostają u 
mnie dłuŜej niŜ dwie noce. Wydaje mi się, Ŝe obowiązek meldowania zaczyna się dopiero 
przy czwartej nocy.
-  Musi pani mieć bardzo duŜą rodzinę, panno Schoenlein - powiedział komisarz z namysłem. 
- Niemal co noc przebywa u pani jedna, dwie, a często i trzy osoby.
-  Mała przesada. Zresztą rzeczywiście mam duŜą rodzinę. Sześcioro rodzeństwa, wszyscy 
Ŝonaci, mają dzieci.
-  A ci  godni  starsi  panowie  i  panie  naleŜą  równieŜ do  pani bratanków i bratanic?
-  Ich rodzice oczywiście odwiedzają mnie równieŜ od czasu do czasu.
-  Bardzo  duŜa  i  bardzo  rozmiłowana w  podróŜach  rodzina... A propos chciałem się 
jeszcze zapytać: gdzie pani ma swój aparat radiowy, panno Schoenlein? Nie zauwaŜyłem w 
przejściu...
 Mocno zacisnęła wargi. - Nie mam radia.
-  Oczywiście! - powiedział komisarz. - Oczywiście! Dokładnie tak samo, jak nigdy pani nie 
przyzna, Ŝe pali papierosy. Muzyka radiowa nie szkodzi na płuca.
-  Ale na światopogląd polityczny - odpowiedziała nieco kpiąco.
-  Nie, nie mam radia w domu. JeŜeli słyszano muzykę z mojego mieszkania, to chodzi tu o 
patefon walizkowy, który stoi tam za panem na półce.
-  I który przemawia obcymi językami - uzupełnił komisarz.
-  Mam wiele zagranicznych płyt do tańca. Nie uwaŜam tego za przestępstwo, jeŜeli nawet 
teraz, w czasie wojny, przy okazji przegrywam je moim gościom.
-  Pani bratankom i  bratanicom? Nie,  to  rzeczywiście nie jest przestępstwem.
Wstał z rękami w kieszeniach. Nagle nie mówił juŜ ironicznie, ale po prostu brutalnie: - Jak 
pani myśli, co się stanie, jeŜeli teraz pobawię się z panią, panno Schoenlein, i pozostawię tutaj 
u pani w mieszkaniu człowieka? Przyjmowałby pani gości i obejrzałby sobie dokładniej 
papiery pani bratanków i bratanic. MoŜe jeden z gości przyniesie ze sobą nawet radio? Co 
pani o tym sądzi?
-  Sądzę - powiedziała nieustraszenie panna Schoenlein - Ŝe pan z góry przyszedł z zamiarem 
aresztowania mnie. Jest więc zupełnie obojętne, co powiem. Chodźmy! Pozwoli mi pan chyba 
prędko włoŜyć suknię, zamiast spodni treningowych?
-  Jeszcze chwilę, panno Schoenlein! - zawołał komisarz za nią. Zatrzymała się i odwróciła do 
niego z ręką na klamce.
-  Jeszcze chwileczkę!  Byłoby oczywiście właściwe,  gdyby pani jeszcze przed naszym 
wyjściem oswobodziła tego pana z szafy. JuŜ przedtem, gdy przechodziłem przez sypialnię, 
zdawało mi się, Ŝe bardzo cierpi wskutek braku powietrza. Prawdopodobnie w szafie jest 
duŜo proszku przeciwko molom...
Teraz czerwone plamy zniknęły z jej twarzy, wpatrywała się w niego biała jak prześcieradło.
Potrząsnął głową. - Dzieci! dzieci! - powiedział z Ŝartobliwą naganą -  jakŜe ułatwiacie nam 
robotę! I wy chcecie być spiskowcami? Wy chcecie zdziałać coś przeciw państwu waszymi 
dziecinnymi kawałami? Szkodzicie tylko sobie samym!
 WciąŜ jeszcze wpatrywała się w niego. Usta jej były zaciśnięte, oczy gorączkowo błyszczały, 
a ręka wciąŜ spoczywała na klamce.
-  CóŜ, ma pani szczęście, panno Schoenlein - mówił dalej komisarz, ciągle tonem lekkiej, 
pogardliwej przewagi - w tym sensie, Ŝe nie interesuję się dziś absolutnie panią. Interesuję się 
natomiast tym panem z szafy. Być moŜe, Ŝe zastanowiwszy się u siebie w biurze głębiej nad 
pani sprawą, będę się czuł zobowiązany złoŜyć meldunek w odpowiednim wydziale. 
Powiadam - „być moŜe" - nie wiem jeszcze... MoŜe zresztą pani sprawa wyda mi się zbyt 
błaha - zwłaszcza biorąc pod uwagę pani chorobę płuc...
Nagle wybuchnęła: - Nie chcę waszej łaski! Nienawidzę waszego współczucia! Moja sprawa 
nie jest błaha! Tak jest, regularnie udzielałam schronienia prześladowanym politycznie! 
Słucham zagranicznych audycji! Tak, teraz pan wie! Teraz nie moŜe mnie pan juŜ oszczędzać 
- mimo moich płuc!
-  Dziewczyno! - powiedział ironicznie i spojrzał niemal współczująco na osobliwą 
staropanieńską postać w spodniach treningowych i w Ŝółtym pulowerze z czerwonymi 
guzami. - U pani chodzi nie tylko o płuca, u pani w grę wchodzą takŜe nerwy! Pół godziny 
przesłuchania u nas, a będzie pani zdumiona, w jaką krzyczącą, Ŝałosną kupkę śmieci zamieni 
się pani ciało! To bardzo niemiło uświadomić sobie coś takiego. Niektórzy nie potrafią znieść 
poczucia tego poniŜenia, wieszają się potem.
Przyjrzał się jej jeszcze raz, skinął głową z namysłem. Powiedział pogardliwie: - I coś takiego 
nazywa się spiskowcem!
Szarpnęła się jak uderzona biczem, ale nie odpowiedziała ani słowa.
-  Przy naszej miłej pogawędce zapominamy jednak zupełnie o pani gościu w szafie - 
powiedział po chwili. - Niech pani idzie, panno Schoenlein! Jeśli go zaraz nie zwolnimy, 
wykituje.
Enno Kluge był rzeczywiście bliski uduszenia, gdy Escherich wyciągnął go z szafy. Komisarz 
połoŜył człowieczka na szezlągu 1  poruszył parę razy jego ramionami, aby doprowadzić 
powietrze do płuc.
-  A teraz - powiedział i spojrzał na kobietę, która bez słowa stała w pokoju - a teraz, panno 
Schoenlein, niech mnie pani najlepiej na kwadrans pozostawi samego z panem Kluge. Niech 
pani usiądzie w kuchni, tam najtrudniej podsłuchiwać.
-  Nigdy nie podsłuchuję!
-  Nie, nie, tak samo jak pani nie pali papierosów i tylko ku uciesze bratanków i bratanic 
nastawia patefon! Nie, niech pani lepiej usiądzie w kuchni. Zawołam panią w ,razie potrzeby.
Skinął jej głową jeszcze raz i przekonał się, Ŝe rzeczywiście poszła do kuchni. Potem zwrócił 
się do Klugego, który siedząc teraz na kanapie skierował przestraszone, bezbarwne oczy na 
komisarza. Łzy zaczynały juŜ ściekać po jego twarzy.
-  No, no, panie Kluge - powiedział komisarz uspokajająco. - Tak pana cieszy spotkanie ze 
starym komisarzem Escherichem? Tęsknił pan więc za mną? Prawdę mówiąc i ja tęskniłem za 
panem i jestem szczęśliwy, Ŝe odnalazłem pana. Teraz tak prędko nie rozstaniemy się, 
kochany panie Kluge.
Łzy Enna ciekły strumieniami. Załkał gwałtownie:
-  Ach, panie komisarzu, przecieŜ pan mi święcie przyrzekł, Ŝe mnie wypuści!
-  A czyŜ pana nie wypuściłem? - zapytał komisarz zdumiony. - Ale przecieŜ to nie wyklucza, 

Strona 83

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Ŝe znów pana aresztuję, kiedy stęsknię się za panem.  MoŜe mam nowy protokół do 
podpisania,  panie  Kluge! - PrzecieŜ pan, jako mój dobry przyjaciel, nie odmówi mi tej małej 
przysługi, co?
Enno zadrŜał pod spojrzeniem bezlitośnie skierowanych na niego ironicznych oczu. Wiedział: 
te oczy wyciągną z niego wszystko, od razu wszystko wygada, a potem będzie zgubiony na 
wieki, tak czy owak...
ROZDZIAŁ XXXII Escherich i Kluge idą na spacer Było juŜ zupełnie ciemno, gdy komisarz 
Escherich z Ennem Klugem opuścili dom przy Ansbacherstrasse. Nie, mimo tych płuc nie 
mógł się komisarz zdecydować na uznanie sprawy panny Anny Schoenlein za błahą. Ta stara 
panna prawdopodobnie przyjmowała u siebie bez wyboru wszelkich przestępców, nie znając 
nawet ich historii. Enna Kluge na przykład przyjęła nie pytając nawet o nazwisko, schowała 
go tylko dlatego, Ŝe przywlokła go do niej przyjaciółka.
Trzeba się będzie teraz przyjrzeć tej Haeberle. Co za kłopoty z tym narodem! Nawet teraz, 
gdy rząd prowadzi największą wojnę na rzecz jego szczęśliwej przyszłości, nawet teraz był 
oporny. Wszędzie, gdzie zaczynało się wąchać, śmierdziało. Komisarz Escherich był 
przekonany, Ŝe niemal w kaŜdym niemieckim domu znajdą się jakieś tajemnice i kłamstwa. 
Nie ma prawie nikogo, kto miałby czyste sumienie -  oczywiście wyłączając członków partii.  
Nie waŜyłby  się jednak przeprowadzić u członków partii takiego badania jak u tej 
Schoenlein.
W kaŜdym razie posadził portiera jako wartownika w jej mieszkaniu. Portier wydawał się 
zupełnie odpowiedzialnym człowiekiem, zresztą był członkiem partii. Trzeba będzie się 
postarać, aby dostał jakąś małą intratną posadkę. To podciągało takich ludzi i wyostrzało ich 
wzrok i słuch. Wynagradzać i karać - oto najlepszy sposób rządzenia.
Komisarz idzie ze swoim Ennem Kluge u boku w kierunku słupa, za którym stoi Borkhausen. 
Borkhausen wolałby swego dawnego kumpla teraz nie widzieć. Aby go ominąć, obchodzi 
słup dookoła. Ale komisarz robi zwrot w tył i teraz stoją naprzeciw siebie Emil i Enno.
-  Dobry wieczór! - powiada Borkhausen i wyciąga rękę.
Ale Kluge jej nie ujmuje. Trochę oburzenia poruszyło się nawet w tym nędznym stworzeniu. 
Nienawidzi Borkhausena, który namówił go do włamania, gdzie dostał tylko cięgi, który dziś 
rano wymusił tysiące, a teraz mimo to go zdradził.
-  Panie komisarzu - powiada Kluge gorliwie - czy Borkhausen panu nie powiedział, Ŝe 
wymusił dzisiaj rano od mojej przyjaciółki, pani Haeberle, dwa tysiące pięćset marek? Miał 
mi za to pozwolić zwiać. A teraz...
Komisarz odszukał Borkhausena tylko po to, aby mu dać pieniądze i odesłać go do domu. Ale 
teraz pozostawia .paczuszkę pieniędzy w kieszeni i słucha rozweselony, jak Borkhausen 
grubiańsko odpowiada: - A moŜe nie pozwoliłem ci zwiać, Enno? A jeśli jesteś taki osioł, Ŝe 
dajesz się znowu złapać, to nie moja wina. Dotrzymałem słowa.
Komisarz powiada: - No, pogadamy jeszcze o tym, Borkhausen. Postaraj się pan teraz wrócić 
do domu.
-  Ale chciałbym przedtem dostać moje pieniądze, panie komisarzu - Ŝąda Borkhausen. - 
Przyrzekł mi pan na pewno pięćset marek, jeśli dostarczę panu Enna. Ma go pan w ręku, a 
teraz niech pan buli forsę!
 KaŜdv umiera... i. f  -  Dwa razy w tej samej sprawie nie będzie pan opłacony, Bork-hausen - 
odmawia mu komisarz. - Dostał pan juŜ przecieŜ dwa tysiące pięćset!
-  Aleja wcale nie mam tych pieniędzy! - protestuje niemal krzycząc rozczarowany 
Borkhausen. - Posłała je na pocztę do Monachium, abym zeszedł im tutaj z drogi!
-  Mądra kobieta! - chwali komisarz. - Albo to był moŜe pański pomysł, panie Kluge?
-  Znów kłamie! - krzyczy oburzony Enno - tylko dwa tysiące posłała do Monachium. Pięćset, 
a moŜe nawet więcej dostał w gotówce. Niech pan sprawdzi jego kieszenie, panie komisarzu!
-  Zwędzili mi je! Cała banda wyrostków napadła mnie i zwędzili moje pieniądze! MoŜe pan 
mnie przeszukać od góry do dołu. Mam tylko parę marek, które przypadkowo zostały w 
kamizelce!
-  Nie moŜna panu powierzać pieniędzy, Borkhausen - powiada komisarz potrząsając głową. - 
Nie potrafi się pan obchodzić z pieniędzmi. Dać się okraść przez wyrostków, taki dorosły 
męŜczyzna!
Borkhausen zaczyna na nowo Ŝebrać, Ŝądać, przekonywać, ale komisarz rozkazuje - są juŜ 
teraz na Yiktoria-Luise-Platz: - Wal pan teraz do domu, Borkhausen!
-  Panie komisarzu, przecieŜ pan mi przyrzekł...
-- Jeśli pan natychmiast nie zniknie w metrze, oddam pana temu posterunkowemu! Zatrzyma 
pana od razu za wymuszenie.
Z tymi słowami komisarz idzie w kierunku schupo i Borkhausen, rozzłoszczony amator-
przestępca, któremu nic się nie udaje, gdyŜ traci spodziewany zysk zawsze tuŜ przed 
zwycięstwem, znika z Yiktoria-Luise-Platz. („Poczekaj tylko, Kuno-Dieter, niech ja przyjdę 
do domu"...!)
Komisarz rzeczywiście zaczepia schupo, legitymuje się i daje mu polecenie aresztowania 
panny Anny Schoenlein i przetrzymania jej na posterunku pod zarzutem... - No, powiedzmy, 
pod zarzutem słuchania wrogich rozgłośni. Wypraszam sobie wszelkie przesłuchania. Jutro 
przyjdzie ktoś od nas i zabierze tę kobietę ze sobą. Dobranoc, panie wachmistrzu!
-  Heil Hitler, panie komisarzu!
-  Tak - powiada komisarz idąc przez Motzstrasse w kierunku Nollendorfplatz. - Co teraz 
zrobimy? Głodny jestem, o tej porze jadam.
Wie pan co, zapraszam pana na kolację. Nie śpieszy się panu chyba tak strasznie do gestapo. 
Obawiam się, Ŝe jedzenie u nas pozostawia wiele do Ŝyczenia, a ludzie są tacy zapominalscy, 
czasami nie przynoszą nic przez dwa, trzy dni. Nawet wody. Zła organizacja! Tak, co pan o 
tym myśli, panie Kluge?
Przy akompaniamencie takiej i temu podobnej gadaniny zaciągnął komisarz zupełnie 
oszołomionego Klugego do małej winiarni, gdzie, zdaje się, był dobrze znany. Komisarz jest 
hojny. Funduje nie tylko doskonałe, obfite potrawy z winem i wódeczkami, jest nawet 
prawdziwa kawa, ciastka i papierosy. Komisarz oświadcza przy tym zupełnie bezwstydnie: - 
Niech pan nie myśli, Ŝe ja za to wszystko płacę, Kluge! To wszystko idzie na rachunek 
Borkhausena. Płacę to bowiem z pieniędzy, które właściwie on powinien dostać. Zresztą to 
słuszne, Ŝe pan napycha sobie kaldun z nagrody wyznaczonej za pana. Zadośćuczynienie 
sprawiedliwości...
Komisarz mówi i mówi, ale moŜe naprawdę nie jest wcale taki pewny siebie, jak udaje. Je 
mało, ale za to pije prędko i duŜo. MoŜe tkwi w nim jakiś niepokój? Ten człowiek ogarnięty 
jest jakimś niezwykłym u niego zdenerwowaniem. Czasem bawi się kulkami chleba, a potem 

Strona 84

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

nagle chwyta się za kieszeń od spodni, w której tkwi mały pistolecik - przy czym rzuca 
szybkie spojrzenia na Klugego.
Enno siedzi dość obojętny. NaŜarł się porządnie, ale prawie nic nie pił. Jest jeszcze ciągle 
oszołomiony, nie rozumie tej historii z komisarzem. Jest aresztowany czy nie? Enno nic nie 
kapuje.
Właśnie wyjaśnia mu to Escherich: - Siedzi pan tu, panie Kluge - powiada - i dziwi się. 
Oczywiście bujałem pana. Wcale nie byłem taki głodny. Chcę tyko zabić czas do dziesiątej. 
Musimy wtedy udać się na mały spacerek i tam się pokaŜe, co z panem zrobię. Tak - to - się - 
tam - pokaŜe...
Komisarz mówi coraz wolniej, coraz ciszej i z coraz większym namysłem. Enno Kluge rzuca 
na niego nieufne spojrzenie. Jakieś nowe diabelstwo tkwi w tym „małym spacerku" o 
dziesiątej w nocy. Ale jakie? I jak ujść przed nim? Escherich pilnuje go jak diabeł, nawet nie 
wolno mu samemu pójść do ubikacji.
Komisarz mówi dalej: - Sprawa jest mianowicie taka, Ŝe spotkam mojego człowieka dopiero 
po dziesiątej. Mieszka za miastem, w Schla-chtensee. Rozumie pan, panie Kluge? Właśnie to 
nazywam małym spacerkiem.
^
-  A co ja mam z tym wspólnego? Czy znam tego człowieka? Nie znam przecieŜ nikogo w 
Schlachtensee! Zawsze mieszkałem w okolicach Friedrichshain.
-  Myślę, Ŝe pan go jednak zna. Chciałbym, aby mu się pan przyjrzał.
-  A jeśli przyjrzę mu się i stwierdzę, Ŝe go nie znam, co wtedy? Co wtedy stanie się ze mną?
Komisarz robi obojętny gest: - To się wtedy okaŜe. Myślę, Ŝe zna pan tego człowieka.
Obaj milczą. Potem Enno Kluge pyta: - Czy to ma znów coś wspólnego z tą przeklętą historią 
z pocztówkami? Lepiej byłoby, Ŝebym nie podpisał tego protokołu. Nie powinienem był panu 
zrobić tej przysługi, panie komisarzu.
-  Rzeczywiście? Zdaje mi się niemal, Ŝe ma pan rację. I dla pana, i dla mnie byłoby lepiej, 
gdyby pan go nie podpisał, panie Kluge!
- Patrzy tak ponuro na swoje vis a vis, Ŝe Enna znów ogarnia strach. Komisarz zauwaŜył to.-
No, no-powiada uspokajająco-zobaczymy... Myślę, Ŝe wypijemy jeszcze jedną wódkę i 
ruszymy. Chętnie wróciłbym jeszcze ostatnim pociągiem do miasta.
Kluge patrzy na niego przeraŜony: - A ja? - pyta drŜącymi wargami.
- Czy ja - mam - zostać - za miastem?
-  Pan - śmieje się komisarz - pan oczywiście pojedzie ze mną, panie Kluge!  Czemu pan 
patrzy na mnie taki przeraŜony?  PrzecieŜ nie powiedziałem nic, co mogłoby pana tak 
przestraszyć. Oczywiście, Ŝe wrócimy obaj razem do miasta. O, tam idzie kelner z naszą 
wódką. Ober, niech pan chwile zaczeka, damy panu zaraz kieliszki do zamiany.
Nieco później są w drodze do Dworca Zoo. Jechali metrem, a kiedy wysiedli w 
Schlachtensee, noc była taka ciemna, Ŝe w pierwszej chwili stanęli bezradnie na placu* przed 
dworcem. Z powodu zaciemnienia nigdzie nie było widać światełka.
-  W tej ciemności nie znajdziemy nigdy drogi - powiedział Kluge ze strachem. - Panie 
komisarzu, wracajmy, proszę! Proszę! Wolę juŜ spędzić tę noc u was, w gestapo, niŜ...
-  Niech pan nie gada głupstw, Kluge! - przerwał ostro komisarz i chwycił ramię chudziaka 
mocno pod pachę. - Myśli pan, Ŝe jadę tu z panem przez pół nocy na spacer po to, aby 
zawrócić na kwadrans przed celem? - Nieco łagodniej dodał: - Widzę juŜ teraz zupełnie 
dobrze. Pójdziemy boczną drogą, w ten sposób dostaniemy się najprędzej do jeziora...
Ruszyli w milczeniu, omijając ostroŜnie niewidzialne przeszkody. Gdy przeszli kawałek 
drogi, rozjaśniło się jakby nieco.
-  Widzi pan, Kluge - powiedział komisarz - wiedziałem, Ŝe mogę polegać na swym zmyśle 
orientacyjnym. Oto juŜ jezioro!
Kluge nie odezwał się i milcząc poszli dalej.
Noc była zupełnie bezwietrzna, dokoła spokój. Nie spotkali ani jednego człowieka. Z gładkiej 
powierzchni jeziora, które raczej przeczuwali, niŜ widzieli, zdawała się ulatniać szara jasność, 
jak gdyby woda oddawała najsłabszy promień schwytanego w dzień światła.
Komisarz chrząknął, jakby chciał przemówić, ale milczał nadal.
Nagle Enno Kluge zatrzymał się. Jednym ruchem uwolnił ramię z uścisku swego towarzysza. 
Zawołał niemal krzycząc: - Nie pójdę ani kroku dalej! JeŜeli pan chce mi coś zrobić, moŜe 
pan to zrobić równie dobrze teraz, jak o kwadrans później! Nikt nie moŜe mi przyjść z 
pomocą. Jest juŜ chyba północ!
Na potwierdzenie tych słów zaczął bić zegar. Wśród ciemnej nocy dźwięk rozbrzmiewał 
niespodziewanie blisko i mocno. Obaj męŜczyźni liczyli automatycznie.
-  Jedenasta! - powiedział potem komisarz. - Jedenasta godzina. Jeszcze godzina do północy. 
Chodź pan, Kluge, mamy jeszcze tylko pięć minut drogi.
I znów chwycił ramię tamtego.
Ale Kluge wyrwał się z niespodziewaną siła: - Powiedziałem, Ŝe nie pójdę ani kroku dalej, i 
nie pójdę!
Jego głos załamywał się ze strachu, tak krzyczał. Jakiś wystraszony ptak wodny wyfrunął z 
sitowia i ocięŜale przeleciał obok.
-  Niech pan tak nie krzyczy! - powiedział komisarz ze złością. - Budzi pan całe jezioro!
Potem zastanowił się: - A więc dobrze, odpocznijmy chwilę. Wróci panu chyba rozsądek. 
Usiądziemy tu?
I znów chwycił Klugego za ramię.
Enno uderzył chwytającą go rękę. - Nie dam się przez pana więcej ruszać! Rób pan ze mną, 
co pan chce, ale niech pan mnie nie rusza!
Komisarz powiedział ostro: - To nie jest ton, którym rozmawia się ze mną, Kluge! Ktoś ty 
taki? Tchórzliwy, mały, zasrany szczeniak!
Komisarza równieŜ zaczęły nerwy ponosić.
; -  A pan? - krzyknął znów Kluge. - A kim pan jest? Jest pan mordercą, podłym mordercą zza 
węgła!
Przestraszył się sam tego, co powiedział. Zamruczał: - Niech mi pan wybaczy, panie 
komisarzu. Nie chciałem tego powiedzieć...
-r To nerwy - powiedział komisarz - powinien pan prowadzić inne Ŝycie, Kluge; pańskie 
nerwy nie wytrzymują takiego Ŝycia. Siadajmy więc tam, na tej kładce przy przystani. Niech 
się pan nie lęka, nie ruszę juŜ pana, jeśli pan tak mnie się boi.
Poszli w stronę kładki. Drewno zatrzeszczało, gdy weszli na nie.
- Jeszcze parę kroków - zachęcał Escherich. - Usiądźmy najlepiej na samym końcu. Lubię 
siedzieć na czymś takim, tylko woda dookoła mnie...

Strona 85

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Ale Kluge znów się przeciwstawił. On, który przed chwilą okazał przypływ zdecydowanej 
odwagi, zaczął nagle skowyczeć: - Nie pójdę dalej! Och, niech się pan zlituje nade mną, panie 
komisarzu! Niech mnie pan nie topi! Nie umiem pływać, mówię to panu od razu! Zawsze się 
tak bardzo bałem wody! Podpiszę panu kaŜdy protokół! Ratunku, ratunku! ratu...
Komisarz chwycił małego człowieczka i niósł wierzgającego na koniec kładki. Przycisnął 
mocno twarz Enna do swojej piersi, tak Ŝe Enno nie mógł więcej krzyczeć. Zaniósł go w ten 
sposób na koniec kładki i potrzymał tuŜ nad wodą.
-  JeŜeli jeszcze raz krzykniesz, psie, wrzucę cię!
Głęboki szloch wydarł się z krtani Enna. - Nie będę krzyczał - powiedział szeptem. - Ach, 
przecieŜ i tak zginąłem, niech mnie pan juŜ wrzuci! Nie wytrzymam tego dłuŜej...
Komisarz posadził go na kładce i zajął miejsce obok niego.
-  Tak - powiedział - a teraz, gdy widziałeś, Ŝe mogę cię wrzucić do jeziora i nie robię tego, 
zrozumiałeś chyba, Ŝe nie jestem mordercą?
Kluge zamruczał coś niezrozumiałego. Zęby szczękały mu głośno.
-  Tak, a teraz słuchaj!  Mam ci coś do powiedzenia.  Z tym człowiekiem, którego miałeś 
poznać tutaj w Schlachtensee, to jest oczywiście bujda.
-  Ale dlaczego?
-  Poczekaj! Wiem równieŜ, Ŝe nie masz nic wspólnego z autorem pocztówek. Myślałem, Ŝe z 
protokołem dobrze wyjdzie, Ŝe przynajmniej będę miał jakiś ślad dla moich przełoŜonych do 
czasu, póki nie znajdę  prawdziwego sprawcy. Ale to źle się skończyło. Teraz ci wielcy 
panowie z SS Ŝądają ciebie, Kluge, chcą cię przesłuchać na swój sposób. Oni wierzą w ten 
protokół i uwaŜają ciebie za autora kart albo przynajmniej za ich kolportera. I wycisną juŜ to z 
ciebie. Wszystko, co zechcą, wycisną z ciebie tymi przesłuchaniami. Wycisną cię jak cytrynę, 
a potem zabiją albo zaprowadzą przed Trybunał Narodowy, co na jedno wychodzi. Tyle, Ŝe 
męczarnia potrwa jeszcze parę tygodni dłuŜej.
Komisarz zrobił przerwę, a śmiertelnie wystraszony Enno drŜąc przytulił się teraz do niego, 
jakby szukając pomocy u tego, którego jeszcze przed chwilą nazwał „mordercą".
-  Pan wie, Ŝe to nie ja zrobiłem! - wyjąkał. - To święta prawda! Nie moŜe pan mnie do nich 
zaprowadzić, nie wytrzymam  tego, będę krzyczał...
-  Oczywiście, Ŝe będziesz krzyczał - potwierdził komisarz niewzruszony-na pewno! Ale to 
ich nie obchodzi, to dla nich jeszcze lepsza zabawa. Wiesz, Kluge, posadzą cię na stołku i 
ustawią ci tuŜ przed twarzą bardzo mocny reflektor.  I  będziesz musiał wciąŜ patrzeć w 
światło i będziesz zdychał z gorąca i jasności. A przy tym będą cię pytali, godzinami będą ci 
zadawali pytania, jeden będzie zastępował drugiego,  ale ciebie nikt nie zastąpi, choć będziesz 
nie wiem jak zmęczony. A kiedy upadniesz z wyczerpania, podniosą cię kopnięciami i 
uderzeniami bata. Dadzą ci wodę z solą do picia, a kiedy i to nie pomoŜe, wykręcą ci po kolei 
kaŜdy staw z palców. Będą leli kwas na twoje nogi...
-  Przestań pan - proszę, przestań pan, nie mogę tego słuchać...
-  Będziesz musiał nie tylko tego słuchać, ale będziesz musiał to wytrzymać, Kluge. Dzień, 
dwa, trzy, pięć dni -zawsze, we dnie i w nocy. A przy tym będziesz głodował tak, Ŝe Ŝołądek 
twój skurczy się jak zeschły liść.  Będzie ci się wydawało, Ŝe zdychasz z bólu. Ale nie 
zdechniesz: tak łatwo nie wypuszczają nikogo, kogo raz dostaną w swoje łapy. Będą cię...
-  Nie, nie, nie! - krzyczał Enno i zatkał sobie uszy. - Nie chcę więcej słuchać! Ani słowa! 
Lepiej od razu śmierć!
- Tak, i ja tak myślę - potwierdził komisarz - lepiej od razu śmierć! Przez pewien czas 
panowało między nimi głębokie milczenie. Potem mały Enno Kluge powiedział wzdrygając 
się nagle: - Ale do wody nie pójdę...
-  Nie, nie - namawiał go komisarz dobrotliwie - nie musi pan wcale tego zrobić. Widzi pan, 
przyniosłem coś innego. Niech pan spojrzy, taki ładny mały pistolecik. Wystarczy przycisnąć 
go do skroni. Niech się pan nie boi, potrzymam panu rękę, Ŝeby nie drŜała. A potem zagnie 
pan tylko troszeczkę palec... Nie poczuje pan Ŝadnego bólu, nagle znikną wszystkie 
męczarnie i prześladowania i będzie pan wreszcie miał ciszę i spokój...
-  I wolność - powiedział mały Enno Kluge z namysłem. - To wygląda zupełnie tak samo, 
panie komisarzu, jak wtedy, gdy mnie pan namówił na ten protokół. I wtedy obiecał mi pan 
wolność. Czy tym razem naprawdę? Jak myślisz?
-  AleŜ oczywiście, Kluge. To jest jedyna prawdziwa wolność, która istnieje dla nas, ludzi. 
Nie będę cię mógł wtedy na nowo schwytać, na nowo straszyć i dręczyć. Nikt juŜ tego nie 
będzie mógł zrobić. Będziesz się śmiał z nas wszystkich...
-  A co potem przyjdzie, po spokoju i wolności? Czy jeszcze coś potem będzie? Jak myślisz?
-  Nie myślę, aby jeszcze coś było potem! Ani sądu karnego, ani piekła. Będzie tylko spokój i 
wolność.
-  Więc po co Ŝyłem? Dlaczego musiałem tutaj tyle przecierpieć? PrzecieŜ  nic  nie  zrobiłem,  
nie  Ŝyłem  ku  niczyjej  radości,  nikogo naprawdę nie lubiłem.
-  Tak - zauwaŜył komisarz - wielkim bohaterem nie byłeś, Kluge. I poŜyteczny teŜ chyba nie 
byłeś. Ale po co o tym myślisz? Tak czy owak teraz na to za późno, bez względu na to, czy 
zrobisz to, co ci proponuję, czy teŜ pójdziesz ze mną do gestapo. Mówię ci, Kluge, juŜ po 
pierwszej półgodzince będziesz na kolanach błagał o kulę. Ale minie wiele, wiele 
półgodzinek, zanim zamęczą cię na śmierć.
-  Nie, nie - powiedział Enno Kluge. - Nie pójdę do nich. Daj no mi ten pistolet do ręki - czy 
dobrze go teraz trzymam?
-  Tak...
-  A gdzie mam go przytknąć? Tu, do skroni?
-  Tak...
-  A teraz tylko połoŜyć palec na cynglu. Muszę to zrobić ostroŜnie, jeszcze teraz nie chcę... 
Chciałem jeszcze z tobą porozmawiać...
-  Nie bój się, pistolet jest jeszcze zabezpieczony.
-  Czy wiesz, Escherich, Ŝe jesteś ostatnim człowiekiem, z którym rozmawiam? Potem będzie 
tylko spokój i nigdy więcej nie będę mógł rozmawiać z człowiekiem.
Wstrząsnął nim dreszcz.
-  Gdy przed chwilą przystawiałem pistolet do skroni, przeniknął mnie jakiś chłód. Tak 
lodowaty musi być spokój i wolność, które mnie potem czekają.
Nachylił się blisko do komisarza i wyszeptał: - Czy chcesz mi coś święcie przyrzec, 
Escherich?
-  Tak, a co takiego?
-  Ale musisz dotrzymać słowa!
-  Zrobię to, jeśli tylko będę mógł.

Strona 86

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  Nie pozwól mi ześliznąć się do wody, kiedy juŜ będę martwy. Przyrzeknij mi to. Boję się 
wody, pozwól mi leŜeć tu na górze, na suchej kładce.
-  Oczywiście. Przyrzekam ci to!
-  Dobrze. Daj mi na to rękę, Escherich.
-  Masz!
-  A nie oszukasz mnie Escherich? Widzisz, jestem tylko małym, nędznym ścierwem i nie jest 
waŜne, czy się mnie oszukuje, czy nie. Ale ty tego nie zrobisz?
-  Na pewno tego nie zrobię, Kluge!
-  Daj mi jeszcze raz pistolet - czy jest teraz odbezpieczony?
-  Nie, jeszcze nie, dopiero jak powiesz.
-  Czy teraz dobrze przyłoŜyłem, tak? JuŜ teraz ledwie czuję chłód lufy, jestem tak samo 
zimny jak ona. Czy wiesz, Ŝe mam Ŝonę i dzieci?
- Rozmawiałem nawet z twoją Ŝoną, Kluge.
-  O! - mały zainteresował się tak, Ŝe prędko opuścił pistolet. - Czy jest teraz w Berlinie? 
Chętnie bym jeszcze raz z nią porozmawiał.
-  Nie, nie ma jej w Berlinie - powiedział komisarz i zaklął w duchu, Ŝe odstąpił od swojej 
zasady nieudzielania informacji. Od razu były następstwa! - Jest jeszcze ciągle w Ruppinie u 
krewnych. A lepiej dla ciebie, jeŜeli nie będziesz z nią mówił.
-  Czy mówi o mnie źle?
-  Nie. wcale nie. Nie chce tylko w ogóle mówić o tobie.
-  Szkoda - powiedział Enno - szkoda! Właściwie to komiczne, Escherich. Jestem przecieŜ 
zwykłym zerem, którego nikt nie moŜe kochać. Ale nienawidzić, o, wielu mnie nienawidzi.
-  Nie wiem, czy to jest nienawiść u twojej Ŝony. Myślę, Ŝe chce mieć tylko spokój. 
Przeszkadzasz jej...
-  Czy pistolet jest jeszcze zabezpieczony, komisarzu?
-  Tak - odpowiedział komisarz zdumiony, Ŝe Kluge, który przez ostatni kwadrans był 
zupełnie spokojny, nagle pyta z takim podnieceniem.
-  Tak, jest jeszcze zabezpieczony... CóŜ u diabła?
Ogień wystrzału rozbłysnął przed jego oczyma, tak blisko, Ŝe z jękiem opadł do tyłu na 
kładkę. Przycisnął ręce do oczu, miał wraŜenie, Ŝe jest oślepiony.
Kluge szeptał mu do ucha: - Wiedziałem, Ŝe nie był zabezpieczony! Chciałeś mnie jeszcze raz 
oszukać! A teraz jesteś w moim ręku, teraz ja tobie mogę dać spokój i wolność. -Trzymał lufę 
pistoletu przytkniętą do czoła jęczącego Eschericha i śmiał się: - Czujesz, jakie to zimne? To 
jest ta cisza i ten spokój, to jest ten lód, w którym będziemy pogrzebani na zawsze, na 
zawsze...
Komisarz podniósł się jęcząc: - Zrobiłeś to naumyślnie, Kluge?
- zapytał surowo i oderwał palące powieki od bolących oczu. Wydawało mu się, Ŝe 
znajdująca się obok niego postać Enna Klugego jest jeszcze czarniejsza od czarnego tła nocy.
-  Tak, naumyślnie - zachichotał mały.
-  To było usiłowanie zabójstwa! - powiedział komisarz.
-  Powiedziałeś przecieŜ, Ŝe broń jest zabezpieczona!
Teraz komisarz był juŜ zupełnie pewien, Ŝe jego oczom nic się nie stało.
-  Wrzucę cię do wody, ty draniu! Będzie to tylko obrona konieczna!
- złapał małego za ramiona.
-  Nie, nie, proszę - nie! Proszę, tylko nie to! Zrobię tamto na pewno! Tylko nie do wody! 
Przyrzekłeś mi święcie...
Komisarz złapał go za ramię.
-  Co tam! Dość tego skomlenia! Nigdy nie zdobędziesz się na odwagę!:Do wody!...
Dwa strzały padły szybko po kolei. Komisarz poczuł, jak człowiek w jego ramionach załamał 
się Jak zapada się w sobie niepowstrzymanie. W pewnej chwili Escherich uczynił jeszcze 
ruch, jakby chciał zatrzymać martwe ciało, które zsuwało się z brzegu kładki do wody.
Potem komisarz popatrzył ze wzruszeniem ramion, jak ciało plusnęło w wodę i natychmiast 
znikło.
Tak lepiej! - powiedział sobie i zwilŜył suche wargi. - Mniej poszlak.
Przez chwilę stał jeszcze, wahając się, czy nie wrzucić do wody leŜącego na kładce pistoletu. 
Potem zostawił go. Z kładki powoli wspiął się na brzeg i poszedł w kierunku dworca.
Dworzec był zamknięty. Ostatni pociąg odjechał. Komisarz zdecydował obojętnie, Ŝe 
odbędzie pieszo daleką drogę do Berlina.
Zegar właśnie znów zaczai bić.
Północ - pomyślał komisarz. - A jednak to zrobił! Ciekaw jestem, jak mu się będzie podobał 
jego spokój, naprawdę jestem ciekaw. Czy znów będzie się czuł oszukany? Padło, małe 
skowyczące padło!

CZĘŚĆ TRZECIA 
GRA TOCZY SIĘ PRZECIW OUANGLOM 

ROZDZIAŁ XXXIII 
Truda Hergesell 

Hergesellowie jechali pociągiem z Erkner do Berlina. Tak jest, nie było juŜ Ŝadnej Trudy 
Baumann, wytrwała miłość Karola zwycięŜyła, pobrali się, a teraz w roku tysiąc dziewięćset 
czterdziestym drugim, w roku nieszczęścia, Truda była w piątym miesiącu ciąŜy.
W związku ze ślubem zrezygnowali oboje z pracy w fabryce mundurów - czuli się tam źle po 
przytłaczającym przeŜyciu z Grigolei-tem i Oseskiem. Hergesell pracował teraz w fabryce 
chemicznej w Erkner, a Truda dorabiała parę marek, szyjąc po domach. O czasach nielegalnej 
działalności myśleli z lekkim zawstydzeniem. W zupełności zdawali sobie sprawę z tego, Ŝe 
zawiedli, ale oboje wiedzieli równieŜ, Ŝe nie nadają się do tego rodzaju roboty, która wymaga 
zupełnego wyrzeczenia się własnego ja. śyli teraz tylko dla swego szczęścia domowego i z 
radością oczekiwali dziecka.
Gdy opuścili Berlin i wyprowadzili się do Erkner, przypuszczali, Ŝe będą tam mogli Ŝyć w 
zupełnym spokoju. Jak wiele ludzi wielkomiejskich ulegali błędnemu mniemaniu, Ŝe 
donosicielstwo jest tak straszne tylko w Berlinie, a na prowincji, w małym miasteczku, panuje 
jeszcze uczciwość. I jak wiele ludzi wielkomiejskich przekonali się, Ŝe właśnie w małym 
miasteczku denuncjatorstwo, podsłuchiwanie i szpiclowanie było dziesięć razy gorsze niŜ w 
wielkim mieście. W miasteczku nie moŜna było nigdy zatonąć w masie; kaŜdy był łatwy do 
obserwowania, jego stosunki osobiste szybko stawały się ogólnie znane, nie sposób było 

Strona 87

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

uniknąć sąsiedzkich pogawędek. A o tym, jak moŜna było takie pogawędki przekręcić, 
przekonali się juŜ parokrotnie ku swemu zmartwieniu.
PoniewaŜ oboje nie naleŜeli do NSDAP, poniewaŜ oboje z okazji najrozmaitszych zbiórek 
ofiarowywali moŜliwie najmniejsze sumy, wykazywali skłonność do Ŝycia wyłącznie dla 
siebie, chętniej czytali, niŜ chodzili na zebrania, poniewaŜ Hergesell ze swymi ciemnymi, 
długimi, wiecznie rozczochranymi włosami i Ŝarzącymi się czarnymi oczyma wyglądał jak 
prawdziwy socjalista i pacyfista (zdaniem Pgs*), poniewaŜ Truda kiedyś powiedziała, Ŝe 
śydów jej właściwie Ŝal - wkrótce zostali uznali za politycznie podejrzanych, a kaŜdy ich 
krok był śledzony i kaŜde słowo donoszone.
Hergesellowie źle się czuli w atmosferze, w której musieli Ŝyć w Erkner. Ale wmawiali w 
siebie, Ŝe nic sobie z tego nie robią i Ŝe nic nie moŜe im się stać, poniewaŜ nie czynią nic 
przeciwko państwu. Myśli są wolne - mówili - ale powinni byli wiedzieć, Ŝe w tym państwie 
nawet myśli nie były wolne.
Pozostawała im zatem tylko ich szczęśliwa miłość. Byli jak dwoje kochających się, którzy 
przywarli do siebie w czasie powodzi, wśród fal i załamujących się domostw, między 
tonącym bydłem, i którzy wierzą, Ŝe siłą swej wspólnoty i miłości potrafią ujść przed 
ogólnym zniszczeniem. Nie rozumieli jeszcze, Ŝe w wojennych Niemczech nie ma juŜ w 
ogóle Ŝycia prywatnego. śadne zamykanie się w sobie nie ratowało przed przynaleŜnością 
kaŜdego Niemca do ogółu niemieckiego, przed udziałem we wspólnym losie niemieckim - 
podobnie jak coraz liczniejsze bomby padały bez wyboru na sprawiedliwych i 
niesprawiedliwych.
Na Alexanderplatz Hergesellowie rozstali się. Truda miała oddać jakąś robotę krawiecką na 
Kleine Alexanderstrasse, a jej mąŜ chciał obejrzeć wózek dziecięcy, o którym przeczytał w 
ogłoszeniu. Umówili się około południa na dworcu i kaŜde poszło swoją drogą. Truda 
Hergesell, która po początkowych dolegliwościach, teraz, w piątym miesiącu ciąŜy, 
zaznawała nie znanego jej dotychczas uczucia szczęścia i wiary w siebie, doszła szybko do 
Kleine Alexanderstrasse i weszła na klatkę schodową.
Po schodach wchodził przed nią jakiś człowiek. Widziała go tylko z tyłu, ale poznała 
natychmiast po charakterystycznym trzymaniu * Pgs - Parteigenosse - członek partii.
głowy, sztywnym karku, długiej postaci i podniesionych ramionach: to był Otto Quangel, 
ojciec jej byłego narzeczonego, człowiek, któremu kiedyś zdradziła tajemnicę swojej 
nielegalnej organizacji.
Automatycznie zatrzymała się. Była pewna, Ŝe Quangel nie zauwaŜył jeszcze jej obecności. 
Wchodził po schodach bez pośpiechu, ale dość Ŝywo. Szła za nim w odstępie półpiętra, 
gotowa natychmiast się zatrzymać, skoro Quangel zadzwoni do jednych z wielu drzwi lego 
domu biurowego.
Ale nie zadzwonił. Natomiast zahaczyła, jak zatrzymał się przy oknie na schodach, wyciągnął 
jakąś kartkę z kieszeni i połoŜył ja na parapecie. Czyniąc to spotkał się ze wzrokiem stojącej 
za nim Trudy. Ale czyją poznał, czy nie, nie moŜna było po nim zauwaŜyć. Minął ją nie 
patrząc na nią i zaczął schodzić ze schodów.
Kiedy tylko znalazł się nieco niŜej, pośpieszyła do okna i wzięła kartkę do ręki. Przeczytała 
pierwsze słowa: Czy ciągle jeszcze nie rozumiecie, Ŝe Fnehrer oklamal w ci s nędznie, 
Twierdząc, Ŝe Rosja przvgo-towywala się do napaści na Niemcy?
Potem pobiegła za Quanglem.
Dogoniła go, gdy opuszczał budynek, przepchała się ku niemu i powiedziała: - Nie poznałeś 
mnie, ojcze? To przecieŜ ja, Truda, Truda waszego Ottonka!
Odwrócił ku niej głowę, która nigdy jeszcze nie wydawała się Trudzie tak sepio twarda. Przez 
chwilę wydawało się jej, Ŝe Quangel nie zechce jej poznać, ale potem skinął krótko i 
powiedział: - Dobrze wyglądasz, dziewczyno!
-  Tak - odpowiedziała, a oczy jej błyszczały. - Czuję się teŜ. tak silna i szczęśliwa jak jeszcze 
nigdy. Oczekuję dzieciątka. Wyszłam za mąŜ. Czy'gniewasz się na mnie, ojcze?
-  Dlaczego mam się gniewać na ciebie? Z powodu małŜeństwa? Nie bądź dziecinna. Trudo. 
jesteś jeszcze młoda, a Ottonek juŜ prawie od dwóch lat nie Ŝyje. Nie, nawet Anna nie 
wzięłaby ci tego małŜeństwa za złe, mimo Ŝe myśli jeszcze co dzień o swoim Ottonku.
-  A jak się powodzi mamie?
-  Jak zawsze, Trudo. zupełnie tak jak zawsze. U nas. starych, juŜ nic się nie zmienia.
-  A jednak-powiedziała i zatrzymała się-jednak!-Jej twarz nagle spowaŜniała. - Jednak wiele 
się u was zmieniło. Czy pamiętasz, jak  staliśmy kiedyś w korytarzu fabryki mundurów przed 
plakatem, na którym był wyrok Trybunału Narodowego? Ostrzegłeś mnie wtedy...
-  Nie wiem, o czym mówisz, Trudo. Starzy ludzie mają słabą pamięć.
-  Dziś ja ciebie ostrzegam, ojcze - szeptała dalej cicho, ale tym dobitniej - widziałam cię, jak 
kładłeś kartkę na klatce schodowej, tę straszną kartę, którą mam teraz w torebce.
Patrzył na nią w dalszym ciągu zimnym okiem, które zdawało się teraz świecić złością.
Szeptała: - Ojcze, tu chodzi o twoją głowę. Tak jak ja, mogli cię inni zaobserwować. Czy 
matka wie, Ŝe ty to robisz? Czy robisz to często?
Milczał tak długo, Ŝe myślała juŜ, iŜ w ogóle nie chce jej odpowiedzieć. Potem odezwał się 
jednak: - Wiesz przecieŜ, Trudo, Ŝe nie robię nic bez matki.
-. Och! - zawołała, a łzy stanęły jej w oczach. - Tego się bałam! Wciągniesz takŜe mamę.
-  Matka straciła swego syna. Nie przebolała jeszcze tego, nie zapominaj o tym, Trudo!
Zaczerwieniła się, jak gdyby spotkała się z wyrzutem. -- Nie przypuszczam - mruknęła - Ŝe 
Ottonek byłby zadowolony, gdyby widział swoją matkę przy takim zajęciu.
-  KaŜdy idzie swoją drogą, Trudo - odpowiedział Otto Quangel zimno. - Ty swoją, a my 
swoją. Tak, idziemy swoją drogą. Odrzucił głowę nagłym ruchem do tyłu, a potem skinął - 
wydawało się, Ŝe to ptak kłuje. - Teraz musimy się poŜegnać. Bądź zdrowa, Trudo, niech ci 
się szczęści z twoim dzieciątkiem. Pozdrowię matkę od ciebie - moŜe...
I poszedł.
Potem zawrócił jeszcze raz. - A tej karty - powiedział - nie zatrzymuj w torebce, rozumiesz? 
PołóŜ ją gdziekolwiek, tak jak ja to zrobiłem. I męŜowi nie powiesz o tym ani słowa. 
Przyrzekasz mi to, Trudo?
Skinęła lekko głową patrząc na niego ze strachem.
-  A potem nas zapomnisz. Zapomnisz wszystko o Quanglach. JeŜeli zobaczysz mnie kiedyś 
znowu - nie znasz mnie, zrozumiane?
Mogła znów tylko skinąć.
-  A więc, wszystkiego dobrego - powiedział i poszedł naprawdę. A miała mu przecieŜ jeszcze 
tyle do powiedzenia.
Gdy Truda podrzucała kartę Ottona Quangla, odczuwała strach przestępcy, który boi się, Ŝe 

Strona 88

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

zostanie przyłapany. Nie mogła się zdobyć na to, by przeczytać kartę do końca. Tragiczny był 
los i tej karty Ottona Quangla! Znaleziona przez zaprzyjaźnionego człowieka równieŜ nie 
osiągnęła celu. I ta karta była pisana daremnie. I tym razem równieŜ adresat miał tylko jedno 
Ŝyczenie: pozbyć się jej jak najprędzej.
Gdy Truda połoŜyła kartę na tym samym parapecie, gdzie leŜała poprzednio (w ogóle nie 
wpadło jej na myśl, aby jakieś inne miejsce wchodziło w grę), wbiegła szybko po schodach i 
zadzwoniła do kancelarii adwokackiej. Miała uszyć sekretarce mecenasa suknię z materiału 
skradzionego we Francji i przysłanego sekretarce przez jej przyjaciela z SD.
Podczas przymiarki było Trudzie na przemian zimno i gorąco, aŜ nagle zrobiło się jej czarno 
przed oczyma. Musiała się połoŜyć w pokoju adwokata - był akurat w sądzie - a potem napić 
się kawy, dobrej, prawdziwej kawy, ukradzionej przez innego przyjaciela z SS w Holandii.
Ale gdy cały personel kancelarii wzruszająco troszczył się o nią -jej stan nietrudno było 
odgadnąć, bo nosiła cały cięŜar „z przodu" - Truda Hergesell myślała: „On ma rację, nie 
wolno mi ani słowa powiedzieć o tym Karolowi. śeby to tylko nie zaszkodziło dziecku, tak 
strasznie mnie zdenerwowało. Ach, ojciec nie powinien robić takich rzeczy! Czy wcale nie 
myśli o tym, ile kłopotu i strachu sprawia przez to ludziom? PrzecieŜ Ŝycie i tak jest dosyć 
cięŜkie!"
Gdy schodziła wreszcie ze schodów, karta juŜ zniknęła. Odetchnęła z ulgą, ale ta ulga nie 
trwała długo. Nie mogła przestać myśleć o człowieku, który znalazł kartę. Czy teŜ tak 
przeraził się jak ona i co zrobił z kartą. Myśli jej krąŜyły wokół tego bez przerwy.
Nie tak łatwo było wrócić na Alexanderplatz, jak stamtąd dostać się tutaj. Właściwie powinna 
była załatwić jeszcze parę sprawunków, ale czuła, Ŝe brak jej sił. Usiadła cicho w poczekalni 
spodziewając się, Ŝe Karol zaraz wróci. Kiedy Karol wróci, przejdzie jej ten wciąŜ 
obezwładniający ją jeszcze strach - nawet jeśli mu nic nie powie. Sama obecność jego tak na 
nią podziała...
Uśmiechnęła się i zamknęła oczy.
- Dobry Karol! - pomyślała - mój jedyny...
Zasnęła.

ROZDZIAŁ XXXIV Karol Hergesell i Grigoleit Karolowi Hergesell nie udało się zrobić 
zamiany na wózek dziecięcy, zdenerwował się tylko przy tym. Wózek miał chyba ze 
dwadzieścia albo dwadzieścia pięć lat, jakiś przedpotopowy model, prawdopodobnie w tym 
wózku wsunął Noe swego beniaminka do arki. Stara kobieta zaŜądała za tego grata funt masła 
i funt słoniny. Z niepojętym uporem trwała przy tym. Ŝe „wy na wsi macie przecieŜ wszystko! 
Siedzicie na tłuszczu!"
Bezczelność, co ci ludzie sobie wyobraŜają! Daremnie zapewniał ją Hergesell, Ŝe Erkner jest 
wszystkim innym, tylko nie wsią, i Ŝe nie dostają ani grama tłuszczu więcej niŜ w Berlinie. śe 
poza tym jest prostym robotnikiem i nie moŜe płacić spekulanckich cen.
Tak, a czy pan myśli - powiedziała kobieta - Ŝe rozstałabym się z taka rzeczą, w której spały 
moje dzieci, gdybym nie dostała za to czegoś dobrego? Pewnie chce mi pan parę głupich 
marek połoŜyć na stół. Nie, dziękuję, drogi panie, musi pan poszukać na to kogoś głupszego!
Hergesell, który nie dałby nawet pięćdziesięciu marek za tego opatrzonego w olbrzymie koła i 
cięŜko kołyszącego się na skrzypiących spręŜynach potwora, trwał przy swoim zdaniu, Ŝe jest 
to bezczelność. Poza tym jest to karalne, nie wolno Ŝądać tłuszczu w zamian za towar!
- Karalne! stara kobieta gwizdnęła pogardliwie przez nos - karalne! No to niech mnie pan 
spróbuje zaskarŜyć, młody człowieku! Mój mąŜ jest starszym wachmistrzem w policji, dla 
nas nie ma rzeczy karalnych. A teraz uciekaj pan stąd czym prędzej! Nie pozwolę krzyczeć na 
siebie we własnym mieszkaniu! Liczę do trzech, a jeśli nie będzie pan jeszcze za drzwiami, 
będzie to oznaczało naruszenie spokoju domowego i wtedy ja pana zaskarŜę!
CóŜ? Karol Hergesell, zanim wyszedł, powiedział jej jeszcze uczciwie, co o niej myśli. 
Dokładnie wyjaśnił jej, co sądzi o takich wyzyskiwaczach, którzy chcą się utuczyć na nędzy 
wielu Niemców. Potem poszedł, ale złościł się jeszcze w dalszym ciągu.
I na tę złość wypadło spotkanie z Grigoleitem, człowiekiem z tych czasów, kiedy walczyli 
jeszcze o lepszą przyszłość.
- No, Grigoleit - powiedział Hergesell, gdy długa postać z wysokim.
cofniętym czołem, obarczona dwiema walizami i teczkami zastąpiła mu drogę - no, Grigoleit. 
znów w Berlinie? - Chwycił za jedną z walizek. - Psiakrew, aleŜ cięŜka! Idziesz do Alexa? 
No. to ja ci pomogę, ja teŜ tam idę.
Grigoleit uśmiechnął się blado. -- Dobrze. Hergesell. to ładnie z twojej strony. Widzę, Ŝe 
jesteś wciąŜ jeszcze starym, gotowym do pomocy towarzyszem. Co porabiasz? A co robi ta 
mała. ładna dziewczynka - no. wiesz, jak się nazywa?
-  Truda - Truda Baumann. Zresztą oŜeniłem się z tą małą, ładną dziewczynką i spodziewamy 
się teraz dziecka.
-  Nie oczekiwałem nic innego. Winszuję! - Zmienione warunki Ŝyciowe  Hergesellów  nie  
interesowały  specjalnie, jak  się zdawało, Grigolęita, choć dla  Karola  Hergesella  były 
wiecznie tryskającym źródłem nowego szczęścia.
-  A co ty robisz, Hergesell? - zapytał znów Grigoleit.
-  Ja? Myślisz - gdzie pracuję? Znów jako elektrotechnik, w fabryce chemicznej w Erkner.
-  Nie, myślę, co naprawdę robisz, Hergesell -dla naszej przyszłości.
-  Nic, Grigoleit - odpowiedział Hergesell i nagle poczuł się winny. Powiedział, jak gdyby się 
tłumacząc:
Widzisz, Grigoleit, dopiero co pobraliśmy się i Ŝyjemy tylko dla siebie. Co nas obchodzi 
świat z jego zasraną wojną? Jesteśmy teraz szczęśliwi, Ŝe będziemy mieli maleństwo. To 
przecieŜ teŜ coś jest. Postaramy się pozostać uczciwi i wychować nasze dziecko na uczciwego 
człowieka...
-  Pierońsko trudno będzie wam to zrobić w świecie, który przygotowują brunatni panowie! 
No, niech tam, Hergesell, nie spodziewałem się po was nigdy nic innego. Myślałeś zawsze 
bardziej tyłkiem niŜ głową.
Hergesell zaczerwienił się ze złości. Trudno było nie odczuć pogardy w tonie Grigolęita. A 
przy tym zdawało się, Ŝe wcale nie chciał go obrazić, poniewać nie spostrzegając nawet 
rozdraŜnienia Hergesella ciągnął dalej zupełnie obojętnie: - Ja pracuję w dalszym ciągu i 
Osesek teŜ. Nie, nie w Berlinie! Siedzimy teraz o wiele dalej na zachód, to jest nie siedzę 
właściwie nigdy, jestem stale w drodze, jestem czymś w rodzaju kuriera...
-  I obecujecie sobie naprawdę coś z waszej roboty? Was, paru ludzi i ta potęŜna machina...?
 -  Przede wszystkim nie jest nas tylko paru ludzi. KaŜdy uczciwy Niemiec, a jest przecieŜ 
jeszcze ze dwa, trzy miliony uczciwych, będzie z nami. Muszą tylko przedtem dać sobie radę 

Strona 89

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

ze swoim strachem. Teraz jeszcze ich strach przed przyszłością, którą przeznaczają nam 
brunatni bonzowie, jest mniejszy aniŜeli strach przed groźbami teraźniejszości. To się 
wkrótce zmieni. Jeszcze jakiś czas Hitler moŜe zwycięŜać, ale potem nastąpią kontruderzenia 
- po prostu zawojuje się na śmierć. Naloty teŜ będą coraz potęŜniejsze...
-  A  po  drugie? - zapytał  Hergesell  znudzony prognostykami wojennymi, w których gubił 
się Grigoleit. - Po drugie...
-  Po drugie, koteczku, powinieneś wiedzieć, Ŝe wcale nie chodzi o to, Ŝe garstka walczy 
przeciw olbrzymiej masie. JeŜeli raz uznało się sprawę za  słuszną,  nie  moŜna zaprzestać 
walki o  nią.   Czy  ty doŜyjesz zwycięstwa, czy twoi następcy - to obojętne. Nie mogę 
załoŜyć rąk i powiedzieć sobie: - to są wprawdzie świnie, ale cóŜ mnie to obchodzi?
-  Tak - powiedział Hergesell - ale ty nie jesteś Ŝonaty, nie musisz troszczyć się o Ŝonę i 
dziecko...
-  Ech, psiakrew, cholera! - krzyknął Grigoleit ze wstrętem. - Daj spokój  tej  przeklętej,  
sentymentalnej  gadaninie!  PrzecieŜ  sam  nie wierzysz w to, co tu bajdurzysz! śona i 
dziecko! Idioto, nie wpadło ci na myśl, Ŝe mogłem się juŜ dwadzieścia razy oŜenić, gdyby mi 
zaleŜało na stworzeniu rodziny?! Ale nie zrobię tego. Mówię sobie, Ŝe dopiero wtedy będę 
miał prawo do osobistego szczęścia, kiedy będzie miejsce na takie szczęście w naszym 
świecie!
-  Bardzo daleko odeszliśmy od siebie - mruknął Karol Hergesell trochę przygnębiony. - 
Nikomu nie zabieram nic przez to, Ŝe jestem szczęśliwy.
-  Nieprawda, kradniesz! Kradniesz matkom synów, Ŝonom męŜów, dziewczętom przyjaciół, 
tak długo, jak długo tolerujesz, by co dzień rozstrzeliwano tysiące, i nie ruszasz palcem w 
bucie, aby wstrzymać ten mord. Wiesz sam o tym wszystkim doskonale i zastanawiam się, 
czy nie jesteś niemal gorszy od kaŜdego z tych na brązowo farbowanych hitlerowców! Oni są 
zbyt głupi, by wiedzieć, jakie przestępstwa popełniają. Ale ty wiesz i nie sprzeciwiasz się! 
Czy nie jesteś gorszy od nich? Na pewno jesteś gorszyl -  Dzięki Bogu, Ŝe jesteśmy juŜ na 
dworcu - powiedział Hergesell i postawił cięŜką walizę. - Nie będę musiał wysłuchiwać 
dłuŜej twoich  wymyślań. Gdybyśmy jeszcze dłuŜej pozostali razem, odkryłbyś, Ŝe to nie 
Hitler, ale ja, Hergesell, rozpocząłem tę całą wojnę.
-  I tak jest! Oczywiście w przenośni. Dokładnie biorąc, właśnie twoja nijakość umoŜliwiła...
Ale teraz Hergesell wybuchnął śmiechem i nawet ponury Grigoleit na widok tej śmiejącej się 
twarzy zdobył się na skrzywienie warg w uśmiechu.
-  No,  zostawmy  to!  -- powiedział  Grigoleit.  - Nigdy  się  nie zrozumiemy. - Potarł ręką 
wysokie czoło. - Ale właściwie mógłbyś mi zrobić niewielką przysługę, Hergesell.
-  Owszem, chętnie, Grigoleit.
-  Mam tu tę starą, cięŜką walizę, którą właśnie przytaszczyłeś. Za godzinę muszę jechać 
dalej,  do  Królewca, gdzie jest mi zupełnie niepotrzebna. Czy nie wziąłbyś jej przez ten czas 
na przechowanie?
-  No, wiesz, Grigoleit - powiedział Hergesell i popatrzył z niechęcią na cięŜką walizę - 
powiedziałem ci juŜ przecieŜ, Ŝe mieszkam teraz w Erkner. Trzeba się będzie porządnie 
nadźwigać. Dlaczego nie chcesz jej po prostu oddać do przechowalni?
-  Dlaczego? Dlatego! Bo nie dowierzam tym panom tu na dworcu. Jest tam cała moja 
bielizna i buty, i najlepsze ubrania. A tu buchają, ile wlezie. A poza tym Tommies najchętniej 
rzucają bomby na dworce - wtedy będę goły. No, zgódź się juŜ, Hergesell! - nalegał.
-  No, niech tam! Moja Ŝona nie będzie zbyt rada, ale robię to dla ciebie. Tylko wiesz co, 
Grigoleit, wolałbym mojej Ŝonie nie mówić o naszym spotkaniu. Zdenerwuje się, a to w jej 
obecnym stanie jest niebezpieczne dla niej i dla dziecka.
-  Dobra, dobra. Rób, jak chcesz. NajwaŜniejsze, Ŝebyś mija dobrze przechował. Mniej więcej 
za jaki tydzień będę przejeŜdŜał i zabiorę sobie to pudło. Podaj mi swój adres. Dobra, dobra! 
A więc do rychłego zobaczenia, Hergesell!
-  Do widzenia, Grigoleit!
Karol Hergesell wszedł do poczekalni, by rozejrzeć się za T rudą. Znalazł ją wciśniętą w 
ciemny kąt, z głową na oparciu ławki, śpiącą mocno. Przez chwilę przyglądał się jej. 
Oddychała spokojnie. Równomiernie podnosiła się i opadała pełna pierś. Usta miała lekko 
otwarte, ale twarz była bardzo blada i jak gdyby zatroskana, a na czoło wystąpiły JeJ małe, 
jasne kropelki potu jak po wielkim zmęczeniu.
Popatrzył na ukochaną. Potem zdecydował się nagle, chwycił walizę Grigoleita i poszedł do 
przechowalni. Nie, dla Karola Hergesella było teraz najwaŜniejszą rzeczą na świecie, by 
Truda nie miała smutnych myśli i nie denerwowała się. Gdyby zabrał walizę do Erkner, 
musiałby jej opowiedzieć o Grigoleicie, a wiedział, Ŝe kaŜde wspomnienie o tamtym ..wyroku 
śmierci" bardzo ją denerwuje.
Gdy Hergesell wraca z poczekalni z kwitem w kieszeni. Truda juŜ się obudziła i maluje sobie 
właśnie usteczka. Uśmiecha się do niego trochę blado i pyta: - CóŜ to za olbrzymią walizę 
dźwigałeś? Tam z pewnością nie było wózka. Karli?
-  Olbrzymią walizę? - udaje zdumionego. - PrzecieŜ nie mam Ŝadnej! Dopiero w tej chwili 
przychodzę; a z wózka nici. Trudo.
Patrzy na niego zdumiona. MąŜ ją okłamuje? Ale dlaczego? Jaką tajemnicę ma przed nią? 
Widziała przecieŜ przed chwilą zupełnie wyraźnie, jak stał przy stole z walizą, a potem 
zawrócił i wytaszczył ją z poczekalni.
AleŜ Karli! - powiada nieco uraŜona. - PrzecieŜ widziałam cię dopiero przed chwilą tutaj, 
przy stole, z walizka.
-  Skąd miałbym wziąć walizkę! - odpowiada Karol nieco podenerwowany. - Śniło ci się, 
Trudo!
-  Nie rozumiem, dlaczego mnie nagle okłamujesz! Nigdy dotychczas tego między nami nie 
było!
-  Nie okłamuję cię wcale,  wypraszam  to sobie!  -   Teraz jest porządnie zdenerwowany - ma 
nieczyste sumienie. Opamiętuje się jednak i mówi nieco spokojniej:
-  Powiedziałem ci, Ŝe właśnie w tej chwili przyszedłem. Nie wiem nic o Ŝadnej walizie, to ci 
się śniło Trudo.
-  Tak, tak! - powiada Truda i nie odwraca od niego wzroku. - Tak, tak! No, to dobrze Karolu. 
Widocznie mi się śniło. Nie mówmy o tym więcej.
Opuszcza wzrok. Boli ją głęboko, Ŝe mąŜ ma przed nią tajemnice, a ból ten staje się jeszcze 
bardziej palący przez to, Ŝe ona równieŜ ma przed nim tajemnicę. Przyrzekła Ottonowi 
Qu«inglowi, Ŝe nie powie nic męŜowi o ich spotkaniu, a tym bardziej o kartach. Ale dobrze to 
nie jest. MałŜonkowie nie powinni mieć tajemic przed sobą. A teraz i on ma tajemnicę przed 
nią.

Strona 90

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Karol Hergesell wstydzi się równieŜ. To haniebne, jak bezwstydnie  okłamuje ukochaną, a 
nawet zburczał ja dlatego, Ŝe powiedziała prawdę. Walczy ze sobą. czy nie lepiej jednak 
wyznać jej o spotkaniu i Grisoleitem, ale postanawia, Ŝe nie. to zdenerwowałoby ja jeszcze 
bardziej.
- Wybacz. Trudo - pow ia'da i ściska jej prędko rękę - wybacz, Ŝe cię ofuknąłem. Ale tak 
zdenerwowałem się tą historia z wózkiem. Posłuchaj tylko...
R O Z DZIAŁ XXXV Pierwsze ostrzeŜenie Napaść Hitlera na Rosję dała Quanglowi nowy 
powód do gniewu na tego tyrana. Tym razem Quangel we wszystkich szczegółach śledził 
przygotowania do napadu. Nic go nie zaskoczyło, od pierwszej koncentracji wojsk na 
.,naszych granicach" aŜ do wybuchu wojny. Z góry wiedział, Ŝe kłamali ci hitlerzy. 
goebbelse, fritsche, kaŜde słowo było śmierdzące i kłamliwe. Nikogo nie mogli zostawić w 
spokoju. I w szczerym oburzeniu napisał na jednej z kart: CóŜ robizi rosyjscy Ŝołnierze, gdy 
Hitzer ich napadł? Grali w karty — nikt w Rosji nie myśląz
o  wojnie!
Gdy w warsztacie podchodził teraz do grupy gadających i ci rozmawiali akurat o polityce, 
pragnął czasami, by nie rozchodzili się tak prędko. Słuchał teraz chętnie, co inni mówią o 
wojnie.
Ale zapadali natychmiast w ponure milczenie - gadanie stało się bardzo niebezpieczne. 
Stosunkowo nieszkodliwy stolarz Dollfuss od dawna juŜ nie pracował w warsztacie, a 
Quangel mógł się tylko domyślać, kto był jego następcą. Jedenastu z jego ludzi, wśród nich 
dwóch, którzy pracowali juŜ ponad dwadzieścia lat w fabryce mebli, zniknęło bez śladu - 
zabrano ich z roboty albo po prostu pewnego ranka nie przychodzili. Nigdy nie było mowy o 
tym, co się z nimi stało, i to był jeszcze jeden dowód, Ŝe gdzieś, kiedyś powiedzieli o jedno 
słówko za duŜo i dlatego powędrowali do obozu koncentracyjnego.
Na miejsce tych jedenastu wynurzyły się nowe twarze i często stary majster zadawał sobie 
pytanie, czy ta cała jedenastka to nie są szpicle 1 czy w ogóle połowa jego załogi nie czyha na 
drugą połowę, i na odwrót.
Robrf ''r' ^'tory..
W powietrzu śmierdziało zdradą. Nikt nie mógł zaufać drugiemu i zdawało się, Ŝe w tej 
straszliwej atmosferze ludzie coraz bardziej tępieją, Ŝe zamieniają się w części maszyn, które 
obsługują.
Ale czasami z tej tępoty wybuchała płomieniem straszna wściekłość, jak wtedy, gdy jeden z 
robotników wcisnął rękę w piłę krzycząc: - Niech Hitler zdechnie! Zdechnie na pewno! To 
jest taka prawda jak to, Ŝe odpiłowuję sobie rękę!
Z trudem udało się szaleńca wyrwać z maszyny i oczywiście nigdy więcej nic o nim nie 
słyszeli. Prawdopodobnie od dawna juŜ nie Ŝył. Miejmy nadzieję, Ŝe tak się stało! Trzeba było 
być szatańsko ostroŜnym. Nie kaŜdy przejawiał taką obojętność jak to stare, otępiałe zwierzę 
robocze, Otto Quangel, którego chyba tylko to interesowało, czy zdawali dzienną normę 
trumien. Tak, trumny! Spadli juŜ ze skrzyń na bomby do trumien, nędznych pudeł z 
najtańszego, najcieńszego, wybrakowanego drzewa, posmarowanego na brunatnoczarno. 
Klecili tysiące i dziesiątki tysięcy trumien, całe pociągi towarowe, cały dworzec pełen 
pociągów, wiele dworców pełnych trumien!
Quangel często myślał, z głową skierowaną uwaŜnie w stronę kaŜdej z maszyn, o tych 
przerwanych istnieniach, które w tych trumnach wędrować będą do grobów. Zamordowane 
Ŝycia, bezcelowo zamordowane Ŝycia, czy to wtedy, gdy trumny przeznaczone były dla ofiar 
bombardowań, a więc przede wszystkim dla starych łudzi, dla matek i dzieci, czy teŜ, gdy 
wysyłano je do obozów koncentracyjnych, co tydzień po parę tysięcy, dla męŜczyzn, którzy 
nie chcieli albo nie potrafili ukryć swych przekonań; co tydzień po parę tysięcy trumien do 
jednego, jedynego obozu! A moŜe te pociągi towarowe rzeczywiście rozpoczynały daleką 
drogę na front - chociaŜ właściwie Quangel temu nie wierzył; cóŜ ich obchodzą martwi 
Ŝołnierze! Martwy Ŝołnierz nie był dla nich więcej wart niŜ martwy kret.
Zimne, ptasie oko błyszczy twardo i złowrogo w elektrycznym świetle, głowa porusza się 
ostro, a wąskie usta są mocno zaciśnięte. Oporu, wstrętu, który Ŝyje w piersi tego człowieka, 
nikt nie podejrzewa, ale on wie, Ŝe ma jeszcze wiele do zrobienia, wie, Ŝe jest powołany do 
wypełniania wielkiego zadania, i pisze teraz juŜ nie tylko w niedziele. Pisze równieŜ w dnie 
powszednie przed pójściem do pracy. Od chwili napaści na Rosję pisze od czasu do czasu 
listy, które kosztują go dwa dni pracy, ale jego gniew musi znaleźć ujście.
Ouangel przyznaje się sobie, Ŝe nie pracuje juŜ z dawną ostroŜnością. Przez dwa lata udawało 
mu się ujść szczęśliwie, nigdy nie padło na niego najmniejsze podejrzenie, czuje się zupełnie 
pewny.
Pierwszym ostrzeŜeniem jest dla niego spotkanie z Trudą Hergesell. Zamiast niej mógł 
przecieŜ kto inny stać na schodach i obserwować go, a wtedy zginąłby wraz z Anną. Nie, nie 
chodziło ani o niego, ani o Annę; chodziło jedynie o to, aby robota była zrobiona dziś i co 
dzień. Dla dobra tej sprawy musiał zwiększyć ostroŜność. To była najgorsza lekkomyślność z 
jego strony, Ŝe Truda mogła zaobserwować go przy podrzucaniu karty.
A przy tym Otto Quangel nie przeczuwał, Ŝe w tym czasie komisarz Escherich juŜ z dwóch 
stron uzyskał opis jego osoby. JuŜ dwa razy przedtem Otto Quangel został spostrzeŜony przy 
podrzucaniu kart, w obu wypadkach przez kobiety, które, zaciekawione, wzięły karty do ręki, 
ale nie potrafiły dość szybko zaalarmować ludzi, by pochwycono sprawcę jeszcze w 
kamienicy.
Komisarz Escherich miał juŜ dwa opisy postaci kolportera kart. Szkoda tylko, Ŝe opisy te 
róŜniły się od siebie niemal we wszystkich szczegółach. W jednym tylko obie obserwujące 
osoby zgadzały się ze sobą, Ŝe twarz sprawcy wyglądała zupełnie niepospolicie, wcale nie tak 
jak u innych ludzi. Ale gdy Escherich chciał wydobyć z nich bliŜsze określenie tej niezwykłej 
twarzy, okazało się, Ŝe obie kobiety albo nie umiały zaobserwować, albo nie potrafiły wyrazić 
w słowach swych obserwacji. Obie nie mogły nic więcej powiedzieć nad to, Ŝe sprawca 
wyglądał jak prawdziwy zbrodniarz. Zapytane jak, ich zdaniem, wygląda prawdziwy 
zbrodniarz, wzruszały ramionami i oświadczały, Ŝe panowie to chyba wiedzą najlepiej.
Quangel długo się wahał, czy powiedzieć Annie o spotkaniu z Trudą. Potem jednak 
postanowił powiedzieć. Nie chciał mieć najmniejszej tajemnicy przed nią.
Miała prawo dowiedzieć się prawdy, chociaŜ niebezpieczeństwo, Ŝe Truda coś zdradzi, było 
zupełnie znikome. Ale równieŜ o zupełnie znikomym niebezpieczeństwie Anna powinna 
wiedzieć. Opowiedział jej dokładnie, jak to się stało, nie upiększając bynajmniej swej 
lekkomyślności.
Sposób reakcji był charakterystyczny dla Anny. Truda i jej małŜeństwo, dziecko, którego 
oczekiwała, wcale jej nie interesowały. Wyszeptała w o b o f i f--,... .

Strona 91

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-•-•"'•:••: '"[.(•'!"' Ktilurf     17 -, ".L" • "'-~s'':'.:.~:r;.' •         *     i i dy umiera... 
t. l im, j •'-'   
":""
l jednak bardzo przestraszona: - Ale pomyśl. Otto, gdyby tam stał ktoś inny, taki z SA! - 
Uśmiechnął się pogardliwie: - Nie było nikogo innego! Od dzisiaj będę znów ostroŜny!
Te zapewnienia nie potrafiły jej uspokoić: - Nie. nie - powiedziała gorączkowo. - Teraz ja 
sama będę wynosiła wszystkie karty. Nikt nie zwraca uwagi na starą kobietę. A ty, Otto, 
natychmiast ściągasz uwagę wszystkich.
-  Przez dwa lata nikt nie zwrócił na mnie uwagi, matko. Nie ma w ogóle mowy o tym, aŜebyś 
załatwiała to, co jest najniebezpieczniejsze! Wyglądałoby to tak, jakbym się chował za twoim 
fartuchem!
-  O. zaczynasz teraz z tym głupim męskim gadaniem! - odparła gniewnie. - Co za głupstwo: 
chować się za moim fartuchem! I tak wiem, Ŝe jesteś odwaŜny, ale dowiedziałam się teraz, Ŝe 
jesteś nieostroŜny i tym się kieruję. MoŜesz mówić, co chcesz!
-  Anno - powiedział i ujął jej rękę - nie powinnaś tak, jak to robią inne kobiety, stale 
wyrzucać mi ten sam błąd! Powiedziałem ci, Ŝe będę ostroŜniejszy i musisz mi wierzyć. 
Robiłem to nieźle przez dwa lata, więc dlaczego miałoby mi się gorzej udawać w przyszłości?
-  Wcale nie widzę powodu - powiedziała uparcie - dlaczego nie miałabym roznosić kart. 
PrzecieŜ dotychczas pozwalałeś mi to robić od czasu do czasu.
-  Będziesz to robiła i nadal. Gdy będzie ich za duŜo albo gdy będę miał łamanie w kościach.
T Ale ja mam więcej czasu od ciebie. I naprawdę nie zwracam tak uwagi. Mam teŜ młodsze 
nogi. I nie chcę tu ginąć ze strachu kaŜdego dnia", kiedy wiem, Ŝe jesteś w drodze.
-  A co myślisz o mnie? Myślisz, Ŝe siedzę zadowolony w domu, kiedy wiem, Ŝe Anna lata po 
mieście? Czy nie rozumiesz, Ŝe musiałbym się wstydzić, gdyby większa część 
niebezpieczeństwa groziła tobie? Nie, Anno, nie moŜesz tego Ŝądać ode mnie!
-  Chodźmy więc razem. Czworo oczu więcej widzi niŜ dwoje. Otto!
-  We dwójkę tym bardziej ściągalibyśmy uwagę na siebie. Jedno łatwiej moŜe ukryć się w 
tłumie. Nie sądzę teŜ, aŜeby w takiej sprawie czworo oczu więcej widziało niŜ dwoje. Wtedy 
zawsze jedno polega na drugim. A w ogóle, Anno, nie gniewaj się na mnie, ale świadomość, 
Ŝe jesteś koło mnie, zdenerwowałaby mnie tylko. I myślę, Ŝe ciebie takŜe.
-  Ach, Otto - powiedziała - wiem, Ŝe jeŜeli coś chcesz, na pewno to  zeprowadzisz. ^je 
potrafię ci się oprzeć. Ale teraz, kiedy wiem, Ŝe jesteś w niebezpieczeństwie, będę umierała 
ze strachu.
-  Niebezpieczeństwo nie jest większe niŜ przedtem, nie jest większe niŜ wtedy, kiedy 
podrzuciłem pierwszą kartę na Neue Koenigstrasse. Niebezpieczeństwo istnieje zawsze, 
Anno, dla kaŜdego, kto robi to, co my robimy. A moŜe chcesz, Ŝebyśmy zupełnie tego 
zaniechali?
-  Nie! - krzyknęła głośno. - Nie. nie wytrzymałabym nawet dwóch tygodni bez tych kart! Po 
cóŜ jeszcze Ŝyjemy? To przecieŜ nasze Ŝycie - te karty!
Uśmiechnął się i spojrzał na nią z posępną dumą.
-  Widzisz, Anno - powiedział potem. - Taką cię lubię. Nie boimy się. Wiemy, co nam 
zagraŜa, i jesteśmy gotowi, o kaŜdej godzinie jesteśmy gotowi. Ale mam nadzieję, Ŝe wydarzy 
się to o moŜliwie późnej godzinie.
-  Nie - odpowiedziała - nie! Myślę zawsze, Ŝe to się nigdy nie wydarzy. PrzeŜyjemy wojnę, 
przeŜyjemy hitlerowców, a wtedy...
-  Wtedy? - zapytał równieŜ, bo nagle ujrzeli - po ostatecznym zwycięstwie - całkowitą pustkę 
przed sobą.
-  Myślę, Ŝe i wtedy znajdziemy jeszcze coś, o co warto walczyć. MoŜe zupełnie otwarcie, bez 
tylu niebezpieczeństw.
-  Niebezpieczeństwo jest zawsze, Anno, bez niego nie ma walki. Czasem zdaje mi się, Ŝe nie 
dostaną mnie w ten sposób. A wtedy leŜę godzinami i zastanawiam się, skąd jeszcze moŜe 
przyjść niebezpieczeństwo, czego nie wziąłem pod ttwagę. Zastanawiam się i nic nie 
znajduję. A przecieŜ jeszcze gdzieś tkwi niebezpieczeństwo, czuję to. O czym mogliśmy 
zapomnieć, Anno?
-  O niczym - powiedziała - o niczym. JeŜeli jesteś ostroŜny przy podrzucaniu kart...
Potrząsnął niechętnie głową. -- Nie, Anno, nie o tym myślę. Niebezpieczeństwo nie stoi na 
schodach i nie ma go przy pisaniu. Niebezpieczeństwo tkwi gdzie indziej, tam, gdzie nie 
mogę go ujrzeć. Nagle obudzimy się i będziemy wiedzieli, Ŝe zawsze tam tkwiło, tylko nie 
widzieliśmy go. A wtedy będzie za późno.
WciąŜ jeszcze nie rozumiała go. - Nie wiem, dlaczego nagle tak się kłopoczesz, Otto. 
PrzecieŜ sto razy zastanawialiśmy się nad wszystkim 1 wypróbowaliśmy wszystko. JeŜeli 
tylko będziemy ostroŜni...
-  OstroŜni! -»zawołał zniechęcony brakiem zrozumienia z jej strony.
- Jak moŜna strzec się czegoś, czego się nie widzi! Ach, Anno, nie rozumiesz mnie! W Ŝyciu 
nie moŜna wszystkiego przewidzieć!
-  Nie, nie rozumiem cię - potrząsnęła głową. - Zdaje mi się, Ŝe wyszukujesz sobie 
niepotrzebne zmartwienia, ojcze. Myślę, Otto, Ŝe powinieneś więcej spać w nocy. Za mało 
sypiasz.
Milczał.
Po chwili zapytała: - Czy wiesz, jak Truda Baumann teraz się nazywa i gdzie mieszka?
Zaprzeczył: - Nie wiem i nie chcę tego wiedzieć.
-  Aleja chciałabym wiedzieć - powiedziała uparcie. - Chcę usłyszeć na własne uszy, Ŝe 
wszystko było w porządku przy podrzucaniu karty. Nie powinieneś był jej tego polecić, Otto! 
Skąd takie dziecko wie, jak to się robi. MoŜe zupełnie otwarcie połoŜyła kartę i capnęli ją 
przy tym. A jeśli będą mieli taką młodą kobietę w potrzasku, dowiedzą się prędko o nazwisku 
Quangel.
Potrząsnął głową. - Wiem, Ŝe ze strony Trudy nie grozi nam Ŝadne niebezpieczeństwo.
-  Chciałabym jednak być pewna! - zawołała pani Quangel. - Pójdę do fabryki i dowiem się.
-  Nie pójdziesz, matko! Truda dla nas juŜ nie istnieje. Nie, nie mów nic, zostaniesz tutaj. Nie 
chcę słyszeć ani słowa więcej o tym. - Potem, gdy widział, Ŝe wciąŜ jeszcze upiera się, 
powiedział: - Wierz mi, Anno, Ŝe wszystko jest słuszne, tak jak ci mówię. O Trudzie nie 
trzeba więcej mówić, to jest załatwione. Ale - kontynuował ciszej - kiedy w nocy nie śpię, 
myślę nieraz, Ŝe jednak nie ujdziemy cało, Anno.
Spojrzała na niego rozszerzonymi oczyma.
-  I wtedy wyobraŜam sobie, jak się to stanie. Dobrze jest sobie coś takiego wyobrazić. 
Wówczas nic nie moŜe człowieka zaskoczyć. Czy ty teŜ myślisz czasami o tym?

Strona 92

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  Nie wiem dokładnie, o czym mówisz, Otto - powiedziała Anna niechętnie.
Stał oparty plecami o półkę z ksiąŜkami Ottonka, jego ramię ocierało się o ksiąŜkę syna o 
budowie radioaparatów. Patrzył na Ŝonę przenikliwie.
-  Zaraz po aresztowaniu rozdziela nas, Anno. Zobaczymy się moŜe ze dwa lub trzy razy: przy 
przesłuchaniu, na procesie, a potem moŜe jeszcze raz na pół godziny przed egzekucją.
- *Nie! nie! nie! - krzyknęła Anna - nie chcę, abyś o tym mówił! Uda nam się, Otto! Musi 
nam się udać!
PołoŜył uspokajająco swoją wielką, spracowaną dłoń na jej małej, ciepłej, drŜącej ręce.
-  A jeŜeli się nie uda? Czy Ŝałowałabyś czegokolwiek? Czy chciałabyś, aby coś z tego, 
cośmy zrobili, nie zostało zrobione?
-  Nie, nic! Ale przetrwamy nie wykryci. Otto, czuję to!
-  Widzisz, Anno - powiedział nie zwracając uwagi na jej ostatnie zapewnienia. -   To 
chciałem usłyszeć. Nigdy nie będziemy niczego Ŝałowali. Będziemy twardo obstawali przy 
tym, co robiliśmy, nawet gdyby nas nie wiem jak męczyli.
Patrzyła na niego próbując przezwycięŜyć drŜenie. Daremnie.
-  Ach, Otto! - zawołała łkając. - Dlaczego musisz tak mówić? Sprowadzisz na nas 
nieszczęście. Nigdy jeszcze tak nie mówiłeś!
-  Nie wiem, dlaczego dzisiaj muszę z tobą tak mówić - powiedział i  odszedł  od  półki  z  
ksiąŜkami.  --  Muszę,  tylko  ten jeden  raz. Prawdopodobnie nigdy więcej nie będę o tym 
mówił. Ale raz musiałem. Bo trzeba ci wiedzieć, Ŝe będziemy wtedy zupełnie sami w naszych 
celach, bez słowa od siebie, my, cośmy ponad dwadzieścia lat nie przeŜyli ani dnia jedno bez 
drugiego. Będzie nam bardzo cięŜko. Ale będziemy wiedzieli o sobie, Ŝe Ŝadne się nie 
poddało, Ŝe moŜemy na sobie nawzajem polegać, nie tylko w Ŝyciu, ale takŜe w śmierci. 
Będziemy teŜ musieli samotnie umrzeć, Anno.
-  Otto, mówisz tak, jak gdyby to wszystko juŜ się stało. A jesteśmy jeszcze przecieŜ zupełnie 
wolni i nikt nas nie podejrzewa. Moglibyśmy kaŜdego dnia zaprzestać tej roboty, gdybyśmy 
chcieli...
-  Ale czy chcemy? Czy w ogóle moŜemy chcieć?
-  Nie, nie mówię, Ŝebyśmy przestali. Nie chcę tego, wiesz o tym! Ale nie chcę teŜ, abyś tak 
mówił, jakby nas juŜ złapali, jakby pozostała nam tylko śmierć. Ja nie chcę jeszcze umrzeć, 
Otto, chcę Ŝyć z tobą!
-  A któŜ chce umrzeć? - zapytał. - Wszyscy chcą Ŝyć, wszyscy, wszyscy - nawet 
najnedzniejszy robaczek krzyczy o Ŝycie. Ja teŜ chcę jeszcze Ŝyć. Ale moŜe to dobrze, Anno, 
juŜ w czasie spokojnego Ŝycia pomyśleć o cięŜkiej śmierci, przygotować się na nią. AŜeby 
wiedzieć, Ŝe Potrafi się przyzwoicie umrzeć, bez skamlenia i krzyku. To byłoby ohydne...
Przez chwilę było cicho.
Potem Anna Quangel szepnęła:
- MoŜesz polegać na mnie, Otto. Ja ci wstydu nie zrobię.
ROZDZIAŁ XXXVI Upadek komisarza Eschericha W roku, który nastąpił po 
„samobójstwie" małego Enna Klugego, komisarz Escherich prowadził stosunkowo spokojne 
Ŝycie, nie był specjalnie nagabywany przez niecierpliwych przełoŜonych. Wówczas gdy 
zameldowano o samobójstwie, gdy stało się jasne, Ŝe chuderlawy człowieczek uciekł przed 
wszelkimi przesłuchaniami gestapo i SS, oczywiście obergruppenfuehrer Prali piorunował na 
potęgę. Ale z czasem uspokoiło się wszystko, ślad się ostatecznie skończył, trzeba było 
czekać na nowy.
Zresztą ten Klabautermann nie był juŜ tak waŜny. Tępa monotonia. z którą pisał karty ciągle 
tej samej treści, karty, których nikt nie czytał, których nikt nie chciał czytać, bo wprowadzały 
ludzi w zakłopotanie albo strach, czyniła go śmiesznym i głupim. Co prawda Escherich wciąŜ 
jeszcze wtykał swoje chorągiewki w plan Berlina. Z pewnym zadowoleniem stwierdził, Ŝe 
zagęszczały się coraz bardziej na północ od Alexanderplatz - tam musiał ptaszek uwić swoje 
gniazdko! A potem - to podejrzane zgromadzenie prawie dziesięciu chorągiewek na południe 
od Nollendorfplatz - Klabautermann musiał tam regularnie przychodzić, choć w duŜych 
odstępach czasu. To wszystko wyjaśni się pewnego dnia ku ogólnemu zadowoleniu.
- Przyjdziesz do nas! ZbliŜasz się do nas coraz bardziej, nieuchronnie - śmiał się komisarz i 
zacierał ręce.
Ale potem wracał znów do innych prac. Były tam waŜniejsze i pilniejsze sprawy. Właśnie był 
aktualny jakiś niby wariat, „narodowy socjalista z przekonania", jak sam się tytułował. Nie 
robił nic innego, tylko co dzień posyłał do ministra Goebbelsa grubiańsko obraźliwy, a często 
pornograficzny list. Z początku listy te bawiły ministra, potem zaczęły go irytować, a w 
końcu szalał i Ŝądał swojej ofiary. Jego pycha była śmiertelnie zraniona.
CóŜ, komisarz Escherich miał szczęście. Potrafił załatwić .sprawę JeŜozwierza". jak go 
ochrzcił, w ciągu niespełna kwartału. Autor listów okazał się rzeczywiście członkiem partii, i 
to nawet starym członkiem partii; został sprowadzony do pana ministra Goebbelsa i tym 
samym Escherich mógł sprawę odłoŜyć ad acta. Wiedział, Ŝe więcej nie usłyszy nic o 
„JeŜozwierzu". Minister nigdy nie przebaczał obrazy.
Potem były inne sprawy - przede wszystkim tego człowieka, który wysyłał do róŜnych 
wybitnych osobistości encykliki papieskie i przemówienia radiowe Tomasza Manna, 
prawdziwe i sfałszowane. Cwany chłopak - nie było tak łatwo go dostać. Ale ostatecznie 
Escherich potrafił doprowadzić do lego, Ŝe gość znalazł się w celi śmierci.
Albo ten mały prokurent, który nagle zachorował na manię wielkości i uwaŜał się za 
generalnego dyrektora nie istniejącego koncernu stalowego. Pisał poufne listy nie tylko do 
innych dyrektorów rzeczywiście istniejących fabryk, ale nawet do fuehrera. W listach donosił 
o szczegółach, które nieraz mogły nie być zmyślone: o alarmującym stanie niemieckiego 
przemysłu zbrojeniowego. No, tego ptaszka z łatwością złapano - krąg ludzi, którzy mieli 
tego rodzaju informacje, był stosunkowo niewielki.
Tak, komisarz Escherich mógł się poszczycić kilkoma powaŜnymi sukcesami. Wśród 
kolegów szeptano juŜ, Ŝe zaawansuje poza kolejką. Okres po samobójstwie małego Klugego 
był zupełnie dobrym rokiem. Komisarz Escherich był zadowolony.
Ale nadeszła chwila, gdy przełoŜeni Eschericha nagle zatrzymali się znowu przed planem 
działalności Klabautermanna. Kazali sobie wyjaśnić znaczenie chorągiewek, kiwali ze 
zrozumieniem głowami, gdy wskazano im zagęszczenie chorągiewek na północ od 
Alexanderplatz, kiwali jeszcze mocniej głowami, gdy Escherich zwrócił uwagę na ciekawą 
awangardę na południe od Nollendorfplatz, a potem powiedzieli: - A jakie ma pan teraz 
poszlaki, panie Escherich? Jakie plany pan obmyślił, Ŝeby złapać tego Klabautermanna? Od 
chwili marszu na Rosję ten człowiek stał się przecieŜ ogromnie aktywny! W ostatnim 
tygodniu było chyba z pięć listów i pocztówek?

Strona 93

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Tak - powiedział komisarz - a w tym tygodniu znów trzy! A więc, co z tą sprawą, Escherich? 
Niech pan pomyśli, jak długo juŜ ten człowiek pisze! To przecieŜ w Ŝaden sposób nie moŜe 
tak dalej ć. Nie jesteśmy urzędem statystycznym do rejestrowania kartek ze  zdradą główną, 
pan zaś jest urzędnikiem śledczym, mój drogi! A więc, jakie pan ma poszlaki?
Tak naciskany komisarz uskarŜał się gorzko na głupotę dwóch kobiet, które widziały tego 
człowieka, ale nie zatrzymały go, a nawet nie potrafiły dać jego opisu.
-  Tak, tak, to wszystko bardzo ładnie, mój kochany, ale nie mówimy tutaj o głupocie 
świadków, mówimy o śladach i poszlakach, które odnalazła pańska mądra główka!
Wówczas komisarz zaprowadził tych panów znów do mapy i zwrócił im szeptem uwagę na 
to, Ŝe wszędzie dokoła, na północ od Alexa tkwią chorągiewki, a tylko w pewnym 
określonym, niezbyt wielkim okręgu nie ma ani jednej.
-  I w tym okręgu tkwi mój Klabautermann. Nie podrzuca tam Ŝadnej karty, bo jest zbyt 
znany, bo się boi, aby go jakiś sąsiad nie spostrzegł. To tylko parę ulic, sami skromni ludzie 
tam mieszkają. Tam on tkwi.
-  A dlaczego pozwala mu pan tam tkwić? Dlaczego juŜ od dawna nie zarządził pan rewizji 
domowych w tych paru uliczkach? Musi go pan capnąć, Escherich! Nie rozumiemy pana, 
przecieŜ poza tym jest pan zupełnie do rzeczy. Ale w tej sprawie robi pan głupstwa, jedno po 
drugim. Obejrzeliśmy sobie akta. I ta historia z tym Klugem, któremu pozwolił pan zwiać 
mimo jego zeznania! A potem nie troszczy się pan więcej o niego i pozwala mu popełnić 
samobójstwo, właśnie wtedy, kiedy go najbardziej potrzebujemy! Głupstwa jadą na 
głupstwach, Escherich.
Komisarz, skubiąc nerwowo wąsy, pozwala sobie zwrócić uwagę, Ŝe Kluge zdecydowanie nie 
miał nic wspólnego z autorem kart. Pocztówki po jego śmierci przychodzą bez zmian, tak jak 
poprzednio.
-  UwaŜam jego zeznanie, Ŝe ktoś nieznajomy dał mu kartę do podrzucenia, za bezwzględnie 
wiarygodne.
-  No, jeŜeli pan tak uwaŜa! My z kolei uwaŜamy za konieczne, aŜeby pan nareszcie coś 
zrobił! Jest nam obojętne co, ale teraz chcemy zobaczyć wyniki! Zrób pan więc przede 
wszystkim rewizje domowe na tych ulicach. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Coś zawsze 
wylezie, wszędzie jest smród.
I znów komisarz Escherich poddaje z całą uniŜonością pod rozwagę, Ŝe choć w grę wchodzi 
zaledwie parę ulic, trzeba będzie przeszukać niemal tysiące mieszkań.
-  A to powaŜnie zaniepokoi ludność. Ludzie są juŜ i tak dość nerwowi z powodu 
wzrastających nalotów,  a teraz my damy im podstawę do narzekań! Ale poza tym - co moŜna 
osiągnąć przez rewizję? Co mamy właściwie znaleźć? Ten człowiek potrzebuje do swej 
przestępczej działalności tylko pióra - a to jest w kaŜdym domu, oraz kałamarza -  ditto, oraz 
kilku pocztówek - ditto, ditto. Nie potrafiłbym podać moim ludziom jakichś punktów 
zaczepienia przy rewizji, czego właściwie mają szukać. NajwyŜej negatywnie: autor kart na 
pewno nie ma radia.  Nigdy jeszcze na Ŝadnej  z kart nie znalazłem czegoś, co wskazywałoby, 
Ŝe czerpie swoje wiadomości z radia. Często jest nawet źle poinformowany. Nie, naprawdę 
nie wiem, na czym mam oprzeć te rewizje.
-  AleŜ najmilszy, najlepszy Escherichu - my pana naprawdę nie rozumiemy! Ma pan ciągle 
jakieś wątpliwości, ale nie potrafi 'pan przedstawić Ŝadnej  pozytywnej  propozycji!  PrzecieŜ 
musimy tego człowieka złapać i to prędko!
-  Złapiemy go na pewno - powiedział komisarz uśmiechając się - ale czy prędko? Tego nie 
potrafię powiedzieć. W kaŜdym razie nie wierzę, aby mógł jeszcze przez dwa lata pisać swoje 
pocztówki.
Jęknęli.
-  A dlaczego nie wierzę? Bo czas pracuje przeciw niemu. Spójrzcie, panowie, na te 
chorągiewki - jeszcze sto, a będziemy mieli o wiele jaśniejszy obraz. To jest pierońsko 
zacięty i zimnokrwisty gość, ten mój Klabautermann, ale ma teŜ fantastyczne szczęście. Bo 
sama tylko zimna krew tutaj nie wystarczy. Trzeba mieć teŜ trochę szczęścia, a ono 
towarzyszyło mu dotychczas niemal w niepojęty sposób. Tylko - moi panowie - z tym jest tak 
jak z grą w karty: przez pewien czas karta graczowi idzie, a potem się nagle kończy. Nagle 
karta odwraca się przeciw Klabautermannowi, a my mamy wszystkie atuty w ręku.
To wszystko jest bardzo piękne i ciekawe, Escherich! Najlepsza teoria kryminalna, 
rozumiemy. Ale nie jesteśmy tak gorącymi zwolenkami teorii, a z pańskich słów 
wnioskujemy, Ŝe mamy ewentualnie kac jeszcze dwa lata, zanim zdecyduje się pan działać. 
Na to się nie idzimy. natomiast polecamy panu przemyśleć dokładnie jeszcze raz \ sprawę i 
przedłoŜyć nam, powiedzmy w ciągu tygodnia, swoje >ozycje. Wtedy przekonamy się, czy 
pan nadaje się do załatwienia tej sprawy, czy teŜ nie  Heil Hitle]% Escherich!
 Ale obergruppenfuehrer Prali, który dotychczas ze względu na obecność wyŜszych jeszcze 
przełoŜonych musiał trzymać gębę na kłódkę, po ich wyjściu wpadł jeszcze raz do pokoju 
Eschericha - Ośle! Idioto! Czy myśli pan, Ŝe pozwolę długo jeszcze hańbić mój oddział przez 
takiego kretyna jak pan? Ma pan jeszcze tydzień czasu! - Potrząsnął groźnie pięściami. - 
Niech panu nieba będą łaskawe, jeŜeli i w tym tygodniu pan na nic nie wpadnie! Rozprawię 
się wówczas z panem!
- I tak dalej, i tak dalej. Komisarz Escherich juŜ wcale tego nie słuchał.
W pozostawionym mu łaskawie do dyspozycji tygodniowym terminie komisarz Escherich w 
ten sposób załatwiał sprawę Klahcniterman-na, Ŝe nie zajmował się nią wcale. JuŜ raz 
pozwolił swoim przełoŜonym zepchnąć się z uznanej przez siebie za słuszną taktyki 
wyczekiwania i zaraz wszystko poszło po fałszywym torze - dlatego musiał zginąć Enno 
Kluge.
Nie znaczyło to, Ŝeby Kluge zbyt ciąŜył jego sumieniu. Taki bezwartościowy, jęczący typek - 
nie było wcale waŜne, czy Ŝył. czy nie. Ale komisarz Escherich miał mnóstwo 
nieprzyjemności z powodu tego chłystka i kosztowało go sporo trudu, aby zamknąć 
otworzona raz gębę. Owej nocy, o której myślał niechętnie, komisarz był bardzo 
zdenerwowany, a ten wysoki, bezbarwny, szary człowiek właśnie najbardziej nienawidził 
zdenerwowania.
Nie, nie pozwoli jeszcze raz wyrwać się z wytrwałej cierpliwości - nawet przez najwyŜej 
stojących przełoŜonych! Co mu mogą zrobić? Potrzebują swojego Eschericha, w wielu 
sprawach był dla nich po prostu niezastąpiony. Będą wymyślali i wściekali się, ale ostatecznie 
zrobią to, co było jedynie słuszne: będą czekali cierpliwie. Nie, Escherich nie miał Ŝadnych 
nowych propozycji...
Było to pamiętne posiedzenie. Tym razem nie odbywało się w pokoju Eschericha, ale na sali, 
pod przewodnictwem jednego z najwyŜszych przywódców. Oczywiście była mowa nie tylko 

Strona 94

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

o sprawie Klabauterman-na. Omawiano równieŜ wiele spraw z innych oddziałów. Ganiono, 
wrzeszczano, pogardliwie wykpiwano. A potem przyszła kolej na następną sprawę.
- Komisarzu Escherich, co pan ma do powiedzenia w sprawie autora kart pocztowych?
Komisarz złoŜył małe sprawozdanko o dotychczasowych wydarzeniach i dotychczasowych 
wynikach. Zrobił to doskonałe, krótko.
iokładnie, w sposób nie pozbawiony dowcipu, gładząc z namysłem wąsyPotem 
przewodniczący zadał pytanie:
-  A jakie propozycje pragnie pan przedstawić w celu załatwienia tej trwającej juŜ dwa lata 
sprawy? Dwa lata, komisarzu Escherich!
-  Mogę zalecić jedynie dalsze cierpliwe czekanie, nic innego nie moŜna tu zrobić. Ale moŜna 
byłoby tę sprawę przekazać do sprawdzenia panu radcy kryminalnemu Zottowi?
Przez chwilę panowała śmiertelna cisza.
Potem tu i ówdzie rozległ się ironiczny śmiech. Jakiś głos zawołał:
-  Markierant!
-  Najpierw napaskudził, a teraz chce zwalić na innego! Obergruppenfuehrer Prali grzmotnął 
pięścią w stół:
-  Rozprawię się z tobą. ty ścierwo!
-  Proszę o zupełny spokój!
Głos przewodniczącego zabrzmiał nutą obrzydzenia. Zrobiło się cicho.
-  Przed chwilą, moi panowie, byliśmy świadkami postępowania, które równa się niemal 
dezercji. Tchórzliwe uciekanie przed trudnościami, związanymi nieuchronnie z kaŜdą walką. 
Przykro mi, Escherich, wykluczam pana z dalszego udziału w posiedzeniu, proszę w swoim 
pokoju słuŜbowym czekać na moje dalsze rozkazy!
Komisarz sinoblady (nie spodziewał się czegoś takiego) skłonił się sztywno. Potem podszedł 
do drzwi, stuknął obcasami i zaryczał z wyciągniętą ręką:
-  Heil Hitler!
Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Komisarz poszedł do swego pokoju.
Zapowiedziane rozkazy ujawniły się przede wszystkim w potaci dwóch esesmanów, którzy 
popatrzyli na niego ponuro, a jeden z nich powiedział groźnie:
-  Nie wolno panu tu juŜ nic ruszać. Zrozumiano?
Escherich powoli odwrócił głowę w stronę przemawiającego do 'lego w ten sposób 
człowieka. To był nowy ton. Escherich znał go Prawdzie, ale nigdy nie uŜyto jeszcze tego 
tonu w stosunku do niego.
usiało być kiepsko z Escherichem, jeŜeli zwyczajny esesman, jakiś rab, pozwalał sobie na 
podobny ton w stosunku do komisarza.
Twarz tępa, nos spłaszczony, mocno rozwinięte szczęki, skłonność do brutalności, 
inteligencja słabo rozwinięta, w stanie podniecenia pijackiego - groźny - zreasumował 
Escherich.
„Co to wielkie bydlę na górze powiedziało? Dezercja? Śmieszne! Komisarz Escherich i 
dezercja! Ale to jest podobne do tych gości. Zawsze mieli gęby pełne wielkich słów, a potem 
nic z tego nie wynikało."
Do pokoju weszli obergruppenfuehrer Prali i radca kryminalny Zott.
„A więc, jednak przyjęli moją propozycję! Najrozsądniejsze, co mogli zrobić, mimo Ŝe nie 
wierzę, aby nawet ten mądrala wycisnął coś nowego z tego materiału!"
Escherich ma właśnie zamiar przywitać w sposób przyjaźnie wesoły radcę kryminalnego 
Zotta, aby pokazać, Ŝe ani trochę nie jest uraŜony oddaniem mu tej sprawy, gdy nagle czuje, 
Ŝe obaj esesmani brutalnie podrywają go na bok, a ten z twarzą mordercy krzyczy: - Melduję - 
esesmani Dobat i Jacoby z jednym więźniem!
„Więzień to chyba ja?" - myśli Escherich zdumiony. A głośno:
- Herr Obergruppenfuehrer, czy wolno mi jeszcze dodać, Ŝe...
- Zamknij temu bydlakowi mordę! - ryczy wściekle Prali, który prawdopodobnie teŜ oberwał.
Esesman Dobat bije Eschericha zaciśniętą pięścią w usta. Escherich czuje wściekły ból i mdły 
smak ciepłej krwi. Potem pochyla się do przodu i wypluwa parę zębów na dywan.
Podczas gdy robi to wszystko, gdy robi to zupełnie mechanicznie, nie czując właściwie bólu, 
myśli: „Muszę to natychmiast wyjaśnić. Oczywiście jestem gotów na wszystko. Rewizje 
domowe w całym Berlinie. Szpiedzy w kaŜdym domu, gdzie mieszka wielu adwokatów i 
lekarzy. Zrobię wszystko, co chcecie, ale nie moŜecie mnie przecieŜ po prostu bić w mordę, 
mnie, starego pracownika policji kryminalnej i kawalera wojennego krzyŜa zasługi!"
Gdy tak gorączkowo myśli i zupełnie mechanicznie stara oswobodzić się z uchwytu 
esesmanów, próbuje znów dojść do słowa, ale nie moŜe mówić, bo górna warga jest w 
strzępach, a usta wiąŜ pełne krwi. Tymczasem obergruppenfuehrer Prali do skoczył do niego, 
złapał go rękami za klapy i zaczął krzyczeć: - No, nareszcie doszliśmy do tego, Ŝe mamy cię, 
ty zasrany mądralo! Zdawało ci się, Ŝe jesteś strasznie mądry, kiedy wygłaszałeś mi swoje 
zafajdane teorie, co? Myślisz moŜe, Ŝe nie orientowałem się, iŜ uwaŜałeś mnie za głupca, a ty 
byłeś ten mądry, co? No mamy cię teraz i rozprawię się nareszcie z tobą, juŜ ja ci pokaŜę!
Przez chwilę Prali niemal nieprzytomny ze złości patrzy na krwawiącego człowieka.
Krzyczy: - Czego zapluwasz mi tutaj dywan swoją, zasraną juchą? Przełykaj tę krew, ty psie, 
albo sam ci zaraz dam po mordzie.
I komisarz Escherich - nie, Ŝałosny przeraŜony człowieczek Escherich, który jeszcze przed 
godziną był potęŜnym komisarzem gestapo, stara się ze śmiertelnym potem na czole 
przełykać mdły, ciepły strumień krwi, aby nie poplamić dywanu, swego własnego dywanu - 
nie - dywanu pana radcy kryminalnego Zotta...
PoŜądliwymi oczyma obserwował obergruppenfuehrer Ŝałosne zachowanie komisarza. 
Następnie odwrócił się od Eschericha z pogardliwym - Ee, co tam! - i zapytał radcę 
kryminalnego: - Czy potrzebny panu jeszcze ten człowiek do jakichś wyjaśnień?
Było to niepisane prawo, Ŝe starzy, odkomenderowani do słuŜby w gestapo pracownicy 
policji kryminalnej trzymali się razem w szczęściu i nieszczęściu, tak jak zresztą i SS 
trzymała się razem - często właśnie przeciw policji kryminalnej. Escherichowi nigdy nie 
wpadłoby na myśl wydać esesmanom jakiegoś kolegę, choćby na nim ciąŜyła nie wiem jaka 
wina. Raczej starałby się ukryć przed nimi nawet najbardziej haniebny czyn. A teraz 
doświadczył na sobe, Ŝe radca kryminalny po krótkim spojrzeniu na Eschericha oświadczył 
zimno: - Tego człowieka? Do wyjaśnień? Dziękuję, Herr Obergruppenfuehrer. Wolę juŜ sobie 
sam wyjaśnić!
- Odprowadzić tego człowieka! - krzyknął obergruppenfuehrer - i nauczcie go trochę biegać!
Porwany przez obu esesmanów Escherich w tempie przyspieszonym przebył tę samą drogę, 
na którą dokładnie przed rokiem wysłał kopnięciem Borkhausena, śmiejąc się z wyśmienitego 

Strona 95

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

kawału. Został zrzucony z tych samych kamiennych schodów, leŜał krwawiąc na tym samym 
miejscu, na którym krwawił Borkhausen. Został kopniakami zmuszony do wstania, a potem 
zrzucony po schodach piwnicznych do bunkra...
Bolała go kaŜda cząstka ciała, a potem nastąpił cios za ciosem: Przebranie z cywila w mundur 
pasiastej zebry, bezczelnie jawny podział jego własności między esesmanów. I to wszystko 
przy akompaniamencie uderzeń, poszturchiwań, gróźb...
 Escherich widział to wszystko wielekroć w ostatnich latach i nie znajdował w tym nic 
zadziwiającego ani haniebnego - spotykało to przecieŜ zbrodniarzy. Działo się tak słusznie. 
Ale nie chciało mu się pomieścić w głowie, Ŝe on, komisarz kryminalny Escherich, miał 
naleŜeć teraz do tych pozbawionych praw zbrodniarzy. PrzecieŜ nie popełnił Ŝadnej zbrodni! 
Zaproponował tylko przekazanie sprawy, w której nie mógł swoim przełoŜonym pokazać nic 
konkretnego. To wszystko musi się przecieŜ wyjaśnić, sprowadzą go znowu z powrotem! Po 
prostu nie potrafią się bez niego obejść! A do tego czasu musi zachować fason. Nie wolno mu 
okazać strachu, nawet bólu nie dać poznać po sobie.
Akurat sprowadzili jeszcze jednego do bunkra. Małego złodzieja kieszonkowego, który-jak 
zaraz opowiedział-miał nieszczęście okraść damę wyŜszego oficera SA i przy tym wpadł.
Sprowadzili go tutaj. Po drodze wzięto-go juŜ chyba w obroty, to skowyczące stworzenie 
śmierdzące własnym kałem, obejmujące wciąŜ, czołgając się na kolanach, nogi esesmanów: 
niechŜe Matka Boska powstrzyma ich! NiechŜe się zlitują - a Jezus Chrystus ich wynagrodzi!
Esesmani zrobili sobie zabawę z kopania po twarzy tego małego, w chwili gdy obejmując ich 
kolana był w trakcie Ŝebraniny. Potem złodziej kieszonkowy tarzał się z krzykiem po ziemi, 
do chwili gdy zdawało mu się, Ŝe w jednej z twardych twarzy wykrywa cień łaski. Wówczas 
zaczynał na nowo swe błagania...
I z tym padalcem, z tym tchórzem śmierdzącym kałem zamknięto w jednej celi 
wszechwładnego komisarza Eschericha.
ROZDZIAŁ XXXVII Drugie ostrzeŜenie Pewnego niedzielnego poranka pani Anna 
powiedziała nieco bojaź-liwie: - Wydaje mi się, Otto, Ŝe powinniśmy zajrzeć znów do mojego 
brata Ulricha. Wiesz, teraz nasza kolej. JuŜ osiem tygodni nie pokazaliśmy się u Heffków.
Otto Quangel przerwał pisanie. - Dobrze, Anno - powiedział - a więc następnej niedzieli, 
dobrze?
- Wolałabym, abyś mógł to urządzić dzisiaj, Otto. Myślę, Ŝe oczekują nas.
_ PrzecieŜ dla nich wszystkie niedziele są jednakowe. Te odludki nie mają Ŝadnej specjalnej 
roboty, takiej jak my. I zaśmiał się ironicznie.
-  Ale Ulrich obchodził w piątek urodziny - zauwaŜyła pani Quangel _ upiekłam dla niego 
ciasto i chciałabym je zanieść. Dziś nas na pewno oczekują.
-  Chciałbym właściwie dziś prócz tej karty napisać jeszcze list - powiedział Quangel 
markotnie - tak to juŜ sobie ułoŜyłem. A niechętnie zmieniam swoje plany.
-  Proszę cię, Otto!
-  Czy nie mogłabyś sama pójść, Anno, i powiedzieć im, Ŝe kości mnie łamią? JuŜ raz 
przecieŜ tak zrobiłaś.
Właśnie dlatego, Ŝe juŜ raz tak zrobiłam, nie chciałabym tego powtarzać - prosiła Anna. - 
Tym razem, gdy są jego urodziny.
Ouangel spojrzał w wyraŜającą prośbę twarz Ŝony. Chętnie zrobiłby jej tę przysługę, ale myśl 
o opuszczeniu mieszkania była mu dziwnie przykra.
-  A tak bardzo chciałem napisać ten list, Anno! Ten list jest waŜny. Wymyśliłem sobie coś... 
Ten list zrobi potęŜne wraŜenie. A poza tym, Anno, znam juŜ wszystkie wasze opowiadania z 
dzieciństwa, znam je na pamięć. Nudno jest u Heffków. Nie mam z nimi nic do gadania, a 
twoja szwagierka siedzi zawsze, jakby kij połknęła. Nie powinniśmy byli wcale tego 
zaczynać, krewni - to plaga. My dwoje zupełnie sobie wystarczamy!
-  No więc dobrze, Otto - ustąpiła częściowo - a więc, niech to dzisiaj będzie nasza ostatnia 
wizyta. Przyrzekam, Ŝe nie będę cię więcej o to prosiła. Ale tym razem, kiedy upiekłam juŜ 
ciasto, a Ulrich ma urodziny! Tylko ten jeden raz! Proszę cię, Otto!
-  Dziś mi się specjalnie nie chce... - powiedział.
Ale zwycięŜony jej błagalnym wzrokiem zamruczał w końcu: - No dobrze. Anno, zastanowię 
się. JeŜeli zdąŜę do obiadu dwie karty...
Do obiadu dwie karty były gotowe, toteŜ Quanglowie około trzeciej opuścili mieszkanie. 
Mieli zamiar pojechać metrem aŜ do Nollendorf-platz, ale tuŜ przed przystankiem na 
Buelowstrasse Quangel zaproponował Ŝonie, aby wysiedli. MoŜe da się coś 'zrobić.
Wiedziała, Ŝe ma dwie karty w kieszeni, zrozumiała go natychmiast i skinęła głową.
 Poszli kawałek przez Potsdamerstrasse, aby znaleźć odpowiedni dom. Potem musieli 
zawrócić w prawo na Winterfeldstrasse, bo odeszliby zbyt daleko od mieszkania szwagra. I 
znów szukali.
-  To nie jest taka dobra okolica jak nasza - powiedział Quangel niezadowolony.
-  A dziś jest niedziela - dodała Anna - bądź tylko ostroŜny!
-  Jestem ostroŜny - odparł. - Tam wejdę!
Zniknął w domu, zanim mogła cokolwiek powiedzieć.
Dla Anny zaczęły się teraz minuty oczekiwania, zawsze na nowo . dręczące minuty, kiedy 
bała się o Ottona, a musiała tylko czekać.
„O BoŜe - pomyślała oglądając dom - przecieŜ ten dom wcale nie jest odpowiedni! śeby tylko 
dobrze poszło! MoŜe nie powinnam była go tak namawiać, aby dziś tu przyjechać. Tak 
bardzo mu się nie chciało, widziałam to po nim. I to nie tylko dlatego, Ŝe pisał ten list. JeŜeli 
coś mu się stanie, będę sobie wiecznie robiła wyrzuty! O, tam idzie Otto..."
Ale to nie Otto wyszedł z domu. To jakaś pani, która spojrzawszy ostro na Annę, poszła dalej.
„Dlaczego popatrzyła na mnie tak nieufnie? Tak mi się wydawało. Czy w domu się coś stało? 
Otto juŜ dawno wszedł, będzie chyba z dziesięć minut! E, co tam! Znam to przecieŜ od dawna 
- kiedy się czeka przed domem, czas wlecze się straszliwie. No, dzięki Bogu, tam naprawdę 
idzie Otto!"
Chciała do niego podejść - nagle zatrzymała się.
Bo Otto nie wyszedł z domu sam, ale odprowadzany przez bardzo wysokiego pana w 
czarnym płaszczu z aksamitnym kołnierzem, o twarzy z jednej strony zniekształconej 
ogromną oparzeliną z nabrzmiałymi bliznami. W ręku pan ten trzymał grubą, czarną teczkę. 
Nie mówiąc ze sobą ani słowa przeszli obaj koło Anny, której serce zamarło ze strachu, i 
poszli w kierunku Winterfeldplatz. Szła za nimi na uginających się nogach.
„Co się tam stało? - zapytywała się w duchu przeraŜona. - Co to za pan, z którym Otto idzie? 
Czy to moŜe ktoś z gestapo? Strasznie wygląda z tą oparzeliną! Nie mówią ze sobą ani słowa 
- o BoŜe, nie powinnam była namawiać Ottona! Udawał, Ŝe mnie nie zna, musi więc być w 

Strona 96

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

niebezpieczeństwie! Ta nieszczęsna karta!"
Nagle Anna nie mogła juŜ dłuŜej wytrzymać. Nie zniesie dłuŜej tej męczącej niepewności. Z 
niesłychanie rzadką u niej stanowczością przegoniła obu męŜczyzn i zatrzymała się. - Panie 
Berndt - zawołała podając Ottonowi rękę. - Jak to dobrze, Ŝe pana spotykam! Musi pan zaraz 
do nas przyjść. Pękła mi w mieszkaniu rura wodociągowa i cała kuchnia juŜ pływa... -- 
Przerwała. Zdawało jej się, Ŝe męŜczyzna i oparzeliną na twarzy patrzy na nią tak jakoś 
dziwnie, ironicznie j pogardliwie.
Ale Otto powiedział: -- Zaraz do pani przyjdę. Muszę tylko zaprowadzić pana doktora do 
mojej Ŝony.
-  Mogę sam pójść - powiedział człowiek z oparzeliną - ulica Von-Einem-Strasse 17, mówi 
pan? Chyba zaraz pan wróci.
-  Za kwadrans, panie doktorze. Najpóźniej za kwadrans wrócę. Zamknę tylko główny kran.
A po dziesięciu krokach przycisnął do piersi rękę Anny z zupełnie niezwykłą czułością. -
Wspaniale to zrobiłaś, Anno! Nie wiedziałem, jak się pozbyć tego draba! Jak wpadłaś na ten 
pomysł?
-  Kto to był? Lekarz? Myślałam, Ŝe to ktoś z gestapo, i nie mogłam dłuŜej wytrzymać 
niepewności. Idź wolniej, Otto. Nogi drŜą pode mną. Przedtem nie drŜałam, ale teraz! Co się 
stało? Czy on coś wie?
-  Nic. Bądź zupełnie spokojna. On nic nie wie. Nic się nie stało, Anno. Ale od rana, kiedy 
powiedziałaś mi o pójściu do brata, nie mogłem się pozbyć nieprzyjemnego uczucia. 
Myślałem, Ŝe to przez ten list, który miałem zamiar napisać. I poniewaŜ jest nudno u 
Heffków. Ale teraz wiem. To było dlatego, Ŝe miałem wciąŜ takie przeczucie: dziś jeszcze się 
coś zdarzy. Lepiej nie wychodzić dziś z domu...
-  Stało się więc coś, Otto?
-  Nie, nic. Powiedziałem ci juŜ, Anno, Ŝe nic się nie stało. Idę po schodach na górę i chcę 
właśnie połoŜyć kartę, mam ją w ręku, kiedy ten człowiek wybiega ze swojego mieszkania. 
Powiadam ci, Anno - tak wyleciał, Ŝe o mało co mnie nie przewrócił. Nie małem czasu 
schować karty. - Co pan tu robi, w tym domu? - zawołał natychmiast do mnie. No, wiesz 
przecieŜ, Ŝe staram się zwykłe zapamiętać czyjeś nazwisko na tabliczkach przed domem. - Idę 
do doktora Bolla - powiadam. - To ja! - mówi ten człowiek. - Co się stało? Czy w domu ktoś 
chory? - No, cóŜ rai pozostało innego, niŜ bujać dalej? Powiedziałem mu, Ŝe jesteś chora 1 
Ŝeby do  nas zajrzał.  Na  szczęście  przypomniałem  sobie nazwę Von-Einem-Strasse. 
Myślałem, Ŝe powie, iŜ przyjdzie wieczorem albo jutro rano, ale zawołał zaraz: - To świetnie 
się składa! To jest mi nawet  3-K aŜdy umiera... t. II  po drodze! Chodź pan ze mną, panie 
Schmidt! - Powiedziałem mu, Ŝe nazywam się Schmidt, rozumiesz. Wielu ludzi nazywa się 
naprawdę Schmidt!
-  Tak, a ja przemówiłam do ciebie „panie Berndt!" -zawołała Anna przestraszona - na pewno 
zwrócił na to uwagę.
Quangel zatrzymał się zakłopotany. - Masz rację - powiedział - wcale o tym nie pomyślałem! 
Ale zdaje mi się, Ŝe jednak nie zwrócił na to   uwagi.   Ulica   jest   pusta.   Nikt   za   nami   
nie   idzie.   A   na Von-Einem-Strasse będzie naturalnie szukał daremnie, wtedy będziemy 
juŜ dawno u Heffków.
Anna zatrzymała się. - Wiesz, Otto - powiedziała - teraz ja ci mówię - nie pójdziemy dziś do 
Ulricha. I ja mam uczucie, Ŝe dziś jest zły dzień. Chodź, pojedziemy do domu. A kart 
pozbędziesz się jutro.
Ale Quangel z uśmiechem potrząsnął głową. -Nie, nie, Anno, jak juŜ jesteśmy tutaj, 
odwalimy tę wizytę. Umówiliśmy się przecieŜ, Ŝe będzie ostatnia. A prócz tego nie chcę teraz 
właśnie iść na Nollendorfplatz. Spotkamy tam jeszcze znów tego lekarza.
-  No, to daj mi chociaŜ kartę! Nie chcę, abyś teraz biegał z tą kartą w kieszeni!
Po chwilowym oporze wręczył jej obie pocztówki.
-  To naprawdę nie jest dobra niedziela, Otto...
ROZDZIAŁ XXXVIII Trzecie ostrzeŜenie Ale potem u Heffków zapomnieli zupełnie o złych 
przeczuciach. Okazało się, Ŝe istotnie ich oczekiwano. Małomówna ciemnowłosa szwagierka 
takŜe upiekła ciasto; zjedli oba ciasta na podwieczorek, a potem Ulrich Heffke wydobył 
flaszkę wódki, którą podarowali mu koledzy w fabryce. Powoli i ze smakiem pili z małych 
kieliszków niecodzienny dla nich wszystkich trunek. Dzięki niemu oŜywili siej bardziej niŜ 
zwykle, stali się rozmowniejsi. W końcu - butelka była juŜ próŜna - mały garbus o łagodnych 
oczach zaczął śpiewać. Śpiewał pieśni kościelne, chorały: „Niełatwo być chrześcijaninem" i 
„Wnijdź w te wrota, bądź mego serca gościem" - wszystkie trzynaście zwrotek.
Śpiewał bardzo wysokim falsetem, brzmiało to czysto i naboŜnie, tak •e nawet Otto Quangel 
wspomniał dni swego dzieciństwa, kiedy takie pieśni znaczyły coś dla niego, był bowiem 
wówczas naiwnie wierzący. Wtedy Ŝycie było jeszcze proste, wierzył nie tylko w Boga, ale i 
w ludzi. Wierzył, Ŝe zwroty takie, jak „miłuj twych nieprzyjaciół" lub „błogosławieni, którzy 
miłują pokój" - mają swoją wartość na ziemi. Od tego czasu bardzo duŜo się zmieniło, i na 
pewno nie na lepsze. Wiara w Boga zachwiała się. To niemoŜliwe, aby dobrotliwy Bóg 
dopuszczał do takiej hańby, jaka była dziś na świecie. A co dotyczy ludzi, te świnie...
Garbaty Ulrich Heffke śpiewał bardzo wysokim i czystym głosem:
-  „Jesteś człowiekiem, wiesz o tym dobrze, więc po cóŜ dąŜysz do rzeczy"...
Quanglowie wprost odmówili pozostania na kolacji. Tak, było bardzo miło, ale teraz muszą 
koniecznie pójść do domu. Otto ma jeszcze coś do załatwienia. I nie chodzi tu nawet o karty 
Ŝywnościowe. Na przekór wszystkim zapewnieniom Heffków, Ŝe raz chyba moŜna sobie 
pozwolić, przecieŜ nie w kaŜdą niedzielę obchodzi się urodziny i wszystko naprawdę jest 
przygotowane, niech sami sprawdzą w kuchni - wbrew tym namowom Quanglowie trwali 
przy tym, Ŝe muszą odejść.
Poszli rzeczywiście, chociaŜ Heffkowie byli wyraźnie uraŜeni.
Na ulicy Anna powiedziała: - Widziałeś, Ulrich obraził się. Jego Ŝona teŜ...
-  Niech się obraŜają! To i tak była nasza ostatnia wizyta!
-  Tak, ale tym razem było bardzo przyjemnie, nie uwaŜasz, Otto?
-  Oczywiście. Na pewno. Wódka dopomogła...
-  A Ulrich tak ładnie śpiewał - nie uwaŜasz, Ŝe to było ładne?
-  Tak, bardzo ładne. Komiczny facet. Jestem pewien, Ŝe co wieczór modli się jeszcze w łóŜku 
do dobrego Pana Boga.
-  Daj mu spokój, Otto! PoboŜnym jest dziś lŜej. Mają przynajmniej kogoś, do kogo mogą się 
zwracać ze swymi troskami. I myślą, Ŝe ta cała mordownia ma swój sens.
-  Dziękuję! - powiedział Quangel nagle rozzłoszczony - sens! PrzecieŜ to wszystko nie ma 
sensu! Dlatego, Ŝe wierzą w niebo, nie chcą zmienić nic na ziemi. Wiecznie tylko czołgają się 

Strona 97

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

i omijają przeszkody! W niebie wszystko będzie znów dobrze. Bóg przecieŜ wie, dlaczego tak 
się dzieje. A oni dowiedzą się wszystkiego na sądzie ostatecznym! Nie, dziękuję!
 Quangel mówił gwałtownie i z wyraźną złością. Nie przyzwyczajony do alkoholu, ulegał 
jego działaniu. Nagle zatrzymał się. - To jest właściwy dom! - powiedział - tam wejdę! Daj 
mi jedną kartę, Anno!
-  O nie, Otto. Nie rób tego! Umówiliśmy się przecieŜ, Ŝe dziś nic więcej nie zrobimy. Dziś 
jest przecieŜ zły dzień!
-  JuŜ nie. Teraz juŜ nie. Daj mi kartę, Anno!
Dała mu ją z wahaniem. - A jeŜeli się nie uda, Otto? Tak się boję... : Ale Quangel nie zwaŜał 
wcale na jej słowa, juŜ poszedł. Czekała. Tym razem nie musiała długo przeŜywać strachu, bo 
Otto prędko wrócił.
-  JuŜ! - powiedział i wziął ją pod rękę. - Załatwione! Widzisz, jakie to było proste? Nie 
trzeba wierzyć przeczuciom.
-  Dzięki Bogu! - powiedziała Anna.
Ale ledwie uczynili parę kroków w kierunku Nollendorfplatz, gdy jakiś pan dogonił ich z 
tyłu. W ręku trzymał kartę Quangla.
-  Panie, panie! - wołał zdenerwowany do szaleństwa - pan podrzucił tę kartę u mnie w sieni. 
Wyraźnie pana widziałem! Policja! Halo! Posterunkowy.
Krzyczał coraz głośniej. Zbiegli się ludzie, szybko nadszedł schupo przechodząc przez 
jezdnię.
Nie było wątpliwości: gra odwróciła się nagle przeciw Quanglom. Dwa lata majster pracował 
z powodzeniem, a teraz nagle szczęście odwróciło się od niego. Jeden wpadunek po drugim. 
W tym wypadl były komisarz Escherich miał rację: nie moŜna ciągle igrać ze szczęściem. 
Trzeba w grę wkalkulować równieŜ niepowodzenie. Otto Quangel zapomniał o tym. Nie 
pomyślał o małych zdradliwych przypadkach, które Ŝycie ma stale w zanadrzu, których nie 
moŜna przewidzieć, ale ! z którymi jednak trzeba się liczyć.
Tym razem przypadek ukazał się w postaci małego, mściwego urzędniczka, który 
wykorzystywał wolną niedzielę do szpiclowania lokatorki mieszkającej nad nim. śywił do 
niej urazę, bo długo spała rankami, latała stale w męskich spodniach, a wieczorami długo po 
północy nie zamykała radia. Podejrzewał ją, Ŝe sprowadza do mieszkania „gości". Gdyby to 
się zgadzało, wykurzyłby ją z tego domu. Pójdzie wtedy do gospodarza i powie mu, Ŝe taka 
prostytutka w Ŝadnym wypadku nie moŜe dłuŜej mieszkać w porządnym domu.
Czatował juŜ cierpliwie ponad trzy godziny za wizjerem przy drzwiach, ale zamiast lokatorki 
z góry zobaczył wchodzącego po schodach Ottona Quangla. Widział na własne oczy, jak 
Quangel połoŜył kartę na stopniu schodów - robił to czasami, gdy okna na schodach nie miały 
parapetów.
-  Widziałem, na własne oczy widziałem! - krzyczał zdenerwowany do policjanta i machał 
kartą. -Niech pan przeczyta, panie wachmistrzu! To przecieŜ zdrada główna! Ten drab 
powinien wisieć!
-  Niech pan tak nie krzyczy! - powiedział schupo niechętnie. ^PrzecieŜ widzi pan, Ŝe tamten 
pan jest zupełnie spokojny. Nie ucieknie przecieŜ. No, cóŜ, czy było tak, jak ten pan mówi?
-  Bzdura! - odpowiedział Otto Quangel ze złością. - Pomylił mnie z kimś innym. Wracam 
właśnie od szwagra z urodzin na Goltzstrasse. Tutaj, na Maassenstrasse nie wchodziłem do 
Ŝadnego domu. Niech pan zapyta moją Ŝonę...
Obejrzał się za Anną. Anna przeciskała się właśnie przez gęsty krąg ciekawych. Natychmiast 
pomyślała o drugiej karcie w torebce. Musiała się jej natychmiast pozbyć. To było 
najwaŜniejsze. Przecisnęła się przez tłum, a zauwaŜywszy skrzynkę pocztową wsunęła do niej 
kartę zupełnie niepostrzeŜenie - wszyscy patrzyli tylko na krzyczącego oskarŜyciela.
Teraz stała znów u boku męŜa i uśmiechnęła się do niego, jakby dodając mu odwagi.
Schupo tymczasem przeczytał kartę. SpowaŜniał bardzo i wsunął ją za mankiet. Wiedział o 
tych kartach - w kaŜdym komisariacie nie raz, ale dziesięć razy zwracano na nie uwagę. 
Meldowanie nawet najmniejszego śladu było obowiązkiem.
-  Obaj panowie pójdą ze mną na posterunek! - rozstrzygnął.
-  A ja? - zawołała Anna Quangel oburzona i wsunęła rękę pod ramię męŜa. - Ja teŜ pójdę! 
Nie puszczę mojego męŜa samego!
-  Racja, matko! - powiedział niski głos z kręgu widzów - z tymi nigdy nic nie wiadomo - 
uwaŜaj na swojego starego!
-  Spokój! - krzyknął wachmistrz - spokój! Cofnąć się! Rozejść się! Tu nie ma nic do 
patrzenia!
Ale publiczność nie podzielała poglądu schupo, który doszedł do wniosku, Ŝe jest rzeczą 
niemoŜliwą upilnować troje ludzi, a jednocześnie zmusić około pięćdziesięciu przechodniów 
do rozejścia się. Zrezygnował więc z prób rozproszenia zbiegowiska.
-  Czy pan naprawdę się nie myli? - zapytał zdenerwowanego oskarŜyciela. - Czy tak kobieta 
teŜ była na schodach?
-  Nie, nie było jej przy tym. Ale nie mylę się na pewno, panie wachmistrzu! - Znów zaczął 
krzyczeć. - Widziałem go na własne oczyj juŜ od trzech godzin siedzę przy wizjerze...
Przenikliwy głos zawołał pogardliwie: - Przeklęty kapuś!
-  Chodźcie więc wszyscy troje! - zdecydował wachmistrz. - Proszę się rozejść! Widzicie 
przecieŜ, Ŝe ci państwo chcą przejść! Co za głupia ciekawość! Tak, proszę pana, tędy!
Musieli czekać pięć minut, zanim zawołano ich do pokoju komendanta, wysokiego 
męŜczyzny o opalonej, otwartej twarzy. Karta Quangla leŜała przed nim na biurku.
OskarŜyciel powtórzył swoje zarzuty.
Otto Quangel zaprzeczał. Odwiedził tylko szwagra na Goltzstrasse, nigdy nie wchodził do 
Ŝadnego domu na Maassenstrasse. Mówił! zupełnie bez zdenerwowania. Ten stary majster 
(wylegitymował się) wywarł na komendancie posterunku dobre wraŜenie w przeciwieństwie 
do krzyczącego, wciąŜ podnieconego i plującego oskarŜyciela.
-  Niech no mi pan powie - powiedział komendant powoli - po coj pan właściwie stał przez 
trzy godziny za wizjerem? PrzecieŜ pan nie mógł wiedzieć, Ŝe ktoś nadejdzie z taką kartą. 
Czy teŜ moŜe?...
-  Ach, tam mieszka taka prostytutka w naszym domu, panie j kierowniku! Ciągle lata w 
spodniach, całymi nocami gra u niej radio - chciałem więc zbadać, jacy męŜczyźni do niej 
przychodzą. A wtedy, nadszedł ten człowiek...
-  Nigdy nie byłem w tym domu - powtórzył Quangel z uporem, j -  JakŜe mój mąŜ mógłby 
robić takie rzeczy? Myśli pan, Ŝe ja bym siej na to zgodziła? - wmieszała się Anna. - Jesteśmy 
juŜ ponad dwadzieścia' pięć lat małŜeństwem i nigdy nikt nie miał nic do mojego męŜa!
Komendant obrzucił pobieŜnym spojrzeniem nieruchomą, ptasią twarz. - MoŜe być zdolny do 

Strona 98

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

róŜnych rzeczy! - strzeliło mu przelotnie przez głowę. - Ale Ŝeby pisał coś podobnego!
Zwrócił się do oskarŜyciela: - Jak pan się nazywa? Millek. Pan jest czymś na poczcie, 
nieprawda?
-  Nadsekretarz poczty, panie komendancie. Zgadza się.
-  Pan jest przecieŜ tym Millekiem, od którego dostajemy tygodniowo przeciętnie dwie 
denuncjacje, Ŝe kupcy źle waŜą, Ŝe w czwartek  7epie się dywany, Ŝe ktoś załatwił się przed 
pańskimi drzwiami i tak dalej; i tak dalej. To przecieŜ pan?
_ Ludzie są tacy źli, panie komendancie. Wszyscy robią mi tylko na łość. Niech mi pan 
wierzy, panie komendancie...
-  Dziś po południu szpiegował pan kobietę, którą określa pan jako prostytutkę, a teraz 
denuncjuje pan tego pana...
Nadsekretarz poczty zapewnił, Ŝe spełnia tylko swój obowiązek. \Vidzial tego człowieka 
podrzucającego pocztówkę, a poniewaŜ jeden rzut oka wystarczył mu, aby określić to jako 
zdradę główną, natychmiast podąŜył za nim.
-  Tak, tak - powiedział komendant - chwileczkę...
Usiadł za biurkiem i udawał, Ŝe czyta jeszcze raz kartę, którą przeczytał juŜ przecieŜ trzy 
razy. Zastanawiał się. Był przekonany, Ŝe ten Quangel jest starym robotnikiem, którego 
zeznania są prawdziwe, a Millek natomiast typem kapusia, którego denuncjacje nigdy jeszcze 
nie okazały się prawdziwe. Najchętniej odesłałby całą trójkę do domu.
Ale w kaŜdym razie karta została znaleziona, temu nie moŜna było zaprzeczyć. A był surowy 
rozkaz uwaŜać nawet na najmniejszą poszlakę. Komendant nie miał zamiaru sam sobie 
napytać biedy. I tak nie był dobrze notowany u władz. Był podejrzany o łagodność i o 
tajemne sympatie do asocjalnych* i do śydów. Musiał być bardzo ostroŜny. W gruncie 
rzeczy, cóŜ stanie się złego tej kobiecie i temu męŜczyźnie, jeŜeli przekaŜe ich gestapo? Jeśli 
są niewinni, puszczą ich po paru godzinach, a fałszywy denuncjator dostanie po łbie za 
niepotrzebne zawracanie głowy.
Miał juŜ zamiar telefonować do komisarza Eschericha, gdy wpadło mu coś do głowy. 
Zadzwonił i powiedział do wchodzącego schupo:
-  Niech pan weźmie tych dwóch panów do siebie i dokładnie ich zrewiduje. Ale niech pan 
uwaŜa, aby rzeczy się nie pomieszały. A potem niech pan jednego tutaj przyśle. Ja tymczasem 
zrewiduję kobietę!
Ale i te rewizje okazały się bezskuteczne, nie znaleziono nic obciąŜającego Quangla. Anna 
Quangel pomyślała z ulgą o karcie w skrzynce pocztowej. Otto Quangel, który nie wiedział 
jeszcze nic o pośpiesznym, przytomnym czynie swojej Ŝony, pomyślał: - Anna jest * 
Asocjalny - w terminologii hitlerowskiej: uchylający się od pracy.
dzielna. Gdzie teŜ podziała tę kartę? PrzecieŜ była wciąŜ przy mnie!; - Papiery Quangla 
równieŜ potwierdziły jego zeznanie.
Natomiast w kieszeni Milleka znaleziono gotową denuncjację, skierowaną do komisariatu 
przeciw niejakiej pani von Tressow, zamieszkałej przy Maassenstrasse 17. Kobieta ta, mimo 
obowiązku trzymania] psów na smyczy, puszczała swego złego psa wolno. JuŜ dwukrotnie 
pie: złośliwie zawarczał na nadsekretarza poczty. Sekretarz boi się o spod nie, które obecnie 
w czasie wojny trudno nabyć.
-  AleŜ pan ma kłopoty, człowieku! - powiedział komendant. «- Teraz, w trzecim roku wojny! 
Czy myśli pan, Ŝe nie mamy nic lepszego do roboty? Dlaczego nie podejdzie pan sam do tej 
pani i nie poprosi uprzejmie, by wzięła psa na smycz?
-  Nigdy bym sobie na coś takiego nie pozwolił, panie komendancie. Nagabywać damę- w 
nocy, na ulicy - nie!  Potem oskarŜą mnie o niemoralność.
-  A więc, wachmistrzu, niech pan tę trójkę weźmie na razie do siebie. Chciałbym teraz 
zatelefonować.
-  CzyŜbym ja teŜ był aresztowany? - zawołał nadsekretarz poczty zej złością - zrobiłem 
powaŜne doniesienie, a pan mnie aresztuje! Napiszę1 skargę na pana!
-  Czy ktoś powiedział panu choć słówko o aresztowaniu? Wachmistrzu, niech pan 
zaprowadzi tych troje do siebie!
-  Kazał mi pan przeszukać kieszenie jak złoczyńcy! - krzyczał znów] nadsekretarz poczty. 
Ale drzwi zamknęły się juŜ za nim.
Komendant wziął słuchawkę, nakręcił numer i zameldował się.
-  Chciałbym mówić z komisarzem Escherichem - powiedział.
- W sprawie tej historii z pocztówkami.
-  Komisarz Escherich skończył się! Ex! Perdu! - krzyknął mu do] ucha bezczelny głos. - 
Sprawę tę opracowuje teraz radca kryminalny! Zott!
~ To dajcie mi pana radcę kryminalnego Zotta - jeŜeli d w niedzielne popołudnie jest 
osiągalny.
-  Och, ten zawsze jest osiągalny! Daję panu radcę kryminalneg -  Tu Zott!
-  Tu komendant komisariatu, Kraus. Panie radco kryminalny, dostarczono nam przed chwilą 
człowieka, który ma mieć coś wspólnego z tą aferą pocztówkową. Wie pan, o co chodzi?
 _ Wiem, wiem. Sprawa Klabautermanna. Kim jest ten człowiek z zawodu?
- Stolarz. Majster w fabryce mebli!
- To złapaliście nie tego! Prawdziwy Klabautermann pracuje w tramwajach. Puśćcie tego 
gościa, komendancie. Koniec!
W ten sposób Quanglowie wyszli na wolność, sami najbardziej tym zdumieni, poniewaŜ 
liczyli się z kilkoma gruntownymi przesłuchaniami i rewizją domową.
ROZDZIAŁXXXIX Pan radca kryminalny Zott Radca kryminalny Zott ze swoją szpicbródką 
i spiczastym brzuchem, człowiek jakby Ŝywcem wyjęty z opowieści E.T.A. Hoffmanna*, 
.postać jakby sklecona z papieru, pyłu z akt, atramentu i sporej dawki przenikliwości, był 
dawniej uwaŜany za bardzo śmieszną figurę wśród pracowników policji kryminalnej Berlina. 
Nie uznawał zwykłych metod, prawie nigdy nie przesłuchiwał oskarŜonych, a widok 
zamordowanego wywoływał u niego torsje.
Najchętniej siedział nad aktami innych, porównywał, wyszukiwał, robił olbrzymie wyciągi, a 
konikiem jego było układanie wszystkiego w tabele, nie kończące się, precyzyjnie 
przemyślane tabele, z których wyciągał potem bystre wnioski. PoniewaŜ radca kryminalny 
osiągnął swoją metodą pracy kilka niespodziewanych sukcesów w sprawach, które wydawały 
się zupełnie beznadziejne, przyzwyczajono się do podsuwania mu wszystkich beznadziejnych 
spraw. JeŜeli Zott nie dał rady, nikt nie potrafił tego zrobić.
Tak więc propozycja komisarza Eschericha, by przekazać sprawę Klabautermanna radcy 
kryminalnemu Zottowi, sama przez się nie była niczym nadzwyczajnym. Ale Escherich 
powinien by poczekać, aŜ ta propozycja wyjdzie od jego przełoŜonych. Uczyniona przez 

Strona 99

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

niego, była PO prostu bezczelnością - ba, nawet okazaniem tchórzostwa w obliczu. wroga, 
dezercją...
* Hoffmann Ernest Theodor Amadeus (1776-1822) - znany niemiecki pisarz epoki 
r°fflantyzmu.
Radca kryminalny Zott zamknął się na trzy dni z aktami Klabauter-manna i dopiero potem 
poprosił obergruppenfuehrera o rozmowę. Obergruppenfuehrer, Ŝądny zakończenia wreszcie 
tej sprawy, przyszedł natychmiast do Zotta.
-  No, panie radco kryminalny, co pan wywąchał, stary Sherlocku Holmesie? Jestem 
przekonany, Ŝe ma pan juŜ gościa na widelcu. Ten osioł Escherich...
Teraz nastąpiła długa kanonada wyzwisk pod adresem Eschericha, 1 który wszystko popsuł. 
Radca kryminalny Zott wysłuchał ich nie okazując swych uczuć, nie dając wyrazu własnym 
poglądom nawet przez kiwnięcie lub potrząśnięcie głową.
Gdy amunicja wreszcie wyczerpała się, Zott przemówił: - Herr] Obergruppenfuehrer, mamy 
więc tego autora kart, zwyczajnego, niewy- j kształconego człowieka, który w Ŝyciu pisał 
niewiele i któremu jest dość j cięŜko wyraŜać się na piśmie. Musi być kawalerem albo 
wdowcem i Ŝyćl zupełnie samotnie w swym mieszkaniu, bo inaczej w ciągu tych dwóch! lat 
od dawna przyłapałaby go na pisaniu jego Ŝona albo gospodyni. Nigdy nie mówiło się głośno  
o jego  osobie,  mimo Ŝe - naleŜy \ przypuszczać - w okolicach na północ od Alexanderplatz 
duŜo gadają o tych kartach, co wskazuje, Ŝe nikt go nie widział przy pisaniu. Musi więc być 
absolutnie sam. Musi być starszym męŜczyzną - młodemu od dawna znudziłoby się pisanie 
bez widocznych rezultatów i juŜ dawno wziąłby się do czegoś innego. Nie posiada teŜ 
odbiornika radiowego...
-  Dobrze, dobrze, panie radco kryminalny! - przerwał mu ober- \ gruppenfuehrer Prali 
niecierpliwie. - To wszystko, dokładnie tymi] samymi słowami opowiedział mi juŜ dawno ten 
idiota Escherich. Ja potrzebuję czegoś innego, nowych wniosków, nowych wydarzeń, które 
umoŜliwią mi aresztowanie tego gościa. Widzę, Ŝe ma pan tutaj tabelę. Co to za tabela?
-  Mam tu tabelę - odpowiedział radca kryminalny nie okazując, jaki bardzo dotknął go przed 
chwilą Prali uznaniem wszystkich wnikliwych dedukcji Zotta za powtórzenie wypowiedzi 
Eschericha - na tabelę wniosłem dokładny czas znalezienia kart. Do dnia dzisiejszego mamy 
dwieście trzydzieści trzy karty i dziewięć listów.  JeŜeli dokładniej zbadamy, o jakiej porze 
zostały one znalezione, dojdziemy do następujących wniosków: po ósmej wieczorem i przed 
dziewiątą rano nigdy Ŝadna karta nie została podrzucona...
-  To przecieŜ jasne jak słońce! -zawołał niecierpliwie obergruppen-f lehrer. - O tej porze 
domy są zamknięte! Nie potrzebuję tabeli, aby to wiedzieć!
-  Jeszcze chwilę,  proszę! -- powiedział Zott,  a w głosie jego rabrzmiała juŜ teraz irytacja. - 
Jeszcze nie skończyłem swoich dowodzeń. Zresztą domów nie otwiera się dopiero o 
dziewiątej rano, ale juŜ o siódmej, a często nawet o szóstej. Następnie - osiemdziesiąt procent 
kart podrzucono między dziewiątą rano a dwunastą w południe. Nigdy Ŝadna karta nie została 
podrzucona między dwunastą a czternastą. Potem dwadzieścia procent znów między 
czternastą a dwudziestą. Wynika z tego, Ŝe autor kart, który na pewno jest równieŜ ich 
kolporterem, jada regularnie między dwunastą a drugą, nocami pracuje - w kaŜdym razie nie 
przed południem i rzadko po południu. Jeśli teraz biorę pod uwagę miejsce znalezienia karty, 
powiedzmy na Alexander-platz, i stwierdzam, Ŝe została podrzucona o godzinie jedenastej 
piętnaście, zastanawiam się, jaką odległość męŜczyzna moŜe przebyć w ciągu czterdziestu 
pięciu minut, to jest do godziny dwunastej. Teraz na tę odległość nastawiam cyrkiel. 
Środkiem koła jest miejsce znalezienia karty. Łuk na północy natrafia zawsze na miejsce 
mapy wolne od chorągiewek. Ten wynik otrzymuje się niemal we wszystkich wypadkach - 
wyjąwszy kilka kart, przy których prawdopodobnie chwila znalezienia karty nie odpowiada 
chwili jej podrzucenia.
Wnioskuję stąd, Ŝe po pierwsze: ten człowiek jest bardzo punktualny; po drugie: nie lubi 
posługiwać się publicznymi środkami komunikacji. Mieszka w trójkącie, którego boki 
stanowią Greifswalder, Danziger-i Preazlauerstrasse, i co więcej - w północnym kącie tego 
trójkąta, prawdopodobnie na jednej z trzech ulic: Chodowieckiego, Jabłońskiego lub 
Christburgerstrasse.
-  Nadzwyczajnie, panie radco kryminalny! - powiedział Obergruppenfuehrer coraz bardziej 
rozczarowany. - Nawiasem mówiąc, przypominam sobie, Ŝe juŜ Escherich wymienił te ulice. 
UwaŜał tylko, Ŝe rewizje są bezcelowe. Co pan myśli o rewizjach?
-  Jeszcze chwileczkę - powiedział Zott i podniósł małą dłoń, która jakby poŜółkła od tych 
wszystkich akt, na których spoczywała. Tym razem był naprawdę powaŜnie uraŜony. -- Chcę 
panu dokładnie zilustrować wszystkie moje wnioski, aby pan mógł osądzić, czy wysunięte 
przeze mnie propozycje są celowe...
Chce się zabezpieczyć, chytry lisek! - pomyślał Prali. - No, czekaj bratku, u mnie nie moŜna 
się zabezpieczyć, jak zechcę z tobą zatańczyć to i tak zatańczę!
-  Spójrzmy znów na tę tabelę - wykładał dalej radca kryminalny. - Stwierdzamy, Ŝe 
wszystkie karty były podrzucane w dni powszednie. Stąd wniosek, Ŝe ten człowiek nie 
opuszcza nigdy w niedzielę swego mieszkania. Niedziela jest dniem pisania, tym bardziej, Ŝe 
większość kart została znaleziona w poniedziałki i wtorki. Ten człowiek spieszy się zawsze, 
aby pozbyć się obciąŜającgo materiału z domu.
Człowieczek ze spiczastym brzuchem podniósł palec: - Wyjątek stanowi dziewięć kart 
znalezionych na południe od Nollendorfplatz. Ta karty podrzucono w niedzielę, mniej więcej 
w kwartalnych odstępach,! stale późnym popołudniem lub wczesnym wieczorem. Stąd 
wniosek, Ŝel autor ma tam krewnych, moŜe starą matkę, której składa w regularnych! 
odstępach wizytę z obowiązku.
Radca kryminalny Zott zrobił przerwę i spojrzał na obergruppen-fuehrera przez swe szkła w 
złotej oprawie, jakby czekał na słowa uznania.
Ale ten powiedział tylko: - Wszystko to bardzo pięknie. Jest pan na pewno bardzo 
przenikliwy. Ale nie widzę, do czego nas to prowadzi..,]
-  A jednak, Herr Obergruppenfuehrer! -zaprzeczył radca kryminalny. -- KaŜę oczywiście 
poszperać bardzo ostroŜnie i bez hałasu w domach wymienionych przeze mnie ulic, czy 
mieszka tam jakiś człowiek odpowiadający moim dowodzeniom.
-  No, nareszcie coś! - zawołał Obergruppenfuehrer z ulgą - czy ma pan jeszcze coś?
-  Sporządziłem - powiedział radca kryminalny z cichym triumfem,] wyciągając inną mapę - 
sporządziłem jeszcze drugą tabelę, na której otoczyłem najczęstsze miejsca znalezienia kart 
czerwonymi kołami o średnicy jednego kilometra. Przy tym obydwa miejsca znalezienia na 
Nollendorfplatz i przypuszczalne mieszkanie pozostawały poza zasięgiem. Gdy teraz 
przyglądam się jedenastu - jest ich jedenaście, Herr Obergruppenfuehrer - głównym punktom, 

Strona 100

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

gdzie znajdowano karty, dochodzę do rewelacyjnego wniosku: wszystkie, wszystkie bez 
wyjątku leŜą w pobliŜu remiz tramwajowych. Niech pan sam zobaczy, Herr 
Obergruppenfuehrer! Tu! I tu! I tam. Tu remiza jest nieco na prawo, niemal poza kołem, ale w 
jego promieniu. A tu znów - pięknie w samym środku...
Zott spojrzał na obergruppenfuehrera niemal błagalnie. - To nie moŜe być przypadek! - 
powiedział. - W kryminalistyce nie ma takich wypadków! Herr Obergruppenfuehrer, ten 
człowiek musi mieć coś wspólnego z tramwajami! Absolutnie nie moŜe być inaczej. Pracuje 
tam prawdopodobnie nocą, czasami równieŜ po południu. Nie nosi jednak munduru, to 
zauwaŜyłyby kobiety, które widziały go przy podrzucaniu Icart. Herr Obergruppenfuehrer, 
proszę pana o pozwolenie postawienia obok kaŜdej z tych remiz jednego z naszych 
odpowiedzialnych ludzi. Obiecuję sobie po tej akcji jeszcze więcej niŜ po rewizjach w 
domach. Ale obie akcje razem wzięte - i dokładnie przeprowadzone - dadzą na pewno wyniki!
- AleŜ chytry lis z pana! - zawołał teraz Obergruppenfuehrer bardzo podniecony i klepnął 
radcę kryminalnego po plecach tak, Ŝe człowieczek omal nie przyklęknął. - Stary, chytry 
przestępco! To z tymi remizami jest wspaniałe. Escherich jest kretynem! Na to powinien był 
wpaść. Oczywiście, ma pan moje zezwolenie! Postaraj się pan to zrobić moŜliwie prędko, a za 
dwa, trzy dni niech pan zamelduje, Ŝe capnął pan faceta! Chcę temu durniowi, Escherichowi, 
sam wbić to w mordę, pokazać mu, jakim jest osłem!
I Obergruppenfuehrer wyszedł z pokoju uśmiechając się z zadowoleniem.
Radca kryminalny Zott, pozostawiony sam sobie, odchrząknął. Usiadł przy biurku nad 
tabelami, popatrzył krzywo zza okularów na drzwi i znów chrząknął. Nienawidził tych 
krzykliwych, bezmyślnych drabów, którzy umieli tylko ryczeć. A tego, który wyszedł właśnie 
z pokoju, szczególnie nienawidził, tę głupią małpę, która go wciąŜ draŜniła Escherichem: „To 
Escherich powiedział" i „Wiem to juŜ od Eschericha, tego osła"!
A potem Ŝartobliwie uderzył go po ramieniu. Radca nienawidził wszelkiego dotknięcia 
cielesnego. Nie, ten drab... -cóŜ, trzeba przeczekać te czasy. Ci panowie wcale nie siedzieli 
tak pewnie w siodle; ukrywali tylko niezręcznie za pomocą ryku swój strach, Ŝe pewnego dnia 
zostaną obaleni. Mimo Ŝe występowali tak pewnie i butnie, wiedzieli bardzo dobrze, Ŝe nic 
nie umieją i Ŝe są niczym. I takiemu kretynowi musiał zdradzić swoje wielkie odkrycie o 
remizach. Człowiekowi, który w ogóle nie potrafi ocenić jego przenikliwości, koniecznej do 
odkrycia czegoś takiego! Perły między wieprze - wiecznie ta stara piosenka!
 Potem jednak radca kryminalny wraca do swoich akt, tabel i planów. Ma wszystko dobrze 
ułoŜone w głowie: potrafi zamknąć szufladkę i natychmiast zapomnieć o jej zawartości. Teraz 
wyciąga szufladkę „remizy" i zaczyna się zastanawiać, jaką pracę moŜe spełniać autor kart. 
Telefonuje do dyrekcji Zakładów Komunikacyjnych, do oddziału personalnego, i kaŜe sobie 
podać długą listę poszczególnych zawodów ludzi, którzy są zatrudnieni w zakładach. Od 
czasu do czasu coś notuje.
Jest całkowicie opętany myślą, Ŝe sprawca ma coś wspólnego z tramwajami. Jest taki dumny 
ze swego odkrycia. Byłby teraz bezgranicznie rozczarowany, gdyby wprowadzono do niego 
jako sprawcę Quangla, majstra z fabryki stolarskiej. Byłoby mu obojętne, Ŝe sprawca został 
wreszcie schwytany, bolałoby go tylko, Ŝe .jego teoria okazała się fałszywa.
I dlatego teŜ, kiedy w dzień albo w dwa dni później, gdy akcja poszukiwań po domach i 
remizach jest w pełnym toku, dzwoni do radcy komendant komisariatu z meldunkiem, Ŝe 
znalazł, być moŜe, sprawcę, radca pyta go tylko o zawód zatrzymanego. Słyszy „stolarz" i 
człowiek ten nie wchodzi juŜ dla niego w rachubę. To musi być tramwajarz!
Zawiesił słuchawkę. Załatwione! Radca kryminalny nie bierze nawet pod uwagę, Ŝe 
komisariat znajduje się przy Nollendorfplatz, Ŝe jest to niedzielne popołudnie i Ŝe właśnie w 
tym miejscu przypada dziś mniej więcej karta! Nawet na numer komisariatu radca nie zwraca 
uwagi. Ci j idioci robią tylko same głupstwa. - Załatwione!
„Moi ludzie jutro, najpóźniej pojutrze przyniosą mi informacje. To, j co robi schupo - to 
przewaŜnie bzdury, po prostu - to nie są pracownicy policji kryminalnej!"
I w ten sposób ujęci juŜ Quanglowie wychodzą na wolność.
ROZDZIAŁXL Otto Ouangel traci pewność siebie Tego niedzielnego wieczora Quanglowie 
bez słowa pojechali dc domu, bez słowa zjedli kolację. Pani Anna, która była tak odwaŜna i 
zdecydowana, kiedy wymagały tego okoliczności, popłakała sobie ieco w tajemnicy, stojąc 
przy kuchni. Otto nie powinien o tym nic wiedzieć. Teraz, kiedy było juŜ po wszystkim, gdy 
przetrwali, ogarnął ją strach i przeraŜenie. O mało co wpadliby, o mało co, a skończyłoby się 
nimi źle. Gdyby ten Millek nie był znanym donosicielem. Gdyby nie udało jej się pozbyć 
drugiej karty. Gdyby komendant komisariatu był innym człowiekiem. Widać było po nim, Ŝe 
nie znosi denuncjatorstwa! Tak, tak, tym razem udało się, ale nigdy, nigdy więcej nie wolno 
Ottonowi naraŜać się na takie niebezpieczeństwo.
Wchodzi do pokoju, w którym jej mąŜ bez przerwy wędruje tam i z powrotem. Nie zapalają 
światła, ale Otto podciągnął rolety zaciemniające i księŜyc rzuca blask na pokój.
Otto chodzi tam i z powrotem, wciąŜ jeszcze bez słowa.
-  Otto!
-  Tak?
Nagle zatrzymuje się i patrzy na Ŝonę, która usiadła w rogu kanapy, ledwo widoczna w 
bladym i słabym świetle księŜyca przenikającym do pokoju.
-  Otto, myślę, Ŝe najlepiej będzie, jeśli teraz zrobimy przerwę. W tej chwili nie mamy 
szczęścia.
-  Nie moŜna - odpowiada Quangel. - Nie moŜna, Anno. To zwróciłoby uwagę, gdyby nagle 
nie pojawiło się więcej kart. Właśnie teraz, gdy o mało co nie capnęli nas oboje, zwróciłoby 
to specjalną uwagę. Tacy głupi nie są - zauwaŜyliby, Ŝe jest jakiś związek między nami a 
kartami, które nagle przestały się ukazywać. Musimy dalej to robić, czy chcemy, czy nie.
I dodał twardo: - A ja chcę!
Westchnęła cięŜko. Nie starczyło jej odwagi, aby głośno zgodzić się z nim, chociaŜ 
przekonała się, Ŝe Otto ma rację. To nie była droga, na której moŜna się zatrzymać, kiedy się 
ma na to ochotę. Tu nie istniało Ŝadne cofanie się, nie było spokoju. Trzeba iść dalej.
Po chwili namysłu powiedziała: -Pozwól więc teraz mnie podrzucać karty, Otto. Tobie się 
ostatnio z tym nie wiedzie.
Powiedział z irytacją: - Nic na to nie poradzę, jeśli taki donosiciel siedzi trzy godziny za 
drzwiami. Rozejrzałem się dokładnie wszędzie, byłem ostroŜny!
-  Nie powiedziałam, Otto, Ŝe byłeś nieostroŜny. Powiedziałam tylko, Ŝe nie masz teraz 
szczęścia. To nie twoja wina.
Znów zmienia temat: - Coś ty właściwie zrobiła z drugą kartą? Ukryłaś na ciele?
-  Tego nie moŜna było zrobić, przecieŜ wciąŜ byli ludzie przy tym. Nie, Otto, w pierwszym 

Strona 101

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

podnieceniu wetknęłam ją do skrzynki pocztowej na Nollendorfplatz.
-  Do skrzynki pocztowej? Bardzo dobrze. Dobrześ to zrobiła, Anno! W najbliŜszych 
tygodniach, wszędzie gdzie będziemy, wrzucimy karty do skrzynek pocztowych, aby ta jedna 
nie zwróciła uwagi. Skrzynki pocztowe - to wcale niezły pomysł. Na poczcie nie pracują 
tylko sami hitlerowcy. I ryzyko teŜ jest mniejsze.
-  Proszę cię, Otto, pozwól od teraz mnie rozdzielać karty - poprosiła jeszcze raz.
-  Nie powinnaś, matko, sądzić, Ŝe zrobiłem błąd, którego ty mogłabyś uniknąć. To są te 
przypadki, których zawsze tak się obawiałem, wobec których nie ma ostroŜności, bo nie 
moŜna ich przewidzieć. Co mogę zrobić przeciw szpiclowi, który czatuje od trzech godzin za 
wizjerem? I ty moŜesz nagle zachorować, moŜesz upaść i złamać nogę - zaraz przeszukają ci 
kieszenie i znajdą kartę! Nie, Anno, przeciw przypadkom nie ma ochrony!
- Tak bardzo bym się uspokoiła, gdybyś mnie pozostawił roz- | noszenie kart! - zaczęła znów.
-  Nie mówię - nie, Anno. Chcę ci powiedzieć prawdę: czuję się niepewnie. Jest mi tak, 
jakbym się musiał stale wpatrywać w miejsce, gdzie nie ma przeciwnika. I jak gdyby 
wszędzie w pobliŜu mnie siedzieli wrogowie, a ja ich nie mogę zobaczyć.
-  Zrobiłeś się nerwowy, Otto. To za długo juŜ trwa. Gdybyś mógł na parę tygodni przerwać! 
Ale masz rację - nie moŜna. Tylko Ŝe od dziś ja będę wynosiła karty.
-  Nie mówię - nie. Rób to! Nie boję się, ale masz rację -jestem teraz nerwowy. To wina tych 
przypadków, z którymi nigdy się nie liczyłem. Myślałem, Ŝe wystarczy tylko, jeśli się jakąś 
rzecz robi porządnie. Ale nic z tego, trzeba takŜe mieć szczęście, Anno. Długo mieliśmy 
szczęście, a teraz, zdaje się, jest trochę inaczej...
-  Poszło nam przecieŜ jeszcze raz dobrze - powiedziała uspokajająco - nic się nie stało.
-  Ale mają nasz adres, mogą w kaŜdej chwili znów po nas sięgnąć! Ta przeklęta rodzina; 
zawsze mówiłem, Ŝe to na nic.
-  Nie bądź teraz niesprawiedliwy, Otto. Co Ulrich jest winien temu wszystkiemu?
-  Oczywiście Ŝe nie jest winien! A czy to kto powiedział? Ale gdyby nie on, nie poszlibyśmy 
tam z wizytą. To na nic przywiązywać się do ludzi, Anno. To tylko wszystko utrudnia. Teraz 
jesteśmy podejrzani...
-  Gdybyśmy naprawdę byli podejrzani, nie puściliby nas, Otto!
-  Atrament! - powiedział nagle, zatrzymując się - mamy w domu jeszcze atrament, którym 
została napisana karta i ten sam atrament jest jeszcze w kałamarzu!
Pobiegł i wylał atrament do zlewu. A potem się ubrał.
-  Dokąd chcesz pójść, Otto?
-  Muszę butelkę z atramentem wynieść z domu! Jutro postaram się o inny gatunek. Spal 
tymczasem pióro, przede wszystkim równieŜ stare karty i papier listowy, który jeszcze nam 
został. Wszystko musi być spalone! Przejrzyj kaŜdą szufladę. Nic z tego nie powinno zostać 
w domu!
-  AleŜ, Otto, nie jesteśmy przecieŜ podejrzani! Mamy czas na to wszystko!
-  Nie ma na nic czasu! Rób, co ci mówię! Wszystko przejrzeć, wszystko spalić!
Poszedł.
Gdy wrócił, był spokojniejszy. - Rzuciłem buteleczkę do Friedrichs-hain. Czy wszystko 
spaliłaś? Tak!
-  Naprawdę wszystko? Wszystko przejrzane i spalone?
-  PrzecieŜ powiedziałam ci, Otto!
-  Oczywiście. No dobrze, Anno! Ale to zabawne - znów mam uczucie, jakbym nie mógł 
zobaczyć wroga tam, gdzie naprawdę siedzi. Jak gdybym czegoś zapomniał!
Przesunął ręką po czole, popatrzył na nią z namysłem.
-  Uspokój się, Otto, na pewno nic nie zapomniałeś, nic. W mieszkaniu juŜ nic nie ma.
-  Czy nie mam atramentu na palcach? Rozumiesz, nie wolno mi mieć najmniejszego śladu 
atramentu na sobie. Teraz, kiedy nie ma juŜ atramentu w domu.
Sprawdzili i rzeczywiście znaleźli jeszcze plamę od atramentu na wskazującym palcu prawej 
ręki Ottona. Starła ją dłonią.
- KaŜdy umiera... t. II  -  Widzisz, mówię przecieŜ - zawsze coś jeszcze moŜna znaleźć! To są 
właśnie ci wrogowie, których nie mogę zobaczyć. No, moŜe to własne ta plama od atramentu, 
na którą nie zwróciłem uwagi, tak mnie męczyła!
-  Nie ma jej juŜ, Otto, i teraz nie ma nic więcej, co mogłoby cię niepokoić!
-  Bogu dzięki! Zrozum, Anno, to nie jest strach, ale nie chciałbym, aby nas zbyt wcześnie 
znaleźli. Chciałbym, jak długo to moŜliwe, wykonywać swoją robotę. Gdyby się udało, 
chciałbym jeszcze być świadkiem, jak to wszystko się załamie. Tak, chciałbym tego doŜyć. 
Troszeczkę i myśmy się do tego przyczynili!
Tym razem Anna pociesza go: - Tak, doŜyjesz tego, oboje doŜyjemy. CóŜ takiego się stało? 
Prawda, byliśmy w wielkim niebezpieczeństwie. Mówisz, Ŝe szczęście odwróciło się od nas? 
Szczęście pozostało nam wierne, niebezpieczeństwo minęło. Jesteśmy tutaj.
-  Tak - powiedział Otto Quangel -jesteśmy tutaj, jesteśmy wolni. Jeszcze tak jest. I mam 
nadzieję, Ŝe będzie jeszcze tak długo, długo...
ROZDZIAŁXLI Stary członek partii Persicke Węszycielowi radcy kryminalnego Zotta, 
niejakiemu Klebsowi, polecono przeszukać ulicę Jabłońskiego w celu znalezienia starego, 
samotnego męŜczyzny. Gestapu zaleŜało bardzo na stwierdzeniu jego toŜsamości. Klebs miał 
w kieszeni listę, według której wskazano mu w kaŜdym domu i niemal w kaŜdej oficynie 
zaufanego członka partii. Nazwisko Persicke równieŜ było na liście.
JeŜeli na Prinz-Albrecht-Strasse kładziono wielki nacisk na znalezienie poszukiwanego, to dla 
węszyciela Klebsa był to tylko zwykły interes. Mały, źle opłacany i źle odŜywiany, z 
krzywymi nogami, nieczystą skórą i spróchniałymi zębami Klebs przypominał szczura i 
załatwiał swoje interesy jak szczur ryjący w śmietniku. Zawsze był gotów do przyjęcia 
kromki chleba, do wypicia czegoś albo do Ŝebrania o papierosa, a jego Ŝałosny, piszczący 
głosik nabierał przy Ŝebraninie tonu świszczącego, jak gdyby nieszczęśnik miał za chwilę 
wyzionąć ducha.
U Persicków otworzył mu stary. Wyglądał przeraŜająco: siwe włosy w strąkach, twarz 
nabrzmiała, oczy czerwone, a cała postać chwiała się i zataczała jak okręt podczas wielkiej 
burzy.
-  Czego chcesz?
- Tylko małej informacji dla partii. - Węszycielom zakazano jak najostrzej powoływać się w 
swych poszukiwaniach na gestapo. Cała akcja miała wyglądać na zbieranie mało waŜnych 
informacji o jakimś członku partii.
Ale na starego Persickego nawet to niewinne oświadczenie o „informacji dla partii" 
podziałało jak cios w Ŝołądek. Stęknął i oparł się o drzwi. Do jego zidiociałej, zamglonej 

Strona 102

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

wyziewami alkoholu mózgownicy wróciła na chwilę odrobina przytomności, a wraz z 
przytomnością - strach.
Potem zebrał się w sobie i powiedział: - Wejdź!
Szczur poszedł za nim milcząc. Obserwował starego człowieka ostrymi, szybkimi oczkami. 
Nic przed nim nie uszło.
Pokój wyglądał straszliwie. Obalone krzesła, wywrócone flaszki, z których wódka parowała 
smrodliwie na podłodze. Zmięta kołdra w kącie. Ściągnięty ze stołu obrus. Przed lustrem, na 
którym uderzenie pięścią wyrysowało pajęczynę pęknięć, kupa potłuczonego szkła. Jedna 
firanka zaciągnięta, druga zerwana. Wszędzie niedopałki. Niedopałki 1  na pół rozerwane 
paczki papierosów i tytoniu.
Złodziejskie palce węszyciela przebiegło drŜenie. Najchętniej zwędziłby od razu co się da: 
wódkę, tytoń, niedopałki, a takŜe kieszonkowy zegarek z kamizelki wiszącej na krześle. Ale 
był teraz tylko posłańcem gestapo czy partii. Usiadł więc grzecznie na krzesełku i zapiszczał 
wesoło: - AleŜ tu jest picia i palenia! Dobrze ci się wiedzie, Persicke!
Stary spojrzał na niego cięŜkim, posępnym wzrokiem. Potem jednym ruchem podsunął 
gościowi przez stół na wpół opróŜnfcną flaszkę wódki. Klebs chwycił ją, zanim się 
wywróciła.
-  Poszukaj sobie coś do palenia! - zamruczał Persicke i rozejrzał się PO pokoju. - Tu gdzieś 
musi jeszcze być tytoń. - I dodał bełkotliwie:
- Ale ognia nie mam!
-  Nie rób sobie kłopotu, Persicke! - zagwizdał Klebs uspokajająco.
-  Znajdę, czego mi potrzeba. PrzecieŜ w kuchni masz na pewno gaz i zapalnik.
Postępował tak, jakby znali się od dawna i byli najlepszymi przyjaciółmi. Jak gdyby to było 
zupełnie zrozumiałe, prześliznął się na swych krzywych nóŜkach do kuchni - pełnej rozbitych 
naczyń i poprzewracanych mebli - było tam jeszcze gorzej niŜ w pokoju. W tym całym 
bałaganie znalazł rzeczywiście palnik gazowy i zapalił.
Przy okazji wsadził do kieszeni trzy napoczęte paczki papierosów. Jedna z nich wprawdzie 
wykąpała się w wódce, ale moŜna ją było wysuszyć. W drodzie powrotnej Klebs zajrzał 
jeszcze do dwóch pozostałych pokojów: wszędzie zupełne zniszczenie i zaniedbanie. Stary 
był sam w mieszkaniu, jak Klebs od razu przypuszczał. Węszyciel z zadowoleniem zatarł ręce 
i pokazał swoje Ŝółtoczarne zęby. Tutaj chyba da się jeszcze więcej złowić, prócz odrobiny 
wódki i paru papierosów!
Stary Persicke wciąŜ jeszcze siedział na tym samym krześle przy stole, w tej samej pozycji, w 
jakiej go Klebs opuścił. A chytry Klebs zauwaŜył jednak, Ŝe stary musiał przez ten czas być 
na nogach, bo stała teraz przed nim pełna butelka wódki, której przedtem nie było.
„Ano, ma więc jeszcze gdzieś zapas. JuŜ to wydostaniemy!"
Klebs rozsiadł się z zadowolonym piśnięciem na krześle, dmuchnął swemu towarzyszowi 
chmurą dymu w twarz, pociągnął z butelki i zapytał niewinnie: - No, co ci leŜy na wątrobie, 
Persicke? Mów swobodnie, stary chłopie! Gadaj prawdę, bo zostaniesz zastrzelony!
Stary człowiek zadrŜał przy ostatnich słowach. Nie mógł uchwycić, w związku z czym 
zostały wypowiedziane. Ale pojął, Ŝe była mowa o zastrzeleniu.
- Nie, nie! - zamruczał bojaźliwie. - Nie strzelać, tylko nie strzelać. Baldur wróci, Baldur 
wróci, wszystko naprawi!
Szczur nie badał tymczasem, kto to był Baldur, wszystko naprawiający Baldur. - Tak, jeŜeli 
uda ci się to wszystko naprawić. Persicke! - powiedział ostroŜnie.
Rzucił okiem na twarz tamtego, która, jak mu się wydawało, ponuro 1 nieufnie spoglądała na 
niego. - Ale oczywiście, jeŜeli Baldur wróci... zauwaŜył pojednawczo.
Stary człowiek patrzył na niego wciąŜ milcząc. Nagle w jednym z tych momentów jasności, 
które zawsze od czasu do czasu nawiedzają nałogowych pijaków, powiedział bez zająknięcia: 
- Kim pan jest właściwie? Czego pan chce ode mnie? PrzecieŜ ja wcale pana nie znam!
 Szczur ostroŜnie spojrzał na starego Persickego. W takich stadiach pijani często szukają 
sprzeczki i zwady, a Klebs był tylko małym człowieczkiem (i do tego tchórzem), podczas gdy 
po starym Persicke nawet teraz, w najgorszym upadku, poznać było, Ŝe podarował fuehrerowi 
dwóch wspaniałych esesmanów i ucznia do Napola.
Klebs powiedział tonem zagajenia: - Powiedziałem juŜ panu, panie Persicke. MoŜe pan nie 
pojął tego całkowicie. Moje nazwisko jest Klebs, a przychodzę z ramienia partii, aby 
zasięgnąć paru informacji...
Pięść Persickego grzmotnęła w stół. Obie butelki zachwiały się - Klebs szybko je uratował.
-  Jak ty, psie, śmiesz powiedzieć - krzyczał Persicke - Ŝe ja czegoś nie pojąłem? Czy ty jesteś 
mądrzejszy ode mnie, ty śmierdzielu? Powiadasz do mnie, w moim własnym domu, przy 
moim własnym stole, Ŝe nie mogę pojąć tego, co mówisz. Ty nędzny śmierdzielu!
-  Nie, nie, panie Persicke! - zaświszczał uspokajająco. - Wcale tak nie myślałem. Małe 
nieporozumienie. MoŜna to wszystko załatwić pokojowo i przyjaźnie. Tylko spokojnie - tacy 
starzy towarzysze partyjni jak my!
-  Gdzie twoja legitymacja? Jak to, przychodzisz sobie tak po prostu do mnie, do budy i nie 
pokazujesz legitymacji? Nie wiesz, Ŝe to jest zabronione przez partię!
Ale Klebs nie potrzebował się obawiać: gestapo postarało się dla niego o pełnowartościowe, 
doskonałe dokumenty.
-   Proszę, panie Persicke, niech pan sobie to spokojnie obejrzy. Wszystko się zgadza. Jestem 
uprawniony do zasięgania informacji, a pan ma mi pomóc, jeśli pan moŜe!
Stary człowiek popatrzył mętnymi oczyma na dokumenty, które tamten trzymał mu przed 
nosem, ale oczywiście nie wypuszczając ich z rąk. Pismo rozpływało mu się przed oczyma. 
Stuknął cięŜko palcem o dokument i zapytał:
-  A to jest pan?
-  PrzecieŜ widzi pan, panie Persicke! Wszyscy mówią, Ŝe zdjęcie jest bardzo dobre! - I z 
zarozumiałością: - Ale w rzeczywistości podobno wyglądam o dziesięć lat młodziej. Nie 
wiem, nie jestem próŜny. Nie patrzę nigdy do lustra!
-  Zabierz te papierki! - zamruczał eks-knajpiarz. - Nie mam ochoty teraz tego czytać. Siadaj, 
pij wódkę, pal, ale bądź cicho. Muszę się zastanowić.
Szczur Klebs wypełnił rozkaz i obserwował przy tym swoje vis a vis, które zdawało się 
zapadać w poprzednie odrętwienie.
Stary Persicke, który równieŜ mocno pociągnął ze swojej butelki, stracił znów przytomność. 
Nieuniknienie pogrąŜał się z powrotem w stan otumanienia, a to, co nazywał zastanawianiem 
się, było bezcelowym grzebaniem, szukaniem czegoś, co od dawna zniknęło mu z pamięci. 
Nie wiedział nawet, czego szuka.
Stary człowiek był w fatalnym połoŜeniu. Najpierw jeden syn pojechał do Holandii, potem 

Strona 103

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

drugi do Polski, Baldura posłano do Napola-zarozumiały pętak osiągnął swój główny cel: 
został przyjęty do szeregów pierwszych wśród narodu niemieckiego, specjalny uczeń samego 
fuehrera! Uczył się dalej, uczył się panować nie nad samym sobą, ale nad innymi ludźmi, 
którzy nie osiągnęli tego, co on.
Ojciec został sam z Ŝoną i córką. Od dawna juŜ pił zbyt chętnie - stary Persicke był w 
splajtowanej knajpie swoim najlepszym klientem. Gdy synowie wyjechali, a przede 
wszystkim, gdy zabrakło nadzoru Baldura, stary Persicke zaczął pić, a potem juŜ chlać. śona 
z początku czuła się nieswojo w tym męskim gospodarstwie. Była małą, zastraszoną, 
płaczliwą istotą, niczym więcej jak nie opłacaną i bardzo źle traktowaną słuŜącą. Potem 
zaczęła się niepokoić, skąd mąŜ bierze pieniądze na tyle wódki. Do tego przyłączył się 
jeszcze strach przed groźbami i biciem przez pijanego - aŜ w końcu potajemnie uciekła do 
krewnych, zostawiając męŜa opiece córki.
Córka, rozwydrzone stworzenie, która przeszła przez BDM, a nawet była tam przywódczynią, 
nie okazywała najmniejszej chęci sprzątania śmieci po starym. Tym bardziej Ŝe ją w dodatku 
źle traktował. Przez znajomości postarała się o posadę nadzorczym w kobiecym obozie 
koncentracyjnym w Ravensbrueck, gdzie z pomocą psów policyjnych i pejcza trudniła się 
zmuszaniem starych kobiet, które nigdy w Ŝyciu fizycznie nie pracowały, do cięŜszych robót, 
niŜ pozwalały na to ich siły.
Pozostawiony samemu sobie ojciec podupadał coraz bardziej. W swoim biurze zameldował, 
Ŝe jest chory. Nikt nie troszczył się o jego jedzenie, Ŝył niemal wyłącznie alkoholem. W 
pierwszych dniach, przynajmniej od czasu do czasu, przynosił sobie jeszcze chleb na kartki, 
ale potem je zgubił albo mu je ktoś ukradł i Persicke juŜ od kilku dni nic nie jadł.
Poprzedniej nocy był bardzo chory, tyle jeszcze pamiętał. Nie wiedział, Ŝe przeŜył atak furii, 
rozbijał naczynia, przewracał szafy i w przeraźliwym strachu szukał wszędzie 
prześladowców. Quanglowie i stary radca sądowy Fromm stali pod drzwiami i dzwonili, 
dzwonili. Ale nie ruszył się - ani mu się śniło otwierać swoim prześladowcom. Za drzwiami 
stali na pewno tylko wysłannicy partii, którzy Ŝądali od niego rozliczenia z kasy, brakowało 
tam przecieŜ ponad trzech tysięcy marek (a moŜe sześciu tysięcy - nawet w momentach 
zupełnej trzeźwości nie potrafił tego dokładnie powiedzieć).
Stary radca sądowy zauwaŜył chłodno: - A więc pozwólmy mu dalej szaleć. Nie interesuje 
mnie to...
Zazwyczaj miła, najczęściej z lekka ironiczna twarz wyglądała teraz bardzo zimno. Starszy 
pan znów zszedł po schodach.
A Otto Quangel ze swoją głęboką odrazą do wkraczania w nie swoje sprawy powiedział 
równieŜ: -- Po co się mamy do tego wtrącać? Będziemy tylko mieli kłopoty! Słyszysz przecie, 
Anno, Ŝe jest zalany! Wytrzeźwieje.
Ale Persicke, który nazajutrz prawie nic nie wiedział o tych wszystkich sprawach, nie 
wytrzeźwiał. Rankiem było z nim źle - wszystkie członki mu drŜały, Ŝe ledwie mógł 
przytknąć szyjkę butelki do ust. Ale im więcej pił, tym mniejsze było drŜenie i strach, który 
chwilami go jeszcze opanowywał. Dręczyło go tylko wciąŜ ponure uczucie, Ŝe zapomniał o 
czymś, na co bezwzględnie powinien wpaść.
A teraz naprzeciwko niego siedział Szczur, cierpliwy, chytry, poŜądliwy. ZauwaŜył swoją 
szansę i był zdecydowany wykorzystać ją. Szczurowi Klebsowi nie spieszyło się ze 
sprawozdaniem dla radcy kryminalnego Zotta. Zawsze moŜna będzie coś zbujać, dlaczego nie 
posunął się dalej w tej sprawie. To była jedyna w swoim rodzaju okazja i nie wolno jej było 
przepuścić.
Rzeczywiście nie przepuścił jej! Stary Persicke zapadał coraz głębiej J w pijackie 
zamroczenie. ChociaŜ zaledwie z trudem coś niecoś bełkotał, informacje jego były jednak 
wiele warte. Po godzinie Klebs wiedział wszystko, co mu było potrzebne: o 
sprzeniewierzeniach starego, o tym, gdzie stoją butelki z wódką, gdzie jest tytoń - a reszta 
pieniędzy była juŜ w jego kieszeni.
Teraz Szczur jest od dawna najlepszym przyjacielem starego. Wpakował go do łóŜka, a gdy 
Persicke ryczy, Klebs podbiega do niego i daje mu tyle wódki, Ŝe stary przestaje ryczeć. 
Tymczasem Szczur pakuje  prędko do dwóch waliz wszystko, co wydaje mu się godne 
zabrania. Piękna damska bielizna zmarłej Rosenthalowej znów zmienia właściciela i znów 
niezupełnie legalnie.
Potem Klebs daje staremu jeszcze raz porządnie się napić, bierze walizki i wymyka się 
z,mieszkania.
Ale gdy otwiera drzwi na schody, staje tuŜ przed nim wielki, kościsty męŜczyzna z ponurą 
twarzą i mówi: - Co pan tu robi w mieszkaniu Persicków? Co pan stąd wynosi? PrzecieŜ pan 
tu przyszedł bez walizek! No, odpowiadać! Albo moŜe woli pan pójść ze mną na policję?
- Proszę, niech pan wejdzie - świszczy Szczur pokornie. - Jestem starym przyjacielem i 
towarzyszem partyjnym pana Persickego. On to panu potwierdzi. Pan jest administratorem 
domu, nieprawda? Panie administratorze, mój przyjaciel Persicke jest właśnie bardzo chory...
ROZDZIAŁ XLII Borkhausen wpada po raz trzeci Obaj panowie zajęli miejsca w 
spustoszonym pokoju. „Administrator" siedział teraz na miejscu Szczura, a Klebs na krześle 
Persickego. Nie, stary Persicke nie potrafi nawet udzielić informacji, ale pewność, z jaką 
Klebs poruszał się w mieszkaniu, spokój, z jakim rozmawiał z Persickiem i częstował go 
wódką, skłoniły jednak „administratora" do pewnej ostroŜności.
Klebs znów wyciągnął swój zniszczony portfel z imitacji skóry, która była kiedyś czarna, a 
teraz na brzegach przeświecała rdzawoczerwono. Powiedział: - Czy wolno mi pokazać panu 
administratorowi moje papiery? Wszystko w porządku, mam polecenie od partii.
Ale nowo przybyły odmówił oglądania papierów, jak równieŜ picia wódki, przyjął tylko 
papierosa. Nie, teraz nie będzie pił, pamiętał aŜ za dobrze, jak Enno przez koniak zawalił mu 
wtedy u Rosenthalowej wspaniały interes. Jeszcze raz nie mogło się to zdarzyć. Borkhausen -
poniewaŜ to właśnie Borkhausen siedzi tutaj w charakterze „administratora" - zastanawia się, 
jaką przybrać postawę wobec swego partnera. Przejrzał natychmiast tego ptaszka: czy 
rzeczywiście jest znajomym starego Persickego, czy nie, czy przychodzi z polecenia partii,  
czy nie - wszystko jedno: gość chciał po prostu rabować. To, co miał w walizkach, było 
kradzione - inaczej nie przestraszyłby się tak na widok Borkhausena, ani nie byłby teraz tak 
tchórzliwie uprzejmy. Borkhausen wie najlepiej z własnego doświadczenia, Ŝe kto jest w 
porządku, nie czołga się tak przed innym człowiekiem.
- MoŜe napije się pan teraz wódeczki, panie administratorze. Borkhasen ryczy niemal: - Nie! I 
zamknij pan teraz gębę, muszę się nad czymś zastanowić... Szczur zadrŜał i umilkł. 
Borkhausen ma bardzo zły rok za sobą.
Wysłanych wówczas przez panią Haeberle dwóch tysięcy marek takŜe nie dostał. Poczta, w 

Strona 104

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

odpowiedzi na polecenie przekazania mu pieniędzy, doniosła, Ŝe gestapo zaŜądało tych 
pieniędzy jako pochodzących z przestępstwa. Niech w tej sprawie porozumie się z gestapo. 
Nie, Borkhausen nie zrobił tego. Nie chciał juŜ mieć nic wspólnego z nie dotrzymującym 
słowa Escherichem, a Escherich równieŜ nigdy więcej nie posłał po Borkhausena.
Był to więc wpadunek. Gorzej, Ŝe Kuno-Dieter nie wrócił juŜ do domu. Z początku 
Borkhausen myślał jeszcze: - No, czekaj! Przyjdź tylko do domu! - Upajał się wyobraŜeniem 
scen bicia i odburkiwał grubiaństwa w odpowiedzi na trwoŜliwe pytania Otti z powodu 
nieobecności jej pupilka.
Ale gdy mijał tydzień za tygodniem, sytuacja bez Kuno-Dietera stała się trudna do 
wytrzymania. Otti zmieniła się w prawdziwą jadowitą Ŝmiję i robiła mu stale piekło. Było mu 
ostatecznie wszystko jedno, niech szczeniak nie wraca, tym lepiej -jedna gęba do Ŝarcia mniej 
w domu! Ale Otti po prostu szalała za swoim pupilkiem, zdawało się, Ŝe nie moŜe juŜ Ŝyć ani 
dnia bez Kuno-Dietera, a przecieŜ dawniej równieŜ nie szczędziła mu wyzwisk ani batów.
W końcu Otti dostała zupełnego bzika, poleciała na policję i zaskarŜyła własnego męŜa o 
zamordowanie syna. Z takimi ludźmi jak Borkhausen policja się nie cackała. Mieli o nim jak 
najgorsze mniemanie i wsadzili go od razu do ciupy.
Trzymali go tam jedenaście tygodni, musiał pilnie lepić torebki i skubać konopie na liny 
okrętowe, bo ściągali mu jeszcze z jedzenia, którym i tak nie mógł się nasycić.

Najgorsze jednak były noce. Borkhausen strasznie bał się nalotów. Kiedyś widział jakąś 
kobietę w Schoenhauser Allee: bomba fosforowa trafiła ją i utkwiła w niej - nigdy w Ŝyciu 
Borkhausen nie zapomni tego widoku.
Bał się samolotów, gdy zbliŜały się, gdy powietrze pełne było ich warkotu i wkrótce 
rozbrzmiewały pierwsze detonacje, a ściana celi stawała się czerwona od blasku dalekich i 
bliskich poŜarów... Nie, nigdy nie wypuszczano więźniów z celi i nie pozwalano im schodzić 
do piwnicy, gdzie te łotry same siedziały bezpiecznie. Łotry! W takie noce j olbrzymie 
więzienie Moabit opanowywała histeria. Wisieli na oknach i krzyczeli - och, jak krzyczeli! I 
Borkhausen krzyczał wraz z innymi! Wył jak zwierzę, chował głowę na pryczy, a potem walił 
głową o drzwi celi, wciąŜ na nowo, aŜ padał oszołomiony na podłogę... To był jego sposób 
narkozy, pomagający przetrwać te noce!
Oczywiście po tych jedenastu tygodniach aresztu śledczego niej wrócił w zbyt przyjaznym 
nastroju do domu. Zrozumiałe, Ŝe nie mogli mu absolutnie niczego dowieść, śmieszne! A 
mógłby sobie zaoszczędzić tych jedenastu tygodni, gdyby Otti nie była takim ścierwem! I 
traktował ją teraz jak ścierwo, tę kobietę, która przez cały czas, gdy on musiał skubać liny i 
wariować ze strachu, prowadziła wcale niezłe Ŝycie ze swymi przyjaciółmi w jego mieszkaniu 
(za które czynsz zresztą regularnie opłacała).
Od tego czasu w mieszkaniu Borkhausenów trwała nieustająca bójka. Zaledwie Otti odezwała 
się, męŜczyzna bił. Obojętne co miał pod ręką, rzucał jej w twarz, temu ścierwu przeklętemu, 
które sprowadziło na niego takie nieszczęście!
Ale i Otti zaczęła się bronić. Nigdy nie było dla niego jedzenia ani ! pieniędzy, ani tytoniu. 
Krzyczała pod jego ciosami tak, Ŝe lokatorzy zbiegali się i wszyscy byli po jej stronie, chociaŜ 
doskonale wiedzieli, Ŝe była tylko zwykłą kurwą. A potem, pewnego dnia, gdy wyrwał jej 
całe kępki włosów z głowy, zrobiła największe świństwo: zniknęła na zawsze ' z mieszkania i 
zostawiła go na lodzie z pozostałymi czterema bachorami, • za których ojcostwo nie mógłby 
ręczyć. Psiakrew, cholera! Borkhausen musiał zwyczajnie pójść do pracy, bo zginęliby 
wszyscy z głodu, a dziesięcioletnia Paula prowadziła teraz gospodarstwo.
Pechowy rok - naprawdę był to ohydny rok. A do tego coraz głębiej nurtująca go nienawiść 
przeciw Persickom, którym nie umiał ani nie  jnógł rric zrobić. Ta bezsilna wściekłość i 
zawiść, gdy dowiedziano się w kamienicy, Ŝe Baldur poszedł do Napola! I wreszcie mały, 
bledziutki promyk nadziei, gdy zaobserwował pijacki szał starego Persickego: moŜe - moŜe 
jednak...
Teraz siedział w mieszkaniu Persicków. Na stoliku pod oknem stało radio, które Baldur 
ściągnął u starej Rosenthalowej. Borkhausen był bliski celu i teraz chodziło tylko o to, aby 
bez wywołania podejrzeń pozbyć się tej pluskwy...
Oczy Borkhausena rozbłysły, gdy pomyślał, jak szalałby Baldur widząc go siedzącego tu, 
przy stole. Chytry lis ten Baldur, ale nie zawsze dość chytry. Cierpliwość jest czasem więcej 
warta niŜ chytrość. I nagle Borkhausen przypomina sobie, w jaki sposób zamierzał Baldur 
postąpić z nim i z Ennem Klugem, gdy włamali się do mieszkania Rosenthalowej; prawdę 
mówiąc nie było to prawdziwe włamanie, tylko umówiona sprawa... Borkhausen wysuwa 
dolną wargę i oglądając swojego partnera, bardzo zaniepokojonego długotrwałym 
milczeniem, powiada:
- No, niech mi pan pokaŜe, co pan ma tam w walizkach!
-  Niech pan posłucha - Szczur próbuje się sprzeciwić. - Sądzę, Ŝe Ŝąda pan trochę za duŜo. 
JeŜeli mój przyjaciel, pan Persicke, pozwolił mi - przekracza to przecieŜ pańskie prawa 
administratora.
-  Ech, nie pieprz pan! - powiada Borkhausen. - Albo pokaŜe mi pan teraz, co pan ma tam w 
tych walizkach, albo pójdziemy razem na policję.
-  Wprawdzie nie muszę tego robić - stwierdza piskliwie Szczur - ale pokaŜę panu 
dobrowolnie. Z policją są zawsze tylko kłopoty, a mój towarzysz partyjny Persicke tak się 
rozchorował, Ŝe moŜe potrwać kilka dni, zanim potwierdzi moje słowa.
-  Jazda! Jazda! Otwierać! -- powiada nagle dziko Borkhausen i pociąga jednak łyk z butelki.
Szczur Klebs patrzy na niego i raptem złośliwy uśmiech zjawia się na twarzy szpicla. „Jazda! 
Jazda! Otwierać!" - Przez ten okrzyk Borkhausen zdradził swoją poŜądliwość. Zdradził 
równieŜ, Ŝe nie jest administratorem, a jeśli nawet nim jest, ma nieuczciwe zamiary.
-  No, kumplu? - powiada nagle Szczur zupełnie innym tonem - nie zrobimy pół na pół?
Cios pięści zwala go na podłogę. Dla pewności Borkhausen po-Prawia jeszcze dwa, trzy razy 
nogą od krzesła. Tak, ten nie piśnie juŜ w ciągu najbliŜszej godziny!
 A potem Borkhausen zaczyna pakować i przepakowywać. I znów Rosenthalowska bielizna 
zmienia właściciela. Borkhausen pracuje szybko i zupełnie spokojnie. Tym razem nikt nie 
stanie mu na drodze. Raczej wykończy wszystkich, nawet gdyby miał dać za to głowę! Nie 
pozwoli się jeszcze raz wykiwać.
Ale mimo to w kwadrans później była to tylko zupełnie krótka walka z dwoma schupo, kiedy 
Borkhausen wychodził z mieszkania. Troszeczkę szurania nogami, sapania i - uspokojony 
Borkhausen był w łańcuszkach.
- Tak! - powiedział z zadowoleniem były radca sądowy Fromm. - Zdaje mi się, Ŝe tym samym 
skończyła się raz na zawsze pańska działalność w naszym domu, panie Borkhausen. Nie 

Strona 105

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

zapomnę przekazać pańskich dzieci opiece społecznej. Ale to pana chyba mniej interesuje. 
Tak, moi panowie, musimy jednak wejść jeszcze do mieszkania. Spodziewam się, panie 
Borkhausen, Ŝe nie zrobił pan zbyt wielkiej krzywdy temu małemu człowiekowi, który przed 
panem szedł po schodach. A poza tym znajdziemy tam chyba jeszcze pana Persic-kego, panie 
wachmistrzu. Ostatniej nocy miał napad delirium tremens.
ROZDZIAŁ XLIII Intermezzo: idylla na wsi Były listonosz Ewa Kluge pracuje na polu 
kartoflanym dokładnie tak, jak kiedyś o tym śniła. Jest ładny, nieco za gorący na pracę dzień 
wczesnego lata. Niebo lśni błękitem, a powietrze, zwłaszcza tu, w miejscu zasłoniętym lasem, 
jest niemal nieruchome. Podczas kopania pani Ewa zdejmowała okrycie jedno za drugim. 
Teraz pozostała tylko w bluzce i spódnicy. Jej silne, gołe nogi, jej twarz i ramiona są 
złotawobrązowe.
Motyka natrafia na lebiodę, mlecz, oset, perz - powoli posuwa się naprzód, pole jest mocno 
zachwaszczone. Motyka często trafia na kamień, wtedy dźwięczy srebrzystym śpiewem - 
miło tego posłuchać. A teraz, blisko lasu, pani Ewa dociera do kępy czerwonej wierzbówki - 
skarpa jest wilgotna, kartofle marnieją, ale czerwone zielsko triumfuje. Właściwie miała 
zamiar zjeść śniadanie - sądząc po słońcu byłby juŜ czas na to - ale zanim zrobi przerwę, chce 
jeszcze zniszczyć plagę tego zielska.
Kopie więc z natęŜeniem, zacisnąwszy usta. Nauczyła się tu na wsi pogardzać chwastami, 
tym robactwem, i wali w nie bezlitośnie motyką. Ale chociaŜ usta pani Ewy są mocno 
zaciśnięte, oczy jej spoglądają jasno i spokojnie. Wzrok jej nie wyraŜa juŜ tej stałej surowej 
troski jak przed dwoma laty, w czasach berlińskich. Uspokoiła się, przezwycięŜyła. Wie, Ŝe 
Enno nie Ŝyje, pani Gesh pisała jej o tym z Berlina. Wie, Ŝe straciła obu synów - Maks poległ 
w Rosji, a Karlemann jest dla niej stracony. Nie skończyła jeszcze nawet czterdziestu pięciu 
lat, ma jeszcze kawał Ŝycia przed sobą, nie rozpacza, pracuje. Nie chce po prostu przeczekać 
pozostałych lat, chce coś robić.
Ma teŜ coś, co przynosi jej codzienną radość: to wieczorne spotkania z zastępcą nauczyciela 
na wsi. „Prawdziwy" nauczyciel Schwoch, fanatyczny członek partii - mały, tchórzliwy 
szczekacz i denuncjator, który setki razy zapewniał ze łzami w oczach, jak mu przykro, Ŝe nie 
wolno mu iść na front, Ŝe musi na rozkaz fuehrera trwać na swym wiejskim posterunku - 
„prawdziwy" nauczyciel Schwoch został teraz mimo wszystkich świadectw lekarskich 
powołany do Wehrmachtu. Minęło od tego czasu juŜ niemal pół roku. Ale droga na front 
musiała być dla tego spragnionego walk bardzo utrudniona: nauczyciel Schwoch tymczasem 
wciąŜ jeszcze siedzi jako pisarz w jakiejś kancelarii; pani Schwoch często jeździ do męŜa ze 
słoniną i szynką, ale jej mąŜ chyba nie jada sam tych wspaniałych tłustości. Udało się, teraz 
jej poczciwy Walter będzie podoficerem - oświadczyła pani Schwoch po ostatniej podróŜy ze 
słoniną. Podoficer? PrzecieŜ według rozkazów fuehrera wszelkie awanse mogą nastąpić tylko 
w oddziałach walczących. Ale dla Ŝarliwych członków partii z szynką i słoniną oczywiście 
takie rozkazy fuehrera nie mają znaczenia.
CóŜ, pani Ewie Kluge jest to obojętne. Od chwili wystąpienia z partii wie dokładnie, jak to 
wszystko wygląda. Tak jest, była w Berlinie. Gdy wrócił jej konieczny spokój wewnętrzny, 
pojechała do Berlina i stawiła się przed sądem partyjnym i w urzędzie pocztowym. To nie 
były przyjemne dni, nawet bardzo nieprzyjemne. Wrzeszczano na nią, groŜono jej, a podczas 
pięciodniowego aresztu nawet raz pobito. Obóz pracy był bliski, ale ostatecznie puszczono ją. 
Wróg państwa - tak, pewnego dnia dowie się, co to znaczy!
Ewa Kluge zlikwidowała mieszkanie. Wiele musiała sprzedać, PoniewaŜ na wsi przyznano jej 
tylko jedną izbę, ale mieszkała teraz sama  u siebie. Pracowała nie tylko dla szwagra, który 
najchętniej dałby jej tylko utrzymanie bez pieniędzy; pomagała wszystkim chłopom. 
Pracowała nie tylko w polu i na podwórzu, ale równieŜ jako pielęgniarka, szwaczka, 
ogrodniczka, strzygła owce. Miała zręczne ręce. Właściwie zdawało jej się, Ŝe nie uczy się 
czegoś nowego, ale jedynie przypomina ! sobie od dawna nie wykonywaną robotę. Robotę 
wiejską miała we krwi.
Ale całe to małe, teraz spokojne Ŝycie, które urządziła sobie pój wszystkich klęskach, zyskało 
dopiero właściwy sens i radość dzięki zastępcy nauczyciela - panu Kienschaeper. 
Kienschaeper był wysokim, zawsze lekko pochylonym męŜczyzną około pięćdziesiątki, z 
białym ] rozwianym włosem i bardzo opaloną twarzą, z której uśmiechały się młode 
niebieskie oczy. Kienschaeper umiał poskromić tymi śmiejącymi ' się niebieskimi oczyma 
dzieci z małej wioski i wprowadzić je - po sztywnych metodach wychowawczych swego 
poprzednika - na nieco bardziej ludzkie drogi. Chodził uzbrojony w ogrodowe noŜyce przez j 
ogrody chłopskie i uwalniał drzewa owocowe od narośli i martwych gałęzi, wycinał 
poczynione przez raka drzewnego uszkodzenia i skrapiał je karboliną. Tak samo uleczył rany 
Ewy, stopił jej gorycz i przyniósł spokój.
Bynajmniej nie mówił wiele na te tematy - Kienschaeper nie był wielkim mówcą. Ale dla 
uspokojenia Ewy więcej niŜ wszelkie słowa pociechy znaczyło to, Ŝe będąc z nią na pasiece 
opowiadał jej o Ŝyciu pszczół, które namiętnie lubił, Ŝe idąc z nią wieczorami przez pola 
wskazywał jej, jak kiepsko był uprawiany ten czy ów zagon i jak małym nakładem pracy 
moŜna by go uczynić wydajniejszym, Ŝe pomagał krowie ocielić się, Ŝe nie proszony ustawiał 
przewrócony płot, Ŝe siadał przy organach i grał cicho tylko dla niej, Ŝe gdzie był on - 
wszystko musiało być uporządkowane i spokojne. Schyłek Ŝycia w czasach pełnych 
nienawiści, łez i krwi, ale spokojnego, tchnącego pokojem Ŝycia.
śona nauczyciela Schwocha, która była jeszcze bardziej zhitleryzo-' wana od swego 
łaknącego wojny męŜa, oczywiście znienawidziła natychmiast tego Kienschaeper a i robiła 
mu wszystko na złość - co tylko mógł wymyślić jej wrogo nastawiony umysł. Była 
zobowiązana dać mieszkanie i utrzymanie zastępcy męŜa. Ale robiła to w ten sposób, Ŝe 
Kienschaeper nigdy przed rozpoczęciem zajęć w szkole nie dostawał śniadania, Ŝe jego 
jedzenie było zawsze przypalone, a mieszkanie nigdy nie sprzątnięte.
Była jednak bezsilna wobec jego pogodnego spokoju. Mogła się gorączkować, grzmieć, 
syczeć, mówić źle o nim, podsłuchiwać pod drzwiami klasy, a potem składać u radcy 
szkolnego denuncjacje _ niezmiennie mówił z nią jak z niewychowanym dzieckiem, które 
kiedyś sarno przekona się o niewłaściwości swego postępowania. AŜ wreszcie jCienschaeper 
przeszedł na wikt do pani Ewy Kluge, przeprowadził się na wieś, i tłusta, złośliwa 
Schwochowa mogła teraz prowadzić wojnę przeciw niemu tylko na odległość.
Kiedy pani Ewa Kluge i białowłosy nauczyciel Kienschaeper po raz pierwszy zaczęli 
rozmawiać na temat swego przyszłego małŜeństwa, tego oboje nie wiedzieli. A moŜe nie 
mówili wcale. Wynikło to samo przez się. Nie spieszyli się teŜ specjalnie; pewnego dnia, 
kiedyś, przyjdzie czas i na to. Dwoje starzejących się ludzi, którzy nie chcieli samotnego 
zmierzchu dnia. Nie, Ŝadnych dzieci, nigdy więcej! Pani Ewa wzdrygała się przed tym. Ale 

Strona 106

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

koleŜeństwo, rozumna miłość i przede wszystkim zaufanie. Pani Ewa, która przez cały okres 
pierwszego małŜeństwa nigdy nie mogła męŜowi zaufać, która zawsze musiała kogoś 
prowadzić, przez ostatni etap swego Ŝycia pragnie w zupełnym, całkowitym zaufaniu dać się 
prowadzić. Było juŜ ciemno, gdy zrezygnowała, ale słońce jeszcze raz rozerwało chmury...
Czerwony chwast leŜy na ziemi, na razie jest wytępiony. Oczywiście podrośnie znowu -- to 
zielsko naleŜy wygrzebywać przy orce ze spulchnionej ziemi, bo z kaŜdego kawałeczka 
korzenia pod ziemią wyrasta na nowo. Ale pani Ewa zna teraz to miejsce, nie zapomni go. 
Tak długo będzie tu przychodziła, póki nie wytępi chwastu doszczętnie. Właściwie mogłaby 
teraz zjeść śniadanie, czas juŜ na to - Ŝołądek teŜ się tego domaga. Ale gdy szuka wzrokiem 
leŜącego na skraju lasu chleba i butelki z kawą, widzi, Ŝe nie zje dziś śniadania, dziś - nie. 
śołądek musi zamilknąć. Tam juŜ ktoś ją wyręcza: czternastoletni moŜe chłopak, 
nieprawdopodobnie oberwany i brudny! Połyka jej chleb, jakby bliski był śmierci głodowej.
Chłopak jest zaabsorbowany jedzeniem i nie zwraca nawet uwagi, Ŝe motyka ucichła na 
zachwaszczonym polu. Drgnął dopiero, gdy kobietą stanęła tuŜ przed nim. Patrzy na nią 
wielkimi niebieskimi oczyma spod zmierzwionej jasnej czupryny. Schwytany na kradzieŜy i 
pozbawiony moŜliwości ucieczki patrzy na nią jednak bez przeraŜenia i poczucia winy. Jego 
oczy mają wyraz raczej wyzywający.

W ostatnich miesiącach wieś i pani Kluge przyzwyczaiły się do tych ] dzieci. Naloty na 
Berlin stale wzrastały, polecono ludności wysyłać l dzieci na wieś. Prowincja jest zalana 
berlińskimi dziećmi. Ale dziwnel - niektóre z nich w Ŝaden sposób nie mogły przyzwyczaić 
się do cichego J Ŝycia na wsi. Miały tu spokój, lepsze jedzenie, nie przerywane alarmami! 
noce, ale nie mogły wytrzymać, ciągnęło je do miasta. I udawały się w drogę, boso, Ŝebrząc o 
strawę, bez pieniędzy, zagroŜone prze» wiejskich stróŜów porządku, szukały drogi do niemal 
co noc płonącego miasta. Schwytane i odesłane z powrotem do gminy wiejskiej, uciekały j na 
nowo, gdy tylko nieco się odkarmiły. A ten chłopiec o wyzywającym l spojrzeniu, który 
zjadał śniadanie pani Ewy, był juŜ chyba dawnol w drodze. Kobieta nie mogła sobie 
przypomnieć, by kiedykolwiek w Ŝyciu widziała postać tak brudną i w takich strzępach. We 
włosach miał źdźbła słomy, a w jego uszach moŜna by zasiać marchewkę.
-  No, smakuje? - zapytała pani Kluge.
-  Jasne! - powiedział i juŜ to jedno słowo zdradziło jego berlińskie i pochodzenie.
Popatrzył na nią: - Chcesz mnie sprać? - zapytał.
-  Nie - powiedziała -jedz spokojnie. Obejdę się raz bez śniadania, \ a ty jesteś głodny.
-  Jasne! - powiedział tylko. A potem: - A dasz mi potem zwiać? l -  MoŜe - odpowiedziała. - 
Ale zgodzisz się chyba, abym cię przedtem umyła i doprowadziła twoje ubranie do porządku. 
MoŜe znajdę jakieś całe, odpowiednie dla ciebie spodnie.
-  Daj no spokój - powiedział odmownie. - Spuszczę je, jak tylko będę chciał zryć. Wisz, co ja 
juŜ spuściłem w tym roku, co jezdem na ; rajzie? Najmniej piętnaście par spodni! l dziesięć 
par butów.
Spojrzał na nią triumfalnie.
-  A dlaczego mi o tyrn opowiadasz? - zapytała. - PrzecieŜ byłoby dla ciebie lepiej, gdybyś 
wziął spodnie i nic mi o tym nie mówił.
-  Nie wini - powiedział - moŜe... boś nie wyklinała, Ŝe zwędziłem twój chleb; frajery 
wyklinają.
-  Jesteś więc juŜ rok w drodze.
-  Ee, trochę zbujałem. Na zimę zamelinowałem się w jednej knajpie. Dawałem tam zryć 
świniom i zmywałem szklanki od piwa, wszystko robiłem. To byli dotrę czasy - powiedział z 
namysłem - śmiszny facet - ten gospodarz. Zawsze zalany, a gadał ze mną tak, jakby ja był to 
samo  Q On, taki stary i w ogóle. Nauczyłem się tam chlać wódę i kurzyć. A ty wódę lubisz?
pani Kluge odłoŜyła na później wyjaśnienie problemu, czy picie wódki jest wskazane dla 
czternastoletniego chłopca.
-  Ale uciekłeś potem znów stamtąd? Czy chcesz wrócić do Berlina?
-  Ni - powiedział chłopiec - ja tam nie wrócę, ludzie tam za zwyczajne dla mnie.
-  Ale rodzice twoi będą się o ciebie martwili. Nie wiedzą przecieŜ w ogóle, gdzie się 
podziałeś!
-  Oni - martwić się! U nich frajda, Ŝe mnie ni ma!
-  Czym jest twój ojciec?
-  Stary? Wszystko po trochu: alfons i szpicel, a na lewo tyŜ zwędzi jak się da. Tylko to frajer, 
jemu się nic nie udaje.
-  Tak - powiedziała pani Kluge, a po tych wyjaśnieniach głos jej jednak zabrzmiał nieco 
ostrzej. - A co twoja matka na to?
-  Moja stara? Co ona ma do gadania? To przecie tylko kurwa. Trach! Mimo jej przyrzeczenia 
dostał teraz po twarzy.
-  Nie wstydzisz się tak mówić o własnej matce? Pfuj, do diabła! Pętak bez skrzywienia potarł 
sobie policzek.
-  Siedzi! - stwierdził - ale więcej takich nie chcę.
-  Masz nie mówić tak o swojej matce! Rozumiesz? - powiedziała z gniewem.
-  A czemu nie? - zapytał i przechylił się do tyłu. Oczy mu błysnęły zadowoleniem, teraz gdy 
był syty. - Spojrzał na swoją fundatorkę. - A czemu nie! Kiedy jest kurwa! Sama to często 
gada. Mówiła, Ŝe jak nie pójdzie pod latarnię, to zdechniemy wszyscy z głodu. Jest nas 
pięcioro rodzeństwa, ale kaŜde od innego fatra. Mój stary ma być szlachcic z Pomorza, 
chciałem go poszukać i zyrknąć na niego. To chyba śmiszny facet, a na imię ma Kuno-Dieter. 
Nie ma chyba duŜo ludzi z takim śmiesznym imieniem i znalazłbym go pewno...
-  Kuno-Dieter - powiedziała pani Kluge - to ty teŜ nazywasz się Kuno-Dieter?
-  Mów mi lepiej Kuno, Dietera moŜesz sobie schować!
-  A więc, Kuno, powiedz no teraz, do jakiej gminy zostałeś e^akuowany? Jak nazywa się 
wieś, dokąd pojechałeś koleją?
-  Przecie nikt mnie nie wakuował! Ja zwiałem od moich starych!
5 - KaŜd umiera... t. II  LeŜał teraz na boku, a brudny policzek oparł na równie brudnym 
ramieniu. Patrzył na nią leniwie, gotów do małej pogawędki.
-  Powiem ci, jak to wyszło. A więc ten mój niby ojciec, to on mnie' wtedy, to znaczy jeszcze 
w zeszłym roku, okiwał na pięćdziesiąt fajgl^ a jeszcze do tego sprał mnie. No to wzienem 
sobie parę kolegów, to jest i nie kolegów, ale takich małosilnych, a potem my wszyscy 
napadli na! fatra i spralimy go. To było dla niego zdrowo, nauczył się, Ŝe nie zawsze' tak 
ujdzie - duŜy na małego! A potem zwędziliśmy mu jeszcze forsę'] z kieszeni. Nie wim, ile 
tam było, to te duŜe chłopaki podzieliły. Ją] dostałem tylko dwadzieścia fajgli, a potem one 

Strona 107

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

do mnie powiedziały; -Zwiewaj, brachu, twój stary zaszlachtuje cię albo odda do opieki. 
Wieji do chłopów, na wieś. No i zwiałem na wieś, do chłopów. I miałem dobre Ŝycie od tego 
czasu, nie mogę powiedzieć.
Zamilkł i znów spoglądał na nią.
W milczeniu obserwowała leŜącego chłopca i myślała o Karleman-nie. I ten po trzech latach 
będzie teŜ tylko Karlemannem, bez miłości, bez wiary, bez dąŜeń, myślący tylko o sobie.
Zapytała: - A co myślisz, co z ciebie kiedyś wyrośnie, Kuno?
- I dodała: - Wstąpisz chyba do SA albo do SS?
Przeciągle: - Do tych gości? Ale frajerstwo! Toć one są gorsze od mojego fatra! Tylko 
wyklinać i komenderować! Nie, dziękuję za takiej jajo, to nie dla mnie!
-  Ale moŜe sprawiłoby ci przyjemność móc komenderować innymi?:
-  Jeszcze co? To nie dla mnie! Wisz - a jak ty się nazywasz?
-  Ewa - Ewa Kluge.
-  Wisz ty, Ewa, co by mi zrobiło przyjemność? Wisz, chyba samochód! O samochodzie to 
bym chciał wszystko wiedzieć, jak tera silnik idzie, jak to sprzęgło, jak się zapala - nie, nie, 
jak to jest, to ja juŜ] trochę wim, ale dlaczego tak jest... tak, Ŝebym to wiedział. Ale za głupi 
jezdem na to; jak byłem mały, za często dostawałem po łbie, a od tego czasu łeb mam miętki. 
Nawet dobrze pisać nie umiem.
-  Ale nie wyglądasz wcale na takiego głupiego! Jestem pewna, Ŝe nauczysz się pisać, a potem 
teŜ tego o silnikach.
-  Uczyć się? Jeszcze raz do budy? Ni ma gadania. Na to juŜ jezdem za stary. Miałem przecie 
juŜ dwie kochanki.
Na chwilkę wzdrygnęła się.  Ale potem powiedziała odwaŜnie:
- Myślisz, Ŝe taki inŜynier lub technik to juŜ skończyli naukę? Muszą si? dalej uczyć, na 
wyŜszej szkole albo na kursach wieczorowych.
_ Toć wim! Znam to wszystko! To przecie na słupach napisane: Kursy wieczorowe dla 
zaawansowanych elektrotechników" - nagle zaczął mówić bezbłędną niemczyzną. - 
„Podstawy elektrotechniki".
__ A więc -zawołała pani Ewa. -A ty myślisz, Ŝe jesteś na to za stary! jsfie chcesz się juŜ 
więcej uczyć? Chcesz przez całe Ŝycie być takim włóczęgą, który zimą zmywa szklanki i 
rąbie drzewo? Co to za Ŝycie! - duŜo przyjemności nie będziesz miał z tego!
Otworzył szeroko oczy i patrzył na nią badawczo, ale z niedowierzaniem.
-  Co ty chcesz, Ŝebym wrócił do starych i w Berlinie poszedł do budy? A moŜe oddasz mnie 
do opieki?
-  Ani jedno, ani drugie. Zobaczę, postaram się, Ŝebyś mógł zostać u mnie. A potem sama 
będę cię uczyła i jeszcze jeden mój przyjaciel.
Pozostał nieufny. - A co ty zarobisz na tym interesie? To kosztuje kupę forsy, Ŝarcie i ubranie, 
i ksiąŜki, i insze...
-  Nie wiem, czy to zrozumiesz, Kuno. Miałam kiedyś męŜa i dwóch synów, wszystkich 
straciłam. A teraz jestem zupełnie sama i mam tylko przyjaciela!
To moŜesz przecie jeszcze mieć dziecko!
Zaczerwieniła się. Ta starzejąca się kobieta zaczerwieniła się pod wzrokiem 
czternastoletniego chłopca.
-  Nie, nie mogę juŜ mieć dzieci - powiedziała i popatrzyła powaŜnie na niego. - Ale 
cieszyłabym się, gdyby z ciebie jeszcze coś wyrosło. InŜynier-mechanik albo konstruktor 
lotniczy.  Cieszyłabym się, Ŝe z takiego chłopca jak ty jeszcze udało się coś zrobić.
-  To ty myślisz chyba, Ŝe ja jestem teraz zwykła świnia?
-  PrzecieŜ sam wiesz, Kuno, Ŝe niewiele jesteś teraz wart!
-  Racja, prawdę gadasz!
-  I nie masz ochoty być czymś innym?
-  Ochotę to mam, ale...
-  Ale co? Nie chcesz do mnie iść?
-  Chcieć - to chcę, ale...
-  No, co jeszcze za ale?
-  Ja wciąŜ myślę, Ŝe ci się prędko znudzę, a ja nie lubię, jak mnie odsyłają. Lepiej sam pójdę.
-  KaŜdego dnia będziesz mógł sobie pójść, nie będę cię zatrzymywała.

-  Słowo?
-  Słowo, przyrzekam ci, Kuno. Będziesz u mnie zupełnie wolny.   ; -  Ale, ale -jak będę u 
ciebie, to muszę się zameldować, a wtedy mój stary będzie wiedział, gdzie ja jezdem. Nie 
zostawią mnie ani jednego! dnia tutaj.
-  Jeśli to tak wygląda u ciebie w domu, jak opowiadałeś, to nikt cię nie zmusi do powrotu. 
MoŜe uzyskam wtedy prawa do ciebie i będziesz zupełnie moim chłopcem...
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Zdawało jej się, Ŝe odkrywa w tym niebieskim, 
obojętnym spojrzeniu jakiś daleki błysk. Ale potem powiedział kładąc głowę na ramieniu i 
zamykając oczy:
-  No, dobra. To ja teraz trochę pośpię. A ty wracaj do twoich kartofli!
-  AleŜ Kuno! - zawołała. - Musisz mi przynajmniej dać odpowiedź na moje pytanie!
-  Muszę? - zapytał bardzo sennie. - śaden człowiek nie musi musieć.
Przez chwilę patrzyła na niego z góry z powątpiewaniem. Potem wróciła z lekkim uśmiechem 
do swojej roboty.
Kopała, ale kopała teraz zupełnie bezmyślnie. Dwukrotnie przyłapała się na tym, Ŝe wyrwała 
nać kartoflaną. - UwaŜaj, Ewo! - powiedzia- . ła potem ze złością do siebie.
Ale to bynajmniej nie pomogło. W dalszym ciągu była nieuwaŜna. Myślała o tym, Ŝe moŜe 
lepiej będzie, jeŜeli nic nie wyjdzie z tego, z nią i z tym zmarnowanym chłopcem. Ile miłości 
i pracy kosztował jął Karlemann, który nie był zepsutym dzieckiem - i co się stało z tą 
miłością i pracą? A teraz chciała czternastoletniego smarkacza, który gardził Ŝyciem i ludźmi, 
jeszcze raz zupełnie zmienić? CóŜ sobie wmawiała? Poza tym - Kienschaeper nigdy się na to 
nie zgodzi...
Obejrzała się na śpiącego. Ale nie było go juŜ tam, tylko jej rzeczy leŜały w cieniu na skraju 
lasu.
A więc dobrze! - pomyślała. - To on sam rozstrzygnął. Uciekł! Tym lepiej!
I zaczęła kopać ze złością.
Ale w chwilę później odkryła Kuno-Dietera na drugim końcu pola, wyrywającego pilnie 
chwasty i układającego je w pęczki na skraju. Poszła poprzez bruzdy do niego.
_ JuŜ się wyspałeś? - zapytała.

Strona 108

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

_. Nie mogę - powiedział. - Zawróciłaś mi głowę, muszę myśleć.
_ No to myśl! Ale nie myśl, Ŝe z mojego powodu musisz pracować.
_. Z twojego powodu? - Nie moŜna sobie wyobrazić ogromu nogardy, jaką włoŜył w te słowa. 
- Wyrywam zielsko, bo się przy tym lepiej myśli i bo mi się tak podoba. Widzisz ją! Z 
twojego powodu! Myślisz, Ŝe za te parę kawałków chleba?
Ewa Kluge z cichym uśmiechem wróciła do pracy. Robił to jednak dla niej, chociaŜ nie chciał 
się do tego nawet przed samym sobą przyznać. Teraz juŜ nie wątpiła, Ŝe w południe pójdzie z 
nią, a wobec tego wszelkie ostrzegawcze i upominające głosy traciły swą wartość.
Skończyła robotę wcześniej niŜ zazwyczaj. Podeszła znów do chłopca i powiedziała: - Teraz 
zrobię obiad. Jeśli chcesz, Kuno, moŜesz iść ze mną.
Wyrwał jeszcze kilka chwastów i obejrzał się na oczyszczony teren:
- Odwaliłem wcale niezły kawałek robótki - oświadczył zadowolony - wyrwałem tylko te 
duŜe, te małe to trza motyką, trza jeszcze raz bez to pole przejechać.
-  Oczywiście - powiedziała. - Wydzieraj tylko większe chwasty, z małymi juŜ ja sama dam 
sobie radę.
Popatrzył na nią z boku. Przekonała się, Ŝe te niebieskie oczy umieją takŜe spoglądać 
szelmowsko.
-  Czy to tak mnie przygadujesz?
-  Jak uwaŜasz - powiedziała. - Niekoniecznie.
-  No, chyba!
W drodze powrotnej zatrzymała się przed małym, wartkim strumykiem.
-  Nie chciałabym cię zabierać do wsi takiego brudnego - powiedziała.
Natychmiast bruzda przecięła czoło chłopca, zapytał nieufnie:
- Wstydzisz się mnie?
-  Oczywiście dla mnie moŜesz i tak pójść - powiedziała - ale jeŜeli chcesz dłuŜej zostać we 
wsi, to jeszcze po pięciu latach, choć będziesz zawsze porządnie ubrany, chłopi ci tego nie 
zapomną, jak do nich Przyszedłeś. „Jak brudna świnia - będą mówili jeszcze po dziesięciu 
latach-jak Ŝebrak."
 -  Racja - powiedział - takie to one są. No, to walaj i przynieś łachy. Za ten czas moŜe ja się 
tu trochę wyszoruje.
-  Przyniosę mydło i szczotkę - zawołała jeszcze i podąŜyła do wsi. Później, juŜ o wiele 
później, prawie wieczorem, gdy zjedli w trójkę kolację: pani Ewa, siwowłosy Kienschaeper i 
niemal do niepoznania^ zmieniony Kuno-Dieter, pani Ewa powiedziała: - Dziś prześpisz się 
tu, na strychu z sianem, Kuno. Od jutra dostaniesz oddzielną izdebkę, muszę tylko wynieść 
stamtąd graty. Urządzę ci ją ładnie. Mebli manfl dosyć.
Kuno popatrzył tylko na nią. - To ma znaczyć, Ŝe mam teraz zwiewać - powiedział - państwo 
chcą zostać same. No, niech tam! Ale spać jeszcze nie pójdę, nie jezdem niemowlak. Kiknę 
sobie przedtem na ten cały kram.
-  Byle niezbyt późno, Kuno! I nie pal na sianie!
-  Gdzie tam! -ja! Toć ja pirwszy bym się usmaŜył. No! serwus!' Przyjemnej zabawy, młodzi 
ludzie, jak powiedział fater i zrobił mamie bachora!
I pan Kuno-Dieter wyniósł się z izby.
Ewa uśmiechała się nieco zakłopotana. - Naprawdę nie wiem, Kienschaeper - powiedziała - 
czy dobrze zrobiłam przyjmując to ziółko do naszej małej rodziny. Za wiele wymaga trudu i 
zachodu!
Kienschaeper zaśmiał się. - AleŜ, Ewi - powiedział - przecieŜ chyba sama zauwaŜyłaś, Ŝe 
chłopak teraz tylko udaje! Chce się nam pokazać w całej okazałości. Właśnie w całej 
szkaradzie. I właśnie dlatego, Ŝd widzi, iŜ jesteś trochę przeczulona...
-  Nie jestem wcale przeczulona! - zawołała. - Ale jak mi czternastoletni chłopak opowiada, 
Ŝe miał juŜ dwie kochanki...
-  ...to właśnie dowód, Ŝe jednak jesteś przeczulona, Ewi. I co td w ogóle znaczy - dwie 
kochanki! Na pewno ich nie miał, a w najgorszym razie one jego miały! To nic nie znaczy! 
Wolę zaoszczędzić twoim uszom opowiadania, Ewi, co dzieci z tej niewinnej i bogobojnej 
wioski mają za sobą. Wobec nich ten twój Kuno-Dieter - to jeszcze złoto!
-  Ale te dzieci nie mówią o tym!
-  Bo mają nieczyste sumienie. A on nie. Dla niego jest to zupełnie naturalne, bo nigdy nic 
innego nie widział i o niczym innym nie słyszał. Wszystko to mu przejdzie. Ale w chłopcu 
tkwi zdrowy rdzeń. Za pół roku będzie się czerwienił ze wstydu, gdy pomyśli o tym, co 
wygadywał  w pierwszych dniach. Spadnie to z niego, jak jego gwarowy sposób wyraŜania 
się. ZauwaŜyłaś, Ŝe potrafi mówić zupełnie poprawnym j?zykiem, tylko nie chce.
-  Mam nieczyste sumienie, zwłaszcza wobec ciebie, Kienschaeper.
-  Niepotrzebnie, Ewi! Chłopak mi się podoba. I bądź tego pewna, moŜe z niego wyrosnąć co 
chce, ale hitlerowcem nie będzie. MoŜe będzie dziwakiem, ale nie narodowym socjalistą.
-  Daj BoŜe! - powiedziała Ewa. - Wcale nie chcę więcej osiągnąć. Miała niejasne uczucie, Ŝe 
przez uratowanie Kuno-Dietera zmazuje nieco hańbę Karlemanna.
ROZDZIAŁXLIV Upadek radcy kryminalnego Zotta List komendanta komisariatu był 
zaadresowany zupełnie prawidłowo: Do Pana Radcy Kryminalnego Zotta, Tajna Policja 
Państwowa, Berlin. Ale nie znaczyło to wcale, aby list miał trafić wprost do radcy 
kryminalnego Zotta. Trzymał go natomiast w ręku jego przełoŜony, obergruppenfuehrer SS 
Prali, wstępując do pokoju radcy:
-  Co to znowu za historia, panie radco kryminalny? - zapytał Prali.
- Tu znów jest jakaś karta Klabautermanna z przypiętą do niej kartką: aresztowani zwolnieni 
na podstawie telefonicznego zlecenia gestapo, radcy kryminalnego Zotta. Co to za aresztanci? 
Dlaczego nic mi o tym nie zameldować?
Radca spojrzał ukośnie spoza okularów na swego zwierzchnika:
- Aha! Teraz sobie przypominam. To było przedwczoraj albo jeszcze wcześniej. O, wiem juŜ 
dokładnie: to było w niedzielę wieczorem. Między  szóstą  a  siódmą.  To jest  chciałem 
powiedzieć -- między osiemnastą a dziewiętnastą, Herr Obergruppenfuehrer.
Dumny ze swej doskonałej pamięci spojrzał na obergruppenfuehrer a.
-  A co to było wtedy w niedzielę, między osiemnastą a dziewiętnastą? Skąd się tam wzięli 
aresztanci? I dlaczego ich znów wypuszczono? I czemu nie zameldowano mi o tym? To jest 
wprawdzie uspokajające, Ŝe Pan juŜ sobie o tym przypomniał, Zott, ale i ja chciałbym coś o 
tym wiedzieć.
To wypalone bez wszelkich tytułów ,,Zott" zabrzmiało jak pierwszy strzał armatni.
-  AleŜ zupełnie niewinna historia! - Radca kryminalny uczynił kilka lekcewaŜących gestów 
poŜółkłą ręką.

Strona 109

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  Jakaś bzdura w komisariacie. Chwycili parę małŜeńską jak«J autorów czy teŜ kolporterów 
kart. Jakiś kompletny nonsens ze strony schupo. MałŜeństwo - a wiedzą przecieŜ, Ŝe ten 
męŜczyzna musi mieszkać sam. A poza tym, teraz sobie przypominam, ten człowiek był z 
zawodu stolarzem, a przecieŜ wiemy, Ŝe musi mieć coś wspólnego z tramwajami!
-  Czy chce pan przez to powiedzieć, mój panie - odparł hamując się jeszcze z trudem 
obergruppenfuehrer (to „panie" było drugim w tej wojnie i to o wiele ostrzejszym 
wystrzałem) - czy chce pan przez to powiedzieć, Ŝe zarządził pan wypuszczenie tych ludzi nie 
widząc ich w ogóle, bez przesłuchania - tylko dlatego, Ŝe było ich dwoje zamiast jednego, i 
dlatego, Ŝe ten człowiek podał się za stolarza? Co, panie!
-  Herr Obergruppenfuehrer - powiedział radca kryminalny Zott wstając - my, pracownicy 
policji kryminalnej, pracujemy według określonego planu i nie odstępujemy od niego. 
Szukam samotnego męŜczyzny, który ma coś wspólnego z tramwajami, a nie Ŝonatego, który 
jest stolarzem. Ten mnie nie interesuje. Dla niego nie zrobię ani kroku.
-  Jak gdyby stolarz nie mógł pracować w tramwajach, na przykład reperować wagony! - 
krzyczał teraz Prali. - Taka ośla głupota!
Z początku Zott chciał się obrazić, ale trafna uwaga przełoŜonego zastanowiła go jednak. - 
Oczywiście - powiedział zakłopotany - o tym nie pomyślałem. - Skupił się. - Ale szukam 
samotnego męŜczyzny - powiedział znowu - a ten jest Ŝonaty.
-  Ma pan pojęcie, jakie podłe draństwo moŜe tkwić wśród kobiet!
- zawarczał Prali. Ale miał jeszcze coś w zanadrzu: - A czy pan, panie radco kryminalny Zott 
(trzeci i najostrzejszy wystrzał), nie pomyślał o tym, Ŝe karta została podrzucona w niedzielne 
popołudnie, w pobliŜu Nollendorfplatz, który właśnie naleŜy do tego komisariatu! Czy ta 
mała, niewinna okoliczność równieŜ uszła pańskiej przenikliwości?
Tym razem radca kryminalny Zott przeraził się naprawdę. Szpic-bródka mu zadrŜała, a 
ciemne, ostre oczy zaszły jakby mgłą.
_ Wprawił mnie pan w największe zakłopotanie, Herr Obergrup-enfuehrer! Jestem 
zrozpaczony, jak mogło mi się to zdarzyć? Tak, agalopowałem się. Myślałem wciąŜ o tych 
remizach tramwajowych; byłem tak dumny ze swego odkrycia. Zbyt dumny...
Obergruppenfuehrer patrzył złymi oczyma na tego człowieczka, który uczciwie zmartwiony, 
ale bez poniŜania się wyznawał swoje grzechy.
-  To był mój błąd, powaŜny błąd - kontynuował radca kryminalny gorliwie - Ŝe przejąłem w 
ogóle to dochodzenie. Nadaję się tylko do &
cichej roboty za biurkiem, a nie do pracy śledczej. Kolega Escherich robi to dziesięć razy 
lepiej ode mnie. Poza tym miałem jeszcze takie nieszczęście - ciągnął dalej swą spowiedź - Ŝe 
jeden z moich ludzi, których wysłałem na poszukiwania, został aresztowany. Niejaki Klebs. 
Jak mi doniesiono, brał udział w kradzieŜy podczas plądrowania mieszkania jakiegoś 
alkoholika. Nawiasem mówiąc jest cięŜko ranny. Bardzo brzydka historia. Ten człowiek na 
sprawie nie potrafi milczeć, powie, Ŝe myśmy go posłali...
Obergruppenfuehrer Prali drŜał z wściekłości, ale smutna powaga, tchnąca ze słów radcy 
Zotta, i jego kompletna obojętność na własny los, trzymały go jeszcze w ryzach. - A co pan 
myśli o dalszym przebiegu tej sprawy, panie? - zapytał zimno.
-  Proszę pana,  Herr Obergruppenfuehrer -- prosił z błagalnie podniesionymi rękoma Zott - 
zwolnij mnie pan! Niech mnie pan zwolni z tej słuŜby, do której w Ŝadnym wypadku nie 
dorosłem! Niech pan sprowadzi komisarza Eschericha z karceru, zrobi to lepiej ode mnie...
-  Mam nadzieję - mówił Prali, jakby nie słyszał tego wszystkiego, co zostało przed chwilą 
powiedziane. - Mam nadzieję, Ŝe zanotował pan przynajmniej adresy obojga aresztowanych?
-  Nie zrobiłem tego! Działałem z karygodną lekkomyślnością, otumaniony ukochaną ideą. 
Ale kaŜę się połączyć z komisariatem, dadzą mi adresy, zobaczymy...
-  A więc kaŜ się pan połączyć!
Rozmowa była bardzo krótka. Radca kryminalny powiedział do obergruppenfuehrera: - Tam 
równieŜ nie zanotowano adresów. - A na gniewny gest przełoŜonego dodał: - To moja wina, 
wyłącznie moja! Po rozmowie telefonicznej ze mną musieli uwaŜać sprawę za ostatecznie 
załatwioną. Tylko ja jestem winien, Ŝe nie zrobiono nawet notatki do akt!
 -  Tak Ŝe nie mamy teraz Ŝadnego śladu?
-  śadnego!
-  A co pan sądzi o swoim zachowaniu się!
-  Proszę o sprowadzenie komisarza Eschericha z karceru i posadzenie mnie na jego miejscu.
Obergruppenfuehrer Prali patrzył na radcę przez chwilę bez słowa. Potem drŜąc z wściekłości 
powiedział. - Czy wie pan, Ŝe poślę pana do kacetu? Pan śmie mi wprost w oczy zrobić taką 
propozycję i nie drŜy pan, i nie wyje ze strachu? Z takiej gliny jak pan są ulepieni ci 
czerwoni, bolszewicy! Przyznaje się pan do winy i jest pan prawie dumny z tego!
-  Nie jestem dumny z mojej winy, ale jestem gotów ponieść wszelkie następstwa. I mam 
nadzieję, Ŝe zrobię to bez drŜenia i wycia!
Obergruppenfuehrer Prali uśmiechnął się pogardliwie na te słowa, j Nieraz widział juŜ, jak 
wszelka godność pryskała pod ciosami esesmanów. Ale widział teŜ błysk w oku niejednego 
torturowanego; błysk, który mówił wśród męczarni o chłodnej, niemal ironicznej przewadze. 
I wspomnienie tego spojrzenia przyczyniło się do tego, Ŝe zamiast bić i krzyczeć, powiedział 
tylko:
-  Pozostanie pan w tym pokoju do mojej dyspozycji. Muszę przedtem złoŜyć sprawozdanie.
Radca kryminalny potwierdzająco skinął głową i Obergruppenfuehrer Prali wyszedł.
ROZDZIAŁ XLV Komisarz Escherich znów na wolności Komisarz Escherich znów urzęduje. 
Ten, którego uwaŜano juŜ za martwego, zmartwychwstał z lochów gestapo. Nieco 
uszkodzony i zmięty siedzi znów za swoim biurkiem, a koledzy spieszą zapewnić go o swojej 
sympatii. Zawsze w niego wierzyli. Zrobiliby chętnie dla niego wszystko, co było w ich 
mocy. - Ale wiadomo, jeŜeli wyŜsze kierownictwo kogoś obsrywa, my nic nie moŜemy na to 
poradzić. MoŜna sobie przy tym tylko łapy sparzyć. No, sam przecieŜ wiesz, jak jest, 
rozumiesz to przecieŜ, Escherich!
 Escherich zapewnia, Ŝe rozumie wszystko. Krzywi nawet usta w uśmieszku, który wygląda 
trochę nieszczęśliwie. Przypuszczalnie dlatego, Ŝe Escherich nie nauczył się jeszcze 
uśmiechać z lukami w uzębieniu.
Jedynie dwa oświadczenia zrobiły na nim wraŜenie przy obej-fflowaniu słuŜby na nowo. 
Pierwsze było radcy kryminalnego Zotta.
-  Kolego Escherich - powiedział Zott - nie idę zamiast pana do bunkra, chociaŜ zasłuŜyłem 
na to dziesięć razy bardziej niŜ pan. Nie tylko za błędy, które popełniłem, ale dlatego, Ŝe 
zachowałem się wobec pana jak świnia. Jedynym moim wytłumaczeniem jest, iŜ myślałem; 
Ŝe pan źle pracował...

Strona 110

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  No, niech pan juŜ o tym nie mówi - powiedział Escherich ze szczerbatym uśmiechem - w 
sprawie Klabautermanna wszyscy dotychczas źle pracowali: pan, ja, wszyscy! Komiczne, 
jestem naprawdę ciekaw tego człowieka, który swoimi kartami przyniósł ludziom tyle 
nieszczęścia. To musi być dziwny facet...
Spojrzał z namysłem na radcę kryminalnego.
Radca podał mu swą małą, poŜółkłą rękę. - Niech pan mnie źle nie wspomina, kolego 
Escherich - powiedział cicho. - I jeszcze jedno! Zbudowałem tam taką teorię, Ŝe sprawca ma 
coś wspólnego z tramwajami. Znajdzie pan to w aktach. Proszę, niech pan nie straci zupełnie 
z oczu tej teorii w pańskich badaniach. Byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby przynajmniej w 
tym punkcie moje rozwaŜania okazały się prawdziwe. Proszę pana o to!
I radca kryminalny Zott zniknął z tymi słowami w swym oddalonym, cichym pokoju, aby 
oddać się wyłącznie swoim teoriom.
Drugim pamiętnym oświadczeniem było oczywiście oświadczenie obergruppenfuehrera 
Pralla. - Escherich - powiedział podniesionym głosem - komisarzu Escherich! Czuje się pan 
przecieŜ zupełnie dobrze?
-  Najzupełniej dobrze! - odpowiedział komisarz. Stał za swoim biurkiem z rękami 
automatycznie przyciśniętymi przepisowo do spodni, jak nauczył się tego na dole, w celi. 
Mimo, Ŝe starał się to zwalczyć, drŜał. Wzrok miał skierowany uwaŜnie na przełoŜonego. 
Wobec tego człowieka nie odczuwał nic prócz strachu, paraliŜującego strachu: ten człowiek 
mógł w kaŜdej chwili posłać go znów do lochu.
-  JeŜeli się pan zatem czuje najzupełniej dobrze, Escherich - ciągnął Prali, zdając sobie 
bardzo dobrze sprawę z działania swych słów - to moŜe pan znów pracować. Czy teŜ nie?
 -  Mogę pracować, Herr Obergruppenfuehrer!
-  JeŜeli pan moŜe pracować, Escherich, to moŜe pan teŜ złapać l Klabautermanna. MoŜe pan 
przecieŜ to zrobić?
-  Mogę, Herr Obergruppenfuehrer!
-  W najkrótszym czasie, Escherich!
-  W najkrótszym czasie, ,Herr Obergruppenfuehrer!
-  Widzi pan - powiedział Obergruppenfuehrer łaskawie, rozkoszując się strachem 
pdwładnego. - Jak dobrze działają takie małe wakacje w bunkrze! O, tak to lubię moich ludzi! 
Nie czuje pan juŜ swojej wielkiej przewagi nade mną, panie Escherich?
-  Nie, Herr Obergruppenfuehrer, na pewno nie. Według rozkazu, Herr Obergruppenfuehrer!
-  I nie myśli pan juŜ, Ŝe jest pan najchytrzejszym psem w całym gestapo, a wszyscy inni są 
zrobieni tylko z psiego gówna - nie myśli pan juŜ tak Escherich?
-  Według rozkazu, nie, Herr Obergruppenfuehrer, juŜ tak nie myślę.
-  Widzi pan - kontynuował Obergruppenfuehrer i dał tchórzliwie cofającemu się 
Escherichowi mocnego, ale Ŝartobliwego prztyczka w nos - a jeśli będzie się pan kiedyś znów 
uwaŜał za bardzo chytrego albo jeŜeli pan popełni jakiś czyn samowolny, albo jeśli pan 
pomyśli, Ŝe Obergruppenfuehrer Prał jest tylko głupim bydlakiem, to niech mi pan to powie w 
porę. Wtedy od razu poślę pana na małą kurację do lochu, zanim jeszcze nie będzie zbyt źle z 
panem. No, no?
Komisarz Escherich patrzył teraz zupełnie martwym wzrokiem na swego przełoŜonego, nawet 
ślepy zauwaŜyłby, jak mocno drŜy.
-  No i co, Escherich, powie mi pan w porę, jeśli będzie pan kiedyś znów strasznie chytry?
-  Według rozkazu, Herr Obergruppenfuehrer!
-  Albo jeśli robota nie będzie posuwała się naprzód, abym panu dodał trochę gazu?
-  Według rozkazu, Herr Obergruppenfuehrer!
-  No, to zgodziliśmy się ze sobą, Escherich!
I wystarczająco upokorzonemu władca podał zupełnie niespodziewanie rękę. - Cieszę się, 
Escherich, Ŝe widzę pana znów na słuŜbie. Mam nadzieję, Ŝe będziemy ze sobą doskonale 
pracowali. Co zamierza pan przedsięwziąć w najbliŜszej przyszłości?
 -  Zdobyć od pracowników komisariatu przy Nollendorfplatz dokładny rysopis. Ten rysopis 
nareszcie będziemy mieli! Człowiek, który przesłuchiwał oboje aresztowanych, moŜe będzie 
miał jeszcze jakieś zbliŜone pojęcie o nazwisku. Będę kontynuował akcję poszukiwań kolegi 
Zotta...
-  No dobrze. To w kaŜdym razie jest początek. Będzie mi pan codziennie składał raporty...
-  Według rozkazu, Herr Obergruppenfuehrer!
Po ponownym objęciu słuŜby była to druga rozmowa, która zrobiła pewne wraŜenie na 
komisarzu kryminalnym Escherichu. Poza tym nie było po nim widać ani śladu z jego 
przeŜyć, gdy uzupełnił luki w uzębieniu. Koledzy uwaŜali nawet, Ŝe Escherich jest teraz o 
wiele milszy - zatracił ton ironicznej wyŜszości. Nie mógł teraz czuć się wyŜszy od nikogo.
Komisarz Escherich pracuje, zarządza poszukiwania, przesłuchuje, przygotowuje rysopisy, 
czyta akta, telefonuje, pracuje jak dawniej i zawsze. Ale choć nic po nim nie znać i choć sam 
spodziewa się, Ŝe pewnego dnia będzie znów mógł rozmawiać ze swym przełoŜonym Prallem 
bez drŜenia, Escherich wie, Ŝe nigdy juŜ nie będzie tym, kim był dawniej. Jest juŜ tylko 
maszyną do pracy: to, co robi - to rutyna. Wraz z poczuciem wyŜszości zniknęła równieŜ 
radość z pracy; zarozumiałość była nawozem, który wpływał na dojrzewanie owoców.
Escherich czuł się zawsze bardzo pewny siebie. Sądził, Ŝe nie moŜe mu się nic stać. 
Przypuszczał, Ŝe jest zupełnie innym człowiekiem niŜ wszyscy. I Escherich musiał 
zrezygnować z tego złudzenia właściwie juŜ w ciągu tych paru sekund, gdy pięść esesmana 
Dobata trafiła go w twarz i gdy nauczył się bać. Escherich w ciągu niewielu dni tak 
gruntownie nauczył się strachu, Ŝe nie zapomni tej nauki przez całe Ŝycie. Bez względu na to, 
jak będzie wyglądał, co osiągnie, czy będzie czczony i fetowany - wie, Ŝe to wszystko na nic. 
Jedno uderzenie pięści moŜe zmienić go w wyjące, drŜące, przeraŜone nic, w coś nie o wiele 
lepszego od tego małego, śmierdzącego, tchórzliwego kieszonkowego złodziejaszka, z 
którym dzielił celę i którego modlitwy w pośpiechu trzepane jeszcze teraz dźwięczą mu w 
uszach. Nie o wiele lepszy? Nie, wcale nie lepszy!
Ale jedno co podtrzymuje jeszcze komisarza Eschericha, to myśl o Klabautermannie. Musi 
tego draba złapać, a potem niech się dzieje, co  chce.  Musi  spojrzeć w  oczy temu 
człowiekowi.  Musi  rozmawiać z człowiekiem, który stał się przyczyną jego nieszczęścia. 
Chce mu powiedzieć w twarz, temu fanatykowi, jakie nieszczęścia, klęski i biedę sprowadził 
na wielu ludzi. Rozgromi go, tego wroga w ciemności. GdybyŜ go juŜ miał!
ROZDZIAŁXLVI Feralny poniedziałek W ten poniedziałek, który miał skończyć się dla 
Quanglów tak feralnie; w ten poniedziałek, w osiem tygodni po przywróceniu Eschericha do 
łask i urzędu; w ten poniedziałek, kiedy Emil Borkhausen został skazany na dwa lata 
więzienia, a szczur Klebs na rok więzienia; w ten poniedziałek, gdy Baldur Persicke 

Strona 111

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

przyjechał wreszcie ze swojej Napola do Berlina i odwiedził ojca w zakładzie leczniczym dla 
alkoholików; w ten poniedziałek, w którym Truda Hergesell spadła na dworcu w Erkner ze 
schodów i wskutek tego poroniła; w ten tak fatalny poniedziałek Anna Quangel leŜała w 
łóŜku chora na cięŜką grypę. Miała wysoką temperaturę. U jej boku siedział Otto Quangel, 
doktor juŜ odszedł. Sprzeczali się, czy Otto ma dziś wynieść karty, czy nie.
-  Nie pójdziesz więcej sam, umówiliśmy się stanowczo, Otto. Karty mają czas do jutra albo 
do pojutrza, a wtedy będę znów na nogach.
-  Chcę te rzeczy wynieść z domu, Anno.
-  A więc ja pójdę! - i Anna podniosła się z łóŜka.
-  Zostaniesz w łóŜku - przycisnął ją z powrotem do poduszki. - Anno, nie bądź głupia. Sto, 
dwieście kart wyniosłem...
W tej chwili zabrzmiał dzwonek.
Cofnęli się przestraszeni, jak złapani na gorącym uczynku złodzieje. Quangel prędko włoŜył 
do kieszeni obie karty, które leŜały dotychczas na kołdrze.

_ Kto to moŜe być? - zapytała bojaźliwie pani Anna.
-  O tej porze? Rano, o jedenastej? - dodał.
Zastanawiała się: - MoŜe stało się coś u Heffków? Albo doktor jeszcze raz wrócił? Znów 
dzwonek.
-  Zobaczę - zamruczał.
-  Nie - prosiła. - Zostań! Gdybyśmy byli teraz w drodze z kartami, to i tak dzwoniłby na 
próŜno.
-  Tylko sprawdzę, Anno.
-  Nie, nie otwieraj, Otto! Proszę cię! Mam przeczucie, Ŝe jeŜeli otworzysz drzwi, 
nieszczęście wejdzie do domu.
-  Pójdę po cichutku i powiem ci przedtem, kto to jest. Poszedł.
LeŜała gniewna i niecierpliwa. śe teŜ nigdy nie ustąpi. Nigdy nie spełni jej prośby. To, co 
robił, było błędem. Nieszczęście czyhało na dworze. Ale teraz, gdy przyszło naprawdę, nie 
czuł tego. A teraz nawet nie dotrzymuje słowa. Słyszy, Ŝe otworzył drzwi i rozmawia z jakimś 
męŜczyzną. PrzecieŜ przyrzekł jej powiedzieć najpierw, o co chodzi.
-  No, co się stało? MówŜe, Otto! Widzisz przecieŜ, Ŝe umieram z niecierpliwości. Co to za 
człowiek? Czy jeszcze nie wyszedł z mieszkania?
-  Nie denerwuj się, Anno. To tylko goniec z fabryki. Majster ze zmiany porannej miał 
wypadek - muszę go natychmiast zastąpić.
Anna kładzie się trochę uspokojona. - I idziesz?
-  Oczywiście.
-  Nie masz jeszcze obiadu.
-  Dostanę coś w kantynie.
-  Weź przynajmniej chleb ze sobą.
-  Dobrze, dobrze, Anno, nie troszcz się o nic. To niedobrze, Ŝe muszę cię tak długo samą 
zostawić.
-  O pierwszej i tak musiałbyś pójść.
-  Odwalę od razu potem moją zmianę.
-  Ten człowiek czeka?
-  Tak, jadę z nim.
-  A więc wracaj prędko, Otto. Pojedź dziś raz tramwajem.
-  Rozumie się, Anno. Rychłej poprawy.
JuŜ wychodził, kiedy zawołała: - Otto, proszę cię, pocałuj mnie jeszcze!
 Wrócił nieco zdziwiony, trochę zmieszany tą niezwykłą u niej potrzebą serdeczności. 
Przycisnął wargi do jej ust.
Przyciągnęła jego głowę i pocałowała go serdecznie.
- Głupia jestem, Otto - powiedziała - wciąŜ jeszcze się boję. To chyba z gorączki. A teraz idź!
Tak się rozeszli. Jako wolni ludzie nie mieli się juŜ nigdy zobaczyć. O pocztówkach w 
kieszeni oboje w pośpiechu nie pomyśleli.
Ale stary majster, siedząc ze swoim towarzyszem w tramwaju, przypomina sobie natychmiast 
o kartach. Dotyka kieszeni - są. Jest niezadowolony z siebie, powinien był o tym pamiętać. 
Lepiej zostawić te rzeczy w domu, lepiej nawet teraz jeszcze wysiąść z tramwaju i podrzucić 
je w jakimś domu. Ale nie znajduje Ŝadnego pretekstu wobec człowieka z fabryki. Musi więc 
karty wziąć do fabryki, czego nigdy jeszcze nie robił, czego nie powinien był zrobić, a teraz 
jest juŜ za późno.
Stoi w klozecie. Ma karty w ręku, chce je podrzeć i spłukać i wzrok jego pada na słowa, które 
napisał z takim trudem w ciągu wielu godzin. Wydaje mu się to mocne, będzie działało. 
Szkoda byłoby zniszczyć taką broń. Jego zmysł oszczędności, jego „brudne skąpstwo" 
powstrzymuje go od zniszczenia kart, ale działa takŜe i jego respekt dla pracy. Wszystko, co 
stworzyła praca, jest święte. Grzechem jest bezcelowo niszczyć pracę!
Nie moŜe jednak zostawić kart w marynarce, którą nosi takŜe w warsztacie, kładzie je więc do 
teczki obok chleba i termosu z kawą. Otto Quangel dobrze wie, Ŝe teczka z boku się rozpruła. 
JuŜ od dawna miał zamiar pójść do rymarza. Ale rymarz był przeciąŜony pracą, powiedział, 
Ŝe reperacja potrwa co najmniej dwa tygodnie. Quangel nie chciał pozbawić się teczki na tak 
długo. I tak jeszcze nic mu z niej nie wypadło. Wkłada więc beztrosko karty do teczki.
Idzie powoli przez warsztat do szafek odzieŜowych, rozglądając się dokoła. To jest obca 
załoga, nie widać prawie znajomej twarzy, czasami kiwa głową. Raz pomaga teŜ komuś przy 
jakiejś robocie. Ludzie przyglądają mu się ciekawie - znają go tutaj.
To przecieŜ ten stary Quangel, śmieszny facet! Ale jego załoga nigdy go nie przeklina, jest 
sprawiedliwy, trzeba mu to przyznać. GdzieŜ tani, naganiaczem to on jest, wyciąga wszystko 
ze swoich ludzi, ale nikt z jego załogi na niego nie urąga. Jak komicznie facet wygląda, ma 
chyba głowę na zawiasach, tak pociesznie nią kiwa. Cicho bądźcie, wraca teraz,  holernie nie 
znosi gadania! Gapi się na takiego, co gada, aŜ człek ma ochotę pod ziemię się schować.
Quangel włoŜył teczkę do szafy, kluczyk ma w kieszeni. Jeszcze jedenaście godzin, a karty 
wyjdą z fabryki. Gdyby nawet była noc, pozbędzie się ich. Nie wolno mu jeszcze raz brać kart 
do domu. Anna potrafi wstać i wyjść tylko po to, aby je wynieść.
Przy nowej załodze Quangel nie moŜe zająć swego zwykłego posterunku obserwacyjnego 
pośrodku sali. Jak tutaj gadają i jaki hałas! fytusi chodzić od jednej grupy do drugiej, a tu nie 
wszyscy jeszcze wiedzą, co oznacza jego milczenie i uporczywy wzrok. Niektórzy są nawet 
tak bezczelni, Ŝe chcą majstra wciągnąć do rozmowy. Dopiero po dłuŜszej chwili robota leci, 
tak jak przywykł do tego; ucichli, gdy zrozumieli, Ŝe tu nie ma miejsca na nic prócz pracy.

Strona 112

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Quangel chce się właśnie udać na swój posterunek obserwacyjny, kiedy nagle jego noga 
zatrzymuje się, oczy się rozszerzają, a przez ciało przechodzi jakby pchnięcie: przed nim na 
podłodze, na pokrytej wiórami i trocinami podłodze warsztatu leŜy jedna z jego dwóch kart.
Palce go swędzą, aby natychmiast potajemnie podnieść kartę, i widzi, Ŝe o dwa kroki dalej 
leŜy druga. Nie moŜna ich podnieść niepostrzeŜenie. WciąŜ jakiś robotnik kieruje wzrok na 
nowego majstra, a jeśli chodzi o kobiety, to te bezustannie gapią się na niego, jakby jeszcze 
nigdy nie widziały męŜczyzny.
Ach, co tam, po prostu je podniesie, czy widzą, czy nie! Co ich to obchodzi! „Nie, nie mogę 
tego zrobić, karty leŜą tu juŜ co najmniej kwadrans, cud, Ŝe ktoś ich dotychczas nie podniósł. 
MoŜe ktoś je juŜ widział i natychmiast znów rzucił, przeczytawszy treść. JeŜeli taki teraz 
zobaczy, Ŝe podnoszę karty i chowam je do kieszeni..."
„Niebezpieczeństwo! Niebezpieczeństwo! - krzyczy coś w Quanglu. -NajwyŜsze 
niebezpieczeństwo! Zostaw te karty, niech leŜą! Udawaj, Ŝe ich nie widziałeś, niech inny je 
podniesie! Stój na swoim miejscu!"
Ale nagle coś dziwnego budzi się w Ottonie Quanglu. Tak długo, juŜ dwa lata pisał te karty, 
kolportował je - ale nigdy nie widział ich działania. śył zawsze w swojej ciemnej jamie i sto 
razy wyobraŜał sobie los pocztówek, zamęt, który musiały wywołać - ale nigdy tego nie 
widział.
„Chciałbym to raz zobaczyć, jeden jedyny raz! CóŜ mi się tu moŜe stać, jestem jednym z 
osiemdziesięciu robotników i wszyscy są tak samo — KaŜdy umiera... t. II  podejrzani jak ja, 
moŜe jeszcze bardziej, bo wszyscy znają mnie jako stare zwierzę robocze, dalekie od 
wszelkiej polityki. Zaryzykuję, muszę to raz przeŜyć!"
I zanim się dobrze zastanowił, woła do jednego z robotników: - Hej, ty tam! Podnieś no to! 
Ktoś to musiał zgubić, co to jest? Czego się gapisz?
Bierze jedną kartę z ręki robotnika i udaje, Ŝe ją czyta. Ale nie moŜe teraz czytać, nie moŜe 
przeczytać własnego, wielkiego pisma, pisanego duŜymi, blokowymi literami. Nie moŜe, nie 
potrafi teraz odwrócić wzroku od tej twarzy robotnika, który wpatruje się w kartę. Ten 
człowiek teŜ jej nie czyta, ale jego ręka drŜy, a we wzroku jest strach.
Quangel wpatruje się w niego. A więc strach, nic prócz strachu? Ten człowiek nie przeczytał 
nawet karty do końca, spojrzał ledwie na pierwszy wiersz, a juŜ opanował go strach.
Stłumiony chichot odwraca uwagę Qunagla. Rozgląda się i widzi, Ŝe pół warsztatu gapi się na 
tych dwóch ludzi, którzy stoją sobie w ciągu pracy i czytają pocztówki... a moŜe czują juŜ, Ŝe 
stało się coś strasznego.
Quangel wyjmuje tamtemu drugą kartę z ręki. Teraz musi sam odegrać rolę do końca. Ten 
człowiek jest tak przeraŜony, Ŝe nie jest w stanie nic robić.
-  Gdzie tu jest mąŜ zaufania Frontu Pracy? Ten w welwetowych spodniach przy gatrze?* 
Dobrze! Wracaj do roboty i nie gadaj, bo będzie z tobą źle!
-  Słuchaj - powiada Quangel do człowieka przy gatrze - chodź no na chwilę ze mną na 
korytarz: chcę ci coś dać. - A gdy obaj stoją juŜ na korytarzu, powiada: - Tu masz te dwie 
karty! Ten człowiek tam z tyłu podniósł je. Ja je zobaczyłem. Sądzę, Ŝe powinienieś je 
odnieść do kierownictwa. Czy teŜ?...
Tamten czyta. Czyta takŜe tylko parę zdań. - Co to jest? - pyta przestraszony. - LeŜały tu u 
nas w warsztacie? O BoŜe, moŜemy to przypłacić głową! Kto, powiadasz, podniósł te karty? 
Czy widziałeś, jak je podniósł?
-  Mówię ci, Ŝe powiedziałem mu, aby je podniósł! MoŜe ja je pierwszy zobaczyłem... MoŜe!
-  O BoŜe, co mam z tym zrobić? Rzucę je po prostu do klozetu.
-  Musisz je oddać w dyrekcji, bo wina spadnie na ciebie. Człowiek, * G a t e r - inaczej trak - 
wielozębowa piła, która rozpiłowuje kłody na tarcice.
irtóry Je zna^az^ niL zamknie gęby na kłódkę. Leć od razu, a ja tymczasem zastąpię cię przy 
gatrze.
jyfęŜczyzna z wahaniem odchodzi. Trzyma karty w ręku tak, jakby parzyły mu palce.
Quangel wraca do warsztatu. Ale nie moŜe od razu stanąć przy aatrze: cały warsztat kipi 
niepokojem. Nikt nie wie nic określonego, ale wszyscy wiedzą, Ŝe się coś stało. Nachylają się 
do siebie, szepcą, a teraz nawet ptasie, nieruchome spojrzenie i milczenie majstra nie moŜe 
przywrócić spokoju. Musi robić to, czego nie robił juŜ od wielu lat: wymyślać głośno, grozić 
karami, udawać rozzłoszczonego.
A gdy w jednym kącie warsztatu uspokoiło się, w drugim jest tym głośniej. Gdy wszystko juŜ 
jako tako leci, Quangel odkrywa nagle, Ŝe dwie, trzy maszyny nie są w pełni obsadzone: cała 
banda siedzi w ustępie! Wygania ich stamtąd; jeden jest tak bezczelny, Ŝe pyta: - Co pan tam 
właściwie przeczytał, majster? Czy to^aprawdę była angielska ulotka?
- Wracaj do swojej roboty! - warczy Quangel i popycha chłopców przed sobą do warsztatu.
Tam juŜ znowu gadają. Zebrali się w grupki. Panuje niepokój, jakiego jeszcze nigdy nie było. 
Quangel musi biegać tam i z powrotem, musi wyzywać, grozić, złościć się. - Pot wystąpił mu 
na czoło...
A przy tym ciągle myśli o jednym: - A więc to jest pierwszy efekt. Tylko strach. Taki strach, 
Ŝe nawet nie przeczytają do końca! Ale to jeszcze nic nie znaczy. Czują się tu obserwowani. 
Moje karty znajdowali najczęściej, gdy byli sami. Mogli w spokoju czytać, zastanowić się, 
wtedy działało to zupełnie inaczej. Zrobiłem idiotyczny eksperyment. Zobaczymy, jak to się 
skończy. Właściwie to dobrze, Ŝe jako majster znalazłem karty i oddałem je, to mnie odciąŜy. 
Nie, nic nie zaryzykowałem. Nawet jeŜeli zrobią w domu rewizję, nic nie znajdą. Anna 
oczywiście przerazi się - ale nie, zanim zrobią rewizję, będę juŜ tam i przygotuję Annę... 
czternasta minut dwie - powinna nastąpić zmiana, teraz moja zmiana nadchodzi.
Ale nie ma Ŝadnej zmiany. Dzwonek na zmianę nie rozbrzmiewa w warsztacie, a nowa 
zmiana (właściwie zmiana Quangla) nie zjawia się, maszyny nadal warczą. Teraz ludzie 
naprawdę zaczynają się niepokoić, coraz częściej nachylają się do siebie, patrzą na zegarki.

Quangel musi zrezygnować z prób powstrzymania ich gadatliwości jest tylko jeden przeciwko 
osiemdziesięciu, nie da juŜ rady.
Potem nagle zjawia się jeden z panów z biura, elegancki pan z mocno zaprasowanymi 
spodniami i odznaką partyjną. Staje koło Quangla i woła przez hałas maszyn: - Załoga! 
UwaŜać!
Wszystkie twarze zwracają się w jego kierunku, zaciekawione wyczekujące, ponure, 
odpychające, obojętne.
-  Ze specjalnych powodów załoga tymczasem pracuje dłuŜej. Zostanie wypłacona stawka za 
godziny nadliczbowe.
Robi przerwę i wszyscy nieruchomo patrzą na niego. Czy to wszystko? Ze specjalnych 

Strona 113

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

powodów! Czekają na ciąg dalszy.
Ale człowiek z biura woła tylko: - Załoga, pracować dalej!
Zwraca się do Quangla: - Pan jest odpowiedzialny za absolutny spokój i porządek, majstrze! 
Kim jest ten człowiek, który podniósł karty?
-  Sądzę, Ŝe ja je pierwszy zobaczyłem.
-  Wiem juŜ. A więc ten tam? Dobrze, nazwisko pan przecieŜ zna?
-  Nie, to nie moja załoga.
-  Wiem juŜ. Aha, niech pan powie jeszcze załodze, Ŝe chodzenie do ustępu jest na razie 
wzbronione i nie wolno opuszczać miejsca pracy. Przy kaŜdych drzwiach stoją dwa 
posterunki - z zewnątrz!
„Na kant zaprasowany pan" niedbale kiwa Quanglowi głową i wychodzi.
Quangel przechodzi od maszyny do maszyny. Przez chwilę patrzy na pracę, na ręce 
pracujących. Potem powiada: - Nie wolno opuszczać miejsca pracy i wychodzenie do ustępu 
jest na razie wzbronione. Przy kaŜdych drzwiach stoją dwa posterunki - z zewnątrz!
Zanim zdąŜą go o coś zapytać, idzie do następnej maszyny i powtarza polecenie.
Nie, teraz juŜ nie trzeba zabraniać im gadania, naganiać do roboty. Wszyscy pracują niemo i 
zaciekle. Wyczuwają niebezpieczeństwo, które grozi kaŜdemu z nich. Wśród tej 
osiemdziesiątki nie ma ani jednego, który by kiedyś nie wystąpił przeciw dzisiejszemu 
państwu, bodaj tylko słowem! KaŜdy jest zagroŜony. śycie kaŜdego jest w 
niebezpieczeństwie. I wszyscy się boją...
Tymczasem zbijają trumny. Trumny, których nie moŜna odtransportować, gromadzą się w 
kącie warsztatu. Z początku jest ich tylko  izlka, ale gdy godziny mijają, przybywa coraz 
więcej i więcej. Rosną dna na drugiej, piętrzą się, sięgają aŜ do sufitu, a obok układa się 
nowe. Trumny za trumnami, dla kaŜdego z załogi, dla kaŜdego Niemca! jeszcze Ŝyją, ale juŜ 
heblują własne trumny.
Quangel stoi wśród nich. Nagłymi ruchami zwraca głowę tu i tam. Odczuwa 
niebezpieczeństwo, ale śmieje się z niego. Jego nigdy nie złapią! Pozwolił sobie na Ŝart, który 
rozwścieklił całe kierownictwo. Ale on jest przecieŜ tylko tym starym, głupim Quanglem, 
opętanym przez skąpstwo. Jego nigdy nie będą podejrzewali. Będzie dalej walczył, coraz 
dalej...
Znowu otwierają się drzwi i pan z ostrymi jak nóŜ kantami spodni wchodzi raz jeszcze. Za 
nim idzie drugi - wysoki, niezgrabny człowiek, z Ŝółtymi wąsami, które gładzi delikatnie.
Natychmiast praca zostaje wszędzie przerwana.
I podczas gdy pan z biura krzyczy: - Załoga! Fajrant! - podczas gdy jak wyzwoleni, jeszcze 
nie dowierzający sobie, odkładają narzędzia pracy...
podczas gdy w ich otępiałe oczy wstępuje światło...
podczas tego długi człowiek z jasnym wąsem mówi: - Majster Quangel. Jest pan aresztowany 
pod zarzutem zdrady stanu i zdrady głównej. Proszę bez zwracania uwagi iść przede mną!
„Biedna Anna" - myśli Quangel i powoli, z wysoko podniesioną głową o ptasim profilu 
wychodzi z warsztatu przed komisarzem Escherichem.
ROZDZIAŁXLVII Poniedziałek, dzień komisarza Eschericha Tym razem komisarz Escherich 
działał szybko i bezbłędnie.
Zaledwie otrzymał wiadomość telefoniczną, Ŝe dwie karty pocztowe zostały znalezione w 
warsztacie o załodze osiemdziesięciu ludzi, w fabryce mebli Krause et Co, wiedział: to była 
godzina, na którą tak długo czekał, teraz Klabautermann zrobił wreszcie od dawna 
oczekiwany błąd. Teraz go chwyci.

Po pięciu minutach miał juŜ odpowiednią liczbę ludzi do obstawienia całego terenu 
fabrycznego i pędził do fabryki, w kierowanym osobiście przez obergruppenfuehrera 
mercedesie.
Ale gdy Prali był za tym, aby natychmiast sprowadzić tych osiemdziesięciu ludzi z warsztatu i 
kaŜdego z osobna przesłuchiwać tak długo, dopóki prawda nie wyjdzie na jaw, Escherich 
powiedział:
- Potrzebna mi jest natychmiast lista wszystkich pracujących w warsztacie wraz z adresami. 
Jak szybko mogę ją otrzymać?
-  W ciągu pięciu minut. Co będzie z tymi ludźmi? Za pięć minut mają fajrant.
-  Pod koniec zmiany proszę im powiedzieć, Ŝe mają dalej pracować. Podanie przyczyny 
zbędne. Wszystkie drzwi warsztatu obstawić podwójnymi posterunkami. Nikt nie opuszcza 
sali. Pan zatroszczy się o to, aby wszystko odbyło się moŜliwie bez zwracania uwagi, by 
uniknąć zaniepokojenia ludzi!
A gdy wchodzi urzędnik z listą: - Autor kart musi mieszkać przy ulicach: Chodowieckiego, 
Jabłońskiego albo Christburgerstrasse. Kto z tych osiemdziesięciu tam mieszka?
Przeglądają listę: Nikt! Ani jeden!
Jeszcze raz zdaje się, Ŝe szczęście chce uratować Ottona Quangla. Pracował na obcej zmianie, 
nie było go na liście.
Komisarz Escherich wysunął dolną wargę, wciągnął ją prędko z powrotem i zagryzł ze dwa, 
trzy razy, mocno wąsy, które jeszcze przed chwilą gładził. Zupełnie pewien swojej sprawy, 
był teraz bezgranicznie rozczarowany.
Ale poza zniewaŜeniem swych wąsów nie dał po sobie poznać rozczarowania; powiedział 
tylko chłodno: - Pomówmy teraz o stosunkach osobistych kaŜdego robotnika. Kto z panów 
potrafi podać dokładne dane? Pan jest kierownikiem personalnym? Dobrze, zaczynajmy więc: 
Abeking Hermann... Co wiadomo o tym człowieku?
Szło to nieskończenie wolno. Po pięciu kwadransach byli dopiero przy literze H.
Obergruppenfuehrer Prali palił papierosy, które zaraz gasił. Zaczynał szeptem rozmowy, które 
po paru zdaniach znów się rozpływały-Wygrywał palcami marsze na szybach okiennych. 
Nagle zaczął ostro:
- UwaŜam to wszystko za idiotyczne! O wiele prościej byłoby przecieŜ...
jComisarz Escherich nie podniósł nawet głowy. Teraz wreszcie nuścił g° strach przed 
przełoŜonym. Musiał tego człowieka znaleźć!
Przyznawał się jednak sam przed sobą, Ŝe niepowodzenie z ulicami ocno mu przeszkadzało. 
Prali mógł być nie wiem jak niecierpliwy, mimo to Escherich nie zgodzi się na masowe 
przesłuchiwanie.
-  Dalej, proszę!
-  Kaempfer Eugen - to jest majster!
-  Nie wchodzi w rachubę, przepraszam bardzo. Zranił sobie dzisiaj rano o dziewiątej rękę 
przy heblami. Zamiast niego pracuje majster Quangel...

Strona 114

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  A więc dalej: Krull Otto...
-  Bardzo przepraszam, jeszcze raz: majster Quangel nie jest uwidoczniony na liście pana 
komisarza...
-  NiechŜe pan wiecznie nie przeszkadza! Jak długo jeszcze będziemy tu siedzieli? Quangel, 
ten stary wielbłąd, nie wchodzi przecieŜ w rachubę!
Ale Escherich pyta i iskierka nadziei znów się w nim rozŜarza: - Gdzie mieszka ten Quangel?
-  Musimy dopiero sprawdzić, bo nie naleŜy do tej zmiany.
-  A więc niechŜe pan kaŜe sprawdzić! Trochę prędzej! Prosiłem o kompletną listę!
-  Oczywiście, sprawdzimy. Ale powiadam, panie komisarzu, jeŜeli chodzi o tego Quangla, to 
jest to niemal zupełnie ogłupiały stary dziad, który zresztą od wielu lat pracuje juŜ u nas w 
fabryce. Znamy tego człowieka na wylot...
Komisarz zaprzeczył ruchem głowy. Wiedział, ile omyłek popełniają ludzie, którym się 
wydaje, Ŝe znają swoich bliźnich na wylot.
-  No? - zapytał z napięciem wchodzącego praktykanta biurowego -no?
Nie bez przejęcia młodzieniec odpowiedział: - Majster Quangel mieszka przy ul. 
Jabłońskiego numer...
Escherich podskoczył.
Z zupełnie niezwykłym u niego poruszeniem zawołał: - To on! Mam Klabautermanna!
Obergruppenfuehrer Prali krzyczał: - Dawać tu tę świnię! A potem obrabiać, obrabiać, nic 
tylko obrabiać!
Podniecenie było ogólne.
-  Quangel! Kto by to pomyślał - ten Quangel? Ten stary bałwan ~ niemoŜliwe! Ale przecieŜ 
on pierwszy znalazł karty! Sztuka, jeŜeli sam  je podrzucił! Kto byłby takim idiotą i zastawiał 
na siebie pułapkę? Quangel - niemoŜliwe!
Ponad wszystkimi wrzaskliwy głos Pralla: - Dawajcie tę świnię! A potem obrabiać, 
obrabiać!...
Pierwszy uspokoił się sam komisarz Escherich.
-  Słówko, Herr Obergruppenfuehrer! Proszę pozwolić, Ŝe zaproponuję zrobienie przedtem 
rewizji w. mieszkaniu tego Quangla.
-  Ale po co te zachody, Escherich? Przez ten czas jeszcze nam ten drab ucieknie.
-  Z tego budynku teraz nikt się nie wydostanie. A jeśli znajdziemy w jego mieszkaniu coś, co 
go nieuchronnie pogrąŜy, coś, co uniemoŜliwi wszelkie zaprzeczanie? To zaoszczędziłoby 
nam wiele roboty! Teraz jest na to właściwa pora! Teraz, kiedy ten człowiek i jego rodzina 
jeszcze nic nie wiedzą, Ŝe podejrzewamy go...
-  O wiele prostsze byłoby przecieŜ wypruwać mu bebechy z brzucha, póki się nie przyzna. 
Ale zresztą - przy okazji schwycimy i Ŝonę. Tylko uprzedzam pana, Escherich, jeŜeli ten gość 
tymczasem zrobi jakieś świństwo, wlezie do maszyny czy coś takiego, to znów potańczę z 
panem! Chcę widzieć tego draba na stryczku.
-  Zobaczy go pan! KaŜę tego Quangla bez przerwy obserwować przez drzwi. Praca idzie 
dalej, moi panowie, póki nie wrócimy - myślę, Ŝe za jaką godzinę...
ROZDZIAŁ XLVIII Aresztowanie Anny Ouangel Gdy Otto Quangel wyszedł, Anna zapadła 
w stan półsnu, z którego jednak prędko się poderwała. Pomacała po kołdrze szukając obu 
pocztówek, ale nie znalazła ich. Zastanawiała się i nie mogła sobie przypomnieć, czy Otto 
zabrał karty ze sobą. Nie, wprost przeciwnie! Wiedziała juŜ teraz dokładnie, Ŝe jutro albo 
pojutrze miała te karty sama wynieść - tak było umówione.
Pocztówki musiały więc być w mieszkaniu. Pani Anna zaczyna poszukiwania, na przemian to 
drŜąc z zimna, to znów rozpalona gorączką. Przewraca całe mieszkanie, szuka między 
bielizną, włazi pod ' 'ko Oddycha z trudem, czasami siada na brzegu łóŜka, bo po prostu rna 
juŜ sił. Naciąga kołdrę i patrzy przed siebie, teraz zapomniała 1 pełnie o pocztówkach. Ale 
zaraz znów się podrywa i zaczyna szukać na nowo.
Tak mijają godziny, dopóki nie rozlega się dzwonek. Drętwieje, dzwonił? Kto mógł dzwonić? 
Kto chce czegoś od niej?
I zapada na nowo w gorączkową półświadomość, z której wyrywają i dzwonek. Tym razem 
dzwonek dzwoni długo, Ŝąda przeraźliwie wpuszczenia. A teraz nawet ktoś wali pięściami w 
drzwi. Słyszy krzyk: u Otwierać! Policja! Natychmiast otwierać!
Anna Quangel umiecha się, kładzie się z powrotem do łóŜka obtykając mocno kołdrę dokoła 
siebie. Niech sobie dzwonią i wołają! Jest chora, nie jest zobowiązana otworzyć. Niech 
przyjdą kiedy indziej albo wtedy, kiedy Otto będzie w domu. Nie otworzy.
WciąŜ dzwonki, krzyki, walenie...
Takie małpy! Myślą, Ŝe dlatego otworzy! GwiŜdŜę na nich!
W gorączkowym zamroczeniu nie pamięta juŜ o zagubionych kartach ani o 
niebezpieczeństwie, które oznacza ta wizyta policyjna. Cieszy się tylko, Ŝe jest chora i wobec 
tego nie musi otwierać.
Potem, oczywiście, są mimo to w mieszkaniu, pięciu czy sześciu męŜczyzn - sprowadzili 
ślusarza, czy teŜ otworzyli drzwi wytrychem. Łańcuch nie był przecieŜ załoŜony. Ze względu 
na chorobę nie załoŜyła łańcucha po wyjściu Ottona. Akurat dziś - zazwyczaj zamykała drzwi 
na łańcuch.
-  Pani nazywa się Anna Quangel? Pani jest Ŝoną majstra Ottona Quangla?
Tak, drogi panie. JuŜ dwadzieścia osiem lat.
-  Dlaczego nie otworzyła pani na nasze pukanie i dzwonki?
-  Bo jestem chora, drogi panie, mam grypę.
-  Niech pani nie odgrywa tu komedii! - krzyczy grubas w czarnym mundurze. - Pani tylko 
symuluje!
Komisarz Escherich robi uspokajający gest w kierunku swego przełoŜonego. Ta kobieta jest 
naprawdę chora, to nawet dziecko moŜe zauwaŜyć. I moŜe nawet dobrze, Ŝe jest chora: wielu 
juŜ wygadało się w gorączce. Podczas gdy jego ludzie zaczynają przeszukiwać mieszkanie, 
komisarz zwraca się znów do kobiety. Bierze jej gorącą rękę i powiada ze współczuciem: - 
Pani Quangel, muszę pani niestety zakomunikować złą wiadomość.

Robi przerwę.
-  No? - pyta kobieta, ale wcale nie bojaźliwie.
-  Musiałem aresztować pani męŜa.
Kobieta uśmiecha się. Anna Quangel uśmiecha się tylko. Z uśmiechem potrząsa głową i 
powiada: - Nie, drogi panie, czegoś takiego tije moŜe mi pan opowiadać! Ottona nikt nie 
zaaresztuje, on jest porządnym człowiekiem. - Pochyla się do komisarza i szepce: - Wie pan, 
drogj panie, co ja myślę? Mnie się to wszystko tylko śni. Mam gorączkę Grypa, powiedział 

Strona 115

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

doktor, a w gorączce moŜe się coś takiego przyśnić Mnie się to wszystko' śni: i pan, i ten 
czarny grubas, i ten pan, który tam w komodzie grzebie w mojej bieliźnie. Nie, mój drogi 
panie, Ottona pan nie aresztował, to mi się tylko śni.
Komisarz Escherich powiada tak samo szeptem: - Pani Quangel, a moŜe teraz pani śni o 
pocztówkach? Pani wie przecieŜ o pocztówkach, które pani mąŜ zawsze pisał?
Ale gorączka nie zmąciła do tego stopnia zmysłów Anny Quangel,by nie oprzytomniała na 
słowo „pocztówka". Wzdryga się. Przez chwilę oko jej skierowane na komisarza jest zupełnie 
jasne i świadome. Ale potem odpowiada, znów z uśmiechem potrząsając głową: - Co za 
pocztówki? Mój mąŜ przecieŜ nie pisze Ŝadnych kart! JeŜeli coś się u nas pisze, to ja to robię. 
Ale juŜ od dawna nie piszemy. Od czasu, gdy mój syn poległ, juŜ nie piszemy. To panu się 
śni, drogi panie, Ŝe mój Otto pisał karty!
Komisarz widział jej wzdrygnięcie, ale wzdrygnięcie nie jest przecieŜ Ŝadnym dowodem. 
Powiada więc: - Widzi pani - i od czasu, gdy pani syn zginął, piszecie te pocztówki, wy oboje. 
Czy nie przypomina pani sobie jeszcze pierwszej karty?
I powtarza uroczystym tonem: Matko! Fuehrer zamordował mojego syna! Fuehrer zamorduje 
równieŜ twoich synów, nie zaprzestanie, póki nie będzie Ŝałoby w kaŜdym domu...
Anna słucha. Uśmiecha się. Powiada: - To pisała matka! Tego mój Otto nie pisał, to się panu 
tylko śni!
Komisarz: - To Otto pisał, a tyś mu dyktowała! Powiedz!
Ale Anna potrząsa głową: - Nie, drogi panie! Czegoś takiego nie umiem dyktować, na to moja 
głowa jest za słaba...
Komisarz wstaje i wychodzi z sypialni. W stołowym zaczyna wraz ze swymi ludźmi szukać 
przyborów do pisania. Znajduje kałamarz z at mentem, obsadkę i stalówkę, które ogląda 
uwaŜnie, i kartę z poczty f lowej. Wraca z tym do Anny Quangel.
Annę przesłuchał tymczasem obergruppenfuehrer Prali na swój osób. Prali jest głęboko 
przekonany, Ŝe wszystko z tą grypą i gorączką to tylko bujda, Ŝe kobieta symuluje. Ale gdyby 
nawet naprawdę była hora, nie zmieniłoby to nic w jego metodach przesłuchiwań. Chwyta 
Annę Quangel za ramiona, tak Ŝe ją to naprawdę boli, i zaczyna nią potrząsać. Głowa jej 
uderza o drewnianą ściankę łóŜka. Gdy poderwał ja tak ze dwadzieścia, trzydzieści razy i 
znów cisnął na poduszki, krzyczy jej wściekle w twarz: - Czy będziesz jeszcze wciąŜ kłamała, 
ty stara świnio komunistyczna? Masz nie kłamać! Masz nie kłamać!
-  Nie - bełkocze kobieta. - Niech pan tego nie robi!
-  Powiedz, Ŝe to ty pisałaś karty. Powiedz natychmiast! Bo rozwalę ci twój przeklęty łeb! - ty 
czerwona świnio! - ty!
I przy kaŜdym słowie uderza jej głową o ściankę łóŜka.
Komisarz Escherich z przyborami do pisania w ręku przygląda się ode drzwi tej scenie z 
uśmiechem. A więc to jest przesłuchanie obergruppenfuehrera! Jeśli tak potrwa jeszcze z pięć 
minut, to przez pięć dni kobieta nie będzie mogła być przesłuchiwana. Nawet najbardziej 
wyrafinowana męczarnia nie przywróci jej przytomności.
W tej chwili to moŜe wcale nie jest takie złe. Niech napędzi jej trochę strachu, niech ją trochę 
poboli, tym bardziej będzie czepiała się jego, takiego uprzejmego człowieka.
Gdy obergruppenfuehrer widzi wynurzającego się koło łóŜka komisarza, przerywa 
potrząsanie i powiada jednocześnie przepraszająco i z wyrzutem: - Pan jest o wiele za 
łagodny z takimi babami. Trzeba je obrabiać, póki nie zaczną skomleć.
-  Oczywiście, Herr Obergruppenfuehrer, na pewno! Ale czy wolno mi przedtem tej kobiecie 
coś pokazać?
Zwraca się do chorej, która teraz jęcząc leŜy z zamkniętymi oczami na łóŜku: - Pani Quangel, 
niech pani posłucha!
Wydaje się, Ŝe nie słyszy.
Komisarz bierze ją za rękę i ostroŜnie sadza na łóŜku: - Tak ~ powiada z delikatną namową - 
no, niechŜe pani teraz otworzy oczy!
Anna czyni to. Escherich obliczał zupełnie słusznie: po potrząsaniu i groźbach ten przyjazny i 
uprzejmy głos brzmi mile dla jej ucha.
-  Powiedziała mi pani przed chwilą, Ŝe od dawna u was nic się nie pisze? No, niechŜe pani 
obejrzy pióro. PrzecieŜ tym piórem ktoś pisa} dziś albo wczoraj. Atrament na stalówce jest 
jeszcze zupełnie świeŜy! Widzi pani, mogę go zdrapać paznokciem.
-  Nic z tego nie rozumiem! - powiada pani Quangel odmownie.
- Musi pan zapytać mojego męŜa, ja się na tym nie rozumiem.
Komisarz Escherich przygląda się jej uwaŜnie. - Pani rozumie bardzo dobrze, pani Quangel! - 
powiada nieco ostrzej. - Tylko pani nie chce zrozumieć, bo pani wie, Ŝe się juŜ zdradziła!
-  U nas nikt nie pisze - powtarza pani Quangel uparcie.
-  A pani męŜa nie muszę juŜ o nic pytać - ciągnie dalej komisarz - bo przyznał się do 
wszystkiego. Pisał karty, a pani mu je dyktowała...
-  No, to przecieŜ dobrze, jeŜeli Otto przyznał się do wszystkiego - powiada Anna Quangel.
-  RąbnijŜe to bezczelne pudło w mordę!  Escherich! - krzyczy tymczasem 
obergruppenfuehrer. - Taka bezczelność, tak nas nabierać.
Ale komisarz nie rąbie „bezczelnego pudła" w mordę, tylko powiada: - Złapaliśmy pani męŜa 
z dwiema pocztówkami w kieszeni. Nie mógł nawet zaprzeczać!
Gdy pani Quangel słyszy o tych pocztówkach, których szukała tak długo w gorączce, 
przenika ją znowu strach. Wziął je więc ze sobą, a przecieŜ umówili się stanowczo, Ŝe ona te 
karty jutro albo pojutrze podrzuci. To było niesłuszne ze strony Ottona.
„Coś musiało się stać z tymi kartami - zastanawia się z trudem. - Ale Otto do niczego się nie 
przyznał, bo nie szukaliby tutaj i nie badaliby mnie. Zamiast tego zaczęliby..."
I pyta głośno: - Dlaczego nie sprowadzacie tutaj Ottona? Nie wiem, co to ma być z tymi 
pocztówkami. Po co miałby pisać pocztówki?
I pani Anna kładzie się znów z zamkniętymi oczyma i ustami, zdecydowana stanowczo, Ŝe 
nie powie więcej ani słowa.
Komisarz Escherich przez chwilę przygląda się z namysłem kobiecie. Jest bardzo 
wyczerpana, to widać. W tej chwili nic nie moŜna z nią zrobić. Odwraca się, woła dwóch 
ludzi i rozkazuje: - PrzełóŜcie tę kobietę do drugiego łóŜka, a potem przeszukajcie dokładnie 
to łóŜko! Proszę, Herr Obergruppenfuehrer...
Chce, by przełoŜony wyszedł z tego pokoju, nie chce jeszcze jednego Prallowskiego 
przesłuchania. Bardzo moŜliwe, Ŝe ta kobieta będzie mu w najbliŜszych dniach koniecznie 
potrzebna. Musi odzyskać trochę sił  • ^wiadomości. Poza tym wydaje się, Ŝe naleŜy ona do 
tych nielicznych ludzi, którzy stają się jeszcze bardziej uparci pod wpływem zagroŜenia 
cielesnego. Biciem na pewno nic z niej nie moŜna wydostać.

Strona 116

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Obergruppenfuehrer niechętnie odchodzi. Pokazałby tej starej, co o niej myśli. Wyładowałby 
najchętniej na niej swoją złość za całą tę przeklętą historię Klabautermanna. Ale te dwa 
szpicle były niestety \v pokoju - a poza tym przecieŜ dziś wieczorem ta stara małpa będzie w 
bunkrze na Prinz-Albrecht-Strasse, wtedy będzie mógł z nią robić, co będzie chciał.
-  Pan zaaresztuje chyba tę starą, Escherich? - pyta w stołowym.
-  Oczywiście, zrobię to - odpowiada komisarz - i przygląda się bezmyślnie swoim ludziom, 
którzy z pedantyczną troskliwością rozkładają kaŜdą sztukę bielizny i składają starannie z 
powrotem, długimi igłami dziurawią siedzenie kanapy i ostukują ściany. I dodaje: - Ale 
muszę się postarać, aby doprowadzić ją do stanu, w którym będzie zdolna do przesłuchania. 
W gorączce rozumie zaledwie połowę. Musi przedtem pojąć, Ŝe stoi przed groźbą śmierci. 
Wtedy strach ją ogarnie...
-  Ja ją juŜ nauczę strachu! - warczy obergruppenfuehrer.
-  Nie w ten sposób - w kaŜdym razie musi być przedtem bez gorączki - prosi Escherich i 
przerywa: - Co tam mamy?
Jeden z jego ludzi zajął się nielicznymi ksiąŜkami ustawionymi na małej półce. Potrząsnął 
ksiąŜką i coś białego wypadło na podłogę. Komisarz był najszybszy. Podniósł papier.
-  Karta! - zawołał - zaczęta i nie dokończona karta!
I czytał na głos: -Fuehrer rozkazuje, a my słuchamy! Tak, staliśmy się tylko stadem owiec, 
które nasz Fuehrer wiedzie na rzeź. Zrezygnowaliśmy z myślenia... - Rozejrzał się. Wszyscy 
patrzyli na niego.
-  Mamy więc dowód - powiedział komisarz niemal z dumą. - Mamy sprawcę. Mamy 
niezaprzeczalne dowody jego winy. śadne wymuszone zeznanie, nie, jasny dowód 
kryminalłstyczny! Warto było tak długo czekać!
Rozejrzał się. Jego blade oczy błyszczały teraz. To była jego godzina, godzina, na którą tak 
długo czekał. Przed chwilą myślał o tej długiej, długiej drodze, która go tu doprowadziła. Od 
pierwszej karty, którą Przyjął jeszcze z pogodną obojętnością, do tej, którą miał teraz w ręku. 
Myślał o narastającej fali kart, o mnoŜących się czerwonych chorągiewkach, myślał teŜ o 
małym Ennie Kluge.
r Znów stał z nim w celi komisariatu, znów siedział z nim nad ciemną wodą jeziora. Potem 
padł strzał, i myślał, Ŝe oślepł na całe Ŝycie. Widzia} samego siebie, jak dwaj esesmani 
zrzucają go ze schodów okrwawione-go, upokorzonego, podczas gdy mały kieszonkowiec 
czołga się na kolanach wołając swą Najświętszą Pannę Marię. Zupełnie pobieŜnie pomyślał 
teŜ o radcy kryminalnym Zotcie - biedak, nawet jego teoria z tramwajami okazała się 
fałszywa.
To była godzina triumfu komisarza Eschericha. Sądził, Ŝe warto było być cierpliwym i znieść 
wiele. Miał go teraz, swojego Klabauter-manna, jak go początkowo Ŝartobliwie nazwał. 
Okazał się prawdziwym Klabautermannem - o mało nie doprowadził okrętu Ŝycia Eschericha 
do katastrofy. Ale teraz był schwytany, polowanie skończone, gra rozegrana.
Komisarz Escherich spojrzał jakby budząc się ze snu. Powiedział rozkazująco: - Kobietę 
trzeba odwieźć karetką szpitalną. Dwóch ludzi do konwoju. Pan mi za nią odpowiada, 
Kemmel! śadnych prze-słuchiwań, w ogóle zakaz rozmów. Natychmiast sprowadzić lekarza. 
Gorączka musi minąć w ciągu trzech dni, niech mu pan to powie, Kemmel!
-  Rozkaz, panie komisarzu!.
-  Pozostali doprowadzą mieszkanie do porządku, nienagannie. W jakiej ksiąŜce leŜała ta 
karta? „O budowie radioaparatów"? Dobrze! Wrede, niech pan włoŜy tę kartę dokładnie tak, 
jak leŜała. W ciągu godziny wszystko musi tu być w porządku. Przyjdę tu jeszcze raz ze 
sprawcą. Nikt z was tutaj nie zostaje. śadnego posterunku, nic! Zrozumiano?
-  Rozkaz, panie komisarzu!
-  Chodźmy więc, Herr Obergruppenfuehrer.
-  Czy nie pokaŜe pan znalezionej karty tej kobiecie, Escherich?
-  Po co? W gorączce i tak nie zareaguje właściwie, a mnie chodzi teraz o jej męŜa.  Wrede, 
czy znalazł pan jakiś klucz od drzwi wejściowych?
-  Tak, jest w torebce kobiety.
-  Daj go pan. Dziękuję. Chodźmy więc, Herr Obergruppenfuehrer!
Na dole radca sądowy Fromm patrzył przez okno za odjeŜdŜającymi. Pokiwał głową. Potem 
zobaczył, jak wniesiono nosze z panią Quangel do karetki, ale wygląd tych ludzi wskazywał, 
Ŝe celem jazdy nie jest zwykły szpital.
_ Jeden po drugim - powiedział cicho były radca sądowy Fromm.
Jeden po drugim! Dom pustoszeje. Rosenthalowie, Persickowie, Borkhausen, Quangel - 
mieszkam tu juŜ prawie samotnie. Połowa narodu zamyka drugą połowę, to chyba juŜ długo 
nie moŜe potrwać.
xfo, w kaŜdym razie ja tu zostanę, mnie nie zamkną...
Uśmiecha się i kiwa głową.
- Im gorzej, tym lepiej. Tym prędzej będzie koniec!
ROZDZIAŁXLIX Rozmowa z Ottonem Ouanglem Niezupełnie łatwo było komisarzowi 
Escherichowi nakłonić pana obergruppenfuehrera Pralla, aby przy pierwszym przesłuchaniu 
pozostawił go samego z Ottonem Quanglem. Ale ostatecznie udało mu się.
Gdy wchodził z majstrem po schodach do mieszkania, ściemniło się juŜ. Na schodach paliło 
się światło i Quangel teŜ zapalił światło, gdy weszli do mieszkania. Skierował się w stronę 
sypialni.
-  Moja Ŝona jest chora - zamruczał.
-  Pańskiej Ŝony juŜ tutaj nie ma - powiedział komisarz - została wywieziona. Niech pan siada 
koło mnie...
-  Moja Ŝona ma wysoką gorączkę, grypa - zamruczał Quangel. Widać było po nim, Ŝe 
wiadomość o nieobecności Ŝony mocno nim wstrząsnęła. Martwa obojętność, którą okazywał 
dotychczas, zniknęła.
-  Lekarz troszczy się o pańską Ŝonę - powiedział komisarz uspokajająco. - Myślę, Ŝe za dwa, 
trzy dni pozbędzie się gorączki. Zarządziłem odtransportowanie jej w karetce pogotowia.
Po raz pierwszy Quangel przyjrzał się dokładnie temu człowiekowi. Jego nieruchomy, ptasi 
wzrok długo spoczywał na komisarzu. Potem Quangel skinął: - Karetka pogotowia - 
powiedział - doktor, to dobrze. Dziękuję panu. To jest słuszne. Nie jest pan złym 
człowiekiem.
Komisarz wykorzystał okazję. -Nie jesteśmy tacy źli, panie Quangel ~ powiedział - jak często 
nas przedstawiają. Robimy wszystko, aby ułatwić połoŜenie aresztowanego. Chcemy tylko 
stwierdzić, czy istnieje wina. To jest nasze zajęcie, tak jak pańskim zajęciem jest robić 
trumny...

Strona 117

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  Tak - powiedział Quangel twardym głosem. -- Tak. Stolarz trumien i dostawca do trumien, 
tak to jest!
-  Sądzi pan - odpowiedział Escherich nieco ironicznie - Ŝe dostarczam zawartość do pańskich 
trumien? Czy widzi pan swoją sprawę aŜ w tak czarnych barwach?
-  Ja nie mam Ŝadnej sprawy!
-  O, jednakowoŜ coś tam jest, odrobinka. Niech pan na przykład spojrzy na to pióro, 
Quangel. To jest pańskie pióro. Atrament na nim jeszcze nie zasechł. Co pan dziś albo 
wczoraj pisał tym piórem?
-  Musiałem coś podpisać.
-  A co pan musiał podpisać, panie Quangel?
-  Wypisywałem skierowanie do Kasy Chorych dla mojej Ŝony, moja Ŝona jest chora na 
grypę...
-  A pańska Ŝona powiedziała mi, Ŝe pan nigdy nie pisze. Wszystko, co się pisze u was, ona 
pisze - tak powiedziała.
Tak jest, jak moja Ŝona powiedziała. Ona wszystko pisze. Ale wczoraj ja musiałem pisać, 
poniewaŜ miała gorączkę. Ona nic o tym nie wie.
-  I spójrz pan, panie Quangel - ciągnął komisarz dalej - jak ta stalówka drapie. Zupełnie nowa 
stalówka, a juŜ drapie. Bo pan ma taką cięŜką rękę, panie Quangel. - PołoŜył obie znalezione 
w warsztacie karty na stół. - Spójrz pan, pierwsza karta pisana jest jeszcze zupełnie gładko, 
ale przy drugiej, widzi pan - tutaj i tutaj - i tam, to B takŜe - tutaj juŜ pióro drapało. No i cóŜ,

panie Quangel?
-  To są te karty - powiedział Quangel obojętnie. - LeŜały w warsztacie na podłodze. 
Powiedziałem temu w niebieskiej bluzie, Ŝeby je podniósł. Zrobił to. Rzuciłem okiem na 
karty, a potem oddałem je od razu męŜowi zaufania Frontu Pracy. Ten poszedł z kartami. A 
poza tym nic o nich nie wiem.
Wszystko to powiedział Quangel monotonnie i powoli, nieobrotnym językiem, jak stary, 
trochę ograniczony człowiek.
Komisarz zapytał: - Ale przecieŜ pan widzi, panie Quangel, Ŝe ta druga karta przy końcu 
pisana jest rozszczepioną stalówką?
- Nie rozumiem się na tym. Nie jestem „uczony w piśmie", jak to się mówi w Biblii.
Przez chwilę było w pokoju zupełnie cicho. Quangel patrzył przed siebie na stół, z twarzą 
niemal pozbawioną wszelkiego wyrazu.
jComisarz spoglądał na tego męŜczyznę. Był głęboko przekonany, Ŝe • jest on ani tak 
powolny, ani tak niezdarny, na jakiego teraz wyglądał, ]e raczej tak ostry, jak jego twarz i tak 
szybki, jak jego oko. Komisarz uznał za swoje pierwsze zadanie wydobycie tych cech z tego 
człowieka.
fhciał rozmawiać z przebiegłym autorem kart, a nie ze starym, Oełupiałym z roboty majstrem.
Po chwili Escherich zapytał: - Co to za ksiąŜki tam, na półce?
Powoli Quangel podniósł wzrok, patrzył przez chwilę na komisarza, a potem zaczął nagłymi 
poruszeniami odwracać głowę, dopóki oczy jego „ie napotkały półki.
-  Jakie to ksiąŜki? Jest tam śpiewnik mojej Ŝony i jej Biblia. A te inne, to chyba wszystko 
ksiąŜki mojego syna, który zginął na froncie. I\fie czytam ksiąŜek, nie mam ksiąŜek. Nie 
umiałem nigdy dobrze czytać...
-  Niech mi pan da czwartą ksiąŜkę z lewej, panie Ouangel, tę w czerwonej oprawie.
Powoli i ostroŜnie wyjął Quangel ksiąŜkę z półki, zaniósł ją ostroŜnie, tak jak miękkie jajko, 
do stołu i połoŜył przed komisarzem.
-  Jak samemu zbudować radioaparat - Otto Runger - przeczytał komisarz głośno z okładki - 
no, Quangel, czy nic panu nie przychodzi na myśl, gdy widzi pan tę ksiąŜkę?
-  To jest ksiąŜka mojego syna Ottona, który poległ na froncie - odpowiedział powoli 
Quangel. - Miał bzika na punkcie radia. Był znany, warsztaty biły się o niego. Znał kaŜdy 
zwój...
-  A poza tym nic panu nie przychodzi na myśl, panie Quangel, kiedy widzi pan tę ksiąŜkę?
-  Nie! - Quangel potrząsnął głową. - Nie wiem o niczym. Nie czytam ksiąŜek.
-  Ale moŜe pan coś w nie kładzie? Niech pan otworzy ksiąŜkę, panie Quangel!
KsiąŜka otworzyła się dokładnie w tym miejscu, gdzie leŜała karta.
Quangel wpatrywał się w słowa: Fuehrer rozkazuje, my słuchamy...
Kiedy to pisał? To musiało być juŜ dawno, bardzo dawno. Na samym początku. Ale dlaczego 
nie dokończył? I skąd ta karta znalazła si? w ksiąŜce Ottonka?
Powoli narastało w nim wspomnienie pierwszych odwiedzin szwag-ra> Ulricha Heffke. 
Wówczas prędko schowali kartę, a on dalej rzeźbił głowę Ottonka. Schowali i zapomnieli. 
Zarówno on, jak i Anna!
Kaidy umiera... t. II  l o było to niebezpieczeństwo, które zawsze odczuwał! To był te wróg w 
ciemności, którego nie mógł zobaczyć, ale którego zawsze sie obawiał. To był błąd, który 
popełnił, błąd, którego nie moŜna byjo obliczyć...
„Mają cię! - mówiło coś w nim. - Przegrałeś teraz swoją gło\ve - z własnej winy. Teraz jesteś 
stracony!
Czy Anna coś zeznała? Na pewno pokazali jej kartę. Ale Anna mimo to zaprzeczała, znam ją 
przeceŜ. I ja zrobię tak samo. Oczywiście, Anna miała gorączkę..."
Komisarz zapytał: - No, Quangel, pan nic nie mówi? Kiedy pan tę kartę pisał?
-  Nie wiem nic o tej karcie - odpowiedział - nie potrafię czegoś takiego w ogóle pisać, jestem 
na to za głupi!
-  A skąd się bierze .karta w ksiąŜce pańskiego syna. KtóŜ ją tam włoŜył?
-  SkądŜe mam to wiedzieć? - odpowiedział Quangel niemal gru-biańsko - moŜe pan sam tę 
kartę tam włoŜył albo ktoś z pańskich ludzii JuŜ nieraz się słyszało, Ŝe fabrykuje się dowody, 
tam. gdzie ich nie ma!
-  Karta została znaleziona w tej ksiąŜce w obecności wielu niezawodnych świadków. 
RównieŜ pańska Ŝona przy tym była.
-  No, i co moja Ŝona powiedziała?
-  Gdy karta została znaleziona, przyznała natychmiast, Ŝe pan pisał te karty, a ona je 
dyktowała. Widzi pan, Quangel, niech pan nie staje sztorcem. Niech pan po prostu się 
przyzna. JeŜeli pan się przyzna, nie powie mi pan nic, czego bym i tak juŜ nie wiedział. 
Natomiast ułatwi pan sytuację sobie i pańskiej Ŝonie. JeŜeli zaś pan się nie przyzna, będę 
musiał wziąć pana do nas, do gestapo. A w naszej piwnicy nie jest tak przyjemnie...
I przypominając sobie własne przeŜycia w piwnicy, komisarz lekko zadrŜał przy wymawianiu 
tych słów.

Strona 118

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Opanował się jednak i ciągnął dalej: -Ale jeŜeli przyzna się pan, będ? mógł pana od razu 
przekazać sędziemu śledczemu. Dostanie się pan do Moabitu i tam będzie się pan miał 
dobrze, tak jak wszyscy innl więźniowie.
Komisarz mógł mówić, co chciał - Quangel upierał się przy swoich kłamstwach. Escherich 
przed chwilą popełnił błąd, przenikliwy Quange' natychmiast to zauwaŜył. Niezdarny sposób 
bycia starego majstra  . oLWjadczenia jego przełoŜonych o tyle wywarły wraŜenie na Es-
herichu, Ŝe nie przypuszczał, aby Quangel mógł być autorem kart. Był tzlico tym, który pisał, 
a Ŝona je dyktowała... A więc Anna nic nie zeznai". To ten gość tylko wymyślił.
Quangel zaprzeczał dalej.
VVreszcie Escherich przerwał bezskuteczne przesłuchanie w mieszkaniu i pojechał z 
Quanglem na Prinz-Albrecht-Strasse. Spodziewał się, ze inne otoczenie, postacie esesmanów, 
cały groźny aparat przerazi prostego człowieka i zmiękczy go.
Byli w pokoju komisarza i Escherich zaprowadził Quangla przed swój plan Berlina z 
czerwonymi chorągiewkami.
-  Niech pan przyjrzy się temu, panie Quangel - powiedział - kaŜda chorągiewka oznacza 
znalezioną kartę. Tkwi dokładnie w miejscu, gdzie została znaleziona. JeŜeli pan teraz spojrzy 
na te miejsca - wskazał palcem - widzi pan dokoła mnóstwo chorągiewek, ale tutaj ani jednej. 
To jest bowiem ulica Jabłońskiego, na której pan mieszka. Tam pan oczywiście nie podrzucił 
ani jednej karty, bo jest pan zbyt znany...
Ale Escherich zauwaŜył, Ŝe Quangel wcale go nie słucha. Dziwne, niezrozumiałe 
zdenerwowanie opanowało tego człowieka na widok planu miasta. Oczy mu latały, a ręce 
drŜały. Prawie zalękniony zapytał: - AleŜ to mnóstwo chorągiewek, ileŜ ich moŜe być?
-  Mogę to panu dokładnie powiedzieć - odparł komisarz, który zrozumiał teraz, co tak 
wstrząsnęło tym człowiekiem. - Tu ma pan dwieście sześćdziesiąt siedem chorągiewek, 
dwieście pięćdziesiąt dziewięć kart i osiem listów. A ile pan napisał, Quangel?
MęŜczyzna milczał, ale nie było to juŜ milczenie sprzeciwu, lecz milczenie głębokiego 
wstrząsu.
-. I pomyśl pan jeszcze jedno, panie Quangel - ciągnął dalej komisarz rozumiejąc swoją 
przewagę - wszystkie te karty i listy zostały nam dostarczone dobrowolnie. Ani jednej nie 
znaleźliśmy sami. Ludzie formalnie przylatywali z nimi, jakby się paliło. Chcieli jak 
najprędzej się lch pozbyć, większość nawet nie czytała tych kart...
Quangel wciąŜ jeszcze milczał, ale twarz jego drgała. Działo się z nim c°ś strasznego. 
Nieruchome, ostre oko płonęło teraz, błądziło. Opuszczał wzrok, patrzył w ziemię i jak 
zaczarowany znów podnosił oczy ku chorągiewkom.
-  I jeszcze jedno, Quangel. Czy pan kiedykolwiek pomyślał o ile strachu i nieszczęść 
sprowadza pan na ludzi przez te karty? L przecieŜ ginęli ze strachu, niektórych aresztowano, a 
o jednym wiem na pewno, Ŝe popełnił samobójstwo przez te karty...
-  Nie! nie! - krzyczy Quangel. - Nie chciałem tego! Nigdy tego nig przypuszczałem! 
Chciałem, aby było lepiej, aby ludzie poznali prawdę aby wojna się prędzej skończyła, aby 
przerwano nareszcie tę mordownie - tego chciałem! Ale nie chciałem przecieŜ siać strachu i 
przeraŜenia, nie chciałem, aby było jeszcze gorzej! Biedni ludzie, a ja uczyniłem ich jeszcze 
biedniejszymi! Kto to był ten, co popełnił samobójstwo?
-  A, taki mały nierób, gracz wyścigowy, ten jest niewaŜny, niech pan sobie z jego powodu 
nie robi wyrzutów.
-  KaŜdy jest waŜny, zaŜądają ode mnie jego krwi.
-  Widzi pan, panie Quangel - powiedział komisarz do stojącego ponuro obok niego 
męŜczyzny. - Teraz pan jednak przyznał się do swojej zbrodni i nawet pan tego nie zauwaŜył!
-  Moja zbrodnia? Nie popełniłem Ŝadnej zbrodni, przynajmniej nie tę, o której pan myśli. 
Moją zbrodnią jest, Ŝe uwaŜałem się za zbyt chytrego, Ŝe chciałem sam coś robić, a wiem 
przecieŜ, Ŝe pojedynczy człowiek to nic. Nie, nie zrobiłem nic, czego musiałbym się 
wstydzić, ale zrobiłem to źle. Za to zasługuję na karę i za to umrę chętnie...
-  No, nie będzie chyba tak źle - zauwaŜył komisarz pocieszająco. Quangel nie słuchał go. 
Mówił sam do siebie: - Nigdy właściwie nie znałem dobrze ludzi, bo powinienem był to 
przewidzieć.
Escherich zapytał: - Czy pan wie, Quangel, ile pan właściwie napisał listów i pocztówek?
-  Dwieście siedemdziesiąt sześć kart i dziewięć listów.
-  ...tak, Ŝe raptem osiemnastu sztuk nie oddano.
-  Osiemnaście sztuk to jest moja robota przez ponad dwa lata, to jest moja cała nadzieja! Za 
te osiemnaście sztuk zapłacę Ŝyciem. Ale w kaŜdym razie choć osiemnaście sztuk!
-  Niech pan tylko nie sądzi, Quangel - powiedział komisarz - Ŝe te osiemnaście sztuk 
powędrowało dalej. Nie, zostały znalezione przez łudzi, którzy sami mieli tak zabagnione 
Ŝycie, Ŝe nie waŜyli się oddawać kart. RównieŜ tych osiemnaście przeszło bez wraŜenia. 
Nigdy n'e słyszeliśmy od ludzi o ich działaniu...
-  Tak, Ŝe nic nie osiągnąłem?
 _ Tak, Ŝe nic pan nie osiągnął, przynajmniej nic z tego, co pan ainierzał! Powinien pan 
cieszyć się z tego, Quangel: To zostanie pewnością uznane jako okoliczność łagodząca! MoŜe 
uda się panu wymigać piętnastoma albo dwudziestoma latami więzienia! Quangel wzdrygnął 
się. - Nie - powiedział - nie!
-  A cóŜ pan sobie właściwie myślał, Quangel? Pan, prosty robotnik, chciał walczyć przeciw 
fuehrerowi, za którym stoi partia, Wehrmacht, SS, SA? Przeciw fuehrerowi, który juŜ 
zwycięŜył pół świata i który za rok czy dwa zwycięŜy naszego ostatniego wroga? To przecieŜ 
śmieszne! przecieŜ musiał pan sobie z góry powiedzieć, Ŝe to się źle skończy! Tak to jest, gdy 
mucha chce walczyć przeciwko słoniowi. Tego nie rozumiem, pan, rozsądny człowiek...
-  Nie, pan tego nigdy nie zrozumie. To wszystko jedno, czy walczy tylko jeden, czy dziesięć 
tysięcy. JeŜeli ktoś poczuje, Ŝe musi walczyć, wtedy walczy bez względu na to, czy ma 
współwalczących, czy nie. Musiałem walczyć i robiłbym to dalej. Tylko inaczej, zupełnie 
inaczej!
Zwrócił znów swój spokojny wzrok na komisarza: - Poza tym, moja Ŝona nie ma z tym 
wszystkim nic wspólnego. Musicie ją wypuścić na wolność!
-  Teraz pan kłamie, Quangel! Pańska Ŝona dyktowała panu te karty, sama się do tego 
przyznała -  Teraz pan kłamie! Czyja wyglądam na człowieka, który pozwoli sobie dyktować 
przez Ŝonę? Jak tak dalej pójdzie, to pan jeszcze powie, Ŝe to ona wymyśliła tę całą sprawę. 
Nie, to ja byłem, ja sam. Ja wpadłem na tę myśl, ja pisałem karty, ja je wynosiłem, ja chcę 
ponieść karę! Ona nie! Moja Ŝona nie!
-  Zeznała...
-  Nic nie zeznała! Nie chcę słyszeć więcej takich kłamstw! Nie wolno panu rzucać 

Strona 119

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

oszczerstw na moją Ŝonę!
Przez chwilę stali naprzeciw siebie: męŜczyzna z ostrą, ptasią«twarzą i twardym spojrzeniem 
oraz bezbarwny, szary komisarz z Ŝółtawym wąsem i jasnymi oczyma.
Potem Escherich opuścił wzrok i powiedział: - Zawołam teraz kogoś 1 sPorządzimy mały 
protokólik. Mam nadzieję, Ŝe pan pozostanie przy swoich zeznaniach?
-  Pozostaję przy nich.
-  A czy zdaje pan sobie sprawę z tego, co pana czeka? Wieloletni^, więzienie, a moŜe 
śmierć?
-  Tak jest, wiem, co robiłem. I spodziewam się, Ŝe równieŜ pan \\ie co pan robi, panie 
komisarzu?
-  CóŜ ja robię?
-  Pracuje pan dla mordercy, dostarcza pan mordercy wciąŜ nowej zdobyczy. Robi pan to za 
pieniądze, moŜe pan nawet nie wierzy w tego człowieka. Nie, na pewno pan w niego nie 
wierzy. Tylko za pieniądze..
I  znów  stali  w  milczeniu  naprzeciw  siebie,  i znów  komisarz pokonany opuścił po chwili 
wzrok.
-  Pójdę więc - powiedział prawie ze zmieszaniem - i sprowadzę pisarza.
Poszedł.
ROZDZIAŁ L Śmierć Eschericha O północy komisarz Escherich siedzi jeszcze albo raczej 
znów siedzi w swoim biurze. Siedzi tam skulony, ale - choć wiele alkoholu wypił, nie potrafi 
zapomnieć straszliwej sceny, której musiał być świadkiem.
Tym razem jego wysoki zwierzchnik obergruppenfuehrer Prali nie miał wojennego krzyŜa 
zasługi dla swego tak znakomitego, tak dzielnego, tak kochanego komisarza, ale miał jednak 
dla niego zaproszenie na małą ucztę zwycięstwa. Siedzieli tam wszyscy razem i pili ostry 
armaniak bynajmniej nie z małych kieliszków, chwalili się schwytaniem Klabautennanna i 
komisarz Escherich musiał wśród ogólnego aplauzu odczytać protokół z zeznaniem Quangla.
śmudna, staranna robota kryminalistyczna rzucana przed wieprze!
A potem, gdy wszyscy juŜ sobie porządnie podpili, zdobyli się na specjalny kawał. Uzbrojeni 
we flaszki i kieliszki zeszli do celi Quangla i komisarz musiał pójść z nimi. Chcieli sobie 
obejrzeć tego ptaszka, tego wariata, który był tak bezczelny, Ŝe chciał walczyć przeciw 
fuehrerowi! Znaleźli Quangla śpiącego mocno pod kocem na pryczy. „Dziwna twarz - 
pomyślał Escherich - nawet we śnie nie pozwala sobie oa odpręŜenie, zawsze tak samo 
skupiona i zatroskana, we śnie i na jawie. Ale mimo wszystko męŜczyzna spał mocno...
Oczywiście nie pozwolili mu spać. Obudzili go, uderzeniami zegnali pryczy. Stał wśród tych 
ludzi w mundurach z czerni i srebra, w koszuli o wiele za krótkiej, koszuli, która nawet nie 
zakrywała jego nagości, śmieszna figura - jeŜeli się nie spojrzało na głowę!
A potem wpadli na pomysł, by ochrzcić tego starego Klabauterman-n(L Wylali mu flaszkę 
wódki na głowę. Obergruppenfuehrer Prali wyelosił małe, pijackie przemówienie o tym 
Klabautermannie, o tej świni, która wkrótce zostanie zarŜnięta, a na zakończenie mowy rozbił 
s\vój kielich o głowę Quangla.
To stało się sygnałem dla innych. Wszyscy teraz rozbijali swoje kielichy o głowę starego 
człowieka. Armaniak i krew spływały po jego twarzy. Ale w czasie tego wszystkiego zdawało 
się Escherichowi, jak gdyby Quangel spod spływających strumieni krwi i wódki patrzył bez 
przerwy na niego. Wydawało mu się, Ŝe słyszy, jak tamten mówi: - A więc to jest ta słuszna 
sprawa, dla której mordujesz! To są twoje pachołki katowskie! Tacy wy jesteście! Wiesz 
bardzo dobrze, co robisz! Ja umrę za zbrodnie, których nie popełniłem, a ty będziesz Ŝył - tak 
słuszna jest twoja sprawa!
Potem odkryli, Ŝe kielich Eschericha był jeszcze cały. Rozkazali mu równieŜ rozbić go na 
głowie Quangla. Tak, Prali musiał mu to dwa razy bardzo ostro rozkazać: - Wiesz przecieŜ, 
Escherich, Ŝe potańczę z tobą, jeŜeli nie będziesz posłuszny! Potem Escherich rozbił swój 
kieliszek o głowę Quangla. Czterokrotnie musiał uderzać drŜącą ręką, zanim szkło pękło, i 
przez cały czas czuł na sobie ostre, ironiczne spojrzenie Quangla, który w milczeniu 
przeŜywał swoje sponiewieranie. Ta śmieszna figura w zbyt krótkiej koszuli była mocniejsza, 
miała więcej godności niŜ wszyscy jego oprawcy. Przy kaŜdym uderzeniu komisarz 
Escherich, zrozpaczony i zastraszony, miał uczucie, jakby uderzał w swoje własne ja, jakby 
jakaś siekiera podcinała korzenie drzewa jego Ŝycia.
Otto Quangel nagle zachwiał się i upadł. Zostawili go na gołej Posadzce w celi, 
pokrwawionego i nieprzytomnego. Zabronili wartownikowi troszczyć się o tę świnię i wrócili 
na górę, aby dalej chlać, dalej świętować, jakby osiągnęli Bóg wie jakie bohaterskie 
zwycięstwo.
Teraz komisarz Escherich siedzi znów za swoim biurkiem, przygląda Sl? wiszącej na 
przeciwległej ścianie mapie z czerwonymi chorągiewkami. Ciało ma zupełnie sflaczałe, ale 
myśli są jeszcze jasne.
„Mapa jest załatwiona. Jutro moŜna ją zdjąć. Pojutrze powieszę nową mapę i będę gonił za 
nowym Klabautermannem. A jeszcze jedną. I jeszcze jedną. Jaki to wszystko ma sens? Czy 
po to jesten, na świecie? Chyba tak, ale jeŜeli .tak jest, to nie rozumiem nic z tego świata, a 
wtedy to wszystko nie ma absolutnie sensu, a wtedv rzeczywiście wszystko jedno, co robię...
»ZaŜądają ode mnie jego krwi...« Jak on to powiedział! A jego krwi ode mnie! Nie, mam na 
sobie równieŜ krew Enna Klugego, tego nędznego słabeusza, którego poświęciłem, aby 
wydać tego człowieka na łup pijackiej hordy. Ten nie będzie skowyczał jak tamten mały na 
kładce, ten umrze przyzwoicie...
A ja? Jak to wygląda ze mną? Jeszcze jedna sprawa i dzielnv Escherich nie odniósłszy takiego 
sukcesu, jakiego oczekuje obergrup-penfuehrer Prali, znów powędruje do piwnicy. Wreszcie 
przyjdzie taki dzień, kiedy ześlą mnie na dół, aby juŜ nigdy więcej nie wyciągnąć na górę. 
Czy Ŝyję po to, aby się tego doczekać? Nie. Quangel ma rację, gdy nazywa Hitlera mordercą, 
a mnie dostawcą mordercy. Było mi zawsze obojętne, kto jest u steru, po co jest ta wojna, 
bylebym tylko mógł robić swoje, bylebym tylko mógł iść na połów ludzi. Potem, gdy ich juŜ 
złapałem, było mi obojętne, co się z nimi dzieje...
Ale teraz nie jest mi obojętne. Mam tego dość! Brzydzę się dostarczaniem nowego łupu tym 
draniom, od czasu, jak schwytałem tego Quangla, brzydzę się. Jak on stał i patrzył na mnie... 
Krew i wódka spływały po jego twarzy, ale on patrzył na mnie! To tyś zrobił - mówił jego 
wzrok - tyś mnie zdradził! Ach, gdyby to było moŜliwe, poświęciłbym dziesięciu Ennów 
Kluge, aby uratować jednego Quangla, poświęciłbym ten cały dom, aby go oswobodzić. 
Gdyby to było jeszcze moŜliwe, odszedłbym stąd, zacząłbym coś robić jak Otto Quangel, coś 
lepiej obmyślonego, ale chciałbym walczyć.
Wiem, Ŝe to jest niemoŜliwe, nie puszczą mnie stąd. Coś takiego nazywają dezercją. 

Strona 120

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Sprowadziliby mnie i wrzucili znów do bunkra. A moje ciało krzyczy, kiedy je dręczą. Tak, 
jestem tchórzem. Jestem tchórzem jak Enno Kluge, nie jestem męŜny jak Otto Quangel. 
Kiedy obergruppenfuehrer Prali krzyczy na mnie, drŜę i drŜąc czynię, co tf& rozkazuje. 
Rozbijam swój kielich na głowie jedynego porządnego człowieka, ale kaŜde uderzenie jest 
garścią ziemi na moją trumnę."
 Komisarz Escherich wstał powoli, bezradny uśmiech rozlał się na .   Q twarzy. Podszedł do 
ściany, nasłuchiwał. Teraz, w godzinę po ółnocy było cicho w wielkim domu przy Prinz-
Albrecht-Strasse. Tylko troki wartownika na korytarzu, tam i z powrotem, tam i z powrotem...
.1 ty nie wiesz, dlaczego pędzisz tam i z powrotem - pomyślał gscherich. - Pewnego dnia 
zrozumiesz, Ŝe zaprzepaściłeś Ŝycie..."
Sięgnął po mapę, zerwał ją ze ściany. Wiele chorągiewek spadło na ziemi?> brzęcząc 
szpileczkami. Escherich zmiął mapę i cisnął ją na podłogę.
- Aus! - powiedział. - Koniec! Koniec ze sprawą Klabautermanna! Wrócił powoli do swego 
biurka, wyciągnął jedną z szuflad i kiwnął głową.
„Stoję tutaj ja, prawdopodobnie jedyny człowiek, którego Otto Quangel nawrócił przez swoje 
karty. Aleja ci się nie mogę przydać, Otto Quangel, nie mogę kontynuować twego dzieła. 
Jestem za tchórzliwy na to. Twój jedyny wyznawca, Ottonie Quangel!" Szybko wyciągnął 
pistolet i strzelił. Tym razem nie zadrŜała mu ręka.
Wbiegający wartownik znalazł za biurkiem trupa ze strzaskaną głową.
Obergruppenfuehrer Prali szalał ~ dezercja! Wszyscy cywile są świnie! Wszystkich, co nie 
noszą munduru, naleŜy wsadzać do bunkra, za druty kolczaste! Ale czekajcie, następcę tej 
świni Eschericha wezmę do galopu od początku tak, Ŝe nie będzie miał ani jednej myśli w 
głowie, tylko strach! Byłem zbyt dobroduszny, to był mój główny błąd! Sprowadźcie tę 
świnię, tego Quangla, na górę! Niech sobie to świństwo obejrzy, niech to sprzątnie!
Tak więc jedyny człowiek nawrócony przez Ottona Quangla przyczynił się do jeszcze paru 
cięŜkich godzin nocnych starego majstra.

CZĘŚĆ CZWARTA 
KONIEC 

ROZDZIAŁ LI 
Przesłuchanie Anny Quangel 

W czternaście dni po aresztowaniu, przy jednym z pierwszych przesłuchań Anny Quangel, 
wymknęło się jej, Ŝe syn Otto był kiedyś zaręczony z niejaką Trudą Hergesell. W owym 
czasie Anna jeszcze nie rozumiała, Ŝe wymienienie kaŜdego nazwiska było niebezpieczne, 
niebezpieczne dla wymienionego. Z pedantyczną dokładnością sprawdzano bowiem krąg 
przyjaciół i znajomych kaŜdego oskarŜonego, kaŜdą poszlakę, aby „do reszty wypalić 
ropiejący wrzód."
Przesłuchujący - komisarz Laub, następca Eschericha, mały, krępy człowiek, lubił bić 
przesłuchiwanych po twarzy swoimi kościstymi palcami jak pejczem. Swoim zwyczajem 
Laub przeszedł tymczasem do porządku nad tą sprawą, nie zwracając na nią uwagi. Pytał 
Annę Quangel długo i śmiertelnie nuŜąco o przyjaciół i pracodawców syna, pytał o sprawy, 
których nie mogła wiedzieć, ale powinna była wiedzieć. Pytał i pytał, a od czasu do czasu 
rozcapierzał palce na jej twarzy.
Komisarz Laub był mistrzem w sztuce takiego przesłuchiwania. Wytrzymywał dziesięć 
godzin bez odpoczynku, a więc i przesłuchiwany musiał to wytrzymać. Anna Quangel 
chwiała się na swoim stołku ze zmęczenia. Dopiero co przezwycięŜyła chorobę, strach o losy 
Ottona, o którym nic nie wiedziała, wstyd, Ŝe bito ją jak nieuwaŜne dziecko, wszystko to 
powodowało, Ŝe była rozstrojona, nieuwaŜna, a komisarz znów bił.
Anna Quangel zajęczała cicho i zakryła twarz rękami.
- Opuścić ręce! - zawołał komisarz. - Na mnie patrzeć! No, prędzej!
 Zrobiła to, popatrzyła na niego wzrokiem, w którym był strach. Ale nie strach przed nim, 
tylko przed osłabnięciem.
-  Kiedy pani widziała po raz ostatni tę tak zwaną narzeczoną pani syna?
-  To było juŜ bardzo dawno. Nie wiem dokładnie. Jeszcze zanim pisaliśmy te karty. Więcej 
niŜ dwa lata temu... Och, niech mnie pan nie bije! Niech pan pomyśli o własnej matce! Nie 
chciałby pan, Ŝeby bili pańską matkę.
Dwa, trzy uderzenia padły jedno po drugim.
-  Moja matka nie jest zdradzieckim ścierwem tak jak pani! Niech pani jeszcze raz powie coś 
o mojej matce, a pokaŜę pani, jak potrafię bić! Gdzie ta dziewczyna mieszkała?
-  Nie wiem przecieŜ! Mój mąŜ powiedział mi kiedyś, Ŝe wyszła później za mąŜ. Chyba się 
przeprowadziła.
-  Aha, więc pani mąŜ ją widział? Kiedy to było?
-  Nie wiem. Pisaliśmy juŜ wtedy karty.
-  A ona robiła to z wami, co? Pomagała przy tym?
-  Nie! nie! - zawołała pani Quangel. - Ze strachem spostrzegła się, co zrobiła. - Mój mąŜ - 
powiedziała szybko - spotkał Trude na ulicy. Wtedy mu opowiedziała Ŝe wyszła za mąŜ i nie 
pracuje juŜ w fabryce.
-  No, dalej! W jakiej fabryce pracowała? Pani Quangel podała adres fabryki mundurów.
-  A dalej?
-  To wszystko. To naprawdę wszystko, co wiem. Na pewno, panie komisarzu!
-  Czy nie zdaje się pani, Ŝe to jest trochę dziwne, aby narzeczona syna ani razu nie przyszła 
do teściów, nawet po śmierci narzeczonego?
-  Ale mój mąŜ był juŜ taki! Nigdy nie mieliśmy towarzystwa, a od czasu, gdy pisaliśmy 
karty, w ogóle wszystko się skończyło.
-  Znów pani kłamie! Z Heffkami zaczęliście utrzymywać stosunki dopiero w czasie pisania 
kart!
- Tak, to prawda. Zapomniałam o tym. Ale Ottonowi się to wcale nie podobało, pozwolił, bo 
to był mój brat. Zawsze jednak wymyślał na krewnych! - Popatrzyła smutno na komisarza. 
Powiedziała nieśmiało: - Czy mogę teraz o coś zapytać, panie komisarzu?
Komisarz Laub zawarczał: - Niech pani pyta! Kto wiele pyta, otrzymuje wiele odpowiedzi.
_ Czy to prawda... - przerwała. - Wydaje mi się, Ŝe wczoraj rano ^jdziałam na dole, na 
korytarzu moją bratową... Czy Heffkowie równieŜ są aresztowani?
-  Znów pani kłamie! - Mocne uderzenie. I jeszcze jedno. - Pani oeffke jest zupełnie gdzie 
indziej. Nie mogła jej pani wcale widzieć. To Ictoś wygadał pani. Kto to pani wygadał?

Strona 121

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Ale pani Quangel potrząsnęła głową: - Nie, nikt. Widziałam bratową z daleka. Nie byłam 
pewna, czy to ona. - Westchnęła. - Więc Heffkowie teŜ siedzą, a przecieŜ nic nie zrobili, o 
niczym nie wiedzieli. Biedni ludzie!
-  Biedni ludzie! - ironizował komisarz Laub. - Nic, nic nie wiedzieli! Wszyscy tak mówicie! 
Ale wszyscy jesteście zbrodniarze i, jakem komisarz Laub, wypruję wam bebechy z brzucha, 
jeśli nie powiecie prawdy! Kto siedzi z panią w celi?
-  Ja nie wiem, jak się ta kobieta nazywa. Mówię do niej po prostu Berta.
-  Od jak dawna Berta siedzi z panią w celi?
-  Od wczoraj wieczór.
-  A więc to ona wygadała o Heffkach. Niech pani się przyzna, pani Quangel, bo wyciągnę 
Bertę na górę i będę ją bił w pani obecności tak długo, póki się nie przyzna.
Pani Quangel znów potrząsnęła głową: - Czy powiem tak, czy nie, panie komisarzu - 
powiedziała - i tak wyciągnie pan Bertę na górę i będzie ją bił. Mogę tylko to powiedzieć, Ŝe 
widziałam panią Heffke na dole, w korytarzu...                                                      
      
Komisarz Laub spojrzał jej w twarz śmiejąc się ironicznie. I nagle zaczął krzyczeć: - Śmiecie 
jesteście wszyscy! Śmiecie jesteście! I nie spocznę dopóty, dopóki całe to śmiecie nie będzie 
pod ziemią! Wszyscy musicie zginąć! Wszyscy! Ordynans, sprowadzić Bertę Kuppke.
Godzinę spędził na straszeniu i biciu obu kobiet, mimo Ŝe Berta Kuppke natychmiast się 
przyznała, iŜ opowiedziała pani Quangel o pani Heffke. Była dotychczas w jednej celi z panią 
Heffke. Ale to nie wystarczyło komisarzowi Laubemu. Chciał dokładnie znać kaŜde słowo, 
które mówiły ze sobą, a one skarŜyły się sobie nawzajem, jak to kobiety chętnie robią. 
Komisarz wietrzył jednak wszędzie zmowę 1 zdradę główną i nie przestawał bić i pytać.
Wreszcie szlochającą Kuppke odesłano do piwnicy i Anna Quartge] znów została jedyną 
ofiarą komisarza Lauba. Była teraz tak znuŜona, Ŝe słyszała jego głos tylko jakby z oddali, a 
jego postać rozpływała się je; w oczach i uderzenia juŜ nie bolały.
-  Co się więc stało, Ŝe tak zwana narzeczona pani syna nie przychodziła więcej do was?
-  Nic się nie stało. Mój mąŜ nie znosił wizyt.
-  PrzecieŜ zeznała pani, Ŝe zgodził sią na wizyty Heffków?
-  Heffkowie byli wyjątkiem, bo Ulrich jest moim bratem.
-  A dlaczego Truda nie przychodziła więcej do was do domu?
-  Bo mój mąŜ tego nie chciał.
-  Kiedy jej to powiedział?
-  Nie wiem! Panie komisarzu, ja juŜ nie mogę. Niech pan mi da pół godziny spokoju. 
Kwadrans!
-  Dopiero jak odpowiesz. Kiedy pani mąŜ zabronił dziewczynie przychodzić do domu?
-  Jak mój syn poległ.
-  A więc! A gdzie to się stało?
-  U nas w mieszkaniu.
-  A jaki powód podał?
-  śe nie Ŝyczy sobie znajomości. Panie komisarzu, ja juŜ naprawdę nie mogę. Tylko dziesięć 
minut.
-  No, dobrze! Za dziesięć minut zrobimy przerwę. Jaki pani mąŜ podał powód, Ŝeby Truda 
więcej nie przychodziła?
-  Bo nie chciał znajomości. Wtedy myśleliśmy juŜ o tym z pocztówkami.
-  A więc podał jej jako powód, Ŝe zamierza robić to z pocztówkami?
-  Nie, o tym nigdy z nikim nie mówił.
-  A jaki powód jej podał?
-  śe nie chce więcej Ŝadnych znajomości. Och, panie komisarzu!
-  Jeśli mi pani poda rzeczywistą przyczynę, zakończymy na dziś przesłuchanie!
-  AleŜ to jest rzeczywista przyczyna.
-  Nie, nie jest! Widzę, Ŝe pani kłamie. JeŜeli pani mi nie powie prawdy, będę panią 
przesłuchiwał jeszcze dziesięć godzin. Co więc powiedział? Niech mi pani powtórzy słowa, 
które powiedział do Trudy Baumann.

-  Nie wiem juŜ tego. Był tak wściekły.
-  A dlaczego był tak wściekły?
-  Bo pozwoliłam Trudzie Baumann spać u nas.
-  Ale przecieŜ dopiero potem zabronił jej przychodzić, czy teŜ od razu ją odesłał?
-  Nie, dopiero rankiem.
-  I rankiem jej tego zabronił?
-  Tak.
-  Dlaczego był taki wściekły?
Anna Quangel zebrała siły. - Powiem to panu, panie komisarzu. Nikomu juŜ tym nie 
zaszkodzę. Bo przechowałam wtedy u siebie przez noc w tajemnicy tę starą śydówkę, 
Rosenthalową, która potem wyskoczyła z okna. Dlatego był taki wściekły i od razu wyrzucił 
teŜ Trudę.
-  Dlaczego Rosenthalową schowała się u was?
-  Bo bała się zostać sama w mieszkaniu. Mieszkała nad nami. Zabrali jej męŜa. I wtedy się 
bała. Panie komisarzu, pan mi przyrzekł...
-  Zaraz! Zaraz skończymy. A więc Truda wiedziała, Ŝe schowaliście u siebie śydówkę?
-  Ale to przecieŜ nie było zabronione.
-  Oczywiście, Ŝe było zabronione! Porządny Aryjczyk nie przyjmuje Ŝydowskiej świni, a 
porządna dziewczyna idzie i melduje o czymś takim policji. Co Truda powiedziała na to, Ŝe 
śydówka była w waszym mieszkaniu?
-  Panie komisarzu, teraz juŜ nic więcej nie zeznam. Pan przekręca kaŜde moje słowo. Truda 
nie popełniła Ŝadnego przestępstwa, nie wiedziała o niczym!
-  Ale wiedziała o tym, Ŝe u was spała śydówka!
-  To nie było nic złego!
-  My sądzimy o tym inaczej. Jutro zabawię się trochę z tą Truda.
-  O mój BoŜe, co ja znów zrobiłam! - rozpłakała się pani Quangeł. - Sprowadziłam teraz 
nieszczęście na Trudę. Panie komisarzu, nie moŜe pan jej nic zrobić, bo ona teraz jest w 
ciąŜy!
-  Ach, tak nagle pani wie, Ŝe ta Truda, której podobno nie widziała Pani przez dwa lata, jest 
w ciąŜy! Skąd pani to wie?
-  Powiedziałam panu przecieŜ, panie komisarzu, Ŝe mój  mąŜ spotkał ją kiedyś na ulicy.

Strona 122

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  Kiedy to było?
-  Przed paru tygodniami. Panie komisarzu, pan przyrzekł mi mała przerwę. Tylko małą 
przerwę. Naprawdę juŜ nie mogę.
-  Jeszcze chwileczkę! Zaraz skończymy. Kto zaczął mówić, Truda - czy pani mąŜ, przecieŜ 
gniewali się na siebie?
-  Nie gniewali się, panie komisarzu.
-  Mimo Ŝe twój mąŜ zabronił jej przychodzić do domu!
-  Truda nie wzięła mu tego za złe, zna przecieŜ mojego męŜa!
-  Gdzie się spotkali?
-  Zdaje się, Ŝe na Kleine Alexanderstrasse.
-  A co pani mąŜ robił na Kleine Alexanderstrasse? Mówiła pani przecieŜ, Ŝe stale szedł tylko 
do fabryki i z powrotem?
-  Tak teŜ było.
-  A co miał do roboty na Kleine Alexanderstrasse? Chyba podrzucić pocztówkę, co, pani 
Quangel?
-  Nie, nie! - zawołała ze strachem i zbladła nagle. - Pocztówki zawsze ja roznosiłam! Zawsze 
ja sama, nigdy on!
-  Dlaczego pani tak nagle zbladła, pani Quangel?
-  Wcale nie zbladłam. Jednak - zbladłam. Bo mi się słabo zrobiło. Miał pan zrobić przerwę, 
panie komisarzu!
-  Zaraz, jak tylko to wyjaśnimy. A więc, pani mąŜ podrzucił kartkę i spotkał przy tym Trudę 
Baumann? Co ona na te karty powiedziała?
-  Ale przecieŜ ona nic o tym nie wiedziała.
-  Czy mąŜ pani, kiedy zobaczył Trudę, miał jeszcze kartę w kieszeni, czy juŜ ją podrzucił?
-  JuŜ ją podrzucił.
-  Widzi pani, pani Quangel! Teraz zbliŜamy się do sedna sprawy. Niech mi pani tylko jeszcze 
powie, co Truda Baumann powiedziała o tej karcie, i zrobimy na tym koniec.
-  AleŜ nie mogła nic powiedzieć, bo on juŜ przedtem podłoŜył kartę.
-  Niech pani się jeszcze raz nad tym zastanowi! Widzę przecieŜ po pani, Ŝe pani kłamie. 
JeŜeli będzie pani trwała przy tym, posiedzimy tutaj do rana. Po co chce się pani daremnie 
męczyć? I tak, i tak powiem jutro rano Trudzie Baumann, Ŝe wiedziała o pocztówkach, i od 
razu się do tego przyzna. Po co więc robi pani sobie kłopoty, pani Quangel? Będzie pani 
zadowolona, kiedy będzie pani mogła wleźć z powrotem na pryczę.

Ą więc, jakŜe - pani Quangel? Co Truda Baumann powiedziała o pocztówkach?
-  Nie! Nie! Nie! - zakrzyczała zrozpaczona pani Quangel zrywając się. - Nie powiem ani 
słowa więcej. Nie zdradzę nikogo! MoŜe pan jnówić, co pan chce, moŜe mnie pan zabić, nie 
powiem nic więcej!
-  Niech pani siada spokojnie - powiedział komisarz Laub i uderzył parokrotnie zrozpaczoną 
Annę. - To ja decyduję, kiedy pani wolno wstać. I o tym, kiedy skończy się badanie, teŜ ja 
decyduję. Dokończymy tymczasem sprawy Trudy Baumann. Po tym, kiedy pani mi zeznała 
przed chwilą, Ŝe Truda popełniła zdradę główną...
Tego nie zeznałam! - zawołała dręczona i zrozpaczona kobieta.
-  Powiedziała pani, Ŝe nie chce pani Trudy zdradzić - powtórzył komisarz spokojnie. - I nie 
spocznę, dopóki pani mi nie powie, co tu było do zdradzenia.
-  Nigdy tego nie powiem, nigdy!
-  A więc! Widzi pani, pani Quangel - jest pani głupia. Musi pani przecieŜ sama sobie 
powiedzieć, Ŝe to, co chcę wiedzieć, wyciągnę jutro rano w ciągu pięciu minut gładko i 
wygodnie z Trudy Baumann. Taka cięŜarna kobieta przecieŜ nie wytrzyma długo badania. 
Kiedy ją parę razy rąbnę...
-  Nie wolno panu bić Trudy! Nie wolno panu! O mój BoŜe, bodajbym nigdy nie wymieniała 
tego nazwiska!
-  Ale wymieniła je pani! I ułatwi pani wszystko Trudzie Baumann, jeŜeli pani zezna całą 
prawdę. A więc pani Quangel? Co Truda powiedziała o tych kartach?
A potem: - Mógłbym dowiedzieć się tego od Trudy, ale chcę właśnie, Ŝeby pani mi to 
wszystko zeznała. Przedtem nie zaprzestanę przesłuchania! Musi pani nauczyć się, Ŝe jest 
pani po prostu gównem wobec mnie. Musi pani nauczyć się, Ŝe wszelkie postanowienia 
niepuszczania pary z ust to dla mnie bzdura. Musi pani nauczyć się. Ŝe nic nie jesteście warci 
z całą swoją gadaniną o wierności i niezdradzaniu. Jest pani niczym. No, pani Quangel, 
załóŜmy się, Ŝe w ciągu godziny usłyszę z pani ust, co Truda miała wspólnego z 
pocztówkami?! Zakładamy się?
-  Nie! nie! nigdy!
Ale oczywiście komisarz Laub dowiedział się o tym i nie trwało to nawet godziny.
i    KaŜdy umiera... t. II  ROZDZIAŁ LII Zmartwienie Hergesellów Hergesellowie wyszli na 
spacer pierwszy raz po poronieniu Trudy. Szli ulicą w kierunku Gruenheide, potem jednak 
skręcili w lewo, na Frankenweg i powędrowali brzegiem jeziora Flankensee w kierunku Tamy 
Woltersdorfskiej.
Szli bardzo powoli. Od czasu do czasu Karol rzucał szybkie spojrzenie na Trudę, która szła 
obok niego z opuszczoną głowa.
-  Ładnie tu jest w lesie - powiedział.
-  Tak, ładnie - odpowiedziała.
Trochę później zawołał: - Popatrz na te łabędzie na jeziorze!
Tak - szepnęła - łabędzie... I nic więcej.
-  Trudel - rzekł zmartwiony - dlaczego nic nie mówisz? Dlaczego nic cię nie cieszy?
-  Muszę wciąŜ myśleć o moim martwym dziecku - wyszeptała.
-  Ach, Trudo - powiedział - będziemy mieli jeszcze wiele dzieci. Potrząsnęła głową. - JuŜ 
nigdy więcej nie będę miała dzieci. Zapytał bojaźliwie. - Czy doktor ci to powiedział?
-  Nie, nie doktor. Czuję to.
-  Nie wolno ci tak myśleć, Trudo. Jesteśmy przecieŜ młodzi, moŜemy mieć jeszcze wiele 
dzieci.
Znów potrząsnęła głową. - Myślę czasami, Ŝe to była kara dla mnie.
-  Kara! Za co kara, Trudo? Jakie przestępstwo popełniliśmy, abyśmy byli karani? Nie, to był 
przypadek, ślepy, zwyczajny przypadek!
-  To nie był przypadek, to była kara - powtórzyła uparcie. - Nie powinniśmy mieć dzieci. 
Muszę ciągle myśleć o tym, co byłoby z naszego Klausa, gdyby dorósł: Jungvolk i HJ, SA lub 
SS...

Strona 123

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  AleŜ Trudo! - zawołał zupełnie przeraŜony czarnymi myślami, które gnębiły Ŝonę. - Gdyby 
Klaus dorósł, byłoby juŜ dawno po całej hitlerii. To juŜ długo nie potrwa, moŜesz mi wierzyć!
-  A co myśmy zrobili, aby przyszłość była lepsza? Nic! Gorzej niŜ nic: opuściliśmy dobrą 
sprawę. Myślę teraz duŜo o Grigoleicie i Osesku... dlatego jesteśmy ukarani...
-  Ach, ten nędzny Grigoleit! - powiedział ze złością.
Był bardzo rozgniewany na Grigoleita, który wciąŜ jeszcze nie odebrał swojej walizy.
JuŜ parokrotnie Hergesell musiał odnawiać kwit z przechowalni.
-  Myślę- powiedziała - Ŝe Grigoleit od dawna siedzi. Słyszelibyśmy chyba coś o nim.
-  JeŜeli siedzi - upierała się - to i nasza w tym wina. Zostawiliśmy go na lodzie.
-  Trudo! -- zawołał.  -- Zabraniam  ci  nawet myśleć  o  takich nonsensach! Nie nadajemy się 
na spiskowców. Dla nas jedynie słuszne było wycofanie się z tych spraw.
-  Tak - odpowiedziała gorzko - nadajemy się tylko na markieran-tów, na tchórzy! Powiadasz, 
Ŝe Klaus nie musiałby juŜ pójść do HJ. Ale gdyby nie musiał, czy mógłby powaŜać i kochać 
swych rodziców - co zrobiliśmy w tym kierunku? Co zrobiliśmy dla lepszej przyszłości? Nic!
-  Nie wszyscy mogą się bawić w spiskowców, Trudo!
-  Nie. Ale mogliśmy robić co innego. JeŜeli nawet taki człowiek jak mój dawny teść, ten Otto 
Quangel... - przerwała.
-  No, co jest z tym Quanglem? Co wiesz o nim?
-  Nie, lepiej ci tego nie powiem. Zresztą przyrzekłam mu to. AJe jeŜeli nawet taki stary 
człowiek jak Otto Quangcl działa przeciw temu państwu, to uwaŜam, Ŝe hańbą jest siedzieć z 
załoŜonymi rękami!
-  Ale cóŜ moŜemy robić, Trudo? Nic! Pomyśl o całej potędze Hitlera, my oboje jesteśmy po 
prostu niczym. Nic nie moŜemy zrobić!
-  Gdyby wszyscy myśleli tak jak ty, Hitler byłby wiecznie u władzy. Ktoś musi zacząć walkę 
przeciw niemu.
-  Ale co moŜemy robić?
-  Co? Wszystko! MoŜemy pisać ulotki i rozlepiać je na drzewach! Ty pracujesz w fabryce 
chemicznej, chodzisz jako elektryk do kaŜdego warsztatu. Wystarczy, abyś tylko inaczej 
przestawił kurek, rozluźnił śrubkę przy maszynie i wynik wielu dni pracy będzie na nic. 
JeŜelibyś ty to zrobił, jeŜeli zrobiłoby to jeszcze paruset innych, to Hitler ładnie by wyglądał 
ze swoim sprzętem wojskowym.
-  Tak, i juŜ za drugim razem chwyciliby mnie za kołnierz. I marsz na ścięcie!
To jest właśnie to, co zawsze mówię: jesteśmy tchórzami. Myślimy tylko o sobie. Co stanie 
się z nami? A nigdy o tym, co stanie się z innymi. Popatrz, Karli, jesteś zwolniony z wojska. 
Ale gdybyś był Ŝołnierzem,  byłbyś codziennie pod grozą śmierci i uwaŜałbyś to za zupełnie 
zrozumiałe.
-  Ee, u tych Prusaków skombinowałbym juŜ jakąś posadkę rla tyłach!
-  I pozwalałbyś innym umierać za siebie! Potwierdza się: jesteśmy tchórzami, nie nadajemy 
się do niczego!
-  Te przeklęte schody! - wybuchnął, - Gdyby nie to twoje poronienie, Ŝylibyśmy sobie 
szczęśliwie dalej!
-  Nie, to nie byłoby szczęście, nie prawdziwe szczęście, Karli! JuŜ od chwili, gdy zaczęłam 
chodzić z Klausem, ciągle myślałam o tym, co będzie z chłopcem. Nie wytrzymałabym tego, 
gdyby wyciągnął prawą rękę na „heil Hitler", nie mogłabym patrzeć na niego w brunatnej 
koszuli. A przy kaŜdym nowym zwycięstwie musiałby patrzeć, jak jego rodzice grzeczniutko 
wywieszają chorągiew ze swastyką, i wiedziałby, Ŝe jesteśmy kłamcami. No, przynajmniej to 
zostało nam zaoszczędzone. Nie powinniśmy byli mieć Klausa, Karli!
Przez chwilę szedł obok niej w ponurym milczeniu. Zawrócili, ale nie widzieli ani jeziora, ani 
lasu.
Wreszcie zapytał: - Sądzisz więc naprawdę, Ŝe powinniśmy coś takiego robić? Mam coś 
zrobić w fabryce?
-  Oczywiście - powiedziała. - Musimy coś robić, Karlł, abyśmy się nie musieli tak bardzo 
wstydzić.
Zastanawiał się przez chwilę. - Nie mogę sobie z tym poradzić, Trudo. WyobraŜam sobie, jak 
przemykam się przez fabrykę i psuję maszyny. Ja się do tego nie nadaję.
~ Zastanów się więc, co mógłbyś robić. JuŜ ci coś wpadnie na myśl. To przecieŜ nie musi być 
od razu.
-  A czy ty zastanowiłaś się nad tym, co chcesz robić?
-  Tak - powiedziała. - Znam pewną śydówkę, która się ukrywa. Miała juŜ być 
odtransportowana. Ale jest u złych ludzi i codziennie boi się zdrady. Wezmę ją do nas.
-  Nie - powiedział - nie rób tego, Trudo! Jesteśmy tak śledzeni, Ŝe się to od razu wyda. I 
pomyśl o kartkach Ŝywnościowych! Na pewno nie ma kartek! Nie moŜemy wyŜywić jeszcze 
jednego człowieka z naszych dwóch kartek!
-  Nie moŜemy? Czy naprawdę nie moŜemy trochę głodować, jeŜeli uratujemy przez to Ŝycie 
ludzkie? Ach, Karli, jeŜeli tak jest, to Hitlerowi czywiście jest łatwo. Jesteśmy wszyscy tylko 
śmieciem i dzieje nam się ^pełnie słusznie!
_ AleŜ zobaczą ją u nas! W naszym małym mieszkanku nie moŜna nikogo ukryć. Nie, nie 
pozwalam na to!
_ Nie sądzę, Karli, abyś miał mi coś do pozwalania. To jest tak samo moje mieszkanie jak 
twoje.
Rozpoczęli oŜywiony spór, pierwszy prawdziwy spór w ich małŜeństwie. Powiedziała, Ŝe po 
prostu sprowadzi tę kobietę, kiedy on będzie w pracy. A on oświadczył, Ŝe ją natychmiast 
wyrzuci.
-  To wyrzuć od razu i mnie!
Tak daleko zaszli. Oboje byli źli, podraŜnieni i zdenerwowani. Nie uzgadniali sprawy, tutaj 
nie mogło być kompromisu. Truda chciała koniecznie coś robić przeciw Hitlerowi, przeciw 
wojnie. W zasadzie i on chciał coś zrobić, ale przy tym nie powinno być Ŝadnego ryzyka. Nie 
trzeba się naraŜać na najmniejsze nawet niebezpieczeństwo. Z śydówką - to było czyste 
szaleństwo. Nigdy na to nie pozwoli!
Szli w milczeniu ulicami Erkner do domu. Milczenie stało się tak intensywne, Ŝe coraz 
trudniej było je przełamać. Nie wzięli się pod rękę, nie dotykając się szli obok siebie. Gdy raz 
przypadkowo musnęły się ich ręce, oboje natychmiast cofnęli je i powiększyli odległość 
między sobą.
Nie zwrócili uwagi, Ŝe przed ich bramą stało duŜe zamknięte auto. Weszli po schodach i nie 
spostrzegli, Ŝe z kaŜdych drzwi patrzono na nich ciekawie lub bojaźliwie. Karol Hergesell 
otworzył drzwi od mieszkania i przepuścił Trudę. Jeszcze w korytarzu nic nie zauwaŜyli. 

Strona 124

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Dopiero gdy w pokoju zobaczyli małego, krępego człowieka w zielonej kurtce, wzdrygnęli 
się przeraŜeni.
-  A cóŜ to? - powiedział Hergesell oburzony - co pan robi w moim mieszkaniu?
-  Komisarz kryminalny Laub z gestapo Berlin - przedstawił się człowiek w zielonej kurtce. 
Nawet w mieszkaniu nosił na głowie kapelusik myśliwski z przyczepionym pędzelkiem do 
golenia.
- Pan Hergesell, nieprawda? Pani Gertruda Hergesell, z domu Baumann, zwana Trudą? 
Dobrze! Chcę pomówić z pańską Ŝoną, panie Hergesell. MoŜe -pan przez ten czas zaczeka w 
kuchni?
Spojrzeli przestraszeni w swe pobladłe twarze. Potem Truda nagle się uśmiechnęła. - A więc 
do widzenia, Karli! - powiedziała i objęła go - do szczęśliwego zobaczenia! JakŜe to było 
głupio, Ŝeśmy się kłócilji Zawsze bywa inaczej, niŜ sobie człowiek wyobraŜa!
Komisarz Laub chrząknął imponująco. Pocałowali się. Hergeseli poszedł.
-  Pani poŜegnała się ze swoim męŜem, pani Hergeseli?
-  Pogodziłam się z nim, pokłóciliśmy się przedtem.
-  A o coście się pokłócili?
-  O wizytę mojej ciotki. On był przeciw temu, a ja za tym.
-  I mój widok wpłynął na panią tak, Ŝe pani ustąpiła? Dziwne, pani sumienie nie wydaje się 
zbyt czyste. Chwileczkę! Proszę pozostać na miejscu!
Słyszała, jak rozmawiał w kuchni z Karli. Prawdopodobnie Karli poda inną przyczynę 
sprzeczki. Sprawa od samego początku źle się zapowiada. Pomyślała natychmiast o Quanglu. 
Ale właściwie to było niepodobne do Quangla, zdradzić człowieka...
Komisarz wrócił. Powiedział zacierając z zadowoleniem ręce: - Pani mąŜ oświadczył, Ŝe 
sprzeczaliście się o to, czy zaadoptować dziecko, czy nie. To jest pierwsze kłamstwo, na 
którym was złapałem. Nie ma obawy, za pół godziny dojdzie tu masa innych kłamstw i na 
wszystkich was złapię! Przeszła pani poronienie?
-  Tak.
-  I trochę dopomogła pani, co? Aby fuehrer nie dostał jeszcze jednego Ŝołnierza? Co?
-  Teraz pan skłamał! Gdybym chciała zrobić coś takiego, to nie czekałabym do piątego 
miesiąca!
Wszedł jakiś człowiek z kartką w ręku.
-  Panie komisarzu, pan Hergeseli chciał przed chwilą to spalić w kuchni.
-  Co to jest? Dowód z przechowalni? Pani Hergeseli, co to za waliza, którą pani mąŜ oddał 
do przechowalni na dworcu na Alexanderplatz?
-  Waliza? Nie mam pojęcia, mąŜ nigdy nie mówił mi o tym ani słowa.
-  Wprowadzić tego Hergesella! Jeden człowiek pojedzie natychmiast  na Alexanderplatz i 
przywiezie walizę! - Trzeci męŜczyzna wprowadził Hergesella. Całe mieszkanie było więc 
pełne policji; wpadli jak ślepcy.
-  Co to za waliza, panie Hergeseli, którą dał pan do przechowalni na Alexanderplatz?  _ Nie 
wiem, co w niej jest. Nigdy jej nie otwierałem. NaleŜy do jiajomego, który powiedział, Ŝe jest 
w niej bielizna i odzieŜ.
_ Bardzo prawdopodobne! I dlatego zamierzał pan spalić kwit, gdy spostrzegł pan, Ŝe policja 
jest w mieszkaniu!
Hergeseli zawahał się. Potem powiedział rzuciwszy prędkie spojrzenie na Ŝonę: - Chciałem to 
zrobić, bo niezupełnie dowierzam temu znajomemu. MoŜe tam jest co innego. Waliza jest 
bardzo cięŜka.
-  A co pańskim zdaniem moŜe być w tej walizie?
-  MoŜe jakieś druki. Starałem się nie myśleć o tym.
-  A cóŜ to za dziwny znajomy, który nie oddaje sam swej walizy na przechowanie? Czy 
nazywa się moŜe Karl Hergeseli?
-  Nie. Nazywa się Schmidt. Heinrich Schmidt.
-  A skąd pan zna tego tak zwanego pana Heinricha Schmidta?
-  Och, znam go juŜ dawno, co najmniej z dziesięć lat.
-  A dlaczego wpadł pan na pomysł, Ŝe to mogą być druki? Kim jest ten Emil Schulz?
-  Heinrich Schmidt. Był socjaldemokratą albo komunistą. Dlatego wpadłem na pomysł, Ŝe 
mogą to być druki.
-  Gdzie pan właściwie się urodził, panie Hergeseli?
-  Ja? Tu, w Berlinie. W Berlinie - Moabit.
-  A kiedy?
-  Dziesiątego kwietnia 192o roku.
-  Tak. I powiada pan, Ŝe zna pan juŜ tego Heinricha Schmidta co najmniej dziesięć lat i zna 
pan jego polityczne nastawienie. Musiał pan zatem mieć wtedy jedenaście lat, panie 
Hergeseli. Nie powinien mnie pan bujać w taki głupi sposób, bo stracę humor. A gdy stracę 
humor, to będzie pana bolało!
-  Nie skłamałem! Wszystko, co powiedziałem, to prawda.
-  Nazwisko Heinrich  Schmidt -- to  pierwsze kłamstwo!  „Nie wiedziałem, co jest w walizie" 
- to drugie! Powód przechowania - trzecie kłamstwo! Nie, mój miły panie Hergeseli! KaŜde 
przez pana wypowiedziane zdanie jest kłamstwem!
-  Nie, to wszystko jest prawda! Heinrich Schmidt chciał jechać do Królewca, a poniewaŜ 
waliza była zbyt cięŜka i nie potrzebował jej podczas podróŜy, prosił mnie, abym ją oddał na 
przechowanie. I to jest cała historia!
-  A potem specjalnie pojedzie do pana do Erkner, aby odebrać kwit,  jeśli moŜe sam trzymać 
go w kieszeni! Bardzo prawdopodobna ta cała pańska historia, panie Hergesell! No, 
zostawmy tę sprawę tymczasem Będziemy mieli jeszcze sposobność porozmawiać na ten 
temat. Myślę, Le będziecie państwo tak uprzejmi i odprowadzicie mnie do gestapo. Co zaś do 
pańskiej Ŝony...
-  Moja Ŝona nic nie wie o tej całej historii z walizą!
-  I ona tak twierdzi. Ale co ona wie, a czego nie wie, o tym juŜ się powoli przekonam. Skoro 
mam was juŜ tak oboje razem, moje dwa klejnociki - znacie się właściwie jeszcze z czasów 
waszej pracy w fabryce mundurów?
-  Tak... - odpowiedzieli.
-  No, a jak tam było, coście tam zbroili?
-  Byłem tam elektrykiem...
-  Przykrawałam tam mundury...
-  Bardzo dobrze, bardzo pięknie, jesteście pilnymi ludźmi. Ale coście robili, moi mili, kiedy 
akurat nie kroiliście towaru ani nie przeciągaliście drutów? MoŜe stworzyliście tam taką 

Strona 125

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

ładną, małą komórkę komunistyczną - wy dwoje, niejaki Jensch, zwany Oseskiem, i pewien 
Grigoleit?
Pobledli i popatrzyli na niego. Skąd ten człowiek mógł o tym wiedzieć? Zamienili bezradne 
spojrzenia.
-  Hę, hę! - zaśmiał się Laub ironicznie - teraz znaleźliście się w kropce, co? JuŜ tam byliście 
pod obserwacją, cała czwórka. Gdybyście się tak prędko nie rozeszli, zawarlibyśmy juŜ nieco 
wcześniej znajomość. I teraz w pańskiej fabryce jest pan pod obserwacją, Hergesell!
Byli tak zmieszani, Ŝe nie pomyśleli nawet o tym, aby zaprzeczyć.
Popatrzył na nich z namysłem i nagle przyszła mu pewna myśl do głowy. - Do kogo więc 
naleŜała ta walizka panie Hergesell? - zapytał - do Grigoleita czy do Oseska?
-  Do - ach, teraz to juŜ wszystko jedno, i tak pan wszystko wie, Grigoleit mi ją wpakował. 
Miał ją za tydzień odebrać, ale to juŜ tak dawno temu...
-  Zwiał chyba, ten pański Grigoleit! CóŜ, juŜ ja go capnę, jeśli Ŝyje.
-  Panie komisarzu, chciałbym jednak stwierdzić, Ŝe moja Ŝona i ja, od czasu gdy 
wystąpiliśmy z komórki, nie byliśmy nigdzie politycznie zaangaŜowani. Doprowadziliśmy 
komórkę do rozpadu, zanim jeszcze  cokolwiek zostało zrobione. ZauwaŜyliśmy bowiem, Ŝe 
nie nadajemy się do takich rzeczy.
-  I ja to zauwaŜyłem! Ja teŜ! - ironizował komisarz.
Ale Karol Hergesell ciągnął nie zmieszany: - Odtąd myśleliśmy tylko o naszej pracy i nie 
robiliśmy nic przeciwko państwu.
-  Tylko to z tą walizką, niech pan nie zapomina tej walizy, oergesell! Przechowywanie 
druków komunistycznych - to jest zdrada główna i to kosztuje główkę, mój kochany! No, pani 
Hergesell, dlaczego się pani tak denerwuje? Fabian, niech pan odciągnie tę młodą kobietę od 
jej męŜa, ale bardzo delikatnie, Fabian. Na litość boską, Fabian, aŜeby serdeńka nic nie 
zabolało. Miała akurat poronienie, ta słodka mała! W Ŝaden sposób nie chce dostarczyć 
fuehrerowi Ŝołnierzy!
-  Trudel! - prosił Hergesell. - Nie słuchaj tego, co on mówi! W tej walizie moŜe nie ma 
druków. Czasami tylko tak myślałem. MoŜe naprawdę jest tam tylko bielizna i ubranie. 
PrzecieŜ Grigoleit nie musiał mnie okłamać!
-  Słusznie, młody człowieku - pochwalił komisarz Laub - niech pan tej młodej pani doda 
nieco odwagi! Czy przyszliśmy do siebie, serdeńko? Czy moŜemy dalej rozmawiać? A teraz 
przejdziemy od zdrady głównej Karola Hergesella i do zdrady głównej Trudy Hergesell z 
domu Baumann...
-  Moja Ŝona nie wiedziała nic o tych wszystkich sprawach! Moja Ŝona nigdy nie robiła nic, 
co byłoby przeciw prawu!
-  Nie, nie, oboje byliście uczciwymi narodowymi socjalistami!
- Nagle komisarza Lauba opanował gniew. - Wiecie, czym jesteście? Jesteście tchórzliwe 
komunistyczne świnie! Jesteście ryjące szczury! Ale ja was wyprowadzę na światło dzienne, 
doprowadzę was oboje do szubienicy! Chcę widzieć, jak będziecie dyndać! Ciebie z twoja 
zakłamaną walizą. I ciebie z twoim poronieniem! Skakałaś tak długo ze stołu, aŜ się 
oberwało! Było tak? Było tak? - mów, mówŜe!
Chwycił Trudę i potrząsał na pół przytomną.
-  Zostaw pan moją Ŝonę w spokoju! Nie ruszaj pan mojej Ŝony!
- Hergesell pochwycił komisarza. Trafiło go uderzenie pięści Fabiana. Po trzech minutach 
siedział z kajdankami na rękach, strzeŜony przez Fabiana w kuchni, i wiedział - z dziką 
rozpaczą w sercu - Ŝe Truda jest bez jego pomocy w ręku dręczyciela.
A Laub dręczył Trudę dalej. Ona, która była niemal nieprzytomna ze  r strachu o swojego 
Karli, miała teraz wypowiedzieć się w sprawi pocztówek Quangla. Nie wierzył w jej 
przypadkowe spotkanie, byfe stale w zmowie z Quanglami, tchórzliwa banda spiskowców 
komunistycznych, a jej mąŜ Karli teŜ o tym wiedział.
-  Ile kart pani podrzuciła? Co było na tych kartach? Co pani mąŜ o  tym powiedział?
Tak dręczył ją godzinę za godziną, podczas- gdy Hergesell siedziai zrozpaczony w kuchni z 
piekłem w sercu.
Wreszcie przybył samochód, przyjechała waliza.
-  Rozwal pan tę walizę, Fabian! - powiedział komisarz Laub. Karol Hergesell był znów w 
pokoju, ale pod straŜą: Hergesellowie, rozdzieleni całą szerokością pokoju, patrzyli na siebie 
bladzi i zrozpaczeni.
-  Dość cięŜkie jak na bieliznę i odzieŜ! - powiedział komisarz ironicznie, podczas gdy Fabian 
próbował wytrychem otworzyć zamek.
- No, zaraz obejrzymy sobie ten bajzel! Obawiam się, będzie to trochę niemiłe dla was 
obojga. Jak pan sądzi, Hergesell?
-  Moja Ŝona nigdy nic nie wiedziała o tej walizie, panie komisarzu!
- zapewniał znów Hergesell.
-  Tak, a pan nie wiedział o tym, Ŝe pańska Ŝona podrzucała w sieniach pocztówki o 
zdradzieckiej treści - dla tego Quangla! KaŜde z was popełniało taką małą zdradę główną 
samo dla siebie! Eleganckie małŜeństwo, nie ma co gadać!
-  Nie! - krzyczał Hergesell. - Nie! Nie robiłaś tego, Trudo! Powiedz, Ŝe nie robiłaś tego, 
Trudo!
- Ale zeznała to!
-  Tylko jeden jedyny raz, Karli, i to był czysty przypadek...
-  Zabraniam wam wszelkich rozmów ze sobą! Jeszcze jedno słowo 1 powędruje pan znowu 
do kuchni, Hergesell! No, teraz więc waliza jest otwarta. No, i co tam mamy?
Stanęli z Fabianem tak przed walizą, Ŝe Hergesellowie nie mogli zobaczyć jej zawartości. 
Obaj funkcjonariusze policji kryminalnej szeptali coś do siebie. Potem Fabian wyciągnął z 
trudem zawartość. Mała maszyna, błyszczące śruby, spręŜyny, lśniąca czerń.
-  Maszyna drukarska! - powiedział komisarz Laub - mała, ładna maszynka drukarska do 
bibuły komunistycznej. No, pańska sprawa załatwiona, Hergesell. Na dziś i na zawsze!
 _ Nie wiedziałem, co jest w tej walizie - sprzeciwił się Karol TTergesell, ale był tak 
przeraŜony, Ŝe sprzeciw zabrzmiał słabo.
-  Jakby to nie było teraz zupełnie obojętne! Był pan zobowiązany aineldować o swoim 
spotkaniu z Grigoleitem i dostarczyć walizę! No, kończmy teraz z tym, Fabian. Zapakuj pan 
to. Wiem dosyć, i aŜ nadto dosyć. Kobietę równieŜ wziąć w kajdanki.
-  Bądź zdrów, Karli! - zawołała Truda Hergesell mocnym głosem. - Bądź zdrów, 
najukochańszy. Byłam z tobą bardzo szczęśliwa...
-  Postaraj się pan, Ŝeby ta baba zamknęła mordę! -- zawołał komisarz. - No, no, Hergesell, co 
to ma znaczyć?

Strona 126

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Karol Hergesell oderwał się od swego opiekuna, gdy przy drugiej ścianie cięŜka pięść 
zamknęła usta Trudy. Mimo Ŝe nosił kajdanki, udało mu się przewrócić prześladowcę Trudy. 
Toczyli się po podłodze.
Komisarz tylko skinął na Fabiana. Fabian stanął nad walczącymi, czekał - a naraz uderzył 
Karola trzy, cztery razy w głowę.
Hergesell jęknął, jego ręce i nogi zatrzepotały, a potem leŜał juŜ spokojnie u stóp Trudy. 
Patrzyła na niego bez ruchu, usta jej krwawiły.
Podczas długiej jazdy do miasta daremnie Ŝywiła nadzieję, Ŝe Karol się obudzi, Ŝe będzie 
mogła jeszcze raz spojrzeć mu w oczy. Nie, nic...
Nic nie zrobili. A mimo to byli zgubieni...
ROZDZIAŁ LIII NajcięŜsze brzemię Ottona Ouangla Podczas dziewiętnastu dni, które Otto 
Quangel spędził w bunkrze gestapo, zanim został wydany sędziemu śledczemu Trybunału 
Narodowego, najcięŜsze do zniesienia nie były dla niego przesłuchania u komisarza Lauba, 
mimo Ŝe człowiek ten wytęŜał wszystkie swoje niemałe siły, aŜeby -jak to nazywał - złamać 
opór Quangla. Oznaczało to, Ŝe starał się wszelkimi siłami zamienić więźnia w krzyczące, 
przeraŜone zero.
Nie była to teŜ rosnąca wciąŜ, bardzo męcząca troska o Annę, która tak gnębiła Quangla. Nie 
widywał Ŝony. Nie słyszał nigdy o niej • bezpośrednio. Ale gdy Laub przy przesłuchaniu 
wymienił nazwisko Trudy Baumann, nie, teraz Trudy Hergesell, wiedział, Ŝe Ŝona dała się  
zastraszyć, Ŝe została przechytrzona, Ŝe wymknęło się jej nazwisko którego nigdy nie 
powinna była wymienić.
Później, gdy stało się juŜ dla niego jasne, Ŝe równieŜ Truda Baurnann i jej mąŜ są 
aresztowani, Ŝe zeznawali i Ŝe oni teŜ zostali wciągnięci w wir Quangel przez długie godziny 
spierał się w myślach ze swoją Ŝoną. JCgQ dumą było zawsze, iŜ przeszedł przez Ŝycie 
samodzielnie. Nie po_ trzebował innych, nie naprzykrzał się innym. A teraz z jego winy (bo 
czuł się w pełni odpowiedzialny za Annę) dwoje młodych ludzj zostało zaplątanych w jego 
sprawy.
Ale ten spór nie trwał długo, przewaŜyła troska i tęsknota za towarzyszką Ŝycia. Gdy był sam, 
zaciskał często paznokcie na kajdankach, zamykał oczy i zbierał w sobie wszystkie siły - 
wtedy myślał o Annie, próbował ją sobie wyobrazić w celi i wysyłał promienie swej woli, 
aŜeby napełnić ją na nowo mocą, aby nie zapomniała o swojej godności, aby nie poniŜyła się 
przed tym nędznikiem, w którym chyba nie było juŜ nic ludzkiego.
Troska o Annę była cięŜka do zniesienia, ale i to nie było najcięŜsze.
NajcięŜsze nie były równieŜ prawie codzienne wtargnięcia do celi pijanych esesmanów i ich 
przywódców, którzy wyładowywali swoją wściekłość w dręczeniu bezbronnego. Prawie 
codziennie rozwierały się drzwi celi i wpadali - dzicy od alkoholu, rozwścieczeni Ŝądzą 
ujrzenia krwi, dręczenia ludzi, upajający się słabością ciała, Ŝądni przyglądania się, jak ludzie 
giną. I to takŜe było bardzo trudne do zniesienia, nie była to jednak rzecz najgorsza.
NajcięŜsze było to, Ŝe nie był sam w celi, Ŝe miał współtowarzysza, współcierpiącego 
człowieka, bliźniego. A był to człowiek, który przeraŜał Quangla. Dzikie, nie ujarzmione 
zwierzę, bez serca i tchórzliwe, drŜące i okrutne. Człowiek, na którego Quangel nie mógł 
patrzyć bez głębokiego wstrętu, a któremu jednak musiał być powolny, bo ten człowiek miał 
o wiele więcej sił aniŜeli stary majster.
Karol Ziemke, zwany przez wartowników Karlchen, był męŜczyzną lat trzydziestu, o 
herkulesowej budowie ciała, z okrągłą głową buldoga, w której tkwiły bardzo małe oczki. i z 
długimi, mocno owłosionymi ramionami i dłońmi. Niskie, guzowate czoło, nad którym 
zawsze zwisała kępka tłustych włosów, było przeorane wieloma poprzecznymi 
zmarszczkami. Mówił mało, ale wyłącznie o śmierci i mordach. Quangel dowiedział się 
wkrótce ze słów wartowników, Ŝe Karlchen Ziemke był  yniej wybitnym członkiem SS, 
powierzano mu wykonywanie specjal-<ch misji katowskich. Nikt nie dowie się, ilu ludzi 
Karlchen zarnor-wał swymi owłosionymi łapskami, poniewaŜ Karlchen sam tego nie 
wiedział.
Ale dla tego zawodowego mordercy nawet w tych zbrodniczych czasach nie zawsze starczało 
ofiar do mordowania. Dlatego w okresie bezrobocia przeszedł na mordowanie takŜe wtedy, 
gdy nie zostało ono nakazane przez przełoŜonych. Nie rezygnował wprawdzie z zabierania 
swoim ofiarom pieniędzy i przedmiotów wartościowych, ale jednak nie rabunek był 
przyczyną jego' zbrodni, tylko czysta Ŝądza mordu. \Vreszcie wpadli na to, a poniewaŜ był o 
tyle niezręczny, Ŝe mordował nie tylko śydów, wrogów narodu i tym podobnych, ale równieŜ 
niepokalanych Aryjczyków, a wśród nich nawet jednego członka partii, siedział więc teraz w 
bunkrze i nie wiadomo było jeszcze, co się z nim stanie.
Karlchen Ziemke, który bez drŜenia serca wysyłał ludzi na tamten świat, przeląkł się o 
własne, drogocenne Ŝycie. I w jego głowie, która nie mieściła o wiele więcej myśli niŜ 
główka pięcioletniego dziecka, ale za to same złe myśli, w głowie tej powstał pomysł ratunku 
przez udawanie wariata. Wymyślił sobie rolę psa. A moŜe doradził mu tak ktoś z kolegów, co 
było bardziej prawdopodobne. I Karlchen grał swoją rolę z całkowitą konsekwencją.
Najczęściej biegał zupełnie nagi na czworakach po celi, szczekał jak pies, Ŝarł z miski jak pies 
i próbował wciąŜ na nowo gryźć w nogi Quangla. Albo Ŝądał od starego majstra, aby 
godzinami podrzucał mu szczotkę, którą potem aportował. Za to Quangel musiał go głaskać i 
chwalić. Albo musiał wywijać jak liną spodniami Karola, a ten wytrwale skakał przez nie.
Gdy majster nie był dość posłuszny, „pies" napadał go, przewracał na podłogę i chwytał 
zębami za gardziel. I nigdy nie było pewności, czy z tej zabawy nie wyniknie coś powaŜnego. 
Dla wartowników wyczyny Karlchena stanowiły wspaniałą zabawę. Stali często godzinami 
przy drzwiach celi, szczuli „psa", i Quangel musiał ścierpieć to wszystko. Gdy jednak 
przychodzili pijani, by wyładować wściekłość na więźniach, ciskali Karlchenem o ziemię, a 
Karlchen rozkładał ręce i błagał ich, aby wydeptali mu bebechy z nagiego ciała.
Quangel był skazany na współŜycie z tym człowiekiem dzień za  dniem, godzina za godziną, 
minuta za minutą. On, stary samotnik, nic mógł teraz nawet przez kwadrans być sam. Nawet 
nocą, gdy szuka) pociechy we śnie, nie był bezpieczny przed swym prześladowcą. Naelr 
Karlchen klękał przed jego łóŜkiem, kładł łapę na pierś Quangla i zadu, wody albo miejsca na 
posłaniu Quangla. Quangel musiał odsuwać się na bok, choć wstrząsało nim obrzydzenie 
przed tym nigdy nie mytym ciałem, owłosionym jak u zwierzęcia, ale nie mającym nic z 
czystości i niewinności zwierzęcia. A potem Karlchen cicho szczekał i zaczynał oblizywać 
twarz i całe ciało Quangla.
To było cięŜkie do zniesienia. I często Otto Quangel pytał sam siebie, dlaczego właściwie 
znosi to wszystko. PrzecieŜ koniec był pewny, bliski koniec. Ale był w nim jakiś opór przed 
samobójstwem, przed opuszczeniem Anny, której nie widywał. Był w nim jakiś opór, aby im 

Strona 127

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

nie ułatwić tego, aby im nie pozwolić na wyprzedzenie wyroku. Niech go skaŜą na śmierć, 
niech mu zabiorą Ŝycie, obojętne - powrozem czy toporem. Niech nie myślą, Ŝe uwaŜa się za 
winnego. Nie, nie chciał im nic oszczędzić, a więc nie oszczędził sobie Karola Ziemke.
I dziwne - w miarę jak upływało tych dziewiętnaście dni, „pies" był coraz uleglejszy wobec 
Quangla. Nie gryzł go juŜ, nie rzucał go na ziemię i nie chwytał za gardziel. JeŜeli jego 
koledzy z SS dostarczali mu czasem czegoś lepszego do jedzenia, musiał to koniecznie 
podzielić. I „pies" leŜał godzinami ze swą ogromną, okrągłą czaszką na łonie starego 
człowieka, z zamkniętymi oczyma, cicho mrucząc, podczas gdy palce Quangla gładziły jego 
włosy.
Majster rozmyślał, czy to zwierzę wskutek udawania szaleństwa rzeczywiście nie oszalało? 
Ale jeŜeli tak było, to dotyczyło to równieŜ jego „wolnych" kolegów na korytarzach bunkra. 
CzyŜby oni wszyscy wraz z ich szalonym fuehrerem i stale idiotycznie szczerzącym zęby 
Himmlerem byli z rodu, który naleŜało wytępić z powierzchni ziemi, aby mogli na niej Ŝyć 
ludzie rozsądni?
Gdy przyszedł rozkaz, Ŝe Otto Quangel ma iść na transport, Karlchen był bardzo 
nieszczęśliwy. Wył i skowyczał, zmusił Quangla do przyjęcia jego całego chleba, a gdy 
majster musiał wyjść na korytarz i stanąć z podniesionymi rękami twarzą do ściany, nagi 
męŜczyzna wyskoczył za nim na czworakach z celi, przykucnął przy nim i wył cicho i 
boleśnie. To miało tę dobrą stronę, Ŝe surowi esesmani nie obeszli się z Quanglem tak 
brutalnie jak z innymi przeznaczonymi na transport.
z-z}owiek, który zdobył uległość takiego „psa", ten człowiek z zimną, złą twarzą ptaka zrobił 
wraŜenie nawet na pomocnikach kata.
]\[a rozkaz „odmaszerować", gdy „pies" Karlchen został z po-yyrotem zagnany do swojej 
celi, twarz Quangla nie była juŜ tylko zimna j zła. Wówczas odczuł w sercu lekki ucisk, coś 
jakby Ŝal. Ten człowiek, który w całym swoim Ŝyciu przywiązał się tylko do jednej istoty, 
mianowicie do swojej Ŝony, niechętnie rozstawał się teraz z wielokrotnym mordercą, ze 
zwierzęciem w ludzkim ciele.
ROZDZIAŁ LIV Anna Ouangel i Truda Hergesell MoŜe to było tylko niedopatrzenie, Ŝe 
Anna Quangel dostała po śmierci Berty jako towarzyszkę w celi Trudę Hergesell. A moŜe 
stało się tak dlatego, Ŝe w gruncie rzeczy obie były dla pana komisarza Lauba zupełnie 
niewaŜne. Wycisnęło się z nich wszystko, co same wiedziały i czego dowiedziały się od 
swoich chłopów, i tym samym były załatwione. Rzeczywistymi przestępcami byli zawsze 
męŜczyźni, a kobiety tylko biegły za nimi. Co oczywiście nie przeszkadzało wykonywać na 
nich egzekucji tak jak na męŜczyznach.
Tak, Berta umarła. Berta, która zupełnie bezwiednie zdradziła Annie obecność jej bratowej i 
przez to ściągnęła na swoją głowę wściekłość komisarza Lauba. Gasła jak świeca. Umierała 
słabnąc coraz bardziej, w ramionach Anny Quangel. I coraz cichszym głosem błagała swoją 
towarzyszkę z celi, by nikogo nie wzywała. Nagle zupełnie ucichła.
Berta, o której Anna nic nie wiedziała, ani jakie nosiła nazwisko, ani jaką zbrodnię popełniła, 
ta Berta nagle umilkła. Jeszcze parę razy zabulgotało coś w jej krtani, jeszcze walczyła o 
oddech, a potem nastąpił krwotok, obfity strumień krwi. Ramiona, którymi obejmowała 
Annę, rozluźniły się...
LeŜała bardzo biała i bardzo cicha. Anna pełna troski pytała siebie, czy nie jest współwinna 
tej śmierci. GdybyŜ nie wymieniła komisarzowi Laubowi nazwiska swojej bratowej! A potem 
pomyślała o Trudzie Baumann, Trudzie Hergesell i zaczęła drŜeć - tę rzeczywiście ona 
zdradziła! Oczywiście, oczywiście, ma dosyć wymówek. Jak mogła  przypuszczać, Ŝe 
nieszczęście wyniknie jedynie z wymienienia narzeczonej Ottonka! Ale potem poszła dalej, 
krok za krokiem i wreszcie zdrada stała się zupełnie jasna. Unieszczęśliwiła człowieka, do 
którego była serdecznie przywiązana, a moŜe nawet nie jednego człowieka.
Anna drŜała na myśl o tym, Ŝe musiałaby stanąć oko w oko z Trudą i powtórzyć jej w twarz 
owe zdradzieckie słowa. A na myśl o swoim męŜu ogarniała ją rozpacz. Była pewna, Ŝe ten 
sumienny, prawy człowiek nigdy nie przebaczy jej tej zdrady i Ŝe przed bliskim końcem straci 
jeszcze jedynego przyjaciela.
- JakŜe mogłam być tak słaba - oskarŜała się Anna Quangel, a gdy brano ją na przesłuchanie 
do Lauba, błagają w duchu nie o to, aby jej nie dręczył, ale błagała o siłę, o moc, aby mimo 
udręczeń nic nie powiedzieć, co mogłoby obciąŜyć innych. I ta mała, wątła kobieta trwała w 
postanowieniu wzięcia na siebie części cięŜaru, i więcej niŜ części: ona, ona sama - poza 
jednym czy dwoma wypadkami - wynosiła wszystkie pocztówki i ona sama wymyślała ich 
treść i dyktowała ją męŜowi. Ona sama była wynalazczynią tych kart; wpadła na ten pomysł, 
bo syn jej zginął.
Komisarz Laub wiedział doskonale, Ŝe te zeznania są kłamliwe, Ŝe ta kobieta w ogóle nie 
byłaby zdolna do wykonania rzeczy, do jakich się przyznawała. Mógł krzyczeć, grozić, 
dręczyć, ile tylko chciał: nie podpisze Ŝadnego innego protokołu, nie cofnie nic ze swoich 
zeznań, choćby jej dziesięć razy dowiódł, Ŝe nie mogą być zgodne z prawdą. Laub przekręcił 
śrubę i był bezsilny. A gdy Annę po takim przesłuchaniu sprowadzano znów do piwnicy, 
odczuwała coś jakby ulgę, jak gdyby odpokutowała część winy, jakby Otto mógł być trochę z 
niej zadowolony. I coraz bardziej narastała w niej myśl, Ŝe moŜe uda jej się uratować Ŝycie 
Ottona, jeŜeli całą winę weźmie na siebie...
Według zwyczajów więzień gestapowskich nie spieszono się bynajmniej z wyniesieniem 
martwej Berty z celi Anny. Mogło to znów być niedbalstwo, a mogło być takŜe świadomą 
udręką; w kaŜdym razie trup leŜał juŜ trzeci dzień w słodkawo cuchnącej celi, gdy drzwi 
otworzono i wepchnięto tę, przed której wzrokiem Anna odczuwała taki lęk.
Truda Hergesell zrobiła pierwszy krok w celi. Jej oczy prawie nic jeszcze nie widziały. Była 
śmiertelnie znuŜona, a obawa o Karla, który jeszcze nie odzyskał przytomności i od którego 
przed chwilą brutalnie ją oderwano, doprowadzała ją do utraty zmysłów. Wydała lekki okrzyk  
przeraŜenia, gdy poczuła odraŜający smród rozkładu w celi, gdy ujrzała , która leŜała teraz 
obrzmiała i cała w plamach na drewnianej pryczy.
Jęknęła: - JuŜ nie mogę! - i Anna uchroniła ofiarę swej zdrady przed upadkiem.
-  Trudel! - szepnęła do ucha na pół omdlałej. - Trudel, czy potrafisz mi wybaczyć? To ja 
pierwsza wymieniłam twoje nazwisko, Ŝe byłaś narzeczoną Ottonka. A potem mękami 
wydostali ze mnie wszystko. Ja sama juŜ tego nie rozumiem. Trudel, nie patrz tak na mnie, 
proszę cię! Trudel, czy nie miałaś mieć dziecka? Czy ja i to zniszczyłam?
Podczas gdy pani Anna Quangel tak mówiła, Truda Hergesell oswobodziła się z jej ramion i 
wróciła do drzwi celi. Oparła się teraz o obite Ŝelazem drzwi i pobladła patrzyła na starą 
kobietę, oddzieloną od niej całą długością celi i opartą o przeciwległą ścianę.
-  To ty byłaś, matko? - zapytała. - To ty zrobiłaś? - I z nagłym wybuchem: - Ach, naprawdę 

Strona 128

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

nie chodzi o mnie! Ale pobili mi tak strasznie mojego Karli i nie wiem, czy wrócił juŜ do 
przytomności. MoŜe juŜ teraz nie Ŝyje...
Łzy popłynęły jej z oczu, gdy zawołała: - A ja nie mogę iść do niego! Nie wiem nic i moŜe 
będę tu siedziała dzień po dniu i nic nie będę wiedziała. Będzie juŜ wtedy martwy i 
pogrzebany, ale we mnie będzie wciąŜ jeszcze Ŝył. I nie będę miała teŜ dziecka od niego - 
jakŜe nagle stałam się biedna! Jeszcze przed paru tygodniami, zanim spotkałam ojca, miałam 
wszystkie dane, aby być szczęśliwą, i byłam teŜ szczęśliwa! A teraz juŜ nic nie mam. Nic! 
Ach, matko!...
I dodała nagle: - Ale za poronienie nie ponosisz winy, matko. To było przedtem, zanim się 
jeszcze coś stało.
Nagle Truda Hergesell przebiegła chwiejnie przez celę i ukryła głowę na piersi Anny, skarŜąc 
się: - Ach, matko, jakŜe jestem teraz nieszczęśliwa. Powiedz mi chociaŜ, Ŝe Karli przetrwa 
Ŝywy!
Anna Quangel całowała ją i szeptała: - Będzie Ŝył, Trudel, i ty będziesz Ŝyła. PrzecieŜ nie 
zrobiliście nic złego!
Przez chwilę trwały w milczącym uścisku. Jedna znajdowała ukojenie w miłości drugiej. 
Zabłysnął znów nikły promyk nadziei.
Potem jednak Truda potrząsnęła głową i powiedziała: - Nie, i my nie Wyjdziemy cało. Za 
wiele wygrzebali. To prawda, co mówisz: właściwie nie zrobiliśmy nic złego. Karli 
przechował walizę dla kogoś innego nie KaŜdy umiera... t. II  r wiedząc, co w niej jest, a ja za 
ojca podrzuciłam pocztówkę. Ale on mówią, Ŝe to jest zdrada główna, i Ŝe za to zapłacimy 
głową. - To na pewno powiedział Laub, ten straszny potwór!
-  Nie wiem. jak się nazywa, ale to obojętne. PrzecieŜ oni wszyscy Są tacy sami! I ci, którzy 
tutaj przyjmują. Wszyscy są tacy sami. MoŜe i lepiej, Ŝe aŜ tak duŜo się zebrało, bo siedzieć 
lata całe w więzieniu...
-  Ich panowanie nie będzie juŜ trwało lata, Trudel!
-  Kto wie? A co zrobili z śydami i innymi narodami - bezkarnie' Czy naprawdę wierzysz, 
mamo, Ŝe jest Bóg?
-  Tak, Trudel, wierzę. Otto nie chciał na to nigdy pozwolić, ale to jest moja jedyna tajemnica 
przed nim; ja wierzę jeszcze w Boga.
-  Nigdy nie potrafiłam naprawdę w niego uwierzyć. Ale to byłoby dobrze, gdyby był Bóg. Bo 
wtedy wiedziałabym, Ŝe Karl i ja będziemy po śmierci razem!
-  Będziecie  razem,  Trudel.   Popatrz,  Otto  równieŜ  nie  wierzy w Boga. Twierdzi, Ŝe po 
śmierci wszystko jest skończone. Aleja wiem, Ŝe będę z nim razem po naszej śmierci, zawsze 
i wiecznie. Wiem to, Trudo!
Truda popatrzyła na pryczę z nieruchomą postacią; bała się.
-  Niedobrze wygląda ta kobieta - powiedziała. - Boję się, kiedy patrzę na nią z tymi plamami 
śmierci i z tą opuchlizną! Nie chciałabym tak leŜeć, mamo!
-  LeŜy tu juŜ trzeci dzień, Trudo. Nie wynoszą jej. Wyglądała bardzo ładnie, gdy umarła, tak 
cicho i świątecznie. Ale teraz dusza z niej odleciała, teraz leŜy jak kawał zepsutego mięsa.
-  Niech ją zabiorą! Nie mogę na nią patrzeć! Nie chcę wdychać więcej tego smrodu!
I zanim Anna Quangel mogła ją powstrzymać, Truda podbiegła do drzwi, zaczęła bić 
pięściami w Ŝelazną blachę i krzyczeć: - Otworzyć! Natychmiast otworzyć! Słuchajcie!
To było zabronione. KaŜdy hałas był zabroniony, właściwie nawet mówienie było 
zabronione.
Anna Quangel podbiegła do Trudy, przytrzymała jej ręce, odciągnęła od drzwi i szeptała ze 
strachem: - Nie wolno ci tego robić, Trudo! To jest zabronione! Przyjdą i będą cię bili!
Ale było juŜ za późno. Zamek zatrzeszczał i do celi wpadł olbrzymi esesman z podniesioną 
pałką gumową. - Czego tu krzyczycie, wy kurwy! - zaryczał. - Zachciało wam się wydawać 
rozkazy, kurewskie nasienie?
 Obie kobiety przeraŜone patrzyły na niego z kąta. Nie podszedł do nich, aby je bić. Opuścił 
pałkę i zamruczał: - AleŜ tu śmierdzi jak w trupiarni! Jak długo ona juŜ tu leŜy?
Był to zupełnie młodziutki chłopiec, twarz mu zbladła.
-  JuŜ trzeci dzień - powiedziała pani Anna - ach, niech pan będzie tak dobry i postara się, 
Ŝeby zabrali zwłoki z celi! Tu naprawdę juŜ nie moŜna oddychać!
Esesman zamruczał coś i wyszedł z celi. Ale nie zamknął drzwi, tylko zostawił je lekko 
uchylone.
Cicho podkradły się do drzwi, otworzyły je trochę szerzej, tylko trochę, i przez szparę 
wdychały jak balsam powietrze korytarza, pełne zapachów dezynfekcyjnych i klozetowych.
Potem cofnęły się znów, bo młody esesman wracał korytarzem.
-  Tak - powiedział trzymając jakąś kartkę w ręku. - No, jazda, chwytajcie, prędzej! Ty, stara, 
weź ją za nogi, a ty, młoda, za głowę. No, jazda, potraficie chyba unieść to ścierwo?
Mimo całej brutalności ton jego słów był niemal dobroduszny, pomagał im równieŜ przy 
niesieniu.
Szły długim korytarzem, potem otworzono przed nimi jakieś Ŝelazne okratowane drzwi. 
Esesman pokazał wartownikowi kartkę i zaczęły schodzić kamiennymi schodami w dół. Było 
tu juŜ wilgotno, a światło elektryczne świeciło ponuro.
-  Tutaj - powiedział esesman i otworzył jakieś drzwi. - Tu jest trupiarnia. PołóŜcie ją na 
pryczy. Ale rozbierzcie ją. Ubrania brak. Wszystko się przyda!
Zaśmiał się, ale jego śmiech brzmiał wymuszenie.
Kobiety krzyknęły przeraŜone. W trupiarni leŜały trupy, kobiety i męŜczyźni, wszyscy nadzy, 
tak jak przyszli na świat. LeŜeli tam z rozbitymi twarzami, z krwawymi pręgami, z 
wykręconymi członkami, z zaskorupiałą krwią i brudem. Nikt nie potrudził się zamknąć im 
oczu, patrzyli więc martwo i nieruchomo, a niektórzy jakby złośliwie łypali oczyma, jakby 
byli ciekawi i cieszyli się z przybysza, którego im przyniesiono.
Podczas gdy Anna i Truda starały się drŜącymi rękami moŜliwie prędko rozebrać Bertę, nie 
mogły powstrzymać się od rzucenia od czasu do czasu okiem poza siebie, na to zgromadzenie 
trupów. Na tę matkę, której zwisająca pierś raz na zawsze wyschła, na tego starego 
męŜczyznę,  który był pewien, Ŝe po pracowitym Ŝyciu spokojnie umrze w swoim łóŜku, na tę 
młodą dziewczynę o białych wargach, która była stworzona po to, aby dawać miłość i miłość 
otrzymywać, na tego chłopca -^ zmiaŜdŜonym nosem i harmonijnie zbudowanym ciałem 
koloru poŜółkłej kości słoniowej.
W pomieszczeniu było cicho. Lekko szeleściły suknie martwej Berty pod rękami obu kobiet. 
Potem zabrzęczała mucha i znów wszystko ucichło.
Esesman przyglądał się z rękami w kieszeniach pracy obu kobiet. Ziewał, zapalił papierosa i 
powiedział: - Tak, tak, takie jest Ŝycie!

Strona 129

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

- I znów było zupełnie cicho.
Kiedy Anna Quangel związała suknie zmarłej w węzełek, powiedział:
- A więc idziemy!
Ale Truda Hergesell połoŜyła mu rękę na czarnym rękawie i powiedziała: - Och, proszę pana, 
proszę! Niech mi pan pozwoli, Ŝebym się tu rozejrzała! Mój mąŜ - moŜe i on tu leŜy wśród 
nich...
Popatrzył na nią przez chwilę. Nagle powiedział: - Dziewczyno! Dziewczyno! Co ty tu 
robisz? - Powoli poruszał głową. - Mam siostrę u nas na wsi, musi być w twoim wieku. - 
Spojrzał jeszcze raz na nią.
- A więc rozejrzyj się. Ale prędko!
Szła cicho między trupami. Patrzyła w zgasłe twarze. Niektóre były tak zniekształcone, Ŝe nie 
sposób było je rozpoznać. Ale kolor włosów, znak na ciele zdradzały jej, Ŝe to nie jest Karol 
Hergesell.
Wróciła bardzo blada.
- Nie, nie ma go tutaj. Jeszcze nie.
Wartownik unikał jej wzroku. - A więc jazda! -powiedział ł puścił je przodem.
Tego dnia, przez cały czas słuŜby na ich korytarzu, otwierał raz po raz drzwi, aby lepsze 
powietrze weszło do celi. Przyniósł im teŜ czystą bieliznę na pryczę zmarłej - a to było w tym 
niemiłosiernym piekle bardzo wielkim miłosierdziem.
Tego dnia komisarz Laub nie miał zbyt wielkich korzyści z przesłuchania obu kobiet. 
Pocieszyły się nawzajem, odczuły odrobinę sympatii ludzkiej, nawet ze strony esesmana. 
Były silne.
Ale przeszło jeszcze wiele dni, a ten esesman nie wrócił juŜ nigdy do słuŜby na ich korytarzu. 
Prawdopodobnie został zwolniony jako nie nadający się. Był jeszcze za bardzo ludzki, aby 
móc tu pełnić słuŜbę.

ROZDZIAŁ LV Wizyta Baldura Persickego Baldur Persicke, dumny uczeń Napola, 
najwybitniejszy potomek rodziny Persicków, załatwił juŜ wszystkie swoje sprawy w Berlinie. 
^areszcie moŜe wracać i kształcić się dalej na pana świata. Sprowadził swoją matkę z ukrycia 
u krewnych i nakazał jej ostro, aby nie opuszczała mieszkania, bo moŜe się z nią zdarzyć 
rozmaicie. Odwiedził równieŜ siostrę w obozie koncentracyjnym w Ravensbrueck.
Nie poskąpił jej uznania za doskonałe naganianie do pracy starych kobiet, a wieczorem brat i 
siostra w towarzystwie kilku innych nadzorczyń z Ravensbrueck i kilku przyjaciół z 
Fuerstenberg urządzili prawdziwą małą orgię w najintymniejszym kółku, z duŜą ilością 
alkoholu, papierosów i „miłości"...
Ale przede wszystkim Baldur nastawił się na załatwienie powaŜniejszych interesów. Ojciec, 
stary Persicke, popełnił przecieŜ kilka głup-stewek w swoim pijackim szale. Podobno 
brakowało jakichś pieniędzy w kasie i miał nawet stanąć przed sądem partyjnym. Ale Baldur 
wykorzystał wszystkie swoje znajomości, postarał się o zaświadczenia lekarskie, które 
stwierdzały, Ŝe ojciec jego cierpi na uwiąd starczy, Ŝebrał i groził, był surowy i pokorny, 
wykorzystał teŜ odpowiednio historię z włamaniem - i ostatecznie najwierniejszy syn domu 
dopiął tego, Ŝe cała sprawa rozpłynęła się w powietrzu. Nie musiał nawet sprzedawać nic z 
mieszkania - brakująca suma została zaksięgowana jako skradziona. Ale bynajmniej niejako 
skradziona przez starego Persickego - o nie, nie! Jako ukradziona przez Borkhausena i jego 
wspólników; w ten sposób tarcza czci Persicków pozostała czysta.
Hergesellowie byli zagroŜeni biciem i śmiercią za przestępstwo, którego nie popełnili, a 
członek partii Persicke został rozgrzeszony z przestępstwa, które popełnił.
A więc Baldur Persicke załatwił wszystko jak najlepiej, zresztą naleŜało się tego po nim 
spodziewać. Mógłby juŜ właściwie wrócić do swojej Napola. ale chciał przedtem jeszcze 
spełnić obowiązek odwiedzenia ojca w zakładzie dla alkoholików. Poza tym chciał się 
upewnić, Ŝe podobne wypadki nie powtórzą się więcej, i zapewnić bezpieczeństwo w domu 
zalęknionej matce.
PoniewaŜ jest się Baldurem Persicke, otrzymuje się natychmiast zezwolenie na odwiedziny. 
Pozwolono mu nawet na rozmowę z ojcem sam na sam, bez nadzoru lekarskiego lub 
obecności pielęgniarza.
Baldur uwaŜa, Ŝe stary wygląda bardzo kiepsko, Ŝe zapadł się j^ zabawka z gumy przekłuta 
szpilką.
Minęły juŜ dobre dni zbankrutowanego knajpiarza. Jest tylko widmem, ale widmem nie 
pozbawionym namiętności. Ojciec Ŝebrze u syna o coś do palenia, a syn po parokrotnej 
odmowie („nie zasłuŜyłeś na to, ty stary zbrodniarzu!") daje jednak staremu papierosa. Ale 
gdy stary Persicke błaga, aby syn choć raz, jeden jedyny raz przeszmuglował ojcu do zakładu 
butelkę wódki, Baldur śmieje się tylko. Uderza ojca w wychudłe, drŜące kolana i powiada: - Z 
tym koniec, ojcze! Nie będziesz juŜ chlał wódy nigdy w Ŝyciu, za duŜo głupstw narobiłeś!
I podczas gdy ojciec patrzy na niego ze złością, syn opowiada zarozumiale o trudnościach, 
które musiał pokonać, aby naprawić te głupstwa.
Stary Persicke nigdy nie był wielkim dyplomatą. Zawsze mówił kaŜdemu prosto w nos swoje 
zdanie nie myśląc o tym, co odczuwa jego partner. Powiedział więc i teraz: - Zawsze byłeś 
chwalipiętą, Baldur! Wiedziałem, Ŝe nic mi się nie moŜe stać ze strony partii, gdzie jestem 
przecieŜ od piętnastu lat w tym kramie z Hitlerem! Nie, jeŜeli miałeś trudności -- to tylko 
wina twojej głupoty. Gdybym ja tam był, załatwiłbym to paroma zdaniami!
Ojciec jest głupi. Gdyby trochę pochlebił synowi, gdyby mu podziękował i pochwalił go, 
Baldur Persicke byłby z pewnością łaskawszy. Ojciec głęboko zranił jego próŜność, więc 
Baldur mówi krótko: - Tak, gdybyś ty tam był! Ale nigdy juŜ nie wyjdziesz z tego potrzasku, 
nigdy w Ŝyciu!
Na te niemiłosierne słowa starego ogarnia taki strach, Ŝe zaczyna drŜeć na całym ciele. Ale 
opanowuje się i powiada: - Chciałbym zobaczyć tego, kto mnie tu zatrzyma! Tymczasm 
jestem jeszcze wolnym człowiekiem i sam lekarz naczelny Martens powiedział mi, Ŝe jeśli 
przejdę tu jeszcze sześciotygodniową kurację, będę mógł wyjść. Wtedy będę uleczony.
- Nigdy nie będziesz uleczony, ojcze - powiada Baldur ironicznie — zawsze zaczniesz na 
nowo z tym swoim pijaństwem. JuŜ nieraz byłem  tego świadkiem. Powiem to lekarzowi 
naczelnemu i postaram się, abyś został ubezwłasnowolniony!
-  Tego on nie zrobi! Doktor Martens strasznie mnie lubi. Powiedział, Ŝe takich fajnych 
świństw jak ja opowiadam - nikt nie zna! On mi tego nie zrobi. A poza tym przyrzekł mi na 
pewno, Ŝe za sześć tygodni mnie wypuści.
-  Ale jeŜeli mu powiem, Ŝe dopiero co namawiałeś mnie, aŜebym ci tu przeszmuglował 
butelkę, pomyśli inaczej o twoim uleczeniu!

Strona 130

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Tego chyba nie zrobisz, Baldur! Jesteś przecieŜ moim synem, a ja twoim ojcem...
-  I cóŜ z tego? Muszę być czyimś synem i jestem zdania, Ŝe dostał mi się najbardziej 
parszywy ojciec.
Popatrzył na ojca lekcewaŜąco, a potem dodał: - Nie, nie, stary - to juŜ skończone, musisz 
przyzwyczaić się do tej myśli, Ŝe tu zostaniesz. Gdybyś wyszedł, skompromitowałbyś tylko 
całą rodzinę!
Stary jest zrozpaczony. Powiada: - Matka się nigdy na to nie zgodzi, na to 
ubezwłasnowolnienie, i Ŝebym tu wiecznie został!
-  No, sądząc z twego wyglądu, nie będzie to wcale trwało wiecznie! Baldur śmieje się i 
zakłada nogę na nogę w ładnie zaprasowanych spodniach do konnej jazdy. Ogląda z 
zadowoleniem dzieło matki - blask swoich butów. - A matka tak się ciebie boi, Ŝe nawet nie 
chce cię tutaj odwiedzić. Myślisz, Ŝe juŜ zapomniała, jak złapałeś ją za szyję i dusiłeś? Tego 
matka nigdy nie zapomni!
To napiszę do fuehrera! - zawołał stary Persicke wzburzony. - Fuehrer nie pozostawi starego 
bojownika na łasce losu!
-• Do czego ty moŜesz się jeszcze przydać fuehrerowi? Gówno fuehrera obchodzisz, nawet 
nie spojrzy na twoją bazgraninę! Przy tym wcale nie potrafisz pisać tymi trzęsącymi się 
łapami starego pijaka. I Ŝadnego twojego listu stąd nie nadadzą, juŜ ja się o to postaram! 
Szkoda papieru!
-  Baldur, miejŜe litość nade mną! Byłeś kiedyś przecieŜ takim małym chłopcem! Chodziłem 
z tobą w niedzielę na spacer. Pamiętasz, jak byliśmy kiedyś razem na KrzyŜowej Górze i 
woda płynęła tak ładnie, róŜowa i niebieska! Kupowałem ci zawsze kiełbaski i cukierki. A 
gdy miałeś jedenaście  lat i  urządziłeś  tę  historię z małym  dzieckiem. Postarałem się, abyś 
nie wyleciał ze szkoły i nie poszedł do zakładu 13' poprawczego! Czym byłbyś dzisiaj bez 
twojego starego ojca, I nie wolno ci teraz zostawić mnie w tym potrzasku.
Baldur wysłuchał tego potoku słów nie zmieniając wyrazu twarzy Wreszcie odpowiedział: - 
Teraz, ojcze, chcesz mnie wziąć na uczucie? Bardzo chytrze z twojej strony. Tylko Ŝe to na 
mnie nie działa Powinieneś wiedzieć, Ŝe nie robię sobie nic z uczuć! Uczucia! ...Dobra 
kanapka z szynką jest mi milsza od wszelkich uczuć! Ale nie chcę być taki zły, podaruję ci 
jeszcze papierosa - allez hop!
Ale stary był za bardzo zdenerwowany, aby myśleć teraz o paleniu. Papieros - ku nowemu 
rozdraŜnieniu Baldura - upadł niepostrzeŜony na podłogę.
- Baldur! - błagał znów stary. - Nie wiesz, co to za dom! Głodzą tu człowieka na śmierć, a 
pielęgniarze wciąŜ biją. I inni chorzy teŜ mnie biją. Mam drŜące ręce i nie potrafię się bronić, 
więc zabierają mi jeszcze i tę odrobinę jedzenia...
Gdy stary tak błagał, Baldur przygotowywał się do odejścia, ale ojciec uczepił się go, trzymał 
go kurczowo i mówił coraz szybciej:
-  Zdarzają, się jeszcze o wiele straszniejsze rzeczy. Czasami starszy pielęgniarz daje chorym, 
którzy trochę hałasują, zastrzyk z czymś takim zielonym. Nie wiem, jak to się nazywa. Ale po 
tym ludzie muszą ciągle rzygać. AŜ duszę z ciała wyrzygają, a potem znikają nagle. Trupy, 
Baldur - chyba nie chcesz, Ŝeby twój ojciec tak umarł, Ŝeby sobie wyrzygał duszę z ciała, twój 
własny ojciec! Baldur, bądź dobry, pomóŜ mi! Wyciągnij mnie stąd, tak się boję!
Ale Baldur Persicke miał dość słuchania tych skowytów. Siłą wyrwał się staremu Persickemu, 
wcisnął go w fotel i powiedział: - No, bądź zdrów, ojcze! Pozdrowię matkę od ciebie. I 
pamiętaj, Ŝe tam koło stołu na podłodze leŜy jeszcze papieros. Szkoda go!
I z tymi słowami prawdziwy syn swojego ojca wyszedł.
Baldur nie opuścił jednak jeszcze zakładu dla alkoholików, ale kazał się zameldować u 
lekarza naczelnego, doktora Martensa. Miał szczęście - lekarz naczelny był obecny i mógł go 
natychmiast przyjąć. Uprzejmie przywitał swego gościa; przez chwilę obaj przyglądali się 
sobie badawczo, lecz ostroŜnie.
Potem lekarz powiedział: - Jak widzę, jest pan w Napola, panie Persicke, czy teŜ moŜe się 
mylę?
 -  Nie, panie doktorze - jestem w Napola - odpowiedział Baldur z dumą.
-  Tak, dziś robi się bardzo wiele dla naszej młodzieŜy - zauwaŜył lekarz kiwając z uznaniem 
głową. - Cieszyłbym się, gdybym w swojej młodości miał taką moŜliwość awansu. Pan 
jeszcze nie został powołany jo słuŜby wojskowej, panie Persicke?
-  Chyba zaoszczędzą mi zwykłego komiśniaka - powiedział niedbale, z pogardą Baldur. - 
Dostanę chyba zarząd jakiegoś większego terenu, Ukrainę czy Krym. Jakieś parę tuzinów 
kilometrów kwadratowych.
-  Rozumiem - skinął lekarz.
-  Czy jest pan w partii, panie doktorze Martens?
-  Niestety, nie. Aby wyznać prawdę, jeden z moich dziadków popełnił głupstwo, znana 
malutka skaza w tkaninie. Pan rozumie? -i szybko ciągnął dalej. -Ale sprawa jest juŜ 
uregulowana w zupełności. Moi szefowie poręczyli za mnie i jestem uwaŜany za czystego 
Aryjczyka. Chciałem powiedzieć, Ŝe jestem nim. I spodziewam się, Ŝe wkrótce będzie mi 
wolno przypiąć swastykę.
Baldur siedział sztywno wyprostowany. Jako czysty Aryjczyk czuł się czymś znacznie 
wyŜszym od swego rozmówcy, który musiał się wdrapywać kuchennymi schodami. - 
Chciałem z panem pomówić w sprawie mojego ojca, panie doktorze - powiedział niemal 
tonem zwierzchnika.
-  O, z pańskim ojcem wszystko jest na dobrej drodze, panie Persicke! Myślę, Ŝe za sześć - 
osiem tygodni będziemy mogli go wypuścić jako uleczonego...
-  Mój ojciec jest nieuleczalny! - przerwał mu Baldur Persicke ostro. -Mój ojciec pił, jak 
długo go pamiętam. A jeŜeli go tu przed południem wypuścicie jako uleczonego, zjawi się u 
nas po południu zupełnie pijany. Znamy to wyzdrowienie. Moja matka i moje rodzeństwo 
Ŝyczą sobie, aby ojciec spędził tutaj resztę swego Ŝycia. Przyłączam się do tych Ŝyczeń, panie 
doktorze!
-  Oczywiście, oczywiście! -- pośpieszył lekarz z zapewnieniem. - Porozmawiam o tym z 
panem profesorem...
-  Zupełnie niepotrzebne. To, co uzgodnimy tutaj, jest ostateczne. Gdyby mój ojciec naprawdę 
miał się zjawić u nas w domu, to ktoś się postara jeszcze tego samego dnia przyprowadzić go 
tutaj z powrotem kompletnie pijanego! Tak wyglądałoby wówczas pańskie całkowite 
wyleczenie, panie doktorze, i daję panu słowo, Ŝe następstwa nie byłyby dla pana przyjemne!
Popatrzyli na siebie przez szkła okularów. Ale, niestety, naczelny lekarz był tchórzem - 
opuścił wzrok przed bezwstydnie bezczelnym spojrzeniem Baldura. Powiedział: - 
Oczywiście, niebezpieczeństwo nawrotu u dypsomanów*, u pijaków, jest zawsze duŜe. A 

Strona 131

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

jeśli pański ojciec, jak pan mi to przed chwilą powiedział, rzeczywiście stale pił... - Przepił 
swoją knajpę. Przepił wszystko, co moja matka zarobiła. Jeszcze dziś, jeśli dopuścilibyśmy do 
tego, przepiłby wszystko, co my, jego czworo dzieci, zarabiamy. Mój ojciec pozostanie tutaj!
- Pański ojciec pozostanie więc tutaj. AŜ do odwołania. Gdyby pan później, ewentualnie po 
wojnie, przy jakichś odwiedzinach odniósł jednak wraŜenie, Ŝe w stanie pańskiego ojca 
nastąpiła istotna poprawa... Baldur znów przerwał lekarzowi zdanie: - Mojego ojca nie będzie 
nikt więcej odwiedzał, ani ja, ani moje rodzeństwo. Wiemy, Ŝe jest tutaj w dobrych rękach, i 
to nam wystarczy - Baldur popatrzył na lekarza przenikliwie, długo nie odwracając 
spojrzenia. Jeśli dotychczas mówił głośno, niemal rozkazująco, teraz ściszył głos: - Ojciec 
mówił mi o pewnych zielonych zastrzykach, panie doktorze...
Lekarz wzdrygnął się lekko. - Zwykły środek wychowawczy. UŜywany tylko wyjątkowo w 
stosunku do opornych, młodszych pacjentów. JuŜ wiek pańskiego ojca zabrania...
Znów nie mógł skończyć zdania. - Mój ojciec juŜ otrzymał taki zielony zastrzyk...
Lekarz zawołał: - To jest wykluczone! Przepraszam, panie Persicke, to musi być pomyłka!
Baldur powiedział surowo: - Mój ojciec opowiedział mi o tym jednym zastrzyku. 
Opowiedział mi, Ŝe podziałał na niego dobrze. Dlaczego w dalszym ciągu nie stosuje się w 
jego przypadku tych zabiegów, panie doktorze?
Lekarz był kompletnie zmieszany. - AleŜ panie Persicke! To tylko środek wychowawczy! 
Pacjent zwraca potem godzinami, a często i całymi dniami!
* Dypsomania - zaburzenia psychiczne polegające na okresowym występowaniu u chorego 
niepohamowanej potrzeby określonego narkotyku.
-  No i co dalej? NiechŜe sobie rzyga! MoŜe rzyganie sprawia mu przyjemność! Mnie ojciec 
zapewnił, Ŝe zielony zastrzyk dobrze mu zrobił. Po prostu tęskni za następnym. Dlaczego 
wzbrania mu pan tego środka, jeśli dobrze na niego działa?
-  Nie, nie! - powiedział lekarz prędko. I dodał wstydząc się samego siebie: - To musi być 
nieporozumienie. Jeszcze nigdy nie słyszałem, aby pacjentowi zastrzyk z...
-  Panie doktorze, któŜ rozumie pacjenta lepiej niŜ jego własny syn? A trzeba panu wiedzieć, 
Ŝe jestem ulubieńcem mego ojca. Byłbym panu naprawdę bardzo zobowiązany, gdyby pan 
pielęgniarzowi albo temu, któremu to podlega, teraz, jeszcze w mojej obecności wydał 
polecenie natychmiastowego wykonania takiego zastrzyku. Poszedłbym, Ŝe tak powiem, 
uspokojony do domu, Ŝe spełniłem Ŝyczenie starego człowieka!
Lekarz, bardzo pobladły, patrzył w twarz swego rozmówcy. - Myśli pan więc to na serio? 
Mam teraz, od razu?... - zamruczał.
-  CzyŜ mogą być jeszcze jakieś wątpliwości co do mego poglądu, panie doktorze? UwaŜam, 
Ŝe jest pan stanowczo zbyt miękki na kierownicze stanowisko. Miał pan rzeczywiście 
przedtem rację: powinien pan był pójść do Napola i wyrobić w sobie silniej pewne cechy 
kierownicze! -1 dodał złośliwie: - Oczywiście przy pańskiej dziedzicznej wadzie są jeszcze 
inne moŜliwości wychowawcze...
Po długiej przerwie lekarz powiedział cicho: - Pójdę więc teraz zrobić zastrzyk pańskiemu 
ojcu...
-  AleŜ proszę, panie doktorze Martens, czemu nie ma tego zrobić starszy pielęgniarz? 
Wydaje mi się, Ŝe to przecieŜ naleŜy do jego obowiązków?
Lekarz staczał cięŜką walkę ze sobą. Znów było zupełnie cicho w pokoju.
Potem wstał powoli: - Powiem więc pielęgniarzowi...
-  Chętnie pana odprowadzę. Ogromnie mnie interesuje pański zakład.  Pan rozumie - 
wyrugowanie tego, co niewarte jest Ŝycia, sterylizycja i tak dalej...
Baldur Persicke był obecny przy tym, gdy lekarz udzielał wskazówek pielęgniarzowi. - 
NaleŜy pacjentowi Persickemu zrobić taki to a taki zastrzyk...
A więc z.as t rzy k do rzygama. mój drogi!      powiedział Baldur 'askawie. - Ile tego na ogół 
dajecie? Tak, tak, no myślę, Ŝe trochę więcej  teŜ nie zaszkodzi, co? Chodź no pan! Ma pan tu 
parę papierosów. Mo weź pan, panie pielęgniarzu, juŜ całe pudełko!
Pielęgniarz podziękował i odszedł ze strzykawką z zielonym płynem w ręku.
-  No, ma pan tu prawdziwego byczka, tego pielęgniarza! WyobraŜam sobie, Ŝe jak zaczyna 
rąbać, to wióry lecą. Mięśnie, mięśnie, panie doktorze, to połowa Ŝycia! A więc dziękuję 
bardzo, panie doktorze! Mam nadzieję, Ŝe leczenie będzie skuteczne. Heil Hitler!
-  Heil Hitler, panie Persicke!
Wróciwszy do swojego gabinetu lekarz cięŜko opadł na fotel. Czuł, Ŝe drŜy na całym ciele i 
Ŝe zimny pot zrasza mu czoło. Nie mógł się uspokoić. Wstał, podszedł do szafki z 
medykamentami. Powoli wyją} strzykawkę. Nie było w niej Ŝadnego zielonego płynu, mimo 
Ŝe miał dostateczne powody, aby rzygać na cały świat, a zwłaszcza na własne Ŝycie. Doktor 
Martens wolał morfinę.
Wrócił na fotel, wyciągnął z zadowoleniem nogi oczekując działania narkotyku.
„JakŜe jestem tchórzliwy! - pomyślał. - Tchórzliwy do obrzydliwości! Ten nędzny, bezczelny 
smarkacz - prawdopodobnie wszystkie jego wpływy - to tylko wielka gęba! A ja czołgam się 
przed nim. I to wcale niepotrzebnie. Zawsze ta przeklęta babka i to, Ŝe nie umiem trzymać 
języka za zębami. A przy tym była to przecieŜ taka miła stara dama i tak ją kochałem..."
Jego myśli zagubiły się. Widzi znów przed sobą starą panią z delikatną twarzyczką. W jej 
mieszkaniu pachniało zawsze wodą róŜaną i ciastkami anyŜowymi. Miała taką delikatną rękę, 
postarzałą rękę dziecka...
„I przez nią poniŜyłem się przed tym łotrem! Ale rnyślę. panie Persicke, Ŝe jednak lepiej nie 
wstąpię do partii. Myślę, Ŝe na to jest juŜ za późno. JuŜ trochę za długo trwa to wasze 
panowanie."
ZmruŜył oczy i wyciągnął się. Oddychał z przyjemnością., było rnu teraz znów dobrze na 
sercu.
- Zaraz potem zajrzę do Persickego. Więcej zastrzyków w kaŜdym razie nie dostanie. Mam 
nadzieję, Ŝe ten przetrzyma. Zaraz potem zajrzę do niego, chcę tylko najpierw wykorzystać to 
miłe działanie. A zaraz potem... - słowo honoru!
 ROZDZIAŁ LVI Drugi towarzysz celi Ottona Ouangla Gdy Otto Quangel został 
wprowadzony przez dozorcę do swojej nowej celi w więzieniu śledczym, wysoki męŜczyzna 
dźwignął się zza stołu, przy którym czytał, i stanął w przepisowej postawie pod oknem, i 
dłońmi na szwie spodni. Ale sposób, w jaki wykonał to „oddawanie honorów", świadczył, Ŝe 
nie uwaŜał tej czynności za bezwzględnie konieczną.
Dozorca skinął teŜ od razu głową: - Dobra, dobra, panie doktorze - powiedział. - Ma pan tutaj 
nowego towarzysza do celi.
-  Dobrze - powiedział męŜczyzna, który jednak wydał się Quang-lowi w swym ciemnym 
garniturze, sportowej koszuli i krawacie raczej „panem" niŜ towarzyszem niedoli. - Dobrze! 

Strona 132

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Moje nazwisko: Reich-hardt, muzyk. OskarŜony o knowania komunistyczne. A pan?
Quangel poczuł w dłoni chłodną, mocną dłoń. - Quangel - powiedział z rezerwą - jestem 
stolarzem. Miałem popełnić zdradę główną i zdradę stanu.
-  Hej, panie! - zawołał doktor Reichhardt, muzyk, do dozorcy, który miał właśnie zamiar 
zamknąć drzwi: - Od dziś znów dwie porcje, dobrze?
-  Dobra, panie doktorze! - powiedział dozorca. - Sam wiem przecie.
I drzwi zamknęły się.
Patrzyli przez chwilę badawczo na siebie. Quangel był nieufny, tęsknił niemal do swojego 
Karlchen - do „psa" w lochu gestapo. Miał teraz współŜyć z tym eleganckim panem, 
prawdziwym doktorem - było mu nieprzyjemnie.
„Pan" uśmiechał się oczyma. Potem powiedział: - Niech pan robi wszystko tak, jak gdyby pan 
był sam, jeŜeli pan tak woli. Nie będę panu przeszkadzał. Czytam duŜo, gram sam ze sobą w 
szachy. Uprawiam gimnastykę, aby utrzymać ciało w formie. Czasami trochę śpiewam, ale 
tylko zupełnie cicho. To oczywiście jest zabronione. Czy będzie to panu Przeszkadzało?
-  Nie, to mi nie przeszkadza - odpowiedział Quangel. I dodał niemal wbrew swojej woli: - 
Przychodzę z bunkra w gestapo, gdzie  Ŝyłem prawie niemal przez trzy tygodnie zamknięty z 
wariatem, który wiecznie był nagi i udawał psa. Tak łatwo nic mi juŜ nie przeszkodzi -  
Dobrze! - powiedział doktor Reichhardt. - Oczywiście, byłoby jeszcze lepiej, gdyby muzyka 
sprawiała panu trochę przyjemności. Jest to jedyny sposób na stworzenie sobie harmonii w 
tych murach.
-  Na tym się nie rozumiem - odpowiedział Otto Quangel odpychająco. I dodał: - Bardzo 
elegancki dom w porównaniu z tym, w którym byłem, co?
Pan usiadł znów przy stole i wziął ksiąŜkę do ręki. Odpowiedział przyjaźnie: -1 ja byłem 
przez jakiś czas na dole, tam gdzie pan był. Tak, trochę lepiej tu jest. Przynajmniej nikt tutaj 
nie bije. Dozorcy są najczęściej tępi, ale niekoniecznie brutalni. Ale wie pan, więzienie 
pozostaje więzieniem. Trochę ułatwień. Wolno mi na przykład czytać, palić, mogę otrzymać 
własne jedzenie, własne ubranie i własną bieliznę pościelową. Ale mój wypadek jest 
specjalny. Jednak nawet lŜejszy areszt pozostaje aresztem. Trzeba dojść do tego, aby nie czuć 
krat.
-  A czy pan doszedł do tego?
-  MoŜe. Najczęściej. Nie zawsze... Na pewno nie zawsze. Na przykład kiedy myślę o swojej 
rodzinie, wtedy nie.
-  Ja mam tylko Ŝonę - powiedział Quangel. - Czy to więzienie ma teŜ oddział kobiecy?
-  Tak, jest taki oddział, ale nigdy nie widujemy kobiet.
-  Oczywiście. - Otto Quangel cięŜko westchnął. - Moją Ŝonę teŜ zamknęli. Mam nadzieję, Ŝe 
dzisiaj ją teŜ tutaj przenieśli.
I dodał: - Jest za miękka na to, co musiała wytrzymać w bunkrze.
-  Mam nadzieję, Ŝe pańska Ŝona jest równieŜ tutaj - powiedział muzyk przyjaźnie - dowiemy 
się tego przez pastora. MoŜe przyjdzie jeszcze dziś po południu. Poza tym wolno panu wziąć 
sobie obrońcę teraz, kiedy jest pan tutaj.
Skinął głową Quanglowi, powiedział jeszcze: - Za godzinę będzie obiad - nałoŜył okulary i 
zaczął czytać.
Quangel popatrzył chwilę na niego, ale pan nie chciał dalej rozmawiać, lecz czytał naprawdę.
„Dziwaczni są ci eleganccy ludzie - pomyślał Quangel - miałbym jeszcze mnóstwo pytań. Ale 
jeŜeli nie chce, teŜ dobrze. Nie chcę zamienić się w jego »psa«, który nie daje mu spokoju."
I nieco podraŜniony zaczął powlekać pościel swego łóŜka.
Cela była bardzo czysta i jasna. Nie była teŜ zbyt mała, moŜna było zrobić trzy i pół kroku 
naprzód i trzy i pół kroku w tył. Okno odemknięte, powietrze dobre, pachniało tu przyjemnie. 
Jak Quangel notem stwierdził, ów przyjemny zapach pochodził od mydła i bielizny pana 
Reichhardta. Po dusząco smrodliwej atmosferze bunkra gestapo Quanglowi wydało się, Ŝe 
jest w jasnym i wesołym pomieszczeniu.
Gdy powlókł pościel, usiadł na łóŜku i spojrzał na towarzysza celi. pan czytał. Dość szybko 
odwracał kartkę za kartką. Quangel, który nie mógł sobie przypomnieć, by od czasów 
szkolnych czytał kiedy ksiąŜkę, myślał zdziwiony: „Co on ma do czytania? Czy nie ma nic do 
przemyślenia, tutaj, w tym miejscu? Nie mógłbym tak spokojnie siedzieć i czytać! Muszę 
wciąŜ myśleć o Annie, jak to się wszystko stało i jak to dalej będzie, i czy potrafię się nadal 
przyzwoicie zachować. On powiada, Ŝe mogę sobie wziąć adwokata. Ale adwokat kosztuje 
kupę pieniędzy, i co mi to pomoŜe, jeŜeli i tak jestem skazany na śmierć? Przyznałem się 
przecieŜ do wszystkiego! Taki elegancki pan - u niego to wszystko jest inaczej. Widziałem to 
od razu, jak tylko wszedłem. Dozorca mówi do niego »panie« i »doktorze«. Ten chyba 
niewiele przeskrobał - moŜe sobie czytać. WciąŜ czytać"...
Doktor Reichhardt przerwał tylko dwukrotnie swoje przedpołudniowe czytanie. Raz 
powiedział nie podnosząc wzroku: - Papierosy i zapałki są w szafce - gdyby pan chciał palić.
Ale gdy Quangel odparł: - Nie palę! Szkoda mi na to pieniędzy! - pan juŜ znów czytał.
Za drugim razem Quangel wszedł na stołek i starał się wyjrzeć na podwórze, -z którego 
słychać było równomierne szuranie wielu stóp.
- Teraz lepiej nie, panie Quangel! - powiedział doktor Reichhardt. - Teraz jest przerwa. 
Niektórzy urzędnicy zwracają specjalnie uwagę na okna, z których ktoś wygląda. Potem taki 
wylatuje do bunkra na chleb i wodę. Wieczorem najczęściej moŜe pan wyglądać przez okno.
Potem przyniesiono obiad. Quangel, który był przyzwyczajony do ohydnie przygotowanego 
Ŝarcia w bunkrze gestapo, przyglądał się ze zdumieniem, jak wniesiono tu dwie duŜe miski z 
zupą i dwa talerze z mięsem, kartoflami i zielonym groszkiem. Ale z jeszcze większym 
zdumieniem przyglądał się swemu sąsiadowi, który wlał nieco wody do miski, troskliwie 
obmył, a potem wytarł ręce. Doktor Reichhardt wlał świeŜą wodę do miednicy i powiedział 
bardzo uprzejmie: - Proszę  bardzo, panie Quangel! - I Quangel posłusznie umył ręce, chociaŜ 
nie dotknął przecieŜ niczego brudnego.
Potem jedli niemal milcząc obiad, który Quanglowi wydawał się niezwykle dobry.
Minęły trzy dni, zanim majster zrozumiał, Ŝe to jedzenie nie jest przydzielone przez Trybunał 
Narodowy dla więźniów w śledztwie, ale Ŝe jest to prywatne jedzenie pana doktora 
Reichhardta, którym dzielił się ze swym towarzyszem bez wszelkiej ostentacji.
Tak samo był gotów podzielić się z Quanglem wszystkim: papierosami, mydłem, ksiąŜkami. 
Gdyby Quangel tylko chciał.
Minęło jeszcze kilka dni, zanim Quangel przezwycięŜył nieufność wobec doktora Reichhardta 
i jego wszystkich uprzejmości. Kto doznawał tak wielkich ułatwień, musiał być szpiclem - ta 
myśl utrwaliła się w Ottonie Quangłu. Kto okazywał tyle uprzejmości, musiał od drugiego coś 
chcieć. Pilnuj się, Quangel!

Strona 133

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Ale czegóŜ mógł ten człowiek chcieć od niego? W sprawie Quangla wszystko było jasne. 
RównieŜ przed sędzią śledczym Trybunału Narodowego Quangel trzeźwo i bez zbytecznych 
słów powtórzył zeznania poczynione przed komisarzem Escherichem i Laubem. Opowiedział 
wszystko, jak było rzeczywiście, i jeŜeli protokoły wciąŜ jeszcze nie zostały przekazane do 
sporządzenia aktu oskarŜenia i ustalenia terminu rozprawy, wpłynęła na to pani Anna, która z 
niebywałym uporem trwała przy tym, Ŝe właściwie ona wszystko robiła, a mąŜ był tylko 
narzędziem w jej ręku. Ale to jeszce nie był powód, aby darować Quanglowi cenne papierosy 
i poŜywne, czyste jedzenie. Sprawa była jasna, nie było tu nic do szpiclowania.
Naprawdę Quangel przezwycięŜył nieufność wobec doktora Reichhardta dopiero pewnej 
nocy, gdy jego towarzysz niedoli, górujący nad nim elegancki pan, szeptem wyznał mu, Ŝe i 
jego często ogarnia przeraźliwy strach przed śmiercią, wszystko jedno - czy będzie to topór, 
czy stryczek. Myśl ta opanowuje go nieraz godzinami. Doktor Reich-hardt wyznał mu 
wówczas takŜe, Ŝe wtedy machinalnie tylko odwraca stronice ksiąŜki. Przed oczyma nie widzi 
czarnego druku, ale szary cementowy podwórzec więzienny, szubienicę z lekko kołyszącym 
się na wietrze sznurem, który zdrowego, mocnego męŜczyznę w ciągu trzech do pięciu minut 
zamienia w ohydne padło.
Ale jeszcze straszniejsze niŜ ten koniec, do którego doktor Reich T rdt (według swego 
niezłomnego przekonania) z kaŜdym dniem •euchronnie się zbliŜa, jeszcze straszniejsza była 
dla niego myśl rodzinie. Quangel dowiedział się, Ŝe Reichhardt ma Ŝonę, troje dzieci jvvóch 
chłopców i dziewczynkę. Najstarsze miało jedenaście lat, jjajmłodsze dopiero cztery latka. I 
Reichhardta ogarniał często strach, kropny, paniczny strach, Ŝe prześladowcy nie zadowolą 
się zamordowaniem ojca, ale rozciągną swą zemstę na niewinną Ŝonę i dzieci, wyślą je do 
obozu koncentracyjnego i powoli zamęczą na śmierć.
Wobec tych trosk nie tylko rozwiało się niedowierzanie Quangla, ale wydało mu się, Ŝe jest w 
stosunkowo lepszej sytuacji. Musiał martwić się tylko o Annę - i chociaŜ jej zeznania były 
bezsensowne i głupie, wynikało z nich jednak, Ŝe Anna odzyskała odwagę i siły. Pewnego 
dnia będą musieli razem umrzeć, ale umieranie będzie łatwiejsze przez to, Ŝe stanie się to 
wspólnie, Ŝe nie zostawi się na ziemi nikogo, o którego trzeba by lękać się w godzinę śmierci.
Bez porównania większe były męki doktora Reichhardta w trosce o Ŝonę i troje dzieci. Ta 
troska będzie go prześladowała do ostatniej chwili Ŝycia. Stary majster rozumiał to dobrze.
Quangel nigdy nie dowiedział się dokładnie, jakie przestępstwo popełnił doktor Reichhardt, 
Ŝe spodziewał się wyroku śmierci. Miał wraŜenie, Ŝe jego towarzysz celi nie występował 
specjalnie czynnie przeciw dyktaturze hitlerowskiej, nie naleŜał do spisku ani nie rozlepiał 
plakatów, nie przygotowywał zamachów, ale po prostu Ŝył zgodnie ze swoimi przekonaniami. 
Wymknął się wszelkim narodowosocjalistycz-nym przynętom, nigdy słowem ni czynem, ani 
pieniędzmi nie poparł ich zbiórek, natomiast często podnosił głos ostrzegawczy. Powiedział 
otwarcie, Ŝe uwaŜa drogę, na którą wkroczył naród niemiecki pod tym przywództwem, za 
nieszczęsną; reasumując, wypowiadał wobec wszystkich w kraju i za granicą to, co Quangel 
niezgrabnie, w kilku zdaniach pisał na kartkach pocztowych. Doktor Reichhardt bowiem 
jeszcze do ostatniego roku jeździł za granicę na koncerty.
Trzeba było bardzo długiego czasu, aby stolarz Quangel stworzył sobie dość jasny obraz 
rodzaju pracy, którą doktor Reichhardt wykonywał na szerokim świecie. Obraz ten nigdy nie 
stał się dla Quangla zupełnie jasny i w głębi duszy majster nie uwaŜał działalności 
Reichhardta za prawdziwą pracę.
Gdy z początku usłyszał, Ŝe Reichhardt jest muzykiem, pomyślał 1o    KaŜdy umiera... t. II  o 
muzykantach grających do tańca w małych kawiarenkach. Uśmiech nął się ze współczuciem i 
pogardą na myśl o takiej robocie dla silneg" męŜczyzny, który ma zdrowe ręce i nogi. To było 
coś zupełnie zbędnego tak jak na przykład czytanie. Na takie pomysły wpadali tylko c-
eleganccy ludzie, którzy nie mieli Ŝadnej rozsądnej pracy.
Reichhardt musiał szeroko i wielokrotnie wyjaśniać staremu czło wiekowi, co to jest orkiestra 
i co robi dyrygent. Quangel wciąŜ wracał do tego tematu.
-  I wtedy stoi pan z taką pałeczką przed swoimi ludźmi i nawet sam pan nie gra?
-  Tak, tak to jest.
-  I tylko za to, Ŝe pan pokazuje, kiedy kaŜdy z nich ma zagrać i jak głośno - tylko za to 
dostaje pan tyle pieniędzy?
Tak, pan doktor Reichhardt tylko za to dostaje tyle pieniędzy.
-  Ale potrafi pan przeceŜ sam grać na skrzypcach czy na fortepianie?
-  Tak, potrafię. Ale nie robię tego, przynajmniej nie publicznie. Widzi pan, Quangel, to 
przecieŜ jest podobnie jak u pana: i pan potrafi heblować i piłować, i wbijać gwoździe. Ale 
pan tego nie robił, pan tylko nadzorował innych.
Tak, aby moŜliwie najwięcej zrobili. Czy pańscy ludzie dzięki temu, Ŝe pan tam stał, grali 
więcej i prędzej?
— Nie, oczywiście — nie.
Milczenie.
Potem Quangel nagle powiedział: - I tylko muzyka... Widzi pan, kiedyś w naszych dobrych 
czasach robiliśmy nie tylko trumny, ale meble, kredensy, biblioteki i stoły, wtedy robiliśmy 
coś, co warto było zobaczyć. Najlepsza robota stolarska, toczona i klejona, to trzymało sto lat. 
Ale tylko muzyka! -Jak pan skończy, to nic nie pozostaje z pańskiej roboty?
- A jednak pozostaje radość ludzi słuchających dobrej muzyki.
W tym punkcie nie potrafili się dogadać. W Quanglu pozostała lekka pogarda dla działalności 
dyrygenta Reichhardta.
Ale widział, Ŝe tamten był szczerym człowiekiem, prawdziwym męŜczyzną, który wśród 
gróźb i zastraszeń Ŝył nieomylnie swoim Ŝyciem, stale przyjazny, stale gotów do pomocy. Ze 
zdumieniem zrozumiał Otto Quangel, Ŝe usługi, które wyświadczył mu Reichhardt, dotyczyły 
specjalnie jego, Ŝe wyświadczyłby je kaŜdemu współ-fll^arzyszowi niedoli, na przykład 
„psu". Przez kilka dni mieli w celi 1 ałeg° złodziejaszka,  zepsutą,  zakłamaną istotę.  I  ten  
szczeniak, piejąc się ironicznie, wyzyskiwał uczynność doktora. Wypalał mu 5 szystkie 
papierosy, przehandlował jego mydło kalefaktorowi, kradł u chleb. Quangel sprałby 
najchętniej tę kreaturę. O, stary majster otrafiłby tego szczeniaka naprowadzić na właściwą 
drogę. Ale doktor Jjje Ŝyczył sobie tego, wziął w obronę złodzieja, który wyśmiewał jego 
dobroć jako dowód słabości.
Gdy ostatecznie draba zabrano z celi, okazało się, Ŝe podarł w niezrozumiałej złośliwości 
fotografię, jedyne zdjęcie Ŝony i dzieci, i jakie posiadał doktor Reichhardt. Doktor siedział w 
rozpaczy nad j strzepami zdjęcia, którego nie moŜna było zlepić. A Quangel powiedział | ze 
złością:
i        - Wie pan, panie doktorze, myślę czasem, Ŝe pan naprawdę jest j   ślamazarny. Gdyby 

Strona 134

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

mi pan od razu pozwolił porządnie sprać tego łajdaka, coś takiego nie mogłoby się wydarzyć.
Dyrygent odpowiedział wtedy ze smutnym uśmiechem: - Czy mamy być tacy jak tamci, 
Quangel? PrzecieŜ oni sądzą, Ŝe biciem moŜna nawrócić nas na ich poglądy! Ale my nie 
wierzymy we władztwo siły. Wierzymy w dobroć, miłość, sprawiedliwość.
-  Dobroć i miłość dla takiej złośliwej małpy!
-  A czy pan wie, dlaczego stał się taki złośliwy? Skąd pan wie, czy nie broni się teraz przeciw 
dobroci i miłości tylko z lęku, Ŝe musiałby inaczej Ŝyć, gdyby juŜ nie był zły? Gdybyśmy tego 
chłopca mieli jeszcze choć cztery tygodnie w naszej  celi, przekonałby się pan, Ŝe nasze 
oddziaływanie na niego dałoby jakieś wyniki.
-  Trzeba teŜ umieć być twardym, doktorze!
-  Nie, nie trzeba. Takie zdanie jest wytłumaczeniem wszelkiego braku uczucia, Quangel!
Quangel niechętnie kręcił głową o ostrej, twardej, ptasiej twarzy. Ale juŜ nie zaprzeczał.
 ROZDZIAŁ LVII śycie MV celi Przyzwyczaili się do siebie, stali się przyjaciółmi, o ile 
twardy, suchv człowiek taki jak Otto Quangel moŜe być przyjacielem otwartego dobrotliwego 
człowieka. Dzień ich był systematycznie podzielony pr2J Reichhardta. Doktor wstawał 
bardzo wcześnie i mył się cały zirnna wodą. Pół godziny gimnastykował się, a potem sam 
sprzątał celę. po śniadaniu Reichhardt czytał przez dwie godziny, a następnie chodzi} przez 
godzinę po celi tam i z powrotem, przy czym nigdy nie zapominał zdjąć butów, aby nie 
denerwować sąsiadów w celi nad nim i pod nim W czasie tego porannego spaceru, trwającego 
od dziesiątej do jedenastej, doktor Reichhardt nucił. Najczęściej nucił zupełnie cicho, 
poniewaŜ trzeba się było wystrzegać niektórych dozorców. Quangel przyzwyczaił się słuchać 
tego nucenia. Choć mało cenił muzykę, zauwaŜył jednak, Ŝe to nucenie wywiera na niego 
wpływ. Czasem czyniło go dość odwaŜnym i silnym, by znieść kaŜdy los. Wtedy Reichhardt 
mówił zwykle: - Beethoven. - A czasem w niepojęty sposób czyniło go lekkim i wesołym, 
jakim nie był nigdy w Ŝyciu. Wtedy Reichhardt mówił: - Mozart - i Quangel zapominał o 
wszystkich swoich troskach. A jeszcze kiedy indziej melodia spływała ponuro i cięŜko z ust 
doktora, wtedy było to jak ból piersi Quangla, a czasem jak gdyby siedział jako mały chłopiec 
z matką w kościele: całe Ŝycie miał jeszcze przed sobą i wtedy było to coś wielkiego. A 
Reichhardt mówił: -- Jan Sebastian Bach.
Quangel, który w dalszym ciągu niezbyt cienił muzykę, nie mógł się jednak całkowicie 
wyrwać spod jej wpływu, choć śpiew doktora był dość prymitywny. Quangel przyzwyczaił 
się siedząc na stołku przysłuchiwać się Reichhardtowi, gdy chodził tam i z powrotem, 
najczęściej z zamkniętymi oczyma, poniewaŜ nogi znały wąską, krótką drogę przez celę. 
Quangel patrzył w twarz tego eleganckiego pana, z którym tam, na świecie, nie potrafiłby 
zamienić słowa, i czasem opadały go wątpliwości, czy urządził sobie Ŝycie we właściwy 
sposób, odsunięty od wszystkich, Ŝycie świadomego samotnika.
Doktor Reichhardt mówił teŜ czasami: - Nie Ŝyjemy dla siebie, lecz dla innych. To, co 
robimy, nie robimy dla nas - ale dla innych...

Tak, nie było wątpliwości: przeszło pięćdziesięcioletni, pewny swej bliskiej śmierci Quangel 
jeszcze się zmieniał. Obserwował to niechętnie, broni* się przed tym, ale coraz wyraźniej 
czuł, Ŝe zmienia się nie tylko (jzięki muzyce, ale przede wszystkim pod wpływem nucącego 
męŜczyz-ny. On, który swojej Annie często zamykał usta, który uwaŜał ciszę za 
nąjdoskonalszy stan, łapał się na tym, Ŝe tęsknił niemal do tego, aby doktor Reichhardt 
odłoŜył wreszcie ksiąŜkę i zamienił z nim bodaj jedno słowo.
Najczęściej spełniało się jego pragnienie. Doktor nagle przerywał czytanie i pytał z 
uśmiechem: - No co, Quangel?
-  Nic, panie doktorze.
-  Nie powinien pan tyle siedzieć i myśleć. Czy nie chce pan jeszcze raz spróbować czytania?
-  Nie, na to jest dla mnie za późno.
-  MoŜe ma pan rację. Co pan poza tym robił, po pracy? PrzecieŜ nie mógł pan w wolnym 
czasie, gdy nie był pan w warsztacie, siedzieć bezczynnie w domu. Taki człowiek jak pan!
-  Wtedy pisałem moje karty.
-  A przedtem, gdy nie było jeszcze wojny?
Quangel musiał się dobrze zastanowić, co robił wtedy. - Przedtem chętnie rzeźbiłem.
Doktor powiedział z namysłem: - T...tak, na to tu oczywiście nie pozwolą: nóŜ! Nie wolno 
nam pozbawiać kata jego naleŜności, Quangel!
Quangel zapytał z wahaniem: - Jak to jest, doktorze? Pan gra w szachy tylko sam z sobą? Czy 
więcej osób teŜ moŜe w to grać?
-  Tak, moŜna grać we dwójkę. Miałby pan ochotę się nauczyć?
-  Myślę, Ŝe jestem za głupi na to.
-  Nonsens! Od razu spróbujemy.
I doktor Reichhardt zamknął ksiąŜkę.
W ten sposób Quangel nauczył się jeszcze grać w szachy. Ku swemu zdumieniu nauczył się 
bardzo prędko i bez trudności. I jeszcze raz przekonał się, Ŝe to, co myślał dotychczas, było z 
gruntu fałszywe. UwaŜał dotychczas za naiwne i nieco dziecinne, gdy widział, jak dwaj 
męŜczyźni w kawiarni przesuwają kawałki drewna tam i z powrotem. Nazywał to zabijaniem 
czasu, zabawką dla dzieci.
A teraz dowiedział się, Ŝe to przesuwanie klocków moŜe dać trochę szczęścia, sprawność 
myśli i głęboką, uczciwą radość z ładnego ruchu.
Odkrył, Ŝe ostatecznie nie chodziło o to, czy się wygrywa, czy Ŝe radość z przegranej, ale 
ładnie rozegranej partii mogła być o wie]
większa od wygranej dzięki błędowi doktora.
Teraz, gdy doktor Reichhardt czytał, Quangel siedział naprzecm, niego nad szachownicą z 
czarnymi i białymi figurami przed sobą -  a obok leŜała ksiąŜka Dufrensne'a „Podręcznik gry 
w szachy"
-  i ćwiczył się w otwarciach i końcówkach.  Potem przeszedł do rozgrywania całych partii 
mistrzowskich, a jego trzeźwy, prosty umysł opanowywał bez trudu dwadzieścia, trzydzieści 
posunięć; i wkrótce nastąpił dzień, gdy Quangel stał się lepszym graczem od doktora.
-  Szach i mat, panie doktorze!
-  A więc znów pan mnie przyłapał, Quangel! - powiedział doktor i pochylił króla w ukłonie 
przed przeciwnikiem. - Ma pan dane na bardzo dobrego gracza.
-  Myślę teraz czasami, panie doktorze, jakie miałem róŜne moŜliwości, a wcale o tym 
przedtem nie wiedziałem. Dopiero od czasu, gdy pana poznałem, dopiero od chwili, gdy 
dostałem się do tej cementowej skrzyni dla skazanych na śmierć, dowiedziałem się, jak wiele 
zaniedbałem w Ŝyciu.

Strona 135

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  Przypuszczalnie z kaŜdym z nas tak się dzieje. KaŜdy, kto musi umrzeć, a przede 
wszystkim ten, który jak my musi umrzeć przed czasem, będzie Ŝałował kaŜdej straconej 
godziny swego Ŝycia, -  Ale ze mną jest zupełnie co innego, panie doktorze. Mnie się zawsze 
zdawało, Ŝe wystarczy, jeśli dobrze wykonuję swoje rzemiosło i nic nie przebałaganiam. A 
teraz dowiaduję się, Ŝe mogłem robić jeszcze mnóstwo innych rzeczy: grać w szachy, być 
miłym dla ludzi, słuchać muzyki, chodzić do teatru. Naprawdę, panie doktorze, gdyby wolno 
mi było przed śmiercią jeszcze wypowiedzieć jakieś Ŝyczenie, to chciałbym widzieć pana z 
pańską pałeczką na takim wielkim koncercie symfonicznym, jak pan to nazywa. Jestem 
ciekaw, jak to wygląda i jakby to nai mnie podziałało.
-  Nikt nie moŜe wyŜywać się we wszystkich kierunkach, Quangel. śycie jest takie bogate. 
Rozmieniłby się pan na drobne. Wykonywał pan swoją robotę i czuł się pan pełnym 
człowiekim. Gdy pan był jeszcze na wolności, nic panu nie brakowało, Quangel. Pisał pan 
swoje pocztówki...
*. Ale przecieŜ one nic nie pomogły, panie doktorze! Myślałem, Ŝe ali mnie to z nóg, gdy 
komisarz Escherich udowodnił mi, Ŝe z dwustu Sjeoidziesięciu pięciu kart, które pisałem, 
dwieście sześćdziesiąt siedem padło w jego ręce! Tylko osiemnastu nie przechwycili! I te 
osiemnaście takŜe nie oddziałały!
r Kto wie? Ale przynajmniej przeciwstawił się pan złu. Nie stał się nań współwinowajcą 
złego. Pan i ja, i wielu tutaj w tym domu, i wielu innych w więzieniach, i dziesiątki tysięcy w 
obozach koncentracyjnych , wszyscy oni przeciwstawiają się jeszcze, dziś, jutro...
-  Tak, a potem odbierają nam Ŝycie i na co przydał się nasz opór?
-  Przede wszystkim nam się przydał, bo moŜemy się uwaŜać aŜ do śmierci za porządnych 
ludzi. A jeszcze więcej - narodowi, który zostanie uratowany dzięki sprawiedliwym, jak mówi 
Biblia. Widzi pan, Quangel _ byłoby sto razy lepiej, gdybyśmy mieli człowieka, który by nam 
powiedział: „Powinniście tak a tak działać, taki a taki jest nasz plan". Ale gdyby w 
Niemczech był taki człowiek, nie doszłoby nigdy do roku tysiąc dziewięćset trzydziestego 
trzeciego. A tak musieliśmy wszyscy działać w pojedynkę i jesteśmy teŜ pojedynczo 
wyłapywani, i kaŜdy będzie musiał umierać w samotności. Ale nie znaczy to, abyśmy byli 
sami, Quangel. Nie znaczy to, abyśmy umierali daremnie. Nic na tym świecie nie dzieje się 
daremnie, a poniewaŜ walczymy w obronie prawa przeciw brutalnej sile. w końcu my 
będziemy zwycięzcami.
-  A co będziemy mieli z tego, tam w dole, w naszych grobach?
-  AleŜ, Quangel! Czy wolałby pan Ŝyć dla niesprawiedliwej sprawy, niŜ umrzeć dla 
sprawiedliwej? PrzecieŜ tutaj w ogóle nie ma Ŝadnego wyboru ani dla pana, ani dla mnie. 
PoniewaŜ jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, musieliśmy pójść tą drogą.
Długo milczeli.
Potem Quangel znów zaczął: - Te szachy...
-  Tak, Quangel, co z tym?
-  Myślę czasem, Ŝe postępuję niewłaściwie. Przez wiele godzin mam w głowie tylko szachy, 
a mam przecieŜ jeszcze Ŝonę...
-  Myśli pan dosyć o swojej Ŝonie. Chce pan być silny i odwaŜny, a więc wszystko, co 
podtrzymuje pańskie siły i odwagę, jest dobre. A to, co pana osłabia i czyni chwiejnym -jak 
pogrąŜanie się w myślach -jest złe. Na cóŜ się przyda Ŝonie to pana myślenie. Przyniesie jej 
ulgę, gdy pastor Lorenz powie jej znów, Ŝe pan jest silny i odwaŜny.
-  Ale pastor nie moŜe z nią otwarcie mówić, od czasu kiedy tarm-druga kobieta jest w celi. 
Pastor teŜ uwaŜa tę kobietę za szpicla.
-  Pastor potrafi dać do zrozumienia pańskiej Ŝonie, Ŝe powodzi sj panu dobrze i Ŝe czuje się 
pan mocny. Na to wystarczy ostatecznie skinięcie głową, spojrzenie. Pastor Lorenz zna się na 
tym.
-  Dałbym mu chętnie kiedyś list do Anny - powiedział Quange) z namysłem.
<• Niech pan lepiej tego nie robi. Nie odmówi panu, ale wystawi pan jego Ŝycie na 
niebezpieczeństwo. Pan wie przecieŜ, Ŝe stale mu nie dowierzają. Byłoby źle, gdyby nasz 
dobry przyjaciel teŜ trafił do takiej celi. I tak przecieŜ co dzień ryzykuje swoje Ŝycie.
-  Nie napiszę więc listu - powiedział Otto Quangel.
I rzeczywiście nie zrobił tego, mimo Ŝe pastor następnego dnia przyniósł mu złą wiadomość, 
bardo złą wiadomość, zwłaszcza dla Anny Quangel. Majster prosił go, by jeszcze teraz nie 
zakomunikował Ŝonie o tej bardzo złej wiadomości.
-  Teraz jeszcze nie, proszę, panie pastorze! I pastor przyrzekł:
-  Dobrze, jeszcze nie. Powie mi pan, kiedy, panie Quangel.
ROZDZIAŁ LVIII Dobry pastor Pastor Friedrich Lorenz, niezmordowanie pełniący słuŜbę w 
więzieniu, był to męŜczyzna w najlepszych latach, to jest około czterdziestki, bardzo wysoki, 
o wąskiej piersi, wiecznie pokasłujący, napiętnowany gruźlicą i ignorujący swoją chorobę, 
poniewaŜ praca nie zostawiła mu czasu na pielęgnowanie się i leczenie. Bladą twarz o 
ciemnych oczach za szkłami okularów i cienkim, delikatnym nosie okalały bokobrody, ale 
wokół ust zarost był zawsze nienagannie wygolony i odsłaniał wąskie, blade usta i mocny, 
okrągły podbródek.
Taki był człowiek, na którego codziennie czekały setki więźniów, jedyny przyjaciel, jakiego 
znano w tym domu, jedyny ich łącznik ze światem zewnętrznym. Jedyny człowiek, któremu 
zawierzali swe troski • który pomagał, ile tylko było w jego mocy, w kaŜdym razie o wiele 
jecej niŜ to było dozwolone. Niezmordowanie szedł od celi do celi, ; gdy nig głuchy na troski 
innych, stale zapominający o własnym •gj-pieniu, absolutnie pozbawiony strachu, jeŜeli 
chodziło o niego amego. Prawdziwy pasterz, nie pytający nigdy o wiarę czy wyznanie 
potrzebującego pomocy, modlący się z ludźmi, którzy go o to prosili, dla pozostałych po 
prostu człowiek-brat.
Pastor Friedrich Lorenz stoi przed biurkiem dyrektora więzienia, krople potu występują mu na 
czole, dwie czerwone plamy - na policzkach, ale mówi zupełnie spokojnie: - To jest siódmy 
wynikły z zaniedbania wypadek śmierci w ciągu ostatnich dwóch tygodni.
-  Na świadectwie zgonu podane jest zapalenie płuc - sprzeciwia się dyrektor, ale nie podnosi 
głowy znad papierów.
-  Lekarz nie spełnia swoich obowiązków - powiada uparcie pastor i puka przy tym delikatnie 
palcem w biurko, jakby Ŝądał wpuszczenia go do dyrektora. - Przykro mi, Ŝe muszę to 
powiedzieć, ale lekarz pije za duŜo. Zaniedbuje swoich pacjentów.
-  O,  doktor jest  zupełnie w porządku - odpowiada  dyrektor niedbale i pisze dalej. Nie daje 
pastorowi dojść do słowa. - Chciałbym, aby pan był tak samo w porządku, panie pastorze. Jak 
to jest - czy wetknął pan gryps numer 397, czy nie?
Teraz wreszcie spotyka się wzrok ich obu - czerwonolicego dyrektora o twarzy poznaczonej 

Strona 136

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

bliznami i wzrok rozpalonego gorączką duchownego.
-  Jest to siódmy wypadek śmierci w ciągu dwóch tygodni - powiada pastor Lorenz z uporem. 
- Więzienie powinno mieć nowego lekarza.
-  Pytałem się pana przed chwilą o coś, panie pastorze. Czy nie zechciałby mi pan 
odpowiedzieć?
-  Tak jest, doręczyłem numerowi 397 list, a nie Ŝaden gryps. To był list od jego Ŝony, która 
mu donosi, Ŝe trzeci syn tego człowieka jednak nie zginął, ale dostał się do niewoli. Dwóch 
synów juŜ stracił i sądził, Ŝe trzeci równieŜ nie Ŝyje.
-  Stale pan znajduje jakąś przyczynę, aby ominąć przepisy więzienne, panie pastorze. Ale nie 
będę się długo przyglądał bezczynnie tej zabawie.
-  Proszę o zwolnienie lekarza - powtarza pastor i puka znów leciutko w biurko.
 -  Ach, co tam! - wybucha nagle czerwonolicy dyrektor. - Niech się pan nie naprzykrza ze 
swoją bzdurną gadaniną! Doktor jest dó i pozostanie! A pan niech dba o przestrzeganie 
regulaminu więzienne bo moŜe pan coś oberwać!
-  CóŜ ja mogę oberwać? -zapytuje pastor. - Mogę umrzeć. I Umr Bardzo szybko. Proszę 
jeszcze raz o zwolnienie lekarza.
-  Jest pan głupcem, pastorze - powiada dyrektor zimno. - Przypu szczam, Ŝe suchoty 
pomieszały panu trochę w głowie. Gdyby pan nie bvi takim naiwnym tumanem - właśnie 
głupcem! - dawno by pan wisiał. ĄJe Ŝal mi pana.
-  Niech pan swój Ŝal skieruje lepiej na pańskich więźniów - odpowiedział pastor równie 
zimno. - I niech pan się zatroszczy o świadomego swych obowiązków lekarza.
-  Najlepiej będzie, jeśli zamknie pan teraz drzwi od zewnątrz, panie pastorze.
-  Mam pańskie przyrzeczenie, Ŝe postara się pan o innego lekarza?
-  Nie, do pioruna, nie! Idź pan do diabła!
Teraz dyrektor wpadł we wściekłość, wyskoczył zza biurka i zrobił dwa kroki w stronę 
pastora. - Czy mam pana siłą wyrzucić, chce pan tego?
-  To podziałałoby źle na więźniów, tam, w kancelarii. Wstrząsnęłoby to resztką powaŜania, 
jakim cieszy się jeszcze wśród nich autorytet państwa. Ale zresztą, jak pan chce, panie 
dyrektorze!
-  Głupiec! - powiedział dyrektor, jednak o tyle otrzeźwiał po oświadczeniu pastora, Ŝe wrócił 
na swoje krzesło. - Idź pan teraz. Mam pilną robotę.
-  Najpilniejszą robotą jest postaranie się o nowego lekarza.
-  Sądzi pan, Ŝe przez swój upór osiągnie pan coś? Wręcz na odwrót! Właśnie doktor zostanie!
-  Przypominam sobie - powiedział pastor - taki dzień, kiedy pan sam był niezadowolony z 
tego lekarza. Była noc i burza. Posyłał pan po innych lekarzy i telefonował pan do nich, ale 
nie przyszli.  Pański sześcioletni Bertholt miał zapalenie środkowego ucha. jęczał z bólu. 
śycie jego było w niebezpieczeństwie. Na pańskie prośby sprowadziłem lekarza więziennego. 
Był pijany. Na widok umierającego dziecka stracił resztki przytomności, wskazał na swe 
drŜące ręce, które uniemoŜliwiały jakikolwiek zabieg chirurgiczny, i zaczął płakać.

Pijany drań! - zamruczał dyrektor, który nagle spochmurniał. _ Pański Bertholt został wtedy 
uratowany przez innego lekarza. Ale Co wydarzyło się raz, moŜe się powtórzyć. Chwali się 
pan tym, Ŝe nie • s't pan chrześcijaninem, mimo to mówię panu: Bóg nie pozwala kpić z 
siebieDyrektor więzienia przemógł się i powiedział nie podnosząc głowy: „ A więc idź pan 
teraz, pastorze.
-  A lekarz?
-  Zobaczę, co się da zrobić.
-  Dziękuję panu, panie dyrektorze. Wielu będzie panu dziękowało. Duchowny szedł przez 
więzienie w znoszonym czarnym surducie, którego łokcie przeświecały szaro, w 
pomarszczonych czarnych spodniach, grubych, wysmarowanych tłuszczem butach i 
przekręconym czarnym krawacie-obskurna figura. Niektórzy wartownicy kłaniali mu się, inni 
przy jego zbliŜaniu się ostentacyjnie odwracali głowę, a potem, gdy ich minął, patrzyli za nim 
nieufnie. Ale wszyscy zatrudnieni na korytarzach więźniowie mieli dla niego spojrzenie pełne 
wdzięczności lnic \\olno im było się kłaniać).
Duchów n} mija wiele Ŝelaznych drzwi, idzie po Ŝelaznych schodach. trzymając się Ŝelaznej 
poręczy. Słyszy płacz w jednej celi, zatrzymuje się na chwilę, ale potrząsa głową i rusza 
pośpiesznie dalej. Przechodzi Ŝelaznym korytarzem piwnicznym, z lewej i z prawej strony 
zieją otwarte drzwi lochów, cel karnych, w jednym pomieszczeniu pali się światło. Pastor 
zatrzymuje się i zagląda.
W ohydnej, brudnej izbie siedzi przy stole męŜczyzna o szarej, ponurej twarzy i patrzy rybimi 
oczyma na siedmiu wynędzniałych męŜczyzn, którzy pod nadzorem dwóch wartowników 
stoją przed nim nago, drŜąc z zimna.
-  No, moi mili! - ryczy męŜczyzna. - Czego się tak kiwacie? Trochę zimno, co? E, to jeszcze 
nie jest zimno! Przekonacie się dopiero, co to jest zimno, jak posiedzicie w bunkrze, między 
Ŝelazem a cementem, o chlebie i wodzie...
Przerywa. ZauwaŜył milczącą, obserwującą go postać przy drzwiach.
-  Wachmistrzu - rozkazuje mrukliwie - odprowadzić tych ludzi! Wszyscy zdrowi i zdolni do 
odbycia kary aresztu w ciemnicy. Tu ma pan ten świstek!
 Podpisał się na liście i oddaje ją wachmistrzowi.
Więźniowie przechodzą obok pastora rzucając na niego Ŝałosn spojrzenia, w których jednak 
Ŝarzy się juŜ słaba nadzieja.
Pastor czeka, póki ostatni z nich nie zniknie, potem dopiero wchód?1 i mówi cicho: - A więc 
numer 352 juŜ teŜ nie Ŝyje. A prosiłem pan, przecieŜ...
-  CóŜ ja mogę zrobić, pastorze? Siedziałem dziś sam dwie godziny przy tym człowieku i 
robiłem mu okłady.
-  Musiałem w takim razie spać. Sądziłem dotychczas, Ŝe to ja siedziałem całą noc przy 
numerze 352. I nie miał on teŜ nic w płucach panie doktorze. To 357 miał zapalenie płuc. A 
zmarły Hergesell, numer 352, miał złamanie podstawy czaszki.
-  Powinien pan  tu być  lekarzem  zamiast mnie -- powiedział ironicznie tłusty męŜczyzna - a 
ja będę duszpasterzem.
-  Obawiam się tylko, Ŝe byłby pan jeszcze gorszym duszpasterzem niŜ lekarzem.
Doktor zaśmiał się. - Lubię pana, pastorku, kiedy robi się pan bezczelny. Czy wolno mi 
zbadać pańskie płuca?
Pastor nie dał się zbić z tropu: - Nie, nie wolno tego panu, pozostawmy to lepiej innemu 
lekarzowi.
-  Ale mogę panu zakomunikować równieŜ bez badania, Ŝe nie pociągnie pan dłuŜej niŜ 

Strona 137

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

kwartał - odciął się lekarz złośliwie. - Wiem, Ŝe pan juŜ od maja pluje krwią -- nie, to juŜ nie 
potrwa długo do pierwszego krwotoku.
Pastor stał się moŜe o cień bledszy po tej okrutnej przepowiedni, ale głos mu nie zadrŜał, gdy 
powiedział: - A ile czasu pozostaje, panie doktorze, do pierwszego krwotoku tym ludziom, 
których kazał pan odprowadzić do ciemnicy?
-  Ci ludzie są wszyscy zdrowi i zdolni do odbycia aresztu w ciemnicy - zgodnie z 
orzeczeniem lekarskim.
-  Oczywiście nie byli w ogóle badani.
-  Chce pan kontrolować moje urzędowanie? Ostrzegam pana! Wiem więcej o panu, aniŜeli 
pan sądzi!
-  A pańskie wiadomości staną się bezwartościowe z chwilą mojego pierwszego krwotoku! 
Zresztą mam to juŜ za sobą...
-  Co? Co pan ma za sobą?
-  Mój pierwszy krwotok! Przed trzema czy czterema dniami.
T.
na S Lekarz wstał ocięŜale. - A więc chodź pan, pastorku, zbadam pana orze w mojej budzie. 
Uzyskam natychmiastowy urlop dla pana. podanie, by pozwolono panu wyjechać do 
Szwajcarii, a do go czasu wyślę pana do Turyngii.
Pastor, którego ramię chwycił na pół pijany lekarz, stał nieporuszo-, _ A co tymczasem stanie 
się z tymi ludźmi w ciemnicy? Dwóch z nich „a pewno nie przetrzyma wilgoci, głodu i zimna 
tam na dole, a bunkier o(jbije się fatalnie na całej siódemce.
Lekarz odpowiedział: - Sześćdziesiąt procent więźniów z tego domu zostaje straconych. 
Oceniam, Ŝe co najmniej trzydzieści pięć procent pozostałych otrzyma długoletnie więzienie. 
CóŜ więc za róŜnica, czy umrą o parę miesięcy wcześniej czy później!
-  JeŜeli pan tak myśli, nie ma pan prawa nazywać się nadal tutejszym lekarzem. Niech pan 
ustąpi ze swego stanowiska!
-  Ten, kto przyjdzie po mnie, teŜ nie będzie lepszy. Po co więc zmieniać? - Lekarz zaśmiał 
się. - Chodź pan, pastorze! Daj się pan zbadać. Pan wie przecieŜ, Ŝe mam słabość do pana, 
mimo Ŝe pan stale kopie pode mną dołki i judzi przeciw mnie. Jest pan wspaniałym 
Donkiszotem.
-  Właśnie przed chwilą równieŜ judziłem przeciw panu. ZaŜądałem l od dyrektora zwolnienia 
pana i dostałem niemal przyrzeczenie.
Lekarz zaczął się śmiać. Poklepał pastora po ramieniu i zawołał:
- AleŜ to wspaniale z pańskiej strony, pastorku, jestem panu wprost j  wdzięczny! Bo jeŜeli 
zostanę zwolniony, skoczę na pewno do góry.
Zostanę nadradcą medycyny i nie będę musiał nic robić. Najserdeczniejsze dzięki, pastorku.
-  Niech pan podziękuje mi w ten sposób, Ŝe kaŜe pan wypuścić j z ciemnicy małego Wendta i 
Krausa. Nie przetrzymają tego. Mieliśmy *  ciągu ostatnich dwóch  tygodni juŜ siedem 
wypadków śmierci T- powodu pańskiego niedbalstwa.
-  Pochlebco! Ale nie mogę panu dać teraz kosza. Wyciągnę tych dwóch dziś wieczorem. 
Teraz, od razu po podpisaniu listy, byłoby to dla trochę kompromitujące.
ROZDZIAŁ LIX Truda Hergesell z domu Baumann Przeniesienie Anny Quangel do 
więzienia śledczego rozdzieliło ' z Trudą Hergesell. CięŜko było Trudzie obejść się bez matki. 
Od dawn juŜ zapomniała, Ŝe z winy Anny została aresztowana. Nie, nie zapoir niała, ale 
przebaczyła jej. Co więcej, zrozumiała, Ŝe właściwie nie miał' nic do przebaczenia. Nikt nie 
mógł być zupełnie pewny siebie podczas tych przesłuchiwać.  Przebiegli komisarze potrafili 
nawet niewinna wzmiankę zamienić w pętlę, w którą kaŜdy nieuchronnie dawał się złapać.
Teraz Truda była bez matki. Nie miała nikogo, z kim mogłaby porozmawiać. Musiała milczeć 
o szczęściu, które kiedyś było jej udziałem, o swej trosce o Karla, która ją teraz przepełniała. 
Jej nowa współtowarzyszka celi była starszą, zŜółkła kobietą - znienawidziły się od 
pierwszego wejrzenia. Ta kobieta miała zawsze jakieś tajemnice z wartowniczkami i 
nadzorczyniami. Gdy pastor był w celi, ani jedno słowo nie uchodziło jej uwagi.
JednakŜe Truda dowiedziała się coś niecoś o swoim Karli przez pastora. Pani Haensel, jej 
współtowarzyszka, była właśnie w dyrekcji, na pewno po to, aby znów unieszczęśliwić kogoś 
swoimi doniesieniami. Pastor opowiedział Trudzie, Ŝe jej mąŜ jest w tym samym więzieniu, 
Ŝe jednak jest chory - najczęściej nieprzytomny - w kaŜdym razie moŜe ja jednak pozdrowić 
od Karla.
Odtąd Truda Ŝyła jedynie nadzieją odwiedzin pastora. Nawet jeśli Haensel była obecna, 
pastor potrafił zawsze znaleźć sposób na przemycenie wiadomości. Często siadali pod oknem 
na blisko zsuniętych stołkach i pastor Lorenz czytał Trudzie rozdział z Nowego Testamentu, 
podczas gdy tamta kobieta stała przy drugiej ścianie z uwaŜnie skierowanym na nich 
wzrokiem.
Biblia była dla Trudy czymś zupełnie nowym. Przeszła przez szkołę bez religii i nigdy nie 
odczuwała jej potrzeby. Bóg nie był dla niej Ŝadnym pojęciem, był tylko słowem w zwrotach, 
jak „O, mój BoŜe!" MoŜna było z równym powodzeniem powiedzieć „O nieba!" - nie robiło 
to Ŝadnej róŜnicy.
RównieŜ teraz, gdy z Ewangelii Mateusza dowiedziała się o Ŝyć'  Chrys mówi , -ystusa, 
powiedziała pastorowi, Ŝe pojęcie „syn boŜy" nic jej nie E-*        .         *   1 _               
  „   T     
_               _     '__!__l____1.        • _    l___J„'*_J__.__'       J" _ 1.
•c pastor Lorenz uśmiechnął się łagodnie i odpowiedział, Ŝe to nie szkodzi. Niech tylko 
zwróci uwagę na to, jak Jezus Chrystus Ŝył zjemi Jak kochał ludzi, równieŜ swoich wrogów. 
„Cuda" moŜe pojąć, •alc chce, jako ładne bajeczki, ale niech wie, Ŝe Ŝył na tym świecie ktoś, 
zyj ślad promieniuje niezmiennie od niemal dwóch tysięcy lat, jako wieczny dowód tego, Ŝe 
miłość jest silniejsza od nienawiści.
Truda Hergesell, która potrafiła równie mocno nienawidzić jak kochać (i która słuchając tych 
nauk najserdeczniej nienawidziła oddalonej o trzy metry od niej pani Haensel), Truda 
Hergesell z początku opierała się takiej nauce. Wydawała jej się za miękka. Nie Jezus 
Chrystus uczynił jej serce przystępniejszym, ale pastor Friedrich Lorenz. Obserwowała tego 
człowieka, którego cięŜkiej choroby nikt nie mógł przeoczyć, gdy dzielił jej troski tak, jakby 
to były jego własne, nigdy nie myśląc o sobie; gdy odwaŜnie przy czytaniu przemycał jej do 
ręki karteczkę z wiadomością o Karliku, gdy słyszała, jak rozmawia z denuncjatorką Haensel 
równie przyjaźnie jak z nią, choć wiedział, Ŝe w kaŜdej chwili była gotowa go zdradzić i 
wydać katu - odczuwała coś w rodzaju szczęścia, głębokiego spokoju, promieniującego od 
człowieka, który nie chciał nienawidzić, lecz kochał nawet najgorszego przestępcę.
Te nowe uczucia nie wpłynęły oczywiście na łagodniejszy stosunek Trudy Hergesell do pani 

Strona 138

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Haensel - ale stała się jej moŜe bardziej obojętna, nienawiść nie była juŜ tak waŜna. Czasami 
potrafiła przerwać nagle wędrówkę po celi, zatrzymać się przed nią i pytać: - Właściwie 
dlaczego pani to robi? Dlaczego pani donosi na wszystkich? Czy spodziewa się pani przez to 
łagodniejszej kary?
Haensel nie odwracała wówczas Ŝółtych, złych oczu od Trudy. Albo nic nie odpowiadała, 
albo mówiła: - Myśli pani, Ŝe nie widziałam, jak Pani przycisnęła pierś do ramienia pastora? 
Taka podłość, uwodzić na pół Ŝywego człowieka! Ale czekaj, jeszcze was złapię! Ja was 
złapię.
Na czym Haensel chciała złapać pastora i Trudę Hergesell pozostało nie wyjaśnione. Truda 
odpowiadała na te groźby tylko krótkim, fonicznym parsknięciem i rozpoczynała na nowo nie 
kończącą się ^drówkę po celi, stale myśląc o męŜu. Nie moŜna było nie spostrzec Ŝe 
wiadomości od niego stawały się coraz gorsze - mimo Ŝe pastor wyraźnie ją oszczędzał. Gdy 
na przykład mówił, Ŝe nie ma nic no\vego Ŝe jego stan pozostaje bez zmiany, znaczyło to, Ŝe 
Karli nie przes}aj pozdrowień, bo leŜał nieprzytomny. Pastor nie kłamał - Truda przeko. nała 
się, Ŝe nie oddawał ukłonów, jeŜeli nie zostały przekazane. Omijaj wszelką tanią pociechę, 
która pewnego dnia musiała i tak okazać się kłamstwem.
Ale takŜe przesłuchania u sędziego śledczego dowiodły Trudzie, Ŝe źle jest z jej męŜem: 
nigdy nie powoływano się na jakieś jego no\ve zeznania. Miała dać informacje o wszystkim, a 
przecieŜ naprawdę njc nie wiedziała o walizie Grigoleita, która była przyczyną nieszczęścia 
ich obojga. ChociaŜ metody przesłuchiwań sędziego śledczego nie były tak bezgranicznie 
podłe i brutalne jak komisarza Lauba, to jednak cechował je ten sam upór. Truda wracała z 
tych przesłuchiwań do celi kompletnie wyczerpana i zniechęcona. Ach, Karli, Karli! śeby 
wolno jej było choć raz jeszcze go zobaczyć, usiąść przy jego posłaniu, potrzymać rękę, 
zupełnie cicho, bez słowa!
Był czas, kiedy myślała, Ŝe go nie kocha, Ŝe nigdy nie będzie mogła go kochać. Teraz była 
jakby przepojona nim. Powietrze, którym oddychała - to był on, chleb, który jadła, koc, który 
ją rozgrzewał - to on! A był przecieŜ tak blisko, kilka korytarzy, kilka schodków, jedne drzwi 
- ale na całym świecie nie było tak miłosiernego człowieka, który byjąraz, jeden, jedyny raz 
zaprowadził do niego! Nawet ten suchotniczy pastor nie mógł tego zrobić.
Wszyscy po prostu bali się o swoje drogocenne Ŝycie, nie waŜyli si? na coś powaŜnego, aby 
naprawdę pomóc bezradnej. I nagle wyrasta w niej wspomnienie - trupiarnia w bunkrze 
gestapo, wielki esesman, który zapalając papierosa powiedział do niej: „Dziewczyno, 
dziewczyno!", jej poszukiwania wśród trupów po rozebraniu martwej Berty. I wydaje jej się, 
jak gdyby ta godzina wówczas była jeszcze łagodną, miłosierną godziną, gdy wolno jej było 
szukać Karla. A teraz? Dygocące serce zamknięte w Ŝelazie i kamieniu! Sama!
Klucz obraca się w drzwiach, o wiele wolniej i łagodniej, niŜ czynią to nadzorczynie. Teraz 
nawet ktoś puka: pastor.
-  Czy mogę wejść? - zapytuje.
-  Proszę, proszę, niech pan wejdzie, panie pastorze! - woła płacz? Truda Hergesell.
pani Haensel z nienawistnym spojrzeniem mruczy: - Czego ten znów j chce?
tutaj Wówczas Truda przyciska nagle głowę do wąskiej, szybko poruszającej się piersi 
duchownego. Łzy płyną z jej oczu, chowa twarz na jego piersi i błaga: - Panie pastorze, tak 
się boję. Pan musi mi pomóc! Muszę zobaczyć Karla, tylko ten jeden raz! Czuję, Ŝe będzie to 
ostatni raz...
I przenikliwy głos pani Haensel: - Zamelduję to! Zamelduję to natychmiast! - Pastor 
pocieszająco gładzi włosy Trudy i mówi: - Tak, jfloje dziecko, zobaczysz go raz jeszcze!
Wstrząsa nią coraz mocniejsze łkanie. Wie, Ŝe Karłi nie Ŝyje, Ŝe nie na próŜno szukała w 
trupiarni, Ŝe było to przeczucie, ostrzeŜenie.
I krzyczy: - On nie Ŝyje! Panie pastorze, on nie Ŝyje!
A pastor odpowiada, udziela jej jedynej pociechy, której moŜe udzielić tym przeznaczonym 
na śmierć: - Dziecko, on juŜ nie cierpi. Tobie jest gorzej.
Jeszcze to słyszy. Chce o tym pomyśleć, chce to dobrze zrozumieć, ale robi jej się ciemno w 
oczach. Światło gaśnie. Głowa zwisa.
- NiechŜe mi pani pomoŜe, pani Haensel! - prosi pastor. - Jestem za słaby, by ją utrzymać.
A potem i na dworze jest noc. Noc do nocy, mrok do mroku.
Wdowa Truda Hergesell ocknęła się i wie, Ŝe nie jest juŜ w swojej celi, i wie, Ŝe Karli nie 
Ŝyje. Widzi go znów leŜącego na wąskiej pryczy, ze zmalałą i odmłodniałą twarzą, i myśli o 
twarzyczce dziecka, które urodziła. I obie te twarze zachodzą na siebie; Truda wie, Ŝe straciła 
wszystko na tym świecie - dziecko i męŜa. Wie, Ŝe juŜ nigdy nie będzie kochała, nie będzie 
jej wolno rodzić dzieci - a to wszystko dlatego, Ŝe połoŜyła dla starego człowieka pocztówkę 
na parapecie okiennym. Dlatego całe jej Ŝycie jest złamane i Ŝycie Karla teŜ. I nigdy więcej 
nie będzie dla niej słońca i szczęścia, i lata, i kwiatów...
Kwiaty na mój grób, kwiaty na twój grób...
I wobec tego ogromnego bólu, który coraz bardziej ją ogarnia, który mrozi ją jak lód, zamyka 
znów oczy i pragnie wrócić do nocy 'zapomnienia. Ale noc jest na dworze, pozostaje tam, nie 
przenika jej. ^agle ogarnia ją gorączka... Wyskakuje z krzykiem z łóŜka i chce Siekać, biec, 
ujść przed tym okropnym bólem.
Jakaś ręka przytrzymuje ją...
Znów robi się jasno. I znów jest pastor, który siedział przy niej, który KaŜdy umiera... t. II  T 
ją teraz przytrzymuje. Tak, jest w obcej celi,to jest cela Karla, ale zabrał-go juŜ. Nie ma 
równieŜ człowieka, który leŜał tu w celi razem z Karlej^
-  Dokąd go zabrali? - pyta bez tchu, jakby przebiegła długą drogę -  Będę się modlił u jego 
grobu.
-  CóŜ mu teraz pomogą pańskie modlitwy? Gdyby się pan modlji o jego Ŝycie, kiedy jeszcze 
był czas na to!
-  On ma spokój, dziecko!
-  Ja chcę stąd odejść - mówi Truda gorączkowo. - Proszę, niect mnie pan puści z powrotem 
do mojej celi, panie pastorze! Mam tam jeao fotografię. Muszę ją zobaczyć, teraz, zaraz. 
Wyglądał tak inaczej...
I mówiąc tak Truda wie dobrze, Ŝe okłamuje dobrego pastora, ^e chce go oszukać. Bo nie ma 
Ŝadnej fotografii Karla i nie chce wcale wrócić do celi, do pani Haensel.
Przelotnie świta jej w głowie myśl: - Oszalałam! Muszę teraz dobrze udawać, aby tego nie 
spostrzegł... Tylko przez pięć minut ukryć swoje szaleństwo!
Pastor prowadzi ją troskliwie pod rękę, z celi przez wiele korytarzy 1 schodów, z powrotem 
do kobiecego więzienia. Z wielu cel Truda słyszy głębokie oddechy - śpią, a z innych 
niezmordowane kroki - martwią się, a jeszcze z innych płacz - tam cierpią; ale nikt nie nosi w 

Strona 139

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

sobie tyle bólu, co ona.
Gdy pastor otworzył jakieś drzwi i zamknął je znów za nią, Truda nie bierze go juŜ pod rękę. 
Milcząc idą oboje w nocy korytarzem, z obu jego stron są ciemnice, z których pijany lekarz 
wbrew przyrzeczeniu nie zwolnił obu chorych. A teraz wchodzą po wysokich schodach 
kobiecego więzienia aŜ do oddziału V, w którym umieszczona jest Truda.
Tam na najwyŜszym korytarzu szura im naprzeciw wartowniczka i mówi: - Teraz dopiero, o 
jedenastej czterdzieści, przyprowadza pan z powrotem tę Hergesell, panie pastorze? Gdzie 
pan był z nią tak długo?
-  Była przez wiele godzin nieprzytomna. Jej mąŜ umarł, wie pani.
-  Tak, a pan, panie pastorze, pocieszał tę młodą kobietę? Bardzo ładnie! Pani Haensel 
opowiadała mi, Ŝe ona rzuca się panu zupełnis bezwstydnie na szyję. W takich warunkach 
nocne pocieszanie musi być specjalnie przyjemne! Zapiszę to do ksiąŜeczki wartowniczej!
Ale zanim pastor mógł bodaj jednym słowem obronić się przeciw tym brudom, widzą oboje, 
Ŝe pani Truda, wdowa Hergesell, wdrapał „je na Ŝelazną kratę korytarza. Przez chwilę stoi 
tak, przytrzymując się jedną ręką poręczy.
Wołają: - Stać! Nie! Proszę stać!
I biegną ku niej, wyciągnięte ręce juŜ ją chwytają.
Ale jak pływaczka, która skacze głową w dół, runęła Truda w przepaść. Słyszą trzepot i pęd, 
głuche uderzenie.
A potem martwa cisza, gdy pochylają swe blade twarze nad poręczą j mimo to nic nie widzą.
Potem robią krok ku schodom.
I w tej samej chwili wybucha piekło.
Jak gdyby przez okute Ŝelazem drzwi cel moŜna było widzieć, co się stało. Z początku był to 
moŜe tylko histeryczny krzyk, ale przebiegał z celi do celi, z oddziału na oddział. Z jednej 
strony korytarza na drugą, ponad przepaścią. Zamieniał się z krzyku we wrzask, wycie, 
skowyt, jazgot, szał...
- Mordercy! Zamordowaliście ją! Zabijcie nas od razu! Wszystkich!
Kąty!!!
Niektóre wisiały u okien i wykrzykiwały na podwórze, tak Ŝe męskie skrzydło równieŜ 
rozbudziło się z przepojonego lękiem snu - i wyło, i szalało, i krzyczało, i zachłystywało się, i 
beczało, i mruczało, i rozpaczało.
OskarŜało, oskarŜało tysiącem, dwoma tysiącami, trzema tysiącami głosów! Zwierzę 
wykrzykiwało swoje oskarŜenie tysiącem, dwoma tysiącami, trzema tysiącami pysków!
Zabrzmiał przeraźliwie dzwon alarmowy, a oni walili pięściami w Ŝelazne drzwi i rąbali w nie 
stołkami. śelazne prycze z trzaskiem padały i trzaskały ponownie, podrywane do góry, z 
brzękiem rozbijały się o podłogi miski do jedzenia, a dekle od kibli wydawały przeraźliwy 
szczęk i cały gmach olbrzymiego więzienia prześmierdł nagle jak ustokrotniona latryna.
Pogotowie ubierało się pośpiesznie i chwytało za pałki gumowe.
Roztwierały się drzwi od cel - trzask - trzask! - To chlaszcząco tępy odgłos pałek spadających 
na głowy. Rozwścieklił się jeszcze bardziej Wrzask pomieszany z tupaniną walczących nóg, 
wysokim, zwierzęcym krzykiem epileptyków, idiotycznym jodłowaniem Ŝartownisiów i 
przeraźliwymi gwizdami...
Woda chlustała w twarze wdzierających się nadzorców.
 W trupiarni leŜał Karol Hergesell zupełnie cicho, z dziecięco mała spokojną twarzą.
I wszystko to razem tworzyło dziką, paniczną, straszliwą symfonie odegraną na cześć Trudy, 
wdowy Hergesell z domu Baumann.
A ona leŜała na dole, w połowie na linoleum, w połowie na brudnym cemencie dolnego 
oddziału I.
LeŜała zupełnie spokojnie. Jej mała szara dłoń, jeszcze prawie dziewczęca, była lekko 
rozchylona. Wargi zabarwione krwią, a oczy patrzyły bez spojrzenia w nieznaną dal.
Ale uszy zdawały się nasłuchiwać dzikiego, narastającego i opadają, cego piekielnego hałasu, 
czoło było zmarszczone, jakby zastanawiała się, czy to jest ów spokój obiecany jej przez 
dobrego pastora Lorenza W wyniku tego samobójstwa zawieszony został w urzędowaniu 
pastor więzienny Friedrich Lorenz, a nie zapijaczony lekarz. Wytoczono śledztwo przeciw 
duchownemu. Jest bowiem przestępstwem i sprzyjaniem przestępstwu, jeśli się zezwala 
więźniowi na samowolne zakończenie Ŝywota: do tego rodzaju czynności uprawnione jest 
wyłącznie państwo i jego sługi.
JeŜeli pracownik policji kryminalnej kolbą pistoletu tak cięŜko zrani człowieka, Ŝe ten jest 
umierający, albo jeŜeli pijany lekarz pozwala rannemu umrzeć - wtedy wszystko jest w 
porządku. Ale gdy duchowny nie zapobiegnie samobójstwu, jeŜeli pozwoli więźniowi, który 
nie ma prawa mieć własnej woli, spełnić własną wolę, to popełnia przestępstwo i musi za nie 
ponieść odpowiedzialność.
Niestety, pastor Friedrich Lorenz uszedł - zupełnie tak jak ta Hergesell - odpowiedzialności za 
swoje przestępstwo, umierając wskutek krwotoku właśnie w chwili, gdy miał być 
aresztowany. Powstało mianowicie podejrzenie, Ŝe pastor utrzymywał niemoralne stosunki ze 
swymi podopiecznymi. Pastor osiągnął jednak spokój, jak sam by powiedział, i wiele zostało 
mu zaoszczędzone.
W ten sposób stało się, Ŝe pani Anna Quangel aŜ do rozprawy głównej nie dowiedziała się nic 
o śmierci Trudy i Karola Hergesellów, poniewaŜ następca dobrego pastora był zbyt 
tchórzliwy lub niechętny, aby pełnić rolę łącznika wśród więźniów. Ograniczał się jedynie do 
posług religijnych tam, gdzie tego Ŝądano.
ROZDZIAŁ LX Rozprawa główna: spotkanie Nawet przy najbardziej wyrafinowanie 
przemyślanym systemie mogą s'? wydarzyć błędy. Trybunał Narodowy w Berlinie, sąd nie 
mający nic wspólnego z narodem, sąd do którego nie dopuszczano narodu nawet jako 
milczącego widza, bo większość posiedzeń była tajna - ten Trybunał Narodowy był właśnie 
takim wyrafinowanie przemyślanym systemem. Zanim oskarŜony wszedł na salę rozpraw, 
praktycznie juŜ był skazany i nic nie zapowiadało, Ŝe mógłby w tej sali doznać jakiegoś 
pocieszającego przeŜycia.
Tego ranka miała się odbyć tylko niewielka rozprawa przeciw Ottonowi i Annie Quangel o 
zdradę stanu i zdradę główną. Audytorium było zaledwie w czwartej części zapełnione: kilka 
mundurów partyjnych, kilku prawników, którzy dla niezbadanych powodów chcieli 
przysłuchiwać się rozprawie, i przewaŜnie studenci prawa, pragnący nauczyć się, jak 
sprawiedliwość usuwa ze świata ludzi, których zbrodnia polegała na większym umiłowaniu 
ojczyzny niŜ u wyrokujących w ich sprawie sędziów. Wszyscy ci ludzie uzyskali karty 
wstępu jedynie przez stosunki. Jakim sposobem ten mały człowieczek z białą spiczastą 
bródką i mądrymi, otoczonymi zmarszczkami oczyma, były radca sądowy Fromm zdobył 

Strona 140

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

kartę, pozostanie tajemnicą. Siedział w kaŜdym razie wśród innych, nie zwracając na siebie 
uwagi, trochę z boku, z pochyloną twarzą i co chwila czyścił okulary w złotej oprawie.
Pięć minut przed dziesiątą został przez policjanta wprowadzony na salę Otto Quangel. Ubrano 
go w odzieŜ, którą miał na sobie w warsztacie w chwili aresztowania: czyste, ale wielokrotnie 
łatane ubranie robocze - ciemnoniebieskie łaty bardzo Ŝywo odbijały od wyblakłej w praniu 
całości. Jego wciąŜ jeszcze bystre spojrzenie prześliznęło się obojętnie po pustych dotąd 
miejscach za stołem sędziowskim, rozbłysło Przez chwilę na widok radcy sądowego wśród 
audytorium - i Quangel Usiadł na ławie oskarŜonych.
TuŜ przed dziesiątą inny policjant wprowadził drugą oskarŜoną " Annę Quangel. I teraz 
właśnie wydarzyło się to przeoczenie: ledwie Anna Quangel ujrzała swego męŜa, nie 
zwracając uwagi na ludzi w sali ruszyła bez wahania ku niemu i usiadła obok męŜa.
Otto Quangel szepnął zza dłoni osłaniającej usta: -Nie mów! Jeszcze nie!
Ale blask jego oczu powiedział jej, jak ucieszył się z tego spotkania Oczywiście nie było 
nigdzie i nigdy przewidziane w trybie działania tej wysoce szanownej instytucji, aby dwoje 
oskarŜonych, miesiącami troskliwie izolowanych jedno od drugiego, mogło na kwadrans 
przed rozprawą siedzieć obok siebie i mile ze sobą gawędzić. Ale - czy to, Ŝe obaj policjanci 
po raz pierwszy pełnili tutaj słuŜbę i zapomnieli o przepisach, czy teŜ nie przywiązywali zbyt 
wielkiej wagi do tej sprawy, czy wreszcie tych dwoje prostych, niemal nędznie odzianych 
starszych ludzi wydawało im się zupełnie bez znaczenia - dość, Ŝe nie sprzeciwili się, aby 
Anna usiadła na tym miejscu, i przez kwadrans niemal nie troszczyli się o oskarŜonych. 
Rozpoczęli natomiast podniecającą dyskusję na temat jakichś spraw słuŜbowych, na temat 
cofniętego im dodatku nocnego i bezprawnie wysokiego opodatkowania zarobków.
RównieŜ wśród słuchaczy nikt - oczywiście prócz radcy sądowego Fromma - nie zwrócił 
uwagi na to przeoczenie. Wszyscy byli widać niedbali i obojętni, nikt nie zganił błędu 
popełnionego na niekorzyść Trzeciej Rzeszy, a na korzyść dwojga ludzi, którzy byli oskarŜeni 
o zdradę główną. Proces, w którym oskarŜano tylko dwoje ludzi pochodzenia robotniczego, 
nie mógł tu wywrzeć większego wraŜenia. Tutaj przyzwyczajono się do procesów 
pokazowych, z trzydziestu, czterdziestu oskarŜonymi, którzy najczęściej nie znali się 
nawzajem, ale ku swemu zdumieniu dowiadywali się w trakcie procesu, Ŝe tworzyli jedno 
wspólne sprzysięŜenie - i za to ich skazywano.
W ten sposób Quangel mógł po kilku sekundach dokładnego rozglądania się powiedzieć:
-  Cieszę się, Anno! JakŜe się miewasz?
-  Dobrze, Otto, teraz znów dobrze.
-  Nie pozwolą nam długo siedzieć koło siebie. Ale cieszmy się tymi minutami. Chyba zdajesz 
sobie sprawę z tego, co nastąpi.
Bardzo ciche: - Tak, Otto.
-  Tak, wyrok śmierci na nas oboje, Anno. To jest nieuniknione.
-  Ale, Otto...
-  Nie, Anno, Ŝadnego „ale". Wiem, Ŝe próbowałaś całą winę wziąc na siebie...
-  Kobiecie nie dadzą tak cięŜkiego wyroku, a ty moŜe ujdziesz z Ŝyciem.
-  Nie, nie! Nie potrafisz dość dobrze kłamać. Przeciągniesz tylko rozprawę. Pozwól, Ŝe 
powiemy prawdę, wtedy to prędko się skończy.
-  Ale, Otto...
-  Nie, Anno, teraz Ŝadnego „ale". Zastanów się. Nie będziemy kłamać. Czystą prawdę.
-  Ale, Otto...
-  Anno, proszę cię!
-  Otto, chciałabym cię przecieŜ uratować, chciałabym wiedzieć, Ŝe Ŝyjesz.
-  Anno, proszę cię!
-  Otto, nie utrudniaj mi tego!
-  Czy mamy wobec nich kłamać? Kłócić się? Dawać im przedstawienie? Czystą prawdę, 
Anno!
Walczyła ze sobą. Potem ustąpiła, jak zawsze mu ustępowała.
-  Dobrze. Otto, przyrzekam ci to.
-  Dziękuję Anno, dziękuję ci bardzo!
Milczeli. Opuścili głowy. Oboje wstydzili się okazać wzruszenie.
Z tyłu usłyszeli głos jednego z policjantów: - I powiedziałem leutnantowi: Nie moŜe mi pan 
przecieŜ czegoś takiego zrobić, leutnan-cie, powiedziałem...
Otto Quangel dodaje sobie odwagi. Musi jej to powiedzieć. JeŜeli Anna dowie się o tym 
podczas rozprawy - a na pewno w trakcie rozprawy będzie o tym mowa - to jeszcze gorzej. 
Następstwa byłyby nieobliczalne.
-  Anno! - szepnął - jesteś silna i odwaŜna, prawda?
-  Tak, Otto - odpowiedziała - teraz jestem silna. Odkąd jestem z tobą. Czy jeszcze coś złego?
-  Tak, coś złego, Anno...
-  Co takiego, Otto? PowiedzŜe, Otto! JeŜeli nawet ty boisz się Powiedzieć, to i mnie strach 
ogarnia.
-  Anno, czy nie słyszałaś juŜ nic o Gertrudzie?
-  O jakiej Gertrudzie?
-  No, o Trudzie.
-  A, o Trudzie. Co jest z Trudą? Nie, od chwili kiedy dostałam się do  więzienia śledczego, 
nic o niej nie słyszałam. Bardzo mi jej brakowało była taka dobra dla mnie. Przebaczyła mi, 
Ŝe ją zdradziłam.
-  PrzecieŜ jej nie zdradziłaś. Z początku i ja tak myślałem, ale potem to zrozumiałem.
-  Tak, i ona to zrozumiała. Tak mną zakręcił ten okropny Laub w czasie pierwszych 
przesłuchiwań, Ŝe nie wiedziałam, co mówię, ale ona to zrozumiała. Przebaczyła mi.
-  Dzięki Bogu! Anno, bądź odwaŜna i silna: Truda nie Ŝyje.
-  Och! - jęknęła tylko Anna i połoŜyła rękę na sercu. - Och! I Quangel dodał prędko, aby 
mieć juŜ wszystko za sobą:
-  I jej mąŜ teŜ nie Ŝyje.
Teraz długo nie było odpowiedzi. Siedziała z opuszczoną i ukrytą w dłoniach twarzą, ale Otto 
czuł, Ŝe Anna nie płacze, Ŝe jest jeszcze jakby ogłuszona straszną wiadomością. I mimo woli 
wypowiedział słowa, które dobry pastor Lorenz dodał, gdy zakomunikował mu tę wiadomość: 
„Nie Ŝyją. Mają spokój. Wiele zostało im zaoszczędzone".
-  Tak - powiedziała teraz Anna - tak. Bała się bardzo o swego Karla, kiedy nie było 
wiadomości od niego, a teraz ma spokój.
Milczała długo,  a Quangel nie nalegał,  chociaŜ zauwaŜył po niepokoju na sali, Ŝe sąd zaraz 
wejdzie. Anna spytała cicho:

Strona 141

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  Czy oboje... zostali straceni?
-  Nie. On umarł. Wskutek uderzenia w głowę podczas aresztowania.
-  A Truda?
Truda odebrała sobie potem Ŝycie - powiedział Otto prędko - wyskoczyła przez poręcz z 
piątego piętra. Pastor Lorenz mówił, Ŝe zabiła się na miejscu. Nie cierpiała.
-  Stało to się tej nocy - przypomniała sobie nagle Anna - kiedy całe więzienie krzyczało. 
Teraz juŜ wiem! Och, to było straszne, Otto.
- I zakryła twarz rękami.
-  Tak, to było straszne - powtórzył Quangel. - U nas teŜ byi°
strasznie.
Po chwili podniosła głowę i spojrzała twardo na męŜa. Wargi jej drŜały jeszcze, ale 
powiedziała:
- Lepiej, Ŝe tak się stało. Gdyby siedzieli tu koło nas, byłoby t(
 okropne. Teraz mają spokój. -1 bardzo cicho dodała: - Moglibyśmy teŜ tak zrobić.
Spojrzał twardo na Ŝonę. W jego surowych, bystrych oczach ujrzała światło, którego nigdy 
przedtem nie widziała - ironiczne światło, jakby to wszystko, co powiedziała, i to, co miało 
nastąpić - nieuchronny koniec - było tylko zabawą. Jakby nie warto było brać tego zbyt 
powaŜnie. Potem powoli potrząsnął głową.
- Nie, Anno, nie zrobimy tego. Nie będziemy się wykradać, jakbyśmy byli przyłapanymi 
przestępcami. Nie odbierzemy im wyroku. My - nie!
I zupełnie innym tonem:
- Poza tym jest juŜ na to za późno.  Czy nie nakładają ci kajdanków?
-  Tak, ale policjant doprowadziwszy mnie do drzwi zdjął je.
-  Widzisz - powiedział - nie udałoby się!
Przemilczał, Ŝe od chwili wyprowadzenia go z więzienia śledczego był skrępowany 
kajdankami ręcznymi i łańcuchem, kajdankami na nogi i Ŝelazną sztabą. Tak jak i Annie 
policjant zdjął mu tę ozdobę dopiero przed drzwiami sali sądowej: nie wolno było pozbawiać 
państwa ofiar do szlachtuza.
-  No, dobrze - zgodziła się Anna. - Jak myślisz, chyba razem nas stracą?
-  Nie wiem - powiedział wymijająco. Nie chciał jej oszukiwać, chociaŜ wiedział, Ŝe kaŜde z 
nich będzie musiało umrzeć samotnie.
-  Ale stracą nas przecieŜ o tej samej godzinie?
-  Z pewnością, Anno, na pewno tak będzie! Wcale nie był tego tak pewien.
-  Ale nie myśl teraz o tym - ciągnął dalej. - Myśl tylko, Ŝe musimy być teraz silni. JeŜeli 
przyznamy się do winy, to wszystko pójdzie bardzo szybko. JeŜeli nie będziemy się 
wymigiwali i nie będziemy kłamali, moŜemy juŜ za pół godziny mieć wyrok.
Tak, tak zrobimy. Ale, Otto, jeŜeli to tak prędko pójdzie, to równie prędko rozdzielą nas. A 
moŜe juŜ nigdy się nie zobaczymy!
-  Na pewno się jeszcze zobaczymy. Przedtem jeszcze, raz, Anno. Powiedziano mi, Ŝe wolno 
nam będzie się poŜegnać. Na pewno, Anno!
-  To dobrze, Otto, mam więc jeszcze coś, na co będę mogła się cieszyć o kaŜdej godzinie. I 
teraz siedzimy razem.
Siedzieli razem jeszcze tylko minutę, potem zauwaŜono przeoczenie i rozsadzono ich daleko. 
Musieli odwracać głowy, aby spojrzeć na siebie Na szczęście tym, który zauwaŜył popełniony 
błąd, był adwokat pani Quangel, przyjazny, szary, nieco zakłopotany człowiek, wyznaczony 
przez sąd jako obrońca z urzędu. Quangel uparł się, Ŝe nie ma pieniędzy na takie niepotrzebne 
rzeczy jak obrona.
PoniewaŜ obrońca wytknął to przeoczenie, obeszło się bez krzyku RównieŜ obaj policjanci 
woleli nie otwierać ust i w ten sposób przewodniczący Trybunału Narodowego Feisler nigdy 
nie dowiedział się o niewybaczalnym wydarzeniu. W przeciwnym razie rozprawa trwałaby 
prawdopodobnie o wiele dłuŜej.
ROZDZIAŁ LXI Rozprawa główna: przewodniczący Feisler Przewodniczący Trybunału 
Narodowego Feisler, najwyŜszy w owym czasie sędzia na ziemi niemieckiej, miał wygląd 
człowieka wykształconego. Był - według terminologii majstra Quangla - eleganckim panem. 
Umiał z powagą nosić swoją togę, a biret nadawał jego głowie godność - nie był tak 
bezmyślnie przylepiony jak na wielu innych głowach. Oczy miał mądre, ale zimne, wysokie, 
ładne czoło, lecz usta podłe. Te usta z twardymi, okrutnymi i lubieŜnymi wargami zdradzały 
człowieka poŜądliwego, który szukał wszelkich uciech tego świata i stale kazał innym za nie 
płacić.
I ręce z długimi, sękatymi palcami były podłe, z palcami jak szpony sępa. Gdy zadawał 
specjalnie złośliwe pytanie, wtedy palce zakrzywiały się, jakby grzebały w ciele ofiary. I 
sposób jego mówienia był podły: ten człowiek nie potrafił nigdy mówić spokojnie i rzeczowo, 
rzucał się na swoje ofiary, wymyślał im, mówił z gryzącą ironią. Nikczemny człowiek, zły 
człowiek.
Quangel, od chwili gdy doręczono mu akt oskarŜenia, wielokrotnie rozmawiał o rozprawie ze 
swym przyjacielem doktorem Reichhardtem. Mądry doktor Reichhardt równieŜ był zdania, Ŝe 
poniewaŜ koniec jest nieuchronny, Quangel winien się z góry przyznać do wszystkiego, nic 
nie  tuszować, nie kłamać. To przekreśli rachuby tych panów, nie będą mogli mu długo 
wymyślać. Sprawa będzie krótka i zrezygnują z przesłuchiwania świadków.
Była to mała sensacja, gdy oboje oskarŜeni na pytanie przewodniczącego, czy przyznają się 
do winy przypisywanej im w akcie oskarŜenia, odpowiedzieli po prostu „tak". Przez to „tak" 
bowiem sami wydali na siebie wyrok śmierci i dalsza rozprawa była zbędna.
Nawet przewodniczący Feisler zmieszał się na chwilę, przejęty tym, chyba nigdy nie 
słyszanym, przyznaniem się.
Ale potem namyślił się. Chciał prowadzić rozprawę. Chciał widzieć tych dwoje robotników w 
błocie i poniŜeniu, chciał, by wili się pod ogniem jego ostrych jak nóŜ pytań. To „tak" na 
zapytanie o winę wskazywało na dumę. Przewodniczący Feisler widział wraŜenie na twarzach 
publiczności, wypisane było na nich zdumienie lub zastanowienie. I przewodniczący Feisler 
chciał pozbawić oskarŜonych tej dumy. Powinni wyjść z rozprawy bez dumy, bez godności.
-  Czy zdajecie sobie sprawę - zapytał - Ŝe przez to „tak" sami zrzekliście się prawa do Ŝycia, 
Ŝe wykluczyliście się spośród wszystkich uczciwych ludzi? śe jesteści podłymi, 
zasługującymi na śmierć przestępcami, których ścierwo zostanie powieszone na stryczku za 
szyję? Czy zdajecie sobie z tego sprawę? Odpowiedzcie mi „tak" lub „nie"!
Quangel powiedział powoli:
-  Jestem winien, zrobiłem to, co napisane jest w akcie oskarŜenia.
-  Macie odpowiedać „tak" lub „nie". Jesteście podłym zdrajcą narodu czy nie jesteście? Tak 

Strona 142

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

czy nie?
Quangel ostro spojrzał na eleganckiego pana tam nad sobą. Powiedział:
-  Tak.
-  Tfu, do diabła! - krzyknął przewodniczący i splunął za siebie. - Tfu, do diabła! I coś takiego 
nazywa się Niemcem!
Popatrzył na Quangla z głęboką pogardą i skierował wzrok na Annę Quangel.
-  A wy tam, kobieto - zapytał - czy jesteście teŜ tak podła jak wasz mąŜ? Czy jesteście teŜ 
łajdaczką, zdrajczynią narodu? Czy hańbicie równieŜ pamięć syna poległego na polu chwały? 
Tak czy nie?
Zakłopotany adwokat podniósł się szybko i powiedział:
 -  Proszę pozwolić mi zauwaŜyć, Ŝe moja klientka... Przewodniczący przerwał:
-  Zostanie pan ukarany, panie obrońco, zostanie pan natychmiast ukarany, jeśli pan jeszcze 
raz odezwie się bez zezwolenia! Siadaj pani Feisler zwrócił się znów do Anny Quangel:
-  No, jak to jest z wami? Wykrzeszecie resztki uczciwości z waszej piersi, czy chcecie być 
teŜ czymś takim jak wasz mąŜ, o którym wierny juŜ, Ŝe jest podłym zdrajcą narodu? Czy 
jesteście zdrajczynią narodu w tych cięŜkich latach wojny? Czy macie odwagę zhańbić 
własnego syna? Tak czy nie?
Anna Quangel spojrzała z lękliwym wahaniem na męŜa.
-  Macie na mnie patrzeć! Nie na tego zdrajcę! Tak czy nie? Ciche, ale wyraźne: - Tak!
-  Macie mówić głośno! Chcemy wszyscy słyszeć, Ŝe niemiecka matka nie wstydzi się okryć 
hańbą bohaterskiej śmierci własnego syna!
-  Tak! - odpowiedziała Arma Quangel głośno.
-  Nie do wiary! - zawołał Feisler. - PrzeŜyłem tutaj wiele smutnych i strasznych rzeczy, ale 
takiej hańby jeszcze nie zdarzyło mi się widzieć. Nie powinniście zostać powieszeni, tak  
nieludzkie bestie jak wy naleŜałoby poćwiartować!
Mówił raczej do słuchaczy niŜ do Quanglów, po prostu zabierał prokuratorowi mowę 
oskarŜycielską. Zdawało się jednak, Ŝe się hamuje (chciał, aby toczyła się rozprawa).
-  Ale mój cięŜki obowiązek najwyŜszego sędziego nie pozwala mi zadowolić się po prostu 
waszym przyznaniem się do winy. Choć trudne jest to dla mnie, choć wydaje mi się 
bezcelowe - jednakŜe obowiązek nakazuje mi sprawdzić, czy są moŜe jakieś okoliczności 
łagodzące.
Tak się zaczęło i trwało przez siedem godzin.
Mądry doktor Reichhardt w celi omylił się, a wraz z nim omylił się i Quangel. Nie mogli 
przypuszczać, Ŝe najwyŜszy sędzia narodu niemieckiego poprowadzi rozprawę z tak 
bezdennie podłą nienawiścią. Było to tak, jakby Quanglowie osobiście skrzywdzili pana 
przewodniczącego Feislera, jak gdyby jakiś mały, nieuŜyty, nigdy nie wybaczający 
człowieczek był dotknięty w swoim honorze i teraz starał się wszelkimi siłami śmiertelnie 
zranić przeciwników. Wyglądało to, jakby Quangel uwiódł córkę przewodniczącego, tak 
osobiste było to wszystko, tak o nieba odległe od wszelkiej rzeczowości. - Straszliwie się obaj 
oinylili. Trzecia Rzesza miała dla swego najwyŜszego gnębiciela coraz to ooWe 
niespodzianki w zanadrzu, była bardziej podła od wszelkiej podłości.
-  Świadkowie, wasi uczciwi towarzysze pracy zeznali, Ŝe byliście opanowani przez brudne 
skąpstwo, oskarŜony. Ile zarabialiście tygodniowo? - zapytał przewodniczący.
-  Ostatnio przynosiłem do domu czterdzieści marek tygodniowo - odpowiedział Quangel.
-  Tak, czterdzieści marek. JuŜ po odjęciu wszelkich potrąceń: podatku od wynagrodzenia, 
pomocy zimowej, kasy chorych i Frontu Pracy?
- Tak, na czysto.
-  To zupełnie dobry zarobek dla dwojga starych ludzi jak wy, co?
-  Wystarczało nam.
-  Nie, nie tylko wystarczało! Znów kłamiecie! Regularnie oszczędzaliście. Zgadza się to, czy 
nie zgadza?
-  Zgadza się. Najczęściej coś odkładaliśmy.
-  A ile mogliście odłoŜyć tygodniowo, przeciętnie?
-  Nie mogę tego dokładnie powiedzieć. RóŜnie bywało. Przewodniczący denerwował się:
-  Przeciętnie, powiedziałem. Przeciętnie! Czy nie rozumiecie, co to znaczy przeciętnie? I wy 
uwaŜacie się za majstra, za rzemieślnika? Nie umiecie nawet liczyć. Doskonałe! - I popatrzył 
z oburzeniem na oskarŜonego.
-  Mam ponad pięćdziesiątkę. Przez dwadzieścia pięć lat pracowałem. Lata bywały rozmaite. 
Byłem teŜ czasem bezrobotny. Albo chłopak chorował. Nie mogę powiedzić, jak było 
przeciętnie.
-  Tak? Nie moŜecie? Ja wam powiem, dlaczego nie moŜecie! Nie chcecie! To właśnie wasze 
brudne skąpstwo, które tak mierziło waszych przyzwoitych kolegów. Boicie się, Ŝe 
moglibyśmy się tu dowiedzieć, ile zgarnęliście. No, ile tego było? Czy i tego nie moŜecie 
powiedzieć?
Quangel walczył ze sobą. Przewodniczący rzeczywiście trafił na jego słabą strunę. Nawet 
Anna nie wiedziała, ile zaoszczędził. Ale potem Quangel zebrał się w sobie. I tego równieŜ 
się pozbędzie! W ostatnich tygodniach pozbył się tak wielu rzeczy, czemu by i tego nie? 
Rozstał się z ostatnim, co wiązało go jeszcze z dawnym Ŝyciem, i powiedział:
-  Cztery tysiące siedemset sześćdziesiąt trzy marki.
 -  Tak - powtórzył przewodniczący opierając się o wysokie krzesło sędziowskie - cztery 
tysiące siedemset sześćdziesiąt trzy marki i sześćdziesiąt siedem fenigów. - Wyczytał tę cyfrę 
z akt. -1 nie wstydzicie się zwalczać państwa, które pozwoliło wam tyle zarobić? Zwalczacie 
społeczność, która tak o was dbała? - Podniecał się. - Nie wiecie wcale co to jest 
wdzięczność! Nie wiecie, co to jest honor! Jesteście symbolem hańby! Trzeba was wytępić!
I sępie szpony zacisnęły się, znów się otwarły i jeszcze raz zacisnęły, jakby rozrywały 
padlinę.
-  Niemal połowę  tych  pieniędzy zaoszczędziłem jeszcze  przed zmianą władzy - powiedział 
Quangel.
Ktoś z audytorium roześmiał się, zamilkł jednak natychmiast przestraszony, gdy zły wzrok 
przewodniczącego spoczął na nim. Zakasłał z zakłopoteniem.
-  Proszę o ciszę! Absolutną ciszę! OskarŜony, jeśli będziecie zachowywali się bezczelnie, 
zostaniecie ukarani. Nie myślcie, Ŝe wszelka inna kara was teraz nie dotyczy! MoŜe was 
bowiem jeszcze coś spotkać!
- Popatrzył przenikliwie na Quangla. - Powiedzcie mi, oskarŜony, po co właściwie 
oszczędzaliście?
-  PrzecieŜ na starość.

Strona 143

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-  CzyŜby, na starość? JakŜe to brzmi wzruszająco! Ale to znów kłamstwo.  Co  najmniej  od 
czasu,  gdy zaczęliście pisać  te karty, wiedzieliście, Ŝe tak bardzo się nie zestarzejecie! Sami 
przyznajecie, Ŝe zdawaliście sobie sprawę ze skutków waszej zbrodni. A mimo to wciąŜ 
odkładaliście i wpłacaliście pieniądze do kasy oszczędności. Na cóŜ to?
-  Liczyłem zawsze na to, Ŝe uda mi się ujść.
-  Co to znaczy: ujść? śe zostaniecie uniewinnieni?
-  Nie, w to nie wierzyłem. Myślałem, Ŝe nie zostanę schwytany.
-  Widzicie, Ŝe trochę fałszywie myśleliście. Ale nie wierzę i w to. Nie jesteście wcale tacy 
głupi, jak udajecie. Nie mogliście myśleć, Ŝe latami będziecie bezkarnie uprawiali swoje 
zbrodnie.
-  Nie wierzę teŜ, Ŝe to potrwa lata.
-  Co to ma znaczyć?
-  Nie wierzę, Ŝe ta Tysiącletnia Rzesza jeszcze długo wytrzyma - powiedział Quangel 
zwracając ostrą, ptasią twarz w stronę przewodniczącego.
Adwokat drgnął przeraŜony.
Wśród słuchaczy znów ktoś się zaśmiał i natychmiast dał się stamtąd słyszeć groźny pomruk.
-  Taka świnia! - krzyknął ktoś.
Policjant z tyłu za Quanglem poprawił swoje czako, a drugą ręką chwycił za futerał pistoletu.
Prokurator podskoczył i powiewał jakąś kartką papieru.
Pani Quangel patrzyła z uśmiechem na męŜa i gorliwie potakiwała głową.
Policjant stojący za nią złapał ją za ramiona i ścisnął boleśnie.
Opanowała się i nie krzyknęła.
Jeden z asesorów wpatrwał się w Quangla z szeroko otwartymi ustami.
Przewodniczący zerwał się:
-  Zbrodniarzu! Idioto! Zbrodniarzu! WaŜycie się tu powiedzieć... Przerwał przypomniawszy 
sobie o swojej godności.
-  Wyprowadzić  oskarŜonego!  Wachmistrzu,  wyprowadzić  tego draba! Sąd poweźmie 
uchwałę w celu właściwego ukarania...
Po kwadransie rozprawa została wznowiona.
Zwróciło ogólną uwagę, Ŝe oskarŜony teraz jakoś nie moŜe poruszać się swobodnie. 
Powszechnie myślano: - Sprawili mu porządne lanie. RównieŜ Anna pomyślała ze strachem o 
tym samym.
Przewodniczący Feisler obwieścił:
-  OskarŜony Otto Quangel zostaje ukarany czterema tygodniami ciemnicy o chlebie i wodzie 
z zupełnym pozbawieniem Ŝywności co trzeci dzień. Poza tym - dodał przewodniczący 
Feisler tonem wyjaśnienia - oskarŜonemu odebrano szelki, poniewaŜ, jak mi zameldowano, 
podczas przerwy manipulował koło nich.  Istnieje podejrzenie, Ŝe usiłował popełnić 
samobójstwo.
-  Musiałem tylko wyjść na stronę.
-  Milczeć, oskarŜony! Istnieje podejrzenie o usiłowanie samobójstwa. OskarŜony będzie 
sobie musiał dać radę bez szelek. Sam jest temu winien.
Wśród słuchaczy znów rozległ się śmiech, ale teraz przewodniczący spojrzał w tę stronę 
niemal przychylnie, cieszył się sam z dobrego dowcipu. OskarŜony stał w pochylonej pozycji, 
musiał wciąŜ podtrzymywać opadające spodnie.
Przewodniczący uśmiechnął się: - Kontynuujemy rozprawę.
ROZDZIAŁ LXII Rozprawa główna: prokurator Pinczer JeŜeli kaŜdy nie uprzedzony 
obserwator mógłby porównać przewodniczącego Trybunału Narodowego Feislera do 
złośliwego, krwioŜerczego psa, to oskarŜyciel grał tylko rolę małego, poszczekującego 
pinczerka, czyhającego na okazję schwytania za łydkę napadniętego, którego jego wielki brat 
trzymał za gardło. Prokurator parokrotnie próbował w czasie rozprawy przeciw Quanglom 
zaszczekać, ale za kaŜdym razem zagłuszało go warczenie krwioŜerczego psa. CóŜ zresztą 
pozostało mu do szczekania? Przewodniczący spełniał przecieŜ od pierwszej chwili 
powinności oskarŜyciela, od pierwszej chwili Feisler naruszył podstawowy obowiązek 
sędziego, który powinien badać prawdę: był w najwyŜszym stopniu stronniczy.
Ale po przerwie obiadowej Feisler był trochę zmęczony. Zjadł (bez kartek) bardzo obfity 
obiad z winem i wódką. Zresztą - po co się jeszcze wytęŜać? Tych dwoje przecieŜ juŜ nie 
Ŝyło! Teraz była kolej na tę kobietę, Ŝonę prostego robotnika, a z prawnego punktu widzenia 
kobiety były mu dość obojętne. Wszystkie były głupie i potrzebne tylko do jednej rzeczy. 
Poza tym robiły to, co chcieli męŜczyźni.
Feisler więc łaskawie pozwolił przecisnąć się do przodu Pinczerowi i poszczekiwać. Z 
półprzymkniętymi oczyma rozsiadł się w krześle sędziowskim i podparł głowę, na pozór 
przysłuchując się uwaŜnie - w rzeczywistości jednak oddając się całkowicie trawieniu.
-  OskarŜona! Byliście juŜ przecieŜ niezbyt młoda, kiedy wyszliście za mąŜ?
-  Miałam około trzydziestki.
-  A przedtem?
-  Nie rozumiem tego.
-  Nie udawajcie niewiniątka! Chcę wiedzieć, jakie stosunki miała oskarŜona z męŜczyznami 
przed małŜeństwem. No, prędzej!
Anna Quangel najpierw zaczerwieniła się, a potem zbladła na to bezdennie chamskie pytanie. 
Spojrzała, błagając o pomoc, na swego obrońcę, który poderwał się i powiedział:
-  Proszę o uchylenie tego pytania, jako nie mającego nic wspólnego ze sprawą  Na to 
oskarŜyciel:
-  Moje pytanie naleŜy do sprawy. Tutaj podniesiono domniemanie, ze oskarŜona 
występowała tylko jako pomocnica swego męŜa. Dowiodę, ze b)rta osobą na najniŜszym 
poziomie moralnym, pochodzenia gminnego, zdolną do popełnienia kaŜdej zbrodni.
Przewodniczący oświadczył znudzony:
-  Pytanie naleŜy do sprawy. Zostaje dopuszczone. Pinczer zaszczekał na nowo:
-  A więc, z ilu męŜczynami oskarŜona miała stosunki przed ślubem? Wszystkie oczy 
skierowane były na panią Annę Quangel. Kilku studentów w audytorium oblizało sobie 
wargi, ktoś stęknął lubieŜnie.
Quangel patrzy z troską na Ŝonę. Wie przycieŜ, jak czuła jest na tym punkcie.
Ale Anna Quangel zdecydowała się. Tak jak Otto odrzucił przedtem wszelkie zahamowania 
w związku ze swymi oszczędnościami, tak i ona postanowiła teraz być bezwstydna wobec 
tych bezwstydnych męŜczyzn.
Prokurator znów pyta:
-  A więc, z ilu męŜczyznami oskarŜona miała stosunki przed ślubem?

Strona 144

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Anna Quangel odpowiada:
-  Z osiemdziesięcioma siedmioma. Ktoś na sali parsknął śmiechem.
Przewodniczący budzi się ze swego półsnu i przygląda niemal z zainteresowaniem tej małej 
Ŝonie robotnika o krępej postaci, czerwonych policzkach i pełnej piersi.
Ciemne oczy Quangla zabłysły, teraz znów opuścił powieki. Nie patrzy na nikogo.
A prokurator jąka się kompletnie zmieszany:
-  Z osiemdziesięcioma siedmioma? Dlaczego akurat z osiemdziesięcioma siedmioma?
-  Tego nie wiem - odpowiada Anna Quangel niewzruszona - po Prostu więcej nie było.
-  Tak? - powiada oskarŜyciel zniechęcony - tak?
Jest zniechęcony, poniewaŜ nagle uczynił z oskarŜonej interesującą Postać, co w Ŝadnym 
wypadku nie było jego zamiarem. Poza tym jest Przekonany, jak większość obecnych, Ŝe ona 
kłamie, Ŝe miała moŜe 12-K aŜdy umiera... t. II  dwóch lub trzech kochanków, a moŜe nawet 
Ŝadnego. MoŜna by ia ukarać za kpiny z sądu. Ale jak dowieść jej zlej woli? Wreszcie' 
decyduje się. Powiada zgryźliwie:
-  Jestem głęboko przekonany, Ŝe oskarŜona bezgranicznie przesadza. Kobieta, która miała 
osiemdziesięciu siedmiu kochanków, na pewno nie zapamięta ich liczby. Odpowie: „wielu". 
Ale wasza odpowiedź wskazuje właśnie na wasze zepsucie. Chwalicie się swoim 
bezwstydem!  OskarŜona jest dumna  z  tego,  Ŝe  była  prostytutką A z prostytutki zamieniła 
się w to, w co zamieniają się wszystkie prostytutki, została stręczycielką. Własnego syna 
zrajfurzyła!
Teraz jednak Pinczer ugryzł Annę Quangel.
-  Nie! - krzyczy i podnosi błagalnie ręce. - Niech pan tego nie mówi! Tego nie zrobiłam!
-  Nie zrobiliście tego? - szczeka Pinczer. - A jak nazwiecie to, Ŝe wielokrotnie pozwalaliście 
nocować u siebie tej tak zwanej narzeczonej waszego syna? Chyba wówczas oskarŜona 
eksmitowała swego syna, co? A gdzieŜ ta Truda sypiała? OskarŜona wie przecieŜ, Ŝe ona nie 
Ŝyje, oskarŜona to wie? Gdyby Ŝyła, siedziałaby tutaj na ławie oskarŜonych jako pomocnica 
waszego męŜa w jego zbrodni!
Wspomnienie o Trudzie dodało pani Quangel nowej energii. Powiedziała - nie do 
prokuratora, ale do sądu:
-  Tak, dzięki Bogu, Truda nie Ŝyje, nie musiała przeŜyć jeszcze tej ostatniej hańby...
-  Niech oskarŜona łaskawie liczy się ze słowami! Ja ostrzegam oskarŜoną!
-  Była dobrą, porządną dziewczyną...
-  I spędziła pięciomiesięczny płód, bo nie chciała rodzić Ŝołnierzy!
-  Nie spędziła płodu, była bardzo nieszczęśliwa po wypadku.
-  Sama to zeznała.
-  Nie wierzę w to. Prokurator rozkrzyczał się:
-  W co wy tu wierzycie i w co nie wierzycie, jest nam obojętne. Ale radzę oskarŜonej 
zmienić ton! Bo jak nie, to oskarŜoną moŜe spotkać coś bardzo nieprzyjemnego. Zeznanie 
Hergesell zaprotokołowane jest przez komisarza Lauba. A komisarz kryminalny nie kłamie.
Pinczer rozejrzał się groźnie po sali.

_ Wzywam jeszcze raz oskarŜoną do powiedzenia mi: czy wasz syn stosunki z tą dziewczyną, 
czy nie?
-  Matka takich rzeczy nie sprawdza. Nie jestem szpiegiem.
-  Ale mieliście obowiązek nadzoru. JeŜeli dopuszczacie do niemoralnych stosunków waszego 
syna we własnym mieszkaniu, to ciąŜy na was zarzut stręczycielstwa, tak określa to kodeks 
karny.
-  O tym nic nie wiem. Ale wiem, Ŝe była wojna i Ŝe mój chłopak mógł zginąć. W naszych 
kołach to jest tak: jeŜeli dwoje młodych jest zaręczonych albo tak jakby zaręczonych, a do 
tego jest jeszcze wojna, to patrzymy przez palce na te sprawy.
-  Aha,  a więc oskarŜona przyznaje się.  OskarŜona wiedziała o niemoralnych stosunkach i 
tolerowała je! Nazywacie to „patrzeć przez palce". Ale kodeks karny nazywa to 
stręczycielstwem i matka musi być zupełnie wyprana z honoru i zupełnie zepsuta, jeŜeli coś 
takiego toleruje.
Tak, taka więc jest matka? No, to chciałabym wiedzieć - powiada Anna Quangel odwaŜnie, 
mocnym głosem - chciałabym wiedzieć, jak nazywa kodeks karny to, co robi Bubi-Driick-
Mich-Verein*? OŜywione śmiechy...
-  I to, co wyprawia SA ze swoimi dziewczynami... Śmiech urywa się...
-  I ci z SS - opowiadają przecieŜ, Ŝe esesmani hańbią dziewczęta Ŝydowskie, a potem 
strzelają do nich...
Chwila śmiertelnej ciszy...
Potem wybucha tumult. Krzyczą! Niektórzy ze słuchaczy przełaŜą. przez barierę i chcą bić 
oskarŜoną.
Otto Quangel poderwał się, gotów pośpieszyć z pomocą Ŝonie...
Policjant i brak szelek przeszkadzają mu.
Przewodniczący stoi i gwałtownie, ale daremnie nawołuje do spokoju.
Asesorzy rozmawiają głośno ze sobą.
Prokurator Pinczer szczeka i szczeka, lecz nikt nie rozumie ani słowa...
Wreszcie wywlekają Annę Quangel z sali, hałas ucisza się, a sąd udaje się na naradę...
* Bubi-Druck-Mich-Verein - dosłownie: Stowarzyszenie „chłopcze, uściśnij mnie" ~ drwiąca 
nazwa BDM - Bund Deutscher Madel - Związku Dziewcząt Niemieckich.
Po pięciu minutach sąd wraca:
- OskarŜoną Annę Quangel wyklucza się z udziału w rozprawie Zostaną jej nałoŜone 
kajdanki. Ciemnica aŜ do odwołania. Chleb i woda tylko co drugi dzień.
Rozprawa toczy się dalej.
ROZDZIAŁ LXIII Rozprawa główna: świadek Ulrich Heffke Wykwalifikowany robotnik, 
garbaty brat Anny Quangel, świadek Ulrich Heffke ma cięŜkie miesiące poza sobą. Dzielny 
komisarz Laub zaaresztował go z Ŝoną zaraz po ujęciu Quanglów, bez Ŝadnego konkretnego 
podejrzenia, tyko dlatego, Ŝe był ich krewnym.
Od tego czasu Ulrich Heffke Ŝył w strachu. Ten łagodny człowiek, o skromnej, prostej duszy, 
który przez całe Ŝycie unikał wszelkiej sprzeczki, został aresztowany przez sadystę Lauba, 
dręczony, zwymyślany, bity. Zmuszono go do głodowania, upokarzano - słowem, dręczono 
go według wszelkich prawideł diabelskiej sztuki.
Wskutek tego pomieszało się wszystko w umyśle garbuska. Nasłuchiwał ze strachem, chciał 
się domyślić, czego chcieli od niego jego prześladowcy, a potem bezsensownie składał 
obciąŜające go zeznania, których sprzeczność natychmiast mu wykazywano.

Strona 145

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

I wtedy dręczono go na nowo, w nadziei wyciągnięcia jeszcze jakiejś nowej, dotychczas nie 
znanej zbrodni. Bo komisarz Laub działał według maksymy owych czasów: „KaŜdy ma coś 
na sumieniu. Trzeba tylko cierpliwie szukać, a zawsze coś się znajdzie."
Laub nie chciał w Ŝaden sposób uwierzyć, Ŝe natrafił na Niemca, który nie był członkiem 
partii, a mimo to nie słuchał zagranicznego radia, nie uprawiał defetystycznej, szeptanej 
propagandy i nie przekroczył nigdy Ŝadnego z rozporządzeń o środkach Ŝywnościowych. 
Laub wmówił w Heffkego, Ŝe to on podrzucał za szwagra karty na Nollendorfplatz.
Heffke przyznał się - a po trzech dniach Laub potrafił mu dowieść, Ŝe niemoŜliwe było, aby 
on, Ulrich Heffke, mógł podrzucić te karty.

ze  Wobec tego komisarz Laub oskarŜył Heffkego o zdradę tajemnic fabryki optycznej, w 
której Heffke pracował. Garbusek przyznał się, a po tygodniu uciąŜliwych dochodzeń Laub 
mógł stwierdzić, Ŝe w fabryce nie było w ogóle Ŝadnych tajemnic do zdradzenia, Ŝe nikt tam 
nje wiedział, dla jakiej broni są przeznaczone pojedyncze części produkowane w fabryce.
KaŜde fałszywe zeznanie kosztowało Heffkego drogo, ale nie stawał sję przez to mądrzejszy, 
tylko jeszcze bardziej zastraszony. Zeznawał na ślepo, byle tylko mieć spokój, byle tylko 
uciec przed dalszymi prze-słuchiwaniami, podpisywał kaŜdy protokół. Podpisałby nawet 
wyrok śmierci na siebie. Był niczym - galaretą, kupką strachu, która juŜ przy pierwszym 
słowie zaczynała drŜeć.
Komisarz Laub był tak bezwstydny, Ŝe przekazał tego nieszczęśliwca do aresztu śledczego 
wraz z Quanglami, chociaŜ Ŝaden protokół nie stwierdził udziału Heffkego w „zbrodniach" 
Quanglów. Sicher ist sicher - niech jeszcze sędzia śledczy przekona się, czy jednak nie 
wydostanie czegoś obciąŜającego od Ulricha Heffke. Ulrich Heffke wykorzystał jednak 
bardziej wszechstronne moŜliwości aresztu śledczego przede wszystkim po to, aby się 
powiesić. Znaleziono go w ostatniej chwili, odcięto i zwrócono Ŝyciu, które stało się dla niego 
zupełnie nie do wytrzymania.
Od tej chwili garbusek musiał Ŝyć w jeszcze cięŜszych warunkach: w celi paliło się przez całą 
noc światło, specjalny posterunek w odstępach parominutowych zaglądał przez drzwi, ręce 
miał skute i niemal codziennie wzywano go na przesłuchanie. Choć sędzia śledczy nie 
znajdował w aktach nic obciąŜającego, był jednak głęboko przekonany, Ŝe garbus ukrywa 
jakieś przestępstwo. Bo dlaczegóŜ by próbował odbierać sobie Ŝycie? Nikt niewinny tego nie 
robi! I właśnie idiotyczny system Heffkego, potwierdzającego kaŜde oskarŜenie, wpłynął na 
to, Ŝe sędzia śledczy musiał prowadzić długotrwałe przesłuchania i dochodzenia, które w 
końcu wykazywały niewinność kaleki.
Ulrich Heffke został wypuszczony z aresztu śledczego dopiero na tydzień przed rozprawą. 
Wrócił do swojej wysokiej, ciemnej, zawsze zmęczonej Ŝony, która juŜ dawno była na 
wolności. Przyjęła go w milczeniu. Heffke czuł się zbyt roztrzęsiony, aby pójść do pracy. 
Często godzinami klęczał w kącie pokoju i śpiewał pieśni kościelne miłym, cichym falsetem. 
Mówił bardzo niewiele, za to nocami duŜo  płakał. Mieli zaoszczędzone pieniądze, więc 
kobieta nie namawiała rnęŜa do pracy.
W trzy dni po wyjściu na wolność Ulrich Heffke dostał wezwanie na rozprawę główną jako 
świadek. Jego słaba głowa nie mogła dość dobrze pojąć, Ŝe jest wezwany tylko jako świadek. 
Zdenerwowanie garbuska wzrastało z kaŜdą godziną, prawie nic nie jadł i coraz więcej 
śpiewał Męczył go bezgraniczny strach, Ŝe dopiero co ukończone udręki mogą się zacząć na 
nowo.
W nocy przed rozprawą wieszał się po raz drugi. Tym razem Ŝona uratowała mu Ŝycie. Gdy 
tylko mógł znów oddychać, sprała go porządnie. Nie uznawała jego sposobu Ŝycia. 
Następnego dnia wzięła go mocno pod rękę i dostarczyła woźnemu sądu pod drzwi pokoju 
świadków ze słowami: - On ma fioła. UwaŜajcie dobrze na niego.
Gdy padły te słowa, pokój świadków był juŜ pełen ludzi - byli to przewaŜnie koledzy Quangla 
z pracy, kierownictwo fabryki, dwie kobiety i sekretarz poczty, którzy zauwaŜyli go przy 
podrzucaniu karty. PoniewaŜ sporo świadków było juŜ obecnych, gdy Anna Heffke 
powiedziała te słowa, nie tylko woźny sądowy, ale wszyscy pilnie uwaŜali na małego 
garbusa. Niektórzy próbowali skrócić sobie długotrwałe czekanie draŜnieniem kaleki. Ale nic 
z tego nie wyszło: zbyt wielki strach wyzierał mu z oczu, a ludzie byli zbyt dobroduszni, aby 
się długo z niego naigrawać.
Mimo strachu garbus dobrze zniósł przesłuchanie przez przewodniczącego Feislera, po prostu 
dlatego, Ŝe mówił cicho i drŜał tak bardzo, iŜ najwyŜszemu sędziemu szybko znudziło się 
przetrzymywanie tego strachliwego zajączka. Potem Heffke przysiadł między innymi 
świadkami w nadziei, Ŝe juŜ wszystko się dla niego skończyło.
Ale musiał jeszcze przysłuchiwać się, jak prokurator Pinczer rozprawiał się z jego siostrą, jak 
ją dręczył, słyszał bezwstydne pytania stawiane Annie. Jego serce burzyło się, chciał 
wystąpić, chciał bronić gorąco ukochanej siostry, chciał zaświadczyć, Ŝe zawsze prowadziła 
porządne Ŝycie - ale strach kazał mu znów przykucnąć, ukryć się, być tchórzem. Tak więc 
słuchał - między strachem, tchórzostwem i odruchami odwagi, nie będąc juŜ panem swych 
zmysłów - przebiegu rozprawy aŜ do chwili, gdy Anna zwymyślała BDM, SA i SS. Był 
świadkiem tumultu, który nastąpił i w którym współdziałał nieco swoją małą, śmieszną 
figurką. Wlazł na ławkę, aby lepiej widzieć. Zobaczył, jak dwóch policjantów wyprowadziło 
Annę.
Stał wciąŜ jeszcze na ławce, gdy przewodniczący wreszcie zaczął pj-zywracać porządek na 
sali. Sąsiedzi zapomnieli o nim, szeptali coś ze sobą-
Wtedy wzrok prokuratora Pinczera padł na Ulricha Heffkego. Ze zdziwieniem przyjrzał się 
poŜałowania godnej postaci i zawołał:
-                        Hej, wy tam! Wy jesteście przecieŜ bratem oskarŜonej. Jak się nazywacie?
-                       Heffke, Ulrich Heffke - pomógł oskarŜycielowi jego asesor.
-                        Świadek Ulrich Heffke, to była wasza siostra. Wzywam was do 
wypowiedzenia się na temat dotychczasowego Ŝycia Anny Quangel. Co wiecie o jej Ŝyciu?
Ulrich Heffke otworzył usta - stał wciąŜ jeszcze na ławce; oczy jego po raz pierwszy 
popatrzyły bez lęku. Otworzył usta i zaczął śpiewać miłym falsetem.
- Chcę dzisiaj cię poŜegnać, ty zły, fałszywy świecie! Twe grzeszne, złe dąŜenie juŜ mi nie 
odpowiada. W niebiosach dobrze mieszkać: do tego tylko dąŜę -Tam Bóg nagrodzi tych, co tu 
mu wiernie słuŜą.
Wszyscy tak osłupieli, Ŝe pozwolili mu spokojnie śpiewać. Dla niektórych ten skromny śpiew 
był nawet miły i naiwnie poruszali głowami w takt melodii. Jeden z asesorów szeroko 
otworzył usta. Studenci trzymali się mocno parapetu z napręŜonym wyrazem twarzy. 
Zakłopotany siwy obrońca przekrzywił głowę i dłubał z namysłem w nosie. Otto Quangel 

Strona 146

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

skierował swą ostrą twarz w stronę szwagra i po raz pierwszy uczuł, jak jego obojętne serce 
bije dla biednego garbuska. Co z nim zrobią?
- Przechowaj duszę moją u stóp ołtarza twego I z mroku ją wyprowadź do twojej 
wspaniałości. Ten, co był sprawiedliwy, do zamku niebieskiego PodąŜy uzdrowiony i 
spocznie na twym łonie.
Przy drugiej zwrotce na sali rozległy się szmery. Przewodniczący coś zaszeptał, a prokurator 
posłał kartkę do dyŜurnego oficera policji.
Ale mały garbus nie zwracał na to wszystko uwagi. Jego wzrok był skierowany na sufit. Teraz 
zawołał głośno, z ekstazą w głosie:
 -                       Idę!
Podniósł ramiona, odepchnął się nogami od ławki, chciał ulecieć.. I upadł niezręcznie między 
siedzących przed nim świadków, którzy przestraszeni uskoczyli na bok - a potem potoczył się 
między ławki..
-                      Wynieść tego człowieka! - zawołał przewodniczący wśród powstającego na 
nowo hałasu. - Niech go lekarz zbada.
Ulricha Heffkego wyniesiono z sali.
-                       Jak widać, rodzina przestępców i wariatów - stwierdził przewodniczący. - 
CóŜ, 
trzeba postarać się o ich wytępienie.
I rzucił groźne spojrzenie na Ottona Quangla, podtrzymującego rękami spodnie i wciąŜ 
jeszcze patrzącego na drzwi, za którymi zniknął mały szwagier.
Oczywiście - postarano się o „wytępienie" małego garbuska Ulricha Heffkego. Ani cieleśnie, 
ani duchowo nie był wart Ŝycia. Po krótkim pobycie w pewnym zakładzie zastrzyk dopomógł 
mu poŜegnać ten zły, fałszywy świat.
ROZDZIAŁ LXIV Rozprawa główna: obrońcy Obrońca Anny Quangel, zatroskany, szary, 
starszy męŜczyzna, który tak chętnie w chwilach zapomnienia dłubał w nosie i którego 
Ŝydowski wygląd niemal wykluczał pomyłkę (jednak nie moŜna mu było niczego dowieść, 
poniewaŜ miał papiery „czysto aryjskie"), ten człowiek, który z urzędu został mianowany 
obrońcą Anny - podniósł się do swej mowy obrończej.
Wywodził, Ŝe bardzo Ŝałuje, iŜ musi przemawiać pod nieobecność swojej klientki. 
Oczywiście, jej wypady pod adresem tak znanych instytucji partyjnych, jak SA lub SS są 
godne poŜałowania.
- Zbrodnicze! - przerwał prokurator okrzykiem.
Tak jest, oczywiście, zgadza się z panem oskarŜycielem, Ŝe takie wypady są w najwyŜszym 
stopniu zbrodnicze. W kaŜdym razie widać po wydarzeniu z bratem jego klientki, Ŝe trudno ją 
uwaŜać za w peh11 świadomą swego działania. Sprawa Ulricha Heffkego - z pewnością 
wysoki sąd dokładnie ją sobie przypomina - wykazała, Ŝe rodzina  fleffke ogarnięta jest 
szałem religijnym. Adwokat przyjmuje, chyba słusznie - nie uprzedzając orzeczenia lekarzy-
rzeczoznawców - Ŝe mamy tu do czynienia z wypadkiem schizofrenii, a poniewaŜ 
schizofrenia naleŜy do chorób dziedzicznych...
W tym miejscu prokurator po raz drugi przerwał prosząc sąd o upomnienie obrońcy, aby 
mówił na temat.
Przewodniczący Feisler czyni to, ale adwokat broni się, Ŝe mówi na temat.
Nie, nie mówi na temat. Chodzi o zdradę główną i zdradę stanu, a nie o schizofrenię i 
pomieszanie zmysłów.
-                       JeŜeli pan prokurator jest uprawniony do dowodzenia zmniejszonej wartości 
moralnej jego klientki - mówi adwokat - to on jest uprawniony do mówienia o jej schizofrenii. 
Prosi o orzeczenie sądu.
Sąd wychodzi w celu powzięcia decyzji w sprawie wniosku obrony. Potem przewodniczący 
Feisler oznajmia:
-                       Ani w postępowaniu śledczym, ani w czasie dzisiejszej rozprawy nic nie 
wskazywało na zakłócenie umysłu Anny Quangel. Wypadek z jej bratem, Ulrichem Heffke, 
nie moŜe być uznany za dowód, poniewaŜ nie ma jeszcze Ŝadnego zaświadczenia lekarskiego 
w sprawie świadka Heffkego. MoŜliwe, Ŝe Ulrich Heffke jest niebezpiecznym symulantem, 
który chciał udzielić pomocy swojej siostrze. Poleca się obronie, by trzymała się ściśle faktów 
zdrady stanu i zdrady głównej, które są na porządku dziennym dzisiejszej rozprawy.
Triumfujące spojrzenie prokuratora Pinczera na zatroskanego adwokata.
Ponure spojrzenie adwokata.
-                       PoniewaŜ wysoki sąd nie pozwolił mi mówić o stanie umysłu mojej klientki, 
Anny Quangel - zaczął znów adwokat - pomijam wszystkie punkty, które mogłyby świadczyć 
o jej zmniejszonej poczytalności: zwymyślanie własnego małŜonka po śmierci syna, jej 
częste, dziwne, niemal pomylone zachowanie się.
Tu znów doktor Pinczer zaszczekał: - Wnoszę stanowczy protest przeciw obchodzeniu przez 
obrońcę zakazu sądu. Pomija punkty i w ten sposób z jeszcze większym naciskiem je 
podkreśla. Wnoszę o orzeczenie sądu!
Sąd ponownie wychodzi, a gdy wraca, przewodniczący Feisler złośliwie oznajmia, Ŝe 
adwokat za przekroczenie decyzji sądu zostaje skazany na karę pienięŜną pięciuset marek. W 
wypadku powtórnego przekroczenia zostanie mu odebrany głos.
Siwy adwokat kłania się. Wygląda na zatroskanego, jak gdyDy męczyła go myśl, skąd 
wydostać te pięćset marek. Zaczyna po raz trzeti swoje przemówienie. Stara się zobrazować 
młodość Anny Quangel, je; lata na słuŜbie, potem u boku męŜa, zimnego fanatyka. Całe Ŝycie 
tej kobiety - to tylko praca, troska, rezygnacja, poddawanie się woli twardego człowieka. I ten 
mąŜ zaczyna nagle pisać karty o wysoce zdradzieckiej treści. Rozprawa wykazuje jasno, Ŝe to 
męŜczyzna wpadł na ten pomysł, a nie kobieta. Wszystkie świadczące o czymś przeciwnym 
twierdzenia mojej klientki w dochodzeniu śledczym naleŜy uznać za nieudaną próbę ofiary...
-                        CóŜ miała pani Anna Quangel zrobić przeciw zbrodniczej woli swego 
małŜonka? - woła adwokat. - CóŜ mogła uczynić? Za nią było Ŝycie wypełnione 
posłuszeństwem, nauczyła się słuchać, nigdy nie stawiała oporu. Była stworzeniem swego 
męŜa, naleŜącym niejako do niego...
Prokurator nastawia uszu.
-                        Wysoki sądzie! Czyn, nie - udział w czynie takiej kobiety nie moŜe być 
uznany za w pełni świadomy. Tak jak nie moŜna ukarać psa, który na rozkaz swego pana na 
obcym terenie chwyta zająca, tak nie moŜna czynić tej kobiety odpowiedzialną za 
współudział w zbrodni. Broni jej -               równieŜ z tych powodów - paragraf 51, część 2...
Prokurator znów przerywa. Szczeka, Ŝe adwokat ponownie przekroczył zakaz sądu. Adwokat 
zaprzecza. Prokurator odczytuje z notatek.

Strona 147

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-                      Według stenogramu obrona powiedziała, co następuje: „Broni jej -             
 
równieŜ z tych powodów - paragraf 51, część 2" ... Słowa „równieŜ z tych powodów" odnoszą 
się zupełnie wyraźnie do twierdzenia o chorobie umysłowej rodziny Heffke. Wnoszę o 
decyzję sądu.
Prezydent Feisler zapytuje obrońcę, do czego odnosiły się słowa „równieŜ z tych powodów".
Adwokat wyjaśnia, Ŝe słowa te miały związek z dalszymi jego wywodami, które miał zamiar 
rozwinąć.
Prokurator krzyczy, Ŝe nikt w swojej mowie nie powołuje się na coś, co jeszcze nie zostało 
powiedziane. MoŜna się powoływać na coś znanego, a nie - na nieznane. Słowa pana obrońcy 
są tylko marnym wykrętem.
Obrońca protestuje przeciw imputowaniu mu „marnych wykrętów"- Poza tym w 
przemówieniu moŜna powoływać się równie dobrze na coś, co później zostanie powiedziane. 
Wywoływanie zainteresowania jest znanym sposobem mówców. Tak na przykład Marcus 
Tullius Cicero w swojej znakomitej trzeciej filipice powiedział...
Anna Quangel została zapomniana: teraz Otto Quangel patrzy z otwartymi ze zdumienia 
ustami to na jednego, to na drugiego.
Gorączkowa dysputa trwała. Pada deszcz cytatów łacińskich i greckich.
Wreszcie sąd powtórnie udał się na naradę, a po powrocie przewodniczący Feisler oświadczył 
ku powszechnemu zdumieniu (poniewaŜ większość obecnych zapomniała w trakcie uczonej 
dysputy o jej przyczynie), Ŝe z powodu powtórnego przekroczenia zakazu sądu adwokat 
zostaje pozbawiony prawa głosu. Oficjalna obrona Anny Qunagel zostaje przekazana 
obecnemu tu przypadkowo asesorowi Luedeckemu.
Siwy obrońca, jeszcze bardziej zatroskany niŜ zazwyczaj, ukłonił się i opuścił salę.
„Przypadkowo obecny" asesor Luedecke podniósł się i zaczął przemawiać. Nie miał jeszcze 
zbyt wiele doświadczenia, nie słuchał teŜ dotychczas uwaŜnie, był onieśmielony przez sąd, a 
poza tym był w tym czasie mocno zakochany i niezdolny do rozsądnego myślenia. Mówił trzy 
minuty, prosił o uwzględnienie okoliczności łagodzących (w wypadku, gdyby wysoki sąd był 
innego zdania - moŜe uwaŜać jego prośbę za nie wypowiedzianą) i usiadł bardzo czerwony i 
zakłopotany.
Udzielono głosu obrońcy Ottona Quangla.
Wstał, bardzo jasnowłosy i napuszony. Dotychczas ani razu nie zabrał głosu w rozprawie, nie 
zrobił najmniejszej notatki - stół przed nim był pusty. Podczas wielogodzinnej rozprawy 
zajmował się jedynie łagodnym pocieraniem róŜowych, starannie wypielęgnowanych 
paznokci i dokładną ich obserwacją.
Teraz jednak przemówił. Toga była na wpół rozpięta, jedna ręka w kieszeni, druga 
umiarkowanie gestykulowała. Ten obrońca nie cierpiał swojego klienta. Otto był dla niego 
wstrętny, ograniczony, nieprawdopodobnie brzydki i wręcz odraŜający. A Quangel, niestety, 
zrobił wszystko, aŜeby wzmóc jeszcze niechęć swego obrońcy, odmawiając mu - mimo 
usilnej namowy doktora Reichhardta - wszelkich informacji: nie potrzebował obrony.
Teraz więc przemawiał adwokat doktor Stark. Mocne słowa których uŜywał, tworzyły 
jaskrawą dysharmonię z jego nosowym przewlekłym sposobem mówienia.
-                         Rzadko zdarza się - prawił - abyśmy wszyscy, zgromadzeni w tej sali, byli 
świadkami takiej bezdennej ludzkiej nikczemności, jaką nam tutaj zademonstrowano. Zdrada 
stanu, zdrada główna, prostytucja, rajfurstwo, spędzenie płodu, skąpstwo - tak, czyŜ istnieje 
jeszcze jakaś ludzka zbrodnia, której nie dopuściłby się mój klient, w której nie wziąłby 
udziału? Wysoki sądzie, moi panowie! Nie mogę bronić takiego zbrodniarza. W takim 
wypadku zdejmuję togę adwokata i ja, obrońca, muszę zamienić się w prokuratora i podnieść 
ostrzegawczy głos: niechaj sprawiedliwość zastosuje najwyŜszą surowość. Przystosowując 
znane powiedzenie, mogę tylko zawołać: Fiat iusticia, pereat mundusl śadnych okoliczności 
łagodzących dla tego zbrodniarza, nie zasługującego na miano człowieka!
Z tymi słowami, ku ogólnej konsternacji obrońca ukłonił się i usiadł, troskliwie podciągając 
spodnie na kolanach. Rzucił badawcze spojrzenie na swoje paznokcie i zaczął je lekko 
pocierać.
Po krótkim zdumieniu przewodniczący zapytał oskarŜonego, czy ma jeszcze coś do 
powiedzenia na swoją obronę. Niech jednak łaskawie moŜliwie się streszcza.
-                       Nie mam nic do powiedzenia na swoją obronę - rzekł Otto Quangel 
przytrzymując spodnie - ale chciałbym serdecznie podziękować adwokatowi za jego obronę. 
Nareszcie zrozumiałem, co to znaczy „lewy adwokat"*.
Quangel usiadł. Słowa jego wywołały ogólne poruszenie. Adwokat przerwał polerowanie 
paznokci, wstał i oświadczył niedbale, Ŝe rezygnuje z wniosku przeciw swemu klientowi, 
poniewaŜ ten raz jeszcze dowiódł, Ŝe jest niepoprawnym przestępcą.
I wtedy Quangel roześmiał się. Po raz pierwszy od chwili swego aresztowania, nie, od 
niepamiętnych czasów, roześmiał się wesoło i beztrosko. Nagle dostrzegł cały komizm 
sytuacji: ta banda zbrodniarzy powaŜnie zamierzała napiętnować go jako zbrodniarza.
Przewodniczący ostro poskromił oskarŜonego za jego niewłaściwą wesołość. Zastanawiał się, 
czy nie zastosować jeszcze ostrzejszych represji -                  Lewy adwokat - w oryginale 
nieprzetłumaczalna gra słów: zamiast Rechtsanwalt (adwokat) uŜyto Linksanwalt (rechts - 
prawo, links - lewo).
vvobec Quangla, ale zorientował się, Ŝe wymierzył juŜ oskarŜonemu ^szelkie moŜliwe kary, 
Ŝe pozostało tylko wykluczenie go z rozprawy, j pomyślał, Ŝe zrobiłoby to złe wraŜenie, 
gdyby wyrok został oznajmiony w nieobecności obojga oskarŜonych. Wobec tego postanowił 
być łagodny.
Sąd udał się na naradę w celu ferowania wyroku.
Długa przerwa.
Większość publiczności jak w teatrze wyszła zapalić papierosa.
ROZDZIAŁ LXV Rozprawa główna: wyrok Zgodnie z regulaminem obaj policjanci 
pilnujący Quangla powinni byli w czasie przerwy wyprowadzić go do specjalnie 
przeznaczonej celi. PoniewaŜ jednak sala prawie zupełnie opustoszała, a transport więźnia z 
opadającymi ciągle spodniami przez szereg korytarzy i pięter byłby dość kłopotliwy, obeszli 
przepis i gawędząc zatrzymali się nie opodal Quangla.
Stary majster oparł głowę na rękach i zapadł na parę minut w rodzaj półsnu. Wyczerpała go ta 
siedmiogodzinna rozprawa, w czasie której ani na chwilę nie pozwolił sobie na osłabienie 
czujności. Jak cienie migały mu przed oczyma obrazy: szponiasta ręka przewodniczącego 
Feislera-otwierająca się i zamykająca, obrońca Anny z palcem w nosie, garbusek Heffke, 
pragnący ulecieć, Anna z płonącymi policzkami, mówiąca „osiemdziesiąt siedem". Oczy jej 

Strona 148

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

w owej chwili wyraŜały pogodną wyŜszość, jakiej jeszcze nigdy u niej nie widział. I jeszcze 
wiele innych obrazów. Jeszcze... wiele... innych... obrazów...
Mocniej oparł głowę na rękach. Był tak zmęczony. Musiał spać. Choć pięć minut...
PołoŜył więc na stole ramię, a na nim głowę. Oddychał błogo. Tylko pięć minut mocnego snu. 
Krótka chwila zapomnienia!
Ale poderwał się znowu. Było coś w tej sali, co rozbijało mu Wytęskniony spokój. Rozejrzał 
się szeroko rozwartymi oczyma i wzrok jego padł na byłego radcę sądowego Fromma, który 
stał oparty o balustradę oddzielającą część sali przenaczoną dla publiczności i jak   gdyby 
dawał mu jakieś znaki. Quangel juŜ przedtem zauwaŜył starego pana, nic zresztą nie uszło 
jego napręŜonej uwagi, ale wśród wielu podniecających wraŜeń tego dnia nie interesował się 
byłym współ-lokatorem z ulicy Jabłońskiego.
W tej chwili radca stał przy barierze i dawał mu jakieś znaki.
Quangel rzucił okiem na obu policjantów: oddaleni o trzy kroki i zagłębieni w oŜywionej 
rozmowie nie patrzyli na niego. Majster usłyszał akurat słowa: - I jak złapię faceta za kark...
Majster podniósł się, chwycił spodnie mocno w obie ręce i krok za krokiem ruszył przez całą 
długość sali ku radcy.
Radca stał teraz przy samej barierze, z opuszczonym wzrokiem, jakby nie chciał widzieć 
zbliŜającego się więźnia. Quangel był oddalony od niego zaledwie o parę kroków, wtedy 
radca odwrócił się nagle i poszedł między rzędami krzeseł ku drzwiom wyjściowym. Ale na 
balustradzie leŜała pozostawiona przez niego mała biała paczuszka, niniejsza nawet od rolki 
nici.
Quangel zrobił ostatnie dwa kroki, chwycił rolkę i ukrył ją początkowo w zagięciu dłoni, a 
potem schował do kieszeni. Odwrócił się i stwierdził, Ŝe obaj wartownicy dotychczas jeszcze 
nie zauwaŜyli jego nieobecności. Potem trzasnęły drzwi wejściowe i radca sądowy wyszedł.
Quangel rozpoczął powrotną wędrówkę na swoje miejsce. Był podniecony, serce mu biło - 
wydawało się nieprawdopodobne, aby ta przygoda mogła się dobrze skończyć. I cóŜ to było 
dla starego radcy tak waŜne, Ŝe aby to doręczyć, odwaŜył się na taki czyn?
Quangel był oddalony jeszcze o kilka kroków od swego miejsca, gdy jeden z policjantów 
zauwaŜył go; Przestraszony skierował wzrok na puste krzesło Quangla, jakby chciał się 
przekonać, Ŝe oskarŜony rzeczywiście tam nie siedzi. Potem zawołał niemal z przeraŜeniem: - 
Co pan tam robi?
RównieŜ drugi policjant odwrócił się gwałtownie i wpatrywał się w Quangla. W pierwszym 
zmieszaniu stali obaj jak wrośnięci, nie myśląc nawet o sprowadzeniu więźnia na miejsce.
- Chciałbym wyjść na stronę, panie wachmistrzu - powiedział Quangel.
Uspokojony policjant burczał jeszcze: - No to nie leć pan sam, tylko zamelduj się łaskawie... - 
Quangel nagle pomyślał, Ŝe nie chciałby, aby z nim było inaczej niŜ z Anną. Mogą sobie 
spokojnie ogłaszać wyrok bez obojga oskarŜonych, zepsuje im to tę zabawę. On, Quangel, nie 
był ciekaw wyroku, znał go juŜ przecie. Natomiast był ciekaw, co tak waŜnego wetknął mu 
stary radca.
Policjanci podeszli do Quangla i chwycili go za ręce, którymi podtrzymywał spodnie.
Otto spojrzał na nich zimno i powiedział:
-                        Hitler niech zdechnie!
-                        Co? - Tak osłupieli, Ŝe nie dowierzali własnym uszom.
A Quangel wołał bardzo szybko i bardzo głośno: - Hitler niech zdechnie! Goering niech 
zdechnie! To ścierwo Goebbels niech zdechnie! Streicher niech zdechnie.
Uderzenie pięścią w podbródek uniemoŜliwiło mu dalszą litanię. Policjanci wyciągnęli 
omdlałego Quangla z sali.
W ten sposób doszło do tego, Ŝe przewodniczący Feisler musiał ogłosić wyrok nie w 
obecności obojga oskarŜonych. Niepotrzebnie najwyŜszy sędzia łaskawie pominął obrazę 
adwokata. Quangel miał rację: ogłoszenie wyroku bez widoku twarzy podsądnych nie 
sprawiało przewodniczącemu Ŝadnego zadowolenia, nawet najmniejszego. A wymyślił sobie 
tyle pięknych, obelŜywych sformułowań.
Jeszcze podczas przemówienia Feislera Cmangel w celi sądowej otworzył oczy. Bolał go 
podbródek, bolała go cała głowa, z trudem tylko mógł sobie przypomnieć, co zaszło. Ręka 
ostroŜnie namacała kieszeń: dzięki Bogu, paczuszka była na miejscu.
Słyszał kroki wartownika na korytarzu. Teraz ucichły, a zamiast tego rozległ się od strony 
drzwi cichy zgrzyt odsuwanego judasza. Quangel zamknął oczy, leŜał, jakby wciąŜ jeszcze 
był nieprzytomny. Po nie kończącej się jakby przerwie rozległ się ponowny zgrzyt od strony 
drzwi, a potem znów kroki wartownika na korytarzu.
Judasz był zamknięty. W ciągu najbliŜszych dwóch, trzech minut posterunek na pewno nie 
zajrzy do celi.
Quangel szybko wyciągnął z kieszeni paczuszkę. Zsunął nitkę, którą była obwiązana, i 
rozpostarł kartkę okalającą szklaną rurkę. Przeczytał pismo maszynowe: „Cyjankali. Zabija 
bezboleśnie w ciągu paru sekund. Schować w ustach. śona teŜ zostanie zaopatrzona. 
Zniszczyć kartkę".
Quangel uśmiechnął się. Zacny stary pan! Wspaniały stary pan! ZŜuł karteczkę, a gdy była 
juŜ zupełnie mokra, połknął ją.
 Z ciekawością oglądał ampułkę, patrzył na przezroczysty jak woda płyn. - Szybka, 
bezbolesna śmierć - powiedział do siebie. - O, gdybyście o tym wiedzieli! I Anna teŜ zostanie 
zaopatrzona. Ten myśli o wszystkim. Dobry stary pan! Wsunął ampułkę do ust. Najwygodniej 
mu było ukryć ją między dziąsłami a policzkiem jak sztyfcik, jak prymkę, którą Ŝuło wielu 
robotników w stolarni. Pomacał policzek. Nie, nie ma śladu jakiejkolwiek wypukłości. A 
gdyby nawet zauwaŜyli - zanim zdąŜą mu to zabrać, zgryzie i rozpuści w ustach.
Quangeł znów się uśmiechnął. Teraz był naprawdę wolny! Teraz nie mieli nad nim Ŝadnej 
władzy!
ROZDZIAŁ LXVI Dom śmierci Otto Quangel jest teraz lokatorem domu śmierci w 
Ploetzensee. Pojedynka domu śmierci jest jego ostatnią ojczyzną na tej ziemi.
Siedzi w pojedynce dla skazanych na śmierć. Nie ma juŜ towarzysza, Ŝadnego doktora 
Reichhardta, nawet Ŝadnego „psa". Skazani na śmierć mają tylko śmierć za towarzysza. Tak 
chce prawo.
Cały dom zapełniają ci skazani na śmierć, tuziny, moŜe setki, cela przy celi. Stale słychać 
kroki wartowników na korytarzu, stale słychać brzęk łańcuchów, przez całą noc szczekają psy 
na podwórzu.
Ale upiory w celach są cicho, w celach jest spokój, nie słychać dźwięku. Tacy są cisi, ci 
kandydaci na śmierć. Ściągnięci ze wszystkich stron Europy, męŜczyźni, młodzieńcy, prawie 
chłopcy jeszcze, Niemcy, Francuzi, Holendrzy, Belgowie, Norwegowie, dobrzy ludzie, słabi 

Strona 149

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

ludzie, źli ludzie, wszystkie temperamenty - od sangwinika aŜ do choleryka, do melancholika. 
Ale w tym domu zacierają się róŜnice. Wszyscy ucichli, są tylko upiory. Czasami Quangel 
słyszy nocą płacz i znów cisza, cisza...cisza...
Zawsze lubił ciszę. Przez ostatnie miesiące został zmuszony do prowadzenia Ŝycia, które było 
obce jego usposobieniu. Nigdy nie był sam, często zmuszany do mówienia, on, który 
nienawidził rozmów-A teraz jeszcze raz, ostatni raz, wraca do swojego sposobu bycia, do 
ciszy, do cierpliwości. Doktor Reichhard był dobry, nauczył go wiele teraz, tak blisko śmierci 
- lepiej jednak Ŝyć bez doktora Reichhardta.
Nauczył się od doktora Reichhardta, Ŝe Ŝycie w celi naleŜy uregulować. Wszystko ma swoją 
porę: bardzo dokładne mycie, kilka wolnych ćwiczeń, przed i po południu godzinny spacer w 
celi, gruntowne sprzątanie, jedzenie, sen. Są tu teŜ ksiąŜki do czytania, co tydzień przynoszą 
mu sześć ksiąŜek. Ale pod tym względem się nie zmienił. Nie patrzy na nie. PrzecieŜ na 
swoje stare lata nie zacznie czytać!
I jeszcze jedno przejął od doktora Reichhardta. Podczas spacerów nuci. Przypomina sobie 
stare piosenki dziecinne i ludowe, jeszcze ze szkoły. Wynurzają się w nim z najwcześniejszej 
młodości. Strofka układa się za strofką - co za głowę ma jednak, Ŝe pamięta to jeszcze po 
przeszło czterdziestu latach! A potem wiersze: „Pierścień Polikratesa", „Zakładnik", 
„Radości, cudna iskro boŜa", „Król olch". Ale „Pieśni o                     dzwonie" nie potrafi juŜ

przypomnieć sobie. MoŜe nie znał nigdy wszystkich strofek, nie wie juŜ tego...
Ciche Ŝycie, ale główną treścią dnia jest jednak praca. Tak, tu musi pracować. Musi sortować 
określoną ilość grochu, usuwać robaczywe 1                    połamane ziarna i nasiona chwastów 
oraz czarnej wyki. Wykonuje chętnie swoją robotę, palce sortują pilnie, godzina za godziną.
I dobrze, Ŝe dostał akurat tę pracę. Jest przynajmniej syty. Minęły dobre czasy, kiedy jadał 
potrawy doktora Reichhardta. Tutaj w celi dostaje źle ugotowaną papkę wodną i mokry, lepki 
chleb z domieszką kartofli, który mu ciąŜy w Ŝołądku. Nie moŜe tego strawić.
Ale tu pomaga groch. Wiele odjąć nie moŜe, poniewaŜ waŜą wydawaną porcję, ale w kaŜdym 
razie moŜe odjąć tyle, aby się nieco nasycić. Moczy groch w wodzie, a kiedy napęcznieje, 
wkłada ziarna do zupy, aby się trochę ogrzały - potem je Ŝuje. W ten sposób poprawia trochę 
jedzenie, o którym moŜna powiedzieć: za mało aby Ŝyć, a za duŜo aby umrzeć.
Przypuszcza, Ŝe nadzorcy i inspektorzy pracy wiedzą, iŜ kradnie groch, ale nic nie mówią. 
Nie mówią nic nie dlatego, Ŝe chcą oszczędzić skazanego na śmierć, ale dlatego, Ŝe 
zobojętnieli, otępieli w tym domu, w którym co dzień są świadkami tyłu nieszczęść.
Nie mówią nic, chociaŜby dlatego, aby więzień nic nie mówił. Nie chcą słyszeć skarg. I tak 
nie mogą nic zmienić, poprawić - tu wszystko idzie swoją wykreśloną drogą. Są tylko 
kółkami maszyny, kółkami '3 - KaŜdy umiera... t. II  z Ŝelaza, ze stali. Gdyby Ŝelazo zmiękło, 
trzeba by je zmienić, a oni tego nie chcą, chcą być nadal tymi kółkami.
Dlatego teŜ nie potrafią pocieszać, nie chcą tego robić, są tacy, jacy są - obojętni, zimni, 
wyprani ze współczucia.
Z początku, gdy Quangel wyszedł z ciemnicy, na którą go zasądził przewodniczący Feisler, i 
dostał się do tej celi, myślał, Ŝe to na jeden, dwa dni; Ŝe trybunał dąŜy do szybkiego 
wykonania na nim wyroku śmierci. I to by mu odpowiadało.
Ale potem stopniowo dowiedział się, Ŝe do wykonania wyroku mogą mijać tygodnie za 
tygodniami, miesiące, a nawet rok. Tak, są tacy skazani, którzy juŜ od roku czekają na śmierć, 
którzy kaŜdego wieczora kładąc się spać nie wiedzą, czy nie zostaną w nocy zbudzeni przez 
pomocników kata. KaŜdej nocy, kaŜdej godziny, z kęsem poŜywienia w ustach, przy 
wybieraniu grochu czy na kiblu - zawsze mogą zobaczyć otwierające się drzwi, jakaś ręka 
skinie, jakiś głos powie: „Chodź! JuŜ czas!"
Jakieś niezmierne okrucieństwo tkwi w tym przedłuŜanym o dni, tygodnie i miesiące strachu 
przed śmiercią. I nie tylko formalności prawne, nie tylko wniesione podania o łaskę, na 
których załatwienie trzeba czekać, wpływają na tę zwlokę. Niektórzy powiadają teŜ, Ŝe kat 
nie moŜe nadąŜyć, jest przeciąŜony pracą. Ale kat pracuje tylko w poniedziałki i czwartki - w 
inne dni nie. Jest katem całego kraju, wszędzie w Niemczech są wyroki do wykonania, kat 
pracuje równieŜ na prowincji. Ale dlaczego na przykład z dwóch skazanych w tej samej 
sprawie jeden bywa stracony o siedem miesięcy wcześniej niŜ jego współtowarzysz? Nie - tu 
znów działa okrucieństwo, sadyzm. W tym domu nie biją brutalnie i nie dręczą fizycznie, 
tutaj trucizna niepostrzeŜenie przecieka do cel, tu ani na chwilę nie wypuszczają dusz ze 
śmiertelnego uchwytu strachu.
W kaŜdy poniedziałek i w kaŜdy czwartek dom śmierci ogarnia niepokój. JuŜ nocą poruszają 
się upiory z drŜącymi rękami i nogami, kucają przy drzwiach, nasłuchują. Jeszcze słychać 
kroki wartowników, jest dopiero druga nad ranem. Ale juŜ niedługo... MoŜe dziś jeszcze... I 
proszą, modlą się: tylko jeszcze te trzy dni, tylko jeszcze,te cztery dni do następnego dnia 
straceń, potem pójdę posłusznie, byłe nie dziś! I proszą, modlą się, Ŝebrzą...
Jakiś zegar bije czwartą. Kroki, brzęk kluczy, pomruk. Kroki zbliŜają się. Serce zaczyna 
walić, pot okrywa całe ciało. Nagle zgrzyta klucz w drzwiach. Cicho, bądźcie cicho. PrzecieŜ 
to cela obok, którą otworzono. Nie, o jedną dalej! Jeszcze nie twoja kolej! Prędko zdławione: 
- Nie! Nie! Ratunku! - Szuranie nóg. Regularny krok wartownika. Cisza. Czekanie. 
Przepojone strachem czekanie. Nie wytrzymam tego...
A po nieskończonym czasie, po przepaści wypełnionej strachem, po oczekiwaniu nie do 
zniesienia, które jednak musi się znieść, zbliŜa się znów pomruk, tupot wielu nóg, brzęczenie 
kluczy... Podchodzi bliŜej, blisko, blisko... O BoŜe, jeszcze nie dziś, jeszcze tylko trzy dni! 
Trask -            trask! Klucz w zamku - u mnie? Och, u ciebie! Nie, to sąsiednia cela. Kilka 
wymamrotanych słów, zabierają więc sąsiada. Zabierają go, kroki oddalają się...
Czas kruszy się powoli, krótki czas rozpada się powoli na nieskończoną ilość małych cząstek. 
Czekanie. Nic prócz czekania. I krok wartowników na korytarzu. O BoŜe! - dziś biorą po 
prostu celę za celą, ty jesteś następny. Ty - jesteś - następny! Za trzy godziny będziesz 
trupem, twoje ciało będzie martwe; nogi, które cię jeszcze niosą -                martwe patyki; 
ręka, która pracowała, gładziła, pieściła i grzeszyła -              nie będzie niczym innym jak 
kawałem zepsutego mięsa! NiemoŜliwe -               a jednak to prawda!
Czekać - czekać - czekać! I nagle czekający widzi, Ŝe przez okno celi świta, słyszy dzwon 
nawołujący do wstawania. Nadszedł dzień, nowy dzień pracy i -jeszcze raz go oszczędzono. 
Ma jeszcze trzy dni, nawet cztery dni - jeśli to jest czwartek. Szczęście uśmiechnęło się do 
niego! Oddycha lŜej, nareszcie moŜe lŜej odetchnąć, moŜe go w ogóle oszczędzą? MoŜe 
będzie jakieś wielkie zwycięstwo, a potem amnestia? MoŜe zostanie ułaskawiony na 
doŜywocie...
Godzina, w której moŜna lŜej odetchnąć!

Strona 150

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

I juŜ na nowo chwyta strach, zatruwa te trzy, cztery dni: tym razem skończyli akurat przed 
moją celą, w poniedziałek zaczną ode mnie. Och, co teraz"zrobię? PrzecieŜ jeszcze teraz nie 
mogę...
. I wciąŜ na nowo, wciąŜ na nowo, dwa razy w tygodniu, kaŜdego dnia w tygodniu, o kaŜdej 
sekundzie - strach!
I miesiąc za miesiącem - śmiertelny strach!
Czasami Quangel pytał sam siebie - skąd on to wszystko wie? Nie rozmawiał właściwie z 
nikim, a raczej nikt nigdy nie rozmawiał z nim.
 Kilka suchych słów dozorcy: - Iść za mną! Wstać! Prędzej pracować!
-                 A moŜe jeszcze przy dostarczaniu mu jedzenia raczej ruchem warg zaznaczone niŜ 
wyszeptane słowa: - Dzisiaj siedem straceń - to byłe wszystko.
Ale zmysły jego zaostrzyły się nieskończenie. Odgadywały to, czegc nie widział. Jego uszy 
słyszały kaŜdy szelest na korytarzu, kaŜdy strzęp rozmowy zmieniających się posterunków, 
przekleństwo, krzyk - wszystko było objawieniem, nic nie pozostawało w ukryciu. A potem 
nocami -                   w czasie długich nocy, które według regulaminu trwały trzynaście 
godzin, a nie były nigdy nocami, poniewaŜ w jego celi stale paliło światło - waŜył się 
niekiedy: wdrapywał się na okno, wciśnięty poza zasłonę zaciemniającą nasłuchiwał 
szelestów nocy. Wiedział, Ŝe posterunki na podwórzu ze swymi wiecznie szczekającymi 
psami mają rozkaz strzelania do kaŜdej twarzy w oknie, Ŝe często padał strzał -               mimo 
to waŜył się na to.
Stał więc na stołku, wdychał czyste powietrze nocne (juŜ samo to powietrze było 
wystarczającą nagrodą za niebezpieczeństwo), a potem słyszał szepty od okna do okna. Z 
początku bezsensowne słowa „Karla dziś znów chwyciło!" albo „Ta kobieta numer 347 stała 
dziś cały dzień na dole". Z czasem jednak zaczął rozumieć znaczenie tych słów, z czasem 
dowiedział się, Ŝe człowiek w celi obok pracował w kontrwywiadzie i jakoby sprzedał się 
wrogowi. Podobno juŜ dwukrotnie usiłował odebrać sobie Ŝycie. W celi za nim siedział 
robotnik, który popsuł dynamo w elektrowni. A nadzorca Brennecke przynosił papier i 
kawałki ołówka i szmuglował listy z więzienia, jeŜeli z zewnątrz go posmarowano bardzo 
grubą forsą albo jeszcze lepiej - środkami Ŝywnościowymi. I... i... wiadomości za 
wiadomościami!... RównieŜ dom śmierci mówi, oddycha, Ŝyje, równieŜ w domu śmierci 
nigdy nie gaśnie niezwycięŜona ludzka potrzeba komunikowania się ze sobą.
Otto Quangel ryzykował wprawdzie czasem Ŝycie, aby nasłuchiwać, a jego zmysły nie 
przestawały reagować na kaŜdą zmianę. Mimo to Quangel był daleki od wszystkich innych. 
Czasami odczuwali w nocy jego obecność przy oknie. Ktoś zaszeptał: - No, jak z tobą, Otto? 
Czy masz juŜ odpowiedź na podanie o łaskę? (Wiedzieli o nim wszystko.)
-         Ale nigdy nie odpowiadał ani słowem, nigdy nie przynawal się, Ŝe i on słucha. Nie 
naleŜał do nich, był zupełnie inny, chociaŜ taki sam wyrok ciąŜył na nim.
Nie dlatego, Ŝe wynikało to z jego charakteru odludka, jakim był jawniej, ani z potrzeby 
spokoju, która oddzielała go dotychczas od wszystkich. Nie pochodziło to równieŜ z jego 
niechęci do rozmów, która juŜ dawniej uczyniła jego język nieobrotnym - powodem tego była 
mała szklana rureczka, dostarczona mu przez radcę sądowego Fromma.
Ta rureczka z przezroczystym jak woda cyjankali wyzwoliła go. pozostali jego towarzysze 
niedoli musieli pójść tą ostatnią, gorzką drogą; on miał wybór. Mógł umrzeć w kaŜdej 
minucie, musiał tylko chcieć. Był wolny! W domu śmierci za kratami i murami, w łańcuchach 
i kajdanach - on, Otto Quangel, były majster stolarski, były kierownik warsztatu, były 
małŜonek, były ojciec i były buntownik - został wyzwolony. To było zasługą małej ampułki, 
to ona uczyniła go tak wolnym jak jeszcze nigdy w Ŝyciu. On, posiadacz szklanej rureczki, 
nie bał się śmierci. Śmierć była przy nim w kaŜdej godzinie, była jego przyjacielem. On, Otto 
Quangel, nie musiał w poniedziałki i czwartki budzić się długo przed czasem i bojaźliwie 
nasłuchiwać u drzwi. Nie musiał się dręczyć, poniewaŜ mógł połoŜyć kres wszelkiej udręce.
Dobre było to Ŝycie, które prowadził. Lubił je. Nawet nie był pewien, czy kiedykolwiek uŜyje 
szklanej ampułki. MoŜe jednak lepiej czekać do ostatniej minuty? MoŜe będzie mógł jeszcze 
raz zobaczyć Annę? Czy nie słuszniej było nie oszczędzić tamtym Ŝadnej hańby?
Niech go stracą, lepiej, o wiele lepiej! Chciał wiedzieć, jak to się odbywa-zdawało mu się, Ŝe 
było jego obowiązkiem wiedzieć, jak oni to robią. Sądził, Ŝe musi wszystko wiedzieć aŜ do 
chwili, gdy pętla zaciśnie się dokoła jego szyi albo głowa będzie leŜała pod toporem. Mógł 
jeszcze w ostatniej minucie zrobić im kawał.
I w tej pewności, Ŝe juŜ nic mu się stać nie moŜe, Ŝe tutaj - pewnie po raz pierwszy w Ŝyciu - 
moŜe być zupełnie sobą, bez jakiejkolwiek maski, w tej pewności znajdował spokój, pogodę, 
ukojenie. Jeszcze nigdy jego starzejące się ciało nie czuło się tak dobrze jak w tych 
tygodniach. Jeszcze nigdy jego twarde, ptasie oko nie spoglądało tak przyjaźnie jak w tej 
więziennej celi śmierci. Jeszcz nigdy jego duch nie był tak wolny jak tu.
Dobre Ŝycie - to Ŝycie!
Chyba i Annie wiodło się dobrze. PrzecieŜ stary radca Fromm był człowiekiem, który 
dotrzymuje słowa. RównieŜ Anna była wyŜsza Ponad wszelkie prześladowania, równieŜ 
Anna była wolna, uwięziona "- lecz wolna...
 ROZDZIAŁ LXVII Podanie o łaskę Otto Quangel siedział dopiero od kilku dni w ciemnicy - 
zgodnie z orzeczeniem Trybunału Narodowego - i marzł straszliwie w małej klatce Ŝelaznej, 
która wyglądem najbardziej przypominała ciasną klatkę dla małp w zoo - kiedy otworzyły się 
drzwi, zapaliło się światło i jego obrońca doktor Stark stanął w drzwiach piwnicy, w której 
zbudowana była klatka, przyglądając się swemu klientowi.
Quangel wstał powoli i odwrócił się.
A więc ten wymuskany, wystrojony pan ze swymi róŜowymi paznokciami i niedbałym 
sposobem mówienia przyszedł do niego jeszcze-raz. Prawdopodobnie po to, by przyjrzeć się 
zbrodniarzowi w jego udręce.
Ale juŜ wtedy Quangel miał ampułkę z cyjankali w ustach, ów talizman, który chronił go 
przed zimnem i głodem. Spojrzał więc spokojnie, a nawet z pogodną wyŜszością na 
„eleganckiego pana", choć sam był w łachmanach, drŜał z zimna i Ŝołądek kurczył mu się z 
głodu.
-                       I co? - zapytał wreszcie Quangel.
-                       Przynoszę panu wyrok - powiedział adwokat i wyciągnął jakiś papier z 
kieszeni.
Ale Quangel nie przyjął go. - To mnie nie interesuje - powiedział. - Wiem przecieŜ, Ŝe to jest 
wyrok śmierci. Czy równieŜ moja Ŝona?
-                            RównieŜ pańska Ŝona. I nie ma od tego odwołania.
-                        Dobrze - odpowiedział.

Strona 151

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

-                       Ale moŜe pan wnieść podanie o łaskę - powiedział adwokat.
-                        Do fuehrera?.
-                       Tak, do fuehrera.
-                      Nie, dziękuję.
-                       Chce pan umrzeć? Quangel uśmiechnął się.
-                       Nie boi się pan? Quangel uśmiechał się.
Adwokat spojrzał po raz pierwszy z zainteresowaniem na twarz swego klienta i powiedział: - 
Wniosę więc za pana podanie o łaskę.
-                      Po tym, gdy Ŝądał pan mojego skazania?
-                       Jest taki zwyczaj, Ŝe przy kaŜdym wyroku śmierci wnosi się podanie o łaskę. 
To naleŜy do moich obowiązków.
-                        Do pańskich obowiązków. Rozumiem. Tak jak pańska obrona. CóŜ, sądzę, Ŝe 
pańskie podanie o łaskę nie odniesie skutku, niech pan lepiej da spokój.
-                       Wniosę je mimo to, nawet wbrew pańskiej woli.
-                        Nie mogę panu zabronić.
Quangel znów usiadł na pryczy. Czekał, aŜ tamten skończy swą idiotyczną gadaninę i 
pójdzie.
Ale adwokat nie odchodził, tylko zapytał po dłuŜszej przerwie: - Niech mi pan powie, 
dlaczego właściwie pan to robił?
-                        Co robił? - zapytał Quangel obojętnie, nie patrząc na niego.
-                       Po co pan pisał te pocztówki. PrzecieŜ na nic się nie zdały, a przypłaci pan
to 
Ŝyciem.
Bo jestem głupim człowiekiem. Bo mi nic lepszego nie wpadło na myśl. Dlatego, Ŝe liczyłem 
się z innym skutkiem. Po to!
-                        I nie Ŝałuje pan tego? Czy nie Ŝal panu przez takie głupstwo tracić Ŝycie?
Ostre spojrzenie uderzyło adwokata; to dawne, dumne, twarde, ptasie spojrzenie. - Zostałem 
przynajmniej uczciwy -- powiedział Quangel. - Nie współdziałałem.
Adwokat długo patrzył na siedzącego w milczeniu. Potem odezwał się: - Myślę, Ŝe mój 
kolega, który bronił pańskiej Ŝony, miał rację: oboje jesteście szaleni.
-                        Nazywa pan szaleństwem to, Ŝe płaci się kaŜdą cenę, aby pozostać uczciwym?
-                        Mógłby pan nim zostać równieŜ bez tych kart.
-                       To byłaby milcząca zgoda. A cóŜ pan zapłacił za to, Ŝe stał się pan 
eleganckim 
panem, z pięknie zaprasowanymi spodniami, lakierowanymi paznokciami i zakłamanymi 
mowami obrończymi? Co pan za to zapłacił?
Adwokat milczał.
- OtóŜ to! - powiedział Quangel. -1 będzie pan coraz więcej płacił za to, a moŜe przyjdzie 
dzień, kiedy będzie pan musiał za to oddać głowę, tak jak ja, ale odda ją pan wtedy za swoją 
nieuczciwość!
  Adwokat milczał wciąŜ jeszcze.
Quangel wstał. - Widzi pan - zaśmiał się. - Pan dobrze wie, Ŝe ten za kratami jest uczciwy, a 
pan poza kratami - łajdakiem, Ŝe zbrodniarz jest wolny, a uczciwy skazany na śmierć. Nie jest 
pan adwokatem, nie bez powodu nazwałem pana „lewym" adwokatem. I pan chce podać za 
mnie prośbę o łaskę - ach, idźŜe pan juŜ!
-                         Mimo to wniosę podanie o łaskę dla pana - powiedział adwokat. Quangel 
milczał.
-                       A więc do widzenia! - powiedział adwokat.
-                      Wątpię - chyba Ŝe przyjrzy się pan mojemu straceniu. Jest pan serdecznie 
zaproszony!
Adwokat poszedł.
Był znikczemniały, zatwardziały, zły. Ale miał moŜe jeszcze tyle rozumu, Ŝeby się przyznać 
przed sobą, Ŝe tamten jest lepszym od niego człowiekiem.
Podanie o łaskę zostało zredagowane. Jako powód, mający skłonić fuehrera do łaski, podano 
pomieszanie zmysłów. Ale adwokat dobrze wiedział, Ŝe jego klient nie jest wariatem.
RównieŜ w sprawie Anny Quangel została wniesiona prośba o łaskę bezpośrednio do 
fuehrera. Ale to podanie nie pochodziło z Berlina, przyszło z małej, biednej wioski w 
Marchii, a pod podaniem podpisana była rodzina Heffke.
Rodzice Anny Quangel dostali list od synowej, Ŝony ich syna Ulricha. W liście były same złe 
wiadomości, napisane bez osłonek w krótkich, twardych zdaniach. Syn Ulrich, obłąkany, 
siedział w Wit-tenau, a Otto i Anna Quangel byli temu winni. Oni zaś zostali skazani na 
śmierć, poniewaŜ zdradzili swój kraj i swojego fuehrera. To są wasze dzieci, wstyd i hańba 
nazywać się Heffke!
Bez słowa, nie waŜąc się spojrzeć na siebie, siedziało dwoje starych ludzi w swej małej, 
biednej izdebce. Między nimi leŜał list - hiobowa wieść. Ale nie waŜyli się nawet spojrzeć na 
ten list.
Przez całe Ŝycie biedni robotnicy rolni w wielkim majątku musieli si? pochylać przed 
twardymi zarządcami. PrzeŜyli marnie Ŝycie: duŜo pracy, mało radości. Jedyną ich radością 
były dzieci, była myśl, Ŝe wyrośli z nich porządni ludzie. Dzieci doszły do czegoś więcej niŜ 
rodzice, nie musiały się tak zaharowywać. Ulrich był brygadzistą w fabryce optycznej, a 
Anna - Ŝoną majstra stolarskiego. Nie przeszkadzało  starym to, Ŝe niemal wcale nie pisywali 
i nie pokazywali się. To było zwyczajem wszystkich ptaków, które nauczyły się latać. 
Rodzice wiedzieli, Ŝe dzieciom dobrze się powodzi.
A teraz cios, ten nielitoścłwy cios! Po dłuŜszej chwili wyciąga się nad stołem spracowana, 
Ŝylasta ręka starego robotnika rolnego: - Matko!
I nagle staruszce popłynęły łzy: - Ach, ojcze! Nasza Anna! Nasz Ulrich! Mieli zdradzić 
naszego fuehrera! Nie mogę w to uwierzyć, nigdy a nigdy!
Przez trzy dni byli tak wstrząśnięci, Ŝe nie mogli się zdobyć na Ŝadną decyzję. Nie ruszali się 
z domu, nie waŜyli się spojrzeć nikomu w oczy ze strachu, Ŝe hańba ich mogła się juŜ 
roznieść.
Czwartego dnia poprosili sąsiadkę, aby zatroszczyła się o ich drób, świnię, i udali się w drogę 
do Berlina. Gdy tak wędrowali smaganą wiatrem szosą, wiejskim zwyczajem męŜczyzna na 
przedzie, kobieta o krok za nim, byli jak dwoje dzieci zagubionych w wielkim świecie, dla 
których wszystko stanowiło groźbę: podmuch wiatru, spadająca sucha gałąź, przejeŜdŜające 
auto, ostre słowo. Byli zupełnie bezbronni.
Po dwóch dniach wędrowali tą samą szosą z powrotem, jeszcze mniejsi, jeszcze bardziej 

Strona 152

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

pochyleni, jeszcze bardziej pozbawieni nadziei.
Nic nie uzyskali w Berlinie. Synowa obrzuciła ich tylko stekiem wyzwisk. Nie wolno im było 
zobaczyć syna Ulricha, poniewaŜ nie był to „dzień odwiedzin". Anna i jej mąŜ? Nikt nie mógł 
im dokładnie powiedzieć, w którym więzieniu siedzieli. Nie znaleźli więc dzieci. A fuehrer, 
od którego oczekiwali pomocy i pociechy, i którego kancelarię rzeczywiście znaleźli - 
fuehrera nie było w Berlinie. Był w Kwaterze Głównej Naczelnego Dowództwa, zatrudniony 
mordowaniem synów, nie miał czasu pomóc rodzicom, którym groziła utrata swych dzieci.
Niech tylko wniosą podanie - powiedziano im.
Nie ośmielili się powtórzyć tego nikomu. Bali się hańby. Mieli córkę, która zdradziła 
fuehrera. Nie mogliby tutaj dłuŜej Ŝyć, gdyby to się rozniosło. A musieli przecieŜ Ŝyć, by 
uratować Annę. Nie, nikt nie mógł im pomóc przy tym podaniu o łaskę. Ani nauczyciel, ani 
burmistrz, ani nawet pastor.
I z trudem, po wielogodzinnych rozmowach, namysłach i pisaninie, sporządzili drŜącą ręką 
podanie o łaskę. Zostało napisane, a potem przepisane, a potem jeszcze raz przepisane na 
czysto i zaczynało się tak:
 Mój najukochańszy Fuehrerze!
Zrozpaczona matka prosi Cię na kolanach o Ŝycie swojej córki. CięŜko zgrzeszyła przeciw 
Tobie, ale Ty jesteś tak wielki, Ty pozwolisz spłynąć na nią Twojej lasce. Ty jej 
przebaczysz...
Hitler, który stał się bogiem, panem wszechświata, wszechpotęŜnym, wszechdobrotliwym, 
wszechwybaczającym! Dwoje starych ludzi - a tam szaleje wojna i mordują miliony! Wierzą 
w fuehrera, jeszcze teraz, gdy oddaje ich córkę katu, wierzą w niego, Ŝadna wątpliwość nie 
wkrada się do ich serca, raczej ich córka jest zła aniŜeli bóg - fuehrer!
Nie chcą wysłać listu ze wsi, razem wędrują do miasta powiatowego, aby nadać go na 
poczcie. Adres na kopercie brzmi: Do rąk własnych naszego najukochańszego Fuehrera!...
Potem wracają do swojej izby i czekają w wierze, Ŝe ich bóg jest łaskawy...
Będzie łaskawy!
Poczta przyjmuje zakłamane podanie adwokata tak jak bezradne podanie dwojga 
zrozpaczonych rodziców i przekazuje oba, ale nie oddaje ich fuehrerowi. Fuehrer nie chce 
widzieć takich podań, nie interesują go. Jego interesuje wojna, zniszczenie, mord, a nie 
zapobieganie mordom. Podania wędrują do kancelarii fuehrera, otrzymują numer, zostają 
zarejestrowane, a potem przykłada się na nie pieczątkę: Skierowane do pana ministra 
sprawiedliwości Rzeszy. Zwrócić tylko w wypadku, gdy skazany jest członkiem partii, co nie 
wynika z treści podania o łaskę...
Dwojaka łaska: dla członków partii i dla członków narodowości niemieckiej.
W Ministerstwie Sprawiedliwości podania zostają ponownie zarejestrowane i otrzymują 
cyfrę, a następnie kolejną pieczątkę: Do zarządu więzienia - dla zajęcia stanowiska.
Poczta przekazuje podania po raz trzeci i po raz trzeci otrzymują one numery i zostają 
wciągnięte do ksiąŜki. Ręka pisarza pisze na podaniu zarówno Anny, jak i Ottona Quangla 
kilka słów: Prowadzenie się zgodne z regulaminem. Powodów do udzielania laski nie ma. 
Odesłać do Ministerstwa Sprawiedliwości.
Znów dwojaka łaska: jedni, którzy wystąpili przeciw regulaminowi albo tylko stosowali się 
do niego, nie dają powodów do łaski, lecz kto  wybił się szpiclowaniem, zdradą, 
zniewaŜaniem swych towarzyszy niedoli, ten znajdował, być moŜe, łaskę.
W Ministerstwie Sprawiedliwości księgują zwrot podań i stawiają na nich pieczątkę: 
Odrzucić. A Ŝwawa panieneczka stuka na maszynie od rana do wieczora: Pańskie podanie o 
laskę zostaje odrzucone... zostaje odrzucone... odrzucone... odrzucone... przez cały dzień, 
kaŜdego dnia.
I pewnego dnia urzędnik oznajmia Ottonowi Quanglowi: - Pańskie podanie o łaskę zostało 
odrzucone.
Quangel, który nie wniósł wcale podania o łaskę, nie mówi ani słowa, nie zadaje sobie trudu.
Ale staruszkom poczta przynosi odmowę do domu. Przez wieś idzie pogłoska: - Heffkowie 
dostali list od ministra sprawiedliwości Rzeszy.
I choć dwoje starych ludzi milczy uparcie, ze strachem i drŜeniem, burmistrz ma swoje 
moŜliwości, by poznać prawdę. I wkrótce oprócz Ŝałoby klęska hańby spada na dwoje starych 
ludzi...
Drogi łaski!
ROZDZIAŁ LXVIII NajcięŜsza decyzja Anny Ouangel Annie Quangel było trudniej niŜ jej 
męŜowi: była kobietą. Tęskniła do rozmowy, sympatii, odrobiny czułości - a teraz była wciąŜ 
sama, od rana do wieczora zajęta rozplątywaniem i nawijaniem sznurków, dostarczanych 
całymi workami do jej celi. Mimo Ŝe mąŜ tylko skąpo słowem i czynem podtrzymywał ich 
wspólnotę, ta odrobina wydawała jej się teraz rajem. JuŜ sama obecność milczącego Ottona 
byłaby dla niej błogosławieństwem.
Płakała duŜo. Twarda, wielodniowa ciemnica pozbawiła ją resztek sił, które rozŜarzyły się w 
niej przez spotkanie z Ottonem i które uczyniły ją mocną i odwaŜną w czasie rozprawy 
głównej. Musiała za wiele głodować i marznąć, a trwało to i teraz, w ogołoconej pojedynce. 
Nie mogła tak jak mąŜ uzupełniać swego nieskomplikowanego menu surowym grochem, nie 
nauczyła się jak on dzielić rozsądnie dnia, nadawać mu zmienny rytm, po którym zawsze 
moŜna jeszcze oczekiwać  czegoś zbliŜonego do radości: po pracy godzinny spacer albo 
zadowolenie z odświeŜonego myciem ciała.
Anna Quangel nauczyła się równieŜ nasłuchiwać nocą przy oknie celi. Ale nie robiła tego 
tylko czasami, lecz kaŜdej nocy. I szeptała, mówiła przy oknie, opowiadała swoją historię i 
pytała wciąŜ o Ottona, o Ottona Quangla... O BoŜe, czyŜby naprawdę nikt tutaj nie wiedział, 
gdzie był Otto i jak mu się powodziło. Otto Quangel, no tak, taki starszy majster, ale jeszcze 
dobrze się trzymający, wygląda tak a tak, pięćdziesiąt trzy lata - musicie przecieŜ wiedzieć!
Nie zauwaŜyła albo nie chciała tego zauwaŜyć, Ŝe naprzykrza się swymi wiecznymi 
pytaniami, swymi niepohamowanymi opowiadaniami. KaŜdy miał przecieŜ własne troski.
- Zamknij wreszcie gębę, ty tam, numer 76 - znamy juŜ to wszystko, o                 czym 
gadasz!
Albo: - A, znów ta ze swoim Otto, z przodu Otto i z tyłu Otto, co?
Albo bardzo ostro: JeŜeli wreszcie nie zamkniesz gęby, to cię zakapujemy! Teraz inni teŜ 
chcą coś powiedzieć!
Gdy Anna wreszcie późno w nocy właziła pod koc, zasypiała jeszcze później i rano nie mogła 
zdąŜyć na czas. Dozorczyni wymyślała jej 1                groziła nowym aresztem. Późno siadała 
do pracy, za późno. Musiała się spieszyć, a potem niweczyła wyniki swego pośpiechu, bo 
zdawało się jej, Ŝe słyszała szelest na korytarzu i nasłuchiwała pod drzwiami. Przez pół 

Strona 153

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

godziny, przez całą godzię. Ta cicha, przyjazna, łagodna kobieta tak się zmieniła w 
pojedynce, Ŝe wszyscy złościli się na nią. PoniewaŜ dozorczynie stale miały z nią kłopoty i 
wskutek tego nastrojone były do niej niechętnie, wdawała się z nimi w kłótnie. Twierdziła, Ŝe 
dają jej najmniej i najgorzej jeść, a najwięcej roboty. JuŜ parę razy tak się rozgorączkowała 
przy tych sprzeczkach, Ŝe zaczynała krzyczeć, po prostu bezmyślnie krzyczeć.
Potem nagle sama milkła, przeraŜona. Myślała o drodze, którą przeszła aŜ do tej nagiej celi 
śmierci, myślała o swym domostwie przy ulicy Jabłońskiego, którego juŜ nigdy nie zobaczy. 
Wspominała syna Ottona, gdy dorastał, jego dziecinne gaworzenie, pierwsze troski szkolne, 
jego małą rączkę, która z niezgrabną pieszczotą sięgała do jej twarzy. Ach - ta ręka dziecka, 
która tworzyła się w jej ciele, z jej krwi - ta ręka juŜ dawno zamieniła się w popiół, była 
stracona na wieki. Myślała o nocach, gdy Truda leŜała przy niej w łóŜku - ze swym młodym, 
kwitnącym ciałem blisko niej - gdy godzinami rozmawiała z nią szeptem: o surowym ojcu, 
który spał w sąsiednim łóŜku, o Ottonku, o ich planach na przyszłość. Truda równieŜ zginęła.
A potem myślała o wspólnej pracy z Ottonem, o walce, którą oboje po cichu prowadzili przez 
te dwa lata. Wspominała niedziele, gdy siedzieli oboje w pokoju, ona w kącie kanapy cerując 
pończochy, a on na krześle, nachylony nad przyborami do pisania. Jak wspólnie układali 
zdania, wspólnie marzyli o wielkim sukcesie. Stracone, minęło, wszystko stracone, wszystko 
minęło! Samotna w celi, przed nią tylko bliska, pewna śmierć, bez słowa od Ottona - moŜe 
juŜ nigdy nie ujrzy jego twarzy - sama do śmierci, sama w grobie...
Godzinami chodzi po celi tam i z powrotem, nie wytrzymuje tego. Zapomniała o swojej 
pracy, kłębki sznurków leŜą wciąŜ jeszcze splątane na podłodze, kopie je niecierpliwie nogą 
na bok - a gdy dozorczyni wieczorem otwiera celę, nic nie jest zrobione. Następują twarde 
słowa, ale nie słucha ich wcale, niechŜe z nią robią, co chcą, niech ją jak najprędzej stracą - 
tym lepiej!
- Pamiętajcie, co wam mówię - powiada dozorczyni do swych koleŜanek - ta wkrótce zacznie 
szaleć, przygotujcie kaftan bezpieczeństwa. I zaglądajcie często do niej, ona moŜe powiesić 
się w biały dzień. Zanim się obejrzysz, powiesi się, a potem będziemy miały kłopoty!
Ale dozorczyni nie miała racji. Anna nie myśli o powieszeniu się. Trzyma ją przy Ŝyciu, 
nawet tym nędznym Ŝyciu, myśl o Ottonie. PrzecieŜ nie moŜe tak stąd odejść, musi czekać na 
wiadomość od niego. A moŜe zezwolą jej jeszcze przed śmiercią zobaczyć się z nim.
A potem, jednego z tych ponurych dni, szczęście zdaje się do niej uśmiechać. Dozorczyni 
otwiera nagle drzwi do celi: - Iść za mną, Quangel! Wizyta!
Wizyta? Kto mnie tu moŜe odwiedzać? PrzecieŜ nie mam nikogo, kto mógłby mnie tu 
odwiedzić. To będzie Otto! To musi być Otto! Czuję, Ŝe to jest Otto!
Rzuca spojrzenie na dozorczynie, zapytałaby chętnie o odwiedzającego, ale jest to właśnie ta 
dozorczyni, z którą stale się kłóci - nie moŜe pytać tej kobiety. Idzie za nią drŜąc na całym 
ciele, nie widzi nic, nie wie, dokąd idą, nie pamięta, Ŝe musi wkrótce umrzeć - wie tylko 
jedno, Ŝe idzie do Ottona, jedynego człowieka na całym świecie...
 Dozorczyni przekazuje więźniarkę numer 76 wachmistrzowi, który prowadzi ją do na pół 
przedzielonej kratą izby. A po drugiej stronie kraty stoi męŜczyzna.
Na widok tego męŜczyzny cała radość opada z Anny Quangel. To nie jest Otto, tylko stary 
radca sądowy Fromm. Mały człowiek patrzy na nią niebieskimi oczyma, otoczonymi 
wianuszkiem zmarszczek, i powiada: - Chciałem raz zajrzeć do pani, pani Quangel!
Nadzorca stanął przy kracie i przygląda się z namysłem obojgu. Potem odwraca się znudzony 
i idzie do okna.
-                       Prędko! - szepce radca i podaje jej coś przez kratę. Anna instynktownie to 
chwyta.
-                      Niech pani to schowa! - szepcze radca. I Anna chowa białą rolkę.
List od Ottona - myśli -- i serce jej bije znów swobodniej. PrzezwycięŜyła rozczarowanie.
Nadzorca znów odwrócił się od okna i patrzy na nich.
Wreszcie Anna znajduje parę słów. Nie wita się z radcą sądowym, nie dziękuję mu, ale stawia 
jedyne pytanie, które ją jeszcze interesuje na tym świecie: - Czy widział pan Ottona, panie 
radco?
Starszy pan kręci swą mądrą głową. - Ostatnio nie - odpowiada - ale od przyjaciół słyszałem, 
Ŝe powodzi mu się dobrze, bardzo dobrze. Trzyma się wspaniale.
Zastanawia się i po krótkim wahaniu dodaje: - Sądzę, Ŝe mogę panią od niego pozdrowić.
-                       Dziękuję - szepce Anna - dziękuję bardzo!
Wiele róŜnorodnych wraŜeń odczuła przy tych słowach. JeŜeli go nie widział, nie moŜe teŜ 
mieć listu od niego. Ale nie, mówi o przyjaciołach, moŜe przez nich dostał list? A słowa 
„trzyma się wspaniale" dają jej szczęście i dumę... I to pozdrowienie od niego, to 
pozdrowienie między klatkami z Ŝelaza i kamienia, ta wiosna wśród murów! O wspaniałe, 
wspaniałe, wspaniałe jest Ŝycie!
-                       Ale pani niedobrze wygląda, pani Quangel! - powiedział stary radca.
Tak? - pyta Anna trochę zdziwiona, nieprzytomna. - Ale powodzi mi się dobrze. Bardzo 
dobrze. Niech pan to powie Ottonowi. Proszę, niech mu pan to powie! Niech pan nie zapomni 
pozdrowić go ode mnie. Zobaczy go pan przecieŜ?
- Myślę, Ŝe tak - odpowiada radca z wahaniem. Mały, uczciwy pan jest tak dokładny. 
Najmniejsze kłamstwo wobec tej umierającej przychodzi mu z trudem. Ona przecieŜ nie ma 
pojęcia, jakich podstępów musiał uŜyć, ile intryg musiał uknuć, aby dostać pozwolenie na tę 
wizytę! Musiał wykorzystać wszelkie swoje znajomości! Dla świata Anna Quangel przecieŜ 
juŜ umarła - czyŜ moŜna odwiedzać umarłych?
Ale nie moŜe jej powiedzieć, Ŝe w tym Ŝyciu nie ujrzy juŜ Ottona Quangla, Ŝe nic o nim nie 
słyszał, Ŝe przed chwilą wymyślił sobie pozdrowienia, aby wpoić nieco odwagi tej całkowicie 
załamanej kobiecie. Czasami trzeba właśnie umierających okłamywać.
-                      Ach! - powiada Anna nagle bardzo Ŝywo i - patrzcie -jej blade, zapadłe 
policzki róŜowią się:
-                       NiechŜe pan powie Ottonowi, gdy go pan zobaczy, Ŝe co dzień, o kaŜdej 
godzinie myślę o nim i na pewno wiem, Ŝe zobaczymy się jeszcze, zanim umrę...
Nadzorca patrzy przez chwilę zdumiony na tę starzejącą się kobietę, która przemawia tu jak 
młoda, zakochana dziewczyna. „W starym piecu diabeł pali!" - myśli i wraca do okna.
Anna nie zauwaŜyła tego. Mówi dalej gorączkowo:
-                         I niech pan powie Ottonowi, Ŝe mam ładną celę, tylko dla siebie. Powodzi 
mi 
się dobrze. Myślę wciąŜ o nim i dzięki temu jestem szczęśliwa. Wiem, Ŝe nic nas nigdy nie 
potrafi rozdzielić, ani mury, ani kraty. Jestem przy nim o kaŜdej godzinie, w dzień i w nocy. 
Niech mu pan to powie!

Strona 154

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Anna kłamie, och, jak kłamie, aby powiedzieć coś dobrego swojemu Ottonowi! Chce mu dać 
spokój, spokój, którego nie zaznała ani przez godzinę, od chwili gdy jest w tym domu.
Radca sądowy rzuca okiem na dozorcę, który patrzy przez okno, i szepcze: - Niech pani nie 
zgubi tego, co pani dałem! - Bo pani Quangel wygląda, jakby zapomniała o całym świecie.
- Nie, nie, nie zgubię, panie radco. - I nagle cicho: - Co to jest?
A on jeszcze ciszej: - Trucizna. Pani mąŜ teŜ to ma. - Anna kiwa głową.
Nadzorca przy oknie odwraca się. Powiada z upomnieniem: - Tu wolno mówić tylko głośno, 
bo będziecie musieli skończyć rozmowę. Zresztą - sprawdza na zegarku - czas wizyty i tak 
upływa za półtorej minuty.
 - Tak - powiada Anna zamyślona. - Tak - i nagle wie, jak to powiedzieć. Pyta: - Czy sądzi 
pan, Ŝe Otto wkrótce wyjedzie - jeszcze przed swoją wielką podróŜą? Czy pan tak sądzi?
Jej twarz wyraŜa teraz tak bolesny niepokój, Ŝe nawet tępy nadzorca spostrzega, iŜ chodzi tu o 
zupełnie coś innego, niŜ wynika z rozmowy. Przez chwilę ma zamiar wkroczyć, ale patrzy na 
tę starzejącą się kobietę i na tego pana z białą bródką, który, według określenia na przepustce, 
jest radcą sądowym - i urzędnik w wielkodusznym porywie odwraca się znów do okna.
-                       Trudno powiedzieć - odpowiada radca ostroŜnie - z podróŜowE niem teraz teŜ 
nie jest tak łatwo. -1 bardzo szybko szeptem: -Niech par czeka do najostatniejszej minuty, 
moŜe zobaczy go pani jeszcze przeć tym. Dobrze?
Anna kiwa głową.
-                      Tak - odpowiada głośno - tak chyba będzie najlepiej.
A potem oboje stoją niemo naprzeciw siebie i czują nagle, Ŝe nie mają sobie juŜ nic więcej do 
powiedzenia. Skończone. Minęło.
-                      Tak - myślę, Ŝe muszę juŜ pójść - powiada stary radca. Tak - odpowiada Anna 
szeptem - sądzę, Ŝe juŜ czas.
l nagle - nadzorca odwrócił się juŜ i patrzy z zegarkiem w ręku nagląco na nich oboje - nagle 
przychodzi to na Annę. Napiera ciałem na kratę i szepce z głową przy Ŝelaznych kratach: - 
Proszę, proszę -jest pan moŜe ostatnim uczciwym człowiekiem na tym świecie, którego dane 
mi jest widzieć! Proszę, panie radco, niech pan mnie pocałuje! Zamknę oczy i będę myślała, 
Ŝe to Otto...
Stara wariatka - myśli nadzorca. - Ma być stracona i wciąŜ jeszcze taka poŜądliwa! I ten 
stary...
Ale stary radca mówi łagodnym, przyjaznym głosem: - Nie bać się, dziecko, nie bać się...
I jego starcze, cienkie wargi dotykają lekko jej suchych, spękanych ust.
-                      Nie bać się, dziecko. Ma pani spokój przy sobie...
-                      Wiem - szepce Anna - dziękuję panu bardzo, panie radco! Potem Anna jest 
znów w swojej celi, sznurki leŜą nieporządnie na podłodze, a Anna chodzi niecierpliwie 
rozrzucając je stopami na boki jak w swych najgorszych dniach. Przeczytała kartkę, 
zrozumiała ją. Wie teraz, Ŝe Otto i ona mają broń, Ŝe mogą w kaŜdej chwili odrzucić to  
nędzne Ŝycie, jeŜeli stanie się zbyt nieznośne. Nie musi juŜ dać się dręczyć, moŜe teraz w tej 
chwili, gdy jeszcze pozostało w niej trochę szczęścia z odwiedzin, połoŜyć temu kres.
Wędruje po celi, mówi do siebie, śmieje się, płacze.
Przy drzwiach podsłuchują. Mówią: -- Teraz zaczyna naprawdę szaleć! Czy kaftan jest 
przygotowany?
A kobieta w celi nie spostrzega tego wcale, stacza teraz swój najcięŜszy bój. Widzi znowu 
przed sobą starego radcę Fromma, jego twarz była tak powaŜna, gdy mówił, aby czekała do 
najostatniejszej minuty, moŜe ujrzy jeszcze raz swego męŜa.
I zgodziła się z nim. Oczywiście, to jest słuszne, musi czekać, musi ćwiczyć cierpliwość. 
MoŜe to potrwa jeszcze miesiące. Ale gdyby to nawet były tylko tygodnie - cięŜko teraz 
jeszcze czekać. Zna siebie. Będzie znowu rozpaczała, długo płakała, popadnie w melancholię. 
Wszyscy są tacy twardzi dla niej, nigdy dobrego słowa, nigdy uśmiechu. Czas będzie zbyt 
trudny do zniesienia. Wystarczy tylko trochę pobawić się językiem i zębami. Nie trzeba nawet 
myśleć o tym powaŜnie, tylko tak trochę spróbować i -juŜ się stało. Teraz jej to ułatwiono - za 
bardzo ułatwiono!
o            to chodzi. W jakiejś godzinie będzie słaba i zrobi to. I w chwili gdy to zrobi, w tej 
króciutkiej chwilce między czynem a śmiercią, będzie tego tak Ŝałowała, jak jeszcze nigdy 
niczego nie Ŝałowała w Ŝyciu. Pozbawiła się moŜliwości zobaczenia go raz jeszcze, bo była, 
tchórzliwa i słaba. Doniosą mu o jej śmierci i on dowie się, Ŝe opuściła go, Ŝe zdradziła go, Ŝe 
stchórzyła. I będzie nią pogardzał, on, jedyny człowiek, którego powaŜanie znaczy coś dla 
niej na tym świecie.
Nie, musi natychmiast zniszczyć tę nieszczęsną szklaną rurkę. Jutro rano moŜe będzie za 
późno, kto wie, w jakim nastroju obudzi się jutro rano!
Ale w drodze do kibla zatrzymuje się...
1                     znów podejmuje swą wędrówkę. Nagle przypomniała sobie, Ŝe musi umrzeć i 
jak musi umrzeć. Słyszała juŜ w tym więzieniu z rozmów przy oknie, Ŝe nie czeka jej 
szubienica - ale topór. Chętnie jej opowiedziano, jak przywiąŜą ją do stołu, jak leŜąc na 
brzuchu będzie się wpatrywała w napełniony do połowy trocinami kosz, a po paru sekundach 
głowa jej spadnie do tego kosza. Odkryją jej kark i poczuje zimno ostrza, zanim jeszcze nóŜ 
zacznie spadać. Potem świst stanie się 14 — KaŜdy umiera... t. II  coraz głośniejszy, będzie 
jej brzmiał w uszach jak trąby na Sądzie Ostatecznym, a potem ciało jej stanie się tylko czymś 
drgającym, a kikut szyi będzie wypluwał grube strumienie krwi, podczas gdy głowa w koszu 
moŜe będzie patrzyła na tryskającą krwią szyję i jeszcze będzie mogła widzieć, czuć, 
cierpieć...
Tak jej to opowiedziano i tak musiała to sobie wyobraŜać wiele setek razy i śniła o tym nieraz 
- a teraz jedno nagryzienie szklanej rurki moŜe ją wyzwolić od tych wszystkich okropności! I 
to ma odrzucić od siebie, ma rezygnować z tego wybawienia? Ma wybór między lekką 
śmiercią a cięŜką śmiercią i ma wybrać cięŜką śmierć tylko dlatego, Ŝe boi się swej słabości i 
nie chce umrzeć przed Ottonem?
Potrząsa głową. Nie, nie będzie słaba. Potrafi przecieŜ czekać do ostatniej minuty. Chce 
zobaczyć Ottona! Wytrzymała strach, który ogarniał ją zawsze, gdy Otto podrzucał karty, 
wytrzymała przeraŜenie aresztowania, przetrwała znęcanie się komisarza Lauba, 
przezwycięŜyła rozpacz po śmierci Trudy - potrafi jeszcze czekać parę tygodni czy parę 
miesięcy! Wszystko wytrzymała - i to wytrzyma! Oczywiście musi przechować truciznę do 
ostatniej chwili.
Anna wędruje tam i z powrotem, tam i z powrotem.
Powzięta przed chwilą decyzja nie ułatwia jej niczego. Wątpliwości zaczynają się od nowa i 
od nowa walczy ze sobą, i znów postanawia zniszczyć truciznę, teraz, natychmiast, na 

Strona 155

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

miejscu; i znów tego nie robi!
Tymczasem zapadł wieczór i przyszła noc. Zabrano nie wykonaną robotę z celi i 
zakomunikowano jej, Ŝe za lenistwo zostaje pozbawiona na tydzień materaca i na tydzień 
skazana jest na chleb i wodę. Ale Anna nie słucha tego. Co ją obchodzi to całe gadanie!
Wieczorna zupa stoi nie ruszona na stole, a Anna wciąŜ jeszcze biega tam i z powrotem, 
śmiertelnie zmęczona, niezdolna do Ŝadnej trzeźwej myśli, wydana na łup wątpliwości: 
powinnam - nie powinnam?
Teraz język jej bawi się rurką trucizny w ustach bez wiedzy i bez chęci, lekko, leciutko 
naciska zębami szkło. Zęby bardzo ostroŜnie się zwierają...
I nagłym ruchem wyjmuje szkło z ust. Wędruje i próbuje, nie wie juŜ, co robi - a na korytarzu 
leŜy przygotowany dla niej kaftan bezpieczeństwa...
Potem, juŜ późną nocą, Anna stwierdza nagle, Ŝe leŜy na swej  drewnianej pryczy, na 
twardych deskach, przykryta cienkim kocem. DrŜy z zimna na całym ciele. Czy spała? Czy 
ma jeszcze rurkę? MoŜe ją połknęła? Nie ma jej w ustach!
Podrywa się w szalonym strachu, siada - i uśmiecha się. Jest - trzyma ją w ręku. Trzymała ją 
w ręku w czasie snu. Uśmiecha się, jeszcze raz się uratowała. Nie musi umrzeć tą drugą, 
straszniejszą śmiercią...
I gdy Anna tak siedzi marząc, myśli o tym, Ŝe od dziś kaŜdego dnia, który nadejdzie, będzie 
musiała wieść straszliwą walkę między wolą a słabością, tchórzostwem i odwagą. I jak 
niepewny jest wynik tej walki...
Wśród wątpliwości i rozpaczy słyszy łagodny, dobrotliwy głos: „Nie bać się, dziecko, tylko 
się nie bać..."
Nagle pani Anna Quangel wie: „Teraz się zdecyduję, teraz mam siły!"
Podkrada się do drzwi, nasłuchuje szmerów na korytarzu. ZbliŜają się kroki dozorczyni. Anna 
staje pod przeciwległą ścianą, zauwaŜyła, Ŝe jest obserwowana przez judasza, i zaczyna 
powoli chodzić tam i z powrotem. „Nie bać się, dziecko..."
Dopiero gdy jest zupełnie pewna, Ŝe dozorczyni poszła dalej, wdrapuje się na okno. Jakiś głos 
pyta: - Czy to ty, 76? Miałaś dziś wizytę?
Nie odpowiada. JuŜ nigdy nie będzie odpowiadała. Jedną ręką chwyta za framugę, a drugą 
wysuwa z rurką między palcami. Przyciska ją do kamiennego muru i czuje, jak cieniutka 
szyjka się odłamuje. Potem upuszcza truciznę na leŜące głęboko w dole podwórze.
Zeskakuje z okna i wącha palce: wydzielają mocny zapach gorzkich migdałów. Myje sobie 
ręce i kładzie się na pryczy. Jest śmiertelnie zmęczona. Czuje się, jakby uniknęła wielkiego 
niebezpieczeństwa. Prędko zasypia. Śpi głęboko i bez snów. Budzi się odświeŜona.
Od tej nocy numer 76 nie dawał Ŝadnego powodu do nagany. Była spokojna, pogodna, pilna, 
przyjazna.
Nie myślała juŜ o swej cięŜkiej śmierci, myślała tylko o tym, Ŝe nie przyniesie Ottonowi 
wstydu. A czasem, w ponurych godzinach, słyszała znów głos starego radcy sądowego 
Fromma: „Nie bać się, dziecko, tylko się nie bać".
Nie bała się. JuŜ nigdy. PrzezwycięŜyła strach!
 ROZDZIAŁ LXIX JuŜ czas, Ouangel!
Jest jeszcze noc, gdy dozorca otwiera drzwi celi Ottona Quangla.
Quangel, obudzony z głębokiego snu, patrzy mrugając oczyma i wysoką, czarną postać, która 
weszła do jego celi. W chwilę potem je zupełnie rozbudzony i serce bije mu mocniej niŜ 
zwykle, poniewaŜ pojął co oznacza ta wysoka, milcząca postać w drzwiach.
-                        Czy juŜ czas, panie pastorze? - pyta i sięga po odzieŜ.
-- JuŜ czas, Quangel! - odpowiada duchowny. I pyta: - Czy jest pt gotów?
-                      Jestem gotów o kaŜdej godzinie - odpowiada Quangel i dotyl językiem rurki w 
ustach.
Zaczyna się ubierać. Jego ruchy są spokojne, nie widać w nict pośpiechu.
Przez chwilę przypatrują się sobie w milczeniu. Pastor jest jeszcz młodym, grubokościstym 
męŜczyzną, z prostą, moŜe trochę głupa\ twarzą.
„NiewaŜny - decyduje Quangel - to nie taki człowiek jak dobi pastor."
Pastor zaś widzi przed sobą wysokiego, spracowanego męŜczyznę. Nie podoba mu się ta 
twarz o ostrym, ptasim profilu. Nie podoba mu się badawcze spojrzenie ciemnego, 
zadziwiająco okrągłego oka. Nie podobają mu się wąskie, bezkrwiste usta z zaciśniętymi 
wargami. Ale duchowny opanowuje się i powiada tak przyjaźnie, jak tylko potrafi: - Mam 
nadzieję, Ŝe zawarł pan pokój z tym światem, Quangel?
-                       A czy ten świat teŜ zawarł pokój, panie pastorze? - odpowiada Quangel 
pytaniem.
-                       Niestety, jeszcze nie, Quangel, niestety, jeszcze nie - odpowiada duchowny i

twarz jego próbuje wyrazić troskę, której nie odczuwa. Pastor pomija ten punkt i pyta dalej: - 
Ale zawarł pan przecieŜ pokój z Panem Bogiem, Quangel?
-                       Nie wierzę w Ŝadnego Pana Boga - odpowiada Quangel krótko.
-                        Co?
Pastor wydaje się niemal przeraŜony tym bezpośrednim oświad czeniem. - No - ciągnie -jeŜeli 
pan nie wierzy w osobę Boga, to jest pan chyba panteistą, nieprawda, Quangel?
-                        Co to jest?
-                      No, to przecieŜ jasne... -pastor próbuje wyjaśnić coś, co dla niego samego 
nie 
jest zbyt jasne. - Dusza wszechświata, rozumie pan, wszystko jest Bogiem, rozumie pan? 
Pańska dusza, pańska nieśmiertelna dusza powróci do wielkiej duszy wszechświata, Quangel!
-                       Wszystko jest Bogiem? - pyta Quangel. Skończył ubieranie się i stoi przed 
pryczą. - Czy Hitler teŜ jest Bogiem? A ta mordownia na świecie, to teŜ Bóg? Pan jest Bóg? 
Ja Bóg?
-                       Pan mnie źle zrozumiał, prawdopodobnie celowo mnie źle zrozumiał - 
odpowiada duchowny podraŜniony - ale ja nie jestem tutaj po to, aby z panem dyskutować o 
zagadnieniach religijnych. Przyszedłem, by przygotować pana na śmierć. Będzie pan musiał 
umrzeć, Quangel, juŜ za parę godzin. Czy jest pan gotów?
Zamiast odpowiedzi Quangel pyta:
-                       Czy znał pan pastora Lorenza z więzienia śledczego przy Trybunale 
Narodowym?
Pastor, znów zbity z tropu, odpowiada gniewnie: - Nie, ale słyszałem o                 nim. I 
wolno mi chyba powiedzieć, Ŝe Pan powołał go do siebie we właściwym czasie. Przyniósł 
wstyd naszemu stanowi.

Strona 156

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Quangel uwaŜnie spojrzał na duchownego. Powiedział: - To był bardzo dobry człowiek, wielu 
więźniów myśli o nim z wdzięcznością.
-                       Tak - zawołał pastor z nie ukrywaną złością. - Dlatego, Ŝe folgował waszym 
Ŝądzom! To był bardzo słaby człowiek, Quangel. Sługa boŜy winien w czasach wojennych 
być bojownikiem, odrzucać wszelki kompromis. - Znów się opanował. Spojrzał szybko na 
zegarek 1           powiedział: - Mam dla pana tylko osiem minut, Quangel. Pozostało mi 
jeszcze paru pańskich towarzyszy niedoli, którzy tak jak i pan wyruszą dziś w ostatnią drogę. 
Winienem ich zaopatrzyć w pociechę religijną. Pomódlmy się teraz...
Duchowny, ten szerokokościsty gruboskórny chłop, wyciągnął białą chusteczkę z kieszeni i 
rozkładał ją ostroŜnie.
Quangel zapytał: - Czy zaopatruje pan równieŜ w duchową pociechę kobiety, które mają być 
stracone?
Ironia Quangla była tak nieprzenikniona, Ŝe pastor nic nie zauwaŜył.
Rozpostarł białą chusteczkę na podłodze celi i odpowiedział obojętnie: - Dziś nie będzie 
straceń kobiet.
-                      Nie przypomina pan sobie - pyta Quangel uparcie dalej - czy był pan ostatnio 

pewnej Anny Quangel?
-                       Anna Quangel? To jest pańska Ŝona? Nie, na pewno nie! Przypomniałbym 
sobie. Mam niesłychanie dobrą pamięć do nazwisk.
-                        Mam prośbę, panie pastorze...
-                      No, mów pan juŜ, Quangel! Pan wie, Ŝe mam mało czasu!
-                       Proszę, aby pan nie powiedział mojej Ŝonie, gdy juŜ przyjdzie na nią czas, 
Ŝe 
zostałem stracony przed nią. Niech jej pan, proszę, powie, Ŝe umieram o tej samej godzinie, 
co ona.
-                      To byłoby kłamstwo, Quangel, a jako sługa boŜy nie mogę grzeszyć przeciw 
ósmemu przykazaniu.
-                      Nie kłamie pan więc nigdy, panie pastorze? Nie kłamał pan jeszcze nigdy w 
swoim Ŝyciu?
-                        Mam nadzieję - powiedział pastor zmieszany ironicznym i badawczym 
spojrzeniem skazańca - mam nadzieję, Ŝe zawsze starałem się według moich słabych sił 
przestrzegać przykazań boskich.
-                       A więc przykazania boskie Ŝądają od pana odmowy pocieszenia mojej Ŝony, 
Ŝe umiera o tej samej godzinie, co ja?
-                      Nie wolno mi dawać fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu memu, 
Quangel!
-                        Szkoda, szkoda! Pan naprawdę nie jest dobrym pastorem!
-                      Jak?! - zawołał duchowny, na pół zmieszany, na pół z groźbą.
-                       Pana pastora Lorenza zwano w więzieniu tylko „dobrym pastorem" - wyjaśnił 
Quangel.
-                       Nie, nie - zawołał pastor z gniewem. - Nie tęsknię za takim przez was 
nadanym, godnym mianem! UwaŜałbym je za niegodne miano! - Opanował się. Ze stukiem 
upadł na kolana, dokładnie na białą chusteczkę. Wskazał miejsce na ciemnej podłodze obok 
siebie, poniewaŜ biała chusteczka starczyła tylko dla niego: - Niech pan teŜ uklęknie, 
Quangel, módlmy się!
-                       Przed kim mam klęczeć? - zapytał Quangel zimno. - Do kogo mam się 
modlić?
-                        O! - wybuchnął pastor ze złością. - Niech pan znowu z tym nie zaczyna! 
Straciłem juŜ zbyt duŜo czasu dla pana! - Popatrzył klęcząc na tego człowieka o złej, ptasiej 
twarzy. Zamruczał: - Wszystko jedno, spełnię swój obowiązek. Będę się modlił za pana!
Pochylił głowę, złoŜył ręce i oczy jego zamknęły się. Potem poderwał głowę, otworzył 
szeroko oczy i nagle zaczął krzyczeć tak głośno, Ŝe Quangel aŜ wzdrygnął się przestraszony: - 
O, Ty Panie mój i BoŜe mój! Wszechmocny, Wszechwiedzący, Wszechdobry, 
Wszechsprawiedliwy BoŜe, Sędzio dobrego i złego! Grzesznik leŜy tu przed Tobą w pyle, 
proszę Cię, abyś oczy Twe w Twym miłosierdziu zwrócił na tego człowieka, który popełnił 
wiele złych uczynków, abyś go pokrzepił na ciele i duszy i przebaczył mu w łasce swej 
wszystkie jego winy...
Klęczący pastor krzyczał coraz głośniej: - Przyjm ofiarę niewinnej śmierci Jezusa Chrystusa, 
Twego Syna ukochanego, jako zapłatę za jego złe uczynki! Był przecieŜ ochrzczony Jego 
imieniem i Jego krwią obmyty i oczyszczony. Uratuj go więc od męki i katuszy ciała! Skróć 
jego bóle i podtrzymaj go przeciw oskarŜeniom sumienia! Obdarz go błogim powrotem do 
Ŝywota wiecznego!
Duchowny zniŜył głos do tajemniczego szeptu: - Wyślij Twych świętych aniołów, aby 
powiodły go do zgromadzenia Twych wybranych w Jezusie Chrystusie, Panu naszym!
Pastor zawołał znów bardzo głośno: - Amen! amen! amen!
Wstał, troskliwie złoŜył białą chustkę i nie patrząc na Quangla rzekł: - Będzie chyba daremne 
pytać pana, czy jest pan gotów przyjąć ostatnie sakramenty?
-                       Zupełnie daremne, panie pastorze.
Pastor z wahaniem wyciągnął rękę do Quangla. Quangel potrząsnął głową i złoŜył ręce na 
piersi.
-                        I to jest daremne, panie pastorze! - powiedział.
Pastor podszedł do drzwi nie patrząc na niego. Odwrócił się jeszcze raz, pobieŜnie spojrzał na 
Quangla i powiedział: - Przyjm pan jeszcze ten werset ze sobą na sąd ostateczny: Filip I, 21 - 
„Chrystus jest mym Ŝywotem, a umieranie mym zyskiem".
Drzwi się zamknęły, poszedł.
Quangel odetchnął.
 ROZDZIAŁ LXX Ostatnia droga Gdy tylko duchowny wyszedł, w celi zjawił się niski, 
krępy człowiek w jasnoszarym ubraniu. Rzucił szybko badawcze, ostre, mądre spojrzenie na 
twarz Quangla, podszedł do niego i powiedział: - Doktor Brandt, lekarz więzienny. - 
Potrząsnął rękę Quangla i zatrzymał ją w swojej mówiąc: - Czy mogę panu zbadać tętno?
-  Zawsze! - powiedział Quangel.
Lekarz powoli liczył. Potem puścił rękę Quangla i powiedział z uznaniem: -- Bardzo dobrze. 
Doskonale. Jest pan prawdziwym męŜczyzną.
Rzucił szybkie spojrzenie na drzwi, które pozostały na pół otwarte, i zapytał szeptem: - Czy 
mogę coś zrobić dla pana? Jakiś środek oszołamiający?

Strona 157

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Quangel potrząsnął przecząco głową: - Bardzo dziękuję, panie doktorze. I tak dam radę.
Dotknął językiem ampułki. Przez chwilę zastanowił się, czy nie dać lekarzowi jakiegoś 
polecenia dla Anny. Ale nie, ten pastor i tak jej wszystko opowie...
-  Coś poza tym? - zapytał lekarz szeptem. Natychmiast zauwaŜył wahanie Quangla. - MoŜe 
jakiś list?
-  Nie mam tu na czym pisać - ach, nie, nie chcę tego. W kaŜdym razie dziękuję panu, panie 
doktorze. Jeszcze jeden człowiek! Dzięki Bogu, nawet w takim domu nie wszyscy są źli.
Lekarz skinął ponuro, podał Quanglowi jeszcze raz rękę, zastanowił się i powiedział szybko: - 
Mogę panu tylko powiedzieć: pozostań pan tak odwaŜny!
I prędko opuścił celę.
Dozorca wszedł w towarzystwie więźnia niosącego miskę i talerz. W misce dymiła gorąca 
kawa, a na talerzu leŜał chleb posmarowany masłem. Obok tego dwa papierosy, dwie zapałki 
i kawałek siarki do potarcia.
-  Tak - powiedział dozorca -jak pan widzi, jesteśmy wielkoduszni. - I to wszystko bez kartek!
Zaśmiał się, a towarzyszący mu więzień roześmiał się urzędowo wraz  z nim. MoŜna było 
zauwaŜyć, Ŝe ten „dowcip" był juŜ wielokrotnie powtarzany.
W Quanglu narosła nagle niespodziewana fala złości. Krzyknął:
- Zabierajcie to stąd! Nie potrzebuję waszej katowskiej uczty!
-  Dwa razy nie trzeba mi tego powtarzać - powiedział dozorca.
- Poza tym kawa jest tylko namiastką, a masło margaryną...
I znów Quangel pozostał sam. Uporządkował posłanie, zdjął powleczenie i złoŜył je koło 
drzwi, podniósł pryczę. Potem wziął się do mycia.
Był jeszcze tym zajęty, gdy jakiś męŜczyzna w towarzystwie dwóch chłopaków wszedł do 
celi.
-  Niech pan sobie zaoszczędzi tego mycia - powiedział hałaśliwie -  ogolimy teraz pana i 
uczeszemy pierwszorzędnie! Jazda, chłopaki, pośpieszcie się, jest późno! - I do Quangla 
tonem przeproszenia:
-  Pański poprzednik długo nas zatrzymał. Niektórzy nie mają wcale rozumu, nie pojmują, Ŝe 
ja nie mogę nic zmienić. Jestem mianowicie katem Berlina...
Podał Quanglowi rękę.
-  No, zobaczy pan, Ŝe nie będę marudził i nie będę pana męczył. Jak wy nie robicie trudności, 
to ja teŜ nie robię. Mówię zawsze do moich chłopaków: - Chłopaki - mówię - jeŜeli ktoś robi 
wariata i rzuca się, i ryczy, to wy teŜ bądźcie nierozsądni, łapcie go, gdzie się da, nawet 
gdybyście mu mieli wyrwać jądra! Ale z takimi rozsądnymi ludźmi jak ty zawsze 
postępujemy łagodnie!
Mówiąc to przeciągnął parokrotnie maszynką po głowie Quangla, aŜ wszystkie jego włosy 
znalazły się na podłodze celi. Drugi pomocnik kata przygotował pianę z mydła i ogolił 
Quanglowi brodę. - Tak - powiedział kat zadowolony - siedem minut! Dogoniliśmy stracony 
czas. Jeszcze paru takich rozsądnych, a będziemy punktualni jak pociąg.
- I prosząco do Quangla: - Bądź tak dobry i zmieć to z podłogi. Nie jesteś do tego 
zobowiązany, rozumiesz, ale my mamy bardzo mało czasu. Dyrektor i prokurator mogą 
przyjść lada chwila. Nie rzucaj włosów do kibla, kładę ci tu gazetę: zawiń je w nią i połóŜ 
koło drzwi. To jest taki mały dochód uboczny, rozumiesz?
-  Co zrobisz z moimi włosami? - zapytał Quangel zaciekawiony.
-  Sprzedam je perukarzowi. Peruki są zawsze potrzebne. Nie tylko dla aktorów, ale i tak. No, 
to pięknie dziękuję. Heil Hitler!
 I poszli równieŜ oni, ci weseli chłopcy. MoŜna powiedzieć, Ŝe znali s' na swoim rzemiośle. Z 
większym spokojem ducha nie moŜna było zaszlachtować nawet świni. A mimo to Quangel 
uwaŜał, Ŝe ci brutalni ludzie bez serca są bardziej znośni niŜ ten pastor przedtem. Podał 
przecieŜ nawet bez wahania rękę katowi.
Quangel właśnie spełnił Ŝyczenie kata, dotyczące uprzątnięcia celi gdy znów otwarły się 
drzwi. W otoczeniu kilku umundurowanych funkcjonariuszy wszedł gruby pan z czerwonym 
wąsem i tłustą, blada twarzą -jak się okazało dyrektor więzienia - i stary znajomy Quangla 
prokurator z rozprawy głównej, który szczekał jak pinczer.
Dwaj umundurowani złapali Quangla i brutalnie zaciągnęli go pod ścianę, gdzie zmusili go do 
postawy na baczność. Potem stanęli koło niego.
-  Otto Quangel! - zawołał jeden z nich.
-  Ach tak! - zaszczekał Pinczer. - Przypominam sobie tę twarz!
- Odwrócił się do dyrektora. - O wyrok śmierci dla niego ja sam się postarałem! - powiedział 
dumnie. - To zupełnie bezczelny typ. Myślał, Ŝe moŜe być bezczelny wobec sądu i wobec 
mnie! Ale daliśmy ci, chłopcze! -zaszczekał zwróciwszy się do Quangla. - Co, daliśmy ci! 
No, jak się teraz czujesz? JuŜ nie jesteś tak bezczelny, co?
Jeden z męŜczyzn stojących koło Quangla stuknął go w bok.
- Odpowiadać! - szepnął rozkazująco.
-  Ach, pocałujcie mnie wszyscy!... - powiedział Quangel znudzony.
-  Jak? Co? - prokurator ze zdenerwowania przeskakiwał z jednej nogi na drugą. - Panie 
dyrektorze, Ŝądam...
-  Ach, co tam! - powiedział dyrektor. - Zostaw pan tych ludzi! PrzecieŜ pan widzi, Ŝe to jest 
zupełnie spokojny człowiek! Nieprawda, jest pan przecieŜ spokojny?
-  Oczywiście - odpowiedział Quangel - niech on mnie tylko nie zaczepia. Ja juŜ mu dam 
spokój.
-  Protestuję! śądam! - krzyczał Pinczer.
-  Czego? - przerwał dyrektor. - Czego moŜe pan jeszcze od niego Ŝądać? Więcej nie moŜemy 
zrobić, jak go stracić, o tym wie on bardzo dobrze. Zaczynaj pan, czytaj pan juŜ ten wyrok!
Pinczer uspokoił się wreszcie, rozłoŜył akta i zaczął czytać. Czytał szybko i niewyraźnie, 
przeskakiwał zdania, mylił się i zakończył zupełnie nagle: - A więc juŜ pan wie!
 Quangel nie odpowiedział.
-  Zaprowadźcie tego człowieka na dół! - powiedział rudowąsy dyrektor i obaj wartownicy 
złapali Quangla mocno za ramiona.
Gniewnie wyrwał się z ich uścisku. Złapali go jeszcze mocniej.
-  Pozwólcie temu człowiekowi iść samemu! - rozkazał dyrektor. - Ten nie zrobi nam Ŝadnych 
trudności.
Wyszli na korytarz. Stało tam mnóstwo ludzi, w mundurach i cywilów. Nagle utworzył się 
cały pochód, którego ośrodek stanowił Otto Quangel. Na czele szedł wachmistrz, potem 
pastor, który nosił teraz sutannę z białym kołnierzykiem i mruczał do siebie coś 
niezrozumiałego. Za nim szedł Quangel otoczony całą chmarą dozorców, ale mały lekarz w 

Strona 158

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

jasnym ubraniu szedł tuŜ koło niego. Dalej postępowali dyrektor i prokurator, za którymi 
znów kroczyli cywile i umundurowani. Niektórzy cywile uzbrojeni byli w aparaty 
fotograficzne.
Pochód szedł przez dom śmierci źle oświetlonymi korytarzami, po Ŝelaznych schodach z 
postrzępionym linoleum; zdawało się, Ŝe z cel, które mijali, dochodziły powstrzymywane 
westchnienia z głębi piersi. Nagle w jednej z cel rozległ się bardzo wyraźnie głos: - Bądź 
zdrów, towarzyszu!
Zupełnie machinalnie Otto Quangel odpowiedział głośno: - Bądź zdrów, towarzyszu! - 
Dopiero w chwilę później przyszło mu na myśl, jak bezsensowne było to „bądź zdrów" 
skierowane do umierającego.
Znów otwarły się jakieś drzwi i wyszli na podwórze. Nocny mrok wisiał jeszcze między 
murami. Quangel spojrzał szybko w prawo i w lewo, nic nie uszło jego czujnej uwagi. 
Naokoło w oknach cel widział krąg bladych twarzy - kolegów, którzy, jak on skazani na 
śmierć, Ŝyli jeszcze. Jakiś owczarek wybiegł głośno szczekając naprzeciw pochodu, ale 
wartownik zagwizdał i pies cofnął się warcząc. Chrzęścił Ŝwir pod nogami. Za dnia miał 
chyba Ŝółtawy odcień - teraz w blasku lamp elektrycznych wyglądał szaro. Znad muru padał 
cień, zarys bezlistnego drzewa. Powietrze było mroźne i wilgotne. Quangel pomyślał: „Za 
kwadrans nie będę juŜ marzł - zabawne!"
Językiem namacał szklaną ampułkę. Ale było jeszcze za wcześnie.
Dziwne! Mimo, Ŝe dokładnie widział i słyszał, co działo się dokoła  niego, aŜ do 
najmniejszego drobiazgu, wszystko to zdawało mu się nieprawdziwe. JuŜ kiedyś ktoś mu to 
opowiadał. LeŜał w swojej celi i śni}
o                tym. Tak, to zupełnie niemoŜliwe, aby istniał tu cieleśnie. I wszyscy którzy szli 
wraz z nim z obojętnymi albo brutalnymi, z Ŝądnymi wraŜeń lub smutnymi twarzami, 
wszyscy byli jacyś bezcieleśni. świr był Ŝwirem ze snu, a szuranie nogami, chrzęst 
kamyczków pod stopami - były szmerami ze snu...
Przeszli przez jakieś drzwi i weszli do pomieszczenia, które było tak jaskrawo oświetlone, Ŝe 
Quangel z początku nic nie widział. Wartownicy pociągnęli go nagle do przodu obok 
klęczącego duchownego.
Podszedł do niego kat wraz ze swymi dwoma pomocnikami 1                wyciągnął do niego 
rękę:
-                       A więc, nie miej mi za złe! - powiedział.
-                       Niee, dlaczego? - odpowiedział Quangel i machinalnie ujął jego rękę.
Podczas gdy kat zdejmował skazanemu marynarkę i odcinał kołnierz koszuli, Quangel 
obejrzał się na tych, którzy go odprowadzali. W oślepiającej jasności zobaczył tylko wieniec 
białych twarzy zwróconych ku niemu.
To mi się tylko śni! - pomyślał - i serce zaczęło mu mocniej bić.
Z kręgu widzów oderwała się postać, a gdy podeszła bliŜej, Quangel poznał małego, 
gotowego do pomocy lekarza w jasnoszarym garniturze.
-                      No? - zapytał lekarz z matowym uśmieszkiem. - Jak się czujemy?
-                       WciąŜ spokojnie! - powiedział Quangel, gdy wiązano mu ręce na plecach. - W 
tej chwili bije mi trochę serce, ale przypuszczam, Ŝe to przejdzie w ciągu pięciu minut.
I uśmiechnął się.
-                           Czekaj pan, dam panu coś! - powiedział lekarz i sięgnął do kieszeni.
-                       Niech pan nie robi sobie kłopotów, panie doktorze - odpowiedział Quangel. - 
Jestem dobrze zaopatrzony...
I na chwilę wcisnął językiem między wąskie wargi szklaną ampułkę..-
-                       Ach, tak! - zauwaŜył lekarz zmieszany.
Odwrócili Quangla. Teraz widział przed sobą długi stół, obity czymś gładkim, matowym i 
czarnym, jakby ceratą. Widział rzemienie, sprzączki, ale przede wszystkim widział ostrze, 
szerokie ostrze. Topór zdawał się wisieć bardzo wysoko nad stołem, niebezpiecznie wysoko. 
Błyszczał szarawosrebrzyście, przyglądał mu się złośliwie.
Quangel lekko westchnął...
Nagle stanął koło niego dyrektor i powiedział parę słów do kata. Quangel bez przerwy patrzył 
na nóŜ. Słowa docierały do niego jakby z oddali: - Przekazuję panu jako katowi miasta 
Berlina obecnego tu Ottona Quangla, aby go pan za pomocą tego topora przeprowadził od 
Ŝycia do śmierci, jak to zostało zarządzone prawomocnym wyrokiem Trybunału 
Narodowego...
Głos brzmiał nieprzyjemnie, zbyt donośnie. Światło było za jasne...
„Teraz - myślał Quangel - Teraz..."
Ale nie zrobił tego. Nęciła go straszliwa, dręcząca ciekawość...
„Jeszcze tylko parę minut - pomyślał. - Muszę jeszcze wiedzieć, jak to jest na tym stole..."
-                             No, jazda, stary chłopie! - napomniał go kat. - Nie rób teraz długich 
ceregieli. Za dwie minuty będzie po wszystkim. Czy pomyślałeś o włosach?
-                       PołoŜyłem przy drzwiach - odpowiedział Quangel.
W chwilę później Quangel leŜał na stole. Czuł, jak przywiązują mu nogi. Stalowa obręcz 
opuściła się na jego plecy i przycisnęła mocno ramiona do podkładki...
Cuchnęło wapnem, wilgotnymi trocinami, cuchnęło środkami dezynfekcyjnymi... ale przede 
wszystkim cuchnęło obrzydliwie, słodko, zabijając wszystkie inne wonie, czymś...
„Krew... - pomyślał Quangel. - Cuchnie krwią..."
Usłyszał, jak kat cichutko szepnął: - JuŜ! Ale choć szepnął tak cichutko, jak Ŝaden człowiek 
nie umiał szepnąć, Quangel usłyszał jednak to „JuŜ"!
Usłyszał równieŜ świst...
„Teraz!" - postanowiło w nim coś i zęby chciały zgryźć ampułkę z cyjankali...
Ale zakrztusił się i fala wymiotów napełniła mu usta, porwała za sobą szklaną rurkę...
„O BoŜe! - pomyślał. - Za długo czekałem..."
Świst przeszedł w szum, a szum stał się przeraźliwym krzykiem, który chyba moŜna było 
słyszeć aŜ pod gwiazdami, aŜ przed tronem boskim...
 Potem topór trzasnął w kark Quangla.
Głowa Quangla spada do kosza.
Przez chwilę bezgłowy tułów leŜał zupełnie spokojnie, jakby 2a_ skoczony kawałem, który 
mu zrobiono. Potem poderwał się znów zatrzepotał między rzemieniami i stalowymi 
klamrami, a pomocnicy kata rzucili się na niego i usiłowali go przytrzymać.
śyły na rękach zabitego pęczniały i pęczniały coraz bardziej, a potem zapadło się wszystko. 
Słychać było tylko krew, syczącą, szumiącą głucho, spływającą krew.
W trzy minuty po uderzeniu topora blady lekarz oznajmił nieco drŜącym głosem śmierć 

Strona 159

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

straconego.
Uprzątnięto trupa.
Otto Quangel przestał istnieć!

ROZDZIAŁ LXXI 
Spotkanie Anny Quangel 

Miesiące nadchodziły, miesiące mijały, zmieniały się pory roku, a Anna Quangel siedziała 
wciąŜ jeszcze w swojej celi i czekała na spotkanie z Ottonem Quanglem.
Czasami dozorczyni, której ulubienicą była teraz pani Anna, mówiła do niej: - Myślę, pani 
Quangel, Ŝe zupełnie o pani zapomnieli.
- Tak - odpowiadała więźniarka numer 76 - tak to wygląda. O mnie i o moim męŜu. Jak 
powodzi się Ottonowi?
- Dobrze! - odpowiadała dozorczyni szybko. - Kazał teŜ panią pozdrowić.
Umówiły się wszystkie między sobą, Ŝe ta dobra, zawsze pilna kobieta nie dowie się o śmierci 
męŜa. Regularnie oddawały jej ukłony.
Tym razem nieba były łaskawe dla pani Anny: Ŝadne głupie gadulstwo ani Ŝaden świadomy 
swych obowiązków pastor nie zniszczył jej wiary w Ŝycie Ottona Quangla.
Niemal cały dzień siedziała przy swoim małym ręcznym warsztacie i robiła skarpetki dla 
Ŝołnierzy tam, w polu. Robiła je dzień po dniu.

Czasem nuciła przy tym cicho. Była teraz głęboko przekonana, Ŝe nie tylko zobaczą się znów 
z Ottonem, ale Ŝe jeszcze długo będą Ŝyli ze sobą. Albo naprawdę zapomniano o nich, albo 
potajemnie ich ułaskawiono, fo juŜ na pewno długo nie potrwa i będą wolni.
Bo chociaŜ dozorczynie mało o tym mówiły, Anna jednak to wywnioskowała: z wojną było 
źle, a wiadomości pogarszały się z tygodnia na tydzień. ZauwaŜyła to po coraz gorszym 
jedzeniu, po częstym braku materiału do roboty, po tym, Ŝe wymiana połamanej części jej 
warsztatu trwała tygodniami. Po tym, Ŝe wszystkiego otrzymywała coraz mniej. A jeśli z 
wojną było źle, to było to dobre dla Quanglów. Wkrótce juŜ będą wolni.
Siedzi tak i robi skarpetki, wplata w nie swoje sny, nadzieje, które nigdy się nie spełnią, 
Ŝyczenia, których dawniej nigdy nie miała. WyobraŜa sobie zupełnie innego Ottona niŜ ten, 
który był przy jej boku - pogodnego, zadowolonego, czułego Ottona. Zamieniła się niemal w 
młodą dziewczynę, do której uśmiecha się wiosennie jeszcze całe Ŝycie. CzyŜ nie śni czasami 
nawet o tym, Ŝe będzie jeszcze miała dzieci? Ach, dzieci...!
Odkąd Anna Quangel zniszczyła cyjankali, postanawiając po najcięŜszej walce wytrwać bez 
względu na to, co się z nią stanie, aŜ do spotkania z Ottonem, stała się wolna, młoda i wesoła. 
PrzezwycięŜyła samą siebie.
A teraz jest wolna. Bez lęku i wolna.
Jest wolna równieŜ w czasie coraz cięŜszych nocy, które wojna przyniosła Berlinowi, gdy 
syreny wyją, lotnicy coraz liczniej nadciągają nad miasto, bomby padają, miny wyją i 
wszędzie wybuchają poŜary.
W czasie takich nocy więźniowie równieŜ pozostają w swych celach. Dozór więzienia nie ma 
odwagi prowadzić ich do schronów, obawia się buntu. Krzyczą w swych celach, szaleją, 
proszą i błagają, tracą zmysły ze strachu. Ale korytarze są puste, nie ma tam Ŝadnego 
wartownika, Ŝadna miłosierna ręka nie otwiera drzwi od cel. SłuŜba wartownicza siedzi w 
schronach przeciwlotniczych.
Anna Quangel nie odczuwa strachu. Jej mały warsztacik stuka 1 terkoce, dzierga jeden rząd 
oczek za drugim. Anna wykorzystuje godziny, w których i tak nie moŜe spać, na robienie 
skarpetek. A przy  tym śni. Śni o spotkaniu z Ottonem. Podczas takiego snu wpada min z 
rozdzierającym uszy trzaskiem i grzebie w gruzach i popiele tę czę§' więzienia.
Pani Anna Quangel nie miała juŜ czasu obudzić się ze snu o spotkaniu z Ottonem. Jest juŜ 
przy nim. Jest w kaŜdym razie tam, gd2; 1  on. Gdziekolwiek to mogłoby być.
ROZDZIAŁ LXXII Chłopiec Nie zakończymy jednak tej ksiąŜki śmiercią - poświęcona jest 
Ŝyciu niezwycięŜonemu, wciąŜ na nowo triumfującemu nad hańbą i łzami, nad nędzą i 
śmiercią.
Jest lato, wczesne lato tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego roku.
Chłopiec, niemal juŜ młody męŜczyzna, idzie przez podwórze marchijskiego osiedla.
Starsza kobieta wychodzi mu naprzeciw. - No, Kuno - pyta - co robisz dzisiaj?
-  Chcę jechać do miasta - odpowiada chłopiec. - Mam odebrać nasz nowy pług.
-  Więc - powiada kobieta - zapiszę ci jeszcze, co masz mi przywieźć, jeŜeli dostaniesz!
-  JeŜeli tylko będzie, to juŜ dostanę, matko! - woła chłopiec ze śmiechem. - Wiesz przecieŜ!
Przyglądają się sobie, śmiejąc się. Potem kobieta wchodzi do domku, do swego męŜa, starego 
nauczyciela, który juŜ dawno wysłuŜył emerytu-rę? a mimo to z młodzieńczym zapałem 
wciąŜ jeszcze uczy dzieci.
Chłopak wyprowadza ze stajni konia Toni, ich dumę.
Po półgodzinie Kuno-Dieter Borkhausen jest w drodze do miasta. Ale nie nazywa się juŜ 
Borkhausen. Prawnie i z wszystkimi formalnościami został zaadoptowany przez małŜeństwo 
Kienschaeper, wówczas gdy wyjaśniło się, Ŝe ani Karl, ani Maks Kluge nie wrócą z wojny. 
Pfzy okazji pozbyli się teŜ ,,Dietera": Kuno Kienschaeper brzmi doskonale i zupełnie 
wystarczy.
Zadowolony Kuno pogwizduje z cicha, podczas gdy kasztanek Toni powoli drepce w słońcu 
wyjeŜdŜoną polną drogą. Niech sobie Toni drepce, do obiadu i tak zdąŜą, wrócić.
Kuno badawczo patrzy w prawo i w lewo na pola, fachowo ocenia stan zasiewów. Nauczył 
się wiele tu na wsi i - dzięki Bogu! - niemal równie wiele zapomniał. Suterena z Otti, nie, 
prawie juŜ o tym nie myśli, tak jak i o niejakim trzynastoletnim Kuno-Dieterze, który 
właściwie był bandytą. Nie, tego wszystkiego juŜ nie ma. Ale i sny o mechanice jeszcze się 
nie spełniły. Tymczasem chłopiec zadowala się tym, Ŝe pozwolono mu mimo młodego wieku 
prowadzić traktor podczas orki.
Tak, ładnie się dorobili - ojciec, matka i on. Nie są juŜ zaleŜni od krewnych, w zeszłym roku 
dostali ziemię, są samodzielnymi ludźmi, z Tonim, krową, świnią, dwoma baranami i 
siedmioma kurami. Kuno umie Ŝąć i orać, nauczył się od ojca siać, a od matki kopać kartofle. 
śycie jest dla niego przyjemne. Doprowadzi gospodarkę do rozkwitu, zrobi to!
GwiŜdŜe wesoło.
Ze skraju szosy podnosi się zaniedbana, długa postać, ubranie w strzępach, zniszczona twarz. 
To nie jest Ŝaden z tych nieszczęsnych uciekinierów, to jakiś zmarnowany człowiek, Ŝebrak, 
włóczęga. Zapija-czony głos skrzeczy: - Hej, chłopak, zabierz no mnie do miasta!

Strona 160

background image

Kazdy_umiera_w_samotnosci_-_Hans_Fallada_(11103)

Kuno Kienschaeper wzdrygnął się na dźwięk tego głosu. Najchętniej zmusiłby zadowolonego 
z siebie Toniego do galopu, ale na to jest juŜ za późno, powiada więc z pochyloną głową: - 
Siadaj - nie, nie tu koło mnie! Z tyłu moŜesz usiąść! _
-  Dlaczego nie koło ciebie? - skrzeczy męŜczyzna wyzywająco. - Czy nie jestem dla ciebie 
dość elegancki?
-  Osioł! - woła Kuno z udanym grubiaństwem. - Bo z tyłu na słomie miękko siedzieć!
MęŜczyzna godzi się z pomrukiem, gramoli się od tyłu na wóz, a Toni przechodzi teraz z 
własnej woli w kłus.
Kuno przezwycięŜył swój pierwszy strach, Ŝe akurat własnego ojca, nie, akurat Borkhausena 
musiał wziąć z rowu na wóz. Akurat on, akurat tego! Ale moŜe to wcale nie był przypadek, 
moŜe Borkhausen czyhał tu na niego i wie dokładnie, kto go wiezie.
Kuno zezuje z boku na męŜczyznę.
Ten wyciąga się na słomie i powiada, jakby odczuwał wzrok chłopaka: - Nie mógłbyś mi 
powiedzieć, czy tu w okolicy nie mieszk chłopiec z Berlina, taki około szesnastki? Tu w 
okolicy powime mieszkać...
Tu w tych stronach mieszka jeszcze wielu berlińczyków! - odpowiada Kuno.
-  ZauwaŜyłem to! Ale sprawa z tym chłopcem, o którym mówię to jest specjalna sprawa. On 
nie był ewakuowany wtedy, w czasie wojny ale zwiał od swoich rodziców! Czy słyszałeś o 
takim chłopaku?
-  Nie! - kłamie Kuno. A po przerwie pyta: - Czy nie wie pan, jak się ten chłopak nazywa?
-  No tak, nazywa się Borkhausen...
-  Borkhausena tu w okolicy nie ma. Musiałbym to wiedzieć.
-  To śmieszne doprawdy - powiada męŜczyzna. Udaje, Ŝe musi się roześmiać, i boleśnie 
uderza chłopca pięścią w kark. - A ja przysiągłbym na to, Ŝe jakiś Borkhausen siedzi tu na 
wozie!
-  To by pan popełnił krzywoprzysięstwo! - odpowiada Kuno. Teraz, kiedy ma juŜ pewność, 
serce bije mu spokojnie i zimno. - Bo ja nazywam się Kienschaeper, Kuno Kienschaeper...
-  Nie, coś takiego! - męŜczyzna udaje zdumionego. - Ten, którego szukam, teŜ nazywa się 
Kuno, mianowicie Kuno-Dieter.
-  A ja nazywam się tylko Kuno Kienschaeper - mówi chłopiec. - A poza tym gdybym 
wiedział, Ŝe jakiś Borkhausen siedzi na moim wozie, odwróciłbym bat i waliłbym draba tak 
długo, póki by nie zlazł.
-  Nie, coś takiego! Coś takiego! Czy to tak być moŜe? - dziwi się włóczęga. - Chłopiec, który 
bije własnego ojca i zrzuca go z wozu?
-  A potem, jakbym tego Borkhausena zrzucił z wozu - ciągnie niemiłosiernie Kuno 
Kienschaeper dalej - pojechałbym do miasta na policję i powiedziałbym im: - Wy tam, 
uwaŜajcie! Tu w okolicy kręci się człowiek, który nie potrafi nic innego, tylko próŜnować i 
kraść, i robić szkody, który siedział i jest przestępcą. Zabierzcie go!
-  PrzecieŜ czegoś takiego nie zrobiłbyś, Kuno-Dieter - woła Borkhausen naprawdę 
przeraŜony - przecieŜ nie napuścisz mi na kark glin. Teraz, gdy wreszcie wylazłem z bunkra i 
naprawdę się poprawiłem! Mam zaświadczenie od pastora, Ŝe się naprawdę poprawiłem, i niL 
zrobię nic, co jest zabronione, przysięgam ci. Ale pomyślałem, Ŝe skoro  masz majątek i 
nurzasz się w tłuszczu, to dasz trochę wypocząć u siebie staremu ojcu. Nie czuję się dobrze, 
Kuno-Dieter, leŜy mi coś na piersi, muszę trochę odpocząć...
- Znam to twoje „trochę odpocząć"! - woła chłopak gorzko. - Wiem, Ŝe jak wpuszczę cię 
tylko na jeden dzień do naszego domu, to rozłoŜysz się i nie będzie cię moŜna stamtąd 
wydostać. A z tobą wejdzie do naszego domu kłótnia i nieszczęście, i świństwa. Nie, złaź mi 
zaraz z mojego wozu, bo naprawdę odwrócę bat!
Chłopak zatrzymał wóz i zeskoczył z niego. Stał teraz z batem w garści, gotów na wszystko, 
aby obronić spokój swego nowego domu.
Wieczny pechowiec, Borkhausen, powiedział Ŝałośnie: - Chyba tego nie zrobisz! Nie będziesz 
bił własnego ojca!
-  Nie jesteś moim ojcem! Dawniej, niestety, dość często mi to mówiłeś!
-  To był przecieŜ tylko Ŝart, Kuno-Dieter, zrozum to!
-  Nie mam ojca! - zawołał chłopiec wściekły. -- Mam matkę i zaczynam zupełnie od nowa. A 
kiedy przychodzą ludzie z dawnych czasów i mówią coś innego, wtedy biję ich tak długo, 
póki nie dadzą mi spokoju! Nie pozwolę sobie zepsuć przez ciebie Ŝycia!
Stał tak z groźnie podniesionym batem - starego rzeczywiście opanował strach. Zlazł z wozu i 
stanął na szosie z tchórzliwym wyrazem twarzy.
Ale odgraŜał się jeszcze: - Mogę ci teŜ narobić wiele szkody...
-  Na to tylko czekałem! - zawołał Kuno Kienschaeper. - Po Ŝebraninie następują groźby! 
Zawsze u ciebie tak było! Aleja ci mówię, przysięgam ci to: jadę stąd wprost na policję i 
złoŜę meldunek, Ŝe groziłeś mi podpaleniem naszego domu...
-  PrzecieŜ ja tego wcale nie powiedziałem, Kuno-Dieter!
-  Ale myślałeś o tym, wyczytałem to z twoich oczu! Tam jest twoja droga! I zapamiętaj 
sobie, Ŝe za godzinę ci z policji będą na twoim tropie! Wiej więc od razu!
Kuno Kienschaeper długo jeszcze stał na drodze, dopóki oberwana postać nie zniknęła 
między polami Ŝyta. Potem poklepał kasztanka Toni PO szyi i powiedział: - Co, Toni, nie 
pozwolimy sobie przez takiego łajdaka jeszcze raz zepsuć Ŝycia? Zaczęliśmy od początku. 
Kiedy matka wsadziła mnie do wody i własnymi rękami obmyła wszystek brud ze  mnie, 
wtedy przysiągłem sobie: od teraz sam będę się trzymał czysto! I dotrzymam tego!
W następnych dniach matka Kienschaeper dziwiła się nieraz, Ŝe chłopak nie chciał się ruszyć 
z domu. Zawsze był pierwszy przy robotach polnych, a teraz nie chciał nawet wygnać krowy 
na łąkę. Ale nic nie mówiła i chłopiec jej nic nie powiedział, a gdy mijały dni, nastąpiło lato i 
zaczęły się Ŝniwa, chłopak wyszedł w pole z kosą...
Bo kto sieje, ten zbiera, a chłopiec zasiał dobre ziarno.

Strona 161