background image

CONRAD JOSEPH

KARAIN - WSPOMNIENIE

background image

Adolfowi P. Kriegerowi

na pami

ą

tk

ę

 dawnych dni.

I

Znali

ś

my go w owych czasach pełnych swobody, kiedy wystarczało 

nam to, 

ż

e byli

ś

my panami swego 

ż

ycia i maj

ą

tku. Obecnie chyba nikt z nas 

maj

ą

tku nie posiada, niektórzy za

ś

 podobno utracili lekkomy

ś

lnie i 

ż

ycie; ale 

jestem pewien, 

ż

e ci nieliczni, którzy pozostaj

ą

 jeszcze przy 

ż

yciu, zachowali 

wzrok do

ść

 bystry, aby przy czytaniu dzienników o w

ą

tpliwej reputacji nie 

przeoczy

ć

 wzmianek o przeró

ż

nych powstaniach krajowców na Wschodnim 

Archipelagu. Blask sło

ń

ca bije spo

ś

ród wierszy tych krótkich notatek - blask 

sło

ń

ca i l

ś

nienie morza. Obcobrzmi

ą

ca nazwa budzi wspomnienie; drukowane

słowa czu

ć

 z lekka dymem naszej atmosfery, lecz bije od nich zarazem 

subtelny i przenikliwy zapach przybrze

ż

nej bryzy, ci

ą

gn

ą

cej pod gwia

ź

dzistym 

niebem dawno minionych nocy; ognisko-sygnał błyszczy jak klejnot na 

wyniosłym czole ciemnej skały; wielkie drzewa - niby wysuni

ę

te naprzód 

placówki olbrzymich lasów - stoj

ą

 czujnie i cicho nad sennymi rozlewiskami 

szerokich wód; biały przypływ grzmi o pusty brzeg, pieni si

ę

 płytka woda 

mi

ę

dzy skałami, a zielone wysepki le

żą

 o cichej, południowej godzinie, 

rozsypane po morskiej gładzi jak gar

ść

 szmaragdów rzucona na stalow

ą

 

tarcz

ę

.

Majacz

ą

 si

ę

 i twarze - ciemne, srogie, u

ś

miechni

ę

te; szczere, 

ś

miałe 

twarze ludzi bosych, zbrojnych i cichych. Zapełniali w

ą

ski a długi pokład 

naszego szkunera barbarzy

ń

skim, strojnym tłumem, który mienił si

ę

 pstrymi 

barwami kraciastych sarongów, czerwonych zawojów, białych kaftanów, 

haftów - rozsiewał błyski pochew, złotych pier

ś

cieni, amuletów, 

naramienników, lanc i r

ę

koje

ś

ci sadzonych drogimi kamieniami. Ludzie ci 

zachowywali si

ę

 swobodnie a pow

ś

ci

ą

gliwie, z oczu patrzyła im stanowczo

ść

i - zda si

ę

 - słyszymy jeszcze łagodne głosy, które mówi

ą

 o bitwach, 

podró

ż

ach, ucieczkach; przechwalaj

ą

 si

ę

 statecznie, 

ż

artuj

ą

 ze spokojem; 

niekiedy sławi

ą

 z umiarem i bez hałasu własn

ą

 odwag

ę

 lub nasz

ą

 hojno

ść

 

albo z lojalnym zapałem wynosz

ą

 pod niebiosa cnoty swojego władcy. 

Pami

ę

tamy twarze, oczy, głosy, widzimy znów połysk jedwabiu i metalu, 

patrzymy na szemrz

ą

ce rozkołysanie tej ci

ż

by - wspaniałej, 

ś

wi

ą

tecznej, 

wojowniczej; czujemy, zda si

ę

, dotkni

ę

cie przyjaznych, brunatnych r

ą

k, które - 

background image

po krótkim u

ś

cisku - kład

ą

 si

ę

 z powrotem na cyzelowanej r

ę

koje

ś

ci.

Byli to ludzie Karaina - wierni mu i oddani. Łowili swoje ruchy na jego 

ustach; czytali swoje my

ś

li w jego oczach; gdy mrukn

ą

ł do nich niedbale o 

ż

yciu i 

ś

mierci, przyjmowali jego słowa w pokorze jak wyroki przeznaczenia. 

Wszyscy byli lud

ź

mi wolnymi, a zwracali si

ę

 do niego, mówi

ą

c: „twój 

niewolnik”. Z nadej

ś

ciem władcy uciszały si

ę

 głosy, jak gdyby go strzegło 

milczenie; korne poszepty szły za nim. Zwali go swoim wodzem. Był panem 

trzech osad poło

ż

onych w w

ą

skiej dolinie, władc

ą

 nieznacznego skrawka 

ziemi - zdobytego skrawka ziemi - który na kształt ksi

ęż

ycowego sierpa le

ż

ał 

zapomniany mi

ę

dzy pasmem wzgórz a morzem.

Z pokładu naszego szkunera, zakotwiczonego w 

ś

rodku zatoki, Karain 

wyci

ą

gał rami

ę

 ku poszarpanym zarysom wzgórz, obejmuj

ą

c teatralnym 

ruchem cał

ą

 sw

ą

 dziedzin

ę

. Ten szeroki ruch zdawał si

ę

 odsuwa

ć

 wstecz 

granice jego władztwa, powi

ę

kszaj

ą

c je naraz do olbrzymich i nieokre

ś

lonych. 

rozmiarów; zdawało si

ę

 nam przez chwil

ę

ż

e tylko niebo stanowi jego 

granice. I rzeczywi

ś

cie: patrz

ą

c na to miejsce zamkni

ę

te skałami ze strony 

morza i odgrodzone od l

ą

du stromymi zboczami gór, trudno było uwierzy

ć

 w 

istnienie jakiegokolwiek s

ą

siedztwa. Był to zak

ą

tek cichy, stanowi

ą

cy cało

ść

 

sam w sobie, nieznany i pełen 

ż

ycia, które t

ę

tniło potajemnie, sprawiaj

ą

niepokoj

ą

ce wra

ż

enie samotni; które w niewytłumaczony sposób zdawało si

ę

 

pozbawione wszystkiego, co mogłoby pobudzi

ć

 my

ś

l, wzruszy

ć

 serce, 

przypomnie

ć

 złowró

ż

bne nast

ę

pstwo dni. Ten zak

ą

tek wydawał si

ę

 nam 

krajem bez wspomnie

ń

ż

alów i nadziei; krajem, gdzie nic nie mogło 

przetrwa

ć

 nadej

ś

cia nocy i gdzie ka

ż

dy wschód sło

ń

ca - niby oddzielny, 

ol

ś

niewaj

ą

cy akt stworzenia - był oderwany i od. wczoraj, i od jutra.

Karain zatoczył r

ę

k

ą

 łuk w kierunku swego pa

ń

stwa: „Wszystko to 

moje!” Stukn

ą

ł w pokład dług

ą

 lask

ą

; złota jej gałka zabłysła jak spadaj

ą

ca 

gwiazda; stoj

ą

cy tu

ż

 za nim stary Malaj w bogato haftowanym, czarnym 

kaftanie, jeden jedyny z całej 

ś

wity nie powiódł oczami za władczym gestem. 

Nie podniósł nawet powiek. Stał nieruchomo za swym panem z głow

ą

 

spuszczon

ą

, trzymaj

ą

c na prawym ramieniu dług

ą

 kling

ę

 w srebrnej pochwie. 

Pełnił słu

ż

b

ę

, oboj

ę

tny na wszystko. Zdawało si

ę

ż

e co

ś

 mu ci

ąż

y - ale nie 

brzemi

ę

 wieku; 

ż

e ugina si

ę

 raczej pod ci

ęż

arem tajemnicy 

ż

ycia. Karain, 

oci

ęż

ały i pełen wspaniało

ś

ci, stał w pozie wyniosłej i oddychał spokojnie. 

background image

Była to nasza pierwsza wizyta; rozgl

ą

dali

ś

my si

ę

 z ciekawo

ś

ci

ą

.

Zatoka wygl

ą

dała jak bezdenna jama, pełna jaskrawego 

ś

wiatła. 

Okr

ą

gły płat wodny odbijał 

ś

wietliste niebo, a zamykaj

ą

ce go brzegi tworzyły 

matowy pier

ś

cie

ń

 z ziemi, zawieszony w przejrzystej pustce bł

ę

kitu. Ła

ń

cuch 

wzgórz, fioletowych i nagich, odrzynał si

ę

 ci

ęż

ko od nieba; szczyty zdawały 

si

ę

 rozpływa

ć

 w barwnym drganiu, jakby wst

ę

puj

ą

ce w gór

ę

 opary; u stóp 

stromych zboczy, podkre

ś

lonych zieleni

ą

 w

ą

skich rozpadlin, le

ż

ały pola 

ry

ż

owe, k

ę

py bananowców, 

ż

ółte piaski. Strumie

ń

 wił si

ę

 jak upuszczona 

nitka. Grupy drzew owocowych wskazywały miejsca wiosek; smukłe palmy 

ł

ą

czyły głowy nad niskimi chatami; dachy z suchych li

ś

ci palmowych ja

ś

niały z 

dala, za ciemn

ą

 kolumnad

ą

 pni, niby dachy ze złota; barwne postacie 

przesuwały si

ę

, szybko znikaj

ą

c; dym z ognisk tkwił prostopadle nad 

g

ą

szczami kwitn

ą

cych krzewów; połyskiwały bambusowe, płoty, biegn

ą

łaman

ą

 lini

ą

 mi

ę

dzy polami. Nagły okrzyk na wybrze

ż

u d

ź

wi

ę

czał 

ż

ało

ś

nie w 

oddali i urywał si

ę

 niby zduszony ulew

ą

 

ś

wiatła; lekki podmuch znaczył si

ę

 

błyskawic

ą

 ciemno

ś

ci na gładkiej wodzie, owiewał nasze twarze i przepadał. 

Nic si

ę

 nie poruszało. Ol

ś

niewaj

ą

cy blask spływał w 

ś

wietlist

ą

 kotlin

ę

, pełn

ą

 

barw i ciszy.

Tak wygl

ą

dała scena, po której st

ą

pał Karain, przybrany wspaniale dla 

odegrania swej roli, pełen niezrównanego dostoje

ń

stwa, wywy

ż

szony przez 

szczególn

ą

, wrodzon

ą

 mu sił

ę

, która wzbudziła w ludziach bezsensowne 

oczekiwanie, 

ż

e stanie si

ę

 co

ś

 bohaterskiego i buchnie czynem lub pie

ś

ni

ą

 na 

wibruj

ą

ce tło cudownego sło

ń

ca. Uderzaj

ą

cy był - i zagadkowy; nie umieli

ś

my 

bowiem sobie wyobrazi

ć

, jak

ą

 te wymy

ś

lne pozory straszliw

ą

 kry

ć

 mog

ą

 

otchła

ń

. Nie nosił maski - za wiele było w nim 

ż

ycia, a maska jest rzecz

ą

 

bezduszn

ą

 - lecz wyst

ę

pował zasadniczo jak aktor, jak ludzka istota utajona 

za wyzywaj

ą

cym przebraniem. Najdrobniejsze, jego czyny były obmy

ś

lone i 

zaskakuj

ą

ce, przemowy powa

ż

ne, a zdania - pełne złowró

ż

bnych aluzyj i 

zawiłe jak arabeski. Traktowano go z uroczyst

ą

 czci

ą

, któr

ą

 bezceremonialny 

zachód obdarza monarchów tylko na scenie, a przyjmował te gł

ę

bokie hołdy z 

niezachwianym dostoje

ń

stwem, jakie widuje si

ę

 jedynie w 

ś

wietle kinkietów - 

w skondensowanej i fałszywej atmosferze jaskrawego tragizmu. Zapominało 

si

ę

 niemal, kim on jest rzeczywi

ś

cie: naczelnikiem drobnego plemienia w 

zatraconym k

ą

cie Mindanao, gdzie mogli

ś

my ze wzgl

ę

dnym 

background image

bezpiecze

ń

stwem łama

ć

 prawo, zabraniaj

ą

ce dostarczania krajowcom broni 

palnej i amunicji. Co by nast

ą

piło, gdyby która

ś

 z obumarłych hiszpa

ń

skich 

kanonierek, tkni

ę

ta pr

ą

dem galwanicznym, wstała nagle do czynnego 

ż

ycia, 

ta kwestia przestawała nas obchodzi

ć

 z chwil

ą

, gdy znale

ź

li

ś

my si

ę

 wewn

ą

trz 

zatoki - tak dalece pa

ń

stwo Karaina zdawało si

ę

 le

ż

e

ć

 poza obr

ę

bem 

w

ś

cibskiego 

ś

wiata; a przy tym mieli

ś

my w owych czasach do

ść

 

ż

yw

ą

 

wyobra

ź

ni

ę

 i zapatrywali

ś

my si

ę

 z pewnego rodzaju wesoł

ą

 oboj

ę

tno

ś

ci

ą

 na 

perspektyw

ę

ż

e powiesz

ą

 nas gdzie

ś

 chyłkiem, nie nara

ż

aj

ą

c si

ę

 na 

dyplomatyczne interwencje. Co si

ę

 za

ś

 tyczy Karaina, mogło go spotka

ć

 tylko 

to, co spotyka nas wszystkich - przegrana i 

ś

mier

ć

; odznaczał si

ę

 jednak 

pewn

ą

 szczególn

ą

 wła

ś

ciwo

ś

ci

ą

: otaczała go zawsze złuda niezawodnego 

powodzenia. Wydawał si

ę

 zbyt wspaniały, zbyt potrzebny - stanowił zanadto 

niezb

ę

dny warunek istnienia swego kraju i ludu, aby mogło go co

ś

 unicestwi

ć

 

- chyba tylko trz

ę

sienia ziemi. Był wcieleniem swej rasy, swego kraju, 

ż

ywiołu 

nami

ę

tnego 

ż

ycia i tropikalnej przyrody. Posiadał jej bujn

ą

 sił

ę

, jej czar i - 

podobnie jak ona - krył w sobie zaród niebezpiecze

ń

stwa.

Po wielu kolejnych odwiedzinach poznali

ś

my dokładnie scen

ę

, na 

której wyst

ę

pował: fioletowe zakole wzgórz, smukłe drzewa pochylone nad 

chatami, 

ż

ółte piaski, płynn

ą

 ziele

ń

 w

ą

wozów. Wszystko to miało surowy i 

ol

ś

niewaj

ą

cy koloryt malowanej dekoracji, jej celowo

ść

 prawie przesadn

ą

 i 

podejrzan

ą

 nieruchomo

ść

; a scena ta stanowiła tak idealne tło dla 

zdumiewaj

ą

cej gry aktorskiej Karaina, 

ż

e reszta 

ś

wiata zdawała si

ę

 

wył

ą

czona na zawsze ze wspaniałego przedstawienia. Nic nie mogło istnie

ć

 

poza tym. Odnosiło si

ę

 wra

ż

enie, 

ż

e ziemia odsuwa si

ę

, wiruj

ą

c, coraz dalej, 

rzuciwszy w przestrze

ń

 t

ę

 kruszyn

ę

 swojej powierzchni. Karain wydawał si

ę

 

odci

ę

ty od wszystkiego - prócz sło

ń

ca - a nawet i sło

ń

ce było jakby tylko dla 

niego stworzone. Gdy raz zapytałem, co si

ę

 znajduje po drugiej stronie 

wzgórz, odrzekł ze znacz

ą

cym u

ś

miechem: „Przyjaciele i wrogowie - liczni 

wrogowie; inaczej dlaczegó

ż

 bym kupował wasze strzelby i wasz proch?” Taki 

był zawsze - odmierzał słowa zgodnie ze sw

ą

 wol

ą

, stosuj

ą

c si

ę

 wiernie do 

pewników i tajemnic swego otoczenia. „Przyjaciele i wrogowie” - nic poza tym. 

Poj

ę

cie nieuchwytne i szerokie. Ziemia toczyła si

ę

 zaiste coraz dalej, 

usun

ą

wszy si

ę

 spod jego kraju, i oto pozostał z gar

ś

ci

ą

 swojego ludu, 

otoczony bezgło

ś

nym zam

ę

tem - jak gdyby jego pa

ń

stewko było oaz

ą

 w 

background image

ś

wiecie swarliwych cieni. I rzeczywi

ś

cie, 

ż

aden d

ź

wi

ę

k z zewn

ą

trz nie 

przedostawał si

ę

 na ła

ń

cuch wzgórz. „Przyjaciele i wrogowie!” Mógł był 

doda

ć

: „i wspomnienia” - przynajmniej o ile chodziło o niego samego - lecz nie

uczynił tego wówczas. Dowiedzieli

ś

my si

ę

 o tym pó

ź

niej, ale ju

ż

 po 

uko

ń

czeniu codziennego przedstawienia - za kulisami, 

ż

e si

ę

 tak wyra

żę

, i po 

zgaszeniu 

ś

wiateł. A tymczasem roztaczał na scenie swój barbarzy

ń

ski 

majestat.

Przed jakimi dziesi

ę

ciu laty Karain poprowadził na zdobycie zatoki swój 

lud, gar

ść

 zebranych przygodnie w

ę

drownych Bugisów, a teraz pod jego 

dostojn

ą

 piecz

ą

 poddani zapomnieli o przeszło

ś

ci i zbyli si

ę

 wszelkiej troski o 

przyszło

ść

. Obdarzał ich m

ą

dro

ś

ci

ą

, rad

ą

, nagrod

ą

, kar

ą

ż

yciem lub 

ś

mierci

ą

, zachowuj

ą

c zawsze niezachwian

ą

 pogod

ę

 w mowie i wygl

ą

dzie. 

Znał si

ę

 na nawadnianiu pól i sztuce wojennej, na broni i budowaniu statków. 

Umiał zatai

ć

 uczucia; miał wi

ę

cej wytrwało

ś

ci ni

ż

 którykolwiek z jego 

poddanych, potrafił pływa

ć

 dłu

ż

ej i lepiej sterowa

ć

 łodzi

ą

, a strzelał celniej i 

prowadził układy bardziej zawile od wszystkich ludzi z jego rasy, jakich 

zdarzyło mi si

ę

 spotka

ć

. Był to morski awanturnik, wygnaniec, władca - i mój 

serdeczny przyjaciel. 

Ż

ycz

ę

 mu szybkiej 

ś

mierci w

ś

ród walki, 

ś

mierci w blasku 

słonecznym, albowiem zakosztował władzy i wyrzutów sumienia, a 

ż

aden 

człowiek nie mo

ż

e wi

ę

cej wymaga

ć

 od 

ż

ycia. Dzie

ń

 po dniu zjawiał si

ę

 przed 

nami, niezachwianie wierny scenicznej perspektywie, a o zachodzie nagle 

pochłaniała go noc jak spuszczona kurtyna. Porysowane wzgórza zamieniały 

si

ę

 w czarne cienie, stercz

ą

ce wysoko na czystym niebie; nad nimi błyszcz

ą

cy 

bezład gwiazd podobny był do obł

ą

kanego zam

ę

tu, uciszonego jednym 

gestem; wszelkie d

ź

wi

ę

ki milkły, ludzie usypiali, kształty si

ę

 rozpływały i 

pozostawała tylko istota wszech

ś

wiata - przedziwna otchła

ń

 mroku i 

ś

wietlistych migotów.

II

Dopiero noc

ą

 mówił z nami otwarcie, zapominaj

ą

c o wymaganiach 

scenicznej etykiety. Za dnia rozprawiali

ś

my uroczy

ś

cie o interesach. Na 

pocz

ą

tku naszej znajomo

ś

ci dzieliła go ode mnie jego wspaniało

ść

, moje 

nikczemne podejrzenia i sceniczny krajobraz, który wdzierał si

ę

 do realnego 

ż

ycia i przesłaniał je nieruchom

ą

 fantazj

ą

 barw i kształtów. Liczna 

ś

wita 

tłoczyła si

ę

 wkoło Karaina; nad jego głow

ą

 szerokie ostrza włóczni tworzyły 

background image

naje

ż

on

ą

 aureol

ę

 z 

ż

elaza; odgradzał si

ę

 od ludzi połysk broni, l

ś

nienie 

jedwabi, podniecony i korny gwar zapalczywych głosów. Przed zachodem 

sło

ń

ca 

ż

egnał nas ceremonialnie i odje

ż

d

ż

ał pod czarnym parasolem, 

otoczony orszakiem dwudziestu łodzi. Wszystkie wiosła błyskały 

jednocze

ś

nie, zanurzaj

ą

c si

ę

 pot

ęż

nym pluskiem, który rozbrzmiewał gło

ś

nym 

echem we wspaniałym amfiteatrze wzgórz. Szeroki strumie

ń

 ol

ś

niewaj

ą

cej 

piany 

ś

cielił si

ę

 za flotyll

ą

. Łodzie wydawały si

ę

 bardzo czarne w

ś

ród białego 

syku wody; głowy w zawojach chyliły si

ę

 w tył i naprzód; mnóstwo ramion w 

czerwonych i 

ż

ółtych r

ę

kawach wznosiło si

ę

 i opadało jednym ruchem; 

włócznicy stoj

ą

cy w tyle łodzi mieli barwne sarongi i ramiona błyszcz

ą

ce jak u 

br

ą

zowych pos

ą

gów; strofy pie

ś

ni, skandowanych półgłosem przez wio

ś

larzy, 

ko

ń

czyły si

ę

 w miarowych odst

ę

pach 

ż

ałosnym krzykiem Orszak malał w 

oddali, urywała si

ę

 pie

śń

; wysypywali si

ę

 na brzeg w

ś

ród długich cieni 

padaj

ą

cych od zachodnich wzgórz. Promienie sło

ń

ca oci

ą

gały si

ę

 jeszcze, 

lgn

ą

c do purpurowych szczytów; widzieli

ś

my wyra

ź

nie Karaina, wiod

ą

cego 

orszak ku cz

ę

stokołowi. Szedł z goł

ą

 głow

ą

, wielki i oci

ęż

ały, wyprzedzaj

ą

c o 

dobry kawał lu

ź

no rozsypan

ą

 

ś

wit

ę

, i kołysał rytmicznie hebanow

ą

 lask

ą

si

ę

gaj

ą

c

ą

 mu wy

ż

ej głowy. Mrok g

ę

stniał szybko; pochodnie błyskały od 

czasu do czasu za krzakami; kilka razy rozlegały si

ę

 przeci

ą

głe nawoływania 

w wieczornej ciszy i wreszcie noc zaci

ą

gała gładk

ą

 zasłon

ę

 na wybrze

ż

e, 

ś

wiatła i głosy.

Potem, gdy zabierali

ś

my si

ę

 ju

ż

 do spoczynku, wartownik szkunera 

okrzykiwał daleki plusk wioseł w gwia

ź

dzistym mroku zatoki. Jaki

ś

 głos 

odpowiadał mu ostro

ż

nie, a nasz serang, wtykaj

ą

c głow

ę

 przez otwarty luk, 

oznajmiał bez zdziwienia: „To rad

ż

a przyj

ść

. On ju

ż

 tu by

ć

”. Karain ukazywał 

si

ę

 bez szmeru na progu małej kajuty. Wydawał si

ę

 wówczas uosobieniem 

prostoty - odziany w biel, z zawojem na głowie; za cał

ą

 bro

ń

 miał tylko krys o 

zwyczajnej rogowej r

ę

koje

ś

ci, przy czym zasłaniał go uprzejmie fałd

ą

 

saronga, nim próg przest

ą

pił. Za jego plecami widniała zawsze zniszczona i 

ponura twarz starego Malaja nosz

ą

cego miecz - twarz pokryta tak g

ę

stymi 

zmarszczkami, 

ż

e zdawała si

ę

 patrze

ć

 skro

ś

 oczek cienkiej, ciemnej siatki. 

Karain nie ruszał si

ę

 nigdzie bez tego zausznika, który stał tu

ż

 za nim albo 

przysiadał na pi

ę

tach. Rad

ż

a nie lubił czu

ć

 za sob

ą

 otwartej przestrzeni. A 

nawet wi

ę

cej, ni

ż

 nie lubił: zdawało si

ę

 po prostu, 

ż

e si

ę

 l

ę

ka, 

ż

e niepokoi go 

background image

to, co si

ę

 dzieje tam, gdzie wzrok jego nie si

ę

ga. Nie mogli

ś

my tego 

zrozumie

ć

 wobec jawnej i zapami

ę

tałej wierno

ś

ci, jaka go otaczała Znajdował 

si

ę

 przecie

ż

 sam w

ś

ród oddanych mu ludzi; nie czyhały na niego ani 

s

ą

siedzkie zasadzki, ani braterskie ambicje, a jednak niejeden z naszych 

go

ś

ci zapewniał, 

ż

e władca nie znosi samotno

ś

ci. Mówili nam: „Nawet kiedy 

je albo 

ś

pi, jest przy nim zawsze na stra

ż

y człowiek, który posiada bro

ń

 i sił

ę

”. 

I rzeczywi

ś

cie zawsze mu kto

ś

 towarzyszył, ale nasi informatorzy nie mieli 

wyobra

ż

enia ani o broni, ani o sile tego stra

ż

nika, które były zaiste ciemne i 

straszliwe, Przekonali

ś

my si

ę

 o tym, ale dopiero pó

ź

niej, słuchaj

ą

c pewnego 

opowiadania.

Zauwa

ż

yli

ś

my tymczasem, 

ż

e nawet podczas najwa

ż

niejszych rozmów 

Karain wzdrygał si

ę

 cz

ę

sto i przerywaj

ą

c swoje wywody si

ę

gał w tył nagłym 

ruchem, aby si

ę

 przekona

ć

, czy stary Malaj jest za nim. A stary Malaj, 

tajemniczy i znu

ż

ony, był zawsze na stanowisku. Dzielił po

ż

ywienie władcy; 

jego spoczynek, jego my

ś

li; znał jego plany, strzegł jego tajemnic i - 

niewzruszony wobec wzburzenia swego pana, nie drgn

ą

wszy nawet, szeptał 

mu koj

ą

co nad głow

ą

 jakie

ś

 nieuchwytne słowa.

Dopiero gdy Karain znalazł si

ę

 na szkunerze, otoczony białymi 

twarzami, w

ś

ród nie znanych sobie d

ź

wi

ę

ków i przedmiotów, zdawał si

ę

 

zapomina

ć

 o dziwnym niepokoju, który wił si

ę

 jak czarna ni

ć

 przez 

wspaniało

ść

 i pomp

ę

 jego publicznego 

ż

ycia. Noc

ą

 zachowywali

ś

my si

ę

 

wobec władcy w sposób swobodny i niewymuszony, nie posuwaj

ą

c si

ę

 jednak 

a

ż

 do klepania go po plecach, istniej

ą

 bowiem poufało

ś

ci, których nale

ż

y si

ę

 

wystrzega

ć

 w stosunku do Malaja. O

ś

wiadczył nam, 

ż

e podczas tych wizyt 

jest nie tylko człowiekiem prywatnym, który przybywa w odwiedziny do ludzi 

równych sobie urodzeniem. Zdaje si

ę

ż

e miał nas a

ż

 do ko

ń

ca za tajnych 

wysłanników rz

ą

du, popieraj

ą

cych za pomoc

ą

 nielegalnego handlu jaki

ś

 plan 

wysoce dyplomatyczny. Nasze zaprzeczenia i protesty były bezskuteczne. 

U

ś

miechał si

ę

 tylko uprzejmie a dyskretnie i zapytywał o królow

ą

. Ka

ż

da 

wizyta rozpoczynała si

ę

 od tego pytania; 

żą

dny był wszelkich szczegółów o 

niej: czarował go urok władczym, której berło rzucało cie

ń

 si

ę

gaj

ą

cy z 

zachodu przez ziemie i morza - a

ż

 hen daleko poza pi

ę

d

ź

 ziemi zdobyt

ą

 

przez Karaina. Wymy

ś

lał coraz to nowe pytania; nigdy nie był syty 

wiadomo

ś

ci tycz

ą

cych si

ę

 monarchini, a mówił o niej z podziwem i rycersk

ą

 

background image

czci

ą

, z pewnym rodzajem tkliwo

ś

ci i grozy! Dowiedzieli

ś

my si

ę

 pó

ź

niej, 

ż

e był 

synem kobiety, która przed wielu laty rz

ą

dziła małym pa

ń

stwem bugiskim, i 

wpadli

ś

my na domysł, 

ż

e wida

ć

 pami

ęć

 o matce - a wspominał j

ą

 zawsze z 

zachwytem - stapiała si

ę

 niejako w jego umy

ś

le z wyobra

ż

eniem, które 

usiłował sobie wytworzy

ć

 o dalekiej królowej, zwanej przez niego Wielk

ą

Niezwyci

ęż

on

ą

, Pobo

ż

n

ą

 i Szcz

ęś

liw

ą

. Musieli

ś

my w ko

ń

cu wymy

ś

la

ć

 ró

ż

ne 

szczegóły, aby nasyci

ć

 jego zachłann

ą

 ciekawo

ść

; nale

ż

y nam wybaczy

ć

 to 

uchybienie lojalno

ś

ci, gdy

ż

 usiłowali

ś

my dostroi

ć

 informacje do wzniosłego i 

wspaniałego ideału, jaki sobie Karain wytworzył. Rozmawiali

ś

my bez ko

ń

ca. 

Noc przesuwała si

ę

 nad nami, nad cichym szkunerem, nad 

ś

pi

ą

cym l

ą

dem. i 

nad bezsennym morzem, które grzmiało w

ś

ród skał na zewn

ą

trz zatoki. 

Wio

ś

larze Karaina - dwaj zaufani ludzie - spali w łodzi u stóp okr

ę

towej 

drabiny. Stary zausznik, zwolniony ze swego obowi

ą

zku, drzemał na pi

ę

tach, 

oparłszy si

ę

 plecami o odrzwia; a Karain siedział rozparty w drewnianym 

fotelu pod z lekka rozkołysan

ą

 lamp

ą

, z cygarem w ciemnych palcach, przed 

szklank

ą

 pełn

ą

 lemoniady. Bawił go syk ulatniaj

ą

cego si

ę

 gazu, ale 

poci

ą

gn

ą

wszy jeden lub dwa łyki, czekał, a

ż

 si

ę

 napój wyszumi, po czym 

dwornym ruchem r

ę

ki prosił o 

ś

wie

żą

 butelk

ę

. Dziesi

ą

tkował nasz skromny 

zapas, lecz go

ś

cili

ś

my go ch

ę

tnie, bo rozgadawszy si

ę

 opowiada! bardzo 

interesuj

ą

co. Musiał by

ć

 ongi wielkim bugiskim dandysem, gdy

ż

 nawet w 

owym czasie (a kiedy

ś

my go znali, nie był ju

ż

 młody) nieskazitelna czysto

ść

 

cechowała zawsze wspaniały jego strój, a włosy barwił na kolor 

jasnobr

ą

zowy. Spokojne dostoje

ń

stwo jego obej

ś

cia zamieniało 

ź

le 

o

ś

wietlon

ą

 kajut

ę

 na sal

ę

 posłucha

ń

. Mówił o sprawach polityki na 

archipelagu z bystro

ś

ci

ą

 pełn

ą

 ironii i melancholii. Napodró

ż

ował si

ę

 wiele, 

niemało przeszedł, spiskował, walczył. Znał tuziemcze dwory, osady 

europejskie, lasy, morze i - jak si

ę

 sam wyra

ż

ał - rozmawiał swego czasu z 

wielu sławnymi lud

ź

mi. Lubił ze mn

ą

 gaw

ę

dzi

ć

, poniewa

ż

 znałem niejednego 

z owych potentatów; zdawał si

ę

 s

ą

dzi

ć

ż

e ja zdolny jestem go zrozumie

ć

, i ze 

wspaniał

ą

 pewno

ś

ci

ą

 siebie wnioskował, 

ż

e umiem przynajmniej oceni

ć

, o ile 

on sam stoi wy

ż

ej od innych znakomito

ś

ci. Ale ch

ę

tniej jeszcze rozmawiał o 

swoim kraju rodzinnym - małym pa

ń

stewku bugiskim, le

żą

cym na wyspie 

Celebes. Poniewa

ż

 byłem tam niedawno, rozpytywał mnie usilnie o nowiny. 

Gdy podczas rozmowy wypływały imiona ro

ż

nych ludzi, mówił o tym lub 

background image

owym: „Pływałem z nim w zawody, gdy byli

ś

my chłopcami”. Albo: 

„Polowali

ś

my razem - władał p

ę

tl

ą

 i włóczni

ą

 równie dobrze jak ja”. Niekiedy 

toczył niespokojnie wielkimi, zamy

ś

lonymi oczami, marszczył brwi albo 

u

ś

miechał si

ę

, albo zamy

ś

lał i, patrz

ą

c przed siebie w milczeniu, kiwał z lekka 

głow

ą

 ku jakiej

ś

 nieod

ż

ałowanej wizji z lat minionych.

Matka jego rz

ą

dziła ongi niewielkim, na wpół niezale

ż

nym 

pa

ń

stewkiem na wybrze

ż

u zatoki Boni. Opowiadał o niej z dum

ą

. Była to 

kobieta pełna zdecydowania w sprawach pa

ń

stwa, tudzie

ż

 własnego serca. 

Po 

ś

mierci pierwszego m

ęż

a, nie zastraszona hała

ś

liw

ą

 opozycj

ą

 swych 

wodzów, po

ś

lubiła bogatego kupca z plemienia Korinchi, człowieka o niskim 

pochodzeniu. Karain był jej synem z tego drugiego mał

ż

e

ń

stwa, lecz 

niefortunna ta okoliczno

ść

 nie miała snad

ź

 nic wspólnego z jego wygnaniem. 

Przyczyn tego wygnania wcale nam nie wyjawił, cho

ć

 raz wymkn

ę

ło mu si

ę

 z 

westchnieniem: „Ha! kraj mój nie poczuje ju

ż

 nigdy ci

ęż

aru moich kroków”. 

Ale opowiadał ch

ę

tnie dzieje swych w

ę

drówek i opisał nam szczegółowo 

zdobycie zatoki. Napomkn

ą

wszy o plemieniu mieszkaj

ą

cym za pasmem 

wzgórz, rzekł raz cicho i łagodnie, z niedbałym ruchem r

ę

ki: „Przyszli kiedy

ś

 

przez góry, aby walczy

ć

 z nami; ale ci, którzy uciekli, nie powrócili ju

ż

 nigdy”. 

Zamy

ś

lił si

ę

 na chwil

ę

, u

ś

miechaj

ą

c si

ę

 do siebie. „Bardzo niewielu uciekło” - 

dodał z pogodn

ą

 dum

ą

. Kochał wspomnienia swych powodze

ń

ż

ywił radosny 

zapał do czynu; gdy opowiadał, wygl

ą

d jego był wojowniczy, rycerski i 

wzniosły. Nic dziwnego, 

ż

e lud go wielbił. Widzieli

ś

my raz, jak szedł w blasku 

dnia mi

ę

dzy chatami osady. Gromadki kobiet stoj

ą

cych we drzwiach ogl

ą

dały 

si

ę

 za nim z cichym szczebiotem błyszcz

ą

cymi oczami; zbrojni ludzie 

ust

ę

powali mu z drogi „ prostuj

ą

c si

ę

 w postawach pełnych czci; inni 

podchodzili z boku, zginaj

ą

c karki, aby przemówi

ć

 do

ń

 pokornie; stara 

kobieta, stoj

ą

ca w ciemnej framudze drzwi, wyci

ą

gn

ę

ła chude rami

ę

 i 

zawołała: „Błogosławiona twoja głowa!” Jaki

ś

 człowiek o ognistych oczach 

wychylił przez niskie ogrodzenie bananowego gaju mokr

ą

 od potu twarz i 

pier

ś

 przeoran

ą

 dwiema bliznami. Krzykn

ą

ł zdyszanym głosem w 

ś

lad za nim: 

„Bo

ż

e, daj zwyci

ę

stwo naszemu władcy!” Karain szedł pr

ę

dko, stawiaj

ą

długie, pewne kroki, i odpowiadał na sypi

ą

ce si

ę

 zewsz

ą

d powitania szybkimi, 

przenikliwymi spojrzeniami. Dzieci biegły naprzód w

ś

ród chat i wygl

ą

dały 

l

ę

kliwie zza w

ę

głów, młodzi chłopcy trzymali si

ę

 na jednej linii z władc

ą

background image

przemykaj

ą

c si

ę

 mi

ę

dzy krzewami, a oczy ich błyszczały w

ś

ród ciemnych li

ś

ci. 

Stary zausznik, dzier

żą

c srebrn

ą

 pochw

ę

 na ramieniu, sun

ą

ł pr

ę

dko tu

ż

 za 

Karainem z głow

ą

 spuszczon

ą

 i oczami wbitymi w ziemi

ę

. Przechodzili 

szybko, skupieni, w

ś

ród ogólnego poruszenia, niby dwaj ludzie d

ążą

cy 

spiesznie przez pustkowie.

W sali narad wojennych otaczali Karaina powa

ż

ni zbrojni dowódcy, 

starzy za

ś

 wojownicy w bawełnianych szatach przysiadali na pi

ę

tach w dwóch 

długich rz

ę

dach, z r

ę

kami zwisaj

ą

cymi bezczynnie z kolan. Pod strzech

ą

 

wspart

ą

 na gładkich kolumnach - z których ka

ż

da kosztowała 

ż

ycie smukł

ą

młod

ą

 palm

ę

 - wo

ń

 kwitn

ą

cych 

ż

ywopłotów przepływała ciepł

ą

 fal

ą

. Sło

ń

ce 

zni

ż

ało si

ę

. Na otwarty dziedziniec wchodzili suplikanci, wznosz

ą

c ju

ż

 z oddali 

ą

czone r

ę

ce ponad schylone głowy i gn

ą

c si

ę

 nisko w jasnym potoku 

ś

wiatła. Młode dziewcz

ę

ta z kwiatami na kolanach siedziały pod wielkim 

drzewem, w cieniu szeroko rozpostartych konarów. Niebieski dym ci

ą

gn

ą

ł od 

ognisk i powlekał przejrzyst

ą

 mgł

ą

 spadziste dachy chat o połyskliwych 

ś

cianach plecionych z trzciny; wokół nich biegły słupy z grubo ciosanych pni, 

podpieraj

ą

ce pochyły okap. Karain sprawował s

ą

dy w cieniu drzew; tronuj

ą

na wysokim siedzisku, wydawał rozkazy, udzielał rad lub napomnie

ń

. Gwar 

pochlebnych głosów wzmagał si

ę

 od czasu do czasu, a bezczynni włócznicy - 

którzy stali wsparci niedbale o słupy, przypatruj

ą

c si

ę

 dziewcz

ę

tom - 

odwracali z wolna głowy. 

Ż

aden m

ąż

 nie 

ż

ył pod osłon

ą

 takiej czci, zaufania i 

grozy. A jednak pochylał si

ę

 chwilami i nasłuchiwał - niby dalekiego echa 

jakiej

ś

 zwady; czekał - zda si

ę

 - 

ż

e usłyszy czyj

ś

 cichy głos lub szelest lekkich 

kroków; czasem na wpół porywał si

ę

 z krzesła, jak gdyby kto

ś

 poufale dotkn

ą

ł 

jego ramiona. Rzucał w tył trwo

ż

ne spojrzenie; stary zausznik szeptał mu do 

ucha nieuchwytne słowa, a wodzowie odwracali oczy - bo oto stary czarownik, 

człowiek rozkazuj

ą

cy widmom i zsyłaj

ą

cy złe duchy na nieprzyjaciół, 

przemawiał do władcy. W kr

ą

g ciszy zalegaj

ą

cej na krótko dziedziniec 

szumiały z lekka drzewa; cichy 

ś

miech dziewcz

ą

t bawi

ą

cych si

ę

 kwiatami 

tryskał kaskad

ą

 radosnych d

ź

wi

ę

ków. Na szczytach wysokich drzew długie 

p

ę

ki barwionego ko

ń

skiego włosia mieniły si

ę

 w podmuchach wiatru 

przejrzyst

ą

 purpur

ą

, a strumie

ń

 o kryształowej, bystrej wodzie, płyn

ą

cy za 

jaskrawym kwieciem 

ż

ywopłotów, toczył si

ę

 niewidzialny i gło

ś

ny pod 

zwisaj

ą

c

ą

 traw

ą

 brzegu, szemrz

ą

c co

ś

 nami

ę

tnie i łagodnie.

background image

Po zachodzie sło

ń

ca wida

ć

 było z dala - poprzez pola i zatok

ę

 - p

ę

ki 

pochodni gorej

ą

cych pod wysokim dachem szopy przeznaczonej na narady. 

Dymi

ą

ce czerwone płomienie chwiały si

ę

 na wysokich 

ż

erdziach; ognisty 

blask przebiegał po twarzach, lgn

ą

ł do gładkich pni palm, krzesał jasne iskry z 

metalowych półmisków, stoj

ą

cych na cienkich matach. Ten nieznany 

awanturnik ucztował jak król. Małe grupki ludzi obsiadały ciasnym kołem 

drewniane misy, brunatne r

ę

ce kr

ąż

yły nad 

ś

nie

ż

nymi kopczykami ry

ż

u. 

Karain, siedz

ą

c troch

ę

 na uboczu na prostej ławie, wspierał spuszczon

ą

 

głow

ę

 na dłoni, a obok niego jaki

ś

 młodzieniec improwizował rapsod sławi

ą

cy 

jego m

ą

dro

ść

 i odwag

ę

. Pie

ś

niarz kiwał si

ę

 rytmicznie, tocz

ą

c rozgorzałym 

wzrokiem; stare kobiety dreptały w koło z półmiskami, a biesiadnicy siedz

ą

cy 

na pi

ę

tach podnosili głowy i wsłuchiwali si

ę

 z powag

ą

, nie zaprzestaj

ą

jedzenia. Pie

śń

 triumfu rozbrzmiewała w nocnym powietrzu; strofy płyn

ę

ły 

ponure i ogniste jak my

ś

li pustelnika. Uciszył je gestem: „Dosy

ć

!” W oddali 

chichotał puszczyk, rozkoszuj

ą

cy si

ę

 gł

ę

bokim mrokiem w g

ą

szczu listowia; 

nad głowami biegały po dachu z palmowych li

ś

ci jaszczurki, nawołuj

ą

c si

ę

 

łagodnie; suche li

ś

cie w strzesze szele

ś

ciły; gwar zmieszanych głosów 

pot

ę

gował si

ę

 nagle. Karain, powiódłszy w kr

ą

g trwo

ż

nym spojrzeniem, jak 

człowiek zbudzony nagłym poczuciem niebezpiecze

ń

stwa, rzucał si

ę

 w tył i 

pod wzrokiem starego czarownika uspokajał si

ę

 stopniowo, podejmuj

ą

c z 

szeroko rozwartymi oczami w

ą

ą

 ni

ć

 swoich marze

ń

. Wszyscy wokoło 

ś

ledzili 

zmian

ę

 w usposobieniu pana; gwar o

ż

ywionej rozmowy przycichał jak fala na 

płytkim brzegu. Władca jest zamy

ś

lony! I ponad szmer zni

ż

onych głosów 

wybijał si

ę

 tylko lekki szcz

ę

k broni, jakie

ś

 pojedyncze, gło

ś

niejsze słowo, 

wyra

ź

ne i samotne, lub te

ż

 powa

ż

ne brz

ę

kni

ę

cie wielkiej miedzianej tacy.

III

Odwiedzali

ś

my go przez dwa lata w krótkich odst

ę

pach czasu. 

Polubili

ś

my go, nabrali

ś

my do niego zaufania, podziwiali

ś

my go prawie. 

Spiskował i przygotowywał wojn

ę

, wykazuj

ą

c tyle cierpliwo

ś

ci i przezorno

ś

ci, 

tak

ą

 

ś

wiadomo

ść

 celu i wytrwało

ść

, o jakie nie pos

ą

dziłbym go nigdy, 

zwa

ż

ywszy na jego ras

ę

. Wydawał si

ę

 nieustraszony wobec jutra i zdradzał w 

planach bystro

ść

, ograniczon

ą

 jedynie przez gł

ę

bok

ą

 ignorancj

ę

 w stosunku 

do pozostałego 

ś

wiata. Starali

ś

my si

ę

 go o

ś

wieci

ć

; ale na pró

ż

no; nie był w 

stanie poj

ąć

, jak nieodparte s

ą

 siły, którym si

ę

 przeciwstawiał; nic nie mogło 

background image

ostudzi

ć

 zapału, z jakim gotował si

ę

 do walki o swoje prymitywne ideały. Nie 

rozumiał nas i odpowiadał argumentami, które doprowadzały do rozpaczy 

dziecinn

ą

 sw

ą

 przebiegło

ś

ci

ą

. Ciasnota jego poj

ęć

 była nieuleczalna. Czasem 

błyskała w nim mroczna, 

ż

arz

ą

ca si

ę

 w

ś

ciekło

ść

 - ponure a niejasne poczucie 

doznanej krzywdy - i skupiona 

żą

dza gwałtu, niebezpieczna u Malaja. 

Szale

ń

stwo porywało go jak natchnienie. Pewnego razu, gdy rozmawiali

ś

my 

długo w noc w kampongu, skoczył nagle na równe nogi. Wielkie, jasne 

ognisko paliło si

ę

 w gaju; 

ś

wiatła i cienie ta

ń

czyły mi

ę

dzy drzewami; w

ś

ród 

cichej nocy migały nietoperze, przelatuj

ą

c pod gał

ę

ziami jak roztrzepotane 

płatki zg

ę

szczonego mroku. Karain porwał miecz z r

ą

k starego zausznika, 

wyci

ą

gn

ą

ł z pochwy, a

ż

 

ś

wisn

ę

ło W powietrzu, i wbił ostrze w ziemi

ę

. Nad 

cienk

ą

, prost

ą

 kling

ą

 srebrna r

ę

koje

ść

, oswobodzona z uwi

ę

zi, słaniała si

ę

 

przed Karainem jak co

ś

 

ż

ywego. Cofn

ą

ł si

ę

 o krok i głuchym głosem 

przemówił dziko do wibruj

ą

cej stali:

- Je

ś

li jest cnota w ogniu, w 

ż

elazie, w r

ę

ce, która ci

ę

 wykuła, w 

słowach nad tob

ą

 wyrzeczonych, w pragnieniu mego serca i w m

ą

dro

ś

ci 

twoich twórców - odniesiemy razem zwyci

ę

stwo!

Wyci

ą

gn

ą

ł miecz z ziemi i popatrzył wzdłu

ż

 ostrza.

- Bierz! - rzekł przez rami

ę

 do starego zausznika.

A ów, siedz

ą

c bez ruchu na pi

ę

tach, obtarł ostrze brzegiem saronga, 

wetkn

ą

ł z powrotem bro

ń

 do pochwy i w dalszym ci

ą

gu piastował j

ą

 na 

kolanach, nie spojrzawszy w gór

ę

 ani razu. Karain uspokoił si

ę

 nagle i zasiadł 

na powrót z godno

ś

ci

ą

. Od tej chwili dali

ś

my pokój perswazjom, 

pozostawiaj

ą

c go na drodze wiod

ą

cej ku chwalebnej pora

ż

ce. Wszystko, co 

mo

ż

na było dla niego zrobi

ć

, polegało tylko na jednym: pilnowali

ś

my, aby 

proch był dobry i strzelby zdatne do u

ż

ytku, cho

ć

 stare.

Ale gra stała si

ę

 w ko

ń

cu zbyt ryzykowna i chocia

ż

 my sami, 

prowadz

ą

c j

ą

 tak cz

ę

sto, niewiele robili

ś

my sobie z niebezpiecze

ń

stwa, pewni 

wielce szanowni ludzie, siedz

ą

cy zacisznie po biurach, rozstrzygn

ę

li za nas, 

ż

e ryzyko jest zbyt wielkie i 

ż

e odb

ę

dziemy ju

ż

 tylko jedn

ą

 jedyn

ą

 wypraw

ę

Rozpu

ś

ciwszy, jak zwykle, wiele mylnych pogłosek co do celu naszej 

podró

ż

y, wymkn

ę

li

ś

my si

ę

 spokojnie i po krótkiej przeprawie wpłyn

ę

li

ś

my do 

zatoki. Był wczesny ranek i zanim jeszcze kotwica si

ę

gn

ę

ła dna, szkuner 

został otoczony przez łódki.

background image

Pierwsz

ą

 rzecz

ą

, któr

ą

 usłyszeli

ś

my, była wiadomo

ść

ż

e tajemniczy 

zausznik Karaina umarł przed kilku dniami. Nie przypisywali

ś

my tej nowinie 

wielkiego znaczenia. Zapewne, trudno było sobie wyobrazi

ć

 Karaina bez 

nieodst

ę

pnego towarzysza, ale człowiek ów był stary, nigdy do 

ż

adnego z nas 

słowa nie przemówił - nie słyszeli

ś

my chyba wcale d

ź

wi

ę

ku jego głosu i 

przyzwyczaili

ś

my si

ę

 patrze

ć

 na

ń

 jak na co

ś

 pozbawionego 

ż

ycia, jak na 

cz

ęść

 przepychu, w

ś

ród którego 

ż

ył nasz przyjaciel, jak na miecz, który za 

nim noszono, lub czerwony parasol z fr

ę

dzlami, pojawiaj

ą

cy si

ę

 w czasie 

uroczystych objazdów. Karain nie odwiedził nas po południu, jak to czynił 

zazwyczaj. Przed zachodem sło

ń

ca przesłał nam pozdrowienie i dar zło

ż

ony z 

owoców i jarzyn. Nasz przyjaciel płacił nam jak bankier, a go

ś

cił nas jak król. 

Oczekiwali

ś

my go do północy. Na rufie pod płóciennym dachem brodaty 

Jackson brzd

ą

kał na starej gitarze i 

ś

piewał ohydnym akcentem stare 

romanse hiszpa

ń

skie, a młody Hollis i ja, rozci

ą

gni

ę

ci na pokładzie, grali

ś

my 

w szachy przy 

ś

wietle latarni. Karain nie pojawił si

ę

 jednak. Nast

ę

pnego dnia 

byli

ś

my zaj

ę

ci wyładowaniem towaru i dowiedzieli

ś

my si

ę

ż

e rad

ż

a jest 

niezdrów. Oczekiwane przez nas zaproszenie nie nadeszło. Przesłali

ś

my 

przyjazne pozdrowienia, lecz boj

ą

c si

ę

 przeszkodzi

ć

 jakim

ś

 tajemnym 

obradom, nie opu

ś

cili

ś

my statku. Na trzeci dzie

ń

 wczesnym rankiem 

wyładowali

ś

my ju

ż

 wszystek proch i karabiny, a tak

ż

e i sze

ś

ciofuntow

ą

 

mosi

ęż

n

ą

 armatk

ę

 z lawet

ą

, któr

ą

 zakupili

ś

my i wspólnie na dar dla naszego 

przyjaciela.

Po południu uczyniło si

ę

 parno. Strz

ę

piaste brzegi czarnych chmur 

wygl

ą

dały zza pagórków; niewidzialne burze kr

ąż

yły naokół, warcz

ą

c jak 

dzikie bestie. Przygotowali

ś

my szkuner do odjazdu, aby odpłyn

ąć

 nast

ę

pnego 

ranka o 

ś

wicie. Dzie

ń

 cały pra

ż

yło zatok

ę

 bezlitosne sło

ń

ce, okrutne i blade, 

roz

ż

arzone do biało

ś

ci. Na l

ą

dzie panowała martwota. Wybrze

ż

e było puste, 

osady zdawały si

ę

 wyludnione, dalekie drzewa stały w nieruchomych k

ę

pach 

jak namalowane; biały dym z niewidzialnych ognisk snuł si

ę

 nisko u brzegu, 

niby opadaj

ą

ca mgła. Nad wieczorem trzech zaufanych ludzi Karaina, 

przybranych w najpi

ę

kniejsze stroje i uzbrojonych od stóp do głów, przybyło w 

czółnie, wioz

ą

c skrzynk

ę

 z dolarami. Pos

ę

pni byli i przybici; mówili nam, 

ż

przez pi

ęć

 dni nie widzieli swojego rad

ż

y. Nikt go nie widział! Uregulowali

ś

my 

wszystkie rachunki, po czym wysłannicy Karaina, podawszy nam kolejno r

ę

ce 

background image

w gł

ę

bokim milczeniu, zeszli jeden po drugim do łodzi i ruszyli ku brzegowi. 

Siedzieli blisko siebie w jaskrawych strojach, zwiesiwszy głowy; złote hafty 

kaftanów błyszczały ol

ś

niewaj

ą

co, gdy si

ę

 oddalali, sun

ą

c po gładkiej wodzie; 

ż

aden z nich nie obejrzał si

ę

 ani razu. Przed zachodem warcz

ą

ce chmury 

zdobyły szturmem pasmo wzgórza i zsun

ę

ły si

ę

, kotłuj

ą

c; po wewn

ę

trznych 

zboczach. Wszystko znikn

ę

ło: czarna, wiruj

ą

ca kurzawa wypełniła zatok

ę

, a 

ś

rodku niej szkuner kołysał si

ę

 tam i sam w zmiennych podmuchach 

wiatru. Pojedynczy wystrzał piorunu zagrzmiał z sił

ą

, która - zdało si

ę

 - 

rozniesie w kawałki pier

ś

cie

ń

 wysokich wzgórz; ciepły potop spłyn

ą

ł na 

ziemi

ę

. Wiatr zamarł. Sapali

ś

my z gor

ą

ca w dusznej kabinie; z twarzy lał si

ę

 

nam pot; zatoka syczała jak gotuj

ą

ca si

ę

 woda; ulewny deszcz zlatywał w 

prostopadłych kolumnach ci

ęż

kich jak ołów; chlustał o pokład, lał si

ę

 z rej, 

bulgotał, szlochał, pluskał, szemrał w 

ś

lepym mroku. Lampka paliła si

ę

 

ciemno. Hollis, obna

ż

ony do pasa, le

ż

ał na skrzyni bez ruchu, z zamkni

ę

tymi 

oczami, niby obdarty trup; u jego głowy Jackson brzd

ą

kał na gitarze i 

pod

ś

piewywał w

ś

ród westchnie

ń

 ponur

ą

 dumk

ę

 o beznadziejnej miło

ś

ci i 

oczach jak gwiazdy.

Wtem usłyszeli

ś

my na pokładzie przera

ż

one głosy, krzycz

ą

ce w

ś

ród 

deszczu, spieszne kroki rozległy si

ę

 nad naszymi głowami i Karain uka

żą

 si

ę

 

nagle we drzwiach kabiny. Nagie jego piersi i twarz połyskiwały w 

ś

wietle; 

przemoczony sarong oblepiał mu nogi; w lewej r

ę

ce trzymał krys w pochwie, a 

kosmyki mokrych włosów, wymykaj

ą

c si

ę

 Spod czerwonego turbanu, zwisały 

mu na oczy i policzki. Przesadził próg jednym susem, ogl

ą

daj

ą

c si

ę

 przez 

rami

ę

 jak człowiek 

ś

cigany. Hollis odwrócił si

ę

 pr

ę

dko na bok i otworzył oczy. 

Jackson przycisn

ą

ł wielk

ą

 dło

ń

 do wibruj

ą

cych strun i brz

ę

k zamarł. Wstałem 

z krzesła.

- Nie słyszeli

ś

my okrzykni

ę

cia waszej łodzi! - i zawołałem.

- Łodzi?... Ale

ż

 ten człowiek dostał si

ę

 tu wpław - wycedził Hollis na 

swojej skrzyni. - Spójrzcie na niego!

Patrzyli

ś

my w milczeniu na Karaina, a on stał z obł

ą

kanymi oczami, 

dysz

ą

c ci

ęż

ko. Woda ciekła z niego, zbierała si

ę

 w ciemn

ą

 kału

żę

 i biegła 

uko

ś

nie przez podłog

ę

 kabiny. Usłyszeli

ś

my na pokładzie głos Jacksona, 

który wyszedł, aby sp

ę

dzi

ć

 naszych malajskich majtków ze schodków 

wiod

ą

cych do kabiny; kl

ą

ł i groził w

ś

ród gło

ś

nego plusku ulewy. Wielkie 

background image

wzburzenie panowało na pokładzie; wartownicy oszaleli ze strachu na widok 

ciemnej postaci wskakuj

ą

cej przez burt

ę

 - jakby wprost z morskiej otchłani - i 

zaalarmowali cał

ą

 załog

ę

.

Wreszcie Jackson wrócił z pokładu gniewny i obsypany kroplami 

deszczu, błyszcz

ą

cymi na brodzie i włosach, a Hollis, jako najmłodszy z nas 

przybrał poz

ę

 pełn

ą

 niedbałej wy

ż

szo

ś

ci i rzekł, nie poruszaj

ą

c si

ę

 wcale:

- Dajcie mu suchy sarong... ten mój... wisi tam w łazience.

Karain poło

ż

ył na stole krys, r

ę

koje

ś

ci

ą

 ku sobie i wykrztusił kilka słów 

zduszonym głosem.

- Co takiego? - spytał Hollis, który nic nie usłyszał.

- Usprawiedliwia si

ę

ż

e wszedł z broni

ą

 w r

ę

ku - rzekłem oszołomiony.

- Có

ż

 to za ceremonie... Powiedz, 

ż

e wybaczamy to naszemu 

przyjacielowi... w tak

ą

 noc - cedził Hollis. - Co si

ę

 stało?

Karain wsun

ą

ł przez głow

ę

 suchy sarong, mokry opu

ś

cił na ziemi

ę

 i 

wyst

ą

pił z niego. Wskazałem mu drewniany fotel - jego fotel. Usiadł na nim 

wyprostowany. - Ha! - wyrzekł silnym głosem; krótki dreszcz przebiegł 

szerokie jego barki. Spojrzał niespokojnie przez rami

ę

, zwrócił si

ę

 do nas niby 

chc

ą

c co

ś

 powiedzie

ć

, ale wytrzeszczył tylko dziwne, jakby o

ś

lepłe oczy i 

obejrzał si

ę

 znów Jackson wrzasn

ą

ł:

- Hej tam, baczno

ść

 na pokładzie!

Usłyszał słaby odzew i wyci

ą

gni

ę

t

ą

 nog

ą

 zatrzasn

ą

ł drzwi kabiny.

- Teraz ju

ż

 wszystko w porz

ą

dku - o

ś

wiadczył;

Wargi Karaina drgn

ę

ły z lekka. Od jaskrawej błyskawicy zapaliły si

ę

 

nagle na wprost niego dwa okr

ą

głe okienka i błysn

ę

ły jak para okrutnych, 

fosforyzuj

ą

cych oczu. Wydało si

ę

 nam przez chwil

ę

ż

e płomie

ń

 lampy 

rozsypał si

ę

 w brutalny proch, za

ś

 lustro nad kredensem wyskoczyło zza 

pleców Karaina niby gładki płat silnego 

ś

wiatła. Huk piorunu zbli

ż

ył si

ę

 i zawisł 

nad nami; szkuner dr

ż

ał cały, a wielki głos miotał wci

ąż

 straszne gro

ź

by, 

oddalaj

ą

c si

ę

 w przestwór. Przez krótk

ą

 chwil

ę

 w

ś

ciekły deszcz siekł o 

pokład. Karain powiódł z wolna wzrokiem od twarzy do twarzy i cisza Stała si

ę

 

tak gł

ę

boka, 

ż

e usłyszeli

ś

my wyra

ź

nie oba chronometry, tykaj

ą

ce w mojej 

kabinie - jeden za drugim - z nie słabn

ą

cym po

ś

piechem.

Wszyscy trzej, dziwnie wytr

ą

ceni z równowagi nie byli

ś

my w stanie 

zdj

ąć

 oczu z Karaina. Stał si

ę

 zagadkowy, wzruszył nas swoj

ą

 tajemnic

ą

background image

która wygnała go w noc i burz

ę

 i zmusiła do szukania ucieczki w kajucie 

szkunera. Nikt z nas nie w

ą

tpił, 

ż

e patrzymy na zbiega, mimo całej 

dziwaczno

ś

ci takiego przypuszczenia. Miał twarz wyn

ę

dzniał

ą

, jakby nie spał 

całymi tygodniami; schudł, jakby od wielu dni nic nie jadł. Policzki jego 

zapadły si

ę

 oczy wgł

ę

biły; muskały piersi i ramion drgały z lekka, jak po 

wyczerpuj

ą

cej walce. Prawda, 

ż

e ci

ęż

k

ą

 miał przepraw

ę

 a

ż

 do szkunera, ale z 

jego twarzy wyzierało znu

ż

enie innego rodzaju, gniewna i trwo

ż

na udr

ę

ka jak 

po zmaganiu si

ę

 z my

ś

l

ą

, z poj

ę

ciem, z czym

ś

 nieuchwytnym, nie daj

ą

cym 

ani chwili wytchnienia, z niczym, z cieniem - niezwyci

ęż

onym i 

nie

ś

miertelnym, który 

ż

eruje na 

ż

yciu. Znali

ś

my owo co

ś

 równie dobrze, jakby 

krzykn

ą

ł nam jego nazw

ę

. Pier

ś

 Karaina rozszerzała si

ę

 raz po raz; zdawało 

si

ę

ż

e nie mo

ż

e opanowa

ć

 uderze

ń

 serca. Miał przez chwil

ę

 władz

ę

 wła

ś

ciw

ą

 

op

ę

tanym - władz

ę

 budzenia ciekawo

ś

ci, bólu, politowania i przera

ż

aj

ą

cego 

bliskiego odczucia rzeczy niewidzialnych, rzeczy mrocznych i niemych, które 

otaczaj

ą

 ludzk

ą

 samotno

ść

. Oczy jego bł

ą

dziły czas jaki

ś

 bez celu i 

zatrzymały si

ę

 wreszcie. Rzekł z wysiłkiem:

- Uciekłem!... - Przeskoczyłem cz

ę

stokół jak zbieg po kl

ę

sce! Biegłem 

w ciemno

ś

ciach. Woda była czarna. Zostawiłem go wołaj

ą

cego na brzegu 

czarnej wody... Zostawiłem go stoj

ą

cego samotnie na brzegu. Płyn

ą

łem... 

wołał za mn

ą

... płyn

ą

łem...

Dr

ż

ał od stóp do głów, siedz

ą

c bardzo prosto i patrz

ą

c przed siebie. 

Kogo zostawił? Kto go wołał? Nic nie wiedzieli

ś

my. Nie mogli

ś

my zrozumie

ć

o co chodzi. Powiedziałem na chybił trafił:

- Opanuj si

ę

!

D

ź

wi

ę

k mego głosu zdawał si

ę

 go krzepi

ć

; zesztywniał nagle, nie 

zwracaj

ą

c na mnie zreszt

ą

 uwagi. Przez chwil

ę

 nasłuchiwał, jakby czekał na 

co

ś

, potem znów mówił dalej:

- On tu przyj

ść

 nie mo

ż

e... dlatego uciekłem do was. Do was, ludzi o 

białych twarzach, którzy gardzicie niewidzialnymi głosami. On nie mo

ż

e mie

ść

 

waszej niewiary i waszej siły.

Zamilkł. Po chwili usłyszeli

ś

my cichy okrzyk!

- Ach! Jak

ż

e silni s

ą

 ludzie bez wiary!

- Nie ma tu nikogo prócz ciebie, rad

ż

o, i nas trzech - rzekł spokojnie 

Hollis, który le

ż

ał wci

ąż

 nieruchomo z głow

ą

 wspart

ą

 na łokciu.

background image

- Wiem - rzekł Karain. - Nie gonił tu za mn

ą

 nigdy. Przecie

ż

 m

ą

dry 

człowiek zawsze mi towarzyszył. Ale odk

ą

d zmarł stary m

ę

drzec, który znał 

moj

ą

 niedol

ę

, słyszałem tamten głos ka

ż

dej nocy. Zamkn

ą

łem si

ę

 na wiele 

dni w ciemno

ś

ciach Dochodziły mnie strapione szepty kobiet, szum wiatru i 

bie

żą

cej wody, szcz

ę

k broni w r

ę

ku wiernych m

ęż

ów, ich kroki - i jego głos!... 

Blisko.. tu

ż

 przy uchu! Poczułem go dzi

ś

 koło siebie... oddech jego owion

ą

ł mi 

szyj

ę

. Wyskoczyłem na dwór bez krzyku. Wszyscy naokoło spali spokojnie. 

Pobiegłem ku morzu. Leciał u mego boku bez najl

ż

ejszego szmeru, 

szepcz

ą

c, szepcz

ą

c dawne słowa - szepcz

ą

c mi do ucha dawnym głosem. 

Wbiegłem w morze; popłyn

ą

łem ku wam z krysem w z

ę

bach. Ja, zbrojny m

ąż

,

uciekłem przed tchnieniem do was. We

ź

cie mnie do waszego kraju! Stary 

m

ę

drzec umarł, a z nim przepadła moc jego słów i zakl

ęć

. I nikomu nie mog

ę

 

nic powiedzie

ć

. Nikomu. Nie ma tu nikogo, kto by był na to do

ść

 wiemy i do

ść

 

m

ą

dry - na to, aby wiedzie

ć

! Tylko przy was, niewiernych, nieszcz

ęś

cie moje 

rozpływa ci

ę

 jak mgła pod okiem dnia.

Zwrócił si

ę

 ku mnie.

- Pójd

ę

 za tob

ą

! - krzykn

ą

ł hamuj

ą

c głos. - Za tob

ą

, który znasz tylu 

spomi

ę

dzy nas. Chc

ę

 rzuci

ć

 ten kraj... mój lud... i jego... tam!

Wyci

ą

gn

ą

ł dr

żą

cy palec, wskazuj

ą

c na chybił trafił gdzie

ś

 poza siebie. 

Ci

ęż

ko nam było znie

ść

 widok tej zatajonej niedoli. Hollis patrzył w niego z 

uwag

ą

. Zapytałem łagodnie:

- Gdzie jest niebezpiecze

ń

stwo?

- Wsz

ę

dzie poza tym miejscem - odrzekł ponuro. - Gdziekolwiek tylko 

si

ę

 znajd

ę

. On czeka na mnie na 

ś

cie

ż

kach, pod drzewami, przy ło

ż

u, gdy 

kład

ę

 si

ę

 na spoczynek, wsz

ę

dzie, tylko nie tutaj.

Powiódł wzrokiem po małej kajucie - po malowanych belkach i 

przybrudzonej politurze grodzi; obejrzał wszystko naokoło, jakby odwołuj

ą

si

ę

 do obco

ś

ci i lichoty tego otoczenia, do nieporz

ą

dnej zbieraniny 

nieznanych przedmiotów, co nale

żą

 do zagadkowego 

ż

ycia pełnego wysiłku, 

zabiegów, niewiary - do pot

ęż

nego 

ż

ycia białych ludzi, które toczy si

ę

 twardo i 

nieodparcie po kraw

ę

dzi zewn

ę

trznego mroku. Wyci

ą

gn

ą

ł ramiona, jakby 

chciał obj

ąć

 to 

ż

ycie wraz z nami. Czekali

ś

my. Wiatr i deszcz ustały; cisza 

nocna wokół szkunera była tak głucha, jakby nas otacza! martwy 

ś

wiat, 

zło

ż

ony w grobie z chmur na wieczny spoczynek. Spodziewali

ś

my si

ę

ż

background image

Karain zacznie mówi

ć

. Od ch

ę

ci zwierzenia si

ę

 drgały mu wargi. S

ą

 ludzie, 

którzy twierdz

ą

ż

e Malaj nie odezwie si

ę

 szczerze do białego człowieka. To 

ą

d. 

Ż

aden człowiek nie przemówi do swego pana; lecz do w

ę

drowca i 

przyjaciela, który nie przybywa, aby poucza

ć

 lub rz

ą

dzi

ć

, który niczego nie 

wymaga i zgadza si

ę

 na wszystko - wobec takiego przyjaciela padaj

ą

 

szczerze słowa u ognisk obozowych, we wspólnej samotno

ś

ci morza, w 

pobrze

ż

nych osadach, na postojach w

ś

ród lasów, słowa nie zwa

ż

aj

ą

ce na 

ras

ę

 czy kolor skóry. Jedno serce mówi - drugie serce słucha, a ziemia, 

morze, niebo, przelotny wiatr lub li

ść

 chwiej

ą

cy si

ę

 na gał

ę

zi słuchaj

ą

 tak

ż

błahej opowie

ś

ci o brzmieniu 

ż

ycia.

Przemówił wreszcie. Niepodobna odda

ć

 wra

ż

enia, jakie wywarły na 

nas jego dzieje. Jest to wra

ż

enie niezniszczalne, cho

ć

 

ż

yje tylko we. 

wspomnieniu, a gł

ę

bia jego i wyrazisto

ść

 nie mo

ż

e by

ć

 objawiona tym, co go 

nie zaznali, tak jak niepodobna podzieli

ć

 si

ę

 z nikim wzruszeniem prze

ż

ytym 

ś

nie, Trzeba było widzie

ć

 wrodzon

ą

 wspaniało

ść

 Karaina, trzeba było zna

ć

 

go przedtem - i patrze

ć

 na niego w owej chwili. Chwiejny półcie

ń

 małej kajuty; 

na zewn

ą

trz głucha cisza, skro

ś

 któr

ą

 dochodziło tylko pluskanie wody o boki 

szkunera; blada twarz Hollisa o spokojnych, ciemnych oczach; energiczna 

głowa Jacksona, uj

ę

ta w dwie wielkie dłonie, i długa, 

ż

ółta jego broda 

spływaj

ą

ca na struny gitary poło

ż

onej na stole; wyprostowana i nieruchoma 

poza Karaina, jego głos - wszystko to wywierało wra

ż

enie, którego zapomnie

ć

 

niepodobna. Siedział naprzeciw nas po drugiej stronie stołu. Ciemna głowa i 

br

ą

zowy tors widniały nad matow

ą

 tafl

ą

 drzewa, l

ś

ni

ą

ce i nieruchome, jak 

odlane z metalu. Tylko usta poruszały si

ę

, a oczy 

ż

arzyły, gasły, ja

ś

niały znów 

lub patrzyły ponuro w przestrze

ń

. Słowa jego płyn

ę

ły wprost z udr

ę

czonego 

serca. Snuły si

ę

 cicho, niby smutny szmer bie

żą

cej wody; czasem brzmiały 

rozgło

ś

nie, jak łoskot wojennego gongu, albo wlokły si

ę

 powoli jak znu

ż

eni 

w

ę

drowcy, albo gnały naprzód zdj

ę

te trwog

ą

.

IV

Oto mniej wi

ę

cej, co nam opowiedział:

- Było to po owych wielkich zaburzeniach, kiedy przymierze czterech 

pa

ń

stw Wajo zostało zerwane. Walczyli

ś

my mi

ę

dzy sob

ą

, a Holendrzy 

ś

ledzili 

nas z daleka, czekaj

ą

c, a

ż

 nasze siły si

ę

 wyczerpi

ą

. Potem ujrzeli

ś

my dym ich 

statków wojennych przy uj

ś

ciu naszych rzek, a wielcy ich m

ęż

owie przybyli w 

background image

łodziach pełnych 

ż

ołnierzy, aby mówi

ć

 nam o opiece i pokoju. 

Odpowiedzieli

ś

my ostro

ż

nie i m

ą

drze, gdy

ż

 wioski nasze były spalone, 

cz

ę

stokoły słabe, lud wyczerpany, a bro

ń

 st

ę

piona. Przybyli i odjechali; wiele 

było gadaniny, ale po ich odje

ź

dzie wszystko wygl

ą

dało jak dawniej; 

widzieli

ś

my tylko obce statki kr

ążą

ce u naszych wybrze

ż

y i kupcy holenderscy 

zjawili si

ę

 niebawem pod gwarancj

ą

 bezpiecze

ń

stwa. Mój brat był władc

ą

 i 

jednym z tych, którzy dali ow

ą

 gwarancj

ę

. Byłem wówczas młody, walczyłem 

podczas zaburze

ń

, a Pata Matara walczył u mego boku. Dzielili

ś

my głód, 

niebezpiecze

ń

stwo, zm

ę

czenie i triumfy. Oczy jego szybko chwytały gro

żą

ce 

mi ciosy, a moje rami

ę

 dwukrotnie ocaliło mu 

ż

ycie. Tak chciało jego 

przeznaczenie. Był moim przyjacielem. A słyn

ą

ł po

ś

ród nas i nale

ż

ał do tych, 

którzy otaczali mego brata-władc

ę

. Przemawiał podczas obrad; odwaga jego 

była wielka; podlegało mu wiele osad le

żą

cych wokoło rozległego jeziora, 

które znajduje si

ę

 w 

ś

rodku naszego kraju, jak serce znajduje si

ę

 w 

ś

rodku 

ludzkiego ciała. Gdy wnoszono do kampongu miecz zwiastuj

ą

cy jego 

przybycie, w gaju owocowym szeptały rozciekawione dziewcz

ę

ta, bogaci 

m

ęż

owie naradzali si

ę

 w cieniu i przygotowywano uczt

ę

 w

ś

ród 

ś

piewów i 

rozradowania. Cieszył si

ę

 łask

ą

 władcy i miło

ś

ci

ą

 ubogich. Kochał wojn

ę

polowanie, czar kobiet. Posiadał klejnoty, szcz

ęś

liw

ą

 bro

ń

 i ludzkie 

przywi

ą

zanie. Był to m

ąż

 srogi; i nie miałem przyjaciela poza nim.

Dowodziłem wówczas stra

żą

 czuwaj

ą

c

ą

 u cz

ę

stokołu zbudowanego 

przy uj

ś

ciu rzeki i w imieniu mego brata pobierałem myto od przeje

ż

d

ż

aj

ą

cych 

czółen. Pewnego dnia zobaczyłem holenderskiego kupca kieruj

ą

cego si

ę

 w 

gór

ę

 rzeki. Miał z sob

ą

 trzy łodzie; nie 

żą

dałem od niego myta, poniewa

ż

 dym 

holenderskich statków unosił si

ę

 nad horyzontem i byli

ś

my jeszcze za słabi, 

aby zapomnie

ć

 o traktatach. Pojechał w gór

ę

 rzeki pod gwarancj

ą

 

bezpiecze

ń

stwa, a brat mój udzielił mu opieki. Holender o

ś

wiadczył, 

ż

przybywa, 

ż

eby z nami handlowa

ć

. Słuchał naszych głosów, gdy

ż

 jeste

ś

my 

lud

ź

mi, którzy przemawiaj

ą

 otwarcie i bez strachu; liczył nasze włócznie, 

ogl

ą

dał drzewa, bie

żą

ce wody, traw

ę

 nadbrze

ż

n

ą

, stoki naszych wzgórz. Udał 

si

ę

 do kraju Matary i tam pozwolono mu wybudowa

ć

 dom. Handlował i sadził 

ro

ś

liny. Lekcewa

ż

ył nasze rado

ś

ci, nasze my

ś

li i nasze troski. Twarz jego była 

czerwona, włosy jak ogie

ń

, oczy blade jak nadrzeczna mgła; ruchy miał 

ci

ęż

kie i mówił grubym głosem; 

ś

miał si

ę

 gło

ś

no jak głupiec i dwornie 

background image

przemawia

ć

 nie umiał. Był to wielki, szyderczy m

ęż

czyzna, który patrzał w 

twarze kobiet i kładł r

ę

k

ę

 na ramieniu wolnych ludzi, Jak wysoko urodzony 

władca. Znosili

ś

my go cierpliwie. Czas mijał.

A potem siostra Pata Matary uciekła z kampongu i zamieszkała w 

domu Holendra. Była to pani wielka i samowolna; widziałem raz, jak 

niewolnicy nie

ś

li j

ą

 na plecach wysoko ponad tłumem. Twarz miała odkryt

ą

słyszałem, jak wszyscy m

ęż

czy

ź

ni mówili, 

ż

e pi

ę

kna jest niezmiernie, 

ż

e na jej 

widok milknie rozum, a zachwyt porywa serce. Ucieczka jej przeraziła 

wszystkich. Twarz Matary poczerniała od ha

ń

by, gdy

ż

 wiedział, 

ż

e obiecano 

jego siostr

ę

 innemu m

ęż

czy

ź

nie, Matara poszedł do domu Holendra i rzekł: 

„Wydaj mi j

ą

 na 

ś

mier

ć

 - to córka wielkiego rodu”. Biały człowiek odmówił i 

zamkn

ą

ł si

ę

 w domu, a słu

ż

ba jego wartowała dniem i noc

ą

 z nabitymi 

strzelbami. Matara pienił si

ę

 z w

ś

ciekło

ś

ci. Brat mój zwołał narad

ę

. Ale 

holenderskie statki kr

ąż

yły w pobli

ż

u i warowały chciwie u naszych wybrze

ż

y. 

Wi

ę

c brat mój rzekł: „Je

ś

li on teraz zginie, kraj za t

ę

 krew zapłaci. 

Poniechajmy go, póki nie staniemy si

ę

 silniejsi i póki statki nie odpłyn

ą

”. 

Matara był m

ą

dry, wi

ę

c czekał i 

ś

ledził Holendra. Lecz biały l

ę

kał si

ę

 o jej 

ż

ycie i odjechał.

Zostawił swój dom, swoje plantacje ł swój dobytek! Odjechał, zbrojny i 

gro

ź

ny, i rzucił wszystko - dla niej! Porwała jego serce. Zza cz

ę

stokołu 

widziałem, jak pu

ś

cił si

ę

 na morze w wielkiej łodzi. Z pomostu dla wojowników 

obaj z Matara patrzyli

ś

my na jego odjazd. Siedział na rufie ze skrzy

ż

owanymi 

nogami i trzymał obur

ą

cz strzelb

ę

, a lufa błyszczała uko

ś

nie przed jego 

wielk

ą

, czerwon

ą

 twarz

ą

. Szeroka rzeka stała si

ę

 pod nim - równa, gładka, 

połyskliwa, jak srebrzysta równina; statek za

ś

, wydaj

ą

cy si

ę

 z brzegu bardzo 

krótki i bardzo czarny, sun

ą

ł po srebrnej równi w dal, ku bł

ę

kitowi morza.

Matara, stoj

ą

c u mego boku, po trzykro

ć

 krzykn

ą

ł jej imi

ę

 w

ś

ród bólu i 

złorzecze

ń

. Wzruszył moje serce. Imi

ę

 zabrzmiało trzy razy; i trzy razy 

ujrzałem oczyma duszy zamkni

ę

t

ą

 pod pokładem kobiet

ę

 z rozpuszczonym 

włosem, odchodz

ą

c

ą

 od swego kraju i swego plemienia. Gniew czułem - i 

smutek. Dlaczego? I wnet zacz

ą

łem krzycze

ć

 zniewagi i przekle

ń

stwa. Matara 

rzekł: „Teraz, kiedy opu

ś

cili nasz kraj, 

ż

ycie ich do mnie nale

ż

y. Pójd

ę

 za nimi 

i uderz

ę

, i cen

ę

 krwi spłac

ę

 sam”. Wielki wiatr wiał ku zachodz

ą

cemu sło

ń

cu 

przez pust

ą

 rzek

ę

. Krzykn

ą

łem: „Pójd

ę

 u twego boku!” Pochylił głow

ę

 na znak 

background image

zgody. Tak chciało jego przeznaczenie. Sło

ń

ce zaszło, a drzewa nad naszymi 

głowami poruszały gał

ęź

mi z wielkim szumem.

Trzeciego dnia opu

ś

cili

ś

my kraj na prao handlowym.

Naprzeciw wyszło nam morze - szerokie, bezdro

ż

ne i nieme. Płyn

ą

cy 

statek 

ś

ladu nie zostawia. Skierowali

ś

my si

ę

 ku południowi. Był ksi

ęż

yc w 

pełni; i patrzyli

ś

my na niego mówi

ą

c: „Gdy zabły

ś

nie nast

ę

pny ksi

ęż

yc, 

o

ś

wietli nam drog

ę

 powrotn

ą

; a oni b

ę

d

ą

 ju

ż

 martwi”. Od tego czasu upłyn

ę

ło 

lat pi

ę

tna

ś

cie. Wiele ksi

ęż

yców dojrzało i zwi

ę

dło, a ja kraju mego ju

ż

 nie 

zobaczyłem. Wzi

ę

li

ś

my kurs na południe; dop

ę

dzili

ś

my wiele statków;' 

zbadali

ś

my brzegi i zatoki; ujrzeli

ś

my kraniec naszego wybrze

ż

a i naszej 

wyspy - stromy przyl

ą

dek nad niespokojn

ą

 cie

ś

nin

ą

, k

ę

dy snuj

ą

 si

ę

 cienie 

rozbitych okr

ę

tów i topielcy krzycz

ą

 po nocach. Teraz ju

ż

 szerokie morze 

otaczało nas zewsz

ą

d. Ujrzeli

ś

my wielk

ą

 gór

ę

 pal

ą

c

ą

 si

ę

 po

ś

ród wody; 

ujrzeli

ś

my tysi

ą

ce wysepek rozsypanych jak okruchy 

ż

elaza wystrzelone z 

wielkiej armaty; ujrzeli

ś

my wielkie wybrze

ż

e, naje

ż

one górami i przyl

ą

dkami, 

rozci

ą

gni

ę

te szeroko w sło

ń

cu z zachodu na wschód. To była Jawa. 

Powiedzieli

ś

my sobie: „Oni s

ą

 tam; czas ich nadchodzi i powrócimy wnet albo 

umrzemy wolni od ha

ń

by”.

Wyl

ą

dowali

ś

my. Czy

ż

 jest w tym kraju co dobrego? 

Ś

cie

ż

ki biegn

ą

 

proste i twarde, i pokryte kurzem. Kamienne kampongi, pełne białych twarzy, 

otoczone s

ą

 urodzajnymi, polami, lecz ka

ż

dy człowiek, którego napotkasz, 

jest niewolnikiem. Rad

ż

owie 

ż

yj

ą

 pod ostrzem cudzoziemskiego miecza. 

Wst

ę

powali

ś

my na góry, przebywali

ś

my doliny; o zachodzie wchodzili

ś

my do 

wsi. Pytali

ś

my ka

ż

dego: „Widzieli

ś

cie białego człowieka?” Niektórzy 

wytrzeszczali, oczy, inni 

ś

mieli si

ę

; kobiety dawały nam czasem posiłek z 

trwog

ą

 i szacunkiem, jak gdyby

ś

my byli szale

ń

cami z- bo

ż

ego dopustu; ale 

niektórzy nie rozumieli naszego j

ę

zyka, inni kl

ę

li nas albo ziewaj

ą

c pytali z 

pogard

ą

 o przyczyny naszych poszukiwa

ń

. Raz, gdy ruszali

ś

my w dalsz

ą

 

drog

ę

, jaki

ś

 starzec krzykn

ą

ł za nami: „Dajcie temu spokój!”

W

ę

drowali

ś

my dalej. Kryj

ą

c bro

ń

, ust

ę

powali

ś

my pokornie z drogi 

je

ź

d

ź

com; zginali

ś

my si

ę

 nisko na dziedzi

ń

cach władców, którzy nie byli 

niczym wi

ę

cej jak niewolnikami. Bł

ą

dzili

ś

my nieraz polem i d

ż

ungl

ą

. Pewnej 

nocy w lesie sp

ę

tanym lianami trafili

ś

my na miejsce, gdzie stare mury le

ż

ały 

zwalone w

ś

ród drzew, a dziwne kamienne bóstwa - rze

ź

bione wizerunki 

background image

diabłów o wielu r

ę

kach i nogach, o ciałach, oplecionych w

ęż

ami, o głowach 

dwudziestu, bóstwa dzier

żą

ce tysi

ą

c mieczów - zdawały si

ę

 budzi

ć

 do 

ż

ycia i 

grozi

ć

 nam w 

ś

wietle ogniska. Nic nas nie przera

ż

ało. A w

ę

druj

ą

c drogami, i u 

ka

ż

dego ogniska, i na ka

ż

dym noclegu, mówili

ś

my zawsze o niej i o nim. 

Czas ich nadchodził. Nie mówili

ś

my o niczym innym. Nie mówili

ś

my o głodzie, 

pragnieniu, znu

ż

eniu i upadaj

ą

cych sercach. Mówili

ś

my o niej i o nim! Nie! 

Tylko o niej. I my

ś

leli

ś

my o nich - o niej! Matara zapami

ę

tywał si

ę

 ponuro przy 

ognisku. A ja siedziałem i my

ś

lałem... a

ż

 nagle stawała mi znów przed 

oczyma posta

ć

 kobiety pi

ę

knej i młodej, i wspaniałej, i dumnej, i tkliwej, która 

rzuciła swój kraj i swoje plemi

ę

. Matara mówił: „Kiedy ich odnajdziemy, 

zabijemy j

ą

 najpierw, aby zmy

ć

 ha

ń

b

ę

, a potem m

ęż

czyzna zgin

ąć

 musi”. 

Odpowiadałem: „Tak by

ć

 powinno. To twoja zemsta Patrzył we mnie długo 

wielkimi, zapadłymi oczami.

Wrócili

ś

my na wybrze

ż

e. Nogi nasze krwawiły, ciała wychudły. 

Sypiali

ś

my w łachmanach, w cieniu kamiennych ogrodze

ń

; brudni i 

wyn

ę

dzniali, czaili

ś

my si

ę

 przy bramach wiod

ą

cych na dziedzi

ń

ce białych 

ludzi. Włochate psy ujadały na nas, a słudzy krzyczeli z daleka: „Precz st

ą

d!” 

Nisko urodzeni n

ę

dznicy, którzy pilnuj

ą

 ulic w

ś

ród kamiennych kampongów, 

pytali nas, kim jeste

ś

my Kłamali

ś

my, płaszczyli

ś

my si

ę

 z u

ś

miechem, z 

nienawi

ś

ci

ą

 w sercu i snuli

ś

my si

ę

 wci

ąż

 to tu, to tam, wypatruj

ą

c ich obojga - 

jego, białego m

ęż

czyzny z włosami jak płomienie, i jej, kobiety, która złamała 

wiar

ę

 i za to umrze

ć

 musi. Szukali

ś

my ci

ą

gle. W ko

ń

cu zdawało mi si

ę

ż

widz

ę

 jej twarz w twarzy ka

ż

dej napotkanej kobiety. Biegli

ś

my szybko. Nie! 

Czasem Matara szeptał: „Widz

ę

 go tam!” - i czekali

ś

my zaczajeni. M

ęż

czyzna 

zbli

ż

ał si

ę

... To nie był on - ci Holendrzy wszyscy s

ą

 do siebie podobni. 

Cierpieli

ś

my m

ę

k

ę

 zawodu. We 

ś

nie widywałem jej twarz i radowałem si

ę

, i 

smuciłem... Dlaczego?... Zdawało mi si

ę

 cz

ę

sto, 

ż

e słysz

ę

 jaki

ś

 bliski szept. 

Odwracałem si

ę

 szybko. Nie było jej! I gdy wlekli

ś

my si

ę

 mozolnie od 

kamiennego miasta do kamiennego miasta, wydawało mi si

ę

 nieraz, 

ż

e słysz

ę

obok siebie lekkie kroki. Przyszedł czas, gdy słyszałem je zawsze - i byłem 

szcz

ęś

liwy. I my

ś

lałem, oszołomiony i wyczerpany, chodz

ą

c po słonecznym 

ż

arze twardymi 

ś

cie

ż

kami białych ludzi - my

ś

lałem: ona jest z nami! Matara 

stał si

ę

 ponury. Bywali

ś

my cz

ę

sto głodni.

Sprzedali

ś

my rze

ź

bione pochwy naszych krysów - pochwy z ko

ś

ci 

background image

słoniowej, o złotych brzegach. Sprzedali

ś

my r

ę

koje

ś

ci zdobne drogimi 

kamieniami. Lecz zatrzymali

ś

my ostrza - na nich. Ostrza, które zadaj

ą

 ciosy 

tylko 

ś

miertelne - zatrzymali

ś

my ostrza na ni

ą

... Dlaczego? Była przecie

ż

 

zawsze u mego boku... Cierpieli

ś

my głód. Zebrali

ś

my. Wreszcie opu

ś

cili

ś

my 

Jaw

ę

.

Udali

ś

my si

ę

 na zachód, udali

ś

my si

ę

 na wschód. Widzieli

ś

my wiele 

krajów, tłumy obcych twarzy; ludzi, którzy mieszkaj

ą

 na drzewach, i ludzi, 

którzy zbadaj

ą

 swoich starców. Wycinali

ś

my rotan w lesie za gar

ść

 ry

ż

u; 

zarabiali

ś

my na 

ż

ycie, zamiataj

ą

c pokłady na wielkich kretach i słuchaj

ą

przekle

ń

stw rzucanych na nasze głowy. Zapracowywali

ś

my si

ę

 po wsiach; 

w

ę

drowali

ś

my morzami z plemieniem Bajów, które ojczyzny nie posiada, 

Walczyli

ś

my za pieni

ą

dze; pracowali

ś

my dla ludzi z plemienia Goram, którzy 

nas oszukali; i na rozkaz gburowatych białych twarzy nurkowali

ś

my, szukaj

ą

pereł w jałowych zatokach, usianych czarnymi skałami, na piaszczystym 

bezludnym wybrze

ż

u. A wsz

ę

dzie czatowali

ś

my, słuchali

ś

my, wypytywali

ś

my 

si

ę

. Pytali

ś

my kupców, rozbójników, białych ludzi. Słyszeli

ś

my kpiny, 

szyderstwo, pogró

ż

ki, słowa pełne ciekawo

ś

ci i słowa pełne pogardy. Nie 

znali

ś

my spoczynku; nie my

ś

leli

ś

my nigdy o domu, bo nasze dzieło nie było 

dokonane. Min

ą

ł rok, potem drugi. Przestałem liczy

ć

 noce, miesi

ą

ce, lata. 

Czuwałem na Matar

ą

. Ostatnia gar

ść

 ry

ż

u była zawsze dla niego; je

ś

li 

zabrakło wody, on wypijał ostatek; przykrywałem go, kiedy dr

ż

ał z zimna, a 

gdy gor

ą

ca niemoc na niego przyszła, przesiedziałem bezsennie wiele nocy, 

wachluj

ą

c mu twarz. Był to m

ąż

 srogi i mój przyjaciel. Mówił o niej z 

w

ś

ciekło

ś

ci

ą

 za dnia, ze smutkiem w nocy: wspominał j

ą

 w zdrowiu i 

chorobie. Nie mówiłem mu nic; ale widziałem j

ą

 ka

ż

dego dnia - zawsze! Z 

pocz

ą

tku widziałem tylko jej głow

ę

, niby głow

ę

 kobiety id

ą

cej wybrze

ż

em w 

niskiej mgle nadbrze

ż

nej. Potem siadywała przy naszym ognisku. Widziałem 

j

ą

! Patrzyłem na ni

ą

! Miała tkliwe oczy i czarowne oblicze. Szeptałem do niej 

w ciemno

ś

ciach. Matara odzywał si

ę

 czasem sennie: „Do kogo mówisz? Kto 

tam jest?” Odpowiadałem szybko: „Nikt...” To było kłamstwo! Nie opuszczała 

mnie nigdy. Dzieliła ciepło naszego ogniska, siedziała na moim posłaniu z 

li

ś

ci, płyn

ę

ła za mn

ą

 morzem... Widziałem j

ą

!... Mówi

ę

 wam, 

ż

e widziałem 

długie, czarne włosy rozsypane po fali srebrzonej miesi

ę

cznym 

ś

wiatłem! 

Widziałem, jak zagarniała wod

ę

 nagimi ramionami, płyn

ą

c obok szybkiego 

background image

prao. Była pi

ę

kna, była wierna i w

ś

ród ciszy obcych krajów mówiła do mnie 

szeptem w j

ę

zyku mego plemienia. Nikt jej nie widział: nikt jej nie słyszał: była 

tylko moja! W 

ś

wietle dziennym szła przede mn

ą

 mozolnymi 

ś

cie

ż

kami, 

kołysz

ą

c si

ę

 z lekka; posta

ć

 jej była prosta i gibka jak pie

ń

 smukłego drzewa; 

pi

ę

ty jej były obłe i gładkie jak skorupki jaj; wabiła mnie kr

ą

głym ramieniem. 

Noc

ą

 patrzyła mi w twarz. I była smutna! Jej oczy spogl

ą

dały czule i trwo

ż

nie; 

głos brzmiał mi

ę

kko i błagalnie. Szepn

ą

łem raz: „Nie umrzesz!” - U

ś

miechn

ę

ła 

si

ę

... i odt

ą

d u

ś

miechała si

ę

 zawsze!... Widok jej dawał mi odwag

ę

 do 

zniesienia trudów i znoju; były to czasy ci

ęż

kie, lecz ona koiła moj

ą

 trosk

ę

W

ę

drowali

ś

my cierpliwie, wci

ąż

 szukaj

ą

c. Poznali

ś

my rozczarowania i 

zwodne nadzieje; poznali

ś

my niewol

ę

, chorob

ę

, pragnienie, n

ę

dz

ę

, rozpacz... 

Do

ść

! Znale

ź

li

ś

my ich!

Wykrzykn

ą

ł ostatnie słowa i urwał. Twarz jego była niewzruszona, tak 

jak i cała posta

ć

; wygl

ą

dał na człowieka pogr

ąż

onego w transie. Hollis usiadł 

nagle i oparł si

ę

 łokciami o stół. Jackson poruszył si

ę

, tr

ą

caj

ą

c gitar

ę

Ż

ałosny 

brz

ę

k napełnił kabin

ę

 zm

ą

conym drganiem i zamarł powoli. A Karain zacz

ą

ł 

znów mówi

ć

. Hamowana dziko

ść

 jego tonu zdawała si

ę

 wzbiera

ć

 jak głos 

przenikaj

ą

cy z zewn

ą

trz, jak d

ź

wi

ę

k nie wymówiony, cho

ć

 słyszany; ten 

d

ź

wi

ę

k przepełnił kajut

ę

 i ogarn

ą

ł głuchym szmerem nieruchom

ą

 posta

ć

 

siedz

ą

c

ą

 w fotelu.

- Wyruszyli

ś

my do Atjeh, gdzie toczyła si

ę

 wojna, lecz statek osiadł na 

mieli

ź

nie i musieli

ś

my wyl

ą

dowa

ć

 w Delii. Zarobili

ś

my przedtem troch

ę

 

pieni

ę

dzy i kupili

ś

my strzelb

ę

 od kupców z Selangory, jedn

ą

 jedyn

ą

 strzelb

ę

która dawała ognia od iskry skrzesanej przez kamie

ń

. Niósł j

ą

 Matara. 

Wyl

ą

dowali

ś

my. Mieszkało tam wielu białych ludzi, którzy uprawiali tyto

ń

 na 

zdobytych równinach - a Matara... Ale mniejsza z tym. Zobaczył go!... Tego 

Holendra... nareszcie!... Podpełzli

ś

my i zacz

ę

li

ś

my go 

ś

ledzi

ć

Ś

ledzili

ś

my go 

dwie noce i jeden dzie

ń

. Miał dom - du

ż

y dom na polance w po

ś

rodku swoich 

pól; kwiaty i krzewy rosły naokoło; w

ą

skie 

ś

cie

ż

ki z 

ż

ółtej ziemi biegły w

ś

ród 

strzy

ż

onej trawy, a g

ę

ste 

ż

ywopłoty nie dawały ludziom przyst

ę

pu. Trzeciej 

nocy przyszli

ś

my uzbrojeni i legli

ś

my za 

ż

ywopłotem.

Bujna rosa zdawała si

ę

 wsi

ą

ka

ć

 w nasze ciała i mroziła nam szpik w 

ko

ś

ciach. Trawa, gał

ę

zie, li

ś

cie pokryte kroplami wody szare były w 

ś

wietle 

ksi

ęż

yca.. Matara, zwini

ę

ty w kł

ę

bek, dr

ż

ał przez sen. Z

ę

by szcz

ę

kały mi tak 

background image

gło

ś

no, 

ż

e bałem si

ę

, aby ten hałas nie zbudził całej okolicy. Gdzie

ś

 daleko 

stró

ż

e pilnuj

ą

cy domów białych ludzi kołatali drewnianymi kołatkami i hukali w 

ciemno

ś

ciach. I - jak ka

ż

dej nocy - ujrzałem j

ą

 u swego boku. Ju

ż

 si

ę

 nie 

u

ś

miechała!... Ogie

ń

 m

ę

ki palił si

ę

 w mych piersiach, a ona szeptała ze 

współczuciem i lito

ś

ci

ą

, i słodycz

ą

 - jak to kobiety potrafi

ą

. Koiła ból mojej 

duszy; nachyliła nade mn

ą

 twarz - twarz kobiety, która porywa serca 

m

ęż

czyzn i pozbawia ich rozumu. Była tylko moja i nikt jej nie mógł widzie

ć

 - 

nikt z 

ż

yj

ą

cych. Gwiazdy prze

ś

wiecały przez jej łono, przez rozpuszczone 

włosy. Zmógł mnie 

ż

al i tkliwo

ść

 i smutek. Matara spał... Czy i ja spałem?... 

Matara potrz

ą

sał moim ramieniem, a ogie

ń

 sło

ń

ca suszył traw

ę

, li

ś

cie, 

zaro

ś

la. Był dzie

ń

. Strz

ę

py białej mgły wisiały w

ś

ród gał

ę

zi.

Czy to była noc, czy te

ż

 dzie

ń

? Znowu nic nie widziałem; a

ż

 wreszcie 

Matara zacz

ą

ł szybko dysze

ć

, le

żą

c w trawie - i wtedy j

ą

 zobaczyłem. 

Zobaczyłem ich oboje. Wyszli przed dom. Usiadła na ławce pod murem, a 

gał

ę

zie ci

ęż

kie od kwiatów pi

ę

ły si

ę

 wysoko nad jej głow

ą

, zwisały nad 

włosami. Trzymała na kolanach szkatułk

ę

 i liczyła; ile jej pereł przybyło. 

Holender stał tu

ż

 obok i spogl

ą

dał na ni

ą

. U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 do niej: białe jego 

z

ę

by błysn

ę

ły; włosy nad wargami wygl

ą

dały jak dwa skr

ę

cone płomienie. Był 

wielki i tłusty, i wesoły, i nieul

ę

kły. Matara wzi

ą

ł szczypt

ę

 

ś

wie

ż

ego prochu z 

zagł

ę

bienia dłoni, zdrapał panewk

ę

 paznokciem wielkiego palca i oddał mi 

strzelb

ę

. Mnie! Wzi

ą

łem j

ą

... O losie!

Szepn

ą

ł mi, le

żą

c na brzuchu: „Podpełzn

ę

 blisko i rzuc

ę

 si

ę

 na ni

ą

... 

musi umrze

ć

 z mojej r

ę

ki. Ty we

ź

miesz na cel tego tłustego wieprza. Niech 

zobaczy, jak zmywam swoj

ą

 ha

ń

b

ę

 z oblicza ziemi; a potem... ty

ś

 mój 

przyjaciel - zabij pewnym strzałem”. Nie rzekłem nic. Nie było powietrza w mej 

piersi - nie było powietrza na 

ś

wiecie. Matara znikł nagle. Zakołysała si

ę

 

trawa; potem krzak zaszele

ś

cił. Podniosła głow

ę

. Ujrzałem j

ą

! Pocieszycielk

ę

 

bezsennych nocy i dni mozolnych; towarzyszk

ę

 niespokojnych lat! Ujrzałem 

j

ą

... Patrzyła wprost na miejsce, gdzie le

ż

ałem skulony. Była tak

ą

, jakem j

ą

 

latami widywał: wiern

ą

 towarzyszk

ą

 u mego boku. Patrzyła smutnymi oczyma 

i miała u

ś

miech na wargach. Patrzyła na mnie... u

ś

miechała si

ę

! Ach, gdybym 

jej nie był obiecał, 

ż

e nie umrze!

Cho

ć

 znajdowała si

ę

 daleko, czułem j

ą

 obok siebie. R

ę

ce jej pie

ś

ciły 

mnie, a głos szeptał nade mn

ą

, wkoło mnie; „Kto b

ę

dzie twoj

ą

 towarzyszk

ą

background image

Kto ci

ę

 pocieszy, je

ś

li umr

ę

?” Spostrzegłem, 

ż

e kwitn

ą

cy g

ą

szcz na lewo od 

niej drgn

ą

ł z lekka... Matara był gotów... Krzykn

ą

łem gło

ś

no: „Wracaj!”

Zerwała si

ę

; kasetka spadła; perły rozlały si

ę

 strumieniem u jej stóp. 

Wielki Holender toczył gro

ź

nymi oczami w blasku słonecznym. Strzelba 

podniosła si

ę

 do mego ramienia. Kl

ę

czałem i czułem si

ę

 niezłomny - 

niezłomniejszy od drzew, skał, gór. Ale przed dług

ą

, nieruchom

ą

 luf

ą

 pola, 

dom, ziemia i niebo chwiały si

ę

 tam i sam - jak cienie w lesie w wietrzny 

dzie

ń

. Matara wypadł z g

ą

szczu; płatki poszarpanych kwiatów wzbiły si

ę

 

przed nim wysoko, jak p

ę

dzone burz

ą

. Posłyszałem krzyk kobiety; ujrzałem, 

jak rzuca si

ę

 rozpostartymi ramionami przed białego człowieka. Była kobiet

ą

 

mego plemienia i krwi szlachetnej. One s

ą

 takie! Posłyszałem jej krzyk pełen 

niepokoju, trwogi - i wszystko naraz stan

ę

ło jak wryte. Pola, dom, ziemia, 

niebo stan

ę

ły, a Matara skoczył na ni

ą

 z podniesion

ą

 r

ę

k

ą

. Poci

ą

gn

ą

łem na 

cyngiel, ujrzałem iskr

ę

, wystrzału nie usłyszałem; dym owiał mi twarz i 

zobaczyłem Matar

ę

 padaj

ą

cego głow

ą

 naprzód. Legł z rozkrzy

ż

owanymi 

ramionami u jej nóg. Ha! Pewny strzał! Blask sło

ń

ca zaci

ąż

ył mi na plecach 

zimnem dotkliwszym od chłodu 

ź

ródlanej wody. Pewny strzał... Rzuciłem 

strzelb

ę

. Tych dwoje stało nad martwym człowiekiem, jak gdyby ich co

ś

 

urzekło. Krzykn

ą

łem do niej: „

Ż

yj i pami

ę

taj!” Potem bł

ą

dziłem czas jaki

ś

 w 

zimnym mroku.

Usłyszałem za sob

ą

 gło

ś

ne krzyki, tupot wielu nóg; obcy ludzie mnie 

otoczyli, krzyczeli mi w twarz bezładne słowa, popychali mnie, ci

ą

gn

ę

li, 

podtrzymywali... Stan

ą

łem przed wielkim Holendrem; patrzył we mnie jak 

wyzbyty rozumu. Chciał zrozumie

ć

, co si

ę

 stało, mówił pr

ę

dko, wspominał o 

wdzi

ę

czno

ś

ci, ofiarowywał mi jedzenie, przytułek, złoto - zadawał wiele pyta

ń

Roze

ś

miałem mu si

ę

 w twarz i rzekłem: „Jestem podró

ż

nym z plemienia 

Korinchi; id

ę

 tamt

ą

 drog

ą

 z Peraku i nie wiem nic o zabitym. Przechodz

ą

t

ę

dy, usłyszałem strzał, a wy, ludzie bez głowy, wypadli

ś

cie i wci

ą

gn

ę

li

ś

cie 

mnie tutaj”. Holender podniósł w gór

ę

 ramiona, dziwił si

ę

, nie chciał wierzy

ć

nie mógł zrozumie

ć

, wykrzykiwał co

ś

 w swoim j

ę

zyku! A ona obj

ę

ła go za 

szyj

ę

 i przez rami

ę

 patrzyła na mnie rozszerzonymi oczami. U

ś

miechałem si

ę

 

i patrzyłem na ni

ą

; u

ś

miechałem si

ę

 i czekałem, aby usłysze

ć

 d

ź

wi

ę

k jej 

głosu. Biały zapytał nagle: „Czy go znasz?” Słuchałem - 

ż

ycie moje było w 

mych uszach! Popatrzyła na mnie długo, popatrzyła na mnie nieugi

ę

tym 

background image

wzrokiem i rzekła gło

ś

no: „Nie! nigdy go przedtem nie widziałam”. Co? Nigdy 

przedtem? Ju

ż

 zapomniała? Czy to mo

ż

liwe?! Zapomniała ju

ż

 - po tylu 

latach... tylu latach w

ę

drówek, obcowania, trosk, czułych słów... Ju

ż

 

zapomniała!... Wyrwałem si

ę

 z r

ą

k, które mnie chciały zatrzyma

ć

, i odszedłem 

bez słowa... Pozwolili mi odej

ść

.

Zm

ę

czony byłem. Czy spałem? Nie wiem. Pami

ę

tam, 

ż

e szedłem 

szerok

ą

 

ś

cie

ż

k

ą

 pod jasnym 

ś

wiatłem gwiazd; a ten obcy kraj wydał mi si

ę

 

taki wielki, pola ry

ż

owe takie rozległe, 

ż

e gdy spojrzałem wokoło zakr

ę

ciło mi 

si

ę

 w głowie od tego ogromu. Potem zobaczyłem las. Zaci

ąż

yło mi radosne 

ś

wiatło gwiazd. Skr

ę

ciłem w bok ze 

ś

cie

ż

ki i wszedłem do lasu, który był 

bardzo ciemny i bardzo smutny.

V

Karain mówił coraz ciszej i ciszej, jak gdyby si

ę

 od nas oddalał, a

ż

 

wreszcie ostatnie jego słowa zabrzmiały słabo, lecz wyra

ź

nie, niby krzykni

ę

te 

w pogodny dzie

ń

 z bardzo wielkiej odległo

ś

ci. Nie poruszał si

ę

 wcale. Utkwił 

wzrok w 

ś

cianie za głow

ą

 Hollisa, który siedział naprzeciwko niego, równie jak 

i on nieruchomy. Jackson odwrócił si

ę

 bokiem i oparł łokie

ć

 o stół, ocieniaj

ą

r

ę

k

ą

 oczy. A ja patrzyłem, zdumiony i poruszony; patrzyłem na tego 

człowieka, wiernego swej wizji, oszukanego przez marzenie, odepchni

ę

tego 

przez złud

ę

; człowieka, który szukał ratunku u nas, niewierz

ą

cych; ratunku - 

przed my

ś

l

ą

. Zapadło gł

ę

bokie milczenie, pełne, zda si

ę

, bezszelestnych 

widziadeł, rzeczy 

ż

ałosnych, mrocznych i niemych; niewidzialna ich obecno

ść

 

sprawiła, 

ż

e ulg

ą

 i opiek

ą

 wydało mi si

ę

 gło

ś

ne, t

ę

tni

ą

ce tykanie dwóch 

okr

ę

towych chronometrów, znacz

ą

cych sekundy czasu w Greenwich. Karain 

patrzył przed siebie kamiennym wzrokiem. Spogl

ą

dałem na jego sztywn

ą

 

posta

ć

 i my

ś

lałem o tułaczce tego człowieka, o tajemniczej odysei zemsty, o 

wszystkich ludziach, którzy bł

ą

dz

ą

 w

ś

ród złudze

ń

, o złudzeniach równie 

niespokojnych jak i ludzie, o złudzeniach wierno

ś

ci i złudzeniach 

wiarołomstwa, o złudzeniach, które daj

ą

 rado

ść

, daj

ą

 smutek, daj

ą

 ból, daj

ą

 

spokój, o nieodpartych złudzeniach oblekaj

ą

cych 

ż

ycie i 

ś

mier

ć

 w pogod

ę

wzniosło

ść

, m

ę

k

ę

 lub ohyd

ę

.

Rozległ si

ę

 cichy szept; szept, który, wypływał jakby z zewn

ą

trz, z 

u

ś

pionego 

ś

wiata, i przenikał do kabiny w kr

ą

ś

wiatła rzucony przez, lamp

ę

To Karain mówił dalej.

background image

- Mieszkałem w lesie. Ona ju

ż

 nie przyszła; Nigdy! Ani razu. Byłem 

sam. Zapomniała o mnie. To i dobrze. Nie potrzebowałem jej; nie 

potrzebowałem nikogo. Znalazłem opuszczon

ą

 chat

ę

 na polance. Nikt tam 

nie zagl

ą

dał. Czasami słyszałem w oddali głosy ludzi id

ą

cych 

ś

cie

ż

k

ą

Spałem; wypoczywałem; był tam dziki ry

ż

, woda w strumieniu - i spokój! Co 

noc siedziałem samotnie przed chat

ą

 u niewielkiego ogniska. Wiele nocy 

przeszło nad moj

ą

 głow

ą

.

A

ż

 jednego wieczoru, gdy posiliłem si

ę

 i siedziałem przy ognisku, 

patrz

ą

c w ziemi

ę

, zacz

ą

łem wspomina

ć

 swoje w

ę

drówki. Nagle podniosłem 

głow

ę

. Nie słyszałem 

ż

adnego d

ź

wi

ę

ku, szelestu ni kroków - a jednak 

podniosłem głow

ę

. Jaki

ś

 człowiek szedł ku mnie przez polank

ę

. Czekałem. 

Zbli

ż

ył si

ę

 bez pozdrowienia i przykucn

ą

ł w 

ś

wietle ogniska. Potem zwrócił si

ę

 

do mnie. Był to Matara. Patrzył we mnie dziko wielkimi, zapadłymi oczami. 

Noc była zimna; ciepło zamarło nagle w ognisku, a Matara wci

ąż

 we mnie 

patrzył. Powstałem i odszedłem, zostawiaj

ą

c go u ognia, w którym ciepło 

zamarło.

Szedłem cał

ą

 noc, cały dzie

ń

, a wieczorem rozpaliłem wielki ogie

ń

 i 

usiadłem, aby czeka

ć

 na niego. Nie przyszedł w kr

ą

ś

wiatła. Słyszałem, jak 

kr

ąż

ył w

ś

ród krzaków, to tu, to tam - i szeptał, szeptał. Zrozumiałem wreszcie 

jego słowa - słyszałem je ju

ż

 przedtem: „Ty

ś

 mój przyjaciel. Zabij pewnym 

strzałem”.

Znosiłem to, póki mogłem wytrzyma

ć

, wreszcie rzuciłem si

ę

 do ucieczki

- tak jak i dzi

ś

 w nocy, gdy przeskoczyłem ostrokół i popłyn

ą

łem do was. 

Biegłem i biegłem, jak dziecko porzucone samotnie z dala od chat. A on leciał 

bez szelestu przy moim boku i szeptał, szeptał - niewidzialny i obecny. 

Szukałem teraz ludzi - pragn

ą

łem mie

ć

 ludzi dokoła siebie! Ludzi, którzy nie 

umarli! I znów w

ę

drowali

ś

my we dwóch. Szukałem niebezpiecze

ń

stw, walk i 

ś

mierci. Walczyłem w Atjeh, a m

ęż

ny lud dziwił si

ę

 odwadze cudzoziemca. 

Ale było nas dwóch; on odpierał ciosy... Dlaczego? Pragn

ą

łem spokoju, a nie 

ż

ycia. I nikt go nie widział; nikt o niczym nie wiedział - nie 

ś

miałem powiedzie

ć

 

nikomu. Czasem opuszczał mnie, ale nie na długo; powracał i szeptał znów 

albo wpatrywał si

ę

 we mnie. Dziwna trwoga szarpała mi serce, lecz umrze

ć

 

nie mogłem. Wówczas to spotkałem starego człowieka.

Znali

ś

cie go wszyscy. Ludzie nazywali go moim czarownikiem albo 

background image

sług

ą

 nosz

ą

cym za mn

ą

 miecz. Ale on był dla mnie ojcem, matk

ą

, opiek

ą

ratunkiem i spokojem... Kiedym go spotkał po raz pierwszy, wracał z 

pielgrzymki i usłyszałem, jak 

ś

piewał modlitw

ę

 o zachodzie. Udał si

ę

 do 

ś

wi

ę

tego miejsca z synem, 

ż

on

ą

 syna i jego malutkim dzieci

ą

tkiem, a w 

drodze powrotnej z łaski Najwy

ż

szego umarli wszyscy troje; m

ąż

 w sile wieku, 

młoda matka, dzieci

ą

tko - wszyscy pomarli; i starzec wrócił do swego kraju 

sam. Był to pielgrzym pogodny i nabo

ż

ny, bardzo m

ą

dry i bardzo samotny. 

Powiedziałem wszystko. Przebywali

ś

my razem czas jaki

ś

. Mówił nade mn

ą

 

słowa współczucia, m

ą

dro

ś

ci, modlitwy. Strzegł mnie przed cieniem 

umarłego. Błagałem go o jaki

ś

 amulet, który by mnie przed 

niebezpiecze

ń

stwem osłonił. Przez długi czas odmawiał, wreszcie dał mi go z 

u

ś

miechem i westchnieniem. Miał wida

ć

 władz

ę

 nad duchem silniejszym ni

ż

 

duch mego zmarłego przyjaciela i odzyskałem znów spokój, ale odt

ą

d nie 

mogłem usiedzie

ć

 w miejscu, pokochałem zam

ę

t i niebezpiecze

ń

stwo. 

Starzec nigdy mnie nie opuszczał. Podró

ż

owali

ś

my razem. Wielcy m

ęż

owie 

witali nas rado

ś

nie; jego m

ą

dro

ść

 i moja odwaga wspominane s

ą

 dotychczas 

tam, gdzie zapomniano o waszej sile, o biali ludzie! Słu

ż

yli

ś

my sułtanowi 

Sulu. Walczyli

ś

my przeciwko Hiszpanom. Zaznali

ś

my zwyci

ę

stw, nadziei, 

pora

ż

ek, smutku, krwi, łez kobiecych... I po co to wszystko?... Uciekli

ś

my. 

Zebrali

ś

my w

ę

drowców nale

żą

cych do wojennej rasy i przybyli

ś

my tu, aby 

znów walczy

ć

. Reszt

ę

 ju

ż

 wiecie. Jestem władc

ą

 zdobytego kraju, 

kochankiem wojny i niebezpiecze

ń

stw, bojownikiem i spiskowcem. Lecz 

starzec nie 

ż

yje i zmarły wzi

ą

ł mnie znowu w niewol

ę

. Nie masz tego, który 

odp

ę

dzał 

ż

ałosne i m

ś

ciwe widziadło - który ucisza martwy głos! Moc jego 

czaru umarła z nim razem. I znów poznałem trwog

ę

; i znów słysz

ę

 szept: 

„Zabij! Zabij! Zabij!...” Czy nie dosy

ć

 ju

ż

 zabijałem?

Pierwszy raz w ci

ą

gu tej nocy twarz Karaina zadrgała nagle 

szale

ń

stwem i w

ś

ciekło

ś

ci

ą

. Chwiejne jego spojrzenia bł

ą

dziły tu i tam, jak 

zal

ę

knione ptaki podczas burzy. Zerwał si

ę

 i krzykn

ą

ł:

- Na duchy, które pij

ą

 krew; na duchy, które 

ż

al

ą

 si

ę

 noc

ą

; na wszystkie 

duchy w

ś

ciekło

ś

ci, nieszcz

ęś

cia i zagłady, przysi

ę

gam - przyjdzie dzie

ń

, kiedy 

uderz

ę

 w serce ka

ż

dego, kogo napotkam!...

Wygl

ą

dał tak niebezpiecznie, 

ż

e zerwali

ś

my si

ę

 wszyscy trzej na równe 

nogi, a Hollis pchn

ą

ł r

ę

k

ą

 krys, który zleciał ze stołu. Zdaje mi si

ę

ż

background image

krzykn

ę

li

ś

my jednocze

ś

nie. Przestrach trwał krótko; w nast

ę

pnej chwili Karain 

siedział znów spokojnie na fotelu, a trzej Europejczycy stali nad nim z do

ść

 

głupimi minami. Było nam troch

ę

 wstyd. Jackson podniósł krys i, rzuciwszy na 

mnie badawcze spojrzenie, oddał go Karainowi. Ten odebrał bro

ń

 z 

wyniosłym skinieniem głowy i wetkn

ą

ł za sarong, przy czym z drobiazgow

ą

 

staranno

ś

ci

ą

 nadał krysowi 

ś

ci

ś

le pokojowe poło

ż

enie. Spojrzał ku nam w 

gór

ę

 z gorzkim u

ś

miechem. Byli

ś

my zmieszani i pogn

ę

bieni. Hollis siadł 

bokiem na stole, obj

ą

ł dłoni

ą

 podbródek i w milcz

ą

cej zadumie spogl

ą

dał 

badawczo na Karaina. Odezwałem si

ę

 wreszcie:

- Musisz pozosta

ć

 ze swoim ludem. Jeste

ś

 mu niezb

ę

dny. I przecie

ż

 

istnieje zapomnienie. Nawet umarli przestaj

ą

 z czasem mówi

ć

.

- Czy jestem kobiet

ą

, która zapomina o długich latach, zanim powieka 

zd

ąż

y dwa razy si

ę

 opu

ś

ci

ć

?! - wykrzykn

ą

ł z gorzk

ą

 uraz

ą

.

Zaskoczyły mnie jego słowa. To było wprost zdumiewaj

ą

ce. Jego 

ż

ycie 

- ten okrutny mira

ż

 miło

ś

ci i spokoju - wydawało mu si

ę

 tak realne i 

niezaprzeczone jak ka

ż

demu z nas - 

ś

wi

ę

temu, filozofowi czy te

ż

 półgłówkowi 

- wydaje si

ę

 realne i niezaprzeczone jego własne 

ż

ycie. Hollis mrukn

ą

ł:

- Nie uspokoicie go waszymi komunałami. Karain zwrócił si

ę

 do mnie:

- Znasz nas, tuanie. 

Ż

yłe

ś

 z nami. Dlaczego? Tego nie wiemy; ale 

rozumiesz nasze smutki i nasze my

ś

li. 

Ż

yłe

ś

 z moim ludem i rozumiesz nasze 

pragnienia i nasze obawy. Pójd

ę

 z tob

ą

. Do twego kraju, do twego ludu. Do 

twego ludu, który 

ż

yje w niewierze; dla którego dzie

ń

 jest dniem, a noc noc

ą

 i 

niczym wi

ę

cej - poniewa

ż

 rozumiecie tylko to, co widzicie oczami, a 

wszystkim innym pogardzacie. Do waszego kraju niewiary, gdzie umarli nie 

przemawiaj

ą

, gdzie ka

ż

dy człowiek jest m

ą

dry i swobodny, i spokojny.

Ś

wietnie powiedziane - mrukn

ą

ł Hollis z przebłyskiem u

ś

miechu.

Karain zwiesił głow

ę

:

- Umiem pracowa

ć

 i walczy

ć

... i by

ć

 wierny - szepn

ą

ł znu

ż

onym głosem 

- ale nie potrafi

ę

 wróci

ć

 do niego, który czeka na mnie tam na wybrze

ż

u. Nie 

potrafi

ę

! We

ź

cie mnie z sob

ą

... Albo te

ż

 dajcie mi wasz

ą

 sił

ę

, wasz

ą

 

niewiar

ę

... Zadajcie mi jaki

ś

 czar!

Wydawał si

ę

 znu

ż

ony do ostateczno

ś

ci.

- Tak, zabra

ć

 go do kraju - rzekł Hollis bardzo cicho, jak gdyby 

odpowiadał samemu sobie. - To byłby dobry sposób. Po salonach te

ż

 chodz

ą

 

background image

duchy, rozprawiaj

ą

c uprzejmie z panami i paniami, ale wzgardziłyby na pewno

nagim ludzkim stworzeniem, takim jak nasz ksi

ążę

cy przyjaciel... Nagim... 

Obdartym! - nale

ż

ałoby wła

ś

ciwie powiedzie

ć

Ż

al mi go. Naturalnie, 

ż

niepodobna go zabra

ć

. A koniec tego wszystkiego b

ę

dzie taki - ci

ą

gn

ą

ł, 

patrz

ą

c na nas - koniec b

ę

dzie taki, 

ż

e pewnego pi

ę

knego dnia Karain 

oszaleje w

ś

ród swych wiernych poddanych i wy

ś

le, ilu si

ę

 da, ad patres , nim 

zdob

ę

d

ą

 si

ę

 na wiarołomstwo i zdecyduj

ą

 si

ę

 go zabi

ć

.

Skin

ą

łem głow

ą

. Uwa

ż

ałem za wi

ę

cej ni

ż

 prawdopodobne, 

ż

e taki 

koniec przyjdzie na Karaina. Było jasne, i

ż

 dr

ę

cz

ą

ce my

ś

li doprowadziły go do 

ostatecznego kresu ludzkiej wytrzymało

ś

ci i niewiele ju

ż

 brakowało, aby 

wpadł w specjalny rodzaj szale

ń

stwa wła

ś

ciwy jego rasie. Wytchnienie, jakie 

miał za 

ż

ycia starego pielgrzyma, sprawiło, 

ż

e powrotu m

ę

czarni znie

ść

 ju

ż

 

nie mógł. To było jasne. Podniósł nagle głow

ę

; wydawało si

ę

 nam. przez 

chwil

ę

ż

e si

ę

 był zdrzemn

ą

ł.

- Dajcie mi opiek

ę

... albo dajcie mi wasz

ą

 sił

ę

! - zawołał. - Jaki

ś

 czar... 

jak

ąś

 bro

ń

!

I znów broda mu opadła na piersi. Popatrzyli

ś

my na niego, potem 

spojrzeli

ś

my po sobie z podejrzliwo

ś

ci

ą

 i l

ę

kiem, jak ludzie, którzy natkn

ę

li si

ę

 

niespodzianie na jakie

ś

 tajemnicze nieszcz

ęś

cie. Oddał si

ę

 w nasze r

ę

ce; 

powierzył nam swoje bł

ę

dy i swoj

ą

 m

ę

k

ę

, swoje 

ż

ycie i swój spokój; i nie 

wiedzieli

ś

my, co pocz

ąć

 z tym zagadnieniem, które wyłoniło si

ę

 z mroku. My - 

trzej biali ludzie patrz

ą

cy na tego Malaja - nie umieli

ś

my znale

źć

 ani jednego 

odpowiedniego słowa, je

ś

li istniało słowo mog

ą

ce rozwi

ą

za

ć

 t

ę

 sytuacj

ę

Zatopili

ś

my si

ę

 w my

ś

lach, a serca w nas upadły. Wydało si

ę

 nam, 

ż

wszyscy trzej zostali

ś

my wezwani do wrót piekielnego pa

ń

stwa, aby 

zawyrokowa

ć

 o losie w

ę

drowca, który opu

ś

cił nagle 

ś

wiat pełen sło

ń

ca i 

złudze

ń

.

- Daj

ę

 słowo, niezłe ma wyobra

ż

enie o naszej pot

ę

dze - szepn

ą

ł 

beznadziejnie Hollis. I znów zapadła cisza m

ą

cona słabym pluskiem wody i 

nieustannym tykaniem chronometrów. Jackson skrzy

ż

ował nagie ramiona i 

oparł si

ę

 plecami o grod

ź

 kabiny. Stał z głow

ą

 nieco schylon

ą

 pod belk

ą

 

podtrzymuj

ą

c

ą

 sufit; jasna broda rozpo

ś

cierała si

ę

 wspaniale na jego piersi; 

wygl

ą

dał jak nieporadny i łagodny olbrzym. W kajucie zapanował ponury 

nastrój; powietrze nasi

ą

kało z wolna okrutnym. chłodem bezsilno

ś

ci i 

background image

gniewliwym, bezlitosnym egoizmem; zaczynali

ś

my si

ę

 buntowa

ć

 przeciw 

niezrozumiałej formie cierpienia, które si

ę

 nam narzucało. Nie wiadomo było, 

co pocz

ąć

; zacz

ę

li

ś

my gorzko odczuwa

ć

 konieczno

ść

 pozbycia si

ę

 Karaina.

Hollis my

ś

lał i my

ś

lał, wreszcie roze

ś

miał si

ę

 i mrukn

ą

ł: „Siła... opieka... 

czary”. Zsun

ą

ł si

ę

 ze stołu i wyszedł, wcale na nas nie spojrzawszy. 

Wygl

ą

dało to na podł

ą

 dezercj

ę

. Zamienili

ś

my z Jacksonem oburzone 

spojrzenia. Słyszeli

ś

my, jak Hollis przetrz

ą

sa rzeczy w swojej kajucie, nie 

wi

ę

kszej od goł

ę

biego gniazda. Czy

ż

by ten smyk naprawd

ę

 kładł si

ę

 ju

ż

 do 

łó

ż

ka? Karain westchn

ą

ł. Sytuacja była nie do zniesienia!

Lecz Hollis pojawił si

ę

 znów, trzymaj

ą

c obur

ą

cz mał

ą

, skórzan

ą

 

szkatułk

ę

. Postawił j

ą

 ostro

ż

nie na stole, spojrzał na nas i odetchn

ą

ł przy tym 

w dziwny sposób, jakby na chwil

ę

 zaniemówił albo jakby miał moralne 

w

ą

tpliwo

ś

ci, czy wolno mu ow

ą

 szkatułk

ę

 pokaza

ć

. Ale bezczelna i 

niezawodna m

ą

dro

ść

 młodo

ś

ci dała mu w mig potrzebn

ą

 odwag

ę

. Rzekł, 

otwieraj

ą

c szkatułk

ę

 malutkim kluczykiem:

- No, chłopcy, zróbcie miny jak najbardziej uroczyste.

Prawdopodobnie wygl

ą

dali

ś

my tylko na zaskoczonych i ogłupiałych, bo 

spojrzał przez rami

ę

 i rzekł gniewnie:

- To nie s

ą

 

ż

arty! Chc

ę

 co

ś

 zrobi

ć

 dla niego. Wygl

ą

dajcie

ż

 powa

ż

nie. 

ż

, u licha!... Czy nie sta

ć

 was na troch

ę

 kłamstwa... dla dobra przyjaciela?!

Karain zdawał si

ę

 nie zwraca

ć

 na nas uwagi, lecz gdy Hollis podniósł 

wieko szkatułki, oczy jego pobiegły ku niej - tak jak i nasze. Purpurowy atłas, 

którym była wysłana, rozgorzał jaskraw

ą

, barwn

ą

 plam

ą

 w ponurej 

atmosferze; zjawił si

ę

 wyra

ź

ny cel dla wzroku, przyci

ą

gaj

ą

cy oczy.

VI

Hollis patrzył z u

ś

miechem w gł

ą

b szkatułki. Odbył niedawno 

wycieczk

ę

 do kraju przez Kanał Angielski. Nie było go sze

ść

 miesi

ę

cy i zjawił 

si

ę

 w sam czas, aby wyruszy

ć

 z nami na t

ę

 ostatni

ą

 wypraw

ę

. Nigdy 

przedtem nie widzieli

ś

my tej szkatułki. Hollis trzymał nad ni

ą

 r

ę

ce i mówił do 

nas ironicznym tonem, ale twarz jego stała si

ę

 powa

ż

na, jak gdyby wymawiał 

pot

ęż

ne zakl

ę

cie nad przedmiotami le

żą

cymi w szkatułce.

- Ka

ż

dego z nas - mówił, urywaj

ą

c co chwila, przy czym pauzy 

dotkliwsze były od słów - ka

ż

dego z nas - zgodzicie si

ę

 z tym chyba - 

prze

ś

ladowało wspomnienie o jakiej

ś

 kobiecie... A co si

ę

 tyczy przyjaciół... 

background image

przyjaciół porzuconych mimochodem... ech! spytajcie sami siebie...

Urwał. Karain patrzył z nat

ęż

eniem w szkatułk

ę

. Gło

ś

ny hałas rozległ 

si

ę

 na górze na pokładzie. Jackson rzekł z powag

ą

:

- Nie b

ą

d

źż

e takim, podłym cynikiem.

- Ach, ty poczciwino! - rzekł pos

ę

pnie Hollis. - Dowiesz si

ę

 zaraz... 

Przecie

ż

 ten Malaj był naszym przyjacielem...

Powtórzył kilka razy w zamy

ś

leniu: - Malaj... przyjacielem. Malaj, 

przyjacielem - jak gdyby przeciwstawiał te słowa i wa

ż

ył, po czym ci

ą

gn

ą

ł ju

ż

 

pr

ę

dzej:

- Porz

ą

dny chłop, d

ż

entelmen w swoim rodzaju. Nie mo

ż

emy, 

ż

e tak 

powiem, odwróci

ć

 si

ę

 plecami do jego zwierze

ń

 i ufno

ś

ci, jak

ą

 w nas pokłada. 

Ci Malaje poddaj

ą

 si

ę

 łatwo wra

ż

eniom; szalenie s

ą

 nerwowi, jak wiecie - a 

wi

ę

c...

Zwrócił si

ę

 raptem do mnie:

- Ty go znasz najlepiej - odezwał si

ę

 rzeczowym tonem. - Czy 

uwa

ż

asz, 

ż

e jest fanatykiem? To znaczy... czy bardzo 

ś

ci

ś

le trzyma si

ę

 

swoich wierze

ń

?

- Nie zdaje mi si

ę

 - wyj

ą

kałem.

- Rzecz w tym, 

ż

e tu chodzi o wizerunek... wyryty portret - mrukn

ą

ł 

zagadkowo i zwrócił si

ę

 znów do szkatułki. Zanurzył w niej palce. Wargi 

Karaina rozchyliły si

ę

, a oczy błyszczały; Patrzyli

ś

my w gł

ą

b szkatułki.

Było tam par

ę

 zwitków bawełny, papierek igieł, kawałek jedwabnej 

wst

ąż

ki granatowego koloru, gabinetowa fotografia, na któr

ą

 Hollis spojrzał 

ukradkiem, nim j

ą

 - odwrócon

ą

 - poło

ż

ył na stole. Zd

ąż

yłem spostrzec, 

ż

była to fotografia młodej panny. W

ś

ród mnóstwa ró

ż

nych drobiazgów le

ż

ał 

tam p

ę

k kwiatów, w

ą

ska biała r

ę

kawiczka o wielu guzikach, cienka paczka 

listów starannie zwi

ą

zanych. Amulety białych ludzi! Czary i talizmany! Czary, 

które krzepi

ą

 ducha, które mia

ż

d

żą

 go bez lito

ś

ci; czary, których moc wyrywa 

westchnienie z piersi młodzie

ń

ca, a na twarz starca sprowadza u

ś

miech. 

Pot

ęż

ne amulety, co przyci

ą

gaj

ą

 radosne marzenia i my

ś

li pełne 

ż

alu; co 

krusz

ą

 twarde serca, a mi

ę

kkie hartuj

ą

 na niezłomn

ą

 stal; Dary niebios - 

rzeczy ziemskie...

Hollis szperał w szkatułce.

I wydało mi si

ę

 przez t

ę

 chwil

ę

 oczekiwania, 

Ż

e kabina szkunera 

background image

zapełnia si

ę

 niewidzialnym 

ż

yj

ą

cym t

ę

tnem lekkich oddechów. Wszystkie 

duchy wygnane z niewiernego Zachodu przez ludzi, którzy twierdz

ą

ż

posiedli m

ą

dro

ść

 i swobod

ę

, i spokój - wszystkie bezdomne duchy 

niewiernego 

ś

wiata pojawiły si

ę

 nagle wokół Hollisa, schylonego nad 

szkatułk

ą

; wszystkie wygnane i czarowne duchy kochanych ongi kobiet; 

wszystkie pi

ę

kne i tkliwe duchy ideałów - zachowanych w pami

ę

ci, 

zapomnianych, umiłowanych, znienawidzonych, wszystkie odepchni

ę

te i 

pełne wyrzutu duchy przyjaciół - podziwianych, uwielbianych, darzonych 

ufno

ś

ci

ą

, spotwarzonych, zdradzonych, zabranych przez 

ś

mier

ć

 - wszystkie te 

duchy przybyły z niego

ś

cinnych okolic ziemi, aby stłoczy

ć

 si

ę

 w mrocznej 

kajucie, jak gdyby ta kajuta była jedyn

ą

 ich ostoj

ą

 na szerokim 

ś

wiecie, 

opanowanym przez zw

ą

tpienie, jedynym 

ź

ródłem wiary i zado

ść

uczynienia... 

Min

ę

ła sekunda - i wszystko znikło. Tylko Hollis stał naprzeciw nas, a w jego 

palcach błyszczał jaki

ś

 drobny przedmiot. Wygl

ą

dało to na pieni

ąż

ek.

- Znalazłem nareszcie - rzekł.

Podniósł przedmiot do góry. Była to pensowa moneta z roku 

jubileuszowego - pozłacana, z dziurk

ą

 przebit

ą

 u brzegu. Hollis spojrzał na 

Karaina.

Oto amulet dla naszego przyjaciela - rzekł do nas. - Rzecz sama przez 

si

ę

 niezmiernie pot

ęż

na, jak wiecie - pieni

ą

dz - a wyobra

ź

nia Karaina ju

ż

 

pracuje. Ten włócz

ę

ga pełen jest lojalno

ś

ci. Oby tylko jego purytanizm nie 

spłoszył si

ę

 wizerunkiem...

Nie odrzekli

ś

my nic. Nie wiedzieli

ś

my, czy to ma nas zgorszy

ć

, czy 

roz

ś

mieszy

ć

, czy przynie

ść

 nam ulg

ę

. Hollis, zbli

ż

ywszy si

ę

 do Karaina - który 

wstał jak gdyby strwo

ż

ony - podniósł monet

ę

 i przemówił po malajsku.

- Oto wizerunek wielkiej królowej i najpot

ęż

niejsza ze wszystkich rzeczy 

znanych białym ludziom - rzekł uroczy

ś

cie.

Karain zakrył dłoni

ą

 r

ę

koje

ść

 krysa na znak czci i utkwił wzrok w głowie 

ozdobionej koron

ą

.

- Niezwyci

ęż

ona. Pobo

ż

na - szepn

ą

ł.

- Pot

ęż

niejsza jest ni

ż

 Sulejman M

ę

drzec, który, jak wiesz, rozkazywał 

duchom - ci

ą

gn

ą

ł Hollis powa

ż

nie. - Ja ci to daj

ę

.

Trzymał monet

ę

 na wyci

ą

gni

ę

tej dłoni i, patrz

ą

c na nas w zamy

ś

leniu, 

odezwał si

ę

 po angielsku:

background image

- Ona tak

ż

e rozkazuje duchowi swego narodu: pot

ęż

ny ten demon, 

sumienny, bezwzgl

ę

dny, nieposkromiony... czyni wiele dobrego - niechc

ą

cy... 

wiele dobrego... od czasu do czasu... i nie 

ś

cierpiałby 

ż

adnych awantur - 

cho

ć

by ze strony najzacniejszego ducha - o tak

ą

 drobnostk

ę

 jak strzał 

naszego przyjaciela. No, otrz

ąś

nijcie si

ę

, wygl

ą

dacie, jakby was piorun raził. 

Pomó

ż

cie mi wzbudzi

ć

 w nim wiar

ę

 - od tego wszystko zale

ż

y.

- Ludzie jego b

ę

d

ą

 si

ę

 gorszy

ć

 - mrukn

ą

łem. Hollis spojrzał przeci

ą

gle 

na Karaina, który zamarł w najwy

ż

szym podnieceniu. Stał sztywno z głow

ą

 

odrzucon

ą

 w tył; toczył dziko błyszcz

ą

cymi oczyma, rozd

ę

te jego nozdrza 

drgały.

- A niech tam! - rzekł wreszcie Hollis. - To zacny chłop. Dam mu co

ś

czego b

ę

d

ę

 naprawd

ę

 

ż

ałował.

Wyj

ą

ł wst

ąż

k

ę

 ze szkatułki, u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 na jej widok wzgardliwie i 

wyci

ą

ł no

ż

yczkami kawałek skóry z dłoni r

ę

kawiczki.

- Zrobi

ę

 mu co

ś

 takiego, wiecie, co to chłopi nosz

ą

 we Włoszech.

Zaszył pieni

ą

dz w delikatn

ą

 skór

ę

, przymocował do wst

ąż

ki i zwi

ą

zał jej 

ko

ń

ce. Robił to z wielkim po

ś

piechem. Karain patrzył cały czas na jego palce.

- No wi

ę

c - rzekł Hollis i przyst

ą

pił do Karaina. Patrzyli sobie z bliska w 

oczy. Wyt

ęż

ony wzrok Karaina zagubił si

ę

 w spojrzeniu Hollisa, który 

spogl

ą

dał władczo i rozkazuj

ą

co pociemniałymi nagle oczami. Stanowili 

jaskrawy kontrast; jeden nieruchomy i jak z br

ą

zu, drugi - ol

ś

niewaj

ą

co biały - 

wznosił powoli ramiona, których pot

ęż

ne muskuły grały lekko pod skór

ą

 

błyszcz

ą

c

ą

 jak atłas. Jackson przysun

ą

ł si

ę

 bli

ż

ej z min

ą

 człowieka, który 

staje przy koledze w ci

ęż

kim poło

ż

eniu. Rzekłem z naciskiem, wskazuj

ą

c na 

Hollisa:

- Młody jest, ale m

ą

dry. Wierz mu!

Karain pochylił głow

ę

. Hollis zarzucił mu lekko na szyj

ę

 granatow

ą

 

wst

ąż

k

ę

 i odst

ą

pił w tył.

- Zapomnij i 

ż

yj w pokoju! - zawołałem. Karain zdawał si

ę

 budzi

ć

 ze 

snu. „Ha!” - wymówił i otrz

ą

sn

ą

ł si

ę

, jakby zrzucaj

ą

c jaki

ś

 ci

ęż

ar.. Rozejrzał 

si

ę

 pewnym wzrokiem. Na pokładzie kto

ś

 

ś

ci

ą

gn

ą

ł z luku zasłon

ę

 i fala 

ś

wiatła 

wpadła do kajuty. Był ju

ż

 ranek.

- Czas na pokład - rzekł Jackson.

Hollis wci

ą

gn

ą

ł kurtk

ę

 i ruszyli

ś

my, prowadzeni przez Karaina.

background image

Sło

ń

ce wzeszło ju

ż

 za wzgórzami i długie ich cienie kładły si

ę

 na 

zatok

ę

 w

ś

ród perłowego 

ś

wiatła. Powietrze było przezroczyste i chłodne. 

Wskazałem na kr

ę

t

ą

 lini

ę

 

ż

ółtych piasków.

- Nie ma go tam - rzekłem dobitnie do Karaina. - Ju

ż

 nie czeka. 

Odszedł na zawsze.

Pocisk jasnych, gor

ą

cych promieni wpadł do zatoki przez szpar

ę

 

mi

ę

dzy dwoma szczytami i woda - jak zaczarowana - zaja

ś

niała nagl

ą

 

skrz

ą

cym si

ę

 blaskiem.

- Nie! Nie czeka - rzekł Karain, popatrzywszy długo na brzeg. - Nie 

słysz

ę

 go - ci

ą

gn

ą

ł powoli. - Nie!

Zwrócił si

ę

 do nas:

- Znów odszedł - na zawsze! - zawołał.

Przytakiwali

ś

my energicznie, raz po raz, bez najmniejszych skrupułów. 

Chodziło przede wszystkim o to, aby wywrze

ć

 na nim pot

ęż

ne wra

ż

enie, aby 

odczuł zupełne bezpiecze

ń

stwo - koniec udr

ę

ki. Robili

ś

my, co było w naszej 

mocy, i mam nadziej

ę

ż

e ujawnili

ś

my do

ść

 silnie nasz

ą

 wiar

ę

 i pot

ę

g

ę

 

Hollisowego czaru, aby usun

ąć

 cie

ń

 wszelkiej w

ą

tpliwo

ś

ci. W ciszy głosy 

nasze brzmiały rado

ś

nie naokoło Karaina, a nad jego głow

ą

 niebo, przejrzyste 

i niepokalane, rozpi

ę

ło delikatny bł

ę

kit od brzegu do brzegu i dalej ponad 

zatok

ą

, jakby chciało otoczy

ć

 pieszczot

ą

 swego blasku wod

ę

, ziemi

ę

 i tego 

człowieka.

Kotwica była podniesiona, 

ż

agle wisiały nieruchomo i pół tuzina 

wielkich łodzi d

ąż

yło w nasz

ą

 stron

ę

, aby nas wyholowa

ć

 z zatoki. Wio

ś

larze 

w pierwszej łodzi, która podpłyn

ę

ła pod szkuner, podnie

ś

li głowy i zobaczyli 

swego władc

ę

 stoj

ą

cego mi

ę

dzy nami. Rozległ si

ę

 cichy szmer zdumienia - 

potem okrzyk powitalny.

Karain opu

ś

cił nas i znalazł si

ę

 jak gdyby od razu w

ś

ród wspaniałego 

przepychu swojej sceny, spowity w złud

ę

 niezawodnego powodzenia. Stał 

przez chwil

ę

 wyprostowany z nog

ą

 na kładce, z dłoni

ą

 na r

ę

koje

ś

ci krysa, w 

pozie wojennej, i uwolniony od l

ę

ku przed zewn

ę

trznym mrokiem, podniósł 

głow

ę

 wysoko, ogarniaj

ą

c pogodnym spojrzeniem zdobyt

ą

 przez siebie pi

ę

d

ź

 

ziemi. Oddalone łodzie podj

ę

ły okrzyk powitalny, wielka wrzawa potoczyła si

ę

 

po wodzie; wzgórza rozbrzmiały echem, jakby odrzucaj

ą

c z powrotem 

ż

yczenia długich lat 

ż

ycia i zwyci

ę

stw.

background image

Zst

ą

pił do czółna skoro tylko odbił od szkunera, uczcili

ś

my go trzema 

okrzykami. Zabrzmiały słabo i statecznie w porównaniu z dzikim tumultem 

wznieconym przez wiernych poddanych, ale nie było nas sta

ć

 na nic innego. 

Karain stan

ą

ł w lodzi, podniósł oba ramiona i wskazał na niezawodny amulet. 

Wznie

ś

li

ś

my ponowny okrzyk, a Malaje patrzyli zdumieni, niezmiernie 

zaintrygowani i poruszeni. Ciekaw jestem, co sobie my

ś

leli. Co Karain 

my

ś

lał... co my

ś

li czytelnik?

Holowano nas powoli. Widzieli

ś

my, jak Karain wysiadł i patrzył z 

brzegu za nami. Jaka

ś

 posta

ć

 zbli

ż

yła si

ę

 do niego pokornie, lecz jawnie - i 

nie była to roz

ż

alona zjawa. Zobaczyli

ś

my te

ż

 innych ludzi biegn

ą

cych ku 

niemu. Mo

ż

e spostrze

ż

ono jego nieobecno

ść

? W ka

ż

dym razie, poruszenie 

było wielkie. Koło Karaina zebrała si

ę

 szybko gromada ludzi, a on kroczył 

wzdłu

ż

 piaszczystego wybrze

ż

a, w otoczeniu rosn

ą

cej wci

ąż

 

ś

wity, trzymaj

ą

si

ę

 prawie na jednej, linii ze szkunerem. Mogli

ś

my przez szkła dojrze

ć

 

granatow

ą

 wst

ąż

k

ę

 u jego szyi i biał

ą

 plamk

ę

 na br

ą

zowych piersiach. Zatoka 

si

ę

 budziła. Dym z ognisk porannych unosił si

ę

 w lekkich skr

ę

tach nad 

szczytami palm; ludzie kr

ąż

yli mi

ę

dzy chatami; stado bawołów galopowało 

ci

ęż

ko po zielonym zboczu; smukłe postacie chłopców wywijaj

ą

cych kijami 

ukazały si

ę

 w wysokiej trawie, czarne i skacz

ą

ce; barwny szereg kobiet z 

bambusowymi naczyniami na głowie sun

ą

ł gi

ę

tko na tle rzadkiego gaju drzew 

owocowych. Karain zatrzymał si

ę

 wpo

ś

ród swych ludzi i skin

ą

ł ku nam r

ę

k

ą

potem odł

ą

czył si

ę

 od wspaniałego orszaku, podszedł nad sam kraj wody i 

skin

ą

ł ku nam powtórnie. Szkuner wydostał si

ę

 na pełne morze, 

przesun

ą

wszy si

ę

 mi

ę

dzy dwoma stromymi przyl

ą

dkami zamykaj

ą

cymi zatok

ę

 

- i w tej

ż

e chwili Karain znikn

ą

ł z naszego 

ż

ycia na zawsze.

Lecz pami

ęć

 o nim nie zagin

ę

ła. W kilka lat pó

ź

niej spotkałem na 

Strandzie Jacksona. Wspaniały był jak zawsze. Górował wysoko nad tłumem. 

Broda jego była złota, twarz czerwona, oczy niebieskie; na głowie miał 

szerokoskrzydły kapelusz ale brakowało mu kołnierzyka i kamizelki; wygl

ą

dał 

porywaj

ą

co! Wrócił dopiero co do kraju - wysiadł na l

ą

d tego samego dnia! 

Nasze spotkanie utworzyło wir w ludzkiej rzece. Spiesz

ą

cy si

ę

 przechodnie 

wpadali na nas, potem obchodzili nas wkoło i wreszcie odwracali si

ę

 raz 

jeszcze, aby spojrze

ć

 na tego olbrzyma. Usiłowali

ś

my wtłoczy

ć

 siedem lat 

ż

ycia w siedem wykrzykników, po czym, nagle zaspokojeni, ruszyli

ś

my 

background image

statecznie jeden obok drugiego, udzielaj

ą

c sobie naj

ś

wie

ż

szych nowin. 

Jackson rozejrzał si

ę

 jak człowiek szukaj

ą

cy znaków orientacyjnych na morzu 

i stan

ą

ł przed wystaw

ą

 Blanda. Miał zawsze nami

ę

tno

ść

 do broni palnej, 

zatrzymał si

ę

 wi

ę

c i przygl

ą

dał rz

ę

dowi sztucerów, doskonałych i srogich, 

wyci

ą

gni

ę

tych w szereg za tafl

ą

 tkwi

ą

c

ą

 w czarnej ramie. Stałem obok niego. 

Zapytał nagle:

- Czy pami

ę

tasz Karaina?

Skin

ą

łem głow

ą

.

- Przypomniało mi go to wszystko - ci

ą

gn

ą

c twarz

ą

 tu

ż

 przy szkle... i 

widziałem, jak drugi Jackson, pot

ęż

ny i brodaty, patrzy w niego z nat

ęż

eniem 

spomi

ę

dzy ciemnych, gładkich rur, która umiej

ą

 leczy

ć

 tyle złudze

ń

. - Tak, to 

mi go przypomniało - ci

ą

gn

ą

ł powoli. - Czytałem dzi

ś

 rano dzienniki, walcz

ą

 

tam znowu. Karain tkwi w tym na pewno. Ju

ż

 on potrafi dopiec tym 

caballeros. No, szcz

ęść

 mu Bo

ż

e, biedakowi! Był doprawdy nadzwyczajny.

Szli

ś

my dalej.

- Ciekaw jestem, czy te

ż

 amulet okazał si

ę

 skuteczny... pami

ę

tasz, 

naturalnie, amulet Hollisa. Je

ś

li był skuteczny, to nie wydano nigdy sze

ś

ciu 

pensów z lepszym skutkiem. Biedak! Czy te

ż

 pozbył si

ę

 na dobre tego 

swojego przyjaciela? Mam nadziej

ę

ż

e tak... Czy wiesz, zdaje mi si

ę

 czasem, 

ż

e...

Stan

ą

łem i popatrzyłem na niego.

- Widzisz... Chodzi mi o to, czy... ta historia... rozumiesz? Czy to mu 

si

ę

 naprawd

ę

 wydarzyło?... Jak my

ś

lisz?...

- Mój drogi - zawołałem - byłe

ś

 za długo poza krajem! Có

ż

 za pytanie! 

Spójrz tylko na to wszystko.

Wodnisty blask zaja

ś

niał na zachodzie i zgasł mi

ę

dzy dwoma rz

ę

dami 

murów; zbiorowisko łamanych dachów, kominy, złote litery rozpełzło po 

frontach domów i ciemny połysk okien - wszystko trwało zrezygnowane i 

ponure pod zst

ę

puj

ą

cym mrokiem. Cała długa ulica, gł

ę

boka jak studnia i 

w

ą

ska jak korytarz, pełna była pos

ę

pnego, nieustannego ruchu. Do uszu bił 

gwałtowny szelest i tupot szybkich kroków przy wtórze rozległego szmeru o 

słabym t

ę

tnie, zło

ż

onego jak gdyby z gor

ą

czkowych oddechów, bij

ą

cych serc, 

zdyszanych głosów. Niezliczone oczy spogl

ą

dały przed siebie, nogi poruszały 

si

ę

 spiesznie, płyn

ę

ły pozbawione wyrazu twarzy, kołysały si

ę

 ramiona. A 

background image

ponad tym wszystkim w

ą

ski, poszarpany pasek nieba przesłoni

ę

tego dymem 

rozci

ą

gał si

ę

 kreto i nieruchomo mi

ę

dzy wysokimi dachami jak zbrukany 

sztandar powiewaj

ą

cy nad zbiegowiskiem motłochu.

- Ta-a-a-k - rzekł Jackson w zamy

ś

leniu. Wielkie szprychy 

dwukołowych doro

ż

ek obracały si

ę

 z wolna u skraju chodników; bladolicy 

młodzian wlókł si

ę

 znu

ż

ony obok swej laski, a poły jego płaszcza trzepotały 

si

ę

 niemrawo w pobli

ż

u pi

ę

t; konie st

ą

pały chwiejnie po 

ś

liskim bruku, 

podrzucaj

ą

c łbami; dwie młode panienki o błyszcz

ą

cych oczach przeszły, 

ż

ywo rozmawiaj

ą

c; pi

ę

kny, stary pan o czerwonej twarzy kroczył miarowo i 

głaskał białego w

ą

sa; sznur wysokich 

ż

ółtych reklam z niebieskimi literami 

zbli

ż

ał si

ę

 chwiejnie i powoli, niby dziwaczne szcz

ą

tki rozbitego okr

ę

tu 

płyn

ą

ce po rzece z kapeluszy.

- Ta-a-a-k - powtórzył Jackson. Jego niebieskie oczy spogl

ą

dały na 

wszystkie strony, pogardliwe, rozbawione i nieczułe jak oczy chłopca. 

Niezgrabny sznur czerwonych, 

ż

ółtych i zielonych omnibusów toczył si

ę

 

kołysz

ą

c, potworny i jaskrawy; dwoje obszarpanych dzieci przebiegło drog

ę

grupka brudnych m

ęż

czyzn z czerwonymi chustkami na gołych szyjach 

czyhała z boku, rozgadana plugawie; stary człowiek w łachmanach stał w 

błocie z twarz

ą

 pełn

ą

 rozpaczy, wrzeszcz

ą

c przera

ź

liwie tytuł jakiego

ś

 

dziennika; a w oddali w

ś

ród ruchliwych ko

ń

skich łbów, matowego połysku 

uprz

ęż

y i tłoku l

ś

ni

ą

cych karet widniał ciemny policjant w hełmie, wyci

ą

gaj

ą

cy 

sztywne rami

ę

 u skrzy

ż

owania ulic.

- Tak, widz

ę

 to wszystko - rzekł powoli Jackson - Mam to przed oczami;

słysz

ę

, jak dyszy, biegnie, toczy si

ę

; pot

ęż

ne jest i 

ż

ywe; zmia

ż

d

ż

yłoby ci

ę

gdyby

ś

 si

ę

 nie pilnował; a jednak... niech mnie powiesz

ą

, je

ś

li to dla mnie jest 

równie realne jak... jak tamto drugie... to znaczy historia Karaina.

My

ś

l

ę

ż

e Jackson stanowczo za długo był poza krajem.