background image

CHRISTOPHER CARTER

 

 

 

OSTATNIA    ZBRODNIA     

AGATY    CHRISTIE 

 

(Tłumacz: Maria Demidowicz- Domanasiewicz) 

 

 

background image

ROZDZIAŁ I 

 
Abu  był  rosłym  i  przystojnym  Nubijczykiem,  mierzącym  dwieście  dziesięć 

centymetrów wzrostu. Miał poważną twarz i mocny tors. Już sam jego widok wprawiał 
w zdumienie turystów mieszkających w hotelu Stara Katarakta w Asuanie, w Górnym 
Egipcie.  Szlachetność  tego  olbrzyma  zrodzonego  w  głębi  Afryki  pozostawiała  w  nich 

niezatarte wspomnienie. Schodzili mu z drogi, a on, choć był tylko służącym, cieszył się 

powszechnym szacunkiem. 

Nubijczyk był dumny ze swego pochodzenia i kultury. Od zarania ludzkości jego 

lud umiał przystosować się do warunków, jakie stworzyły prażące słońce, wylewy Nilu i 
nienasycony apetyt pustyni, z łapczywością pożerającej poletka ziemi stworzone ludzką 
pracą. 

Ale czasy się zmieniały, i to na gorsze. Nubię dotknęły pogarda, ucisk i zagłada, a 

synowie tego szlachetnego kraju, aby przeżyć, musieli wyemigrować. 

Abu  znalazł  zatrudnienie  w  Starej  Katarakcie,  ulubionym  hotelu  angielskich 

turystów, których obecność tworzyła atmosferę elegancji i przytulności, i z tego właśnie 
powodu odbywały się tu zawody brydżowe dla osób z towarzystwa. 

Hotel Stara Katarakta, wzniesiony w 1899 roku, pozostawał jednym z klejnotów 

Asuanu,  dużego  miasta  leżącego  w  południowej  części  Egiptu,  które  z  każdym  dniem 
coraz  bardziej  poddawało  się  szturmowi  nowoczesności  i  przemysłu.  Stary  budynek  z 
jasnoczerwoną  fasadą  i  gzymsowanymi  narożnikami  przyjmował  pod  swój  dach 
znaczną  liczbę  osobistości,  pragnących  zwiedzić  Egipt,  a  zarazem  korzystać  z 
europejskich wygód. Któż nie marzył, by otwierać okna z widokiem na Nil, połyskujący 
za sprawą boga Ra, odradzającego się rankiem po zwycięstwie nad ciemnościami? 

Ale jeśli piramidy i  świątynie odniosły  zwycięstwo nad czasem, to w przypadku 

Starej  Katarakty  działo  się  akurat  odwrotnie.  Mimo  że  początkowo  standard  był 
wysoki, teraz kurki zaśniedziały, tapety wyblakły, a całość szacownego pałacu zdradzała 
swój wiek. 

Należało więc podjąć w końcu decyzję, od dawna krytykowaną przez wielbicieli 

przeszłości:  wyremontować  hotel  zgodnie  z  obowiązującą  modą,  co  wiązało  się 
nieodwołalnie z jego zamknięciem. 

Kilka uprzywilejowanych osób mogło jeszcze oczywiście pijać herbatę na tarasie 

pod  daszkiem,  gdzie  siadały  swobodnie  w  wiklinowych  fotelach,  by  kontemplować 
zachód słońca, podobnie jak ci rozkoszujący się tą wyjątkową chwilą egiptolodzy, którzy 
przyszli tu odpocząć po ciężkim dniu spędzonym w terenie na badaniach naukowych. 

Abu uważał, że większość z nich to zarozumialcy przesiąknięci wiedzą książkową, 

która zamyka im oczy i serca. Ale Nubijczyk pilnował się, by nie ujawniać swojej opinii 
przed tymi ludźmi z Zachodu, przekonanymi o własnej wyższości. 

background image

Także  pod  koniec  tamtego  popołudnia  w  Starej  Katarakcie  zjawiło  się  sześciu 

reprezentantów  owego  dziwnego  gatunku,  jakim  są  egiptolodzy  -  czterech  mężczyzn  i 
dwie  kobiety,  nie  licząc  miłośnika  starożytności  odmiennego  typu,  Abdel-Mosula, 
godnego  spadkobiercy  rodu  złodziei  i  paserów.  Mówili  dużo  i  o  niczym,  wydawało  się 
nawet, że sobie docinają. Cała ich wiedza nie dała im grama mądrości. 

Abu otrzymał ważne zadanie i miał zamiar wypełnić je z właściwą sobie powagą. 

Dlatego  wszedł  powoli  na  trzecie  piętro  Starej  Katarakty,  gdzie  właśnie  zakończono 
malowanie  korytarzy.  Za  niecały  miesiąc  znów  pojawią  się  tu  zachwyceni  turyści, 
wspominając ostatnią wycieczkę i oczekując z niecierpliwością kolejnej. Zaliczali Egipt 
w  biegu,  zapominając  często  o  wdychaniu  jego  najważniejszego  zapachu  -  zapachu 
wieczności. 

Na trzecim piętrze znajdował się najsłynniejszy pokój - ten, w którym mieszkała 

angielska  pisarka  Agata  Christie.  Abu  nie  czytał  żadnej  jej  powieści,  ale  słyszał,  że  ta 
wielce  dystyngowana  dama  zbiła  fortunę,  uśmiercając  kilkudziesięciu  nieszczęśników. 
Doprawdy, dziwny sposób zarabiania na życie. 

Abu  miał  się  zająć  odnowieniem  apartamentu  zajmowanego  przez  królową 

zbrodni  w  czasie  jej  pobytów  w  Asuanie.  Apartament  składał  się  z  sypialni,  salonu, 
gabinetu i pokoju kąpielowego. Był to prawdziwy raj dla pisarza. Okna wychodziły na 
wyspę Elefantynę i świątynię boga-barana Chnuma, który nieustannie stwarzał świat i 
ludzi  na  swoim  kole  garncarskim.  Abu  sądził,  iż  napawając  się  tym  niezrównanym 
widokiem,  pani  Christie  była  niezwykle  szczęśliwa  i  powinna  była  mieć  zgoła  nie 
zbrodnicze myśli. 

Ta raczej niegodna przeszłość miała wkrótce odejść w zapomnienie. Renowacja 

apartamentu  miała  go  oczyścić  ze  wszystkich  ponurych  myśli  zrodzonych  w  głowie 
autorki  kryminałów.  Koniec  ze  starą  wanną,  łożem  z  baldachimem,  sztychami 
przedstawiającymi  angielską  wieś,  deszczową  i  zasnutą  mgłami!  Gusty  turystów  się 

zmieniły, trzeba też było zapewnić gościom nowoczesne wygody. 

Abu pchnął drzwi prowadzące do królestwa Agaty Christie. 
Nagle odczuł instynktownie, że wydarzyło się coś niezwykłego. Zło zaatakowało. 

Było tu nadal obecne. 

Nubijczyk zawahał się w progu. 
Palcem  wskazującym  prawej  dłoni  dotknął  wiszącego  na  szyi  amuletu.  Byt  to 

mały fajansowy krokodyl, odziedziczony po pradziadku. 

Odzyskawszy  odwagę,  Abu  wszedł  do  sypialni,  w  której  panowała  cisza  i 

wszystko  wydawało  się  normalne.  Na  chwilę  przystanął.  Niepokój  nadal  go  nie 
opuszczał.  Spojrzał  w  stronę  półotwartych  drzwi  łazienki,  następnie  w  przeciwną,  w 

kierunku gabinetu. 

Zobaczył buty. 

background image

Buty i spodnie. 
Wolnym  krokiem  podszedł  do  gabinetu  i  dostrzegł  leżącego  na  brzuchu 

mężczyznę. W jego plecach tkwił nóż. 

background image

 

ROZDZIAŁ II 

 
Szkocja,  z  wyjątkiem  Spring  Island  -  zagubionej  wyspy  ze  swoistym 

mikroklimatem  -  tonęła  w  strugach  deszczu.  Spring  Island,  ukryta  w  głębi  jeziora, 
którego  wody  dzięki  Golfsztromowi  były  prawie  tak  ciepłe  jak  wody  Morza 
Śródziemnego,  była  sercem  rozległej  posiadłości  należącej  do  jednego  z  najstarszych 
szkockich  klanów  -  Kilvanocków.  Lord  Percival,  ostatni  z  rodu,  mieszkał  na  stałe  w 
Lonecastle, granitowym zamczysku wzniesionym na środkowym cyplu wyspy. 

Tuż  przed  południem,  jak  co  dzień.  Nestor  Pwryctswll,  walijski  majordomus 

liczący  siedemdziesiąt  lat  i  trzymający  służbę  żelazną  ręką,  przyniósł  lordowi 
Percivalowi kieliszek porto “Noval Nacional", rocznik 1931, pochodzącego z należących 
do arystokraty winnic nad górną Duerą. 

Walijczyk  zastał  lorda  Percivala  w  ogromnej  bibliotece,  przypominającej 

wersalską  Galerię  Lustrzaną  i  mieszczącej  kilkaset  tysięcy  woluminów.  Spali  tu  snem 

wiecznym wszyscy wielcy autorzy dzieł literatury światowej, ale prawdziwym konikiem 
właściciela była kryminologia. Zgromadził niemal wszystkie studia i prace naukowe, do-
tyczące  rozlicznych  aspektów  zbrodniczej  działalności  człowieka,  istoty  o 
niewyczerpanej wyobraźni. 

Lord Percival, który zadowalał się tym skromnym tytułem, mimo iż lista pokoleń 

jego  szlachetnych  przodków  zajęłaby  całą  stronę,  był  spokojnym  czterdziestoletnim 
mężczyzną,  eleganckim  w  każdym  calu,  podobnym  do  aktora  Aleca  Guinnessa.  Jego 
szerokie czoło zdobiło kilka dodających mu uroku zmarszczek, przypominając, że wiele 
w  życiu  przeszedł  i  że  za  swój  spokój  zapłacił  słoną  cenę.  Miał  bystre  i  przenikliwe 
spojrzenie i widać było, że jego umysł nieustannie czegoś poszukuje. 

Wchodząc  do  biblioteki,  majordomus  usłyszał  chrapliwy  oddech,  a  następnie 

zobaczył  rycerza,  który,  minąwszy  go,  gwałtownie  wszedł  w  ścianę.  “Zły  znak", 
pomyślał  Walijczyk;  pojawienie  się  ducha  zamku  Lonecastle  wróżyło  bowiem  rychłe 
kłopoty. Ów nieszczęsny rycerz  - obrońca praw pokrzywdzonych i niedoszły prywatny 

detektyw - został zamordowany przez francuskiego zbója i nigdy się z tym nie pogodził. 
Od  czasu  do  czasu  przypominał  lordowi  Percivalowi,  że  jest  ostatnim  prawdziwym 

potomkiem  rycerzy  Okrągłego  Stołu  i  że  dewiza  widniejąca  na  jego  herbie  głosi: 
“Przywracać prawdę, to uczestniczyć w harmonii". 

- Pańskie porto, milordzie. 

- Dziękuję, Nestorze. Postaw na konsoli. 

- Przed chwilą widziałem ducha. 
Arystokrata spojrzał z uwagą na majordomusa. 

- Ach tak ... - mruknął. - Czy to się stało dziś rano? 

background image

-  Sądzę,  że  nie.  Pogoda  była  piękna  i  nie  było  żadnych  nieoczekiwanych 

telefonów. 

Lord  Percival  z  największą  przyjemnością  wypił  znakomite  porto,  po  czym 

wspiął się po krętych schodach na blankowaną wieżę, by popatrzeć na swoje włości. 

U  stóp  zamku  ścieliły  się  trawniki  ozdobione  marmurowymi  wazami 

upamiętniającymi  przodków  klanu,  lśniły  otoczony  wieńcem  kamyków,  muszli  i 
strzyżonym bukszpanem basen oraz staw dla wędrownych ptaków. W dali ciągnęły się 
wrzosowiska i jesionowe lasy, w których żyły dziki, bażanty, jelenie i rude wiewiórki. W 
górze polatywały orły. Żyły tam również wróżki i elfy, zamieszkujące drzewa i potoki, i 
oczywiście kelpies
, bóstwa opiekuńcze jeziora, w którego ciepłych wodach lord Percival 
co dzień zażywał kąpieli. 

Miał  szczęście,  że  mieszkał  w  tym  raju,  z  dala  od  coraz  brzydszego  i 

hałaśliwszego świata. Tutaj niebo i ziemia zachowały jeszcze pierwotną czystość i w sil-
nym  wietrze  unosiły  się  słowa  przodków,  z  których  niektórzy  byli,  prawdę  mówiąc, 
tęgimi zabijakami. 

Charakterystyczny  dźwięk  przerwał  rozmyślania  lorda  Percivala:  ktoś  wspinał 

się po schodach. 

Był  to  Abercrombie,  czarny  pies,  mieszaniec  owczarka  szkockiego,  labradora  i 

kilku  innych  równie  potężnych  ras.  Reagował  jedynie  na  pełną  formę  swego  imienia, 
nigdy  na  poufałe  zdrobnienia  typu  “Abie",  i  uparcie  protestował  przeciwko  dużej, 

ogrzewanej i wygodnej budzie, którą dostał od swojego pana. Z wyjątkiem tych dwóch 
kaprysów 

Abercrombie 

był 

niezrównanym 

powiernikiem 

towarzyszem 

potwierdzającym  codziennie  słuszność  głębokiej  maksymy  jakiegoś  zagranicznego  fi-
lozofa: “To co najlepsze w człowieku, to jego pies". 

Abercrombie stanął na tylnych łapach, przednie oparł w otworze strzelniczym i 

podziwiał wspaniały krajobraz w towarzystwie lorda Percivala. 

- Cudownie tu, prawda? Zaraz pójdziemy do lady Ofelii. 
Pies zawarczał radośnie. 
Już za chwilę czekał ich długi spacer przez wrzosowiska do zamku narzeczonej 

lorda Percivala. Arystokrata nie mógł się z nią niestety ożenić, ponieważ ta młoda dama 
należała  do  wrogiego  klanu,  któremu  Kilvanockowie  poprzysięgli  śmierć.  Szkocki 
szlachcic zaś dotrzymuje słowa, nawet jeśli dał je jeden z jego przodków, żyjący przed 

dwunastoma wiekami. 

Lord Percival potajemnie finansował klinikę swojej narzeczonej, która leczyła w 

niej ginące zwierzęta zranione przez kłusowników. Jej najlepsza asystentka, Margaret, 
słonica indyjska, żyła tam za pan brat z Charlesem, pelikanem z Antylów. 

- Milordzie, milordzie! 
Ten  łagodny  glos,  wzywający  pomocy,  należał  do  Dorothei  Pettigrew,  młodej 

background image

Angielki  z  nieskazitelnym  koczkiem,  osobistej  sekretarki  lorda  Percivala,  którą  darzył 
pełnym  zaufaniem  w  kwestiach  zarządzania  swoimi  dobrami.  Panna  Pettigrew  była 
wcieleniem uczciwości i wybitną specjalistką w dziedzinie lokat finansowych; dzięki niej 
fortuna  lorda  Percivala  stale  rosła.  Urocza  panna  Dorothea  mogłaby  znaleźć 
zatrudnienie  w  każdym  banku  inwestycyjnym,  ale  mimo  gwałtownej  niechęci,  jaką 
żywiła dla majordomusa, chciała mieszkać tutaj, w Lonecastle. 

Zadyszana panna Pelligrew wymachiwała jakimś listem. 

- Milordzie... 

- Proszę się uspokoić. Co takiego się stało? 

- To straszne... straszne! 
Zrozumiawszy,  że  duch  nie  ukazał  się  na  próżno  i  że  sekretarka  nie  zdoła 

przeczytać listu, lord Percival wziął od niej kartkę. 

Przeczytał go dwukrotnie. 
Sekretarka z napięciem wpatrywała się w pobladłego pracodawcę. 

-  Proszę  spakować  moje  walizki  i  polecić  mechanikowi,  aby  przygotował 

helikopter. Lecę do Londynu. 

On,  ekspert  w  dziedzinie  kryminologii,  miał  stawić  czoło  rzeczywistości,  której 

nigdy nie wyobrażał sobie w tak brutalnej formie. 

Czy los nie zmusi go, by przeszedł od teorii do praktyki? 

background image

 

ROZDZIAŁ III 

 

Nadinspektor Angus Dodson z racji korpulentnej i barczystej sylwetki nazywany 

był  przez  niektórych  Falstaffem.  Syn  górnika  z  Newcastle  i  sklepikarki,  zanim  został 
jednym  z  filarów  najsłynniejszej  policji  świata,  zaczął  pracę  w  Scotland  Yardzie  jako 
zwykłe  hobby.  Reprezentował  starą  szkołę  i  dzielił  ludzi  na  uczciwych  i  zbrodniarzy. 
Podanie ręki mordercy było według niego niemal równoznaczne z przestępstwem, toteż 
nie darzył szacunkiem intelektualistów, którzy starali się pokazywać piękno zbrodni. 

Dodson  -  miłośnik  mocnego  piwa  i  ciastek  z  kremem,  zatwardziały  kawaler  i 

zwolennik  roweru,  który  umożliwiał  mu  zachowanie  jako  takiej  linii  i  ułatwiał 
poruszanie  się  po  ulicach  Londynu  -  miał  zwyczaj  prowadzić  śledztwo  twardą  ręką  i 
przesłuchiwać  bez  współczucia  dla  podejrzanych.  Obowiązkiem  funkcjonariusza 
Scotland  Yardu  było  zaprowadzanie  ładu,  aresztowanie  złoczyńców  i  ochrona 
niewinnych. Dodson, nawet gdyby był ostatnim dinozaurem, pozostawałby nieugięty w 

tych zasadach. 

Z  racji  nienagannej  służby  Angusowi  Dodsonowi  pozwolono  trzymać  w  biurze 

Sherlocka, wspaniałego persa o błękitnawej sierści. Zwierzak sypiał na kaloryferze pod 
osłoną  grubosza  na  tyle  potężnego,  że  chronił  go  przed  nawiewem  z  klimatyzatora  i 

miliardami  roznoszonych  przez  niego  zarazków.  Sherlock  był  kotem  spokojnym  i 
nieskazitelnie  czystym;  kiedy  miał  okazję,  darł  pazurami  źle  związane  akta,  które 
nadinspektor  starannie  przeglądał  jeszcze  raz  przed  przekazaniem  ich  wymiarowi 
sprawiedliwości. 

Do drzwi gabinetu Dodsona zapukat ordynans. 

- Proszę wejść. 

- Szefie, ktoś chciałby z panem rozmawiać.   
Dodson zajrzał do notesu. Dzisiejszy limit spotkań został już wyczerpany. 

- Niech przyjdzie jutro o dziewiątej. 

-  Bardzo  nalegał...  Oto  jego  wizytówka,  szefie.  Angus  Dodson  rzucił  okiem  na 

kartonik,  na  którym  po  nazwisku  lorda  Percivala  Kilvanocka  następowała  wyliczanka 
coraz to bardziej imponujących lyliilow. 

Policjant  sięgnął  do  rejestru  szlachty  Zjednoczonego  Królestwa,  uzupełnionego 

poufnymi  notatkami,  i  stwierdził, że jego gość to nie byle kto. Ten szkocki  arystokrata 
oprócz pokaźnego majątku miał znakomite koneksje, a nawet prawo bywania w pałacu 

Bucking-ham. Królowa regularnie udzielała mu prywatnych audiencji podczas wakacji 
w Balmoral. Widziano go również, jak rozmawiał z nią podczas spaceru z królewskimi 

psami. 

-  Niech  wejdzie  -  ustąpił  Dodson,  obawiając  się,  czy  aby  to  spotkanie  nie 

background image

zapoczątkuje serii kłopotów. 

Lord  Percival  ubrany  był  w  niezwykle  elegancki  jasnoszary  garnitur.  Biała 

koszula  uszyta  na  miarę,  bladozielona  muszka  i  eleganckie  buty  od  Lobba  nadawały 
sylwetce  wygląd  tak  dystyngowany,  że  nikt  nie  mógł  wątpić  w  jego  przynależność  do 

starej szlachty. 

Mimo  to  jego  oczy  nie  kryły  cienia  pogardy.  Miał  natomiast  kilka  uroczych 

zmarszczek i czarujący sposób bycia. Dodson wiedział, że Szkot nie przyszedł zamęczać 
go błahostkami. 

-  Jestem  szczęśliwy,  że  mogę  pana  poznać,  panie  nadinspektorze.  Jak 

przypuszczam, zdążył pan zebrać informacje na temat mojej skromnej osoby? 

- No cóż... 
Sherlock,  perski  kot,  zwinnie  zeskoczył  z  kaloryfera  prosto  na  kolana  lorda 

Percivala.  Kiedy  tylko  Kilvanock  zaczął  go  głaskać,  Sherlock  zamruczał,  jakby  znał 

przybysza od lat. 

Arystokrata  docenił  przytulny  komfort  gabinetu  Angusa  Dodsona,  który 

tworzyły: fotele z okresu regencji, mocno podniszczona kanapa, długi wiejski stół, stary 

mebel z cytrynowego drewna na akta i polakierowany dębowy pień na komputer, faks i 

telefon. 

-  Jak  pan  już  zapewne  wie,  panie  nadinspektorze,  kryminologia  jest  moją 

ulubioną  rozrywką,  z  pewnością  z  racji  pewnych  wydarzeń,  jakie  zaszły  w  mojej 
rodzinie. Ale dziś dopada mnie współczesność. 

Dodson zadrżał. 

- Ale pan... Nie popełnił pan chyba zbrodni? 

-  Proszę  się  uspokoić.  Ktoś  jednak  to  zrobił  z  nadzieją,  że  będzie  to  zbrodnia 

doskonała. 

- A pan zidentyfikował zabójcę? 

- Na razie znam jedynie nazwisko ofiary. Proszę, niech pan to przeczyta. 
Lord Percival podał nadinspektorowi list, który wywołał burzę w jego pogodnym 

świecie. 

Angus Dodson przeczytał na głos: 

 

Szanowny Panie, 
W Asuanie zostal właśnie zamordowany Pański przyjaciel Howard Langton. 
Albo zrobią z tej zbrodni wypadek, albo znajdą fałszywego winowajcę. 
Musi Pan wkroczyć do gry. 

 

- Czy ten Langton był rzeczywiście pańskim przyjacielem? - zapytał Dodson.   

-  To  dzielny,  ale  biedny  chłopak,  któremu  pomoglem  w  ukończeniu  studiów, 

background image

ponieważ jego ojciec, jeden z moich dzierżawców, przedwcześnie zmarł. Howard został 
wybitnym egiptologiem i wyjechał niedawno do Egiptu, by objąć stanowisko szefa prac 
wykopaliskowych prowadzonych przez Brytyjczyków. 

- Ten list to może być żart. 

-  Niestety,  tak  nie  jest.  Udało  mi  się  skontaktować  z  władzami  Asuanu. 

Potwierdzili  śmierć  Howarda  Langtona,  ale  uczynili  to  w  słowach  tak  niejasnych,  tak 
rozmyślnie pokrętnych, że zaczynam wierzyć autorowi tego anonimu. 

-  Przykro  mi,  ale  nie  wiem,  co  mógłby  w  tej  sprawie  uczynić  Scotland  Yard... 

Egipt ma swoją policję. 

-  Widzi  pan,  nadinspcktorze,  uważam.  że  muszę  spełnić  święty  obowiazek 

względem  Howarda  i  znaleźć  jego  zabójcę.  W  gruncie  rzeczy  moja  przeszłość 
przygotowała mnie do tego zadania i mam zamiar niezwłocznie się z nim zmierzyć. 

- Bez urazy, milordzie, ale nie jest pan profesjonalistą! 

-  To  wspaniała  okazja,  żeby  nim  zostać.  Potrzebuję  pomocy  człowieka 

doświadczonego. Myślę o panu.   

Angus Dodson poderwał się gwałtownie: 

- Nie mam prawa wkraczać w kompetencje egipskiej policji! 

- To prawda, ale może pan z nią współpracować... jak również ze mną. 

- Trzeba by nie kończących się korowodów administracyjnych, żeby... 

- Ten drobny szczegół  został właśnie załatwiony przez Foreign Office, które zna 

skuteczną moc łapówki. Obaj jesteśmy więc oficjalnie oczekiwani. 

- Ależ ja... ja nie wiem absolutnie nic o tym miejscu! 

-  Ja  wiem  o  nim  co  nieco  i  zapewniam  pana,  że  czeka  nas  niełatwe  zadanie. 

Dlatego zwróciłem się do najbardziej gorliwego nadinspektora Scotland Yardu. 

- Moi zwierzchnicy się nie zgodzą na... 

-  Polecenie  wyjazdu  zostało  już  podpisane.  Pozostało  panu  jedynie  spakowanie 

walizek.  Wyjeżdżamy  jutro  rano.  Dziękuję  za  spontaniczną  reakcję  na  propozycję 
współpracy, nadinspektorze. Tego się właśnie po panu spodziewałem. 

background image

 

ROZDZIAŁ IV

 

 
Zimą  temperatura  w  Egipcie  była  wyższa  niż  latem  w  Anglii,  a  widok  miasta 

zapierał dech. 

Ze swego pokoju w Starej Katarakcie lord Percival ponownie odkrywał Asuan i 

przywoływał  w  pamięci  czarujące  wspomnienia.  Przeżył  tu  wiele  szczęśliwych  chwil, 
które  kształtują  życie  mężczyzny  i  nadają  mu  sens.  Urzekające  miasto  południowego 
Egiptu  zostało  niestety  oszpecone  nowoczesnymi  budynkami,  na  których  budowę  nie 
zezwoliłby żaden faraon, ale i tak jego wyjątkowy urok nadal cieszył oczy. 

Ruiny na Elefantynie i grobowce na zachodnim brzegu przypominały o wielkości 

antycznych czasów. Widok złotego piasku i cudownie zielonych palm koił duszę, a obraz 
Nilu,  po  którym  powoli  przesuwały  się  feluki  z  dużymi  białymi  żaglami,  przesłaniał 
nowoczesność, zakotwiczając myśli w wieczności. 

Lord  Percival  chciał  poczuć  się  jak  zwykły  turysta,  wolny  od  wszelkich  trosk, 

błądzący  pełnym  zachwytu  wzrokiem  po  cudach  wyspy  kwiatów  lub  kolumnach 
świątyni na wyspie File, poświęconej wielkiej czarodziejce Izydzie. 

Niestety,  te  spokojne  miejsca  skaziła  zbrodnia  i  lord  Percival  musiał  jak 

najszybciej znaleźć zabójcę. Ktoś zapukał do drzwi pokoju. 

- Proszę wejść, panie Dodson. 
Nadinspektor  zajmował  sąsiedni  pokój.  Egipskie  władze  oddały  do  dyspozycji 

Brytyjczyków ten wspaniały hotel, aby zamanifestować swoją dobrą wolę. 

- Co za upał - skarżył się Dodson - i co za pył! Należałoby gruntownie zamieść ten 

kraj.  Na  szczęście  nie  musimy  się  tym  martwić.  Zabójca  Howarda  Langtona  został 

zidentyfikowany  i  zatrzymany.  Jesteśmy  umówieni  z  nadkomisarzem  Asuanu,  aby 
zakończyć tę sprawę. 

 
Mężczyźni  wynajęli  jedną  z  ostatnich  bryczek  pozostawionych  przez  Anglików, 

aby  przejechać  z  fasonem  wzdłuż  brzegu  Nilu.  Lord  Percival  poprosił  woźnicę, 
bezzębnego  i  uśmiechniętego  staruszka,  żeby  nie  używał  bata  i  pozwolił  koniowi  biec 
własnym rytmem. 

Dodson zdziwił się: 

- Mówi pan po arabsku, milordzie? 

-  Bardzo  słabo,  panie  nadkomisarzu.  Tyle,  ile  trzeba,  żeby  sobie  poradzić  w 

trudnych sytuacjach. 

Siedziba  komendy  głównej  w  Asuanie  różniła  się  mocno  od  komisariatów 

Scotland  Yardu,  toteż  nadkomisarz  zastanawiał  się,  czy  woźnica  nie  pomylił  adresu. 

background image

Wyszedł  im  naprzeciw  szeroko  uśmiechnięty  pięćdziesięciolatek  z  wydatnym 

brzuszkiem. 

-  Miło  mi,  że  mogę  panów  gościć  w  Asuanie.  Nazywam  się  Omar  Abdel-Atif, 

jestem nadkomisarzem. Zapraszam na szklaneczkę do mojej ulubionej kawiarni. 

Wewnątrz podłoga wysypana trocinami, drewniane stoły, mężczyźni palący fajki 

wodne, czytający gazety lub grający w karty. Ani jednej kobiety. 

- Dla panów z pewnością herbata? - zaproponował Egipcjanin. - Doprawdy czuję 

się  zaszczycony,  mogąc  gościć  tak  znakomite  osobistości.  Uczynię  wszystko,  aby  byli 

panowie zadowoleni z pobytu. 

- Tutejsza kawiarnia zrobi bardzo dobry interes, panie Abdel-Atif. 

Napój  był  bardzo  gorący  i  gorzki.  Dodson,  który  wolałby  starą  dobrą  szkocką 

whisky, pił podejrzliwie. 

- Co panowie sądzą o Asuanie? 

-  Czyż  Egipt  nie  jest  najpiękniejszym  krajem  na  świecie?  -  odpowiedzią! 

pytaniem lord Percival. 

-  Dziękuję,  że  pan  to  przyznał,  milordzie...  Na  szczęście  będą  panowie  mogli 

skorzystać z kilku dni wakacji i docenić uroki tej pory roku. 

- A więc przeprowadził pan błyskawiczne śledztwo? 

-  Och,  to  nie  było  trudne,  poza  tym  miałem  szczęście.  Mają  panowie  ochotę  na 

jakieś ciasteczko? Tutaj są naprawdę wyborne. 

Dodsonowi wcale nie smakowały “anielskie włosy", którym wszak nie brakowało 

kremu.  Daleko  im  było  jednak  do  placka  jabłkowego  podlanego  półkwartą  ciemnego 
piwa.  Lord  Percival  uważał,  że  komisarz  Ahdel-Atif  to  chytra  sztuka.  Mimo  iż  nie 
dokonano  prezentacji,  wydawało  się,  że  doskonale  zna  zarowno  jego,  jak  i  Dodsona, 
ponieważ wcześniej starannie przejrzał dossier obu Brytyjczyków. 

- Kto jest mordercą? - zapytał lord Percival. 

-  To  nie  ma  znaczenia  -  odparł  dość  sucho  Omar  Abdel-Atif.  -  Sprawa  jest 

zamknięta  i  tylko  to  się  liczy.  Asuańska  policja  wykonała  dobrą  robotę  i  morderca 
waszego rodaka zostanie osądzony i ukarany. Jesteśmy bezwzględni dla zbrodniarzy. 

-  Proszę  przyjąć  nasze  gratulacje,  komisarzu.  Jednak  nadinspektor  i  ja 

chcielibyśmy  nieco  bliżej  poznać  sprawę.  Zwykła  zawodowa  ciekawość,  którą  tak 
znakomity śledczy jak pan z pewnością zrozumie. 

Twarz Egipcjanina stężała. 

- Nie mają panowie do mnie zaufania? 

-  Ależ  oczywiście,  że  mamy  -  zapewnił  Szkot  -  ale  otrzymaliśmy  dokładne 

instrukcje. Howard Langton był ważną osobistością, więc... 

- Tak... myślę, że panowie nie mają do mnie zaufania. 
Lord Percival spojrzał na Egipcjanina z uprzejmym uśmiechem. 

background image

- Przypuśćmy, że jest pan na naszym miejscu,  komisarzu: czy nie domagałby się 

pan tego samego? Nie chodzi o to, że Scotland Yard jest lepszy od policji w Asuanie. To 
wymagania  czysto  zawodowe  lub,  mówiąc  prościej,  ludzkie.  Czy  zgodziłby  się  pan 
podjąć  tak  długą  podróż  na  zlecenie  pańskiego  rządu  i  zwierzchników,  i  nawet  nie 
zobaczyć mordercy? 

Egipski policjant poskrobal się w czoło. 

-  No  dobrze,  dobrze...  Z  tego  punktu  widzenia  nie  są  panowie  tak  zupełnie  bez 

racji. Ale uprzedzam: to niebezpieczne bydlę. 

- Wiemy, że zapewni nam pan bezpieczeństwo. 

-  Jak  wszyscy  mordercy  twierdzi,  że  jest  niewinny.  Przede  wszystkim  nie  dajcie 

się panowie ponieść emocjom. 

- To dla nas nic nowego, komisarzu. Żaden zabójca nie ułatwia nam zadania. 

-  Muszę  dodać,  że  chodzi  o  Nubijczyka  -  sprecyzował  z  rozdrażnieniem 

Abdel-Atif.  -  Jest  członkiem  szczególnie  mściwego  i  niebezpiecznego  plemienia.  Nie 
miałbym panom za złe, gdybyście nie chcieli się z nim zobaczyć. 

-  Pańskie  ostrzeżenia  są  bardzo  cenne  -  przyznał  lord  Percival  -  i  weźmiemy  je 

pod uwagę. Kiedy zatem moglibyśmy spotkać się z zabójcą? 

Abdel-Atif zajrzał do notesu niczym biznesmen przeciążony spotkaniami. 

- Powiedzmy że... jutro, późnym rankiem. 

- Czy mógłbym pana prosić o ogromną przysługę?   

Abdel-Atif popatrzył podejrzliwie na lorda Percivala. Ten obcokrajowiec miał w 

sobie  coś  wschodniego:  fascynował  i  zniewalał  poważnym  głosem  i  niewzruszonym 

spokojem. 

- Proszę mówić... 

- Czy nie sądzi pan, że dobrze by było spotkać się z mordercą w miejscu zbrodni? 

Pod wpływem wstrząsu powie nam całą prawdę z najdrobniejszymi szczegółami. 

- Znakomity pomysł - potwierdził Dodson. - Jestem przekonany, że o tym samym 

myślał nasz egipski kolega. 

- Oczywiście, panowie, oczywiście... 

-  Do  jutra,  drogi  komisarzu  -  powiedział  lord  Percival,  rozpromieniony.  - 

Wykorzystamy tych kilka godzin wolności na zwiedzanie. 

 
Dodson,  mający  trudności  z  aklimatyzacją,  wolał  schronić  się  w  pokoju 

hotelowym, aby nadrobić brak snu. 

Lord Percival, w nienagannym białym garniturze, zapuścił się w uliczki Asuanu. 

Po  chwili  szła  za  nim  gromada  żądnych  napiwków  naganiaczy.  Kiedy  zauważyli,  że 
cudzoziemiec mówi ich językiem, system informatorów zaczął funkcjonować normalnie i 
nikt już nie naprzykrzał się przechodniowi, który przeżywał wspomnienia z młodości. 

background image

Zachodzące  słońce,  zanim  zniknęło  skąpane  w  ciemnej  czerwieni  i  oranżu, 

ozłociło  wzgórza  i  posrebrzyło  Nil,  tymczasem  biale  żagle  feluk  przesuwały  się  w  pół-

mroku. 

Lord  Percival  nie  cieszył  się  tym  widokiem,  ponieważ  myślał  o  nieszczęsnym 

Howardzie  Langtonie  i  zastanawiał,  czy  uda  mu  się  zidentyfikować  mordercę  i  autora 

anonimowego listu. 

background image

 

ROZDZIAŁ V 

 
Po  niespokojnej  nocy  nadinspektor  Angus  Dodson  wstał  z  łóżka  lewą  nogą  w 

przekonaniu, że spóźnił się do swego biura w Scotland Yardzie. 

Promień słońca oświetlający pokój rozproszył koszmar. Egipt... prawda, przecież 

był  w  Egipcie.  I,  otworzywszy  okiennice,  ujrzał  słońce  wychylające  się  znad  wzgórz 
otaczających Asuan. 

Zegarek  wskazywał  siódmą  dziesięć,  powietrze  było  rześkie.  Angus Dodson,  nie 

całkiem  jeszcze  rozbudzony,  zszedł  ciężkim  krokiem  w  kierunku  tarasu,  gdzie  podano 
śniadanie. 

Lord Percival już tam był, ubrany w dziewiczo biały garnitur. 

- Czy dobrze pan spał, drogi Dodsonie? 

- Tak sobie... 

-  Proszę  usiąść  i  podziwiać  spektakl.  Kazałem  przygotować  dla  pana  śniadanie 

tradycyjne, które będzie pan mógł zjeść bez obaw. 

Ta uwaga wzruszyła nadinspektora, któremu zaczynał doskwierać głód. 

-  Pod  żadnym  pretekstem  nie  wolno  opuszczać  wschodu  słońca  w  Egipcie  - 

ciągnął  Szkot.  -  To  moment,  kiedy  słońce  ogłasza  zwycięstwo  nad  ciemnościami  i 
ukazuje  się  w  formie  nowego  słońca,  które  ożywi  całe  stworzenie.  Starożytna  filozofia 
egipska nie przestaje nas zaskakiwać. 

Tosty,  dżem  pomarańczowy,  plastry  bekonu  i  smażone  kiełbaski  bardzo 

smakowały Dodsonowi, który jadł z dużym apetytem. 

-  Dużo  o  panu  myślałem,  milordzie,  i  sądzę,  że  to  śledztwo  może  być 

niebezpieczne. Proszę nie zapominać, że otrzymał pan anonim. Niewykluczone, że jego 
autor zamierza wciągnąć pana w pułapkę. 

- Takiej hipotezy nie można wykluczać, nadinspektorze. 

- Cieszę się, że jest pan rozsądnym człowiekiem. Byłoby lepiej, gdyby został pan 

w  hotelu  i  pozwolił  działać  profesjonalistom.  Nie  znam  tego  kraju,  to  jasne,  ale 
morderstwo to morderstwo i miejscowy komisarz na pewno zgodzi się współpracować. 

- Czy nie jest pan tu, by mnie bronić, gdybym wpadł w pułapkę? 

- Tu chodzi o prawdziwe morderstwo, milordzie. Mógłby pan gorzko żałować, że 

pan w to wdepnął. 

Szkot  nie  odpowiedział  na  zaskakującą  myśl  nadinspektora,  ponieważ  podszedł 

do nich niewysoki Egipcjanin o smagłej cerze, w grubych rogowych okularach i z ciężką 
czarną walizeczką. 

Lord Percival wstał. 

-  Cieszę  się,  że  znów  pana  widzę,  doktorze  Butros!  Przedstawiam  panu 

background image

nadinspektora Angusa Dodsona ze Scotland Yardu. 

Niewysoki, poważny mężczyzna w brązowym garniturze uścisnął dłoń Anglika. 
Nagle Dodson zaniepokoił się: dlaczego lord  Percival wezwał  lekarza, skoro nie 

cierpiał na żadną chorobę? 

Doktor, widząc wzburzenie Anglika, wyjaśnił: 

- Proszę się uspokoić, nadinspektorze. Jestem lekarzem sądowym. 

-  Wydaje  się,  że  nasz  wielki  przyjaciel,  komisarz  Ab-del-Atif,  nie  zlecił 

szczegółowej  sekcji  zwłok  Langtona  -  wyjaśnił  lord  Percival.  -  Chcąc  jak  najszybciej 
pozbyć się tej sprawy, powierzył ciało nieszczęsnego chłopaka lekarzowi mającemu dużo 
mniejsze  doświadczenie  niż  doktor  Butros,  którego  reputacja  jest  już  od  dawna 

ustalona. 

- Abdel-Atif będzie wściekły! 

- To możliwe, ale nie zaryzykuje i nie odprawi z kwitkiem specjalisty tej klasy co 

doktor Butros. A rzetelna sekcja zwłok denata może się okazać niezwykle przydatna. 

 
Pod  nieobecność  komisarza  Abdel-Atifa,  którego  zatrzymały  ważne  sprawy 

natury administracyjnej, rozmowa była bardzo zwięzła. Jego zastępca nie znał doktora 
Butrosa i dopiero kilka telefonów do ministerstw w Kairze odblokowało sytuację. 

Wreszcie  rozpoczął  się  taniec  pieczątek,  które  wznosiły  się  rytmicznie,  a 

następnie opadały z impetem na stosy mniej lub bardziej sprzecznych ze sobą dokumen-
tów, które zalegną na podobnych zwałach makulatury. Mimo komputerów nic nigdy nie 
zastąpi sakramentalnego przyłożenia pieczęci. 

Dzięki  specjalnemu  pozwoleniu  doktor  Butros  mógł  dokonać  oględzin  ciała 

Howarda Langtona i, jeśli to konieczne, powtórzyć sekcję. 

Doktor Butros, lord Percival i nadinspektor Dodson spotkali się na tarasie Starej 

Katarakty. 

- Klasyczny przypadek  - ocenił doktor Butros.  - Langton zmarł  na skutek ciosu 

sztyletem w plecy, zadanego z wyjątkową siłą. 

- A więc raczej mężczyzna - rzucił Angus Dodson. 

-  Kobieta  przepełniona  nienawiścią  również  byłaby  do  tego  zdolna, 

nadinspektorze. Złość wyzwala niewyobrażalną siłę, nawet w jednostkach uważanych z 
delikatne. Co do reszty, wydaje się, że mój kolega z Asuanu wykonał dobrą robotę. W 
Egipcie jesteśmy przecież specjalistami od mumii... 

Rozbawiony  własnym  dowcipem  medyk  sądowy,  który  był  koptem,  wypił 

szkocką whisky, podaną jemu i Dodsonowi. Bardzo mu smakowała. 

-  Oczywiście  -  ciągnął  dalej  -  brakuje  kilku  szczegółów,  zwłaszcza  dokładnej 

godziny śmierci. 

- Sądzi pan, że mógłby to ustalić? - zapytał lord Percival. 

background image

- Trzy fiolki z próbkami pojadą dziś do najlepszego laboratorium w Kairze. Jak 

tylko otrzymam wyniki analizy, dam panom znać. 

-  Dziękujemy  za  pańską  bezcenną  pomoc.  Bardzo  lubiłem  Howarda  Langtona  i 

chciałbym, żeby morderca został zidentyfikowany. 

- Oby Bóg pana wysłuchał, milordzie. Do zobaczenia.   
Patrząc za odchodzącym medykiem, Angus Dodson zaczynał pojmować, dlaczego 

tylu Brytyjczyków lubi spędzać zimę w Asuanie i mieszkać w Starej Katarakcie. Mimo 
upału  i  wszechobecności  słońca,  ogarniała  go  powoli  radość  życia,  przenikająca 
podstępnie duszę i ciało. 

Spokój  Nilu,  majestat  emanujący  ze  skał  Elefantyny,  uświęconej  przez 

starożytnych  Egipcjan,  którzy  wznieśli  tu  świątynie,  i  czysty  błękit  nieba  sprawiły,  że 
nadinspektor prawie zapomniał o swoim przytulnym biurze w Scotland Yardzie. 

Przybycie  grupy  zdenerwowanych  policjantów,  strofowanych  przez  komisarza 

Abdel-Atifa, wyrwało go z rozmarzenia. 

Umundurowani  mężczyźni  otaczali  czarnoskórego  olbrzyma  zakutego  w 

kajdanki, który spoglądał na nich z pogardą. 

Abdel-Atif wybiegł naprzeciw lordowi Percivalowi.   

-  Oto  nasz  winowajca...  Jeszcze  raz  pana  ostrzegam;  jest  groźny  i 

nieprzewidywalny. 

Nubijczyk  i  arystokrata  patrzyli  na  siebie  z  jednakowym  zaskoczeniem.  Lorda 

uderzyła szlachetność Abu, Nubijczyka zaś spokojna siła cudzoziemca. 

-  Sądzę,  że  to  wystarczy  -  ocenił  egipski  komisarz.  -  Zobaczył  pan  to,  co  chciał 

pan zobaczyć. 

- Powinniśmy pójść na miejsce zbrodni - zaproponował Angus Dodson. 

- To zbyteczne, on nic wam nie powie.   
Szkot podszedł do olbrzyma. 

- Jestem lord Percival, a to nadinspektor Dodson. Czy zgadza się pan odpowiadać 

na nasze pytania? 

Cisza, która zapanowała po tych słowach, zdawała się nie mieć końca. 

- Nazywam się Abu i powiem, co mam do powiedzenia. 

background image

 

ROZDZIAŁ VI

 

 

- A więc Jest pan gotów nam pomóc - zapytał lord Percival. 

- Pokój waszej dostojności - powiedział Nubijczyk. 

- Pokój panu i miłosierdzie Boga i Jego błogosławieństwo. 
Wzrok Nubijczyka wyrażał wdzięczność. 

-  Wasza  dostojność  -  powiedział  spokojnie  i  dobitnie  -  jestem  pracownikiem 

hotelu Stara Katarakta od ponad dziesięciu lat i nikogo nie zabiłem. 

Te słowa wywołały wściekłość komisarza Omara Abdel-Atifa. 

- Przestań kłamać, Abu! Złapano cię na gorącym uczynku. 

-  Niezupełnie.  To  ja  znalazłem  zwłoki  i  ja  zawiadomiłem  policję,  i  to  mnie 

oskarżono, żeby uniknąć poszukiwań prawdziwego mordercy. Następnym razem, kiedy 
natknę się trupa, oddalę się najszybciej, jak to będzie możliwe. 

-  Czy  mógłby  pan  nam  przedstawić  swoją  wersję  wydarzeń?  -  zapytał  lord 

Percival. 

- Tracimy czas - ocenił komisarz Abdel-Atif. - Lepiej od razu odesłać tego drania 

do więzienia! 

Nubijczyk wyciągnął skute ręce w stronę Egipcjanina: 

- Omar, bądź przynajmniej szczery;  zrobiłeś mi  to, żeby jak  najszybciej pozbyć 

się tej cuchnącej sprawy, która cię przerasta i przez którą możesz mieć spore kłopoty. W 
gruncie rzeczy jesteś uczciwym człowiekiem, ale boisz się swoich przełożonych. Dobrze 
wiesz, że jestem niewinny. Pozwól działać temu cudzoziemcowi: on odkryje prawdę, a ty 
będziesz spał spokojnie. 

Omar  Abdel-Atif  zaniemówił.  Stał  z  półotwartymi  ustami,  nie  będąc  w  stanie 

wydusić z siebie ani słowa. Policjanci odwrócili wzrok. 

-  Wszyscy  jak  tu  jesteśmy,  staramy  się  dotrzeć  do  prawdy  -  potwierdził  lord 

Percival. - Jeśli pan skłamał, panie Abu, będziemy o tym wiedzieli. 

“Panie  Abu..."  Nigdy  nie  obdarzono  go  takim  określeniem.  Mimo  kajdanek 

poczuł  się  prawie  wolny.  Przygotowywał  się  na  najgorsze,  a  miał  szansę  z  tego  wyjść. 
On, który nie był zbyt gadatliwy i nie lubił rozmawiać o innych, miał opowiedzieć temu 
cudzoziemcowi przybyłemu z zimnego i mglistego kraju wszystko, co wie. 

- Chodźmy na taras - zaproponował lord Percival. 
Abu osłupiał. 
Nigdy nie wyobrażał sobie, że pewnego dnia usiądzie w jednym z tych wygodnych 

foteli, w których większość turystów popijała zimne napoje i prowadziła błahe rozmowy. 

Komisarz  Abdel-Atif,  jak  obity,  poszedł  za  nimi.  Egipcjanin,  Nubijczyk  i  obaj 

background image

Brytyjczycy  zajęli  miejsca  wokół  okrągłego  stołu  pod  zdumionym  wzrokiem 
policjantów. 

Była  to chwila niezwykłego spokoju. Gra świateł  na Nilu i  skały  na Elefantynie 

przywodziły na myśl zaginiony świat, w którym panowała harmonia. 

-  Wasza  dostojność  -  zaczął  Abu  -  zostałem  wezwany  do  hotelu,  aby  wypełnić 

jasno  określone  zadanie:  miałem  przygotować  renowację  apartamentu  Agaty  Christie. 
Za niecały miesiąc miał być znów jak nowy, co wydawało mi się absolutną mrzonką. 

- A więc hotel był zamknięty dla turystów? 

- Tak, wasza dostojność. Ale uprzywilejowani goście mogli pić na tarasie aperitif 

lub  herbatę.  Kiedy  późnym  popołudniem  wszedłem  do  hotelu,  siedziało  tam  siedem 
osób. 

- Czy wie pan, kto to był? 

-  Kiedy  się  pracuje  w  luksusowych  hotelach,  lepiej  mieć  pamięć  do  twarzy. 

Rozpoznałem  inspektora  do  spraw  starożytności  Ahmeda  al-Fostata  i  czterech 
egiptologów.  Dwie  kobiety:  Niemkę,  panią  Strauss,  i  Francuzkę,  panią  Abletout,  oraz 
dwóch  mężczyzn:  Anglika,  pana  Faxmore'a,  i  Francuza,  pana  Glotoniego.  Był  tam 
jeszcze  jeden  Europejczyk,  ubrany  na  czarno,  z  orlim  nosem,  którego  nigdy  przedtem 
nie widziałem, i Abd el-Mosul, głowa bogatego rodu z Południa. 

- Czy ten człowiek interesuje się egiptologią? 

- Powiedzmy, że... antykami w ogóle. 

- Czy miał pan okazję bywać u tych egiptologów? 

-  Widywałem  ich  tylko  z  daleka,  kiedy  przychodzili  do  hotelu.  Oni  zaś  nie 

utrzymują kontaktów ze służbą. 

- Wydaje się, że nie bardzo ich pan lubi, panie Abu. 

-  Oni  mają  swoje  życie,  a  ja  swoje.  Pracują  tu  kilka  tygodni  w  roku,  a  ja  nie 

jestem przekonany, że naprawdę kochają Egipt. 

Komisarz Abdel-Atif otrząsnął się z odrętwienia. 

-  Twoja  opinia  nikogo  nie  interesuje,  Abu!  Liczą  się  tylko  fakty.  Jeśli  będziesz 

pleść trzy po trzy, każę cię wsadzić do izolatki! 

- To ja zadałem niezręczne pytanie - usprawiedliwił się lord Percival. - Pan Abu 

tu nie zawinił. 

Egipski  policjant,  któremu  słowa  arystokraty  wytrąciły  broń  z  ręki,  zasępił  się. 

Lord Percival zwrócił się do Nubijczyka: 

- Proszę mówić dalej. 

-  Wszedłem  na  trzecie  piętro  -  ciągnął  Abu  -  i  pchnąłem  drzwi  apartamentu 

Agaty  Christie,  tej  dziwnej  osoby,  która  żyła  ze  śmierci  innych.  Nagle  poczułem,  że 
wydarzyła się jakaś tragedia. Atmosfera była przytłaczająca. Dotknąłem amuletu, by nie 
ulec  złemu  oku,  ale  zrobiłem  to  zbyt  późno.  Znajdowałem  się  już  w  kręgu  zła.  Przez 

background image

moment sądziłem, że się mylę, ale po chwili w gabinecie zauważyłem zwłoki mężczyzny z 
nożem wbitym w plecy. 

- Czy czegoś pan dotykał? 

- Nie, wasza dostojność. 

- Czy zauważył pan jakiś niezwykły szczegół? 

-  Byłem  tak  wstrząśnięty,  że  nic  do  mnie  nie  docierało...  Wyszedłem  stamtąd 

tyłem i udałem się na posterunek, żeby zgłosić o moim ponurym odkryciu. Natychmiast, 
nie wysłuchawszy mnie, oskarżyli mnie o morderstwo i wtrącili do więzienia. 

Komisarz Abdel-Atif podniósł pięść. 

- Wystarczy, Abu! Lepiej zrobisz, przyznając się do winy! 
Nubijczyk wytrzymał wzrok policjanta. 

- Powiedziałem prawdę i  ty o tym wiesz. A teraz szukajcie winnego. Jeśli go nie 

znajdziecie, dusza zmarłego nie zazna spokoju. Howard Langton to jeden z nielicznych 
egiptologów,  którzy  prosili  mnie,  bym  opowiadał  o  moim  kraju,  o  jego  pięknie, 
tradycjach... Howard Langton był dobrym człowiekiem, nie kradł i nie zadzierał nosa. Z 
pewnością dlatego ktoś go załatwił. 

background image

 

ROZDZIAŁ VII 

 
Lord Percival spojrzał komisarzowi Abdel-Atifowi prosto w oczy. 

-  Mam  do  pana  trzy  prośby:  po  pierwsze,  chciałbym  osobiście  obejrzeć  miejsca 

związane  z  tragedią,  po  drugie,  chciałbym  obejrzeć  narzędzie  zbrodni,  i  po  trzecie, 
proszę, żeby Abu był przetrzymywany w znośniejszych warunkach, ponieważ jest tylko 

podejrzanym. 

Nadinspektor Dodson poczuł nagłą suchość w gardle. Policjanci zwykle nie lubią, 

aby mówiono do nich tym tonem. 

Szkot  i  Egipcjanin  przez  dłuższą  chwilę  mierzyli  się  wzrokiem.  W  końcu 

komisarz Abdel-Atif spasował: 

-  Oczywiście,  oczywiście...  Proszę  bardzo,  apartament  Agaty  Christie  stoi  przed 

panami otworem. 

- A dwie pozostałe prośby? 

- Zgoda, zgoda! Póki co, odprowadzę Abu do więzienia. 
Patrząc  ukosem  na  arystokratę,  który  go  paraliżował  wzrokiem,  komisarz 

obszedł się z Nubijczykiem przyzwoicie. 

Lord  Percival  nie  bez  wzruszenia  wchodził  po  monumentalnych  schodach 

prowadzących  na  piętro,  na  którym  znajdował  się  apartament  Agaty  Christie.  Jako 
przyjaciółka  egiptologa  Stephena  Glanvillc'a,  zwiedzała  kraj  faraonów  w  roku  1931 
wraz, ze swoim  mężem Maxem Mallowanem.  Poznała  wówczas Howarda Cartera, od-
krywcę  grobowca  Tutanchamona.  Egipt  tak  bardzo  zafascynował  królową  zbrodni,  że 
napisała sztukę teatralną poświęconą faraonowi Echnatonowi i królowej Neferetiti, nie 
zapominając o samym Tutanchamonie. 

Powieściopisarka  miała  monumentalny  rozmach,  ponieważ  w  swojej  sztuce 

przewidziała dwadzieścia  dwie role główne oraz całą  masę drugoplanowych. Ecknaton 
nie został wystawiony, ustępując miejsca Herkulesowi Poirot. 

Lord  Percival  musiał  jednak  zapomnieć  o  magii  Starej  Katarakty  i  zająć  się 

szukaniem  śladów  mordercy,  który  znieważył,  z  pewnością  niechcący,  pamięć  Agaty 

Christie. 

Apartament pisarki pozostał nietknięty. 
Salon,  łoże  z  baldachimem,  biurko,  biblioteczka,  toaletka  z  dzbankiem  i 

nocnikiem,  schodki  po  których  wchodzono  do  wygódki,  delikatne  ryciny 
przedstawiające  owce,  mgłę  i  angielską  wieś  oraz  wspaniałe  okna wychodzące  na  Nil  i 
Elefantynę... 

Nadinspektor  Dodson  z  trudem  nadążał  za  lordem  Percivalem.  Dogoniwszy  go, 

uszanował jego milczenie w tym apartamencie, który przypominał muzeum. 

background image

Szkot  poruszał  się  niczym  kot,  miękko  i  lekko,  jak  gdyby  nie  chciał  pozostawić 

najmniejszego  śladu  swojej  obecności.  Dodson  patrzył,  jak  przystępuje  do  skrupu-

latnego i cierpliwego przeszukania. 

-  To  niezwykłe  -  powiedział,  kiedy  skończyli.  -  Coraz  bardziej  przypomina  pan 

zawodowca, milordzie. 

- Niestety, królestwo Agaty Christie pozostało nieme i nie dostarczyło mi  żadnej 

wskazówki. 

 

Komisarz  Omar  Abdel-Atif  położył  na  biurku  niezwykły  sztylet,  bardzo 

charakterystyczny z powodu żelaznego ostrza i rękojeści z kryształu górskiego. 

-  No  cóż  -  powiedział  Abdel-Atif,  prezentując  sztylet  lordowi  Percivalowi  i 

Dodsonowi.  -  Oto  narzędzie  zbrodni!  Oryginalne,  co?  Można  by  sądzić,  że  to  antyk... 
Proszę go wziąć do ręki, panowie. Zobaczcie, jaki jest solidny! 

Lord  Percival  ostrożnie  obracał  nim  w  ręku,  jak  gdyby  trzymał  coś  bardzo 

kruchego. 

- Rzeczywiście, wydaje się, że to stara broń.   

Abdel-Atif zainteresował się: 

- Stara... jak bardzo? 

-  Jeśli  się  nie  mylę,  całkowicie  przypomina  sztylet  ze  skarbca  Tutanchamona. 
Egipcjanin podskoczył. 

- Mam nadzieję, że pan żartuje? 

- Mam bardzo nikłą wiedzę w dziedzinie egiptologii - wyznał Szkot - ale nie sądzę, 

żebym się mylił. 

-  Jeśli  pana  dobrze  rozumiem,  milordzie,  morderca  miałby  ukraść  sztylet 

Tutanchamona z witryny kairskiego muzeum, aby zadać nim cios w plecy nieszczęsnego 
egiptologa Howarda Langtona... To zupełnie nieprawdopodobne! Skarb Tutanchamona 
jest strzeżony dzień i noc i żaden złodziej nie może się do niego zbliżyć! 

- Byłby pan jednak uprzejmy to sprawdzić? 

-  To  śmieszne!  Ale  ponieważ  pan  nalega...  Komisarz  Abdel-Atif  podniósł 

słuchawkę.  Co  najmniej  dziesięć  razy  ponowił  próbę,  zanim  uzyskał  połączenie  z 
pracownikiem  technicznym  biura  muzeum,  który  kazał  mu  czekać,  następnie  połączył 

go z innym pracownikiem, który powiedział, że jest niekompetentny i odłożył słuchawkę. 

Rozwścieczony  Abdel-Atif  ponownie  zadzwonił  do  muzeum  i  wyładował  się  na 

pierwszej osobie, która odebrała telefon, grożąc, że wyśle ją za kratki. Groźba okazała 
się  skuteczna.  Niecałe  pół  godziny  później  komisarzowi  udało  się  połączyć  z  jednym  z 
zastępców jednego z asystentów jednego z konserwatorów. 

Pominąwszy wszelkie formułki grzecznościowe, komisarz polecił mu natychmiast 

sprawdzić, czy sztylet Tutanchamona znajduje się nadal w witrynie. 

background image

Pracownik  muzeum  sprzeczał  się  przez  kwadrans  dla  zasady,  tłumacząc,  że  nie 

ma  pracowników  pod  ręką  i  że  sam  nie  może  wyjść  z  pokoju  z  powodu  ogromnej 
odpowiedzialności  spoczywającej  na  jego  barkach.  Kiedy  Abdel-Atif  zdenerwował  się 
nie na żarty, muzealnik wreszcie ustąpił. 

Znowu trzeba było czekać. Brytyjczykom podano kawę i karkadę - orzeźwiający 

napój  z  hibiskusa.  Zirytowany  Abdel-Atif  przekładał  w  tę  i  z  powrotem  papiery 
upstrzone pieczęciami. 

- Gdzie mieszkał Howard Langton? - zapytał lord Percival. 

- W niedużej willi, blisko centrum miasta. 

- Czy miał pan czas przeprowadzić tam dokładne przeszukanie? 

- No cóż... 

- Czy mogę pana wyręczyć w tym przykrym obowiązku, komisarzu? 

Omar  Abdel-Atif  zamyślił  się.  W  gruncie  rzeczy,  dlaczego  nie?  Ta  rewizja  nie 

dostarczy  prawdopodobnie  żadnych  ważnych  dowodów,  a  on  miał  ochotę  uciąć  sobie 
drzemkę. 

-  Proszę  bardzo,  panowie...  Zaprowadzi  was  jeden  z  moich  ludzi.  Później 

poproszę o raport. 

Wreszcie telefon zadzwonił. Abdel-Atif podniósł słuchawkę: 

- Tak, to ja... Jest pan absolutnie pewny? Doskonale! Egipcjanin rozłączył się. Z 

szerokim uśmiechem zakomunikował: 

-  Pańska  hipoteza  jest  nieprawdziwa,  milordzie.  Sztylet  Tutanchamona  nadal 

znajduje się na swoim miejscu. 

background image

 

ROZDZIAŁ VIII 

 
Wiał łagodny wiatr, powietrze było  wyjątkowo czyste. Lord  Percival, w jasnym 

kapeluszu z szerokim rondem, wszedł do niewielkiego białego domu, w którym mieszkał 

Howard Langton. Zasapany Angus Dodson z trudnością nadążał za Szkotem. Pył, upał, 
słońce,  silna  woń  wschodniego  miasta,  stanowiąca  mieszaninę  perfum  i  nieco  mniej 
szlachetnych  aromatów  sprawiły,  że  nadinspektor  tęsknił  za  wilgotnymi  chodnikami 
Londynu  i  swoim  wygodnym,  nowoczesnym  biurem.  Jeśli  komisarz  Abdel-Atif  miał 

rację, i mordercą był nubijski olbrzym, oględziny nie potrwają długo. 

Nagie ściany pobielone wapnem, na wykafelkowanej podłodze dywan o drobnej 

fakturze,  meble  z  białego  drewna...  Wnętrze  willi  świadczyło  o  tym,  że  angielski 
egiptolog dopiero co wprowadził się do nowego mieszkania i nie miał jeszcze czasu, by je 
zagospodarować. 

W salonie piętrzyły się fachowe książki: słowniki hieroglifów,    wśród nich słynny 

egipsko-niemiecki  Worterbuch,  podręczniki  archeologii,  raporty  z  wykopalisk,  studia 
poświęcone bogom i  przeglądy specjalistyczne, jak “Joumal  of Egyptian Archaeology" 
czy  “Zeitschrift  fur  agyptische  Sprache".  Wreszcie  tysiące  fiszek  starannie 
poukładanych w kartonowych pudełkach. 

Lord Percival obejrzał kilka z nich. 

- Co spodziewał się pan znaleźć? - zapytał nadinspektor. 

-  Jest  już  jakiś  punkt  zaczepienia:  Howard  Langton  był  egiptologiem 

wykształconym. 

- A nie zawsze tak jest? 

-  W  tym  zawodzie,  podobnie  jak  w  wielu  innych,  machlojki  i  koneksje  liczą  się 

często  bardziej  niż  kompetencje.  W  tym  wypadku  nie  ma  wątpliwości:  Langton  miał 
żądane  kwalifikacje  i  solidne  doświadczenie,  tak  w  dziedzinie  hieroglifów,  jak  i  w 

archeologii. 

Na niewielkim biurku leżały pióra, notatniki i tekst hieroglificzny napisany ręką 

zmarłego 

Lord Percival dłuższą chwilę stał pochylony nad dokumentem. 

- Dziwne - powiedział. 

- Pan... Zna pan hieroglify? - spytał zaskoczony Dodson. 

- Jestem tylko amatorem. Stary uczony z Eton nauczył mnie podstaw i zapoznał z 

najważniejszymi tekstami. Ten jest znany. To rozdział VI z Księgi umarłych. 

- O czym mówi? 

-  Jeśli  zmarły  został  powołany  do  pracy  w  zaświatach,  uprawiania  pól  lub 

nawadniania  brzegów,  odwoływał  się  do  magicznej  figurki,  zwanej  odpowiadaczem, 

background image

która ożywała w cudowny sposób, żeby za niego pracować. 

- To bardzo znany tekst, a jednak coś pana w nim zaskoczyło! 

- Nie sam tekst, ale słowo “Uwaga!" napisane i podkreślone przez Langtona. 

- Co to oznacza? 

-  Być  może  to  mało  znaczące  spostrzeżenie,  a  być  może  ważna  wskazówka... 

Kontynuujmy nasze poszukiwania. 

W sypialni pod lampką nocną lord Percival znalazł poczwórnie złożoną kartkę z 

notatką: “powstrzymać Abd el-Mosula". 

-  Najwidoczniej  ten  Abd  el-Mosul  nie  był  przyjacielem  Langtona  -  stwierdził 

nadinspektor. - Ale dlaczego tak ukrył tę kartkę? 

- Albo dlatego, że zamierzał szczegółowo opisać swój plan działania, albo dlatego, 

że  to  początek  wiadomości,  którą  chciał  komuś  przesłać.  Z  całą  pewnością  nie  miał 
czasu, żeby pisać dalej. 

- Trzeba będzie zebrać jak najwięcej informacji O tym człowieku; Abd el-Mosul 

staje się naszym pierwszym podejrzanym. 

- Czyżby pan zapomniał o Abu? - zapytał Szkot z lekkim uśmiechem. 

- Nie, oczywiście, że nie! Ale może miał wspólnika. Lord Percival i Angus Dodson 

uważnie  i  wytrwale  kontynuowali  rewizję.  W  prymitywnej  łazience,  w  której  woda 
leciała tylko przez kilka godzin, Szkot zatrzymał się przy antycznym glinianym dzbanie 
stojącym między pędzlem a miseczką do rozrabiania piany do golenia. 

- Prawdziwy antyk? 

-  Współczesny  wyrób  bez  wartości  artystycznej,  ale  dobrze  wykonany  -  ocenił 

lord Percival, wdychając zapach wnętrza naczynia, i wlał odrobinę płynu do szklanki. 

- Chyba nie zamierza pan tego wypić... 

- Trzeba podejmować pewne ryzyko. 

- Nie wierzę w klątwę faraonów, milordzie, ale jednak byli oni znawcami trucizn 

i... 

Ostrzeżenie nadinspektora było zbyteczne. Szkot wypił łyk. 

- Tak myślałem: przereklamowane. Chce pan skosztować, nadinspektorze? 
Oficer Scotland Yardu nie cofa się przed niczym; 
Dodson pociągnął łyk. 

- Ależ... Co to za obrzydliwe piwo! 

- Delikatnie pan to ujął. Zaledwie nadaje się do picia. 
Na podstawce dzbanka widniał głęboko wyryty napis: “Scottish Brewer". 

-  To  wstyd  dla  Szkocji  -  ocenił  arystokrata.  -  Powinien  pan  zatelefonować  do 

Scotland Yardu, nadinspektorze. Niech znajdą tę wytwórnię, jeśli w ogóle istnieje. 

Lord  Percival  ponownie  zainteresował  się  materiałami  naukowymi  Howarda 

Langtona i długo je przeglądał. 

background image

- Nie wiedziałem, że Howard był taki skryty. 

- Skąd ten wniosek? - zapytał Dodson. 

-  Ponieważ  nowy  dyrektor  centrum  archeologicznego  powinien  pisemnie 

przedstawić szczegółowy projekt. Brak choćby jednego dokumentu odnoszącego się do 
tego projektu jest zaskakujący, by nie rzec nienormalny. 

Nadinspektor zmarszczył brwi. 

- Istnieje proste wytłumaczenie: morderca ukradł te dokumenty, ponieważ w taki 

czy inny sposób zdradzały jego tożsamość. 

-  Tak  właśnie  myślę.  Sądzę  też,  że  je  zniszczył.  W  takim  razie  Abu  byłby 

niewinny. 

Jeśli  nawet  hipoteza  była  dobra,  sprawiła  przykrość  Angusowi  Dodsonowi.  W 

jaką pułapkę się wpakował, i to z dala od Anglii? Nawet gdyby uwierzył wewnętrznemu 
głosowi, który mu podpowiadał, że zmaga się z groźnym przestępcą, nie poddałby się. 

-  Rozpocznijmy  przeszukiwanie  domu  -  zadecydował  niezmordowany  lord 

Percival. 

Z  największą  dokładnością  obaj  mężczyźni  centymetr  po  centymetrze  obejrzeli 

ostatnie mieszkanie egiptologa Hovarda Langtona, jednak bez powodzenia. 

background image

 

ROZDZIAŁ IX 

 

Mina komisarza Abdel-Atifa nie zapowiadała nic dobrego. 

-  Dwukrotnie  czytałem  pański  raport,  nadinspektorze,  ale  wyciągam  z  niego 

zgoła inne wnioski niż, pan. Nie ma podstaw formalnych, aby uniewinnić Abu! 

- Ani też żadnych podstaw, aby go oskarżyć - przypomniał lord Percival. 
Egipcjanin zapalił papierosa i natychmiast wcisnął go w popielniczkę wypełnioną 

niedopałkami. 

-  Wszyscy  jesteśmy  uczciwymi  i  sumiennymi  zawodowcami.  Czy  koniecznie 

trzeba szukać tajemnic tam, gdzie ich nie ma? Ahu jest Nubijczykiem, a Nubijczycy są 
uparci. Z pewnością w końcu się przyzna. 

-  Fakty  również  są  uparte  -  powiedział  Dodson  poważnie.  -  Szanowny  kolego, 

musimy rozszerzyć nasze śledztwo. 

Abdel-Atif westchnął głęboko: 

-  Tego  się  właśnie  obawiałem...  Mieliście  jasne  i  ewidentne  fakty,  ale  szukacie 

innych. A jeśli panowie się mylą, tak jak w przypadku narzędzia zbrodni? 

-  A  właśnie  -  przerwał  Szkot  łagodnie.  -  Chciałbym,  żeby  ekspert,  w  tym 

przypadku inspektor Ahmed al-Fostat, rzucił na nie okiem. 

- A to z jakiego powodu? 

- Czy nie powinniśmy wiedzieć coś więcej o tym sztylecie? 

- Wiemy już najważniejsze: tą bronią zabito Langtona.   
Sumienie zawodowe Dodsona zbuntowało się: 

- Czy wydał pan polecenie, by szukano ewentualnych odcisków palców? 

-  Oczywiście,  panie  nadinspektorze...  Ale  ta  broń  przechodziła  z  rąk  do  rąk,  a 

Abu z pewnością wytarł rękojeść w ubranie. W tej kwestii nie ma się czego spodziewać. 

Dodson powstrzymał gniew. 

-  Czy  zechce  pan  wezwać  inspektora  al-Fostata?  -  zapytał  z  naciskiem  lord 

Percival. 

Egipski  policjant  bardzo  chciałby  się  sprzeciwić  swemu  rozmówcy,  ale  ten 

cudzoziemiec  o  wyrafinowanej  elegancji,  na  którego  czole  nie  perliła  się  najmniejsza 
kropla potu, nie przestawał go hipnotyzować. 

W dodatku podniósł słuchawkę. 

Inspektor  Ahmed  al-Fostat,  liczący  około  czterdziestki,  był  niski,  nerwowy  i 

irytujący.  Jego  twarz  w  kolorze  kakao  stanowiła  zadziwiający  kompromis  pomiędzy 

twarzą  kairskiego  mieszczucha  i  obliczem  wieśniaka  z  Południa.  Wydatny  nos,  oczy 
małe  i  oskarżycielskie,  grube  wargi  i  łysina  nie  zjednywały  mu  sympatii.  Miał  nie-
skazitelnie białą koszulę i pomięte czarne spodnie, był przekonany, że ma wielką władzę 

background image

i autorytet i zależało mu, żeby i inni natychmiast o tym wiedzieli. 

-  Dlaczego  mnie  pan  niepokoi,  komisarzu?  -  zapytał  gniewnie,  nie  spojrzawszy 

nawet na cudzoziemców. 

- Chodzi o ekspertyzę. 

- Proszę wypełnić formularz, zaadresować do mnie i czekać na odpowiedź. 

-  Cieszę  się,  że  pana  widzę,  panie  al-Fostat  -  powiedział  uprzejmie  Szkot.  - 

Prawdę mówiąc, zależy nam na jak najszybszym uzyskaniu pańskich światłych porad w 
sprawie dotyczącej zarówno Egiptu, jak i Anglii. Ależ zachowałem się niewybaczalnie! 
Zapomniałem  się  przedstawić.  Jestem  lord  Percival  Kilvanock,  a  to  mój  kolega, 

nadinspektor Angus Dodson, ze Scotland Yardu. 

Ahmed  al-Fostat  spojrzał  porozumiewawczo  na  komisarza  Abdel-Atifa,  który 

wzruszył ramionami, aby dać mu do zrozumienia, że tak jest i nic na to nie poradzi. 

- Jesteśmy tu u siebie - stwierdził inspektor skrzekliwym głosem. - Już od dawna 

nie  jesteśmy  kolonią  angielską.  Scotland  Yard  nie  może  więc  wydawać  mi  żadnych 

poleceń. 

- Potrzebowalibyśmy rady eksperta  - powiedział spokojnie Szkot  -  ponieważ nie 

znamy się na archeologii. Pan mógłby nam pomóc. 

- Dlaczego miałbym to zrobić? 

- Ponieważ chodzi o morderstwo.   
Inspektor wydął wargi. 

- A... kto jest ofiarą? 

-  Egiptolog  Howard  Langton.  Przez  usta  Ahmeda  al-Fostata  przemknął  cień 

uśmiechu. 

-  No  proszę...  Nowy  szef  angielskiej  misji  archeologicznej!  Nie  pomieszkał  sobie 

długo  w  Egipcie,  biedaczek...  Smutny  los.  W  imieniu  jego  egipskich  kolegów  oraz 
Egipskiej Służby Starożytności składam panom wyrazy współczucia. Przypuszczam, że 

nasza policja energicznie poszukuje sprawcy. 

- Być może już go znaleźliśmy - przerwał komisarz Abdel-Atif. 

- Czy mógłbym wiedzieć, kto to jest? 

- Abu, Nubijczyk, który pracuje w Starej Katarakcie.   
W oczach archeologa błysnął gniew i pogarda. 

- To z pewnością on! 

- Czyżby miał pan dowód? - zapytał Angus Dodson. 

- Nubijczycy są zdolni do wszystkiego. Należy ich unikać; zawsze byli złodziejami 

i mordercami. 

- Czy zna go pan osobiście? - zapytał Szkot. 

- Oczywiście że nie. Nie zadaję się z wykolejeńcami jego pokroju. 

- Czy byłby pan łaskaw obejrzeć tę broń?   

background image

Lord  Percival  wskazał  sztylet  leżący  na  biurku  komisarza  Abdel-Atifa.  Ahmed 

al-Fostat niechętnie obrzucił go wzrokiem, po czym zważył w ręku. 

- Co mam panom powiedzieć? 

- Z jakiej dynastii pochodzi ten sztylet.   
Archeolog wybuchnął śmiechem: 

- Pan rzeczywiście nie zna się na egiptologii, milordzie! To niezręczna podróbka, 

nieudolna  imitacja  sztyletu,  który  wchodzi  w  skład  skarbu  Tutanchamona.  Mógłby  go 
pan kupić za dwa funty szterlingi, gdyby nie był narzędziem zbrodni. Turyści, zwłaszcza 
nieobyci,  uwielbiają  przedmioty  tego  rodzaju  i  dają  się  oszukiwać  zawodowym 
fałszerzom, których wytwórnie pracują tu pełną parą. 

- Czy u podstawy ostrza nie ma czasem hieroglifów? 

- Fałszerz wyrył byle co... Wyroby tego typu często mają skazy. 

- Wygląda jak “I", “T" lub “N"... 

Ahmed al-Fostat spojrzał na Szkota nieufnie. 

- Umie pan czytać hieroglify? 

- Trochę... Wszędzie sprzedają pocztówki, a nawet zasady odczytywania alfabetu 

hieroglificznego. Myślałem, że rozpoznałem trzy litery. 

- Są tak niestarannie wyryte, że można byłoby odczytać wszystko! Jeśli pan chce, 

żebym wybawił pana z tego kłopotu, komisarzu... 

-  Chodzi  o  bardzo  ważny  dowód  -  przerwał  zbulwersowany  Dodson.  -  Musi 

pozostać w rękach policji. 

-  Czy  mógłbym  pana  prosić  o  przysługę  zupełnie  prywatną?  -  zapytał  lord 

Percival. 

Ahmed al-Fostat zacisnął mięsiste wargi. 

- A o co chodzi? 

- Wiele słyszałem o asuańskim nilomierzu. Czy wyświadczyłby mi pan grzeczność 

i objaśnił, do czego służył? 

 

background image

ROZDZIAŁ X 

 
Ruiny  antycznej  świątyni  Chnum  drzemały  w  zimowym  słońcu,  nawiedzane 

przez  boga-barana,  pana  katarakty  i  władcy  wylewów.  Tymczasem  lord  Percival  i 

Ahmed al-Fostat wynajęli felukę, aby popłynąć na Elefantynę, do niewielkiego pomostu 

przy muzeum. 

Skromne 

asuańskie 

muzeum, 

niepowtarzalnym 

pół-kolonialnym, 

pół-laotańskim  stylu,  było  w  rzeczywistości  willą  angielskiego  inżyniera  Williama 
Wellicocksa.  Zaprojektował  on  Pierwszą  Kataraktę,  w  imię  postępu,  którego  zgubne 

skutki Szkot, jako jeden z nielicznych, potępiał. Zapora została otwarta w 1902 roku w 
obecności  księcia  Connaught  i  Winstona  Churchilla.  Można  pozazdrościć 

Wellicocksowi, który z wysokości werandy, zajmowanej obecnie przez sarkofagi, cieszył 
oczy wspaniałym pejzażem, w którym niepodzielnie panował Nil. 

Kilka kroków od budynku otoczonego krzewami znajdował się słynny nilomierz - 

rodzaj kamiennych schodów wykutych w skale i schodzących do wody. 

-  Jest  pan  niezwykle  uprzejmy,  że  poświęcił  mi  pan  odrobinę  swego  cennego 

czasu - powiedział lord Percival do pełnego dystansu Ahmeda al-Fostata. - Dzięki panu 
będę nieco mniejszym ignorantem. 

Inspektor przybrał poważną minę. 

-  Grecki  geograf  Strabon  objaśniał,  że  kreski  wyryte  w  kamieniu  miały 

pokazywać  wysokość  poziomu  wody  podczas  wylewów.  W  ten  sposób  z  biegiem  lat 
powstała prawdziwa kronika wylewów. 

- Czy można je przewidywać? 

- Inżynierowie faraonów podejmowali to ryzyko. 

-  W  życiu  ryzykuje  się  wielokrotnie,  panie  al-Fostat.  Przychodząc  w  zeszłym 

tygodniu  do  Starej  Katarakty,  nie  wiedział  pan,  że  wokół  krąży  śmierć.  Morderca 
znajdował się, być może, w niewielkim kręgu osób siedzących na tarasie. 

Ahmed al-Fostat zatrzymał się na pierwszym stopniu nilomierza. 

-  O  co  panu  właściwie  chodzi?  Dobrze  pan  wie,  że  mordercą  jest  ten  przeklęty 

Nubijczyk! 

- Pewne informacje mogą wskazywać, że tak nie jest. 

- Istotne? 

- Tak je traktujemy. Co pan sądził o Howardzie Langtonie? 
Egipcjanin zszedł schodek niżej. Do Nilu prowadziło dziewięćdziesiąt stopni. 

- Nic. Nigdy się z nim nie spotkałem. 

- Z racji swojej funkcji musiał się z panem kontaktować. 

Ahmed al-Fostat uśmiechnął się ironicznie. 

background image

- Anglicy są w większości zarozumiali i powściągliwi... Szef misji archeologicznej 

nie przejmował się jakimś miejscowym inspektorem... Proszę zauważyć, że być może był 
w błędzie. 

- Co pan chce przez to powiedzieć? 

- Nic... Nic konkretnego.   
Mężczyźni powoli schodzili. 

- W dniu, kiedy popełniono zbrodnię - przypomniał lord Percival - przyszedł pan 

na taras Starej Katarakty, żeby się spotkać z... przyjaciółmi, jak przypuszczam. 

- Tak, to miało być zwykłe towarzyskie spotkanie. 

-  Z  jednym  wyjątkiem.  Myślę  o  Abd  el-Mosulu.  Czy  nie  ma  on  reputacji 

cokolwiek... podejrzanej? 

- Myśli pan, że wszystko pan wie, milordzie! Istotnie, Abd el-Mosul tam był, ale 

pańskie  przypuszczenia  są  już  nieaktualne.  Mój  rodak  popełnił  w  przeszłości  kilka 
błędów, ale czasy się zmieniły. Niech pan nie wierzy we wszystko, co mówią. Legenda o 

Abd el-Mosulu to tylko legenda. 

Szkot  wpatrywał  się  w  linie  wyciosane  w  skale  przez  hydrologów  faraona. 

Przypominały o szczęśliwych czasach, kiedy wylew, niczym zakochany młodzieniec spie-
szący  na  podbój  krain,  użyźniał  czarną  ziemię  Egiptu  i  żywił  jego  mieszkańców, 
pokrywając ją płodnymi madami. 

- A czy pani Albertine Abletout była wobec pana bardziej uprzejma niż brytyjscy 

archeolodzy?   

Ahmed al-Fostat zareagował gwałtownie: 

-  Osoba  ta  ma  wyraźne  skłonności  do  robienia  przedstawień.  Jest  nie  tylko 

egiptologiem, ale i  aktorką! Jedynym obiektem jej zainteresowań jest ona sama. Kiedy 
przyjeżdża do Egiptu, wie o tym cały kraj. Jest chora, kiedy się o niej nie mówi. 

- Przecież dokonała ważnych odkryć? 

-  Przede  wszystkim  udało  jej  się  przekonać  o  tym  innych!  Słuchając  tej  damy, 

odniesie  pan  wrażenie,  że  osobiście  zbudowała  wszystkie  egipskie  świątynie!  Od-
znaczenia i honory są dla niej ważniejsze niż praca w terenie. Moja rada, milordzie: im 

dalej od niej, tym lepiej dla pana. 

- Był jeszcze jeden francuski egiptolog w Starej Katarakcie, prawda? 

- Rzeczywiście, był tam ten dziwak Villabert Glotoni! Przeciętniak oddelegowany 

do  obsługi  śmietanki  towarzyskiej,  co  mu  najbardziej  odpowiada.  Oprowadza 
wybitnych  gości  po  stanowiskach  archeologicznych  i,  racząc  ich  mało  precyzyjnymi 
objaśnieniami,  bawi  się  w  wytrawnego  archeologa.  Poza  tym  to  kpiarz,  który  bez 
namysłu rozgłasza najgorsze oszczerstwa. 

Zamyślony Ahmed al-Fostat zszedł kilka stopni niżej. 

- Zaniepokoił mnie pan, milordzie... A jeśli morderca rzeczywiście znajdował się 

background image

w gronie osób, które piły aperitif w Starej Katarakcie? 

- Czy coś mogło wzbudzić pańskie podejrzenia? 

- Domenica Strauss, niemiecka egiptolog, była kochanką Langtona. To kobieta z 

głową, zawzięta i gwałtowna, zdolna do wszystkiego. 

- A zatem sądzi pan, że mogło to być zabójstwo w afekcie? - zasugerował Szkot. 

-  To  niewykluczone...  Ale  gdybym  miał  wskazać  podejrzanego,  byłby  to  raczej 

Steven Faxmore, To człowiek twardy, sprawny w działaniu i ambitny, który nieustannie 
kłócił  się  z  władzami  egipskimi,  tak  bardzo  je  lekceważy.  Nie  tylko  wobec  nich  jest 
agresywny... Podobno poważnie pokłócił się z Langtonem. Faxmore jest Szkotem... Może 
to dlatego. Wiem, że Anglicy i Szkoci się nienawidzą. 

- Wie pan coś więcej o tej kłótni? 

- Nic, zwykłe plotki. 

Wzburzony  Ahmed  al-Fostat  zszedł  szybko  aż  do  rzeki.  Trzy  stopnie  przed 

ostatnim schodkiem zatrzymał się. 

- Proszę spojrzeć, milordzie... Ale proszę nie podchodzić! 
Na ostatnim stopniu leżała duża żmija. 

-  Do  góry,  tylko  powoli...  Jeśli  nie  będziemy  wykonywać  gwałtownych  ruchów, 

nie zaatakuje. 

Wydawało się, że Egipcjanin stracił pewność i, aby się nie pośliznąć, oparł się o 

ścianę nilomierza. Lord Percival nie okazał najmniejszych oznak emocji. 

- Według zeznań Abu w Starej Katarakcie był ktoś jeszcze - mężczyzna w czerni, 

którego nazwiska nie znam. 

Ahmed al-Fostat odpowiedział dopiero na szczycie nilomierza: 

- To doktor Alan Qerry... Dobrze, że pan o nim wspomina! On także znakomicie 

nadaje się na podejrzanego. Sporo czasu minęło, odkąd mieszka w Egipcie, robi to, co 
lubi, i nikomu się nie tłumaczy. Prowadzi laboratorium w Kairze, gdzie, między innymi, 
zajmuje  się  badaniem  mumii.  To  nie  mogło  trwać  wiecznie...  Wiadomo,  że  Howard 
Langton  miał  zamiar  skontrolować  badania  Qerry'ego  i  opracować  własny  “program 

mumie". Szykował się poważny konflikt. 

Grupa turystów przypuściła szturm na muzeum. 

- Dziękuję za pouczającą wycieczkę - powiedział Szkot. 

-  A  tak  na  przyszłość,  milordzie,  proszę  mnie  nie  nachodzić.  Nie  mam  nic 

wspólnego z tą zbrodnią i jestem bardzo zajęty. 

background image

 

ROZDZIAŁ XI 

 
Lord  Percival  poprosił  przewoźnika,  żeby  się  nie  spieszył  i  pozwolił,  by  feluka 

płynęła swobodnie z prądem rzeki. Starszy, ale jeszcze sprawny i energiczny mężczyzna 
zręcznie  sterował  i,  ryzykując  skręcenie  karku,  udowodnił  Szkotowi,  że  ciągle  jeszcze 
potrafi wspiąć się na maszt. 

Widząc,  z  jaką  przyjemnością  cudzoziemiec  poddaje  się  falowaniu  wody, 

właściciel feluki zataczał kręgi, igrając z wiatrem i prądami. 

Nie  ma  oczywiście  lepszego  klimatu  i  piękniejszego  pejzażu  niż  w  Szkocji,  ale 

arystokrata uległ, jak niegdyś, magii Egiptu, w którym czas się zatrzymał. Kiedy Stwór-
ca  postanowił  celebrować  fantastyczne  gody  wody  i  pustyni,  nie  omieszkał  rzucić 
gdzieniegdzie  majestatycznych  skał,  na  których  skrybowie  faraona  opisywali  podboje 
awanturników  -  odkrywców  Dalekiego  Południa.  A  oddech  Amona,  ukryty  początek, 
nadal objawiał się w wydęciu białego żagla feluki, bezszelestnie płynącej pod doskonale 

czystym niebem. 

Na pomoście niecierpliwie czekał na arystokratę Angus Dodson. 

- Dowiedział się pan czegoś ważnego, milordzie? 

- To zależy. A co ze Scottish Brewer? 

-  Nie  można  się  połączyć  ze  Scotland  Yardem:  kierunek  zajęty.  Będę  jeszcze 

próbował.  Potrzebuję;  pańskiej  niezwłocznej  pomocy:  Albertine  Abletout  grozi,  że 
skąpie Egipt w ogniu i krwi, jeśli nie przyjmiemy jej zaproszenia na śniadanie w Starej 

Katarakcie. 

- Nie ma potrzeby wywoływać kolejnego konfliktu, nadinspektorze. 
Mimo  że  hotel  był  oficjalnie  zamknięty,  francuska  egiptolog  dopięła  swego: 

otwarto  wielką  odświętną  jadalnię  i  przyniesiono  jej  ulubione  danie  składające  się  z 
puree  z  bobu,  szaszłyka  z  jagnięcia,  marchewki  i  groszku.  Mimo  kuszących  nazw,  jak 
“Omar  Chajjam",  “Kleopatra"  i  “Egipski  Rubin",  lepiej  było  unikać  win,  których 
wypicie groziło błyskawiczną ruiną przewodu pokarmowego. Zamówiono więc lekkie i 
ułatwiające trawienie lokalne piwo. 

Ubrana  w  ciemnofioletowy  kostium  Albertine  Abletout,  kobieta  około 

sześćdziesięcioletnia,  średniego wzrostu  i  nieco korpulentna, obdarzona niewyczerpaną 
energią, wydawała się bardzo rozgniewana: 

- Nie za późno, panowie? Co się stało ze słynną brytyjską grzecznością? 

-  Kłania  się  pani  do  stóp  -  powiedział  Szkot  -  z  przeprosinami  śledczych 

tropiących zabójcę.   

Szare oczy Francuzki pociemniały. 

-  Co  to  za  historia  z  tym  morderstwem?  Jeszcze  jeden  wymysł  Brytyjczyków, 

background image

żeby  utrudnić  Francuzom  poszukiwania?  Pomyśleć,  że  nadal  zaprzeczacie,  iż  to 

Jean-Francois  Champollion  jako  pierwszy  odczytał  hieroglify!  Wasi  erudyci,  panowie, 
zostali zwyciężeni. Oto cała prawda. 

- Z przyjemnością się z panią zgadzam. 

-  Tym  lepiej.  Pokonałam  większych  uparciuchów  niż  wy!  Siadajcie  i  jedzcie, 

panowie. To, co zamówiłam, jest wyborne: tak dla mnie, jak i dla innych. A więc, o jaką 
zbrodnię chodzi? 

- Zamordowano pani kolegę, Howarda Langtona. 

-  Tylko  tego  brakowało!  Ten  biedny  chłopak  nie  był  w  stanie  dźwignąć 

odpowiedzialności, jaką mu powierzono. Jesteście panowie pewni, że nie chodzi o samo-
bójstwo? 

-  Jesteśmy  pewni  -  odpowiedział  Dodson,  poirytowany  tupetem  Francuzki.  - 

Rzadko popełnia się samobójstwo, zadając sobie cios nożem w plecy. 

-  To  przykre,  zwłaszcza  dla  niego...  Ale  nie  będziemy  długo  opłakiwać  waszego 

Langtona.  Był  tylko  przeciętnym,  zapracowanym  praktykiem,  pozbawionym  cech, 
dzięki  którym  naukowiec  zyskuje  sławę  i  uznanie.  Chciałabym  się  panom  z  czegoś 
zwierzyć. 

Widząc  uważne  spojrzenia  obu  mężczyzn,  Alhertine  Abletout  z  satysfakcją 

oceniła efekt swojej deklaracji. 

-  To  dla  nas  wielki  zaszczyt  -  powiedział  lord  Percival  z  przekonaniem.  - 

Dziękujemy, że uważa pani, iż jesteśmy tego godni. 

Francuska egiptolog wyciągnęła szyje: 

- Mogę panom wyznać, że poleciłam Howardowi Langtonowi opuścić Egipt i jak 

najszybciej wrócić do londyńskiego biura. Było dla mnie jasne, że ten biedaczek nigdy 
nie przyzwyczai się do tego kraju i dozna tu tylko rozczarowań. Gdyby mnie posłuchał, 
jeszcze by żył. 

Puree z bobu było wyśmienite, a tutejsze piwo, nawet jeśli okazało się o wiele za 

słodkie dla podniebienia Dodsona, to jednak działało orzeźwiająco. 

-  Przypuszczam,  że  pani  “rada"  nie  spodobała  się  Langtonowi  -  wtrącił 

nadinspektor. 

-  Mniejsza  z  tym  -  zagrzmiała  Francuzka.  -  Zwykle  mówię  wszystko  prosto  z 

mostu,  nie  przejmując  się  reakcją  moich  rozmówców.  Ten  Langton  winien  mi  był 
szacunek  i  przezornie  nie  odpowiedział.  Znam  się  na  ludziach!  Ale  do  rzeczy... 
Zatrzymaliście winnego? 

- Egipska policja uważa, że to Abu... 

- Abu... Ten nubijski osiłek, który pracuje w hotelu? 

- Ten sam. 
Francuska egiptolog zamyśliła się. 

background image

- Proszę mi podać szaszłyk, ten najbardziej wypieczony... Abu, dziwaczny kolos, 

jakich  umiała  stworzyć  antyczna  Nubia.  Wszyscy  byli  żołnierzami  w  armii  faraona  i 
uchodzili  za  znakomitych  wojowników.  Myślałam  czasem,  żeby  zatrudnić  go  jako 
robotnika w mojej ekipie wykopaliskowej, ale tak się nie stało. 

- Czy odmówił? 

-  Nikt  nigdy  mi  nie  odmawia!  Nie,  sama  zrezygnowałam  z  powodu  jego 

reputacji...  Podobno  jest  gwałtowny,  ma  długi  karciane,  nieznośny  charakter  i  niena-
widzi rozkazów. Ja zaś nie znoszę, żeby dyskutowano moje polecenia. 

- A więc byłby doskonałym przestępcą.   
Sugestia Dodsona nie wzbudziła entuzjazmu Albertine Abletout. 

-  Doskonałym?  To  nie  jest  takie  pewne...  Proszę  mi  nalać  piwa.  Nubijczycy  są 

rozważni,  nie działają  pochopnie. Nie  mówię,  że nie zabił Langtona, ale jeśli  to  zrobił, 
musiał mieć poważny powód. Bardzo poważny. 

- A czy doszły panią słuchy o jakiejś kłótni między Abu a Langtonem?  - zapytał 

lord Percival. 

-  Nie,  wiedziałabym  o  tym.  Abu  miał  natomiast  problemy  z  osobą,  którą  warto 

wziąć pod włos.   

- Czy chodzi o Abd el-Mosula?   
Francuzka podskoczyła. 

- Skąd pan wie, milordzie? 

background image

 

ROZDZIAŁ XII 

 

- Intuicja, droga pani. Sława Abd el-Mosula przekroczyła granice jego prowincji. 
Francuzka wybuchnęła: 

- Wie pan więcej, niż pan mówi! 

-  Niestety  nie.  Gdyby  tak  było,  już  bym  zidentyfikował  mordercę.  Czy  zna  pani 

źródło kłopotów, o których pani wspomniała? 

-  Nie...  Nie  utrzymuję  kontaktów  z  takimi  osobami  jak  Abd  el-Mosul  i  radzę 

panu,  podobnie  jak  pańskiemu  koledze,  byście  pozwolili  działać  lokalnej  policji.  Jeśli 

chodzi  o  pewną  nieco  mętną  sprawę  pomiędzy  Egipcjanami,  w  którą  Langton 
niepotrzebnie się wmieszał, to nie muaie tu nic do roboty. Proszę nałożyć mi marchewkę. 

- Sytuacja jest bardziej skomplikowana, niż się wydaje - ocenił lord Percival. - Z 

jednej  strony  Howard  Langton  był  uważany  w  Anglii  za  ważną  osobistość;  z  drugiej 
strony zaś wina Abu jest wątpliwa. 

-  Powtarzam  panom:  pozwólcie  działać  miejscowej  policji.  Tutaj  wasze  metody 

nie będą skuteczne. 

Albertine Abletout miała wilczy apetyt. Dodson, który mógłby z nią rywalizować, 

nie miał zaufania do podanego jedzenia i zadowalał się chlebem z masłem. 

- Czy zna pani projekty Howarda Lanytona? 

- Nie było żadnego, inspektorze. 

- Czy to nie dziwne? 

- Bynajmniej! On budował zamki z piasku, jak byle szczur biblioteczny. Później 

zetknął się z twardymi realiami terenu i spuścił z tonu. Musiał wyrzucić do kosza swoje 
niedorzeczności i stwierdzić, że nie ma szans na poważne odkrycia. 

- Czy nasz nieszczęsny rodak nie miał żadnego sojusznika? - wypytywał Dodson. 
Francuzka zaatakował drugi szaszłyk. 

-  O  tak,  miał  przyjaciółkę,  głuptas!  To  niejaka  Domenica  Strauss,  niemiecka 

egiptolog, niewiarygodnie pretensjonalna. Usidliła go. 

- Czy ją również uważa pani za niekompetentną? 

-  Ta  Strauss...  Ani  na  krok  nie  rozstaje  się  ze  swoimi  słownikami  i  notatkami! 

Gabinetowy egiptolog, jakich nienawidzę, i to najgorszego gatunku! 

- Czy mamy rozumieć, że panna Strauss była kochanką Howarda Langtona? 

-  Oczywiście!  Ta  pozbawiona  uroku  harpia  była  zazdrosna  jak  tygryska  i  nie 

dopuszczała  do  swojego  Anglika  żadnej  kobiety.  Ale  to  nie  wszystko:  jest 
nieprawdopodobnie ambitna, marzy jej się rola pierwszoplanowa. Pewnie uwierzyła, że 
Langton ją urządzi... Niestety, sytuacja rozwijała się nie tak, jak tego oczekiwała. Wasz 
rodak był zdezorientowany, ale mimo to nie stracił do reszty zmysłu krytycznego. 

background image

- Czy zerwałby z panną Strauss? 

-  Miał  jej  dosyć,  to  jasne.  Żeby  mieć  spokój,  musiał  ją  porzucić.  Kto  by  zniósł 

taką  pijawkę?  Być  może  była  mniej  niebezpieczna  niż  ta  śmieszna  kreatura  Faxmore. 
Egiptolog...  Akurat!  Chciał  raczej  rozciągnąć  swoje  królestwo  na  cały  kraj.  Bardziej 
interesowały  go  pieniądze  niż  archeologia.  Projekt  komercyjny...  Oto  co  go  prze-
śladowało! Ale który? W każdym razie groził Langtonowi. 

- Z jakiego powodu? 

- Nie wiem, milordzie. Langton, nawet nie wiedząc o tym, z pewnością stanął na 

jego  drodze.  To  konflikt  między  Anglikami.  Ja  się  do  tego  nie  mieszam!  Niech  się 
nawzajem wykańczają, to ich sprawa. 

Deser  zaskoczył  Dodsona:  tarta  z.  jabłkami  przykryta  śmietaną,  zamówiona 

przez  Albertine  Abletout.  Ale  z  czego  była  śmietana?  Ostrożny  nadinspektor wolał się 
powstrzymać. 

-  Na  szczęście  -  ciągnęła  Francuzka,  pożerając  łapczywie  ciastko  -  mój  zawód 

przynosi  jednak  satysfakcję,  dzięki  niemu  mogę  poznawać  ludzi  wyrafinowanych,  jak 
wytworny Villabert Glotoni, erudytu bez wieku, cudowny chłopak, który jest chodzącą 

grzecznością. 

- Ma obowiązek zajmowania się wybitnymi gośćmi, prawda? 

-  To  zadanie  pasuje  do  niego  jak  ulał!  Jako  znakomity  archeolog,  może 

oprowadzać dostojnych gości po dowolnych stanowiskach i odkrywać przed nimi cuda 
Egiptu  faraonów.  Nikt  lepiej  od  niego  nic  umiałby  wypełnić  tego  trudnego  zadania... 
Wielcy  tego  świata  mają  zwykle  niewiele  czasu  na  zwiedzanie  Sahary,  Luksoru  czy 
Karnaku  i  potrzeba  wielkiego  talentu  Villaberta  Glotoniego,  aby  streścić  to  co 
najważnicjsze  w  kilku  zdaniach.  On  również  odpowiada  za  kontakty  z  prasą,  tymi 
wspaniałymi dziennikarzami, którzy z racji moich dokonań nieustannie zasypują mnie 
pochwałami. Pomaga im lepiej poznać naszą piękną dyscyplinę. 

Albertine  Abletout  wzięła  jeszcze  kawałek  ciasta,  kelner  przyniósł  kawę  po 

turecku. 

- Miałem okazję  rozmawiać z inspektorem Ahmedem al-Fostatem  -  wyznał  lord 

Percival  -  i  pokazać  mu  narzędzie  zbrodni,  ordynarną  podróbkę  sztyletu 

Tutanchamona. 

- Zapukał pan do właściwych drzwi! Ahmed al-Fostat jest człowiekiem oddanym 

i znakomitym inspektorem do spraw starożytności, bez wątpienia jednym z najlepszych. 
Zdobył solidne wykształcenie i dobrze zna tereny wykopalisk. Jeśli powiedział panu, że 
sztylet jest fałszywy, to znaczy, że tak jest. 

Talerz  orientalnych  słodyczy  nie  skusił  nadinspektora,  który  niekiedy  usiłował 

walczyć  z  otyłością.  Przy  takim  upale  i  przymusowej  diecie  ryzykował,  że  wróci  do 

Londynu szczuplejszy. 

background image

Lord Percival potarł skroń. 

-  W  waszym  spotkaniu  w  Starej  Katarakcie  uczestniczyła  pewna  zagadkowa 

osoba, doktor Alan Qerry. 

- Zagadkowa, dobre słowo! A jednak mnie bawi. Jakie myśli mogą mu krążyć po 

głowie  wskutek  obcowania  z  mumiami?  Qerry  mieszka  w  Egipcie  od  wielu  lat,  ale  z 
nikim się nie zaprzyjaźnił, a swoje prace trzyma w największej tajemnicy. Ciekawe, co 
robi na terenach wykopaliskowych? Jestem głęboko przekonana, że tajemniczy doktor 
Qerry  jest  człowiekiem  niebezpiecznym.  Kiedy  się  na  niego  patrzy,  natychmiast 
przychodzi  do  głowy  myśl,  że  ma  twarz  mordercy!  Ale,  jak  to  mówią,  nie  dajmy  się 
zwieść pozorom. Chociaż w jego przypadku miałoby się na to ochotę! 

-  Jeśli  dobrze  panią  rozumiem,  doktor  Qerry  nie  ma  zwyczaju  uczestniczyć  w 

spotkaniach towarzyskich podobnych do tego, które odbyło się w Starej Katarakcie. 

-  Istotnie...  W  gruncie  rzeczy  to  jego  sprawa!  Widocznie  ten  jeden  raz  miał 

ochotę się rozerwać, wymknąwszy się na kilka godzin swoim mumiom! Zróbcie tak jak 

on,  panowie:  zapomnijcie  o  tragediach  i  korzystajcie  z  pięknej  pogody  w  tym 
fantastycznym kraju. Jest tu tyle rzeczy do obejrzenia, że zdążycie je zaledwie musnąć. 

- Czy będziemy mieli jeszcze przyjemność spotkać panią? 

- Wątpię, milordzie; mam dużo pracy. 

background image

 

ROZDZIAŁ XIII 

 
Poniżej  Starej  Katarakty  Brytyjczycy  wynajęli  felukę  i,  po  ponad  piętnastu 

minutach  targowania  się  o  cenę,  popłynęli  w  kierunku  nekropolii  książąt  Asuanu.  Ci 
potężni  dostojnicy,  żyjący  w  Egipcie  Faraonów,  polecili  wydrążyć  swoje  groby  w 
stromych  zboczach  wzgórza  zwieńczonego  Kubbat  al-Hawą,  skąd  można  podziwiać 
najpiękniejszą  panoramę  miasta,  Elefantynę  i  głazy  tworzące  Pierwszą  Kataraktę, 
niegdyś trudną do przebycia. 

Kiedy  Dodson,  ubrany  w  niemodny  garnitur  w  stylu  kolonialnym,  zobaczył 

kamienne schody wiodące do grobowców, cofnął się. 

- Chyba nie będziemy się tędy wspinać! 

-  Stok  nie  jest  tak  niebezpieczny,  jak  się  wydaje  -  uspokoił  go  lord  Percival.  - 

Wystarczy wchodzić powoli. 

Marynarka  i  białe  spodnie  arystokraty,  wykonane  z  czystej  bawełny,  były 

nieskazitelne.  Zważywszy  na  okoliczności,  wybrał  klasyczną  yardelyowską  wodę  Fine 
Lavande, której zapach odstraszał owady. 

Dodson  zaatakował  podejście  z  godną  szacunku  energią,  dostosowując  się  do 

tempa  Szkota  wzruszonego  ponownym  widokiem  tych  magiccznych  miejsc,  gdzie 
mieszkali  obok  siebie  władcy  prowincji  i  odkrywcy  Dalekiego  Południa,  którzy 
uwiecznili swoje dokonania w tekstach hieroglificznych, upamiętniających ich odwagę i 

zmysł przygody. 

Rampy  używane  do  wciągania  sarkofagów  tworzyły  w  brunatnożółtym  piasku 

falezy szerokie bruzdy, prowadzące do domu wieczności, gdzie po wsze czasy odradzała 
się dusza książąt Elefantyny. Kiedy zdyszany Dodson zobaczył malowidło zdobiące dno 

grobowca  Sarenputa  II,  musiał  przyznać,  że  włożony  wysiłek  był  tego  wart.  Książę, 
szlachetny  i  wyniosły,  siedział  przy  obficie  zastawionym  stole  ofiarnym,  a  każdy 
hieroglif,  narysowany  niezwykle  kunsztownie,  był  małym  arcydziełem.  Słoń,  który  dał 
nazwę Elefantynie, wyglądał zabawnie. Posągi zmarłego, wyobrażonego jako Ożywiony 
Ozyrys, zrobiły na nadinspektorze wielkie wrażenie. 

Lord  Percival  zaprowadził  Dodsona  do  grobowca  Sarenputa  I,  poprzedzonego 

szerokim  dziedzińcem.  Na  ścianie  widniały  postaci  kobiet  w  czarnych  perukach  i 
odsłaniających piersi długich białych sukniach na szelkach. 

Młoda blondynka, drobna, a zarazem postawna, pochylała się nad jedną z tych 

zachwycających figurek i precyzyjnie ją rysowała. Miała dużo uroku mimo płóciennych 

spodni i zielonej, dość zniszczonej koszuli. 

Szkot zakasłał. 

-  Najmocniej  przepraszam...  Przypuszczam,  że  pani  nazywa  się  Domenica 

background image

Strauss. 

Zaskoczona egiptolog odwróciła się. 

- Ależ... Kim pan jest? 

- Lord Percival Kilvanock. A to jest nadinspektor Dodson. 

- Ze... Scotland Yardu, tutaj, w Egipcie? 

-  Uczestniczymy  w  śledztwie  dotyczącym  zabójstwa  naszego  rodaka  Howarda 

Langtona. 

- Ach... 
Na  sam  dźwięk  imienia  nieszczęsnego  Langtona  zielone  oczy  Domeniki  Strauss 

zamgliły się smutkiem. 

- Chciałabym wyjść z tego grobowca. Wspominanie Howarda w tym miejscu jest 

dla mnie nie do zniesienia. 

- Czy poinformowano panią o śmierci pana Langtona? 

-  Ja  i  pozostali  pytaliśmy  o  niego,  ponieważ  już  od  dawna  go  nie  widzieliśmy... 

Władze odmówiły nam odpowiedzi. Miał być obecny na spotkaniu w Starej Katarakcie, 
ale nie przyszedł. A przecież to było do niego niepodobne... A teraz... 

Kobieta wybuchnęta płaczem, zakryła twarz, później znów usiłowała robić dobrą 

minę. 

- Jakie badania pani tu prowadzi? - zapytał lord Percival. 

- Czyżbyście się panowie interesowali egiptologią? 

-  Sądzę,  że  grobowce  z  XII  dynastii,  jak  te  tutaj,  nie  są  zbyt  liczne  i  że  ich 

szczegółowe badanie potrwa jeszcze długo. 

- To prawda... Jeśli chodzi o mnie, to rozpoczęłam inwentaryzowanie wszystkich 

postaci kobiecych z tej epoki. 

Domenica Strauss, lord Percival i Dodson wyszli z grobowca. Oślepiło ich słońce. 

- Cudowny kraj - powiedziała, - Wszędzie światło, obecne nawet na malowidłach 

i w tekstach, jeśli umie się je zobaczyć. Zima jest tu bardzo łagodna. Trudno sobie nawet 
wyobrazić, ze istnieje deszcz i śnieg. Szkoda, że Howard nic mógł długo delektować się 
tym szczęściem... 

Głos Domeniki załamał się. 

-  Wydaje  się,  że  tragiczne  odejście  pana  Langtona  bardzo  panią  poruszyło  - 

zauważył lord Percival.   

Kobieta usiadła na skalnym bloku, 

- Howard był znakomitym egiptologlem i uroczym mężczyzną... Jego śmierć jest 

ogromna stratą dla archeologii. Dlaczego... Dlaczego ktoś go zabił? Nie rozumiem... 

Domenica Strauss ze smutkiem patrzyła w niebo. 

-  Czyż  według  starożytnych  mitów  dusze  uczciwych  ludzi  nie  żyją  stale  wśród 

gwiazd?  Chwilami  chciałabym  wierzyć,  że  Egipcjanie  zwyciężyli  śmierć  i  przekazali 

background image

nam swoją wiedzę. Ale to inny świat i Howard już do nas nie powróci. 

Lord Percival uszanował bolesne rozważania kobiety. W tym spokojnym miejscu, 

którego uroda oparła się działaniu czasu, każda tragedia wydawała się niestosowna. 

- Gdzie pani poznała Howarda Langtona? 

- W Luksorze. Od razu odczuliśmy do siebie sympatię. Był pełen zapału, dumny i 

szczęśliwy,  że  zajmuje  tak  ważne  stanowisko,  że  będzie  mógł  w  końcu  sprawdzić  w 

terenie swoje teorie zrodzone w ciszy bibliotek. Dla egiptologa to marzenie jak z bajki! 
Poza  tym  Langton  nosił  to  samo  imię  co  Howard  Carter,  odkrywca  grobowca 

Tutanchamona. 

- Czy rozmawialiście szczegółowo o jego najbliższych projektach? 
Domenica Strauss zawahała się. 

- Zdradził mi to w zaufaniu, milordzie. 

-  Howard  Langton  został  zamordowany.  Najmniejsza  wskazówka  może  być  dla 

nas bardzo przydatna.   

Niemiecka egiptolog przygryzła wargi. 

-  Rozumiem,  milordzie,  rozumiem...  Wolałabym  zachować  ten  sekret  dla  siebie, 

jako ostatni dowód uczucia... Ale to byłby skrajny egoizm. Tak, Howard zwierzył mi się 
ze swego najbliższego projektu: chciał odkryć legendarny grób. 

background image

 

ROZDZIAŁ XIV

 

 
Błękitne oczy arystokraty wpatrywały się w niemiecką egiptolog. 

- Czy mogłaby to pani uściślić? 

- Niestety nie, milordzie. 

- Przypuszczam, że musiało to panią szalenie zaciekawić. 

-  Oczywiście  że  tak,  ale  Howard  poza  określeniem  “legendarny  grobowiec"  nie 

chciał nic więcej powiedzieć. 

- Według policji egipskiej Howarda miał zabić Abu, ten Nubijczyk zatrudniony w 

Starej Katarakcie.   

Blondynka wzruszyła ramionami. 

-  Kompletny  absurd!  Znam  tego  Nubijiczyka...  To  najłagodniejszy  człowiek  i 

bardzo porządny    facet. Nie mógłby popełnić morderstwa. 

- Ktoś jednak zasztyletował Howarda Langtona, a on był jedną z osób obecnych 

na tarasie Starej Katarakty w dniu morderstwa. 

Domenica  Strauss  zmarszczyła  brwi.  Delikatne  zmarszczki  niepokoju  pojawiły 

się w kącikach warg. 

- Jedno z najbanalniejszych spotkań towarzyskich... 

- Czy przypomina pani sobie, kto w nim uczestniczył? 

-  Tak,  oczywiście...  Był  tam  ktoś,  kogo  bym  się  nie  spodziewała!  Abd  el-Mosul, 

szef  starego  klanu  rabusiów,  którego  członkowie  trudnili,  się  niegdyś  poszukiwaniem 
plądrowaniem starorożytnych skarbców. 

- Niegdyś... a obecnie? 

- Pan dobrze zn Egipt milordzie. 

- Nigdy nie jest wystarczająco dobrze, 
Kobieta uśmiechnęła się. 

- Howard bardzo by pana cenił. Powiedzmy... że niektórzy przypuszczają, iż Abd 

el-Mosul  nie  całkiem  zrezygnował  ze  swojej  karygodnej  działalności.  Chodzą  nawet 
słuchy, że ostatnio podobno znowu jest na tropie skarbu. 

- Jakiego skarbu, panno Strauss? 

-  Mówiono  o  jakimś  przedmiocie  ze  złota,  specjalności  jego  rodziny  od  wielu 

pokoleń. Ale ja w to nie wierzę. 

- Z jakiego powodu? - zapytał Szkot. 

-  To  byłoby  zbyt  piękne!  Prawie  wszystkie  groby  królewskie  zostały  ogołocone. 

Nadzieja  na  odkrycie  przedmiotów  tak  niezwykłych  jak  te  z  grobowca  Tutanchamona 
jest naprawdę niewielka. 

background image

- To jednak nie jest niemożliwe - powiedział arystokrata. 

- Przyznaję, że Egipt jest krajem cudów! A jednak pierwsza bym się zdziwiła... 

- Gdybym się ośmielił... 
W oczach dziewczyny zajaśniał błysk rozbawienia. 

- Co chciałby pan wiedzieć, milordzie? 

-  Czy  mogłaby  pani  oprowadzić  nas  po  grobowcu  mędrca  Heka-iba,  który,  jeśli 

się nie mylę, był uważany za swego rodzaju świętego? 

- Ma pan rację! Żył pod koniec okresu Starego Państwa, a po śmierci wzniesiono 

dla jego duszy małą świątynię na Elefantynie. To co, idziemy? 

Grobowiec  Heka-iba  już  z  zewnątrz  przedstawiał  się  dość  imponująco: 

dziedziniec,  kolumny  i  ciemnożółta,  zniszczona  słońcem  fasada.  Ściany  zdobiły 
malowidła,  niekiedy  w  stylu  naiwnym,  zwłaszcza  w  przedstawieniach  twarzy.  Teksty 

hieroglificzne zasługiwały jednak na dokładne obejrzenie. 

-  Z  tego,  co  pani  mówi,  wynika,  że  Howard  Lungton  miał  bardzo  stanowczy 

charakter - kontynuował lord Percival, oglądając postaci osób składających ofiary. 

- Czy mogę stąd wnosić, że wzbudzał, być może nieświadomie, niechęć? 
Domenica  Strauss  położyła  palec  wskazujący  na  wargach  i  przez  dłuższy  czas 

zastanawiała się. 

-  Trzeba  przyznać,  że  Howard  nie  był  wielkim  dyplomatą...  A  wśród  osób 

obecnych w Starej Katarakcie wiele zaczęło już mieć go dość! 

- Na przykład Albertine Ahletout? 

-  Podał  pan  dobry  przykład,  inspektorzea  Ta  pani  od  wielu  lat  zajmuje  się 

starożytnościami okręgu asuańskiego i części Nubii, a ściślej mówiąc, udaje jej się prze-
konać innych, że to właśnie robi.  W rzeczywistości  ta porywcza  Francuzka ma przede 
wszystkim  zmysł  do  robienia  sobie  reklamy  i  nie  znam  nikogo,  kto  lepiej  niż  ona 
umiałby się tak przesadnie wychwalać. 

- Jak rozumiem, podważa pani jej kompetencje zawodowe? 

- Są raczej przeciętne  - oceniła Domenica Strauss  - ale istnieją. Mimo to daleko 

jej  do  posiadania  warsztatu  i  erudycji  koniecznej,  aby  rzetelnie  wypełniać  swoją 
funkcję. 

- Jak sobie wobec tego radzi?- zapytał zaintrygowany Dodson. 

-  Nasza  droga  Albertine  zleca  pracę  swoim  uczniom,  którzy,  mając  nadzieję  na 

otrzymanie  posady,  muszą  siedzieć  cicho  i  zgadzają  się  na  wykorzystywanie  wyników 
swoich badań. 

- Czy Howard Langlon mógł to zauważyć? 

- Tak, inspektorze. Miał wiele zalet, miedzy innymi był bystry. Howard miał zbyt 

wysokie pojecie o etyce naukowca, aby tolerować taką sytuację. 

- Jak na to zareagował? 

background image

-  Howard  miał  zamiar  sporządzić  raport  o  rzeczywistej  działalności  Albertine 

Abletout i przedstawić go wpływowym reprezentantom środowiska egiptologów. Krótko 
mówiąc,  zaproponował  odesłanie  francuskiej  egiptolog  na  emeryturę,  po  uprzednim 

przyznaniu  jej  wysokiego  odznaczenia  honorowego,  a  przede  wszystkim  jak 
najszybszym zastąpieniu jej kimś innym. 

- Miał jakieś sugestie co do nazwisk? 

- Nic mi o tym nie wiadomo. 

- Czy pani Abletout wiedziała o tym? 

-  Oczywiście.  Howard  nie  należał  do  ludzi  podstępnych.  Spotkał  się  z  nią  i 

przedstawił motywy swojej decyzji. 

-  Idealna  zabójczym!  -  podsumował  Angus  Dodson.  -  Gwałtowna  i  niepewna 

swego.  Ta  Francuzka  postanowiła  pozbyć  się  Anglika,  który  groził,  że  strąci  ją  z  pie-
destału. 

Domenica Strauss przytaknęła: 

-  Na  pierwszy  rzut  oka  rozumowanie  nie  do  podważenia,  nadinspektorze...  Ale 

droga Albertine musiałaby być jedyną podejrzaną. A moim zdaniem tak nie jest. 

background image

 

ROZDZIAŁ XV

 

 
Domenica  Strauss  w  zamyśleniu  wyszła  z  grobowca.  Za  nią  wyłonili  się  lord 

Percival i oblepiony słońcem Dodson. Przeszli kilka kroków wzdłuż grobowców i usiedli 
w miejscu, gdzie jeszcze był cień. 

-  Howard  miał  dość  burzliwą  rozmowę  z  inspektorem  Ahmedem  al-Fostatem  - 

wyjaśniła Niemka. - Właściwie była to prawdziwa kłótnia. 

- Stare animozje między Egipcjanami i Anglikami? 

-  Znacznie  gorzej,  milordzie!  Prawdę  mówiąc,  obaj  mieli  całkowicie  odmienne 

charaktery.  Ich  pierwsze  oficjalne  spotkanie  było  jednym  z  najgwałtowniejszych,  ale 

Howard  nie  poprzestał  na  tym.  Chcąc  zrozumieć  powody  tak  okropnego  przyjęcia, 
zażądał  raportu  dotyczącego  rzeczywistej  działalności  al-Fostata.  Ponieważ  władze 
egipskie  wykręciły  się,  przeprowadził  własne,  bardzo  wnikliwe  śledztwo.  Howard 
wykazał  przy  tym  szczególną  zawziętość.  Odkrył  więc,  że  ten  nadęty  i  arogancki 

inspektor  to  oszust.  W  dziedzinie  egiptologii  jest  absolutnym  ignorantem,  ale  jako 
administracyjny tyran nie ma sobie równych. 

- Czy pan Langton zamierzał wystąpić przeciwko niemu? 

-  Naturalnie!  Howard  nienawidził  nieuczciwości  i  kłamstwa.  Dlatego  odwiedził 

wszystkie stanowiska archeologiczne podległe al-Fostatowi. Wszystkie były zaniedbane! 
Mogą sobie panowie łatwo wyobrazić jego złość... Tak naprawdę al-Fostat kupił swoje 

stanowisko  i  był  gotów  na  wszystko,  aby  je  zatrzymać  ze  względu  na  związane  z  tym 
korzyści  materialne.  Ale  Howardowi  było  mało.  Postanowił  sporządzić  obciążający 
raport, udowodnić niekompetencję al-Fostata i wznowić poszukiwania przerwane z jego 

winy. 

- Czy Ahmed al-Fostat o tym wiedział? 

- Domyślał się - oceniła Domenica Strauss. - Howard nie umiał ukryć i rozmawiał 

o  swoich  zamiarach  Z  wysokimi  urzędnikami  egipskimi,  którzy  z  pewnością  nie 

omieszkali ostrzec Ahmeda al-Fostata. 

Dodson  zmartwił  się.  Inspektor  do  spraw  starożytności  też  był  idealnym 

podejrzanym. 

Na starożytnym murze, tuż obok lorda Percivala, usiadł dudek. Wspaniały ptak 

otrząsnął się i odleciał. 

-  Dobry  znak  -  powiedziała  Niemka.  -  Podobno  dudek  obdarza  ludzi,  których 

lubi, przeczuciem. 

-  Czy  w  Starej  Katarakcie  nie  było  mężczyzny  ubranego  na  czarno?  -  zapytał 

Angus Dodson. 

background image

-  Tak,  to  dziwny,  niepokojący  człowiek...  Widziałam  go  tam  po  raz  pierwszy  i 

przeraził  mnie.  Z  ponurą  miną  i  w  ciemnym  ubraniu  wyglądał  jak  diabeł  z  piekła 
rodem. Ale wiem, że nie należy ufać pozorom. 

- Czy Howard Langton mówił pani o doktorze Qerry? 

- Tylko raz, i to niezbyt pochlebnie... Ponieważ Qerry od trzydziestu lat prowadzi 

pracownię  zajmującą  się  badaniem  mumii,  Howard  oczekiwał  interesujących 
rezultatów.  Strasznie  się  zawiódł.  Wydaje  się,  że  Alan  Qerry  nie  zajmował  się  ani 
egiptologią, ani mumiami, lecz miał inną pasję, i to o wiele bardziej podejrzaną... Doktor 
zaoponował  i  bronił  się,  twierdząc,  że  zebrał  ważne  dane,  mimo  iż  jeszcze  nic  nie 
opublikował. 

- Czy Qerry mógł myśleć, że jego stanowisko jest zagrożone? 

- Jeśli mierzył Howarda swoją własną miarką, to na pewno! Ponieważ ten spec od 

mumii wydaje się zdolny do najgorszego... Ale może się mylę... Nie znam tego człowieka, 
a  rzucam  na  niego  ciężkie  oskarżenia...  Proszę  nie  brać  tego  pod  uwagę.  Śmierć 
Howarda tak mną wstrząsnęła, że tracę rozum. 

Płowowłosa piękność czule pogłaskała stary    kamień, jakby dawał jej oparcie. 

-  Gdybym  miała  wskazać  mordercę  Howarda  -  ciągnęła  poważnie  - 

wymieniłabym Stevena Faxmore'a.   

Dodson podskoczył. 

- Skąd ta pewność, panienko? 

-  Pewność  to  przesada...  ale  byłam  świadkiem  ponurej  sceny,  kiedy  Howard  i 

Steven Faxmore strasznie się pokłócili. 

- O co poszło? 

-  Przyznaję,  że  nie  zrozumiałam  powodu  tej  kłótni...  Wydawało  mi  się,  że 

Howard  podejrzewał  Faxmore'a,  iż  nie  jest  uczciwym  naukowcem  i  że  chce  podjąć 
komercyjną eksploatację starożytności. 

- Jaką, panno Strauss? 

-  Tego  nie  wiem.  Howard  był  wyciekły,  ale  nie  miał  jeszcze  pewności,  więc  nie 

chciał wnosić oskarżenia bez dowodów. 

- Mimo wszystko pokłócili się. 

-  Przez  Faxmore'a.  To  furiat,  kapany  w  gorącej  wodzie,  który  na  najmniejszą 

aluzję    zareagował  nieprawdopodobnym  wybuchem.  Howiard  chciał  jedynie  poroz-
mawiać i wyjaśnić sytuacje, a wpadł na minę. Faxmore z całą pewnością miał sobie coś 

do zarzucenia. 

Lord  Percival  zrobił  kilka  kroków  w  zwycięskim  słońcu,  które  pochłaniało 

ostatni skrawek cienia. 

- A pani nie ma sobie nic do zarzucenia, panno Strauss? 
Jasnowłosa Niemka podniosła się, 

background image

- Co... co pan chce przez, to powiedzieć?   

Szkot patrzył na Nil. 

-  Proszę  mi  wybaczyć  niedyskrecję,  ale  z  pani  słów  wynika,  że  była  pani  blisko 

związana z Howardem Langtonem. 

Domenica Strauss zacisnęła pięści i odważnie popatrzyła mu w oczy. 

- Tak, byłam kochanką Howarda i kochałam go. 

-  Czy  zamierzaliście  się  pobrać?  -  zapytał  nadinspektor  zawsze  czujny  w 

sprawach moralności. 

- Ani Howard, ani ja nie zadawaliśmy sobie tego pytania... Po co troszczyć się o 

przyszłość? Liczyło się tylko uczucie. 

- Dlaczego zapomniała pani powiedzieć nam o francuskim egiptologu Villabercie 

Glotonim, obecnym w Starej Katarakcie? 

- Ponieważ... Ponieważ nie mam o nim nic do powiedzenia. 
Lord Percival nie wydawał się zbytnio przekonany. 

- Glotoni usiłował pani szkodzić, prawda?   

Domenica Strauss spuściła wzrok. 

-  Villabert  Glotoni  kazał  mi  wyjechać  z  Egiptu.  Groził,  że  w  przeciwnym  razie 

ujawni  mój  związek  z  Howardem  Langtonem  i  wywoła  duży  skandal,  który  zrujnuje 
karierę  Howarda.  Oczywiście  miałam  także  oddać  mu  moje  akta  z  wynikami  badań, 
które by na pewno wykorzystał do publikacji artykułów pod swoim nazwiskiem. 

- Czy była pani zdecydowana wyjechać? 

- A czy chronienie Howarda nie było najważniejsze? 

background image

 

ROZDZIAŁ XVI 

 
W  palącym  słońcu  Dodson  z  coraz  większym  trudem  utrzymywał  tempo 

narzucone  przez  niewzruszonego  lorda  Percivala,  któremu  południowy  skwar 
najwyraźniej  nie  przeszkadzał.  W  eleganckim  białym  kapeluszu  z  szerokim  rondem, 
chroniącym go przed coraz dokuczliwszym upałem, rozmyślał o zachowaniu Domeniki 
Strauss, która, nie mogąc powstrzymać łez ukryła się w grobowcu. 

- Może już pora wracać do hotelu? - zasugerował nadinspektor. 

-  Niestety,  mamy  jeszcze  jedno  spotkanie.  Proszę  przyjąć  moją  radę  i  osłonić 

głowę. 

- Zgubiłem czapkę... 

- Proszę sobie sprawić jedną z tych chust, które sprzedają obnośni handlarze. O 

właśnie idzie jeden z nich... Wytarguję coś dla pana. 

Z  należycie  owiniętą  głową  nadinspektor  znalazł  w  sobie  odrobinę  energii,  by 

udać  się  w  stronę  osobliwej  budowli  z  różowego  piaskowca,  w  której  mieściło  się 

mauzoleum  Aghi  Khana.  Wzniesione  na  wzór  meczetu,  kryło  zwłoki  duchowego 
przywódcy ismaelitów - ruchu religijnego liczącego cztery miliony wyznawców. 

Aby  dojść  do  mauzoleum,  mężczyźni  minęli  willę  Begum,  żony  Aghi  Khana. 

Nadal tam mieszkała, ciesząc się wyjątkową panoramą, której uroda urągała śmierci. 

- Z kim mamy się spotkać? 

-  Z  człowiekiem,  który  co  tydzień  przychodzi  medytować  przed  białym, 

marmurowym sarkofagiem Aghi Khana. 

- Czyżby pan znalazł autora anonimowego listu? 

- Kto wie, nadinspektorze. 
Budowla  wznosiła  się  na  wzgórzu  ponad  palmami  i  kobiercem  kwiatów 

otaczającym  willę  Begum.  Zbyt  regularne  warstwy  kamienia  nadawały  mauzoleum 
nieco surowy wygląd. Aby dostać się do wejścia, należało pokonać półokrągłe schody. 

Lord Percival zwrócił się do Dodsona: 

-  Przez  szacunek,  proszę  założyć  na  buty  te  płócienne  ochraniacze.  Podłoga 

mauzoleum musi pozostać czysta. 

Wnętrze  było  skromne  i  pozbawione  ozdób.  Pod  kopułą  znajdowało  się 

sanktuarium,  w  którym  poczesne  miejsce  zajmował  marmurowy  grób  z  narożnikami 

zdobionymi wersetami Koranu. 

- Czy ten Agha Khan nie był czasem miliarderem? - zapytał nadinspektor. 

- W dniu swoich pięćdziesiątych urodzin  - przypomniał lord  Percival - poprosił, 

by  go  zważono.  Na  drugiej  szali  położono  równoważny  ciężar  w...  diamentach.  Jego 
uczniowie mogli tylko pogratulować sobie jego hojności. 

background image

Jedyny odwiedzający to miejsce gość jak co dzień  medytował, by uczcić pamięć 

zmarłego, wpatrując się w czerwoną różę leżącą na grobie. 

Był wysoki, wyglądał władczo. Egiptolog Steven Faxmore miał ponad pięćdziesiąt 

lat i kanciastą twarz pooraną głębokimi zmarszczkami. Nosił czarne spodnie i nieco ja-
skrawą  zieloną  koszulę.  Bokobrody  zachodziły  mu  na  policzki,  a  spiczasty  podbródek 
wyglądał złowieszczo. 

- Czy możemy przerwać panu medytację, panie Faxmore? - zapytał lord Percival 

półgłosem. 

Mężczyzna odwrócił się, poruszony do żywego. 

- Skąd pan zna moje nazwisko? 

- W Asuanie jest pan sławny, a każdy właściciel feluki zna pańskie zwyczaje. 

- Kim panowie są? - zapytał Szkot ochrypłym głosem. 

-  Lord  Percival  Kilvanock  i  nadinspektor  Dodson.  Za  zgodą  egipskich  władz 

prowadzimy śledztwo w sprawie zabójstwa naszego rodaka Howarda Langtona. 

-  A  więc  został  zamordowany...  Krążyły  takie  plotki,  ale  nie  można  było  ich 

sprawdzić, jak zwykle zresztą. Czy egipska policja do tego stopnia lekceważy tę sprawę, 
że aż przysłała nam arystokratę? 

- Zatrzymała podejrzanego - powiedział Angus Dodson. 

- No proszę... I kto to jest? 

- Abu, pracownik Starej Katarakty. 

- Ach, ta zabawna kreatura! Zaproponowałem mu, żeby wstąpił  do mojej ekipy 

wykopaliskowej,  ale  odmówił.  Szkoda...  Mając  takie  warunki,  mógłby  pracować  za 
pięciu. Marzenie archeologa! Ale ten osioł wolał swoje zajęcie. 

- Uważa pan, że mógłby być winnym? 

-  Nie  mam  pojęcia,  panowie!  Jeśli  się  nie  mylę,  to  wasz  problem,  a  nie  mój. 

Wystarczą mi własne kłopoty. 

- Nie interesuje pana, kto zabił? - zapytał lord Percival. 

-  Myślicie,  że  praca  w  Egipcie  tu  bajka!  Kraj  jest  cudowny,  ale  znajdźcie 

robotnika, który przychodzi na czas i prawidłowo wykonuje polecenia... Zaangażowanie 
się  w  program  wykopaliskowy  i  próba  doprowadzenia  go  do  finału  to  prawie 
niewykonalne.  Trzeba  by  nie  mieć  nerwów,  a  ja  je  mam.  Tutaj  dewiza  wszystkich 
brzmi: “Odłóż na jutro, co mógłbyś zrobić dziś, później na pojutrze, w końcu zdaj się na 
wolę  Allaha".  Z  czasem  zostajesz  fatalistą  i  zasypiasz  u  stóp  antycznej  kolumny  w 
nadziei, że dobry duch wyjdzie z ruin, będzie przekopywał piach za ciebie i złoży skarby 
u twoich stóp. Zżera cię rezygnacja i powoli poddajesz się... chyba że jesteś Szkotem! My 
w  Szkocji  nigdy  z  niczego  nie  zrezygnowaliśmy.  A  zwłaszcza  z  wyzwolenia  się  spod 
jarzma Anglików. 

- Czy mamy rozumieć, że traktował pan Howarda Langtona jako potencjalnego 

background image

wroga? 

-  Nie  potencjalnego,  milordzie,  ale  po  prostu  -  jako  wroga!  Widzieć,  jak 

przyjeżdża tu młody angielski archeolog i obejmuje stanowisko, które mnie się należało - 

to jak wypowiedzenie wojny! 

- A jak zamierzał pan zwalczać swojego wroga?   
Steven Faxmore oparł się o ścianę. 

- Niestety, miałem przeciw niemu tylko jedną broń. Langton przyjechał w aureoli 

dyplomów i swojej wiedzy... I nikt nie mógł tego podważyć. To był naprawdę łebski gość 
i  pierwszorzędny  egiptolog  o  bardzo  rozległych  kompetencjach.  Jego  nominacja  była 
rozsądna. Ale mnie on przeszkadzał! W dodatku był narwany... 

- I miał liczne projekty. 

-  To  jasne,  jestem  jednak  ostatnią  osobą,  której  by  je  zlecił!  Langton  szybko 

zrozumiał, że obejmując władzę, zepchnął mnie na margines, i że naprawdę nie miałem 
ochoty robić dobrej miny do złej gry. 

- Czy miał pan ochotę pozbyć się tak niebezpiecznego przeciwnika? - zapytał lord 

Percival. 

- Jeśli szukacie specjalisty od śmierci, zwróćcie się raczej do doktora Qerry. 

background image

 

ROZDZIAŁ XVII 

 

- Co ma pan do zarzucenia Alanowi Oerry, panie Faxmore? 

Egiptolog  pogładził  palcem  wskazującym  czerwoną  różę  świadczącą  o  jego 

przywiązaniu do zmarłego Aghi Khana. 

-  Co  się  tyczy  specjalisty  od  mumii,  to  tylko  specjalista  od  mumii!  Ale  jeden  z 

najniebezpieczniejszych...  Już  samo  jego  zajęcie  jest  raczej  ekscentryczne,  a  w  jego 
wydaniu  staje  się  po  prostu  karygodne.  Na  szczęście  dla  Aghi  Khana  jego  doczesne 
szczątki nie dostały się w ręce Qerry'ego. 

- Proszę mówić jaśniej - zażądał nadinspektor.   
Steven Faxmore wpatrywał się w sarkofag. 

-  Qerry  to  podejrzany  typ,  to  wszystko,  co  wiem.  Na  waszym  miejscu 

zainteresowałbym  się  jego  działalnością.  Nikomu  nie  udało  się  ustalić,  co  właściwie 
robi... Być może jako profesjonaliści mielibyście więcej szczęścia. Ja się poddaję. Już na 

sam  jego  widok  dopada  mnie  chandra.  Co  dopiero,  kiedy  z  nim  rozmawiam...  Ale 
ponieważ popełniono morderstwo, nie zdziwiłbym się, gdyby ten szatan był w nie w taki 
czy inny sposób zamieszany. 

- To poważne oskarżenie - zauważył nadinspektor. 

-  Co  najwyżej  domniemanie.  Gdyby  trzeba  było  podejrzewać  o  morderstwo 

wszystkie  kanalie,  z  którymi  ostatnio  miałem  do  czynienia,  należałoby  w  pierwszym 
rzędzie  postawić  tego  starego  łajdaka  Abd  el-Mosula.  Mówią,  że  z  wiekiem  stał  się 
nieszkodliwy,  ale  ja  w  to  nie  wierzę.  Jeśli  jest  na  tropie  prawdziwego  skarbu,  może  z 

zimną krwią usunąć wszystkich, którzy stoją na jego drodze. 

- I... tak jest w tym przypadku? 

-  Zobaczycie!  A  niby  dlaczego  był  w  Starej  Katarakcie  na  tym  przerwanym 

zebraniu egiptologów? 

Steven Faxmore zrobił kilka kroków w stronę sarkofagu Aghi Khana. 

-  Czy  mam  rozumieć  -  podsunął  lord  Percival  -  że  niektórzy  egiptolodzy 

kontaktowali się z Abd el-Mosulem? 

Faxmore podniósł ręce do nieba. 

-  Dajcie  spokój,  nie  udawajcie  naiwnych!  Wielu  poszukiwaczy  zwracało  się  do 

miejscowych  wywiadowców,  aby  odszukać  grobowce,  których  położenie  znały  tylko 
rodziny  szabrowników.  Bez  nich  większość  badań  zakończyłaby  się  klęską.  Wystarczy 
sprawdzić, czy stary Abd el-Mosul jest nadal aktywny, czy też rzeczywiście przeszedł na 
emeryturę. 

- A pańskim zdaniem? 

- Trudno powiedzieć. Jest sprytniejszy niż żmija piaskowa! Zawsze uśmiechnięty 

background image

i uprzejmy, a równocześnie zawsze gotowy zadać cios w plecy... Zupełnie jak jego rodak 

Ahmed  al-Fostat...  Inspektor  do  spraw  starożytności!  Co  za  bzdura!  Nie  jest  nawet  w 
stanie odczytać kolumny hieroglifów. Nie ma też co go pytać o różnicę pomiędzy stelą z 
okresu Starego Państwa a rzeźbioną tablicą z okresu Ptolemeuszy... Kiedy Langton go 
poznał,  przeżył  szok!  Już  po  chwili  zorientował  się,  że  al-Fostat  jest  niekompetentny. 
Krzyczał, aż ściany drżały. Nie muszę mówić, że Egipcjanin bardzo źle to przyjął... Tym 
bardziej,  iż  Langton  oznajmił,  że  przygotuje  szczegółowy  raport,  by  zmusić  go  do  jak 

najszybszej dymisji! 

- A więc był pan świadkiem tej sceny. 

-  I  czułem  się  mocno  zażenowany.  Kiedy  w  grę  wchodziła  etyka  zawodowa, 

Langton  był  bezwzględny.  Ja  chciałem  po  prostu  przedstawić  mu  al-Fostata,  żeby 
nawiązali  dobre  stosunki.  Tymczasem  nic  z  tego  nie  wyszło.  Nie  muszę  mówić,  że 
najchętniej skryłbym się w mysią dziurę, aby uniknąć krzyków. 

- Czy Howard Langton i Ahmed al-Fostat spotkali się po tej kłótni? 

- Nic o tym nie wiem. Nie wiem też, czy Langton dowiedział się, że al-Fostat był 

zamieszany w brudną aferę. 

- Jakiego rodzaju? - zapytał Dodson. 

-  Al-Fostata  podejrzewano  o  kradzież  w  muzeum  w  Asuanie.  Chodziło  o  mały 

amulet  przedstawiający  żabę,  którego  wartość  handlowa  była  dość  znaczna.  Nigdy  go 

nie odnaleziono. AI-Fostat nie przyznał się i nie można było dostarczyć przeciwko niemu 
żadnych dowodów. Ale taka historia nie powinna figurować w aktach inspektora Służby 
Starożytności... 

- Czy rozmawiał pan o tym z Howardem Langtonem? - zapytał lord Percival. 

- Starałem się nic dolewać oliwy do ognia, poza tym nie lubię donosić. W każdym 

razie  Langton  i  tak  by  się  w  końcu  dowiedział,  a  to  tylko  pogorszyłoby  jego  zdanie  o 

inspektorze. 

- Czy jego stosunki z Albertine Abletout były lepsze?   

Gdyby nie powaga miejsca, Steven Faxmore wybuchnąłby śmiechem. 

-  Pan  żartuje,  milordzie!  Ta  zarozumiała  i  nieznośna  Francuzka,  którą  w 

środowisku  przezywają  Castafiorą  egiptologii,  nienawidzi  angielskich  kolegów,  którzy 

odpłacają  jej  tym  samym.  Langton  nie  omieszkał  dopiec  jej  do  żywego,  pytając,  czy 
skończy w terminie swój doktorat o grobowcach Meri-re i Mehu. Szkoda, że nie widział 

pan  jej  reakcji...  Prawdziwa  furia!  Langton  potrzebował  ogromnej  stanowczości,  żeby 
się jej przeciwstawić, tym bardziej, że uderzył celnie. Przypomnienie drogiej Albertine, 
że  jest  niezupełnie  w  porządku  w  kwestiach  naukowych,  z  pewnością  nie  sprawiło  jej 

przyjemności. Proszę zauważyć, że miała uczniów. Weźmy Villaberta Glotoniego, który 
jeszcze  nie  skończył  swojej  pracy  o  magicznych  statuetkach  uchebti...
  Zresztą,  to  są 
nasze  drobne  kłótnie  w  gronie  specjalistów,  które  jednak  zwykle  nie  kończą  się 

background image

morderstwem. 

- A jakie jest pańskie zdanie o Domenice Strauss? 

- Cholernie poważna... Skończyła swój doktorat. 

- Na jaki temat? 

-  Stożków  zmartwychwstania...  Nic  nadzwyczajnego,  przyznaję,  ale  ta  śliczna 

blondynka  jest  prawdziwym  egiptologiem,  oddanym  badaniom.  Mam  wrażenie,  że 
straciła głowę dla Langtona. 

- Czy był wrażliwy na wdzięki panny Strauss? 

-  Anglik  tego  pokroju,  a  kto  to  może  wiedzieć!  To  prawda,  że  stanowili  ładną 

parę. Ale Straussówna miała zbyt wiele wad, żeby się jej udało. 

- Co to za wady? - zapytał Dodson. 

- Zbyt uczciwa, zbyt pracowita i zbyt rygorystyczna... Na dłuższą metę to się staje 

nudne.  Nie  potrafi  ani  intrygować,  ani  rozdawać  kuksańców,  które  pozwalają  zrobić 
błyskotliwą karierę. Domenica Strauss pozostanie zwykłą badaczką i nigdy nie dostanie 
ważnego  stanowiska.  Langton  mógłby  jej  zapewnić  piękną  przyszłość...  Los  jednak 
zadecydował inaczej. 

- Tym razem przybrał kształt zbrodniczej ręki. 

- Co to zmienia? Któregoś dnia i tak trzeba umrzeć. Teraz Langton jest wolny od 

wszystkich materialnych trosk.   

Nadinspektor był zbulwersowany. 

- Jak pan może mówić w ten sposób, panie Faxmore? 

-  Widać,  że  nie  zna  pan  Wschodu.  Tutaj  życie,  śmierć  i  upływ  czasu  nie  mają 

żadnej wartości. Wszyscy skończymy w tym samym niebycie. Jeśli panowie mnie już nie 
potrzebują, chętnie wrócę do siebie. 

- Kiedy zamierza pan wrócić do Szkocji? - zapytał lord Percival. 

- Jeszcze nie teraz... Ale kto może powiedzieć, co będzie jutro? 
Steven  Faxmore  oddalił  się  wolnym  krokiem,  pozostawiając  czerwoną  różę  jej 

własnej samotności. 

background image

 

ROZDZIAŁ XVIII 

 
Barwny  asuański  bazar,  równoległy  do  drogi  biegnącej  wzdłuż  brzegu,  był 

miejscem  chętnie  odwiedzanym  przez  turystów,  którzy  wpadali  w  zachwyt  na  widok 
wyrobów  z  bawełny,  toreb  z  jaszczurczej  skóry,  koszy,  muszel  z  Morza  Czerwonego, 

hebanowych  maczug  przypominających  o  wojowniczym  charakterze  starożytnych 
Nubijczyków,  i  różnorodnych  przypraw  korzennych,  w  tym  szafranu,  pieprzu  i 

kolendry. 

Villabert  Glotoni  lubił  mieszać  się  z  tłumem,  łyknąć  orzeźwiającej  karkady  i 

wałęsać się, nie myśląc o pracy i obowiązkach. 

Ostatnimi  czasy  francuski  egiptolog  mocno  przytył,  ale  nie  zmieniło  to  jego 

dziwacznego  wyglądu:  duża,  prawie  kwadratowa  głowa  bez  szyi,  osadzona  była  na 

szerokim  tułowiu  podtrzymywanym  przez  krótkie  nogi.  Płaski,  niemal  murzyński  nos, 
gęste brwi, niesforny kosmyk nieustannie opadający na czoło i wąsik, który od czasu do 
czasu  golił.  Villabert  Glotoni  nie  był  ideałem  piękności,  ale  umiał  się  podobać  i 
czarować. Dzięki temu uchodził za egiptologa, dystansując specjalistów doświadczonych, 
lecz nie obdarzonych umiejętnością współżycia z ludźmi. 

Dziś  Glotoni  był  jednym  z  filarów  egipskiej  archeologii.  Nic  nie  mogło  się 

odbywać bez jego wiedzy i zgody. 

To  poczucie  władzy  było  warte  więcej  niż  byle  upojenie.  Postanowił  to 

wykorzystać aż do zaspokojenia pragnienia. 

- Co za pasjonujące miejsce, panie Glotoni, prawda? 
Francuski egiptolog obrócił się. 
Mężczyzna,  który  go  zagadnął,  mógł  być  tylko  Anglikiem.  Zdradzały  go 

nieskazitelnie  biały  garnitur  i  odziedziczony  po  kilku  pokoleniach  kulturalnych 
przodków wygląd dżentelmena.  Za  to  tęgawy  i  niegustownie  ubrany jegomość  po  jego 
lewicy przypominał raczej amerykańskiego turystę, który stracił swoje korzenie. 

- Proszę pozwolić, że przedstawię nadinspektora Dodsona ze Scotland Yardu. Ja 

jestem lord Percival Kilvanock. 

- Miło mi... panowie... panowie mnie znają? 

- Któż pana nie zna, panie Glotoni?   
Francuz pokraśniał z zadowolenia. 

- Panowie zwiedzają Asuan? 

- Niestety, mamy bardzo mało wolnego czasu, ponieważ prowadzimy śledztwo w 

sprawie śmierci naszego nieszczęsnego rodaka, Howarda Langtona. 

-  Ach,  ten  biedak!  Co za  nieszczęście,  co  za  straszne  nieszczęście!  Przyjechał  do 

Egiptu, żeby objąć odpowiedzialne stanowisko i został zamordowany! 

background image

- Jest pan dobrze poinformowany, panie Glotoni. 

-  Ależ  skąd,  milordzie!  Rozmawiał  pan  z  naszą  wspaniałą  Albertine  Abletout,  a 

ona  wszędzie  rozpowszechniła  tę  wiadomość.  Ma  już  taki  charakter  i  nikt  tego  nie 

zmieni:  jak  wszystkie  kobiety,  niczego  nie  potrafi  zachować  dla  siebie.  Tak  więc 
dowiedziałem  się,  że  śmierć  Howarda  Langtona  była  o  wiele  tragiczniejsza,  niż  sobie 
wyobrażałem. Pomyśleć, że umówiliśmy się wraz z kilkoma kolegami na małe spotkanie 
w Starej Katarakcie i czekaliśmy na niego na próżno. 

-  Pierwsze  wyniki  śledztwa  wskazują,  że  zabójca  znajdował  się  wśród  osób 

obecnych na tarasie hotelu. 

-  Mój  Boże,  to  okropne!  Czy  panowie  są  tego  pewni?  Słyszałem,  że  policja  już 

zatrzymała winnego. 

- To tylko podejrzany. 

- A... Czy można wiedzieć, kto to taki? 

- Abu, pracownik hotelu. 

-  Ten  nubijski  olbrzym,  ten  wspaniały  mężczyzna?  Nie  do  wiary!  Zauważcie 

panowie,  że  jest  bardzo  silny  i  porywczy.  Słyszałem,  że  wcześniej  z  powodu  jakiejś 

ponurej historii rodzinnej zabił kuzyna. Ale to oczywiście O niczym nie świadczy. 

Handlarz  podetknął  Glotoniemu  pod  nos  koszyczek  nieudolnie  zdobiony  przez 

dwójkę ze swoich osiemnaściorga dzieci. 

- Sto funtów egipskich, niedrogo...   
Znużony Glotoni pozbył się natręta kilkoma celnymi arabskimi słowami. 

-  Egipt  to  bardzo  spokojny  kraj,  panowie...  Tragiczna  śmierć  Langtona 

wszystkich nas poruszyła. 

- To bolesna strata dla egiptologii. 
Villabert Glotoni skrzywił się i potarł górną wargę. 

- Tu się z panem nie zgodzę, milordzie. Sądzę, że warto by zmodyfikować pańskie 

zdanie...  Być  może  Langton  był  czarujący  i  dobrze  wychowany,  ale  był  kiepskim 
egiptologiem. Według mnie znalazł swój dyplom w skarpetce z prezentami. Wystarczyło 
zapuścić  sondę,  aby  się  przekonać,  iż  nie  miał  żadnych  kompetencji  i  był  tylko 
urzędnikiem  wysłanym  z  Londynu,  który  miał  postarać  się  zaprowadzić  porządek  na 
terenach brytyjskich wykopalisk. Powiedziałem “postarać", ponieważ jeszcze żadnemu 
urzędasowi nie udało się wprowadzić swoich metod w terenie. Langton połamałby sobie 
na tym zęby, tak jak inni. 

Francuz zatrzymał się nad piramidą szafranu. 

- Czy wiedzą panowie, że to najdroższa przyprawa na świecie? A tutaj jest tego 

pod  dostatkiem!  Doprawiam  nią  niemal  każdą  potrawę.  Pozwolą  panowie,  że  im 

podaruję. 

Targowanie się ze sprzedawcą trwało z dziesięć minut. Villabert Glotoni, mający 

background image

spore  doświadczenie,  postawił  na  swoim.  Dodson,  z  dwoma  rożkami  wypełnionymi 
szafranem, czuł się nieco zakłopotany, ale nie dal po sobie poznać. 

- Poza tym - ciągnął Francuz - biedny Langton wydawał mi się niepoprawnym i 

zupełnie  niedzisiejszym  romantykiem.  Postrzegał  Egipt  jako  swego  rodzaju  raj 
utracony, gdzie ukryto niezliczone skarby. Archeologia naukowa już dawno odeszła od 

tego rodzaju mrzonek. Skorupa naczynia mówi nam więcej niż skarby Tutanchamona. 

- Jeśli dobrze rozumiem - powiedział lord Percival - nie lubił pan denata. 

- Stosunki między Anglikami i Francuzami są dość skomplikowane, zwłaszcza w 

naszej dziedzinie... Ale próbowałem to załagodzić. Gdyby ten biedny Langton żył dłużej, 
z  pewnością  by  mi  się  to  udało.  Zresztą,  moim  zdaniem,  nie  zagrzałby  tu  miejsca.  O, 
widział pan to? 

background image

 

 

ROZDZIAŁ XIX 

 
Villabert Glotoni wpadł w zachwyt nad małym wypchanym krokodylem. 

-  To  już  dzisiaj  rzadkość!  Niektórzy  twierdzą,  że  to  najskuteczniejszy  talizman 

chroniący przed złym  okiem. Należy jednak uważać na podróbki i  twardo negocjować 
cenę,  oko  w  oko.  We  trzech  nie  mamy  najmniejszej  szansy.  Ponieważ  obaj  panowie 
jesteście bardzo sympatyczni, pokażę wam coś wyjątkowego. 

Francuz  zanurkował  w  sklepiku  wypełnionym  od  podłogi  aż  po  sam  sufit 

miedzianymi talerzami i podniósł jeden z nich. 

-  Zobaczcie  -  szepnął.  -  To  groty  zatrutych  strzał.  Przynajmniej  handlarz  tak 

twierdzi.  Osobiście  nigdy  bym  się  nie  odważył  ich  kupić;  podobno  zranienie  może  być 
śmiertelne. 

Glotoni  podał  sprzedawcy  jednofuntowy  banknot,  prawie  nieczytelny  wskutek 

ciągłego przechodzenia z rąk do rąk, aby mu podziękować za ten pokaz. 

- Tak dobrze zna pan Egipt - powiedział lord Percival - z pewnością myślał pan o 

tej tragedii i zastanawiał się, kto mógłby być sprawcą. 

Francuz nerwowo wytarł czoło chusteczką. 

-  Wręcz  przeciwnie,  milordzie.  Starałam  się  odpędzić  wszystkie  złe  myśli!  Nie 

wolno zatruwać sobie umysłu takimi okropnościami. 

- Mimo to chyba zgodzi się pan nam pomóc.   
Egiptolog sposępniał. 

- Ależ oczywiście... W miarę moich możliwości, rozumie się samo przez się. 

- Wspomniał pan panią Abletout... 

-  Cudowna  kobieta!  Wszyscy  chylimy  czoło  przed  jej  wiedzą  i  niewyczerpaną 

energią. Bez jej działalności egipska archeologia nie byłaby tym, czym jest. Udało jej się 
zmienić  obyczaje,  pokonać  konformizm  i  właściwie  ukierunkować  swoje  ekipy 
poszukiwawcze. I to z jakim zdumiewającym skutkiem! 

- A więc nie wyobraża pan jej sobie w kostiumie zbrodniarki. 

-  Nie  mówi  pan  poważnie,  milordzie.  Pani  Abletout  ,  zaledwie  dostrzegała 

Howarda Langtona. On, początkujący, świeżo mianowany, musiał dopiero pokazać, że 
jest coś warty... Tym bardziej, że był Anglikiem! To przecież Francuzi stworzyli egipską 
archeologię  i  dokonali  największych  odkryć.  Panowie  Anglicy  powinni  byli  spuścić 
głowy, prawda? O, przepraszam, zapomniałem, że... 

- Proszę nas nie przepraszać - odparł Szkot. - Pańskie rozumowanie jest słuszne. 

- Gra pan fair, milordzie. 

- Jestem tylko obiektywny, nawet jeśli wielcy angielscy archeolodzy, jak Putrie i 

background image

Howard  Cartcr,  odkrywca  grobowca  Tutanchamona,  dorzucili  swój  kamyczek  do  tej 
budowli. Wydaje mi się, że teraz coraz więcej egiptologów to Egipcjanie. 

- Rzeczywiście, to nieodwracalna tendencja. 

-  A  jednak  usłyszałem  niejedną  krytykę  pod  adresem  inspektora  Ahmeda 

al-Fostata. 

-  Złe  języki!  -  gwałtownie  zaprotestował  Glotoni.  -  Ahmed  jest  uroczym 

człowiekiem,  który  wykonuje  swój  zawód  z  największą  sumiennością  zawodową.  Jest 

najlepszym inspektorem egipskim, z jakim się zetknąłem. Oczywiście, kilku zawistnych 
kolegów zazdrościło  mu jego stanowiska, ale to ludzkie, prawda? Po kilku niewielkich 
sprzeczkach, nieuniknionych między ludźmi, którzy się słabo znają, w końcu doceniliby 

się wzajemnie i skutecznie współpracowali. 

- Jak przypuszczam, nie mógłby pan tyle powiedzieć o Abd el-Mosulu? 

- Dlaczego mi pan o nim wspomina? 

- Ponieważ był w Starej Katarakcie w dniu morderstwa. 

-  To  prawda...  Ale  Abd  el-Mosul  nie  zasługuje  na  tak  paskudną  opinię,  jaka  do 

niego  przylgnęła.  To  prawda,  że  jest  ofiarą  niechlubnej  przeszłości  rodzinnej,  ale  dziś 
jest 

tylko 

sympatycznym 

staruszkiem, 

któremu 

sprawia 

przyjemność 

rozpowszechnianie  mniej  lub  bardziej  przerażających  historyjek.  Egipcjanie  są 

niezrównanymi  gawędziarzami  i  bez  umiaru  koloryzują.  Działalność  Abd  el-Mosula 
należy do zamkniętej przeszłości, którą lubi upiększać. 

- Czy bardziej niepokoi pana zachowanie doktora Qerry? 
Villabert Glotoni ze zdziwienia szerzej otworzył oczy: 

-  Dlaczego  miałoby  mnie  niepokoić?  Allan  Oerry  ubiera  się  dość  ponuro, 

przyznaję,  ale  nie  można  oceniać  ludzi  po  wyglądzie.  Qerry  jest  specjalistą  od  mumii, 

jednym z najlepszych. Przeszkadza mu jego trudny charakter i niezwykła skłonność do 
samotności. Czy to zbrodnia? O, proszę spójrzeć! Rzeźbiony ząb hipopotama. Pochodzi 
z  daleka,  bo  w  Nilu  już  od  dawna  nie  ma  hipopotamów.  Sprzedaż  tego  rodzaju 
artykułów  jest  częściowo  zakazana,  ale  tu  wszystko  można  załatwić  przy  odrobinie 

dyplomacji. 

- Czy hipopotam nie był zwierzęciem boga Setha, niszczyciela? 

-  W  rzeczy  samej,  milordzie.  Niszczyciela,  takiego  jak  Faxmore,  Szkot,  którego 

wszyscy się boją. 

- Z jakiego powodu? - zapytał Dodson. 

-  Ponieważ  uważa  się  za  ucieleśnienie  księcia  piekieł,  dzierżącego  nóż  ścinający 

głowy śmiałkom, którzy mu się przeciwstawiają. 

- Przypuszczam, że to głupie żarty. 

- Wcale nie! Groził wielu osobom, także mnie, ogromnym rzeźnickim nożem i nie 

wyglądał, jakby żartował. “Jestem bogiem mścicielem i pożeraczem dusz", krzyczał. 

background image

- W takim razie trzeba go zamknąć! 

-  Jesteśmy  w  Egipcie,  nadinspektorze,  a  Faxmore'owi  daleko  do  szaleństwa. 

Widzi starożytność na swój sposób i doskonale sobie radzi. Przyjazd Langtona był mu 
nie w smak, to jasne, ale od tego do oskarżenia... 

- Wiem, że Langton miał przyjaciółkę, Domenicę Strauss. 

- Ach, co to za straszna kobieta! To wszystko przez nią! 
Francuski egiptolog poczerwieniał ze złości: 

- Czy mógłby pan mówić jaśniej? - zapytał lord Percival. 

-  Co  pan  chce,  żebym  panu  jeszcze  powiedział?  Ta  Domenica  intrygowała  od 

momentu swego przyjazdu do Egiptu i Bóg jeden wie, co mogła wymyślić, żeby złowić 
Howarda Langtona w swoje sieci. Gdybyście poszukali od tej strony, nie zawiedlibyście 
się.  No,  ale  bardzo  mi  przykro.  Pilne  spotkanie  zmusza  mnie  do  opuszczenia  panów. 

Mam  nadzieje,  że  nie  mają  mi  panowie  za  złe?  Być  może  się  spotkamy.  Byłaby  to  dla 
mnie przyjemność. 

Villabert Glotoni zgrabnie i szybko wmieszał się w tłum. Po chwili zniknął. 

-  Na  dłuższą  metę  ten  typ  jest  trudny  do  zniesienia  -  ocenił  nadinspektor.  - 

Zastanawiam się, czy gra, czy też jest szczery. 

- Czy mogę pana zaprosić do hotelu na zimne piwo, mój drogi Dodsonie? 

- Mam wrażenie, że drepczemy w miejscu, milordzie. 

-  I  tak,  i  nie.  Opracowaliśmy  już  kilka  ścieżek.  Niektóre  z  nich  mogą  nas 

doprowadzić do celu. 

- Egipska policja będzie nam prawdopodobnie rzucać kłody pod nogi. 

- A więc będziemy musieli nauczyć się omijać przeszkody. 

-  Proszę  mi  powiedzieć,  milordzie...  Czy  za  tym  Glotonim  nie  ciągnie  się  jakiś 

nieznośny zapach? 

-  To  zapach  różanego  olejku,  typowy  dla  Egiptu.  Można  go  łatwo  kupić  na 

bazarze. 

background image

 

ROZDZIAŁ XX 

 
Zachód  słońca,  kiedy  wydmy  stroiły  się  w  złoto,  a  Nil  w  srebro,  był  zawsze 

magiczny.  Wydawało  się,  że  nawet  odgłosy  miasta  cichną wobec  spokoju wieczoru,  tej 
uroczej chwili, w której dzień i noc świętują fantastyczne gody. 

Upal zelżał, a piwo było wyborne. Angus Dodson odzyskał siły, ale obawiał się, że 

nie wytrzyma już długo w tym klimacie, beznadziejnie pozbawionym deszczu i mgły. 

Nad nadinspektorem pochylił się kierownik sali w czerwonej liberii: 

- Pańska rozmowa. 

- Czy to Scotland Yard? 

- Tak mi powiedziano. Przed chwilą uzyskaliśmy połączenie. 
Dodson zerwał się z postanowieniem nierozłączania się do momentu, aż otrzyma 

upragnioną wiadomość. Bojowym krokiem poszedł w kierunku telefonu. 

Kierownik  sali  pochylił  się  również  nad  Szkotem.  Na  miedzianej  tacy  leżała 

koperta. 

-  Wiadomość  dla  pana,  milordzie.  Arystokrata  otworzył  kopertę.  Wiadomość 

była krótka: 

 
Jeśli chce pan poznać prawdę, proszę iść do pokoju 102. 

 
Zawierała  błąd  ortograficzny:  słowo  “prawda"  napisano  przez  “f;  oprócz  tego 

słowa “pan" oraz “iść" były napisane wspak, od prawej ku lewej. 

Lord  Percival,  oceniwszy,  że  Dodson  nie  wróci  przed  upływem  kwadransa, 

postanowił przedsięwziąć wyprawę, do której namawiał go tajemniczy korespondent. 

O tej godzinie remontowany hotel był cichy i wyludniony. 
Szkot szedł bezszelestnie ciemnym korytarzem prowadzącym do pokoju 102. 
Nagle odniósł wrażenie, że ktoś go śledzi. 

Nieopodal zaskrzypiał parkiet. 
Anglik  wstrzymał  oddech,  przystanął,  po  chwili  powoli  cofnął  się,  chcąc 

zaskoczyć szpiega. 

Lord  Perciyal  nie  był  ani  emerytowanym  bokserem,  ani  doświadczonym 

wojownikiem,  ale  uprawiał  wiele  sportów  i  nigdy  nie  unikał  walki.  W  Eton  nie  uległ 
trzem  londyńczykom,  którzy  wymieniali  niegrzeczne  uwagi  pod  adresem  Szkotów. 
Zostali na placu boju z kilkoma guzami i złamanym nosem. 

Podłoga  znowu  skrzypnęła,  ale  był  to  tylko  trzask  drewna.  Nie  dostrzegłszy 

śladów obecności człowieka, arystokrata poszedł dalej. 

Przekręcił  gałkę  w  drzwiach  pokoju  102,  które  nie  były  zamknięte  na  klucz,  i 

background image

wśliznął się zręcznie jak kot. 

Odnowiony pokój był komfortowy. 
Na łóżku leżała duża koperta miejscowej produkcji. 
Lord Percival otworzył ją. W środku znajdował się fajansowy amulet - krokodyl 

z  wykonanym  na  grzbiecie  czerwonymi  wersalikami  napisem  “Howard  Langton". 
Przedmiot absolutnie współczesny, pochodzący z podrzędnej wytwórni podróbek. 

Szkot uśmiechnął się. 
Uczciwość  zawodowa  kazała  mu  obejrzeć  pokój.  Tak  jak  przewidywał,  nie 

znalazł  nic  więcej.  Wzbogacony  o  cenną  wskazówkę,  wrócił  na  taras  i  czekał  na 
Dodsona, rozkoszując się ciszą zapadającej nocy. 

Nadinspektor pojawił się pól godziny później, wycierając czoło. 

-  Rozmawiałem  ze  Scotland  Yardem!  -  zaanonsował  triumfalnie.  -  W  Londynie 

wszystko w porządku: wielki smog i żaden, nawet najmniejszy skandal nie dotyczył Jej 
Królewskiej  Mości.  Za  to  na  moim  biurku  piętrzą  się  raporty  i  wszyscy  z 
niecierpliwością oczekują mojego powrotu, tym bardziej, że sam szef otrzymał telegram 

od komisarza Abdel-Atifa, który donosi, że sprawa została rozwiązana, a winny siedzi w 
areszcie.  Tłumaczyłem,  że  mamy  odmienne  zdanie,  ale  nie  doszliśmy  jeszcze  do 
ostatecznych wniosków. 

- A co ze Scottish Brewer? 

-  To  bardzo  znana  marka,  która,  według  kartoteki  Yardu,  nie  ma  nawet 

nielegalnych destylatorni. Ma za to kairskie biuro, w którym prowadzi się badania nad 
możliwością otwarcia rynku w Egipcie. Od około roku prowadzone są pertraktacje, ale 
strasznie się ciągną. 

- Interesujące - ocenił lord Percival. - Ma pan adres? 

- Adres i nazwisko egipskiego przedstawiciela. 

- Znakomicie, mój drogi Dodsonie. Ja również nie traciłem czasu. 

- Co się działo? 

- Ktoś stara się nam pomóc, nadinspektorze. 

- Pomóc nam?... W jaki sposób? 

- Wskazując nam ścieżkę prowadzącą do mordercy. 

- Ale... kto jest tym nieoczekiwanym współpracownikiem? 

-  Osoba  raczej  niezręczna,  która  pozostawia  zdecydowanie  zbyt  dużo  śladów. 

Same wskazówki zaś są bardzo wymowne. 

Arystokrata pokazał Dodsonowi amulet w kształcie krokodyla. 

- Przedmiot tyle zabawny, co okropny... Ale jest tu nazwisko Howarda Langtona! 

- Co pan sądzi o kolorze atramentu? 

- Czerwony... Czy ma to jakieś szczególne znaczenie? 

-  W  takiej  sytuacji  to  rodzaj  uroku.  Ktoś,  kto  napisał  czerwonym  kolorem 

background image

nazwisko Langtona na tym krokodylu, źle mu życzył. 

- Inaczej mówiąc, ta okropna zabawka miałaby należeć do mordercy? 

- Pańskie rozumowanie jest logiczne. 

- A... o kim pan myśli? 

-  Kto  nosi  amulet  w  kształcie  krokodyla,  jeśli  nie  Abu,  nubijski  wielkolud 

zatrzymany przez egipską policję? Jeśli właściwie interpretować tę wskazówkę, oznacza 
ona,  że  Abu  rzucił  urok  na  Howarda  Langtona  i  chciał  pożreć  swoją  zdobycz  jak 

krokodyl. 

- Abu byłby więc winny... 

-  Przynajmniej  ktoś  chce,  żebyśmy  w  to  uwierzyli  i  jak  najprędzej  opuścili  ten 

kraj. 

- A... co zamierza pan zrobić, milordzie? 

-  Jeszcze  przez  kilka  minut  rozmyślać  o  bogactwie  dynastii  faraonów,  zjeść 

skromną  kolację,  dobrze  się  wyspać,  a  później  pójść  do  autora  tej  wiadomości,  który 
oskarża  Abu,  i  zapytać,  czy  jego  rewelacje  są  prawdziwe.  Proszę  się  nacieszyć  Starą 
Kataraktą, mój drogi Dodsonie; chwile snu na jawie to w życiu rzadkość. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXI 

 

Lord  Percival  i  Dodson  zaskoczyli  komisarza  Omara  Abdel-Atifa,  kiedy 

nadziewał  świeżym  pomidorem  i  cebulą  gorący  podpłomyk  kupiony  w  sąsiedniej 

piekarni. 

- Drodzy przyjaciele! Ranne z was ptaszki. 

- Czy to nie znakomita pora na pracę? - zapytał Szkot. 

-  Jest  jeszcze  trochę  chłodno,  ale  mają  panowie  rację...  Co  przyniosły 

przesłuchania? 

-  W  pełnym  poszanowaniu  prawa,  krok  po  kroku,  posuwamy  się  naprzód, 

komisarzu. 

- Bardzo się z tego cieszę! A ja mogę panom powiedzieć, że mam przeczucie: Abu 

już wkrótce się przyzna. 

- Interesujące... 

Omar Abdel-Atif uważnie spojrzał na rozmówcę. 

- Co pana tak dziwi, milordzie? 

- Nieoczekiwana wskazówka potwierdzająca pańską hipotezę. 
Szeroki uśmiech rozjaśnił twarz Egipcjanina. 

- No widzi pan! Byłem pewien, że w końcu rozsądek zwycięży. 

-  Ściślej  mówiąc,  wszystko  wskazuje  na  to,  że  ktoś  chce,  żeby  Abu  uchodził  za 

winnego, co zwiększa moje przekonanie o jego niewinności. 

Uśmiech zgasł. 

- Zupełnie pana nie rozumiem, milordzie. 

-  Drogi  komisarzu,  jestem  panu  winien  kilka  wyjaśnień.  Ktoś  dostarczył  mi 

wskazówkę, szytą raczej grubymi nićmi, chcąc mnie przekonać, że Abu usiłował rzucić 
urok na Howarda Langtona. Inaczej mówiąc, że próbował go zabić. A ponieważ czarna 
magia  okazała  się  nieskuteczna,  Nubijczyk  przeszedł  do  czynu  i  ugodził  sztyletem 
człowieka, którego nienawidził. 

- Oto doskonała rekonstrukcja faktów, milordzie! Co pan jej zarzuca? 

- Chodzi mi o kilka niejasnych szczegółów... Autor listu wiedział, że mieszkam w 

Starej Katarakcie. Nie znał biegle mojego języka, ponieważ zrobił błędy ortograficzne. 
Jest  Egipcjaninem,  ponieważ  pewne  słowa  zapisał  z  prawa  na  lewo,  a  nie  z  lewa  na 
prawo. I wreszcie zależy mu na tym, żeby śledztwo zostało zakończone jak najszybciej, 
aby  uniknąć  kłopotów  administracyjnych  i  pozbyć  się  tej  skomplikowanej  sprawy. 
Musiał mnie więc przekonać, że winny jest Abu. 

Twarz  komisarza  Omara  Abdel-Atifa  przybrała  dziwny  odcień,  między  bladym 

brązem a ciemnym popieleni. Zduszonym głosem powiedział: 

background image

- Rozumiem, że nie traktuje pan tego poważnie... 

- Uważam ten liścik za swego rodzaju żart - powiedział lord Percival niczym srogi 

nauczyciel do ucznia, którego podejrzewa o oszustwo. 

Omar Abdel-Atif przełknął ślinę. 

- Pańska postawa wydaje mi się przekonująca, milordzie. Może lepiej zapomnieć 

o tym incydencie i nie odnotowywać go w żadnym dokumencie. 

- Takie jest właśnie moje zdanie.   
Egipski policjant odetchnął z ulgą. 

-  Zapomnijmy,  zapomnijmy  -  namawiał  gorliwie.  -  Biurokracja  to  jedna  z 

naszych wad, lepiej nie zwracać na to uwagi. 

Uświadomiwszy sobie nagle bardzo nieprzyjemną sytuację, komisarz Abdel-Atif 

znowu się zdenerwował: 

- Jeżeli Abu nie jest winny, to kogo panowie podejrzewają? 

- Za wcześnie na formułowanie rozsądnych hipotez, ale nadinspektor Dodson i ja 

nie rezygnujemy z odkrycia prawdy. Chciałbym pana poprosić o drobną przysługę. 

- Do usług, milordzie. 

-  Czy  mógłby  mi  pan  zorganizować  nieoficjalne  spotkanie  z  Abd  el-Mosulem? 

Przypuszczam,  że  nie  będzie  chętny  do  rozmowy  ze  śledczymi,  ale  koniecznie  muszę  z 
nim pomówić. 

-  Gdyby  pan  mógł  zrezygnować  z  tego,  milordzie...  Abd  el-Mosul  jest  starszym 

człowiekiem,  mówią,  że  nie  jest  tak  groźny  jak  niegdyś,  ale,  moim  zdaniem,  trzeba 
zachować ostrożność... Jeśliby to spotkanie nie było naprawdę konieczne... 

- Naprawdę jest konieczne. 

- No cóż... A pan nie jest człowiekiem, który zmienia zdanie? 

- Rzadko, kiedy gra jest warta świeczki. 

- Dobrze, dobrze... Zrobię, co będę mógł. 

- Tego się właśnie spodziewałem, komisarzu. Podwładny komisarza zapowiedział 

wizytę doktora Butrosa. 

Koptyjski  lekarz,  jak  zawsze  w  swoim  siermiężnym  brązowym  garniturze,  z 

ciężką czarną walizką, przywitał się, usiadł, przetarł grube szkła okularów w kościanych 
oprawkach i powiedział uroczyście: 

- Panowie, współczesna nauka jest istotną zdobyczą ludzkiego umysłu. Dzięki niej 

możemy skutecznie zwalczać przestępczość. 

Te  słowa  zachwyciły  nadinspektora  Dodsona.  W  jednej  chwili  znalazł  się  w 

Scotland Yardzie, wspomagany przez wszystkie najnowocześniejsze nowinki techniczne. 

- Dzięki specjalistom z mojego laboratorium - podjął doktor Butros - udało mi się 

ustalić niemal pewną godzinę morderstwa. 

Lord Percival wyczuł, że jego koptyjski przyjaciel stopniuje efekt i powstrzymał 

background image

się  od  zadawania  pytań.  Po  około  pół  minuty  doktor  Butros  zgodził  się  podać 
najważniejszą wiadomość. 

-  Możecie  panowie  przyjąć,  że  Howard  Langton  został  zamordowany  między 

szesnastą trzydzieści a siedemnastą. 

- Czy pan jest całkowicie pewien? - zapytał komisarz Abdel-Atif. 

- Nie ma wątpliwości. Ale to nie wszystko: ponieważ zaintrygował mnie kołnierz 

koszuli  ofiary,  zleciłem  przeprowadzenie  bardzo  szczegółowej  analizy.  Mogę  więc  pa-
nom oznajmić, że kołnierz został nasączony perfumami. 

- Może Langton lubił się perfumować - podsunął nadinspektor. 

-  Nieprawdopodobne,  żeby  aż  do  tego  stopnia  -  sprzeciwił  się  doktor  Butros.  - 

Przyzwoity Brytyjczyk tej klasy nie perfumowałby się w ten sposób. Jeśli nie jestem już 

panom potrzebny, wracam do Kairu. 

Lord  Percival,  chociaż  pogrążony  w  myślach,  nie  omieszkał  podziękować 

lekarzowi sądowemu za współpracę. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXII

 

 

Komisarz Omar Abdel-Atif skrzyżował dłonie na wydatnym brzuchu. 

-  Proszę  posłuchać,  milordzie.  Mimo  wszystko  nie  mogę  wyrazić  zgody  na 

pańskie prośby! 

-  Rozumiem,  komisarzu.  Ale  w  tym  przypadku  musi  pan  przyznać,  że  chodzi  o 

postępowanie czysto techniczne. 

-  Właśnie  -  potwierdził  Dodson.  -  Z  raportu  lekarza  sądowego  jasno  wynika,  że 

Howard  Langton  został  zamordowany  na  godzinę  przed  spotkaniem  egiptologów  na 
tarasie Starej Katarakty. Stąd wszyscy podejrzani, którzy przedstawią solidne alibi na 
czas zbrodni, będą uniewinnieni. 

-  Ja  jednak  nie  zamierzam  przesłuchiwać  tych  wszystkich  osób!  Poza  tym 

mogliby  kłamać...  A  jak  to  sprawdzić?  Robi  się  to  jedynie  w  przypadkach  grożących 

zatargiem dyplomatycznym. 

- Sprawdźmy tylko jedno alibi - zaproponował Szkot. - Myślę o Abu. 

- Czy to konieczne? 

Dodson potakująco skinął głową. Komisarz Abdel-Atif westchnął: 

- Jak zamierzają panowie to zrobić? 

- Proszę wezwać Abu - zasugerował lord Percival. 

- Ponieważ nie ma innego sposobu...   

Dwaj policjanci przyprowadzili nubijskiego olbrzyma. Na jego twarzy malowała 

się obojętność. 

- Jak się pan miewa, panie Abu? - zapytał lord Percival. 

-  Dobrze  na  tyle,  na  ile  to  możliwe,  wasza  dostojność.  Dzięki  panu  traktowali 

mnie  dobrze.  Jedzenie  słabe,  więzienie  potwornie  smutne,  ale  dają  mi  spokój.  A 
ponieważ zawarłem ugodę z mijającym czasem, wszystko idzie ku lepszemu. 

- Nasze śledztwo postępuje, muszę panu zadać ważne pytanie. Czy zgadza się pan 

odpowiedzieć? 

- Tak, wasza dostojność. 

-  Gdzie  pan  był  w  dniu  morderstwa  Howarda  Langtona  między  godziną 

szesnastą trzydzieści a siedemnastą? Nubijczyk przez dłuższy czas milczał. 

-  Normalnie  miałbym  pewne  trudności  z  precyzyjną  odpowiedzią  na  takie 

pytanie. 

- No widzicie! - zawołał komisarz Abdel-Atif. - Nie ma żadnego alibi! 

-  Tamten  dzień  był  jednak  niepodobny  do  innych  -  ciągnął  Nubijczyk,  nie 

pozwalając  sobie  przerwać.  -  Służbę  miałem  dopiero  pod  wieczór.  Na  Wschodzie  nie 

background image

przywiązujemy wielkiego znaczenia do czasu, ale jeśli się chce utrzymać posadę w Starej 
Katarakcie,  lepiej  nagiąć  się  do  zachodnich  zwyczajów.  Zgodnie  z  poleceniem 
przyszedłem  o  siedemnastej  trzydzieści  do  mojego  zwierzchnika,  który  powierzył  mi 
nowe zadanie: miałem dokładnie obejrzeć pokój Agaty Christie, aby go przygotować do 

remontu. 

- To cię bynajmniej nie uniewinnia - ocenił komisarz. 

- Co robiłeś wcześniej? 

-  Odpoczywałem  u  babci,  na  wiosce,  i  wyszedłem  stamtąd  o  siedemnastej 

piętnaście. 

-  Jak  możesz  podawać  tak  dokładny  czas!  -  zaprotestował  Abdel-Atif.  - 

Opowiadasz bzdury! 

-  Mówię  prawdę  -  potwierdził  spokojnie  Abu.  -  Syn  mojej  siostry  dostał  wtedy 

zegarek na urodziny i był bardzo dumny, że może mi podać godzinę, kiedy wsiadałem 
do feluki, aby przepłynąć Nil. 

- Przestań kłamać, Abu! Pogarszasz swoją sytuację! 

- Proponuję, żebyśmy to sprawdzili - powiedział nadinspektor. 

Omar  Abdel-Atif  zagłębił  się  w  fotelu,  nie  będąc  w  stanie  się  przeciwstawić 

funkcjonariuszowi  Scotland  Yardu.  Jednak  jeśli  było  miejsce,  gdzie  nie  chciałby  się 
udać, to była właśnie wioska Abu. 

Część  Elefantyny  zajmowała  nubijska  wioska  drzemiąca  w  cieniu  palm.  Domy, 

których fasady pomalowane były na żółto, żółtobrązowo, zielono lub niebiesko, dzieliły 
wąskie uliczki, w których królował dobroczynny cień. 

Abu,  eskortowany  przez  dwóch  umundurowanych  policjantów,  prowadził  obu 

Brytyjczyków  i  komisarza  do  rodzinnego  gniazda,  które  mieściło  się  w  kompleksie 
budynków. Na jednej ze ścian widniał niczym komiks obraz podróży wielkiego ojca do 
Mekki,  od  wyjazdu  Z  Elefantyny,  poprzez  niezapomnianą  podróż  samolotem,  aż  po 
przybycie do świętego miejsca. 

-  Abu!  -  krzyknęła  starsza  kobieta  w  czerni,  ale  z  odkrytą  twarzą.  -  Co  ci  się 

stało? 

-  Nic  takiego,  babciu.  Prawda  w  końcu  zatriumfuje.  Policja  chciałaby 

porozmawiać z Mohamedem. 

- Gra w piłkę z kolegami. Wejdźcie napić się zimnej wody. 
Dodsona  zdumiało  zachowanie  komisarza  Abdel-Atifa.  Chował  się  za  swoimi 

ludźmi,  aby  nie  zauważyła  go  starsza  pani,  która  pchnęła  pomalowane  na  niebiesko 
drzwi  i  wpuściła  gości  na  zacienione  podwórko.  W  rogu  znajdowała  się  terakotowa 
“kapliczka", na której stal duży dzban zimnej wody. 

Usiedli na drewnianych ławach, a babcia uroczyście nalewała każdemu po trochę 

cennego płynu. 

background image

Zobaczyła komisarza: 

-  Omar!  Co  za  głupstwo  jeszcze  popełnisz,  aby  wspiąć  się  wyżej  w  tej  twojej 

przeklętej hierarchii? Dobrze wiesz, że Abu to porządny chłopak, absolutnie uczciwy! 

Jak większość mężczyzn w Egipcie, komisarz Abdel-Atif najbardziej obawiał się 

starych kobiet, które same stanowiły prawo i nie uznawały żadnej innej władzy. 

- To nieco skomplikowana sprawa i policja musi... 

-  Przestań  pleść  bzdury!  Musisz  dać  się  komuś  we  znaki  z  powodu  twojego 

awansu i wybrałeś Abu, ponieważ nie było nikogo innego pod ręką, a ten biedny chłopak 
nie może się bronić. To źle, bardzo źle, i cała wieś się zbuntuje, jeśli go natychmiast nie 

uwolnisz! 

Kobieta  już  miała  wybuchnąć  gniewem,  na  szczęście  dla  komisarza  do  domu 

wbiegł młody Mohamed. 

Na ręce miał nowy zegarek. 

- Wygraliśmy trzynaście do zera - oświadczył dumnie. 
Komisarz  usiłował  znów  zapanować  nad  sytuacją  i  zażądał  od  młodego 

sportowca zeznania na temat tego, co robił Abu w dniu zbrodni. 

Mohamed  potwierdził słowa  olbrzyma,  podobnie  jak  babcia  i  dziesiątka  innych 

członków  rodziny,  którzy  stali  na  zewnątrz  domu,  domagając  się,  żeby  komisarz  do-
kładnie zapisał ich zeznania. 

- Drogi kolego - zauważył Dodson - czy wniosek nie nasuwa się sam przez się? 

Omar Abdel-Atif usiłował jeszcze wyjść z honorem: 

- Nie wiem, co pan chce powiedzieć... 

-  Każdy  trybunał  uwolniłby  Abu.  Dłuższe  przetrzymywanie  go  w  areszcie  może 

zaszkodzić pańskiej karierze. 

Egipcjanin musiał przyznać, że jego kolega ma rację. 

- Dobrze... Zajmę się formalnościami. Ale jeśli nie on, to znaczy, że mordercą jest 

ktoś inny! I kogo ja zaaresztuję? 

background image

 

ROZDZIAŁ XXIII

 

 
Słońce wschodziło nad świątynią w File, królestwem wielkiej czarodziejki Izydy. 

File, którą francuski powieściopisarz Pierre Loti nazwał “perłą Egiptu", zajmowała całą 
powierzchnię  niewielkiej  wyspy  długości  około  czterystu  i  szerokości  stu  trzydziestu 
metrów.  Tu  nie  było  miejsca  dla  świeckich.  Kapłani  starożytnego  Egiptu  czcili  tu 
“odległą  boginię",  wściekłą  lwicę  powracającą  z  Dalekiego  Południa,  która  dzięki 
obrzędom zmieniała się w łagodną i miłą kotkę. Na File królowały muzyka i miłość, w 

tym  niepowtarzalnym  miejscu  bogini  Izyda  odkrywała  wiernym  tajemnicę  zmar-

twychwstania. 

Mimo że Dodson czuł się nieswojo w niewielkiej barce motorowej, którą jechał na 

wyspę  w  towarzystwie  lorda  Percivala,  zapomniał  o  swoich  obawach,  zafascynowany 
pejzażem. 

W  jednej  chwili  współczesny  świat  zniknął.  Były  tylko  wznoszące  się  ku  niebu 

pylony  świątyni  Izydy,  sanktuarium  położone  na  wodzie,  z  dala  od  ludzkich 
niegodziwości. 

Nadinspektor,  z  głową  owiniętą  białą  chustą,  wbity  w  przyciasny  kolonialny 

garnitur,  cierpiał  na  chorobę  morską.  Lord  Percival,  w  swoim  dziewiczo  białym  gar-

niturze i w kapeluszu z szerokim rondem, otoczony wyrafinowanym zapachem lawendy, 

w skupieniu kontemplował File. 

Barka  dobiła  do  małego  pomostu.  Kapitan  pomógł  Dodsonowi  wstać  i  przejść 

wąską kładką na ląd. 

Lord  Percival  i  Dodson  pokonali  współczesne  schody,  następnie  arystokrata 

skierował się w lewo, aby pokazać 

Abd el-Mosul lekko się uśmiechnął. 

-  Jeden  z  moich  synów  chciał  go  zatrudnić  jako  służącego  w  swoim  domu  w 

Luksorze. Abu za bardzo kocha Asuan, aby opuścić to miasto, więc odmówił. Mój syn 
potraktował tę odmowę jako zniewagę i podniósł głos. Musiałem interweniować, żeby go 
uspokoić  i  wszystko  wróciło  do  normy.  Oto  mój  jedyny  spór  z  Abu,  który  cieszy  się 
powszechnym  szacunkiem  i  wykonuje  dobrą  robotę  w  Starej  Katarakcie.  Jest  zresztą 
bardzo ceniony przez swoich zwierzchników i przez turystów. 

Fasada pierwszego pylonu świątyni Izydy była jednocześnie elegancka i potężna. 

Wielkich  rozmiarów  bogini,  przedstawiona  po  obu  stronach  bramy,  wydzielała 

magiczne  fluidy,  dzięki  którym  faraon  mógł  pokonać  swoich  widzialnych  i 
niewidzialnych wrogów i został przyjęty do kręgu bóstw. 

- Co pan sądził o Howardzie Langtonie? - zapytał lord Perci val Abd el-Mosula. 

background image

Egipcjanin przez dłuższą chwilę milczał. 

- To był człowiek z zewnątrz. Całkowicie z zewnątrz. 

ROZDZIAŁ XXIV 

 

Abd el-Mosul, lord Percival i Angus Dodson przekroczyli bramę świątyni Izydy i 

weszli na wielki dziedziniec zamknięty drugim pylonem, przesuniętym względem pierw-
szego. Po lewej stronie dziedzińca znajdowało się inammisi, niewielkie sanktuarium, w 
którym świętowano narodziny Horusa, syna zmartwychwstałego Ozyrysa. Dzięki swojej 
mocy i znajomości leków Izyda miała ochraniać dziecko przed złymi uczynkami Setha, 

aby  mogło  dorosnąć  i  w  przyszłości  zostać  faraonem.  W  ten  sposób  wielka  bogini  wal-
czyła ze złem i ciemnymi mocami. 

Abd el-Mosul zatrzymał się. 

-  W  moim  długim  życiu  poznałem  wielu  Europejczyków  -  zwierzył  się  - 

egiptologów, biznesmenów, podróżników, wielkie indywidualności, krótko mówiąc, ludzi 
różnego pokroju... Ale ten Howard Langton miał dziwną cechę: był na wskroś uczciwy. 
Nie  trochę  uczciwy  czy  uczciwy  okazyjnie  lub  tylko  w  pewnych  okolicznościach,  lub  z 
obowiązku;  nie:  był  z  gruntu  człowiekiem  uczciwym,  a  w  konsekwencji  dziwakiem. 
Dzięki temu miał szansę stać się obiektem muzealnym. 

- Dlaczego jest pan tak kategoryczny? - zapytał lord Percival. 

-  Instynkt  starego  człowieka  można  porównać  do  instynktu  rybaka  lub 

myśliwego - nigdy nie zawodzi. 

- Co pan jeszcze wie o Langtonie? - dopytywał się lord Percival. 

-  Już  nic  więcej.  W  moim  wieku  człowiek  szykuje  się  na  tamten  świat  i  nie 

interesuje się już życiem innych. 

- Czy jego kolega Steven Faxmore pozostawał z nim w dobrych stosunkach? 

-  Trudne  pytanie.  Jak  mogę  oceniać  relacje  między  dwoma  Brytyjczykami: 

Anglikiem  i  Szkotem?  Według  mojej  wiedzy  ta  odmienność  stworzyła  między  nimi 
przepaść szczególnie trudną do pokonania. 

- Przypuszczam, że poznał pan Faxmore'a? 

-  To  człowiek,  którego  wszędzie  pełno  i  który  wie  o  Egipcie  mniej,  niż  mu  się 

wydaje.  W  gruncie  rzeczy  nie  interesuje  się  moim  krajem  i  goni  za  mrzonką,  która 
niewątpliwie  nie  ma  wiele  wspólnego  z  nauką.  Faxmore  to  człowiek  niebezpieczny,  to 
jasne,  nie  wolno  go  lekceważyć,  ale  połamie  sobie  zęby,  bo  ma  większą  ambicję  niż 
możliwości. 

- A jaka jest, pańskim zdaniem, ta ambicja? - zapytał Dodson. 

- Skąd miałbym wiedzieć? 

Abd el-Mosul przystanął przed wejściem do drugiego pylonu świątyni Izydy. 
Nadinspektor zauważył jego pomieszanie. 

background image

- Nie chce pan zwiedzić sali kolumnowej? 

-  Nie,  panie  Dodson.  Niech  sobie  mówią,  że  chodzi  tylko  o  stanowisko 

archeologiczne i że bogini Izyda nie żyje; ja w to nie wierzę i lękam się jej magii. Jestem 
dobrym  muzułmaninem  i  chcę  nim  pozostać.  Wejście  do  takiej  świątyni  jak  ta  jest 
ryzykowne, a ja unikam ryzyka. Chodźmy do pawilonu Trajana, to cudowne miejsce. 

Trójka mężczyzn opuściła świątynię bogini  i udała  się w kierunku eleganckiego 

pawilonu  z  czternastoma  kolumnami,  zbudowanego  za  panowania  cesarza  rzymskiego 

Trajana dla barki bogini. 

-  Wydaje  się,  że  niemiecka  egiptolog  Domenica  Strauss  była  bardzo  związana  z 

Howardem Langtonem - powiedział lord Percival. - Też pan tak uważa? 

- Nie znam jej - odpowiedział Abd el-Mosul. 

- Za to musi pan dobrze znać Albertine Abletout. 
Stary Egipcjanin podniósł wzrok ku niebu. 

- Jest jedyna w swoim rodzaju, inspektorze, a to już dużo! Tak naprawdę o wiele 

za  dużo  dla  innych.  Jeśli  chce  pan  zaznać  trochę  ciszy  i  spokoju,  lepiej  się  do  niej  nie 
zbliżać. 

- Jej rodak, Villabert Glotoni, wydaje się sympatyczniejszy. 

-  Wszystko  zależy  od  tego,  co  pan  rozumie  przez  słowo  “sympatyczny"...  To 

osoba, której nie mam ochoty znać i z którą się nie widuję. 

Abd  el-Mosul  zaprowadził  Brytyjczyków  do  małej  świątyni  Hathor.  To  właśnie 

tam bogini była przyjmowana przez muzyków i muzykantki, którzy łagodzili jej gniew 
grą na lirze i śpiewem. 

- Co pan sądzi o doktorze Alanie Qerry? - zapytał lord Percival. 

- Nic. Nie przyjeżdża do południowych prowincji. 

- Wyznam panu, że mnie on intryguje. 

- Czyżby podejrzewał go pan o... zbrodnię? 

- Nie mam jeszcze żadnej wyraźnej wskazówki zmierzającej w tym kierunku, ale 

jego rola w tej sprawie wciąż pozostaje zagadkowa. 

- Jeśli właściwie postrzegam pańską determinację, milordzie, jestem przekonany, 

że uda się to panu rozwikłać. Z pewnością nie zniechęci się pan i nie pozostawi w cieniu 
tego, co powinno wyjść na światło dzienne. 

- Czy jest pan przyjacielem inspektora Ahmeda al-Fostata? 
Po raz pierwszy starzec okazał zirytowanie. 

- Al-Fostat uprawia swój zawód tak, jak go rozumie. To jego sprawa, nie moja. 

- Czy mam rozumieć, że jego postępowanie wydaje się panu podejrzane? 

- Powinien pan zrozumieć, że nie jesteśmy w tym samym obozie i nie wchodzimy 

sobie w drogę. 

-  Przyszła  mi  do  głowy  pewna  myśl,  bez  wątpienia  niedorzeczna  -  powiedział 

background image

Szkot poufnym tonem. - Czy nie jest pan na tropie czegoś w rodzaju skarbu? 

Twarz Abd el-Mosula stężała. 

-  Wiem,  że  przeszłość  to  przeszłość  -  ciągnął  lord  Percival  -  i  że  nielegalne 

poszukiwania  stają  się  coraz  rzadsze,  niemal  nie  istnieją.  Ale  przypuśćmy,  że  otrzy-
małby pan wiadomość o istnieniu obiektów archeologicznych dużej wartości w miejscu 
trudno dostępnym. Jaka byłaby pańska reakcja? 

-  Sam  pan  sobie  odpowiedział:  to  już  przeszłość  i  w  żaden  sposób  mnie  nie 

dotyczy.  Robi  się  gorąco,  a  ja  jestem  już  stary.  Proszę  spokojnie  kontynuować 
zwiedzanie świątyni na File. Ja pójdę odpocząć. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXV 

 

Komisarz  Abdel-Atif  wydawał  się  skrajnie  wyczerpany.  To  była  jego  dwunasta 

kawa po turecku od rana. 

- Widzieliście się z Abd el-Mosulem? 

- Na File, jak było ustalone - odpowiedział lord Percival. 
Egipcjanin był wyraźnie zaniepokojony. 

- Czy spotkanie przebiegło pomyślnie? 

- Dobrze się zaczęło, gorzej skończyło. 

- Chce pan powiedzieć... źle skończyło? 

- Abd el-Mosulowi nie podobało się moje ostatnie pytanie - wyznał arystokrata. 

- O co go pan zapytał? 

- Czy nie wpadł na trop ukrytego skarbu.   
Komisarz zaniemówił. 

- Ależ... Ależ... To jedyny temat, którego należało unikać! 

-  Wprost  przeciwnie,  przyjacielu!  Jak  panu  potwierdzi  nadinspektor,  Abd 

el-Mosul ograniczał się do mało konkretnych rozważań, a o niektórych podejrzanych za-
chował bezpieczne milczenie. Pozostało mi tylko jedno: sprowokować go. 

- I udało się panu? 

- Zobaczymy. 

- Abd el-Mosul zareaguje gwałtownie! 

- A moim zdaniem jego pozycja jest słaba. Odnoszę nawet wrażenie, że czuje się 

zagrożony naszymi pytaniami. Inaczej mówiąc, ma coś na sumieniu. 

Komisarz opróżnił filiżankę kawy i bezwiednie przeżuwał fusy. 

-  Nic  gorszego  nie  mogło  się  zdarzyć...  Abd  el-Mosul  stoi  na  czele  prawdziwej 

siatki  i  nie  pozostanie  bezczynny!  Powinniście  przestać  się  mu  naprzykrzać.  Tutaj  jest 
górą. 

- Proszę wybaczyć mój upór, ale uważam, że mamy dobrą kartę. 

- Jaką? 

-  Abd  el-Mosul  zaniepokoił  się.  Myśli,  że  mamy  informacje,  które  mogłyby  mu 

zaszkodzić i będzie musiał coś zrobić, żeby się ukryć. W jego wieku z pewnością nie chce 
mu się walczyć z policją. 

Egipcjanin odzyskał pewność siebie. 

- Co pan proponuje? 

-  W  miarę  możliwości  niech  pan  każe  śledzić  Abd  el-Mosula  i  proszę  mi 

powiedzieć, jeśli wyjedzie lub jeśli się będzie niecodziennie zachowywał. 

- To raczej ryzykowne... 

background image

-  Ma  pan  z  pewnością  kilku  speców  od  śledzenia  i  kilku  dobrze  rozstawionych 

tajniaków. Nie ma potrzeby zmieniać stałych dyspozycji, komisarzu, niech tylko będą w 

pogotowiu. 

Komisarz w odpowiedzi niewyraźnie mruknął. 

- Chcielibyśmy przesłuchać doktora Qerry - dorzucił lord Percival. 

-  O  właśnie!  Wszędzie  go  szukam!  Wyszedł  z  hotelu  i  nie  ma  go  w  Kairze.  A 

ponieważ nie mam mu nic konkretnego do zarzucenia, nie mogę rozesłać za nim listów 
gończych po całym kraju. 

-  Jest  jednak  w  kręgu  podejrzanych!  -  zaprotestował  Dodson.  -  Powinien  pan 

zrobić wszystko, żeby go odnaleźć. 

- Dobrze, dobrze... Zajmę się tym. A propos, kazałem uwolnić Abu. Od tej strony 

sprawa jest zamknięta. 

W  Starej  Katarakcie  prace  postępowały  w  umiarkowanym  tempie  mimo 

ponaglających próśb biur podróży, które chciały jak najszybciej wypuścić falę turystów 
pragnących zamieszkać w tym prestiżowym hotelu. 

Brytyjczycy  zostali  potraktowani  szczególnie  ciepło  i  z  prawdziwą  satysfakcją 

zobaczyli Abu, który podszedł do nich z tacą. 

- Dyrekcja prosi panów o przyjęcie szklaneczki prawdziwej szkockiej whisky. 

Morale Dodsona poszło w górę. 

- Wasza dostojność - powiedział wysoki Nubijczyk, pochylając się w stronę lorda 

Percivala. - Chcę panu podziękować za to, że się pan za mną wstawił. Musi pan wiedzieć, 
że jestem pańskim dozgonnym dłużnikiem. 

- Czy to nie największa radość, kiedy się patrzy, jak prawda zwycięża? 

- Poza tym, wasza dostojność, nie dopuścił pan do gwałtownej śmierci. 

- O czym pan mówi? - zapytał zaintrygowany Dodson. 

-  Gdyby  nie  pańska  interwencja,  moja  babcia  najprawdopodobniej  zabiłaby 

komisarza Abdel-Atifa. 

- Czy może pan coś dla mnie zrobić, panie Abu? 

- Oby Bóg pozwolił mi panu pomóc, wasza dostojność. 

-  Szukamy  doktora  Alana  Qerry,  tego  dziwnego  osobnika  w  czerni.  Być  może 

wrócił do Kairu, a być może jest jeszcze gdzieś tutaj. 

- Jeśli tak jest, będą panowie wkrótce wiedzieć.   
W  cieniu,  w  wygodnym  fotelu  ze  szklanką  whisky  w  dłoni,  nadinspektor 

rozkoszował się chwilą rzadkiej przyjemności. 

Na brzegu Nilu bawiły się dwa psy. Lord Percival myślał o Abercrombiem. Przez 

telefon dowiedział się, że z powodu nieobecności pana pies padł ofiarą lekkiej depresji, 
którą  majordomus  leczył  podwójną  porcją  koziego  sera  i  befsztyku  oraz  codzienną 
wizytą u lady Ofelii. Jej słodycz łagodziła smutek czarnego psa. 

background image

Czy tu, w Asuanie, można sobie wyobrazić istnienie zbrodni? Słońce, Nil, palmy i 

pustynia  utworzyły  raj  na  ziemi,  gdzie  najbardziej  zagubiona  dusza  mogłaby  znaleźć 

odpoczynek. 

Któż  nie  miałby  ochoty  zostawić  tu  swoich  bagaży,  marzyć  o  tysiącu  istnień  i 

zwierzać się bogom i boginiom, które, mimo zasłon islamu, pozostawały obecne w sercu 
skał i w prądzie rzeki? 

- Czy mogę panu przeszkodzić, wasza dostojność? 

- Bardzo proszę, panie Abu. 

- Doktor Qerry nie opuścił Asuanu. 

- Gdzie się ukrył? 

- W miejscu raczej niezwykłym, wasza dostojność. Myślał z pewnością, że nikt go 

nie  zauważy,  ale  oczy  są  wszędzie,  nawet  na  bezludnej  pustyni.  Jeśli  pan  chce, 
zaprowadzę pana. 

Wieczorną ciszę przerwał świst. Abu chwycił Szkota i pociągnął do tyłu, ale lord 

poczuł pieczenie w prawym przedramieniu. 

Strzała, która go drasnęła, zakończyła lot na przybrzeżnym kamieniu. 

- Wasza dostojność, jest pan ranny? 

- Lekko... Myślę, że uratował mi pan życie, Abu. Przynajmniej... 
Lord Percival zabrał strzałę: czy jej grot nie został umoczony w truciźnie? 

background image

 

ROZDZIAŁ XXVI 

 
Dodson  chodził  tam  i  z  powrotem  przed  pokojem  lorda  Percivala.  Abu  stał  w 

bezruchu ze skrzyżowanymi ramionami i oczami utkwionymi w jeden punkt. 

-  Co  tam  robią  ci  lekarze!  -  złościł  się  nadinspektor.  -  Badają  go  już  przeszło 

godzinę... I nadal żadnej diagnozy! 

W głębi duszy Nubijczyk zastanawiał się, czy słynna brytyjska samokontrola nie 

była mitem. 

-  W  wypadku  zatrucia  -  ciągnął  Dodson  -  trzeba  natychmiast  przewieźć  lorda 

Percivala do szpitala specjalistycznego. Przecież nie możemy mu pozwolić tak po prostu 
umrzeć! 

Wreszcie drzwi do pokoju otworzyły się. 

Trzej  lekarze  wyszli  ze  skupionymi  twarzami  i,  rozmawiając,  przepadli  w 

korytarzu. 

Pojawił się lord Percival. Dodson i Abu wstrzymali oddech. 

-  Diagnoza  jest  bezlitosna  -  powiedział.  -  Rękaw  marynarki  rzeczywiście  został 

rozdarty. Co zaś się tyczy reszty, mam tylko lekkie draśnięcie i ani śladu trucizny. 

-  Trzeba  jak  najszybciej  odnaleźć  sprawcę  -  stwierdził  Dodson.  -  Może  ponowić 

atak. 

- Inszallah, i wszystko w swoim czasie, nadinspektorze. Mamy pilniejsze sprawy. 
Nadinspektor  tęsknił  za  brzegami  Nilu.  Panował  tam  nieznośny  upał,  ale  lekki 

wiatr przynosił brytyjskiemu turyście wyraźną ulgę. 

Tu, na pustyni, wydawało się, że skały i piach wzmagają jeszcze żar słońca. Abu 

odwiózł gości jeepem, który, mimo iż można by było uważać go za antyk, zdołał pokonać 

wszelkie przeszkody na egipskich drogach, od wybojów po nieoczekiwane pochyłości. 

Opuścili  Asuan  od  strony  południowej  i  wjechali  w  dziwny  pejzaż,  na  który 

składały  się  różnej  wielkości  bloki  skalne  i  połacie  pustyni,  najwyraźniej  niechętne 
wszelkiej  obecności  człowieka.  Mimo  to  technika  i  przemysł  wydały  walkę  tym 
pustkowiom.  Słupy  wysokiego  napięcia  powoli  opanowywały  królestwo  demonów  pu-
styni, które, według tutejszych bajarzy, prędzej czy później wezmą za to odwet. 

Jeep zatrzymał się. 
Dodson wysiadł z trudnością. 

-  Jesteśmy  w  kopalni  granitu  należącej  do  faraonów  -  powiedział  Abu.  -  To 

właśnie stąd pochodziły bloki używane przy wznoszeniu ich gigantycznych budowli. 

- Czy długo będziemy musieli iść? - zaniepokoił się nadintendent. 

-  Nie  -  odpowiedział  Nubijczyk.  -  Doktor  Qerry  od  dwóch  dni  ukrywa  się  w 

szopie, którą widać o jakieś sto metrów stąd. 

background image

Trzej  mężczyźni  powoli  szli  w  kierunku  baraku  skleconego  z  desek,  którego 

drzwi byty zamknięte. 

- Doktorze Qerry - powiedział spokojnie Szkot - chcemy z panem porozmawiać. 
Wewnątrz baraku coś się poruszyło. Do szpary przywarło oko. 

-  Jestem  lord  Percival  Kilvanock,  a  to  nadinspektor  Dodson.  Czy  może  pan 

otworzyć drzwi?     

Zapytany ani drgnął. 

- Pozwoli pan, że ja się tym zajmę, wasza dostojność?   
Arystokrata skinął głową. 
Nubijski siłacz wyjął z zawiasów drzwi baraku i położył je na podłodze. 
Wewnątrz siedział skulony niewysoki mężczyzna ubrany na czarno, zakrywający 

twarz rękami w rękawiczkach. 

- Wynoście się stąd, natychmiast! 

- Nie ma się pan czego obawiać, doktorze. 

-  Co  pan  o  tym  wie?  Ukrywam  się,  ponieważ  grozi  mi  śmiertelne 

niebezpieczeństwo! 

-  Wasza  dostojność,  czy  życzy  pan  sobie,  żebym  wziął  doktora  i  wsadził  go  do 

jeepa? 

- Niech ten potwór mnie nie dotyka! - ryknął Alan Qerry. 

- Jeśli chce pan uniknąć jego interwencji  - zasugerował lord Percival - powinien 

pan wstać i pójść z nami, żebyśmy mogli spokojnie porozmawiać. 

-  Mówię  wam,  że  ktoś  chce  mnie  zabić!  Jeśli  stąd  wyjdę,  zastrzeli  mnie  strzelec 

wyborowy  lub  fanatyk  uzbrojony  w  nóż  ugodzi  mnie  w  plecy.  Nie  mam  sobie  nic  do 
zarzucenia i nie chcę być kolejną ofiarą! 

-  Jest  nas  trzech,  doktorze,  i  obronimy  pana.  Chodźmy  do  nie  skończonego 

obelisku. Są tam już turyści, będziemy bezpieczni. 

- Zostaję tutaj i nie chcę z wami rozmawiać. 

- Szkoda, doktorze Qerry, ponieważ komisarz Ab-del-Atif wszędzie pana szuka i 

ma zamiar oskarżyć pana o dokonanie zabójstwa. 

Alan Qerry zerwał się na równe nogi. 

- Mnie? A to głupiec! 

Specjalista  od  mumii  miał  orli  nos,  wystające  kości  policzkowe  i  bardzo  wąskie 

wargi, a na policzkach kilkudniowy zarost. 

Qerry uderzył się w pierś. 

-  Jestem  niewinny,  absolutnie  niewinny,  ale  wiem  wszystko!  A  ponieważ  wiem 

wszystko, zabiją mnie! 

Głos  Alana  Qerry  byt  równie  dziwny,  jak  jego  zachowanie.  Wysoki,  to  znów 

niski, nieustannie wznosił się i opadał. 

background image

- Jesteśmy tu, aby panu pomóc - potwierdził lord Percival. - Jeśli zgodzi się pan 

wyjaśnić  swoje  zachowanie  i  wskaże  mordercę  Howarda  Langtona,  wyjdzie  pan  z  tej 

historii bez szwanku. 

Alan Qerry patrzył na Szkota spod oka, z najwyższą nieufnością. 

- Może mi pan przysiąc? 

- Ma pan moje słowo, doktorze. 

- I nie wtrąci mnie pan do więzienia? 

- Nie ma o tym mowy. 

- Czy idąc tutaj, zauważyli panowie jakichś podejrzanych osobników? 

-  Nikogo.  Nasz  przyjaciel  Abu  doskonale  zna  okolicę  i  dzięki  niemu  zapewnimy 

panu ochronę. 

- Proszę podejść, milordzie. 
Doktor Qerry powiedział coś arystokracie na ucho. 

- Widziałem go w Starej Katarakcie... to Nubijczyk, a ja nie lubię Nubijczyków. 

To kłamcy i gwałtownicy. Boję się ich. Czy jest go pan pewien? 

-  Mamy  dowód,  że  Abu  nie  odegrał  żadnej  roli  w  morderstwie  Howarda 

Langtona. 

- Znaczący dowód? 

- Znaczący. 
Doktor Qerry zamyślił się. 

-  Dobrze...  Chciałbym  panom  wierzyć.  Niech  ten  Abu  idzie  przed  nami.  Pan  i 

pański kolega będziecie szli po bokach. 

Tak zrobili. 
Dodson zobaczył niezwykłe miejsce: w skale tkwił uwięziony gigantyczny obelisk, 

który  po  postawieniu  mierzyłby  czterdzieści  sześć  metrów  wysokości  i  ważył  by  nie 
mniej  niż  tysiąc  dwieście  ton.  Byłby  więc  najwyższym,  jaki  kiedykolwiek  wznieśli 
starożytni Egipcjanie, ale pozostał w kopalni, ponieważ z powodu trzęsienia ziemi pękł. 
Budowniczowie porzucili więc gigantyczny kamień, martwy jeszcze przed narodzinami. 

Czwórka  mężczyzn  niewielkimi  schodami  wspięła  się  na  obelisk  i  szła  po 

kolosalnym  granitowym  cielsku  dożywającym  wieczności  pod  słońcem  Asuanu. 
Wyraźnie zdenerwowany doktor Qerry nie przestawał się rozglądać. 

- Dlaczego jest pan taki niespokojny? - zapytał lord Percival. 

- Ponieważ wiem wszystko o morderstwie Howarda Langtona. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXVII 

 

- Mówi pan poważnie, doktorze Qerry? - spytał Angus Dodson. 

-  Jestem  naukowcem,  nadinspektorze,  i  nie  mam  zwyczaju  mówić  byle  czego. 

Jeśli mówię, że wiem wszystko, to dlatego, że tak jest. Również dlatego moje życie jest w 
poważnym niebezpieczeństwie. 

-  Powinniśmy  usiąść  -  zaproponował  lord  Percival.  Dodson  i  Qerry  usiedli  na 

brzegu obelisku z nogami wiszącymi w powietrzu. Abu, ze skrzyżowanymi ramionami, 
stał, śledząc wzrokiem okolicę. Arystokrata zwrócił się do medyka: 

- Doktorze Qerry, przypuszczam, że znał pan dobrze Howarda Langtona. 

- Myli się pan! Zetknąłem się z nim tylko raz, na oficjalnym przyjęciu w Kairze, 

tuż  po  jego  przybyciu  do  Egiptu.  W  każdym  razie  nie  było  powodu,  żebyśmy  się 
spotykali,  ponieważ  każdy  z  nas  pracował  w  swojej  dziedzinie,  a  nasza  działalność  w 
żaden sposób się nie pokrywała. 

- Czy Langton był naukowcem wysokiej klasy? 

- Został mianowany na stanowisko dyrektora, to wszystko, co wiem. 

- Kto panu powiedział, że został zamordowany?   
Na twarzy Alana Qerry malowało się zdziwienie. 

-  Ależ...  to  przecież  jasne!  Stanął  na  czele  brytyjskich  archeologów  w  Egipcie  i 

zniknął! A więc został zamordowany. 

- Z jakiego powodu, doktorze? 

- Ponieważ wszyscy go nienawidzili. 

- Czy określenie “wszyscy" obejmuje Abd el-Mosula? 

-  Nie...  On  nie  jest  egiptologiem,  lecz  potomkiem  rabusiów.  Sam  pewnie 

uczestniczył  w  kilku niewielkich  kradzieżach,  ale  już  dawno  tego  zaniechał  i  cieszy  się 
spokojną starością. “Wszyscy" oznacza egiptologów! 

- Również Stevena Faxmore'a? 

-  Faxmore  chciał  położyć  łapę  na  wszystkich  wykopaliskach!  Zamierzał 

opanować  cały  Egipt,  a  tu  nagle  przyjeżdża  Langton!  Nietrudno  wyciągnąć  wniosek. 

Przedtem  jego  śmiertelnym  wrogiem  była  Francuzka  Abletout.  Przez  lata  prowadzili 
cichą  wojnę,  nie  cofając  się  przed  ciosami  poniżej  pasa.  Ponieważ  specjalnością 
Faxmore'a  jest  wiedzieć  wszystko  o  wszystkich,  wykorzystuje  najmniejsze  potknięcia. 

Ale Francuzka nie ustąpiła mu piędzi ziemi i aż do tej pory był to w pewnym sensie mecz 
remisowy. Każde z nich zajęło określoną pozycję i w końcu zadowolili się obroną swoich 
terenów.  Przyjazd  Langtona  całkowicie  odmienił  sytuację.  Korzystniejsze  było 
zjednoczenie  niż  walka,  oraz  połączenie  sił,  przynajmniej  na  jakiś  czas,  aby 
wyeliminować niebezpiecznego przeciwnika. 

background image

- Pan mnie zadziwia, doktorze; pani Abletout wydaje się osobą miłą i uprzejmą. 

- Ona  miła i  uprzejma? Widać, że pan jej dobrze nie  zna. To najgorsza zaraza. 

Ile  karier  zdusiła,  ile  powołań  złamała,  ile  cudzych  odkryć  wpisała  na  swój  rachunek! 
Najokrutniejsza tygrysica dobrze by zrobiła, uciekając przed nią. Nieszczęsny Langton 
nie miał czasu, by uświadomić sobie grożące mu niebezpieczeństwo. 

- Langton miał przynajmniej sojuszniczkę, Domenikę Strauss. 

- Nienawidzę jej! Dlaczego interesuje się mumiami? Powinna ograniczyć się tylko 

do  swojej  specjalizacji,  zamiast  mieszać  się  do  cudzych  spraw!  Ona  wcale  nie  kochała 
Langtona, zajmowała ją jedynie własna kariera. 

A kiedy poproszono ją o pomoc, aby ostatecznie pozbyć się intruza, zrobiła to bez 

najmniejszych skrupułów. 

-  Jeśli  dobrze  rozumiem  -  przerwał  Angus  Dodson  -  stawia  pan  tezę  o  spisku 

zawiązanym przeciwko Howardowi Langtonowi. 

-  To  oczywiste,  nadinspektorze!  A  wśród  spiskowców  był  również  Villabert 

Glotoni, ten Francuz, na pozór lekkomyślny, którego niekompetencja rzuca się w oczy, a 
który jest jednocześnie kolekcjonerem broni. 

- Jaką broń zbiera najchętniej? 

- Afrykańskie sztylety i zatrute strzały. Ale nic panowie u niego nie znajdą. Zaraz 

po  morderstwie  sprzedał  wszystko  na  bazarze.  W  wypadku  rewizji  będzie  czysty  jak 
śnieg. 

- Skąd pan wie o istnieniu tej kolekcji? 

- Pokazał  mi  ją! Tylko dla  mnie zarezerwował  ten przywilej, wiedząc, że jestem 

człowiekiem dyskretnym i małomównym. Ale zostało popełnione morderstwo... więc nie 
mogę milczeć. 

-  Mimo  to  -  zauważył  lord  Percival  -  Glotoni  nie  miał  powodu,  by  bać  się 

Howarda Langtona. 

- Proszę w to nie wierzyć! Chodziły słuchy, że Langton miał zamiar zaprowadzić 

porządek  na  wszystkich  terenach  wykopaliskowych  i  usunąć  nierobów  i  parszywe 
owce...  Zasłona  dymna  otaczająca  Glotoniego  zostałaby  wkrótce  rozwiana!  Inni  także 
mieli pójść do odstrzału, na przykład inspektor do spraw starożytności Ahmed al-Fostat. 

- Co pan mu zarzuca? 

- W ogóle nie zna się na egiptologii i kupił swoje stanowisko, aby móc prowadzić 

działalność  przynoszącą  o  wiele  większe  korzyści  niż  nadzorowanie  terenów 
wykopaliskowych. Mam na myśli kradzież. Raz o mały włos złapano by go za rękę, ale 
przekupił sędziów i nie został skazany. Oczywiście robi to nadal, tyle że stara się kraść 
przedmioty drobne, za to dużej wartości. Ponieważ al-Fostat jest wystarczająco zręczny, 
aby nie zostawiać śladów, działa zupełnie bezkarnie. 

- Wszystkie te osoby zebrały się wówczas w Starej Katarakcie, aby zadecydować 

background image

o usunięciu Howarda Langtona? 

-  To  właśnie  odkryłem,  milordzie,  i  dlatego  chcą  mnie  teraz  usunąć,  żebym 

milczał! 

-  No  to  przegrali  -  ocenił  Dodson  -  ponieważ  miał  pan  czas,  aby  nas  o  tym 

poinformować. 

Zdawszy  sobie  nagle  sprawę  z  tej  nowej  sytuacji,  Alan  Qerry  podrapał  się  w 

ucho. 

- I... będziecie interweniować? 

- Oczywiście. Dlatego jest pan teraz poza zasięgiem wrogów. 

- Ach tak... 

- Dlaczego był pan w Starej Katarakcie w dniu morderstwa, doktorze Qerry? 

- Czysty przypadek... Lepiej by było, gdybym się znalazł gdzie indziej! 

- Otóż nie, ponieważ pańska obecność pozwoli nam ująć sprawcę. 

-  Patrząc  na  to  z  tego  punktu  widzenia...  Wracam  do  Kairu.  Czekają  na  mnie 

moje mumie. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXVIII 

 
“Zwyciężczyni", “matka świata": taki był Kair, którego widok oszołomił Angusa 

Dodsona. To oczywiste, że w godzinach szczytu w londyńskim City panował ruch, ale w 
porównaniu  z  rwącym  potokiem  poruszającym  niemal  bezustannie  sercem  stolicy 
współczesnego Egiptu była to tylko spokojna rzeka. 

Samodzielna  jazda  byłaby  szaleństwem.  Jedyne  rozwiązanie  to  zdanie  się  na 

taksówkarza, z nadzieją, że jego samochód będzie wyposażony w hamulce. Ponieważ do 
narodowych  sportów  należało  wpadanie  na  pieszych  usiłujących  pokonać  potok 

samochodów,  niektórzy  kierowcy  upodobali  sobie  pedał  gazu.  Rollsy  i  mercedesy 
mieszały  się  z  ledwo  identyfikowalnymi  przedmiotami  jeżdżącymi,  a  to  bogato 

ozdobionymi talizmanami i amuletami, a to pozbawionymi jednych lub dwojga drzwi, a 
nawet dźwigni zmiany biegów. 

Autobusy  były  oczywiście  niedostępne  dla  Europejczyka.  Po  pierwsze,  nie 

umiałby  zgadnąć,  dokąd  jadą,  po  drugie  zaś,  nie  był  dość  zręczny,  by  doczepić  się  do 

ludzi oblepiających szczelnie wypełniony po brzegi pojazd i uczepionych wszystkiego, co 

tylko wystawało na zewnątrz. 

Kiedy jakiś kairski autobus wpadał do Nilu, liczba ofiar była znaczna. 
Nadinspektor zamknął oczy. 
Taksówka  o  włos  minęła  osła  ciągnącego  wózek  siana,  na  którym  siedziało 

dziesięcioro rozbawionych dzieciaków. 

Lord Percival zwrócił się do kierowcy: 

- Powiedz mi, przyjacielu, czy jest pan pewien, że dobrze pan jedzie? 

- Jedziemy, profesorze, jedziemy. Ale nie trzeba się spieszyć. 

-  Jeśli  chce  pan  dostać  przyzwoity  napiwek,  lepiej  niech  pan  zawróci,  pojedzie 

wzdłuż  brzegu  w  kierunku  Muzeum  Egipskiego,  a  następnie  skręci  w  ulicę 
Champolliona. Tam wskażę panu dalszą drogę. 

Kierowca taksówki nie odważył się już więcej dyskutować. Po raz pierwszy trafił 

na turystę, który tak znakomicie orientował się w egipskiej stolicy. 

Kiedy  taksówka  zwolniła,  Dodson  otworzył  oczy  i  zobaczył  barwny  korowód 

zachwycających  dziewcząt  ubranych  po  europejsku,  zakwefionych kobiet,  mężczyzn  w 
dżellabach  lub  wyrafinowanych  strojach,  biegających  podrostków,  obnośnych 
sprzedawców, którzy proponowali herbatę i krokiety warzywne. 

Pęknięta  rura  kanalizacyjna  spowodowała  monstrualny  korek.  Taksówkarz 

ominął  go, jadąc po chodniku, potem pod prąd i  przejeżdżając na czerwonym świetle, 
które nigdy nie zmieniało się na zielone. 

Samochód zahamował, wbijając się kołami w chodnik. 

background image

- Proszę bardzo, profesorze. Może pan być ze mnie zadowolony. 
Lord Percival hojnie zapłacił za kurs i poprosił kierowcę, żeby na nich zaczekał. 

Wydawało się, że silnik samochodu pociągnie do wieczora. 

Przed wejściem do budynku Szkot podniósł głowę. 

- Na co pan patrzy? - zapytał nadinspektor. 

-  Są w  Kairze  domy  zwane nagłą  śmiercią.  Pierwotny  projekt  przewidywał  trzy 

lub cztery kondygnacje, a konstrukcja liczy ponad dziesięć. Byle trzęsienie ziemi, a cały 

budynek  wali  się  jak  domek  z  kart.  Ten  jest  wystarczająco  stary,  żeby  trzymać  się 
jeszcze jakiś czas. 

W progu stał starszy strażnik. 

- Pan prezes kogoś szuka? 

- Pana Mohameda Rashida. 
Strażnik  dyskretnie  wyciągnął  rękę  i  lord  Percival  wsunął  do  niej  banknot 

wartości jednego funta egipskiego. 

- Drugie piętro, drzwi na prawo. Proszę nie jechać windą, często się psuje. 
Zielona farba łuszczyła się ze ścian. Arystokrata zadzwonił do drzwi z wizytówką 

“Mohamed Rashid, dyrektor". 

Otworzył młody mężczyzna w białej koszuli, pod krawatem. 

- Pokój wam. 

-  Pokój  panu  i  miłosierdzie  Allaha  i  jego  błogosławieństwo  -  odpowiedział  lord 

Percival. - Czy pan dyrektor przyjmuje? 

- Zobaczę. Proszę usiąść i poczekać.   
Rozpoczęła  się  próba  sił.  Oczekiwanie  mogło  trwać  pięć  minut,  ale  także  pięć 

godzin. 

- To może być niepotrzebne - prorokował pesymistycznie Dodson. - Zastanawiam 

się, czy nie zrobilibyśmy lepiej, gdybyśmy przycisnęli tego doktora Qerry, który wydaje 
się dość niezrównoważony umysłowo. 

- Chyba że jest znakomitym aktorem. Młody mężczyzna znów się pojawił. 

- Pan dyrektor pyta, czy ma pan wizytówkę. 

- Oczywiście - odpowiedział lord Percival, podając gęsto zapisany kartonik. 
Pół  minuty  później  drzwi  biura  stały  przed  nimi  otworem.  Arystokrata  nie 

zdradził Dodsonowi, że wybrał wizytówkę, którą pokazywał rzadko, ponieważ wypisane 
były na niej imiona jego wszystkich szlacheckich przodków. 

Mohamed Rashid był człowiekiem szczęśliwym, promiennym i łakomym. Ważył 

sto dziesięć kilogramów i przepadał za wybornymi, niestety nieco tłustymi ciastkami. 

- Jestem nadzwyczaj szczęśliwy, że mogę gościć tak wybitne osobistości. 

-  Cały  zaszczyt  po  naszej  stronie  -  powiedział  Szkot.  -  Pańska  sława  wykracza 

poza granice pańskiego kraju. 

background image

- Naprawdę?   

- Firma, która nas zatrudnia, uważa pana za jednego z najbardziej błyskotliwych 

egipskich przemysłowców... ale nie pochwala pańskiej współpracy ze Scottish Brewer, z 
którym bezpośrednio konkurujemy. 

- Ach... To niezręczna sytuacja. 

-  Bardzo  niezręczna,  przyznaję,  ale  nie  tracimy  nadziei,  że  wejdziemy  na  rynek 

egipski....  Należałoby  tylko  unieważnić  stare  kontrakty  i  zobaczyć,  jak  moglibyśmy 
sporządzić nowy plan z pańskim udziałem. 

-  Nie  mam  nic  przeciwko  temu  -  powiedział  Egipcjanin  -  ale  jestem  związany  z 

doradcą technicznym, z którym Scottish Brewer współpracuje bliżej niż z innymi. A nie 
będzie łatwo obejść jego zgodę... 

-  Możemy  próbować  go  przekonać,  bez  pańskiego  udziału  oczywiście.  Jeśli  się 

nam nie uda, będzie pan nadal pracować z naszym konkurentem. Jeśli zaś się powiedzie, 
podniesiemy w sposób istotny pańskie wynagrodzenie. 

Oczy dyrektora rozbłysły. 

-  To  dobrze...  bardzo  dobrze.  Mój  doradca  techniczny  nazywa  się  Andrew 

Johnson i mieszka przy Sharia el-Din. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXIX 

 

Znalezienie  Sharia  el-Din  nie  było  łatwe.  Z  powodu  ciągłego  i  gwałtownego 

wzrostu liczby ludności żaden kairczyk nie znał już wszystkich ulic w mieście. 

Na  szczęście  taksówkarz  znał  byłego  strażnika  budynku.  Dla  jego  kuzyna, 

właściciela kawiarni, stolica nie miała sekretów. 

Rozmawiali  długo przy wybornej herbacie  miętowej, ale konkluzja była  jasna  i 

ostateczna: Sharia el-Din to nowa uliczka na przedmieściu, gdzie niedawno pobudowano 

bloki. 

Mimo  dość  dokładnych  wskazówek  kierowca  wielokrotnie  się  gubił,  zanim  w 

końcu trafił na właściwą grupę budynków. 

Żaden blok nie był skończony. Wokół betonowych fasad wznosiły się drewniane 

rusztowania i nikt nie wiedział, kiedy robotnicy znów zabiorą się do pracy. Aby uniknąć 
opłat  za  ukończenie  budowy,  inwestorom  opłacało  się  raczej  pozostawić  niektóre 

budynki w obecnym stanie. 

-  Jeśli  trzeba  pukać  do  drzwi  każdego  mieszkania,  nie  wyjdziemy  stąd  przed 

miesiącem! - stwierdził Dodson. 

- Potrzebujemy informatorów. 
Lord  Percival  podszedł  do  zamiatacza  przesuwającego  dostojnym  i  bardzo 

powolnym ruchem kupkę śmieci, które wiatr nieustannie zwiewał w to samo miejsce. 

- Szukam Andrew Johnsona. Mieszka w jednym z tych domów. 
Zamiatacz uśmiechnął się. 

- Pochodzę z Południa i znam tylko członków mojej rodziny. Ale mogę ci polecić 

kolegę. 

Suty  napiwek  umożliwił  Szkotowi  spotkanie  z  rzeczonym  kolegą,  wyraźnie 

stojącym  wyżej  w  hierarchii,  ponieważ  za  skromną  opłatą  pilnował  samochodów  z 

dzielnicy. 

-  Andrew  Johnson? Tak,  mieszka  tutaj.  Na  parterze  ostatniego  bloku.  Teraz  go 

nie ma. 

- Czy często tu przychodzi? 

- Nie, nie często. I z nikim nie rozmawia. 
Mimo kolejnego napiwku arystokracie nie udało się dowiedzieć niczego więcej. 
Na  drzwiach  mieszkania  należącego  do  Andrewa  Johnsona  wisiała  tabliczka  z 

napisem: “A.J., Ltd." w alfabecie łacińskim i arabskim. 

Stróż porządku śledził Brytyjczyków kątem oka. 

- Johnson to nasz przyjaciel  -  powiedział  Dodson.  - Prosił, żebyśmy  poczekali w 

środku. 

background image

- Czy macie klucze? 

- Oczywiście. 
Mimo iż z solidnego angielskiego pnia, nadinspektor Angus Dodson od wczesnej 

młodości  używał  jednego  z  najbardziej  legendarnych  wynalazków  ludzkiego  umysłu: 
prawdziwego  szwajcarskiego  noża.  Tym  narzędziem  był  w  stanie  naprawić  każdą 
maszynę, otworzyć każdą butelkę i każde drzwi. 

Ostatni  napiwek  rozwiał  nieufność  dozorcy.  Grunt  to  nie  wtrącać  się  do  spraw 

obcokrajowców. 

Dodson znalazł włącznik. 
Duża  żarówka  oświetliła  garaż  przerobiony  na  pracownię.  Stoły  stolarskie, 

metalowe kuwety, różnej wielkości naczynia, miedziane alembiki. 

Nadinspektor uczynił kilka kroków, aby zbadać to osobliwe królestwo. 

- Jeśli się nie mylę, to jest mały browar! Lord Percival otworzył  jutowy worek i 

skosztował znajdującego się w nim produktu. 

- Ma pan rację, mój drogi Dodsonie. A oto i surowiec: jęczmień. 
Na  etażerce  zobaczyli  kolekcję  dzieł  egiptologicznych  poświęconych  skarbom 

odkrytym  w  grobowcu  Tutanchamona.  Szkot  przekartkował  je  i  znalazł  teczkę  z  foto-

grafiami. 

Przedstawiały  stare  ceglane  konstrukcje,  zawierające  resztki  pieca  i  małe 

pomieszczenia, gdzie przechowywano dzbany. 

- O co tu chodzi? 

- Coś mi świta, nadinspektorze, ale trzeba to sprawdzić na miejscu. 
Inna teczka zawierała rysunki ze scenami przedstawianymi na ścianach egipskich 

grobowców i liczne teksty hieroglificzne. 

- Co tu jest napisane? 

-  Nie  jestem  w  stanie  odczytać  dokładnie,  ale  jedno  słowo  stale  się  przewija: 

henket, co znaczy piwo. 

- Ale po co by urządzano nielegalny browar na przedmieściu Kairu? 
W  szafie  znajdowały  się  liczne  mikroskopy,  niektóre  bardzo  precyzyjne,  oraz 

probówki zawierające barwne płyny. 

- Ten Andrew Johnson prowadzi doświadczenia. Ale czego tak naprawdę szuka? 

- Mam nadzieję, że będziemy mieli okazję go o to zapytać. 

- Zamierza pan spędzić tutaj noc, milordzie? 

-  Obawiam  się,  że  tak.  A  jeśli  Johnson  nie  wróci,  trzeba  będzie  uzbroić  się  w 

cierpliwość.  Nikt  nie  pomoże  nam  go  odnaleźć,  a  jest  on  być  może  najważniejszym 
ogniwem łańcucha, który doprowadzi nas do prawdy. 

Dodson  zmarkotniał.  Już  widział  siebie,  jak  spędza  wiele  dni  i  nocy  w  tym 

nieprzytulnym pomieszczeniu. 

background image

Mimo dokładnej rewizji nie znaleźli ani jednej butelki piwa. 
Dla  otuchy  Dodson  rozmyślał  o  swoim  nowoczesnym  biurze,  gdzie  miał  do 

dyspozycji  wszystkie  naukowe  techniki  policyjne.  Dzięki  nim  morderca  Langtona  nie 
pozostawałby długo w ukryciu. 

Tuż  przed  północą  ktoś  włożył  klucz  do  zamka.  Dodson  natychmiast 

oprzytomniał. Lord Percival skoczył do drzwi wejściowych, które powoli się otworzyły. 

Do warsztatu wszedł mężczyzna i zapalił światło. 

- Dobry wieczór, panie Johnson. 
Przerażony  mężczyzna  popatrzył  na Szkota, następnie na nadinspektora. Kiedy 

usiłował uciec, ten ostatni schwycił go za rękaw i przyparł do ściany. 

Dodson przyglądał mu się surowo. 

- Dlaczego każe pan nazywać się Andrew Johnson, doktorze Qerry? 

background image

 

ROZDZIAŁ XXX

 

 
Doktor  Alan  Qerry  tym  razem  ubrany  był  w  niebieski  kombinezon  i  brązową 

koszulę. 

- Ale... co panowie tutaj robią? 

-  Jesteśmy  na  tropie  mordercy  Howarda  Langtona  i  jest  możliwe,  że  właśnie 

dotarliśmy do winnego. 

Specjalista od mumii, przyparty do muru silnym ramieniem Dodsona, na próżno 

się wyrywał. 

- Jesteście w błędzie... Jestem niewinny, całkowicie niewinny! 

- W takim razie proszę się wytłumaczyć - zażądał lord Percival. 

- Co chcecie, żebym wam powiedział? 

-  Wynajmuje  pan  to  mieszkanie  pod  fałszywym  nazwiskiem  i  warzy  pan  tutaj 

nielegalnie piwo. Przypuszczam, że Howard Langton odkrył pańską pokątną działalność 
i miał zamiar zamknąć to pseudonaukowe laboratorium. 

-  Nie,  absolutnie  nie!  Mylicie  się!  W  tej  sprawie  jestem  tylko  skromnym 

pośrednikiem.  Przyszedłem  tu  dziś  wieczór,  aby  się  upewnić,  że  wszystko  jest  w  po-
rządku  i  trochę  tu  ogarnąć...  Te  urządzenia,  fiolki,  całe  to  eksperymentowanie...  Nie 
mam z tym nic wspólnego! 

Dodson poczerwieniał. 

- Niech pan przestanie mydlić nam oczy! 

-  Na  głowę  Jej  Królewskiej  Wysokości,  przysięgam,  że  mówię  prawdę.  Jestem 

tylko pośrednikiem i pracuję dla kogoś, kto potrzebuje tego pomieszczenia i nie chce się 
ujawniać. 

- Kto to jest? 

-  Honor  i  uczciwość  nie  pozwalają  mi  podać  jego  nazwiska.  Obiecałem,  że  nie 

powiem, niezależnie od okoliczności. 

Jedynie  fakt  przynależności  do  Scotland  Yardu,  co  wymagało  przestrzegania 

pewnych zasad, nie pozwolił Dodsonowi przejść do rozwiązań ekstremalnych. 

- Dobrze - zgodził się lord Percival. - Więcej nie będziemy pana nachodzić. 
Nadinspektor był zaskoczony, ale Szkot podtrzymał swoją decyzję. 

-  Widziałem  wystarczająco  dużo,  doktorze.  Proszę  dobrze  posprzątać  lokal, 

dobrze mu to zrobi. I proszę pozdrowić ode mnie prawdziwego właściciela. 

W taksówce jadącej w stronę Gizy Angus Dodson wybuchnął: 

- Ten Qerry co otworzy usta, to skłamie. 

- Mniej więcej, nadinspektorze. 

background image

- Był w naszych rękach, należało zmusić go, żeby powiedział wszystko, co wie! 

-  Musi  pan  odpocząć.  U  stóp  piramid  jest  wspaniały  hotel  Mena  House,  gdzie 

przeniesie się pan we śnie do złotego wieku Starego Państwa. A kiedy o świcie otworzy 
pan  okno  swojego  pokoju,  sen  będzie  trwał  nadal:  ujrzy  pan wielką  piramidę  faraona 

Cheopsa - to niezrównane arcydzieło zniszczone przez czas. 

- A więc nie wierzy pan w winę doktora Qerry? 

- Tyle osób kłamie w tej sprawie... która z nich posunęła się do morderstwa? Oto 

jedyne ważne pytanie. 

Przez moment Dodson przestał rozumieć metodę, którą posługiwał się Szkot. W 

tej samej chwili, kiedy wydawało się, że prawda jest na wyciągnięcie ręki, lord Percival 
oddalił się od niej i obrał inną drogę dla czystej tylko przyjemności włóczęgi. 

-  Gdyby  się  to  zdarzyło  w  Anglii  -  powiedział  nadinspektor  -  zaaresztowałbym 

Qerry'ego  i  wziąłbym  go  w  krzyżowy  ogień  pytań.  Twierdził,  że  wie  wszystko  o 

morderstwie  Howarda  Langtona,  a  jego  zachowanie  dowodzi,  że  jest  w  to  w  jakimś 

stopniu zamieszany. 

-  Proszę  sobie  przypomnieć,  nadinspektorze:  sztylet,  którym  zabito  Langtona, 

notatkę  sporządzoną  ręką  ofiary,  kołnierzyk  koszuli  przesiąknięty  zapachem,  rozdział 
VI z Księgi umarłych, małą amforę przechowywaną przez Langtona... Czy wszystkie te 
ślady nie układają się w jasny obraz, który skrywa jeszcze główny motyw, ale którego 
kontury zaczynają się już pojawiać? 

- To nie jest takie proste... Czy czasem ktoś nie stara się zamydlić nam oczu? 

- Dokładnie tak, mój drogi Dodsonie. Przede wszystkim nie spieszmy się. Prawda 

jest być może na wyciągnięcie ręki, ale jeśli pomylimy obiekt, może się wymknąć. 

W  świetle  pełni  księżyca  odcinał  się  ogromny,  doskonały  trójkąt.  Wielka 

piramida, ucieleśnienie wieczności, jaśniała w mroku. 

 
Dodson był zasapany. 

Mimo  ran,  jakie  zadali  jej  arabscy  zdobywcy,  pozbawiając  piaskowcowych 

bloków  stanowiących  jej  ozdobę,  gigantyczna  piramida  faraona  Cheopsa  nadal 
panowała na płaskowyżu w Gizie, głosząc zwycięstwo Egiptu faraonów nad śmiercią. 

Lord  Percival  uprzedzał  Dodsona,  ale  wrażenie  było  niezapomniane:  otworzyć 

okno  na  jeden  z  ocalałych  siedmiu  cudów  świata  -  to  prawdziwa  przyjemność. 
Nadinspektor  przez  kilka  minut  stał  jak  skamieniały,  niezdolny  oderwać  wzroku  od 
ogromnej piramidy, kamiennego ucieleśnienia promienia pierwotnego światła. 

Kiedy  odnalazł  arystokratę  w  jadalni  Mena  House,  był  tym  jeszcze  mocno 

poruszony. Bekon, jajecznica i zielony groszek z miętą sprowadziły go na ziemię. 

- Proponuję zwiedzanie dużej piramidy, nadinspektorze, później umówimy się na 

małą wycieczkę do Średniego Egiptu. Zobaczy pan, krajobraz jest tam cudowny. 

background image

Kiedy weszła do sali restauracyjnej, Dodson przerwał jedzenie. 

-  Ależ...  To  Domenica  Strauss!  Niemiecka  egiptolog  zauważyła  mężczyzn  i 

podeszła do nich. 

- Dobry wieczór panom. Zwiedzają panowie piramidy? 

- Tak - odparł lord Percival. - Jak nie poddać się magii tego miejsca? 

- Czyżby śledztwo się skończyło? 

- Robimy co w naszej mocy, ale droga prowadząca do prawdy jest czasem kręta. 

A pani, czy próbuje pani uwolnić się od okropnego dramatu, który pani przeżyła? 

-  Ponowne  ujrzenie  piramid  to  silne  antidotum  na  cierpienie.  Nie  znam 

skuteczniejszego.  Tutaj  wszystko  wydaje  się  efemeryczne  i  ulotne.  Spędzając  dzień  na 
płaskowyżu  w  Gizie,  mam  wrażenie,  że  jestem  naprawdę  wierna  pamięci  Howarda. 
Proszę mi wybaczyć... Tak bardzo potrzebuję ciszy. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXXI 

 

- Nic tu nie ma, milordzie! - zawołał Angus Dodson na widok Tall al-Amarina w 

Środkowym Egipcie. 

- Prawie nic - poprawił arystokrata. 
Tu  było  Miasto  Słońca,  stolica  faraona  Echnatona  i  jego  królewskiej  małżonki 

Neferetiti. 

Przeciętnego  turystę  rzeczywiście  spotykał  tu  silny  zawód.  Spodziewał  się,  że 

zobaczy wspaniały pałac mieniący się dekoracjami, wielką świątynię, w której Echnaton 
i  Neferetiti  składali  ofiary  Słońcu,  z  główną  aleją,  gdzie  królewska  para  jeździła  w 

rydwanie  podziwiana  przez  lud.  Wszystko  to  jednak  zniknęło.  Pozostała  jedynie 
rozległa,  trochę  nijaka  równina  ciągnąca  się  wzdłuż  Nilu,  zamknięta  falezą,  w  której 
wykuto groby dla szlachetnie urodzonych dworzan Echnatona. Były puste, ponieważ po 
śmierci  faraona  wszyscy  egipscy  urzędnicy  powrócili  do  Teb,  poprzedniej  stolicy  i 
miasta boga Amona, które Echnaton opuścił. 

Angus  Dodson  odniósł  jednak  korzyść  z  niezwykłej  wycieczki,  ponieważ  Szkot 

pokazał  mu  widoczne  na  ziemi  ślady  nieistniejących  budowli.  Nadinspektor 
zrekonstruował  w  wyobraźni  królewską  wolierę  pełną  egzotycznych  ptaków,  pokoje 
władcy  połączone  z  pałacem  kładką  wiszącą  nad  główną  ulicą  miasta,  siedzibę 
ministerstwa  spraw  zagranicznych,  bogate  domy  arystokracji  otoczone  wspaniałymi 
ogrodami  i  upiększone  basenem.  W  ten  sposób  za  sprawą  kilku  ceglanych  murków, 
jeszcze widocznych planów i scen przedstawionych w grobowcach ożył cały nieistniejący 
świat. 

W oddali dostrzegli tuman pyłu. 

- Jakiś jeździec zbliża się w naszą stronę - stwierdził nadintendent. 
Mężczyzna  spiął  konia  o  kilka  metrów  od  śledczych,  którzy  zmuszeni  byli 

zamknąć oczy, aby nie dostały się do nich drobiny piasku. 

- Nie macie prawa przebywać tutaj! - wrzasnął inspektor Ahmed al-Fostat. 

- Pokój z panem - powiedział arystokrata. 

-  Nie  czas  na  formułki  grzecznościowe,  milordzie.  Znajdujecie  się  w  strefie 

archeologicznej zamkniętej dla turystów, co podlega surowej karze. Tym razem puszczę 
to w niepamięć, ale macie się stąd natychmiast wynieść! 

-  Wydaje  mi  się,  że  sprawuje  pan  władzę  nad  dystryktem  asuańskim,  panie 

al-Fostat, a my jesteśmy daleko. 

Inspektor do spraw starożytności uśmiechnął się złośliwie. 

- Niech pan nie próbuje dyskutować, powołując się na przepisy administracyjne, 

które  znam  lepiej  od  pana.  Jeżeli  będzie  pan  się  upierać  przy  swoim,  wypiszę  wam 

background image

mandat. 

- Jesteśmy upoważnieni do prowadzenia śledztwa - przypomniał Dodson. - Czy w 

związku z tym zechciałby mi pan powiedzieć, co pan robi w Tali al-Amarinie? 

-  Proszę  nie  zmieniać  tematu!  Przekroczyliście  granice  prawa  i  poniesiecie 

konsekwencje tego czynu! 

Lord  Percival  pokazał  dokument  w  języku  arabskim  ze  swoją  fotografią, 

ozdobiony tuzinem pieczęci. 

-  Czy  wystarczy  panu  zezwolenie  na  odwiedzenie  wszystkich  stanowisk 

archeologicznych  w  Egipcie,  wystawione  osobiście  przez  dyrektora  Służby 
Starożytności? 

Egipcjanin zsiadł z konia i obejrzał dokument. 

- Czyżby pan znał dyrektora Służby? 

- To jeden z moich starych przyjaciół. 

-  Proszę  mi  wybaczyć.  Wykonywałem  tylko  swoje  obowiązki.  Brak  czujności  z 

naszej strony sprawia, że nieświadomi turyści codziennie niszczą cenne zabytki, których 
nie potrafią zidentyfikować. Oczywiście byłbym zobowiązany, gdyby mógł pan puścić w 
niepamięć ten incydent i nie wspominać o nim dyrektorowi. 

-  Na  razie,  panie  al-Fostat,  zechce  pan  odpowiedzieć  na  moje  pytanie:  co  pan 

tutaj robi? 

- Wypełniam rutynowe zadanie... Kolega poprosił mnie, żebym go zastąpił przez 

dwa-trzy  dni  i  zrobił  inspekcję  tego  stanowiska.  Sam  pojechał  z  wizytą  do  rodziny 
mieszkającej w delcie Nilu. 

- Kiedy wraca pan do Asuanu? 

- Dziś wieczór. A... pan? 

- Zrobimy sobie małą wycieczkę 

- Czy śledztwo już się zakończyło? 

- Jeszcze trwa, panie al-Fostat, i nie tracimy nadziei, że dotrzemy do prawdy. 

- Tym lepiej, tym lepiej. Jeżeli po powrocie do Asuanu będą panowie mieli ochotę 

zwiedzić mniej znane stanowiska, proszę bez wahania się ze mną skontaktować. Ułatwię 

to panom. 

- Dziękujemy za pomoc. 
Egipcjanin wsiadł na konia i oddalił się galopem. 

- Jeśli chodzi o podstępność, ten typ nie ma sobie równych - ocenił Dodson. - Ale 

po jakiego diabła za nami jechał? 

- Wkrótce się tego dowiemy. A poza tym nie jest sam. 

Lord Percival podał nadinspektorowi miniaturową lornetkę wyregulowaną przez 

jednego z jego przodków, oficera marynarki; dzięki niej można było dostrzec nieprzy-

jaciela na dowolnym terenie i przy dowolnej pogodzie. 

background image

- Proszę spojrzeć w stronę grobów dostojników. 

- Rzeczywiście, widzę mężczyznę, który zdaje się nas śledzić... Ma kaszkiet... Ależ 

to Faxmore, Steven Faxmore! 

- We własnej osobie. Chodźmy, nadinspektorze, pokażę panu coś interesującego. 

- Nie chce pan przepytać Faxmore'a? 

- To nie będzie konieczne. 

- Ale on także nas śledzi! 

- To dobry znak, nadinspektorze. 

- Nie jestem tego taki pewien... Może nas zaatakować. 

- Z panem czuję się bezpiecznie. 
Szkot  zaciągnął  Angusa  Dodsona  do  dzielnicy  rzemieślników,  gdzie  znaleziono 

słynną  głowę  Neferetiti,  przechowywaną  w  muzeum  w  Berlinie.  Uważnie,  zgodnie  z 
planem,  szedł  wzdłuż  domów  rzeźbiarzy  i  tkaczy,  i  w  końcu  znalazł  pozostałości 
budynku, którego szukał. 

- Co pan o tym sądzi, mój drogi Dodsonie? 

-  Ściany  z  surowej  cegły,  resztki  pieca,  małe  pomieszczenia,  gdzie  składowano 

dzbany... właśnie to miejsce sfotografował Oerry! 

- Nie ma wątpliwości. 

- Skąd takie zainteresowanie tym antycznym warsztatem? 

-  Ponieważ  to  najstarszy  znany  browar  -  odpowiedział  w  zamyśleniu  lord 

Percival. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXXII 

 
Nie  było  wiatru,  więc  wydawało  się,  że  słońce  świeci  tu  ostrzej  niż  w  Asuanie. 

Dodson spływał potem, ale lord Percival czuł się równie dobrze, jak gdyby przechadzał 
się po ścieżce w Szkocji. 

- Czy czuje się pan na siłach, by iść aż do grobowców, nadinspektorze? 

- Aby przesłuchać Faxmore'a? 

- Nie, ucieknie, kiedy tylko zobaczy, że idziemy w jego kierunku. Chciałbym, żeby 

pan poznał jednego z moich starych przyjaciół. 

- Jeśli to konieczne... 

-  Proszę  popić  wody  z  manierki.  Jest  letnia  i  z  cytryną.  Pójdziemy  powoli  i 

wszystko będzie dobrze. 

Nekropolia  Tali  al-Amarina,  której  groby  wydrążone  były  w  falezie  wznoszącej 

się  nad  nieistniejącą  stolicą,  wyglądała  patetycznie,  w  odróżnieniu  od  Gizy,  Sakkary, 

Teb  i  innych  wielkich  nekropolii  Egiptu  faraonów.  Miejsce  to,  zaplanowane  jako 
wieczny  dom  dygnitarzy  Echnatona,  miało  jedynie  charakter  tymczasowy.  Poza  tym 
skała była miękka i płaskorzeźby, bardzo zniszczone, były w większości nieczytelne. 

Pokonawszy  zbocze,  na  tyle  strome,  że  zabrakło  im  tchu,  Szkot  wyprzedził 

Dodsona  i  jako  pierwszy  dotarł  do  grobowca  słynnego  Ejego,  który  służył  najpierw 
Echnatonowi, później Tutanchamonowi, a po przedwczesnej śmierci młodego króla sam 
został faraonem. 

“Tu przynajmniej jestem w cieniu", pomyślał Dodson. 
Lord  Percival  pozwolił  Dodsonowi  odzyskać  siły,  następnie  pokazał  mu  słynny 

Hymn  do  Atona  ułożony  przez  samego  Echnatona  i  zamieszczony  w  jego  grobowcu 
przez wiernego Ejego. Tekst wychwalał słońce, którego obecność dawała życie i radość 

wszystkim stworzeniom. W Tali al-Amarinie najważniejszym momentem była adoracja 
wschodzącego słońca, uważanego za stworzyciela wszystkich rzeczy. 

Na progu pojawił się wysoki Egipcjanin w białej dżellabie, w turbanie na głowie i 

z długą laską w prawej ręce. 

- Pokój wam, przyjaciele. 

- Pokój tobie, Mohamedzie, i twojej rodzinie - odpowiedział Szkot. - Twój starszy 

syn jest już pewnie dojrzałym mężczyzną. 

-  Został  inżynierem,  ożenił  się,  jest  szczęśliwy,  ale  wyjechał  do  Kairu...  Dziś 

młodzież nie umie już cenić uroków wsi. Czy twój dom nadal jest taki piękny? 

- Dbam o niego, jak na to zasługuje. 

-  To  obowiązek  człowieka  o  wielkim  sercu,  przyjacielu.  Jestem  szczęśliwy,  że 

znowu cię widzę na tej ziemi. 

background image

- Przyjechałem tu z powodu morderstwa popełnionego w Asuanie, i chciałem się z 

tobą przywitać. 

-  Nasza  młodość  uleciała,  ale  wiek  pozwala  nam  patrzeć  na  nasze  życie  i  życie 

innych  z  większym  dystansem.  Morderstwo  w  Asuanie...  Cały  kraj  mówi  tylko  o  tym. 
Wszyscy  wiedzą,  że  już  kazałeś  uwolnić  niewinnego  człowieka.  I  zaaresztujesz,  ma  się 
rozumieć, prawdziwego mordercę. 

- Jeśli Bóg tak chce, Mohamedzie. 

- Należysz do ludzi, którzy chętnie pomagają Bogu wypełniać jego zamysły. 
Mówiąc  biegle  po  francusku  i  po  angielsku,  Mohamed  używał  niekiedy 

zaskakujących  wyrażeń,  ale  nie  umniejszało  to  szlachetności  promieniującej  od  jego 

osoby. 

- Czy przypominasz sobie, przyjacielu, nasz długi spacer w krainie duchów, kiedy 

zaprowadziłem cię aż do grobu Echnatona? 

- Szedłem za tobą bez najmniejszej obawy, mimo że droga była trudna, a nawet 

niebezpieczna. 

- Ale grób został splądrowany... 

- A ty, Mohamedzie, ciągle jesteś przekonany, że istnieje drugi grób. 

-  Jestem  tylko  fellachem,  nie  archeologiem.  Ale  ostatnio  zrobił  się  tutaj  spory 

ruch,  jak  gdyby  specjaliści  podzielali  moją  opinię.  Nawet  słynny  Abd  el-Mosul 
przyjechał rozejrzeć się po okolicy. 

- Czyżby rozpoczął nielegalne poszukiwania? 

- Jest dostatecznie sprytny, żeby nie wzbudzać czujności władz i nigdy nie działa 

osobiście. Ale powtarzam ci, wiele się tu ostatnio dzieje... 

Z racji funkcji burmistrza Mohamed nie mówił wprost, a lord Percival nie mógł 

go wypytywać z obawy, że go urazi. Należało więc wdać się w długą rozmowę, w której 
padło wiele pytań o przyszłość licznych dzieci czcigodnego starca, który miał tylko dwie 
żony. Mohamedowi niezbyt odpowiadały zmiany zachodzące we współczesnym świecie, 
a jeszcze mniej podobała mu się inwazja turystów. 

-  Jakiś  egiptolog  usiłuje  kupić  kilka  pięknych  przedmiotów  za  niewielkie 

pieniądze - poinformował Egipcjanin. - W okolicy do niedawna nikt go nie znał. 

- Kiedy widziałeś go ostatni raz? 

- Dzisiaj rano. O  tej porze powinien  już być w pobliżu promu, którym popłynie 

na drugi brzeg. 

- Czy mógłbyś zatrzymać ten prom? 

- Czego się nie robi dla takiego przyjaciela jak ty, Percivalu? 
Dodson  nieprędko  zapomni  doświadczenie,  jakim  była  przejażdżka  promem 

zwanym  wieśniaczym.  Wciśnięty  między  motorynkę  i  owce,  usiłował  uśmiechać  się  do 
starej zakwefionej Egipcjanki, która przyglądała mu się z zainteresowaniem. 

background image

Duża tratwa płynęła trasą obliczoną na wyczucie. 
Lord Percival dostrzegł egiptologa, o którym opowiadał mu Mohamed. 
Yillabert  Glotoni,  w  białym  kaszkiecie,  oparty  plecami  o  metalowy  słup,  za 

wszelką cenę usiłował pozostać nie zauważonym. 

- Pan Glotoni! Jak miło pana widzieć. 
Duża kwadratowa głowa Francuza poruszyła się. 

- A, lord Percival! Co za niespodzianka... Zrobił pan sobie małą wycieczkę? 

-  Chciałem  pokazać  nadinspektorowi  niezwykłe  położenie  Tali  al-Amariny, 

rzadko  odwiedzanej  przez  turystów.  Miejsce  mało  widowiskowe,  ale  dotyka  się  tu 

prawdziwej archeologii. 

- Tak, tak, to prawda... 

- A pan, panie Glotoni, przechadzał po okolicy? 

-  Och  nie!  Przy  takim  ogromie  pracy  to  niemożliwe.  Pojechałem  sprawdzić 

pogłoskę  o  odkryciu  posążka  ibisa.  Niestety  to  nieprawda,  jak  to  często  bywa.  Ale  to 
żelazna  reguła  zawodu  archeologa  i  trzeba  się  z  tym  pogodzić.  Czy  panowie  skończyli 
już dochodzenie? 

- Niezupełnie, panie Glotoni. Ale nadinspektor i ja mamy nadzieję, że to wkrótce 

nastąpi. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXXIII 

 
Właściciel  kawiarni  pokropił  wodą  kafle,  przeciągnął  wiekową,  pamiętającą 

czasy okupacji brytyjskiej szmatą, następnie posypał je grubą warstwą wiórów. 

Komisarz  Abdel-Atif,  siedząc  przy  swoim  stoliku,  palił  fajkę  wodną  z  grudką 

haszyszu. 

Na widok wchodzących Brytyjczyków skinął ręką. 

- Proszę usiąść! Co panowie piją? 

- Kawa po turecku dla nadinspektora i napar z kozieradki dla mnie. Po powrocie 

do Asuanu poszliśmy na komisariat i powiedzieli nam, że znajdziemy pana tutaj. 

-  To  ustronne  miejsce  rozmów...  W  komisariacie  ściany  mają  uszy  -  a  jest  zbyt 

wielu  podwładnych,  którzy  czyhają  na  moje  miejsce.  Jak  się  przedstawiają  rezultaty 
waszych działań? 

- Nienadzwyczajnie, komisarzu, mamy jednak kilka intrygujących poszlak, które 

usiłujemy połączyć w jedną całość. 

- Intrygujących? W jakim sensie? 

- Jest jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić. 

- Panowie, szczerze mówiąc, oczekiwałem was z niecierpliwością! Mój przełożony 

bombarduje  mnie  telefonami,  pytając  o  tożsamość  mordercy,  a  z  kolei  on  sam  jest 

nieustannie wzywany  przez  ministra  spraw  wewnętrznych,  którego  dyskretnie  ponagla 
ambasador Wielkiej Brytanii. Tak więc, jeśli w krótkim czasie nie doprowadzą panowie 
sprawy do końca, pozostanie nam Abu. 

- Wykluczone - sprzeciwił się Dodson - ponieważ mamy dowody jego niewinności. 

- Tym gorzej, nadinspektorze. Jeśli nie zaniknę tej sprawy, wylecę. 

-  Proszę  uważać  na  babkę  Abu  -  doradził  lord  Percival.  -  To  Nubijka...  A  pan 

lepiej ode mnie zna jej magiczną moc. 

Komisarz Abdel-Atif zasępił się. Takiego ostrzeżenia nie wolno było lekceważyć. 

- Co zamierzają panowie teraz robić? 

- Czekać. 

- Jak to czekać! Przecież każda kolejna godzina gra na naszą niekorzyść! 

-  Rzuciłem  kilka  ziaren  tu  i  ówdzie  i  mam  nadzieję,  że  doczekamy  się  plonów. 

Trzeba być fatalistą, komisarzu, czyż nasz los nie spoczywa w rękach Boga? 

Egipskie słońce było czerwone o świcie, lśniąco białe w południe i fioletowe pod 

wieczór.  Śledzenie  jego  toru  o  każdej  porze  dnia  to,  według  starożytnych  Egipcjan, 

uczestniczenie  w  bezustannych  metamorfozach  istoty  boskiej,  która,  ciągle  zmieniając 
swoje oblicze, pozostawała niezmienna. 

Lord Percival nie bez niepokoju uczestniczył w tym bajecznym widowisku, stojąc 

background image

na balkonie sypialni. Z długiej rozmowy telefonicznej z sekretarką dowiedział się, że na 
giełdzie  odnotowano  zwyżkę,  a  zwłaszcza  że  Abercrombie  zaczął  poważnie  cierpieć  z 

powodu nieobecności swego pana. Jeszcze nie odmawiał swojej porcji  koziego sera, ale 
wzrok mu przygasł i mimo pieszczot lady Ophelii stracił energię. 

Dorothea Pettigrew prosiła lorda, by nie przedłużał pobytu w Egipcie, gdyż stan 

zdrowia Abercrombiego pogarsza się. 

Nestor  Pwryctswll,  walijski  majordomus,  potwierdził  te  obawy,  zapewniając 

jednocześnie, że w domu wszystko w porządku. Nestor nie rozumiał, dlaczego ktoś tak 
szlachetnie urodzony jak jego pan pojechał do odległego i dzikiego kraju, ale wypełniał 
swoje zadania ze zwykłą starannością. 

Zadzwonił telefon. 
Szkot podniósł słuchawkę. 

- Lord Percival? - zapytał przytłumiony głos. 

- Przy telefonie. Kto mówi? 

- To nie ma znaczenia. Mam panu coś do powiedzenia. 

- Jestem gotów pana wysłuchać. 

- Nie przez telefon. 

- Proszę mi wyznaczyć spotkanie. 

- Czy zna pan wyspę kwiatów? 

- Dość dobrze. 

-  Proszę  przyjść  w  południe  pod  najstarszą  sykomorę.  Niech  pan  będzie  sam,  a 

przede wszystkim proszę nie informować komisarza Abdel-Atifa. 

-  Na  świętego  Andrzeja,  milordzie!  -  zawołał  wzburzony  Dodson.  -  Chyba  nie 

będzie pan ryzykował wpadnięcia w pułapkę! 

-  Proszę  się  uspokoić,  nadinspektorze.  Wyspa  kwiatów  to  mały  raj,  z  którego 

wypędzono przemoc. 

- Jestem przekonany, że pański rozmówca spróbuje się pana pozbyć. 

- Zobaczymy. Myślę, że zaczynamy zbierać owoce naszych działań. 

- Każmy przynajmniej policji otoczyć wyspę! 

- Tylko nie to. Myślę, że zidentyfikowałem  mego rozmówcę  - dość nieumiejętnie 

zmienił  głos.  Natychmiast  zorientuje  się  w  rozmiarach  nadzwyczajnych  środków 
ostrożności. Jeśli nie wrócę do czternastej, niech pan podejmie stosowne kroki... 

Dodson  zrozumiał,  że  nie  należy  nalegać.  Ale  poczuł  ukłucie  w  sercu,  kiedy 

zobaczył Szkota oddalającego się w feluce w kierunku wyspy kwiatów. 

Hibiskusy,  poinsecje,  bugenwile,  klematisy,  drzewa  namorzynowe,  figowce, 

sykomory,  drzewa  kapokowe,  palmy  i  inne  cuda  tworzyły  prawie  nierealny  pejzaż 
wyspy  kwiatów  i  drzew,  na  zachód  od  północnego  krańca  Elefantyny.  Raj  ten  nie 
powstał  spontanicznie,  ale  zrodził  się  z  botanicznej  pasji  brytyjskiego  oficera,  lorda 

background image

Kitchenera,  pogromcy  pierwszego  islamskiego  fanatyka  ery  nowożytnej,  Mahdiego, 
który miał nadzieję, że podbije Sudan i Egipt. Żołnierz ten był w głębi serca miłośnikiem 
natury  w  jej  najbardziej  kuszących  formach;  dlatego  lord  Kitchener  sprowadził  na 
wyspę liczne rzadkie rośliny z Azji i Afryki i zakomponował rajski ogród pełen ptaków i 

wyrafinowanych  zapachów.  Tylko  Egipt  mógł  zmienić  wojownika  w  twórcę  ogrodu 

botanicznego. 

Zgodnie  z  otrzymanymi  instrukcjami  Szkot  podążał  zadbaną  aleją  wprost  do 

najstarszej sykomory na wyspie - ogromnego drzewa, dającego zbawczy cień. Lord Per-
cival szedł powoli, poddając się nostalgicznym wspomnieniom. 

Realia  śledztwa  jednak  powróciły,  kiedy  dostrzegł  mężczyznę,  którego 

spodziewał się zobaczyć. Był to Ahmed al-Fostat, inspektor do spraw starożytności! 

background image

 

ROZDZIAŁ XXXIV 

 
Egipcjanin  siedział  na  murku,  w  sporej  odległości  od  olbrzymiego  pnia. 

Arystokrata usiadł po jego lewej ręce, nie patrząc na niego. 

- Z pewnością nie spodziewał się pan mnie ujrzeć, milordzie. 

- Pański telefon był bardzo tajemniczy, panie al-Fostat. 

- Musi pan zrozumieć, że mam skrępowane ręce. Na moim stanowisku muszę być 

bardzo dyskretny. Gdyby nas tu przyłapano, moje życie byłoby w niebezpieczeństwie. 

- Czyżby posiadł pan tajemnicę zbyt ciężką na pańskie barki? 

-  Istotnie,  i  nie  mam  ochoty  nadstawiać  głowy  dla  kogoś,  kto  usiłuje  mną 

manipulować i kto przy pierwszej lepszej okazji mnie opuści... 

- Czy mógłby pan mówić jaśniej? 

- Pod warunkiem, że obieca mi pan pomoc. 

- Wszystko zależy od tego, o co mnie pan poprosi, panie al-Fostat. 
Egipcjanin  wyrwał  kilka  ździebeł  trawy  i  zwinął  je,  jakby  próbował  odczynić 

urok. 

- Jestem naprawdę w bardzo trudnym położeniu... Moja rola polega na ochronie 

egipskich zabytków przed rabusiami, a teraz znalazłem się w potrzasku i będę miał nie 
lada  kłopot,  żeby  się  z  niego  wydostać.  A  przecież  budowałem  swoją  karierę  krok  po 
kroku,  skrupulatnie,  i  nawet  nie  przypuszczałem,  że  jakiś  diabeł  zastawi  na  mnie 
pułapkę na zakręcie drogi. 

- Inaczej mówiąc, ktoś pana szantażuje. 

-  Tak,  milordzie.  Ktoś,  kto  chce  wykorzystać  moją  wiedzę  i  autorytet,  aby 

prowadzić nielegalną działalność. Jeśli nie zareaguję, zostanę wbrew sobie wciągnięty w 
to całe zamieszanie, a jestem całkowicie niewinny. 

- Czy zgodzi się pan podać mi nazwisko tej osoby? 

- Muszę... I liczę trochę na pana jako na wybawcę. 

- Dlaczego nie ma pan zaufania do komisarza Ab-del-Atifa? 

- Ponieważ to tchórz, który myśli jedynie o swojej karierze. Nigdy nie odważy się 

pokrzyżować planów Abd el-Mosula. 

- Abd el-Mosul... A więc nie przestał szukać skarbów! 

-  Tak  naprawdę  ustatkował  się,  ale  nadarzyła  się  znakomita  okazja  i  jego  stare 

odruchy wzięły górę. 

- Chodzi o skarb? 

- O niesplądrowany grób. 

- To wyjątkowa rzadkość - zdziwił się lord Percival. 

-  Sam  w  to  nie  wierzyłem...  Ściślej  mówiąc,  chodzi  o  nienaruszoną  część 

background image

grobowca w Dolinie Orła w Tebach. Wszyscy byli przekonani, że tam nie ma już nic do 
odkrycia, ale mylili się. Abd el-Mosul dowiedział się oczywiście o moich wcześniejszych 
poszukiwaniach  i  zabronił  mi  sporządzać  raport  dla  Służby  Starożytności  pod  groźbą 
represji w stosunku do mnie i członków mojej rodziny. Ponieważ skorumpował policję, 
czułem  się  beznadziejnie  sam,  aż  do  pańskiego  przyjazdu...  Najpierw  uważałem,  że 
będzie  pan  wrogiem,  co  wyjaśnia  moją  postawę.  Później  zrozumiałem,  że  ponad 

wszystko  stawia  pan  uczciwość.  Teraz  liczę  tylko  na  pana,  bo  tylko  pan  może 
przeszkodzić Abd el-Mosulowi w kolejnym rabunku. 

- Jeśli dobrze rozumiem, prosi pan, żebym jak najszybciej obejrzał ten grób? 

-  Decyzja  należy  do  pana,  milordzie.  Ale  tak  naprawdę  o  to  mi  właśnie  chodzi. 

Może nakryje pan wreszcie Abd el-Mosula na gorącym uczynku, dzięki czemu mógłby 
pan posłać go do więzienia i wyzwolić Egipt od jednej z plag. Ale jeśli poinformuje pan 

komisarza Abdel-Atifa o pańskich zamiarach, on uprzedzi Abd el-Mosula i znajdzie pan 

jedynie ograbiony i zdewastowany grób. 

- Czy pójdzie pan ze mną? 

- To niestety niemożliwe. Jeżeli się pojawię, ludzie Abd el-Mosula  doniosą  mu o 

tym. A ja mam jedną słabość - zależy mi na życiu. 

- A któż inny mógłby mnie powiadomić, jeśli nie pan? 

-  Komisarz.  Ponieważ  jego  stanowisko  jest  zagrożone  i  potrzebuje  na  gwałt 

winnego,  mógłby  wskazać  panu  ten  trop,  aby  nakryć  w  końcu  Abd  el-Mosula  na 
gorącym uczynku. Wziąwszy pod uwagę, że to ważne miejsce, będzie tam osobiście, aby 
kierować akcją. Nie zdziwiłbym się, gdyby już zaczął... Musi się oczywiście wystrzegać 
patroli lokalnej policji, ale z pewnością przekupił kilka osób, które podały mu dokładne 
godziny obchodów. W ten sposób nikogo nie będzie można posądzić o grabież, ponieważ 
przepisy  będą  skrupulatnie  przestrzegane.  Jeśli  pan  chce,  milordzie,  ten  ruch  może 
należeć do pana. 

- Czy to oznacza, że Abd el-Mosul jest mordercą Howarda Langtona? 

- Nie  mogę tego potwierdzić, bo nie  mam dowodów jego winy. Ale przypuśćmy, 

że Langton miał odważny pomysł zaatakowania Abd el-Mosula, aby ujawnić, że nadal 
trudni  się  grabieżą...  W  takich  okolicznościach  ten  ostatni  mógłby  zareagować 
gwałtownie. Ale, powtarzam, to tylko hipoteza. Oczywiście, gdyby Abd el-Mosul był pod 
kluczem, z pewnością musiałby mówić i wyznać wszystkie swoje zbrodnie, nie tylko po 
to, by się tym chełpić. 

- To rzeczywiście możliwe. 

- A więc... Czy zgodzi się pan mi pomóc? 

- Jeśli chcę odkryć prawdę, nie mam wyboru. 

- Wskażę panu położenie tego grobu. 

Cienkim i ostrym patykiem Ahmed al-Fostat narysował na piasku plan i pokazał 

background image

lordowi Percivalowi najlepsze dojście do niesplądrowanego sanktuarium. 

-  Proszę  wziąć  ze  sobą  mocną  linę  i  latarkę  -  poradził  Egipcjanin.  -  I  niech  pan 

będzie bardzo ostrożny. Skały są śliskie, a dostęp do grobu jest utrudniony. Gdyby miał 
pan pozwolenie, warto byłoby mieć przy sobie broń. Ale Abd el-Mosul nigdy się do tego 
nie posuwa. I będzie tak wściekły, że został nakryty, że podda się bez walki. 

Inspektor  do  spraw  starożytności  wstał  i  rozejrzał  się  wokół.  O  tej  godzinie 

wyspa kwiatów była pusta. 

- Proszę stąd odejść po upływie kwadransa  - poradził Szkotowi.  - Pozwolę sobie 

życzyć panu szczęścia. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXXV 

 

Mimo  znakomitej  szkockiej  whisky  i  cudownego  cienia  na  tarasie  Starej 

Katarakty, rozmowa była krótka. 

- To wykluczone, milordzie. 

- Jako nadinspektor nie powinien pan działać w terenie. Biorę to na siebie. 

-  Czyżby  uważał  mnie  pan  za  biurokratę?  -  zaprotestował  wyraźnie  wzburzony 

Dodson.  -  Prawda  wymaga  wszelkich  poświęceń!  A  ja  jestem  gwarantem  pańskiego 
bezpieczeństwa. Jeśli podejmie pan tę wyprawę, pójdę z panem. 

- Za bardzo cenię sobie wolność jednostki, by panu zabronić. 

- Ahmed al-Fostat nie wzbudza zaufania - stwierdził nadinspektor - Ale dostarczy 

nam,  być  może,  klucz  do  rozwiązania  tej  zagadki.  Proszę  mi  powiedzieć  szczerze, 
milordzie... Czy umiejscowienie tego grobu wydaje się panu prawdopodobne? 

- Oczywiście, mój drogi Dodsonie. Znam dobrze tę ścieżkę; niegdyś wielokrotnie 

tamtędy chodziłem. Mam nadzieję, że nie ma pan zawrotów głowy? 

- Nie aż takie, żeby się rozchorować. Ale... skąd weźmiemy linę? 

- Wziąłem ze sobą. 

- Jak mógł pan przewidzieć... 

-  Jest  kilka  przedmiotów,  których  nie  wolno  nigdy  zapominać,  wyjeżdżając  ze 

Szkocji.  Kiedyś  archeolodzy  oprowadzili  mnie  po  niemal  wszystkich  grobach  Doliny 
Możnych Notabli w Tebach Zachodnich. Gdzieniegdzie musieliśmy się wspinać. 

Dodson  zrozumiał,  że  to  nie  koniec  jego  udręki  i  że  zdecydowanie  lepiej  było 

nigdy nie opuszczać nowoczesnego biura w Scotland Yardzie oraz londyńskiego bruku. 

 

Kto  po  raz  pierwszy  ujrzał  zachodni  brzeg  Teb,  zdawał  sobie  sprawę,  że  życia 

byłoby  mało,  by  ogarnąć  te  wszystkie  cuda.  Dolina  Królów,  Dolina  Królowych, 
grobowce Możnych Notabli, istniejące tu od milionów lat świątynie Setiego I, Ramzesa 

II  i  Ramzesa  III  i  tyle  innych  pamiątek  przyszłości,  z  których  wiele  pozostawało  nie 
znanych  szerszej  publiczności,  czyniły  z  tego  magicznego  miejsca  najbogatsze 

stanowisko archeologiczne na świecie. Tutaj, przez wieki, starożytni Egipcjanie, zgodnie 
z  ich  własnymi  słowami,  “stworzyli  niebo  na  ziemi"  i  łączyli  się  duchowo  z 

niewidzialnym. 

Taksówka, która wiozła obu Brytyjczyków do podnóża falezy Ad-Dajr al-Bahri, 

nie miała ani hamulców, ani reflektorów, ani kilku innych nieistotnych drobiazgów, ale 
została  bogato  ozdobiona  ręką  Fatimy.  Mechanik  nie  byłby  w  stanie  wyjaśnić,  w  jaki 
sposób  ten  samochód  jeździ,  ale  kierowca  był  bardzo  grzeczny,  nawet  jeśli  miał 
irytującą skłonność do przejeżdżania tuż obok rowerów i osłów. 

background image

Słońce  jak  zwykle  silnie  operowało  na  tarasie  przed  świątynią  Hatszepsut, 

wzniesioną przez faworyta i architekta królowej ku czci boga Amona, posiadającego ta-
jemnicę stworzenia. Niezwykła budowla wzniesiona na tarasach była ściśle połączona z 
falezą  i  przyciągała  licznych  turystów.  W  czasach  królowej  Hatszepsut  ta  wspaniała 
świątynia  była  częściowo  ukryta  za  zasłoną  zieleni  i  ogrodów,  gdzie  rosły  drzewa 
żywiczne. 

Lord Percival wybrał okrężną ścieżkę. Była dłuższa od tej, którą wskazał Ahmed 

al-Fostat, ale ta ostrożność pozwalała uniknąć ewentualnego niepożądanego spotkania. 

Grupka chłopców usiłowała iść za Brytyjczykami, ale kiedy zbocze stało się zbyt 

strome, odpuścili. Jedynie kilku poganiaczy osłów zapuściło się na te kamieniste ścieżki, 
które  biegły  między  szczytami  i  dominowały  nad  głównymi  stanowiskami 

archeologicznymi. 

Szkot  szedł  umiarkowanym  tempem  doświadczonego  wspinacza,  który  umie 

oszczędzać  siły.  Dodson  miał  więc  czas  na  podziwianie  niezwykłego  pejzażu,  zapomi-
nając o upale i wysiłku. 

Dolina  Orła  zasługiwała  na  swoją  nazwę.  Dzika,  niemal  nieprzyjazna,  jeszcze 

niedawno  była  królestwem  drapieżników,  z  których  kilka  ciągle  jeszcze  nawiedza  te 
niedostępne miejsca. 

Lord Percival podniósł wzrok. 

- Proszę spojrzeć, wejście do grobowca jest tam, w górze. 
Dziewiętnaście metrów nad ziemią widać było otwór w skale. 

-  Nie  czuję  się  na  siłach,  żeby  odbyć  taką  wspinaczkę  -  wyznał  przygnębiony 

Dodson. 

- Nie będziemy się wspinać, lecz schodzić.   
Szkot zaprowadził nadinspektora na ścieżkę, która wiodła na szczyt falezy. 
Lina wpięta w hak sięgnęła wejścia do grobowca. 

- Al-Fostat nie kłamał - stwierdził lord Percival.- Ktoś już tu był. 
Arystokrata wpiął w hak linę asekuracyjną. 

- Proszę na mnie czekać, nadinspektorze. Jeśli będzie nam coś groziło, uprzedzę 

pana. 

Angus  Dodson  nie  miał  czasu,  żeby  zaprotestować.  Lord  Percival  dość  zręcznie 

rozpoczął zjazd. 

Udało mu się łagodnie wylądować na małej półce skalnej, skąd schodziło się do 

świątyni. 

Zapalił latarkę i zniknął w wąskim przejściu. 
Kilka metrów niżej poczuł ucisk w sercu. 

Lord  Percival  widywał  już  trupy,  czasem  naznaczone  cierpieniem,  ale  po  raz 

pierwszy ujrzał takie piekło. 

background image

Pożar  poczernił  ściany  grobowca,  gdzie  wszystkie  płaskorzeźby  zostały 

okaleczone.  Na  podłodze  walały  się  szczątki  mumii,  powyrywane  ramiona,  poucinane 

nogi,  rozbite  czaszki.  Wandale  nie  wykazali  najmniejszego  szacunku  dla  osób,  które 
wierzyły, że znajdą tu wieczny spoczynek. 

Wstrząśnięty  takim  barbarzyństwem  lord  Percival  wszedł  głębiej  do  ponurego 

grobowca. 

W rogu zobaczył otwór wznoszący się nad dwoma belkami. Powyżej drugą salę, 

w której powinny się znajdować naczynia i sarkofag. 

 

- Milordzie! - zawołał zaniepokojony Dodson. - Gdzie pan jest? 
Potężny  huk  przerwał  panującą  w  górach  ciszę.  Drapieżne  ptaki  opuściły 

kryjówki i przeleciały nad inspektorem. 

Z wejścia do grobowca wydostał się obłok dymu. 

- Niech się pan odezwie, milordzie. Proszę! 
Na arystokratę musiało runąć sklepienie grobowca. 

background image

ROZDZIAŁ XXXVI

 

 
Angus  Dodson  ubezpieczył  się  jako  tako  liną  i  opuścił  się  w  czeluść.  Być  może 

istniała jakaś szansa na uratowanie lorda Percivala. 

Już  po  chwili  zobaczył  postać  wynurzającą  się  z  pyłu,  która  wychodziła  z 

grobowca. 

- Czy to pan, milordzie? 

- Proszę wracać, mój drogi Dodsonie. Zbiorę siły i przyjdę do pana. 

- Czy nie jest pan ranny? 

- Wszystko w porządku... Ale zaczęło mi brakować powietrza. 
Szkot pewnie wszedł na szczyt falezy. 

- Co się stało? 

-  Nad  progiem  tej  części  grobu,  która  powinna  być  nieograbiona,  jest 

współczesne  rusztowanie.  Byłem  ostrożny,  ponieważ  ta  licha  konstrukcja  wskazywała, 
że ktoś tu był. Kiedy dotknąłem wyższej belki, całość runęła. Zaledwie miałem czas, żeby 
uciec do wyjścia. 

- Al-Fostat świadomie wysłał pana na śmierć! 

- Możliwe... 

- Jeszcze pan w to wątpi? 

- Muszę sprawdzić jeszcze jedną rzecz. 

- Co takiego? 

- Chciałbym wiedzieć, czy dno grobowca rzeczywiście nie zostało zbadane. 

- Jak chce się pan o tym przekonać? 

-  Poczekam,  aż  opadnie  pył,  i  wrócę  do  tego  grobowca,  w  którym  rabusie 

wyrządzili okropne spustoszenie. 

- Niech pan nawet o tym nie myśli! 

- Przypuszcza pan, że moglibyśmy znaleźć ciało na dnie grobowca? 

- Myśli pan o... Abd el-Mosulu? 

- Wkrótce się tego dowiemy, nadinspektorze. Szkot spędził ponad dwie godziny w 

zdewastowanym grobowcu. Tym razem nic się nie wydarzyło. 

Kiedy  lord  Percival  pojawił  się  ponownie  na  powierzchni,  Dodson  odetchnął  z 

ulgą.  Jako  umysł  ścisły  nie  wierzył  w  przekleństwo  faraonów,  ale  w  takich  okoli-
cznościach należało zachować ostrożność i nikomu nie dowierzać. 

- Co pan o tym sądzi, milordzie? 

- Ten grób został całkowicie zdewastowany już dawno. Złodzieje wyżyli się nawet 

na nieszczęsnych mumiach. Ale znalazłem to! 

Otworzył  prawą  dłoń  i  pokazał  Dodsonowi  niewielki  przedmiot  -  amulet  w 

kształcie żaby. 

background image

- Czy to autentyczne? 

- Starożytne i autentyczne, nadinspektorze. 
Tuzin  policjantów  ponaglanych  przez  podekscytowanego  Ahmeda  al-Fostata 

wspinał się na szczyt, gdzie Brytyjczycy chwilę odpoczywali przed zejściem do doliny. 

Kiedy  inspektor  do  spraw  starożytności  zobaczył  obu  mężczyzn,  głośno 

dziękował Allahowi i przez dobrą minutę śpiewał hymny na jego cześć. 

-  Tak  się  bałem,  tak  okropnie  się  bałem!  -  wyznał,  ściskając  dłoń  magnata.  - 

Zrozumiałem,  że  Abd  el-Mosul  wciągnął  nas w  pułapkę,  pana  i  mnie,  ale  sądziłem,  że 
przybędę za późno. Co się stało w grobowcu? 

-  Banalny  wypadek:  zawaliły  się  belki  stoczone  przez  robaki.  Miałem  dużo 

szczęścia, że uszedłem stamtąd z życiem. 

-  Jak  mógłbym  błagać  pana  o  przebaczenie,  milordzie?  Byłem  naiwny,  taki 

naiwny! 

-  No  cóż,  proszę  mi  wyjaśnić,  w  jaki  sposób  rozszyfrował  pan  podstęp  Abd 

el-Mosula. 

- To czysty przypadek... Znaleźć coś tak okropnego! To potworne, aż trudno mi o 

tym mówić. Myślę o mumiach... 

Wydawało się, że Ahmed al-Fostat za chwilę zemdleje. 

- Wracajmy do Asuanu - zaproponował lord Percival. - W drodze dojdzie pan do 

siebie. 

W  Luksorze  lekarz  zrobił  inspektorowi  zastrzyk  uspokajający,  następnie 

al-Fostata i obu Brytyjczyków odwieziono służbowym samochodem do Asuanu. 

- Czy już może pan udzielić wyjaśnień, panie al-Fostat? 

-  Tak,  już  mi  lepiej...  dużo  lepiej.  Co  za  straszna  historia!  Tak  przerażająca,  że 

powinna istnieć tylko w wyobraźni pisarzy! Nigdy bym nie uwierzył, że może się zdarzyć 
coś tak odrażającego. 

Ahmed  al-Fostat  mówił  urwanymi  zdaniami,  jakby  miał  trudności  z  dobraniem 

właściwych słów. 

- Na pustyni na zachód od Asuanu odkryto niedawno mały grób. Wewnątrz było 

około  dziesięciu  mumii  w  lepszym  lub  gorszym  stanie.  Archeolog,  który  dokonał 
odkrycia,  przedstawił  raport,  który  wydał  mi  się  dość  niejasny.  W  podobnych 
wypadkach lubię sam pojechać w teren, żeby sprawdzić na miejscu, czy nie przeoczono 
czegoś istotnego. Zwykle przyjeżdżam na stanowisko około dziewiątej rano i odjeżdżam 
przed  południem.  Ale  tym  razem  zepsuł  się  mój  jeep  -  na  szczęście  udało  mi  się  go 
naprawić  samemu.  Kiedy  doszedłem  do  grobowca,  zostawiwszy  wóz  w  pewnej 
odległości,  dochodziło  pół  do  pierwszej.  Miejsce  wydawało  się  wyludnione,  ale 
usłyszałem  głosy.  Natychmiast  wzmogłem  czujność.  Niekiedy  złodzieje  próbują 
splądrować  znalezisko,  zanim  policja  zapewni  mu  ochronę.  Ukryłem  się  w  cieniu 

background image

wydmy, żeby obserwować, sam nie będąc widzianym. I wie pan, kogo tam zobaczyłem? 

- Przypuszczam, że Abd el-Mosula. 

-  Tak,  ale  nie  był  sam!  Targował  się  z  doktorem  Qerry.  Ten  ostatni  coś  mu 

podawał. Abd el-Mosul twardo kłócił się o cenę. 

Dodson zbladł. 

- A to coś... To chyba nie była... 

-  Tak,  nadinspektorze!  To  był  kawałek  mumii!  Qerry  tłumaczył,  że  wybrał 

najlepszą, że ma jeszcze dwie lub trzy inne wartościowe. 

- Najlepszą... do czego? 

Ahmed al-Fostat spuścił głowę, głęboko zasmucony. 

-  Niektórzy  ciągle  jeszcze  wierzą,  że  sproszkowana  mumia  ma  właściwości 

afrodyzjaku. Abd el-Mosul jest już stary, rozumie pan... 

- To odrażające! - krzyknął Angus Dodson, którego sumienie zawodowe doznało 

gwałtownego wstrząsu. 

- Byłem tak  zbulwersowany  -  ciągnął Egipcjanin  -  że potrzebowałem czasu, aby 

zrozumieć,  że  jeśli  Abd  el-Mosul  oddawał  się  tej  obrzydliwej  transakcji  w  Asuanie,  to 
historia z niesplądrowanym grobem była pułapką! Natychmiast pobiegłem do Luksoru i 
zawiadomiłem policję. Na szczęście jest pan cały i zdrowy. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXXVII 

 
Lord  Percival  kończył  zawiązywać  swój  nieskazitelny  biały  krawat,  kiedy  ktoś 

zapukał do drzwi. 

- To ja, Omar Abdel-Atif, proszę otworzyć!   
Szkot  założył  białą  marynarkę  i  skropił  się  wodą  toaletową,  następnie  bez 

pośpiechu otworzył. Egipski komisarz był wyraźnie zdenerwowany. 

- Już nie mogę, milordzie, jestem na dnie. Ale co się z panem działo? 

- Byłem na wycieczce w Tebach. 

- Też coś... Śledztwo trwa, zewsząd naciski, a pan sobie urządza wycieczki! 

- Jakieś kłopoty, drogi kolego? 

-  Ktoś  o  mały  włos  nie  zastrzelił  Albertine  Abletout!  Wyobraża  pan  sobie  ten 

skandal...  Wezwała  już  catą  lokalną  prasę,  a  jutro  zwróci  się  do  korespondentów 
zagranicznych dzienników. 

Omar Abdel-Atif opadł na fotel. 

-  Jestem  zgubiony...  ta  tragedia  będzie  miała  dwie  ofiary:  Howarda  Langtona  i 

mnie. 

- Niech pan nie będzie takim pesymistą. 

- Nie ma już najmniejszego światełka nadziei... Gdyby przynajmniej pozwolił mi 

pan  zaaresztować  Abu...  To  by  uspokoiło  umysły,  zostałby  uniewinniony  w  trakcie 
procesu i cała sprawa umarłaby w piaskach pustyni. 

- Moim zdaniem to nie jest dobre rozwiązanie. 

- Więc niech pan przynajmniej spróbuje uspokoić panią Abletout! 

- Zrobię co w mojej mocy. 
Ktoś znowu zapukał do drzwi. Otworzył, żeby wpuścić Angusa Dodsona. 

- Znalazłem ten liścik pod poduszką - oznajmił nadinspektor. 
W  brązowej  kopercie  była  biała  kartka.  Zawierała  kilka  stów  napisanych  po 

angielsku na maszynie: 

 
Klucz znajduje się u Domeniki Strauss. Wiklinowy kosz pod oknem w, saloniku. 

 

-  Czy  mogę  przeczytać?  -  zapytał  komisarz.  Dodson  pokazał  list  swemu 

egipskiemu koledze. Szeroki uśmiech rozjaśnił twarz Omara Abdel-Atifa. 

-  Być  może  jesteśmy  uratowani!  Autorem  tego  listu  może  być  tylko  Faxmore. 

Musiał znaleźć najważniejszą poszlakę i wskazuje nam ją, ponieważ Domenica Strauss 
nie  jest  Angielką.  Domenica  Strauss,  tak  blisko  związana  z  Langtonem!  Dramat 
namiętności...  Doskonale!  Nikt  nie  zaoponuje,  a  dziennikarze  będą  zachwyceni. 

background image

Chodźmy, drodzy koledzy! 

Nadinspektor  przeklinał  szczupłość  środków  technicznych,  które  miał  do 

dyspozycji.  W  Londynie  taki  dokument  zostałby  prześwietlony  ze  wszystkich  stron  w 
laboratorium  Scotland  Yardu  i  dostarczyłby  z  pewnością  mnóstwo  interesujących 

informacji. 

Tutaj, mimo wszechobecnego słońca, trzeba było brnąć we mgle. 

-  Szybciej,  szybciej!  -  ponaglał  co  kilkanaście  sekund  komisarz  Abdel-Atif 

kierowcę, który maltretował skrzynię zmiany biegów starego peugeota. 

- Czy ma pan nakaz rewizji? - zapytał Dodson Egipcjanina. 

-  W  nagłych  sytuacjach  prawo  zwalnia  z  tego  obowiązku.  A  to  jest  właśnie  taki 

przypadek. 

Pojazd  zahamował  gwałtownie  przed  budynkami  niemieckiej  misji 

archeologicznej i komisarz Abdel-Atif wyskoczył z niego energicznie. 

Strażnik  usiłował  dowiedzieć  się,  jaki  jest  powód  tego  najazdu,  ale  ostra 

odpowiedź  egipskiego  policjanta  spowodowała  jego  natychmiastowy  powrót  do 
wartowni. Czasami lepiej nic nie widzieć i nic nie słyszeć. 

Drzwi  mieszkania  Domeniki  Strauss  były  zamknięte  na  klucz.  Komisarz 

Abdel-Atif  podniósł  kamień,  stłukł  kwadratową  szybkę,  otworzył  okno  i  wszedł  do 
środka. 

- Chyba nie będziemy iść za nim - powiedział skonsternowany Dodson. 

-  To  nie  będzie  konieczne  -  ocenił  lord  Percival.  Komisarz  pośpieszył  prosto  do 

wiklinowego kosza. To, co w nim znalazł, wprawiło go w niemałe zakłopotanie. Sądząc, 
że zaszła pomyłka, zabrał się do przeszukiwania całego mieszkania. 

Przygnębiony wyszedł drzwiami, które były zamknięte na zwykłą zasuwę. 

-  Znalazłem  tylko  tę  niemiecką  książkę  -  powiedział,  pokazując  ją 

nadkomisarzowi. 

-  Śmierć  na  Nilu  -  przetłumaczył  Dodson.  -  Jeśli  się  nie  mylę,  to  powieść  Agaty 

Christie. 

Omar Abdel-Atif uderzył się w czoło zamkniętą pięścią. 

-  No  jasne...  To  jest  klucz,  oczywiście!  Howard  Langton  został  zamordowany  w 

apartamencie  Agaty  Christie  w  Starej  Katarakcie,  a  ta  Domenica  Strauss  jest 
czytelniczką powieściopisarki! A zatem... Ktoś był świadkiem morderstwa i w ten sposób 
wskazuje nam sprawcę. 

Abdel-Atif popukał palcem wskazującym w książkę. 

- Być może ten sposób odkrycia mordercy nie przynosi nam chwały, panowie, ale 

liczy  się  skutek.  Teraz  musimy  jak  najszybciej  odszukać  pannę  Strauss.  Miejmy 
nadzieję, że nie uciekła! 

 

background image

Niemiecka  egiptolog  pracowała  w  bibliotece  centrum  archeologicznego,  kiedy 

strażnik zawiadomił ją, że policja splądrowała jej pokój. 

Początkowo  nie  dowierzając,  młoda  kobieta  odłożyła  przegląd  specjalistyczny, 

który  czytała,  wyszła  z  biblioteki,  przeszła  przez  piaskowy  dziedziniec  i  zauważyła 
dwóch Brytyjczyków w towarzystwie komisarza Abdel-Atifa. 

Podchodząc bliżej, szacowała szkody. 

- Panowie stłukli szybkę i przeszukali moje mieszkanie! 
Komisarz stawił jej czoło. 

- To było konieczne, proszę pani. 

- Konieczne... Z jakiego powodu? 

-  Niech  pani  nie  pogarsza  swojej  sytuacji.  Najlepszym  rozwiązaniem  dla  pani 

byłoby przyznanie się. Sędziowie z pewnością nie będą dla pani zbyt surowi. 

- Mam się przyznać? Ale do czego? 

- Do zamordowania Howarda Langtona. 

- Ależ to kompletna bzdura, komisarzu! 

- Nie ma co zaprzeczać.. Mamy dowód pani winy. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXXVIII 

 
Drobna, jasnowłosa niemiecka egiptolog zachowała zimną krew. 

- Co to za dowód, komisarzu?   
Dodson przyszedł z pomocą swemu egipskiemu koledze: 

- Czy jest pani skłonna się przyznać? 

-  Nie  wiem,  dlaczego  zmontowali  panowie  przeciwko  mnie  tę  intrygę,  ale  nie 

przestanę twierdzić, że jestem niewinna. 

- Ten dowód... - kontynuował Dodson. 

- Wymyśliliście go! - zaprotestowała Domenica Strauss. - Dlaczego nie chcecie mi 

go pokazać? 

Egipcjanin  gotów  był  go  ujawnić,  ale  wyperswadował  mu  to  wzrok  lorda 

Pecivala. 

- Zechce pani nie opuszczać miejsca zamieszkania aż do odwołania. 

- Panowie mnie aresztują? 

-  Oczywiście!  -  krzyknął  Abdel-Atif.  -  Ponieważ  jest  pani  cudzoziemką,  nie 

chciałbym  odsyłać  pani  do  więzienia,  ale  będzie  pani  pod  ścisłym  nadzorem.  Przede 
wszystkim niech pani nie usiłuje uciekać! 

Niemka dumnie stawiła mu czoło. 

- Doskonale. Kiedy uznacie swój błąd, będę się domagała oficjalnych przeprosin. 

Omar Abdel-Atif nie przestawał się złościć. 

- Dlaczego nie pokażemy jej dowodu? Na pewno by pękła! 

-  Obawiam  się,  komisarzu,  że  pańska  strategia  przyniosłaby  mizerne  rezultaty. 

Panna Strauss jest bardzo opanowana, a ta sprawa ma wiele niejasnych aspektów. 

Głos komisarza zadrżał: 

-  Powinien  się  pan  postawić  w  moim  położeniu,  milordzie:  nareszcie  mamy 

prawdopodobnego mordercę! Domenica Strauss była kochanką Howarda Langtona, on 
ją porzucił. A ona go z zemsty zabiła - klasyczna zbrodnia w afekcie. Jeśli będzie miała 

dobrego  adwokata,  niewiele  ryzykuje.  Pan  i  ja  zakończylibyśmy  ten  dramat  ku 
zadowoleniu władz egipskich i angielskich. 

- To moje najgorętsze życzenie, komisarzu. Ale ów “dowód" może się okazać za 

słaby. 

-  Rozumiem...  Chce  go  pan  użyć  podczas  procesu,  aby  nie  dać  szans  Domenice 

Strauss? 

- Powiedzmy. 

-  Dobry  pomysł,  bardzo  dobry...  Wy,  Brytyjczycy,  jesteście  mistrzami  strategii. 

Kiedy się opanowało świat z małej, zasnutej mgłą wyspy, naprawdę wiadomo, jak się do 

background image

tego zabrać! 

Hołd złożony potędze imperium ucieszył Angusa Dodsona. Nadinspektor zawsze 

uważał, że jedynie polityka królowej Wiktorii była godna uwagi. 

Komisarz  Abdel-Atif  zaczął  się  już  rozluźniać,  gdy  nagły  niepokój  ścisnął  mu 

gardło. 

-  Zapomniałem  o  pani  Abletout!  Jestem  pewien,  że  okupuje  moje  biuro,  żeby 

dostać policyjną ochronę. 

Komisarz nie mylił się. 
Francuska  egiptolog  przemierzała  wszerz  i  wzdłuż  pokoje  asuańskiej  policji, 

grożąc  wszystkim  funkcjonariuszom,  którzy  znaleźli  się  na  jej  drodze,  że  ześle  ich  na 
ciężkie roboty, jeśli nie potraktują jej przypadku jako priorytetowego. Pod nieobecność 
komisarza  jego  podwładni  nie  wiedzieli,  co  powinni  zrobić.  Jeden  przez  drugiego 

zapewniali  Albertine  Abletout  o  swoim  najgłębszym  szacunku  i  przyrzekali  jej,  że 
egipska policja zmobilizuje wszystkie siły w jej sprawie. 

Kiedy Francuzka zobaczyła Brytyjczyków, natychmiast do nich podeszła. Omar 

Abdel-Atif ukrył się za barczystym Angusem Dodsonem. 

-  To  prawdziwy  skandal,  panowie!  Ktoś  usiłuje  mnie  zabić,  a  ja  nie  znajduję 

nikogo, kto zapewniłby mi ochronę i powstrzymał bandytę, który chciał mnie usunąć! 

-  Proszę  się  uspokoić  -  powiedział  lord  Percival  poważnie.  -  Chcielibyśmy 

wiedzieć, co się właściwie stało. 

- Nareszcie ktoś mnie słucha! Jak dorwę komisarza Abdel-Atifa, powiem mu, co 

o tym wszystkim myślę!   

Egipski policjant na wszelki wypadek ulotnił się. 

- Kiedy to się stało? 

- Tej nocy. Z powodu tysiąca i jednego kłopotu związanych z moją pracą spałam 

płytko i usłyszałam hałas. Początkowo sądziłam, że się pomyliłam, później jednak znowu 
usłyszałam hałas. Wydawało mi się, że to kroki na parkiecie. Zapaliłam nocną lampkę i 
w  półmroku  zobaczyłam  w  drzwiach  mężczyznę  z  wymierzoną  we  mnie  strzelbą.  Nie 
jestem strachliwa, ale krzyknęłam z przerażenia! Moja reakcja zaskoczyła napastnika, 
przez  moment  zawahał  się,  później  uciekł.  Złapałam  oddech,  wyskoczyłam  z  łóżka, 
narzuciłam szlafrok i pobiegłam za nim. Ale zniknął. Zaalarmowałam sąsiadów, ale nie 
udało nam się złapać bandziora. 

- Czy może go pani opisać? 
Wydawało się, że Albertine Abletoutjest niezadowolona. 

-  Jestem  naukowcem  i  mam  zwyczaj  podawać  precyzyjny  opis  tego,  co  widzę... 

Ale w tym przypadku sama jestem zawiedziona! W kącie, gdzie stał napastnik, było dość 
ciemno, poza tym miał na głowie coś w rodzaju turbanu. Wszystko, co mogę stwierdzić 

bez wahania, to to że był wysoki i atletycznie zbudowany. 

background image

- A strzelba? 

- Niestety, zupełnie nie znam się na broni palnej. Ale lufa nie wydawała się zbyt 

długa... 

- Prawdopodobnie spiłowana - rzucił Dodson. 

- Proszę się dobrze zastanowić - nalegał lord Percival. - Czy zauważyła pani jakiś 

szczegół, choćby najmniejszy? 

Albertine Abletout zamyśliła się. 

- Bardzo chciałabym wam pomóc... Ale nie sądzę. 

- Czy zgadza się pani, żebyśmy obejrzeli miejsce zdarzenia? Będziemy się starali 

znaleźć jakiś ślad. 

- Oczywiście... Żądam opieki policji. Ten człowiek wróci, jestem tego pewna! 

- Myślę, że ma pani rację. 

background image

 

ROZDZIAŁ XXXIX 

 
Feluka  wolno  sunęła  po  Nilu.  Słońce  igrało  z  jej  białym  żaglem,  dając  miękkie 

refleksy, które łączyły się z błękitem nieba. Przez tysiąclecia Egipcjanie wykorzystywali 
tę  rzekę,  odzwierciedlenie  rzeki  niebiańskiej,  by  podróżować  między  miastami  i  prze-
wozić ogromne bloki skalne używane do budowy piramid i świątyń. 

Lord  Percival  delektował  się  tymi  chwilami,  kiedy  życie  toczyło  się  z 

niezrównanym  spokojem.  W  tej  krainie  cudów  cud  odnawiał  się  nieprzerwanie.  Abu 
zszedł z masztu i zręcznie sterował, płynąc zgodnie z prądem rzeki. 

- Doskonale mnie pan zastąpił, kiedy rozwijałem żagiel, wasza dostojność. 

- W moim kraju miałem okazję żeglować.   

Lord  Percival  starał  się  unikać  trudów  wyjaśniania  morskiej  przeszłości  swego 

klanu,  którego  liczni  członkowie  okryli  się  sławą,  pływając  na  angielskich  statkach,  a 
kilku zostało korsarzami. 

- Dokąd chciałby pan popłynąć? 

- Z wiatrem. 

- Moja dusza się smuci... 

- Z jakiego powodu? 

-  Ponieważ  mam  wrażenie,  że  pan  mnie  podejrzewa.  Pan  wie,  że  nie  zabiłem 

Howarda  Langtona,  ale  zastanawia  się  pan,  czy  nie  byłem  świadkiem  zdarzeń,  które 
staram się ukryć. 

- Aby kogoś chronić, na przykład? 

- Jest pan człowiekiem prawym, wasza dostojność, i zauważa pan fałsz. Niełatwo 

pana oszukać. 

-  Jak  wszystkim,  brak  mi  czasem  przenikliwości;  najważniejsze  jednak,  że  nie 

zawodzi mnie ona w najtrudniejszych sytuacjach. 

- Jest pan przekonany, że nie powiedziałem panu całej prawdy. 

- Mylę się, czy mam rację? 

-  Z  całym  należnym  panu  szacunkiem,  pan  się  myli.  Gdyby  któryś  z  moich 

nubijskich braci był zamieszany w to morderstwo, prawdopodobnie bym się zabił. Ale 
tak  nie  jest,  a  ja  nie  mam  żadnego  powodu,  by  cokolwiek  przed  panem  ukrywać. 
Wszystko  przebiegało  tak,  jak  powiedziałem,  i  nie  mogę  nawet  wysunąć  jasnych  po-
dejrzeń. 

- Dziękuję za współpracę, panie Abu. Szkot miał nadzieję, choć nie do końca w to 

wierzył,  że  nubijski  olbrzym  wyłuska  z  pamięci  jakiś  znaczący  szczegół.  Ten  szlak  był 
czysty, nie pozostawało mu więc nic więcej, jak tylko wypuścić się na trudniejsze drogi. 
Ale  lord  Percival  nie  poddawał  się  przygnębieniu  po  śmierci  Howarda  Langtona; 

background image

jedynie zidentyfikowanie mordercy pozwoliłoby mu spocząć w pokoju. 

Piękna, zadbana feluka podpłynęła na wysokość feluki Abu. 
Na jej pokładzie byli dwaj wioślarze i Abd el-Mosul. Dumny starzec trzymał się 

olinowania. Obie łodzie wyrównały prędkość i płynęły burta w burtę. 

- Chciałbym przez chwilę z panem porozmawiać, milordzie. 

- Jestem do pańskiej dyspozycji. 

- Płyńmy na brzeg, w jakieś ustronne miejsce.   

Feluka  Abd  el-Mosula  ruszyła  pierwsza,  Abu  za  nią.  Żeglarze  sprawnie 

zacumowali łodzie pod osłoną skał. 

- Czy zrozumiał pan wszystkie wiadomości, które do pana wysyłałem, milordzie? 

- Mam nadzieję. 

- W takim razie orientuje się pan znacznie lepiej w tej zagmatwanej sprawie. 

- Staram się. 

-  Egipt  to  stare  państwo,  ja  zaś  jestem  starym  człowiekiem.  Czas  płynie  tutaj 

wolniej  niż  gdzie  indziej,  a  tradycja  jest  silna.  Pan  z  pewnością  nie  należy  do  ludzi, 
którzy lubią burzyć zastaną harmonię i siać niezgodę tam, gdzie panuje milcząca zgoda. 
Czy niszczenie nie oznacza porażki? 

- Czy nie chciał mi pan powierzyć kilku sekretów?   
Egipcjanin uśmiechnął się zagadkowo. 

-  Gdybym  popełnił  błąd  tego  rodzaju,  milordzie,  nie  byłbym  tym,  kim  jestem. 

Pomogłem  panu,  myślałem  nawet,  że  ta  pomoc  będzie  dla  pana  cenna.  Ponieważ  pan 
wie,  kto  zabił  Howarda  Langtona,  czy  nie  byłoby  dobrze  zatrzymać  go  dyskretnie  i 
zakończyć wreszcie tę smutną sprawę? 

-  Żeby  dojść  do  prawdy,  będę  jeszcze  potrzebował  pańskiej  pomocy,  jutro 

wieczorem w Starej Katarakcie. 

Wydawało się, że Abd el-Mosul nie jest zadowolony z tego zaproszenia. 

- Miałem nadzieję, że będę mógł odpocząć w Delcie... 

-  To  nie  potrwa  długo  -  przyrzekł  lord  Percival  -  ale  pańska  obecność  jest 

konieczna. 

Stary Egipcjanin zrobił zwrot i jego feluka powoli odpłynęła. 

- Panie Glotoni! - zawołał Angus Dodson. - Właśnie pana szukałem. 
Francuski  egiptolog,  w  bladozielonej  bawełnianej  koszuli i  obcisłych spodniach, 

wkładał do taksówki swoje walizki. 

-  Cieszę  się,  że  pana  widzę,  nadinspektorze,  ale  bardzo  się  spieszę.  Samolot  do 

Kairu nie będzie na mnie czekał. 

- Bardzo mi przykro, ale trzeba będzie trochę przesunąć pański wyjazd. 

- Co to ma znaczyć? 

-  W  związku  z  naszym  śledztwem  chcielibyśmy  przeprowadzić  coś  w  rodzaju 

background image

rekonstrukcji  wydarzeń,  jutro  wieczorem,  w  Starej  Katarakcie.  Mam  nadzieję,  że  nie 
widzi pan przeszkód. Pańskie zeznanie mogłoby być dla nas bardzo cenne. 

- Sądzę, że pan się myli... Wszystko już powiedziałem i nie wiem, w czym jeszcze 

mógłbym pomóc. 

- Często w głębi duszy chowamy skarby, o których nie mamy pojęcia. 

- A gdybym odmówił? 

-  Bylibyśmy  zmuszeni  prosić  komisarza  Abdel-Atifa  o  użycie  siły.  Ale  po  co  się 

posuwać do środków ostatecznych, jeśli nie ma pan sobie nic do zarzucenia. 

Villabert Glotoni z wściekłością wyjął walizki z taksówki. 

background image

 

ROZDZIAŁ XL

 

 

- Jak tam Domenica Strauss? - spytał lord Percival komisarza Abdel-Atifa. 

-  Ta  zbrodniarka  ma  stalowe  nerwy!  Spędza  czas  na  czytaniu  i  sporządzaniu 

fiszek, jakby nigdy nic! Pracuje, czasem rozmawia z policjantami, którzy jej pilnują, i 
zdaje się nie przejmować ciążącym na niej oskarżeniem! Aż trudno w to uwierzyć... To 

prawda, że po kobietach można się spodziewać wszystkiego! Gdybym wam opowiedział 
na przykład o babce Abu... 

Dzwonek telefonu przerwał wywody komisarza. 

- Tak, to ja... Kto?... Proszę go zatrzymać, oczywiście! Już jedziemy. 

Omar Abdel-Atif wyglądał jak drapieżnik. 

-  Steven  Faxmore  został  właśnie  zatrzymany  przez  policyjny  patrol  między 

Asuanem  i  Abu  Simbel.  Nie  ma  pozwolenia  na  poruszanie  się  w  tym  rejonie,  a  jego 
wyjaśnienia są raczej mętne. 

Lord  Percival  był  zadowolony,  że  znów  ujrzał  pustynię,  która  ciągnęła  się  od 

Pierwszej  Katarakty  w  kierunku  antycznej  Nubii  i  współczesnego  Sudanu.  Po  obu 
stronach  drogi  nagromadzenia  kamieni  i  piachu  tworzyły  piramidy,  niektóre  całkiem 
wysokie.  Poza  tym  powietrze  było  tu  czyste  i  panowała  szczególna,  nie  znana  gdzie 

indziej cisza, miraże przejmowały dreszczem ziemię, która wyglądała jak zmącona fala 
i,  niekiedy,  ciągnęła  karawana  wielbłądów  prowadzonych  przez  starego  samca 
znającego każdą przeszkodę na drodze. 

Pięciu policjantów otaczało mocno zdenerwowanego Faxmore'a. 

-  Dobrze,  że  panów  widzę!  Po  raz  pierwszy  robią  mi  takie  kłopoty  z  powodu 

głupich spraw papierkowych! 

- Dokąd zamierzał pan jechać? - zapytał komisarz. 

- Chciałem zrobić mały wypad do Abu Simbel. 

- Ta świątynia nie wchodzi w zakres pańskiego programu badań - zauważył lord 

Percival. 

- No to co? Nie mam już prawa zwiedzać jej jako turysta? 

-  Tak  czy  inaczej  -  podsumował  Omar  Abdel-Atif  -  przekroczył  pan  prawo  i 

wróci pan z nami do Asuanu. 

- Dobrze się składa, ponieważ chcemy zaprosić pana na rodzaj przyjęcia w Starej 

Katarakcie - uściślił Szkot. 

Dwaj  policjanci  o  poważnym  wyglądzie  ze  srogimi  wąsami  wepchnęli  doktora 

Alana Qerry do biura komisarza Abdel-Atifa. 

-  Protestuję  przeciwko  takiemu  traktowaniu,  ta  mnie  poniża!  -  krzyknął  Qerry 

background image

kogucim głosem. - To skandal, ja... 

- Dobra, dobra, doktorze! Mógłby pan uniknąć tych nieprzyjemności, gdyby nie 

usiłował pan opuścić Kairu na pokładzie samolotu lecącego do Rzymu, nie załatwiwszy 

spraw administracyjnych. 

- Zawracają mi głowę bzdurami! 

- Co zamierzał pan robić w Rzymie? 

- Moje życie prywatne to nie wasza sprawa. 

- Jak pan chce... Na razie Scotland Yard i ja będziemy pana potrzebowali tutaj, 

w Asuanie. 

-  Dlaczego  mam  skorzystać  z  tego...  zaproszenia?  -  zapytał  zdenerwowany 

Ahmed al-Fostat. 

- Ponieważ to więcej niż zaproszenie - odpowiedział nadinspektor. 

-  Miałem  zamiar  wyjechać  na  wakacje  i  nie  zmienię  planów!  Zresztą  nie  muszę 

słuchać angielskiego policjanta. 

- Ma pan rację, ale spełniam tu tylko rolę wysłannika. 

- A... jeśli nie przyjdę do Starej Katarakty, to co się stanie? 

- W najlepszym wypadku zaaresztują pana pod zarzutem ucieczki, w najgorszym 

pod zarzutem morderstwa. 

- Pan żartuje, nadinspektorze! 

- Przed rekonstrukcją zbrodni humor, nawet angielski, jest nie na miejscu. 
Wrząca woda w czajniku nie syczałaby wścieklej niż Albertine Abletout na widok 

lorda Percivala. 

- Jeśli dobrze pana rozumiem, wzywa mnie pan na konfrontację! 

- To zależy od punktu widzenia, droga pani. 

- To nadużycie władzy. Pożałuje pan tego, zobaczy pan! 

- Niestety, będzie pani musiała opóźnić o kilka godzin swój powrót do Paryża. 

-  Przez  pana  stracę  koktajl  i  uroczystą  dekorację!  Czy  zdaje  pan  sobie  z  tego 

sprawę? 

- Być może niedostatecznie, ale współczuję pani. 

- A jeśli wyjadę? 

- Bez pani nasze małe spotkanie w Starej Katarakcie nie miałoby żadnego smaku. 
Ten argument podziałał na Francuzkę kojąco. 

- Zgadzam się przyznać panu tę łaskę, milordzie, ale to będzie już ostatnia! 

-  Czy  Abd  el-Mosul  zmienił  coś  w  swoich  zwyczajach?  -  zapytał  lord  Pecival 

komisarza Abdel-Atifa. 

- Moi wywiadowcy niczego mi nie sygnalizowali. Jest zupełnie spokojny. 

- A zatem kolej na nas. 

-  Ale...  Mamy  winną!  Przy  okazji  rekonstrukcji  poruszymy  wiele  drażliwych 

background image

kwestii i gdyby pan tak nie nastawał... 

- Być może będziemy mieli kilka niespodzianek, drogi przyjacielu. 
Za  niecałe  dwie  godziny  Szkot  spróbuje  zidentyfikować  mordercę  Howarda 

Langtona i rozplatać nici intrygi, z której angielski egiptolog nie umiał się wymknąć. 

Lord  Percival  będzie  również  rozmyślał  nad  brzegiem  Nilu  o  zaostrzeniu 

strategii, kontemplując jednocześnie jeden z tych zachodów słońca, które sprawiają, że 
człowiek rozumie, dlaczego warto żyć. 

background image

 

ROZDZIAŁ XLI 

 

Abd  el-Mosul,  ubrany  we  wspaniałą  jasnobłękitną  dżellabę,  stawił  się  w  Starej 

Katarakcie o zachodzie słońca. W ciągu kilku minut nad Egiptem zapanowała noc. Na 
ulicach  i  uliczkach  jeszcze  dwie  lub  trzy  godziny  rozprawiano  na  progach  domów, 
przekazując sobie zebrane tu i ówdzie plotki, popijając kawę lub herbatę. 

Egipcjanina powitał Angus Dodson: 

- Jest pan ostatni... Proszę za mną. 

Abd  el-Mosul  myślał,  że  zostanie  przyjęty  na  słynnym  hotelowym  tarasie,  ale 

nadinspektor zaprowadził go na trzecie piętro, aż do apartamentu Agaty Christie. 

-  Proszę  wejść  -  polecił  z  napięciem  komisarz  Abdel-Atif.  -  Pozostali  uczestnicy 

rekonstrukcji już są. 

Na  lewo  od  drzwi  siedział  Ahmed  al-Fostat  ze  skrzyżowanymi  ramionami  i 

nieprzeniknioną  twarzą.  Inspektor  do  spraw  starożytności  założył  przyciasny  szary 
garnitur i pomarańczowy krawat. 

Na  prawo  od  drzwi  -  Nubijczyk  Abu,  którego  lord  Percival  poprosił  o 

interwencję, gdyby zidentyfikowany morderca usiłował zbiec. 

Po stronie łoża z baldachimem - doktor Alan Qerry w swoim smętnym czarnym 

garniturze, usiłował pozostać nie zauważony. Obok niego, oparty plecami o drewnianą 
ściankę oddzielającą sypialnię od salonu - Steven Faxmore w swojej dyżurnej czerwonej 

marynarce i ciemnych spodniach. 

Na  wygodnym  fotelu,  przed  oknem  salonu,  siedziała  Albertine  Abletout  w 

fioletowym kostiumie, spoglądając na wyraźnie zdenerwowanego Villaberta Glotoniego, 
który przemierzał pokój w tę i z powrotem, mnąc bez ustanku jedwabny biały krawat. 

Domenica  Strauss,  zachwycająca  w  jasnej  bluzce  i  zielonych  spodniach 

zharmonizowanych  z  kolorem  oczu,  stała  w  progu  gabinetu  Agaty  Christie,  skąd  wy-
szedł lord Percival. 

-  Tu  właśnie  znaleziono  zwłoki  Howarda  Langtona  zasztyletowanego  ciosem  w 

plecy - powiedział. - Tak było, panie Abu?       

Nubijczyk skinął twierdząco głową. 

Abd el-Mosul wszedł do salonu i usiadł na jasnożółtym krześle, między Ahmedem 

al-Fostatem i Domeniką Strauss. 

- Zależało mi na tym, aby was tutaj zebrać - powiedział lord Percival poważnie - 

ponieważ  z  wyjątkiem  Abu,  którego  niewinność  została  dowiedziona,  wszyscy  jesteście 

podejrzani. 

-  Nie  chcę  tego  dłużej  słuchać!  -  krzyknął  Villabert  Glotoni.  -  Może  pan  sobie 

oskarżać  kogo  pan  chce,  ale  nie  mnie...  To  znaczy  nie  nas,  którzy  jesteśmy  znanymi  i 

background image

poważanymi uczonymi! 

-  Proszę  się  uspokoić  -  polecił  Szkot.  -  Czyż  francuskie  przysłowie  nie  głosi,  że 

złość jest złym doradcą? 

Wzburzony Glotoni obrócił się plecami do lorda Percivala i patrzył przez okno. 

- Doszedłem do pierwszej konkluzji -ciągnął lord Percival. - Howard Langton był 

szlachetnym  człowiekiem  i  kochał  swój  zawód.  Nie  miał  mentalności  karierowicza  ani 
człowieka  egzaltowanego,  żądnego  sensacji.  Przyjechał  do  Egiptu  podniecony  jedną 
myślą: wypełnić misję, która została mu powierzona, niezależnie od trudności. 

Glotoni wzruszył ramionami. 

-  Zaczynając  w  ten  sposób,  może  się  pan  bardzo  szybko  pogubić!  - 

zaprotestowała Albertine Abletout. 

-  Może  nie,  droga  pani.  Jeśli  staramy  się  zrozumieć  motywy  zbrodni,  musimy 

najpierw  odpowiedzieć  na  podstawowe  pytanie:  dlaczego  kilku  egiptologów,  oraz  Abd 

el-Mosul,  zebrało  się  na  tarasie  Starej  Katarakty?  Prawdę  mówiąc,  było  to  spotkanie 
wyjątkowe, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że hotel był zamknięty z powodu remontu, 
oraz  tożsamość  uczestników.  Tego  pytania  każdy  z  was  starannie  unikał,  aby 
uprawdopodobnić tezę o zwykłym, przypadkowym spotkaniu towarzyskim. To właśnie 
pani opinia, prawda, panno Strauss? Wydawało się, że Niemka jest zdziwiona. 

- Tak, tak właśnie sądziłam... 

- A więc Howard Langton nie powiadomił pani. 

- Nie powiadomił o czym? 

-  Sądzę,  że  Howard  Langton  nie  znosił  ani  kłamstwa,  ani  niekompetencji.  Z 

młodzieńczą werwą i uskrzydlony świeżą nominacją zdecydował się “zrobić porządek", 
używając  potocznego  określenia,  kiedy  zauważył,  że  niektórzy  kpią  z  jego  misji  i 
przynoszą szkodę egiptologii, chowając się za tytułami i nabytymi przywilejami. Kiedy 
zakończył śledztwo, postanowił wezwać osoby, które uważał za niegodne, i zmusić je do 
zmiany postępowania. 

- Jeżeli dobrze pana rozumiem - analizowała Do-menica Strauss - Howard chciał 

się zabawić w sędziego! 

- W pewien sposób. 

- Z pewnością ma pan rację, milordzie. To cały on. 

- To śmieszne - stwierdził Villabert Glotoni. 

-  Nie  -  zaprotestowała  Niemka.  -  Takie  postępowanie  znakomicie  odpowiadało 

charakterowi Howarda. 

- Przypadek nie odegrał więc żadnej roli w tym zebraniu - podsumował Szkot. - 

Howard  Langton  wyznaczył  spotkanie  wszystkim  tym,  którym  chciał  udzielić 

upomnienia. 

-  Niech  pan  przestanie  opowiadać  te  bzdury!  -  ucięła  Albertine  Abletout.  -  Czy 

background image

sądzi pan, że podporządkowałabym się wymaganiom tego małego, pozbawionego polotu 

erudyty? 

-  W  tej  sytuacji  tak,  droga  pani,  ponieważ  Howard  Langton  zajmował  ważne 

stanowisko  i  mógłby  pani  zaszkodzić.  Podobnie  jak  inni,  potraktowała  pani  jego 
pogróżki  poważnie, a ciekawość zmusiła panią do szczegółowego zapoznania  się z jego 

zamiarami. 

Gdyby oczy francuskiej egiptolog były  miotaczami ognia, arystokrata byłby już 

garstką popiołu. 

Chrapliwy głos Stevena Faxmore'a wypełnił apartament Agaty Christie: 

- Jeśli chcemy uciec od tej wydumanej hipotezy, wystarczy skupić się na faktach. 

Abu został uniewinniony, zgoda, ale nigdy nie wiadomo... Poza tym słyszałem, że egipska 
policja znalazła nowego winnego i ma konkretne zarzuty. 

Omar Abdel-Atif popatrzył na lorda Percivala, rzucając mu milczące wezwanie o 

pomoc. 

-  Tak  jest,  panie  Faxmore  -  przyznał  arystokrata.  -  Panna  Strauss  jest 

rzeczywiście podejrzana o popełnienie morderstwa. 

background image

 

ROZDZIAŁ XLII 

 
Wszystkie spojrzenia powędrowały na niemiecką egiptolog. 

-  Miała  pani  czas  na  zastanowienie,  panno  Strauss.  Czy  zdecydowała  się  pani 

przyznać? 

- Moje sumienie jest absolutnie spokojne, lordzie Percival. 

-  Powiedz  prawdę,  dziecko  -  radziła  Albertine  Abletout.  -  To  przyniesie  pani 

ukojenie, a nam wszystkim zaoszczędzi czasu. 

- Nasza koleżanka ma rację - poparł ją Faxmore. 

- Na pewno istnieje jakieś wytłumaczenie pani czynu i wyrok będzie łagodny. 

- Nie nalegajcie, drodzy przyjaciele! - odparowała ironicznie Domenica Strauss. - 

Wasza troska mnie wzrusza, ale moja decyzja pozostaje niezmienna. 

-  Tylko  pogarsza  pani  swoją  sytuację  -  wyszeptał  Glotoni.  -  Jakie  te  kobiety 

potrafią być czasami uparte!   

Lord Percival kontynuował: 

- Nie oskarżyła pani Abu i nic nie wskazuje na jakikolwiek związek pani z Abdel 

el-Mosulem. Jest pani natomiast uważana za kobietę z głową, zawziętą, nie pozbawioną 
gwałtownych uczuć. Ahmed al-Fostat sądzi, że jest pani osobą “zdolną do wszystkiego". 

- Dlaczego nie, zwłaszcza jeśli chodzi o przeciwstawienie się złym językom. 
Inspektor do spraw starożytności patrzył na swoje stopy. 

-  Nikt  nie  podważa  pani  kompetencji  zawodowych  -  ciągnął  Szkot.  -  Pani 

Abletout sądzi nawet, że pani najlepszym towarzystwem są słowniki i fiszki. 

- Być może moja szanowna koleżanka uważa, że praca techniczna jest zbędna. Ja 

nie podzielam tej opinii. Egiptologia rozwija się tak błyskawicznie, że nie starcza dnia i 
nocy, żeby się wszystkiego dowiedzieć. Odrobina lenistwa i zostajesz z tyłu. 

- Pfff! - wydała z siebie w odpowiedzi Francuzka. 

- Ach, o czymś zapomniałem: ktoś jeszcze przedstawiał panią w złym świetle - to 

Villabert  Glotoni.  On  również  uważa,  że  jest  pani  zdolna  do  wszystkiego  i  że  aby 
zidentyfikować sprawcę, należy skierować śledztwo w pani stronę. 

Śliczna Niemka uśmiechnęła się. 

- Czy pan Glotoni jest zdolny kochać kogoś oprócz siebie? 

- Zabraniam pani! - krzyknął Francuz. 

-  Pan  pozwala  sobie  oskarżać  mnie  o  morderstwo,  a  ja  nie  mogę  nazwać  pana 

narcyzem! 

Domenica Strauss wyraźnie się zdenerwowała. Glotoni wycofał się. 

- Przyznaje pani, że była kochanką Howarda Langtona? 

- Nie stwarzałam pozorów, milordzie; wszyscy wiedzieli, że byłam jego kochanką 

background image

i  że  się  kochamy.  Związek  ten  nie  przeszkadzał  nam  stawiać  pracy  na  pierwszym 
miejscu i wywiązywać się terminowo z obowiązków. 

-  Według  pani  Abletout  Howard  Langton  uważał,  że  jest  pani  zbyt  zaborcza  i 

zdecydował się zerwać ten związek. Nie mogąc tego znieść, zabiła go pani z zemsty. 

-  Moja  droga  koleżanka  nie  wie,  że  Howard  Langton  był  bardzo  niezależnym 

człowiekiem,  a  ja  pod  tym  względem  w  niczym  mu  nie  ustępowałam.  Gdybyśmy 
któregoś dnia zdecydowali się rozstać, nie byłaby to dla nas tragedia. 

- Jest jednak dowód - przypomniał nieśmiało komisarz Omar Abdel-Atif. 

-  Nie  zapomniałem  o  tym  -  zapewnił  go  Szkot.  -  Ale  przedtem  jeszcze  jeden 

szczegół: zajmuje się pani mumiami doktora Qerry? 

- Poprosiłam go tylko o informacje - wyjaśniła niemiecka egiptolog - ale on nigdy 

mi nie odpowiedział. Czy pokażecie mi w końcu ten słynny dowód, który czyni ze mnie 
zbrodniarkę? 

Lord Percival udał się do gabinetu Agaty Christie i wyszedł stamtąd z książką w 

ręku. 

- Oto on: niemieckie wydanie Śmierci na Nilu Agaty Christie. 
Domenica Strauss wydawała się zaskoczona. 

- Ale to nie jest moja książka! Poza tym nie czytuję kryminałów. To oczywiste, że 

ktoś mi go podrzucił! 

Komisarz Abdel-Atif spodziewał się, że lord Percival podąży tym tropem i zmusi 

podejrzaną do przyznania się. Ale reakcja Szkota była zupełnie inna. 

- Dokładnie do takiego wniosku doszedłem, panno Strauss. Jest on tym bardziej 

słuszny,  że  sztuczka  z  książką  była  spóźniona  i  niezręczna.  Jest  jednak  jeden  punkt 
niejasny dotyczący pani. 

Niemka, przez moment rozluźniona, nagle znów zaniepokoiła się: 

- Jaki? 

-  Kołnierz  koszuli  Howarda  Langtona  został  nasączony  wonnościami.  Czy  pani 

doktorat  nie  dotyczył  stożków  wonności,  które  nosili  na  głowach  goście  zaproszeni  na 
przyjęcie  w  zaświatach,  jak  widać  to  na  płaskorzeźbach  licznych  grobowców 
tebańskich? 

- Tak, ale... 

-  Czy  po  zamordowaniu  kochanka  nie  oddała  mu  pani  ostatniej,  bardzo 

egiptologicznej, przysługi, aby mógł spokojnie dotrzeć w zaświaty? 

- Ależ nie, milordzie! Byłby to całkowicie szalony pomysł... Przysięgam panu, że 

nie zabiłam Howarda Langtona! 

Szkot odwrócił się od Niemki i podrapał w skroń. 

-  Możliwe,  że  mordercą  jest  mężczyzna  i  że  chce  jeszcze  zaatakować,  ponieważ 

groził pani Abletout. Chyba że chodzi o spisek... 

background image

Komisarz  Abdel-Atif  pomyślał,  że  lord  Percival  zupełnie  się  pogubił.  Już 

wyobrażał sobie gwałtowne protesty obecnych po wyjściu z tej nieudanej konfrontacji i 
nieuchronną utratę swego stanowiska. 

Lord Percival zwrócił się do Villaberta Glotoniego. 

- Czy to nie pan był tym mężczyzną ze strzelbą? 

background image

 

ROZDZIAŁ XLIII 

 
Zaskoczony  pytaniem  Szkota,  Villabert  Glotoni  pociągnął  swój  biały  jedwabny 

krawat, ryzykując, że się zadusi. 

- Dlaczego... dlaczego ośmiela się pan tak uważać, milordzie? 

- Wydaje się, że nikt pana nie lubi. 

- I co z tego? Nie muszę już udowadniać moich kompetencji, są dobrze znane! W 

tym  kraju  i  w  mojej  dziedzinie  jestem  niezbędny  i  z  tego  powodu  niektórzy  czują  do 
mnie nienawiść! 

- Jest pan jednak szydercą, na przykład w stosunku do Abu. Wyrażał się pan za 

to  pochlebnie  o  inspektorze  al-Fostacie,  o  którym  przecież  trudno  powiedzieć,  że  jest 
“uroczym człowiekiem". 

-  Kwestia  gustu,  milordzie.  Ocena  jest  subiektywna,  moja  taka  sama  dobra  jak 

pańska. 

-  Zgodzi  się  pan  jednak,  że  przedstawienie  mi  Abd  el-Mosula  jako 

“sympatycznego  staruszka"  ma  się  nijak  do  rzeczywistości.  Pan  dobrze  zna  kraj  i 
działalność tego pana... Dlaczego pan kłamał? 

- Abd el-Mosul jest dziś osobą szanowaną i ja... 

- Jak pan nazwie to, co pan robił na stanowisku w Tali al-Amarinie, jeśli nie był 

to  dość  osobliwy  handel?  Miał  pan  możliwość  zbliżyć  się  do  środowiska  drobnych 
złodziejaszków antyków i usiłował pan kupić kilka przedmiotów, które przeszłyby koła 

nosa muzeom, czy tak? 

- To oskarżenie jest zupełnie bezpodstawne i wniosę skargę o zniesławienie! 

-  Pan  pochlebiał  doktorowi  Qerry  -  przypomniał  lord  Percival  -  ale  on  nie 

omieszkał wskazać pana jako mordercę Howarda Langtona. 

Villabert Glotoni najpierw przez chwilę milczał z oburzenia, później rzucił się na 

Alana Qerry. 

-  Coś  ty  się  ośmielił  mówić,  łajdaku?  Dopiero  silna  pięść  Abu  uniemożliwiła 

Francuzowi uduszenie specjalisty od mumii, który z trudem odzyskał oddech. 

- Nic... nic nie mówiłem - wyjęczał doktor Qerry. 

-  Jeśli  jest  pan  winny,  to  pański  problem,  nie  mój!  Statystyki  dowodzą,  że 

znacznie więcej zbrodniarzy jest wśród Francuzów niż wśród innych nacji.   

Villabert Glotoni odparł z pogardą: 

- Gadanina farbowanego naukowca, nic więcej! Nie zajdzie pan z tym daleko. 

-  Mógłby  pan  jednak  zostać  skazany  za  próbę  szantażu  na  osobie  Domeniki 

Strauss - sprecyzował lord Percival. 

Tym razem Glotoni nie zaprotestował. 

background image

-  Jest  pan  łajdakiem  -  rzuciła  Niemka,  a  jej  spojrzenie  wyrażało  najwyższą 

pogardę. 

-  Nie  ma  pani  nic  do  roboty  w  Egipcie!  -  wrzasnął  Francuz.  -  Im  szybciej  pani 

stąd wyjedzie, tym lepiej. W gruncie rzeczy próbowałem oddać pani przysługę. 

- Pan wyjedzie pierwszy - rzuciła proroczo Niemka - ponieważ pan kocha siebie, 

a nie Egipt. 

Szkot zrobił kilka kroków i zatrzymał się przed Albertine Abletout. 

- Czy mogę pani wyznać, że podejrzewałem panią? 

- Nie wiedziałam, że człowiek pańskiego pokroju miewa takie chwile słabości! 
Lord Percival spojrzał do notatek. 

- Ta hipoteza nie była tak całkowicie bezpodstawna. Czy z powodu szczególnego 

charakteru nie złamała pani wielu karier? 

- Moi oszczercy już nie wiedzą, co mają wymyślić na mój temat! Mam to w nosie, 

ponieważ zwykle idę naprzód i odsuwam od siebie niezdolnych i bezużytecznych. 

-  Boją  się  pani  z  powodu  pani  wybuchowego  temperamentu  i  teatralnych 

zachowań. Ktoś powiedział, że im dalej od pani, tym lepiej się czuje. 

Francuska egiptolog nie wydawała się bynajmniej zażenowana. 

- Czy to podstawa pańskiego oskarżenia, milordzie? 

- Abd el-Mosul nie lubi pani, a pani twierdzi, że go nie odwiedza. 

- A pan mi nie wierzy? 

- Tak, proszę pani. 
Francuzka wydawała się przez chwilę zbita z tropu. 

- No ale... Co mi pan zarzuca? 

-  Według  Domeniki  Strauss,  Howard  Langton  uważał,  że  pani  działalność  w 

terenie nie odpowiadała pani reputacji, którą pani starannie sama podtrzymywała. 

- Kłamstwa godne pogardy! 

-  Langton  był  człowiekiem  drobiazgowym  i  zauważył,  że  wykopaliska,  za  które 

była  pani  odpowiedzialna,  nie  są  prowadzone  w  sposób  zadowalający.  Miał  również 
zamiar  żądać,  w  sposób  jak najbardziej  dyskretny,  pani  przeniesienia.  Nie  chciał pani 
szkodzić  osobiście,  ale  pragnął,  by  w  pani  sektorze  badania  były  prowadzone 

kompetentnie. 

- To niedorzeczne! 

- Dla pani zaś największa zniewaga. 

-  Jak  mogłabym  czuć  się  dotknięta  równie  śmiesznymi  wypowiedziami?  Moja 

reputacja mówi sama za siebie! 

Lord Percival naciskał: 

- Myślę, że doszło do prawdziwego starcia między Howardem Langtonem i panią 

i  że  pani  zażądała,  by  opuścił  Egipt.  “Gdyby  mnie  posłuchał,  jeszcze  by  żył", 

background image

powiedziała mi pani. I to wyznanie panią uniewinnia. 

-  Chciałam,  żeby  jak  najszybciej  wyjechał,  to  prawda,  ponieważ  bałam  się 

katastrofy. Nie myślałam o morderstwie. 

-  Ja  zaś  -  wyznał  lord  Percival,  idąc  w  kierunku  Stevena  Faxmore'a  -  nie 

sądziłem, że jedynym celem uczonych może być wykorzystywanie swojej wiedzy w celu 
zdobycia pieniędzy. 

background image

 

ROZDZIAŁ XLIV 

 
Steven  Faxmore,  o  kanciastej  twarzy  pooranej  głębokimi  zmarszczkami,  z 

gęstymi  bokobrodami  zakrywającymi  policzki,  szpiczastym  podbródkiem,  chrapliwym 
głosem,  pociągnął  poły  swojej  czerwonej  marynarki,  jakby  chciał  ochronić  swoją 
godność. 

- Czy to pan był tym człowiekiem ze strzelbą? - zapytał lord Percival. 

- Nienawidzę broni palnej. 

- A co z bronią białą? 

- Podobnie. 

- Jeśli dobrze rozumiem, jest pan pacyfistą i człowiekiem bezceremonialnym? 

- Dokładnie. 

-  Bezceremonialnym...  To  z  pewnością  wiele  znaczy,  panie  Faxmore.  Zaszliśmy 

już tak daleko, czy nie powinien się pan teraz przyznać? 

- Pańska metoda prowadzi donikąd. Dobrze pan wie, że jestem niewinny, nie ma 

sensu mnie prowokować. 

- Niewinny... Jest pan tego taki pewien? W oczach arystokraty czaiła się ironia. 

- Niech mi pan udowodni, że nie. 

-  Według  doktora  Qerry  wie  pan  wszystko  o  wszystkich.  Dlaczego  nie  poda  mi 

pan nazwiska mordercy Howarda Langtona? 

- Ponieważ go nie znam. Qerry przypisuje mi cechy, których nie posiadam. 

-  Jest  pan  Szkotem,  Langton  był  Anglikiem.  Jest  co  najmniej  jeden  świadek 

pańskiej kłótni z ofiarą. 

-  To  jasne,  Szkocja  i  Anglia  nigdy  nie  zawrą  pokoju,  a  jedynym  rozwiązaniem 

jest  przyznanie  Szkocji  niepodległości.  Ale  od  tego  do  zamordowania  kolegi  daleka 

droga... 

-  Pan  sam  jednak  przyznał,  że  Langton  był  niebezpiecznym  rywalem  i  stanowił 

zagrożenie dla pańskiego spokoju i stanowiska. 

Steven Faxmore uczynił wymijający gest. 

-  Takie  jest  życie...  Kiedy  młody  specjalista  osiąga  zaszczytną  funkcję,  stara  się 

wszystkich zniszczyć, żeby łatwiej narzucić swoją władzę. Tak jest zawsze i zawsze się to 

odbywa  w  taki  sam  sposób.  Nie  ma  sensu  robić  z  tego  ceregieli...  Langton  by  się 
opamiętał i w końcu doszlibyśmy do porozumienia. 

- Trudno mi uwierzyć, że nie znał pan planów Howarda Langtona. 

-  Ale  to  prawda,  milordzie.  Nie  miał  zresztą  żadnego  powodu,  by  mnie 

wtajemniczać. Nielogiczne byłoby przypuszczać, że było inaczej. 

- Logiczne jest stwierdzenie, że miał pan motyw, by się pozbyć Langtona. Oprócz 

background image

tego,  według  Villaberta  Glotoniego,  uważa  się  pan  za  pożeracza  dusz  i  kata,  który 
chętnie posługuje się nożem. 

Skrzeczący śmiech zatrząsł wielkim cielskiem Faxmore'a. 

- Dzielny Glotoni  przypomniał bal  maskowy, na którym rzeczywiście pojawiłem 

się w takim przebraniu... Proszę być spokojnym, nikogo nie zabiłem. 

- O czym pan marzy? 
Pytanie lorda Percivala zaskoczyło Faxmore'a. 

- O czym marzę? Dlaczego to pana interesuje? 

- Być może pozwoliłoby to wyjaśnić morderstwo. 

- Byłbym zaskoczony... 

-  Niech  pan  nie  będzie  taki  tajemniczy,  panie  Faxmore.  Pani  Abletout 

przesadzała, jak zwykle zresztą, utrzymując, że chciał pan objąć władzą cały Egipt, ale 
miała  rację,  przypuszczając,  że  ma  pan  “plan  komercyjny",  co  potwierdził  Abd 

el-Mosul, zaznaczając, że pana prawdziwym celem nie jest rozwój nauki. 

-  Pogłoski  są  często  nieprawdziwe,  milordzie,  a  ci,  na których  się  pan  powołuje, 

nie lubią mnie. Mają więc interes w tym, żeby mi szkodzić. 

-  Nadinspektor  Dodson  i  ja  widzieliśmy  pana  w  mauzoleum  Aghi  Khana.  Nie 

wierzymy w to, żeby należał pan do jego wyznawców i że modli się pan za spokój jego 

duszy.  Ten  multimiliarder  jest  natomiast  wymarzonym  ucieleśnieniem  wszystkich 
pańskich  planów.  Pamięta  pan,  panie  Faxmore...  podczas  urodzin  Aghi  Khana  jego 
ciężar w diamentach na szali... Myśli pan, że umiejętność robienia interesów pozwoli je 
panu zagarnąć. 

- Pan się myli, milordzie! Jestem tylko zwykłym egiptologiem. 

-  Jak  doktor  Qerry,  pański  przyjaciel  i  wspólnik?  Specjalista  od  mumii 

zaprotestował: 

- To nie tak! Jestem samotnikiem, nie mam żadnego przyjaciela. 
Lord Percival odwrócił się do Alana Qerry. 

- Steven  Faxmore, aby  odwrócić moje podejrzenia,  określił  pana jako  ponurego 

osobnika prowadzącego działalność mętną, wręcz godną potępienia. Każdy zdawał sobie 
sprawę, że niczego pan nie odkrył, a pańskie wyniki badań nie znajdują potwierdzenia... 
krótko mówiąc, zajmuje się pan czymś innym, nie mającym związku z nauką. Langton 
dowiedział się, co to jest i stwierdził, że nie ma to związku z pańską oficjalną funkcją. 

- Moją specjalnością są mumie, i nic innego! 

- Zapomina pan o kłamstwie, panie Qerry: czyż nie zapewniał nas pan, że nigdy 

nie  spotkał  się  z  Howardem  Langtonem?  To  poważny  błąd...  Langton  z  pewnością 
skontaktował  się  ze  wszystkimi,  co  do  których  miał  podejrzenia,  zanim  wezwał  ich  do 

Starej  Katarakty.  Czując  na  szyi  zaciskającą  się  pętlę,  wymyślił  pan tezę  o  spisku.  Ale 

marzyło się panu to samo co pańskiemu przyjacielowi Faxmore'owi: obaj chcieliście się 

background image

wzbogacić.  Od  lat  sprzedaje  pan  kawałki  mumii  Abd  el-Mosulowi,  który  wierzy  w  ich 
właściwości pobudzające popęd płciowy, a ten drobny handel  przynosił panu skromne 
korzyści. 

- Kto panu naopowiadał tych głupstw? 

- Naoczny świadek, którego zeznanie wystarczy, żeby odesłać pana do więzienia. 

Doktor Qerry poczerwieniał. 

- Nie mówi pan poważnie! 

-  Nawet  pański  klient  pana  oskarżył.  Ale  to  nie  wszystko:  pan,  podobnie  jak 

Faxmore,  nie  doceniliście  determinacji  Howarda  Langtona  i  nie  sądziliście,  że  jest 
zdolny odkryć prawdę. Miał u siebie małą amforę zawierającą poślednie piwo, ale które 
uchodziło za oryginalne. Wiązaliście z tym wszystkie wasze nadzieje, doktorze Qerry  i 

panie Faxmore. 

Qerry i  Faxmore spoglądali na siebie zbici z tropu. Przerażony Qerry milcząco 

błagał Faxmore'a o pomoc. 

background image

 

ROZDZIAŁ XLV 

 

- Zgoda - przyznał Steven Faxmore. - Ma pan rację. Jeśli się dobrze zastanowić, 

Oerry  i  ja  nie  popełniliśmy  żadnego  przestępstwa.  Nie  zaprzeczam,  że  chcieliśmy 
zarobić, ale co w tym złego? 

- W oczach Howarda Langtona to było karygodne - zaoponował lord Percival. 

-  Bo  on  był  purystą!  To  ja  dałem  mu  próbkę,  którą  pan  u  niego  znalazł,  żeby 

zobaczył, że produkt nie jest jeszcze gotowy. 

- A jednak wezwał pana do Starej Katarakty. 

- By dać mi ostateczną odpowiedź. 

- A gdyby zażądał, żeby opuścił pan stanowisko i wrócił do Wielkiej Brytanii? 
Steven Faxmore wydawał się przygnębiony. 

-  Musiałbym  się  podporządkować,  Qerry  także.  Ani  on,  ani  ja  nie  jesteśmy 

mordercami. 

  Lord Percival uśmiechnął się. 

- Dziękuję za anonimowy list, panie Faxmore. 

- Jak pan na to wpadł? 

-  Nie  lubi  pan  ani  tytułów,  ani  arystokratów,  więc  mimo  że  pan  wiedział,  kim 

jestem,  zaczął  pan  list  od  zwykłego  “szanowny  panie".  Poza  tym  jedynie  pan,  jako 
Szkot,  mógł  być  autorem  liściku  do  rodaka.  Dzięki  panu  dowiedziałem  się,  że  mój 
przyjaciel Langton został zamordowany. 

-  Spełniłem  tylko  swój  obowiązek  -  powiedział  Faxmore  z  godnością.  -  Langton 

mówił mi o panu w samych superlatywach, więc wiedziałem, że mogę liczyć na pańską 
interwencję. 

Lord Percival zwrócił się w stronę Abd el-Mosula, który nie zdjął swej skórzanej 

czapeczki zdobionej złotą lamówką. 

-  Spotkał  się  pan  z  Howardem  Langtonem  i  prosił  go  pan,  aby  się  z  panem 

pogodził. Ale on był nieprzejednany. 

- Niewybaczalny błąd młodości, milordzie. 

-  Niektórzy  mówili  o  panu  jako  o  spokojnym  staruszku,  który  porzucił  swoją 

przestępczą działalność. To niestety nie jest prawda. 

-  Mówi  pan  o  handelku  częściami  mumii  z  doktorem  Oerry?  Zwykła  zabawa, 

milordzie.  Zresztą  nie  kupowałem  towaru  proponowanego  mi  przez  tego  doktorka... 
Potwierdzi to wielu świadków godnych zaufania. 

- Mówiłem o poważnym przestępstwie - sprecyzował Szkot. - Chodzi o ograbianie 

niesplądrowanych grobów. 

- Romantyczne marzenie... 

background image

- Nie w pańskim przypadku. Howard Langton wezwał pana do Starej Katarakty, 

ponieważ wiedział, że wyruszył pan na polowanie i podąża interesującym tropem. Takie 
jest  znaczenie  odręcznej  notatki,  którą  znaleźliśmy  u  ofiary:  “Powstrzymać  Abd 

el-Mosula". 

- Langton się mylił, inspektorze. 

-  Oddalił  się  pan  od  swoich  baz,  żeby  eksplorować  pustynie  w  pobliżu  Tall 

al-Amariny,  ponieważ  dowiedział  się  pan,  że  w  tym  rejonie  odkryto  legendarny  grób. 
Pański instynkt kazał panu przedsięwziąć nadzwyczajne poszukiwania, czyż nie? 

- Marzenie, milordzie, tylko marzenie... 

-  Oczywiście  jest  pan  chodzącą  ostrożnością  i  nie  pokazuje  się  pan  nigdy  w 

pierwszym  szeregu.  Dlatego  potrzebował  pan  dobrze  ustawionego  wspólnika,  najlepiej 
inspektora do spraw starożytności. Pana, panie Ahmedzie al-Fostat. 

Wąskie oczy Egipcjanina rozszerzyły się. 

-  Robi  pan  błąd,  milordzie!  Jestem  uczciwym  człowiekiem  i  pomogłem  panu, 

proszę sobie przypomnieć! 

-  Pańskie  dossier  nie  jest  nadzwyczajne,  panie  al-Fostat.  Do  swego  stanowiska 

doszedł pan pokrętną ścieżką, a przede wszystkim oszukał mnie pan. 

- Ja? Nigdy bym się nie ośmielił! 

- Z jednej strony, starał się pan mnie przekonać, że nie jest pan wspólnikiem Abd 

el-Mosula: z drugiej zaś, twierdził pan, że nigdy nie zetknął się z Howardem Langtonem. 
Według  Domeniki  Strauss,  Langton  odkrył  pańską  niekompetencję  i  układy  i  chciał 
oznajmić  panu,  że  postanowił  prosić  pańskich  przełożonych,  aby  usunęli  pana  z 

zajmowanego stanowiska. 

- Niech pan nie słucha tej kobiety, milordzie. 

- Steven Faxmore potwierdził słowa panny Strauss, a nawet brał udział w scenie, 

podczas której Langton pana zdemaskował. Ponieważ chciał zrujnować pańską karierę, 
nie miał pan innego wyjścia, jak tylko go usunąć. 

- Nigdy nie podjąłbym takiego ryzyka! 

- Na tym pańska rola się nie skończyła - ciągnął Szkot. - W Tali al-Amarinie pan 

nas śledził, zgodnie z instrukcjami pańskiego prawdziwego szefa, Abd el-Mosula,  żeby 
się dowiedzieć, czy znaleźliśmy grób, na którym tak wam zależało. Próbował pan nawet 
odciągnąć nas od tego miejsca. 

-  Pan  mnie  prześladuje...  Gdybym  był  Anglikiem,  nie  traktowałby  mnie  pan  w 

ten sposób! 

-  W  grobie,  gdzie  wciągnął  mnie  pan  w  pułapkę,  znalazłem  dowód,  że  jest  pan 

złodziejem. 

Ahmed al-Fostat zbladł, słysząc to oskarżenie. 

- To niemożliwe... 

background image

Lord Percival wyjął z kieszeni niewielki przedmiot w kształcie żaby. 

-  Oto  amulet,  który  pan  skradł  w  muzeum  w  Asuanie.  Zgubił  pan  go, 

przygotowując pułapkę. 

-  To  nieprawda!  Sprzedałem  amulet  Abd  el-Mosulowi  i  to  on  go  zostawił  w 

grobowcu, żeby mnie oskarżono! 

Podczas  gdy  al-Fostat  dał  się  ponieść  emocjom,  Abd  el-Mosul  zachowywał 

spokój. 

-  Pański  szef  wiedział,  że  pan  go  zdradzał  -  dodał  lord  Percival  -  i  zaczął  się 

wycofywać.  Egipski  wymiar  sprawiedliwości  zajmie  się  wami  obydwoma,  ale  jest  coś 
poważniejszego: chodzi o narzędzie zbrodni. 

Ahmed al-Fostat cofnął się, jakby usiłując wtopić w ścianę. 

- Nic nie wiem. 

- Potwierdził pan, że antyczny sztylet, którym zamordowano Howarda Langtona, 

jest fałszywy. Dlaczego, panie al-Fostat? 

- Już nie pamiętam. 

- Proszę sobie przypomnieć. 
Egipcjaninowi  puściły  nerwy.  Strasznie  się  zdenerwował  i  zaczął  na  przemian 

kląć i pomstować. 

- Wystarczy - przerwał komisarz Abd el-Atif. - Albo się zamkniesz, albo zrobi to 

za ciebie Abu!   

Groźba podziałała. 

-  Ten  sztylet,  jak  najbardziej  autentyczny,  pochodził  z  grobu,  którego  pan 

poszukiwał, panie al-Fostat - podjął lord Percival. - To jasne, że starał się pan odciągnąć 
mnie  stamtąd,  ponieważ  pańskim  jedynym  celem  była  grabież.  Morderstwo  Langtona 
nie zostało przewidziane w pańskim planie, a wręcz go rozbiło. 

- A więc przypuszcza pan, że ani ja, ani Abd el-Mosul nie zabiliśmy Langtona? 

- W rzeczy samej, ponieważ morderca zapłacił wam, żebyście kłamali w sprawie 

narzędzia zbrodni. Obiecał wam również zgrabną sumkę po umorzeniu sprawy. 

Po  tych  słowach  zapanowała  długa  cisza.  Angus  Dodson  wstrzymał  nawet 

oddech. 

Lord Percival podszedł do okna i patrzył na Nil.  - Co pani myśli o mojej teorii, 

pani Abletout? 

 

background image

 

ROZDZIAŁ XLVI 

 
Francuska egiptolog zareagowała gwałtownie: 

- Dlaczego pan mnie o to pyta, milordzie? 

-  Ponieważ  stwierdziła  pani,  że  można  mieć  całkowite  zaufanie  do  ekspertyzy 

Ahmeda  al-Fostata.  Miała  pani  nadzieję,  że  niczego  nie  zauważę  i  potraktuję  ten  stary 
sztylet  jak  ordynarną  podróbkę.  Pani  największym  błędem  jest  lekceważenie  innych  i 
przekonanie  o  własnej  wyższości.  Moja  wiedza  egiptologiczna  jest  ograniczona, 
wystarcza  jednak,  bym  rozpoznał  broń  bardzo  podobną  do  słynnego  sztyletu 
Tutanchamona, z istotną różnicą: inskrypcją hieroglificzną ITN u podstawy ostrza, czyli 
z imieniem boga Atona, którego wielbił Echnaton, heretycki faraon. 

- Każdy to wie! - powiedziała drwiąco Albertine Ableout. 

-  Skąd  mogło  pochodzić  to  małe  dzieło  sztuki?  Z  grobu  z  tej  samej  epoki  lub  z 

grobu  samego  Tutanchamona,  o  którym  wielu  sądzi,  że  pozostał  nie  odkryty,  lub  też  z 
grobu  któregoś  z  jego  dostojników.  Czy  przedmiotem  pani  doktoratu,  zresztą  nie 
dokończonego, nie były groby Mehu i Merire? 

Francuzka wczepiła się w podłokietniki. 

- Tak, ale... 

- Mehu był szefem policji Echnatona w jego stolicy Tali al-Amarinie, a Meri-re to 

wielki  kapłan  słonecznej  tarczy,  Atona.  A  zatem  zgodnie  z  zeznaniami  Domeniki 
Strauss,  Howard  Langton  był  o  krok  od  odkrycia  słynnego  grobowca,  właśnie  w  Tell 

al-Amarinie, jak wskazywały poszukiwania Abd el-Mosula i Ahmeda al-Fostata. Jestem 
nawet pewien, że go odkrył, ponieważ pokazał pani ten sztylet, który stamtąd pochodził. 
Cóż za  zniewaga! Pani,  specjalistka w tej dziedzinie, uprzedzona, a nawet przyćmiona 
przez młodego i błyskotliwego egiptologa! Langton nie dość, że chciał panią zwolnić, to 
jeszcze pokonał panią na jej własnym terenie... A to już było za wiele. Pani “zabiła" już 
wielu obiecujących naukowców, łamiąc ich  kariery, ale  tym razem poszła pani  o wiele 
dalej, niszcząc ludzkie życie. 

Komisarz  Abdel-Atif  osłupiał.  Jak  francuska egiptolog  mogła  się  posunąć  aż  do 

morderstwa? 

Albertine Abletout mimo rozdrażnienia zdołała zachować pozory spokoju. 

- Jeśli to, co pan mówi, jest prawdą, niech pan to udowodni, milordzie. 

-  Zgubiła  panią  Agata  Christie.  Howard  Langton  wezwał  panią,  podobnie  jak 

pozostałych,  do  Starej  Katarakty,  ale  to  pani  zaproponowała  mu  spotkanie  w  apar-

tamencie pisarki z mocnym postanowieniem wyduszenia z niego całej prawdy na temat 
jego  poszukiwań  archeologicznych.  Czy  zaplanowała  pani  morderstwo?  Prawdo-
podobnie tak, ale Langton dostarczył pani wymarzoną okazję, pokazując sztylet i dając 

background image

pewność, że popełnia pani morderstwo doskonałe, które przypisano by profesjonalnemu 
złodziejowi,  Abd  el-Mosulowi.  Dwa  szczegóły  zdradzają  pani  uwielbienie  dla  Agaty 

Christie: podobnie jak ona, ubiera się pani na fioletowo, a pani ulubionym deserem jest 
tarta  jabłkowa  ze  śmietaną,  nawet  w  Egipcie.  Ale  popełniła  pani  dwa  błędy.  Po 
pierwsze:  podrzuciła  pani  Domenice  Strauss  powieść  Agaty  Christie  i  wskazała  nam 
pani  trop  w  postaci  wiadomości  pisanej  po  angielsku,  obciążającej  pani  niemiecką 
koleżankę.  Tylko  że  panna  Strauss  nie  czyta  powieści  tego  typu,  a  pani  o  tym  nie 
wiedziała. Drugi błąd: wymyślenie mężczyzny uzbrojonego w strzelbę,
który  miał  na  panią  napaść  w  nocy.  De  facto
,  chodziło  o  zjawę,  która  straszyła  Agatę 
Christie,  grożąc  jej  w  snach.  W  gruncie  rzeczy  padła  pani,  jak  pani  literacki  model, 
ofiarą  przekleństwa  Echnatona.  Agata  Christie  tak  bardzo  się  nim  interesowała,  że 
poświęciła  mu  sztukę  teatralną,  która  zrobiła  klapę;  ten  faraon  pani  również  nie 
przyniósł szczęścia. 

- Pan się myli... Nie zamordowałam Howarda Langtona! 

- Rzeczywiście, nie pani trzymała sztylet. Ponieważ zadbała pani o to, żeby był z 

panią Villabert Glotoni, który tak nienawidził Langtona, jak uwielbiał panią. To na pani 
rozkaz Glotoni śledził nas w Tall-al-Amarinie, żeby zobaczyć, czy znajdziemy ten grób. 

Lord  Percival  utkwił  wzrok  w  oczach  wyraźnie  przerażonego  Villaberta 

Glotoniego. 

- Howard Langton wiedział, kim pan jest i trzymał się od pana z daleka. To pan 

jest  autorem  pracy  o  uchebti,  magicznych  figurkach  pracujących  zamiast  zmarłego  w 
zaświatach,  o  czym  jest  mowa  w  rozdziale  szóstym  Księgi  zmarłych
.  Howard  Langton 
dokładnie  przestudiował  ten  tekst,  aby  wykazać  pańską  niekompetencję  i  dorzucił 
wykrzyknik:  “Uwaga!".  Niestety,  nie  był  dość  czujny...  Ale  czy  mógł  przypuszczać,  że 

ugodzi  go  pan  w  plecy  starożytnym  sztyletem,  który  przed  chwilą  powierzył  pani 
Abletout, aby stwierdziła jego autentyczność. 

Wielka kwadratowa głowa Villaberta Glotoniego nie przestawała się kiwać. 

- Pan... pan nie ma prawa mnie oskarżać! 

-  Po  naszym  pierwszym  spotkaniu  -  ciągnął  lord  Percival  -  wystraszył  się  pan, 

więc postanowił pan mnie poważnie ostrzec, posyłając strzałę, która miała mnie zranić i 
przekonać,  że  zostałem  otruty.  Doktor  Qerry  zdradził  mi,  że  zbiera  pan  afrykańskie 
sztylety  i  strzały,  a  pan  okazał  tupet  -  lub  głupotę  -  by  pokazać  mi  to  na  targu  w 
Asuanie. Z wrodzoną próżnością sądził pan, że się przestraszę i porzucę śledztwo. 

Glotoni był blady. 
Wzrok Percivala ciął jak brzytwa. 

- Posłuszny swojej szefowej, po zamordowaniu Langtona, pan, miłośnik wyrobów 

egzotycznych,  które  kupuje  pan  na  targu,  nasączył  pan  perfumami  kołnierz  koszuli 
pańskiej  ofiary,  aby  obciążyć  Domenikę  Strauss,  specjalistkę  od  egipskich  wonności. 

background image

Brudna  sztuczka,  która  pana  zdradziła,  ponieważ  znaleźliśmy  ślady  pańskich  perfum 
różanych na kołnierzu koszuli. 

Nozdrza  Francuza  rozszerzyły  się  i  wymierzył  palec  wskazujący  w  Albertine 

Abletout. 

- To ona wszystko zorganizowała, ona kazała mi zabić Langtona, ona... 
Egiptolog  w  fioletowym  kostiumie  spoliczkowała  Glotoniego  i  z  zaskakującą 

żwawością usiłowała uciec. 

Ale  odbiła  się  od  nubijskiego  giganta  Abu,  monumentalnego  jak  starożytny 

egipski kolos. 

 

background image

EPILOG 

 
Lord Percival spędził cudowny dzień. Domenica Strauss pokazała mu wszystkie 

asuańskie grobowce znajdujące się na zachodnim brzegu, tłumacząc teksty hieroglifów, 
przypominających  niezwykłe losy  odkrywców Dalekiego  Południa,  których  duch  żył  w 
tych  miejscach  wiecznego  spoczynku.  Angus  Dodson,  zmęczony  upałem,  z  coraz 
większym trudem nadążał za arystokratą. 

Kiedy  promienie  zachodzącego  słońca  zmusiły  egiptolog  do  przerwania, 

nadinspektor  przysiadł  na  murku,  marząc  o  wilgotnym  bruku  brytyjskiej  stolicy  i  o 

kwarcie mocnego piwa w tradycyjnym pubie. 

-  Jak  pani  dziękować?  -  zapytał  Szkot.  -  Z  takim  talentem  ożywiła  pani  ten 

cudowny świat! 

-  A  pan,  milordzie,  rozwiązał  tyle  zagadek..  Czy  nie  odkryłby  pan  grobu,  który 

spowodował tyle nieszczęść? 

-  Dokona  tego  tylko  doświadczony  archeolog.  Poza  tym  nie  trzeba  wszystkiego 

odkrywać... Czy mumie nie zasługują na to, żeby spoczywać w pokoju? 

- To niezbyt naukowe podejście! 

-  Pozwoli  pani,  że  będę  jej  życzył  długiego  pobytu  w  Egipcie  i  przeżycia  tu 

samych szczęśliwych chwil.   

Wzruszona Domenika Strauss uśmiechnęła się. 

- Egipt to tajemniczy kraj, milordzie, ale w końcu dowiadujemy się wszystkiego. 

Dlatego  dowiedziałam  się,  że  ofiarował  pan  sporą  sumę  pieniędzy  Abu,  by  mógł 
wspomóc  w  trudnościach  swoich  nubijskich  braci.  On  jest  zbyt  dumny,  żeby  panu 
podziękować. Za to ja... 

- Po co bogactwo, jeśli nie dawałoby odrobiny szczęścia? 

-  Ponieważ  jutro  będzie  pan  już  w  Szkocji,  pozwolę  panu  cieszyć  się  ostatnim 

zachodem słońca nad Nilem. 

W  feluce,  która  wiozła  lorda  Percivala  i  Angusa  Dodsona  do  Starej  Katarakty, 

nadinspektor odważył się zadać dwa pytania, które paliły mu usta. 

- Te ślady perfum Glotoniego na kołnierzu koszuli ofiary... Czy powiedział panu 

o tym medyk sądowy, czy też komisarz Abdel-Atif? 

- Ani jeden, ani drugi, drogi Dodsonie, ale czy to nie było oczywiste? Gdyby miał 

pan  do  dyspozycji  laboratorium  Scotland  Yardu,  dostarczono  by  panu  ten  dowód 
natychmiast. Miałem więc wrażenie, że korzystam z pańskiej gwarancji moralnej. 

Jak obawiał się Angus Dodson, Szkot nie przejął się ścisłą procedurą. 
W  Londynie  nadinspektor  wystąpiłby,  przynajmniej  dla  formy,  z  gwałtownym 

protestem, ale tutaj... I jeszcze jedno prześladujące go pytanie: 

background image

-  Proszę  mi  powiedzieć,  milordzie...  Jaki  jest  pański  sekretny  sposób  na  upał? 

Nawet  kiedy  wspinaliśmy  się  po  stromych  zboczach,  na  pańskim  czole  nie  było  ani 

kropelki potu! 

-  Tajemnica  tkwi  w  kapeluszu  -  wyznał  Szkot.  -  Zawdzięczam  ten  wynalazek 

jednemu z moich przodków, który badał Afrykę, a nie znosił upałów. 

Z  przodu  kapelusza  z  szerokim  rondem  był  zainstalowany  miniaturowy, 

bezszelestny wiatraczek, który bezustannie chłodził czoło szczęśliwego właściciela. 

Słońce gasło za górą na zachodzie, aby przygotować swoje zmartwychwstanie, a 

nad Asuanem zapadała spokojna noc. Bogini nieba już nie zwlekała z przemianą duszy 
Howarda Langtona w światło.