background image

 

Mercy 09 - Moc ognia - przekład Afrit Tenk 

 

 

Rozdział 01 - Zasłużony odpoczynek 

 

Budzę się, czując wewnętrzny niepokój. Siadam i nasłuchuję w napięciu, 

co takiego wybiło mnie ze snu, ale wczesnoletnia noc milczy. 

 

Obejmuje mnie ciepła ręka. 

 

– Mercy? 

 

Głos Adama jest ochrypły, ale spokojny. 

 

– Usłyszałam coś – wyjaśniam, ale sama nie jestem tego pewna. 

Wydawało mi się,  że coś  słyszę, ale spałam i teraz nie pamiętam, co 

dokładnie mnie wystraszyło. 

 

Adam puszcza mnie i wstaje. Też nasłuchuje. Czuję, jak rozciąga 

świadomość na watahę.  Jestem zwykłym członkiem stada. Adam jako 

alfa ma większe możliwości. 

 

– W domu wszyscy są spokojni – oświadcza. – Nic nie wyczuwam. Co 

usłyszałaś? 

 

Kręcę głową. 

 

– Nie wiem. Coś niedobrego. 

background image

 

Zaciskam dłoń na leżącej przy mnie wędrującej lasce. Ruch przyciąga 

wzrok Adama. Marszczy brwi, przykuca obok łóżka i delikatnie wyjmuje 

mi ją z rąk. 

 

– Wzięłaś ją do łóżka? 

 

Rozkładam palce i marszczę czoło, poirytowana zachowaniem laski. 

Dopóki Adam nie zwrócił na nią uwagi, nawet nie byłam  świadoma,  że 

znowu pojawiła się tam, gdzie nie powinno jej być. A wmawiano mi, że to 

pośledni artefakt nieludzi. Jasne. 

 

Laska jest ładna, choć skromna. Zwyczajne drewno, pokryte 

wytrawionym srebrem i poszarzałe – od lakieru lub ze starości. Gdy 

artefakt przewlókł się za mną do domu niczym zbłąkany szczeniak, 

wydawał się być niegroźny. Trzeba jednak pamiętać,  że przedmioty 

nieludzi rzadko ukazują otwarcie swoje prawdziwe oblicze, a z upływem 

czasu zyskują na mocy. 

 

To stara i uparta magia. Nie chciała zostać z nieludźmi, choć próbowałam 

oddać im laskę. Potem zabiłam coś przy jej pomocy. Lub też laska 

wykorzystała mnie do zabicia czegoś. Kogoś. Tamte wydarzenia zmieniły 

ją, a że nie wiedziałam, co z nią zrobić, oddałam ją ojcu. 

 

Życie przysparza mi wielu okazji do nauki. Kolejna lekcja jest taka: nie 

dawać Coyote magicznych przedmiotów. Laska wróciła... Odmieniona. 

 

background image

Kilka razy otwieram i zamykam dłonie. Znika niezłomna pewność,  że w 

pobliżu czai się niebezpieczeństwo. Na próbę dotykam laski, ale strach 

nie powraca. 

 

– Może to tylko koszmar. 

 

Może to nie jest wina wędrującej laski. 

 

Adam kiwa głową i kładzie laskę na komodzie, gdzie jest jej zwyczajowe 

miejsce. Zamykanie jej w szafie uważamy za nieuprzejme. Potem wraca 

do łóżka i całuje mnie krótko, acz mocno. 

 

– Obejdę dom dla pewności – mówi. 

 

Czekam na niego w ciemności. Nie jestem pewna, czy to był zły sen, czy 

może jednak przeczucie. Zastanawiam się, co mogło obudzić mój 

instynkt. Rozmyślam też nad innym sprawami, które mnie martwią. 

Gdy władający nieludźmi Szarzy Panowie ogłosili,  że nie podlegają 

ludzkiemu rządowi, wraz z poddanymi wycofali się do rezerwatów. Zee 

został zmuszony do przeprowadzenia się do rezerwatu Walla Walla, 

znajdującego się o godzinę jazy stąd. 

 

Nieludzie  zabarykadowali się za murami, które zbudował dla nich rząd. 

Miesiąc zajęło ludziom ustalenie, że nie tylko ogrodzenia chronią 

rezerwaty. Ten w Walla Walla w sumie zniknął, skrywany iluzją i  magią. 

Prowadzące tam drogi zapętają się w nieskończoność. Podobno podczas 

lotniczych prób odnalezienia go, piloci zapominają, dokąd lecą. Zdjęcia 

satelitarne pokazują szarą, rozmytą plamę na obszarze wiele większym, 

niż zajmuje rezerwat. 

background image

 

Szarzy Panowie napuścili na ludzki świat potwory. Trzymani wcześniej  w 

ryzach nieludzie, dostali swobodę działania. Zabijają ludzi. Rząd próbuje 

trzymać te fakty po przykrywką, by uniknąć paniki, ale media już coś 

zwęszyły. 

 

Znowu zaciskam dłonie na szarym drewnie laski, która leży na moich 

kolanach, choć Adam dopiero co odłożył ją na komodę. Przemieszcza się, 

jednak nigdy nie przyłapałam jej na gorącym uczynku.   

 

Na początku nie bardzo martwiłam się  o  Zee,  bo  on  umie  się o siebie 

zatroszczyć. Tad i ja mogliśmy się z nim kontaktować od czasu do czasu. 

 

Z Tadem sprawa jest inna, ponieważ jest pół-nieludziem – wynikiem 

przeważnie nieudanego eksperymentu Szarych Panów, którzy chcieli 

sprawdzić, czy nieludzie mogą krzyżować się ze zwykłymi ludźmi i 

przekazywać moc potomstwu. Tad jako mieszaniec nie został zmuszony 

ani poproszony o udanie się do rezerwatu. Nieludzie nie mieli pożytku ze 

swoich półkrwi pobratymców. Przynajmniej dopóki Tad nie ujawnił swej 

rzadkiej i potężnej mocy. Wtedy go „zaprosili”. 

 

Minęło już siedem tygodni. Bez Tada nie mogę aktywować zwierciadła, 

przez które kontaktowaliśmy się z Zee. Tyle czasu bez żadnych wieści. 

 

– Czy to Tad? – pytam wędrującą laskę, ale ona obojętnie tkwi w moich 

dłoniach. 

 

Gdy słyszę kroki Adama na schodach, wstaję i odkładam ją na komodę. 

 

background image

*** 

 

Rankiem siedzę w kuchni i kartkuję kolejny katalog zaopatrzeniowy dla 

mechaników samochodowych. W notatniku niedbale zapisuję numery 

stron oraz ceny. 

  

Nie zapomniałam o nocnym incydencie, ale bezczynne siedzenie nie leży 

w mojej naturze, szczególnie jeśli spodziewam się nieprzyjemnych 

wydarzeń. Nie mam możliwości skontaktowania się z Zee lub Tadem. 

Trudno też stwierdzić, czy laska zaalarmowała mnie ze względu na 

prawdziwe zagrożenie, czy jedynie zareagowała na mój koszmar senny. 

  

Doświadczenie podpowiada mi, że jeśli ma się stać coś strasznego i tak 

tego nie powstrzymam, a zbijanie bąków tym bardziej nie pomoże. 

Dlatego zajmuję się pracą. 

  

Wiatr szeleści delikatnie kartkami. Mamy jeszcze wczesne lato i jest tu na 

tyle chłodno, że można zostawić okna otwarte. Niedługo żar będzie lał się 

z nieba, ale jak dotąd możemy skarżyć się jedynie na okazjonalne porywy 

wiatru. Przytrzymuję kartkę i porównuję specyfikację najtańszych 

podnośników kilku firm. 

  

Zebraliśmy trochę narzędzi ze zjaranego przez bożka wulkanu warsztatu, 

ale część odkształciła się na skutek wysokiej temperatury, a reszta 

zepsuła, gdy budynek się zawalił. Warsztat ruszy dopiero za kilka 

miesięcy, ale też niektóre narzędzia należy zamówić z kilkumiesięcznym 

wyprzedzeniem. 

  

background image

Tymczasem odsyłam większość klientów do serwisu volkswagena. Kilku 

najbardziej oddanych i spłukanych zostało przy mnie. Przyprowadziłam 

ich auta pod wiatę obok mojej przyczepy. Nie jest w pełni wyposażona, 

ale radzę sobie z najprostszymi naprawami. 

  

Zza uchylonych drzwi pokoju Jesse, który znajduje się na piętrze, dobiega 

przytłumiona słuchawkami muzyka. Podoba mi się melodia, więc nucę ją 

pod nosem, decydując czego z katalogu nie chcę, co chcę, ale nie 

potrzebuję oraz czego potrzebuję. Następnie porównuję wynik z 

możliwościami finansowymi. Później będę zapewne dzielić zakupy na 

takie, które są niezbędne oraz absolutnie niezbędne. 

  

Oprócz muzyki Jesse słychać  głosy, głównie męskie, omawiające budżet 

watahy i plany na następne pół roku. Najwyraźniej  to  nasz  dzień 

ekonomiczny. W sali konferencyjne na górze znajdują się Adam, Darryl 

oraz Zack. Towarzyszy im Lucia, która przejęła księgowość watahy od 

firmowej księgowej Adama, jednak rzadko ją  słychać. Nie odzywa się 

często, ponieważ nie czuje się  jeszcze  na  tyle  swobodnie,  by  kłócić się z 

wilkołakami. 

  

Joel wzdycha ciężko i przekręca się, aż wszystkie jego cztery łapy wiszą w 

powietrzu, a  bok opiera się o szafki kuchenne. Joel to drugi oprócz mnie 

nie-wolkiłak należący do watahy. Ma czarną sierść, ale w silnym świetle 

widać pręgi. Wprowadzenie go do stada to moja sprawka. Uratowałam 

tym nam obojgu życie. Nie zmienia się w wilkołaka  jak reszta ani jak ja, 

w kojota. Czasem utrzymuje ludzką postać, a czasem jest tibiceną – 

olbrzymim, przerażającym zwierzęciem o jarzących się ślepiach i zapachu 

siarki. Zazwyczaj jednak wygląda jak duża presa canario. Tej rasy ludzie 

boją się tylko odrobinę mniej niż wilkołaków, szczególnie że wiedzą o 

background image

tych ostatnich bardzo mało.  Żywimy nadzieję,  że Joel uzyska w końcu 

kontrolę nad przemianami i będzie częściej człowiekiem, a rzadziej psem. 

Niemniej jesteśmy wdzięczni losowi, że nie utknął w postaci tibiceny. 

  

Obok niego leży zwinięta Cookie, wielka suka podobna do owczarka 

niemieckiego. Jest w lepszej kondycji niż na początku, ale wciąż 

niepokoją ją wszelkie gwałtowne ruchy. 

  

Dźwięk nieznajomego auta odciąga moją uwagę od rozstrzygania 

przewagi podnośnika czterowspornikowego nad dwuwspornikowym. 

Męskie głosy na piętrze cichną. Samochód bez wątpienia zmierza do nas, 

ponieważ mieszkamy na końcu  ślepej, niemalże wiejskiej drogi. To nie 

jest listonosz ani kurierka – znam ich pojazdy. 

  

– Zobaczę kto to – zwracam się do Joela, wiedząc  że Adam także mnie 

usłyszy. 

  

Pukanie rozlega się zanim jeszcze docieram do drzwi. Cookie depcze mi 

po piętach. 

  

Po ich otwarciu widzę Izzy, koleżankę Jesse, oraz jej mamę, niosącą dużą, 

płócienną torbę koloru morskiego. Izzy zwykle przyjeżdża sama, co 

skłania mnie do zastanowienia, czy auto się jej zepsuło i czy powinnam 

zaproponować jej naukę naprawy. 

  

– Hej, pani „H” – wita mnie Izzy, ale nie nawiązuje kontaktu 

wzrokowego. – Jestem umówiona z Jesse. 

  

background image

Adam i jego brygada budżetowa wracają do rozmów. Też znają  tę 

dziewczynę. Izzy prześlizguje się obok mnie i umyka na piętro. 

  

Cookie pędzi za nią. Bardzo lubi Izzy. 

  

– Mercy – zagaja jej mama. 

  

Za Chiny nie mogę sobie przypomnieć jej imienia, ale ona nie czeka, aż 

mnie olśni i ciągnie: 

  

– Masz chwilkę? Chciałabym porozmawiać. 

  

Brzmi złowieszczo. Jej córka właśnie wbiegła na górę, więc na pewno nie 

chodzi o wilkołaki rzekomo pożerające dzieci. 

  

– Jasne – odsuwam się, zapraszając ją. 

  

– Będzie potrzebny stół. 

  

Prowadzę ją do kuchni, gdzie na podłodze leży rozwalony wielki groźnie 

wyglądający Joel. Jedyna droga do stołu wiedzie przez niego. Już chcę 

poprosić,  żeby się przesunął, ale mama Izzy przechodzi nad nim, jakby 

był labradorem albo golden retriverem. Joel spogląda na mnie, nieco 

urażony jawnym zlekceważeniem jego groźnej osoby. 

  

Nasz gość zajmuje miejsce przy stole, a ja siadam obok niej. Odsuwa na 

bok moje katalogi, wyciąga elegancki kołonotatnik barwy morskiej, na 

którego okładce widnieje napis: „ENERGIA INTRASITY”. Kładzie go 

background image

ostrożnie na blacie, jakby to był jakiś skarb i uroczystym głosem 

rozpoczyna: 

  

–  Życie jest krótkie i nikt z nas nie robi się  młodszy. Co byś dała za 

możliwość odmłodzenia wyglądu o dziesięć lat, a jednocześnie 

zwiększenia energii? Możesz to uzyskać dzięki naszym witaminom. 

  

Zmartwienie zmienia się w nacechowane irytacją rozbawienie. A nich 

mnie Avon strzeli, myślę sobie, dopadła mnie handlarka sieciowa. 

  

Odgłosy z piętra znowu cichną. Ale tylko na chwilkę. Potem Darryl 

mruczy coś cicho. Robi to z premedytacją tuż pod granicą  słyszalności. 

Adam śmieje się i wracają do rozmowy o odsetkach. Szczury wydały mnie 

na pastwę tej pajęczycy. 

  

– Nie przyjmuję witamin – oświadczam. 

  

– Jeszcze nie próbowałaś naszych – ciągnie niezrażona. – Udowodniono 

podczas badań klinicznych, że... 

  

– Wypadają mi od nich włosy – kłamię, ale wcale mnie nie słucha. 

  

Mama Izzy szczebioce z entuzjazmem , a głos jej córki napływa z pokoju 

Jesse: 

  

– Mercy znienawidzi mnie na zawsze. Mama obleciała wszystkich swoich 

przyjaciół i znajomych, ludzi z siłowni, na którą chodzi, a teraz dobrała 

się do rodziców moich koleżanek. 

  

background image

– Nie martw się o Mercy – uspokaja dziewczynę Jesse. – Umie się o 

siebie zatroszczyć. 

  

Drzwi pokoju Jesse zamykają się. Nastolatki nie usłyszą nic z tego, co 

dzieje się w kuchni, o ile nie będą to krzyki i strzały z broni palnej. 

  

– Wiem, że są inne witaminy na rynku – ciągnie mama Izzy – ale z 

dwunastu najpopularniejszych marek, tylko nasze posiadają certyfikat 

dwu niezależnych laboratoriów o nietoksyczności i braku związków 

alergennych. 

  

Gdyby nie była mamą najlepszej przyjaciółki Jesse, odprawiłabym ją 

grzecznie acz stanowczo. Tyle że Jesse ma niewiele koleżanek. Córka 

wilkołaka nie jest zbyt popularna. Przynajmniej nie tam, gdzie by sobie 

życzyła. 

  

Siedzę więc i słucham, pomrukując okazjonalnie w odpowiednich 

miejscach. Przechodzimy od witamin do makijażu. Noszę go. Najczęściej 

gdy w pobliżu plącze się była żona Adama. 

  

– Mamy również w ofercie podkład maskujący blizny – informuje, 

patrząc przy tym znacząco na białą bliznę przecinającą mój policzek. 

  

Siłą woli powstrzymuję się przed rzuceniem: „Jaka blizna? Kto ma 

bliznę?” Zresztą i tak nie załapałaby odniesienia do „Młodego 

Frankensteina”. 

  

Zamiast tego wyjaśniam: 

  

background image

– Zwykle nie noszę makijażu. 

  

– Ależ kochana, przy twojej cerze i włosach makijaż może zrobić z ciebie 

zjawiskową kobietę. 

  

Po tym „komplemencie” znowu bierze mnie w obroty. „Ziołowy” i 

„naturalny” znaczą „dobry”. „Toksyna” to coś „złego”. Nigdy nie podaje 

nazwy konkretnej toksyny, ale okazuje się, że mój dom, jedzenie i makijaż 

są nimi przesycone. 

  

Gdy tak nawija przychodzi mi na myśl, że świat nie jest taki cukierkowo–

tęczowy. Wiele naturalnych i ziołowych substancji jest zabójczych. Na 

przykład uran występuje w przyrodzie. Sadziec pomarszczony jest tak 

toksyczny, że ludzi zabija mleko krów, które go zjadły. 

  

Z zamyślenia wyrywa mnie zdjęcie następnej strony jej katalogu – liść 

mięty na lśniącym kamieniu, położony w płynącym strumieniu. 

  

– To moja ulubiona część – wyznaje mama Izzy i głaszcze pełne 

dramatyzmu zdjęcie. – Olejki eteryczne. 

  

Te dwa ostatnie słowa wymawia taki samym tonem, jakim smok 

wymruczałby „hiszpański dublon”. Zagląda do przepastnej torby i 

wyciąga pudełko wielkości bochenka chleba. Na ściankach po obwodzie 

wytłoczono metalicznym pismem kaligraficznym „Intrasity” oraz 

„Esencja życia”. Otwiera je i wypuszcza tysiące woni. Joel i ja kichamy. 

  

Mama Izzy mówi: 

  

background image

– Sto lat. 

  

Uśmiecham się. 

  

– Owszem. Dziękuję. 

  

– Nie wiem, co bym zrobiła bez tych olejków. Miewałam okropne 

migreny. Teraz wystarczy, że wetrę odrobinę „Błogosławieństwa Gai” w 

nadgarstki oraz skronie, a ból znika jak za dotknięciem czarodziejskiej 

różdżki. 

  

Po tych słowach wyciąga przezroczystą buteleczkę, zawierającą 

bursztynowy płyn, otwiera i podstawia mi pod nos. 

  

Nie najgorszy, choć oczy mi trochę  łzawią od mięty pieprzowej. Joel 

znowu kicha. Słyszę niewybredne żarty z góry, a nasz „pies” przeciąga się, 

wstaje i wbiega po schodach, niewątpliwie po to, by dołączyć do 

następnej rundy wygłupów. Dezerter. 

  

– „Błogosławieństwo Gai” zawiera olejek z mięty pierzowej, – wyjaśnia 

niepotrzebnie mama Izzy – lawendę, rozmaryn i eukaliptus. – Zakrywa 

buteleczkę. – Posiadamy środki na wszelkie dolegliwości. Mój mąż był na 

studiach sportowcem i przez ostatnie dwadzieścia lat walczył z grzybicą 

krocza. 

  

Odejmuje mi mowę. 

  

background image

Próbuję zachować kamienną twarz, pomimo dobiegających z góry 

śmiechów. Nieświadoma  że przesadziła, mama Izzy kontynuuje 

zachwalanie. 

  

– Próbowaliśmy wszystkiego. – Grzebie w pudełku i wyciąga kilka 

butelek, zanim znajduje właściwą… – Tu mam. Kropelka tego przez trzy 

kolejne noce i grzybica zniknęła. Działa również na grzybicę skóry, 

łuszczycę i trądzik. 

  

Spoglądam na etykietę z napisem „Uzdrawiający dotyk”. Zastanawiam 

się, czy jej mąż wie, że ona wykorzystuje jego grzybicę krocza, by 

przekonać obcych ludzi do zakupu. Ta butelka również zostaje otwarta. 

Zapach jest mniej intensywny, niż przy pierwszej. 

  

– Witamina E – oznajmia. – Olejek z drzewa herbacianego.  

 

Wyjmuje następną. 

  

– Większość naszych olejków eterycznych to produkty jednoskładnikowe: 

lawenda, jaśmin, cytryna, pomarańcza. Niemniej sądzę,  że kombinacja 

olejków jest bardziej użyteczna. Można je komponować samodzielnie, 

rzecz jasna, lecz nasze mieszanki zapewniają najlepsze działanie. Tej 

używam każdego ranka. Poprawia samopoczucie. Aromat wyzwala 

endorfiny i oddala smutek. 

  

– „Dobre wibracje” – komentuję neutralnym tonem. 

  

Hipisowska nazwa. 

  

background image

Kobieta przytakuje. 

  

– Zauważ proszę,  że nie reklamujemy tej mieszanki. Moja kierowniczka 

twierdzi,  że olejek nie tylko polepsza nastrój. Uważa,  że poprawia jakoś 

życia. Sprawia, że dzieją się dobre rzeczy. Akurat go używała, gdy wygrała 

tysiąc dolarów na loterii. – Odstawia butelkę i nachyla się ku mnie. – 

Słyszałam niepotwierdzone plotki, że kobieta, która założyła Intrasity, – 

wymawia nazwę „In–TRAY–sity” – Tracy LaBella, jest czarownicą. Białą, 

oczywiście. Taką, która wykorzystuje swe moce na rzecz dobra. Naszego 

dobra. 

  

Ta uwaga wzbudza mój niepokój, więc biorę buteleczkę „Dobrych 

wibracji”, otwieram i wącham ostrożnie zawartość. Wyczuwam różę, 

lawendę, cytrynę i miętę, ale żadnej magii. Zwykle odczuwam obecność 

magii, jeśli  takowa  jest  w  pobliżu. O ile mi wiadomo, LaBella nie jest 

rodowym nazwiskiem żadnej z wiedźmich rodzin. Zapewne „Tracy 

Piękna” nie jest prawdziwym mianem. 

  

– A teraz ten klejnocik – mama Izzy wyciąga jeszcze jedną buteleczkę. – 

To jeden z moich ulubionych. Gwarancja poprawy życia miłosnego albo 

zwrot pieniędzy. Czy twój mąż nie miewa problemów z erekcją? – 

Podnosi palec, a potem zgina go, jednocześnie unosząc pytająco brwi. 

  

Cisza na piętrze jest ogłuszająca. 

  

– Yyy... Nie... – odpowiadam. 

  

Próbuję się powstrzymać. Naprawdę. Czuję, że już mi przechodzi ochota 

na psikusa, gdy Darryl mówi: 

background image

  

– Świetnie, chłopie. Przez sekundę martwiłem się o ciebie. 

  

Adam reaguje śmiechem, co przesądza sprawę. 

  

Kobieta mruga z przekonującym zainteresowaniem. 

  

– W jakim znaczeniu „nie”? – dopytuje. 

  

– Wiesz... – odwracam wzrok udając zażenowanie. – Znasz pewnie te 

plotki o wilkołakach... 

  

Moja rozmówczyni prawie wpycha mi się na kolana. 

  

– Nie – szepcze. – Powiedz mi. 

  

Słyszę jak otwierają się drzwi sali konferencyjnej na piętrze, więc wiem, 

że wilkołaki usłyszą nawet najlżejszy szept. 

  

Wzdycham głośno i wyznaję: 

  

– Wiesz, nie mam nic przeciwko seksowi każdej nocy. Podobnie z 

rankami. Ale trzy-ztery razy w ciągu doby? – To... – śmieję się ochryple. 

– Mój mąż jest zabójczo przystojny, sama to przyznasz, ale czasem... Już 

nie mam dwudziestu lat. Bywam zmęczona. Właśnie usypiam, a o on 

znowu mnie... Szturcha. – Uśmiecham się nieśmiało i z nadzieją. – Masz 

coś, co mogłoby pomóc? 

  

background image

Nie wiem, jakie reakcji się spodziewam, ale na pewno nie takiej. Kobieta 

kiwa stanowczo głową i wyjmuje dużą fiolkę, opisaną jako „Zasłużony 

odpoczynek”. 

  

– Ojciec mojej kierowniczki, wieczne odpoczywanie racz mu dać panie, 

odkrył w ubiegłym roku niebieską pigułkę. Jej matka już miała się 

rozwodzić po czterdziestu latach małżeństwa, ale spróbowała tego. 

  

„Wieczne odpoczywanie” oznacza śmierć, tak? Biorę ostrożnie fiolkę. 

Podobnie jak pozostałe, nie wydaje się mieć magicznej zawartości. 

Otwieram ją i wącham. Znowu lawenda, ale nie tylko. Pomarańcza... I coś 

jeszcze. 

  

– Co w tym jest? 

  

– Dziurawiec zwyczajny, lawenda, pomarańcza – odpowiada energicznie. 

– To nie jest całkowita kastracja chemiczna, ale zrównoważy twoje 

pożycie – tłumaczy i znowu zachęca do zakupu, jakby proponowanie 

kastracji chemicznej było na porządku dziennym, a wykonanie jej na 

czyimś mężu normalną sprawą. A  wyglądała na miłą, zdrową psychicznie 

osobę. 

  

Jeszcze raz wącham olejek. Dziurawiec jest mi głównie znany z książki o 

nieludziach, którą kiedyś pożyczyłam. Ziele wykorzystuje się do ochrony 

przed niektórym rodzajami nieludzi – należy umieścić je przy drzwiach, 

oknach i kominach. Jeśli chroni przed nieludźmi, może powinnam 

sprawdzić, czy możemy kupić je na zapas. Albo wyhodować. Dzięki Lucii 

nasze rabaty kwiatowe wyglądają znakomicie, a wspomniała,  że chce 

założyć ogród ziołowy. Dziurawiec jest przecież ziołem. 

background image

  

Mama Izzy kończy prezentację i przechodzi do targowania się. 

  

Mam naprawdę silną wolę. Nie dołączam do sieci Intrasity, żeby wciskać 

znajomym ich produkty. Nie mam ochoty bawić się w piramidę. Gdy 

kobieta proponuje 10% zniżki za nazwiska i numery telefonów moich 

znajomych, zastanawiam się, czy nie podać jej nazwiska Elizavety. 

Jednak nie jestem tak podła,  żeby wysłać zwykłych ludzi do strasznej 

czarownicy. Niemniej dam jej znać, że Tracy LaBella pozuje na wiedźmę, 

żeby upłynnić towar i niech stara Rosjanka się nią zajmie. 

  

Płacę więc sto procent ceny za jedną zwykłą i jedną dużą butelkę 

„Zasłużonego odpoczynku”, czyli za cały zapas. Robię to przede 

wszystkim dla żartu, ale też  żeby sprawdzić, jaki wpływ na nieludzi ma 

dziurawiec zwyczajny. Skoro Zee i Tad utknęli w rezerwacie, może będę 

potrzebowała czegoś do obrony przed ich ziomkami. Kupuję też fiolkę 

„Dobrych wibracji”. Nie miałam tego w zamiarze, ale dostaję zniżkę, bo 

mama Izzy używała jej do prezentacji. Dopiero przy zakupie smacznie 

pachnącego olejku pomarańczowego przyznaję,  że uległam czarowi 

gościa. Na szczęście nadaje się do ciasteczek. Wcześniej używałam do 

murzynka koncentratu pomarańczowego, ale podobno olejek lepiej się 

sprawdza. 

  

Odprowadzam gościa do drzwi, zamykam je i opieram się o nie plecami. 

Adam odchrząkuje. Spoglądam w górę i widzę go w połowie schodów. 

Opiera się o ścianę, z rękami założonymi na piersi i robi co w jego mocy, 

by wyglądać na rozczarowanego. Oczy mu się śmieją. 

  

background image

– Czyli – kręci głową – za dużo od ciebie wymagam. Trzeba było mi 

powiedzieć. Jesteśmy co prawda małżeństwem, ale przyjąłbym odmowę. 

  

Robię oczy jak pięć złotych. 

  

– Nie chciałam cię urazić. 

  

– Kiedy to niby cię szturchałem? – zastanawia się. – W sumie to teraz 

mam ochotę na szturchanko. 

  

– Teraz? – szepczę zdławionym głosem. Spoglądam na pokój Jesse. – 

Pomyśl o dzieciach. 

  

Adam przechyla głowę, jakby nasłuchując, a potem oświadcza: 

  

– Nic stąd nie usłyszą. 

  

Zaczyna powoli schodzić. 

  

– Pomyśl o Darrylu, Zacku, Lucii i Joelu – przekonuję ze szczerością w 

głosie. – Zostanie im uraz do końca życia. 

  

– Znasz te plotki o wilkołakach – odpowiada posępnie i schodzi na 

podłogę parteru. 

  

Rzucam się do ucieczki, a on depcze mi po piętach. Skrywam się za 

stołem w jadalni, ale on kładzie na nim rękę i przeskakuje na drugą 

stronę. Daję nura pod stół, przemykam pod spodem, biegnę przez 

kuchnię i schodami w dół, śmiejąc się tak mocno, że aż brak mi tchu. 

background image

  

Adam dogania mnie w pokoju wypoczynkowym, przewraca i przyciska do 

podłogi. Całuje podbródek, szyję, policzek, nasadę nosa, a potem usta. 

Wylatuje mi z głowy gra w niechętną żonę i tak się zapominam, że kiedy 

mówi „szturch”, przez chwilę nie łapię, o co mu chodzi. 

  

Odrywam myśli od swojego osłabłego i drżącego ciała, i zastanawiam się, 

ile osób słyszałoby, co tu robimy. 

  

– Nie? – protestuję z wahaniem. 

  

– A co z nie urażaniem mnie? – pyta Adam z rozbawieniem. 

  

– Wolę nie urażać pozostałych – odpowiadam łamiącym się i ochrypłym 

głosem. 

  

Adam zsuwa się ze mnie, ujmuje dłoń i leżymy obok siebie na plecach. On 

pierwszy zaczyna się śmiać. 

  

– Przynajmniej dzięki temu, że jestem wilkołakiem, nie muszę martwić 

się grzybicą krocza. 

  

– Nie ma tego złego, co by na dobrze nie wyszło – zgadzam się z nim. – 

Nawet bycie wilkołakiem ma swoje dobre strony. 

  

Spodziewam się, że znowu się roześmieje, ale on siada i patrzy na mnie, 

Całuje moją dłoń i mówi: 

  

– Owszem. 

background image

  

Oczywiście znowu muszę go pocałować. 

  

Po tym pocałunku idziemy na parter, żebym nie musiała się później 

wstydzić.  Wszyscy szczerzą się jak głupki, ale nie czerwienię się. Darryl i 

Zack szykują się do wyjścia. 

  

Darryl całuje mnie uroczyście w rękę o mówi: 

  

– Jesteś bezgranicznie zabawna. 

  

Zack przytula mnie na pożegnanie. Nasz jedyny uległy wilk był bardzo 

nieśmiały i znużony, gdy dołączał do nas. Ale gdy już się przyzwyczaił, 

zaczął nas wszystkich dotykać.  Niektórzy chłopcy czuli się początkowo 

niezręcznie, ale już przywykli. Nikt nie chciał,  żeby Zack był smutny. 

Szczęśliwy uległy wilk równoważy jednostki dominujące i gasi agresywne 

nastroje. Nauczyli się więc akceptować jego zachowanie. 

  

Odwzajemniam uścisk, a Zack wsuwa mi do kieszeni jedną zakupionych 

butelek olejku. Odsuwa się, patrzy mi intensywnie w oczy i mówi: 

  

– To na ochronę przed szturchaniem. 

  

Przybijają sobie piątkę z Darrylem i wychodzą. 

  

Po zamknięciu drzwi za nicponiami, którzy tu nie mieszkają, odwracam 

się i widzę szeroko uśmiechającą się Lucię, a przy niej Joela. 

  

Marszczę brwi. 

background image

  

– Bez obaw – odzywa się. – Nie słyszałam wszystkiego, ale Zack 

informował mnie na bieżąco, żebym nie czuła się wykluczona. 

  

Adam unosi brew. 

  

– Ty będziesz używać tego olejku przeciwko szturchaniu, czy ja? – pyta 

mnie. 

  

– Mama Izzy nie wyjaśniła tego do końca, ale obawiam się, że dla ciebie 

mógłby być zabójczy. Sprawdzę go na sobie. Będę tak bardzo capieć,  że 

będziesz trzymał się z daleka, dopóki cię mocno nie przypili. 

  

Adam śmieje się w głos. 

  

Odchrząkuję. 

  

– Szturch? – pytam. 

  

Lucia odwraca się i idzie do kuchni. 

  

– Nie przy ludziach – rzuca jeszcze na odchodnym. 

  

Adam już zaczyna się do mnie skradać, gdy dzwoni jego telefon. 

  

Mój też. 

  

Sprawdzam numer i odbieram natychmiast. 

  

background image

– Tony? – pytam i odsuwam się,  żeby nasze rozmowy się nie mieszały. 

Adam rozmawia z zaniepokojonym Darrylem. 

  

– Nie wiem, czy możecie z Adamem jakoś pomóc – odzywa się bez 

wstępu policjant. W tle słychać ogłuszające wycie syren. – Ale mamy tu 

problem. Coś, cholernie wielkie coś, siedzi na moście Kablowym i pożera 

samochody. 

  

„Możecie z Adamem” to równoważnik „przyprowadźcie proszę watahę, 

żeby zajęła się pożerającym auta potworem”. Muszą być zdesperowani, 

skoro proszą o pomoc wilkołaki. 

  

– Mercy – wtrąca się Adam – przekaż mu, że natychmiast ruszamy. 

Darryl i Zack są prawie na miejscu. 

  

Powtarzam słowa Adama i zapewniam, że zaraz tam będziemy. 

  

Rozłączam się i idę do drzwi. Most Kablowy znajduje się dziesięć minut 

jazdy stąd. 

  

– Mercy – mówi Adam z napięciem w głosie. 

  

Kiedy ostatnio mierzyliśmy się z potworem, niemal umarłam. Ponowne 
stanięcie o własnych nogach zajęło mi półtora miesiąca. Zresztą to nie 

pierwszy raz, gdy oberwałam. Jeszcze miewam koszmary. Wilkołaki ważą 

ponad sto kilogramów i są uzbrojone w kły i pazury oraz uzdrawiają się 

prawie natychmiast. Tymczasem ja jestem podatna na obrażenia jak 

każdy inny człowiek. 

Moja 

supermoc 

to 

zmiana 

kilkunastokilogramowego kojota. 

background image

  

Patrzę na Adama. 

  

– Ty będziesz wilkołakiem. Podobnie Darryl. Zakładam,  że Joel będzie 

monstrualną, przerażającą i plującą lawą tibiceną. Chyba potrzebujesz 

kogoś  na  miejscu,  kto  będzie krzyczał: „Nie strzelać do wilkołaków!” – 

Biorę głęboki wdech. – Nie obiecam, że nic mi się nie stanie, ale nie będę 

narażać się bez potrzeby. 

  

Adam zaciska szczęki tak mocno, że aż policzki mu bieleją. Pochmurnieje, 

ale kiwa z wolna głową. Taką mamy umowę. Ja czasem rezygnuję z 

niezależności, a on nie traktuje mnie jak porcelanową lalkę. 

  

– No dobra – mówi. – No dobra. Joel? Idziesz z nami? – Sam już 

odruchowo rozebrał się do naga. 

  

Wielkie, czarne psisko, które już wygląda na większe, dołącza do nas. Nie 

jestem pewna, na ile Joel kontroluje swą ostateczną formę, ale na pewno 

w niewielkim stopniu. Musimy dotrzeć do celu, zanim zacznie roztapiać 

wnętrze auta. Wszakże tibicena to istota zrodzona we wnętrzu wulkanu. 

  

Otwieram drzwi, ale zatrzymuję się i biegnę do pokoju Jesse. Wchodzę 

bez pukania. 

  

– Potwór na moście Kablowym – rzucam. – Policja wzywa nas na pomoc. 

Zostań w domu i uważaj na siebie. Kochamy cię. 

  

Nie daję jej czasu na odpowiedź. Pędzę na dół, do czarnego SUV-a 

Adama, gdzie reszta załogi już czeka. 

background image

  

Jedziemy walczyć z potworem 

  

KONIEC Rozdziału 01