background image

Truskinowskaja Dalia 
 
W torebce nie ma życia 

Z „Science Fiction” nr 12 – luty 2002 

 
 

-

 

Ja tu... z ogłoszenia... 

-

 

Ach, z ogłoszenia. No, no... 

-

 

Ty tutejszym dziadkiem jesteś, tak? 

-

 

Dziadkiem. A ty, jak powiadasz, z ogłoszenia? Dobra, wchodź... 

Krótki ten dialog miał miejsce w pawlaczu wspaniałego czteropokojowego mieszkania, dokładnie tam, 

gdzie, przesłonięty walizkami, znajdował się otwór, przez który przechodziły przewody telefoniczne i od 
licznika. 

Należy powiedzieć, że pawlacze każdego zamieszkałego lokum bardzo zadziwiłyby gospodarzy, gdyby 

im przyszło kiedyś do głowy sprawdzić, co też za klamoty wypełniają te przestrzenie. Wtedy okazałoby się, 
ż

e niepotrzebne, jak się wydawało, przedmioty, zmieniły się. Z zamkniętej walizki, na przykład, wyjęto 

starą dekoracyjną powłoczkę, wełnianą, w rustykalnym stylu, i złożono ją tak, że stała się kanapą z 
podłokietnikami. Malutka puszeczka z resztką farby, zapomniana po zakończonym pięć lat temu remoncie, 
przykryta czystym papierem przeistoczyła się w stół. Podobna przemiana dokonała się z brezentową 
rękawicą, też pozostałością po remoncie, która to rękawica została sprytnie przymocowana do otworu, żeby 
nie ciągnęło. Stała tam też druga puszka z farbą - można było się nią zasłonić, gdyby nagle pojawili się 
nieproszeni goście. 

Gospodarz, domowy chochlik, dziadek Fieoktist Stiepanycz, wpuścił gościa, ale, żeby być szczerym, bez 

entuzjazmu. 

No bo i z czego tu się cieszyć? Przybyły zgoła nie przypominał chochlika torebkowego. Chudy, 

rozczochrany, wymięty, nie zadbany, i patrzył jakoś tak ponuro. Niedobrze patrzył. 

- Mleka? - zapytał Fieoktist Stiepanycz. - Gospodyni dobra, częstuje. Kocia karma - proszę bardzo. 

Kieliszeczek dla mnie trzyma na pawlaczu. A ja do fiolki przelałem. Winko znakomite, kagor. 

Domowy był pulchny i kudłaty, wyglądał tak, jak powinien wyglądać domowy dziadek w bogatym 

mieszkaniu, i częstując gościa, wyraźnie przechwalał się swoją sytuacją - oto, jak można syto sobie żyć, 
nawet częstować możemy. 

- Syty jestem! - warknął gość, choć po oczach widać było, że głodny, oj, głodny... 
Usiadł nie na kanapie gospodarza, tylko przykucnął pod ścianą, opierając się plecami o ściankę walizki. 
-

 

 Jak chcesz. Chciałbyś, jak rozumiem, torebkowym zostać?  

-

 

No... 

-

 

A pracowałeś już jako torebkowy? 

- No... pracowałem. 
Fieoktist Stiepanycz nie lubił kłamczuchów. Za kłamstwo mógł nawet przegonić - raz i na zawsze. Ale 

ten gamoń jakby i nie kłamał. 

- To-reb-ko-wym! - dobitnie sprecyzował dziadek. - W damskiej torebce. Służyłeś? 
- W damskiej - nie. Bo co? Czy to taka skomplikowana sprawa? Ileż tam tych bambetli się nazbiera, w 

torebce? - Pytanie było jednocześnie i retoryczne, i nieco pogardliwe. - Torebeczki to maleństwa przecież. 

-

 

Ale zawartość, chłopcze... Z samymi cieniami do powiek ile roboty! - rzucił Fieoktist Stiepanycz. -

Pudełeczko otwiera się, a te cienie są jak z mąki, taka płaska grudka, rozpadają się i cała torebka jest 
zabrudzona. Albo pilniczek do paznokci. Pani nigdy go na miejsce nie kładzie, tak sobie wrzuca, byle jak, a 
pilniczek drze podszewkę. Albo ten, powiedzmy, notesik - trzeba pilnować, żeby się stronice nie zaginały. 

-

 

Pilnować mogę - zgodził się gość. - To jak: wolne jeszcze to miejsce? 

-

 

Ty jesteś trzeci - zakomunikował dziadek. -Babunia z piątego mieszkania prosiła, żeby ją przyjąć - coś 

tam z dziadkiem się posprzeczali, do rozwodu doszło. Jak popatrzyła do tej torebki: „Oj, matko - powiada - 
samo sprzątanie - głowy urwanie! A papierków ile! Nie wiadomo, które można wyrzucić - a jak się wyrzuci 
jakiś potrzebny?" Potem jeszcze wpadł teczkowy. Nieszczęście z nim, że hej! Jego chłopiec szkołę 
skończył, teczka już mu niepotrzebna, wyrzucili na śmietnik. Pokazałem mu torebkę, a ten się rozkichał - 
uczulenie na perfumy... 

-

 

A ta babcia... nie wróci? - zdecydował wyjaśnić wszystkie warianty gość. 

background image

-

 

Nieee, nie wróci. Czy jej tam z dziadkiem źle? Tyle tylko, że on nie pozwala telewizji oglądać, a ona już 

się przyzwyczaiła. Sam powiedz - tam ona jest domową, gospodynią, osobą szanowaną, a tu kim by była? 
Torebkowa! To znaczy - pod moim kierownictwem. 

-

 

No, to bierzesz mnie czy nie? 

-

 

Może na okres próbny, czy jak? - zadał sobie samemu pytanie dziadek. - Dwa tygodnie. Zgoda? 

-

 

Zgoda. 

-

 

To się rozgość. Powiem ci szczerze - gdyby nie pilna potrzeba, nie wziąłbym cię. Ale ona, ta nasza pani, 

z powodu torebki zaczęła już wpadać w szał. Wrzeszczy na całe gardło: „Nic znaleźć nie można!" A 
torebka, powiem ci, francuska, sześć przegródek, i jeszcze z drugiej strony sekretna kieszonka, a to też 
opieki wymaga. Ona tam często pieniądze nosi - sam rozumiesz. 

Fieoktist Stiepanycz westchnął przeciągle. 
Kiedy pani wpada w szał, to cały dom staje na głowie - poskarżył się. - Aż chęć nachodzi, żeby sobie 

innego domu poszukać. Bo jak spokój, to lepszej nie znajdziesz. Pracowita! Pieniędzy na dom nie żałuje. 
Tylko pan nasz jakiś taki nieudany... No, sam zobaczysz... 

- Pije może? - domyślił się kandydat na torebkowego. 
-

 

Gorzej. Śmiało sobie powiedzmy: darmozjad. Leń. Możesz go w ogóle nie brać pod uwagę. Wszystko 

trzeba robić pod panią. Aha, jeszcze jedno! Kota aby nie ganiaj! Kota mamy poważnego, perskiego. 
Przekazała mi go w moje ręce jak trzeba! Przyniosła, jak jeszcze był kociakiem, i tak, wiesz, po staremu, 
powiada: „Oto, dziadku, na mieszkanie bogate, zwierzę kudłate, ty go strzeż, niech w zgodzie żyje zwierz!" 

-

 

Z kotem nie będzie kłopotu - posępnie oświadczył gość. 

-

 

Dwa tygodnie, okres próbny. A jak cię zwą? 

-

 

Prochor. 

-

 

To się rozgość, Prochor. Dokumenty masz? No, to daj, wpiszę, że wzięty na torebkowego na okres 

próbny... 

-

 

A po co mi to? - odżegnał się nowy torebkowy. - Obejdzie się i bez tego. Do emerytury jeszcze mam 

daleko. 

- Jak chcesz... 
 
                                                                    *   *   * 
 
W nocy, kiedy rodzina zapadła w sen, Fieoktist Stiepanycz poprowadził Prochora, żeby przejął 

stanowisko. 

Torebka leżała w gościnnym na fotelu. Obok spał wielki rudy kocur. 
-

 

Oto twoje miejsce pracy - poważnie oświadczył dziadek. - Zapamiętaj! Tym maluje twarzyczkę. To 

wszystko musi w kosmetyczce leżeć. Te karteczki, to wizytówki. Składaj je do bocznej kieszonki. To 
ważne! Szczególnie pilnuj gum do żucia! Ona otwiera paczkę i wrzuca do torebki nie patrząc, a ty nie 
pozwól, żeby się te białe poduszeczki rozsypały, opakowanie zaciśnij... A! O, to jest najmniej przyjemne. 
Ale taka też i twoja praca. 

-

 

Co to za świństwo? - zdziwił się Proćhor. 

-

 

No, wiesz, żuje tę gumę, aż tu nagle zjawia się ktoś i niegrzecznie jest przy nim żuć, a kosza na śmieci w 

pobliżu nie ma. Więc ona - pac! do torebki! Jak do podkładki się przyklei, nie oderwiesz nawet zębami! 
Albo jakieś potrzebne papierki sklei. Jak zobaczysz taką gumę - trzymaj jakiś papierek w pogotowiu i od 
razu ją łap. 

-

 

Ona pluje, a ja mam łapać? - sprecyzował Prochor. 

Wiesz, przyjacielu, nikt cię tu na siłę nie ciągnął - przypomniał mu Fieoktist Stiepanycz. - Przecież wiem, 

na dole za kaloryferem są też inne ogłoszenia. Na przykład do mieszkania numer czterdzieści pięć 
poszukują lodówkowego. 

-

 

Dziadku, a czyś ty ich lodówkę widział?! - Prochor tak się zdenerwował, że aż zaczął krzyczeć. - To 

jest, dziadku, całe miasto, i tam powinno urzędować trzech lodówkowych, żeby jaki taki porządek 
utrzymać! A oni chcą wszystko na jednego, wpakować! 

-

 

Wiem, gospodarz tam surowy, Polikarp Fiedotycz - zgodził się dziadek. - Podobnie jak ja: okrutnie 

darmozjadów nie lubi. Ale przecież jeszcze mieszkanie trzydzieści trzy szukało do szafy pilnującego, nie 
wiem, zresztą, po co... 

-

 

Byłem tam. 

-

 

No i co tam oni mają za szafę, że aż oddzielny gospodarz im potrzebny? - zainteresował się Fieoktist 

Stiepanycz. - Pytałem, ale tamtejszy dziadek coś nie puszcza pary z ust. 

background image

-

 

Przez tę szafę dziadek łzami się zalewa! - nie wiadomo dlaczego wesoło, niemal śmiejąc się, zaczął 

Prochor. - Syn tamecznych gospodarzy bawi się takim tam żelastwem. Ono się u niego w pokoju nie 
mieści, więc u rodziców półkę w szafie wybłagał. I całe to żelastwo po szafie się rozpełzło! Zero porządku! 

-

 

No tak, żelastwo rzecz niebezpieczna - zgodził się Fieoktist Stiepanycz. - A ty czego zęby szczerzysz? 

-

 

Tamtejszy dziadek opowiadał, że łaził po szafie, usiłując jakiś porządek zaprowadzić, i nagle za 

drzwiczkami słyszy: przekleństwa się sypią, że niby matka zdechła! Drzwi się otwierają! On aż się za serce 
złapał, ledwo zdążył uciec, siedzi w kącie, jęczy, łzy ociera. Pani tam dobra była, czuła. „Cóż to za 
parszywiec w rodzinie wyrósł - płacze - że matka mu odumarła, a ten takimi słowami! Jak teraz w domu 
będzie, bez gospodyni?" A chłopak sięgnął po te swoje żelaza, wyjął jedno i do kogoś, tam w pokoju 
siedzącego, tak wrzeszczy: „Że zdechła, to betka, wyrzucimy ją na śmietnik, znalazłem tu drugą, trochę 
gorsza, ale ujdzie!" I wywlókł to swoje żelastwo. No to wtedy dziadek z trzydziestego trzeciego mieszkania 
powiedział, że żelazo zastępuje mu matkę, ojca, ciotki, wujków i nawet, przebacz Panie, kobiety. No to 
niech i dalej tak żyje, tfu! 

- A to przeklął, znaczy się. A niedobrze jest domowego dziadka złościć... Wyjdzie na jego słowa. No, 

dobra, powodzenia życzę, Prochorze! Rozejrzyj się po gospodarstwie. Tu masz dziurkę, za podkładką -
ciasnawa, ale przyzwyczaisz się. 

-

 

Przyzwyczaję. Dziękuję, dziadku. 

-

 

No właśnie. 

Do rana Prochor zapoznawał się z torebkowym gospodarstwem. Na razie porządku nie robił - trochę 

tylko kurz uprzątnął i nową, ale zakurzoną gumę do żucia. Przeliczył pieniądze w sekretnej kieszonce. 
Trafił na zakrętkę od pióra, pióra nie znalazł, postanowił poczekać - może się znajdzie. Drobne monety 
pozbierał i włożył do kieszeni, gdzie leżały wizytówki. 

Rano, słysząc głosy, ukrył się. 
Państwo śniadali w kuchni. Ona dowodziła. Męski głos tylko coś mamrotał. Potem dziarska dłoń 

chwyciła torebkę - i zaczął się dzień! 

Torebka otwierała się ze dwieście razy. Wypielęgnowane palce wpijały się w zestaw niezbędnych 

drobiazgów. Po pierwsze, pani włożyła do największej przegródki telefon komórkowy. Prochor taką rzecz 
widział po raz pierwszy w życiu - ale przedmiot był duży, gładki, akuratny, i jak się wydawało, wielkiej 
troski z jego strony nie wymagał. Futerał z okularami też wydał mu się bezpieczny. Czekał Prochor na 
klucze od mieszkania - ale nie doczekał się. Gospodyni miała je na jednym łańcuszku z kluczykiem do 
stacyjki. 

Stanowisko torebkowego okazało się dość wyczerpujące. Ledwo nadążał kryć się w swojej norce. Pod 

koniec dnia Prochor czuł się tak zmęczony, jakby worki z kaszą perłową i gryczaną wyładowywał. Samych 
gum do żucia wyłapał ze sześć. 

Wieczorem, kiedy pani, zostawiwszy torebkę na fotelu w gościnnym, gdzie zawsze spoczywała przez 

noc, poszła z mężem do kuchni, pojawił się z wizytą Fieoktist Stiepanycz. 

-

 

No, gratuluję pierwszego dzionka! - powiedział życzliwie. - Nasza ma dobry humor! Dobry miała dzień. 

A on, aż się gadać nie chce... 

-

 

Co - on? - zainteresował się Prochor. 

-

 

Co, co! Powiedziała mu - wiadro ze śmieciami wynieś, do sklepu się przejdź, koniecznie trzeba proszek 

do prania kupić... 

Dziadek, zaginając szponiaste palce, wyliczył z półtora tuzina poleceń. 
-

 

A ten o proszku zapomniał, hydraulika nie zawołał, sam zaczął naprawiać kran, a kran zamorski, 

delikatny, no i zerwał gwint, teraz już nie leci strumyczkiem, ale wali strugą! Nie gospodarz to, Proszeńka, 
wspomnisz moje słowa. Oj, nie gospodarz! Wysoki do nieba, a głupi jak trzeba. Masz, jedzenie ci 
przyniosłem. Ser holenderski, kiełbaska podwędzana, sucharki. Zapracowałeś uczciwie! 

-

 

A tam, niby nic nie robiłem... - skromnie odparł Prochor, który ostatni raz taką kiełbaskę widział półtora 

roku temu. 

-

 

Jak to - nic?! Gospodyni humor dobry zachowałeś - poważnie, unosząc palec, wyjaśnił dziadek. - To 

jest wiele warte. 

I, jak się wydaje, nieszczerze pochwalił. Zapeszył, czort pawlaczny! 

                   

                                        *   *   * 
 
Prochor powinien był zamknąć torebkę na noc. Ale w środku okrutnie pachniały różne babskie 

smarowidła, wymyślił więc sobie, że przewietrzy trochę. Nie uwzględnił, że na poły otwarta torebka na  

background image

miękkim podłożu trzyma się niepewnie. Wyszło to na jaw, kiedy wskoczył na fotel i walnął się na bok rudy 
kocur Morel. 

Torebka wywróciła się. Prochorem tak majtnęło, że też się wywrócił. 
- A żeby cię! - mruknął, usiłując tak rozłożyć ręce i nogi, żeby powstrzymać wylatywanie drobniaków na 

zewnątrz. Kto je potem pozbiera! Za to cylinderek ze szminką do ust, którego nie przełożył wcześniej z 
bocznej szmacianej kieszonki do kosmetyczki, przeleciał nad jego głową i wypadł na fotel. Nic więcej 
złego się nie stało. 

Nie było problemu z wturlaniem cylinderka z powrotem. Co innego by było z bańką z grubego szkła, 

którą gospodyni nazywa „dezo". Ten „dezo" to ma niby rogi zaokrąglone, ale i tak nie dałby się turlać, a 
szminka - pestka. Można nogą popychać. Ale za wcześnie Prochor się cieszył. Wysunąwszy się z torebki, 
zobaczył ryży wąsaty pysk. 

Morel się nudził. Obudził się właśnie i raczył nawet otworzyć miedziane oko; zainteresowany, poruszył 

szminkę łapą. A ta poturlała się. 

Prochor wykonał odważny przewrót, przemknął przed samym kocim pyskiem, ale spudłował - szminka 

ciągle toczyła się w kierunku krawędzi fotela. Żeby podnieść ją z podłogi trzeba by zawołać na pomoc 
Fieoktista Stiepanycza albo lodówkowego Jerofieja, albo może nawet regałowego Gierasima przyszłoby 
wezwać, choć tego wywołać z regału - można oddech od gwizdania stracić. Prochor poturlał się za 
pomadką i na samej krawędzi schwytał ją w objęcia. Gdyby zaproponowano mu służbę domowego dziadka 
w czcigodnym domu, z nieodwołalnym warunkiem - posiadanie domowichy, to właśnie tak przyciskałby do 
piersi młodą, ładną domowichę. 

Leżał, bojąc się poruszyć, żeby nie huknąć razem ze szminką na podłogę. Morel popatrzył na ten zestaw, 

trzymając w pogotowiu szponiaste łapsko. I bardzo ostrożnie pchnął... To nie był zły jakiś zamiar, po prostu 
chciał dotknąć... 

W locie Prochor odepchnął szminkę, żeby przynajmniej wylądować jakoś bezpiecznie. Szminka uderzyła 

w nóżkę od krzesła, i teraz Morel rzucił się za nią, udając przed samym sobą, że w końcu w domu pojawiła 
się tłusta mysz. I pogonił ją, pogonił! Prochor mógł tylko przyglądać się dziwacznym skokom i wygibasom. 

Jak wszystkie persy, Morel był niesamowicie leniwy. Wystarczyło mu półtorej minuty zabawy. 

Wyciągnął się na dywanie, całym sobą pokazując: miesięczna norma aktywności wykonana, i to z 
naddatkiem. Szkoda, że pani nie widziała i nie pochwaliła. 

- Gdzieś ty ją podział? - zaniepokoił się Prochor. Wołanie pomocników to betka, gorzej, że przeklęty 

kocur ukrył tę szminkę gdzieś na powierzchni metra kwadratowego. 

Prochor łaził pod wszystkimi meblami - no nie ma, choćbyś pękł! Gdyby Prochor był człowiekiem, 

zacząłby prosić: „Dziadku domowy, pobaw się i oddaj!" Ale Prochor pochodził z bliskiej do domowych, i 
od wieków podporządkowanej im rodziny gumnianych. Gumniani, łaziebni, podwórkowi, zapieckowi, 
chlewikowi - całe to bractwo w chwili, kiedy musiało przenieść się do miast, okazało się pozbawione 
swych podstawowych życiowych obowiązków; zaczęli szukać jakichś dochodowych miejsc i możliwości 
dorobienia. Domowy - zawsze jest domowy, czy to na prowincji, czy w stolicy, wszędzie człowiek jakiś 
dom ma. A co poniektórzy łaziebni z łaziebniczkami i wnuczętami nabiedowali się co niemiara, ledwie nie 
zdechli, zanim ludziska w mieście nie zaczęli stawiać w miastach fińskich łaźni zwanych saunami. Problem 
to dopiero mieli chlewikowi - całymi latami żebrali gdzieś po wąskich uliczkach, zanim rodzina, na 
przykład, w sklepie zoologicznym miejsca nie załatwiła... 

Tak więc nie miał kogo Prochor wezwać na pomoc. 
Sądził, że rano gospodyni zacznie awanturę. Ale przecież ma tych babskich smarowideł pełno, nawet jeśli 

nie liczyć tego wyjściowego zestawu w torebkowej kosmetyczce. Awantura wybuchła, ale z innego 
powodu. Pani pana szkoliła, zadania na cały dzień wyznaczała. 

Wtedy Prochor po raz pierwszy zobaczył pana. 
Wielki facet, barczysty, a na obliczu - smutek. Pani przy nim, na tych swoich szpileczkach, wyglądała 

zupełnie nieważko. Zjadła śniadanie, weszła do gościnnego, a on przyszedł za nią, stał w progu i patrzył, 
jak pani do przeźroczystej teczki jakieś papiery zbiera. 

Prochor nie wysuwał nosa z torebki, ale nie chował się w swojej norce, tylko usiadł wygodnie i zaczął 

słuchać. 

-

 

No, co ja mogę dla ciebie zrobić? - pytała pani. -Dzwoniłam już do wszystkich: nigdzie nie potrzebują 

narzędziowców z ósmą kategorią. Może wykupię ci kurs mechanika samochodowego? Serwisy 
samochodowe to niezłe perspektywy. Zaczniesz, popracujesz, jak dobrze pójdzie... 

-

 

Chodzi ci o to, żeby każdy zapijaczony ryj robił ze mnie szmatę? - ponuro zapytał pan. 

-

 

Dlaczego zaraz zapijaczony? : 

background image

 

   - A jacy dżipami jeżdżą? Żeby mi podstawili zarzyganego merca - hej, facet, wymyj, dycha ekstra dla 
ciebie?!? 
   - Loszka, gadasz głupoty. Jeśli człowiek jest dostatecznie bogaty, by kupić dobry samochód, to znaczy, że 
musi być bydlakiem? 

-

 

Bydlakiem - zgodził się mąż. 

-

 

A jeśli i ja merca kupię? 

-

 

Swietka! Popatrz na moje dłonie! Przecież ja potrafię robić takie rzeczy, że żadnemu takiemu „kupię-

sprzedam" nie śniło się! - Sądząc z rozpaczy przebijającej z jego głosu, pan aż potrząsał swoimi 
ogromnymi, mocnymi łapami. - Tylko nie rozumiem, dlaczego ty tymi swoimi machinacjami możesz 
zarobić na merca, a ja własnymi rękoma nie mogę? 

-

 

Loszka, teraz są takie czasy, że zarabia się nie rękami, tylko głową! 

W tym momencie pod tyłkiem Prochora coś zabrzęczało, zatrzęsło się, podrzuciło go i na dodatek jeszcze 

zapiszczało ohydnie, i to nie tak po prostu, ale wypiskiwało piosenkę. Prochor chwycił się za serce - niech 
to licho! 

-

 

Komórka! - zakrzyknęła pani, rzuciła się do torebki, wyciągnęła popiskujący telefon komórkowy i 

zaczęła pośpiesznie: 

-

 

Tak! Ja! Biegnę! Lecę! Na razie! I chwyciwszy torebkę, popędziła. 

Prochor odetchnął z ulgą: jeśli nawet odkryje brak szminki, to przynajmniej dziadek Fieoktist Stiepanycz 

o tym się nie dowie. Bo jeszcze, stać go na to, odliczy od pensji. 

Pani tego dnia miotała się strasznie po całym mieście. I zaniosło ją wieczorem na jakąś imprezkę. 

Torebkę zostawiła w tym samym miejscu, gdzie powiesiła swój płaszczyk, na drewnianym wieszaku, na 
styk z taką samą bogatą torebeczką z naturalnej skóry, z wszelkimi bajerami. 

Prochor już miał się zdrzemnąć, czekając na panią, gdy nagle ktoś mocno zastukał w ścianę torebki. 
-

 

Przepraszam, czy ktoś tu służy? - zapytał młody, uprzejmy głosik. 

-

 

Służy! - ucieszył się Prochor. - Zaraz wylezę! I otworzył torebkę od wewnątrz. 

-

 

Proszę mi pozwolić się przedstawić: Gawryła Romanycz, torebkowy. 

-

 

Prochor Tierientjewicz - niezmiernie zadowolony, że znalazł towarzysza po fachu, odpowiedział 

Prochor. 

Kolega był w miarę kudłaty, gładko uczesany i nawet miał sierść ufryzowaną w loczki. 
- Na torebkowego jesteście mało podobni - powiedział Gawryła Romanycz. - Jesteście taki duży, 

barczysty, silny! Zapraszam do mnie! Znajdzie się poczęstunek! O naszych paniach pogadamy! 

-

 

Chętnie! - zgodził się Prochor. - Ale co my tak na „wy"? Nie możemy po prostu na „ty"? 

-

 

Sam chciałem to zaproponować - nowy kolega uśmiechnął się łagodnie. - Chodźmy! Posiedzimy sobie, 

posłuchamy muzyki! 

Rzeczywiście - muzyka tam była. Nowy kolega potrafił uruchamiać komórkę, w której siedziało ze 

czterdzieści melodyjek. 

-

 

To jest Mozart! - anonsował z naciskiem. - A to Bach! Prawda, że miło tu jest? 

-

 

A ty z jakich domowych jesteś? - zapytał Prochor. - Na oko, to jakby z zapieckowych. 

-

 

Ach, co to ma za znaczenie? - zakrzyknął Gawryła Romanycz. - Czuję się właśnie torebkowym! To jest 

moje powołanie! Zgódź się - w dobrej damskiej torebce z drogimi kosmetykami, z francuskimi perfumami, 
ze wszystkimi tymi miłymi drobiazgami, to nie służba, a po prostu przyjemność! Kiedy stałem się 
torebkowym to po prostu odżyłem. I tyle kontaktów z innymi torebkowymi! Oto my, na przykład, się 
spotkaliśmy, a czy do tego by doszło, gdybyś służył jako lodówkowy? Wypijmy za spotkanie! 

-

 

Co wypijmy? - zdziwił się i ożywił Prochor. 

- A to! - Gawryła Romanycz wywlókł pamiątkową buteleczkę koniaku i odkręcił zakrętkę. - Pomóż 

trochę! Pani moja mądra kobieta, zawsze nosi ze sobą „małpeczkę". 

-

 

Co nosi? - ze zdziwieniem patrząc na buteleczkę zapytał Prochor. 

-

 

Pięćdziesiątkę! 

Prochor wzruszył ramionami; do tej chwili najmniejszą pojemnością, z jaką miał do czynienia, była 

półlitrówka. Nalali koniaku do zakrętki buteleczki i po kolei wypili. 

- Bruderszaft! Bruderszaft! - uradował się Gawryła Romanycz. - My, torebkowi, powinniśmy się 

przyjaźnić! Proszeńka, mów do mnie Gawriusza! 

I położył łapkę na kolanie Prochora. 
- Co ty się tak do mnie przyciskasz? Nie jestem zapieckową domowichą! - Prochor na razie tylko się 

zdziwił, jeszcze nie wyczuwając zagrożenia; odsunął tylko podchmielonego torebkowego. 

background image

- Ach, co to ma za znaczenie! Gawriusza nagle wsunął łapkę do kosmetyczki swojej pani, coś tam 

wyszukał i szybko maźnął sobie tą łapką za uszami. 
   - Tak jest lepiej, prawda? - zapytał kokieteryjnie, i zanim Prochor zdążył odpowiedzieć, i jego sierść 
została skropiona paninymi perfumami. 

-

 

Coś ty? Zwariowałeś? - groźnie zapytał Prochor, zrywając się na równe nogi. 

- Proszeńka, przyjacielu miły! Co ci? Usiądź, uspokój się! 
Widząc, że słowa nie działają, Gawriusza wstał, objął Prochora za ramiona, jakby chciał go posadzić, i 

nie wytrzymał - przywarł do jego potężnej piersi. 

Dopiero teraz do Prochora dotarła istota tego, co się tu wyrabia. 
-

 

Ach, ty suczy synu! - ryknął, i odskakując, wyrżnął Gawriuszę w ucho. Ten jęknął i upadł, a Prochor, 

przeklinając ostatnimi słowy, rzucił się do ucieczki z gościnnej torebki. 

-

 

My, torebkowi!... - mamrotał do siebie. - Też mi coś! Gdzie ja trafiłem? W co się wpakowałem?!? 

I powoli zaczęło do niego docierać, dlaczego na ogłoszenie, wywieszone przez Fieoktista Stiepanycza na 

klatce schodowej za kaloryferem, było tak mało zgłoszeń... 

 
                                                                   *   *   * 
 
- Po-da-nie... - Prochor starannie kreślił na odwrocie wizytówki duże litery. - Od torebkowego Prochora 

Tierientjewicza... 

Okazało się, że w łazience Fieoktist Stiepanycz osadził byłego łaźniowego Fałaleja. A ten nawet 

lodówkowego Jerofieja nie chce wpuścić do łazienki - zupełnie zwariował. Tymczasem Prochor bardzo, 
bardzo chciał się wykąpać. Rozsiewając dookoła duszący babski zapach, prezencik od Gawriuszy, sam się 
sobie wydawał wstrętny. Nawet zaczął ludziom zazdrościć - ich włosy tak zapachu nie chłoną, jak sierść 
Prochora... 

Fałalej zgodził się wpuścić Prochora dopiero, gdy na podaniu Fieoktist Stiepanycz napisze „Zezwalam". 

Ale domowy dziadek zobaczył papier i zaczął się pieklić: 

-

 

To papier służbowy, Prochor! - zakrzyknął. - Pani będzie jej szukała! Będzie miała pretensje do mnie, 

ż

e nie dopatrzyłem! 

-

 

Przecież ona ma tych papierków zatrzęsienie!... - obruszył się Prochor. - Cała kupa tego się w torebce 

wala! Może zauważy, jakby wszystkie się skończyły! 

W sumie - plama i nieprzyjemności. Fieoktist Stiepanycz nawet pognał sprawdzić Prochorowe 

gospodarstwo, czy aby nowicjusz nie narobił czego gorszego. Póki gospodarze jedli kolację, wleźli na fotel, 
weszli do torebki i Prochor zebrał kolejne wyrzuty za to, że lusterko, co to trzymało się na zatrzasku na 
bocznej ściance, odpadło i pokryło się warstewką pyłu. 

Mało tego - póki z lusterkiem walczyli, póki przecierali je chusteczką, państwo do gościnnego przyszli, 

włączyli wielki telewizor. Musiał i dziadek domowy siedzieć cicho - żeby, jak się zainteresują telewizją, 
niezauważalnie przeskoczyć do siebie na pawlacz. 

Przez dźwięki z telewizora Prochor wyraźnie usłyszał: coś chrupnęło. 
-

 

Co to było? - zapytała gospodyni. - Losza, na co wlazłam? 

-

 

Coś zgniotłaś pod dywanem - opowiedział pan. - Poczekaj, wyjmę... 

-

 

Moja szminka! 

Dopiero teraz Prochor zrozumiał, gdzie wpakował cylinderek złośliwy Morel. Ale jak się udało kotu 

podnieść brzeg dywanu - nawet nie próbował sobie tego wyobrazić. 

- Szminka... z torebki, co? - złowieszczym tonem wysyczał Fieoktist Stiepanycz. 
Domyślił się! 
-

 

No... - warknął rozeźlony Prochor. 

-

 

A nie mówiłem, żeby na kota uważać? 

-

 

Jak miałem go upilnować, robi, co chce!.. 

-Prochorze - surowo oświadczył Fieoktist Stiepanycz. - Jeśli ci się nie podoba służba - droga stoi 

otworem! 

- Podoba mi się, podoba! - Prochor szybko się opamiętał. Trzeba by było być ostatnim durniem, żeby z 

takiego sytego miejsca rezygnować... Z jednej, znaczy się, strony... A z drugiej - jak się Fieoktist 
Stiepanycz dowie o awanturze z wzorcowym torebkowym Gawriusza, żeby go licho, to do końca 
uświadomi sobie, że przyjął na służbę nie tego, co należało... 

Na samą myśl o Gawriuszy Prochora zemdliło. A już wyczuwał, że takich znajomków wśród 

torebkowych będzie niemało. 

background image

Myśl o Gawriuszy odbiła się na obliczu Prochora takim rozpaczliwym wyrazem, że Fieoktist Stiepanycz 

przyjął ją za pełne i całkowite pokajanie. 

- No, żeby mi to było ostatni raz! - zagroził dziadek domowy. 
Ale skoro już tak kiepsko poszło, to i dalej coś się musiało wydarzyć. Prochor wyczuwał nawet nie 

nosem, a czymś zupełnie przeciwnym, że coś jeszcze gorszego musi nastąpić. I rozumiał, że lepiej by było 
od razu teraz  pożegnać się z Fieoktistem Stiepanyczem, uczciwie przyznając, że się na torebkowego nie 
nadaje, i dziadek może napisałby mu dobre referencje, z radości, że się pozbył takiego pomocnika. 

Ale Prochor zbyt długo głodował. 
Marzył o tym, żeby się trochę odkarmić. Gdyby zamiast kiełbasy i kociej karmy proponowali pracę za 

kaszę jaglaną z olejem, odrobinę tylko dosmaczoną cebulką, to też by się zgodził, nie był kapryśną istotą! 
Kasza, wiedział to dobrze, to męskie jedzenie - nie ma co grymasić. 

W sumie, został w gronie torebkowych i z dużym zapałem, chociaż gorszymi wynikami, usiłował 

wykonywać obowiązki do wieczora następnego dnia, kiedy to dłoń pani wrzuciła do torebki pół tuzina 
różnokolorowych kwadratowych torebeczek i zniknęła. Pognała do kuchni, gdzie, z ciepłą kolacją czekał 
pan. 

Prochor, burcząc pod nosem, wylazł z kryjówki i zaczął układać torebeczki w stosik. Nie powinien był 

czytać, co tam było napisane na tych kwadracikach, ale przeczytał, i w już gotowy stosik huknął nogą. 

To były kobiece podpaski higieniczne. 
Większego poniżenia Prochor nie potrafił sobie wyobrazić. Dotykać takiego czegoś?! 
Prochor nie był przeciwnikiem kobiet. Ale, jak każdy normalny chłop, uważał, że nie musi i nie powinien 

znać się na tych wszystkich babskich sekretach. Gdyby był człowiekiem i naoglądał się reklam wszystkich 
tych intymnych rzeczy w telewizji - wyrzuciłby telewizor przez okno, na pewno. Ale nie był człowiekiem, 
tylko Prochorem Tierientjewiczem z rodziny gumiennych, prostą duszą, na dodatek z nerwami nieźle 
podkręconymi przez ostatnie wydarzenia, a wcześniej przez bezdomny i głodny żywot. 

Prochor chwycił taką paczuszkę i szarpnął z całej siły; paczuszka nieoczekiwanie lekko otworzyła się. 
Może, gdyby przynajmniej trzeba się było namordować przy tym, może by Prochor się spocił i opamiętał. 

A tak - coś go opętało i radośnie podarł na strzępy drugą podpaskę, chwycił coś, co mu podeszło pod łapę, i 
nagle okazało się, że drze niczemu niewinną paczuszkę chusteczek higienicznych. Ich zapach wydał się 
Prochorowi tak wstrętny, że zaczął wyrzucać strzępy z torebki, wskoczył na kosmetyczkę, słaby zamek 
pstryknął - i Prochor po kolana zwalił się między te wszystkie drobiazgi. Trzasnęła pokrywka 
przeźroczystego pudełeczka z cieniami... 

- Co ty wyrabiasz?!? - rozległ się skądś z góry pisk Fieoktista Stiepanycza. 
Prochor walnął o kolana okrągłą szczoteczką do smarowania tuszem po rzęsach i opamiętał się. Szał 

opadł - bałagan pozostał... 

Fieoktist Stiepanycz, pojękując, pognał na pomoc paninej torebeczce. Prochor, rozumiejąc, że kariera 

torebkowego właśnie się skończyła, wylazł stamtąd, otarł spocone czoło i - jak to miał we zwyczaju -
przykucnął, opierając się plecami o ściankę z czarnej skóry. I wyłączył się. 

Nagle zrobiło mu się wszystko jedno - w nosie miał wszystko, włącznie z jutrzejszym głodem. 
-

 

No i coś ty tu narobił? - surowym głosem, można powiedzieć: najsurowszym z możliwych, powiedział 

Fieoktist Stiepanycz, usiłując choć trochę zmniejszyć rozmiary pogromu. - Skądżeś się wziął mi na głowę? 
Gamoń. Cienie! Cienie „Este Lauder" podeptał!!! Jak ci noga nie uschła? Koniec! Nie mam już do ciebie 
zdrowia! Wynoś się stąd! 

-

 

I tak chciałem się wynieść! - odgryzł się Prochor. - Ja też już nie mam sił! 

-

 

Tak? A powiedziałeś, że służyłeś jako torebkowy? - przypomniał sobie Fieoktist Stiepanycz. - Och, 

moja wina, starego, że nie rozgryzłem kłamcy! Nie jako torebkowy, ale śmietnikowy służyłeś! Na miejskim 
wysypisku! Jakie ty masz pojęcie o porządku?! 

-

 

O porządku... mam - warknął Prochor. Ale jaki miało sens tłumaczenie... Domowy dziadek pożałował, 

ż

e nie zabrał mu dokumentu, do którego teraz mógłby uczciwie i szczerze wpisać: do pracy się nie nadaje, 

niszczyciel i oferma, a nie torebkowy. Dziadek kazał mu pozbierać swoje manele i wejść na pawlacz - i 
ż

eby ani minuty dłużej w porządnym domu. 

Gadałby jeszcze i gadał, ale głosy w kuchni zaczęły przybierać na sile. 
-

 

Ja nie żartuję i nie zamierzam żartować! - mówiła podniesionym tonem pani. - Ostatni raz proponuję ci, 

ż

ebyś został moim kierowcą! Nigdzie więcej nie mogę ci załatwić pracy! 

-

 

I dostanę pensję? - ironicznie zapytał pan. 

-

 

Tyle, ile się wszystkim szoferom płaci, tyle i ja zapłacę! 

-

 

I będę czekał przy kierownicy, kiedy ty będziesz się zabawiać ze swoimi absztyfikantami? 

background image

- Co? Czyś ty zupełnie zwariował? Jacy znowu absztyfikanci? Może jeszcze będziesz mnie śledził? 

Myślisz, że mam czas i ochotę na kawalerów? Przecież jak przychodzę do domu, to padam z nóg! Nawet ty 
mi już nie jesteś potrzebny! 

-

 

To akurat zauważam! - huknął pan. 

-

 

A co ja mam zrobić? Zbudować dla ciebie fabrykę? Przywieźć obrabiarki? Zagwarantować zamówienie 

państwowe? A wtedy ty raczysz naciągnąć na siebie brudny kombinezon? I będziesz harował? Loszeńka, to 
są inne czasy. Obudź się! 

Głos pani rozlegał się w całym mieszkaniu, ale pan, jak to zauważył Prochor, nie miał już zamiaru 

udawać głuchego. 

Nie chciał być szoferem paninych koleżanek, nie chciał uczyć się na księgowego, nie chciał być 

ochroniarzem w hurtowni, nie chciał nawet być tragarzem, gadał tylko o tym, że jego ręce chcą pracować. 
A pani tego nijak nie mogła zrozumieć. 

Fieoktist Stiepanycz pognał do kuchni; jako domowy dziadek, rozpieszczany wspaniałymi prezentami, 

musiał walczyć o spokój w domu. Coś tam naczarował - zrobiło się cicho. Przez gościnny do sypialni 
przemknęła pani. Wsunęła rękę do torebki po komórkę i jęknęła: 

- O, matko! Szczury, czy co? 
Rozumiejąc, że innym sposobem nic się nie uda zrobić, odwróciła torebkę do góry dnem i zaczęła 

wytrząsać jej zawartość na fotel. Prochor ledwo zdołał wczepić się w podkładkę. 

- Losza! Popatrz! 
Wszedł pan. Prychnął lekceważąco. 
- Mieszkanie pełne szczurów - może byś coś z tym zrobił? To się nazywa: chłop w domu! 
Logika pani była niezrozumiała dla Prochora. Nagle szczury jej się rozmnożyły... Ale pan nie oponował, 

coś usłyszał w tych słowach takiego, że... 

Gospodyni z komórką w ręku pognała do sypialni i zamknęła się w niej, żeby móc porozmawiać bez 

przeszkód. Gdyby Prochor był facetem, to zapytałby: a z kim to, gołąbeczko, masz takie przede mną 
tajemnice? Ale gospodarz nie zapytał. 

Po prostu usiadł w niskim fotelu, tak ciężko opadł, że fotel jęknął. 
- Doigrałeś się, Loszeńka... - powiedział do siebie. Zasępiony Prochor, nie mogąc wyjść z torebki, 

siedział ze swoim tobołkiem pod pachą i gapił się przez szczelinę. Zasępiony Loszka siedział w fotelu. 
Trwało to nie wiadomo jak długo. W końcu pan uniósł głowę, popatrzył na bogaty wystrój mieszkania i 
ciężko westchnął. 

- Rzygać się chce... - rzucił. Och, jak dobrze go Prochor rozumiał! Pan wpatrywał się w swoje mocarne, 

ciężkie dłonie. 

Prochor też patrzył na nie z szacunkiem. Takie łapska mogą naprawdę dobrze siekierę trzymać, pnie 

mogą karczować, byka za rogi chwycić i zwalić na ziemię... 

- A!... - Potężna, jak odlana z brązu pięść huknęła w stolik gazetowy, w rożek mebla, huknęła z całej 

duszy. Stojące na nim filiżanki wyleciały w powietrze i spadły na dywan, stolik zwalił się na bok. Prochor 
wciągnął głowę w ramiona. 

Pan wstał. Popatrzył z góry na cały ten bałagan. 
- Do diabła z tym! - powiedział tylko. Bez żadnych specjalnych przekleństw, rzeczowo i krótko posłał do 

diabła i ten stolik, i dywan, na którym stał stolik, i parkiet na podłodze, pokryty owym dywanem, i 
dwadzieścia sześć metrów kwadratowych gościnnego, wyłożonego parkietem pokoju. 

W powietrzu zapachniało nadzieją! 
Prochor do pasa wysunął się z torebki. I zobaczył plecy gospodarza. W przedpokoju zaczęła się 

krzątanina. Pan coś wyciągał z pawlaczy. Prochor zjechał po boku fotela i popędził tam, gdzie rozlegały się 
hałasy. 

To, co zobaczył, spowodowało, że aż jęknął z zachwytu. 
- Mój... - bezgłośnie szeptał Prochor. - Mój!.. Mój!.. Inne słowa nie były nawet potrzebne. 
Gospodarz zrzucił z pawlacza stary plecak, taki chyba ze stulitrowy, sięgnął ręką i wyjął zwinięty śpiwór. 

Odchodził. Odchodził! 

- Gospodarzu! Słyszysz mnie, gospodarzu! - wrzasnął Prochor. - Zabierz mnie ze sobą! 
-

 

Co to, siła nieczysta? - Pan trochę się zdziwił, ale nie wystraszył. - Dziadku domowy, to ty? 

-

 

Nie domowy! Ja jestem torebkowy! 

-

 

Jaki?... 

- Torebkowy! - nagle, na nowo uświadomiwszy sobie swój upadek, poczerwieniawszy pod sierścią, 

krzyknął Prochor. 

background image

-

 

Masz ci los! Chałturzysz po torebkach? To już było ponad jego siły. 

-

 

Chałturzę, a co mam robić? - wrzasnął Prochor. -Przecież nie mam co żreć! Moje właściwe miejsce 

diabli wzięli. Na lodówkowego nie biorą! Żeby być domowym dziadkiem - należy mieć referencje! A u 
was w torebce był wakat! 

-

 

Czy to ty, tej mojej, taki bardak urządziłeś? -Loszka roześmiał się. - No, sprawny jesteś, bracie. To 

wyjdź, pokaż się. Może się dogadamy! 

W głosie słychać było: ten potężny chłop nie miał nic przeciwko temu, by żył sobie obok niego jeszcze 

ktoś, nie przejmował się, czy ten ktoś będzie od razu przydatny. 

-

 

Co tam na mnie się gapić? Nie powinni ludzie mnie widzieć! - odparł na to Prochor. - Odwróć się, a ja 

wskoczę do twojego plecaka. Bo ja tak naprawdę jestem - plecakowy! Ileż w plecakach przesłużyłem?! W 
prawdziwych, typu „Jermak"! 

-

 

Naprawdę? 

-

 

Naprawdę! I zapałki zawsze miałem suche, i kasza się nie wysypywała, i troki się nie plątały! Robotę 

plecakowego znam na wylot! W nocy ogniska pilnuję! Przed świtem obudzę, jakby trzeba było na ryby! 
Trzech właścicieli mój najlepszy plecak przeżył - a ostatni właśnie mnie wyrzucił... A spróbuj znaleźć w 
naszych czasach porządny plecak... - Prochorowi nagle wydało się, że chyba za bardzo się rozmemłał, że to 
może Loszce nie przypaść do gustu. Przestraszył się własnych słów i wypalił pierwsze, co mu przyszło do 
głowy, żeby tylko uratować sytuację: - A papierosy, żeby zawilgotniały? W życiu! Prędzej sam się utopię, 
niż dam fajkom zawilgotnieć! 

-

 

No, widzę, że chłop z ciebie rzeczowy - powiedział pan. - Dobra, wskakuj, plecakowy. Może się 

zgodzimy ze sobą. Przecież są jeszcze gdzieś jakieś fabryki, gdzieś ludzie pracują! Coś się jeszcze buduje! 
Dość mam tych kalkulatorów! 

-

 

Nie zginiemy! - poparł go Prochor. - Dobra, jeśli bierzesz konserwy mięsne - to pakuj je, gospodarzu. 

Dość mam tych szminek! A ja puszki poukładam, nawet ich nie poczujesz. 

Ale mięsa Loszka nie brał. Wszak nie wybierał się do lasu, najpewniej pociągiem pojadą. Pakował plecak 

nie jak myśliwy i nie jak turysta, co trochę martwiło Prochora, ale się nie odzywał, w obawie, że straci tak 
długo wyczekiwane i wrodzone sobie stanowisko. Złego słowa nie powiedział, tylko co drugie nazywał 
Loszkę gospodarzem. 

- Trzymaj to, do kieszeni włóż - poprosił gospodarz. - I zapamiętaj, gdzie leżą. 
Na ramiona Procłhora spadło pół tuzina leciutkich kolorowych kwadracików. 
-

 

Coooo?!? - ryknął, odtrącając to świństwo nogą. 

-

 

Nie „co", a do adidasów się wkłada. Lepsze od każdej wyściółki - wyjaśnił Loszka. 

-

 

A, skoro tak... 

-

 

No, faceci z nas czy nie faceci? - pytał sam siebie Prochor - też sam sobie odpowiedział: - Faceci! Nie 

zginiemy wszak, prawda, gospodarzu? 

-

 

Pewnie. A jak cię zwą? 

Prochor nie po raz pierwszy rozmawiał z gospodarzem, gospodarzy w dobrych plecakowych czasach miał 

wielu. Ale w tej właśnie chwili zrozumiał, że już nie wolno tak po prostu odpowiedzieć: „Proszka". 

Właśnie teraz, kiedy z każdej strony waliły nań przykrości, a poprzedniego dobrobytu nie było widać, 

należało wyprostować z dumą ramiona i zażądać od życia szacunku do siebie. 

- Zwą mnie Prochorem Tierientjewiczem. A ciebie? Gospodarz, z racji wieku, śmiało mógł powiedzieć, 

ż

e Losza. Ale jakoś tak i jemu udzieliło się poczucie ważności chwili. 

- Aleksiej Pawłowicz. 
Tu nawet nie zaszkodziłoby, żeby faceci sobie ręce uścisnęli. Ale i tak było jasne - szanują się 

wzajemnie. A reszta - jakoś się ułoży. 

Fieoktist Stiepanycz, patrząc na pakowanie z pawlacza, pokazał Prochorowi kudłatą piąstkę. Jeśli na 

chłopski rozum wziąć, to on, domowy dziadek, powinien był próbować zatrzymać gospodarza w domu. 
Jednakowoż mądry Fieoktist Stiepanycz widział i co innego - w domu bez Loszki więcej porządku będzie. 
Przestaną się kłócić po nocach, nie będzie błota z adidasów, gospodyni nie będzie traciła pieniędzy na 
darmozjada, za to może od dawna planowany remont łazienki zrobić. A wtedy można będzie lenia i 
obiboka Fałafeja przegnać i przyjąć jakiegoś innego, sensownego łaziebnego. Do łazienki po remoncie 
każdy się chętnie przyjmie! 

Ale przypomniawszy sobie, że znowu trzeba będzie torebkowego przez ogłoszenia szukać, Fieoktist 

Stiepanycz aż jęknął i zacisnął powieki. A tu na dodatek drzwi huknęły, pawlacz się zatrząsł, z walizki 
spełzła paczka gazet i przywaliła dziadka domowego. 

- Och, ty, życie... - wymamrotał, wyłażąc spod sterty papieru. - No i krzyżyk wam na drogę.