background image

G.D. Chryssides, J.H. Kaler - Wprowadzenie do etyki biznesu. Fragment rozdziału 3. Teoria moralności, ss. 86 – 108.

George D. Chryssides, John H. Kaler

Wprowadzenie do etyki biznesu

Przełożyły Hanna Simbierowicz

Zofia Wiankowska-Ładyka

Wydawnictwo Naukowe PWN 
Warszawa 1999

Rozdział 3. Teoria moralności

ss. 86 – 108.

Strona 1/13

background image

G.D. Chryssides, J.H. Kaler - Wprowadzenie do etyki biznesu. Fragment rozdziału 3. Teoria moralności, ss. 86 – 108.

3. Teoria moralności

W poprzednim rozdziale przyjrzeliśmy się roli wartości w biznesie i rozważaliśmy,  w jaki sposób 
etyka biznesu stała się częścią procesu przekształcania profesji menedżera w wolny zawód. Ale czym 
dokładnie są sądy moralne i jak je uzasadniamy?

Na pierwszy rzut oka wydaje się to niepotrzebną komplikacją. Przede wszystkim, czy nie jest 

oczywiste   to,   co   się   dzieje,   kiedy  podejmujemy   decyzje   moralne?   Czyż   nie   robimy   tego   niemal 
codziennie w ciągu całego życia?

Zajmowanie się jakąś działalnością to jedno, ale często zupełnie czym innym jest stwierdzenie, 

co dokładnie się dzieje, kiedy to robimy.  Na przykład ktoś może mieć ogromny dar sprzedawania 
ludziom jakichś dóbr, ale nie być świadom, chyba że zostanie tego nauczony, co dokładnie się dzieje, 
kiedy stosuje jakąś skuteczną strategię. Podobnie, możemy wydawać oceny moralne, ale i mieć pewne 
trudności z wyjaśnieniem, co dokładnie się dzieje, kiedy oceniamy.

W przypadku sądów moralnych sytuacja jest zapewne trudniejsza. Kiedy powiadam, że jakiś 

produkt jest - powiedzmy - czerwony, nie mamy trudności ze zrozumieniem i wyjaśnieniem, co to 
znaczy. Czerwony jest kolorem i jest właściwością fizyczną, która może być dostrzeżona wzrokiem. 
Sądy  moralne   są,   wydaje   się,   czymś   innym.   Gdy  opisujemy   coś   jako  dobre   lub  złe,   słuszne   lub 
niesłuszne, to nie mówimy o jakiejś właściwości, którą możemy  zobaczyć,  dotknąć, usłyszeć  lub 
doświadczyć w jakiś oczywisty sposób za pomocą zmysłów. Cóż więc robimy, kiedy wydajemy sąd 
moralny? Czy wydajemy sąd o świecie fizycznym, w którym żyjemy, sąd, który może być prawdziwy 
lub fałszywy,  czy też robimy coś innego? Czy istnieją prawdy moralne, które możemy poznawać 
podobnie jak stwierdzenia empiryczne o świecie, takie jak „sprzedawany przeze mnie produkt jest 
czerwony”?

Kognitywizm i nonkognitywizm

Podstawowy i najgłębszy podział w teorii moralności przebiega między zwolennikami twierdzenia, że 
możemy   rozpoznawać   dobro   i   zło   moralne,   a   zwolennikami   twierdzenia   przeciwnego.   Ponieważ 
pierwsze twierdzenie dotyczy poznania, a twierdzenie przeciwne niemożności poznania, odpowiednie 
stanowiska noszą nazwy „kognitywizm” i „nonkognitywizm” [od łac. cognitio - poznanie].

Według kognitywizmu, istnieją obiektywne prawdy moralne, które mogą być poznane, dokładnie 

tak samo, jak możemy poznawać inne prawdy o świecie. Zdania stwierdzające przekonania moralne 
mogą być, zgodnie z tym poglądem, prawdziwe lub fałszywe, tak jak nasze zdanie stwierdzające, że 
coś ma pewien kolor, może być prawdziwe lub fałszywe. Według nonkognitywisty, przeciwnie - nie 
jest   możliwe   „obiektywne"   wyrażanie   przekonań   moralnych.   Są   one   zawsze   „subiektywne”.   Nie 
chodzi  w  nich o odkrycie  prawdy  czy fałszu.  Są  to tylko   przekonania,  nastawienia,  emocjonalne 
reakcje itp. Jak to mówi Hamlet:
„W rzeczy samej, nic nie jest złem ani dobrem samo przez się, tylko myśl nasza czyni to i owo takim” 
[w przekładzie Józefa Paszkowskiego],

Kiedy nonkognitywista twierdzi, że istnieją tylko nastawienia, nie zawsze to znaczy,  iż sądy 

moralne   są   po   prostu   wyrazem   czyichś   jednostkowych   uczuć.   Twierdząc   niezmiennie,   iż   są   to 
nastawienia grupowe, zwolennicy nonkognitywizmu dopuszczają pogląd, że moralność ma ze swej 
istoty   naturę   społeczną.   Są   to   preferencje   kulturowe   -   nastawienia   wynikające   z   rasy,   religii, 
społeczeństwa, drobniejszych grup społecznych czy jakieś inne. Mogą się różnić zakresem, ale są 
tylko preferencjami bez żadnej podstawy w rzeczywistości. Nie ma niczego takiego, co by czyniło 
jeden   zbiór   preferencji   bardziej   prawdziwym   lub   fałszywym   od   drugiego.   Aby   uprawomocnić 
przekonanie moralne, nie można się odwołać do niczego innego poza faktem występowania w grupie 
określonych norm. Moralnie słuszne lub niesłuszne jest to, co dana grupa mówi, że takie jest. Jest to 
względne kulturowo; pogląd taki określa się zwykle jako „relatywizm moralny”.

Wiarygodności relatywizmowi moralnemu nadaje fakt różnic w moralności. Różne kulturowo 

grupy mają rzeczywiście różne praktyki moralne. Wiedzą to wszyscy ludzie biznesu podróżujący po 
świecie. Mówią o tym ich lektury podczas lotów: książki zatytułowane  Wskazówki dla podróżnych, 
rządowe   broszury   o   tytułach  Porady   dla   udających   się   do   ....  Ostrzegają   one   przed   takimi 
zachowaniami, które uważane za dopuszczalne w czyjejś kulturze, mogą stanowić wykroczenie, gdy 
zostaną   wyeksportowane   do   innej   części   globu.   Mówią   one,   że   „tutaj”   łapówki   potępia   się   jako 
niemoralne, a „tam" uważa się za coś normalnego; że „tutaj" picie alkoholu jest w pełni akceptowane, 
a „tam" prawnie zakazane; że „tam” kobiety noszą krótkie spódniczki, a „tutaj” ich ubiór musi być 

Strona 2/13

background image

G.D. Chryssides, J.H. Kaler - Wprowadzenie do etyki biznesu. Fragment rozdziału 3. Teoria moralności, ss. 86 – 108.

skromny, zasłaniający ciało od szyi aż prawie po kostki.

To wszystko prawda, ale co z tego oznacza różnicę w moralności? Czy rzeczywiście istnieje 

kultura, w której na przykład łapownictwo jest uważane za moralnie dopuszczalne? Musimy odróżnić 
praktykę od zasad. Weźmy kraj, w którym pensje urzędników publicznych są żałośnie niskie. Aby 
przeżyć wraz z rodzinami, muszą oni brać łapówki, toteż tylko dzięki dawaniu im łapówek ludzie 
mogą załatwić pewne sprawy. Stało się to normalną praktyką, ale nikomu się ona nie podoba i nikt nie 
sądzi, że jest ona moralnie słuszna. Ludzie woleliby raczej nie płacić, a urzędnicy woleliby raczej 
mieć   wystarczające   pensje.   Okoliczności   rozerwały   jedność   zasad   i   praktyki.   Tak   więc   może 
moralność  tam nie jest tak różna od moralności tu, tylko  okoliczności się różnią? A czy różnica 
między dopuszczaniem a zakazywaniem spożywania alkoholu tkwi w zasadach moralnych? Czy nie 
jest to raczej różnica w obliczaniu społecznych kosztów tej praktyki? Żadne społeczeństwo nie uważa 
pijaństwa, alkoholizmu czy towarzyszących im awantur i chorób za coś dobrego. Każde wolałoby się 
bez   nich   obyć.   Ale   jedna   kultura   sądzi,   że   całkowity   zakaz   konsumpcji   alkoholu   nie   jest   ani 
powszechnie   akceptowalny,   ani   praktycznie   stosowalny.   (Stany   Zjednoczone   go   wypróbowały   i 
rezultatem był Al Capone). A inna kultura uważa, że jest do przyjęcia. Zakaz taki istnieje w niej od 
dawna i ludzie w większości go akceptują, bo jakąż wartość ma sztucznie wywoływana wesołość w 
porównaniu   z   korzyściami   z   trzymania   pijaństwa   i   alkoholizmu   na   uwięzi?   Różne   oceny 
prawdopodobnych konsekwencji społecznych mogą także leżeć u podstaw odmiennych poglądów na 
to, jak powinny się ubierać kobiety. Społeczeństwa domagające się, aby kobiety okrywały się od szyi 
po   kostki,   mogą   to   robić,   przynajmniej   częściowo,   w   przekonaniu,   że   chroni   to   kobiety   przed 
seksualną   napastliwością   ze   strony   mężczyzn.   Żadne   społeczeństwo   nie   chce   zachęcać   do   takiej 
napastliwości.   Może   naturalnie   nie   być   zgody   co   do   tego,   co   przypuszczalnie   powoduje   ową 
napastliwość i jakie są najwłaściwsze środki do jej wyeliminowania; można się różnić w kwestii, czy 
naprawdę   w   grę   wchodzi   nieopanowanie   mężczyzn,   i   co   jest   bardziej   skuteczne   -   pilnowanie 
mężczyzn  czy  kobiecego stroju.  Taka  natura  tych   różnic  w  poglądach nie  świadczy  o  różnicy w 
moralności.

Różnice kulturowe nie muszą osiągać poziomu różnic moralnych także w tych dziedzinach, w 

których słowo „kultura” używane jest w znaczeniu węższym, ale powszechnie przyjętym, odnoszącym 
się   do   różnic   w   odczuciach   estetycznych,   obyczajach,   modzie,   zwyczajach   itp.   Niewątpliwie   nie 
zawsze da się łatwo oddzielić to, co należy do sfery moralności, od tego, co należy tylko do sfery 
kultury,   i   społeczeństwa   mają   skłonność   do   mieszania   tych   dwóch   rzeczy,   zwłaszcza   gdy   to,   co 
kulturowe, mówi o tym, co jest „czyste”, a co jest „nieczyste”. Może to być więc również przypadek 
reguł dotyczących dozwolonej długości damskich sukni. Mogą one wynikać z zasad etykiety, estetyki 
czy tradycji krawieckich, podtrzymywanych z nie mniejszą pasją niż reguły moralne, choć są jedynie 
kulturowe.

Lekcja, jaka płynie z tych wszystkich przykładów, jest taka, że różnic w zasadach moralnych 

leżących u podstaw praktyki nie możemy odczytać z różnic w tej praktyce. Musimy najpierw odsiać 
różnice   w   okolicznościach   społecznych,   strategiach,   przypadkowych   przekonaniach,   preferencjach 
kulturowych.   Kiedy   to   uczynimy,   możemy   łatwo   stwierdzić,   że   to,   co   wygląda   na   różnicę   w 
moralności,   bynajmniej   nią   nie   jest,   chociaż   w   końcu   możemy   oczywiście   napotkać   prawdziwą 
różnicę etyczną. Ostatecznie, po uwzględnieniu wszystkich tych komplikacji, możemy równie dobrze 
odkryć,   że   za   różnymi   wyobrażeniami   o   tym,   jaki   strój   kobiety   jest.   właściwy,   kryją   się 
fundamentalnie   sprzeczne   poglądy   na   temat   równości   płci.   Jednakże   nawet   taka   rzeczywista   i 
fundamentalna odmienność etyczna nie jest dowodem na rzecz poprawności relatywizmu moralnego. 
W moralności, tak jak i gdzie indziej zresztą, fakt, że ludzie za prawdziwe uznają różne  rzeczy,  nie 
dowodzi sam w sobie, iż prawdy nie można odnaleźć. Prawda może istnieć, choć nikt jeszcze do niej 
nie dotarł; albo może jedni już do niej dotarli, a inni jeszcze nie. Istnienie różnic w moralności może 
zatem   znaczyć   jedynie,   że   żadna   kultura   nie   dotarła   jeszcze   do   prawdy   w   pewnych   sprawach 
moralnych, lub też że jedne do niej dotarły, a inne jeszcze nie.

Innymi słowy, pewne kultury są moralnie słuszne, a inne są moralnie niesłuszne. Taki wniosek 

może być raczej niewygodny dla ludzi o nastawieniu liberalnym. Motywem akceptacji relatywizmu 
moralnego niewątpliwie jest całkowicie godne pochwały pragnienie kulturowej i rasowej tolerancji. 
Jeżeli   sprzeczne   przekonania   moralne   różnych   grup  kulturowych   są   jednakowo   bezpodstawne,   to 
żadne z nich nie jest ani lepsze, ani gorsze od drugiego. Żadne nie jest prawdziwe ani fałszywe. W 
szczególności, co znamy z wielkiego historycznego przykładu, wartości zachodniej moralności nie 
mogą rościć sobie prawa do wyższości nad niezachodnimi. Nie ma biednych barbarzyńskich pogan, 
których wyrwanie z deprawacji moralnej jest zadaniem zachodnich imperialistów i chrześcijańskich 

Strona 3/13

background image

G.D. Chryssides, J.H. Kaler - Wprowadzenie do etyki biznesu. Fragment rozdziału 3. Teoria moralności, ss. 86 – 108.

misjonarzy. „Misja cywilizacyjna”, tak częste usprawiedliwienie zachodniego imperializmu, nie ma 
moralnego uzasadnienia, ponieważ (przynajmniej według nonkognitywistów) wszelka moralność jest 
pozbawiona uzasadnienia w faktach czy też racjach.

Wszystko to jednak wygląda podejrzanie i przypomina próbę zrobienia omletu bez rozbijania 

jajek. Rozumowanie to odwołuje się implicite do moralnej cnoty tolerancji, negując jednocześnie, co 
musi robić relatywista moralny, jakiekolwiek obiektywne uzasadnienie tego odwołania się. Bo jeśli 
moralność jest względna, to nic nie może powstrzymać jakiejś konkretnej grupy przed opowiedzeniem 
się za nietolerancją. Jeżeli mamy wolność wyboru takich norm moralnych, jakie nam się podobają, to 
tym samym mamy prawo być tak nietolerancyjni, jak nam się żywnie podoba. Relatywizm moralny 
nie pociąga za sobą tolerancji.

Jest to pewne nadwerężenie rzekomej przewagi nonkognitywizmu, ale nie cios śmiertelny. Dla 

konsekwentnego relatywizmu moralnego zagadnienie tolerancji stanowi bowiem znacznie głębszy i 
poważniejszy   problem,   przed   którym   musi   stanąć   każda   forma   etyki   nonkognitywis-tycznej. 
Sprowadza   się   on   do   tego,   że   nie   ma   żadnych   obiektywnych   podstaw,   aby   sprzeciwiać   się 
jakimkolwiek   czynom,   bez   względu   na   to,   jak   odrażające   moralnie   mogą   się   wydawać.   Po 
zanegowaniu wszelkich obiektywnych podstaw moralności nie pozostaje nic, co mogłoby zapewnić 
prawdziwość lub fałszywość uznaniu jakiegoś czynu za dobry bądź zły. Nie ma zatem na gruncie 
moralnym  żadnych obiektywnych powodów ani do popierania, ani do przeciwstawiania się jakiejś 
konkretnej   działalności.   Wszystkie   usankcjonowane   w   kulturze   praktyki   mają   jednakowe 
ugruntowanie. Myślenie, że rasizm, seksizm, korupcja, wyzysk i ludobójstwo są złymi rzeczami, nie 
jest ani mniej, ani bardziej uzasadnione niż myślenie, że są rzeczami dobrymi. Oba poglądy są jedynie 
kwestią   kulturowego   konsensu.   Dlatego   podjęcie   przez   społeczeństwa,   które   się   tym   rzeczom 
sprzeciwiają,   działań   przeciwko   społeczeństwom,   które   je   popierają,   jest   po   prostu   wyrazem 
przedkładania   jednego   zbioru   postaw   nad   inny   zbiór   postaw.  Te  przeciwstawiające   się   sobie 
społeczeństwa nadal mogą śmiało żywić swoje nawzajem sprzeczne przekonania, ponieważ nie ma 
niczego, co sprawiałoby, iż postępują niesłusznie, ale też nie ma niczego, co sprawiałoby, że postępują 
słusznie.

W   obliczu   konsekwencji,   że   społeczeństwa   mogą   całkowicie   dowolnie   wybierać,   czy   się 

angażować, czy się nie angażować w coś takiego, jak ludobójstwo, wielu może uznać, iż relatywizm 
moralny,   wraz   z   non-kognitywizmem   w   ogóle,   jest   faktycznie   stanowiskiem   nie   za   bardzo   do 
przyjęcia. Czy naprawdę możemy się zgodzić, że żaden czyn, bez względu na to, jakie cierpienia 
może przynieść ludziom, nie jest „obiektywnie” dobry lub zły? Czy rzeczywiście nie mamy żadnego 
racjonalnego   powodu,   aby   stawiać   wyżej   szacunek   dla   życia   ludzkiego   od   jego   kompletnego 
lekceważenia, dobroć od okrucieństwa, uczciwość od nieuczciwości? Czy naprawdę całe systemy 
etyczne rozwinęły się tylko po to, by uporządkować subiektywne preferencje? Trudno w to uwierzyć. 
Jeśli tak, to musimy rozważyć, na czym może się opierać obiektywność etyki. Trzeba zbadać zalety 
różnych teorii kognitywistycznych.

Etyka religijna

Jedno z oczywistych źródeł moralności może leżeć w religii. Przede wszystkim, jeżeli Bóg istnieje, to 
kto lepiej niż on sam może decydować, co jest dobre, a co złe? Jeśli Bóg jest wszechwiedzący, to z 
pewnością musi być niepodważalnym autorytetem w kwestiach etycznych (jak zresztą we wszelkich 
innych). Dlatego też wielu ludzi w ciągu wieków, łącznie z pewnymi nowoczesnymi ludźmi biznesu, 
budowało swą etykę na religii. Dla chrześcijanina podstawową księgą zasad moralnych jest Biblia, dla 
muzułmanina - Koran, dla żyda - Tora (pierwszych pięć ksiąg Starego Testamentu) zinterpretowana w 
Talmudzie

1

. [

1

  Talmud  to zbiór religijnych i prawnych norm judaizmu, stanowiący uzupełnienie  Tory.  Został spisany z 

przekazywanych  ustnie nauk i komentarzy rabinów w okresie od około 100 roku przed Chrystusem do około 400 roku 
(Talmud jerozolimski) i 500 roku (Talmud babiloński).

]

Teoria, która głosi, że określone czyny są dobre wyłącznie  dlatego, że Bóg je nakazał, nosi 

czasem nazwę teorii Boskiego nakazu. Jest to teoria ogromnie popularna i zachęcająco prosta, ale 
także skrajnie niespójna.

Nie chodzi tu tylko o oczywiste problemy z dowodem, że Bóg istnieje i że znamy jego wolę. 

Głębszy problem polega na tym,  że jeśli nawet przyjmiemy,  iż Bóg jest ostatecznym  arbitrem w 
sprawach etycznych, to powstaje pytanie, w jaki sposób on sam decyduje, co jest słuszne, a co nie. 
Jeśli   tylko   wola   Boga   sprawia,   że   jakiś   czyn   jest   dobry   lub   zły,   to   okazuje   się   on   arbitralnym 
dyktatorem, ludzkość zaś jest poddana jego kaprysom pozbawionym dobrych racji. Natomiast jeśli 

Strona 4/13

background image

G.D. Chryssides, J.H. Kaler - Wprowadzenie do etyki biznesu. Fragment rozdziału 3. Teoria moralności, ss. 86 – 108.

Bóg  ma  powody,  by  nakazywać   raczej  to,  a  nie  co  innego,  to znaczy,  że  obowiązują  właśnie  te 
powody, niezależnie od tego, co Bóg chce lub mówi ludzkości. Jeżeli Bóg nakazuje ludziom, żeby nie 
kradli, na tej podstawie, że kradzież powoduje ludzkie cierpienie, to znaczy to, iż bazę moralności 
stanowi dobro człowieka, a fakt, że Bóg to nakazuje, jest przypadkowy.

Niektórzy ludzie religijni mogą  dodać, że Bóg, jako pan wszechświata, ma  nie tylko władzę 

nadawania   praw   w   imieniu   ludzkości,   ale   również   wspierania   ich   sankcjami.   Według   nauk 
klasycznego   chrześcijaństwa   i   islamu.   Bóg   nagradza   prawych   radością   niebios   i   skazuje 
nikczemników na męki piekielne. Można przeto twierdzić, że tym,  co sprawia, iż jakieś czyny są 
dobre   lub   złe,   jest   fakt   (o   ile   jest   to   fakt)   Boskiej   nagrody   lub   kary.   Takie   stanowisko   jednak 
najwyraźniej ujmuje sprawę od złej strony. Nigdy nie jest tak, że to nagroda lub kara czyni postępek 
dobrym lub złym, przeciwnie - ponieważ postępki są dobre lub złe, należy za nie nagradzać lub karać. 
A więc nadal potrzebne nam są jakieś racje niezależne od woli Boga, aby wyjaśnić, dlaczego jakiś 
czyn jest dobry, a inny zły.

Jak dotąd, nasze rozumowanie stawiało znak równości między religijnością a wiarą w Boga. Ale 

tak  być   nie   musi.   Na   przykład   buddyści   i   wyznawcy   dżinizmu   są   religijni,   ale   Bóg   stwórca   nie 
odgrywa   żadnej   roli   w   ich   porządku   świata,   chociaż   ich   religie   mają   bardzo   wyraźnie   określone 
kodeksy etyczne. Jakkolwiek moralność może istnieć bez religii, to jednak nie ma na ogół religii bez 
moralności. Niewiele religii, jeśli w ogóle są takie, nie ma kodeksów moralnych.

Czy religia coś dodaje do kodeksu moralnego? Pod jednym względem moralność religijna może 

wykraczać   poza   moralność   świecką.   Otóż   religia   zazwyczaj   głosi,   iż   istnieją   pewne   wymiary 
rzeczywistości   poza   światem   czysto   fizycznym.   Chrześcijanin   ma   dążyć   nie   tylko   do   ziemskiej 
pomyślności ludzkości, ale też do „królestwa niebieskiego” (cokolwiek by to miało znaczyć), a żyd - 
do nadejścia wraz z Mesjaszem ery pokoju, sprawiedliwości i harmonii.

Ludzie wierzący często twierdzą, że ich oparta na religii moralność nakazuje im takie czyny, 

które   pomagają   osiągnąć   cele   nadprzyrodzone.   Niektórzy   żydzi   wierzą,   że   jeśli   wszyscy   żydzi 
przeżyją bezgrzesznie dwa kolejne szabaty, to Mesjasz przyjdzie natychmiast. W ramach religii można 
utrzymywać, że istnieją specjalne obowiązki, które umożliwiają osiągnięcie specyficznie religijnych 
celów.

To dlatego właśnie, że dla ludzi religijnych ma  to wielkie znaczenie, wolność wyznawania i 

praktykowania   dowolnej   religii   jest   powszechnie   uważana   za   jedno   z   fundamentalnych   praw 
człowieka. Złym przeto doradcą kogoś zajmującego się międzynarodowymi interesami byłby ten, kto 
zalecałby lekceważenie albo ranienie przekonań religijnych partnerów, którzy przecież mogą wierzyć, 
że w grę wchodzi  całe ich życie  wieczne. Przypomina  się tu scena z  Hamleta,  w której Hamlet 
rozważa, czy już zabić króla, by pomścić śmierć swego ojca, czy też jeszcze się wstrzymać i poczekać, 
aż król popełni jakąś ciężką niegodziwość i zostanie skazany na wieczne potępienie.

Religia umożliwia też swym wyznawcom odczuwanie sensu przynależności do jakiejś tradycji 

czy wspólnoty. Słowo „religia” pochodzi od łacińskiego religio, którego pierwotnym znaczeniem jest 
„wiążę,   przywiązuję”.   Religia   wiąże   razem   ludzi;   żydzi   mogą   odczuwać   silną   więź   ze   swymi 
współwyznawcami,   wiedząc,   że   oni   też   przestrzegają   tych   samych   reguł   dietetycznych,   świętują 
szabat   i   uroczyście   obchodzą   razem   Pesach,   Purim   i   Sukot   [Kuczki].   Uczestniczenie   przez 
muzułmanów w hadży (pielgrzymce do Mekki) oraz wspólne przystępowanie do sakramentów przez 
chrześcijan są sposobami  wytwarzania przez owe wspólnoty braterstwa (słowo używane  często w 
islamie) lub jedności (słowo często używane przez chrześcijan). Przynależność do wspólnoty pociąga 
za sobą posiadanie pewnych cech dystynktywnych, a jednym ze sposobów zapewnienia wspólnocie 
cech ją wyróżniających jest nakładanie na jej członków specjalnych obowiązków.

Religia   może   także   dostarczać   swym   wyznawcom   odpowiednich  środków  do   osiągania 

upragnionego celu. Na przykład wiele religii ubolewa nad skrajnymi przypadkami bogactwa i nędzy i 
obiecuje czas, w którym panować będą współczucie i sprawiedliwość. (Ta potrzeba nie pociąga za 
sobą całkowitej równości - to pojęcie zdecydowanie odrzuca większość religii). Żydzi w starożytności 
opisali kilka możliwych dróg zmniejszenia nierówności majątkowych; jedną z nich była instytucja 
roku   jubileuszowego,   przypadającego   co   pięćdziesiąt   lat,   w   którym   wszystkie   długi   były 
automatycznie umarzane. Współczesny islam powiada, że pewną część bogactwa należy przeznaczyć 
na jałmużnę dla biednych (zaka) i że nie można czerpać zysków z pożyczania pieniędzy na procent. 
Kościół   rzymskokatolicki   przez   wieki   głosił   doktrynę   sprawiedliwej   płacy   i   sprawiedliwej   ceny. 
Interesujące   zalecenie   zawiera   dżinizm:   ludzie   w   świecie   interesów   powinni   zawczasu,   przed 
zdobyciem  fortuny,  określić, jaki  poziom bogactwa  mają  nadzieję osiągnąć, a  następnie, jeśli ich 
majątek przekroczy ten poziom, przeznaczyć tę nadwyżkę na cele szlachetne. Możliwe jest naturalnie 

Strona 5/13

background image

G.D. Chryssides, J.H. Kaler - Wprowadzenie do etyki biznesu. Fragment rozdziału 3. Teoria moralności, ss. 86 – 108.

praktykowanie tych ideałów bez wyznawania jakiejkolwiek religii, ale - jak wszyscy dobrze wiemy - 
nasze indywidualne postanowienia (robione na przykład na Nowy Rok czy w Wielkim Poście) jest o 
wiele łatwiej złamać niż zobowiązania przyjęte przez całą wspólnotę.

Religie mogą również narzucać specjalne formy dyscypliny swoim wyznawcom. Przynajmniej w 

teorii   ludzie   religijni   dążą   do   doskonałości   i   niewielu   wierzących   uważa   obecny   stan   świata 
fizycznego   i   jego   wartości   za   coś   doskonałego.   Zgodnie   z   tym   wielu   wierzących   oddaje   się 
praktykom, których efektem ma być oderwanie się od świata fizycznego. Jednym z powodów, dla 
których niektórzy chrześcijanie poszczą w czasie Wielkiego Postu, a muzułmanie w czasie Ramadanu, 
jest chęć zademonstrowania gotowości do uniezależnienia się od świata fizycznego albo przynajmniej 
mniejszego uzależnienia od niego, niż wykazują zwykli śmiertelnicy, którzy jedzą normalne posiłki.

Te czynności nabierają specyficznie religijnego wymiaru wskutek tego, że wierzący podejmują je 

en   masse,  jako   część   wspólnoty.   Niedziela   dla   chrześcijan,   szabat   dla   żydów   czy   inny   rodzaj 
religijnego   oderwania   się   od   codziennych   zajęć   nie   są   tylko   środkami   zapewnienia   wiernym 
dostatecznego odpoczynku od pracy, jakkolwiek jest to również ważne. Ustalenie takiego dnia lub z 
góry wyznaczonego okresu umożliwia religii „wiązanie razem” wyznawców w wyraźną wspólnotę 
ludzi przestrzegających takich przepisów. (Nawiasem mówiąc, są też już świeckie organizacje, które 
oferują „oderwanie się” biznesmenom - współczesny świecki materializm przynajmniej czasem sięga 
do dziedzictwa społeczeństwa religijnego).

Wreszcie, religie dostarczają wierzącym mitów i opowieści będących źródłem inspiracji do życia 

moralnego   i   jego   przykładami.   Przypowieść   o   dobrym   Samarytaninie   zachęca   chrześcijan   do 
miłowania bliźnich, opowieść o Hiobie pomaga żydom, chrześcijanom i muzułmanom w ćwiczeniu 
się w cierpliwości i wierności w obliczu nieszczęścia. Opowieści o poprzednich wcieleniach Buddy 
(opowieści dżataka) pomagają buddystom zrozumieć, jak daleko może się posunąć współczucie i jak 
dobro może zatryumfować nad złem. Większość ludzi myśli raczej w kategoriach konkretnych, a nie 
abstrakcyjnych, a religie mogą dostarczać zarówno przykładów, jak i teorii.

W podsumowaniu powiedzmy więc, że uważamy za całkiem możliwe istnienie moralności bez 

religii i że moralność religijna ostatecznie opiera się na racjach niezależnych od religii. Można jednak 
mówić   o   „moralnościach   religijnych”   w   tym   sensie,   że   każda   konkretna   religia   ma   swój 
charakterystyczny   kodeks   moralny,   którego   jej   wyznawcy   przestrzegają   w   ramach   danej   tradycji 
religijnej.

Konsekwencjalizm kontra nonkonsekwencjalizm

W   ramach   myślenia   kognitywistycznego   istnieje   wielki   podział   na   teorie,   które   moralne   dobro   i 
moralne zło oceniają w kategoriach konsekwencji czynów człowieka, i teorie, które tego nie robią. 
Pierwsze to teorie „konsekwencjalistyczne”, a drugie – „nonkonsekwencjalistyczne”.

Jakkolwiek   jest   to   podział   bardzo   głęboki,   to   samo   rozróżnienie   należy   traktować   z   pewną 

ostrożnością. Jest bowiem wątpliwe, czy teorie nonkonsekwencjalistyczne, nawet najbardziej skrajne, 
w ocenie dobra i zła mogą ignorować lub faktycznie ignorują skutki czynów. Ogólnie biorąc, teorie 
konsekwencjalistyczne mają bardziej wykluczający charakter, gdyż przyjmują jako nadrzędną prawdę, 
że liczą się tylko skutki. Ale nawet tu możliwe są pewne ustępstwa i zaproponowane zostały pewne 
modyfikacje uwzględniające także inne czynniki. Podział zatem na teorie konsekwencjalistyczne i 
nonkonsekwencjalistyczne   jest   bardzo   ogólny.   W   pewnych   przypadkach   i   do   pewnego   stopnia 
odróżnia je to, na co kładą nacisk, nie zaś to, że bądź całkowicie koncentrują się na skutkach, bądź, co 
jest mniej prawdopodobne, całkowicie wykluczają je z rozważań. Jednakże różnice w tym, na co kładą 
nacisk, mogą być wyraźne i głębokie.

Według   teorii   konsekwencjalistycznych,   patrzymy   na   skutki   działań,   aby   ocenić,   czy   sądy 

moralne o nich są prawdziwe, czy fałszywe.  Jeśli to, co wynika  z jakiegoś czynu,  jest  per saldo 
korzystne, to czyn jest „dobry”, a my postępujemy „słusznie” dokonując go; i na odwrót, jeśli wynik 
jest  per saldo  szkodliwy, to czyn jest „zły”, a my dokonując go postępujemy „niewłaściwie”. Dla 
konsekwencjalizmu sprawdzianem, czy jakieś działanie jest słuszne, czy niesłuszne, jest to, czy jest 
ono dobre, czy złe w sensie powodowanej korzyści  bądź szkody.  Słuszność lub niesłuszność jest 
kwestią dobra lub zła, dobro lub zło jest kwestią korzyści lub szkody.

Nonkonsekwencjalizm w ocenie dobra i zła nie odwołuje się bezpośrednio do korzystnych lub 

szkodliwych konsekwencji działań. Dobro lub zło nie określa wprost słuszności lub niesłuszności. 
Odbywa   się   to   raczej   odwrotnie,   to   słuszność   lub   niesłuszność   determinuje   dobro   lub   zło. 
Wychodzimy od jakiejś koncepcji tego, co jest potrzebne, aby działanie było słuszne lub niesłuszne, i 

Strona 6/13

background image

G.D. Chryssides, J.H. Kaler - Wprowadzenie do etyki biznesu. Fragment rozdziału 3. Teoria moralności, ss. 86 – 108.

to decyduje, czy jest ono dobre, czy złe. Rachuby dotyczące prawdopodobnych skutków działania nie 
muszą   w   tej   koncepcji   odgrywać   żadnej   roli.   Wyłącznie   na   mocy   tego,   że   jakieś   działanie   jest 
działaniem określonego rodzaju, może ono być słuszne lub niesłuszne, a zatem dobre lub złe.

Teoria   Boskiego   nakazu   stanowi   ilustrację   różnicy   między   konsekwencjalizmem   a 

nonkonsekwencjalizmem. Jeśli wierni powinni przestrzegać Boskich przykazań po to, by osiągnąć 
upragniony stan po śmierci, albo po to, by za takie posłuszeństwo otrzymać nagrodę w postaci sukcesu 
materialnego (pogląd głoszony przez niektórych protestantów, a także, historycznie, przez żydów, 
którzy łączyli  utrzymywanie  przymierza z Bogiem z nadejściem obiecanej ery Mesjasza), to tego 
rodzaju motywy zakładają konsekwencjalistyczny pogląd na etykę. Jeżeli jednak wierny przestrzega 
Boskich przykazań nie dla jakiejś spodziewanej nagrody, lecz tylko dlatego, że Bóg je nakazał, to 
przyjmuje ściśle nonkonsekwencjalistyczne podejście do moralności. Nasze działania czyni dobrymi 
lub złymi nie to, co z nich wynika, lecz fakt ich zgodności lub niezgodności z przykazaniami Boga. 
Wyłącznie na mocy zgodności lub niezgodności z postępowaniem zalecanym lub zakazanym nasze 
czyny są słuszne lub niesłuszne, a zatem dobre lub złe.

W   teoriach   niereligijnych,   do   których   zbadania   niebawem   przejdziemy,   kontrast   między 

konsekwencjalizmem a jego przeciwieństwem uwidocznia się w bardziej skomplikowany sposób. W 
obliczu takiej złożoności łatwo można dojść do wniosku, że mamy tu do czynienia z bujającymi w 
obłokach   teoretycznymi   dywagacjami.   Ale   byłby   to   błąd.   Teoretyczne   różnice   w   opiniach   są 
wydobyciem na jaw i szczegółowym opisaniem przeciwieństw stanowiących powszechną i zasadniczą 
właściwość sposobu, w jaki ludzie na ogół podchodzą do problemów etycznych. Zwykłe podejście 
niektórych ludzi stojących przed jakimś problemem etycznym polega na próbie oszacowania kosztów 
i korzyści. Pytają: „Gdzie tkwi w tym dobro?” albo „Gdzie tkwi w tym coś szkodliwego?”. Czyniąc 
tak, przyjmują - świadomie lub nieświadomie - konsekwencjalistyczne podejście do etyki. Inni zaś 
ludzie,   przeciwnie,   skłaniają   się   do   pomijania   takich  kalkulacji.   Dla   nich  sprawa   jest   „po   prostu 
słuszna lub niesłuszna”, coś jest albo dobre, albo złe, i na tym koniec.

Weźmy na przykład różne podejścia kierownictwa firm do problemu „ubytków” - utraty zapasów 

wskutek   nielegalnego   zaboru   lub   konsumpcji   produktów   firmy   przez   pracowników.   Podejściem 
zdecydowanie nonkonsekwencjalistycznym byłoby uznanie, że jest to po prostu czysta kradzież i jako 
taka   wymaga   złapania   i   ukarania   winnych   bez   względu   na   konsekwencje.   Podejście 
konsekwencjalistyczne zalecałoby rozważenie wszystkich argumentów za i przeciw odnoszących się 
do zastosowania sankcji. Czy straty są warte kosztów zwiększonego nadzoru i inwigilacji załogi? Czy 
są warte oburzenia wywołanego takim działaniem?  A co zrobić, gdy winni zostaną złapani? Czy 
należy   ich   wyrzucić   z   pracy   bez   względu   na   ich   osobistą   sytuację,   jak   nalegałby 
nonkonsekwencjalista? Czy też istnieją względy, które należałoby brać pod uwagę, takie jak skutki ich 
zwolnienia dla ich rodzin? Chociaż są to sprawy bardzo praktyczne, wywoływane przez nie problemy 
dotyczące tego, jak powinny być rozwiązywane dylematy etyczne, stanowią materię teoretyczną.

Tej   różnicy   w   zasadniczym   podejściu   teoretycznym   nie   należy   mieszać   z   posiadaniem 

odmiennych kodeksów moralnych w znaczeniu konkurencyjnych wykazów tego, co moralnie słuszne i 
niesłuszne.   Tu   idzie   o   konkurencyjne   wyjaśnienia,  dlaczego  jakieś   działania   są   słuszne   albo 
niesłuszne. Może to uzasadniać różne stanowiska w konkretnych sprawach moralnych i prowadzić do 
różnych wykazów tego, co dobre i złe, ale nie musi. Zarówno konsekwencjalista jak i nonkonsekwen-
cjalista zapewne zgodzą się na przykład co do tego, że kradzieże dokonywane przez pracowników są 
czymś   złym.   Różnić   się   będą   dopiero   w   pojmowaniu   tego,   dlaczego   są   one   czymś   złym.   Dla 
konsekwencjalisty  będą   one   czymś   złym   dlatego,   z   grubsza   mówiąc,   że   ich  skutki   są   społecznie 
niszczące. Dla nonkonsekwencjalisty - dlatego, że w akcie zaboru czyjejś własności tkwi jakieś zło z 
natury rzeczy.

Wykazy   czynów   dobrych   i   złych   przyjmowane   przez   konsekwencjalistę   i   przez   jego 

przeciwnika,   porównywane   punkt   po   punkcie,   nie   będą   prawdopodobnie   wiele   się   różniły.   Nie 
oznacza to jednak, że dysputa  między nimi  ma  charakter czysto  teoretyczny,  z niewielkimi  tylko 
odniesieniami   do   rzeczywistych   problemów   moralnych.   Pojawi   się   też   pewna   rozbieżność   ocen 
dotyczących rzeczywistych zagadnień moralnych, prawdopodobnie, co nie powinno dziwić, właśnie 
tych, które najbardziej dzielą społeczeństwo. Klasycznym przykładem jest problem aborcji. W sporze 
wokół tego problemu zwolennicy prawa kobiety do wyboru będą skłonni do używania argumentu 
konsekwencjalisty wskazującego na społeczne skutki niechcianej ciąży, a przeciwnicy aborcji będą 
skłonni do posługiwania się argumentem nonkonsekwencjalisty o prawie nienarodzonego dziecka do 
życia.

Podział   na   konsekwencjalistów   i   nonkonsekwencjalistów   może   się   także   wyrażać   w   ich 

Strona 7/13

background image

G.D. Chryssides, J.H. Kaler - Wprowadzenie do etyki biznesu. Fragment rozdziału 3. Teoria moralności, ss. 86 – 108.

odpowiedziach   na   pytania   odnoszące   się   do   problemów   moralnych,   mogą   oni   bowiem   mieć 
diametralnie różniące się koncepcje na temat natury danego problemu, a zatem diametralnie różne 
podejścia do jego rozwiązania. Na przykładzie problemu ubytków magazynowych widzieliśmy,  że 
bezkompromisowa   odpowiedź   nonkonsekwencjalisty   jest   taka,   iż   zło   powinno   się   spotkać   ze 
sprawiedliwą karą bez względu na koszty,  natomiast  konsekwencjalista odpowiedź na pytanie, co 
zrobić,   uzależnia   od   szczegółowego   rachunku   kosztów.   Przywiązanie   do   zasady   jest   podstawą 
podejścia   nonkonsekwencjalisty,   pragmatyczna   giętkość   zaś   -   nonkonsekwencjalisty.   Podczas   gdy 
nonkonsekwencjalista będzie miał normalnie tylko jedną odpowiedź w każdych okolicznościach, to 
odpowiedź   konsekwencjalisty   będzie   się   na   pewno   różniła   w   zależności   od   okoliczności.   W 
przypadku ubytków magazynowych może on czasem zdecydować, by w ogóle nic nie robić, czasem 
zaś   zalecać   działania   nawet   surowsze   od   tych,   które   uznałby  za   właściwe   nonkonsekwencjalista. 
Wszystko zależy od tego, co da lepszy skutek.

Utylitaryzm: etyka pomyślności

Najlepiej   znana   teoria   konsekwencjalistyczna   nosi   nazwę   utylitaryzmu.   Nazwa   pochodzi   od 
[angielskiego] słowa utility [pożytek, użyteczność] i ma oznaczać zdolność działania do przynoszenia 
dobrych skutków. Wybór tego słowa mówi jasno o konsekwencjalistycznej naturze tej teorii. Pożytek 
znaczy użyteczność,  co podkreśla,  że  to właśnie   użyteczność  działania   determinuje   jego  moralny 
charakter, nie zaś coś tkwiącego w naturze samego działania. Działania same w sobie nie są ani złe, 
ani dobre, lecz są złe lub dobre z  jakiegoś powodu.  Tym powodem jest ich użyteczność lub, gdy 
skutek jest zły, szkodliwość. Z utylitarnego punktu widzenia, im więcej dobra wynika z działania, tym 
więcej jest w nim pożytku, a im gorszy rezultat, tym  większa jego szkodliwość. (Chociaż, ściśle 
mówiąc,   dobro   i   zło   są   rezultatami,   natomiast   użyteczność   i   szkodliwość   są   określonymi 
właściwościami tych rezultatów, to jednak w praktyce znaczą to samo i dla wygody można je uważać 
za synonimy).

Wprawdzie utylitaryzm w takiej czy innej formie można znaleźć już w najwcześniejszej myśli o 

sprawach etycznych, jednak swoje klasyczne sformułowanie zawdzięcza brytyjskiemu filozofowi i 
reformatorowi społecznemu, Jeremy'emu Benthamowi (1748-1832). Jego sformułowania są zuchwałe 
i niedwuznaczne. Pożyteczna jest jedna jedyna rzecz, powiadał, jest nią szczęście. Szkodliwość to 
nieszczęście. Czyny są dobre w takim zakresie, w jakim maksymalizują szczęście albo przynajmniej 
minimalizują   nieszczęście,   a   są   złe   w   takim   zakresie,   w   jakim   maksymalizują   nieszczęście   albo 
minimalizują szczęście.

W obliczu wyboru między dwoma działaniami, jednym,  które przyniesie szczęście, i drugim, 

które   przyniesie   nieszczęście,   powinniśmy   wybrać   to   dające   szczęście.   Mając   do   wyboru   dwa 
działania, oba przynoszące szczęście, powinniśmy wybrać to, które przyniesie więcej szczęścia. Mając 
dwa  działania,  oba  przynoszące   nieszczęście,  musimy   wybrać   to,   które  daje   mniej  nieszczęścia  - 
mniejsze zło. Kiedy zaś wynikiem obu działań będzie taka sama ilość szczęścia lub nieszczęścia, to 
możemy wybrać którekolwiek, a kiedy ani szczęście, ani nieszczęście nie będzie wynikało z naszego 
działania, to jesteśmy moralnie wolni i możemy robić, co chcemy.

Dlaczego utożsamiać pożytek ze szczęściem? Ponieważ, powiada Bentham, jest to jedyna rzecz 

pożądana jako cel sam w sobie. Wszystkie inne rzeczy są pożądane tylko jako środki do celu, jakim 
jest szczęście. Wszystkie inne rzeczy, których pragniemy - sława, majątek, świętość, spokój, wiedza, 
władza, miłość czy cokolwiek - mają wartość tylko o tyle, o ile przynoszą szczęście. Są dobre o tyle, o 
ile prowadzą do tego jedynego i najwyższego dobra. Szczęście zatem jest jedyną rzeczą dobrą samą w 
sobie. I przeciwnie, nieszczęście jest jedyną rzeczą złą samą w sobie, ostatecznym złem.

Jako obiekcja narzuca się tu oczywiście pytanie, jak można mierzyć szczęście. Bentham miał 

nadzieję   na   precyzyjny,   naukowy   pomiar.   Był   w   tym   niewątpliwie   nierealistyczny.   Niemniej 
całkowicie możliwy jest pewien zbiór mało precyzyjnych, ale skutecznych rachunków. Dokonuje się 
ich  bez   przerwy;   są   one   nawet   stosowane   w  moralności   dokładnie   w   tym   sensie,   o  jakim  mówi 
utylitaryzm. Dokonujemy konsekwencjalistycznych z ducha szacunków słuszności lub niesłuszności 
działań   i   niezmiennie   zawierają   one   pewien   rodzaj   prostych   obliczeń   wpływu   tych   działań   na 
szczęście ludzi. Istnieje ponadto dowód ogólnej skuteczności takich obliczeń, mianowicie taki, że są 
też   one   zwykle   stosowane   w   naszych   bardzo   często   udanych   próbach   przewidywania   i   kontroli 
zachowań. W naszym codziennym postępowaniu z ludźmi zwykle doskonale wiemy, z czego będą 
zadowoleni,   a   z   czego  nie,   i   -   chcąc   kontrolować   i   przewidywać   ich  zachowanie   -   odpowiednio 
działamy. Jesteśmy nawet w stanie skutecznie oszacować różne stopnie szczęścia lub nieszczęścia, 
które   określone   działania   mogą   spowodować.   Należy   oczekiwać,   że   im   cios   jest   silniejszy,   tym 

Strona 8/13

background image

G.D. Chryssides, J.H. Kaler - Wprowadzenie do etyki biznesu. Fragment rozdziału 3. Teoria moralności, ss. 86 – 108.

większe nieszczęście, im dar hojniejszy, tym większe szczęście, itp. Oczywiście nie zawsze wiemy to 
z  całą  pewnością.  Czasami   możemy   nic  nie  wiedzieć  o wpływie  jakiegoś  działania  na  szczęście. 
Czasami się mylimy.  Na ogół jednak możemy dokonywać rozsądnych szacunków i uznawać je za 
rozsądnie   poprawne   w   dostatecznej   liczbie   przypadków,   by   mieć   w   idei   pożytku   jako   szczęścia 
praktyczną wskazówkę postępowania.

Istnieje nawet możliwość włączenia pewnego elementu kwantyfikacji do tych szacunków, pod 

warunkiem, że zgodzimy się na bardzo pośrednie podejście. Wynaleziono je w ekonomii. W ekonomii 
konsumpcja dóbr i usług ma zaspokajać potrzeby. Im większą część naszego dochodu jesteśmy gotowi 
poświęcić   na   kupno   tych,   a   nie   innych   towarów,   tym   większe   osiągamy   względne   zadowolenie. 
Zakłada się, że chcemy tylko maksymalizować to zadowolenie. Na tej podstawie robione są rachunki i 
przewidywania   zachowań   ekonomicznych.   W   tym   zakresie,   w   jakim   ekonomia   usiłuje   wyjaśnić, 
dlaczego przyjmuje się, iż zachowujemy się w ten właśnie sposób, odwołuje się ona do koncepcji 
człowieka jako istoty dążącej do przyjemności, przynajmniej w sferze ekonomicznej. Zakłada się, że 
dążymy   do   maksymalizacji   zadowolenia   z   powodu   przynoszonego   przez   nie   szczęścia.   Ma   to 
oczywiste   paralele   z  utylitaryzmem.   W   tym   przypadku   wspólna   jest   nawet   terminologia,   jak  wie 
każdy, kto uczył się ekonomii. O zdolności dóbr i usług do przynoszenia zadowolenia powiada się, że 
jest   to  ich  użyteczność.  Im większa   jest  zdolność   jakiegoś  konkretnego  zestawu dóbr   i  usług  do 
zaspokojenia naszych potrzeb, tym większa jest jego dla nas użyteczność.

Owa pojęciowa i terminologiczna zbieżność nie jest przypadkowa. Ekonomia i utylitarystyczna 

teoria moralności mają długie historyczne związki. Ekonomiczne pojęcie użyteczności oddzielało się 
stopniowo   od   bezpośredniego   związku   z   dobrem   moralnym   i   stawało   się   miarą   względnych 
preferencji   konsumenta,   jaką   jest   dzisiaj,   ale   nawet   po   tym   doniosłym   zerwaniu   ekonomia   i 
utylitaryzm   nadal   nie   są   całkowicie   od   siebie   oddzielone.   Pozostaje   nadal   ta   sama   podstawowa 
koncepcja   człowieka   jako   istoty   dążącej   do   przyjemności.   Nadal   istnieją   również   ślady   starego 
moralnego   znaczenia   użyteczności   w   podejmowanych   przez   ekonomistów   próbach   obliczania 
względnej pomyślności, jaką społeczeństwo jako całość uzyska z alternatywnych modeli wydatków. I 
odwrotnie,   nowoczesna   teoria   utylitarna   stara   się   stosować   pomiary   pomyślności   w   sensie 
ekonomicznym   do   rozwiązywania   problemów   moralnych,   często   w   sposób   dość   skomplikowany 
matematycznie.

W   takim   stopniu,   w   jakim   ekonomia   zgadza   się   z   Benthamowską   koncepcją,   iż   szczęście 

odgrywa szczególnie istotną rolę w postępowaniu człowieka, wiąże się ona z doktryną znaną jako 
„hedonizm”   (od   greckiego   słowa   oznaczającego   przyjemność).   Doktryna   ta   jest   teoretyczną 
perspektywą przyjmującą różne formy w swej długiej i nadal trwającej historii, daje się jednak ogólnie 
sprowadzić   do   dwóch   rodzajów   twierdzeń.   Pierwszy   koncentruje   się   wokół   idei   szczęścia   jako 
ostatecznego   celu   ludzkiego   postępowania.   Nazywa   się   to   „hedonizmem   psychologicznym”   i 
występuje, jak widzieliśmy,  explicite  i w sposób nieograniczony u Benthama, a tylko  implicite  i w 
sposób ograniczony (do zachowań ekonomicznych) w ekonomii. Drugi rodzaj twierdzeń nazywa się 
„hedonizmem etycznym” i koncentruje się wokół idei identyczności dobra moralnego ze szczęściem, 
od   czego   nauka   ekonomiczna   bardzo   słusznie   się   zdystansowała,   ale   co   stanowi   samą   podstawę 
utylitaryzmu Benthama.

Chociaż ogólne przywiązanie  Benthama  do obu tych  idei jest niewątpliwe, to jednak trudno 

ocenić, co miał dokładnie na myśli. Był on z pewnością hedonistą psychologicznym w tym sensie, że 
przyjmował,   iż   szczęście   jest   wiodącym   celem   w   zachowaniu   człowieka.   Był   również   na   pewno 
hedonistą etycznym  w tym  znaczeniu, że przyjmował, iż szczęście jest ostateczną miarą moralnej 
słuszności.   Niemniej   jego   stanowisko   trzeba   skrupulatnie   odróżniać   od   dwóch   innych   poglądów 
noszących te same nazwy. Bentham nie był bowiem prawdopodobnie hedonistą psychologicznym w 
tym   sensie,   iżby   sądził,   że   naszym   postępowaniem   mogą   kierować   wyłącznie   względy   naszego 
własnego szczęścia, tzn. że psychologiczną prawdą o istotach ludzkich jest to, iż są one zdolne jedynie 
do dokonywania działań zmierzających do osiągnięcia osobistego szczęścia. Nie był też z pewnością 
hedonistą etycznym w tym sensie, iżby wierzył, że przy określaniu tego, co słuszne lub niesłuszne, 
liczy się tylko nasze własne szczęście, że powinniśmy robić tylko to, co maksymalizuje nasze własne 
szczęście.

Gdyby   Bentham   przyjmował   taką   czysto   indywidualistyczną   interpretację   hedonizmu 

psychologicznego i  etycznego,  to  jego  hedonizm  należałoby  nazwać  „egoizmem”   (od  łacińskiego 
słowa oznaczającego „ja”). Mówi on jednak bardzo jasno, że dobrem, do którego powinniśmy dążyć, 
jest dobro wspólne. Jest nim ogólna suma szczęścia ludzi i to ją właśnie należy maksymalizować, nie 
zaś nasze własne, jednostkowe szczęście. Powinniśmy kierować się zasadą, którą nazywał „zasadą 

Strona 9/13

background image

G.D. Chryssides, J.H. Kaler - Wprowadzenie do etyki biznesu. Fragment rozdziału 3. Teoria moralności, ss. 86 – 108.

największego szczęścia”, czyli dążyć do największego szczęścia jak największej liczby ludzi. Nasze 
własne szczęście nie powinno mieć pierwszeństwa. Powinno być jedynie częścią ogólnej sumy. W 
przypadku,   gdy  nasze   własne   szczęście   możemy   powiększyć   tylko   kosztem  zmniejszenia   ogólnej 
sumy szczęścia, należy je poświęcić na rzecz większego szczęścia ogólnego.

Hedonizm   etyczny   Benthama   jest   przeto  explicite  i   diametralnie   przeciwstawny   egoizmowi. 

Oznacza to, że przynajmniej przez implikację odrzuca on także egoistyczną interpretację hedonizmu 
psychologicznego, ponieważ żądając od nas, abyśmy czasem poświęcali nasze własne szczęście dla 
większego   szczęścia   ogólnego,   musi   przyznać,   że   czasem   jesteśmy   zdolni   działać   w   sposób 
nieegoistyczny, czyli nie kierować się wyłącznie naszym własnym szczęściem. Inaczej nie bylibyśmy 
zdolni do przestrzegania zasady największego szczęścia i nie byłoby sensu proponowanie jej jako 
wskazówki w postępowaniu.

To,   że   Bentham   sprzeciwia   się   egoizmowi,   nie   powinno   być   zaskoczeniem.   Wszelkie 

bezwarunkowe utożsamianie moralności z własnym interesem nieuchronnie koliduje z wspomnianym 
wcześniej wymaganiem, aby dążenie do zaspokojenia interesu własnego dało się pogodzić z dobrem 
wspólnym (zob. rozdział 2). Czyniąc dobro wspólne arbitrem słuszności, Bentham unika takiej kolizji. 
Ale to oznacza, że liczy się tylko dobro wspólne jako jedyny arbiter. W odróżnianiu dobra od zła liczy 
się   jedynie   maksymalizacja   ogólnej   sumy   ludzkiego   szczęścia.   To   stanowisko   ma   z   kolei   także 
kłopotliwe konsekwencje, ponieważ nie tylko dopuszcza do pewnych wątpliwych moralnie praktyk, 
ale się ich wręcz domaga.

Weźmy   pod   uwagę   sytuację,   w   której   szczęście   społeczeństwa   jako   całości   zwiększa   się 

maksymalnie wówczas, gdy powstaje klasa upośledzonych. Stanowi ona, powiedzmy, 20% populacji, 
i cierpi, chociaż nie ze swojej winy, z powodu niskich zarobków, dużego bezrobocia, ograniczonego 
dostępu   do   edukacji   i   zabezpieczeń   społecznych,   nie   ma   też   wcale   lub   prawie   wcale   wpływów 
politycznych. Członkowie tej klasy boleją nad swoją dolą, ale niewiele mogą zrobić. Pozostałe 80% 
populacji korzysta z istnienia tej klasy upośledzonej. Czerpie korzyści z taniej pracy (zwłaszcza w 
sektorze usług) i zasobów stojącej do dyspozycji siły roboczej, gdy trzeba się uporać z zastojem w 
okresach recesji gospodarczej. Cieszy się także większym dostępem do wykształcenia i zabezpieczeń 
społecznych   oraz   większymi   wpływami   politycznymi,   niżby  to   wynikało   z   liczebności   i   potrzeb. 
Członkowie   tej   części   społeczeństwa   są   bardzo   zadowoleni   ze   swego   losu.   Otrzymana   w   takim 
układzie   społecznym   ogólna   suma   szczęścia   okazuje   się   najwyższa   przy   danych   całkowitych 
zasobach, jakie są dostępne. Jakiś inny układ mógłby uczynić  20-procentową  mniejszość  o wiele 
szczęśliwszą, ale to nie wystarczyłoby na skompensowanie  krańcowego spadku szczęśliwości 80-
procentowej większości. (Zachęcamy czytelników do pomyślenia o społeczeństwach, które mogą się 
zbliżać do takiego scenariusza).

Modyfikacje zasady najwyższej szczęśliwości
Zło opisanej sytuacji polega na tym, że jest niesprawiedliwa. Dlaczego mniejszość ma cierpieć tylko 
po   to,   by   większości   powodziło   się   lepiej?   Bentham   uczynił   dobro   wspólne   jedynym   arbitrem 
słuszności. Posunął się jeszcze dalej i utożsamił dobro wspólne ze zwykłym wynikiem dodawania, z 
ogólną sumą ludzkiego szczęścia. Możliwe jest zatem poświęcenie praw i interesów jednostek oraz 
mniejszości   dla   dobra   wspólnego,   nawet   w   tak   niesprawiedliwym   zakresie,   jak   w   powyższym 
przykładzie,   kiedy  się   je   poświęca   tylko   po,   by  innym   powodziło   się   lepiej.   Aby   tego   uniknąć, 
zaproponowano kilka modyfikacji tradycyjnego utylitaryzmu Benthamowskiego.

Jedną jest propozycja szacowania użyteczności na podstawie tego, co na ogół wynika z działań 

określonego   rodzaju,   nie   zaś,   jak   to   zdaje   się   jest   u   Benthama,   na   podstawie   tego,   co   ma   się 
rzeczywiście zdarzyć w jakimś konkretnym przypadku. Kluczowe staje się pytanie:
„Jaka   zasada   moralna   będzie   maksymalizowała   ludzkie   szczęście,   jeśli   będzie   powszechnie 
stosowana?”, nie zaś proste, zadawane od przypadku do przypadku pytanie: „Co się stanie, gdy się to 
a to 
zrobi?”. Celem jest dotarcie do ogólnych zasad postępowania, a nie decydowanie o słuszności lub 
niesłuszności każdego konkretnego czynu. Pogląd ten jest zwany utylitaryzmem reguł w odróżnieniu 
od Benthamowskiego utylitaryzmu czynów. Według jego zwolenników, może on rozwiązać problem 
sprawiedliwości.   Twierdzą   oni,   że   jeśli   analiza   odpowiedzi   na   pytanie:   „Czy   ta   zasada   moralna 
przyczynia się do największego szczęścia ludzkiego?” daje w wyniku sytuację podobną do opisanego 
przypadku, to zasadę tę należy uznać za moralnie złą. Nie wolno nam szkodzić innym tylko dlatego, 
że jest to dla nas korzystne. Gdyby każdy tak postępował, wszyscy byśmy ucierpieli. W sumie, w 
długim okresie, rezultatem byłaby szkodliwość.

Inna modyfikacja rezygnuje z Benthamowskiej metody sumowania przy obliczaniu użyteczności 

Strona 10/13

background image

G.D. Chryssides, J.H. Kaler - Wprowadzenie do etyki biznesu. Fragment rozdziału 3. Teoria moralności, ss. 86 – 108.

na rzecz pewnej formy uśredniania. To znaczy, zamiast otrzymywać ogólną sumę szczęścia wyłącznie 
przez   dodawanie   poszczególnych   składników,   uwzględniamy   także   jej   rozkład.   Poszukuje   się 
najwyższej  średniej  lub mediany (są tu różne opinie) udziału w szczęściu.  W ten sposób ma  się 
uniknąć niesprawiedliwości polegającej na tym, że pewni ludzie mają dużo mniejszy od uczciwego 
udział w szczęściu.

Trzecia modyfikacja nawiązuje do sprawy, którą dostrzegał sam Bentham, ale jej nie rozwinął 

ani on, ani nikt inny.  Chodzi o to, że nieszczęście w ogóle, a ból w szczególności, odczuwa się 
bardziej   intensywnie   niż   szczęście   i   przyjemność.   Największe   uczucie   szczęścia,   najsilniejsze 
doznanie przyjemności jest czymś  względnie łagodnym w porównaniu z tym,  jak głęboko i silnie 
mogą ludzie odczuwać nieszczęście i ból. (Porównaj tortury i niedożywienie z miłością i wyszukanym 
jedzeniem).   Jeśli   tak,   to   można   dowodzić,   że   utylitaryzm   wyklucza   rażącą   niesprawiedliwość. 
Intensywne   cierpienie   mniejszości   zawsze   przeważy   wszelkie   szczęście,   jakie   większość   może 
czerpać z uprzywilejowania w porównaniu z cierpiącymi. Niedopuszczalne jest więc istnienie rażąco 
wykorzystywanej klasy upośledzonej. Przewaga szkodliwości nad użytecznością czyni taką sytuację 
złą moralnie.

Czwarta i ostatnia modyfikacja jest jeszcze bardziej radykalna. Jej zwolennicy nie dopuszczają, 

by szczęście czy nieszczęście były jedynymi  liczącymi  się celami.  Opowiadają się za przyjęciem 
szerszego  podejścia  konsekwencjalistycznego,   w  którym   maksymalizacja   korzyści   i minimalizacja 
szkód   pozostają   głównymi   celami,   ale   bez   prób   ich   dalszego   uszczegółowiania.   Jest   to   raczej 
podejście   pluralistyczne,   niehedonistyczne,   w   którym   szczęście   i   nieszczęście   znajdują   się   na 
nieskończenie   długiej   liście  rzeczy  korzystnych   i   szkodliwych.   (Czy   to   nadal   można   nazywać 
utylitaryzmem,  jest kwestią terminologiczną). W tym wykazie takie  rzeczy,  jak wolność, przyjaźń, 
wiedza, miłość, uczciwość itd., są postrzegane jako dobra samoistne, a nie tylko jako coś, co prowadzi 
do szczęścia. Podobnie - tyranię,  wrogość,  ignorancję, nienawiść, oszustwo itp. uważa  się za  zło 
samoistne.   To   samo   dotyczy   sprawiedliwości   i   niesprawiedliwości.   Gdy   mniejszość   jest 
wykorzystywana   tylko   po   to,   aby   powiększyć   korzyści   większości,   to   zwiększone   szczęście   tej 
większości   jest   jedynie   częścią   całego   równania.   Musi   ono   przeważyć   nie   tylko   nieszczęście 
mniejszości,   lecz   także   szkodę   wyrządzoną   przez   niesprawiedliwość.   W   takim   równaniu,   można 
dowodzić, samo zwiększenie szczęścia nie wystarczy, aby usprawiedliwić rażącą niesprawiedliwość.

Skuteczność   tych   modyfikacji   w   odniesieniu   do   tradycyjnego   utylitaryzmu,   pojedynczo   lub 

łącznie,   jest   kwestią   sporną.   Wszystkie   one   zmierzają   do   wyeliminowania   tego   rodzaju   rażącej 
niesprawiedliwości, która wynika  z przyzwolenia  na to, aby sam wzrost korzyści  usprawiedliwiał 
powodowanie szkody. Być może w jakimś rozsądnym połączeniu mogłyby tę niesprawiedliwość w 
ogóle wyeliminować. Ale dla nieprzejednanych krytyków nawet taki sukces nie byłby wystarczający 
do zaakceptowania utylitaryzmu. Dla nich całe konsekwencjalistyczne podejście jest błędne. Jego błąd 
tkwi w założeniu, że liczą się tylko wyniki. Wówczas, powiadają krytycy,  ludzie jako ludzie nie 
stanowią żadnej wartości. Wartością nie jest pojedyncza  osoba, lecz szkoda lub korzyść,  jaka jej 
przypada.  A moralność staje się kwestią rachunku. Zasady nieuchronnie ustępują miejsca własnej 
wygodzie. W ten sposób prawa jednostki można zawsze zlekceważyć. Dla takich krytyków poprawna 
jest jedynie teoria nonkonsekwencjalistyczna. 

Kantyzm: etyka obowiązku

Nonkonsekwencjalizm w etyce  często utożsamia się z podejściem deontologicznym (od greckiego 
słowa   oznaczającego   „obowiązek”,   „powinność”).   Jego   klasyczne   i   faktycznie   ostateczne 
sformułowanie   pochodzi   od   niemieckiego   filozofa   Immanuela   Kanta   (1724-1804).   Chociaż   teoria 
Kanta   jest   na   wiele   sposobów   diametralnie   przeciwstawna   utylitaryzmowi   Benthamowskiemu,   to 
jednak jest także monistyczna i głosi, że tylko jedna jedyna rzecz jest „dobra sama w sobie”. Podczas 
gdy dla Benthama taką jedyną rzeczą jest szczęście, to dla Kanta jest nią „dobra wola”. Według Kanta, 
czyn   jest   moralnie   słuszny   tylko   wówczas,   gdy   dokonująca   go   osoba   kieruje   się   dobrą   wolą,   a 
moralnie   niesłuszny,   gdy   się   nią   nie   kieruje.   Samo   występowanie   dobrej   woli   czyni   działanie 
słusznym, jej brak - czyni je niesłusznym. Nic więcej się nie liczy.

Co Kant rozumiał przez dobrą wolę? W istocie miał on na myśli działanie wykonane z powodu 

jakiejś zasady, z poczucia obowiązku i nic innego. Motywem działania moralnego nie może być z 
pewnością interes własny, ale też nie może nim być uprzejmość, wierność, sympatia czy jakieś inne 
chwalebne uczucie. Są to rzeczy godne szacunku, mówi Kant, ale nie stanowią specyficznie moralnej 
motywacji działania. Może jej dostarczyć wyłącznie poczucie obowiązku (dlatego Kaniowską teorię 

Strona 11/13

background image

G.D. Chryssides, J.H. Kaler - Wprowadzenie do etyki biznesu. Fragment rozdziału 3. Teoria moralności, ss. 86 – 108.

nazywa się deontologiczną).

Skąd jednak możemy wiedzieć, kiedy jakiś czyn jest dokonany z poczucia obowiązku? Wtedy, 

powiada Kant, kiedy jest w zgodzie z tym, co nazywa „imperatywem kategorycznym”. Kant wyrażał 
imperatyw   kategoryczny   na   kilka   sposobów,   które   uważał   za   równoważne.   Tradycyjnie   uwagę 
skupiały dwie definicje, które, chociaż są z pewnością komplementarne, nie są jednak, jak chciał Kant, 
równoważne. Być  może  najlepiej jest je traktować jako oddzielne, ale wzajemnie  się wspierające 
sformułowania tego, co stanowi imperatyw kategoryczny.

Pierwsze sformułowanie głosi:
„Postępuj tylko według takiej maksymy,  dzięki której możesz zarazem chcieć, żeby stała się 

powszechnym  prawem”

2

. [

2

  Immanuel   Kant  Uzasadnienie   metafizyki   moralności,  przekład  M.  Wartenberg,   PWN, 

Warszawa 1971, s. 50

].

„Maksyma”, o której mówi Kant, to zasada, według której ktoś działa. Może być ona dobra lub 

zła. Jeżeli urzędnik działu kadr decyduje się na złamanie poufności danych na temat pracownika, to 
może   postępować   na   przykład   według   takiej   maksymy:   „Zawsze,   gdy   jest   wygodne   złamanie 
obietnicy   w   sytuacji   takiej,   jak   ta,   będę   to   robił”.   Bardziej   odpowiedzialną   decyzję   dotyczącą 
poufności może wyrażać maksyma: „Kiedy jestem proszony o wyjawienie informacji osobistych, to 
będę   wyjawiał   tylko   te,   które   nie   są   poufne”.   W   praktyce   maksymy   mogą   być   bardziej 
skomplikowane.   Urzędnik   działu   kadr   może   zechcieć   wymienić   okoliczności,   w   których   mógłby 
wyjątkowo wyjawić poufne informacje, na przykład gdy prosi o nie policja. Jednak dla wygody w 
dyskutowaniu filozofii Kanta wystarczą maksymy stosunkowo proste.

Warunek uniwersalizacji maksymy („żeby stała się powszechnym prawem”) oznacza, że zasada, 

według której działamy (maksyma), powinna być taka, iżbyśmy mogli chcieć, aby wszyscy inni ludzie 
według niej działali. Otóż pewne maksymy mogą stać się uniwersalne, a inne nie mogą. Na przykład 
jest   absolutnie   możliwe,   by   wszyscy   urzędnicy   działu   kadr   zachowywali   poufność   informacji   o 
pracownikach; możemy sobie wyobrazić, że wszyscy oni świadomie tak właśnie postępują. Ale jeśli 
składając jakąś obietnicę nie mamy zamiaru jej dotrzymać,  to maksyma,  według której działamy, 
brzmi   mniej   więcej   tak:  „O  tym,   czy  dotrzymam   składanej   obietnicy,   będę   decydował   później”. 
Wówczas oczywiście cała zabawa w składanie obietnic nic nie daje, jest nawet nonsensowna. Cały 
sens obietnic polega na tym,  że powinny być  dotrzymywane. Gdyby każdy mógł dowolnie łamać 
swoje obietnice, kiedy jest mu wygodnie, to składanie obietnic straciłoby wszelki sens. Stan taki byłby 
nie do wytrzymania. W następstwie tego praktyka łamania obietnic stałaby się także bezsensowna. Nic 
by się na niej nie zyskało, gdyż  nikt by nie oczekiwał, że obietnice będą dotrzymywane. Dlatego 
zasada,   że   powinniśmy   składać   obietnice   bez   zamiaru   ich   dotrzymywania,   nie   może   stać   się 
uniwersalnym  prawem.  Nie możemy,  wskutek logicznej niemożności, domagać  się, żeby wszyscy 
postępowali w taki sposób. Zatem działania podjęte w myśl tej maksymy są sprzeczne z imperatywem 
kategorycznym   i  dlatego  moralnie   niesłuszne.   Natomiast   nie   ma   żadnej   logicznej   sprzeczności   w 
żądaniu, aby obietnice były składane z zamiarem ich dotrzymywania. Taka maksyma może stać się 
prawem   uniwersalnym,   a   więc   działania   podjęte   na   jej   podstawie   są   zgodne   z   imperatywem 
kategorycznym i dlatego są moralnie słuszne.

Drugie   sformułowanie   Kaniowskiego   imperatywu   kategorycznego   oparte   jest   na   idei,   która 

została   w   naszych   czasach   nazwana   „szacunkiem   dla   osoby”.   W   swym   najprostszym   ujęciu 
przeciwstawia ona istoty ludzkie przedmiotom: roślinom i minerałom, krzesłom i stołom. Przedmioty 
mają wartość wyłącznie instrumentalną. Są rzeczami, ich wartość leży tylko w tym, do czego ludzie 
zdołają   ich użyć.  Natomiast   istoty ludzkie   są   osobami.  Są   to istoty czujące,  rozumne,   zdolne   do 
stawiania   sobie   własnych   celów,   które   mogą   być   dla   nich   bardzo   ważne.   To   wszystko   znaczy, 
argumentuje   się   dalej,   że   ich   życie   ma   własną   wewnętrzną   wartość,   a   nie   tylko   wartość 
instrumentalną.   Negowanie   tego   wszystkiego,   traktowanie   ludzi   tak,   jakby   mieli   tylko   wartość 
instrumentalną,   jest   negowaniem   ich   osobowości.   Jest   to   równoznaczne   z   traktowaniem   ludzi 
wyłącznie jak przedmioty,  które nie mają  innego celu poza tym,  do czego mogą  być  użyte.  Tak 
czyniąc,   argumentuje   się   dalej,   działa   się   niemoralnie.   Aby   działać   moralnie,   musimy   szanować 
osobowość ludzi i nigdy nie traktować ich tylko jako środków do jakiegoś celu, lecz zawsze i przede 
wszystkim jako cele same w sobie. Kant ujął to tak:

„Postępuj tak, byś człowieczeństwa tak w twej osobie, jako też w osobie każdego innego używał 

zawsze zarazem jako celu, nigdy tylko jako środka”

3

. [

3

 Ibid., s. 62

].

Oba   sformułowania   Kanta   różnią   się   od   utylitaryzmu   brakiem   jakiegokolwiek   wyraźnego   i 

bezpośredniego odwołania się do konsekwencji w określaniu tego, co słuszne, i tego, co niesłuszne. 
Znaczenie centralne i, być może, jedyne mają tylko motywy czynu. W utylitaryzmie  przeciwnie - 

Strona 12/13

background image

G.D. Chryssides, J.H. Kaler - Wprowadzenie do etyki biznesu. Fragment rozdziału 3. Teoria moralności, ss. 86 – 108.

motywy mają znaczenie incydentalne. Liczą się tylko o tyle, o ile sprzyjają dokonywaniu działań 
zwiększających użyteczność. Nie są, jak u Kanta, dobre same w sobie, lecz są tylko środkami do celu, 
jakim jest zwiększanie użyteczności.

W   wyniku   mamy   kontrast   między   giętkością   konsekwencjalizmu   a   rygoryzmem 

nonkonsekwencjalizmu. Oznacza to, że silną stroną kantyzmu jest to, co jest słabą stroną utylitaryzmu, 
i   na   odwrót.   Przeciwnie   niż   utylitaryzm,   kantyzm   nie   pozwoliłby   na   poświęcenie   jednostek   lub 
mniejszości dla zbiorowego interesu. To nie jest sposób, w jaki chcielibyśmy być sami traktowani, a 
więc takie działania nie mogłyby być uniwersalnie stosowane. Byłyby to działania, w których ludzie 
byliby najwyraźniej traktowani tylko jako środki do celu. Drugą stroną medalu jest oczywiście to, że 
można kantyzmowi zarzucić, iż nie bierze pod uwagę pewnych skrajnych okoliczności, w których 
dobro wspólne musi mieć pierwszeństwo przed wszystkim innym. Na przykład w jednym ze swych 
wcześniejszych pism Kant stwierdził, że nie jest dopuszczalne żadne kłamstwo; nawet jeżeli ktoś z 
morderczym zamiarem pyta nas, gdzie jest przyszła ofiara, to mamy obowiązek powiedzieć prawdę. 
Czyż   nie   jest   nie   tylko   dozwolone,   ale   i   moralnie   obowiązkowe,   abyśmy   kłamali   w   celu 
powstrzymania   złoczyńców   i   ratowania   innych?   A  także,   czy  mając   możliwość   uratowania   życia 
wielu   ludziom   kosztem   poświęcenia   kilku,   nie   mamy   obowiązku   pozwolić   na   taką   ofiarę   -   bez 
względu na to, jak bardzo nie chcielibyśmy znaleźć się wśród ofiar i jak wyraźnie jest to traktowanie 
ludzi tylko jako środków do celu?

Filozofowie broniący Kanta będą wskazywali, że jego pogląd o obowiązku mówienia prawdy w 

każdych okolicznościach został przedstawiony w mniej ważnej pracy, która nie oddawała jeszcze jego 
dojrzałego   stanowiska   wyrażonego   w  Uzasadnieniu   metafizyki   moralności,  i   że   problem,   czy 
wyjawiać   prawdę   mordercy,   może   być   rozwiązany   przez   przyjęcie   maksymy   działania   bardziej 
wyrafinowanej   niż   proste  formuły:  „Mów  zawsze   prawdę”   czy „Zawsze   dotrzymuj  obietnic”.   Na 
przykład czyjąś  maksymą  może  być:  „Mówię zawsze prawdę tym,  którzy proszą o informację  w 
uczciwych  celach”. Jednakże przy użyciu jakiejś reguły trudno jest wyeliminować  warunki, które 
czynią   nonsensowną   ideę   uniwersalizacji;   na   przykład,   dlaczego   maksymą   działania   jakiegoś 
urzędnika   działu   kadr   nie   mogłaby   być   zasada   mówienia   prawdy   tylko   ludziom   mieszkającym, 
powiedzmy, w Płymouth lub w Wolverhampton?

Inną   propozycją,   będącą   w   dużym   zakresie   modyfikacją   kantyzmu,   jest   dopuszczenie 

rozróżniania obowiązków prima facie i obowiązków „faktycznych". Mamy prima facie (na pierwszy 
rzut oka, bez wgłębiania się w sprawę) obowiązek spełnienia jakiejś moralnej powinności, ale czy jest 
ona rzeczywiście spełniana, zależy od tego, czy występuje konflikt między nią a jakąś inną, być może 
ważniejszą,   powinnością.  Jeśli  nie  ma   konfliktu,  to  można  i  należy spełnić  tę  powinność,   a  jeśli 
konflikt   występuje,   to   trzeba   spełnić   powinność   ważniejszą.   Staje   się   ona   naszym   obowiązkiem 
faktycznym,  podczas gdy tę pierwszą odkłada się na bok jako jedynie obowiązek  prima facie.  Na 
przykład powinność niemówienia kłamstw może być wyparta przez powinność udaremniania złych 
czynów,  a powinność niedopuszczania do utraty życia  przez niewinnych  ludzi może  być  wyparta 
przez powinność zachowania przy życiu możliwie największej liczby osób.

Nakładanie   ograniczeń   na   maksymy   oraz   podział   na   obowiązki  prima   facie  i   obowiązki 

faktyczne mają na celu uniknięcie niemożliwych do przyjęcia konsekwencji działania wyłącznie na 
podstawie samej zasady. Natomiast przejście od utylitaryzmu czynów do utylitaryzmu reguł zdaje się 
być ruchem w kierunku wprowadzenia zasad do czegoś, co bez tego byłoby zwykłym rachunkiem 
skutków. W obu przypadkach silne strony jednej teorii używane są do nadrobienia słabości drugiej.

Strona 13/13