background image
background image
background image
background image

OD AUTORA

Dlaczego  Wietnam?  Czy  ta  odległa  juŜ  w  czasie  wojna  moŜe
jeszcze  budzić  Ŝywsze  zainteresowanie?  Okazuje  się  —  Ŝe
problematyka  wietnamska  jest  nie  tylko  pasjonująca,  lecz
równieŜ  nie  tak  egzotyczna,  jak  mogłoby  się  wydawać.  Ta
najdłuŜsza wojna czasów nowoŜytnych była  soczewką, w której
zogniskowały  się  najwaŜniejsze  zagadnienia  współczesności:
zmierzch odwagi Zachodu, problemy Trzeciego Świata, rozwój
i upadek komunizmu.

Czemu  niekomunistyczny  Wietnam  Południowy  okazał  się
słabszy  od  Północnego?  Dlaczego  militarna  superpotęga
poniosła  klęskę?  Czy  Amerykanie  byli  zbrodniarzami  wojen-
nymi? Oto niektóre pytania, na które próbuję odpowiedzieć.

KsiąŜka koncentruje się na tzw. II wojnie indochińskiej, jednak
nie  sposób  zrozumieć  i  ocenić  przebieg  i  wynik  konfliktu,
zamykając  się w  przedziale  czasowym  1962-1975. Nie  sposób
teŜ rozdzielić aspekty militarne od politycznych i społecznych,
gdyŜ  splatały  się  one  w  tej  wojnie  wyjątkowo  ściśle.  NaleŜało
zatem 

przedstawić 

wcześniejszą 

późniejszą 

historię

Wietnamu,  a  takŜe  nakreślić  szersze  tło  konfliktu  zbrojnego.
Obszerniej o zagadnieniach politycznych i społecznych traktuje
moja  praca  Wietnam.  Wojna  bez  zwycięzców  (Kraków,  1991),
której nakład jednak juŜ od wielu lat jest wyczerpany.

background image

4

KsiąŜka  oparta  jest  głównie  na  źródłach  zachodnich.  Większość
publikacji  wietnamskich  czy  pisanych  z  pozycji  prokomu-
nistycznych  jest  ewidentnie  tendencyjna  —  pomija  podstawowe
informacje  i  fakty.  Z  kolei  prace  amerykańskie  nadmiernie
koncentrują  się  na  sprawach  dotyczących  samych  Stanów
Zjednoczonych  i  nie  przywiązują  większej  wagi  do  problemów
wewnątrzwietnamskich.  Autorzy  amerykańscy  takŜe  zresztą  nie  byli
wolni  od  stronniczości  —  do  niedawna  większość  ksiąŜek  tam  się
ukazujących miała wyraźne nastawienie antywojenne.

Na koniec dwie uwagi, rzec moŜna, techniczne:

KaŜde  niemal  zdanie  w  tej  ksiąŜce  mogłoby  być  zaopatrzone  w
odsyłacze  do  źródeł.  PoniewaŜ  jednak  nie  pretenduje  ona  do  miana
ś

ciśle  naukowej,  zrezygnowałem  z  nich,  pozostawiając  jedynie

bibliografię.

Uwaga druga: pozwoliłem sobie na pewne odstępstwo od przyjętych
reguł  ortografii.  W  ksiąŜce  powtarzają  się  często  określenia
północno- lub poludniowo-wietnamski. Powinno się je pisać łącznie.
Uznałem jednak, Ŝe uŜycie łącznika zwiększy przejrzystość tekstu.

KsiąŜka  ta  nie  mogłaby  powstać  bez  Ŝyczliwej  pomocy  wielu  osób.
Cenne  uwagi  pani Teresy  Tran-Thi-Lai-Wilkanowicz  oraz  redaktora
Stefana  Wilkanowicza  pozwoliły  mi  na  uniknięcie  licznych
nieścisłości. 

Wiele 

zawdzięczam 

teŜ 

panom 

Wojciechowi

GiełŜyńskiemu  i  Janowi  Prokopowi.  Nie  zdołałbym  dotrzeć  do
niezbędnej  literatury  bez  pomocy  Bogusława  Chraboty,  Mamerta
Glinkowskiego,  Wojciecha  Pięciaka,  Ryszarda  Terleckiego  i
Marzeny  Wilkanowicz.  Wszystkim  pragnę  wyrazić  moją  głęboką
wdzięczność.

Na  koniec  chciałbym  podziękować  Wydawnictwu  Bellona  za  to,  Ŝe
postanowiło 

pozytywnie 

odpowiedzieć 

na 

liczne 

głosy

zainteresowanych  czytelników,  którzy  od  kilku  lat  daremnie
poszukiwali  tej  pracy  na  półkach  księgarskich  i  dostrzegło  potrzebę
jej wydania.

background image

KORZENIE REWOLUCJI

Nie ma nic cenniejszego nad
niepodległo
ść i wolność.

Ho Chi Minh

Wiosną  1954  roku  świat  w  napięciu  śledził  przebieg  zmagań
pod Dien Bień Phu. OblęŜone przez Wietnamczyków doborowe
jednostki  francuskiego  korpusu  ekspedycyjnego  rozpaczliwie
próbowały  powstrzymać  nieprzyjaciela.  Dobiegało  końca  blisko
stuletnie  panowanie  Francji  nad  Indochinami.  Lecz  klęska
Francuzów  nie  oznaczała  nadejścia  ery  wolności  i  pokoju.  Na
region ten padł bowiem złowrogi cień ideologii, której widmo od
wieku krąŜyło nad Europą i światem.

Wietnam był największym z trzech krajów składających się na tak
zwane  francuskie  Indochiny.  Jego  powierzchnia  wynosi  330
tysięcy  kilometrów  kwadratowych,  czyli  nieco  więcej  niŜ
obszar  Polski.  Kraj  ten  ma  niezwykły  kształt:  rozciąga  się  na
długości  2000  km  wygięty  na  kształt  litery  S.  Jest  przy  tym
niezwykle  symetryczny  —  w  środku  szeroki  zaledwie  na  47  km,
na północy i na południu rozszerza się odpowiednio do 500 i 300
km. 

Symetryczne  ma  teŜ  ukształtowanie  powierzchni 

i

rozmieszczenie ludności:  centrum  kraju  zajmują  góry  i  wyŜyny,
natomiast  trzonami  części  północnej  i  południowej  są  rozległe
delty dwóch rzek. Na południu jest to delta potęŜnego Mekongu,
który toczy

background image

6

swe  wody  przez  4,5  tysiąca  km,  aŜ  z  wyŜyn  Tybetu,  a  na  północy
Rzeki  Czerwonej.  W  jej  delcie,  na  obszarze  stanowiącym  10%
Północnego  Wietnamu,  znajduje  się  aŜ  75%  gruntów  uprawnych  i
mieszka  77%  ludności  Północy.  Powoduje  to  oczywiście  ogromne
zagęszczenie  ludności  —  od  500  do  1000  osób  na  kilometr
kwadratowy. Podobnie jest w delcie Mekongu.

Historia  Wietnamu  liczy  ponad  dwa  tysiące  lat.  Przez  większą  część
swych dziejów kraj ten znajdował się w orbicie wpływów chińskich.
JuŜ  w  roku  111  przed  Chr.  plemiona  wietnamskie  znalazły  się  na
ponad dziesięć wieków pod panowaniem Chin. W roku 939, po serii
powstań,  Wietnamczycy  uzyskali  niepodległość,  ale  chińskie
wpływy  kulturalne  były  tak  silne,  Ŝe  ukształtowały  wietnamską
kulturę i wizję świata (chiński był do XIX wieku językiem literackim
Wietnamu).

W wieku XIII jeden z władców wsławił się odparciem trzech najazdów
Mongołów,  którzy  po  podboju  Chin  chcieli  rozszerzyć  swe
panowanie  dalej  na  południe.  Wtedy  właśnie  po  raz  pierwszy
Wietnamczycy zastosowali partyzanckie formy walki.

Systematycznie  postępował  proces,  który  miał  doprowadzić  do
ukształtowania  dzisiejszego  Wietnamu:  trwająca  pięćset  lat
ekspansja  Wietnamczyków  z  ich  pierwotnej  ojczyzny,  delty  Rzeki
Czerwonej, na południe. W XIV w. dotarli do okolic dzisiejszego Da
Nang. W XV w. zniszczyli stojące im na drodze państwo Czarnów,
o  ciekawej,  związanej  z  hinduską  kulturze.  W  XVII  i  XVIII  w.
skolonizowali  niemal  dziewicze,  rzadko  zaludnione  równiny  delty
Mekongu  naleŜące  do  państwa  Khmerów.  Równocześnie  z
kolonizacją południa Wietnamczycy toczyli ciągłe wojny ze swymi
sąsiadami: Birmą. Laosem, KambodŜą i Tajami.

W XVII wieku  przybyli  do Wietnamu pierwsi  misjonarze  katoliccy.
Chrzest  przyjmowały  tysiące  ludzi.  W  niektórych  regionach  wieŜe
kościołów  stały  się  równie  zwykłym  widokiem,  jak  dachy
buddyjskich pagód.

W  połowie  XIX  wieku  Wietnamem  zainteresowali  się  Francuzi.
Kraj ten nie posiadał jednak zbyt wielu bogactw,

background image

7

toteŜ  w  ParyŜu  długo  wahano  się  przed  podjęciem  decyzji  o
podboju. W końcu w 1858 roku pod pretekstem ochrony misji,
wykorzystując  wewnętrzne  waśnie,  francuska  ekspedycja
wojskowa  zajęła  południową  część  kraju.  Wietnamczycy
stawiali jednak twardo opór, na zajętych ziemiach wywoływali
powstania.  W  rezultacie  podbój  całego  Wietnamu,  pomimo
przewagi technicznej agresorów, trwał aŜ 25 lat. Hue, siedziba
cesarzy Wietnamu, skapitulowało dopiero w 1883 r.

Podczas  rządów  francuskich,  które  trwały  niemal  dziewięć-
dziesiąt  lat,  Wietnamczycy  aŜ  dziesięć  razy  wywoływali
zbrojne powstania. Najczęściej były to lokalne chłopskie bunty
o niewielkim zasięgu, lecz sama ich częstotliwość świadczy o
niezadowoleniu społeczeństwa. Choć wieś była bazą powstań,
ich  kierownictwo  obejmowali  zwykle  feudałowie,  mandaryni,
inteligenci lub mieszczanie, co dowodzi, Ŝe Francuzi wzbudzali
niechęć  w  niemal  wszystkich  kręgach  społecznych.  Jakie  były
ź

ródła nastrojów opozycyjnych?

Francuzi  podzielili  Wietnam  na  trzy  części:  południową
nazwali  Kochin-chiną,  środkową  Annamem,  a  północną  Ton-
kinem.  Pragnęli  wykorzystać  brak  silnej  tradycji  jedności
Wietnamu  i  ułatwić  sobie  rządzenie  krajem.  Aby  zatrzeć  ślady
przeszłości, starali się nawet wymazać z pamięci narodu nazwę
Wietnam — Wietnamczyków określali mianem „Annamitów”.
Sztuczny  podział  kraju  ranił  uczucia  patriotyczne,  utrudniał
komunikację i rozwój gospodarczy.

Francuzi  zachowali  częściowo  dawną  administrację,  która
opierała  się  —  zgodnie  z  chińskim  pierwowzorem  —  na
mandarynach.  Byli  to  urzędnicy  rekrutowani  na  podstawie
oficjalnych  cesarskich  egzaminów.  Pierwszy  taki  egzamin
odbył się w roku 1075, ostatni — w 1919.

Po francuskim podboju znaczna część mandarynów odmówiła
współpracy  z  nowymi  władzami,  wskutek  czego  Francuzi
musieli tworzyć kolonialną administrację od podstaw. Udało się
im natomiast utrzymać — pozorną przynajmniej

background image

8

-  ciągłość  najwyŜszych  władz:  pod  ich  kuratelą  funkcjonował
dwór cesarski Annamu oraz dwory królów Laosu i KambodŜy.
W  miarę  upływu  lat  Francuzi  starali  się  administrację
centralizować  i  upodabniać  do  tej,  którą  znali  z  metropolii.
Powstała  wówczas  sytuacja,  która  dla  większości  Wietnam-
czyków  oznaczała  załamanie  tradycyjnego  systemu  społecz-
nego. Skutki miały być — takŜe dla Francuzów — katastrofalne.
Pierwszy cywilny gubernator Indochin, de Villers, o zagroŜeniu
mówił  juŜ w  1885  roku: „Zniszczyliśmy  przeszłość,  a  miejsca
jej  nic  nie  zajęło.  Stoimy  w  przededniu  rewolucji  społecznej,
która zaczęła się podczas podboju”.

Wietnam  nie  naleŜy  do  krajów  hojnie  obdarzonych  przez
naturę:  w  skali  światowej  liczy  się  właściwie  tylko  jako
producent  ryŜu  i  kauczuku  naturalnego  oraz  posiadacz  złóŜ
węgla  kamiennego.  Francuzi  kierowali  się  w  sprawach  gos-
podarczych  głównie  własnymi  interesami,  ale  przyznać  trzeba,
Ŝ

e  kolonia  niemało  przy  okazji  skorzystała.  Inwestycje  fran-

cuskie  w  Indochinach  do  roku  1939  wyniosły  łącznie  4,7
miliarda  franków.  Władze  kolonialne  dbały  o  rozbudowę
infrastruktury:  dróg,  kanałów  i  kolei.  Na  Północy  zaczął
tworzyć  się  przemysł,  a  Południe  stało  się  znaczącym  ekspor-
terem  ryŜu  i  kauczuku.  Mimo  to  społeczeństwo  jako  całość
uboŜało:  spoŜycie  ryŜu,  który  był  i  jest  podstawą  wyŜywienia
Wietnamczyków,  systematycznie  malało  —  od  262  kg  na
głowę w roku 1900 do zaledwie 182 kg w 1937.

Korzenie  konfliktu  tkwiły  więc  nie  tylko  w  polityce,  ale  i  w
gospodarce. A jak było z kulturą? Jak Francuzi potrafili znaleźć
się w roli krzewicieli cywilizacji łacińskiej? Mieli przecieŜ pod
swymi  rządami  naród  o  historii  niemal  tak  starej,  jak  ich
własna,  naród  pamiętający  o  tym,  Ŝe  dwukrotnie  pokonał
Chiny.  Naród  dumny  ze  swych  tradycji  i  przywiązany  do
własnej  kultury.  Francuzi  nic  byliby  jednak  kolonialistami,
gdyby  nie  mieli  przekonania  o  własnej  wyŜszości,  więc
Wietnamczycy musieli uczyć się z podręcznika, który stwier-

background image

9

dzał,  iŜ  „Galowie,  nasi  przodkowie”,  byli  wysokimi  blon-
dynami i mieli niebieskie oczy...

Nastroje  opozycyjne  zaczęły  z  początkiem  XX  wieku
krystalizować  się  w  nowoczesnych  ruchach  politycznych.  W
kraju  pojawili  się  młodzi  ludzie,  wykształceni  w  ParyŜu,
Tokio  lub  francuskich  szkołach  w  Wietnamie.  Była  to  grupa
dla  władz  kolonialnych  potencjalnie  bardzo  niebezpieczna:
zapoznali  się  oni  z  osiągnięciami  myśli  zachodniej,  a  jedno-
cześnie  pozostali  wierni  rodzimej  tradycji.  Ci  właśnie  ludzie
stali  się  twórcami  nowych  ruchów  politycznych,  które  miały
wpłynąć  na  historię  Wietnamu:  nurtu  narodowo-niepodległoś-
ciowego i komunistycznego.

Proces  powstawania  nowoczesnych  partii  rozpoczął  się  w
Wietnamie  po  roku  1905.  Pokonanie  przez  Japonię  Rosji,
państwa  postrzeganego  w  Azji  jako  europejskie,  obudziło  w
narodach  pozbawionych przez  Europejczyków  samodzielności
nadzieję na zrzucenie obcego panowania. Kolejnym bodźcem
dla  narodowców  wietnamskich  była  oŜywiona  działalność
Kuomintangu w Chinach w latach dwudziestych. W roku 1927
powstał  jego  wietnamski  odpowiednik  Viet-Nam  Quoc  Dan
Dang  (VNQDD)  —  Wietnamska  Partia  Narodowa.  Jej
załoŜycielem  był  nauczyciel  Nguyen  Thai  Hoc,  a  skupiała
przede  wszystkim  inteligencję,  rzemieślników  i  studentów.
Celem  stronnictwa  było  zrzucenie  panowania  francuskiego  i
utworzenie  niepodległej,  nowoczesnej  republiki.  VNQDD
była  w  latach  dwudziestych  największą  i  najaktywniejszą
partią  wietnamską.  W  lutym  1930  roku  doprowadziła  do
wybuchu  powstania,  które  objęło  całą  Północ.  Francuzi  zdławili
powstanie,  a  okrutne  represje  sparaliŜowały  ruch  niepodleg-
łościowy.  Zginęli  czołowi  przywódcy  partii  z  Nguyenem  Thai
Hoc.  W  sumie  w  latach  1930-1931  śmierć  poniosło  kilka
tysięcy  Wietnamczyków,  a  50  tys.  znalazło  się  w  więzieniach.
Działacze,  którzy  przeŜyli  powstanie  i  uniknęli  aresztowania,
wyemigrowali do Chin. Ruch narodowy nigdy juŜ nie odzyskał
poprzedniego znaczenia.

background image

10

Jednocześnie wciąŜ pogłębiał się kryzys społeczny, zauwaŜony
kilkadziesiąt  lat  wcześniej  przez  gubernatora  de  Villersa.  W
latach  30.  moŜna  wręcz  mówić  o  rozpadzie  tradycyjnego
społeczeństwa  wietnamskiego,  który  dokonywał  się  pod  przy-
krywką pozornie stabilnych struktur władzy kolonialnej.

Podstawową  strukturą  społeczeństwa  wietnamskiego  była
wówczas  wieś,  gdzie  mieszkało  ponad  95%  ludności.  KaŜda
osada  była  niemal  całkowicie  samowystarczalną,  autonomiczną
wspólnotą,  rządzącą  się  według  przekazanych  przez  tradycję
praw.  Jeśli  wioski  te  porównalibyśmy  do  cegieł,  to  moŜna
powiedzieć,  Ŝe  Wietnam  przypominał  dom  zbudowany  z  ty-
sięcy takich cegiełek. Władza centralna, cesarska czy kolonialna
z  rzadka  tylko  dawała  o  sobie  znać  przy  okazji  poboru  do
wojska,  organizowania  robót  publicznych  przy  systemie  nawad-
niającym  albo  zbierając  podatki.  Spoiwem  całej  struktury
społecznej była tradycja oparta głównie na nauce Konfucjusza.

Konfucjanizm od XV wieku był oficjalną ideologią Wietnamu,
a  jego  wpływ  na  społeczeństwo  trudno  przecenić.  Nauka
chińskiego  mędrca  uformowała  obyczaje  i  kulturę  Wietnamu,
kształtowała  stosunki  rodzinne  i  społeczne.  Konfucjusz
podkreślał  rolę  hierarchii  i  autorytetu  w  rodzinie  i  w
społeczeństwie,  które  miały  być  oparte  na  posłuszeństwie  oraz
szacunku  dla  władzy.  Konfucjanizm  był  przede  wszystkim
filozofią  społeczeństwa  i  nie  przywiązywał  większej  wagi  do
odrębności i samodzielności osoby.

ś

ycie  wietnamskiej  wioski  było  w  znacznej  mierze  odbiciem

konfucjańskiej wizji świata, która ustalała sztywny podział ról i
obowiązków.  Przybycie  Francuzów  juŜ  przez  sam  fakt  zmiany
części lokalnej administracji zachwiało tym systemem. A gdy w
miarę upływu czasu władze zaczęły coraz bardziej ingerować w
jego  działanie,  to  było  to  uderzenie  w  same  fundamenty
społeczeństwa.  Budowana  przez  wieki  konstrukcja  zaczęła  się
walić.  Jej  podstawowy  element,  wspólnota  wiejska,  w  której
istniały  rozmaite  formy  wzajemnej  pomocy  czy  prowadzenia
wspólnych przedsięwzięć, wspólnota, w której

background image

11

kaŜdy miał swoje  miejsce  i  która  zapewniała  kaŜdemu  poczucie
bezpieczeństwa,  rozpadła  się.  Ubogich  pozostawiono  własnemu
losowi,  a  samorząd  wiejski  i  zamoŜniejsi  chłopi  zaczęli
przedkładać własne interesy nad obowiązki wobec wspólnoty. W
latach  trzydziestych  rozpad  społeczeństwa  zwrócił  juŜ  uwagę
władz, 

które 

odnotowały 

niepokojący 

wzrost 

liczby

bezdomnych, Ŝebraków i prostytutek.

VNQDD  i  inne  stronnictwa  niepodległościowe  nie  miały
programu  reform  społecznych.  DąŜyły  do  suwerenności  Wiet-
namu,  a  problemy  wewnętrzne  pozostawiały  do  rozwiązania  w
przyszłości. Podobnego błędu nie popełnili komuniści: wiedzieli
oni,  Ŝe  jeśli  chce  się  zdobyć  władzę,  to  naleŜy  wykorzystać
wszystkie  moŜliwe  do  wykorzystania  siły  społecznego
niezadowolenia.

W styczniu 1930 roku spotkali się w Hongkongu przedstawiciele
kilku 

grupek 

marksistowskich. 

Spotkanie 

zorganizował

przedstawiciel Międzynarodówki Komunistycznej na Wschodnią
Azję,  a  jego  celem  było  utworzenie  Komunistycznej  Partii
Indochin 

(KPI). 

Ów 

przedstawiciel 

Kominternu 

był

Wietnamczykiem  i  choć  opuścił  ojczyznę  dwadzieścia  lat
wcześniej,  to  on  właśnie  został  przewodniczącym  nowej  partii.
Był  juŜ  w  tym  czasie  doświadczonym  politykiem,  ale  świat
usłyszał  o  n i m   dopiero  po  kilkunastu  latach.  Jeszcze  później
jego  imię,  a  właściwie  pseudonim,  wymawiano  jednym  tchem
obok  Lenina  i  Mao  Tse-tunga,  a  jego  otaczana  juŜ  za  Ŝycia
legendą postać stała się jednym z symboli lewicy.

Ho  Chi  Minh  —  „Ten,  który  wnosi  światło”  —  nazywał  się

naprawdę  Nguyen  That  Thanh.  Urodzony  w  roku  1890,  opuścił
Wietnam  w  wieku  20  lat.  Przebywając  w  Londynie,  Nowym
Jorku  i  ParyŜu,  imał  się  róŜnych  prac;  był  m.in.  marynarzem  i
ogrodnikiem. W 1920 roku znalazł się w grupie działaczy, którzy
załoŜyli  Francuską  Partię  Komunistyczną.  Ho  stał  się  jej
ekspertem  do  spraw  kolonialnych.  W  1922  r.  partia
oddelegowała  go  do  centrali  Międzynarodówki  w  Moskwie,
gdzie   studiował   przez   trzy   lata.   Poznał   wówczas

background image

12

osobiście  Lenina.  W  roku  1925,  juŜ  jako  agent  Kominternu,
pojawił  się  w  Chinach.  Formalnie  był  pracownikiem  konsulatu
sowieckiego  w  Kantonie,  a  następnie  dyrektorem  biura  Między-
narodówki Komunistycznej na Azję.

Gdy  marszałek  Petain  skapitulował  przed  Hitlerem,  większość

administracji  kolonialnej  opowiedziała  się  po  jego  stronie,  a
faktyczną  kontrolę  nad  Indochinami  objęli  Japończycy.
Propaganda  japońska,  tym  skuteczniejsza,  Ŝe  poparta  sukcesami
militarnymi,  budziła  wśród  Wietnamczyków  emocje  nacjonalis-
tyczne  (lansowali  np.  hasło  „Azja  dla  Azjatów”).  Japończycy
przymykali teŜ oczy na działalność grup antyfrancuskich.

Tymczasem przywódcy komunistyczni budowali w ukryciu siłę

polityczną,  która  miała  zmienić  bieg  historii  w  tej  części  świata.
W  niedostępnych  górach  na  północy  kraju  Ho  z  towarzyszami
rozpoczął  organizowanie  partyzantki.  Pierwszym  krokiem  było
stworzenie fasadowego „frontu narodowego”.

Vietnam  Doc-Lap  Dong-Minh,  w  skrócie  Viet-Minh.  oznacza

Ligę  Niepodległości  Wietnamu.  Z  pozoru  była  to  organizacja
niepodległościowa.  Zadaniem  Viet-Minhu  było  przyciągnięcie
jak najszerszych warstw społeczeństwa przy pomocy kombinacji
dwóch  czynników:  z  jednej  strony  programu  i  propagandy,  z
drugiej — przymusu i zastraszenia.

Podstawą  sukcesu  był  program.  Mowa  w  nim  była  przede

wszystkim o niepodległości, demokracji i prawach człowieka. Z
postulatów  społecznych  najwaŜniejsze  dotyczyły  rolnictwa;
Viet-Minh  obiecywał  np.  konfiskatę  i  podział  własności
Francuzów  i  „zdrajców”  wietnamskich.  Bez  trudu  moŜna
udowodnić, iŜ większość postulatów została wysunięta wyłącznie
w  celu  zyskania  popularności:  w  programie  nie  ma  przecieŜ
nawet  wzmianki  o  rzeczywistych  zamiarach  KPI.  np.
upaństwowieniu przemysłu czy kolektywizacji rolnictwa.

Program  spełnił  jednak  swoje  zadanie.  Patriotycznie  na-

stawioną  młodzieŜ  pociągało  hasło  bezkompromisowej  walki  o
niepodległość.  Inteligencja 

popierała 

zamiar 

utworzenia

demokratycznego, liberalnego państwa. Ale największe zna-

background image

13

czenie  miały  postulaty  dotyczące  wsi,  gdyŜ  dotyczyły  najlicz-
niejszej warstwy narodu.

Siły  Viet-Minhu  rosły  nieustannie.  W  1941  roku  miał  1000
członków. Rok później — trzykrotnie więcej, a w 1943 juŜ 5,5
tysiąca zwolenników. Na początku wojny zdołał utworzyć tylko
jedną  tzw.  wolną  strefę  w  górzystym  rejonie  Viet  Bac  przy
granicy chińskiej, a w 1945 roku kontrolował juŜ kilka rejonów
zamieszkiwanych przez około milion osób.

Do  roku  1945  większość  Viet-Minhowców  naleŜała  równo-
cześnie do KPI. Wstąpienie do partii oznaczało wyŜszy stopień
wtajemniczenia;  dowiadywali  się  wówczas,  Ŝe  program  Viet-
Minhu  jest  zaledwie  prologiem,  Ŝe  po  „rewolucji  narodowej  z
udziałem chłopów i burŜuazji” nastąpią kolejne etapy.

Wietnamska  odmiana  marksizmu-leninizmu,  której  uczono
nowych  adeptów  w  niedostępnej  dŜungli  Viet  Bacu,  miała
pewne  specyficzne  cechy.  Uderza  w  niej  bezustanne  uŜywanie
ocen  etycznych.  W  dokumentach  partyjnych  do  znudzenia
powtarzają  się  wciąŜ  te  same  określenia:  „słuszność”  działań
partii,  jej  „właściwą”  postawę  etyczną  i  politykę  przeciwstawia
się  bez  przerwy  okrucieństwu,  niesprawiedliwości  i  egoizmowi
przeciwników  (Francuzów,  Amerykanów  oraz  wietnamskich
„sługusów”  jednych  i  drugich).  Moralizatorskie  nastawienie
wywodzi  się  wprost  z  tradycji  konfucjańskiej,  w  której  miały
swe źródło takŜe stałe ataki partii na indywidualizm, w którym
Ho Chi Minh widział główne zagroŜenie dla partii.

Zadziwiająco długa jest lista podobieństw obu doktryn. W obu,
jak  pisze  Frances  FitzGerald,  ..państwo  miało  być  monolitem.
Nie  reprezentowało  ludu  —  było  ludem  w  symboliczny
sposób”.  TakŜe  styl  organizowania  się  i  sprawowania  władzy
przez  komunistów  (hierarchiczny,  elitarny,  zdyscyplinowany)
dawał  się  łatwo  pogodzić  z  tradycją  konfucjańską.  W
Wietnamie  komunizm  trafił  więc  na  niezwykle  podatny  grunt.
PrzeŜywającemu  głęboki  kryzys  strukturalny  społeczeństwu
oferował  nowy  ład  i  zastąpienie  rozpadających  się  hierarchii
konfucjańskich nowymi.

background image

14

Tymczasem zmagania II wojny światowej zbliŜały się do końca.
Zmiana sytuacji w Europie sprawiła, Ŝe Japończycy nie mogli juŜ
ufać  Francuzom,  którzy  w  kaŜdej  chwili  gotowi  byli  przejść  na
stronę  aliantów  i  9  marca  1945  r.  rozbroili  wojska  francuskie.
Próbowali  następnie  zorganizować  pod  swym  zwierzchnictwem
rząd Wietnamu, ale dni ich panowania takŜe były juŜ  policzone.
Przed kapitulacją zdąŜyli jednak zachęcić wietnamskiego cesarza
Bao  Dają  do  ogłoszenia  zniesienia  protektoratu  Francji  nad
Wietnamem. Powstał równieŜ rząd oparty na niepodległościowej
partii Dai Viet — Wielkiego Wietnamu, która na początku wojny
odłamała się od VNQDD.

Rząd ten istniał zaledwie kilka miesięcy, bowiem gdy 15 sierpnia
skapitulowała  Japonia,  władzę  przejął  Viet-Minh  wspierany
przez...  Stany  Zjednoczone.  Jak  doszło  do  tej  zadziwiającej  w
ś

wietle  późniejszych  wydarzeń  współpracy?  Po  rozbrojeniu

Francuzów  komuniści  zintensyfikowali  przygotowania  do
przejęcia  władzy.  W  decydującym  momencie,  w  sierpniu  1945
roku,  Ho  Chi  Minh  miał  pod  swymi  rozkazami  niewielką,  lecz
liczącą  się  siłę  —  pięć  tysięcy  uzbrojonych  ludzi.  Uzbrojonych
właśnie przez Amerykanów.

Pierwsze działania USA w Wietnamie nie miały wiele wspólnego
z  obrazem,  który  tak  natarczywie  przychodzi  na  myśl,  gdy
wspominamy obecność Amerykanów w Indochinach. W kwietniu
1945  roku  w  zakurzonej  wiejskiej  herbaciarni,  w  oddalonym  od
cywilizacji 

kącie 

Tonkinu 

spotkało 

się 

dwóch 

ludzi:

Wietnamczyk  i  Amerykanin.  Amerykaninem  był  major
Archimcdes  Patti,  przerzucony  do  Wietnamu  z  zadaniem
zorganizowania  dywersji  na  tyłach  Japończyków.  Wietnamczyk,
z  którym  skontaktowano  Pattiego,  miał  być  dowódcą
partyzanckim,  ale  zupełnie  na  takiego  nie  wyglądał.  Ów
zgarbiony,  starszy  człowiek  z  rzadką  bródką,  ubrany  w  wor-
kowate,  podtrzymywane  sznurkiem  spodnie  i  słomiane  sandały,
posługiwał  się  doskonałą  angielszczyzną.  Powitał  amerykań-
skiego  Ŝołnierza  słowami:  Welcome,  my  good  friencl.  Patti
wiedział z danych wywiadu, Ŝe Ho Chi Minh, bo o nim

background image

15

oczywiście  mowa,  był  agentem  Kominternu  i  liderem  indo-
chińskich  komunistów.  Nie  przeszkodziło  to  jednak  w  nawią-
zaniu  ścisłej  współpracy,  gdyŜ  obie  strony  miały  wspólnego
przeciwnika

1

. Zawarto więc umowę, na podstawie której Viet-

Minh  dostarczał  przewodników  i  schronienia  dla  amery-
kańskich  grup  wywiadowczych  i  dywersyjnych.  W  zamian
Stany  Zjednoczone  uzbroiły  partyzantów  Ho  Chi  Minha,
przekazując im około 5 tysięcy sztuk broni. Pomoc amerykań-
ska  nie  tylko  umoŜliwiła  Viet-Minhowi  nasilenie  ataków  na
posterunki japońskie i rozszerzenie kontrolowanych obszarów.
Współpraca,  a  czasem  nawet  wspólne  z  Amerykanami  akcje
zbrojne  miały  niebagatelny  wpływ  psychologiczny:  znaczna
część  społeczeństwa  wietnamskiego  zaczęła  uwaŜać,  iŜ  Viet—
Minh cieszy się poparciem aliantów.

Patti  i  Ho  spotkali  się  ostatniego  dnia  kwietnia  1945  r.
Dokładnie  w  trzydzieści  lat  później,  30  kwietnia  1975,  ostatni
amerykańscy  Ŝołnierze  zostali  ewakuowani  z  dachu  ambasady
USA  w  Sajgonie.  W  międzyczasie  2,8  miliona  Ŝołnierzy
Stanów  Zjednoczonych  podąŜyło  w  ślad  za  majorem  Pattim,
57  tysięcy  spośród  nich  straciło  Ŝycie,  zginęło  około  dwa
miliony  Wietnamczyków.  Czy  tej  tragedii  nie  moŜna  było
uniknąć?  Co  sprawiło,  Ŝe  ci,  którzy  w  1945  roku  byli
sojusznikami, starli się potem w śmiertelnej walce?

Ź

ródła późniejszego konfliktu istniały od samego początku. Na

ich ślad naprowadza np. krótki fragment wspomnień gen. Giapa,
prawej  ręki  Ho  Chi  Minha:  „...pewien  amerykański  oficer
nazwiskiem  Patti  z  niejasnych  dla  nas  powodów  okazywał
sympatię  dla  walki  Viet-Minhu  z  Japończykami”.  W
ortodoksyjnie marksistowskim sposobie myślenia Giapa

1

  Ho  Chi  Minh  zawdzięczał  juŜ  wcześniej  Amerykanom  zwolnienie  z  chińskiego  więzienia,  gdy  został

aresztowany  przez  Kuo  Min  Tang  jako  agent  Kominternu.  Wypuszczono  go  po  ponad  roku,  na  początku
1943  r.,  wskutek  nalegań  Amerykanów,  których  interwencja  była  z  kolei  wynikiem  starań  Mao.
Amerykanie  utrzymywali  wówczas  (w  tajemnicy  przed  Czang  Kaj-szekiem)  kontakty  z  chińskimi
komunistami, wspierając ich przeciw Japończykom.

background image

16

nie  mogło  się  po  prostu  pomieścić,  Ŝe  major  „imperialistycznej”
armii moŜe sprzyjać ruchowi niepodległościowemu. Tymczasem w
rzeczywistości 

stanowisko 

USA 

było 

bardzo 

bliskie

antykolonialnym postulatom Viet-Minhu.

JuŜ  w  Karcie  Atlantyckiej  ogłoszonej  w  sierpniu  1941  r.  znalazło
się  dzięki  prezydentowi  F.  D.  Rooseveltowi  zdanie  o  prawie
wszystkich narodów do suwerenności. śe nie były to dla niego tylko
puste słowa, świadczy wiele innych jego wypowiedzi i konkretnych
kroków.  Roosevelt  był  wyrazicielem  silnej  amerykańskiej  tradycji
antykolonialnej  —  w  końcu  to  Stany  Zjednoczone  były  pierwszą
kolonią  w  świecie,  która  zdobyła  niepodległość 

2

.  Amerykanie

przeciwstawiali  się  strefom  wpływów  równieŜ  z  bardziej
przyziemnych  powodów:  zaleŜało  im  na  wolności  handlu  i
swobodach  ekonomicznych,  które  były  nie  do  pogodzenia  z
systemem  kolonialnym.  W  liście  do  brytyjskiego  ministra  spraw
zagranicznych  w  1944  r.  Roosevelt  pisał:  „Indochiny  nie  powinny
wrócić  do  Francji...  Francja  wyzyskiwała  je  przez  sto  lat.  Narody
Indochin zasługują na lepszy los”. W marcu 1945 r., gdy Francuzi
próbowali  walczyć  z  rozbrajającymi  ich  Japończykami,  USA
odmówiły udzielenia im wsparcia.

Wietnam,  który  znajdował  się  dotąd  na  uboczu  wielkiej  polityki,
stał  się  miejscem,  gdzie  starły  się  interesy  Francji,  USA,  Chin
(wówczas  jeszcze  Czang  Kaj-szeka)  i  Wielkiej  Brytanii.  WaŜkie
decyzje  zapadły  na  konferencji  „wielkiej  trójki”  w  Poczdamie,
gdzie  podzielono  Wietnam  na  dwie  strefy.  Za  część  kraju  na
północ  od  16  równoleŜnika  miały  być  odpowiedzialne  Chiny,  za
część  południową  Anglicy.  Tym  samym  Francję  pozbawiono
(głównie  z  powodu  stanowiska  Roosevelta)  kontroli  nad  jej  byłą
kolonią.

Na  przełomie  sierpnia  i  września  1945  r.  Północ  zajęło  dwieście
tysięcy Chińczyków Czang Kaj-szeka, którzy mieli

2

  Trzeba  jednak  zauwaŜyć,  Ŝe  wiadomości  FDR  o  świecie  były

nieco 

wyrywkowe. 

Jałcie 

powiedział 

Stalinowi, 

Ŝ

e

Indochińczycy to ludzie o wyjątkowo pokojowym usposobieniu...

background image

17

przyjąć kapitulację Japończyków. Na Południe przybyli z  tym
samym  zadaniem  Brytyjczycy.  Ho  Chi  Minh  proklamował
utworzenie  tzw.  Demokratycznej  Republiki  Wietnamu.  W
kraju  znajdowało  się  w  dodatku  sześćdziesiąt  tysięcy
Japończyków,  którzy  znaleźli  się  w  niewoli  i  tyluŜ  właśnie
uwolnionych  Francuzów.  KaŜda  strona  prowadziła  własną
politykę.  Viet-Minh  dąŜył  do  objęcia  suwerennej  władzy  nad
krajem,  Francuzi  pragnęli  przywrócenia  stanu  poprzedniego,
czemu jednak sprzeciwiali się Amerykanie, Anglicy natomiast,
których  kolonie  znajdowały  się  w  podobnych  opałach,  po
cichu sprzyjali Francuzom.

Gdy 16 sierpnia Ho na czele tysiąca ludzi wkraczał do Hanoi, a
inne  oddziały Viet-Minhu  zajmowały  Hue, Sajgon  i  pozostałe
miasta,  komuniści  byli  stosunkowo  słabi.  Wówczas  przez
krótki  czas  panowała  w  Wietnamie  polityczna  próŜnia.
Japończycy  po  kapitulacji  znajdowali  się  w  rozsypce.  Jeńcy
francuscy  byli  rozbrojeni,  a  posiłków  z  metropolii  nie
dopuszczali Amerykanie. Chińczycy i Anglicy mieli przerzucić
swe wojska dopiero po kilku tygodniach. Przez kilkanaście dni
po zakończeniu II wojny światowej na Pacyfiku władza leŜała
na ulicy.

Rząd  Dai  Vietów  działał  jeszcze  przez  kilka  dni,  lecz  nie
dysponował  realną  siłą.  Władza  cesarza  Bao  Dają  ograniczała
się  do  terenu  pałacu  w  Hue.  Wysłał  on  jednak  memoriały  do
przywódców  alianckich,  w  których  powiadamiał  o  niepodleg-
łości  kraju.  Do  premiera  Francji,  de  Gaulle’a  pisał:  „...naród
nie  będzie  dłuŜej  tolerował  Ŝadnego  obcego  panowania...
Zrozumielibyście  lepiej,  co  tu  się  dzieje,  gdybyście  mogli
odczuć  wolę  niepodległości,  która  wszystkim  leŜy  na  sercu  i
której  Ŝadna  ludzka  siła  nie  jest  w  stanie  usunąć.  Nawet
gdybyście  przywrócili  tutaj  francuskie  rządy,  to  ...kaŜda  wieś
stanie  się  gniazdem  oporu,  a  kaŜdy  dawny  współpracownik
będzie nieprzyjacielem.

Zdecydowana akcja Viet -Minhu skłoniła jednak bojaźliwego i
chwiejnego cesarza oraz  rząd do ustąpienia.  Na Ŝądanie

background image

18

utworzonego  przez  Viet-Minh  Wietnamskiego  Komitetu  Wy-
zwolenia Narodowego (WKWN) Bao Daj abdykował 25 sierpnia.
Co  więcej,  gdy  WKWN  przekształcono  niebawem  w  Rząd
Tymczasowy,  ekscesarz  zgodził  się  zostać  jego  „najwyŜszym
doradcą”.  Premierem  został  Ho  Chi  Minh.  Viet-Minh  unikał  jak
ognia  wszelkich  posunięć,  które  mogłyby  nasunąć  podejrzenia  co
do 

jego 

dalszych 

planów. 

Na 

przykład 

bezwzględnie

powstrzymywano  próby  natychmiastowego  dzielenia  majątków
ziemskich przez chłopów. Jego realna siła miała jednak swe źródło
głównie  w  fakcie,  iŜ  KPI  od  samego  początku  kładła  nacisk  na
zorganizowanie 

własnej 

siły 

zbrojnej. 

Spośród 

ruchów

niepodległościowych  tylko  VNQDD  posiadał  wtedy  —  bez
porównania słabszą od oddziałów Viet-Minhu — milicję.

Ho Chi Minh wybrał  dzień  2  września  na  uroczystość  ogłoszenia
niepodległości  Wietnamu.  Większość  spośród  500  tysięcy  ludzi,
zebranych na placu Ba Dinh w centrum Hanoi, usłyszała o nowym
przywódcy  Wietnamu zaledwie  kilka  dni  wcześniej.  Przedtem  Ho
znany  był  tylko  nielicznej  grupie  swych  współpracowników.
Przyjechał  na  plac  starym  francuskim  samochodem,  w  eskorcie
rowerzystów.  Stojąc  na  trybunie  honorowej  w  otoczeniu  władz
DRW  oraz  oficerów  amerykańskich,  rozpoczął  odczytywanie
napisanej  przez  siebie  Deklaracji  Niepodległości  Wietnamu.  Jej
pierwsze  słowa,  odlane  w  brązie,  moŜna  przeczytać  w  Muzeum
Historycznym  w  Hanoi:  „Wszyscy  ludzie  zostali  stworzeni  jako
równi  sobie.  Stwórca  obdarzył  ich  niepodwaŜalnymi  i
niezbywalnymi  prawami:  prawem  do  Ŝycia,  prawem  do  wolności
oraz  prawem  do  poszukiwania  szczęścia”.  Te  wzniosłe  słowa  Ho
ś

wiadomie powtórzył za Deklaracją Niepodległości USA.

Amerykanie byli poruszeni, tłum na placu przyjął z entuzjazmem
ogłoszenie  niepodległości,  nad  trybuną  honorową  przeleciały
salutując  amerykańskie  samoloty  wojskowe.  Następnie  odbyła  się
defilada oddziałów Viet~Minhu. Major Patti i inni przedstawiciele
USA odbierali ją, stojąc obok generała

background image

19

Giapa.  Z  perspektywy  czasu  wydarzenia  2  września  przypo-
minają  wyreŜyserowany  przez  historię  groteskowy  i  zarazem
tragiczny spektakl.

Sposób  myślenia  i  postępowanie  komunistów  wietnamskich,
którzy  zdołali  pokonać  najpierw  Francję,  a  potem  Stany
Zjednoczone,  zasługuje  na  głębszą  analizę.  Faktem  jest,  Ŝe  ich
pierwsze  pokolenie  składało  się  w  większości  z  ludzi
przekonanych o słuszności ideologii, w którą wierzyli,  pełnych
poświęcenia,  odwaŜnych  i  skromnych.  Grupa  przywódcza
składała  się  zaś  z  jednostek  pod  wieloma  względami
wyjątkowych.

Ho Chi Minh opisał po wielu latach, jak został komunistą. Jeden
z francuskich socjalistów dał mu do przeczytania broszurę Tezy
w  kwestii  narodowej  i  kolonialnej  
Lenina:  „W  tezach  tych
znajdowały  się  trudne  do  zrozumienia  terminy  polityczne.
Musiałem  więc  przeczytać  je  kilka  razy  i  dopiero  byłem  w
stanie  pojąć  sedno  artykułu.  JakieŜ  szczęście,  entuzjazm,
jasność  myśli  i  jakieŜ  zaufanie  wzbudził  on  we  mnie!
Rozpłakałem  się  z  radości.  ChociaŜ  byłem  sam  w  pokoju,
krzyczałem  jak  do  wielkich  tłumów:  «Drodzy  rodacy,
męczennicy!  Tego  potrzebowaliśmy,  to  jest  nasza  droga  do
wyzwolenia!»”.  Nie  ma  powodu  nie  wierzyć,  Ŝe  takie  właśnie
były  uczucia  skromnego  pomocnika  fotografa,  gdy  w  wynaję-
tym  pokoju  w  ParyŜu  czytał  artykuł  Lenina.  Jednak  ten  nieco
ś

mieszny  w  swej  naiwności  opis  nie  moŜe  zasłonić  innej

prawdy  o  wyznawcach  tej  ideologii,  którzy  gotowi  byli  do
stosowania wszelkich środków dla zdobycia władzy.

TakŜe  Ho  Chi  Minh,  choć  był  ujmujący  w  bezpośrednich
kontaktach, miał niemało na sumieniu. Dla przykładu, pracując
w  sowieckim  konsulacie  w  Kantonie,  zaprosił  tam  w  1925  r.
Phan  Boi  Chaua,  który  przez  20  lat  przewodził  ruchowi
narodowemu  w  Wietnamie  i  był  Ŝywym  symbolem  oporu
antykolonialnego.  Ho  wydał  go  Francuzom.  Phan  Boi  Chaua
skazano  na  karę  doŜywotnich  cięŜkich  robót.  Zmarł  nie
odzyskawszy wolności w 1940 r. Wydarzenie to, a takŜe cały

background image

20

szereg  bezwzględnych  posunięć  Ho  Chi  Minha  z  okresu,  kiedy
dzierŜył  władzę,  zadaje  kłam  mitowi  dobrego  „wujka  Ho”,  tak
popularnemu w latach 60.

Poza Ho Chi Minhem w kierownictwie KPI znalazł się cały szereg
wybitnych 

osobowości, 

posiadających 

znaczny 

potencjał

intelektualny,  a  przy  tym  zdyscyplinowanych  i  zdolnych  do
poświęceń.  Walorom  osobistym  komunistów  przypisuje  się
olbrzymie  znaczenie  jako  jednej  z  najwaŜniejszych  przyczyn  ich
późniejszych  zwycięstw.  Widać  to  jeszcze  lepiej  na  tle  ich
przeciwników,  którzy  byli  często  skłóceni  i  Ŝądni  osobistych
korzyści.

Po  początkowym  łatwym  sukcesie  wydarzenia  nie  rozwijały  się
jednak  pomyślnie  dla  Viet-Minhu.  Na  początku  września
Chińczycy  zajęli  Północ,  a  Brytyjczycy  Południe.  Viet-Minh  był  na
razie  zbyt  słaby,  by  móc  pozwolić  sobie  na  otwartą  konfrontację,
dlatego  Ho  Chi  Minh  starał  się  prowadzić  politykę  ustępliwą  i
elastyczną.  ZaleŜało  mu  głównie  na  międzynarodowym  uznaniu
nowych  władz,  lecz  wielokrotnie  ponawiane  apele  do  rządów
alianckich  nie  znajdowały  oddźwięku.  Ho  liczył  w  szczególności
na  dalsze  poparcie  USA,  lecz  Waszyngton  odnosił  się  do  rządu
Viet-Minhu  z  coraz większą  nieufnością  w miarę, jak potwierdzały
się  podejrzenia  co  do  jego  komunistycznego  charakteru.  Spełzły  na
niczym  równieŜ  próby  kuszenia  Amerykanów  moŜliwościami
inwestycji w Wietnamie oraz korzystania z bazy morskiej w zatoce
Cam Ranh.

Sytuacja  na  południu  kraju,  w  Kochinchinie,  takŜe  nie  sprzyjała
rządowi  Ho  Chi  Minha.  Wpływy  Viet-Minhu  były  tutaj  duŜo
słabsze  niŜ  na  Północy.  Gdy  na  Południe  przybyły  oddziały
brytyjskie,  zaczęło  dochodzić  między  nimi  a  władzami  DRW  do
konfliktów.  21  września  dowództwo  angielskie  ogłosiło  stan
wyjątkowy  i  uzbroiło  Francuzów,  którzy  zajęli  kluczowe  punkty
Sajgonu.  Był  to  wstęp  do  walk  francusko—wietnamskich,  które
miały trwać z przerwami 9 lat.

Na  razie  Viet-Minh  wycofał  się  z  Sajgonu  i  większych  miast,  a
jego oddziały skupiły się na tzw. Równinie Trzcin.

background image

21

Jest to obszerna, bezludna kraina bagien, która zaczyna się 50 km
na zachód od Sajgonu i sięga do granicy kambodŜańskiej. W porze
letniej jest zalewana kilkumetrową warstwą wody.

W  czasie  odwrotu  agenci  Viet-Minhu  zamordowali  sześciu
przywódców  i  szereg  działaczy  partii  trockistowskiej.  Był  to
pierwszy  z  serii  kroków,  które  miały  doprowadzić  do  wyeli-
minowania  niezaleŜnych  od  komunistów  sił  politycznych.  Do
końca  1946  r.  zginęło  40  przywódców  róŜnych  nurtów
politycznych,  nie  licząc  setek  lokalnych  działaczy.  Wszystko
wskazuje  na  to,  Ŝe  KPI  prowadziła  świadomą  politykę  deka-
pitacji  —  niszczenia  kręgów  kierowniczych  innych  ruchów
społecznych.  Dokonywane  z  premedytacją  morderstwa  najak-
tywniejszych  działaczy  okazały  się  taktyką  bardzo  skuteczną.
gdyŜ  w  Wietnamie  mało  było  ludzi  wykształconych;  zabitych
przywódców  nie  miał  kto  zastąpić.  Prawdopodobnie  w  tej  akcji
naleŜy  szukać  przyczyn  jednej  ze  słabości  pozakomunistycznych
partii politycznych - wspomnianego braku wybitnych osobistości.

Na  Północy  administracja  DRW  krzepła  z  kaŜdym  miesiącem,
ulepszając  swoje  struktury.  Nabrzmiewający  konflikt  z  katolicką
częścią 

społeczeństwa 

Viet-Minh 

postanowił 

chwilowo

załagodzić;  kiedy  w  Kochinchinie  Francuzi  zepchnęli  DRW  do
defensywy  i  planowali  powrót  na  Północ,  nie  moŜna  sobie  było
pozwalać na rozprawy z wrogami wewnętrznymi.

Władze  DRW  starały  się  zdobyć  jak  najszersze  poparcie
społeczne. Obok elastycznej polityki wobec opozycji podstawowe
znaczenie  w  tym  zakresie  miało  postępowanie  wobec  wsi.
Zgodnie  z  wcześniejszymi  zapowiedziami  konfiskowano  ziemię
Francuzów  oraz  współpracujących  z  nimi  Wietnamczyków  i
dzielono ją między chłopów. Rząd obniŜył teŜ rentę dzierŜawną.

Tymczasem  po  zajęciu  Kochinchiny  Francuzi  pragnęli  uzyskać
zgodę  władz  DRW  na  wpuszczenie  swoich  wojsk  w  miejsce
mających  się  wycofać  z  Północy  oddziałów  Czang  Kaj-szeka.
Korpus ekspedycyjny był bowiem na razie zbyt

background image

22

słaby,  by  ryzykować  starcie  z  głównymi  siłami  Viet-Minhu.  W
zamian 

Francuzi 

proponowali 

zastąpienie 

dotychczasowej

zaleŜności  kolonialnej  przez  federację  państw  indochińskich  w
ramach Unii Francuskiej.

Ho  Ŝądał  oczywiście  pełnej  niepodległości,  ale  sytuacja  DRW  nie
była  łatwa  i  musiał  iść  na  ustępstwa.  Kompromisowe  porozumienie
francusko-wietnamskie  podpisano  w  marcu  1946  r.  Rząd  Ho  Chi
Minha  w  zamian  za  zgodę  na  wejście  Ŝołnierzy  francuskich  do
Tonkinu  uzyskał  oficjalne  uznanie  nowego  państwa  i  ewakuację
Chińczyków.  Komuniści  na  Ŝądanie  ParyŜa  dokonali  daleko
idących  zmian  w  rządzie  —  opozycja  uzyskała  połowę  tek
ministerialnych.

W marcu 1946 r. oddziały Kuo Min Tangu opuściły Tonkin, a ich
miejsce  zajęło  15  tys.  Ŝołnierzy  francuskich  i  10  tys.  Viet-
Minhowców  pod  wspólnym  dowództwem.  Obie  strony  traktowały
umowę  raczej  jak  tymczasowe  zawieszenie  broni.  Wietnamczycy
niechętnie  dopuszczali  oddziały  korpusu  ekspedycyjnego  na  swe
terytorium i wciągali je w zasadzki. Tych właśnie incydentów uŜyto
jako  pretekstu  w  rozprawie  z  opozycją,  oskarŜając  partie
niepodległościowe  o  ich  wywoływanie.  W  czerwcu  1946  roku
milicja  Viet-Minhu  aresztowała  przywódców  opozycji.  Rozbrojono
milicję  VNQDD,  a  prasę  opozycyjną  zlikwidowano.  Część
niepodległościowców  podjęła  walkę,  lecz  zostali  pokonani  przez
liczące w tym czasie juŜ 60 tys. ludzi siły reŜimowe. Zamknięto ich
w obozach koncentracyjnych, gdzie następnie dokonano masowych
egzekucji.

W  miarę  przybywania  do  Indochin  kolejnych  jednostek  korpusu
ekspedycyjnego  kurs  ParyŜa  wobec  Hanoi  zaostrzał  się.  Jesienią
1946  r.  komuniści  rozpoczęli  przygotowania  do  walki.  Przewaga
Francuzów  była  spora,  ale  nie  miaŜdŜąca.  Korpus  ekspedycyjny
liczył ok. 70 tys. Ŝołnierzy, a Viet-Minh miał pod bronią tyle samo
ludzi, wliczając milicję. Wietnamczycy nie  posiadali jednak  prawie
zupełnie  broni  cięŜkiej  i  nie  byli  wyszkoleni,  natomiast  Francuzi
mieli gotową do uŜycia regularną armię.

background image

23

Wojna  wybuchła  w  listopadzie,  gdy  Wietnamczycy  odmówili
wycofania  się  z  Hajfongu,  a  Francuzi  postanowili  wziąć  ten
waŜny  strategicznie  port  szturmem.  W  trakcie  walk  cięŜka
artyleria okrętowa ostrzelała miasto. 28 listopada Hajfong znalazł
się w rękach Francuzów, ale starcia rozlały się na cały Tonkin.

19  grudnia  w  Hanoi  wybuchły  walki  pomiędzy  korpusem
ekspedycyjnym  a  oddziałami  Wietnamskiej  Armii  Ludowej
(WAL). Wojna, która tliła się od września 1945 r.. gdy Viet-Minh
musiał wycofać się z Sajgonu, rozpaliła się w całych Indochinach.
Mimo Ŝe od tamtego dnia upłynęło juŜ ponad pół wieku, do dziś
w  Azji  Południowo-Wschodniej  nie  ma  pokoju,  a  liczbę  ofiar
kolejnych konfliktów, znaną tylko w przybliŜeniu, szacuje się na
6 milionów.

background image

WOJNA

Wojna była od początku niezwykle zacięta. W 1947 r. Francuzi
stopniowo  opanowali  wszystkie  waŜniejsze  miasta  i  linie
komunikacyjne.  Był  to  jednak  sukces  oparty  na  kruchych
podstawach,  gdyŜ  nie  udało  im  się  zniszczyć  regularnych
jednostek  armii  DRW.  Oddziały  wietnamskie  wycofały  się  w
góry,  a  cywilni  działacze  Viet-Minhu  zaczęli  tworzyć  siatkę
zaopatrzenia i informacji dla partyzantki.

Dowództwo francuskie  nie  doceniło  Wietnamczyków. Uznało,
iŜ  pobite  jednostki  ukryte  w  górach,  pozbawione  Ŝywności  i
uzbrojenia,  nie  stanowią  Ŝadnego  zagroŜenia,  a  ich  likwidacja
jest tylko  kwestią  czasu.  Francuzi  nie  dostrzegli  powszechnego
charakteru oporu przeciw nim: robotnicy demontowali maszyny
i  urządzenia,  chłopi  niszczyli  drogi  i  mosty,  by  utrudnić
posuwanie  się  oddziałów  korpusu  ekspedycyjnego.  Atak
francuski zjednoczył społeczeństwo wokół Viet-Minhu.

Kierownictwo KPI przyjęło jedynie sensowną wobec militarnej
przewagi 

Francuzów 

strategię 

długofalowego 

oporu.

Zbudowano  misterną  i  świetnie  zakonspirowaną  strukturę
wykonawczą,  wojskową,  wywiadowczą  i  zaopatrzeniową,  która
miała  stać  się  bazą  największej  do  tamtego  czasu  wojny
partyzanckiej  w  historii.  A  potem  przewyŜszyć  ją  miała  tylko
druga wojna indochińska.

background image

25

Kluczowe znaczenie w działaniach partyzanckich miała postawa
wsi. Francuzi ułatwili w tym względzie działalność Viet-Minhu:
swą polityką, anulowaniem reform i represjami całkowicie zrazili
chłopów.

Władze  DRW,  po  krótkim  okresie  taktycznej  współpracy  z
katolikami,  których  na  Północy  mieszkały  prawie  dwa  miliony,
zaczęły  —  jak  to  oficjalnie  określano  —  „eliminować  wpływ
kleru  na  ludność”.  Katolicka  część  społeczeństwa  przyjęła
wówczas  zasadę  dwóch  wrogów:  komunistów  i  Francuzów.
Kilka  regionów  katolickich  zdołało  się  uniezaleŜnić  dzięki
stworzeniu własnych sił zbrojnych. Tak w czasie pierwszej, jak i
drugiej  wojny  indochińskiej,  partyzanci  często  uŜywali  świątyń
dla celów wojskowych, głównie jako stanowisk artylerii przeciw-
lotniczej. W konsekwencji były one atakowane przez Francuzów
i  Amerykanów,  co  pozwalało  władzom  DRW  twierdzić,  Ŝe
„agresorzy niszczą budynki sakralne”.

Własną,  niezaleŜną  politykę  prowadziły  równieŜ  tzw.  sekty.  Są
to  specyficznie  wietnamskie  organizacje  religijno-politycz-ne,
które  zarządzały  autonomicznymi  regionami  i  dysponowały
prywatnymi  armiami.  Dwie  największe,  Hoa  Hao  i  Kao  Dai,
liczące po około 2 min wyznawców, powstały tuŜ przed II wojną
ś

wiatową.

Viet-Minh  działał  za  pośrednictwem  lokalnych  komórek,  które
znajdowały  się  w  większości  wiosek  i  w  miastach.  Gen.  Giap,
twórca  militarnej  potęgi  DRW,  tak  opisał  ich  funkcjonowanie:
„Działały pod ścisłym kierownictwem Partii i z pomocą władz w
zakresie 

szkolenia 

wojskowego, 

lecz 

były 

całkowicie

samowystarczalne  w  zakresie  zaopatrzenia  w  Ŝywność  i  sprzęt.
W rejonach, gdzie nie toczyły się jeszcze walki, były skutecznym
narzędziem 

dyktatury 

rewolucyjnej 

władzy, 

zapewniały

bezpieczeństwo  Partii,  Państwa  i  organów  (Viet—Minhu),
utrzymywały 

spokój 

porządek 

oraz 

eliminowały

reakcjonistów”.  Władze  centralne  wysyłały  z  Viet  Bac  tylko
generalne  dyrektywy  strategiczne,  a  szczeble  lokalne  mogły
swobodnie podejmować akcje z własnej inicjatywy.

background image

26

Zrozumieć przebieg tej i następnej wojny, wyjaśnić trudności, na
jakie natrafili Francuzi i Amerykanie, moŜna tylko wówczas, gdy
pozna się specyfikę kraju, w którym ją toczono. Z geograficznego
i wojskowego punktu widzenia Wietnam jest unikatowy. Niemal
wszystkie czynniki, które charakteryzują teatr działań wojennych
—  klimat,  rzeźba  terenu,  roślinność,  sieć  komunikacyjna  itd.  —
wywierały  na  przebieg  walk  wpływ  równy  czynnikom
politycznym i militarnym. Często był to wpływ decydujący.

Wietnam  leŜy  w  strefie  klimatu  subtropikalnego,  a  zatem
gorącego i wilgotnego. W zimie średnia temperatura na Północy
wynosi  +15,  w  lecie  +29°C,  a  na  Południu  jest  jeszcze  wyŜsza.
Od maja do października trwa pora deszczowa, co  nie  znaczy,  Ŝe
w  pozostałych  miesiącach  nie  ma  opadów:  ich  roczna  suma
wynosi aŜ 2 metry. Klimat taki stwarzał wyjątkowo niekorzystne
warunki dla Francuzów i Amerykanów, których metody działania
opierały  się  na  sprzęcie  technicznym  i  lotnictwie.  Wilgoć  i
wysokie  temperatury  powodowały  szybką  korozję  wyposaŜenia.
Działania  lotnictwa  były  utrudnione  przez  gęstą  i  wysoko
rozbudowaną  warstwę  chmur  latem  oraz  mgły  i  niebezpieczne
prądy  powietrzne  zimą.  Gwałtowne  opady  w  porze  deszczowej
przekształcają  małe  zwykle  strumyki  w  potęŜne,  rwące,
niemoŜliwe do przebycia rzeki. A Wietnam i tak nie jest krajem,
po którym moŜna się łatwo poruszać.

Góry  i  wyŜyny  zajmują  ponad  75%  powierzchni  kraju.  Pasmo
Gór  Annamskich  ciągnie  się  od  Tybetu  niemalŜe  do  przedmieść
Sajgonu.  Nierówno  poszarpane  wierzchołki  dochodzące  do  2800
metrów  n.p.m.  porasta  gęsta  dŜungla.  Klimat  i  erozja  rzeźbi  w
skałach  bogatą  sieć  jaskiń  i  grot.  Góry  te  biegną  wzdłuŜ  całej
granicy  Wietnamu  z  Laosem  i  dlatego  na  długości  1650  km
znajdują  się  zaledwie  cztery  drogi  dla  pojazdów  mechanicznych.
Natomiast  pieszy  partyzant  moŜe  przekroczyć  tę  granicę  i
następną,  ponad  900-kilomet-rową  z  KambodŜą,  w  dowolnym
punkcie. W środkowej części

background image

27

kraju  znajdują  się  rozległe  wyŜyny:  Dac  Lac  i  PłaskowyŜ
centralny.  Porastają  je  busz  i  lasy,  bujne  trawy  podzwrot-
nikowe.  w  których  z  łatwością  moŜe  ukryć  się  człowiek.
WyŜyny  te  mają  duŜe  znaczenie  strategiczne,  gdyŜ  ich
opanowanie 

daje 

kontrolę 

nad 

całym 

południowym

Wietnamem.

Mogłoby  się  wydawać,  iŜ  niziny,  które  zajmują  pozostałe  25%
powierzchni,  bardziej  niŜ  góry  nadają  się  do  prowadzenia
klasycznych  działań  wojskowych.  W  rzeczywistości,  choć  z
innych  powodów,  to  teren  równie  cięŜki.  Niziny  bowiem  to  —
poza wąskim pasem nadbrzeŜnym — dwie wielkie delty. Płaskie
pola.  a  raczej  pólka  ryŜowe  zajmujące  większą  część  ich
powierzchni,  ustępują  tylko  czasami  miejsca  bagnom  i  dŜungli.
Pocięte  są  gęstą  siecią  kanałów,  strumieni  i  rzek  o  grząskich
brzegach. Delta Rzeki Czerwonej ma rozbudowywany od wieków
system  irygacyjny.  Tworzą  go  setki  kilometrów  kanałów
nawadniających,  wałów,  grobli  i  zapór.  Później  skolonizowana
delta  Mekongu  jest  dziksza,  więcej  tu  terenów  bezludnych  i
bagnistych, takich jak Równina Trzcin czy półwysep Kamau.

Dróg i linii kolejowych było i jest w Wietnamie bardzo mało. W
dodatku  drogi,  zwykle  wąskie  i  o  złej  nawierzchni,  na  nizinach
biegną  często  groblami,  a  w  górach  dnem  dolin.  Mogą  je  więc
łatwo  przerwać  lub  zablokować  nawet  nieliczne  grupy
partyzanckie.

Jest  wreszcie  wietnamska  dŜungla.  Roślinność  w  tym  wiecznie
zielonym lesie tropikalnym tworzy trzy albo cztery piętra. Gęste i
bujne  poszycie  okazuje  się  niezwykle  trudne  do  przebycia.
Wysokość  drzew  dochodzi  do  30  metrów.  To  morze  zieleni
pokrywa  większość  wyŜyn  i  gór  Wietnamu.  Panuje  tu  mrok,  a
powietrze  jest  lepkie  od  wilgoci  i  gorące.  Lasy  zajmują  ponad
60%  powierzchni  Wietnamu,  sawanny  15%,  a  zarośla
bambusowe 5%.

DŜungla  stanowiła  znakomite  schronienie  dla  oddziałów
partyzanckich. Zbite korony drzew skutecznie zakrywały bazy

background image

28

i  składy  przed  oczami  załóg  samolotów.  TakŜe  rozpoznanie
naziemne  jest  utrudnione:  poruszający  się  partyzant  moŜe  być
wykryty  dopiero  z  odległości  kilkunastu  metrów,  a  dobrze
zamaskowanego  Ŝołnierza  przeciwnik  moŜe  nie  dostrzec,
choćby  stał  tuŜ  obok  niego.  Dla  Francuzów  i  Amerykanów
walka  w  dŜungli  stanowiła  teŜ  ogromne  obciąŜenie  psychiczne.
Niedostosowani  do  warunków  klimatycznych,  obładowani
sprzętem,  gorzej  znający  teren,  mogli  się  spodziewać  ataku  w
kaŜdej chwili i z kaŜdej strony.

W  dŜungli  Ŝyją  liczne  gatunki  jadowitych  węŜy  i  pająków,
pijawki  drzewne,  spadające  na  przechodzących  ludzi,  i  owady.
roznoszące  malarię  i  Ŝółtą  febrę.  Woda  zawiera  ameby
wywołujące  u  Europejczyków  groźną  chorobę,  na  którą
Wietnamczycy są uodpornieni. TakŜe klimat sprzyjał szerzeniu
się  chorób:  zdarzało  się,  iŜ  ¼  Francuzów  i  Amerykanów  była
niezdolna do walki.

Nie  ma  prawdopodobnie  drugiego  kraju  o  tak  korzystnych  dla
partyzantki  warunkach.  KtóryŜ  bowiem  miałby  r ó w n o -
c z e ś n i e   tak  wydłuŜony  kształt  i  trudne  do  upilnowania
granice,  Ŝe  partyzanci  mogą  przenikać  z  łatwością  do  dowol-
nego miejsca na jego terytorium: tak znaczną część powierzchni
zajętą przez góry i wyŜyny, praktycznie niedostępną dla wojsk
regularnych;  takie  niziny,  które  nie  pozwalają  armii  regularnej
na  prowadzenie  klasycznych  działań;  tak  rzadką  i  łatwą  do
kontrolowania przez partyzantów sieć komunikacyjną; tak duŜy
obszar  pokryty  nieprzebytą  dŜunglą,  która  juŜ  sama  w  sobie
stanowi idealne środowisko dla wojny partyzanckiej; i wreszcie
taki  klimat,  który  utrudnia  działania  lotnictwa,  niszczy  sprzęt  i
wyklucza z walki co czwartego Ŝołnierza nieprzyjaciela?

JednakŜe nawet w tym raju dla partyzantki potrzebny był ktoś,
kto potrafi ją zorganizować. Vo Nguyen Giap, człowiek, który
pokonał  Francję  i  Stany  Zjednoczone,  był  —  zdaniem  wielu
specjalistów  —  wybitnym,  a  nawet  genialnym  dowódcą.  Jego
biografia jest typowa dla pierwszej generacji indochiń-

background image

29

skich  komunistów.  Urodzony  w  1912  r..  działalność  anty-
kolonialną  rozpoczął  w  wieku  14  lat.  Jego  Ŝona,  skazana  za
działalność polityczną, zmarła w więzieniu, gdy miał 31 lat. Z
pasją oddawał się studiowaniu dziejów Wietnamu i wiedzy
wojskowości. Historia Wietnamu budziła w nim dumę, uczucie
wyŜszości i wiarę w  moŜliwości  narodu,  a  takŜe  nienawiść  do
tych. którzy poniŜali i krzywdzili jego kraj. W czasie II wojny
ś

wiatowej został dowódcą partyzantki Viet-Minhu i prawą ręką

Ho  Chi  Minha.  W  czasie  nieobecności  Ho  właśnie  on  kierował
państwem.  To  głównie  Giap  był  odpowiedzialny  za  akcję
niszczenia opozycji.

Gdy  po  wybuchu  wojny  i  krótkotrwałym  oporze  siły  DRW
wycofały  się  w  niedostępne  rejony  kraju,  Giap  zaczął  do-
stosowywać  armię  do  działań  partyzanckich.  Część  jednostek,
podzielonych  na  samodzielne  kompanie,  przerzucono  na  tereny
kontrolowane  przez  Francuzów,  by  prowadziły  działalność
propagandową  i  organizowały  sieć  Viet-Minhu.  Powstały  teŜ
lokalne pododdziały, druŜyny i plutony, które działały nocą, w
pobliŜu  własnej  wioski:  podkładały  miny.  rozkopywały  drogi,
niszczyły mosty i budowały pułapki na ścieŜkach.

Inaczej  były  zorganizowane  tereny  kontrolowane  przez  Viet-
Minh.  tzw.  wolne  strefy.  Tutaj  wszystko  było  podporząd-
kowane walce. Pod hasłami ..Wszystko dla frontu”, „Wszystko
dla  zwycięstwa”  wprowadzono  Ŝelazną  dyscyplinę.  Ludność
miała  dostarczać  partyzantom  Ŝywności,  schronienia  i  siły
roboczej  do  kopania  podziemnych  bunkrów  i  tuneli  oraz  do
produkcji zbrojeniowej. W tych rejonach, w dŜungli,  wykorzys-
tując  najbardziej  niedostępne  góry  i  bagna,  Giap  zorganizował
rozbudowany  aparat  militarny:  warsztaty  produkujące  miny,
granaty  lub  amunicję,  przerabiające  zdobytą  broń,  szkoły
wojskowe  i  szpitale,  wszystko  to  powiązane  siecią  leśnych
ś

cieŜek  oraz  transportem  rzecznym.  Trudnym  przedsięwzię-

ciem  było  zaopatrzenie  w  Ŝywność  terenów  kontrolowanych
przez  partyzantów.  Były  to  w  większości  dzikie,  rzadko
zaludnione  rejony,  do których  ryŜ  (ściągany  na potrzeby

background image

30

wojska  ze  wsi  połoŜonych  w  obu  deltach)  donosiły  kolumny
pieszych tragarzy.

Władza  wykonawcza  znajdowała  się  w  rękach  komitetów  Viet-
Minhu.  To  one  organizowały  pobór  do  wojska,  zbieranie  i
transport  ryŜu,  a  takŜe  pobierały  podatki.  Siatka  Viet-Minhu,
stopniowo  rozbudowywana,  objęła  właściwie  cały  kraj,  chociaŜ  na
Południu  była  słabsza  niŜ  na  Północy.  Na  terenach
kontrolowanych  przez  przeciwnika  Viet-Minh  działał  w  kon-
spiracji,  co  nie  przeszkadzało  mu  na  przykład  w  ściąganiu
podatków, nawet w duŜych miastach.

Francuzom  wydawało  się,  Ŝe  wystarczy  pobić  wojska  regularne
przeciwnika,  by  zapewnić  sobie  zwycięstwo.  Nie  rozumieli,  iŜ
przyjęta 

przez 

Viet-Minh 

strategia 

długotrwałej 

wojny

partyzanckiej  zakładała  prowadzenie  jej  na  kilku  płaszczyznach
równocześnie: 

militarnej, 

politycznej, 

psychologicznej,

ekonomicznej i ideologicznej. Stosunek sił w tego rodzaju wojnie
naleŜało mierzyć nie tyle przez porównanie liczby Ŝołnierzy, ich
technicznego  wyposaŜenia  i  siły  ognia.  lecz  raczej  badając  stan
nastrojów  społecznych.  Przy  zwalczaniu  partyzantki,  jeśli  nie  ma
się  przygniatającej  przewagi  militarnej,  sukces  moŜna  uzyskać
jedynie  pozyskując  lub  neutralizując  ludność.  Francuzi  sądzili
natomiast, Ŝe pobitej armii generała Giapa wystarczy zadać coup
de grace.

Podjęte  przez  nich  pod  koniec  1947  r.  działania  ofensywne  nie
przyniosły jednak większych rezultatów, choć mieli wówczas 110
tysięcy  Ŝołnierzy,  a  Viet-Minh  ponad  60  tysięcy.  Musieli  opuścić
większą  część  zajętego  terytorium,  gdyŜ  nie  byli  go  w  stanie
kontrolować. Rok następny takŜe nie przyniósł większych zmian w
połoŜeniu  obu  stron.  Francuzi  przeprowadzili  kilka  niewielkich
operacji,  Viet-Minh  natomiast  umacniał  swą  konspiracyjną  siatkę,
ale z braku broni nie mógł wzmocnić armii.

Przełomowy  okazał  się  dopiero  1949  r.  Były  w  nim  dwa
wydarzenia,  które  znacząco  wpłynęły  na  bieg  wypadków  w
Wietnamie. Odtąd zaczął się zmieniać najgłębszy sens tego,

background image

31
co działo się w Indochinach. Typowa wojna kolonialna zaczęła
przeradzać się w starcie dwóch globalnych systemów. Do 1954r.,
do  kiedy  w  Wietnamie  walczyli  Francuzi,  kolonialna  strona
konfliktu  była  dominująca.  Ale  zarodki  wojny  innego  typu,
obecne  zresztą  od  początku,  po  1949  r.  rozwijały  się
błyskawicznie.
Te  dwa  wydarzenia  to  zwycięstwo  komunizmu  w  Chinach  raz
utworzenie Państwa Wietnamskiego z Bao Dajem na czele.

  Gdy  Francuzi  zorientowali  się,  iŜ  wygranie  wojny  z  Viet—
Minhem    nie      będzie    tak    łatwe,  jak      im    się    z      początku
wydawało,  zaczęli  szukać  poparcia  wśród  wyŜszych  warstw
społeczeństwa  wietnamskiego.  ParyŜ  pragnął  teŜ  otrzymać
pomoc  USA,  a  Amerykanie,  którzy  krytycznie  oceniali
kolonialne  motywy  wojny,  Ŝądali  przyznania  przez  Francuzów
niepodległości lub przynajmniej samorządu państwom Indochin.
Francuzi  dalecy byli jednak  od  myśli o  przyznaniu  Wietnamowi
niepodległości.  Chodziło  im  raczej  o  stworzenie  atrapy  pod  ich
kuratelą. Ostatecznie udało się im nakłonić do współpracy tylko
Bao  Dają,  który  od  wybuchu  wojny  bawi)  na  Riwierze.
Ekscesarz  bez  większego  entuzjazmu  zgodził  się  wrócić  do
Wietnamu  i  —  świadomy  sytuacji  —  zaŜądał  od  ParyŜa  co
najmniej  takich  ustępstw,  jakie  uzyskał  Ho  Chi  Minh  w
porozumieniu  marcowym  w  1946  r.  Francuzi  ustąpili  po
wielomiesięcznych  negocjacjach,  wobec  braku  postępów  w
wojnie  oraz  nacisku  USA.  W  marcu  1949  r.  zawarto  układ,  w
którym ParyŜ uznawał niepodległość Państwa Wietnamskiego w
ramach  Unii  Francuskiej.  Nowe  państwo      miało      posiadać
własną   administrację   i   wojsko Wietnamska Armia Narodowa
—  WAN),  które  było  jednak  podporządkowane    operacyjnie
dowództwu   korpusu  ekspedycyjnego.

Przy  takich  ograniczeniach  trudno  mówić  o  rzeczywistej
niepodległości,  toteŜ  rząd  Bao  Dają  nie  zdobył  popularności.  Z
biegiem czasu skupiły się wokół niego grupy antykomunis-

background image

32

tyczne  i  narodowe,  sekty  (Hoa  Hao.  Kao  Dai  i  Binh  Xuyen)’  i
katolicy,  ale  i  one  nie  popierały  aktywnie  rządu,  uwaŜając  go
raczej za mniejsze zło.

Istniał jeszcze jeden odłam społeczeństwa nie popierający Viet-

Minhu  —  mniejszości  narodowe.  Wietnamczycy  stanowią  85%
ludności  kraju.  Pozostali  to:  Chińczycy,  Tajowie,  Khmerowie  i
plemiona  górskie  (Montagnards).  Wietnamczycy  zamieszkują
niemal  wyłącznie  niziny.  Mniejszości  natomiast,  z  wyjątkiem
Chińczyków i Khmerów, przewaŜnie tereny górskie i wyŜynne, co
nadaje im duŜe znaczenie z wojskowego punktu widzenia.

Jeszcze  w  pierwszej  połowie  XIX  w.  zdarzały  się  zbrojne

powstania  górali  przeciw  Wietnamczykom.  Kolonizatorzy
zręcznie podsycali konflikty, a plemionom górskim, których i tak
nie  byli  w  stanie  sobie  podporządkować,  przyznali  znaczną
autonomię.  Komuniści  próbowali  od  samego  początku  pozyskać
mniejszości.  JuŜ  w  pierwszym  programie  Viet-Minhu  z  1941  r.
umieścili obietnice ich pełnego równouprawnienia. Nie udało im
się jednak przełamać ich wrogości wobec Wietnamczyków. Wiele
plemion walczyło po stronie korpusu ekspedycyjnego, a następnie
Amerykanów, lub tworzyło niezaleŜne oddziały.

Powstanie  Państwa  Wietnamskiego,  choć  niewątpliwie

wpłynęło  na  przebieg  wojny,  nie  zadecydowało  o  jej  wyniku.
Rozstrzygające  znaczenie  miało  natomiast  objęcie  władzy  przez
komunistów  w  Chinach.  W  grudniu  1949  r.  niedobitki  3-
milionowej  armii  Czang  Kaj-szeka  schroniły  się  na  Tajwanie.  a
Mao Tse-tung proklamował utworzenie Chińskiej Republiki

1

  Przykład  Binh  Xuyen  pokazuje,  jak  dalece  do  społeczeństwa  wietnamskiego  nie  pasują  europejskie

pojęcia.  Grupa  ta  przez  część  autorów  jest  określana  jako  sekta,  przez  innych  jako  ugrupowanie  skrajnych

nacjonalistów.  a  niektórzy  twierdzą,  Ŝe  był  to  po  prostu  gang.  kontrolujący  w  Sajgonic  sprzedaŜ  opium  i

prostytucję.  Prawdopodobnie  wszystkie  te  określenia  zawierały  ziarno  prawdy.  W  kaŜdym  razie  prezydent

Diem. obejmując władzę w 1954 r.. musiał stoczyć cięŜką walkę z Binh Xuyen, która kontrolowała  wówczas

sajgońską policję.

background image

33

Ludowej.   Viet-Minh  uzyskał    nagle     potęŜnego   sojusznika,  z
którym  raczej  łączyło  go  niŜ  dzieliło  800  km  granicy.  Do  roku
1950 

Viet-Minh 

był 

konieczności 

samowystarczalny.

Uzbrojenie  pochodziło  głównie  z  okresu  II  wojny  światowej
(dostawy  amerykańskie  i  broń  japońska),  a  częściowo  było
zdobywane  na  Francuzach  lub  produkowane  we  własnym
zakresie. Wszystko to jednak nie wystarczało i Viet—Minh   miał
więcej   ludzi   zdolnych   do   walki   niŜ   broni. Powstanie ChRL
natychmiast  zmieniło  sytuację.  JuŜ  w  okresie  pierwszych      6
miesięcy      nowi      sprzymierzeńcy      dostarczyli  Wietnamczykom
50 tys. karabinów i 200 karabinów maszynowych, a 20 tys. Viet-
Minhowców  przeszkolono  w  chińskich  obozach.  Na  efekty  nie
trzeba  było  długo czekać: we wrześniu  1950  r.  nastąpiło  potęŜne
uderzenie  wojsk  DRW  na  północną  linię  obrony  korpusu
ekspedycyjnego,  uderzenie,  które  stanowiło  właściwie  początek
końca Francuzów. 30 batalionów ok.  15 tys. Ŝołnierzy) uderzyło
na  pozycje  francuskie  rozrzucone  wzdłuŜ  granicy  chińskiej,
bronione  przez  7  batalionów.  Viet-Minh  po  raz  pierwszy  w  tej
wojnie  uŜył  duŜych  oddziałów  i  związków  taktycznych  —
dywizji.  Pozycje  francuskie  padały  jedna  po  drugiej.  Była  to
największa  klęska,  jaką  Francuzi  nieśli  do  tamtej  pory  we
wszystkich wojnach w posiadłościach zamorskich.
Armia  DRW  była  zorganizowana  według  wzoru  sowieckiego  —
całkowicie upolityczniona. Stanowiła „zbrojne ramię partii” która
działała  za  pośrednictwem  oficerów  politycznych.  „Kojarz
polityczny  —  pisał  generał  Giap  —  znajdował  się  w  kaŜdym
rejonie  i  na  kaŜdym  szczeblu  —  od  pułku  do  plutonu”.  Do  jego
zadań  naleŜało  m.in.  prowadzenie  tzw.  zebrań  samokrytycznych
po  kaŜdej  akcji,  w  czasie  których  Ŝołnierze  publicznie  omawiali
własne zachowanie i postawę kolegów oraz oficerów.

Była  to  armia,  która    potrafiła  z    równym  powodzeniem

stosować      zarówno      partyzanckie,    jak      i      regularne      formy
metody  walki.  Jej  dywizje  składały  się  z  samodzielnych
batalionów

background image

34

i  kompanii.  KaŜdy  taki  pododdział  miał  własne  zaopatrzenie  i
transport  (głównie  rowerowy).  Dzięki  dobrej  organizacji  i
przystosowaniu  Ŝołnierzy  do  lokalnych  warunków  jednostki
Viet-Minhu  miały  nad  francuskimi  przewagę,  szczególnie  w
czasie  walk  w  dŜungli.  Dlatego  Francuzi  starali  się  prowadzić
tam  działania  tylko  w  wyjątkowych  okolicznościach  i
przeznaczali  do  nich  swe  najlepsze  oddziały:  Legię
Cudzoziemską,  bataliony  marokańskie  szkolone  specjalnie  do
walk  nocnych  i  w  lasach,  spadochroniarzy  i  oddziały  plemion
górskich.  Z  wyjątkiem  tych  ostatnich  jednak,  inni  Ŝołnierze  —
nawet  z  elitarnych  jednostek  —  tracili  w  dŜungli  pewność
siebie, czuli się zagubieni i bezradni.

Wietnamczycy  zwykle  atakowali  z  bliskiej  odległości.  Starali
się  rozstrzygnąć  walkę  przy  uŜyciu  pistoletów  maszynowych,
granatów,  a  często  bagnetów  i  noŜy.  Ta  taktyka  utrudniała  lub
wręcz  uniemoŜliwiała  wykorzystanie  artylerii  i  lotnictwa.
Oddziały  Viet-Minhu  poruszały  się  w  dŜungli  trzykrotnie
szybciej niŜ przeciwnicy (z prędkością ok. 25 km na dobę).

Zasady,  którymi  kierowała  się  armia  generała  Giapa,  były
oparte  m.in.  na  doświadczeniach  chińskich  i  wskazaniach  Mao
Tse-tunga. Kładł on szczególny nacisk na konieczność zyskania
sympatii ludności wiejskiej. Słynne stały się niektóre jego myśli
na ten temat: „Ludność jest dla partyzantki tym, czym woda dla
ryby”  albo:  „W  przyjaznym  kraju  kaŜdy  krzak  jest
sprzymierzeńcem”.  Viet-Minh  utrzymywał,  co  prawda,  surową
dyscyplinę  wśród  ludności  na  kontrolowanych  terenach  i
wykorzystywał ją bezwzględnie jako siłę roboczą, ale z drugiej
strony  wszelkie  wykroczenia  partyzantów  (kradzieŜe,  rabunki,
gwałty) karane były z całą ostrością.

Morale Ŝołnierzy Viet-Minhu miało w tej i następnej wojnie. jak
zresztą  w  kaŜdej  wojnie  partyzanckiej,  ogromne  znaczenie.  W
Indochinach  nie  było  ciągłych  i  wyraźnie  zarysowanych
frontów. Działania toczyły się jednocześnie w wielu miejscach.
walka rozkładała się na tysiące potyczek i zasadzek, a w takich
drobnych starciach decyduje nie sprzęt, artyleria i lotnictwo,

background image

35

ale  ludzie,  ich  poświęcenie  i  wola  walki.  Tych  i  innych

Ŝ

ołnierskich cnót — odwagi, uporu, wytrwałości, karności -

Wietnamczykom nie brakowało. To one stanowiły główną siłę,
której wykorzystanie dało komunistom zwycięstwo.

O  wysokim  morale  partyzantów  świadczy  m.in.  istnienie

jednostek do zadań specjalnych,  tzw. ochotników  śmierci. Byli
to  młodzi  Ŝołnierze,  którzy  działali  w  małych  grupach  albo
pojedynczo.    Wykonywali    akcje    dywersyjne      wewnątrz
nieprzyjacielskich  baz,  zamachy  na  funkcjonariuszy  Państwa
wietnamskiego  i  inne  niebezpieczne  zadania,  które  często
równały się samobójstwu.

Zasady  działania armii  Viet-Minhu  ujmował Regulamin walki.

Dawał  on  szczegółowe  wytyczne  postępowania  w  ataku,  marszu,
obronie,  obchodzenia  się  z  ludnością  cywilną  itd.  Wart
przytoczenia  jest  fragment,  który  stosuje  się  zarówno  do  taktyki
poszczególnych  oddziałów,  jak  i  ogólnej  strategii  generała
Giapa: „...jeŜeli nieprzyjaciel naciera — wycofujemy

. jeŜeli pozostaje na miejscu — nękamy go, jeŜeli jest zmęczony

— atakujemy, jeŜeli cofa się — ścigamy”.

Zdaniem teoretyków  wojskowości,  do zwycięŜenia  par-

antki  siłami  regularnymi  potrzebna  jest  przewaga  liczebna  w

stosunku  ok.  15:1.  Tymczasem  Francuzi  zdołali  w  naj-
korzystniejszym  dla  siebie  okresie  wojny,  w  latach  1948-1949,
osiągnąć  tylko  dwukrotną  przewagę,  a  poniewaŜ  znaczna  część
korpusu  ekspedycyjnego  zawsze  była  związana  działaniach
defensywnych, stosunek ten był jeszcze mniej korzystny.

Konflikt  wietnamski  w  międzyczasie  przestał  być  ograniczoną

wojną  lokalną,   toczącą  się   gdzieś   na   peryferiach

wilizowanego  świata,  lecz  uzyskał  wymiar  międzynarodowy.

Zmiana  zaczęła  się  w  momencie,  gdy  Viet-Minh  otrzymał
pierwsze  dostawy  z  komunistycznych  Chin.  To  zadecydowało  3
wejściu do akcji Stanów Zjednoczonych. Od 2 września 1945 r.,
gdy  mjr  Patti  obok  Giapa  i  Ho  Chi  Minha  odbierał  na  trybunie
honorowej defiladę oddziałów Viet-Minhu, minęło

background image

36

niewiele  ponad  4  lata,  lecz  dawnych  sojuszników  rozdzieliła
przez ten czas Ŝelazna kurtyna ideologii.

Do  1950  r.  Waszyngton  zachowywał  neutralność  wobec

konfliktu  w  Indochinach.  Była  to  neutralność  profrancuska,
jako  Ŝe  Amerykanie  równocześnie  wspomagali  ekonomicznie
Francję  w  ramach  planu  Marshalla,  bezpośredniej  pomocy
militarnej  nie  chcieli  jednak  udzielić.  Niewiele  brakowało.  by
Waszyngton  uznał  rząd  Ho  Chi  Minha,  który  w  latach  1945-
1946  wielokrotnie  o  to  apelował.  W  kręgach  decydujących  o
amerykańskiej  polityce  zagranicznej,  w  Departamencie  Stanu,
wywiązała  się  wówczas  dyskusja,  której  Stany  Zjednoczone
nie  rozstrzygnęły  właściwie  do  dziś.  Obracała  się  ona  wokół
jednego  problemu,  pozornie  prostego,  ale  pociągającego  za
sobą  daleko  idące  implikacje:  czy  Ho  Chi  Minh  był  bardziej
komunistą,  czy  patriotą?  Czy  jego  celem  było  włączenie
Wietnamu do bloku sowieckiego, czy teŜ niepodległość?

Zwolennicy  tezy  o  patriotyzmie  Ho  Chi  Minha,  którzy

dominowali  w  Wydziale  Azji  Departamentu  Stanu,  twierdzili,
iŜ jest on „symbolem ruchu niepodległościowego (nationalism)
i  walki  o  wolność  dla  większości  Wietnamczyków”,  a  jego
ideologiczne  przekonania  nie  mają  większego  znaczenia.  Dziś
juŜ nikt nie ośmieliłby się powiedzieć, Ŝe Ho nie był komunistą.
natomiast  niektórzy  uczestnicy  dyskusji,  która  toczy  się  nadal.
tyle  Ŝe  raczej  wśród  historyków  niŜ  polityków,  uwaŜają,  Ŝe
USA  nie  rozpoznały  w  Ho  Chi  Minhie  potencjalnego  azjatyc-
kiego Tity, Ŝe odmawiając mu poparcia, pchnęły  go w objęcia
Moskwy i Pekinu. Ci, którzy zajmowali przeciwne  stanowisko,
widzieli  w  Ho  Chi  Minhie  wyłącznie  agenta  Kominternu,
wysłanego do Wietnamu w celu zrealizowania planów Stalina.
Dyskusja ta od początku ma pewne luki, które uniemoŜliwiają
dojście do sensownych konkluzji. Co w gruncie rzeczy oznacza
stwierdzenie,  iŜ  Ho  był  „przede  wszystkim  patriotą
wietnamskim”,  a  poza  tym  komunistą?  Czy  te  dwie  postawy
były w ogóle do pogodzenia? PrzecieŜ patriotyzm — z definicji

background image

37

-  oznacza  przywiązanie  do  tradycji  i  kultury  własnej  ojczyzny,
opiera  się  na  hierarchii  wartości  wypracowanej  przez  dane
społeczeństwo  w  ciągu  dziejów.  Komunizm  z  zasadą  walki
klas  i  materializmem  historycznym  był  więc  jego  oczywistym
przeciwieństwem.  Posługiwanie  się  tymi  pojęciami  w  taki
sposób, jakby nie były ze sobą sprzeczne lub nawet uzupełniały
się, . nie mogło zatem prowadzić do rozsądnych wniosków.
Ho  Chi  Minh  był  całym  sercem  marksistą-leninistą  i  agentem
Międzynarodówki.  Walczył  o  wyzwolenie  Wietnamu,  ale
jednocześnie 

wprowadzenie 

kraju 

systemu 

ko-

munistycznego.  Kochał  swą  ojczyznę,  ale  jeszcze  bardziej
dogmaty  swej  ideologii.  Kwestia,  czy  wykonywał  polecenia
Moskwy, wydaje się zatem drugorzędna, choć z amerykańskiego
punktu  widzenia  sprawa  ewentualnej  „niezaleŜności”  Ho  Chi
Minha była istotna.

ParyŜ od samego początku wojny usilnie nalegał na Waszyngton.
by bezpośrednio wsparł wysiłki korpusu ekspedycyjnego. Znając
czułe  punkty  Amerykanów,  Francuzi  przekonywali  ich  przede
wszystkim,  Ŝe  Ho  jest  narzędziem  ZSRR  i  dąŜy  do  stworzenia
reŜimu  komunistycznego,  a  oni  bronią  przed  tą  groźbą
Wietnamczyków  i  przelewają  krew  za  sprawę  wolności.  ParyŜ
uŜywał  teŜ  jako  środka  nacisku  sugestii,  Ŝe  nie  będzie  w  stanie
przyczynić  się  do  obrony  europejskiej,  jeśli  Amerykanie  nie
zaangaŜują  się  w  Indochinach.  A  był  to  przecieŜ  okres,  gdy
zbliŜało się apogeum zimnej wojny, która wkrótce

w  Korei  —  miała  zmienić  się  w  gorącą.  Amerykański
sekretarz  stanu,  Dean  Acheson,  tak  opisywał  rozmowy  z  Pa
ryŜem:  „Francuzi  nas  szantaŜowali.  Na  kaŜdym  spotkaniu,
kiedy  wzywaliśmy  ich  do  większego  wysiłku  w  Europie,
wysuwali  Indochiny...  śądali  naszej  pomocy  dla  Indochin,  ale
odmawiali odpowiedzi na pytania, co mają tam zamiar osiągnąć i
w  jaki  sposób.  Prawdopodobnie  sami  nie  wiedzieli.  Mieli
obsesję,  Ŝe  jak  się  coś  posiada,  to  trzeba  to  utrzymać...
Namawialiśmy  ich,  aby  dali  większą  swobodę  politycznej
działalności Wietnamczykom — nie przyjmowali naszych rad”.

background image

38

Naciski  francuskie  długo  były  bezskuteczne.  Dopiero  gdy  Viet-
Minh  zaczął  otrzymywać  broń  z  komunistycznych  Chin,  w
Waszyngtonie  antykomunizm  przewaŜył  nad  antykolonializ-
mem.  Pierwsze  dostawy  z  USA  do  Indochin  nadeszły  w  maju
1950  r.  Niemal  równocześnie  Korea  Północna  zaatakowała
Południową. Wkrótce do walki włączyły się USA i Chiny.

Wojna  koreańska  stanowiła  punkt  zwrotny  polityki  ame-
rykańskiej  w  Azji.  Odtąd  głównym  celem  USA  stało  się
powstrzymywanie  (containment)  ekspansji  komunistycznej,
która  —  jak  sądzono  w  Waszyngtonie  —  dokonuje  się  na  tym
kontynencie  przede  wszystkim  za  sprawą  Chin.  Indochiny
znalazły  się  wśród  azjatyckich  priorytetów  Ameryki  zaraz  za
Koreą.

Powstanie  Państwa  Wietnamskiego  z  Bao  Dajem  na  czele  było
m.in.  wynikiem  nacisków  amerykańskich,  o  których  mówił
Acheson.  Stany  Zjednoczone  natychmiast  uznały  rząd  cesarski
(oraz  królewskie  rządy  Laosu  i  KambodŜy),  a  wkrótce.  mimo
oporu  Francuzów,  którzy  chcieli,  by  Indochiny  pozostały
wyłącznie  w  ich  sferze  wpływów,  zawarły  z  nimi  układy  o
wzajemnej  pomocy  i  obronie.  Amerykanie  starali  się  teŜ
przekazywać  pomoc  bezpośrednio  rządom  Wietnamu,  Laosu  i
KambodŜy, omijając Francuzów. Wzajemna nieufność nie znikła
do  końca  wojny.  W  1952  r.  Acheson  był  tak  zdenerwowany
faktem,  iŜ  ParyŜ  nie  udostępnia  informacji  o  rzeczywistej
sytuacji  w  Indochinach,  Ŝe  wystosował  ostry  protest  do  rządu
francuskiego.  A  działo  się  to  w  sytuacji,  gdy  udział  USA  w
kosztach wojny wynosił 1/3.

Tymczasem  wojna  toczyła  się  dalej.  Francuzi  zadowolili  się
kontrolą  nad  większymi  miastami  i  szlakami  komunikacyjnymi.
od  czasu  do  czasu  atakując  bazy  partyzanckie.  Schemat  takich
akcji był podobny: daną miejscowość lub rejon zdobywał desant
spadochronowy,  niszczono  sprzęt  i  urządzenia  Viet—Minhu,  po
czym  się  wycofywano.  Partyzanci  natomiast  starali  się  zadać
nieprzyjacielowi  jak  największe  straty,  atakując  kolumny
wojska, organizując zasadzki na mniejsze oddziały

background image

39

albo  uderzając  na  słabsze  posterunki.  Określali  to  jako  „wojnę
moskitów”  —  tysiące  drobnych,  nękających  przeciwnika  ukłuć.
Umiędzynarodowienie  konfliktu  wywarło  wpływ  na  wewnętrzną
politykę  Viet-Minhu:  ukrywanie  komunistycznego  charakteru
ruchu  stało  się  niemoŜliwe.  W  1950  r.  DRW  została  oficjalnie
uznana  przez  ZSRR,  ChRL  i  inne  kraje  obozu.  W  propagandzie
Viet-Minhu  zaczęły  się  pojawiać  hasła  komunistyczne.  Grupy
przyciągnięte  sloganami  niepodległościowymi  traciły  znaczenie  i
wpływy. Biuro Polityczne zdecydowało, iŜ nadszedł czas, by partia
się  ujawniła.  Miała  się  odtąd  nazywać  Wietnamską  Partią
Pracujących  (WPP,  skrót  wietnamski:  Lao-Dong),  aby  stworzyć
wraŜenie,  Ŝe  ruchy  antyfrancuskie  w  KambodŜy  i  Laosie  są
samodzielne. W rzeczywistości Khmer Issarak i Patet Lao, „fronty
narodowe” tych krajów, znajdowały się pod kontrolą wietnamskich
komunistów,  sprawowaną  za  pośrednictwem  kambodŜańskich  i
laotańskich  towarzyszy.  Przewaga  DRW  nad  oboma  sąsiednimi
krajami była naturalnym rezultatem znacznie większego potencjału
ludnościowego  (Wietnam  miał  w  1945  r.  24  min  mieszkańców,
KambodŜa — 4 min, a Laos — 1,4 min).

background image

KL

Ę

SKA FRANCUZÓW

Jeśli silniejszy od ciebie nieprzyjaciel

zaatakuje cią gwałtownie, wycofaj sią,

aŜeby potem uderzyć w jego słabe miejsce.

Na przykład poczekaj, aŜ będzie zdemoralizowany,

znuŜony lub zbyt pewny siebie.

Z Regulaminu walki Viet-Minhu

Na  przełomie  1951  i  1952  r.  odbyła  się  ostatnia  francuska
ofensywa. Oddziały korpusu uderzyły na miasto Hoa Binh, 40
km  na zachód  od  Hanoi.  Jego  zajęcie  odcinało  Viet-Minh  od
ś

rodkowego Wietnamu. Hoa Binh zdobyto stosunkowo łatwo,

lecz następnie generał Giap rzucił do walki 3 dywizje i bitwa
przekształciła  się  w  trzymiesięczne  krwawe  zmagania.  Po
stracie kilku tysięcy ludzi Francuzi się wycofali.

Od  1951  r.  Francuzi  zaczęli  tworzyć  nowe  formacje
wojskowe,  zwane  „oddziałami  antypartyzanckimi”.  Były  to
grupy złoŜone przewaŜnie z członków mniejszości etnicznych,
które  —  i  to  było  najciekawsze  —  prowadziły  działania
partyzanckie  na  terenach  znajdujących  się  pod  władzą  DRW.
Oddziałami  kierowali  dowódcy  pochodzący  z  danego  plemienia,
Francuzi  zostawali  zwykle  doradcami.  Pod  koniec  wojny  w
oddziałach  antypartyzanckich  walczyło  juŜ  15  tys.  ludzi.  Ich
znaczenie polegało przede wszystkim na wiązaniu znacznych sił
Viet-Minhu.

background image

41

Komuniści  szybko  zrozumieli,  Ŝe  oddziały  te  stanowią  dla

nich 

zagroŜenie 

nie 

mniejsze 

niŜ 

wojska 

korpusu

ekspedycyjnego. 

przechwyconym 

przez 

Francuzów

meldunku batalionu 700 WAL komisarz polityczny pisał: „Fran-
cuskim   imperialistom   udało   się   pozostawić   na   naszych
tyłach agentów, będących na ich Ŝołdzie, którzy stwarzają nam
znaczne  trudności.  Początkowo  była  ich  garstka,  lecz  obecnie
ruch  przeciwko  instytucjom  DRW  się  rozszerza.  Obecnie
według  przybliŜonych  obliczeń  stan  ich  wynosi  ok.  2000.  Ten
rozwijający się ruch stwarza nam znaczne kłopoty”.

Wszelkie  przejawy  poparcia  dla  tych  oddziałów  karano

niezwykle  surowo:  niszczono  całe  wsie,  aresztowano  i  zabijano
chłopów.  Partyzanci  nie  byli  w  stanie  zapewnić  ludności
ochrony  przed  represjami  władz  DRW,  toteŜ  jej  większość
starała  się  pozostać  neutralna.  Viet-Minh  stosował  teŜ  od-
powiedzialność  zbiorową  —  represjonowano  rodziny  członków
oddziałów antykomunistycznych.

Partyzantka anty-viet-minhowska, pomimo brutalnych środków

uŜytych  do  jej  zwalczania,  trwała  jeszcze  dwa  lata  po  klęsce
Francuzów. Według oficjalnych danych z 1956 r., w walkach z
WAL po 1954 r. zginęło ok. 200 partyzantów, a ponad 4,5 tys.
wzięto do niewoli.

W  roku  1952  impas  trwał,  choć  siły  walczących  rosły.

Kolejne  paryskie  rządy  niezmiennie  deklarowały  chęć  „znisz-
czenia  zorganizowanych  sił  komunistycznych”,  ale  jednocześnie
twierdziły,  Ŝe  nie  są  w  stanie  „same  kontynuować  krucjaty”.
Waszyngton nie pozostawał obojętny na wezwania — i płacił. Z
kaŜdym  rokiem  więcej,  pod  koniec  ponad  70%  kosztów.
Ogółem wojna ta kosztowała Stany Zjednoczone 2 mld dolarów.
W  świecie,  w  którym  rządziła  twarda  logika  dwóch  bloków,
oficjalna  wykładnia  konfliktu  indochińskiego  musiała  być  z  nią
zgodna.  Amerykanie  mogli  najwyŜej  za  kulisami  wytykać
Francuzom  ich  egoizm,  ale  publicznie  oba  rządy  twierdziły,  Ŝe
wojna stanowi „integralną część powszechnego

background image

42

oporu  wolnych  narodów  przeciwko  próbom  komunistycznych
podbojów i działalności dywersyjnej”.

Wiosną  1953  r.  kolejna  ofensywa  Viet-Minhu  i  Patet  Lao

doprowadziła  do  zajęcia  obszarów  przy  granicy  wietnamsko—
laotańskiej, w rękach francuskich pozostały jedynie rozrzucone po
kraju umocnienia.

W  tej  krytycznej  sytuacji  dowództwo  nad  korpusem  eks-

pedycyjnym  objął  gen.  Henri  Navarre.  Po  zapoznaniu  się  z
połoŜeniem  przedstawił  w  lipcu  1953  r.  rządowi  w  ParyŜu
memorandum,  w  którym  zaproponował  szereg  istotnych  zmian  w
prowadzeniu  wojny.  Przede  wszystkim  postulował  zrewidowanie
jej  celów.  Warunkiem  zwycięstwa  było  według  niego  zyskanie
powszechnego  poparcia  w  społeczeństwach  Wietnamu.  Laosu  i
KambodŜy,  a  to  oznaczało  przyznanie  im  niepodległości.  Generał
postulował  teŜ  potraktowanie  wojny  jako  walki  przeciw
międzynarodowemu komunizmowi, co wpłynęłoby na zwiększenie
pomocy amerykańskiej.

Niewielu  Francuzów  potrafiło  wówczas  z  równą  jasnością

dostrzec  i  ocenić  polityczne  aspekty  konfliktu  i  postulaty  gen.
Navarre’a  nie  zostały  wcielone  w  Ŝycie.  A  przecieŜ  wystarczyło
zauwaŜyć,  iŜ  w  1954  r.  armia  Bao  Dają  przewyŜszyła  liczebnie
korpus  ekspedycyjny,  by  zgodzić  się  z  poglądem,  Ŝe  klucz  do
problemu wietnamskiego znajduje się w samym Wietnamie.

W końcu października 1953 r. wywiad korpusu ekspedycyjnego

uzyskał  informacje  o  wymarszu  316  dywizji  piechoty  WAL  w
kierunku  granicy  laotańskiej.  Intencje  przeciwnika  stały  się  jasne:
Giap  zamierzał  zająć  Laos.  Gen.  Navarre  stanął  przed  niełatwym
wyborem.  Mógł  oddać  Laos  bez  walki  lub  zagrodzić
nieprzyjacielowi  drogę,  przyjmując  ryzyko  bitwy  w  wyjątkowo
niesprzyjających  warunkach.  Po  zapoznaniu  się  z  sytuacją,  wbrew
dotychczasowym  planom,  powziął  brzemienną  w  skutki  decyzję
przyjęcia  bitwy  obronnej  w  oparciu  o  bazę  Dien  Bień  Phu.  Gen.
Navarre  i  inni  dowódcy  uwaŜali.  Ŝe  Viet-Minh  ze  względu  na
odległość od źródeł zaopatrzenia

background image

43

nie  będzie  w  stanie  skoncentrować  w  rejonie  Dien  Bień  Phu
wystarczających  sił.  Liczyli  na  to,  Ŝe  w  regularnej  bitwie
Francuzi będą mogli zadać nieprzyjacielowi druzgocące straty,
a następnie z pozycji siły przystąpią do negocjacji.

Właściwie  bitwa  została  rozstrzygnięta,  zanim  się  rozpo-

częła.  JuŜ  w  miesiąc  po  pierwszym  desancie  dane  uzyskane
przez  wywiad  sprawiły,  iŜ  gen.  Navarre  zaczął  planować
ewakuację twierdzy. Było juŜ jednak za późno. Dien Bień Phu
otoczyło  kilka  dywizji  wietnamskich.  Garnizon  znalazł  się  w
pułapce.  Francuzi  znów  —  tym  razem  po  raz  ostatni  —  nie
docenili przeciwników.

W Dien Biem Phu waŜyły się losy Indochin, lecz ostateczne

decyzje  zapadały  w  zaciszu  dyplomatycznych  gabinetów.  W
lutym  1954  r.  ministrowie  spraw  zagranicznych  USA,  ZSRR,
Francji i Wielkiej Brytanii ustalili, Ŝe sprawa Indochin zostanie
rozpatrzona  na  konferencji  w  Genewie.  Miała  wziąć  w  niej
udział takŜe ChRL, DRW oraz profrancuskie rządy Wietnamu,
Laosu i KambodŜy.

Waszyngton nie dopuszczał myśli o kompromisie z komunis-

tami.  Prezydent  Eisenhower  uwaŜał  wprawdzie,  Ŝe  nie  moŜe
być  „większej  tragedii  dla  USA.  niŜ  dać  się  wciągnąć  w  wojnę
lądową  na  duŜą  skalę  w  Azji”,  lecz  z  drugiej  strony  oceniał
wysoko  geopolityczne  znaczenie  Indochin.  W  kwietniu  1954  r.
sformułował  koncepcję,  która  miała  wytyczyć  szlaki  polityki
amerykańskiej na następne 20 lat. Stwierdził, Ŝe jeśli Viet-Minh
zwycięŜy,  to  równieŜ  pozostałe  kraje  Azji  Południowo-Wschod-
niej dostaną się pod władzę komunistów. Powiedział obrazowo:
„Ustawmy  pionowo  szereg  klocków  domina.  Jeśli  potrącimy
pierwszy,  to  z  całą  pewnością  bardzo  prędko  przewróci  się
takŜe  ostatni”. O  sensowność  „teorii  domina”  do  dziś  spierają
się  politolodzy  amerykańscy.  W  1954  r.  koncepcja  ta  o  mało
nie pchnęła Stanów Zjednoczonych do interwencji.

4 kwietnia rząd francuski zwrócił się z prośbą o amerykański

atak lotniczy dla uratowania Dien Bien Phu. Kongres uzaleŜnił
jednak swą zgodę od spełnienia wielu warunków. Amerykanie

background image

44

zaŜądali,  by  Francja  zobowiązała  się  do  prowadzenia  wojny
aŜ  do  zwycięstwa,  przestała  dąŜyć  do  ustępstw  w  Genewie  i
by  zaakceptowała  niepodległość  Wietnamu,  Laosu  i  Kam-
bodŜy. Poza tym Kongres uzaleŜniał swą zgodę od pozyskania
poparcia  sojuszników,  przede  wszystkim  Wielkiej  Brytanii.
Losy  amerykańskiej  interwencji waŜyły  się  przez  dwa miesiące.
ś

aden  z  warunków  Kongresu  nie  został  jednak  spełniony;

ParyŜ  wycofał  swą  prośbę  w  obawie  przed  reakcjami  par-
lamentu, a Brytyjczycy odmówili jakiegokolwiek poparcia ‘.

Gdy  rozpoczynała  się  genewska  konferencja,  zmagania  o

Dien Bien Phu dobiegały kresu. Twierdza padła ostatecznie 7
maja.

Rokowania  w  Genewie  trwały  do  końca  lipca.  Francuzi  i

Brytyjczycy  okazywali  gotowość  do  daleko  idących  ustępstw
wobec  Ŝądań  Viet-Minhu.  Dla  USA  natomiast  jakiekolwiek
negocjacje  z  komunistami  były  wtedy  trudne  do  wyobraŜenia.
Nie  zwaŜając  na  sytuację  po  Dien  Bien  Phu  ani  na  fakt
kontrolowania  przez  Viet-Minh  2/3  terytorium  Wietnamu,
sekretarz  stanu  John  Dulles  odmówił  uznania  traktatu,  który
oddawałby choćby część Indochin pod władzę komunistów.

Układ podpisany  ostatecznie  20  lipca  1954  r.  postanawiał.

Ŝ

e  Wietnam  zostanie  czasowo  podzielony  wzdłuŜ  rzeki  Ben

Hai, płynącej niemal równolegle do 17 równoleŜnika. W części
północnej  władza  miała  naleŜeć  do  DRW,  w  południowej  do
rządu  Bao  Dają.  Wojska  Viet-Minhu  miały  zostać  prze-
grupowane  na  Północ,  korpusu  ekspedycyjnego  na  Południe.
Ludność cywilna, która pragnęła zmienić strefę zamieszkania,
mogła to uczynić  w ciągu  najbliŜszego roku.  Królewskie

1

  MoŜliwość  interwencji  zbrojnej  w  Wietnamie  wzbudziła  powaŜne  obawy  w  dowództwie

amerykańskim.  Szef  sztabu  armii.  gen.  Ridgway  ostrzegł  Eisenhowera,  Ŝe  wojna  w  Indochinach  byłaby

trudna i kosztowna. Samo lotnictwo nie zapewniłoby zwycięstwa, a armia lądowa musiałaby walczyć na

wyjątkowo niesprzyjającym terenie. Sztabowcy wskazywali, Ŝe siły konwencjonalne USA są stosunkowo

słabe,  gdyŜ  doktrynę  obronną  oparto  po  II  wojnie  światowej  na  broniach  nuklearnych.  RozwaŜano  teŜ

plany uŜycia bomby atomowej pod Dien Bień Phu lub w delcie tonkińskiej.

background image
background image

46

rządy  Laosu  i  KambodŜy  zobowiązały  się  do  neutralności  i
nieprzystępowania    do    bloków    wojskowych.      „Ochotnicy
wietnamscy”        mieli      zostać      ewakuowani      z    obu      sąsiednich
krajów.
Wszystkie    rządy    w      Indochinach    miały    zapewnić  swym
obywatelom  pełnię  swobód  politycznych  oraz  zezwolić  opozycji  na
nieskrępowaną  działalność.  Państwo  Wietnamskie  i  DRW  miały  się
porozumieć  i w  ciągu  dwóch  lat  od  podpisania układu przeprowadzić
w  całym  kraju  wybory.  Dla  kontrolowania  realizacji  porozumień
utworzono  Międzynarodową  Komisję  Nadzoru  i  Kontroli  (MKNiK).
W jej skład weszli przedstawiciele Indii, Kanady i PRL.
Stany  Zjednoczone  porozumienia  genewskie  przyjęły  jedynie  do
wiadomości.  Eisenhower  stwierdził  stanowczo,  Ŝe  USA  nie  mogą
być „stroną w  traktacie,  który  uczyniłby  kogokolwiek  niewolnikiem”.
Abstrahując od retoryki, Amerykanie mieli zamiar sami wziąć  się  za
powstrzymywanie  komunizmu  w  Indochinach  i  nie  chcieli  wiązać
sobie rąk.

Układy genewskie nie stały się fundamentem trwałego pokoju w Azji
Południowo-Wschodniej.  Były  raczej  ro-zejmem  i  to  opartym  na
kruchych  podstawach.  Istniała  bowiem  w  Indochinach  siła,  której
cele  wykraczały  daleko  poza  genewskie  porozumienia  i  która  miała
wystarczającą  energię,  by  dąŜyć  przez  następne  20  lat  do
zwycięstwa.  Partia  Ho  Chi  Minha,  wzmocniona  sukcesem  po
pokonaniu europejskiego mocarstwa, otrzymała teraz solidną bazę —
15-milionowe państwo.

Francuzi do ostatniej chwili, do klęski, nie byli w stanie uznać Viet-
Minhu  za  godnego  siebie  przeciwnika.  Do  końca  nie  zrozumieli
równieŜ,  Ŝe  sami  dali  komunistom  najpotęŜniejszy  oręŜ  do  rąk,
pozwalając im wystąpić w roli obrońców niepodległości Wietnamu.

Wśród  niewielu,  którzy  wówczas  dostrzegali  sens  wydarzeń
dokonujących się w Wietnamie — czy szerzej, w Trzecim Świecie —
był  Juliusz  Mieroszewski.  Pisał  on  w  „Kulturze”  na  marginesie
konferencji genewskiej: „...kolonializm i nie-

background image

47

odłączne  jego  cienie  —  ucisk  i  eksploatacja  —  rozbudziły
rewolucyjny  nacjonalizm,  który  politycznie  organizują  i
kształtują 

komuniści... 

Komuniści 

tej 

autentycznej

nacjonalistycznej  rewolucji  dali  swoich  przywódców,  dali  plan,
organizację, tykę i środki”.
  Polski  publicysta  wykazał  genialny  wręcz  dar  rozumienia
przewidywania      procesów    politycznych.      W      tym      samym
artykule  radził  Amerykanom,  jak  postępować  w  Azji  i  w
szczególności  w  Indochinach.  Jego  zdaniem,  dla  wielu  Azjatów
komunizm  niósł  ze  sobą  „zapowiedź  rewolucji  przemysłowej  i
plan  rozwiązania  arcyproblemu  Azji,  którym  jest  nie  demo-
kracja,  nie  wolność  —  lecz  głód”.  Dlatego  trzeba  „po  prostu
rewolucji      przemysłowej,      projektowanej      przez      komunizm,
przeciwstawić  plan  rewolucji  przemysłowej  w  wydaniu  ame-
rykańskim.  W  obecnej  sytuacji  nie  moŜna  tłumaczyć  ludom
Azji,  Ŝe  broni  się  je  przed  komunizmem  i  na  tej  podstawie
rządzić  w  oparciu  o  wojsko  i  policję.  JeŜeli  Stany  Zjednoczone
ograniczą się tylko do obrony status quo, to ludy Azji osądzą, Ŝe
Ameryka  broni  kolonialnego  czy  semi-kolonialnego  porządku.
Na  drodze  czysto  wojskowej  komunizm  w  Azji  jest  nie  do
zwalczenia”.

Prawdopodobnie ani prezydent Eisenhower, ani Kennedy, ani

Johnson  czy  Nixon  nie  słyszeli  w  ogóle  o  Mieroszewskim.  A
szkoda, bo moŜe Amerykanie  nie  przegraliby  pierwszej w  swej
historii  wojny,  a  dzieje  Indochin  potoczyłyby  się  inaczej.  I  nie
byłyby — być moŜe — tak tragiczne.

background image

DWA WIETNAMY

Pokonamy Francuzów, a jeśli zrobicie ren błąd.
Ŝ

e zostaniecie tutaj — pokonamy i was.

Ho Chi Minh do amerykańskiego dziennikarza w 1951 r.

Gdy  w  Genewie  podzielono  Wietnam  „tymczasową  linią
demarkacyjną”,  nikt  nie  przypuszczał,  Ŝe  przekształci  się  ona  w
jedno z najbardziej zapalnych miejsc świata, a jej „tymczasowość”
potrwa 

20 

lat. 

Postanowiono 

utworzyć 

tam 

strefę

zdemilitaryzowaną,  w  której  nie  miały  prawa  przebywać  oddziały
wojskowe,  tymczasem  paradoksalnie  tereny  te  stały  się  miejscem
długotrwałych,  cięŜkich  walk.  Przypominało  to  nieco  sytuację
sprzed  paru  wieków,  kiedy  takŜe  walczyły  ze  sobą  dwa  państwa
wietnamskie.  Wówczas  szło  o  feudalne  waśnie  dynastyczne,  teraz
bratobójcza wojna miała toczyć się w imię ideologii.

Między północną i południową częścią kraju właściwie od samego
początku  istniały  duŜe  róŜnice.  Od  początku,  czyli  od  zasiedlenia
przez Wietnamczyków delty Mekongu. Pogłębiły się one jeszcze w
okresie  kolonialnym,  który  na  Południu  trwał  dłuŜej  i  wycisnął
silniejsze piętno. Specyfika obu części Wietnamu znajduje wyraz w
kulturze, dialektach, zwyczajach i w ubiorze, ale przede wszystkim
w  charakterze  mieszkańców  Tonkinu  i  Kochinchiny.  Pojęcie
„charakteru narodowego” jest

background image

49

trudne  do  sprecyzowania,  ale  w  przypadku  Wietnamu  sami
Wietnamczycy przychylają się do ocen większości badaczy.

Zdaniem  amerykańskiego  reportera  Roberta  Shaplena,  Wiet-
namczycy w  ogóle  mają  w  swym  charakterze „daleko więcej  niŜ
inne narody anomalii i sprzeczności”. W ciągu całej swej historii
musieli  walczyć  z  róŜnymi  wrogami  i  ..zapłacili  za  to  wysoką
emocjonalną,  psychologiczną  i  intelektualną  cenę.  Są  rełni
ksenofobii,  a  podejrzliwość  i  brak  zaufania  stały  się  u  nich
normą”.

RóŜnice  pomiędzy  Wietnamczykami  z  Północy  a  „Połu-
dniowcami”, które powstały podczas trwającego setki lat procesu
kolonizacji,   miały   kilka   przyczyn.   Po   pierwsze, ruszający
na  Południe  uwalniali  się  —  przynajmniej  częściowo  —  od
rygorów  konfucjańskiej  społeczności.  Po  drugie,  graniczący  z
Chinami  Tonkin  częściej  był  naraŜony  na  najazdy.  Po  trzecie
wreszcie, delta Mekongu posiadała lepsze ziemie i nie była —jak
delta  tonkińska  —  przeludniona,  zatem  Ŝycie  na  Południu  było
łatwiejsze i nie straszyło tam widmo głodu.

Okoliczności  te  wpłynęły  na  ukształtowanie  się  odmiennych
charakterów  narodowych.  Wietnamczycy  z  Północy  są  zdys-
cyplinowani,  oszczędni,  pracowici,  pełni  energii  i  silnej  woli.
Społeczeństwo  zachowało  tam  więcej  cech  patriarchalnych,  a
uległość  wobec  władzy  stanowi  cnotę.  Południowcy  uwaŜani  są
natomiast  —  szczególnie  przez  rodaków  z  Tonkinu  —  za  ludzi
nieodpowiedzialnych, rozrzutnych, przyzwyczajonych do wygód i
łatwego  Ŝycia,  a  przy  tym  kłótliwych  i  nie  szanujących  władzy.
Wietnamczycy z Południa nie mają — takiej jak Tonkińczycy —
cierpliwości i nieustępliwości, są bardziej otwarci i spontaniczni 

1

.

Dla  Wietnamczyków  róŜnice  te  są  źródłem  dowcipów,  ale    i
powodem  konfliktów.   Dochodziło  do  nich   nawet

1

Dosyć bliska wydaje się analogia z naszego historycznego sąsiedztwa: Prusacy mogliby stanowić odpowiednik

Tonkińczyków,  a  Austriacy  —  Południowców.  Zresztą  uŜył  tego  porównania  jeden  z  premierów  Laosu,  który
nazwał Wietnamczyków „Prusakami Azji”.

background image

50

w  oddziałach  partyzanckich.  Jak  wspominał  Ŝołnierz  Viet-Minhu,
Południowcy  spierali  się  między  sobą  i  często  dyskutowali  o
polityce,  natomiast  Tonkinczycy  słuchali  „przywódców,  a  podczas
wieców  zawsze  (byli)  gotowi  do  skandowania  podanych  haseł”.
Gdy dochodziło do kłótni, Południowcy szydzili ze swych rodaków
z  Północy,  którzy  są  „słuŜalczymi  pochlebcami,  zawsze  z
uległością  zgadzają  się  na  wszystko  i  nigdy  nie  przyjdzie  im  do
głowy,  by  walczyć  o  swe  prawa”.  Tonkinczycy  zaś  traktowali
Południowców  z  wyŜszością,  gdyŜ  uwaŜali,  Ŝe  „ludzie  z  Południa
umieją tylko się bawić. Brak im etyki rewolucyjnej. Nie mają woli
walki”.

Pokonanie  Francuzów  niewątpliwie  wpłynęło  na  wzmocnienie
negatywnych  cech  komunistów  z  Północy.  Specjaliści  z  innych
krajów  obozu,  którzy  pracowali  potem  w  DRW,  wielokrotnie
skarŜyli 

się 

na 

irytującą 

pewność 

siebie 

arogancję

Wietnamczyków.

Komuniści  osiągnęli  wprawdzie  mniej  przy  stole  konferencyjnym
w Genewie niŜ na polach bitew, ale i tak było to niemało: Wietnam
Północny miał 160 tys. km

2

 powierzchni i ok. 15 min mieszkańców

(Południowy — 170 tys. km

i 13 min). Kraj był wyczerpany wojną,

w  gospodarce  panował  chaos,  lecz  nowe  władze  dysponowały
poparciem  większości  społeczeństwa.  Ho  Chi  Minh  stał  się
autentycznie  popularnym  przywódcą.  Jego  imię  utoŜsamiło  się  ze
zwycięską  walką  o  niepodległość.  Poparcie  większości  nie
oznaczało jednak poparcia jednomyślnego: w ramach przewidzianej
w  Genewie  wymiany  ludności  na  Południe  przeniosło  się  ok.  900
tys.  osób,  a  wielu,  pomimo  wątpliwości,  nie  zdecydowało  się  na
podjęcie trudnej decyzji o emigracji.

Większość  ewakuowanych  z  Tonkinu  stanowili  katolicy.  Często
całe  wsie  lub  parafie  z  księdzem  na  czele  opuszczały  rodzinne
strony.  Równocześnie  polskie  i  sowieckie  statki  przewoziły  na
Północ komunistyczne kadry i Ŝołnierzy Viet—Minhu, w sumie ok.
100  tys.  ludzi.  Odbyło  się  wówczas  w  Wietnamie  głosowanie
nogami, którego wyniki są jedno-

background image

51

znaczne. Tym bardziej Ŝe głosowanie to wcale nie było wolne:
międzynarodowej  komisji  kontroli  przekazano  blisko  100  tys.
załatwionych odmownie podań o emigrację z Północy.

    Po 1954 r. niewiele było wypadków czynnego oporu przeciw
komunistom.  Jedynie  oddziały  partyzanckie  mniejszości
narodowych  prowadziły  jeszcze  przez  dwa  lata  beznadziejną
walkę. O  bezpieczeństwo  rządzących  dbała  skutecznie  milicja.
Tu  Ve,  która  —  według  sympatyzującego  z  komunistami
historyka  Jeana  Chesnaux  —  „zapewnia  teraz  (tzn.  po  1954  r.
—  AD)  bezpieczeństwo  ustroju,  demaskuje  jego  wrogów,
wychowuje politycznie młodzieŜ”.
   Trudno  było  po  1954  r.  ukryć  prawdziwy  charakter  systemu
panującego  w  DRW.  ale  próbowano  to  robić.  Na  czele  rządu
nachodzący z arystokratycznej rodziny mandarynów Pham Van
Dong  —  nauczyciel  i  dziennikarz,  współpracownik  Ho  Chi
Minha  od  1925  r.,  lecz  kilka  mniej  znaczących  stanowisk
otrzymali  figuranci  z  marionetkowych  „stronnictw  sojusz-
nczych”.  Ministrem  handlu  zagranicznego  był  Phan  Anh  z
partii demokratycznej, a resort kultury otrzymał przedstawiciel
Partii  Socjalistycznej.  Oczywiście  istotne  decyzje  zapadały  nie
w  rządzie,  lecz  w  biurze  politycznym  Lao  Dong.  Po  1954  r.
władze  przeprowadziły  kolejno:  reformę  rolną,  „bitwę  o
handel” i upaństwowienie przemysłu.

Prawie  60%  rodzin  chłopskich  utrzymywało  się  z  dzierŜawy;
czynsze  dochodziły  nawet  do  70%  zbiorów.  Komuniści  do  i
953 r. nie propagowali podziału majątków ziemskich, nie chcąc
zraŜać właścicieli. Kryterium określające wielką własność było
zresztą  —  ze  względu  na  ogromne  rozdrobnienie  grutów  —
bardzo  niskie:  w  Wietnamie  za  „latyfundia”  uchodziły  juŜ
gospodarstwa  50-hektarowe.  W  grudniu  1953  r.  panią  rzuciła
jednak hasło „Ziemia dla tych, którzy ją uprawiają”. Wytyczne
Komitetu  Centralnego  mówiły  o  „zmobilizowaniu  mas  dla
obalenia  klasy  właścicieli  ziemskich”,  o  „polityce  oparcia  się
bez  zastrzeŜeń  na  biednym  chłopstwie  i  robotnikach  rolnych,
na ścisłym sojuszu ze średniakiem”.

background image

52

Tylko właściciele „nastawieni demokratycznie” mieli prawo do
odszkodowania. Kampanię reformy rolnej wykorzystano teŜ do
rozprawienia się z resztkami opozycji. Wprowadzały ją w Ŝycie
specjalne  komitety  i  „sądy  ludowe”  złoŜone  z  działaczy  Viet-
Minhu.

RóŜne źródła podają bardzo rozbieŜne liczby ofiar tej kampanii.
Historycy prokomunistyczni mówią o kilku tysiącach  egzekucji,
inni o kilkuset. Komuniści wyszli z załoŜenia, Ŝe 5% właścicieli
posiada 95% ziemi i czasem stosowano mechanicznie zasadę, iŜ
naleŜy wyeliminować 5% (czyli 50 osób na tysiąc). Wydaje się
więc,  Ŝe  liczbę  ofiar  z  największym  prawdopodobieństwem
moŜna szacować na 30 do 100 tys. Represje na tak wielką skalę
musiały  uderzyć  nie  tylko  w  nielicznych  „latyfundystów”,  ale
równieŜ  w  chłopów.  Dlatego  zamiast  oczekiwanego  przez
komunistów  wzrostu  poparcia  dla  partii,  na  wsi  podniosła  się
fala oburzenia i protestów. W dwóch prowincjach doszło nawet
w 1956 roku do prób buntu.

Sytuacja  stała  się  tak  groźna,  Ŝe  we  wrześniu  1956  r.  na
specjalnie  zwołanym  plenum  KC  Lao  Dong  władze  partyjne
przeprowadziły  ostrą  samokrytykę,  a  szef  WPP,  Truong  Chinh.
ustąpił ze stanowiska. Giap powiedział w swym wystąpieniu. Ŝe
„zbyt  szeroko  stosowano  terror”  i  „co  gorsza,  tortury  stały  się
powszechną  praktyką”.  Ogłoszona  po  plenum  uchwała
stwierdzała,  Ŝe  „wskutek  wypaczenia  linii  polityki  partii”  w
„niektórych  miejscowościach”  doszło  do  naduŜyć,  a  „pewna
liczba  robotników  rolnych  i  biedoty  chłopskiej  stała  się
przedmiotem  ataków.  Dotknęło  to  równieŜ  znaczną  liczbę
ś

redniaków”. Władze przyrzekły naprawę błędów i zakończenie

prześladowań. Uchwała głosiła teŜ, Ŝe „zostaną zrehabilitowani
ci, 

którzy 

zginęli 

wskutek 

niesłusznych 

wyroków”.

Socjalistyczna  praworządność  miała  zostać  przywrócona;  odtąd
„osoby  zaliczone  do  właściwej  klasy”  miały  bez  przeszkód
korzystać „z wszelkich praw politycznych naleŜnych tej klasie”.

background image

53

KC  przyznał  takŜe,  iŜ  „w  niektórych  miejscowościach  nie
przestrzegano  polityki  partii  w  dziedzinie  religii,  co  pociągnęło  za
sobą  naruszenie  wolności  wyznania”.  Tym  eufemistycznym
sformułowaniem  próbowano  zatuszować  kampanię  antyreligijną  w
latach  1954-1956.  Zburzono  wówczas  na  Północy  wiele  kościołów,
pagód i innych świątyń oraz poddano prześladowaniom duchownych i
wierzących róŜnych wyznań.

Reforma  rolna,  choć  tak  krwawa,  szybko  okazała  się  tylko  wstępem
do  kolektywizacji.  Kolejna  kampania,  tym  razem  „socjalistycznego
przekształcania rolnictwa”, rozpoczęła się juŜ w 1957 r. W 1966 roku
94%  ziemi  znalazło  się  w  państwowych  gospodarstwach  rolnych,  a
chłopi  stali  się  opłacanymi  przez  państwo  robotnikami  rolnymi.
Zwycięska bitwa o kolektywizację spowodowała oczywiście klęskę w
produkcji rolnej:  kartki na Ŝywność obowiązywały Od l954 r. do lat
90.

  Po  reformie  rolnej  zaatakowano  indywidualną  przedsiębiorczość.
Wprowadzono  rujnujące  podatki  i  dyskryminacyjne  akty  prawne.  Do
1963  r.  bitwa  z  inicjatywą  prywatną  została  wygrana:  wszelkie
zakłady 

przemysłowe, 

sklepy 

warsztaty 

rzemieślnicze

upaństwowiono l u b  uspółdzielczono.

   Gdy  na  Północy  budowano  socjalizm,  na  Południu  władzę
obejmował  Ngo  Dinh  Diem.  Pod  koniec  lat  50.  prasa  amerykańska
zbudowanie  przezeń  państwa  nazywała  „cudem  politycznym”,  a
rekonstrukcję 

gospodarki 

Wietnamu 

Południowego 

..cudem

gospodarczym”.  W  1957  r.  leciał  z  wizytą  do  USA  na  pokładzie
amerykańskiego  samolotu  prezydenckiego,  a  na  lotnisku  witał  go
osobiście prezydent Eisenhower. Burmistrz Nowego Jorku nazwał go
„człowiekiem,  którego  historia  być  moŜe  oceni  jako  jedną  z
największych postaci XX wieku”.

Gdy  sześć  lat  później  Ŝołnierze  jego  własnej  armii  zabili  go  w
transporterze  opancerzonym  w  zaułku  Sajgonu,  te  same  gazety
twierdziły, Ŝe Diem był skorumpowanym despotą, który doprowadził
Południowy Wietnam do ruiny.

Ngo  Dinh  Diem,  urodzony  w  1901  r.,  pochodził  z  rodu  katolickich
mandarynów.  Szybko  robił  karierę  polityczną.

background image

54

Gdy w 1932 r. Bao Daj objął tron. powierzył stanowisko ministra
spraw  wewnętrznych  Diemowi.  Obaj  zdawali  sobie  doskonale
sprawę  z  niezadowolenia  społeczeństwa  —  świeŜa  była  pamięć
powstania  z  1930 r.  — oraz  z konieczności  szybkich  i  głębokich
zmian.  Jednak  kontrakcja  Francuzów,  opór  konserwatywnych
posiadaczy  ziemskich  i  nieudolność  polityczna  Bao  Daja  złoŜyły
się na niepowodzenie reform. Diem zrezygnował ze stanowiska i
wycofał  się  z  czynnego  Ŝycia  politycznego  w  przekonaniu,  Ŝe
zaleŜność  od  Francji  czyni  bezsensownymi  jakiekolwiek  próby
działalności. W czasie U wojny światowej nie przyjął stanowiska
premiera w tworzonym przez Japończyków rządzie wietnamskim.
W  1945  r.  został  ujęty  przez  Viet-Minh  i  doprowadzony  przed
oblicze  samego  Ho  Chi  Minha,  który  takŜe  pragnął  mieć  go  w
swym  rządzie.  Diem  odmówił,  gdyŜ  partyzanci  Viet-Minhu
zamordowali wcześniej jego brata.

W  czasie  1  wojny  indochińskiej  próbował  skłonić  Francuzów  do
przyznania Wietnamowi choćby autonomii. Utworzone w 1949 r.
państwo Bao Dają uwaŜał za marionetkowe i odmówił udziału w
rządzie. Jak wynika z podanych wyŜej faktów, nie moŜna zarzucić
mu  Ŝądzy  władzy  lub  braku  charakteru:  czterokrotnie  potrafił  z
władzy zrezygnować.

W  latach  1950-1954  przebywał  w  USA,  gdzie  w  katolickich
seminariach  oddawał  się  studiom  i  medytacjom.  Przy  okazji
nawiązał  teŜ  kontakty  polityczne,  szukając  w  Ameryce  poparcia
dla  niepodległości  Wietnamu.  Zyskał  m.in.  sympatię  kardynała
Spellmana  i  senatora  Johna  F.  Kennedyego,  który  utworzył  w
Kongresie prowietnamskie lobby. Znajomości te sprawiły, Ŝe gdy
w 1954 r. Amerykanie postanowili, iŜ powstrzymają szerzenie się
komunizmu  właśnie  w  Wietnamie,  Ngo  Dinh  Diem  stał  się
naturalnym kandydatem na szefa państwa.

Diem  —  mianowany  przez  Bao  Dają  premierem  Państwa
Wietnamskiego  —  przybył  do  Sajgonu,  gdy  kończyła  się
konferencja  genewska.  Francuzi  odmówili  mu  pomocy,  znając
jego   proamerykanskie   nastawienie.   Południowy   Wietnam

background image

55

w  wyniku  wojny  i  francuskiej  polityki  przyznawania  autonomii
roŜnym  grupom  antykomunistycznym,  stał  się  —  według  Frances
FitzGerald  —  „polityczną  dŜunglą  wodzów,  sekt,  bandytów,
partyzantów  i  sekretnych  stowarzyszeń’”.  W  tym  chaosie  działało
co najmniej sześć sił zbrojnych róŜnych sekt, nie licząc Viet-Minhu.

  A    Diem    był    właściwie    sam.    Mógł  oprzeć    się    tylko    na
rozlatującej  się  armii,  której  oficerowie  słuchali  raczej  Francuzów
niŜ  jego,  oraz  na  słabych  na  Południu  katolikach.  Nic  więc
dziwnego,  Ŝe  z  początku  kontrolował  niewiele  poza  siedzibą
premiera. 

nawet 

tam 

nie 

był 

bezpieczny: 

„sekta”

Binh Xuyen, rządząca sajgońską policją, a takŜe hazardem, domami
publicznymi  i  handlem  narkotykami,  ostrzelała  z  moździerzy  jego
pałac po wydaniu dekretu zakazującego prostytucji.

  Wywiad amerykański w sierpniu 1954 r. oceniał szansę utworzenia
stabilnego  rządu  w  Południowym  Wietnamie,  nawet  z  silnym
poparciem  USA,  jako  „nikłe”,  jednak  Eisenhower,  kierując  się
teorią domina, był zdecydowany nie dopuścić do podporządkowania
go  komunistom.  W  październiku  wystosował  do  Diema  list.  w
którym  po  raz  pierwszy  pojawiła  się  idea  ..dwóch  Wietnamów”.
Prezydent  przyrzekł,  Ŝe  Stany  Zjednoczone  będą  towarzyszyć
Południowemu Wietnamowi „w godzinie próby”.

Początki 

amerykańskiego 

zaangaŜowania 

Indochinach

charakteryzowała atmosfera  krucjaty.  Upadek  rządów  kolonialnych
przyjęto  w  USA  z  radością  i  nadzieją,  Ŝe  Stany  Zjednoczone
potrafią  zająć  miejsce  opuszczone  przez  Francuzów,  by  zbudować
silną,  niekomunistyczną  alternatywę  dla  DRW.  Do  tego
kosztownego 

niebezpiecznego 

eksperymentu 

„budowania

państwa”  (nation-building)  pchnął  Amerykanów  właściwy  im
idealizm  polityczny  i  chęć  powstrzymania  komunizmu.  USA  nie
miały 

Ŝ

adnych 

bezpośrednich 

związków 

gospodarczych,

politycznych  czy  militarnych  z  Półwyspem  Indochińskim.  Jego
znaczenie strategiczne było dyskusyjne.

background image

56

W  wypadku  opanowania  całych  Indochin  przez  komunistów,
mogłyby  one  słuŜyć  najwyŜej  do  kontroli  czy  ewentualnego
przecięcia  szlaków  komunikacyjnych  na  Pacyfiku.  Budowane  przy
amerykańskiej pomocy państwo miało stać się — według określenia
Rady 

Bezpieczeństwa 

Narodowego 

USA 

— 

„kamieniem

węgielnym wolnego świata w Azji Południowo—Wschodniej”. Pod
koniec 1954 r. wszystko świadczyło o tym, Ŝe droga do tego celu jest
daleka.  Diem,  próbując  podporządkować  róŜne  autonomiczne  siły,
napotkał  rosnący  opór  —  przede  wszystkim  sekt.  Powoli  zaczął
jednak  zdobywać  popularność.  Pomogło  mu  w  tym  niewątpliwie
amerykańskie  wsparcie  ekonomiczne  i  wojskowe.  W  ciągu
pierwszego  roku  rządów  Diema  Stany  Zjednoczone  przyznały
Wietnamowi ok. 400 min dolarów. Inni pretendenci do władzy mieli
skrępowane  ręce,  gdyŜ  Amerykanie  wyraźnie  dawali  do
zrozumienia, Ŝe w razie zmiany rządu pomoc zostanie wstrzymana.

Popularność  Diema  wynikała  teŜ  z  szerzącego  się  przekonania,  iŜ
potrafi on obronić niepodległość Wietnamu Południowego, zapewnić
rozwój ekonomiczny oraz ocalić kraj przed komunizmem. Najsilniej
popierała go ludność katolicka, której Diem najbardziej ufał. Właśnie
katolikom i ludziom, którzy mieli za sobą studia w USA, powierzył
wiele  kluczowych  stanowisk.  Szczególne  znaczenie  przypadło
emigrantom  z  Północy.  Sprawne  zorganizowanie  asymilacji  blisko
miliona 

uchodźców 

podniosło 

prestiŜ 

Diema 

oczach

Amerykanów,  a  z  przesiedleńców  uczyniło  oddanych  mu
zwolenników. Ich poparcie pozwoliło mu utrzymać się przy władzy,
lecz  na  dłuŜszą  metę  faworyzowanie  katolików,  którzy  stanowili
tylko ok. 10% społeczeństwa, okazało się jednym z jego najpowaŜ-
niejszych błędów.

Do  Wietnamu  przybyło  teŜ  kilkuset  doradców  wojskowych  z  USA
oraz  grupa  pracowników  CIA.  Kierował  nią  płk  Edward  Lansdale,
który  po  II  wojnie  światowej  prowadził  akcje  antypartyzanckie  na
Filipinach  i  przyczynił  się  do  ustabilizowania    tamtejszego    rządu.
Jego  działalność  obe-

background image

57

jmowała  głównie  propagandę  antykomunistyczną  i  szkolenie
dywersyjnych  grup,  które  dokonywały  sabotaŜy  militarnych  i
przemysłowych na Północy.

  Na początku 1955 r. losy Diema wciąŜ jeszcze się waŜyły. W czasie
jednej z  prób  obalenia  jego  rządu  Lansdale  odwiedził    go  w  pałacu.
StraŜnicy  i  współpracownicy  Diema  zniknęli,  premier  był  sam  w
pustym  budynku, spokojnie  pracował swoim gabinecie.

   Rozstrzygnięcie  nastąpiło  w  marcu,  gdy  połączone  siły  Hoa  Hao,
Kao  Dai  i  Binh  Xuyen  zaatakowały  stolicę.  Ku  zaskoczeniu
wszystkich  armia  stanęła  po  stronie  rządu  i  po  kilkudniowych
walkach sekty zostały pokonane.

   Jesienią  1955  r.  Diem  przeprowadził  referendum  na  temat  ustroju
państwa.  Głosujący  mieli  zdecydować,  czy  wolą  monarchię  z  Bao
Dajem  na  czele,  czy  teŜ  republikę.  Choć  większość  obserwatorów
była  zdania,  Ŝe  zwycięstwo  Diema  jest  pewne,  referendum  nie
zostało  przeprowadzone  uczciwie.  Za  republiką,  czyli  Diemem,
opowiedziało  się  98%  głosujących,  za  Bao  Dajem  1,1%,  ale  w
Sajgonie  np.  oddano  605  tysięcy  głosów  na  405  tysięcy
uprawnionych...  Przypuszcza  się,  Ŝe  sfałszowanie  plebiscytu  było
pierwszym  przejawem  działalności  brata  Diema,  Ngo  Dinh  Nhu.
który  stał  się  później  jego  złym  duchem  i  wywarł  głęboko
destrukcyjny  wpływ  na  historię  Południowego  Wietnamu.  Na
podstawie  wyników  referendum  Diem  ogłosił  utworzenie  Republiki
Wietnamu (RW) i został jej pierwszym prezydentem.

Z  ustaleń  genewskich  wynikało,  Ŝe  do  lipca  1956  r.  mają  się  odbyć
wybory  w  obu  częściach  kraju.  Diem  odrzucił  jednak  złoŜoną  przez
Pham Van  Donga  propozycję  wspólnych  wyborów,  oświadczając,  Ŝe
RW  weźmie  w  nich  udział  tylko  wtedy,  kiedy  Północ  zagwarantuje
swym  obywatelom  pluralizm  i  wolność  polityczną.  Uzyskał  w  ten
sposób  wygodne  tłumaczenie,  a  istniały  uzasadnione  obawy,  Ŝe  w
wyborach  zwycięŜyłby  Ho  Chi  Minh,  zarówno  z  uwagi  na  osobistą
popularność, jak  i  bezwzględne   metody  stosowane  przez

background image

58

komunistów. W obawie przed propagandą i dywersją z  Hanoi  Diem
zakazał jakiejkolwiek komunikacji z Północą i tak „tymczasowa linia
demarkacyjna”  stała  się  jedną  z  najsilniej  dzielących  granic  na
ś

wiecie.

Izolacja  od  DRW  nie  uchroniła  jednak  Republiki  Wietnamu  od
powaŜnych  problemów  wewnętrznych.  Na  podstawie  porozumień
genewskich  na  Północ  przewieziono  prawie  100  tys.  Ŝołnierzy  Viet-
Minhu,  ale  na  miejscu  pozostała  zakonspirowana  jego  struktura
polityczna — jądro dawnego ruchu oporu. Nie wiadomo ilu agentów
miała  partia  na  Południu.  Liczbę  uzbrojonych  Ŝołnierzy  Viet-Minhu
ocenia się na 10 tys. Zapasy broni i amunicji spoczywały zakopane i
ukryte  w  bunkrach

2

.  Do  1956  r.  kadry  te  ograniczały  się  do  działań

na  małą  skalę,  głównie  propagandowych.  Gdy  stało  się  jasne,  Ŝe
oczekiwane  wybory  nie  odbędą  się.  komuniści  byli  gotowi  do
ponownego  podjęcia  walki.  A  polityka  Diema  zapewniła  im  wielu
nowych zwolenników.

Długa  jest  lista  błędów  popełnionych  przez  Ngo  Dinh  Diema  i  jego
rząd.  Musiało  zresztą  być  ich  wiele,  skoro  doprowadziły  do
największej w historii wojny partyzanckiej.

Potencjalnie  niebezpieczne  były  niektóre  cechy  charakteru  Diema.
Był  z  natury  człowiekiem  nieśmiałym,  stroniącym  od  ludzi,  lecz
jakby na zasadzie kompensacji — głęboko przywiązanym do rodziny.
Znalazło  to  wyraz  w  nepotyzmie:  klan  braci  Ngo  obsadził
najwaŜniejsze  stanowiska  w  państwie.  Na  czoło  wysunął  się
wspomniany  juŜ  Ngo  Dinh  Nhu.  który  został  głównym  doradcą
prezydenta  oraz  szefem  policji.  Jego  wpływ  na  Diema  rósł  z
upływem  lat.  Nhu  był  —  w  przeciwieństwie  do  brata  —  brutalny,
zawzięty  i  podstępny.  Posługiwał  się  bez  skrupułów  korupcją,  a
spiski  i  zakulisowe  rozgrywki  naleŜały  do  jego  stałych  metod
politycznych.  Człowiek  z  takimi  skłonnościami  byłby  groźny  w
kaŜdym

Oczywiście  pozostawienie  części  sił  komunistycznych  na  Południu  było  pogwałceniem  porozumień  genewskich.

Wykaz innych — łamanych przez obie strony — punktów porozumień zająłby wiele miejsca.

background image

59

społeczeństwie,  cóŜ  dopiero  w  młodym  i  kruchym  państwie
południowo-wietnamskim.  Zorganizowana  przez  Nhu  tajna  policja
polityczna  represjonowała  opozycję,  przyczyniając  się  do  wzrostu
niezadowolenia  społecznego.  Stosowanie  zasady  ..dziel  i  rządź”,
doszukiwanie się wszędzie spisków rozbijało administrację i armię.
Przykładem paranoidalnej podejrzliwości Ngo Dinh Nhu moŜe być
utworzenie  przezeń  kilku  konkurujących  ze  sobą  agencji
wywiadowczych.  Wynikiem  był  y  wiście  chaos  i  brak  sprawnej
sieci  informacyjnej,  a  jedyną  korzyścią  to,  Ŝe  komuniści,  którzy
prawdopodobnie  infiltrowali  wszystkie  te  agencje,  byli  tak  samo
wprowadzani w błąd jak władze sajgońskie.

Kolejny  brat  Diema  otrzymał  funkcję  szefa  prowincji,  a  czwarty  z
rodzeństwa,  Ngo  Dinh  Thuc,  został  arcybiskupem  Hue  —
najwaŜniejszym 

dostojnikiem 

kościelnym 

Wietnamu.

Wietnamczycy  Ŝartowali  wówczas,  Ŝe  przed  braćmi  Ngo  nie  o
ucieczki,  mieli  rząd,  armię,  policję  i  nawet  droga  do  nieba
znajdowała  się  pod  ich  kontrolą.  Spory  udział  w  sprawowaniu
władzy miała teŜ piękna i energiczna Ŝona Ngo Dinh Nhu, a wielu
krewnych prezydenta pełniło wysokie funkcje państwowe.

Jedną  z  przyczyn  nepotyzmu  Diema  było  jego  wykorzenienie.
Prezydent pochodził nie z Południa, lecz ze środkowej części kraju,
Annamu  i  wiele  lat  przebywał  na  emigracji.  Bliska  dewocji
religijność Diema, która skłoniła go do Ŝycia w celibacie, i ambicja
ś

wiecenia  moralnym  przykładem  dla  narodu  nie  przeszkodziły  mu

w  osłanianiu  okrutnych  metod  brata  Nhu.  Był  człowiekiem  zasad,
ale brakowało mu tak przydatnej politykowi elastyczności. Skłaniał
się  ku  decyzjom  typu  „wszystko  albo  nic”,  które  rzadko  dawały
dobre  rezultaty  przy  rozwiązywaniu  głęboko  zakorzenionych
konfliktów.

JuŜ  w  1954  r.  dyplomaci  amerykańscy  w  Sajgonie  przestrzegali
Waszyngton  przed  wadami  Diema.  Niepokój  budziła  jego  niechęć
do  dzielenia  się  władzą;  pracował  po  kilkanaście  godzin  na  dobę,
próbując przekopać się przez stosy papierów,

background image

60

aby  móc  decydować  nawet  o  detalach  administracyjnych.  Gdy
wybuchła wojna, chciał sam kierować oddziałami wojskowymi

pomijając  sztaby  i  dowództwa.  Brało  się  to  takŜe  z  rosnącej
z  latami  podejrzliwości  Diema  i  strachu  przed  agentami
Hanoi.  (Nie  były  to  obawy  całkowicie  bezpodstawne,  po  1975  r.
okazało  się,  Ŝe  komuniści  zdołali  przeniknąć  nawet  do
najwyŜszych kręgów kierowniczych Południowego Wietnamu).
Republika  Wietnamu  przejęła  biurokrację  po  państwie  Bao  Dają,
które  z  kolei  rekrutowało  urzędników  z  jednej  klasy  społecznej.
MoŜna by ją nazwać klasą „inteligencji kolonialnej”. Byli to ludzie,
którzy  odebrali  wykształcenie  w  szkołach  francuskich,  pozbawieni
kontaktu  z  tradycją  narodową,  niemal  wyłącznie  mieszkańcy  miast.
Gdy  dodamy  do  tego  katolików  z  Północy  i  rodzinę  Ngo,  to
otrzymamy pełny przekrój społeczny administracji Diema. Taki stan
rzeczy musiał przynieść izolację władz w Sajgonie.

System polityczny w Wietnamie Południowym moŜna  określić  jako
autorytarny. Działały partie polityczne, lecz ich członkowie naraŜeni
byli  na  represje.  Istniała  niezaleŜna  prasa,  ale  była  kontrolowana
przez — dosyć zresztą łagodną

cenzurę. 

Funkcjonowały 

demokratyczne 

procedury, 

np.

wybory  parlamentarne,  lecz  o  ich  wynikach  decydowały
naciski  władz.  (Popularność  Diema  i  słabość  podzielonej
opozycji  dałyby  mu  prawdopodobnie  i  tak  zwycięstwo  w  wy
borach  do  Zgromadzenia  Konstytucyjnego  w  1956  r.  i  do
parlamentu  w  1959  r.;  rząd  wolał  jednak  ponownie  uciec  się
do manipulacji i sfałszowania wyników).
Niektórzy  autorzy  twierdzą,  Ŝe  brak  demokracji  bardziej
przeszkadzał  Amerykanom  niŜ  samym  Wietnamczykom.  Frances
FitzGerald  w  jednej  z  prac  udowodniła  tezę,  iŜ  Wietnamczycy  nie
rozumieją  i  nie  lubią  demokracji  i  dlatego  od-powiadają  im  rządy
komunistyczne.  Źródłem  takiego  nastawienia  ma  być  tradycja
konfucjańska,  podkreślająca  rolę  autorytetu  i  gloryfikująca
jednomyślność. W tej tradycji tkwił takŜe Diem. Wzorem było dlań
społeczeństwo zuniformizo-

background image

61

wane,  kroczące  jedną,  słuszną  drogą,  którą  według  Konfucjusza
wyznacza wola Niebios, a na Ziemi oświeceni władcy. W takiej
wizji  świata  nie  było  miejsca  dla  pluralizmu,  a  wszelkie
przejawy  opozycji  jawiły  się  jako  godne  ukarania,  a  nie
dyskusji.  Podobnie  myśleli  takŜe  przeciwnicy  Diema.  Wszys-
tkie  właściwie  partie  cechował  brak  zrozumienia  idei  kom-
promisu.  Nie  umiały  się  porozumieć  nawet  w  obliczu  bezpo-
ś

redniego zagroŜenia.

Szukając  przyczyn  niepowodzenia  Diema,  nie  sposób  teŜ

pominąć kryzysu społeczeństwa konfucjańskiego. NadweręŜoną
przez  kolonializm  tradycyjną  hierarchię  wsi  do  reszty  zburzył
Viet-Minh. niszcząc  warstwę posiadaczy.  W  paternalistycznym
społeczeństwie  konfucjańskim  zapanował  chaos.  Komuniści
potrafili  go  okiełznać,  wprowadzając  Ŝelazną  dyscyplinę.  Ale
czy  naprawdę  ich  metody  tak  odpowiadały  Wietnamczykom,
jak  twierdzi  F.  FitzGerald?  Na  sukces  Viet-Minhu  złoŜyło  się
wszak  wiele  czynników,  a  pewne  wspólne  punkty  łączące
konfucjanizm  z  komunizmem  nie  miały  pierwszorzędnego
znaczenia.  Zresztą  i  komuniści  napotkali  problemy  wynikające
z  rozkładu  mentalności  konfucjańskiej.  Z  przemówień  Ho  Chi
Minha  wynika,  Ŝe  juŜ  w  1945  r.  we  władzach  Viet-Minhu
nierzadka była korupcja, łamanie prawa i biurokratyzacja.

Diem  nie  potrafił  zapełnić  luki  po  upadku  konfucjanizmu.
próbował stworzyć alternatywną filozofię nazwaną „personaliz-
mem".  Nie  miała  ona  wiele  wspólnego  z  poglądami  Emanuela
Mounier,  na  którego  Diem  i  Nhu  często  się  powoływali.
Sednem      dosyć      niejasnej      doktryny      braci      Ngo      były
twierdzenia  o  konieczności  sprawowania  władzy  przez  ludzi
nadających  autorytet  moralny,  o  zjednoczeniu  narodu  wokół
rządu  oraz   o   wartości   cnót   pokory   i   poświęcenia.   Idee
personalizmu    nie    porwały    społeczeństwa.    W    utworzonym
przez Diema Narodowym  Ruchu Rewolucyjnym  i  w  Rewoluej
Personalistycznej Partii Pracy znajdowało się wprawdzie 5  min
członków, ale większość wstąpiła tam z pobudek

background image

62

oportunistycznych, gdyŜ ruchy te pokrywały się w duŜej mierze
z aparatem władzy.

Pomimo  błędów  i  trudności  bilans  kilku  pierwszych  lat

rządów Diema moŜna uznać za pozytywny. Startował przecieŜ z
pozycji  nie  do  pozazdroszczenia:  w  kraju  zniszczonym  przez
wojnę,  z  milionem  uchodźców.  Cały  przemysł  znajdował  się  na
Północy, a ponad 80% ludności Ŝyło na trudnej do kontrolowania
wsi.  Opozycja  była  silna,  a  w  podziemiu  dobrze  zorganizowani
komuniści czekali na potknięcia rządu.  A jednak dzięki pomocy
USA. 

pracowitości 

Wietnamczyków 

zdolnościom

organizacyjnym  Diema  Republika  Wietnamu  stanęła  na  nogach,
a  nawet  uzyskała  lepsze  od  DRW  wyniki  gospodarcze.
Amerykański  ekspert  oceniał  sytuację  następująco:  ..Większość
ludności  Południowego  Wietnamu  nie  przywiązuje  większej
wagi  do  autorytaryzmu  władz.  Nigdy  prawdopodobnie  nie
cieszyli  się  większą  wolnością  ani  nie  powodziło  im  się  lepiej".
A  francuski  dziennikarz  pisał  w  „Le  Monde"

3

  w  1957  r.:  „Nie

doceniliśmy szans Południa... Nie wierzyliśmy w Diema, lecz w
ciągu  dwóch  lat  pracy  rozproszył  on  nasz  pesymizm...  Pomimo
wszystkich  zastrzeŜeń  musimy  uznać  rzeczywistość:  Republika
Wietnamu zaistniała jako państwo”.

Przez kilka lat na Południu panował względny spokój. Północ

była  zbyt  osłabiona,  by  „nieść  płomień  rewolucji"  za  17
równoleŜnik.  Lecz  gdy  Ho  skonsolidował  reŜim  w  Hanoi,  dla
Republiki Wietnamu nadszedł czas próby.

3

 Francuzi byli nieprzychylnie nastawieni do proamerykańskiego Diema. Rząd francuski po Genewie

zmienił dotychczasowy kurs o 180" i zaczął zabiegać o stosunki ekonomiczne i kulturalne z Hanoi. które

jednak  bardzo  ozięble  potraktowało  te  próby  i  rezultaty  nowej  polityki  były  niewielkie  —  przemysł

naleŜący do Francuzów upaństwowiono razem z wietnamskim.

background image

MI

Ę

DZY CHAOSEM A TERROREM

Tak osiągniemy Niepodległość

państwa Wolność obywateli i

Szczęście narodu.

Ho Chi Minh w apelu o patriotyczne

współzawodnictwo pracy

Opozycja przeciwko Diemowi narastała stopniowo. Zaczęło od
antagonizmu z sektami. Potem Diem spróbował rozprawić się z
Viet-Minhem.  Nie spodziewał się chyba, Ŝe rozpęta tą akcją II
wojnę indochińską.

Komuniści  na  Południu  byli  pewni,  Ŝe  przewidziane  w  Genewie

wybory przyniosą im zwycięstwo. Niektórzy nawet nie ukrywali się.
lecz domagali się posłuszeństwa od lokalnych władz. Wyborów nie
przeprowadzono,  natomiast  Diem  rozpoczął  akcję  To  Cong.
Zamiarem prezydenta było unieszkodliwienie partii komunistycznej,
ale wydarzenia wymknęły się spod kontroli. Aparat RW, w  którym
znajdowało  się  wielu  członków  dawnej  administracji  kolonialnej,
zaatakował cały Viet-Minh, który choć kontrolowany przez partię, w
większości  nie  był  przecieŜ  komunistyczny.  Winą  stało  się  samo
uczestnictwo  w  wojnie  z  Francuzami.  Diem,  który  obawiał  się
popularności Viet-Minhu, patrzył przez palce na te naduŜycia.

background image

64

Ale  akcja  To  Cong  nie  ograniczyła  się  do  Viet-Minhu.  Lokalni
urzędnicy  i  policja  wykorzystali  nadzwyczajne  uprawnienia  do
rozprawy  z  przeciwnikami  politycznymi  i  do  załatwienia
porachunków osobistych.

Wydarzenia  te  miały  miejsce  przede  wszystkim  na  wsi,  gdzie

sytuacja i tak była zapalna. Co prawda, Diem rozpoczął  w  1956  r.
reformę  rolną,  ale  posuwała  się  ona  opieszale  i  nie  zadowalała
chłopów.  Wywłaszczeniu  podlegało  740  tys.  ha,  czyli  30%  ziemi
uprawnej w  Południowym  Wietnamie. Do  1965  r.  rozparcelowano
jednak zaledwie 250 tys. ha, a na wykup stać było nielicznych. Na
dodatek władze odebrały chłopom ziemie, które zdąŜył nadać Viet-
Minh.  Właśnie  najbiedniejsi  wieśniacy  mieli  stanowić  bazę
odradzającej się partyzantki.

W  porównaniu  z  Północą  problem  głodu  ziemi  był  jednak  na

Południu  mniej  palący,  a  niezadowolenie  wsi  wynikało  takŜe  z
innych  źródeł.  Władza  Diema,  oparta  na  ludziach  z  miast,  była
odbierana  jako  obca,  narzucona.  RównieŜ  powszechne  w
administracji  korupcja  i  nepotyzm  przyczyniały  się  do  wzrostu
nieprzychylnych  dla  władz  nastrojów.  Kolejnym  czynnikiem  była
znaczna  podwyŜka  podatków,  którymi  Diem  pokrywał  koszty
rozbudowy  armii  i  policji,  chłopi  musieli  płacić  więcej  niŜ  za
czasów francuskich.

Diem  chciał  opanować  sytuację  na  wsi,  zastępując  wybieranych

naczelników  wiosek  —  mianowanymi.  Był  to  ogromny  błąd.
Znosząc wybory, Diem uderzał w trwającą od zarania historii kraju
tradycję,  zgodnie  z  którą  wieś  w  sprawach  wewnętrznych  rządziła
się  sama.  W  dodatku  często  jedyną  rekomendacją  nowych
naczelników  wiosek  była  lojalność  wobec  Diema.  Czasem  byli  to
wręcz  ludzie  obcy,  np.  uchodźcy  z  Północy,  którzy  napotykali  na
wsi mur wrogości.

W  1957  r.  dawne  kadry  Viet-Minhu  ponownie  zaczęły  się

organizować.  Prawdopodobnie  były  to  działania  spontaniczne,  nie
kierowane  z  Hanoi.  Komuniści  podjęli  je  w  obronie  własnej,  gdy
wiadomo juŜ było, Ŝe nie dojdzie do pokojowego

background image

65

zjednoczenia kraju, a represje coraz bardziej uszczuplały szeregi
partii.  Z  początku  koncentrowano  się  na  propagandzie  w  celu
podgrzania  nastrojów  i  zdobycia  nowych  zwolenników.  Chłopi
okazali się bardzo podatni; wystarczyło odkopać ukrytą w 1954 r.
broń i moŜna było zaczynać walkę.

Rozpoczęła  się  kolejna  kampania  dekapitacji.  Tym  razem  jej

celem  byli  lokalni  przedstawiciele  władz  RW,  głównie  świeŜo
mianowani naczelnicy wiosek. JeŜeli nie dali się zastraszyć i nie
nawiązywali  współpracy  —  zabijano  ich.  Cel  był  oczywisty.
Chodziło  o  osłabienie  kontroli  Sajgonu  nad  wsią, by  mogła  stać
się bazą dla partyzantki. Skala powstania szybko rosła: w 1958 r.
zamachy  na  funkcjonariuszy,  w  1959  pierwsze  oddziały
partyzanckie,  a  na  początku  1960  siły  komunistyczne  były  juŜ  w
stanie zaatakować i zdobyć sztab dywizji w mieście Tay Ninh.

Powstanie  na  Południu  szybko  zyskało  wsparcie  z  Północy.  Gdy
wybory się nie odbyły, a błędy Diema stworzyły w RW klasyczną
sytuację  rewolucyjną,  Hanoi  postanowiło  nie  zwlekać  iziałaniem.
Ostatnią  próbą  zjednoczenia  kraju  środkami  politycznymi  był  list
Pham  Van  Donga  z  marca  1958  r.  Premier  DR  W  proponował
Diemowi  obustronne  zredukowanie  armii  i  wznowienie
stosunków  handlowych.  Ngo  Dinh  Diem  odpowiedział,  iŜ  nie
podejmie  Ŝadnych  negocjacji,  dopóki  na  Północy  nie  zostaną
wprowadzone  swobody  demokratyczne.  Wkrótce  potem  15
plenum KC WPP podjęło tajną decyzję o poparciu powstania na
Południu.  Zaczęto  przygotowywać  tzw.  szlak  Ho  Chi  Minha,
który miał słuŜyć do infiltracji ludzi

sprzętu do RW. Kadry Viet-Minhu, które ewakuowano do DRW,
zaczęto  przerzucać  z  powrotem.  Pierwsze  5  tys.  Ŝołnierzy  i
działaczy Lao Dong znalazło się na Południu juŜ w 1959 r.

W  maju  tego roku  Ho Chi  Minh  otwarcie zaapelował o

„wyzwolenie"  Południa  i  zjednoczenie  kraju.  Komuniści  uznali
sytuację w DRW za wystarczająco ustabilizowaną, po zaburzeniach
związanych  z  reformą  rolną,    by  pokusić  się  o  interwencję.
Ponadto  obie  części  kraju  uzupełniały  się

5 -Wietnam 1962-1975

background image

66

gospodarczo:  z  delty  Mekongu,  spichlerza  Wietnamu,  dowoŜono  ryŜ
na  Północ.  Walka  o  „wyzwolenie"  Południa  pozwalała  więc  odwrócić
uwagę społeczeństwa od duŜo gorszej niŜ pod rządami Diema sytuacji
gospodarczej,  a  braki  Ŝywności,  spowodowane  kolektywizacją,
pomagały  zmobilizować  naród,  któremu  tłumaczono,  iŜ  dopiero
zjednoczenie kraju usunie źródło trudności.

Diem nazwał powstańców Viet Cong — „Wietnamscy Komuniści".

Sądził,  Ŝe  pozbawi  ich  to  popularności,  lecz  późniejsze  sukcesy
partyzantów  i  sympatia  dla  nich  części  zachodnich  mass  mediów
prawie zupełnie wymazały ów zamierzony pejoratywny wydźwięk.

Władze  RW  próbowały  zdusić  Viet  Cong  w  zarodku:  wzmoŜono

represje,  zamknięto  w  obozach  i  więzieniach  tysiące  ludzi,
torturowano ich. Prześladowania nie ograniczały się do komunistów i
sterowanych  przez  nich  grup,  objęły  całą  opozycję.  W  więzieniach
znaleźli się liderzy sekt, działacze partii narodowych, zbyt dociekliwi
dziennikarze,  aktywiści  związków  zawodowych  itd.  W  ten  sposób
Diem wymyślił nie tylko nazwę Viet Congu, ale wspólnie z Nhu stał
się  jego  współzałoŜycielem,  bowiem  do  zorganizowanego  przez  ko-
munistów  Narodowego  Frontu  Wyzwolenia  pchnął  wiele  grup,  które
inaczej nigdy by się tam nie znalazły.

W 1960 r. Ho Chi Minh wezwał na forum III zjazdu Lao Dong do

utworzenia  „szerokiego  frontu  narodowego  skierowanego  przeciw
klice diemowsko-amerykańskiej". Wkrótce potem w dŜungli, w delcie
Mekongu,  odbył  się  Kongres  ZałoŜycielski  Narodowego  Frontu
Wyzwolenia  Wietnamu  Południowego  (NFW).  Oprócz  komunistów
byli  na  nim  obecni  równieŜ  członkowie  sekt  i  partii  politycznych,
buddyści, inteligenci, robotnicy. Nie zapomniano o młodzieŜy i kobie-
tach.  Lao  Dong  znów  stosowała  wypróbowaną  taktykę  „frontu
narodowego",  wyselekcjonowani  delegaci  mieli  stwarzać  pozory
reprezentowania  przez  NFW  całego  społeczeństwa  Południa.  Być
moŜe nie wszyscy zdawali sobie sprawę z faktu,

background image

67

iŜ  są  manipulowani,  pragnęli  walczyć  z  reŜimem  Diema,  a
komuniści proponowali im zjednoczenie róŜnych sił dąŜących do jego
obalenia.
   Dla  przyciągnięcia  róŜnych  środowisk  Viet  Cong  musiał  dyspo-
nować  odpowiednio  pojemnym  programem.  Znalazły  się    w      nim
postulaty      utworzenia    demokratycznego      rządu,  oprowadzenia
reformy  rolnej,  rozwoju  gospodarki,  podlenia    poziomu    Ŝycia,
rozwoju   kultury   i   oświaty    itd.  Wietnam    Południowy     miał
być      państwem      neutralnym,  i  w  przyszłości,  za  obopólną  zgodą,
miało nastąpić zjednoczenie.

NFW skonstruowano podobnie do Viet-Minhu. Formalnie  rodzajem

federacji  aŜ  30  organizacji,  w  praktyce  tylko  idą,  ściśle
kontrolowaną  przez  partię  komunistyczną,  która  na  tę  okazję
nazwała  się  Ludową  Partią  Rewolucyjną  Wietnamu  Południowego.
Innymi  organizacjami  Frontu  kierowali  w  pełni  dyspozycyjni
prokomuniści  albo  wręcz  członkowie  Lao  Dong  „pełniący
obowiązki" związkowców, przywódców młodzieŜowych itd.

Wszyscy  mieszkający  na  terenach  kontrolowanych  przez  Viet

Cong  musieli  naleŜeć  do  przynajmniej  jednego  „stowarzyszenia
wyzwoleńczego"  —  do  zrzeszenia  rolników,  związku  kobiecego,
młodzieŜowego,  zawodowego, partii  itd. TakŜe  rodziny  łączono  po
kilka  w  tzw.  grupy  sąsiedzkie.  Ludność  mogła  być  dzięki  temu
łatwo inwigilowana.
Struktura 

Frontu 

zgodna 

była 

regułami 

„centralizmu

demokratycznego".  Od  szczebla  najniŜszego  —  kilkuosobowi
komórek — do  samego  szczytu  hierarchii  —  Biura  Politycznego  w
Hanoi  —  ciągnął  się  łańcuch  zaleŜności.  Oczywiście  władze  Lao
Dong nigdy oficjalnie nie przyznały, Ŝe kierują Viet Congiem, lecz
kamuflaŜ  z  biegiem  lat  był  coraz  słabszy,  a  natychmiast  po
„wyzwoleniu" w 1975 r. niepotrzebne juŜ atrapy zniknęły ze sceny.

Ludowa   Partia   Rewolucyjna   (LPR)   teoretycznie   była jedną

z wielu grup Frontu, ale w rzeczywistości sterowała

background image

68

całością. Potwierdzał to nawet język oficjalnych  dokumentów.  w
których  bywała  nazywana  „awangardą"  NFW  lub  „siłą
kierowniczą".  Jak  sama  LPR  rozumiała  udział  innych  grup  w
NFW?  Oto  fragmenty  instrukcji  regionalnego  komitetu  partii
przejętej  przez  oddziały  Diema  w  1961  r.:  „W  bieŜącej  sytuacji
Wietnamu  Południowego  Komitet  Centralny  Partii  popiera
włączanie  tych  elementów  do  Frontu,  nie  dlatego,  Ŝe  Partia
zdradza  politykę  walki  klasowej  i  rewolucji,  nie  dlatego,  Ŝe  ma
zamiar  zaufać  tym  klasom...,  lecz  tylko  po  to,  by  spoŜytkować
ich  zdolności  i  prestiŜ  dla  celów  rewolucji  i  aby  dodać  prestiŜu
NFW.  Ta  linia  jest  tylko  tymczasową  polityką  Partii.  Gdy
rewolucja zwycięŜy, polityka ta zostanie zrewidowana".

Viet Congowi  zaleŜało  na  utoŜsamieniu aktualnego konfliktu z

poprzednim,  aby  móc  wykorzystać  —  jak  wtedy  —  uczucia
patriotyczne.  Jak  jednak  wynika  z  dokumentów  NFW,  nie  było
to  proste  i  trzeba  było  sporego  wysiłku,  by  przedstawić
Amerykanów  jako  kolonialistów.  Spośród  innych  argumentów
propagandowych  moŜna  wymienić  obietnice  rozdawania  ziemi.
obniŜania  czynszów,  skończenia  z  korupcją  i  represjami  władz.
Wiarygodność tych haseł osłabiały wiadomości o kolektywizacji
i  brakach  Ŝywności,  dochodzące  z  Północy.  Często  jednak  nie
dawano im wiary, uwaŜając je za przesadzone lub za propagandę
drugiej strony.

Ideologia  Frontu  —  jak  i  w  ogóle  komunizmu  w  wydaniu

wietnamskim  —  nie  była  skomplikowana.  Dla  przykładu
chłopom  tłumaczono  —  według  relacji  jednego  z  nich  —  Ŝe
„naleŜą  do  najbiedniejszej  klasy  i  dlatego  powinni  powstać  i
prowadzić  klasową  walkę  proletariatu  przeciw  rządzącej  klasie
kapitalistów, którymi są Amerykanie i ich lokaje". Organizowano
specjalne 

sesje 

oskarŜycielskie. 

przypominające 

seanse

nienawiści.  Skłaniano  na  nich  chłopów  do  ujawniania  wrogości
do  „feudałów",  „amerykańskich  imperialistów  i  ich  słuŜalców",
„sajgońskich marionetek" i innych „reakcjonistów".

background image

69

W  roku  1959  Viet  Cong  rozpoczął  ofensywę  przeciw  lokalnej

administracji.  W  ciągu  kilkunastu  miesięcy  zamordowano  ponad  6
tys. przedstawicieli władz, nauczycieli, dekarzy, techników, księŜy i
chłopów, którzy nie chcieli współdziałać z partyzantami. Drugie tyle
uprowadzono.  Liczbę  straszonych.  którzy  zgodzili  się  pozostać  na
stanowiskach  i  słuŜyć  komunistom,  ocenia  się  na  80  tys.  Miejsce
zamordowanych  i  tych.  którzy  uciekli,  natychmiast  zajmowały
kadry  komunistyczne.  Niekiedy  zmiana  przyjmowana  była  przez
mieszkańców  z  aprobatą,  np.  gdy  miejsce  skorumpowanego,
mianowanego przez Sajgon urzędnika czy policjanta obejmował ktoś
miejscowy. Plagi gnębiące  administrację RW  (korupcja, naduŜywanie
władzy  itd.)  występowały  przecieŜ  duŜo  rzadziej  wśród  komunistów
— przynajmniej z początku.

Gdy  władze  dowiadywały  się,  Ŝe  w  jakiejś  wiosce  działa  Viet

Cong,  następowały  represje.  Zwykle  uderzały  one  nie  w  dobrze
zakonspirowane  kadry  NFW.  lecz  w  chłopów.  Prześladowania
rodziły  chęć  odwetu  i  liczba  zaangaŜowanych  w  działalność  Viet
Congu 

rosła. 

Władze 

wydawały 

wówczas 

armii 

rozkaz

spacyfikowania  danej  wioski.  MoŜna  było  być  pewnym,  Ŝe  po  tej
akcji juŜ cała ludność obróci się przeciwko administracji RW, gdyŜ
wojsko działało brutalnie i bez znajomości lokalnej sytuacji.

Dlaczego jednak ta spirala gwałtu słuŜyła NFW, a nie władzom?

PrzecieŜ  moŜna  sobie  wyobrazić  inny  schemat,  w  którym  represje
Sajgonu  skłaniają  chłopów  do  odmowy  pomocy  dla  Viet  Congu,
wówczas komuniści muszą uciec się do terroru i tym samym zraŜają
do  siebie  ludność.  Wydaje  się,  Ŝe  nastąpił  wtedy  swego  rodzaju
„wyścig terroru", w którym zwycięŜył terror skuteczniejszy.

Jeśli  porównamy  Ŝycie  wsi  pod  władzą  Republiki  Wietnamu  i

NFW,  to  okaŜe  się,  Ŝe  przy  całej  nieudolności,  korupcji  i
obciąŜeniach  podatkowych  administracja  Diema  była  mniej
uciąŜliwa.  śyjąc  pod  kontrolą  Viet  Congu,  chłopi      takŜe      płacili
wysokie   podatki,   musieli   pracować

background image

70

przy budowie tuneli, umocnień i zasadzek, dostarczać partyzantom
Ŝ

ywności i schronienia.

Struktura  polityczna  Frontu  pełniła  funkcje  administracji,  na

przykład  Wyzwoleńcze  Zrzeszenie  Rolników  zajmowało  się
rozdzielaniem kontrybucji na poszczególne rodziny w wiosce.  Ale  to
nie  same  piękne  hasła  propagandowe  skłaniały  chłopów  do
oddawania  części  zbiorów  dla  Viet  Congu,  tylko  wisząca  w
powietrzu groźba uŜycia Sekcji Bezpieczeństwa.

Terror  Viet  Congu  był  skuteczniejszy  od  terroru  rządu

sajgońskiego, choć liczba jego ofiar była mniejsza. Dla komunistów
bowiem  terror  był  ostatnią  instancją,  gdy  zawiodły  inne  metody:
perswazja  i  szantaŜ.  KaŜde  morderstwo  było  wynikiem  decyzji
wyŜszych szczebli Frontu, które starannie kalkulowały jego efekty, w
szczególności  wpływ  na  ludność.  Terror  był  metodyczny  i
selektywny.  Najczęściej  atakowano  niepopularnych  urzędników  i
policjantów.  Ich  śmierć  nie  powodowała  chęci  odwetu,  a  działała
odstraszająco. Natomiast represje aparatu Diema przypominały  ciosy
na  oślep,  uderzały  tak  w  kadry  Lao  Dong  (zwykle  nie
najwaŜniejsze),  jak  i  w  sympatyków  i  osoby  przypadkowe.  W  ten
sposób  nie  ograniczały  wpływów  Viet  Congu,  lecz  budowały
opozycję.  Były  za  słabe,  by  zdusić  sprzeciwy,  a  wystarczająco
dotkliwe, by wzbudzić wrogość.

Powstanie  w  Wietnamie  Południowym  rozwijało  się  zgodnie  ze

wskazaniem  Mao  Tse-tunga:  „Najpierw  góry,  potem  wieś,  a  na
końcu  miasto".  Pierwszy  krok,  „góry",  oznaczał  zorganizowanie
lokalnych  komórek  ruchu  i  niewielkich  oddziałków  partyzanckich.
W  kroku  drugim  Mao  przewidywał  zbudowanie  struktur
regionalnych oraz rozpoczęcie walk partyzanckich na większą skalę.
I wreszcie trzecim krokiem miało być utworzenie sił regularnych. W
roku 1960 oddziały Frontu liczyły juŜ 9 tys. ludzi i po raz pierwszy
weszły  do  walki  w  sile  batalionu.  Rozrost  militarny  Viet  Congu
dokonywał  się  metodą  „pączkowania",  wyćwiczone  i  doświadczone
oddziały dzieliły się na trzy, które przyjmowały i szkoliły

background image

71

nowych  rekrutów.  W  połowie  1961  r.  walczyło  juŜ  15  tys.
partyzantów,  a  w  1962  —  30  tys.  oraz  12  tys.  Ŝołnierzy
przerzuconych z Północy.

Szybko  okazało  się,  Ŝe  armia  nie  moŜe  sobie  poradzić  z

Viet  Congiem.  Postanowiono  więc  wykorzystać  doświad-
czenia 

Brytyjczyków 

okresu 

tłumienia 

powstania

komunistycznego  na  Malajach.  Anglicy  uznali  słuszność
cytowanego  wcześniej  powiedzenia  Mao  i  pozbawili  „ryby",
tj. partyzantów, „wody", czyli środowiska, w którym  działali.
Przesiedlili ludność do specjalnych, ufortyfikowanych wiosek,
aby ułatwić jej obronę przed partyzantami i podciąć podstawy
ich zaopatrzenia, werbunku i wywiadu.

W  Wietnamie  program  „wiosek  strategicznych"  był  pro-

wadzony  przy  udziale  brytyjskich  i  amerykańskich  ekspertów
wojskowych.  Dzięki  pomocy  materialnej  USA  moŜliwe  stały
się działania na duŜą skalę. W 1962 r. powstały juŜ 4 z 11 tys.
planowanych  wiosek,  a  znalazło  się  w  nich  40%  ludności.
Niektóre  „strategiczne  wsie"  budowano  od  nowa,  inne
tworzono 

przez 

przebudowę 

dawnych. 

Otaczano 

je

bambusowymi palisadami i ogrodzeniami z drutu kolczastego,
a  z  ludności  organizowano  uzbrojone  oddziały  samoobrony.
Program  przewidywał,  iŜ  prócz  ochrony  przed  terrorem  Viet
Congu  „strategiczne  wioski"  umoŜliwią  reformy  społeczne  i
gospodarcze  -  przywrócenie  wyborów  władz  lokalnych,
reformę rolną, rozwój szkolnictwa i opieki społecznej.

JuŜ  wkrótce  Viet  Cong  zdołał  przeniknąć  do  większości

ufortyfikowanych wiosek, przekształcając je czasem we własne
twierdze.  Struktura  Frontu  okazała  się  zbyt  głęboko  zakorze-
niona

1

.  Poza  tym  przesiedlanie,  porzucanie  domostw  i  pól,

które szybko wchłaniała dŜungla, było  dla chłopów niezwykle
bolesne i budziło odruchowy sprzeciw.

1

  Sukces  Brytyjczyków  ułatwił  fakt.  iŜ  większość  powstańców  była  narodowości  chińskiej.  Dlatego

stosunkowo prosto moŜna było ich odizolować od ludności malajskiej.

background image

72

Amerykanie  w  coraz  większym  stopniu  brali  na  siebie

odpowiedzialność za losy Południowego Wietnamu. Największy
nacisk kładli na budowę Armii Republiki Wietnamu (ARW).

Francuzi zostawili 250 tys. słabo wyszkolonych i wyposaŜonych

Ŝ

ołnierzy,  których  trudno  byłoby  jednak  nazwać  armią,  gdyŜ

dowództwo  i  kadry  oficerskie  były  skłócone.  Amerykańscy
doradcy  wojskowi,  których  liczbę  porozumienia  genewskie
ograniczały do 342, zabrali się energicznie do dzieła. Zmniejszyli
armię do 150 tys. ludzi i rozpoczęli ambitny program szkoleniowy.
W  samym  tylko  1960  r.  1600  Wietnamczyków  przebywało  w
szkołach wojskowych w USA i na Zachodzie. Stany Zjednoczone
pokrywały  wszelkie  koszty  rozbudowy  ARW  (w  latach  1955-
1961 800 min doi.). Nacisk na sprawy militarne, w połączeniu  z
zaniedbywaniem kwestii politycznych i ekonomicznych, miał stać
się jednym z najpowaŜniejszych błędów USA.

Błędne  okazały  się  takŜe  metody  szkolenia  i  sposób  or-

ganizacji  armii  południowo-wietnamskiej.  Amerykanie  po
doświadczeniach  koreańskich  zakładali,  Ŝe  największym  za-
groŜeniem  będzie  inwazja  armii  DRW.  Ofiarą  reorganizacji
ARW  padły  więc  między  innymi  tzw.  groupes  mobiles,  lekkie,
ruchliwe  jednostki,  które  jako  jedyne  przeznaczone  były  do
działań  niekonwencjonalnych.  Stworzono  natomiast  regularne
dywizje  przystosowane  do  poruszania  się  po  drogach,  które  do
zwalczania  partyzantki  okazały  się  nieprzydatne.  Programy
szkoleniowe 

przestawiono 

konwencjonalnych 

na

przeciwpartyzanckie  dopiero  w  1960  r..  kiedy  wojna  objęła
większość prowincji

2

.

Zgodnie  z  zasadami  Mao  Tse-tunga  Viet  Cong  starał  się

zbudować bazę na wsi. Wachlarz stosowanych środków był

2

  Obrazowo,  choć  z  przesadą  ujął  to  jeden  z  amerykańskich  ekspertów:  „Oddział  sił  porządkowych

uzbrojony  w  gwizdki,  pałki  i  rewolwery  kal.  38  mm  (Q.  -  Raczej  0,38  cala).  Raczej  nie  był  w  stanie

aresztować oddziału partyzanckiego uzbrojonego w pistolety maszynowe, karabiny, granaty i moździerze”.

background image

73

zróŜnicowany  i  obejmował  takŜe  represje  ekonomiczne.  Dla
przykładu,  jeśli  nikt  z  danej  rodziny  nie  chciał  słuŜyć  w  Viet
Congu, to odbierano jej ziemię i nakładano karne kontrybucje.
Sytuacje  takie  nie  zdarzały  się  jednak  często.  Pytani,  czemu
chętniej    słuchają  partyzantów    niŜ    urzędników    RW.    Chłopi
dawali  zaskakująco  prostą  odpowiedź:  „Bo  kadry  są  dla  nas
bardziej  uprzejme  i  przyjacielskie.  Nie  traktują  nas  tak  źle,  jak
Ŝ

ołnierze i urzędnicy Diema".

    Postępowanie    przedstawicieli      władz     wiązało     się     z   ich
obcowaniem  i  z  załamaniem  etyki  konfucjańskiej,  ale  sedno
problemu  tkwiło  jeszcze  gdzie  indziej;  partyzanci  po  prostu
musieli dobrze Ŝyć z mieszkańcami wsi, gdyŜ byli od nich zaleŜni.
Bez  ich  pomocy  staliby  się  szybko  bandą  wygłodniałych
maruderów,  których  bez  kłopotów  wyłapaliby  Ŝołnierze.  Taka
bezpośrednia  i  oczywista  zaleŜność  nie  występowała  w
kontaktach  administracji  z  chłopami,  władza  łatwo  zapomina  z
czyich podatków się utrzymuje... A na dodatek armia południowo-
wietnamska była finansowana przez Amerykanów, czyli nawet tej
więzi z ludnością nie było.

Z  12  Punktów  Dyscypliny  obowiązujących  partyzantów  aŜ  8

dotyczyło  poprawnego  zachowania  wobec  cywilów:  „Bądź  dla
ludzi  solidny  i  uczciwy...  Nie  zabieraj  nigdy  nawet  igły...  Gdy
kwaterujesz w jakimś domu, dbaj o niego tak, jak o swój własny...
Kochaj  i  szanuj  lud".  RóŜne  socjotechniki  stosowane  przez
komunistów  dla  zyskania  sympatii  ludności  syntetycznie
ujmowało hasło: „śyj wspólnie, jedz wspólnie i pracuj wspólnie".

Z  upływem  lat  administracja  Diema  stawała  się  coraz  bardziej

skorumpowana  i  niepopularna.  Do  końca  lat  50.  poparcie  dla
Diema  prawdopodobnie  przewaŜało  jednak  nad  niechęcią.  Na
przykład  w  wyborach  do  Zgromadzenia  Narodowego  w  1959  r.
opozycja uzyskała tylko nieco ponad 20% głosów, co dało jej ok.
40 miejsc w 123-osobowym parlamencie. O względnej swobodzie
działania  politycznego  w  Republice  Wietnamu  moŜe  świadczyć
fakt, iŜ kandydowało wówczas

background image

74

441  członków  róŜnych  partii.  Znaczenie  Zgromadzenia  Naro-
dowego było jednakŜe ograniczone, gdyŜ Diem rządził za pomocą
dekretów  prezydenckich.  Wybory  te  pokazały  teŜ,  iŜ  najsilniejsze
poparcie rząd posiadał w regionach zagroŜonych przez Viet Cong,
natomiast opozycja koncentrowała się w bezpiecznych miastach.

Silna  opozycja  miejska  była  bezpośrednią  przyczyną  upadku

Diema  i  rozwijała  się  spontanicznie  w  miarę,  jak  Diem  zraŜał  do
siebie kolejne środowiska. Komuniści starali się oczywiście do niej
przenikać, ale nie zdołali jej zdominować. W opozycji znaleźli się
przywódcy  buddystów,  liderzy  sekt,  liberalna  inteligencja,  grupy
narodowców,  politycy  i  dowódcy  wojskowi  o  niespełnionych
ambicjach, młodzieŜ i studenci. We wszystkich tych organizacjach
działali  zakonspirowani  działacze  Lao  Dong,  których  celem  było
zaognienie sytuacji.

Diem nie potrafił i nie chciał zlikwidować źródeł antagonizmów.

W  jego  wizji  państwa  nie  było  miejsca  na  kompromisy.  Represje
nie przyczyniały się jednak do uspokojenia nastrojów.

W roku 1960 dwa wydarzenia powinny ostrzec reŜim Diema. W

kwietniu  grupa  znanych  osobistości  południowo-wietnamskich
(wśród  nich  dawni  bliscy  współpracownicy  Diema)  ogłosiła
manifest  protestujący  przeciw  prześladowaniom  opozycji  i
domagający  się  daleko  idących  reform.  W  listopadzie  wyszło  na
jaw,  iŜ  rząd  nie  moŜe  liczyć  nawet  na  armię;  trzy  bataliony
spadochroniarzy, 

naleŜące 

od 

oddziałów 

uwaŜanych 

za

najwierniejsze  Diemowi,  podjęły  próbę  przewrotu,  która  o  mało
nie  zakończyła  się  sukcesem.  Akcje  te  nie  skłoniły  władz
sajgońskich do zmiany polityki, ale dostrzegł je Waszyngton.

Do  końca  lat  50.  Wietnam  pozostawał  na  marginesie

politycznych  zainteresowań  USA.  1,2  mld  dolarów  pomocy  nie
było sumą na tyle duŜą, by wzbudzić w Kongresie dyskusje. Rząd
sajgonski znajdował się dopiero na piątym miejscu  wśród  krajów
wspomaganych  przez   USA.  DuŜo

background image

75

większą  wagę  przywiązywano  do  walk  w  Laosie,  gdzie  siły  Patet  Lao
zagraŜały  władzom  w  Vientiane.  Amerykanie  długo  nie  zdawali  sobie
sprawy  z  załamywania  się  reŜimu  Diema.  Kryzys  rozwijał  się
stopniowo,  a  uwagę  USA  zajmowały  teŜ  inne  problemy,  zdobycie
władzy  na  Kubie  przez  Fidela  Castro,  napięcie  wokół  Berlina  czy
dekolonizacja Afryki. Do roku
0  oceniano  sytuację  w  Wietnamie  dosyć  optymistycznie.  Pozory
wskazywały  przecieŜ  na  sukces  Diema:  w  Sajgonie  sklepy  i  domy
towarowe  były  świetnie  zaopatrzone,  na  ulicach  widać  było  wiele
drogich  samochodów  i  modnych  skuterów,  a  w  nowych  dzielnicach
wznoszono budynki nie odbiegające od standardu amerykańskiego.
USA  miały  zaufanie  do  Diema.  Wydawało  się,  Ŝe  Stany  Zjednoczone
znalazły  w  nim  przywódcę,  który  —  co  prawda  nie  w  stuprocentowo
demokratyczny sposób (ale czego się moŜna spodziewać po azjatyckim
w  końcu  kraju?)  —  potrafi  postawić  tamę  komunizmowi.  Potem
złudzenia zaczęły pryskać. Poziom Ŝycia okazał się sztucznie zawyŜony
przez pomoc  amerykańską,  która  trafiała  głównie  do  nielicznej
warstwy zamoŜnych Wietnamczyków. Wygląd Sajgonu i paru większych
miast  nie  mógł  przysłonić  nędzy  wsi.  Autorytet  Diema  okazał  się
chwiejny, 

administracja 

skorumpowana 

(m.in. 

efekcie

amerykańskiej pomocy).
W  roku  1960  ujawniły  się  wśród  Amerykanów  dwie  postawy  wobec
kryzysu w Wietnamie, których konflikt miał trwać do końca wojny. W
październiku  ambasador  USA  w  Sajgonie  zaczął  wywierać  naciski  na
Diema, by poszerzył skład rządu, ograniczył kontrolę prasy i przywrócił
lokalne  wybory  na  wsi.  Prezydent  RW  stwierdził,  Ŝe  całkowicie  zgadza
się  z  propozycjami  amerykańskimi,  ale  póki  toczą  się  walki,  ma
związane ręce. W kilka  tygodni  później  aresztowano  polityków, którzy
podpisali  wspomniany  manifest.  Ambasador  przestrzegł  wówczas
Waszyngton,  Ŝe  Wietnam  znajduje  się  na  krawędzi  katastrofy  i
zaproponował,  aby  w  zamian  za  dodatkową  pomoc  zaŜądać  od  Diema
reform.

background image

76

Wówczas ujawniało się drugie stanowisko: misja wojskowa USA w
Sajgonie  zaprotestowała  przeciw  planom  ambasady.  Wojskowi
uwaŜali, Ŝe demokratyzacja rządu RW odwróciłaby uwagę od walki
z  Viet  Coneiem  i  osłabiła  i  tak  zagroŜone  władze.  Dylematu  tego
Amerykanie  nie  rozwiązali  do  1975  r.  WciąŜ  toczyły  się  dyskusje,
czy  najpierw  naleŜy  pokonać  nieprzyjaciela  militarnie,  czy  teŜ
wytrącić mu polityczny oręŜ z ręki. demokratyzując RW.

20  stycznia  1961  r.  urząd  prezydenta  USA  objął  John

Fitzgerald  Kennedy.  W  słynnej  mowie  inauguracyjnej  powie
dział m.in.: .....zapłacimy kaŜdą cenę, uniesiemy kaŜdy cięŜar,
podejmiemy  kaŜdy  trud,  wesprzemy  kaŜdego  przyjaciela,
sprzeciwimy  się  kaŜdemu  wrogowi,  aŜeby  zapewnić  przetrwanie  i
zwycięstwo  wolności".  Wietnam  miał  stać  się  dla  młodego
prezydenta  jednym  z  miejsc,  w  których  chciał  wcielić  te  słowa  w
czyn.

W  maju  rozpoczęła  się  w  Genewie  kolejna  konferencja,  tym

razem  w  sprawie  Laosu.  Po  13  miesiącach  wynegocjowano
porozumienie,  na  mocy  którego  sąsiad  Wietnamu  miał  stać  się
neutralny  i  uzyskać  zjednoczony  rząd.  W  praktyce  znaczenie  tego
układu  sprowadziło  się  do  formalnego  zakazania  USA  działań  na
terytorium  Laosu,  choć  pozostało  tam  40  tys.  Ŝołnierzy  północno-
wietnamskich.

Czas  decyzji  w  sprawie  Wietnamu  nadszedł  dla  Johna

Kennedy'ego  na  przełomie  1961  i  62,roku.  Powrócił  wówczas  ze
specjalnej misji w Sajgonie gen. Maxwell Taylor. Stwierdził on, iŜ
otoczenie  Diema  jest  nieudolne  i  kieruje  się  wyłącznie  własnymi
interesami,  ARW  jest  osłabiona  rozgrywkami  politycznymi,
prześladowanie  opozycji  wzmacnia  niechęć  do  władz,  a
postępowanie  rządu  wobec  wsi  nie  pozwala  na  skuteczną  walkę  z
Viet  Congiem.  Prezydent  i  jego  doradcy  mieli  powaŜne
wątpliwości,  czy  słaby  i  podzielony  Wietnam  Południowy  nadaje
się  do  postawienia  na  jego  terenie  tamy  komunizmowi,  czy  nie
będzie  to  grunt  zbyt  grząski  i  niepewny.  Po  wahaniu,  Kennedy
postanowił jednak wspomóc RW.

background image

77

W  grudniu  1961  r.  Departament  Stanu  opublikował  Białą  Księgą,
zawierającą  opis  łamania  przez  Wietnam  Północny  porozumień
genewskich z 1954 r. i oskarŜającą Hanoi o agresję. Równocześnie w
liście  do  Diema  prezydent  zapewnił,  iŜ  USA  będą  wspierać
Republikę  Wietnamu,  dopóki  będzie  trwała  ingerencja  zewnętrzna,
ale  dodał,  Ŝe  Wietnamczycy  muszą  podjąć  nie  tylko  wysiłek
militarny,  lecz  takŜe  polityczny.  Kennedy  wskazał  na  konieczność
zreformowania  ARW,  systemu  społecznego,  rolnictwa  i  poszerzenia
zakresu  wolności.  Reakcja  Diema  świadczyła  o  postępującym
oderwaniu  od  rzeczywistości:  zainspirował  serię  antyamerykańskich
artykułów w prasie sajgońskiej.

Nie  zraŜony  tym  Waszyngton  przystąpił  do  realizowania  strategii

przeciwpowstańczej 

(counterinsurgency), 

by 

wspomóc

dwustutysięczną armię południowo-wietnamską, która nie mogła dać
sobie  rady  z  17  tys.  partyzantów.  Kennedy  postanowił  wysłać  do
Wietnamu  tzw.  Siły  Specjalne  (Special  Forces).  W  1961  r.  liczba
amerykańskich doradców wojskowych w RW została podwojona do
685.  Tym  samym  Stany  Zjednoczone  przekroczyły  dozwoloną  w
Genewie  liczbę, 

gdyŜ  wobec  jawnego 

gwałcenia 

układu

genewskiego przez stronę komunistyczną, czuły się zwolnione z jego
przestrzegania.

Kennedy  przejął  po  Eisenhowerze  doktrynę  odstraszania

nuklearnego,  opierającą  się  na  groźbie  atomowego  odwetu  w  razie
zagroŜenia  bezpieczeństwa  USA.  Poleganie  wyłącznie  na  broni
jądrowej  spowodowało,  iŜ  światowe  supermocarstwo  było  bezsilne
w obliczu niewielkich konfliktów lokalnych. Kennedy  osłupiał, gdy
po  wprowadzeniu  się  do  Białego  Domu  dowiedział  się,  Ŝe  gdyby
wysłał 10 tys. Ŝołnierzy do Wietnamu, to kraj zostałby ogołocony z
rezerw  strategicznych.  Prezydent  zaczął  więc  formułować  nową
doktrynę.  Polegała  ona  na  „elastycznym  reagowaniu"  (flexible
response)  
na  wszelkie  zagroŜenia,  od  wojen  partyzanckich  po
nuklearną.  Doktryna  ta  miała  stanowić  odpowiedź  na  sowieckie
wyzwanie,  rzucone  przez  Nikitę  Chruszczowa  w  styczniu  1961  r.
Oświadczył on

background image

78

wówczas  (w  ośmiogodzinnym  przemówieniu),  iŜ  Związek
Radziecki  będzie  zdecydowanie  popierał  „wojny  narodowo-
wyzwoleńcze".  W  Waszyngtonie  odebrano  wezwanie  szefa
KPZR  jako  rozszerzenie  przez  Kreml  areny  konfrontacji  z
Zachodem na obszar całego globu.

Wojny te miały stać się wojnami  nowego  typu, w  których  do

znanej  od  wieków  partyzantki  miały  dojść  czynniki  polityczne,
ideologiczne i  społeczne.  Amerykanie  musieli  więc  znaleźć  taki
sposób 

walki 

ze 

sterowanymi 

Moskwy 

ruchami

„narodowowyzwoleńczymi",  by  móc  bronić  sojusznicze  rządy,
nie  powodując  jednocześnie  bezpośredniego  starcia  z  ZSRR.
Odpowiedzią  Ameryki  miały  być  Siły  Specjalne,  zwane  teŜ
Zielonymi Beretami.

Była  to  elitarna  grupa  Ŝołnierzy  zawodowych,  wyspe-

cjalizowanych  w  szkoleniu  i  organizowaniu  sił  lokalnych.  Ich
działalność  przypominała  więc  tworzenie  przez  Francuzów
oddziałów  antypartyzanckich  na  tyłach  Viet-Minhu.  Program
szkolenia  Sił  Specjalnych  był  jednak  duŜo  szerszy.  Miały  one
uczestniczyć  w  realizacji  zadań  cywilnych  (pomoc  ludności,
organizacja  słuŜby  zdrowia  itp.).  John  Kennedy,  z  charak-
terystyczną  dla  niego  młodzieńczą  energią  i  idealizmem,
osobiście  zaangaŜował  się  w  tworzenie  Sił  Specjalnych.  Polecił
m.in.  zastąpienie  cięŜkich  i  hałaśliwych  wojskowych  butów  —
lekkimi,  sportowymi,  a  gdy  ich  podeszwy  okazały  się  zbyt
wraŜliwe na bambusowe szpikulce umieszczane przez Viet Cong
na 

ś

cieŜkach, 

wzmocniono 

je 

elastycznymi 

stalowymi

wkładkami.  Prezydent  rozkazał  teŜ  dostarczyć  Zielonym
Beretom  więcej  helikopterów  i  —  z  myślą  o  szkolonych  przez
nich  Wietnamczykach  —  krótsze  i  lŜejsze  karabiny.  Kennedy
dawał  do  zrozumienia,  Ŝe  czytał  prace  Mao  i  Che  Guevary  na
temat  działań  partyzanckich,  a  na  jego  biurku  zawsze  leŜał
zielony  beret  —  świadectwo  więzi  z  Siłami  Specjalnymi,  które
miały bronić wolności w Trzecim Świecie. Beret ten znajduje się
na cmentarzu Arlington, w grobie prezydenta.

background image

79

Pierwsze  pododdziały  Zielonych  Beretów  znalazły  się  w  Wiet-

namie  w  1962  r.  Miały  —  według  gen.  Taylora,  wojskowego
doradcy  prezydenta  —  udowodnić  Moskwie,  iŜ  wojny  narodo-
wowyzwoleńcze  nie  są  „tanie,  bezpieczne  i  prowadzące  do
zwycięstwa,  (lecz)  kosztowne,  niepewne  i  skazane  na  poraŜkę".
Zgodnie  z  planem  Waszyngtonu  RW  miała  dać  Ŝołnierzy  i  wolę
walki,  a  Stany  Zjednoczone  wyszkolenie,  transport,  broń  i
wyposaŜenie. śołnierzy Sił Specjalnych przerzucano na tereny objęte
działalnością  NFW,  gdzie  werbowali,  uzbrajali  i  ćwiczyli
partyzantów  oraz  kierowali  akcjami  dywersyjnymi.  Zielone  Berety
pomagały  teŜ  realizować  programy  cywilne:  odbudowę  zniszczeń,
szkolenie  medyczne,  szczepienia  ochronne  itp.  Choć  było  ich
niewielu,  uzyskali  niemałe  sukcesy,  przede  wszystkim  wśród
plemion  górskich.  JuŜ  w  kwietniu  1962  roku  działali  w  28  wsiach  i
uzbroili 1000 chłopów.

Tworzone  przez  nich  oddziały  były  niezaleŜne  równieŜ  od

Sajgonu. Amerykanie wykorzystali stary antagonizm dzielący górali
i  Wietnamczyków.  Zorganizowane  przez  nich  siły  lokalne  były
skłonne walczyć tak z komunistami, jak i z władzami Diema, gdyby
zechciały ingerować w ich sprawy. Nie podobało się to, rzecz jasna,
rządowi sajgońskiemu, choć powaŜnie utrudniało działalność NFW i
to na strategicznie waŜnych terenach PłaskowyŜu Centralnego i gór.

W  1962  r.  wydawało  się,  Ŝe  wojna  przybiera  korzystniejszy  dla

władz  obrót.  Na  podstawie  decyzji  Kennedy'ego  ARW  otrzymała
duŜe  dostawy  nowoczesnego  sprzętu,  w  tym  helikoptery,  amfibie  i
transportery  opancerzone.  Znacznie  wzrosła  liczba  doradców
amerykańskich — z 3 tys. w grudniu 1961 r. do 9 tys. w rok później.
Pełni  optymizmu,  tak  charakterystycznego  dla  Ameryki  ery
Kennedy'ego,  i  wiary,  Ŝe  obronią  Południowy  Wietnam  przed
komunizmem, ze spokojem znosili wyczerpujący klimat i dyzenterię,
którą  nazywali  „zemstą  Ho  Chi  Minha".  PrzewaŜali  wśród  nich
piloci śmigłowców, którzy transportowali oddziały armii sajgońskiej
do pola bitwy i ewakuowali je po walce.

background image

80

Wydawało się teŜ, Ŝe rząd Diema odnosi sukcesy na innych polach.

„Wioski  strategiczne"  nieco  polepszyły  sytuację  na  wsi,  a  wybory
prezydenckie  przyniosły  Diemowi  bezapelacyjne  zwycięstwo  nad
dwoma  kontrkandydatami.  Otrzymał  on  88%  głosów  (ale  —  co
znamienne  —  w  samym  Sajgonie  tylko  64%).  W  połowie  1962  r.
sytuacja  tak  radykalnie  zmieniła  się  na  korzyść  władz  RW,  Ŝe
komuniści myśleli nawet o wycofaniu się z delty Mekongu.

Przewaga  reŜimu  Diema  okazała  się  krótkotrwała.  Na  większe

zaangaŜowanie  Amerykanów  Hanoi  odpowiedziało  wzmoŜoną
infiltracją  ludzi  i  sprzętu.  Sukcesy  AR  W  oparte  na  wprowadzeniu
do  walki  helikopterów  skończyły  się,  gdy  tylko  partyzanci  Frontu
przekonali się, Ŝe „nie taki diabeł straszny". Z początku śmigłowce
budziły w nich takie przeraŜenie, Ŝe gdy zbliŜały się, rycząc tuŜ nad
wierzchołkami drzew, opuszczali swe schrony i uciekali — przez co
stawali  się  łatwym  celem.  Szybko  jednak  poznali  ich  słabe  strony.
Poza  tym  dŜungla  była  dla  Viet  Congu  tak  doskonałym
schronieniem,  Ŝe  nawet  z  helikopterów  niezmiernie  trudno  było
zlokalizować  partyzantów.  „Jeśli  nie  wylądujemy  im  wprost  na
głowie — znikają" — stwierdził sfrustrowany amerykański doradca.

Armia  sajgońska  na  krótko  tylko  zdołała  uchwycić  inicjatywę.

Amerykanie  zorientowali  się,  Ŝe  część  informacji  z  dowództwa
ARW jest fikcyjna, np. niektóre operacje kierowano celowo w puste
i  bezpieczne  okolice,  aby  nie  ponieść  poraŜki.  Awanse  oficerskie
zaleŜały  od  lojalności  wobec  rządu  albo  od  łapówek,  a  nie  od
zdolności.

Program „wiosek strategicznych" załamał się. Reformy spotkały się

z  ostrym  przeciwdziałaniem  NFW:  nowe  szkoły,  szpitale  i  stacje
agrotechniczne 

niszczono. 

Nauczyciele 

lekarze 

ginęli.

Współpracownik 

Johna 

Kennedy'ego, 

Robert 

McNamara,

stwierdził,  iŜ  „nie  sposób  przeprowadzać  reform  na  wsi,  jeŜeli
chłopscy 

przywódcy 

są 

systematycznie 

mordowani".

Bombardowanie  i  ostrzeliwanie  wiosek,  w  których  ukrywali  się
partyzanci, uŜywanie napalmu — powodowały wiele ofiar

background image

81

wśród ludności cywilnej, dając komunistom do ręki potęŜną broń
propagandową.

W  stosunkach  amerykańsko-wietnamskich  wytworzyła  się

dziwna  sytuacja:  władze  sajgońskie  —  nie  określane  przez
komunistów inaczej niŜ „marionetki" i „słuŜalcy imperialistów" —
faktycznie 

prowadziły 

politykę 

przeciwną 

postulatom

Amerykanów, choć były przez nich utrzymywane.

Kennedy"emu  trudno  było  się  zorientować  w  rzeczywistym

stanie  rzeczy.  Część  dziennikarzy  amerykańskich  akredytowa-
nych  w  Sajgonie  zaczęła  pod  koniec  1962  r.  bić  na  alarm  i
ostrzegać,  iŜ  Wietnam  znajduje  się  u  progu  katastrofy,  ale
ambasada  USA  i  wojskowi  przesyłali  uspokajające  raporty,  które
wskazywały na kolosalny postęp w porównaniu z rokiem 1960.

Prezydent  wahał  się  pomiędzy  opuszczeniem  Wietnamu  (co

sugerowała  część  jego  doradców)  a  wydaniem  otwartej  wojny
komunistom  (jak  proponowali  wojskowi).  Wybrał  w  końcu
taktykę  „środka  drogi"  (middle  of  the  road).  Nie  chciał  nadawać
wojnie  duŜej  rangi  (np.  odmówił  poświęcenia  kwestii
wietnamskiej  osobnego  wystąpienia  telewizyjnego,  a  w  czasie
konferencji  prasowych  unikał  tego  tematu),  lecz  z  drugiej  strony
sądził,  Ŝe  Amerykanie  nie  mogą  zostawić  sojusznika  samego  i
muszą  pozostać  choćby  po  to,  by  zwiększyć  zaufanie  RW  we
własne siły. Wiedział, Ŝe wojna antypartyzancka moŜe być długa,
trudna i moŜe wystawić cierpliwość Ameryki na cięŜką próbę, ale
jego  ostateczna  decyzja  brzmiała:  „I  think  we  should  stay"
(Myślę, Ŝe powinniśmy zostać).

Prezydent  Kennedy  zezwolił  na  szkolenie  przez  CIA  i  Zielone

Berety  oddziałów  południowo-wietnamskich.  przeznaczonych  do
wykonywania  tajnych  operacji  na  Północy.  Przerzucano  je  drogą
morską, a ich zadania obejmowały dywersję i wywiad. W akcji tej
brało udział, w sumie, kilkuset Ŝołnierzy. Z Północy na Południe
infiltrowały natomiast tysiące, a potem dziesiątki tysięcy ludzi. W
tym czasie nie zdawano sobie jeszcze w USA sprawy z rozmiarów
zaangaŜowania  DRW  w  wojnę  —  raporty  Centralnej  Agencji
Wywiadowczej uznawano za przesadzone.

6 — Wietnam 1962-1975

background image

82

Jedni  amerykańscy  politycy  i  dziennikarze  uwaŜali,  Ŝe  wojna  jest
rezultatem  komunistycznej  agresji  z  Północy,  drudzy  zaś,  Ŝe  Viet
Cong  to  rodzimy,  południowo-wietnamski  ruch,  który  powstał  w
wyniku  błędów  reŜimu  Diema  i  rozwinął  się  bez  poparcia  z
zewnątrz.  Właściwie  oba  stanowiska  są  słuszne:  powstanie  było  w
swych  korzeniach  autentyczne  i  wybuchło,  prawdopodobnie,  bez
inspiracji  z  Hanoi,  ale  natychmiast  zostało  podporządkowane  Lao
Dong. Partyzanci nie byliby jednak w stanie długo walczyć bez (z
początku rzeczywiście niewielkich) dostaw z DRW.
W  roku  1966  amerykański  dziennikarz  Sol  Saunders  leciał
samolotem  rozpoznawczym  T-28  nad  szlakiem  Ho  Chi  Minha.  Z
wysokości 300 metrów nad dŜunglą widział „czerwoną glinę i biały
wapień  tam,  gdzie  droga  została  niedawno  zbombardowana...  z
wyraźnie 

zaznaczonymi 

głębokimi 

odciskami 

opon

samochodowych".  Saundersa  zdziwiło,  Ŝe  choć  widoczność  była
doskonała i „nie było wątpliwości, Ŝe lecimy nad ruchliwą drogą",
to nie zobaczył Ŝadnego śladu Ŝycia.
Prace  nad  szlakiem  Ho  Chi  Minha  rozpoczęły  się  w  1959  r.
Wcześniej, w czasie I wojny indochińskiej, Viet-Minh  oczywiście
posiadał juŜ trasy komunikacyjne z Viet Bacu na Południe, ale gdy
zaczęła  się  kolejna  wojna,  Hanoi  postanowiło  powaŜnie  je
rozbudować.  Szlak  wiódł  przez  terytoria  Laosu  i  KambodŜy,
równolegle  do  granicy  Wietnamu  Południowego.  Był  to  cały
system  komunikacyjny  złoŜony  z  wielu  dróg  dla  pojazdów  i
ś

cieŜek  dla  pieszych.  Biegły  one  równolegle,  przecinały  się,

wspinały na stoki górskie i przełęcze, by ponownie zanurzyć się w
dŜungli.  Rozbudowa  i  naprawy  szlaku  wymagały  oczywiście
zmobilizowania  specjalnych  oddziałów  roboczych.  Inne  oddziały
zajmowały  się  organizacją  samego  transportu.  Amerykańscy
eksperci  chwalili  się,  Ŝe  mają  w  komputerach  zaprogramowane
całe  5600  km  szlaku.  Tymczasem  północno-wietnamski  historyk
wojskowy stwierdził po zakończeniu wojny, iŜ system liczył ponad
13 tys. km, bez dróg zapasowych.

background image

83

W  1963  r.  z  80  tys.  partyzantów  NFW  ponad  20  tys.  stanowili

ludzie  przerzuceni  z  Północy.  Do  roku  1964  Viet  Cong  zasilali  byli
Viet-Minhowcy,  pochodzący  z  Kochinchiny,  ewakuowani  po
porozumieniach genewskich. Byli to w 2/3 członkowie Lao Dong, w
większości oficerowie oraz kadry panyjne.

Z początku, gdy szlak Ho Chi Minha nie był tak udoskonalony, jak

przy  końcu  wojny,  jego  przebycie  oznaczało  morderczy  wysiłek.
Przejście  tysiąca  kilometrów  niebezpiecznymi  górskimi  ścieŜkami  w
trakcie  kilkumiesięcznej  podróŜy  dla  ok.  10%  wysyłanych  ludzi
kończyło  się  śmiercią  na  skutek  chorób  i  wypadków.  Później  doszły
bombardowania,  po  których  dŜungla  wyglądała  jak  po  trzęsieniu
ziemi  połączonym  z  potwornym  tajfunem,  wyrwane  z  korzeniami,
zwalone  i  splątane  konarami  drzewa  tworzyły  gąszcz  nie  do
przebycia.  A  jednak  ten  szlak,  zaczynający  się  tuŜ  powyŜej  strefy
zdemilitaryzowanej i dochodzący pod sam Sajgon, przebyło — tylko
do 1967 r. — ponad 200 tys. osób.

Jeśli sporządzilibyśmy mapę obrazującą aktywność Viet Congu, to

okaŜe  się,  Ŝe  nie  pokrywa  się  z  mapą,  która  wskazuje  natęŜenie
potencjalnych przyczyn partyzantki (np. nierówności społecznych na
wsi).  Wojna  była  najbardziej  krwawa  w  północnych  prowincjach
RW,  tymczasem  napięcia  społeczne  występowały  raczej  w  delcie
Mekongu.  Zatem  większe  znaczenie  od  wybuchowej  sytuacji
politycznej  miała  dobra  komunikacja  z  DRW,  północne  prowincje
leŜały przecieŜ najbliŜej strefy zdemilitaryzowanej. Oprócz północnej
części RW, najcięŜsze walki toczyły się w prowincji Tay Ninh, która
leŜy  w  miejscu,  gdzie  szlak  Ho  Chi  Minha  przecina  granicę
kambodŜańsko-wietnamską i kieruje się na Sajgon.

Hanoi  wspierało  powstanie  na  Południu,  choć  na  Północy  nie

brakowało  problemów.  W  1962  r.  wystąpił  powaŜny  kryzys
Ŝ

ywnościowy.  Organ  WPP  „Nhan  Dan"  stwierdził  wówczas,  iŜ

Wietnam  Północny  nie  jest  i  nie  będzie  w  stanie  wyŜywić  rosnącej
liczby ludności. A przyrost naturalny był

background image

84

niezwykle wysoki — 30 promili. Ludność DRW liczącej w 1963
r. 17 milionów zwiększała się o pół miliona rocznie.

Jak  w  tej  sytuacji  Hanoi  stać  było  na  prowadzenie  kosztownej

wojny? Po pierwsze, władze mogły egzekwować od społeczeństwa
wszelkie  wyrzeczenia,  nawet  doprowadzające  do  głodowego
minimum  egzystencji.  Drugim  filarem  moŜliwości  militarnych
DRW było wsparcie udzielane przez świat komunistyczny.

Przywódcom  Lao  Dong  udało  się  dokonać  nie  lada  sztuki:  w

okresie  pogłębiającego,  się  rozłamu  pomiędzy  Związkiem
Sowieckim a Chinami potrafili zyskać pomoc obu mocarstw. Co
więcej, potrafili wygrywać ich rywalizację z korzyścią dla siebie.
Były  w  historii  stosunków  DRW  z  Moskwą  i  Pekinem  okresy
zbliŜenia to do jednej, to do drugiej strony, ale zasadniczo Hanoi
starało się balansować pomiędzy ZSRR a ChRL. Przejawiało się
to  m.in.  w  formach  charakterystycznych  dla  komunistycznej
obrzędowości:  jeśli  w  wietnamskiej  gazecie  ukazał  się  artykuł
wychwalający  osiągnięcia  radzieckiej  techniki,  to  moŜna  było
mieć pewność, Ŝe obok znajduje się inny, podobny rozmiarami, w
którym 

opisywano 

zalety 

Wielkiego 

Skoku. 

Corocznie

obchodzono 

teŜ 

miesiąc 

przyjaźni 

chińsko-radziecko-

wietnamskiej.  Z  początku  pomoc  bloku  komunistycznego  była
zbliŜona  wielkością  do  amerykańskiej.  Na  przykład  w  latach
1955-1957 DRW otrzymała 200 min dolarów od Chin i 100 min
od Moskwy i satelitów.

Polityka  równowagi  pomiędzy  Pekinem  a  Moskwą  wymagała

od 

Wietnamczyków 

tak 

szybkiego 

manewrowania, 

Ŝ

e

przypominała  chwilami  slalom  narciarski.  W  1958  r.,  gdy
Sowieci krytykowali Wielki Skok i tworzenie komun w Chinach,
Biuro  Polityczne  WPP  wyraziło  uznanie  dla  „rezultatów
słusznego kierunku KP Chin opartego na twórczym zastosowaniu
niewzruszonych  zasad  marksizmu-leninizmu  do  warunków
chińskich". Natomiast podczas 21 zjazdu KPZR, kiedy Czou En-
laj opuścił Moskwę, protestując przeciw usunięciu ciała Stalina z
mauzoleum,  Ho  Chi  Minh  nie  poszedł  w  jego  ślady,  a  po
obradach odwiedził wiele miast

background image

85

w  ZSRR.  Z  kolei  w  1963  r.  Hanoi  znów  zbliŜyło  się  do  Pekinu
(m.in.  zaatakowało  Jugosławię  zgodnie  z  linią  chińską),  a
Związek  Sowiecki  wycofał  swych  specjalistów  z  Wietnamu  w
lutym  następnego  roku.  Stosunki  przywrócono  dopiero,  gdy  Le
Duan pokajał się w Moskwie w lutym następnego roku.

W  Stanach  Zjednoczonych  zaliczano  DRW  raczej  do

sojuszników Pekinu, zapominając, iŜ stosunek Wietnamczyków do
wielkiego  sąsiada  z  północy  był  złoŜony.  Były  w  nim  elementy
niechęci,  a  nawet  wrogości;  to  przeciw  Chińczykom  wybuchały
powstania w III, VI, X i XV wieku, a wspomnienia rabunków Kuo
Min Tangu w 1945 r. były jeszcze świeŜe. Amerykańska opinia o
bliskim  związku  Hanoi  z  Pekinem  nie  wynikała  jednak  z
przesłanek  historycznych,  lecz  z  obserwacji  aktualnych  tendencji
w  ruchu  komunistycznym.  Wszak  jednym  z  głównych  powodów
konfliktu  chińsko-sowieckiego  był  stosunek  do  kwestii  tzw.
pokojowego  współistnienia.  Pekin  odrzucał  politykę  odpręŜenia,
natomiast  Moskwie  na  niej  zaleŜało  i  zarzucała  Chińczykom
„lewackie  sekciarstwo".  W  tym  kontekście  wojownicza  polityka
DRW  stawiała  ją  w  oczach  Amerykanów  automatycznie  po
stronie ChRL.

Kierownictwo  Lao  Dong  było  przedmiotem  stałego  zainte-

resowania  amerykańskich  politologów,  którzy  próbowali  do-
szukiwać się w nim wewnętrznych tarć i podziałów frakcyjnych.
W  rzeczywistości  jednak,  choć  niektórzy  przywódcy  wydawali
się  bardziej  skłaniać  ku  linii  Mao  Tse-tunga,  a  inni  ku  polityce
Kremla,  Politbiuro  WPP  działało  nadzwyczaj  zgodnie.  Jego
członkowie byli  przecieŜ  ze  sobą  ściśle  związani  od  początku  lat
30.  lub  jeszcze  wcześniej.  Czołowe  postacie  wietnamskiego
kierownictwa  to:  Ho  Chi  Minh  —  prezydent  DRW  i
przewodniczący partii,  Le  Duan —  I sekretarz,  Truong  Chinh  —
były gensek, Vo Nguyen Giap — minister obrony, premier Pham
Van  Dong  i  Le  Duc  Tho  oraz  Pham  Hung  —  członkowie
Politbiura.

Skłócony  Wietnam  Południowy,  z  niestabilnym  rządem,

stanowił dokładne przeciwieństwo monolitycznej i rządzonej

background image

86

Ŝ

elazną  ręką  DRW.  W  1963  r.  RW  znalazła  się  na  krawędzi

katastrofy.

Diem,  który  w  latach  50.  miał  jeszcze  kontakt  ze  społeczeń-

stwem,  wiele  podróŜował  po  kraju,  później  coraz  bardziej
izolował  się  od  narodu.  Otoczył  się  wyłącznie  rodziną,
duchownymi  i  policją.  Ngo  Dinh  Nhu  manipulacją  i  przekup-
stwem  starał  się  wzmacniać  władzę  swoją  i  brata.  Szydercze  i
obraźliwe wobec  przeciwników wypowiedzi  Madame  Nhu.  która
stała  się  rzecznikiem  administracji,  jątrzyły  społeczeństwo.
Polityka rodziny Ngo, oparta na zasadzie „dziel i rządź", osłabiała
administrację  i  armię;  posuwano  się  nawet  do  sabotowania
operacji 

wojskowych, 

by 

mieć 

pretekst 

do 

usunięcia

niewygodnych oficerów.

W  RW  niewiele  było  autentycznych,  zorganizowanych  sił

społecznych: katolicy, sekty i VNQDD. Kościół katolicki miał ok.
1,5 miliona wyznawców. Jego znaczenie było o wiele większe, niŜ
moŜna  wnosić  z  tej  liczby.  Katolicy  byli  bowiem  dobrze
zorganizowani, wielu spośród nich naleŜało do elity intelektualnej
i politycznej. Kościół posiadał 15 diecezji, 1771 parafii, prowadził
szpitale,  sierocińce  i  inne  instytucje  charytatywne.  Wpływ
polityczny  katolików  ograniczony  był  brakiem  wspólnego
programu i dystansem dzielącym ich od reszty społeczeństwa.

Sekty bardzo straciły na znaczeniu. Hoa Hao byli podzieleni na

4  zwalczające  się  odłamy,  podobnie  Kao  Dai.  Narodowcy  takŜe
byli  rozbici  —  VNQDD  na  3  frakcje.  W  1963  r.  pojawiła  się
natomiast na arenie publicznej Wietnamu nowa siła.

Choć buddyści stanowili większość ludności,  byli  raczej  słabo

widoczni w Ŝyciu politycznym. Ich nagłe wystąpienie zaskoczyło
większość  obserwatorów.  Do  roku  1963  kilkuset  bonzów  w
sajgońskich pagodach wydawało się nie mieć Ŝadnego wpływu na
sprawy  społeczne.  Głoszący  daremność,  a  nawet  nierealność
działań  doczesnych,  pogrąŜeni  w  medytacjach,  uchodzili  za
oderwanych  od  świata.  W  dodatku  buddyści  byli  podzieleni  na
wiele kierunków i odłamów; w gruncie

background image

87

rzeczy nie moŜna nawet mówić o jednolitej religii buddyjskiej w
Wietnamie.  Większość  wyznawców  jedynie  nominalnie  była
buddystami  —  aktywnych  było,  podobnie  jak  katolików,  ok.  2
min. Buddyzm na wsi był przeniknięty taoizmem,  animizmem  i
oczywiście  konfucjanizmem,  tworzył  raczej  zespół  luźnych
wierzeń niŜ doktrynę religijną.

A  jednak  stanowił  potęgę  —  do  1963  r.  utajoną.  8  maja

przypadała  25  rocznica  konsekracji  biskupiej  Ngo  Dinh  Thuca,
brata  Diema,  arcybiskupa  Hue.  Na  uroczystościach  miał  być
obecny delegat papieski. W tym samym czasie obchodzono 2523
rocznicę  urodzin  Buddy.  Hue  okryło  się  Ŝółtymi  chorągwiami
buddyjskimi,  tłumy  wiernych  wyległy  na  ulice.  Abp  Thuc,
uraŜony  tym,  Ŝe  buddyjski  przywódca  Thich  Tri  Quang

3

  nie

przysłał mu gratulacji i chcąc wywrzeć jak najlepsze wraŜenie na
delegacie,  wystarał  się  u  swego  brata-prezydenta  o  zakaz
publicznych  obchodów  buddyjskiego  święta.  To  była  kropla,
która przepełniła czarę. Cierpliwość buddystów wyczerpała się. I
tak  często  byli  traktowani  przez  rządzących  katolików  jak
obywatele drugiej kategorii.

Doszło  do  zamieszek.  Policja  uŜyła  broni,  zabiła  9  osób.  To

spowodowało  falę  demonstracji  i  strajki  głodowe  buddyjskich
mnichów.  A  11  czerwca  oczy  całego  świata  zwróciły  się  na
Wietnam: na środku ruchliwego skrzyŜowania w Saj-gonie oblał
się benzyną i podpalił Thich Quang Duc. Przywódcy buddystów
zawiadomili  wcześniej  o  samospaleniu  reporterów.  Nazajutrz
zdjęcie mnicha siedzącego w pozycji lotosu w aureoli płomieni,
pojawiło  się  w  gazetach  całego  świata.  Przy  kilku  następnych
samospaleniach były juŜ ekipy telewizyjne. Nawet dziennikarzy
popierających 

buddystów 

raziło 

propagandowe

wykorzystywanie 

samospaleń, 

niemniej 

wywołały 

one

wstrząsające wraŜenie. Wzburzenie ogarnęło Sajgon, Hue i inne
miasta. Masowe  modlitwy  i demonstracje  następowały  jedne  po
drugich.  Do buddystów przyłączyły

1

 Thich to tytuł duchownych buddyjskich. MoŜna go przetłumaczyć jako „wielebny".

background image

88

się      inne      grupy      niezadowolone      z      rządów      Diema.      Sprawa
buddyjska okazała się zapalnikiem rosnącego od lat sprzeciwu.

Reakcja  władz  dolała  oliwy  do  ognia.  Diem  nie  zrobił  nic,  a

Madame  Nhu  porównała  akty  samospalenia  do  „pieczenia
szaszłyków"  i  z  nieukrywanym  rozbawieniem  wyraziła  gotowość
dostarczenia  benzyny  i  zapałek  dla  następnych  ochotników.
Amerykańskim  dziennikarzom  krytykującym  reŜim  sugerowała
pójście w ślady mnichów.

Południowy Wietnam wrzał. Wszystko wskazywało na to, Ŝe dni

Diema  są  policzone.  Prezydenta  ratowało  juŜ  tylko  poparcie
Waszyngtonu, który nie widział nikogo, kto mógłby Diema zastąpić.

Kennedy jeszcze przed wybuchem kryzysu buddyjskiego niepokoił

się sytuacją w RW. Trudno mu było podjąć właściwą decyzję, gdyŜ w
administracji  USA  istniały  duŜe  rozbieŜności  w  opiniach  na  temat
Wietnamu.  W  1963  r.  wysłał  tam  gen.  Krulaka  i  przedstawiciela
Departamentu  Stanu,  Menden-halla.  Po  powrocie  zdawali  relację  na
posiedzeniu 

Rady 

Bezpieczeństwa 

Narodowego. 

Doradca

Kennedy'ego, Arthur Schlesinger, tak opisał to posiedzenie: „Krulak
powiedział, Ŝe w Wietnamie wszystko jest w porządku.

Diem  jest  popularny,  morale  wysokie  i  jedyne,  co  pozostaje  do

zrobienia  Amerykanom,  to  poprzeć  go  stanowczo  i  wygra  wojnę.
Potem  relacjonował  Mendenhall  i  powiedział,  Ŝe  Diem  jest
całkowicie  niepopularny,  reŜim  znajduje  się  w  stanie  kryzysu,
buddyści są niechętnie nastawieni, liberalni demokraci równieŜ i nie
sposób na tym rządzie opierać jakiejkolwiek polityki amerykańskiej,
jeśli  chce  się  myśleć  o  powodzeniu.  Prezydent  Kennedy  słuchał
bardzo  uwaŜnie  i  w  końcu  zapytał:  Czy  obaj  panowie  byli  w  tym
samym kraju?".

Z upływem czasu Kennedy miał jednak coraz mniej wątpliwości.

Sajgon  wciąŜ  odrzucał  nalegania  Białego  Domu  na  demokratyzację.
Nhu  w  maju  1963  r.,  publicznie  zakwestionował  politykę
Waszyngtonu i sprzeciwił się zwiększaniu

background image

89

liczby doradców wojskowych. Doszło do tego, Ŝe Diem zaczął
szukać  kontaktów  z  komunistami,  uwaŜając  ich  za  mniejsze
zagroŜenie  dla  swojej  władzy.  Proponował  Hanoi  wycofanie
amerykańskich  doradców  w  zamian  za  uznanie  przez  DRW
jego rządu.

W  czasie  kryzysu  buddyjskiego  USA  próbowały  pogodzić

zwaśnione  strony. Demonstracje  i  samospalenia  trwały  jednak
nadal (samobójstwo popełniło w sumie siedmiu mnichów).

21  sierpnia  policja  Nhu  splądrowała  pagody  i  aresztowała

setki zakonników. Kilka dni'wcześniej Diem zapewnił w osobistej
rozmowie  ambasadora  USA,  Ŝe  nie  zostaną  juŜ  podjęte  Ŝadne
akcje represyjne. Amerykanie odebrali więc to wydarzenie jako
ś

wiadomy afront. Następnego dnia Nhu polecił odciąć telefony

ambasady USA, a winą za obławę obarczył dowództwo ARW.
Był  to  krok  niemalŜe  samobójczy,  gdyŜ  zraził  do  reŜimu
ostatnich wiernych mu oficerów. Ale nie był to koniec szaleństw
Nhu,  który  w  czasie  tych  dramatycznych,  ostatnich  miesięcy
rządów zepchnął Diema w cień; oskarŜając prezydenta o słabość,
zarządził aresztowanie kilku tysięcy studentów sajgońskich. A
były  to  przecieŜ  dzieci  establishmentu,  więc  ostatnia  grupa
lojalna wobec władz obróciła się przeciw rządowi. Nhu zdradzał
oznaki  postępującej  aberracji:  atakował  publicznie  USA,  oskarŜał
CIA o organizowanie zamachu na jego Ŝycie i przyznał otwarcie,
Ŝ

e rozpoczął negocjacje z Hanoi.

Cierpliwość Waszyngtonu się wyczerpała. Gdy kilka dni po

21  sierpnia  grupa  oficerów  ARW  nawiązała  kontakt  z  am-
basadą,  by  zbadać,  jaka  byłaby  reakcja  Ameryki  na  obalenie
Diema,  dano  im  do  zrozumienia,  Ŝe  jest  to  wariant  brany  pod
uwagę.  Amerykanie  obawiali  się  jednak,  Ŝe  przewrót  moŜe
zdestabilizować  państwo  i  sprowokować  komunistów  do
uderzenia.  Zerwanie  dziewięcioletnich  więzów  z  Diemem  nie
było  łatwe  i  co  gorsza  nie  było  widać  Ŝadnej  sensownej
alternatywy.

Kennedy  wiedział,  Ŝe  kaŜde  wyjście  będzie  złe.  Cały  czas

pojawiały  się  w  Białym  Domu  wątpliwości  co  do samej

background image

90

potrzeby  zaangaŜowania  w  Indochinach  (wyraŜał  je  np.  Robert
Kennedy). Prezydent wierzył jednak w teorię domina. Mówił, Ŝe:
„jeśli Wietnam Południowy upadnie, ...to powstanie wraŜenie, Ŝe
przyszłość  Azji  Południowo-Wschodniej  (naleŜy  do)  Chin  i
komunizmu".

We  wrześniu  John  Kennedy  zaczął  publicznie  krytykować

reŜim  sajgoński.  W  wywiadzie  telewizyjnym  powiedział:  „Nie
sądzę,  by  wojna  mogła  zostać  wygrana  bez  poparcia  ludności,  a
myślę,  Ŝe  w  ciągu  ostatnich  dwóch  miesięcy  rząd  stracił  kontakt
ze  społeczeństwem".  Występując  w  ONZ,  oskarŜył  Sajgon  o
łamanie  praw  człowieka,  a  gdy  Nhu  stwierdził,  Ŝe  w  Wietnamie
jest  za  duŜo  Ŝołnierzy  amerykańskich,  prezydent  wyraził
gotowość ich natychmiastowego wycofania.

Spiskujący  generałowie  wahali  się  do  końca  października,  lecz

postępujący  rozkład  morale  ARW  —  spowodowany  prześlado-
waniem  buddystów  —  skłonił  ich  w  końcu  do  działania,  1
listopada  o  godz.  13.30  ich  oddziały  zajęły  kluczowe  punkty
Sajgonu.  Diema  i  Nhu  otoczyły  w  pałacu  prezydenckim  siły
pancerne.  Wojsko  przez  kilka  godzin  nie  decydowało  się  na  atak,
choć  braci  broniła  tylko  ochrona  osobista.  W  tym  czasie  Diem
telefonował  do  dowódców  wojskowych  na  prowincji,  członków
administracji  i  przywódców  politycznych,  lecz  nie  uzyskał
pomocy.  Ambasador  amerykański  powiedział  mu,  Ŝe  nie  jest
zorientowany  w  sytuacji  i  nie  otrzymał  Ŝadnych  wytycznych  z
Waszyngtonu,  moŜe  najwyŜej  postarać  się  o  zorganizowanie
bezpiecznego  wyjazdu  Diema  z  kraju.  Prezydent  odparł,  Ŝe  nie
chce  opuszczać  Wietnamu,  lecz  „przywrócić  porządek"  i  odłoŜył
słuchawkę.  Wkrótce  potem  wymknęli  się  z  pałacu  razem  z  Nhu
podziemnym  przejściem  i  schronili  w  kościele  w  chińskiej
dzielnicy.  Szybko  zostali  jednak  wykryci  i  zastrzeleni  przez
Ŝ

ołnierzy  w  transporterze  opancerzonym.  Na  uzyskanych  później

przez CIA zdjęciach widać ciała obu braci z rękami skrępowanymi
na plecach.

Obalenie  reŜimu  wzbudziło  wśród  Wietnamczyków  radość  i

nadzieję.  Tłumy  ludzi  wiwatowały  pod ambasadą  USA,

background image

91

tańczono  na  ulicach.  Nadzieja  trwała  jednak  równie  krótko,  jak
rządy  wojskowej  junty.  Po  trzech  miesiącach,  w  wyniku
kolejnego  zamachu  stanu,  władzę  objęli  inni  generałowie.  W
ciągu 20 miesięcy dokonano 10 przewrotów, w rezultacie których
wszyscy wyŜsi dowódcy wojskowi choćby chwilowo znajdowali
się  u  władzy.  W  Wietnamie  było  48  generałów  i  Ŝaden  nie
uwaŜał  się  za  gorszego  od  pozostałych.  Wszystkie  junty  łączył
brak doświadczenia politycznego, programu i szerszego poparcia
społecznego.

John  Kennedy  przeŜył  Diema  zaledwie  o  trzy  tygodnie.  Jego

współpracownicy  twierdzą  do  dziś,  Ŝe  gdyby  nie  strzały  w
Dallas,  prezydent  nie  pozwoliłby  na  dalsze  zaangaŜowanie
Stanów Zjednoczonych w Wietnamie. Fakty wskazują jednak na
coś  innego:  to  Kennedy  wprowadził  USA  na  drogę  zbrojnego
powstrzymywania  komunizmu  w  Indochinach.  Drogę,  która
okazała się równią pochyłą.

Viet Cong — zgodnie z przewidywaniami Amerykanów — w

pełni  wykorzystał  zamęt  po  obaleniu  Diema.  Generałowie.
którzy przejęli władzę, przeprowadzili czystkę na duŜą skalę, co
osłabiło  zdolności  państwa  do  obrony.  Jeden  z  przywódców
NFW  powiedział  o  zamachach  stanu  w  Sajgonie:  „Były  dla  nas
prawdziwym 

darem 

niebios. 

Militarna, 

polityczna 

i

administracyjna 

pozycja 

przeciwnika 

uległa 

powaŜnemu

osłabieniu...  śołnierze,  oficerowie  i  funkcjonariusze  administ-
racyjni  są  całkowicie  zdezorientowani".  W  czasie  kampanii  po
ś

mierci  Diema  partyzanci  poprzecinali  wiele  dróg,  zlikwidowali

ponad 1600 „wiosek strategicznych", zabili 6 tys. Ŝołnierzy ARW
i rozbili setki posterunków.

Następca Kennedy'ego, Lyndon B. Johnson, po dwóch  latach

chaosu  w  Południowym  Wietnamie  nie  miał  juŜ  wyboru:  mógł
pozwolić na upadek RW lub wysłać do walki armię USA.

background image

REWOLUCJA CZY AGRESJA

Walka toczy sią na kilku frontach: rząd przeciw generałom,

buddyści przeciw rządowi. Generałowie przeciw ambasadorowi i

— mam nadzieją — generałowie przeciw Viet Congowi.

Gen. Maxwell Taylor do korespondentów amerykańskich

w Sajgonie w 1965 roku

Dziewięć  lat  rządów  Diema  pozostawiło  Wietnam  w  krytycz-
nym  stanie.  „Robotnicy  strajkują,  studenci  demonstrują,  prasa
prowadzi  stałą  kampanię  przeciwko  rządowi"  —  pisał  gen.
Westmoreland.  śycie  społeczne  ogarnęła  anarchia,  w  nie-
których  prowincjach  pojawiły  się  tendencje  odśrodkowe,  partie
polityczne  buntowały  się  przeciw  rządom  wojskowym,  częste
stały  się  demonstracje  antyamerykańskie  i  pokojowe.  PowaŜne
konflikty  ideologiczne  i  religijne  krzyŜowały  się  z  ambi-
cjonalnymi  grami  politycznymi,  a  znakomita  większość  po-
działów  partyjnych  wynikała  wyłącznie  z  animozji  personal-
nych.  Na  ulicach  Sajgonu  walczyły  ze  sobą  pochody  buddys-
tów  i  katolików,  wybuchały  bomby,  dokonywano  zamachów
terrorystycznych  —  z  nie  zawsze  jasnych  powodów.  Dzikie
demonstracje  kierowane  przez  gangi  młodzieŜowe  podpalały
budynki,  niszczyły  samochody,  rabowały  i  biły  kaŜdego,  kto
stanął na ich drodze. Nie ulega wątpliwości, Ŝe komuniści

background image

93

starali  się  rozkręcać  spiralę  bezładu,  ale  było  to  zjawisko  nie
dające się kontrolować przez nikogo. W sierpniu 1964 r. gen.
Nguyen  Khanh  próbował  zapanować  nad  sytuacją:  ogłosił
dyktaturę i ograniczył prawa obywatelskie. Miasta ogarnęła fala
protestów. Niedoszłego dyktatora złapali demonstrujący studenci
i — przy biernej lub wręcz przychylnej postawie policji i wojska
— obwozili go na czołgu po Sajgonie i zmuszali do wykrzykiwa-
nia: „Precz z władzą wojska! Precz z dyktaturą! Precz z armią!".

W  tym  samym  czasie  ujęto  na  Południu  pierwszych  pobo-

rowych z Północy. Oznaczało to, Ŝe do walki weszły regularne
jednostki armii DRW. Na wiadomość o tym gen. Khanh rzucił
hasło  „Marszu  na  Północ".  Szybko  jednak  został  uciszony
przez  Amerykanów,  którzy  odrzucali  wszelką  myśl  o  zaatako-
waniu  DRW,  sądząc,  Ŝe  —jak  w  Korei  —  spowodowałoby  to
natychmiastową  ripostę  Chin.  USA  zapewniały  zresztą  wielo-
krotnie  kanałami  dyplomatycznymi  i  DRW,  i  Pekin  —  nawet
juŜ  po  rozpoczęciu  bombardowań  Północy  —  Ŝe  nie  mają
zamiaru wkraczać na terytorium komunistyczne, pragną jedynie
obronić Wietnam Południowy.

Pociągnęło to za sobą daleko idące następstwa, szczególnie

na  polu  propagandy  politycznej.  Hasło  zjednoczenia  kraju
stało  się  wyłączną  własnością  DRW.  Południowi  Wietnam-
czycy nie mogli go uŜywać i w konsekwencji zostali postawieni
wobec  konieczności  prowadzenia  walki,  której  celem  było
utrzymanie podziału kraju.

W 1964 r. w szeregach Viet Congu walczyło 100 tys. ludzi,

a  w  1965  juŜ  130  tys.  (35  tys.  Ŝołnierzy  w  oddziałach
regularnych  oraz  95  tys.  partyzantów).  Mieli  przeciwko  sobie
armię  sajgońską  liczącą  ponad  200  tys.  ludzi  i  drugie  tyle  w
terytorialnych  siłach  samoobrony.  Gdy  dodamy  do  tego  20
tys.  doradców  amerykańskich,  to  okaŜe  się,  Ŝe  stosunek  sił
wynosił  3,5:1,  a  zatem  (zwaŜywszy  na  specyfikę  wojny
partyzanckiej) nie moŜna było mieć Ŝadnych  nadziei  na  rychłe
pokonanie  Frontu.  Tym  bardziej  Ŝe  armia  znajdowała  się  w
stanie katastrofalnym. Kadra oficerska była niekompetentna,

background image

94

często  tchórzliwa,  przeŜarta  prywatą.  Południowy  Wietnam
odziedziczył  po  Francuzach  politykę  rekrutowania  oficerów  z
wyŜszych  warstw  społecznych  —  przede  wszystkim  z  miejskiej
inteligencji.  Wskutek  klasowego  zamknięcia  struktur  RW  jedyna
droga  awansu  dla  synów  chłopskich  wiodła  przez  kadry  Viet
Gongu.

Zwykle  Ŝołnierze  południowo-wietnamscy  walczyli  dzielnie,

jeśli  mieli  dobrego  dowódcę.  Jednak  większość  oficerów  ARW
nie  przejmowała  się  zbytnio  wojną,  mieli  np.  wolne  weekendy.
Dyscyplina  równieŜ  nie  była  najmocniejszą  stroną  armii
sajgońskiej.  Dezerterów  było  tak  wielu,  Ŝe  działalność  sądów
wojskowych  stała  się  zwykłą  formalnością;  niskie  kary  za
dezercję  nikogo  nie  odstraszały.  Z  uciekinierów  tworzono  więc
oddziały  tyłowe  —  naturalnie  jeśli  udało  się  ich  znaleźć,  gdyŜ
łatwo  znajdowali  schronienie  w  środowiskach  opozycyjnych,  np.
u buddystów.

W  DRW  za  dezercję  groziły  kary  znacznie  wyŜsze,  do  kary

ś

mierci  włącznie,  i  Ŝaden  sąd  Wietnamskiej  Armii  Ludowej  nie

zawahałby się przed ich wymierzeniem. Ale — co istotniejsze —
z komunistycznej armii nie było gdzie uciekać. Zarówno w DRW,
jak  i  w  strefach  kontrolowanych  przez  Viet  Cong  ludność  była
całkowicie zaleŜna od władz. Dezerter nie miałby się gdzie ukryć,
nawet 

rodzinnej 

wiosce 

zostałby 

wydany 

Sekcji

Bezpieczeństwa  (na  Południu)  lub  milicji  Tu  Ve  (w  DRW).
Przejście  na  stronę  Sajgonu  równieŜ  było  niełatwą  decyzją,  pod
rządami komunistów pozostawała przecieŜ rodzina.

Biorąc  to  wszystko  pod  uwagę,  za  wielki  sukces  RW  moŜna

uznać wyniki tzw. programu Chieu Hoi, czyłi Otwartych Ramion.
Polegał on na umoŜliwieniu uciekinierom z Viet Congu powrotu
do  normalnego  Ŝycia.  Władze  sajgońskie  zrezygnowały  —  pod
naciskiem 

Amerykanów 

— 

represjonowania 

byłych

partyzantów, udzielając dezerterom nie tylko całkowitej amnestii,
lecz  takŜe  pomocy  materialnej.  Z  programu  Chieu  Hoi
skorzystało  w  latach  1963-1968  blisko  30  tys.    członków  Viet
Congu.  MoŜe  się wydawać, Ŝe to

background image

95

niewiele,  zwłaszcza  Ŝe  w  program  ten  włoŜono  wiele  energii:
nad terenami zajmowanymi przez NFW zrzucono z samolotów i
wystrzelono  w  pociskach  artyleryjskich  miliony  ulotek  (tzw.
przepustek  do  wolności),  nadawano  audycje  ze  śmigłowców  i
apele  przez  głośniki  w  czasie  starć.  Ale  biorąc  pod  uwagę
stalową  dyscyplinę  panującą  w  Viet  Congu,  przejście  tylu
tysięcy  partyzantów  na  stronę  Sajgonu  świadczy  o  tym,  jak
znaczny procent ludności w rzeczywistości ich nie popierał.

Z  drugiej  strony  coraz  więcej  przedstawicieli  administracji

RW  pracowało  skrycie  dla  Frontu;  zastraszenie  było  o  wiele
lepszym sposobem działania od dekapitacji. Posłuszny urzędnik
był  bardziej  uŜyteczny  —  znał  przecieŜ  zamierzenia  władz.
Natomiast  akcje  mające  na  celu  —  jak  mówili  Amerykanie  —
„zdobycie  serc  i  umysłów"  chłopów  rozbijały  się  o  dwie
przeszkody.  Pierwszą  stanowiło  wyobcowanie  rządu  południo-
wo-wietnamskiego:  pracujący  dlań  ludzie  nie  umieli  nawiązać
kontaktu  z  ludnością,  byli  nawet  inaczej  ubrani  —  nie  nosili
tradycyjnych czarnych „piŜam" (Q.!), jak partyzanci. Drugą było
przeciwdziałanie  Viet  Congu.  Ambasador  USA  mówił:  „Jak
moŜna  szerzyć  oświatę,  jeśli  przychodzi  Viet  Cong,  wysadza
szkoły... i morduje nauczycieli? Jak moŜna dostarczać ulepszone
odmiany  ryŜu,  jeśli  przychodzi  Viet  Cong  i  kradnie  plony?  Jak
moŜna  oŜywiać  gospodarkę  i  podnosić  poziom  Ŝycia,  jeśli  Viet
Cong wysadza drogi i mosty".

W  rok  po  zamachu  na  Diema  NFW  kontrolował  juŜ  ok.

połowy obszaru Wietnamu Południowego i ponad 30% ludności.
Na  tzw.  terenach  wyzwolonych  działały  nawet  szkoły  i  kluby
sportowe.  Materialną  podstawą  Viet  Congu  były  podatki
ś

ciągane  na  zajętych  obszarach,  a  takŜe  od  ludności,  nad  którą

nominalne  zwierzchnictwo  sprawowały  władze  sajgońskie.
Właściciele sklepów, barów itp. lokali nie płacili ich bynajmniej
z  czystej  sympatii  dla  Frontu,  lecz  w  obawie  o  swe  mienie  i
bezpieczeństwo.

Wieś stanowiła źródło Ŝywności i rekrutów. Ocenia się, Ŝe ok.

70% środków Frontu pochodziło z terenu  Wietnamu

background image

96

Południowego  —  reszta  z  Północy.  Znaczna  część  broni  była
zdobywana w walce albo kradziona w portach wprost ze statków z
zaopatrzeniem dla ARW. W portach działały zorganizowane gangi,
które  zajmowały  się  kradzieŜą  dostaw  amerykańskich  na  wielką
skalę;  broń  wędrowała  do  partyzantów,  natomiast  towary
konsumpcyjne na czarny rynek.

Wojna  w  Wietnamie  przybierała  na  sile.  Czas  podjęcia

przełomowych decyzji w Waszyngtonie zbliŜał się nieuchronnie —
jeśli  Amerykanie  .nie  chcieli  ujrzeć  Hagi  Viet  Congu  (czerwono-
niebieskiej z Ŝółtą gwiazdą) na ulicach Sajgonu.

Lyndon B. Johnson rozpoczął swą prezydenturę pod hasłem „Let

us  continue"  (Kontynuujmy).  Mówiąc  to,  nie  miał  bynajmniej  na
myśli  kontynuowania  zaangaŜowania  USA  w  Wietnamie.  Myślał
raczej  o  doprowadzeniu  do  końca  zamierzonych  przez  Johna
Kennedy'ego przekształceń wewnętrznych w Stanach Zjednoczonych.
Johnson,  syn  ubogiego  teksaskiego  farmera,  pragnął  rozwiązać
szereg  problemów  społecznych  Ameryki  i  stworzyć  Great  Society
(Wielkie 

Społeczeństwo). 

Chciał 

doprowadzić 

do

równouprawnienia  czarnej  mniejszości;  zlikwidować  ubóstwo;
stworzyć  narodowy  system  opieki  zdrowotnej  i  podnieść  poziom
szkolnictwa.  Udało  mu  się  przeprowadzić  wiele  daleko  idących
reform, ale jego kariera zakończyła się szybko — właśnie z powodu
Wietnamu. To Wietnam sprawił, Ŝe Johnson musiał zrezygnować z
powtórnego  kandydowania  do  prezydentury.  To  Wietnam  sprawił,
Ŝ

e  jako  pierwszy  prezydent  w  historii  USA  mógł  występować

publicznie bez obawy wywołania demonstracji tylko na terenie baz
wojskowych...

Johnson  nie  chciał  tej  wojny  —  obawiał  się,  Ŝe  stanie  się

przeszkodą  na  drodze  do  Great  Society.  Mimo  to,  gdy  składał
przysięgę  prezydencką  w  dniu  śmierci  Johna  Kennedy'ego,  w
Wietnamie  było  tylko  16  tys.  amerykańskich  doradców
wojskowych, a gdy odchodził — ponad 500 tys. Ŝołnierzy.

Wiosną 1964 r. Johnson miał do wyboru cztery opcje w kwestii

wietnamskiej.  Pierwsza  —  wycofanie  doradców  i  pozostawienie
rządu sajgońskiego własnemu losowi, miała

background image

97

w  Waszyngtonie  licznych  zwolenników;  „gołębie"  —  jak  ich
nazywano — uwaŜali, iŜ Ŝadne istotne interesy USA nie wymagają
angaŜowania  się  w  powstrzymywanie  komunizmu  w  Indochinach.
Kwestionowali  ..teorię  domina",  twierdzili,  Ŝe  w  Wietnamie  trwa
wojna domowa, do której Ameryka nie ma prawa się wtrącać. Inni
uwaŜali,  Ŝe  popierając  autorytarny  reŜim,  USA  zdradzają  swe
zasady,  a  opuszczając  Wietnam,  Ameryka  wcale  nie  straci
wiarygodności  wśród  sojuszników,  co  stanowiło  waŜny  argument
„jastrzębi".  Johnson  odrzucił  tę  opcję  bez  namysłu.  Jako
Teksańczyk  z  krwi  i  kości  przestrzegał  kodeksu  honorowego:
odwrót,  złamanie  danego  słowa  i  tchórzostwo  były  dlań  nie  do
pomyślenia.  JuŜ  w  kilka  dni  po  objęciu  urzędu  powiedział:  „Nie
mam  zamiaru  stracić  Wietnamu.  Nie  będę  tym  prezydentem,  który
będzie  się  przyglądał,  jak  Azja  Południowo--Wschodnia  kroczy
drogą, którą poszły Chiny".

L.  B.  Johnson  uwaŜał,  iŜ  nie  moŜna  dopuścić  do  upadku

Republiki  Wietnamu,  gdyŜ  pojawiłby  się  wówczas  „następny
McCarthy".  Prezydent  obawiał  się  podobnej  reakcji,  jak  po
zwycięstwie  Mao  Tse-tunga  w  Chinach,  kiedy  senator  Joseph
McCarthy  oskarŜył  rząd  o  to,  Ŝe  przyczynił  się  do  klęski  Czang
Kaj-szeka.

Drugą  opcją  była  neutralizacja  Wietnamu  Południowego.  Za

„neutralizacją"  opowiadało  się  równieŜ  Hanoi,  uzupełniając  ją
postulatem  utworzenia  w  Sajgonie  rządu  z  udziałem  Viet  Congu.
Zdaniem  Johnsona,  opcja  ta  niewiele  róŜniła  się  od  pierwszej,
bowiem:  „Dopóki  komunistyczny  reŜim  w  Wietnamie  Północnym
trwa 

swej 

agresywnej 

polityce, 

dopóty 

neutralizacja

Południowego równałaby się przejęciu władzy przez komunistów".

Opcję  trzecią  stanowiła  eskalacja  wojny,  to  jest  wprowadzenie

do walki oddziałów amerykańskich lub nawet zaatakowanie DRW,
czego  domagała  się  grupa  jastrzębi".  Przewodził  jej  republikański
kontrkandydat  Johnsona  w  wyborach  prezydenckich  w  1964  r.  —
senator  Barry  Goldwater.  Tę  strategię  prezydent  na  razie  odrzucił
jako awanturniczą. Wybrał opcję

background image

98

czwartą,  middle  of  the  road,  kontynuując  —  takŜe  w  kwestii
wietnamskiej  —  politykę  Johna  Kennedy'ego.  Wykluczał  dąŜenie
do  opanowania  DRW,  jak  i  pozostawienie  Południa  bez  pomocy.
RW, broniona przy wsparciu Amerykanów, miała wzmocnić się na
tyle, by była w stanie sama stawić czoło komunistom.

W  kręgach  rządowych  Stanów  Zjednoczonych  od  początku

istniały więc zasadnicze rozbieŜności co do przyczyn, konieczności i
moŜliwości  zaangaŜowania  USA  na  Półwyspie  Indo-chińskim.
RóŜnice te miały się pogłębiać w miarę eskalacji wojny, rozszerzyć
na całe społeczeństwo i doprowadzić do jednego z najgroźniejszych
kryzysów w historii Ameryki.

Stany  Zjednoczone  były  wciągane  w  swą  najdłuŜszą  wojnę

niepostrzeŜenie.  W  marcu  1964  r.  prezydent  zgodził  się  na
zwiększenie  dostaw  broni  dla  ARW,  rozszerzenie  zakresu  tajnych
operacji  w  Północnym  Wietnamie  i  rozpoczęcie  planowania
uderzeń  powietrznych  na  DRW.  Ostatni  punkt  stał  się  potem
podstawą  oskarŜania  Johnsona  o  manipulowanie  amerykańską
opinią  publiczną,  zatajanie  rzeczywistych  celów  Białego  Domu,  a
nawet  o  umyślne  prowokowanie  wojny  według  stworzonego
rzekomo  wtedy  „scenariusza".  Czy  rzeczywiście  wprowadzał  w
błąd  opinię  publiczną?  Najlepiej  świadczą  o  zamiarach  Johnsona
fakty.

W połowie 1964 r., a zatem przed pierwszymi bombardowaniami,

Stany Zjednoczone  próbowały  pertraktować  z  Hanoi.  Pośrednikiem
był  Blair  Seaborn  —  szef  delegacji  Kanady  w  MKKiN.  Przekazał
on  Pham  Van  Dongowi  stanowisko  USA,  które  brzmiało
następująco: Stany Zjednoczone „nie chcą baz wojskowych w tym
regionie  i  nie  pragną  obalenia  władzy  komunistycznej  w  Hanoi";
jeśli  tylko  DRW  nie  będzie  dąŜyć  do  ekspansji,  to  moŜe  uzyskać
podobne  korzyści  gospodarze  i  polityczne,  jak  np.  Jugosławia.
Jedynym  Ŝądaniem  Waszyngtonu  było  zakończenie  pomocy  DRW
dla Viet Congu. W przeciwnym razie — ostrzegały USA — Wietnam
Północny mogą dotknąć znaczne zniszczenia.

background image

99

Kierownictwo  Lao  Dong  zinterpretowało  amerykańską  próbę

nawiązania  dialogu  jako  sygnał,  iŜ  Stany  Zjednoczone  —  po
doświadczeniach koreańskich — nie są zdolne do uczestniczenia w
następnej  wojnie  w  Azji,  toteŜ  nie  wykazało  zainteresowania
ofertą.  Pham  Van  Dong  zarzucił  Amerykanom,  Ŝe  to  oni  są
agresorami,  zaŜądał  ich  bezwarunkowego  wycofania  i  stwierdził,
Ŝ

e  problemy  Południa  powinny  zostać  rozwiązane  „przez  samych

Południowych  Wietnamczyków".  Na  zakończenie  stwierdził,  Ŝe
Viet  Cong  i  ci,  którzy  go  wspierają,  są  gotowi  do  poświęceń,  a
jeŜeli  Ameryka  narzuci  wojnę  DRW,  to  —  konkludował  z
charakterystyczną dla Hanoi pewnością siebie — „ZwycięŜymy!"

Rozmowy  nie  zmieniły  więc  niczego;  wkrótce  na  Południu

znalazły się pierwsze jednostki WAL. Odpowiedzią Amerykanów
było  rozszerzenie  tzw.  tajnej  wojny.  Były  to  operacje  na  Północy
prowadzone  przez  południowo-wietnamskie  Zielone  Berety  przy
wsparciu 

amerykańskim. 

Obejmowały 

loty 

zwiadowcze

samolotów  U-2,  zrzuty  grup  sabotaŜowych  na  spadochronach,
wypady  komandosów  na  wybrzeŜa  DRW  oraz  ostrzeliwanie  baz
morskich  przez  południowo-wietnamskie  kutry  torpedowe.  Akcje
te unaoczniły, jak silna była kontrola społeczeństwa na Północy. Z
przerzuconych  tam  dziesięciu  ośmioosobowych  dywersyjnych
druŜyn  Zielonych  Beretów  wrócić  udało  się  jedynie  czterem
Ŝ

ołnierzom.

W czasie jednej z operacji doszło do incydentu, który miał mieć

dalekosięŜne  skutki.  Amerykański  niszczyciel  USS  Maddox,
prowadząc  wywiad  elektroniczny  30  mil  morskich  od  wybrzeŜy
DRW, czyli na wodach międzynarodowych, napotkał 3 północno-
wietnamskie  łodzie  torpedowe.  Nieco  wcześniej  kutry  RW
ostrzelały  garnizon  WAL  połoŜony  100  mil  dalej.  Maddox,  został
zaatakowany przez łodzie DRW i odpowiedział ogniem, zmuszając
je do ucieczki. Waszyngton został natychmiast zaalarmowany, lecz
nie  podjęto  Ŝadnych  kroków  odwetowych.  Do  Maddoxa  dołączył
jedynie inny niszczyciel. Dwa dni później, w nocy 4 sierpnia, gdy
oba

background image

100

okręty operowały na otwartym morzu — ponad 50 mil od brzegu,
nadały meldunki radiowe, Ŝe ponownie zostały zaatakowane. Tym
razem  Johnson  zarządził  w  odwecie  uderzenie  lotnicze  na  bazę
morską w Vinh.

Do  dziś  amerykańscy  historycy  toczą  dyskusję  na  temat

przebiegu wydarzeń w czasie decydujących kilku godzin w nocy z
4 na 5 sierpnia. W czasie drugiego incydentu w Zatoce Tonkińskiej
panowała  sztormowa  pogoda  i  powstały  wątpliwości,  czy  oba
niszczyciele rzeczywiście zostały zaatakowane. Dowódcy okrętów
amerykańskich  oparli  swe  meldunki  na  świadectwach  marynarzy,
którzy  widzieli  ślady  torped  oraz  na  wskazaniach  radaru  i  sonaru.
Ze  względu  na  trudne  warunki  nie  mieli  jednak  całkowitej
pewności.  Problemu  nie  byłoby,  gdyby  Wietnamczycy  trafili  —
jak  za  pierwszym  razem  —  któryś  z  niszczycieli.  Tak  się  jednak
nie  stało  i  niektórzy  historycy  twierdzą,  iŜ  Johnson  wykorzystał
niejasny  w  gruncie  rzeczy  incydent  do  eskalacji  wojny,  i
wprowadził Kongres w błąd.

Prezydent bowiem zwrócił się zaraz po incydencie do Kongresu

USA  o  uchwalenie  rezolucji,  która  dawałaby  mu  prawo  „do
powzięcia wszelkich niezbędnych kroków, z uŜyciem sił zbrojnych
włącznie"  w  celu  odparcia  dalszych  ataków  na  siły  USA  lub  dla
obrony  Wietnamu  Południowego.  Senat  przyznał  Ŝądane
uprawnienia  stosunkiem  głosów  88:2,  a  Izba  Reprezentantów
jednogłośnie (416:0).

Sześć  lat  później,  w  1970  r.,  Kongres  odwołał  rezolucję.

Lyndonowi  Johnsonowi  zarzucono,  iŜ  nie  przedstawił  wszystkich
okoliczności incydentów, (przede wszystkim tego, Ŝe rozegrały się

pobliŜu 

miejsc, 

gdzie 

kutry 

południowo-wietnamskie

prowadziły  operacje  przeciw  DRW  i  dlatego  ataków  na  okręty
amerykańskie nie moŜna uznać za niesprowokowane).

Prezydent  nie  wykorzystał  Rezolucji  Tonkińskiej  ani  szerokiego

poparcia społecznego, które ujawniały badania opinii, do eskalacji
wojny.  Przeciwnie  —  wielokrotnie  powtarzał,  Ŝe  nie  pragnie
dalszych  działań  militarnych.  Miał  nadzieję,  Ŝe  wobec
jednomyślnego i twardego stanowiska zajętego przez Amerykę

background image

101

Hanoi  zmieni  kurs  na  bardziej  ustępliwy.  Niestety,  strumień
Ŝ

ołnierzy  i  sprzętu  płynący  na  Południe  wciąŜ  rósł.  Istnieją

ś

wiadectwa,  iŜ  Lao  Dong  zdecydowała  się  na  rozstrzygnięcie

militarne juŜ przy końcu 1963 r.

  1

 Komuniści wiedzieli przecieŜ, Ŝe

nie mogą przegrać tej wojny. USA zapewniały wielokrotnie, Ŝe ich
celem  jest  jedynie  obrona  RW.  A  do  wygrania  mieli  wiele  —  jak
pokazał  czas  —  nie  tylko  Wietnam  Południowy...  ToteŜ  w  Hanoi
nie deliberowano długo nad dalszymi decyzjami, nie zagłębiano się
—  jak  w  Waszyngtonie  —  w  najdrobniejsze  niuanse,  nie  pytano
wciąŜ  ó  to,  jakie  są  właściwie  cele  wojny.  W  Ameryce  natomiast
kaŜde  postanowienie  poprzedzały  nie  kończące  się  debaty
wewnątrz administracji i w środkach masowego przekazu. W Białym
Domu dyskutowano nad setkami stron róŜnych raportów i memoriałów
płodzonych przez wszystkie agendy rządowe.

Mimo  to  —  a  moŜe  właśnie  dlatego  —  amerykańscy

przywódcy  nigdy  nie  mieli  pewności,  nawet  w  podstawowych
sprawach.  George  Herring  napisał,  iŜ  „często  nie  byli  pewni,  co
właściwie powstrzymują: czasem mówili o Chinach, innym razem o
komunizmie",  a  niekiedy  o  „ruchach  wywrotowych".  Polityk
William  Sullivan  powiedział:  „Nie  byliśmy  pewni...  ani  naszych
celów, ani metod, ani sojuszników". Profesor Hugh Arnold, który
analizował oficjalne dokumenty Waszyngtonu, naliczył aŜ 22 róŜne
rządowe usprawiedliwienia obecności USA w Wietnamie.

Przywódcy Lao Dong wiedzieli  natomiast  dobrze,  czego  chcą.

Po  ostrzegawczym  ataku  amerykańskim  zaczęli  szykować  kraj  do
wojny.  Ewakuowano  z  miast  część  ludności  i  zakłady
przemysłowe.  Na  ulicach  wykopano  tysiące  schronów  i  rowów
przeciwlotniczych.

1

  Pierwsze  oddziały  WAL  wyruszyły  na  Południe  w  połowie  1964  r.  Amerykańskie  bombardowania  (nie

licząc  nalotu  po  incydentach  tonkińskich)  rozpoczęły  się  w  1965  r.  Wtedy  teŜ  weszły  do  walki  pierwsze

oddziały armii USA. Mimo to, niektórzy historycy twierdzą, Ŝe to interwencja USA pchnęła DRW do wysłania

swych Ŝołnierzy na Południe.

background image

102

Po drugiej stronie oceanu prezydent i jego rząd uzgodnili, iŜ

wobec  nieustępliwej  postawy  Hanoi  konieczne  jest  uderzenie
powietrzne na Północny Wietnam. Pentagon zaczął opracowy-
wać  plan  bombardowań  DRW.  Operacja  otrzymała  kryptonim
Rolling Thimder („Dudniący Grzmot").

Ataki  lotnicze  miały  wywrzeć  presję  na  Hanoi,  by  przestało

popierać  powstanie  na  Południu;  zredukować  infiltrację  i  pod-
nieść  jej  koszty;  skłonić  komunistów  do  negocjacji  i  do
porozumienia; złamać wolę walki na Północy i podnieść morale
Południa; osłabić nieprzyjaciela przez uderzenie w bazę material-
ną; oszczędzić Ŝycie Ŝołnierzy amerykańskich. JuŜ sama długość
tej  listy  rodzi  podejrzenia  co  do  realizmu  waszyngtońskich
strategów.  Od  początku  nie  brakowało  teŜ  w  USA  krytyków
koncepcji  bombardowań  jako  sposobu  rozwiązania  złoŜonego
problemu wietnamskiego. Inne były zresztą powody krytyki ze
strony  pacyfistycznych  „gołębi",  a  inne  Centralnej  Agencji
Wywiadowczej.  Nie  było  jednak  Ŝadnej  innej  alternatywy,
inwazję lądową z góry przecieŜ odrzucono.

W otoczeniu prezydenta Johnsona przewaŜał pogląd, iŜ DRW

tak zaleŜy na zbudowanym po 1954 r. przemyśle, Ŝe wystarczy
sama  groźba  jego  zniszczenia,  by  Hanoi  się  ugięło.  Jeden  z
doradców  prezydenta,  Walt  Rostów,  sądził,  Ŝe  „Ho  Chi  Minh
juŜ  nie  jest  partyzantem,  który  nie  ma  nic  do  stracenia",  lecz
„musi bronić kompleksu przemysłowego" w DRW. Przyszłość
pokazała, iŜ hierarchia wartości twórcy Lao Dong była inna.

Na  początku  1965  r.  Viet  Cong  w  dalszym  ciągu  zdobywał

nowe  tereny,  rząd  w  Sajgonie  jak  zwykle  się  chwiał,  a  plan
operacji  Rolling  Thunder  był  opracowany.  Przywódcy  DRW
musieli  wiedzieć,  co  robią,  gdy  zezwalali  oddziałom  partyzan-
ckim na zaatakowanie Ŝołnierzy amerykańskich.

6  lutego  Viet  Cong  uderzył  na  amerykańską  bazę  helikop-

terową  w  Pleiku.  Zginęło  dziewięciu  Amerykanów,  76  było
rannych.  Prezydent  powiedział  jednemu  z  senatorów,  który
oponował  przeciw  odwetowi:  „Nie  mogę  kazać  amerykańskim
Ŝ

ołnierzom, aby walczyli tam nadal zjedna ręką za plecami".

background image

103

Kilka godzin później z lotniskowców 7 Floty USA wystartowało 49
bombowców  typu  Skyhawk  i  Crusader,  by  zaatakować  koszary
WAL  w  Dong  Hoi.  10  lutego  w  czasie  uderzenia  partyzantów  na
bazę  w  Qui  Nhon  poległo  22  Amerykanów.  Po  serii  uderzeń
odwetowych  2  marca  prezydent  polecił  rozpocząć  operację  Rolling
Thunder.  
Tak  zaczęły  się  bombardowania  Wietnamu  Północnego.
W  roku  1965  samoloty  amerykańskie  wykonały  25  tys.  lotów,  w
1966 — 79 tys., a w 1967 — 108 tys.

W  1965  r.  operacja  Rolling  Thunder  objęła  bazy  i  magazyny

wojskowe oraz drogi w pobliŜu strefy zdemilitaryzowanej. W 1966
r.  bombardowania  zaczęły  przesuwać  się  bardziej  na  północ  i
dotknęły  równieŜ  przemysł  oraz  komunikację.  W  1967  Johnson
zezwolił  na  dokonanie  uderzeń  na  niektóre  zakazane  dotąd  cele  w
pobliŜu  Hanoi  i  granicy  chińskiej.  Bombardowania  nie  były
skierowane  przeciw  ludności  cywilnej,  lecz  ocenia  się,  Ŝe  w
okresach  najcięŜszych  ataków  liczba  zabitych  cywilów  mogła
dochodzić do 1000 osób tygodniowo.

JuŜ  po  pierwszych  miesiącach  bombardowań  wszystkie  oceny

wskazywały,  iŜ  Rolling  Thunder  nie  przynosi  niemal  Ŝadnych
rezultatów.  CIA  i  specjaliści  Pentagonu  twierdzili,  Ŝe  wojna
powietrzna nie osłabiła zdolności DRW do walki i pomocy dla Viet
Congu.  Panuje  zgodność  co  do  przyczyn  niepowodzenia:  zawiniła
strategia  zastosowana w  wojnie  powietrznej,  strategia  stopniowego
wzmagania nacisku.

Stany  Zjednoczone,  zaczynając  interwencję  w  Wietnamie,

pokładały  w  swym  lotnictwie  pełne  zaufanie.  Piloci  amerykańscy
bohatersko  walczyli  w  II  wojnie  światowej.  Siły  powietrzne  byty
podstawą  doktryny  odstraszania  nuklearnego.  Lotnictwo  uratowało
Berlin w czasie blokady w 1948 r., a w Korei piloci USA szczycili
się  w  pojedynkach  z  MiG-ami  stosunkiem  strąceń  10:1.  Ale  w
Wietnamie  Amerykanie  zlekcewaŜyli  podstawowe  zasady  walki.
Stare  jak  sama  wojna:  zaskoczenie  i  konieczność  uderzenia  całą
siłą.  Strategię  powolnej  eskalacji  narzucili  wojskowym  politycy
cywilni,  a  konkretnie  Biały  Dom.  Komitet  Szefów  Sztabów
domagał się przeprowadzenia

background image

104

na samym początku nokautującego ataku na najwaŜniejsze cele
militarne  i  gospodarcze  DRW.  Prezydent  jednak  obawiał  się
reakcji Chin i ZSRR.

Strategia  eskalacji  miała  równieŜ  —  według  kalkulacji

Waszyngtonu  —  wpłynąć  na  otrzeźwienie  Hanoi  i  skłonić
komunistów  do  rokowań.  Johnson  liczył  na  to,  Ŝe  strach  przed
potęgą  USA  ostudzi  ich  gotowość  do  walki.  Amerykanie  nie
docenili  jednak  (podobnie  jak  Francuzi)  wojowniczości  i  goto-
wości  do  poświęceń  Wietnamczyków,  które  komuniści  potrafili
znakomicie  wykorzystać.  Jeden  z  doradców  Johnsona  powie-
dział:  „Chcieliśmy,  aby  Ho  i  jego  doradcy  mieli  czas  na  spokojne
zastanowienie  się  nad  myślą  o  zniszczeniu  ojczyzny".  W  Białym
Domu  najwidoczniej  zakładano,  Ŝe  twórca  Komunistycznej  Partii
Indochin myśli tak, jak politycy w państwach demokratycznych.

Na  ile  zasadne  było  zaniepokojenie  Waszyngtonu  postawą

Pekinu i Moskwy? Oba państwa niejednokrotnie posuwały się do
otwartych  gróźb  wobec  Ameryki  w  związku  z  wojną
wietnamską, lecz z drugiej strony nie brakowało sygnałów, iŜ nie
zamierzają  —  przy  całym  swym  zaangaŜowaniu  w  konflikt  —
posłać  do  walki  własnych  oddziałów.  Dziś  juŜ  wiadomo,  jak
błędne były przekonania USA, iŜ Hanoi trzyma z Chinami, które
otwarcie  odrzucały  „pokojowe  współistnienie",  a  Związek
Sowiecki  stara  się  mitygować  Wietnamczyków.  Z  obu  źródeł
płynęła do DRW równie duŜa pomoc militarna i ekonomiczna. W
dodatku  między  Pekinem  i  Moskwą  doszło  do  swoistej
rywalizacji  o  to,  kto  da  Wietnamczykom  więcej.  Chińczyków
dopingowała troska o wiarygodność głoszonego hasła „rewolucji
ś

wiatowej".  Natomiast  Sowieci  starali  się  odparować  zarzuty

Pekinu,  iŜ  mówiąc  o  koegzystencji,  idą  na  ugodę  z
imperializmem.

Sygnały  dochodzące  z  Pekinu  i  Moskwy  były  jednak  często

sprzeczne  i  niejednoznaczne.  Przewodniczący  Mao  oświadczył
wyraźnie  w  styczniu  1965  r„  iŜ:  „Wojska  chińskie  nie  wyjdą
poza  nasze  granice".  W  Waszyngtonie  wiedziano  teŜ  o  słabości
gospodarki ChRL, która praktycznie uniemoŜliwiała prowa-

background image

105

dzenie  jakiejkolwiek  większej  wojny.  Z  drugiej  strony  Ame-
rykanie  musieli  jednak  brać  pod  uwagę  hałaśliwe  wezwania
Pekinu  do  „zgniecenia"  Stanów  Zjednoczonych  i  zachęcanie
Hanoi  do  „wyparcia  ich  z  Azji  Południowo-Wschodniej".  W
USA  panowało  teŜ  przekonanie,  iŜ  Chiny  są  tak  Ŝywotnie
zainteresowane  Półwyspem  Indochińskim,  Ŝe  mogą  mimo
wszystko dokonać bezpośredniej interwencji.

Od  ZSRR  Wietnamczycy  otrzymywali  70%  broni,  w  tym

rakiety i artylerię przeciwlotniczą, samoloty  i sprzęt pancerny.
Wartość  pomocy  bloku  sowieckiego  (większość  pochodziła  z
ZSRR) wynosiła przeciętnie 800 min dolarów rocznie. Kreml
jeszcze za prezydentury Kennedy'ego oświadczył, iŜ nie widzi
moŜliwości  powrotu  do  porozumień  genewskich,  które
przewidywały  neutralność  obu  części  Wietnamu,  gdyŜ  DRW
jest  nieodwracalnie  częścią  „obozu  socjalistycznego".  Na
początku 1966 r. gen. Aleksy Jepiszew stwierdził, Ŝe „tysiące
ludzi  radzieckich,  całe  jednostki  wojskowe  gotowe  są
ochotniczo walczyć w Wietnamie".  Podobne stanowisko zajął
Układ  Warszawski  w  lipcu  1966  r.  A  Władysław  Gomułka
powiedział:  „Będziemy  nadal  udzielać  DRW  i  narodowi
wietnamskiemu  poparcia  materialno-obronnego...  Razem  ze
wszystkimi  krajami  socjalistycznymi  jesteśmy  zdecydowani
— jeśli rząd DRW zwróci się do nas o to — umoŜliwić zaciąg
naszych  ochotników  do  niesienia  zbrojnej  pomocy  narodowi
wietnamskiemu... Nawiasem mówiąc, mamy juŜ masę zgłoszeń
ludzi, którzy chcą jako ochotnicy jechać do Wietnamu".

Prezydent  Johnson  starał  się  rozpocząć  Rolling  Tluinder

tak,  aby  nie  draŜnić  ChRL  i  ZSRR.  Dlatego  kilka  dni  przed
pierwszymi  nalotami  poinformowano  Pekin  i  Moskwę,  Ŝe
mają  one  za  cel  wyłącznie  obronę  Wietnamu  Południowego.
Waszyngton  ogłosił  równieŜ,  Ŝe  ich  zadaniem  jest  zmuszenie
Hanoi  do  rokowań.  Prezydent  oświadczył,  Ŝe  jeśli  tylko  NFW
zgodzi się  na pokojowe zakończenie konfliktu,  to USA ofiarują
miliard  dolarów  na  rozwój  gospodarczy  kraju.  Następnie
Stany Zjednoczone wstrzymały bombardowania od 13 do 18

background image

106

maja, próbując nawiązać rozmowy z rządem DRW. Hanoi nazwało
pauzę  „ogranym,  oszukańczym  chwytem"  i  odmówiło  zarówno
negocjacji,  jak  i  zaprzestania  pomocy  dla  Viet  Congu.  Zarzuciło
Johnsonowi, Ŝe chce przy pomocy przerwy w bombardowaniach...
pogłębić  wojnę.  Co  faktycznie  nastąpiło.  Amerykanie  zareagowali
na tę arogancką odpowiedź nasileniem ataków.

Dylematy  stojące  w  tym  czasie  przed  Waszyngtonem  najlepiej

ujął  szef  CIA,  John  McCone.  Okazał  się  jednym  z  bardziej
dalekowzrocznych  ludzi  w  kierownictwie  amerykańskim,  gdy
pisał:  „Z  upływem  kaŜdego  dnia  i  tygodnia  moŜemy  oczekiwać
rosnącego  nacisku  na  wstrzymanie  bombardowań.  Będą  go
wywierać  róŜne  części  społeczeństwa  USA,  prasy,  ONZ  i  opinia
ś

wiatowa.  Dlatego  czas  będzie  pracował  przeciw  nam...  i  —jak

sądzę  —  Północni  Wietnamczycy  liczą  na  to".  Przewidywał  teŜ
zwiększenie infiltracji, co spowoduje, Ŝe „zostaniemy wciągnięci w
walkę  w  dŜungli,  w  wojnę,  której  nie  będziemy  mogli  wygrać  i  z
której niezmiernie trudno będzie się nam wycofać".

Wkrótce  po  rozpoczęciu  Rolling  Thunder  amerykański  głów-

nodowodzący  w  Wietnamie,  gen.  William  Westmoreland,  zaŜądał
od Waszyngtonu Ŝołnierzy do obrony lotnisk przed spodziewanymi
atakami Viet Congu.  Wśród  doradców  prezydenta  znów  wybuchła
dyskusja: „gołębie" radzili wycofanie się — póki jeszcze moŜna —
„z  twarzą".  Inni  uwaŜali  posyłanie  oddziałów  USA  za  zbyt
ryzykowne;  gen.  Taylor,  którego  opinia  okazała  się  podobnie
prorocza,  jak  McCone'a,  ostrzegał,  Ŝe  amerykańscy  Ŝołnierze  „nie
potrafią odróŜnić w Wietnamie przyjaciół od wrogów; Marines nie
są odpowiednio wyszkoleni ani wyposaŜeni do walk w dŜungli", a
ich  przybycie  zachęci  ARW  do  bierności  i  zdania  się  na
Amerykanów.  Oddziały  amerykańskie  znalazły  się  jednak  w  1965
r.  w  Wietnamie.  Powodem  było  rozpaczliwe  połoŜenie  władz
sajgońskich.

Oto  fragment  ich  barwnej  historii.  16  sierpnia  1964  r.  gen.

Khanh zastąpił prezydenta, gen.  Duonga Van  Minha,

background image

107

zwanego  z  uwagi  na  potęŜną  —  zwłaszcza  jak  na  Wietnam-
czyka  —  posturę  „Wielkim"  Minhem.  (KrąŜyły  pogłoski,  iŜ
gen.  Minh  miał  rodzinne  koneksje  na  wysokim  szczeblu  w
Hanoi.  Był  on  zamieszany  w  zabójstwo  Diema  i  Nhu,  i  był
jedynym południowo-wietnamskim generałem, który po 1975
r.  dobrowolnie  pozostał  w  kraju).  W  11  dni  później  Minh  był
znów  głową  państwa,  a  Khanh  —  premierem.  Po  10  dniach
Khanh  musiał  zrezygnować  wskutek  bezkrwawego  przewrotu,
ale nazajutrz dokonał kontrprzewrotu i wrócił do władzy.

W Wietnamie Południowym działało ok. 40  partii politycz-

nych — około, gdyŜ ciągłe rozpady, podziały i fuzje czyniły ich
liczbę niestałą. Większość z nich stanowiły grupki inteligencji
pozbawione  szerszych  wpływów.  Działały  teŜ  róŜne  grupy  i
ruchy  prokomunistyczne.  Partia  kładła  nacisk  na  działania
legalne,  na  tworzenie  jawnych  organizacji  fasadowych.  Spore
wpływy  posiadali  komuniści  w  tzw.  Trzeciej  Sile,  która
próbowała  grać  rolę  rozjemcy  pomiędzy  władzami  i  NFW.
Skupione w niej organizacje opowiadały się za pokojem (przez
co rozumiały wycofanie Amerykanów i utworzenie „rządu zgody
narodowej" z udziałem Viet Congu) i za neutralizacją RW.

Rezultatem chaosu panującego w Sajgonie była utrata kontroli

nad  większą  częścią  terytorium  kraju.  Władze  panowały  juŜ
właściwie tylko nad kilkoma większymi miastami, gdy 8 marca
1965 r. do Wietnamu przybyła amerykańska piechota morska.

O  9  rano  do  plaŜy  koło  Da  Nang  przybiła  flotylla  łodzi

desantowych.  Marines  w  pełnym  oporządzeniu,  z  karabinami
M-J4,  skakali  do  płytkiej  wody.  Na  brzegu  witali  ich  przed-
stawiciele  władz,  grała  orkiestra,  a  piękne  dziewczęta  w  bar-
wnych  tunikach  ao  dai  z  uśmiechem  wkładały  im  na  szyje
wieńce  z  tropikalnych  kwiatów.  Jeśli  dodać  zielone  palmy
pochylające  się  nad  Ŝółtym  piaskiem  plaŜy,  to  otrzymamy
scenę przypominającą raczej powitanie  turystów  na Hawajach
niŜ  początek  jednej  z  najkrwawszych  wojen  XX  wieku.  I
zrozumiemy  szok  młodych  Ŝołnierzy,  którzy  po  takich
sielankowych przywitaniach wpadali wprost w piekło walki

background image

108

w  dŜungli,  gdzie  niewidoczny  nieprzyjaciel  mógł  się  kryć  za
kaŜdym zakrętem ścieŜki. Ich następcy przylatywali samolotami, w
których  równie  piękne  i  równie  uśmiechnięte  stewardessy  Ŝyczyły
im  „przyjemnej  wojny",  a  potem  w  ciągu  jednej  nocy  helikoptery
przerzucały ich z luksusowych baz w głąb dŜungli.

W  maju  1965  r.  oddziały  NFW  rozpoczęły  ofensywę  i  zadały

cięŜkie straty armii południowo-wietnamskiej. Skała tego uderzenia
przekonała  wahających  się  jeszcze  doradców  Johnsona,  iŜ  dla
ocalenia  RW  przed  upadkiem  konieczne  jest  wejście  do  walki
Ŝ

ołnierzy  amerykańskich.  Inną  opcję,  bombardowanie  DRW  bez

ograniczeń,  prezydent  konsekwentnie  odrzucał  ze  względu  na
Chiny. 

Na 

przytoczenie 

zasługują 

przestrogi 

jednego 

z

najwytrwalszych  oponentów  polityki  zaangaŜowania  USA  w
Wietnamie  George'a  Balia,  podsek-retarza  stanu.  Świadczą  one  o
tym,  Ŝe  Amerykanie  od  początku  wiedzieli  o  niebezpieczeństwach,
które  niosła  ze  sobą  wojna.  Bali  w  liście  do  prezydenta  wyraził
wątpliwości,  czy  USA  będą  w  stanie  pokonać  Viet  Cong,
niezaleŜnie  od  tego,  „ile  setek  tysięcy  białych,  obcych  Ŝołnierzy
uŜyjemy.  Nikt  nie  udowodnił,  Ŝe  białe  siły  lądowe...  mogą
zwycięŜyć  w  wojnie  partyzanckiej  (która  jest  jednocześnie  wojną
domową  pomiędzy  Azjatami),  w  dŜungli,  wśród  ludności...  dającej
ogromną  przewagę  wywiadowi  drugiej  strony...  Nasze  oddziały
zaczną  ponosić  cięŜkie  straty  w  wojnie,  do  której  są  źle
wyposaŜone".  To  —  ostrzegał  Bali  —  spowoduje,  Ŝe  „nasze
zaangaŜowanie stanie się tak wielkie, Ŝe nie będziemy mogli — bez
upokorzenia  narodowego  —  zatrzymać  się...  upokorzenie  jest
bardziej  prawdopodobne,  niŜ  osiągnięcie  naszych  celów,  nawet  po
zapłaceniu  straszliwej  ceny".  W  lipcu  1965  r.  Johnson  oznajmił
jednak  zwiększenie  liczby  Ŝołnierzy  amerykańskich  w  Wietnamie
do  125  tys.  W  przemówieniu  telewizyjnym  powiedział,  Ŝe
Amerykanie  powinni  być  przygotowani  do  wojny,  która  moŜe
potrwać  7  lub  8  lat.  Ostatni  Ŝołnierze  USA  opuścili  Wietnam  8  lat
później.

background image

109

Decyzje  lipcowe  Johnsona,  choć  nie  wydawały  się  wówczas

przełomowe,  z  perspektywy  czasu  moŜna  ocenić  jako  jeden  z
najwaŜniejszych  momentów  II  wojny  indochińskiej.  Stały  się
bowiem  początkiem  bezpośredniej  interwencji  sił  lądowych
USA. Amerykańscy historycy uwaŜają je właściwie za początek
wojny, a takŜe za coś w rodzaju jej formalnego wypowiedzenia.
NajdłuŜsza  wojna  Stanów  Zjednoczonych  pozostała  jednak
formalnie  do  końca  wojną  niewypowiedzianą.  Dlaczego  tak  się
stało?  Czemu  prezydent  nie  zwrócił  się  z  tym  do  Kongresu?
Dlaczego  nie  chciał  skorzystać  z  poparcia  społeczeństwa?
Badania  opinii  społecznej  jednoznacznie  wskazywały,  Ŝe
Amerykanie  opowiadają  się  za  szybkim  zwycięstwem.  Takie
było  zdanie  ponad  70%  społeczeństwa,  natomiast  wycofania
pragnęło  tylko  7%.  Co  więcej,  30%  popierało  uŜycie  broni
atomowej, jeśli zakończyłoby to wojnę. Podobnie rozkładały się
wówczas głosy młodzieŜy i studentów.

Minister  obrony,  Robert  McNamara,  proponował  prezyden-

towi zwrócenie się do Kongresu o podniesienie podatków na cele
wojskowe  oraz  wprowadzenie  w  USA  stanu  wyjątkowego,  a
zatem  postawienie  państwa  na  stopie  wojennej  bez  formalnego
wypowiedzenia  wojny.  Komitet  Szefów  Sztabów  doradzał
mobilizację  rezerw,  aby  stało  się  jasne,  Ŝe  —  jak  to  ujął  gen.
Wheeler — Ameryka nie zaczyna Jakiejś militarnej awantury za
trzy grosze".

Prezydent  nie  zwrócił  się  jednak  do  Kongresu.  Jego

wystąpienia na temat Wietnamu były zawsze spokojne, a krytyki
ruchu  antywojennego  łagodne.  Taktyka  prezydenta  miała  za  cel
—  jak  sformułował  to  jego  doradca  —  „unikać  nadmiernego
zainteresowania  i  zaniepokojenia  Kongresu  i  opinii  publicznej
kraju".  Johnson  obawiał  się  bowiem,  iŜ  oŜywienie  nastrojów  w
Ameryce  popsułoby  strategię  Białego  Domu,  strategię  wojny
ograniczonej.  Trudno  byłoby  ją  nazwać  „wojną  za  trzy  grosze"
— kosztowała w końcu miliardy dolarów. A jednak w określeniu
gen. Wheelera kryło się ziarno prawdy...

background image

110

Ówczesny  sekretarz  stanu  USA,  Dean  Rusk,  napisał:  „Nie

podjęliśmy  Ŝadnych  kroków,  Ŝeby  podgrzać  uczucia  Amery-
kanów  związane  z  wojną.  Na  przykład  nie  organizowaliśmy
defilad  wojskowych  w  miastach:  nie  posyłaliśmy  gwiazd
filmowych  do  fabryk,  Ŝeby  sprzedawały  obligacje  —  nic  z
tych  rzeczy,  które  robiono  w  czasie  II  wojny  światowej.
UwaŜaliśmy,  iŜ  w  erze  atomowej  uleganie  emocjom  jest  zbyt
niebezpieczne...  próbowaliśmy  z  zimną  krwią  robić  to,  czego
nasi ludzie na polu bitwy nie mogli robić z zimną krwią".

Prezydent  Johnson  sądził,  Ŝe  jest  to  jedyna  droga.  Pragnął

uniknąć Scylli opuszczenia Wietnamu i Charybdy wojny na duŜą
skalę. Potem miano mu zarzucić, Ŝe aby to osiągnąć, dezinfor-
mował naród i oszukiwał Kongres. śe świadomie naśladował
F.  D.  Roosevelta.  który  wprowadził  Amerykę  do  II  wojny
ś

wiatowej okręŜną drogą, stosując róŜne manipulacje. Podobnie

—  zdaniem  krytyków  —  postępował  Johnson,  gdy  zwodził
opinię publiczną co do faktycznych motywów swych posunięć,
gdy  nie  dzielił  się  ze  społeczeństwem  swymi  wątpliwościami.
OskarŜono  Johnsona  m.in.  o  próby  negocjacji  z  Hanoi  dla
zamydlenia oczu i uciszenia przeciwników  interwencji, podczas
gdy sam prezydent rzekomo nigdy nie traktował ich powaŜnie,
choć  to przecieŜ władze DRW  uporczywie  odmawiały  podjęcia
rozmów.  Inne  oskarŜenia  dotyczyły  zatajania  prawdy  o  sytuacji
militarnej.  Biały  Dom  wiedział  juŜ  w  1965  r.,  Ŝe  ograniczone
wykorzystanie  lotnictwa  nie  przynosi  efektów,  lecz  mimo  to
podtrzymywał wiarę w sukces tej strategii. Oficjalny optymizm
głoszony  przez  Waszyngton  do  1968  r.,  ciągłe  zapowiadanie
ostatecznego  zwycięstwa  spowodowały  szok,  gdy  strategia
wojny ograniczonej przyniosła fiasko.

Politykę Johnsona atakowali nie tylko „gołębie"., Jastrzębie"

kwestionowali  ograniczenia  nałoŜone  na  siły  zbrojne  —  jeśli
walka  z  DRW  jest  usprawiedliwiona,  to  dlaczego  nie  wypo-
wiedzieć  wojny  oficjalnie  i  nie  uderzyć  wszelkimi  siłami?  A
jeŜeli  za  Wietnamem  Północnym  stoją  Chiny  i  Rosja,  to
dlaczego by nie rzucić równieŜ im wyzwania?

background image

111

Johnson  nie  mógł  skutecznie  bronić  swej  strategii,  poniewaŜ

była  pełna  sprzeczności.  Tym  bardziej  nie  mógł  wyjaśnić,
dlaczego  nie  mówił  całej  prawdy  narodowi.  U  podstaw  jego
obawy   przed   reakcjami   społeczeństwa   kryła   się   bowiem

— typowa  dla  liberalnych  polityków  amerykańskich  —  nie
ufność  wobec  klas  średnich,  które  uwaŜali  za  ignoranckie
i  ślepo  antykomunistyczne.  Właśnie  lęk  przed  tym  prącym  do
wojny  „tłumem  zwolenników  Goldwatera"  (Goldwater  crowd),
którzy  byli  „liczniejsi,  potęŜniejsi  i  bardziej  niebezpieczni  od
profesorków",  powstrzymywał  prezydenta  przed  zwróceniem
się do narodu o poparcie polityki wietnamskiej.

Po  decyzjach  lipcowych  rozpoczęło  się  zwiększanie  kon-

tyngentu  amerykańskiego.  Najpierw  przybyła  1  Dywizja
Kawalerii  Powietrznej  z  400  helikopterami,  które  miały
odebrać  partyzanckiej  taktyce  Viet  Congu  jej  atuty.  Niemal
natychmiast  po  wylądowaniu  dywizję  rzucono  do  walki
przeciw  jednostkom  NFW,  których  koncentracja  na  Pła-
skowyŜu Centralnym groziła rozcięciem RW na dwie części. W
bitwie  w  dolinie  La  Drang  Amerykanie  zmusili  do  odwrotu
przeciwnika,  który  schronił  się  do  baz  na  terytorium
KambodŜy.

W   Ameryce   od   początku   zdawano   sobie   sprawę,   Ŝe

— jak  pisał  gen.  Lewis  Walt  —  „będzie  to  wojna  bardzo
trudna  i  kosztowna.  Wystawi  na  próbę  cierpliwość  narodów
wolnego  świata,  zwłaszcza  USA".  „Newsweek"  twierdził
juŜ  w  grudniu  1965  r„  Ŝe  celem  Viet  Congu  jest  erozja
woli walki Amerykanów.

Prezydent  Johnson  w  orędziu  po  rozpoczęciu  Rolling

Thunder powiedział: „Nie damy się zwycięŜyć, nie ogarnie nas
zmęczenie.  Nie  wycofamy  się  ani  otwarcie,  ani  pod  pozorem
nic  nie  znaczącego  układu".  Niestety,  niemal  wszystkie
ewentualności,  które  wówczas  wykluczył,  miały  stać  się
rzeczywistością.

background image

Ś

WIECIE BAMBUSOWYCH CHAT

Zepchniemy Amerykanów do morza.

Pham Van Dong w 1964 r.

W 1965 r. stało się więc to, przed czym przestrzegali od czasu
wojny  koreańskiej  amerykańscy  politycy  i  wojskowi.  Stany
Zjednoczone zaangaŜowały się w wojnę lądową na kontynencie
azjatyckim. Tym samym — według obrazowego określenia F.
FitzGerald  —  globalna  strategia  supermocarstwa  została
przeniesiona w świat bambusowych chat i wiosek rozrzuconych
wśród  ryŜowych  pólek,  a  „powstrzymywanie  komunizmu"  i
„bezpieczeństwo  Wolnego  Świata"  zostało  uzaleŜnione  od
państwa,  w  którym  „rządy  powstają  lub  upadają  w  wyniku
kłótni między Ŝonami dwóch pułkowników".

USA właściwie nie  wypracowały  spójnej  strategii  politycz-

nej  dla  prowadzenia  wojny  w  Wietnamie.  W  Waszyngtonie
przypuszczano, Ŝe wystarczy po prostu wykorzystać odpowied-
nią  część  gigantycznego  potencjału  militarnego,  by  przeraŜone
Politbiuro  z  Hanoi  poprosiło  o  pokój.  Gdy  nacisk  okazał  się
niewystarczający,  zaczęto  go  stopniowo  wzmagać.  I  tak
Amerykanie  zainicjowali  polityczną  reakcję  łańcuchową:  im
bardziej się angaŜowali, tym więcej było powodów do dalszego
zaangaŜowania   i   tym   trudniejsze   stawało   się   wycofanie,

background image

113

bowiem w grę wchodziły w coraz wyŜszym stopniu prestiŜ i
wiarygodność.

Podobnie  było  ze  strategią  militarną,  którą  Biały  Dom

wtłoczył  w  ciasne  ramy  ograniczeń.  Wojskowi  lekcewaŜyli
doświadczenia  Francuzów,  gdyŜ  —  jak  to  ujął  amerykański
generał — „Francuzi nie wygrali wojny od czasów Napoleona;
czego więc moŜemy się od nich nauczyć?". Z pierwszej wojny
indochińskiej  mimo  wszystko  moŜna  było  wyciągnąć  waŜne
wnioski, jednak zarówno klęska Francuzów, jak  i  antyamery-
kańskie  stanowisko  prezydenta  de  Gaulle'a  sprawiły,  iŜ
Pentagon  wolał  się  oprzeć  na  doświadczeniach  wojny  koreań-
skiej.  Stąd  m.in.  wiara  w  lotnictwo  i  sprzęt,  stąd  objuczanie
Ŝ

ołnierzy  cięŜkim  ekwipunkiem  i  rozbudowana  intendentura.

Amerykanie  gorzej  od  Francuzów  znali  teren  i  warunki
Wietnamu,  lecz  byli  pewni,  Ŝe  nadrobią  to  z  nawiązką
przewagą techniczną. PrzecieŜ w 1954 r. było w Indochinach
56 helikopterów, a Stany Zjednoczone miały ich tysiące.

Przed  gen.  Westmorelandem  stanęło  arcytrudne  zadanie

znalezienia  odpowiedniej  strategii  i  taktyki.  Musiał  znaleźć
sposób  na  pokonanie  nieprzyjaciela,  który  bez  przeszkód
przenikał  przez  granicę  długości  1,5  tys.  km,  który  miał
zapewniony  stały  dopływ  ludzi  i  sprzętu,  a  w  razie  niebez-
pieczeństwa  mógł  wycofać  się  do  baz  połoŜonych  tuŜ  za
granicą  —  w  KambodŜy  i  w  Laosie.  Taki  był  efekt  restrykcji
nałoŜonych  przez  Johnsona,  który  nie  chciał  naruszać  „neu-
tralności"  Laosu  i  KambodŜy.  W  Laosie  toczyła  się  wojna
domowa  z  udziałem  DRW,  która  po  prostu  zajęła  tereny
potrzebne jej do komunikacji z Południem. Natomiast rządzący
w  Phnom  Penh  ksiąŜę  Sihanouk  odrzucał,  pod  pozorem
neutralności,  prośby  o  zgodę  na  zaatakowanie  szlaku  Ho  Chi
Minha  i  obozów  Viet  Congu,  udając,  Ŝe  nie  dostrzega
obecności kilku dywizji wietnamskich w swym kraju.

Wietnam  Południowy  przypominał  oblęŜoną  twierdzę,  do

której nieprzyjaciel mógł wchodzić, kiedy tylko chciał, a obroń-
com nie wolno było go ścigać, gdy się wycofywał. Z czysto

background image

114

militarnego  punktu  widzenia  najskuteczniejszą  taktyką  byłoby
dokonanie inwazji na DRW, ale ten wariant odpadł ze względów
politycznych.  Westmorelandowi  nie  pozostawało  zatem  nic
innego,  jak  tylko  dorobić  teorię  do  wojny  obronnej,  którą  mu
kazano  prowadzić.  Stworzył  więc  „strategię  wyczerpania"
(strategy  of  attrition),  która  miała  polegać  na  zadaniu  Viet
Congowi  strat  przewyŜszających  moŜliwości  regeneracji. „Stra-
tegia wyczerpania" opierała się na załoŜeniu, Ŝe straty te będą dla
Hanoi „nie do przyjęcia" i zmuszą przeciwnika do kapitulacji.

Po  przyjęciu  takiej  strategii  Westmoreland  miał  do  wyboru

trzy  taktyki.  Pierwsza  polegała  na  obsadzeniu  miast  i  utworze-
niu  pasa  obrony  wzdłuŜ  wybrzeŜa,  na  bardziej  sprzyjających
amerykańskiemu  stylowi  walki  nizinach.  Generał  odrzucił  ją
jako  zbyt  defensywną.  Druga  koncepcja  —  rzucenie  przeciw
Viet  Congowi  specjalnie  wyszkolonych,  lekkich  oddziałów
kontrpartyzanckich  —  takŜe  nie  zyskała  akceptacji  trady-
cjonalistycznie  myślącego  amerykańskiego  dowództwa.  Szer-
mowano  przy  tym  argumentem,  iŜ  konsekwencją  jej  przyjęcia
byłyby wysokie straty w ludziach. Nie jest to jednak argumen-
tacja  do  końca  przekonująca,  gdyŜ  taktyka,  na  którą  się
ostatecznie  zdecydowano,  takŜe  prowadziła  do  znacznych
strat. Chodziło raczej o obawę przyzwyczajonych do  konwen-
cjonalnych  sposobów  walki  sztabowców  przed  nowym,  od-
miennym  sposobem  walki,  którego  przyjęcie  pociągnęłoby  za
sobą  równieŜ  nieuchronne  zmiany  personalne  na  szczytach
amerykańskiego dowództwa.

Westmoreland  przyjął  koncepcję  tzw.  Search  and  Destroy

(Odszukać  i  Zniszczyć).  Była  ona  zbliŜona  w  załoŜeniach  do
taktyki Meatgrinder (Maszynki do mięsa) stosowanej w wojnie
koreańskiej,  która  polegała  na  wciąganiu  Chińczyków  i  Pół-
nocnych Koreańczyków  do  walki,  a  następnie  dziesiątkowaniu
ich połączonymi uderzeniami piechoty, artylerii i lotnictwa.

W  relacji  reportera  magazynu  „Time"  ze  stycznia  1966  r.

taktyka stosowana w Wietnamie nie dawała partyzantom Ŝadnych
szans: „(Lotniskowce) wysyłały swe bombowce do walki, a okręty

background image

115

wojenne sześciocalowymi działami sięgały zgrupowań Viet Congu
na 15 mil w głąb lądu. Olbrzymie samoloty B-52... zaczęły  ze
swej bazy na wyspie Guam druzgotać leśne fortece partyzantów...
W  palącym  upale  i  zgniłej  wilgoci  kontynentu  azjatyckiego
Amerykanie  stosowali  swoją  zrewidowaną  wersję  zasad  wojny
partyzanckiej... WyposaŜone w oszałamiającą siłę ognia, ruchliwe
w stopniu, o którym jeszcze przed dziesięcioma laty nie moŜna
było  marzyć,  amerykańskie  siły  uderzeniowe  wdzierały  się  do
twierdz Viet Congu długo uwaŜanych za niedosięgłe. Przypomi-
nające chmury olbrzymich os śmigłowce dźwigały Ŝołnierzy i
sprzęt  z  baz  na  pole  bitwy,  zapewniając  im  przewagę  za-
skoczenia  i  elastyczności.  ...Uderzenia  lotnictwa  spychały  par-
tyzantów z zarosłych dŜunglą grzbietów górskich, grzebały ich
w podobnych do labiryntu tunelach, nie dawały im wytchnąć".

Gdyby  w  rzeczywistości  było  tak,  jak  w  podkoloryzowanej

dziennikarskiej relacji,  to  Westmoreland  odniósłby  pełen  sukces.
Zwykle było  bardziej  prozaicznie  —jak  w  sprawozdaniu  „New
York Timesa" z 9 sierpnia 1965 r.: „Spadochroniarze palącymi
się  papierosami  zrzucali  opite  krwią  pijawki  i  deptali  butami
jadowite azjatyckie stonogi. Znaleźli jaskinie i porzucone zapasy
ryŜu,  parę  razy'  nieomal  nastąpili  na  pięty  cofających  się
Ŝ

ołnierzy Viet Congu, ale nigdy się z nimi nie starli".

W  taktyce  Search  and  Destroy  zawiodły  oba  człony:

partyzantów było równie trudno odszukać, jak zniszczyć.

Szukać miało przede wszystkim lotnictwo i wywiad — ame-

rykański oraz południowo-wietnamski. Obserwacja z powietrza
nie  na  wiele  jednak  się  przydawała;  partyzantów  skrywała
gęstwina  dŜungli,  a  Viet  Cong  doprowadził  maskowanie  do
perfekcji. Natomiast w konkurencji wywiadów NFW zazwyczaj
wygrywał pojedynki z przeciwnikami. Agenci Frontu znajdowali
się  wszędzie.  Dla  Viet  Congu  mógł  pracować  równie  dobrze
urzędnik sajgońskiej instytucji, jak sprzątaczka w amerykańskiej
bazie,  dziewczyna  z  baru  odwiedzanego  przez  Marines  czy
oficer  południowo-wietnamski.  Według  niektórych  —  zapewne
przesadzonych — danych 10% Ŝołnierzy ARW przekazywało

background image

116

informacje partyzantom! (Nic dziwnego, Ŝe Amerykanie woleli
sami  planować  operacje  wojskowe  i  nierzadko  wręcz  unikali
współdziałania z armią sajgońską.)

Amerykanie  często  uderzali  w  próŜnię.  Po  dojściu  lub

przerzuceniu helikopterami w rejon spodziewanego kontaktu z
nieprzyjacielem znajdowali juŜ tylko jego ślady albo wpadali w
zasadzkę.  Nawet  gdy  Viet  Cong  nie  był  uprzedzony  o  ataku,
partyzanci  potrafili  —  dzięki  ruchliwości  i  swobodzie
manewru  —  uniknąć  starcia.  Oddziały  Frontu  zdumiewały
zdolnością  do  „rozpływania  się"  na  bagnach  lub  w  tunelach,
albo  „wsiąkania"  w  wioski.  Amerykańskie  uderzenia  często
przypominały  więc,  jak  to  obrazowo  określali  wojskowi,  ciosy
„młota kowalskiego w pływający korek".

Drugi człon taktyki Westmorelanda takŜe się nie sprawdzał,

nawet  gdy  partyzantów  udało  się  zmusić  do  walki.  Nie  na
darmo nazwano Viet Cong „najlepszą partyzantką świata": był
znakomicie  zorganizowany,  posługiwał  się  taktyką  w  pełni
dostosowaną  do  terenu,  klimatu  i  moŜliwości  nieprzyjaciela,
posiadał nowoczesne uzbrojenie.

Sprzyjający Frontowi autorzy z upodobaniem opisują prymity-

wne środki walki partyzantów, aby udowodnić ludowy i sponta-
niczny  charakter  powstania.  To  prawda,  Ŝe  na  amerykańskich
Ŝ

ołnierzy czekały na ścieŜkach w dŜungli wilcze doły i pułapki

z ostrymi bambusowymi szpikulcami. To prawda, Ŝe uŜywano

kusz z zatrutymi strzałami, a nawet rojów dzikich pszczół, które
spadały  na  przechodzących  Amerykanów.  Ale  jednocześnie  dla
Viet  Congu  pracował  system  wczesnego  ostrzegania  przed
nalotami  zainstalowany  na  sowieckich  statkach  u  wybrzeŜy
Wietnamu,  a  siła  ognia  jednostek  Frontu  nie  ustępowała  sile
ognia  Amerykanów.  Jednym  z  najgroźniejszych  elementów
taktyki  Viet  Congu  były  zaskakujące  nawały  artyleryjskie  na
lotniska  i  bazy  amerykańskie.  Nie  byłyby  one  moŜliwe  bez
odpowiedniego  uzbrojenia:  moździerzy  120  mm,  wyrzutni  rakiet
ziemia-ziemia czy dział bezodrzutowych 75 mm, pochodzących
z ZSRR, Chin, Czechosłowacji i innych krajów obozu.

background image

117

Między  legendy  moŜna  zatem  włoŜyć  wyobraŜenie  o  niemal

bezbronnych  partyzantach,  których  jedynym  puklerzem  miało  być
przekonanie  o  słuszności  sprawy  i  wysokie  morale.  W  rze-
czywistości — choć wydaje się to niewiarygodne — oddziały Viet
Congu  posiadały  w  niektórych  dziedzinach  przewagę  nad
Amerykanami.  I  to  nie  tylko  w  tak  oczywistych,  jak  znajomość
terenu  czy  umiejętność  walki  w  dŜungli.  TakŜe  w  zakresie
podstawowego  uzbrojenia:  do  1968  r.,  kiedy  w  całej  armii  USA
wprowadzono  do  uŜytku  karabinek  M-I6,  Wietnamczycy  z  auto-
matami  Kałasznikowa  AK-47  górowali  nad  Ŝołnierzami  amery-
kańskimi wyposaŜonymi w przestarzałe M-14.

W  Search  and  Destroy  rozstrzygające  znaczenie  naleŜało  do  sił

powietrznych, 

bombardowania 

miały 

zadać 

partyzantom

maksymalnie duŜe straty, helikoptery zaś zapewnić oddziałom USA
niezbędną  ruchliwość.  Z  początku  Viet  Cong  był  bezradny  wobec
silnych  ataków  z  powietrza.  Partyzanci  okopywali  się  na
wzniesieniach  i  z  tej  —  pozornie  dającej  przewagę  —  pozycji
rozpoczynali  walkę,  którą  przegrywali,  gdy  do  akcji  wkraczały
bombowce.  Ich  sztaby,  magazyny  i  schrony  nie  wytrzymywały
potęŜnych  bomb  „latających  superfortec"  B-52.  Śmigłowce  Huey
transportujące Ŝołnierzy w eskorcie szturmowych „Kobr" budziły w
nich paniczne przeraŜenie.

Szybko jednak nauczyli się walczyć z amerykańskim lotnictwem.

Tak jak w czasie wojny z Francuzami — starali się atakować z jak
najbliŜszej  odległości.  Przeszli  na  działania  nocne.  Otrzymali  teŜ
odpowiednie  uzbrojenie.  W  czasie  oblęŜenia  obozu  w  A  Shau  w
1966  r.  Viet  Cong  uŜył  po  raz  pierwszy  metody,  którą  stosował
odtąd  stale.  Partyzanci  okrąŜyli  obóz  pierścieniem  z  działek  i
karabinów przeciwlotniczych — ich zmasowany ogień nie pozwalał
na udzielanie oblęŜonym pomocy.

Pod A Shau okazało się takŜe, iŜ helikoptery obok niewątpliwych

zalet  mają  powaŜne  wady:  są  powolne  i  wraŜliwe  na  ogień.  Jeśli
lądują  w  dolinie,  to  mogą  zostać  unieszkodliwione  z  otaczających
wzgórz nawet za pomocą zwykłych karabinów.

background image

118

Dlatego szturmy powietrzne z uŜyciem śmigłowców nie przynosiły
Amerykanom 

oczekiwanych 

rezultatów, 

gdy 

obrona

przeciwlotnicza  przeciwnika  nie  została  wcześniej  obezwładniona,
zamieniały  się  wręcz  w  klęski.  Stany  Zjednoczone  straciły  w
Wietnamie  5  tys.  śmigłowców,  co  postawiło  powaŜny  znak
zapytania nad sposobami ich zastosowania w przyszłych wojnach.

Deszcze i mgły zmuszały do osłabienia działań lotnictwa w porze

monsunu.  tj.  od  maja  do  listopada.  DŜungla  natomiast  łagodziła
skutki bombardowań; bomby rozrywały się na najwyŜszych piętrach
lasu, a napalm często spalał się w koronach drzew.

Bombowce strategiczne B-52 początkowo nie zdawały egzaminu,

gdyŜ  brakowało  sprawnego  systemu  naprowadzania  ich  nad
niewielkie  i  ruchome  cele.  Dopiero  po  wielu  miesiącach,  gdy
udoskonalono  rozpoznanie  i  łączność,  gdy  włączono  do  systemu
komputery, stało się to moŜliwe.

Lotnictwo USA  — przygotowane  do walki  z  armią  sowiecką  —

długo  nie  zauwaŜało  absurdów  tej  wojny,  choćby  tego,  Ŝe
nowoczesne  odrzutowce  wartości  kilku  milionów  dolarów
ryzykowano  dla  atakowania  zwykłych  cięŜarówek,  a  gigantyczne
bombowce  strategiczne,  przeznaczone  do  przenoszenia  broni
jądrowej,  miały  niszczyć  błotniste  dróŜki  w  dŜungli.  Najlepiej
sprawdziły  się  w  Wietnamie  stare,  uŜywane  jeszcze  w  II  wojnie
ś

wiatowej,  śmigłowe  samoloty  transportowe  C-47.  Zaopatrzono  je

w trzy karabiny maszynowe, które mogły wystrzelić 6 tys. pocisków
na minutę oraz w wyrzutnię flar, oświetlających obszar o promieniu
2 km. Okazały się niezwykle skuteczne w nocnych atakach na szlaki
transportowe Viet Congu.

Zmasowane uŜycie lotnictwa musiało spowodować w Wietnamie

Południowym  olbrzymie  zniszczenia.  To  tam,  a  nie  na  Północy,
operowały  „latające  superfortece".  B-52  startowały  z  wyspy  Guam
odległej  o  4  tys.  km  od  Indochin.  by  po  sześciu  godzinach    lotu
zrzucić  w  30  sekund  swój  śmiercionośny

background image

119

ładunek stu 370-kilogramowych bomb

1

. Pas zniszczenia 37 ton

bomb miał 1,6 km długości i 300 m szerokości.

RównieŜ  na  Południu  a  nie  na  Północy  stosowano  tzw.

defolianty, czyli chemikalia niszczące liście. Miały one pozbawić
partyzantów  ukrycia,  ale  tysiące  ton  środków  chemicznych
musiały  spowodować  znaczne  szkody  takŜe  w  rolnictwie
Południa.  (Wbrew  często  powtarzanym  twierdzeniom,  defolianty
uŜywane zgodnie z przeznaczeniem były w zasadzie nieszkodli-
we  dla  zdrowia.  Przypadki  zatruć  zdarzały  się  wyjątkowo,  u
osób, które zetknęły się z nimi w stanie stęŜonym.)

Od  czasu  światowej  kampanii  przeciw  bombardowaniom

DRW panuje pow.szechne, acz nieuzasadnione przekonanie, Ŝe
najbardziej  ucierpiała  północna  część  Wietnamu.  W  rze-
czywistości  większe  zniszczenia  dotknęły  Południe:  zrzucono
tam prawie pięć razy więcej bomb. Liczba określająca ich tonaŜ
jest  astronomiczna:  4,8  min  ton.  Na  RW,  niewielki  kraj  o
powierzchni  równej  połowie  Polski,  spadło  ponad  dwukrotnie
więcej bomb niŜ na wszystkich frontach II wojny światowej...

Południe  musiało  zacząć  importować  ryŜ,  poniewaŜ  znisz-

czeniu  uległa  znaczna  część  terenów  uprawnych.  Chłopi  bali
się  uprawiać  pola,  gdyŜ  groziło  im  wzięcie  przez  pilotów  za
partyzantów  —  zwłaszcza  Ŝe  często  uciekali  na  widok  samo-
lotów.  Obszary  przygraniczne  oraz  tereny  kontrolowane  przez
Viet  Cong  zamieniono  w  tzw.  strefy  wolnego  ostrzału.
Wysiedlono  z  nich  ludność,  aby  mogły  być  w  kaŜdej  chwili
ostrzeliwane.  Mieszkańcy  opuszczali  teŜ  wsie  chroniąc  się
przed  walkami  i  terrorem  Viet  Congu  do  juŜ  przeludnionych
miast.  Uchodźcy  stanowili  aŜ  1/4  społeczeństwa.  Ameryka
przeznaczała dla tych 4 milionów bezdomnych pomoc wartości
30 min dolarów rocznie.

Zniszczenia wojenne na Południu dotknęły miasta w niewiel-

kim  stopniu  w  porównaniu  ze  wsią.  Wielu  mieszkańców  miast
było jednak oburzonych rujnowaniem kraju przez działania

1

 Przy końcu 1966 r. wybudowano takŜe w Tajlandii pas stanowy długości wystarczającej dla B-52.

background image

120

wojenne i zasilało szeregi neutralistycznej „Trzeciej Siły" lub Viet
Congu, aby skończyć z walkami obojętnie w jaki sposób.

Przy ocenie rezultatów taktyki Search and Destroy naleŜy wziąć

pod uwagę, iŜ oddziały amerykańskie z reguły walczyły dzielnie i
—  jeśli  udawało  im  się  nawiązać  kontakt  z  przeciwnikiem  —
zwykle  go  pokonywały.  Problem  polegał  jednak  na  tym,  Ŝe
zazwyczaj to Viet Cong decydował o miejscu i czasie bitwy.

W  1965  r.  w  Wietnamie  było  180  tys.  Ŝołnierzy  z  USA,  a  pod

koniec  1967  blisko  pół  miliona.  W  tym  samym  czasie  siły
komunistyczne na Południu wzrosły z ok. 15 tys. do 300 tys. ludzi.
Co miesiąc Viet Cong powoływał pod broń ponad 10 tys. ludzi, a z
Północy przybywało ok. 5 tys. Ŝołnierzy WAL.

W  Wietnamie  Południowym  nie  było  ciągłych  frontów  —  z

jednym  wyjątkiem:  wzdłuŜ  „strefy  zdemilitaryzowanej"  tkwili
okopani,  jak  w  I  wojnie  światowej,  Marines,  a  po  drugiej  stronie
oddziały  północno-wietnamskie.  Poza  tym  waJki  toczyły  się  w
całym  kraju,  a  szczególnie  cięŜkie  były  na  terenach,  które
komuniści kontrolowali jeszcze od czasów wojny z Francuzami: w
tzw.  strefach  C  i  D na  północ  od  Sajgonu  i  w  połoŜonym  między
nimi „śelaznym Trójkącie".

Generał Westmoreland zaplanował system baz artyleryjskich na

wierzchołkach  gór,  zaopatrywanych  przez  śmigłowce.  Mogły  one
wspierać się wzajemnie w wypadku ataku. Ich zadanie polegało na
skoordynowanym  ostrzale  zgrupowań  Viet  Congu  i  jego  szlaków
komunikacyjnych.  Gdy  oddziałom  amerykańskim  udało  się
nawiązać  kontakt  z  nieprzyjacielem,  natychmiast  wzywały  przez
radio  bombowce  i  artylerię.  Dopiero  kiedy  lawina  ognia  i  stali,
która  miała  zniszczyć  przeciwnika,  kończyła  się  —  ruszali  do
walki Ŝołnierze.

Wiara  we  własną  przewagę,  na  której  opierała  się  taktyka

Search  and  Destroy,  skłaniała  Westmorelanda  do  postawy
ofensywnej,  do  atakowania  Viet  Congu  w  jego  twierdzach.  Stąd
pomysły  wielkich  operacji,  które  miały  „oczyścić"  róŜne  tereny.
Przykładem moŜe być kampania Cedar Falls z początku

background image

121

1967  r.  skierowana  przeciwko  „śelaznemu  Trójkątowi".  Był  to
rejon  o  powierzchni  200  km

2

,  rozciągający  się  30  km  na  północ

od  Sajgonu.  Od  20  lat  znajdował  się  w  rękach  komunistów  —
wojsko  południowo-wietnamskie  nie  odwaŜało  się  nawet  tam
zapuszczać. Viet Cong stworzył na tym podmokłym, porośniętym
dŜunglą  i  pociętym  licznymi  rzekami  obszarze  potęŜny  system
umocnień,  godny  miana  prawdziwej  partyzanckiej  fortecy.
Całymi latami rozbudowywano tam olbrzymie kompleksy tuneli,
składów  i  schronów,  aŜ  powstał  rodzaj  podziemnego  miasta  dla
kilkunastu  tysięcy  Ŝołnierzy,  do  którego  dostępu  broniły  pola
minowe i liczne pułapki. Niektóre tunele biegły na głębokości 30
metrów, co czyniło je niewraŜliwymi nawet na najcięŜsze bomby.
Operację  Cedar  Falls  rozpoczęło  dywanowe  bombardowanie
„śelaznego  Trójkąta"  przez  superfortece  B-52  oraz  nawała
artyleryjska. Plan kampanii przygotowywany był wyłącznie przez
oficerów  amerykańskich,  aby  zaskoczyć  nieprzyjaciela.  Prze-
widywał  on  okrąŜenie  strefy  działań,  zbieŜne  uderzenia
rozcinające siły przeciwnika i niszczenie ich częściami.

Po  zakończeniu  wstępnego  bombardowania  ponad  30  tys.

Ŝ

ołnierzy  amerykańskich  przerzucono  w  ciągu  kilku  godzin

desantami  helikopterowymi  i  spadochronowymi  w  przewidziane
rejony.  Niektóre  oddziały  trafiały  zaraz  po  wylądowaniu  w
zasadzki,  inne  napotykały  silny  ogień  artylerii  Viet  Congu  i
przedzierały  się  przez  pola  minowe  pod  ostrzałem  doskonale
ukrytych  snajperów.  Na  ścieŜkach  czekały  zamaskowane  wilcze
doły  z  zaostrzonymi  bambusami  na  dnie  i  niewielkie  miny
przeciwpiechotne,  które  groziły  trwałym  kalectwem:  urywały
stopy,  kaleczyły  nogi  i  genitalia.  Gdy  nacierający  natrafiali  na
większe 

ugrupowania 

Viet 

Congu, 

wzywali 

myśliwce

bombardujące, aby napalmem złamać opór obrońców. Zazwyczaj
jednak oddziały NFW unikały bezpośrednich starć. Organizowały
zasadzki  po  czym  błyskawicznie  wycofywały  się  —  według
partyzanckiej zasady „uderzenia i odskoku".

background image

122

Po rozbiciu głównych baz Amerykanie przystąpili do przecze-

sywania  dŜungli,  wysadzania  bunkrów  i  umocnień  oraz  do
poszukiwania  zamaskowanych  wejść  do  tuneli.  Podziemne
korytarze były odpowiednie dla zgiętego w pół Wietnamczyka,
więc  przeciętny  Amerykanin  nie  mógł  się  w  nich  poruszać.
Tworzono więc z niskich i szczupłych Ŝołnierzy specjalne grupy
do  penetrowania  tuneli,  zwane  w  gwarze  Ŝołnierskiej  Rats
(„Szczurami").  Dla  zmuszenia  partyzantów  do  opuszczenia
podziemi  stosowano  gazy  łzawiące.  Pompowano  do  tuneli
acetylen,  który  następnie  detonowano.  Po  zakończeniu  operacji
Amerykanie wycofali się z .śelaznego Trójkąta", pozostawiając
w miejscu dŜungli księŜycowy krajobraz zryty kraterami bomb,
z drzewami powyrywanymi przez specjalne buldoŜery.

A jednak operację Cedar Falls —jak inne podobne — część

Ŝ

ołnierzy  Viet  Congu  przetrwała,  a  następni  wkrótce  do  nich

dołączyli.  Przetrwali  przede  wszystkim  w  tunelach,  były  zbyt
rozbudowane  i  skomplikowane,  aby  je  w  całości  zniszczyć.
Składały się z wielu oddzielnych komór, korytarzy o licznych
rozgałęzieniach. Były wyposaŜone  w  szyby wentylacyjne  oraz
klapy,  które  pozwalały  izolować  zagroŜone  odcinki.  Amery-
kanie byli w stanie wysadzić jedynie krótkie fragmenty tuneli,
a ich penetrowanie przez Rats łączyło się z duŜym ryzykiem.

Taktyka gen. Westmorelanda przynosiła więc tylko częściowe

sukcesy.  Amerykanie  zwycięŜali  we  wszystkich  większych
bitwach,  zadawali  duŜe  straty  przeciwnikowi,  niszczyli  jego
bazy  i  sieć  zaopatrzenia.  Jednak  podstawowa  przesłanka  „stra-
tegii  wyczerpania"  —  zadanie  nieprzyjacielowi  strat  „nie  do
przyjęcia"  —  okazała  się  nierealna.  Pomimo  ciągłego  zwięk-
szania  kontyngentu  amerykańskiego,  pomimo  katastrofalnych
spustoszeń  w  Wietnamie  Południowym,  pomimo  eskalacji
bombardowań  Północy  nie  było  najmniejszych  oznak  załamy-
wania się moŜliwości NFW  i DRW. Nie  mogło  być  inaczej  z
dość  oczywistej  przyczyny:  Viet  Cong  mógł  łatwo  kontrolować
własne  straty,  po  prostu  rezygnując  z  ataków  albo  wycofując
się do KambodŜy i Laosu. Inicjatywa naleŜała przecieŜ (i to od

background image

123

początku  do  końca  wojny)  do  komunistów.  Według  obliczeń
sztabowców  Pentagonu  3/4  starć  odbywało  się  w  wybranym
przez  przeciwnika  czasie,  miejscu  i  okolicznościach.  Na  2  mi-
liony amerykańskich operacji przy uŜyciu niewielkich oddziałów
w  latach  1966-1968  tylko  1%  zaowocował  kontaktem  z  nie-
przyjacielem.  Jeśli  zatem  kierownictwo  w  Hanoi  było  zaniepo-
kojone  wysokością  strat,  to  wystarczyło  zmniejszyć  intensyw-
ność ataków. Do 1968 r. taka konieczność jednak nie zaszła.

Dowództwo amerykańskie musiało znaleźć wskaźnik, który w

tej wojnie na „wyczerpanie" ukazywałby sytuację. Zwykle miarą
postępów  jest  zdobyte  terytorium.  W  Wietnamie  wskaźnikiem
była  natomiast  liczba  zabitych  nieprzyjaciół.  Do  Waszyngtonu
posyłano więc przez szereg ogniw dowódczych po kaŜdej bitwie
cyfry,  tzw.  body  count.  Politycy  domagali  się  zresztą  wielu
innych  danych  i  ta  „mentalność  księgowych"  sprawiła,  Ŝe  z
Wietnamu  płynęły  tony  najróŜniejszych  raportów,  którymi
karmiono  komputery.  KaŜda  potyczka,  kaŜda  zrzucona  bomba,
kaŜdy  niemal  wystrzelony  pocisk  były  rejestrowane  i
przetwarzane,  ale  to  morze  cyfr  bynajmniej  nie  ułatwiało
podejmowania decyzji. Nie chodziło nawet o to, Ŝe raporty były
często przesadzone (ocenia się, Ŝe liczbę zabitych Ŝołnierzy Viet
Congu  zawyŜano  o  30%),  lecz  o  to,  Ŝe  sedno  problemu  nie
tkwiło w arytmetycznych obliczeniach stosunku sił czy strat ani
np.  w  przeciętnym  tonaŜu  bomb  potrzebnych  do  zniszczenia
bambusowego  mostu.  Chodziło  raczej  o  coś,  czego  nawet
najnowsze komputery IBM 1430 nie mogły ująć w programach:
o  odwagę,  wytrwałość,  przekonanie  i  zdecydowanie.  W
„strategii  wyczerpania"  pierwsza  musiała  ulec  ta  strona,  której
zabrakło tych cech, a nie ludzi czy broni.

Według  danych  Pentagonu  do  końca  1967  r.  straty  nie-

przyjaciela  wyniosły  w  sumie  220  tys.  Ŝołnierzy,  a  mimo  to
komuniści mieli na Południu pod bronią ok. 300 tys. ludzi i byli
dwa  razy  silniejsi  niŜ  na  początku  interwencji  amerykańskiej.
„Nie  moŜemy  znaleźć  rozsądnego  wytłumaczenia  stałego
wzrostu sił Viet Congu... Zdolność Viet Congu do ciągłej

background image

124

odbudowy oddziałów i uzupełniania strat jest jedną z tajemnic tej
wojny...  Ich  jednostki  nie  tylko  odradzają  się  jak  feniks  z
popiołów,  ale  mają  teŜ  zadziwiającą  zdolność  do  utrzymywania
morale"  —  pisał  w  sprawozdaniu  dla  Waszyngtonu  w  listopadzie
1964 r. gen. Taylor, ambasador USA w Sajgonie.

Istotnie,  jeśli  się  głębiej  nad  tym  zastanowić,  jeśliby  próbować

znaleźć ukryte źródła siły Viet Congu, dotrzeć do motywów, które
pchnęły setki tysięcy ludzi do tytanicznych zmagań, to dojdziemy
w  końcu  do  pytań,  na  które  niełatwo  znaleźć  odpowiedź:  o  siłę
przekonań,  wolę  walki,  strach,  miękkość  i  twardość  —  i  to  nie
tylko  poszczególnych  ludzi,  ale  całych  społeczeństw.  Trudno  na
nie  odpowiedzieć  nawet  przy  wykorzystaniu  wyrafinowanych
metod  badań  socjologicznych.  (Amerykanie  prowadzili  takie
badania,  których  —  skądinąd  bardzo  interesujące  —  wyniki  są
jednak  na  tyle  niejednoznaczne,  Ŝe  mogą  słuŜyć  za  podstawę
róŜnych hipotez).

Panuje  jednomyślność  opinii  —  niezaleŜnie  od  postawy

autorów  —  o  wyjątkowo  wysokim  morale  oddziałów  Frontu.
ś

ołnierze Viet Congu pomimo wieloletniego oderwania od rodzin,

pomimo  głodu,  niewygód  związanych  z  Ŝyciem  w  dŜungli,
pomimo  miaŜdŜących  ataków  lotnictwa  walczyli  odwaŜnie,
czasami wręcz brawurowo, byli niesłychanie wytrwali, cierpliwi, a
dyscypliną 

przewyŜszali 

wiele 

armii 

regularnych. 

Czym

wytłumaczyć  tę  uporczywą  waleczność?  William  Sullivan,
ambasador  USA  w  Laosie  w  latach  sześćdziesiątych,  twierdzi,  iŜ
,,kluczowym elementem arsenału" wietnamskich komunistów było
terroryzowanie  ludności  cywilnej  i  brutalne  prowadzenie  wojny.
Podobne  jest  stanowisko  politologa  Douglasa  Pike'a,  autora
monografii  Tlie  Viet  Cong  Strategy  of  Terror,  w  której  uzasadnia
tezę, iŜ „terror był integralną częścią taktyki i programów" NFW i
Lao  Dong.  Zdaniem  Pikę'a,  skuteczność  „strategii  terroru",  którą
komuniści  przeciwstawili  „strategii  wyczerpania",  opierała  się
jednakŜe  nie  na  samym  zastraszaniu,  lecz  w  równej  mierze  na
znakomitych technikach organizacyjnych.

background image

125

Właściwie  nikt  nie  ośmiela  się  otwarcie  przeczyć  temu,  Ŝe

metodyczny terror był jednym z filarów Viet Congu. Większość
ź

ródeł komunistycznych pomijała ten  temat  milczeniem,  a  nieli-

czne, które o nim wspominały, usprawiedliwiały go. Mówiło się
więc  o  „rewolucyjnej  sprawiedliwości",  „sądach  ludowych",
„egzekucjach  słuŜalców krwawego  marionetkowego  reŜimu"  itp.
Trudno  zresztą  było  przeczyć  oczywistym,  udokumentowanym
faktom. W 1968 r„ w czasie ofensywy Tet, aby przytoczyć tylko
jeden z przykładów, doszło do masowej  zbrodni w  Hue,  gdzie
zamordowano  kilka  tysięcy  osób.  Wiadomo  takŜe,  Ŝe  niektóre
posunięcia  Viet  Congu  (np.  zajęcie  miast  na  kilka  godzin  i
wycofanie  się  bez  walki)  miały  na  celu  przede  wszystkim
znalezienie i „zlikwidowanie" osób uznanych za „wrogów ludu".

Jednak  zastraszenie,  choć  tłumaczy  wiele,  nie  wyjaśnia

wszystkiego.  MoŜna  nim  wytłumaczyć  dyscyplinę  i  cierpliwe
znoszenie cięŜkich warunków, ale czy terrorem moŜna wywo-
łać odwagę i wolę walki? Czy strachem moŜna uzasadniać np.
decyzje tych młodych Wietnamczyków, którzy rezygnowali z
wygodnego  Ŝycia  w  Sajgonie  i  szli  do  partyzantki?  Diagnoza
Pikę'a nie wyczerpuje złoŜoności zagadnienia. Formuła „terror
plus  organizacja"  domaga  się  uzupełnienia  o  trzeci  czynnik.
Najtrudniejszy  do  określenia,  a  jednak  równie  waŜny,  stano-
wiący konieczne dopełnienie dwóch pierwszych.

To brakujące ogniwo, spajające w monolityczny blok system

polityczny, militarny i społeczny NFW, nadające walce Frontu
niesłychany  dynamizm  i  uporczywość,  to  wiara  znacznej
części Wietnamczyków w ideały, o które walczyli.

Nie sposób inaczej wytłumaczyć specyfiki Wietnamu. Tylko

wiara moŜe wyjaśnić niezwykłą waleczność, wytrwałe męstwo
i wyjątkową gotowość do poświęceń — z oddaniem własnego
Ŝ

ycia włącznie. I tylko przejęcie się ideami mogło doprowadzić

do  sytuacji,  gdy  biedny,  nieduŜy  naród  dzięki  kolosalnej
pracowitości,  uporowi  i  odwadze  potrafił  walczyć  przez  cale
dziesięciolecia z wszystkimi, których ci, którzy nim  kierowali,
wskazali jako przeciwników. To prawda, Ŝe Wietnamczycy

background image

126

otrzymywali  olbrzymie  dostawy  broni  od  sojuszników.  To
prawda,  Ŝe  ich  walce  sprzyjały  najróŜniejsze  czynniki  —  od
unikatowej  geografii  kraju  począwszy,  na  strachu  USA  przed
Chinami skończywszy. Lecz prawdą jest takŜe, iŜ z broni moŜna
robić  rozmaity  uŜytek  (taki  sam  sprzęt  dostawali  przecieŜ
Arabowie, których mały Izrael bił na głowę).

NaleŜy oczywiście dokonać rozróŜnienia na tych, którzy znali i

przyjęli  całą  ideologię  marksistowsko-leninowską,  oraz  tych,
których  przyciągnęły  umiarkowane,  liberalno-niepodległosciowe
hasła  Lao  Dong  i  NFW.  Inne  były  motywacje  i  zamiary
manipulujących,  a  inne  manipulowanych.  Hanoi  oficjalnie
podkreślało wprawdzie „jedność całego ludu pracującego w wal-
ce  z  imperializmem",  jednak  w  rzeczywistości  ideowi  komuniści
stanowili  mniejszość  społeczeństwa,  choć  nie  była  to  grupa
zupełnie  się  nie  licząca.  Pokrywała  się  zapewne  z  kadrą  Viet
Congu  oraz  DR  W.  W  1967  r.  kadry  NFW  liczyły  ok.  100  tys.
ludzi  (na  ponad  380  tys.  członków  Viet  Congu  i  17  milionów
ludności  Południa).  Poglądy  reszty  społeczeństwa  południowo--
wietnamskiego  moŜna  określić  jako  niechętne  wobec  Ameryka-
nów, ale równie nieprzyjazne dla Lao Dong.

Tak  więc,  choć  zdolność  komunistów  do  stałej  odbudowy  sił,

którą  gen.  Taylor  nazwał  „jedną  z  największych  tajemnic  tej
wojny", 

pozostaje 

zagadnieniem 

nie 

poddającym 

się

upraszczającym  analizom,  to  nie  jest  jednak  zupełnie  niewy-
tłumaczalna. Tajemnica tkwiła w wyjątkowo skutecznym splocie
trzech  róŜnych,  lecz  doskonale  się  uzupełniających  czynników:
wiary, organizacji i terroru.

Z  tej  triady  pozostały  do  omówienia  techniki  organizacyjne.

Polityczna  działalność  Frontu  koncentrowała  się  w  komitetach
rejonowych. Sterowały one organizacjami masowymi, prowadzi-
ły  propagandę  i  —  mniej  lub  bardziej  dobrowolną  —  rekrutację
nowych  członków  NFW.  Komitety  decydowały  teŜ  o  uŜyciu
Sekcji Bezpieczeństwa. Komitety rejonowe działały w 1967 r. w
czterech  spośród  jedenastu  tysięcy  wsi  Wietnamu  Południowego
(rząd   kontrolował   4,5   tys.,   pozostałe   2,5   tys.   było

background image

127

spornych), a zatem Front posiadał niemałą bazę dla uzupełniania
strat i zdobywania środków materialnych. Zresztą środki płynęły
z  wielu  źródeł:  NFW  miał  przedstawicielstwa  w  stolicach
kilkudziesięciu krajów, m.in. w Moskwie, Pekinie. Warszawie
i innych krajach bloku sowieckiego, a takŜe w Trzecim Świecie.

Siły  zbrojne  Viet  Congu  dzieliły  się  na  trzy  rodzaje.

Oddziały regularne liczyły w 1967 r. ponad 100 tys. Ŝołnierzy.
W  jednostkach  regionalnych  walczyło  90  tys.  ludzi  nieco
gorzej wyszkolonych i uzbrojonych. I wreszcie ponad 100 tys.
chłopów  w  lokalnych  siłach  samoobrony  prowadziło  w  dzień
normalny tryb Ŝycia, a nocami urządzało zasadzki i dostarczało
zaopatrzenie oddziałom partyzanckim.

Viet Cong, który do 1964 roku składał się niemal wyłącznie

z  Południowców,  w  miarę  upływu  czasu  zmieniał  charakter.
Kadry  napływające  z  Północy  stopniowo  przejmowały  kierow-
nictwo, a oddziały WAL zaczęły odgrywać coraz większą rolę
w  działaniach  militarnych.  W  samym  1967  roku  na  Południe
przybyło 100 tys. Ŝołnierzy północno-wietnamskich.

Spośród  kilku  dróg  infiltracji  szlak  Ho  Chi  Minha  jest

najbardziej znany — chyba dlatego, Ŝe był tak spektakularnym
przedsięwzięciem  logistycznym.  O  wiele  mniej  mówiono  o
transporcie  drogą  morską,  którą  docierało  na  Południe
prawdopodobnie  tyle  samo  materiału,  co  lądem.  Do  1965  r.
większość  dostaw  transportowano  dŜonkami  i  statkami.  Potem
Amerykanie próbowali wspólnie z flotą południowo-wietnamską
zablokować wybrzeŜe, ale było to niewykonalne: linia brzegowa
Wietnamu Południowego ma 1600 km, jest bardzo urozmaicona,
a liczbę łodzi rybackich i dŜonek ocenia się na 50 tysięcy.

Sprzęt dla NFW napływał w nieduŜych łodziach do Ŝeglugi

przybrzeŜnej,  a  takŜe  pełnomorskimi  statkami,  które  roz-
ładowywano  w  kambodŜańskim  porcie  Kompong  Som.  Z
Kompong  Som  do  delty  Mekongu  było  tylko  100  km,  a  w
samej  delcie  liczne  kanały  i  dopływy  Mekongu  nadawały  się
doskonale  do  komunikacji.  KsiąŜę  Sihanouk  udawał,  Ŝe  nie
zauwaŜa czynienia z jego kraju  zaplecza dla działań

background image

128

komunistycznych  w  Wietnamie  i  uparcie  odmawiał  Ameryka-
nom prawa do zaatakowania dróg transportowych Viet Congu.

Szlak  Ho  Chi  Minha  został  po  blokadzie  wybrzeŜa  w  1965

roku  niebywale  rozbudowany.  WzdłuŜ  trasy  powstały  bazy
remontowe  i  wypoczynkowe,  szpitale  polowe.  Łączność  tele-
foniczna  zapewniała  stałą  informację  o  stanie  dróg  i  ewentual-
nych  zagroŜeniach.  Szlak  obsługiwało  blisko  300  tys.  ludzi,
którzy  rozbudowywali  go  i  naprawiali  uszkodzenia.  Znaczną
część  stanowiły  „MłodzieŜowe  Brygady  Szturmowe  dla  Oca-
lenia  Narodowego”  składające  się  głównie  z  kilkunastoletnich
dziewcząt (młodzi męŜczyźni byli od 18 roku Ŝycia powoływani
do  wojska),  które  —  według  twierdzeń  Hanoi  —  ochotniczo
zgłaszały się na trzy lata do pracy.

Szlak  miał  mocną  obronę:  w  samym  Laosie  znajdowało  się

ponad  tysiąc  stanowisk  artylerii  przeciwlotniczej  oraz  25  tys.
Ŝ

ołnierzy.  Na  początku  wojny  Amerykanie  próbowali  utrudniać

infiltrację, prowadząc w tajemnicy niewielkie bombardowania w
Laosie  za  pomocą  wynajmowanych  za  pośrednictwem  CIA
samolotów.  Potem,  gdy  szlakiem  wędrowały  dziesiątki  tysięcy
Ŝ

ołnierzy  i  tysiące  ton  zaopatrzenia  rocznie,  nie  mogli  dłuŜej

uniknąć  działań,  o  których  musiała  wiedzieć  opinia  publiczna.
Natomiast  Hanoi  do  końca  wojny  konsekwentnie  wypierało  się
prowadzenia  jakichkolwiek  działań  na  neutralnych  terytoriach
Laosu i KambodŜy.

Od  1965  roku  US  Air  Force  coraz  silniej  bombardowały

odcinek szlaku Ho Chi Minha w południowym Laosie. W czasie
nalotów,  które  trwały  do  1973  roku,  na  ten  niewielki  obszar
spadło  dwa  razy  więcej  bomb  niŜ  na  cały  Północny  Wietnam
(1,9  miliona  ton).  Ambasador  amerykański  w  Laosie,  William
Sullivan, zatroskany o stabilność rządu w Vientiane, sprzeciwiał
się bombardowaniom szlaku przez samoloty B-52, a takŜe Ŝądał
dokładnego  rekonesansu  przed  uŜyciem  lotnictwa  taktycznego,
aby  mieć  pewność,  Ŝe  atakowane  są  wyłącznie  tereny  nie
zamieszkane  przez  ludność  cywilną.  Zniecierpliwieni  tym
wojskowi nazwali szlak „Autostradą Sullivana". Jeden ze

background image

129

zwiadowców amerykańskich Sił Specjalnych, który dobrze poznał
szlak  Ho  Chi  Minha,  powiedział,  Ŝe  był  on  „czasami  tak
zatłoczony, jak autostrada na Long Island w godzinie szczytu".

Efekty  bombardowań  były  niewielkie:  trzy  czwarte  zaopat-

rzenia  wysyłanego  z  DRW  docierało  na  Południe.  Dziennie  siły
komunistyczne otrzymywały ok. 90 ton, czyli ładunek trzydziestu
cięŜarówek.  Bombardowania  zniszczyły  na  szlaku  w  ciągu  całej
wojny  ponad  10  tysięcy  samochodów  cięŜarowych,  ale  pomoc
chińska i bloku sowieckiego wyrównywała straty z nadwyŜką.

Amerykanie  obliczyli,  iŜ  w  wyniku  bombardowań  ginął  co

setny  Ŝołnierz  posyłany  na  Południe.  Oznaczało  to,  iŜ  na  jednego
zabitego  przypadało  przeciętnie  100  ton  bomb  o  wartości  140
tysięcy dolarów.

Amerykańska  strategia  czyniła  wojnę  w  Wietnamie  bardzo

kosztowną.  Wybudowano  bazy  morskie  w  Cam  Ranh  i  Da  Nang
za 300 milionów dolarów. Przyholowano do nich prefabrykowane
mola aŜ z Południowej Karoliny. W An Khe powstało największe
na  świecie  lądowisko  dla  śmigłowców.  W  Pleiku  —  ośrodek
łączności  wyposaŜony  w  najnowsze  urządzenia  do  komunikacji
satelitarnej.  Koszty  bombardowań  były  horrendalne.  Wartość
pięciuset  strąconych  nad  szlakiem  Ho  Chi  Minha  samolotów
przekraczała 

kilkudziesięciokrotnie 

wartość 

wszystkich

zniszczonych  cięŜarówek.  Podobnie  kosztowne  było  utrzymanie
oddziałów  amerykańskich,  zwłaszcza  w  porównaniu  z  Viet
Congiem.  Statystyczny  partyzant  potrzebował  około  2,5  kg
zaopatrzenia dziennie (1 kg Ŝywności, głównie ryŜu, 1 kg amunicji

pół 

kilograma 

wyposaŜenia 

osobistego). 

Natomiast

Amerykaninowi  trzeba  było  dostarczyć  osiem  razy  więcej:  5  kg
Ŝ

ywności,  2,5  kg  płynów,  prawie  10  kg  amunicji  oraz  3  kg

wyposaŜenia. Jeśli doliczymy do tego materiały pędne, to stosunek
zmieni  się  z  8:1  na  13:1.  W  siłach  USA  sześciu  na  dziesięciu
Ŝ

ołnierzy  przeznaczonych  było  do  obsługi  kwatermistrzowskiej

(kucharze, kierowcy, pisarze, magazynierzy). Nato-

9 _ Wietnam 1962-1975

background image

130

miast  po  stronie  północno-wietnamskiej  jedynie  20%  Ŝołnierzy
znajdowało się w słuŜbach pomocniczych.

DuŜe,  zmechanizowane  oddziały  amerykańskie  potrzebowały

sieci baz i szlaków transportowych, które z kolei wymagały stałej
obrony.  Natomiast  Viet  Cong  musiał  opierać  swój  system
zaopatrzenia na tragarzach i  rowerach,  co  powodowało  wydłuŜe-
nie  czasu  przygotowania  operacji.  Nie  oznacza  to  jednak,  iŜ
transport stanowił słabą stronę sił gen. Giapa.

Przygotowania  do  większej  bitwy  lub  ofensywy  były  zwykle

bardzo staranne.  CięŜarówki  dojeŜdŜały  szlakiem  Ho  Chi  Minha
tak  daleko  w  głąb  Południowego  Wietnamu,  jak  tylko  się  dało.
Dalej transportowano  materiał na  rowerach  lub  wykorzystywano
chłopów.  Zapasy  gromadzono  w  niewielkich,  rozrzuconych  w
róŜnych punktach, podziemnych  składach.  Zawierały  one  przede
wszystkim ryŜ, amunicję i solone ryby, ale na Południe posyłano
teŜ  np.  maszyny  drukarskie,  aparaturę  medyczną,  antybiotyki  i
urządzenia  do  produkcji  uzbrojenia,  przerabiania  zdobytego
sprzętu czy wyrabiania min z niewypałów.

„Najlepsi  partyzanci  świata"  zyskali  ten  tytuł  m.in.  dzięki

wręcz  spartańskiej  odporności  i  rezygnacji  z  wygód.  Ich
ekwipunek  składał  się  głównie  z  broni  i  amunicji.  WyposaŜenie
osobiste obejmowało niewiele ponad nylonowy hamak do spania
i  koc,  małą  lampkę  naftową,  moskitierę  i  filtr  do  wody.  Był  to  i
tak  postęp  w  porównaniu  z  Viet  Minhem,  którego  Ŝołnierze  nie
mieli np. moskitier, a dzienna porcja ryŜu była trzy razy mniejsza
niŜ w Viet Congu. Prócz ryŜu partyzanci jedli przede wszystkim
mięso upolowanych zwierząt i ryby łowione za pomocą granatów
wrzucanych  do  strumieni.  I  ostatnie  juŜ  porównanie.  śołd
Ŝ

ołnierza  USA  wynosił  przeciętnie  300  dolarów  miesięcznie,  a

Viet Congu — równowartość 50 centów.

Zgodnie  z  zasadami  stosowanymi  jeszcze  w  czasie  I  wojny

indochińskiej  partyzanci  uderzali  zwykle  tylko  wówczas,  gdy
mieli przewagę. Często urządzali zasadzki. Pozorowali uderzenie
na  mały garnizon, by potem  atakować  oddziały  spieszące  mu  na
pomoc. Akcje Viet Congu oparte były na sprawnej

background image

131

bazie  logistycznej;  oddziały  sił  regularnych  po  przybyciu  w
rejon  operacji  ściśle  współdziałały  z  lokalnymi  siłami
samoobrony,  które  zapewniały  zakwaterowanie,  dostarczały
przewodników,  tragarzy,  przejmowały  opiekę  nad  rannymi,
udostępniały dane wywiadowcze. „Byli twardymi Ŝołnierzami

— stwierdził  później  gen.  Westmoreland  —  i  byli  bardzo
wytrwali.  To  charakteryzowało  wszystkich,  od  Politbiura
w  Hanoi  do  najniŜszych  szczebli.  Ich  dowódcy  byli  zdyscyp
linowani  i  dobrze  wyszkoleni.  Byli  teŜ  bezwzględni  w  egzek
wowaniu ścisłego posłuszeństwa".

Obok  dŜungli  partyzanci  dysponowali  innym  znakomitym

schronieniem — wśród kontrolowanej przez NFW ludności wsi.
Francuski  historyk,  Paul  Mus,  pisał:  „Na  równinach  ryŜowisk
brakuje  naturalnego  ukrycia  —  nie  ma  lasów,  bagien  ani
wrzosowisk.  Jeśli  ktoś  chce  się  schować  i  zniknąć,  moŜe  to
zrobić  tylko  za  innymi  ludźmi...  (Masy)  ludzkie  są  znakomitą
osłoną  przed  kaŜdym  przeciwnikiem  o  innym  języku,  a  jeszcze
lepszym  —  gdy  ma  on  inną  skórę".  Amerykanie  zupełnie  nie
znali Wietnamu, jego kultury, zwyczajów i trybu Ŝycia ludności.
Co  rozumieli  Ŝołnierze  zza  oceanu,  lądując  w  środku
wietnamskiej wioski? Widzieli tylko starych ludzi i dzieci, gdyŜ
młodzi  uciekli  w  obawie  przed  posądzeniem  o  współpracę  z
Frontem.  Widzieli  drewniane  narzędzia  o  nieznanym  prze-
znaczeniu, ołtarzyki z figurkami w chińskim stylu i bambusowe
chaty, które mogły kryć wejścia do tuneli. Skąd mogli wiedzieć,
czy znajdujące się w wiosce zapasy ryŜu są przeznaczone dla jej
mieszkańców czy dla partyzantów? Niszcząc zapasy Viet Congu
lub to, co za nie uwaŜali, pozbawiali często chłopów niezbędnej
do przeŜycia Ŝywności.

Obcość  kraju,  strach  przed  wszechobecnymi  partyzantami,

którzy  mogli  kryć  się  w  kaŜdej  chacie  i  wynurzyć  z  tunelu  w
ś

rodku  wioski,  których  ogień  mógł  spaść  znienacka  na

amerykański patrol z kaŜdej kępy drzew, rosnąca frustracja

— wszystko  to  powodowało,  Ŝe  Ŝołnierze  z  USA  zaczynali
się  zachowywać   brutalnie.   KaŜdy   „Ŝółtek"  (gook)   stawał

background image

132

się dla nich wrogiem, a Wietnam zaczynali postrzegać jako Dziki
Zachód,  na  którym  trzeba  zrobić  porządek  z  „Indianami".  Nie
oznacza  to,  iŜ  Amerykanie  popełnili  w  czasie  wojny  wiele
zbrodni  wojennych;  Ŝołnierze  znajdowali  się  pod  ściślejszą
kontrolą  czynników  rządowych  i  środków  masowego  przekazu
niŜ  w  jakiejkolwiek  innej  wojnie,  i  nawet  przeciwnicy  nie
potrafili  znaleźć  Ŝadnych  przykładów  przestępstw  poza  kilkoma
odosobnionymi  wypadkami,  z  których  najbardziej  znany  to  My
Lai.

Zdarzało się natomiast — jak w kaŜdej innej wojnie — wiele

sytuacji  niejasnych.  Często  na  przykład  do  patrolującego
oddziału  amerykańskiego  oddawano  z  pobliskiej  wioski  kilka
strzałów.  Dowódca  mógł  rozkazać  swym  ludziom,  by
przeszukali  ją,  albo  wezwać  lotnictwo  lub  artylerię,  aby
zaatakowały wioskę. Obie metody niosły ze sobą ryzyko błędów,
których  kosztem  było  ludzkie  Ŝycie.  W  pierwszym  przypadku
mogło się okazać, Ŝe w wiosce znajdują się siły nieprzyjaciela i
dowódca straciłby wielu Ŝołnierzy. Bombardowanie zaś mogłoby
być  niepotrzebne,  gdyŜ  mogło  chodzić  o  paru  partyzantów,
którzy  uciekli  po  sprowokowaniu  Amerykanów.  Dowódca
musiał  wybierać  między  Ŝyciem  swoich  ludzi  i  Ŝyciem
wietnamskich chłopów.

W  ramach  prób  „zdobywania  serc  i  umysłów"  Amerykanie

m.in. rozdawali upominki: narzędzia, zegarki, lekarstwa itp. A w
maju 1966 r. na okrąŜone koło Sajgonu zgrupowanie Viet Congu
lotnictwo RW i USA zrzuciło duŜe ilości... aspiryny i „przepustek
do  wolności".  Rezultaty  manifestacji  dobrej  woli  były  mizerne.
Obejmujący nocą kontrolę nad wsią komuniści odbierali chłopom
rzekomo  złe  lekarstwa  (które  sami  wykorzystywali),  a  dla
przekonania wieśniaków truli jakiegoś psa, przedawkowując leki.

Czy  Amerykanie  mogli  wybrać  inny  sposób  działania?  Czy

istniała  alternatywa  dla  Search  and  Destroy!  W  Waszyngtonie  i
Sajgonie  rozumiano  przecieŜ  złoŜoność  sytuacji,  w  której
konwencjonalne działania militarne krzyŜowały się z wojną

background image

133

domową.  A  jednak  USA  postawiły  niemal  wyłącznie  na
rozstrzygnięcie wojskowe — prawie 80% pomocy dla Sajgonu
przeznaczano na rozwój ARW.

Uporczywe spychanie na drugi plan problemów politycznych

miało  kilka  przyczyn. Armia USA  przez  samą  swą  obecność
w  Wietnamie  musiała  zawaŜyć  na  decyzjach  Waszyngtonu.
Choć  po  1965  roku  w  dalszym  ciągu  mówi  się  wiele  o  „zdo-
bywaniu  serc  i  umysłów",  o  konieczności  rozwiązań  politycz-
nych, rozwoju gospodarczego i o reformie rolnej, to faktycznie
Wietnam zaczyna być traktowany jak zwykła operacja militar-
na.  Punkt  cięŜkości  przesuwa  się  w  stronę  dowództwa,  a
ambasada USA w Sajgonie, CIA i w ogóle cywile schodzą na
dalszy plan.

Według  gen.  Lansdale'a  (który  jako  pułkownik  walnie

przyczynił się do początkowego  sukcesu Diema)  — amerykań-
scy  wojskowi  popełnili  powaŜny  błąd,  sztywno  oddzielając
kategorie  militarne  od  politycznych.  Swe  zadanie  rozumieli
przede  wszystkim  jako  pobicie  nieprzyjacielskiej  armii,  a  nie
„zdobywanie  serc  i  umysłów".  A  przecieŜ  jedną  z  głównych
zasad  sztuki  wojennej  jest  zrozumienie  istoty  wojny  oraz
podporządkowanie  środków  militarnych  celom  politycznym.
Zle  się  teŜ  stało,  twierdzi  dalej  Lansdale,  Ŝe  punkt  widzenia
wojskowych  przejęli  politycy  cywilni  (Johnson,  McNamara,
potem Nixon i Laird), których obowiązkiem było go skorygo-
wać.  Jak  jednak  Biały  Dom  mógł  właściwie  reagować  na
sytuację,  skoro  opierano  się  tam  na  nie  przystających  do
rzeczywistości  schematach?  Wojnę  widziano  wyłącznie  w  kon-
tekście  globalnej  strategii  „powstrzymywania"  komunizmu,
co przyczyniało się do pomniejszania rodzimych, wietnamskich
korzeni konfliktu; Ho Chi Minha uwaŜano jedynie za narzędzie
w rękach Pekinu lub Moskwy, a NFW za wytwór Hanoi.

Pułkownik  Robert  Rheault  z  Zielonych  Beretów  uwaŜa,  Ŝe

„Stany  Zjednoczone  duŜo  lepiej  poradziłyby  sobie  w  Wiet-
namie,  gdyby  posłały  tam  kilka  bombowców  mniej...,  a  za  to
kilku specjalistów od walk nieregularnych więcej".

background image

134

Po śmierci Kennedy'ego Zielone Berety, w których pokładał

tak  wielkie  nadzieje,  zostały  zepchnięte  na  boczny  tor  przez
przywiązane do schematów kręgi wojskowe. W niewielkim tylko
stopniu powiększono ich liczebność; w Wietnamie działało w
szczytowym  okresie  wojny  trzy  tysiące  Ŝołnierzy  Sił  Specjal-
nych. Była to kropla w półmilionowym morzu wojsk amerykańs-
kich. Gdy zginął Kennedy, który zamierzał wprowadzić w armii
Stanów Zjednoczonych wiele  reform  (szkolenie  kontrpartyzanc-
kie dla wszystkich rodzajów broni, przystosowanie lotnictwa do
walk  w  dŜungli,  piechoty  morskiej  do  działań  nieregularnych
itp.), powrócono do tradycyjnej taktyki. Wiązało się to z przegra-
ną  zwolenników  przyjęcia  niekonwencjonalnych,  antypartyzanc-
kich sposobów prowadzenia wojny, którym w dowództwie armii
amerykańskiej  przewodził  bliski  współpracownik  Kenedy'ego,
gen.  Gavin,  z  wojskowymi  biurokratami,  reprezentowanymi
przez Westmorelanda.

A  przecieŜ  wystarczyło  spojrzeć  na  osiągnięcia  Zielonych

Beretów,  by  dostrzec  ich  znaczenie.  Licząca  zaledwie  trzy
tysiące ludzi grupa oficerów i podoficerów potrafiła zorganizo-
wać  60-tysięczną  armię,  złoŜoną  z  nieregularnych  oddziałów
lokalnych. Prócz tego stworzono setki tzw. Cywilnych Nieregu-
larnych  Grup  Obrony  (CNGO),  o  których  płk  Rheault  powie-
dział:  „Program  CNGO...  to  historia  uczenia  Wietnamczyków,
jak  strzelać,  budować,  uprawiać  ziemię,  leczyć,  prowadzić
operacje wywiadowcze. Była to praca z religijnymi i etnicznymi
mniejszościami: góralami, Khmerami, Hoa Hao i Kao Dai".

Południowo-wietnamskie  siły  terytorialne  —  organizowane

przez  Zielone  Berety  i  rząd  RW  —  utrudniały  w  powaŜnym
stopniu  działalność  partyzantów.  Potrafiły  bronić  chłopów
przed  opodatkowaniem,  przeciwdziałać  propagandzie  i  odcinać
zaopatrzenie dla sił komunistycznych. Zadały one — i poniosły
— większe straty niŜ regularne oddziały ARW.

Szukając  odpowiedzi  na  pytanie  o  alternatywną  taktykę

walki, moŜna się oprzeć właśnie na efektach działań Zielonych
Beretów i lokalnych, południowo-wietnamskich sił samoobro-

background image

135

ny. Wydaje się, iŜ droga, która mogła doprowadzić RW i USA do
zwycięstwa, wiodła w kierunku działań nieregularnych. Podobnie
sądzi  obecnie  wielu  zachodnich  specjalistów  wojskowych  (np.
autorzy  cytowanej  wielokrotnie  pracy  The  Lessons  of  Vietnam).
NaleŜało  z  niemal  wyłącznie  konwencjonalnego  sposobu  walki
przejść  na  mieszany,  dowartościować  Siły  Specjalne,  a  takŜe
zwrócić większą uwagę na polityczny charakter wojny. NaleŜało
posłać  do  Wietnamu  więcej  Zielonych  Beretów,  aby  zwiększyć
liczbę oddziałów lokalnych. Taktyka przeciwpartyzancka byłaby
prawdopodobnie  nie  tylko  tańsza  i  skuteczniejsza,  lecz  równieŜ
pozwoliłaby zmniejszyć liczbę ofiar wśród ludności cywilnej.

Stało  się  jednak  inaczej.  Taktyka  Search  and  Destroy

zdominowała  sposób  myślenia  amerykańskich  sztabowców,  a
Siły  Specjalne  wycofano  z  Wietnamu  jako  jedne  z  pierwszych
oddziałów  juŜ  w  1970  roku.  Powodem  tej  sprzecznej  z  logiką
decyzji  (odsyłano  niewielką  grupę  zawodowych,  świetnie
wyszkolonych Ŝołnierzy, pozostawiając pół miliona poborowych
o  bardzo  juŜ  wówczas  niskim  morale)  były  —  wywodzące  się
jeszcze  z  okresu  Kennedy'ego  —  animozje  w  stosunku  do
Zielonych  Beretów.  Te  same,  które  spowodowały,  iŜ  Siły
Specjalne  nie  zostały  w  Wietnamie  wykorzystane  na  większą
skalę.

W  charakterze  ciekawostki  moŜna  dodać,  Ŝe  w  formacji  tej

wielu oficerów mówiło m.in. po polsku i rosyjsku. 1 to nie tylko
dlatego,  Ŝe  Siły  Specjalne  miały  być  uŜyte  w  Europie
Wschodniej.  Zaczęto  je  tworzyć  w  1947  roku  w  amerykańskiej
strefie  okupacyjnej  w  Niemczech,  gdzie  zaciągnęło  się  do  nich
wielu  przesiedlonych  ze  Wschodu  dipisów,  którzy  nie  chcieli
wracać pod panowanie komunistyczne.

Wietnam  był  krajem  biednym,  roczny  dochód  narodowy  RW

na  jednego  mieszkańca  wynosił  w  1967  roku  dwieście  dolarów.
Pojawienie  się  tam  armii  USA  z  jej  olbrzymią  intendenturą  i
setkami  tysięcy  Ŝołnierzy  musiało  powaŜnie  wpłynąć  na
tamtejsze Ŝycie społeczne.

background image

136

Amerykańskie  bazy  szybko  otoczyły  całe  miasta  baraków

skleconych  z  puszek  i  opakowań,  które  wyrzucali  Amerykanie.
Tam, w krętych uliczkach, gdzie ściany zdawały się być pokryte
niekończącymi  się  reklamami  coca-coli  i  róŜnych  gatunków
piwa,  Ŝołnierze  zza  oceanu  mogli  kupić  narkotyki,  seks  i
rozrywki. Rozkwitł czarny rynek, głównym przedmiotem handlu
były dobra Made in USA, które amerykańscy Ŝołnierze kupowali
w  kantynach,  a  następnie  płacili  nimi  Wietnamczykom  —  i
Wietnamkom.

Korupcja  doszła  do  niewiarygodnych  rozmiarów.  Załatwienie

praktycznie  kaŜdej  sprawy  urzędowej  było  niemoŜliwe  bez
łapówek.  Uzyskanie  paszportu  lub  prawa  jazdy,  zapewnienie
cichej zgody policji na czarnorynkowy handel — wszystko miało
swoją  cenę.  Było  to  m.in.  konsekwencją  tak  licznej  obecności
Amerykanów.  Premier  RW,  Nguyen  Cao  Ky,  powiedział  po
wojnie:  „Potrzebowaliśmy  amerykańskich  Ŝołnierzy,  ale  nie  ich
stylu Ŝycia... Przywieźli ze sobą warunki Ŝycia tak komfortowe, o
tyle  lepsze  od  wietnamskich,  Ŝe  to  na  róŜne  sposoby
korumpowało". Powstała nienormalna sytuacja: pułkownik ARW
otrzymywał  miesięcznie  Ŝołd  o  wartości  równej  70  dolarom,  a
tłumacz  czy  sprzątaczka,  pracujący  w  amerykańskiej  bazie,
czterokrotnie  więcej.  Robotnik  zarabiał  5  tysięcy  dongów,
nauczyciel — 10 tysięcy, a kelnerka w barze dla Amerykanów —
50 tysięcy. Za uniknięcie przydziału do walki w dŜungli płacono
100 tysięcy dongów.

Nguyen Cao Ky został  w 1965 r. premierem, ogłosił program

walki  z  korupcją  i  przywrócenia  dyscypliny  społecznej.  Szcze-
gólnie  niebezpieczni  przestępcy  oraz  sprzedajni  funkcjonariusze
państwowi  mieli być  sądzeni  w  trybie  przyspieszonym  i  surowo
karani  —  z  rozstrzelaniem  włącznie.  Program  Ky  spotkał  się  z
poparciem  prasy  i  wielu  grup  politycznych,  lecz  kiedy  generał
rzeczywiście  polecił  dokonać  pierwszej  egzekucji,  oburzenie  nie
miało  granic  i  ambitne  projekty  walki  z  korupcją  nie  doczekały
się  realizacji.  Korupcja  była  zresztą  zbyt  głęboko  zakorzeniona,
by środki proponowane przez Ky mogły ją zwalczyć.

background image

137

Amerykanie  nie  naciskali  w  tej  sprawie  na  kolejne  rządy.

Bardziej interesowały ich wyniki walk z Viet  Congiem;  korupcję
uwaŜali  za  rzecz  normalną  w  kraju  azjatyckim.  Obawiali  się  —
jak  za  czasów  Diema  —  iŜ  radykalna  akcja  moŜe  spowodować
załamanie się rządu.

Wbrew  oczekiwaniom  Waszyngtonu,  interwencja  Stanów

Zjednoczonych nie przyczyniła się zbytnio do podniesienia morale
ARW.  Wprawdzie  bombardowania  DRW  i  pomoc  USA  dodały
pewności siebie Ŝołnierzom i dowództwu armii sajgońskiej, lecz z
drugiej strony Wietnamczycy byli przez Amerykanów spychani na
drugi plan i pozbawiani inicjatywy. Stawali się siłami policyjnymi
i posiłkowymi, które miały strzec zaplecza i chronić amerykańskie
bazy  oraz  zajmować  się  mniej  waŜnymi  operacjami.  Ten  stan
rzeczy  rodził  w  Ŝołnierzach  ARW  poczucie  niŜszości  i
nieprzydatności;  w  efekcie  zdawali  się  we  wszystkim  na
Amerykanów.  Wytworzył  się  niezdrowy  układ,  przypominający
nieco czasy kolonialne.

Dochodziło  nawet  do  całkowitego  rozkładu  jednostek

południowo-wietnamskich,  których  Ŝołnierze  rezygnowali  z  roli
sojuszników  na  rzecz  bardziej  intratnych  zadań.  Reporter
„Newsweeka"  pisał  w  październiku  1967  roku:  „W  Dac  To  cały
pułk  południowo-wietnamski  wyłączył  się  z  działań  bojowych,
poprzestając  na  dostarczaniu  dla  173  Brygady  Powietrzno-
Desantowej  USA  piwa,  prostytutek  i  czystej  bielizny...  W  Bień
Hoa,  w  sąsiedztwie  amerykańskiej  bazy  lotniczej,  inny
przedsiębiorczy  oddział  południowo--wietnamskich  komandosów
zbudował  osiedle  z  czerwonymi  latarniami...  Miejsce  na  polach
bitew  zostawiają  oni  «braciom  Amerykanom»...  Krótko  mówiąc,
ARW  jest  chora...  Niszczy  ją  prywata,  nepotyzm,  korupcja,
nieudolność, bezwład i tchórzostwo".

Oficerowie  ARW  byli  zwykle  zajęci  bardziej  staraniami  o

awans  niŜ  walką.  W  1966  roku  z  setek  kadetów,  kończących
Akademię  Wojskową  w  Sajgonie,  zaledwie  kilku  chciało
otrzymać przydziały poza stolicą. Faktyczne stany oddziałów

background image

138

AR  W  wynosiły  70-80%  podawanych  przez  dowódców,  gdyŜ
zatajali  oni  straty,  aby  ukryć  własne  błędy  i  pobierać  Ŝołd  za
fikcyjnych podwładnych.

Wśród  Ŝołnierzy  szerzyła  się  dezercja.  Czasem  przyczyną

była  obawa  o  rodziny,  Ŝyjące  na  terenach  kontrolowanych
przez  komunistów.  Zdarzało  się,  Ŝe  Ŝołnierzy  oblęŜonego
posterunku  namawiali  do  poddania  się,  przez  megafony,  ich
krewni, sprowadzeni przez Viet Cong. Łatwo sobie wyobrazić,
jaki  wpływ  wywierały  takie  audycje  na  morale  oblęŜonych,
którzy  wiedzieli  przecieŜ,  iŜ  odmowa  moŜe  sprowadzić  na
najbliŜszych represje.

Inną  metodą  wojny  psychologicznej  było  sianie  nieufności

pomiędzy  Amerykanami  i  ARW.  O  powody  nie  było  trudno,
Ŝ

ołnierze  z  USA  na  kaŜdym  kroku  dawali  odczuć  swoją

wyŜszość,  mieli  własne,  lepiej  zaopatrzone  kantyny,  więcej
pieniędzy, pierwszeństwo w ewakuacji i w pomocy medycznej.
Wszystko  to  uraŜało  dumę  narodową  Wietnamczyków.  Viet
Cong  podsycał  wzajemną  nieufność  w  bardzo  prosty  sposób:
atakował  głównie  Amerykanów.  Na  przykład  uderzając  na
bazy lub lotniska starano się oszczędzać Ŝołnierzy południowo--
wietnamskich,  a  patrole  ARW  atakowano  —  według  danych
amerykańskich — dziesięć razy rzadziej  niŜ  patrole US  Army.
Wzmagało  to  niechęć  Amerykanów  do  Południowych  Wiet-
namczyków. Zarzucali oni sojusznikom (uŜywając zresztą tego
słowa  z  przekąsem),  źe  za  ich  lenistwo  i  tchórzostwo  płacą
Ŝ

yciem  Amerykanie.  Wskutek  malejącego  zaufania  do  ARW

była ona coraz bardziej  usuwana  na drugi  plan, co  pogłębiało
jej wewnętrzny rozkład. I tak koło się zamykało.

ś

ołnierze  z  USA  traktowali  swoich  wietnamskich  towarzy-

szy broni z nieukrywanym lekcewaŜeniem. Na przykład taktykę
stosowaną  przez  oddziały  ARW  nazywano  Search  and  Avoid
(Znajdź  i  Wymiń);  a  ulubiony  sposób  atakowania  Połu-
dniowych Wietnamczyków miał — zdaniem Amerykanów —
prezentować  pomnik  na  Cmentarzu  Wojskowym  w  Sajgonie.
Statua przedstawiała siedzącego Ŝołnierza...

background image

139

Czy  tak  krytyczne  opinie  o  armii  sajgońskiej  były  do  końca

słuszne?  Będzie  jeszcze  mowa  o  niektórych  bitwach,  w  których
jej oddziały walczyły bohatersko. Nigdy w ciągu całej wojny nie
zdarzył  się  wypadek  przejścia  oddziału  ARW  na  stronę
nieprzyjaciela.  TakŜe  wyliczony  przez  amerykańskich  spe-
cjalistów  wskaźnik  strat  poniesionych  w  walce  nie  świadczy  o
pasywności  czy  tchórzostwie  Południowych  Wietnamczyków.
ARW  traciła  bowiem  rocznie  2,5%  swych  sił  (tzn.  12,5  tysiąca
poległych na 500 tysięcy Ŝołnierzy), natomiast Amerykanie tylko
1,8%.

Najdobitniej  o  stanie  wojsk  sajgońskich  świadczyła  jednak

inna, bardziej przemawiająca do wyobraźni liczba: w połowie lat
sześćdziesiątych  kaŜdego  roku  dezerterowała  1/5  Ŝołnierzy!
Niechęć  społeczeństwa  do  dyscypliny  utrudniała  wprowadzenie
mobilizacji  i  surowszych  kar  dla  uciekinierów.  Dopiero  w
sierpniu 1966 roku władze zdecydowały się na wydanie dekretu,
który  przewidywał  pięć  lat  obozu  pracy  za  dezercję  zwykłą  i
dopuszczał  moŜliwość skazania  na  doŜywotnie  więzienie  lub  na
ś

mierć  za  dezercję  z  pola  walki  z  bronią.  MoŜna  od  razu

powiedzieć,  iŜ  zarządzenia  te  nie  na  wiele  się  przydały;  sprawy
zaszły zbyt daleko.

Stosunek Południowych Wietnamczyków do Amerykanów był

ambiwalentny.  W  Sajgonie  mówiono  wówczas:  „Nienawidzimy
Amerykanów, ale boimy się. Ŝe się wycofają". Jeden z komitetów
studenckich  wydał  w  1966  roku  manifest  wzywający  USA  do
zwiększenia  pomocy  militarnej  i  gospodarczej  dla  RW  oraz
równocześnie  do...  nieingerowania  w  wewnętrzne  sprawy  kraju.
Wszystkie grupy polityczne oskarŜały Amerykanów o popieranie
swych  przeciwników.  USA  stały  się  dla  Południowców  kozłem
ofiarnym.  To  one  miały  być  wyłączną  przyczyną  korupcji,
nieudolności  rządu  sajgońskiego  itd.  Studenci  w  jednym  z
oświadczeń  oskarŜyli  nawet  ambasadę  USA  o  wyłączanie
elektryczności  w  róŜnych  dzielnicach  Sajgonu!  Frances
FitzGerald  tłumaczy  postawę  Wietnamczyków    wywodzącymi
się jeszcze  z czasów  kolonialnych

background image

140

cechami: mieli być przyzwyczajeni do niesamodzielności i do
braku odpowiedzialności. Kompleks zaleŜności od Francuzów
został  przeniesiony  na  Amerykanów.  Nienawidzono  ich,  lecz
równocześnie  chciano  ich  opieki  i  uwaŜano  za  niemal
wszechmocnych.

Wietnamczycy byliby zatem skazani — przez zbieg okolicz-

ności  historycznych  —  na  tragiczne  miotanie  się  pomiędzy
skrajnościami,  pomiędzy  wrogością  do  Amerykanów,  prag-
nieniem ich obecności, pomiędzy strachem przed komunizmem
i wiarą w jego obietnice. Tak pisał o tym młody Wietnamczyk
w  1966  roku:  „Nie  mogę  stanąć  ani  po  stronie  Amerykanów,
ani komunistów. Ale nie mam innych moŜliwości do wyboru,
a  po  którejś  ze  stron  muszę  się  opowiedzieć.  Z  Amerykanami
będę oskarŜony o słuŜenie imperializmowi, czystemu  kolonia-
lizmowi.  Będę  po  stronie  obcych,  którzy  zabijają  moich
rodaków, którzy bombardują mój kraj". Inny Południowiec tak
wyjaśniał  powody,  dla  których  nie  ufa  Viet  Congowi:  „Znam
dobrze  komunistów  —  uczyniliby  nas  szarym  narodem...
Hanoi  to  szare  miasto.  Ale  oni  przyrzekają  niepodległość  i
rozwój... Oto dlaczego rosną*'.

W  1965  roku  zaczęło  się  wydawać,  iŜ  jedna  z  przyczyn

słabości  RW  zostanie  usunięta:  powstał  w  miarę  stabilny  rząd.
Nguyen Khanh ustąpił ostatecznie z areny politycznej w lutym
1965  r.,  po  czym  doszło  do  serii  przewrotów  i  kontrprzew-
rotów.  Ostatecznie  w  maju  1965  r.  uformował  się  rząd,  który
przetrwał duŜo dłuŜej niŜ którykolwiek z poprzednich, a jeden
z  jego  członków  —  Nguyen  Van  Thieu  —  miał  kierować
państwem do samego niemal końca.

Premierem został generał lotnictwa Nguyen Cao Ky, a jego

prawą  ręką  był  generał  Thieu.  Obaj  byli  młodzi,  mniej  więcej
czterdziestoletni.  Dowództwo  amerykańskie  uwaŜało  ich  za
zdolnych  i  odwaŜnych  oficerów.  Ky  był  świetnym  pilotem  i
komendantem  największej  na  Południu  bazy  lotniczej  w  Tan
Son  Nhut  pod  Sajgonem,  a  Thieu  głównodowodzącym  sił
zbrojnych RW. Thieu wstąpił w 1945 roku do Viet-Minhu;

background image

141

opuścił go po niespełna roku, gdy zorientował się, Ŝe kierują
nim  komuniści.  Ukończył  następnie  akademię  wojskową  i
walczył  w  armii  Bao  Dają  przeciwko  Viet-Minhowi.  W  wa-
runkach wietnamskich istotne teŜ było, iŜ Thieu, pochodzący
z  mieszczańskiej  rodziny  buddyjskiej,  po  zawarciu  małŜeństwa
przeszedł na katolicyzm.

Wysokie kwalifikacje wojskowe obu generałów nie gwaranto-

wały zdolności politycznych, które —jak się wydaje — posiadał
raczej Thieu. Generał Ky miał opinię megalomana, intryganta
i lekkoducha. Nie rozumiał mentalności europejskiej i amerykań-
skiej; w jednym z wywiadów pochwalił Hitlera za to, Ŝe „potrafił
skupić wokół siebie... rozbity naród niemiecki" i był przekona-
nym  antykomunistą.  Słowa  generała  Ky  stanowiły  wymarzony
wręcz  argument  dla  potwierdzenia  tez  o  „faszystowskim"  i
„ludobójczym" charakterze reŜimu sajgońskiego.

Gdy tandem Ky-Thieu przetrwał u władzy kilka miesięcy i

zdawał  się  obiecywać  pewną  stabilizację,  Amerykanie
przystąpili  do  realizacji  kolejnego  programu,  aby  „zdobyć
serca  i  umysły"  chłopów.  Szkolone  przez  ekspertów  z  USA
zespoły  wykształconych  Wietnamczyków  ruszały  na  wieś,  by
Ŝ

yć  wśród  chłopów,  pomagać  im,  uczyć  i  leczyć.  Sposób

działania miał być wzorowany na Viet Congu. Rozpoczęty w
1966  roku  Program  Rozwoju  Wiejskiego  napotkał  jednak  te
same  przeszkody,  co  poprzednie  programy  —  od  „Strategicz-
nych Wiosek" poczynając.

Były  to  działania  na  niewielką  skalę  w  porównaniu  ze

zmaganiami  wojskowymi.  Przybywające  z  Sajgonu  zespoły
lokalne władze traktowały jako zagroŜenie dla swych interesów
i  opartych  na  korupcji  miejscowych  układów.  Wieśniacy,
którzy widzieli juŜ niejeden program kończący się na niczym
po  kilku  miesiącach,  witali  najnowszy  z  apatią  i  ostroŜnością.
Zespoły  były  terroryzowane  przez  Viet  Cong.  Wielu  ich
członków uciekało do miast, a ci, którzy zostawali, ryzykowali
Ŝ

yciem.  Tylko  w  ciągu  siedmiu  miesięcy  1966  roku  zamor-

dowano i uprowadzono ich ponad 3 tysiące.

background image

142

Niemniej  notowano  powolny,  lecz  stały  wzrost  terenów

„bezpiecznych",  czyli  kontrolowanych  przez  rząd.  W  1964  roku
władze  sajgońskie  kontrolowały  42%  ludności,  a  w  1967  juŜ
67%.

Po  niespełna  roku  rządów  generała  Ky  doszło  do  kolejnego

kryzysu  wywołanego  przez  buddystów.  Właściwie  nie  wiadomo
nawet  dokładnie,  co  było  jego  początkiem.  Niektórzy
dziennikarze  podawali,  iŜ  buddyści  zaczęli  protestować  prze-
ciwko usunięciu dowódcy I Okręgu Wojskowego, obejmującego
północne  prowincje  RW.  Sami  przywódcy  buddyjscy  natomiast
twierdzili, Ŝe chodzi im o przeprowadzenie wyborów i usunięcie
rządu  wojskowego.  W  kaŜdym  razie  w  połowie  marca  1966  r.
zaczęła  się  fala  gwałtownych  zamieszek  w  wielu  miastach
Wietnamu  Południowego.  Zdarzyło  się  osiem  samo-spaleń  —
więcej niŜ w czasie kryzysu za rządów Diema. Władza centralna
praktycznie  przestała  istnieć.  Przedstawiciele  administracji
(zwłaszcza  w  Hue  i  Da  Nang)  przechodzili  na  stronę
demonstrantów,  zachęcając  do  tego  samego  Ŝołnierzy  i
policjantów.

Trwające  przez  kilka  miesięcy  demonstracje  były  przede

wszystkim wyładowaniem negatywnych nastrojów społecznych

 

w  szczególności  resentymentów  antyamerykańskich.  śądano

bowiem  wyborów,  lecz  gdy  władze  zgodziły  się  na  nie,
demonstracje  przybrały  na  sile.  Nie  słuchano  nawet  apeli
przywódców buddyjskich, którzy po oświadczeniu rządu wezwali
do zaniechania protestów. 14  maja tysiąc  wietnamskich Marines
dokonało z rozkazu gen. Ky desantu na Da Nang, waŜne miasto
portowe. 

Komendant 

Da 

Nang 

uciekł 

amerykańskim

ś

migłowcem do Hue, gdzie schronił się w sztabie zbuntowanej 1

Dywizji  ARW,  a  burmistrz  —  równieŜ  stojący  po  stronie
demonstrantów  —  ukrył  się.  Waszyngton  był  zaniepokojony
akcją Ky — dokonaną bez wiedzy USA

 

i  obawiał  się  wzrostu  napięcia.  Rzeczywiście,  w  odwecie  za

desant  demonstranci  w  Hue  spalili  amerykańską  bibliotekę  i
konsulat. Były to jednak ostatnie akordy kryzysu. 8 czerwca

background image

143

siły  rządowe  zajęły  Hue.  Bez  oporu,  jeśli  nie  liczyć  wy-
stawianych  na  ulice  domowych  ołtarzyków  i  demonstrantów,
którzy kładli się na skrzyŜowaniach.

Jedyną stroną, która skorzystała na kryzysie 1966 roku, byli

znów  komuniści.  Represje  ominęły  bowiem  głównych  przy-
wódców  buntu  (rząd  wolał  nie  ryzykować  aresztowania
bonzów  buddyjskich,  a  wojskowi  i  cywilni  oficjele  mieli  w
Sajgonie  wielu  przyjaciół;  skończyło  się  na  aresztach
domowych  i  wysyłaniu  na  placówki  dyplomatyczne).  Uwię-
ziono natomiast szereg uczestników protestów, a wielu, lękając
się represji, wstąpiło do Viet Congu.

Obiecane wybory odbyły się we wrześniu 1966 r. Wzięło w

nich udział 4,3 miliona ludzi, co stanowiło 80% uprawnionych
do  głosowania.  W  myśl  przepisów  praw  wyborczych
pozbawieni  byli  m.in.  przestępcy  kryminalni,  osoby  chore
umysłowo oraz komuniści i prokomunistyczni neutraliści.

Wybory  —  według  zgodnej  opinii  obserwatorów  —  od-

bywały  się  w  atmosferze  swobody  i  —  poza  nielicznymi
wypadkami  —  uczciwie.  O  117  miejsc  w  Zgromadzeniu
Konstytucyjnym  ubiegało  się  532  kandydatów.  Wśród  wy-
branych znalazło się 35 katolików, 34 buddystów, 10 członków
sekty Hoa Hao i 5 Kao Dai — co dawało  dosyć wierny  obraz
rzeczywistego  układu  sił.  Ruch  narodowy  reprezentowało  12
członków VNQDD i 9 Dai Viet, z 58 kandydujących oficerów
tylko 20 uzyskało mandaty.

Niestety,  Zgromadzenie  jedynie  w  niewielkim  stopniu

spełniło  pokładane  w  nim  nadzieje.  Jego  członkowie  byli
podzieleni  na  szereg  skłóconych  grupek  i  frakcji,  które  nie
były w stanie stworzyć większości. Posłowie napisali i uchwa-
lili  co  prawda  piękną,  liberalną  konstytucję  (wyjątek  w  jej
tolerancyjnych  zasadach  stanowił  punkt  IV:  „Republika  Wiet-
namu walczy z  komunizmem  we  wszelkich  jego  postaciach"),
lecz  zachowywali  się  tak,  jakby  byli  całkowicie  oderwani  od
rzeczywistości. W kraju toczyła się wojna, a kaŜdy z członków
Zgromadzenia poczytywał sobie za punkt honoru wygłaszanie

background image

144

długich,  patetycznych  przemówień,  do  których  w  praktyce
sprowadzała się aktywność parlamentu.

Kolejnym  waŜnym  krokiem  na  drodze  do  ustabilizowania

sytuacji  były  wybory  prezydenckie  we  wrześniu  1967  roku.
Poprzedziła je dramatyczna rozgrywka pomiędzy generałami Ky
i  Thieu,  którzy  stanęli  do  walki  o  fotel  prezydencki.  Obaj
dysponowali  jednakowo  silnym  poparciem  w  armii,  lecz
skuteczniejszym  politykiem  okazał  się  Thieu.  Ky  ustąpił  i
zgodził się kandydować jako wiceprezydent.

Wybory przyciągnęły uwagę światowej opinii publicznej — z

samych Stanów Zjednoczonych przybyło 574 dziennikarzy. Gdy
parlament  sajgoński  pozbawił  praw  do  kandydowania  dwóch
polityków,  zarzucając  im  dąŜenie  do  zneutralizowania  RW.
wywołało to protest Kongresu USA. Kilka dni przed wyborami
jeden  z  przywódców  opozycji  zwołał  w  Sajgonie  konferencję
prasową,  na  której  ostrzegał  przed  sposobami  fałszowania
wyników. Jego uwagi były szeroko omawiane w prasie RW.

Thieu  i  Ky  otrzymali  35%  głosów.  Najgroźniejszymi  ich

przeciwnikami  okazała  się  —  dosyć  niespodziewanie  —  para
Truong  Dinh  Dzu-Chieu,  która  reprezentowała  opowiadających
się  za  pokojem  buddystów  (17%).  Trzecie  miejsce,  z  11%,
zdobyli narodowcy Suu i Dan. Pomimo prowadzonej przez Viet
Cong  akcji  przeciw  wyborom  (w  czasie  kampanii  wyborczej
dokonywano  blisko  pięciuset  zamachów  tygodniowo,  a  w  dniu
głosowania zginęły z rąk partyzantów  62  osoby)  wzięło  w  nich
udział  4,9  miliona  z  5,8  miliona  uprawnionych.  Londyński
„Economist" przewidywał przed wyborami, iŜ jeśli „Thieu i Ky
otrzymają  znaczną  większość  głosów,  zostaną  oskarŜeni  o
sfałszowanie  wyborów.  Jeśli  zwycięŜą  z  niewielką  przewagą,
oskarŜy  się  ich  o  brak  poparcia  narodu".  ZwycięŜyli  w  sposób
umiarkowany,  ale  część  dziennikarzy  oskarŜyła  ich  zarówno  o
fałszerstwa, jak i o brak poparcia. Natomiast bardziej obiektywni
komentatorzy określali wybory jako w  miarę uczciwe,  choć  nie
pozbawione

background image

145

skaz, a ich przeprowadzenie w czasie trwającej wojny uznano za
sukces władz.

Wybory  połoŜyły  kres  kilkuletniej  serii  zamachów  stanu.

Spokój, który zapanował po nich w sajgońskiej polityce — po raz
pierwszy  od  czasów  Diema,  zdawał  się  dobrze  rokować  na
przyszłość,  choć  do  pełnej  stabilizacji  było  jeszcze  daleko.
Wybory,  które  w  pewnym  stopniu  uprawomocniły  władzę  RW,
ukazały  jednocześnie  rozbicie  i  słabość  Ŝycia  politycznego
Republiki.

JakiŜ kontrast w porównaniu z sytuacją na Południu — zmien-

ną, chaotyczną, ale przecieŜ jednocześnie barwną i pełną Ŝycia —
tworzyła martwota i cmentarna cisza w DRW. Wszystko było tam
całkowicie podporządkowane wojnie: gospodarka,  kultura,  prasa,
sztuka  —  nawet  Ŝycie  rodzinne  musiało  ustąpić  przed
koniecznościami  militarnymi.  Wojna,  którą  Amerykanie  chcieli
prowadzić  bez  zaangaŜowania  emocjonalnego, dla Hanoi  była  od
początku wojną totalną, kwestią Ŝycia i śmierci.

Gdy  Amerykanie  przybywali  do  Wietnamu  na  12  miesięcy,  a

Południowi  Wietnamczycy  niezbyt  powaŜnie  traktowali  słuŜbę
wojskową,  to  młodzi  Wietnamczycy  z  Północy  wysyłani  na
Południe  wiedzieli,  Ŝe  wrócą  dopiero  po  zwycięstwie  —  jeśli
wcześniej  nie  zginą.  (Faktycznie,  niewielu  spośród  infiltrujących
w pierwszych latach wojny, doŜyło jej końca w 1975).

Gdy  Ŝołnierze  z  USA  spędzali  urlopy  w  Tajlandii  czy

Hongkongu,  a  Południowi  Wietnamczycy  słuŜący  w  ARW  mogli
bez kłopotów kontaktować się z najbliŜszymi, to pozostawione w
DRW  rodziny  Ŝołnierzy  do  1975  r.  nie  wiedziały  nic  o  losie
synów, braci czy męŜów. Sieć transportowa, była, zdaniem władz
w Hanoi, zbyt przeciąŜona, by Ŝołnierze mogli sobie pozwalać na
luksus wysyłania listów z frontu.

Gdy  na  Południu  sprzeciwianie  się  rządowi  uwaŜane  było  nie

tylko za rzecz normalną, ale w niektórych środowiskach naleŜało
wręcz  do  dobrego  tonu,  to  na  Północy  większość  społeczeństwa
ś

lepo ufała władzy, a wreszcie jakiekolwiek myśli o oporze nawet

nie przychodziły do głowy.

10 — Wietnam 1962-1975

background image

146

Według  danych  Centralnej  Agencji  Wywiadowczej  naloty,

które  miały  złamać  wolę  walki  DRW,  wywołały  skutek
dokładnie  odwrotny:  pomogły  zmobilizować  społeczeństwo,
rozbudzić uczucia patriotyczne i nacjonalistyczne, i skierować
je  przeciw  Stanom  Zjednoczonym.  Amerykanie  próbowali
temu  przeciwdziałać.  W  latach  1965-1967  zrzucili  nad  Wiet-
namem  Północnym  około  miliard  ulotek,  aby  przekonać
ludność,  Ŝe  winę  za  jej  cierpienia  i  zrujnowanie  kraju  ponosi
Lao  Dong.  Kampania  nie  przyniosła  jednak  Ŝadnych  do-
strzegalnych  skutków,  propaganda  Hanoi  okazała  się  nie
gorsza.  W  DRW  nie  było  telewizji,  lecz  w  kaŜdej  wsi
znajdował  się  głośnik  lub  odbiornik  radiowy,  a  mieszkańcy
zobowiązani  byli  do  słuchania  niektórych  audycji  i  uczest-
niczenia w „prasówkach".

Amerykanie mogli zrzucać paczki z podarkami „od rodaków

z  Południa"  lub  pisać  w  ulotkach:  „Komunistyczny  rząd
Wietnamu Północnego odbiera ryŜ ludności i kupuje zań broń
w  Chinach,  by  popierać  agresję  na  Południu...  śądajcie  od
rządu powiększenia racji Ŝywnościowych i przerwania agresji".
W  jaki  sposób  jednak  mogli  protestować  mieszkańcy  DRW?
Amerykanie  mogli  teŜ  ostrzegać  ludność  rejonów,  które
zamierzali  atakować,  mogli  tłumaczyć,  Ŝe  bombardowania  to
odpowiedź  na  zarządzone  przez  Biuro  Polityczne  napady  na
rodaków  z  Południa,  lecz  cóŜ  z  tego?  Zbędne  dla  celów
wojskowych  czy  produkcyjnych  osoby  ewakuowano  juŜ  na
początku  wojny,  a  pozostali  nie  mogli  bez  zgody  władz
opuścić wyznaczonych miejsc.

MoŜna było w  ulotkach  opisywać  skorumpowanych  działa-

czy Lao Dong, oskarŜać partię o tragedię milionów ludzi, lecz
obywatele  nie  mieli  najmniejszego  wpływu  na  władze  i  ich
decyzje.  Zresztą  gigantyczny  wysiłek,  na  jaki  zdobyła  się
ludność  DRW,  świadczy  o  tym,  Ŝe  wierzyła  w  słuszność
polityki  władz.  Oblicza  się  np.,  iŜ  Wietnamczycy  wykopali
ponad  40  tysięcy  kilometrów  tuneli.  WzdłuŜ  strefy  zdemilita-
ryzowanej,  gdzie  naloty  były  najcięŜsze,  całe   miasteczka

background image

147

i  wsie  zeszły  —  dosłownie  —  pod  ziemię.  Na  przykład  w
kompleksie  tuneli  długości  kilkuset  kilometrów  w  okolicach
Vinh Linh Ŝyło 70 tys. ludzi. Nocami wychodzili, by uprawiać
ziemię  i  naprawiać  drogi, w  dzień  chowali  się  na  głębokości
10  metrów.  KaŜda  rodzina  miała  wykopaną  własnoręcznie
izbę  z  brezentową  podłogą.  Oświetlenie  i  ogrzewanie  zapew-
niały  chińskie  lampy  naftowe.  Dzieci  urodzone  pod  ziemią
wystawiano codziennie na kilka minut na słońce. Pod powierz-
chnią znajdowały się szkoły, działała słuŜba zdrowia.

Jednym  z  celów  nalotów  było  zniszczenie  sieci  komunika-

cyjnej  na  Północy.  Amerykańskim  bombowcom  komuniści
przeciwstawili  jednak  z  powodzeniem  niezwykłą  pracowitość
Wietnamczyków.  Nie  tylko  utrzymywano  przejezdność  ist-
niejących tras, ale zbudowano w czasie wojny nową sieć dróg
w  DRW  i  w  Laosie  (szlak  Ho).  Długość  wszystkich  dróg  na
Północy zwiększyła się w ciągu  czterech  lat bombardowań z
19 tysięcy kilometrów do 40 tysięcy! W pracy tej brały udział
ok. dwa miliony ludzi, w większości kobiety.

Prawie  kaŜdy  musiał  wziąć  udział  w  likwidacji  skutków

bombardowań.  Na  wszystkich  nałoŜono  obowiązek  gromadze-
nia  materiałów  budowlanych  przy  drogach,  by  MłodzieŜowe
Brygady  Szturmowe,  złoŜone  z  dziewcząt,  a  nawet  z  dzieci,
mogły natychmiast usuwać zniszczenia.

Newralgicznymi punktami  sieci  komunikacyjnej były mosty.

Niszczone  zastępowano  promami  lub  mostami  bambusowymi,
zatapianymi  w  dzień.  Niekiedy  stosowano  mosty  pontonowe,
które  równieŜ w  dzień demontowano  i  maskowano. Rankiem,
dla  zmylenia  pilotów,  ustawiano  w  pobliŜu  przepraw  atrapy.
Maskowanie Wietnamczycy opanowali po mistrzowsku — i to
od czasu I wojny indochińskiej. Maskowano dosłownie wszys-
tko, co miało jakąś wartość z wojskowego punktu widzenia, a
więc np. mosty, magazyny i środki transportu.

Gdy  wiadomo  juŜ  było,  Ŝe  nastąpią  bombardowania,  partia

rzuciła  hasło:  „KaŜdy  musi  mieć  cztery  bezpieczne  miejsca:
schron blisko łóŜka, domu, ulicy i  blisko miejsca pracy".

background image

148

W  rezultacie  ogólnonarodowej  akcji  wybudowano  tak  duŜą
sieć  schronów,  Ŝe  mogła  się  w  niej  ukryć  cała  ludność  DRW.
Wtedy  teŜ rozśrodkowano wszystkie  większe  zakłady  produk-
cyjne.  Było  ich  niezbyt  wiele  —  po  Francuzach  zostały  tylko
drobne  fabryczki,  a  po  1954  roku  władze,  licząc  się  z  moŜ-
liwością  wojny,  budowały  niewielkie,  rozrzucone  w  terenie
zakłady. Zanim rozpoczęły się naloty, maszyny przeniesiono
do wiejskich chat, do jaskiń w górach, zamaskowano w dŜun-
gli. W miastach pozostały puste hale i atrapy.

Prostych, lecz skutecznych posunięć dokonano w celu ochrony

transportu.  Przede  wszystkim  przestawiono  komunikację  na  porę
nocną.  Poza  tym  nastąpiło  rozdrobnienie  transportu;  w  razie
potrzeby 3-tonowa cięŜarówka mogła  być  zastąpiona  piętnasto-
ma  rowerami  lub  odpowiednią  liczbą  tragarzy.  Dla  amerykań-
skiego  lotnictwa  znikały  więc  klasyczne  cele  —  konwoje
samochodowe, pociągi czy statki. Pojawił się problem pogoni za
dziesiątkami  tysięcy  drobnych  obiektów,  poruszających  się  po
rzekach, drogach, ścieŜkach i na wodach przybrzeŜnych.

Wszystko to wymagało oczywiście ogromnego poświęcenia

i trudu zwykłych obywateli Północnego Wietnamu. To oni, a nie
członkowie Politbiura, musieli pracować i naraŜać Ŝycie. Gdy na
przykład  Amerykanie  zaczęli  stosować  bomby  z  opóźnionym
zapłonem,  Lao  Dong  rzuciła  hasło:  „Oni  bombardują  —  my
jedziemy". Po prostu zasypywano bomby, a samochody jechały
w takich odstępach, by wybuch zniszczył najwyŜej jeden pojazd...

Kadry partyjne i administracyjne korzystały m.in. z wyŜszych

przydziałów Ŝywnościowych. Racje kartkowe wynosiły — w za-
leŜności od kategorii, do której dana osoba została zaliczona

 

od 13 do 24 kg ryŜu miesięcznie, pół kg cukru i 300 g mięsa.

Ekonomia  Północnego  Wietnamu  miała  poza  tym  niezawodne
oparcie  na  zewnątrz.  Wartość  strat  na  Północy  w  1967  roku
oblicza  się  na  130  milionów  dolarów.  Natomiast  pomoc
RWPG wyniosła ponad 700 milionów dolarów, a chińska

 

drugie  tyle.  (Dla  porównania  —  wojna  powietrzna  kosz-

towała USA 1 miliard dolarów rocznie). Wietnam otrzymywał

background image

149

od  sojuszników  przede  wszystkim  broń,  surowce  i  pojazdy.
Pomoc  ChRL  była  dostarczana  głównie  liniami  kolejowymi
(których  USA  nie  bombardowały),  a  z  RWPG  —  od  1966  roku,
gdy  nastąpiło  ostateczne  zerwanie  pomiędzy  Pekinem  i  Moskwą
— drogą morską, do portu w Hajfongu.

Uderzająca  jest  dysproporcja  pomiędzy  nakładami  finan-

sowymi  Stanów  Zjednoczonych  i  rezultatami  bombardowań.  To
prawda,  Ŝe  Waszyngton  wybrał  najbardziej  kosztowny  sposób
prowadzenia  wojny,  ale  sedno  problemu  leŜy  gdzie  indziej.
Komputery  Pentagonu  wskazywały,  iŜ  zniszczono  tysiące
mostów,  cięŜarówek,  dŜonek  i  odcinków  dróg.  Transport  DRW
powinien  więc  być  sparaliŜowany,  powinien  przestać  istnieć.
Tymczasem  działał  w  najlepsze.  Dlaczego?  Dlaczego  takŜe  inne
części  machiny  wojennej  Hanoi  działały  bez  powaŜniejszych
zakłóceń?

O  niektórych  przyczynach  (pracowitości  i  pomysłowości

Wietnamczyków,  o  pomocy  państw  komunistycznych)  juŜ
mówiliśmy.  Pozostały  ograniczenia  nałoŜone  na  siły  powietrzne
przez  Biały  Dom  oraz  polityka  „eskalacji"  wojny.  Wywiad  USA
oceniał,  iŜ  zakazy  prezydenta  pozostawiły  3/4  urządzeń
przemysłu  zbrojeniowego  i  instalacji  militarnych  DRW  poza
zasięgiem  ataków!  Bez  zgody  Johnsona  lotnictwo  nie  mogło
bombardować Hanoi i celów znajdujących się w promieniu 10 mil
morskich  od  stolicy,  Hajfongu  i  terenów  wokół  miasta,  strefy
wzdłuŜ granicy chińskiej oraz linii kolejowych łączących DRW z
ChRL.  Tym  samym  wyłączono  z  nalotów  kluczowe  obiekty
wojskowe 

(np. 

lotniska 

wokół 

Hanoi), 

gospodarcze 

i

komunikacyjne.  W  1965  roku,  gdy  amerykańskie  dowództwo
zaŜądało  pozwolenia  na  zbombardowanie  budowanych  wokół
Hanoi  wyrzutni  rakiet  przeciwlotniczych,  rząd  USA  nie  udzielił
zgody,  gdyŜ  zaatakowanie  wyrzutni,  przy  których  konstrukcji
zatrudnieni  byli  specjaliści  radzieccy,  mogłoby  —  według
Waszyngtonu — doprowadzić do konfrontacji z ZSRR.

Podobnie  było  w  1966  roku,  kiedy  Komitet  Szefów  Sztabów

sił zbrojnych USA domagał się od stycznia zezwolenia na

background image

150

bombardowanie  składów  materiałów  pędnych  i  smarów  na
Północy,  co  miało  zahamować  infiltrację.  Prezydent  dopiero  po
sześciu  miesiącach,  w  czasie  których  wciąŜ  miał  nadzieję  na
nawiązanie  rozmów,  wyraził  zgodę  na  atak.  Gdy  amerykańskie
uderzenie zniszczyło niemal wszystkie większe zbiorniki paliw w
DRW, okazało się, iŜ infiltracja nie ustała. Armii generała Giapa
wystarczały  zapasy  rozproszone  po  całym  kraju  w  nieduŜych
magazynach oraz dostawy z importu.

Eskalacja nalotów dała władzom DRW czas na przygotowanie

kraju do wojny, na zbudowanie systemu obrony przeciwlotniczej,
na  ukrycie  i  rozśrodkowanie  najwaŜniejszych  celów  oraz  na
zorganizowanie 

alternatywnych 

ś

rodków 

transportu.

„Stopniowanie"  bombardowań  nie  zachęciło  Hanoi  do  negocjacji
(w  Białym  Domu  przy  rozpoczynaniu  kolejnych  faz  wojny
powietrznej wciąŜ łudzono się, Ŝe tym razem Politbiuro się ugnie i
oszczędzi  krajowi  zniszczeń).  Przeciwnie  —  skłoniło  Lao  Dong
do  trwania.  Proporcjonalnie  bowiem  do  eskalacji  rosło
niezadowolenie  w  USA,  co  komuniści  odbierali  —  zupełnie
słusznie — jako sygnał słabnięcia woli walki Ameryki.

Wietnam  Północny,  wbrew  rozpowszechnionym  przez  prze-

ciwników wojny sloganom, wcale nie był bezbronnym Dawidem,
nad którym pastwił się imperialistyczny Goliat. Kraj ten posiadał
jeden  z  największych  i  najskuteczniejszych  systemów  obrony
przeciwlotniczej na świecie, niektórzy twierdzą nawet, Ŝe nie miał
sobie  równych.  Piloci  amerykańscy,  którzy  latali  nad  DRW,  a
poprzednio  walczyli  w  II  wojnie  światowej,  zgodnie  oceniali,  iŜ
obrona Londynu, Berlina czy niemieckich rafinerii naftowych nie
wytrzymywała  porównania  z  siłą  ognia  Wietnamczyków.  Szef
sztabu wojsk lotniczych USA gen. John McConwall uznał obronę
przeciwlotniczą DRW za największą koncentrację broni tego typu
w historii wojen.

System  ten  rozbudowywano  stopniowo,  przede  wszystkim

dzięki  pomocy  sowieckiej.  Z  ZSRR  pochodziła  większość
sprzętu: kierowane rakiety przeciwlotnicze, działa plot, stacje

background image

151

radiolokacyjne  i  myśliwce.  Tam  szkolono  wietnamskie  kadry.
Sowieccy  specjaliści  przebywali  stale  w  DR  W,  gdzie  kierowali
konstrukcją systemu, uczyli Ŝołnierzy WAL obsługiwać sprzęt,  a
prawdopodobnie  nie  stronili  teŜ  przed  udzielaniem  im
bezpośredniej pomocy w czasie walki.

Potęga  Północnego  Wietnamu  rosła  równolegle  z  eskalacją

wojny.  W  1965  roku  było  tam  5  tys.  dział  plot,  w  1966  juŜ  7
tysięcy,  a  w  1967  —  10  tys.  Jeszcze  szybciej  rozwijały  się
oddziały  rakiet  przeciwlotniczych.  Pierwszy  samolot  F-4  Phan-
tom  
został  przez  nie  zestrzelony  w  lipcu  1965  roku  i  choć
Amerykanie  zaczęli  odtąd  atakować  wyrzutnie,  to  w  1965  WAL
miała 6 baterii rakiet plot,  w 1966 dziesięć razy więcej (!) — 65
baterii,  a  w  1967  —  100  baterii.  Wiosną  1966  roku  Wietnam
otrzymał  najnowocześniejsze  turboodrzutowe  myśliwce  MiG-21,
które nie ustępowały samolotom amerykańskim. WAL miał takŜe
dosyć  dobrze  wyszkolonych  pilotów  —  lotnicy  US  Air  Force
osiągnęli stosunek straceń 3 do 1 na swoją korzyść.

W latach 1965-1968 strącono nad DR W 950 samolotów USA

(o wartości 6 miliardów dolarów). Sowieckie rakiety niszczyły je
na  większych  wysokościach,  niŜej  szalał  morderczy  ogień  dział
plot.  W  1965  roku  700  amerykańskich  lotników  wycofano  na
własną prośbę z Wietnamu, gdyŜ nie wytrzymywali strachu przed
akcjami nad DRW.

Amerykanie,  by  zmniejszyć  straty,  musieli  wydzielić  znaczną

liczbę  samolotów  (do  40%)  do  osłony  grup  uderzeniowych.
Musieli  dokonywać  lotów  na  bardzo  małej  wysokości  z  duŜą
prędkością  oraz  zmniejszyć  ładunki  bomb,  aby  podnieść
manewrowość  maszyn.  Musieli  teŜ  skrócić  czas  działania  nad
celami.  Wszystko  to  oczywiście  obniŜyło  celność  i  efektywność
bombardowań.

Stosowali  teŜ  —  z  róŜnym  powodzeniem  —  wiele  środków

technicznych  do  zwalczania  obrony  przeciwlotniczej:  zakłócenia
radioelektroniczne  systemu  radiolokacji  i  łączności  WAL,
stawianie  w  powietrzu  zasłon  przeciw  radarom  z  pasków  folii
aluminiowej.   Do  zniszczenia   stacji   radiolokacyjnych

background image

152

uŜywano  specjalnych  rakiet  samonaprowadzającyeh  się  na  cel  typu
Shrike,  wystrzeliwanych  z  samolotów  F-105.  Wietnamczycy  zwykle
szybko znajdowali sposoby radzenia sobie z amerykańską techniką. Na
przykład  przed  pociskami  Shrike  bronili  się  w  bardzo  prosty  sposób:
radar,  w  którego  stronę  zmierzała  rakieta,  przestawał  na  chwilę
pracować,  aby  pocisk  —  pozbawiony  sterującej  wiązki  promieni  —
gubił kierunek.

Bombardowania DRW nie przyniosły zatem Stanom Zjednoczonym

spełnienia  Ŝadnego  z  zamierzonych  celów.  Nie  przerwały  ani  nawet
powaŜnie  nie  utrudniły  infiltracji  ludzi  i  materiałów  na  Południe.  Nie
obniŜyły zdolności produkcyjnych i militarnych Północy. Nie zmusiły
starców  z  Politbiura  do  zajęcia  miejsc  przy  stole  konferencyjnym.
Wszystkie  raporty  wywiadowcze  jednomyślnie  potwierdzały  tezę,  iŜ
—jak  pisali  specjaliści  Pentagonu  w  1967  roku  —  „bombardowanie
Północnego  Wietnamu  nie  miało  Ŝadnego  odczuwalnego  wpływu  na
moŜliwości  Hanoi  rozwinięcia  i  utrzymania  na  obecnym  poziomie
operacji wojskowych na Południu".

Amerykańskie  bombowce  nad  DRW  były  natomiast  dla

komunistów  dogodnym  argumentem,  zarówno  w  oczach  opinii
ś

wiatowej, jak i własnego społeczeństwa. Przeciągające się niszczenie

nieduŜego,  biednego  kraju  przez  najsilniejsze  i  najbogatsze  państwo
ś

wiata  było  skutecznym  atutem  propagandowym.  Piloci  amerykańscy

strąceni  nad  DRW  i  wzięci  do  niewoli  dawali  władzom  północno-
wietnamskim moŜliwość wywierania presji na Waszyngton.

Hanoi  nigdy  nie  podało  danych  dotyczących  ogólnej  liczby

cywilnych  ofiar  bombardowań.  Według  CIA  w  latach  1965-1966  na
Północy zginęło (poza 7 tysiącami Ŝołnierzy) 29 tysięcy osób. Nie jest
to mało, ale zwaŜywszy na skalę bombardowań wydaje się, iŜ liczba ta
podwaŜa  oskarŜenia,  jakoby  Amerykanie  prowadzili  barbarzyńskie
naloty na gęsto zaludnione rejony. W rzeczywistości USA prowadziły
wojnę  powietrzną  tak,  by  sprowadzić  do  minimum  straty  wśród
ludności cywilnej. Oto fragmenty rozkazu dowództwa amerykan-

background image

153

skiego  z  22  czerwca  1966  roku:  „Stosować  następujące
zasady:  maksymalnie  wykorzystywać  najbardziej  doświad-
czony personel..., udzielać pilotom szczegółowego instruktaŜu
z naciskiem na konieczność unikania ofiar cywilnych, działać
tylko,  gdy  pogoda  pozwala  na  wzrokową  identyfikację
celów...,  wybierać  optymalne  kierunki  ataku,  aby  pomijać
obszary zamieszkane". Lotnictwo USA starało się uderzać „z
chirurgiczną  precyzją"  —  jak  sformułował  to  jeden  z
generałów.

Spośród  trzydziestu głównych miast DRW powaŜnym  znisz-

czeniom uległo dwanaście, a na 5788 gmin tylko 300 — w są-
siedztwie „strefy zdemilitaryzowanej" i tras infiltracji — doznało
cięŜkich bombardowań. Oczywiste wydaje się zatem, Ŝe celem
Stanów Zjednoczonych nie było wyniszczenie ludności DRW
—  co  zarzucały  im  władze  w  Hanoi  oraz  uczestnicy  ruchów
antywojennych.

Niektórzy autorzy sądzą, iŜ USA mogły  zmusić  Lao  Dong

do  rezygnacji  z  prowadzenia  wojny  na  Południu,  jedynie
zadając  Północnemu  Wietnamowi  bardzo  duŜe  straty  w  lu-
dziach  —  przez  masowe  naloty  bez  Ŝadnych  ograniczeń  lub
przez  zbombardowanie  tam  na  Rzece  Czerwonej,  co  spowo-
dowałoby  zalanie  gęsto  zamieszkanej  delty.  Propozycje  te
Waszyngton odrzucił jednak stanowczo.

Mniejszą  troskę  o  Ŝycie  obywateli  przejawiały  władze  w

Hanoi.  KaŜdego  roku  dwieście  tysięcy  młodych  Wietnam-
czyków  osiągało  wiek  poborowy.  Wielu  z  nich  posyłano  na
Południe,  a  szlak  Ho  Chi  Minha  stawał  się  ich  drogą  śmierci.
Gen.  George  Keegan  powiedział,  Ŝe  „Północny  Wietnam  nie
był niczym więcej niŜ tylko pasem transmisyjnym dla sowiec-
kiego  i  chińskiego  sprzętu  wojskowego,  do  którego  Północni
Wietnamczycy  dodawali  mięso  armatnie".  Wysoki  przyrost
naturalny  odbierał  sens  „strategii  wyczerpania"  generała
Westmorelanda. Jak to ujął jeden z amerykańskich polityków:
„Właściwie  prowadzimy  beznadziejną  walkę  z  przyrostem
naturalnym Wietnamczyków".

background image

154

Kierownictwo  Lao  Dong  nie  czuło  się  zmuszone  nawet  do

negocjowania  z  Waszyngtonem,  nie  mówiąc  juŜ  o  ustępstwach.
JuŜ w 1964 roku, tuŜ po incydencie w Zatoce Tonkińskiej, Pham
Van  Dong,  uznawany  przez  „Wujka  Ho"  za  „najbliŜszego
kuzyna",  powiedział,  Ŝe  „nasz  naród  będzie  musiał  dokonać
wielu  poświęceń"  i  zagroził,  Ŝe  jeśli  wojna  „ogarnie  Północny
Wietnam,  ogarnie  teŜ  całą  Azję  Południowo-Wschodnią".
Pewność  siebie  Politbiura  brała  się  z  kilku  przesłanek.  Po
pierwsze,  komuniści  mieli  inicjatywę  militarną.  Wiedzieli,  Ŝe
mogą w dogodnej chwili przejść od walk do rozmów. Po drugie,
głęboko  wierzyli  w  swą  przewagę  nad  rządem  sajgońskim,
którego  reformy  z  łatwością  torpedowali.  I  po  trzecie,  od
początku byli przekonani, iŜ jeśli wojna będzie się przeciągać, to
USA prędzej czy później się z niej wycofają.

Ponawiane  wysiłki  pokojowe  Waszyngtonu  utwierdzały

jedynie  kierownictwo  tao  Lao  Dong  w  tym  przeświadczeniu.
Próby  nawiązania  negocjacji  z  Hanoi  historyk  Allan  Goodman
określił  jako  ,jeden  z  najbardziej  bezowocnych  rozdziałów  w
dziejach dyplomacji USA".

W ciągu 432 z 800 dni wojny powietrznej działania lotnictwa

Stanów  Zjednoczonych  były  ograniczane  lub  wstrzymywane  w
nadziei na rozpoczęcie rozmów z DR W. Pierwszą, wspomnianą
juŜ,  przerwę  w  bombardowaniach  prezydent  Johnson  ogłosił  w
maju 1965 roku z okazji święta urodzin Buddy. Tajne rokowania,
które  podjęto  równocześnie  w  ParyŜu,  zostały  jednak  po  kilku
spotkaniach zerwane przez Wietnamczyków. Jednocześnie Hanoi
oskarŜyło  USA,  Ŝe  wstrzymując  naloty,  pragną  usprawiedliwić
dalszą  eskalację  wojny.  Była  to  dla  Waszyngtonu  pierwsza
próbka taktyki, którą DRW stale stosowała: stwarzanie trudności
w  poufnych  negocjacjach  połączone  z  głośnym,  publicznym
obwinianiem strony amerykańskiej o blokowanie porozumienia.

Odtąd  Johnson  stał  się  bardziej  podejrzliwy  i  niechętnie

zgadzał się na następne przerwy, choć w ciągu trzech następnych
lat osobiście zaangaŜował  się  w 72  inicjatywy  pokojowe.

background image

155

W swych wspomnieniach napisał, Ŝe „być moŜe zbyt  otwarcie
okazywaliśmy  nasze  szczere  dąŜenie  do  pokoju...  Te  liczne
wezwania  przez  tak  wiele  kanałów  prawdopodobnie  prze-
konały  Północnych  Wietnamczyków,  Ŝe  chcemy  pokoju  za
wszelka cenę".

Warunki  ewentualnego  zakończenia  wojny  sformułował

premier DRW Pham Van Dong w kwietniu 1965 roku w czte-
rech punktach. Pierwszy mówił o prawie narodu wietnamskiego
do „pokoju, niepodległości, suwerenności, jedności i integralnoś-
ci terytorialnej". Stany Zjednoczone, pisał Dong, muszą całkowi-
cie  wycofać  się  z  Południa,  zaprzestać  pomocy  dla  RW  oraz
ataków  na  DRW.  Punkt  drugi  stwierdzał,  Ŝe  po  odejściu
Amerykanów obie części kraju nie mogą naleŜeć  do  sojuszów
wojskowych ani posiadać na swym terenie obcych baz i oddzia-
łów.  W  punkcie  trzecim  Pham  Van  Dong  domagał  się,  by
problemy  Wietnamu  Południowego  były  rozwiązywane  przez
samych  Południowych  Wietnamczyków,  zgodnie  z  programem
NFW,  bez  ingerencji  zewnętrznej.  Ostatni  punkt  dotyczył
zjednoczenia  kraju,  które  miało  zostać  dokonane  w  sposób
pokojowy, takŜe „przez samych Wietnamczyków".

Na  kolejną  pauzę  w  bombardowaniach,  tym  razem  ponad

miesięczną, Johnson zdecydował się na przełomie 1965 i 1966
roku. Korzystając z niej. Północny Wietnam wysłał na Południe
całe konwoje cięŜarówek. Naprawiono i wzmocniono drogi i
mosty  na  szlaku  Ho  Chi  Minha,  a  premier  DRW  nazwał
amerykańskie  oświadczenia  o  pragnieniu  pokojowego  zakoń-
czenia konfliktu „kampanią kłamstw".

Następnym  waŜnym,  choć  jednocześnie  nieco  tajemniczym

epizodem  w  historii  stosunków  USA  z  Hanoi,  był  plan  o
kryptonimie  „Nagietek"  (Morigold).  Był  to  tzw.  polski
epizod,  gdyŜ  kluczową  rolę  odegrał  w  nim  PRL-owski
dyplomata,  Janusz  Lewandowski,  szef  polskiej  delegacji  w
Międzynarodowej Komisji Nadzoru i Kontroli.

Przedstawiciele  PRL  w  MKNiK  reprezentowali  oczywiście

interesy bloku komunistycznego. Działalność Komisji była od

background image

156

początku  fikcją,  gdyŜ  porozumienia  genewskie  przewidywały,  iŜ
ma  wydawać  deklaracje  tylko  pod  warunkiem  jednomyślności
wszystkich  członków.  Do  dokonania  inspekcji  w  terenie  wyma-
gana  była  zgoda  władz  RW  lub  DRW,  co  równieŜ  skutecznie
blokowało  wszelkie  poczynania  MKNiK.  Obok  przedstawicieli
PRL,  takŜe  Indie  nie  były  skłonne  do  ujawniania  prawdziwego
stanu rzeczy — wolały nie naraŜać swych stosunków z państwa-
mi  komunistycznymi.  Tylko  jeden  raz,  gdy  w  1962  r.  wybuchł
graniczny  zatarg  chińsko-indyjski,  zgodzili  się  wydać  z  Kanadą
wspólny  raport  o  łamaniu  przez  DRW  układu  genewskiego,  o
infiltracji broni i ludzi na Południe.

W  Komisji  w  latach  1954-1973  pracowało  około  1400

Polaków.  Rotacja  następowała  przeciętnie  co  8  miesięcy.
Większość  stanowili  oficerowie  LWP.  Przygotowaniami  wyjeŜ-
dŜających  zajmowała  się  specjalnie  powołana  przez  MON
jednostka wojskowa 2000.

„Polski epizod" zaczął się w czerwcu 1966 roku, kiedy Janusz

Lewandowski  nawiązał  kontakt  z  przedstawicielami  rządu  USA.
Powołując  się  na  rozmowę  z  Ho  Chi  Minhem,  twierdził,  iŜ
prezydent  DRW  zgodził  się  na  negocjacje  z  Waszyngtonem  pod
warunkiem  wstrzymania  bombardowań,  czyli  zrezygnował  z
Ŝą

dań  wstępnego  uznania  przez  USA  „czterech  punktów".

Rokowania  za  pośrednictwem  Lewandowskiego  trwały  6
miesięcy.  Przekazywał  on  Amerykanom  kolejne,  coraz  dalej
idące postulaty  Hanoi  (m.in.  zastąpienie  rządu  RW  koalicyjnym,
z udziałem Viet Congu).

„Nagietek"  zakończył  się  w  dosyć  dramatyczny  sposób.  3

grudnia 1966 roku Lewandowski zaproponował, by reprezentanci
Waszyngtonu  spotkali  się  w  Warszawie  z  przedstawicielami
rządu  PRL.  Amerykanie  zareagowali  błyskawicznie  —  juŜ  w
kilka godzin później wyznaczono spotkanie na 6 grudnia. Jednak
6  grudnia  minister  spraw  zagranicznych  Rapacki  poinformował
Waszyngton,  iŜ  PRL  nie  moŜe  juŜ  pełnić  „dobrych  usług".
Powodem  zerwania  rozmów  były  bombardowania      w    pobliŜu
Hanoi   dokonane   na  początku

background image

157

grudnia.  Johnson  zezwolił  na  nie,  gdyŜ  pragnął  wywrzeć  na
władzy  DRW  nacisk,  by  przyspieszyć  negocjacje.  Warszawie
przekazano  jeszcze,  Ŝe  prezydent  moŜe  całkowicie  zakazać
nalotów w promieniu 10 mil od Hanoi, o ile Viet Cong wstrzyma
ataki  rakietowe  i  artyleryjskie  na  Sajgon.  Dalszych  kontaktów
Hanoi — Waszyngton za pośrednictwem PRL juŜ nie było.

„Polski  epizod"  obfituje  w  znaki  zapytania.  Do  dziś  nie

wiadomo,  jaki  zasięg  miały  w  rzeczywistości  kontakty  Lewan-
dowskiego  po  stronie  wietnamskiej.  Niektórzy  historycy  sądzą
nawet, Ŝe działał  na  własną  rękę  lub  Ŝe  „Nagietek"  był  inicjatywą
warszawskiego MSZ — co jednak, zwaŜywszy ścisłe uzaleŜnienie
Warszawy  od  moskiewskiej  centrali,  nie  wydaje  się  moŜliwe.  W
kaŜdym  razie władze  DRW  uzyskały  kolejne  potwierdzenie  faktu,
iŜ Amerykanom niezmiernie zaleŜy na nawiązaniu rozmów; nawet
najsłabszy  i  najbardziej  dwuznaczny  sygnał  wywoływał  w
Waszyngtonie duŜe napięcie. Kierownictwo Lao Dong przekonało
się  teŜ,  jak  wielką  rolę  mogą  odegrać  amerykańskie  środki
przekazu.  Wiadomości  o  misji  Lewandowskiego  przeciekły  do
prasy juŜ po miesiącu i — co stanowiło szczególnie istotny sygnał
—  winą  za  niepowodzenie  całej  akcji  dziennikarze  obciąŜyli  rząd
USA, a nie nieustępliwe stanowisko Hanoi.

Parokrotnie  jeszcze  po  „polskim  epizodzie"  prezydent  Johnson

zawieszał  naloty  na  Północny  Wietnam  —  pomimo  protestów
dowódców  wojskowych,  którzy  wskazywali,  Ŝe  DRW  wykorzys-
tuje  kaŜdą  przerwę  do  wzmoŜonych  dostaw  na  Południe.  Za
kaŜdym  razem  władze  Lao  Dong  odrzucały  oferty  Waszyngtonu,
nazywając je propagandowymi trikami i oszustwami.

Tymczasem w USA istniejące od samego początku wątpliwości

co do sensu interweniowania i szans na skłonienie komunistów do
kapitulacji  ogarniały  stopniowo  róŜne  kręgi  administracji  i
społeczeństwa.  Praktycznych  i  niecierpliwych  Amerykanów
zniechęcał brak widocznych postępów w wojnie. Nguyen Cao Ky
wspominał po  1975 roku: „Mówiłem

background image

158

Johnsonowi  wiele  razy:  jeśli  rozpoczynacie  wojnę  —  działajcie
szybko...  Nie  moŜecie  wygrać  dłuŜszej  wojny...  Westmoreland  i
McNamara  powiedzieli  narodowi  amerykańskiemu,  Ŝe  na
następne  BoŜe  Narodzenie  chłopcy  wrócą  do  domu.  I  naród
czekał jedno, drugie... piąte BoŜe Narodzenie... I w końcu stracił
cierpliwość".

Johnson  prowadził  wojnę  w  sposób  rygorystycznie  ograni-

czony,  a  jednocześnie  podtrzymywał  nieograniczone  nadzieje  na
szybkie  zwycięstwo.  Taka  polityka  mogła  przynieść  rezultaty
tylko na krótką metę.

Marginalna  początkowo  grupka  zwolenników  wycofania  się  z

Wietnamu  rosła  powoli,  lecz  nieustannie.  Magazyn  „Time"
oceniał we wrześniu 1966 roku. iŜ 1/5 Izby Reprezentantów i 1/3
Senatu  zajmuje  stanowisko  antywojenne.  Do  najaktywniejszych
przeciwników  zaangaŜowania  USA  naleŜeli  senatorowie  George
McGovern, Frank Church i Mikę Mansfield. Natomiast w rządzie
czołowym  „gołębiem"  był  minister  obrony  McNamara.  człowiek
o łagodnym i wraŜliwym charakterze, który nie mógł pogodzić się
z cierpieniami powodowanymi przez wojnę.

Większość  dziennikarzy  —  wraz  z  całym  społeczeństwem  —

poparła  początkowo  z  entuzjazmem  decyzję  prezydenta.  W  1965
roku  gen.  Westmoreland  został  „Człowiekiem  Roku"  „Time'a".
Ale  juŜ  w  roku  następnym  komentatorzy  zmienili  stanowisko  na
niechętne  wobec  wojny,  a  jeszcze  później  —  na  zdecydowanie
przeciwne.  Środki  przekazu  coraz  ostrzej  krytykowały  stosunki
panujące  w  RW,  kwestionowały  sensowność  amerykańskiej
pomocy,  zwracały  uwagę  na  koszty  ludzkie  i  materialne  wojny.
Nestor amerykańskich dziennikarzy, Walter Lippman, juŜ w maju
1966  roku  stwierdził  na  łamach  „Newsweeka":  „Prezydent
wciągnął nas w azjatycką wojnę dla nieosiągalnego celu".

Amerykańska opinia publiczna źle przyjmowała wiadomości o

kolejnych  operacjach  Search  and  Destroy.  Sam  Westmoreland
przyznał  później,  Ŝe  termin  ów  sugerował,  iŜ  głównym  celem
Amerykanów w Wietnamie jest „niszczenie".

background image

159

Generał  uwaŜał  teŜ,  iŜ  massmedia  przedstawiały  działania  sił
zbrojnych  nieobiektywnie:  „Kilka  zdjęć  w  gazetach  i  migawek
telewizyjnych  pokazujących  Ŝołnierzy  amerykańskich  pod-
palających  kryte  trzciną  chaty  wystarczyły,  by  przekonać  wielu,
Ŝ

e  operacje  Znajdź  i  Zniszcz  pustoszyły  kraj".  Tymczasem  w

rzeczywistości  „były  one  skierowane  przede  wszystkim
przeciwko urządzeniom  militarnym: bunkrom, tunelom, składom
ryŜu i amunicji oraz obozom szkoleniowym".

W  lutym  1966  roku  w  Honolulu  odbyła  się  wietnamsko--

amerykańska konferencja na szczycie. Johnson, a z drugiej strony
Ky  i  Thieu  podpisali  tam  wspólną  deklarację,  mającą  stanowić
podstawę  współpracy  obu  krajów.  Przywódcy  południowo-
wietnamscy  oświadczali,  iŜ  są  „zdecydowani  wykorzenić
niesprawiedliwość  społeczną"  oraz  „zbudować  prawdziwie
demokratyczne państwo  i  społeczeństwo".  Deklarowali  gotowość
walki  z  agresją  kierowaną  z  Hanoi,  która  —  pod  pozorem  „tak
zwanej  wojny  narodowowyzwoleńczej"  —jest  „częścią  komuni-
stycznego  planu  podboju  całej  Azji  Południowo-Wschodniej".
Stany  Zjednoczone  przyrzekły  pomoc  w  dokonywaniu  „rewolu-
cyjnych przemian" oraz w obronie kraju.

Johnson  powiedział  w  Honolulu,  Ŝe  nie  chce  „wzniosłych

słów", lecz konkretnych działań. Niestety, omawiany juŜ Program
Rozwoju Wiejskiego oraz inne próby reform, będące rezultatami
spotkania,  napotkały  te  same,  co  wcześniej,  przeszkody.  Ich
efekty  dalekie  były  od  zapowiadanej  „autentycznej  rewolucji
społecznej".

Kolejna  międzynarodowa  konferencja  w  sprawie  Wietnamu

odbyła  się  w  październiku  1966  roku  w  Manili,  na  Filipinach.
Wzięło  w  niej  udział  poza  RW  i  USA  pięć  państw,  których  siły
zbrojne  walczyły  w  Wietnamie  w  charakterze  sojuszników
Sajgonu:  Korea  Południowa,  Australia,  Tajlandia,  Filipiny  i
Nowa Zelandia. Najsilniej zaangaŜowani byli Koreańczycy. Seul
wysłał do Wietnamu kilka dywizji — ponad 50 tysięcy Ŝołnierzy.
Większość autorów nie zajmuje się działaniami innych aliantów,
koncentrując się na Ameryce i RW, lecz

background image

160

moŜna  znaleźć  informacje,  iŜ  Południowi  Koreańczycy  bili  się
dzielnie,  a  na  terenach  przez  nich  chronionych  Viet  Cong  miał
powaŜne  problemy

2

.  Pozostałe  państwa  przysłały  raczej  sym-

boliczne  kontyngenty  i  to  pod  naciskiem  Waszyngtonu,  nie
chciały  bowiem  mieszać  się  do  konfliktu  i  obawiały  się  reakcji
własnych  społeczeństw.  śołnierzy  australijskich  było  ponad  7
tysięcy, z Tajlandii — 6 tysięcy, z Filipin — 2 tysiące, a z Nowej
Zelandii kilkuset.

Sprzymierzeni  wydali  w  Manili  deklarację,  której  kluczowa

teza brzmiała:  „Naszym  jedynym  Ŝądaniem  wobec  przywódców
Wietnamu  Północnego  jest  porzucenie  przez  nich  agresji".
Obiecywali  równieŜ,  Ŝe  w  razie  wycofania  oddziałów  WAL  z
Południa  i  zaprzestania  infiltracji  —  ich  siły  opuszczą  RW.  Nie
wywołało to oczywiście Ŝadnego rezonansu w Hanoi.

W  ciągu  roku  1967  poparcie  społeczeństwa  amerykańskiego

dla  interwencji  wciąŜ  malało.  Olbrzymie  nakłady  finansowe  na
wojnę  (2  miliardy  dolarów  miesięcznie)  rozkręcały  inflację  i
utrudniały  prezydentowi  realizację  planów  „Wielkiego  Spo-
łeczeństwa". Pogłębiały się rozbieŜności pomiędzy Jastrzębiami"
i „gołębiami".

Generał  Westmoreland  stanowczo  domagał  się  zgody  na

zaatakowanie  baz  Viet  Congu  w  KambodŜy  i  szlaku  Ho  Chi
Minha  w  Laosie.  Natomiast  McNamara,  przeŜywający  we-
wnętrzne  rozterki,  równie  stanowczo  sprzeciwiał  się  zwiększaniu
wysiłku  wojennego.  W  jednym  z  memorandów  dla  Johnsona
pisał:  „Nasze  zobowiązania  polegają  jedynie  na  umoŜliwieniu
ludności  Południowego  Wietnamu  określenia  swej  własnej
przyszłości...  Kończą  się  z  chwilą,  kiedy  naród  ten  nie  walczy
sam  o  swoje  prawa".  Wskazywał,  Ŝe  choć  corocznie  ginie  60
tysięcy  Ŝołnierzy  Viet  Congu,  a  „szlaki  infiltracji  przypominają
jednokierunkowe drogi wiodące Północnych Wietnamczyków ku
ś

mierci"  —  nie  widać  oznak  załamywania  morale  ani  słabnięcia

przeciwnika.

2

 W Wietnamie zginęło blisko 4,5 tysiąca Południowych Koreańczyków  i około tysiąca Ŝołnierzy z

pozostałych krajów.

background image

161

Prezydent — jak wcześniej — wybrał politykę „środka drogi".

Odrzucił  propozycje  Westmorelanda  jako  prowadzące  do
zwiększenia  strat  amerykańskich,  a  rady  ministra  obrony  —
wstrzymanie  bombardowań  i  ustępstwa  wobec  Hanoi  —jako
godzące  w  prestiŜ  Ameryki.  McNamara,  choć  od  dawna  był
jednym  z  najbliŜszych  współpracowników  Johnsona,  musiał
odejść z rządu pod koniec 1967 roku, gdy prezydent uznał róŜnicę
poglądów za niemoŜliwą do przezwycięŜenia.

Z  nazwiskiem  McNamary  wiąŜe  się  jedno  z  największych

amerykańskich  przedsięwzięć  technicznych  w  czasie  wojny:
elektroniczny  system  mający  zahamować  infiltrację.  „Linia
McNamary" miała biec wzdłuŜ północnej granicy RW i przecinać
szlak  Ho  Chi  Minha.  Jej  koszt  miał  wynieść  ponad  miliard
dolarów.  W  załoŜeniach  miała  być  kombinacją  elektronicznych
czujników  informujących  o  ruchach  nieprzyjaciela  oraz  pól
minowych i zapór z drutu kolczastego.

Jej  konstrukcję  rozpoczęto  w  1961  roku  od  zrzucenia  z

samolotów 

kilkudziesięciu 

tysięcy 

czujników. 

Detektory

akustyczne  zawisły  w  gałęziach  drzew  i  transmitowały  wszelkie
dźwięki  do  centrów  nasłuchu.  Wbite  w  ziemię  czujniki
sejsmiczne,  obudową  imitujące  małe  krzaczki  i  drzewka,
przekazywały  wojskowym  komputerom  drgania  powierzchni
ziemi  wywołane  przez  pojazdy  i  maszerujące  oddziały.  Dane
transmitowane  przez  czujniki  były  natychmiast  przetwarzane
przez  elektroniczne  maszyny  obliczeniowe  i  w  postaci  współ-
rzędnych  określających  połoŜenie  nieprzyjaciela  dostarczane
siłom uderzeniowym.

Same  czujniki  były  jednak  bezbronne  i  łatwe  do  unieszkod-

liwienia,  a  Giap  szybko  zorientował  się,  jakie  zagroŜenie  linia
mogłaby  stanowić.  Gdy  więc  Amerykanie  rozpoczęli  jej
rozbudowę,  nastąpiły  gwałtowne  ataki  oddziałów  komunis-
tycznych,  którym  gen.  Westmoreland  nie  był  w  stanie  przeciw-
stawić  odpowiednich  sił.  Konstrukcję  zapór  wstrzymano  i
Amerykanie  mogli  bezsilnie  przyglądać  się  —  lub  raczej
nasłuchiwać — jak Wietnamczycy stopniowo likwidują sieć

11 — Wietnam 1962-1975

background image

162

czujników.  Słyszeli,  jak  wyśmiewają  się  z  tych  urządzeń,  a
czasem  do  ich  uszu  dochodziły  odgłosy  zupełnego  lek-
cewaŜenia  wyrafinowanej  amerykańskiej  techniki:  Wietnam-
czycy oddawali mocz na czujniki.

BezuŜyteczne  okazywały  się  takŜe  inne  elektroniczne  wy-

nalazki, posyłane gen. Westmorelandowi zamiast Ŝołnierzy, o
których  wciąŜ  bezskutecznie  dopominał  się  w  Waszyngtonie.
Na  przykład  detektory  zapachowe  do  wykrywania  amoniaku
zawartego  w  pocie.  Podwieszane  pod  helikopterami  miały
umoŜliwiać  znajdywanie  partyzantów  w  dŜungli.  Ich  wadą
było  nieodróŜnianie  zwierząt  od  ludzi,  a  Viet  Cong  szybko
nauczył  się  wprowadzać  je  w  błąd:  na  terenach,  gdzie  nie
prowadził  Ŝadnych  działań,  wieszano  kosze  z  odchodami
bawołów, których silna woń myliła detektory.

Udało się natomiast siłom zbrojnym  USA  stworzyć  sprawny

system  naprowadzania  lotnictwa  na  cele  znany  pod  krypto-
nimem  Igloo  White.  Najprostszym  sposobem  sprowadzenia
bombowców  było  wezwanie  ich  drogą  radiową  przez  patrol,
który napotkał  nieprzyjaciela. Tak  samo  mógł  postąpić  samolot
obserwacyjny.  Inaczej  przebiegało  naprowadzanie  w  czasie
większych  operacji  wojskowych.  Na  polu  walki  zrzucano
czujniki,  a  w  powietrzu  krąŜył  samolot  retransmitujący  ich
sygnały  do  centrum  komputerowego.  Stamtąd  bombowce
otrzymywały  współrzędne  celów.  System  ten  umoŜliwiał
przybycie  lotnictwa  do  dowolnego  punktu  w  Południowym
Wietnamie w ciągu najwyŜej 15 minut od chwili wezwania.

Sytuacja ARW i aliantów nie przedstawiała się w 1967 roku

duŜo lepiej niŜ w 1965. Rzecz jasna, po przybyciu pół miliona
Ŝ

ołnierzy  amerykańskich  siły  komunistyczne  musiały  zrezyg-

nować z operowania duŜymi oddziałami i przejść na partyzan-
cki  styl  walki,  a  władze  w  Sajgonie  kontrolowały  coraz
większe  terytorium.  Do  przełomu  było  jednak  daleko.  ARW
wraz  ze  sprzymierzonymi  wojskami  posiadała  wprawdzie  nad
oddziałami Viet Congu i WAL przewagę liczebną 3 do 1, ale
o rzeczywistym stosunku sił decydują bataliony pierwszego

background image

163

rzutu,  a  tutaj  przewaga wynosiła  jedynie  1,6  do  1,  głównie  ze
względu na rozbudowane słuŜby tyłowe armii USA.

Pierwsze  oddziały  amerykańskich  Ŝołnierzy,  w  latach  1964,

65 i 66, były pełne ducha bojowego i optymizmu, z dyscypliną
takŜe  nie  było  problemów.  Wielu  młodych  Amerykanów
zgłaszało się nawet do Wietnamu na ochotnika (na 1,5 miliona
Ŝ

ołnierzy,  którzy  przewinęli  się  do  końca  1967  roku  przez  ten

kraj,  było  ich  176  tysięcy).  Płk  Ha  Van  Lau  ze  sztabu
generalnego  WAL  tak  oceniał  Ŝołnierza  armii  Stanów  Zjed-
noczonych:  „Był  bardzo  dobrze  wyekwipowany  i  wyszkolony.
Jednak  właśnie  dlatego,  Ŝe  był  Ŝołnierzem  tak  nowocześnie
wyposaŜonym,  trudno  się  przystosowywał.  ObciąŜony  sprzętem
poruszał się z trudnością i stanowił łatwy cel dla partyzantów...
(Poza tym) nie potrafił długo wytrzymywać trudów i wyrzeczeń
wojennych".

Podobnie  jak  Francuzi,  Amerykanie  nie  byli  przystosowani

do  zabójczego  klimatu  Wietnamu,  stąd  duŜo  zgonów  nie
spowodowanych  walką.  Liczba  chorych  w  szpitalach  prze-
wyŜszała liczbę rannych.

Wojna  była  niezwykle  wyczerpująca  psychicznie.  Niewi-

dzialny nieprzyjaciel uderzał nagle i szybko znikał z powrotem
w  swych  kryjówkach.  Nieustanne  zagroŜenie  wpływało  de-
strukcyjnie  na  psychikę  przewaŜnie  bardzo  młodych  Ŝołnierzy.
Przeciętny  wiek  Ŝołnierza  armii  amerykańskiej  w  czasie  II
wojny  światowej  wynosił  26  lat,  w  Wietnamie  większość  nie
miała  więcej  niŜ  19-20  lat.  Ci  wychowywani  w  komforcie
chłopcy,  których  zajmowały  przedtem  tylko  najnowsze  modele
samochodów,  dziewczyny  i  dyskoteki,  znaleźli  się  nagle  w
piekle  okrutnej  wojny.  „Nie  byłem  przygotowany  do  Ŝycia  w
tak  prymitywnych  warunkach  —  wspominał  jeden  z  nich.  —
Zjadłem  trzy  ciepłe  posiłki  przez  dziewięć  miesięcy.  Nosiłem
plecak,  a  w  nim  pelerynę,  szczoteczkę  do  zębów,  coś  do
pisania  listów  —  i  to  było  wszystko.  Wszystko,  co  nosiłem
przez  dziewięć  miesięcy...  Nie  kąpałem  się  dosłownie  miesią-
cami — najwyŜej opłukałem w strumieniu czy źródle. Jedliśmy

background image

164

wciąŜ suche racje. I kaŜdy  w  moim oddziale  chorował na  robaki,
dyzenterię albo malarię. A niektórzy na wszystko na raz".

Przepaść  między  klimatyzowanymi  kasynami,  niczym  nie

odbiegającymi  od  tych  w  USA,  a  nieludzkimi  warunkami  pól
bitewnych  była  tak  głęboka,  Ŝe  u  wielu  powodowała  załamania
psychiczne.  Amerykanie  próbowali  zresztą  niekiedy  przenosić  do
dŜungli  styl  Ŝycia,  do  którego  byli  przyzwyczajeni.  (Stąd  np.
dowoŜenie  śmigłowcami  napojów  chłodzących  i  ciepłych
posiłków na pole walki.)

Od szoku rozpoczynał się z reguły sam pobyt w Wietnamie. We

wspomnieniach  Ŝołnierzy  powtarza  się  motyw  pierwszego
wraŜenia:  gdy  wysiadali  z  samolotu,  w  którym  dopiero  co
skończyli  oglądać  najnowszy  film,  i  wychodzili  na  płytę  lotniska
w  Tan  Son  Nhut  czy  Pleiku,  zauwaŜali  natychmiast,  Ŝe  z  innej
strony do samolotu ładowane są ciała ich poległych poprzedników.

Większość  Ŝołnierzy  nie  wiedziała  nic  o  konflikcie  wiet-

namskim,  o  kraju,  za  który  mieli  umierać.  Nie  znali  jego  kultury
ani  historii,  nie  rozumieli  aktualnego  połoŜenia.  Armia
amerykańska  jest  z  załoŜenia  armią  obywatelską,  złoŜoną  ze
ś

wiadomych obywateli. ZałoŜenie to okazywało się jednak często

odległe  od  realiów.  śołnierze  nie  rozumieli  celów  ani  taktyki
dowództwa,  które  w  tej  wojnie  bez  linii  frontu,  bez  zdobyczy
terytorialnych — nie były wcale oczywiste.

Nieświadomość  rodziła  cynizm  i  obojętność.  Jedynym  celem

stawało  się  przetrwanie  rocznego  pobytu  w  Wietnamie.  „Miałem
wtedy  dwadzieścia  lat,  umiałem  juŜ  walczyć,  ale  nie  znałem
powodu, dla którego miałem walczyć lub nie" — powiedział jeden
z amerykańskich szeregowców, wyraŜając doświadczenie własne i
wielu kolegów.

Generał  Westmoreland  uwaŜał,  Ŝe  krótka,  roczna  tura  będzie

łatwiejsza  do  zaakceptowania  przez  społeczeństwo.  Wszak
ulubionym  hasłem  wszelkich  ruchów  pokojowych  było  zawsze:
Bring  our  boys  home  (Niech  chłopcy  wracają  do  domu).  Pobyt
oficerów był jeszcze krótszy, sześciomiesięczny.

background image

165

W  tak  krótkim  czasie  Ŝołnierze  nie  byli  w  stanie  poznać

kraju  ani  sposobów  walki  nieprzyjaciela.  Pociągało  to  za  sobą
słabość dowodzenia i podwyŜszało straty. Jak zauwaŜył jeden
z  amerykańskich  generałów:  „Amerykanie  nie  byli  w  Wiet-
namie przez 10 lat. Byli tam rok — dziesięć razy".

Podobnie  było  z  personelem  cywilnym:  przeciętny  okres

pobytu  w  Wietnamie  ludzi  zajmujących  się  sprawami  wyma-
gającymi  wyjątkowo  długofalowego  działania  —  reformami
społecznymi i politycznymi — wynosił półtora roku.

Do  roku  1968  strategia  i  taktyka  armii  USA  pozostawały

niezmienione.  Patrole  szukały  nieprzyjaciela,  oddziały  uderze-
niowe  starały  się  go  zniszczyć  przy  wsparciu  lotnictwa  i
artylerii. Noc naleŜała do Viet Congu. Amerykanie wycofywali
się  do  baz.  Za  brak  większych  postępów  Ŝołnierze  winili
polityków,  którzy  nakładając  niezrozumiałe  ograniczenia,
pozbawiali ich szans zwycięstwa, oraz ARW, którą gardzili za
jej nieskuteczność.

Wietnamczycy  z  kolei  twierdzili,  iŜ  ARW  została  „prze-

amerykanizowana"  —  obciąŜona  zbyt  duŜą  ilością  sprzętu
technicznego,  Ŝe  doradcy  z  USA  nie  znają  lokalnych  wa-
runków,  nie  rozumieją  taktyki  partyzanckiej  i  sugerują
fałszywe decyzje.

Stosunek  Ŝołnierzy  Stanów  Zjednoczonych  do  ludności

cywilnej pozostawiał wiele do Ŝyczenia. PowaŜne przestępstwa,
gwałty  czy  morderstwa,  nie  zdarzały  się  często.  Ale  Amery-
kanie  mieli  przecieŜ  odbierać  Viet  Congowi  serca  i  umysły
Wietnamczyków,  tymczasem  przysparzali  raczej  zwolenników
komunistom. Niewiele pomagały starania dowództwa —jeden
z  pierwszych  rozkazów  Westmorelanda  zobowiązywał  pod-
ległych  mu  Ŝołnierzy  do  znajomości  i  stałego  posiadania  przy
sobie  regulaminu  postępowania  z  ludnością  cywilną.  Jednak
sfrustrowani  i  bezustannie  zagroŜeni  Ŝołnierze  szybko  uznawali
wszystkich  „Ŝółtków"  za  wrogów.  Brutalne  traktowanie  chło-
pów, wymuszanie zeznań czy niszczenie wiosek podejrzanych
o udzielanie pomocy partyzantom nie naleŜały do rzadkości.

background image

166

Wojna brutalizuje  i  deprawuje  wszystkie walczące  strony

— Amerykanie  nie  obronili  się  przed  jej  destrukcyjnym
wpływem.  Wielu  chłopców  posyłanych,  by  zdobywać  serca
i umysły Wietnamczyków dla sprawy wolności i demokracji
— traciło własne.

Jeden  z  popularnych  w  armii  USA  dowcipów  mówił,  co

naleŜy zrobić, aby zakończyć wojnę. OtóŜ naleŜało — według
Ŝ

ołnierzy  —  załadować  wszystkich  „południowo-wietnamskich

przyjaciół"  na  statki,  wywieźć  ich  na  pełne  morze,  dokładnie
zbombardować  Wietnam,  a  następnie  zatopić  statki...  Marines
natomiast wyrazili swą opinię na temat idei zdobywania serc i
umysłów  w  powiedzeniu:  Get  them  by  the  balls  and  their
hearts and minds will follow.

W  ciągu  ostatnich  tygodni  1967  roku  w  USA  moŜna  było

często  usłyszeć,  Ŝe  zwycięstwo  jest  właściwie  w  zasięgu  ręki.
Prezydent  —  zaniepokojony  malejącym  poparciem  dla
prowadzenia  wojny  —  postanowił  dodać  narodowi  wiary  w
przyszłość.  Wielu  jego  najbliŜszych  współpracowników  w
publicznych  wypowiedziach  ukazywało  postępy,  jakich
dokonano od 1965 roku, prezentowało statystyki świadczące o
krzepnięciu  rządu  sajgońskiego.  Wezwany  do  Waszyngtonu
Westmoreland  w  przemówieniu  do  Kongresu  zapewniał,  iŜ
nieprzyjaciel — choć na razie nie został pokonany — jest juŜ u
kresu sił. 17 stycznia 1969 roku  Johnson  mówił w  orędziu  do
narodu: 

„Wróg 

przegrywa 

bitwę 

po 

bitwie, 

liczba

Wietnamczyków Ŝyjących na obszarach kontrolowanych przez
rząd  zwiększyła  się  od  stycznia  1967  roku  o  ponad  1  milion
osób".

Prezydent  wybrał  dla  swej  kampanii  dodawania  otuchy

najgorszy moment, jaki moŜna sobie wyobrazić.

background image

Ś

WI

Ę

TO TET

Zabijcie dziesięciu naszych ludzi, a my zabijemy jednego z

waszych. To wy pierwsi będziecie mieli dosyć.

Ho Chi Minh w 1946 r.

31  stycznia  1968  roku  o  godz.  2.45  nad  ranem  19-osobowy
pluton  „Ochotników  Śmierci"  Viet  Congu  zaatakował  am-
basadę USA w Sajgonie. Strzegący bramy wjazdowej Marines
zdołali  powstrzymać  napastników,  którzy  próbowali  starano-
wać  bramę  taksówką,  lecz  inna  grupa  wysadziła  w  tym  czasie
fragment  muru  otaczającego  ambasadę  i  wdarła  się  na  dzie-
dziniec.  Uzbrojeni  w  naramienne  wyrzutnie  rakiet  i  broń
maszynową  Ŝołnierze  Viet  Congu  nie  zdołali  jednak  sforsować
okutych  drzwi  wejściowych  do  budynku.  Pod  osłoną  betono-
wych  kwietników  przez  sześć  godzin  odpierali  szturmy  ame-
rykańskiej piechoty morskiej.

Gdy  walka  dobiegła  końca,  około  godz.  9  rano,  19  ciał

Ŝ

ołnierzy-samobójców  leŜało  w  kałuŜach  krwi.  Zginęło  teŜ

siedmiu  Marines.  Nagłówki  gazet  w  Stanach  Zjednoczonych
mylnie obwieszczały, iŜ siły komunistyczne zdobyły ambasadę.

Tymczasem  cały  Wietnam  Południowy  znalazł  się  w  ogniu

potęŜnej ofensywy. W centrum Sajgonu 4 tysiące partyzantów,

background image

168

którzy  m.in.  opanowali  rozgłośnię  radiową,  toczyło  cięŜkie
walki  z  nacierającymi  oddziałami  ARW  i  armii  USA.  Viet
Cong  zaatakował  32  z  44  większych  miast  Południa.  W  ude-
rzeniu  wzięło  udział  80  tysięcy  partyzantów  i  Ŝołnierzy
północno-wietnamskich. Bazy, lotniska i koszary amerykańskie
i  południowo-wietnamskie  znalazły  się  pod  ostrzałem  rakieto-
wym  i  artyleryjskim,  do  niektórych  wdarły  się  plutony
komandosów-samobójców.

Ameryka była zaszokowana i zdumiona. Reakcję społeczeń-

stwa  najlepiej  wyraził  znany  komentator  telewizyjny,  Walter
Cronkite,  gdy  z  niedowierzaniem  powiedział:  „Co  tam  się
właściwie dzieje? Myślałem, Ŝe wygrywamy tę wojnę".

Ś

więto Tet, księŜycowy Nowy Rok, jest najbardziej uroczys-

tym  świętem  wietnamskim.  Jego  obchody  trwają  kilka  dni  (w
1968  roku  od  28  stycznia  do  3  lutego).  Wybór  środka
karnawału  na  uderzenie  był  niewątpliwie  sprytnym  posunię-
ciem  komunistycznego  dowództwa  —  w  czasie  poprzednich
ś

wiąt obie strony przestrzegały zawieszenia broni.

Atak  spadł  jak  grom  z  jasnego  nieba.  W  armii  sajgońskiej

panował  odświętny  nastrój.  Prezydent  Thieu  w  przekonaniu,
Ŝ

e panuje nad sytuacją, polecił udzielić 1/3 Ŝołnierzy urlopów.

Viet  Congowi  udało  się  uśpić  czujność  przeciwników.  W

ciągu  dwóch  miesięcy  poprzedzających  Tet  oddziały
komunistyczne  znacznie  obniŜyły  intensywność  ataków,  a  na-
wet wycofały się z niektórych terenów. To, co było przygoto-
waniami do ofensywy, Amerykanie wzięli za sygnał słabnięcia
partyzantki. Zmylił ich teŜ  inny  czynnik,  związany  ze  specyfiką
wietnamskiego klimatu.

Okresy  deszczów  monsunowych  powodowały  rokrocznie

zmiany  natęŜenia  walk.  Okresy  względnego  spokoju  prze-
platały się z okresami aktywności Viet Congu. Ta cykliczność
była  trudna  do  zauwaŜenia  dla  Amerykanów,  z  których
większość  nie  słuŜyła  w  Wietnamie  dłuŜej  niŜ  kilkanaście
miesięcy.  Partyzanci  nie  mogli  —  z  powodu  zahamowania
dostaw przez ulewne deszcze w Laosie — przeprowadzać

background image

169

większych  akcji  pod  koniec  roku.  Tymczasem  właśnie  wtedy
sporządzano  roczne  raporty  i  sprawozdania,  które  siłą  rzeczy
sugerowały słabnięcie nieprzyjaciela. Stąd — między innymi

— brały  się  fale  optymizmu,  budzące  nadzieję  amerykańskiej
opinii publicznej.

NajwaŜniejszym  pociągnięciem  generała  Giapa,  które  miało

odwrócić uwagę od planowanej ofensywy, było jednak natarcie
na amerykańską bazę w Khe Sanh.

Bitwa  o  Khe  Sanh  była  jedną  z  największych  bitew  tej

wojny.  Baza  leŜała  w  pobliŜu  miejsca,  w  którym  linia
„zdemilitaryzowana"  stykała  się  z  granicą  Laosu.  Pozwalała
ona  w  pewnym  stopniu  kontrolować  główne  drogi  szlaku  Ho
Chi Minha.

Na  początku  stycznia  czujniki  akustyczne  i  sejsmiczne

zaczęły  informować,  Ŝe  Khe  Sanh  stopniowo  otaczają  znaczne
siły  nieprzyjaciela.  Wywiad  zidentyfikował  nadciągające  szla-
kiem   Ho   dwie   doborowe   dywizje   północno-wietnamskie

— 304  i  325  DP.  Dywizja  304  prowadziła  natarcie  na  Dien
Bień  Phu  czternaście  lat  wcześniej,  a  Khe  Sanh  mogło  być
zaopatrywane  wyłącznie  drogą  lotniczą.  Gdy  więc  bitwa  się
zaczęła,  Ŝądni  sensacji  reporterzy  od  razu  ochrzcili  Khe  Sanh
„amerykańskim  Dien  Bień  Phu",  nie  bacząc  na  powaŜne
róŜnice.  Obóz  amerykański  znajdował  się  na  górującym  nad
okolicą  plateau.  W  Khe  San  było  dwa  razy  więcej  cięŜkich
dział,  niŜ  mieli  Francuzi.  Siły  powietrzne  trudno  nawet
porównywać.

Inne  teŜ  było  samopoczucie  załogi.  Marines  wiedzieli,  Ŝe

mają  posłuŜyć  za  przynętę,  by  ściągnąć  oddziały  WAL,  które
następnie miały zostać zdziesiątkowane — zgodnie ze strategią
wyczerpania.  Otoczeni,  cieszyli  się,  Ŝe  wreszcie  zmierzą  się  z
nieuchwytnym  dotąd  wrogiem.  „OK,  tym  razem  ci  dranie  się
nam nie wymkną" — mówili reporterom.

Khe  Sanh  broniło  3,5  tysiąca  Ŝołnierzy  amerykańskiej

piechoty  morskiej  oraz  2,1  tysiąca  Ŝołnierzy  ARW.  Siły
oblegających oceniano na 20 tysięcy ludzi. Oddziały Giapa

background image

170

zaatakowały  o  świcie  21  stycznia. Artyleria dalekiego  zasięgu
rozpoczęła  ostrzał,  trafiając  na  początku  w  główny  magazyn
amunicji, ale dalsze losy bitwy potoczyły się zupełnie inaczej
niŜ pod Dien Bień Phu.

Dzięki  czujnikom  oraz  samolotom  rozpoznawczym,  wypo-

saŜonym  w  najnowocześniejsze  kamery,  które  za  pomocą
promieni podczerwonych mogły wykryć nieprzyjaciela w dŜun-
gli,  wywiad  amerykański  był  w  stanie  namierzyć  kaŜdy
pododdział  przeciwnika.  Naprowadzane  przez  system  kom-
puterowy  odrzutowce  mogły  atakować  nawet  przy  zerowej
widoczności. Dziennie dokonywano 300 uderzeń powietrznych,
a  oblegający  zdołali  strącić  tylko  dwa  samoloty.  Większe
zgrupowania  nieprzyjaciela  niszczyły  z  wysokości  10  kilomet-
rów niewidoczne i niesłyszalne B-52.

Ale  oddziały  północno-wietnamskie  juŜ  niejeden  raz  poka-

zały,  Ŝe  potrafią  walczyć  nawet  w  najcięŜszych  warunkach.
Bitwa  trwała  dwa  miesiące.  Wietnamczycy  uporczywie  pod-
kopywali się ku liniom obrońców — zygzaki okopów zbliŜały
się  do  nich  na  odległość  300  m.  Amerykanie  mogli  słyszeć
przeciwników —jak Francuzi pod Dien Bień Phu — lecz pod
Khe  Sanh  myśliwce  bombardujące  codziennie  powstrzymywały
nieprzyjaciela setkami ton napalmu.

W  pojedynku  artyleryjskim  oddziały  WAL  dotrzymywały

kroku  Marines  i  Południowym  Wietnamczykom.  Działa
przeciwnika  były  ukryte  równie  dobrze,  jak  pod  Dien  Bień
Phu.  Na Khe  Sanh spadało  kaŜdego  dnia  150  pocisków.  Było
to  oczywiście  kłopotliwe  dla  zaopatrującego  bazę  lotnictwa.
Samoloty transportowe nie zatrzymywały się po wylądowaniu,
tylko zmniejszały prędkość, przez luki wyrzucano dostarczane
materiały i natychmiast wzbijały się z powrotem w powietrze.

Siły komunistyczne zostały zmuszone na początku kwietnia

do  odwrotu.  Bitwa  odegrała  jednak  wyznaczoną  jej  rolę:
zaabsorbowała  uwagę  aliantów  i  odciągnęła  część  oddziałów
amerykańskich z miast przed ofensywą Tet.

background image

171

Według  oficjalnych  źródeł  komunistycznych  ofensywa  miała

za  zadanie  wywołanie  powstania  w  Południowym  Wietnamie.
Tym  razem  Hanoi  dało  się  jednak  ponieść  optymizmowi:  do
Ŝ

adnego  powstania  nie  doszło  —  co  do  dziś  stanowi  zresztą

jeden z zarzutów wobec społeczeństwa Południa. Innym celem
ofensywy  było  prawdopodobnie  wywarcie  wpływu  na  opinię
publiczną  USA  —  stąd  zgranie  jej  w  czasie  z  początkiem
kampanii  wyborczej  w  Ameryce.  Kolejnym  motywem  była
postępująca stabilizacja polityczna w RW i powolne słabnięcie
Viet Congu. Komuniści pragnęli odwrócić te tendencje.

Z  militarnego  punktu  widzenia  ofensywa  zakończyła  się

całkowitą  klęską  Viet  Congu.  Południowi  Wietnamczycy  i
Amerykanie  szybko  otrząsnęli  się  z  zaskoczenia  i  przeszli  do
kontrataku.  Tysiące  partyzantów,  którzy  korzystając  z  przed-
ś

wiątecznego ruchu przeszmuglowali do miast broń i uderzyli

na  nie od wewnątrz,  po cięŜkich,  lecz  krótkotrwałych  walkach
musiały  się  wycofać,  ponosząc  olbrzymie  straty.  Regularne
jednostki  Viet  Congu,  na  których  spoczywał  główny  cięŜar
ofensywy,  zostały  wręcz  zdziesiątkowane.  Ocenia  się,  Ŝe  po
stronie  komunistycznej  poległo  40  tysięcy  ludzi.  Straty  połu-
dniowo-wietnamskie  wyniosły  2,5  tysiąca  zabitych,  amerykań-
skie — 1200.

Terenem walk były przede wszystkim miasta, więc amerykań-

ski sposób prowadzenia wojny okazał się w czasie Tet szczególnie
destrukcyjny.  DuŜy  rozgłos  zyskała  wypowiedź  amerykań-
skiego oficera artylerii, który po wyzwoleniu miasteczka Ben Tre
w delcie Mekongu, gdzie w wyniku walk połowa domów uległa
zburzeniu,  powiedział:  „Musieliśmy  zniszczyć  tę  miejscowość,
Ŝ

eby ją uratować". Dla wielu  w  tym  zdaniu  odzwierciedlał  się

cały  bezsens  wojny.  Krytycy  Ameryki  zdawali  się  jednak  nie
zauwaŜać,  Ŝe  to  Viet  Cong  wybrał  na  teren  konfrontacji  miasta.
Jego oddziały, powielając metodę stosowaną juŜ przez Viet-Minh,
przede  wszystkim  urządzały  pozycje  obronne  w  kościołach  i
ś

wiątyniach.  Łatwo  było  potem  oskarŜać  przeciwników  o  brak

szacunku dla tradycji narodu wietnamskiego.

background image

172

Na  całym  Południu  juŜ  po  kilku  dniach  oddziały  Viet  Congu

zostały  pokonane,  a  niedobitki  atakujących  szukały  schronienia
na  prowincji.  Jedynym  wyjątkiem  było  Hue.  Wyzwolenie  pełnej
skarbów  architektury  starej  stolicy  Wietnamu  zabrało  trzy
tygodnie  i  wymagało  cięŜkich  bombardowań  lotniczych  i
artyleryjskich.  Hue  zostało  zajęte  nie  przez  jednostki
partyzanckie,  lecz  przez  12  tysięcy  Ŝołnierzy  północno-
wietnamskich.  Ale  poza  krwawymi  walkami  wydarzył  się  tam
dramat,  który  wydaje  się  wyrastać  z  tych  samych  korzeni,  co
późniejsza  o  kilka  lat  tragedia  KambodŜy  pod  rządami
Czerwonych  Khmerów,  Polakowi  nasuwa  zaś  nieodparte
skojarzenie ze zbrodnią katyńską.

W  czasie  ponad  dwudziestu  dni,  kiedy  miasto  —  stanowiące

centrum  religijne  i  kulturalne  Południa  —  znajdowało  się  w
rękach  komunistów,  miejscowi  członkowie  Lao  Dong  kierowali
aresztowaniami  ludzi,  których  przechwycony  potem  dokument
Viet Congu określał jako „tyranów". Uwięziono ponad 4 tysiące
działaczy  politycznych,  przywódców  wspólnot  religijnych,
urzędników  i  oficerów.  Wycofując  się  z  Hue,  oddziały  WAL
wyprowadziły  tych  ludzi  ze  sobą  (twierdzono,  Ŝe  przejdą
reedukację polityczną) i odtąd wszelki ślad po nich zaginął.

Dopiero  po  roku  chłopcy  pasący  bawoły  w  lasach  nieopodal

miasta  odkryli  przypadkiem  masowe  groby;  przysypane  cienką
warstwą  ziemi  spoczywały  w  nich  ciała  zaginionych,  z  rękami
skrępowanymi z tyłu. Wykrycie zbrodni nie wywołało większego
oddźwięku  w  zachodnich  mass  mediach  —  był  rok  1969  i
znaczna  większość  dziennikarzy  nie  nazywała  wojny  inaczej  niŜ
„brudną", co najwyŜej przyznając, iŜ „obie strony" stosują terror.
Sympatyzujący  z  Viet  Congiem  historycy  do  dziś  starają  się
pomijać ten niewygodny temat.

Zbrodnia  w  Hue  była  częścią  szerszej  strategii  zastraszania.

Ofensywa  Tet  udowodniła,  Ŝe  nikt  w  Południowym  Wietnamie
nie moŜe czuć się bezpieczny — nawet w wielkich miastach.  Ta
demonstracja siły i moŜliwości organizacyjno-militarnych komu-

background image

173

ni  stów  miała  powiększyć  dystans  dzielący  społeczeństwo  od
rządu sajgońskiego i ukazać jego niezdolność do obrony własnych
zwolenników.  Viet  Cong  równocześnie  z  ofensywą  w  miastach
podjął  oŜywioną  działalność  na  wsi.  Wykorzystując  odwołanie
wielu  oddziałów  AR  W  i  USA  do  miast,  partyzanci  zaatakowali
obszary  wiejskie  chronione  tylko  przez  słabe  siły  lokalne.  W
szczytowym  momencie  ofensywy  udało  im  się  uchwycić  kon-
trolę nad 1300 gminami z 1600 składających się na RW.

Sukces  Viet  Congu  na  wsi  okazał  się  jednak  krótkotrwały.

Rząd  odzyskał  stracone  tereny  do  końca  1968  roku  i  nadal
poszerzał  kontrolowany  przez  siebie  obszar.  Było  to  tym
łatwiejsze, Ŝe w czasie kampanii zginęło wielu doświadczonych
i zakorzenionych w terenie działaczy NFW.

Następne  kilka  lat  stanowiło  najlepszy  okres  w  historii

Republiki  Wietnamu  —  i  to  pomimo  faktu,  iŜ  rozpoczęło  się
wycofywanie oddziałów USA.

Skutkiem  ofensywy  Tet,  zapewne  nieoczekiwanym  dla

Hanoi,  był  „efekt  Pearl  Harbour".  Tak  gen.  Westmoreland
określił  wzrost  poparcia  dla  władz  i  nasilenie  się  woli  obrony
wśród  ludności  Południa.  „Tet  zrobiło  z  Wietnamczyków
antykomunistów"  —  powiedział  jeden  z  cywilnych  przed-
stawicieli USA w Sajgonie.

Przed  ofensywą  nastroje  były  zupełnie  inne.  Sajgon  był

wesołym,  pełnym  ruchu  miastem,  jakby  nie  przyjmował  do
wiadomości  faktu,  Ŝe  jest  stolicą  oblęŜonego  kraju.  Jeden  z
sajgońskich  dzienników  pisał  4  stycznia:  „Większość  naszej
młodzieŜy  obawia  się  powołania  do  wojska  bardziej  niŜ
czegokolwiek innego... To prawdziwa ironia historii, Ŝe słuŜba
w armii, której celem jest złamanie pochodu komunistycznego
w Wietnamie Południowym, zupełnie zatraciła swój zaszczytny
charakter...  Interesujące  byłoby  ustalenie,  kto  ponosi  od-
powiedzialność  za  ogólny  brak  woli  stawiania  oporu  komuniz-
mowi w naszym kraju".

Ofensywa,  cierpienia  i  straty  ludności  cywilnej  (kilkaset

tysięcy   nowych   uchodźców,   ponad   12   tysięcy   zabitych

background image

174

i  egzekucje  w  Hue)  przekonały  społeczeństwo  Południa,  Ŝe
wojna nie jest wyłącznie sprawą rządu i Amerykanów. Zmiana
społecznej  atmosfery  wyraziła  się  m.in.  dobrowolnym
zgłaszaniem  się  młodzieŜy  do  wojska  —  rzecz  przed  Tet  nie
do  pomyślenia.  Sama  ARW  zresztą  po  pierwszym  uderzeniu
Viet  Congu  szybko  przeszła  do  kontrofensywy  i  biła  się  tak
dzielnie,  Ŝe  zdumiewało  to  przyzwyczajonych  do  jej  bierności
Amerykanów.

Atmosfera  ta  umoŜliwiła  rządowi  RW  przeprowadzenie

powszechnej  mobilizacji  —  po  dziewięciu  latach  wojny!  Tak
późne  przeprowadzenie  mobilizacji  stanowiło  oczywiście
powaŜny  błąd,  gdyŜ  ludność  Południa,  nie  czując  cięŜaru
wojny, skłonna była do lekcewaŜenia zagroŜenia.

Rząd  Thieu  wydał  dekret  o  powszechnej  mobilizacji  w

czerwcu  1968  roku.  Na  jego  mocy  do  wojska  mogli  zostać
powołani  męŜczyźni  w  wieku  od  18  do  38  lat.  Dzięki  temu
ARW, do której naleŜało dotąd 320 tysięcy ludzi w oddziałach
regularnych  i  280  w  pomocniczych,  miała  wzrosnąć  do
ośmiuset tysięcy.

Głębokie  przemiany  zaszły  po  ofensywie  Tet  na  wsi

południowo-wietnamskiej.  Władze  rozpoczęły  —  przy  amery-
kańskim  wsparciu  —  kolejny,  zakrojony  na  szerszą  niŜ
poprzednie  skalę,  program  reform.  Amerykanie  zrozumieli
wreszcie, Ŝe Wietnam jest nie tyle problemem wojskowym, ile
politycznym.  A  klucz  do  niego  znajduje  się  nie  w  miastach,
które  dzięki  częstym  zamieszkom  zajmowały  uwagę  dzien-
nikarzy  i  Białego  Domu,  lecz  na  wsi,  gdzie  biło  źródło  siły
partyzantów. Zaczęto tzw. Program Przyspieszonej Pacyfikacji,
na  który  składały  się:  reformy  polityczne,  wzmacnianie  sił
terytorialnych oraz podniesienie poziomu Ŝycia wsi.

Rzecz  jasna,  było  to  zamierzenie  długofalowe,  lecz  juŜ

cztery  lata,  do  1972  roku,  kiedy  nastąpił  znów  dramatyczny
przełom w sytuacji, wystarczyły, aby program ten przyniósł —
niespodziewanie  nawet  dla  inicjatorów  —  sukces.  W  1971
roku wiele wsi było bronionych przed Viet Congiem przez...

background image

175

byłych  partyzantów,  a  na  terenach,  gdzie  dawniej  odwaŜały  się
zapuszczać  tylko  większe  oddziały  wojskowe,  samotny
Amerykanin  mógł  bez  obawy  jeździć  w  nocy  jeepem.  Program
był  nieporównywalnie  mniej  kosztowny  niŜ  działania  militarne.
W  szczytowym  1970  roku  USA  wydały  na  Program  Przy-
spieszonej Pacyfikacji 730 milionów dolarów.

Zmiany  na  wsi  umoŜliwiła  równoczesna  walka  z  siatką  Viet

Congu.  Była  ona  wprawdzie  rozbita  w  wyniku  Tet  (niektóre
ź

ródła oceniają, Ŝe komuniści stracili aŜ 40% kadr na Południu),

lecz nadal posiadała fenomenalną zdolność do regeneracji.

Przeciw  infrastrukturze  Viet  Congu  wymierzona  była  akcja

„Feniks".  Wywiad  południowo-wietnamski  z  pomocą  CIA
rozpracowywał  siatkę  komunistyczną,  a  specjalne  grupy  po-
ś

cigowe  zajmowały  się  chwytaniem  podejrzanych.  Akcję

nazwano „Feniks" w nadziei, Ŝe pomoŜe władzom odrodzić się z
popiołów  —  co  dotychczas  było  domeną  Viet  Congu.  W  jej
wyniku  śmierć  poniosło  20  tysięcy  ludzi,  schwytano  ponad  30
tysięcy i poddało się 18 tysięcy. Byłyby to straty powaŜne, gdyŜ
„Feniks"  z  załoŜenia  skierowany  był  tylko  przeciwko  kadrom
przywódczym  aparatu  komunistycznego.  Autorzy  przeciwni
wojnie  stawiają  jednak  akcji  wiele  zarzutów.  Ich  zdaniem,
zabijano  i  prześladowano  niewinnych  ludzi  oraz  torturowano
podejrzanych. Przeczą temu natomiast oświadczenia CIA, według
których 

„Feniks" 

przebiegał 

pod 

ś

cisłym 

nadzorem

amerykańskim, co wykluczało naduŜycia ze strony Południowych
Wietnamczyków.

Wydaje  się,  Ŝe  przy  tak  duŜej  liczbie  objętych  akcją  osób

niemoŜliwe  było  uniknięcie  pomyłek  i  ofiar  wśród  szeregowych
zwolenników  Viet  Congu.  Nie  wydaje  się  teŜ  moŜliwe,  by
Amerykanie  byli  w  stanie  —  nawet,  jeśli  załoŜyć,  Ŝe  tego
pragnęli  —  całkowicie  powstrzymać  wymuszanie  zeznań  od
schwytanych działaczy  komunistycznych.  Bicie  i  tortury  ujętych
przeciwników  były  raczej  regułą  niŜ  wyjątkiem  tak  u
Północnych, jak i Południowych Wietnamczyków. Natomiast

background image

176

faktem  jest,  iŜ  akcja  ta  nie  pozwoliła  komunistom  odzyskać
gruntu pod nogami na Południu po ofensywie Tet.

O słabnięciu Viet Congu świadczy równieŜ  program Otwar-

tych Ramion — Chieu Hoi, który kontynuowano z sukcesami.
Wystarczy powiedzieć, Ŝe do Tet przeszło na stronę rządu 27
tysięcy  osób;  po  niej  uczyniło  to  ponad  170  tysięcy  członków
FWN.  I  to  pomimo  wydarzeń  w  Hue  oraz  zdarzających  się
egzekucji „zdrajców", które miały zapobiec dezercjom.

Największe  znaczenie  dla  uspokojenia  sytuacji  na  wsi

miały prawdopodobnie reformy  polityczne.  Thieu  przywrócił
w  1969  r.  wybory  do  samorządu  wiejskiego.  Co  więcej,
wiejskie oddziały samoobrony otrzymały znaczne ilości  uzbro-
jenia,  w  tym  karabiny  M-16,  których  dotychczas  im  nie
dawano  z  obawy  przed  ich  „przeciekaniem"  do  partyzantów.
Tym  samym  stały  się  zdolne  do  samodzielnej  obrony  przed
mniejszymi  oddziałami  Viet  Congu,  co  miało  podstawowe
znaczenie dla poczucia bezpieczeństwa wsi.

Kolejnym,  waŜnym  i  śmiałym  posunięciem  Thieu  była

reforma  rolna.  W  przeciwieństwie  do  reformy  Diema  —  po-
łowicznej i tylko częściowo wprowadzonej w Ŝycie — reforma
rozpoczęta w 1970 roku była — według „New York Times'a"
—  „chyba  najbardziej  postępową  i  dalekowzroczną  niekomu-
nistyczną  reformą  rolną  XX  wieku".  Do  redystrybucji  prze-
znaczono  milion  hektarów,  z  rozdziału  ziemi  skorzystała
niemal  połowa  ludności  rolniczej,  a  powierzchnia  dzierŜaw
spadła z 60 do 10% upraw. Dla porównania: w czasie reformy
rolnej przeprowadzonej w latach 1954-1956 przez komunistów
między chłopów rozdzielono 810 tysięcy hektarów.

Zatem  chłopi  otrzymali  samorząd,  broń  i  ziemię  —  czego

im przez wiele lat odmawiano. Zaufanie okazane wsi opłaciło
się  władzom  sowicie:  w  1971  roku  partyzanci  kontrolowali
tylko niespełna 20 procent mieszkańców Południa.

Na  przełomie  lat  sześćdziesiątych  i  siedemdziesiątych  RW

przedstawiała  zgoła  odmienny  obraz  niŜ  2  lata  wcześniej.
Drogi były bezpieczne, aktywność komunistów niewielka,

background image

177

miasta  pełne  amerykańskich  towarów,  a  rodziny  chłopskie
bogaciły  się  dzięki  reformie  rolnej,  otrzymywały  nowe  odmiany
ryŜu  i  uczyły  się  wydajniejszych  metod  uprawy.  Jeden  z
przedstawicieli  USA  w  Sajgonie  tak  opisał  ówczesną  sytuację:
..To  było  niezwykłe.  Nagle  odkryliśmy,  Ŝe  Wietnamczycy  byli
zdolni  obronić  się  i  ustabilizować  rząd.  Z  łatwością  wypełniali
pustkę,  którą  —  jak  się  obawialiśmy  —  stworzy  wycofanie  tak
wielu Ŝołnierzy amerykańskich. Po raz pierwszy od dziesięciu lat
pokój zapanował w większości wsi".

Niebezpieczeństwo  istniało  jednak  nadal.  Partyzantka  była

osłabiona,  lecz  na  Południu  znajdowało  się  coraz  więcej
regularnych  Ŝołnierzy  północno-wietnamskich.  Poza  tym  siły
komunistyczne  świadomie  przeszły  do  defensywy:  Lao  Dong
liczyła  na  stopniowe  odbudowanie  infrastruktury  politycznej  i
wojskowej.

Nie  znikły  teŜ  dawne  źródła  słabości  RW.  Korupcja  nie

zmniejszyła  się,  a  chwilowa  solidarność  opozycji  z  rządem  w
czasie  odpierania  ofensywy  Tet  szybko  ustąpiła  miejsca
rywalizacji i walkom frakcyjnym. Wycofanie armii USA, które z
jednej strony skłoniło Thieu do przeprowadzenia daleko idących i
potrzebnych  od  dawna  reform,  z  drugiej  —  wzmogło  nastroje
neutralistyczne,  a  rosnąca  Trzecia  Siła  coraz  energiczniej
domagała  się  od  rządu  porozumienia  z  komunistami,  nawet  za
cenę dopuszczenia ich do współrządzenia.

Dziennik „Sajgon Daily News" w lipcu 1968 roku pisał: „Jest

rzeczą  jasną,  Ŝe  w  Wietnamie  Południowym  nie  ma  obecnie
ukształtowanego  antykomunistycznego  systemu  politycznego,
który 

mógłby 

zmierzyć 

się 

ze 

spręŜystą 

organizacją

komunistyczną.  Nasze  rozliczne  partie  i  grupy  polityczne  są
beznadziejnie  skłócone  i  targane  wewnętrznymi  sprzecznoś-
ciami".  Z  inicjatywy  Thieu  w  połowie  1968  roku  powstał
wprawdzie  Socjalistyczny  Rewolucyjny  Związek  Ludowy,  który
miał  skupić  róŜne  nurty  polityczne.  TakŜe  opozycja  (m.in.
VNQDD i Hoa Hao) próbowała zjednoczyć się, tworząc

12 — Wietnam 1962-1975

background image

178

Związek  Sił  Ludowych  Wietnamu.  Zadawnione  animozje
polityczne  i  personalne  nie  pozwoliły  jednak  tym  organizacjom
na  odegranie  znaczniejszej  roli,  gdyŜ  —  zdaniem  wspomnianej
gazety  —  „stan  wewnętrznych  niesnasek,  wzajemnej  podej-
rzliwości  i  rywalizacji,  który  od  lat  gnębił  niekomunistyczne
organizacje naszego kraju, nie  moŜe być  zlikwidowany w ciągu
paru miesięcy".

Rząd  sajgoński  —  przy  całej  brutalności,  z  jaką  traktował

komunistów  i  ich  sprzymierzeńców  —  trudno  jednak  określić
jako  „bezwzględną  i  krwawą  dyktaturę"  (a  podobnych  epitetów
uŜywali  zarówno  komuniści,  jak  i  amerykańskie  ruchy  anty-
wojenne).  Oto  opis  najcięŜszego  więzienia  politycznego  Połu-
dniowego  Wietnamu,  Con  Dao,  znajdującego  się  na  wyspie
połoŜonej  100  km  od  wybrzeŜy  kraju.  Więźniowie  byli  tam
stłoczeni  w  niewielkich  celach,  a  część  trzymano  w  tzw.
tygrysich klatkach — zamiast sufitu miały one stalowe pręty, po
których  mogli  chodzić  straŜnicy.  Rocznie  w  Con  Dao  umierało
około  130  osób  —  na  12  tysięcy  przetrzymywanych  tam  ludzi,
prawdopodobnie 

południowo-wietnamskie 

więzienia 

nie

odbiegały  zatem  od  trzecioświatowego  standardu.  Sajgońskie
gazety wielokrotnie krytykowały warunki, w jakich trzymani byli
więźniowie:  przepełnienie  cel,  zły  stan  sanitarny  budynków  itd.
„Saigon Daily News"  z  20  lipca  1968  roku  pisał  o  „nieludzkich
warunkach Ŝycia" w jednym z aresztów, gdzie „ponad 2500 ludzi
stłoczono  w  budynku,  który  kiedyś  zbudowali  Francuzi  dla
najwyŜej 600 więźniów".

Prasa opozycyjna była bardzo krytyczna wobec polityki rządu;

gazety  „Tin  Sang"  i  „Cong  Luang"  jawnie  opowiadały  się  za
porozumieniem  z  komunistami,  neutralizacją  kraju  i  za
wycofaniem  Amerykanów,  a  nawet  publikowały  oficjalne
oświadczenia  rządu  w  Hanoi.  Prawo  prasowe  z  1969  roku
ograniczyło  moŜliwość  cenzury  prewencyjnej,  która  wcześniej
powodowała  ukazywanie  się  gazet  z  białymi  plamami.  Teraz
jedynym  środkiem,  jakim  dysponowały  władze,  było  konfis-
kowanie juŜ wydrukowanych nakładów. Dziennik „Tin Sang"

background image

179

w  roku  1970  był  ponad  100  razy  karany  konfiskatą  lub
grzywnami.

Rządy Thieu trwały niemal tyle samo, co rządy Diema

— od  1967  do  1975  roku.  Była  to  dyktatura  „miękka"
i  liberalna.  Funkcjonowały  przecieŜ  procedury  demokratyczne:
wybory  prezydenckie  i  parlamentarne,  które  (przy  wszystkich
zastrzeŜeniach)  umoŜliwiały  udział  we  władzy  róŜnym  siłom
politycznym.  Istniały  i  działały  partie  opozycyjne,  które
dysponowały  własnym  aparatem  propagandowym,  prasą  itp.
Parlament  często  sprzeciwiał  się  prezydentowi,  więc  Thieu
musiał  brać  to  pod  uwagę  i  modyfikować  swą  politykę.  Jeśli
więc  moŜna  mówić  o  dyktaturze,  to  raczej  w  tym  sensie,  iŜ
skłócenie  i  rozbicie  opozycji  praktycznie  wykluczało  moŜ
liwość  utraty  władzy  przez  Thieu.  Amerykański  politolog,
Robert  Scalapino,  napisał  w  1982  r.:  „Krytycy  oskarŜający
«rządy  dyktatorskie»  nigdy  nie  rozumieli  —  a  przynajmniej
nigdy  nie  przyznali  —  Ŝe  tkwiąc  w  środku  brutalnej  wojny,
rząd sajgoński był duŜo bardziej tolerancyjny wobec opozycji

— prócz  działającej  wspólnie  z  komunistami  —  niŜ  moŜna
było  oczekiwać.  Przed  1975  rokiem  nigdy  nie  było  trudno
znaleźć  głośnych  krytyków,  którzy  gotowi  byli  wyraŜać  swe
poglądy całkowicie otwarcie".

Jawnie  działał  np.  ruch  antywojenny,  który  organizował

wiece,  „siedzące"  manifestacje  przed  gmachami  publicznymi,
pochody  i  strajki  okupacyjne  na  uczelniach.  Trzecia  Siła,  w
której  często  zacierała  się  róŜnica  pomiędzy  lojalną  wobec
państwa  opozycją  i  działaniami  otwarcie  prokomunistycznymi,
takŜe  funkcjonowała  legalnie.  Była  ruchem  niejednorodnym.
Prócz agentów Lao Dong znalazło się w nim wielu wietnamskich
patriotów  dalekich  od  komunizmu.  Rozczarowani  polityką
władz, zatrwoŜeni ofiarami powodowanymi przez wojnę

— sądzili,  Ŝe  rządy  komunistów  nie  będą  duŜo  gorsze.  Wśród
ludzi  tych,  stanowiących  liczącą  się  część  społeczeństwa,
dominowało  poczucie  rozŜalenia  i  krzywdy.  Dlatego  podciągali
Francuzów i Amerykanów pod wspólny mianownik: ani jedni,

background image

180

ani drudzy nie pomogli — ich zdaniem — krajowi w uzyskaniu
wolności i w awansie cywilizacyjnym. Francuzi — gdyŜ kaŜde
ustępstwo  trzeba  było  im  wydzierać  w  krwawej  walce,
Amerykanie  —  bo  nie  umieli  zrealizować  aspiracji  Połu-
dniowych  Wietnamczyków  i  liczyli  tylko  na  rozstrzygnięcie
militarne.

Stosunki  między  Amerykanami  a  Południowcami  —  juŜ

wcześniej  niełatwe  —  uległy  po  Tet  zaostrzeniu.  Władze  RW
były  niezadowolone  z  wywieranej  przez  Waszyngton  presji  na
przystąpienie  do  negocjacji  z  Hanoi,  poniewaŜ  pragnęły
najpierw wzmocnić kraj wewnętrznie.

A  wydawało  się  to  całkiem  realistyczne,  gdyŜ  ofensywa  Tet

stanowiła dla Viet Congu najcięŜszą klęskę w czasie całej wojny
—  klęskę,  po  której  nigdy  się  juŜ  nie  podniósł.  Oblicza  się,  Ŝe
od  Tet  do  1971  roku  strona  komunistyczna  straciła  ponad  pół
miliona  ludzi  (zabitych,  dezerterów,  którzy  przeszli  na  stronę
RW, aresztowanych).

Po  takim  odpływie  sił  Viet  Cong  musiał  rozpaczliwie

chwytać  się  wszelkich  dostępnych  środków.  Do  partyzantki
rekrutowano  piętnastoletnich  chłopców,  a  na  czele  komitetów
wioskowych  lub  rejonowych  niejednokrotnie  stawiano  szes-
nastolatków.  Lecz  nawet  te  metody,  czyniące  z  Frontu  parodię
organizacji,  którą  niegdyś  był,  niewiele  pomagały;  oddziały
partyzanckie  po  1968  roku  opierały  się  głównie  na  ludziach  z
Północy,  a  infrastruktura  NFW  —  w  coraz  bardziej  jawny
sposób  kierowana  przez  Hanoi  —  traciła  dotychczasowe
znaczenie.

Inicjatywa  militarna  znalazła  się  w  rękach  RW/USA.  Co

prawda,  regularne  oddziały  WAL  znajdowały  się  w  czasie
ofensywy  Tet  na  drugim  planie  i  zachowały  zdolność  bojową,
lecz  niewiele  mogły  zdziałać  pozbawione  wsparcia  lokalnych
partyzantów. Hanoi potrzebowało czasu, by przystosować się do
nowych  warunków,  by  zorganizować  własne  oddziały
partyzanckie  i  przestawić  sieć  transportu.  Komuniści  nie  mogli
dłuŜej kierować się maksymą Mao Tse-tunga „Niech

background image

181

wieś otacza miasta". Musieli przyjąć bardziej konwencjonalny
sposób walki, ale trzeba pamiętać, Ŝe nawet regularne oddziały
armii  północno-wietnamskiej  zawsze  stosowały  wiele  elemen-
tów działań nieregularnych.

Choć  Narodowy  Front  Wyzwolenia  stał  się  po  1968  roku

marionetką  Hanoi,  to  z  formalnego  punktu  widzenia  —  było
wręcz przeciwnie. Kierownictwo Lao Dong postanowiło nadać
mu status równy państwowemu.

W czerwcu 1969 roku odbył się w „wyzwolonej strefie" na

Południu  „Kongres  Przedstawicieli  Ludowych",  który
utworzył  nowe  państwo  —  „Republikę  Wietnamu  Połu-
dniowego"  i  powołał  jego  władzę  —  Tymczasowy  Rząd
Rewolucyjny (TRR).

Sztuczne wywindowanie rangi NFW miało cel dosyć oczywis-

ty. Wszak jeden z czterech punktów Pham Van Donga mówił
o rządzie zjednoczenia narodowego. Chodziło zatem o uzyskanie
dla Frontu równorzędnego z rządem RW statusu i odpowiedniej
liczby miejsc w ewentualnym przyszłym gabinecie.

Premierem nowego „rządu" został Huynh Tan Phat, formal-

nie  sekretarz  Partii  Demokratycznej,  wchodzącej  w  skład
NFW,  faktycznie  —  członek  Lao  Dong.  JednakŜe  rzeczywista
władza  naleŜała  do  Pham  Hunga,  członka  Biura  Politycznego
kompanii,  którego  oddelegowano  na  Południe  z  zadaniem
kierowania Centralnym Wydziałem do spraw Wietnamu Połu-
dniowego, czyli delegaturą KC Lao Dong. Siedziby komunis-
tycznych  władz  znajdowały  się  na  obszarze  wielkiej  plantacji
kauczuku  Mimot  na  terytorium  KambodŜy,  u  nasady  tzw.
Kaczego Dziobu, który wcinał się w obszar RW.

Program  TRR  powielał  znane  postulaty  Frontu:  Wietnam

Południowy  miał  być  demokratycznym  i  neutralnym  państwem.
Program  gwarantował  swobody  obywatelskie,  jak  równieŜ
prawo  do  prywatnej  przedsiębiorczości,  a  takŜe  powszechną
opiekę lekarską, bezpłatne szkolnictwo itd.

Tymczasem  w  praktyce  nawet  dawna,  ograniczona  auto-

nomia NFW wobec Hanoi zanikała:  po  1968 roku ludzie

background image

182

z  Północy  objęli  większość  kierowniczych  stanowisk.  Na
posiedzeniach TRR nadal występowali zamaskowani członkowie
Frontu,  którzy  działali  w  legalnych  organizacjach  RW,  lecz  ich
obecność  stanowiła  zaledwie  ślad  po  dawnej  fasadzie,  szczelnie
okrywającej prawdziwe mechanizmy władzy w Viet Congu.

Hanoi  z  początkiem  lat  siedemdziesiątych  zainicjowało  kurs

na  eliminację  z  Frontu  „klasowo  obcych  elementów".
Południowcy,  którzy  nie  chcieli  bez  reszty  podporządkować  się
dyrektywom  Lao  Dong,  byli  spychani  na  drugorzędne
stanowiska.  Akcji  tej  towarzyszyły  zmiany  sztafaŜu  ideo-
logicznego  NFW.  Południowcy  musieli  teraz  przechodzić
obowiązkowy  kurs  materializmu  dialektycznego,  który  zastąpił
wykłady z „historii rewolucji".

Właściwie  tylko  jeden  element  komunistycznej  taktyki  nie

uległ zmianie po Tet. Terror. Z tą róŜnica, iŜ nie był on juŜ teraz
tak  celny  i  skuteczny.  Od  roku  1964  do  1974  Sekcje
Bezpieczeństwa  zamordowały  na  Południu  blisko  40  tysięcy
osób  cywilnych.  Najczęściej  na  podstawie  wyroków  „sądów
ludowych",  z  oskarŜenia  o  „reakcyjność,  kontrrewolucję  i
szpiegostwo".

DRW  oficjalnie  uznawała  odrębność  „Republiki  Wietnamu

Południowego"  i  twierdziła,  Ŝe  zjednoczenie  nastąpi  dopiero  w
przyszłości  za  obopólną  zgodą,  przy  czym  dopuszczalne  będą
róŜnice  pomiędzy  obiema  częściami  kraju,  wynikające  z
odmienności  rozwoju  historycznego.  „Socjalizm  na  Północy  —
Demokracja na Południu" — brzmiało propagandowe hasło.

We  wrześniu  1969  roku  zmarł  Ho  Chi  Minh.  Śmierć

prezydenta  nie  spowodowała  Ŝadnych  perturbacji  w  kierow-
nictwie państwa. Ho juŜ wcześniej odsunął się od podejmowania
decyzji,  rezerwując  dla  siebie  rolę  głównego  autorytetu  kraju.
Znaczna  część  Wietnamczyków  (na  Północy  prawdopodobnie
większość)  oraz  światowej  opinii  publicznej  zaakceptowała
ś

wiadomie  przezeń  wykreowany  wizerunek  dobrotliwego,

opiekuńczego  i  kochającego  dzieci   „Wujka

background image

183

Ho".  Ale  pamiętać  trzeba,  Ŝe  ten  bezwzględny  polityk  nie  wahał
się  posłać  na  śmierć  setek  tysięcy  swoich  „wnuków"  dla
zrealizowania  ideologicznej  utopii,  która  w  młodości  owładnęła
jego umysłem.

W  Biurze  Politycznym  nie  było  po  śmierci  Ho  sporów  o

sukcesję  ani  konfliktów,  co  potwierdza  tezę,  iŜ  wietnamski
komunizm opierał się na wyjątkowo silnej moralno-ideo-logicznej
motywacji. Świadczy teŜ o tym testament Ho Chi Minha. Ukazuje
on  specyficzne  cechy  jego  osobowości  oraz  klimat  panujący  w
państwie, którego był twórcą.

„Demokratyczna Republika Wietnamu.

Niepodległość — Wolność — Szczęście

...zostawiam  tych  kilka  słów  na  wypadek,  gdyby  przyszło  mi

odejść  na  spotkanie  z  Karolem  Marksem,  Włodzimierzem  I.
Leninem i innymi dawnymi rewolucjonistami...

We  wzajemnych  stosunkach  trzeba  rozwijać  uczucie  partyj-

ności i miłości.

Nasza  partia  jest  partią  rządzącą.  KaŜdy  członek  partii  i

kadrowiec  powinien  być  przepojony  rewolucyjną  moralnością,
powinien  być  rzeczywiście  pracowity,  oszczędny,  uczciwy,
sprawiedliwy, bezinteresowny...

Nasze góry będą zawsze,
nasze rzeki będą zawsze,
nasz naród będzie zawsze.
Gdy pokonamy amerykańskich agresorów,

odbudujemy nasz kraj

dziesięć razy piękniejszy niŜ dziś...

Jeśli chodzi o międzynarodowy ruch komunistyczny. Ja, który

całe  Ŝycie  poświęciłem  sprawie  rewolucji,  im  bardziej  dumny
jestem  z  rozwoju  międzynarodowego  ruchu  komunistycznego,
tym  bardziej  cierpię  z  powodu  rozbieŜności  między  bratnimi
partiami...

Jeśli chodzi o mnie osobiście, to całe swe Ŝycie duszą i ciałem

słuŜyłem ojczyźnie, słuŜyłem rewolucji, słuŜyłem

background image

184

narodowi.  Gdybym  musiał  teraz  opuścić  ten  świat,  niczego
bym  nie  Ŝałował.  śałuję  tylko,  Ŝe  nie  mogę  dalej  słuŜyć
rewolucji...

I  wreszcie  przekazuję  swą  bezgraniczną  miłość  całemu

narodowi, całej partii, całej armii, wszystkim moim wnukom

— chłopcom i dziewczętom oraz pionierom.

Przekazuję  takŜe  serdeczne  pozdrowienia  towarzyszom,

przyjaciołom,  chłopcom,  dziewczętom  i  dzieciom  całego
ś

wiata.

Ostatnie  moje  Ŝyczenie  jest  następujące.  Niech  cała  partia,

cały naród, ściśle zespolone, walczą o utworzenie pokojowego,
zjednoczonego i kwitnącego Wietnamu...".

(W  Wietnamie  bardzo  popularna  jest  poezja.  TakŜe  Ho

pisał wiersze. Stąd niektóre fragmenty testamentu mają niemal
poetycką formę).

Te  słowa  przekonują.  Ho  Chi  Minh  naprawdę  pragnął

lepszej  przyszłości  dla  swego  narodu.  Na  nieszczęście  dla
milionów  Wietnamczyków  stworzony  przez  niego  splot  pat-
riotyzmu z komunizmem stanowił całość niezwykle skuteczną
w  działaniu,  ale  trudną  do  rozplatania  i  ciąŜącą  do  dziś  nad
tym dramatycznie doświadczonym krajem.

DRW  nadal  balansowała  pomiędzy  Pekinem  i  Moskwą.

Hanoi  dysponowało  przy  tym  znaczną  niezaleŜnością  —  nie
reagowało np. na sowieckie rady, by przystąpić do rozmów z
USA.  Wietnamscy  komuniści  dobrze  zapamiętali  nauczkę  z
Genewy, gdzie — ustąpiwszy pod naciskiem ChRL i ZSRR

— uzyskali  mniej  przy  stole  konferencyjnym  niŜ  na  polach
bitew. Po koniec lat  sześćdziesiątych stroną doradzającą Hanoi
nieustępliwość  były  Chiny.  Jak  to  ujął  gen.  Maxwell  Taylor,
Chińczycy  byli  zdecydowani  „walczyć  ze  Stanami  Zjed-
noczonymi do ostatniego Wietnamczyka".

Luty  i  marzec  1968  roku  były  przełomowymi  miesiącami

II wojny indochińskiej. Decyzje, które zapadły w Waszyngtonie
w wyniku ofensywy Tet, sprawiły, Ŝe klęska komunistów stała

background image

185

się ich strategicznym zwycięstwem. Zawinił tutaj sam Johnson i
jego  rząd,  gdyŜ  ich  nadmierny  optymizm  przyczynił  się  do
pogłębienia szoku wywołanego przez Tet.

Jednak  nie  tylko  prezydent  wprowadził  w  błąd  amerykańską

opinię  publiczną.  Historycy  zgadzają  się  obecnie  co  do  tego,  Ŝe
— jak pisze George Herring: „Media przekazywały informacje w
sposób niechętny dla rządu i często wypaczały fakty".

Pierwsze  sprawozdania  z  kampanii  Tet  opisywały  ją  jako

druzgocące  zwycięstwo  sił  komunistycznych  i  —  co  waŜniejsze
—  poraŜka  partyzantów  nie  znalazła  odbicia  w  środkach
masowego  przekazu.  Reporterzy  kładli  nacisk  na  początkowe
sukcesy Viet Congu, na chaos i zniszczenia spowodowane przez
walki,  a  nie  na  rozmiary  faktycznego  zwycięstwa  RW/USA.  Na
darmo  generał  Westmoreland  i  członkowie  administracji
próbowali  przedstawiać  prawdziwy  obraz  sytuacji,  na  darmo
porównywali  Tet  do  desperackiej  kontrofensywy  Niemców  w
Ardenach  w  grudniu  1944  r.,  na  darmo  mówili  o  „ofensywie
rozpaczy"  —  dziennikarze  wiedzieli  lepiej,  wiedzieli,  Ŝe  Stany
Zjednoczone  przegrywają  wojnę.  Pewną  rolę  w  wypaczaniu
rzeczywistości  odegrała  teŜ  chyba  charakterystyczna  dla  mass
mediów  pogoń  za  ciekawszym  newsem:  w  końcu  kogo  moŜe
zainteresować informacja, Ŝe Goliat pokonał Dawida?

Hanoi  zdawało  sobie  sprawę  z  faktu,  iŜ  piętą  Achillesową

Ameryki  jest  właśnie  niecierpliwa  i  ulegająca  zmiennym
nastrojom  opinia  publiczna.  Niektórzy  autorzy  sądzą  nawet,  Ŝe
głównym  celem  Tet  było  nie  wywołanie  powstania  w  RW,  lecz
zadanie  psychologicznego  ciosu  społeczeństwu  USA  (czego
jednak nie potwierdzają znane źródła komunistyczne).

Tak  ocenia  strategię  Hanoi  generał  Westmoreland:  „Byli

wystarczająco sprytni, by wiedzieć, Ŝe nie mogą nas pokonać na
polu bitwy. Wiedzieli teŜ, Ŝe naszym słabym punktem jest strona
polityczna, bo w ten sposób pokonali Francuzów. Byli przy tym
wystarczająco pewni siebie, by wierzyć, Ŝe mogą

background image

186

nas pobić w ten sam sposób — i rzeczywiście, udało im się".
Komuniści  znaleźli  wiec  remedium  na  amerykańską  strategię
wyczerpania  militarnego.  Postanowili  wyczerpać  USA
psychicznie.

Wyniki  badań  opinii  publicznej  pozwalają  prześledzić

systematyczny  spadek  poparcia  dla  polityki  Johnsona.  W  1964
roku  decyzje  prezydenta  aprobowało  70%  Amerykanów,  w
1965 — 60%, w 1966 — juŜ tylko połowa, a pod koniec 1967
—  zaledwie  40%  badanych.  Punkt  zwrotny  stanowiła
ofensywa  Tet,  po  której  sprzeciwiających  się  polityce  rządu
było  juŜ  więcej  niŜ  popierających  Johnsona.  Dezaprobata
niekoniecznie 

oznaczała 

negatywny 

stosunek 

do

zaangaŜowania  USA  w  Wietnamie.  Spora  część  głosów
krytycznych  pochodziła  od  rozczarowanych  polityką  pół-
ś

rodków  „jastrzębi",  którzy  pragnęli  bardziej  zdecydowanego

prowadzenia wojny.

Stosunek  do  wojny  i  planowane  sposoby  zakończenia

konfliktu  stały  się  zasadniczymi  kwestiami  róŜniącymi  kan-
dydatów  na  prezydenta.  Okazało  się,  Ŝe  Johnson  będzie
musiał  rywalizować  nie  tylko  z  kandydatami  republikańskimi,
ale  równieŜ  z  członkami  własnej  partii:  Eugenem  McCa-
rthy'm  (którego  nie  naleŜy  mylić  ze  słynnym  w  latach
pięćdziesiątych  senatorem  Josephem  McCarthy'm)  oraz  Ro-
bertem  Kennedym.  Obaj  wysunęli  program  „pokojowy"  —
opowiedzieli się za zaprzestaniem bombardowań, wycofaniem
wojsk  USA  z  Wietnamu  oraz  rokowaniami  z  Hanoi.
Wystąpienie  brata  Johna  F.  Kennedy'ego  było  szczególnie
bolesne  dla  Johnsona,  który  po  raz  pierwszy  został  przecieŜ
prezydentem w wyniku zamachu w Dallas.

15  lutego  dowództwo  lotnictwa  USA  zakomunikowało  o

stracie nad Wietnamem Północnym osiemsetnego samolotu. 20
lutego  Komisja  Spraw  Zagranicznych  Senatu  rozpoczęła
publiczne  przesłuchania  członków  administracji,  podczas
których podawano w wątpliwość potrzebę dalszego prowadze-
nia  wojny.  22  lutego  sztab  Westmorelanda  oznajmił,  Ŝe

background image

187

w  poprzednim  tygodniu  Amerykanie  ponieśli  najwyŜsze  od
początku konfliktu straty w ludziach  —  543  zabitych.  26  lutego
Westmoreland  wystąpił  do  prezydenta  o  wysłanie  do  Wietnamu
dodatkowych 206 tysięcy Ŝołnierzy.

Fakt  ten  szybko  przeciekł  do  prasy  —  „New  York  Times"

doniósł  o  tym  juŜ  10  marca  —  i  wywołał  prawdziwą  burzę  w
ś

rodkach  masowego  przekazu  oraz  falę  demonstracji.  13  marca

Johnson  wyraził  zgodę  na  stopniowe  wysłanie  nie  dwustu,  lecz
trzydziestu tysięcy ludzi. „New York Times" wiedział o tym juŜ
17 marca.

W  komentarzach  na  temat  prośby  Westmorelanda  pisano,  iŜ

jest  ona  przejawem  desperacji  oraz  dowodem  załamania  się
dotychczasowej  strategii.  Tymczasem  Westmoreland  chciał
wykorzystać pomyślną sytuację militarną, jaka wytworzyła się po
ofensywie Tet, i pójść za ciosem — zaatakować bazy WAL/VC'
w  KambodŜy  i  Laosie.  Z  czysto  wojskowego  punktu  widzenia
miał  rację.  Nie  zdawał  sobie  jednak  sprawy  z  nastrojów
społecznych  w  USA.  Inaczej  nie  wysunąłby  w  tak  krytycznym
momencie  postulatu,  który  oznaczał  największy  w  ciągu  całego
konfliktu wzrost sił USA w Wietnamie — skok o 40%. Dopiero
znacznie  później  Westmoreland  miał  przyznać,  Ŝe  750  tysięcy
Amerykanów w  Wietnamie to było  więcej,  niŜ  mógł  wytrzymać
system polityczny USA.

O  konfuzji  panującej  w  tym  czasie  w  Białym  Domu,  o

niezdolności  rządu  do  przerwania  błędnego  koła  połowicznych
decyzji,  świadczy  rozmowa,  którą  przeprowadził  z  Komitetem
Szefów Sztabów nowy sekretarz  obrony,  mianowany  na  miejsce
McNamary,  Clark  Clifford.  Oto  jego  relacja:  „Mieliśmy  juŜ  w
Wietnamie  525  tysięcy  ludzi...  Czy  wystarczy,  jeśli  poślemy
jeszcze 206 tysięcy? — spytałem. Nie wiedzieli...

1

  Po  roku  1968  właściwie  nie  moŜna  juŜ  dłuŜej  mówić  o  Viet  Congu  jako  w  pewnym  stopniu

odrębnej sile. Niedobitki oddziałów zbrojnych Frontu zeszły do roli sił pomocniczych WAL. Stąd skrót,

który lepiej oddaje stan faktyczny, niŜ określenie „Viet Cong".

background image

188

 

Czy jest zatem moŜliwe, Ŝe będziecie potrzebowali więcej?

 

To moŜliwe.

 

Czy bombardowanie Północy rzuci ich na kolana?

 

Nie.

 

A czy w ogóle zmniejsza się wola walki Północy?

 

Nic nam o tym nie wiadomo.

I  w  końcu:  Jaki  plan  posiadają  Stany  Zjednoczone  dla

osiągnięcia  zwycięstwa  w  Południowym  Wietnamie?  Nie  było
takiego planu.

Powiedziałem: Nie ma takiego planu?

— Nie.  Nasz  plan  przewiduje  tylko  utrzymanie  presji  na

nieprzyjaciela  i  mamy  nadzieję,  Ŝe  to  go  w  końcu  zmusi  do
kapitulacji".

O  dalszych  losach  wojny  —  i  prezydenta  —  zadecydował

ostatni  tydzień  marca.  Johnson  odrzucił  wtedy  oficjalnie
propozycję  Westmorelanda  i  odwołał  go  z  Wietnamu.  27  marca
prezydent  zaprosił  do  Białego  Domu  specjalną  grupę  doradców,
tzw. Mędrców. W jej skład wchodzili wybitni politycy, dowódcy
wojskowi  oraz  przedstawiciele  kół  gospodarczych,  między
innymi: Dean Acheson, George Bali, Cyrus Vance, gen. Matthew
Ridgway, gen. Maxwell Taylor i Henry C. Lodge.

Po  długiej  dyskusji  większość  Mędrców  opowiedziała  się

przeciw dalszemu zwiększaniu liczby Ŝołnierzy amerykańskich w
Wietnamie  i  za  deeskalacją  konfliktu.  Reprezentanci  estab-
lishmentu, jakimi niewątpliwie byli Mędrcy, kierowali się przede
wszystkim troską o wewnętrzną sytuację USA. Zwracali uwagę na
coraz ostrzejszą polaryzację społeczeństwa w związku z wojną, na
gigantyczne  koszty  konfliktu,  które  obciąŜały  gospodarkę,
utrudniały  desegregację  rasową  i  rozbudowę  systemu  opieki
społecznej oraz powodowały inflację.

Stanowisko Mędrców zaskoczyło prezydenta — nie spodziewał

się, Ŝe establishment stanie po tej samej stronie, co buntujące   się
uniwersytety.   Tym  głębiej   wziął   sobie   ich

background image

189

zdanie  do  serca.  Był  człowiekiem  wysoko  ceniącym  consensus
społeczny,  tymczasem  widział,  jak  na  jego  oczach  Ameryka
pogrąŜa  się  w  groźnym  konflikcie  wewnętrznym.  W  swych
wspomnieniach napisał: „Moim największym problemem nie był
sam  Wietnam,  lecz  podziały  i  pesymizm  w  kraju...  dobrze
wiedziałem, Ŝe załamanie na froncie wewnętrznym było właśnie
tym, na co liczyło Hanoi".

Dlatego  wygłosił  31  marca  swe  najbardziej  pamiętne

przemówienie  do  narodu.  Rozpoczął  je  od  słów:  „Dziś  wieczór
chcę  do  Was  mówić  o  pokoju  w  Wietnamie...  Nie  ma  sprawy,
która  bardziej  zajmowałaby  nasz  naród".  W  pierwotnej  wersji
początek  brzmiał  inaczej  —  „chcę  do  Was  mówić  o  wojnie  w
Wietnamie".  Następnie  prezydent  oznajmił  o  wielu  przeło-
mowych  decyzjach:  o  zakończeniu  bombardowań  DRW  (z
wyjątkiem  terenów  przylegających  bezpośrednio  do  „strefy
zdemilitaryzowanej"),  zamroŜeniu  liczebności  oddziałów  ame-
rykańskich  w  Wietnamie  i  o  pełnej  gotowości  USA  do  podjęcia
natychmiastowych  rozmów  pokojowych.  A  potem  prezydent
powiedział  coś,  czego  się  nikt  nie  spodziewał:  „Gdy  synowie
Ameryki są w polu daleko stąd, gdy wewnątrz kraju decyduje się
przyszłość  Ameryki;  gdy  waŜą  się  nadzieje  na  pokój  —  nasze  i
całego świata — sądzę, Ŝe nie powinienem poświęcać ani jednej
godziny,  ani  dnia  mojego  czasu  na  Ŝadne  sprawy  osobiste  lub
partyjne...  Dlatego  nie  będę  się  starał  i  nie  przyjmę  nominacji
mojej partii na następną kadencję na urząd prezydenta".

Kilka  dni  później  Hanoi  nazwało  przemówienie  „perfidną

sztuczką...  dla  uspokojenia  opinii  publicznej",  lecz  zgodziło  się
rozpocząć  rokowania.  Przemówienie  z  31  marca  oznaczało
poraŜkę  polityki  wojny  ograniczonej.  Oznaczało  teŜ  upokorzenie
Ameryki,  której  prezydent  nie  mógł  opanować  łez  przed
kamerami  telewizyjnymi.  Oznaczało  psychologiczne  zwycięstwo
komunistów,  którzy  zmusili  USA  do  porzucenia  dotychczaso-
wych zamiarów, a Johnsona — do zakończenia kariery politycz-
nej. Oznaczało po prostu przyznanie się do klęski.

background image

190

Była  to  klęska  osobliwa  —  przecieŜ  to  nieprzyjaciel

znajdował się w defensywie, tracił grunt pod nogami, przegrał
walkę o miasta i słabł na wsi. Wojna w Wietnamie pełna była
od  początku  do  końca  paradoksów.  Stany  Zjednoczone  prze-
grały  wojnę,  w  której  wróg  nie  wygrał  ani  jednej  bitwy.
Komuniści  okazali  się  zdolni  do  poniesienia  znacznie  więk-
szych  ofiar,  nieporównanie  bardziej  wytrzymali  i  —  przede
wszystkim —  przekonani  o  własnej  słuszności  niŜ  Amerykanie.
Lao  Dong  górowała  takŜe  nad  przeciwnikiem  bezwzględnością,
wolą walki i brakiem skrupułów. Zapewne Ŝaden z wymienio-
nych  czynników  z  osobna  nie  był  decydujący,  ale  wzięte
razem  sprawiły,  Ŝe  amerykańskie  zwycięstwa  obróciły  się
ostatecznie w poraŜkę.

Na razie jednak niewielu ludzi w USA potrafiło dostrzec w

przemówieniu  Johnsona  pierwszy  krok  na  drodze  do
kapitulacji.  Amerykanie  brali  zgodę  Hanoi  na  negocjacje  za
dobrą  monetę.  Nie  wiedzieli  (nie  chcieli  wiedzieć?),  Ŝe  dla
komunistów  są  one  czymś  zupełnie  innym  niŜ  dla  nich.
Notatki 

ze 

szkolenia 

politycznego 

Viet 

Congu 

przechwycone przez jeden  z  oddziałów USA w  1967  roku —
mówiły  wprost:  „Rokowania,  jeśli  będziemy  musieli  rokować,
posłuŜą  nam  przede  wszystkim  do  zapewnienia  bazy,  która
umoŜliwi  rozpoczęcie  generalnej  ofensywy.  Innym  celem
jest... pokazanie, Ŝe nasza sprawa jest słuszna, a nieprzyjaciela
—  niesłuszna".  Podobnie  otwarcie  brzmiał  fragment
przemówienia szefa sztabu WAL, gen. Nguyena Van Vinha, z
1966 roku: „Równoległe prowadzenie walki i negocjacji ma na
celu  utworzenie  następnego  frontu  w  celu  powiększenia
dezintegracji  marionetkowej  armii,  budzenia  i  rozwijania
sprzeczności  wewnętrznych  w  obozie  wroga,  izolowanie  go  i
pozbawianie broni propagandowej".

Komuniści  uwaŜali  rozmowy  za  sposób  walki,  nie  zaś  za

proces  osiągania  kompromisu.  Świadczy  o  tym  przebieg
trwających  pięć  lat  paryskich  negocjacji,  które  zresztą  zostały
podjęte przez DRW z motywów bynajmniej nie pokojowych.

background image

191

Po prostu Hanoi, skazane po kampanii Tet na prowadzenie wojny
bardziej 

konwencjonalnej, 

potrzebowało 

wstrzymania

bombardowań.  Ten  rodzaj  wojny  wymaga  bowiem  długich  i
bezpiecznych l i n i i  zaopatrzeniowych oraz spokojnego zaplecza.

Rokowania  rozpoczęły  się  na  początku  maja  1968  roku.  Na

czele  delegacji  amerykańskiej  stanął  doświadczony  dyplomata
Averell  Harriman.  W  1945  r.  był  jednym  z  członków  tzw.
Komisji  Trzech,  która  zadecydowała  w  Moskwie  o  składzie
Polskiego  Tymczasowego  Rządu  Jedności  Narodowej  ze
Stanisławem Mikołajczykiem jako wicepremierem.

Rozmowy  od  samego  początku  były  niezwykle  cięŜkie.

Najpierw Hanoi przez pół roku w ogóle odmawiało dyskutowania,
Ŝą

dając  całkowitego  zaprzestania  nalotów  na  Północ,  takŜe

ograniczonych  do  obszaru  pomiędzy  17  i  20  równoleŜnikiem.
Bombardowania były właściwie jedyną formą presji Waszyngtonu
na  DRW,  więc  Amerykanie  Ŝądali  za  ich  wstrzymanie
analogicznego zobowiązania Hanoi, tj. powstrzymania ataków na
Południu.  W  końcu  jednak  —  pod  wpływem  coraz  bardziej
zmęczonej  wojną  amerykańskiej  opinii  publicznej  —  Johnson
nakazał całkowite zawieszenie nalotów na Północ.

Następnie  negocjacje  utknęły  w  martwym  punkcie  na  ponad

dwa  miesiące.  Tym  razem  chodziło  o  kwestię  pozornie  błahą.
Nieprzychylni  wobec  RW  dziennikarze  twierdzili,  Ŝe  Sajgon
prowadził  absurdalny  spór  o  kształt  stołu  konferencyjnego.  W
rzeczywistości  szło  o  całkiem  powaŜny  problem:  Nguyen  Cao
Ky,  przewodniczący  delegacji  RW,  odmawiał  uznania  NFW  za
odrębną,  niezaleŜną  od  Hanoi,  stronę  w  rokowaniach.  Nie  chciał
więc  zasiąść  przy  kwadratowym  stole,  gdyŜ  oznaczałoby  to
uznanie  równego  statusu  wszystkich  czterech  delegacji  (USA,
DRW,  RW  i  NFW),  a  tym  samym  dwuwładzy  w  Południowym
Wietnamie.  Waszyngton  i  Sajgon  wysunęły  propozycję
kompromisową,  aby  traktować  rozmowy  jako  dwustronne  —  z
jednej strony USA i Wietnam Południowy,

background image

192

z  drugiej  —  Hanoi  i  Front,  lecz  komuniści  ją  odrzucili.  W
końcu Sajgon się ugiął i Ky zasiadł za stołem okrągłym, czyli
dającym równy status wszystkim delegacjom, ale stało się tak
po 

burzliwych 

protestach 

Ameryce 

naciskach

Waszyngtonu zniecierpliwionego uporem sojuszników.

Przebieg  tego  sporu  nie  wróŜył  dobrze  władzom  RW,  które

mass  media  i  niektórzy  amerykańscy  politycy  obciąŜyli  winą
za bezsensowną w ich opinii zwłokę. Podobnych oskarŜeń nikt
nie  wysuwał  pod  adresem  komunistów,  którzy  odrzucili
przecieŜ konstruktywną propozycję USA/RW.

Konflikt  ten  stanowił  właściwie  antycypację  całego  póź-

niejszego  przebiegu  rozmów;  nieustępliwe  stanowisko  Hanoi
powodowało  brak  postępów,  więc  opinia  publiczna  w  USA
Ŝą

dała  od  własnego  rządu  i  od  Sajgonu  elastyczności,  czyli

zgody na warunki komunistów.

Rozpoczęcie  negocjacji  i  zakończenie  nalotów  na  DRW

stanowiły  punkt  zwrotny  w  II  wojnie  indochińskiej.  Odtąd
zaangaŜowanie amerykańskie w Wietnamie miało systematycz-
nie  maleć.  Bezpośrednią  przyczyną  przełomu  była  ofensywa
Tet.  Trudno  znaleźć  w  historii  przykład  całkowitej  klęski
militarnej,  która  okazała  się  tak  wielkim  zwycięstwem  poli-
tycznym  i  psychologicznym.  Hanoi  próbowało  wywołać
powstanie  w  Wietnamie  Południowym  —  i  przegrało.  Lecz
młodzi  Ŝołnierze-samobójcy,  którzy  ginęli  na  dziedzińcu
ambasady  USA  w  Sajgonie,  nie  umarli  na  darmo,  bowiem
bitwy  Tet  toczyły  się  nie  tylko  o  miasta  RW,  ale  i  o  serca  i
umysły  narodu  amerykańskiego.  Zamiast  poderwać  do  walki
przeciw  rządowi  Południowych  Wietnamczyków,  poderwała
do walki Amerykanów.

background image

DRUGI FRONT

...Chromołić i demonstrantów — odparł (szeregowy) Robinson.

— Jeden z tych pieprzonych drani podszedł do mnie na lotnisku

we Frisco.

Czekam na samolot do Teksasu.

ś

eby zobaczyć sią z moim umierającym ojcem, nie?

Nikomu nie przeszkadzam.

A ten pątak zatrzymuje mnie i pyta: «Pan był w Wietnamie ?»

«Aha» — powiadam. «I wraca pan?» «Tak». I wtedy ten kutas

patrzy na mnie i mówi:

«Mam nadzieją, ie pana ukatrupią* ".

...nigdy nie chodziłem do college

y

u i nie nabrałem przekonania, Ŝe

nasz kraj jest zasrany'

9

.

(Kapral Chambers)

Steven Ph. Smith ,.Amerykańscy chłopcy"

Magazyn  „Time"  stwierdził  w  dziesiątą  rocznicę  upadku
Sajgonu,  w  kwietniu  1985  roku,  iŜ  okres  wojny  wietnamskiej
naleŜałoby  opisywać,  posługując  się  nie  kategoriami  histo-
rycznymi,  lecz  psychiatrycznymi.  KaŜdego,  kto  choćby  tylko
powierzchownie  zapoznał  się  z  problematyką  wietnamską,
uderzać  musi  prawdziwość  tego  spostrzeŜenia.  Istotnie,  poziom
społecznych emocji w USA sięgnął wtedy granic histerii, a w
wielu  wypadkach  je  przekroczył.  Przy  tym  reakcje  opinii
publicznej miały często niewielki związek z rzeczywistością;

13 _ Wieinam 1962-1975

background image

194

niekiedy  drobne  zdawałoby  się  zdarzenia  wywoływały  trudno
wytłumaczalne w racjonalnych kategoriach reakcje.

Dotyczy  to  szczególnie  tak  zwanych  ruchów  antywojennych.

Tak zwanych, gdyŜ nazwa ta — niewątpliwie bardzo korzystna z
propagandowego  punktu  widzenia  —  nie  w  pełni  odpowiadała
rzeczywistości. To prawda, Ŝe ruchy te Ŝądały natychmiastowego
zakończenia  walk  i  wycofania  Amerykanów  z  Wietnamu,  lecz
zwykle obawiały się przyznać, Ŝe godzą się takŜe na nieuniknione
konsekwencje  tego  kroku  —  na  oddanie  całego  kraju  pod
panowanie  komunistów.  Z  drugiej  strony  określanie  stanowiska
przeciwnego  mianem  „prowojennego"  mija  się  z  prawdą.  W
rzeczywistości liczących się politycznie zwolenników wojny jako
takiej 

USA 

właściwie 

nie 

było. 

Byli 

zwolennicy

zaangaŜowania  amerykańskich  sił  zbrojnych,  które  miały
dopomóc  Republice  Wietnamu  w  obronie  przed  wewnętrznym  i
zewnętrznym 

zagroŜeniem 

komunistycznym. 

Ale 

nawet

najbardziej zagorzałe „jastrzębie" nie pragnęły wojny i nie dąŜyły
do  niej,  widząc  wszelkie  związane  z  nią  niebezpieczeństwa.
Decyzje  o  udziale  USA  w  wojnie  były  podejmowane  z  braku
innych alternatyw, jako mniejsze zło.

Prezydent  Johnson  powiedział,  Ŝe  naród  amerykański  w  roku

1968  był  tak  podzielony,  jak  nigdy  od  czasów  wojny  secesyjnej.
A  przecieŜ  gdy  USA  stawiały  w  Wietnamie  pierwsze  kroki,  nic
nie  wskazywało  na  moŜliwość  tak  powaŜnych  kontrowersji.
Wyniki  sondaŜy  mówiły,  Ŝe  znaczna  większość  społeczeństwa
(60-70%) opowiada się za bombardowaniem  DRW do skutku, to
znaczy  do  podjęcia  rozmów  przez  Hanoi,  oraz  za  zwiększeniem
liczby  amerykańskich  Ŝołnierzy  w  Wietnamie  nawet  do  pół
miliona. Tradycyjna, naturalna reakcja wsparcia dla „chłopców w
polu"  i  wiara  w  mądrość  prezydenta  spychały  protestujących  na
margines Ŝycia społecznego. Jednak juŜ wtedy, na przełomie 1964
i  1965  roku,  pojawiły  się  pierwsze  symptomy  nadciągającego
kryzysu.

Zaczęła  się,  trwająca  do  początku  lat  siedemdziesiątych,  tak

zwana  rebelia  campusów.   Najpierw   były  teach-ins,   czyli

background image

195

kilkudniowe  sesje  składające  się  z  wieców  i  wykładów.
Amerykański  historyk  tak  opisuje  ich  atmosferę:  „Przemówie-
niami, które otrzymywały najgłośniejszy aplauz, były zwykle te,
które  mówca  rozpoczynał  od  stwierdzenia,  Ŝe  niewiele  wie  o
wojnie  poza  tym,  Ŝe  jest  ona  złem",  a  następnie  przechodził  do
filozoficznych dywagacji w języku egzystencjalizmu o kondycji
człowieka  we  Wszechświecie.  Departament  Stanu  posyłał  na
teach-ins swych przedstawicieli, którzy bronili stanowiska rządu,
lecz  ich  wysiłki  spotykały  się  z  obojętnością  —  jeśli  nie  z
lekcewaŜeniem  i  wrogością  —  studentów.  JuŜ  wówczas  moŜna
było 

zauwaŜyć 

niepokojące 

cechy 

ruchu 

pokojowego:

nieprzyjmowanie  do  wiadomości  argumentów  drugiej  strony  i
niewiedzę, połączoną z przekonaniem o własnej racji.

Choć do roku 1968 poza środowiskiem uniwersyteckim trudno

było 

znaleźć 

jakiekolwiek 

przejawy 

opozycji 

wobec

zaangaŜowania  USA  w  Wietnamie,  to  jednak  nie  moŜna  było
tych  protestów  zlekcewaŜyć.  W  latach  tych  bowiem  raptownie
zwiększyła  się  liczba  studentów  w  Stanach  Zjednoczonych  —
dorastały  dzieci  wyŜu  demograficznego  z  lat  po  II  wojnie
ś

wiatowej,  tzw.  baby  boom  generation.  W  róŜnych  uczelniach

studiowało aŜ pięć milionów osób. Była to zatem licząca się siła
społeczna.

Pokolenie  to  bywa  teŜ  nazywane  „generacją  Spocka"  od

nazwiska  autora  słynnej  ksiąŜki  o  wychowaniu  dzieci.  Jej
pierwsze  wydanie  ukazało  się  w  1946  roku.  Krytycy  ruchu
antywojennego  twierdzili,  iŜ  nadmiernie  permisywny  sposób
wychowywania  dzieci,  który  doradzał  dr  Spock,  spowodował
ukształtowanie  się  pokolenia,  które  cechowała  skłonność  do
anarchii  i  destrukcji,  odrzucanie  tradycji  i  autorytetów  oraz
lekcewaŜenie obywatelskich powinności. Dr Spock uznał zresztą
za stosowne przyłączyć się do ,jego" generacji i stał się jednym z
czołowych działaczy pokojowych.

Do  roku  1968  nastroje  pacyfistyczne  zdominowały  uniwer-

syteckie  campusy  oraz  środowiska  liberalno-lewicowe,  które
zdobyły wówczas wyraźną przewagę w amerykańskim Ŝyciu

background image

196

intelektualnym  nad  nurtem  prawicowo-konserwatywnym.  W
rękach  przeciwników  wojny  znalazły  się  najwaŜniejsze
narzędzia  kształtowania  opinii  publicznej:  szkoły  wyŜsze  i
ś

rodki  przekazu.  Urabianie  opinii  społeczeństwa  USA  trwało  i

tak  dość  długo,  a  ostateczne  przewaŜenie  się  szali  nastrojów
było  tyleŜ  wynikiem  propagandy  antywojennej,  co  nie  przy-
noszącej efektów polityki wietnamskiej Johnsona. Szersze kręgi
narodu  zaakceptowały  tezy  głoszone  przez  środowiska
uniwersytecko-intelektualne  dopiero  pod  koniec  lat  sześć-
dziesiątych. Następnie zmiana poglądów społeczeństwa znalazła
odzwierciedlenie  w  składzie  ciał  przedstawicielskich  i  z  po-
czątkiem  lat  siedemdziesiątych  przeciw  zaangaŜowaniu  w  In-
dochinach opowiedziała się większość członków Kongresu.

Dlaczego ruch antywojenny  rozwinął się właśnie  w  szkołach

wyŜszych i części mediów? Odpowiedzi naleŜy chyba szukać w
kontekście  historycznym  tamtych  czasów.  Druga  połowa  lat
sześćdziesiątych  to  dla  młodego  pokolenia  Zachodu  kryzys
toŜsamości,  kultury  oraz  kryzys  zaufania  do  struktur  politycz-
nych.  Z  wątpliwości,  rozczarowań  i  frustracji  rodzi  się
„kontrkultura",  która  postrzega  istniejący  stan  rzeczy  jako  z
gruntu  i  pod  kaŜdym  względem  zły  i  stawia  sobie  za  cel  jego
radykalne  przekształcenie.  Ów  kryzys  świadomości  najsilniej
dotknął  właśnie  omawiane  środowiska  opiniotwórcze  i  studiu-
jącą młodzieŜ.

Zwolennicy  kontrkultury  określali  się  jako  „ruch",  budując

niekiedy  na  ogólnikowości  tego  określenia  zawiłe  teorie
filozoficzne. Z perspektywy czasu natomiast nazwa ta zdaje się
ujawniać  fundamentalny  brak  „ruchu":  nieobecność  ra-
cjonalnego i spójnego programu działania. Na wadę tę cierpią do
dziś  amerykańscy  lewicowi  liberałowie,  którzy  —  jak  celnie
zauwaŜa Władimir Bukowski — nigdy nie wiedzą, czego chcą,
choć chcą tego okropnie.

Historyk  Frederick  Siegel  napisał:  „Jeśli  moŜna  mówić  o

ideologii  «ruchu»,  to  głosiła  ona,  Ŝe  pod  cienką  warstewką
formalnej demokracji Ameryka jest w istocie społeczeństwem,

background image

197

które  na  całym  świecie  zwalcza  prawdziwych  demokratów,
takich  jak  np.  Fidel  Castro".  Działacze  antywojenni  oraz
aktywiści  tzw.  Nowej  Lewicy,  która  stanowiła  ekspozyturę
kontrkultury  w  Ŝyciu  politycznym,  nagminnie  porównywali
Stany Zjednoczone do III Rzeszy, a prezydentów — zwłaszcza
Johnsona — do Adolfa Hitlera. Znany  pisarz,  Norman  Mailer,
powiedział,  Ŝe  Amerykanie  kierują  się  w  sprawie  Wietnamu
identycznymi  motywami,  jak  Hitler.  Amerykański  historyk
napisał  o Ameryce: „Jest  to  najbardziej  totalna  dyktatura,  jaka
kiedykolwiek  istniała.  Hitler  nie  posiadał  więcej  władzy  niŜ
John  F.  Kennedy  —  a  właściwie  miał  jej  mniej".  Jeden  z
przywódców  ruchu  pokojowego,  któremu  zarzucono,  Ŝe
przesadza  porównując  Lyndona  B.  Johnsona  z  wodzem  III
Rzeszy,  odpowiedział:  „Nie,  nie,  oczywiście,  Ŝe  nie  moŜna
porównywać  Hitlera  z  Johnsonem  —  Hitler  nie  mordował  tak
łatwo".

Niezrozumiała  aberracja,  która  kazała  aktywistom  „ruchu"

dopatrywać  się  we  własnym  kraju  źródła  wszelkiego  zła,
pozwoliła  im  teŜ  łatwo  zaakceptować  postępowanie  wietnam-
skich  komunistów.  Wobec  „imperialistycznej"  polityki  USA,
popierającej „krwawy,  represywny  i  totalitarny"  reŜim  sajgoń-
ski,  kaŜdy  czyn  Viet  Congu  był  moralnie  usprawiedliwiony.
Jeśli  w  ogóle  potrzebował  takiego  usprawiedliwienia  —  bo-
wiem rzadko który z  działaczy  antywojennych  przyjmował  do
wiadomości zbrodnie popełniane przez komunistów.

Nowa  Lewica  stworzyła  na  temat  wojny  wietnamskiej

szeroko  rozbudowaną  mitologię,  która  w  rozcieńczonej  formie
przesiąkła  do  mentalności  liberalnej  oraz  do  mass  mediów.
Budowało  tę  mitologię  wielu  intelektualistów,  historyków  i
dziennikarzy,  których  wysiłki  zaowocowały  powstaniem
nowego  obrazu  historii  i  współczesności  Wietnamu.  Po-
ś

więcano grube ksiąŜki udowadnianiu tak absurdalnych — zda-

wałoby  się  —  tez,  jak  ta,  Ŝe  cała  właściwie  historia  i  kultura
wietnamska  sprawiły,  iŜ  komunizm  jest  dla  tego  narodu
jedynym i upragnionym rozwiązaniem wszystkich problemów

background image

198

(Frances  FitzGerald).  Krytykowano  autorytaryzm  rządu  RW,
twierdząc  jednocześnie,  Ŝe  myślący  po  konfucjańsku  Wiet-
namczycy  wysoko  cenią  autorytet  i  jedność  społeczeństwa,
natomiast nie rozumieją i nie chcą demokracji oraz pluralizmu.
Jedni autorzy oskarŜali więc USA o narzucanie temu narodowi
obcych  mu  koncepcji  demokratycznych,  inni  o  popieranie
„totalitarnego" reŜimu.

Szczególnym  zafałszowaniom  uległa  historia  konfliktu.

Zdaniem  lewicowych  intelektualistów,  między  Północą  a  Po-
łudniem nie było istotniejszych róŜnic, podział, który nastąpił
po  1954  roku,  był  sztuczny,  a  jego  trwałość  była  rezultatem
tyranii  Diema  i  neokolonialnej  agresji  USA.  To  RW  i  Ame-
ryka,  a  nie  Lao  Dong,  pogwałciły  porozumienia  genewskie  i
narzuciły  ludności  nieakceptowany  system  rządów.  Ko-
muniści  wietnamscy  w  gruncie  rzeczy  byli  raczej  patriotami
niŜ  komunistami  i  —  zaatakowani  przez  Diema  —  podjęli
walkę,  gdyŜ  cierpieli  z  powodu  podziału  kraju  oraz  po-
padnięcia  Południa  w  niewolę  imperializmu.  Wojna  na
Południu  była  wyłącznie  wojną  domową,  amerykańska  in-
terwencja była bezprawna, natomiast obecność armii DRW w
pełni  usprawiedliwiona  —  przecieŜ  byli  to  takŜe  Wiet-
namczycy.

Autorzy  związani  z  tym  nurtem  dostrzegali  pełną  ciągłość

pomiędzy  pierwszą  i  drugą  wojną  indochińską.  Ich  zdaniem,
niewiele  się  zmieniło  poza  tym,  Ŝe  Francuzów  zastąpili
Amerykanie  kierowani  tajemniczą  siłą,  zwaną  imperializmem.
Tajemniczą,  poniewaŜ  określenie  to  pełniło  funkcje  magiczne,
nie  wymagało  Ŝadnego  dalszego  uzasadniania.  Z  zarzutem
imperializmu  nie  moŜna  było  dyskutować,  stanowił  on  artykuł
wiary,  kamień  węgielny  nowolewicowej  filozofii  politycznej.
To  właśnie  imperializm  miał  skłaniać  kilku  kolejnych  prezy-
dentów  Stanów  Zjednoczonych  do  posyłania  miliardowej
pomocy  i  amerykańskich  Ŝołnierzy  do  odległego,  biednego
kraju, w  którym  USA  nie  miały  Ŝadnych  interesów  gospodar-
czych, handlowych czy wojskowych.

background image

199

Znamienne,  iŜ  krytyki  raczej  szczędzono  Johnowi  Ken-

nedy'emu,  choć  to  właśnie  on  rozpoczął  eskalację  amerykań-
skiego zaangaŜowania militarnego w Wietnamie. Jego legenda
była jednak w społeczeństwie zbyt Ŝywa. Za to Johnson, a po
nim  Nixon,  stali  się  dla  liberalnej  lewicy  celem  zajadłych
ataków.  To  Lyndon  Johnson  —  zdaniem  pacyfistów  —  mani-
pulując,  kłamiąc  i  oszukując,  wciągnął  Amerykę  do  wojny;
sprowokował  i  naduŜył  incydentu  tonkińskiego  do  uzyskania
zgody  Kongresu  na  interwencję.  To  on  wreszcie,  juŜ  na  kilka
miesięcy  przed  początkiem  bombardowań,  polecił  opracować
ich  plan.  Zarzut  ostatni  funkcjonuje  często  jako  koronny
dowód  zbrodniczych  zamiarów  prezydenta  (jakby  nie  było
jego obowiązkiem przygotowywanie róŜnych opcji działań).

Długo  jeszcze  moŜna  cytować  przykłady  wypaczania  dzie-

jów  konfliktu,  ale  po  co,  skoro  zainteresowany  Czytelnik
moŜe  z  łatwością  zapoznać  się  ze  stanowiskiem  pacyfistów.
Wystarczy  sięgnąć  po  wydane  w  Polsce  ksiąŜki  —  poglądy
„ruchu"  niemal  nie  róŜniły  się  od  poglądów  takich  autorów,
jak  Wojciech  śukrowski  czy  Monika  Warneńska.  Co  więcej,
wydaje  się,  Ŝe  polska  wersja  była  bardziej  wywaŜona  i  łagod-
niejsza  —  prawdopodobnie  piszący  zdawali  sobie  sprawę,  iŜ
w naszym kraju np. porównanie USA do hitlerowskich Niemiec
co najwyŜej zdyskwalifikuje autora.

Fakty,  które  —  wydawałoby  się  —  powinny  zadać  kłam

twierdzeniom  ruchu  pokojowego,  nie  przekonywały  nikogo.
Przyczyna  była  prosta:  docierały  przez  filtr  nie  zawsze
obiektywnych mediów i to po odbiciu w krzywym zwierciadle
uprzedzeń i przyjętych z góry załoŜeń. Fakty przeczące teorii
po prostu odrzucano. Amerykańska lewica nigdy nie uwierzyła
w  zbrodnie  Viet  Congu  ani  w  wielokrotnie  zgłaszane
pokojowe  oferty  Waszyngtonu.  Propozycję  Lyndona  John-
sona,  który  ofiarował  miliard  dolarów  i  pomoc  przy  roz-
budowie  Wietnamu  w  zamian  za  zakończenie  wojny  (od-
rzuconą  przez  Hanoi),  pacyfiści  nazwali  „imperializmem
państwa dobrobytu".

background image

200

Odporność ruchu pokojowego na racjonalne argumenty moŜna

zrozumieć,  gdy  weźmie  się  pod  uwagę,  Ŝe  większość  jego
uczestników  nie  kierowała  się  myśleniem  pragmatycznym,  lecz
motywami  etycznymi.  Mówiąc  o  wojnie,  uŜywano  takich
terminów,  jak  zła,  zbrodnicza,  brudna  i  niesprawiedliwa.
Moralistyczne  podejście  do  konfliktu  uniemoŜliwiało  rzeczową
dyskusję  i  wywoływało  niezwykłe  namiętności.  Jeśli  własnego
prezydenta nazywa się „mordercą dzieci", to oznacza, Ŝe górę nad
myśleniem  biorą  emocje  —  a  tak  często  określano  Lyndona  B.
Johnsona (baby-killer).

Sztandarowy  slogan  całej  kontrkultury  brzmiał,  jak  wiadomo:

Make  love  not  war.  Wyjęte  z  kontekstu  historycznego  hasło  to
brzmi  niewątpliwie  sympatycznie.  Inny  wydźwięk  posiadało
jednak  w  Ameryce  drugiej  połowy  lat  sześćdziesiątych,  która
prowadziła  wojnę,  pomagając  Republice  Wietnamu  odeprzeć
agresję.  W  tej  sytuacji  stawało  się  po  prostu  demagogicznym
frazesem.

Hasła  i  programy  ruchu  pokojowego  były  zresztą  do  głębi

przesiąknięte  demagogią.  Jego  aktywiści  niemal  nigdy  nie
przyznawali,  Ŝe  są  w  gruncie  rzeczy  po  stronie  komunistów.
Twierdzili,  Ŝe  popierają  walkę  „narodu  wietnamskiego"  przeciw
„amerykańskiej agresji" — jakby nie zauwaŜając, Ŝe naród ten był
podzielony.  Teza  powyŜsza  była  sprzeczna  ze  wspomnianą
koncepcją konfliktu jako „wojny domowej" — ale nie pierwszy to
i nie ostatni przykład sprzeczności w ideologii pacyfistycznej.

Większość  szeregowych  zwolenników  ruchu  nie  miała  niemal

w  ogóle  pojęcia  o  konflikcie  wietnamskim.  Zupełnie  nie  znali
jego  historii  ani  aktualnego  stanu,  nie  rozumieli  jego
skomplikowanej  natury.  Dobrze  wyraŜa  to  fragment  musicalu
Hair. „Biali posyłają Czarnych, aby walczyli z śółtymi w obronie
kraju, który odebrali kiedyś Czerwonym".

Niewiedza  połączona  z  myśleniem  Ŝyczeniowym  powodowały

powstawanie  najfantastyczniejszych  hipotez;  w  1966  roku  np.
rozeszły się pogłoski, iŜ USA będą mogły skłonić

background image

201

Hanoi  do  pokoju  dzięki...  pomocy  Związku  Radzieckiego.
Teorii  tej  nie  rozpowszechniał  bynajmniej  oderwany  od  realiów
jajogłowy  intelektualista,  lecz  jeden  z  najbardziej  znanych
polityków  —  senator  Mikę  Mansfield,  a  wierzyła  w  nią  spora
część Kongresu.

Jeśli  taki  absurd  mógł  zostać  uznany  za  sensowną  hipotezę

przez reprezentantów narodu  amerykańskiego,  to  trudno  dziwić
się  naiwności  ruchu  pokojowego.  Jego  uczestnicy  wierzyli,  Ŝe
jeśli tylko Amerykanie „przestaną zabijać", to w Południowym
Wietnamie  zapanuje  pokój,  w  Sajgonie  powstanie  rząd  pojed-
nania narodowego, z którego wyłączeni będą jedynie „zatwar-
dziali  reakcjoniści",  a  kraj  pod  władzą  Viet  Congu  otrzyma
autonomię  i  odrębny  od  Północy  system.  Tylko  aktywiści
Nowej  Lewicy  wyjątkowo  przyznawali,  Ŝe  godzą  się  na
opanowanie Południa przez komunistów. Dla przykładu, jeden
z  radykalnych  przywódców,  przemawiając  w  1965  roku  do
demonstracji  w  Waszyngtonie,  powiedział:  „Musimy  zaakcep-
tować,  Ŝe  konsekwencją  wzywania  do  zakończenia  wojny  jest
zgoda  na  to,  Ŝe  Wietnam  będzie...  komunistycznym  Wiet-
namem...  Wolałbym,  aby  Wietnam  był  komunistyczny,  niŜ  by
amerykańska dominacja miała doprowadzić go do ruiny".

Niektórzy  historycy  wysuwają  tezę,  iŜ  u  podstaw  ruchu

antywojennego  legły  idealizm  i  patriotyzm,  lecz  jego  uczest-
nicy  rozumieli  je  inaczej  niŜ  establishment.  W  świadomości
zwolenników  „ruchu"  rzeczywiście  poczesne  miejsce  zaj-
mowały  młodzieńcze  ideały  —  wizja  świata  bez  wojen  i
nienawiści.  Czy  moŜe  być  jednak  mowa  o  patriotycznych
pobudkach,  kiedy  —  jak  wyznał  niedawno  jeden  z  byłych
przywódców  Nowej  Lewicy  —  z  trudnością  przychodziło  mu
nazwanie  Ameryki  „moim  krajem",  gdyŜ  przyimek  „mój"
„stawał  mu  w  gardle"?  Inny  aktywista  mówił  zaś:  „Nie
wiadomo było, po której stronie była wolność i demokracja".

Tezę  o  idealizmie  jako  motorze  napędowym  „ruchu"  pod-

waŜają  teŜ  inne  fakty.  Dlaczego  liberalnych  liderów,  których
tak   oburzały   rzekome   kłamstwa   Lyndona   Johnsona,   nie

background image

202

poruszały  oczywiste  kłamstwa  Hanoi,  np.  przeczenie  istnieniu
szlaku  Ho  Chi  Minha?  Dlaczego  w  1970  roku  erupcję  w
campusach  wywołało  wejście  oddziałów  USA  na  przy-
graniczne tereny KambodŜy w celu zlikwidowania baz WAL,
a ustawiczne gwałcenie neutralności tego kraju przez Północ-
nych  Wietnamczyków,  trwające  od  lat  pięćdziesiątych,  nigdy
nie  spowodowało  najmniejszych  protestów?  Dlaczego  kryty-
kowano represje administracji RW, a nie wzruszano się losem
tysięcy ofiar Viet Congu?

Wśród  pacyfistów  wcale  nierzadkie  było  uczucie  nienawiści.

Nienawidzono  Johnsona,  wojska,  własnego  kraju  i  „systemu"
(jedno ze słów-kluczy ideologii Nowej Lewicy), nienawidzono
inaczej  myślących,  na  przykład  tych,  którzy  popierali  zaan-
gaŜowanie  w  Wietnamie,  nienawidzono  władz  południowo--
wietnamskich  i  kapitalizmu.  Osobne  miejsce  zajmowała
amerykańska klasa średnia, czyli — jak mówiono w „ruchu"
—  „świnie"  (pigs).  OskarŜono  ją  o  popieranie  „zbrodniczej"
polityki  rządu.  Była  dla  kontrkultury  uosobieniem  i  filarem
„systemu". Przykładem sposobu myślenia Nowej Lewicy mogą
być  słowa  pisarki  Susan  Sontag,  która  po  wizycie  w  DRW  i
odwiedzeniu  zbombardowanych  terenów  nazwała  Amerykę
„rakowatym  społeczeństwem"  i  zaatakowała  symbole  miesz-
czańskiej  middle  class:  „Jest  oczywiste  samo  przez  się,  Ŝe
«Readers Digest» ... i hotele Hiltona są organicznie związane
z Siłami Specjalnymi palącymi napalmem wsie".

Ale najsilniej  podwaŜa  hipotezę  o  idealistycznej  motywacji

ruchu pokojowego kwestia poboru do wojska. Nawet liberalni
historycy  przyznają,  Ŝe  początek,  koniec  i  fluktuacje  natęŜenia
ruchu są zbyt dokładnie skorelowane z poborem, by mogło to
być przypadkowe.

Przymusowy pobór do wojska zawsze wywołuje w Ameryce

kontrowersje.  W  przypadku  Wietnamu  było  ich  tym  więcej,
Ŝ

e  pobór  był  selektywny.  Najłatwiejszą  drogą  uzyskania

odroczenia  było  wstąpienie  do  college'u.  Wielu  młodych
Amerykanów po prostu wyjeŜdŜało, najczęściej do Kanady,

background image

203

Meksyku i Szwecji, która udzielała im azylu politycznego. W
Kanadzie  przebywało  stale  około  50  tysięcy  chroniących  się
przed  słuŜbą  wojskową,  czyli  —  krótko  mówiąc  —  ucie-
kinierów,  bo  trudno  ich  wszystkich  uznać  za  conscious
objectors  
—  odmawiających  z  powodu  przekonań.  Niektórzy,
aby  uniknąć  poboru,  młodo  się  Ŝenili.  Inni  zaciągali  się  do
Gwardii Narodowej lub zgłaszali do marynarki (Viet Cong nie
dysponował okrętami wojennymi).

W  sumie  uniknęło  poboru  15  milionów  Amerykanów.  Do

wojska szli przewaŜnie chłopcy z rodzin, których nie stać było
na studia, w których nie było tradycji inteligenckich albo tacy,
którzy  nie  mogli  —  lub  nie  chcieli  —  „załatwić"  sobie
zwolnienia w inny sposób. Statystyki potwierdzają, iŜ w Wiet-
namie walczyli Ŝołnierze z klas niŜszych i średnich.

Powodowało  to  zrozumiałą  frustrację  wśród  pozostających

pod  wpływem  kontrkultury  studentów;  wbrew  głoszonym
ideałom  sprawiedliwości  i  równości  pozwalali,  by  naraŜali  za
nich Ŝycie ich biedniejsi rówieśnicy. Na dodatek działo się tak
dzięki  przywilejom,  które  zapewniał  im  znienawidzony  „sys-
tem".  W  tej  frustracji  tkwiło  prawdopodobnie  jedno  z  waŜ-
niejszych  źródeł  antywojennej  „rebelii  campusów".  Studenci
pragnęli  udowodnić  —  sobie  i  społeczeństwu  —  Ŝe  unikanie
słuŜby  jest  usprawiedliwione  i  słuszne,  gdyŜ  wojna  jest
„zbrodnicza" i „bezsensowna".

Wśród  milionów  unikających  poboru  znalazło  się  3250

takich, którzy zdecydowali się jawnie odmówić słuŜby w armii
jako  conscious  objectors,  płacąc  za  swój  czyn  wysoką  cenę
—  do  trzech  lat  więzienia.  Najbardziej  znany  był  bokserski
mistrz świata Cassius Clay, czyli Muhammad Ali.

Palenie  kart  powołania  stało  się  nieodłącznym  elementem

scenografii  demonstracji  antywojennych.  Potępienie  unikania
słuŜby przez społeczeństwo nie było tak ostre i powszechne, jak
w  czasie  poprzednich  wojen  —  zapewne  dlatego,  Ŝe  rząd
pragnął,  by  wojna  była  toczona  bez  emocji  i  nie  starał  się
przekonać do niej  narodu. Społeczeństwo było więc skon-

background image

204

fudowane  i  jak  pisał  „Newsweek"  w  1965  roku:  „Po  raz
pierwszy  w  historii  USA  uchylanie  się  od  słuŜby  wojskowej,
kiedy amerykańscy Ŝołnierze znajdują się na polu walki... stało
się zjawiskiem społecznie moŜliwym do przyjęcia".

Liberalna mitologia opierała się na jednym micie naczelnym,

z  niego  czerpała  swój  niebywały  dynamizm.  Był  to  mit
rewolucji, tkwiący w kulturze zachodniej od dawna, traktujący
ją  jako  metodę  ostatecznego  rozwiązania  wszystkich  prob-
lemów społeczeństwa i człowieka. Mit ten kazał lewicy szukać
nadziei  w  kolejnych  rewolucjach,  które  uwaŜano  za  czyste  i
sprawiedliwe,  choć  wciąŜ,  po  pewnym  czasie,  okazywało  się,
Ŝ

e  tym  razem  znów  nie  wyszło.  Tak  było  z  rewolucją

bolszewicką, potem z chińską i kubańską.

Pod  koniec  lat  sześćdziesiątych  rola  szlachetnych  rewolu-

cjonistów  przypadła  Wietnamczykom.  W  Ameryce  pełnili  ją
niepodzielnie, w ParyŜu rywalizowali o palmę pierwszeństwa z
Mao Tse-tungiem i z wciąŜ atrakcyjnym, mimo upływu 50 lat,
Związkiem  Sowieckim.  Trzeba  przyznać,  Ŝe  z  ich  dyscypliną,
poświeceniem  i  wiarą  w  słuszność  sprawy  wietnamscy
komuniści doskonale pasowali do stereotypu rewolucjonistów.

Choć  lewica  często  zachwycała  się  siłą  i  sprawnością

militarną  Viet  Congu,  to  zwykle  eksponowano  organizowane
przez Front szkoły, produkcję lekarstw, gazety i ksiąŜki, pracę
partyzanckiej słuŜby zdrowia. Mniej miejsca w sprawozdaniach
sympatyków Viet Congu zajmowało jego uzbrojenie i taktyka,
działalności Sekcji Bezpieczeństwa w ogóle nie zauwaŜano.

Protesty  przeciw  wojnie  wietnamskiej  były  nierozłącznie

splecione  z  całym  kompleksem  zjawisk,  których  kulminacją  i
symbolem stał się paryski maj 1968 roku. W Ameryce właśnie
Wietnam  stał  się  problemem,  który  skoncentrował  jak  w
soczewce  róŜne  zagadnienia  nurtujące  młode  pokolenie.  Bez
kryzysu  mentalności  i  kultury,  bez  kontrkultury,  wojna
prawdopodobnie  nie  wywołałaby  większych  perturbacji  (po-
dobnie  jak  wojna  koreańska).  Stało  się  jednak  inaczej  i  ulice
amerykańskich miast zapełniły się tłumami młodzieŜy, która

background image

205

demonstrowała  nie  tylko  pod  hasłami  w  rodzaju:  Hey,  hey,
LBJ, how many kids did you kill today! 
(Lyndonie Johnsonie,
ile dzieci  dziś  zabiłeś).  Młodzi Amerykanie  nieśli  teŜ  portrety
Ho Chi Minha, wymachiwali flagami Viet Congu i skandowali:
Ho,  Ho,  Ho  Chi  Minh,  The  NLF  is  gonna  win!  (NFW
zwycięŜy).  Palili  flagi  swego  kraju,  a  demonstrowali  pod
sztandarami  komunistycznego  Frontu,  którego  Ŝołnierze  zabi-
jali  amerykańskich  Ŝołnierzy.  Skąd  brało  się  aŜ  takie  za-
ś

lepienie? Piorunująca mieszanka idealizmu i ignorancji?

O  ile  szeregowych  uczestników  protestu  częściowo  roz-

grzesza  głęboka  niewiedza,  o  tyle  nie  sposób  tak  usprawied-
liwiać liderów „ruchu", polityków i dziennikarzy.

Wpływ  środków  przekazu  na  społeczeństwo  USA  i  na

politykę  rządu  stał  się  właśnie  w  okresie  wojny  wietnamskiej
olbrzymi,  niektórzy  autorzy  twierdzą  nawet,  Ŝe  zadecydował
o  przebiegu  konfliktu.  Była  to  pierwsza  wojna  toczona  w  erze
telewizji.  Codziennie  wieczorem  60  milionów  Amerykanów
oglądało dzienniki, stając się bezpośrednimi świadkami bitew.
Patrzyli  na  rannych  i  zabitych  Ŝołnierzy,  oglądali  krwawe
Ŝ

niwo  zasadzek  Viet  Congu,  czasem  w  wykrzywionych

cierpieniem  twarzach  rozpoznawali  rysy  najbliŜszych.  Wojna
toczyła  się  codziennie  nie  tylko  w  indochińskiej  dŜungli,  ale
takŜe w amerykańskich living-roomach. Ta sytuacja nie mogła
być obojętna dla psychiki narodu. Sekretarz stanu, Dean Rusk,
powiedział potem: „Co stałoby się w czasie II wojny światowej,
gdyby Guadalcanal albo plaŜe Anzio... pokazywano w telewi-
zji,  a  druga  strona  by  tego  nie  robiła?...  Czy  zwykli  ludzie,
którzy  wolą  pokój  niŜ  wojnę,  poparliby  wysiłek  wojenny,
gdyby codziennie byli atakowani takimi informacjami — moŜ-
na wątpić".

Amerykańskie  dowództwo  w  Sajgonie  prosiło  wprawdzie

dziennikarzy o „dobrowolną cenzurę", lecz trudno o przykłady
wzięcia  sobie  tej  prośby  do  serca.  Obiektywizm  części
dziennikarzy budzi wątpliwości szczególnie od ofensywy Tet,
kiedy  mass  media zajęły  stanowisko  zdecydowanie  anty-

background image

206

wojenne.  Generał  Westmoreland  jest  zdania,  Ŝe  sposób  rela-
cjonowania  konfliktu  przez  media  działał  psychologicznie  na
korzyść  nieprzyjaciela.  Podobnie  sądzi  Richard  Nixon,  który  w
opublikowanej w 1985 roku ksiąŜce No More Vietnams („Nigdy
więcej  Wietnamów")  ostro  oskarŜa  aktywistów  antywojennych,
intelektualistów,  liberałów  i  —  w  szczególności  —  prasę  o
hipokryzję,  stronnicze  uprzedzenia  i  o  ukryte  sprzyjanie
wietnamskim komunistom. Były prezydent stwierdza stanowczo:
„Wojna była relacjonowana fałszywie". Z jego opinią zgadza się
ostatnimi laty coraz więcej historyków.

W  warunkach  wolności  i  konkurencji  podawanie  jawnie

nieprawdziwych  informacji  natychmiast  zdyskwalifikowałoby
oczywiście  ich  źródło.  ToteŜ  stronniczość  amerykańskich
mediów wyraŜała się w rozłoŜeniu akcentów, pomijaniu jednych
informacji  i  podnoszeniu  wrzawy  wokół  innych,  w  operowaniu
sugestywnymi komentarzami. Rzadko i wykrętnie mówiono np. o
terrorze  komunistycznym  (niekiedy  w  ogóle  zaprzeczano  jego
istnieniu), natomiast wiadomości o represjach władz sajgońskich
były rozdmuchiwane. Dziennikarze i intelektualiści „zwrócili się
w  kwestii  Wietnamu  przeciwko  mnie  —  napisał  w  swych
wspomnieniach Johnson — bo leŜało to w ich własnym interesie,
bo  wiedzieli,  Ŝe  nikt  nie  dostaje  dziś  nagrody  Pulitzera,
popierając  prezydenta  i  rząd.  Wygrywa  się,  wyszukując
wiadomości niekorzystne... Prawda teraz się nie liczy, waŜniejsze
jest znalezienie duŜej sensacji".

Inna  waŜna  przyczyna  tendencyjnego  relacjonowania  wojny

była  dosyć  oczywista,  ale  rzadko  dostrzegana.  Po  prostu
korespondenci  —  z  małymi  wyjątkami  —  nie  mieli  dostępu  do
terenów  kontrolowanych  przez  komunistów  (dotyczyło  to
zarówno  DRW,  jak  i  obszarów  na  Południu).  Siłą  rzeczy  więc
koncentrowali  się  na  pisaniu  o  problemach  Południowego
Wietnamu  oraz  o  postępowaniu  Ŝołnierzy  amerykańskich.
Podczas gdy w Sajgonie akredytowanych było 700 reporterów z
USA  i  drugie  tyle  z  Zachodu,  Hanoi  zezwoliło  na  odwiedzenie
Północy tylko nielicznym dziennikarzom prokomu-

background image

207

nistycznym.  Natomiast  wstęp  na  tereny  zajmowane  przez
WAL/VC  na  Południu  uzyskało  zaledwie  kilku  pewnych  i
sprawdzonych  korespondentów  zagranicznych.  Najbardziej
znany  był  Australijczyk,  Wilfried  Burchett;  była  tam  równieŜ
autorka  kilkunastu  bezwartościowych  ksiąŜek  o  Wietnamie,
Monika Warneńska.

Potencjalnym  źródłem  informacji  mogła  być  Międzynaro-

dowa  Komisja  Kontroli,  lecz  Hanoi  —  pod  pretekstem
niemoŜności  zapewnienia  bezpieczeństwa  —  zlikwidowało
działalność  Komisji  w  DRW,  pozostawiając  jedynie  przed-
stawicielstwo  w  Hanoi.  W  dodatku  delegaci  kanadyjscy  byli
ś

ciśle  izolowani  —  dostępu  do  ich  siedziby  strzegli  uzbrojeni

wartownicy.

Brak  wiadomości  z  Północy  sprawił,  Ŝe  nawet  temat  tak

interesujący  opinię  publiczną  w  USA,  jak  los  amerykańskich
jeńców,  rzadko  trafiał  na  łamy  prasy.  Hanoi  nie  dopuściło
przedstawicieli  Międzynarodowego  Czerwonego  KrzyŜa  do
miejsc,  w  których  przetrzymywano  jeńców.  Jeden  z  polskich
autorów  usprawiedliwiał  postępowanie  władz  DRW,  pisząc,  iŜ
trzeba „wziąć pod uwagę, Ŝe obyczaje azjatyckie róŜnią się nieco
od europejskiej tradycji traktowania jeńców wojennych".

Wypuszczeni  w  1973  roku  z  niewoli  Amerykanie  przekazali

wiele  relacji  o  warunkach,  w  jakich  ich  przetrzymywano,  i  o
torturach.  Świadectwa  te  nie  były  jednak  wówczas  szerzej
rozpowszechniane z racji panującego „odpręŜenia".

Działalność ruchu antywojennego rozpoczęła się od teach-ins

sit-ins, ale szybko wyszła z campusów. Pierwsza demonstracja
uliczna  odbyła  się  juŜ  w  sierpniu  1964  roku  w  Waszyngtonie,
gdzie  25  tysięcy  osób  zebrało  się,  aby  wyrazić  poparcie  dla
dwóch 

senatorów, 

którzy 

głosowali 

przeciw 

Rezolucji

Tonkińskiej.

Najsłynniejszą  do  1968  roku  manifestacją  był  tzw.  Marsz  na

Pentagon w październiku 1967 roku, w którym wzięło udział 50
tysięcy  uczestników,  w  większości  studenci.  Sława,  a  nawet
legenda tej demonstracji miała swe źródło głównie

background image

208

w  powielonym  przez  środki  przekazu  ujęciu  młodego  demon-
stranta,  który  wkładał  kwiaty  do  luf  wymierzonych  w  niego
karabinów.  Gest  ów  miał  być  świadectwem  pokojowego
nastawienia  protestujących,  co  było  jednak  tylko  częściowo
prawdą.  Kierujący  tłumem  lewicowi  i  lewaccy  radykałowie
(którzy  sami  nazywali  się  „rewolucjonistami"  i  nie  ukrywali,
Ŝ

e  ich  celem  jest  obalenie  „systemu")  podjęli  próbę  zaatako-

wania siedziby Ministerstwa Obrony, co skończyło się starciem
z wojskiem i aresztowaniem tysiąca osób.

W  czasie  demonstracji  przedstawiciele  kontrkultury  próbo-

wali  oderwać  od  ziemi  budynek  Pentagonu  siłą  medytacji  i
hinduskich  mantr.  Niektórzy  twierdzili  nawet,  Ŝe  gmach
rzeczywiście przez chwilę lewitował... Elementy happeningu

— jakkolwiek  by  nie były  oryginalne  i  zabawne  —  nie  były
w  stanie  przysłonić  politycznych  intencji  organizatorów  ma-
nifestacji.  Wyraził  je  w  swym  przemówieniu  dr  Spock,  który
powiedział:  „Naszym  wrogiem  jest  Lyndon  Johnson".  Znany
pediatra  —  i  zebrana  pod  Pentagonem  młodzieŜ  —  nie
uwaŜali  komunizmu  za  niebezpieczeństwo  i  nie  pragnęli
z  nim  walczyć.  Bardziej  celowa  wydawała  im  się  walka
z własnym rządem.

Sekretarz  stanu,  Dean  Rusk,  wytknął  protestującym:  „Jeśli

zobaczylibyśmy  50  tysięcy  ludzi  demonstrujących  wokół
kwatery głównej w Hanoi, wzywających do pokoju, to moŜna
by mieć nadzieję na szybki koniec wojny". Ale było inaczej

— to  komuniści  „widzieli  50  tysięcy  ludzi  demonstrujących
wokół  Pentagonu",  co  przekonało  ich,  Ŝe  „jeśli  wytrwają,
wówczas  wygrają  politycznie  to,  czego  nie  mogli  zdobyć
militarnie".

Z punktu widzenia organizatorów Marsz na Pentagon spełnił

jednak swoje zadanie. Jeden z najbardziej znanych radykałów,
Jerry  Rubin,  nazwał  go  „punktem  zwrotnym  w  całej  akcji
antywojennej",  bowiem  dwudniowe  zamieszki  wraz  z  towa-
rzyszącymi  im  elementami  niewinnego  hapenningu  „zawład-
nęły wyobraźnią młodzieŜy". Rubin i inni działacze pokojowi

background image

209

zrozumieli wtedy, iŜ jedyną drogą do skończenia wojny, jest
rozpętanie wojny na ulicach".

W  ciągu  roku  1967  takŜe  coraz  więcej  osobistości  z  estab-

lishmentu  zmieniało  stanowisko  i  opowiadało  się  przeciw
zaangaŜowaniu  USA.  Nawet  w  Partii  Demokratycznej  pojawił
się nurt pod hasłem Dump Johnson! („Wyrzucić Johnsona") —
a w Ameryce niezmiernie rzadko członkowie partii zwracają się
przeciwko naleŜącemu do niej, urzędującemu prezydentowi.

Po  ofensywie  Tet  poparcie  dla  polityki  Lyndona  Johnsona

wycofało  teŜ  wielu  polityków,  członków  Kongresu  i  przed-
stawicieli  świata  biznesu.  Choć  zabrzmi  to  paradoksalnie,  to
nie  tyle  studenckie  demonstracje,  lecz  raczej  stanowisko
osławionego  „kompleksu  militarno-przemysłowego"  zawaŜyło
na decyzji prezydenta o wstrzymaniu nalotów. To  obawiająca
się  inflacji,  zachwiania  równowagi  budŜetowej  i  zaburzeń
społecznych Wall Street, której przedstawiciele znajdowali się
wśród  Mędrców,  skłoniła  Johnsona  do  rewizji  dotychczasowej
polityki wietnamskiej.

Stosunek do wojny wytyczył ostro linie podziału w narodzie

amerykańskim. Amerykanie zwrócili się przeciw sobie w zaŜar-
tym sporze o to, co jedni nazywali zbrodniczym ludobójstwem,
a  inni  —  obroną  wolności.  Do  znanych  zwolenników  zaan-
gaŜowania w Wietnamie naleŜeli m.in. pisarz John Steinbeck i
aktor  John  Wayne.  Obaj  przebywali  wśród  walczących
Ŝ

ołnierzy.  Po  powrocie  Wayne  skłonił  producentów  do  na-

kręcenia  filmu  Zielone  Berety  (1968).  Wystąpił  w  nim  w  roli
pułkownika sił antypartyzanckich, który stara się przekonać do
wysiłku wojennego sceptycznego, pacyfistycznie nastawionego
dziennikarza.  Zielone  Berety  cieszyły  się  duŜą  popularnością
wśród  publiczności,  lecz  krytyka  potępiła  film,  zarzucając  mu
przenoszenie  na  wietnamską  rzeczywistość  uproszczonych
schematów westernowych. „New York  Times"  napisał,  iŜ jest
to film „marny" i „głupi".

Większość  ludzi  kultury,  wśród  nich:  Norman  Mailer,

Noam Chomsky, Saul Bellów, Erich Fromm, Bob Dylan, Joan

14 — Wietnam 1962-1975

background image

210

Baez i najbardziej chyba głośna — Jane Fonda, opowiedziała
się jednak po stronie ruchu pokojowego.

Spośród  znanych  polityków  zdecydowanie  antywojenne

stanowisko  reprezentował  Robert  F.  Kennedy,  młodszy  brat
zamordowanego  prezydenta.  JuŜ  w  1966  roku  wezwał  do
dopuszczenia  komunistów  do  rządu  RW.  W  swych  wy-
stąpieniach,  zgodnie  z  ogólną  tendencją  ruchu  pokojowego,
apelował  raczej  do  emocji  niŜ  do  rozsądku.  W  1968  roku
wygłosił przemówienie, w którym wołał: „CzyŜbyśmy podobni
byli  Bogu  ze  Starego  Testamentu,  abyśmy  mogli  decydować,
które  miasta,  które  miasteczka  i  wsie  trzeba  ukarać  znisz-
czeniem?" Nie unikał teŜ typowych  dla „ruchu",  demagogicz-
nych  porównań  z  III  Rzeszą.  Gdy  krytykował  studentów  z
katolickiego  uniwersytetu,  którzy  w  głosowaniu  opowiedzieli
się  za  większym  zaangaŜowaniem  sił  amerykańskich  w  Wiet-
namie, powiedział między innymi: „Czy nie rozumiecie, Ŝe to,
co  robimy  Wietnamczykom,  nie  róŜni  się  wiele  od  tego,  co
Hitler zrobił śydom?".

Znanymi  „gołębiami"  byli  teŜ  senator  William  Fulbright,

wspomniany  Eugene  McCarthy  oraz  Martin  Luter  King.
Antywojenne  nastawienie  polityków  wypływało  zwykle  z  in-
nych pobudek niŜ u szeregowych pacyfistów. Nie brało się z
naiwności,  egzaltacji  czy  fałszywego  idealizmu.  Wynikało
raczej z trzeźwej kalkulacji. Wskazywali oni na nikłe znaczenie
Wietnamu  dla  Stanów  Zjednoczonych,  na  słabość  rządu
sajgońskiego i siłę nieprzyjaciela, na niebezpieczną polaryzację
społeczeństwa  amerykańskiego.  Inni  podwaŜali  teorię  domina
albo twierdzili, Ŝe USA dają się ponosić „arogancji potęgi" i
próbują narzucić niespokojnemu światu własną wolę, co grozi
wyczerpaniem sił kraju w niepotrzebnych konfliktach. Jeszcze
inni,  np.  Martin  L.  King,  obawiali  się,  Ŝe  koszty  wojny  nie
pozwolą  na  wprowadzenie  w  Ŝycie  programu  reform
społecznych i równouprawnienia Murzynów.

Do końca lat sześćdziesiątych „gołębie" byli w Kongresie i

administracji   mniejszością.   Do  ,jastrzębi"   zaliczała   się

background image

211

większość  Republikanów  i  niemało  Demokratów.  Łączyło  ich
przekonanie,  iŜ  Wietnam  jest  waŜnym  fragmentem  globalnego
starcia  z  komunizmem.  Jeśli  USA  okaŜą  w  tej  walce  słabość,
wówczas  ich  wiarygodność  ulegnie  zachwianiu,  sojusznicy
poczują  się  zmuszeni  do  szukania  porozumienia  z  Sowietami,  a
przeciwnicy będą kontynuować agresywną politykę.

Takie  stanowisko  prezentował  np.  Richard  Nixon.  Podczas

kampanii  wyborczej  w  1968  roku  mówił:  „Senator  Robert
Kennedy prawdopodobnie szybko zakończyłby wojnę — ale, jeśli
mamy wierzyć jego namiętnej retoryce, zrobiłby to przegrywając
pokój.  Cisza  klęski,  która  zaległaby  nad  polami  bitewnymi  w
Wietnamie,  wkrótce  zostałaby  zakłócona  hukiem  dział  gdzie
indziej.  Nie  tylko  twardogłowi  w  Pekinie,  ale  równieŜ  frakcja
twardogłowych doktrynerów na Kremlu, która ostatnio odzyskała
prestiŜ  i  wpływy,  zostaliby  powaŜnie  zachęceni  do  popierania
zuchwalszych  i  bardziej  niebezpiecznych  przedsięwzięć".
Podobnego  zdania  był  ówczesny  gubernator  Kalifornii,  Ronald
Reagan.  UwaŜał,  Ŝe  Ameryka  nie  powinna  przedłuŜać  konfliktu,
lecz „wygrać tę wojnę tak szybko, jak tylko jest to moŜliwe".

W  1968  roku  grupy  zwolenników  i  przeciwników  zaan-

gaŜowania  w  Wietnamie  były  w  społeczeństwie  amerykańskim
mniej  więcej  jednakowe.  Jedna  z  ankiet,  przeprowadzona  w
lutym,  w  szczytowym  okresie  ofensywy  Tet,  wykazała  nawet,  iŜ
za  nasileniem  amerykańskich  działań  militarnych  opowiada  się
53%  obywateli,  a  za  deeskalacją  tylko  24%.  Ruch  antywojenny
stanowił 

właściwie 

niewielki, 

kilkuprocentowy 

margines

społeczeństwa,  choć  aktywność  i  kadra  niemal  zawodowych
działaczy  pozwalały  mu  na  przeprowadzenie  głośnych  i
spektakularnych 

protestów. 

Amerykańska 

middle--class

pozostawała  obojętna  lub  nieprzychylna  wobec  akcji  radykałów.
Poglądy  przeciętnego  Amerykanina  wyraŜał  raczej  blues
piosenkarza  country,  Merle  Haggarda,  niŜ  namiętne  protestsongi
Joan  Baez.  Merle  Haggard  śpiewał  o  zwykłym  amerykańskim
miasteczku:

background image

212

My  w  Muskogee  nie  kurzymy  marihuany.  Nie  odurzamy  się

LSD,  Nie  palimy  kart  powołania  na  głównej  ulicy.  Lubimy
ś

ycie uczciwe i otwarte.

Jednak  i  średnie  warstwy  społeczeństwa  zaczęły  od  1968

roku  tracić  przekonanie  o  słuszności  wojny.  Niemały  w  tym
udział  miały  środki  przekazu.  Była  to  wszak  pierwsza  „wojna
telewizyjna";  w  której  jedno  ujęcie  kamery  waŜyło  więcej  niŜ
raporty  sztabów,  a  jedna  fotografia  mogła  okazać  się  bardziej
brzemienna w skutki niŜ zwycięska ofensywa.

Bez  wątpienia  najczęściej  powtarzanym  ujęciem  z  wojny

wietnamskiej, ujęciem, którego wpływ na społeczeństwo USA
trudno  wręcz  przecenić,  był  kilkudziesięciosekundowy  obraz
sfilmowany przez ekipę sieci telewizyjnej NBC w czasie Tet w
Sajgonie. Pokazywał on egzekucję oficera Viet Congu, którego
zastrzelił na środku ulicy — przykładając pistolet do skroni —
szef  południowo-wietnamskiej  policji,  gen.  Loan.  Obraz
wijącego  się  w  konwulsjach,  krwawiącego  ciała  był
wstrząsający.  Gen.  Loan  zabił  komunistycznego  oficera  przed
obiektywem  kamery,  by  udowodnić  Amerykanom,  Ŝe  mają  w
RW  twardych  i  gotowych  na  wszystko  sojuszników.  Okazał
jednak całkowite niezrozumienie zachodniej mentalności.

Egzekucję uznano za koronny dowód brutalności i okrucień-

stwa  władz  sajgońskich.  Szok  był  tym  silniejszy,  Ŝe  film  ów
obejrzały  juŜ  pierwszego  dnia  dziesiątki  milionów  ludzi,  a
następnego ranka zdjęcia egzekucji pojawiły się na tytułowych
stronach prawdopodobnie wszystkich gazet w USA.

Kilka  innych  scen  równieŜ  przyczyniło  się  do  ewolucji

opinii  publicznej  Ameryki,  choć  Ŝadna  nie  dorównała  tej  siłą
wyrazu.  Cytowane  juŜ  zdanie  amerykańskiego  oficera:  „Mu-
sieliśmy zniszczyć to miasteczko, aby je uratować". Fotografie
ciał  ofiar  masakry  w  My  Lai.  A  z  drugiej  strony  ujęcia  z
„frontu  wewnętrznego",  z  ulic  amerykańskich  miast.  Symbol
Flower Power, sympatyczny blondyn wkładający kwiaty do luf
w czasie Marszu na Pentagon. Policja bijąca demonstrantów

background image

213

podczas  zamieszek  w  Chicago  w  1968  r.  Gwardia  Narodowa
strzelająca do studentów w Kent w roku 1970.

I  jeszcze  jedno  ujęcie,  które  nie  mogło  juŜ  wywrzeć

Ŝ

adnego wpływu na losy wojny: tłum Wietnamczyków, którzy

desperacko próbują dostać się do helikopterów odlatujących z
dachu  ambasady  USA  tuŜ  przed  kapitulacją  Sajgonu  w  1975
roku.

Amerykański dyplomata  Ellsworth  Bunker  powiedział:  „Jest

wątpliwe, czy demokracja moŜe prowadzić wojnę i zwycięŜyć
bez cenzury". Doświadczenia Stanów Zjednoczonych zdają się
potwierdzać jego tezę.

Kwestia  wietnamska  podzieliła  całą  społeczność  światową.

Stanowisko  antyamerykańskie,  prokomunistyczne  zajmowała
zwykle lewica — od komunistów po centrowych socjaldemo-
kratów. Prawica z reguły nie popierała otwarcie polityki USA,
a  czasami  i  w  niej  dochodziły  do  głosu  antyamerykańskie
fobie (np. u de Gaulle'a). USA nie otrzymały prawie Ŝadnego
poparcia,  nawet  od  swoich  sojuszników.  Stosunek  między-
narodowej  opinii  publicznej  wahał  się  od  gwałtownego  potę-
pienia, przez dezaprobatę, do obojętności. Przejawy solidarno-
ś

ci naleŜały do rzadkości.

Jednym  z  najbardziej  zagorzałych  przeciwników  USA  był

filozof  i  matematyk  Bertrand  Russel.  Zorganizował  w
Sztokholmie  wespół  z  J.  P.  Sartrem  tzw.  Międzynarodowy
Trybunał  Badania  Zbrodni  Wojennych.  Russel  miał  wtedy  94
lata.  Ten  skądinąd  wybitny  logik  wychodził  z  załoŜenia,  iŜ
wszystkie  „zarzewia  wojny  i  wszystkie  cierpienia,  gdzie-
kolwiek  by  występowały,  wiąŜą  się  z  amerykańskim  im-
perializmem".  ToteŜ  z  góry  postanowiono,  Ŝe  sztokholmski
trybunał  będzie  badał  wyłącznie  zbrodnie  Amerykanów  (bo
„nie  moŜna  postawić  znaku  równania  między  uciskiem
stosowanym  przez  agresora  a  oporem  stawianym  przez
ofiarę").

Zdaniem Russela, „władza w  Stanach Zjednoczonych  znala-

zła się w rękach przestępców wojennych", którzy są „gorsi od

background image

214

Hitlera".  „Szatański  system"  imperializmu  amerykańskiego
stosował w Wietnamie, według angielskiego filozofa, „wszelkie
gatunki  okrucieństwa":  „środki  chemiczne  i  gazy,  broń  bak-
teriologiczną  i  fosfor,  napalm  i  bomby  rozpryskowe,  roz-
pruwanie  brzuchów  i  obcinanie  głów,  wymyślne  tortury".
Oczywiście  „zeznania"  przed  trybunałem  składali  jedynie
przeciwnicy polityki USA.

Polemikę  z  histerycznymi  oskarŜeniami  Russela  podjął

„New  York  Times".  W  odpowiedzi  na  list  filozofa,  będący
właściwie  ciągiem  pomówień  i  inwektyw  pod  adresem  Ame-
ryki  i  jej  rządu,  gazeta  pisała:  „Nazywanie  Stanów  Zjed-
noczonych  agresorem  i  przemilczanie  komunistycznego  dąŜe-
nia  do  osiągnięcia  supremacji  wbrew  woli  mieszkańców
Wietnamu  jest  parodiowaniem  sprawiedliwości  i  robieniem
kpin  z  historii".  Polemika  ta  odbyła  się  w  roku  1963.  MoŜna
przypuszczać, Ŝe pięć lat później redakcja  nie zdobyłaby  się
na podobną próbę obrony swego kraju.

Inną  sławną  postacią,  której  punkt  widzenia  na  kwestię

wietnamską moŜe w pierwszej chwili zaskakiwać, był Charles
de Gaulle. Ostry antyamerykanizm prezydenta Francji i uraŜona
ambicja  (USA  próbowały  przecieŜ  powstrzymać  komunizm
tam,  gdzie  Francuzi  ponieśli  upokarzającą  klęskę)  sprawiły
jednak, iŜ zajął on ekstremalne stanowisko.

De  Gaulle  od  samego  początku  konfliktu  sprzeciwiał  się

amerykańskiej pomocy dla RW, miał bowiem za złe Diemowi,
Ŝ

e  „wykazując  nieŜyczliwy  stosunek  do  Francji,  stał  się

satelitą  Waszyngtonu".  Twierdził,  Ŝe  USA  łamią  porozumienia
genewskie, Ŝe powinny się wycofać z Południowego Wietnamu
niezaleŜnie  od  konsekwencji  —  nawet  gdyby  równało  się  to
przejęciu władzy przez komunistów, jak powiedział Robertowi
Kennedy'emu  w  1967  r.  W  starym  sporze  o  rzeczywisty
charakter  Viet-Minhu  i  Viet  Congu  prezydent  nie  miał
wątpliwości,  Ŝe  „patriotyzm,  a  nie  komunizm  jest  spręŜyną
oporu  przeciw  interwentom".  Jego  enuncjacje  nie  róŜniły  się
często   od   najbardziej   jednostronnych   i   zacietrzewionych

background image

215

wypowiedzi  aktywistów  „ruchu".  Na  przykład  w  orędziu
noworocznym na rok 1967 mówił, Ŝe wojna, „która szaleje w
Azji  Południowo-Wschodniej,  jest  wojną  niesprawiedliwą",
gdyŜ  „wynikła  z  interwencji  zbrojnej  USA...  Jest  to  wojna
obrzydliwa (detestable), poniewaŜ wielkie mocarstwo pustoszy
mały kraj".

De Gaulle'owi  dorównywała w  europejskim  establishmencie

chyba  tylko  szwedzka  socjaldemokracja,  z  Olofem  Palmę  na
czele.  Szwecja  otwarcie  pomagała  DRW  finansowo.  Udzieliła
teŜ azylu politycznego kilkuset dezerterom z armii USA.

Postępowanie Palmego wywoływało czasem protesty  w  sa-

mej Szwecji. Tak było na przykład w lutym 1968 roku, kiedy
wziął  udział  w  marszu  antywojennym,  idąc  ramię  w  ramię  z
ambasadorem  DRW,  a  w  przemówieniu  potępił  „agresję"
amerykańską  w  Wietnamie  i  stwierdził,  Ŝe  demokrację
„reprezentuje  w  znacznie  wyŜszym  stopniu  Narodowy  Front
Wyzwolenia  niŜ  Stany  Zjednoczone  i  sprzymierzone  z  nimi
junty".

Niektórzy młodzi Europejczycy, naleŜący do skrajnej lewicy,

doszli  do  wniosku,  Ŝe  odpowiedzią  na  „terror"  USA  w  Wiet-
namie  powinien  być  terror  słuŜący  sprawie  rewolucji.  W  ten
sposób  narodziła  się  np.  Frakcja  Czerwonej  Armii.  NaleŜąca
do grona załoŜycieli tej grupy Gudrun Ensslin oświadczyła na
procesie: „Robiliśmy to wszystko z protestu przeciwko wojnie
w Wietnamie".

Ten sam motyw skłonił Andreasa Baadera i jego towarzyszy

do  przeprowadzenia  w  1967  roku  serii  podpaleń  domów
towarowych.  Późniejsi  terroryści  wzorowali  się  na  akcji
belgijskiego  ruchu  pokojowego,  którego  działacze  zorganizo-
wali w Brukseli wielki „happening". Polegał on na podpaleniu
domu  towarowego,  w  którym  trwała  wystawa  towarów  ame-
rykańskich. Śmierć w płomieniach poniosło 251 osób. Zachod-
nioniemieccy  sojusznicy  belgijskich  działaczy  antywojennych
napisali w  oświadczeniu: „Płonący  dom  towarowy  z palącymi
się ludźmi  pozwolił  po raz pierwszy  w  wielkim  mieście

background image

216

europejskim  przeŜyć  Wietnam  (uczestniczyć  w  tym  i  współ-
płonąć)".

Ogół  społeczeństw  europejskich  myślał  raczej  trzeźwo.  68%

ankietowanych w RFN w 1968 r. uznawało zbrodnie Viet Congu
za  fakt  i  sądziło,  Ŝe  komuniści  walczą  gorszymi  metodami  niŜ
przeciwnicy.  Jednocześnie  42%  Niemców  wierzyło  jednak  w  to,
Ŝ

e  Amerykanie  popełniają  w  Wietnamie  przestępstwa  wojenne.

24%  badanych  uwaŜało,  Ŝe  USA  powinny  natychmiast  wycofać
się  z  konfliktu.  13%  opowiadało  się  za  zwiększeniem
amerykańskiego  zaangaŜowania.  Wielu  ankietowanych  wyraŜało
przy  tym  przekonanie,  iŜ  opanowanie  Wietnamu  przez
komunistów  nie  przysporzy  Amerykanom  tyle  niechęci  w
ś

wiecie, ile dalsze prowadzenie wojny. (Opinię tę potwierdził rok

1975:  rzeczywiście,  mało  kto  przejął  się  losem  pokonanego
Południa.)

Mogłoby się wydawać, Ŝe w świecie religii znajdzie się więcej

rozsądku. 

Gorączkowa, 

niezdrowa 

atmosfera 

końca 

lat

sześćdziesiątych  dotarła  jednak  i  tu.  Światowa  Rada  Kościołów
uznała za słuszne zbieranie funduszy dla dezerterów z armii USA.
A  jeden  z  jej  prezydentów,  pastor  Martin  Niemuller,  mówiąc  o
traktowaniu amerykańskich jeńców przez komunistów, stwierdził:
„Amerykanie,  którzy  dostają  się  do  rąk  Wietnamu  Północnego,
nie  są  Ŝadnymi  jeńcami  wojennymi,  lecz  zwyczajnymi
zbrodniarzami,  którzy  mogą  i  powinni  być  karani  przez
obowiązujące 

tam 

prawo". 

Duchowny 

nawołujący 

do

represjonowania trzymanych w niewoli Ŝołnierzy, i to w sytuacji,
gdy  jeńcy  ci  byli  i  tak  pozbawieni  naleŜnych  im  praw,  bici  i
torturowani...

Wypowiedzi papieŜa Pawła VI o konflikcie w Wietnamie byty

dwuznaczne. PapieŜ wielokrotnie krytykował wojnę i wzywał do
pokoju, ale nigdy nie nazwał po imieniu agresora. Potępiał wojnę
jako  taką,  stawiając  tym  samym  znak  równości  pomiędzy
uprawnioną obroną Południa, a agresją komunistów.

Kościół  w  Wietnamie  Południowym  był  natomiast  zdecy-

dowanie antykomunistyczny. Szczególnie silną wolą obrony

background image

217

wyróŜniali  się  ci  katolicy,  którzy  przybyli  na  Południe  po
porozumieniach  genewskich.  Spotykało  się  wprawdzie  księŜy
współpracujących  z  Viet  Congiem,  a  część  hierarchii  grawito-
wała  w  stronę  Trzeciej  Siły,  lecz  w  niewielkim  stopniu
zmieniało to obraz całości.

Natomiast  Kościół  w  USA  przechodził  podobną  ewolucję,

jak  całe  społeczeństwo.  W  orędziu  BoŜonarodzeniowym  w
1965  roku  kardynał  Spellman  wezwał  Ŝołnierzy  do  walki  z
komunizmem jako nieprzyjacielem Boga i ludzi. W 1971 roku
biskupi amerykańscy potępili natomiast zbrojne zaangaŜowanie
USA  w  Indochinach.  Co  więcej,  niektórzy  księŜa  przystąpili
do  „ruchu"  i  stali  się  znanymi  radykałami.  Tak  było  np.  z
braćmi Berriganami.

W  październiku  1967  roku  czterech  działaczy  ruchu  anty-

wojennego  weszło  do  pomieszczeń  komisji  poborowej  w  Bal-
timore.  Oblali  oni  kartoteki  komisji  mieszaniną  własnej  i
zwierzęcej  krwi.  Po  zatrzymaniu  przez  policję  okazało  się,  iŜ
dwaj  z  nich  byli  duchownymi.  Jeden  protestanckim,  drugi  —
Philip Berrigan — katolickim. „Czwórka z Baltimore" skazana
została (za zniszczenie mienia rządowego i utrudnianie poboru)
na  kary  od  trzech  do  sześciu  lat  więzienia.  Zanim  zapadł
wyrok, ks. Berrigan wraz z ośmioma innymi osobami dokonał
kolejnej  akcji  w  Catonsville.  „Dziewiątka  z  Catonsville"
wykradła  i  spaliła  kilkaset  kartotek  poborowych.  W  grupie  tej
znalazł  się  teŜ  brat  ks.  Philipa,  ks.  Daniel  Berrigan,  a  prócz
niego  jeszcze  jeden  duchowny  katolicki,  dwóch  eksksięŜy  i
małŜonka jednego z nich (ekssiostra zakonna).

Podczas  procesu  „Dziewiątka  z  Castonsville"  broniła  się,

argumentując,  Ŝe  sama  wojna  wietnamska  jest  bezprawna  i
niemoralna.  Sąd  wydał  jednak  wyroki  skazujące  (od  półtora
roku do trzech lat więzienia). Ks. Daniel Berrigan ukrywał się
przez  kilka  miesięcy  po  procesie  —  udzielając  licznych
wywiadów  prasowych  i  spotykając  się  z  grupami  antywojen-
nymi  —  lecz  został  ujęty  przez  FBI.  Odsiedział  połowę
trzyletniego wyroku.

background image

218

Tymczasem  jego  starszy  brat  ponownie  trafił  na  łamy  prasy.

Tym  razem  jako  jeden  z  „Siódemki  z  Harrisburga".  Ks.  Philip,
siedząc  w  więzieniu,  próbował  bowiem  zorganizować  porwanie
doradcy  prezydenta,  Henry  Kissingera  oraz  sabotaŜe  w  stolicy.
Główną  współoskarŜoną,  która  wymieniała  grypsy  z  ks.
Berriganem, była siostra zakonna.

Działalność  braci  Berriganów  zainspirowała  „Czternastkę  z

Milwaukee"  do  przeprowadzenia  podobnej  akcji  niszczenia
kartotek. Połowę „Czternastki" stanowili duchowni katoliccy.

Kościół  polski  ani  środowiska  laickie  prawie  nie  zabierały

głosu  w  sprawie  konfliktu.  Do  nielicznych  wyjątków  naleŜał
artykuł Andrzeja Wielowieyskiego Dwa ogniska zapalne polityki
ś

wiatowej  opublikowany  w  „Więzi"  z  maja  1968  roku.

Wielowieyski  nawoływał  w  nim  do  „umocnienia  opinii
ś

wiatowej"  przeciwko  Amerykanom,  których  uwaŜał  za  „neo-

kolonialnych  interwentów".  WyraŜał  teŜ  opinię,  iŜ  „potrzebna
jest  dalsza  pomoc  dla  Wietnamu  Północnego  ze  strony  krajów
socjalistycznych".  Walczących  w  Wietnamie  Ŝołnierzy  USA
nazwał  „Ŝandarmerią"  amerykańskiego  porządku  międzynaro-
dowego.  Opinie  Wielowieyskiego  kształtowały  się  prawdopo-
dobnie  pod  wpływem  kontaktów  z  zachodnimi,  „postępowymi"
katolikami,  którzy  z  reguły  współorganizowali  ruch  pokojowy
lub sympatyzowali z nim.

Wspomnieć  trzeba  jeszcze  o  jednej  formie  aktywności

amerykańskich  pacyfistów  —  o  wizytach  w  Hanoi,  które  z  racji
ich  specyficznego  stosunku  do  gospodarzy  moŜna  określić  jako
„pielgrzymki". 

DRW 

odwiedzili 

niemal 

wszyscy 

z

wymienianych  poprzednio  aktywistów.  Dziś  niektórzy  z  nich
przyznają, Ŝe relacje, które publikowali po powrocie, mijały się z
prawdą.  Pisali  bowiem  tylko  o  zniszczeniach  spowodowanych
przez  bombardowania  oraz  o  patriotyzmie  Wietnamczyków,
który  miał  stanowić  ich  najwaŜniejszy  oręŜ.  Nie  zauwaŜali
natomiast  represywnego  i  totalitarnego  charakteru  DRW  ani
zniewolenia  społeczeństwa  przez  iście  stalinowski  system.
(Portrety J. W. Stalina zdobiły wówczas pomieszczenia

background image

219

urzędowe  DRW  na  równi  z  podobiznami  Marksa,  Engelsa,
Lenina  i  Ho  Chi  Minha.)  Ściślej  rzecz  biorąc,  widzieli  drugą
stronę  medalu,  lecz  —  świadomie  ją  ukrywali.  Nie  wypada
wszak pielgrzymowi źle mówić o odwiedzanym sanktuarium...

Działacze  pokojowi  namawiali  ujętych  amerykańskich  Ŝoł-

nierzy,  by  przyznali  się  do  popełnionych  rzekomo  przestępstw
wojennych.  Gdy  jeńcy  odmawiali,  zdarzało  się  nawet,  iŜ
sugerowali  straŜnikom,  Ŝe  naleŜy  „przekonać"  opornych  o
niewłaściwości ich poglądów (np. Jane Fonda).

W 1967 roku odbyła się w Bratysławie konferencja, w której

wzięło  udział  41  działaczy  Nowej  Lewicy  oraz  35  przed-
stawicieli Hanoi i NFW, w większości wysocy funkcjonariusze
Lao Dong. Wietnamczycy przez  sześć  dni zapoznawali  swych
amerykańskich sprzymierzeńców z „prawdą" o wojnie. Jeden z
przywódców  ruchu  pokojowego,  Tom  Hayden,  wzniósł
podczas obrad okrzyk: „Wszyscy jesteśmy w Viet Congu!".

Inny  uczestnik  konferencji,  rabin  Steven  Schwarzschild,

choć  opowiadał  się  w  dalszym  ciągu  za  bezwarunkowym
wycofaniem  wojsk  USA,  wyciągnął  ze  spotkania  wniosek,  iŜ
spowoduje  to  nieuchronne  zapanowanie  komunizmu  na  Połu-
dniu.  Wniosek  niezbyt  odkrywczy,  lecz  w  sytuacji  intelektual-
nej  późnych  lat  sześćdziesiątych  był  on  dowodem  przenik-
liwości  i  uczciwości.  Tym  bardziej  iŜ  Schwarzschild  podzielił
się  swymi  wraŜeniami  z  reporterem  „Newsweeka".  Powiedział:
„Jasno  widać,  Ŝe  nowy  program  NFW  jest  środkiem,  za
pomocą  którego  Front  pragnie  zdobyć  poparcie  społeczeństwa
południowo-wietnamskiego...  To  jest  rozwaŜna  i  świadoma
swych celów organizacja komunistyczna, a nowa platforma jest
jedynie przejściowa. Amerykanie — radykałowie, liberałowie i
pacyfiści — byliby kompletnymi głupcami, gdyby dali się na to
nabrać  i  nie  zrozumieli,  jakie  społeczeństwo  Front  ma  zamiar
skonstruować".

W  1968  roku  Nowa  Lewica  podjęła  próbę  przeniesienia

wojny  na  ulice  miast  Ameryki.  Pierwszą  bitwą  „drugiego
frontu" miała stać się „bitwa o Chicago".

background image

220

W końcu sierpnia odbywała  się w  Chicago  konwencja  Partii

Demokratycznej,  podczas  której  delegaci  mieli  wybrać  kan-
dydata  na  nadchodzące  wybory  prezydenckie.  Ugrupowania
antywojenne  postanowiły  wykorzystać  fakt,  iŜ  uwaga  całego
kraju  będzie  w  tym  czasie  zwrócona  na  Chicago.  Pacyfiści
chcieli  nie  tylko  zaprotestować  przeciwko  zaangaŜowaniu
USA w Wietnamie, ale równieŜ wywrzeć wpływ na konwencję,
poprzeć kandydaturę „gołębia" E. McCarthy'ego i nie dopuścić
do wystawienia kandydatury Huberta Humphreya, ówczesnego
wiceprezydenta.

Nieco  inne  cele  chciała  osiągnąć  grupka  radykalnych

„rewolucjonistów"  z  Rubinem,  Abbie  Hoffmanem  i  Tomem
Haydenem  na  czele.  Pragnęli  oni  przekształcić  pokojowe
demonstracje  w  gwałtowne  rozruchy,  zmusić  władze  do
konfrontacji  i  wykorzystać  obecność  telewizji  oraz  dzien-
nikarzy,  by  przed  całym  narodem  „zdemaskować  represyj-
ność",  ukrytą  —  ich  zdaniem  —  pod  pozorami  liberalnej
wolności i tolerancji. By podgrzać atmosferę — i tak gorącą po
niedawnych  zamieszkach  wywołanych  zabójstwem  Martina  L.
Kinga  —  radykałowie  jeszcze  przed  konwencją  otwarcie
grozili, Ŝe rozpoczną w Chicago powstanie.

Do  miasta,  wbrew  oczekiwaniom  działaczy  antywojennych,

przybyło  zaledwie  kilka  tysięcy  osób.  Nie  wszyscy  byli
zwolennikami  „rewolucji".  Większość  stanowili  zwykli  sym-
patycy  ruchu  antywojennego  i  pokojowo  nastawieni  hippisi.
Znalazło  się  jednak  w  tłumie  kilkuset  —  według  określenia
„Newsweeka",  którego  nie  sposób  podejrzewać  o  sprzyjanie
policji  —  „prowokatorów  i  ekstremistów"  z  całych  Stanów
Zjednoczonych.

Burmistrz  Chicago,  Richard  Daley,  postawił  w  stan  pogo-

towia  policję,  sprowadził  posiłki  wojskowe  oraz  wydał  zakaz
spania  w  parkach  miejskich,  gdzie  koczowali  demonstranci.
Zamieszki  rozpoczęły  się  w  nocy  z  27  na  28  sierpnia,  kiedy
zgromadzeni w Parku Granta zwolennicy „ruchu", niezadowo-
leni z odrzucenia przez konwencję platformy antywojennej,

background image

221

chcieli  opuścić  znajdującą  się  tam  flagę  do  połowy  masztu.
Policja  poleciła  im  rozejść  się,  ale  napotkała  opór.  Z  tłumu
poleciały na policjantów kamienie i butelki, a nawet odchody i
puszki  z  moczem.  Demonstranci  skandowali  obelŜywe
okrzyki,  wśród  których  Disarm  the  Pigs!  (Rozbroić  świnie)
naleŜał do najłagodniejszych.

Policja odpowiedziała w  sobie właściwy  sposób,  rozprasza-

jąc  demonstrantów  pałkami.  Tak  rozpoczęła  się  bitwa  o  Chi-
cago,  czyli  kilkudniowe  zamieszki,  w  czasie  których  obraŜeń
doznało  kilkuset  uczestników  demonstracji  oraz  ponad  80
policjantów.  Schemat  starć  był  za  kaŜdym  razem  taki  sam:
protestujący  zbierali  się  na  skrzyŜowaniach,  blokowali  ruch
uliczny  i  powodowali  gigantyczne  korki.  Na  wezwania  policji
większość się rozchodziła. Pozostawała radykalna grupa, która
ubliŜała  policjantom  i  starała  się  ich  sprowokować.  Radykało-
wie nie śpiewali We Shall Overcome ani nie stosowali biernego
oporu.  Obrzucali  siły  porządkowe  kamieniami  i  skandowali
fiick  You,  LBJ,  Sieg  Heil!  itp.  Najostrzejsze  rozruchy  miały
miejsce  wokół  gmachu,  gdzie  obradowała  konwencja  demo-
kratów,  kiedy  policja  zatrzymała  pochód,  który  próbował  się
dostać do środka.

Jeszcze  bardziej  interesujące  od  samych  zamieszek  były

reakcje w prasie i w społeczeństwie. Środki przekazu juŜ przed
konwencją  poświęcały  garstce  radykałów  nieproporcjonalnie
duŜo  uwagi,  zaś  sposób  relacjonowania  wypadków  nie
przyczyniał  się  do  uspokojenia  sytuacji.  Bardziej  obiektywni
dziennikarze  zgadzali  się  nawet  z  zarzutami  władz,  iŜ  media
ponoszą 

częściową 

odpowiedzialność 

za 

rozruchy.

..Newsweek"  napisał,  Ŝe  „w  transmisjach  telewizyjnych  nie
było  widać",  Ŝe  policjanci  „nie  byli  złośliwi  i  nie  atakowali
bez  powodu,  nie  było  teŜ  widać,  Ŝe  demonstranci  byli
kierowani  przez  sprawnych  organizatorów,  którzy  świadomie
chcieli  stworzyć  wraŜenie  męczeństwa".  Nie  na  darmo  tłum
często  skandował  The  whole  world  watching!  (Cały  świat
patrzy!).

background image

222

Rzeczywiście,  cały  świat  oglądał  chicagowskich  policjantów

bijących  młodych,  bezbronnych  ludzi,  a  łamy  gazet  zapełniły
się  zdjęciami  zakrwawionych  twarzy  i  szarŜujących  sił  po-
rządkowych.  Okazało  się  jednak,  Ŝe  transmisje  telewizyjne  z
zamieszek  wzbudziły  powszechne  poparcie...  dla  burmistrza
Daleya  i  policji.  Jeszcze  raz  potwierdziło  się,  iŜ  middle
America 
bynajmniej nie sprzeciwia się zaangaŜowaniu w Wiet-
namie, lecz raczej demonstrantom i ich taktyce.

Dziennikarze natomiast obciąŜyli winą za rozruchy policję i

władze,  które  miały  zareagować  zbyt  gwałtownie  na  prowoka-
cję. „Chicago Sun-Times" napisał: „Kiedy ma się do czynienia
z  inteligencją  przeciętnego  policjanta,  trzeba  być  niezwykle
ostroŜnym.  Burmistrz  Daley  nie  był".  A  „Newsweek",  infor-
mując, Ŝe trzech na czterech Amerykanów wyraŜa aprobatę dla
działań policji, określił ten fakt, jako „zatrwaŜający".

Niechęć mediów do sił porządkowych wzięła się takŜe stąd,

Ŝ

e w trakcie „bitwy" policjanci nie oszczędzali fotografujących

i filmujących dziennikarzy — po części dlatego, Ŝe uwaŜali ich
za  sprzyjających  demonstrantom.  Ale  była  teŜ  inna  przyczyna
olbrzymiego rozgłosu, jaki środki przekazu nadały zajściom w
Chicago.  Amerykański  historyk  Frederick  Siegel  jest  zadania,
Ŝ

e  oburzenie  warstw  opiniotwórczych  wynikało  stąd,  iŜ  bici

przez „gliny z niŜszej klasy średniej" demonstranci pochodzili z
wyŜszej klasy średniej, byli dziećmi  i  kolegami  dziennikarzy i
intelektualistów.  Wyraził  to  zresztą  jasno  „New  York  Times",
gdy napisał: „To były nasze dzieci na ulicach Chicago".

Niektóre  reakcje  na  rozruchy  zdradzały  rozhisteryzowany,

charakterystyczny  dla  końca  lat  sześćdziesiątych  ton.  Dzien-
nikarz „Chicago's American" stwierdził stanowczo: „To nie są
początki  państwa  policyjnego,  to  JEST  państwo  policyjne".
Rozwodzono  się  nad  brutalnością  policji,  jakby  nie  dostrzega-
jąc,  Ŝe  w  trakcie  gwałtownych,  kilkudniowych  starć  nikt  nie
zginął  ani  nie  odniósł  powaŜniejszych  obraŜeń.  Tymczasem
brytyjski „Daily Express" napisał, iŜ chicagowscy policjanci

background image

223

naleŜą do „tego samego rodzaju ludzi, co ci, którzy likwidowali
ś

ydów  w  hitlerowskich  Niemczech,  albo  ci,  na  których

opierał się stalinowski  terror w Związku  Sowieckim".  (Warto
zwrócić uwagę na rzadko spotykane w tamtych latach wymie-
nienie jednym tchem nazizmu i komunizmu.)

Częste  było  równieŜ  porównywanie  zajść  w  Chicago  do

inwazji  Układu  Warszawskiego  na  Czechosłowację  —  porów-
nanie niejako „na czasie". Senator Eugene McCarthy stwierdził
nawet, iŜ: „To jest gorsze niŜ Praga", gdy policja wtargnęła do
jego  sztabu  na  15  piętrze  Hotelu  Hiltona  i  pobiła  kilku
współpracowników,  którzy  rzucali  na  policjantów  puszki  po
piwie napełnione moczem.

Epilogiem  zamieszek  był  proces  „Ósemki  z  Chicago"  —

grupy radykalnych działaczy oskarŜonych o zawiązanie spisku
w  celu  wywołania  rozruchów.  OskarŜeni  zamienili  proces  w
farsę,  wyśmiewając  sędziego,  propagując  własne  poglądy.
Jeden z nich nazwał sędziego „faszystowską świnią". W lutym
1971  roku  zapadł  wyrok  skazujący  ich  na  kary  do  pięciu  lat
więzienia,  lecz  zostali  zwolnieni  za  kaucją,  a  wyrok  został
potem uchylony przez sąd apelacyjny, którzy orzekł, Ŝe sędzia
wykazywał „niechętny" stosunek do oskarŜonych.

Rok 1969 stanowił dla „ruchu" okres kulminacji działalności.

15 października i 15 listopada ogłoszono Dniami Moratorium.
Aktywiści  antywojenni  zorganizowali  wówczas  w  całych
Stanach  Zjednoczonych  demonstracje,  marsze  i  inne  akcje
protestacyjne,  w  których  wzięły  udział  setki  tysięcy  ludzi.
Miały  one  w  większości  przebieg  pokojowy,  jednak  na  kilku
uniwersytetach,  między  innymi  na  Harvardzie  i  w  Berkeley,
studenci  pod  sztandarami  Viet  Congu  zaatakowali  budynki
studiów  wojskowych  i  laboratoria  pracujące  na  potrzeby
armii.  SondaŜe  wskazywały  wówczas,  Ŝe  3/4  studentów
opowiada się za natychmiastowym zakończeniem wojny.

JednakŜe  juŜ  wtedy  rozpoczął  się  rozpad  ruchu,  któremu

wiatr  z  Ŝagli  odebrał  prezydent  Nixon,  gdy  ogłosił  decyzję  o
stopniowym wycofywaniu oddziałów z Wietnamu. Jeszcze

background image

224

tylko  w  maju  1970  roku  doszło  do  erupcji  w  campusach  po
zaatakowaniu przez siły USA baz WAL/VC w KambodŜy, a
później  ruch  antywojenny  stosunkowo  szybko  zniknął  z
amerykańskiego  Ŝycia  politycznego.  Protesty  ustały  cał-
kowicie  w  roku  1973,  kiedy  Amerykanie  ostatecznie  opuścili
Wietnam  i  zakończył  się  pobór  do  wojska.  Wojna  trwała
wprawdzie  nadal,  ale  amerykańscy  działacze  pokojowi  stracili
dla niej zainteresowanie.

„Ruch"  rozpadł  się  na  skłócone  między  sobą  frakcje.

Garstka  radykałów  przeszła  na  pozycje  terroryzmu,  inni
wycofali  się  z  polityki  do  kontrkultury  albo  przystąpili  do
tworzenia  wspólnot,  które  miały  realizować  ich  ideały.  Część
zaczęła brać udział w oficjalnym Ŝyciu społecznym i politycz-
nym,  wchodząc  do  establishmentu  pod  hasłem  zmiany  „sys-
temu" od środka.

Ruch  antywojenny  od  początku  był  niejednolity,  jego

sympatykami  powodowały  rozmaite  intencje.  Opierał  się  na
morzu  niewiedzy,  naiwności  i  uprzedzeń.  Natomiast  w  przy-
padku  przywódców  w  grę  wchodziło  świadome  zatajanie
prawdy, chorobliwa nienawiść do własnego kraju oraz — nie-
rzadko — po prostu wiara w komunizm (w wersji leninowskiej,
maoistowskiej lub trockistowskiej). Inaczej więc trzeba  mierzyć
odpowiedzialność  zagubionych,  mających  jak  najlepsze  inten-
cje  szeregowych  przeciwników  wojny,  a  zupełnie  inaczej
tych,  którzy  nimi  kierowali  i  manipulowali  —  lewicowych
intelektualistów,  zawodowych  „gołębi",  „wiedzących  lepiej"
dziennikarzy i anarchistycznych rewolucjonistów.

Nie da się do ruchu pokojowego podejść w sposób racjonalny,

gdyŜ opierał się on na irracjonalnych przesłankach, takich jak
nadzieje  czy  fobie.  Na  jego  uczestników  oddziaływały  raczej
hasła  i  emocje  niŜ  racje  i  argumenty.  Całość  ich  myślenia
politycznego sprowadzała się do paru nieskomplikowanych haseł
w rodzaju: Make Love Not War, Peace Now!, Stop the killing!

Trzeba  wszakŜe  zwrócić  uwagę  na  fakt,  iŜ  przeraŜająca

ignorancja   i   łatwowierność   młodych   pacyfistów   zajmują

background image

225

poczesne  miejsce  w  łańcuchu  czynników,  które  sprawiły,  Ŝe
historia  Indochin  potoczyła  się  tak  tragicznie.  Efektem  działal-
ności  „ruchu"  nie  było  bowiem  skrócenie  wojny,  lecz  jej
wydłuŜenie. „Drugi front" podtrzymywał przecieŜ wiarę Hanoi w
zwycięstwo  i  tym  samym  zachęcał  do  kontynuowania  agresji.  A
ostateczny  triumf  komunizmu  w  Południowym  Wietnamie,
Laosie  i  KambodŜy  nie  byłby  moŜliwy  bez  wcześniejszego
wycofania  się  USA  z  Indochin,  do  czego  walnie  przyczynił  się
ruch  pokojowy.  Na  jego  uczestników  spada  więc  jakaś  część
odpowiedzialności za bezmiar cierpień, który pociągnęły za sobą
te wydarzenia.

Mentalność  pokolenia  lat  sześćdziesiątych,  pokolenia  „dzieci-

kwiatów",  najlepiej  chyba  wyraził  musical  Hair.  Trafnie  oddaje
on  konfuzję  i  bezradność  tej  młodzieŜy  wobec  świata,  który
wydawał  się  jej  niezrozumiały  i  okrutny,  poplątany  i  brudny.
Dlatego  jedni  próbowali  go  zmieniać  za  pomocą  prostych
sloganów,  a  drudzy  uciekali  odeń  w  krąg  narkotycznych  wizji.
Stan  ducha  zarówno  jednych,  jak  i  drugich,  nadzieję,  próbującą
przezwycięŜyć  rozpacz,  i  pustkę,  natrętnie  wyzierającą  spod
rozmaitych wiar, wyraŜa refren jednej z piosenek: Peace, flower,
freedom, happiness, 
powtarzany — niczym nieskuteczne zaklęcie
—  kilkanaście  razy,  coraz  szybciej,  coraz  bardziej  płaczliwie,  z
rosnącą rozpaczą...

15 — Wietnam 1962-1975

background image

HONOR CZY POKÓJ?

Partyzantka zwycięŜa,  gdy nie przegrywa. Armia konwencjonalna

przegrywa, gdy nie zwycięŜa.

Henry Kissinger

Po burzliwej konwencji w Chicago Partia Demokratyczna straciła
wszelkie  szanse  na  zwycięstwo  w  wyborach  prezydenckich.
Zgodnie  z  przewidywaniami  w  styczniu  1969  r.  do  Białego
Domu wprowadził się więc republikanin Richard Nixon. Doradcą
ds.  bezpieczeństwa  narodowego  prezydenta,  a  od  1973  r.
sekretarzem stanu w jego rządzie został profesor Harvardu Henry
Kissinger.

Duet  Nixon-Kissinger  miał  plany  na  skalę  globalną;  kwestia

wietnamska  zajmowała  w  nich  miejsce  waŜne,  lecz  nie
najwaŜniejsze.  Obaj  sądzili,  iŜ  nadszedł  czas,  by  skończyć  z  nie
przynoszącą  rezultatów  wrogością  do  świata  komunistycznego,
by  wyczerpujące  obie  strony  współzawodnictwo  zmienić  w
zawieszenie  broni  lub  współpracę.  UwaŜali,  Ŝe  Chinom  i
Związkowi  Radzieckiemu  tak  bardzo  zaleŜy  na  nawiązaniu
ś

ciślejszych  stosunków  —  przede  wszystkim  gospodarczych  —

ze Stanami Zjednoczonymi, Ŝe gotowe są w zamian zrezygnować
z  agresywnej  polityki  międzynarodowej,  a  być  moŜe  równieŜ
zrewidować stosunek do własnych

background image

227

obywateli.  Jednym  słowem,  Nixon  i  Kissinger  pragnęli  rozpo-
cząć  nowy  etap  w  dziejach  stosunków  między  Wschodem  i
Zachodem, etap nazwany później detente (odpręŜenie).

Kiedy  w  Białym  Domu  przyjęto  nową  optykę,  wojna

wietnamska  stała  się  dla  administracji  Nixona  jedną  z  naj-
powaŜniejszych  przeszkód  na  drodze  do  odpręŜenia.  Wietnam
pochłaniał  bowiem  siły  Ameryki  w  takim  stopniu,  Ŝe  trudno
było  prowadzić  aktywną  politykę  na  skalę  globalną.  W  szczy-
towym  dla  USA  okresie  konfliktu,  w  roku  1968,  na  indochiń-
skim teatrze działań wojennych znajdowało się 40% amerykań-
skich  wojsk  lądowych  (7  dywizji  z  18),  70%  Marines,  połowa
lotnictwa  i  35%  marynarki.  „Wyjście  z  Wietnamu"  stało  się
więc  jednym  z  najwaŜniejszych  celów  Waszyngtonu.  Wkrótce
po  objęciu  stanowiska  Nixon  stwierdził:  „Nie  mam  zamiaru
skończyć tak, jak LBJ —  zamknięty w Białym Domu i bojący
się wyjść na ulicę. Chcę zakończyć tę wojnę. Szybko".

Prezydent był jednak przekonany, Ŝe wojna  musi zakończyć

się „honorowym pokojem", to znaczy Wietnam Południowy nie
moŜe  dostać  się  w  ręce  komunistów.  Gdyby  to  nastąpiło,
Ameryka  zostałaby  upokorzona,  straciłaby  powaŜanie  w  świe-
cie  i  wiarę  we  własne  siły.  Nixon  pragnął  wyjść  z  Wietnamu
tak,  aby  pokazać  zdecydowanie,  zyskać  zaufanie  przyjaciół  i
respekt wrogów. „PrestiŜ — mówił — nie jest pustym słowem.
Wielki  kraj  nie  moŜe  złamać  danego  słowa",  nie  tracąc
jednocześnie pozycji. Prezydent stwierdzał teŜ wielokrotnie, Ŝe
nie  zamierza  być  „pierwszym  prezydentem,  pod  którego
rządami Ameryka została pokonana".

Stanowisko  Henry  Kissingera  w  sprawie  Wietnamu  nieco

róŜniło  się  od  twardej  —  przynajmniej  w  słowach  —  linii
prezydenta.  Mniej  przejmował  się  pryncypiami,  stawiając  na
pierwszym  planie  wydobycie  USA  z  wietnamskiej  „pułapki".
Gotów  był  zadowolić  się  rozwiązaniem,  które  dawałoby
zaledwie  „przyzwoitą  przerwę"  (decent  interval)  pomiędzy
porozumieniem  pokojowym  a  ostatecznym  rozstrzygnięciem
konfliktu „przez samych Wietnamczyków".  Dla Kissingera

background image

228

Wietnam  nie  był  kostką  globalnego  domina,  lecz  raczej
klockiem w jego dyplomatycznej układance.

W  polityce  wietnamskiej  Nixon  miał  bardzo  ograniczoną

swobodę manewru. Wkrótce po objęciu urzędu, chcąc zapobiec
pogłębianiu  się  podziału  w  narodzie  amerykańskim,  ogłosił
decyzję  o  rozpoczęciu  wycofywania  oddziałów  USA.  Ich
liczebność osiągnęła na przełomie lat 1968/69 maksimum —
542 tysiące (Ŝołnierzy alianckich było wówczas 60 tys.), lecz
juŜ  w  pierwszym  roku  prezydentury  Nixona  została
zmniejszona o 65 tys.

Uratować  Republikę  Wietnamu  miała  polityka  nazwana

przez  Nixona  „wietnamizacją"  —  rozbudowa  i  modernizacja
ARW  tak,  aby  mogła  poradzić  sobie  z  nieprzyjacielem  bez
pomocy  amerykańskiej.  Przekonanie  o  sensowności  takiej
strategii pojawiło się po nadspodziewanie szybkim odzyskaniu
sił  przez  wojska  sajgońskie  w  czasie  Tet.  Poza  tym  nie  było
Ŝ

adnych alternatywnych rozwiązań.

W  Wietnamie  z  miesiąca  na  miesiąc  ubywało  zatem

Amerykanów,  a  równocześnie  napływały  kolejne  transporty
nowoczesnego  uzbrojenia.  Sajgon  otrzymał  w  ramach  „wiet-
namizacji"  1  milion  karabinków  M-16,  12  tysięcy  karabinów
maszynowych M-60, 40 tysięcy ręcznych granatników M-79 i
2  tysiące  cięŜkich  haubic  i  moździerzy,  nie  mówiąc  o  helikop-
terach,  samolotach  i  czołgach.  Aby  podnieść  poziom  morale,
zreformowano system awansów, zwiększono Ŝołd i polepszono
warunki bytowe Ŝołnierzy ARW. Mobilizacja pozwoliła Thieu
znacznie  zwiększyć  liczebność  sił  zbrojnych  —  pod  koniec
wojny pod bronią znajdowało się (w wojsku, policji, oddziałach
terytorialnych itd.) prawie 1,5 miliona męŜczyzn.

Rzecz  jasna,  ta  pospieszna  rozbudowa  nie  mogła  usunąć

strukturalnych źródeł słabości ARW, które wiązały się z niedo-
skonałościami  systemu  politycznego  kraju.  Liczba  dezercji
utrzymywała  się  na  stałym  poziomie,  a  jeden  Ŝołnierz  na
trzydziestu  współpracował  —  zdaniem  CIA  —  z  przeciw-
nikiem.  TakŜe  liczebność  sił zbrojnych  nie  była tak  im-

background image

229

ponująca,  poniewaŜ  oficerowie  zawyŜali  stany  swych  od-
działów.  Wartość  bojowa  ARW  była  niŜsza  niŜ  WAL.  Stac-
jonowani  w  stronach  rodzinnych  Ŝołnierze  zdawali  egzamin
w  akcjach  lokalnych,  lecz  przy  manewrach  strategicznych
często  troska  o  bezpieczeństwo  najbliŜszych  górowała  nad
dyscypliną.

Nixon nie zamierzał całkowicie rezygnować z uŜycia potęgi

wojskowej USA. Zdecydował się nawet podjąć  kroki, których
obawiał się jego poprzednik. To za kadencji Nixona Ŝołnierze
amerykańscy  weszli  do  KambodŜy,  a  lotnictwo  zadało  naj-
cięŜsze  w  czasie  całej  wojny  ciosy  Północnemu  Wietnamowi.
Jego decyzje zaskakiwały  zarówno Hanoi, jak i  społeczeństwo
amerykańskie.  Było  to  elementem  świadomej  gry  prezydenta.
Liczył, Ŝe w  ten  sposób  złamie „starców  z Hanoi" wcześniej,
nim jego administracja ugnie się pod naciskiem rosnących w
siłę  „gołębi".  „Chcę  —  mówił  do  swych  najbliŜszych
współpracowników — Ŝeby  Północni Wietnamczycy  myśleli,
Ŝ

e osiągnąłem stan, w którym mogę zrobić dosłownie wszystko

dla  skończenia  wojny".  Amerykańscy  negocjatorzy  mieli  dać
Hanoi  do  zrozumienia,  Ŝe  Nixon  ma  obsesję  na  punkcie
komunizmu,  Ŝe  nikt  nie  moŜe  go  powstrzymać,  kiedy  jest
wściekły,  a  trzyma  przecieŜ  palec  na  nuklearnym  guziku  —
„...i  Ho  Chi  Minh  osobiście  w  ciągu  dwóch  dni  zjawi  się  w
ParyŜu,  błagając  o  pokój".  Koncepcja  ta  —  znana  jako
„teoria  wariata"  (madman  theory)  —  przyniosła  pewne  rezul-
taty,  choć  jej  skuteczność  była  ograniczona,  gdyŜ  Kongres
coraz bardziej ograniczał moŜliwości prezydenta.

Stosowanie  „teorii  wariata"  niosło  ryzyko  wmieszania  się

któregoś  z  wielkich  opiekunów  DRW,  Waszyngton  musiał
więc  kontrolować  ich  reakcje.  Z  pomocą  przyszła  detente.
Nixon  załoŜył,  jak  się  okazało  całkiem  słusznie,  Ŝe  Pekin  i
Moskwa nie naraŜą odpręŜenia dla solidarności z Hanoi.

W  maju  1969  r.  odbyła  się  krwawa  bitwa  o  Hamburger

Hill,  jak  Ŝołnierze  nazwali  wzgórze  937  w  dolinie  A  Shau.
Określenie to powstało, prawdopodobnie, przez skojarzenie

background image

230

z  prawdziwymi  jatkami,  jakie  tam  się  zdarzyły.  W  ciągu  10
dni  Marines,  fala  za  falą,  atakowali  ufortyfikowane  przez
oddziały  WAL/VC  wzgórze,  na  które  spadło  w  czasie  bitwy
ponad 500 ton bomb i 80 ton napalmu. Kiedy jedenastego dnia
Amerykanie zdobyli Hamburger Hill, okazało się, Ŝe ich straty
wynoszą  476  zabitych  i  rannych.  Znaleziono  teŜ  ciała  ponad
500 Ŝołnierzy nieprzyjacielskich.

Na  wieść  o  bitwie  w  USA  po  raz  kolejny  wybuchła  burza.

Kongres  i  dziennikarze  prześcigali  się  w  krytykowaniu  „ab-
solutnie  bezsensownej"  ofensywy  i  Ŝądaniach  rezygnacji  z
wszelkich  działań  pociągających  za  sobą  powaŜniejsze  straty
w  ludziach.  Nixon  osobiście  udał  się  do  Sajgonu  i  upomniał
gen. Creightona Abramsa, który zastąpił West-morelanda.

Podziemna gazetka Ŝołnierska „GI Says" wyznaczyła 10 tys.

dolarów  nagrody  za  głowę  płk.  Weldona  Honeycutta,  który
dowodził  atakiem.  Pomimo  kilku  zamachów,  udało  mu  się
przeŜyć.  Mniej  szczęścia  miało  kilkudziesięciu  innych
oficerów  i  podoficerów.  W  roku  1969  dyscyplina  w  armii
USA uległa drastycznemu załamaniu. Do roku 1971 dokonano
w Wietnamie ok. 700 zamachów, głównie na oficerów, z czego
10% śmiertelnych.

„GI  Says"  nie  była  jedynym  nielegalnym  pismem  Ŝołniers-

kim  —  wychodziło  ich  ok.  200. Część  wydawana  była  dzięki
pomocy ruchu antywojennego. Jednak długo sukcesy „ruchu"
w  rozkładaniu  armii  amerykańskiej  były  niewielkie,  o  czym
ś

wiadczy  np.  liczba  dezercji  (niŜsza  niŜ  w  czasie  II  wojny

ś

wiatowej czy wojny koreańskiej).

Raptowne  załamanie  morale  nastąpiło  w  1969  r.  Znaleźli

się wówczas w wojsku młodzi ludzie, którzy byli świadkami i
uczestnikami  gwałtownych  protestów  antywojennych,  którzy
odetchnęli rozgorączkowaną atmosferą roku 1968. W dodatku
w  lipcu  1969  r.  rozpoczęło  się  wycofywanie  oddziałów
amerykańskich. Stało się jasne, iŜ zrezygnowanie USA z obro-
ny RW jest tylko kwestią czasu. Popularność wśród Ŝołnierzy

background image

231

zdobyło wówczas powiedzenie: „Nie bądź ostatnim, który da się
zabić". Spadkowi dyscypliny sprzyjał teŜ wyjątkowo stresogenny
charakter wojny i błędy popełnione przez Pentagon, choćby ten,
Ŝ

e  Ŝołnierze  po  szkoleniu  w  USA  byli  wysyłani  do  Wietnamu

osobno,  a  nie  całymi  oddziałami.  Po  znalezieniu  się  w  obcym
ś

rodowisku byli duŜo bardziej podatni na urazy psychiczne.

Paradoksem jest, iŜ do osłabienia  morale armii przyczynił się

teŜ  bardzo  wysoki  poziom  wojskowych  słuŜb  medycznych.
Rannych  błyskawicznie  ewakuowały  z  pola  walki  śmigłowce.
Natychmiast  trafiali  do  szpitali  polowych  wyposaŜonych  w
najnowocześniejszą  aparaturę  i  leki.  W  Wietnamie  zdołano
uratować  82%  cięŜko  rannych  —  dla  porównania  w  II  wojnie
ś

wiatowej i w Korei 70%. JednakŜe uchronieni od śmierci często

zostawali 

niepełnosprawnymi 

albo 

inwalidami. 

Lekarze

wojskowi  musieli  dokonać  ponad  10  tys.  amputacji  kończyn
(głównie  z  powodu  min  i  pułapek  stosowanych  masowo  przez
nieprzyjaciela).  NajwyŜszy  w  historii  wojen  procent  ocalonych
rannych  nie  przyczynił  się  jednak  do  podniesienia  ducha  wśród
Amerykanów.  Młodych  Ŝołnierzy  przeraŜała  perspektywa
przykucia  na  zawsze  do  wózka  inwalidzkiego.  A  łatwo  sobie
wyobrazić,  jakie  odczucia  musiał  budzić  widok  okaleczonych
weteranów na ulicach ich rodzinnych miast.

Powrót  weteranów  do  ojczyzny  i  przyjęcie  ich  przez

społeczeństwo  budzi  w  Ameryce  do  dziś  Ŝywe  emocje.  Panuje
powszechna opinia, iŜ naród i władze zachowały się wobec tych
chłopców-weteranów 

niegodnie. 

Po 

powrocie 

piekła

wietnamskiej  dŜungli  potrzebowali  przecieŜ  psychicznej  rekon-
walescencji,  zapomnienia  i  pomocy  w  zaleczeniu  urazów.
Tymczasem ich powrót wyglądał zupełnie inaczej; nie witały ich
—jak  weteranów  poprzednich  wojen  —  wiwatujące  tłumy  na
ulicach,  nie  było  uroczystych  przemówień,  defilad  i  parad.  Nie
czekały  na  nich  w  rodzinnych  miejscowościach  komitety
powitalne i nie sypało się konfetti.

Powracali  w  ciszy,  nawet  najbliŜsi  jakby  się  ich  wstydzili.

Nikt im nie dziękował, czuli się z bagaŜem swych przeŜyć

background image

232

wyobcowani,  nierozumieni  i  odrzuceni  przez  kraj,  dla  którego
przelewali  krew:  „Pojechałem  tam  myśląc,  Ŝe  robię  coś
dobrego  —  powiedział  reporterowi  magazynu  «Time»  Larry
Langowski — ...a wróciłem w mundurze pokrytym medalami i
zostałem opluty przez jakąś hippiskę".

Zamiast  honorowego  przyjęcia,  musieli  się  przebierać  w

lotniskowych  ubikacjach  w  cywilne  ubrania,  gdyŜ  był  to
jedyny sposób uniknięcia zniewag i wyzwisk w rodzaju baby-
killer  
albo  pogardliwych  spojrzeń  czy  choćby  odruchowego
odsuwania  się  sąsiadów  w  metrze...  Niektórzy  rozgoryczeni  i
zawiedzeni  palili  publicznie  mundury  i  zostawali  aktywistami
antywojennymi, jak bohater filmu Urodzony 4 Lipca. Zachęcali
poborowych do unikania słuŜby, a Ŝołnierzy do dezercji.

Nieliczni tylko w pełni rozumieli sens wojny i przyjmowali

poświęcenia,  których  ona  wymagała,  jako  warte  słusznej
sprawy.  David  Rioux,  który  po  wybuchu  miny  stracił  wzrok
oraz władzę w  lewej  ręce  i  nodze,  powiedział  dziennikarzowi:
„(Mój  brat)  i  ja  rozumieliśmy  wyraźnie  wiele  rzeczy,  których
inni  nie  rozumieli.  Obaj  wiedzieliśmy,  dlaczego  jesteśmy  w
Wietnamie, a większość ludzi wokół nas nie, albo rozumiała to
tylko  niejasno.  My  jednak...  byliśmy  dumni  Ŝe  bronimy  ludzi
niewolonych przez marksistowski komunizm. To co robiliśmy,
było  szlachetne  w  oczach  Boga,  naszego  kraju  i  naszych
rodzin".

Od  1969  r.  miejsce  woli  walki  i  wiary  w  łatwe  pokonanie

„Ŝółtków"  zajął  cynizm.  Jedynym  celem  Ŝołnierzy  stało  się
przetrwanie  okresu  słuŜby,  a  dyscyplina  w  US  Army  —  nie
słynącej  nigdy  ze  specjalnej  surowości  —  bliska  była  anarchii.
ś

ołnierze  sprzyjający  ruchowi  antywojennemu  (ich  oznaką

była  czarna  opaska  na  ramieniu)  nie  kryli  się  ze  swymi
poglądami.  Wyśmiewanie  i  obrzucanie  wyzwiskami  oficerów
było  na  porządku  dziennym.  Zdarzały  się  odmowy  wykonania
rozkazu,  a  nawet  bunty  całych  pododdziałów  —  sądy  woj-
skowe rozpatrywały  w   1968 r.  82  takie sprawy, w   1969

background image

233

— 117, a w 1970 — 131 i to pomimo zmniejszenia się liczby
Ŝ

ołnierzy.  Dezercje  osiągnęły  poziom  nie  notowany  od  po

czątku istnienia amerykańskich sił zbrojnych — 73 przypadki
na 1000 Ŝołnierzy rocznie.

W  roku  1971  blisko  5  tysięcy  Ŝołnierzy  znalazło  się  w

szpitalach  w  wyniku  ran  poniesionych  w  walce,  lecz
hospitalizowanych  z  powodu  naduŜycia  narkotyków  było
cztery razy więcej... (Dawka heroiny, którą moŜna było nabyć
na ulicy w Sajgonie za dolara, kosztowała w Nowym Jorku 50
dolarów.) 25% Ŝołnierzy cierpiało na choroby weneryczne.

Upadek  dyscypliny  nie  znalazł  na  szczęście  odbicia  w  sto-

sunku  US  Army  do  ludności  cywilnej.  śołnierze  znajdowali
się pod permanentną kontrolą dziennikarzy i rządu. Masakra w
My  Lai  była  jednym  z  niewielu  wydarzeń  w  czasie  całej
wojny,  które  jednoznacznie  zasłuŜyło  na  miano  zbrodni
wojennej.

16 marca 1968 r. kompania C {Chanie) I batalionu Dywizji

Americal otrzymała do wykonania typowe zadanie Search and
Destroy:  
miała  znaleźć  i  zniszczyć  oddział  partyzancki
operujący  w  rejonie  wioski  My  Lai  w  prowincji  Quang  Ngai.
Rejon  My  Lai  cieszył  się  wśród  Ŝołnierzy  złą  opinią  —
oddziały  amerykańskie  wpadały  tu  często  w  zasadzki  i
ponosiły cięŜkie straty.

Na  dzień  akcji  wybrano  wtorek,  bo  według  raportów

wywiadu we wtorki kobiety wychodziły z dziećmi o 7 rano na
targ  do  sąsiedniej  miejscowości.  Dowództwo,  aby  uniknąć
ofiar wśród ludności cywilnej, wyznaczyło godzinę rozpoczęcia
operacji na 8 rano. Przetransportowana helikopterami kompania
Chanie znalazła się na miejscu punktualnie.

Do dziś nie wiadomo dokładnie, co zdarzyło się później

— nikt  nie  panował  nad  całością  sytuacji,  punkt  dowodzenia
znajdował  się  na  pokładzie  krąŜącego  w  powietrzu  samolotu.
ś

ołnierze  rozbiegli  się  po  wsi,  nie  napotykając  —  wbrew

oczekiwaniom  —  Ŝadnego  powaŜniejszego  oporu.  Do  tragedii
doszło w przysiółku My Lai-4, w którym operował jeden

background image

234

z plutonów dowodzony przez por. Williama Calleya. Zachęceni
przezeń Ŝołnierze dokonali rzezi, wrzucając granaty do chat i
strzelając  do  mieszkańców.  Zabijali  wszystkich,  którzy
znaleźli się w zasięgu ich broni.

Gdy jeden z nadzorujących akcję oficerów zobaczył, co się

dzieje,  polecił  pilotowi  helikoptera  wylądować  w  wiosce  i
przerwał  masakrę.  Musiał  zresztą  zagrozić  uŜyciem  broni,  by
uspokoić rozszalałych Ŝołnierzy Calleya. Nikt nie mógł jednak
przywrócić Ŝycia ok. 300 ofiarom tragedii.

Dowództwo  operacji próbowało  ukryć  prawdę,  lecz  jeden

z  Ŝołnierzy  z  innej  jednostki,  do  którego  dotarły  pogłoski  o
zbrodni, dopóty pisał alarmujące listy do kongresmenów i do
prasy,  dopóki  nie  zostało  wszczęte  oficjalne  dochodzenie.
Calleya postawiono w stan oskarŜenia i skazano na doŜywocie.
Po 4 latach prezydent Nixon skorzystał z prawa łaski i darował
mu resztę kary.

Aczkolwiek  wina  za  masakrę  obciąŜa  przede  wszystkim

samego  Calleya,  który  był  osobowością  prymitywną,  a  nawet
psychopatyczną,  to  jednak  My  Lai  nasuwa  refleksje  bardziej
generalnej  natury.  Oto  dwudziestu  kilku  przeciętnych  amery-
kańskich chłopców, którzy w normalnych warunkach uwaŜali-
by  się  za  agresywnych  akurat  na  tyle,  by  wziąć  udział  w
dyskotekowej  bijatyce,  okazało  się  zdolnych  do  popełnienia
zbrodni...

W  lipcu  1969  r.  z  Przylądka  Kennedy'ego  na  Florydzie

wystartował  statek  kosmiczny  Apollo  11  i  pierwszy  człowiek
postawił  stopę  na  KsięŜycu.  Wkrótce  potem  na  łamach  prasy
pojawiły  się  pierwsze  doniesienia  o  masakrze  w  małej  wiet-
namskiej  wiosce.  Pokazały  ciemną  stronę  natury  człowieka,
który  posługując  się  najwymyślniejszymi  zdobyczami  techniki,
ulega wojennej deprawacji tak samo, jak przed wiekami.

Pomimo  rozpoczęcia  „wietnamizacji"  i  zrezygnowania  —

przynajmniej  w  teorii  —  z  taktyki  Search  and  Destroy
oddziały  amerykańskie  nadal  próbowały  pokonać  nieprzyja-
ciela głównie siłą ognia. Świadczy o tym rozkład wydatków

background image

235

na  pokrycie  kosztów  wojny.  W  roku  1969  wojna  pochłonęła
21,5  mld  dolarów,  z  czego  80%  przeznaczone  było  dla  sił
amerykańskich,  a  reszta  dla  południowo-wietnamskich.  Wśród
kosztów  amerykańskich  największą  część,  9  mld  dolarów,
wydano na operacje powietrzne, dwukrotnie mniej na lądowe,
a  na  działania  sił  terytorialnych  i  lokalne  akcje  przeciwpar-
tyzanckie  i  pacyfikacyjne  obie  strony  przeznaczyły  zaledwie
6% funduszy.

Waszyngton  pragnął  dać  RW  jak  najwięcej  czasu  na

stabilizację i ograniczyć — zmniejszoną, lecz wciąŜ groźną —
presję  oddziałów  WALA/C.  Lotnictwo  USA  atakowało  więc
bezustannie  linie  zaopatrzeniowe  i  rejony  działań  przeciwnika.
Nixon zdecydował się teŜ podjąć kroki, na które nie zdobył się
jego poprzednik: postanowił zaatakować szlak Ho Chi Minha i
bazy sił komunistycznych na terenie KambodŜy.

W  marcu  1969  r.  rozpoczęły  się  naloty  na  rejony  Kam-

bodŜy  graniczące  z  prowincją  Tay  Ninh,  gdzie  wywiad
amerykański  juŜ  dawno  zlokalizował  centrum  dowodzenia
WAL/VC. W trakcie tej operacji B-52 wykonały 3640 lotów i
zrzuciły 110 tys. ton bomb.

Prezydent  w  obawie  przed  reakcjami  opinii  publicznej

pragnął utrzymać te naloty w sekrecie, choć juŜ wkrótce afera
z  Aktami  Pentagonu  miała  pokazać,  iŜ  w  Ameryce  tajemnica
wojskowa i państwowa jest pojęciem iluzorycznym. Przecieki
o  bombardowaniach  szybko  przedostały  się  na  łamy  prasy,
lecz  nie  przywiązywano  wówczas  do  nich  większego  znacze-
nia.  Sami  Północni  Wietnamczycy  woleli  nie  skarŜyć  się  na
naloty,  gdyŜ  oznaczałoby  to  przyznanie  się  przez  nich  do
gwałcenia neutralności KambodŜy. Dopiero w 1973 r. w związ-
ku z aferą Watergate odkryto w USA ponownie całą sprawę i
nadano  jej  rangę  jednego  z  koronnych  dowodów  przeciw
prezydentowi.

Była  juŜ  mowa  o  szczególnego  rodzaju  „neutralistycznej"

polityce  księcia  Norodoma  Sihanouka,  który  —  sam  zbyt
słaby,   by   przeciwstawić   się   wietnamskim   komunistom

background image

236

—  sprzeciwiał  się  jednak  jakimkolwiek  działaniom  amerykań-
skim  na  terytorium  KambodŜy.  W  marcu  1970  r.  obalił  go
wojskowy  zamach  stanu;  oficerowie  mieli  dosyć  jego  „nieza-
angaŜowania",  które  pozwalało  mu  tolerować  obecność  kilku
dywizji  północno-wietnamskich  w  granicach  kraju.  Zaskoczony
Waszyngton  początkowo  wahał  się,  czy  poprzeć  stojącego  na
czele  spisku,  nieznanego  bliŜej  gen.  Lon  Nola,  czy  teŜ  udzielić
pomocy  próbującemu  odzyskać  władzę  Sihanoukowi.  Gdy
jednak  Lon  Nol  rozpoczął  energiczną  rozbudowę  słabiutkiej,
liczącej  kilkadziesiąt  tysięcy  źle  uzbrojonych  ludzi  armii
kambodŜańskiej,  aby  móc  przeciwstawić  się  siłom  północno--
wietnamskim, Amerykanie uznali go za sprzymierzeńca.

Tymczasem Północni Wietnamczycy, którzy do tej pory czuli

się  we  wschodniej  KambodŜy  jak  na  własnym  podwórku,
rozdraŜnieni  działaniami  Lon  Nola,  przeszli  w  kwietniu  1970  r.
do  ofensywy.  Armia  kambodŜańska  nie  miała  w  konfrontacji  z
nimi Ŝadnych szans. Stolice prowincji padały jedna za drugą, a na
początku maja Phnom Penh znalazło się w okrąŜeniu. U boku sił
wietnamskich  nacierały  teŜ  nieliczne  oddziałki  tzw.  Frontu
Jedności  Narodowej  KambodŜy,  z  księciem  Sihanoukiem  na
czele.  Front  skupiał  kilka  niewielkich  ugrupowań,  które  łączyło
dąŜenie  do  obalenia  Lon  Nola,  i  był  dla  Hanoi  wygodnym
kamuflaŜem.  Nazwę  jednego  z  ugrupowań  Frontu,  Czerwonych
Khmerów,  znali 

wówczas  tylko 

specjaliści 

od 

spraw

indochińskich...

Na  razie  świat  nie  interesował  się  tym,  co  się  dzieje  wokół

Phnom Penh. W mass mediach panował niepodzielnie Wietnam,
KambodŜę  wspominano  właściwie  tylko  przy  okazji  i  na
marginesie  tego  konfliktu.  Na  czołówkach  gazet  znalazła  się
nieoczekiwanie  30  kwietnia  1970  r.  Tego  dnia  rankiem
amerykańskie samoloty transportowe C-130 zrzuciły gigantyczne
siedmiotonowe bomby (największe, jakich kiedykolwiek uŜyto w
Indochinach) w przygranicznym rejonie KambodŜy, gdzie  miało
znajdować 

się 

północno-wietnamskie 

dowództwo. 

Na

oczyszczonym przez wybuchy terenie z 400 śmigłowców

background image

237

desantowało  się  12  tysięcy  Ŝołnierzy,  głównie  z  1  Dywizji
Kawalerii Powietrznej.

W  tym  samym  czasie  prezydent  Nixon  wygłaszał  prze-

mówienie  do  narodu.  Pragnął  przekonać  Amerykanów  o  słu-
szności  tego  kroku.  Tłumaczył,  iŜ  nie  jest  jego  celem
rozszerzanie  wojny  na  kolejne  państwo,  lecz  zapewnienie
bezpieczeństwa  wycofującym  się  wojskom  USA.  Określił
operację  jako  „wtargnięcie"  (incursion),  a  nie  inwazję  na
KambodŜę,  gdyŜ  rejon  akcji  jest  w  rękach  północno--
wietnamskich.  Aby  uciszyć  spodziewane  protesty,  oznajmił  o
rozpoczęciu wycofywania kolejnych 150 tys. ludzi z  Wietnamu.
Przyrzekł teŜ, Ŝe oddziały amerykańskie pozostaną w KambodŜy
najwyŜej 60 dni.

Celem  akcji  było  ujęcie  sztabu  WAL/VC  oraz  likwidacja

zapasów i baz tuŜ przed porą deszczową, kiedy uzupełnianie strat
było  praktycznie  niemoŜliwe.  Miało  to  dać  Sajgonowi  kilka
miesięcy  wytchnienia,  ułatwić  „wietnamizację"  i  wycofywanie
US  Army.  Operacja  miała  teŜ  rozluźnić  obręcz  oddziałów
komunistycznych zaciskającą się wokół Phnom Penh.

W amerykańskich Ŝołnierzy, biorących udział w akcji, wstąpił

nowy duch — cieszyli się, Ŝe wreszcie będą mogli zmierzyć się z
przeciwnikiem,  który  od  lat  nękał  ich,  pewny  swej  bezkarności
zza pobliskiej granicy (80 km od Sajgonu).

W  rezultacie  dwumiesięcznych  działań  zginęło  ponad  14  tys.

Wietnamczyków  (głównie  wskutek  uderzeń  lotnictwa),  a  1430
wzięto  do  niewoli.  Po  stronie  aliantów  śmierć  poniosło  866
Południowych 

Wietnamczyków 

oraz 

338 

Amerykanów.

Znaleziono i zniszczono całe osiedla o jednoznacznie militarnym
charakterze,  tysiące  bunkrów  i  składów  z  bronią,  amunicją,
minami itd.

A  jednak  operacja  kambodŜańska  zakończyła  się  tylko

połowicznym  sukcesem.  Nie  udało  się  schwytać  dowództwa  sił
komunistycznych  na  Południu.  Kwatera  główna  WAL/VC  na
plantacji Mimot była pusta.

background image

238

Wiele  lat  później  uciekinierzy  z  komunistycznego  Wietnamu

wyjawili,  iŜ  ewakuacja  centrum  dowodzenia  rozpoczęła  się
natychmiast  po  przewrocie  Lon  Nola  i  pierwszych  amerykań-
skich  bombardowaniach,  czyli  w  marcu.  Gdy  siły  sprzymie-
rzonych uderzyły na tereny przygraniczne, sztab WAL/VC juŜ od
półtora  miesiąca  znajdował  się  w  prowincji  Kratie,  dalej  na
północ.  Wietnamczycy  bezbłędnie  przewidzieli,  iŜ  w  zmienio-
nych  warunkach  politycznych,  po  obaleniu  Sihanouka,  Wa-
szyngton zdecyduje się na wkroczenie do KambodŜy.

Operacja  kambodŜańska  utrudniła  na  kilka  miesięcy  zaopat-

rzenie i działania sił komunistycznych, zmniejszyła ich nacisk na
Sajgon oraz na Lon Nola, dzięki czemu mógł on przeciąć jedną z
linii  zaopatrzenia  WAL/VC  —  zakazał  uŜywania  przez  Hanoi
portu  Kompong  Som.  Lecz  wkrótce  po  wycofaniu  się
Amerykanów  i  Południowych  Wietnamczyków  z  KambodŜy,
tereny  przygraniczne  ponownie  się  zaludniły.  Powróciły
ewakuowane  pułki,  sztaby,  szpitale,  zbudowano  nowe  osied-la-
koszary, a składy wypełniły się sprzętem napływającym szlakiem
Ho Chi Minha. Jeszcze w tym samym 1970 r. oddziały WAL/VC
zaczęły z tego rejonu ponownie atakować Wietnam Południowy.

Wysuwany  jest  czasem  (np.  w  filmie  Killing  Fields)  zarzut,

jakoby  działania  amerykańskie  w  KambodŜy  zdestabilizowały  to
państwo  i  stanowiły  pierwsze  ogniwo  łańcucha  wydarzeń,  który
doprowadził  do  przejęcia  władzy  przez  Czerwonych  Khmerów.
Jest  to  rozumowanie  szczególnie  przewrotne,  jako  Ŝe  zrzuca  na
Amerykę  część  winy  za  ludobójstwo  dokonane  przez  jej
przysięgłych wrogów. Zęby udowodnić bezsens tego twierdzenia,
wystarczy  zauwaŜyć,  Ŝe  nic  innego,  jak  właśnie  wtargnięcie  sił
USA i RW do KambodŜy uchroniło ten kraj od przejęcia władzy
przez  koalicję,  w  której  główne  skrzypce  grali  Czerwoni
Khmerzy, juŜ w roku 1970 zamiast w 1975. Rząd Lon Nola gonił
przecieŜ na początku maja ostatkiem sił. Operacja kambodŜańska
zaabsorbowała  jego  przeciwników  na  tyle,  Ŝe  zdołał  się
podźwignąć i odwlec nadejście „roku zero" o 5 lat.

background image

239

Po szczytowym roku  1968 ruch  antywojenny  stracił  rozpęd.

„Wietnamizacja"  i  rokowania  w  ParyŜu,  których  przebieg
pokazywał,  Ŝe  strona  komunistyczna  jest  bardziej  nieprzejed-
nana  i  wojownicza,  pozbawiły  pacyfistów  jakichkolwiek
racjonalnych  argumentów.  Dwa  tygodnie  przed  akcją  w  Kam-
bodŜy  waszyngtoński  komitet  antywojenny  oświadczył,  Ŝe
zamyka biuro i rozwiązuje się z powodu braku zainteresowania
jego działalnością.

Operacja kambodŜańska przebudziła uśpiony ruch pokojowy.

W ciągu paru godzin po przemówieniu prezydenta campusy w
całych  Stanach  Zjednoczonych  zapełniły  się  tłumami
demonstrantów.  Budynki  studiów  wojskowych  na  30  uniwer-
sytetach  zostały  zaatakowane  i  podpalone  lub  zdewastowane.
KrąŜące  po  campusach  pochody  wybijały  okna,  niszczyły
sprzęty,  rozbijały  latarnie.  Interweniującą  policję  obrzucano
kamieniami  i  butelkami,  zdarzały  się  wypadki  strzelania  do
policjantów.  Na  jednym  z  uniwersytetów  lider  demonstracji
krzyczał:  „Urządzimy  tu,  w  Madison  w  stanie  Wisconsin,
drugi front. Czy jesteście gotowi poświęcić Ŝycie?!". Następnie
protestujący  ruszyli  demolować  Instytut  Matematyki,  w  którym
wykonywano zlecenia dla armii.

W  Madison  obyło  się  bez  ofiar  śmiertelnych,  natomiast  na

Uniwersytecie  w  Kent  w  stanie  Ohio  były  wydarzenia,  które
poruszyły Amerykę. „Pierwszy raz od czasów wojny secesyjnej
Amerykanie  strzelali  do  siebie  z  powodów  politycznych"  —
pisała ówczesna prasa.

Zamieszki  w  Kent  trwały  kilka  dni.  W  ich  trakcie  m.in.

spalono  budynek  studium  wojskowego,  a  tłum  demonstrantów
przeciągnął  nocą  przez  pobliskie  miasteczko  Akron,  wybijając
szyby  i  demolując  sklepy.  PoniewaŜ  w  liczącym  30  tysięcy
mieszkańców  Akron  było  tylko  20  policjantów,  gubernator
stanu powołał pod broń Gwardię Narodową.

Większość  studentów  nie  brała  udziału  w  zamieszkach.  W

Kent  studiowało  19  tysięcy  osób,  a  demonstracje  nie
zgromadziły nigdy więcej niŜ 1000 uczestników.

background image

240

Do  tragedii  doszło  4  maja,  kiedy  po  wprowadzeniu  przez

gubernatora  stanu  wyjątkowego  i  zakazu  zgromadzeń  oddział
Gwardii  Narodowej  próbował  rozproszyć  gromadzących  się
między  budynkami  uniwersytetu  studentów.  Nie  posłuchali
oni  powtarzanego  kilkakrotnie  wezwania  do  rozejścia  się.
Obrzucali  Ŝołnierzy  wyzwiskami  i  kamieniami.  Gwardziści
uŜyli najpierw pocisków z gazem łzawiącym, lecz tłum rozbił
się  tylko  na  mniejsze  grupki;  po  kilkakrotnych  groźbach
uŜycia  broni,  Ŝołnierze  oddali  salwę  ostrą  amunicją.  Część
gwardzistów  nie  mierzyła  w  powietrze,  lecz  sprowokowana
agresywnością  wymachujących  flagami  Viet  Congu  pacyfistów
zdecydowała  się  strzelać  do  swych  rówieśników  (a  moŜe
nawet  kolegów  —  w  Gwardii  słuŜyli  równieŜ  studenci).
Ś

mierć  na  miejscu  poniosło  czworo  studentów,  dziewięcioro

było  rannych.  Większość  ofiar  stanowili  widzowie  i  przechod-
nie, którzy nie brali czynnego udziału w zamieszkach.

Członkowie  Gwardii  Narodowej  twierdzili  potem,  Ŝe  usły-

szeli  strzały  z  tłumu,  ale  specjalna  komisja  powołana  do
zbadania  okoliczności  tragedii  przez  prezydenta  uznała  uŜycie
broni  za  niepotrzebne  i  nieusprawiedliwione.  Jednocześnie
komisja  oświadczyła,  iŜ  „zachowania  wielu  studentów  i  nie-
studentów biorących udział w demonstracji... niewątpliwie nie
dało  się  tolerować".  Członkowie  komisji  przestrzegali  teŜ
studentów, Ŝe muszą brać pod uwagę to, Ŝe wulgarne wyzwiska
mogą wywołać „gwałtowne reakcje sił porządkowych".

Ankiety  wskazywały,  iŜ  większość  opinii  publicznej  opo-

wiedziała  się  po  stronie  gwardzistów  i  krytycznie  oceniła
postępowanie  demonstrantów.  Owa  „milcząca  większość",  do
której apelował w przemówieniu Nixon, bardzo rzadko dawała
jednak  znać  o  swym  istnieniu.  Brakowało  jej  dynamizmu  i
organizacji,  które  stanowiły  tak  potęŜną  broń  „ruchu".
Nielicznym  wystąpieniom  „milczącej  większości"  brakowało
teŜ  polotu  i  swoistego  wdzięku,  tak  charakterystycznego  dla
demonstracji  antywojennych.  Nie  mogło  być  inaczej,  gdyŜ
brali w nich udział nie pełni świeŜych pomysłów młodzi

background image

241

intelektualiści,  skorzy  do  zabawnych  happeningów  studenci
czy  „dzieci-kwiaty",  lecz  zwykli,  cięŜko  pracujący  i  stateczni
ludzie,  „niebieskie  kołnierzyki"',  słowem  owa  pogardzana
przez kontrkulturę middle class.

Największa  demonstracja  popierająca  zaangaŜowanie  USA

w obronę Wietnamu Południowego odbyła się w maju 1970 r.,
kiedy  stutysięczny  pochód,  złoŜony  głównie  z  robotników,
przemaszerował  ulicami  Nowego  Jorku.  Znacznie  większy
rozgłos  środki  przekazu  nadały  jednak  innemu  wydarzeniu.
TakŜe  w  maju  kilkuset  robotników  budowlanych  skrzyknęło
się  w  czasie  przerwy  na  lunch  i  zaatakowało  demonstrację
studencką  na  Wall  Street.  Robotnicy  rozproszyli  demonstrację,
pobili  kilkudziesięciu  uczestników,  a  następnie  udali  się  pod
siedzibę  władz  Nowego  Jorku  skandując  AU  the  way  USA!  i
zaŜądali podniesienia flagi, opuszczonej do połowy masztu na
znak  Ŝałoby  po  wypadkach  w  Kent.  Media  uczyniły  z  tego
symbol  prawicowego  prymitywizmu  i  brutalności,  które  miały
cechować  wszystkich  opowiadających  się  za  obecnością
amerykańską w Indochinach.

Byłoby  niesprawiedliwym  uproszczeniem  zarzucanie  jed-

nostronności  całej  prasie.  Nawet  w  nie  ukrywających  sympatii
dla  ruchu  pokojowego  pismach  moŜna  znaleźć  głosy  wobec
niego krytyczne. Na przykład po fali zamieszek, która ogarnęła
uniwersytety  w  maju  1970  r.,  komentator  „Newsweeka"
Stewart  Alsop  pisał:  „Umysły  wielu  spośród  tych  zdolnych
młodych  ludzi  wyglądają  na  całkowicie  zamknięte.  Nie
podejmują  racjonalnej  dyskusji,  wystarczają  im  bezmyślne
slogany:  «Uwolnić  Czarne  Pantery»,  «Skończyć  zabijanie»
itp.  Konsekwencje  takich  sloganów  (Ŝe  czarny  rewolucjonista
nie  moŜe  być  sądzony,  nawet  gdy  istnieją  dowody  przeciw
niemu;  Ŝe  komuniści  w  Azji  mają  jednostronne  prawo  do
zabijania)  nie  są  w  ogóle  dyskutowane".  Alsop  przestrzegał
przed  niebezpieczeństwem  „intelektualnego  zamknięcia  się"
większości  amerykańskich  uniwersytetów,  czyli  „najgorszą
rzeczą, jaka moŜe się przytrafić uniwersytetowi".

background image

242

Podobnego  zdania  był  George  Bali,  były  podsekretarz  stanu,

który w 1966 r. zrezygnował ze stanowiska, nie zgadzając się z
eskalacją  wojny.  Pisał  on  (takŜe  w  „Newsweeku"),  Ŝe  młodzi
działacze  są  „przeraŜająco  naiwni"  i  choć  trzeba  uznać  prawo
młodych  do  krytyki,  to  jednak  „ruch"  uŜywa  wyłącznie
„sloganów  i  inwektyw  —  jazgotu  w  slangu  zbyt  dziecinnym,
by mógł wyraŜać myśli. Z bólem trzeba powiedzieć, Ŝe młodzi,
z  nielicznymi wyjątkami, nie  argumentują  racjonalnie.  Raczej,
jak  król  Lear,  wykrzykują  swe  niezadowolenie  w  niebiosa  —
tyle Ŝe w czteroliterowych przekleństwach dalekich  od  języka
Szekspira".

Podobne  głosy  naleŜały  jednak  w  tym  czasie  do  rzadkości.

Postawa  antywojenna  zdobyła  —jak  twierdzi  Stephen  Morris
—  „status  uświęconego  dogmatu  wśród  intelektualistów  ame-
rykańskich".  Kto  był  przeciwnego  zdania  —  zyskiwał  opinię
moralnie zdeprawowanego. „Od wczesnych lat 70. lewicowo--
liberalna  subkultura,  która  opanowała  uniwersytety  i  środki
masowego przekazu, znała tylko jedną odpowiedź na  politykę
USA  w  Wietnamie  —  wściekłość.  Ci,  którzy  mogli  myśleć
inaczej, milczeli zastraszeni".

Podobna  atmosfera  panowała  właściwie  na  całym  świecie.

Po  wejściu  Amerykanów  do  KambodŜy  w  prawie  wszystkich
wielkich  miastach  —  od  Sztokholmu  do  Rio  de  Janeiro  i  od
ParyŜa  po  Tokio  —  palono  flagi  i  demolowano  ambasady
USA.  Nixona  nie  określano  na  transparentach  inaczej  niŜ
„morderca",  „kat",  „kanalia".  DuŜy  dziennik  kopenhaski  (a
Dania  była  wszak  sojusznikiem  Stanów  Zjednoczonych  jako
członek  NATO)  stwierdził,  iŜ  „nadszedł  czas,  by  zdać  sobie
sprawę,  Ŝe  największym  zagroŜeniem  dla  wolności...  jest
Ameryka Richarda Nixona". Sprzymierzeńcy USA milczeli lub
dyplomatycznie  „wyraŜali  zaniepokojenie"  operacją  kam-
bodŜańską. Jedynie Australia i Tajwan otwarcie ją poparły.

W samej Ameryce najpowaŜniejsze konsekwencje miały nie

krótkotrwałe  z  natury  rzeczy  zamieszki,  lecz  ewolucja  postaw
Kongresu, który zaczął odtąd z rosnącą siłą sprzeciwiać

background image

243

się  polityce  wietnamskiej  prezydenta  i  ograniczać  jego  moŜ-
liwości prowadzenia wojny.

Kongres  —  uraŜony  tym,  iŜ  Nixon  nie  poinformował  go

wcześniej  o  planowanym  wtargnięciu  do  KambodŜy  —  odwołał
Rezolucję  Tonkińską  z  1964  r.,  aby  wyrazić  symboliczne  votum
nieufności  prezydentowi.  Senator  Edward  Kennedy  nazwał
decyzję  Nixona  „obłędną",  a  sen.  Fulbright  „szaleńczą".  30
czerwca  Senat  przyjął  tzw.  poprawkę  Coopera-Churcha,  która
zakazywała 

udzielania 

jakiejkolwiek 

pomocy 

militarnej

KambodŜy  i  przeprowadzania  operacji  wojskowych  przez  siły
zbrojne  USA  na  terytorium  tego  kraju.  Poprawka  ta,  odrzucona
zresztą  przez  Izbę  Reprezentantów,  stanowiła  pierwszą  próbę
ograniczenia  konstytucyjnych  kompetencji  prezydenta  jako
głównodowodzącego amerykańskich sił zbrojnych.

Richard Nixon pragnął swym kambodŜańskim przemówieniem

ośmielić  „milczącą  większość".  Stwierdził,  Ŝe  operacja  będzie
testem siły woli i odwagi Ameryki. Rzucił nawet na szalę własną
przyszłość 

polityczną, 

kiedy 

oświadczył: 

„Raczej 

będę

prezydentem  jednej  kadencji,  niŜ  zgodzę  się  na  to,  by  Ameryka
stała się drugorzędnym mocarstwem i by zaakceptowała pierwszą
poraŜkę  w  swej  dumnej,  190-letniej  historii".  Mobilizacja
„milczącej  większości"  jednak  się  nie  powiodła.  Wielu  spośród
60%  Amerykanów,  którzy  odnieśli  się  pozytywnie  do  akcji  w
KambodŜy,  postąpiło  tak  dlatego,  Ŝe  sądzili,  iŜ  ułatwi  ona
wycofywanie oddziałów USA z Wietnamu.

Na  jakie  atuty  mógł  jeszcze  liczyć  Nixon  w  rozgrywce  z

Politbiurem  w  Hanoi?  Demonstrowana  przezeń  wola  obrony
Wietnamu Południowego i sporadyczne ciosy w ramach „strategii
wariata" nie mogły wystarczyć. Komuniści wiedzieli przecieŜ, co
się  dzieje  w  Kongresie,  a  przede  wszystkim  widzieli  Ŝołnierzy
USA  opuszczających  Wietnam.  W  1969  r.  Stany  Zjednoczone
wycofały z RW 65 tys. ludzi, w 1970 — 50 tys., a rok później aŜ
250 tys.

Nie  znaczy  to,  Ŝe  Hanoi  nie  miało  problemów.  Kraj  był

wyczerpany wojną. Niemal wszyscy zdolni do noszenia broni

background image

244

męŜczyźni  słuŜyli  w  wojsku.  Obowiązek  uprawy  roli  i  pracy  w
fabrykach  spadł  na  barki  kobiet.  Społeczeństwo  było  zmęczone,
głodowało,  lecz  wytrwale  znosiło  wyrzeczenia,  wierząc,  iŜ  po
zjednoczeniu  —  wraz  z  „wyzwolonymi  braćmi  z  Południa"  —
będzie moŜna odbudować Wietnam „dziesięć razy piękniejszy".

A moŜe atutem Waszyngtonu była detente? Wszak przyjęta na

Zachodzie  formuła  głosiła,  iŜ  mocarstwa  komunistyczne  w
zamian  za  korzyści  ekonomiczne  i  technologie  pójdą  na
ustępstwa polityczne.  MoŜna zatem  wyobrazić  sobie  sytuację,  w
której  Biały  Dom  wywiera  presję  na  Mao  i  BreŜniewa,  by
przerwali dostawy dla DRW, stawiając to jako jeden z warunków
detente.  Fakt,  iŜ  nieśmiałe  sugestie  Waszyngtonu  w  tej  sprawie
były  stanowczo  odrzucane  i  przez  Moskwę,  i  przez  Pekin,  zdaje
się  świadczyć  o  zasadniczym  błędzie,  który  tkwił  u  podstaw
strategii odpręŜenia.

Kreml  miał  bardzo  prostą  odpowiedź  na  nalegania  Nixona.

Rosjanie  twierdzili,  Ŝe  nie  mają  Ŝadnego  wpływu  na  upartych
Wietnamczyków,  a  zredukować  pomocy  nie  mogą,  gdyŜ
zaszkodziłoby to ich opinii wśród sprzymierzeńców.

ZSRR,  w  sprzeczności  z  koncepcjami  Kissingera  i  innych

teoretyków detente, nie zaprzestał w latach 70. popierania „wojen
narodowowyzwoleńczych"  i  nie  zarzucił  ani  w  teorii,  ani  w
praktyce  myśli  o  zaniesieniu  rewolucji  wszędzie  tam,  gdzie  to
było moŜliwe. Kreml zalecał wprawdzie Hanoi negocjowanie, ale
nie  nalegał  na  ustępstwa.  Sowieci  byli  pewni,  iŜ  proces
wycofywania się USA z Indochin jest nieodwracalny, a Północni
Wietnamczycy 

powinni 

jedynie 

zapewnić 

Amerykanom

moŜliwość „uratowania twarzy".

Chińczycy  takŜe  „wyłączali"  konflikt  wietnamski  z  całości

odpręŜenia.  Na  pierwsze  lata  „ing-pongowej  dyplomacji",  1971-
1972,  przypadła  teŜ  szczytowa  pomoc  Pekinu  dla  DRW.  TakŜe
ton  oficjalnych  enuncjacji  ChRL  nie  zmienił  się  ani  na  jotę  w
porównaniu  z  okresem  sprzed  detente.  W  grudniu  1970  r.  Pekin
stwierdził, Ŝe „wszelkie awantury wojenne i wojenny

background image

245

szantaŜ  imperializmu  amerykańskiego  przeciwko  narodowi
wietnamskiemu  są  równieŜ  prowokacją  przeciwko  narodowi
chińskiemu".  A  Czou  En-lai  oświadczył  w  marcu  1971  r.  w
Hanoi: „700-milionowy naród chiński jest mocnym oparciem dla
narodu   wietnamskiego,   a  olbrzymie   terytorium   Chin

— jego  niezawodnym  zapleczem".  TenŜe  Czu  En-lai  tłumaczył
swym  dyplomatycznym  partnerom  z  USA,  iŜ:  „Nie  powinno
się tracić z oczu całego świata dla Południowego Wietnamu".

Hanoi wiedziało zatem juŜ na początku lat 70., Ŝe sojusznicy

— pomimo  głoszonego  odpręŜenia  —  nie  mają  zamiaru
zaprzestać  walki  o  Indochiny.  Podobnej  pewności  nie  miał
rząd  RW.  Utrzymywał  on  stosunki  dyplomatyczne  z  48
państwami  (gdy  tzw.  Tymczasowy  Rząd  Rewolucyjny  był
uznawany  przez  42  kraje,  w  tym  wszystkie  tzw.  socjalistyczne),
lecz  dyplomatyczne  uznanie  nie  było  w  większości  przypadków
równoznaczne  z  udzielaniem  choćby  werbalnego  wsparcia.
A  czy  RW  mogła  mieć  pewność,  Ŝe  nie  zostanie  porzucona
takŜe  przez  kilku  dotychczasowych  aliantów,  jeśli  prezydent
Thieu  był  witany  w  tych  krajach  przez  tłumy  demonstrantów,
obrzucających  go  inwektywami  w  rodzaju  „morderca"  i  „fa-
szysta",  a  nagłówki  w  prasie  krzyczały:  „Najkrwawszy  reŜim
współczesności"?

Sytuacja  wewnętrzna  w  Południowym  Wietnamie,  choć

zmierzała  w  kierunku  stabilizacji,  wciąŜ  była  od  niej  daleka.  Po
wykrwawieniu  się  w  ofensywie  Tet  i  uspokojeniu  nastrojów  na
wsi w 1969 r. partyzantka Viet Congu zanikła niemal całkowicie
w  delcie  Mekongu,  czyli  w  najwaŜniejszym  regionie  RW.
Aktywność  WAL/VC  ograniczała  się  do  słabo  zaludnionego
PłaskowyŜu Centralnego i górzystych obszarów wzdłuŜ granicy z
Laosem.  W  rezultacie  komuniści  stracili  kontrolę  nad  znaczną
większością ludności Południa

— administracja  RW  obejmowała  pod  koniec  1971  r.
95% mieszkańców.

Armia  południowo-wietnamska  z  powodzeniem  przejmowała

od Amerykanów cięŜar obrony kraju. Oddziały ARW

background image

246

walczyły  dzielnie  w  KambodŜy  w  1970  r.  i  w  podobnej
operacji w Laosie w 1971, pomimo iŜ Wietnamczycy wiedzieli,
Ŝ

e w akcjach tych chodzi o ubezpieczenie wycofujących się sił

USA.  TakŜe  opanowanie  sytuacji  na  wsi  w  Południowym
Wietnamie  wynikało  z  większej  skuteczności  działań  ARW.
ś

ołnierze sajgońscy okazali się w zwalczaniu partyzantki lepsi

niŜ Amerykanie.

Jak  dawniej,  w  Wietnamie  Południowym  istniała  rozległa

opozycja  przeciwko  rządowi,  która  —  gdyby  zdołała  się
zjednoczyć  —  byłaby  prawdopodobnie  w  stanie  zagrozić
władzy  Thieu.  Prezydent  potrafił  jednak  wygrywać  głębokie
podziały  pomiędzy  przeciwnikami  i  w  rezultacie  utrzymywał
się  u  steru  rządów  bez  większych  trudności.  Zdarzały  się,  od
czasu  do  czasu,  demonstracje  lub  zamieszki,  lecz  ich  zasięg
był  nieporównanie  mniejszy  niŜ  w  latach  1963  i  1966.  Na
przykład  w  maju  1970  r.  kilkuset  mnichów  przeciwnych
rządowi zajęło na znak protestu jedną z sajgońskich pagód. W
odpowiedzi  władze  zmobilizowały  innych  mnichów,  po-
pierających  Thieu,  którzy  z  pomocą  policji  zaatakowali
okupowaną świątynię i po walce, w czasie której nie obyło się
bez ofiar śmiertelnych, odebrali ją. PowaŜną próbę sił stanowiły
wybory  prezydenckie  we  wrześniu  1971  r.  Najgroźniejszym
konkurentem  Thieu  był  „Wielki"  Minh  związany  z  „Trzecią
Siłą".  Prezydent  wyeliminował  go  jednak,  wydając  dekret,
który wymagał m.in., by kandydat na to stanowisko przebywał
w RW co najmniej od 10 lat. Tymczasem Minh znalazł się w
wyniku rozgrywek o władzę w połowie lat 60. na emigracji w
Tajlandii.

Innego  rodzaju  próba  sił  rozpoczęła  się  8  lutego  1971  r.,

kiedy  wojska  południowo-wietnamskie  weszły  na  terytorium
Laosu z zamiarem przecięcia szlaku Ho Chi Minha.

Wydarzenia  w  tym  kraju  przybierały  podobny  obrót  jak  w

KambodŜy. Siły rządowe, składające się z ponad 60-tysięcznej
armii  oraz  z  10  tys.  partyzantów  operujących  na  terenach
zajętych przez komunistów, zmagały się z przewaŜa-

background image

247

jącymi  liczebnie  oddziałami  komunistycznymi  (ok.  50  tys.
Północnych  Wietnamczyków  i  drugie  tyle  Patet  Lao).  Zaledwie
1/3 terytorium kraju znajdowała się pod kontrolą rządu.

Celem  ofensywy  ARW  była  baza  WAL  w  miasteczku

Tchepone  —  40  km  od  granicy  RW.  Oddziały  południowo--
wietnamskie  posuwały  się  wolno  wąskimi  dolinami,  budując  na
szczytach  wzgórz  łańcuch  umocnień.  Amerykańskie  wojska
lądowe  nie  brały  udziału  w  operacji,  jedynie  lotnictwo  udzielało
wsparcia.

Po  kilku  tygodniach  względnie  łatwych  walk,  gdy  Południowi

Wietnamczycy  dotarli  do  Tchepone,  nastąpiło  gwałtowne
przeciwuderzenie  WAL.  Na  dwie  dywizje  ARW  uderzyły  cztery
dywizje  północno-wietnamskie  wsparte  przez  czołgi,  cięŜkie
rakiety  i  artylerię.  W  gęstej  dŜungli  Laosu  rozgorzała  jedna  z
najcięŜszych  bitew  tej  wojny.  Południowi  Wietnamczycy
wytrzymali  pierwsze  uderzenie  WAL,  co  pozwoliło  lotnictwu
zadać  atakującym  ogromne  straty  obliczane  nawet  na  10  tysięcy
zabitych. Ale przewaga nieprzyjaciela, walczącego na dodatek na
doskonale  sobie  znanym,  zajmowanym  od  lat  terenie,  była  zbyt
wielka i oddziały ARW zaczęły się cofać.

Odwrót trwał ok. jednego miesiąca. Południowi Wietnamczycy

walczyli  męŜnie  i  choć  w  końcu  ulegli,  to  jednak  wcześniej
częściowo  zrealizowali  załoŜone  cele.  W  czasie  długotrwałego
odwrotu  nie  ulegli  panice,  lecz  prowadzili  uporządkowane
działania  opóźniające.  Warto  to  podkreślić.  poniewaŜ  znaczna
część  amerykańskich  mass  mediów  przedstawiła  operację  jako
całkowicie  nieudaną,  a  odwrót  jako  desperacką  i  chaotyczną
ucieczkę.  Podstawowym  dowodem  było  znowu  jedno  ujęcie
filmowe: obraz Ŝołnierzy ARW, którzy ewakuowali się uczepieni
płóz  helikopterów.  To  przypadkowe  i  nie  świadczące  o
rzeczywistym przebiegu walk ujęcie zostało przez środki przekazu
wykorzystane  jako  podsumowanie  dwumiesięcznych  zmagań  i
urosło  do  rangi  symbolu  rzekomego  tchórzostwa  ARW,  która  —
choć gnębiły

background image

248

ją  nadal  te  same  co  dawniej  bolączki  —  w  tej  akurat  bitwie
walczyła ze znacznie silniejszym przeciwnikiem jak równy z
równym.

W  rezultacie  operacji  laotańskiej  poniosło  śmierć  około

dwóch  tysięcy  Ŝołnierzy  sajgońskich  i  15  tysięcy  Ŝołnierzy
WAL  (dysproporcja  była  skutkiem  panowania  sprzymierzo-
nych  w  powietrzu).  Zginęło  teŜ  176  amerykańskich  pilotów.
Oddziały  ARW  zniszczyły  wiele  ton  zapasów  WAL  oraz
szereg  urządzeń  szlaku  Ho  Chi  Minha,  co  prawdopodobnie
spowodowało  odłoŜenie  generalnej  ofensywy  północno-wiet-
namskiej  o  rok.  PowaŜni  skądinąd  autorzy  (np.  George
Herring),  przytaczając  powyŜsze  dane,  utrzymują  równocześ-
nie, Ŝe była to klęska, która postawiła znak zapytania nad  całą
strategią  „wietnamizacji".  Sprzeczność  pomiędzy  taką  oceną
a  faktami  przypisać  moŜna  chyba  tylko  sugestii  środków
masowego przekazu.

Operacja  laotańska  była  od  początku  skazana  na  przegraną.

Gdy generał Westmoreland planował analogiczną akcję, mówiło
się przecieŜ o konieczności uŜycia co najmniej 60 tysięcy ludzi.
W  jaki  sposób  mogło  ją  wykonać  17  tysięcy  Ŝołnierzy  ARW?
Giap  prawdopodobnie  postanowił  wykorzystać  ten  błąd  do
zadania silnego ciosu procesowi „wietnamizacji" i do osłabienia
morale armii sajgońskiej. Wciągnął więc nieprzyjaciela w zasa-
dzkę  —  w  gęsto  zalesionych  górach,  co  znacznie  utrudniło
działania  lotnictwa  taktycznego,  a  jednocześnie  w  samym
centrum siatki zamaskowanych dróg, które składały się na szlak
Ho Chi Minha. Dawało to oddziałom komunistycznym rzadką
w  warunkach  wietnamskich  moŜliwość  swobodnego  manewru.
Rzecz jasna, w tej sytuacji taktyka partyzancka była bezuŜytecz-
na, toteŜ Giap rozegrał bitwę w sposób konwencjonalny. Wolne
tempo posuwania się nieprzyjaciela naprzód dało mu sposobność
do ściągnięcia w rejon Tchepone sił potrzebnych do uderzenia:
36 tysięcy ludzi, oddziałów pancernych i cięŜkiego sprzętu.

Komuniści  byli  zaniepokojeni  —  co  wyraźnie  ukazują

wewnętrzne dokumenty Lao Dong — stopniowym uzdrawia-

background image

249

niem stosunków na Południu, lecz z drugiej strony zdawali sobie
sprawę z faktu, Ŝe rząd sajgoński jest w dalszym ciągu wraŜliwy
na  ciosy.  Wiedzieli,  Ŝe  choć  ich  wpływy  na  Południu  zmalały,
choć popierające ich odłamy społeczeństwa zaprzestały pomocy
lub  nawet  zwróciły  się  przeciwko  nim,  to  nie  równało  się  to
wcale przejściu na stronę Thieu. Znaczna część ludności skłonna
była traktować rząd sajgoński raczej jak mniejsze zło. Jak to ujął
jeden  ze  specjalistów  Białego  Domu,  Douglas  Blaufarb:
„Pomimo korzyści gospodarczych i rozwoju, który był skutkiem
programów  reform,  rządowi  nie  udało  się  wytworzyć  wśród
chłopów  silnej,  pozytywnej  motywacji  do  zaangaŜowania      się
po   stronie   oficjalnej.  To   był  wciąŜ

— w  oczach  chłopów  —  «ich»  rząd,  daleki,  arbitralny  i  często
naduŜywający władzy".

Jaki  był  w  rzeczywistości  stan  Republiki  Wietnamu,  okazało

się na wiosnę  1972 r., gdy wybiła dla niej godzina próby

— i  to  próby  najtrudniejszej  z  dotychczasowych.  Kierownictwo
Lao  Dong  postanowiło  wstrzymać  niekorzystny  z  jego  punktu
widzenia  rozwój  wydarzeń  i  zachwiać  podstawami  stabilizu
jącego się kraju.

30  marca  1972  r.  Wietnamska  Armia  Ludowa  podjęła

generalną  ofensywę.  Giap  wysłał  do  boju  12  dywizji  piechoty,
zostawiając  w  odwodzie  tylko  jedną.  Do  walki  ruszyło  120
tysięcy  Ŝołnierzy,  nie  licząc  oddziałów  partyzanckich.  Inwazja
przypominała  początek  wojny  w  Korei  w  1950  r.  Uderzenie
miało  nieomal  całkowicie  konwencjonalny  charakter.  Obok
piechoty brały w nim udział jednostki pancerne — wyposaŜone
w  czołgi  T-54  i  pływające  PT-76.  Jeden  z  amerykańskich
pilotów powiedział reporterowi magazynu „Time" po powrocie z
lotu rekonesansowego: „Nie wierzyłem własnym oczom... Nigdy
przedtem  nie  widziałem  czegoś  podobnego:  kolumny  czołgów,
kolumny  cięŜarówek,  nawet  ludzie  maszerujący  otwarcie
drogami".  Obok  czołgów  siły  komunistyczne  uŜyły  w  czasie
ofensywy  wszystkich  rodzajów  sprzętu  i  uzbrojenia:  cięŜkiej
artylerii — z działami 130 mm włącznie, transporterów

background image

250

opancerzonych,  rakiet  na  wyrzutniach  samobieŜnych,  a  dla
obrony  przeciwlotniczej  najnowszych  przenośnych  radzieckich
rakiet typu Strzała, samonaprowadzających się na cel.

Kampania,  zgodnie  ze  zwyczajem  gen.  Giapa,  była  od  dawna

starannie  przygotowywana.  W  Laosie  i  KambodŜy  zgromadzono
po  atakach  przeciwników  olbrzymie  zapasy.  Do  „strefy
zdemilitaryzowanej""  doprowadzono  nawet  rurociąg  paliwowy.
Skończyła  się  juŜ  epoka  kolumn  pieszych  tragarzy.  Dywizje
zmechanizowane  trudno  było  zaopatrywać  w  paliwo  za  pomocą
butelek  przewoŜonych  na  rowerach,  jak  celnie  zauwaŜył  sir
Robert Thompson.

Ofensywa  oznaczała  przejście  do  nowego  etapu  wojny.  Hanoi

stawiało 

na 

klasyczne 

działania 

regularnych 

oddziałów,

wyposaŜonych  w  nowoczesny  i  cięŜki  sprzęt.  Skończył  się  —
rozpoczęty z chwilą wejścia do walki Amerykanów w 1965 r. —
okres  partyzantki,  rozproszenia  sił  i  nękania  nieprzyjaciela.  Od
roku  1972  operacje  nieregularne  schodzą  na  drugi  plan  i  pełnią
jedynie funkcje wspomagające (wywiad, dywersja itp.).

O  takiej  właśnie  zmianie  taktyki  marzono  w  Pentagonie  od

chwili,  kiedy  amerykański  patrol  po  raz  pierwszy  wpadł  w
zasadzkę  w  wietnamskiej  dŜungli.  Teraz  armia  USA  mogłaby
wreszcie 

udowodnić 

swą 

wyŜszość 

nad 

nieuchwytnymi

„Ŝółtkami".  Mogłaby  —  gdyby  jeszcze  znajdowała  się  w
Wietnamie:  w  momencie  ataku  było  tam  juŜ  jednak  tylko  95  tys.
Ŝ

ołnierzy  zza  oceanu,  w  tym  zaledwie  6  tys.  w  oddziałach

pierwszej l i n i i

1

.  Politbiuro Lao Dong doskonale zdawało sobie z

tego  sprawę  —  inaczej  prawdopodobnie  nie  zmieniłoby  taktyki.
Znając  stan  opinii  publicznej  w  USA,  komuniści  załoŜyli,  Ŝe  nie
muszą  się  obawiać  ewentualnego  powrotu  Amerykanów.  Tym
bardziej  Ŝe  rok  1972  był  rokiem  wyborów  prezydenckich  (swoją
drogą 

zbieŜność 

ofensyw 

północno-wietnamskich 

 

 

z

kampaniami   przedwyborczymi

1

 W RW znajdowała się teŜ jeszcze cześć sił alianckich, przede wszystkim dwie dywizje południowokoreańskie.

background image
background image

252

w  USA  nie  wydaje  się  przypadkowa)  i  ubiegający  się  o  reelek-
cję Nixon nie mógł pozostawić nawet cienia wątpliwości, Ŝe nie
zamierza  ponownie  wciągać  Ameryki  do  wojny.  ZałoŜenia
Hanoi  okazały  się  słuszne.  Pod  koniec  roku  w  Wietnamie
pozostało  tylko  24  tys.  amerykańskich  doradców,  nie  biorących
bezpośredniego udziału w walkach.

Przewodnicząca  delegacji  Viet  Congu  w  rokowaniach

paryskich, Nguyen Thi Binh, stwierdziła na początku ofensywy:
„Naszym  celem  jest  wyzwolenie  całego  Południowego
Wietnamu  i  stworzenie  rządu  pojednania  narodowego  w  Saj-
gonie". CzyŜby komuniści rzeczywiście sądzili, iŜ uda im się za
jednym  zamachem  rozbić  RW?  Być  moŜe  tym  razem  pewność
siebie przytłumiła realizm generała Giapa i jego towarzyszy. Ale
bardziej  prawdopodobne  wydaje  się,  Ŝe  ich  cele  były
skromniejsze.  Chcieli  zahamować  i  w  miarę  moŜliwości  cofnąć
proces  konsolidowania  się  Południa.  Po  drugie,  pragnęli
zdyskredytować  „wietnamizację",  ukazać  słabość  AR  W  i
pozbawić  społeczeństwo  RW  nadziei.  Po  trzecie,  planowali
zajęcie  jak  największego  terytorium,  by  pozyskać  dodatkowe
atuty w rozmowach paryskich.

Atak  był  tak  niespodziewany  i  potęŜny,  Ŝe  siły  inwazyjne

parły  szybko  naprzód,  łamiąc  słabą  obronę  wojsk  sajgoń-skich.
Najsilniejsze uderzenie nastąpiło na północy, gdzie kilka dywizji
WAL 

przedarło 

się 

przez 

umocnienia 

„strefy

zdemilitaryzowanej",  a  kilka  innych  zaatakowało  RW  z  Laosu.
Ich  celem  były  miasta  Quang  Tri,  Hue  i  Da  Nang  —  stolice
trzech północnych prowincji kraju. Na drugim kierunku natarcia
leŜało  miasto  Kontum  —  panujące  nad  PłaskowyŜem
Centralnym. Trzecie uderzenie skierowane było na Sajgon, a jego
punktem  wyjścia  były  przygraniczne  tereny  KambodŜy  —  te
same, które Amerykanie „oczyścili" dwa lata wcześniej.

Liczebność  oddziałów  pierwszoliniowych  obu  stron  była

równa,  a  na  niektórych  odcinkach  siły  komunistyczne  nawet
przewaŜały.  W dodatku  przez kilka pierwszych  dni  niebo

background image

253

pokrywała  gęsta  powłoka  monsunowych  chmur,  więc  lotnictwo
było bezuŜyteczne.

Na północy 3 Dywizja ARW cofała się bezładnie pod naporem

304  i  308  Dywizji  WAL.  Po  dwóch  tygodniach  obrony  padła
stolica  prowincji  Quang  Tri  i  praktycznie  cała  prowincja,
przylegająca  do  l i n i i   demarkacyjnej,  znalazła  się  w  rękach
nieprzyjaciela.

Na  PłaskowyŜu  Centralnym  Północni  Wietnamczycy  zdobyli

waŜną  bazę  wojskową  Dac  To.  niemal  okrąŜyli  Pleiku  i  zbliŜali
się do Kontum.

Uderzenie  5,  7  i  9  Dywizji  WAL  oraz  jednej  dywizji  Viet

Congu  w  kierunku  na  Sajgon  zostało  zatrzymane  jedynie  przez
rozpaczliwą 

obronę 

Dywizji 

południowo-wietnamskiej,

otoczonej w miasteczku An Loc.

Na  tym  sukcesy  wojsk  komunistycznych  się  zakończyły.  Ku

zaskoczeniu wszystkich armia sajgońska ochłonęła po pierwszym
ciosie  i  powstrzymała  ofensywę.  W  prowincji  Quang  Tri
przegrupowane i wzmocnione świeŜymi posiłkami oddziały ARW
zastopowały marsz przeciwnika 30 km za stolicą prowincji. Hue i
Da Nang obroniły się.

Na  środkowym  odcinku  frontu  Północnym  Wietnamczykom

nie udało się zdobyć ani Kontum, ani Pleiku.

Natomiast  o  An  Loc  rozgorzała  zacięta  bitwa,  w  czasie  której

Ŝ

ołnierze ARW walczyli z heroizmem, niespotykanym do tej pory

po  stronie  sajgońskiej.  Być  moŜe  ich  męstwo  brało  się  z  chęci
odwetu  za  masakrę,  której  dokonały  oddziały  komunistyczne.
Ostrzelały  one  szosę,  którą  uchodziły  z  miasta  tłumy  kobiet  i
dzieci.  Liczbę  ofiar  śmiertelnych  oceniano  na  7  tysięcy.  W
kaŜdym  razie  obrona  okrąŜonego  An  Loc,  zaopatrywanego
wyłącznie drogą powietrzną i znajdującego się pod  intensywnym
ostrzałem  rakiet  i  cięŜkiej  artylerii.  trwała  niemal  trzy  miesiące  i
zakończyła się sukcesem ARW.

Po trzech miesiącach wojska południowo-wietnamskie przeszły

do  kontrofensywy,  wypierając  nieprzyjaciela  na  pozycje
wyjściowe. Quang Tri odzyskały trzy dywizje ARW, choć

background image

254

miasta  broniło  aŜ  sześć  dywizji  północno-wietnamskich.  Siły
komunistyczne były zdziesiątkowane cięŜkimi walkami, a prze-
de wszystkim nieustannymi atakami lotnictwa amerykańskiego i
sajgońskiego.  W  czasie  całej  kampanii  poległo  30  tysięcy
Ŝ

ołnierzy ARW i co najmniej 100 tysięcy Ŝołnierzy WAL/VC.

W  odparciu  ofensywy,  która  zyskała  miano  „wielkanocnej",

rolę decydującą — obok ARW — odegrało lotnictwo. Prezydent
Nixon,  który  polecił  kontynuować  redukcję  amerykańskich  sił
lądowych  (w  ciągu  samego  kwietnia  liczba  Ŝołnierzy  USA
zmniejszyła  się  z  95  do  69  tysięcy),  rozkazał  jednocześnie
nasilić  operacje  powietrzne.  Na  wody  Zatoki  Tonkińskiej
skierowano  trzy  dodatkowe  lotniskowce.  Rozpoczęły  się  znów
naloty na DRW. Na Południu myśliwce bombardujące niszczyły
bazy  i  linie  zaopatrzeniowe  nieprzyjaciela  oraz  atakowały
nacierające oddziały.

Nixon odrzucił zasadę „gradualizmu". JuŜ pierwsze uderzenia

były skierowane w samo serce machiny wojennej DRW

— w  składy  paliwa  i  magazyny  wojskowe  wokół  Hanoi
i  Hajfongu.  Prezydent  zezwolił  teŜ  wówczas  na  uŜycie  do
nalotów na Północ — po raz pierwszy od początku wojny

— „latających superfortec" B-52.

UŜycie lotnictwa dało o wiele lepsze rezultaty niŜ poprzednio

równieŜ z dwóch innych powodów. Jednym był konwencjonalny
charakter  ataku  WAL.  Drugim  zaś  wyposaŜenie  amerykańskich
sił  powietrznych  w  nowe,  umoŜliwiające  ataki  z  niespotykaną
dotąd  precyzją  bomby  kierowane.  Dysponujące  nimi  samoloty
miały  na  pokładach  zainstalowane  komputery  oraz  kamery
telewizyjne  lub  urządzenia  laserowe,  które  sterowały  lotem
bomby.  Te  półtoratonowe  smart  bombs  były  zdolne  do  raŜenia
celów  z  dokładnością  do  kilku  metrów.  Pozwoliły  one  na
atakowanie obiektów połoŜonych nawet w gęsto zamieszkanych
rejonach.

Przykładem  ich  skuteczności  było  zniszczenie  waŜnego

strategicznie  mostu  w  Thanh  Hoa.  Amerykańskie  lotnictwo
dokonało nań w latach 1965-1968 kilkuset nalotów, straciło

background image

255

z  powodu  zmasowanej  obrony  przeciwlotniczej  90  maszyn  i
nie  trafiła  go  ani  jedna  bomba.  Tymczasem  w  maju  1972  r.
wystarczył  jeden  nalot  czterech  samolotów  F-4  Phantom  z
bombami kierowanymi laserowo, by most przestał istnieć.

Lotnictwo  pomogło  wyhamować  pierwszy  impet  ofensywy,

lecz sytuacja była nadal groźna, co skłoniło Nixona do pójścia
o  krok  dalej.  Wiadomo  było  od  dawna,  iŜ  skutecznym
sposobem  ugodzenia  DRW  byłoby  odcięcie  dostaw  z  ChRL  i
bloku sowieckiego. Dotąd — jak wiadomo — Waszyngton nie
decydował się na to, z obawy przed zadraŜnieniem stosunków
z  Pekinem  i  Moskwą.  Teraz  Nixon  postanowił  zagrać  va
banque.

9  maja  siły  powietrzne  USA  zbombardowały  linie  kolejowe

łączące  Wietnam  z  Chinami.  Zaminowane  zostały  porty
północno-wietnamskie.  US  Navy  rozpoczęła  blokadę  morską
DRW.  Statki,  które  znajdowały  się  wówczas  w  portach
Północnego  Wietnamu  (większość  spośród  nich  pod  banderą
radziecką, wśród pozostałych były takŜe trzy jednostki polskie)
czekały  z  wyjściem  w  morze  do  podpisania  porozumienia
pokojowego.

„Gołębie"  w  Kongresie  byli  —  według  słów  senatora

George'a  Aikena  —  „zaszokowani"  i  „przygnębieni".  Tym
razem  jednak  obyło  się  bez  demonstracji  na  ulicach  —  ruch
pokojowy  znajdował  się  w  stanie  rozkładu.  A  główny  nurt
amerykańskiej  opinii  publicznej  daleki  był  od  potępiania
decyzji Nixona. Społeczeństwo było mniej zaniepokojone samą
wojną:  „amerykańskich  chłopców"  pozostało  juŜ  przecieŜ  w
Wietnamie  niewielu.  SondaŜe  opinii  wskazywały,  Ŝe  popu-
larność  prezydenta  znacznie  wzrosła.  „Pokojowe"  rezolucje
zyskały w Kongresie niewielkie poparcie.

TakŜe  obawy  o  reakcje  Kremla  i  Pekinu  okazały  się

bezzasadne.  Po  lutowej  wizycie  Richarda  Nixona  w  Chinach,
po uściśnięciu przezeń dłoni Mao Tse-tungowi, słowem — po
szokującym  dla  świata  zwrocie  w  polityce  USA  prezydent
słusznie załoŜył, Ŝe Pekin nie zaryzykuje zerwania stosunków

background image

256

z Waszyngtonem. Tak teŜ się stało. Chińczycy ograniczyli się
do złoŜenia kilku gromkich protestów.

Dokładnie  w  dwa  tygodnie  po  wprowadzeniu  blokady

DRW miał się odbyć szczyt amerykańsko-sowiecki w Moskwie
i  waszyngtońscy  komentatorzy  wyraŜali  obawy,  iŜ  Rosjanie
mogą  go  odwołać.  Nixonowska  „dyplomacja  poprzez  siłę"
takŜe  i  w  tym  przypadku  okazała  się  jednak  skuteczna.
Związek Radziecki, zaniepokojony zbliŜeniem amerykańsko--
chińskim  i  spragniony  taniej  pszenicy  z  USA,  nie  podjął  w
odpowiedzi  na  zaminowanie  portów  Ŝadnych  konkretnych
kroków.  Wprawdzie  w  czasie  szczytu  BreŜniew  kilkakrotnie
wyraŜał  oburzenie  z  powodu  „barbarzyńskich"  i  „przypomi-
nających  hitlerowskie"  metod  Amerykanów,  ale  rozmowy  z
Nixonem były rzeczowe i zaowocowały szeregiem umów.

Wszystkie  trzy  mocarstwa  kroczyły  więc  ku  odpręŜeniu,

starając  się  w  miarę  moŜliwości  „nie  zauwaŜać"  wojny  w
Indochinach. Niektórzy historycy wysuwają przypuszczenia. iŜ
wojownicza polityka Hanoi była w tym okresie nie na rękę obu
wielkim  sojusznikom  DRW,  którym  —  z  róŜnych  powodów
—  zaleŜało  na  odpręŜeniu.  Jeśli  jednak  Moskwa  i  Pekin
rzeczywiście  wywierały  jakieś  naciski  na  Północnych  Wiet-
namczyków, to nie czyniły tego zbyt energicznie. Dysponowały
przecieŜ  niezawodnym  środkiem,  mogącym  skłonić  Hanoi  do
umiarkowania  —  wystarczyło  wstrzymać  olbrzymią  pomoc
militarną  i  gospodarczą.  Tymczasem  nie  istnieją  Ŝadne  wiary-
godne  dowody,  by  ZSRR  lub  ChRL  kiedykolwiek  uŜyły  w
czasie wojny choćby groźby zaprzestania dostaw, nie mówiąc
o faktycznym ich wstrzymaniu.

Zakończona  niepowodzeniem  kampania  musiała  osłabić

WAL/VC.  Szczególnie  dawały  się  we  znaki  braki  kadrowe.
Nierzadko  batalion,  który  powinien  liczyć  ponad  300  Ŝołnierzy,
miał  ich  nie  więcej  niŜ  80.  Ofensywa  wielkanocna  musiała
obejść  się  bez  zasłony  dymnej  w  postaci  oddziałów  partyzan-
ckich  Viet  Congu.  Jednostki  VC,  które  wzięły  w  niej  udział,
miały znaczenie tak drugorzędne, iŜ nie mogły spełnić roli

background image

257

listka  figowego,  osłaniającego  wstydliwą  prawdę  o  północ  -no-
wietnamskiej inwazji.

Jednym z jej najwaŜniejszych celów było jednak zahamowanie

upadku NFW i cel ten udało się w znacznej  mierze zrealizować.
Ofensywa związała bowiem całość sił ARW. Thieu musiał posłać
do  walki  takŜe  rezerwy,  które  dotychczas  kontrolowały  sytuację
na wsi.

Kiedy  armia  sajgońska  zaabsorbowana  była  odpieraniem

uderzenia  WAL,  nastąpił  znaczny  wzrost  infiltracji  na  tereny
tracone  od  1968  r.,  zwłaszcza  do  delty  Mekongu  i  w  pobliŜe
stolicy.  Od kampanii 1972  roku  rozpoczyna  się  okres  odbudowy
infrastruktury  NFW.  Viet  Cong  nie  odzyskał  juŜ  jednak  nigdy
znaczenia,  jakie  miał  przed  ofensywą  Tet,  w  której  wykrwawili
się  partyzanci  w  czarnych  „piŜamach".  śołnierze  z  Południa
stanowili po 1972 r. najwyŜej 20% w siłach WAL/VC. Nawet w
jednostkach,  które  nosiły  tradycyjne  nazwy  jednostek  Viet
Congu,  słuŜyli  w  rzeczywistości  poborowi  z  Wietnamu
Północnego.

Jerzy  Chociłowski  tak  opisywał  atmosferę  w  Sajgonie  po

wielkanocnym  uderzeniu:  „Ceny  Ŝywności  nie  poszły  w  górę,
czarnorynkowy kurs dolara nawet się obniŜył... Sklepy chińskich
jubilerów  zawalone  złotem...  Na  czarnym  rynku  —  co  dusza
zapragnie — od radiokaset i wykwintnej armatury łazienkowej po
hamaki  i  spadochrony.  W  kioskach  najświeŜsze  numery
«Playboya»  i  «Paris  Match».  Na  trawniku  koło  katedry  jak  co
wieczór  gwiaździste  zloty  zakochanych  par,  gruchających  obok
swych  skuterów...  Na  meczu  tenisowym  z  Japonią  o  puchar
Davisa  komplet  widzów".  Niefrasobliwi  Południowcy  nadal  nie
brali wojny na serio.

Tymczasem wysiłek wojenny, bombardowania i szybki wzrost

liczby  ludności  przyspieszyły  trwający  od  początku  lat
sześćdziesiątych spadek produkcji ryŜu w DRW. W 1961 roku na
kaŜdego mieszkańca przypadały 282 kg ryŜu, w 1968 — juŜ tylko
206  kg,  a  w  1973  —  zaledwie  186,  czyli  tyle,  co  w  najgorszym
okresie rządów kolonialnych.

17 — Wietnam 1962-1975

background image

258

Od  stycznia  1969  r.  do  stycznia  1973  r.,  kiedy  podpisano

porozumienie  pokojowe,  odbyły  się  w  ParyŜu  174  sesje
negocjacyjne.  Ich  znaczenie  było  nikłe,  jeśli  nie  wręcz  Ŝadne.
Hanoi wykorzystywało je wyłącznie dla celów propagandowych,
dla oskarŜania Amerykanów i windowania rangi Tymczasowego
Rządu  Rewolucyjnego.  Wszystko  rozstrzygało  się  w  czasie
tajnych rozmów Henry Kissingera z Le Duc Tho, naleŜącym do
ś

cisłego kierownictwa Lao Dong. Właśnie w czasie tych tajnych

spotkań Kissinger zgłaszał kolejne ustępstwa Waszyngtonu.

Kiedy  negocjacje  się  zaczynały,  USA  Ŝądały  od  Hanoi

zawieszenia  broni,  wycofania  oddziałów  WAL  z  Południa  i
wymiany  jeńców.  W  zamian  proponowały  wycofanie  z  Wiet-
namu  własnych  wojsk.  W  kwestiach  politycznych  Waszyngton
optował  za  utrzymaniem  w  RW  status  quo  oraz  za  prze-
prowadzeniem  —  po  wygaśnięciu  walk  —  plebiscytu,  który
zadecydowałby o przyszłości kraju.

Komuniści  domagali  się:  wyjścia  Amerykanów  z  Wietnamu,

wstrzymania  pomocy  dla  rządu  sajgońskiego  oraz  zwolnienia
wszystkich jeńców i więźniów politycznych, przetrzymywanych
w  RW.  śądali  teŜ  odsunięcia  Thieu  od  władzy  i  utworzenia  na
Południu  rządu  koalicyjnego  z  udziałem  Narodowego  Frontu
Wyzwolenia.  Jedynym,  co  oferowali  w  zamian,  było
wstrzymanie  działań  zbrojnych,  lecz  bez  powrotu  oddziałów
WAL na Północ.

Dla  Hanoi  celem  negocjacji  nie  było  poszukiwanie  sa-

tysfakcjonującego 

obie 

strony, 

pokojowego 

rozwiązania

konfliktu.  Był  to  raczej  inny  sposób  prowadzenia  wojny.  Allan
Goodman,  autor  źródłowej  pracy  o  rokowaniach  paryskich  tak
podsumował taktykę DRW: „KaŜde ustępstwo oferowane Hanoi
wbijało  kolejny  klin  między  Waszyngton  a  Sajgon.  Wszystkie
ustępstwa,  do  których  gotowość  sugerowało  Hanoi  publicznie,
były  następnie  w  tajnych  rozmowach  wycofywane  —  a  to
poszerzało  lukę  między  amerykańskim  rządem  i  opinią
publiczną".

background image

259

Jednym  z  najwaŜniejszych  celów  strony  komunistycznej  było

osłabienie sojuszu USA z RW. Sukces osiągnięty przez Hanoi na
tym polu był w głównej mierze zasługą Henry Kissingera.

Pragnął  on  przede  wszystkim  wyprowadzić  Amerykę  z  In-

dochin  z  „twarzą".  Losy  Południowego  Wietnamu  w  ogóle,  a
prezydenta  Thieu  w  szczególności,  interesowały  go  znacznie
mniej. Uparte obstawanie Sajgonu przy Ŝądaniu wycofania armii
DRW  z  Południa  uwaŜał  za  nierealną  i  przeszkadzającą  w
rokowaniach mrzonkę.

Kissingera  denerwowała  sztywna  nieustępliwość  komunistów,

ale  przyjmował  ją  jako  przykrą,  acz  nieuchronną  konieczność.
Wiedział  natomiast,  iŜ  Południowych  Wietnamczyków  będzie
mógł  stosunkowo  łatwo  zmusić  do  ustępstw,  toteŜ  od  samego
początku  nie  liczył  się  z  ich  zdaniem.  CóŜ  zresztą  mogło  być
wyraźniejszą 

oznaką 

lekcewaŜenia, 

niŜ 

tajne 

rozmowy

prowadzone z DRW za plecami rządu RW?

Kissinger  potwierdzał  w  ten  sposób  starą  tezę  propagandy

przeciwników  —  ustawiał  Sajgon  w  roli  marionetki,  a  USA  w
pozycji  agresora,  który  wtrąca  się  w  wewnętrzne  sprawy
Wietnamu.

MoŜna  było  z  łatwością  przewidzieć,  iŜ  zwiększy  to  autorytet

Lao Dong, doda wiarygodności Viet Congowi, a z drugiej strony
—  podwaŜy  pozycję  Thieu.  Komunistyczne  podziemie  zostało
przecieŜ uznane za równoprawnego partnera negocjacji, a legalny
rząd spadł do roli kłopotliwego sojusznika.

Przyrównanie  Kissingera  do  Metternicha,  Bismarcka  lub

Talleyranda stało się juŜ wytartym dziennikarskim chwytem. Być
moŜe  jego  sukcesy  w  zbudowaniu  odpręŜenia  z  Chinami  oraz
Sowietami  usprawiedliwiają  aŜ  tak  wysoką  ocenę  jego  polityki.
Gdy jednak spojrzeć na rezultaty taktyki Kissingera w ParyŜu, to
porównanie 

mistrzami 

dyplomacji 

wydaje 

się

nieporozumieniem.

Rozmowy wlokły się przez cztery długie lata, w ciągu których

zginęło w Wietnamie niemal tyle samo Amerykanów, co w całym
poprzednim okresie wojny.

background image

260

Kissinger nie  potrafił  znaleźć  Ŝadnego  skutecznego  lekarstwa

na  Ŝelazny  upór  i  absolutne  przekonanie  wietnamskich  komu-
nistów  o  ostatecznym  zwycięstwie.  Jego  bezradność  —  i  at-
mosferę  negocjacji  w  ogóle  —  znakomicie  ilustruje  przebieg
rozmów 2 maja 1972 r., a więc w czasie ofensywy wielkanocnej.
Jeden  z  delegatów  Hanoi  odczytał  stronie  amerykańskiej
oficjalne,  publikowane  w  prasie  oświadczenie  rządu  DRW.
Rozgoryczony  Kissinger  powiedział  później:  „Sześć  miesięcy
zabrało  nam  doprowadzenie  do  tego  spotkania,  a  kiedy  je
zaczęliśmy, usłyszeliśmy to, co mogłoby zostać wycięte z gazety
i przesłane nam pocztą".

Potem odbył się następujący dialog:

Kissinger: „Co ze zmniejszeniem skali walk i z zawieszeniem

broni?".

Le Duc Tho: „Wojen nie prowadzi się dla zawieszenia broni.

Wojny prowadzi się dla zwycięstwa".

Kissinger: „A co z samym tylko zmniejszeniem skali walk?".
Le Duc Tho: „Nie walczymy po to, Ŝeby walczyć mniej".

Jedynym  argumentem  uznawanym  przez  Lao  Dong  była  siła.

W  kilka  dni  później  USA  wprowadziły  blokadę  DRW  i
wznowiły naloty. Uderzenie  WAL się  załamało.  Wkrótce Hanoi
zmiękło  i  poszło  w  ParyŜu  na  ustępstwa,  które  umoŜliwiły
podpisanie układów rozejmowych.

Strategia wietnamska Waszyngtonu była skomplikowana.

Składały się na nią m.in. „wietnamizacja", „teoria wariata" i
przeplatanie   rokowań   uŜyciem   siły.   Wpływ   wywierała    -
polityka globalna. Tajne ustępstwa w ParyŜu często miały utorować
drogę dla normalizacji stosunków z Chinami i ZSRR.

Choć  strategia  Nixona  i  Kissingera  była  tak  wymyślna,  jej

ostateczny  wynik  był  bardzo  prosty:  im  więcej  amerykańskich
Ŝ

ołnierzy  opuszczało  Wietnam,  im  silniejsi  byli  przeciwnicy

wojny w USA — tym mniej skłonna do porozumienia okazywała
się  DRW.  Nie  było  więc  wyłączną  winą  Kissin-gerowskiej
dyplomacji,  Ŝe  paryskie  rozmowy  co  rusz  utykały  w      ślepym
zaułku.   Rezygnując   z  bombardowań   Północy,

background image

261

a następnie wycofując wojska z Południa, Waszyngton pozbywał
się przecieŜ dwóch najwaŜniejszych kart atutowych

— nie  uzyskując  nic  w  zamian.  Politbiuro  w  Hanoi  wiedziało,
Ŝ

e  —  tak  jak  za  Johnsona  nie   mogło   przegrać   wojny

— tak  teraz  nie  mogło  przegrać  negocjacji.  Wystarczyło
cierpliwie czekać.

Czy  Kissinger  był  zręcznym  i  obrotnym  negocjatorem,  który

nawet  nie  posiadając  dobrych  kart  potrafi  rozegrać  partię
zwycięsko? „Pragnął porozumienia i cały  czas  wierzył, Ŝe jest w
zasięgu  ręki,  Ŝe  podpiszemy  je  w  ciągu  sześciu  miesięcy    —
wspominał jeden  z jego  współpracowników.

— Za  kaŜdym  razem,  gdy  Hanoi  zgadzało  się  spotkać
z  nami  potajemnie.  Henry  mówił  «To  moŜe  być  to».  Za
kaŜdym  razem  był  rozczarowany.  Naszym  największym
problemem  było  przekonanie  Henry'ego,  Ŝe  Północni  Wiet
namczycy  nie  mają  zamiaru  zrezygnować  z  tego,  o  co
im  chodziło  w  ciągu  większej  części  dekady  tylko  dlatego,
Ŝ

e rozmawia z nimi Henry".

Gdyby  tok  rokowań  paryskich  przedstawić  na  wykresie,  to

miałby on  charakter  „skokowy":  długie  okresy,  w  czasie  których
rozmowy  tkwiły  w  martwym  punkcie,  byłyby  na  nim
przedzielone kilkoma przełomowymi ustępstwami Amerykanów i
na końcu jedynym istotniejszym ustępstwem Hanoi.

Pierwszy  przełom  był  we  wrześniu  1970  r.  Waszyngton

wyraził  wówczas  zgodę  na  pozostanie  wojsk  północno-
wietnamskich  na  Południu  po  podpisaniu  porozumienia.  Wy-
cofanie  sił  amerykańskich  miało  nastąpić  po  wymianie  jeńców.
Hanoi  odrzuciło  początkowo  tę  ofertę,  Ŝądając  kategorycznie
ustąpienia  Thieu  i  utworzenia  rządu  koalicyjnego.  Takie  właśnie
rozwiązanie, zwane „zawieszeniem broni na miejscu" (cease-fire-
in-place) 
stało się ostatecznie podstawą układów paryskich z 1973
r.

Nixon zgodził się na nie, choć obawiał się, iŜ pozostanie WAL

na  Południu  uniemoŜliwi  egzystencję  rządu  sajgoń-skiego.
Zmienił zdanie po operacji kambodŜańskiej, w czasie

background image

262

której  ARW  pokazała  się  z  jak  najlepszej  strony.  Poza  tym
musiał  wziąć  pod  uwagę  opinię  Kissingera, który  twierdził,  Ŝe
Hanoi nie podpisze za Ŝadną cenę innego porozumienia.

Ze  zrozumiałych  względów  „zawieszenie  broni  na  miejscu"

było  odrzucane  przez  rząd  sajgoński.  „Takie  porozumienie  nie
wymaga  Ŝadnych  ustępstw  ze  strony  Północnych  Wietnam-
czyków  —  uznaje  jedynie  ich  agresję  —  powiedział  prezydent
Thieu.  —  Mogą  zostać  w  Południowym  Wietnamie  i  robić,  co
tylko  zechcą  na  swym  terenie.  Nie  dadzą  ludziom  demo-
kratycznych wolności,  ale  od  nas  zaŜądają  zwolnienia  agentów
komunistycznych  z  więzień  i  pozwolenia  VC  na  swobodne
poruszanie  się  w  miastach.  Gdy  jednak  nasi  przedstawiciele
będą chcieli pracować na ich terenie — zostaną zabici". A inny
przedstawiciel  władz  RW  po  ogłoszeniu  amerykańskiej  zgody
na  „zawieszenie  broni  na  miejscu"  stwierdził:  „Teraz  Północni
Wietnamczycy  będą  się  starali  zagarnąć  tyle  terytorium,  ile
zdołają, a kiedy ich stan posiadania osiągnie maksimum, zgodzą
się  na  zawieszenie  broni.  Potem  Amerykanie  się  wycofają.  A
potem wojna zacznie się od nowa". Ta przepowiednia miała się
spełnić co do joty.

Na  razie  jednak  Hanoi  obstawało  przy  warunku  odsunięcia

Thieu i odrzuciło propozycję Waszyngtonu. Na  wiosnę  1971  r.
Kissinger  przedstawił  więc  dalsze  ustępstwa:  USA  miały  się
wycofać  z  Wietnamu  najdalej  w  ciągu  sześciu  miesięcy  po
podpisaniu  porozumienia,  a  prezydent  Thieu  miał  zrezygnować
ze  stanowiska  na  trzydzieści  dni  przed  wyborami,  które
rozstrzygnęłyby o przyszłości RW.

Le  Duc  Tho  w  odpowiedzi  ponownie  stwierdził,  iŜ  jeszcze

przed  zawieszeniem  broni  w  Sajgonie  musi  powstać  „nowy
rząd,  opowiadający  się  za  pokojem,  niepodległością,  neutral-
nością i demokracją".

Przełom  w  negocjacjach  był  dopiero  wynikiem  ofensywy

wielkanocnej. Po zaminowaniu portów i wprowadzeniu blokady
DRW,  przebywający  w  Moskwie  Kissinger  przekazał
Andriejowi Gromyko informację, Ŝe USA gotowe są zgodzić

background image

263

się na pewne zmiany polityczne w RW. Zaproponował powołanie
komisji,  która  miałaby  przygotować  wybory  i  kontrolować
przestrzeganie porozumienia. Składałaby się ona z przedstawicieli
rządu  sajgońskiego,  Tymczasowego  Rządu  Rewolucyjnego  oraz
„Trzeciej Siły". Kissinger miał nadzieję, iŜ będzie to rozwiązanie
wystarczająco dwuznaczne, aby uniknąć oskarŜeń o zdradę RW.

Dlaczego  jednak  Waszyngton  poszedł  na  ustępstwa  akurat  w

chwili, kiedy moŜliwości prowadzenia wojny przez DRW zostały
drastycznie  ograniczone?  W  listopadzie  miały  się  odbyć  w
Stanach  Zjednoczonych  wybory  prezydenckie.  CóŜ  mogło
wydatniej  zwiększyć  szansę  Nixona  na  reelekcję  niŜ  podpisanie
traktatu  pokojowego?  Nie  oznacza  to,  Ŝe  sam  prezydent  nalegał
na  ustępstwa.  Przeciwnie,  Nixon  wierzył  w  wyborczy  sukces  i
zarzucał Kissingerowi niepotrzebne dąŜenie do pokoju za wszelką
cenę.

Taktyka  Kissingera  budziła  wiele  sprzeciwów.  Niepokoił  się

oczywiście Thieu, choć Kissinger zwodził go nader skutecznie do
ostatniej  chwili,  wiedząc,  Ŝe  postawiony  wobec  faktów
dokonanych  będzie  musiał  je  zaakceptować.  Przeciwko
szkodliwemu  pośpiechowi,  w  którym  toczyła  się  ostatnia  faza
negocjacji,  protestowali  teŜ  współpracownicy  Kissingera  w  Pa-
ryŜu. Kiedy jednak próbowali go powstrzymać, wskazując na luki
i dwuznaczności w uzgadnianym tekście, sekretarz stanu wpadł w
gniew i zaczął krzyczeć na własny sztab: „Nic nie rozumiecie. Ja
chcę  spełnić  ich  warunki;  chcę  uzyskać  to  porozumienie:  chcę
skończyć wojnę przed wyborami".

Le  Duc  Tho  przekazał  zgodę  na  utworzenie  trójstronnej

Narodowej  Rady  Porozumienia  i  Pojednania  we  wrześniu,  kiedy
juŜ  było  jasne,  Ŝe  ofensywa  wielkanocna  upadła,  WAL  była
wyczerpana  (niektóre  źródła  mówią  o  stracie  aŜ  70%  potencjału
militarnego),  a  blokada  DRW  uniemoŜliwiła  komunistom
kontynuowanie 

wojny 

na 

dotychczasową 

skalę. 

Hanoi

potrzebowało  pilnie  kolejnej  „pieriedyszki"  i  rozminowania
portów.   Dlatego   po   czterech   latach   upartego

background image

264

obstawania  przy  warunku:  „obojętnie  kto,  prócz  Thieu"
zrezygnowało  zeń,  przewidując,  Ŝe  po  wyjściu  Amerykanów
przejęcie  przez  komunistów  władzy  w  Sajgonie  będzie  tyłko
kwestią czasu.

Być  moŜe  decyzja  ta  była  równieŜ  związana  z  sytuacją

wewnętrzną w USA. Hanoi  prawdopodobnie  liczyło  wcześniej
na  moŜliwość  zwycięstwa  w  wyborach  George'a  McGoverna,
znanego  ze  swych  „gołębich"  przekonań  kandydata  Partii
Demokratycznej.  We  wrześniu  wyniki  wszelkich  sondaŜy  nie
zostawiały juŜ jednak miejsca na domysły — wygrana Nixona
była pewna.

Prezydent Thieu dowiedział się o szczegółach uzgodnionego

juŜ  układu  pod  koniec  października.  Na  jego  gwałtowne
sprzeciwy  Kissinger  zareagował  zawoalowaną  groźbą  wstrzy-
mania  pomocy  amerykańskiej,  lecz  musiał  skorygować  swe
stanowisko,  gdy  po  stronie  Sajgonu  opowiedział  się  Nixon,
którego  wciąŜ  nie  opuszczała  nadzieja  na  „honorowy  pokój".
Kissinger  powrócił  więc  do  ParyŜa,  gdzie  przez  cały  listopad
próbował  uzyskać  od  Północnych  Wietnamczyków  koncesje,
których  domagał  się  prezydent  USA.  Jedynym  rezultatem
było  usztywnienie  ich  stanowiska  —  znowu  zaczęli  Ŝądać
ustąpienia Thieu.

Po  miesiącu  jałowych  sporów  Nixon  przychylił  się  do

opinii  Kissingera,  iŜ  w  październiku  osiągnięto  wszystko,  co
moŜna  było  osiągnąć.  Wsparł  więc  wysiłki  swego  doradcy,
który  chciał  zmusić  rząd  RW  do  przyjęcia  wynegocjowanych
przez Amerykanów warunków.

Obawy RW o dotrzymywanie przez Lao Dong postanowień

przyszłego traktatu opierały się na historii całego konfliktu i
na  przechwytywanych  coraz  częściej  przez  wywiad  sajgoński,
instrukcjach  Viet  Congu,  w  jaki  sposób  obchodzić  lub  wręcz
łamać  zawieszenie  broni.  Kissinger  zbywał  wszelkie  obiekcje
Południowych  Wietnamczyków  stwierdzeniem,  Ŝe  posiadają
milionową  armię,  więc  nie  mają  powodów  do  niepokoju.
Thieu odpowiadał, iŜ biedny kraj, mający tylko 18 milionów

background image

265

mieszkańców,  nie  moŜe  sobie  pozwolić  na  utrzymywanie  tak
licznego  wojska,  Ŝe  RW  będzie  całkowicie  uzaleŜniona  od
pomocy USA. Kissinger mógł go jedynie zapewnić, Ŝe zrobi co
w jego mocy, by pozyskać Kongres...

Decydujące  znaczenie  w  przełamaniu  oporów  Sajgonu  miały

jednak  posunięcia  Nixona.  Jego  osobisty  wysłannik,  gen.
Alexander Haig, doręczył w grudniu Nguyenowi Van Thieu list,
w którym prezydent pisał:

„Ponawiam  wobec  Pana  me  osobiste  poręczenie,  iŜ  Stany

Zjednoczone  zareagują  w  sposób  silny  i  natychmiastowy  na
kaŜde  pogwałcenie  porozumień.  Ale  aby  móc  uczynić  to
skutecznie,  niezbędne  jest  dla  mnie  posiadanie  społecznego
poparcia oraz konieczne jest, by Pański rząd nie był uwaŜany za
przeszkodę  na  drodze  do  pokoju,  którego  pragnie  teraz  cała
amerykańska opinia publiczna".

Thieu ujawnił treść tego listu w dwa i pół roku później, kiedy

pierwsze  oddziały  WAL  wkraczały  na  przedmieścia  Sajgonu.
Richard Nixon nie był juŜ wówczas prezydentem, a wszystko, co
wiązało  się  z  jego  nazwiskiem,  miało  posmak  niesławy.  Ani
Kongres, ani prezydent Gerald Ford nie uwaŜał, Ŝe dziedziczy po
nim jakiekolwiek moralne zobowiązania.

Nixon  nie  poprzestał  jedynie  na  złoŜeniu  obietnicy.  Prze-

prowadził  teŜ  tzw.  operację  Wzmocnienie.  Polegała  ona  na
dostarczeniu Południowemu Wietnamowi w ciągu kilku tygodni,
które  pozostały  do  podpisania  porozumienia,  olbrzymich  ilości
sprzętu  wojskowego.  W  ramach  operacji  ARW  otrzymała  m.in.
taką  liczbę  samolotów,  która  uczyniła  z  niej  czwartą  siłę
powietrzną świata. Całkowita wartość dostaw wyniosła około 1,5
miliarda  dolarów.  Było  to  znacznie  więcej,  niŜ  Wietnam
Południowy  był  w  stanie  efektywnie  wykorzystać,  lecz  zamiary
Pentagonu  i  prezydenta  były  bardziej  dalekosięŜne.  Chodziło  o
zapewnienie  RW  niezaleŜności  od  chwiejnego  poparcia
Kongresu.

Osłabiło to sprzeciwy Sajgonu, lecz podpisanie porozumienia

się odwlekało. Strona komunistyczna przez cały listopad

background image

266

i  początek  grudnia  wynajdywała  coraz  to  nowe  preteksty  dla
opóźnienia  ostatecznej  decyzji.  Ale  Amerykanom  się  spieszyło.
Nixon  i  Kissinger  wielokrotnie  ostrzegali  w  tym  okresie  Hanoi,
Ŝ

e dalsza zwłoka moŜe spowodować wznowienie bombardowań

Północy,  a  będą  to  bombardowania,  jakich  DRW  dotąd  nie
zaznała.

W połowie grudnia rokowania ugrzęzły w martwym punkcie.

14 grudnia  Nixon  wysłał  do  Hanoi  ultimatum,  w  którym
groził  powaŜnymi  konsekwencjami,  jeśli  w  ciągu  72  godzin
strona komunistyczna nie zmieni swego podejścia do rozmów.

15 grudnia  podczas  spotkania  obu  delegacji  w  ParyŜu  przed
stawiciele  DRW  zaŜądali  zmiany  jednego  z  uzgodnionych
dwa  miesiące  wcześniej  punktów  traktatu.  17  grudnia  upłynął
termin  prezydenckiego  ultimatum.  18  grudnia  Richard  Nixon
wydał  polecenie  rozpoczęcia  operacji  Linebacker-2,  czyli
najcięŜszych  w  historii  całej  wojny  bombardowań  Północnego
Wietnamu.

Nad Hanoi pojawiły się po raz pierwszy potęŜne B-52. Naloty

wymierzone były w obiekty wojskowe i przemysłowe, takŜe jeśli
znajdowały się w pobliŜu lub w obrębie duŜych miast.

DRW  nie  była  oczywiście  bezbronna  —  do  wypróbowanego

w  latach  1965-1968  systemu  obrony  przeciwlotniczej  doszło
teraz jeszcze 1200 najnowocześniejszych radzieckich rakiet klasy
ziemia-powietrze, a północno-wietnamskie MiG-i operowały juŜ
nawet  nad  Laosem.  Straty  amerykańskie  musiały  więc  być
znaczne.  W ciągu jedenastu  dni  „bombardowań  gwiazdkowych"
Północni  Wietnamczycy  zestrzelili  30  samolotów,  w  tym  15
„latających  superfortec"  o  wartości  8  milionów  dolarów  kaŜda.
Utrata  tak  duŜej  liczby  B-52  zrodziła  nawet  w  Waszyngtonie
obawy  o  moŜliwość  osłabienia  strategicznej  siły  uderzeniowej
USA.

Twierdzenia Hanoi o „powietrznym Dien Bień Phu" są jednak

wyraźnie  przesadzone.  Z  militarnego  punktu  widzenia  była  to
jedna z najbardziej udanych operacji w czasie wojny.

background image

267

Amerykańskie  lotnictwo  nareszcie  uzyskało  to,  czego  doma-
gało się od początku konfliktu: zgodę na atak bez krępujących
ograniczeń.  W  rezultacie  naloty  całkowicie  sparaliŜowały
transport  kolejowy.  Zniszczeniu  uległo  wiele  obiektów  woj-
skowych, magazynów, dróg, mostów itd. Niemal wszystkie z
1200 rakiet plot zostały wystrzelone.

Dawniej  szkody  usuwano  szybko  i  sprawnie.  Tym  razem

pojawiły  się  oznaki  załamywania  się  machiny  gospodarczo--
militarnej  DRW.  Wobec  zaminowania  portów  odtworzenie
utraconych  zapasów  musiało  zabrać  miesiące,  jeśli  nie  lata.
Nic  nie  świadczy  zresztą  wymowniej  o  stratach  niŜ  fakt,  Ŝe
rozmowy  paryskie  ruszyły  z  martwego  punktu  i  juŜ  po  trzech
tygodniach podpisano traktat.

„Gwiazdkowe"  naloty  spowodowały  nową  falę  oburzenia

na  świecie.  ONZ  potępiła  bombardowania.  PapieŜ  Paweł  VI
wezwał  do  ich  zakończenia.  Lewicowa  prasa  zachłystywała
się atakami na „ludobójczą" i „barbarzyńską" decyzję Nixona.
OskarŜano Amerykanów o „dywanowe bombardowanie miast"
i uŜywano porównań z nalotami na Drezno i Tokio w 1945 r.

W  rzeczywistości  operacja  Linebacker-2  skierowana  była

przeciw  celom  wojskowym  i  przemysłowym,  a  nie  przeciwko
ludności  cywilnej.  W  czasie  dywanowego  bombardowania
Drezna  zginęło  35  tysięcy  osób,  w  Tokio  —  80  tysięcy,
natomiast  w  Północnym  Wietnamie  w  ciągu  11  dni  nalotów
poniosło śmierć —jak podało Hanoi —  1,5  tysiąca  ludzi. Nie
jest to oczywiście liczba, nad którą moŜna przejść do porządku
dziennego,  lecz  nie  uprawnia  do  nazywania  Richarda  Nixona
winnym  „zbrodni  przeciwko  ludzkości"  i  spowodowania
„najstraszliwszych  zniszczeń  w  historii  rodzaju  ludzkiego",
jak napisał „New York Times".

23  stycznia  1973  r.  Henry  Kissinger  i  Le  Duc  Tho  złoŜyli

podpisy  pod  tekstami  porozumień  paryskich  „w  sprawie
zakończenia  wojny  i  przywrócenia  pokoju  w  Wietnamie".
(Obaj główni negocjatorzy otrzymali za swe wysiłki pokojową
Nagrodę Nobla. Le Duc Tho odmówił jej przyjęcia, poniewaŜ

background image

268

—  jak  oświadczył  —  w  Wietnamie  nie  było  pokoju  w  rezul-
tacie agresywnej polityki Sajgonu.)

Traktat  przewidywał,  Ŝe  „zawieszenie  broni  na  miejscu"

rozpocznie  się  27  stycznia  1973  r.  o  godzinie  24.00  czasu
Greenwich.  Stany  Zjednoczone  stwierdzały,  Ŝe  „nie  będą
kontynuować  swego  militarnego  zaangaŜowania  i  nie  będą
ingerować  w  wewnętrzne  sprawy  Wietnamu  Południowego".
Wszystkie  pozostałe  jeszcze  siły  amerykańskie  miały  opuścić
RW w ciągu 60 dni.

Obie strony południowo-wietnamskie  miały  dąŜyć  do  pojed-

nania  i  zgody,  a  ludności  kraju  miały  zapewnić  swobody
demokratyczne.

Zjednoczenie  Wietnamu  miało  być  „przeprowadzane  stop-

niowo  środkami  pokojowymi,  drogą  dyskusji  i  porozumień...
bez nacisku lub aneksji z którejkolwiek strony".

Obie  strony  zobowiązały  się  do  „ścisłego  przestrzegania"

zasady  neutralności  Laosu  oraz  KambodŜy.  Wietnamscy
komuniści  nie  chcieli  się  jednak  nawet  teraz  przyznać  do
wykorzystywania  terytoriów  tych  państw.  Odpowiedni  paragraf
stwierdzał  tylko  niejasno,  iŜ  „obce  kraje  połoŜą  kres  działal-
ności  wojskowej  w  KambodŜy  i  Laosie".  Nad  wypełnianiem
porozumień miała czuwać Międzynarodowa Komisja Nadzoru
i Kontroli, złoŜona z przedstawicieli Polski, Węgier, Kanady i
Indonezji.

Ś

wiat  przyjął  układ  z  radością  i  nadzieją.  Porozumienia

paryskie nie były jednak szansą dla pokoju, o której śpiewał w
popularnym  przeboju  John  Lennon.  Były  raczej  szansą  dla
wietnamskich komunistów.

Ten „honorowy pokój"  sankcjonował  pozostanie  w  granicach

Wietnamu  Południowego  150  tysięcy  Ŝołnierzy  DRW.  Co
więcej, dokładnie w chwili podpisywania porozumienia z obo-
zów  szkoleniowych  na  Północy  wyruszały  szlakiem  Ho  Chi
Minha nowe oddziały.

Sam  układ  był  dyplomatycznym  zwycięstwem  komunistów.

Niemal nie odbiegał od „czterech punktów" Pham Van Donga

background image

269

z  roku  1965.  RóŜnił  się  od  nich  tylko  w  jednym:  Thieu
pozostawał  u władzy,  a zamiast  rządu  koalicyjnego  powstawała
trójstronna Rada Porozumienia i Pojednania.

Jedyną  stroną  układu,  której  nie  przyniósł  on  Ŝadnych

korzyści,  był  rząd  RW.  Amerykanie  zyskali  upragnioną
moŜliwość  wycofania  się  „z  twarzą".  Traktat  zaakceptował
kontrolę  Lao  Dong  nad  znaczną  częścią  Wietnamu  Połu-
dniowego;  uznał  TRR  za  legalną  władzę,  partnerską  wobec
rządu w Sajgonie; umoŜliwił jawną działalność Viet Congu w
RW.

Punktualnie o godzinie, w której wchodził w Ŝycie rozejm,

na  całym  Południu  odezwały  się  dzwony  w  kościołach  i
zagrzmiały  gongi  w  pagodach.  Zawyły  syreny,  zamarł  ruch
na  ulicach  —  cały  naród  uczcił  minutą  milczenia  pamięć
poległych.  Ale  Południowi  Wietnamczycy  nie  wierzyli,  Ŝe
nastanie  pokój.  Gen.  Thieu  wyraŜał  przekonanie  większości,
kiedy  powiedział:  „Stany  Zjednoczone  porzucają  Wietnam
Południowy,  lecz  Rosja  i  Chiny  nie  porzucą  Wietnamu
Północnego".

Komuniści nie ukrywali, Ŝe uwaŜają porozumienie za sukces.

Rozgłośnia  radiowa  Viet  Congu  nazajutrz  po  podpisaniu
układu stwierdziła, Ŝe jest  to „zwycięstwo  ludu wietnamskiego"
oraz  „zwycięstwo  wszystkich  miłujących  wolność  i  niepod-
ległość  narodów,  a  takŜe  całej  postępowej  ludzkości,  z  miłu-
jącymi  pokój  i  sprawiedliwość  Amerykanami  włącznie".
Rozgłośnia dawała równocześnie do zrozumienia, Ŝe nie czas,
by  spocząć  na  laurach:  „Nasz  naród  musi  jednak  pokonać
wiele  jeszcze  przeszkód  i  trudności.  Reakcyjne,  militarystycz-
ne,  faszystowskie  i  agenturalne  siły  wciąŜ  pełne  są  wrogich
zamiarów  sabotowania  pokoju  i  przeciwstawiania  się  niepod-
ległości,  demokracji  oraz  narodowemu  pojednaniu".  Władze
w  Hanoi,  choć  deklarowały  wolę  przestrzegania  porozumień,
nie miały zamiaru rezygnować ze swych celów.

Kissinger  nigdy  tego  do  końca  nie  rozumiał.  Sądził,  Ŝe

stosunki  USA z  DRW znormalizują się,  a mocarstwa

background image

270

komunistyczne  —  w  duchu  odpręŜenia  —  będą  mitygować
zachowanie się Hanoi.

JuŜ  w  dwa  tygodnie  po  podpisaniu  porozumień  udał  się  do

DRW  z  zamiarem  zainicjowania  procesu  normalizacji.  Tam
dowiedział  się,  w  jaki  sposób  komuniści  interpretują  układy.
Pham Van Dong powiedział mu, Ŝe w oczach Hanoi są one tylko
ś

rodkiem,  dzięki  któremu  Amerykanie  mogą  opuścić  Wietnam,

zachowując  twarz.  Premier  DRW  poinformował  go,  iŜ
zawieszenie  broni  dotyczy  właściwie  tylko  walk  z  oddziałami
USA. Z ARW nie moŜe trwać zbyt długo, gdyŜ przekształciłoby
się  w  następny  podział  kraju,  do  czego  Hanoi  nie  ma  zamiaru
dopuszczać.  Wreszcie  zaskoczony  sekretarz  stanu  usłyszał,  Ŝe
komuniści nie mają zamiaru uznawać rządu Thieu, a trójstronną
Radę  Porozumienia  i  Pojednania  uwaŜają  za  instytucję  o
charakterze przejściowym.

Wśród  niewielu  wypełnionych  w  miarę  rzetelnie  przez  obie

strony  punktów  układów  paryskich  znalazła  się  wymiana
jeńców.  Komuniści  wypuścili  588  trzymanych  w  niewoli
Amerykanów  oraz  5  tysięcy  Ŝołnierzy  ARW,  natomiast  RW  i
USA przekazały przeciwnikom 26 500 jeńców.

29  marca  1973  r.  Hanoi  zwolniło  ostatniego  Amerykanina.

Tego samego dnia z Sajgonu odlecieli ostatni Ŝołnierze USA, a
w  siedzibie  naczelnego  dowództwa  sił  zbrojnych  Stanów
Zjednoczonych  w  Wietnamie  Południowym  uroczyście  opusz-
czono z masztu gwiaździsty sztandar.

W  Ameryce  dominowała  głęboka  ulga;  skończyło  się

wreszcie  zaangaŜowanie  w  wojnę  toczoną  w  dalekim  i  obcym
kraju,  za  które  zapłaciło  Ŝyciem  57  tysięcy  „amerykańskich
chłopców" — tylu, ilu w I wojnie światowej. Niewielu ludzi w
USA uświadamiało sobie wtedy w pełni, Ŝe Ameryka przegrała
swą  najdłuŜszą  wojnę.  Dopiero  w  dwa  lata  później  prawda  ta
kłuła w oczy z ekranów telewizyjnych widokiem czołgów WAL
na ulicach Sajgonu.

Wojna  „zdemoralizowała  Stany  Zjednoczone  —  powiedział

gen. George Keegan. — Przerwała nasze programy obronne...

background image

271

Zniszczyła  niemal  doszczętnie  rządowe  programy  badawcze  i
rozwojowe  dla  celów  wojskowych,  nad  którymi  pracowały
instytucje  naukowe  naszego  kraju.  A  badania  te  były  fun-
damentem  naszej  techniki  wojskowej  od  niepamiętnych  cza-
sów".

Rosnąca niechęć społeczeństwa do wojny znalazła wyraz w

zmniejszeniu  wydatków  na  cele  obronne.  Liczebność  sił
zbrojnych USA spadła z 3.5 miliona ludzi w roku 1968 do 2,1
miliona w 1974. W tym samym czasie szeregi Armii Radziec-
kiej wzrosły do czterech milionów.

Wydarzenia z roku 1975, kiedy Waszyngton przypatrywał się

obojętnie, jak Wietnam Południowy ulega podbojowi, stanowiły
jeszcze  bardziej  dotkliwy  cios  dla  prestiŜu  Ameryki.  Prezydent
Nixon  przestrzegał  juŜ  w  1970  r.,  Ŝe  jeśli  USA  przegrają  w
Indochinach,  to  staną  się  w  oczach  świata  „Ŝałosnym,
bezradnym gigantem", a „siły totalitaryzmu i anarchii przypusz-
czą atak na wolne narody i wolne instytucje na całym świecie".
Druga połowa lat siedemdziesiątych, z ekspansją komunistyczną
w Afryce i Ameryce Łacińskiej, z rozwojem  międzynarodowego
terroryzmu — miała w pełni potwierdzić jego prognozę.

Wojna kosztowała ogółem 140 miliardów dolarów. W efek-

cie  powstał  olbrzymi  deficyt  budŜetu  państwa.  Spowodowana
nim  inflacja  —  razem  z  kryzysem  naftowym  —  zdestabilizo-
wała gospodarkę amerykańską i światową.

Czy  jednak  zaangaŜowanie  USA  w  Wietnamie  miało  tylko

negatywne  konsekwencje?  PrzecieŜ  Amerykanie  zdołali  po-
wstrzymać  szerzenie  się  komunizmu  w  Indochinach  i  opóźnili
jego  zwycięstwo  o  dwadzieścia  lat.  Nie  wiadomo,  jak  wy-
glądałaby  dziś  Azja  Południowo-Wschodnia,  gdyby  w  1954  r.
w  Waszyngtonie  nie  zapadła  decyzja  o  udzieleniu  pomocy
Diemowi. Być moŜe podniesione na duchu pokonaniem Francji
zastępy  gen.  Giapa  spełniłyby  swą  wyzwoleńczą  misję  wobec
Tajlandii, Malezji i Singapuru? MoŜe więc  młodzi  Amerykanie,
którzy ginęli w obcym kraju, często nie wiedząc w imię czego,
nie oddali Ŝycia na darmo?

background image

272

Ciekawe jest porównanie I i II wojny indochińskiej. Zarówno

siły  Francji,  jak  i  USA  górowały  nad  nieprzyjacielem  pod
względem  uzbrojenia,  natomiast  przewaga  liczebna  nie  była
przytłaczająca.  W  obu  wojnach  komunistom  udało  się  zdobyć
poparcie  ludności,  co  pozwoliło  im  na  stosowanie  taktyki
partyzanckiej  na  zmianę  z  konwencjonalną.  Zarówno  Francja,
jak  i  Stany  Zjednoczone  postawiły  przede  wszystkim  na
rozwiązanie  militarne.  Francja,  poniewaŜ  powodowana  egoisty-
cznymi,  kolonialnymi  motywami  nie  miała  innego  wyjścia.
USA, poniewaŜ błędnie rozpoznały naturę  konfliktu,  dostrzega-
jąc tylko jego źródła zewnętrzne. Skutki były w obu przypadkach
identyczne:  brak  wpływu  na  decydującą  o  przebiegu  wojny
sytuację  wewnętrzną  oraz  zlekcewaŜenie  rodzimych,  wietnam-
skich sił, które gotowe były przeciwstawić się Lao Dong.

Oba  kraje  walczyły  w  Indochinach  przez  około  osiem  lat,

jednak  dalekie  były  od  zaangaŜowania  tam  całości  sił  zbroj-
nych.  Oba  zostały  zmuszone  do  ograniczenia  wysiłku  militar-
nego  z  powodu  trudności  wewnętrznych,  gdyŜ  poparcie
społeczne dla wojny z biegiem czasu malało. Obie armie miały
podobne  problemy  z  terenem,  klimatem  i  nieuchwytnym,
upartym  przeciwnikiem.  I  wreszcie  oba  konflikty  zakończyły
się porozumieniami pokojowymi, które pozostały na papierze.

Istniały teŜ oczywiście róŜnice. Przede wszystkim — róŜnica

skali. Wysiłek wojskowy USA, a takŜe wysiłek strony przeciw-
nej,  był  około  dziesięciu  razy  większy  niŜ  zaangaŜowanie
Francji. Francuskie helikoptery moŜna było policzyć na palcach
—  Amerykanie  mieli  ich  tysiące.  Koszty  wojny  dla  Stanów
Zjednoczonych  były  ośmiokrotnie  większe.  Odpowiednio
większe  musiały  być  straty.  Lotnictwo  USA  utraciło  np.
prawie 10 tys. maszyn (1000 samolotów strąconych nad DRW,
3750 nad Wietnamem Południowym, Laosem i KambodŜą oraz
5 tys. helikopterów).

Richard  Nixon  pragnął  „honorowego  pokoju". Ameryka  nie

zdołała jednak wyjść z wietnamskiej próby  z  honorem. Pokoju
porozumienia paryskie równieŜ nie przyniosły.

background image

273

Waszyngton  chciał  zakończyć  etap  konfrontacji  dwóch

systemów,  przebić  za  pomocą  dobrej  woli  i  wymiany  han-
dlowej  Ŝelazną  kurtynę.  Porozumienia  były  potrzebne  takŜe  i
po  to,  by  w  kilka  miesięcy  później  Leonid  BreŜniew  mógł
przyjechać  do  USA  (witany  nagłówkami  prasowymi  głoszą-
cymi  np.  „Koniec  zimnej  wojny")  i  zwrócić  się  do  Nixona  z
toastem:  „Towarzyszu,  Wasze  zdrowie!"  Wietnam  Połu-
dniowy  był  jedną  z  pierwszych  ofiar  złoŜonych  przez  USA  na
ołtarzu polityki odpręŜenia.

Prezydent nie był w stanie uzyskać  honorowego  pokoju,  bo

zbyt  wielu  jego  rodaków  chciało  pokoju  za  wszelką  cenę.
MoŜna tylko Ŝałować, Ŝe nie przemyśleli oni głębiej jego'słów
z 1969 roku:

„Północny  Wietnam  nie  moŜe  pokonać  ani  upokorzyć

Stanów Zjednoczonych. Tylko Amerykanie mogą to zrobić".

18 — Wietnam 1962-1975

background image

OPERACJA „HO CHI MINH"

Po milionach słów o lekcjach Wietnamu nie rozumiemy

najwaŜniejszej z nich, Ŝe konflikty polityczne nie mogą być

rozstrzygane przy utyciu broni.

Senator Hubert Humphrey

Kiedy w paryskim hotelu „Majestic" Kissinger i Le Duc Tho z
uśmiechami na twarzach wymieniali podpisane dokumenty,  na
Półwyspie Indochińskim trwały gorączkowe przygotowania do
finałowej rozgrywki.

Zawieszenie  broni właściwie  nie  weszło  w  Ŝycie.  NatęŜenie

walk po kilku tygodniach wróciło do normy. Kontrola między-
narodowa  praktycznie  nie  funkcjonowała  —  strona  komuni-
styczna  nie  dopuszczała  inspekcji  na  swe  tereny,  zdarzały  się
zabójstwa  członków  MKNiK.  Dziesięciu  członków  komisji
zginęło w zestrzelonym nad dŜunglą helikopterze.

Narodowa  Rada  Porozumienia  i  Pojednania  w  ogóle  nie

została  powołana  do  Ŝycia,  przewidzianego  plebiscytu  nie
przeprowadzono.  Obie  strony  zarzucały  sobie  wzajemnie  nie-
wywiązanie  się  ze  zwolnienia  więźniów  politycznych.  Wy-
mieniono  wprawdzie  jeńców,  lecz  USA  bezskutecznie  doma-
gały się wyjaśnienia losów 1333 zaginionych Amerykanów.

background image

275

Sajgon  zwiększył  swój  terytorialny  stan  posiadania  w  ciągu

1973  r.  o  15%.  Nie  było  to  wszakŜe  oznaką  załamania  się
VAL/VC,  lecz  rezultatem  świadomie  wybranej,  defensywnej
taktyki.  Wydarzenia  w  Waszyngtonie  nie  pozostawiały  cienia
wątpliwości, iŜ Ameryka wycofuje się z Indochin. Wystarczyło
więc  cierpliwie  czekać,  odbudowywać  nadwątlone  w  1972  r.
siły i nie prowokować przedwcześnie USA.

Taki właśnie scenariusz przyjęło 21 plenum KC Lao Dong w

październiku  1973  r.  Zgodnie  z  jego  decyzjami  zwiększono
liczebność WAL, zreorganizowano dowodzenie,  kontynuowano
rozbudowę  infrastruktury  wojskowej  (dróg,  rurociągów,  ma-
gazynów itp.) i unowocześnianie uzbrojenia.

W  wyniku  tych  działań,  wspartych  pomocą  materiałową

sojuszników,  siły  Hanoi  na  Południu  uległy  do  końca  1974  r.
podwojeniu.  Wędrówkę  szlakiem  Ho  Chi  Minha  odbyło  170
tysięcy  nowych  Ŝołnierzy,  400  czołgów,  nie  wspominając  o
artylerii,  sprzęcie  plot  i  zapasach  amunicji.  Ze  zwolnionych
przez władze RW jeńców sformowano kilka nowych dywizji.

DRW  czerpała  takŜe  ze  swej  defensywnej  taktyki  korzyści

propagandowe.  Z  pozoru,  jeśli  się  nie  wiedziało  o  forsownej
rozbudowie  WAL/VC,  mogła  uchodzić  za  stronę  próbującą
dochować  wierności  podpisanemu  zawieszeniu  broni.  „Jeśli
będziemy  atakować  naszych  wrogów,  wówczas  stracimy
politycznie...  —  głosiła  w  tym  czasie  jedna  z  dyrektyw  Lao
Dong.  —  Jeśli  pozwolimy  im  zająć  nasze  tereny,  a  później
podejmiemy  kontratak,  nasz  polityczny  wizerunek  pozostanie
nietknięty".

Rząd RW nie miał jednak innego wyjścia. Thieu wiedział, Ŝe

jego  pozycja  będzie  słabnąć.  Ostatni  okres  jego  rządów  to
dramatyczny  wyścig  z  czasem.  Pomoc  amerykańska  malała  z
miesiąca na miesiąc. Usiłował więc powstrzymać bieg wydarzeń
— nacierając, póki jeszcze był w stanie.

W  roku  1973  wojska  sajgońskie  zajęły  wiele  obszarów

spornych.  Starały  się  zwłaszcza  likwidować  komunistyczne
„wysepki".   Mapa  Wietnamu   Południowego   przypominała

background image

276

bowiem lamparcią skórę — kraj był „pocętkowany" enklawami,
nad 

którymi 

władzę 

sprawował 

Tymczasowy 

Rząd

Rewolucyjny.  Jedne  wioski  i  gminy  znajdowały  się  pod
administracją  RW,  a  sąsiadujące  o  miedzę  naleŜały  do
komunistów.

W  tej  trwającej  blisko  dwa  lata  walce  o  wsie  nie  było

spektakularnych  operacji  militarnych,  lecz  zacięte  wydzieranie
sobie ziemi, kawałek po kawałku, a krwi po obu stronach

 

teraz tylko wietnamskiej — lało się niewiele mniej niŜ przed

zawieszeniem broni. KaŜdego  miesiąca ginęło co najmniej tysiąc
Ŝ

ołnierzy ARW. Oddziały WAL/VC z reguły zabijały jeńców

 

oprócz oficerów, którzy  mogli udzielić  uŜytecznych informa-

cji. Wojska sajgońskie postępowały nierzadko tak samo.

Rząd  RW  oskarŜył  przeciwników  o  złamanie  w  1973  r.

porozumień  paryskich  35  673  razy.  TRR  nie  pozostawał
Sajgonowi  dłuŜny:  zarzucił  administracji  Thieu  pogwałcenie
układów  301  tysięcy  razy  (sic!).  Choć  ostatni  amerykański
Ŝ

ołnierz  opuścił  Wietnam  pod  koniec  marca  1973  r.,  lotnictwo

USA  kontynuowało  bombardowania  na  terytorium  KambodŜy,
aby  utrudnić  rozbudowę  sił  komunistycznych  i  zahamować
ofensywę  Czerwonych  Khmerów  (wspieranych  przez  WAL).
Prezydent Nixon starał się teŜ utrzymywać pomoc wojskową dla
Sajgonu.  Układy  zezwalały  obu  stronom  na  wymianę
zniszczonego  lub  zuŜytego  sprzętu  i  uzbrojenia  według  zasady
„sztuka  za  sztukę".  (Hanoi  oskarŜyło  Waszyngton  o  łamanie
porozumień,  gdyŜ  Amerykanie  dostarczyli  ARW  zmoder-
nizowane myśliwce F5-E w miejsce starszych F5-A).

Nixon  był  jednak  w  miarę  upływu  czasu  coraz  silniej

ograniczany  przez  Kongres.  Afera  Watergate  tak  drastycznie
osłabiła  pozycję  prezydenta,  Ŝe  jego  apele  o  pomoc  dla  RW
mogły  wywołać  odwrotny  skutek.  Tak  było  w  lecie  1973  r.,
kiedy  musiał  stoczyć  z  Kongresem  batalię  w  obronie  prawa  do
nalotów  w  KambodŜy.  Przegrał  —  w  sierpniu  weszła  w  Ŝycie
uchwała,  całkowicie  zakazująca  uŜywania  w  Indo-chinach  sił
zbrojnych USA. Jako oręŜa przeciw Nixonowi

background image

277

uŜyto rozdętej na fali Watergate sprawy „tajnych bombardowań"
sprzed trzech lat.

Obie sprawy —  Wietnam  i Watergate — splatały się  ze sobą

od  samego  początku.  Grupa  tzw.  hydraulików,  którzy  na
polecenie  Białego  Domu  włamali  się  do  lokalu  Partii  Demo-
kratycznej w hotelu „Watergate", powstała wcześniej, w związku
ze  sprawą  Akt  Pentagonu  —  tajnych  dokumentów  rządowych
dotyczących wojny. Zaczął je publikować „New York Times" w
1971 r.

Były  to  wyjątki  z  opracowania  przygotowanego  w  1968  r.  w

Pentagonie  na  zlecenie  McNamary.  Głęboko  juŜ  wówczas
rozczarowany przebiegiem wojny minister polecił zbadać genezę
i  motywy  amerykańskiego  zaangaŜowania.  36  historyków  i
pracowników  Ministerstwa  Obrony  zebrało  4  tysiące  stron
dokumentów i uzupełniło je 3 tysiącami stron komentarza. Jeden
z  nich,  Daniel  Ellsberg,  stał  się  później  działaczem
antywojennym  i  przekazał  kserokopię  Akt  Pentagonu  prasie.
(Nixon  juŜ  wcześniej,  od  czasu  ujawnienia  „tajnych  bombar-
dowań"  KambodŜy,  był  uczulony  na  przecieki  informacji  z
rządu. „Hydraulicy" mieli ustalić ich źródła.)

Dzieło,  liczące  ponad  7  tysięcy  stron,  moŜna  streszczać  w

rozmaity  sposób.  W  Aktach  Pentagonu,  w  wersji  podanej  przez
nowojorski dziennik, wyeksponowano wątpliwości, jakie budziła
kwestia wietnamska w rządzie Stanów Zjednoczonych, konflikty
pomiędzy  prezydentem  i  jego  współpracownikami,  obawy,
których  Biały  Dom  nie  ujawniał  publicznie.  Nie  pominięto  teŜ
niczego, co stawiałoby w złym świetle władze RW.

Prezydenta Nixona Akta Pentagonu osobiście nie dotykały —

kończyły  się  na  roku  1968.  Uznał  jednak  ich  publikację  za
zagroŜenie  dla  bezpieczeństwa  narodowego  i  uzyskał  w  Mini-
sterstwie Sprawiedliwości  zakaz ich  rozpowszechniania. Wbrew
zakazowi  z  dnia  na  dzień  wzrastała  liczba  gazet  drukujących
Akta, a niebawem Sąd NajwyŜszy stanął po stronie mass mediów
i zezwolił na publikowanie.

background image

278

Sprawa ta świadczy o stanie amerykańskich elit na początku

lat  70.  Oto  w  trakcie  wojny  publikuje  się  tajne  raporty
wojskowe,  stenogramy  z  narad  w  Białym  Domu  itp.,  przy
czym  ostatnie  pochodzą  zaledwie  sprzed  trzech  lat.  Redakcja
„New  York  Timesa"  twierdziła,  iŜ  gdyby  z  powodu  opub-
likowania Akt miał zginąć choćby jeden amerykański Ŝołnierz,
to  nie  zdecydowałaby  się  na  to,  lecz  przecieŜ  w  roku  1971  i
1972  miały  zginąć jeszcze  setki  Ŝołnierzy  amerykańskich,  nie
mówiąc  juŜ  o  Południowych  Wietnamczykach.  Z  pewnością
części  tych  ofiar  uniknięto  by,  gdyby  nie  opublikowanie  Akt
Pentagonu. 
Nie moŜna np. wykluczyć, Ŝe decyzja o ofensywie
wielkanocnej w 1972 r. zapadła między innymi pod wpływem
zachwiania pozycji Waszyngtonu po publikacji Akt.

Dokumenty  dotyczyły  przecieŜ  tak  istotnych  i  delikatnych

kwestii,  jak  sposób  podejmowania  decyzji  w  Białym  Domu  i
Pentagonie  oraz  strategii  dyplomatycznej  i  wojskowej.  Dla
przeciwników  Ameryki  był  to  bezcenny  wprost  materiał  —
odsłaniał  słabe  punkty  Waszyngtonu.  Znamiennie  brzmią
ostatnie  słowa  ksiąŜkowego  wydania  Akt  Pentagonu.  Wypo-
wiedział  je  jeden  z  sędziów  Sądu  NajwyŜszego,  który  poparł
stanowisko  prezydenta  Nixona,  lecz  został  przegłosowany
(stosunkiem  głosów  6:3).  Powiedział,  iŜ  skutkiem  rozpo-
wszechniania  dokumentów  moŜe  być:  „...śmierć  Ŝołnierzy,
zerwanie  przymierzy,  ogromne  utrudnienia  w  rokowaniach  z
nieprzyjaciółmi  i  pozbawienie  naszych  dyplomatów  moŜ-
liwości prowadzenia negocjacji".

Finałem  afery  był  proces  Daniela  Ellsberga.  OskarŜony  o

kradzieŜ  tajnych  dokumentów  i  zdradę  tajemnicy  państwowej
stanął  przed  sądem  w  maju  1973  r.,  lecz  został  zwolniony  od
odpowiedzialności,  gdy  wyszło  na  jaw,  Ŝe  przez  pewien  czas
jego telefon był podsłuchiwany, a „hydraulicy"  włamali  się  do
psychiatry,  u  którego  się  leczył,  by  zdyskredytować  go,
ujawniając sekrety jego Ŝycia seksualnego.

Proces  Ellsberga  stanowił  jeden  z  kulminacyjnych  punktów

afery Watergate. W drugiej połowie 1973 roku prezydent stał

background image

279

się obiektem prawdziwej nagonki, w której brały udział środki
przekazu  i  Kongres.  Pod  koniec  roku  walczył  juŜ  tylko
rozpaczliwie  o  utrzymanie  się  na  powierzchni  Ŝycia  politycz-
nego.  Korzystając  z  niepopularności  Nixona,  amerykański
parlament  zawęził  uprawnienia  prezydenta  USA  jako  naczel-
nego wodza. Uchwalony w listopadzie 1973 r. War Powers Act
zobowiązywał  prezydenta  do  poinformowania  Kongresu  o
uŜyciu  sił  zbrojnych  USA  poza  granicami  kraju  w  ciągu  48
godzin i wycofania ich, jeśli parlament nie poprze jego akcji.

Niemal  pozbawiony  władzy  Nixon  nie  mógł  juŜ  nic  zrobić

dla Sajgonu. Kiedy na wiosnę 1973 r. Thieu próbował uzyskać
obietnicę  stałej  pomocy,  musiał  się  zadowolić  oficjalnym
stwierdzeniem,  Ŝe  jest  zamiarem  prezydenta  „dąŜyć  do  uzys-
kania  zgody  Kongresu  na  wystarczający  dla  właściwej  stabil-
ności  ekonomicznej  i  odbudowy  poziom  pomocy  w  roku
następnym".  Thieu  wrócił  ze  spotkania  przekonany,  Ŝe  Ame-
ryka pozostawia RW własnemu losowi.

Okres  tuŜ  po  porozumieniach  paryskich  nie  dawał  jednak

powodów  do  niepokoju.  Sytuacja  wewnętrzna  była  spokojna,
opozycja polityczna nieporównywalnie słabsza niŜ w latach 60.
Thieu  mógł  pozwolić  sobie  na  pewną  liberalizację.  Partie  i
organizacje  opozycyjne  działały  w  miarę  swobodnie,  bez
przeszkód odbywały się demonstracje uliczne.

W 1974 r. uaktywnili się, po ośmiu latach, buddyści, którzy

rozpoczęli  agitację  za  pokojem  i  pojednaniem  z  komunistami.
Katolicy  natomiast,  najpewniejsza  dotąd  podpora  rządu,  zor-
ganizowali kampanię przeciwko korupcji, oskarŜając o spekula-
cję takŜe prezydenta i jego rodzinę. Pod presją opinii publicznej
Thieu  udzielił  dymisji  najbardziej  skompromitowanym  współ-
pracownikom.

Do  połowy  1974  r.  przedstawiciele  Tymczasowego  Rządu

Rewolucyjnego  mieli  na  terytorium  RW  immunitet  dyplo-
matyczny.  (W  swym  przedstawicielstwie  w  Sajgonie  urządzali
cotygodniowe  konferencje  prasowe,  na  których  wzywali  do
obalenia rządu Thieu.) Później władze RW zlikwidowały te

background image

280

przywileje,  gdyŜ  komuniści  odmawiali  przyznania  podobnych
praw przedstawicielom Sąjgonu.

Od  ofensywy  wielkanocnej  Południowy  Wietnam  znów

zaczęła  toczyć  śmiertelnie  niebezpieczna  choroba  —  rozwój
podziemia  Viet  Congu.  Skala  tego  zjawiska  była  jednak
znacznie mniejsza niŜ wcześniej.

Wsie,  w  których  Front  nie  zdołał  zapuścić  korzeni,  na

przykład większość  katolickich,  były  do  WAL/VC  usposobione
wrogo. Gdy ludność dowiadywała się o zbliŜaniu się oddziału
komunistycznego, kryła się w dŜungli. Jeśli było juŜ za późno
—  rzecz  dawniej  nie  do  pomyślenia  —  chłopi  chwytali  za
karabiny.  W  wioskach  katolickich  przesiedleńców  z  Północy
do walki stawali wszyscy, nie wyłączając kobiet i starców.

O  zmienionym  nastawieniu  społeczeństwa  świadczy  teŜ

przytaczana  przez  Allana  Goodmana  rezolucja  jednego  z  pro-
wincjonalnych komitetów Lao Dong. Działacze partii narzekają
w  niej,  Ŝe  „ludność  nie  chce  współpracować  i  boi  się
Rewolucji", a nawet „nie wykonuje poleceń kadr".

Wśród komunistów z Południa pojawiło się w związku z nową

sytuacją „odchylenie prawicowe". Jego  zwolennicy  uwaŜali,  Ŝe
nadszedł czas, by porzucić drogę walki zbrojnej i wynegocjować
pokój. Poglądy te, jako osłabiające wolę walki, były zdecydowa-
nie tępione przez kierownictwo partii. Nie chciało ono słuchać
utrzymanych  w  tym  samym  duchu  rad  towarzyszy  polskich  i
węgierskich,  członków  Międzynarodowej  Komisji  Nadzoru  i
Kontroli.  UwaŜali  oni,  Ŝe  Hanoi  postąpiłoby  najrozsądniej,
rezygnując z prób rozwiązania militarnego.

Kierownictwo Lao Dong lepiej znało rzeczywisty układ sił.

Wiedziało, Ŝe choć z politycznego punktu widzenia komuniści
stoją  na  gorszych  pozycjach  niŜ  kilka  lat  wcześniej,  to
dysponują siłą, której wtedy nie mieli. Tą siłą było siedemna-
ś

cie regularnych dywizji.

Jednym  z  przykładów  nastawienia  światowej  opinii  pub-

licznej  moŜe  być  Trzecia  Międzynarodowa  Konferencja  Soli-
darności Katolików z Narodami Wietnamu, Laosu i KambodŜy,

background image

281

która  odbyła  się  w  Turynie  w  listopadzie  1973  r.  Jej  uczestnicy
jednogłośnie  przyjęli  apel,  w  którym  potępili  „politykę  sabo-
towania porozumień paryskich" przez USA i reŜim Nguyena Van
Thieu,  oskarŜając  go  ponadto  o  zamienienie  kraju  w  olbrzymie
więzienie.  O  warunkach,  w  jakich  Ŝyła  ludność  pod  władzą
komunistów, konferencja się nie wypowiadała. Kończąc swój apel
—  nie  róŜniący  się  od  tysięcy  podobnych,  uchwalanych  w
tamtych  latach  —  „postępowi  katolicy"  z  Turynu  wezwali  Thieu
do  uwolnienia  200  tysięcy  (sic!)  więźniów  politycznych.  (Rząd
RW twierdził, Ŝe przetrzymuje jedynie pięć tysięcy komunistów.)

Pozorna stabilność, jaką rząd sajgoński zdawał się uzyskiwać w

roku 1973, nie mogła trwać długo. Thieu nie wykorzenił przecieŜ
większości 

fundamentalnych 

wad 

systemu 

połu-dniowo-

wietnamskiego.

Choć  głosił  konieczność  wręcz  rewolucyjnych  przemian

ekonomicznych  i  społecznych,  w  rzeczywistości  nie  potrafił  —
czy  nie  chciał  —  ich  dokonać.  Rząd  opierał  się  więc  do  samego
końca  na  tych  samych  egoistycznych  i  skłóconych  elitach
politycznych.  Łączyła  je  przede  wszystkim  niechęć  do  wszelkich
zmian,  które  mogłyby  naruszyć  ich  status.  Wprawdzie
przeprowadzono  reformę  rolną,  co  nie  pozostało  bez  wpływu  na
stosunek  wsi  do  komunistów,  lecz  chłopami  słuŜącymi  w  armii
wciąŜ dowodzili nieudolni, pochodzący z miast oficerowie, którzy
nominacje zawdzięczali głównie łapówkom.

JednakŜe RW egzystowała ze wszystkimi swoimi wadami od lat

dwudziestu.  CzemuŜ  więc  niespodziewanie  rozpadła  się  jak
domek  z  kart?  Klucza  do  odpowiedzi  naleŜy  szukać  nie  w
Sajgonie, lecz na waszyngtońskim Kapitolu.

„Zawieszenie  broni  na  miejscu"  pociągnęło  za  sobą  koniecz-

ność utrzymywania przez RW milionowej armii. Państwo znalazło
się w stanie permanentnego oblęŜenia. Stanowiło to cięŜar nie do
udźwignięcia dla ubogiego kraju i skazywało na stałą zaleŜność od
pomocy USA.

background image

282

W 1973 r. Wietnam Południowy otrzymał pomoc militarną w

wysokości  2,2  mld  dolarów,  w  roku  następnym  tylko  ponad  1
miliard.  Kissinger  rozumiał,  Ŝe  zmniejszenie  pomocy  spycha
RW  na  krawędź  klęski.  Nalegał  więc  w  Kongresie  na  pod-
niesienie jej do 1,5 miliarda dolarów. Powoływał się na moralne
zobowiązania Ameryki i ostrzegał, Ŝe upadek Wietnamu będzie
miał dalekosięŜne negatywne konsekwencje dla interesów USA
takŜe poza Indochinami. Kongres nie dał się przekonać.

W  sierpniu  1974  r.  Richard  Nixon  zrezygnował  z  urzędu

prezydenta.  We  wrześniu  Kongres  obciął  wysokość  pomocy
militarnej dla Wietnamu Południowego na rok następny do 700
milionów  dolarów,  z  czego  400  milionów  stanowiły  koszty
transportu. W dodatku dolar w roku 1975 był — ze względu na
inflację  —  wart  znacznie  mniej  niŜ  3  lata  wcześniej.  DR  W
otrzymywała  w  tym  czasie  od  swych  sojuszników  pomoc
wojskową o wartości około 900 milionów dolarów.

Chwiejne  poparcie  Stanów  Zjednoczonych  spowodowało

pogłębianie  się  nastrojów  desperacji  i  pesymizmu  w  Republice
Wietnamu.  W  atmosferze  defetyzmu  propaganda  TRR  znaj-
dowała  coraz  szerszy  rezonans.  Na  domiar  złego,  redukcja
amerykańskiej pomocy  militarnej i ekonomicznej spowodowała
w  roku  1974  ostry  kryzys  gospodarczy.  Nastąpił  ogromny
wzrost  cen.  Dla  miliona  Południowych  Wietnamczyków  nie
było pracy.

Wietnam  Północny  równieŜ  borykał  się  z  kłopotami,  ale

innego rodzaju. Gospodarka, wspomagana stale przez przyjaciół
z  RWPG  i  Chiny,  funkcjonowała  znośnie.  Niektóre  dziedziny,
np. przemysł zbrojeniowy, nawet się rozwijały, a flota handlowa
zwiększyła tonaŜ od roku 1954 do 1973 aŜ 17 razy.

Kiedy  amerykańscy  kongresmeni  pozbawiali  RW  wsparcia,

pomoc  sprzymierzeńców  Hanoi  systematycznie  rosła,  by  w
ostatnim  roku wojny  przekroczyć  amerykańską niemal

background image

283

dwukrotnie.  W  czasie  wizyty  Le  Duana  i  Pham  Van  Donga  w
Moskwie w 1973 r. Kreml postanowił „uznać kredyty udzielone
na  rozwój  gospodarki  DRW  za  pomoc  bezzwrotną".  Jak
twierdzą  radzieccy  historycy:  „W  ślad  za  ZSRR  analogiczne
decyzje podjęły inne państwa wspólnoty socjalistycznej".

PowaŜnym problemem był dla Hanoi brak młodych, zdolnych

do noszenia broni męŜczyzn. Co prawda, utrzymywał się wysoki
przyrost  naturalny,  który  sprawił,  Ŝe  pomimo  wojny  liczba
ludności Północy wynosiła w 1974 r. 24 miliony (Południa 20,6
miliona),  o  10  milionów  więcej  niŜ  w  roku  1954  —  lecz
Ŝ

ołnierzy  wciąŜ  brakowało.  KaŜdego  roku  na  Południu  ginęły

przecieŜ dziesiątki tysięcy młodych ludzi. W rezultacie w czasie
finałowej  ofensywy  w  szeregach  WAL  moŜna  było  znaleźć
nawet czternastolatków.

Pod koniec roku 1974 oddziały WAL/VC liczyły 400 tysięcy

ludzi, miały do dyspozycji 500 czołgów i 4 tysiące dział róŜnych
kalibrów.  Republika  Wietnamu  miała  milion  Ŝołnierzy,  tyleŜ
samo  czołgów,  3  razy  słabszą  artylerię,  ale  bez  porównania
większe  lotnictwo.  Ponad  połowa  armii  sajgońskiej  znajdowała
się  jednakŜe  na  statycznych  pozycjach  obronnych,  z  czego
większość  w  północnych  prowincjach  kraju,  w  pobliŜu  „strefy
zdemilitaryzowanej". 

Giap 

przeznaczał 

do 

działań

defensywnych jedynie 10% swych sił.

Porównywanie  stanów  liczebnych  obu  stron  ma  jednak

ograniczony  sens.  Cały  cięŜki  sprzęt  i  lotnictwo,  na  których
polegała dotąd  ARW, stały  się  bowiem  wskutek  amerykańskich
cięć budŜetowych raczej obciąŜeniem niŜ źródłem siły. Zaczęło
brakować  paliwa,  amunicji  i  części  zamiennych.  Mobilność
oddziałów południowo-wietnamskich spadła o połowę, wsparcie
ogniowe  o  60%,  a  połowa  samolotów  —  unieruchomionych
brakiem  benzyny  i  części  zapasowych  —  musiała  pozostać  w
hangarach.  Armię  sajgońską,  przyzwyczajaną  przez  Ame-
rykanów  do  wsparcia  lotniczego  i  duŜych  ilości  sprzętu,  Thieu
musiał teraz wezwać do prowadzenia „biednej wojny".

background image

284

Morale  ARW  uległo  załamaniu.  W  1974  r.  liczba  dezercji

osiągnęła  szczyt  —  240  tysięcy.  Hanoi  uznało,  Ŝe  czas
zmienić taktykę.

Do  połowy  1974  r.  generał  Giap  utrzymywał  aktywność

WAL/VC  na  poziomie,  który  wystarczał,  aby  zmusić  przeciw-
nika do rozproszenia sił w obronie. Potem Północni Wietnam-
czycy  zaczęli  stopniowo  przechodzić  do  ofensywy.  Oddziały
ARW,  które  próbowały  spacyfikować  śelazny  Trójkąt,  zostały
zdziesiątkowane.  Siły  komunistyczne  odzyskały  większość
utraconych  w  1973  r.  terenów  i  zajęły  11  okręgów  kon-
trolowanych dotąd przez Sajgon.

Giap,  nazwany  w  1975  r.  przez  „Newsweek"  „militarnym

geniuszem", był z całą pewnością mistrzem logistyki. Ostatnie
uderzenie przygotował pod tym względem niezwykle starannie.

Na  Południu  zgromadzono  tak  wielkie  zapasy  amunicji,

paliw  i  sprzętu,  Ŝe  pozwalały  na  prowadzenie  przez  rok
natarcia  o  skali  ofensywy  wielkanocnej.  Zatem  powtórne
zaminowanie portów — gdyby jakimś cudem Ameryka się na
to  zdecydowała  —  nie  mogło  tym  razem  powstrzymać
WAL/VC.

System dróg w Laosie, KambodŜy i RW doprowadzono do

takiej  perfekcji,  Ŝe  przegrupowanie  sił  dla  zaatakowania  w
dowolnym  punkcie  Wietnamu  Południowego  było  kwestią
godzin.

Szlak Ho Chi Minha był w roku 1975 utwardzoną, dwupas-

mową drogą, która przez cały rok mogła być uŜywana zarówno
przez  cięŜarówki,  jak  i  czołgi.  Ciągnęła  się  ona  na  długości
tysiąca  kilometrów  z  rejonu  „strefy  zdemilitaryzowanej"  do
okolic  Sajgonu.  Z  DRW  na  południe  biegło  teŜ  kilka  nitek
rurociągu łącznej długości 5 tysięcy kilometrów — północno--
wietnamskim czołgom nie mogło więc zabraknąć paliwa.

W grudniu 1974 r. w Hanoi zebrało się Biuro Polityczne Lao

Dong. Jego członkowie czekali na to spotkanie od dwudziestu
lat. Tematem było ostateczne zjednoczenie Wietnamu.

background image

285

Pomiędzy obecnymi na spotkaniu  nie  było  większych  róŜnic

zdań.  Zgodzono  się,  Ŝe  w  1975  r.  naleŜy  przeprowadzić  kilka
silnych  uderzeń,  aby  zdobyć  bazę  do  finałowej  ofensywy  w
roku  1976.  Wahania  członków  Politbiura  budziła  jedynie
kwestia  ewentualnej  reakcji  USA.  Większość  sądziła,  iŜ
„sprzeczności  wewnętrzne"  tak  osłabiły  Stany  Zjednoczone,
Ŝ

e  nie  będą w  stanie  przyjść  z  pomocą Sajgonowi.  W  dyskusji

wymieniano  aferę  Watergate,  rezygnację  Nixona,  kryzys
naftowy i inflację.

Przemawiając  za  obcięciem  pomocy  wojskowej  dla  RW,

senator Hubert Humphrey powiedział  do  członków  Kongresu:
„Po  milionach  słów  o  lekcjach  Wietnamu  nie  rozumiemy
najwaŜniejszej  z  tych  lekcji,  Ŝe  konflikty  polityczne  nie  mogą
być  rozstrzygane  przy  uŜyciu  broni".  Hanoi  najwyraźniej  było
odmiennego zdania.

Zaraz  po  posiedzeniu  Politbiura  oddziały  WAL/VC  zaata-

kowały prowincję Phuoc Long połoŜoną na północ od Sajgonu.
Po  trzech  tygodniach  walk  skapitulowała  stolica  prowincji,
miasto Phuoc Binh. ARW straciła trzy tysiące ludzi — zabitych
lub  wziętych  do  niewoli.  W  ręce  nieprzyjaciela  dostała  się
cała  prowincja,  co  oznaczało  dla  Sajgonu  m.in.  przecięcie
najkrótszego połączenia z Centralnym PłaskowyŜem.

Inwazja  na  Phuoc  Long  była  dla  Hanoi  testem,  który

pozwolił  ocenić  prawdopodobieństwo  amerykańskiej  reakcji
na  planowaną  ofensywę.  Test  wypadł  zgodnie  z  przewidywa-
niami.  Waszyngton  ograniczył  się  do  nieśmiałego  protestu
dyplomatycznego.  Dopiero  po  naleganiach  Sajgonu  prezydent
Gerald Ford polecił wznowić loty zwiadowcze nad DRW. Nie
była to riposta mogąca skłonić Hanoi do zmiany planów.

W  połowie  lutego  wyjechał  z  Hanoi  zastępca  Giapa,  gen.

Van  Tien  Dung,  który  miał  dowodzić  generalną  ofensywą.
Towarzyszył mu z ramienia Politbiura Le Duc Tho.

Na  początku  marca  dywizje  północno-wietnamskie  zaczęły

zajmować  rejony  wyjściowe  do  natarcia.  Ich  ruchy  było  duŜo
łatwiej zachować w sekrecie niŜ w 1972 r. — dŜungla wzdłuŜ

background image

286

szlaku  Ho  Chi  Minha  po  dwóch  latach  od  uŜycia  ostatnich
defoliantów okryła się juŜ gęstwiną liści.

10 marca 1975 r. o godzinie 2.00 na garnizon ARW w Ban

Me  Thuot  runęła  lawina  ognia  artylerii  i  rakiet.  Trzy  dywizje
WAL  okrąŜyły  miasto,  w  którym  znajdował  się  jeden  pułk
sajgoński. Pomimo zaskoczenia i przygniatającej, ośmiokrotnej
przewagi liczebnej napastników, Ban Me Thuot skapitulowało
dopiero po dwóch dniach walki.

Wystarczy  rzut  oka  na  mapę,  by  zorientować  się,  jakie

znaczenie  miała  utrata  tego  miasta.  Wietnam  Południowy
został  niemalŜe  rozcięty  na  dwie  części,  generał  Dung  mógł
uderzać  z  Ban  Me  Thuot  w  dowolnym  kierunku,  w  jego
rękach  znajdował  się  klucz  do  strategicznego  serca  kraju  —
PłaskowyŜu Centralnego.  Nad większością  oddziałów  ARW,
skoncentrowanych na północy, zawisła groźba oskrzydlenia od
południa i przecięcia połączenia ze stolicą.

Giap  i  Dung  zasadnicze  uderzenie  skierowali  w  środkową

część  RW,  bo  wiedzieli,  Ŝe  po  doświadczeniach  ofensywy
wielkanocnej  główne  siły  ARW  zgrupowane  są  w  pobliŜu
„strefy  zdemilitaryzowanej".  Poza  tym  tylko  na  PłaskowyŜu
Centralnym jednostki pancerne WAL mogły w pełni wykorzys-
tać  swe  moŜliwości.  Dung  pragnął  zająć  pozostałą  część
PłaskowyŜu przed nadejściem pory  deszczowej,  rozkazał  więc
swym oddziałom posuwać się na północ, w kierunku Pleiku.

Tymczasem  prezydent  Thieu  apelował  do  Waszyngtonu  o

zwiększenie  pomocy  militarnej.  W  odpowiedzi  ambasador
USA  poinformował  go,  Ŝe  powinien  się  raczej  liczyć  z  moŜ-
liwością  całkowitego  wstrzymania  dostaw  w  następnym  roku
finansowym.  W  tej  sytuacji,  sądząc,  Ŝe  komuniści  mają
zamiar  uderzyć  wszystkimi  posiadanymi  siłami,  Thieu  podjął
jedną  z  najbardziej  opłakanych  w  skutkach  decyzji,  jakie  zna
historia wojen.

15  marca  polecił  swym  wojskom  opuścić  PłaskowyŜ  Cen-

tralny.  Równało  się  to  oddaniu  nieprzyjacielowi  wszystkich
prowincji połoŜonych na północ od PłaskowyŜu, w tym miast

background image

287

Hue i Da Nang. Jednym rozkazem prezydent oddawał komunistom
połowę kraju.

Zamysł Thieu był prosty: wiedząc, Ŝe armia nie będzie w stanie

utrzymać całego, tak niefortunnie z wojskowego punktu widzenia
ukształtowanego  terytorium  RW,  chciał  skrócić  linie  obronne  i
skupić  siły  w  najwaŜniejszej  części  kraju  —  w  delcie  Mekongu.
W  stworzonym  tam  bastionie  będzie  moŜna  —  jak  sądził  —
odpierać ataki komunistów nawet bez amerykańskiej pomocy.

Niestety,  tylko  z  pozoru  była  to  rozsądna  kalkulacja.

Strategiczny  odwrót  na  tak  wielką  skalę  powinien  być  szcze-
gółowo zaplanowany, tymczasem ARW w ogóle nie była na taką
ewentualność  przygotowana.  Dowódcy  i  sztaby  mieli  zaledwie
kilka  godzin  na  zorganizowanie  ewakuacji,  co  w  połączeniu  z
brakiem  dyscypliny  i  trudnościami  transportowymi  przesądziło  o
wyniku operacji.

Nieliczne  drogi  były  zatłoczone  setkami  tysięcy  cywilnych

uchodźców, którzy pragnęli uniknąć zbliŜającego się „wyzwolenia".
Ludzie ci nieśli i ciągnęli na wózkach wszystko, co zdołali zabrać.
Pojazdy  wojskowe  grzęzły  na  zablokowanych  drogach,  Ŝołnierze
porzucali  więc  sprzęt  i  szli  dalej  zmieszani  z  tłumem.  Artyleria
WAL  ostrzeliwała  trasy  ewakuacji.  Ludzie  deptali  po  ciałach
zabitych  i  rannych,  a  dzieci,  które  zgubiły  rodziców,  umierały  z
głodu. Dziennikarze pisali o „Drodze Łez".

Strategiczny  manewr  przekształcił  się  w  paniczną  ucieczkę,

która  spowodowała  śmierć  tysięcy  ludzi  i  utratę  sześciu  dywizji
ARW.

Hanoi  natychmiast  zrozumiało,  iŜ  pojawiła  się  szansa  na

całkowite  pokonanie  przeciwnika.  Jeszcze  w  1975  r.  generał
Dung  otrzymał  polecenie  zapobieŜenia  ewakuacji  około  połowy
armii południowo-wietnamskiej, która znajdowała się na północy
kraju.  śołnierze  ci  mieli  być  przetransportowani  na  południe
drogą morską.

Na  rozkaz  Dunga  II  Korpus  Armijny  WAL  zaatakował  Hue  i

Da Nang — jedyną drogę ewakuacji armii sajgońskiej.

background image

288

21  marca  Hue  znalazło  się  w  okrąŜeniu.  Trzy  dni  trwało
artyleryjskie  bombardowanie  wypełnionego  tłumami  uchodźców
zabytkowego  miasta,  zanim  jego  obrońcy  zdecydowali  się
skapitulować. 25  marca  nad cesarską cytadelą  zawisła  czerwona
flaga  z Ŝółtą gwiazdą. Taka  sama, jak  ta,  która  powiewała  nad
Hue  przez  28  dni  w  czasie  ofensywy  Tet.  Międzynarodowa
opinia  publiczna,  która  w  1968  r.  poświęcała  tak  wiele  uwagi
zniszczeniom  i ofiarom wśród  ludności  cywilnej,  w  roku  1975
okazała  się  znacznie  mniej  wraŜliwa.  Jeśli  nawet  mass  media
rejestrowały — trudne do ukrycia — ofiary, to komentatorzy byli
zwykle  bardziej  powściągliwi  w  posługiwaniu  się  takimi
określeniami,  jak  „barbarzyństwo"  czy  „ludobójstwo",  które
siedem  lat  wcześniej  były  na  porządku  dziennym.  (Mowa  tu
oczywiście  o  środkach  masowego  przekazu  „wolnego  świata".
Opierając się na źródłach komunistycznych, moŜna by w ogóle
sądzić,  Ŝe  „wyzwoleńcza  ofensywa"  przypominała  sielankę,  a
ludność radośnie witała wkraczających zwycięzców.)

Po  zajęciu  Hue  Dung  rzucił  swe  oddziały  na  Da  Nang.  W

mieście  znajdowały  się  3  miliony  osób,  z  czego  połowę
stanowili  uciekinierzy.  Amerykanie  próbowali  zorganizować
most  powietrzny,  lecz  okazało  się  to  niemoŜliwe.  Oszalałe  ze
strachu  tłumy  okupowały  lotniska.  Ludzie  czepiali  się  kół
odlatujących maszyn. Podobne sceny rozgrywały się w porcie.

Jakakolwiek  skuteczna  obrona  stała  się  w  tych  warunkach

niemoŜliwa.  Po  dwóch  dniach  walk  100  tysięcy  Ŝołnierzy
ARW poddało się o połowę mniej licznym oddziałom komuni-
stycznym.

Da  Nang  skapitulowało  30  marca  1975  r.  —  niemal

dokładnie w 10 lat po tym, jak pierwsi Marines wylądowali na
pięknej  plaŜy  koło  tego  miasta  witani  kwiatami  przez
wietnamskie dziewczęta.

W roku 1975 nikt w Ameryce nie chciał umierać za Sajgon.

Prezydent  Ford  nawet  nie  wspomniał  o  moŜliwości  uŜycia
marynarki wojennej lub lotnictwa — co wolno mu było zrobić
bez zgody Kongresu. W dniu, w którym upadło Ban Me

background image

289

Thuot,  Kongres  odrzucił  wniosek  prezydenta  o  dodatkową
symboliczną pomoc dla RW w wysokości 300 min dolarów. A po
kapitulacji  Da  Nang  Senat  jednomyślnie  uchwalił  rezolucję,
domagającą  się  „nowego  przywództwa"  dla  Południowego
Wietnamu.

Na  początku  kwietnia  w  rękach  komunistów  znalazła  się

połowa  Republiki  Wietnamu,  a  połowa  oddziałów  ARW  została
wyeliminowana  z  walki.  Hanoi  miało  juŜ  pewność,  Ŝe  to  rok
1975  będzie  rokiem  wielkiego  zwycięstwa.  Van  Tien  Dung
otrzymał  rozkaz  przeprowadzenia  operacji  „Ho  Chi  Minh"  —
ataku na Sajgon.

Wszystkie  siły  WAL/VC  ruszyły  forsownym  marszem  w

kierunku  stolicy.  II  Korpus  Armijny  pokonał  900  km  w  18  dni.
Tempo  marszu  było  tak  szybkie,  Ŝe  —  jak  wspomina  generał
Dung — sztaby nie nadąŜały z rysowaniem map.

Komunistyczny  blitzkrieg  został  zatrzymany  dopiero  na

sześćdziesiątym  kilometrze  przed  Sajgonem:  w  małym  mias-
teczku  Xuan  Loc  18  Dywizja  ARW  odparła  atak  czterokrotnie
silniejszych  oddziałów  WAL.  O  Xuan  Loc,  które  blokowało
drogę  do  Sajgonu,  rozgorzały  zaciekłe  i  krwawe  walki.  Miasto
było  najwaŜniejszą  pozycją  linii  obrony  delty  Mekongu,  którą
zaplanował  Thieu,  wydając  nieszczęsny  rozkaz  opuszczenia
PłaskowyŜu  Centralnego.  Dla  utrzymania  tej  linii  rządowi  RW
pozostało około 10 dywizji. Nieprzyjaciel miał ich osiemnaście.

Obroną Xuan Loc dowodził gen. Le Minh Dao, który — co nie

zdarzało się w ARW często — awansował od stopnia porucznika
wyłącznie  dzięki  własnym  zdolnościom,  a  nie  koneksjom
osobistym czy politycznym. Jego oddziały walczyły znakomicie,
budząc  podziw  przeciwników.  Zawzięte  ataki  górującego
liczebnością i siłą ognia nieprzyjaciela, ciągły intensywny ostrzał
artyleryjski  i  rakietowy  nie  nadweręŜyły  męstwa  i  wytrwałości
obrońców Xuan Loc. OdwaŜnie kontratakując — rozbili niemal 3
dywizje WAL.

Kiedy  pod  Xuan  Loc  waŜyły  się  losy  tego,  co  pozostało  z

Republiki Wietnamu, Gerald Ford zwrócił się do połączonych

19 — Wietnam 1962-1975

background image

290

izb  Kongresu  z  apelem  o  przyznanie,  w  trybie  alarmowym,
pomocy  wojskowej  dla  Sajgonu  o  wartości  700  min  dolarów.
Prezydent  powiedział  między  innymi:  „Stany  Zjednoczone,
rozdarte emocjami dziesięcioletniej wojny, okazały się niezdolne
od  udzielenia  właściwej  odpowiedzi...  Zachęcony  tym  rozwojem
wydarzeń Wietnam Północny zaczął... wysyłać na Południe nawet
dywizje  rezerwowe.  Osiemnaście  dywizji,  czyli  praktycznie  cała
armia  Wietnamu  Północnego,  znajduje  się  obecnie  w  Wietnamie
Południowym".  Ford  stwierdził,  iŜ  jeśli  USA  opuszczą  RW  „w
godzinie próby", to ucierpi na tym wiarygodność Ameryki.

Kongresmeni  nie  dali  się  przekonać,  wniosek  prezydenta

upadł. Amerykański parlament przyznał jedynie 300 min dolarów
na ewakuację obywateli USA z Wietnamu i zezwolił na uŜycie w
tym celu Ŝołnierzy.

Kongres  podjął  tę  decyzję  19  kwietnia.  Dwa  dni  później  po

heroicznej,  niemal  dwutygodniowej  obronie  padło  Xuan  Loc.
Droga na Sajgon stała przed Van Tien Dungiem i jego oddziałami
otworem.

Historyk Stephen Morris napisał, iŜ  walka 18. Dywizji AR  W

dowodzi,  Ŝe  „to  niezorganizowany  odwrót,  a  nie  brak  «woli
walki»  —  oszczerczy  frazes,  słuŜący  Amerykanom  za  alibi  ich
zdrady — był bezpośrednią przyczyną załamania się południowo-
wietnamskiej armii. Naturalnie, prezydent Thieu i niektórzy  jego
generałowie  ponoszą  odpowiedzialność  za  druzgocącą  klęskę,
lecz  pamiętać  trzeba,  Ŝe  nie  zdali  egzaminu  podczas  kryzysu
stworzonego 

przez 

przeniewierstwo 

Kongresu 

Stanów

Zjednoczonych".

W  dniu,  w  którym  Dung  zajął  Xuan  Loc,  prezydent  Thieu

podał  się  do  dymisji.  Hanoi  ogłosiło  wcześniej,  iŜ  jest  gotowe
rozmawiać z rządem sajgońskim, jeśli Nguyen Van Thieu ustąpi.
W  rzeczywistości  komunistom  chodziło  raczej  o  dodatkowe
skłócenie  grupy  rządzącej  RW.  Rzeczywiście,  nawet  najbliŜsi
współpracownicy  Thieu,  w  złudnej  nadziei  na  ocalenie  jakiejś
szczątkowej formy autonomii RW, nakłaniali prezyden-

background image

291

ta do rezygnacji. Thieu opierał się, lecz po decyzji Kongresu
o  pozostawieniu  Wietnamu  Południowego  bez  pomocy,  roz-
goryczony  i  zawiedziony  przekazał  władzę  jednemu  z  człon-
ków swojego gabinetu.

Ustępując,  wygłosił  namiętne  anty  amerykańskie  przemó-

wienie telewizyjne. Zarzucił Ameryce, Ŝe „zaprzedała Wietnam
komunizmowi",  Ŝe  opuściła  i  zdradziła  sojusznika,  a  on  sam
został okłamany przez rząd USA.

Prezydent  Ford  nie  zaprzeczył  oskarŜeniom  Thieu.  Unikał

wprawdzie  stanowczych  wypowiedzi  na  temat  Wietnamu,  ale
niejednokrotnie dawał do zrozumienia,  Ŝe  winę  ponosi  przede
wszystkim  Kongres.  W  jednym  z  przemówień  stwierdził:
„Niestety,  Kongres  w  sierpniu  1973  r....  odebrał  prezydentowi
pełnomocnictwa,  upowaŜniające  go  do  posunięć  wojskowych
celem wprowadzenia w Ŝycie układów podpisanych w ParyŜu...
Dlatego mogę zrozumieć rozczarowanie prezydenta Thieu w
tych dramatycznych chwilach".

Koniec zbliŜał się szybkimi krokami — 25 kwietnia rozpoczę-

ły  się  walki  na  przedpolach  Sajgonu.  Do  miasta  napływał
niekończący się strumień uchodźców cywilnych i Ŝołnierzy z
rozbitych  oddziałów.  Amerykanie  rozpoczęli  ewakuację  swych
obywateli i Wietnamczyków, którym groziło niebezpieczeństwo
— pracowników ambasady USA i członków władz RW.

Operacja  została  przeprowadzona  z  iście  amerykańskim

rozmachem.  Na  Morzu  Południowo-Chińskim  znajdowała  się
flota złoŜona z 40 okrętów w tym z trzech lotniskowców. 60
gigantycznych  śmigłowców  Sea  Knight,  nie  licząc  małych
Hueyów, lądowało w kilku punktach w Sajgonie i powracało
na  okręty  z  ewakuowanymi.  Samoloty  pasaŜerskie  i  transpor-
towe  zabierały  uciekinierów  z  lotniska  Tan  Son  Nhut.  Ta
droga  ewakuacji  została  jednakŜe  odcięta  28  kwietnia,  kiedy
po raz pierwszy weszło na Południu do akcji  lotnictwo  WAL,
MiG-i zbombardowały pasy startowe.

Tego samego dnia władzę w Sajgonie objął  generał  Duong

Van Minh, a generał Van Tien Dung, którego wojska dotarły

background image

292

juŜ  do  granic  miasta,  zaŜądał  od  obrońców  złoŜenia  broni  w
ciągu 24 godzin.

„Wielki"  Minh  został  prezydentem,  gdyŜ  Hanoi  —  wbrew

swym  uprzednim  obietnicom  —  odmawiało  podjęcia  rozmów
z  kimkolwiek  innym.  Znany  jako  zwolennik  ugody  z  ko-
munistami,  nowy  prezydent  w  pierwszym  wystąpieniu  nakazał
opuszczenie  kraju  wszystkim  Amerykanom  w  ciągu  jednej
doby.

Jego  Ŝądanie  miało  tylko  symboliczne  znaczenie,  jako  Ŝe

prawie  wszyscy  zdąŜyli  juŜ  odlecieć.  Następnego  dnia  helikop-
tery  wywiozły  pozostałych  —  jako  ostatni  opuścił  Sajgon
ambasador Graham Martin — i rozpoczął się końcowy epizod
historycznego  dramatu,  jakim  był  upadek  Wietnamu  Połu-
dniowego.  Ten  epizod  utrwalony  w  dziesiątkach  relacji,
fotografii i ujęć filmowych do dziś drąŜy sumienie Ameryki.

Wokół  ambasady  USA,  z  której  dachu  odlatywały  helikop-

tery,  zgromadziły  się  tysiące,  a  moŜe  dziesiątki  tysięcy  osób.
Jedni  błagali  Amerykanów,  inni  próbowali  ich  przekupywać.
Choć  śmigłowce  lądowały  co  parę  minut,  wiadomo  było,  Ŝe
niewielu  spośród  szturmujących  ogrodzenie  będzie  mogło  się
ewakuować.  Zrozpaczeni  rodzice  podawali  strzegącym  wejść
Ŝ

ołnierzom  piechoty  morskiej  dzieci,  aby  przynajmniej  one

zdołały  się  wydostać.  Rozdzielone  rodziny,  chaos,  panika,
obrazy  Marines  spychających  kolbami  zdesperowanych  Wiet-
namczyków  —  takie  wraŜenie  pozostawiły  ostatnie  godzin
istnienia RW.

Symboliczne  poŜegnanie  Amerykanów  z  Wietnamem  wy-

glądało jeszcze gorzej. Kilku Marines ochraniających ewakua-
cję  musiało  utorować  sobie  drogę  do  ostatniego  helikoptera
granatami  z  gazem  łzawiącym.  Rozgoryczeni  Ŝołnierze  ARW
strzelali do ostatnich odlatujących amerykańskich  śmigłowców
—  co  moŜe  posłuŜyć  za  tragiczne  podsumowanie  nieudanego
dla obu stron przymierza.

Amerykanie  zdołali  ewakuować  z  Sajgonu  w  sumie  50

tysięcy osób. 150 tysięcy Wietnamczyków wydostało się

background image

293

z  kraju  przed  rozpoczęciem  walk  o  Sajgon,  gdy  działały
jeszcze  normalnie  połączenia  pasaŜerskie.  Na  okrętach  ame-
rykańskich,  zakotwiczonych  u  wybrzeŜy  Wietnamu,  lądowały
w  ostatnich  dniach  wojny  dziesiątki  południowo-wietnamskich
helikopterów  z  uchodźcami.  Zabrakło  dla  nich  miejsca  na
pokładach lotniskowców i maszyny o wartości ćwierć miliona
dolarów  trzeba  było  spychać  do  morza.  W  zamieszaniu
pierwszych dni po klęsce zdołało się jeszcze wydostać łodziami
70 tysięcy ludzi. Wkrótce VII Flota  odpłynęła jednak  z Morza
Południowo-Chińskiego.  Musiało  upłynąć  duŜo  czasu,  nim
uciekinierzy  z  Wietnamu  wrócili  na  pierwsze  strony  gazet,  a
ś

wiat ze zgrozą dowiedział się o tragedii boat-people.

Stany  Zjednoczone  w  1975  r.  udzieliły  azylu  190  tysiącom

uchodźców,  a  więc  znacznej  większości.  Pozostali  znaleźli
schronienie w innych krajach zachodnich. Część prasy w USA
komentowała  z  niechęcią  przyjmowanie  uciekinierów.  Wtedy
właśnie  Thieu  opublikował  listy  Richarda  Nixona,  który
przyrzekał podjęcie natychmiastowej i skutecznej akcji w razie
agresji DRW na Wietnam Południowy. Thieu miał nadzieję, Ŝe
poruszy sumienia Amerykanów.

Generał  Minh  wezwał  wszystkie  walczące  jeszcze  oddziały

ARW  do  złoŜenia broni.  30  kwietnia,  nie  napotykając  Ŝadnego
oporu,  kolumny  czołgów,  transporterów  opancerzonych,  cię-
Ŝ

arówek  i  pieszych  Ŝołnierzy  Wietnamskiej  Armii  Ludowej

wkroczyły  do  Sajgonu.  Po  panice  ostatnich  dni  ulice  miasta
wydawały  się  jeszcze  bardziej  ciche  i  opustoszałe.  Wszędzie
walały  się  dziesiątki  tysięcy  porzuconych  butów  i  mundurów
Ŝ

ołnierzy ARW.

O  godzinie  11  pojedynczy  czołg  wyłamał  bramę  pałacu

prezydenckiego.  Generał  Duong  Van  Minh,  ostatni  prezydent
Republiki Wietnamu, po ogłoszeniu bezwarunkowej kapitulacji
został  aresztowany.  śołnierze  wywiesili  na  pałacu  flagę  Viet
Congu,  lecz  zachodnie  ekipy  telewizyjne  nie  uchwyciły  tego
momentu.  Na  prośbę  reporterów  Ŝołnierze  odegrali  więc  tę
scenę  raz jeszcze,  przed  kamerami.  Jak celnie  zauwaŜył

background image

294

Michael  Maclear,  to  była  „telewizyjna  wojna"  —  do  samego
końca...

Kiedy była stolica byłej Republiki Wietnamu została w całości

zajęta przez siły komunistyczne, na dachu pustej ambasady  USA
kilkudziesięciu  Wietnamczyków  nadal  cierpliwie  czekało  na
amerykańskie helikoptery...

Nguyen  Van  Thieu  przestrzegał  Amerykanów  jeszcze  w  roku

1970  —  w  wywiadzie  dla  „Newsweeka",  Ŝe  jeśli  dopuszczą  do
upadku  Wietnamu  Południowego,  to  zachęcą  komunistów  do
ekspansji  „na  całym  świecie  —  w  Afryce,  w  Ameryce
Południowej,  wszędzie".  W  1975  roku  Stany  Zjednoczone
postąpiły  jak  „Ŝałosny,  bezsilny  gigant"  i  na  konsekwencje  tego
faktu  nie  trzeba  było  długo  czekać.  Henry  Kissinger  próbował
jeszcze  powstrzymać  nieunikniony  bieg  wypadków.  Oświadczył,
Ŝ

e: „wrogowie naszych przyjaciół nie powinni wyciągać Ŝadnych

lekcji z naszych wietnamskich doświadczeń", lecz ci, których miał
na myśli, byli zgoła innego zdania.

Leonid  BreŜniew  z  pewnością  nie  był  wyrafinowanym

profesorem  Harvardu,  ale  to  on  lepiej  uchwycił  sens  wydarzeń.
Nazajutrz po upadku Sajgonu powiedział w tajnym przemówieniu,
Ŝ

nadchodzi 

ostateczny 

triumf 

ofensywy 

przeciwko

„imperializmowi".  Wprawdzie  jego  nadzieje  okazały  się
przedwczesne,  lecz  rok  1975  upowaŜniał  go  do  wysuwania  tak
optymistycznych prognoz.

Kiedy  wojska  generała  Dunga  stały  u  wrót  Sajgonu,  do

nieodległego  Phnom  Penh  wkraczali  Czerwoni  Khmerzy.  Tłumy
rozradowanej  ludności  witały  „wyzwolicieli",  ciesząc  się  z
nadejścia  upragnionego  pokoju.  Następnego  dnia  dla  KambodŜy
wybiła godzina zero. Rozpoczął się holocaust.

Wydarzenia  w  KambodŜy  pozostawały  wówczas  w  cieniu

klęski RW. Podobnie niemal niezauwaŜone przeszło objęcie przez
komunistów  władzy  nad  Laosem.  W  tym  samym  1975  roku  do
„budowania socjalizmu" przystąpiły Etiopia, Angola i Mozambik.

background image

295

Kissinger,  zapytany  na  konferencji  prasowej,  dlaczego  USA

nadal  wierzą  w  odpręŜenie,  nie  potrafił  odpowiedzieć.  Zresztą
gwiazda  Kissingera,  uwaŜana  niegdyś  za  jedną  z  najjaśniejszych
na  politycznym  firmamencie,  wyraźnie  przygasała.  Klęska  RW
przypieczętowała  zmierzch  sekretarza  stanu,  który  —  według
magazynu „Tirne" — „długo uwaŜany za niezastąpione bogactwo
narodowe,  sprowadzany  jest  obecnie  do  roli  zwykłego
ś

miertelnika".  Kissinger  próbował  się  tłumaczyć.  Twierdził,  iŜ

nigdy  by  nie  podpisał  porozumień  paryskich,  gdyby  wiedział,  co
zrobi  Kongres,  ale  wielu  komentatorów  sugerowało,  Ŝe  najlepiej
by zrobił, gdyby wrócił na uniwersytet.

Południowi  Wietnamczycy  przyjęli  zmianę  władzy  z  miesza-

nymi  uczuciami.  Radości  z  zakończenia  bratobójczej  wojny
towarzyszyła  obawa,  Ŝe  komuniści  dokonają  masakry,  mszcząc
się na wszystkich, którzy związani byli z dawnym reŜimem, Ŝe do
tragicznego  Ŝniwa  wojny  dodadzą  następne  ofiary.  A  siedem-
nastoletnie zmagania kosztowały przecieŜ naród niemało.

Poległo  prawie  300  tysięcy  Ŝołnierzy  południowo-wietnam-

skich. Liczbę ofiar ludności cywilnej RW szacuje się na około pół
miliona.  Uchodźców  było  —  jeszcze  przed  ostatnią  ofensywą  —
około 8 milionów.

Straty  po  stronie  DRW  były  przypuszczalnie  większe,  ale

rozkładały  się  inaczej.  Hanoi  nie  ogłosiło  do  dziś  danych,
dotyczących  liczby  ofiar.  Ocenia  się  jednak,  Ŝe  zginęło  ponad
milion  Ŝołnierzy  i  partyzantów  WAL/VC,  a  bombardowania
Północy spowodowały śmierć kilkudziesięciu tysięcy osób.

Znaczną  dysproporcję  liczby  zabitych  Ŝołnierzy  tłumaczą  dwa

czynniki. Po pierwsze, strona RW/USA dysponowała przewagą w
sile ognia oraz w lotnictwie. Po drugie, wiadomo Ŝe większe straty
ponoszą  z  reguły  atakujący  —  a  przecieŜ  strona  komunistyczna
znajdowała się prawie stale w ofensywie. RóŜnica w liczbie ofiar
cywilnych  wynika  natomiast  z  faktu,  Ŝe  wojna  toczyła  się  na
terytorium Wietnamu Południowego.

Nad polami bitewnymi Indochin zapadła głucha cisza, zamilkły

działa, zaczęły stygnąć silniki czołgów. Rozpoczął

background image

296

się  nowy  rozdział  w  historii  umęczonego  wojną  Wietnamu,
rozdział, który Wietnamczykom niestety nie przyniósł wolności
i dobrobytu.

Cisza, która zastąpiła szczęk oręŜa, nie zwiastowała lepszej

przyszłości.

Była to martwa cisza państwa policyjnego.

background image

BAMBUSOWY GUŁAG

Gdy pokonamy amerykańskich agresorów,

odbudujemy nasz kraj

dziesięć razy piąkniejszy niŜ dziś.

Testament Ho Chi Minha

Kiedy  zdobywcy  wkraczali  do  Sajgonu,  Południe  wstrzymało
oddech. Spodziewano się najgorszego. Sądzono, Ŝe — tak jak
w  Hue  w  czasie  ofensywy  Tet  —  komuniści  rozpoczną  od
„zlikwidowania wrogów ludu".

Pierwsze dni zdawały się przeczyć tym obawom. Do Ŝadnej

masakry  na  wielką  skalę  nie  doszło.  Sajgończycy  opowiadali
sobie  z  rozbawieniem  —  jak  pisze  współczesny  pisarz  wiet-
namski  Nguyen  Khai  —  Ŝe  oszołomieni  bogactwem  Południa
Ŝ

ołnierze  WAL  często  sprawiali  wraŜenie  przybywających  z

innej  epoki,  Ŝe  „zakwaterowani  w  eleganckiej  willi  wykopali
sobie  ziemiankę  w  ogrodzie;  Ŝe  włączali  klimatyzację,  ale
jednocześnie  otwierali  drzwi,  Ŝeby  uniknąć  zaczadzenia,  ...  Ŝe
patrząc  na  kobietę,  myślą  zaraz,  Ŝe  spała  z  Amerykanami;  Ŝe
otwierając podręcznik szkolny, nie mogą się nadziwić, iŜ dzieci
uczyły  się  o  bohaterach  narodowych,  bo  sądzili,  Ŝe  wkuwały
tylko 

Ŝ

yciorys 

Nixona". 

Zdumieni 

przystawali 

przed

eleganckimi witrynami sklepów, oglądali dyskoteki i wabiące

background image

298

kolorowymi  neonami  bary.  Dziwili  się  widząc  zatłoczone
samochodami  ulice  i  japońskie  zegarki  elektroniczne  na
ulicznych straganach.

ś

ołnierze  wrócili  wkrótce  na  Północ,  gdzie  pełne  niepokoju

rodziny oczekiwały  synów, męŜów i braci. Większość  domów
okryła  się  jednak  Ŝałobą;  spośród  tych,  którzy  wyruszyli
szlakiem Ho Chi Minha w latach sześćdziesiątych, nie przeŜył
prawie nikt. Tych, którzy wracali szczęśliwie, spotykało  niejed-
nokrotnie  rozczarowanie  —  podobne  nieco  do  tego,  którego
doświadczyli  amerykańscy  weterani.  Ich  powrót  uszczęśliwił
oczywiście najbliŜszych, lecz dla wszechwładnej biurokracji byli
kłopotliwymi intruzami, dla których trzeba było znaleźć miejsce
w społeczeństwie, pracę, załatwić formalności itp.

Kiedy  Ŝołnierze  „armii  wyzwoleńczej''  wracali  w  swe

ojczyste strony, w przeciwnym kierunku podąŜała inna „armia"

— działaczy  partyjnych  i  biurokratów,  którzy  mieli  kierować
„socjalistycznymi przekształceniami" na Południu.

Wietnam niemal natychmiast zniknął z gazetowych szpalt i

ekranów  telewizyjnych.  W  parę  miesięcy  po  upadku  Sajgonu
w  mieście  przebywał  tylko jeden  zachodni   korespondent

— z Agencji France Presse. To, co się działo od maja 1975 r.,
proces  stopniowego  komunizowania  Wietnamu  Południowego
pozostaje  więc  do  dziś  właściwie  nieznany  dla  świata,  który
przedtem  dowiadywał  się  ze  szczegółami  o  kaŜdej  utarczce
z  partyzantami.  Proces  ten  był  z  pewnością  trudniejszy  do
opisywania niŜ zmagania militarne, nie miał ich dramatyzmu.
Z  drugiej  jednak  strony,  kaŜda  próba  zrozumienia  wojen
wietnamskich  nie  uwzględniająca  wydarzeń  po  roku  1975  jest
zamierzeniem  chybionym.  Dopiero  wówczas  mogły  bowiem
zostać  rozstrzygnięte  i  zweryfikowane  fundamentalne  dla
zrozumienia Wietnamu pytania.

W  1954  r.,  gdy  Wietnam  Południowy  pojawił  się  na  mapie

ś

wiata,  nie  miał  rządu,  sił  zbrojnych,  a  ludzie  z  wyŜszym

wykształceniem  naleŜeli  do  rzadkości  —  w  kraju  był  tylko
jeden uniwersytet.

background image

299

Do  roku  1975  zbudowano  rodzimą  administrację  i  armię.

Poziom  Ŝycia  był  nieporównywalnie  wyŜszy  niŜ  20  lat
wcześniej. Na dwunastu uniwersytetach studiowało  150  tysięcy
młodych  ludzi.  Praktycznie  wszystkie  dzieci  uczęszczały  do
szkoły  —  RW  chlubiła  się  jednym  z  najniŜszych  w  Azji
odsetkiem  analfabetów  (10%  wśród  dorosłej  ludności).  Wyda-
wano 27 dzienników, działały 3 stacje telewizyjne i ponad 20
rozgłośni radiowych.

Taki kraj objęło w posiadanie Hanoi w 1975 r. Zdobyto teŜ

wtedy  ogromne  dobra  materialne:  majątek  przemysłowy  o
wartości  12  miliardów  dolarów  oraz  sprzęt  wojskowy  wart
ponad  5  miliardów  dolarów  (m.in.  1,5  tysiąca  samolotów  i
ś

migłowców,  550  czołgów  i  nowoczesne  komputery).  Środki

te mogły posłuŜyć do odbudowy kraju ze zniszczeń wojennych.

A  było  co  odbudowywać.  Same  wojska  amerykańskie

zuŜyły  w  czasie  wojny  11  milionów  ton  amunicji,  w  tym  6
milionów  ton  bomb  —  czyli  trzykrotnie  więcej,  niŜ  lotnictwo
USA  zrzuciło  w  czasie  II  wojny  światowej.  Niemal  cała
amunicja i większość bomb została uŜyta na terenie Wietnamu
Południowego,  na  Północ  spadło  relatywnie  mało,  bo  tylko
ponad  1  milion  ton.  Stopień  zniszczenia  obu  części  kraju  był
jednak  porównywalny,  poniewaŜ  na  Południu  walki  toczyły
się  raczej  w  dŜungli  i  na  obszarach  wiejskich,  natomiast
bombardowania DRW dotknęły głównie obiekty przemysłowe
i komunikacyjne.

Teoretycznie władzę w Sajgonie — przemianowanym wkrót-

ce na miasto Ho Chi Minha — powinien był objąć Tymczasowy
Rząd Rewolucyjny Republiki Wietnamu  Południowego,  którego
niezaleŜność i odrębność Hanoi zawsze solennie deklarowało.

TRR  został  jednak  odstawiony  na  boczny  tor,  władzę  nad

miastem przejął Wojskowy Komitet Zarządzający z północno--
wietnamskim  generałem  na  czele.  Wkrótce  analogiczne
komitety powstały w całym Wietnamie Południowym.

Niektórzy  działacze  Narodowego  Frontu  Wyzwolenia  Wiet-

namu Południowego mieli nadzieję na utrzymanie odrębności

background image

300

Południa.  Pragnęli  na  przykład,  aby  TRR  wysłał  własne
przedstawicielstwo do ONZ.

Hanoi  szybko  wybiło  im  jednak  z  głowy  podobne  iluzje,

oświadczając  oficjalnie,  Ŝe  kierowało  od  samego  początku
walką  na  Południu.  Partyjny  historyk  Nguyen  Khac  Vien
stwierdził, Ŝe TRR „nie był nigdy niczym więcej niŜ emanacją
DRW",  a  stan  ten  ukrywano,  gdyŜ  „dopóki  trwała  wojna,  nie
musieliśmy odkrywać kart".

Generałowie  Giap  i  Van  Tien  Dung  w  obszernych  opisach

finałowej  ofensywy  prawie  w  ogóle  nie  wspominają  o  siłach
NFW.  A  jeden  z  ministrów  TRR,  Truong  Nhu  Tang,  który
uznawszy politykę komunistów wobec Południa za zdradziecką,
zbiegł  w  1980  r.  z  kraju,  tak  wspomina  uroczyste  obchody
zwycięstwa,  które  odbyły  się  w  rocznicę  urodzin  Ho  Chi
Minha,  15  maja  1975  r.,  w  Sajgonie:  „Widziałem  z  trybuny
honorowej  jak  w  cywilnym  pochodzie  niesiono  dwie  flagi:
Demokratycznej  Republiki  Wietnamu  (Północy)  i  TRR  (Połu-
dnia),  lecz  defilada  wojskowa  odbywała  się  tylko  pod  jedną,
północno-wietnamską  flagą,  czerwoną  z  Ŝółtą  gwiazdą.  Spy-
tałem  generała  Van  Tien  Dunga:  «Gdzie  są  słynne  1,  5,  7  i  9
Dywizje  Narodowego  Frontu  Wyzwolenia?»  Odparł  zimno:
«Armia została juŜ scalona»".

Na  pełną  unifikację  obu  części  kraju  nie  trzeba  było  długo

czekać.  Miały  do  niej  prowadzić  negocjacje,  które  odbyły  się
w  listopadzie  1975  r.  w  Sajgonie.  Słowo  „negocjacje"  nie
oddaje  właściwie  istoty  rozmów,  w  czasie  których  Północ
reprezentował  Truong  Chinch,  a  Południe  —  Pham  Hung.
Obaj  główni  „negocjatorzy"  reprezentowali  bowiem  w  rzeczy-
wistości  jedną  i  tę  samą  instytucję:  byli  członkami  Biura
Politycznego KC Lao Dong.

Wynik  rokowań  nie  mógł  być  dla  nikogo  zaskoczeniem.

Obie  „strony"  zdecydowały,  iŜ  ma  powstać  zjednoczony,
„całkowicie  niepodległy  i  socjalistyczny  Wietnam".  Drogą  do
tego  celu  miały  być  ogólnokrajowe  wybory  do  Zgromadzenia
Narodowego.

background image

301

Odbyły się one szybko, bo juŜ w kwietniu 1976 r. Frekwen-

cja  była  bardzo  wysoka  —  tym,  którzy  nie  brali  udziału  w
głosowaniu,  groziła  utrata  kartek  Ŝywnościowych.  Wybrane
wówczas  Zgromadzenie  Narodowe  reprezentowało  z  pozoru
całe  społeczeństwo.  Znaleźli  się  w  nim  robotnicy  i  chłopi,
„demokratyczni  intelektualiści"  i  przodownicy  pracy,  wzorowi
Ŝ

ołnierze  i  kadrowcy  partyjni,  rzemieślnicy  i  kobiety.  Nie

zabrakło  nawet  duchownych.  Wszyscy  oni,  choć  na  pozór  tak
róŜni,  mieli  jedną  cechę  wspólną:  w  mniej  lub  bardziej
bezpośredni sposób reprezentowali  Lao  Dong. Oprócz  jawnych
członków  partii  byli  wśród  nich  takŜe  tajni,  którzy  działali  w
innych  organizacjach.  Reszta,  nie  naleŜąc  do  Lao  Dong,
popierała  jej  linię.  Byli  to  np.  zwolennicy  dawnej  „Trzeciej
Siły" oraz „postępowi" księŜa lub mnisi buddyjscy.

Zgromadzenie  uchwaliło  jednogłośnie  zjednoczenie  kraju.

Otrzymał  on  nazwę  Socjalistyczna  Republika  Wietnamu
(SRW). Określenie „Demokratyczna" władze uznały  za  niepo-
trzebne na nowym etapie.

Akcja  zwijania  zbędnych  parawanów  ruszyła  zresztą  pełną

parą. Wszystkie organizacje, na których opierał się Viet Cong i
które miały świadczyć o jego samodzielności i niezaleŜności od
Północy,  były  rozwiązywane  lub  scalane  ze 

swymi

odpowiednikami  z DRW.  Ludowa  Partia Rewolucyjna  okazała
się  częścią  Lao  Dong.  Podobnie  było  z  organizacjami
młodzieŜowymi,  kobiecymi  i  związkami  zawodowymi.
Wreszcie  sam  Narodowy  Front  Wyzwolenia,  boŜyszcze
zachodniej lewicy, którego .sztandarami amerykańscy pacyfiści
tak  chętnie  draŜnili  policję,  sam  osławiony  Viet  Cong  został
uznany  za  nieprzydatny  relikt  minionego  etapu.  NFW  spotkał
koniec  dosyć  Ŝałosny  i  dla  tak  —  jakkolwiek  by  na  nią  nie
patrzeć  —  bohaterskiej  organizacji  raczej  upokarzający:  Front
został  wcielony  do  Wietnamskiego  Frontu  Patriotycznego
(odpowiednik FJN).

Akcja  likwidowania  starych  fasad  objęła  nie  tylko  pseudo-

niezaleŜne organizacje Południa. Powszechna zmiana nazw

background image

302

miała świadczyć o przebyciu etapu „demokratycznego" i osiąg-
nięciu  dialektycznie  wyŜszego  szczebla  „socjalistycznego".  I
tak,  na  przykład  wietnamska  Partia  Pracujących  stała  się
Komunistyczną  Partią  Wietnamu,  a  Związek  MłodzieŜy  Pra-
cującej  im.  Ho  Chi  Minha  przekształcił  się  w  Związek
MłodzieŜy Komunistycznej (patron pozostał ten sam).

Komuniści  nie  planowali  wcześniej  tak  błyskawicznego

scalenia obu części kraju. Zdawali sobie sprawę z  dzielących
je  głębokich  róŜnic.  Prominentny  przedstawiciel  TRR  mówił
pod  koniec  1975  r.:  „Do  społeczeństwa  południowego  naleŜy
mówić  innym  językiem...  Istnieje  coś  w  rodzaju  alergii  na
takie  słowa,  jak  socjalizm,  walka  klasowa,  dyktatura  proleta-
riatu. Stąd taktyka omijania czy teŜ nienaduŜywania terminów
z  leksykonu  marksistowsko-leninowskiego,  do  których  po
prostu jeszcze się nie przyzwyczajono. Nowe wino podaje się
w  starych  butelkach".  Jakie  więc  były  powody  raptownego
przyspieszenia procesu spajania kraju?

Kierownictwo Lao Dong spostrzegło, iŜ popełniło powaŜny

błąd.  Starcy  z  Hanoi  sami  uwierzyli  w  głoszone  przez
dziesięciolecia  twierdzenia,  iŜ  Południe  jęczy  pod  jarzmem
imperializmu i marionetkowego reŜimu. Nie docenili atrakcyj-
ności,  jaką  mogą  mieć  swobody  kulturalne  i  społeczne  —
nawet tak ograniczone, jak w RW. Tymczasem po 1975 roku
społeczeństwo  DRW  zaczęło  dosyć  szybko  uzyskiwać
informacje  o  rzeczywistym  stanie  rzeczy  na  Południu.  Na
Północ  wróciło  kilkaset  tysięcy  Ŝołnierzy,  rodziny  zaczęły
odwiedzać  krewnych,  od  których  były  oddzielone  przez
dwadzieścia  lat  linią  17  równoleŜnika,  zaczęły  funkcjonować
połączenia  komunikacyjne  i  pocztowe.  W  pierwszej  chwili
reakcja  musiała  być  podobna,  jak  w  wypadku  Ŝołnierzy
zajmujących  Sajgon  —  oszołomienie  nieporównanie  wyŜszym
poziomem Ŝycia na Południu.

Potem  zaczęły  przenikać  inne  wiadomości,  które  musiały

ludziom  na  Północy  dawać  wiele  do  myślenia:  o  istnieniu
opozycyjnych partii politycznych; o prasie, która nie była tubą

background image

303

propagandową  jednej  partii;  o  prywatnej  przedsiębiorczości,
która  sprawiała,  iŜ  pomimo  wyczerpującej  wojny  poziom
cywilizacyjny  Południa  systematycznie  się  podnosił;  o  braku
totalnej  kontroli  polityczno-policyjnej  nad  obywatelami.  Wszy-
stko  to  przeczyło  wyobraŜeniom,  które  społeczeństwu  Północy
tak skutecznie wpoiła propaganda Lao Dong.

Władze  juŜ  wkrótce  zorientowały  się,  jak  niebezpieczne

konsekwencje  moŜe  mieć  tolerowanie  takiej  sytuacji.  Po-
stanowiły  zniwelować  róŜnice  pomiędzy  obiema  częściami
kraju.

Południowcy  poszli  w  1976  r.  w  odstawkę.  Otrzymali

niektóre  eksponowane  stanowiska  —  władze  chciały  uniknąć
zarzutu,  Ŝe  ofensywa  z  1975  r.  oznaczała  po  prostu  podbój
Południa.  Przewodniczący  NFW,  Nguyen  Huu  Tho,  został
wiceprezydentem SRW, a były premier TRR, Huynh Tan Phat
—  wicepremierem.  Wszystkie  kluczowe  pozycje  zajęli  jednak
ludzie  z  Północy.  TakŜe  na  Południu,  gdzie  napłynęły  tysiące
aparatczyków Ŝądnych stanowisk i dóbr materialnych.

Nawet  sprzyjająca  komunistom  zachodnia  lewica  nie  ukry-

wała  obaw  o  ich  postępowanie  po  zdobyciu  władzy.  Kiedy
więc nie nastąpiła spodziewana rzeź przeciwników, ogłoszono
triumfalnie, Ŝe zwycięzcy okazali się daleko bardziej humanitarni
i  wyrozumiali  niŜ  „krwawa  marionetkowa  dyktatura"  Thieu.
Sytuacja była jednak bardziej skomplikowana. Na początku w
samej stolicy rzeczywiście nie nastąpiły powaŜniejsze represje,
jeśli  nie  liczyć  aresztowań  nielicznych  przedstawicieli  władz
RW,  którzy  nie  zdołali  się  ewakuować.  Na  prowincji  było
inaczej.

W  niektórych  wsiach  i  miasteczkach  mordowano  pracow-

ników  administracji  sajgońskiej,  oficerów  ARW,  policjantów
oraz  działaczy  politycznych  i  religijnych.  Działały  tzw.  sądy
ludowe,  które  ferowały  wyroki  śmierci  za  „długi  krwi",  jakie
oskarŜeni  winni  byli  „ludowi".  Egzekucje  skazanych  „lokajów
amerykańskiego  imperializmu"  wykonywano  często  publicznie,
w barbarzyński i okrutny sposób. Celem takiego postępowania

background image

304

było prawdopodobnie zastraszenie społeczeństwa i zniszczenie
wszelkich  myśli  o  oporze.  Nie  wydaje  się  jednak,  by  była  to
jakaś  zarządzona  odgórnie  akcja  —  choć  i  tego  nie  moŜna
wykluczyć.  To  raczej  członkowie  Viet  Congu,  gdy  dostawali
w  swe  ręce  ludzi,  z  którymi  mieli  własne  porachunki,
wykorzystywali 

okazję 

do 

zemsty. 

Zasadnicza 

linia

postępowania  Lao  Dong  wobec  Południa  polegała  jednak  nie
na  fizycznym  likwidowaniu  przeciwników,  lecz  na  tzw.
reedukacji  społeczeństwa.  Temu  właśnie  słuŜyć  miał  system
obozów  koncentracyjnych,  nazwany  przez  wietnamskiego
badacza Nguyena Van  Canh  (obecnie  w  USA)  „bambusowym
Gułagiem".

„Reedukację"  zorganizowano  bez  rozgłosu,  ale  w  sposób

systematyczny  i  precyzyjnie  zaplanowany.  JuŜ  w  kilka  dni  po
zdobyciu Sajgonu rozkazano zarejestrować się byłym oficerom
i  Ŝołnierzom  ARW,  policjantom,  urzędnikom  państwowym  i
nauczycielom.  Wkrótce  odbyli  kilkudniowe  szkolenie  poli-
tyczne,  które  w  oczach  zachodnich  korespondentów  było
kolejnym  dowodem  łagodności  komunistów,  a  dla  władz
stanowiło  wstępne  rozpoznanie  środowiska.  Po  kilku  tygo-
dniach kazano im stawić się w celu dalszej „reedukacji". Tym
razem  polecono  wezwanym  zabrać  Ŝywność  na  30  dni,  więc
sądzili,  iŜ  kurs  będzie  nieco  dłuŜszy.  Okazało  się  jednak,  Ŝe
pierwsze  przeszkolenie  miało  za  zadanie  równieŜ  uśpienie  ich
czujności.

Po  miesiącu  z  zagubionych  w  dŜungli  obozów  nie  powrócił

nikt. Uwięziono podstępnie trzysta tysięcy osób i poddano tzw.
cai  tao  —  reformie  myśli,  jak  brzmi  wietnamskie  określenie
reedukacji. 

Jerzy 

Chociłowski, 

któremu 

umoŜliwiono

zwiedzenie  obozów  reedukacyjnych,  pisze,  Ŝe  władze
przedstawiały  swe  stanowisko  następująco:  „Celem  obecnej
rewolucji jest nie rozjątrzanie, lecz zabliźnianie ran. Nie chodzi
o  łatwy  odwet,  o  stawianie  winowajców  przed  plutonem
egzekucyjnym.  Śmierć  nie  załatwia  niczego.  Jeden  nieŜywy  to
dziesięciu wrogów".

background image

305

W odpowiedzi na memoriał Amnesty Intemational z 1980 r.

Hanoi  stwierdziło,  iŜ  „reedukacja  bez  wyroku  sądowego  jest
nadzwyczaj  humanitarna

,

\  W  1975  r.  władze  stanęły  przed

trudnym  zadaniem  unieszkodliwienia  milionowej  nieprzyjaciel-
skiej  armii.  Wybrały  drogę  „porozumienia",  a  nie  zemsty.
„Reedukacja"  nie  stanowiła  właściwie  kary,  lecz  szansę
powrotu  do  społeczeństwa.  Zdaniem  rządu  SRW,  „humanita-
ryzm"  reedukacji  „w  porównaniu  ze  zwykłym  systemem
procesu  sądowego"  polegał  m.in.  na  tym,  Ŝe  unikało  się
wyroku  sądu,  który  mógłby  „niepomyślnie  wpłynąć  na  całe
Ŝ

ycie skazanego i jego dzieci"...

Jak  ów  „humanitarny  system"  funkcjonował?  Zatrzymani

przechodzili  w  obozach  intensywny  kurs  indoktrynacji  poli-
tycznej.  Polegał  on  na  słuchaniu  wykładów  i  obowiązkowej
lekturze pism partyjnych. Więźniowie musieli zapoznać się z
marksistowską  nauką  o  społeczeństwie  i  przyswoić  sobie
„właściwe"  poglądy  na  najnowszą  historię  Wietnamu.  Oto
niektóre  tematy  zajęć:  Amerykański  imperializm  —  wróg
ludu; Zbrodnie popełnione  przeciwko naszemu  narodowi  przez
amerykański  imperializm;  Traktaty,  które  przyniosły  zwycięs-
two ludowi Wietnamu (od porozumienia genewskiego z 1954 r.
do porozumienia paryskiego z 1973 r.).

Więźniowie  musieli  szczegółowo  opisywać  swe  „zbrodnie

przeciwko  ludowi",  prosić  Rewolucję  o  łaskę  i  składać
przyrzeczenia  lojalności  wobec  władz.  „Przestępstwa"  wy-
znawano  w  obecności  innych  więźniów,  którzy  mogli  denun-
cjować składającego samokrytykę, wskazując na przemilczenia
i  dodając  nowe  oskarŜenia.  Zatrzymani  musieli  takŜe  przed-
stawiać  swe  „błędy"  na  piśmie.  Kolejne  wersje  samokrytyki,
liczącej  nieraz  20  i  więcej  stron,  były  następnie  skrupulatnie
porównywane  i  w  razie  wykrycia  najmniejszych  niespójności
więźnia  oskarŜano  o  zatajanie  prawdy.  W  takim  przypadku
kierownictwo  obozu  mogło  sięgnąć  do  szerokiego  arsenału
metod  terroru  fizycznego.  Bicie  i  tortury  były  na  porządku
dziennym. Więźniów zmuszano do niewolniczej pracy. Za

20 — Wietnam 1962-1975

background image

306

niewykonanie  normy  lub  „brak  entuzjazmu  do  pracy"  mogli
zostać rozstrzelani.

A  nawet  bez  tych  wszystkich  szykan  przeŜycie  pobytu  w

obozie, połoŜonym zwykle w bagnistej, malarycznej dŜungli, nie
naleŜało  do  łatwych.  Pracujący  ponad  siły  więźniowie
otrzymywali  zaledwie  500  gramów  Ŝywności  dziennie,  a  spali
na ziemi lub w błocie.

Część  spośród  trzystu  tysięcy  „współpracowników  marionet-

kowego  reŜimu"  uwięzionych  w  czerwcu  1975  r.  zaczęto  po
kilku miesiącach zwalniać. Wszyscy zwalniani musieli przedtem
udowodnić swą prawomyślność, okazać obrzydzenie w stosunku
do popełnionych „win" i wyznać, Ŝe byli jedynie „bezmyślnymi
narzędziami  w  rękach  Amerykanów".  Jako  pierwszych
wypuszczono  nauczycieli,  potem  lekarzy  i  inŜynierów  oraz
urzędników  niŜszej  rangi.  Po  roku  od  chwili  zatrzymania  rząd
oświadczył  rodzinom  pozostałych,  Ŝe  na  proces  reedukacji
potrzeba jeszcze dwóch lat.

Tymczasem  w 1981 r., czyli cztery lata  później,  w  około  stu

obozach, rozsianych po całym kraju, przebywało jeszcze

 

według  niektórych  ocen  —  trzysta  tysięcy  osób,  czyli  tyle

samo,  co  w  1975  r.  Nie  byli  to  jednak  w  duŜej  części  ci  sami
więźniowie.  Miejsca  wypuszczonych  zajmowali  inni.  Ci,  dla
których  nie  starczyło miejsca  w pierwszej  obozowej  fali

 

członkowie  administracji  prowincjonalnej,  ludzie  kultury,

intelektualiści, działacze organizacji społecznych i politycznych,
takŜe  tych,  które  pozostawały  w  opozycji  wobec  reŜimu
sajgońskiego.

Wkrótce  na  „reedukację"  zaczęli  trafiać  ludzie,  którzy  nie

mieli  nic  wspólnego  z  dawnym  rządem  ani  w  ogóle  z  polityką.
Kupcy,  rzemieślnicy,  drobni  przedsiębiorcy  i  ci,  którym  nie
powiodła się próba ucieczki za granicę.

Wszelkie  szacunki  liczbowe  były  i  są  niezwykle  utrudnione

ze  względu  na  izolację  Wietnamu  od  reszty  świata.  Dane
oficjalne  nie  przedstawiają  większej  wartości  —  na  przykład  w
1981   r.   władze   przyznawały   się   do   przetrzymywania

background image

307

20  tysięcy więźniów politycznych,  a  najniŜsze  oceny niezaleŜne
były sześć razy wyŜsze. Szacuje się, Ŝe do roku 1981 „reformie
myśli" poddano co najmniej półtora miliona osób. NajcięŜsze,
wieloletnie  kary  dotykały,  jak  wynika  z  oświadczeń  Hanoi,
trzech  grup.  Do  pierwszej  naleŜeli  ci,  którzy  „popełnili
zbrodnie  przeciwko  ludowi"  i  mieli  „długi  krwi  wobec
rodaków".  Tymi  określeniami  opatrywano  wyŜszych  oficerów
ARW,  policji  oraz  funkcjonariuszy  najwyŜszych  władz  RW.
Drugą  grupę  stanowiły  osoby,  które  „znajdowały  się  w  szere-
gach  ruchu  oporu  i  zdradziły  kraj".  Chodzi  o  członków  Viet
Congu, którzy skorzystali z programu „Otwartych ramion" —
czyli ujawnili się. Było ich 250 tysięcy. Do trzeciej kategorii
„szczególnie 

niebezpiecznych" 

więźniów 

politycznych

zaliczano 

tych, 

którzy 

działali 

przeciwko 

„władzy

rewolucyjnej" po 30 kwietnia 1975 r.

W  stosunku  do  wymienionych  grup  Lao  Dong  nie  poprze-

stawała na samej tylko „reedukacji". Ludzie ci byli najczęściej
stawiani  przed  sądem  i  otrzymywali  długoletnie  wyroki
więzienia lub obozu pracy.

Oto najbardziej znane ofiary „bambusowego Gułagu".

Ksiądz  Hoang  Quynh  był  przed  rokiem  1954  dowódcą

antykomunistycznych  oddziałów  katolickich  w  diecezji  Phat
Diem w delcie Rzeki Czerwonej. Został aresztowany w pobliŜu
Sajgonu  w  1975  r.  i  zamęczony  na  śmierć.  Zmarł  praw-
dopodobnie na początku 1977 r.

Tran Van Tuyen — znany adwokat sajgoński, lider jednej z

grup  opozycyjnych  Ŝądających  ustąpienia  Thieu.  Popełnił
samobójstwo w obozie w październiku 1976 r.

Hoang Xuan Tuu  był  senatorem RW  i  członkiem  partii  Dai

Viet.  Zmarł  w  obozie  Nam  Ha  we  wrześniu  1980  r.,  według
wersji oficjalnej — z powodu choroby.

Więcej  uwagi  warto  poświęcić  postaci  wielebnego  Tien

Minh.  W  czasie  wojny  był  jednym  z  czołowych  przywódców
buddystów,  sprzeciwiał  się  bombardowaniom  RW,  domagał
się pojednania z NFW, wskutek czego władze uznawały go za

background image

308

agenta  komunistycznego  i  represjonowały.  Aresztowano  go
w kwietniu  1978  r.  za  protesty  przeciw  traktowaniu  więźniów
politycznych  i  prześladowaniu  religii.  Zmarł  w  wyniku  tortur
sześć miesięcy później. Władze podały —jak zwykle w podob-
nych przypadkach — Ŝe przyczyną śmierci był „wylew krwi
do mózgu".

Z  upływem  czasu  wiadomości  o  wietnamskim  Gułagu

zaczęły  przedostawać  się  na  zewnątrz.  Władze  dopuściły
wówczas  do  wybranych,  pokazowych  obozów  inspekcje  mię-
dzynarodowe  i  dziennikarzy.  To,  co  przygotowano  dla  za-
granicznych  gości,  nie  miało  —  rzecz  jasna  —  wiele  wspól-
nego  z  rzeczywistością  obozową:  „Uśmiechnięci  narkomani
ś

piewali  —  klaszcząc  do  rytmu  —  pieśni  rewolucyjne,  byli

policjanci grali w siatkówkę i podlewali z konewek pataty w
swych  miniogródkach,  prostytutki  zaś  i  właścicielki  domów
publicznych  opowiadały  szczegółowo  o  swojej  nagannej
przeszłości..." — takie sielankowe wraŜenie wyłania się z opisu
peerelowskiego reportera.

Dla  tych,  którym  udało  się  przeŜyć  obóz  i  zakończyć

„reedukację", wyjście na wolność nie oznaczało końca cierpień.
Byli  naznaczeni  piętnem  „wrogów  ludu",  szykanowani,  in-
wigilowani, pozbawieni pracy. Często zsyłano ich w  odległe
od  miast,  nie  zagospodarowane  rejony.  TakŜe  ich  rodziny
prześladowano, więc niektórzy kazali swym Ŝonom odchodzić
—  wiedzieli,  Ŝe  w  przeciwnym  wypadku  dzieci  nie  będą
mogły zdobyć wykształcenia i pozostaną na zawsze pariasami.

A  społeczeństwo,  do  którego  powracali  w  miarę  upływu

czasu, coraz mniej przypominało to, które znali sprzed 1975 r.
O  tych,  którzy  opuszczali  obozy  w  roku  1976  czy  1977,
trudno juŜ było powiedzieć, Ŝe wychodzą „na wolność".

Wkrótce po upadku Sajgonu wprowadzono szereg zarządzeń,

czyniących  z  Południa  poglądowy  niemal  przykład  państwa
policyjnego. Ogłoszono godzinę policyjną. Obowiązywała w
mieście  Ho  Chi  Minha  jeszcze  w  1981  r.  —  w  sześć  lat  po
zakończeniu wojny — od godziny 24 do 5 rano.

background image

309

Zakazano mieszkańcom Południa podróŜowania — na kaŜdy

wyjazd  musieli  uzyskać  specjalną  zgodę  lokalnych  władz  i
słuŜby  bezpieczeństwa.  Nie  trzeba  chyba  dodawać,  Ŝe
wprowadzono surową cenzurę, rozwiązano partie polityczne
i  niezaleŜne  organizacje,  zakazano  zgromadzeń  etc.  O  skali
permanentnego  stanu  wyjątkowego  na  Południu  moŜe  świad-
czyć  fakt,  iŜ  ostatni  zakaz  dotyczył  równieŜ  uroczystości
rodzinnych;  krewnych  i  znajomych  moŜna  było  zapraszać  do
domu dopiero po otrzymaniu pozwolenia administracji i policji.

W  miarę  rozrostu  władz  kontrola  nad  społeczeństwem

stawała  się  coraz  dokładniejsza.  Szczególną  rolę  odgrywał
niebywale  rozbudowany  aparat  bezpieczeństwa.  Nguyen  Van
Canh  twierdzi  nawet,  iŜ  kaŜde  trzy  rodziny  w  większych
miastach  posiadały  swego  „opiekuna"  z  ramienia  słuŜby
bezpieczeństwa.

Ogromna  administracja  utworzyła  hierarchiczną  strukturę,

która  począwszy  od  „komitetów  blokowych",  poprzez  osiedlo-
we, dzielnicowe itd. pozwalała na utrzymywanie stałej kontroli
nad  obywatelami  w  miejscu  zamieszkania.  Na  tych  samych
szczeblach  zorganizowano  komórki  resortu  spraw  wewnętrz-
nych.  Zwykle  na  ich  czele  stawali  ludzie  przybyli  z  Północy.
Kontrola Lao Dong rozciągnęła się takŜe na miejsce pracy czy
nauki.  Według  wzoru  znanego  z  DRW  —  kaŜdy  na  Południu
musiał  zostać  członkiem  co  najmniej  jednej  „organizacji
masowej".  Dzieci  w  wieku  szkolnym  zostawały  pionierami.
MłodzieŜ,  jeŜeli  chciała  się  kształcić,  musiała  naleŜeć  do
Związku MłodzieŜy Komunistycznej im. Ho Chi Minha itd.

Na  szczycie  tej  drabiny  społecznej  oraz  —  ujmując  rzecz

obrazowo  —  w  węzłach  struktury  znajdowała  się  partia
komunistyczna.  Do  Lao  Dong  nie  było  się  łatwo  dostać  —
trzeba  było  mieć  staŜ  w  organizacji  innego  typu,  np.
młodzieŜowej i świadectwo nieposzlakowanej lojalności wobec
władz.  A  warto  było,  bowiem  do  wietnamskiej  specyfiki
naleŜało  istnienie  oficjalnie  uznanych  przywilejów  dla  aparatu
partyjnego (np. większych przydziałów kartkowych).

background image

310

Przy przekształcaniu  społeczeństwa podbitej RW  Lao  Dong

napotkała  jednak  w  końcu  opór.  Istniały  struktury,  których  nie
moŜna było zlikwidować jednym pociągnięciem pióra, bowiem
opierały się nie na doraźnych interesach czy  na  przemijających
ideach  politycznych,  lecz  na  czymś  znacznie  głębiej  zakot-
wiczonym  w  ludzkiej  naturze.  Mowa,  oczywiście,  o  religiach.
Przed reŜimem stanęło niełatwe zadanie sprowadzenia Południa
i w tej dziedzinie do poziomu Północy.

W  DRW  po  kampanii  antyreligijnej,  przebiegającej  jedno-

cześnie  z  reformą  rolną,  represje  skierowane  przeciw  katolikom
nie ustały, lecz zmienił się ich charakter. Stały się mniej ostre,
za  to  bardziej  rozciągnięte  w  czasie  i  dokuczliwe.  Zamiarem
Lao  Dong  było  doprowadzenie  do  powolnego  obumierania
Kościoła. Powiodło się to tylko częściowo. W 1975 r. na około
1 milion północno-wietnamskich katolików przypadało jeszcze
400  księŜy,  lecz  byli  to  w  większości  kapłani  w  podeszłym
wieku. Władze drastycznie ograniczyły bowiem moŜliwości ich
kształcenia.  KaŜda  z  diecezji  miała  prawo  posłać  do
seminarium jednego kleryka na pięć lat!

KsięŜa  byli  inwigilowani  i  szykanowani.  Nie  mogli  prze-

kraczać  bez  zezwolenia  granic  swych  parafii.  Świeckich
zaangaŜowanych  w  Ŝycie  Kościoła  usuwano  z  pracy  i  repre-
sjonowano.

W  1955  r.  wietnamscy  księŜa-patrioci  zorganizowali  na

polecenie  władz  Komitet  Patriotycznych  i  Miłujących  Pokój
Katolików.  Komitet  zajmował  się  atakowaniem  „reakcyjnych
elementów"  w  łonie  Kościoła  i  nawoływaniem  wiernych  do
popierania władz.

Po  pokonaniu  RW  komuniści  stanęli  jednak  w  obliczu

przeciwnika bez porównania silniejszego niŜ Kościół północno-
- wietnamski. Na Południu Ŝyło wówczas dwa miliony katolików
tak  znakomicie  zorganizowanych,  Ŝe  stanowili  jedną  z  najwaŜ-
niejszych — jeśli nie najwaŜniejszą — z sił społecznych w RW.

Kościół prowadził  tysiące szkół,  z  uniwersytetami  włącznie,

kilkaset przychodni lekarskich, szpitali i sierocińców. Ducho-

background image

311

wieństwo było liczne — 4 tysiące księŜy i zakonników oraz 6
tysięcy  sióstr  zakonnych,  religijność  wierzących  Ŝywa,  a  ich
poczucie  utoŜsamienia  z  Kościołem  niezwykle  mocne.  Nie
moŜna  im  było  przy  tym  zarzucić  bezkrytycznego  popierania
reŜimu  sajgońskiego.  Katolicy  stanowili  zawsze  —  obok
buddystów  —  jądro  domagającej  się  reform  opozycji.  Partia
miała  jednak  wewnątrz  Kościoła  swoje  przyczółki.  Była  to
grupa  prokomunistycznych  katolików,  która  za  czasów  Thieu
wydawała antyrządowe pismo „Doi Dien" oraz  Ruch  Katolic-
kiej MłodzieŜy Robotniczej, współpracujący z Viet Congiem.

Agentury  te  wkrótce  udowodniły  swą  uŜyteczność.  3  czer-

wca  1975  r.  „spontaniczna"  manifestacja  „patriotycznych
katolików"  wtargnęła  do  siedziby  delegata  apostolskiego  w
Sajgonie, biskupa Le Maitre, Ŝądając usunięcia go z kraju. Do
katolików  z  pobliskich  parafii,  którzy  —  zwołani  biciem
dzwonów  —  pospieszyli  biskupowi  z  odsieczą,  otworzyła
ogień  milicja.  Spełniając  „wolę  ludu",  komuniści  zmusili  do
opuszczenia  Wietnamu  delegata  apostolskiego,  a  wkrótce
potem wszystkich zagranicznych misjonarzy.

W  miarę  upływu  czasu  zwiększał  się  zakres  represji  wobec

Kościoła na Południu. Odebrano mu większość szkół, szpitali
i  innych  instytucji.  Skonfiskowano  teŜ  mienie  kościelne,
oprócz  budynków  i  przedmiotów  słuŜących  do  celów  ściśle
kultowych.  Władze  zajęły  np.  studio  telewizyjne  prowadzone
przez  jezuitów.  Zaczęły  się  aresztowania  księŜy  i  najbardziej
aktywnych katolików świeckich.

Na posłusznych czekały natomiast nagrody  —  mogli  wyda-

wać  pisma,  a  niektórzy,  szczególnie  zasłuŜeni  zrobili  nawet
kariery:  ks.  Huynh  Cong  Minh,  jeden  z  twórców  Ruchu
Katolickiej  MłodzieŜy  Robotniczej  został  w  1976  r.  członkiem
Zgromadzenia Narodowego.

Artykuł  68  Konstytucji  SR  W  gwarantował  obywatelom

„wolność  wyznania  oraz  praktykowania  lub  niepraktykowania
religii". W praktyce wszystkie wyznania poddano drastycznym
ograniczeniom. Oficjalnym wytłumaczeniem tej sprzeczności

background image

312

zajął  się  ideologiczny  organ  partii,  „Przegląd  Komunistyczny",
który  przed  nasileniem  kampanii  antyreligijnej  w  1977  r.
pisał,  iŜ  władze  muszą  rozprawić  się  z  „imperialistami  i
reakcjonistami,  kryjącymi  się  za  plecami  religii".  Wprawdzie
w  zamiarach  partii  nie  leŜy  „stosowanie  polityki  terroru
wobec  religii",  jednak  zdarzały  się  przypadki,  Ŝe  „ukryci  pod
płaszczykiem  religii  reakcjoniści  prowadzili  niebezpieczne
działania  wywrotowe  przeciwko  Rewolucji  i  nasze  państwo
zostało  zmuszone  do  wprowadzenia  zarządzeń,  które  po-
zwoliłyby się z nimi rozprawić".

Najbardziej  znana  z  tych  zarządzeń  była  uchwała  Rady

Ministrów SRW z 11 listopada 1977 r. Wprowadzała obowią-
zek  uzyskiwania  pozwolenia  władz  na  organizowanie  uroczy-
stości  religijnych,  na  katechezę  i  rekolekcje.  Na  duchownych
nałoŜono  obowiązek  „mobilizowania  wiernych  do  wykony-
wania  obywatelskich  obowiązków  i  przestrzegania  prawa".
Religii  mogli  nauczać  tylko  kapłani,  którzy  byli  „dobrymi
obywatelami  oraz  posiadali  ducha  patriotyzmu  i  miłości  do
socjalizmu".

Równolegle  z  nakładaniem  na Kościół  restrykcji,  w  środkach

masowego  przekazu  i  szkołach  prowadzono  kampanię  anty-
katolicką.  Rozpowszechniano  ksiąŜki  i  filmy,  które  przed-
stawiały księŜy jako agentów CIA, notorycznych gwałcicieli i
uwodzicieli oraz wrogów ludu.

Hierarchia  kościelna  podzieliła  się  na  dwa  skrzydła.  Ugo-

dowe  liczyło  na  to,  Ŝe  dzięki  ustępstwom  i  współpracy  z
władzami  moŜna  będzie  stępić  ostrze  represji.  Takie  stano-
wisko  zajął  arcybiskup  Sajgonu  Binh,  który  zgodził  się  na
przekazanie  władzom  kościelnych  instytucji  społecznych,
wychowawczych i medycznych.

Przedstawicielem  bardziej  nieustępliwego  skrzydła  episko-

patu był abp Hue, Nguyen Kim Dien. Krytykował on  otwarcie
ograniczanie  wolności  religijnej  i  dyskryminację  wierzących.
Nie  poprzestawał  na  obronie  katolików,  ujmował  się  teŜ  za
wyznawcami innych religii.

background image

313

Buddystów,  których  protesty  przeciwko  Diemowi  i  Thieu

tak  bardzo  ułatwiały  zadanie  Viet  Congowi,  komuniści  nie
zamierzali  teraz  wcale  traktować  łagodniej.  Wkrótce  po
zainstalowaniu  na  Południu  nowej  władzy  utworzyli  Komitet
Buddystów-Patriotów.  Nastąpiły  aresztowania  zakonników,
zmuszanie  ich  do  świeckiego  Ŝycia,  „reedukacja"  buddyjskich
intelektualistów,  konfiskaty  pagód  i  ograniczenie  praktyk
religijnych.

Buddyści,  którzy  obalili  niejeden  rząd  RW,  postanowili

sięgnąć  do  metod  z  dawnego  arsenału  i  przygotowali  na
początku  kwietnia  1977  r.  manifestację  protestacyjną.  Nowy
reŜim  okazał  się  jednak  znacznie  mniej  tolerancyjny;  siły
bezpieczeństwa  zdusiły  manifestację  w  zarodku,  a  jej  or-
ganizatorów  aresztowano.  Był  wśród  nich  Thich  Tri  Quang,
słynny  przywódca  protestów,  które  obaliły  Diema.  Wówczas
wietnamscy  buddyści  znajdowali  się  na  pierwszych  stronach
gazet  całego  świata,  a  jedyną  karą,  jaka  spotkała  Thich  Tri
Quanga,  był  kilkutygodniowy  areszt  domowy.  W  roku  1977
nie  było  juŜ  w  Ho  Chi  Minh  setek  zachodnich  dziennikarzy.
Inna była teŜ skala represji, które dotknęły Thich Tri Quanga i
jego  towarzyszy.  Niektórzy  umarli  w  więzieniach,  innych
zesłano na róŜne  wyspy „bambusowego Gułagu".  Sam  Thich
Tri  Quang  został  osadzony  w  jednym  z  sajgońskich  więzień,
gdzie był przetrzymywany w wilgotnym lochu, tak niskim, Ŝe
nie  mógł  nawet  siedzieć.  Wypuszczony  po  szesnastu  miesią-
cach,  wskutek  zaniku  mięśni  został  do  końca  Ŝycia  przykuty
do fotela inwalidzkiego.

Z sektami Hoa Hao i  Kao  Dai komuniści  rozprawili  się  w

podobny  sposób.  Aresztowania  przywódców,  „reedukacja"
wiernych, zamykanie świątyń i konfiskaty mienia zredukowały
ich znaczenie.

Proces  totalizacji  Wietnamu  Południowego  spowodował

powstanie  podziemnego  ruchu  oporu.  Wiadomo  o  nim  bardzo
niewiele — praktycznie jedyne dostępne informacje pochodzą
z  publikowanych  przez  władzę  doniesień  o  pokazowych

background image

314

procesach politycznych oraz z wiadomości przekazywanych
przez wietnamskich uchodźców.

Zorganizowany  opór  był  zjawiskiem  raczej  marginesowym.

Przed  30  kwietnia  1975  r.  zdąŜyła  opuścić  kraj  znaczna  część
potencjalnych  twórców  podziemia:  wyŜszych  oficerów,  przywó-
dców  politycznych  i  antykomunistycznych  intelektualistów.  Inną
przyczyną  było  powszechne  zmęczenie  długoletnią,  wykrwawia-
jącą wojną. Zwycięstwo komunistów zrodziło fatalizm i  poczu-
cie beznadziejności; skoro nawet Ameryka przegrała...

Niemniej  opór  istniał  od  samego  początku.  W  ciągu  pierw-

szego  roku  panowania  „władzy  ludowej"  zginęło  w  samym
Sajgonie 300 działaczy Lao Dong. O zamachy takie, o rozpo-
wszechnianie  fałszywych  wiadomości  oraz  o  przygotowania
do  obalenia  ustroju  siłą  oskarŜono  20  osób  w  czasie  procesu,
który  odbył  się  w  Ho  Chi  Minh  w  1979  r.  OskarŜeni.  w
większości  byli  oficerowie  ARW  i  urzędnicy  RW,  mieli
utworzyć  Front  Ocalenia  Narodowego.  Dwie  osoby  skazano
na  karę  śmierci,  pozostałe  na  kary  więzienia  od  2  do  20  lat.
Nie  wiadomo,  na  ile  prawdziwe  były  zarzuty  wysuwane  przez
prokuratora — proces miał charakter wyraźnie pokazowy.

Władze nadały teŜ duŜy rozgłos wydarzeniom, które odbyły

się  13  lutego  1976  r.  w  kościele  św.  Wincentego  a  Paulo  w
Sajgonie.  Według  wersji  oficjalnej  siły  bezpieczeństwa
napotkały  opór  przy  próbie  wkroczenia  do  kościoła.  Dopiero
po 13-godzinnej strzelaninie zdołały pokonać obrońców,  wśród
których był jeden z wikarych i ekspułkownik ARW. W kościele
miano  znaleźć  zapasy  broni,  powielacze,  nadajniki  radiowe  i
urządzenia  do  fałszowania  pieniędzy.  Obrońcy  mieli  być
związani  z  Frontem  Ocalenia  Narodowego.  TakŜe  i  w  tym
przypadku nie  moŜna mieć  pewności,  czy  była  to  autentyczna
organizacja  podziemna,  czy  prowokacja  władz  w  ramach
przygotowań  do  mającej  się  wkrótce  rozpocząć  kampanii
antyreligijnej.

Docierały  teŜ  informacje  o  działalności  oddziałów  par-

tyzanckich, o wałkach z niedobitkami ARW, siłami zbrojnymi

background image

315

sekt  oraz  góralami.  Brak  szczegółowych  wiadomości  o  tych
przejawach zbrojnego oporu, jedno tylko wydaje się pewne: nie
były to w Ŝadnym przypadku walki na większą skalę.

Doktryna  Lao  Dong,  przyjęta  juŜ  w  1963  r.,  głosiła

konieczność tzw. trzech rewolucji:

— rewolucji  „stosunków  produkcji"  („zniesienie  wyzysku

człowieka przez człowieka");

— rewolucji  ideologicznej  i  kulturalnej  („wychowanie

Nowego Człowieka")

— rewolucji naukowej i technicznej.
Przekształcenia „stosunków produkcji" na Południu miały

przebiegać  według  dobrze  znanego  z  innych  krajów  schematu.
Na  pierwszy  ogień  poszedł  przemysł  cięŜki,  banki,  handel
zagraniczny  i  hurtowy  oraz  transport  —  upaństwowiono  je  juŜ
w pierwszym półroczu rządów Lao Dong.

Ale  był  to  zaledwie  wstęp  do  „socjalistycznych  przekształ-

ceń".  Pozostała  jeszcze  masa  drobnych  przedsiębiorstw,  rze-
miosło  i  prywatny  handel.  To  na  nich  opierała  się  gospodarka
kraju.  Na  500  rodzin  w  Sajgonie  ponad  300  zajmowało  się
usługami, drobną produkcją i handlem.

Sekretarz generalny partii, Le Duan, zapowiedział wkrótce po

zwycięstwie, Ŝe  władze „podejmą  odpowiednie  środki  i  kroki",
aby jak najszybciej „wyeliminować burŜuazję". Ostrzegł teŜ, Ŝe:
„Mieszkańcy Południa osiągnęli zbyt wysoki standard Ŝycia jak
na warunki ekonomiczne kraju".

W  marcu  1978  r.  KPW  przystąpiła  do  „bitwy  o  handel".

Najpierw  stutysięczna  armia  działaczy  partyjnych  i  „przed-
stawicieli  rewolucyjnych  mas"  dokonała  tzw.  „spisu  prywatnej
inicjatywy".  Polegał  on  na  przeprowadzeniu  szczegółowych
rewizji  w  prywatnych  sklepach,  zakładach  produkcyjnych  i
mieszkaniach  „burŜuazji"  —  przeszukania  obejmowały  teŜ
zrywanie  podłóg  i  kucie  ścian  w  poszukiwaniu  kosztowności.
„Spisane"  w  ten  sposób  miejsca  opieczętowano,  a  kilka  dni
później  dekret  rządu  SRW  zakazał  prywatnego  handlu.  Byłych
właścicieli dekret zobowiązywał do zajęcia się „produktywną

background image

316

pracą" i zapowiadał, iŜ część spośród nich zostanie wysiedlona
z miast. Następnie doszły rujnujące podatki i uciąŜliwe szykany
administracyjne. Wszystko to spowodowało, iŜ juŜ pod koniec
lat siedemdziesiątych gospodarka Południa chyliła się ku ruinie.

Inaczej  przedstawiała  się  sytuacja  w  rolnictwie.  Reforma

rolna  przeprowadzona  przez  Thieu  rozwiązała  większość
problemów  południowo-wietnamskiej  wsi.  W  1975  r.  nie  było
głodu  ziemi.  Tym  samym  komuniści  zostali  pozbawieni
moŜliwości  zastosowania  swojej  tradycyjnej  taktyki,  polegają-
cej  na  rozdaniu  chłopom  ziemi,  a  potem  odebraniu  jej  w
ramach kolektywizacji.

Rolnictwo w RW rozwijało się pomimo wojny — produkcja

ryŜu  wzrosła  z  3,5  min  ton  w  roku  1957  do  7  min  w  1975.
Zniszczeniu  uległo  240  tysięcy  hektarów  upraw,  łączna
powierzchnia  samych  lejów  po  bombach  wynosiła  blisko  150
tysięcy  ha.  Dodatkowo  zniszczono  (buldoŜerami  do  wyrywania
drzew  i  defoliantami)  ponad  300  tysięcy  hektarów  lasów.
(Jeszcze wiele lat po wojnie, lecąc nad Wietnamem, widziało
się — głównie w okolicach Sajgonu i strefy zdemilitaryzowanej
—  na  przestrzeni  dziesiątków  kilometrów  usiane  tysiącami
lejów lasy).

Okazało się jednak, Ŝe nowe władze potrafiły spowodować

szkody  większe  niŜ  wojna;  w  roku  1978  zbory  ryŜu  zmniej-
szyły się o 15% w porównaniu z latami poprzednimi, a w 1979
Wietnam  znalazł  się  na  krawędzi  głodu.  Powodem  była  próba
kolektywizacji Południa.

W  Wietnamie  Południowym  biedni  chłopi,  posiadający

mniej  niŜ  0,6  ha,  stanowili  tylko  24%  ludności.  Dominowali
ś

redniorolni, którzy posiadali do 2 ha ziemi — było ich 64%.

Tłumaczenie  konieczności  kolektywizacji  dąŜeniem  do  „znie-
sienia wyzysku" było więc oczywistym  nonsensem  i  rezultatem
ś

lepego dogmatyzmu.

Kolektywizację  wsi  na  Południu  przeprowadzono  innymi

metodami niŜ w DRW po roku 1954. Komuniści pamiętali, Ŝe
doszło wówczas nieomal  do wybuchu powstania. A teraz

background image

317

mieli przecieŜ do czynienia z chłopami, których część popierała
Viet  Cong  lub  w  nim  walczyła.  Z  pewnością  ostatnią  rzeczą,
jakiej  nowe  władze  sobie  Ŝyczyły,  był  powrót  do  dŜungli
„najlepszych  partyzantów  świata".  Na  dodatek  ludność  Połu-
dnia  była  świadoma  zamiarów  Lao  Dong  —  znała  przecieŜ
przebieg  kolektywizacji  dokonanej  w  DRW  kilkanaście  lat
wcześniej.

Komuniści  poprzestali  więc  na  nacisku  ekonomicznym  i

administracyjnym.  Chłopi,  którzy  nie  chcieli  wstąpić  do
spółdzielni,  musieli  płacić  wysokie  podatki.  Władze  wprowa-
dziły teŜ obowiązkowy skup produktów rolnych po zaniŜonych
cenach wyznaczonych przez państwo.

Pierwotnie  celem  partii  było  całkowite  skolektywizowanie

rolnictwa  Południa  do  1980  r.  Naciski  okazały  się  jednak
niewystarczające — w spółdzielniach była w tym czasie tylko
1/3  chłopów.  Polityka  szantaŜu  ekonomicznego  wobec  wsi
spowodowała  natomiast  katastrofę  Ŝywnościową  —  rolnikom
nie opłacało się po prostu produkować Ŝywności.

Nie mogły uratować sytuacji tzw. Nowe Strefy Gospodarcze

— kolejny, po reedukacji, oryginalny element systemu zbudo-
wanego przez KPW. Były to słabo zaludnione lub w ogóle nie
zamieszkane  tereny,  które  władze  postanowiły  zagospodaro-
wać.  W  ciągu  kilku  lat  po  upadku  RW  przesiedlono  do  NSG,
głównie  na  pogranicze  z  KambodŜą  oraz  na  PłaskowyŜ  Tay
Nguyenh,  około  1,5  miliona  osób.  Dzięki  strefom  łatwiej
moŜna  było  oczyścić  miasta  z  „elementów  reakcyjnych"  i
rozproszyć potencjalną opozycję.

Z  gospodarczego  punktu  widzenia  większość  Nowych  Stref

Gospodarczych okazała się niewypałami; tereny, na których je
tworzono, były nieurodzajne, brakowało infrastruktury — dróg
i  sieci  irygacyjnej,  a  nieudolna  organizacja  powodowała,  Ŝe
przesiedleńcom  nie  dostarczano  często  nawet  najprostszych
narzędzi.

Kierownictwo  Lao  Dong  wyznawało  skrajnie  doktrynerską

odmianę komunizmu, pośrednią między stalinizmem a maoiz-

background image

318

mem. Dla starców z Politbiura kultura nie była niczym więcej
niŜ „częścią nadbudowy" i jako taka podlegała prostej ocenie
w świetle rewolucyjnej dialektyki: mogła być  tylko  reakcyjna
albo postępowa.

Po  zdobyciu  Sajgonu  przystąpiono  więc  do  energicznej

akcji  „oczyszczania"  kultury  kraju  z  zatruwających  ją  „reak-
cyjnych  miazmatów".  Zakazano  rozpowszechniania  ksiąŜek
wielu  autorów  południowo-wietnamskich  i  obcych  (m.in.
Pasternaka,  Koestlera  i  SołŜenicyna  —  co  raczej  zrozumiałe;
ale czym naraziła się Francoise Sagan?). Dochodziło nawet do
palenia  na  ulicach  przez  „rewolucyjną  młodzieŜ"  ksiąŜek
uznanych za dekadenckie i pornograficzne.

Zeszły  z  afisza  obce  politycznie  westerny,  kryminały  i

melodramaty.  Ich  miejsce  zajęły  radzieckie  filmy  wojenne  i
dzieła kinematografii ChRL.

Wroga okazała się teŜ zachodnia muzyka rockowa i dysko-

tekowa.  Do  walki  z  nią  rzucono  milicjantów,  którzy  konfis-
kowali w barach i kawiarniach „dekadenckie" nagrania.

Południowo-wietnamskiej prasie nałoŜono wędzidła cenzury,

a  wkrótce  zaczęto  upaństwawiać  drukarnie  oraz  likwidować
kolejne tytuły. Większość dziennikarzy musiała przejść „refor-
mę  myśli".  Po  kilku  latach  pozostało  juŜ  niewiele  prywatnych
gazet  sprzed  1975  r.  —  tylko  te,  które  były  partii  potrzebne
jako  dodatkowe  tuby  propagandowe,  pozornie  niezaleŜne  od
władz.  Pozostał  tylko  jeden  program  telewizyjny  i  dwie
rozgłośnie radiowe.

Szybko upaństwowiono teŜ szkolnictwo. Zakazano uŜywania

dawnych  podręczników;  nowe  wykładały  historię  zgodnie  z
dogmatem  o  walce  klas,  koncentrując  się  na  dziejach
Komunistycznej Partii Wietnamu jako przywódczej siły narodu
w walce z kolonializmem i imperializmem.

Pomimo  energicznych  przeciwdziałań  władz  niektóre  „de-

kadenckie  i  antynarodowe"  zjawiska  nie  dały  się  jednak
wykorzenić, a nawet zaczęły przenikać na Północ. Szczególnie
podatna na destrukcyjne wpływy okazała się młodzieŜ; dziew-

background image

319

częta wolały ubierać się kolorowo, niŜ chodzić w jednakowych
dla obu płci mundurkach. Zaczęły uŜywać kosmetyków. Wśród
chłopców  szczytem  mody  stały  się  dŜinsy,  długie  włosy  i
bawełniane  koszulki  z  amerykańskimi  napisami.  Stara,
purytańska  gwardia  rewolucyjna  z  początku  nie  mogła  tego
tolerować — milicja zatrzymywała długowłosych młodzieńców
i  próbowała  skłaniać  „niewłaściwie"  ubrane  dziewczęta  do
zmiany  odzieŜy.  Presja  mody  okazała  się  jednak  silniejsza  od
partyjnych  zakazów  i  władze  wkrótce  się  poddały.  Prawo
obywatelstwa zdobyła sobie teŜ muzyka rozrywkowa.

Jak  wyglądał  Wietnam  w  roku  1978,  po  trzech  latach

„socjalistycznych przeobraŜeń",  w  przededniu  kolejnego  przy-
spieszenia  biegu  historii?  Pisarz  Nguyen  Manh  Tuan  tak
opisuje  ówczesny  Sajgon  (którego  mieszkańcy  nadal  uŜywają
tradycyjnej nazwy miasta): „Miasto wygląda biedniej, a ludzie
borykają  się  z  trudnościami  i  kłopotami.  Brakuje  ryŜu  —  cho-
ciaŜ  opodal  rozciąga  się  spichlerz  Wietnamu,  Ŝyzna  delta
Mekongu. Brakuje ryb — chociaŜ Sajgon jest wielkim portem
morskim,  a  wybrzeŜe  Wietnamu  liczy  trzy  i  pół  tysiąca
kilometrów długości.

A  Południe  było  wtedy  i  tak  w  dalszym  ciągu  bogatsze.  Na

Północy ludzie Ŝyli jeszcze  gorzej.  W Hanoi  większość  rodzin
mieszkała  wraz  z  dziećmi  w  jednym  pomieszczeniu.  W  całym
kraju Ŝywność moŜna było kupić tylko na kartki.

Na  zakończenie  jeszcze  jeden  przykład  ukazujący  stan

klęski  gospodarczej  SRW.  Klęski  tym  trudniejszej  do  zro-
zumienia,  Ŝe  nastąpiła  po  skończeniu  wojny  i  po  zdobyciu
zamoŜnego  i  urodzajnego  Południa.  OtóŜ  w  1975  r.  w  RW
było 70 tysięcy samochodów osobowych. Teraz ulice Sajgonu
i  innych  miast  Południa  przedstawiały  dosyć  osobliwy  widok:
sznury  samochodów,  unieruchomionych  wskutek  braku  ben-
zyny  i  części  zapasowych,  rdzewiały  stojąc  całymi  latami
wzdłuŜ krawęŜników.

Sytuacja  gospodarcza  była  zatem  alarmująca.  A  co  zrobiły

w tym momencie władze głoszące od czterdziestu z górą lat,

background image

320

Ŝ

e  ich  najwaŜniejszym  celem  jest  „zbudowanie  kraju  dziesięć

razy piękniejszego"?

U  Ho  Chi  Minha  i  jego  duchowych  spadkobierców  w  kon-

flikcie  pomiędzy  dogmatami  ideologii  a  dobrem  kraju  zawsze
górę brała ideologia. Tutaj kryły się równieŜ źródła wydarzeń, o
których będzie teraz mowa — z tym Ŝe w wypadkach roku 1978
i 1979 oprócz marksizmu-leninizmu odegrały rolę takŜe czynniki
tkwiące w wietnamskiej tradycji i charakterze narodowym.

Spór  wietnamsko-chiński  wybuchł  tak  nagle  i  niespodzie-

wanie,  Ŝe  zaskoczył  większość  obserwatorów.  W  czasie  całej
wojny  Chiny  były  przecieŜ  dla  Hanoi  pewnym  oparciem,
całkowitą  wartość  pomocy  ChRL  oblicza  się  na  co  najmniej  14
miliardów dolarów.

Nie było takŜe Ŝadnych problemów z chińską mniejszością w

Wietnamie,  tak  zwanymi  Hoa.  Było  ich  ponad  200  tysięcy  na
Północy i  milion na Południu. Znani byli ze swej pracowitości i
przedsiębiorczości.

Konflikt  zaczął  się  wiosną  1978  r.  i  doprowadził  w  ciągu

dwóch  miesięcy  do  niemal  całkowitego  zerwania  stosunków
pomiędzy oboma krajami. U jego podstaw legły zasadniczo dwie
przyczyny.

Rozpoczęta  w  marcu  „bitwa  o  handel"  i  walka  z  prywatną

przedsiębiorczością na Południu dotknęła przede wszystkim Hoa,
jako Ŝe w ich rękach skupiała się większość sklepów i drobnych
zakładów produkcyjnych. Wykorzystał to Pekin, który rozpoczął
kampanię 

propagandową 

obronie 

dyskryminowanych

„rodaków"  —  kampanię  tym  dziwniejszą,  Ŝe  do  tej  pory  ChRL
nie  okazywała  Ŝadnego  zainteresowania  ich  losem.  Przywódcy
chińscy  postanowili  sięgnąć  po  kartę  Hoa  z  powodu
ekspansjonistycznej polityki SRW.

Partia załoŜona przez Ho Chi Minha nosiła początkowo nazwę

Komunistycznej Partii Indochin. Później zmieniła nazwę, lecz w
dalszym  ciągu  starała  się  kontrolować  sytuację  w  Laosie  i
KambodŜy. W dokumentach partyjnych często

background image

321

powtarzało  się  hasło  „federacji  po  zwycięstwie".  Laos  fak-
tycznie  stał  się  od  1975  r.  wietnamskim  protektoratem,  w
którym stacjonowało kilkadziesiąt tysięcy Ŝołnierzy WAL.

Natomiast  Czerwoni  Khmerzy  doszli  do  władzy  dzięki

pomocy  Hanoi,  lecz  wcale  nie  pragnęli  dalszej  „opieki".  Swą
ludobójczą  politykę  chcieli  realizować  suwerennie.  Pol  Pot
wolał związać się z Chinami.

Politbiuro  KPW  nie  zamierzało  jednak  rezygnować  z  idei

federacji  indochińskiej.  Zaczęło  dąŜyć  do  obalenia  reŜimu  Pol
Pota.  Gdy  w  dodatku  Czerwoni  Khmerzy  wysunęli  pod
adresem  Wietnamu  roszczenia  terytorialne  i  zaczęli  prowoko-
wać  utarczki  w  strefie  przygranicznej,  konflikt  przybrał  na
początku 1978 r. formę niemal otwartej wojny.

KambodŜa była w niej oczywiście skazana na poraŜkę — a

temu Pekin nie zamierzał się przyglądać z załoŜonymi rękami.
W  razie  zjednoczenia  Indochin  pod  władzą  Hanoi  Chinom
groziło  bowiem  oskrzydlenie  od  południa  przez  stosunkowo
silnego  sprzymierzeńca  Moskwy  —  tak  bowiem  postrzegano
juŜ  wówczas  SRW  w  Pekinie.  PoniewaŜ  KPW  okazała  się
nieczuła  na  dyplomatyczne  naciski  Chińczyków,  zaczęli  oni
poszukiwać  innego  sposobu  wywarcia  presji  na  Wietnam.
Wymarzonej okazji dostarczyła im sprawa Hoa.

„Bitwa  o  handel"  oraz  zadraŜnione  stosunki  z  Pekinem

spowodowały,  Ŝe  władze  SRW  zaczęły  szykanować  Chiń-
czyków  i  grozić  im  zesłaniem  do  Nowych  Stref  Gospodar-
czych.  Hoa  próbowali  protestować:  w  maju  zorganizowali  w
chińskiej  dzielnicy  Sajgonu,  Cholonie,  demonstrację,  którą
brutalnie stłumiła milicja.

Obawiając  się  o  przyszłość,  Hoa zaczęli  masowo  uciekać  z

Wietnamu.  Pekin  róŜnymi  sposobami  zachęcał  ich  do
emigracji:  nadawano  audycje  radiowe,  rozpuszczano  pogłoski
o  bliskim  wybuchu  wojny  z  Chinami  i  o  dalszych  prze-
ś

ladowaniach  tych,  którzy  zostaną.  Na  szczeblu  oficjalnym

rozpoczęła  się  eskalacja  gróźb  i  wzajemnych  oskarŜeń  o  he-
gemonizm (najstraszniejsze słowo „imperializm" rezerwowano

21 — Wietnam 1962-1975

background image

322

nadal  dla  krajów  obcych  ideologicznie)  oraz  o  odstępstwo  od
zasad  marksizmu-leninizmu.  W  maju  Pekin  częściowo  przerwał
pomoc  gospodarczą  dla  SRW  i  rozpoczął  odwoływanie  pracu-
jących  tam  specjalistów.  3  czerwca  ogłosił  całkowite  wstrzy-
manie pomocy, potem zamknięto granicę między oboma krajami
i  przerwano  komunikację  kolejową.  Obie  strony  zaczęły  teŜ
koncentrować na granicy wojska.

Hanoi nie stawiało Ŝadnych przeszkód emigracji Hoa. Dziwiło

to  zachodnich  obserwatorów,  którzy  zdawali  sobie  sprawę  z
olbrzymiej  roli,  jaką  Chińczycy  odgrywali  w  gospodarce
Wietnamu. I to nie tylko w sektorze prywatnym na Południu. Na
Północy  Hoa  stanowili  znaczną  część  inŜynierów,  techników  i
wykwalifikowanych  robotników.  Trudno  sobie  było  bez  nich
wyobrazić  funkcjonowanie  portu  w  Hajfongu  czy  kopalń  węgla.
Władzom  SRW  emigracja  Hoa,  których  Pekin  zawsze  mógł
wykorzystać do wywierania nacisku, była jednak na rękę.  TakŜe
tym  razem  interes  władz  okazał  się  waŜniejszy  od  interesów
Wietnamu.

W  1978  i  1979  r.  Wietnam  opuściło  —  legalnie  i  nielegalnie

—  około  pół  miliona  osób  narodowości  chińskiej;  niemal
wszyscy Hoa z  Północy  oraz  300  tysięcy  z  Południa.  Zgodnie  z
przewidywaniami  exodus  ten  spowodował  powaŜne  perturbacje
gospodarcze i spadek produkcji przemysłowej.

Taktyka  „balansowania"  między  Pekinem  a  Moskwą  nie  była

juŜ  dłuŜej  moŜliwa,  SRW  wstąpiła  więc  do  RWPG  i  podpisała
układ  o  „przyjaźni  i  współpracy"  ze  Związkiem  Radzieckim.
Brak  wspólnej  granicy  jeszcze  bardziej  skłaniał  Hanoi  ku  opcji
sowieckiej  (z  Chinami  istniał  spór  o  przebieg  granicy  oraz  o
Wyspy Paracelskie na Morzu Południowo-chińskim).

Zaopatrzeni  w  sowieckie  gwarancje  Wietnamczycy  mogli

przystąpić  do  rozprawienia  się  z  Pol  Potem.  W  samo  BoŜe
Narodzenie,  25  grudnia  1978  r.,  13  dywizji  WAL  uderzyło  na
KambodŜę.  W  niespełna  dwa  tygodnie  później  Wietnamczycy
byli juŜ w Phnom Penh, gdzie utworzyli rząd, na którego czele

background image

323

stanął  Heng  Samrin  —  były  działacz  Czerwonych  Khmerów.
Rząd  ogłosił  powstanie  Ludowej  Republiki  Kampuczy,  a  mie-
siąc  później  zawarł  z  Wietnamem  25-letni  układ  o  przyjaźni.
Wcześniej  podobny  układ  połączył  SRW  z  Laosem,  zatem
dzieło  podporządkowania  Indochin  moŜna  było  uznać  za
zakończone.

Pekinowi tolerowanie wybryków niesfornego byłego sojusz-

nika  groziło  utratą  twarzy.  Przywódcy  chińscy  wielokrotnie
ostrzegali, Ŝe mają zamiar dać SRW „nauczkę".

17 lutego 1979 r. wybuchła krótkotrwała, lecz zacięta wojna

chińsko-wietnamska — pierwsza w historii wojna na tak duŜą
skalę  pomiędzy  dwoma  państwami  komunistycznymi.  20
dywizji  chińskich  wdarło  się  na  głębokość  20  do  30  km  na
terytorium  Wietnamu.  Nazwy  miast  znane  z  czasów  I  wojny
indochińskiej, znów — po niemal 30 latach — pojawiły się w
czołówkach  doniesień  agencyjnych.  NajcięŜsze  zmagania
miały  miejsce  na  tzw.  Drodze  Przyjaźnie!),  prowadzącej  do
Lang Son.

W  wojnie  tej  Chińczycy  dysponowali  przewagą  liczebną,

lecz  przewaga  techniczna  naleŜała  do  Wietnamczyków.  Obie
strony  posługiwały  się  bowiem  sprzętem  sowieckim  lub
wzorowanym  na  nim,  ale  modele  chińskie  były  przestarzałe
(np. czołgi T-34 znane z II wojny światowej). WAL posiadała
poza  tym  spore  ilości  najnowocześniejszego  wyposaŜenia
amerykańskiego (znakomite haubice 130 i 177  mm,  myśliwce
F-5),  a  jej  oddziały  były  zmechanizowane  —  Chińczycy
opierali się głównie na piechocie.

Celem  ataku,  oprócz  „dania  nauczki",  było  odciągnięcie  sił

wietnamskich  z  KambodŜy,  gdzie  resztki  Czerwonych  Khme-
rów  przeszły  do  partyzantki  i  walczyły  o  przetrwanie.  Hanoi
ogłosiło  jednak  mobilizację,  powołano  pod  broń  kilkadziesiąt
tysięcy  Ŝołnierzy  i  zdołano  powstrzymać  uderzenie  bez  konie-
czności ściągania posiłków z Południa.

Chińczycy  wycofali  się  po  kilku  tygodniach,  lecz  straty,

jakie zadali SRW, były znaczne. W pasie przygranicznym,

background image

324

gdzie  nie  groziły  amerykańskie  bombardowania,  Wietnamczycy
wybudowali  w  czasie  wojny  szereg  zakładów  przemysłowych  i
innych  obiektów.  Chińska  „nauczka"  polegała  na  zniszczeniu
wszystkiego,  co  znajdowało  się  na  zajętych  terenach.  Niemal
zrównano z ziemią kilka miast oraz elektrownię, linię kolejową i
zakłady  produkujące  nawozy  sztuczne  —  jedyne  w  całym
Wietnamie. Straty w ludziach obu stron były w przybliŜeniu takie
same: 20 tysięcy zabitych.

Awanturnicza  polityka  musiała  prowadzić  do  wzrostu  zaleŜ-

ności  Hanoi  od  Moskwy.  Wkrótce  po  wojnie  chińsko-wiet-
namskiej  władze  SRW  zgodziły  się  na  przejęcie  przez  ZSRR
wielkiej  bazy  morskiej  zbudowanej  przez  Amerykanów  w  Cam
Ranh.  W  niektórych  bazach  lotniczych  zaczęły  stacjonować
sowieckie samoloty.

Obok  kwestii  KambodŜy  i  wojny  z  Chinami  istniał  jeszcze

jeden  powód,  dla  którego  oczy  całego  świata  zwróciły  się
ponownie  na  Indochiny:  tragedia  setek  tysięcy  uchodźców  z
Wietnamu, Laosu i KambodŜy.

Dramatyczna  odyseja  ku  wolności  rozpoczęła  się  zaraz  po

przejęciu  przez  Lao  Dong  władzy  nad  RW.  Jedni  uciekali
łodziami  w  kierunku  odległych  o  1,5  tysiąca  kilometrów  Filipin.
licząc  na  napotkanie  jakiegoś  statku  na  ruchliwym  Morzu
Południowo-Chińskim.  Inni  próbowali  płynąć  przez  Zatokę
Syjamską  do  Tajlandii  lub  Malezji.  Niektórzy  wybierali  drogę
lądową — przez Laos, a od 1979 r. takŜe przez KambodŜę.

Na  kaŜdej  z  tych  tras  uciekający  spotykali  inne  niebez-

pieczeństwa.  Na  morzu  czyhali  malajscy  i  filipińscy  piraci,  dla
których  nieuzbrojeni,  a  przy  tym  wywoŜący  zwykle  ze  sobą
dobytek  całego  Ŝycia  uchodźcy  stanowili  kuszący  łup.  Wkrótce
ś

wiat zaczęły obiegać pierwsze informacje o cierpieniach tych —

jak ich ochrzciła prasa — boat people. Uciekinierzy, którzy mieli
nieszczęście  natknąć  się  na  piratów,  padali  ofiarą  morderstw,
gwałtów  i  rabunków.  Ci,  których  ten  los  ominął,  często  tonęli  w
czasie  tropikalnych  sztormów  lub  umierali  z  wycieńczenia
błądząc po morzu.

background image

325

Oficjalne  dane  Wysokiego  Komisarza  ONZ  do  spraw

Uchodźców są następujące:

— w  roku  1977  zarejestrowano  47  tysięcy  uchodźców

zSRW;

 

w roku 1978 — 150 tysięcy;

 

w roku 1979 — 270 tysięcy;

Do roku 1990 wyemigrowało z Wietnamu ponad 1,5 miliona

ludzi.  Liczba  tych,  którzy  utonęli,  zostali  zamordowani  lub
zmarli w drodze, nigdy nie będzie znana.

Najazd  na  KambodŜę  i  wojna  z  Chinami  przyspieszyły

proces  gospodarczego  rozkładu  Wietnamu.  Hanoi  musiało
odtąd utrzymywać armię 1,2 miliona Ŝołnierzy, co pochłaniało
od  1/3  do  połowy  budŜetu  państwa.  Samo  stacjonowanie  w
KambodŜy  kontyngentu  160  tysięcy  Ŝołnierzy  kosztowało
kilkadziesiąt  milionów  dolarów  rocznie.  Pomoc  gospodarczą
oprócz Chin zawiesiły takŜe m. in. Szwecja, Japonia i Francja.
Ekonomia  Wietnamu  musiała  to  odczuć:  wartość  darów  i
długoterminowych  poŜyczek  z  tych  krajów  przekraczała  200
milionów  dolarów  rocznie.  Jednocześnie  malał  dochód
narodowy  osiągając  w  1979  r.  poziom  130  dolarów  na  głowę
rocznie,  gdy  w  sąsiedniej  Tajlandii  wynosił  wówczas  1,5
tysiąca  dolarów  i  stale  rósł.  Zbiory  ryŜu  spadały,  a  ludność
zwiększała się w tempie 2,5% rocznie, więc w 1979 r. musiano
znów ograniczyć racje kartkowe.

Nie jest to pełny  obraz klęski, jaką  przyniosło Wietnamowi

zwycięstwo  komunistów.  Do  ruiny  gospodarki  i  totalnego
zniewolenia  społeczeństwa  doszły  takŜe  zjawiska,  które  Lao
Dong  przyrzekała  zlikwidować:  korupcja  i  zewnętrzne  uzaleŜ-
nienie kraju.

W  ciągu  czterech  lat  od  upadku  Sajgonu  komuniści  nie

marnowali  czasu.  Zamknęli  ćwierć  miliona  ludzi  w  „Bam-
busowym Gułagu"; stworzyli gigantyczny problem uchodźców;
z  Nowych  Stref  Gospodarczych  utworzyli  obozy  pracy  przy-
musowej;  swą  ekspansywną  polityką  wtrącili  kraj  w  izolację
międzynarodową i zrazili nawet tych, którzy zawsze byli im

background image

326

gotowi   pomagać,   i   wreszcie   spowodowali   niszczycielski
atak Chin.

W  1980  r.  Politbiuro  KPW  uznało,  iŜ  nadszedł  właściwy

moment, by Wietnam wkroczył oficjalnie w fazę „rozwiniętego
socjalizmu".  Zgromadzenie  Narodowe  uchwaliło  nową  kon-
stytucję.  Artykuł  4  głosił:  „Komunistyczna  Partia  Wietnamu
jest  jedyną  przewodnią  siłą  państwa  i  społeczeństwa  oraz
główną  siłą  sprawczą  wszystkich  sukcesów  Rewolucji  Wiet-
namskiej"...

background image

EPILOG I — AMERYKA

Ń

SKI. „NO MORE VIETNAMS?"

...W Wietnamie walczyliśmy o shtsgnąspnawę i przegraliśmy.

Nigdy więcej Wietnamów moŜe znać.
Ŝ

e nie będziemy następnym razem próbować.

A powinno znaczyćŜe następnym razem nie przegramy.

Richard Nixon w 1985 roku

W USA  nie  było  po  30  kwietnia  1975  r.  ogólnonarodowej  dyskusji,
nie było poszukiwania winnych przegranej, nie pojawił się — jak po
upadku  Czang  Kaj-szeka  —  następny  McCarthy,  czego  tak  obawiali
się John Kennedy i Lyndon Johnson.

Owszem,  Amerykanie  świadomi  byli,  iŜ  Wietnam  Południowy

został  zdradzony  —  wątek  ten  często  przewijał  się  w  artykułach  i
komentarzach.  Równocześnie  jednak  ta  sama  prasa,  która  w  czasie
wojny tak łatwo wpadała w histerię i podgrzewała atmosferę, teraz za
wszelką  cenę  starała  się  tłumić  wyrzuty  sumienia,  nawoływała  do
spokoju i rozwagi.

W  ten  sam  ton  uderzali  politycy.  Henry  Kissinger  powiedział,  kiedy

Sajgon  jeszcze  się  bronił:  „Sadzę,  Ŝe  tym,  czego  nam...  potrzeba, jest
pozostawienie Wietnamu  za  sobą  i  zastanowienie  się  nad  problemami
przyszłości".  W  kampanii  prezydenckiej  roku  1976  temat  Wietnamu
w ogóle się nie pojawił.

background image

328

Przez  kilka  następnych  lat  trwała  w  USA  pełna  konfuzji

cisza,  która  pokrywała  plątaninę  gniewu,  rozczarowania,
wyrzutów sumienia. Tylko od czasu do czasu padało zadawane
przez  rozgoryczonych  jastrzębi"  pytanie  —  ile  warte  jest
słowo  Ameryki?  W  rzadkich  wypowiedziach  prasowych  lub
ksiąŜkach  dominowało  stanowisko  obowiązujące  od  późnych
lat  sześćdziesiątych:  zaangaŜowanie  USA  atakowano  jako
niepotrzebne  i  niemoralne.  „I  co  z  następnymi  kostkami
domina?" — pytał niemal triumfująco amerykański dziennikarz
kilka  miesięcy  po  upadku  RW  —  tak  jakby  Ŝołnierze  Giapa
mieli  natychmiast  po  zdobyciu  Sajgonu  maszerować  na
Singapur.

Z  perspektywy  lat  widać,  jak  głęboko  destrukcyjny  wpływ

na  politykę  amerykańską  miał  tzw.  syndrom  wietnamski,
wyraŜający się w haśle „Nigdy więcej Wietnamów!". Nadał on
polityce  Ameryki  drugiej  połowy  lat  siedemdziesiątych
wybitnie  izolacjonistyczny  charakter.  Obowiązywał  wówczas
pogląd,  Ŝe  Stany  Zjednoczone  nie  powinny  się  angaŜować  w
Trzecim  Świecie,  poniewaŜ  nie  mają  ku  temu  ani  siły,  ani
prawa,  ani  cierpliwości.  Leonid  BreŜniew  tak  scha-
rakteryzował  „syndrom  wietnamski":  „Obecnie  niełatwo
zdecydować  się  imperialistom  na  bezpośrednią  ingerencję
zbrojną  w  sprawy  państw,  które  uzyskały  niepodległość.
Ostatnia  wielka  akcja  tego  rodzaju  —  wojna  USA  przeciwko
narodowi wietnamskiemu — zakończyła się zbyt miaŜdŜącą i
haniebną  klęską,  by  mieli  ochotę  do  powtarzania  takich
awantur".

W  ślad  za  przekonaniem  Kremla,  iŜ  Ameryka  stała  się

kolosem  na  glinianych  nogach,  poszły  czyny.  Tysiące  kubań-
skich „doradców" lądowały w Angoli, Etiopii i Mozambiku, a
w  1979  do  Afganistanu  wysłano  „ograniczony  kontyngent"
Ŝ

ołnierzy radzieckich.

Kiedy  następowały  kolejne  interwencje  ZSRR  w  Trzecim

Ś

wiecie  (pośrednie  lub  bezpośrednie),  w  USA  pojawiały  się

niekiedy nieśmiałe głosy na rzecz pomocy dla tych, którzy

background image

329

chcieli  walczyć  z  komunistami.  Były  one  jednak  natychmiast
zagłuszane przez chór okrzyków No morę Vietnams! Jak dawniej,
w  chórze  tym  emocje  brały  górę  nad  logiką.  Popularny
komentator  radiowy  Paul  Harvey  sprzeciwiał  się  pomocy  dla  sił
opozycyjnych  w  Angoli,  twierdząc,  Ŝe  Amerykanie  powinni
pozwolić,  by  Angola  stała  się  „rosyjskim  Wietnamem

,

\  Harvey  i

inni  zapominali,  Ŝe  Wietnam  tylko  dlatego  stał  się  dla  Ameryki
tym, czym się stał, Ŝe Rosjanie i Chińczycy obficie zaopatrywali
komunistów.

Prezydent  Carter  wznowił  na  początku  swej  kadencji,  w  maju

1977 r., rozmowy z Hanoi w sprawie pomocy w odbudowie kraju
ze  zniszczeń  i  zezwolił  na  pomoc  prywatnych  organizacji
amerykańskich  dla  Wietnamu.  Wysłał  teŜ  do  Hanoi  delegację  w
sprawie 

poszukiwań 

zaginionych 

Amerykanów, 

gdy

Wietnamczycy  obiecali  współpracę  w  tej  kwestii,  wycofał  veto
wobec przyjęcia SRW do ONZ.

Hanoi  odebrało  jednak  te  pojednawcze  gesty  jako  oznakę

słabości  Ameryki  i  próbowało  wykorzystać  sprawę  zaginionych
Amerykanów do wywierania nacisku na Waszyngton, by udzielił
oczekiwanej  pomocy.  Kongres  nie  aprobował  jednak  zamiarów
prezydenta,  a  gdy  rozpoczął  się  exodus  boat  people  i  gdy  SRW
wstąpiła  do  RWPG,  kwestia  pomocy  USA  stała  się
bezprzedmiotowa.

W  miarę  jak  społeczeństwo  USA  dowiadywało  się  o  po-

stępowaniu  komunistów  z  podbitym  Południem,  gdy  świat
poruszyła  epopeja  wietnamskich  uchodźców,  lewicowa  wy-
kładnia  historii  konfliktu  indochińskiego  zaczęła  się  chwiać.
KambodŜański 

blitzkrieg 

ostatecznie 

zdyskredytował 

mit

„miłujących  pokój  patriotów"  z  Hanoi  i  potwierdził  tezy
„jastrzębi".

Ukazała się wówczas cała seria ksiąŜek, które burzyły legendy

pracowicie  konstruowane  w  ciągu  dwudziestu  lat.  Ich  autorzy,
zwykle  konserwatywni,  zwani  „rewizjonistami",  choć  krytykują
wiele aspektów wietnamskiej polityki Waszyngtonu,

background image

330

zgadzają  się  co  do  jednego  —  iŜ  zaangaŜowanie  USA  w
Indochinach  było  moralnie  usprawiedliwione  i  politycznie
celowe.

Jedną z najbardziej znanych prac tego nurtu była wydana w

1982  r.  ksiąŜka  Normana  Podhoretza  Why  We  Were  in
Wietnam?. 
Na tytułowe pytanie — „dlaczego byliśmy w Wiet-
namie?" — autor odpowiada po prostu: „...gdyŜ próbowaliśmy
uratować  południową  połowę  kraju  przed  złem  komunizmu".
Celem  Podhoretza  było  złagodzenie  amerykańskiego  poczucia
winy,  przekonanie  czytelnika,  Ŝe  jedyne,  czego  naleŜy  się
wstydzić,  to  przegranie  wojny.  ZaangaŜowanie  USA  w  Wiet-
namie było prawe, ale nieostroŜne; polityka amerykańska była
w  wielu  przypadkach  błędna,  ale  nigdy  zbrodnicza  —  kon-
kluduje autor.

Zadanie  „rewizjonistów"  było  ogromnie  trudne.  Jedno

nieprawdziwe  zdanie  wymaga  zwykle  dziesięciu  zdań  spros-
towań  i  wyjaśnień  —  a  kłamstwami  na  temat  Wietnamu
dałoby się wypełnić sporą bibliotekę. Chcąc obalić oskarŜenie,
Ŝ

e Ameryka prowadziła  politykę w  sposób  okrutny  i  ludobój-

czy,  Günter  Lewy,  autor  pierwszej  z  „rewizjonistycznych"
ksiąŜek  (America  in  Vietnam,  New  York  1978),  musiał
znaczną część pracy poświęcić na drobiazgowe analizy danych
statystycznych  —  ONZ-owskich,  amerykańskich  i  wietnam-
skich.  Okazało  się,  Ŝe  w  Wietnamie  zginęło  o  1/4  mniej
ludności  cywilnej  w  proporcji  do  wszystkich  ofiar  niŜ  w  II
wojnie  światowej  oraz  przeszło  dwa  razy  mniej  niŜ  w  wojnie
koreańskiej.

Winą  za  klęskę  „rewizjoniści"  obciąŜają  stronniczych  dzien-

nikarzy,  zbyt  pilnie  wsłuchanych  w  głos  ulicy  kongresmenów,
ignoranckich  i  zaślepionych  nienawiścią  do  własnej  ojczyzny
„pacyfistów"  oraz  niezdecydowane  i  zbyt  łatwo  ulegające
presji  kolejne  ekipy  w  Białym  Domu.  USA  i  RW  mogły
pokonać  przeciwnika  —  twierdzą  „rewizjoniści".  Niektórzy
posuwają  się  nawet  tak  daleko,  jak  Herman  Kann,  który
powiedział, Ŝe było wiele dróg prowadzących do zwycięstwa

background image

331

w Wietnamie, a tylko jedna wiodąca do przegranej — i ją właśnie
wybrał Waszyngton.

Starają  się  oni  analizować  skomplikowany  splot  najrozmait-

szych  uwarunkowań,  które  uczyniły  tę  wojnę  niemoŜliwą  do
wygrania  dla  USA.  Oczywiście,  niemoŜliwą  do  wygrania  w
sensie politycznym, a nie z czysto militarnego punktu widzenia.

Amerykański pułkownik, Harry Summers, który  znalazł  się  w

1975 r. z misją wojskową w Hanoi, powiedział z nieukrywanym
Ŝ

alem  do  północno-wietnamskiego  pułkownika:  „Nigdy  nie

pokonaliście  nas  na  polu  bitwy".  „MoŜe  i  tak  —  odparł  oficer
WAL — ale to nie ma przecieŜ większego znaczenia".

Wojskowym  po  prostu  „nie  pozwolono  wygrać"  —  pod-

sumował poglądy „rewizjonistów" prezydent Ronald Reagan.

Do ksiąŜek  rewidujących  poglądy  na  historię  konfliktu  naleŜy

teŜ No More Vietnams Richarda Nixona z 1985 r. Były prezydent
obwinia  w  niej  przede  wszystkim  Kongres  USA,  który  przez
zmniejszenie, a potem odmowę pomocy dla RW „przegrał pokój"
po  1973  r.  „Ostatecznie  Wietnam  został  przegrany  na  froncie
politycznym  w  USA,  a  nie  na  polach  bitewnych  Azji
Południowo-Wschodniej" — twierdzi Nixon.

Przemiany w świadomości Amerykanów musiały znaleźć swój

wyraz w najbardziej masowej ze sztuk — w filmie. Po Zielonych
Beretach 
z Johnem Wayne Hollywood przez 10 lat omijało temat
wietnamski. Dopiero w 1978 r. powstały dwa filmy, które często
niesłusznie  się  porównuje.  O  ile  bowiem  Powrót  do  domu  Hala
Ashby'ego z Jane Fondą w roli głównej jest w całości zbudowany
z antywojennych przesądów i klisz, o tyle Łowca jeleni Michaela
Cimino  daleki  jest  od  propagandowych  uproszczeń  —  ukazuje
destrukcyjny  wpływ  wojny  na  psychikę  ludzi,  niezaleŜnie  od
strony,  po  której  przyszło  im  walczyć.  Cimino  pokazał  jednak
Ŝ

ołnierzy komunistycznych  znęcających się nad Amerykanami,  a

to  wywołało  protesty  byłych  „gołębi",  z  Fondą  na  czele,  oraz
nagonkę o niemal globalnej skali na ten film.

background image

332

Lata  osiemdziesiąte  otworzył  Czas  Apokalipsy  Francisa

Coppoli,  który  przedstawia  wojnę  w  Wietnamie  jako  szaleńczy
koszmar  bez  Ŝadnego  racjonalnego  sensu.  W  połowie  lat
osiemdziesiątych  w  Hollywood  rozpoczyna  się  wręcz  moda  na
tematykę  wietnamską,  a  krytycy  zaczynają  wyróŜniać  pod-
gatunek  filmów  „Ŝołnierskich".  W  1987  r.  znalazły  się  na
ekranach  między  innymi  takie  obrazy,  jak:  Pluton,  Fuli  Metal
Jacket  
i  Hamburger  Hill.  Ich  twórcy  unikali  z  reguły  szerszego
spojrzenia  na  konflikt,  nie  zastanawiali  się  nad  politycznymi  ani
ideologicznymi odniesieniami.

Jeszcze  większy  rozgłos  —  i  widownię  —  zyskały  „wiet-

namskie"  filmy  klasy  B.  Rambo  SyWestra  Stallone  przejdzie
zapewne  do  historii  kina  jako  jedna  z  niewielu  postaci,  które
zdołały  dorównać  popularnością  Kaczorowi  Donaldowi.  Do
hollywoodzkiego  Wietnamu  wracali  teŜ  Chuck  Norris  —  po-
szukujący MIA — i Arnold Schwarzenegger. Wracali pokonywać
na  ekranie  przeciwnika,  z  którym  Amerykanie  przegrali  w
rzeczywistości.

Te  fantazje  o  rewanŜu  świadczyły  o  zasadniczej  zmianie

spojrzenia  na  amerykańskich  weteranów  wojny.  W  filmach
drugiej połowy lat siedemdziesiątych  byli  oni  przedstawiani  jako
psychopatyczni  mordercy  {Taksówkarz),  znarkotyzowane  ofiary
wojny,  ludzie  zagubieni,  ze  złamanymi  charakterami  {Łowca
jeleni), 
krwawi szaleńcy i sadyści {Czas Apokalipsy). W filmach i
serialach  telewizyjnych  z  połowy  lat  osiemdziesiątych  weterani
zmienili  się  w  muskularnych,  śmiałych  i  samodzielnych
bohaterów,  którzy  równie  łatwo  radzą  sobie  z  amerykańską
policją, co z Wietnamczykami.

W  latach  osiemdziesiątych  dokonała  się  publiczna  akceptacja

tych,  którzy  walczyli  w  Wietnamie.  Byli  ludźmi  30-40-ietnimi,
wielu  zajmowało  odpowiedzialne  stanowiska  —  z  gubernator-
skimi  i  senatorskimi  włącznie.  Nie  moŜna  juŜ  więc  było
powtarzać frazesów o „pokoleniu, które zniszczyła wojna".

Pismo „U.S. News and World Report" opublikowało w 1988 r.

wyniki badań 15 tysięcy Ŝołnierzy, którzy słuŜyli w Wietnamie.

background image

333

Okazało się, Ŝe pomiędzy weteranami a ich rówieśnikami, którzy
nie byli w Wietnamie, nie ma istotniejszych róŜnic ani w stopniu
znerwicowania,  ani  w  liczbie  rozwodów,  ani  w  liczbie
alkoholików  czy  w  przestępczości.  Przykład  ten  pokazuje,  jak
głęboko 

sięgnęły 

przekłamania 

dotyczące 

konfliktu

wietnamskiego.  Na  tuziny  moŜna  bowiem  liczyć  wyniki
przeprowadzonych wcześniej ankiet, które dawały zupełnie inne
wyniki.

W  roku  1982  stanął  w  Waszyngtonie  —  po  długich  debatach

— pomnik ku czci poległych w Wietnamie: dwie długie ściany z
czarnego  bazaltu,  z  wyrytymi  nazwiskami  ponad  57  tysięcy
Amerykanów,  którzy  zginęli  lub  zmarli  w  wyniku  wojny.
Monument  powstał  z  funduszy  prywatnych.  Jeden  z  warunków
konkursu  na  projekt  pomnika  brzmiał:  „Pomnik  nie  będzie  miał
Ŝ

adnego  wydźwięku  politycznego  dotyczącego  wojny  i  jej

prowadzenia".  W  pierwotnej  wersji  nie  miało  na  nim  nawet  być
słowa „Wietnam".

Projekt  budził  początkowo  opory  wśród  weteranów.  UwaŜali

oni, Ŝe powinien wyraŜać nie tylko Ŝałobę, Ŝe powinien być biały
— podobnie jak białe są groby bohaterów poprzednich wojen na
cmentarzu  Arlington.  Ostatecznie  monument  zyskał  jednak
powszechną  akceptację.  Stał  się  najczęściej  odwiedzanym
miejscem w Waszyngtonie.

Nowe  spojrzenie  na  wojnę  wiązało  się  z  przemianami  w

atmosferze  politycznej  USA,  które  odbyły  się  z  końcem  lat
siedemdziesiątych. Uosabiał je Ronald Reagan.

Stwierdził  on  w  czasie  kampanii  przedwyborczej,  iŜ  ame-

rykańskie zaangaŜowanie w Wietnamie było „szlachetną sprawą"
—  co  juŜ  wystarczyło,  by  wzburzyć  byłych  „gołębi".  Później,
jako  prezydent,  poszedł  jeszcze  dalej.  Zgadzał  się  z
konserwatystami,  Ŝe  opuszczenie  Wietnamu  Południowego  było
zdradą  ideałów  amerykańskich  i  świadczyło  o  niebezpiecznym
upadku  narodowego  ducha.  Pragnął  więc  wyleczyć  Stany
Zjednoczone  z  „wietnamskiego  syndromu",  przywrócić  im
nadwątlone przez wojnę zaufanie i wiarę w siebie.

background image

334

Taka  była  geneza  „doktryny  Reagana".  USA  zerwały  z

izolacjonizmem  lat  siedemdziesiątych,  zaczęły  skuteczniej
bronić swych interesów w świecie  —  nawet  z  uŜyciem  siły,  a
przede wszystkim zaczęły na nowo aktywnie powstrzymywać i
wypierać komunizm z Trzeciego Świata. Nie byłoby oczywiście
przebudzenia  Ameryki  i  doktryny  Reagana,  gdyby  nie
sowiecka  ekspansja  drugiej  połowy  lat  siedemdziesiątych.  To
głównie  Afganistan  spowodował  otrzeźwienie  USA  po  od-
pręŜeniowym zamroczeniu.

Ronald  Reagan  nie  dokonał  przemiany  w  duchowej  i  poli-

tycznej  atmosferze  USA  sam  —  stąpał  po  gruncie  przygoto-
wanym  przez  „rewizjonistów"  i  konserwatystów.  JuŜ  przed
jego wyborem coraz głośniej rozbrzmiewały głosy publicystów
i  polityków,  którzy  z  obawą  obserwowali  niebezpieczną
pasywność  Ameryki.  Na  przykład  George  Will  wzywał  na
łamach  „Newsweeka"  w  marcu  1979  r.,  by  „otrząsnąć  się  z
paraliŜującego,  zabijającego  myślenie  sloganu  No  more
Vietnoms

,

  Jego  artykuł  nosił  tytuł  No  morę  „No  more

Vietnams".

Nie  znaczy  to,  Ŝe  w  Ameryce  zmieniło  się  wszystko  i

wszyscy.  Choć  Reagan  był  prezydentem,  to  równocześnie
kongres  zdominowany  był  przez  liberałów.  A  niestety,  tylko
część amerykańskiej lewicy wyciągnęła wnioski z tego, co się
działo w Indochinach i w świecie w latach siedemdziesiątych.

Działacze  dawnego  ruchu  antywojennego,  kontrkultury  i

Nowej  Lewicy  podzielili  się  na  trzy  grupy.  Do  pierwszej,
najliczniejszej,  naleŜą  ci,  którzy wycofali  się  z  Ŝycia  politycz-
nego  i  zajęli  robieniem  interesów,  kariery  w  „systemie"  lub
poszukiwaniem sensu Ŝycia — najczęściej w  religiach Wscho-
du.  Inni  z  uporem  godnym  lepszej  sprawy  nie  przyjmują  do
wiadomości niczego, co mogłoby zmusić do rewizji poglądów.

Najmniej  liczni  są  ci,  którzy  wstrząśnięci  okrucieństwami

komunistów  w  Indochinach  po  1975  r.  —  w  ciągu  trzech  lat
komunistycznego pokoju zginęło tam więcej ludzi niŜ w czasie
kilkunastu lat „amerykańskiej" wojny — zrozumieli, Ŝe stanęli

background image

335

po złej stronie i przyczynili się do jej zwycięstwa ', NaleŜy do
nich  m.  in.  Joan  Baez.  Słynna  piosenkarka  wraz  z  innymi
dawnymi sympatykami Viet Congu zaapelowała w 1977 r. do
Hanoi  o  zaprzestanie  represji  i  wprowadzenie  swobód  demo-
kratycznych,  a  swych  kolegów  z  Nowej  Lewicy  wezwała  do
zajęcia wyraźnego stanowiska w sprawie sytuacji w Wietnamie.

Odpowiedź  podpisana  przez  wielu  czołowych  radykałów

potwierdzała  ich  solidarność  z  wietnamskimi  komunistami.
Oświadczyli  oni  m.  in.:  „Obecny  rząd  w  Wietnamie  powinien
zostać  pochwalony  za  swoje  umiarkowanie  i  nadzwyczajny
wysiłek w doprowadzeniu do zgody narodowej".

Znani  aktywiści  antywojenni,  jak  Jane  Fonda,  jej  były  mąŜ

Tom  Hayden,  Abbie  Hoffman  czy  Noam  Chomsky,  trwają  do
dziś  w  swych  przekonaniach  sprzed  lat.  Sądzą,  Ŝe  Ameryka
„nie  miała  prawa"  wspierać  RW,  a  komuniści  wyraŜali
najgłębsze  pragnienia  narodu.  Dlatego  nie  uwaŜają  tego,  co
sami  robili,  za  błędne  lub  niemoralne,  a  w  sprawie  gwałcenia
praw  człowieka  w  SRW  w  ogóle  się  nie  wypowiadają,
rezerwując swe oburzenie dla dyktatur prawicowych.

Lewicowa  mitologia  musiała  oczywiście  ulec  zmodyfikowa-

niu. Nie moŜna juŜ bez naraŜenia się na śmieszność twierdzić,
Ŝ

e  celem  komunistów  wietnamskich  była  sprawiedliwość  i

szczęście  kraju.  Dzisiaj  więc  dawni  pacyfiści  (jeśli  w  ogóle
dostrzegają  ogrom  nieszczęść  w  Indochinach  po  1975  r.)
oskarŜają o ich spowodowanie USA, poniewaŜ to Amerykanie
zniszczyli  rzekomo  „umiarkowany"  NFW,  a  w  KambodŜy
mieli umoŜliwić dojście do władzy Czerwonych Khmerów.

1

  Podobny  podział  nastąpił  wśród  byłych  działaczy  pokojowych  poza  Ameryką.  Dla  przykładu,  znany

dziennikarz  francuski  Jean  Lacoutoure  po  inwazji  na  KambodŜę  potępił  siebie  i  współtowarzyszy  za  to.  Ŝe

stali się „narzędziami i pośrednikami kłamliwej i zbrodniczej propagandy". Lacoutoure wyznał,  Ŝe  wstydzi  się

swej  publicystyki,  która  „przypominała  bardziej  działalność  militarną  niŜ  dziennikarstwo.  Ukrywałem  —

stwierdził  w  1979  r.  —  mankamenty  rządów  (północno)  wietnamskich  w  czasie  wojny  ze  Stanami

Zjednoczonymi... Sądziłem, Ŝe  ujawnienie  stalinowskiego  charakteru  reŜimu  (północno)  wietnamskiego  nie

byłoby stosowne".

background image

336

Odporne na nowe świadectwa i dowody okazują się teŜ tezy o
przygniatającej przewadze liczebnej USA/RW, o prymitywizmie
uzbrojenia  oddziałów  komunistycznych  czy  o  podstępnym
„wciągnięciu" Ameryki do wojny przez Lyndona Johnsona.

Nie uwolniły się całkowicie od dawnych stereotypów środki

masowego  przekazu  —  choć  wpływ  nowego,  „rewizjonistycz-
nego"  sposobu  myślenia  jest  w  nich  widoczny.  W  1984  r.
generał  Westmoreland  pozwał  do  sądu  sieć  telewizyjną  CBS,
gdyŜ  został  w  jednym  z  programów  oskarŜony  o  rozmyślne
wprowadzenie  w  błąd  prezydenta  co  do  prawdziwych  rezul-
tatów ofensywy Tet. Generał wygrał proces.

Władimir  Bukowski  napisał  o  działaczach  amerykańskiej

lewicy,  Ŝe  „ich  uporczywie  mylne  osądy"  wcale  nie  umniej-
szyły  ich  dobrego  samopoczucia.  „Bez  względu  na  to,  co  się
dzieje,  pozostają  nietknięci,  wolni  od  moralnej  odpowiedzial-
ności,  świetlany  przykład  dla  nas  wszystkich.  Czy  nie  zapew-
niali nas w przeszłości, Ŝe Viet Cong nie ma nic wspólnego z
komunistami  —  Ŝe  to  po  prostu  «patrioci»,  walczący  o
niepodległość swej ojczyzny?".

TakŜe  i  dziś  ta  część  amerykańskiej  lewicy  patrzy  w  iden-

tyczny  jak  w  latach  siedemdziesiątych  sposób  na  politykę
USA,  zarzucając  jej  imperializm  szczególnie  wobec  Ameryki
Łacińskiej.  Często  straszak  „następnego  Wietnamu"  wyciągali
np.  przeciwnicy  amerykańskiej  pomocy  dla  nikaraguańskich
contras,  choć  i  w  tym  przypadku  jakiekolwiek  analogie  były
nikłe, natomiast róŜnice uderzające.

Doktryna  Reagana  była  świadomą  próbą  przezwycięŜenia

kompleksu wietnamskiego. Konkluzja Guntera Lewy'ego z jego
przełomowej pracy America in Vietnam mogłaby słuŜyć za jej
motto. Lewy napisał, Ŝe Ameryka „nie moŜe i nie powinna być
policjantem  świata",  jednak  posiada  „moralny  obowiązek
popierania narodów w ich wysiłkach dla obrony niepodległości,
kiedy my i tylko my dysponujemy środkami, aby je wspomóc".

Reaganowi nie dane było jednak zaleczyć wietnamskich ran

Ameryki.  Zgodnie  z jego  doktryną Waszyngton  popierał

background image

337

antykomunistyczną  partyzantkę  wszędzie,  gdzie  istniała  {con-
tras,  
afgańscy  mudŜahedini,  UNITA  w  Angoli  to  najbardziej
znane przykłady), ale za jego kadencji USA odniosły tylko raz
jednoznaczne  zwycięstwo,  i  to  w  niezbyt  duŜej  skali  —  na
Grenadzie.

Stany  Zjednoczone  przezwycięŜyły  syndrom  wietnamski

dopiero  —  jak  się  wydaje  —  w  wyniku  oszałamiającego
sukcesu w wojnie nad Zatoką Perską.

W  czasie  tego  konfliktu  słowo  „Wietnam"  było  znów  na

ustach wszystkich: prasy i generałów, prezydenta i pacyfistów.
George  Bush  i  dowództwo  amerykańskie  zapewniali  wielo-
krotnie, Ŝe Irak nie będzie „drugim Wietnamem". Byli w stanie
dotrzymać słowa przede wszystkim dzięki temu, Ŝe wyciągnęli
właściwe wnioski z historii. Generał Schwarzkopf znalazł się
w  bez  porównania  lepszej  sytuacji  niŜ  swego  czasu  West-
moreland.  Polityczne  restrykcje  nałoŜone  na  siły  zbrojne  były
znacznie  lŜejsze  i  nie  zmuszały  go  do  np.  „stopniowania"
ataków  czy  teŜ  do  powstrzymania  się  od  uderzeń  na  waŜne
strategicznie cele.

Musiały  upłynąć  niemal  dwa  dziesięciolecia,  by  w  USA

minął  szok  po  przegraniu  najdłuŜszej  i  najkosztowniejszej
wojny. Dziś większość Amerykanów rozumie, Ŝe ich ojczyzna
znajdowała  się  w  tym  konflikcie  po  słusznej  stronie,  Ŝe  choć
stawili  nieprzyjacielowi czoło  na wyjątkowo  trudnym  terenie,
choć  walczyli  w  obronie  społeczeństwa,  które  nie  bardzo
rozumiało  zagroŜenie  i  nie  bardzo  potrafiło  i  chciało  się
bronić, to jednak zdołali powstrzymać pochód komunizmu w
Azji  i  dali  narodom  tego  kontynentu  czas  na  rozwój  i
nabranie  sił.  A  klęska,  którą  w  końcu  ponieśli,  była  takŜe
klęską  ludów  Indochin  —  Khmerów,  Laotańczyków  oraz
pozornie zwycięskich Wietnamczyków.

22 — Wietnam 1962-1975

background image

EPILOG II — WIETNAMSKI. KL

Ę

SKA ZWYCI

Ę

ZCÓW

Nie  posiadamy  wolności  prasy,  słowa,  wolności  gromadzenia  sią  ani

stowarzyszania.  Nie  mamy  prawa  emigrować  ani  podróŜować  za  granicą

jako turyści... Tysiące Wietnamczyków doprowadzono do powolnej śmierci,

a tysiące innych zmasakrowano dla obcych im interesów.

Ho Chi Minh na zjeździe Francuskiej Partii Socjalistycznej w grudniu 1920

r.

W  połowie  lat  80.  Wietnam  miał  60  milionów  mieszkańców,  a
kaŜdego roku przybywały następne 2 miliony. Tymczasem partia
nie  tylko  nie  była  w  stanie  właściwie  pokierować  rozwojem
gospodarczym, lecz sama przedstawiała poŜałowania godny obraz
rozprzęŜenia.

Do  KPW  naleŜało  1,7  miliona  osób.  Robotnicy  stanowili  w

niej  zaledwie  10%.  Członkowie  aparatu  KPW,  zwani
„kadrowcami",  tworzyli  uprzywilejowaną  warstwę  społeczeń-
stwa.  Zwykły  obywatel  mógł  kupić  na  kartki  9  kg  Ŝywności  na
miesiąc, a funkcjonariusz partii 15 kg. Aparatczycy mieli równieŜ
moŜliwość  zakupu  niedostępnych  na  państwowym  rynku
towarów:  puszki  mleka  skondensowanego,  dwóch  Ŝyletek,
szczoteczki do zębów i jednej tubki pasty — co trzy miesiące.

background image

339

Inną  specyficzną  cechą  Wietnamu  był  (i  jest)  stopień

skorumpowania  aparatu  partyjnego  i  państwowego,  który  juŜ
pod koniec lat siedemdziesiątych dorównał temu, co działo się
w  RW.  Skąd  jednak  wzięło  się  nagłe  przekształcenie
kadrowców, których wysokie morale zawsze budziło zachwyty
aktywistów  antywojennych,  w  cynicznych  łapówkarzy  i
nepotystów?

Korupcja  była  nieodłączną  cechą  aparatu  Lao  Dong  od

samego  początku  i  to  pomimo  surowej,  wojennej  dyscypliny.
Jej zasięg musiał być znaczny, skoro Ho Chi Minh juŜ w 1945 r.
narzekał  na  łapownictwo  i  naduŜywanie  władzy  przez  kad-
rowców. Póki trwała wojna, korupcja nie przybrała rozmiarów
masowych, jednakŜe natychmiast po 1975 r. opanowała kadry
KPW niczym epidemia.

Jej  źródłem  był  —  podobnie  jak  w  RW  —  kryzys  mental-

ności  konfucjańskiej.  Nieprzypadkowo  w  dokumentach  par-
tyjnych  wskazywano  na  indywidualizm  jako  na  główną
przyczynę  korupcji.  Odchodzącego  konfucjanizmu  nie  była  w
stanie  zastąpić  „etyka  rewolucyjna".  Gdy  po  zdobyciu
zamoŜnego  Południa  aparat  otrzymał  praktycznie  nieograni-
czoną  władzę  i  gdy  zanikły  rygory  wojennej  dyscypliny,
moralna zgnilizna partii ukazała się w całej okazałości.

Innym powodem było załamanie wiary w ideologię znacznej

części  aparatu.  Kadry  posyłane  na  Południe  szybko  przekony-
wały  się,  Ŝe  propaganda  łgała.  Zamiast  wyzyskiwanej  przez
Amerykanów  i  „marionetkowy  reŜim"  ludności  znajdowali
wyŜszy  niŜ  w  DRW  poziom  Ŝycia,  odkrywali  ślady  swobód,
których  na  Północy  nawet  sobie  nie  wyobraŜali.  Ideologiczne
zauroczenie  pryskało  jak  bańka  mydlana  i  aparatczycy  za-
czynali pogoń za dobrami materialnymi.

Dochód  narodowy  spadł  poniŜej  100  dolarów  na  głowę

rocznie,  a  inflacja  w  1987  r.  osiągnęła  800%.  Południe,
pomimo zuboŜenia, pozostało bogatsze od Północy. Wolnego i
czarnego  rynku  oraz  prywatnej  przedsiębiorczości  nigdy  nie
udało się władzom zdusić do końca. Reporterzy, dosyć licznie

background image

340

odwiedzający  Wietnam  w  dziesiątą  rocznicę  zakończenia
wojny, zgodnie stwierdzali, iŜ — jak to ujął Robert Shaplen z
„New Yorkera" — Sajgon jest miastem „podupadłym, szarym
i zakurzonym", w którym z  trudnością  moŜna  odnaleźć  resztki
dawnej  świetności,  a  fascynująca  atmosfera  „azjatyckiego
ParyŜa" przepadła chyba bezpowrotnie.

WAL stała się w latach 80. czwartą co do liczebności armią

ś

wiata.  Utrzymywanie  niemal  półtoramilionowej  armii  było

oczywiście  niezwykle  kosztowne,  ale  konieczne  dla  realizacji
mocarstwowych  aspiracji  KPW.  Wietnamscy  komuniści  nadal
bowiem  zacieśniali  „stosunki  specjalne",  łączące  Wietnam  z
Laosem  i  KambodŜą.  W  obu  krajach  masowo  osiedlali  się
chłopi  wietnamscy,  a  namiestnicze  rządy  posłusznie  wykony-
wały polecenia Hanoi.

Ekspansywna polityka KPW przyczyniła się do całkowitego

zaniku sympatii do Wietnamu. Nawet Szwecja oświadczyła w
1987 r., Ŝe będzie pomagać SRW jeszcze tylko przez dwa lata
ze  względu  na  okupację  KambodŜy.  A  Zgromadzenie  Ogólne
ONZ  w  Ŝadnej  niemal  kwestii  nie  głosowało  w  połowie  lat
osiemdziesiątych tak zgodnie, jak przy potępianiu Hanoi z tego
samego powodu.

W roku 1985 Wietnam był zadłuŜony wobec zagranicy na 6

miliardów  dolarów,  z  czego  ponad  4  miliardy  przypadały  na
długi  wobec  bloku  sowieckiego,  a  najwięcej  wobec  samego
ZSRR.  Pomoc  radziecka  wynosiła  2  miliardy  dolarów  rocznie
—  20%  globalnego  dochodu  narodowego  kraju.  Wiele  było
zatem  słuszności  w  metaforze,  której  uŜył  Teng  Siao-ping,
nazywając  Wietnamczyków  „Kubań-czykami  Wschodu".
Podobnie jak Ŝołnierze Fidela Castro walczyli w Afryce, tak i
„ochotnicy"  wietnamscy  bili  się  w  KambodŜy  i  oskrzydlali
Chiny, a ich rząd inkasował miliardy rubli.

Wietnam spłacał swój dług wobec ZSRR na róŜne sposoby.

Udostępnił  bazy  wojskom  sowieckim.  Wysyłał  robotników  do
pracy,  głównie  na  Syberii   i   w  krajach   RWPG  (co  roku

background image

341

50  tysięcy  osób).  Nawet  pomoc  sowiecka  nie  była  jednak  w
stanie uratować rozsypującej się gospodarki Wietnamu.

Hanoi próbowało ratować gospodarkę uciekając się m.in. do

handlu  bronią  pozostawioną  przez  Amerykanów.  Wietnam
sprzedał  w  1985  r.  Iranowi,  prowadzącemu  wojnę  z  Irakiem,
sprzęt  bojowy  wartości  400  milionów  dolarów  (czołgi  M-48,
samoloty  F-5,  helikoptery  Cobra  i  in.).  Rzecz  jasna,  te
rozpaczliwe  półśrodki  mogły  oddalić  widmo  katastrofy  tylko
na krótko.

Przywódcy SRW nie zdecydowali się natomiast na sięgnięcie

do  innego  źródła  dewiz,  które  —  jak  wskazywał  przykład
Tajlandii  czy  Birmy  —  mogło  dawać  spore  dochody:  do
turystyki. W roku 1983 Wietnam odwiedziło 252 turystów (!).
Dla  władców  z  Hanoi  hermetyczna  izolacja  swych  obywateli
okazała się najwaŜniejsza.

Po  szczytowym  1979  r.,  kiedy  to  w  ciągu  1  miesiąca  do

krajów  sąsiednich  przybywało  ponad  50  tysięcy  uchodźców,
strumień  uciekinierów  zmniejszył  się,  lecz  był  to  nadal
powaŜny problem. Mobilizacja opinii publicznej całego świata
i pomoc rządów zachodnich sprawiły, iŜ ci emigranci z końca
lat  siedemdziesiątych,  którym  udało  się  przeŜyć  ucieczkę,
znaleźli  stałe  miejsca  osiedlenia.  Z  około  miliona  uchodźców
(do  1985  r.)  700  tysięcy  przyjęły  USA,  a  pozostałych  głównie
kraje Europy Zachodniej.

W  1979  r.  zorganizowano  we  Francji  akcję  „Statek  dla

Wietnamu"  (kilka  lat  wcześniej  francuska  lewica  teŜ  wysłała
„Statek  dla  Wietnamu",  tyle  Ŝe  z  pomocą  dla  Viet  Congu).
Akcji  udzieliło  poparcia  wiele  znanych  postaci,  a  wspólna
konferencja prasowa dwóch słynnych „starców" — Raymonda
Arona  i  Jean-Paul  Sartre'a  —  urosła  do  rangi  symbolu
pojednania  lewicy  z  prawicą  w  imię  humanitarnych  ideałów.
Zebrane  fundusze  wystarczyły  do  wysłania  statku,  który  w
czasie  kilkumiesięcznego  rejsu  po  Morzu  Południowo-
chińskim  wyłowił  884  uciekinierów.  Społeczny  entuzjazm  dla
akcji był jednak bez porównania mniejszy niŜ energia dawnych

background image

342

ruchów antywojennych. Następny „Statek dla Wietnamu" mógł
wypłynąć dopiero trzy lata później.

Trzon  Politbiura  w  połowie  lat  80.  tworzyła  wciąŜ  ta  sama

grupa,  co  w  latach  czterdziestych.  Wszyscy  wyznawali  mark-
sizm  w  skrajnie  dogmatycznej,  stalinowskiej  wersji  —  wszak
zostali  komunistami  w  latach  trzydziestych,  jako  uczniowie
agenta  Kominternu.  Historia z pozoru przyznała im rację

 

czyŜ  nie  pokonali  Francji  i  Ameryki?  Upojeni  zwycięst-

wami  nie  zamierzali  ani  na  jotę  odstępować  od  pryncypiów
ideologii. W dodatku byli słabo lub w ogóle nie wykształceni

 

spędzili  całe  Ŝycie  w  konspiracji  i  w  dŜungli,  znali  się

najwyŜej  na  prowadzeniu  wojny;  ich  wiadomości  na  temat
gospodarki  ograniczały  się  do  podręczników  marksistowskiej
„ekonomii politycznej".

Po  powstaniu  Solidarności  sekretarz  generalny  partii  Le

Duan  powiedział:  „WyraŜamy  nasze  poparcie  dla  PZPR,
komunistów  i  narodu  polskiego  w  ich  walce,  mającej  na  celu
udaremnienie  kontrrewolucyjnych  planów  reakcyjnych  sił".
Natomiast  gen.  Giap,  wydelegowany  na  nadzwyczajny  zjazd
PZPR  w  1981  r.  oświadczył,  iŜ  „w  trudnej  i  skomplikowanej
walce  komuniści  i  naród  polski  mogą  polegać  na  szczerym
poparciu i bojowej solidarności KPW".

KPW stała się partią zupełnie nie przypominającą Lao Dong

z  jej  heroicznego  okresu.  Była  to  partia  niezdyscyplinowana,
nieudolna, niezbyt spójna i głęboko skorumpowana. Przed taką
właśnie  partią  stanęło  w  1985  r.  zadanie,  od  którego
rozwiązania 

zaleŜała 

przyszłość 

kraju: 

wyprowadzenie

Wietnamu z lawinowo narastającego kryzysu.

Na  zjeździe  partii  w  1986  r.  doszło  do  burzliwej  debaty.  W

jej  wyniku  ustąpiło  trzech  najwaŜniejszych  członków
Politbiura:  Truong  Chinh,  Pham  Van  Dong  i  Le  Duc  Tho.
Nowym  sekretarzem  generalnym  został  Nguyen  Van  Linh  (71
lat),  Południowiec,  uwaŜany  za  zwolennika  zmian.  Zjazd
opowiedział  się  za  reformami  ekonomicznymi,  uznał  koniecz-
ność istnienia indywidualnego rolnictwa, prywatnej inicjatywy

background image

343

oraz  likwidacji  centralnego  systemu  nakazowo-rozdzielczego.
Skala zmian nie budzi zdziwienia, jeśli weźmie się pod uwagę
okoliczności:  rozmiary  kryzysu  oraz  fakt,  Ŝe  rok  1987  był
okresem  zaawansowanej  „pierestrojki"  w  ZSRR  i  innych
krajach bloku.

Odejście starej gwardii, zawsze tak  pewnej  siebie  i  ufającej

niezłomnie w  słuszność swej  linii,  stanowiło  drastyczny  wyraz
przyznania  się  do  poraŜki.  Ci,  którzy  pokonali  Francuzów,
Amerykanów  i  Południowych  Wietnamczyków,  sami  zostali
w końcu  pokonani  —  z  powodu  ślepej  wiary  w  ideologię.  Nie
tylko  nie  potrafili  na  jej  podstawie  zbudować  kraju  „dziesięć
razy  piękniejszego",  nie  tylko  sprowadzili  na  swój  naród
bezmiar cierpień, lecz nawet nie zdołali zapewnić Wietnamowi
suwerenności, popadając w ścisłą zaleŜność od Moskwy.

„Nie ma nic cenniejszego nad niepodległość i wolność" —

mawiał Ho Chi Minh. A jednak ani on, ani jego spadkobiercy
nie dali Wietnamczykom ani jednego, ani drugiego. Zbiorowa
dymisja  moŜe  świadczyć  o  tym,  iŜ  twórcy  KPI  zaczęli
rozumieć swoją Ŝyciową pomyłkę.

Wkrótce  po  zjeździe  stara  gwardia  oddała  resztę  jeszcze

zajmowanych  pozycji  m.in.  Pham  Van  Dong  zrezygnował  z
piastowanego od ponad 30 lat urzędu premiera.

Po  zjeździe  prawie  całkowicie  zreprywatyzowano  handel

detaliczny,  przybyło  zakładów  usługowych  oraz  nieduŜych
warsztatów i spółek produkcyjnych.

Koniec lat 80. był okresem dalszych postępów wietnamskiej

„pierestrojki", choć emigracyjne źródła wietnamskie podawały
przykłady  licznych  represji.  Największe  zmiany  nastąpiły  w
gospodarce.  Od  roku  1988,  kiedy  ponownie  w  niektórych
regionach zapanował głód, zaczęła następować  systematyczna
poprawa, lecz Wietnam nie stał się nigdy azjatyckim tygrysem
gospodarczym. Do dziś jest jednym z najuboŜszych krajów na
ś

wiecie.

Na przełomie lat 80. i 90. w polityce zagranicznej Wietnamu

nastąpiła zmiana sojuszy. Hanoi starało się znaleźć wyjście

background image

344

z  międzynarodowej  izolacji  i  miejsce  w  nowym  światowym
układzie  sił.  We  wrześniu  1989  r.  Wietnam  ogłosił  wycofanie
wojsk z KambodŜy.

KPW  potępiła  demokratyczne  przemiany  w  Europie  Środ-

kowej  i  b.  ZSRR.  Naturalne  stało  się  natomiast  zbliŜenie  z
Pekinem,  gdzie  po  masakrze  na  placu  Tien  An  Men  partia
przyjęła  podobna,  linię:  reformy  gospodarcze  bez  zmian
politycznych. Chiny zaoferowały 2 miliardy dolarów, by zastąpić
zredukowaną pomoc Moskwy.

Lata  90.  to  w  Wietnamie  proces  postępującej  liberalizacji  w

sferze gospodarki bez znaczących zmian politycznych. Wietnam
stara  się  o  przyciągnięcie  inwestycji  zagranicznych,  oferując
tanią  siłę  roboczą  i  stara  się  kroczyć  w  analogicznym  kierunku,
jak 

Chiny. 

Następuje 

stopniowa 

normalizacja 

sytuacji

międzynarodowej w Indochinach. W 1995 r. Stany Zjednoczone
ponownie nawiązały stosunki dyplomatyczne z  Hanoi, a w roku
2000 odbyła się wizyta prezydenta Billa Clintona w SRW.

Wietnamczycy zdają sobie dziś powszechnie sprawę z tego, Ŝe

komuniści  ich  okłamali.  Pokonanie  Francuzów  i  zjednoczenie
kraju,  które  kosztowały  naród  morze  krwi  i  dziesiątki  lat
wyrzeczeń,  nie  przyniosły  obiecywanego  przez  Lao  Dong
dobrobytu  i  wolności.  Gdy  rozmawia  się  szczerze  z  Wietnam-
czykami, to mówią zwykle: „pomyliliśmy się" albo „byliśmy jak
zahipnotyzowani".

Niechętny stosunek społeczeństwa do reŜimu uwidocznił się w

czasie  wojny  z  Chinami.  WAL,  słynąca  zawsze  z  dyscypliny  i
męstwa,  tym  razem  biła  się  miernie,  zdarzały  się  przypadki
dezercji.

Wietnamczycy  zaczynają  rozumieć,  Ŝe  —  jeśli  moŜna  mówić

o  zwycięzcy  obu  wojen  indochińskich  —  to  był  nim  nie  naród,
lecz partia komunistyczna. A i ona została w końcu pokonana —
przez  samo  Ŝycie,  które  nie  dało  się  zamknąć  w  dogmatach
ideologii.

background image

345

Właśnie  —  ideologia.  Wydaje  się,  iŜ  wojny  indochińskie

przyniosły  zwycięstwo  wyłącznie  jej.  Przegrali  Francuzi,
musieli  się  wycofać  Amerykanie,  Południowi  Wietnamczycy
zostali pokonani, a w końcu poraŜkę ponieśli równieŜ komuni-
ś

ci.  Jedyną  stroną  —  jeśli  moŜna  uŜyć  takiego  określenia  —

której  indochińska  hekatomba  przyniosła  korzyści,  była
marksistowsko-leninowska  ideologia  —  jej  panowanie  roz-
ciągnęło  się  przecieŜ  na  następną  połać  globu,  zagarniając  80
milionów ludzi.

Aleksander  SołŜenicyn  napisał  w  Archipelagu  GUŁag:

„Wyobraźnia  i  siła  wewnętrzna  zbrodniarzy  Szekspira  za-
trzymywały się na tuzinie trupów. PoniewaŜ nie mieli ideologii.
Ideologia!  Ona  to  właśnie  przynosi  poszukiwane  usprawied-
liwienie  zbrodni,  tak  potrzebne  zbrodniarzowi...  Właśnie
IDEOLOGIA spowodowała, Ŝe wiek XX doświadczył zbrodni
na milionową skalę".

I pomyśleć, Ŝe losy Indochin mogłyby potoczyć się zupełnie

inaczej, gdyby pewien skromny pomocnik paryskiego'fotografa
nie  wzruszył  się  osiemdziesiąt  lat  temu  do  łez,  czytając
leninowskie Tezy kwestii nowelowej i kolonialnej...

background image

WYBÓR BIBLIOGRAFII

A r p i n a c k i    Andrzej,  Indochiny  1982-1987,   w:   „Krytyka"  nr

27/1988.

B r a t k o w s k i  Stefan, Oddalający się kontynent, Warszawa 1980.
B u r c h e t t  Wilfred G., Wietnam. Historia wojny partyzanckiej od

wewnątrz, Warszawa 1966.

C h a f e  William H., The Unjinished Journey. America Since World

War 11, New York 1986.

C h e s n a u x  Jean, Wietnam, Warszawa 1957.
C h o c i ł o w s k i  Jerzy, Okruchy Azji, Warszawa 1986.
C h o c i ł o w s k i  Jerzy, Wietnam bez 17 równoleŜnika, w: Wietnam

w walce o niepodległość i socjalizm. Warszawa 1980.

C o 11 i e r Peter,  H o r o w i t z   David,  Kolejna podia,  nieuczciwa

dekada lewicy, w: Oto Ameryka. Polityka i społeczeństwo, New
York 1987.
Communist Plan to Conąuer South Vietnam, Bangkok 1962.

F i t z G e r a 1 d Frances. Fire in the Like, New York 1973.
G a r f i n k 1 e Adam, That Lousy War: Explaining Vietnam w: „First

Things", 12/2000.

G i 11 i n Todd,  The Sixties.   Years of Hope, Days of RagęNew

York 1987.

G o l d m a n  Peter, F u l l e r  Tony, Chanie Company, New York 1983.
G o o d m a n    Allan   E.,   77^   Lost  Peace.   American   Search for

a Negotiated Settlement of the Vietnam War, Stanford 1978.
G ó r a l s k i  Władysław, Zarys stosunków polsko-wietnamskich w latach
1950-1983. 
w: Kraje Socjalistyczne, t. I, 1985.
H e r r i n g George C., Americał Longest War. The United States and

Wietnam 1950-1975, New York 1965.

background image

347

Historia dyplomacji od 1945, cz. II, Warszawa 1986
Historia polityczna Dalekiego Wschodu 1945-1976, Warszawa 1986

Ho Chi M i n h. Selected Writings 1920-1969, Hanoi 1973
H o n e y   P.  J.,  Comnumism  in  North  Vietnam,  hs Role  in  the
Sino-Soviet Dispute, 
Cambridge, Massachussets, 1963
H u y e n N. Khac.  Yision accomplished? The Enigma of Ho Chi

Minh, New York 1971.

J e f f r e y s - J o n e s  Rhodri, Peace Now! American Society and the

Ending of the Wietnam War, Yale 2000.

J o h n s o n  Paul. A History of the Modern World, London 1984. K e a r n s
Doris, Lyndon Johnson and the American Dream. New

York 1976.

L o g e v a ll Fredrik, Choosing War. The Lost Chance for Peace and

the Escalation of the Vietnam War, Berkeley 2000. M a c k i e w i c z

Józef,   Watykan   w   cieniu   czerwonej  gwiazdy,

Londyn 1975.

M a c 1 e a r Michael, The Ten Thousand Day War, London 1985.
M c N a m a r a  Robert S. i in., Argument Without End: In Search of

Answers to the Wietnam Tragedy, New York 2000.

M o r r i s  Stephen, Rozmyślania o wojnie w Wietnamie, w: Miedzy

sierpem a młotem — ZSRR i świat. Warszawa 1987.

N g u y e n  Khai, Noworoczne spotkanie, w: „Literatura na świecie",

nr 6/1986.

N g u y e n  Manh Tuan, W obliczu morza, cyt. za: „Literatura na

ś

wiecie"...

N g u y e n   Van  Canh,   Vietnam   Under Communism,   1975-1982,

Stanford 1985. N g u y e n    Van  Canh,   Vietnam   Under Communism,

1975-1982,

Stanford 1985.

N o w a k o w s k i    Jerzy,   Kronika  terroru.   Ruchy  anarchistycznew REN
1968-1980, 
Warszawa 1981.

P a n i k  kar Kawalam M., Azja a dominacja Zachodu 1498-1945,

Warszawa 1972, s. 201. P a s s e n t Daniel, Co dzień wojna, Warszawa

1968. P a t e r s o n  Thomas G., Historical Memory and Illusive Victories:
Vietnam and Central America, 
w: „Diplomatic History", vol. 12,

nr 1, 1988. Quy, Na Morzu Chińskim, w: „Karta", nr 2/1984.

R u s s e 1 Bertrand, Zbrodnie wojenne w Wietnamie, Warszawa 1967.

background image

348

S c a 1 a p i n o Robert A.,  Przedmowa w:  N g u y e n   Vanh Canh,

Vietnam Under Communism.

S h a p 1 e n Robert. A Reporter at Large. Return to Vietnam, w: ..The

New Yorker", 22.04.1985.

S  i  e  g  e  1  Frederick  F.,  Troubled  Journey.  From  Pearl  Harbor  to

Ronald Regan.

S i e n k i e w i c z   Marian,  Wojna  wyzwoleńcza  narodów  Indochin

1945-1975. Aspekty wojskowe, Warszawa 1979.

S o r e n s e n  Theodore C, Kennedy, New York 1965.

Summers Harry G. Jr.. On Strategy. A Critical Analysis of the Yietnam

War, New York 1982.

Ś

l i w k a - S z c z e r b i c   Władysław,  Podwójne  Ŝycie  Sajgonu,  War-

szawa 1969.

Ś

wiat w przekroju, Warszawa 1969.

The  Lessons  of  Wietnam,  pod  red.  Thompson  Scott  W.,  Frizzel

Donaldson D., New York 1977.

The  Pentagon  Papers  as  Published  by  „The  New  York  Times",  New

York 1971.

The  Truth  About  Vietnam-China  Relations  Over  the  Last  30  Years,

Hanoi 1979.

T o u r n o u x   Jean-Raymond,  Po  raz  pierwszy  ujawnione.  Warszawa

1978.

T rag er Frank, Why Viet-Nam?, New York 1966.
T r u o n g   Nhu  Tang,  Memoires  d'un  Vietcong,  Paris  1986  (Korzys-

tałem  ze  streszczenia  tej  ksiąŜki  udostępnionego  przez  pana
Wojciecha GiełŜyńskiego).

Vo  N g u y e n   G i a p ,   Wojna  wyzwoleńcza  narodu  wietnamskiego,

Warszawa 1964.

W e r f e I Roman, Wietnam bez ostatniego rozdziału, Warszawa 1967.

W i l k o s z   Stefan.  Wietnam.  Anatomia  zwyciąstwa  i  klaski,  War-

szawa 1977.

W i l k o s z   Stefan,  Wietnam.  Anatomia  zwyciąstwa  i  klaski,  War-

szawa 1977.

Z a p o 1 s k i Stanisław, Wojna partyzancka w Wietnamie, Warszawa

1976.

Zeszyty  dokumentacyjne  PAP.  Wietnam  Południowy  —  poraŜka

strategii imperializmu. Warszawa 1976.

Z i e g 1 e r   David   W.,   War,   Peace  and  Intemational  Politics,

Boston 1981.

background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image