Harrison Harry Gwiezdny Dom v 1 1


Tytuł oryginału

To the Stars. Starworld

Rozdział 1

Redaktor

Jacek Foromariski

Opracowanie graficzne: Maria Dylis Ilustracja: Radosław Dylis

PRINTED IN GREAT BRITAIN

Wydanie I

Harry Harrison 1987 Copyright for the Polish edition

by PHANTOM PRESS INTERNATIONAL GDAŃSK 1991

ISBN 8385276742

GWIEZDNY DOM

Rozdział 1

Stary, połatany frachtowiec przeciął orbitę Marsa i leciał dalej, wykorzystując jedynie tradycyjny napęd silników atomowych. Kierował się w stronę Ziemi lub raczej w stronę miejsca, w którym Ziemia znajdzie się za kilka godzin. Wszystkie urządzenia elektroniczne statku były bądź wyłączone, bądź pracowały na minimalnych obrotach pełną moc pobierały jedynie ekrany ochronne. Wraz ze zbliżaniem się ku Ziemi, z każdą sekundą rosło ryzyko wykrycia. I natychmiastowego zniszczenia.

A więc przynosimy im w końcu wojnę powiedział oficer polityczny.

Przed rewolucją był profesorem ekonomii niewielkiego uniwersytetu na jednej z odległych planet. Wojna pozmieniała wszystko.

Nie musi mnie pan o tym przekonywać odparł Blakeney. Byłem w komitecie, który opracował ten atak. I mówiąc szczerze, wcale nie jestem tym pomysłem zachwycony.

Wcale nie próbuję pana przekonywać, po prostu sama myśl o tym sprawia mi przyjemność. Miałem rodzinę na Teorancie...

Ale już jej pan nie ma przerwał szybko Blakeney. Cała planeta została zniszczona. Radziłbym, by jak najszybciej pan o nich zapomniał.

Nie. Chcę o nich pamiętać. I wierzę, że atak ten przeprowadzamy także i po to, by uczcić pamięć tych ludzi. Tych i milionów innych, zniewolonych lub

pomordowanych. Nareszcie odważyliśmy się walczyć. Jestem z tego dumny.

Wciąż niepokoi mnie oprogramowanie komputera.

Zupełnie niepotrzebnie. Pojedyncza bomba zrzucona zostanie na Australie. W jaki sposób może pan nie trafić w tak duży cel?

Mogę to panu dokładnie wyjaśnić. Po odłączeniu statku zwiadowczego rozpocznie on przyśpieszenie od prędkości podstawowej, którą w tej chwili osiągamy. Komputer nie będzie mógł popełnić żadnego błędu w trajektorii lotu, ponieważ nie będzie czasu na żadne korekty. Czy zdaje pan sobie sprawę, jak ogromna będzie prędkość końcowa? sięgnął po kalkulator i nacisnął kilka przycisków.

Dowódca niecierpliwym ruchem uniósł rękę.

Wystarczy. Nie mam w tej chwili głowy do matematyki. Wiem jedynie, iż nasi najlepsi specjaliści zmodyfikowali statek zwiadowczy do tego jednego zadania. W środku jest jakiś wirus, który ma zniszczyć wszystkie zasoby żywności. Sam pan przecież opracował program lotu, lokalizacji celu i rzucenia bomby.

Tak, zawierają one jednak zbyt wiele zmiennych. Zejdę na dół i przeprowadzę jeszcze jeden test.

Proszę bardzo. Lecz niech pan nie zapomni, że pozostało już tylko kilka godzin. Gdy znajdziemy się w zasięgu sieci ich radarów, natychmiast wysyłamy statek i zmykamy, nie oglądając się za siebie.

To nie zajmie dużo czasu zapewnił Blakeney.

Odwrócił się i opuścił mostek.

"To wszystko jest jedną wielką improwizacją" rozmyślał ponuro, idąc w dół pustymi korytarzami statku.

Nieuzbrojony frachtowiec atakujący samo serce Federacji! Lecz sam plan był na tyle zwariowany, że może się powieść. Od momentu przecięcia orbity Marsa wciąż nabierali prędkości. Być może uda im się przemknąć tuż obok Ziemi, zanim zaskoczona obrona będzie w stanie wykonać przeciwuderzenie, i wystrzelić bez przeszkód niewielki statek zwiadowczy, nad którym kontrolę przejmie komputer.

I to właśnie martwiło go najbardziej. Obwody większości komputerów były prototypowe i niesprawdzone. Jeżeli zawiodą, nie powiedzie się cała misja. Przeprowadzenie jeszcze jednej serii testów było sprawą zwykłego rozsądku.

Maleńki zwiadowca, mniejszy nawet niż zwykły pojazd ratunkowy, tkwił przymocowany do podłogi zewnętrznego luku stalowymi klamrami wyposażonymi w wybuchowe sworznie. Tuba łącznikowa, dzięki której powietrze z frachtowca przedostawało się do wnętrza zwiadowcy, wciąż tkwiła na swoim miejscu. Blakeney przeczołgał się przez nią, wszedł do wnętrza kabiny i zmarszczył czoło, spoglądając na umieszczoną na jednej ze ścian plątaninę kabli i urządzeń kontrolnych. Odwrócił się w stronę ekranu, wcisnął kilka przycisków na pulpicie komputera i rozpoczął ostatnią serię kontrolnych testów.

Nagle na mostku zabrzmiał sygnał alarmowy i paru członków załogi podeszło, by spojrzeć na ekran. Oficer polityczny zbliżył się także i stanął tuż obok pełniącego wachtę operatora.

Co to za sygnał? zapytał.

Weszliśmy właśnie w zasięg ich detektorów.

Więc wiedzą już, że tu jesteśmy?

Niekoniecznie. Wciąż jeszcze znajdujemy się w płaszczyźnie ekliptyki...

A to oznacza..

Że jesteśmy jeszcze zbyt daleko, by mogli wykryć jakiekolwiek ślady promieniowania z naszego statku.

Na razie jesteśmy dla nich jeszcze jednym kawałkiem kosmicznego śmiecia. Na razie. System wykrywania został już jednak zaalarmowany i za chwilę skierują na nas wszystko, co tylko mają. Lasery, radary i tym podobne rzeczy. Zresztą wkrótce się tego dowiemy. Monitorujemy ich wszystkie sygnały. Gdy powrócimy, wszystko będzie pięknie nagrane. Po uważnym przeanalizowaniu dowiemy się sporo o układach, w jakich pracują.

"Gdy pomyślał ponuro oficer polityczny a nie: jeżeli". Jak na razie morale załogi było bez zarzutu. Lecz to dopiero połowa misji. Pozostała jeszcze ta druga połowa ta najważniejsza. Zerknął na zegar i połączył się ze statkiem zwiadowczym.

Wkraczamy w strefę czerwoną. Do odłączenia statku pozostało mniej niż pół godziny. Co u pana?

Za chwilę kończę i zaraz do was dołączę.

Dobrze. Chciałbym...

Zlokalizował nas radar pulsacyjny! wykrzyknął operator. Teraz wiedzą już, że się zbliżamy. Tuż obok jego łokcia zapłonął nagle ekran pomocniczy, na którym pojawiać się zaczęły rzędy cyfr. Operator wskazał na nie palcem. Wszystkie ekrany ochronne zostały wystrzelone, tak więc na ich ekranach zamiast jednego, pojawi się kilkanaście niezidentyfikowanych punktów, poruszających się w różnych kierunkach i z różnymi prędkościami.

Nie będą więc wiedzieli, który z tych punktów jest prawdziwym statkiem?

W tej chwili nie, lecz już wkrótce zaczną analizować wypadkowe wszystkich kursów, zarówno do przodu jak i do tyłu w czasie i zlokalizują ten prawdziwy. Jednak zanim ich komputery uporają się z tym problemem, nasze zainicjują już kolejne programy dezorientujące. Zresztą całkiem niezłe, opracowane przez najlepszych fizyków i komptechów.

Rozumowanie to nie trafiało jednak do przekonania oficerowi politycznemu. Nie podobała mu się myśl, iż jego życie zależy od zaprogramowanych przez nieznanych mu ludzi komputerów, bawiących się w kotka i myszkę z komputerami wroga. Zamiast tego wyjrzał na zewnątrz, spoglądając na maleńkie iskierki gwiazd i powiększający się dysk Ziemi. Spróbował wyobrazić sobie, jak tuż obok nich przemykają niewidzialne promienie światła i fale radiowe. Było to oczywiście niemożliwe. Musiał jedynie na wiarę przyjąć, iż rzeczywiście tam są i walczą zamiast niego z wrogiem.

Ludzie dawno już przestali toczyć bitwy w kosmosie. Zastąpiły ich komputery. Załogi były jedynie uwięzionymi w kruchych kadłubach obserwatorami. Stał nieruchomo, nieświadomy, iż coraz mocniej zaciska założone za plecy dłonie.

Nagle wyczuł raczej niż usłyszał serię niewielkich, głuchych wstrząsów, po których nastąpiła słyszalna już wyraźnie eksplozja.

Trafili nas! wykrzyknął w przypływie paniki.

Jeszcze nie odparł operator, nie odrywając wzroku od ekranu. Wystrzeliliśmy jedynie pozostałe ekrany, a po nich statek zwiadowczy. Nasza misja jest już zakończona, lecz musimy się jeszcze stąd wyrwać. Stos wyłączony, obwody napędu przestrzennego zregenerowane w pełni. Za chwilę będziemy w drodze.

Oczy oficera politycznego otworzyły się szeroko, gdy jego mózg przeszyło nagle straszliwe podejrzenie. Rozejrzał się szybko dookoła.

Gdzie jest Blakeney? wykrzyknął, lecz żaden ze zgromadzonych na mostku ludzi nawet go nie usłyszał.

W napiętym milczeniu odliczali sekundy, dzielące ich od pocisków, które z pewnością zostały już wystrzelone w ich stronę.

Oficer jednak nie myślał w tej chwili o rakietach. Wiedział już, gdzie był Blakeney.

Miał wiec rację, zupełną rację! I oni nazywali siebie komptechami. Nie potrafiliby nawet napisać programu, który wygrałby w bierki. Porównawcza orientacja przestrzenna najwidoczniej przekraczała ich możliwości.

Z satysfakcją obserwował elektroniczny pisak, kreślący na ekranie obraz przesuwającej się w dole Ziemi. Nagle zmartwiał, gdy dostrzegł przesuwający się majestatycznie tuż nad Europą front burzowy. Wyłączył automat zawiadujący ruchami pisaka i dotknął palcem ekranu w miejscu, na którym widział jedyny wolny w tej chwili od gęstej pokrywy chmur wycinek Australii. Gdy świecąca końcówka pisaka przesunęła się na wskazane przez niego miejsce, wcisnął klawisz z napisem IDENTYFIKACJA POZYTYWNA i cofnął palec.

W sekundę później jednostajny do tej pory śpiew silników zmienił się, gdy niewielki stateczek zmienił kurs. Dobrze. Wyświetlił na ekranie kolejny etap programu i odblokował przełącznik, umożliwiający mu w razie jakichkolwiek kłopotów ręczne odstrzelenie pojemnika.

Na szczęście nie było żadnych. W chwili, gdy na ekranie pojawiła się cyfra zero, komputer uaktywnił mechanizm detonujący, wyrzucając ceramiczny pojemnik ku powierzchni Ziemi. Siedzący w kabinie oddalającego się łagodnym łukiem stateczku, Blakeney uśmiechnął się w duchu, wiedząc, co się za chwilę wydarzy: pojemnik był jedyną rzeczą, która została zaprojektowana naprawdę dobrze. Wraz z opadaniem w coraz gęstsze warstwy atmosfery, pojemnik, zawierający umieszczone w kriogenicznych kapsułach zamrożone wirusy, zacznie się rozgrzewać, wytracając przy tym szybkość. Odpadnie powłoka ceramiczna, odsłaniając tkwiący wewnątrz manometr.

Dokładnie na wysokości dziesięciu tysięcy siedemset sześćdziesięciu dziewięciu metrów eksploduje ładunek wybuchowy, uwalniając zawarte w kapsułach wirusy.

Wiatry rozniosą je po całej Australii, zaniosą być może nawet do Nowej Zelandii zmodyfikowane genetycznie, mikroskopijne szkodniki, które zaatakują i zniszczą wszelkie pozostałe jeszcze na Ziemi zbiory płodów rolnych.

Blakeney uśmiechał się jeszcze, gdy uderzył pocisk.

Ponieważ rakieta wyposażona była w głowicę jądrową, ludzie na powierzchni Ziemi odnieśli wrażenie, iż przez moment nad horyzontem rozbłysło drugie słońce.

Rozdział 2

Odrzutowiec TWA wystartował z Nowego Jorku parę godzin po zmroku. Natychmiast po osiągnięciu wyznaczonego mu korytarza powietrznego zwiększył szybkość do naddźwiękowej i z rykiem silników pomknął na wschód. Gdy przelatywali nad Kansas, lecący z prędkością 2,5 Macha odrzutowiec napotkał na pierwsze promienie zachodzącego słońca. A gdy obniżyli pułap lotu nad Arizoną, słońce stało jeszcze wysoko nad horyzontem, i pasażerowie, którzy oglądali jeden zachód słońca w Nowym Jorku, byli teraz świadkami kolejnego, tym razem jednak o wiele bardziej malowniczego nad pustynią Mojave.

ThurgoodSmythe skrzywił się i przyciemnił okno. Musiał przejrzeć notatki ze zwołanej w pośpiechu w gmachu Narodów Zjednoczonych konferencji i nie miał głowy, by podziwiać subtelne piękno zachodu słońca. Na jego kolanach leżała otwarta dyplomatka z tkwiącym wewnątrz ekranem monitora. Wędrowały teraz po nim cyfry, nazwiska i daty. Nieruchomiały jedynie wtedy, gdy mężczyzna dotykał klawiatury niewielkiego komputera, korygując błąd zapisu. Robił to jednak zupełnie automatycznie, myślami błądząc wokół tego, co wydawało się nieprawdopodobne, a jednak się wydarzyło.

Lądowaniu towarzyszyło niewielkie szarpnięcie. ThurgoodSmythe zamknął dyplomatkę, naciśnięciem guzika rozjaśnił przyciemnione okno i spojrzał na zewnątrz, na białe wieże centrum kosmicznego, skąpanego w tej chwili w krwawych rozbłyskach zachodzącego słońca. Był pierwszym pasażerem, który wysiadł z samolotu.

Na zewnątrz czekało już dwu umundurowanych strażników. Na ich sprężysty salut skinął jedynie niedbale głową. Nie padło ani jedno słowo, czy to powitania, czy też z prośbą o identyfikację. Strażnicy wiedzieli, kim był; wiedzieli także, iż ten nadprogramowy lot odbył się jedynie po to, by przywieźć tego człowieka tutaj. Haczykowaty nos i ostre rysy twarzy ThurgoodSmythe'a wystarczająco często pojawiały się w środkach masowego przekazu, by nie zadawać mu żadnych pytań. Krótko przycięte, stalowo-siwe włosy oraz wyprostowana sylwetka sprawiały, iż wyglądał dokładnie na tego, kim był w rzeczywistości na człowieka u steru władzy.

Gdy wszedł do pokoju, August Blanc stał zwrócony twarzą w stronę ogromnego, całościennego okna. Jako dyrektor Spaceconcent zajmował biuro umieszczone na ostatnim piętrze najwyższego budynku administracyjnego. Widok za oknem był wręcz olśniewający. Majaczące na horyzoncie smoliście czarne góry, obramowane były czerwienią nieba. Wszystkie budynki i statki kosmiczne skąpane były w tym samym, ognistym kolorze kolorze krwi. Być może był to znak. Dyrektor wzdrygnął się na tę myśl. Nonsens. Słysząc za plecami znaczące chrząknięcie, odwrócił się i spojrzał prosto w twarz ThurgoodSmythe'a.

Mam nadzieję, że miał pan przyjemny lot powiedział, wyciągając dłoń.

Była szczupła i równie delikatna, jak rysy jego twarzy. Chlubił się posiadaniem starego, francuskiego tytułu, niemniej jednak używał go niezmiernie rzadko. Zresztą ludzie pokroju ThurgoodSmythe'a nie zawracali sobie takimi rzeczami głowy. Przybysz skinął krótko głową, wydając się zniecierpliwiony tymi niepotrzebnymi formalnościami.

- Niewątpliwie miał pan męczący dzień. Może więc coś na pokrzepienie?

-Nie. Dziękuję drogi Auguście. Chociaż... poproszę o szklaneczkę Perrier.

To suche powietrze w samolotach... Nie to, co w naszych liniowcach powiedział, podając gościowi wysoką szklaneczkę. Sobie nalał koniaku. Nie odwracając głowy, zupełnie jakby zawstydzony tym, o co chce zapytać, przemówił w stronę zgromadzonych w barku butelek: Czy rzeczywiście jest źle? Tak źle, jak o tym czytałem?

Nie wiem, co pan słyszał odparł ThurgoodSmythe, pociągając ze szklaneczki. Ale w zaufaniu mogę panu powiedzieć...

Ten pokój jest absolutnie bezpieczny.

... że jest o wiele gorzej, niż nam się wydawało na początku. To była istna lawina opadł w fotel i pustym wzrokiem zapatrzył się w trzymaną w dłoni szklaneczkę. Przegraliśmy. Wszędzie. Nie mamy już kontroli nad żadną z planet...

To niemożliwe! w starannie modulowanym do tej pory głosie Augusta zabrzmiały nutki niemal zwierzęcej paniki. A nasze bazy? W jaki sposób mogą zostać zajęte?

Nie mówię w tej chwili o nich. Są zresztą nieważne. Położone są na pozbawionych powietrza księżycach o niskiej grawitacji i muszą być regularnie zaopatrywane. Więcej z nimi kłopotu niż pożytku. Ewakuujemy je wszystkie.

Nie możecie tego zrobić! Są naszą główną linią obrony przed...

Używając klasycznego porównania: są naszą piętą Achillesową tym razem w głosie ThurgoodSmythe'a nie było ani śladu ciepła. Potrzebujemy transportu i potrzebujemy ludzi. Tutaj jest rozkaz. Od tej chwili jest pan odpowiedzialny za sprawny przerzut siecią Fascolo wyjął z dyplomatki dokument i wręczył go pobladłemu wyraźnie dyrektorowi. Decyzje zostały już podjęte.

August Blanc wyciągnął drżącą dłoń i przybliżył dokument do oczu. ThurgoodSmythe spoglądał na niego bez słowa. Ten człowiek był mu potrzebny. Znał się na tym, co robi. Tylko dlatego jego głos, gdy odezwał się ponownie, zabrzmiał niemal łagodnie:

Wiem, iż decyzje takie łatwiej jest czasami podjąć, niż się z nich wywiązać. Przykro mi, Auguście. Rebelianci nie pozostawili nam wyboru. Planety są ich. Wszystkie. Zaplanowali to doskonale. Większość naszych ludzi została pojmana lub po prostu nie żyje. Jednak cała nasza flota przestrzenna pozostała nietknięta, chociaż miało miejsce parę aktów sabotażu. To, co w tej chwili robimy, to po prostu strategiczne przegrupowanie sił.

Odwrót! w głosie dyrektora brzmiała wyraźnie gorycz. A więc przegraliśmy.

Wcale nie. Wciąż mamy jeszcze liniowce, a pomiędzy nimi jednostki o przeznaczeniu typowo militarnym. Rebelianci posiadają jedynie frachtowce, holowniki i jednostki pomocnicze. Wiele z ich planet już cierpi głód. Podczas gdy oni będą zmuszeni martwić się o przeżycie, my zreorganizujemy nasze środki obrony. Gdy spróbują nas zaatakować, z pewnością będziemy na to dobrze przygotowani. A potem ponownie odzyskamy wszystkie planety. Ostateczny sukces Ziemi nie podlega żadnej dyskusji, choć być może jest to sprawa odległej przyszłości.

Co więc mam robić? August Blanc nie wydawał się być przekonany.

Wysłać to. Jest to specjalny rozkaz Służb Bezpieczeństwa zalecający natychmiastową zmianę kodów. Jestem przekonany, iż stare kody nie stanowią już dla rebeliantów tajemnicy.

August Blanc spojrzał na tajemnicze serie liter i cyfr i skinął głową. Sam proces kodowania niewiele go obchodził starczyło, iż wiedział, że całym tym procesem zajmuje się komputer. Wsunął zapisany gęsto skrawek papieru w szczelinę czytnika i szybko wystukał na klawiaturze serię poleceń. Parę sekund później mechaniczny głos, dobiegający z wmontowanego w obudowę komputera głośnika oznajmił:

Polecenie przekazane do wszystkich wymienionych na liście odbiorców. Potwierdzenie odbioru od wszystkich wymienionych na liście odbiorców. Procedura zmiany kodów komunikacyjnych w toku.

ThurgoodSmythe po wysłuchaniu komunikatu skinął krótko głową i położył na biurku dyrektora kolejny papier.

Po przeczytaniu z pewnością zauważy pan, że wszystkie wyszczególnione tu rozkazy potraktowane są bardzo ogólnikowo. Cała flota w możliwie najkrótszym terminie wycofana ma zostać na orbitę Ziemi, bazy planetarne zniszczone, a bazy na Księżycu mają otrzymać posiłki. Gdy wejdziemy w posiadanie odpowiedniej ilości środków transportu, natychmiast rozpoczniemy przerzucanie oddziałów na kolonie okołoziemskie. Zostaną zajęte siłą. Z dobrego źródła wiadomo, iż sympatyzują z rebeliantami, a nie z nami.

To samo stanie się z orbitalnymi stacjami satelitarnymi. Czy ma pan jakieś pytania?

Czy wystąpią braki żywnościowe? Doszły mnie słuchy, że stoimy przed widmem głodu. Wysłałem żonę z dużą listą zakupów, z której udało jej się zrealizować zaledwie połowę. Czy wie pan coś na ten temat?

"Ten człowiek jest tchórzem, a w dodatku głupcem- pomyślał ThurgoodSmythe w takiej sytuacji martwić się o kuchnię! Defetysta. Ale to pojęcie z pewnością jest dla niego obce. Dla większości ludzi najprawdopodobniej także. Ale to nieważne, dowiedzą się, co ono oznacza, gdy rozstrzelamy kilku z nich. Właśnie za rozsiewanie takich niesprawdzonych plotek."

Powiem panu prawdę powiedział głośno.

Lecz przede wszystkim muszę pana ostrzec. Jesteśmy w stanie wojny, kiedy morale całego społeczeństwa jest sprawą pierwszorzędnej wagi. Tak więc ludzie, którzy rozsiewają niepokojące pogłoski oraz tacy, którzy będą gromadzić nadmierne zapasy żywności, pozbawiając jej innych pomagają naszemu wrogowi i będą za to ukarani. Jedyną karą będzie kara śmierci. Czy wyraziłem się dość jasno?

Oczywiście, ja... ja nie zdawałem sobie sprawy. Nie miałem zamiaru...

Mężczyzna trząsł się jak w ataku febry. ThurgoodSmythe spoglądał na niego przez chwilę spod zmrużonych powiek.

Bardzo dobrze powiedział wreszcie, usilnie starając się nie ukazać po sobie śladu niechęci. Na Ziemi nie będzie głodu, lecz racje żywnościowe będą zmniejszone i racjonowane. Zawsze musieliśmy importować pewną żywność dla proli. Przez jakiś czas będą musieli zacisnąć trochę pasa, nie sądzę jednak, by fakt ten miał nam spędzać sen z powiek. O wiele poważniejsza jest zaraza, która zniszczyła całe zboże Australii.

Zaraza...? Obawiam się, że nie rozumiem.

Spowodowana zmutowanym wirusem, który zrzucili w formie bomby z niewielkiego statku kosmicznego. Ulega samodestrukcji po kilku miesiącach, lecz do tej pory cała Australia będzie jedynie jałową pustynią.

Musimy zniszczyć ich wszystkich! To zwykli kryminaliści! Chcą nas zagłodzić na śmierć!

Niekoniecznie. Ten atak był formą ostrzeżenia. Niektórzy dowódcy naszych sił przestrzennych powodowani chęcią zemsty przeprowadzili parę akcji na własną rękę, niszcząc kompletnie co najmniej dwie planety rebeliantów. Ci w odpowiedzi wysłali ten statek, by zbombardował Australię. Bardzo łatwo mogli zniszczyć wszystkie ziemskie zasoby żywności, a jednak ograniczyli się do jednego tylko kontynentu. Nie, to było pewnego rodzaju ultimatum. Przejęliśmy oczywiście ten statek i wysłaliśmy go im z wiadomością, iż zgadzamy się na ich warunki.

Od tej chwili bombardowanie planet ograniczać się ma do celów wyłącznie militarnych.

Musimy zniszczyć ich co do jednego! rzucił ochryple August Blanc.

I tak się stanie. Nasz plan jest stosunkowo prosty. Wycofujemy wszystkie nasze siły na orbitę Ziemi, by zabezpieczyć się przed jakakolwiek inwazją, czy próbą przejęcia kolonii okołoziemskich lub satelitów. Potem ponownie zaczniemy zdobywać utracone planety. Nasze wszystkie liniowce zostaną uzbrojone i przekształcone w jednostki wojenne. Rebelianci mają jedynie kilka statków. Może wygrają jeszcze parę bitew, ale my wygramy wojnę...

Pilna wiadomość przerwał mu mechaniczny głos komputera.

August Blanc oderwał wysuwający się z drukarki skrawek papieru, podniósł do oczu i wyciągnął w stronę swego gościa.

Zaadresowane do pana powiedział. ThurgoodSmythe szybko przebiegł wzrokiem kilka linijek tekstu i uśmiechnął się.

Poleciłem, by śledzono wszystkie ruchy floty nieprzyjaciela. Potrzebują więcej żywności, niż my. Wysłali właśnie pewną ilość statków transportowych na Halvmork to jedna z największych planet produkujących żywność. Chcę, by te statki wylądowały i zostały załadowane. Potem mogą odlecieć...

A my je przejmiemy! wykrzyknął z podnieceniem August Blanc, zapominając na chwilę o swych wcześniejszych obawach. To genialny plan, panie ThurgoodSmythe. Niech mi będzie wolno panu pogratulować. Rozpętali tę wojnę, teraz więc przyjdzie im za to zapłacić. Skażemy ich na głód.

Dokładnie to było moim zamiarem, drogi Auguście. Dokładnie. Obydwaj mężczyźni wymienili okrutne, pozbawione ciepła uśmiechy.

Winić mogą jedynie siebie mówił ThurgoodSmythe. Daliśmy im pokój, a oni w zamian dali nam wojnę. Pokażemy im teraz, jak wielką cenę przyjdzie im zapłacić za tę nieprzemyślaną decyzję. Gdy wreszcie z nimi skończymy, w galaktyce na wieki już zapanuje pokój. Zapomnieli już, że są dziećmi Ziemi, że stworzyliśmy Federację dla ich własnego dobra. Zapomnieli, jak wiele sił i środków pochłonęło przekształcenie planet, by mogli się na nich osiedlić.

Rozdział 3

Zbuntowali się przeciwko dłoni, która zapewnia im bezpieczeństwo. Zaciśniemy teraz dłoń w żelazną pięść, która spadnie im na karki i przygniecie do ziemi. Oni rozpoczęli tę wojnę lecz to my ją zakończymy.

-A więc odchodzisz- powiedziała Elżbieta, starając się nie okazywać po sobie żadnych emocji.

Jednak jej dłonie, które Jan trzymał mocno w uścisku, wyraźnie drżały. Stali w cieniu jednego z frachtowców, który górował ponad najwyższymi silosami. Mężczyzna spojrzał na łagodne, zatroskane w tej chwili rysy twarzy dziewczyny. Westchnął i nie znajdując żadnej sensownej odpowiedzi, skinął jedynie głową.

Zakrawało na okrutną ironię, iż po wszystkich latach spędzonych na tej niegościnnej planecie, żonaty i nareszcie szczęśliwy, musi ją opuścić. Nie miał jednak wyboru. Był jedynym, który mógł walczyć o prawa dla zamieszkujących tę rolniczą planetę ludzi, jedynym, który mógł stworzyć tu nowe, funkcjonujące na prawidłowych zasadach społeczeństwo. Jan był bowiem jedynym na całej Halymork człowiekiem, który urodził się na Ziemi i znał realia, jakimi kierowało się życie nie tylko na macierzystej planecie, ale w całej Ziemskiej Federacji Planet.

Halvmork było zapomnianym, ponurym światem, zamieszkanym przez ekonomicznych niewolników, których jedynym zadaniem było zaopatrywanie pozostałych planet w żywność. Walcząc z tyranią Ziemi planety oczekiwały, iż Halvmork w dalszym ciągu pozostanie rolniczym zapleczem rebelii. Oczywiście, mogli obsiewać pola w końcu było to jedyne, na czym się znali pod warunkiem jednak, że zamieszkały przez nich świat przestanie być więzieniem, a stanie się domem.

Musieli być wolni, by stać się częścią Federacji, by ich dzieci mogły się uczyć i żyć w pokoju, wreszcie by zmienić sztuczny system, dawno temu narzucony im siłą przez Ziemię. Jan wiedział, iż nikt mu za to nie podziękuje. Niemniej jednak musiał to zrobić. Dla przyszłych generacji. Dla własnego dziecka.

- Tak, muszę was opuścić powiedział wreszcie.

-Jesteś tu potrzebny w tonie jej głosu zabrzmiała prośba.

-Spróbuj mnie zrozumieć. Ta planeta, chociaż tak duża, jest jedynie niewielką częścią galaktyki. Dawno temu mieszkałem na Ziemi, pracowałem tam i byłem nawet szczęśliwy, dopóki nie odkryłem, że życie tam dla większości ludzi jest prawdziwym piekłem. Próbowałem im pomóc lecz to na Ziemi jest nielegalne. Zostałem za to aresztowany, pozbawiony wszystkiego i zesłany tutaj jako zwykły pracownik fizyczny. Miałem do wyboru to albo śmierć. Jednak gdy tu mijały wolno lata, rebelia wreszcie wybuchła i zakończyła się sukcesem. Wszędzie, za wyjątkiem Ziemi. W tej chwili moja praca tutaj jest już zakończona, zboże zabezpieczone i gotowe do wysyłki. My wywiązaliśmy się ze swoich zobowiązań, chcę się więc upewnić, że owoce zwycięstwa staną się także i naszym udziałem. Po prostu muszę lecieć, rozumiesz?

Obdarzyła go czułym, pełnym miłości spojrzeniem i zamknęła w silnym uścisku, jakby obawiając się, że widzą się być może po raz ostatni. Nie chciała się do tego przyznać, lecz bała się. Gdzieś daleko, pomiędzy obcymi gwiazdami trwała wojna, a on wyruszał, aby wziąć w niej udział. Przytuliła się do niego mocniej.

"On wróci powtarzała w myślach z pełną rozpaczy determinacją. Musi wrócić..."

-Wróć do mnie szepnęła. Odepchnęła go od siebie i nie oglądając się, pobiegła w stronę domu.

- Dziesięć minut wykrzyknął Debhu, stojąc u podstawy prowadzącego do śluzy trapu. Chodźmy na pokład. Musimy się przygotować.

Jan odwrócił się i ruszył za nim w górę trapu. Jeden z członków załogi czekał już na nich przy śluzie i natychmiast po ich wejściu zamknął i uszczelnił zewnętrzny właz.

-Idę na mostek rzucił Debhu. Nie byłeś nigdy w kosmosie, więc lepiej przywiąż się do czegoś pasami

-Pracowałem w stanie nieważkości odparł krótko Jan.

Przez wargi Debhu przemknął uśmiech, mężczyzna nie powiedział jednak ani słowa. Halvmork była planetą więzieniem i nie było już ważne, za co ktoś został tutaj zesłany.

-Dobrze -mruknął. Może mi się przydasz. Straciliśmy mnóstwo wyszkolonych ludzi, a większość nowej załogi nie oglądała jeszcze otwartej przestrzeni. Chodźmy na mostek.

Jan stwierdził, iż operacja, której właśnie był świadkiem, jest niezwykle fascynująca. Musiał przybyć na Halvmork statkiem, który był bardzo podobny do tego, na którym znajdował się obecnie niewiele jednak z tego okresu zachowało się w jego pamięci. Jedyne, co pamiętał to duszna, pozbawiona okien cela więzienna. I nafaszerowane narkotykami pożywienie, które sprawiało, iż był uległy i zobojętniały na wszystko. A potem już stracił przytomność. Gdy się ocknął stwierdził, że leży na nawierzchni drogi a statki zniknęły. To jednak działo się wiele lat temu.

Teraz jednak wszystko wyglądało inaczej. Pojazd, na pokładzie którego znajdowali się w tej chwili, różnił się od pozostałych holowników jedynie numerem. Były to toporne, lecz niezwykle potężne jednostki, zdolne do podniesienia z powierzchni planety ciężarów, tysiąckrotnie przekraczających ich własną wagę. Przez cały czas przebywały w przestrzeni, krążąc na orbicie kołowej. Używano je raz na cztery ziemskie lata, gdy na planecie zmieniały się pory roku. Wtedy właśnie, zanim jeszcze pola uprawne zamienią się latem w jałowe pustynie a mieszkańcy wyruszą na drugą, zimową półkulę, przybywały statki. Z otchłani kosmosu wynurzały się liniowce podobne do olbrzymich pająków jednostki, które nigdy nie wchodziły w kontakt z atmosferą planet. Pozostawały na orbicie, uwalniając zacumowane po bokach metalowe cygara frachtowców. Wtedy właśnie wkraczały do akcji holowniki.

Na ich pokłady wchodziły załogi i uruchamiały wszystkie urządzenia jednostek. Potem holowniki cumowały przy burtach pustych frachtowców i rozpoczynały delikatną operację opuszczania ciężkich jednostek na powierzchnię planety.

W tej chwili frachtowce były już załadowane. Miały na swych pokładach wystarczającą ilość ziarna, by wyżywić wszystkie zbuntowane planety. Start, kontrolowany w całości przez komputer, przebiegł bez żadnych zakłóceń. Metalowe olbrzymy wznosiły się coraz wyżej i szybciej, przebijając z rykiem silników atmosferę. Programy komputerowe, nadzorujące całą operację, napisane zostały przez nieżyjących już dawno komtechów z precyzją, dającą im powód do słusznej chwały. Orbity zostały obliczone, odrzutowe silniki korekcyjne włączone. Olbrzymie kadłuby, ważące tysiące ton, dryfowały wolno ku sobie i wreszcie łączyły się ze statkiem macierzystym.

- Połączenia frachtowców zakończone -wyrecytował mechanicznie komputer. Pełna gotowość do odcumowania i transferu załogi.

Debhu naciśnięciem odpowiedniego klawisza rozpoczął następną fazę programu. Jeden po drugim gigantyczne winogrona zaczęły się rozdzielać. Kadłubem holownika targnął wyraźny wstrząs. Pozbawiony swego ciężaru holownik odpłynął na bok, a po chwili skierował się w stronę liniowca. Oba olbrzymy zetknęły się. Natychmiast po uszczelnieniu komory powietrznej rozległ się syk i wewnętrzne drzwi rozsunęły się na boki.

Chodźmy powiedział Debhu i ruszył jako pierwszy. Zazwyczaj czekamy, dopóki holowniki ponownie nie znajdą się na orbitach kołowych. Tym razem jednak liniowce po przycumowaniu frachtowców natychmiast wyruszają w drogę. Każdy z nich kieruje się do innego punktu przeznaczenia. To zboże jest sprawą naszego życia lub śmierci.

W centrali rozbrzmiewał brzęczyk alarmowy, a jedna z lampek na pulpicie kontrolnym pulsowała ogniście czerwonym kolorem.

- Nic poważnego -oświadczył Debhu. Nie zabezpieczona pokrywa chwytaka. Do szczęk mogło dostać się trochę pyłu lub też mogło to zostać spowodowane błędem odczytu. Chciałbyś rzucić na to okiem?

-Czemu nie? -odparł Jan. Od czasu przybycia na tę planetę to właśnie naprawy były moim głównym zajęciem. Gdzie są kombinezony?

Pojemnik z narzędziami był integralną częścią kombinezonu, tak samo jak i radio. Kierując się głosem niewidzialnego przewodnika, Jan dotarł do uszkodzonej jednostki. Wraz z wypompowaniem powietrza ze śluzy, kombinezon z lekkim sykiem zaczął się usztywniać. W końcu właz zewnętrzny otworzył się i Jan wypłynął na zewnątrz.

Nie miał czasu, by podziwiać subtelne piękno gwiazd nie przesłoniętych atmosferą planety. Podróż nie rozpocznie się, dopóki on nie usunie opóźniającego ich uszkodzenia. Uruchomił namiernik i przytrzymując się poręczy, ruszył w kierunku wskazywanym przez strzałkę. Zatrzymał się gwałtownie, gdy nagle tuż obok niego z kadłuba wystrzelił w górę słup cząsteczek lodu. Po chwili pojawił się jeszcze jeden i jeszcze. Jan uśmiechnął się lekko i ruszył dalej. Dobrze wiedział, czym w rzeczywistości były owe gejzery. Frachtowce wypompowywały z ładowni powietrze. Uwolnione z wnętrza statków powietrze i para wodna natychmiast zamieniały się w lód. Próżnia odwodni ziarno, zabezpieczając je i nie dopuszczając przy okazji do rozprzestrzenienia się przywleczonych tutaj z powierzchni planety mikroorganizmów.

Nim Jan dotarł do sygnalizującego uszkodzenie modułu, wykwitujące z kadłuba strumienie lodu zaczęły już zanikać. Uniósł pokrywę skrzynki kontrolnej i przełączył na sterowanie ręczne. Motory zajęczały i masywne szczęki jęły rozsuwać się na boki. Przyjrzał się uważnie ich gładkim powierzchniom i po chwili na jednej z nich dostrzegł coś, co przypominało grudkę skrystalizowanego błota. Usunął ją i nacisnął przycisk w skrzyni kontrolnej. Tym razem szczęki zetknęły się całymi powierzchniami, a na pulpicie zapłonęła zielona lampka. "Prosta sprawa" pomyślał, ponownie zamykając skrzynkę.

- Natychmiast wracaj! -dobiegł go podniecony głos z wmontowanego w kombinezonie radia. Urządzenie umilkło, zanim zdążył zapytać o przyczynę takiego pośpiechu. Nie tracąc ani chwili, złapał za linę bezpieczeństwa i niezgrabnymi ruchami zaczął podciągać się w stronę śluzy powietrznej.

Właz był jednak zamknięty i uszczelniony.

Przez kilka cennych sekund wpatrywał się w niego z osłupieniem. To przecież niemożliwe. Odwrócił się i dopiero wtedy spostrzegł przyczynę całego zajścia.

Tuż przed ich dziobem dryfował wolno kolejny liniowiec, wysuwając w ich stronę chwytaki magnetyczne. Na jego obłym boku widniał znajomy znak błękitnego globu na białym tle.

Była to flaga Ziemi.

Przez dłuższą chwilę Jan tkwił po prostu nieruchomo, czując, jak wali mu serce i próbując zrozumieć, co się właściwie dzieje. Spostrzegł, jak na statku przeciwnika otwiera się śluza powietrzna i nagle wszystko stało się jasne.

Ziemia nie miała wcale zamiaru poddawać się tak łatwo. Z pewnością obserwowali tworzenie się tego konwoju i z łatwością mogli odgadnąć miejsce jego przeznaczenia. A Ziemia potrzebowała zmagazynowanego w cielskach frachtowców ziarna w takim samym stopniu, jak planety rebeliantów. Potrzebowała, by przetrwać i by głodem zmusić niepokornych do uległości. Utrata tego zboża oznaczałaby klęskę.

Na widok pierwszej, opadającej właśnie na kadłub ubranej w kombinezon postaci Jan zawrzał gniewem.

Za wszelką cenę trzeba ich powstrzymać. Wyjął z pojemnika z narzędziami elektryczny śrubokręt i naciśnięciem kciuka nastawił wirujące ostrze na najszybsze obroty. Trzymając zaimprowizowaną broń przed sobą, ruszył w stronę odwróconego tyłem mężczyzny.

Przewaga leżała po stronie Jana w cieniu, rzucanym przez masywny kadłub był zupełnie niewidoczny. Mężczyzna, kątem oka dostrzegając niewyraźny ruch, próbował się odwrócić było już jednak za późno. Jan złapał go za ramię i przyłożył obracające się szybko ostrze do boku kombinezonu. Obserwował, jak metal wgryzając się w twardy materiał rozerwał go, i jak po chwili wytrysnął w kosmos strumień zamrożonego powietrza. Mężczyzna szarpnął się raz i zwiotczał. Jan odepchnął bezwładne ciało, odwrócił się i odskoczył na bok, wyciągając równocześnie swą broń w stronę kolejnego przeciwnika.

Jednak za drugim razem nie udało mu się zaatakować tak skutecznie, jak za pierwszym. Mężczyzna unieruchomił dzierżącą śrubokręt dłoń w silnym uchwycie. Zmagając się desperacko, Jan zapomniał o obecności innych. Nagle poczuł, że ktoś łapie go za nogi.

Był to nierówny pojedynek i Jan wiedział, że musi go przegrać. Jego przeciwnicy byli uzbrojeni Jan dostrzegł w ich dłoniach pistolety rakietowe. Po unieruchomieniu go schowali je jednak do kabur. Jan zaprzestał walki. Nie chcieli go zabijać oczywistym było, że potrzebowali jeńców. Dłonie napastników uniosły go w górę i poczuł, że płynie w stronę obcego statku. Przez śluzę powietrzną wciągnęli go do środka. Gdy tylko właz śluzy ponownie został uszczelniony, zdarli z niego kombinezon i przewrócili na podłogę. Jeden z mężczyzn postąpił krok do przodu i kopnął go w skroń, a potem powoli, metodycznie, zaczął kopać w żebra. Jan czuł, jak ból przesłania mu oczy kurtyną czerwonej mgły. Potrzebowali swych jeńców żywych lecz niekoniecznie cieszących się dobrym zdrowiem. Była to jego ostatnia myśl, bowiem but ponownie uderzył go w głowę, tym razem odbierając litościwie przytomność.

Rozdział 4

- Zabili kilku naszych mówił Debhu, przykładając wilgotny ręcznik do głowy Jana. Jednak jedynie wtedy, gdy stawiali opór i pojmanie ich było zbyt niebezpieczne. Resztę wzięli żywcem. Otoczyli nas i stłukli pałkami. Najwidoczniej potrzebują jeńców. Jak twoja głowa?

-Paskudnie.

-Mogło być gorzej. Masz parę siniaków i założyli ci kilka szwów. Lekarz powiedział, że wszystkie kości są całe. Chcą dowieźć nas w dobrym stanie, by po powrocie na Ziemię urządzić pokazowy proces z nami jako oskarżonymi. Do tej pory nie udało im się wziąć zbyt wielu jeńców. To nie był ten rodzaj wojny - zawahał się na moment, a po chwili przemówił dużo spokojniejszym tonem. Jesteś w ich kartotekach? To znaczy, czy mogą cię zidentyfikować? Dowiedzieć się, kim byłeś?

-Dlaczego pytasz?

Ja nigdy poprzednio nie byłem na Ziemi. Być może i mają o mnie jakieś informacje, nie jestem pewny. Lecz wszystkim nam zrobiono fotografię siatkówki oka. Tobie także, gdy byłeś nieprzytomny.

Jan skinął głową i prawie natychmiast przymknął oczy, gdyż nawet tak nieznaczny ruch eksplodował gdzieś we wnętrzu głowy tępym bólem.

Gdy mnie zidentyfikują, czeka ich prawdziwa niespodzianka powiedział. Niestety, nie mogę cieszyć się z tego na równi z nimi.

Wzór siatkówki oka jest bardziej indywidualny dla danego osobnika, niż jakiekolwiek odciski palców. Nie można go zmienić czy sfałszować. Każdy na Ziemi ma ów wzór zakodowany w kartotekach już od urodzenia i co kilka lat zmuszany jest poddawać go obowiązkowej weryfikacji. Komputer jest w stanie przejrzeć miliony takich fotografii w ciągu zaledwie kilku sekund. Z pewnością odnajdą jego fiszkę. A wtedy będą wiedzieli o nim wszystko. O jego kryminalnej przeszłości także.

- Zresztą i tak nie ma to już większego znaczenia -powiedział Debhu, opierając się plecami o stalową ścianę ich celi. Wszystkich nas czeka to samo. Najprawdopodobniej pokazowy proces by zabawić proli, a co potem nie wiadomo. Jestem jednak dziwnie pewny, że nic dobrego. Możemy mieć jedynie nadzieję na szybką śmierć.

Zamiast popadać w depresję, możemy pomyśleć o czymś innym. Ignorując ból, Jan zmusił się, by usiąść prosto. Możemy spróbować stąd uciec.

-Tak. Wargi Debhu wykrzywiły się w lekkim uśmiechu. - Możemy spróbować.

- Nie staraj się traktować mnie protekcjonalnie-rzucił ze złością Jan. Wiem, co mówię. Pochodzę z Ziemi i samo to, to już więcej, niż ktokolwiek w tym pomieszczeniu może o sobie powiedzieć. Wiem, jak ludzie na Ziemi myślą i w jaki sposób działają. Zresztą i tak jesteśmy już martwi, więc co szkodzi nam przynajmniej spróbować?

- Jeżeli uda nam się stąd wydostać, to i tak nigdy nie opanujemy tego statku. Nie bez armii uzbrojonych ludzi.

-Nie musimy przecież uciekać stąd właśnie teraz. Poczekajmy aż do momentu lądowania. Wtedy cała załoga będzie na swoich stanowiskach, pozostaną jedynie strażnicy. I wcale nie będziemy musieli zdobywać tego statku. Po prostu wyniesiemy się stąd.

-Brzmi stosunkowo prosto - ponownie uśmiechnął się Debhu. - Jestem z tobą. Czy masz jednak jakikolwiek pomysł, jak wydostać się z tej zamkniętej celi?

- Mnóstwo. Chcę, byś zebrał od ludzi wszystko, co mają jeszcze przy sobie. Zegarki, narzędzia, monety wszystko. Gdy zobaczę, co mamy, wtedy powiem, jak się stąd wydostaniemy.

Jan nie chciał w tej chwili niczego wyjaśniać. Napił się jedynie wody i rozejrzał po metalowych ścianach pomieszczenia, w którym zostali uwięzieni. Na plastykowej wykładzinie podłogi leżało kilka cienkich materacy, a pod jedną ze ścian znajdował się zlew i niewielka toaletka. I to było już wszystko. W przeciwnej ścianie widniały pojedyncze drzwi. Nie dostrzegł nigdzie żadnych ukrytych urządzeń podglądowych, nie znaczyło to jednak, że ich nie było. Musi zachować wszelkie dostępne środki ostrożności, mając jedynie nadzieję, że strażnicy nie obserwują ich zbyt uważnie.

- W jaki sposób podają nam jedzenie? - zapytał Jan, gdy Debhu ponownie usiadł tuż obok niego.

-Wsuwają tace przez szczelinę w drzwiach. Kubki i talerze są plastykowe i po trzech minutach rozpuszczają się. Nic, czego moglibyśmy użyć jako broni.

-Nie o tym myślałem. Co jest za tymi drzwiami?

-Krótki korytarz i drugie drzwi. Nigdy nie są otwierane jednocześnie.

-Coraz lepiej. Czy w tym korytarzu jest jakiś strażnik?

-Ja żadnego nie widziałem. Być może uważają, iż nie ma takiej potrzeby. Ale udało mi się coś zebrać od chłopaków...

-Nie pokazuj mi tego. Po prostu powiedz.

-W większości śmiecie. Monety, klucze, obcinacz do paznokci, komputer osobisty...

-Proszę, proszę. Jakieś zegarki?

-Nie, zabrali wszystkie. Ten komputer to czysty przypadek. Jest wbudowany w brelok, który jeden z naszych nosił na szyi. I co ty właściwie chcesz z tym zrobić?

-Zbudować zespół obwodów mikroelektronicznych. Zajmowałem się tym, zanim mnie aresztowano. Czy te światła nigdy nie gasną?

-Obawiam się, że nie.

-A więc musimy postępować niezwykle ostrożnie. Przysuń się bliżej i włóż mi te wszystkie rzeczy do kieszeni. Jeżeli zabierają nas na Ziemię jak długo potrwa sama podróż?

-Około dwóch tygodni czasu subiektywnego. Pół raza dłużej czasu przestrzennego.

- Dobrze. A więc powinno się udać.

Światła nie gasły nawet na chwilę. Jan wątpił, by więźniowie obserwowani byli przez cały czas musiał tak zresztą uważać, bowiem w przeciwnym wypadku jakakolwiek próba ucieczki nie miałaby większego sensu. Posługując się jedynie dotykiem, posortował znajdujące się w kieszeni przedmioty. Następnie położył się na podłodze i rozłożył przed sobą wyjęte z kieszeni klucze, starając się jednocześnie zasłonić je własnym ciałem. Były to różnokolorowe, niewielkie rurki, zaopatrzone na jednym końcu w pierścień. Aby otworzyć drzwi, należało po prostu włożyć je w otwór mechanizmu zamka. Były tak powszechne, iż niewielu ludzi zastanawiało się, co właściwie tkwi wewnątrz plastykowej rurki.

Jan wiedział jednak, że zawiera ona stosunkowo skomplikowany mechanizm, składający się z odbiornika mikrofal owego, procesora mikrochipowego i niewielkiej baterii. Po włożeniu klucza w otwór, wysyłany przez mikroelektryczny obwód zanika sygnał uaktywniał ukryty w kluczu mechanizm, który w odpowiedzi wysłał swój własny sygnał kodowy. Jeżeli był on prawidłowy, drzwi otwierały się, a niewielkie, lecz bardzo silne pole magnetyczne ładowało powtórnie baterię. Jeżeli w zamek włożono jednak nieodpowiedni klucz ze złym sygnałem kodowym, drzwi nie tylko pozostawały zamknięte, ale mechanizm zamka natychmiast rozładowywał baterię, czyniąc klucz niezdatnym do użytku.

Używając ostrza obcinacza do paznokci, Jan zerwał okrywającą mechanizm klucza warstwę plastyku. Miał teraz narzędzia, obwody i baterie. Był pewny, że przy odrobinie cierpliwości i umiejętności uda mu się zbudować to, czego potrzebuje. Technologia mikrochipowa była już tak powszechna, iż te nieprawdopodobnie małe mikroprocesory znalazły swe zastosowanie we wszystkich praktycznie urządzeniach mechanicznych. Większość ludzi wydawała się tego jednak nie dostrzegać. Jan wiedział o tym doskonale, ponieważ sam zaprojektował większość tego typu obwodów. Wiedział także jak je zmienić, by posłużyły jego celom.

Z jednego z kluczy wyjął samą baterię. Jej dwa cienkie przewody posłużyły do zmian w obwodach mikroelektronicznych drugiego klucza. Jego transmiter stał się teraz odbiornikiem, którego zadaniem będzie wykrycie kombinacji impulsów zamka w drzwiach celi. Gdy wszystkie czynności zostały już zakończone, Jan odwrócił się w kierunku siedzącego nieruchomo Debhu.

-Chcę teraz spróbować odczytać kod zamka w drzwiach naszej celi. Mam jedynie nadzieję, że nie jest obwarowany obwodem zabezpieczającym.

-Myślisz, że się uda?

Jan pozwolił sobie na słaby uśmiech.

-Powiedzmy, iż mam taką nadzieję. Jedynym sposobem, by się o tym przekonać, jest włożenie tego klucza w zamek. Ale będę potrzebował twojej pomocy.

-Oczywiście. Co mogę zrobić?

-Musisz odwrócić uwagę strażników. Nie wiem, w jakim stopniu jesteśmy obserwowani. Nie chcę jednak ryzykować. Ja będę pod ścianą tuż obok drzwi. Niech twoi ludzie zaczną walczyć ze sobą pod przeciwległą ścianą. Z pewnością zwróci to uwagę strażników i da mi kilka cennych sekund.

Debhu pokręcił z powątpiewaniem głową.

-Czy to musi być akurat walka? Moi ludzie niewiele wiedzą o tego typu sprawach. Nigdy się tego nie uczyli.

-Naprawdę? -zaskoczony Jan spojrzał prosto na swego rozmówcę. A te karabiny, którymi tak ochoczo wymachiwali na planecie? Wyglądały całkiem realistycznie.

- Był prawdziwe, ale nie naładowane. Może moglibyśmy zrobić coś innego? Hainault jest gimnastykiem. Porozmawiam z nim. Z pewnością przyjdzie mu coś do głowy.

I niech to lepiej będzie dobry pomysł.

-Kiedy ma zacząć?

Gdy tylko znajdę się pod drzwiami. Gdy będę gotowy, potrę podbródek.

Daj mi parę minut powiedział Debhu i ruszył powoli w stronę leżącego nieruchomo mężczyzny.

Hainault okazał się być prawdziwym artystą. Zaczął od niewielkiej rozgrzewki. Wkrótce przeszedł do stania na rękach i skomplikowanych mostków, a zakończył wyskokiem z saltem w powietrzu. Zanim jeszcze stopy akrobaty dotknęły podłogi, Jan na krótką chwilę włożył zmodyfikowany klucz w otwór zamka. Po wyjęciu ukrył go w dłoni i odsunął się od drzwi, oczekując na ryk syreny alarmowej.

Nic się jednak nie stało. Po pięciu minutach już wiedział, iż pierwszy krok zakończony został sukcesem.

Najważniejszą rzeczą, którą udało się zatrzymać więźniom, był mikrokomputer. Była to właściwie zabaweczka, niewątpliwie otrzymana od kogoś w podarunku. Strażnicy przeoczyli go, ponieważ z wyglądu przypominał sztukę biżuterii w kształcie wiszącego na złotym łańcuszku czerwonego serca, z wygrawerowaną po jednej stronie literą "J". Należało jedynie położyć wisiorek na płaskiej powierzchni i nacisnąć literę, by przed operatorem pojawił się pełny hologram klawiatury. Pomimo braku wrażenia realności był to jednak najprawdziwszy komputer, dzięki wbudowanej jednostce pamięci molekularnej zbliżony pojemnością do zwykłych komputerów osobistych.

Jan znał już kod zamka w drzwiach celi. Następnym krokiem będzie taka zmiana jednego z kluczy, by emitował ten właśnie kod. Bez komputera nie byłoby to jednak możliwe. Użył go, by wykasować starą pamięć z obwodów klucza i wprowadzić na to miejsce nową. Był to długi, pełen prób i błędów proces. Zajęło to mnóstwo czasu lecz w efekcie Jan otrzymał klucz, o którym wiedział, iż otworzy drzwi celi nie powodując alarmu. Debhu spojrzał z powątpiewaniem na niewielki, plastykowy cylinder.

- Jesteś pewny, że zadziała? zapytał.

-Prawie. Powiedzmy, że w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach.

-Spore szansę. A co zrobimy po otwarciu tych drzwi?

-Użyjemy tego samego klucza, by otworzyć zewnętrzne drzwi na końcu korytarza. Tutaj szansę, że ten zamek otwiera się tą samą kombinacją klucza są już mniejsze, wynoszą jakieś pięćdziesiąt procent. Jeżeli się otworzą, wychodzimy na zewnątrz. Jeżeli nie, to... no cóż, wtedy po naszej stronie będzie przynajmniej element zaskoczenia.

-Jeżeli się uda, prawdopodobnie nigdy nie zdołamy ci się odwdzięczyć...

-Nawet tak nie mów - przerwał ostro Jan. Gdyby nie to, że najprawdopodobniej na nas wszystkich wydano już wyrok śmierci, nawet nie rozważałbym tak zwariowanego pomysłu. Czy zastanowiłeś się, co stanie się, jeżeli nasza ucieczka rzeczywiście zakończy się powodzeniem? Jeżeli uda nam się opuścić ten statek?

- No cóż będziemy wolni.- Jan westchnął z rezygnacją.

-Być może, gdybyśmy wylądowali na jakiejś innej planecie. Ale to będzie Ziemia. Gdy wyjdziesz z tego liniowca, znajdziesz się w samym sercu centrum kosmicznego. W dodatku bardzo pilnie strzeżonego. Każda osoba, którą spotkasz, będzie twoim wrogiem. Prole nie zrobią nic, by ci pomóc a najprawdopodobniej wydadzą, gdy za twoją głowę wyznaczona zostanie nagroda. Każdy inny człowiek będzie twoim prześladowcą. W przeciwieństwie do twoich ludzi potrafią walczyć i sprawia im to przyjemność. Niektórzy z nich lubią nawet zabijać. Widzisz więc, że będziemy stąpać po bardzo niebezpiecznym gruncie.

-To już nasze zmartwienie - odparł Debhu, kładąc dłoń na ramieniu Jana. Wszyscy jesteśmy ochotnikami. Rozpoczynając rebelię doskonale wiedzieliśmy, dokąd może nas to zaprowadzić. Przeciwnikowi udało się nas pojmać i ma zamiar poprowadzić nas na stryczek niczym stado baranów na rzeź. Uratuj nas, Janie Kulozik, a do końca życia pozostaniemy twoimi dłużnikami.

"Aby tylko starczyło tego życia" - pomyślał gorzko Jan. Szybko jednak odepchnął ponure myśli na bok, koncentrując się na planowanej ucieczce. Szansę na powodzenie, chociaż minimalne, jednak rzeczywiście były. Rozmyślał nad tym wszystkim przez kilka pozostałych do ładowania dni i opracował plan, który wydał mu się najodpowiedniejszy. Szeptem wyjaśnił leżącemu tuż obok Debhu, co należy robić:

- Gdy wyjdziemy z celi, musimy trzymać się razem i poruszać bardzo szybko. Zaskoczenie jest naszą jedyną bronią. Będziemy także musieli odnaleźć drogę do wyjścia. Proponuję pojmać jednego z członków załogi i zmusić go, by nas prowadził...

-Nie ma takiej potrzeby- przerwał Debhu. Jestem konstruktorem i sam budowałem takie statki. Dlatego też powierzono mi dowództwo jednego z nich. Ten liniowiec to ulepszona wersja standartowego pojazdu klasy Bravo.

- Znajdziesz drogę?

-Nawet w ciemnościach.

-A więc bardzo ważne pytanie w jaki sposób możemy ominąć główną śluzę? Czy są jakieś inne drogi wyjścia ze statku? - I to całkiem sporo. Ponieważ statek ten zaprojektowano, by operował zarówno w atmosferze, jak i w próżni, posiada kilka niezależnych śluz i włazów. Duży luk załadunkowy jest w maszynowni... chociaż nie, otwarcie go zajmuje zbyt wiele czasu - zamyślił się na chwilę. Ale całkiem niedaleko jest dużo mniejszy luk, służący do uzupełniania zapasów. Do naszych celów wręcz idealny.

Jan uśmiechnął się szeroko.

- Zatem dobrze. Będziemy postępować zgodnie z rozwojem sytuacji. W tej chwili nie wiem nawet, w jakim kraju wylądujemy. Najprawdopodobniej w Stanach Zjednoczonych, w Spaceconcent na pustyni Mojave. To stwarza dodatkowy problem. Pozwól mi przez chwilę pomyśleć. Kompleks na pustyni posiada jedynie kilka dróg wjazdu i wyjazdu. Niedobrze. Mogą łatwo wszystko zablokować.

Po następnym posiłku do pomieszczenia wszedł oddział silnie uzbrojonych strażników.

-Ustawić się w szeregu rozkazał dowodzący oficer. Twarzami do ściany. Właśnie tak, ręce do góry i dłonie oparte o ścianę, tak, byśmy mogli je widzieć. Ty tam, pierwszy w szeregu. Wyrzuć wreszcie ten chleb i klękaj.

Do przodu wystąpił strażnik z soniczną maszynką do golenia i nachylił się nad klęczącym więźniem. Fale ultradźwiękowe dawały znakomity efekt - usuwały wszelki zarost nie dotykając przy tym skóry. Sam akt golenia był też niezwykle szybki. Wkrótce z twarzy więźniów zniknęły wszelkie ślady zarostu, a ogolone do gołej skóry głowy przypominały gładkie kule bilardowe. Było to niezwykle upokarzające - strażnikom jednak wydawało się śmieszne. Cała podłoga zaśmiecona została ścinkami włosów. Oficer ponownie zwrócił się w stronę więźniów:

- Gdy usłyszycie sygnał ostrzegawczy, chcę abyście wszyscy leżeli na podłodze. Przy lądowaniu możecie trochę pofruwać, a nam nie trzeba dodatkowych kłopotów w postaci połamanych kości. Ten, kto będzie miał pecha i nie będzie w stanie wyjść stąd o własnych siłach, zostanie natychmiast zastrzelony. Obiecuję wam to.

Przy wtórze głośnego śmiechu strażnicy opuścili celę. Głucho szczęknęły zamykane drzwi. Więźniowie spojrzeli po sobie w milczeniu.

-Zaczekajmy, dopóki nie wylądujemy i nie przywrócą normalnego ciążenia powiedział wreszcie Debhu. Wtedy wszyscy będą zajęci, a włazy zewnętrzne wciąż jeszcze zamknięte.

Jan skinął głową i w tej samej chwili zawyła syrena alarmowa.

Wejściu w atmosferę towarzyszyły lekkie wibracje i stopniowy wzrost ciążenia. Wszyscy położyli się nieruchomo na podłodze, spoglądając czujnie na leżących obok siebie Hana i Debhu.

Silniki umilkły. Na krótką chwilę powróciła nieważkość, lecz szybko zastąpiona została ponownym ciążeniem, wzrastającym wraz z opuszczaniem się statku ku powierzchni Ziemi.

-Teraz! wykrzyknął Debhu.

Jan zerwał się na równe nogi i włożył klucz w zamek. Drzwi otworzyły się nadspodziewanie lekko. Krótki korytarz był pusty. Mając za sobą resztę więźniów, kilkoma skokami przebył dzielącą go od drugich drzwi wolną przestrzeń i wsunął klucz w szczelinę zamka. Wstrzymał oddech. Drzwi otworzyły się. Nie rozległ się żaden sygnał alarmowy. Jan skinął głową w stronę Debhu, który otworzył je szerzej i wyjrzał ostrożnie na zewnątrz.

-Tędy - syknął i pobiegł w głąb pustego korytarza.

Nagle zza zakrętu wyszedł jeden z członków załogi liniowca. Na ich widok stanął jak wryty, a potem odwrócił się próbując uciec. Spóźnił się z tym jednak o całą wieczność. W chwilę później leżał nieprzytomny na podłodze.

- A więc jesteśmy uzbrojeni - uśmiechnął się Debhu, prezentując wyjętą z kabury broń. Weź to, Janie. Z pewnością wiesz lepiej od nas, jak się z tym obchodzić.

Debhu ruszył dalej, a pozostali tłoczyli się tuż za nim. Zignorował windę, jako zbyt powolną. Zamiast tego ruszył w dół schodami awaryjnymi, przeskakując po kilka stopni na raz. Zatrzymał się dopiero na samym dole, czekając na resztę przy okrągłym włazie.

-Ten właz prowadzi do głównego przedziału silnikowego - wyjaśnił. Wewnątrz jest co najmniej czterech ludzi i jeden oficer. Możemy spróbować ich zaskoczyć...

- Nie - sprzeciwił się Jan. Zbyt ryzykowne. Mogą być uzbrojeni. Gdzie powinien znajdować się oficer?

Przy pomocniczym pulpicie kontrolnym. Jakieś cztery metry po lewej stronie.

- Pięknie. Wchodzę pierwszy. Wy wejdziecie za mną, lecz nie ustawiajcie się na linii strzału pomiędzy mną a obsługą maszynowni.

-Nie zamierzasz chyba...

-Doskonale wiesz, co zamierzam -uciął Jan, unosząc w górę broń. A teraz otwieraj ten luk. Znajdujący się wewnątrz oficer był bardzo młody. Jego pełen przerażenia okrzyk rychło zamienił się w agonalne rzężenie, gdy wystrzelony z trzymanego przez Jana rewolweru pocisk rzucił go o ścianę. Na widok osuwającego się bezwładnie, zakrwawionego ciała, wbiegający do maszynowni rebelianci zatrzymali się gwałtownie. Na szczęście w pomieszczeniu nie było pełnej obsady ludzi. Jan zabił jeszcze dwu mężczyzn, w tym jednego strzałem w plecy.

- Prędzej! - wykrzyknął ze zniecierpliwieniem.

- Droga wolna!

Więźniowie rzucili się w stronę luku. Jan zauważył jednak, iż przebiegając obok, starali się nie spoglądać mu w twarz. Debhu nie zawracał sobie głowy szukaniem przycisków otwierających klapę, lecz podbiegł do awaryjnego koła zamachowego i zaczął je przekręcać. Po dwu obrotach odepchnięty został przez Hainaulta na bok, który wykorzystując swą potężną siłę jął kręcić korbą coraz szybciej i szybciej. Wkrótce blokujące właz stalowe zapadki uniosły się w górę.

-Jak na razie żadnego alarmu - szepnął Jan.

- Otwórzcie trochę szerzej. Musimy się przekonać, czy na zewnątrz nie czeka już na nas komitet powitalny.

Rozdział 5

Lądowisko było ciemne i ciche. Słychać było tylko cichy zgrzyt kurczącego się metalu i szum wody. Kadłub statku i sam szyb ładowniczy schładzany był strumieniami wody, tryskającymi z dysz chłodniczych. Jan zatrzymał się u szczytu trapu, który automatycznie wysunął się tuż po wylądowaniu. Ostatnie stopnie ginęły w masie kłębiącej się na dnie szybu pary.

Przy dyszach wodnych powinien być luk wyjściowy szepnął Debhu. Jeżeli oczywiście te szyby są podobne do tych, które projektowałem.

- Lepiej, aby były - odparł Jan. - Prowadź.

Odsunął się na bok i rozejrzał czujnie dookoła. Wszędzie panowała cisza. Dziwne, przecież powinni odkryć już ich ucieczkę. Debhu z pozostałymi zaczął schodzić w dół.

Nagle ze wszystkich stron zapłonęły reflektory, zalewając wszystko ulewą jaskrawego światła. W chwilę później padły strzały. Pociski odbijały się od metalowych boków statku i od betonu, rozrywając schodzących w dół ludzi na strzępy.

Jan osłonił oczy ramieniem i parę razy wystrzelił na ślepo. W końcu odrzucił pustą broń na bok. Jakimś cudem nie był nawet ranny. Dobiegające z dołu chrapliwe okrzyki świadczyły, że pozostali nie mieli tyle szczęścia.

Jako ostatni z uciekających więźniów wciąż jeszcze znajdował się na szczycie trapu. Ich ucieczka nie pozostała niezauważona powiadomieni przez radio strażnicy brali właśnie srogi odwet. Wewnątrz szybu szalała śmierć. Ignorując deszcz padających wszędzie dookoła kuł, Jan dał nura w zbawczy otwór otwartego włazu.

Przez chwilę leżał zupełnie nieruchomo. Wiedział, iż jego egzekucja została jedynie chwilowo odroczona. Jednak nie mógł znieść myśli, że jego prześladowcy znajdą go leżącego bezsilnie na podłodze. Podniósł się z wysiłkiem i ruszył powoli w głąb maszynowni. Nagle z dreszczem przerażenia spostrzegł, że drzwi windy zaczynają się wolno otwierać...

Jednym skokiem dopadł do zgrupowanych pod jedną ze ścian urządzeń i wcisnął się w wąską szczelinę pomiędzy jednym z nich a ścianką grodzi. Wstrzymał oddech, słysząc tupot zbliżających się, ciężkich kroków.

- Zatrzymajcie się tutaj - rozległ się czyjś głos. I uważajcie, by nie dostać się w ogień naszych własnych oddziałów na zewnątrz. Po chwili najwyraźniej zwrócił się do kogoś z zewnątrz:

Tu Lauca. Połączcie mnie z dowództwem. Tak, sir... Jesteśmy na pozycji w maszynowni. Tak, wstrzymać ogień. Wchodzimy do akcji. Rozumiem, żadnych jeńców.

Strzały zaczęły cichnąć. Mężczyzna ponownie zwrócił się w stronę żołnierzy:

- Słyszeliście? Żadnych jeńców. I spróbujcie nie powystrzelać się nawzajem z nadmiaru entuzjazmu. Zostawcie ciała tam, gdzie leżą. Potem przylecą reporterzy. Major chce, by cały świat dowiedział się, jaki los czeka odszczepieńców i morderców. Ruszajcie!

Żołnierze, trzymając gotową do strzału broń, ruszyli do przodu. Jan mógł jedynie czekać, aż jeden z nich spojrzy w bok i odkryje go siedzącego bezradnie na podłodze. Jednak żaden z nich tego nie uczynił. Zaślepieni żądzą zemsty gnali w stronę luku.

Dowodzący nimi oficer zatrzymał się niespełna pół metra od Jana i przemówił do widocznego u kołnierza mikrofonu:

- Wstrzymać ogień. Powtarzam: wstrzymać ogień. Do szybu schodzą oddziały porządkowe.

Jan jął wysuwać się na zewnątrz, jednak jego koszula zaczepiła się o jedną z wystających śrub. Gdy szarpnął mocniej, pękła z cichym trzaskiem. Zaskoczony oficer drgnął i odwrócił głowę. Jan runął do przodu i obiema dłońmi złapał go za gardło.

Było to okrutne, niemniej jednak efektywne. Oficer szarpnął się do tyłu, próbując oderwać miażdżące mu krtań palce. Upadli na podłogę. Z głowy żołnierza spadł hełm i potoczył się na bok. Oficer walczył jednak zaciekle dalej. Jego paznokcie pozostawiały na dłoniach Jana krwawe bruzdy, szeroko otwarte usta bezskutecznie próbowały wciągnąć do płuc odrobinę powietrza. Mięśnie Jana, zahartowane latami ciężkiej pracy, dawały mu teraz wyraźną przewagę. Tylko jeden z mężczyzn mógł wyjść z tej potyczki z życiem. Jan zacisnął palce silniej, bez emocji patrząc na posiniałą twarz trzepoczącego się pod nim oficera.

Mężczyzna szarpnął się jeszcze raz i znieruchomiał. Jan zwolnił ucisk dopiero wtedy, gdy jego palce nie wyczuwały już żadnego śladu pulsu.

Rozejrzał się szybko dookoła. Na razie był sam. Strzały na zewnątrz stawały się coraz rzadsze, w miarę jak żołnierze unieszkodliwiali jeden cel po drugim. W każdej chwili mogą wrócić z powrotem...

Rozpiął magnetyczne zapięcia i szybkimi ruchami zerwał z ciała oficera mundur. Zdjęcie własnego ubrania i założenie czarnego uniformu zajęło mu mniej, niż minutę. Pasował, chociaż buty były odrobinę za ciasne. Do diabła z tym. Założył na głowę hełm i nie tracąc czasu, wepchnął bezwładne ciało w to samo miejsce, które posłużyło mu za kryjówkę. Biegnąc w stronę windy, zapiął pod brodą pasek hełmu. Unosił już palec w stronę guzika, gdy nagle jego wzrok spoczął na świecącej płytce wskaźnika. Zamarł.

Winda zjeżdżała właśnie w dół.

Schody awaryjne. Droga, którą dostali się tutaj. Przebiegł przez drzwi i naparł na mechanizm, by zamknęły się za nim szybciej. A teraz w górę. Nie za szybko, nie może pozwolić, by stracić oddech. Ale jak wysoko? Który pokład? Gdzie jest inne wyjście ze statku? Debhu znałby odpowiedzi na te pytania. Ale Debhu był martwy. Wszyscy byli martwi. Jan ze zdumieniem spostrzegł, że ich śmierć nie robi na nim większego wrażenia. Teraz czy później, cóż za różnica? I tak wszystkich czekałoby to samo. On jednak wciąż jeszcze był wolny. Schwytanie go z pewnością nie będzie takie proste, jak ta rzeźnia nieuzbrojonych ludzi w szybie. Jan poprawił wiszącą przy pasie kaburę. Z nim nie pójdzie im tak łatwo.

Ile pokładów już właściwie przeszedł? Pięć, sześć? Następny będzie równie dobry, jak każdy inny. Po dotarciu do kolejnych drzwi obciągnął mundur i wziął głęboki oddech. Wyprostował się i pchnął drzwi.

Korytarz był pusty. Ruszył w głąb statku krokiem, który jak miał nadzieję, przypominał sposób poruszania się wojskowych. Nagle zza załomu korytarza wynurzył się jeden z członków załogi. Na widok Jana skinął lekko głową, zamierzając przejść obok. Jan położył mu rękę na ramieniu.

-Chwileczkę, dobry człowieku zupełnie nieświadomie jął formułować słowa z akcentem swej dawno zapomnianej, elitarnej szkoły przygotowawczej.

-Gdzie jest najbliższe wyjście?

Zaskoczony mężczyzna cofnął się do tyłu i spojrzał na niego szeroko otwartymi oczyma. Jan przemówił ponownie, tym razem bardziej stanowczo.

-Odpowiadaj! Razem z oddziałem byłem w szybie ładowniczym i chcę się teraz stąd wydostać, by złożyć odpowiedni meldunek.

-Przepraszam, wasza dostojność. Nie wiedziałem. Śluza jest na pokładzie pierwszym. Tymi schodami w górę. Potem na prawo.

Jan skinął głową i ruszył sztywno do przodu. Jak na razie wszystko w porządku. Oszukał tego człowieka

lecz czy tak samo łatwo pójdzie mu z pozostałymi? Wkrótce się przekona. Próbował sobie przypomnieć, jakie nazwisko wymienił oficer. Loka? Nie. Lauca albo coś bardzo podobnego. Spojrzał na widniejącą na rękawie munduru naszywkę. Podporucznik Lauca. Pchnął drzwi i ruszył w górę schodów.

Przy wyjściu ze statku stało dwóch uzbrojonych strażników. Sama śluza, była otwarta. Widniejący za nią metalowy trap dawał nadzieję na chwilowe bezpieczeństwo.

Na jego widok strażnicy wyprostowali się i zasalutowali mu. Jan nie mógł się już wycofać. Szedł dalej, odmierzając miarowo krok, aż w końcu zatrzymał się tuż przed nimi. Wtedy właśnie dostrzegł coś, co natchnęło go odrobiną nadziei.

Numer ich jednostki różnił się od tego, który widniał na rękawie jego munduru.

-Jestem porucznik Lauca ze szwadronu porządkowego. Mam zepsute radio. Gdzie znajdę waszego dowódcę?

Żołnierze wyprostowali się jeszcze bardziej.

-Major jest na dole, sir. W punkcie dowodzenia.

-Dziękuję.

Jan zasalutował z precyzją, którą wpajano mu podczas szkolenia wojskowego w szkole, odwrócił się na pięcie i wymaszerował na trap.

Będąc pewnym, że żołnierze przy śluzie nie mogą go już dostrzec, odwrócił się i przemykając wzdłuż rzędu skupionych na rampie maszyn, pomknął w mrok.

Doskonale wiedział, iż to chwilowe bezpieczeństwo nie oznaczało jeszcze wolności. Mundur zabitego oficera był co prawda znakomitym kamuflażem, lecz gdy tylko zostanie odnalezione ciało, stanie się śmiertelną pułapką. A w dodatku nie wiedział nawet, gdzie się znajduje.. Najprawdopodobniej w centrum kosmicznym na pustyni Mojave. Chociaż równie dobrze mógł być w jednej z tajnych baz wojskowych. Teraz nie było to jednak najważniejsze. Przede wszystkim musi się stąd wydostać. I to jak najszybciej, zanim pułapka się zatrzaśnie. Ruszył w stronę czegoś w rodzaju drogi, słabo oświetlonej reflektorami przejeżdżających pojazdów.

Przystanął w cieniu rzucanym przez ogromne paki i spojrzał na jaskrawo iluminowaną bramę. Zwykły bluff nie wystarczy, by przedostać się przez nią na drugą stronę. Przez chwilę rozważał możliwość przejścia przez ogrodzenie. Szybko zarzucił jednak ten pomysł. Cały płot jest najprawdopodobniej pod napięciem, wyposażony w różnorakie systemy alarmowe. Jan był boleśnie świadomy, iż z każdą upływającą sekundą szansę na pomyślną ucieczkę kurczą się w zastraszająco szybkim tempie.

-Porucznik Lauca, zgloś się.

Na nagły dźwięk tego rozkazu nieomal podskoczył. Radio, oczywiście. Gdzie jest przełącznik? Sięgnął dłonią do kontrolki przy pasie, próbujące odnaleźć w ciemnościach prawidłowy przycisk.

-Lauca, zgloś się.

Czy ten jest tym prawidłowym? Musi nim być. Był tylko jeden sposób, aby to sprawdzić. Nacisnął guzik i przemówił:

-Słucham, sir.

-Nareszcie. Chcemy, byś pozostawił ciała prasie. Odwalaj ludzi z powrotem.

Głos w słuchawkach umilkł. A więc fortel działał nadal lecz Jan wiedział, że zyskał tylko kilka cennych minut, nie więcej. Przełączył radio na obwód ogólny i jednym uchem słuchał krzyżujących się komend i rozkazów. Musi coś zrobić i to szybko.

Podbiegł w stronę oświetlonej alejki i skryty przed wzrokiem stojących strażników, czekał na okazję. Wkrótce pojawił się samochód, ale w kabinie obok kierowcy siedział ktoś jeszcze. Jan cofnął się w cień. Za samochodem przejechał motocykl. Minuty płynęły. Pojazdy nieprzerwanym strumieniem wjeżdżały do bazy, jednak bardzo niewiele z nich ją opuszczało. Niech się wreszcie coś pojawi!

Nagle mrok rozproszyły światła potężnej ciężarówki. Kabina była zbyt wysoko, by mógł zobaczyć, czy kierowca jest sam. Było to jednak ryzyko, które należało podjąć.

Jan wyszedł na środek betonowej nawierzchni i uniósł rękę. Zgrzytnęły hamulce. Pojazd zatrzymał się i w oknie ukazała się twarz kierowcy.

-Czym mogę służyć, wasza dostojność?

-Czy ten samochód był już przeszukiwany?

-Jeszcze nie, sir.

-A więc otwórz drzwi. Wchodzę do środka.

Jan wspiął się po kilku stopniach w górę i wślizgnął do wnętrza kabiny. Kierowca, zwykły prol ubrany w poplamiony kombinezon i czapkę, był sam. Jan zatrzasnął drzwiczki, odwrócił się w stronę mężczyzny i wyciągnął rewolwer.

-Wiesz, co to jest?

-Tak, wasza miłość, wiem.

Mężczyzna wpatrywał się w broń rozszerzonymi strachem oczyma. W mdłym świetle wskaźników widać było, że drży. Jan nie mógł sobie jednak pozwolić, by mu współczuć.

- Dobrze. Rób więc dokładnie to, co ci powiem. Przejedziesz przez bramę tak, jak zwykle. Nic nie mów. Będę leżał tuż obok na podłodze i zastrzelę cię, jak tylko otworzysz gębę. Zrozumiałeś?

-Tak, sir. Oczywiście, że...

-Ruszaj.

Jęknął wrzucony bieg i maszyna potoczyła się do przodu. Po chwili wolnej jazdy kierowca ponownie nacisnął na hamulec. Jan przyłożył lufę broni do boku mężczyzny. Miał jedynie nadzieję, że malujący się na twarzy prola strach nie zwróci uwagi stojących poniżej strażników. Jeden z nich powiedział coś niewyraźnie i kierowca wyjął z kieszeni w drzwiach plik papierów, po czym podał je komuś na zewnątrz. Napięcie w kabinie stało się niemal namacalne. Jan wyraźnie widział spływające po twarzy mężczyzny strużki potu. Wepchnął lufę głębiej.

W końcu papiery zostały zwrócone i kierowca, nie zawracając sobie głowy włożeniem ich na miejsce, rzucił je na podłogę. Gwałtownym ruchem wrzucił bieg i ruszyli. Jechali przeszło minutę, gdy nagle szmer prowadzonych w słuchawce rozmów zagłuszony został przez jeden, brzmiący zdecydowanie głos:

-Uwaga, wszystkie posterunki. Odnaleziono ciało zamordowanego podporucznika. Jego mundur zaginął. Przypuszcza się, iż jeden ze zbiegów pozostaje na wolności. Zamknąć wszystkie bramy.

Ostrzeżenie to przyszło jednak za późno.

Rozdział 6

Ciężarówka mijała właśnie puste i ponure magazyny, oświetlone jedynie porozmieszczanymi w dość dalekich odstępach od siebie lampami.

- Skręć za następnym rogiem - polecił Jan. Istniała spora szansa, że rozpoczęto pościg. Dobrze. Za następnym rogiem zatrzymaj się.

Zaszumiały hydrauliczne hamulce. Znajdowali się na jednej z bocznych uliczek, sto metrów od najbliższej latarni. Doskonale.

- Która godzina? - zapytał Jan.

Kierowca zawahał się, a potem spojrzał na zegarek.

-Trzecia... rano... - wystękał.

Nie obawiaj się. Nie mam zamiaru cię skrzywdzić - powiedział uspokajająco. Nie schował jednak broni.

- O której będzie świt?

-Około szóstej.

A więc jeszcze trzy godziny ciemności. Nie było to zbyt wiele.

-Gdzie jesteśmy?

-W Dinkstown. Dzielnica magazynów. Nikt tutaj nie mieszka.

-Nie o to pytam. Co to za baza, którą właśnie opuściliśmy?

Kierowca przez chwilę gapił się na Jana w milczeniu, jakby nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. W końcu odpowiedział:

-Mojave, wasza dostojność. Centrum kosmiczne na pustyni Mojave...

Wystarczy przerwał Jan, decydując się na kolejny krok.

Było to niebezpieczne, lecz potrzebował jakiegoś środka transportu. Zresztą na obecnym etapie wszystko było niebezpieczne. - Zdejmuj kombinezon.

- Proszę, nie. Nie chcę, aby mnie zabili...!

-Zamknij się! Powiedziałem ci przecież, że nic ci się nie stanie. Jak się nazywasz?

- Miliard, wasza dostojność. Eddie Miliard.

-A więc powiem ci, co zrobię, Eddie. Zabiorę twoje ubranie i cię zwiążę. Potem wezmę twój samochód. I nie mam zamiaru cię skrzywdzić. Gdy cię znajdą, powiesz po prostu, że cię porwałem. To zresztą prawda. Nie będziesz miał przez to żadnych kłopotów.

-Nie! Już jestem w kłopotach głos mężczyzny pełen był rozpaczy i gniewu. Równie dobrze mogę być już martwy. W najlepszym wypadku wyrzucą mnie z roboty i do końca życia pozostanę na zasiłku. Już lepiej, gdybyś mnie zastrzelił!- Ostatnie słowa były histerycznym wrzaskiem. Kierowca nagłym ruchem odwrócił się i złapał siedzącego na siedzeniu obok Jana za szyję. Był bardzo silny. Jan nie miał wyjścia. Kolbą rewolweru uderzył mężczyznę w czoło, a gdy ten nie zwalniał ucisku, uderzył ponownie. Eddie Miliard westchnął głęboko i nieprzytomny, osunął się na siedzenie. "A więc to, co ten człowiek powiedział, okazało się prawdą pomyślał ponuro Jan, ściągając z kierowcy kombinezon. Jeszcze jedna ofiara. A czyż oni wszyscy nie byli w jakimś stopniu ofiarami?" Nie miał jednak czasu, by rozmyślać o takich rzeczach.

Gdy wywlókł wciąż jeszcze nieprzytomnego kierowcę z kabiny i delikatnie ułożył na asfalcie, zaczął się trząść. Tak wiele ludzi. Chociaż działał w samoobronie, wciąż jeszcze nie mógł zaakceptować myśli, iż w brutalności nie daje się prześcignąć innym. Ale dzięki temu żył. Od momentu, w którym poświęcił swoją pozycję na Ziemi, nie było już odwrotu. Podjął tę decyzję gdy uświadomił sobie, iż jego pozorna wolność jest sterowana przez państwo policyjne, którego nadzór rozciągnął się nad wszystkimi sferami życia. Takich, którzy myśleli podobnie jak on, wciąż przybywało rezultatem była rebelia, która ogarnęła całą galaktykę. Toczyła się wojna, a on był w niej żołnierzem. Na razie musi mu to wystarczyć. Na wzajemne obwinianie się przyjdzie czas po zwycięstwie. Rewolta bowiem zatriumfuje, musi zatriumfować. Inne rozwiązanie jest po prostu nie do pomyślenia.

Kombinezon Eddie Miliarda przesycony był potem i smarami. Był także za duży. Jak na razie jednak będzie musiał spełnić swe zadanie. Czapka kierowcy skutecznie ukryła świeżo ogoloną głowę. Znalezionym pod siedzeniem drutem skrępował przeguby nieprzytomnego mężczyzny. Wystarczy. Wkrótce i tak będzie się musiał pozbyć tej ciężarówki.

Silnik zaskoczył z cichym zgrzytem i pojazd zaczął wolno toczyć się wąską ulicą. Jan miał wciąż na głowie zabrany oficerowi hełm. Nie było innego sposobu by zorientować się, co dzieje się na zewnątrz. Jednak szybko zdał sobie sprawę, że jest to właściwie bez sensu. W słuchawkach zabrzmiało jedynie kilka komend, a potem zapadła cisza. Ochrona bazy z pewnością wiedziała, że ma przy sobie skradzione radio, więc komputer komunikacyjny dawno pozmieniał już wszystkie częstotliwości, by uniemożliwić mu dalszy podsłuch rozmów. Rzucił hełm na podłogę i nacisnął na pedał gazu.

Zwolnił dopiero wtedy, gdy dojechał do skrzyżowania z drogą główną. Komputer drogowy dał mu zielone światło, skręcił więc w prawo. Dostrzegł co prawda zjazd na autostradę nr 399 do Los Angeles, wiedział jednak, że przy wjeździe do większych miast z pewnością postawiono już policyjne zapory.

Ruch na drodze stawał się stopniowo coraz większy. Gdy Jan dostrzegł jaskrawo oświetloną stację benzynową, zwolnił. Za nią znajdował się parking i całodobowa restauracja. Doskonale. Skręcił na podjazd i przejechał powoli obok rzędu zaparkowanych pojazdów, kierując się w stronę majaczących w mroku budynków. Były to garaże. Wszystkie były zamknięte, lecz mógł postawić za nimi ciężarówkę. Przy odrobinie szczęścia znajdą ją dopiero za parę godzin. Ale co dalej?

Działać. Miał przy sobie kartę identyfikacyjną Eddie'go Miliarda, lecz zda ona egzamin jedynie przy bardzo powierzchownej kontroli. W skrytce znalazł kilka banknotów jednodolarowych i garść miedziaków. Wsunął je do kieszeni i zapiał kombinezon. Jeżeli prole tutaj podobni byli do tych z Wielkiej Brytanii, to poważnie wątpił, by zauważyli, że ubranie jest niedopasowane. Ale co zrobić z mundurem oficera? W tej chwili był zupełnie nieprzydatny. Z pewnością wiedzą już o nim wszyscy policjanci w okolicy. A broń i dodatkowy magazynek? Lepiej będzie, jeżeli zatrzyma je przy sobie.

Przez chwilę macał ręką pod fotelem, aż znalazł w końcu brudny worek. Pistolet i magazynek wrzucił do środka, a mundur i hełm wcisnął pod fotel. Na razie będzie to musiało wystarczyć. Zarzucił worek na ramię, zamknął drzwi kabiny na klucz i zszedł na ziemię. Rozejrzał się dookoła i szybkim ruchem cisnął klucz ponad otaczającym garaże płotem. To wszystko, co mógł w tej chwili zrobić. Odetchnął głęboko i wolnym krokiem ruszył w stronę świateł restauracji.

Przed wejściem do jaskrawo iluminowanego pomieszczenia zatrzymał się niepewny, co oczekuje go w środku. Był zmęczony i spragniony chociaż "zmęczony" było zbyt słabym określeniem. Leciał wprost z nóg.

Od chwili, w której udało mu się otworzyć drzwi celi, bez przerwy uciekał, bez przerwy groziło mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Adrenalina utrzymywała go w ruchu, maskowała narastające znużenie. Dopiero teraz zaczął odczuwać je w całej pełni. Z wysiłkiem oparł się o ścianę restauracji i przez szerokie okno zajrzał do środka.

Przestronna sala z lożami i stolikami; przy długim barze siedziało dwu mężczyzn. Reszta sali była pusta. Czy powinien tam wejść? Było to ryzykowne, lecz w tej chwili wszystko było jednym wielkim ryzykiem. Wewnątrz będzie miał szansę coś zjeść, przez chwilę posiedzieć i uporządkować chaos rozbieganych myśli. Potrzebował tego. Bardzo tego potrzebował. Zmęczenie sprawiało, iż z wolna stawał się fatalistą. Ostatecznie i tak go złapią lecz przynajmniej wtedy, gdy będzie miał pełny żołądek. Odepchnął się od ściany, zdecydowanym ruchem otworzył drzwi i wszedł do środka.

Podczas swych poprzednich wizyt w Stanach Zjednoczonych jak wiele lat temu to było? nigdy nie był w miejscu takim jak to. Oczywiście, bywał w najlepszych restauracjach Nowego Jorku, Detroit, nie dawało mu to jednak jakiejkolwiek skali porównawczej. Podłoga była betonowa, poplamiona i bardzo stara. Siedzący przy barze mężczyźni nawet nie podnieśli głów, gdy siadał w pierwszej od drzwi loży. Same siedzenia i stolik wydawały się być zrobione z aluminium i solidnie dotknięte zębem czasu. Czyżby obowiązywała tutaj samoobsługa? Czy może był tu gdzieś selektor z mechanizmem dostawczym? Rzeczywiście, dopiero teraz dostrzegł na blacie szklaną płytę. Była porysowana do tego stopnia, iż znajdujące się pod nią menu było ledwie widoczne. Pod napisem: "NAPOJE" występowała kawa, nie było jednak herbaty. Napis: "DANIA" oferował potrawy, których nazwy nic mu nie mówiły.

Znaczenie płyty było jasne, jednak jej konstrukcja zupełnie nieznana. Dotknął jej przy słowie kawa, lecz bez widocznego efektu. W końcu, rozglądając się dookoła, dostrzegł tuż pod wbudowanym w ścianie telewizorem niewielki guzik. Umieszczony nad nim napis głosił: "OBSŁUGA". Z wahaniem wyciągnął palec i nacisnął go.

W panującej na sali ciszy dźwięk brzęczyka zabrzmiał niezwykle donośnie. Dobiegł gdzieś od strony kontuaru. Popijający swoje drinki mężczyźni nawet się nie poruszyli. W chwilę później zza lady wyszła dziewczyna i ruszyła w stronę loży. W jednym ręku trzymała bloczek rachunków. Obsługa kelnerska w takim miejscu! Jednak jej fartuszek był poplamiony nieomal w równym stopniu, co podłoga, a ona sama nie była tak młoda, jak wyglądało to z daleka. Jej szorskie włosy przyprószone były siwizną i najwyraźniej była bezzębna. Nie była to najlepsza reklama dla serwowanych przez nią potraw.

- Co ma być? - zapytała, spoglądając na Jana z kompletnym brakiem zainteresowania.

- Kawa.

-Coś do jedzenia?

Uderzył palcem w szklaną płytkę.

-Hamburger.

-Z dodatkiem?

Nie mając najmniejszego pojęcia, o czym dziewczyna mówi, skinął głową. Wydawało się to ją satysfakcjonować, bowiem napisała coś na bloczku i odeszła. Jan nigdy w życiu nie jadł jeszcze hamburgera, nie wiedział nawet, co to jest.

Wiedział za to, iż jego nienaganny brytyjski akcent z łatwością może go zdradzić. Hamburger było słowem, które często słyszał na oglądanych jako dziecko amerykańskich filmach. Później, razem z kolegami wymawiali je z namaszczeniem, usiłując podrobić ten charakterystyczny sposób wymowy u aktorów. Bawili się wtedy świetnie. Także i teraz wypowiedział je bez chwili wahania, mając jedynie nadzieję, iż jego próbka amerykańskiego będzie wystarczająco dobra.

Nagle jego uwagę przyciągnął brzęk rzuconych na kontuar monet. Jeden z mężczyzn wstał i skierował się do wyjścia. Przechodząc obok Jana obdarzył go przelotnym spojrzeniem. Czy to możliwe, by jego oczy rozszerzyły się lekko? Trudno było to sprawdzić, bowiem mężczyzna zniknął już za drzwiami. Czyżby go rozpoznał? Ale jak? A może zachowanie Jana stawało się już z lekka paranoiczne? Przysunął worek bliżej siebie, tak, aby łatwiej mu było sięgnąć po umieszczoną w środku broń. Zamiast przejmować się każdym nieznajomym, powinien pomyśleć raczej o dalszej ucieczce.

Jednak gdy kilka minut później kelnerka przyniosła jego zamówienie, nie miał nawet ogólnych zarysów jakiegokolwiek planu. Dziewczyna postawiła tacę na stoliku i obdarzyła jego kombinezon krytycznym spojrzeniem.

-To będzie sześć boksów - oświadczyła.

"Gdy jesteś ubrany w taki sposób, pieniążki na stół" pomyślał z lekkim rozbawieniem. Nawet jej o to nie winił. Wyciągnął z kieszeni garść banknotów odliczył sześć i wręczył dziewczynie. Włożyła pieniądze do kieszeni fartucha, odwróciła się i odeszła.

Kawa, ku jego zdziwieniu, była gorąca i aromatyczna. Z hambugerem sprawa wyglądała inaczej. Było to coś w rodzaju bułki z nadzieniem w środku. Na tacy nie było żadnych sztućców, więc Jan nie miał najmniejszego pojęcia, jak się do tego zabrać. Wreszcie, pewny, że nikt go nie obserwuje, podniósł go do ust i odgryzł kawałek. W smaku było to niepodobne do niczego, co jadł przedtem, niemniej jednak całkiem znośne. Głęboko w sercu wyryty miał obraz krwistego befsztyka, nurzającego się w oceanie zielonej sałaty. Jednak na razie musiał wystarczyć hamburger. Zjedzenie go a raczej pochłonięcie zajęło mu równą minutę. Kończył właśnie kawę, gdy do restauracji weszło dwóch mężczyzn.

Bez wahania, nawet bez rozglądania się, podeszli bliżej i zajęli miejsce w pustej loży naprzeciwko niego. Jan odstawił powoli filiżankę, a drugą ręką namacał kolbę tkwiącej w worku broni.

Nie patrzyli na niego jednak nie dlatego, że go nie zauważyli. Jeden z nich wyjął z kieszeni monetę i włożył ją w szczelinę pod ekranem telewizora. Urządzenie przebudziło się do życia, emitując dźwięki hałaśliwej muzyki. Jan starał się nie zwracać na to uwagi; wyjęty z torby pistolet ukrył pod blatem stolika. Mężczyzna, który wrzucił monetę przez chwilę kręcił zmieniającym programy pokrętłem, aż w końcu, usatysfakcjonowany, usiadł. Muzyka zastąpiona została wiadomościami sportowymi.

Co to miało znaczyć? Obaj mężczyźni byli w średnim wieku, ich znoszone ubrania świadczyły o przynależności do proli. Wydawali się studiować menu, nie naciskali jednak wzywającego kelnerkę guzika. I jak do tej pory żaden z nich nie spojrzał nawet w jego kierunku. Z chwilowego zamyślenia wyrwały go dobiegające z telewizora słowa spikera:

- dalsze wiadomości o kryminalistach, którzy usiłowali porwać Alpharon. Walki zakończyły się, a wszystkich morderców spotkał taki sam los, jaki wielokrotnie gotowali innym. Sprawiedliwość wymierzona została rękami towarzyszy tych wszystkich dzielnych chłopców, którzy oddali życie w obronie ojczystej planety...

Jedno spojrzenie na porozdzierane, zalane krwią ciała jego przyjaciół wystarczyło. Jan ponownie spojrzał na obu mężczyzn. Kolejne słowa spikera sprawiły, że zamarł w bezruchu.

Uwaga, jednemu z kryminalistów udało się zbiec. Nazywa się JanKulozik. Ostrzega się jednocześnie, iż człowiek ten jest niezwykle niebezpiecznym mordercą. Za jakąkolwiek informację, pomocną w jego ponownym ujęciu wyznaczono nagrodę w wysokości dwudziestu pięciu tysięcy dolarów. Uwaga, mieszkańcy Kalifornii i Arizony. Poszukuje się tego właśnie człowieka..

Jan pozwolił sobie na szybkie spojrzenie w stronę ekranu. Przedstawiono tam akurat jego fotografie, ukazując go en face i z profilu. Robiono je dość dawno temu, jeszcze zanim zesłano go na Halvmork, lecz w dalszym ciągu można go było rozpoznać na pierwszy rzut oka. Gdy odwrócił się ponownie, obaj mężczyźni patrzyli prosto na niego.

Ich ręce spoczywały w widoczny sposób na blacie stolika. Byli więc bardzo pewni siebie - lub po prostu głupi.

Czy to prawda, co powiedział ten facet? zapytał mężczyzna, który włączył telewizor. Ponieważ Jan nie odpowiedział, po chwili dodał: Dlaczego oni tak bardzo chcą ciebie odnaleźć, Kulozik?

W odpowiedzi Jan wysunął lufę pistoletu nad blat stołu.

- To, co widzicie, jest standartowym pistoletem rakietowym kaliber 65. Jeden pocisk może wywalić dziurę na wylot w krowie. Chcę, abyście teraz wstali i razem ze mną wyszli grzecznie na zewnątrz. Ruszajcie.

Mężczyźni posłusznie wstali i odwrócili się do niego plecami. Gdy wychodził za nimi przez drzwi, odniósł wrażenie, że pod ścianą czai się jakaś postać. Zdążył jedynie unieść pistolet, gdy coś twardego uderzyło go w głowę. Stracił przytomność.

Rozdział 7

Mogę jedynie powtórzyć to, co już powiedziałem - w głosie Jana brzmiało znużenie.

- A więc zrób to.

Tym razem głos był inny lecz pytania wciąż takie same. Jan tkwił przywiązany do twardego krzesła. Ramiona i nogi zupełnie mu zdrętwiały; oczy przewiązano czarną opaską. Wydawało mu się, że to przesłuchanie trwa już całą wieczność.

-Nazywam się Jan Kulozik. Na Ziemię przybyłem na pokładzie statku Alpharon. Po raz pierwszy usłyszałem tę nazwę w wiadomościach telewizyjnych. Byłem z grupą więźniów, którzy uciekli. Jedynie mnie jednak udało się ujść z tego z życiem. Zabiłem oficera...

-Jego nazwisko?

- Lauca. Podporucznik Lauca. Nie było to morderstwo, lecz samoobrona. Mówiłem to już. Zabrałem jego mundur i broń, a potem porwałem ciężarówkę, której kierowcą był mężczyzna o nazwisku Eddie Miliard. Porzuciłem ją za garażami obok restauracji, w której mnie pojmaliście. A teraz wy. Kim właściwie jesteście? Służba Bezpieczeństwa?

- Stul gębę. To my zadajemy pytania...

Głos zamilkł, gdyż do pokoju wszedł ktoś nowy. Jan słyszał odgłosy kroków i cichy szmer prowadzonej szeptem rozmowy. Podeszli bliżej i nagle zerwano mu z twarzy opaskę. Skrzywił się, gdyż jaskrawe światło boleśnie uraziło go w oczy. Jaki był numer rejestracyjny twojego ostatniego samochodu w Anglii?

-Skąd mam to pamiętać, do diabła? To było tak dawno temu mrugając powiekami, spojrzał na stojących przed nim trzech mężczyzn. Dwóch znał byli to ci z restauracji. Jeżeli jesteście z Bezpieki, wiecie o mnie wszystko. Po co więc ta gra?

Odpowiedział mu nowoprzybyły kościsty mężczyzna, którego głowa, w przeciwieństwie do głowy Jana pozbawiona została włosów w sposób naturalny:

Nie, nie jesteśmy ze Służby Bezpieczeństwa. Ale być może to ty jesteś ich wtyczką, podesłaną tutaj, by rozpracować nasze siły od wewnątrz. Tak więc lepiej dla ciebie będzie, jeżeli postarasz się w miarę ściśle odpowiadać na nasze pytania. Jeżeli rzeczywiście jesteś tym, za kogo się podajesz, pomożemy ci. Jeżeli nie zabijemy.

Jan spojrzał na ich pozbawione wyrazu twarze i powoli skinął głową.

- Nie sądzę, by takie wyjaśnienie mogło rozproszyć moje obawy. Możecie być z Bezpieczeństwa, bez względu na to, co powiecie. Dlatego powiem wam tylko to, co będziecie mogli znaleźć w mojej kartotece.

-Zgoda - Łysy mężczyzna spojrzał na plik trzymanych w dłoni papierów. Twój numer telefonu w Londynie?

Jan zamknął oczy i spróbował się skoncentrować. To pytanie wydawało się dotyczyć innego świata, innego życia. Wyobraził sobie swój apartament, odźwiernego i windę. Wchodzi do pokoju, podnosi słuchawkę...

- Jeden... dwa, trzy, sześć... potrójne zero, dwa. Padło jeszcze wiele tego typu pytań. Jan odpowiadał na nie coraz pewniej, w miarę przypominania sobie fragmentów własnej przeszłości. Zadający je mężczyzna musiał posiadać odpis jego akt policyjnych skąd bowiem znałby tyle szczegółów? Jedynie Bezpieka wiedziała tak dużo. O co w tym wszystkim chodzi?

- Wystarczy -powiedział wreszcie przesłuchujący go mężczyzna odkładając plik papierów na bok.

- Odwiążcie go. Wygląda na to, że mówi prawdę.

Po zdjęciu więzów musieli go podtrzymać, by nie upadł. Zdrętwiałe członki zareagowały gwałtownym bólem na powrót krążenia. Spróbował rozmasować obolałe nogi.

-Cudownie - powiedział, krzywiąc się z bólu.

-Jesteście zadowoleni. Aleja w dalszym ciągu nie mam pewności, czy nie jesteście Służbą Bezpieczeństwa.

-W naszej robocie nie posługujemy się kartami identyfikacyjnymi - odparł łysy, uśmiechając się po raz pierwszy. Możesz więc myśleć, co ci się żywnie podoba. Jednak, gdybyś sam był agentem, to muszę ci powiedzieć szczerze, że z podziemia nie znamy nikogo. Dlatego właśnie zostaliśmy wybrani, by cię porwać i przesłuchać. Dane o tobie otrzymaliśmy z policji tak więc organizacja i tam także musi mieć własnego człowieka. Przyjaciele zwracają się do mnie Słoneczko - wskazał na swą bezwłosą czaszkę i uśmiechnął się ponownie.

Tym razem Jan odwzajemnił uśmiech.

- Wierzę ci, Słoneczko. Muszę ci wierzyć. Gdybyś rzeczywiście był z Bezpieki, z łatwością dowiedziałbyś się o mnie wszystkiego bez odstawiania tego cyrku.

- Rzeczywiście byłeś na innych planetach? wyrwał się nagle jeden z mężczyzn, nie potrafiąc powstrzymać ciekawości. Opowiedz nam o tej rebelii. My wiemy o niej jedynie ze źródeł oficjalnej propagandy.

- I co mówią?

-Nic. Same bzdury. Sabotażyści zniszczyli zbiory, więc czeka nas racjonowanie żywności. Wszyscy rebelianci zostali ujęci lub zabici. Zwycięstwo na wszystkich frontach i tym podobne rzeczy. Ciekawe, ile ludzi dało się na to nabrać.

-Macie rację to wszystko bzdury. Nie ośmieliliby się przecież przyznać, że to my wygrywamy! Utracili wszystkie planety i zmuszeni zostali do ucieczki tutaj, na Ziemię.

Słysząc to, ich surowe dotąd twarze zaczęły się z wolna rozpogadzać. Jeden z nich wykrzyknął:

-To znaczy, że walki trwają nadal?

-Oczywiście. Nie mam najmniejszego powodu, by kłamać. Rządzą jedynie systemem słonecznym lecz nigdzie dalej.

Ich radosne podniecenie wyglądało na autentyczne. .Jeżeli udają pomyślał to są najlepszymi aktorami na świecie." Mocno w to jednak wątpił. Był dziwnie pewny, że znajduje się w rękach ludzi z ruchu oporu, a nie policji. Opowiedział im wszystko co wiedział i czego był świadkiem, a oni w odpowiedzi zasypali go gradem pytań. W końcu zmuszony został im przerwać.

-Teraz moja kolej powiedział. Jakim cudem wpadliście na mój ślad przed siłami Bezpieczeństwa?

Po prostu szczęście - odparł Słoneczko lub po prostu dlatego, iż jest nas więcej, niż przypuszczasz. Gdy tylko zaczęto mówić o tobie w wiadomościach, natychmiast przyszło polecenie, by spróbować cię odnaleźć. Mamy sporo sympatyków. To właśnie jeden z nich rozpoznał cię w tej restauracji i powiadomił nas. Resztę znasz.

- A więc co dalej?

-Coś mi mówi, że jesteś bardzo ważną figurą. Możesz się nam przydać. Oczywiście, jeżeli zgodzisz się z nami pracować.

Przez wargi Jana przemknął niewesoły uśmiech.

-Od tego właśnie zaczęły się wszystkie moje kłopoty. Dlaczego nie? Jeżeli ktoś mi nie pomoże, moja przyszłość rysuje się w bardzo ciemnych barwach.

-Dobrze. A więc zabieramy cię stąd natychmiast, zanim odkryją, że ktoś ci pomaga. Nie wiem, w jaki sposób się to odbędzie. I nawet nie chcę tego wiedzieć. Mamy dla ciebie ubranie. Przebierz się. Ja muszę zatelefonować.

Jego nowym przebraniem były obszerne, podniszczone portki i bawełniana koszula. Z przyjemnością zzuł wreszcie wojskowe buty, które uwierały go coraz bardziej. Proste sandały były prawdziwą ulgą. Jeden z mężczyzn podał mu basebollową czapkę, nad daszkiem której widniał żółty napis: "Dodgers".

Weź to i przykryj ten swój ogolony łeb powiedział z uśmiechem. Mamy trochę prawdziwego bourbona. Gdybyś zechciał...

-Chętnie - odparł Jan, biorąc plastykowy kubek. Piję za wolność. Oby któregoś dnia Ziemia dzieliła się razem z gwiazdami.

- Tak, za to rzeczywiście warto wypić.

Jan był już przy trzecim drinku za każdym razem palący napój smakował coraz lepiej gdy powrócił Słoneczko.

-Musimy ruszać - oświadczył. Ktoś na ciebie czeka. Pójdziemy na piechotę. Wszystko, co ma koła, podlega kontroli.

Ich cel nie był daleko, a rześkie, nocne powietrze, orzeźwiało go. Przez cały czas przemykali bocznymi uliczkami. Słoneczko bez przerwy spoglądał na zegarek i zmuszał ich, by ostatni odcinek drogi przebyli biegiem. W końcu zatrzymali się przed bocznym wejściem do ogromnego budynku.

- Tutaj cię zostawiam. Gdy tylko zniknę, zapukaj w te drzwi. Ktoś cię wpuści. Powodzenia, Janie.

Wymienili uściski dłoni. Słoneczko odwrócił się i już po chwili jego sylwetka rozpłynęła się w mroku. Jan zapukał lekko. Otworzono mu natychmiast. Wewnątrz było ciemno.

- Pośpiesz się - rozbrzmiał czyjś głos. Po zamknięciu drzwi ciemność stała się jeszcze głębsza.

Słuchaj uważnie - ciągnął niewidoczny mężczyzna. Po przejściu przez te drzwi znajdziesz się w garażu. Stoją tam ciężarówki z przyczepami towarowymi. Przewożą produkty wolne od cła, nie będą więc ich przeszukiwać. Wszystkie przyczepy, za wyjątkiem trzeciej od drzwi, są zamknięte i opieczętowane. Wejdź do niej a my zamkniemy ją ponownie. Teraz wyprowadzę cię stąd. Jeden z naszych odbierze cię w Los Angeles. Przy ciężarówkach może ktoś się kręcić, ale nie będzie cię zaczepiał, jeżeli będziesz wyglądał naturalnie. I nie pozwól, by ktokolwiek zobaczył, jak wchodzisz do tej przyczepy. To bardzo ważne. Poczekaj tu chwilę, a ja się rozejrzę.

Drzwi po przeciwnej stronie uchyliły się lekko i w wypadającym przez nie świetle Jan dostrzegł niewyraźny zarys męskiej postaci. Mężczyzna rozejrzał się szybko i ponownie cofnął w mrok.

- Droga wolna -szepnął. Powodzenia.

Budynek był ogromny, rozbrzmiewający odległym echem pracujących głośno wentylatorów. Cały garaż zastawiony był rzędami ciężarówek, z których każda miała doczepioną olbrzymią przyczepę. Jan szedł powoli, nie spiesząc się, zupełnie jakby jego obecność tutaj była czymś naturalnym. Po chwili szum wentylatorów zastąpiony został odgłosami czegoś ciężkiego, uderzającego o metal. Podszedł do trzeciej przyczepy i rozejrzał się ostrożnie dookoła jednak w zasięgu wzroku nie było nikogo. Zdecydowanym ruchem otworzył ciężkie drzwi i wśliznął się do środka. Zasuwając je za sobą, spostrzegł wypełniające wnętrze przyczepy paki. Po chwili usłyszał, jak ktoś zamyka i blokuje drzwi od zewnątrz.

W środku było ciemno i ciepło; pachniało lekką stęchlizną. Usiadł, opierając się plecami o ścianę, jednak szybko zrobiło mu się niewygodnie. Położył się więc płasko na podłodze, kryjąc twarz w zgięciu łokcia i prawie natychmiast zapadł w sen. Nie przebudził się nawet wtedy, gdy pojazd drgnął i wytoczył się z garażu.

Po wjechaniu na szosę samochód zwiększył szybkość. Jan spał dalej. Obudziło go dopiero lekkie drżenie podłogi i syk hydraulicznych hamulców. W nagłym przypływie paniki zerwał się na równe nogi, lecz na szczęście w porę przypomniał sobie, gdzie się znajduje. Wstrzymał oddech, gdy ktoś na zewnątrz sprawdzał mocujące drzwi sztaby. Jeżeli je otworzą, złapią go natychmiast i to będzie już koniec wszystkiego. Przywarł kurczowo do ściany i czekał. Jednak wkrótce cały pojazd drgnął i ruszył do przodu. Jeżeli był to punkt kontrolny, to przejechali go bezpiecznie. Czuł, jak w miarę nabierania prędkości napięcie go opuszcza. Wkrótce ponownie zapadł w sen.

Wiercił się niespokojnie na twardej podłodze, lecz przebudził się dopiero wtedy, gdy ciężki pojazd zaczął zwalniać i zatrzymał się. Po krótkim postoju ruszyli dalej. Co to było? Blokada policyjna przed wjazdem do miasta? Z pewnością coś takiego byłoby w Wielkiej Brytani; istniała spora szansa, że tutaj procedura jest podobna. Gdy zatrzymali się po raz trzeci, usłyszał wyraźny zgrzyt zdejmowanych sztab. Wkrótce drzwi otworzyły się szeroko. Jan, oślepiony pełnym słońcem, osłonił oczy przedramieniem.

- Wysiadaj, Buster, dla ciebie to już przystanek końcowy - usłyszał nagle chropawy głos.

Zeskoczył na ziemię i poczuł, jak na widok umundurowanego policjanta zamiera w nim serce. A więc jednak go złapali! Zamierzając uciekać, odwrócił się, lecz zaciśnięta nagle na jego ramieniu dłoń osadziła go na miejscu.

- Żadnych sztuczek! Właź do samochodu i połóż się na podłodze. Przerwali mi lunch, cholera, i lepiej byłoby, Buster, gdyby to rzeczywiście było coś ważnego mówiąc to pchnął Jana w stronę mrugającego światłami wozu patrolowego, który stał tuż obok przyczepy w wąskiej alejce.

Tylne drzwi były otwarte. Jan stosownie do otrzymanego wcześniej polecenia, położył się na podłodze, a policjant zatrzasnął za nim drzwi. W chwilę później mężczyzna wśliznął się za kierownicę i wrzucając wsteczny bieg, ruszył ostro do tyłu. Gdy wyjechali na główną ulicę, kierowca odprężył się widocznie i obdarzył leżącego na podłodze Jana nie pozbawionym sympatii spojrzeniem.

- To prawda, co im powiedziałeś? O tych planetach? Że są... jakie to właściwie było słowo, którego użyłeś?

-Wolne. Tak, to wszystko prawda. A rebelii nie da się tak łatwo zdławić, jak się wam wydaje.

-No cóż, dobrze to słyszeć. Jeżeli rzeczywiście jest taka zaraźliwa, jak mówisz, to być może zawita wkrótce na staruszkę Ziemię. Ci, do których się udajesz, wiedzieliby, jaki zrobić z niej użytek. Zabieram cię do smoluchów. Nie wiem, czy będzie ci tam wygodnie, ale przez jakiś czas będziesz bezpieczny.

"O czym ten człowiek właściwie mówi?" zastanawiał się gorączkowo Jan.

-Przykro mi ale obawiam się, że nie rozumiem.

-Śmiesznie gadasz. Jesteś Angolem, co?

-Rzeczywiście urodziłem się w Anglii. Opuściłem ją jednak dość dawno temu.

-No właśnie. Od razu poznałem. Po akcencie. No cóż, nie wiem, jak rzeczy układają się tam, skąd pochodzisz, panie Angol, tu jednak wszystko wygląda zupełnie inaczej. Jedziemy do New Watts. Gdy je zobaczysz, zrozumiesz o czym mówię. Zatrzymam się na chwilę, a ty wystaw nos i rozejrzyj się dookoła.

Samochód zaczął zwalniać, a po chwili zatrzymali się.

Teraz rzucił policjant.

Jan uniósł ostrożnie głowę i spostrzegł, że zaparkowali obok rzędu niewielkich domków. Kiedyś musiały być całkiem atrakcyjne, lecz teraz stanowiły już tylko ruinę. Stały niezamieszkałe i ciche, strasząc pozałamywanymi dachami i powybijanymi oknami.

Po drugiej stronie ulicy widniał wysoki płot z drutu kolczastego, za którym znajdował się pas ugorów. Spalona ziemia, na której rosły jedynie sporadyczne kępy trawy lub chwastów. Dobre sto metrów dalej ustawiono drugi, identyczny płot. Za nim stały domy mieszkalne i biurowce.

Z tej odległości Jan nie mógł dostrzec wszystkiego wyraźnie, ale wyglądało na to, że są także w opłakanym stanie.

- Kładź się - polecił policjant. Tam właśnie się udajesz. Z tego miejsca nie wygląda to jeszcze tak źle... roześmiał się. Zbliżamy się do punktu kontrolnego. Chłopcy mnie tutaj znają, więc najwyżej pomachają rękoma. Włączę syrenę. Niech myślą, że dostałem wezwanie.

Jęk syren wdarł się w ciszę niczym upiorne wycie. Skręcili ostro, nabierając szybkości i nagle samochód podskoczył gwałtownie, gdy uderzyli w coś leżącego na jezdni. Nie zwalniając, pomknęli dalej. Po chwili kierowca wyłączył syrenę i wytracając stopniowo prędkość, zjechał na pobocze.

Przygotuj się - oświadczył. Wolałbym nie zatrzymywać się tutaj dłużej. Wyskoczysz, gdy ci powiem. Znajdziesz się na alejce z tyłu domów. Przejdziesz nią kilka jardów i ktoś cię tam spotka.

- Dzięki za pomoc.

-Nie dziękuj dopóki nie zobaczysz, w co się właściwie pakujesz. Teraz!

Jan przekręcił klamkę i otworzył drzwi. Wysiadł, a w następnej chwili samochód wystrzelił do przodu. Nagłe przyśpieszenie z hukiem zatrzasnęło drzwiczki. Pojazd zakręcił ostro, piszcząc przeraźliwie oponami i zniknął za najbliższym rogiem. Jan z ciekawością rozejrzał się dookoła.

Tak, jak powiedział kierowca, znajdował się na wąskiej, zaśmieconej alejce. Po obu stronach wznosiły się drewniane płoty. Zgodnie z instrukcją ruszył do przodu i chociaż nikogo nie było widać, miał wrażenie, iż jest bacznie obserwowany. Nagle tuż za nim, w płocie, otworzyła się szczelina i jakiś chropawy głos rzucił tylko jedno słowo:

-Właź!

Po drugiej stronie płotu stało trzech mężczyzn, mierzących do niego z pistoletów. Wszyscy byli czarni.

Rozdział 8

- Więc to ty jesteś facetem z gwiazd - zapytał ten stojący najbliżej. Jan skinął w odpowiedzi głową a mężczyzna wskazał kierunek pistoletem. Chodź. Tam opowiesz nam wszystko.

Otoczyli go i popchnęli w stronę stojącego nieopodal domku. Po wejściu do środka znaleźli się w ciemnym, dusznym pokoju, którego wszystkie okna zabite były szczelnie deskami. Jedynym meblem był okrągły, drewniany stół, przy którym stało kilka podniszczonych krzeseł. Jeden z mężczyzn położył dłoń na ramieniu Jana, zmuszając go, by usiadł, a sam wymierzył w niego pistolet.

- Jesteś szpieg rzucił z wściekłością przez zaciśnięte zęby. Cholerny szpieg od...

-Odsuń się, głupku! wtrącił najstarszy z trójki, podchodząc bliżej.

Rozeźlony mężczyzna odstąpił niechętnie na bok, a starszy usiadł naprzeciwko Jana.

-Kłopot w tym, że przywiozły cię tu gliny. On tego nie lubi. Kto ich zresztą lubi? Jestem Willy. Ty jesteś Jan, widziałem twoje foto w telewizji.

Jan skinął głową, wytężając uwagę, by zrozumieć wypowiadane z dziwnym akcentem słowa.

-W telewizji gadali, że jesteś z gwiazd. Jeżeli to prawda to powiedz nam, co się tam dzieje.

Jan po raz wtóry zmuszony był do snucia opowieści o zwycięstwie rebelii. Mężczyźni słuchali z uwagą, od czasu do czasu prosząc o powtórzenie jakiegoś zdania najwidoczniej jego akcent był dla nich równie trudny do zrozumienia. Jan czuł, jak ponownie zaczyna opadać go znużenie. Od mówienia zaschło mu w gardle. Poprosił o wodę.

-Głodny jesteś? - zapytał Willy.

Jan przytaknął ruchem głowy i mężczyzna zawołał coś niezrozumiale przez otwarte drzwi.

Przyniesione pożywienie było Janowi zupełnie nieznane, jednak niezwykle sycące. Gotowana zielenina, biała fasola i coś, co zapewne było substytutem mięsa. Mężczyźni obserwowali go, jak jadł i rozprawiali o czymś z podnieceniem.

- Chcę wiedzieć powiedział w końcu Willy. Czy tam w górze są jacyś bracia.

-Nie rozumiem.

-Czarni. Czarni ludzie, jak my. A może to tylko biali zabijają się nawzajem?

Było to bardzo ważne pytanie. Gdy Jan odstawił pusty talerz na bok, w pokoju zaległa pełna napięcia cisza.

-Dziękuję. Byłem bardzo głodny zamyślił się na chwilę. Na początku chciałbym zadać wam jedno pytanie, Czy tutaj, w tym New Watts, wszyscy ludzie są czarni?

- Trafiłeś w dziesiątkę.

Na planetach nie występuje coś takiego. To znaczy, nie widziałem tam ludzi, którzy byliby odseparowani od siebie jedynie z powodu koloru skóry. Tutaj, na Ziemi, występują oczywiście różnice pomiędzy populacjami Afryki i Azji. Jednak podziały rasowe spowodowane są głównie przez odrębne miejsca zamieszkania. Lecz gdy ludzie osiedleni są na obcych planetach, wszystkie te uprzedzenia tracą na znaczeniu. Nie mają po prostu sensu. Jest tyle innych rzeczy, o które należy się martwić...

-Mówisz trochę za szybko -przerwał krzywiąc się Willy. Jeśli dobrze zrozumiałem, to powiedziałeś, że ludzie tam są ślepi na kolory? Że wszyscy mieszają się ze sobą?

- Właśnie. Kolor skóry nie jest tam ważny.

-Tutaj jest bardzo ważny -parsknął Willy i z rozmachem klepnął się w kolano.

Pozostała dwójka zanosiła się głośnym śmiechem. Jan uśmiechnął się także, chociaż nie bardzo wiedział, na czym polegał ten dowcip.

- Mamy nadzieję, że mówisz prawdę powiedział po chwili Willy, a jeden z mężczyzn wykrzyknął głośno:

- Amen.

-Jednak trudno w to tak uwierzyć. Pogadaj lepiej z Wielebnym. On mówi twoim językiem. Powie nam potem, co i jak.

Jan wyprowadzony został z pokoju przez tę samą trójkę mężczyzn. Chociaż wydawali się rozluźnieni, to jednak trzymana przez nich broń cały czas gotowa była do strzału. Jan spostrzegł, iż pistolety te były stare i solidnie zniszczone, niczym eksponaty muzealne.

Przeszli do kolejnego pokoju, który najwidoczniej pełnił funkcję olbrzymiej sypialni. Siedzące na łóżku nagie dzieci i siwowłose kobiety śledziły ich przejście w ponurym milczeniu. Było tu także wyjście, które stanowiła zwykła, wybita w ścianie dziura. Otwierała się na kryty pasaż, który prowadził do sąsiedniego, bliźniaczo podobnego domu. Gdy przeszli w ten sposób przez kilka budynków, Jan zorientował się, że wszystkie domy muszą być w ten sposób połączone, tworząc jedno, ogromne pomieszczenie. W końcu zatrzymali się przed zamkniętymi drzwiami. Willy zastukał lekko.

-Wejść - odpowiedział głos z wewnątrz.

Willy wprowadził Jana do obszernego, pełnego książek pokoju. Różnica, pomiędzy tym pomieszczeniem a pozostałymi była uderzająca. To, w którym się teraz znalazł, przypominało mu pokój, zajmowany przez jego starego profesora na uniwersytecie. Biurka zawalone były papierami i otwartymi książkami, na ścianach wisiały obrazy, a na podłodze stał nawet globus. Za biurkiem jednak, zamiast profesora, siedział mężczyzna równie czarny jak pozostali.

- Dziękuję, Willy - powiedział. Chcę teraz porozmawiać z tym panem na osobności.

- Czy będzie dobrze...

-Oczywiście, że będzie. Zostaw kogoś za drzwiami. Krzyknę, gdy będę czegoś potrzebował.

Gdy za wychodzącym Willym zamknęły się drzwi, mężczyzna zza biurka uniósł się i wyciągnął rękę. Jan uścisnął ją niepewnie, przyglądając się jednocześnie Wielebnemu. Był to postawny, w sile wieku mężczyzna, którego włosy i broda gęsto przetykane już były pasemkami siwizny. Jego ubiór stanowił ciemny, konserwatywny garnitur, doskonale pasujący do widniejącej pod szyją koloratki.

-Jestem wielebny Montour, panie Kulozik. Niech mi wolno będzie powitać pana w samym sercu naszej siedziby.

Zaskoczony Jan mógł skinąć jedynie głową. Ślady obcego akcentu, obecnego jeszcze przed chwilą, w trakcie krótkiej rozmowy z Willym zniknęły bez śladu. Wielebny przemawiał teraz miłym, kulturalnym tonem wykształconej osoby.

- Proszę siadać. Czy mógłbym zaproponować panu kieliszeczek sherry? To coś w rodzaju lokalnego wina i myślę, iż jego smak pozyska pańskie uznanie.

Jan pociągnął z kieliszka i z nieukrywanym podziwem rozejrzał się po pokoju.

-Proszę mi wybaczyć moją ciekawość powiedział. Ale lata minęły od chwili, kiedy po raz ostatni byłem w takim pokoju, jak ten. Podziwiam pańską bibliotekę.

-Dziękuję panu. Istotnie, jest imponująca. Większość zgromadzonych tu woluminów ma setki lat. Są już niezwykle rzadkie. Ich wszystkie kartki zostały pieczołowicie zabezpieczone przed wilgocią.

-Pozostałości po Uzurpatorach? Mogę spojrzeć? Dziękuję.

Odstawił szklankę i podszedł w stronę uginających się półek. Większość okładek była zniszczona, a same tytuły nieczytelne. Wyjął jeden z grubych tomów i otworzył na stronie tytułowej. Złoty napis głosił: "Wieki Średnie 3951500". Odwrócił ostrożnie stronę i przeczytał: "Rok wydania 1942". Gdy przemówił, jego głos drżał z przejęcia:

-Ta książka... ona ma przeszło pięćset lat. Nawet nie przypuszczałem, że coś takiego jeszcze istnieje.

-Mogę pana zapewnić, że jest jeszcze sporo tego typu pozostałości. Rozumiem jednak pańskie uczucia. -Jest pan Brytyjczykiem, prawda?

Jan skinął głową.

- Tak myślałem. Pański akcent i ten termin: Uzurpatorzy. Sądzę, iż w pańskim kraju jest on w dość powszechnym użytku. Musi pan jednak wiedzieć, że zbiór ten powstał u schyłku okresu, który historycy nazywają Retrocesją. W owym czasie różne kraje i obszary świata borykały się z tymi samymi trudnościami, lecz zabrały się za ich rozwiązywanie w różny sposób, wykorzystując zazwyczaj istniejące podziały społeczne. Wielka Brytania, ze swym społeczeństwem tradycyjnie już podzielonym na klasy, wykorzystała owo historyczne podłoże, by stworzyć sztywną, funkcjonującą do dzisiaj strukturę społeczną. Elity rządzące nigdy nie były zachwycone zbytnio możliwością gruntownej edukacji, która stałaby się udziałem mas. Odetchnęły więc z ulgą, gdy wkrótce stało się to po prostu fizycznie niemożliwe. Jednak proces hamowania swobodnego dostępu do edukacji i informacji, raz rozpoczęty, nie ma właściwie końca. Dzisiaj większość obywateli brytyjskich nie ma żadnego pojęcia o historii czy nawet o świecie, w którym żyją. Czy mam rację?

- W zupełności. Moje przypadkowe odkrycie tego faktu było początkiem całego łańcucha wydarzeń, które w efekcie doprowadziły mnie do tego właśnie pokoju.

-Rozumiem. Przestrzeganie przyjętych zasad w systemie takim, jaki panuje w pańskim kraju, musi być niezwykle uciążliwe. U nas historia potoczyła się w zupełnie odmienny sposób. Ameryka, pozbawiona w zasadzie systemu klasowego, rozwinęła system wartości oparty w większości o pieniądze. Zakrawa to na truizm, lecz w naszym państwie o statusie obywatela nigdy nie decydowało jego pochodzenie, lecz stan konta bankowego. Za wyjątkiem, oczywiście, mniejszości narodowych. Irlandczycy, Polacy czy Żydzi, jako tradycyjnie już odrzucane mniejszości zasymilowali się w końcu w przeciągu kilku pierwszych generacji, ponieważ ich typy rasowe umożliwiały im swobodne mieszanie się z resztą społeczeństwa. Jednak zupełnie inaczej było z rasą czarnych, którzy raz zepchnięci na samo dno białej społeczności, musieli już tam

pozostać, zmuszeni do tego powtarzającymi się cyklami fizycznej i edukacyjnej deprawacji. Tak wyglądała sytuacja na początku Retrocesji, a doprowadziła ona w naszym kraju do tego, co widzi pan obecnie. Przerwał i sięgnął po karafkę z sherry.

- Widzę, że pański kieliszek jest już prawie pusty. Przepraszam, ale obawiam się, że kiepski ze mnie gospodarz.

-Nie, proszę już mi nie dolewać. I proszę mówić dalej. Latami tkwiłem na planecie, która jest kulturową pustynią wszechświata. Pańskie słowa... rozmowa z Panem sprawia mi prawdziwą przyjemność. Nie może pan niestety zrozumieć, co czuję...

Wydaje mi się, że wiem. Odczuwałem to samo, gdy otworzyłem pierwszą książkę. Był to ten sam głód wiedzy, który mnie również zaprowadził do tego pokoju, do pozycji, którą obecnie zajmuję. Chciałem wiedzieć po prostu, dlaczego ten świat jest taki, jaki właśnie jest. Miałem wiele powodów aby go nienawidzieć lecz chciałem go także zrozumieć. Jak już powiedziałem, Retrocesja powiększyła jedynie tradycyjne podziały. Wasza policja w Anglii pozornie stała się niezwykle uprzejma, próbując dopilnować, by wszyscy obywatele posiadali niezbędne do przeżycia minimum, nawet jeżeli byłyby to jedynie zwykłe resztki pożywienia. Jednak gdy państwo zaczyna kontrolować wszystko, ludzie którzy kontrolują państwo osiągają władzę absolutną. I nie rezygnują z niej łatwo. Naszą narodową tradycją stało się deklarowanie, iż wszyscy potrzebujący są w rzeczywistości próżniakami, a pozostający bez pracy: leniami i pasożytami. Tak więc Retrocesja przyniosła kompletne zwycięstwo laissez fair e, czym okazał się doprowadzony do ekstremum zinstytucjonalizowany egoizm. To zadziwiające, w jakie nonsensy ludzie wierzą, gdy leży to w ich własnym interesie. Miejsce zdrowego rozsądku zajęły kompletnie nie sprawdzone teorie ekonomiczne, które umożliwiły dalsze bogacenie się bogatych, a biednych spychały na samo dno drabiny społecznej.

Montour westchnął i pociągnął łyk sherry.

A więc stało się to, co od początku było oczywiste. Gdy żywność i energia zaczęły się wyczerpywać, bogaci zaczęli większość zapasów zatrzymywać dla siebie, aż w końcu zawładnęli wszystkim. Zresztą była to polityka narodowa Ameryka sama konsumowała większość światowych zasobów nafty, nie dbając w zupełności o potrzeby innych krajów. Kto może więc winić jednostki, że przyjęły taki sam kurs? Jeżeli jakiś kraj pozwala swoim obywatelom umierać jedynie dlatego, iż nie stać ich na opiekę medyczną, szybko staje się narodem stojącym w obliczu poważnych kłopotów moralnych. Wybuchały zamieszki. Użycie siły pociągnęło za sobą nasilenie się aktów gwałtów i terroru. Broń dostępna była wszędzie, tak pozostało zresztą do dzisiaj. Efektem końcowym tego wszystkiego stał się naród podzielony, z brązowymi i czarnymi żyjącymi tak, jak pan to teraz widzi w gettach otoczonych drutem kolczastym. Uprawiają tutaj niewielkie poletka lub zarabiają na życie wykonując najbardziej upokarzające prace. Dobrodziejstwa techniki nie są dla nich osiągalne w najmniejszym nawet stopniu. I w przeciwieństwie do pańskiego kraju, tutaj nie ma żadnych prób ukrywania czy też fałszowania faktów, dzięki którym znaleźliśmy się w takiej właśnie sytuacji. Gnębiciele chcą, by gnębieni dokładnie widzieli, co się z nimi stało, aby nigdy ponownie nie podjęli jakiejkolwiek próby buntu. Czy dziwi się pan teraz, że z taką ciekawością słucham o rebelii na innych planetach? Z utęsknieniem czekamy, by rozszerzyła się wreszcie na Ziemie.

Jan mógł się jedynie z tym zgodzić.

-Proszę mi wybaczyć bezpośredniość pytania, lecz nie rozumiem, dlaczego klasy rządzące pozwoliły na pańską edukację?

Montour uśmiechnął się lekko:

-Nie pozwoliły. Ludzie o moim kolorze skóry pierwotnie przybyli do tego kraju jako niewolnicy. Bez wykształcenia, pozbawieni zostali własnych korzeni i własnej kultury. To, co obecnie posiadamy udało nam się uzyskać wbrew pozycji, w jakiej umieścili nas nasi panowie. Gdy zaczął się kryzys, nie mieliśmy zamiaru oddawać tego, co z takim trudem uzyskaliśmy. Zabrali nam wszystko, za wyjątkiem inteligenci musieliśmy więc nauczyć się robić z niej użytek. Bardzo pomógł nam w tym przykład innej, równie prześladowanej mniejszości Żydów. Poprzez wieki udało im się zachować kulturę i tradycje poprzez religię i szacunek do nauki. Człowiek religijny i wykształcony był w tej społeczności człowiekiem wysoko honorowanym. My także mieliśmy naszą religię, naszych profesorów i wychowawców. Pod wpływem okoliczności te dwie osoby stały się obecnie jedną, pełniącą te same funkcje. Ja swoje młode lata spędziłem na tych właśnie ulicach. Mówiłem językiem, który rozwinęliśmy na własny użytek, odkąd odsunięto nas od głównego nurtu życia. Lecz częścią mojej edukacji była także nauka języka naszych gnębicieli. Jeżeli wyzwolenie nie nadejdzie za mojego życia, przekaże moją wiedzę tym, którzy nastąpią po mnie. Wiem jednak wierzę iż pewnego dnia doczekamy się wolności. Jan dopił resztkę sherry i odstawił pusty kieliszek na biurko. Gwałtowne wydarzenia mijającego dnia sprawiły, iż czuł się lekko zdezorientowany. Jego umysł był prawie tak samo zmęczony, jak ciało; skupienie się nad tym, co przed chwilą usłyszał, przychodziło mu z wyraźnym trudem. Co za parszywy żywot wiedli tutaj ci ludzie! Prole w Anglii byli przynajmniej odżywiani i dbano o nich, niczym o bydło oczywiście, o ile akceptowali taki stan rzeczy. Tutaj ludzie zamieszkujący czarne getta Ameryki nie mieli takiego komfortu. Wiedzieli jednak, czym byli w przeszłości i czym stali się obecnie.

Naprawdę sam już nie wiem, który system jest gorszy powiedział zamyślony Jan. Pański czy mój.

Żadna z form represji nie może być lepsza od drugiej. A na świecie istnieją jeszcze gorsze systemy. Choćby wielki eksperyment socjalistyczny w Związku Radzieckim, łącznie z szaleństwem w rodzaju wewnętrznych paszportów czy masowych obozów pracy. Nie dowiemy się już nigdy, czy losy tego kraju potoczyłyby się zgodnie z teorią Marksa. Przed Retrocesją Rosjanie wciąż jeszcze nie zindustrializowali swej głównej rolniczej ekonomii, stąd więc powrót do stosunków feudalnych był już jedynie kwestią czasu. Wielu ludzi umarło, lecz w Rosji zawsze umierało wielu. Komisarze i wyżsi urzędnicy partyjni przejęli funkcję szlachty. Tytuły są być może trochę inne, ale gdyby którykolwiek z carów powrócił z przeszłości w czasy obecne, czułby się tam teraz jak u siebie w domu.

- Rebelia musi ogarnąć także i Ziemię - oświadczył Jan.

- W zupełności się z panem zgadzam. Wszyscy musimy pracować na tę chwilę...

Rozdział 9

Drzwi otworzyły się gwałtownie i do pokoju wtargnął Willy. Chrapliwy oddech i trzymane w obu dłoniach pistolety świadczyły o powadze sytuacji.

- Kłopoty nucił. Cholerne kłopoty.

-Co jest? - zapytał Montour, szybko zarzucając dotychczasowy sposób mówienia.

-Gliny. Tylu tych wściekłych psów na raz nie widziałem w życiu. Otoczyli całe New Watts i strzelają do wszystkiego, co się rusza. Mają działa ogniowe i...

Dalsze słowa zagłuszył ryk miotacza ognia, do którego po chwili dołączyły serie z broni automatycznej. Wszystko to działo się blisko, bardzo blisko. Jan poczuł, jak jego żołądek zaczyna kurczyć się ze strachu. Podniósł wzrok i spostrzegł, że obaj mężczyźni patrzą prosto na niego.

-Oni chcą mnie - powiedział.

Wielebny Montour skinął potakująco głową.

- To możliwe. Jeszcze nigdy nie najeżdżali nas w takiej sile.

-Nie ma sensu przeciągać tego dłużej. Te miotacze ognia zamienią tu wszystko w popiół. Lepiej będzie, jeżeli się poddam.

-Mamy miejsca, w których może się pan ukryć - odparł Montour. Gdy ich siły główne zbliżają się, nie będą już mogli używać ognia. Być może wypalą jedynie dziurę w płocie.

- Przykro mi, ale nie skorzystam z tej propozycji. Ostatnimi dniami widziałem już zbyt wielu zabitych ludzi. Nie chcę być odpowiedzialny za kolejną masakrę. Wychodzę na zewnątrz.

Montour przez chwilę spoglądał na niego bez słowa, a potem powoli skinął głową.

-Jest pan odważnym człowiekiem. Żałuje, iż nie możemy zrobić dla pana niczego więcej odwrócił się w stronę Willy'ego.

Zostaw pistolety tutaj i pokaż mu, gdzie jest policja.

Dwa pistolety upadły na podłogę. Jan uścisnął wyciągniętą w jego kierunku dłoń Montoura.

- Nie zapomnę tego spotkania.

-Ja także - Montour wyjął z kieszeni na piersi białą chusteczkę. Niech pan to lepiej weźmie. Oni często najpierw strzelają, a dopiero potem zadają pytania.

Willy ruszył pierwszy. Prowadząc Jana ciemnymi pasażami, mruczał coś wściekle pod nosem. Raz musieli usunąć się na bok, by przepuścić dwóch strzelców dźwigających trzeciego, którego koszula splamiona byk krwią. "To nie ma końca pomyślał gorzko Jan. Nigdy nie będzie miało końca".

- Tam masz tych pieprzonych drani - powiedział Willy, wskazując na drzwi, po czym odwrócił się i ruszył pośpiesznie w stronę, z której właśnie przybyli.

Jan przystanął obok otwartych lekko drzwi i wytknął na zewnątrz białą chusteczkę. W odpowiedzi posypał się grad pocisków, które przebiły drzwi i pomknęły z jękiem w głąb korytarza.

- Nie strzelać! wrzasnął, wymachując desperacko chusteczką. Wychodzę na zewnątrz.

Na ostry gwizd strzelanina zaczęła ucichać, a wzmocniony silnie głos wykrzyknął:

-Otwieraj drzwi powoli. Wychodzić pojedynczo, z rękami na głowie. Jeżeli ręce będą w innej pozycji, lub jeżeli wyjdzie was więcej, niż tylko jeden na raz, natychmiast otwieramy ogień. W porządku, a teraz wychodzić.

Jan złączył palce na czubku głowy, pchnął łokciem drzwi i wolnym krokiem ruszył w stronę stojących z bronią gotową do strzału policjantów. Dzięki jednakowym hełmom z przyłbicami i tarczom, wyglądali jak roboty.

Jestem sam - powiedział.

To on! - wykrzyknął ktoś.

Cisza - uciął sierżant. Schował broń do kabury i skinął na Jana dłonią. Tutaj, chłopcze. Idź powoli i spokojnie. Everson, podprowadź samochód.

Wytrenowanym ruchem złapał Jana za ramię i wykręcił je za plecy, zatrzaskując równocześnie kajdanki. Potem to samo zrobił z drugą ręką i pchnął go silnie do przodu.

Przeszli przez wyrwę w drucie kolczastym i skierowali się w stronę czekającego już wozu patrolowego. Poczerniały grunt był wciąż jeszcze ciepły. Sierżant wepchnął Jana głową naprzód do wnętrza samochodu i zatrzasnął za nim drzwiczki. Kierowca z piskiem opon ruszył do przodu.

Jechali w milczeniu. Jan czuł się rozbity i przygnębiony. Doskonale wiedział, co wydarzy się potem. Ponieważ pochodził z Ziemi, Służba Bezpieczeństwa bez wątpienia uważała go za jednego z przywódców rebelii. W poszukiwaniu dowodów rozedrą mu umysł na strzępy. Wiedział, jak wyglądali ludzie po takim badaniu. Śmierć byłaby wybawieniem.

Zatrzymali się przed wysokim budynkiem biurowym. Sierżant wywlókł go z samochodu i wepchnął przez otwarte drzwi do środka. Wewnątrz dwóch ubranych po cywilnemu policjantów schwyciło Jana za ramiona i poprowadziło w stronę windy. Więzień był zbyt wyczerpany, by zastanawiać się, dokąd właściwie idą. Wszystko było skończone. Policjanci wciągnęli go do pokoju i posadzili na krześle. Widniejące po drugiej stronie pokoju drzwi otworzyły się powoli.

Do środka wszedł ThurgoodSmythe.

Jan poczuł, jak całe zmęczenie i desperacja momentalnie zastąpione zostały zimną, morderczą furią.

Zafundowałeś nam niezły pościg, drogi szwagrze -powiedział oficer. Jeżeli przyrzekniesz, że będziesz zachowywał się rozsądnie, rozkażę zdjąć kajdanki. Ty i ja musimy poważnie porozmawiać.

Jan, siedząc z wbitym w podłogę wzrokiem i trzęsąc się z trudem pohamowywanej wściekłości, skinął jedynie głową.

Dobrze uśmiechnął się ThurgoodSmythe, nieopatrznie biorąc targające Janem uczucie za strach.

Zdejmijcie mu kajdanki. Nic ci się nie stanie, masz na to moje słowo.

Szczęknął metal i już po chwili Jan rozcierał czerwone pręgi na nadgarstkach, wsłuchując się w odgłos oddalających się kroków. Nie mógł już dłużej czekać wściekłość wezbrała w nim nagłą furią i musiał znaleźć dla niej ujście. Z gardłowym krzykiem zerwał się z krzesła i rzucił na swego ciemiężyciela. Zaskoczony ThurgoodSmythe runął na podłogę. Jan usiadł na nim okrakiem, zaciskając palce na gardle. Oficer krzyknął coś gardłowo w następnej chwili silne kopnięcie w szyję rzuciło Jana na bok. Skulił się, usiłując osłonić przed następnymi kopniakami.

Wystarczy -wysapał ThurgoodSmythe. Posadźcie go na krzesło i wynoście się stąd.

Usiadł naprzeciwko Jana i wymierzył w niego wyjętym z kabury pistoletem. Przez chwilę obaj mężczyźni oddychali ciężko.

Nie chciałbym, aby to się powtórzyło - powiedział w końcu ThurgoodSmythe. Mam ci coś ważnego do powiedzenia. Ważnego dla nas obydwu, lecz jednocześnie nie zawaham się cię zastrzelić, jeżeli zrobisz choć krok w moim kierunku. Zrozumiałeś?

Rozumiem, że zabiłeś moich przyjaciół. Zamordowałeś Sarę, zanim mnie...

Nie mówimy w tej chwili o przeszłości. Stało się. Twoje oskarżenie i żal nic tu nie pomogą.

Zabij mnie i skończ z tym wreszcie. Twoja gra w kotka i myszkę już mnie nie interesuje. Gdy widzieliśmy się po raz ostatni, powiedziałeś mi, bym pracował lub zostanę zniszczony. Przestałem pracować lub raczej zacząłem pracować nad obaleniem takich ludzi, jak ty. Jak chcesz, możesz to łatwo zakończyć.

Cóż za dziwaczny pociąg do samodestrukcji uśmiechnął się lekko ThurgoodSmythe i otarł z kącika ust strużkę krwi. Jednak wycelowana w Jana broń ani na chwilę nie zmieniła swego położenia. To do ciebie niepodobne.

- Zmieniłem się. Przekonałeś się na własnej skórze.

-Istotnie. Mam nadzieję, że również trochę dojrzałeś. Przynajmniej do tego, by usiąść i spokojnie wysłuchać, co nam ci do powiedzenia. W chwili obecnej zasiadam w radzie Narodów Zjednoczonych. Zajmuję się równocześnie koordynacją działań pomiędzy globalną siecią Służb Bezpieczeństwa a Ziemską Obroną Powietrzną. Debaty w radzie Narodów Zjednoczonych są pasmem jałowych dyskusji, które prowadzą do niczego. Na Ziemi nie ma w tej chwili jednolitej władzy obojętnie, co na ten temat wypisują w gazetach. Każdy kraj sam stanowi prawo dla siebie. Są jednak jeszcze na szczęście komitety, zajmujące się zarówno międzynarodowymi porozumieniami handlowymi jak i programem kosmicznym. Spacecontent

w Kalifornii jest towarzystwem międzynarodowym i do niedawna organizacją międzyplanetarną. Obaj wiemy, iż ostatnimi czasy strefa jej wpływów znacznie zmalała. A ponieważ pomiędzy Spacecontent a pewnymi krajami, które czerpią z jego przedsięwzięcia znaczne zyski, istnieje swego rodzaju sprzężenie zwrotne, moja pozycja jest zarówno bezpieczna jak i bardzo mocna. To bardzo odpowiedzialna pozycja, o czym nie przestaje mi powtarzać twoja siostra. A tak przy okazji cieszy się doskonałym zdrowiem. Pomyślałem, iż ucieszy cię ta wiadomość. Moja praca jest tak odpowiedzialna, że przed nikim nie muszę składać raportów z wyników mojej działalności. A to oznacza, że mogę zrobić z tobą wszystko, co będę chciał. Wszystko.

-Czyżbyś oczekiwał, że będę błagał cię o litość?

-W dalszym ciągu błędnie interpretujesz moje słowa, Janie. Wysłuchaj mnie uważnie, proszę. W przeciągu ostatnich kilku miesięcy zmieniło się dosłownie wszystko. Jak doskonale wiesz, nasze siły poniosły klęskę i zmuszone zostały do wycofania się z wszystkich planet, które były we władaniu Ziemi. Nastały bardzo dramatyczne czasy, które wymagają bardzo drastycznych środków zaradczych. Dlatego też wszystkie zarzuty, wniesione niegdyś przeciwko tobie, nie mają obecnie żadnej wartości. Jesteś wolnym człowiekiem, Janie, ze wszystkimi prawami przysługującymi wolnemu obywatelowi.

Jan parsknął krótkim śmiechem.

-Naprawdę sądzisz, że w to uwierzę? Za chwilę mnie poprosisz, abym dla ciebie pracował.

-Rzeczywiście, miałem coś takiego na myśli. Mam dla ciebie pracę, która doskonale odpowiada twojemu pochodzeniu i doświadczeniu w oczekiwaniu na lepszy efekt zawiesił na chwilę głos. To bardzo odpowiedzialne zadanie. Chcę, abyś skontaktował się z ludźmi z ruchu oporu tutaj, na Ziemi. Chcę, abyś został moim łącznikiem.

Jan pokiwał z politowaniem głową.

- Sądzisz więc, że byłbym w stanie ich wydać? Jesteś chorą pozbawioną skrupułów kreaturą.

-Rozumiem twój punkt widzenia, drogi Janie. To zresztą zrozumiale, biorąc pod uwagę okoliczności. Lecz wysłuchaj mnie do końca. Zamierzam opowiedzieć ci o sobie parę rzeczy, jakich nigdy nie podejrzewałeś. Pamiętasz chyba, że byliśmy kiedyś przyjaciółmi. Być może zostaniemy nimi ponownie, gdy wysłuchasz tego, co mam ci do powiedzenia. Tak jak i ciebie, jako młodego człowieka, zawsze intrygował mnie otaczający nas świat i sposób, w jakim funkcjonujemy. Ponieważ nie miałem żadnych innych środków, za wyjątkiem własnej ambicji, wiedziałem, że będę musiał zabrać się do tego na swój własny sposób. Odkrycie, w jaki właściwie sposób rzeczywiście prowadzimy życie, podobnie jak i ciebie przepełniło mnie wstrętem

i odrazą. Jednak w przeciwieństwie do ciebie, postanowiłem wniknąć raczej do władzy, niż próbować ją zwalczać. Rodzaj konspiracji od wewnątrz, mógłbyś powiedzieć...

-Przykro mi, ty sukinsynu, ale to nie przejdzie. Widziałem cię przy robocie, widziałem, jaką sprawiała ci przyjemność.

-Byłem przekonywujący, prawda? Ale były to tylko działania pozorujące. Wiedziałem, że Służba Bezpieczeństwa jest rzeczywistą siłą, która kontroluje Ziemię postanowiłem więc kontrolować Służbę Bezpieczeństwa. By tego dokonać, musiałem pozbyć się wszystkich potencjalnych rywali. Być zawsze najlepszym. Nie było to łatwe zadanie, jednak opłaciło się. Przy okazji osiągnąłem dwa cele za jednym zamachem. Zdobyłem władzę, będąc największym reakcjonistą ze wszystkich członków Służb Bezpieczeństwa. Nikt we mnie nie wątpił. Nikt także nie rozumiał, że działając w ten sposób poprzez zwiększenie represji zwiększyłem równocześnie siły ruchu oporu. Czuję się dumny, iż prowadzona z taką konsekwencją polityka zaowocowała wreszcie zbrojną rebelią. Tak, Janie. To, że planety są już wolne, jest moim osobistym sukcesem.

Jan pokręcił z niedowierzaniem głową.

-Nie, to zbyt nieprawdopodobne, by w to uwierzyć.

-Jednak to prawda. Zresztą, prawda czy też nie, nie powinno to mieć większego wpływu na nasze wzajemne stosunki. Od tej chwili jesteś wolny. Masz wszystkie przywileje, należne człowiekowi o twoim statusie. Wszystkie dane o twojej kryminalnej przeszłości zostaną wymazane, a do komputera powróci twoja oryginalna karta. Twoja nieobecność przez ostatnie lata wyjaśniona została jako praca dla Służby Bezpieczeństwa. Wszystkim, którzy posiadają odpowiednio wysoki stopień priorytetu, by móc zajrzeć do kartoteki, twoje akta wykażą, że zawsze byłeś wyższym oficerem Służby Bezpieczeństwa i wszystkie twoje zadania były ściśle powiązane z tą właśnie instytucją. Jesteś człowiekiem bardzo zamożnym, twoje konto bankowe jest pełne. Proszę, oto twoja nowa karta identyfikacyjna. Witamy z powrotem, Janie. Mam nadzieję, że nie odmówisz z tej okazji kieliszka szampana.

Jan wiedział, iż to wszystko musiało być kolejną, sadystyczną sztuczką. Chociaż od zadanych mu kopnieć bolało go całe ciało, spróbował zebrać myśli. Musi posłużyć się inteligencją, a nie emocjami. Jednak w stosunku do swego szwagra w dalszym ciągu odczuwał jedynie nienawiść; jakże musiał się on cieszyć, mając w swych rękach człowieka, który nienawidził go jak nikt na tym świecie! Ale o co w tym wszystkim chodzi? Musi to być pewnego rodzaju podstęp Jan wątpił, by ThurgoodSmythe był zdolny do prowadzenia uczciwej gry. Karty, którymi się posługiwał, musiały być znaczone. Cokolwiek jednak planował, z pewnością nie zostanie to teraz ujawnione. Co więc powinien zrobić? Przyłączyć się do gry? Udawać, że wierzy? Czy jest zresztą inny wybór? Jeżeli jego nowa tożsamość była rzeczywiście prawdziwa, to być może będzie miał wreszcie szansę uniknąć z sieci Bezpieki. Tak więc bez znaczenia będzie, co powie, jeżeli uda się mu opuścić ten pokój żywym. Nie miał żadnych obiekcji przed okłamywaniem szwagra w rzeczywistości była to przyjemność. Może obiecać przecież cokolwiek. To o wiele lepsze niż pewna śmierć, która niechybnie spotkałaby go, gdyby odmówił. Jan patrzył z niedowierzaniem, jak ThurgoodSmythe nalewa dwa kieliszki szampana. Szwagier odwrócił się i z szerokim uśmiechem wyciągnął jeden z nich w stronę Jana, który przyjął poczęstunek.

- Tak jest o wiele lepiej - powiedział ThurgoodSmythe. Pohamuj jedynie swe krwiożercze instynkty, a pozostaniesz przy życiu. Nie jesteś typem skłonnym do samobójstwa.

- Dobrze. Będę z tobą pracował. Zrobię, co każesz. Ale nikogo nie wydam, nie przekażę ci żadnych informacji.

-Doskonale. Nie proszę o nic więcej. Możemy wypić wiec za przyszłość i za nadzieję, że będzie pomyślniejsza dla całej ludzkości.

Podniósł swój kieliszek. Wypili.

-Co więc mam robić? zapytał Jan.

-Udasz się z misją. Do Izraela. Wierzysz mi teraz? Jeżeli wątpisz, równie dobrze możesz pozostać tutaj.

-Nie wierzę ci. Sam mi przecież powiedziałeś, że twój człowiek w rządzie Izraela śledził wszelkie poczynania ich agentów.

-To prawda. Nigdy nie mówiłem jednak, iż naprawdę wiem, co dzieje się w tym kraju. Jak już z pewnością sam się o tym przekonałeś, są to ludzie obdarzeni dużą siłą woli. Powiem ci teraz w sekrecie, co zresztą będzie dowodem mojej uczciwości, coś, co złoży moje życie w twoje ręce. Pod kodowym imieniem Kasjusz przekazywałem Izraelitom tajne informacje dotyczące Służb Bezpieczeństwa, nie żądając niczego w zamian. Sami bardzo wdzięczni, uważają bowiem, iż zrobiłem to wszystko jedynie dla lepszej przyszłości ludzkości. Zdobędziesz ich pełne zaufanie, gdy ujawnisz, że to ty właśnie jesteś Kasjuszem. Dam ci kod identyfikacyjny i kopie wszystkich informacji, które przekazywałem do Izraela w przeciągu ostatnich kilku lat. To, co stanie się później, zależeć będzie wyłącznie od ciebie. Jeżeli zdradzisz jednak ten sekret tutaj, w tej kwaterze, to przekonasz się, jak wielu ludzi chciałoby mnie zniszczyć i zająć moje stanowisko. Możesz też udać się do Izraela i przekazać najważniejszą wiadomość w całym swoim życiu. Wybór należy do ciebie, Janie.

-Wybór? Jan wątpił, by miał jakikolwiek wybór. Był pewny, iż pierwsza próba przekazania tych informacji jakiemukolwiek innemu oficerowi Służby Bezpieczeństwa zakończyłaby się jego natychmiastową śmiercią. ThurgoodSmythe był zbyt przebiegły, by pozwolić sobie na zagrożenie własnej pozycji. Nie. Musi podjąć tę grę. Zawiezie tę wiadomość do Izraela i niech oni zadecydują, co z tym wszystkim zrobić. Wygląda na to, że cały świat wywraca się do góry nogami. Część opowieści ThurgoodSmythe'a może być prawdą. Lecz równie dobrze szwagier może próbować opuścić tonący już statek, by uratować własne życie. Jan sam już nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć.

-Dobrze - powiedział wreszcie. Powiedz mi więc, co mam robić.

- Mądra decyzja. Nie będziesz jej żałował.

Oficer podszedł do biurka i z jednej z szuflad wyjął plastykową torbę. Podrzucił ją w dłoni i wyciągnął w stronę Jana.

-Wsadzę cię teraz w samolot do Nowego Jorku. W Arizonie i Kalifornii nie jest dla ciebie zbyt bezpiecznie wciąż jesteś poszukiwany. Mogę jednak sprawić, by stan alarmu nie objął całego kraju. Masz zarezerwowany pokój w WaldorfAstorii. Odpocznij, kup sobie nowe ubrania, odwiedź kilka restauracji. Gdy będziesz już gotowy, chcę abyś przejrzał zawartość tej teczki. Nie musisz uczyć się tego na pamięć, wystarczy, że będziesz wiedział czego dotyczą zamieszczone w niej informacje. Są dla mnie mocno obciążające, nie zawierusz ich więc gdzieś. Na przeczytanie ich będziesz miał osiem godzin. Potem papier ulegnie samozniszczeniu. Zadzwoń potem do mnie pod numer, który znajdziesz wewnątrz koperty, bym mógł poczynić kolejny krok. Jakieś pytania?

-Tak wiele, że nie wiem, od czego zacząć. Będę potrzebował trochę czasu, by się z tym wszystkim oswoić.

-Rozumiem cię doskonale. Witamy na pokładzie, Janie. Po tylu latach samotnej pracy miło mieć wreszcie kogoś do pomocy. Wyciągnął rękę.

Jan spojrzał na dłoń szwagra i po długim wahaniu pokręcił odmownie głową.

-Nie zapominam tak łatwo. Na twoich rękach jest zbyt wiele krwi, bym mógł ich dotknąć.

-Czy przypadkiem nie stajesz się przesadnie melodramatyczny?

-Być może. Będę z tobą pracował, ponieważ nie mam innego wyboru. Nie oznacza to jednak, że muszę to lubić a tym bardziej, że lubię ciebie.

Oczy ThurgoodSmythe'a zwęziły się lekko. Jednak gdy przemówił, w jego głosie nie było gniewu.

- Niech będzie i tak, Janie. Sukces jest ważniejszy, niż nasze osobiste animozje. Czas, byś ruszył na lotnisko.

Rozdział 10

W środku nocy przebudził Jana odgłos odległej eksplozji. Usłyszał ją wyraźnie, mimo że jego apartament mieścił się na trzydziestym piętrze, a okna posiadały podwójne, dźwiękoszczelne szyby. Pchnął drzwi i wyszedł na balkon. Po drugiej stronie miasta coś się paliło. Ulicami przemykały wozy policyjne i jednostki straży pożarnej, torując sobie drogę migocącymi światłami i syrenami. Pożar wyglądał na całkiem spory. Nie przyglądał się jednak długo, ponieważ na zewnątrz klimatyzowanego pokoju było nieznośnie duszno. Wciąż czuł się zmęczony i zasnął, gdy tylko znalazł się z powrotem w łóżku.

Gdy obudził się ponownie, pokój skąpany był w pełnym świetle dnia. Jan przeciągnął się i nacisnął guzik rozsuwający kotary. To, co na pierwszy rzut oka wyglądało na oryginalny obraz Rembrandta, po naciśnięciu odpowiedniego przycisku okazało się być ekranem telewizyjnym. Jan wybrał program z wiadomościami lokalnymi i zatrzymał przesuwające się w górę ekranu napisy na nagłówku: "EKSPLOZJA I POŻAR". Lista zniknęła, zastąpiona widokiem ławki w parku. Po żwirowej ścieżce maszerowało kilka gołębi. Na dwóch końcach ławki siedzieli kobieta i mężczyzna, oboje smukli, niezwykle piękni i opaleni. A także całkowicie nadzy. Uśmiechnęli się do niego, prezentując nieskazitelnie białe uzębienie.

- Dzień dobry - powiedział mężczyzna. Jestem Kevin ODonnel.

-A ja Patti Pierce. Które z nas ma zapoznać pana z wiadomościami porannymi?

Po wypowiedzeniu tej kuszącej propozycji, oboje zastygli nieruchomo, tak samo jak gołębie i szumiące cichutko liście drzew. Komputer czekał na jego decyzję.

-Patti, oczywiście - powiedział Jan szybko, a kamera zrobiła najazd na dziewczynę, która wstała i uśmiechnęła się promiennie. To, czy była prawdziwa, czy była tylko programem w komputerze, naprawdę nie miało żadnego znaczenia. Była zarówno piękna jak i godna pożądania i z pewnością uczyni wiadomości bardziej interesującymi. Chociaż Jan nie bardzo mógł zrozumieć, co naga spikerka mogła mieć wspólnego z wiadomościami.

-Wczoraj w nocy w domach towarowych Apple było bardzo gorąco oświadczyła Patti, wskazując na coś przez ramię.

Park zniknął, a na jego miejsce ukazał się obraz palącego się budynku. Olbrzymie płomienie biły wysoko w czarne niebo. Na ulicy przed budynkiem widniał porozkładany sprzęt ratowniczy, a mężczyźni z wężami strażackimi usiłowali ugasić pożar. Patti odwróciła się i wdzięcznym krokiem podeszła w stronę najbliższego wozu strażackiego. Wspięła się do wnętrza kabiny i usiadła na miejscu operatora drabiny.

Pożar magazynu trwał niemal przez całą noc, sir. Wezwano cztery oddziały straży. Walka z ogniem i niedopuszczenie, by płomienie nie rozprzestrzeniły się dalej, trwało aż do świtu. W budynku tym znajdowały się farby i łatwopalne chemikalia, co bardzo utrudniało pracę naszym bohaterskim strażakom. Nikt nie wie jeszcze, co było bezpośrednią przyczyną pożaru, lecz celowe podpalenie zostało z całą stanowczością wykluczone.

Na ekranie ukazał się właśnie jeden z bohaterskich strażaków. Podbiegł do pojazdu i zdjął wiszącą tuż obok Patti gaśnicę. Nawet jej nie zauważył. Stymulacja komputerowa była doskonała dziewczyna rzeczywiście sprawiała wrażenie, iż jest w samym sercu opisywanych wydarzeń.

Ktoś zapukał do drzwi. Jan szybko wyłączył telewizor i uśmiechnął się pod nosem; każdy z pozostałych gości z całą pewnością oglądałby nagą dziewczynę dalej.

- Proszę wejść - wykrzyknął i drzwi otworzyły się.

- Dzień dobry, sir, piękny mamy dzisiaj poranek - powiedział kelner, wtaczając na wózku zamówione przez Jana śniadanie.

Był to młody, biały mężczyzna, z widniejącym nad górną wargą śladem pierwszych wąsów. Położył tacę na stojącym obok łóżka stoliku i ukłonił się.

- Niezły pożar mieliście w nory - powiedział Jan.

- To te przeklęte czarnuchy - odparł kelner, ciężko oddychając przez rozchylone usta. Dzisiaj żaden z nich nie pojawił się w kuchni. To oni to zrobili.

- Myślisz, że to oni spowodowali ten pożar? W wiadomościach podano, że przyczyna nie jest jeszcze znana...

-Oni zawsze tak mówią. Ale to musieli być czarni. Powinni spalić za to Harlem do gołej ziemi.

Jan poczuł się nieswojo, wyczuwając tak jaskrawą nienawiść. Nalał sobie trochę kawy; kelner ukłonił się jeszcze raz i wyszedł. Jan nigdy przedtem nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo cała Ameryka podzielona jest na tle rasowym. Lecz musiało tu być tak zawsze, a gorączka wojny podsyciła jeszcze ogólny nastrój. Nic nie mógł na to poradzić, absolutnie nic. Ponownie włączył telewizor i spoglądał od czasu do czasu na ponętną Patti, całą uwagę koncentrując jednak na jajkach na bekonie i tostach.

Gdy wstał z łóżka, uwagę jego przykuła plastykowa koperta, którą zeszłego wieczoru rzucił na sekretarzyk. Nie był jeszcze gotowy, by ją otworzyć nie był nawet pewny, czy powinien to zrobić. Wiedział bowiem, że gdy już to zrobi, będzie musiał dołączyć do ThurgoodSmythe'a w jego zwariowanym planie. Spostrzegł, iż jego umysł w dalszym ciągu ma trudności z zaakceptowaniem nowej rzeczywistości. Nic zresztą dziwnego. Zmiany były zbyt gwałtowne. Po latach bezbarwnej wegetacji na Halvmork nie mógł narzekać teraz na brak silnych wrażeń. Podróż liniowcem, uwięzienie, ucieczka, ponowne uwięzienie i wreszcie to nieprawdopodobne wyznanie jego szwagra. Jan pomimo wszystko nie potrafił wyzbyć się nieufności. Przeszedł do marmurowo-złotej łazienki i spojrzał na swe odbicie w lustrze. Czerwone, podkrążone oczy, wymizerowana twarz i ślady zarostu na brodzie. Nieźle. Zanim cokolwiek zadecyduje, będzie musiał doprowadzić się do porządku.

Okrągła wanna była wystarczająco duża, by w niej pływać. Nastawił odpowiednią temperaturę i nacisnął przycisk NAPEŁNIANIE. Wanna niemal natychmiast stała się pełna. Najwidoczniej gdzieś niedaleko musiał być zbiornik wodny. Jan zanurzył się w pachnącej wodzie świadomy, jak daleko znajduje się teraz od New Watts i Harlemu, o którym wspominał kelner. I jak blisko jest tam w rzeczywistości. Ten świat, w którym nieliczni żyją w luksusie, a reszta egzystuje na krawędzi głodu, był bardzo nietrwałym miejscem. Okruchy rewolucji dotarły już na Ziemię. Lecz czy jest szansa, by dotarła sama rebelia?

- Mam nadzieję, że kąpiel sprawia panu przyjemność - powiedziała wchodząca właśnie na środek łazienki dziewczyna.

Ubrana była w kusy szlafroczek, który właśnie wolno zdejmowała pod nim była rozkosznie naga. Rzuciła strój na podłogę i szlafroczek zniknął. Jan zdał sobie sprawę, że patrzy na projekcję holograficzną.

Dyrekcja hotelu WaldorfAstoria życzy sobie, by podczas swego pobytu w naszym hotelu otrzymał pan najlepszą obsługę. Jeżeli pan sobie życzy, mogę zrobić panu masaż pleców, wymyć i osuszyć. Mogę też zaproponować o wiele bardziej intymny masaż w łóżku. Czy wyraża pan takie życzenie, sir?

Jan potrząsnął przecząco głową, widząc jednak znieruchomiały obraz, zrozumiał, iż komputer oczekuje dyspozycji ustnych.

- Nie. Odejdź ode mnie, Szatanie - dziewczyna zafalowała i zniknęła.

Jego żona znajdowała się o lata świetlne stąd, nie oznaczało to jednak, że o niej nie myślał. Skończył się myć i wyszedł z wanny, a samoczynny regulator opróżnił ją natychmiast i spłukał czystą wodą.

Gdy przybył tu poprzedniego dnia, na widok jego podniszczonego ubrania i braku bagażu nie uniosła się ani jedna brew, nie padło ani jedno znaczące spojrzenie. Nawet wtedy, gdy zajął jeden z najdroższych apartamentów w hotelu. Potrzebował jednak nowego ubrania wymagała tego jego pozycja. Nowa pozycja.

Szybko ubrał się i założył sandały. W saloniku znajdowała się skrytka, tam więc umieścił otrzymaną od szwagra kopertę. Z nową kartą identyfikacyjną otrzyma wszystko, czego będzie potrzebował. Uśmiechnął się pod nosem i wyszedł z pokoju.

Lobby hotelowe wypełnione było tłumem elegancko odzianych gości, głównie kobiet, które śpieszyły się do sklepu z konfekcją damską. Przepychając się pomiędzy nimi, czuł się niemal jak żebrak. W końcu wyszedł na zalaną słońcem ulicę. Przyjeżdżając tutaj wczoraj wieczorem, zauważył, że najwięcej sklepów widniało przy Lexington Avenue. Ubrania, buty, walizki było tam wszystko, czego mógłby potrzebować.

Chociaż ulicą przesuwało się sporo samochodów, na chodnikach nie było zbyt wielu pieszych. Miał już ruszyć w swoją stronę, gdy nagle zatrzymany został przez rosłego policjanta, który przyłożył mu do piersi koniec solidnej pałki.

- W porządku, koleś. Jeżeli szukałeś kłopotów, to właśnie je znalazłeś.

Jan zawrzał gniewem w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin widział już zbyt wielu policjantów.

-Obawiam się, że to pan jest właśnie tym, który będzie miał kłopoty powiedział wyciągając kartę identyfikacyjną. Proszę rzucić na to okiem. Potem oczekuję natychmiastowych przeprosin.

Pałka policjanta opadła powoli ku ziemi. Nienaganny akcent i wyszukane maniery nie pasowały jakoś do podniszczonego ubrania. Gdy stróż porządku zobaczył obok symbolu Służb Bezpieczeństwa trzycyfrowy numer, określający rangę Jana, zaczął wyraźnie drżeć. Zasalutował energicznie, a Jan poczuł się nagle głupio. Zachował się właśnie tak samo jak policjanci, którzy najechali New Watts.

- Przepraszam, sir. Nie wiedziałem. Ale to ubranie...

-Rozumiem - odparł Jan, chowające kartę do kieszeni. Wracam z rozpoznania. Właśnie wybierałem się, by kupić coś bardziej stosownego.

- A więc proszę za mną, sir, pokażę panu drogę. Zaczekam też, by odprowadzić pana z powrotem. Niebezpiecznie jest dzisiaj chodzić samemu po ulicach.

-Ogłoszono już alarm?

-Nie. Ale ludzie i tak już wiedzą. Plotki rozchodzą się szybko. Zastrzeliliśmy dwóch facetów, którzy spalili samochód pancerny. Obaj biali. Co oni sobie właściwie wyobrażają, do cholery? Jesteśmy na miejscu. To najlepszy sklep w Lexigton. Zaczekam na zewnątrz.

Zastukał głośno końcem pałki w drzwi. Otworzyły się prawie natychmiast.

-Proszę zająć się tym gentelmenem natychmiast powiedział, kręcąc przy tym znacząco pałką. Wystraszony sprzedawca kiwnął głową i gestem zaprosił Jana do środka.

Magazyn był bardzo ekskluzywny i bardzo drogi. Jan z prawdziwą przyjemnością oddał się wydawaniu sporej ilości świeżo zdobytych pieniędzy. Koszule, spodnie, garnitury, bielizna wszystko było bardzo lekkie, nie mnące się i łatwe do pakowania. Jeżeli w Nowym Jorku było gorąco, to Izrael z pewnością przypominać będzie rozpalony piec. Lubił ciepły klimat jedynie wtedy jednak, gdy był odpowiednio ubrany. Zakupy uzupełniły miękkie mokasyny i kilka par sandałów. Z przyjemnością spojrzał na własne odbicie w lustrze.

-Resztę proszę przesłać do hotelu Waldorf - powiedział i wskazał na swe stare ubranie, leżące na podłodze. A tego proszę się pozbyć.

- Oczywiście, sir. Czy mógłbym prosić o pańską kartę...?

Jan wręczył ją sprzedawcy ostatecznie nie były to jego pieniądze. Mężczyzna wsunął kartę do komputera, szybko wystukał wysokość sumy i oddał ją z powrotem. Pieniądze z konta Jana zostały już przetransferowane na konto sklepu.

Widząc nowe ubranie Jana, oczekujący na zewnątrz policjant skinął z uznaniem głową. Teraz wszystko było w porządku. Przeszli do sklepu z walizkami, a potem odwiedzili optyka, gdzie Jan dobrał odpowiednie okulary przeciwsłoneczne. Po latach spędzonych w mroku Halvmork jego oczy wciąż jeszcze nie mogły przyzwyczaić się do pełnego blasku słońca. Pod wpływem impulsu kupił jeszcze jedną parę i po wyjściu ze sklepu wręczył ją policjantowi. Mężczyzna aż sapnął, zdumiony. Nałożył je powoli i spoglądając na własne odbicie w oknie wystawowym, pogłaskał się z lubością po brzuchu.

-Nie zapomnę tego, sir. Jest pan klawym gościem. Nigdy przedtem nie spotkałem Angola, ale teraz wydaje mi się, że jesteście w porządku.

Ruszyli w drogę powrotną do hotelu. Policjant z uwagą spoglądał w twarz każdemu przechodniowi. Na widok czarnego mężczyzny w podniszczonym ubraniu jego pałka zatoczyła młynka. Mężczyzna trzymał oczy utkwione w chodniku i mijając ich, dotknął wpiętego w klapę marynarki plastykowego znaczka z pewnością jakiegoś identyfikatora. Niespodziewanie Jan miał już dość tego spaceru i z prawdziwą przyjemnością znalazł się w klimatyzowanym hollu WaldorfAstorii. Boy hotelowy zawiózł go na górę i otworzył przed nim drzwi apartamentu. Pudełka z jego zakupami stały już w równym rzędzie na podłodze w przedpokoju. Jan spojrzał na ozdobne drzwiczki sejfu. Ta chwila nie może być odwlekana w nieskończoność. Czas, by się dowiedzieć, w co się właściwie pakuje. Otwarciu koperty towarzyszył lekki syk dostającego się do środka powietrza. Wewnątrz znajdował się gruby plik papierów. Jan usiadł wygodnie w fotelu i zaczął czytać.

Była to przerażająca, dotycząca ostatnich dwu lat, kronika zła. Każda informacja była datowana, każda linijka zdumiewająco treściwa. Nazwiska aresztowanych, osadzonych w więzieniach i wreszcie straconych. Lista agentów obcych państw, których każdy ruch znano co do godziny. Wykaz meldunków, które dostarczali brytyjscy agenci i ich ambasady. Były tu także inne, niezwykle intrygujące informacje, które z pewnością nigdy nie ujrzały światła dziennego. Lord Mer Londynu, bogaty i szanowany biznesmen, okazał się równocześnie człowiekiem kontrolującym czarny rynek żywnościowy. Służba Bezpieczeństwa wiedziała o tym doskonale, nie zrobiła jednak niczego dopóki agenci niemieccy nie odkryli tego faktu i nie posłużyli się nim, by go szantażować. Problem ten rozwiązało morderstwo, czy też raczej nieszczęśliwy wypadek. W obszernym dossier było więcej tego typu informacji.

Jan przerzucał szybko strony, starając się zapamiętać nazwiska i daty najważniejszych wydarzeń. Było to nudne, lecz mogło okazać się niezwykle przydatne. Po kilku godzinach uświadomił sobie, iż jest głodny, zadzwonił więc po obsługę. Menu było wręcz imponujące. Zamówił pieczonego na ruszcie homara, zamrożoną butelkę Louis Martini i powrócił do czytania.

Godzinę później róg strony, którą właśnie przewracał, pozostał mu w palcach. Szybko przerzucał resztę materiału, próbując zapamiętać tak dużo, jak to tylko możliwe. Kiedy skończył, spostrzegł iż na dłoniach pozostał mu tusz i fragmenty papieru. Przeszedł do łazienki i włożył dłonie pod silny strumień ciepłej wody. Po powrocie spostrzegł, że z kartek pozostała jedynie kupka szarego proszku.

Jan podniósł kopertę i spojrzał na umieszczony wewnątrz numer telefonu. Czy miał jakikolwiek wybór?

Odpowiedź w dalszym ciągu brzmiała: nie. Ta cała sprawa musiała być jakimś szatańskim planem jego szwagra. Jednak w dalszym ciągu Jan nie był pewien, o co właściwie chodzi. Jeżeli nie zgodzi się na współpracę, był pewny, iż zostanie pozbawiony swego nowego statusu tak szybko, jak go poprzednio uzyskał. Musi się więc podporządkować i wydostać z kraju - a potem przemyśleć wszystko ponownie, gdy będzie już bezpieczny.

Szybko wystukał numer na klawiaturze telefonu. W sekundę później na ekranie ukazała się twarz ThurgoodSmythe'a. Widząc, kto dzwoni, oficer uśmiechnął się.

-Mam nadzieję, że zadowolony jesteś z pobytu w Nowym Jorku, Janie?

-Przeczytałem twoje dossier. -Bardzo dobrze. I jaka jest twoja decyzja?

-Jestem z tobą, dopóki nie dowiem się nowych faktów, które wszystko zmienią. Mam nadzieję, że od początku zdawałeś sobie z tego sprawę?

- Oczywiście. Witam na pokładzie. Jeżeli za godzinę wezwiesz taksówkę, zdążysz na specjalnie wyczarterowany lot do Kairu. Na pokładzie będą technicy i inżynierowie, udający się na nowo otwarte pola naftowe. Ponieważ byłeś długo nieobecny, powiem ci, że techniki ekstrakcji cieplnej rozwinęły się do tego stopnia, iż pozwalają po raz pierwszy od przeszło czterystu lat na ponowne wydobycie ropy. Dołączysz do nich jako specjalista obwodów mikroelektronicznych, którym jesteś przecież w rzeczywistości. Bilety, paszport i nowa karta identyfikacyjna czekają już na ciebie w recepcji. Zatrzymaj swoją obecną kartę na wypadek nagłego niebezpieczeństwa. Twoja nowa karta spełnia także inną funkcję. Numer identyfikacyjny jest także kodem identyfikacyjnym Kasjusza. Gdy podzielisz ten numer przez dzień miesiąca, wszystkie cyfry na lewo od przecinka dziesiętnego stanowią kod na ten właśnie dzień.

- A więc Kair. Co potem?

-Ktoś się z tobą skontaktuje. I postaraj się zapamiętać ten numer telefonu. Poprzez niego skontaktować się możesz ze mną natychmiast, gdziekolwiek będę. Powodzenia!

Ekran zgasł. Jan spakował swoje rzeczy i zadzwonił do recepcji. Zastanawiał się, jak się to wszystko skończy. Nie podobał mu się pomysł udawania się w drogę, o której nie wiedział, dokąd prowadzi. Jednak Stany Zjednoczone opuszczał bez żalu.

Rozdział 11

Przez pełnych sześć dni Jan poświecił się wyłącznie pracy. Szyby naftowe na pustyni Synaj były pierwszymi instalacjami, w których na skalę przemysłową wykorzystać miano złożoną technikę ekstrakcji cieplnej. Przypominało to pracę na cmentarzu ich obóz rozłożony został pośrodku starego pola naftowego. Wszędzie dookoła widniały antyczne pompy i wieże wiertnicze, ciche i nieruchome, zakonserwowane na wieki przez jałową pustynię. Współczesne instalacje były nowe i błyszczące, niczym świeżo wybita moneta. Budynki mieszkalne wykonano z lśniącego prefabrykatu, tak jak i całą resztę sprzętu. Wewnątrz laboratorium petrolog Karaman, kręcił trzymaną w dłoni probówką, wypełnioną ciemną, gęstą cieczą.

- Próbka wygląda na dobrą - powiedział. Jednak w przeciągu kilku dni dalsze pompowanie wstrzymano już po raz trzeci. Dlaczego?

- Kontrola sprzężenia zwrotnego - odparł Jan. Jest pan w tym projekcie od początku, więc z pewnością zna pan wszystkie wiążące się z tym problemy. Pod naszymi stopami, głęboko w piasku, panuje prawdziwe piekło. W dół pompowany jest azot, który przez generator atomowy zamieniany jest w plazmę. Powstałe w wyniku topienia piasku i skały składniki lotne wytwarzają ciśnienie, które wypiera z kolei naftę na powierzchnię. Tyle teoria. Lecz w praktyce występują setki czynników, które zaważyć mogą na całym procesie...

-Wiem. Może nastąpić eksplozja całego szybu lub nawet stopienie reaktora, tak jak przydarzyło się to nam w Kalifornii. Lecz mówiąc szczerze, Janie, ten etap mamy już za sobą.

-Lecz kontrola układu sterowania ciągle jest jeszcze w powijakach. Występuje brak niezbędnej korelacji przy równoczesnej kontroli poszczególnych cykli całego procesu. Cykle nakładają się, a wtedy musimy wszystko przerwać i zaczynać jeszcze raz od początku. Na szczęście otrzymaliśmy nowe programy, które powinny coś poradzić na te problemy. Musimy je jedynie wypróbować.

Karaman z ponurą miną wpatrywał się w probówkę. Po chwili odłożył ją na bok, by odebrać telefon.

- Dyrektor. Prosi, byś zgłosił się natychmiast do biura.

Po wejściu do biura, dyrektor wręczył mu złożoną kartkę papieru, na której widniało podkreślone słowo: PILNE.

-Wiadomość z centrali. Potrzebują cię, jak to powiedzieli, na wczoraj. I nie mówią nawet dlaczego. Cholera, nie mogli wybrać gorszego momentu, by cię stąd odwołać. Powiedz im, że już wkrótce rozpoczynamy wydobycie. Mnie nawet nie chcieli słuchać. Zrób tam, co trzeba i natychmiast wracaj. Stanowisz dla nas cenny nabytek, Kulozik. Na zewnątrz czeka już taksówka.

-Muszę się spakować...

-Wszystko już przygotowane. Pośpiesz cię i wracaj jak najszybciej.

Jan żywił silne podejrzenie, iż jego droga nie prowadzi bezpośrednio do Kairu. Arabski kierowca włożył walizki do bagażnika i usłużnie otworzył przed nim drzwi. Powietrze w klimatyzowanym wnętrzu pojazdu było rozkosznie chłodne. Po opuszczeniu terenu robót, kierowca wyjął ze skrytki płaskie, metalowe pudełeczko i podał je do tyłu.

- Po podniesieniu wieczka ukaże się zamek cyfrowy. Jeżeli nie jest pan pewny kombinacji, proszę, by nie eksperymentował pan we wnętrzu samochodu. Błąd grozi wybuchem.

-Dzięki odparł Jan, ważąc pudełeczko w dłoni. Czy jest coś jeszcze?

- Spotkanie. Wiozę pana właśnie na umówione miejsce. Opłata za przejazd wynosi osiemdziesiąt funtów.

Jan był pewny, z mężczyzna został opłacony z góry, a dodatkowa opłata była jedynie formą zarobku na boku. Niemniej jednak wręczył mu pieniądze.

Przez pół godziny jechali nieźle utrzymaną autostradą, a potem skręcili na jeden z nieoznakowanych szlaków, prowadzących prosto na pustynię. W chwilę później dojechali do miejsca, które przypominało zapomniane pole bitwy. Wszędzie dookoła widniały wypalone szkielety czołgów i porozbijane armaty.

- To już tutaj powiedział kierowca i otworzył drzwi.

Do środka wlała się fala gorąca. Jan wysiadł i rozejrzał się dookoła. Nie dostrzegł niczego, za wyjątkiem pordzewiałych wraków i samej pustyni. Odwrócił się i spostrzegł, że jego bagaże stoją już na piasku, a kierowca wchodzi do samochodu.

-Poczekaj krzyknął Jan. Co dalej?

Mężczyzna nie odpowiedział. Zamiast tego włączył silnik i zakręcając ciasnym łukiem, pomknął w stronę autostrady. Wyrzucony spod kół piasek obsypał Jana, który klnąc, uskoczył na bok i otarł twarz wierzchem dłoni. Gdy odgłos silnika umilkł już w oddali, panująca wokół cisza przytłoczyła go. Było w niej coś przerażającego. Było także gorąco, nieznośnie gorąco. Gdyby był zmuszony wracać w stronę autostrady na piechotę, musiałby pozostawić bagaże. W tej temperaturze dźwiganie czegokolwiek było nieprawdopodobieństwem. Położył metalowe pudełeczko w cieniu torby, mając jedynie nadzieję, iż umieszczony w środku ładunek wybuchowy nie jest wrażliwy na ciepło.

- Czy to ty jesteś Kasjusz? zapytał niespodziewanie jakiś głos.

Zaskoczony Jan odwrócił się i zamarł. Niedaleko zdewastowanego czołgu stała dziewczyna. Przez chwilę miał wrażenie, że patrzy na pustynny miraż. Nie, to nie była Sara ona zginęła, zamordowana na jego oczach, wiele lat temu. A jednak widok tej smukłej, opalonej dziewczyny o długich blond włosach wstrząsnął nim. Podobieństwo było ogromne. A może po tych wszystkich latach jego pamięć zaczyna mu już płatać figle? Była po prostu Izraelitką, tak jak Sara, to wszystko. Zorientował się, że nie odpowiedział jeszcze na pytanie.

- Przybywam od Kasjusza. Mam na imię Jan.

- Dvora - odparła. Podeszła bliżej i ujęła go za rękę. Uścisk jej dłoni był silny i ciepły. Od dawna podejrzewaliśmy, że Kasjusz musi być kilkoma osobami. Lecz porozmawiamy później, w jakimś chłodniejszym miejscu. Pomóc ci z bagażem?

- Dziękuję, poradzę sobie sam. Masz jakiś środek transportu?

- Tak. Ustawiłam go za tym wrakiem, by nie był widoczny od strony autostrady.

Dziewczyna przybyła takim samym łazikiem, jakich używali na polach naftowych. Jan rzucił swe bagaże na tylne siedzenie, a sam usiadł obok Dvory. Pojazd nie posiadał drzwi. Był otwarty, a ochronę przed słońcem stanowił metalowy dach. Dziewczyna wcisnęła przycisk na kolumnie kierowniczej i pojazd z lekkim szumem ruszył do przodu.

-Napęd elektryczny? - zapytał Jan. Dvora skinęła głową.

- Tak. Pod podłogą znajdują się baterie o podwyższonej gęstości, ważące przeszło czterysta kilo. Lecz dzięki temu te wehikuły są niemal samowystarczalne. Dach wyłożony jest ogniwami solarnymi najnowszej generacji więc energii starczy, by przejechać pustynię.

Odwróciła głowę i napotkawszy jego natarczywe spojrzenie, skrzywiła się lekko.

- Przepraszam, iż tak ci się przyglądam - powiedział zmieszany Jan. Przypominasz mi jednak kogoś, kogo znałem wiele lat temu. Ona także była Izraelitką, tak samo jak i ty.

- A więc byłeś już kiedyś w naszym państwie?

-Nie. To jest pierwszy raz. Ale ją poznałem niedaleko stąd, a potem spotkaliśmy się jeszcze raz w Anglii.

- Mieliście więc szczęście. Bardzo niewielu z naszych ludzi podróżuje za granicę.

- Ona była jak by to ująć bardzo utalentowaną osobą. Na imię miała Sara.

-Jest to bardzo pospolite imię. Bardzo często pojawia się w Biblii.

-Tak, chyba masz rację. Jej nazwisko usłyszałem tylko raz. Giladi. Nazywała się Sara Giladi.

Dvora nagłym ruchem przekręciła kluczyk w stacyjce. Łazik przejechał jeszcze kilka metrów i zatrzymał się. Dziewczyna, opierając łokieć o oparcie fotela, spojrzała na niego swymi ogromnymi, w tej chwili odrobinę smutnymi oczyma.

-Naszym światem nie rządzi przypadek, Janie. Teraz już wiem, dlaczego wysłano po ciebie mnie, a nie jednego z wyszkolonych agentów polowych. Ja także nazywam się Giladi. Sara była moją siostrą.

-A więc to tak. Właściwie sam powinien się tego domyśleć. Sposób poruszania się, głos...

- Sara nie żyje - powiedziała Dvora zadziwiająco opanowanym tonem. Wiedziałeś o tym?

W grymasie, który wykrzywił twarz Jana nie było ani cienia uśmiechu.

- Byłem tam, gdy ją zabili. Byliśmy razem. Próbowaliśmy wydostać się z Anglii. To było takie głupie... Ona nie powinna była umrzeć. To straszne.

-Pamięć tej chwili powróciła nagłą, paraliżującą falą. Huk wystrzałów. Bezwładne ciało w kałuży krwi. I obecność ThurgoodSmythe'a. Wszystko na jego rozkaz. Nieświadomie zacisnął dłoń na klamce.

-Nie powiedzieli mi żadnych szczegółów. Dvora nie odrywała oczu od jego zbielałych kłykci. Tylko to, że poległa na służbie. Czy... czy kochałeś ją?

- Czy to takie istotne?

- Dla mnie tak. Ja także ją kochałam. Czy mógłbyś mi opowiedzieć, jak to się stało?

-Oczywiście. Właściwie, to bardzo proste. Próbowaliśmy wyjechać z kraju, lecz nie mieliśmy na to nawet najmniejszej szansy. Zdradzono nas już na samym początku. Ona jednak o tym nie wiedziała. Zamiast poddać się, otworzyła ogień, zmuszając ich, by zrobili to samo. Pragnęła własnej śmierci bowiem nie chciała, by cokolwiek udało im się z niej wydobyć. I to właśnie było najstraszliwszą pomyłką. Oni od dawna już znali wszystkie szczegóły.

- Nic o tym nie wiedziałam. To rzeczywiście straszne. I chyba nawet bardziej dla ciebie, ponieważ ty wciąż musisz z tym żyć.

-Tak, ale ostatecznie to już przeszłość. Nie możemy przywrócić jej do życia.

-Nie chciał już więcej rozmawiać na ten temat. Łazik drgnął i ruszyli dalej. Jadąc przez pustynię, Jan nie mógł uciec przed kłębiącymi się pod czaszką myślami. Być może ThurgoodSmythe i Służba Bezpieczeństwa unicestwiła Sarę fizycznie, lecz już wcześniej została ona zdradzona przez własnych ludzi, przez własną organizację, tu, w Izraelu. Przynajmniej tak twierdził ThurgoodSmythe. Gdzie leżała prawda? Zanim zacznie z tymi ludźmi współpracować, będzie musiał się tego dowiedzieć.

Dalsza jazda była niezwykle wyczerpująca. Zatopieni we własnych myślach, niewiele mieli sobie do powiedzenia. Piasek dookoła z czasem zastąpiony został skałami. Wkrótce zaczęły pojawiać się znaki drogowe w języku hebrajskim i Jan zorientował się, że opuścili już pustynię Synaj znajdującą się w Izraelu.

- Jak daleko jeszcze?

- Pół godziny, nie więcej. Jedziemy do Beersheby. On już tam na ciebie czeka.

-Kto?

Odpowiedziała mu cisza, która trwała nieprzerwanie, aż do końca podróży. Jechali teraz brukowaną drogą, mijając niewielkie, zakurzone wioski i poletka uprawne. Niespodziewanie pustynia skończyła się i wszystko dookoła rozkwitło zielenią. Przejechali dolinę i tuż przed nimi pojawiło się miasteczko. Skręcili w wąską, wijącą się pod górę uliczkę i po kilku minutach jazdy zatrzymali się przed osamotnioną willą, otoczoną drzewami.

-Bagaże możesz tu zostawić powiedziała Dvora. Wysiadła z samochodu i przeciągnęła się. Ktoś o nie zadba. Weź jednak to metalowe pudełeczko. On na nie czeka.

W progu ukazało się dwóch młodych mężczyzn. Mijając ich, pozdrowili Dvorę gestem wysoko uniesionych dłoni. Jan, poprzedzany przez dziewczynę, przeszedł na obszerny balkon, otwierający się na dolinę i leżące poniżej miasto. Na ich spotkanie wyszedł stary, posiwiały i niezwykle chudy mężczyzna.

- Szalom, Janie Kulozik powiedział nieoczekiwanie mocnym głosem, zdecydowanie nie pasującym do jego wątłej postury. Jestem Amri BenHaim. Proszę usiąść.

-Wysłanie po mnie Dvory nie było przypadkiem?

-Oczywiście, że nie.

-A więc należy mi się parę słów wyjaśnienia- rzucił wojowniczo Jan, nie ruszając się z miejsca.

- To zrozumiałe. Za chwilę je pan otrzyma.

-Chciałbym, aby usłyszała je także Dvora.

- Naturalnie, dlatego tu jest. Czy teraz pan usiądzie?

Jan westchnął i opadł na jedno z krzeseł. Z wdzięcznością przyjął oferowaną mu ogromną szklankę mrożonej lemoniady. Po wypiciu, została natychmiast napełniona ponownie. Jan położył dłoń na spoczywającej na kolanach metalowej kasetce. Mógłby im ją wręczyć, chciał jednak najpierw wysłuchać, co ma do powiedzenia BenHaim.

-Czy wie pan, kto to jest ThurgoodSmythe?- zapytał Jan.

Amri BenHeim skinął poważnie głową.

Były szef brytyjskiej Służby Bezpieczeństwa. Przez ostatnie lata wspinał się coraz wyżej, najprawdopodobniej jest w tej chwili najpotężniejszym człowiekiem na Ziemi. Wiemy także, iż jest zaangażowany bezpośrednio w akcje wywiadowcze i militarne Narodów Zjednoczonych.

- A czy wie pan, iż jest także moim szwagrem? I że to właśnie on zwabił mnie oraz Sarę w pułapkę?

- Tak, wiem o tych wszystkich rzeczach.

-Nadeszła pora na najważniejsze pytanie. Jan odstawił szklankę na stolik i spróbował się rozluźnić. Jego słowa, gdy wreszcie padły, zabrzmiały jednak nadspodziewanie ostro:

-ThurgoodSmythe od samego początku w pełni zdawał sobie sprawę z istnienia w Londynie ruchu oporu. Wszystkich członków miał pod baczną obserwacją, dokonał nawet kilku aresztowań. Wiedział także, że Sara jest Izraelitka. Zginęła, by zachować to w tajemnicy, ponieważ obawiała się, iż jeżeli jej narodowość stanie się znana bezpiece, jej kraj może ucierpieć na skutek daleko idących reperkusji. Jej poświęcenie poszło jednak na marne. ThurgoodSmythe nie tylko wiedział o niej wszystko, ale także twierdził, że sam ściśle współpracuje z rządem Izraela. Twierdził, że podaliście mu pełną listę waszych ludzi, którzy próbowali pracować na własną rękę poza granicami Izraela. Czy to prawda?

- I tak, i nie odparł BenHaim.

- To nie jest wystarczająca odpowiedź.

- A więc postaram się ją rozwinąć. Nasze państwo ma dość niepewne powiązania z potęgami, które operują pod przykrywką Narodów Zjednoczonych. Podczas Retrocesji kraje te zapomniały zupełnie o Bliskim Wschodzie. Gdy złoża naftowe wyczerpały się, natychmiast odwróciły się plecami od tej wiecznie niespokojnej części świata. Wolny od wszelkich zewnętrznych wpływów, Izrael mógł wreszcie spróbować zaprowadzić tutaj pokój. Nie obyło się bez wojen, oczywiście. Umieraliśmy tysiącami, lecz przetrwaliśmy. Państwa arabskie szybko zużyły wszelką importowaną broń i naturalnie nie miały środków, by zakupić ją ponownie. Pobici przez nas, zwrócili się przeciwko sobie. Dżihad, ich święta wojna, poprzez Iran rozprzestrzeniła się aż po nasze granice. To także udało nam się przeżyć. W końcu nawet ich religia ustąpić musiała przed widmem głodu. Ludzie zaczęli masowo chorować i umierać. I tu właśnie zaczęła się nasza rola. Jednak w przeciwieństwie do światowych potęg, naszym zamiarem nie było tworzenie tu wysoko rozwiniętego, stechnicyzowanego i konsumpcyjnego społeczeństwa typu zachodniego. W istniejących warunkach taki model po prostu by się nie przyjął. Zamiast tego usprawniliśmy stare techniki uprawy ziemi, wprowadzając jedynie najniezbędniejsze procesy technologiczne, takie jak odsalania wody, co na tym obszarze jest niezwykle istotne.

- W dalszym ciągu nie odpowiedział mi pan jednak na moje pytanie.

-Proszę o chwilę cierpliwości, panie Kulozik. Wszystko, co teraz mówię, ma naprawdę istotne znaczenie. Mógłby pan powiedzieć, iż powróciliśmy do naszych ogrodów. Rozbudowaliśmy gospodarkę żywnościową i niewielkie formy przetwórstwa, odpowiednie dla tej części świata. Leczyliśmy choroby, budowaliśmy szpitale i szkoliliśmy lekarzy. Zatroszczyliśmy się także o nasze własne bezpieczeństwo. Zaprowadziliśmy dookoła pokój, ponieważ jedynie pokój jest najlepszą formą bezpieczeństwa. Wiem, że jest to dość trudne do zaakceptowania, szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę historię. Wszystkie najstarsze dokumenty pisane, włączając w to Stary Testament, są kronikami wojen. Niekończących się wojen. My na szczęście mamy to już za sobą. Gdy powróciła stabilizacja, świat ponownie stał się świadomy istnienia Bliskiego Wschodu jako obszaru, który przez cały rok zaopatrywać może wszystkie kraje w tak poszukiwane produkty żywnościowe. Nie powiem, by wpadł w nasze ramiona ze szczęścia w rzeczywistości było kilka prób przejęcia bardziej zdecydowanej kontroli. Wtedy właśnie nasze pociski atomowe, w większości porozmieszczane poza granicami Izraela, stały się bardzo ważnym czynnikiem tonującym te zapędy. My nigdy nie zaczniemy wojny atomowej. Chociażby dlatego, iż jesteśmy tak małym narodem, że kilka starannie wycelowanych bomb wodorowych zmiecie nas całkowicie z powierzchni Ziemi. Lecz inni wiedzą, że dzisiaj nawet martwi potrafią oddawać ciosy. Cena za rozpętanie wojny atomowej byłaby tak straszliwa, że nie istnieje w tej chwili naród, który odważyłby się ją zapłacić. Wypracowano więc pewnego rodzaju porozumienie, które szczęśliwie funkcjonuje już od setek lat. Dopóki pozostaniemy na miejscu, nikt się do nas nie wtrąca. Znaczy to, że my, Żydzi, niegdyś najbardziej kosmopolityczny naród na świecie, dziś staliśmy się narodem najbardziej zamkniętym. Oczywiście, by utrzymać tę niezwykle chwiejną równowagę, często korzystamy z pomocy innych rządów. W dużej mierze polegamy także na naszych agentach wywiadu.

- Na szpiegach?

-To inne określenie, lecz oznacza dokładnie to samo. Inne kraje także mają swoich agentów. Wiemy to, ponieważ często udaje nam się któregoś z nich pojmać. To samo dotyczy naszych agentów za granicą, niestety. A teraz wracając do pańskiego pytania. Gdy odkryliśmy, że Sara została zdemaskowana, było już zbyt późno, by cokolwiek zrobić z...

- Przepraszam, że panu przerywam, panie BenHaim, ale wydaje mi się, iż ta pańska gadanina nie wnosi nic nowego. Proszę nie poczytać moich słów za obrazę, ale żądam jasnej i precyzyjnej odpowiedzi.

- Cierpliwości, młody człowieku. BenHaim uniósł w górę otwartą dłoń. Już do tego dochodzę. ThurgoodSmythe poinformował nas, że zamierza aresztować Sarę i wymienić ją na trzech własnych agentów, którzy przebywali w naszych więzieniach. Oczywiście, przystałem na tę propozycję. Wiedziałem więc, że Sara jest w niebezpieczeństwie i prawdą jest także, że kontaktowałem się z ThurgoodSmythe'm.

Powiedział mi, iż to właśnie pan informował go o Sarze, tak samo jak i o obecności innych agentów na terytorium Wielkiej Brytanii, którzy próbowali działać na własną rękę.

- Skłamał panu. Nigdy nie było pomiędzy nami tego rodzaju porozumienia. I żaden z naszych agentów nie pracuje na własną rękę, obojętnie, co naopowiadał panu na ten temat ThurgoodSmythe lub sami agenci.

Jan wyprostował się nieznacznie.

- A więc któryś z was kłamie - powiedział.

-Właśnie. Wiec rozumie pan teraz, dlaczego zmusiłem pana do wysłuchania nudnawej historii naszego kraju. Może pan teraz osądzić, kto z nas dwóch jest większym kłamcą. Ja czy ThurgoodSmythe.

- Obaj możecie kłamać. On z pobudek czysto egoistycznych, a pan kierowany interesami własnego kraju. Wiem jedynie, że Sara jest martwa.

- Tak w ustach BenHaima zabrzmiało to niemal jak westchnienie. Nie miałem pojęcia, że tak to się zakończy. Gdybym wiedział zrobiłbym wszystko, by ją uratować. Wszystko inne jest zwykłym kłamstwem.

A ThurgoodSmythe jest najzręczniejszym intrygantem na świecie. Wszyscy utknęliśmy w jego sieci. A ja w szczególności. Przybywam tu jako Kasjusz człowiek, który przez ostatnie dwa lata dostarczał wam ściśle tajnych informacji.

- Wiem. Jesteśmy za to ogromnie wdzięczni.

-Jeżeli życzy pan sobie tego, mogę udowodnić, kto naprawdę jest Kasjuszem. Sam dowiedziałem się tego zaledwie tydzień temu. Czy chce pan o tym usłyszeć?

BenHaim skinął głową.

- Weryfikacja mogłaby być pomocna. Od samego początku byliśmy pewni, iż osobą tą mógł być jedynie sam ThurgoodSmythe. Dlatego byliśmy tacy zaintrygowani, gdy na scenie pojawił się pan.

-A więc przez cały czas była to jego prywatna rozgrywka - rzucił Jan. On bawi się z nami wszystkimi.

- Tak - potwierdził skinieniem głowy BenHaim.

-Jestem pewny, że częściowo tak to właśnie wygląda. Ale nie do końca. Mógł przygotować rolę Kasjusza z wielu powodów. Lecz gdy tak nagle pojawił się pan na Ziemi, niespodziewanie otworzyła się przed nim nowa możliwość, której nie mógł nie wykorzystać. Teraz musimy się dowiedzieć, o co mu naprawdę chodzi. Sądzę, że przesyłkę ma pan ze sobą. Jan położył pudełeczko na blacie stołu.

- Ma zamek szyfrowy - powiedział tonem wyjaśnienia. I eksploduje, gdy użyje się niewłaściwej kombinacji szyfru. A przynajmniej tyle powiedział mi ten typek w taksówce.

- Pewny jestem, iż ta informacja jest prawdziwa. Na początku całej tej afery Kasjusz podał mi siedmiocyfrowy numer. Czy to może być ta kombinacja?

Jan nie odrywał wzroku od metalowej kasetki.

-Nie wiem. Nie znam żadnej kombinacji.

- A więc musimy wypróbować moją BenHaim sięgnął po pudełko, lecz Dvora uprzedziła go.

-Nie sądzę, by było to mądre, aby przy próbie otwierania tego zamka uczestniczyła cała nasza trójka. Potrzebujemy ochotnika. Czyli mnie. Czy mógłbyś podać mi ten numer, Amri BenHaim?

-Nie pozwól jej na to - powiedział szybko Jan. Ja to zrobię.

Mamy już ochotnika odparł mężczyzna i wręczył dziewczynie złożoną na pół kartkę papieru.

Wzięła kasetkę i zeszła po schodach do ogrodu. Podeszła aż pod ścianę i machnęła w ich stronę ręką, a potem uklękła i pochyliła się nad pudełkiem.

Rozdział 12

Jan z prawdziwą ulgą spostrzegł, iż dziewczyna prostuje się i z uśmiechem triumfu prezentuje im trzymane ponad głową pudełko.

-Nie groziło jej większe niebezpieczeństwo -powiedział BenHaim, spoglądając bystro na Jana. W przeciwnym wypadku nie posłałbym jej tam. Lub też pan nie zezwoliłby jej iść.

Rozradowana Dvora wbiegła po schodach i położyła otwarte pudełeczko na stole. BenHaim wyjął ze środka wykonany z czarnego plastyku płaski czworokąt.

-Dyskietka pamięciowa Mark czternaście - powiedział Jan, rzuciwszy na to okiem. Gdzie jest pański terminal?

- Wewnątrz. Zaprowadzę pana - odparł BenHaim i uniósł się z fotela.

Jan, pod wpływem nagłego impulsu schwycił stojącą tuż obok Dvorę za rękę.

- To było głupie i niepotrzebne...

-Wcale nie, i doskonale o tym wiesz. A zresztą będzie to dobrze wyglądało w moich aktach personalnych.

Widząc jego zdumioną minę, dziewczyna wybuchnęła dźwięcznym śmiechem. Zawtórował jej, zdając sobie jednocześnie sprawę, że w dalszym ciągu trzyma ją za rękę. Chciał ją puścić, lecz Dvora trzymała go nadspodziewanie silnie. Nagle przytuliła się do niego mocno i pocałowała go. Jej wargi były miękkie i ciepłe.

Odwzajemnił pocałunek, a dziewczyna puściła jego dłoń. Cofnęła się o krok i obdarzyła przeciągłym, znaczącym spojrzeniem, a potem odwróciła się na pięcie i ruszyła do środka domu. Pośpieszył za nią.

BenHaim stał przed klawiaturą komputera i z niecierpliwością naciskał klawisze.

- I nic rzucił. Bez przerwy domaga się kodu dostępu. Nie mam pojęcia, o co mu chodzi. Jan spojrzał na widniejące na ekranie litery:

WPROWADZIĆ PRAWIDŁOWY KOD DOSTĘPU NIEPRAWIDŁOWY KOD SPOWODUJE WYKASOWANIE PAMIĘCI.

-A więc nie zna pan kodu - mruknął Jan, zwracając się właściwie do samego siebie. W takim razie ja muszę go znać. I przychodzi mi do głowy tylko jedna rzecz wyjął swą nową kartę identyfikacyjną i spojrzał na numer. ThurgoodSmythe powiedział, że gdy numer ten podzielić przez dzień miesiąca, stanie się on kodem identyfikacyjnym Kasjusza. A więc to musi być to.

Jan wprowadził numer do kalkulatora i podzielił przez 27. Cyfry na lewo od przecinka wprowadził do komputera i nacisnął klawisz zwrotny. Tym razem na ekranie ukazała się twarz ThurgoodSmythe'a, który uśmiechnął się i skinął lekko głową.

- Widzę, że dotarłeś do celu bezpiecznie, Janie. Sądzę, iż w tej właśnie chwili jesteś razem z moim starym współpracownikiem, Amri BenHaimem. Jak już zdążyłeś się zorientować, ta dyskietka jest zbyt ważna, by ryzykować przypadkowe odtworzenie zawartego na niej nagrania. Tak więc BenHaim miał połowę klucza, a ty, Janie, drugą. A teraz, proszę, usiądźcie gdzieś wygodnie, a ja postaram się wszystko wam wyjaśnić.

Jan dotknął klawisza STOP i twarz ThurgoodSmuthe'a zastygła w nieruchomą maskę.

-Nie sądzi pan, że powinniśmy to nagrać? Dysk z pewnością ulegnie samozniszczeniu, a wiec jakaś trwalsza kopia byłaby bardzo pożądana.

-Oczywiście - odparł BenHaim. Proszę tak zrobić.

Jan wsunął do komputera pustą dyskietkę i ponownie włączył odtwarzanie.

... chcę, aby obecna rebelia jak najszybciej dobiegła kresu. BenHaimie, Jan opowie ci o moich osobistych powodach, które kryją się za tą decyzją. Przypuszczam, że tak samo jak mój młody przyjaciel, nie uwierzysz w nie, ale trudno. Jak widzisz, jestem w tej sprawie szczery. Nie są one jednak najważniejsze. Proponowane przeze mnie rozwiązanie, mające na celu zakończenie tej niepotrzebnej wojny, leży na gruncie czystej pragmatyki. Na początku nakreślę wam ogólne zarysy mego planu. Zrozumiecie wtedy, iż okoliczności niejako same zmuszą was, byście przyłączyli się do mnie. Mam nadzieję, że wszyscy podzielacie wiarę w nasz wspólny cel, jakim w nadchodzącym konflikcie będzie absolutne zwycięstwo rebeliantów, a w konsekwencji dalszy, nieskrępowany rozwój i ekspansja całej rasy ludzkiej. A teraz szczegóły. Mój wywiad doniósł mi, że pozostałe jednostki Sił Przestrzennych grupują się właśnie w pobliżu Ziemi. W większości są to duże liniowce. Stawką w tej rozgrywce jest przyszłość wszystkich planet. Wiecie zapewne, iż jedynie Ziemia posiada niezbędne fabryki, by wyprodukować paliwo i komponenty napędu przestrzennego. Wszystkie uszkodzone lub niesprawne części mogą zostać wymienione jedynie tutaj, na Ziemi. A więc to, co kiedyś było podstawą potęgi tej planety, teraz może stać się główną przyczyną jej porażki. Jedyną rzeczą, jaką siły rebeliantów powinny w tej sytuacji zrobić, jest atak. I tak musi on zostać przeprowadzony wcześniej czy później lepiej jednak wcześniej, nim wraz z upływem czasu urządzenia odmawiać zaczną posłuszeństwa. Nie znam szczegółów planów rebeliantów. Wiem jednak, iż jest jedna rzecz, którą muszę zrobić, by mieć nadzieję na zwycięstwo. Muszę zaatakować i przejąć bazę Spaceconctentu na pustyni Mojave. Każdy inny kierunek ataku byłby samobójstwem. Wszystko, czego potrzebują Ziemskie Siły Przestrzenne do dalszej egzystencji, znajduje się właśnie tam. Jeżeli baza zostanie przejęta lub zniszczona, oznacza to koniec sił okupacyjnych. Winno to zostać przeprowadzone w następujący sposób: pierwszy atak nastąpić musi jeszcze w przestrzeni, by zmniejszyć siły grupującej się floty. Potem należy zająć kompleks na pustyni Mojave. Atak przeprowadzić należy z Ziemi, ponieważ obrona rakietowa jest zbyt silna, by jakakolwiek próba ataku powietrznego mogła zakończyć się powodzeniem. Po zajęciu ośrodka ostateczne zwycięstwo będzie już jedynie kwestią czasu. Janie, jestem w stanie umożliwić ci kontakt z flotą rebeliantów, co pozwoli ci na koordynowanie całej operacji. Po rozbiciu ziemskiej floty, siły Izraela zaatakują i opanują bazę Spaceconctentu, gdzie będą oczekiwały na wasze przybycie. Zanim podejmą jednak decyzję co do ewentualnej współpracy, chciałbym przypomnieć im o rajdzie na Entebbe i o powstaniu w gettcie warszawskim. Już czas, by ponownie opuścili getto...

Jan zatrzymał odtwarzanie i odwrócił się w stronę BenHaima. Spostrzegł, iż stary człowiek ma dziwny, zamyślony wyraz twarzy.

-Myślę, że ten człowiek jest szalony - stwierdził Jan. O czym on właściwie mówił w tym ostatnim zdaniu?

- Nie, szaleńcem nie jest z całą pewnością. Kusi nas obietnicą zbawienia, wiedząc, iż może to oznaczać zniszczenie. I by pomóc nam podjąć decyzję, przytacza przykłady z naszej własnej historii. Jego sposób rozumowania jest tak pokrętny, jakby wywodził się ze starej szkoły Talmudu.

-Powstanie Warszawskie miało miejsce podczas Drugiej Wojny Światowej wtrąciła Dvora. Żydzi byli tam mordowani przez nazistów, umierali z powodu chorób i głodu. Powstali wiec i walczyli przeciwko swym oprawcom, mając przeciw karabinom jedynie gołe pięści. Zginęli wszyscy. Wiedzieli, że zginą a jednak nie poddali się.

-Równie ważne jest - dorzucił BenHaim - że walczyli, by wydostać się z getta. Do dzisiejszych czasów bowiem Żydzi zmuszani są do życia w gettach. Więzieniem pozostawać może cały kraj, jednak w dalszym ciągu jest to więzienie. ThurgoodSmythe doskonale wie, że chcemy się z niego wydostać.

-A Entebbe? - zapytał Jan. Co to takiego?

-Niespodziewany rajd komandosów, który nie powinien był mieć nawet cienia szansy na powodzenie. Kuszenie przez ThurgoodSmythe'a mogłoby wpędzić w kompleksy samego Szatana!

-Mówiąc szczerze, to nie jest dla mnie takie zupełnie jasne przyznał Jan. Nie jesteście przecież z nikim w stanie wojny. Możecie po prostu zostać tutaj i czekać cierpliwie na dalszy rozwój wypadków.

-Zasadniczo ma pan rację. Lecz w rzeczywistości nasza wolność jest zaledwie iluzją wolności. Jesteśmy wolni na tyle, by, jak już mówiłem pozostawać w więzieniu wielkości kraju. Dochodzą do tego kwestie moralne, z którymi musimy się uporać. My wszyscy, w naszym maleńkim, miłym więzieniu otoczeni jesteśmy przez świat pełen ekonomicznie i fizycznie zniewolonych gojów. Czy powinniśmy im pomóc? My, którzy przez wieki byliśmy w niewoli, wiemy doskonale, co ona oznacza. A więc czy mamy odmówić pomocy dla innych w osiągnięciu tego, o co modliliśmy się dla nas samych? Jak już powiedziałem, jest to prawdziwy problem dla uczonych w Talmudzie. Ja jednak jestem jedynie starym człowiekiem i dlatego być może nie potrafię oprzeć się wątpliwościom. Posłuchajmy jednak głosu młodego Izraela. Co ty o tym wszystkim myślisz, Dvora?

-Ja nie myślę, ja wiem! odparła dziewczyna z ogniem w oczach. Musimy walczyć! Nie ma innej możliwości.

-Moja odpowiedź jest równie prosta powiedział Jan. Jeżeli istnieje choćby cień szansy na powodzenie tego planu, muszę się przyłączyć. ThurgoodSmythe powiedział, że ułatwi mi kontakt z naszą flotą. Bardzo dobrze. Opowiem im więc o tym planie, a także o naszych obiekcjach oraz o tym, jakim pokrętnym człowiekiem jest w rzeczywistości ThurgoodSmythe. W ten sposób odpowiedzialność za ostateczną decyzję nie będzie spoczywała wyłącznie na mnie. Zrobię więc to, co mówi. Nie mogę dać innej odpowiedzi.

-Tak, na pańskim miejscu zrobiłbym to samo przyznał BenHaim. Nie ma pan nic do stracenia, a do zyskania cały świat. Jednak to wszystko brzmi zbyt doskonale. Mam niejasne przeczucie, iż człowiek ten prowadzi jakąś diabelską grę.

-To nieważne powiedziała Dvora. Jeżeli to pułapka, rebelianci muszą zostać ostrzeżeni, by wykorzystać to dla własnej korzyści. A jeżeli nie jest to żaden podstęp, Izrael musi walczyć. Walczyć w wojnie, która położy kres innym wojnom.

BenHaim westchnął i pokiwał w zadumie głową.

-Jak wiele razy słowa te były wypowiadane? Wojna, która kładzie kres wojnom. Czy były one kiedykolwiek prawdziwe?

-Nie. Lecz mogą być nimi teraz upierała się Dvora. Włącz jeszcze raz, Janie. Posłuchamy zakończenia.

Miało to bardzo wiele sensu lub też nie miało go kompletnie. Jan nagle poczuł, iż znajduje się w takiej samej pułapce, w jakiej znaleźli się Izraelici. Przecież jedyne, co łączyło go z ThurgoodSmythe'm to wizja, iż któregoś dnia zginie on z jego ręki. A teraz okazuje się, że pracuje dla swego największego wroga. Zupełnie zdezorientowany, pokręcił głową i nacisnął klawisz startu.

... by ponownie opuścić getto. Przemyślcie więc to, co wam przed chwilą powiedziałem. Zwołajcie Knesset i zadecydujcie. Mój plan nie przewiduje rozwiązań alternatywnych. Musicie zaakceptować go w całości lub odrzucić. Wszystko albo nic. Macie jeszcze trochę czasu, by rozważyć wszystkie za i przeciw. Powracająca flota będzie tu za około dziesięć dni. Wasz atak winien mieć miejsce przed świtem w dniu, o którym zostaniecie poinformowani oddzielnie. W następny piątek wasza rozgłośnia radiowa emitować będzie swój zwykły, cotygodniowy program upamiętniający tych, którzy polegli. Jeżeli zdecydujecie się do mnie przyłączyć, umieśćcie po prostu nazwisko Jana Kulozika na liście poległych. Jan nie należy do ludzi przesądnych, jestem więc pewien, iż nie będzie miał nic przeciwko temu. Jeżeli zadecydujecie jednak, że próba uratowania ludzkości nie powinna stać się waszym udziałem, nie róbcie niczego bowiem i tak niczego nie będziecie mogli zrobić. To mój ostatni przekaz. Nie usłyszycie mnie więcej. Z tymi słowami ekran zgasł.

-Co za umysł! wykrzyknął BenHaim, wpatrując się w pusty ekran. Teraz nałożył jeszcze na nas poczucie winy. Czy jest pan pewny, iż on nigdy nie studiował teologii?

-Niczego już nie jestem pewien, jeżeli chodzi o mego ukochanego szwagra. Zaczynam wierzyć jednak w jego wszystkie wcześniejsze dokonania. Lecz z pewnością jest także królem kłamców. Co ma pan zamiar zrobić dalej?

-To, co zasugerował. Przedstawię jego propozycję dla Knessetu. To nasz parlament. Niech trochę tej odpowiedzialności i winy spadnie i na ich ramiona.

Dvora i Jan wyszli z pokoju, a BenHaim zasiadł przed telefonem. W pomieszczeniu przez cały czas płonęło światło, nie zauważyli więc, że na zewnątrz zapadł już zmrok. Wyszli na balkon. Oboje milczący. Gdy odwrócił się do niej, spostrzegł, że dziewczyna zwrócona jest do niego twarzą. W następnej chwili była już w jego ramionach.

Upłynęło wiele czasu, nim oderwała swoje wargi od jego ust, lecz w dalszym ciągu obejmowała go mocno ramionami. Jej słowa były zaledwie szeptem:

-Chodźmy do mego pokoju. To miejsce jest zbyt na widoku.

Delikatnie pogłaskał ją po ramionach i nagle poczuł delikatne ukłucie winy.

-Jestem żonaty, Dvora. Moja żona jest o lata świetlne stąd... zamilkł, gdy położyła mu na ustach dłoń.

Rozdział 13

- Cicho. Chcę się z tobą kochać, a nie wychodzić za ciebie za mąż. Chodź za mną.

Ruszył z większą ochotą, niż chciałby się do tego przyznać.

-My chyba nigdy nie dostaniemy tu czegoś do jedzenia powiedział Jan.

- Jesteś bardzo wymagający uśmiechnęła się Dvora. Większość mężczyzn nie miałaby już do tego głowy.

Przez zaciągnięte story do pokoju sączyło się już pierwsze światło poranka. Dziewczyna zrzuciła koc i przeciągnęła się leniwie. Jan przewrócił się na bok i koniuszkiem palców dotknął jej płaskiego brzucha. Zadrżała lekko.

-Cieszę się, że żyję powiedziała. Śmierć z pewnością musi być niezwykle nudna. To, co obecnie robimy, jest o wiele bardziej podniecające.

Uśmiechnął się zamierzając ją objąć, lecz dziewczyna wyśliznęła się z jego ramion i wstała. Kiedy wygięła plecy do tyłu i sięgnęła palcami ku włosom, wyglądała jak przepiękna, żywa rzeźba.

-To ty wspomniałeś o jedzeniu, a nie ja powiedziała. Lecz teraz, gdy to słowo nareszcie padło, czuję, iż także jestem głodna. Chodź. Zrobię nam śniadanie.

-Chyba lepiej będzie, jak przedtem udam się do swego pokoju.

-Nie przerywając czesania będących w nieładzie włosów, roześmiała się serdecznie.

-Dlaczego? Nie jesteśmy przecież dziećmi. Jesteśmy dorośli i możemy robić, co nam się podoba. A przynajmniej my tak robimy. Z jakiego ty właściwie świata przybywasz?

-Z zupełnie innego, niż tutaj. Chociaż w Londynie Chryste, jak to wydaje się dawno temu przypuszczam, że zachowywałem się podobnie. Potem żyłem jednak w piekle Halvmork a jest to świat, o którym nie mam zamiaru nawet zaczynać ci opowiadać. Śniadanie jest zdecydowanie lepszym pomysłem.

Łazienka, chociaż nie tak przytłaczająco luksusowa jak w WaldorfAstorii, fukcjonowała całkiem przyzwoicie. Po przekręceniu kurka z kranu popłynęła ciepła woda. Jan pomyślał, iż w tym kraju najprawdopodobniej wszyscy mają podobne instalacje. Była to koncepcja demokracji, której nigdy jeszcze nie rozważał. Równość w dostępie do środków fizycznego komfortu, tak samo jak równość w swobodzie wyboru. Burczenie w brzuchu przerwało te filozoficzne rozmyślania; szybko umył się i ubrał. Potem, kierując się zapachami, przeszedł do obszernej kuchni. Przy drewnianym stole siedzieli już młody mężczyzna i kobieta. Na jego widok skinęli głowami a Dvora wręczyła mu kubek pełen parującej kawy.

-Przede wszystkim jedzenie, towarzyskie konwenanse później powiedziała. Jak chcesz swoje jajka?

-Na talerzu.

-Mądra decyzja. Spróbuj także tego podejrzewani, że po raz pierwszy w życiu będziesz miał przyjemność skosztować potrawy prawdziwie koszernej.

Młodzi ludzie przy stoliku obok wstali i bez słowa wyszli na zewnątrz. Nawet się nie przedstawili. Jan już wcześniej zauważył, iż tu, w samym sercu izraelskiego wywiadu, wymienianych jest bardzo niewiele nazwisk co zresztą jest cechą wspólną dla wszystkich wywiadów świata. Dvora postawiła na stole talerze i usiadła naprzeciwko niego. Oboje wykazali wprost wilczy apetyt, rozprawiając od czasu do czasu o zupełnie nieistotnych rzeczach. Kończyli właśnie, gdy do kuchni pędem wbiegła młoda dziewczyna. Była śmiertelnie poważna.

-BenHaim chce widzieć was natychmiast. Mamy poważne kłopoty.

Atmosfera w całym domu stała się wyraźnie napięta. BenHaim siedział w tym samym fotelu, w którym zostawili go poprzedniego wieczoru być może siedział w nim przez cały ten czas. Z nieobecnym wyrazem twarzy ssał dawno wygasłą fajkę.

-Wygląda na to, że ThurgoodSmythe wywiera na nas pewien nacisk. Powinienem był domyślić się wcześniej, iż nie ograniczy się jedynie do poproszenia nas o przysługę. To nie w jego stylu.

-Co się właściwie stało? zapytała Dvora.

-Obławy. Na całym świecie, w każdym niemal kraju. Raporty wciąż napływają. Nazywają to aresztowaniami prewencyjnymi. Powołują się na stan zagrożenia. Mają naszych ludzi, wszystkich. Misje handlowe i przedstawicieli biznesu, a nawet tajnych agentów, o których sadziłem, że wciąż są bezpieczni. Wszystkich aresztowano. Dwa tysiące ludzi, może więcej.

-Przyciska śrubę przyznał niechętnie Jan. Czy podejrzewa pan, jaki może być jego następny krok?

-Co więcej mógłby jeszcze zrobić? Tych kilka tysięcy naszych obywateli, których aresztował, są jedynymi osobami, które legalnie, czy też nie, przebywają poza granicami Izraela. A on ma ich wszystkich. - Jestem pewny, że to do czegoś prowadzi. Znam sposób, w jaki ThurgoodSmythe przeprowadza swe operacje i wiem, że to dopiero pierwszy krok.

Ponure prognozy Jana sprawdziły się w przeciągu niecałej godziny. Na wszystkich dwustu dwunastu kanałach telewizyjnych przerwano nadawanie bieżących programów, by podać ważne obwieszczenie. Wygłaszał je doktor Bal Ram Mahant, obecny Prezydent Narodów Zjednoczonych. Stanowisko to od dawna było wyłącznie tytularne, a jego funkcja polegała głównie na otwieraniu i zamykaniu kolejnych sesji Narodów Zjednoczonych. Czasami wygłaszał także przemówienia, przy okazjach takich, jak ta. Orkiestra wojskowa grała dziarskie marsze, a cały świat obserwował ekrany i czekał. W końcu dźwięki muzyki zamarły, a na ekranie ukazała się twarz doktora Mahanta. Skinął głową, jakby przed niewidzialną publicznością i zaczął mówić wysokim, podniesionym głosem:

-Obywatele świata. Jesteśmy pośrodku toczącej się, okrutnej wojny, spowodowanej przez anarchistyczne elementy zamieszkujące planety Konfederacji Ziemi. Nie jestem, tu jednak po to, by mówić o wielkich bitwach, które nasi dzielni żołnierze toczą i wygrywają w imię całej ludzkości. Jestem tu, by opowiedzieć wam o większym nawet zagrożeniu dla naszego bezpieczeństwa. Pewne ilości osobników z Izraela, przejmuje dostawy tak życiowo dla nas ważnej żywności, dla swych własnych celów. Są oni żerującymi na wojnie spekulantami, robiącymi fortuny na nieszczęściu i głodzie innych. Nie możemy na to pozwolić. Muszą oni zrozumieć, że ich postępowanie jest sprzeczne z etyką i prawem. Sprawiedliwości musi się stać zadość, zanim inni zdecydują się podążyć ich śladem. Doktor Mahant westchnął, wszak ciężar odpowiedzialności za świat spoczywał na jego barkach. Najwidoczniej zaakceptował to brzemię, wzruszył bowiem lekko ramionami i kontynuował dalej:

Nawet w tej chwili nasze wojska posuwają się w głąb Egiptu, Jordanii i Syrii, oraz wszystkich pozostałych najważniejszych producentów żywności w tym rejonie. Przyrzekam, iż nikt z was nie będzie głodny. Dostawy żywności będą kontynuowane pomimo oburzających praktyk tej egoistycznej mniejszości. Rebelia zostanie złamana i wspólnie podążymy ku ostatecznemu zwycięstwu.

Twarz Prezydenta zastąpiona została powiewającą na wietrze białobłękitną flagą Ziemi. Z głośników buchnął ogłuszający aplauz. Trąby zagrzmiały nawet głośniej, niż na początku audycji.

BenHaim wyłączył telewizor.

-Nic z tego nie rozumiem przyznał zdezorientowany Jan.

-Za to ja rozumiem bardzo dobrze odparł BenHaim. Zapomina pan, że reszta świata nie ma nawet pojęcia o istnieniu naszego narodu. Nie obchodzą ich nasze losy, byleby tylko ich brzuchy napchane były do pełna. Te ziemie zamieszkane są przez spokojnych wieśniaków, którzy wysyłają swe produkty poprzez własnych przedstawicieli. Lecz to my nauczyliśmy ich, jak nawadniać i użyźniać pustynię, to my zapewniliśmy im niezbędne rynki zbytu na ich produkty. W naszym wreszcie posiadaniu znajdują się wszystkie morskie i powietrzne środki transportu. Do tej pory. Czy widzi pan, co on zamierza z nami zrobić? Zewsząd jesteśmy wypędzani, ponownie zamykani w obrębie własnych granic. Wkrótce nastąpią dalsze restrykcje. A wszystko to jest dziełem jednego tylko człowieka ThurgoodSmythe'a. Nikt nie przejmuje się losem tego niewielkiego zakątka świata, nie w obecnych czasach. I proszę zauważyć, jakim znakomitym okazał się znawcą historii. Z jaką pieczołowitością odszukał stare terminy, których głównym zadaniem już w średniowiecznej Europie było podsycanie antysemityzmu. Spekulanci, krwiopijcy, bogacący się gdy reszta przymiera głodem. Jego przesłanie jest zupełnie jasne.

Jan skinął głową.

-Ma was w garści. Jeżeli nie zrobicie, czego chce, będzie cierpiał cały wasz kraj.

-Ten kraj i tak będzie cierpiał. Przetrwamy jedynie wtedy, gdy wielkie potęgi tego świata nie będą zwracały na nas uwagi. Tak naprawdę, to tych naszych kilkanaście bomb atomowych przeciwko ich setkom tysięcy stanowi bardzo iluzoryczną równowagę. Jesteśmy zbyt mali i słabi, by zawracać sobie nami głowę. Tak długo, jak pozostawaliśmy spokojni i zapewnialiśmy im w zimie świeże pomarańcze i avocado, byliśmy bezpieczni. Teraz ThurgoodSmythe chce to wszystko zmienić, a wojna dostarczyła mu doskonałego pretekstu. Ich oddziały suną wolno w stronę naszych granic. Nie możemy ich powstrzymać. Zajmą wszystkie wyrzutnie naszych rakiet porozmieszczane poza granicami naszego państwa. A gdy tego dokonają, będą mogli zrzucić własne bomby lub wysłać czołgi. Nie będzie to już miało większej różnicy. Tak czy owak, przegramy.

-ThurgoodSmythe rzeczywiście może tego dokonać rzucił ze złością Jan. Nie z zemsty, iż nie otrzymał waszej pomocy byłoby to działanie emocjonalne, a osobników emocjonalnych zawsze można przekonać, by zmienili zdanie. Lecz ThurgoodSmythe jest człowiekiem innego pokroju. Działa bez zbędnych nerwów i zawsze doprowadza do końca to, co zaplanował. Chce, byście byli tego pewni.

-Zna go pan bardzo dobrze powiedział BenHaim, spoglądając uważnie w twarz Jana. -A ja sądziłem, że to tylko zbieg okoliczności. Teraz rozumiem, dlaczego jako emisariusza przysłał właśnie pana. Nie było właściwie potrzeby, by pan osobiście doręczył nam jego przesłanie. Chciał jednak, byśmy byli absolutnie pewni jego motywów, byśmy dokładnie wiedzieli, jakim jest typem człowieka. Jest więc pan adwokatem diabła, Janie, czy to się panu podoba, czy nie.

-Co więc zrobimy? zapytała głucho Dvora.

-Musimy przekonać Knesset, iż naszą jedyną szansą jest przyłączenie się do planu ThurgoodSmythe'a. Wyślę wiadomość przez radio, obojętnie czy za ich zgodą, czy też bez. W końcu i tak się przyłączą. Nie mają po prostu żadnej innej alternatywy. A potem nastąpi druga Diaspora.* [* Diaspora rozproszenie jakiejś narodowości wśród innych, lub wyznawców jakiejś religii wśród grup inowierców.]

-Co takiego? Co pan przez to rozumie?

-Pierwsza diaspora datuje się jeszcze z okresu niewoli babilońskiej. Tym razem jednak wszyscy jesteśmy ochotnikami. Jeżeli atak na bazę na pustyni Mojave nie powiedzie się, odpowiedź będzie natychmiastowa i ostateczna. Zagłada nuklearna. Cały nasz maleńki kraj stanie się radioaktywnym piekłem. Musimy więc spróbować postarać się zredukować śmiertelność. Musimy pozyskać ochotników, którzy pozostaną na miejscu, by utrzymywać w ruchu urządzenia i ukryć nasze odejście. Reszta przedostanie się do krajów sąsiednich, w których mamy wielu przyjaciół. Jeżeli nasz atak powiedzie się, będą mogli powrócić bezpiecznie do domu. Jeżeli nie, no cóż, przeniesiemy naszą religie i naszą kulturę do innych krain. Ale przetrwamy.

Dvora skinęła z determinacją głową. Jan po raz pierwszy zrozumiał, co pozwoliło przetrwać tym ludziom tysiące lat prześladowań i terroru. Wiedział, iż znajdą oni sobie miejsce w przyszłości, tak jak wiele razy dokonywali tego w przeszłości.

BenHaim wzdrygnął się nagle jak ktoś, kogo niespodziewanie owiał zimny wiatr. Wyjął z ust wygasłą fajkę i spojrzał na nią, jakby zaskoczony jej widokiem. Położył ją ostrożnie na stole, wstał i idąc wolnym krokiem starego, zmęczonego człowieka, wyszedł z pokoju. Dvora spoglądała za nim, dopóki nie zniknął za drzwiami, a potem odwróciła się i przywarła do Jana, obejmując go silnie ramionami. Przez chwilę stali nieruchomo, starając się w cieple własnych ciał znaleźć zapomnienie przed pędzącą im na spotkanie mroczną przyszłością.

-Chciałabym wiedzieć, jak to się wszystko skończy szepnęła wreszcie Dvora.

-Pokojem dla całej ludzkości. Sama to przecież powiedziałaś. Wojna, która kończy wszystkie wojny. Ja uczestniczę w tej walce od samego początku. A teraz, czy chcę tego, czy też nie, twoi ludzie także biorą w niej udział. Chciałbym tylko wiedzieć, o co naprawdę chodzi w tym planie ThurgoodSmythe'a. Czy jest to pułapka, która ma nas zniszczyć, czy też rzeczywiście przyniesie on pokój?

Był już prawie zmierzch, gdy na trawniku tuż obok willi wylądował śmigłowiec. Jan, który razem z Dvorą znajdował się w ogrodzie, odwołany został do BenHaima.

-Proszę na to spojrzeć powiedział stary mężczyzna, wskazując na stojącą na podłodze zamkniętą walizkę. Specjalna przesyłka dla pana z placówki Narodów Zjednoczonych w TelAvivie. Przynieśli ją bezpośrednio do naszej najbliższej tajnej agendy, która zajmuje się nasłuchem ich sygnałów radarowych. Sposób dostarczenia tej przesyłki zdradza jej nadawcę. To wiadomość dla mnie, iż wiedzą o naszych siłach więcej, niż nam się to wydaje. Jeśli chodzi o pana - musi pan to otworzyć i zobaczyć.

-Nie była jeszcze otwierana?

-Nie. Posiada zamek cyfrowy, którego nikt nie chciał ruszyć. Nie ma powodu posyłać po Dvorę, by ją otworzyła. Nasz nadawca ma z pewnością ważniejszą sprawę na głowie, niż zamach na życie starego człowieka. Mogę?

-Nie czekając na odpowiedź, BenHaim schylił się i szybkim ruchem palców zaczął manipulować przy pokrętłach. Rozległ się cichy zgrzyt i walizka otworzyła się. Jan położył ją na stole.

Wewnątrz znajdował się czarny mundur, takież same buty i pasująca do uniformu czapka z błyszczącymi insygniami nad daszkiem. Na mundurze leżała przeźroczysta, plastykowa koperta. Zawierała kartę kredytową na nazwisko John Holliday i gruby podręcznik techniczny z wetkniętą pod obwolutę dyskietką. Pomiędzy kartkami podręcznika widniał skrawek papieru z wypisanym na nim nazwiskiem Jana. Wyjął ją i odczytał głośno:

-John Holliday jest technikiem ONZ pracującym w centrum komunikacyjnym w Kairze. Należy także do Rezerwy Sił Przestrzennych, gdzie pełni funkcję technika łączności. Przyswój sobie tę dziedzinę wiedzy szybko, Janie. Załączony podręcznik powinien ci w tym pomóc. Masz dwa pełne dni, by nauczyć się swojej nowej pracy i udać się do Kairu. Twoi przyjaciele w Izraelu są w stanie zapewnić ci bezpieczny transport. Gdy będziesz już w mieście, sugeruję, byś nałożył ten uniform i udał się na lotnisko. Twoje dalsze rozkazy będą już na ciebie czekały w biurze oficera Służby Bezpieczeństwa. Życzę ci szczęścia. Powodzenie całej operacji zależy od wyniku twojej misji Jan spojrzał na stojącego naprzeciwko mężczyznę. I to już wszystko. Żadnego podpisu.

Nie musiało go być. Obaj mężczyźni wiedzieli, że plan ThurgoodSmythe'a posunął się o kolejny krok do przodu.

Rozdział 14

-Masz szczęście, że jesteś prawidłowo umundurowany, żołnierzu wycedził oficer Bezpieczeństwa, obrzucając Jana lodowatym spojrzeniem.

-Stawiłem się natychmiast po otrzymaniu rozkazu powiedział Jan.

-To, że przez chwilę korzystałeś z rozkoszy życia nie oznacza, że możesz zapominać o swoich obowiązkach.

Po zakończeniu zwyczajowej w takich sytuacjach słownej chłosty, oficer wsunął kartę identyfikacyjną do terminala i skinął głową na Jana, który położył prawą dłoń na metalizowanej płytce. Był to prostszy i o wiele bardziej skuteczny sposób, niż zwykła kartoteka odcisków palców. Po chwili karta wysunęła się z czytnika. Jego nowa osobowość zaakceptowana została bez zastrzeżeń. Najwidoczniej ThurgoodSmythe miał dostęp do kartotek identyfikacyjnych na najwyższym szczeblu a ponad nim nie było już nikogo, kto mógłby go kontrolować.

-No cóż, sir, wygląda na to, że zapewniono panu bilet pierwszej klasy nagła zmiana w zachowaniu oficera wskazywała, iż nowy status Jana był o wiele wyższy, niż przypuszczał policjant. Oczekujemy na przylot wojskowego odrzutowca, który ma pana stąd zabrać. Gdyby zechciał zaczekać pan w barze, mógłbym pana wywołać natychmiast po wylądowaniu samolotu. Czy odpowiada to panu? Bagażami zajmę się osobiście.

Jan skinął głową i skierował się w stronę baru. Szacunek, jaki okazywał mu teraz oficer Bezpieczeństwa, nie sprawiał mu jakoś przyjemności. Czuł się samotny i pozostawiony samemu sobie. Inną rzeczą jest rozważanie czegoś w teorii, a jeszcze inną przystąpienie do działania. W dodatku bez przerwy unosił się nad nim mroczny cień ThurgoodSmythe'a, co także nie poprawiło jego samopoczucia. Był niczym pionek w partii szachów, którą rozgrywał jego szwagier. Nie pierwszy raz zaczął zastanawiać się, co ten człowiek właściwie planuje. Piwo było zimne, za to zupełnie pozbawione smaku ograniczył się więc do jednej butelki. Za nim egipski barman w niezwykłym skupieniu polerował jedną szklankę za drugą. Wszystko wskazywało na to, że na lotnisku w Kairze nie było dużego ruchu. Nigdzie także nie było widać jednostek wojska, z taką emfazą zapowiadanych przez Prezydenta Mahonta. Czyżby był to tylko podstęp? W tej chwili trudno było na to odpowiedzieć.

Jednak jego kłopoty były zdecydowanie realne i nie oczekiwał przyszłych wydarzeń z nadmiernym entuzjazmem. Wszystko zaczynało toczyć się z tak szaloną prędkością, że dotrzymanie kroku zmieniającej się bez przerwy sytuacji przychodziło mu z coraz większym trudem. Nudne życie na Halvmork prawem kontrastu wydało mu się nagle całkiem przyjemne.

Gdy powróci jeżeli powróci przyszłe lata będą spokojne i bezpieczne. Będzie tam miał rodzinę, żonę i dziecko, a potem więcej dzieci. Ostatnio, z powodu braku czasu, rzadko wracał myślami do Elżbiety. Nagle zobaczył ją tak, jak widział ją po raz ostatni: obejmującą go ramionami i uśmiechającą się, pomimo z trudem powstrzymywanych łez. Jednak obraz jej szybko zbladł i zastąpiony został daleko wyraźniejszym wizerunkiem nagiej Dvory, ciepłej i tak słodko pachnącej...

Cholera! Szybko wypił resztę piwa i skinął na barmana, by podał mu jeszcze jedną butelkę. Życie jest zjawiskiem bardzo złożonym. Od chwili przybycia na Ziemię stało się niekończącym pasmem niebezpieczeństw, ale jednocześnie... właściwie jakie? Zabawne? Nie, nie było to odpowiednie słowo. Raczej ekscytujące. Diabelnie ekscytujące. Szczególnie teraz, gdy zdecydował się pożyć jeszcze odrobinę dłużej. Chociaż w tej chwili nie powinien właściwie rozmyślać o przyszłości. Nie w sytuacji, której nie wiedział zupełnie, co go jeszcze czeka. Jedyne, co mógł zrobić, to za wszelką cenę postarać się przeżyć.

Technik Holliday zabrzmiało nagle z głośników. Technik Holliday proszony do wyjścia numer trzy.

Spiker powtórzył tę wiadomość dwukrotnie, nim Jan zorientował się, iż dotyczy ona właśnie jego. Odstawił szklankę i ruszył we wskazanym kierunku. Przy wyjściu na płytę oczekiwał już na niego ten sam oficer Bezpieczeństwa.

-Zaprowadzę pana, sir. Samolot zakończył właśnie tankowanie i jest gotowy do startu. Pański bagaż jest już na pokładzie.

Jan skinął głową i ruszył za mężczyzną. Płyta lotniska skąpana była w promieniach upalnego słońca, które złocistymi refleksami odbijało się od betonowych budynków lotniska. Podeszli w stronę dwumiejscowego, naddźwiękowego myśliwca, którego bok opatrzony był białą gwiazdą Lotnictwa Stanów Zjednoczonych.

Jan wspiął się do kabiny po drabince przytrzymywanej przez dwóch mechaników, podczas gdy trzeci pomógł mu usadowić się w fotelu i zamknął osłony kabiny. Siedzący przed nim pilot odwrócił się i w krótkim geście powitania pomachał dłonią.

-Ktoś w wielkim pośpiechu zadecydował, by cię stąd wyciągnąć, chłopie. Odciągnęli mnie od partyjki pokera i nie pozwolili nawet dokończyć rozdania. Zapnij pasy.

Silniki zagrzmiały i wkrótce po wyjeździe na pas znaleźli się w powietrzu.

-Dokąd lecimy? zapytał Jan, podczas gdy samolot w dalszym ciągu płynnie wznosił się na wyznaczoną ścieżkę przelotu. Mojave?

-Diabła tam. Chciałbym, aby tak było. Chociaż, gdybym posiedział tam odrobinę dłużej, to z pewnością zacząłby mi rosnąć garb, jak u wielbłąda. Nie, chłopie, gdy tylko wzniesiemy się ponad korytarze pasażerskie, prujemy prosto do Bajkonuru. A Ruskie nie lubią tam nikogo, nawet swoich. Zamykają cię w niewielkiej klitce, a dookoła pełno uzbrojonych strażników. Dziesięć tysięcy cholernych formularzy, by ci zatankowali paliwo. Może być niezła zabawa. A pamiętam...

Pilot zaczął snuć wspomnienia, których Jan nie silił się nawet słuchać. Najwidoczniej głos pilota funkcjonował niezależnie od umysłu, bowiem prowadził samolot z godną podziwu precyzją. Jak do tej pory nie wykonali ani jednego zbędnego manewru.

Bajkonur. Gdzieś w południowej Rosji to wszystko, co Jan pamiętał. Baza o niewielkim znaczeniu strategicznym, gdzie w głównej mierze stacjonowały zwykłe holowniki orbitalne. Prawdopodobnie istniała jedynie dlatego, by Udowodnić, iż Rosjanie w dalszym ciągu zaliczają się do światowych potęg. Bez wątpienia stamtąd uda się w otwarty Kosmos. Nie mając w dodatku najmniejszego pojęcia, dokąd się właściwie udaje. Atmosfera wojny musiała dodatkowo powiększyć tradycyjną paranoję Rosjan, bowiem wieża kontrolna w Bajkonurze pozostawała w stałym kontakcie radiowym z pilotem od chwili, w której pojawili się nad Morzem Czarnym.

Uwaga, Air Force cztery trzy dziewięć. Mamy was na radarze. Jakakolwiek zmiana obecnego kursu grozi natychmiastowym zestrzeleniem. To oficjalne ostrzeżenie i jako takie egzekwowane będzie z całą surowością. Słyszycie mnie?

-Czy słyszę? Do diabła, Bajkonur, już po raz siedemnasty powtarzam, że jestem tylko pasażerem w tym pudełku. Mój autopilot działa na waszej częstotliwości i znajduję się na wyznaczonej przez was wysokości dwudziestu tysięcy stóp, jak zwykle zresztą! Prowadź nas grzecznie na ekranie i jeżeli chcesz pogadać, to gadaj z własnym komputerem. Ja nie mam żadnych możliwości zmian.

Jedyną odpowiedzią było powtórne ostrzeżenie:

-Zostaniecie zestrzeleni przy jakiejkolwiek próbie zmiany kursu. Zrozumiałeś mnie, Air Force cztery trzy dziewięć?

-Zrozumiałem, zrozumiałem mruknął wściekle pilot i popadł w ponure milczenie.

Nad obszar Bajkonuru dotarli późno w nocy. Cały kompleks prawdopodobnie ze względów bezpieczeństwa, pogrążony był w głębokich ciemnościach. Opadli w dół, prowadzeni jedynie przez komputer wieży kontrolnej. Światła pasa przez cały czas pozostawały wyłączone. Czując, jak myśliwiec wypuszcza podwozie, Jan wstrzymał oddech.

Lądowanie było jednak idealne. Zatrzymali się prawie na samym końcu pasa i natychmiast tuż obok pojawił się pojazd dyspozycyjny. Pilot nasunął na oczy gogle na podczerwień i zaczął kołować wolno za samochodem w stronę zaciemnionego hangaru. Kiedy tylko znaleźli się w środku i zamknięto za nimi grube, stalowe drzwi, rozbłysło światło. Jan, oślepiony nagłym blaskiem, zmrużył oczy i rozpiął pasy. Tuż przy drabince oczekiwał już na niego oficer, odziany w taki sam, czarny mundur.

-Technik Holliday?

-Tak, sir.

-Zabierz bagaż i idź za mną. Na orbicie jest już wahadłowiec dostawczy, a prom do niego startuje za dwadzieścia minut. Musimy zdążyć. Pośpiesz się.

Od tej chwili Jan był już wyłącznie jednym z pasażerów. Napędzana paliwem chemicznym rakieta wyniosła ich na orbitę, która leżała tuż poza atmosferą. Po chwili do kadłuba przycumował wahadłowiec i pasażerowie, z których wszyscy stanowili personel wojskowy, weszli na jego pokład. Każdy z nich w stanie nieważkości czuł się zupełnie swojsko. Jan dziękował w duchu Bogu, iż pracował już w otwartej przestrzeni, inaczej jego niezdarność zdradziłaby go natychmiast.

Siedząc w fotelach, oczekiwali na zakończenie załadunku towarów. Po mało apetycznym posiłku, na który składało się coś, co jedynie z zapachu przypominało smażoną rybę, Jan skorzystał z chemicznej toalety. Przedtem przeczytał jednak uważnie instrukcję, wiedział bowiem, jakie nieszczęścia grożą ludziom, którzy przekręcą niewłaściwy zawór.

Wreszcie wyruszyli w drogę. Napięcie szybko ustąpiło miejsca nudzie. Na pokładzie wahadłowca można było jedynie przeglądać nagrania lub spróbować zasnąć. Kolonia kosmiczna Lagrange 5 jak na złość była jedną z najdalszych i znajdowała się o przeszło dwieście tysięcy mil od Ziemi. Podróż była więc długa.

Udając, że drzemie, Jan przysłuchiwał się rozmowom swych współpasażerów. Jak się szybko zorientował, kolonia, do której zmierzali była równocześnie bazą Sił Przestrzennych i kwaterą główną Ziemskich Sił Obronnych. Większość konwersacji była jednak mieszaniną pogłosek i plotek, z których najciekawsze Jan starał się zapamiętać. Mogło się to okazać przydatne.

Po rozmowach z innymi przekonał się, że większość z nich była rezerwistami, którzy nigdy nie służyli w regularnych oddziałach Sił Powietrznych. Natchnęło go to niespodziewaną otuchą. Rzeczywiście, ThurgoodSmythe zadbał o jego przyszłość z nieomylną precyzją.

Wreszcie zadekowali przy Lagrange 5. Jan nigdy nie miał jeszcze sposobności, by z tak bliska obejrzeć wnętrze satelity przemysłowego. Przy wyjściu ze śluzy powietrznej oczekiwał już na nich posłaniec.

-Technik Holliday? wykrzyknął w stronę grupki wychodzących mężczyzn. Który z was nazywa się Holliday?

Jan zawahał się na moment, lecz już po chwili ruszył w stronę oczekującego nieruchomo mężczyzny. Skoro w dalszym ciągu ma posługiwać się swą fałszywą tożsamością, najwidoczniej było to częścią kompleksowego planu ThurgoodSmythe'a. Okazało się, że było tak w istocie.

-Wskakuj w kombinezon, a bagaż zostaw tutaj, Holliday. Poczeka na ciebie, aż wrócisz. Wysyłamy statek zwiadowczy, a na pokładzie brakuje technika.

-Ty jesteś tym szczęściarzem, który został wybrany -spojrzał na trzymany w dłoni komputerowy wydruk.

Nazwisko dowódcy brzmi kapitan Lastrup. Statek to Idą Piotr Dwa Pięć Sześć. Chodźmy.

Jego nowy pojazd okazał się otwartym, odrzutowym ślizgiem. Był to właściwie metalowy szkielet z przymocowanymi doń sześcioma fotelami, czterema silnikami rakietowymi i nieskomplikowanym pulpitem sterowniczym. Jan nałożył hełm i sadowił się na jednym z foteli. Ledwie zakończył przypinać się troskliwie pasami, pilot odpalił silniki i wprowadził niewielki pojazd na nową orbitę.

Flota Ziemi stanowiła imponujący widok. Dookoła dwukilometrowej kolonii zgrupowano statki kosmiczne najróżniejszych rozmiarów i kształtów: od masywnych liniowców po ślizgi, takie jak ten, w którym się właśnie znajdowali.

Zmierzali prosto w stronę wysuniętej do przodu, srebrzystej igły statku zwiadowczego. Przestrzeń mieszkalna na dziobie wyglądała na niewielką, w porównaniu z silnikami i zapasowymi zbiornikami paliwa na rufie. Najeżony błyszczącymi antenami i urządzeniami nasłuchowymi, statek taki stanowił oko i ucho floty.

Ślizg, błyskając płomieniami wstecznego odrzutu, zwolnił i zatrzymał się tuż obok śluzy powietrznej. Jej zewnętrzny luk był otwarty, a tuż nad nim widniał namalowany olbrzymimi literami symbol identyfikacyjny: IP256. Jan odpiął pasy, odepchnął się od fotela i poszybował wolno w kierunku luku. Po wpłynięciu do środka śluzy złapał się za jeden z uchwytów, a wolną ręką pomachał w stronę pilota ślizgu. Wreszcie nacisnął przycisk i luk zewnętrzny z cichym pomrukiem zamknął się.

Chwilę trwało wyrównywanie ciśnień pomiędzy śluzą powietrzną a resztą statku, a potem luk wewnętrzny otworzył się automatycznie. Jan zdjął hełm i wpłynął do środka. Kulista komora, najwidoczniej przestrzeń mieszkalna, nie mogła mieć więcej jak trzy metry długości i tyle samo wysokości. "Około dziewięciu metrów sześciennych przestrzeni życiowej dla dwu ludzi pomyślał Jan. Cudownie." Dowództwo Floty nie poświęcało zbyt wiele uwagi wygodzie własnych załóg.

Nagle w okrągłym włazie po przeciwnej stronie kabiny ukazała się twarz. Jak Jan ze zdumieniem spostrzegł, mężczyzna po drugiej stronie musiał tkwić zawieszony do góry nogami.

-Nie wydajesz się być szczególnie rozgarnięty, techniku. Bez wątpienia był to kapitan Lastrup we własnej osobie. Przy każdym słowie w stronę Jana mknęły kropelki śliny. Przestań już fruwać dookoła i złaź na dół.

-Tak jest, sir odparł służbiście Jan.

W dwie godziny po odcumowaniu i starcie, Jan zaczął już serdecznie nie znosić tego człowieka. A gdy po przeszło dwudziestu godzinach kapitan zezwolił wreszcie na chwilę odpoczynku, jego załogant czuł doń wręcz nienawiść.

Po trzech godzinach snu Jana obudził głośny brzęczyk. Obolały i wściekły, powlókł się do sterowni.

-Muszę się chwilę przespać, techniku, a to oznacza, że obejmujesz wachtę. Jako że jesteś zupełnie niekompetentnym amatorem z rezerwy, nic nie rób i niczego nie dotykaj. Aparatura świetnie poradzi sobie bez twojej pomocy. Lecz jeżeli zobaczysz choćby najmniejsze czerwone światełko lub usłyszysz brzęczyk alarmowy, obudź mnie natychmiast. Zrozumiałeś?

-Tak, sir. Ale mogę dokonywać odczytu pomiarów, wiem przecież...

-Czy pytałem cię o zdanie? Czy rozkazałem ci mówić? Wszystko, co do mnie mówisz jest dla mnie niczym, chłopcze. I jeżeli jeszcze raz powiesz coś ponad "tak, sir", będzie to złamaniem rozkazu i wyciągnę z tego konsekwencje. Chciałeś więc coś powiedzieć?

Jan był zmęczony i z każdą upływającą minutą coraz bardziej rozdrażniony. Nie odpowiedział i z przyjemnością patrzył, jak twarz oficera purpurowieje z gniewu.

-Rozkazuję ci mówić!

Jan wolno policzył do pięciu, nim odparł:

-Tak jest, sir.

Była to niewielka satysfakcja po obelgach, jakie musiał znosić, ale jak na razie musiało to wystarczyć. Jan zażył tabletkę pobudzającą i starał się nie pocierać bolących, podpuchniętych oczu. Cała sterownia skąpana była w miękkiej czerwonej poświacie.

Ekrany radarów i urządzeń przeszukujących przestrzeń dookoła statku nie wykazywały niczego, za wyjątkiem pustki. Wyszli już poza zasięg ostatnich stacji wczesnego ostrzegania i wkrótce ich raporty staną się jedynym źródłem informacji o tym, co dzieje się w tej cząstce kosmosu. I chociaż nie otrzymał od ThurgoodSmythe'a żadnych instrukcji, Jan doskonale wiedział, jak ma się zachować w takiej sytuacji.

Na pełnej prędkości pędzili w stronę nadciągającej floty. Orbitujący radioteleskop wykrył na swym maksymalnym zasięgu jakieś obiekty, których nie powinno tutaj być. IP256 był w drodze, by wytropić coś, co mogło być jedynie flotą rebeliantów.

Jan wiedział, że nie może już sobie pozwolić na dalsze irytowanie kapitana Lastrupa. Zaczynał już nawet żałować, że dał się ponieść nerwom i wywołał tę ostatnią sprzeczkę. Gdy kapitan powróci do sterowni, musi go przeprosić. A potem będzie musiał stać się doskonałym podwładnym i wykonywać tylko to, co każe mu zwierzchnik. Szybko i bez wahania. I musi tak postępować aż do chwili, w której złapią przeciwnika na detektorach i będą absolutnie pewni jego zamiarów i pozycji.

A jeszcze potem, wykorzystując przycięty już odpowiednio do tego celu kawałek kabla, z prawdziwą rozkoszą udusi tego sukinsyna.

Rozdział 15

-Mamy ich! Spójrz tylko na wielkość tej floty! Rejestrujesz to wszystko? Jeżeli nie, to ja...

-Wszystko w porządku, sir przerwał Jan. Jeden zapis idzie na dysk pamięciowy, a drugi na rezerwową płytkę molekularną. Urządzenia rejestrujące sprawdzałem wcześniej i działają bez zarzutu.

-Oby tak było mruknął wściekle Lastrup.

-Zaprogramuję teraz komputer na kurs powrotny. Gdy wszystkie główne talerze anten zwrócą się w kierunku Ziemi, włączysz odczyt danych na pełną moc nadawania. Zrozumiałeś?

-Oczywiście, sir. To jest właśnie ta chwila, na którą czekałem.

W głosie Jana brzmiała prawdziwa radość. Ostrożnie owinął końcówki kabla dookoła nadgarstków obu dłoni. Napiął go i spojrzał na przewód w zamyśleniu około siedemdziesięciu centymetrów długości, powinno wystarczyć. Nie zmniejszając naprężenia, kciukiem odpiął utrzymujący go w fotelu pas. Odbił się stopą od podłogi, już w powietrzu przekręcił się do przodu i z wyciągniętymi przed siebie ramionami popłynął w stronę kapitana. Lastrup dostrzegł poruszającą się postać kątem oka. Miał jedynie tyle czasu, by odwrócić głowę. W następnej sekundzie kabel zacisnął mu się dookoła szyi.

Jan po wielokroć przeprowadzał całą tę operację w myślach, planując każdą jej część z osobna. Zaciskał teraz kabel stopniowo, wiedząc, że silne szarpnięcie mogłoby zmiażdżyć krtań mężczyzny. Nie chciał go zabić, a jedynie obezwładnić. Zmagania toczyły się w absolutnej ciszy, przerywanej jedynie ciężkim oddechem Jana. W końcu kapitan szarpnął się gwałtownie, zamknął oczy i stracił przytomność.

Jan rozluźnił nieco kabel i czekał. W każdej chwili, gdyby postawa mężczyzny okazała się jedynie wybiegiem, gotów był zacisnąć go ponownie. Nie było to jednak potrzebne. Lastrup był nieprzytomny. Oddychał chrapliwie, lecz regularnie, na szyi, doskonale widoczna, pulsowała niewielka żyłka. Wspaniale. Jan założył dłonie oficera za plecy i skrępował je kablem. Związał mu także nogi, a następnie bezwładne ciało przytroczył do występu w tylnej ściance sterowni.

A więc pierwszy krok został zrobiony. Jan nawet nie spojrzał w stronę pulpitu sterowniczego statku. Wszystkie urządzenia obejrzał już sobie dokładnie podczas długich godzin samotnej wachty i wiedział, że samo czytanie podręczników obsługi nie uczyni z niego pilota. Na szczęście wektor kursu IP256, biegł raczej prosto w stronę nadciągającej floty rebeliantów. To właśnie decyzja Lastrupa, by zmienić ten kurs była powodem, dla którego Jan zmuszony był wyeliminować swego dowódcę. Obrzucił leżącą nieruchomo postać kapitana pozbawionym ciepła spojrzeniem i odwrócił się w stronę ekranów.

Nie należało jednak oczekiwać, iż przetnie kurs rebeliantów prosto od czoła. Nie zaszkodzi, jeżeli spróbuje nawiązać z nimi kontakt. Skierował jedną z największych anten w stronę nadciągającej floty. Ścisłe ustawienie nie będzie konieczne nawet najbardziej skupiona wiązka sygnałowa, jaką uda mu się wyemitować, po dotarciu do celu będzie miała średnicę daleko większą, niż cała flota. Ustawił moc na maksimum, uruchomił urządzenia rejestrujące i sięgnął po mikrofon.

-Mówi Jan Kulozik. Jestem na pokładzie ziemskiego statku zwiadowczego, który zbliża się właśnie w stronę waszej pozycji. Sygnał ten emitowany jest prosto w waszym kierunku. Nie próbujcie, powtarzam, nie próbujcie tym razem nawiązywać ze mną kontaktu. Proszę przygotować się na odebranie wiadomości: -Byłem rezydentem Halvmork. Opuściłem tę planetę na statku dostawczym, którego dowódcą był człowiek nazwiskiem Dębnu. Na orbicie wpadliśmy w pułapkę Ziemskich Sił Przestrzennych i zostaliśmy pojmani. Później wszyscy więźniowie zostali zabici. Jestem jedynym, który ocalał. Wszystkie szczegóły podam wam później. W tej chwili mówię wam jedynie tyle, byście mogli zorientować się kim naprawdę jestem. Nie strzelajcie do tego statku, gdy znajdzie się w waszym zasięgu. To dwuosobowy, nieuzbrojony statek zwiadowczy. Dowódcę udało mi się unieszkodliwić. Nie wiem jednak, jak się pilotuje taką jednostkę. Oto, co proponuję: Po ustaleniu mojego kursu i prędkości, wyślijcie w moją stronę jeden z waszych liniowców. Nie mogę zmienić prędkości, pozostawię jednak otwarty właz śluzy powietrznej. Potrafię poruszać się w stanie nieważkości i mogę przedostać się na wasz statek. Sugeruję także, byście wysłali jednego z pilotów, który byłby w stanie przejąć tego zwiadowcę. Na jego pokładzie znajduje się bardzo wyrafinowany sprzęt detekcyjny. Wiem, że nie macie powodu, by mi wierzyć, ale nie macie też powodu, by nie przejąć tego statku. W moim posiadaniu znajdują się także ważne informacje dotyczące sił obronnych Ziemi i przyszłych operacji. Przekaz ten nadawany jest na częstotliwości alarmowej. Moje słowa są w tej chwili nagrywane i powtarzane będą automatycznie na dwóch głównych częstotliwościach komunikacyjnych, a potem ponownie na częstotliwości alarmowej. Emisja będzie trwała aż do momentu spotkania. Koniec.

Teraz Jan mógł już tylko jedynie czekać. I martwić się. Dowództwo Sił Przestrzennych zasypywało go mnóstwem kodowanych wezwań, które radośnie ignorował. Najlepiej byłoby, gdyby pomyśleli, że IP256 po prostu rozpłynął się w pustce kosmosu. Wywołałoby to zrozumiałe zaniepokojenie, a przy odrobinie szczęścia przypuszczenie, iż rebelianci dysponują jakąś sekretną bronią.

Nie potrafił jednak przestać się martwić. Jego plan był dobry, w tej sytuacji jedyny możliwy, wymagał jednak ogromnej dozy cierpliwości. Do tej pory nie otrzymał żadnej wiadomości od zbliżającej się floty. Mogło to oznaczać, że rebelianci otrzymali jego przekaz i kierują się zawartymi w nim sugestiami. Mogło też oznaczać, że statki zmieniły kurs i omijają go szerokim łukiem. A nawet jeszcze gorzej mógł się pomylić w identyfikacji. Flota, która mknęła ku Ziemi, wcale nie musiała należeć do rebeliantów. Równie dobrze mogli to być obrońcy. Ta i tym podobne myśli wcale nie poprawiały jego samopoczucia.

Kapitan Lastrup był kolejnym utrapieniem. Natychmiast po odzyskaniu przytomności rozpoczął wrzaskliwą przemowę na temat okropności, które czekają na Jana po powrocie na Ziemię. Nawet nie zauważył, że po brodzie cieknie mu strużka śliny. Jan zagroził, że ponownie pozbawi go przytomności. Nie odniosło to jednak spodziewanego efektu. Wobec tego ostrzegł, że ucieknie się do knebla. Gdy i to także nie spowodowało żadnej reakcji, wprowadził groźby w czyn.

Jednak widok sinej twarzy kapitana, z wybałuszonymi oczyma i miotającego się jak złapana na haczyk ryba, był zbyt trudny do zniesienia. Wyjął knebel i aby zagłuszyć miotane na jego głowę wściekłe przekleństwa, na pełny regulator włączył radio.

W podobnych warunkach upłynęły dwa dni. Kapitan zapadał w błogosławione chwile drzemki, a potem budził się i rozpoczynał swą tyradę od nowa. Jan usiłował go karmić, lecz związany mężczyzna z uporem wypluwał jedzenie. Pił jedynie niewielkie ilości wody. Zapewne jedynie po to, by utrzymywać głos w pełnej operatywności bojowej.

Gdy Jan pozwolił mu skorzystać z toaletki, usiłował zbiec, wiec Kulozik zmuszony był skrępować go ponownie. Było to bardzo niewygodne dla nich obu. Dlatego też trzeciego dnia Jan z prawdziwą ulgą dostrzegł na ekranie radaru niewyraźny punkt. Wyłączył transmisję przekazu i skrzyżował palce. Potera ujął za mikrofon.

-Tu Jan Kulozik na pokładzie IP256. Mam was na radarze. Czy mnie słyszycie?

Jedyną odpowiedzią były dobiegające z głośnika trzaski. Wysłał sygnał ponownie i przeszedł na nasłuch. W końcu coś usłyszał. Słabo, ale wyraźnie.

-Nie zmieniaj kursu IP256. Pod żadnym pozorem nie uruchamiaj silników. Żadnych dalszych emisji. W przeciwnym wypadku otwieramy ogień. Otwórz zewnętrzny właz śluzy powietrznej, lecz nie wychodź na zewnątrz. Gdy zobaczymy przy śluzie jakiś ruch, natychmiast otwieramy ogień. Koniec.

Jan pomyślał, że brzmiało to zdecydowanie po wojskowemu. Lecz gdyby był na ich miejscu, prawdopodobnie zachowywałby się w taki sam sposób. Zgodnie z poleceniem wyłączył nadajnik antenowy, odbiornik pozostawił jednak nastawiony na nasłuch. Następnie otworzył zewnętrzny właz i pogrążył się w oczekiwaniu.

-Przybywają przyjaciele mruknął pod nosem z większą pewnością, niż czuł w rzeczywistości. Jego więzień w dalszym ciągu opisywał mu szczegółowo czekającą nań pełną przykrości przyszłość. Stawało się to już męczące. Z pewnością pozbycie się towarzystwa kapitana będzie jedną z głównych atrakcji, zamykających tę podróż.

W śluzie powietrznej coś nagle zachrobotało.

W chwilę później zapłonęło nad nią światło i Jan usłyszał szum pracujących pomp. Podpłynął w stronę włazu, z niecierpliwością oczekując na zapalenie się zielonego światełka. W końcu właz wewnętrzny otworzył się.

-Ręce do góry i nie ruszaj się.

Jan uczynił, jak mu polecono. Ze śluzy wypłynęło dwóch mężczyzn. Jeden z nich zignorował Jana i poszybował w stronę skrępowanego kapitana, który całą swą złość skierował na nowo przybyłych. Drugi mężczyzna machnął trzymanym w dłoni pistoletem w stronę śluzy.

-Właź w skafander i bez żadnych numerów. Podczas gdy Jan nakładał kombinezon, drugi mężczyzna zakończył przeszukiwanie pomieszczeń.

-Jest ich tylko dwóch powiedział.

-I być może bomba zegarowa. To w dalszym ciągu może być pułapka.

-Zgłosiłeś się na ochotnika.

-Nie musisz mi o tym przypominać. Zostań z tym związanym, a ja przetransportuję tego drugiego na pokład.

Jan podporządkował się temu z prawdziwą radością. Już na zewnątrz, za rufą zwiadowcy, dostrzegł znajomy kształt średniej wielkości liniowca. Jego towarzysz, mający na plecach silniczek rakietowy, chwycił go pod ramiona i zaczął holować w kierunku otwartej śluzy powietrznej czekającego statku. Po przejściu przez śluzę i zdjęciu skafandra, Jan stanął twarzą w twarz z dwoma uzbrojonymi ludźmi. Trzeci mężczyzna, potężny blondyn o silnie zarysowanej szczęce, spoglądał prosto na Jana z zagadkowym wyrazem twarzy.

-Jestem admirał Skougaard przedstawił się. A teraz proszę mi powiedzieć, o co panu właściwie chodzi.

Jan, niezdolny do jakiegokolwiek słowa czy gestu, wpatrywał się w niego rozszerzonymi grozą oczami. Stojący przed nim mężczyzna nosił taki sam czarny uniform Ziemskich Sił Przestrzennych, co Jan.

Rozdział 16

Jan cofnął się do tyłu, jakby uderzony niewidzialną pięścią. Lufy pistoletów powędrowały za nim. Admirał zmarszczył brwi, jednał; już po chwili pokiwał ze zrozumieniem głową.

-Chodzi o ten mundur, prawda? na granitowej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Być może noszę go z tego samego powodu, co i pan. Jeżeli rzeczywiście jest pan tym, za kogo się podaje. Nie wszyscy na Ziemi są odszczepieńcami. Gdyby nie pomoc takich ludzi, jak ja, ta rebelia dawno już dobiegałaby swego finału.

-Teraz każę pana przeszukać, Kulozik, a potem opowiem mi pan całą tę historię od samego początku.

Admirał z pewnością nie był głupcem. Bez końca zmuszał Jana do powtarzania różnorakich szczegółów, szukając nieścisłości w nazwiskach i datach, które znał. Przerwano im jedynie raz oficer dyżurny zameldował, że IP256 został przeszukany i nie znaleziono na pokładzie żadnych materiałów wybuchowych. Pilot skierował już jednostkę w stronę flotylli. Potem Jan powrócił do swojej opowieści. W końcu admirał przerwał mu ruchem dłoni.

-Niels! krzyknął. Przynieś nam trochę kawy i zwracając się ponownie w stronę Jana: - Sądzę, że mogę zaakceptować pańską historię. Na razie. Wszystkie szczegóły dotyczące tej wyprawy po żywność są prawdziwe. Znam fakty, ponieważ to ja zgromadziłem tę flotę i wysłałem ją na pańską planetę.

-Czy wielu statkom udało się przedrzeć?

-Przeszło połowie. Co prawda spodziewaliśmy się, iż będzie ich więcej, ale nawet ta ilość na jakiś czas oddala od nas klęskę głodu. Lecz tutaj dochodzimy do najciekawszej części pańskiej historii i szczerze mówiąc, nie wiem zupełnie, jak ją zinterpretować. Czy dobrze pan zna tego ThurgoodSmythe'a?

-Aż za dobrze. Jak już powiedziałem, to mój szwagier. Jest niezrównanym intrygantem.

-I niezwykle wyrafinowanym zdrajcą. Tego akurat możemy być absolutnie pewni. Bowiem albo występuje przeciwko tym wszystkim, którzy widzą w nim ostoję starego porządku i rzeczywiście chce dopomóc rebelii, albo to wszystko jest gigantyczną pułapką, która ma nas zniszczyć.

Jan pociągnął łyk mocnej, czarnej kawy i skinął głową.

-Wiem o tym. Lecz co możemy zrobić? Przynajmniej jedno jest pewne, a mianowicie udział w tym ataku bojowników Izraela.

-Lub też może to być najbardziej śmiertelna część całej pułapki. Zwabić nas, by w efekcie zniszczyć. Izraelici mogą być jedynie przeznaczoną na odstrzał przynętą.

-To możliwe. Właśnie takich rzeczy można się po nim spodziewać. Nie pomyślałem o tym wcześniej. Lecz co z sugestią, by zająć bazę na pustyni Mojave? Brzmi rozsądnie. To z pewnością zaważy na losach wojny.

Admirał roześmiał się.

-Istotnie, nie tylko brzmi to rozsądnie, lecz jest jedyną możliwością, która mogłaby przeważyć szalę zwycięstwa na korzyść jednej ze stron. My to wiemy i oni o tym wiedzą. Moglibyśmy zająć wszystkie bazy księżycowe, satelity, a nawet kolonię Lagrange, lecz Ziemia i tak przetrwałaby. Jej flota w dalszym ciągu byłaby silna. A my z każdą upływającą chwilą stawalibyśmy się coraz słabsi. Mojave jest kluczem. Pozostałe bazy służą jedynie jako pasy startowe. Ten, kto kontroluje Mojave, kontroluje operacje kosmiczne a w konsekwencji wygrywa wojnę.

-Więc jest ona aż tak ważna?

-Tak.

- Co więc zamierza pan zrobić?

-Przeanalizować to wszystko i uciąć sobie drzemkę. A zresztą i tak nic w tej chwili nie możemy zrobić, dopóki nie znajdziemy się bliżej orbity Ziemi. Przykro mi, lecz na jakiś czas będę zmuszony trzymać pana pod strażą. Tak będzie rozsądniej.

-No cóż, po kilku dniach spędzonych w jednej kabinie z kapitanem Lastrupem, chwila samotności będzie przyjemną odmianą. Jak on się właściwie miewa?

-Jest pod silną narkozą. Obawiam się, że będzie potrzebował opieki lekarskiej.

-Przykro mi.

-Niepotrzebnie. To wojna. On, będąc w podobnej sytuacji, bez wątpienia zastrzeliłby pana.

Na mostku pojawił się młody kadet i wręczył admirałowi złożoną kartkę. Po przeczytaniu wiadomości admirał spojrzał na Jana, uśmiechnął się i wyciągnął dłoń.

-Witamy na pokładzie, Janie Kulozik. Oto wiadomość, na którą oczekiwałem. Na orbicie dookoła Halvmork pozostał jeden z naszych statków. Chociaż uszkodzony po walce, jego sprzęt radiowy jest w dalszym ciągu sprawny i może przesyłać wiadomości poprzez sieć Fascolo. Poleciłem, by skontaktowali się z ludźmi na planecie i sprawdzili pańskie słowa.

-Okazuje się, iż mówi pan prawdę. Udało im się dotrzeć do pańskiej żony. A przy okazji przesyła panu gorące pozdrowienia.

-To prawdziwa przyjemność służyć pod pańskimi rozkazami, sir odparł Jan, ujmując wyciągniętą dłoń admirała. Do tej pory nie brałem jeszcze udziału w samych walkach...

-Ale już dokonał pan znacznie więcej, niż większość z nas. To jedynie dzięki panu nasze statki mogły zabrać to zboże. Gdyby nie pańskie zdecydowanie, całe zapasy z pewnością spłonęłyby. Czy ma pan pojęcie, jak wielu ludzi uratował pan przed śmiercią głodową?

-Wiem, że to było ważne. Na szczęście zostało to już pomyślnie zakończone. Jednak głównym powodem, dla którego zesłano mnie na tę planetę było moje aktywne uczestnictwo w ruchu oporu. Teraz, gdy planety są już wolne, a przed nami ostatnia bitwa, proszę zrozumieć, że po prostu muszę wziąć w niej udział.

-I weźmie pan. Po rozpoczęciu walki będziemy potrzebowali pana jako łącznika pomiędzy nami, a izraelskimi oddziałami na Ziemi. To bardzo odpowiedzialna funkcja. Zadowolony?

-Oczywiście. Zrobię wszystko, czego ode mnie się zażąda. Z wykształcenia jestem inżynierem elektronikiem ze specjalizacją projektowania mikroobwodowego. Jednak przez ostatnie lata zajmowałem się głównie konserwacją maszyn i urządzeń.

-To świetnie! Może okazać się pan tym właśnie człowiekiem, którego potrzebujemy. Chcę, by poznał pan naszego technika, Vittorio Curtoni. Jest odpowiedzialny za nasze uzbrojenie, między innymi za to, co niektórzy nazywają naszą sekretną bronią. Wiem jednak, że ma z nią jeszcze sporo kłopotów, wiec być może będzie pan w stanie mu pomóc.

-Byłoby to idealne rozwiązanie.

-Dobrze. Polecę wiec, by zaraz przetransportowano pana na pokład Leonardo. Admirał gestem dłoni przywołał stojącego w pobliżu kadeta.

W chwilę później Jan, ubrany w kompletny kombinezon próżniowy, znalazł się na pokładzie niewielkiego zwiadowcy. Pozostał w otwartej śluzie powietrznej, nie chcąc tracić czasu w oczekiwaniu na wyrównanie różnicy ciśnień. Przez otwarty luk widział przesuwające się w obie strony sylwetki masywnych liniowców. Wytracając stopniowo prędkość, znaleźli się nagle przy samej burcie jednego ze srebrnych olbrzymów. Podpłynęli pod otwartą śluzę i wkrótce Jan, wsuwając się przez właz, znalazł się na pokładzie Leonarda.

Po drugiej stronie śluzy z niecierpliwością oczekiwał już na niego wysoki, ciemnowłosy mężczyzna o twarzy ozdobionej imponującymi wąsami.

-Pan Kulozik? zapytał z większą dawką podejrzliwości, niż entuzjazmu. Czy to pan jest tym człowiekiem, który ma mi dopomóc?

-A pan jest zapewne Vittorio Curtoni? Tak, mam nadzieję, że będę w stanie panu pomóc. To znaczy, o ile potrafi pan wykorzystać umiejętności doświadczonego inżyniera mikroelektronika.

Curtoni natychmiast wyzbył się początkowej rezerwy.

-Czy potrafię? A czy głodny człowiek potrafi wykorzystać pieczeń wieprzową? Niech mi będzie wolno pokazać panu, czym się ostatnio zajmujemy.

Poprowadził Jana w głąb statku. Przez cały czas rozprawiał z ożywieniem, robiąc przerwy jedynie po to, by zaczerpnąć oddechu.

-To wszystko to jedna wielka prowizorka. Zaprojektowana, wytworzona i przetestowana jeszcze tego samego dnia. A czasami i to nie. Admirał Skougaard okazał nam olbrzymią pomoc. To on dostarczył wszystkich światłokopii i dokumentacji Sił Przestrzennych, dotyczących zarówno uzbrojenia jak i projektów, które nigdy nie zostały zrealizowane. Co pan właściwie wie o walce w przestrzeni kosmicznej? zwrócił się w stronę Jana, unosząc do góry brew.

-No cóż, brałem już udział w walce w otwartym kosmosie, ale niewiele miało to wspólnego ze starciem wrogich flot. Takie bitwy widziałem jedynie na filmach.

-Otóż to! Na filmach takich jak ten, który za chwilę panu zaprezentuję.

Weszli do warsztatu. Curtoni przeszedł obok maszyn i urządzeń i poprowadził Jana w stronę zwykłego telewizora, przed którym znajdował się rząd krzeseł.

-Proszę usiąść i uważnie patrzeć powiedział, włączając telewizor. To bardzo stary film, który odnalazłem czystym przypadkiem. Jest tu scena walki w przestrzeni. Lecz oto i ona.

Z głośnika ryknęła głośna muzyka, a na ekranie ukazał się statek kosmiczny. Posiadał okna, wieże strzelnicze i baterie dział energetycznych. W ślad za nim sunął jego prześladowca, jeszcze większy krążownik. Oba statki tryskały różnokolorowymi strumieniami energii, w przestrzeni krzyżowały się promienie lasera, a nad wszystkim dominował bezustanny ryk silników i grzmoty kolejnych salw. Nagle ukazał się widok mężczyzny, który wychylony z wieżyczki mniejszego statku, strzelał z pistoletu energetycznego w stronę większego pojazdu. Czerwony promień, rysujący na burcie wrogiego statku ogniste zygzaki, prezentował się niezwykle malowniczo. W końcu mniejszy statek skręcił gwałtownie w bok i skrył się za widocznym obok księżycem. Ekran zgasł.

-I co pan o tym sądzi? zapytał Curtoni.

-Niewiele. Wyglądało to raczej zabawnie.

-Właśnie! Zabawa dla mało rozgarniętych dzieci. Lecz od strony technicznej, to potworność. Ani jeden fakt ani jeden! nie jest naukowo prawidłowy. W przestrzeni nie występują żadne dźwięki. Statki kosmiczne nie zatrzymują się czy zakręcają z taką gwałtownością, refleks człowieka w warunkach manewrowania przestrzennego jest zupełnie bez wartości, broń energetyczna nie działa...

-Zgadzam się z panem, chociaż nigdy wcześniej nie przyszło mi to do głowy. Ale proszę nie odrzucać tak zdecydowanie broni energetycznej. Widziałem już tego typu miotacze w akcji. W przeciągu kilku sekund zmieniają skałę w roztopioną lawę.

-Być może odparł Curtoni, rozkładając szeroko ręce. Jeżeli lufa jest w takiej odległości od skały. A gdy cel znajduje się sto metrów dalej? Czy podpali wtedy choćby skrawek papieru? A gdy trzeba zniszczyć statek znajdujący się w odległości tysiąca kilometrów, co i tak w przestrzeni kosmicznej jest bardzo nieznaczną odległością? To po prostu niewykonalne. Rozchodzenie się światła, rozchodzenie się jakiejkolwiek formy energii...

-Oczywiście, zmienia się proporcjonalnie do przebytego dystansu. Nie pomyślałem o tym wcześniej.

-No właśnie. Nikt nie pomyśli, dopóki nie stanie z takim problemem twarzą w twarz. Dlatego właśnie wszystkim puszczam na początek ten mały instruktaż filmowy. To po pierwsze. Po drugie, należy sobie uświadomić, że wszelkie wojny kosmiczne są tak bliskie nieprawdopodobieństwa, że właściwie uznać je należy za niemożliwe.

-Przecież prowadzimy właśnie taką wojnę, prawda?

Curtoni włączył jeden ze stojących na długim stole aparatów i pokręcił przecząco głową.

-Prowadzimy rebelie, w której po obu stronach walczą ziemskie statki. Nie, ja mówię o prawdziwej wojnie, w której walczyliśmy ze statkami zupełnie obcej cywilizacji, nadciągającymi gdzieś spomiędzy odległych gwiazd. To bzdury, jak te rzeczy, które właśnie widział pan na fiknie. Nawet Ziemskich Sił Przestrzennych nie zaplanowano, by toczyły wojny. Gdy rozpoczęła się rebelia, zaledwie kilka statków było zaopatrzonych w broń. Nie była ona zresztą nigdy używana, ponieważ Federacja miała absolutną władzę nad planetami i wszystkimi liniowcami. Wiedzieli oczywiście, że jeden czy dwa z ich statków mogą zostać porwane, przygotowali więc broń wyłącznie na taki właśnie wypadek. Była ona zaprojektowana i wykonana według takiego samego, prostego schematu. Może zgadnie pan, jakiego?

-Prawdopodobnie pociski balistyczne, podobne do tych, które wykorzystuje się w atmosferze.

-Dokładnie tak. A teraz, jak pan sądzi, jak wiele czasu zajęłoby nam zaprojektowanie, wykonanie i przetestowanie naszych własnych pocisków?

-Lata. Nawet gdyby udało się wam przejąć jakieś i po prostu powielić, to samo wykonanie zespołów obwodowych, systemów kontrolujących, silników odrzutowych... całe lata.

-Dokładnie tak. To przyjemność móc rozmawiać z kimś naprawdę inteligentnym, to znaczy z kimś, kto się ze mną zgadza. Tak więc zarzuciliśmy pomysł z pociskami, chociaż, nawiasem mówiąc, mamy kilka na jednostkach Floty Przestrzennej, które zajęliśmy. Bardziej istotne było wypracowanie odpowiednich środków obrony. Dokonaliśmy tego, kopiując i odpowiednio modyfikując systemy detekcyjne Ziemi. Gdy widzimy nadlatujące pociski, uaktywniamy odpowiednie pola, które zakłócają ich systemy naprowadzające. Do ataku przygotowaliśmy jednak coś o wiele prostszego. Jak to.

Podniósł z blatu niewielki kawałek metalu zakończony statecznikami i zważył go w dłoni.

-To pocisk z pistoletu rakietowego zauważył Jan.

-Waśnie. I lepsza broń w przestrzeni, niż na powierzchni planety. Brak grawitacji, która zakrzywiałaby tor lotu, brak powietrza by spowolnić...

-W próżni nawet stateczniki są bezużyteczne dodał Jan.

-Ponownie ma pan zupełną rację. Zmontowanie na statkach sterowanych komputerowo wyrzutni, strzelających seriami takich pocisków okazało się stosunkowo proste. Wystarczy postawić zaporę z tych rzeczy tuż przed pędzącym statkiem kosmicznym, a będzie pan miał wrak. Masa równa się prędkości, więc w przestrzeni taki rozpędzony kawałek metalu może uderzyć z silą wielu ton. I żegnaj, nieprzyjacielu.

-Być może odparł Jan, obracając niewielki pocisk w palcach. Lecz w dalszym ciągu widzę jedną czy dwie trudności. Odległość i prędkość, a raczej obie te rzeczy na raz. Te pociski są zbyt małe, by stanowiły jakąś poważniejszą siłę.

-Oczywiście. Dlatego też używamy ich przeważnie do obrony. A do ataku mamy to.

Z pobliskiego stołu podniósł niewielką, metalową kulę i nacisnął na widniejącej tablicy kontrolnej przycisk. Jan usłyszał niski, basowy pomruk. Gdy Curtoni zbliżył kulę do umocowanego w pionowej pozycji pierścienia, ta wyrwała mu się z dłoni i zawisła nieruchomo w samym środku obręczy. Podobne pierścienie, ustawione blisko siebie, widniały na całej długości stołu. Technik nacisnął kolejny przycisk. Rozległ się krótki gwizd, błysnęło i kula zniknęła, uderzając z głośnym trzaskiem o stojącą pod jedną ze ścian warsztatu grubą, plastykową płytę.

-Akcelerator linearny powiedział Jan z podziwem w głosie. Jak te na Księżycu.

Dokładnie takie same. Zainstalowane tam modele są w stanie przezwyciężyć grawitację Księżyca, wystrzeliwując pojemniki wypełnione rudą prosto na satelitę Lagrange, w celu dalszej obróbki. Jak pan widzi, pierwszy elektromagnes w formie pierścienia wytwarza pole magnetyczne, które utrzymuje żelazną kulę nieruchomo w powietrzu. Uaktywnienie kolejnych elektromagnesów powoduje, że zaczynają one działać niczym linearny motor, przesuwając kulę coraz prędzej i prędzej do przodu, aż w końcu opuszcza ona ostatni pierścień i z wielką siłą uderza w cel. Odwrócił się i zaprezentował większą kulę, która mieściła się wygodnie w dłoni. To najbardziej praktyczny rozmiar, jaki udało nam się uzyskać metodą prób i błędów. Waży trochę więcej niż trzy kilogramy, co w jednym z bardziej archaicznych systemów miary wynosi dokładnie sześć funtów. Gdy przystępowałem do tego projektu, ogromną pomocą okazały się wczesne testy balistyczne, uwzględniające prędkości początkowe przy opuszczaniu lufy i tym podobne rzeczy. Z prawdziwą fascynacją czytałem o pierwszych prymitywnych bitwach morskich, w których strzelano do siebie takimi solidnymi pociskami, jak właśnie ten. Historia ma dla nas w zanadrzu jeszcze niejedną niespodziankę.

-Jak daleko zaszedł pan z tym projektem? zapytał Jan.

-Cztery liniowce przekształcono w statki strzelnicze. Znajduje się pan na jednym z nich. Nazwano go, na cześć najgenialniejszego teoretyka nauki, który pierwszy wykonał rysunek tej nieprawdopodobnej broni, Leonardo da Vinci. Na pokładach tych statków znajdują się setki tysięcy kuł, które otrzymaliśmy, topiąc asteroidy bogate w rudę żelaza. Cały proces jest zresztą niezwykle prosty. Pozostawione w próżni płynne żelazo pod wpływem napięcia powierzchniowego samoczynnie formuje się w kształt kuli. Jak więc pan widzi, nasza sekretna broń biegnie przez całą długość statku i otwiera się na obu jego końcach. Celuje się z takiego działa obracając całym statkiem, przy czym zarówno celowanie, jak i prowadzenie ognia kontrolowane jest przez komputer nawigacyjny. I wszystko byłoby doskonale, gdyby nie jedna maleńka wada.

-Mianowicie?

-Niesprecyzowana usterka w zespole obwodów strzelniczych. Aby kule były efektywne, powinny być wystrzeliwane jedna po drugiej w przeciągu mikrosekund. Jak na razie nie potrafimy sobie z tym poradzić.

Jan odłożył kulę na blat stołu.

-Proszę mi więc pozwolić zobaczyć całą dokumentację i diagramy. Postaram się szybko zlokalizować tę usterkę.

-Doskonale. Jeszcze wygra pan dla nas tę wojnę!

Rozdział 17

-Owoce są już dojrzałe i możemy zaczynać zbiory powiedział stary mężczyzna. Im dłużej będziemy czekać, tym więcej stracimy.

-Możemy stracić coś o wiele bardziej wartościowego odparła dziewczyna. Na przykład nasze głowy. Chodźmy, Tatę, czekają już na nas.

Starzec westchnął i powlókł się za córką w stronę stojącej na głównym placu kibucu ciężarówki. Była już zatłoczona, lecz z uwagi na jego starczy wiek ustąpiono mu miejsca na drewnianej ławce. Przeszło godzinę temu pod kocioł parowy podłożono pachnące żywicą kloce, tak więc pojazd gotowy był już do drogi. Ktoś wykrzyknął, że to już wszyscy. Kierowca otworzył przepustnicę i ruszyli. Przejeżdżali obok domów, w niektórych oknach wciąż ciepło płonęło światło. Zjechali w dół krytą alejką pośród sadów i wjechali na autostradę. Jechali nocą, lecz gładka nawierzchnia była doskonale widoczna nawet przy mdłym świetle migocących w górze gwiazd.

Przekroczyli granicę Syryjską tuż po pomocy. Komputer w TelAvivie, za pośrednictwem komputerów na granicy, odnotował kod identyfikacyjny ciężarówki i godzinę przejazdu. Jednak nim dotarli do El Quncitra, kierowca skręcił w głębokie, wyschnięte o tej porze roku koryto rzeki.

Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy tuż przed sobą dostrzegł migocące niewyraźne światełka. Na jego pasażerów oczekiwała już karawana wielbłądów. Niektórzy z wysiadających mężczyzn dotykali jego ramienia, inni mruczeli po kilka niewyraźnych słów. Zaczekał, aż karawana rozpłynęła się w mroku, a potem zawrócił i skierował się w stronę pustych zabudowań kibucu, gdzie dotarł tuż przed świtem. Był ochotnikiem, który jako jedyny pozostał w miejscu swego zamieszkania.

Przypominało to miasto umarłych mówił malarz. Przerażający widok dla kogoś, kto posiada choć odrobinę wyobraźni. Na chodnikach żadnych dzieci, jedynie gdzieś w oddali przemyka kilka pojazdów. Zapadł już zmierzch, więc wewnątrz mijanych przeze mnie domów zaczęły zapalać się światła. Początkowo podniosło mnie to nawet na duchu. Dopiero gdy podeszłam bliżej i zajrzałem przez jedno z okien, spostrzegłem, że w środku nie ma nikogo. Światła zapalał komputer. W pewien sposób było to bardziej przerażające, niż pustka na ulicach. Jeżeli nie przekracza to twoich możliwości, to postaraj się trzymać ten szablon nieruchomo, Heimyonkel narzekał, nie przestając wprawnymi ruchami przesuwać lufę pistoletu, wypełnionego czarną farbą. Kiedy wyjeżdżasz?

- Dziś w nocy. Rodzina już wyjechała.

-Ucałuj ode mnie żonę i poproś, by wróciła czasami myślami do samotnego artysty, który spotkał się twarzą w twarz ze swym przeznaczeniem w mrocznych hangarach lotniska Lód.

-Zgłosiłeś się na ochotnika.

-To nie znaczy, że muszę śpiewać z radości, prawda? W porządku, zdejmuj.

Cofnął się o krok do tyłu i przyjrzał się swemu dziełu. Widniejąca do tej pory po obu stronach kadłuba oraz na skrzydłach ciężkiego transportowca ANAN13 sześcioramienna gwiazda Dawida, zastąpiona została ponurym, czarnym krzyżem.

-Symbolika mruknął malarz. W dodatku niezbyt przyjemna. Gdybyś znał historię, rozpoznałbyś ten krzyż.

Heimyonkel wzruszył ramionami i zaczął nalewać do zbiorniczka pistoletu srebrną farbę.

-To krzyż Rzeszy Niemieckiej, prześladującej dzieci Izraela. Nie jest to miłe i zastanawiam się, co to ma do diabła znaczyć. Czy rząd wie, co właściwie robi?

Nowe oznaki zaklejone zostały płachtami papieru. Po zamalowaniu ich srebrną farbą z kadłuba samolotu zniknęły wszelkie ślady wykonanej wcześniej pracy.

Zaniepokojony BenHaim siedział w swym ulubionym fotelu z szeroko otwartymi, lecz niewidzącymi oczami skierowanymi gdzieś w przestrzeń. Stojąca na stoliku szklanka cytrynowej herbaty dawno już ostygła. Dopiero przybierające na sile buczenie śmigłowca sprawiło, że starszy mężczyzna drgnął i spojrzał w stronę drzwi. Pociągnął łyk herbaty i skrzywił usta z niesmakiem. Właśnie odstawił filiżankę na blat, gdy do pokoju weszła Dvora z kolejną przesyłką.

-Jeszcze jeden prezent, i tym razem także dostarczony przez policjanta z Bezpieczeństwa. Na jego widok aż ścierpła mi skóra. A on tylko uśmiechnął się i wręczył mi to bez słowa.

-Refleksyjni sadyści mruknął BenHaim, odbierając od niej grubą kopertę. Nie mógł wiedzieć, co zawiera. Oni po prostu lubią, gdy inni ludzie się ich boją.

Po rozdarciu koperty z jej wnętrza wysunęła się metalowa, zamknięta kasetka. Mężczyzna otworzył ją, ustawiając znajomą kombinację do komputera. Na ekranie monitora ukazała się poważna twarz ThurgoodSmythe'a.

-To już moja ostatnia wiadomość, BenHaim powiedział. - Do tej pory twoje oddziały i samoloty powinny być już gotowe do przeprowadzenia zaplanowanej operacji. Dokładną datę oraz plan lotu otrzymasz jeszcze w tym miesiącu. Przelot odbędzie się w ciemnościach, co powinno zmniejszyć ryzyko waszego wykrycia przez urządzenia obserwacyjne Ziemi. Masz już dane i instrukcje dotyczące sieci radarowej. Nigdy nie zapominaj, iż jest to atak koordynowany. Jakiekolwiek odstępstwo od ram czasowych grozi katastrofą.

ThurgoodSmythe spojrzał na coś, co znajdowało się poza zasięgiem kamery i uśmiechnął się lekko.

Dotarła do mnie spora ilość raportów, informujących, że nocami wydajesz się ewakuować ludność poza granice kraju. Bardzo mądrze. Zawsze istnieje przecież możliwość jednej czy dwu eksplozji nuklearnych, nawet jeżeli wszystko pójdzie dobrze. A może po prostu mi nie ufasz? Lecz z drugiej strony nie masz także powodów, by mi ufać. Niemniej jednak postępujesz słusznie. Mam nadzieję być w bazie, gdy rozpoczniecie atak. Jeżeli nie sprawi ci to zbyt wiele kłopotu, to uprzedź swoich ludzi, by w miarę możliwości postarali się mnie nie zastrzelić. Do widzenia zatem, Amri BenHaim. Módl się za pomyślność naszego przedsięwzięcia.

Ekran zgasł. BenHaim odwrócił się, kręcąc z niedowierzaniem głową.

-Nie zastrzelić go! Osobiście usmażę go na wolnym ogniu, jeżeli coś pójdzie nie tak!

Rondel z wysiłkiem wlókł swą sztywną nogę w górę schodów, posuwając się za każdym razem o jeden stopień. Dyszał ciężko. Granatnik przewiesił przez plecy, by jedną ręką móc wygodnie uchwycić się poręczy. Tuż za nim, z twarzą lśniącą od potu, szedł wysoki nastolatek, dźwigając skrzynkę pełną granatów. -Tutaj rzucił Rondel. Otworzył ostrożnie drzwi i upewnił się, że zasłony są wciąż zaciągnięte. Wszystko w porządku, chłopcze. Połóż tę skrzynkę pod oknem i zmiataj stąd. Dam ci dziesięć minut. Idź powoli i nie pozwól, by zatrzymał cię jakikolwiek posterunek kontrolny. Gdy wpadniesz, komputer w Londynie dowie się, że tu byłeś i będzie po tobie.

-A nie mógłbym zostać z tobą, Rondel? Mógłbym potem pomóc ci uciekać. Twoja noga...

-Nie martw się, chłopcze, nie dostaną starego Rondla. Udało im się to tylko raz, dawno temu. Przetrącili mi nogę i zafundowali wycieczkę po górskich obozach. Ten jeden raz wystarczy, możesz mi wierzyć. Nie mam zamiaru tam wracać. Ale ty idź już stąd. To rozkaz.

Z westchnieniem ulgi usiadł na skrzyni z granatami i przez chwilę wsłuchiwał się w szybki tupot zbiegających po schodach stóp. Dobrze. Przynajmniej o niego nie będzie się musiał martwić. Zrobił sobie mocnego skręta i zaciągnął się z lubością, zapominając niemal o bólu w sztywnej nodze. Palił, dopóki żarzący się koniec skręta nie sparzył go w usta. Rzucił niedopałek na podłogę i przydeptał obcasem.

Już czas. Odsłonił zasłony i ostrożnie otworzył okno. Od strony Marlybone wiał leciutki wietrzyk, niosąc ze sobą odgłosy ulicznego ruchu. Na widok przesuwającego się w dole konwoju wojskowego odsunął się pod ścianę. Gdy dźwięk silników zamarł już w oddali, uniósł wieko skrzynki.

Wyjął jeden z granatów i z uśmiechem zważył metalowy cylinder w dłoni. Dobra robota. Ręczna, ale sumienna. Podczas testowania granatnika zaledwie jeden pocisk na dwadzieścia okazał się niewypałem. A powiedziano mu, że od tamtej pory ich konstrukcja została znacznie ulepszona. Miał taką nadzieję. Złamał broń w pół, wsunął granat do cylindrycznej lufy, zarepetował i wyjrzał na zewnątrz. Po drugiej stronie ulicy wznosiły się budynki Służby Bezpieczeństwa.

Ponurej fasady nie szpeciły żadne okna. Kwatera główna Służb Bezpieczeństwa Wielkiej Brytanii, a w chwili obecnej prawdopodobnie całego świata. Wyśmienity cel. Jeżeli wszelkie kalkulacje były słuszne, to zasięg tej broni pozwalał na obrzucenie granatami dachu pierwszego budynku. Istniał tylko jeden sposób, by to sprawdzić. Rondel podniósł broń do ramienia, wymierzył troskliwie i nacisnął spust.

Przy wystrzale granatnik szarpnął, uderzając go kolbą w ramię. Dostrzegł cienką smugę dymu, niknącą poza krawędzią dachu. Doskonale. Załadował kolejny granat. Gdy wystrzelił ponownie, nad dachem zaczął się już unosić słup białego dymu.

Dobra robota, chłopcze uśmiechnął się złowrogo i jął ostrzeliwać dach ogniem ciągłym.

Ktoś powiedział mu kiedyś, że granaty termitowe wypalają dziury absolutnie we wszystkim. Miał rację.

Ulica poniżej zaroiła się od uzbrojonych mężczyzn. Rondel cofnął się od okna i by nie mogli go dostrzec, położył się płasko na podłodze, nie przerywając ostrzału.

Kiedy pociągnął za spust po raz kolejny, granatnik zareagował jedynie głośnym sykiem.

-Niech to wszyscy diabli! mrukął wściekle Rondel.

Złamał broń i uderzył kolbą o podłogę, by wyrzucić wadliwy ładunek na zewnątrz. Schwycił dymiący granat i nie zważając na ostry ból w dłoni, cisnął go przez okno. W samą porę. Eksplodował w sekundę później, a z dołu dobiegły go okrzyki bólu i wściekłości.

"Zasłużyli sobie dranie pomyślał. Nie musieli podchodzić tak blisko." Podczołgał się w stronę drzwi i ignorując ból w poparzonej dłoni, posłał kolejny granat w dół schodów. Odpowiedziało mu więcej okrzyków, a tuż nad jego głową seria pocisków odłupała tynk ze ściany. To powinno ich na chwilę zatrzymać.

Zostały mu jeszcze dwa granaty, gdy wywalili drzwi. Wystrzelił prosto w grupę atakujących mężczyzn i sięgał właśnie po ostatni granat, kiedy kule przecięły go niemal na pół. Umarł szybko, leżąc na plecach pod oknem, wpatrując się w widoczne na zewnątrz słupy białego dymu.

Rozdział 18

Admirał Kapustin był bardzo, bardzo zadowolony. Pogwizdując wesoło przez zęby, odwrócił się, by po raz ostatni spojrzeć na własne odbicie w lustrze. Mundur był zapięty jak należy, skórzany pas i wysokie buty lśniły. W porządku. Obrzucił dumnym spojrzeniem widniejącą na piersi imponującą kolekcję medali i odznaczeń, po czym otworzył drzwi.

Stojący w korytarzu żołnierze wyprężyli się oddając honory wojskowe. Mijając ich, admirał niedbałym gestem dotknął koniuszkami palców daszka czapki. Wreszcie nadszedł ten wymarzony dzień! Echu sprężystych kroków towarzyszył leciutki brzęk umocowanych przy obcasie butów ostróg. Nawet jeżeli ktoś dostrzegł coś niezwykłego w butach do końskiej jazdy i ostrogach na pokładzie statku kosmicznego, dwieście tysięcy mil od najbliższego konia, to nie dał tego po sobie poznać. Los tych, którzy odważyli się choćby uśmiechnąć w kierunku admirała Kapustina, nie był godny pozazdroszczenia.

Wkraczającego na mostek admirała powitał jego osobisty adiutant, Oniegin. Podwładny trzasnął obcasami i pochylił się w lekkim ukłonie, trzymając w obu wyciągniętych przed siebie dłoniach srebrną tacę. Admirał rozprawił się z niewielką szklaneczką zmrożonej wódki za pierwszym podejściem i sięgnął po papierosa. Adiutant błysnął zapaloną zapałką.

-Dziś jest ten dzień, Oniegin powiedział admirał, otaczając się chmurą aromatycznego dymu.

Wkrótce rozegra się pierwsza w historii kosmiczna bitwa i ja będę pierwszym dowódcą, który ją wygra. Miejsce w książkach historycznych zapewnione. Jakieś zmiany w ich kursie?

-Żadnych, towarzyszu admirale. Może pan sam się przekonać.

Oniegin rzucił krótki rozkaz w stronę operatora hologramu, który natychmiast wyświetlił obraz zbliżającej się floty nieprzyjaciela. Obraz holograficzny mierzył przeszło trzydzieści metrów sześciennych, zajmując całe centrum mostka bojowego. Sam obraz był trójwymiarowy i mógł być oglądany z każdej strony. Pośrodku zmaterializowała się nagle grupa świecących symboli, od których w górę biegła biała, kropkowana linia, ginąca poza zasięgiem wzroku.

-Tak wygląda ich kurs w tej chwili powiedział Oniegin. A to projekcja przyszłościowa. Na hologramie ukazała się kolejna linia, tym razem czerwona, zmierzająca w stronę podłogi.

-Dobrze chrząknął admirał. A dokąd to ich właściwie prowadzi?

Wewnątrz hologramu zmaterializowała się nagle błękitna kula Ziemi, otoczona satelitami i orbitującymi dookoła księżycem. Biała linia biegła prosto w jej kierunku.

-To projekcja bieżąca, nie biorąca pod uwagę żadnych zmian przyszłościowych wyjaśnił Oniegin.

Lecz oczywiście, w dalszym ciągu istnieje mnóstwo możliwości zmian. Na przykład takich.

Ukazało się kilkanaście czerwonych linii, z których każda mknęła w innym kierunku, celując w jakiś odległy punkt w przestrzeni. Admirał chrząknął ponownie.

Ziemia, Księżyc, satelity, kolonie, cokolwiek. I właśnie dlatego tu jesteśmy, Oniegin. Nasze zadanie polega na obronie Ziemi. Ci kryminaliści, cokolwiek planują, będą musieli przejść tuż obok nas. Nawet jeszcze nie wiedzą, co ich czeka. A prowadzi ich mój stary przyjaciel, Skougaard. Co za radość! Po ich pojmaniu osobiście wykonani wyrok na tym zdrajcy. Wódki!

Opróżnił kolejną szklaneczkę i usiadł na swym fotelu, skąd miał doskonały widok na cały hologram.

Do tej pory walki były jednym pasmem nikczemnych podstępów. Bomby, miny, wreszcie zdrady. Ci bandyci są nie tylko zdrajcami, lecz także tchórzami, którzy umknęli przed naszym sprawiedliwym gniewem, a potem pozbawili nas naszych własnych baz. Ale to już skończone. Mieliśmy dość czasu, by przegrupować się i zorganizować obronę. Teraz muszą spotkać się z nami na otwartym polu. I przeżyją niespodziankę, gdy to zrobią. Proszę pokazać mi ostatnie fotografie.

Astronomowie na orbitującym dookoła Ziemi trzynastometrowym teleskopie optycznym początkowo zaprotestowali, gdy zażądano od nich zdjęć zbliżającej się floty. Argumentowali, iż teleskop ten zaprojektowany został do zupełnie innych celów. Osłonięty przed promieniami słońca, bez atmosfery, która mogłaby zniekształcić wizję, mógł penetrować tajemnice nieprawdopodobnie odległych galaktyk, badać systemy gwiezdne leżące w odległości tysięcy lat świetlnych. Ich stosunek do przedstawionej im propozycji uległ gwałtownej zmianie, gdy kolejnym promem z Ziemi złożyło im wizytę kilkunastu policjantów. Wspólnymi siłami znaleziono sposoby, by wykonać to zadanie.

Wewnątrz hologramu pojawiły się sylwetki liniowców nieprzyjaciela. Szare i dość zamazane, rozciągały się w szerokim łuku.

-Dajcie mi ich flagowy, Dannebrog zażądał Kapustin.

Okręt pośrodku formacji zaczął się powiększać, aż miał przeszło metr średnicy. Jednak jego obraz wciąż pozostawał niewyraźny.

-Nie możecie czegoś z tym zrobić? parsknął zniecierpliwiony admirał.

-Spróbujemy komputerowego wspomagania obrazu rzucił Oniegin.

Po chwili widoczna na hologramie sylwetka zamigotała i stała się wyraźniejsza.

-Teraz lepiej mruknął admirał. Podszedł bliżej i wymierzył palec wskazujący w okręt. Mata cię, Skougaard. Ciebie i ten twój cenny Dannebrog. Już mi nie uciekniesz. Dajcie mi teraz projekcję kursów zbieżnych.

Obraz zmienił się ponownie. Symbole floty nieprzyjaciela pojawiły się teraz po jednej stronie hologramu, a floty Ziemi po drugiej. Od obu zgrupowań pomknęły w głąb obrazu przerywane linie. W miejscu, w którym linie skrzyżowały się, wykwitły nagle żółte i zielone cyfry. Żółte migotały i zmieniały się bezustannie. Zielone reprezentowały odległość w kilometrach od ich obecnej pozycji do miejsca przecięcia, żółte czas, za jaki dotrą tam przy obecnej prędkości. Admirał przez chwilę wpatrywał się w hologram. Wciąż byli za daleko.

-Pokażcie mi teraz dziesiątkę i dziewiećdziesiątkę.

Komputer dokonał niezbędnych kalkulacji w przeciągu mikrosekund. Na hologramie ich przyszły kurs przecięły nagle dwa łuki światła. Łuk bliższy flocie nieprzyjaciela był właśnie dziewięćdziesiątką był to zasięg, w jakim dziewięćdziesiąt procent ich pocisków miało uderzyć w nieprzyjaciela. Dziesiątka leżała dalej i oznaczała dziesięć procent skuteczności pocisków. Jednak nawet ten niepraktyczny zasięg osiągnięty zostanie dopiero za kilka godzin. Wojna w przestrzeni kosmicznej, tak samo jak starożytne bitwy morskie, polegała na długich okresach podróży, przerywanych krótkimi potyczkami. Admirał zaciągnął się radośnie papierosem i czekał. Ostatecznie, był przecież człowiekiem o nieskończonej cierpliwości.

Okręt flagowy admirała Skougaarda, Dannebrog, nie posiadał tak wyrafinowanego mostka bojowego jak jego główny przeciwnik we flocie nieprzyjaciela Stalin. Skougaard nawet tak wolał. Wszystko, czego potrzebował, z łatwością mógł odczytać z ekranów, a gdyby zażądał czegoś większego, aparat projekcyjny w razie potrzeby był w stanie powiększyć obraz do rozmiarów ściany grodziowej. Zawsze uważał, że niezwykle złożony emiter holograficzny jest jedynie zbędną komplikacją.

Stał właśnie przed ekranem głównym i pocierając w zamyśleniu masywną szczękę, spoglądał na powiększony obraz obu flot. W końcu drgnął i odwrócił się w stronę Jana, który czekał cierpliwie na boku.

-A więc moja artyleria jest już w pełnej gotowości bojowej. To dobrze. Muszę przyznać, że z serca spadł mi ogromny ciężar.

-Problem nie był właściwie zbyt skomplikowany przyznał Jan. Zastosowałem tu coś, co z powodzeniem wykorzystywaliśmy przy automatycznych liniach produkcyjnych, kiedy musieliśmy przyśpieszyć tempo cykli. To właściwie kwestia mechaniki, a nie elektroniki. Cykle oparte na zasadzie sprzężenia zwrotnego zdają świetnie egzamin w przypadku obwodów zespolonych, gdzie różne typy operacji przebiegają tak szybko, że w czasie realnym wydają się zachodzić niemal równocześnie. Mechanika zajmuje się obiektami fizycznymi, które mają zarówno wagę, jak i masę. Rozpędzenie i zatrzymanie takich obiektów pochłania znaczne ilości czasu. Zmieniłem więc program strzelniczy komputera w ten sposób, by kontrolował nie cały proces, lecz każdą z poruszających się kuł oddzielnie. Tak więc jeżeli jedna z kuł zwolni, zostanie usunięta, a na jej miejsce wprowadzona zostanie następna. Nie będzie potrzeby zatrzymywania całego urządzenia, tak jak to miało miejsce w przeszłości. Oznacza to także, że możemy strzelać tymi kulami w o wiele mniejszych odstępach czasu i rozmieszczać je w mniejszych odległościach od siebie.

Admirał skinął z zadowoleniem głową.

-Cudownie. Możemy je więc porozrzucać na kursie kolidującym tuż przed atakującą flotą. W jakiej właściwie odległości od siebie mogą być wystrzeliwane?

-Podczas prób doszliśmy do około trzech metrów.

-Niewiarygodne! A wiec oznacza to stalową ścianę, na którą nadzieją się swoimi rozpędzonymi nosami!

-Dokładnie tak. Uprości to przy okazji resztę funkcji, pozostawiając jedynie celowanie.

-Mamy więc coś, co staremu Kapustinowi sprawi przykrą niespodziankę. Admirał spojrzał na ekrany z lekkim uśmiechem satysfakcji. Znam go bardzo dobrze. Znam jego taktykę, uzbrojenie, a przede wszystkim jego głupotę. Pędzi prosto na mnie, nie mając właściwie pojęcia, co chowam w zanadrzu. Zapowiada się interesujące spotkanie. Będzie to coś, co jeszcze długo będzie pan pamiętał.

-Nie wyobrażam sobie, bym mógł pełnić rolę biernego obserwatora. Sądzę, że moje miejsce jest na jednym z okrętów strzelniczych.

-Nie. Będzie pan bardziej przydatny, pozostając ze mną. Na wypadek, gdyby skontaktował się z nami ThurgoodSmythe, lub gdyby pojawił się w jakiejkolwiek innej sytuacji. Jego osoba jest jedynym nieznanym czynnikiem w moich kalkulagach. Wszystko pozostałe zapięte jest już na ostatni guzik.

Jakby na potwierdzenie tych słów widoczne na ekranie kursowym cyfry zaczęły migotać, a na mostku rozbrzmiała syrena alarmowa.

-Zmiana kursu obwieścił mechanicznym głosem komputer.

Silniki zwiększyły ciąg. Obydwaj mężczyźni wyraźnie wyczuwali stopami drżenie stalowych płyt pokładu.

-A teraz zobaczymy, jak szybki jest komputer Kapustina powiedział Skougaard. A także, jak szybki jest on sam. Maszyny zbierają jedynie informacje, ale to on będzie musiał zadecydować, co z tym fantem zrobić.

-Co się właściwie dzieje? zapytał Jan.

-Rozdzielam moje siły. I to z dwóch ważnych powodów. Ten statek, oraz widoczny na ekranie Sverige są jedynymi jednostkami, które posiadają pociski antyrakietowe. Stary Lundwall, który dowodził Sverige, dawno już powinien przejść na emeryturę, jest jednak najlepszym taktykiem, jakiego znam. Razem opracowaliśmy tę operację. Każdy z nas stanie na czele oddzielnej eskadry. Wiem, że moi chłopcy wypracowali efektywne techniki zakłócenia systemów naprowadzania rakiet wroga. Z pewnością okażą się one przydatne w dalszej fazie rozgrywki. Na początku wolę mieć jednak z przodu dwie jednostki wyposażone w solidne ekrany detekcyjne, które wykryją wszystkie pociski, zanim jeszcze wejdą w bezpośredni zasięg rażenia.

Jan bez słowa wpatrywał się w ekran, na którym widoczne były pozycje wszystkich jednostek floty. W tej właśnie chwili przesuwały się powoli, zgodnie ze schematem kontrolowanym przez komputer. Okręt flagowy wysunął się na czoło, podczas gdy połowa floty ustawiła się za nim w długą linię. Druga połowa robiła to samo za Sverige. Wkrótce obie eskadry znalazły się na kursach rozbieżnych.

To da towarzyszowi Kapustinowi sporo do myślenia oświadczył z uśmiechem Skougaard. Wszystkie nasze jednostki posuwają się w dwóch liniach za okrętami flagowymi, które bez przerwy kierują się w stronę ich formacji. Może to oznaczać, oczywiście z ich punktu widzenia, że pozostałe statki po prostu zniknęły. To dobrze, że nasz przeciwnik nie zna historii. Słyszał pan kiedykolwiek o admirale Nelsonie, Janie?

-Tak. Jeżeli to ten sam facet, który stoi na szczycie kolumny na Trafalgar Sąuare.

-Ten sam.

-Brytyjski bohater z wieków średnich, czy jakoś tak. Walczył z Chińczykami?

-Niezupełnie. Chociaż z pewnością nie miałby nic przeciwko temu. Walczył chyba z wszystkimi innymi nacjami. Jego najświetniejsze zwycięstwo, które go zresztą zabiło, miało miejsce w trakcie bitwy pod

Trafalgarem, kiedy przełamał szyk francuskich okrętów w sposób, jaki mam teraz zamiar powtórzyć. Statki prowadzące przyjmują na siebie pierwsze uderzenie, dopóki w formacji nieprzyjaciela nie uczyniona zostanie wyrwa...

-Pociski odpalone przerwał mu meldunek komputera.

-Czy nie jesteśmy jeszcze poza zasięgiem? zapytał nerwowo Jan.

-Tak, ale to jedynie pociski antyrakietowe. Ich silniki nadają ciąg przez stosunkowo krótki okres czasu, a potem wyłączają się. Tworzą przed nami rodzaj parasola ochronnego, zdolnego do przechwycenia pocisków wroga, stając się w ten sposób systemem wczesnego ostrzegania.

W chwilę później przestrzeń przed nimi zakwitała białymi kulami ognia.

-Bardzo niezwykłe zauważył Skougaard. Kapustin już w pierwszym ataku używa głowic jądrowych. Niezłe, gdyby mogło się udać. Tym razem zrobił jednak poważny błąd, ponieważ wiem, iloma takimi pociskami dysponuje.

Spojrzał na zegar, a potem, na ekran, na którym jednostki uformowane w dwie, idealnie proste linie, sunęły w ślad za okrętami flagowymi.

-Historyczny moment powiedział wreszcie. Początek pierwszej bitwy podczas pierwszej wojny w przestrzeni kosmicznej. Od jej wyniku zależy przyszłość nas wszystkich.

Rozdział 19

-Oa coś knuje powiedział Kapustin z lekkim niepokojem w głosie.

Pułapka została już zastawiona. Skougaard nie miał innego wyjścia, jak w nią wpaść. Lecz we wnętrzu hologramu statki wrogiej armady zaczęły znikać z pola widzenia, aż pozostały tylko dwa.

-Przechodzą na napęd przestrzenny! wrzasnął Kapustin. Próbują mi uciec!

-To raczej niemożliwe, towarzyszu admirale powiedział ostrożnie Oniegin. Jedna z trudniejszych funkcji adiutanta polegała na formułowaniu myśli w taki sposób, który sugerowałby, iż powstały one w głowie admirała. Pan pierwszy wytłumaczył mi przecież, że z powodu zachodzących na siebie pól grawitacyjnych napęd przestrzenny Fascolo nie może być używany w bezpośredniej bliskości planet. Nieprzyjaciel próbuje czegoś o wiele prostszego. Jego statki formują się w dwie linie za...

-To przecież oczywiste. Każdy głupiec to zauważy. Nie musi pan marnować mego czasu, objaśniając mi takie rzeczy. Ale czy zauważył pan, że ich kursy także się zmieniły? Proszę trzymać oczy otwarte, Oniegin, to nauczy się pan kilku ciekawych rzeczy.

Trudno było tego nie zauważyć. Korzystając z chwili czasu, operator hologramu wprogramował w obraz dwie linie sunących za jednostkami statków. Nie miało to większego znaczenia, niemniej jednak usatysfakcjonowało admirała.

- Przeprowadźcie analizę tych kursów. Chcę wiedzieć, dokąd zmierzają. I wystrzelcie kilka pocisków z głowicami jądrowymi. Niech nie będą tacy pewni siebie.

-Mamy ich dość ograniczoną ilość... raczej wcześnie, nie sądzi pan... może pociski innego typu...

-Proszę się zamknąć i wykonywać rozkazy.

Chociaż ton głosu admirała był zupełnie beznamiętny, Onieginowi zrobiło się nagle zimno. Wiedział, że posunął się za daleko.

-Oczywiście, towarzyszu admirale! To doskonały pomysł.

-I podajcie mi wreszcie tę trajektorię ich przyszłych kursów.

Na hologramie od strony zbliżających się eskadr wytrysnęły nagle zakrzywione stożki światła. Początkowo pokrywały one olbrzymi obszar, włączając w to całą Ziemię i sporą liczbę satelitów. Jednak w miarę napływu danych radarowych stożki robiły się coraz większe, przybierając w efekcie postać dwu świecących linii.

-Dwa oddzielne cele Kapustin nie odrywał wzroku od hologramów. Pierwszy, to nasze bazy księżycowe. Cudownie. Baterie umieszczonych tam rakiet zniszczą ich, gdy tylko podejdą bliżej. Ale gdzie prowadzi ten drugi kurs?

-Najprawdopodobniej na orbitę geostacjonarną. Znajduje się tam spora liczba satelitów. To może być...

-To może być cokolwiek. I nawet nie jest to w tej chwili ważne. Zamienią się w parę na długo, nim tam dotrą.

My także podzielimy nasze siły. Chcę, by obie eskadry przecięły kurs tych statków. By zagrozić Ziemi, będą się musieli przez nas przedrzeć. Nie będzie to takie łatwe.

Była to walka niewidzialnych sił strumieni elektronów w komputerach, fal radiowych i fal światła. Żadna ze zbliżających się flot nie widziała jeszcze bezpośrednio drugiej mogło się zdarzyć, iż nie dostrzegą siebie nawet w trakcie bitwy. W dalszym ciągu znajdowali się o tysiące mil od siebie. Załogi statków kosmicznych przypominały marynarzy odległych bitew morskich, których dalekosiężne działa niszczyły nieprzyjaciela, nim ten pojawił się w zasięgu wzroku.

Obie floty zbliżały się do siebie coraz bardziej. Kapustin z radością w oczach spoglądał na widoczny na ekranie powiększony kształt okrętu flagowego Skaugaard Dannebrog.

Druga eskadra na robić dokładnie to, co ja. Strzelać na rozkaz. Nie zezwalam na oddzielne komendy. I niech żaden inny statek nie próbuje zbliżyć się do Dannebrog, gdy go już wypatroszymy. To moja ofiara. Wystrzelić salwę pocisków w formacji rozproszonej. To powinno nimi wstrząsnąć.

Na pokładzie Dannebrog admirał Skougaard uśmiechnął się szeroko i uderzył dłonią o kolano.

-Proszę spojrzeć na tego głupca zwrócił się w stronę Jana, wskazując równocześnie na ekrany. Rozrzuca swe cenne pociski jak kawałki chleba dla ptaków.

Komputer wyświetlał trasy pocisków, które zostawały przechwytywane i niszczone.

-Ten człowiek jest zupełnym głupcem, nie mającym pojęcia o taktyce. Wydaje mu się, że może nas zniszczyć, używając jedynie brutalnej siły. Być może byłoby to możliwe, gdyby poczekał, aż się zbliżymy. Nasza obrona zostałaby wtedy przygnieciona taką masą pocisków. Na szczęście mam tu kilka niespodzianek, które dadzą mu trochę do myślenia.

-Okręty strzelnicze gotowe do otwarcia ognia zameldował komputer.

Oba ogromne okręty weszły w zasięg trajektorii, którą posuwała się nieprzyjacielska formacja. W kierunku miejsca, w którym wkrótce miały znaleźć się wrogie jednostki, pomknął nieprzerwany strumień żelaznych kuł. Włączone na pełną moc silniki korekcyjne utrzymywały statki w pozycji, przeciwdziałając wstrząsom, wywołanym przez opuszczające wyrzutnie kule. Strumienie metalu wyglądały na ekranach jak świetliste ołówki. Wkrótce zniknęły z pola widzenia. Pozorujące płynącą przed nimi flotę, pociski antyrakietowe sunęły po wyznaczonych komputerowo kursach. Ich reflektory radarowe, pole Gaussa i źródła ciepła miały za zadanie zwieść i zniszczyć rakiety nieprzyjaciela.

Przechadzający się po mostku bojowym Stalina Kapustin, nie wydawał się być zadowolony z rozwoju sytuacji.

-Czy mogą być jakieś błędy odczytu? To nie może być prawda! krzyknął, wskazując na pojawiające się na ekranie cyfry.

-Zawsze występują błędy, sir odparł spokojnie Oniegin. Lecz stanowią jedynie niewielki procent ostatecznego wyniku.

-Lecz ta głupia maszyna wciąż twierdzi, że nie trafiliśmy w ani jeden statek nieprzyjaciela. W ani jeden! A ja na własne oczy widziałem eksplozje.

-Tak, admirale. Lecz w większości były to jedynie antyrakiety, których zadaniem było przyjęcie na siebie naszych rakiet. Po każdym kontakcie nasze radary przeszukują obszar eksplozji w poszukiwaniu szczątków. Po ich ilości określają, czy zniszczony został statek, czy jakiś inny obiekt. Musi pan jednak pamiętać, że z każdą eksplozją niszczona jest jedna z ich antyrakiet. Ponieważ mamy o wiele więcej pocisków niż oni, ostateczne zwycięstwo będzie należało do nas. Kapustin nie sprawiał wrażenia w pełni zadowolonego z tego wyjaśnienia.

-A gdzie są te ich pociski? Czy ten tchórz nie ma nawet zamiaru ich wystrzelić?

Ponieważ ma ich o wiele mniej, sądzę, iż czeka, aż odległość zmniejszy się na tyle, by ich siła rażenia była jak największa. Nasze ekrany ochronne są jednak tuż przed nami i z pewnością nie uda im się ich przebić.

Ta ostatnia uwaga była szczególnie niefortunna. Właśnie gdy adiutant kończył ją wypowiadać, na mostku zabrzmiał alarm. Na ekranie krwistą czerwienią pulsował napis: OBIEKTY NA KURSIE KOLIZYJNYM. Niemal natychmiast z innych jednostek napływać zaczęły raporty o uszkodzeniach. Sparaliżowany zdumieniem, admirał wpatrywał się w ekran, na którym jego liniowce zmieniały się w poskręcane sterty złomu. Na jego oczach jeden ze statków eksplodował złocistą kulą ognia.

-Co to jest? Co się dzieje? wykrztusił.

-Strumień meteorytów... zaczął Oniegin, chociaż wiedział, że to nie może być prawda.

Admirał, zapominając o zamknięciu ust, opadł na fotel. Sprawiał wrażenie kompletnie zdezorientowanego. Oniegin poprosił operatora o powtórne odtworzenie całego zajścia. Chociaż trwało ono niespełna sekundę, zostało zarejestrowane przez komputer, który odtworzył je teraz w zwolnionym tempie. Na ekranie ukazała się zwarta ściana jakiejś materii przeszło dwukilometrowej długości, z precyzją sunąca kursem kolizyjnym na spotkanie liniowców floty. Potem nastąpiło zderzenie. To musiała być akcja nieprzyjaciela. Na powiększeniu Oniegin spostrzegł, iż ową ścianę tworzyły w rzeczywistości niewielkie, kuliste przedmioty. Wystrzelone przez nich pociski, pomimo że tworzyły w przeszkodzie pokaźne dziury, nie mogły powstrzymać głównego impetu.

-Wygląda na to, że to pewien rodzaj broni powiedział wreszcie Oniegin.

-Co takiego?

"Tajnej" chciało mu się dodać. Nie uczynił jednak tego, ponieważ mogło go to kosztować życie. Zamiast tego powiedział jedynie:

Niewielkie obiekty pozbawione własnego napędu, które wystrzelono nam na spotkanie. Jednak jakie to obiekty i w jaki sposób wystrzelono je z taką precyzją, w dalszym ciągu nie wiadomo.

- Będzie ich więcej?

-To możliwe, chociaż oczywiście nie mogę być tego pewny. Być może wystrzelili w nas od razu wszystkim, co mają...

-Więcej pocisków defensywnych. Wystrzelili je natychmiast.

-Za pierwszym razem ich efekt był zupełnie znikomy, towarzyszu admirale. Gdy wystrzelimy je teraz, zabraknie ich na...

Urwał, gdyż silny cios w twarz przewrócił go na podłogę.

-Odmawia pan wykonania rozkazu? Kwestionuje pan moje dowództwo nad tą flotą?

-Nigdy! Proszę wybaczyć... to była tylko sugestia... to się więcej nie powtórzy Oniegin podniósł się na nogi.

Z kącika rozciętej wargi sączyła się krew.

-Postawić parasol ochronny z pocisków defensywnych... I to z wszystkich! Ta piekielna broń musi zostać powstrzymana!

Lekkie szarpnięcie Stalina świadczyło, iż pociski zostały wystrzelone. Oniegin otarł krwawiące usta rękawem. Co jeszcze mogli zrobić? Musi być przecież coś, co pozwoliłoby im uniknąć ostatecznej katastrofy. Ten głupiec admirał był zbyt niekompetentny, a oficerowie za bardzo się go bali, by zaproponować jakieś rozsądne rozwiązanie.

-Czy mógłbym zasugerować coś, co byłoby bardziej efektywne niż pociski defensywne, towarzyszu admirale? Czymkolwiek ta broń jest, nie posiada własnego napędu. Nasze czujniki nie wykrywały u niej śladu jakiejkolwiek radiacji. Dlatego wydaje mi się, że wystrzeliwana być musi po ściśle określonej trajektorii. Gdybyśmy zmniejszyli szybkość, istnieje spora szansa, że pociski te przejdą przed nami.

-Co takiego? Zwolnić? Bierze mnie pan za tchórza?

Oniegin westchnął.

-Nie, sir. Oczywiście, że nie. Równie dobrze możemy przyśpieszyć. Efekt będzie ten sam.

-Być może. w Każdym razie nie wyrządzi to chyba większej szkody. Niech pan wyda rozkaz.

-Przerwać ogień wydał polecenie Skougaard. Zwiększyli szybkość, więc nasza ostatnia salwa przejdzie za nimi. Lecz i tak zadaliśmy im spore straty. Proszę spojrzeć na ekran. Wytrąciliśmy z walki więcej niż czwartą część ich sił. Kolejna zapora wykończy ich. Czy jesteśmy już w odpowiednim zasięgu dla naszych rakiet?

-Będziemy za trzydzieści dwie sekundy, sir.

-Wydać polecenie otwarcia ognia. Chcę, by napotkali na swej drodze stalową ścianę.

Z precyzją co do mikrometra płaskie wieżyczki strzelnicze obróciły się, kierując wyloty swych wyrzutni na obrany punkt w przestrzeni. Od części zamkowej każdej wyrzutni biegła przezroczysta, plastykowa rura, przez którą podawano z wnętrza statku strumień niewielkich, zmodyfikowanych pocisków rakietowych. W sumie była to prosta, mało subtelna broń lecz bardzo efektywna.

Po osiągnięciu określonego punktu w przestrzeni włączano obwody strzelnicze. We wszystkich wieżyczkach elektroniczny zapłon zadziałał równocześnie, wyrzucając smukłe cygara rakiet w przestrzeń. Na ich miejsce w wyrzutnie wsuwały się następne, a potem następne. Ponieważ nie było potrzeby otwierania i zamykania zamka, czy wyrzucania pustych łusek, szybkostrzelność tych urządzeń była niewiarygodna. Ograniczało ją jedynie tempo mechanicznego podawania pocisków. Co sekundę jedną wyrzutnię opuszczało przeciętnie sześćdziesiąt rakiet, a sto osiemdziesiąt każdą wieżyczkę. Sto dziewięćdziesiąt siedem takich wieżyczek zamontowano, zanim jeszcze flota wyruszyła do akcji, a ostatecznych połączeń i testów dokonano już w drodze. Co sekundę wyrzutnię opuszczało dziewięćdziesiąt cztery tysiące pięćset sześćdziesiąt rakiet. Przeszło dwie i pół tony stali, Gdy zaprzestano odstrzału po minucie, \v stronę ziemskiej floty zmierzało przeszło sto pięćdziesiąt ton stali.

Na radarze masa ta przypominała połyskującą mgłę, która szybko zniknęła w przestrzeni. Komputer zaczął odliczać czas, który pozostał do momentu spotkania.

Wszyscy na mostku wstrzymali oddech. Minuty, a potem sekundy, nieubłaganie zmierzały w stronę zera. Teraz!

- Dobry Boże... westchnął Jan na widok nieprzeliczonej ilości eksplozji.

Admirał Skougaard odwrócił wzrok od ekranów, które ukazywały orgię zniszczenia. Znał większość z tych, którzy tam ginęli. Część służyła niegdyś pod jego rozkazami.

Tam, gdzie jeszcze przed chwilą była imponująca flota statków kosmicznych, teraz widniały jedynie porozrywane, osmolone metalowe szczątki. W przeciągu kilku sekund obie ziemskie eskadry przestały istnieć.

Dwie chmury rozpraszających się powoli odłamków szybko pozostały z tyłu.

Przed rebeliantami leżała Ziemia.

Rozdział 20

- Powinnam być w samolocie powiedziała Dvora. Pozostali są już na pokładzie.

Zmęczona bezustannym wyczekiwaniem w samochodzie, wyszła na zewnątrz, by rozprostować kości. Noc była wyjątkowo ciepłą, bezchmurne niebo pobłyskiwało tysiącami gwiazd. Chociaż sam port lotniczy był zaciemniony, sylwetki zgrupowanych na pasie startowym transportowców były doskonale widoczne. Amri BenHaim stanął tuż obok dziewczyny. Ssąc nieodłączną fajkę, obrzucił spojrzeniem torbę Dvory, zawierającą zapasowe magazynki i przewieszony przez plecy młodej bojowniczki karabin maszynowy.

-Nie ma pośpiechu, Dvora powiedział. Do startu pozostało jeszcze trzydzieści minut. Twoi żołnierze to dorośli ludzie, nie musisz prowadzić ich za rączkę.

-Dorośli ludzie! parsknęła ze zniecierpliwieniem. Farmerzy i profesorowie uniwersytetu. Jak się będą zachowywać, gdy dookoła zaczną świstać kule?

-Dadzą sobie radę, jestem tego pewny. Przeszkolenie, które przeszli było bardzo dokładne, tak samo zresztą jak twoje. Ty po prostu masz więcej doświadczenia, to wszystko, Możesz na nich polegać...

-Wiadomość! wykrzyknął nagle kierowca.

-Potwierdź moim kodem identyfikacyjnym polecił BenHaim.

Kierowca szepnął coś w stronę mikrofonu, a po chwili wychylił się przez okno.

-Podali tylko dwa słowa: beth doar.

-Poczta! wykrzyknął BenHaim. Odwrócił się w stronę Dvory. A więc udało się. Zajęli stację w Khartumie.

-Powiedz Blonsteinowi, że sytuacja, używając jego ulubionego powiedzenia, jest do przodu. A potem wsiadaj do samolotu. Nie chcę, byś mi się tutaj niepotrzebnie pętała.

Dvora nałożyła heim i sięgnęła po mikrofon.

-Tak... tak, generale. Oczywiście, powtórzę odwróciła się w stronę BenHaima. Wiadomość dla pana od generała Blonsteina. Powiedział, by miał pan oko na Izrael. Po powrocie chce go zwiedzić.

-Postaram się. Ale następnym razem powiedz mu, że zależy to od niego, a nie ode mnie. No, idź już. Posiedzę sobie na balkonie, czekając na wynik akcji. To znaczy tak długo, jak będę miał balkon, na którym mógłbym siedzieć.

Dvora pocałowała go leciutko w policzek i ruszyła w stronę oczekującego samolotu. Wkrótce jej sylwetka rozpłynęła się w mroku.

BenHaim nasłuchiwał, jak silniki potężnych samolotów budzą się z hukiem do życia. Mrok nocy rozświetliły buchające z dysz ognie odrzutu. Pierwszy samolot mknął już po pasie, nabierając prędkości, aż wreszcie płynnie uniósł się w powietrze. Za nim następny i następny. Na obu pasach trwał nieprzerwany ruch. W końcu niewyraźne kształty samolotów rozmyły się w ciemnościach, echo silników zamarło i powróciła cisza.

BenHaim wyjął z ust wygasłą fajkę i wystukał ją o krawędź buta. Nie czuł ani podniecenia, ani zmęczenia; po dniach pełnych napięcia i przygotowań był po prostu zmęczony. Od tej chwili nie było już odwrotu. Wsiadł do samochodu.

-W porządku. Możemy wracać do domu, chłopcze polecił kierowcy.

Wysoko w górze, już poza zasięgiem wzroku, powietrzna armada zatoczyła szerokie koło. Przestrzeń powietrzna Izraela była zbyt mała na wykonanie takiego manewru. Nie obawiano się co prawda sieci radarów, lecz w dole leżały gęsto zaludnione miasteczka, których mieszkańcy mogliby się zastanawiać, dokąd właściwie te wszystkie samoloty się kierują. Kiedy maszyny ponownie przekroczyły granicę Izraela, znajdowały się na wysokości sześciu mil. Z takiej wysokości odgłos pracy silników był już zupełnie niesłyszalny na dole. W zwartej formacji skręcili na południowy wschód i znaleźli się nad Morzem Czerwonym.

Grigor wyjrzał przez okienko i aż cmoknął ze zdumienia.

-Dvora powiedział. To, co widzę, nie wygląda koszernie.

-A cóż takiego widzisz? Stadko świnek?

-Raczej fale Morza Czerwonego.

Grigor był z zawodu wykładowcą matematyki. Niezwykle roztargniony, zupełnie nie odpowiadał wszelkim wymaganiom stawianym żołnierzom. Lecz jako strzelec wyborowy nie miał sobie równych. Jego wyczyny na strzelnicy przeszły już do legendy.

-Chodzi mi o to, dokąd lecimy. Mamy zaatakować przecież Spaceconcent na zachodzie Stanów Zjednoczonych. Wiem, wiem, nie podniecaj się tak. Dawno już się tego domyślaliśmy. Tak wielki sekret, że nawet dziecko by na to wpadło. Ale do rzeczy. Z położenia gwiazdy pomocnej wnioskuję jedynie, że lecimy na południe. Właśnie to skłoniło mnie do refleksji, iż nie wygląda to zbyt koszernie. Chyba, że nasz samolot ma wystarczające zapasy paliwa, by dolecieć do Ameryki przez biegun południowy.

-Nie lecimy bezpośrednią trasą.

-Mogłabyś nam coś o tym powiedzieć, Dvorkila wtrącił Vasil, celowniczy ciężkiego karabinu maszynowego.

Pozostali pochylili się w jej kierunku i zastygli w oczekiwaniu.

-Mogę powiedzieć wam o kursie, jakim teraz lecimy, ale nic ponad to. Lecimy teraz prosto na południe, lecz nad Pustynią Nubijską zakręcimy na zachód. Jest tam a raczej była stacja radarowa wKhartumie. Nasi ludzie zajęli ją. Jest to jedyna stacja na drodze do Maroka... zawahała się i umilkła.

-A dalej? nalegał Grigor. A może ma to związek z tymi czarnymi krzyżami, które po zdjęciu papieru znaleźliśmy na kadłubie? Wtargniemy tam pod fałszywymi znakami, jak piraci?

-To ściśle tajne...

-Dvora, proszę. To w końcu my nadstawiamy głowy.

-No dobrze, macie rację. Zresztą teraz i tak nie jest to już tajemnica. Wiecie z pewnością, że w rządzie Narodów Zjednoczonych mamy naszych agentów urwała nagle.

"Lub być może oni mają nas pomyślała ponuro.

-Za późno jednak, by się wycofać. Nawet jeżeli to rzeczywiście pułapka, to musimy w nią brnąć dalej, aż do krwawego końca."

Od nich właśnie dowiedzieliśmy się ciągnęła dalej. Że do pomocy w utrzymaniu bazy na pustyni Mojave wysłano oddziały niemieckie. To ich właśnie znaki i numery identyfikacyjne mamy na naszym samolocie. Zajmiemy po prostu ich miejsce.

-Nie tak po prostu przerwał Grigor. Przypuszczam, że istnieje jeszcze sporo rzeczy, o których nam nie powiedziałaś.

-To prawda. Lecz muszę dodać coś jeszcze. Wyprzedzamy samoloty niemieckie zaledwie o godzinę. Dlatego tak niezwykle ważne było skoordynowanie czasowe całej akcji. Jak na razie wszystko rozwija się zgodnie z planem. Mieścimy się w czasie. Więc lepiej spróbujcie teraz trochę odpocząć, bo po wylądowaniu nie będzie już na to ani chwili.

Lecieli już kilka godzin. Większość ludzi spała. Czuwały jedynie załogi, obserwując bez przerwy wskazania automatycznych pilotów. Generał Blonstein, jako wykwalifikowany pilot, znajdował się w pierwszym samolocie formacji. Po minięciu pustyń Maroka znaleźli się nad Oceanem Atlantyckim. Generał wpatrywał się właśnie w ciemny przestwór, gdy nagle ożyło radio.

-Wieża Rabat do Air Force cztery siedem pięć. Czy mnie słyszycie?

-Air Force cztery siedem pięć. Słyszymy głośno i wyraźnie, wieża Rabat.

Kontakt radiowy był jedynie formalnością. Stacje naziemne uaktywniły już transpondery we wszystkich samolotach, otrzymując w ten sposób wszystkie zakodowane wcześniej dane dotyczące identyfikacji, trasy przelotu i miejsca przeznaczenia.

-Macie czystą drogę aż nad Azory, Air Force - z głośnika dobiegł szmer prowadzonej ściszonymi głosami rozmowy. Mamy tu dane dotyczące waszego lotu. Wygląda na to, że jesteście pięćdziesiąt dziewięć minut przed czasem.

-Mamy sprzyjający wiatr odparł spokojnie Blonstein.

-Zrozumiałem, Air Force. Koniec.

Na dole, nasłuchując na częstotliwości wieży kontrolnej, tej krótkiej wymianie zdań przysłuchiwał się jeszcze ktoś inny. W kępie drzew tuż przy nadmorskiej autostradzie tkwił mężczyzna w burnusie. Wzdłuż autostrady biegły słupy trakcyjne sieci wysokiego napięcia. Mężczyzna słuchał rozmowy niezwykle uważnie, marszcząc czoło, gdy dobiegające z taniego radia trzaski zagłuszały niektóre słowa. Odczekał jeszcze chwilę, by być absolutnie pewnym, że transmisja została już zakończona. W końcu skinął głową i nacisnął guzik z boku niewielkiej skrzynki, która przez cały ten czas tkwiła u jego stóp.

W niebo wystrzelił jaskrawy słup ognia, a w sekundę później jego uszu dobiegł odgłos eksplozji. Jeden ze słupów trakcyjnych jął chylić się ku ziemi, aż w końcu runął, krzesząc przy tym malownicze snopy iskier.

Połowa świateł w całym Rabacie momentalnie zgasła. Przy okazji wysiadła także podstacja naprowadzania radiowego wieży.

Obsada dyżurna lotniska Cruz del Luz na wyspie Santa Maria pogrążona była w błogim śnie. Ostatnio bardzo niewiele samolotów lądowało tutaj by napełnić zbiorniki, szybko więc godziny dyżuru nocnego stały się zwykłą rutyną. A zresztą, gdyby coś się działo, to wcześniej i tak obudziłoby ich radio.

Tak stało się i tym razem. Kapitana Sarmiento wyrwał z okowów pełnego pięknych dziewcząt snu wzmocniony głos, dobiegający z wiszącego na ścianie głośnika. Żołnierz zerwał się z leżanki i nim udało mu się zapalić światło, wyrżnął się boleśnie w goleń.

-Zgłasza się Cruz del Luz wymruczał sennie. Odchrząknął, splunął do pełnego kosza na śmiecie i zaczął przerzucać leżące na biurku wydruki.

-Tu Air Force cztery siedem pięć. Prosimy o zezwolenie na lądowanie w celu uzupełnienia paliwa.

Trzęsące się palce Sarmiento znalazły właściwy wydruk, nim jego rozmówca skończył mówić. Tak, wszystko się zgadzało.

-Możecie lądować na pasie numer jeden nagle zamrugał i spojrzał na zegar ścienny. Jesteście o godzinę wcześniej, niż było to przewidziane w harmonogramie, Air...

-Sprzyjający wiatr padła lakoniczna odpowiedź.

Sarmiento opadł na fotel i z obrzydzeniem spojrzał na swą rozespaną i ziewającą załogę, wkraczającą właśnie do centrali łączności.

-Wy syny portowych dziwek! Po raz pierwszy od sześciu miesięcy przybywa tu prawdziwy major, a wy śpicie jak świnie w błocie. Ruszać się! Procedura tankowania.

Jeszcze przez chwilę przemawiał w ten sposób, aż w końcu wszyscy jego ludzie zabrali się do roboty. Podobała im się ta bezpieczna praca i za nic nie chcieliby jej utracić.

Wzdłuż całego pasa równymi szeregami zapłonęły światła pozycyjne. Wkrótce z otaczających lotnisko ciemności wyłoniły się samoloty. Jeden po drugim obniżyły się i lądowały, zostając natychmiast kierowane automatycznie do punktów tankowania.

Każda część tej operacji sterowana była komputerowo. Samoloty podłączane były w odpowiednie miejsce, a ich silniki wyłączone. Na każdej z wież znajdowała się kamera telewizyjna, która określała położenie wpustów zbiorników na skrzydłach. Natychmiast po ich umiejscowieniu mechaniczne ramię unosiło klapę i wprowadzało do baku końcówkę węża. Rozpoczynało się pompowanie.

Sensory określające pojemność przesyłały informacje o ilości benzyny w każdym zbiorniku. Przypadkowe rozlanie paliwa lub przepełnienie zbiornika było wykluczone. W trakcie tankowania wszystkie samoloty pozostawały ciemne i ciche.

Za wyjątkiem pierwszego, w którym najwidoczniej znajdował się dowódca formacji. Luk w tym samolocie został otwarty, a na ziemię opuszczono metalową drabinkę. Zszedł po niej umundurowany mężczyzna i sztywnym krokiem ruszył wzdłuż zbiorników z paliwem.

Nagle, przechodząc obok jednej z wyniosłych ramp paliwowych, coś przykuło jego uwagę. Podszedł bliżej i nachylił się, by przyjrzeć się temu czemuś bliżej. Ponieważ górne części jego ciała znalazły się w cieniu rzucanym przez rampę, nikt nie zauważył niewielkiej paczuszki, którą wysunęła mu się zza pazuchy i spoczęła obok zbiornika. Mężczyzna wyprostował się, obciągnął mundur i ruszył w stronę wieży kontrolnej.

Sarmiento na widok wchodzącego oficera poczuł się trochę nieswojo. Zamrugał nerwowo powiekami. Czarny mundur mężczyzny był odprasowany i nieskazitelnie czysty, guziki i złote naszywki lśniły zimnym blaskiem. U szyi oficera wisiał krzyż maltański, pierś pokrywały rzędy beretek, a w oku tkwił monokl. Sarmiento, na którym wygląd przybysza uczynił piorunujące wrażenie, poderwał się na baczność.

-Sprechen się Deutsch?- zapytał mężczyzna.

-Przykro mi, ale nie rozumiem ani słowa. Oficer skrzywił się i zaczął mówić źle akcentowanym portugalskim:

-Przyszłem, by podpisać formularz zapotrzebowania.

-Tak, oczywiście Sarmiento machnął ręką w stronę komputera. Nie będzie jednak gotowy przed zakończeniem tankowania.

Oficer skinął głową i zaczął przechadzać się tam i z powrotem wzdłuż pomieszczenia. Sarmiento zajął się jakąś nie cierpiącą zwłoki pracą. Oboje drgnęli, gdy rozległ się brzęczyk i z drukarki wysunął się gotowy formularz.

-Proszę podpisać tutaj i tutaj powiedział Sarmiento wskazując na właściwe miejsce. Dziękuję.

Wręczył kopię oficerowi, który odwrócił się i ruszył w stronę pasa startowego. Dopiero gdy zniknął we wnętrzu samolotu, Sarmiento spojrzał na trzymany w dłoni papier. Dziwne nazwiska mają ci obcokrajowcy. I cudaczna pisownia. Wygląda to na Schickelgruber... tak, Adolf Schickelgruber.

-Ile mamy czasu? zapytał niecierpliwie oficer po zajęciu miejsca w fotelu pierwszego pilota.

-Około dwudziestu ośmiu minut. Musimy być w powietrzu, nim nawiążę kontakt radiowy.

-Mogą się przecież spóźnić...

-Lecz mogą być także wcześniej. Nie możemy ryzykować.

Pierwszy z samolotów opuszczał właśnie pas startowy, wznosząc się ostro w górę. Jako ostatni wystartował samolot dowódcy. Jednak zamiast podążać za formacją, zatoczył nad oceanem koło i zawrócił na lotnisko.

-Jednostki straży pożarnej powróciły do remizy powiedział pilot.

Reszta ludzi jest już w wieży kontrolnej. Nie, chwileczkę ktoś stoi w drzwiach i macha ręką uśmiechnął się generał Blonstein. Zamrugajmy mu reflektorami na pożegnanie.

W chwilę później ponownie znaleźli się nad oceanem i łagodnym łukiem zakręcili na zachód. Blonstein przycisnął słuchawki do uszu i modląc się o czas, nasłuchiwał uważnie. Wciąż cisza, żadnych wezwań. A więc wszystko w porządku.

-Udało się powiedział jedynie.

Podniósł widniejącą na tablicy kontrolnej czerwoną pokrywkę i nacisnął tkwiący pod nią guzik.

Sarmiento usłyszał przytłumiony huk i wyjrzał przez okno, spoglądając na bijące pod niebo słupy ognia i czarnego, oleistego dymu. Rozjęczały się sygnały alarmowe, ożyły drukarki i radio.

Transportowce niemieckie przekroczyły właśnie brzeg afrykański, gdy dowódca oddziału otrzymał zaszyfrowaną wiadomość.

-Nowy kurs powiedział, spoglądając na wyświetloną na ekranie komputera mapę. Jakiś wypadek, ale nie podają szczegółów. Kierują nas do Madrytu.

Dowódca zdziwiony był tym nowym kursem, niepokoił go także niski poziom paliwa w zbiornikach. Nie przyszło mu do głowy, by spróbować połączenia z lotniskiem Cruz del Luz w tej chwili nie było to już jego zmartwienie. W ten sposób zrozpaczony i śmiertelnie przerażony kapitan Sormiento nie musiał dodatkowo łamać sobie głowy tajemniczym przelotem tej samej nocy dwu formacji samolotów, posiadających identyczny harmonogram lotu i takie same znaki identyfikacyjne.

Rozdział 21

- A więc pierwsza połowa naszego zadania zakończyła się sukcesem powiedział z satysfakcją admirał Skougaard, gdy szczątki floty nieprzyjaciela pozostały już daleko z tyłu. Poszło nam tak samo dobrze, jak Nelsonowi pod Trafalgarem. A nawet lepiej, zważywszy fakt, iż po bitwie pozostałem przy życiu. I nie ponieśliśmy żadnych strat. No, może za wyjątkiem złamanej nogi jednego z artylerzystów, na którą spadła upuszczona przypadkowo kula. Korekty kursu?

-Wprowadzone do komputera, sir odparł operator. Silniki włączą się za około cztery minuty.

-Doskonale. Po wejściu na nową orbitę chcę, by dotychczasowa zmiana warty udała się na odpoczynek. Odwrócił się w stronę Jana. Przywilej rangi. Właśnie z niego korzystam i idę coś zjeść. Przyłączy się pan do mnie?

Aż do tej chwili posiłek był ostatnią rzeczą, która absorbowała umysł Jana. Lecz gdy napięcie poprzednich godzin minęło, nagle zdał sobie sprawę, że jest wręcz niesamowicie głodny.

-Z przyjemnością, panie admirale.

W prywatnej kabinie admirała czekał już na nich suto zastawiony stół, dookoła którego krzątał się osobiście szef kuchni. Admirał wymienił z nim parę słów w gardłowym, kompletnie dla Jana niezrozumiałym języku.

-Smorgasbord - westchnął z zachwytem Jan, spoglądając na pyszniące się na stole potrawy. Ostatni raz jadłem to... już nawet nie pamiętam, kiedy.

-Stor kold bar poprawił admirał. Chociaż w powszechnym użytku przyjęła się nazwa szwedzka, w rzeczywistości nie oznacza ona tego samego. My, Duńczycy, jesteśmy bardzo dumni z naszych potraw. Zawsze wyruszam w przestrzeń z pełnymi lodówkami. Chociaż niewiele już pozostało westchnął. Lepiej szybko zakończmy tę wojnę. Za zwycięstwo!

Spełnili toast szklaneczkami zmrożonej akvavity. Szef kuchni natychmiast uzupełnił je ponownie z butelki, spoczywającej w pojemniku z lodem. Posiłek przedstawiał się imponująco. Poczesne miejsce zajmował ogromny półmisek, pełen grubych kanapek z przyrządzonymi na różne sposoby filetami ze śledzia. Potem zaserwowano zimną wołowinę z chrzanem i jajka w kawiorze, a wszystko to uzupełnione kolejnymi puszkami zimnego, duńskiego piwa. Ucztowali z apetytem zwycięzców ludzi, którym udało się uzyskać jeszcze kilka dni życia.

Przy kawie powrócili jednak w rozmowie do ostatniej fazy bitwy.

-Czy da pan wiarę, że miałem zaprogramowanych kilkanaście planów strategicznych, zależnych od rezultatu tego starcia? zapytał Skougaard. Na szczęście mogę wprowadzić w życie ten najlepszy. Pierwszy. Tak więc moim kolejnym problemem jest utrzymanie tego planu w sekrecie przed rezerwami nieprzyjaciela. Zaraz go panu wyjaśnię.

Porozkładał na stole solniczkę, słoik z musztardą, widelce i noże.

-Nasza eskadra to ten nóż. Tuż obok jest widelec, czyli druga eskadra. Tu leży nasz cel. Ziemia. Pozostałe statki nieprzyjaciela grupują się w luźnych formacjach tutaj i tutaj. Chociaż znajdują się na odpowiednich orbitach, nie zdążą już przeszkodzić nam w naszych planach. Zanim osiągną ten punkt, nasze jednostki opanują te widelce, czyli satelity energetyczne. Jak pan zapewne wie, ich ogromne lustra przetwarzają energię słoneczną na elektryczność i wysyłają na Ziemię w postaci mikrofal. Z energii tej korzysta cała Europa i Ameryka Pomocna, więc wyłączenie tych satelitów spowoduje totalne zaciemnienie i panikę. A chcemy wyłączyć je wszystkie równocześnie. Jednak na dłuższą metę nie będzie to miało większego znaczenia, bowiem Ziemia posiada wystarczająco dużo innych źródeł energii, które będzie mogła wykorzystać. Mnie jednak interesuje chwila obecna. Najprawdopodobniej przeprowadzą atak i spróbują usunąć stamtąd naszych ludzi. Wykonają go siły desantowe, wątpię bowiem, by odważyli się na użycie pocisków rakietowych. Mogłoby się to zakończyć całkowitym zniszczeniem satelitów. My nie mamy jednak żadnych skrupułów przed strzelaniem do ich statków. Tak, będzie to niezwykle interesująca potyczka. I zupełnie bez znaczenia. Dywersja, nic więcej. Dotknął noża. A powinni szukać tego.

Przesunął nóż dookoła jednego talerzyka i z powrotem w stronę drugiego.

-Księżyc powiedział, dotykając pierwszego talerzyka i wskazując na drugi, dodał: Ziemia. Podniósł spoczywające na talerzyku ciastko. Jedna nasza dywersja zaabsorbuje większość ich obrony. A druga część naszego planu porobi ogromne dziury w tym, co z niej jeszcze pozostanie.

-Druga część? Czy nie dotyczy ona przypadkiem ataku na bazę Spaceconcentu na pustyni Mojave?

Skougaard oblizał palce z resztek kremu.

-Dokładnie tak. Mój plan zakłada, że zniszczenie ich głównej floty, atak na satelity, blokada urządzeń energetycznych oraz akcje dywersyjne ruchu oporu spowodują chaos, w którym potracą głowy. Ułatwi to zadanie naszym siłom, które zaatakują bazę na Mojave.

Tuż obok pierwszego noża położył drugi i ponownie przesunął go za talerzyk, symbolizujący Księżyc.

Tutaj mam zamiar ponownie rozdzielić siły. Po drugiej stronie Księżyca będziemy poza zasięgiem ziemskich stacji namiarowych. A gdy miniemy to miejsce, o tutaj, zmienimy kurs. Siły główne przemieszczą się w tym kierunku odsunął lekko jeden nóż od drugiego by uniknąć rakiet obrony, które do tej pory z pewnością będą już tam na nas czekały. Lecz główna zmiana dotyczyć będzie dwóch pozostałych statków. Tego, na którym się właśnie znajdujemy i transportowca piechoty. Zmienimy orbitę i zwiększymy szybkość. Wyskoczymy zza Księżyca jak zawieszony na sznurku ciężarek i znajdziemy się tutaj. Daleko z boku głównych sił obronnych i na szlaku ku Ziemi.

-Na orbicie, która w efekcie zaprowadzi nas nad pustynię Mojave?

-Właśnie. Daanebrog, ze swymi pociskami, będzie stanowił powietrzne wsparcie i jednocześnie osłonę dla sił, atakujących bazę. Będziemy mieli wystarczająco dużo czasu, by strącić to wszystko, co obrona bazy zdecyduje się na nas rzucić. I nie musimy się obawiać baz księżycowych. Małe bombardowanie sprawi, iż będą mieli coś innego do roboty.

-W pańskich ustach to wszystko brzmi prosto stwierdził Jan.

- Wiem, ale to nieprawda. Wojna nie jest rzeczą prostą. Może pan zaplanować wszystko w najdrobniejszych szczegółach, a i tak o końcowym efekcie świadczy zawsze zwykły przypadek i czynnik ludzki. Napełnił stojące przed nim szklaneczki. No, jeszcze po jednej i proponuję odrobinę snu. Potem przekonamy się, co czeka na nas w pobliżu Księżyca. Proszę trochę odpocząć. I jeżeli jest pan wierzący, proponuję, aby pomodlił się pan, by pański szwagier tym razem rzeczywiście był po naszej stronie.

Jan położył się na przydzielonej mu koi, lecz nie mógł zasnąć. Pędzili pełną mocą silników ku nieznanemu przeznaczeniu. Dvora także była częścią owego przeznaczenia, nie powinien o niej myśleć, niemniej jednak myślał. Halvmork, wszyscy jego przyjaciele i żona znajdowali się o lata świetlne stąd. Lecz na szczęście wojna, całe to zabijanie, już wkrótce się skończy. W ten, czy inny sposób. A co z ThurgoodSmythe'm? Był on główną niewiadomą w całym tym równaniu. Czy jego plan powiedzie się czy też wpadną w zastawioną przez niego pułapkę?

Ciepłe mięso, martwe mięso, broń, życie i śmierć, wszystko to zaczęło wirować mu przed oczyma. W konsekwencji obudził go brzęczyk budzika. A więc mimo wszystko zasnął. Chwilę potrwało, nim przypomniał sobie, po co właściwie nastawił ten alarm. Szybko zerwał się na nogi. Bitwa wkraczała w swą decydującą fazę.

Jan odnalazł Skougaarda na mostku. Admirał nasłuchiwał prowadzonych poprzez komputer rozmów. Potem spojrzał na ekran i skinął szybko głową. Był wyraźnie w filozoficznym nastroju.

-Słyszy pan? zapytał. Wyrzutnie prowadzą ostrzał celów, których nawet nie widzą, i niszczą je, nim do nich dotrzemy. Czy rozważał pan wszystkie implikacje matematyczne owego niewielkiego ćwiczenia, które w tej chwili uważamy już za całkiem oczywiste? Zastanawiam się, za ile lat będziemy w stanie wykonywać takie obliczenia od ręki. Proszę spojrzeć. Wskazał na ekran, na którym widniała przesuwająca się wolno powierzchnia Księżyca. Wprowadziłem do komputera najnowsze fotografie powierzchni Księżyca. Oznaczyłem na nich trzy bazy z wyrzutniami pocisków rakietowych, które usytuowane są po widocznej z Ziemi stronie naszego satelity. A potem nakazałem po prostu rozpoczęcie ostrzału. I to się właśnie teraz dzieje. By tego dokonać, należy prowadzić stałe namiary powierzchni Księżyca i naszej orbity, biorąc pod uwagę prędkość i wysokość. Potem należy określić położenie baz w relacji do naszego kursu. Potem obliczyć nowe orbity dla pocisków, które muszą uwzględniać naszą prędkość, ich prędkość wylotową oraz kąt, który umożliwi im uderzenie we właściwy cel. Fantastyczne spojrzał na zegar i nagle jego uniesienie zastąpione zostało chłodnym spokojem. Za trzy minuty Ziemia ukaże się ponad horyzontem. Zobaczymy, jakie czeka nas tam powitanie.

W miarę zbliżania się ku Ziemi, poprzez trzaski statyczne przebijać się poczęły pojedyncze słowa, a potem całe zdania. Komputer przeszukiwał wszystkie częstotliwości, próbując zlokalizować kanał łączności bojowej nieprzyjaciela.

-Niezła aktywność zauważył Skougaard. Wygląda na to, iż wsadziliśmy kij w mrowisko. Pozostało im jednak kilka wyśmienitych dowódców, o niebo lepszych niż nasz nieodżałowany towarzysz Kapustin. Jeżeli ten ThurgoodSmythe działa po naszej stronie, powinien ich zdezorientować, wydając sprzeczne rozkazy. I oby tak było, bowiem w tej chwili ważna jest każda forma pomocy.

Błękitny glob Ziemi znalazł się już w zasięgu wzroku. Przestrzeń omiatały wiązki radarowe, które natychmiast po zlokalizowaniu jednostek rebeliantów zastępowane były bardziej dokładnymi promieniami detektorów laserowych. Flota inwazyjna także złamała niepotrzebną już ciszę radiową i w eter pomknęły strumienie danych. Na ekranach komputerów zaczęły pojawiać się cyfry i symbole kodowe.

-Mogło być lepiej mruknął Skougaard. Lecz z drugiej strony, mogło też być o wiele gorzej.

Jan nie odzywał się ani słowem. Admirał zajął się poprawkami kursowymi, obliczeniami prędkości i zasięgu czyli tym wszystkim, co było istotne dla prowadzenia wojny w przestrzeni kosmicznej. Nie spieszył się, wiedząc, iż każda podjęta przez niego decyzja będzie nieodwołalna musiała więc być prawidłowa.

-Sygnał gotowości do eskadry pierwszej. Plan siódmy. Zakodowany raport do eskadry drugiej.

Skougaard usiadł w fotelu i zamyślił się. Po chwili podniósł wzrok i dostrzegając stojącego tuż obok Jana, skinął w jego kierunku głową.

Obrona nieprzyjaciela przybrała kształt szerokiej sieci, co było zresztą do przewidzenia. Najprawdopodobniej sam postąpiłbym w podobny sposób. Wiedzieli, że nie wynurzymy się spoza Księżyca na tej samej orbicie, na której byliśmy, gdy stracili z nami kontakt. To dla nas i dobrze, i źle. Dobrze dla jednostek pierwszej eskadry. Są na ciasnej orbicie dookoła dwu najważniejszych satelitów kolonii Lagrange, tych przemysłowych. Po korektach kursów nieprzyjaciela przekonamy się, czy zechcą zorganizować pościg. Siłą rzeczy będzie on jednak dość niemrawy, ponieważ siły naszego przeciwnika rozrzucone są na dość szerokiej przestrzeni. Może to być jednak niebezpieczne dla nas, gdyż mogą skomasować większe siły i spróbować zagrodzić nam drogę. Miejmy jedynie nadzieję, że pomylą się w wyborze priorytetów.

-Co pan przez to rozumie? Skougaard wskazał na ekran, na którym widoczny był sunący tuż obok nich transportowiec piechoty.

-W tej chwili wszystko zależy od tego statku. Jeżeli wytrącą go z akcji, przegramy wojnę. Nieprzyjaciel już wie, iż obecny kurs zaprowadzi nas gdzieś nad Europę Środkową. Lecz w trakcie hamowania zmienimy kurs i skierujemy się prosto na pustynię Mojave. Znajdziemy się tam zaledwie w godzinę po ataku oddziałów Izraela. Z naszą pomocą zajmą bazę, jak i wyrzutnie pocisków rakietowych. Będziemy w stanie zwalczyć każdy atak z kosmosu, lub też zniszczyć bazę, jeżeli zaatakowana zostanie z Ziemi. Koniec bitwy. Koniec wojny. Jeżeli jednak zniszczą ten transportowiec, no cóż... baza pozostanie nie zdobyta, Izraelici polegną, a my przegramy wojnę... Chwileczkę. Wiadomość od trzeciej eskadry.

Admirał przebiegł wzrokiem raport i uśmiechnął się szeroko.

-Udało się! Lundwall i jego chłopcy zajęli wszystkie trzy satelity energetyczne. Uśmiech stopniowo znikł. Straciliśmy dwa statki.

Trudno było o jakiekolwiek słowa. Zajęcie tych satelitów i kolonii Lagrange będzie niezwykle ważnym czynnikiem w szybkim zakończeniu wojny po zdobyciu bazy Spaceconcentu. Jednak na razie były to działania głównie dywersyjne. Miały one na celu rozdzielenie sił nieprzyjaciela, co umożliwiłoby bezpieczne przedarcie się transportowca. Jednak czy dywersja ta zakończyłaby się sukcesem, oszacować będzie można dopiero po ustaleniu nowych kursów jednostek Ziemi.

-Ocena wstępna dobiegł ich głos komputera. Trzy jednostki na kursie jeden alfa. Prawdopodobieństwo kontaktu bojowego osiemdziesiąt procent.

-Miałem nadzieję na tylko jeden lub dwa powiedział w zamyśleniu Skougaard. Nie podoba mi się to

-Podajcie mi identyfikację tych trzech jednostek.

-Teraz mogli jedynie czekać. Nim trzy punkty w przestrzeni przybiorą kształty jednostek bojowych, program identyfikacyjny musi szukać innych szczegółów. Przyśpieszenie przy zmianach kursu może dać pojęcie o typach silników. Ich kod komunikacyjny może zostać złamany. To wszystko zabierało jednak czas bezcenny czas, w którym statki zbliżały się do siebie coraz bardziej.

-Identyfikacja oznajmił wreszcie komputer. Skougaard spojrzał na ekran, na którym wykwitły serie symboli.

-TU hehede! rzucił z zimną wściekłością. Coś poszło źle. To ich najcięższe krążowniki, uzbrojone po zęby wszystkim, co udało się im wymyślić. Nie przedrzemy się. Możemy się już uznać za martwych.

Rozdział 22

Latem pogoda nad pustynią Mojave rzadko sprawiała jakiekolwiek niespodzianki. Podczas krótkich miesięcy zimowych warunki zmieniały się występowały chmury, okazjonalnie padał nawet deszcz. Pustynia zakwitała wtedy różnokolorowymi kwiatami, które po kilku dniach bladły i więdły. Latem pustynia nie zmieniała się nigdy pozostawała tym samym żółtym i jałowym pustkowiem.

Tuż przed świtem temperatura opadała do trzydziestu ośmiu stopni. Dla Amerykanów, którzy z uporem godnym lepszej sprawy odmawiali przyjęcia obowiązującego już powszechnie systemu metrycznego, było dziewięćdziesiąt. Mogło nawet być o kilka stopni chłodniej, ale nie więcej. A potem wschodziło słońce.

Gdy pojawiało się ponad horyzontem, paliło niczym rozpalony piec. W południe, temperatura przekraczająca sześćdziesiąt stopni sto trzydzieści wcale nie była czymś niezwykłym. Kiedy samoloty podchodzić zaczęły do lądowania, wschód rozjaśniały już pierwsze promienie słońca. Wieża kontrolna lotniska Spaceconcent pozostawała w kontakcie z dowódcą eskadry od chwili, w której ta pojawiła się nad Arizoną.

Porucznik Packer ziewnął i bez większego zainteresowania spoglądał na pierwszy samolot, który kołował właśnie w stronę rampy rozładunkowej. Na kadłubie i skrzydłach widniały wyraźne, czarne krzyże. Szwaby. Porucznik nie lubił szwabów, ponieważ w książkach historycznych nieodmiennie występowali jako Wrogowie Demokracji. Podobnie jak komuchy, Ruskie, żydzi i czarnuchy. Szwabów nie lubił szczególnie, chociaż w całym swym życiu nie spotkał ani jednego.

Dlaczego do ochrony tej bazy nie przysłano dobrych, amerykańskich chłopców? Stacjonowali tu co prawda Amerykanie, sam był przecież jednym z nich, ale ponieważ Spaceconcent było towarzystwem międzynarodowym, główny trzon obrony stanowiły oddziały pościągane z różnych zakątków świata. Jednak szwaby...

W samolocie otwarty został właz i opuszczono drabinkę. Zeszło po niej trzech oficerów którzy, wolnym krokiem skierowali się w jego stronę. Za nimi pojawili się żołnierze. Natychmiast po opuszczeniu samolotu zaczęli formować dwuszereg. Packer jedynie raz widział mundury Armii Światowej, niemniej jednak bezbłędnie rozpoznał generalską gwiazdę. Przyjął postawę na baczność i zasalutował.

-Porucznik Packer. Trzeci oddział Kawalerii Zmotoryzowanej.

-General von Blonstein. Heeresleitung. Gdzie nasz transport jest?

Nawet mówił jak typowy szwab na jednym ze starych, wojennych filmów.

-Jest już w drodze, generale. Oczekiwaliśmy was za...

-Pomyślny wiatr odparł krótko generał.

Odwrócił się i wydał kilka rozkazów we własnym języku.

-Porucznik Packer ze zdziwieniem spostrzegł, iż świeżo sformowany dwuszereg szybkim krokiem rusza w stronę hangarów. Postąpił krok w stronę generała.

-Proszę mi wybaczyć, sir, ale mam konkretne rozkazy. Transport zabierze pańskich ludzi do baraków...

-Dobrze powiedział generał odwracając się. Packer szybkim krokiem obszedł go dookoła i ponownie znalazł się tuż przed nim.

-Pańscy ludzie nie mogą wejść do tych hangarów. To obszar zamknięty.

-Gorąco. Do cienia idą oni.

-Niestety, to niemożliwe. Muszę o tym zameldować. Sięgnął po radiotelefon, gdy nagle jeden z towarzyszących generałowi oficerów uderzył go silnie kolbą pistoletu w dłoń, a następnie przyłożył lufę do brzucha.

-To pistolet z tłumikiem w głosie generała zniknęły nagle wszelkie ślady obcego akcentu. Rób, co każę, a nic ci się nie stanie. Odwróć się i idź z tymi ludźmi do samolotu. Jedno słowo, jeden fałszywy ruch, a zginiesz. Ruszaj polecił i po hebrajsku dodał: dajcie mu zastrzyk i zostawcie w samolocie.

Za procedurę lądowania odpowiedzialny był komputer główny wieży kontrolnej. Pomyślne zakończenie całego programu zasygnalizował głośnym brzęczykiem. Jeden z operatorów podniósł do oczu lornetkę i spojrzał na lądowisko. Wszystkie samoloty stały już na wyznaczonych pozycjach; podjeżdżały już do nich ciężarówki i autobusy. Dowodzący konwojem oficer w towarzystwie dwóch nowo przybyłych żołnierzy, szedł właśnie w stronę jednego z samolotów. Prawdopodobnie mieli tam butelkę. Uśmiechnął się pod nosem. Najwidoczniej żołnierze niemieccy niewiele różnili się od amerykańskich.

-Do tyłu, nie pchaj się tutaj rzucił ze złością kapral na widok żołnierza, który otworzył drzwi ciężarówki i zaczął gramolić się do środka.

-Ja, ja, gut odparł żołnierz ignorując polecenie.

-Cholera, chłopie, nie mówię w twoim narzeczu. No dalej...urwał i ze zdumieniem spojrzał na intruza, który wychylił się do przodu i złapał go za nogę.

Coś ukłuło go w udo. Otworzył usta, by zaprotestować, lecz zdołał jedynie westchnąć i osunął się bezwładnie na kierownicę. Izraelczyk wsunął ukryty w dłoni hipnotyzer do kieszeni i zepchnął kierowcę na siedzenie obok. Za kierownicą usiadł kolejny Izraelczyk. Zdjął hełm i nałożył na głowę sfatygowaną czapkę kaprala.

Generał Blonstein spojrzał na zegarek.

-Ile czasu nam to jeszcze zajmie?

-Dwie, trzy minuty, nie więcej odparł adiutant. Na samochody ładują się już ostatnie oddziały.

-Dobrze, jakieś kłopoty ?

-Nic ważnego. Musieliśmy uśpić kilku ludzi, którzy zadawali zbyt dużo pytań. Nie zaatakowaliśmy jednak żadnej ze strzeżonych bram ani budynku.

-I nie zaatakujecie, dopóki wszyscy ludzie nie znajdą się na swych pozycjach. Ile czasu pozostało do akcji?

-Sześćdziesiąt sekund.

-Ruszajmy więc. Reszta ludzi dogoni nas po drodze. Nie możemy zmieniać planu ataku ani o sekundę.

Dvora siedziała obok Vasila, który miał prowadzić opancerzoną ciężarówkę. Jej cały oddział znajdował się z tyłu pojazdu. Długie włosy związała w ciasny węzeł i ukryła pod hełmem.

-Jak długo jeszcze? zapytał Vasil podgrzewając silnik.

Dziewczyna zerknęła na zegarek.

-Jeśli trzymają się planu, to ruszamy za kilka sekund.

To duży obszar mruknął Vasil i wskazał na widniejące po drugiej stronie drutów kolczastych wieże, dźwigi i magazyny. Być może uda nam się go zdobyć, ale z pewnością nie zdołamy go utrzymać.

Byłeś przecież na ostatniej odprawie. Otrzymamy posiłki.

-Nie powiedziano jedynie, skąd.

-Oczywiście. Jeśli nie wiesz, nie będziesz mógł tego wypaplać.

Mężczyzna uśmiechnął się zimno i dotknął zawieszonego na szyi łańcucha granatów.

-Gdyby mnie dostali, to jedynie martwego. Możesz więc śmiało powiedzieć.

Dvora odwzajemniła uśmiech i ruchem głowy wskazała na niebo.

-Pomoc nadejdzie prosto stamtąd. Vasil chrząknął i pokręcił głową.

-Teraz gadasz zupełnie jak rabbi urwał, gdyż radiotelefon ożył serią ostrych gwizdów.

-Ruszamy! Strzelcy gotowi? rzuciła do mikrofonu.

-Na pozycjach odparł głos w słuchawkach.

Ciężarówka skręciła za róg jednego z magazynów i zatrzymała się przed zamkniętą bramą, obok której mieścił się posterunek żandarmerii. Jeden ze strażników podszedł w stronę ciężarówki.

-Traficie do raportu, chłopcy. Ten grat nie ma prawa wjazdu...

W rozcięciu okrywającej tył pojazdu plandeki ukazała się zaopatrzona w tłumik lufa karabinu maszynowego. Krótka seria, odgłosem przypominająca zduszony kaszel, odrzuciła żandarma do tyłu. Równocześnie drugi karabin unieszkodliwił strażników stojących po drugiej stronie pojazdu.

-Taranem rzuciła Dvora.

Ciężarówka ruszyła do przodu. Brama poddała się ze zgrzytem rozdzieranego metalu. Gdzieś w oddali rozbrzmiały syreny alarmowe, dobiegł ich również przytłumiony głos kilku eksplozji.

Dvora spojrzała w rozłożoną na kolanach mapę.

Za następnym rogiem w lewo poleciła, wodząc palcem po zakreślonej na czerwono trasie. Jeżeli nie napotkamy na żaden opór, ta droga doprowadzi na wprost do celu.

Znajdowali się na obszarze bloków biurowych i magazynów. Oprócz nich, na drodze nie było nikogo. Yasil nacisnął pedał gazu do oporu i ciężarówka skoczyła do przodu. Maltretowana skrzynia biegów zaprotestowała głośnym zgrzytem, a siedzący z tyłu żołnierze kurczowo uczepili się uchwytów.

-To ten duży budynek... urwała i jęknęła, widząc tuż przed nimi pękającą nagle nawierzchnię drogi. Yasil z całej siły nacisnął na hamulec. Było jednak za późno. Ciężarówka, pozostawiając za sobą pasy spalonej gumy, wyrżnęła z impetem w stalową płytę, która wynurzając się spod ziemi, zatarasowała dalszy przejazd.

Impet rzucił Dvorę do przodu. Uderzyła silnie hehnem w deskę rozdzielczą. Vasil złapał ją pod ramiona i pomógł wyprostować.

-Wszystko w porządku?

Wciąż oszołomiona, skinęła jedynie głową.

-Ta bariera... nic o niej nie mówili na odprawie... W kabinę i pancerne okna ciężarówki uderzyła nagle seria pocisków.

-Wszyscy wyskakiwać! krzyknęła Dvora.

Podniosła karabin i posłała krótką serię w stronę, w której, jak się jej wydawało, dostrzegła jakiś ruch. Vasil był już na zewnątrz, wyskoczyła więc za nim. Żołnierze rozbiegli się po ulicy w poszukiwaniu jakiejkolwiek osłony, odpowiadając chaotycznie ogniem na ogień.

-Nie strzelajcie, dopóki nie ujrzycie celu poleciła. Są ranni?

Za wyjątkiem kilku siniaków obyło się bez poważniejszych urazów. Część żołnierzy przycupnęła za ciężarówką, pozostali schronili się pod ścianami domów. Zagrzmiała kolejna seria, wyrzucając w powietrze fragmenty płyt chodnikowych. Nagle spod ciężarówki rozległ się pojedynczy wystrzał i zapadła cisza. Z okna budynku leżącego naprzeciwko wypadł karabin i z metalicznym brzękiem uderzył o bruk.

-Był tylko jeden powiedział Grigor, wprowadzając do komory kolejny pocisk.

-Idziemy na piechotę. Dvora podniosła wzrok znad mapy i rozejrzała się dookoła. Musimy unikać głównych dróg. Tędy, pójdziemy tą aleją. Na początek dwójka zwiadowców. Ruszajcie i uważajcie na głowy. Teraz!

Dwóch żołnierzy, jeden po drugim, przemknęło przez ulicę i zniknęło w bezpiecznym wylocie alejki. Reszta oddziału podążyła za nimi. Biegli szybko, boleśnie świadomi upływającego z każdą minutą czasu. Vasil, objuczony dwiema ładownicami i dźwigający na ramieniu ciężki karabin maszynowy, dyszał ciężko.

Przebiegli kolejną główną ulicę, nie napotykając tym razem na żaden opór. Tu także nawierzchnię jezdni tarasowała stalowa płyta, a w oddali widzieli ich jeszcze więcej.

-Jeszcze jedna ulica powiedziała pochylająca się nad mapą Dvora. Budynek z pewnością będzie broniony.

Nagle podniosła w górę dłoń. Żołnierze rozsunęli się i odbezpieczyli broń.

W otwartej bramie sporego, mieszczącego się naprzeciwko budynku, zamajaczyła przygarbiona postać. Cywil, prawdopodobnie nieuzbrojony. W dodatku odwrócony był do nich tyłem.

-Nie ruszaj się, a nic ci się nie stanie poleciła Dvora.

Spłoszony mężczyzna odwrócił się szybko i aż jęknął, widząc tuż przed sobą uzbrojony oddział.

-Nic nie zrobiłem. Pracowałem wewnątrz, gdy usłyszałem alarm. Wyjrzałem i...

-Do środka przerwała Dvora i zasygnalizowała w stronę oddziału, by ruszył w ślad za mężczyzną. Co to za budynek?

-Magazyn kwatermistrzostwa. Ja jestem kierowcą jednego z podnośników.

-Czy istnieje przejście przez ten budynek?

-Pewno. Schodami na drugie piętro a potem przez biura. Ale co tu się właściwie dzieje, panienko?

-Małe kłopoty. W bazie ukryli się sympatycy rebeliantów. Ale zniszczymy ich.

Mężczyzna spojrzał na milczący, uzbrojony oddział; przesunął spojrzeniem po jednakowych, pozbawionych jakichkolwiek oznaczeń czy stopni mundurach. Już otwierał usta, by zadać oczywiste pytanie, lecz w ostatniej chwili połapał się i powiedział jedynie:

-Chodźcie za mną. Pokażę wam drogę. Przeszli jedną kondygnacje schodów i ruszyli wzdłuż hollu.

-Powiedziałeś przecież, że drugie piętro zauważyła podejrzliwie Dvora i uniosła lufę pistoletu maszynowego.

-Ano właśnie. To jest drugie piętro.

-Ano właśnie. Dvora skrzywiła się lekko. Zapomniała, że Amerykanie pierwszym piętrem nazywają parter. Przez chwilę zastanawiała się, jak idzie pozostałym oddziałom. Czy innym także "zapomniano" czegoś powiedzieć, jak im o tej stalowej zaporze na drodze? Jednak bez wyraźnej potrzeby nie chciała przerywać ciszy radiowej.

-To te drzwi powiedział ich przewodnik. Za nimi są schody na ulicę. Dokąd chcecie iść?

Dvora skinęła na Grigora, który postąpił krok do przodu i uderzył odwróconego tyłem przewodnika kantem dłoni w szyję. Mężczyzna bez czucia zwalił się na podłogę.

Dziewczyna uchyliła lekko drzwi i wyjrzała na zewnątrz. W oddali rozbrzmiewały eksplozje i zduszone serie z broni automatycznej. Szybko zamknęła je z powrotem i ustawiła radio na częstotliwości bojowej.

-Czarny kot pięć do czarnego kota jeden. Słyszycie mnie?

-Tu czarny kot jeden padła natychmiastowa odpowiedź.

-Jesteśmy na pozycji.

-Czarny kot dwa ma poważne kłopoty. Nie może się przebić. Działajcie na własną rękę. Spróbujcie dostać się do środka. Koniec.

Dvora spojrzała na stojących dookoła mężczyzn. Wszyscy byli w pogotowiu, oczekując na instrukcje.

Dobre chłopaki. Ale właściwie nic nie wiedzieli jeszcze o prawdziwej walce. Muszą się jej dopiero nauczyć. Ci, którzy przeżyją, będą doświadczonymi żołnierzami.

-Grupa, która atakowała cel od frontu, napotkała na silny opór i nie może się przebić powiedziała. A wiec my musimy to zrobić. Budynek po drugiej stronie ulicy nie powinien być dobrze strzeżony. Musimy się do niego dostać, a potem przejść na jego tyły, skąd będziemy już bardzo blisko celu. Pójdziemy tedy... urwała, słysząc narastający na zewnątrz jęk syreny.

Grigor spojrzał na Dvorę i widząc w jej oczach przyzwolenie, rzucił się przed drzwiami na ziemię i wyjrzał ostrożnie na zewnątrz.

-Nadjeżdża samochód zameldował. Być może zatrzyma się przed wejściem do tego budynku. Ktoś stoi tam w drzwiach i macha w stronę samochodu ręką.

-Idziemy rzuciła Dvora, podejmując natychmiastową decyzję. Rusznica. Gdy samochód się zatrzyma, rozwal go. Druga rakieta w drzwi. Ruszamy natychmiast po drugim wystrzale.

Dalsze działanie było już kwestią odpowiedniego treningu. Grigor odturlał się na bok, a jego miejsce zajął strzelec z bazooki. Jego ładowniczy przycupnął tuż za nim, wepchnął rakietę w rurę i klepnął swego towarzysza w ramię na znak, że wszystko jest już gotowe. Pozostali rozsunęli się na boki, by uniknąć buchającego w momencie oddawania strzału płomienia wylotowego z dyszy. Na zewnątrz syrena zawyła jeszcze raz i umilkła. Samochód zatrzymał się.

Z dyszy wystrzelił długi jęzor ognia, a nad ulicą przetoczył się grzmot eksplozji. Ładowniczy wsunął do rury kolejny pocisk. Z potrzaskanych okien runął w dół grad odłamków szkła.

-Cel przesłonięty dymem... mruknął strzelec.

Odczekał chwile i z dyszy bluznęła kolejna struga ognia. Druga eksplozja rozległa się tym razem wewnątrz budynku. Dvora mocnym pchnięciem otworzyła drzwi na oścież i poderwała oddział do biegu.

Minęli roztrzaskany wrak samochodu i nieruchome, dopalające się ciała. Wbiegli przez rozbite drzwi do środka, przeskakując trupy żołnierzy. Nagle jeden z nich, skąpany we krwi, dźwignął się niepewnie na łokciach i podniósł broń. Dwa wystrzelone w biegu pociski ponownie przygwoździły go do ziemi. Skręcili w holi i stanęli twarzą w twarz z grupą zaskoczonych obrońców.

-Padnij krzyknął Vasil, a sam, stojąc na szeroko rozstawionych nogach, rozpoczął ostrzał z ciężkiego karabinu maszynowego. Zaskoczenie było całkowite. Śmiertelny strumień pocisków przewracał ludzi jak szmaciane kukiełki, przecinał na pół, unicestwiał i zabijał. W przeciągu kilkunastu sekund wszyscy obrońcy byli już martwi.

Chociaż szybkość i gwałtowność ataku działały na ich korzyść, czas nieubłaganie uciekał. Przyspieszyli tempo, biegnąc w ślad za Dvorą, która kierowała się otrzymanym wcześniej planem budynku.

-To tutaj powiedziała, gdy wbiegli do dużego pomieszczenia, którego cały tył zajmowały skrzynie do pakowania. Ta ściana z tablicą ogłoszeń. Sześć metrów, licząc od lewej strony.

Troje ludzi natychmiast przystąpiło do mierzenia i wiercenia dziur podładunki wybuchowe. Dvora usiadła na jednej ze skrzyń i troskliwie obejrzała wyjęte z plecaka zapalniki. Wszystkie były w porządku.

-Ukryjcie się poleciła. W hollu, za tamtymi pakami. Ruszamy natychmiast po wybuchu. Powinniśmy znaleźć się w szerokim korytarzu prowadzącym do drzwi, które mają być odblokowane. Uwaga...

Podłączyła przewody i pobiegła w ślad za żołnierzami do hollu. Gdy naciskała guzik detonatora, przed jej oczami stanęła twarz ThurgoodSmythe'a. Zaraz się przekonają czy jego zapewnienia o tym, co czeka ich po drugiej stronie tej ściany, były prawdziwe.

Po eksplozji ładunków wybuchowych nie było już czasu na myślenie. Krztusząc się od kurzu i dymu, rzucili się przez wyszczerbiony otwór. Szybki bieg. Zaskoczeni obrońcy, słysząc nadciągających od tyłu napastników, mieli jedynie tyle czasu, by odwrócić się i umrzeć.

Dalsza walka szybko przerodziła się w prawdziwą masakrę. Bunkry, od czoła nie do zdobycia, z tyłu były zupełnie otwarte. Granaty i serie z automatów zmieniły je w kostnice. Dvora sięgnęła po radiotelefon.

-Czarny kot... naprzód... droga wolna... powiedziała przerywanym ze zmęczenia głosem.

Zza kurtyny czarnego dymu zaczęły wyłaniać się pierwsze oddziały. Prowadził je generał Blonstein.

-A teraz do centrali sterowania pociskami rakietowymi. Za mną.

Powoli, zachowując wszelkie niezbędne środki ostrożności, weszli do budynku i udali się na trzecie piętro. Olbrzymi holl był pusty.

-Musimy tam wejść bez jednego strzału powiedział Blonstein. Postaram się odwrócić ich uwagę, a wy w tym czasie zabezpieczcie wszystkie konsolety. Ale pamiętajcie: musimy to miejsce opanować, a nie zniszczyć...

Przerwał mu stłumiony huk eksplozji, który wydawał się dobiegać z pokoju naprzeciwko.

Rozdział 23

Po chwili drzwi otworzyły się powoli i stanął w nich mężczyzna, opierając się ciężko o framugę. Przód jego koszuli splamiony był krwią.

-ThurgoodSmythe! wykrzyknęła ze zdumieniem Dvora.

-A jednak nie obeszło się bez zdrady wyszeptał ThurgoodSmythe i osunął się bezwładnie na podłogę.

Wiedzieli rzucił wściekle Skougaard, nie odrywając wzroku od ekranu. Musieli wiedzieć. Ich pojawienie się tutaj w tej właśnie chwili nie może być przypadkowe.

-ThurgoodSmythe? zapytał Jan.

-To pan może mi na to odpowiedzieć w głosie admirała nie było śladu ciepła. To pan przecież wprowadził mnie w jego plan.

-Lecz powiedziałem także, że nie jest to człowiek, któremu można ufać.

-Istotnie. I za tą omyłkę wszyscy zapłacimy teraz życiem. Szkoda mi tylko tych chłopców na transportowcu.

-Możemy przecież walczyć, prawda? Nie ma pan chyba zamiaru się poddać.

Wąskie wargi admirała rozciągnęły się w niewesołym uśmiechu.

-Oczywiście, że będziemy walczyć. Ale obawiam się, że w tej rozgrywce nie mamy szans. Mają trzy razy więcej pocisków, niż my, a może nawet więcej. Przy takiej masie ognia nasza obrona będzie bezsilna. Możemy jedynie spróbować skoncentrować na sobie całą ich uwagę i mieć nadzieję, że transportowiec zdoła się wymknąć.

- A zdoła?

-Nie. Wynik tej bitwy jest już przesadzony. Ale zaatakowali nas, będziemy więc walczyć.

-Możemy zmienić kurs.

-Oczywiście. Oni także. Nie unikniemy w ten sposób śmierci, co najwyżej odłożymy ją na później. Wiec jeżeli ma pan jakąś osobistą wiadomość do przekazania, radziłbym się pospieszyć...

-To niesprawiedliwe! Po tylu wysiłkach, gdy zaszliśmy już tak daleko...

-A od kiedy to sprawiedliwość ma cokolwiek wspólnego z wygrywaniem bitew? Niegdyś piechota

i marynarka zwykła mieć w swych szeregach księży, którzy przekonywali żołnierzy po obu walczących stronach, iż w nadchodzącym starciu Bóg będzie im właśnie sprzyjał. Jednak pewien generał powiedział kiedyś, że Bóg jest po stronie tych, którzy mają liczniejsze bataliony. W pełni się z tym zgadzam.

Nie było już nic do dodania. Trzy krążowniki przeciwko jednemu. Nawet urodzony optymista nie mógł mieć złudzeń, co do wyniku takiego starcia. Na rozkaz admirała kurs obu statków zaczął się z wolna rozdzielać; jednak kurs przeciwnika nie uległ zmianie. Skougaard wskazał na jeden z ekranów.

-Nic nie ryzykują i jednocześnie nic nie pozostawiają przypadkowi. Jeżeli zetkniemy się z atmosferą z taką prędkością jak obecna, spłoniemy. Wiedzą, że musimy hamować. Prawdopodobnie wiedzą nawet, w którym momencie. Poczekają, aż będziemy tuż nad atmosferą i kiedy nasza szybkość zmaleje do minimum zaatakują.

Wraz z upływem godzin wściekłość i żal przerodziły się w apatię; w odrętwienie skazańca w celi śmierci, oczekującego na nadejście kata. Jan powrócił myślami do dziwnego splotu okoliczności, które doprowadziły go w to właśnie miejsce. I chociaż nie chciał jeszcze umierać, wiedział, że każdy podjęty przez niego wcześniej wybór, każda decyzja, były słuszne. Przeżył swe życie w sposób, którego nie żałował chociaż dobiegało ono kresu o wiele wcześniej, niż miał to w planie. Daleko przed nimi przestrzeń rozjarzyła się nagłym blaskiem eksplozji.

-A więc zaczyna się ostatni akt zauważył z ponurym fatalizmem Skougaard. Wysyłają pociski, chociaż wiedzą, iż jesteśmy grubo poza zasięgiem. Wiedzą także, że nie mamy wyboru. Musimy wystrzelić antyrakiety. Taktyka wojny na wyczerpanie. Gdy pozbawią nas pocisków defensywnych, będziemy bezradni.

Ostrzał nieprzyjacielskich rakiet trwał przeszło godzinę i zakończył się tak samo nagle, jak rozpoczął..

-Nasze rezerwy spadły do dwudziestu procent powiedział admirał. Ciekawe, co szykują teraz.

-Kontakt radiowy zameldował nagle operator. Na naszej częstotliwości, ale nadaje nieprzyjaciel. Chcą z panem rozmawiać, admirale.

Na ekranie komunikacyjnym ukazał się wizerunek brodatego mężczyzny w mundurze Sił Przestrzennych.

-Tak myślałem, że to możesz być właśnie ty, Ryzard w głosie Skougaarda zabrzmiała dawna ironia. Czego chcesz?

-Podać ci warunki, Skougaard.

-Kapitułami? Nie sądzę, by był to mądry pomysł. Przecież i tak nas wszystkich w końcu pozabijasz.

-Oczywiście. Ale uzyskasz parę tygodni życia. Gwarantuję ci sprawiedliwy proces i honorową śmierć przed plutonem egzekucyjnym.

-Brzmi czarująco, ale mało atrakcyjnie. Dlaczego właściwie chcecie, by moje statki się poddały? Zazwyczaj nie bawicie się w takie subtelności.

-Nie statki. Statek. Chcę ciebie i twój Dannebrog, jako pamiątkę po zakończonej fiaskiem rebelii. Ten drugi statek, który, jak sadze, jest transportowcem, zostanie przez nas zniszczony.

-Możesz kazać się wypchać, Ryzard. Ty i reszta twoich morderców.

-Wiedziałem, że tak właśnie odpowiesz. Ale zawsze byłeś uparty...

-Jedno pytanie, Ryzard. Ostatnia przysługa dla starego druha z ławy szkolnej. Byliście poinformowani o naszych planach, prawda?

-Ryzard uśmiechnął się nieznacznie i pogłaskał palcami po brodzie.

-Teraz to już właściwie bez znaczenia. Wiedzieliśmy o wszystkim, co macie zamiar zrobić. Nie mieliście żadnej szansy. Informacje płynęły z samej góry...

-Nie czekając na resztę, Skougaard przerwał połączenie.

-A więc jednak ThurgoodSmythe. Galaktyka byłaby o wiele przyjemniejszym miejscem, gdyby w młodości poślizgnął się na skórce od banana i skręcił sobie kark... przerwał, gdyż nagle na mostku rozdźwięczały się sygnały alarmowe. Szybko odwrócił się w stronę ekranu, nad którym pulsowała czerwona lampka.

-Pociski z Ziemi mruknął w stronę Jana. Zadają sobie wiele trudu, by upewnić się, ze zamienimy się w parę. Te cygara mają po kilka głowic jądrowych, a jest ich przeszło tuzin. Nie jesteśmy w stanie ich powstrzymać. Dotrą do nas za kilkanaście sekund... ależ nie! To niemożliwe!

-Co takiego? wykrzyknął Jan. Co się stało?

Dotknięty chwilowym paraliżem strun głosowych Skougaard wskazał na ekran. Jan spojrzał i z wrażenia zaschło mu w ustach.

Rakiety w dalszym ciągu sunęły po zaprogramowanych wcześniej kursach, jednak ich celem wcale nie były statki rebeliantów. Pędziły prosto w stronę krążowników Ziemskich Sił Przestrzennych.

Przebiły się przez zaskoczoną obronę i eksplodowały. W ułamku sekundy wszystkie trzy okręty wyparowały w piekle atomowego ognia.

Było to niewiarygodne lecz jak najbardziej prawdziwe. W jednej chwili klęska przerodziła się w całkowite zwycięstwo.

Pełną niedowierzania ciszę przerwał stanowczy głos admirała:

-Sygnał do transportowca. Siły nieprzyjaciela zniszczone. Procedura lądowania. Schodzimy.

Na mostku rozległy się pełne entuzjazmu okrzyki.

Rozdział 24

Lądowanie, pomimo iż nie wspomagał ich komputer wieży kontrolnej, przebiegało pomyślnie. Obie olbrzymie jednostki, błyskając ogniem z dysz hamujących, schodziły w dół nad centralną, wolną już od samolotów płytę. Załoga i żołnierze, przypięci pasami do swych koi, oczekiwali na dalsze rozkazy. Komputer pokładowy przeprowadzał ostatnie korekty. W chwilę później podpory ładownicze z lekkim wstrząsem dotknęły betonowej nawierzchni lądowiska Spaceconctent. Ich długa podróż dobiegła kresu.

Po wyłączeniu silników hamujących opadły przesłony kamer i ekrany na mostku Dannebrog jęły pokazywać to, co dzieje się na zewnątrz. W stojącym obok transportowcu otwierano luki ładunkowe i włazy, spuszczano na ziemię rampy zjazdowe i drabiny.

Rozpoczynał się atak. Po rampach zjeżdżały lekkie czołgi i transportery. Wylewający się na zewnątrz żołnierze przypominali strumień czarnych mrówek. Nie napotykając na żaden opór, pobiegli w stronę stojących na zewnątrz lądowiska budynków.

Admirał Skougaard słuchał podawanych mu na częstotliwości bojowej meldunków. W końcu skinął z satysfakcją głową i wyłączył radio.

-Wszystko w porządku powiedział. Połączyli się z oddziałami Izraela i atakują pozostałe punkty oporu. My już wykonaliśmy nasze zadanie. Reszta zależy od nich.

Jan z lekkim zamętem w głowie spoglądał na niknących we wnętrzach budynków żołnierzy. Czy to rzeczywiście był już koniec? Koniec wojny czy też oddziały Ziemi kontynuują walkę? Gdy nadciągną posiłki, rebelianci nie będą w stanie ich powstrzymać. Ale sama baza zostanie zniszczona. Czy to jednak wystarczy, by powstrzymać dalszy rozlew krwi...?

-Proszę Skougaard podsunął w stronę Jana pełną szklankę. Wypijmy za sukces.

Była to akvavita, tym razem nie rozcieńczona wodą. Wypili. Jan miał wrażenie, że przełyka płynny ogień.

W kierunku statku zbliża się niezidentyfikowany pojazd zameldował operator.

Admirał uśmiechnął się i skinął głową.

-W porządku. Chodźmy na zewnątrz.

Przed statkiem czekał już na nich wojskowy samochód terenowy. Jego boki w dalszym ciągu zdobił biało-niebieski emblemat Sił Ziemi, w tej chwili podziurawiony już kulami. Izraelski kierowca otworzył przed nimi drzwi.

-Mam polecenie zawieźć panów do Kwatery Głównej powiedział.

Z piskiem opon ruszyli w stronę wyłomu w murze na ulicę. Toczyły się tu najcięższe walki wszędzie dookoła widać było poprzewracane, płonące wraki i leżące nieruchome ciała. Jak wyjaśnił kierowca, podczas ataku na budynek, w którym mieściła się centrala sterowania rakiet, rebelianci ponieśli najwięcej strat. Kwatera Główna usytuowana została na parterze. Wewnątrz generał Blonstein rozmawiał z kimś przez radio, lecz na ich widok podniósł się i ruszył, by ich powitać.

-A więc zdobyliśmy bazę oświadczył bez żadnych wstępów. Ostatni z obrońców właśnie złożyli broń. Jednak na odsiecz ciągną dwie kolumny pancerne, wspomagane regimentem skoczków spadochronowych. Musimy ich powstrzymać. Negocjacje są w toku.

Wskazał na siedzącego przy biurku mężczyznę, który przyciskał do ucha słuchawkę telefoniczną. Tamten powiedział coś krótko, przerwał połączenie i odwrócił się do nowo przybyłych twarzą. Był to ThurgoodSmythe.

-Witam z powrotem Janie, uszanowanie, panie admirale. Jak zapewne sami już to zauważyliście, wszystko toczy się zgodnie z planem. Na jego policzku, szyi i koszuli widniały strugi ciemnej krwi.

-Jesteś ranny powiedział Jan i postąpił krok bliżej.

Kąciki ust ThurgoodSmythe'a drgnęły i uniosły się leciutko do góry.

-Przykro mi, iż muszę cię rozczarować, Janie, ale nie jest to moja krew. Należy do mego współpracownika, obecnie martwego, który w ostatniej chwili próbował pokrzyżować nasze plany. Mowa o Auguście Blanc, dyrektorze, a raczej byłym dyrektorze tego centrum. Udało mu się zamienić moje rozkazy dla pozostającej na orbicie floty.

-Te krążowniki, które na nas czekały? wtrącił admirał.

-Właśnie. Chociaż właściwie nie powinienem go winić, ponieważ wszystkie wysyłane przeze mnie rozkazy podpisywane były jego nazwiskiem. Wolałem się zabezpieczyć, by w razie poważniejszych kłopotów odpowiedzialność spadła na niego. Gdy zorientował się, czym to wszystko pachnie, w ostatniej chwili zdecydował się spełnić swój patriotyczny obowiązek. Nie mogłem do tego dopuścić.

-Przez ciebie powiedział Jan niskim, pełnym wściekłości głosem mogliśmy wszyscy zginąć.

-Ale nie zginęliście, prawda? A w ostatecznym rozrachunku wasze opóźnienie nie pociągnęło za sobą poważniejszych konsekwencji. Biedy August był na tyle głupi, iż nie omieszkał pochwalić się przede mną przenikliwością własnego umysłu i opowiedział mi o wszystkim, co zrobił. Po uprzednim zabraniu mi pistoletu, oczywiście. Spojrzał na swe poplamione krwią ubranie. Był bardzo zaskoczony, gdy broń eksplodowała mu w ręku. Byłem pewny, iż w ostateczności spróbuje mnie zabić. Dlatego właśnie spreparowałem odpowiednio mój pistolet. Zawsze był głupcem.

-Pan ThurgoodSmythe umożliwił nam zajęcie tego pomieszczenia bez żadnych strat ani zniszczeń

wtrącił generał Blonstein. Wystrzelił także pociski, które zniszczyły atakujące was jednostki. Negocjuje teraz warunki kapitulacji. Jego pomoc dla naszej sprawy jest wprost nieoceniona.

Pod jedną ze ścian stał oparty karabin maszynowy. Jan podniósł go i wycelował lufę w stronę grupki stojących nieruchomo mężczyzn.

-Niech wszyscy odsuną się od tego człowieka polecił. Zabiję każdego, kto postąpi choćby o krok w jego kierunku.

W pokoju zapadła cisza. Chociaż wszyscy obecni mieli broń, nikt nie był przygotowany na coś podobnego. Nikt się nie poruszył.

-Proszę to odłożyć, Janie powiedział spokojnie Skougaard. Ten człowiek jest po naszej stronie. Czy nie rozumie pan, co on zrobił?

-Rozumiem aż zbyt dobrze. Wiem o wszystkim, co zrobił. To kłamca i morderca. Jest człowiekiem, któremu nie wolno ufać. Nigdy się nie dowiemy, dlaczego właściwie zrobił to, co zrobił. Zresztą to już nieważne. Będziemy bezpieczni dopiero wtedy, gdy zginie.

Ktoś wysunął się do przodu. Jan natychmiast skierował w tę stronę lufę karabinu. Była to Dvora.

-Janie, proszę powiedziała. On jest po naszej stronie. Potrzebujemy go...

-Nie, nie potrzebujemy. Jestem pewny, że ponownie zechce sięgnąć po władzę. Bohater rewolucji. Każde działanie, jakie kiedykolwiek podejmował, zawsze miało na celu przyszłą korzyść. W rzeczywistości on nie przejmuje się nami, czy naszą walką. Myśli wyłącznie o sobie. Istnieje tylko jeden sposób, by go powstrzymać.

-Czy mnie zastrzelisz także? zapytała dziewczyna, stanąwszy tuż przed nim.

-Jeżeli będę musiał odparł. Odsuń się. Nie poruszyła się. Zaciśnięty na spuście palec Jana nie drgnął nawet o milimetr.

-Niech pan nie będzie głupcem powiedział Skougaard. Zginie pan, jeżeli pan go zastrzeli. Czy jest to tego warte?

-Tak. Wiem, co robił w przeszłości. Nie chcę, by tego typu rzeczy powtórzyły się...

ThurgoodSmythe ruszył do przodu i odepchnął Dvorę na bok. Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy lufa nieomal dotknęła jego żołądka.

-A więc dobrze, Janie, masz swoją szansę. Zabij mnie i skończ z tym wszystkim. Co prawda nie przywróci to życia martwym, ale być może uczyni cię szczęśliwym. Więc zrób to. Jeśli przeżyję, będę w tym twoim nowym, wspaniałym świecie stanowił znaczną siłę. Być może będę nawet ubiegał się o urząd podczas pierwszych, tak bardzo wymarzonych przez ciebie demokratycznych wyborów. Byłoby to szczytem ironii, nieprawdaż? ThurgoodSmythe, wróg ludzi zbawca ludzkości zostaje wybrany na przykład prezydentem. Więc strzelaj. Sam nie masz wystarczająco dużo wiary w tę swoją wolność, by pozwolić, by ktoś taki jak ja pozostał przy życiu, nie mam racji? Tak więc ty, który zawsze przeciwny byłeś zabijaniu, będziesz teraz pierwszym, który zabije. Być może będziesz nawet pierwszym, który zostanie za to osądzony i skazany przez nowe prawo.

Chociaż w jego słowach była gorzka ironia, na jego twarzy nie zagościł nawet cień uśmiechu. Gdyby to zrobił, Jan bez wahania pociągnąłby za spust. Lekkie naciśnięcie i problem ThurgoodSmythe'a na zawsze przestałby istnieć. Było to tak kusząco proste rozwiązanie... Lecz to, co dotyczyło ThurgoodSmythe'a nigdy nie było proste.

-Powiedz mi prawdę powiedział to tak cicho, by słyszeli to jedynie oni dwaj. Chociaż raz w życiu powiedz mi prawdę. Czy rzeczywiście zaplanowałeś to w ten właśnie sposób od samego początku, czy też po prostu w odpowiedniej chwili dostrzegłeś możliwość zmiany stron i przyłączyłeś się do lepszych?

Przez chwilę obaj mężczyźni mierzyli się nieruchomym spojrzeniem. W końcu ThurgoodSmythe westchnął i powiedział:

-Mój drogi szwagrze, w tej chwili mówienie ci czegokolwiek nowego byłoby kompletną stratą czasu. Cokolwiek bym ci powiedział i tak mi nie uwierzysz. Musisz więc zadecydować sam. Przykro mi, ale nie jestem w stanie ci pomóc.

Odwrócił się i wolnym krokiem podszedł w stronę stojącego nieopodal krzesła. Jan, chociaż miał ogromną ochotę, nie mógł się zmusić, by wystrzelić. Cokolwiek ThurgoodSmythe zrobił, jakiekolwiek były jego motywy, w końcówce był przecież razem z nimi. Bez jego pomocy oswobodzenie Ziemi nie byłoby możliwe. Zaangażował się w tę walkę, więc ostateczne zwycięstwo stało się także i jego udziałem. Jan po raz kolejny zdał sobie sprawę, iż jego szwagier nie pozostawił mu właściwie wyboru. Uśmiechnął się, zdjął palec ze spustu i cisnął broń pod ścianę.

-W porządku, Smitty, ta runda dla ciebie. Jesteś wolny. Możesz robić, co chcesz, możesz nawet ubiegać się o urząd prezydenta. Nie zapominaj jednak, że przez cały czas będę cię obserwował. Jeżeli powrócisz tylko do swych wypróbowanych metod...

-Wiem. Odnajdziesz mnie i zabijesz. Nie wątpię w to ani trochę. Będziemy więc musieli pozwolić, by przyszłość zatroszczyła się o siebie sama, prawda?

Jan nagle zapragnął znaleźć się na świeżym powietrzu, uwolnić się od tego człowieka, zapomnieć o wszystkim i pomyśleć w spokoju o przyszłości. Nikt nie starał się go zatrzymać, kiedy odwrócił się i wyszedł. Na zewnątrz zatrzymał się i zaczerpnął kilkakrotnie głęboko tchu, zastanawiając się nad targającymi nim emocjami. Ktoś wybiegł za nim. Jan odwrócił się i spostrzegł Dvorę. Nie myśląc już o niczym innym, schwycił ją w ramiona i przytulił.

-Muszę zapomnieć o tym człowieku powiedział żarliwym szeptem. Chcę powrócić do mojego domu na Halvmork, do mojej żony i przyjaciół. Jest tam jeszcze tyle do zrobienia.

-Tutaj także powiedziała. Ja też chcę już wrócić do mojego męża...

-Nic mi o nim nie mówiłaś odsunął ją na odległość wyciągniętych ramion.

-Nigdy nie pytałeś odparła z uśmiechem, odgarniając opadające na oczy włosy. Ale powiedziałam ci przecież, że nie chcę ci się oświadczać, pamiętasz? Mój mąż jest rabinem, bardzo pobożnym i poważnym. Jest także znakomitym pilotem. Pilotował jeden z naszych samolotów. Bardzo się o niego martwiłam. Warunki zmusiły nas do rozstania. Teraz na zawsze będziemy już razem.

Jan nagle spostrzegł, iż uśmiecha się. Nagle, bez żadnego powodu, wybuchnął serdecznym śmiechem i nie przestawał się śmiać, dopóki po policzkach nie pociekły mu łzy. Wówczas przytulił Dvorę po raz ostatni.

-Masz rację. Musimy wierzyć, że to już rzeczywiście koniec. Musimy pracować teraz nad tym, by dla wszystkich ludzi koniec wojny był początkiem nowego życia. Z nagłym postanowieniem spojrzał na przesłonięte słupami dymu niebo. Wrócę na Ziemię. Nie sądzę, by Elżbiecie się tu spodobało, lecz będzie musiała się przyzwyczaić. Ziemia ponownie stanie się centrum świata. Więcej zrobię dla Halvmork i zamieszkujących ją ludzi, będąc tu, na miejscu...

-Dla wszystkich możesz zrobić bardzo dużo. Znasz Ziemię, znasz planety i wiesz, czego potrzeba ludziom najbardziej.

-Wolności. Mają ją teraz. Lecz może okazać się trudniej ją utrzymać, niż było ją zdobyć.

-Zawsze tak było odparła. Poczytaj niektóre książki. Większość rewolucji ponosiło kieski zaraz po tym, jak osiągnęły zwycięstwo.

-A więc upewnijmy się, że ta nie przegra ponownie spojrzał na niebo. Chciałbym, aby była noc. Chciałbym zobaczyć gwiazdy.

-Są tam przecież. Ludzkość wyruszyła już raz ku gwiazdom, ale nie zrobiła tego dobrze. Teraz dano nam drugą szansę. Musimy postarać się dobrze ją wykorzystać.

-To prawda przyznał Jan, rozmyślając o potędze, jaką właśnie zdobyli, o broni i o nieskończonej różnorodności sposobów na zadawanie śmierci i zniszczenia.

-Musi nam się udać. Nie sądzę, byśmy kiedykolwiek mieli trzecią szansę.

69



Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Harrison Harry Gwiezdny dom
Harrison Harry Gwiezdny Dom (www ksiazki4u prv pl)
Harrison Harry Ku Gwiazdom 3 Gwiezdny Dom
Harrison Harry Ku Gwiazdom 03 Gwiezdny Dom 2
Harrison Harry Ku gwiazdom 03 Gwiezdny Dom
Harry Harrison Gwiezdny Dom
Harrison Harry Planeta œmierci 1
Harrison Harry SSR 03 Stalowy szczur ocala swiat (rtf)
Harrison, Harry SSR 03 The Stainless Steel Rat Saves the World
Harrison Harry Planeta smierci 2
Harrison, Harry SSR 10 The Stainless Steel Rat Joins Circus
Harrison, Harry Bill 2 Bill on the Planet of Robot Slaves
Harrison Harry SSR 05 Stalowy Szczur prezydentem (rtf)
Harrison Harry Planeta smierci 4 (rtf)
Harrison, Harry By the Falls
Harrison Harry Stalowy Szczur wstępuje do cyrk

więcej podobnych podstron